background image

Liz Fielding

Róża pustyni

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
 - W samolocie leciała z nami dziennikarka, Rose Fenton. 

- Książę Hassan al Raszid usiadł z tyłu limuzyny, obok swego 
doradcy Partridge'a. - To zagraniczna korespondentka jednej z 
informacyjnych   sieci   telewizyjnych.   Dowiedz   się,   co   tutaj 
robi.

  - To  żadna tajemnica, ekscelencjo. Zamierza wrócić do 

zdrowia po zapaleniu płuc. To wszystko.

  -   Doprawdy?   -   Hassan   obdarzył   siedzącego   obok 

mężczyznę   powątpiewającym   spojrzeniem.   Partridge   był 
młodym Anglikiem, nowicjuszem w świecie polityki, należało 
jednak oczekiwać, że okaże się pojętnym uczniem.

 - To siostra Tima Fentona - dodał Partridge takim tonem, 

jakby to wszystko wyjaśniało. - Tim jest nowym naczelnym 
weterynarzem   kraju   -   ciągnął,   gdy   zobaczył   zdumione 
spojrzenie   księcia.   -   Uznał,   że   w   ciepłym   klimacie   siostra 
szybciej odzyska zdrowie.

  -  Odkąd  to   pokrewieństwo   z  naczelnym  weterynarzem 

upoważnia dziennikarkę do podróży prywatnym odrzutowcem 
Abdullaha? - dociekał Hassan.

 - Jego Wysokość zapewne doszedł do wniosku, że pannie 

Fenton po tak ciężkiej chorobie należy się odrobina komfortu. 
A ponieważ książę i tak wracał do domu...

  - Obaj wiemy,  że gdyby chodziło o mnie, Abdullah nie 

wysiałby nawet hulajnogi, a co dopiero ten latający pałac. W 
dzisiejszych   czasach   nawet   królowa   Anglii   lata   rejsowym 
samolotem.

 - Ale to nie królowa Anglii ma napisać pochlebny artykuł 

o Jego Wysokości do Uczącego się tygodnika politycznego.

  -   Dziękuję,   Partridge   -   skwitował   cierpko   Hassan.   - 

Wiedziałem, że tkwi w tym jakiś haczyk.

background image

Rose Fenton z pewnością będzie fetowana, obsypywana 

pochlebstwami   przez   regenta.   Tymczasem   następca   tronu, 
młody   książę   Fajsal,   bawił   w   Stanach,   gdzie   studiował 
zarządzanie   i   nie   zdradzał   żadnej   chęci   powrotu   do   domu. 
Hassan tuż przed swoim powrotem słyszał plotki, że Abdullah 
dąży   do   umocnienia   swej   regencji,   a   może   nawet   do 
zamienienia jej w coś bardziej trwałego.

 - Czy ona zdaje sobie sprawę, czego się od niej oczekuje? 

- spytał.

 - Nie sądzę.
 - A jej brat? Poznałeś go, prawda?
 - Na przyjęciu w klubie sportowym - wyjaśnił Partridge.
  - Tim Fenton jest dobrym kompasem. Poprosił o urlop, 

aby wyjechać do domu, gdy siostrę zabrano do szpitala. Jego 
Wysokość wystosował do niej osobiste zaproszenie do Ras al 
Hajar na czas rekonwalescencji.

  -   A   gdy   mój   kuzyn   podejmie   jakąś   decyzję,   tylko 

szaleniec   odważyłby   się   mu   sprzeciwić   -   skomentował 
Hassan.   A   właściwie   dlaczego   Rose   Fenton   miałaby 
odmówić? Abdullah z zasady nie wpuszczał dziennikarzy do 
Ras al Hajar. Musiała odebrać to zaproszenie jak prawdziwy 
prezent losu.

 - Nie powinien pan się denerwować - wtrącił Partridge.
  -   Panna   Fenton   ma   opinię   rzetelnej   dziennikarki.   Jeśli 

pański  kuzyn   szuka   kogoś,   kto   napisałby   o   nim   pochlebny 
artykuł, wybrał nieodpowiednią osobę.

  - Czy Timowi Fentonowi podoba się posada naczelnego 

weterynarza?

Milczenie Partridge'a było bardzo wymowne. Rose Fenton 

od razu pojmie, w czym rzecz. A Abdullah ułatwi jej zadanie. 
Pochwali   się   swoimi   osiągnięciami,   zawiezie   ją   w 
klimatyzowanej   limuzynie   do   nowego   szpitala,   do   nowego 
centrum handlowego, po drodze zahaczając o nowy ośrodek 

background image

sportowy.   Pokaże   postęp   z   nierdzewnej   stali   i   zbrojonego 
betonu.

Zadba, by była dość zajęta i nie miała czasu na oglądanie 

niczego, co mogłoby zepsuć jej dobre wrażenia. A przecież 
wywiad   z   niechętnym   mediom   regentem   był   smakowitym 
kąskiem dla każdego dziennikarza, nawet tak znakomitego jak 
Rose Fenton.

Hassan nie podzielał optymizmu swego doradcy. Nie miał 

dobrego   zdania   o   dziennikarzach,   nawet   tak   hojnie 
obdarzonych przez naturę jak urocza Rose Fenton.

Zmienił front.
 - Partridge, skoro jesteś tak dobrze poinformowany, może 

powiesz mi, jakie rozrywki przygotował mój kuzyn dla owej 
damy?

Nagły   rumieniec   na   twarzy   Partridge'a   wyraźnie 

świadczył,   jaki   efekt   wywierała   panna   Fenton   na   młodych, 
wrażliwych mężczyznach.

  -   Rejs   statkiem   wzdłuż   wybrzeża,   piknik   na   pustyni, 

wycieczka po mieście.

 - Przyjęcie na czerwonym dywanie - zakpił Hassan. - Coś 

jeszcze?

  -   Oczywiście,   jest   jeszcze   koktajl   w   ambasadzie 

brytyjskiej... - Partridge zawahał się.

 - Mam wrażenie, że najlepsze zostawiłeś na koniec?
 - Jego Wysokość wyda na jej cześć przyjęcie w pałacu.
 - Jakby przyjmował głowę państwa! - zdumiał się Hassan. 

- Dość wyczerpujący program, jak na kobietę, która dochodzi 
do siebie po ciężkim zapaleniu płuc, nie sądzisz?

  -   Ona   była   naprawdę   chora,   ekscelencjo   -   zapewnił 

Partridge. - Zemdlała   przed  kamerą  podczas przekazywania 
relacji   z   Bałkanów.   Widziałem   na   własne   oczy.   Po   prostu 
przewróciła się... Z początku myślałem, że dosięgła ją kula 

background image

snajpera. Jak teraz wygląda? - spytał niecierpliwie. - Widział 
ją pan w samolocie?

  - Tylko  przelotnie.  Wyglądała... - Hassan  zawahał się. 

Była   chyba   zarumieniona?   Na   tle   podniesionego   kołnierza 
białej bluzki jej twarz wydawała się szczuplejsza niż wtedy, 
gdy widział ją po raz ostami na ekranie telewizyjnym. Może 
dlatego jej ciemne oczy sprawiały wrażenie ogromnych...

Ubrana była w purpurowy sweter, którego kolor powinien 

gryźć   się   z   jej   rudymi   włosami,   ale,   o   dziwo,   efekt   był 
porywający. Podniosła wzrok znad książki i spojrzała na niego 
z nieskrywaną ciekawością. Było to spojrzenie kobiety pewnej 
siebie,   która   nie   miała   ochoty   na   flirt,   ale   która   chętnie 
przystałaby na męskie towarzystwo podczas długiej podróży.

Hassana   zainteresowała   obecność   pięknej   kobiety   w 

samolocie   kuzyna.   Cóż,   nie   był   nieczuły   na   wdzięki 
niewieście. W pewnej chwili wezwał nawet stewarda, by w 
jego   imieniu   zaprosił   damę   do   kabiny,   gdzie   zajmował 
miejsce. Ale w ciągu tych kilku sekund, nim mężczyzna do 
niego podszedł, wrócił mu zdrowy rozsądek.

Rozmowa   z   dziennikarką   nie   była   dobrym   pomysłem. 

Nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. W dodatku Abdullah, 
gdy tylko samolot dotknie ziemi, od razu dowie się, że ze sobą 
rozmawiali.   A   zadawanie   się   z   Hassanem   al   Raszidem   nie 
było dobrze widziane w pałacowych kręgach. Po co stwarzać 
takie sytuacje?

Dla wszystkich będzie lepiej, jak Rose Fenton skupi się na 

swojej książce.

Zdał   sobie   sprawę,   że   Partridge   nadal   czeka   na   jego 

odpowiedź.

  -   Wyglądała   wystarczająco   dobrze   -   dokończył   lekko 

poirytowany.

background image

Rose   Fenton   przystanęła,   wychodząc   z   chłodnego, 

klimatyzowanego   holu   lotniska   na   południowy   żar   Ras   al 
Hajar. Musiała wziąć głęboki oddech, by nie zemdleć.

W Londynie o tej porze roku jedynie kwitnące narcyzy 

zwiastowały   wiosnę.   Rose   zgodnie   z   zaleceniami   swej 
nadopiekuńczej   matki   miała   na   sobie   ciepłą   bieliznę   oraz 
gruby sweter.

  -   Dobrze   się   czujesz,   Rose?   Musisz   być  zmęczona   po 

podróży.

 - Nie zawracaj głowy, Tm. - Zdjęła sweter. - Nie jestem 

inwalidką - burknęła, ale irytacja w jej głosie świadczyła, że 
jednak nie czuje się zbyt dobrze. - Och, do licha, przepraszam 
- dodała tonem skruchy. - Ale mama traktowała mnie przez 
ostatni   miesiąc   jak   dziewiętnastowieczną   pensjonarkę 
umierającą   na   suchoty.   -   Uśmiechnęła   się   figlarnie,   biorąc 
brata pod ramię. - Miałam nadzieję, że wreszcie zerwę się ze 
smyczy.

 - Muszę przyznać, że nie wyglądasz tak źle - odparł Tim. 

-   Słuchając   mamy,   zacząłem   się   zastanawiać,   czy   nie 
powinienem wypożyczyć wózka inwalidzkiego.

 - Naprawdę nie będzie konieczny.
 - Może przynajmniej laseczka?
 - Jeśli koniecznie chcesz, bym ci przyłożyła.
 - Widzę, że wracasz do zdrowia - powiedział, śmiejąc się 

głośno.

  -   Stanęłam   przed   wyborem:   albo   szybko   wyzdrowieć, 

albo umrzeć z nudów. Mama nie pozwoliła mi czytać niczego 
bardziej   wyczerpującego   niż   kolorowe   magazyny   -   dodała, 
gdy Tim prowadził ją do ciemnozielonego range rovera. - A 
gdy odkryła, że oglądam wiadomości, zagroziła mi konfiskatą 
telewizora. - Uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę, Tim, nie 
jestem   zmęczona.   Latanie   prywatnym   samolotem   emira   ma 
tyle   wspólnego   z   lataniem   samolotem,   co   rolls   royce   z 

background image

rowerem. - Wciągnęła w płuca ciepłe powietrze. - To jest mi 
teraz potrzebne! Najpierw porządnie wygrzeję kości, a potem 
biorę się do dzieła!

  - Ostrzegam cię, Rose. Mam kategoryczne zalecenia, by 

zabronić ci jakiegokolwiek wysiłku.

