background image

 
 
 

Ruth Jean 

Dale 

 

WARTO 

BYŁO 

MARZYĆ 

 
 

Tytuł oryginału: Runaway Wedding 

Przekład: Marek Zakrzewski 

 
 
 
 
 
 

ROZDZIAŁ      PIERWSZY 

 
 

Ktoś korzystał z fotela Jareda Wolfa.                               
Drewniany bujany fotel, podobnie jak wszystkie inne 

mebl

e w tym domu, a właściwie leśnej chacie, były 

ręcznie wykonane przez Wolfowych przodków i Jared 
znał ich każde zagięcie, wgłębienie, każdy kant i 

background image

wyżłobienie. Wiedział też dokładnie, gdzie każdy 
przedmiot stoi. Poustawiał wszystko tak, jak było 
niegdyś. 

Już w chwilę po zapaleniu naftowej lampy dostrzegł, 

że fotel znajduje się bliżej okna, jakby ktoś usiadłszy, 
chciał przyglądać się zachodowi słońca dawno 
zagubionego za horyzontem. 

Jared poczuł niepokój. 
Spięty i czujny wszedł do kuchni. Rozejrzał się 

dokoła i po plecach przeszły mu ciarki. 

Ktoś tu przed tem jadł! Jego produkty. Na 

drewnianej ladzie stała otwarta puszka fasoli z 
wieprzowiną, w blaszanym zlewie leżały miska i widelec. 

Bezszelestnie wszedł schodami na górę i zbliżył się 

do drzwi sypialni. Uniósł lampę nad głowę i uchylił drzwi. 

W łóżku ktoś spał. 
I poznał osobę... 
 

Obudź się, Blondasie! 

Nie słowa, ale ostry ton dotarł do świadomości 

dziewczyny. Lark Mallory otworzyła oczy i przez długą 
chwilę nie mogła sobie uświadomić, gdzie się znajduje. 
Ale ten głos oznaczał grożące jej niebezpieczeństwo. 
Czyżby tak szybko odnalazł ją ojciec? Miała nadzieję, że 
nie. Byłoby to niesprawiedliwością losu, gdyby po 
wszystkich trudach dotarcia tu, tak szybko wpadła. 

-    Jazda, jazda, oprzytomnij, panienko! - 

Głos 

wyrażał rosnące zniecierpliwienie. - Wielki Niedźwiedź 
wrócił do swej jamy i jest cholernie zły, że zastał obcego 
na swym własnym posłaniu. 

Silna dłoń chwyciła rozespaną dziewczynę za ramię, 

szarpnęła i obróciła na plecy. Lark otworzyła szeroko 
oczy, widząc nad sobą twarz człowieka, który w 
przeszłości zawsze ją onieśmielał, bardziej niż 
ktokolwiek inny. 

Słabe światło lampy naftowej pogłębiało cienie, 

wydobywając jego wydatne kości policzkowe i silnie 
zarysowany podbródek. Całości wizerunku jego twarzy 
dopełniał silny, kształtny nos i zmysłowe usta. 

W sumie niebezpiecznie pociągający mężczyzna. 

background image

Ogarnął ją niepokój, gdyż rozpoznała osobę i jej 
umiejętność kontrolowania każdej sytuacji. 

-   

Co, do diabła, robisz w moim łóżku? - zapytał, a 

jego brązowe oczy ciskały błyskawice. Ostry ton zupełnie 
ją zmieszał. 

-   

Ja? Przecież... Myślałam... to znaczy wydawało 

mi się... 

Zaklął, co odebrało jej mowę. Ponadto zdała sobie 

sprawę, że leży odkryta i to w bardzo skąpej bieliźnie. 
Czym prędzej naciągnęła prześcieradło pod szyję, 
bezradnie w

patrując się w twarz mężczyzny, którego 

znała jeszcze jako chłopca. 

Przełknęła i powiedziała: 
-   

Jestem Lark Mallory. Nie poznałeś mnie? 

-   

Poznałem - odburknął Jared Wolf. 

-   

Dzięki Bogu! - Wtuliła się głębiej w materac. - Ja 

c

ię od razu poznałam. - Jak bym mogła cię zapomnieć, 

pomyśląła. - Kiedy po raz ostatni przyjechałam tu z 
rodzicami, miałam czternaście lat. A ty... chyba 
dziewiętnaście... A Risa miała mniej więcej tyle samo, 
co... 

-    .. .co ty - 

dokończył, odstawiając lampę na nocny 

stolik. - 

A może była o rok młodsza. Co tu, do diabła, 

robisz? - 

Sięgnął do górnego guzika roboczej koszuli. 

Lekki uśmieszek na jego twarzy nie należał do miłych. 
Rozpiął koszulę i jej poły wyciągnął ze spodni. 

-   

To ja pytam, co, do diabła, ty tu robisz? - Uniosła 

się na łokciu, odpowiadając takim samym tonem. 

-   

Rozbieram się. Mam taki dziwny zwyczaj przed 

położeniem się do łóżka. 

-   

Nie możesz! - wykrzyknęła. - To znaczy, gdzie 

masz zamiar...? O Boże! 

W panice rozejrzała się po izbie, jakby w 

poszukiwaniu drugiego łóżka, drzwi do drugiego pokoju 
bądź jeszcze jakiejś osoby. 

-   

Co ty wyprawiasz, Jared? Co ci przyszło do 

głowy?! 

-   

Do głowy przyszło mi to, że jestem zmęczony i 

chcę się położyć. - Rzucił koszulę na podłogę. 

Wpatrywała się w niego jak sroka w gnat. Musiała 

background image

prz

yznać, że ma piękny tors. W ogóle jest bardzo 

przystojny. Budził w niej przedziwne uczucia. Gdy jednak 
sięgnął do sprzączki paska spodni, krzyknęła: 

-   

Dość tej zabawy! To mój dom i moje łóżko. Wiem, 

że ojciec pozwalał ci zawsze korzystać z niego w czasie 
naszej nieobecności, ale teraz ja tu jestem i... 

Zmieszała się, bo groźnie na nią spojrzał. 
-   

Wiem, wiem, pamiętam... bywaliśmy tu bardzo 

rzadko i mogłeś sądzić... A kiedy matka umarła... Ale nie 
o to chodzi. To jest dom Mallorych i jestem zmuszona 
poprosić cię, abyś go opuścił, gdyż zamierzam pozostać 
tu przez wiele tygodni... 

Myliła się, jeśli sądziła, że to zakończy sprawę, 

Jared z rozmysłem zakołysał się na sztywnych nogach i 
powtórzył sarkastycznie: 

-   

Dom Mallorych, powiadasz? Otóż nie. To jest 

dom Wolfów. Zawsze był domem Wolfów, nawet 
wówczas, gdy bezcześcili go członkowie rodu Mallorych. 
Więc jeśli idzie o twoją niepożądaną obecność,to 
zapomniałaś o jednym dobrym obyczaju. O zapytaniu 
w

łaściciela, czy możesz wejść. 

-    Nie jest mi potrzebne pozwolenie ojca. 
-   

Nie mówiłem o Drake'u Mallorym, ale o 

właścicielu. 

-    Ooo...! - 

Zdziwiona zmarszczyła brwi, ale po 

chwili na jej twarzy pojawiło się przerażenie. - Chyba nie 
chcesz powiedzieć, że...? 

-   

Chcę i mówię: od lat jestem właścicielem tego 

domu, a ty leżysz w moim łóżku, Blondasie. I jeśli nie 
masz zamiaru dzielić go ze mną zmykaj ze swoją pupą... 

-   

Nie nazywaj mnie blondasem! Boże drogi, ojciec 

nie pisnął nigdy ani słowa, że zamierza ten dom 
sprzedać. - Wstała, otulając się prześcieradłem. - 
Przestaliśmy przyjeżdżać tu na wakacje, ale myślałam, 
że on sam pojawia się od czasu do czasu... 

-   

Od czasu do czasu pojawiał się. Sprowadzał tu 

nawet różne... gości! Ale zgłosił dom do sprzedaży mniej 
więcej w tym czasie, kiedy postanowił powtórnie 
zakosztować małżeńskiego życia. 

Lark wiedziała, dlaczego to zrobił: jego nowa 

background image

oblubienica nie należała do kobiet gotowych jechać za 
mężczyzną w głuszę. Zresztą małżeństwo z Marszą 
trwało tylko dwa lata. 

-    Al

e przecież... - zaczęła Lark, jakby zamierzała 

nadal upierać się przy swoich prawach. Dziecinada. Nie 
miała już czternastu lat, a Jared dziewiętnastu. Była 
dorosłą dwudziestosześcioletnią kobietą. Przełknęła 
gorycz i łzy. - I ty odkupiłeś chatę? - spytała. 

Na twarzy Jareda pojawił się pełen satysfakcji 

uśmiech. 

-   

Moja matka popełniła wielki błąd, kiedy dała się 

wykiwać temu chytrusowi i sprzedała dom Wolfów. Teraz 
dom do mnie wrócił. - Z wyrazu jego twarzy było widać, 
że nigdy nikomu już go nie odda. 

Lar

k zaczęło ogarniać poczucie beznadziejności. Co 

teraz zrobi? Dokąd się uda? Gdzie znajdzie tak 
upragnioną samotność, by uporządkować własne 
skłębione myśli i podjąć najważniejszą z życiowych 
decyzji? 

-   

Więc już wiesz, że przebywasz tu bezprawnie? 

-   

Jeśli to, co mówisz, jest praw... - Jego spojrzenie 

nie pozwoliło jej dokończyć ostatniego słowa. - Tak, tak, 
wierzę ci - poprawiła się szybko. - Tylko że... ja nie mam 
gdzie iść, Jared. Przyjechałam tu, bo... chciałam być 
sama... wszystko przemyśleć. Muszę podjąć ważne 
decyzje... 

-   

Rzeczywiście trudna sytuacja. - Choć 

wypowiedział to zimnym tonem, miała wrażenie, że 
wyczuwa w jego głosie lekką nutę współczucia, a w 
każdym razie jakby zrozumienie.   

Postanowiła przystąpić do negocjacji. 
-   

Posłuchaj. Pozwól mi tu przenocować, a jutro 

porozmawiamy. - 

W ciągu dnia przynajmniej nie będę 

czuła się jak w klatce z rozjuszonym górskim lwem, 
pomyślała. 

Przez chwilę zdawało się jej, że Jared odmówi, gdyż 

patrzył na nią intensywnie, nastroszony, ale po chwili 
wyraz twarzy 

mu złagodniał. Skinął krótko głową. 

-   

Możesz przenocować. Jedną noc. Jednak potem 

powiemy sobie do widzenia. 

background image

Poczuła ulgę. 
-   

Dziękuję, dziękuję - odparła niemal wylewnie i 

usiadła na skraju łóżka. - Wiedziałam, że nie jesteś Tak 
złym człowiekiem, który by na górskim odludziu w zimną 
noc wyrzuci

ł z domu kobietę. 

-    Noc wcale nie jest zimna. - 

Sięgnął do paska i 

zaczął go rozpinać. 

-    Co ty robisz? 
Wyciągnął pasek ze spodni i rzucił na podłogę. 
-   

Kładę się spać. 

-   

Przecież przed chwilą powiedziałeś...? 

-    ...

że możesz zostać, co nie oznacza, że ja sobie 

pójdę. Osobiście nie mam nic przeciwko dzieleniu z tobą 
mego skromnego posłania... - Lark miała wrażenie, że 
rozbiera ją wzrokiem. - Skoro jednak ci to nie odpowiada, 
znajdź sobie jakiś inny kącik, bo za dwie minuty nagutki 
mężczyzna legnie na tym łóżku. 

Zerwała się i postąpiła parę kroków w kierunku 

drzwi. 

-   

Ale gdzie mam iść? Nie weszłabym do tego 

pokoju, gdyby inne nie były zastawione połamanymi 
meblami i puszkami z farbą. 

-   

To już nie moja sprawa. - Zaczął rozpinać 

spodnie. 

-   

Czy mogę przynajmniej zabrać lampę, bo po 

ciemku nigdzie nie trafię? - Mimo ogarniającej ją paniki i 
zmieszania, zaobserwowała, że Jared ma piękne dłonie 
o długich, smukłych palcach. 

-    Bierz, ale nie podpal mi domu - 

burknął, podając 

jej naftową lampę z czerwonym szkłem, przez które 
przebijał nikły płomyk. 

Tak, ma piękne palce. Biorąc lampę, dotknęła 

jednego z nich i przeszył ją prąd. O mało nie upuściła 
szklanego zbiorniczka pełnego nafty. 

-   

Na pewno nie podpalę - wyjąkała i prawie 

wybiegła z sypialni, 

-   

Śpij dobrze! - pożegnały ją słowa wypowiedziane 

nieoczekiwanie miękko. 

Nie było mowy o dobrym spaniu. W chacie nie 

znalazła ani jednego mebla mogącego służyć za łóżko. 

background image

Najpierw położyła się na minikanapce, z której niestety 
spadła. Spróbowała więc zasnąć na bujanym fotelu, 
który poprzednio ustawiła blisko okna, aby móc 
podziwiać przecudowny zachód słońca w Górach 
Skalistych. Ale nic z tego. Potem przez paręnaście minut 
usiłowała zasnąć też na wąskiej ławie. Zdesperowana 
zdecydowała się wreszcie ułożyć na baraniej skórze 
przed zimnym, dawno wygasłym kominkiem. 

Głęboko westchnęła, rozmyślając o czekających ją 

problemach, do których dołączył obecnie jeszcze jeden. 
Miał na imię Jared. 

Jared Wolf był jej pierwszą pensjonarską miłością. 

Pewno 

nawet o tym nie wiedział. Uwielbiała go. W jej 

mniemaniu nie było wspanialszego chłopca na świecie, 
wypełniał jej wszystkie dziewczęce myśli i marzenia. 

W tamtych latach marzenia, podobnie jak życie, były 

proste i łatwe. Śniła o tym, jak to Jared pojawia się w jej 
domu w Palm Beach i zabiera ją na bal maturalny, gdzie 
wszyscy z otwartymi ustami podziwiają styl i elegancję 
tej wspaniale dobranej pary. Przemykały jej przez głowę i 
inne obrazy: Jared zaskakuje ją podczas kąpieli w 
gorących źródłach. Ona jest oczywiście w kostiumie 
kąpielowym. Dziewczęce marzenia były bardzo 
niewinne! Jared się rozbiera, też jest w kąpielówkach, 
wchodzi do wody i obdarza ją pocałunkiem... 

Tylko w marzeniach. W rzeczywistości Jared nigdy 

nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, chyba że 
wymagała tego jego praca. 

Lark uśmiechnęła się na wspomnienie tamtych lat, 

kiedy zawsze uprzejmy i wesoły chłopak był doraźnie 
zatrudniany przez rodzinę Mallorych, gdy ta zjawiała się 
na wakacje w Górach Skalistych, Jared miał właściwie, 
zlecone dbanie o letni dom. Jakże inny od tamtego 
chłopca jest ten zbyt pewny siebie ponury mężczyzna. 
Zatroskała się. Czyżby ciężkie życie tak zmieniało ludzi? 

Myśli jej powróciły do głównego problemu. Musi 

mieć te kilka dni na przemyślenie wszystkiego. Na 
przeanalizowanie swoich uczuć. Siostra miała pewno 
dużo racji, mówiąc, że niepokoje Lark to po prostu 
przedślubne lęki towarzyszące wielu kobietom. Ale 

background image

wszystko będzie w porządku, na wszystko znajdzie się 
odpowiedź, byle tylko przez kilka dni pozostawać zdała 
od ojca... 

A jeśli w końcu zdecyduje, iż w żadnym wypadku 

nie zgodzi się na spędzenie życia z Wesem 
Sherbomem? Czy ojciec zaakceptuje i zrozumie 
podobną decyzję? 

Z pewnością nie. Zacznie jej przypominać, że razem 

z Wesem się wychowywała i chodziła do szkoły, że obaj 
ojcowie prowadzą wspólny interes, że Lark i Wes mają te 
same poglądy, że są sobie przeznaczeni właściwie od 
kołyski. Wszystko to już słyszała tysiąc razy. I ojciec 
jeszcze doda, że Wes jest bardzo przystojny i ma 
zapewnioną przyszłość w firmie. Tak, to prawda, Wes 
jest przystojny: wysoki, szczupły, ma blond włosy, twarz 
inteligentną... 

Ale poza tym Wes ją śmiertelnie nudzi. Sam siebie 

uważa zapewne za atrakcyjnego. Ona tego nie 
dostrzegała. Czuła się jak zwierzę w klatce, gdy myślała, 
że będzie musiała dzielić z nim życie. Wes nie mógł jej 
dać tego, czego pragnęła, choć trudno byłoby jej 
zdefiniować, czego naprawdę chciała. I kogo. 

Nagle jej myśli skierowały się ku mężczyźnie, który 

spał w sypialni nad nią. Poczuła gorący dreszczyk 
p

odniecenia. Nie, nie! Nie będzie teraz snuć fantazji z 

Jaredem Wolfem w roli głównej. Dość było tego w 
przeszłości. Teraz jest dorosła i nie wypada jej marzyć 
niczym pensjonarce. 

Obróciła się na drugi bok i zamknęła oczy, licząc na 

to, że wreszcie zaśnie. Jednak zamiast snu, pod 
zamkniętymi oczami przewijały się wydarzenia z 
ostatnich dwu dni... 

Na pokrytym dywanem podium ekskluzywnego 

salonu strojów ślubnych przy Worth Avenue w Palm 
Beach w stanie Floryda stała szczupła kobieta w strojnej 
sukni ślubnej. Wolno się obracała, a lustrzane ściany 
odbijały nieskończoną liczbę pięknych oblubienic. 
Przypatrujące się nieco z boku dwie inne kobiety, 
krytycznie mrużyły oczy. 

-   

Obróć się w prawo, Lark - odezwała się siostra 

background image

przyszłej panny młodej. - Według mnie tren jeszcze nie 
układa się dobrze... - Spojrzała na swą towarzyszkę. - 
Nie sądzi pani? 

Wynajęta konsultantka i zarazem organizatorka 

uroczystości ślubnych zmarszczyła brwi. 

-   

Chyba ma pani rację. Poza tym nasza 

oblubienica nadal traci na wadze. Jeśli nie przestanie, to 
nigdy nie dopasujemy dobrze sukni. 

Risa Mallory Clarke spojrzała znacząco na siostrę. 
-   

Słyszysz, Lark? Musisz więcej jeść. Ślub 

trzydziestego sierpnia. Masz jeszcze sześć tygodni. 

Obie kobiety weszły na podium. Risa poklepała 

zimną dłoń siostry i zajęła się omawianiem koniecznych 
poprawek. Lark stała bez ruchu, jak woskowa figura, 
spoglądając w lustrzane odbicia i... w przyszłość. 

Czyż nie powinna być szczęśliwa, mając 

zapewnioną ową przyszłość u boku przystojnego 
mężczyzny, którego kariera wydawała się murowana? 
Mogła być pewna dostatniego życia, do jakiego 
przywykła od dzieciństwa. Wszystkie przyjaciółki jej 
zazdrościły. 

-   

Atłas książęcy, kość słoniowa o zachodzie słońca 

zidentyfikowała materiał sukni ślubnej Karen Dodd, 

konsultantka 

ślubna. 

Lark poczuła nagle ciężar materii, jakby utkano ją z 

ołowiu. Kątem oka spojrzała w jedno z luster. Musiała 
przyznać, że suknia jest piękna, jak z bajki. Ale ta bajka 
nie odpowiadała Lark, a suknia ją po prostu przerażała. 

Uporawszy się z trenem, Karen Dodd poszła po 

welon, zaś Risa usiłowała podnieść siostrę na duchu. 

-   

Będziesz najpiękniejszą ze wszystkich oblubienic, 

kochanie - 

oświadczyła ze zwykłą sobie pewnością. - I 

nie zwracaj uwagi na to, co gada ta Dodd. Wiesz, co się 
mówi? 

-    O czym? 
-   

O kobietach. Że nie ma kobiet zbyt szczupłych i 

zbyt bogatych. Właściwie, to ja ci zazdroszczę. Ty 
szczuplejesz, a ja jestem coraz grubsza. I nie wiem, 
dlaczego. Chyba pójdę do lekarza... 

Lark wzruszyła ramionami, patrząc na elegancko 

background image

ubraną siostrę. 

-    Wcale nie. 
-   

Oj tak. Ale jeśli idzie o ciebie, to martwię się nie 

tyle twoją wagą, co podkrążonymi oczami. Masz po 
prostu sine kręgi. Czy ty dobrze się czujesz? Powiedz, 
jeśli masz coś do powiedzenia. Od twoich zaręczyn na 
Boże Narodzenie nie miałyśmy okazji szczerze 
porozmawiać. 

-   

Nie ma o czym mówić. Nic mi nie jest - odparła 

szybko Lark. 

-    Nie jestem taka pewna... - 

Risa pokręciła głową. - 

No bo jeśli nie... - Nie zdążyła dokończyć, gdyż wróciła 
pani Dodd z koronkową mgiełką, którą z triumfem 
umieściła na jasnozłotych lokach Lark. 

Suknia, blada twarzyczka i ten welon w białe 

koronkowe róże stanowiły doskonałą całość. 

Pani Dodd odstąpiła parę kroków i zachwycona 

kiwała głową. 

-    Przeurocze, cudowne! - 

Cmoknęła. 

-   

Będziesz miała wspaniały ślub, po którym czeka 

cię wspaniałe życie - dodała siostra. - Szczęściara z 
ciebie! 

Twarz, jaką Lark widziała w lustrzanym odbiciu, jej 

własna twarz, nie wyrażała szczęścia, tylko znużenie i 
lęk. 

Jakże mogła pozwolić wpakować się w podobną 

kabałę! Sierpniowy ślub wydawał się bardzo odległym 
terminem, kiedy go ustalano w grudniu. Wydawał się 
czymś nierealnym i dlatego wtedy milczała. Wes 
Sherborn zadał niespodziewanie owo istotne pytanie 
podczas bożonarodzeniowego obiadu, w którym 
uczestniczyły obie zaprzyjaźnione rodziny - Mallorych i 
Sherbornów. Uczynił to publicznie, przy wszystkich, i 
wszyscy się tego spodziewali, z wyjątkiem Lark. Została 
zaskoczona. Nim zdołała otworzyć usta, zaczęto składać 
jej gratulacje i obcałowywać. Wspominając teraz ową 
chwilę, była na siebie wściekła. 

I czy naprawdę powiedziała wówczas „tak"? Nie 

mogła sobie tego przypomnieć. W każdym razie nikt nie 
sądził, że Lark może się wahać. A kiedy zobaczyła 

background image

rozpromienioną twarz ojca, zapomniała o jakichkolwiek 
wątpliwościach. Przez całe życie usiłowała zdobyć 
uznanie ojca - 

właśnie takie, jakie wówczas zobaczyła na 

jego twarzy. I postanowiła się nim cieszyć, póki można. 
Myślała wtedy, że jeśli popełniła błąd, przyjmując 
oświadczyny Wesa, to ma przed sobą dostatecznie dużo 
czasu do sierpnia, by błąd naprawić. 

Tak jej się wtedy zdawało, ale ów czas przeleciał, 

nim się spostrzegła. Nagle Lark poczuła się jak heroina 
melodramatu: przywiązana przez czarny charakter do 
torów kolejowych jest zupełnie bezradna i czeka na 
cudowne wybawienie. 

Rozhuśtane myśli przerwał dzwonek telefonu na 

stoliku obok podium. Dzwonił ojciec. 

-    Ooo, Lark

, dobrze, że cię zastałem. - Drake 

Mallory zawsze mówił tonem sugerującym, że 
telefonowanie sprawia mu przykrość. - Bądź dziś w 
domu o szóstej. Przyprowadź Wesa. 

-    Ale mamy inne plany. Musimy... 
-   

To bardzo ważne. Wes już wie. Przyjdź 

punktualnie. Drake Mallory przerwał połączenie, 
natomiast Lark zacisnęła dłoń na słuchawce tak mocno, 
że aż zbielały jej palce. Potem wolno ją odłożyła. 

-   

Ojciec chce widzieć mnie i Wesa o szóstej - 

poin

formowała siostrę bezbarwnym tonem. - Rozkaz 

dyrektora. 

-   

Musisz być wyrozumiała - odparła Risa. - Wiesz, 

że ojciec ma pewne problemy z bilansem... 

-   

Myślałam, że to już załatwione. 

-   

Jeszcze nie. A jeśli ojciec i pan Sherborn nie 

rozwikłają sprawy i nie ukręcą jej łba, póki nie dotrze to 
do wiadomości publicznej. W handlu nieruchomościami 
najważniejsza jest reputacja. Tony powiedział, że gdyby 
to dotarło do prasy, to byłoby bardzo źle. Użył nawet 
słowa: katastrofalnie. Musisz więc uzbroić się w 
cierpliwość i nie przeciwstawiaj się ojcu. 

-   

Zgoda, ale ty mi powiedz, co się dzieje. Dlaczego 

ja i Wes otrzymaliśmy kategoryczne wezwanie na 
dzisiejszy wieczór? 

-   

Nie jest to powód, aby się martwić na zapas. 

background image

Jeszcze raz przyjrzę się trenowi sukni... 

-   

Tren jest w porządku. Chcę wiedzieć, co się tutaj 

dzieje. Mów, Risa! 

-   

Stawiasz mnie w bardzo trudnej sytuacji... Jeśli 

pisnę słowo, to ojciec... Poczekaj parę godzin, Lark. 
Sama się dowiesz. 

Lark nie chciała czekać paru godzin i wreszcie 

siostra uleg

ła. 

-    Zmuszasz mnie... - 

Risa westchnęła. - Otóż 

ojciec i ojciec Wesa chcą wam dziś wieczorem wręczyć 
ślubne prezenty. Prezentem ojca jest klucz do domu. Do 
wspaniałego domu. Będziesz zachwycona. W pobliżu 
plaży, ogrodzony i tak dalej. A pan Sherborn podaruje 
wam obojgu klucze do własnych samochodów BMW 
oraz cudowny miesiąc miodowy na prywatnym jachcie, 
którym popływacie sobie po Morzu Jońskim i Egejskim. 
Czy to nie bajkowe? 

Z każdym słowem siostry Lark czuła, że coraz 

ściślej oplątują ją łańcuchy, z których już nigdy się nie 
wyzwoli. Zaciskała zwilgotniałe ze strachu dłonie, gniotąc 
bezcenną koronkę jedwabnych mankietów ślubnej sukni. 
Wybrane przez pana Sherboma prezenty wydawały się 
upokarzające: narzucony jej samochód, identyczny jak 
męża, i miesiąc miodowy przez kogoś zaplanowany. 
Prezent ojca przepełniał czarę goryczy: dom, w którym 
ma spędzić resztę życia, a nawet nie dane jej było go 
przedtem obejrzeć. 

Nie! Coś się w niej gotowało. Ma zostać żoną 

najnudniejszego człowieka pod słońcem, którego jej 
właściwie narzucono? Ma mieszkać w domu i jeździć 
samochodem przez kogoś wybranym? 

 
Lark wsiadła do swego samochodu ścigana słowami 

Risy: 

-   

Obiecaj, że będziesz tam o szóstej! Jeśli się nie 

pojawisz, ojciec mnie zabije. Przeżywasz normalny 
kryzys każdej panny młodej. 

-   

Ty go nie miałaś. 

-   

Ha! Któregoś dnia ci opowiem. 

-   

Chętnie posłucham. Pa, Risa, muszę jechać. 

background image

Risa uczepiła się otwartych drzwiczek samochodu. 

-   

Nie puszczę cię, póki mi nie obiecasz, że zjawisz 

się w domu o szóstej. Pomyśl tylko... 

Lark ch

ętnie zatopiłaby się w myślach, by je jakoś 

uporządkować, ale po prostu nie mogła. Była u kresu 
wytrzymałości, wszystko zaczęło się nagle walić, 
ogłuszając ją całkowicie. Wiedziała jedno: popełniła błąd, 
posuwając się zbyt daleko w swym pragnieniu zdobycia 
uznania ojca. Była zbyt uległa wobec jego wymagań i 
pragnień. Teraz potrzebny jest czas i spokój, by mogła 
wszystko przemyśleć i zdecydować, po czyjej stronie 
leży wina, jeśli w ogóle można mówić o winie. 
Zdecydowała, że póki nie znajdzie wewnętrznego 
spo

koju, nie pójdzie do ołtarza, przy którym musiałaby 

związać się na całe życie z człowiekiem wybranym dla 
niej przez ojca. 

Kiedy więc ruszyła spod salonu strojów ślubnych, 

nie skręciła do domu, ale pojechała prosto szerokim 
bulwarem obsadzonym palmami. 

Wych

owywała się na południu Florydy. Spędziła tu 

właściwie całe życie. Od wielu lat mieszkała w ojcowskim 
domu na Jupiter Island, z wyjątkiem krótkiego okresu, 
kiedy to przeniosła się z matką do apartamentu w Miami 

a było to zaraz po rozwodzie rodziców. Polubiła 

florydzki żar, wilgotność, palmy i złoty piasek plaż. Nie 
mogła już jednak dłużej znieść rozsadzającego ją 
napięcia i zewnętrznych presji, które narastały od chwili 
wymuszonych zaręczyn z Wesem. Dodała gazu. 
Zdawała sobie sprawę, że jedzie zbyt szybko, musiała 
jednak dokądś uciec, aby w zupełnym spokoju zebrać 
myśli. Zobaczyła zjazd w kierunku lotniska. Nie 
wiedziała, dokąd jedzie, ale wiedziała, że najszybciej 
dotrze tam samolotem. 

 
Do domu zadzwoniła już z lotniska w Dallas-Fort 

Worth. Była godzina dziewiąta piętnaście - upłynęło 
dziesięć godzin od opuszczenia salonu strojów ślubnyh 
w Palm Beach. 

Czekając na podniesienie słuchawki z drugiej 

strony, patrzyła martwo na przewalający się przez 

background image

terminal tłum podróżnych. Każdy dokądś śpieszy. A 
dokąd śpieszy ona? Po piątym dzwonku telefon odebrała 
pokojówka. 

-    Tu mówi Karen Dodd - 

powiedziała Lark 

zmienionym głosem. - Tak, ślubna konsultantka panny 
Mallory. Chciałabym porozmawiać z panią Clarke. 

-   

Proszę poczekać - odparła pokojówka. 

Więc Lark czekała, zastanawiając się, jak 

wytłumaczy swoją obecność w Dallas. Sama zresztą nie 
wiedziała, co tu robi. Ot, podeszła do pierwszego 
lepszego stanowiska na lotnisku w Palm Beach i kupiła 
bilet pierwszej klasy na najbliższy samolot. Odlatywał 
właśnie do Dallas. 

I co dalej? W Dallas nie znała żywego ducha, nie 

znała także miasta, była tylko kilkakrotnie na lotnisku w 
drodze do wakacyjnego domku rodziców w Górach 
Skalistych. Przesiad

ała się w Dallas na samolot do 

Colorado Springs, gdzie ojciec wynajmował furgonetkę, 
którą jechali w góry. Ze wzruszeniem wspominała tamte 
czasy. Żyła wówczas matka, małżeństwo rodziców 
jeszcze trwało. Lark spacerowała wśród sosen, kąpała 
się w gorących źródłach i tam właśnie zakochała się. 
Uśmiechnęła się do siebie. To był wspaniały chłopak! 
Bardzo płakała, kiedy ojciec powiedział jej, że więcej nie 
będą jeździć w Góry Skaliste. Jeszcze długo wspominała 
Jareda Wolfa... 

- Pani Dodd? O co chodzi? Przepraszam, ale nie 

mogę teraz długo rozmawiać... - Risa! Tu Lark. W 
słuchawce rozległ się jęk. 

-   

O Boże! Gdzie ty jesteś? Ojciec szaleje. Nie, nie 

mów mi, gdzie jesteś. Ojciec ściągnie cię przez policję, 
ani się obejrzysz. Powiedz mi jedno: jesteś cała i 
zdrowa? 

-   

Cała i zdrowa. W każdym razie na ciele. Risa, ja 

nie mogę... 

-   

Czego nie możesz? 

-   

Wyjść za Wesa. To nie jest mąż dla mnie... 

-   

To histeria. Opanuj się, Lark - odparła Risa po 

chwili ciszy. - 

Rozumiem twoje wątpliwości, ale... 

-   

To nie są wątpliwości. To prawie pewność! 

background image

-   

Prawie, prawie! Czy ty wiesz, co narobiłaś, co tu 

się dzieje? Ojciec szaleje. Pan Sherborn się wściekł i 
pojechał do domu. Pani Sherborn płakała... 

-    A Wes? - 

spytała Lark z pewnym poczuciem 

winy, gdyż powinna była od niego zacząć. 

-   

Odczekał dwie godziny i poszedł grać w tenisa. 

Lark powinna była tego oczekiwać. Wes nie 

przejmował się drobiazgami. 

-   

Przykro mi, że z mojego powodu wszyscy są tak 

okropnie nieszczęśliwi - powiedziała z rozmyślną 
złośiiwością. 

-   

Ale wpadłam po prostu w panikę. Teraz czuję się 

już znacznie lepiej, bo jestem tu, a nie tam, gdzie ty. 
Nadal jednak pozostaje podstawowy problem. I 
potrzebuję wiele czasu, by go rozwiązać. Co mi teraz 
radzisz zrobić? 

-   

Wiem jedno: nie wracaj, póki ojciec nie ochłonie. 

Przez parę dni zostań tam, gdzie jesteś. Dużo śpij, 
pływaj, odpręż się. Przede wszystkim to ostatnie. Wtedy 
zaczniesz myśleć racjonalnie i rozsądnie. Powiem ojcu, 
że dzwoniłaś. Ale zrobię to dopiero jutro, kiedy w ogóle 
będzie zdolny słuchać. 

-    No dobrze... Bardzo mi przykro, Risa... 
-   

Niczym się teraz nie martw. Zadzwonisz do 

Wesa?   

Lark z

amknęła oczy. Nie miała odwagi i ochoty 

rozmawiać z Wesem. Tylko nie z nim. 

-   

Zrób to za mnie, siostrzyczko. I wytłumacz mu, że 

musiałam na kilka dni uciec od tych wszystkich 
przedślubnych problemów. Że czuję się dobrze i za parę 
dni dam znać. 

-    Dobrze, 

Lark. Nie martw się niczym. Wszyscy 

bardzo cię kochamy... 

-   

Wiem... Jest jeszcze jedna sprawa: zostawiłam 

samochód na lotniskowym parkingu w Palm Beach. W 
skrytce jest kwit parkingowy i... mój zaręczynowy 
pierścionek. Byłoby lepiej, gdybyś wóz zabrała i 
p

rzechowała pierścionek... 

-    Lark, Lark...! 
-   

Do usłyszenia, moja droga. Wkrótce dam o sobie 

background image

znać. Lark odłożyła słuchawkę i wyszła z kabiny. 

 
Teraz zaczął ją ogarniać sen. Wtuliła się głębiej w 

baranią skórę. Za chwilę zaśnie i zapomni o minionych 
dniach 

udręki. 

Ale powróciło znów na moment wspomnienie 

całkowitego zagubienia po wyjściu z kabiny... 

Co zrobić, dokąd się udać? Widok tłumu 

zdążającego we wszystkie strony ponownie przypomniał 
jej przeszłość, kiedy i ona szła u boku ojca i matki do 
samolotu... Pojedzie do letniego domku z sosnowych bali 
na górskim zboczu... Tam, gdzie niegdyś poznała 
przecudownego chłopca. 

N

agle, tuż przed zapadnięciem w sen, uświadomiła 

sobie, że przez te wszystkie dziewczęce lata zadurzenie 
żyło, rosło w niej, a teraz nagle zmieniło się w głębokie 
uczucie do mężczyzny, który tak brutalnie wypędził ją ze 
swego łóżka. 

 
 

ROZDZIAŁ    DRUGI 

 
Lark obudziła się przed świtem. Nim pierwsze 

promienie słońca zajrzały w okno, już wiedziała, co zrobi. 
W każdym razie w najbliższym czasie. Po prostu tu 
pozostanie. Bo właściwie nie ma dokąd się udać. Musi 
przekonać Jareda Wolfa, by pozwolił jej na kilka dni 
pozostać w dawnym letnim domku Mallorych. 

Była nawet gotowa za to zapłacić, ale Jared musi 

poczekać na pieniądze. Zostało jej niewiele gotówki po 
zapłaceniu biletów lotniczych, motelu w Palm Springs, 
zakupieniu niezbędnych przyborów toaletowych i 
żywności, a następnie wynajęciu samochodu, którym tu 
przyjechała. 

Miała przy sobie karty kredytowe, ale wiedziała, że 

jeśli z nich skorzysta, to ojciec natychmiast ją znajdzie. 
Znała dobrze jego metody. Wykorzysta wszystkie 
znajomości, no a przede wszystkim wynajmie 
detektywów. Ojciec miał już z pewnością jasno wytknięty 
cel: doprowadzić do domu zbłąkaną owieczkę i 

background image

dopilnować, by dotarła do ofiarnego ołtarza. 

A najgorsze, że we własnym przekonaniu robił to dla 

jej dobra. Lark postanowiła, że jeśli miałaby ostatecznie 
wyjść za Wesa, to uczyni to z własnej woli, a nie z woli 
ojca. 

Usłyszała kroki na schodach. Uniosła się na łokciu, 

sprawdzając przedtem, czy prześcieradło dobrze ją 
osłania, Jared zatrzymał się w dole schodów. 
Uśmiechnął się. 

Spałem jak zabity - obwieścił. - A ty? - Krytycznym 

wzrokiem obrzucił jej sylwetkę pod prześcieradłem. 

-   

Wspaniale. Nie ma to jak spać na twardej 

podłodze. Żałuję, że tak późno to odkryłam. 

Po raz pierwszy od ich obecnego spotkania 

roześmiał się. Rysy mu złagodniały i Lark przez chwilę 
widziała dawnego dziewiętnastolatka, tyle że jeszcze 
bardziej czarującego. 

Zaczerwieniła się, uświadamiając sobie ostatnią 

myśl przed zaśnięciem. 

Jego śmiech całkowicie ją rozbroił. Była gotowa 

zrobić dla niego wszystko. 

-   

Chcesz coś zjeść, nim się stąd wyniesiesz? - 

spytał i bez czekania na odpowiedź zniknął w kuchni. 

Zmroził ją, słońce zgasło. Zerwała się z podłogi i 

owinięta prześcieradłem pobiegła na piętro, gdzie szybko 
włożyła dżinsy i bawełnianą koszulę, które kupiła 
poprzedniego dnia w Colorado Springs. Po pięciu 
minutach dołączyła do Jareda w małej kuchni. 

Siedział przy stole, na którym stała duża miska, 

plastykowy dzbanek z mlekiem i pudełko ze 
śniadaniowymi płatkami. Na piecu pyrkała maszynka do 
robienia kawy, z której wydobywał się nęcący aromat. 