  -   Psujesz   zabawę!   A   ja   miałam   nadzieję,   że   zostanę 

porwana   przez   jakiegoś   księcia   pustyni   o   orlim   nosie, 
dosiadającego ognistego rumaka - zażartowała, ale ponieważ 
jej brat wyraźnie nie był zachwycony, uspokajająco ścisnęła 
go za ramię. - Tylko żartuję, Tim. Gordon dał mi na drogę 
egzemplarz „Szejka". - Niewątpliwie jej wydawca zażartował. 
Miał dziwne poczucie humoru. A może był to tylko pretekst, 
by   wręczyć   jej   torbę   z   księgarni,   w   której   znalazła   też 
niezbędne informacje na temat sytuacji politycznej w Ras  al 
Hajar. - Nie jestem pewna, czy chciał mnie ostrzec, czy raczej 
zainspirować - dodała, poklepując torbę.

 - Naprawdę przeczytałaś tę książkę?
 - To klasyczna powieść dla kobiet.
  -   Mam   nadzieję,   że   potraktowałaś   ją   jako   ostrzeżenie. 

Otrzymałem   od   mamy   dokładne   instrukcje.   Jazda   konna   w 
żadnym   wypadku   nie   wchodzi   w   grę.   Wolno   ci   leżeć   pod 
parasolem   przy   basenie,   z   lekką   lekturą   w   ręku.   Pod 
warunkiem jednak, że nie wejdziesz do wody.

  -   Od   tygodni   wszyscy   się   nade   mną   roztkliwiają.   Nie 

zamierzam niczego obiecywać.

 - Ale nie wejdziesz do wody, prawda? I zdrzemniesz się 

trochę   po   południu?   Okropnie   nas   wystraszyłaś,   mdlejąc   w 
samym   środku   wieczornych   wiadomości   -   dodał 
łagodniejszym tonem.

 - Wybrałam rzeczywiście zły moment - przyznała. - Mam 

tylko   przekazywać   informacje,   a   nie   sama   je   tworzyć.   - 
Umilkła   na   widok   czarnej   limuzyny   z   przyciemnionymi 
szybami, która szybko ruszyła z lotniska.

background image

Po   mężczyznę,   który   nią   odjeżdżał,   emir   wysłał   do 

Londynu samolot, w którym Tim załatwił miejsce również dla 
niej. Gdy wstępował na pokład odrzutowca, w nieskazitelnym 
ciemnym   garniturze,   koszuli   w   dyskretne   paski   oraz 
jedwabnym krawacie, wyglądał jak dyrektor jakiegoś dużego 
przedsiębiorstwa.

Ich spojrzenia spotkały się na chwilę, zanim drzwi do jej 

kabiny   z   tyłu   samolotu   zostały   zamknięte   przez   usłużną 
stewardesę.

A   szkoda,   bo   drapieżna   twarz   o   przenikliwych   szarych 

oczach przykuła jej uwagę.

Po wejściu do samolotu książę Hassan zatrzymał się i na 

chwilę   przed   zamknięciem   drzwi   utkwił   w   niej   wzrok.   To 
spojrzenie sprawiło, że rumieniec pokrył jej policzki i miała 
nagłą ochotę obciągnąć do samych kostek swoją zbyt krótką, 
jak przez moment pomyślała, spódnicę. Poczuła się dziwnie 
kobieco   i   bezbronnie.   Dla   dwudziestoośmioletniej 
dziennikarki,   mającej   za   sobą   jedno   małżeństwo,   jeden 
reportaż z linii frontu wojny domowej i pół tuzina wywiadów 
z premierami i prezydentami, było to niemal żenujące.

W   księciu   Hassanie   nieomylnie   rozpoznała 

niebezpiecznego mężczyznę.

Czy   również   ona   wywarła   na   nim   tak   piorunujące 

wrażenie?   Nie   miała   pojęcia,   gdyż   wyraz   jego   twarzy   był 
całkowicie nieodgadniony.

Pomimo  że   przez   całą   drogę   traktowano   ją   jak 

księżniczkę, nie była zadowolona. Domyślała się, że książę 
Hassan, chcąc okazać szacunek, musi ignorować jej obecność 
na pokładzie. Jednak jako dziennikarka czuła się niezmiernie 
rozczarowana.   Czuła   również   zawód   jako   kobieta,   a   to 
dręczyło ją jeszcze bardziej.

background image

Przecież   książę   uchodził   za   playboya,   który   swoje 

bogactwo pochodzące z szybów naftowych trwoni na klejnoty 
i stroje dla pięknych kobiet tego świata.

Ale widać u siebie w domu,  w Ras al Hajar, wyraźnie 

podporządkowywał   się   konwenansom.   Po   wylądowaniu 
wysiadł   pierwszy   i   z   naturalną   gracją   przyjmował   ukłony 
stojących   rzędem   na   pasie   startowym   urzędników 
państwowych. W samolocie rozstał się z eleganckim włoskim 
garniturem   i   założył   strój   pustynnego   księcia.   Czarnego 
księcia.

Lekki wiatr poruszał cienką jak pajęczyna czarną peleryną 

narzuconą na białe szaty oraz czarną chustą, przymocowaną 
do   głowy   prostym,   pozbawionym   ozdób   rzemieniem.   Rose 
zauważyła,   że   przyjmował   ceremonialne   honory   z   lekkim 
zniecierpliwieniem.

Tim, widząc zainteresowanie siostry, wyjaśnił:
 - Książę Hassan.
  - Jaki książę? - spytała, udając ignorancję. Dawno już 

nauczyła się w ten sposób wyciągać od ludzi informacje.

Niestety, wbrew jej nadziejom, Tim nie podzielił się z nią 

lokalnymi plotkami.

  -   Nikt   interesujący   -   powiedział   oględnie.   - 

Międzynarodowy playboy.

  -  Doprawdy?  Po  tych  wszystkich  ukłonach  i  honorach 

myślałam, że musi być następny w kolejce do tronu.

  -   Nie   stoi   w   kolejce   do   niczego.   -   Tim   wzruszył 

ramionami. - Hassana przyjmują z takimi honorami, ponieważ 
jego   ojca   dosięgła   kula   przeznaczona   dla   starego   emira. 
Właściwie kilka kul.

  -   Został   postrzelony?   -  Udawaj   głupią,   Rose.   Udawaj! 

Niedowierzające spojrzenie Tima ostrzegło ją, że może

trochę przesadziła. Zaspokoił jednak jej ciekawość.

background image

 - Tak, został postrzelony w ramię i w nogę. Ale w zamian 

za to otrzymał rękę ulubionej córki emira i mógł wieść życie 
jak z bajki. Cóż, żył zbyt krótko, by się nim w pełni nacieszyć. 
Cztery miesiące po ślubie zginął w wypadku samochodowym.

 - To okropne. - Westchnęła. - Czy to był... przypadkowy 

wypadek?

Tim wykrzywił usta w znaczącym uśmiechu.
  -   Bystra   z   ciebie   dziewczyna,   Rose.   -   Wzruszył 

ramionami. - Możemy tylko zgadywać - dodał.

  -  Żył   wystarczająco   długo,   by   spłodzić   syna   - 

powiedziała. - To sposób na osiągnięcie nieśmiertelności.

Obserwowała,   jak   czarna   limuzyna   opuszcza   lotnisko. 

Człowiek   będący   tak   blisko   tronu,   ale   nie   mogący   doń 
aspirować,   w   oczywisty   sposób   budził   jej   zawodowe 
zainteresowanie.   Ale   ciekawość   Rose   wobec   mężczyzny   o 
szarych oczach wynikała z czegoś więcej...

Znała   już   przywódców,   którzy   jednym   spojrzeniem 

stalowych   oczu   potrafili   zapanować   nad   rozwścieczonym 
tłumem. Oczy, które dziś przykuły jej uwagę, nie były oczami 
playboya.

Zdając sobie sprawę, że Tim nadal trzyma dla niej otwarte 

drzwi samochodu, uśmiechnęła się lekko.

  - No cóż, interesują mnie losy ludzkie. Opowiedz mi o 

księciu...

 - Ojciec zginął przed jego urodzeniem. Być może dlatego 

Hassan był tak rozpieszczany przez starego emira. Dorastał 
jako jego faworyt. Zbyt dużo pieniędzy, zbyt mało do roboty - 
rzekł   sentencjonalnie.   -   To  po   prostu   musiało   skończyć  się 
kłopotami.

 - Jakimi kłopotami?
  - Kobiety, hazard... - Wzruszył ramionami. - Ale czego 

można   oczekiwać?   Mężczyzna   musi   coś   robić,   a   jego 
skutecznie odsunięto od pałacowej polityki.

background image

 - Dlaczego? - Zbyt szybko zadała to pytanie. Tim musiał 

się zorientować, że wyciąga z niego informacje.

 - Zostaw to w spokoju, Rose - rzekł stanowczo. - Masz tu 

odpocząć i dojść do zdrowia, a nie polować na sensacje.

  - Jeśli powiesz mi, dlaczego Hassan al Raszid nie może 

uczestniczyć   w   życiu   politycznym,   przestanę   się   nim 
zajmować - powiedziała rzeczowo, podczas gdy Tim pomagał 
jej wsiąść do klimatyzowanego samochodu. - Inaczej nie będę 
się mogła powstrzymać...

  -   Spróbuj,   proszę   -   zasugerował.   -   Nie   jesteśmy   w 

demokratycznym kraju. Wścibscy dziennikarze nie są tu zbyt 
mile widziani.

  -   Nie   jestem   wścibska,   tylko   zainteresowana   - 

powiedziała z uśmiechem. Książę Hassan naprawdę rozbudził 
jej ciekawość. Mężczyźni z takimi oczami nie tracili czasu...

 - Jesteś gościem księcia Abdullaha, Rosie. Jeśli złamiesz 

zasady, wyślą cię do domu. A przy okazji i mnie. Nie wtykaj 
nosa w nie swoje sprawy, proszę.

Od   lat   Tim   nie   nazywał   jej   tym  zdrobnieniem.   Czyżby 

chciał   teraz   przypomnieć,   kto   tu   rządzi?   Wzruszyła   więc 
ramionami   i   umilkła.   Przynajmniej   chwilowo.   Zresztą 
właściwie potrafiła sama sobie odpowiedzieć. Ojciec Hassana 
mógł   być   bohaterem,   ale   nie   przestał   być   cudzoziemcem, 
Szkotem,   którego   los   rzucił   na   pustynię.   Czytała   o   tym   w 
prasie.

Nie zamierzała jednak dzielić się swymi przypuszczeniami 

z Timem.

  -   Przepraszam,   to   tylko   zawodowe   przyzwyczajenie   - 

powiedziała gładko. - I nuda.

  -   Postaramy   się,   żebyś   się   nie   nudziła.   Wydaję   małe 

przyjęcie,   żeby   przedstawić   cię   pewnym   ludziom,   a   książę 
Abdullah   na   pewno   przygotował   dla   ciebie   atrakcyjny 
program.

background image

Rose wysłuchała relacji brata o planowanych przyjęciach i 

czekających   ją   atrakcjach,   nie   poruszając   już   tematu,   który 
interesował   ją   najbardziej.   Ostatecznie   na   spotkaniach   i 
przyjęciach zawsze krążyło mnóstwo plotek. Przy  odrobinie 
szczęścia dowie się czegoś więcej o miejscowym playboyu.

  -   Powinienem   cię   ostrzec,   że   z   podróżą   prywatnym 

samolotem Abdullaha mogą łączyć się pewne zobowiązania... 
- ciągnął Tim. - Wydaje mi się, że on chce cię oczarować, byś 
napisała o nim pochlebny artykuł.

  -   Cóż,   ma   więc   pecha   -   odparowała   natychmiast, 

skreślając   w   myślach   wywiad   z   Abdullahem,   numerem 
drugim na jej liście. Trudno. Będzie miała więcej czasu, by 
skupić się na księciu Hassanie. W końcu była na wakacjach i 
należał   jej   się   odpoczynek.   -   Przyjechałam   tu   odpocząć   - 
dodała.