-   

Łyżki są w górnej szufladzie kredensu, kubki na 

półce - wskazał gestem dłoni uzbrojonej w łyżkę. - Bierz, 
co chcesz. 

Lark czuła się niepewnie pod jego bacznym 

spojrzeniem i omal nie upuściła wyjętej łyżki. Gdy 
wreszcie usiadła na przeciwko niego za stołem, spytała, 
nadrabiając miną: 

-    Bez intencji krytykowania twojego gospodarstwa 

background image

chciałabym wiedzieć, czy oprócz tego... - z niesmakiem 
wskazała na pudełko z płatkami - masz coś jeszcze do 
jedzenia? 

-    Bez intencji ograniczania twego prawa do wyboru 

pokarmu informuję, że to mi wystarcza. - Zjadł ze 
smakiem łyżkę płatków. - Masz obiekcje do zbożowej 
mieszanki? 

-   

Najmniejszych. Tyle że wygląda to jak zeschłe 

liście i kawałki kory. 

-   

Żywiłaś się kiedyś korą i suchymi liśćmi? 

-   

Jeszcze nie. Ale gdybym spróbowała, to 

smakowałyby pewno jak to, co masz w pudełku. A ty 
jadłeś? 

-   

Oczywiście. Często zjadam na śniadanie korę, 

liście i małe dziewczynki, które zadają głupie pytania. - 
Brązowe oczy spoglądały na nią badawczo. Z 
nonszalancją podał jej pudełko. - Spróbuj. Dobre. 

Nabrała dwie łyżki i zalała mlekiem, 
-   

Kawa już pewno gotowa - mruknął.   

Uniosła pytająco brwi. 
-   

Więc co? 

-   

Więc może nam nalejesz. Bogate dziewczynki też 

chyba czasami nalewają kawę. 

-   

Ośmielam się zauważyć, jeśli sam tego nie 

dostrzegłeś, że już nie jestem dziewczynką. 

-   

Staram się nie dostrzegać. - Spojrzenie, jakim ją 

obrzucił, wywołało na jej twarzy kolejny rumieniec. Miała 
też wrażenie, że drgnęła. Z pewnością nie umknęło to 
uwagi Jareda. - Kubki s

ą na półce. Już to mówiłem. 

Lark nalewała kawę drżącą ręką. Dlaczego on ją tak 

traktuje? Przecież nigdy w życiu nie zrobiła i nie 
powiedzi

ała nic, co by go mogło urazić. A nawet gdyby 

go uraziła, to przecież minęło dwanaście lat. Kto przez 
dwanaście lat może mieć żal o jakiś drobiazg? 

Nie podziękował nawet za podany mu kubek. 

Podniósł go do ust i powoli sączył. 

-   

Musimy porozmawiać - zaczęła niepewnym 

głosem. Twarz mu nagle skamieniała, zrobiła się 
obojętna, tak jak poprzedniego wieczoru. 

Postanowiła nie owijać sprawy w bawełnę: 

background image

-   

Odwołuję się do twojej wyrozumiałości, Jared. 

Potrzebuję Twojej pomocy! Musisz mi pozwolić zostać tu 
przez kilka dni. 

-   

Muszę? - Twarz jeszcze bardziej mu stężała. 

Zignorowała tę uwagę. 

-   

Nie będę wchodziła ci w drogę. Obiecuję. Nie 

przyjechałam do Colorado Springs w poszukiwaniu 
towarzystwa. Wprost przeciwnie. 

-   

Muszę ci pozwolić zostać? - powtórzył z tym 

samym wyrazem twarzy. 

-   

Może źle się wyraziłam. Jestem zupełnie 

zdesperowana. Nie mam się gdzie udać... 

-   

Mam w to uwierzyć? 

-   

I kończą mi się pieniądze... 

-   

Zatrzymaj się. Nazywasz się nadal Mallory, tak? 

Czytałem ostatnio o najnowszym wielomilionowym 
prze

dsięwzięciu twego papy. Wnoszę z tego, że nie brak 

mu pieniędzy i to grubych. - Zwęził oczy. - A może 
uciekasz przed mężusiem? Nie nosisz co prawda 
obrączki, ale w naszych czasach nic nie wiadomo... 

Odczuła pewną przyjemność: Jared zauważył, że 

nic nie ma 

na serdecznym palcu. A może specjalnie się 

przypatrywał, czy coś nosi. Jak to dobrze, że zostawiła 
na Florydzie zaręczynowy pierścionek. 

-   

Nie wyszłam za maż - odparła. Nie dodała 

jednak, że się zaręczyła. To nie było teraz istotne. 

-   

Boże drogi, nie jesteś chyba w kolizji z prawem? 

-   

Nic takiego. Chodzi o... mojego ojca. Usiłuję 

ukryć się przed ojcem. Zrobiłam coś... - Gorączkowo 
myślała nad tym, jak uzyskać sympatię i pomoc Jareda, 
nie wyjawiając mu zbyt wiele. - A właściwie zamierzam 
coś zrobić, czy raczej nie zrobić, wbrew jego woli. Jared, 
on mnie zatłucze, jeśli mnie dopadnie, on musi ochłonąć, 
a ja muszę postanowić, co powinnam zrobić... 

Zakończenie powyższego apelu wypadło bardziej 

emocjonalnie, niż zamierzała. Zrezygnowana opuściła 
głowę. Jared z pewnością nie pozwoli jej zostać. Będzie 
musiała skorzystać z kart kredytowych, żeby wrócić na 
Florydę, gdzie ojciec ponownie ją stłamsi i zmusi do 
respektowania jego woli. 

background image

-    Spójrz mi w oczy, Lark Mallory! 
Zdumiona ciepłym tonem zrobiła, o co prosił. 

Obudziła się w niej nutka nadziei. 

-   

Słucham, Jared? 

-   

Czy twój ojciec wie, że tu jesteś? 

Przesunęła językiem po wyschniętych wargach. Nie 

zamierzała kłamać, Jared od razu by to wyczuł. 

-   

Nie, nie ma pojęcia. 

-   

I gdyby wiedział, zaraz by tu się zjawił? 

-   

Chyba tak... Na pewno tak. Ale wierz mi, że nie 

zniknęłam, żeby go zranić. Nic takiego. Chodzi o mnie. 
Muszę... Muszę pomóc sobie. Muszę przemyśleć wiele 
rzeczy sama. Muszę mieć czas, przestrzeń, samotność. I 
wydawało mi się, że jeśli przyjadę właśnie tu, gdzie 
niegdyś byłam taka szczęśliwa... - Jęknęła. - Jakże mam 
ci to wytłumaczyć? 

-    Nawet nie próbuj. - 

Wstał. Przegrałam, 

pomyślała. 

-   

Nawet nie próbuj mi dalej wyjaśniać, bo wszystko 

rozumiem. Góry działają przedziwnie na ludzi, choć oni 
nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Każdy, kto znajdzie 
się w górach, musi się zmienić. A ty spędziłaś tu sporo 
czasu, dość, aby to pojąć. Tak, rozumiem, dlaczego 
wróciłaś... - Ruszył ku drzwiom. 

-    Wiec mnie nie wyrzucisz?! - 

krzyknęła za 

odchodzącym. 

-   

Tego nie powiedziałem. 

-   

Zapłacę ci, jeśli pozwolisz mi zostać. Nie mam 

przy sobie wiele gotówki, ale obiecuję, że zapłacę. 

-   

Czy musisz mnie obrażać? - Pogardliwie 

wykrzywił usta. - Wam, Mallorym, wydaje się, że 
wszystko można kupić. - Wyszedł. 

La

rk została sama, nie mając pojęcia, co robić dalej. 

Jared zeskoczył z ganku i skręcił w lewo, w kierunku 

młodego osikowego lasu, którym obrastał górski stok tuż 
za domem. Osiki zadomowiły się tu po pożarze, jaki 
strawił gęstwinę sosen i nawet zagroził letniemu domowi 
Mallorych. 

Pożar nastąpił z wyniku nieostrożności Drake'a 

Mallory'ego i to był jeden z wielu powodów niechęci 

background image

Jareda do tego człowieka. 

 
Między osikami, pod ich koronkowym listowiem, 

powstał dziki ogród pełen kwitnących krzewów i 
słoneczników. Jared z miłością spoglądał na swoje 
królestwo, chociaż myślami tkwił w tym, co przed chwilą 
usłyszał. 

A więc mała Mallory ukrywa się przed ojcem. Jared 

może jej w tym pomóc... jeśli będzie chciał. Kusząca 
perspektywa. Nie interesowało go oddawanie przysług 
córce człowieka, którego nie znosił, ale dlaczego nie 
skorzystać z okazji zrobienia na złość temu wstrętnemu 
typowi? Jared obszedł dom. Na jego tyłach zobaczył 
samochód Lark. Nie zauważył go, wracając wieczorem. 

Jareda nie obchodziło, dlaczego Lark uciekła z 

domu. Z pewnością miała ważny powód. Dziewczyna 
wyglądała na załamaną. Jest niepewna siebie i wyraźnie 
nieszczęśliwa. Pamiętał ją jako pełną energii, zawsze 
roześmianą osóbkę, jeszcze dziecko. Co ją tak zmieniło? 

Ale co go to właściwie obchodzi? Jeśli pozwoli jej 

zostać, to dla zadośćuczynienia własnej potrzebie 
dokuczenia nielubianemu człowiekowi, a nie dla jej 
przyjemności. 

Obiecał matce, że nie będzie szukał na tym 

człowieku zemsty, której tak bardzo pragnął. Matkę 
bardzo kochał i ponieważ o to prosiła, uległ. Ale nie 
obiecał, że zapomni o licznych afrontach wobec własnej 
rodziny. I nie obiecał, że przebaczy. Nawet teraz nie był 
gotów przebaczyć. 

Jared Wolf czekał spokojnie na okazję i jego 

cierpliwość została nagrodzona. Jeśli zatrzyma u siebie 
Lark, 

to będzie mógł w każdej chwili zwabić samego 

Drake'a Mallory'ego. A wtedy mu powie, co o nim sądzi. I 
to będzie jego zemsta. 

Jared uśmiechnął się do siebie. Ale okazja! Ileż to 

może wydarzyć się w ciągu jednego dnia. Ileż zmienić. 

 
W drodze z Denver zatrz

ymał się poprzedniego dnia 

po południu w Cripple Creek u siostry. Siostra i 
siostrzeniec byli radością jego życia. Mały Jared niczego 

background image

się nie bał i jeśli wujek Jared będzie w przyszłości miał 
coś do powiedzenia w sprawie jego wychowania, nic go 
nigdy w życiu nie zaskoczy i nie przestraszy. 

-   

Przestań szaleć, wujku Jaredzie - usłyszał za 

sobą głos siostry. - Na małego czas spać. Jeśli się za 
bardzo rozbryka, to mi nie zaśnie. 

Jared obrócił się w stronę Jenny. Za jej szeroki 

uśmiech odpłacił też uśmiechem. Jenny miała 
dwadzieścia trzy lata. Była o osiem lat młodsza od brata. 
Ale mimo tej różnicy wieku rodzeństwo było bardzo 
zżyte. Jared kochał siostrę i nauczył się także szanować 
ją za roztropną postawę życiową. Samotnej młodej 
kobiecie trudno jest 

wychowywać dziecko, ale Jenny 

świetnie sobie z tym radziła. 

Śmiejąc się, zbiegła lekkim krokiem z werandy 

malutkiego domku prosto w głęboką trawę i porwała 
małego Jareda z ramion brata. Przytuliła główkę dziecka 
do piersi. Długie czarne włosy zawirowały, kryjąc twarz 
matki i dziecka. Gdy odgarnęła włosy, intensywnie 
niebieskie oczy tryskały radością. Cieszyła się z powodu 
niespodziewanej wizyty brata. 

-    Zostaniesz na kolacji? - 

spytała. 

-   

Bardzo bym chciał, ale... - Jared zawahał się, 

spoglądając w kierunku odległych szczytów Sangre de 
Cristo na zachód od Cripple Creek. Historyczne 
miasteczko przy kopalniach złota spoczywało w głębokiej 
wulkanicznej niecce Gór Skalistych, ponad trzy tysiące 
metrów nad poziomem morza. Jenny sprowadziła się tu 
wkrótce po uro

dzeniu małego Jareda, uważając, że jest 

to doskonałe miejsce do wychowania dziecka. 

Jared podzielał tę opinię, chociaż utrudniało mu to 

wizyty u siostry. Zbyt daleko. Teraz pochylił się nad 
Jenny, pocałował ją w czubek głowy i dokończył 
poprzednią myśl: 

-   

Bardzo bym chciał, ale nie mam już czasu. 

-   

Jedziesz do Denver? Głową wskazał zachód. -   

Do leśnej pustelni? 

-   

Aha. Mam to i owo do przemyślenia. Potrzebuję 

trochę spokoju. 

Jenny usiadła na stopniach ganku. 

background image

-   

Jeszcze nie podjąłeś decyzji? Zajął miejsce obok 

siostry. 

-    Nie. 
-    Dlaczego? To do ciebie niepodobne. 
Miała rację. Rzadko się wahał przed zrobieniem 

ważnego kroku. 

-   

Tym razem krok jest bardzo poważny, Jen. 

Zbudowałem firmę od podstaw, ale Wolf Cache Systems 
nie daje mi już tej samej frajdy co dawniej i powinienem 
machnąć na to ręką i pozbyć się ciężaru. Tylko że nie 
rysuje mi się nic ciekawszego. 

-   

Mógłbyś zająć się trochę własnym życiem, 

braciszku. - 

Jenny mówiła łagodnym, ale przekonującym 

tonem. - 

Weź pieniądze i zmykaj. Zajmij się 

ranczerst

wem, załóż kolejną firmę... - Pocałowała go w 

policzek. - 

A najlepiej znajdź sobie miłą dziewczynę i 

zakochaj się. Albo daj się znaleźć... 

-   

Czytałaś zbyt wiele romansów, Jennifer. W życiu 

tak nie bywa. - 

Pociągnął małego Jareda za ucho, czym 

wywołał radosny śmiech dziecka. - Przed powrotem do 
mojej górskiej kryjówki muszę jeszcze to i owo kupić, 
więc ruszam, w drogę. Może ci jeszcze w czymś pomóc? 

-   

Nie, dziękuję. Wszystko, co trzeba, zrobiłeś. 

Jared sięgnął do portfela w tylnej kieszeni spodni. 

-    Potrzebna ci gotówka? 
-   

Nie, dziękuję. Wystarczy nam to, co mamy. 

Wahał się, trzymając portfel w dłoni, 

-   

Może jednak? Daj mi sobie pomóc. 

-   

Naprawdę nie potrzeba. Już mi dość pomogłeś. 

No, jazda, jedź sobie do letniego zimowiska, prześpij 
całe lato. Wytrzymamy bez ciebie. - Uśmiechnęła się 
przy tym czule. 

Cmoknął siostrę w czoło, wsiadł do land rovera i 

odjechał. Był zły, że Jenny nie chciała wziąć pieniędzy. 
Kupił jej ten domek i założył konto. Pieniądze 
przeznaczone były na wychowanie i wykształcenie 
małego Jareda. Tyle Jenny przyjęła, ale nie chciała nic 
więcej, postanawiając sobie sama dawać radę. Uparta 
dziewczyna, dumna, zdecydowana iść przez życie o 
własnych siłach, 

background image

Jared był właściwie taki sam. Wszyscy Wolfowie byli 

tacy sami. Może to dziedzictwo po pradziadku Indianinie 
ze szczepu Ute, a może po irlandzkiej prababce, W 
każdym razie Jared i Jenny mieli owej dumy i 
samodzielności aż w nadmiarze. 

Zakupy zrobił w Cripple Creek, gdyż górski sklepik 

był zamykany przed zmrokiem, a przed sobą miał 
jeszcze długą drogę. 

Ułożywszy paczki w tyle wozu, ruszył do domu. 

Leśny dom Wolfów był i zawsze będzie dla mnie 
rodzinnym domem, pomyślał. Nawet przez te lata, kiedy 
do Wolfów nie należał, też nazywał go domem 
rodzinnym. Górskie uroczysko przyciągało Jareda jak 
magn

es, a sam budynek wzniesiony własnymi rękami 

przez dziadka i przez niego urządzany, był zawsze dla 
Jareda miejscem świętym, miejscem wytchnienia. 

Póki ten drań Mallory nie położył na nim łapy. 
Odzyskanie domu po latach upokorzenia sprawiło 

Jaredowi większą satysfakcję niż wszelkie sukcesy w 
interesach. Z pewnością większą, niż przekształcenie 
małej firmy składowania dysków komputerowych w 
wielomilionowy biznes. A wszystko to było jego własnym 
dziełem. Cieszył się z sukcesu, ale nie traktował go jako 
celu samego w sobie. 

Odegranie się na Mallorym sprawiłoby Jaredowi 

satysfakcję niemal równą odzyskaniu domu Wolfów. 
Jednakże jeszcze poprzedniego dnia nic nie 
zapowiadało, że pojawi się podobna okazja. 

Zresztą poprzedniego dnia Jared nie myślał o 

żadnej wendecie. Jadąc najpierw w zapadającym mroku, 
a potem w ciemnościach górską krętą gruntową drogą, 
myślał o decyzji, jaką musi wreszcie podjąć. 
Ofiarowywano mu górę pieniędzy za koncern Wolf 
Cache Systems. Przyjąć czy odrzucić? 

Drogę, którą jechał, znał na pamięć. Setki razy 

przemierzył ją w dzień i w nocy. Znał każde 
wybrzuszenie i dziurę, każdy odchodzący w bok szlak i 
każdy górski dom. Jak zawsze serce zabiło mu mocniej, 
gdy przekraczał strumyk na skraju polany. Stąd już 
dostrzegał sylwetkę domu jeszcze ciemniejszą niż leśne 

background image

tło. Podjechał, zatrzymał wóz, wyłączył silnik i siedział 
przez kilka minut przy opuszczonych szybach, 
wdychając słodkie powietrze domu, jego domu, i 
przyzwyczajając wzrok do mroku. 

Poczuł jeszcze coś! Słodkiego i... kobiecego. 
C

zujny wyszedł powoli i bezszelestnie z wozu. 

Coś tu było nie tak, jak powinno być. Sam nie 

wiedział, co wzbudziło jego czujność, odbierał tylko 
sygnały. Był tu przed dwoma dniami z pierwszą partią 
zapasów na lato. Od dwu dni nastąpiła jakaś zmiana. 

No i wk

rótce dowiedział się, kto jest intruzem. A przy 

okazji... O właśnie, pojawiła się okazja. Cierpliwość się 
opłaciła. 

 
Po czterdziestu pięciu minutach Jared powrócił do 

domu równie niespodziewanie, jak poprzednio wyszedł, 
czym zaskoczył Lark, która zamiatała podłogę. 

Paroma zdecydowanymi krokami przemierzył izbę i 

stanął przed dziewczyną, wpatrując się intensywnie w jej 
oczy. Wstrzymała oddech, oczekując wyroku. Była 
pewna odmowy. Tymczasem on delikatnie ujął jej 
podbródek i uśmiechnął się. 

-   

Możesz przez jakiś czas zostać, ale na pewnych 

warunkach - 

powiedział. 

Odważnie wytrzymywała badawcze spojrzenie. 
-    Na jakich? 
-   

Na początek odwrócimy role. 

-    Odwrócimy role? - 

Zmarszczyła brwi. - 

Niezupełnie rozumiem, 

-   

Ja rozkazuję, a ty robisz, co ci każę. 

-    Robi

ę, co mi każesz...? 

-   

Zajmujesz się domem. Gotujesz i sprzątasz. I 

robisz wszystko inne, co ci każę. 

-    Wszystko?! - Bardzo niebezpieczna sytuacja... 

Co on może mieć na myśli? 

Znowu się uśmiechnął i Lark natychmiast 

zapomniała o swoich zastrzeżeniach do słowa 
„wszystko". 

-   

Tak, wszystko. Nie mam zamiaru robić ci 

krzywdy. Możesz mi ufać. 

background image

-   

Ty chyba ze mnie żartujesz. Wszystko! A jeśli nie 

będzie ci się podobało, co i jak robię, to mnie wyrzucisz, 
tak? 

-   

O nie. Po prostu zadzwonię do tatusia. 

 
Była to poważna groźba. A może obietnica? Jego 

spojrzenie paliło, oczy gorzały. Zdała sobie sprawę, że 
ma do czynienia z bardzo niebezpiecznym człowiekiem. 
Czy to nie ryzykowne dobrowolnie poddać się jego woli? 
Ale czy istnieje jakaś alternatywa? Owszem, doczołgać 
si

ę na Florydę, błagając o przebaczenie... Nigdy! 

-   

Zgadzam się na to „wszystko" - odparła z 

westchnieniem. - 

Wiem, że uważasz mnie za trutnia i 

chcesz mnie poddać próbie albo upokorzyć, ale ci 
oświadczam, że umiem gotować, lubię to robić, jestem 
porządnisia i umiem sprzątać, chociaż tego nie lubię. I 
nie mam zamiaru narzucać się ze swoją osobą, wprost 
przeciwnie, przyjechałam wyłącznie po to, żeby być 
sama ze sobą. Akceptuję warunki. - Impulsywnie 
wyciągnęła rękę. 

Spojrzał na nią, chwileczkę odczekał, a potem ujął w 

swoją dłoń. 

Poczuła mrówki w całej ręce aż do ramienia, które 

kiedyś boleśnie nadwerężyła i wtedy także tysiąc 
szpileczek kłuło ją od czubków palców aż po bark. 

Językiem zwilżyła suche wargi i spytała: 
-    Odpowiesz mi na jedno pytanie? 
-    To zale

ży. 

Dlaczego on nie puszcza jej dłoni? Skórę ma suchą, 

ciepłą ale szorstką. Pewno ciężko zarabia na życie... 
Cała jej ręka aż po ramię wydawała się sparaliżowana. 
Ale tak jakoś miło. 

-   

Dlaczego tak mnie nienawidzisz? Myślałam... 

kiedyś... byliśmy przyjaciółmi. Co ja ci takiego zrobiłam? 

Puścił jej dłoń, obrócił się na pięcie i wyszedł. 
Stała jeszcze długo z podbródkiem opartym na 

drążku szczotki i zastanawiała się, jakąż to Jared może 
mieć do niej pretensję. O co? W każdym razie chodziło o 
coś, co wydarzyło się bardzo dawno temu. 

Jared był wówczas cichym, ciężko pracującym 

background image

chłopcem. 

Robił wszystko, co mu kazano. Robił to dobrze i bez 

protestu: załatwiał zakupy, rąbał drewno, dokonywał 
drobnych napraw, wycinał krzaki i małe drzewa, gdyż 
Drake Mallory chciał mieć wolną przestrzeń wokół domu. 
Zauważyła, że od tamtych czasów większość krzaków 
już odrosła. 

I chyba ją lubił. Tak w każdym razie sądziła. Przykro 

byłoby wiedzieć, że się myliła. Zachowywał pewien 
dystans w stosunku do rodziny Mallorych, ale do niej 
od

nosił się inaczej... jakby czule, a w każdym razie nieco 

przyjaźniej. 

Wszędzie za nim chodziła, jeśli nie miał nic 

przeciwko temu. Risa flirtowała z nim na całego, matka 
go ignorowała, a ojciec... 

No cóż, Drake Mallory traktował Jareda tak jak 

każdego innego podwładnego. To chyba naturalne. 
Ojciec ostrym tonem wydawał dyspozycje i nigdy nie 
zwracał uwagi na to, co inni mogą odczuwać. W kilku 
wypadkach, kiedy Jared żachnął się na otrzymane 
polecenie, ojciec stawał się nieprzyjemny, a nawet bywał 
obrażliwy, póki chłopak nie podporządkował się jego 
woli. I zawsze go do tego zmuszał. 

Ale to jeszcze nie powód do nienawiści. Skąd ten 

głęboki uraz Jareda? Zadała sobie po raz pierwszy to 
pytanie. Jako czternastolatka przypuszczała, że Jareda 
mało obchodzi zachowanie ojca, bo gdyby go 
obchodziło, obróciłby się na pięcie i więcej dla Mallorych 
nie pracował. Obecnie takie wyjaśnienie nie wystarczało. 

Ten nowy Jared Wolf jest dumnym mężczyzną. I z 

pewnością tę dumę posiadał już jako chłopak. Nie 
pracował chyba dla pieniędzy, ponieważ ojciec płacił mu 
grosze. Jared z pewnością zarobiłby więcej i łatwiej 
gdzie indziej. Dlaczego więc trzymał się Mallorych i tego 
domu? 

Domu! Czyż nie to właśnie jest kluczem do zagadki: 

umiłowanie tego miejsca, domu? 

Jared poszedł przez las do gorących źródeł 

odległych o blisko trzy kilometry. Usiadł na potężnym 
głazie i zapatrzył się na mały wodospad, z którego do 

background image

skalnej niecki spływała parująca woda. 

Usta wykrzywił mu zły uśmiech. Czas zapłaty, 

powtarzał sobie w duchu. Nadszedł czas zapłaty! 

Jeśli zemstę można porównać do tortu, to Lark 

Mallory była zdobiącym go kremem. 

Jakże długo czekał na ten słodki deser. Niemalże z 

lubością oblizał wargi. 

 
 

ROZDZIAŁ    TRZECI 

 
Lark miała szczery zamiar wywiązać się z zawartej 

umowy. Nie tracąc czasu na dalsze rozważania na temat 
motywów zachowania Jareda, zabrała się do pracy i 
zaczęła myć i szorować wszystko, co tylko wpadło jej 
pod rękę. Jared się myli, jeśli myśli, że ona jest 
cieplarnianym kociakiem. Przez dwa lata, spędzone z 
matką w Miami, wiele się nauczyła... Nie, nie będzie 
wracała teraz do tych wspomnień. 

Nauczyła się również wiele przez kilka miesięcy 

samotnego życia. Była bardzo szczęśliwa w swoim 
malutkim mieszkanku, póki ojciec nie dostał ataku serca i 
nie musiała czym prędzej wracać do wielkiej rezydencji 
na Jupiter Island. 

Myślała sobie wówczas, że skoro tak bardzo 

zawiodła matkę i dźwiga pokaźny ciężar winy, to nie 
może z kolei zawieść ojca. Na jego władcze skinienie 
powróciła do rodzinnego domu. 

Dość wspominania przeszłości! Skończyła 

sprzątanie i zabrała się do przyrządzania południowego 
posiłku. Podgrzała zupę z puszki i przygotowała kilka 
kanapek z serem. Usiadła za stołem i czekała na Jareda. 
Czekała długo. Nim się pojawił, zupa ostygła, a kanapki 
zeschły się na wiór. Jared jakby nigdy nic 
przemaszerował przez kuchnię i rzucił na patelnię 
srebrzystą rybę. 

Górski pstrąg - wyjaśnił. - Będzie świetna kolacja. 

Lark przyszła do głowy przedziwna myśl, kiedy tak 

patrzyła to na Jareda, to na rybę: samiec polujący dla 
swej samicy. 

background image

-   

Ryby jeszcze nigdy nie patroszyłam - przyznała 

cienkim głosem, 

-   

Nigdy nie jest za późno - odparł nieco rozbawiony 

jej szczerością. Dotknął kubka. - Ooo, mamy dziś zupę 
na zimno? 

-   

Była gorąca, ale ostygła. Udało mi się rozpalić 

piec... Jeśli poczekasz kilka minut... - Wzięła kubek, żeby 
przelać zawartość do garnka. 

Powstrzymał ją, chwytając za rękę. Znowu poczuła 

te mrówki, jakby jego dotyk elektryzował ją. 

-   

Nie trudź się. 

-   

To żaden trud. 

-    Siadaj, jest dobra taka, jaka jest. 
Usiadła i żeby pokryć zakłopotanie, zaczęła małymi 

łyczkami popijać zupę, przyglądając się Jaredowi spod 
opuszczonych powiek. 

Chcąc przerwać głuche milczenie, powiedziała: 
-   

Nastąpiło wiele zmian od czasu, kiedy byłam tu 

po raz ostatni. 

Twarz mu pociemniała. 
-   

Przywróciłem wszystko do poprzedniego stanu. 

Tak jak zawsze było i powinno było pozostać. Twój 
ojciec... Tak, twój ojciec wszystko pozmieniał. Wszystkie 
meble wyrzucił do szopy, która przeciekała, założył 
elektryczność, zainstalował nowoczesną hydraulikę... 

-    Bardzo mi przykro! - 

Lark przeprosiła za ojca dla 

świętego spokoju, chociaż zupełnie nie rozumiała, 
dlaczego założenie elektryczności i doprowadzenie wody 
miałoby być przestępstwem i budzić w Jaredzie wrogie 
uczucia. 

-   

Ty nadal nie rozumiesz, dlaczego jestem wściekły 

na twego ojca? - 

spytał Jared, jakby czytał w jej myślach. 

-    Nie - 

przyznała. - Większość ludzi nazwałaby to, 

co zrobił ojciec, wartościową modernizacją. 

-   

Może to zrozumiesz, a może nie. Być może 

obracamy się w światach odmiennych wartości... - 
Milc

zał przez dłuższą chwilę, przyglądając się z 

dezaprobatą nieco zdumionej Lark. - Leśny dom 
Wolfów... jest moim gniazdem rodzinnym. Wyrwanie 
tego domu z łap tego... Drake'a Mallory'ego, sprawiło mi 

background image

więcej frajdy niż cokolwiek innego w całym moim 
dotychczaso

wym życiu. 

-   

Ja nic nie wiedziałam... Wiec ten dom był dawniej 

w twojej rodzinie? 

-   

Zbudował go mój pradziadek w roku tysiąc 

dziewięćsetnym. Mogę się mylić o rok. Własnymi rękami. 
Zbudował go dla swej żony, a mojej prababki. Mieszkali 
tu do końca życia. Jego dziełem są również te meble, 
które twój ojciec wyrzucił na śmietnik. 

-    Do szopy - 

poprawiła Lark. - Ale przed blisko 

stuleciem musiała tu być prawie puszcza. Absolutne 
pustkowie! 

-   

Oczywiście. I dlatego pradziadek wybrał to 

miejsce. Nazywa się Wilcza Przełęcz. Teraz, kiedy 
mówię, że nazywam się Wolf, niektórzy sądzą, że jestem 
potomkiem niemieckich imigrantów. Nikomu nie 
przychodzi do głowy, że chodzi o wilka. Mój pradziadek 
był Indianinem ze szczepu Ute. Nazywał się Wilcza 
Głowa. Moja babka była Irlandką. Chcieli żyć tu sami. Bo 
ani ona wśród Indian, ani on wśród białych żyć nie mogli. 

-    Czy nie chcieli?   
Roześmiał się szyderczo. 
-   

Czy ty wiesz, dziewczyno, co to były za czasy? 

Życie Indianina u boku białej kobiety i białej kobiety u 
boku Indianina byłoby piekłem zarówno w środowisku 
białych, jak i Indian.   

-   

I co było potem?   

Wzruszył ramionami. 
-   

Ich dzieci i dzieci ich dzieci żyli sobie długo i 

szczęśliwie. Pochodzę ze szczęśliwej rodziny, w której 
żyłach płynie krew indiańska, irlandzka, meksykańska, 
niemiecka i angielska. Być może jeszcze o którejś nie 
wiem. I jestem bardzo dumny ze swego pochodzenia. 

Lark przyglądała mu się z nie ukrywanym 

zachwytem i podziwem. Dopiero teraz w jego rysach 
odkrywała cechy, które odziedziczył po swych 
przodkach. I od każdego z nich Jared otrzymał co 
najlepsze. Czyż to nie jest oczywiste? Że też tego nie 
spostrzegła wcześniej. 

-   

Opowiedz mi więcej o swojej rodzinie! Bardzo cię 

background image

proszę. 

-   

I tak za wiele mówiłem. Skończmy z głupstwami i 

porozmawiajmy o poważniejszych sprawach. 

-   

O poważniejszych sprawach? Jakich?- spytała z 

lękiem w głosie. 

-   

Ukrywasz się przed ojcem. Czy dobrze 

zrozumiałem?   

Skinęła głową. 
-   

Więc jeśli nie chcesz, żeby cię znalazł, to trzeba 

szybko oddać wypożyczony samochód do firmy... 

-   

Dlaczego? Przecież zapłaciłam gotówką. 

-    Ale spisali dane z prawa jazdy i karty kredytowej 

jako gwarancji? 

-   

No tak, ale przecież... 

-   

Żadne przecież. Jeśli twój ojciec cię szuka, to 

lada chwila może trafić na ślad przez firmy wynajmu 
samochodów. Kiedy się dowie, że dotarłaś do Colorado 
Springs, natychmiast skojarzy to z tym domem. 

-   

O Boże, nie pomyślałam o tym. Ale jeśli pojadę 

zwrócić wóz, to jak wrócę? 

-   

Pojedziesz jutro. Kiedy będziesz zwracała 

samochód, wypsnie ci się „przypadkowo" informacja, 
która skieruje twojego ojca na fałszywy ślad. Pojadę za 
tobą land roverem i przywiozę z powrotem. 

-   

Co oznacza, że ja... - Nie dokończyła myśli, że od 

tej chwili będzie całkowicie zależna od Jareda, nie 
mogąc się nigdzie ruszyć, gdyby zaszła potrzeba. 

-   

Co oznacza, że pozostaniesz w mojej mocy, na 

mojej łasce. Czy to cię bardzo przeraża, Lark Mallory? 

On ma nieprawdopodobną umiejętność 

odgadywania moich myśli. Ale ja się nie dam. 

-   

Wcale mnie nie przeraża - odparła, patrząc mu 

prosto 

w oczy. Była to nawet podniecająca perspektywa. 

I to ją dopiero przeraziło, 

 
Jej pierwszy wyczyn kulinarny - 

smażony pstrąg - 

Jared obwieścił jako prawdziwy sukces. Inna rzecz, że 
sam się do niego przyczynił, patrosząc pstrąga, czego 
sama nigdy by nie dok

onała. 

Po kolacji Jared zniknął, a Lark sprzątnęła ze stołu i 

background image

zabrała się do zmywania. Coraz lepiej się orientowała, 
gdzie co się znajduje. Chociaż Jared przywrócił dawne 
dość prymitywne umeblowanie, miał na tyle rozsądku, by 
nie rezygnować z zainstalowanego przez ojca 
wodociągu i generatora potrzebnego do dość 
staroświeckiej, ale spełniającej swe podstawowe funkcje 
lodówki. Elektryczności jednak nie było, tylko naftowe 
lampy, i gotować trzeba było na dwu fajerkach pieca na 
drewno. Lark uważała to za bardzo romantyczne. 
Zresztą ten budynek z bali, postawiony na ukwieconej 
polanie, prawie na szczycie zalesionej góry, z 
szemrzącym strumykiem w pobliżu, był zawsze dla niej 
niemal czarodziejskim miejscem. Odwiesiła ścierkę i 
wyszła na drewnianą platformę na zewnątrz, aby 
podziwiać krajobraz. Tę platformę kazał wybudować 
ojciec i Jared jej nie rozebrał, gdyż i on doceniał widok, 
jaki się stąd roztaczał. 

Wstrzymała oddech, patrząc na te cudowne góry już 

ciemniejące przed nocą. Wsparła się o drewnianą 
balustradę i chłonęła nastrój pełnego spokoju. 

Dobrze, że tu przyjechała. 
-   

Indianie nazywali je Błyszczącymi Górami.   

Drgnęła, Jared całkowicie ją zaskoczył. Nie słyszała 

jego kroków. 

-   

Są przepiękne. Wszystko tu jest piękne... - 

powiedziała cicho. 

-   

Nie przeszkadza ci ta wysokość? Jesteśmy 

ponad trzy tysiące metrów nad poziomem morza. 
Niektórzy źle się czują na tej wysokości. 

-   

Przecież bywałam tu. Nic się nie zmieniło. W 

ogóle nie odczuwam wysokości. Czasami tylko, po 
większym wysiłku, mam krótki oddech... Dawniej też. 

-   

Dużo pij i przez następne kilka dni oszczędzaj 

siły. Nie odczuwasz bólu głowy? 

-    Nie. 
-   

Zuch dziewczynka. Nie posądzałem cię o to. 

Cóż miała odpowiedzieć na ten wątpliwej wartości 

komplement i dość uwłaczające określenie 
„dziewczynka"? 

Zanim zdążyła wymyślić coś uszczypliwego, stanął 

background image

koło niej, wspierając dłonie o balustradę. 

-    Przecudowny widok nawet w nocy - 

powiedział 

głosem pełnym niekłamanego rozmarzenia. 

Spojrzała na niego z ukosa, nieco zdziwiona tym 

romantycznym wynurzeniem. 

-   

Tak, w pełni się z tobą zgadzam. Te góry robią na 

mnie większe wrażenie teraz niż niegdyś. Wówczas po 
prostu były, widziałam je i traktowałam jak coś, co po 
prostu istnieje... Mało pamiętam z tamtych czasów, bo 
nie starałam się poznać nazw roślin, krzewów czy drzew. 
Nie wiem, jak się nazywają tutejsze zwierzęta, nie znam 
nazw poszczególnych szczytów. Wiem tylko, że jest tu 
szczyt Pikes. Ale to wie każdy, bo jest najwyższy. 

-   

Otóż „każdy" wie źle. Pikes jest potężnym 

szczytem, ale nie najwyższym. 

-    Co ty mówisz! 
-   

W Kolorado jest trzydzieści wyższych szczytów. 

Pikes jest najpotężniejszym w pierwszym łańcuchu. 
Pierwszy, jaki dostrzegali zdążający na Zachód 
osadnicy-

pionierzy, kiedy zbliżali się od Wschodu. 

Przez minutę milczeli, wpatrując się w panoramę 

gór. Potem Jared wskazał na odległy zarys poszarpanej 
grani na tle nieco jaśniejszego nieba: 

-   

To jest łańcuch Sangre de Cristo. Legenda mówi, 

że hiszpański duchowny ujrzał o zachodzie słońca 
zalane ostatnimi promieniami turnie i wykrzyknął: „Krew 
c

hrystusowa". I ta nazwa przylgnęła. Przedziwne bywają 

źródła nazw gór i górskich szczytów... 

Podczas ich rozmowy zapadł całkowity zmrok. 

Szmer ostrzegł Lark, że Jared postąpił o krok. Czyżby...? 
Czego oczekiwała? Obróciła w jego kierunku głowę i 
stwierdziła, że kieruje kroki w stronę domu. Lekcja 
geografii skończona... Szkoda. 

-   

No cóż, musimy uprzątnąć jakieś pomieszczenie, 

żebyś miała gdzie spać - rzucił za siebie. - Chyba że 
wolisz dalej spać na tej baraniej skórze albo... dołączyć 
do mnie. - 

Zatrzymał się i obrócił ku niej. 

Na szczęście ciemności skryły jej spurpurowiałe 

policzki. 

-   

Nie, dziękuję, wybieram którąś z sypialni. 

background image

 
Następnego dnia rano, zaraz po śniadaniu, 

wyruszyli do Colorado Springs. Jared jechał pierwszy 
land roverem. Lark miała duże trudności, by dotrzymać 
mu tempa i koncentrując całą uwagę na prowadzeniu, 
traciła przecudowne widoki. Pocieszała się, że w 
powrotnej drodze będzie tylko pasażerem, 

Jared zatrzymał się na parkingu malutkiego 

terminalu lotniczego w Colorado Springs, podczas gdy 
Lark zwracała wóz w agencji wynajmu. Uprzejma 
urzędniczka spytała ją, jak udała się górska wycieczka. 
Lark odparła, że świetnie i że zamierza z kolei odwiedzić 
Albuquerque. Na oczach urzędniczki przeszła ze 
specjalnie zabraną podróżną torbą do głównego holu 
lotniska, minęła wszystkie stanowiska, a następnie 
wyszła odległymi drzwiami, za którymi czekał już na nią 
Jared. Wsiadła szybko do wozu i skuliła się na siedzeniu, 
by nikt jej nie zauważył podczas wyjazdu z lotniska. 

-   

Udało się! - wykrzyknęła radośnie. - Zmykajmy 

szybko stąd. Nie podniosę głowy, póki nie wyjedziemy 
na pustkowie. - 

Miała głęboką nadzieję, że ewentualni 

detektywi, wynajęci przez ojca, dadzą się zmylić i 
pognają do Albuquerque. 

Kiedy wyjechali na wąską stromą drogę wiodącą w 

góry, Lark 

się wyprostowała i wzdychając, obejrzała za 

siebie. 

-   

Żałuję, że nie mogliśmy się zatrzymać w mieście. 

Wiem, że jest tam tyle ciekawych rzeczy, których nigdy 
nie widziałam. Ilekroć przejeżdżaliśmy z ojcem przez 
wiktoriańskie Old Colorado City albo koło muzeum figur 
woskowych Dzikiego Zachodu, prosiłam, żeby się 
zatrzymał, bo chcę to obejrzeć. Risa też bardzo chciała. 
Nigdy nam nie pozwolił. 

-   

Chcesz mi powiedzieć, że przez te wszystkie lata, 

kiedy z rodziną przyjeżdżaliście tu na wakacje, ani razu 
nie 

zatrzymaliście się w mieście, ani nigdzie po drodze? 

-    Ani razu. Z lotniska prosto do domu w górach. Z 

gór prosto na lotnisko. Nie żartowałam, kiedy ci wczoraj 
powiedziałam, że o tych górach prawie nic nie wiem. 

-   

Turyści!      -    W    jego      ustach      słowo    to   

background image

zabrzmiało obraźliwie. - No cóż, nauczysz się paru 
rzeczy teraz. Wjeżdżamy na Przełęcz Ute. Nie daj Boże 
trafić tu na burzę śnieżną i dmiący wiatr. Łatwo było 
zrozumieć, dlaczego droga stawała się w zimie 
nieprzejezdna. Wąskie pasemko wykute w czerwonej 
skale, po obu stronach potężne kamienne ściany. Teraz 
napotykali licznych rowerzystów korzystających z 
dobrodziejstwa dwudziestu czterech biegów. Lark 
czytała gdzieś, że Kolorado stało się nowym rajem dla 
pragnących wielkiej przygody rowerzystów. 

Wkrótce dotarli do miasteczka Woodland Park. 

Tablica przy głównej ulicy obwieszczała wzniesienie dwa 
tysiące pięćset metrów ponad poziomem morza. 

-    Dlaczego w miastach Kolorado na tablicach przy 

wjeździe podawana jest wysokość, a nie liczba ludności, 
jak w innych stanach? - 

zastanawiała się głośno. 

Jared wzruszył ramionami. 
-   

Bo ja wiem. Może dlatego, że większość 

mieszkańców Kolorado myśli tak jak ja: duża liczba 
mieszkańców to żadne dobrodziejstwo. Wolimy pustą 
przestrzeń. Natomiast wzniesieniem nad poziom morza 
można się pochwalić. 

Gdy opuszczali miasto, Lark zauważyła tablicę, 

która wywołała uśmiech na jej twarzy: TAM DALEJ JEST 
JUŻ TYLKO CRIPPLE CREEK. 

-   

Tam właśnie się udajemy - wyjaśnił Jared. - Mam 

to i owo do kupienia. No bo skoro jest jeszcze jedna 
gęba do żywienia... - Obrzucił ją krótkim krytycznym 
spojrzeniem. - 

Chociaż wiele nie potrzeba. Chudziutka 

jesteś, z pewnością mało jesz... 

Lark przypomniała sobie uwagę konsultantki ślubnej 

i obronny argument Risy. Powtórzyła go teraz: 

-    Nie ma kobiet zbyt bogatych i zbyt chudych. 
-   

Ja tam wolę kobietki z odrobiną mięsa przy kości. 

Prowokująco spojrzał na Lark. 

Niech sobie takiej poszuka, pomyślała, nie dając się 

wciągnąć w dysputę. Właściwie nie umiała się kłócić ani 
walczyć o swoją rację, a kiedy teraz spróbowała, doszła 
do wniosku, że konsekwencje mogą się okazać bardzo 
niemiłe. 

background image

-   

Niech każdy ma to, co chce - odparła lekko, 

chociaż wcale nie było jej lekko na duszy. Pewno Jared 
uważa ją za kobietę bezwolną. I cóż dziwnego. Życie z 
ojcem potrafiło zniechęcić ją do stawiania oporu 
wszelkim argumentom. 

Po paru minutach napawania się widokiem mijanych 

cudów przyrody przerwała milczenie: 

-   

Ja też potrzebowałabym to i owo kupić. 

Wyjechałam z Florydy w tym, co miałam na sobie. W 
Colorado Springs kupiłam dwie bawełniane koszulki i 
sportowe buty. To prawie wszystko, co mam. 
Potrzebowałabym kostiumu kąpielowego... 

-   

Po co ci? Mną się nie krępuj. Nie zaznał rozkoszy 

życia ten, kto nagutki nie kąpał się w gorących źródłach. 

Wyobraziła sobie wspaniałą scenę... Zamyka oczy, 

aby rozkoszować się jedwabistym ciepłem górskiego 
źródła, wynurza się, nie mając nic na sobie, nagutka, 
otwiera oczy i oto stoi przed nią na brzegu Jared Wolf i 
czeka... tak jak w jej dziewczęcych marzeniach. 

-   

Ach, jak bym chciała! - Westchnęła głośno. 

Minęli dużą tablicę, która obwieszczała: JEDZIESZ 

BOSKIM SZLAKIEM, WIĘC NIE PĘDŹ, JAKBY CIĘ 
DIABLI GONILI. 

Roześmiała się. Śmiech był jej bardzo potrzebny. 

Tylko on mógł ją uratować. 

Kolorado to przedziwna i cudowna kraina, 

pomyślała zadumana, zerkając na charakterystyczny 
profil swego kierowcy. Przedziwna kraina cudów natury i 
wspaniałych mężczyzn... Jared jest jednym znich... 

 
Kiedyś, przed wielu laty, Lark odwiedziła Cripple 

Creek, senną mieścinkę o burzliwej, niesławnej 
przeszłości i reputacji miejsca rozpusty. Ot, zagubione w 
górach ludzkie osiedle bez przyszłości. Kiedy land rover 
wjechał na główną ulicę tego „Największego na świecie 
obozowiska poszukiwaczy złota", wykrzyknęła zdumiona: 

-   

Co tu się dzieje? 

-   

Niektórzy nazywają to postępem. - Powiedział to 

tonem wyraźnie wskazującym, że on sam do nich nie 
należy. - Przed paru laty władze stanowe wydały 

background image

zezwolenie na hazard i miasteczko przeżywa drugą 
młodość. 

Po obu stronach dawnej Bennett Avenue odnowiono 

zabytkowe domy i wzniesiono nowe, a eleganckie sklepy 
i lokale rozrywkowe wabiły potencjalnych klientów 
krzykliwymi reklamami. Jared skręcił w boczną uliczkę, 
jeszcze bez twardej nawierzchni, pnącą się stromo w 
górę. Lark była nieco zdziwiona, że przyjeżdża po 
zakupy i mija bez zatrzymania handlowe centrum. Przy 
tej bocznej drodze stały domy z sosnowych bali lub 
ustawione na stałych fundamentach mieszkalne 
samochodowe przyczepy. Tuż za szkołą Jared skręcił na 
podjazd przed domem obitym drewnianymi deskami, 
zatrzymał wdz i zgasił silnik. 

-   

Mieszka tu ktoś z twoich znajomych? - spytała, 

nie mogąc opanować ciekawości. 

-   

Ktoś bardzo znajomy. Moja siostra i siostrzeniec. 

Nim zdążyli wyjść z samochodu, na ganku pojawił mały 
bobas i zaczął radośnie wołać: ,Jurd, Jurd!" 

 
Jenny i Lark siedziały na ganku w bujanych fotelach, 

na stoliku między nimi stały szklanki z lemoniadą. Jared 
bawił się w tym czasie z małym Jaredem. 

-    Co za niespodzianka, co za niespodzianka! - 

powtórzyła Jenny parokrotnie. - Nie spodziewałam się 
wizyty Jareda, był tu przecież zaledwie przed dwoma 
dniami. Nie spodziewałam się ciebie... 

Lark wpatrywała się w Jareda baraszkującego z 

dzieckiem. Jaki on jest czuły, jaki wyrozumiały dla 
małego, jaki cierpliwy. Ciekawe, jaki byłby wobec 
kobiety? Czy taki sam? 

Od tych właśnie myśli oderwał ją radosny głos 

Jenny. 

-   

Pytałaś o coś? 

-   

Mówiłam, że jestem zaskoczona... 

-   

Ja też jestem zaskoczona tym, że Jared mnie tu 

przywiózł i w ogóle... Przyjechałam, nie mając pojęcia, 
że ojciec sprzedał ten letniskowy dom w górach. 
Gdybym wiedziała, nie zjawiłabym się przecież. 

-   

A co cię skłoniło do przyjazdu? Tęsknota za 

background image

górami? 

-   

Nie, potrzeba kilku spokojnych dni, żeby 

przemyśleć parę spraw i znaleźć rozwiązanie... 
Wybrałam to miejsce, bo nie zapomniałam, jaka tu 
zawsze byłam szczęśliwa... 

-   

Rozumiem. Zaskoczyło cię, kiedy spotkałaś w 

domu Jareda? 

-   

Jeszcze jak! Ale łaskawie pozwolił mi na kilka dni 

zostać i... -    Zagryzła wargi. - Ojciec nie wie, że tu 
jestem. 

To właśnie on jest jednym z moich problemów. 

Całe szczęście, że Jared pozwolił mi zostać. Nie 
wiedziałabym, co ze sobą zrobić, 

-   

Jared miałby nie pozwolić? Chyba żartujesz. 

Czyżbyś zapomniała, jaki jest Jared... 

Po chwili milczenia Lark poprosiła: 
-    Chc

iałabym zatelefonować... 

-   

Ależ proszę bardzo. 

-   

Zadzwonię na moją kartę kredytową, bo to 

rozmowa międzystanowa. Chciałabym zawiadomić 
siostrę, że wszystko ze mną w porządku i tak dalej. 

-   

Świetnie rozumiem. Telefon jest tuż za drzwiami. 

Jenny wstała. - Ja w tym czasie dołączę do Jareda. Nie 

musisz się śpieszyć... 

Lark rzuciła jeszcze okiem na Jareda i małego, a 

potem weszła do domu. 

 
-    Risa, Risa... Nie wymawiaj mego imienia! 
-   

Lark? Dzięki Bogu. Nie obawiaj się, jestem sama. 

-   

Doskonale. Więc jak tam sytuacja? 

-   

Ojciec się po prostu pieni, chociaż wszystkim 

dokoła rozpowiada, że wyjechałaś do kalifornijskiego 
uzdrowiska na przedślubny odpoczynek. A propos 
przedślubny... Odbędzie się ten ślub czy nie? 

-   

Jeszcze nie wiem. Nie miałam czasu się 

zastanowić. Jeszcze w ogóle nie miałam czasu o 
czymkolwiek myśleć... 

-   

A czymże jesteś taka zajęta, że nie masz czasu 

na myślenie? Ileż to już dni upłynęło! Mówże, czym 
jesteś taka zajęta! 

-   

No więc tak. Spotkałam tajemniczego, 

background image

czarującego i przystojnego mężczyznę. Sprzątam mu 
dom, gotuję posiłki, plotkuję z jego siostrą, podziwiam 
jego siostrzeńca... Nie mam czasu na dalsze szczegóły. 
Chciałam ci tylko powiedzieć, że jestem cała i zdrowa. 

-   

Dość już tej błazenady, Lark. Powiedz, gdzie 

jesteś? 

-    Sza, R

isa, uzgodniłyśmy, że dla twojego dobra... 

-   

Ale to było przedtem, nim zdałam sobie sprawę, 

że nie wrócisz po dwu dniach. Teraz chcę wiedzieć, 
gdzie jesteś. Mów! 

-   

Przykro mi, ale muszę ci odmówić. Ojciec zaraz 

by wszystko z ciebie wyciągnął. 

-    A gdyby 

coś ci się przydarzyło? Jakiś wypadek 

albo gdybyś zachorowała, jak mielibyśmy cię znaleźć? 

-   

Nic mi się nie przydarzy, nie zachoruję... - Już 

miała na końcu języka zapewnienie, że ludzie, z którymi 
przebywa, zajęliby się nią, ale w ostatniej chwili zmieniła 
zdanie: - 

Mam przecież przy sobie imienne karty 

kredytowe. 

-   

To przecież okropne. Tak nie można. Ślub już za 

kilka tygodni! 

-   

Kilka tygodni to masa czasu. Już dłużej nie mogę 

mówić, Risa. Jeszcze zadzwonię. 

Odłożyła słuchawkę i przez kilkanaście sekund stała 

dygocąc z wrażenia. Rozmowa ją wyczerpała. Dopiero 
kiedy wróciła na ganek, zdała sobie sprawę, że nawet 
nie spytała o Wesa, o samochód, o losy zaręczynowego 
pierścionka. 

 
Do domu Wolfów wrócili późnym popołudniem. 

Jared zaparkował z tyłu budynku i zaczął rozładowywać 
rzeczy kupione w Cripple Creek. 

Lark mu oczywiście pomagała, uważając to za jeden 

z obowiązków, jakie na siebie wzięła. Jednakże szło jej 
niezbyt dobrze, gdyż czuła się dziwnie ociężała i senna 
po pokaźnym lunchu, jaki zjedli w przydrożnym barze. 

W pewnej chwili Jared powiedział: 
-   

Zostaw to. Zresztą dam już sobie radę. 

-   

Nie wyrywaj mi pudła z rąk. To moja robota...! 

-   

Jak mówię zostaw, to zostaw! - burknął ostro. 

background image

Rozwścieczona, zaczęła się wyrywać i uciekać z paroma 
paczkami, nie tr

afiła na stopień i byłaby upadła, gdyby 

nie pochwyciły jej silne ramiona, obróciły... i Lark ze 
zdumieniem stwierdziła, że wreszcie po tylu latach 
spełniły się jej dziewczęce marzenia i oto... znajduje się 
w ramionach Jareda, a jego twarz dzieli od jej twarzy 
szerokość dłoni. 

-   

Proszę, proszę, proszę! - powiedział z pomrukiem 

zadowolonego kocura i pocałował ją. 

Spodziewała się - a raczej miała nadzieję - że 

wcześniej czy później to nastąpi, natomiast nie 
przypuszczała w najśmielszych przewidywaniach, że 
po

całunek ten będzie miał taki ładunek emocjonalny. 

Zawierając z nią kontrakt na pozostanie w jego domu. 
Jared zastrzegł, że Lark ma być posłuszna wszystkim 
jego poleceniom. Wszystkim! Chyba jednak nie zażąda 
zbyt wiele. Nie zażąda wszystkiego! Oczywiście, że 
w

ie... Jeśli nawet odda mu pocałunek, jeśli obejmie go 

za szyj? 

Obróciła głowę na bok, aby przerwać ten trwający 

już wiele sekund pocałunek i żeby zaczerpnąć powietrza. 
Serce waliło jej tak, jakby chciało się wyrwać z klatki 
piersiowej. I bolało, dosłownie bolało! Wargi paliły ją, 
dygotała. Bała się, że jeśli Jared postawi ją na ziemi, to 
ugną się pod nią nogi. Na wszelki wypadek obejmowała 
go mocno za szyję i tuliła się do jego piersi. 

Po chwili jako tako oprzytomniała i chciała się 

wyrwać, ale Jared nie puszczał, pokrywając jej policzki 
drobnymi pocałunkami. Było to nawet przyjemne, choć 
czuła się jak schwytany ptak, trzymany w zaciśniętej 
dłoni. 

Kiedy ponownie chciał ją pocałować, zdobyła się na 

protest, którego zabrakło poprzednio: 

-   

Przestań! Zostaw mnie, przestań! 

-   

Możesz wymienić choć jeden argument, dlaczego 

mam przestać? - spytał. 

-   

Chcesz argumentu? Proszę bardzo: jestem 

zaręczona.   

Przygotowana na najgorsze, nie spodziewała się 

jednak aż takiej reakcji. 

background image

 
 

ROZDZIAŁ      CZWARTY 

 
-   

Zaręczona?! - Jared tak gwałtownie postawił ją 

na ziemi, że aż zatoczyła się. 

W ostatniej chwili chwyciła się balustrady, by nie 

upaść. Jeszcze nigdy nic podobnego jej się nie zdarzyło: 
mężczyzna całował ją tak długo, że chwiały się pod nią 
nogi. 

I dlaczego on 

tak na nią patrzy? Szumiało jej w 

głowie. 

-   

Powtórz to raz jeszcze! Że jesteś zaręczona...! 

-    No, niby tak, ale... 
-   

Dlaczego mi od razu nie powiedziałaś? 

-   

Bo to nie było ważne... To znaczy, że było dla 

mnie bardzo ważne, ale nie miało nic wspólnego z 
naszymi... z naszym wzajemnym stosunkiem. - 

Zagryzła 

dolną wargę. - Skąd mogłam się spodziewać, że... - I 
skąd mogła wiedzieć, że jego pocałunek przewróci jej 
świat do góry nogami? 

-   

No tak, skąd mogłaś przypuszczać, że los 

zaprowadzi cię do człowieka, który nadal wierzy, że 
małżeństwo to rzecz święta. I że świętą rzeczą jest 
słowo mężczyzny, jeśli jest prawdziwym mężczyzną! A 
co warte jest słowo kobiety, panno Lark Mallory? 

-   

Ty nic nie rozumiesz. Przyjechałam tu, żeby... 

-   

Za późno na usprawiedliwienie. Zaręczona 

kobieta nie robi tego, co ty przed chwilą robiłaś. Nie robi, 
jeśli szanuje własne słowo... Jestem wdzięczny za 
jedno... To mi bardzo ułatwia zrobienie tego, co 
powinienem już dawno zrobić. 

Odrętwiała patrzyła, jak Jared susami pędzi w 

stronę lasu. Zaczynała rozumieć tego człowieka: kiedy 
jest podniecony i zdenerwowany, znika w górach i po 
kilku godzinach pojawia się uspokojony, z gotowym 
rozwiązaniem problemu. 

W pewnym sensie zazdrościła mu tej umiejętności 

wylądowania się. Z ciężkim sercem zebrała z ziemi 
rozrzucone pakunki i zaniosła je do kuchni. Co on miał 

background image

na myśli, mówiąc, że coś powinien zrobić? Co? Pewno 
zdystansować się od niej. 

Czy należało powiedzieć mu wcześniej o 

zaręczynach? 

Niby z jakiej racji? Co go to mogło obchodzić do 

chwili..

. kiedy ją pocałował. To byl właściwy moment na 

wyjaśnienie sytuacji... Inna sprawa, że zaręczona 
kobieta nie powinna obcałowywać innych mężczyzn. Ale 
to Jared był inicjatorem pocałunku... Niemniej sprawa 
była skomplikowana. 

Palcami przesunęła po wargach. Niemal czuła 

jeszcze żar jego ust. W skrytości ducha przyznawała, że 
bardzo chciała zasmakować tego pocałunku. I znaleźć 
się choć raz w ramionach mężczyzny z dziewczęcych 
marzeń. Może jednak Jared miał rację, oskarżając ją o 
niedotrzymanie danego Wesowi słowa? Może miał 
podstawy, by nią pogardzać... ? 

 
Jared powrócił dopiero po zmroku. Lark owinięta 

pledem siedziała na platformie, wpatrzona w góry. 
Wstała, gdy się zbliżył. 

-   

Zostawiłam ci kolację. Zaraz podgrzeję... 

-   

Nie potrzeba, już jadłem... - warknął, przemykając 

koło niej. 

Ciekawe, gdzie mógł jeść? W lesie? - pomyślała. 
-   

Chciałam cię też przeprosić... za to wcześniejsze 

wydusiła z siebie. 

Stanął i spojrzał na nią badawczo. 
-   

Przepraszasz za pocałunek czy może za 

narzeczeńską niewierność? 

-   

Nigdy nikomu nie byłam niewierna! - wykrzyknęła 

oburzona. - 

Wprost przeciwnie, dochowałam wierności 

jedynej mojej miłości... - Ugryzła się w język. Może 
powiedziała zbyt wiele. 

-   

A więc pan narzeczony wie, że tu jesteś i 

aprobuje to? 

-   

No, niezupełnie... - Poczuła chłód lipcowej nocy w 

górach i owinęła się szczelnie pledem. 

-   

Chcesz powiedzieć, że twój narzeczony nie 

aprobowałby układu, jaki tu powstał? 

background image

-    Czego? 
-   

Przecież mieszkasz z innym mężczyzną, w 

głuszy... 

-   

Jest mieszkanie z kimś i mieszkanie u kogoś. 

Dwie różne rzeczy. Pomiędzy nami nic nie zaistniało... 

-    Nie

? Chyba się mylisz. Użyłaś czasu przeszłego, 

ale teraz mamy teraźniejszy. Zaistniało coś, faktów nie 
zmienisz. 

-   

Teraz, skoro się już wszystkiego dowiedziałeś... z 

pewnością będziesz... 

-   

A czy ja się rzeczywiście wszystkiego 

dowiedziałem? Bardzo wątpię. - Postąpił krok ku niej i 
ujął kosmykjej blond włosów. - Bardzo wątpię. 
Podejrzewam, że mamy sytuację, w której nie ma nic 
pewnego. 

-   

Co masz na myśli? - Ledwo mogła mówić, 

niezdoln

a też była się poruszać sparaliżowana 

pieszczotą jego palców na karku. 

-   

Póki zaręczyny nie są zerwane, jesteś 

bezpieczna, jeśli chodzi o mnie. Nie podkradam kobiet 
innym mężczyznom. Ale jeśli narzeczona umknęła, nie 
mając zamiaru honorować poprzedniego zobowiązania, 
to sytuacja staje się inna. Mogę uczestniczyć w wyścigu 
do... 

Chętnie by zapytała, do czego, ale się po prostu 

bała. Poza tym przyjechała tutaj w celu rozwiązania 
problemu dotyczącego przyszłości, a miast tego 
wpakowała się w nową, jeszcze gorszą aferę. Była teraz 
dalsza od podjęcia sensownej decyzji niż w chwili 
przyjazdu. 

I nie może mu powiedzieć, że tamte zaręczyny są 

zerwane, 

że właściwie została do nich zmuszona. Nie 

może tego wyznać, gdyż Jared może porwać ją z 
miejsca do swego łóżka. A wtedy jego namiętność spali 
ją. Czy to byłoby takie złe? Owszem, mogłoby okazać 
się okropne... gdyby ją potem zostawił... bo nie 
potrafiłaby być odpowiednią dla niego partnerką. Jared 
Wolf potrzebuje kobiety ognistej, pewnej siebie, a nie 
tchórzliwej panienki, która przede wszystkim jest 
córeczką papy i właściwie nigdy nie dojrzała na tyle, by 

background image

być kobietą samodzielną. 

Jared pochylił się nad nią. Czuła na twarzy jego 

gorący oddech. Zapytał kuszącym tonem: 

-   

Więc jak to w końcu jest? Nadal jesteś 

zaręczona? Oficjalnie i... w sercu? 

-    Taak... - 

wydała z siebie jęk. Po co to 

powiedziała? Zabrał dłoń z jej karku. 

-   

Masz mi powiedzieć, jeśli sytuacja się zmieni... 

Zostawił ją samą w kuchni, wspartą o stół. 

 
Czas upływał wolno. Chociaż Jared traktował ją z 

chłodną uprzejmością, Lark zdawała sobie sprawę, że 
ich wzajemny stosunek uległ radykalnej zmianie. Pod 
pozornie niefrasobliwą powłoką krył się drapieżnik, 
którego nazwisko nosił. Jeśli zaś chodzi o nią samą, to 
była bardziej bezbronna - jeśliby przystąpił do natarcia - 
niż skowronek, którego ostatnio widziała za oknem. 

To wszystko nie prowadziło do niczego. Oparła 

czoło o chłodną szybę i usiłowała myśleć. Czy powinna 
zdecydować się na zaaranżowany przez ojca ślub? 
Przez wszystkie minione dni zamiast rozważać ten 
temat, jej myśli błądziły wokół mężczyzny, który przed 
dwunastoma laty był przedmiotem jej marzeń. 

Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że nie może 

wiecznie tu się kryć. Wcześniej czy później ojciec ją 
odszuka lub Jared 

Wolf będzie miał już dość tej zabawy 

w kotka i myszkę i po prostu wyrzuci ją z domu. 

Tak czy inaczej Lark musi podjąć decyzję przed 

terminem ślubu. Należy ślub odwołać lub nań przystać. 

Dziś postanowię, podjęła heroiczną decyzję. Jared 

gdzieś sobie poszedł w góry. Nie było więc 
najmniejszego powodu, by nie mogła zrobić tego 
samego. Postanowiła odszukać gorące źródła, gdzie 
baraszkowały z Risą. Przypomniała sobie, że prowadziła 
tam wąska ścieżyna. Trzeba tylko na nią trafić. Nie ma 
co prawda kostiumu, ale czy to ważne, skoro będzie 
sama? 

Zadyszała się zanim jeszcze doszła do skraju gęsto 

porośniętej krzewami polany. Chociaż nigdy nie cierpiała 
na chorobę wysokościową było jej teraz znacznie ciężej 

background image

oddychać niż za młodu. Wówczas w ogóle nie 
odczuwała tych trzech tysięcy metrów, teraz zaczęły 
dawać się jej we znaki. Starzejesz się, dziewczyno, 
pomyślała. Podejmuj szybko ważne życiowe decyzje, 
nim będzie za późno. Rozbawiła ją ta myśl o starzeniu 
się. Przecież właściwie jeszcze nie dojrzała jako kobieta. 

Wspinając się pod górę, weszła do zagajnika osik. 

Oddech miała urywany, ale to była mała cena za 
możliwość wdychania czystego, słodkiego powietrza gór. 
Jestem na szczycie świata, jestem wolna! Tak krzyczało 
jej serce. Po raz pierwszy od przyjazdu poczuła się 
wspaniale i beztrosko. 

Za 

osikowym zagajnikiem zaczęła szukać ścieżyny 

prowadzącej do źródeł. Wszystko się jednak zmieniło, 
zarosło, wyrosło. Nawet orlików było więcej i miały 
piękniejsze kwiaty. Śliczne. Uklękła, aby je pogłaskać. 
Dawniej zbierała polne kwiaty dla matki, pragnąc 
w

ywołać uśmiech na jej ustach, gdyż przeważnie 

chodziła poważna i smutna. Teraz nie ośmieliła się 
zerwać ani jednego. Też mają prawo do życia. Poszła 
dalej w szumie wiatru między gałęziami drzew i wśród 
odgłosów leśnego ptactwa. Niemalże spod jej stóp 
wyrwa

ł się królik i pomknął w gąszcz. Unosząc głowę, 

zobaczyła jastrzębia krążącego majestatycznie na tle 
niebieskiego nieba. 

Wdychała głęboko czyste powietrze, poiła wzrok 

widokami, wchłaniała dźwięki przyrody. Nie zakłócała 
tego żadna niemiła myśl, żadne wyrzuty sumienia, żadne 
niepokoje. Była po prostu absolutnie, bezgranicznie 
szczęśliwa. 

Wreszcie chyba jednak trafiła na słaby ślad dawnej 

ścieżyny, wiodącej przez las iglasty. Przedzierając się 
przez jedlinę, doszła do ostrego zakrętu. Była pewna, że 
źródełka są już blisko. Przyśpieszyła kroku i tuż za 
zakrętem... wpadła na Jareda Wolfa. W pierwszej chwili 
go nie poznała i krzyknęła ze strachu. 

-   

Przeraziłeś mnie - powiedziała z pretensją w 

głosie. 

-   

Bardzo się cieszę. Może wyjdzie z tego coś 

dobrego. Oprzytomniejesz. - 

Stał w poprzek ścieżki z 

background image

rękami skrzyżowanymi na piersiach. Miał cierpki i 
jednocześnie wojowniczy wyraz twarzy. - Dokąd to 
panna zdąża? - spytał niezbyt grzecznie, 

-   

Do gorących źródeł. Ale, co to cię obchodzi? - 

Dlaczego on ją traktuje jak opóźnione w rozwoju dziecko, 
pomyślała ze złością. 

-   

Nie idziesz do źródeł - odparł, 

-   

Idę i nie powstrzymasz mnie. - Obeszła go, chcąc 

iść dalej. - Widzisz? Idę sobie. 

-   

Może i idziesz, ale nie do źródeł. 

-   

Idę, Jared...! - zaoponowała niemal płaczliwym, 

proszącym tonem. 

-   

Tą ścieżką dojdziesz do Widokowej Skały, jeśli 

po drodze nie spadniesz w przepaść lub nie zabłądzisz 
w bardzo gęstym i ciemnym lesie. Gorące źródła są tam! 

wskazał jej kierunek. - Jesteś na złym szlaku, 

Blondasie. 

-   

Przestań mnie nazywać blondasem, nienawidzę 

tego! 

-   

Bardzo ci się podobało, kiedy dawniej cię tak 

nazywałem. 

-    Dawniej to nie teraz. 
-   

Wracając do poprzedniego tematu. Nie wiesz o 

tym, co grozi ceprom, kiedy się wałęsają samotnie po 
tych górach? 

-   

Chwycił ją za ramię i dosłownie przeciągnął na 

poprzednie miejsce przed sobą. - Są tu także dzikie 
zwierzęta. Niedźwiedzie i rysie. - Lekko pchnął ją w 
kierunku, z którego przyszła. 

Gdy wyszli z iglastego poszycia, wskazał na ślady 

tuż przy ścieżynie. 

-    Widzisz? - 

Ukląkł, pociągając ją za sobą. Palcem 

wskazał obrys śladów. - Drapieżnik. 

-   

Drapieżnik? Tutaj? Może to duży kot? 

-   

Owszem, nawet bardzo duży. Żbik, ryś lub 

kuguar. 

-   

Boże drogi! - Skoczyła na równe nogi, serce 

zaczęło jej walić. Rozejrzała się po polanie. - Gdzie on 
jest? 

-   

Mam nadzieję, że już gdzieś daleko. Czy teraz 

background image

rozumiesz, dlaczego nie mogę ci pozwolić samej daleko 
chodzić? Diabli wiedzą, na co możesz trafić, albo co trafi 
na ciebie. I jak to potem wytłumaczysz panu 
Wybrańcowi. 

-    Nie nazywaj go tak. On 

ma imię i nazwisko. 

-    Co ty mówisz? Jeszcze mi go nie 

zaprezentowałaś w całej okazałości. 

-   

Ma na imię Wes. Wesley Sherborn, 

-   

Wesley, powiadasz. No tak, nawet wyglądasz na 

osobę, która może mieć coś wspólnego z Wesleyem. 

Wiedziała, że to jest obraźliwe, ale nie była pewna, 

na czym ta obraza miała polegać. 

-   

Zupełnie nie rozumiem, dlaczego teraz ma tu być 

tak niebezpiecznie, skoro kiedyś biegałyśmy wszędzie z 
Risą... - mruknęła, nie chcąc dopuścić do dalszej 
rozmowy na temat Wesleya. 

-    Po prostu by

łaś wtedy mądrzejsza i nie byłaś 

sama. 

-   

Owszem, byłyśmy same z Risą. 

-   

Nie. Za wami zawsze wszędzie szedłem ja. 

-   

Ty? Ale przecież... 

-   

Wolałem mieć na was oko. Porzućmy ten temat, 

dobrze? Wyszli na skalny zrąb tuż nad domem. Idąc za 
spojrzeniem 

Jareda, Lark zobaczyła stojącą na 

podjeździe furgonetkę i wydała okrzyk przerażenia. 
Odnalazł ją tu ojciec! Instynktownie chwyciła Jareda za 
ramię, ale zobaczyła na jego twarzy uśmiech. 

-   

Przyjechała Jenny - poinformował ją. 

Skonfundowana, dumnie sama pos

zła stokiem w 

kierunku domu. 

Zmiana w zachowaniu Jareda była oszałamiająca. 

Przed chwilą wściekły ciągnął Lark przez las, a teraz 
gaworzył z małym Jaredem i robił do niego zabawne 
miny. 

Trudno jest rozgryźć tego człowieka, pomyślała. 
Jenny mieszała łyżeczką kostki lodu w szklance z 

herbatą, rzucając z ukosa krótkie spojrzenia na Lark. 

-   

Jak wam dwojgu tu się wiedzie? - spytała 

nienaturalnie obojętnym głosem. 

Lark zaśmiała się z goryczą. 

background image

-   

Jak ma się wieść, kiedy... Powiedz mi, Jenny, 

dlaczego Jared tak mnie nie lubi? 

-    Nie lubi? - 

Jenny uniosła wysoko brwi. Była 

szczerze zdumiona. - 

Jeśli tak jest rzeczywiście, to 

zupełnie nie rozumiem. Natomiast twojego ojca... to już 
inna sprawa. - 

Pokiwała smutno głową. 

-   

Wiele o tym nie powiedział, ale jego pretensje do 

ojca wydają mi się trochę wydumane. To prawda, że 
ojciec nie należy do najmilszych ludzi na świecie... 

Jenny prychnęła. 
Lark roześmiała się. 
-   

Już dobrze, przyznaję. Jest arogancki, narzuca 

wszystkim swoją wolę. Spędziłam całe życie, starając się 
robi

ć to, czego żądał, i prawie nigdy go nie zadowoliłam. 

Ale cóż on takiego zrobił, że Jared aż tak go nienawidzi? 

-   

Skrzywdził nie tylko Jareda, ale całą naszą 

rodzinę. Może nie powinnam o tym mówić... - Jenny 
zerknęła w stronę brata pogrążonego z małym Jaredem 
w studiowaniu wielkiej szyszki.         

-   

No to mi nie mów. Nie zamierzam nalegać... 

-    Nie powinnam, ale ci powiem - 

przerwała jej 

Jenny z uśmiechem. - Gniew Jareda nie jest mi straszny. 
Mój wspaniały braciszek onieśmiela wszystkich dokoła, 
ale nie mnie. 

-   

Mnie onieśmiela bardzo - przyznała Lark. - Po 

prostu boję się go. 

-   

Hej, hej! Zacznij się odgryzać. W mojej rodzinie 

często panuje nastrój wojowniczy i jeśli nie oddasz ciosu, 
to cię stratują. A poza tym warczenie Jareda jest 
groźniejsze niż samo ugryzienie. - Widząc wyraz twarzy 
Lark, dodała: - Wiem, że niezbyt mi wierzysz, ale 
któregoś dnia sama się przekonasz. No więc sprawa 
stosunku naszej rodziny do Drake'a Mallory'ego... - 

Upiła 

trochę mrożonej herbaty. - Mówiąc w skrócie: twój papa 
ukradł ten dom. 

-   

Ooo, widzę, że nie przebierasz w słowach. - Lark 

zaśmiała się sztucznie. 

-   

Nigdy, kiedy nie muszę. Nie zadałabyś mi tego 

pytania, gdybyś nie chciała znać prawdy. To było tak: w 
rok po śmierci naszego ojca twój ojciec zwrócił się do 

background image

naszej matki z propozycją kupna tego domu na cele 
wakacyjne. Jared miał wtedy około trzynastu lat, a ja 
cztery lub pięć. 

-   

Chyba się mylisz. - Lark zmarszczyła brwi. - Ile 

masz teraz lat, Jenny? 

-   

Dwadzieścia trzy, a Jared trzydzieści jeden. 

Dlaczego pytasz? 

-   

No bo ja mam dwadzieścia sześć. Jestem o trzy 

lata starsza od ciebie. I dokładnie sobie przypominam, 
że miałam jedenaście lat, kiedy ojciec kupił ten dom. 

-   

Przypominasz sobie, kiedy go kupił, czy kiedy tu 

po raz pierwszy przyjechałaś? 

-    Chce

sz powiedzieć, że...? 

-   

Tak. Chcę powiedzieć, że Drake Mallory był 

właścicielem tej posiadłości na wiele lat przed 
sprowadzeniem tu po raz pierwszy swej rodziny. Używał 
domu jako... - 

rzuciła kolejne ukradkowe spojrzenie w 

kierunku brata. - ...do interesó

w. Załatwiał tu prywatne 

sprawy... Wracając jednak do sedna sprawy, to wiedz, 
że od wielu lat nikt z naszej rodziny w tym domu nie 
mieszkał. Był zbyt mały. Ale ojciec i potem Jared 
konserwowali go. Mieszkaliśmy w większym domu. Na 
drodze stąd do Cripple Creek. Ojciec był ranczerem. Po 
jego śmierci matka znalazła się w kłopotach 
finansowych. Poza tym była załamana i chora. Pojawił 
się wtedy Drake Mallory, wymachując plikiem banknotów 
i oświadczając, że oferuje jej znacznie więcej niż dom i 
teren są warte, i obiecując, że będzie dbał o wszystko. 
Zagwarantował jej także prawo pierwokupu, gdyby dom 
mu się znudził i chciał go sprzedać. 

-   

Dotychczas nie widzę w tym niczego złego. 

Postawił sprawę uczciwie - odezwała się Lark, uważając 
za swój obowiązek choćby formalnie wystąpić w obronie 
ojca. 