  -   Od   kiedy   to   odpoczynek   przeszkadza   ci   w   pracy?   - 

zażartował Tim. - Nie mogę sobie wyobrazić, że zrezygnujesz 
z ekskluzywnego wywiadu z władcą ważnego strategicznie i 
zasobnego w ropę emiratu.

 - Z regentem - poprawiła go Rose. - Czy młody emir nie 

powinien   wkrótce   wrócić   z   Ameryki?   A   może   książę 
Abdullah,   który   zakosztował   już   władzy,   nie   zamierza   jej 
oddać?

Tim zmarszczył brwi, obrzucając ją czujnym spojrzeniem. 

Uśmiechnęła się szeroko i położyła mu dłoń na ramieniu.

 - Nie martw się, będę leżała przy basenie z lekką lekturą 

w ręku - powiedziała.

 - Tak byłoby najlepiej. - Przełknął ślinę. - Powiem Jego 

Wysokości, że jeszcze jesteś zbyt słaba, by uczestniczyć w 
hucznych przyjęciach.

 - Co to, to nie! Powiedz mu lepiej... że jestem zbyt słaba, 

by pracować.

background image

Choć samochód już dawno się zatrzymał, Hassan nadal 

siedział pogrążony w myślach.

  -   Będziesz   musiał   pojechać   do   Stanów,   Partridge. 

Najwyższy czas, by Fajsal wrócił do domu.

 - Ależ, ekscelencjo...
  - Wiem, wiem. - Ze zniecierpliwieniem machnął ręką. - 

Cieszy się wolnością i nie chce tu wracać, ale dłużej tego nie 
może odkładać.

 - Najlepiej, gdyby pan sam mu to powiedział...
  - Pewnie tak, ale fakt,  że nie mogę teraz opuścić kraju, 

przemówi do niego wymowniej niż cokolwiek innego. 

 - Co miałbym mu powiedzieć?
 - Powiedz mu... że jeśli chce zachować tron, niech wraca 

do domu, zanim Abdullah sprzątnie mu władzę sprzed nosa. 
Trudno wyrazić to jaśniej.

Wysiadł   z   limuzyny   i   długimi   krokami   podszedł   do 

ogromnych   rzeźbionych   drzwi   stojącej   na   wybrzeżu   wieży 
strażniczej, którą przerobił na dom.

 - A panna Fenton? - spytał Partridge, który szedł wolniej, 

ponieważ opierał się na lasce.

Hassan przystanął.
 - Zostaw pannę Fenton mnie - rzekł ostro.
  - Proszę nie zapominać, że ona była chora - powiedział 

Partridge z pobladłą twarzą.

 - Przede wszystkim muszę pamiętać, że jest dziennikarką. 

- Oczy Hassana pociemniały z gniewu, gdy zobaczył niepokój 
na twarzy młodego Anglika. Szczęściara z tej Rose Fenton! 
Wzbudziła   już   zainteresowanie   bogatego   i   potężnego 
Abdullaha jako potencjalna autorka peanów na jego cześć, jak 
również   młodego   i   głupiego   chłopaka,   któremu   w   głowie 
amory... Czyż nie był to dobry początek wakacji?

 - Co zamierza pan zrobić, ekscelencjo?

background image

 - Zrobić? - Hassan nie był przyzwyczajony, by ktoś pytał 

o jego zamiary.

Partridge   zachowywał   się   trochę   nerwowo,   ale   nie   był 

tchórzem.

  -   Z   panną   Fenton,   proszę   pana.   Hassan   roześmiał   się 

krótko.

 - A myślisz, że co zamierzam z nią zrobić? - Przypomniał 

sobie książkę, którą trzymała w ręce. - Myślisz, że chcę ją 
porwać i uprowadzić na pustynię?

 - Nie... - Partridge spłonął rumieńcem.
 - Mój dziadek pewnie by tak zrobił.
  -  Pański  dziadek  należał  do  innej  epoki,  ekscelencjo  - 

rzekł Partridge. - Pójdę się spakować.

Pół   godziny   później   Hasan   wręczył   Partridge'owi   list, 

który   napisał   do   swego   młodszego   przyrodniego   brata,   i 
odprowadził go do dżipa. Na dziedzińcu pełno było jeźdźców 
z jastrzębiami na ramieniu oraz długonogich perskich chartów 
o jedwabistej sierści.

  -   Wybiera   się   pan   na   polowanie?   -   Partridge   zmrużył 

lekko oczy.

 - Chcę zapomnieć o londyńskiej wilgoci i napełnić płuca 

czystym, suchym powietrzem pustyni. - Przyszło mu zarazem 
do głowy, że jeśli Abdullah planuje zamach stanu, lepiej na 
razie usunąć się w cień. - Zadzwonię do ciebie jutro.

  -   Jak   tu   pięknie,   Tim.   -   Willa   leżała   poza   miastem, 

znajdowała się na wzgórzu, skąd rozciągał się widok na dzikie 
i postrzępione wybrzeże nieopodal królewskich stajni. Mimo 
tytułu naczelnego weterynarza kraju głównym zadaniem Tima 
była   opieka   nad   książęcą   stadniną.   Poniżej   domu   rósł 
palmowy gaj, wokół kwitły oleandry i fruwały jaskrawe ptaki. 
- Spodziewałam się pustyni, piaszczystych wydm...

 - To wyobrażenia rodem z Hollywood. - Gdy zbliżyli się 

do   domu,   drzwi   otworzyły   się   i   służący   Tima   powitał   ich 

background image

głębokim   ukłonem.   -   Rose,   to   jest   Khalil.   Gotuje,   sprząta, 
zajmuje się domem, co pozwala mi skoncentrować się jedynie 
na pracy.

Młody człowiek uśmiechnął się nieśmiało.
 - O Boże, Tim! - Rose westchnęła z podziwu, omiatając 

wzrokiem wytworne stare dywany rozłożone na drewnianych, 
błyszczących   podłogach   i   mały   basen   znajdujący   się   w 
otoczonym murem ogrodzie. - Trochę tu inaczej niż w twoim 
domku w Newmarket, nieprawdaż?

 - Poczekaj; aż zobaczysz stajnie!
 - W porządku. - Uśmiechnęła się, widząc jego entuzjazm. 

- Później mi wszystko pokażesz, ale teraz chciałabym wziąć 
prysznic. - Odgarnęła włosy z karku. - Muszę przebrać się w 
coś lżejszego.

 - Och, racja. Rozgość się i odpocznij. - Zaprowadził ją do 

dużego   apartamentu.   -   Będzie   mnóstwo   czasu,   byś   mogła 
wszystko zwiedzić.

Zatrzymała   się   na   progu.   Na   stolikach,   komodach,   na 

każdym wolnym miejscu stały kosze róż.

  -   Skąd,   na   Boga,   to   wszystko   się   wzięło?   -   spytała 

zaskoczoną szukając wzrokiem wizytówki.

 - Książę Abdullah przysłał je dziś rano, byś czuła się jak 

w domu.

 - Czyżby sądził, że mieszkam w kwiaciarni?
  - Wiesz, tutaj wszystko robi się z większym gestem. - 

Tim skrzywił się lekko zażenowany. Zerknął z niepokojem na 
zegarek. - Och, Rose, muszę cię już zostawić. Jedna z moich 
podopiecznych ma się oźrebić.

 - Doskonale sobie poradzę.
 - Jesteś pewna? Jeśli byłbym potrzebny...
 - Zarżę cicho i radośnie. Tim roześmiał się głośno.
 - Na pewno wkrótce zauważysz, jak doskonałe działają tu 

telefony.

background image

Gdy   została   sama,   zajęła   się   różami.   Były   przepiękne, 

kremowo - białe. Powstrzymała chęć, by je policzyć. Zamiast 
tego opuszkami palców pogłaskała płatki rozchylonego pąka.

Myśli Rose powędrowały z powrotem do księcia Hassana 

al Raszida, osławionego playboya.

Książę   Abdullah   ofiarował   jej   miejsce   w   swoim 

prywatnym samolocie i obsypał ją różami, ale to na Hassanie 
skupiła się jej uwaga.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
  - Co to znaczy,  że nie możesz go odnaleźć? - Hassan 

ledwie   powstrzymywał   gniew.   -   Ma   przecież   ochroniarzy, 
którzy pilnują go w dzień i w noc!

  - Wymknął się im. - Głos Partridge'a odbił się słabym 

echem na łączach satelitarnych. - Najwyraźniej w grę wchodzi 
kobieta.

Oczywiście,   znowu   dziewczyna!   Do   diabła   z   tym 

chłopakiem!   A   tych   dwóch   tępaków,   którzy   mieli   go 
pilnować, powinno się...

Ale   Hassan   dobrze   pamiętał,   jak   to   jest,   gdy   ma   się 

niewiele ponad dwadzieścia parę lat, a każdy twój krok śledzą 
czyjeś czujne oczy.

 - Znajdź go, Partridge! - zażądał. - Znajdź i sprowadź do 

domu. Powiedz mu, że czas nagli.

 - Zrobię wszystko, co konieczne, ekscelencjo. Hassanowi, 

który stał u wejścia do namiotu, długo  dźwięczały w uszach 
słowa   Partridge'a.   Jego   umierający   dziadek   użył   takich 
samych   słów,   gdy   ustanawiał   młodszego   wnuka,   Fajsala, 
swoim   następcą,   a   swego   bratanka   Abdullaha   -   regentem. 
Hassan   czuł   się   wówczas   pokrzywdzony   i   zły,   że   go 
pominięto. Nie chciał zrozumieć sytuacji i zachowywał się jak 
idiota.

Gdy wydoroślał i zmądrzał, zrozumiał, że ten, kto chce 

rządzić,   musi   zapomnieć   o   własnych   pragnieniach   i 
marzeniach. Tak to już jest.

Za kilka tygodni Fajsal skończy dwadzieścia pięć lat, już 

pora, by przypomnieć mu tę starą prawdę.

Na   razie   należało   pomieszać   szyki   Abdullahowi.   Wuj 

doceniał siłę mediów i na pewno nie zaprzepaści szansy, jaką 
stwarzała obecność Rose Fenton w jego pałacu.

Przygotował już dla dziennikarki program wizyty godny 

koronowanej   głowy.  Ciekawe,   czy   młoda   kobieta   oprze   się 

background image

prezentom, złotu i perłom, którymi będzie obsypywana. Na 
wszelki wypadek Abdullah miał w zanadrzu plan awaryjny - 
jeśli pieniądze nie poskutkują, na pewno posłuży się bratem 
dziennikarki...

Hassan doszedł do wniosku, że najlepiej będzie odsunąć 

Rose Fenton od tych politycznych rozgrywek, a przy okazji 
przysporzyć   Abdullahowi   kłopotów,   które   na   jakiś   czas 
oderwą go od knowań wokół tronu Fajsala.

 - Wyścigi konne? - Rose wzięła do ręki grzankę. Minęło 

sześć   lat   od   czasu,   gdy   była   po   raz   ostatni   na   torze 
wyścigowym. - W nocy?

 - Przy świetle jupiterów. Wtedy jest chłodniej - dodał Tim 

z szerokim uśmiechem. - Będą również wyścigi wielbłądów. 
Chyba nie chcesz zrezygnować z takiej atrakcji?

Udawała, że się zastanawia.
 - Nie, dziękuję - powiedziała w końcu.
Przez chwilę myślała, że Tim zamierza coś powiedzieć, 

wygłosić mowę w stylu „wiesz przecież, że minęło już sześć 
lat", ale on tylko wzruszył ramionami.

 - Oczywiście, to twój wybór. - Nawet jeśli rozczarowała 

go jej decyzja, nie okazał tego. - Ja muszę tam się pokazać z 
oczywistych względów, ale potem po ciebie przyjadę.