-   

Tak wygląda, prawda? Na nieszczęście matka 

nie otrzymała żadnej z tych obietnic na piśmie. Rzekomo 
wspaniała cena, powyżej rynkowej, okazała się 
nędznymi groszami, bo była wielokrotnie niższa od 
rzeczywistej ceny tej nieru

chomości. Okradł 

niedoświadczoną załamaną po śmierci męża kobietę. I 

background image

kiedy dom kupił, wcale się o niego nie troszczył, jak to 
obiecał. Gdyby Jared nie spędzał całego wolnego czasu 
na reperacjach i konserwacji, ten dom wyglądałby dziś 
jak rozpadające się baraki po kopalnianych osadach. 
Jest ich pełno w górach. 

-   

Ale przecież płacił Jaredowi za jego pracę? 

-   

Płacił Jaredowi raczej za milczenie niż za pracę. 

Jared robił to, co robił, raczej z miłości do rodzinnego 
domu. A gdyby policzyć jego czas, wypadłoby, że twój 
ojciec płacił mu po pięć centów za godzinę. Ale godził się 
na to, bo mógł się stale kręcić koło domu. Dzięki temu 
zdołał ocalić meble, które twój ojciec wyrzucał. Meble 
własnoręcznie zrobione i wyrzeźbione przez naszego 
pradziadka. Twój ojciec wsz

ystko chciał z tego domu 

usunąć, wszelkie pamiątki, zamazać ślady pobytu 
poprzednich mieszkańców. Mogę z czystym sumieniem 
powiedzieć, że Drake Mallory chciał, by ten dom zamienił 
się w ruinę. Gdyby Jared nie zacisnął zębów i nie zajął 
się konserwacją, to dom byłby teraz w ruinie. 

-   

Co to znaczy, że ojciec płacił Jaredowi za 

milczenie? 

-   

Tego ci niestety nie mogę powiedzieć. Byłoby to z 

mojej strony nietaktem. Nie mam prawa ci o tym mówić. 
Najgorsze jest jednak to, że kiedy twój ojciec postanowił 
sprzedać dom, nawet nie wspomniał nam o tym, mimo 
danej obietnicy. To była zemsta za dumne zachowanie 
Jareda. A przecież dał słowo! Podobno, kiedy się 
dowiedział, że Jared jednak kupił ten dom przez 
podstawioną osobę, dostał szału. Nie mógł już nic zrobić. 
A tłumaczył się, że umowa pierwokupu dotyczyła tylko 
matki i że jej śmierć zwolniła go ze wszelkich 
zobowiązań. 

Przez kilka minut obie kobiety siedziały w milczeniu. 

Pogrążona we własnych myślach Lark odezwała się 
pierwsza: 

-    Jest mi niezmiernie przykro, przepraszam. 
-   

Nie musisz przepraszać za ojca - powiedziała 

sucho Jenny. - 

Nie jesteś niczemu winna. Zresztą to nie 

koniec historii, jest więcej do opowiedzenia. Dużo 
więcej... Matka przed śmiercią ubłagała Jareda, aby jej 

background image

przysiągł, że nie będzie się mścił na twoim ojcu. Gdyby 
jej tego nie obiecał, to chyba po jej śmierci poleciałby 
pierwszym samolotem na Florydę. Dla Jareda słowo jest 
słowem. Od tamtego czasu Drake Mallory nie postawił 
nogi w stanie Kolorado. Chyba że skrycie, bo inaczej 
Jared by wiedział. I wówczas... Jeśli dziś pojawiłby się tu 
Drake Mallory... - 

Wzdrygnęła się. - Ale przestańmy 

mówić o tym, co by było, gdyby... - Przerwała i 
powiedziała ze sztuczną wesołością: - Może pójdziemy 
zobaczyć, co robią nasi panowie...? 

Lark wolałaby zostać i zadawać Jenny dalsze 

pytania, które zaprzątały jej głowę, a dotyczyły Jareda... 
Jednakże wstała z uprzejmym uśmiechem i poszła za 
Jenny na polankę. 

-    Mleko, mleko! - 

powtarzał mały Jared. 

-   

Pozwolicie, że zabiorę małego dżentelmena i 

dam mu mleczka. - 

Lark wzięła dziecko za rączkę i 

poprowadziła do kuchni, zostawiając brata z siostrą na 
polance. - Zaraz wrócimy! - 

krzyknęła z ganku. 

Dziecko machało rączką do matki, Jenny 

odpowiedziała synkowi tym samym. 

-   

Polubiłam ją - powiedziała do Jareda. - Nie zrób 

Lark kr

zywdy. Bardzo ją polubiłam. 

-    No i dobrze. Co z tego? 
Usiadł na trawie i objął rękami podciągnięte kolana. 

Jenny usiadła obok. 

-   

Traktuj ją dobrze. Ona nie może odpowiadać za 

winy ojca. 

-    Nie wtykaj nosa w sprawy, których nie rozumiesz, 

Jen! - 

odparł z twarzą bez wyrazu. 

Nie stropiło to Jenny. 
-   

Rozumiem więcej, niż ci się zdaje. Lark jest dobrą 

kobietą. I zupełnie bezbronną. Nie ma tak potrzebnego w 
życiu pancerza. Raz jeszcze powtarzam, że nie chcę, 
byś jej wyrządził jakakolwiek krzywdę. 

-   

Co przez to rozumiesz? Jaką mógłbym jej 

wyrządzić krzywdę? 

-   

Wielką. Sam to wiesz. Ona jest naiwnym 

Czerwonym Kapturkiem w lesie pełnym złych wilków, 
takich jak ty. - 

Zaskoczyły ją jej własne słowa i 

background image

wybuclinęła śmiechem. - Tak, w tym lesie ty jesteś 
n

ajgroźniejszym wilczurem. Każdy to wie. Tym razem 

masz okazać serce. Nalegam na to, a nawet żądam 
tego! 

-   

To jest to, co w tobie lubię, siostrzyczko. Zawsze 

doprowadzasz mnie do śmiechu. 

Jenny i tym razem nie dała się zbić z tropu. - Mówię 

poważnie: Lark jest miłą, interesującą kobietą.   

Głupia gęś. Przed paroma godzinami zgubiła się w 

lesie. Gdybym za nią nie szedł, to nie wiadomo, jak by to 
się skończyło. 

-   

No więc się zgubiła. I co z tego? Normalna rzecz 

dla cepra. 

-   

Pokazałem jej ślad w błocie i powiedziałem, że 

przechodził tędy kuguar... - Jared uśmiechnął się pod 
nosem. 

-    Kuguar! - 

Jenny aż podskoczyła. 

-   

Nie podniecaj się. To nie był kuguar, ale borsuk. 

-   

Ale przecież ślad borsuka jest malutki... 

-   

Ano właśnie. Chodzi o to, że ona tu nie pasuje, 

podobnie jak ty, droga siostrzyczko, nie pasowałabyś do 
salonu gier hazardowych. Albo do balu u królowej. 

Jenny zerwała się, oczy jej ciskały błyskawice. 
-   

A właśnie, że mogę się dopasować, jeśli będę 

miała na to ochotę, do stołu ruletkowego czy nawet 
królewskiego balu. Nie twoja rzecz decydować, kto do 
czego pasuje. I masz kobiecie dać szansę! Ostrzegam 
cię, zostaw Lark w spokoju! 

Było to wypowiedziane w formie bezapelacyjnego 

roz

kazu. Jenny obróciła się plecami do Jareda, który 

tylko patrzy

łszeroko otwartymi oczami, i pomaszerowała 

na ganek. 

Jared zadumał się. Jenny powiedziała ciekawą 

rzecz: że Lark jest interesującą kobietą. No bo i jest. 
Podpowiedział mu to jednak raczej instynkt niż 
dotychczasowe obserwacje. 

Przed laty uważał ją za jedyną dobrą w klanie 

Mallorych. Stary by

ł skończonym draniem, jego żona 

smutną alkoholiczką, zaś Risa...? Tę wspominał tylko 
jako flirciar

ę. Natomiast Lark była zupełnie miłym 

background image

dziewczątkiem. Co się z nią zrobiło przez te lata? Z 
tryskającej żywotnością panny wyciekła gdzieś wola 
życia i cała energia. No cóż, każdy ma swoje problemy. 

Warto by może poznać owe problemy... no i wady. 
 
 

ROZDZIAŁ    PIĄTY 

 
-   

Może jeszcze jedną kawę? - spytała Lark, mając 

nadzieję, że tym zatrzyma Jareda dłużej na śniadaniu. 
Po odjeździe Jenny, przez minione trzy dni, Jared 
połykał śniadanie i znikał aż do zmroku. Do 
wcześniejszego powrotu nie skłoniła go nawet 
popołudniowa burza poprzedniego dnia. 

Był też zdecydowanie chłodny, nieprzystępny, 

prawie obraźliwy w swojej obojętności. Lark zachodziła w 
głowę, co się stało. Zastanawiała się, jak mogłaby 
przełamać impas w ich wzajemnych stosunkach. Ciągle 
myślała o Jaredzie i brakowało jej czasu, by zastanowić 
się poważnie nad własnym ślubem, Wesem i ojcem. 

Jared chwilę się wahał i już była pewna, że odmówi, 

kiedy westchnął i powiedział: 

-    Dlaczego nie. Nalewaj! 
Czym prędzej to zrobiła, sobie również dolała i 

usiadła zadowolona z tego drobnego sukcesu. Zdobyła 
się na odwagę i spytała: 

-   

Może mi wreszcie powiesz, co ty tam robisz 

codziennie w lesie i to przez cały dzień? Nie wracasz 
nawet na popołudniowy posiłek. 

-   

Robię to, co zamierzałem robić, kiedy 

postanowiłem tu przyjechać. 

-    Czyli co? 
-    P

rymitywizuję się. 

-    Co takiego? 
-    Powracam 

do natury, jeśli takie określenie 

bardziej ci odpowiada. 

-    Ooo! - 

Poczuła się nieco urażona, że Jared 

przedkłada naturę nad jej towarzystwo. Chociaż daleka 
była od zamartwiania się swą samotnością, chętnie by 
pobyła w ciągu dnia z Jaredem. Niech sobie nawet 

background image

milczy, byle tu był. 

-   

Nie głoduję w lesie, jeśli cię to interesuje, bo 

chyba nie martwi. - 

Drobnymi łyczkami popijał kawę. - 

Gdybym musiał, wyżywiłbym się w lesie. Na szczęście 
nigdy nie musiałem. Kiedy przyjeżdżam do tego domu, 
zawsze spędzam wiele czasu samotnie w górach. Mam 
tu różne skrytki leśne z zapasami i śpiworami. Teraz 
wracam na noce tylko dlatego, żebyś się nie bała. Tak, 
wracam dla twojej przyjemności. 

-   

Ładna mi przyjemność! - wyrwało się Lark. 

-   

Wolałabyś zostawać w nocy sama? Nie bałabyś 

się? Gdyby od pierwszej nocy była sama, wcale nie 
bałaby się, ale teraz, przyzwyczajona do jego obecności, 
miałaby chyba lekkiego stracha. Przyznała się do tego 
na głos: 

-   

Może i bym się bała. Wiesz co? Tak mi przyszło 

teraz do głowy, że te wakacje, które tu spędzałam z moją 
rodziną, równie dobrze mogłyby być spędzone 
gdziekolwiek. Las i góry były obserwowane tylko z tej 
platformy. Równie dobrze można to było zobaczyć w 
kinie. Strasznie mało zobaczyłam i poznałam. 

-    Nie twoja wina. Rodzice trzymali ci

ę krótko, a 

gdybyś się gdzieś dalej wyrwała, mogłabyś wpaść w 
duże tarapaty. - Rozparł się na krześie, zakładając ręce 
za głowę. - Mam taką swoją teorię, że człowieka 
naprawdę poznaje się po jego zachowaniu w lesie i w 
górach. Na łonie nieskażonej natury. Jedni czują się tu 
jak w 

domu, inni załamują, jeszcze inni, jak na przykład 

twój ojciec, uważają, że mogą łamać i zmieniać 
wszystko, nawet prawa natury. Do jakiej kategorii 
należysz, Lark? 

Milczała chwilę. 
-    Nie wiem - 

powiedziała wreszcie. - Nigdy nie 

mi

ałam okazji sprawdzić. Ale nie sądzę, abym nadawała 

się na góralkę... 

Ponownie zapadło między nimi milczenie. Tym 

razem przerwał je Jared: 

-    Jest jeszcze jeden powód... 
-    Powód czego? - 

Nie odchodź jeszcze, 

porozmawiaj ze mną, prosiła w duchu. 

background image

-   

Że nie wracam w ciągu dnia. 

-    Jaki mianowicie? 
-   

Powiedziałaś, że masz wiele do przemyślenia. 

Nie chcę ci przeszkadzać. I dlatego od razu po śniadaniu 
wychodzę. - Uśmiechnął się i wyszedł lekkim krokiem, 
pozostawiając ją z ciężkim sercem. 

Rzeczywiście. Miała wieie rzeczy do przemyślenia. 

A przede wszystkim musi rozwiązać zagadkę: dlaczego 
ma teraz nieustannie przed oczami obraz Jareda i ciągle 
o nim myśli? 

 
Cztery dni później, kiedy skończyli kolację, na którą 

upiekła kurę i przyrządziła kartoflaną sałatkę, Jared 
wystąpił z nieoczekiwaną propozycją: 

-   

Zrobimy sobie dziś gwiaździsty wieczór, chcesz?   

Zamyślona Lark podniosła głowę. 
-   

Gwiaździsty wieczór? - spytała zdumiona. 

-    Tak. Popatrzymy sobie w niebo, w gwiazdy, w 

kosmos.   

Roześmiała się. 
-   

Ostami raz gapiłam się w gwiazdy, kiedy byłam 

małą dziewczynką. Gdzie miałby się odbyć ten twój 
gwiaździsty wieczór? Przed domem? 

-    Nie. Mam sklecony przez siebie teleskop na 

Widokowym Zrębie. Mieszkając w górach, zakochałem 
się w gwiazdozbiorach. Na tej wysokości lepiej je widać. 
Prawdziwy cud 

wszechświata. Jeśli jednak nie masz 

ochoty wałęsać się w nocy po lesie w towarzystwie 
właściwie obcej ci osoby... 

-   

Pójdę z wielką przyjemnością. Byłam tylko 

zdziwiona, że mi to zaproponowałeś. Poza tym... nie 
j

esteś obcy. Właściwie znam cię od dziecka. Myślałam 

nawet, że się zaprzyjaźniliśmy... 

A jednak mało go znam, pomyślała. Pojęcia nie 

miałam, że mogą go interesować gwiazdy czy kosmos. 
Nie mam też pojęcia, jakie otrzymał wykształcenie i w 
jaki sposób zarabia 

na życie. Prawdopodobnie poszedł w 

ślady ojca i jest jakimś drobnym ranczerem. 

-   

Gdzie mieszkasz, kiedy nie jesteś tu? - spytała. - 

Chyba nie zostajesz w górach na zimę? 

background image

-   

Zaprosiłem cię na oglądanie gwiazd, a nie na 

zadawanie mi pytań dotyczących mego prywatnego 
życia - odparł spokojnie, odsunął talerz i wstał. Twarz 
miał nieprzeniknioną. - Wychodzę za pół godziny. Jeśli 
zamierzasz iść ze mną, włóż długie buty i weź kurtkę. 

 
Lark była podniecona tą nocną wyprawą, Jared 

małą latarką oświetlał ścieżynę pnącą się w górę przez 
las. Szła za nim. Początkowo dokoła panowała cisza. Im 
głębiej jednak wstępowali w las, tym wyraźniej docierały 
do Lark odgłosy nocnego życia gór. 

Raz potknęła się i omal nie upadła, ale Jared zdążył 

się obrócić i podeprzeć ją. 

-    Trzy

maj się mojego pasa - poradził. - Czeka nas 

trudny odcinek drogi. 

Posłuchała i starała się zachować ten sam co on 

rytm i tempo, by nie miał powodu do wyrzekań. 

Wyszli na otwartą przestrzeń porośniętą trawą i 

drobnymi krzewami. Jared niespodziewanie zgasił 
latarkę. Lark przestała cokolwiek widzieć. Wydawało się 
jej, że jest w absolutnych ciemnościach. Wpadła z 
impetem na Jareda i by utrzymać równowagę, objęła go 
obiema rękami. Tkwiła tak przytulona, a on zamarł w 
bezruchu. Po długiej chwili wyswobodził się i odstąpił na 
krok. 

-   

Zgasiłem latarkę, abyśmy mogli przyzwyczaić 

wzrok do ciemności. Na odzyskanie maksymalnej wizji 
potrzeba aż dziesięciu minut. Ale już wcześniej 
zobaczysz coś cudownego. 

Trudno jej było w to uwierzyć. Wydawało się, że 

dookoła i nad głową ma tylko głęboką czerń. Odetchnęła 
głęboko i zamknęła oczy. Gdy po kiiku sekundach je 
otwarła, oniemiała. 

-   

0 Boże, jakie to wspaniałe! - wykrzyknęła. 

Wokół i pod stopami nadal panowała czerń, ale tuż 

nad głową niebo jakby nagle otuliło ziemię. Błyszczały na 
nim miliony gwiazd. Wydawały się być tak blisko, że 
kusiło, by wyciągnąć ręce i zagarniać je garściami. 

-   

Jared, drogi Jared, dziękuję ci, że mnie tu 

przyprowadziłeś!   

background image

Jared zaśmiał się przedziwnie świeżym, nie znanym 

jej 

jeszcze śmiechem. 

-   

A więc czujesz piękno natury! Poczekaj, to 

jeszcze nic. Weź mnie za rękę, poprowadzę cię do 
Widokowej Skały... 

Dostrzegła wyciągniętą ku niej dłoń. Bez wahania 

wsunęła w nią swoją. Spletli palce. 

Wiem, co robię, pomyślała. Często popełniam błędy, 

ale nie tym razem, 

I poszła za nim przez rozświetloną nagle polanę, 

skąpaną w blasku księżyca, pod aksamitnym 
baldachimem wyszywanym brylantami gwiazd. Zdawała 
sobie sprawę, że każdy krok zbliża ją ku tajemniczej i 
nieznanej przyszłości. 

-    Teraz nieco w prawo. Ursa Major. Widzisz? 
Lark wpatrywała się w niebo, przez domowej roboty 

teleskop 

-   

Nie. Widzę tylko Wielką Niedźwiedzicę - 

powiedziała bardzo z siebie niezadowolona. Jared 
musiał być rozczarowany jej tępotą. 

Z rozedrgania jego dłoni wspartych na jej ramionach 

domyśliła się, że Jared hamuje śmiech. To ją jeszcze 
bardziej zdeprymowało. 

-   

Kochanie moje, Wielka Niedźwiedzica to właśnie 

Ursa Major. Brawo! 

Powiedział „kochanie moje". Poczuła przyśpieszone 

bicie serca. Zalała ją fala gorąca. To niebo, to słowo i 
dotyk jego dłoni! Co za wspaniała noc. Poczuła zawrót 
głowy, jakby była pijana. Pijana szczęściem. 

Straciła miarę czasu. Nie wiedziała, czy jest tu od 

kilku minut, od godziny, czy od paru godzin. 

Jared, dumny jak paw, długo opisywał optykę 

dziesięciocalowego teleskopu i wyjaśniał, dlaczego 
dzięki takiemu przyrządowi otrzymuje się wierne w 
układzie przestrzennym zbliżenie badanego odcinka 
nieba. 

Prawdę powiedziawszy, Lark mało z tego rozumiała, 

ale    i wysłuchała wszystkiego w skupieniu, potakując 
głową, zapatrzona w mężczyznę i zafascynowana jego 
wprost młodzieńczym entuzjazmem. Pochylił się nad nią, 

background image

niemal dotykając pleców piersią. 

-   

Weź kapinkę w lewo, a zobaczysz... 

-   

Wiem, wiem. Małą Niedźwiedzicę. Tyją nazywasz 

pewnie Ursa... Minor? 

Długo jeszcze wyszukiwali gwiazdozbiory i gwiazdy, 

których nazwy Lark pamiętała ze szkolnych czasów. 

W pewnej chwili jej pole widzenia przecięła jaskrawa 

srebrna smuga. 

-    Patrz! - 

wykrzyknęła. - Spadająca gwiazda! 

-   

Nie gwiazda, to był meteor - poprawił. - Czy to 

zresztą ważne? Wspaniałe zjawisko. Dobrze wypatrując, 
zobaczysz 

ze dwa na godzinę. Każdej nocy... - Popatrzył 

na nią i zapytał żartobliwie: - A pomyślałaś życzenie? 

-   

Nie zdążyłam, ale zaraz coś przygotuję na zapas, 

żeby mieć gotowe na następną spadającą gwiazdę czy 
tam meteor. 

Na szczęście Jared nie zapytał, jakie to będzie 

życzenie. Była mu za to wdzięczna. Zresztą sama 
jeszcze nie wiedziała, czy życzenie miałoby dotyczyć 
rozwiązania problemu ślubu, czy też zawierać marzenie, 
by na zaws

ze pozostać w Kolorado? Na zawsze być 

poza zasięgiem wpływów ojca? 

A może należy mieć jeszcze inne życzenie: zagubić 

się na zawsze w ramionach niejakiego Jareda Wolfa? 

Przez długi czas milczeli. Jared tkwił przy 

teleskopie, a Lark tak była zapatrzona w ugwieżdione 
niebo, że zaczęło jej się wydawać, iż płynie między 
gwiazdami. 

Przerwała milczenie pytaniem: 
-   

Od dawna interesuje cię astronomia? 

-   

Od dziecięcych lat. 

-   

Wtedy, kiedy jeszcze przyjeżdżałam na wakacje? 

-   

Oczywiście. 

-   

Nie wiedziałam o tym. 

-   

A skąd niby miałaś wiedzieć? Ty żyłaś w swoim 

świecie, ja w swoim. 

-   

Może teraz jesteś zawodowym astronomem? 

-   

Ależ nie - roześmiał się. - Wtedy nie 

przychodziłbym tu patrzeć na gwiazdy. Miałbym dość 
mego obserwatorium. Nie, to tylko mój uboczny, 

background image

skrzętnie ukrywany konik. Patrzenie w gwiazdy pomaga 
mi myśleć i rozwiązywać różne sprawy. Zorganizowałem 
dzisiejszy wieczór z nadzieją, że i tobie to pomoże jasno 
myśleć. 

Mimo mroku i dzielącej ich odległości widziała jego 

spojrzenie. Intensywne, przenikliwe i badawcze. 

Z niepokojem zabiło jej serce. Czyżby zbliżała się 

chwila, na którą w skrytosci czekała od ich ostatniego, a 
zarazem 

pierwszego pocałunku? Zniknęło rozmarzenie 

niebem, pojawiła się czujność kobiety spodziewającej 
się... Sama nie wiedziała czego. 

Odszedł od teleskopu i przysiadł koło niej na wielkim 

głazie. Nie spuszczał z niej wzroku. Pochylił się ku jej 
twarzy i zamarł, jakby w oczekiwaniu reakcji. 

Siedziała bez ruchu. Też na niego patrzyła. Ujął jej 

kark między palce, pieścił włosy. Zbliżył głowę. 

Podniosła usta do pocałunku. 
Wziął ją w ramiona, przytulił, wpił się wargami w jej 

usta, całując z pasją, która ją oszołomiła. Przylgnęła do 
niego, wtopiła się w jego ramiona, wszystkimi zmysłami 
wchłaniając jego bliskość. Czuła pulsowanie krwi w 
żyłach. Gdy po całej wieczności uniósł głowę, usłyszała 
jego chrapliwy oddech. Uchyliła powieki, ale ujrzała tylko 
ciemną sylwetkę na tle roziskrzonego nieba, jak z bajki. 

-   

Proszę... - zaczęła, ale umilkła, gdyż nie miała 

pojęcia, co chce powiedzieć. Żeby przestał? Z 
pewnością nie! Żeby całował dalej? Czyjej wolno o to 
prosić? A Floryda? 

-    Odpowiedz mi na jedno pytanie - 

odezwał się, a 

w nocnej ciszy jego głos dotarł z przeraźliwą 
wyrazistością. - Chcę wiedzieć, czy nadal jesteś 
zaręczona? 

Serce przestało jej bić. Zmartwiała. Nadeszła chwila 

już nie decyzji, gdyż decyzję w duchu dawno podjęła, ale 
przyzwoitego załatwienia sprawy. Musi jak najszybciej 
zawiadomić Wesa i ojca... 

Nie miała żadnych wątpliwości. Wiedziała, że czując 

to, co czuje do Jareda, nie mogłaby wyjść za nikogo 
innego. Ale, co ma teraz odpowiedzieć Jaredowi? 

-    Ja... - 

zawahała się. 

background image

-   

I nie karm mnie żadnymi kłamstwami - przerwał. - 

Już ci powiedziałem, że nie romansuję z zaręczonymi 
kobietami, choćby one leciały na mnie. 

-   

Ja miałabym lecieć na ciebie! - oburzyła się. - Ja 

nigdy... 

-   

Może mi powiesz, że nie chciałaś tego pocałunku 

przed chwilą? 

Zeskoczyła z głazu, pociągając za sobą śpiwór. 

Noc, do tej chwili taka cudowna, zrobiła się nagle 
chłodna i obca. 

-   

Ja nigdy nie myślałam... 

-    Akurat! - 

Chwycił ją w pasie i przyciągnął do 

siebie. - 

Kłamiesz - powiedział z pogardą w głosie. 

Poczuła to jak smagnięcie biczem. Pocałował ją. 

Tym razem był to pocałunek brutalny i krótki. Jednakże 
żar jego warg stłumił w niej chęć do jakichkolwiek 
protestów

, ale i pozbawił zdolności pozytywnego 

zareagowania. 

Puścił ją. 
-   

Rezygnuję z dalszych prób przebicia pancerza - 

powiedział z goryczą w głosie. - Widzę, że jesteś 
nieodrodną córą rodu Mallorych. 

W powrotnej drodze w ciemnościach ledwo za nim 

nadążała. Psychicznie zmaltretowana, niezdolna do 
skoncentrowania myśli, szła ze spuszczoną głową i raz 
po raz potykała się. Jared bezlitośnie parł przed siebie i 
zatrzymywał się, gdy istniała obawa, że Lark zabłądzi. 
Ale nawet w takich momentach wyraźnie okazywał 
zniecierpliwienie. 

Dotarła do domu całkowicie wyczerpana, z 

podrapanymi rękami i poobijanymi nogami. Jared nawet 
na nie 

nie spojrzał. Nie zapalił też lampy, tylko od razu 

poszedł po ciemku na górę do sypialni. 

Chyba po raz pierwszy w życiu Lark płakała 

zasypia

jąc. Nie czuła się tak załamana nawet po 

rozwodzie rodziców czy po śmierci matki. 

Leżąc w ciemnościach, z szeroko otwartymi oczami, 

wyrzucała sobie głupotę. Dlaczego nie potrafi spojrzeć 
prawdzie 

w oczy? Przecież jeszcze przed wyjazdem z 

Florydy wiedziała bardzo dobrze, że właściwie nie kocha 

background image

Wesa. A teraz, po spotkaniu Jareda Wolfa, była w pełni 
świadoma, że nie mogłaby poślubić innego mężczyzny. 
Ani dla sprawienia przyjemności ojcu, ani dla 
zabezpieczenia sobie wygodnego życia. Za całe złoto 
skarbca feder

alnego w Fort Knox nigdy by nie wyszła za 

Wesa Sherboma! 

Dlaczego nie powie tego Jaredowi? Serce zabiło jej 

żywiej, gdy po raz pierwszy uświadomiła sobie, że go 
kocha. Przedtem myślała jeszcze o swoim uczuciu w 
kategoriach dziewczęcego zadurzenia, które nagle 
odżyło z powodu niespodziewanego spotkania w tym 
właśnie miejscu. Teraz już wiedziała, że to jest 
prawdziwa, dojrzała miłość. 

Wykręciła się od odpowiedzi tam, na Widokowej 

Skale. Dlaczego już wtedy nie uświadomiła sobie pełni 
tego uczucia? Czy będzie miała okazję naprawienia 
błędu? 

Powie mu jutro, że zrywa zaręczyny, a jeśli nie 

zmieni to opinii Jareda o niej, to trudno. I tak nie wyjdzie 
za Wesa. 

Mogłaby wyjść tylko za Jareda. Jeśli on jej tego nie 

zaproponuje, to zostanie starą panną... Jared 
najprawd

opodobniej nie zaproponuje. Mężczyzna, który 

się szczyci szczęśliwym małżeństem swoich rodziców, a 
także dziadków i pradziadków, nie będzie chciał mieć nic 
wspólnego z kobietą, która się zaręcza, a potem długo 
waha, by wreszcie zerwać zaręczyny. 

Gdy się obudziła następnego poranka, Jareda już 

nie było. Ogarnęła ją panika. Kto ją teraz odwiezie do 
Cripple Creek, żeby mogła zadzwonić na Florydę i 
obwieścić podjętą w nocy decyzję? Może Jared w ogóle 
wyjechał, pozostawiając ją własnemu losowi. 

Jednakże w saloniku znalazła kluczyki do 

samochodu, jakby specjalnie położone na dębowym 
stoliku. Przez chwilę zastanawiała się, czy rzeczywiście 
Jared o niej myślał, kładąc je tu i czy wolno jej bez 
wyraźnego zezwolenia zabrać land rovera. 

Doszła do wniosku, że nie zwlekając musi 

zadzwonić. Jeśli nawet Jared się wścieknie, to trudno. W 
każdym razie będzie miała czyste sumienie w stosunku 

background image

do Wesa i ojca. 

 
Prowadziła nerwowo, przejęta czekającą ją przykrą 

rozmową. Gdy wreszcie zatrzymała wóz przed wiejskim 
sklepem w budyn

ku z sosnowych bali, siedziała jeszcze 

z minutę za kierownicą, żeby poskładać myśli. 

Staroświecka budka telefoniczna znajdowała się w 

sklepie, 

a nie przed nim, prawdopodobnie ze względu na 

miejscowe warunki atmosferyczne. Wyjęła z torebki 
kredytową kartę telefoniczną, wsunęła w szczelinę i 
wystukała jedenaście cyfr - florydzki kod i właściwy 
numer. 

Po trzech dzwonkach usłyszała rześki, choć trochę 

szorstki głos telefonistki: 

-   

Korporacja Mallory i Sherbom, czym mogę 

służyć? 

-   

Chciałabym... - zakrztusiła się. - Chcę mówić z 

panem Wesem Sherbornem. 

Dlaczego telefonistka waha się z odpowiedzią, 

zastanawiała się i w tym samym momencie usłyszała: 

-   

Łączę, proszę czekać. 

A więc chyba wszystko w porządku? Za chwilę 

zgłosi się Wes i na pewno zrozumie, kiedy usłyszy... 
Inna będzie sprawa z ojcem, on nigdy nie zrozumie. 

-   

Lark, gdzie do diabła jesteś? Zamartwiam się na 

śmierć! - zagrzmiał dobrze jej znany głos. 

O Boże, to ojciec! Telefonistka domyśliła się, kto 

mówi, i zamiast z Wesem, połączyła z gabinetem ojca. 
L

ark poczuła, że uginają się pod nią nogi. Oparła się o 

półkę w kabinie. 

-   

Prosiłam o połączenie z Wesem, a nie z tobą, 

papo - 

wydusiła z siebie głosem, który zabrzmiał jak 

skrzeczenie. 

-   

Powtórzę Wesowi wszystko, co powinien 

wiedzieć. Kiedy wracasz do domu? Czy ty wiesz, ile 
mnie kosztowało utrzymanie całej sprawy w tajemnicy? 
Żeby nie rozniosło się po ludziach! Nie wiem, jak ci się 
uda przeprosić nas wszystkich.   

Lark zamknęła oczy. Boże, zawsze pragnęła w 

swoich poczynaniach aprobaty ojca. Nigdy jej nie 

background image

zaznała i nigdy już nie zazna. Nie miała jednak zamiaru 
cofnąć się z obranej drogi. 

-    Nie wracam do domu - 

powiedziała bohatersko 

opanowanym głosem. - Po to zadzwoniłam do Wesa, 
żeby mu powiedzieć, że ślubu nie będzie. 

-   

Nie gadaj bzdur! Gdzie jesteś? Nadal w 

Albuquerque? Podnieś pupę i galopem wracaj. Nie mam 
zamiaru przyglądać się bezczynnie, jak marnujesz swoją 
przyszłość! Wszystko omówimy. Wracaj natychmiast, to 
rozkaz...! 

Lark zdobyła się na heroiczny wysiłek odwieszenia 

słuchawki. To chyba jeden z największych wyczynów w 
jej życiu. Była z niego bardzo dumna, niemniej nogi 
trzęsły się pod nią nadal. 

 
Jared nie wracał. A tak wieie miała mu do 

powiedzenia. 

Chodziła po domu zdenerwowana, szukając do 

roboty czegoś, co by ją zajęło i pozwoliło nie myśleć o 
kolejnym kłopocie. Na próżno - wszystko było na swoim 
miejscu, wypucowane. Wyszła na platformę 
obserwacyjną. Wpatrzyła się w las i wiodące z niego 
ścieżki. Dokąd też ten Jared poszedł? I po co? 

Po paru godzinach czekania pomyślała, że oszaleje, 

jeśli czymś się natychmiast nie zajmie. A może 
pomogłaby gorąca kąpiel czy masaż wodny? 

Oczywiście! Gorące źródła! Przecież teraz chyba 

znajdzie drogę? Jared jej wyjaśnił, jaki popełniła błąd. 
Zresztą będzie szła uważnie, bacznie obserwując 
wszystkie charakterystyczne miejsca. Jest dopiero druga 
po południu, jeszcze daleko do zmroku. Wygrzeje się i 
odpręży w ciepłej, źródlanej wodzie i zdąży wrócić do 
domu jeszcze przed Jaredem... 

Jeśli Jared w ogóle zamierza wrócić! Może z litości 

zostawił jej samochód...? Wróci, wróci! Czy zostawiłby 
samochód, który pewnie jest całym jego majątkiem? 

Wybiegła na polankę, kierując się ku linii drzew. Nie 

wróciła nawet po zapomniany ręcznik. 

Jakże mogła pierwszym razem zabłądzić? Droga do 

źródeł była przecież taka łatwa! Tym razem od razu 

background image

trafiła na właściwą ścieżkę. 

Gorące źródła wyglądały tak jak niegdyś. Nic się nie 

zmieniło. Zupełnie, jakby tu była wczoraj... 

Wszystko z siebie zrzuciła i nagutka usiadła na 

głazie, z którego sięgała stopą do pieniącej się, 
ciemnon

iebieskiej gorącej wody, ale na szczęście nie 

zanadto gorącej. 

Spływał na nią spokój. Z wielkim westchnieniem ulgi 

wślizgnęła się do wody po szyję, zanurzyła się w miłe 
ciepło i zamknęła oczy. 

Za chwiię woda zmyje wszystkie moje troski, 

pomyślała, a potem na brzeg wyjdzie inna Lark, pełna 
nowych pomysłów i nowych sił. 

Na skale nad źródełkami, ukryty częściowo za 

skalnym zrębem, Jared Wolf obserwował Lark Mailory. 
Potem zaczął powoli schodzić do kąpieliska. 

 
 

ROZDZIAŁ    SZÓSTY 

 
Lark obróciła się przestraszona odgłosem sypiących 

się kamyków. Nad głową, na tle rozjarzonego słońcem 
nieba, zobaczyła jakąś groźną sylwetkę. Serce skoczyło 
jej do gardła, instynktownie zasłoniła dłońmi piersi, 
patrząc jak urzeczona na zbliżającą się zjawę. 

-   

Co tu, u diabła, robisz? - usłyszała warknięcie. 

Odetchnęła z ulgą. Na szczęście był to Jared, a nie jakiś 
górski włóczęga. Nawet nie zwróciła uwagi na niemiłą 
formę pytania, tylko zagłębiła się w wodę, aż po samą 
szyję. 

-   

Przecież widzisz, co robię - odparła uspokojona, 

-   

Wygląda mi to na zaproszenie do zabawy. 

Bardzo kuszące. 

-   

Kto wie... może to jest zaproszenie - wyszeptała, 

nim zdążyła zdać sobie sprawę, co mówi. Oczy jej 
przyzwyczaiły się nieco do jaskrawego tła. Zobaczyła, że 
po jej słowach bezzwłocznie sięgnął do guzików 
kraciastej koszuli. Wstrzymała oddech, przyglądając się, 
jak zrzuca ubranie. 

Czy właśnie na to czekała w dziewczęcych 

background image

marzeniach? I teraz stało się. Przyszedł Jared i zastał ją 
w kąpieli... 

Serce waliło jej jak młotem. Nawet pod wodą 

trzymała dłonie na piersiach. 

Siła i trwałość jej uczucia dla Jareda przerażała, a 

zarazem podniecała. 

Nadszedł moment, kiedy rzeczy trzeba nazywać po 

imieniu. To jest właśnie miłość. Kochała Jareda. 
Wiedziała to już od kilku dni. Czy on kiedykolwiek 
odwzajemni to uczucie? 

Może tak, może nie. Mimo to, już w tej chwili gotowa 

była zaryzykować wszystko, by do niego należeć. 
Choćby przez krótki czas... 

Wstydliwie obróciła się do Jareda tyłem. Po chwili 

wyczuła jego obecność w wodzie - drobniutkie fale 
muskały jej kark, a zaraz potem męskie dłonie dotknęły 
ramion. 

Dłonie nie pozostały w bezruchu. Jared przyciągnął 

ją do swojej piersi. Oparła się o nie, wydając stłumiony 
jęk, i odchyliła głowę. Jego nogi splotły się z jej nogami. 

Przybliżył usta do jej ucha i wyszeptał: 
-   

Myślałem, że jestem dość silny, by się oprzeć 

pokusie. Ale się myliłem. Nic mnie nie powstrzyma od 
kochania się z tobą, połączenia tu i teraz. Nie 
powstrzyma mnie duma ani zasady. Przyznanie się 
przed samym sobą do grzechu pożądania ciebie 
unicestwiło wszelkie skrupuły. Ale jedno twoje słowo 
może mnie powstrzymać. Wypowiedz je, Lark Mallory, 
albo bądź gotowa ponieść wszelkie konsekwencje. 

Przez chwilę jeszcze dygotała przytulona do 

mężczyzny, a potem westchnęła głęboko, uwolniła się z 
uścisku i obróciła stając naprzeciwko. Dzielił ich twarze 
przejrzysty welon unoszącej się ze źródełka pary. 

Nie mogła się oprzeć, by dłońmi nie objąć jego 

twarzy. 

-   

Nie powstrzymam cię żadnym słowem, Jared, 

ponieważ to musi się stać. Tak było mi pisane. Przed laty 
byłeś moją pierwszą miłością. - Wpatrywała się 
intensywnie w jego brązowe, czujne oczy, mając 
nadzieję, że to, co on widzi w jej oczach przekona go o 

background image

szczerości jej słów i uczuć. - Należałam do ciebie od 
dawna, przez całe moje młodzieńcze i dorosłe życie. W 
każdym razie w sercu. Teraz chcę należeć do ciebie 
ciałem. 

Ruch wody pchnął ją lekko w kierunku Jareda. 

Dotknęli się lekko udami. 

-   

Przez te lata brakowało mi ciebie... Tyle bym 

jeszcze 

chciała ci powiedzieć, tyle ci muszę 

powiedzieć... Boże! Że cię ko... 

-    Chwilowo nie mów nic - 

przerwał. - Czyny 

przemówią silniej niż słowa. 

I tak też się stało. 
 
Lark szczęśliwa, zadowolona z siebie i ze świata, 

siedziała na wielkim głazie, pod którym bulgotała gorąca 
źródlana woda. Usta jej okalał tajemniczy uśmieszek. 
Przyglądała się stojącemu nie opodal Jaredowi, już w 
dżinsach, choć bez koszuli. 

Jakże on jest wspaniałe zbudowany, pomyślała. I 

wbrew temu, co mówią o muskularnych mężczyznach, 
jest mądry i bardzo inteligentny. 

W miarę coraz lepszego poznawania Jareda, coraz 

bardziej 

go kochała. Bez względu na to, co kryje 

przyszłość, nigdy nie będzie żałowała przeżytych z nim 
chwil. 

Podszedł, ujął jej podbródek i pocałował w usta. 
-   

Wszystko w porządku? Żadnych żalów? 

-   

Ani troszkę - odparła. - Przerwałeś mi przedtem, 

kiedy chciałam ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Chcę 
ci to teraz powiedzieć... 

-   

Nie chcę tego słyszeć, Lark! Spojrzała zdumiona. 

-    Ale dlaczego? 
-   

Bo wiem, co zamierzasz powiedzieć. - Patrzył 

niemal obojętnie w las. - Chcesz to, co zaszło między 
nami, potwierdzić słowami. Że mnie kochasz, że twoje 
zaręczyny były błędem, że fakt, iż zbuntowałaś się 
przeciwko ojcu, nie ma z nami nic wspólnego, i tak dalej. 
Masa zbędnych słów, które nie zmienią sytuacji... 

-    Jakiej znowu sytuacji?! - 

wykrzyknęła przerażona. 

-    Niepot

rzebne mi są twoje kłamstewka. To, co się 

background image

między nami wydarzyło, było zaspokojeniem fizycznych 
potrzeb 

dwojga dorosłych ludzi. I niczym więcej. 

Wspaniały seks bez zobowiązań. Więc jeśli zamierzasz 
to lukrować i usprawiedliwiać się, to ja... odchodzę. 

Czuła się jakby ogłuszona obuchem. Zdawała sobie 

sprawę, że w tym stanie jego umysłu żadne słowa do 
niego nie dotrą. Zrobi to, co zapowiedział. Odejdzie. 
Zniknie w lesie. Jeśliby nawet zdążyła wyrzucić z siebie 
potok słów, zanim on to uczyni, to i lak jej nie uwierzy. - 
Wygrałeś - powiedziała zrozpaczona, ukradkiem 
ocierając łzy. Jakże on może oskarżać ją o podobne 
rzeczy w chwili, gdy przekonana, że ma wreszcie bliską 
sobie istotę, chciała zwierzyć się z najbardziej ukrytych 
myśli. 

-   

Nie spodziewałem się niczego innego - odparł 

łagodnie. - I pozbądź się tej tragicznej miny, kochanie. 
Oboje dobrze wiemy, o co nam chodziło. Dlaczego 
kobiety chcą wszystko obwiązywać różowymi 
wstążeczkami? 

-   

Może z tego samego powodu, z jakiego 

mężczyźni boją się jak ognia głębszego uczucia - 
mruknęła. 

Otoczył ją ramieniem. 
-   

Nie jest tak źle. Moje uczucie do ciebie jest 

głębokie i zawsze takie pozostanie, a tu, przy źródłach, 
zawsze będę o tobie myślał. 

-    Czy ty tu... pierwszy raz...? - 

wyjąkała. 

-    Ja tu pierwszy raz. - 

Roześmiał się. - Chociaż nie 

sądzę, bym wynalazł tę metodę... Domyślam się, że inne 
pary też uprawiały miłość w gorącym źródełku. 

-   

Kto na przykład? 

-   

Boże drogi, ale ty masz pytania! Pewno moi 

rodzice, dziadkowie, pradziadkowie, cały ród Wolfów. 
Ale, co ciebie obchodzą Wolfowie...! 

-   

Bardzo mnie obchodzą. Cała wasza rodzina jest 

fascynująca... Opowiedz mi o niej coś więcej. 

-   

Kiedy indziej, teraz jest zbyt późno, niedługo się 

ściemni. - Zeskoczył z głazu i pomógł jej zejść. - Byliśmy 
tu dłużej, niż każde z nas zamierzało. - Na jego twarzy 
pojawił się urwisowski uśmiech. 

background image

-   

Co zamierzałeś początkowo, kiedy mnie 

podszedłeś? 

-   

Miałem zamiar dać ci klapsa i we łzach odesłać 

do domu, żebyś miała nauczkę, iż samej nie wolno ci się 
nigdzie zapuszcza

ć. 

-   

No i przytrafiła ci się przygoda. - Objęła go w 

pasie. Była w znacznie lepszym humorze. Postanowiła 
zastosować wobec niego zupełnie inną metodę. Skoro 
nie chce jej wysłuchać. .. Nie rozpoznawała samej siebie 
w kobiecie, która bezwstydnie obcałowywała teraz jego 
podbródek. 

Skutek był znacznie lepszy, niż opowiadanie o sile 

własnych uczuć. 

-    Wiesz co? - 

powiedział zduszonym głosem. - 

Chyba jeszcze nie jest na tyle późno, abyśmy musieli już 
w tej chwili wracać... - Wziął ją w ramiona i zaniósł na 
aksami

tny skrawek trawy, gdzie otrzymała kolejną lekcję 

miłości. 

 
Trzymając się za ręce, wracali z powrotem. Zapadał 

różowy mrok. Milczeli. Chwilowo wszystko zostało już 
powiedziane. 

Chwilowo! Lark miała bowiem w zapasie te 

wszystkie słowa, których Jared nie chciał wysłuchać, 
podejrzewając ją o nieszczerość. No cóż, trzeba 
kontynuować nową metodę. Nadejdzie wreszcie taki 
moment, że będzie mu mogła wszystko wyjaśnić, a 
przede wszystkim przekonać, że naprawdę nie należała 
do innego mężczyzny, kiedy oddawała pierwszy 
pocałunek Jareda. 

Kto wie, czy nie zdoła wykrzesać z niego iskierki 

miłości oprócz zwykłego pożądania. Lepiej jednak na to 
nie li

czyć, aby gdy wszystko się skończy, nie odjechać 

ze złamanym srcem. Zadygotała na myśl o 
prawdopodobieństwie takiej możliwości. 

-    Zimno ci? - spyta

ł troskliwie i objąwszy 

ramieniem, doprowadzi

ł aż do progu domu. 

Tej nocy przeniosła się do sypialni Jareda. 
Było jej bardzo dobrze. Robiło się jej smutno jedynie 

wted

y gdy na ustach miała już słowa „kocham cię" i w 

background image

ostatniej chwili 

musiała je w sobie zdusić, nie chcąc 

ryzykować obrazowych komentarzy. 

 
Po śniadaniu trzeciego dnia po tym, jak zostali 

kochankami, Jared wyraził chęć udania się do Cripple 
Creek. 

-   

Potrzeba nam wielu rzeczy, których nie dostanę 

w tym przydrożnym sklepiku wiejskim. Muszę też 
załatwić kilka telefonów nie cierpiących zwłoki. Może i ty 
masz jakies sprawy? 

-    Ooo! - 

Przypomniała sobie Florydę, o której 

istnieniu w ogóle nie myślała przez minione trzy dni. - 
Właściwie to powinnam zadzwonić do domu... 

-    Czy oni 

już wiedzą, gdzie jesteś? - zapytał z 

pozorną obojętnością. 

-   

Wydaje im się, że wiedzą. Ojciec połknął haczyk. 

Myśli, że jestem w Albuquerque. Bardzo mi to 
odpowiada. 

Jared przyglądał się jej w zadumanym milczeniu. 
-   

Wcześniej czy później powinni poznać prawdę. 

Nic się nie zyska, odkładając przykrą rozmowę na potem 

mruknął wreszcie. 

Nic na to nie odpowiedziała, bo miał przecież rację. 
 
Wyjechali po dziesiątej. Był prześliczny sierpniowy 

dzień. W Cripple Creek Jared pojechał prosto do 
miejscowego hotelu

, zamiast skręcić pod górę do domu 

Jenny. 

-   

Jenny dziś pracuje - wyjaśnił zdziwionej Lark. - 

Spytamy, czy mogłaby zjeść z nami lunch. 

Hotel Górnika mieścił się w przepięknie 

odrestaurowanym wiktoriańskim budynku. W stylowo 
wytapetowanym holu, kuszącym puszystym niebieskim 
dywanem, za bogato rzeźbioną recepcyjną ladą 
rezydowała Jenny. Ale jaka Jenny! 

Wyglądała ślicznie z upiętymi wysoko czarnymi 

włosami, w białej ozdobnej bluzce i czarnej spódnicy do 
ziemi. Można by ją było wziąć za dziewiętnastowieczną 
modelkę prezentującą ówczesne kreacje. 

Wybiegła zza lady, by powitać Jareda i Lark. 

background image

-   

Jakaż miła niespodzianka! - wykrzyknęła. 

-   

Jenny, wprost zabrakło mi słów. Wyglądasz 

cudownie. Na pewno urodziłaś się w niewłaściwym 
stuleciu. 

-   

Masz rację, zbyt późno. Mówiono mi, że do 

złudzenia przypominam babkę Molly. I wiesz, w tym 
stroju czuję się naprawdę lepiej niż w dżinsach. Jedyna 
przeszkoda to obuwie. Nie mogę tu nosić kowbojskich 
butów. - 

Skwitowała żart śmiechem. 

-    Zjesz z nami lunch? - 

spytał Jared. 

Jenny zdawała się nie słyszeć pytania, przenosząc 

ciekawie wzrok z twarzy Jareda na Lark i z powrotem. 
Jared musiał powtórzyć pytanie nieco zniecierpliwiony tą 
lustracją. 

-   

Tak, oczywiście. Będę mogła się urwać za 

godzinę lub dwie. A wy...? - Zmarszczyła brwi. - Widzę 
coś nowego... Coś się zmieniło. 

Jak Jenny mogła odgadnąć, pomyślała Lark. 

Przecież nie trzymają się z Jardem za ręce, nie 
uśmiechają głupawo... Jenny szeroko otworzyła oczy. 

-   

Już wiem, już wiem! Jesteście... razem! To 

powoduje tę różnicę. 

-   

Nie bądź głupia! - obruszył się Jared. - Jesteśmy 

razem od tygodni, od kiedy Lark przyjechała... 

-   

O nie, drogi braciszku! Dopiero teraz naprawdę 

jesteście razem. - Uściskała Lark, która lekko 
zarumieniła się. - Wspaniale! 

-   

Przestań robić z nas widowisko, Jen! - syknął 

Jared. - 

Wszyscy się gapią. 

-   

Nie opowiadaj bzdur, mądralo! - Tym niemniej 

rozejrzała się dokoła. - Słuchajcie, muszę uciekać, bo 
pan Grover dostanie białej gorączki. Przyjdźcie tu po 
mnie o pierwszej. 

-    Doskonal

e. Mogę zabrać na spacer małego 

Jareda? Jest u panny Willie? 

-   

Ależ oczywiście. Mały będzie uszczęśliwiony. 

 
Jadąc z Jaredem po chłopca, Lark zachodziła w 

głowę, w jaki sposób Jenny tak łatwo odgadła, co ją 
teraz łączy z Jaredem. Pewno sądzi, że wszystko ich 

background image

teraz łączy i że się wkrótce pobiorą. Nie wie, że chodzi 
tylko o łóżko, pomyślała z goryczą. 

Małego Jareda zastali przy południowym posiłku, 

złożonym z bułeczki z masłem i szklanki mleka. 

Zawodowa opiekunka, starsza już pani, Wilhelmina 

Porter, znana wszystkim jako „panna Willie", powitała 
gości informacją, że mały Jared był grzeczny, wobec 
czego zasługuje na spacer z wujkiem. 

Ku zdziwieniu Lark, Jared miał w land roverze 

specjalne krzesełko dla dziecka, które sprawnie 
przymocował do tylnego siedzenia. 

W drodze powrotnej do m

iasteczka Lark spytała 

cicho, aby mały nie słyszał: 

-    Kto jest ojcem dziecka? 
-   

I ja chciałbym to wiedzieć. 

-    Ooo? 
-   

Jenny nigdy tego nie zdradziła. Boi się, że 

mógłbym się na facecie zemścić. Przyszła do mnie przed 
trzema laty, pow

iedziała, że jest w ciąży i chce urodzić 

dziecko. Co miałem robić...? 

-   

Odważna dziewczyna. 

-   

Co tam odważna. Uparta jak muł. Jak wszystkie 

kobiety z rodu Wolfów. 

-   

Dlaczego tak mówisz? Jenny jest naprawdę 

dzielna.   

Wjechali do miasta. Jared właśnie zwalniał, aby 

stanąć przy chodniku, kiedy wyprzedziła ich kareta 
zaprzężona w dwa siwki. Młody woźnica zawadiacko 
podjechał pod kasyno. Z karety wysiadła czwórka 
turystów zachwycona przejażdżką. 

-    Ko-ni-ki, ko-ni-ki - 

pisnął radośnie mały Jared. - 

Ja kce ko-ni-ki! 

-    Tak, ja 

i mały Jared chcemy przejechać się 

karetą! - poprosiła Lark. 

Jared spojrzał zaskoczony. 
-   

Ty i on! No cóż... Co poradzę przeciwko dwojgu? 

Podszedł do woźnicy, który uśmiechnął się szeroko spod 
płowej brody. 

-   

Cześć, Slim, jak leci? - spytał. 

-   

Nieźle, a tobie? 

background image

-   

Też nieźle. Zaprzęg do wynajęcia? 

-    Jak dla kogo. Dla ciebie tak. 
-   

Mój siostrzeniec i moja... przyjaciółka chcą odbyć 

długi, piękny spacer twoim powozem. Trudno, pocierpię i 
ja. 

Wsiedli, powóz ruszył. Mały Jared był tak 

podniecony, że bez ustanku podskakiwał na kolanach 
Lark. 

-   

Wiesz, jeszcze nigdy w życiu nie jechałam 

pojazdem zaprzężonym w konie - wyznała Lark. - To 
bardzo przyjemne. 

Jared spojrzał na nią z ukosa. 
-   

Nie przestajesz mnie zdumiewać - mruknął pod 

nosem. - Wszystkim, co robisz i co mówisz. 

Nic nie odpowiedziała. 
Powóz wolno toczył się Bennett Avenue, na której 

panował olbrzymi ruch. Mijali jaskrawo oświetlone 
setkami lampek kasyna, pseudoantykwariaty i sklepy z 
pamiątkami. Bardzo wielu przechodniów miało na sobie 
kostiumy z min

ionej epoki. Jared wytłumaczył, że są to 

pracownicy lokali rozrywkowych, specjalnie przebrani, 
aby w ten sposób zwabiać turystów, którzy lubują się w 
oglądaniu przeszłości, chociaż sami wolą żyć jak tylko 
można nąjnowocześniej. 

-    Cripple Creek*... co za dziwna nazwa tego 

miasteczka - 

dziwiła się Lark. 

______________________________ 

* Cripple Creek - Kulawa Rzeczka 

 
-   

Podobno kiedyś, nim jeszcze odkryto tu złoto i z 

dnia na dzień powstało miasto, jakaś krowa z pobliskiego 
rancza złamała nogę, przeskakując rzeczkę płynącą nie 
opodal. Kiedy 

odkryto złoto, powstało towarzystwo 

zajmujące się jego eksploatacją. Nazywało się Kompanią 
Kulawej Rzeczki. Ale miasteczko nosiło jeszcze przez 
pewien czas nazwę Hayden Placer. Dopiero potem 
mieszkańcy doszli do wniosku, że zrobią lepszy interes 
na kulawej krowie. 

-   

Skąd ty to wszystko wiesz, Jared?! - wykrzyknęła. 

-    Nie ma takiego drugiego - 

odezwał się milczący 

background image

dotąd woźnica. - On wszystko wie o wszystkich. Powiedz 
pani o Pearl Devere, Jared. Kobitki lubią wiedzieć o 
innych kobitkach. 

Jared zmarszczył brwi i spojrzał znacząco na malca 

siedzącego na kolanach Lark. 

-   

Pearl Devere to była taka... wysportowana dama, 

która w okresie gorączki złota po 1880 roku otworzyła w 
Cripple Creek... salon. Swoje przedsiębiorstwo nazwała 
„Rodzinnym ranczem". Była jego szefową... 

-    Salon? Jaki salon? - 

dopytywała się Lark. Slim 

zachichotał, Jared pominął pytanie. 

-   

„Rodzinne ranczo" było jednym z najlepszych 

lokali. Wysokiej kiasy. Najpopularniejszy... przybytek w 
mieście. 

-   

To musiała być pistoletowa babka - wtrącił 

woźnica. 

-   

I z pewnością bardzo zaangażowana... 

społecznie. Kiedy umarła, miasto wyprawiło jej pogrzeb, 
że... ho, ho! Trumnie towarzyszyła honorowa eskorta 
policyjna i dwudziestoosobowa orkiestra miejscowej loży 
masońskiej. Zlecieli się chyba wszyscy górnicy ze 
wszystkich kopalń. Mówią, że jej dziewczęta, to znaczy 
pracowniczki, zalewały się podczas pogrzebu łzami. 

-   

Przyjemnie słuchać, że jakiejś kobiecie powiodło 

się w interesach - powiedziała niewinnie Lark, tuląc 
małego Jareda, 

Aprobata, jaką ujrzała w oczach dużego Jareda, 

wywołała na jej twarzy rumieniec zadowolenia. 

-   

Aż trudno uwierzyć, że udało ci się skłonić Jareda 

do podobnej przejażdżki pojazdem dla turystów - 
zauważyła Jenny z uśmieszkiem. 

-   

To mały Jared miał taki pomysł - burknął. 

-   

Mały Jared ma taki pomysł, ilekroć widzi konia. 

Ale ty jeszcze nigdy nie zgodziłeś się. Dziś po raz 
pierwszy... Ale jeśli masz zamiar zaprzeczać czemuś, co 
jest tak widoczne jak nos na twojej twarzy... 

-    Dasz mi spokój? - warkn

ął, wiodąc wzrokiem za 

Lark, która ruszyła przez hol w stronę telefonów. 

Jenny poklepała brata po dłoni. 
-   

Nie mam zamiaru droczyć się z tobą. Jestem 

background image

bardzo zadowolona. Nawet szczęśliwa, że masz 
wreszcie kogoś specjalnego... własnego w życiu. 

-   

Nie wyciągaj pochopnych wniosków, 

-   

Nigdy tego nie robię. Mówię, kiedy jestem czegoś 

pewna. I zazdroszczę ci, braciszku. 

-    Czego? 
-   

Kiedy widzę, jak ona na ciebie patrzy, to aż 

mrówki przebiegają mi po całym ciele. Ta biedna istota 
bierze cię za samego Pana Boga. A w każdym razie za 
kogoś, kto potrafi chodzić po wodzie, jeśli ma na to 
ochotę. Oczywiście tylko dlatego, że cię nie zna tak 
dobrze, jak ja... 

-   

Ty w ogóle nie masz pojęcia, co jest grane, 

malutka siostruniu. I dam ci jedną dobrą radę: nie 
przywiązuj się do niej zanadto, bo ona jest z rodziny 
Mallorych i długo tu już nie pobędzie. 

-    A niby dlaczego? - 

Jenny otworzyła szeroko oczy, 

jakby nagle coś sobie uświadomiła. - Tylko mi nie mów, 
że zamierzasz ją wykorzystać, żeby się zemścić na jej 
ojcu, bo jeśli tak, to ja... 

Nim zdołała dokończyć, na progu pojawiła się Lark. 

Była blada jak chusta. 

 
Rozmowa z Risą sprawiła Lark zawód. 
Risa jak zwykle zaczęła od pytania „gdzie ty jesteś", 

a zakończyła uwagą, że Lark nie może chować się bez 
końca. 

W trakcie rozmowy 

Lark dowiedziała się, że ojciec 

nadal szaleje, że nie odwołał ślubu i nawet nic nie 
powiedział Risie i Wesowi o telefonie Lark. 

-   

O Boże, więc Wes jeszcze nic nie wie?! - 

wykrzyknęła Lark. - Muszę natychmiast do niego 
zadzwonić. 

-   

Nie trudź się. On właśnie odwiedza przyjaciół w 

Key West. Nie ma mowy, żebyś go dziś dopadła. Nawet 
nie wiem, kiedy wraca. Spróbuj za kilka dni. 

-   

Za dwa dni nie będę mogła. 

-    Niby dlaczego? - Bo w domu nie ma... 
Tuż obok przechodziła grupa hałasujących głośno 

turystó

w. Lark przesłoniła dłonią mikrofon słuchawki. 

background image

-   

Gdzie ty właściwie jesteś? - dopytywała się Risa. 

- Co to za krzyki? 

-   

To nieważne. Chcę ci tylko powiedzieć, że na 

Florydę nie wracam. Nigdy. 

Risa wyda

ła okrzyk zdumienia. 

-   

A Wes jest nadal pewien, że ślub odbędzie się 

trzydziestego! Co ty wyrabiasz, Lark! 

-   

Jest mi niezmiernie przykro. Ale za Wesa wyjść 

nie mogę. Zwłaszcza w powstałej sytuacji... 

Usłyszała w słuchawce głośne zachłyśnięcie. 
Może by i mogła wyjść za Wesa, nim poznała, czym 

jest prawdziwa 

miłość, czym jest przebywanie w 

ramionach Jareda Wolfa... 

Nagle zdała sobie sprawę, że pozwoliła Jaredowi 

zbliżyć się do siebie w co najmniej dwuznacznej sytuacji: 
była pewna, że zaręczyny są zerwane, że ojciec 
obwieścił to Wesowi. Tymczasem ani Wes, ani 
zainteresowany tym florydzki światek nic nie wiedzieli i 
nadal szykowano się do ślubu... Co by powiedział Jared, 
gdyby się dowiedział? Okropne! 

-   

Risa, musisz coś dla mnie zrobić! - wykrzyknęła 

do słuchawki. - I to natychmiast, teraz, od razu! 

-   

O Boże, cóż znowu? 

-   

Musisz Wesa i wszystkich innych zawiadomić, że 

ślubu nie będzie, że zrywam zaręczyny. Musisz odwołać 
ślub w kościele, no i oczywiście przyjęcie. Wszyscy 
muszą o tym wiedzieć. Powiedz Wesowi, że zadzwonię 
do niego, kiedy będę mogła. Powiedz ojcu... 

-   

Lark, ja tego nie mogę zrobić. Musisz sama... Nie 

mam prawa tego zrobić. 

-   

To ja nie mogę. Fizycznie nie mogę. Przez 

najbliższe dni nie będę miała dostępu do telefonu. 
Proszę cię, Riso! Zostałaś mi tylko ty, nie mam nikogo 
innego, do kogo mogłabym się zwrócić. Błagam cię... 
musisz to dla mnie zrobić... 

Lark usłyszała westchnienie z drugiej strony i słowa 

Risy: 

-   

No cóż, spróbuję... 

-   

Natychmiast. Nie wyobrażasz sobie, jakie to dla 

mnie ważne. 

background image

-   

A ty nie wyobrażasz sobie, co się dzieje w domu, 

co wyrabia ojciec... 

-   

Okropnie mi przykro, że masz przeze mnie 

kłopoty... Ale to, o co cię proszę, jest dla mnie sprawą... 
życia i śmierci. Obiecujesz, że zawiadomisz wszystkich o 
mojej decyzji? 

-   

Powiedziałam, że się postaram... Pamiętaj, że nie 

będziesz mogła ukrywać się bez końca... 

 
Lark zdawała sobie z tego sprawę, ale wiedziała też, 

że z każdą godziną staje się silniejsza i bardziej 
przekonana, że postępuje słusznie. Podziękowała 
siostrze i odłożywszy słuchawkę, wróciła do restauracji. 
Jedno spojrze

nie na twarze Jareda i Jenny powiedziało 

jej, że się o coś sprzeczali. W milczeniu zajęła swoje 
miejsce. 

-   

Na Florydzie wszystko w porządku? - spytała 

niewinnie Jenny. 

-    Daj spokój, smarkata! - 

burknął Jared i zwrócił się 

do Lark: - 

Jesteś gotowa do drogi? 

-    Nie jest gotowa! - 

wybuchnęła Jenny. - 

Obiecałam jej pokazać hotel. 

-    Nie mamy na to czasu! - 

Jared ze złością patrzył 

na siostrę. 

-   

Ale miałeś czas na włóczenie się po mieście w 

starej karecie - 

odcięła się. - I przestań być taki srogi. 

Myślisz, że cię nie przejrzałam? Znam cię jak stary 
kapeć, drogi braciszku. Wiem, że nie masz nic pilnego 
do załatwienia. Czasami śmiać mi się chce, kiedy jesteś 
taki... 

-    Dajcie spokój, moi kochani... - 

mitygowała ich 

Lark.   

Jared uciszył ją jednym spojrzeniem. 
-    A ty, Jenny, masz czasami niedobry zwyczaj 

otwierania buzi przed zaangażowaniem w proces 
myślowy paru szarych komórek. Skoro żądasz ode mnie, 
abym nie wtrącał się do twojego życia, ty nie wtrącaj się 
do mojego. Jeśli będę potrzebował zasięgnąć twojej 
op

inii, smarkata, to się o to zwrócę... 

-   

Ach ty zarozumiały, świętoszkowaty, absolutnie 

background image

nieczuły...! 

Lark zerknęła na małego Jareda. Czy chłopca nie 

przeraziły podniesione głosy? Ale maluch spokojnie 
uderzał swoją łyżką w tacę, rozpryskując na wszystkie 
strony okruchy krakersów. 

Jared zerwał się. Twarz miał kamienną. 
-   

Mam tego dość! Idziemy! - Przez długą chwilę 

wpatrywał się w siostrę złym wzrokiem. Potem przeniósł 
go na Lark. 

-    Idziesz, czy zostajesz? - 

Zadał pytanie tonem, 

który sugerował, że go nie obchodzi jej decyzja. 

Jenny wydawała się zdeterminowana. Żadne z 

rodzeństwa nie zamierzało ustąpić. 

Co ja w tym towarzystwie robię, zadała sobie 

pytanie Lark. Okazuje się, że prawie nie znam Jareda. 
Jednakże cząstkę, którą znała, uwielbiała, a resztę 
pragnęła jak najprędzej dokładnie poznać, więc wstała. 

-   

Przykro mi, Jenny, ale hotel obejrzę chyba innym 

razem - 

powiedziała. 

 
 

ROZDZIAŁ    SIÓDMY 

 
Tej nocy Lark spała sama w łóżku Jareda. Jego 

właściciel po kolacji zniknął w mroku. Długo nie mogła 
zasnąć, zastanawiając się nad nowymi komplikacjami i 
bardzo przykrą sytuacją. Nad sytuacją zakochanej 
kobiety, której kochany mężczyzna nie ufał. I właściwie 
trudno było mieć o to do niego pretensję. Gdyby 
wyjechała z Florydy, zrywając uprzednio zaręczyny, 
wszystko wyg

lądałoby inaczej. Mogła i powinna była to 

zrobić. 

Jeszcze długo męczyły ją mniej lub bardziej 

nieprzyjemne myśli. Zasnęła chyba dopiero po północy. 
Sen miała jednak spokojny i rano obudziła się zupełnie 
rześka, a jej pierwszą myślą było, że lepiej jest kochać i 
przegrać, niż nie zaznać miłości. Była zadowolona ze 
swojego wyboru. Do kuchni zeszła w znacznie lepszym 
humorze, niż szła spać. 

Przy kuchennym stole siedział Jared i spokojnie 

background image

zajadał swoje płatki. Kiedy wrócił i skąd, nie miała 
pojęcia, ale najwidoczniej nocna wyprawa dobrze mu 
zrobiła, gdyż spojrzał na nią niemal przyjaznym 
wzrokiem. 

-   

No więc dobrze - powiedział. - Mów! 

-   

Co mam mówić? 

-   

To, co tak bardzo chciałaś mi zakomunikować, a 

czego ja nie chciałem słuchać. Mów, zamieniam się w 
słuch. - Coś rozbłysło w jego oczach. 

Nagle wyschło jej w ustach. Usiadła, odchrząknęła, 

przełknęła. .. 

-   

A więc tam, w gorących źródłach... 

-    Owego znamiennego dnia? - 

przerwał jej 

pytaniem, 

-   

Tak. Chciałam ci wtedy powiedzieć, że wszystko 

jest w porządku, bo zerwałam zaręczyny... 

-   

Czyżby? - Zmrużył oczy. 

-   

Bo to, co wtedy powiedziałeś o kobietach 

należących do innych... Chciałam ci powiedzieć, że już 
nie ma innego mężczyzny. - Zaczęła się plątać i gubić. 
Czy odważy się wyjawić mu głębię swego uczucia? Czy 
powinna to zrobić? 

-   

Kiedy zerwałaś zaręczyny? 

Było jasne, że on nadal nie jest pewny, czy powinien 

jej wierzyć i ufać. 

-   

Tego samego dnia, zanim poszłam do gorących 

źródeł, wzięłam twojego land rovera i pojechałam do 
wiejskiego sklepu na drodze do Cripple Creek... 
Zadzwoniłam do... - Przecież rozmowę przejął ojciec... i 
nie przekazał Wesowi. Ale to przecież nie jej wina... 

-   

Rozmawiałaś z tym, jak mu tam na imię...? 

-   

Na imięmu Wes. - Odważyć się skłamać, czy też 

zdobyć się na odwagę i powiedzieć prawdę? 

-   

O właśnie, Wes. Rozmawiałaś z nim? 

No, właściwie nie rozmawiała, ale nie dlatego, że 

nie chciała. Chciała bardzo. To wina ojca. Wczoraj Risa 
obiecała, że się postara. Czy skorzystanie z dwu 
pośredników jest równoznaczne z osobistym 
zawiadomieniem? 

-   

Czekam na odpowiedź - cierpliwie odezwał się 

background image

Jared. Siedział nadal z kamienną twarzą, ręce miał 
założone na piersiach. 

-   

Wes wie, że z nim zrywam! - wyrzuciła z siebie. - 

Czy dasz mi wreszcie spokój? Przestań zadręczać mnie 
tymi drobiazgowymi pytaniami. 

-   

Chcę wiedzieć, czy oświadczyłaś mu wyraźnie, 

bez niedomówień, że za niego nie wyjdziesz? Możesz mi 
to powiedzieć? Bo jeśli mu nie powiedziałaś i chcesz 
wrócić, jak gdyby nigdy nic, to zachowam pełną 
dyskrecję. Możesz się nie bać. Przeżyliśmy wspaniałe 
chwile, ale bez żadnych zobowiązań, pa, cześć...! 

Miała ochotę trzepnąć go w twarz za to, co teraz 

powiedział. Trwało długo, nim się opanowała. 

-   

Nie chcę wracać. 

-   

Czy zamierzałaś jeszcze coś powiedzieć? - 

Wstał. 

-    Czy to nie wystarczy? - 

Nie była to odpowiednia 

chwila na mówienie o miłości 

Wcale nie była pewna, czy jej uwierzył. 
To, co mu powiedziała, choć mijało się trochę z 

prawdą, wyrażało jej uczciwe intencje. 

Zresztą Wes chyba już wie. Co za różnica, czy o 

zerwaniu zaręczyn powie mu ona sama, czy członek 
rodziny? Byle otrzyma

ł wiadomość, że weselnych 

dzwonów nie będzie, że zaręczyny są definitywnie 
zerwane. Jeśli tak się stało, to Lark powiedziała Jaredowi 
prawdę. 

 
W dwa dni po rozmowie z Lark na temat zerwania 

zaręczyn, Jared stał zadumany na wzniesieniu powyżej 
domu Wolfów i usiłował rozgryźć zagadkę panny Lark 
Mallory. Nie było żadnych wzajemnych zobowiązań, 
żadnych zobowiązań, powtarzał sobie. 

Przez minione dwie noce spa

ł w lesie, usiłując 

podjąć jakąś decyzję. 

Czy jej wierzy? Nie wiedział. 
Wobec tego inne pytanie: czy chciałby móc jej 

wierzyć? 

Otrząsnął się i poszedł w kierunku osikowego 

zagajnika. Rano padało, liście drzew jeszcze nie 

background image

obeschły, Jared był wkrótce przemoczony, co go jednak 
nie zniechęciło do dalszego spaceru. 

Musi poznać prawdę, nim sytuacja jeszcze bardziej 

się skomplikuje. Był na to tylko jeden sposób. 

Po dobrych dwudziestu minutach marszu dotar

ł do 

wiejskiego sklepiku przy drodze. Zamknął się w kabinie 
telefonicznej i wystukał numer informacji w Palm Beach, 
a następnie siedzibę Korporacji Mallory-Sherborn. 
Poprosił o połączenie z Wesem Sherbornem i po kilku 
sekundach usłyszał w słuchawce męski głos: 

-    Mó

wi Wes Sherborn. Czym mogę panu służyć? 

-   

Poszukuję panny Lark Mallory. Powiedziano mi, 

że pan się z nią przyjaźni. 

-    Owszem. Ale kto mówi? 
Jared się zawahał. Szybko jednak podjął decyzję, 

nie było sensu ukrywać tożsamości. Nie znał Wesa 
Sherborna

, a Wes Sherborn nie słyszał nigdy o Jaredzie 

Wolfie. Lark z pewnością miała wielu przyjaciół i 
prawdopodobieństwo, że Wes wspomni o tym telefonie 
Drake'owi Mallory'emu było znikome. A jeśli nawet... 

-   

Nazywam się Jared Wolf. Można powiedzieć, że 

od bardzo dawna jestem przyjacielem obu sióstr... 

Rozumiem. Więc czym mogę panu służyć? 

-   

Słyszałem, że za dwa tygodnie panna Lark 

wychodzi za mąż. 

-    Tak, to prawda. Wychodzi za mnie. Trzydziestego 

sierpnia.   

Jaredowi wydawało się, że Wes niemal zachichotał. 
-    Moje gratulacje. 
-   

Dziękuję. Więc o co...? 

-   

Chciałbym wysłać jej prezent ślubny... W imię 

dawnych czasów, kiedy byliśmy dziećmi... 

-   

Jestem pewien, że sprawi jej to wielką 

przyjemność. Niech pan to wyśle pod adresem naszego 
nowego domu. Jest to prezent dla nas od jej ojca. Już 
panu podaję... 

Jared sta

ł jak skamieniały. Chciał znać prawdę i 

poznał. 

Kiedy Jared nie wrócił - tak jak się Lark spodziewała 

wpadła w panikę. Nie bacząc na nic, zabrała ze stołu 

background image

klucze do land rovera i pojechała do Cripple Creek. 

Chyba zgłupiałam, mówiła sobie podczas drogi. 

Przecież nie zastanę Jenny w domu. Z pewnoscią jest w 
pracy albo na space

rze z małym Jaredem, lub załatwia 

sprawunki. Tymczasem Jared wróci i będzie wściekły, że 
zabrałam samochód. A wyprawa do miasteczka i tak na 
nic się nie przyda. 

Nie, nie, nie! Musi odszukać Jenny! Musi z nią 

porozmawiać, zwierzyć się, może wspólnie znajdą jakieś 
rozwiązanie tej skomplikowanej sytuacji. Może jednak 
będzie miała szczęście i zastanie Jenny? 

 
Miała to szczęście. Jenny już z daleka zobaczyła 

samochód Jareda, wyszła na ganek i zaczęła wesoło 
wymachiwać. 

Lark odczuła wielką ulgę. 
Mały Jared spał, więc obie kobiety usiadły na 

werandzie i mogły spokojnie porozmawiać, pijąc jak 
zwykle lemoniadę. 

-   

Wyglądasz nietęgo, Lark. Masz podkrążone i 

zapuchnięte oczy, jakby od płaczu. Czym tak się 
zamartwiasz? - 

zagaiła Jenny. - Jared? 

-    Jared. 
-   

Zakochałaś się w nim. - Było to stwierdzenie, nie 

pytanie. - 

Już poprzednio dostrzegłam symptomy. 

-   

Szkoda, że nie dostrzega ich Jared. Czasami 

sobie myślę... - Zamilkła. 

-   

Mów! Nic mu nie powtórzę. Ani nikomu innemu. 

Nie wiem, czy będę ci mogła pomóc, ale spróbuję. 

-    Nic tu nie poradzisz, Jared mi po prostu nie ufa. 

Nie wiem, czy to chodzi o mnie, czy o jego nienawiść do 
mojego ojca, ale na każdym kroku coś między nami się 
pojawia, jakaś bariera... Jared stale tylko powtarza, że 
żadne z nas niczego nie obiecywało i niczego nie może 
się spodziewać. A ja chciałabym się spodziewać... 
przyszłości... z nim. Nie chcę być traktowana jak... 
wakacyjna przygoda. Będę musiała to akceptować...jeśli 
to jest wszystko, co mogę uzyskać, ale bardzo mi to nie 
odpowiada. Jestem po prostu zrozpaczona... 

-   

Chyba przesadzasz. On z pewnością nie traktuje 

background image

cię jak poderwanej na jeden wieczór panienki... 

-   

Właśnie tak mnie traktuje. Nie szanuje mnie, 

ponieważ jestem zaręczona. To znaczy byłam, kiedy tu 
się zjawiłam. 

-   

Byłaś, czy jesteś? 

-   

Drogi Boże, w tej chwili to już sama nie wiem. 

Chciałam zerwać zaręczyny i zadzwoniłam do Wesa... to 
mój narzeczony, żeby mu to powiedzieć, ale odebrał 
ojciec. Prosiłam go więc, żeby zawiadomił Wesa. Nie 
zawiadomił. Rozmawiałam potem z siostrą, Risą, i ją 
prosiłam, żeby koniecznie odwołała ślub i powiedziała 
Wesowi, że za niego nie wyjdę. Mogę mieć tylko 
nadzieję, że Risa to zrobiła... Boże, ja nigdy nie 
powinnam była zaręczać się z Wesem. Tak jakoś 
wyszło, znaliśmy się od dziecka, ojciec parł do tego 
małżeństwa, bo to syn jego wspólnika. No i Wes 
publicznie mi się oświadczył w obecności obu naszych 
rodzin... Głupio mi było powiedzieć „nie", nie dano mi 
czasu na zastanowienie się. - Po policzkach Lark 
spłynęło parę łez. - Zawsze tak bardzo chciałam 
aprobaty 

ojca. Nie chcę jednak płacić za nią 

małżeństwem z mężczyzną, którego nie kocham. 
Kocham Jareda, ale on we mnie nie widzi przyszłej 
żony... 