Podniosła wzrok znad grzanki posmarowanej masłem.
 - Przyjedziesz po mnie?
Tim wskazał opartą o słoik z marmoladą białą kopertę.
 - Po wyścigach odbędzie się kolacja, na którą zostaliśmy 

zaproszeni.

 - Znowu? - zdumiała się. - Przez kogo?
 - Przez Simona Partridge'a.
 - Poznałam go? - spytała, wyjmując z koperty pojedynczą 

kartkę   papieru.   Zaproszenie   utrzymane   było   w   bardzo 
formalnym stylu.

 - Nie, on jest doradcą księcia Hassana.

background image

Rose   nagle   się   ożywiła.   Nie   widziała   księcia   od   czasu 

podróży samolotem. Rozglądała się za nim, nasłuchiwała czy 
ktoś   o   nim   nie   wspomni,   ale   wydawało   się,   że   zniknął   z 
powierzchni ziemi.

 - Spodoba ci się - ciągnął swobodnie Tim. - Bardzo chciał 

cię poznać, ale wyjechał z miasta.

 - Naprawdę? - Roześmiała się głośno, trochę nerwowo. - 

Powiedz mi, Tim, dokąd to w Ras al Hajar można wyjechać z 
miasta?

  -   Donikąd.   O   to   właśnie   chodzi.   Każdy   chce   czasami 

pozostawić cywilizację za sobą.

 - Już to przerabiałam. - Podczas ostatnich kilku lat bywała 

w wielu niecywilizowanych miejscach. W bardzo wielu. - To 
jest przereklamowane.

  - Pustynia jest inna. Człowiek pokroju Hassana zwykle 

zaraz po powrocie do domu wyrusza na polowanie. A jego 
doradca jedzie z nim.

  - Rozumiem. - Przede wszystkim zrozumiała, że skoro 

Simon   Partridge   wrócił   do   miasta,   wrócił   również   książę 
Hassan. - Opowiedz mi o tym Partridge'u. Dlaczego książę 
Hassan ma angielskiego doradcę?

  - Jego  dziadek  też miał   angielskiego  doradcę. Historia 

lubi się powtarzać.

 - Doprawdy?
 - Ojciec Hassana był Szkotem - wyjaśnił Tim, marszcząc 

brwi. - Nie mówiłem ci o tym?

  -   Nie   mówiłeś.   A   to   sporo   wyjaśnia.   Tim   wzruszył 

ramionami.

 - Uważa, że może polegać na Partridge'u.
 - A gdyby ktoś dybał na jego życie, Partridge nastawiłby 

za niego karku? A co Partridge z tego ma?

 - Dobrą posadę. On nie jest ochroniarzem Hassana. Służył 

w   armii,   ale   jego   gazik   wjechał   na   minę.   Partridge   został 

background image

kaleką.   Pułkownik,   który   był   jego   dowódcą,   chodził   z 
Hassanem do szkoły.

 - Do Eton - podpowiedziała automatycznie.
 - Oczywiście. Partridge również skończył Eton. - Tim był 

wyraźnie zadowolony, że zdołał zainteresować siostrę swoim 
nieobecnym przyjacielem. - A więc, co mam odpowiedzieć? - 
Tim wziął do ręki zaproszenie.

To   było   oczywiste.   Rose   nie   zamierzała   stracić   szansy 

poznania doradcy Hassana.

  - Powiedz mu,  że panna Fenton przyjęła zaproszenie z 

radością - oznajmiła.

  -   Wspaniale.   -   Zadzwonił   telefon   i   Tim   podniósł 

słuchawkę. - Zaraz tam będę - powiedział, a potem zwrócił się 
do   Rose:   -   Numer   telefonu   Simona   jest   na   kopercie. 
Zadzwonisz do niego?

  -   Nie   ma   problemu.   -   Od   razu   podniosła   słuchawkę   i 

wykręciła   numer.   -   Pan   Partridge?   -   spytała,   gdy   usłyszała 
męski głos. - Simon Partridge?

Nastąpiła krótka przerwa.
 - Panna Rose Fenton, jak przypuszczam.
 - Tak. - Roześmiała się. - Skąd pan wiedział?
 - A gdybym powiedział pani, że jestem medium?
 - Nie uwierzyłabym.
  -   I   słusznie.   Pani   głosu   nie   można   pomylić   z   innym, 

panno Fenton.

  - Tim spieszył się do stajni, poprosił więc, bym sama 

zadzwoniła   i   powiedziała   panu,   że   z   przyjemnością 
przyjdziemy na kolację.

 - Cała przyjemność po mojej stronie.
Jego   oficjalny   ton   brzmiał   dziwnie...   cudzoziemsko. 

Zastanawiała   się,   jak   długo   przebywał   w   Ras   al   Hajar. 
Wydawało jej się, że od niedawna. Ale może się myliła.

background image

  -   Tim   musi   najpierw   być   na   wyścigach...   -   dodała   po 

chwili.

  -   Oczywiście.   Wszyscy   tu   chodzą   na   wyścigi,   panno 

Fenton.   Pani   również   przyjdzie,   nieprawdaż?   Musi   pani 
przyjść.

 - Tak - powiedziała, nagle zmieniając zdanie. Doszła do 

wniosku,   że   rzeczywiście   musi.   Skoro   wszyscy   tam   będą, 
będzie również Hassan. - Nie mogę się doczekać. - I było to 
prawdą.

 - Do zobaczenia wieczorem, panno Fenton.
  -   Do   zobaczenia,   panie   Partridge   -   odpowiedziała. 

Odkładając słuchawkę, poczuła, że brak jej tchu.

Hassan wyłączył telefon komórkowy, kupiony dziś rano 

na bazarze i zarejestrowany na fikcyjne nazwisko, po czym 
rzucił go na dywan. Przez otwarte poły ogromnego czarnego 
namiotu widział gęsty gaj palmowy nawadniany przez małe 
strumyki spływające z niedostępnych gór na granicy. Wiosną 
był tu prawdziwy raj na ziemi. Podejrzewał jednak, że Rose 
Fenton może mieć na ten temat odmienne zdanie.

  - Wracaj szybko do domu, Fajsal - mruknął pod nosem. 

Lezący u jego stóp chart myśliwski wstał i potarł jedwabistym 
łbem o rękę swego pana.

Rose była niezadowolona z powodu skromnego zestawu 

garderoby,   który   ze   sobą   przywiozła.   Na   koktajlu   w 
ambasadzie czuła się jak szara myszka. Łudziła się, że będzie 
wyglądać skromnie, lecz elegancko w swojej małej czarnej. 
Jednak wszystkie zaproszone kobiety skorzystały z okazji, by 
zaprezentować   ostatnie   kreacje   wielkich   krawców,   przy 
których   jej   sukienka   wyglądała   jak   ciuszek   z   przeceny. 
Niestety...

Nie   miała   również   nic   odpowiedniego   na   wieczorne 

wyścigi ani na późniejszą kolację. Chyba że...

background image

Ostatecznie   pokonała   wewnętrzne   opory   i   postanowiła 

włożyć shalwar kameez, strój, który dostała podczas wizyty w 
Pakistanie.

Spodnie uszyte były z ciężkiego, surowego jedwabiu w 

ciemnozielonym kolorze, tunika miała jaśniejszy odcień,  zaś 
ręcznie haftowany szal był jeszcze jaśniejszy. Szkoda, że nie 
założyła tej kreacji do ambasady...

 - No, no! - Reakcja Tima była wymowna. Zazwyczaj nie 

zauważał, w co była ubrana. - Wyglądasz oszałamiająco.

 - Zaczynam się obawiać, że wszyscy inni będą ubrani w 

dżinsy - zażartowała.

  -  Jakie   to  ma   znaczenie?   Naprawdę   zwalisz  Simona   z 

nóg.

 - Nie jestem pewna, czy zależy mi na takim efekcie.
  - Gdy zobaczy cię w tym stroju, na pewno zechce cię 

lepiej  poznać.  -  Tim zerknął  na  zegarek. - Pospieszmy  się. 
Zabrałaś wszystko?

  -   Chusteczka,   apaszka,   dziesięć   pensów   na   telefon   - 

odparła  poważnie.   Ale   nie   wspomniała   o   telefonie 
komórkowym,   magnetofonie,   notesie   i   długopisie.   Nie 
powiedziała o tym, by nie wprawiać Tima w zakłopotanie.

Tim   roześmiał   się   swobodnie,   biorąc   ją   pod   ramię   i 

prowadząc do range rovera.

 - Daleko jedziemy? - spytała, gdy włączył silnik.
  -   Tuż   za   wzgórzami   znajduje   się   płaska   równina, 

doskonała   do   urządzania   wyścigów.   Och,   przepraszam...   - 
Zmarszczył brwi, gdy samochód wpadł w dziurę. - Z miasta 
prowadzi autostrada, ale tędy jest znacznie krócej.

  - Jedziesz z dziennikarką, która była na froncie. Kilka 

dziur nie zrobi różnicy... Och, uważaj!

Biały koń bez jeźdźca zeskoczył z wysokiego nasypu i z 

rozwianą grzywą wylądował tuż przed maską ich samochodu. 
Aby   uniknąć   zderzenia,   Tim   ostro   skręcił   kierownicę,   wóz 

background image

zjechał   na   bok   i   podskakując,   potoczył   się   po   żwirowym 
podłożu.

  -   To   koń   Abdullaha   -   powiedział   Tim,   gdy   odzyskał 

kontrolę   nad   pojazdem.   -   Ktoś   tu   będzie   mieć   kłopoty...   - 
Zatrzymał się i z rozmachem otworzył drzwi. - Przepraszam, 
ale muszę go złapać! - krzyknął, biegnąc do bagażnika po linę. 
- Zadzwoń z telefonu w samochodzie do stajni. Poproś, aby 
wysłali przyczepę do transportu koni.

 - Ale dokąd?
  -   Powiedz,  że   jesteśmy   między   naszym   domem   a 

stajniami, znajdą nas.

Nacisnęła   włącznik,   ale   światło   w   samochodzie   się   nie 

zapaliło.   Wzruszyła   ramionami   i   podniosła   słuchawkę.   Nie 
było   sygnału.   Wspaniale!   Wyjęła   z   torebki   komórkę,   którą 
dostała wraz z książką i wycinkami prasowymi od Gordona. 
Był to mały aparat, bardzo nowoczesny i wszechstronny, ale 
nie   znała   go   na   tyle,   by   posłużyć   się   nim   w   ciemności. 
Wysiadła   z   samochodu,   by   wybrać   numer   przy   świetle 
reflektorów, ale gdy tylko jej stopy dotknęły ziemi, reflektory 
zgasły.

W   oddali   słyszała   głos   Tima,   który   uspokajał 

zdenerwowanego konia.

Panowała   niezwykła   cisza   i   ciemność.   Księżyc   był 

niewidoczny, tylko gwiazdy świeciły jasno, srebrząc piasek.

Z ciemności wypadł jakiś cień.
 - Tim? - zawołała.
To nie był jej brat Zanim się odwróciła, wiedziała, że to 

nie on. Tim pachniał delikatnie wodą po goleniu i miał na 
sobie jasny żakiet. Ten mężczyzna nie pachniał znajomo, a 
ubrany był od stóp do głów w czarny burnus.

To był Hassan.
Mimo   przypływu   strachu,   który   przygwoździł   ją   do 

miejsca, mimo szaleńczego bicia serca, rozpoznała go. Nie był 

background image

to  jednak   wytworny   dżentelmen   wchodzący   na   pokład 
prywatnego odrzutowca, nie był to książę - playboy.

Jakiś instynkt ostrzegł ją, że mężczyzna o szarych oczach - 

dziś niebezpiecznych i władczych - nie przybył jej na ratunek.