-   

Byłaś zawsze blisko z ojcem? - spytała Jenny. 

-   

Blisko? Nigdy. Dlatego chciałam być. Moi rodzice 

rozwiedli się, kiedy miałam czternaście lat. Zaraz po 
powrocie z ostatnich wakacji, tu w górach. Ojciec chciał, 
żebyśmy z Risą zostały z nim, ja bardzo tego chciałam. 
Matka... matka za dużo piła i to mnie do niej zniechęcało. 

-   

Ale jednak z nią zamieszkałaś. 

-    Matka mn

ie potrzebowała. Ojciec nie. Została z 

nim 

Risa. Zawsze wolał ją ode mnie. Wyjechałam do 

Miami z matką. Ojciec był z tego powodu bardzo 
niezadowolony. Po prostu wściekły. Okropne rzeczy o 
niej mówił, żeby mnie skłonić do pozostania. Ale ja 
zamieszkałam z nią chyba z dobrego serca. Jakiś odrach 
miłosierdzia... A jak zamieszkałam z matką, to chciał, 
żebym mu donosiła, co matka robi. Wywierał na mnie 
różnorakie naciski. Udało mi się jednak im oprzeć... 

background image

Lark opuściła głowę i zasłoniła twarz dłońmi. Po 

dłuższej chwili wyprostowała się i ciągnęła dalej: 

-    W dwa lata po rozwodzie matka po pijanemu 

rozbiła samochód na drzewie. Zabrano ją do szpitala w 
ciężkim stanie. Siedziałam w holu, czekając na to, żeby 
mi ktoś powiedział, co z nią jest, kiedy przyszedł ojciec i 
z miejsca zaczął mnie oskarżać, że to moja wina, bo 
gdybym go informowała, że matka ciągle pije, to można 
by było oddać ją do zakładu. Że powinnam była z nim 
zamieszkać. Że właściwie ledwie uszłam z życiem, bo 
przecież mogłam być w tym samochodzie. Że nigdy w 
życiu nie podjęłam żadnej dobrej decyzji. Ani razu nie 
zapytał o matkę. Miałam już tego wszystkiego dosyć i 
zaczęłam okropnie krzyczeć, a nawet rzuciłam się na 
niego. Miałam ochotę wydrapać mu oczy. Krzyczałam, 
że matka nigdy nie powiedziała ani jednego złego słowa 
na ojca, i że to jego okrutne zachowanie wpędziło ją w 
nałóg. To on uczynił jej życie piekłem. I na koniec 
powiedziałam mu, chcąc się zemścić, że owszem, 
odwiedzali ją mężczyźni, już od dawna, jeszcze przed 
rozwodem... I wtedy zjawił się doktor i powiedział, że 
matka nie żyje... 

-   

Byłaś wówczas jeszcze dzieckiem, Lark, nie 

możesz winić siebie za nic. A ja w twojej opowieści i w 
tych twierdzeniach, że ciągle szukasz aprobaty ojca, 
dostrzegam jakiś ciężar winy i próbę jej odkupienia - 
powiedzi

ała Jenny. 

-    Taaak - 

potwierdziła Lark. Z emocji aż ochrypła - 

dlatego chciałam ojcu sprawić przyjemność i wyjść za 
Wesa. Marzył o tym.... Napomykał o tym od pierwszej 
chwili, kiedy po pogrzebie matki wróciłam do jego domu. 
Zamieszkałam z ojcem i Risą. Pierwszego dnia ojciec 
wezwał mnie i wygłosił uroczysty wykład. Wyjaśnił mi, 
dlaczego nigdy w przyszłości nie powinnam 
samodzielnie podejmować życiowych decyzji. Bo jestem 
słaba, jak matka, która zakochiwała się w każdym 
przystojnym mężczyźnie, jaki się pojawił na horyzoncie. I 
że na szczęście mam ojca, który będzie za mnie 
dokonywał wyborów. Napomknął, że mało jest ojców, 
którzy z powrotem przyjęliby pod swoje skrzydła tak 

background image

niewdzięczne dziecko. Miałam szesnaście lat, okropnie 
się wstydziłam tego, co zrobiłam. No i postanowiłam 
zasłużyć na tę aprobatę, o której już mówiłam... 

-   

Musiało ci być bardzo ciężko - skomentowała 

Jenny. - 

Niewesołą miałaś młodość... 

-   

Jedna Risa mnie rozumiała. Wiedziała, jak 

okropnie wszystko przeżywam. Poradziła mi, żebym 
udawała, że wierzę w to wszystko, co ojciec mówi, a 
robiła swoje. I żebym nie stawiała otwartego oporu. 
Wtedy ta rada wydawała mi się dobra. Jeszcze do 
niedawna tak sądziłam i zgodnie z nią postępowałam. 
Teraz żałuję... Chociaż z drugiej strony było mi łatwiej 
żyć, unikając starć. Kiedy kłóciłaś się przy mnie z 
Jaredem, byłam zupełnie przerażona i pomyślałam 
sobie... Nawet ci nie powiem, co pomyślałam, to takie 
straszne... 

-    W naszej rodzinie wszyscy zawsze mówili sobie, 

co mają na wątrobie. Ostro i bez ogródek. Każdy 
powiedział swoje i szedł swoją drogą, ale co mu zapadło 
w głowę, to zapadło. I wyciągał wnioski. Wszyscy się 
kochamy i nikt do nikogo nie ma długo pretensji. A 
każdemu lżej, że się wygadał. 

-   

To jest dla mnie nie do pojęcia. 

-   

No i stąd twoje trudności w porozumieniu z 

Jaredem i zrozumieniu jego samego - 

podsumowała 

Jenny. 

-    Kiedy tu nie chodzi o to. Chodzi tylko o mnie. 

Jared wydaje się wiedzieć dokładnie, czego chce i dokąd 
zdąża. To ja nie wiem. On ustala reguły, a ja według nich 
postępuję. Z wyjątkiem... 

-    Jakim? 
-   

Chyba wiesz, że ja i Jared... jesteśmy 

kochankami. To znaczy byliśmy... - W spojrzeniu Lark 
kryło się jakby wyzwanie. 

-   

Nie musisz tak na mnie patrzeć, jakbyś się 

spodziewała, że cię potępię. Nie mam zamiaru osądzać 
ciebie ani mojego 

brata. Ja też byłam kiedyś zakochana, 

a moje wybory nie zawsze były takie, jakie podobałyby 
się mojej rodzinie. Ale nikt się do mnie nie odwrócił 
plecami. I nie żałuję tego, co zrobiłam. Mam synka, 

background image

którego kocham nad życie... Niczego nie żałuję. 

-   

Ja żałuję wielu rzeczy, ale nie dlatego, że 

kocham Jareda. Kiedy tu się zjawiłam, nie było 
najmniejszego powodu, bym mu się zwierzała z moich 
osobistych spraw. Między nami absolutnie niczego nie 
było. Nic się nawet nie kroiło. I nagle stało się i było już 
za późno. Jeszcze nie spotkałam człowieka, który miałby 
taki szacunek do instytucji małżeństwa. Wprost 
niewiarygodne w naszych czasach. I rozciąga ten 
szacunek nawet na stan narzeczeństwa. 

-   

A ponieważ jest takim unikatem, nadal tkwi w 

stanie kawalerskim - odpa

rła Jenny. - Powiedział mi 

kiedyś, że jego małżeństwo musi być podobne do 
małżeństwa rodziców, dziadków i pradziadków co do 
trwałości i wzajemnej miłości. Powiedziałam mu wtedy, 
że perfekcji żądać może tylko ktoś doskonały, a on wcale 
nie jest doskonały. Ma wiele wad. Dobry chłop, ale nie 
anioł. 

-   

O tak, aniołem to on nie jest. - Lark po raz 

pierwszy roześmiała się. 

-   

I okropnie wyrzekał na kobiety, że stało się z nimi 

coś niedobrego, że mężczyzna ma trudności, żeby z 
którąkolwiek związać się na całe życie... Może wreszcie 
znajdzie... Jared to człowiek wprost stworzony do 
rodzinnego życia. Tylko że poprzeczkę ustawił zbyt 
wysoko. Nikt jej nie może przeskoczyć... 

Przez kilka minut obie kobiety siedziały w milczeniu, 

zadumane. 

Wreszcie Lark powiedziała: 
-   

Dziękuję ci, Jenny, że mnie wysłuchałaś i z 

miejsca nie potępiłaś... 

-   

Za co to miałabym cię potępiać? A jeśli idzie o 

ocenę twojego postępowania w przeszłości i w 
przyszłości, to jedynym sędzią możesz być ty sama. I ty 
musisz dokonywać wyborów i dróg jakimi zdążasz.       

-   

Mam wrażenie, że jedną z przyczyn, dla których 

Jared mnie nie szanuje, jest moja uległość wobec woli 
ojca. Jared nigdy przed nikim i niczym nie ucieka. Stawia 
zawsze czoło trudnościom, to widać. Ja jestem inna. 
Kiedy zdobyłam się wreszcie na umknięcie ojcu z 

background image

Flor

ydy, to właśnie w celu przemyślenia wszystkiego w 

spokoju. 

-   

I przemyślałaś? 

-   

O tak! Poznanie Jareda i zakochanie się w nim 

dało mi siłę, której potrzebowałam, żeby przeciwstawić 
się ojcu. W każdym razie przez telefon, na odległość. - 
Roześmiała się żałośnie. - Spaliłam za sobą mosty. 
Teraz nie mogę wrócić, choćbym chciała. Na szczęście 
nie chcę. 

Jednakże już w chwili wypowiadania tych ostatnich 

słów ogarnęły ją wątpliwości. Póki Jared stał przy niej, 
była zdolna walczyć z całym światem. Ale Jared może 
od ni

ej odejść, a nawet obrócić się przeciw niej. 

Co wtedy? 
 
Jared nie wrócił przez dwa następne, okropne dni. 

Lark 

cierpiała, czekała, wypatrywała go. Kiedy wreszcie 

trzeciego 

dnia stanął w drzwiach, nie czekała, aż objawi 

swój 

zły czy dobry humor, czy też odezwie się słowem, 

lecz rzuciła mu się na szyję i mocno przytuliła. 

-   

Tak się martwiłam! - wykrzyknęła. - Dzięki Bogu, 

że jesteś. 

-   

Czy coś się stało? 

Z policzkiem pod brodą Jareda nie widziała jego 

twarzy, lecz wyczuła w głosie niepokój. To dobry znak! 

-   

Właściwie nie - przyznała. - Tylko było mi ciebie 

brak. 

Jeszcze przez chwilę czuła jego ramiona 

obejmujące ją niby żelazna obręcz. 

-   

Ciekawy wybrałaś scenariusz - powiedział.   

Odchyliła nagle głowę. 
-   

Co ty powiedziałeś? 

-   

Możesz się nie martwić. Wróciłem przecież. - Miał 

kamienny wyraz twarzy, oczy wpatrzone w przestrzeń. 

-   

Nie wydajesz się uradowany, że mnie widzisz... 

-   

A dlaczego miałbym być uradowany? - spytał 

zimno.   

Jared zdecydowanie się zmienił. Lark nie potrafiłaby 

powiedzieć, na czym ta zmiana polegała. Poza tym 
zachowywał się chłodno i z rezerwą. Wydawało się jej, 

background image

że w paru spojrzeniach, jakie na nią rzucił, tkwiło palące 
pytanie, ale go nie zadawał. 

 
Następnego dnia, przygotowując na lunch kanapki z 

tuńczykiem, zastanawiała się nad tym. O co mu 
właściwie chodzi? Zupełnie, jakby podjął decyzję 
akceptowania istniejącego stanu rzeczy, niewybiegania z 
planami na przyszłość, wyczekiwania na rozwój 
wypadków. P

rzyglądał się jej uważnie, ostrożnie, a od 

powitalnego 

uścisku poprzedniego dnia nie dotknął jej 

ani razu. 

Nie tego oczekiwała, ale trudno. Poczeka i ona. 
Nie usłyszała jego kroków, gdy wchodził przez drzwi 

prowadzące z platformy obserwacyjnej. Zerknęła w jego 
kierunku i zamarła, ujrzawszy twarz skrzywioną dziwnym 
grymasem. 

-   

Co byś zrobiła, gdyby zastał cię tu ojciec? - 

zapytał prosto z mostu. 

Ponieważ milczała, powtórzył: 
-   

No, co byś zrobiła? 

Drżały jej ręce, więc odłożyła nóż, którym krajała 

chleb. 

-   

Zapadłabym się pod ziemię. Nie jestem gotowa 

do rozmowy z nim. 

-    Czy nie dramatyzujesz? 
-   

Sama nie wiem. Ty nie masz pojęcia, jaki on jest 

wyniosły i jak upokarza rozmówcę. Zagadałby mnie, a 
raczej zakrzyczał, a pode mną zatrzęsłyby się nogi. 
Owszem, mogłabym z nim rozmawiać, gdybyś zechciał 
mi pomóc, Jared. Ty sobie z każdym poradzisz. 

-   

Dlaczego miałbym występować w twoim imieniu? 

Nie ma po temu powodu. 

-   

Chyba masz rację, nie ma powodu... - Opuściła 

głowę. 

-   

Wracamy więc do punktu wyjścia. Jeśliby pojawił 

się ojciec, toby ci zdrowo nagadał, a ty posłusznie 
wróciłabyś na Florydę. - Jared mówił cynicznie i prawie 
obojętnie. 

-   

A cóż miałabym zrobić? Boże, ty naprawdę 

sądzisz, że on może mnie tu znaleźć? Sądziłam, że 

background image

gdzie jak gdzie, ale tu jestem bezpieczna. 

-    Istnieje wiele 

sposobów na odszukanie cię. To 

sprawa czasu, a ty tylko na krótko odsuwasz 
nieuchronny fina

ł. Chowasz głowę w piasek. A to nigdy 

nie jest dobrą metodą. 

-   

Więc, co mam począć? Tobie jest łatwo mówić... 

Zawsze jesteś pewny tego, co zamierzasz zrobić, i 
robi

sz to. Nie wnikasz w to, co ja czuję... 

-   

Dlaczego nie powiesz sobie raz na zawsze: dość. 

Tupnij 

nogą i powiedz mu, co sądzisz o nim i jego 

metodach. Postaw mu się. Zachowaj się raz wreszcie jak 
dorosła osoba i powiedz mu, żeby wyniósł się z twojego 
życia. Że to jest twoje i tylko i    twoje życie... 

-   

Mówisz tak, bo jesteś w innej sytuacji. Masz 

gdzie mieszkać i z czego żyć. Możesz tu przetrwać... 

-   

Jedyna różnica między mną a tobą polega na 

tym, że ja przed nikim się nie chowam. 

-    I to jest twój dom, a nie mój... - 

dodała. - Ja będę 

go musiała opuścić. 

-   

Dość tej rozmowy. Ojciec prawdopodobnie tu się 

nie pojawi. Zapomnij, że poruszyłem ten temat. Ale 
pamiętaj, że któregoś z najbliższych dni będziesz 
musiała coś zdecydować. 

Wyróżnił słowo „najbliższych". Dlaczego? 
-   

Kiedy wszystko ułoży mi się w głowie, na pewno 

coś zrobię. 

A kiedy mnie się ułoży wszystko w głowie, też coś 

zrobię, pomyślał Jared. Byle nie było za późno. Wyszedł 
na platformę obserwacyjną i przez kilka minut patrzył na 
drogę wiodącą do domu Wolfów. 

Teraz był już całkowicie pewien, że popełnił błąd 

telefonując na Florydę. Miał przedziwne wrażenie, że 
wróg jest już blisko. Chociaż nie osłabła w nim chęć 
zemsty na Mallorym, nie wiedział dobrze, jaką formę ta 
zemsta powinna przyjąć. Na ile podświadomie chciał 
zranić Lark, i w jaki sposób powinien jej ojca rzucić na 
kolana. 

Czując się przede wszystkim opuszczona, samotna, 

zataczając się ze zmęczenia po paru bezsennych 
nocach, Lark szła ciężko do sypialni na pięterku. Rzuciła 

background image

się na łóżko i zapadła w głęboki sen. 

Obudziły ją gniewne głosy. 
 
 

ROZDZIAŁ      ÓSMY 

 
Jared Wolf stał na progu domu i z góry patrzył spod 

przymrużonych powiek na swego arcywroga. Drake 
Mallory był mężczyzną potężnej budowy o czerstwej 
cerze. Wydawał się starszy, tęższy, ale poza tym był taki 
sam jak niegdyś - arogancki i odnoszący się do 
słabszych z pogardą. 

-   

Patrzcie państwo! - powiedział. - Mój chłopak na 

posyłki. Gdzie ona jest, Wolf? 

Jared z trudem się hamował. 
-   

O kim mówisz, Mallory? Czyżbyś miał tu 

umówione 

spotkanie z którąś ze swoich dziwek? - Dłonią 

pocierał o kieszeń dżinsów, wzrok wtopił w twarz 
przeciwnika. - 

Czyżbyś jej nie zawiadomił, że dom już nie 

należy do ciebie? Zapomniałeś? Obie twoje żony odkryły 
tajemnicę twojego gniazdka i dlatego cię rzuciły... 

-    Won od mojej rodziny! - 

wrzasnął Mallory. 

-   

Z rozkoszą, jeśli tylko opuścisz moją posiadłość. 

Obaj mężczyźni wzajemnie sztyletowali się spojrzeniami. 

Mallory nie wstąpił na schodki ganku, Jared z nich 

nie zszedł. Obaj z nadludzkim wysiłkiem trzymali nerwy 
na wodzy, aby wzajemna niechęć nie przerwała tamy. 

Wskazując palcem dom, Mallory powiedział: 
-   

Wiem, że moja córka tu jest i nie odejdę, póki z 

nią nie porozmawiam. Ty nie masz prawa... 

-    Mam wszystkie prawa - 

przerwał Jared. - Łącznie 

z prawem 

obrony siłą ziemi, która do mnie należy. Lark 

powiedziała mi, że nie chce rozmawiać z ojcem. 

-   

Kłamiesz. Zawsze kłamałeś... 

-   

Niech pan uważa. Nie jestem już chłopczykiem 

do popędzania. I nie życzę sobie spoufalania. Specjalnie 
użyłem formy „ty", żeby pan posmakował jej w 
specyficznym kontekście. Może już wystarczy? Chcę, 
żeby pan wiedział, że jest pan najbardziej aroganckim, 
odpychającym typem. Aby z nią rozmawiać, musiałby 

background image

pan wejść siłą, a pan jest silny tylko w słowach. Na mnie 
słowa nie robią wielkiego wrażenia. - Na ustach pojawił 
mu się lekki uśmiech. - Ale nie radzę próbować siły. 

-    Dugan! - 

warknął Mallory przez ramię. - Chodź tu 

szybko, człowieku. 

Jared był tak zapatrzony w swego wroga, że nawet 

nie zauważył drugiego mężczyzny siedzącego w 
samoc

hodzie. Był to spotkany niedawno w Cripple Creek 

miły woźnica, jeden z najbardziej znanych rozrabiaków w 
tych stronach. Jeden z najprzebieglejszych. 

Slim Dugan wygrzebał się z dżipa i oparł o błotnik. 
-   

Wolę sobie postać tutaj, panie Mallory - 

powiedział. - Cześć, Jared. Wyglądasz wcale znośnie... - 
Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

Mallory jeszcze bardziej poczerwieniał. Rzadko 

zdarzało się, że jego rozkazy nie zostawały spełnione. 
Nadął się i oświadczył Jaredowi: 

-   

Jeśli zrobiłeś jej krzywdę, draniu, to cię zabiję...! 

-   

Nie tak się mówi do człowieka, z którym chce się 

ubić mteres, panie Mallory. - Jared czuł, że traci 
panowanie. Jeszcze chwila, a rzuci się Mallory'emu do 
gardła. - Dlaczego miałbym krzywdzić milionerską 
córunię? Jaki byłby w tym mój interes? Miałbym ją 
krzywdzić tylko dlatego, że jej tatuś okłamał i oszukał 
moją matkę, wpędzając ją do grobu? A może dlatego, że 
jej szanowna mamusia obciążała mnie winą za puste 
butelki po whisky? Lub dlatego, że druga pańska 
córęczka zwaliła na mnie winę... Eee, szkoda słów. - 
Machnął ręką. Wskazując palcem drogę, wykrzyknął: - 
Wynoś się stąd panie Mallory! No już, jazda z mojej 
ziemi! 

Mallory był absolutnie zaskoczony siłą emanującej z 

Jareda nienawiści. I po raz pierwszy poważnie 
zaniepokojony. Trwał jednak przy swoim: 

-   

Nie ruszę się stąd, póki nie dowiem się, nie 

zobaczę, że wszystko jest w porządku. A może ona jest 
przetrzymywana wbrew swej woli? Wszystkiego można 
się po panu spodziewać. 

-   

O tak, po mieszańcu można spodziewać się 

najgorszych rzeczy - 

powiedział z goryczą Jared. - Dla 

background image

pana byłem i jestem mieszańcem. 

-   

Ja chcę się widzieć z moją córką, psiakrew! Z jej 

własnych ust chcę usłyszeć, że ona nie chce rozmawiać 
ze starym ojcem. Wiem dobrze, że kiedy mnie zobaczy, 
wróci jej rozum. - Mallory 

odzyskiwał pewność siebie. 

Założył ręce na piersiach i rozstawił nogi, aby dać do 
zrozumienia, że się nie ruszy, póki jego życzenie nie 
zostanie spełnione. 

-   

A ja mówię nie! - odparł krótko Jared.   

Mallory jakby się skurczył. 
-   

Niech pan ją przynajmniej zapyta. Jeśli ona 

powie, że nie... - Mallory wyraźnie szukał kompromisu. - 
Dobrze, niech chociaż podejdzie do okna i rzuci we mnie 
kamieniem. Wtedy będę wiedział... Ale póki jej nie 
zobaczę, nie odejdę. A jeśli nie uzyskam tego, co chcę, 
to w

rócę tu z szeryfem... 

Jared zawahał się. Nie miałby nic przeciwko 

spełnienia przez Mallory'ego groźby sprowadzenia 
przedstawiciela prawa, ale Lark mogłaby być z tego 
niezadowolona. Lark już się chyba obudziła i pewno stoi 
na pięterku tuż za oknem. 

Psiakrew

, co za przedziwna dziewczyna. Boi się 

ojca, który przecież nic jej nie może zrobić. I w zasadzie 
ma prawo wiedzieć, czy córce nie stało się nic złego, 
skoro tak niespodziewanie zniknęła. Lark powinna z nim 
porozmawiać. Gdyby od czasu do czasu ktoś z nim 
p

orozmawiał, nie padając przed nim plackiem, to może 

byłby teraz inny. Nie mówiąc już o tym, że pozostali 
członkowie rodziny, przez lata tłamszeni, też byliby inni. 

- Zgoda! - 

postanowił nagle Jared. - Niech Lark też 

ma przyjemność powiedzieć ojcu, co o nim sądzi. Jeśli 
zechce. Proszę tu czekać. 

I zniknął w głębi domu. 
Lark nie było! Przepadła. Nie wiedział, jak i kiedy, 

nie wiedział dokąd poszła, ale zniknęła. Nie było jej 
nigdzie. Stał przez chwilę przy oknie wychodzącym na 
tyły domu. Tędy wyszła, prosto na platformę 
obserwacyjną i diabli tylko wiedzą, dokąd poszła. 

Jared podjął błyskawiczną decyzję. 
 

background image

Zapakowała się szybko - zapasowe skarpetki, 

bawełniana koszulka, trochę bielizny, druga para 
dżinsów i kurtka. Wszystko upchała w plecaku, który 
znalazła w komórce. Dorzuciła jeszcze przybory 
toaletowe i prawo jazdy, i dopiero wtedy podeszła do   
u

chylonego frontowego okna. Usłyszała słowa Jareda: 

„Nie tak się mówi do człowieka, z którym chce się ubić 
interes". 

Serce skoczyło jej do gardła. Jared ją zdradził, 

zamierza w

ydać ojcu! Nie ma czasu na zastanawianie 

się. Trzeba szybko uciekać. Pozostało okno na tyłach 
domu. Pójdzie do wiejącego sklepiku przy drodze. Na 
pewno trafi. Stamtąd zatelefonuje... Do kogo? Teraz 
nieważne. Zastanowi się, kiedy dotrze do sklepiku. 

Jeszcze nigdy nie była w takiej panice. Owszem, 

odczuwa

ła podobny do obecnej paniki stan, kiedy 

opuściła salon strojów ślubnych w Palm Beach i potem 
sta

ła w kolejce po bilet lotniczy. Wówczas też nie 

wiedziała, dokąd ucieka, i co robi, kiedy już tam dotrze. 

Teraz znów musi uciekać. Tchórzostwo z 

premedytacją, pomyślała gorzko. Taka już jestem. A 
przecież wcześniej czy później będę musiała stawić 
czoło sytuacji i ojcu. Jared to przepowiedział. 

Wcześniej czy później. Wybrała: później. 
 
Wkrótce się zdyszała, ale biegła dalej. Plecak 

podskakiwai na plecach i zaczepiał o gałęzie. Wreszcie 
stanęła i oparła się o wielki głaz, usiłując chwycić 
oddech. Usłyszała nagle czyjeś szybkie kroki. W panice 
rzuciła się między drzewa. 

Jared ją dopadł, nim zrobiła dziesięć kroków, 

chwycił za plecak i szarpnął. Usiłowała wyswobodzić się 
z pasów plecaka, ale złapał ją za rękę. Walczyła dalej i 
kopała. 

-   

Dość tego, Lark, czyś ty oszalała? - Objął ją i 

mocno przytrzymał. Zrezygnowana poddała się. W 
oczach miała łzy niemocy i rozpaczy. 

-   

Co ci obiecał ojciec za to, że mu mnie oddasz? - 

Powróciła chęć walki. Próbowała raz jeszcze się wyrwać. 

-    Co ty znowu bredzisz? - 

Trzymał ją mocno. - Nie 

background image

było o tym mowy! 

-   

Słyszałam na własne uszy. Mówiłeś z ojcem o 

ubijania interesu... 

-    Jest

eś niemądra. Twój ojciec powiedział, że jeśli 

nie pozwolę mu cię zobaczyć, to wróci z szeryfem. 
Pomyślałem sobie, że wolałabyś tego uniknąć. I 
doszedłem do wniosku, że w powstałej sytuacji ma 
prawo upewnić się, czy nic złego ci się nie stało. On 
powiedział, że godzi się nawet na to, byś rzuciła w niego 
z okna kamieniem, byle mógł cię zobaczyć. Jemu jednak 
na tobie zależy... 

-   

A ja myślałam... 

-   

Jeśli w przyszłości zastosujesz metodę zadania 

komuś lub sobie kilku pytań, nim zaczniesz głupio 
działać, to lepiej na tym wyjdziesz. Gdybyś to robiła w 
przeszłości, uniknęłabyś wielu kłopotów. 

-   

Więc ty naprawdę nie miałeś zamiaru ściągnięcia 

mnie z sypialni i wpakowania do jego samochodu? 

-   

Chyba żartujesz! Gotowa do powrotu? 

-   

Nie. Nie chcę go widzieć, Jared! 

-    I co dalej? 
-   

Zostańmy tu. 

-    Tu? Czyli gdzie? 
-   

W lesie. Sam powiedziałeś, że to jest najlepsze 

miejsce do myślenia. 

Puścił ją i usiadł na pniu zwalonego drzewa. 
-   

Posłuchaj, mała. Jest jeszcze jedna opcja. 

Odstawię cię do cywilizowanego świata, zawiozę na 
lotnisko, gdzie chcesz. Znajdziesz sobie jakąś inną 
kryjówkę i zaczniesz od początku prowadzić swoje gierki. 

Ma wracać do cywilizowanego świata? A cóż ją ten 

świat obchodzi? Nie miała ani dokąd jechać, ani do 
kogo. Gdyby nie spotkała Jareda, to być może 
nauczyłaby się żyć sama. Może nawet byłaby już gotowa 
do powrotu na Florydę i do dawnego życia. Chociaż 
chyba nie. Teraz najważniejszy był dla niej Jared. Na 
dobre i na złe. 

-   

Ja chcę zostać z tobą, proszę... Zrobię wszystko, 

co chcesz, byl

eś mi uwierzył. Wszystko zrobię! Powiedz 

tylko co. 

background image

-   

Na początek możesz mnie pocałować - odparł, 

otwierając szeroko ramiona. - Całuj mnie tak, jakbyś 
naprawdę... Widzę w tym jedyny sposób, abym się 
upewnił, że nie straciłem rozumu, chroniąc cię przed tym 
nieprawdopodobnie aroganckim typkiem, którego 
nazywasz ojcem. 

I nagle wszystko przestało być dla niej nieustanną 

ucieczką, a stało się wielką przygodą - przecudowną 
przygodą, którą przeżywa się tylko raz w życiu. 

Odzyskała humor. To już nareszcie nie jest 

uciekanie

, ale pędzenie ku czemuś wspaniałemu, 

niezapomnianemu. 

Ojciec w pewnym sensie oddał jej przysługę, 

zmuszając do opuszczenia domu Jareda. Zaczynało tam 
być za wygodnie. .. W porównaniu z domem na Florydzie 
ten tutaj był nędzną budą, ale ta buda w zestawieniu z 
otaczającą ją pierwotną naturą symbolizowała jednak 
cywilizację. 

Szli prawie niewidoczną ścieżyną, Jared stanął i 

polecił Lark iść dalej, do skraju drzew, i tam się 
zatrzymać. Obiecał wkrótce wrócić. 

-   

Ale dokąd idziesz? - spytała zaniepokojona. 

-    Wr

acam do domu zabrać parę niezbędnych 

rzeczy. Jak się domyślasz, opuściłem go raczej 
pośpiesznie. 

-   

A jeśli ojciec pójdzie za tobą? 

-   

Życzę mu tego. - Uśmiechnął się na myśl, co w 

tych górach może przydarzyć się ceprowi. - Szkoda 
tylko, że wplątany jest w to Slim Dugan. On stanowi 
istotny problem. 

-   

Slim Dugan to ten woźnica, którego spotkaliśmy 

w Cripple Creek? 

Poklepał ją w pośladek. 
-   

Tak. Jazda, dziewczyno. Nie mogę zrobić tego, 

co chcę, póki nie zapuszkuję cię w bezpiecznym 
miejscu. 

Niezbyt podobała jej się ta perspektywa 

„zapuszkowania", ale co miała robić. Jared był panem i 
władcą. I to w znacznie istotniejszym stopniu niż 
poprzednio. Poprzednio wymusił na niej obietnicę 

background image

posłuszeństwa. Teraz była gotowa ofiarować mu to z 
własnej woli... 

Jared wychy

lił się z osikowego zagajnika i przebiegł 

otwartą przestrzeń od wschodniej ściany domu. Zapadał 
zmrok. Jared był więc tylko jednym cieniem więcej wśród 
wielu. Oparł się o belki i nasłuchiwał. Cisza. Nikt go nie 
dostrzegł. Bezszelestnie okrążył dom i zbliżył się do 
kuchennego okna, b

yło otwarte. Dobiegł go szmer 

rozmowy. Podszedł jeszcze dwa kroki, stanął bez ruchu i 
słuchał. 

-   

... powinienem był zabić sukinsyna, kiedy miałem 

okazję... Żałuję, że tego nie zrobiłem... 

To był głos tego bydlaka, Mallory'ego. 
-    Przesadza pan, panie Mallory. Jedno panu 

powiem: jeśli Jared miał więcej niż dziesięć lat, kiedy się 
pan z nim starł, to niech pan Bogu samemu dziękuje, że 
nie wypsnęło się panu słówko za dużo. Już wtedy 
miazgę by z pana zrobił... 

Dugan! Mal

lory wynajął jedynego człowieka w tych 

górach, który potrafiłby stawić czoło Jaredowi. A teraz 
może nawet by go pokonał, bo miał nad Jaredem 
przewagę - nie był związany uczuciowo z kobietą, co 
mężczyznę zawsze w pewien sposób osłabia. O tak, 
Jared musiałby sięgnąć po czarodziejskie sztuczki, żeby 
Slimowi dać radę. 

Co Slim i Mal

lory zamierzają robić w jego domu? 

Zamieszkać tu? Znudziło się Mallory'emu Palm Beach? 
A może sobie myślą, że dziewczyna zmęczy się 
tutejszymi niedogodn

ościami i przybiegnie do tatusia z 

płaczem, prosząc, by ją stąd zabrał? 

-   

I nawet mi żadnego listu, żadnej kartki nie 

zostawiła! - użalał się Mallory, 

Ten bydlak dalej tkwi w przekonaniu, że świat kręci 

się wokół niego, pomyślał Jared. 

-   

Ale kobitka przesłała wiadomość, no nie, panie 

Mallor

y? Że tatusia nie chce widzieć. To dla mnie jasne 

jak słońce -odezwałsię Slim. 

-   

Może dla ciebie. A skąd ja mam wiedzieć, czy ten 

kundel nie wywlókł jej siłą? Na pewno jej tu w ogóle nie 
było, kiedy przyjechałem. Ona może nawet nie wie, że 

background image

jestem w Kolora

do. Moja córka jest delikatną, słabą 

dziewczyną. Nie zdecydowałaby się żyć w takich lasach 
jak tu. 

-   

A Jared Wolf nie należy do ludzi, którzy siłą 

zmuszają kobiety, żeby robiły to, co oni chcą, żeby 
robiły. - Slim wypowiedział to pewnym siebie i pełnym 
uz

nania głosem. - Słuchaj no pan, panie Mallory. Ja tam 

nie mam nic do Jareda Wolfa, ale coś mi mówi, że pan to 
ma go na zębie i chętnie by ugryzł. 

-   

Nie płacę wam za to, co wam coś mówi, Dugan, 

ale za rezultat. Chcę, żebyście jutro przyprowadzili mi 
córkę. 

-   

A jeśli ona nie będzie chciała? 

-   

Będzie chciała. Nie ma obawy. Dam wam do niej 

kartkę. Macie tylko dopilnować, żeby przeczytała. 

-   

Zajmie mi kawałek czasu dopaść Wolfa... 

-   

No to zajmie. Za to płacę. Ona wróci. To dla jej 

własnego dobra. Czeka na nią wspaniały chłopak. 

Jared usłyszał skrzypienie krzesła, potem kroki po 

drewnianej podłodze. Odsunął się nieco od okna. Było 
już prawie ciemno, ale nie ryzykuje się, mając do 
czynienia ze Slimem Duganem. 

-   

Wyjdę trochę i porozglądam się... - usłyszał 

jes

zcze, ale dalej już nie słuchał i pobiegł w kierunku 

lasku. 

Wejście Dugana do gry spowodowało, że Jared 

poczuł przypływ adrenaliny. 

 
-   

Ja już jestem zmęczona. Nie chcę zmieniać 

obozowiska - 

broniła się Lark. 

-   

Może wolisz spędzić noc w domu, usiłując 

wyt

łumaczyć tatusiowi, co robisz po nocy w lesie z 

mężczyzną, który nie jest twoim narzeczonym. 

-   

Masz rację. Nie mam teraz żadnego 

narzeczonego. 

-   

Skoro tak powiadasz. Zignorowała jego 

niedowierzający ton. 

-    Co on robi w domu? Dlaczego sobie nie 

pojedzie? -

spytała płaczliwie. 

-    Nie on, a oni. Nie zapominaj o Slimie Duganie. 

background image

-   

A co on może zrobić? 

-    Slim to najlepszy tropiciel, jakiego znam. 
Okutana śpiworem już na wpół spała, ale ostatnie 

słowa Jareda ją rozbudziły. 

-   

Tropiciel? Chcesz powiedzieć, że ojciec 

sprowadził tropiciela, żeby szedł za mną jak za 
zwierzyną? - Była oburzona. 

-   

On myśli, że cię porwałem. Uważa mnie za 

kidnapera. 

-   

Chyba żartujesz? 

-   

Czy wyglądam na żartownisia? 

Mimo woli przyjrzała mu się przy świetle księżyca. 
-   

Nie. Wyglądasz raczej na człowieka, który 

świetnie się bawi. 

Cisza, a potem chrząknięcie, 
-   

Kto wie, kto wie. Może i masz rację. 

-   

Dlaczego to cię bawi? Dla mnie... 

-   

Bawi mnie nowa sytuacja. Slim jest naprawdę 

doskonały. W normalnych warunkach chętnie bym się z 
nim zabawił w chowanego. 

-   

Aż trudno mi w to uwierzyć - odezwała się 

półżartem. - Rozstrzygają się moje losy, chodzi 
praktycznie o moje życie, a ty chciałbyś sprawdzać, który 
z was jest lepszy. 

-   

Przecież powiedziałem, że zrobiłbym to w 

normalnych warunk

ach. A my jesteśmy w 

nienormal

nych. Natomiast chętnie nauczę twojego papę, 

że nie może mieć wszystkiego, co chce, jeśli akurat chce 
tego samego, co ja. A teraz zabieraj pupę ze śpiwora i 
umykaj stąd, póki czas. Będziemy mieli okazję dalej się 
kłócić, kiedy dotrzemy tam, gdzie mamy dotrzeć. 

 
Okazało się jednak, że gdy po drugiej wędrówce 

przez l

as mogli wreszcie wślizgnąć się do śpiworów, 

żadne z nich nie miało już ochoty na dalszy fechtunek 
słowny. Niemal natychmiast zasnęli, by o brzasku wstać i 
iść dalej. 

Lark pojękiwała. Plecak wydawał się ważyć tonę, w 

brzuchu burczało z głodu, mnożyły się pęcherze na 
stopach. 

background image

-   

Slim jest na naszym tropie. Ale jeśli masz już 

dość, to powiedz. Powiedz słowo, kiedy tylko będziesz 
miała ochotę poczołgać się do tatusia, a wrócimy. 

Lark, oburzona, wzruszyła tylko ramionami i szła 

dalej. 

Przestali wreszcie uciekać, gdy dotarli do miejsca, 

które wydało się Lark iście rajskim ogrodem. Stojąc w 
bujnej trawie, jak dziecko klaskała z radości w dłonie na 
widok zapierającego dech piękna. Na tle iglastego lasu 
pasły się łanie wśród purpurowego kwiecia, a nad tą 
pocztówkową niemal scenerią wznosiły się 
majestatycznie turn

ie. Jared ukląkł na skraju wartko 

płynącego potoku i pił wodę nabraną w złożone dłonie.       

-   

Jesteś zuch - powiedział, nie odwracając głowy. 

-   

Naprawdę tak uważasz? - Ten prosty 

komplement sprawił jej wielką satysfakcję. Komplementy 
ze strony Jareda były na wagę złota. 

-   

Nie mówiłbym, gdyby to nie była prawda. 