Nim zdążyła rzucić się do ucieczki, nim zdołała nawet o 

tym   pomyśleć   i   krzyknąć,   by   ostrzec   Tima,   Hassan   dłonią 
zatkał jej usta, a potem objął drugą ręką i mocno przycisnął do 
siebie. Tak mocno, że rzeźbiony sztylet wiszący mu u pasa 
dźgał ją w żebra.

Rose skończyła kiedyś kurs samoobrony, ale jej dzisiejszy 

przeciwnik   jak   widać   znał   wszystkie   chwyty.  Łokcie   miała 
sztywno   unieruchomione,   stopy   wisiały   kilka   centymetrów 
nad ziemią. Opór zresztą na niewiele by się zdał. Gdyby nawet 
zdołała się uwolnić, co wtedy? Nie miała dokąd uciekać, a 
Hassan na pewno nie był sam.

Mimo wszystko walczyła jak lwica.
Hassan wzmocnił uścisk i po prostu czekał, aż Rose się 

uspokoi.

Gdy   w   końcu   opadła   z   sił   i   przestała   się   wyrywać, 

usłyszała jego głos:

 - Proszę nie krzyczeć, panno Fenton - powiedział bardzo 

cicho. - Nie chciałbym robić krzywdy pani bratu.

Wiedział   więc,   kim   była.   Minęło   kilka   dni,   odkąd 

wymienili przelotne spojrzenia w samolocie, ale ten głos - ten 
głos słyszała całkiem niedawno.

Mężczyzna, z którym rozmawiała przez telefon, nie był 

Simonem Partridge'em! To był Hassan. O dziwo, wcale jej to 
nie zaskoczyło.

Czego chciał? To, że w wolnej chwili przeczytała kilka 

rozdziałów „Szejka", nie oznaczało jeszcze, że marzy o takich 
sytuacjach. Oczywiście nawet przez myśl jej nie przeszło, że 
książę   Hassan   chce   ją   uprowadzić   na   pustynię,   ponieważ 
wpadła   mu   w   oko.   Była   dziennikarką   odporną   na   takie 

background image

fantazje. Po co zresztą miałby zadawać sobie tyle trudu? Na 
jedno   skinienie   mógł   mieć   każdą   kobietę,   której   zapragnął. 
Nie musiał używać przemocy.

 - A więc?
Czyżby proponował jej wybór? Raczej nie. Skinęła głową, 

obiecując, że będzie cicho.

 - Dziękuję. - Ta formalna uprzejmość była śmieszna. Ale, 

jakby   chcąc  udowodnić,   że  jest   dżentelmenem,   natychmiast 
zdjął rękę z jej ust, postawił ją na ziemi i przestał tak mocno 
ściskać.

  - Gdzie jest Tim? - spytała natychmiast. - Co się z nim 

stało? - Głos jej zadudnił w pustynnej ciszy.

  - Nic. Nadal  ściga ulubionego ogiera Abdullaha. - Oczy 

mu zalśniły. - Przypuszczam, że zajmie mu to trochę czasu. 
Tędy, panno Fenton.

Rose, której oczy szybko przyzwyczaiły się do ciemności, 

zobaczyła nieopodal wyraźny kształt land rovera. Podobnych 
wozów używano w wojsku.

Dziennikarski instynkt wziął górę nad strachem.
 - Chyba żartujesz? - powiedziała i stanęła jak wryta.
  -  Żartuję? - Zdawał się nie rozumieć. Podniósł głowę i 

popatrzył gdzieś przed siebie.

Księżyc wyszedł zza chmur. Gdy Rose odwróciła głowę, 

w oddali ujrzała sylwetkę brata. Udało mu się schwytać ogiera 
na arkan i teraz prowadził go spokojnie w kierunku swego 
samochodu.

Hassan nie docenił zdolności jej brata.
 - Nie mam czasu na kłótnie - szepnął złowieszczo.
Nie   zamierzała   narażać   Tima   na   kłopoty,   wciągnęła 

jednak w płuca powietrze, by krzyknąć, ale głos uwiązł jej w 
gardle.   Ogarnęła   ją   czerń   ciemniejsza   od   nocy.   Została 
omotana   jakimś   miękkim   kocem,   zamieniona   w   tobołek   i 
zarzucona na ramię.

background image

Zbyt późno zdała sobie sprawę, że powinna wrzeszczeć, 

gdy jeszcze miała szansę.

Zaczęła   z   furią   kopać,   by   wyzwolić   głowę,   ale   nie 

krzyczała, wiedząc, że głos jej, nawet najbardziej rozpaczliwy, 
nie przeniknie przez warstwy grubego materiału. Te wysiłki 
nie   przynosiły   żadnego   rezultatu.   Gdyby   choć   mogła 
wyswobodzić ręce.

W tym momencie zdała sobie sprawę, że nadal ściska w 

dłoni mały telefon Uśmiechnęła się w duchu. Telefon! Zaraz 
zadzwoni do agencji.

Po   chwili   została   bezceremonialnie   rzucona   na   podłogę 

samochodu.   Nawet   przez   gruby   materiał   docierał   do   niej 
odgłos   silnika   i   czuła   zapach   oleju   napędowego.   Ropa?   A 
gdzie konie? Gdzie romantyczna przygoda?

Powinna teraz, tak jak czytała w książce, pędzić na koniu 

przez   pustynię,   przyciśnięta   do   twardego   ciała   porywacza   i 
rozpaczliwie walczyć o swój honor.

Niemal się roześmiała. Czasy i obyczaje naprawdę uległy 

zmianie. Honor był ostatnią rzeczą, która przychodziła jej do 
głowy. Została porwana, a jedyne, o czym teraz mogła myśleć, 
było napisanie artykułu.

Zaledwie trzy dni temu żartowała sobie z porwania przez 

jakiegoś księcia pustyni. Co za głupi żart! To wcale nie było 
zabawne.

Została   mocno   rzucona   na  podłogę   land   rovera,  ale   jej 

prześladowca, jakby przewidując siłę uderzenia, przekręcił się 
tak, że Rose wylądowała na nim.

Byłoby   rozsądniej,   gdyby   przestała   walczyć,   a   zaczęła 

myśleć logicznie nad celem tego porwania. Łatwiej by jej się 
myślało,   gdyby   nie   brakowało   jej   powietrza,   gdyby   nie 
obejmował jej tak mocno ramionami.

Powinna się bać. Biedny Tim oszaleje z niepokoju. Tak 

samo   matka.   Zawsze   ją   ostrzegała,   że   należy   być 

background image

przygotowaną   na   każde   niebezpieczeństwo.   Chyba   po   raz 
pierwszy w życiu naprawdę mogła zrobić użytek z agrafki, 
wbijając ją mocno w twarde udo Jego Wysokości!

Niestety, torebka, w której znajdowała się agrafka, leżała 

sobie na podłodze range rovera, razem z czystą chusteczką i 
dziesięciopensówką na telefon. Ale czy jej matka wzięła pod 
uwagę fakt, że na pustyni nie ma publicznych telefonów?

Gdy Pam Fenton dowie się o zaginięciu córki, na pewno 

wyda   o   wiele   więcej   na   telefony   do   ministerstwa   spraw 
zagranicznych, zatruwając życie wszystkim urzędnikom.

Oczywiście   jeśli   dowie   się,   że   córka   została   porwana. 

Rose   miała   przeczucie,   że   jej   zniknięcie   będzie   skrzętnie 
ukrywane przed prasą tak długo, jak tylko się da. Abdullah 
przekona   Tima,   że   od   tego   zależy   jej   bezpieczeństwo. 
Również   ambasada   powstrzyma   się   od   zbyt   gwałtownych 
kroków. Dobrze więc, że miała ze sobą telefon. Gordon nigdy 
by   jej   nie   wybaczył,   gdyby   w   takiej   sytuacji   nie   zrobiła   z 
niego użytku.

O Boże, co się z nią działo! Nie bała się, nie planowała 

ucieczki. I nie krzyczała, gdy jeszcze mogła to zrobić...

Nawet teraz leżała spokojnie i nie zrobiła nic, by utrudnić 

zadanie   napastnikowi.   A   wszystko   dlatego,  że   zżerała   ją 
ciekawość.

Czego od niej chciał?
Na pewno nie chodziło mu o miłą pogawędkę. Przecież 

mógł   zapukać   do   jej   drzwi,   ona   zaś   z   przyjemnością 
poczęstowałaby   go   herbatą   i   ciasteczkami.   Takie   zwyczaje 
panowały w Chelsea. Być może w Ras al Hajar obowiązywały 
inne zasady.

A może w grę wchodziło coś zupełnie innego... Pomyśl, 

Rose! Pomyśl... Jaki powód mógł mieć Hassan al Raszid, by 
cię porywać? Jaki powód mógł mieć ktokolwiek?

background image

Okup? To śmieszne! Seks? Gdy o tym pomyślała, poczuła 

miły dreszczyk emocji, ale szybko odrzuciła i tę hipotezę jako 
niedorzeczną.

A   może   powód   był   polityczny?   Kuzynowi   Hassana, 

Abdullahowi, z pewnością nie posłuży rozgłos, który wywoła 
zniknięcie dziennikarki. Plotki w prasie, nagłówki...

Nagłe doznała olśnienia. To nie był żart. Hassan pragnął, 

by o Ras al Hajar zrobiło się głośno. W ten sposób chciał 
zaszkodzić Abdullahowi.

Ogarnęła ją wściekłość.
Poczuła się dotknięta. Może nie była gwiazdą filmową, ale 

też niczego jej nie brakowało. A włosy... Niezwykły odcień, ni 
to rade, ni kasztanowe... W połączeniu z brązowymi oczami 
wyglądały naprawdę oryginalnie. A nos... Och, do diabła z tą 
wyliczanką!

Wbiła   kolana   w   jakąś   niezidentyfikowaną   część   ciała 

swego dręczyciela i zaczęła się wyrywać. Hassan poluzował 
uścisk. Złapał ją za ramiona i znów przygwoździł do ziemi, 
jednak udało jej się wyplątać głowę z koca.

Była całkowicie bezbronna, na łasce mężczyzny, którego 

w ogóle nie znała. Powinna coś powiedzieć. I to szybko.

  -   Czy   na   wszystkie   kobiety,   które   Wasza   Wysokość 

zaprasza na kolację, czekają równie emocjonujące atrakcje?

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
 - Na kolację? - powtórzył Hassan.
 - To z panem rozmawiałam dziś rano, prawda? - spytała, 

zdmuchując   z   nosa   zabłąkany   kosmyk   włosów.   -   Czy 
Partridge wie, że podszył się pan pod niego?

 - Ach.
  -   Ach?   A   więc   tak?   Czy   kolacja   została   odwołana? 

Ostrzegam, że nie odpowiada mi życie o chlebie i wodzie.

  - Kolacja czeka na panią, panno Fenton. Obawiam się 

jednak, że będzie pani musiała zrezygnować z towarzystwa 
Partridge'a. Chwilowo przebywa poza krajem. Rzeczywiście 
nie ma pojęcia, że posłużyłem się jego nazwiskiem. W gruncie 
rzeczy w ogóle nie ma pojęcia o całej sprawie.

A zatem gdy policja sprawdzi numer telefonu widoczny na 

zaproszeniu, okaże się, że prowadzi on donikąd.

  -   Mam   nadzieję,   że   Partridge   powie   panu   kilka   słów 

prawdy, gdy się o tym dowie - odezwała się po chwili.

 - Może pani być pewna.
 - Nie musiał mnie pan tak mocno krępować. - Zakaszlała. 

- Ostatnio nie czułam się dobrze.

  - Wiem - rzekł krótko. - Jednak wygląda na to, szybko 

wraca pani do zdrowia. Osobiście uważam, że te koktajle i 
przyjęcia są dla pani zbyt forsowne.

  -   Ach,   rozumiem!   -   zakpiła.   -   Porywając   mnie, 

wyświadczył mi pan przysługę.

  - To jest myśl. - Hassan zmrużył oczy  w uśmiechu.  - 

Obawiam   się,   że   mój   kuzyn   myśli   wyłącznie   o   własnych 
przyjemnościach.

  -   I   moich.   Tak   mi   powiedział.   -   Nie   była   jednak 

przekonana.   Księciu   Abdullahowi   zależało   raczej   na 
pozytywnym   wizerunku   jego   kraju.   Nie   bez   powodu 
obwożono   ją   po   mieście   limuzyną   z   przyciemnionymi 
szybami.   Pewnego   dnia   zamierzała   włożyć   czarny   strój   na 

background image

wzór   tutejszych   kobiet   i   sama   dokładnie   się   rozejrzeć   po 
okolicy.

  - Nocny wypad na wyścigi - ciągnął Hassan - mógłby 

spowodować nawrót choroby.

Nie wspomniała, że dopóki nie porozmawiała z niejakim 

Partridge'em, nie zamierzała się tam pojawić.

  -   Pańska   troska   jest   naprawdę   wzruszająca   - 

skomentowała z sarkazmem.

 - Skoro przyjechała pani do Ras al Hajar, aby odpocząć i 

nabrać sił, z przyjemnością dopilnuję, aby tak się stało.

Z   przyjemnością?   Nie   spodobał   jej   się   ton,   jakim 

wypowiedział te słowa.

 - Książę Hassan al Raszid - gospodarz doskonały - po raz 

kolejny pozwoliła sobie na sarkazm.

  - Zrobię, co w mojej mocy. - Zignorował jej ironię. - 

Przyjechała   pani   do   mojego   kraju   na   wakacje,   dla 
przyjemności. Może nawet po to, by przeżyć mały romans, 
sądząc po książce, którą pani czytała w samolocie.

 - Szejk przynajmniej miał fantazję.
 - Fantazję?
 - Land rover nie przypomina ogiera. Czarnego jak noc, o 

ognistym temperamencie... - zacytowała niemal dosłownie. - 
To najbardziej popularny środek transportu przy porwaniach 
na pustym. Muszę wyznać, że czuję się trochę rozczarowana.

  - Naprawdę? - Zrobił zaskoczoną minę. - Niestety, cel 

naszej   podróży   znajduje   się   zbyt  daleko,   byśmy   mogli   tam 
dotrzeć na jednym koniu. - W szarych oczach pojawiły się 
wesołe błyski. - Zwłaszcza że była pani chora i jak rozumiem, 
jest pani rekonwalescentką. Postaram się poprawić.

  -   Och,   doprawdy,   bardzo  śmieszne.   -   Usiłowała   się 

podnieść do pozycji siedzącej, ale Hassan się nie poruszył.

  -   Teren   jest   tu   nierówny,   proszę   leżeć.   Tak   będzie 

bezpieczniej. Naprawdę.

background image

Porwał ją, a teraz śmiał mówić o jej bezpieczeństwie!
Próbowała zebrać myśli. Wiedziała, że przede wszystkim 

powinna nakłonić porywacza do rozmowy. Sprawić, by ujrzał 
w niej człowieka. Człowieka płci żeńskiej.

Musiała szybko znaleźć temat rozmowy.
  - Zadał pan sobie wiele trudu, by znaleźć się w moim 

towarzystwie.   Jeśli   Wasza   Wysokość   chciał   porozmawiać, 
dlaczego   nie   zagadnął   mnie   w   samolocie?   Albo   nie 
zatelefonował do domu mojego brata?

Poruszył   się   i   nieco   odsunął.   Leżał   teraz   obok   niej   i 

patrzył nieco podejrzliwie.

 - Od razu mnie pani rozpoznała, prawda?
Od razu. Nie zamierzała mu jednak pochlebiać.
  -   Nie   sądzę,   by   wielu   lokalnych   bandytów   kończyło 

angielskie szkoły. I niewielu z nich ma szare oczy. Oczywiście 
poznałam również głos. Słyszałam go kilka godzin temu.

Jeśli   chciał   pan   zachować   anonimowość,   trzeba   było 

wysłać po mnie swojego człowieka.

 - Gratuluję opanowania, panno Fenton. Nie powinna pani 

dać się zwieść mojemu nienagannemu akcentowi. Mój ojciec 
był szkockim góralem, a matka Arabką. Nie jestem jednym z 
waszych angielskich dżentelmenów.

Nie był. Poczuła lekki dreszcz czegoś, co przypominało 

strach. Ale nie była to jeszcze panika.

  -   Być   może   to   jest   swego   rodzaju   wskazówka   - 

powiedziała hardo.

Nim odezwał się, ujrzała w ciemnościach błysk białych 

zębów.

  -   Naprawdę   jest   pani   taka   odważna,   panno   Fenton? 

Oczywiście. Wszyscy o tym wiedzieli. Rose Fenton nie znała 
strachu,   ale   wyczuła   niebezpieczeństwo   natychmiast,   gdy 
tylko   Hassan   wszedł   na   pokład   samolotu.   A   z   odległości 

background image

kilkunastu   centymetrów   jego   magnetyzm   mógł   okazać   się 
fatalny... Cóż, być może umrze szczęśliwa,..

  -   Nie   jest   pani   ciekawa,   dokąd   ją   zabieram?   -   spytał. 

Turkot kół samochodu ucichł; jechali teraz, szybko po dobrej, 
ubitej drodze. Ale po której? W jakim kierunku?

 - Gdybym spytała, czy otrzymałabym odpowiedź?
  - Nie - burknął. Wydawało się, że jej tupet zaczynał go 

irytować.   -   Zapewniam   jednak,   że   nie   porwałem   pani   dla 
samej   przyjemności   konwersacji,   chociaż   nie   mam 
wątpliwości, że będzie to dodatkowa korzyść.

 - Czy zwykle tak pan postępuje z kobietami? - spytała. Na 

tym polegała jej praca. Na zadawaniu pytań. - Czy gdzieś tam 
na pustyni ma pan harem porwanych kobiet?

 - A jak pani myśli, ile kobiet, podobnych do pani, może 

znieść   jeden   mężczyzna?   -   odciął   się,   naprawdę 
wyprowadzony z równowagi.

To   sprawiło   jej   przyjemność.   Chciała   go   czymś 

zaskoczyć, pragnęła być oryginalna.

Czekał na jej odpowiedź. Zapewne spodziewał się pytania, 

dlaczego ją porwał i co zamierzał z nią zrobić.

Nieposkromiona   dziennikarska   ciekawość   była 

niewątpliwie   jej   wielką   zawodową   zaletą,   ale   jednocześnie 
była   jej   słabością.   Nie   potrafiła   przestać.   Musiała   stale 
indagować. Ten mężczyzna interesował ją, zanim go jeszcze 
zobaczyła.

W ostrym świetle księżyca wdziała jego oczy przysłonięte 

powiekami i twarz o nieprzeniknionym wyrazie. Nie chciała, 
by się przed nią ukrywał. Bezwiednie uniosła dłoń i dotknęła 
jego policzka.

Przestraszony odsunął się o kilka centymetrów. Ale dokąd 

mógł   uciec?   Ograniczona   przestrzeń   w   samochodzie   była 
również   jego   więzieniem.   Pocierając   wierzchem   dłoni   jego 
policzek,   poczuła   ostry,   świeży   zarost.   Hassan   nawet   nie 

background image

drgnął, gdy badawczo przesuwała kciukiem po jego twardo 
zarysowanej   szczęce.   Nie   powinna   go   prowokować,   ale 
niebezpieczeństwo   ją   podniecało.   Gdy   powiodła   palcem   po 
jego ustach, poczuła, że przełyka ślinę.

Teraz ona była łowcą. Uśmiechnęła się w ciemnościach i 

wreszcie udzieliła mu odpowiedzi.

  -   Gdyby   jakiś   mężczyzna   miał   tyle   szczęścia,   żeby 

zdobyć   podobną   do   mnie   kobietę,   wówczas   zrobiłabym 
wszystko, co w mojej mocy, aby już nigdy nie zapragnął innej. 
- Zatrzymała na chwilę palce na jego ustach, potem oderwała 
je i odsunęła się od niego.

Hassan powstrzymał się od zjadliwej riposty. Cóż zresztą 

mógł   powiedzieć?   Nie   pozostało   mu   nic   innego,   jak   jej 
uwierzyć.   Zrozumiał   jej   słowa   jako   ostrzeżenie.   Co   za 
kobieta!

Gdy   ją   porwał,   nie   straciła   nawet   kosmyka   swoich 

pięknych,   rudych   włosów.   Nie   krzyczała,   choć   mogła,   ale 
przez cały czas go prowokowała - słowami i gestami, mimo że 
nie wiedziała jeszcze, jaki ją czeka los.

Rose   Fenton   naprawdę   miała   szczęście,   że   Hassan   al 

Raszid   nie   przypominał   niebezpiecznego,   porywczego 
mężczyzny z kart anachronicznej powieści, którą czytała.

Wolałby   od   razu   ją   uspokoić,   podejrzewał   jednak,   że 

poczuje   się   tym   dotknięta.   Najlepiej   zachować   na   razie 
dystans.

Nigdy   nie   zamierzał   traktować   jej   jak   więźnia.   Przez 

krótką, podniecającą chwilę pomyślał nawet, że jedzie z nim z 
własnej woli.

Bał   się   jedynie   tego,   by   nie   wyskoczyła   z   samochodu. 

Przy   prędkości,   z   jaką   podróżowali,   mogłaby   zrobić   sobie 
krzywdę.

background image

Ukląkł,   sięgnął   po   leżącą   na   podłodze   pelerynę   i 

uformował z niej poduszkę. Znów zjechali z drogi i land rover 
zaczaj podskakiwać.

  -   Proszę   podnieść   głowę   i   ułożyć   się   wygodnie   - 

powiedział   stanowczo,   wsuwając   zwiniętą   pelerynę   pod   jej 
szyję. Palce miał chłodne, twarde, nieustępliwe. - Przed nami 
szmat drogi.

  - Jak daleko? - spytała. Odsunął się i usiadł po turecku, 

oparty o ścianę land rovera, pomiędzy nią a tylnymi drzwiami. 
Uniemożliwiał jej w ten sposób ewentualną próbę ucieczki. 
Czyżby podejrzewał, że jest tak szalona, by wyskoczyć? Gdy 
tylko ją chwycił, mogła o tym pomyśleć, ale nie teraz. - Jak 
daleko? - powtórzyła. - Ostre spojrzenie Hassana sugerowało, 
że   przeszarżowała.   -   Czy   nie   będą   nas   szukać?   -   naciskała 
dalej. Helikoptery, dżipy... Mogli jechać po śladach opon, ale 
dopiero wtedy gdy zrobi się jasno, najwcześniej za dziewięć 
lub dziesięć godzin.

  -   Pani   brat   nie   ma   telefonu,   nie   może   zadzwonić   po 

pomoc i jest zajęty łapaniem ogiera. Ciekawe, czy wybierze 
siostrę, czy konia?

  - Włamał się pan do samochodu Tima, popsuł telefon i 

wykręcił żarówkę? - spytała, ignorując jego pytanie.

 - Nie zrobiłem tego sam.
Oczywiście, że nie. Była tylko jedna osoba, która mogła to 

zrobić. Khalil, stale uśmiechnięty służący jej brata.

 - I wypuścił pan konia Abdullaha?
 - Wypuściłem tego konia - przyznał. - Co zrobi pani brat?
 - A co by pan zrobił? - odparowała.
  -   Nie   miałbym   wyboru.   Ruszyłbym   w   pościg,   -   Z 

zamiarem zemsty, nie miała co do tego wątpliwości. Wyczuła 
raczej niż zobaczyła, że Hassan wzrusza ramionami.  - Koń 
wróci do stajni, gdy zgłodnieje.

background image

  - Podejrzewam,  że wówczas Tim zainteresuje się moim 

zniknięciem.