Wstał i wskazując na pień leżący w poprzek potoku, 

kazał jej usiąść. 

-   

Muszę obejrzeć twoje stopy. 

-    Stopy? Po co? 
-   

Kulejesz już od dłuższego czasu. Musisz mieć 

pęcherze. 

-    Nic mi nie jest. - 

Nie usiadła. 

-   

Nie nudź! Siadaj! Muszę sprawdzić. Może trzeba 

opatrzyć. Czeka nas jeszcze długa droga. Nie można 
ryz

ykować zakażenia. - Wziął ją za rękę, poprowadził do 

pniaka i posadził. - Trzeba cię prowadzić jak dzieciaka. - 
Ale powiedział to ciepłym tonem. - Kiedy opatrzę ci 
stopy, rozbijemy obozowisko. Chwilowo nikt nas tu nie 
znajdzie... psiakrew, to twoje skarpet

ki! Powinienem był 

sprawdzić, co wkładasz na nogi, dziewczyno! 

-   

A co takiego? Po prostu skarpetki. Ściągnął je 

zjej stóp i schował do kieszeni. 

-   

Pajęczyna. W tym nie wolno chodzić po górach. 

Potrzebne są grube wełniane skarpetki. Na szczęście 
mam ze so

bą zapasową parę. Nic dziwnego, że masz 

tyle pęcherzy. Moje skarpetki są trochę za duże, ale to 
lepsze niż nic... 

background image

Obie jej stopy obmył w lodowatej wodzie potoku. 

Wstrzymała oddech nie z powodu zimna, lecz intymnego 
charakteru tego, co robił. Jeszcze nikt nigdy nie oddawał 
jej podobnych usług. Poczuła niepokojące ciepło, które 
od stóp rozchodziło się po całym ciele. Ciepło i iskierki... 

Kiedy skończył, wyprostował się, przeciągnął i 

obwieścił, że czas najwyższy rozbijać obozowisko. 

Jak on niewiarygodnie szybko wszystko 

zorganizował, podziwiała. Siedząc na skrzyżowanych 
nogach przy rozpalonym ognisku, patrzyła ciekawie, jak 
Jared przywiązuje haczyk na końcu linki. 

Podniósł głowę i napotykając jej wzrok, powiedział: 
-    Korzystnie jest 

wieść prymitywne życie choćby po 

to, aby się nauczyć, co w życiu jest niezbędne. 

Rzuciła w jego kierunku podejrzliwe spojrzenie. - To 

niby twoja sentencja?   

Ale mnie przyłapałaś! Nie moja. Thoreau.   

Powiedział jeszcze, że wiele tak zwanych luksusów, 

któr

ymi się otaczamy, nie tylko nic nie pomaga, ale 

przeszkadza. 

-   

Nie posunęłabym się tak daleko w tym 

stwierdzeniu - 

mruknęła Lark. - To i owo jest człowiekowi 

potrzebne. 

-    Jeden lubi to, drugi owo. - 

Odłożył linkę z 

haczykiem. 

-   

Czy naprawdę jesteśmy tu bezpieczni? - spytała. 

-   

Słowo „bezpieczni" nie pasuje do sytuacji. Twój 

ojciec nie zamierza cię skrzywdzić, a mnie nie potrafi. To 
nie jest gra o śmierć lub życie. 

-    Dla ciebie 

może nie... Czy ten człowiek, którego 

wynajął to... Jeśli to twój przyjaciel, to dlaczego na nas 
poluje? 

-   

Nigdy nie mówiłem, że to mój przyjaciel. Slim i ja 

uczęstniczyliśmy w przeszłości w górskich misjach 
ratowniczych. Przed paroma laty wyruszyliśmy na 
poszukiwanie dwojga zaginionych turystów, wtedy nasze 
współzawodnictwo... wymknęło się spod kontroli, jeśli tak 
wolno rzec. 

-   

Kto pierwszy dotarł do tych dwojga?   

Wybuchnął śmiechem. 

background image

-   

Ktoś trzeci. Podczas gdy my człapaliśmy, chcąc, 

by któryś z nas zgubił szlak, ktoś inny do nich dotarł. Ale 
dla zaginionych sytuacja nie była groźna. Nigdy nie 
znajdowali się w niebezpieczeństwie.   

-   

Ojciec oczywiście płaci Slimowi?   

Jared skinął głową. 
-   

Gdyby Slim żył przed stu pięćdziesięciu laty, 

byłby prawdziwym bezinteresownym góralem. Przed stu 
laty byłby tylko rewolwerowcem. Teraz wynajmuje się do 
różnych zadań. I nigdy nie angażuje się emocjonalnie. 
Wykonuje, co trzeba i wraca do siebie. 

-   

Ma rodzinę? 

-   

Ja o żadnej nie wiem. Mieszka daleko w górach. 

Czasami przez kilka miesięcy nie pojawia się w 
miasteczku. Nie ma lepszego trapera, myśliwego i 
tropiciela. Wszyscy dokoła i wiedzą o tym. Z jednej 
strony to bardzo źle, że twój ojciec go sprowadził. Slima 
trudno wykołować. Z drugiej jednak... - Wzruszył 
ramionami. 

-   

Z drugiej strony jesteś zadowolony, mogąc 

zmierzyć z nim siły... 

-    Owszem.   
Westchnęła. 
-   

Wyrzucam sobie, że przez własną głupotę 

wpadłam w tarapaty, ale jeśli jest ktoś, kto może mnie z 
nich wyciągnąć, to tylko ty. 

Przez chwilę miała wrażenie, że jej słowa sprawiły 

mu przyjemność, ale odpowiedział: 

-    Co ty tam o mnie wiesz. 
-   

Coraz więcej. 

-    Eee! - 

Patykiem zaczął poprawiać ogień. - Pewno 

się martwisz, że Slim cię znajdzie i zawlecze do ojca? 

-   

Trochę się martwię. 

-   

No to przestań! To się nie zdarzy. Wrócisz, jeśli 

będziesz chciała, ale nie z przymusu. 

-    Obiecujesz?   
Ski

nął głową. 

To jej wystarczyło. Wiedziała już, że Jared Wolf nie 

rzuca obietnic na wiatr. Poczuła się zupełnie bezpieczna. 
I wtedy Jared dodał do niemej obietnicy jedno słowo: 

background image

-    Ale...   
Zadygotała. 
-   

...wcześniej czy później będziesz musiała stawić 

czoło sytuacji. Będziesz musiała odważnie powiedzieć 
ojcu, jak stoją sprawy, czego chcesz, a czego nie 
chcesz. Jeśli będziesz chciała mieć własne życie, to 
musisz je wywalczyć, odebrać ojcu prawo do 
rozporządzania nim. Im dłużej będziesz sprawę 
odkładać, tym trudniejsze będzie to dla ciebie. 

-   

Masz rację - przyznała. - Ja to wszystko wiem. Z 

braku odwagi odkładam to od lat. Wydaje mi się to takie 
trudne... 

-   

Wiem, że to jest trudne, ale musisz to zrobić. 

Spójrz ojcu prosto w oczy i powiedz: „Chodzi, psiakrew, 

moje życie. Wara od niego!". 

Zaśmiała się nerwowo. 
-   

Tobie łatwo mówić. Wiesz, kim jesteś i gdzie jest 

twoje miejsce. Żyjesz sobie w górach i prowadzisz proste 
życie. Odpowiada ci ono. Pasujesz do niego. Odwróciłeś 
się plecami od świata biznesu, władzy, prestiżu. 
Odwróciłeś się od tego wszystkiego, za czym ludzie 
gonią. 

-   

Może ja nie jestem takim prostym góralem, za 

jakiego mnie bierzesz... 

-   

Ja nie powiedziałam, że jesteś prostym 

człowiekiem, ale że prowadzisz nieskomplikowane, 
proste życie. Wcale nie sugerowałam, że jesteś 
prostakiem. Dla mnie jesteś najbardziej skomplikowanym 
człowiekiem ze wszystkich, jakich znam. I 
najcudowniejszym. 

Ponieważ nic nie powiedział, mówiła dalej: 
-   

Zawsze jesteś pewny siebie. A ja... nigdy 

niczego. Gdybym mogła jeszcze raz rozpocząć życie, to 
robiłabym wszystko inaczej. To znaczy postępowałabym 
inaczej. Wcale mnie nie dziwi, że ojciec jest mną 
rozczarowany. Sama jestem sobą rozczarowana... - W 
momencie gdy po jej policzku potoczyła się łza, poczuła 
obejmujące ją ramię. 

-    Zapomnij o wszystkim - 

szepnął. - O ojcu, o 

Slimie Duganie i o reszcie cywilizowanego świata. 

background image

Pozostańmy przez te kilka dni tylko my dwoje... - Ujął jej 
podbródek i 

złożył gorący pocałunek na ustach. 

I wziął ją w ramiona. 
Jest mi bardzo dobrze, pomyślała. I tak już powinno 

pozostać. 

 
 

ROZDZIAŁ    DZIEWIĄTY 

 
Leżała w ramionach Jareda na materacu z 

sosnowych gałęzi pod rozgwieżdżonym niebem. 
Najlżejszy ruch wyzwalał żywiczne aromaty. 

Potem otulił ją śpiworem i ucałował na dobranoc. 

Westchnęła szczęśliwa - rano czekało ją przebudzenie w 
jego ramionach... 

Przez następne cztery dni wędrowali leśnym 

pustkowiem, co wieczór rozkładając obozowisko w 
innym miejscu. Nie śpieszyli się. Jared wybierał drogę po 
długim namyśle i szedł ostrożnie. Miał wreszcie czas, by 
odpowiadać na setki cisnących się jej na usta pytań o tej 
przecudownej krainie, o której tyle wiedział, a ona prawie 
nic. 

Uczył ją orientować się według słońca i księżyca, 

odczytywania śladów pozostawionych przez zwierzęta, 
przygotowywania papierowyc

h knotów, by łatwiej 

rozpalić ognisko. Wszystko to było dla niej 
olśniewającym objawieniem. W życiu nie spędziła 
przecież ani jednego dnia na młodzieżowym obozie 
wędrownym. 

Wkrótce potrafiła już przygotować posiłek z 

suszonych jarzyn i dopiero co złowionego pstrąga. 
Umiała też jeść tak, aby nie zakrztusić się jakimś 
korzonkiem czy leśnym owocem, jakich masę zbierał w 
czasie wędrówki. Nie sprawiało już jej trudności 
zaparzanie kawy w osmalonym garnku przystawionym 
do skraju ognia i ustawianie pułapek z gałęzi na drobną 
zwierzynę, chociaż z oddechem ulgi witała puste sidła. 

Pojęła też sztukę bezszelestnego przemieszczania 

się w lesie, sztukę słuchania leśnych odgłosów i 
dostrzegania najdrobniejszych szczegółów. Wszystko to 

background image

było tak wspaniałe i tak podniecające, że w miarę upływu 
czasu Lark nabierała coraz większej pewności siebie, I 
miała coraz większy podziw i szacunek dla przewodnika 
po tym wspaniałym świecie. 

Była już na tyle oswojona z górami i lasem, że kiedy 

piątego dnia zostawił ją samą w którejś z kryjówek, nie 
miała żadnych obaw, i pomachała mu wesoło na 
pożegnanie, pewna, że przecież wróci. 

-   

On nie wyjedzie, póki z nią nie pogada - 

powiedział Slim Dugan. Siedział po jednej stronie 
małego ogniska, Jared po drugiej. Każdy z mężczyzn 
trzymał w dłoni kubek kawy zaparzonej w czajniku 
wiszącym blisko ognia na rozszczepionej gałęzi. 

-   

Ona wyszła z domu z własnej woli, ze strachu 

przed nim - 

mruknął Jared. 

-   

Może i tak było. Ale facet woli myśleć, że 

zabrałeś ją siłą i na dodatek wyprałeś jej mózg. - W 
ocza

ch Slima pojawił się sarkastyczny ognik. - Dobrze 

się bawisz? - Głową wskazał góry. 

-    Nie narzekam - 

odparł Jared. - Jak długo Mallory 

ma zamiar tu sterczeć? - 

-   

Nawet i rok, jeśli będzie musiał. - Slim odstawił 

kubek. 

-    Niewygodne mu to, bo ma inne problemy. 
-    Ooo? - 

zdziwił się Jared. - Skąd to wiesz? Jakie? 

-   

Gadał, ale co ja tam rozumiem. Jakieś tam 

pomieszanie kapitału czy coś takiego. Wierci się i kręci, 
do wiejskiego sklepiku do telefonu lata, coś tam 
opowiada i krzyczy. Ale ruszyć się stąd nie chce, póki z 
córką nie pogada. 

Długie milczenie, jakie po tym wyjaśnieniu zapadło, 

przerwał Slim: 

-    Przyjemniaczek z niego,.. brr, ale dla tej córuni to 

mięknie. A jeśli o mnie chodzi, to mam już dość łażenia 
za wami po górach. Gdybym mógł, tobym zabrał moje 
pieniądze i dał nura do siebie. 

-   

Doskonale cię rozumiem. Stary ma rzeczywiście 

kłopoty. - Jared wiedział już przedtem o trudnościach z 
realizacją wielomilionowego kompleksu biurowego. 
Wszystko jest teraz jasne...! 

background image

-   

Ja ci taką propozycję dam, Jared: pozwól mi tylko 

przekazać dziewczynie to, co napisał do niej ojciec, a jak 
ona już dostanie tę kartkę, to jeśli o mnie chodzi... 
możecie sobie oboje skoczyć z Widokowej Skały w 
dolinę. 

Jared się zastanowił. Dopuszczenie Slima do Lark 

nie wchod

ziło w rachubę. Tylko by się wystraszyła, 

słysząc, że ojciec zamierza siedzieć w Kolorado nawet 
do 

zimy, a może i dłużej. 

Chyba już najwyższy czas wyjść z impasu, póki jest 

w lepszej od Slima sytuacji. Bo Jared zakładał, że jest w 
lepszej sytuacji. Powiedz

iał więc: 

-   

Mam taki jeden pomysł... Może ci się spodoba... 

-   

Miałem nadzieję, że coś wymyślisz. Wal! 

 
Lark ze sprawnością prawdziwego człowieka gór 

zarzuciła na barki plecak. 

-   

No, to w jakim kierunku dziś idziemy? 

-    Na zachód, 
-   

Ale to przecież...? 

-   

Tak, zmierzamy ku cywilizowanemu światu. 

Potrzebujemy paru rzeczy i najlepszym miejscem wydaje 
mi się wiejski sklepik przy drodze. 

Przez kilka sekund stała bez ruchu. 
-   

To znaczy, że ojciec nadal na mnie czeka? 

Gdyby już pojechał, wrócilibyśmy do siebie. 

Nic nie odpowiedział, przypatrując się jej tylko 

uważnie. 

-   

Skąd wiesz, że ojciec jeszcze jest? - spytała 

podniesionym głosem. - Byłeś tam? Chyba nie, zbyt 
szybko wróciłeś, nie zdążyłbyś tam i z powrotem... 

-   

Zgódźmy się, że wiem. 

-    Nie rób tego, Jared! 
-    Mianowicie czego? 
-   

Nie okłamuj mnie. Nie miej tajemnic przede mną. 

Nie zniosłabym tego. Tak się zbliżyliśmy przez ostatnie 
dni... - 

Głośno westchnęła. - Czy o to chodzi? Może 

zanadto się zbliżyliśmy jak na twój gust? O, Jared...! 

Zrzuciła plecak na ziemię i twarz zakryła dłońmi. 

Może nadszedł czas powiedzenia tego, co chciała 

background image

powiedzieć już dawno, a czego on nie chciał wysłuchać 
do końca. Nie wiedziała, skąd wie, ale była przekonana, 
iż nadeszła krytyczna chwila. Nie czekając więc na nic, 
wyrzuciła z siebie: 

-   

Kocham cię, Jared! Kochałam cię przed ucieczką 

z twojego domu, a teraz kocham jeszcze bardziej. I 
zawsze będę cię kochała, bez względu na to, co się 
stanie. 

Coś rozbłysło na dnie jego ciemnych oczu. 
-    Ale czy mi ufasz? - 

zapytał. 

-    Jestem g

otowa zawierzyć ci moje życie - odparła 

bez sekundy wahania. 

-   

Wobec tego musisz mi uwierzyć, że robię to, co 

jest dla nas obojga najlepsze. - 

Podniósł z ziemi jej 

plecak i podał. 

Uwierzyła. Była teraz pewna, że Jared nigdy jej nie 

zdradzi i nie zawiedzie. 

Tak sobie wmawiała, ale czy tak jest naprawdę? 
Lark i Jared szli tego poranka szybciej niż zwykle. 

Żadne z nich nie miało ochoty na rozmowę. Może 
uważali, że chwilowo wszystko zostało powiedziane i 
wyjaśnione. 

Powietrze było rześkie i czyste. W południe 

zaskoczyła ich burza, którą przeczekali w napotkanej 
pieczarze. Lark chciwie wchłaniała widoki, jakby po raz 
ostatni miała je oglądać, jakby chciała wtłoczyć je w 
pamięć wraz ze wszystkimi innymi wspomnieniami 
przeżytych tu chwil. 

Po co to właściwie robi, dlaczego patrzy na 

otaczający ją wspaniały świat, jakby miała go pożegnać? 
Przecież będzie tu jutro i pojutrze, a może zostanie na 
zawsze? 

Najpiękniejsze były jednak i chyba pozostaną na 

zawsze wspomnienia ostatnich dni. Ile ich upłynęło? 
Straciła zupełnie rachubę czasu, przebywając w 
nierealnym świecie, który sami stworzyli dla siebie. Jedli, 
kiedy byli głodni, spali, kiedy byli zmęczeni, szli, kiedy 
mieli na to ochotę. 

Jared zatrzymał się i wskazał palcem krętą drogę, a 

przy niej domek. 

background image

-   

Tam! Nasz wiejski sklepik. Droga, która wije się 

pod górę, prowadzi prosto do domu Wolfów. 

Przez chwilę spoglądali na siebie niemo, jakby 

usiłowali zgłębić nawzajem swoje myśli. Wreszcie Jared 
ujął Lark pod ramię i poprowadził w dół stromego 
zbocza. Z k

ażdym krokiem wzrastało w niej napięcie. 

Czego się bała? 

Gdy była już niedaleko sklepu, zobaczyła stojący 

przed nim samochód. Minęli go i weszli przez ganek do 
środka. 

Lark tak się ociągała, że musiał zmierzyć ją ostrym 

spojrzeniem. Potem dopiero zwrócił się do uśmiechniętej 
kobiety za ladą. 

-   

Dzień dobry. 

-   

Ooo, witam, Jared. Czego ci dziś potrzeba? 

-   

Zapałki i puszkę... - Ruszył za kobietą na 

zaplecze. Lark chciała też za nim iść, ale nagłe 
powstrzymała ją czyjaś dłoń, chwytając za łokieć. 

-   

Dzień dobry, Lark! 

Ojciec! Głos drżał mu lekko, ale trudno jej było 

dociec, czy to spowodowało uczucie niepokoju, złości, 
czy też rozczarowanie córką. Lark spojrzała rozpaczliwie 
w kierunku 

Jareda, ale on stał w głębi, odwrócony do niej 

plecami. Nic nie słyszał? Nic nie zauważył? Czy może 
świadomie pozostawił ją samą? 

Obróciła się wolno i odpowiedziała: 
-   

Dzień dobry, tato. 

Drake Mallory chwycił ją w ramiona tak mocno, że 

na chwilę straciła oddech. Nie odwzajemniła uścisku, ale 
on jej nie puszczał. 

-    Lark, o Lark, 

jakże się o ciebie martwiłem! 

-   

Powiedziałam ci przez telefon, że niepotrzebnie. 

-   

A ja się martwiłem i nadal martwię. Wes i Risa 

całują ciebie. 

-   

Czy Wes wybaczył mi zerwanie zaręczyn? 

-   

Wes wybacza ci tę ucieczkę. A jeśli idzie o 

zaręczyny... - Drake Mallory rozejrzał się na bok - ...nie 
są zerwane. 

Lark poczuła, że krew odpływa jej z twarzy. Poczuła 

lodowate zimno i słabość. 

background image

-   

Ja i Risa wiedzieliśmy, że jak wyrzucisz z siebie 

wszystkie żale i dobrze wszystko przemyślisz, to 
oprzytomniejesz i wrócis

z. Chciałem uniknąć skandalu... 

-   

Mój Boże, mój Boże! Czy ty nic nie rozumiesz? - 

Patrzyła na ojca półprzytomnym wzrokiem, a na jej 
twarzy pojawiły się rumieńce. - Czy ty nie słuchasz, co 
się do ciebie mówi? Moje życie całkowicie się zmieniło. 
Jestem tera

z z Jaredem Wolfem. I pozostanę z nim tak 

długo, jak będzie chciał. Może na całe życie. 

Drake Mallory pogardliwie prychnął. 
-   

Psiakrew, Lark, czy ty się nigdy nie nauczysz 

oceniać ludzi? Nie znam osoby bardziej tępej niż ty... 
Jared Wolf! - W swojej niena

wiści niemalże wypluł to 

nazwisko. - 

Jeśli tylko on stoi między tobą a twoim 

narzeczonym, dobrym chłopcem, który kocha cię od lat, 
to nie mamy czym się martwić. Nie ma problemu! 

-   

Proszę, tato, nie zaczynaj! Kocham Jareda i nie 

pozwolę ci... 

-    Ty mnie ma

sz na coś nie pozwalać? 

Niedoczekanie! - Mall

ory przeciągnął palcami przez 

szpakowate włosy, jego twarz przybrała chytry wyraz. - 
Wiesz przecież, że ten Wolf wziął cię na wabia... zastawił 
pułapkę... 

-    Co ty opowiadasz? 
-   

Tak, podszedł cię i teraz przehandlował. Zrobił z 

ciebie idiotkę. To nasze spotkanie zostało zaaranżowane 
przez Jareda Wolfe. Opowiedz jej, Dugan! Do tej chwili 
Lark nie zauważyła nawet Dugana, który kręcił się po 
sklepie. Powinna było go rozpoznać. - Prawdę mówi pan 
Mallory - 

odezwał się Dugan - Ja to chciałem tylko kartkę 

od ojca panience wręczyć, ale Jared zaproponował 
spotkanie. Albo to spotkanie, albo nic. 

-   

Ten chłopak zawziął się na mnie już dawno temu. 

A on wie, że ja zrobię wszystko dla moich córeczek. Po 
jego telefonie do Wesa... - 

ciągnął Mallory. 

-   

Jared zadzwonił do Wesa? Rozmawiał z 

Wesem?! - 

Miała wrażenie, że pod jej stopami otworzyła 

się otchłań. 

-   

A zadzwonił. Jego zemsta nie byłaby pełna, 

gdyby nie spryskał nas wszystkich swoim jadem. To zły 

background image

człowiek. Zawsze był taki. Z Risą mu się nie udało, ale ty 
nie jesteś taka czujna i ostrożna jak ona. Risa nie jest 
naiwna tak jak ty...   

- Zaraz, zaraz! - 

Lark podniosła obie ręce do góry. - 

O czym ty mówisz? Jared i Risa? Owszem, znali się też 
przed dwunastu laty, kilka raz

y ze sobą rozmawiali, 

ale...?   

Drake Mallory poklepał córkę po ramieniu, a 

jednocześnie przesunął się o krok, by przesłonić sobą 
widok Jareda stojącego przy półkach w głębi. 

-   

Kochanie moje, jesteś już drugą osobą z rodu 

Mal

lorych, którą ten bydlak chciał... skorumpować. Risa 

go przejrzała i kazała zmykać, ale ty dałaś się omamić. 
Droga córeczko, jesteś zbyt naiwna, zbyt dobra, aby 
potrafić dostrzec zło w innych... 

Lark zrobiło się zimno na widok nienawistnego 

spojrzenia, jakie jej ojciec posłał w głąb sklepiku. 
Zdawała sobie sprawę, że nienawiść Jareda do ojca była 
równie wielka. Nie ma chyba słodszej zemsty, niż 
zwabienie do łóżka córki wroga? A potem chwalenie się 
tym wrogowi. Niemniej trudno jej było w to uwierzyć. 
Łączyło ją teraz z Jaredem tak wiele... 

-   

Mylisz się! To wszystko nieprawda. I nie chcę 

dłużej tego wysłuchiwać. - W bliskim histerii odruchu, 
zatkała dłońmi uszy. - Jared jest dobry, jest uczciwy. 
Byłam z nim szczęśliwsza, niż mogłabym to sobie 
wymarzyć. Prowadzi proste życie... 

-    Jakie zno

wu proste życie? - Drake Mallory 

odsłonił zęby w złym grymasie. - Człowiek posiadający 
taką fortunę i tyle obowiązków nie może prowadzić 
prostego życia. Coś ci się pomieszało. 

-    O jakiej znowu fortunie mówisz? Jared nie ma 

żadnych pieniędzy - Lark spojrzała na Dugana, jakby u 
niego poszukiwała wsparcia. 

Nie otrzymała go, Drake Mallory był pewien, że 

wreszcie udało mu się złamać córkę. 

-    To ty nic nie wiesz, kochanie? On ma 

przedsiębiorstwo warte grube miliony dolarów. Wolf 
Cache Systems. Komputery... 

-    N

iemożliwe! - Ponowne spojrzenie na Dugana 

background image

kazało jej uwierzyć, że w tym wypadku ojciec powiedział 
prawdę. Jared Wolf nie był na co dzień człowiekiem gór i 
tylko gór, 

lecz bogatym przedsiębiorcą. Ale jeszcze nie 

wygasła w niej cała nadzieja... 

Ojciec ujął ją za łokieć, 
-   

Pozwól, że zabiorę cię do domu, córeczko, i 

zajmę się tobą, jak zawsze się zajmowałem. Ja wiem, co 
dla ciebie najlepsze... 

Poczuła ciarki na plecach. Zajmował się nią, o tak! 

Do tego stopnia, że utraciła własną tożsamość, 
pozostając wyłącznie córeczką tatusia. 

Wyrwała się j cofnęła o krok, poszukując wzrokiem 

Jareda. 

-   

Gdzie jest Jared? Muszę porozmawiać z 

Jaredem. 

-    Jestem tu, Lark. 
Dźwięk głosu ukochanego niemalże ją załamał. Z 

wielkim wysiłkiem woli powstrzymała się, by nie paść mu 
w ra

miona i nie zacząć błagać, by ją stąd zabrał z 

powrotem w góry. Jednakże tym razem sytuacja 
wymagała opanowania i siły charakteru. Musi go okazać. 
Przecież to właśnie Jared jej to zawsze mówił. 

-   

Jesteś bogaty? - Było to zarówno twierdzenie, jak 

i pytanie. 

-   

Bogactwo to względne pojęcie. 

-   

Ale jesteś właścicielem firmy? 

-    Jestem. 
-   

Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? 

-   

Bo nie chciałaś tego wiedzieć. Nie interesowało 

cię to. 

-   

Ja nie chciałam? - Zmarszczyła brwi, 

-   

Nie chciałaś nic słyszeć o cywilizacji. 

Przyjechałaś w góry dla gór. Zapewniłem ci to przeżycie. 

Jakież to jeszcze inne przeżycia zapewnił jej, tylko 

dlatego, że ona tego chciała? 

-   

I dzwoniłeś do Wesa? 

-    Tak. 
-    Jared! - 

wykrzyknęła poruszona. - Dlaczego mi o 

tym nie powiedziałeś? - Przygnębiło ją, że i w tym 
wypadku ojciec jej nie okłamał. Jego informacja okazała 

background image

się prawdziwa. 

-   

Ponieważ... - Jared skierował ponure spojrzenie 

na Drake'a Mallory'ego - 

...zaistniał pewien problem... 

odkryłem twoje kłamstwo. 

-   

Moje kłamstwo? 

-    P

rzysięgałaś, że zerwałaś zaręczyny. Chciałem ci 

wierzyć. Jednakże okazało się, że ten zaręczony z tobą 
biedaczyna wcale o tym nie wiedział. 

-   

Mogę ci to łatwo wyjaśnić. Natomiast nie wiem, 

czy ty potrafisz wyjaśnić, dlaczego za moimi plecami 
dzwonisz na F

lorydę, informując przez to cały świat, 

gdzie jestem? Zemsta na moim ojcu...? -   

Urwała, nie 

chciała publicznie oskarżać go o to, że w celu zemsty 
zrobił z córki wroga swoją kochankę. 

Przez chwilę Jared wpatrywał się w Lark, jakby ją 

widział po raz pierwszy w życiu. Potem wzruszył 
ramionami. 

-    Zaufanie, moja droga, to dwukierunkowa ulica. 

Nie zamierzam niczego tłumaczyć, niczemu zaprzeczać. 
Albo z przekonaniem mówiłaś mi o swoich uczuciach, 
albo rzucałaś słowa na wiatr. Albo mi ufasz, albo nie. - 
Powiedzia

wszy to, obrócił się na pięcie i wyszedł. 

 
Teraz już rozumiała, dlaczego Jared nie powiedział 

nigdy, że ją kocha. Nie powiedział tego nawet potem, 
kiedy ona mu wyznała swoją miłość. 

Nie powiedział, ponieważ jej nie kocha. 
Wykorzystał ją tylko, bo mu się napatoczyła. 

Wykorzystał, żeby zemścić się na ojcu, a może i na 
Risie. 

Teraz z nią skończył, nie jest mu już potrzebna. 

Jakie szczęście, że nie pisnęła ani słowa o kłopotach 
finansowych ojca, dostarczyłaby mu tylko dodatkowych 
informacji o wrogu... 

Opuściła głowę, patrząc na pokiereszowane czubki 

swych górskich butów i na błyszczące noski półbutów 
ojca, potem podniosła wzrok na twarz Drake'a 
Mallory'ego. Gdyby na niej zauważyła uśmieszek 
zadowolenia z odniesionego sukcesu, mogłaby jeszcze 
zdobyć się na to samo, co przed chwilą wobec niej zrobił 
Jared. Odwróciłaby się i wyszła. Jednakże ojciec był 

background image

blady, jakby śmiertelnie znużony i smutny. Po raz 
pierwszy uświadomiła sobie, że i on cierpi. 

-   

Bunty źle ci wychodzą, córeczko. Wracamy do 

domu. Czy miała jakiś wybór? Zerknęła na otwarte drzwi 
sklepu. 

Jareda nigdzie nie było. 
 
Lark szybko stwierdziła, że jej nieobecność nie 

zahamowała tempa przygotowań do ślubu. A myślała, że 
poważnie przyjęto jej decyzję zerwania zaręczyn. Nie, po 
prostu ją lekceważono. Zawsze lekceważono jej słabe 
odruchy buntu, wiedząc dobrze, że zawsze zrobi to, 
czego chce ojciec. 

Piątego dnia po powrocie na Florydę, do pokoju 

Lark wpadła jak burza Risa. Rzuciła na łóżko jakieś 
papiery i próbki materiałów, po czym sama rzuciła się na 
szyję marnotrawnej siostrze, która powróciła na rodzinne 
łono. 

-   

Tak się o ciebie martwiłam! - wykrzyknęła i 

odsuwając Lark na odległość ramion, powiedziała: - Aż 
trudno uwierzyć, że po tym wszystkim co przeszłaś, 
wyglądasz tak świetnie. Przytyłaś parę kilo, zniknęły 
ciemne kręgi pod oczami... 

Lark wzruszyła ramionami. Nie obchodziło ją, jak 

wygląda. W ogóle nic ją nie obchodziło. Poruszała się jak 
automat i miała nieodpartą ochotę wybuchnąć płaczem. 

-    I 

powiadasz, że przez cały czas byłaś w 

Kolorado? - 

spytała Risa. 

-   

Nie miałam pojęcia, że ojciec sprzedał ten dom 

letniskowy. 

-   

Co ty mówisz? Ja też nie wiedziałam. Myślałam, 

że po prostu przestaliśmy tam jeździć. - Risa 
odchrząknęła. - I byłaś z... Jaredem Wolfem? 

-   

Nie chcę o nim mówić! 

-   

Wcale ci się nie dziwię. - Risa obrzuciła siostrę 

szybkim spojrzeniem. - 

Niby po co o nim mówić, skoro 

przeminęło. Natomiast musimy pomówić o Wesie. 

-   

Jest przecież chyba jasne, że po tym wszystkim 

nie mogę za niego wyjść. Nie po... - Tak, nie po 
romansie z Jaredem. 

background image

Bardzo go kochała, ale straciła. Jaka była głupia, 

myśląc, że lepiej jest kochać i utracić miłość, niż nigdy 
nie kochać. Ale zaznała miłości i teraz Wes pozostawał 
tylko... niewyraźnym cieniem. Owszem, lubiła go, 
szanowała za pracowitość, nie mogła jednak pokochać 
tak, jak teraz wiedziała, że jest zdolna kochać. 

Risa objęła rozdygotaną siostrę. 
-   

Ojciec wyczyniał cuda, żeby wszystko wyciszyć. I 

cały świat nadal spodziewa się, że za niespełna tydzień 
zostaniesz panią Sherborn. I nie podejmuj żadnych 
pochopnych decyzji, póki nie porozmawiasz z Wesem, 

Lark zamknęła oczy. Robiło się jej niedobrze na 

myśl, że przed Wesem miałaby obnażać swoje uczucia 
do innego mężczyzny. 

-   

Masz rację - zgodziła się z siostrą. 

-   

Więc nadarza się okazja, bo oto Wes... 

W progu ot

wartych szeroko drzwi rzeczywiście stał 

Wes z bukietem czerwonych róż w ręku i z dość 
niewyraźną miną. 

Risa, spełniwszy swoją rolę pośredniczki ojca i 

Wesa, dyskretnie się ulotniła, zamykając za sobą drzwi. 
Lark została sam na sam z Wesem. Blondyn, 
wypielęgnowany, elegancko ubrany, bardzo 
„cywilizowany", w pastelowej koszuli i szarych 
spodniach, był przeciwieństwem tamtego... 

-    Dla ciebie - 

powiedział i sztywno wyciągnął rękę z 

bukietem. 

Przyjęła ofiarowywane róże i tak mocno zacisnęła je 

w dłoni, że wbiła sobie głęboko kolec. Skrzywiła się z 
bólu. 

-   

Cieszę się, że wróciłaś - powiedział. 

-    Dlaczego? - 

spytała obcesowo. 

-    No, bo... - 

Zmarszczył czoło, będąc autentycznie 

zaskoczony pytaniem. - 

Za sześć dni mamy się pobrać... 

-   

Ty chyba nie zamierzasz się ze mną ożenić, po 

tym jak... 

-   

Zamierzam. I bardzo tego pragnę. Kocham cię, 

Lark. 

Ach, gdyby tylko powiedział, że jej nienawidzi... 

ulżyłoby to jej sumieniu. Słowo „kocham" zwaliło na nią 

background image

jeszcze większy ciężar winy. 

-   

Ja też cię bardzo kocham, Wes, ale do 

małżeństwa potrzebny jest inny rodzaj miłości - 
odpowiedziała, sama nie wiedząc, skąd nagle przyszło 
jej to do głowy. - My się kochamy wzajemnie, bo znamy 
się już całą wieczność - ciągnęła zachęcona własną 
odwagą. - I mam wrażenie, że chcemy uczynić to jedynie 
dlatego, że obie nasze rodziny popychają nas w tym 
kierunku. Ale może się okazać, że nasze małżeństwo nie 
jest w naszym interesie... 

Nie spodziewała się, że Wes zrozumie to, co ona 

chce mu powiedzieć. Nigdy nie należał do 
najbłyskotliwszych. Tym razem ją zadziwił, gdyż z 
miejsca zadał pytanie: 

-   

Poznałaś kogoś w Kolorado, w kim się po uszy 

zakochałaś? 

-    Tak - 

odparła szczerze. 

-    Wyjdziesz za niego?   
-    Nie. - 

Nie miała przecież najmniejszej szansy, 

-   

Jesteś pewna? 

-    Jestem pewna. 
-   

Masz zamiar spędzić resztę życia w samotności? 

-   

Ja...? Nie wiem, mam nadzieję, że nie. Ale 

myślenie o przyszłości jest dla mnie w tej chwili zbyt 
bolesne. 

-    Oprzytomnij, Lark! - 

wykrzyknął z siłą, jakiej się 

po nim nie spodziewała. 

Spojrzała nieco zaskoczona. Nigdy nie podnosił 

głosu, nigdy nie tracił panowania nad sobą. A teraz jest 
wyraźnie zdenerwowany, jakby wytrącony z równowagi. 

Wes podszedł do okna i stojąc tylem, powiedział 

półgłosem: 

-   

Czy tobie się zdaje, że jesteś jedyną osobą 

ci

erpiącą z powodu nie spełnionej miłości? 

-   

Ty...? Chcesz powiedzieć, że...? 

-   

Chcę to powiedzieć! Tak, ja. Ale było, skończyło 

się i nie ma o czym mówić. Z kolei ciebie spotkał 
podobny los... Cóż więc mamy do stracenia? - Podszedł, 
chwycił Lark za ręce. - Moja rodzina chce naszego 
małżeństwa, pragnie też tego twój ojciec. Wiem, że nigdy 

background image

nie będę kochał żadnej kobiety, tak jak tamtą kocham, 
jak kochać potrafię. Co ty na to...? 

Nie umknęło uwagi Lark, że użył czasu 

teraźniejszego „kocham". Przez moment zastanawiała 
się, kim też ona może być. To nie miało jednak 
znaczenia. 

-   

Ja nie mam zamiaru spędzać samotnie reszty 

mojego życia - ciągnął przygnębionym głosem. - 
Zwariowałbym. I tobie to grozi, jeśli nie opuścisz na 
dobre tego domu... 

-   

Więc ty naprawdę chcesz się ze mną mimo 

wszystko ożenić? - Jak on może coś podobnego 
proponować, pomyślała zgorszona. 

-   

Oczywiście. Ileż małżeństw przetrwało wszystkie 

burze, ponieważ ich związek opierał się na wzajemnym 
szacunku. A ten do siebie mamy. Tak więc tym razem 
bez 

świadków proszę cię raz jeszcze: wyjdź za mnie! I 

teraz, skoro nie ma świadków, możesz odmówić, jeśli 
zechcesz. 

A więc to tak! Poprzednio wszystko było 

zaaranżowane, by nie mogła odmówić. Musiała także 
przyznać, że Wes nie jest taki płytki, jak sądziła. Czy to 
jednak usprawiedliwiało przyjęcie obecnej oferty? 
Musiała jeszcze jedno wyjaśnić. 

-   

Jared do ciebie zadzwonił i w ten sposób 

wszyscy się dowiedzieli, gdzie jestem? - spytała. 

Wahał się długo, nim odpowiedział. 
-    Tak. 
Zniknęła ostatnia nadzieja, potwierdziły się 

informacje o udziale Jareda w jej wykryciu. Teraz 
przyszła kolej na jej zemstę na Jaredzie. 