 - Typowy Anglik.
  -   Anglik   do   szpiku   kości   -   przyznała.   -   Ale   czy   to 

wyklucza spontaniczność?

  - Stawiałbym raczej na rozsądek niż gwałtowność. Ale 

pani lepiej zna swojego brata.

Jakże kusiło ją, by oświadczyć, że jej brat ruszy za nią i 

zabije człowieka, który pozbawił ją czci. Całe szczęście, że 
Tim był rozsądnym, rozumnym człowiekiem, tak jak założył 
Hassan.   Nie   zamierzała   go   jednak   o   utwierdzać   w   tym 
przekonaniu.

  -   Nie   mam   pojęcia,   jaka   będzie   reakcja   Tima   - 

powiedziała, poprawiając sobie poduszkę i celowo odwracając 
się od niego. - Nigdy przedtem nie zostałam porwana.

Gdy   samochód   zatrzymał   się   wreszcie,   Rose   miała 

zupełnie   sztywne   mięśnie.   Szum   potężnego   silnika   w 
połączeniu z ogólnym napięciem przyprawił ją o gigantyczny 
ból głowy. Nawet nie poruszyła się, gdy tylne drzwi otworzyły 
się z rozmachem.

 - Panno Fenton? - Hassan wyskoczył i teraz zapraszał ją 

gestem dłoni, by poszła w jego ślady. Głos miał delikatniejszy 
niż przedtem. - Jesteśmy na miejscu.

 - Dzięki - odparła, nie patrząc na niego i nie ruszając się z 

miejsca - ale ja nie wysiadam.

  -   W   takim   razie   zostań,   uparta   kobieto.   Zostań   tu   i 

zamarznij.   -   Nastąpiła   krótka   przerwa,   podczas   której 
prawdopodobnie   czekał,   aż   wróci   jej   rozsądek.   Gdy   jednak 
wyjęła spod głowy zwiniętą pelerynę i ostentacyjnie się nią 
przykryła, zaklął pod nosem. Oczywiście nie liczył, że będzie 
miła  i posłuszna. Jego złość nie miała nic wspólnego z jej 
deklaracją niezależności. - Już się pani trzęsie.

background image

To była prawda. Samochód przestał trząść, ale Rose nadal 

dygotała.   Nie   miało   to   wiele   wspólnego   z   zimnem.   Był   to 
rodzaj niekontrolowanego drżenia, które zaczęło się od razu 
po porwaniu, typowy objaw szoku. Nie udało jej się opanować 
tej reakcji. Przynajmniej dobrze, że nie dostała histerii i nie 
zaczęła płakać. Nawet powstrzymała się, co prawda z trudem, 
przed pokusą włączenia opcji S.O.S. w swoim telefonie. W 
samochodzie było ciemno i głośno, ale Hassan znajdował się 
zbyt blisko, na pewno natychmiast by zareagował. Powinna 
oszczędzać   baterie.   Nie   wiadomo   jeszcze,   jak   rozwinie   się 
sytuacja.

Wsunęła   telefon   do   bocznej   kieszeni   spodni.   Przy 

odrobinie szczęścia nikt go nie zauważy.

Poczuła   nieznaczny   przechył   samochodu,   ponieważ 

Hassan wsiadł z powrotem i przyklęknął obok niej.

 - Daj spokój - powiedział. - Zrobiłaś wystarczająco dużo, 

by   podtrzymać   swoją   reputację.   -   Wziął   ją   na   ręce   i 
przyciskając   do   piersi,   wyniósł   z   samochodu,   a   potem 
przeniósł przez piasek.

Zastanawiała się, czy nie protestować, ale w końcu doszła 

do wniosku, że szkoda zachodu. Przy wzroście powyżej metra 
siedemdziesięciu nie była lekka jak piórko. A niech uszkodzi 
sobie kręgosłup! Zasługiwał na to.

Zobaczyła światło ogniska, cienie mężczyzn oraz palmy 

na   tle   nocnego   nieba.   Po   chwili   znalazła   się   w   ogromnym 
czarnym namiocie.

Hassan  odsunął  łokciem  ciężką  kotarę  i  znalazła  się  na 

dużym łożu. Łożu! Opuściła nogi na podłogę i owinąwszy się 
peleryną, wstała tak gwałtownie, że zakręciło jej się w głowie. 
Zachwiała się, ale Hassan przytrzymał ją w porę i z powrotem 
posadził na łóżku. Podniósł jej stopy i zdjął buty.

Tego było za wiele!

background image

  - Proszę odejść! - powiedziała przez zaciśnięte zęby. - 

Odejdź i zostaw mnie samą.

Hassan nie posłuchał. Postawił buty obok łóżka. A potem 

stał   nad   nią   i   obserwował   spod   zmrużonych   powiek.   Rose 
poczuła,   jak   jej   policzki   oblewa   rumieniec.   Hassan,   chyba 
zadowolony z siebie, skinął tylko głową i odsunął się o krok.

 - Znajdzie tam pani gorącą wodę i inne niezbędne rzeczy 

-   powiedział,   wskazując   na   pomieszczenie   za   kotarą.   - 
Zapraszam   na   kolację,   gdy   tylko   się   pani   odświeży,   panno 
Fenton. - Odwrócił się na pięcie i zniknął.

Kolacja! Czy naprawdę sądził, że spokojnie umyje się i 

uczesze, by usiąść z nim do stołu?

Była wściekła. Ale była również głodna.
Z rezygnacją usiadła i rozejrzała się wokół. Pomieszczenie 

udekorowano   bogato   zdobionymi   tkaninami   i   umeblowano 
starymi arabskimi meblami, inkrustowanymi masą perłową i 
mosiądzem. Pod ścianą stał duży kufer pełniący rolę toaletki.

Gdy   postawiła   stopy   na   podłodze,   poczuła   jedwabistą 

miękkość   dywanu.   Zrzuciła   pelerynę,   podeszła   do   kufra   i 
podniosła wieko. Znajdowała się tam płaska taca z lusterkiem, 
szczotkami   i   grzebieniami.   Były   tam   również   kosmetyki: 
puder   w   kremie,   jej   ulubiony   krem   nawilżający   oraz   krem 
przeciwsłoneczny. Hassan chciał, by niczego jej nie zabrakło. 
To było wzruszające, ale wskazywało, że jej pobyt może się 
przeciągnąć.

W  łazience   znalazła   szampon   i   mydło,   których   zwykle 

używała.   Myjąc   ręce   i   twarz,   utwierdziła   się   w   swoich 
podejrzeniach co do osoby Khalila. Któż inny, nie wzbudzając 
podejrzeń, mógł rozłączyć telefon w range roverze i zepsuć w 
nim światło? Nie winiła jednak młodego mężczyzny. W kraju, 
gdzie obowiązywała lojalność plemienna, obcy stał na z góry 
straconej pozycji.

background image

Hassan doświadczył tego osobiście, gdy pominięto go w 

kolejce do tronu.

Poprawiła makijaż, uczesała włosy, otrzepała się z kurzu. 

Już   miała   omotać   wokół   szyi   długi   jedwabny   szal,   ale 
zmieniła zdanie. Zamiast tego udrapowała go wokół głowy, 
skromnie   przykrywając   włosy,   jak   przystało   kobiecie 
arabskiej. Dopiero wtedy dołączyła do swego gospodarza.

Hassan przeczesywał palcami włosy, nerwowo krążąc po 

namiocie. Spodziewał się łez. Spodziewał się histerii. Na to 
był   przygotowany.   Nie   spodziewał   się   natomiast   otwartej 
brawury,   tupetu   i   zuchwałości,   które   prowokowały   go   do 
najgorszych rzeczy.

Co, u diabła, z nią zrobić? Będzie musiał pilnować jej na 

każdym   kroku,   by   nie   zrobiła   sobie   krzywdy,   próbując 
samodzielnie wrócić do miasta. Byłoby łatwiej trzymać ją w 
forcie, zaopatrzonym w drzwi i zamki. Ale również o wiele 
trudniej. - Nie zdołałby tam jej ukryć. Kręciło się tam wielu 
ludzi,   a   nie   na   wszystkich   mógł   polegać.   Natomiast   tutaj, 
wśród grona zaufanych towarzyszy, którym mógł powierzyć 
nawet własne życie, nie będzie z tym problemu.

Problem   stanowiła   sama   Rose.   Powinien   ją   przekonać, 

podać ważny powód, by chciała tu zostać. Naprawdę ważny 
powód...

Gdy dotarł zatopiony w myślach do końca dywanu, kotara 

się rozchyliła i zobaczył swoją brankę. Gdy ją porywał, nie 
widział, w co była ubrana. Spodziewał się, że będzie w jakiejś 
eleganckiej kreacji.

Shalwar kameez...  Gdy zobaczył ją w tym stroju, doznał 

szoku.   Poczuł   się   tak,   jakby   zadał   jej   gwałt.   W   pierwszej 
chwili nie mógł się poruszyć. Potem podszedł i odsunął dla 
niej krzesło.

background image

Nie usiadła natychmiast; rozejrzała się wokół, omiatając 

ciekawym   wzrokiem   meble   -   ozdobną,   rzeźbioną   skrzynię 
oraz składane biurko podróżne.

  -   Widzę,   że   nawet   w   plenerze   Wasza   Wysokość   ceni 

sobie komfort - skomentowała.

 - To pani przeszkadza?
Usiadła   na   krześle   w   takiej   pozie,   jak   zrobiłaby   to   jej 

babka na herbatce u wikarego.

  - Do diabła, ależ skąd, Wasza Wysokość - powiedziała, 

zmieniając   styl,   który   przed   chwilą   sama   sobie   narzuciła. 
Wzięła   serwetkę   i   rozłożyła   ją   na   kolanach.   -   Jeśli   już 
musiałam zostać porwana, cieszę się, że przynajmniej dokonał 
tego mężczyzna, który pomyślał o zainstalowaniu w namiocie 
łazienki.

  - Nie jestem niczyją „wysokością" - burknął. - Ani dla 

pani, ani dla nikogo. Proszę mówić mi po imieniu.

  -   A   więc   chce   pan,   byśmy   zostali   przyjaciółmi?   - 

Wybuchnęła śmiechem.

  - Nie, panno Fenton, na razie chcę coś zjeść. Wysunął 

głowę z namiotu, ostrym głosem wydał jakąś

komendę, a potem wrócił do stołu.
W  świetle lamp zauważyła, że jego gęste ciemne włosy 

mają   lekki   odcień   radości,   być   może   pamiątka   po   ojcu 
pochodzącym ze Szkocji. Ale wszystko inne - czarna galabija 
przepasana   ciężkim   sznurem   i   sztylet   zawieszony   u   pasa 
pochodziły jakby z innego świata. Ozdobna srebrna pochwa 
była   bardzo   stara   i   piękna,   ale   nóż   w   niej   schowany   nie 
stanowił tylko ozdoby.

Nie   powinna   o   tym   zapominać,   nie   powinna   myśleć   o 

Hassanie jako o człowieku cywilizowanym. Potrafił roztaczać 
wokół siebie urok, ale był twardy i niebezpieczny. Rozsądek 
podpowiadał,   by   nie   prowokowała   jego   dzikiej   natury. 
Wiedziała jednak, że trudno jej będzie nie ulec pokusie.

background image

Jedli w milczeniu. Jagnię pieczone nad ogniskiem, ryż z 

szafranem   i   orzeszki   pinii.   Rose   jadła   z   prawdziwym 
apetytem.

Na deser służący Hassana przyniósł daktyle, migdały oraz 

aromatyczną kawę z kardamonem.