Spojrzała w niebieskie oczy Wesa i zdecydowanym 

tonem oświadczyła: 

-   

Dobrze, Wes. Wyjdę za ciebie. 

Wes z powrotem wsunął na jej palec zaręczynowy 

pie

rścionek. 

Po paru minutach Wes wyszedł. Lark została 

pośrodku sypialni, patrząc jak zafascynowana na 
rozmazaną na palcu kroplę krwi. Otarła ją, westchnęła i 
ruszyła za narzeczonym. Ze szczytu schodów zobaczyła, 

background image

że Wes już zszedł i właśnie podchodzi do spacerujących 
tam i z powrotem po holu ojca i Risy. 

Lark schodziła powoli jak automat. Słyszała 

nerwowe pytanie ojca: 

-   

No i co, no i co? Jest ten ślub, czy nie ma? 

-    Jest - 

odparł Wes i ujął dłoń Lark, która podeszła 

ze spuszczoną głową. 

-   

Dzięki Bogu! - Drake Mallory zaczął potrząsać 

ręką Wesa. - Podjęliście dobrą decyzję, dzieciaki! W 
pierwszą rocznicę ślubu nawet nie będziecie pamiętali 
tego wszystkiego... 

-   

Odetchnęłam - szeptała Risa siostrze. - Właściwa 

decyzja. Na pewno będziecie szczęśliwi. 

Lark cz

uła szum w głowie. 

Dla Lark dni mijały jak we mgle. Nadszedł dzień 

dwudziesty ósmy sierpnia. Ślub już za dwa dni! W 
pewnym sensie uległa entuzjazmowi rodziny i też 
zaczęła odczuwać podniecenie. 

Wszyscy byli przekonani, że przygodę w Kolorado, 

jak to nazywa

li, Lark potrafiła umieścić wśród 

wspomnień, do których nie warto wracać. Przecież znów 
się uśmiechała i nawet okazywała chwilami pełną 
radości życia wesołość. 

Nikt nie przypuszczał, że kładąc się spać, zdzierała 

maskę i pod zamkniętymi powiekami oglądała, scenę po 
scenie, wydarzenia tamtych dni. I w każdej ze scen 
Jared grał główną rolę. Ale Jared jej nie kochał. Jeśli 
nawet ją teraz wspomina, to chyba tylko po to, by się 
śmiać z jej łatwowierności. 

 
Jenny z hałasem postawiła przed Jaredem szklankę 

z lem

oniadą. 

-   

Jesteś uparty jak stary głupi osioł - powiedziała 

dobitnie, nie kryjąc wściekłości. 

Mały Jared przerwał jedzenie i ze zdziwieniem 

spojrzał na matkę, 

-    Pilnuj swego nosa, Jen - 

burknął Jared. 

-   

Ale ona za dwa dni wychodzi za mąż! Za dwa dni! 

Mu

sisz ją przed tym powstrzymać. 

-    Nie moja sprawa, I nie twoja... Spójrz no tylko, 

background image

mały Jared rośnie jak na drożdżach. 

-   

Nie zmieniaj tematu. Powiedz mi dokładnie, co 

wydarzyło się ostatniego dnia? Nie mogę uwierzyć, że 
ona jak baranek poszła za ojcem po tym, co... 

-    Co to znaczy? Po jakim co? 
-   

Po tym, co mi o nim opowiedziała. Jak ją zawsze 

do wszystkiego zmuszał. Ucieczka z Florydy wymagała 
od niej nie lada odwagi. I wróciła potem posłusznie, 
ponieważ kiwnął palcem...? Niemożliwe! To jest 
nielogiczne, 

chyba że ty ją w jakiś sposób zawiodłeś. 

Coś zrobiłeś albo czegoś poniechałeś. 

-   

Daj już spokój. Muszę jechać do Denver. 

Postanowiłem sprzedać firmę. I mam jeszcze pewną 
sprawę. - Wstał, szykując się do wyjścia. 

Jenny zerwała się i zastąpiła mu drogę. 
-   

Musisz mnie wysłuchać. - Chwyciła go za rękaw 

koszuli - 

Ta dziewczyna naprawdę cię kocha. Nie 

poszłaby za ojcem, gdybyś podniósł jeden palec, by ją 
zatrzymać. Dlaczego tego nie zrobiłeś? 

-   

Nie tak było, moja droga. Stary Mallory przekonał 

Lark, że ją tylko wykorzystałem, by się na nim zemścić, i 
porzuciłem, kiedy się zemściłem. 

-   

I ona mu tak po prostu bez dowodów uwierzyła? 

Bez wysłuchania twoich racji? 

-   

Czy ty myślisz, że ja w tym uczestniczyłem? Że 

stanąłem do konkursu ze starym łobuzem. Miałem 
walc

zyć z nim jak na ringu o nagrodę? Gdyby jej na mnie 

zależało, gdyby mi ufała, to nie uwierzyłaby jego słowom 
bez względu na to, jak były przekonujące. Powinna była 
okazać mi odrobinę zaufania... 

Jeszcze nigdy nie widział u siostry podobnego 

wyrazu twarzy. 

Przypominał litość. 

-   

Ona cię kocha - powtórzyła Jenny. - Powiedziała 

mi to i z pewnością powiedziała tobie. 

-   

Powiedziała. I co z tego? 

-    A ty? Czy 

jej to kiedyś powiedziałeś? 

-   

Daj spokój, Jen. Wypowiedzieliśmy do siebie 

wiele słów, a niektóre mogły nawet zawierać prawdę... 

-   

Nie wymykaj się z odpowiedzią, Jaredzie Wolfie! 

Czy jej kiedykolwiek powiedziałeś, że ją kochasz? 

background image

Odpowiedzią było milczenie, 
-   

I ty mi teraz będziesz opowiadał o zaufaniu - 

zadrwiła Jenny. - Żądasz od ludzi bardzo wiele, ale w 
zamian dajesz bardzo mało. 

Kiedy wychodził, zawołała za nim: 
-   

Zastanów się nad tym, Jaredzie. Dobrze 

zastanów... 

 
 

ROZDZIAŁ      DZIESIĄTY 

 
Nadszedł dzień trzydziesty sierpnia. Słoneczny i 

gorący. Stojąc przed otwartym oknem i wciągając słone 
powietrze znad Atlantyku, Lark powtarzała sobie, że 
musi zachować spokój, przede wszystkim spokój. 

Ubiegłej nocy znowu myślami wędrowała po górach 

Kolorado i nie była sama.Przestań, przestań, 
przekonywała sama siebie. Jered cię nie kocha i nigdy 
nie ko

chał. Nic go nie obchodzisz. Nie pozwól, aby 

zepsuł ci dzień, który ma być pierwszym dniem nowego 
życia. 

Gdy nieco później wychodziła spod prysznica, 

wpadła Risa. Jedno na nią spojrzenie powiedziało Lark, 
że coś się wydarzyło. Jednakże zapytana Risa 
zaprze

czyła: 

-    Jestem tylko... - 

zaczęła i zasłaniając usta dłonią 

pobiegła do łazienki. Lark chciała za nią biec, ale zastała 
drzwi zamknięte na klucz. Usłyszała natomiast niemiły 
odgłos wymiotowania. 

Risa wróciwszy wreszcie z łazienki, miała twarz 

bladą jak kreda. Stanęła przed Lark z nisko opuszczoną 
głową. 

-   

Nic się nie przejmuj, Lark. Nic mi nie jest. Wiesz, 

to są takie poranne objawy... Jestem w ciąży... 

-    Ach, Risa, to wspaniale! - 

Lark chciała rzucić się 

siostrze na szyję, ale ta ją powstrzymała, wyciągając 
przed siebie rękę. Patrzyła tępo na Lark, jakby chciała 
coś powiedzieć, ale nie wiedziała jak. 

-   

Boże, Boże, co ja teraz zrobię - jęknęła. 

Wydawała się całkowicie otępiała. 

background image

Lark usadowiła ją w fotelu i zadzwoniła po kawę i 

drożdżówki. Nim je przyniesiono, Risa nieco odzyskała 
panowanie nad sobą. Spoglądała na siostrę o wiele 
przytomniej. 

-    Powiedz mi, o co chodzi? - 

dopytywała się Lark. - 

Przecież zawsze chciałaś mieć dzieci? 

Risa pociągnęła nosem. 
-   

Chciałam, ale nie z Tonym... Nie powinnam ci 

teg

o mówić w dniu twojego ślubu... - Bez szminki i ze 

łzami w oczach wyglądała jak zaszczuta panienka. 

-   

Przecież ty i Tony uchodzicie za dobre 

małżeństwo... - Lark była zaszokowana tym wyznaniem. 

-   

A co mamy robić? Musimy udawać. Pamiętasz, 

jak ci przed tw

oją ucieczką do Kolorado obiecałam, że 

któregoś dnia opowiem ci o dniu mojego ślubu. 

-   

Pamiętam. Chciałaś mnie pocieszyć. 

-   

Chciałam, więc tylko ot tak powiedziałam, ale nie 

miałam zamiaru nigdy wyjawić prawdy. Teraz muszę się 
komuś zwierzyć. 

Lark zrobiło się przykro, że pochłonięta własnymi 

problemami nie pomyślała, że i inni je mają. I to w jej 
najbliższej rodzinie. Ujęła dłoń siostry. 

-   

Mów, słucham. Nie wiem, czy potrafię ci coś 

poradzić, ale postaram się... - Przypomniała sobie 
prawie identyczne słowa Jenny... 

-   

Wiesz chyba, że Tony jest mężem w stu 

procentach zaleconym mi przez dobrego tatusia. 

-   

Wiem, że tata zawsze go lubił... 

-   

Lubił! Tata go dla mnie wynalazł. Początkowo mi 

to nie przeszkadzało: ambitny, przystojny, z 
perspektywami na przyszłość. Ale poza tym władczy, nie 
znoszący sprzeciwu. Pojąwszy mnie za żonę, uważa, że 
ma mnie na własność, tak jak ma się samochód. I 
dlatego zdecydowaliśmy się na separację. 

-   

To dla mnie nowość. Nic nie wiedziałam. 

Myślałam, że wasze małżeństwo jest naprawdę 
doskonałe... 

-   

Było doskonałą pomyłką. Poza tym wchodzi tu w 

grę ktoś trzeci... 

-    Kogo ojciec nie aprobuje? 

background image

-   

Ojciec nawet nie domyśla się, kto to taki. Gdyby 

się domyślił. .. O Boże! Świat zawaliłby mi się na głowę. 
Ojciec wiedział, że się opieram i im bardziej się 
opierałam, tym nachalniej narzucał mi Tony'ego. 
Myślałam, że potrafię się przeciwstawić, ale uległam. 
Boże, jaką tragiczną popełniłam omyłkę, wychodząc za 
Tony'ego! - 

Zasłoniła twarz dłońmi. Gdy się uspokoiła i 

podniosła głowę, policzki miała mokre od łez. 

-   

Jakże ci współczuję, Riso! Powiedz, w jaki 

sposób mogę ci pomóc? 

-   

Teraz już nikt mi nie może pomóc. Zaszłam w 

ciążę... Ja naprawdę chcę mieć dzieci. I wiem, że będę 
to dziecko kochała. Ale teraz już na zawsze jestem 
związana z Tonym... Przedtem miałam nadzieję, że 
któregoś dnia zdobędę się na odwagę... 

-   

Żeby porzucić Tony'ego? 

-   

Żeby porzucić ojca. 

-    Czy nadal widujesz tego, którego kochasz...? 
-    Tak. - 

Był to ledwo słyszalny szept. - I on nadal 

mnie kocha, co jeszcze bardziej c

zyni sytuację 

okropną... Gdybym tylko miała wówczas odwagę zrobić 
to, co uważałam za słuszne. Ale każde z nas miało 
zobowiązania... wobec rodzin. Myśleliśmy, że nam to 
przejdzie... że uczucie się wypali... 

Jestem w lepszej sytuacji, pomyślała Lark. 

Przynaj

mniej wiem, że Jared mnie nie kocha. Więc nie 

ma po co zdobywać się na odwagę. 

Co by jej przyniosła odwaga? Życie jeszcze bardziej 

samotne niż to, które miała w perspektywie. I 
oznaczałoby to zerwanie z rodziną. 

-    C

zy chcesz, żebym coś dla ciebie zrobiła? - 

spytała siostrę. - Może jednak... ? 

Łzy spłynęły po policzkach Risy. 
-   

Nic. Przynajmniej ty bądź szczęśliwa. I uczyń 

Wesa szczęśliwym... Zasługujecie na to. 

Lark już sama nie wiedziała, na co zasługuje. 
Karen Dodd, zupełnie już zmaltretowana doradczyni 

uroczystości ślubnych, wygładziła plisy na ślubnej sukni 
Lark. 

-   

Pasuje jak ulał. Wprost niewiarygodne! Jak to 

background image

pani zrobiła? Wróciła pani z tych wakacji z dodatkowymi 
pięcioma kilogramami. Przedtem suknię zwężaliśmy ze 
trzy razy, a teraz trzeba było poszerzać. Ja nie krytykuję, 
tylko stwierdzam fakt. Rzeczywiście była pani już 
stanowczo za szczupła. Aż chorobliwie. - Karen Dodd 
rzuciła niespokojne spojrzenie na Rise, w obawie, że 
palnęła głupstwo. 

Risa blado się uśmiechnęła. Siedziała na łóżku Lark 

już ubrana w sukienkę druhny. Miała podkrążone oczy, 
ale wydawała się opanowana. 

Lark n

ie wierzyła własnym oczom, widząc się w 

lustrze znów w ślubnej sukni. Jak to się stało? Przez te 
kilka tygodni w Kolorado obraz ślubnej sukni całkowicie 
się zatarł, tak jak i wszystko, co było z nią związane. 
Teraz to 

już nie jest przymiarka. Teraz stoi ubrana do 

własnego ślubu. Zdejmie suknię już jako mężatka. 

Zdrętwiała, gdy w pełni dotarło do niej znaczenie 

tego faktu. Wówczas już klamka zapadnie. 

Z szoku wyrwało ją pukanie do drzwi. 
-   

Przyszła fryzjerka i kosmetyczka - odezwał się 

czyjś głos. - Czy mogą wejść? 

-   

Niech wejdą - odpowiedziała Karen Dodd. 

Gdy obie kobiety weszły, Karen Dodd rozporządziła: 
-   

Niech jedna z pań zajmie się uczesaniem panny 

młodej, a dróga makijażem pierwszej druhny. I 
pospieszcie się, nie mamy wiele czasu... 

Tak, nie mam już wiele czasu, myślała gorączkowo 

Lark. Prawie wcale go nie mam. 

Niedługo zapadnie 

klamka... 

Lark siedziała przed lustrem, podczas gdy 

kosmetyczka kończyła makijaż. Prawdziwa artystka, 
pomyślała Lark. Nie wyglądam na tę samą kobietę, która 
wróciła tu przed paru dniami,.. 

Za pl

ecami Lark stała Risa. I jej twarz uległa 

przemianie. Zniknęły ślady łez i sińce pod oczami. 
Wydawała się piękna i szczęśliwa... Makijaż potrafi 
przesłonić wszystko, nawet ból serca... 

-   

Muszę jeszcze załatwić parę drobiazgów - 

oświadczyła Risa i wyszła, ale po paru minutach wróciła, 
w chwili gdy wychodziła kosmetyczka. Była bardzo 

background image

zaaferowana. 

-   

Co się znowu stało? - spytała Lark. 

Risa głęboko westchnęła, a chcąc zyskać na czasie, 

wygładziła nie istniejącą zmarszczkę na swej sukni. 

-   

Boże, nie karz mnie za to, co teraz robię, ale 

uważam, że powinnam. - Wzniosła oczy ku niebu. 

Lark cierpliwie czekała, chociaż prawdę 

powiedziawszy miała już dość emocji jak na jeden dzień. 

-   

Jeszcze jeden prezent ślubny - zaczęła Risa... 

-   

Złóż go w solarium ze wszystkimi innymi - 

odparła Lark i pomyślała, że Risa chyba zupełnie straciła 
głowę, skoro przychodzi z podobnymi głupstwami. 

-   

Nie powinnam tego robić. I to właśnie ze względu 

na adnotację. - Zza pleców wyjęła kopertę i podała Lark. 

Na kopercie było napisane czerwonymi literami: 

Dostarczyć natychmiast. Sprawa niezmiernej wagi. 

Lark na chwilę przestało bić serce. Chociaż koperta 

nie miała adresu zwrotnego, nie było najmniejszej 
wątpliwości, od kogo pochodzi przesyłka. 

-   

Co się stało? - spytała po długiej chwili. 

-   

Właściwie można powiedzieć, że na chwilę 

zemdlałaś. Napij się wody, Lark. Ojej, powinnam ci 
zwilżyć twarz, ale jesteś już umalowana... 

Lark w

yprostowała się na krześle, do którego Risa 

ją jakoś przydzwigała. Trzęsącymi się palcami rozerwała 
zmiętą w pięści kopertę. Wyjęła z niej arkusz papieru 
przypominający prawny dokument i przypiętą do niego 
kartkę. 

 
Jestem ci winien co najmniej to i o wiele 

wiącej. 

Byłem wobec ciebie zbyt surowy. Zasługujesz na 
szczęście w życiu. Mam nadzieją, że je znajdziesz. 
 
Dokument natomiast stwierdzał, że Jared Wolf 

ofiarowuje jej w prezencie ślubnym dom Wolfów. 

Ale to przecież niemożliwe! Ten dom znaczył dla 

niego wi

ęcej niż wszystkie urazy, jakie mógł nosić w 

sercu, i wszystkie zemsty! To, że go ofiarowuje córce 
swego największego wroga, mogło oznaczać tylko 
jedno... 

background image

On mnie kocha! On mnie kocha! - 

powtarzała w 

myślach jak szalona. Teraz nie może temu zaprzeczyć. 
Bez 

względu na to, co się stało, bez względu na to, jaką 

krzywdę mógł mi wyrządzić, świadomie lub 
nieświadomie, pozostaje niezaprzeczalnym faktem, że 
on mnie kocha i to jest jego sposób poinformowania 
mnie o tym! 

Gdzieś zniknął letarg, w którym tkwiła od kilku dni. 

Chwyciła Risę za ręce. 

-   

Powiedz mi teraz prawdę! Powiedz, co było 

między tobą a Jaredem? Co się wydarzyło między wami 
przed laty? 

Risa była najpierw zdziwiona, a potem jakby 

zawstydzona, 

-   

Po co ci mam to opowiadać. Nie pokazałam się 

wówczas z najlepszej strony. 

-   

Proszę cię! To jest dla mnie bardzo ważne. Risa 

głęboko westchnęła. 

-   

Niewiele się wydarzyło. Po prostu uganiałam się 

za nim, 

jak jakaś nawiedzona, pewno to sobie 

przypominasz. Zawsze mi imponowali tacy trudni do 
zdobycia chłopcy. A on był cholernie trudny. Nic nie 
zdziałałam. W każdym razie przez pierwsze dwa lata. 
Potem tak go zmęczyłam, że parę razy gdzieś ze mną 
poszedł. Musiałam się wymykać, żeby ojciec się nie 
dowiedział. Ale okazało się, że zupełnie do siebie nie 
pasuje

my. Po prostu nudziliśmy się. Ojciec mnie 

przyłapał, kiedy wracałam z ostatniego spotkania z 
Jaredem. Ależ mi zrobił awanturę! I oczywiście uznał, że 
to wszystko wina Jareda, że Jared chciał mnie uwieść. 
Krzyczał, że nigdy żaden kundel nie dotknie jego córki. 
Tak, nawymyślał Jaredowi. I zagroził mu, że go zabije. 

-   

Ojciec mi powiedział, że to Jared chciał cię 

uwieść.   

Risa gorzko się roześmiała. 
-   

Ze smutkiem wyznaję, że nie. Bardzo tego wtedy 

żałowałam. Jared zachowywał się zawsze jak 
dżentelmen z romansu. Ale ja nie byłam wielką damą z 
tegoż romansu. I nawet nie stanęłam w jego obronie, 
kiedy ojciec te straszne rzeczy do niego wykrzykiwał. 

background image

Jared chronił mnie. W milczeniu przyjął winę na siebie. 
Chociaż nie wiem, jaka to mogła być wina. Wyszedł po 
prostu 

ze mną parę razy... Nic się nie wydarzyło... 

Risa zaczęła nerwowo spacerować po dywanie, tam 

i z powrotem, tam i z powrotem, i tak w kółko. 

-   

Boże, ileż ja głupstw narobiłam w życiu. To z 

Jaredem, to jeszcze nie największe. Wyszłam za 
Tony'ego... Teraz dz

iecko... A wszystko, żeby sprawić 

przyjemność ojcu, 

-    Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie - 

odezwała 

się Lark. - Czy to prawda, że Jared zadzwonił do Wesa i 
powiedział mu, gdzie jestem? Tak twierdzi ojciec. 

-   

Przykro mi to potwierdzić, ale to fakt, że Jared 

dzwonił do Wesa. Nie wiem jednak, o czym rozmawiali. I 
wiem, że tego samego dnia ojciec wyjechał po ciebie do 
Kolorado. 

Lark ciężko westchnęła. 
-   

Dziękuję ci za szczerość, Risa. A teraz 

chciałabym kilka minut zostać sama... 

Risa przez chwilę się wahała, ale potem ruszyła w 

stronę drzwi. Otwierając je, powiedziała: 

-   

Pójdę sprawdzić, czy samochody już podjechały. 

Za pięć minut powinniśmy wyjechać do kościoła. Jeślibyś 
mnie potrzebowała. .. 

Lark odprawiła ją gestem dłoni. 
 
Po wyjściu siostry podeszła do okna i wyjrzała na 

ogród, w którym paru ogrodników doprowadzało trawniki 
i klomby do perfekcji. Jakże inna jest ta zieleń od tej w 
Kolorado. Tak samo jak mężczyzna, którego miała dziś 
poślubić, był inny od tego, którego kochała... 

I kocha, kocha, nadał kocha! Nie może temu 

zaprzeczyć. Kocha bez względu na wszystko. A on 
kocha 

ją. Ale ten jego telefon? Rozmowa z Wesem... 

Czy można ją usprawiedliwić? A może on jej nie kocha. 
Może ofiarował jej dom, żeby wymazać z własnej 
pamięci wszystko, co miało z nią związek? Bzdura! 
Boże, skąd to można wiedzieć...! 

Powodowana impulsem podbiegła do telefonu. W 

ciągu paru minut uzyskała z biura informacji numer 

background image

telefonu Jenny w Kolorado. Wykręciła go. Po niezliczonej 
ilości dzwonków usłyszała jej zdyszany głos. 

-   

Dzięki Bogu, że cię zastałam! - wykrzyknęła do 

słuchawki Lark. 

-   

Lark? Co się stało? Dziś jest dzień twojego 

ślubu? 

-   

Tak, Jenny, ale, gdzie jest Jared? Muszę, 

absolutnie muszę z nim mówić. 

-   

Nie wiem. Pojęcia nie mam. Był tu przed kilkoma 

dniami, sporo mu wt

edy nagadałam i od tego czasu go 

nie widziałam. 

-   

Nagadałaś mu? Dlaczego? 

Lark usłyszała w słuchawce prychnięcie. 
-   

Bo jest głupi. Nie powinien był pozwolić ci odejść. 

I to mu powiedziałam. 

-   

Gdybym wtedy wiedziała, że on mnie chociaż 

lubi... że mam jakaś szansę. 

-   

On cię kocha - z wielką pewnością siebie odparła 

Jenny. - 

Tylko, czy potrafi połknąć tę dumę, która go 

zaślepia? Tego nie wiem. To mój brat i bardzo go 
kocham, ale wiem, że ma straszne wady. A największą 
jest to, że nie umie wybaczać. Przykro mi, Lark, że nic ci 
więcej nie mogę powiedzieć. I nie będę też cię 
namawiała, żebyś rzuciła wszystko i przyjeżdżała tylko 
dlatego, że ja wiem, że on cię kocha, i powiedziałam ci 
to. 

-   

Dziękuję ci za wszystko, Jenny. Do widzenia! 

-    Do widzenia, 

Lark. Wiele szczęścia...! 

O tak, jest jej potrzebne!   
Odwiesiwszy słuchawkę, Lark spojrzała w lustro. I 

nagle uderzyło ją, że obraz ten już widziała. Obraz 
zatrwożonej kobiety stojącej na podium w salonie strojów 
ślubnych w Palm Beach. 

Obraz bardzo podobny

, choć twarz kobiety inna. A 

może również inna jest kobieta w tej samej sukni? Tamta 
miała zapadłe policzki i podkrążone oczy. Ta tryska 
zdrowiem i energią. 

Nowa Lark Mallory nie będzie niczyją ofiarą. Ma siłę 

i wolę sięgnięcia po to, czego pragnie, bez względu na 
trudności, jakie może napotkać. A nowa Lark Mallory 

background image

pragnie Jareda Wolfa i nie chce żadnego innego 
mężczyzny. Dla niego jest gotowa... 

Na cały głos się roześmiała. Wejdzie na najwyższy 

szczyt jeśli zajdzie taka potrzeba. Jared Wolf nigdzie się 
prz

ed nią nie schroni, nie umknie jej... 

Unosząc ciężką spódnicę sukni, podbiegła lekkim 

krokiem do drzwi i z hałasem je otworzyła. W holu stała 
Karen Dodd i coś zapisywała w notatniku. 

-   

Ach, panno Mallory! Jak pani cudnie wygląda. 

Proszę chwilkę zaczekać, zobaczę, czy wszyscy już są 
gotowi na pani zejście. 

-    Nie potrzeba - 

zbyła ją Lark i ruszyła do schodów. 

-    Niech pani nie schodzi, niech pani nie schodzi! 

Pan młody rozmawia tam jeszcze z pani ojcem. Wie pani 
przecież, że to przynosi pecha, jeśli przed ślubem 
spotyka się pana młodego... 

Lark nie słuchała ostrzeżeń Karen Dodd i jak burza 

zbiegła na dół. 

Zdążyła jeszcze zobaczyć plecy swego 

narzeczonego, który pięknie wystrojony, w tużurku, 
właśnie wychodził przed dom. 

Pobiegła za nim. 
-    Wes, poczekaj! 
Obr

ócił się zdziwiony. Uniósł wysoko brwi. 

-   

Nie powinienem cię widzieć przed ślubem, moja 

droga - 

odezwał się dość sztywno. 

-   

Muszę z tobą porozmawiać, teraz! To bardzo 

ważne. Wróć na chwilę. 

-   

Jeśli sobie tego życzysz... - Podszedł i stanął jak 

wryty. 

Jak ty cudownie wyglądasz, twoje oczy błyszczą 

jak diamenty... cała promieniejesz. - Jego surowy wyraz 
twarzy ustąpił uśmiechowi. - Lark... 

Była zakłopotana jego komplementami w chwili, w 

której miała mu zakomunikować ostateczną decyzję. 
Pierścionek ześlizgnął się łatwo z palca, jakby tylko na to 
czekał. Podała go bez słowa Wesowi. 

Początkowo nie pojął, co to jest. 
-    Co mi podajesz? 
-   

Zwracam ci pierścionek. Nie mogę za ciebie 

background image

wyjść. Niezmiernie mi przykro. Wszystko to, co mi 
przedtem mówiłeś, ma sens, ale tylko do pewnego 
momentu. Małżeństwo oparte na szacunku i przyjaźni 
może wystarczyć wówczas, gdy nie istnieje osoba, którą 
się kocha. Natomiast kiedy ta osoba żyje i mieszka w 
Kolorado... 

-    Mówisz o tym Wolfie...? Ty go kochasz? 
-   

Duszą i ciałem. 

-   

Przed dwoma dniami nie sądziłaś, byś miała 

jakąkolwiek szansę... 

-   

Muszę zaryzykować, chociażby szansa miała być 

minimalna. 

Patrzył na nią jakby nie wierzył własnym uszom. 
-   

Twój ojciec zapewniał mnie, że to jest chwilowe 

zadurzenie i że z tego wyjdziesz. I że nic nie obchodzisz 
tego faceta. Że on cię tylko wykorzystał jako narzędzie 
zemsty. 

-   

To jest kłamstwo!   

Wes pokiwał głową. 
-    Kto wie, czy nie masz racji... - 

Długą chwilę się 

wahał, a potem powiedział: - Słuchaj, to ja ci już to 
powiem... Twój 

ojciec ostrzegał mnie, nalegał, prosił, 

żebym ci nie mówił, ale powiem. Jared Wolf nie 
zadzwonił do mnie po to, żeby powiedzieć, gdzie jesteś. 
Szybko doszedłem do wniosku, że zadzwonił, by 
sprawdzić, czy ślub jest odwołany, czy nie. Dopiero kiedy 
mu powied

ziałem, że nie jest odwołany, poprosił o adres, 

pod który może wysłać prezent ślubny. A w ogóle nie 
miałem pojęcia, kto do mnie dzwoni. Powiedział, że 
dawny znajomy. Dopiero kiedy wspomniałem jego 
nazwisko twojemu ojcu, skoczył pod sam sufit. Tak 
wygląda prawda, Lark. 

Lark w tym momencie wręcz pokochała Wesa 

Sherborna. Stanęła na palcach i złożyła lekki pocałunek 
na jego policzku. 

-   

Dziękuję ci, bardzo dziękuję. I tak byłam 

zdecydowana, ale to, co mi powiedziałeś, tylko utwierdza 
mnie w przekonaniu, że postępuję słusznie. Teraz mi 
pozostaje tylko go odnaleźć. 

-    Powodzenia! - 

krzyknął za nią, gdy wybiegła z 

background image

domu. Dostrzegł coś przez oszklone drzwi i dodał pod 
nosem: - 

Już chyba znalazła. 

 
Po schodach wchodził szczupły wysoki mężczyzna. 

Widząc Lark, chwycił ją w ramiona i przytulił do piersi. 
Lark cicho łkała ze szczęścia. 

-    Jared... O, Jar

ed, ja właśnie... 

-   

Bądź cicho, nic nie mów. Przyjechałem po ciebie. 

Już nigdy nigdzie nie będziesz musiała uciekać. A facet, 
dla którego włożyłaś dziś tę suknię, powinien mi być 
dozgonnie wdzięczny... 

-   

W pewnym sensie już jestem wdzięczny - 

odezwał się głos z boku. Do Lark i Jareda podszedł Wes. 

Moje gratulacje, Lark. Jakoś przeżyję zaskoczenie 

gości zebranych w kościele, natomiast mogłoby być 
gorzej z przeżyciem małżeństwa skazanego z góry na 
niepowodzenie. Miałaś rację, Lark, że zrobiłaś to, co 
dyktuje ci serce. 

Jared skinął lekko głową. 
-   

Trwało to długo, Sherbom, ale wreszcie 

poszedłeś po rozum do głowy. Lark, idziemy...! 

-    Jeszcze nie. - 

Oparła się jego władczemu 

gestowi. - 

Zapomniałeś o czymś... - uśmiechnęła się 

prowokująco. 

Zdziwiony patrzył na Lark, nie wiedząc, o co chodzi. 

Tylko Wes cicho, się zaśmiał, 

-   

I kto tu wygłasza sentencje o pójściu po rozum do 

głowy - mruknął, schował ręce do kieszeni i odszedł, 
łobuzersko pogwizdując. 

Jared wreszcie zrozumiał. 
-   

Kocham cię! Czy na te słowa czekałaś? - spytał. 

-    Tylko na te. - 

Zawisła mu u szyi, obcałowując 

całą jego twarz. 

Jared wziął ją na ręce i zaniósł do wynajętego 

samochodu, 

który zatarasował podjazd wypełniony 

limuzynami zamówionymi na ślub. Za Lark niby mgiełka 
wędrował przejrzysty weton. Kierowcy limuzyn, 
obserwujący widowisko, zaczęli głośno klaskać. 

W tej samej chwili w drzwiach rezydencji stanął Drak 

Mallory i rozległ się przeraźliwy ryk: 

background image

-   

Niech cię piekło pochłonie, mieszańcu! Oddaj mi 

moja córkę albo oskarżę cię o kidnaperstwo! 
Przysięgam, że to zrobię! Nie masz prawa zjawiać się 
tutaj i... 

Lark, nadal w ramionach Jareda, silnym jak nigdy 

głosem odkrzyknęła: 

-   

To moje życie, psiakrew, i chcę je przeżyć tak jak 

chcę z mężczyzną, którego kocham! 

Jared wybuchnął głośnym śmiechem. Usadowił Lark 

na tylnym siedzeniu samochodu, a ona szybko opuściła 
tylną szybę i wykrzyknęła do ojca: 

-   

Kocham cię, tato, ale już nie jestem małą 

dziewczynką. Do widzenia! 

Tak, nie była już małą dziewczynką, była kobietą 

Jareda. 

-   

Możemy jechać? Gotowa? - spytał Jared. 

-    Na wszystko - 

odparła. 

Lark po raz ostatni spojrzała na ojca, który stał na 

schodach jakby skamieniały. 

 
 

EPILOG 

 
Dokładnie w dwa lata po drugiej ucieczce z domu, 

Lark Mallory Wolf przyjmowała odwiedzających ją w 
szpitalu w Denver gości. Była to doniosła chwila, bo oto 
Lark urodziła właśnie chłopca wagi prawie czterech 
kilogramów. Przy łóżku siedział jej ukochany mąż, który 
dawno już sprzedał swą firmę komputerową i powrócił do 
rodzinnego zawodu - ranczerstwa. 

Najmilszym gościem młodej matki była jej 

szwagierka, Jenny. Przyniosła prezenty i pozdrowienia 
od małego Jareda, który wyrażał radość, że wkrótce 
będzie miał kuzyna, z którym będzie się mógł bawić. 

Trzymając w swej dłoni dłoń męża, Lark była 

przekonana, że nie ma chyba szczęśliwszej kobiety od 
niej. 

Do drzwi pokoju ktoś zapukał i po chwili ukazała się 

w nich głowa Risy. 

- Macie czas i miejsce dla bardzo dumnej cioci? - 

background image

spytała. 

Lark pisnęła z radości. Nie spodziewała się wizyty 

siostry, która niestety nie donosiła spodziewanego 
potomka i potem przechodziła ciężki okres hałaśliwego i 
przykrego rozwodu. Najwidoczniej była teraz już w 
lepszej formie, skoro zdecydowała się na podróż do 
Kolorado. 

Siostry 

padły sobie w ramiona i w pierwszej chwili 

Lark nie zauważyła, że za Risą wślizgnął się do pokoju 
mężczyzna. Gdy go wreszcie zobaczyła, otworzyła ze 
zdumienia oczy: Wes Sherbom, ostatni człowiek na 
świecie, którego mogła się tu spodziewać. Jared także 
wyd

awał się zdziwiony, ale powitał gościa serdecznie, 

chociaż widział go tylko raz w życiu na schodach 
rezydencji Mall

orych w dniu niedoszłego ślubu. Oczy 

Risy promieniały szczęściem. 

-   

Mam nadzieję, że nie macie mi za złe, iż 

przyleciałam z Wesem. 

-   

Ależ nie, skądże... - odparła Lark, chociaż nadal 

nie pojmowała, co Wes tu robi. Spytała go: - 
Przyjechałeś w jakimś specjalnym celu? Masz coś do 
załatwienia w Denver? 

-   

Przyjechałem w specjalnym celu. Towarzyszę 

Risie... 

I w końcu Lark zrozumiała: to Risa była miłością 

Wesa, a Wes jej! 

-    Teraz rozumiem wasze problemy - 

powiedziała 

Lark. - Rodziny Mall

orych i Sherbomów uzurpowały 

sobie, niestety, boskie prawo zaręczania swoich dzieci 
jeszcze w kołyskach... 

-   

No i ojciec zapewne był przekonany, że to 

właśnie niebiosa podpowiedziały mu twój związek z 
Wesem - 

dokończyła Risa. - Kiedy wyszłaś za Jareda, 

myślałam, że ojciec trochę zmądrzeje. Ale nic z tego. 
Mój rozwód z Tonym jeszcze bardziej go rozsierdził. 
Tylko małżeństwo z Wesem nieco go uspokoiło. Ma 
wreszcie Sherborna w rodzinie. I to tego samego, 
którego chciał... 

Przez minione dwa lata Lark miała do siebie żal, że 

zerwała z ojcem. Ale teraz wyszła na jaw tajemnica Risy. 

background image

Czy ojca już nic nie nauczy? Nic nie zmieni? Marzyła o 
pojednaniu Jareda z ojcem, le

cz to było nierealne. Jared 

to zbyt dumny człowiek, aby prosił Mallory'ego o 
wybaczenie, choćby nawet tylko wydumanych win. A 
ojciec... 

Już po ślubie Lark dowiedziała się też do czego 

służył jej ojcu dom Wolfa, kiedy jeszcze był jego 
właścicielem. Nie miał to być wcale dom wakacyjny dla 
rodziny, lecz gniazdko dla eskapad miłosnych. Dopiero 
kiedy matka zaczęła coś podejrzewać, ojciec głośno 
obwieścił, że właśnie kupił letniskową chatę w górach. 

Lark zdała też sobie sprawę, że małżeństwo matki i 

ojca było prawie od samego początku nieudane. 
Prawdopodobnie także zaaranżowane przez 
zainteresowane tym związkiem rodziny. 

Tak, pomyślała ze smutkiem. Nie ma nadziei, by 

dzisiejszą radosną chwilę mogła podzielić nie tylko z 
Jaredem, nie tylko z siostrą i szwagierką, ale także z 
własnym ojcem. Gdzie jest Jared? Lark, pochłonięta 
rozmową z gośćmi, nawet nie zauważyła, że wyszedł. 

I w tym właśnie momencie, zupełnie jakby to był 

dzień spełnionych marzeń, otwarły się drzwi i ukazał się 
w nich Jared w towarzystwie Drake'a Mallory'ego. 

Lark i Risa oniemiały. Drake Mallory był obładowany 

prezentami. Przyniósł wielkiego misia, kije baseballowe, 
piłki do siatkówki i wiele innych zabawek, do których 
kiedyś z pewnością śmiać się będą oczy chłopca. 

A w oczach 

ojca Lark zobaczyła nagle wzbierające 

łzy. 

W panującej w pokoju głębokiej ciszy, jakby 

zwielokrotniło się pogłosem jedno jego słowo: 

-    Przepraszam. 
Lark pytającym wzrokiem patrzyła na Jareda. 
-    Sprawa prosta - 

odparł Jared. - Przecież ja cię 

kocham. Cierpiałaś z powodu zerwania z ojcem, więc ci 
go sprowadziłem. Pojechałem po niego i przywiozłem, 
żebyś była szczęśliwa. To bardzo proste... 

I od tej chwili, dzięki bardzo wyjątkowemu 

mężczyźnie, jakim był Jared Wolf, życie Lark Mallory 
Wolf było nie kończącym się pasmem szczęścia. 

background image