 - Nie zamierzasz powiedzieć mi, o co w tym wszystkim 

chodzi?   -   spytała   w   końcu.   Gdy   nie   poruszył   się   i   nie 
odpowiedział, dodała tonem wyjaśnienia: - Mój brat na pewno 
umiera już z niepokoju, a za chwilę dołączy do niego moja 
matka.   Mam   nadzieję,   że   moja   rodzina   nie   musi   przez   to 
wszystko   przechodzić   tylko   dlatego,   że   chciałeś   zirytować 
swego kuzyna.

Zerknął   na   nią   z   ukosa.   Jej   słowa   najwyraźniej   go 

zaintrygowały.

 - Czy to jedyni ludzie, o których się niepokoisz? A co z 

twoim ojcem?

 - Nie mam ojca. - Wzruszyła ramionami. - W życiu matki 

zaistniał jedynie po to, by mogła urodzić dzieci. Moja matka 
jest   wojującą   feministką   ze   starej   szkoły,   rozumiesz? 
Pionierka   samotnego   macierzyństwa.   Napisała   o   tym   wiele 
książek.

 - Nie sądziłem, że to tak trudne zadanie, by uczyć się go z 

książek - odpowiedział sucho.

No, proszę! Facet miał nawet poczucie humoru.
 - To nie są podręczniki - poinformowała go. - To raczej 

filozoficzne eseje.

  -   Rozumiem,  że   chciała   w   ten   sposób   usprawiedliwić 

swoje poczynania?

To   było   bardzo   celne   spostrzeżenie.   Spodobało   jej   się. 

Uśmiechnęła się pod nosem.

 - Całkiem możliwie - odparła. - Może sam powinieneś ją 

o to spytać?

background image

 - Może spytam. - Uśmiechnął się również. - Nie brakuje 

pani ojca?

To był czuły, bolesny punkt.
 - A tobie? - spytała na oślep. Zasępił się, ale zignorował 

pytanie.

 - Dlaczego tu pani przyjechała?
  - Do Ras al Hajar? - zdumiała się. - Myślałam, że już 

wszystko wiesz.

 - Po słońce i odpoczynek równie dobrze można pojechać 

do Indii.

  - Owszem. Ale mój brat zaprosił mnie tutaj. Dawno go 

nie widziałam.

 - To Abdullah tu panią zaprosił - wtrącił ostro. - Abdullah 

wysłał nawet po panią swojego boeinga...

  -   Nie   -   przerwała   gwałtownie.   -   Samolot   przyleciał 

przecież po ciebie...

  - Abdullah na mój widok przeszedłby na drugą stronę 

ulicy. - Patrzył na nią nieustępliwie. - Skorzystałem tylko z 
lotu, który był już w planie.

 - Och! - Hassan miał rację. Powinna przyjąć zaproszenie 

na Barbados...

  -   Mój   kuzyn   planuje   wykorzystać   panią   do   swoich 

politycznych   celów,   panno   Fenton.   Ja   natomiast   chciałbym 
wiedzieć, czy jest pani nieświadomą ofiarą jego knowań, czy 
może przyjechała tu pani specjalnie, by mu pomóc?

 - Pomóc? - Jej zdumienie było szczere. - Myślę, że Wasza 

Wysokość przecenia moje możliwości.

  -   Nie,   panno   Fenton   -   rzekł   szorstkim   tonem.   -   Jeśli 

czegoś   nie   doceniłem,   to   właśnie   pani.   I   prosiłem,   by   nie 
tytułowała mnie pani w ten sposób. Ten tytuł, niestety, należy 
się Abdullahowi.

Tak blisko tronu, a jednocześnie tak daleko... A może...? 

Zastanawiała się, co Hassan czuł, gdy przekazano władzę jego 

background image

młodszemu   przyrodniemu   bratu.   Ile   miał   lat,   gdy   został 
wydziedziczony? Dwadzieścia, dwadzieścia parę? A więc w 
grę wchodziła walka o władzę... Rose nabrała podejrzenia, że 
Fajsal może przegrać tę batalię.

Oparła łokcie o stół i sięgnęła po następny migdał.
  -   Zawrzyjmy   ugodę   -   szepnęła.   -   Jeśli   nie   będziesz 

zwracać   się   do   mnie   „panno   Fenton",   i   to   zwłaszcza   tym 
irytującym   tonem,   ja   ze   swej   strony   również   zaniecham 
tytułowania cię. Co ty na to?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Hassan niemal roześmiał się głośno. Niemal. Rose Fenton 

wymawiała   tytuł   „Wasza   Wysokość"   w   taki   sposób,   że 
brzmiał on obraźliwie. Hassan podejrzewał, że był to efekt jak 
najbardziej zamierzony.

 - Czy wolno mi w takim razie zwracać się do pani „panno 

Fenton" innym tonem? - spytał z wyszukaną grzecznością.

  - Lepiej  poprzestań  na Rose  - poradziła. -  Tak będzie 

bezpieczniej. A jeśli chodzi o moją matkę...

Och,   tylko   nie   to.   Nie   zamierzał   wdawać   się   w   miłą 

pogawędkę na temat jej matki.

 - Głęboko ubolewam, że twoje zniknięcie przysporzy jej 

zmartwień.   Naprawdę   wolałbym,   żebyś   mogła   do   niej 
zadzwonić, uspokoić ją.

  -   Uspokoić?   -   Roześmiała   się   ponuro.   -   A   cóż   twoim 

zdaniem mogłabym jej powiedzieć?

 - Że nie zagraża ci żadne niebezpieczeństwo.
 - Pozwól, że sama to ocenię - odparowała natychmiast. - 

Na razie nie jestem przekonana...

 - Czy jesteście ze sobą blisko? - spytał.
 - Tak - odpowiedziała, nieco przestraszona tym pytaniem. 

-   Tak   sądzę.   -   Ale   niezbyt   blisko,   pomyślała.   Stosunki 
pomiędzy   dwiema   silnymi,   niezależnymi   osobowościami 
nigdy nie należą do łatwych. Jakby zdając sobie sprawę, że jej 
słowa nie zabrzmiały zbyt przekonująco, dodała szybko:

 - Ona jest bardzo opiekuńcza.
 - To dobrze. Im bardziej się przejmie, tym lepiej posłuży 

mojej sprawie.

Odetchnęła ostro, gwałtownie.
 - A jaka jest ta „twoja sprawa"? - spytała sarkastycznie.
  -   Uważasz,   że   masz   prawo   decydować   o   losie   innych 

ludzi?

background image

Spodziewał się tego pytania. Ale pewien był również, że 

Rose Fenton nie oczekuje prostej, jednoznacznej odpowiedzi. 
Nie chciał zbywać jej byle czym. Wziął daktyl, wbił zęby w 
jego miękki miąższ.

Popatrzyła na niego wymownie. Jeszcze do tego wrócimy 

- mówiły jej oczy.

  -   A   co   zrobisz,   jeśli   moja   matka   postanowi   nie   robić 

szumu i pozostawi całą sprawę w gestii ministerstwa spraw 
zagranicznych? Jestem pewna, że tak poradzi jej Tim.

  -   Im   dłużej   cię   słucham,   Rose,   tym   bardziej   jestem 

przekonany, że twoja matka zrobi dokładnie to, co sama uzna 
za stosowne. Podejrzewam wręcz, że postąpi wbrew wszelkim 
radom.

Czy to miał być komplement? Rose nie była pewna.
  - A jeśli się rozczarujesz? Zakładam, że przysporzenie 

Abdullahowi kłopotów to główny motyw porwania?

 - Tak sądzisz?
Wcale tak nie uważała. Ani przez chwilę. Tutaj chodziło o 

coś   więcej   niż   rozzłoszczenie   Abdullaha.   Przy   odrobinie 
szczęścia może uda jej się sprowokować Hassana, by wyjawił 
prawdziwy cel swoich poczynań.

Hassan rozsiadł się wygodnie na krześle i obserwował ją 

spod   zmrużonych   powiek.   Oczywiście   spodziewał   się,   że 
bystra dziennikarka szybko dostrzeże napięcie panujące w Ras 
al Hajar. I nie pomylił się.

  -   Jaki   mógłby   być   inny   powód?   -   spytała   niewinnym 

tonem.

Chodziło o to, by Abdullah przestał ją wykorzystywać, by 

go zdezorientować i dać Partridge'owi czas na sprowadzenie 
Fajsala do domu. Teraz jednak, gdy Rose Fenton siedziała na 
wprost niego, a jej temperament okazał się równie ognisty, jak 
jej włosy, Hassan mógłby wymienić kilka innych przyczyn, 

background image

dla   których   miał   ochotę   ją   zatrzymać.   Przyczyn  całkowicie 
osobistych.

  - Wprawienie w zakłopotanie Abdullaha nie było moim 

podstawowym   celem.   To   tylko   korzystny   efekt   uboczny.   - 
Spojrzał   na   zegarek.   -   W   Londynie   jest   trzy   godziny 
wcześniej. Dość czasu, by twoje zniknięcie stało się tematem 
wieczornych wiadomości.

 - Czy chcesz mi powiedzieć, że przygotowałeś komunikat 

dla   prasy?   -   spytała,   do   głębi   poruszona   jego   arogancką 
postawą.

  - Jeszcze nie. - Uśmiechnął się. - Czekam do ostatniej 

chwili. Nie chcę, by wasze MSZ miało czas na sprawdzenie 
faktów   i   skonfrontowanie   ich   z   wersją   Abdullaha,   który 
zapewne   zechce   wyciszyć   całą   sprawę.   Będziesz   bohaterką 
wiadomości z ostatniej chwili. Tak to się mówi w waszym 
języku?

Doskonałe   potrafiła   sobie   wyobrazić   podniecenie,   jakie 

ogarnie   dziennikarzy   na   wieść   o   jej   zaginięciu.   Gordon 
wiedział, dokąd pojechała. Na pewno od razu zadzwoni do jej 
matki,   by   ją   ostrzec,   a   jednocześnie   delikatnie   wybadać, 
spróbować wyciągnąć od niej jakieś informacje.

  - W jaki sposób chcesz wysłać tę wiadomość? - spytała 

rzeczowo.

  -   Nie   wyślę   jej   stąd   -   powiedział,   uśmiechając   się   z 

lekkim politowaniem.

Wzruszyła ramionami.
  - Warto było spróbować. - Bardzo dobrze. Niech sobie 

myśli,   że   miała   nadzieję   dorwać   się   do   jakiegoś   środka 
przekazu i wzywać pomocy. Nie powinien się dowiedzieć, że 
miała telefon. - Dlaczego nie powiesz mi po prostu, o co w 
tym wszystkim chodzi? Skoro sądzisz, że mam jakieś wpływy, 
być może zdołam ci pomóc.

background image

 - Masz nadzieję złowić przy okazji sensację? - Wyglądał 

na rozbawionego. - Czy fakt, że będziesz tematem dnia, ci nie 
wystarczy?

 - To nie wydaje mi się zabawne.
Uśmiech dokonał cudownej przemiany na jego szczupłej 

twarzy.

 - Och, to naprawdę przysporzy ci sławy, Rose. Być może 

twoja kariera nabierze rozpędu. Negocjując kolejne kontrakty, 
będziesz mogła stawiać warunki.

 - Nie jestem gwiazdą show - biznesu.
  -   Daj   spokój,   Rose.   Obydwoje   wiemy,   że   całodobowa 

stacja informacyjna to wielki biznes. Uwierz mi, cały świat, 
przykuty do telewizorów, będzie niepokoić się o los uroczej i 
odważnej Rose Fenton. Dziennikarze przypuszczą szturm do 
drzwi ambasad po wizy, a biedny Abdullah będzie musiał ich 
wpuścić albo zaryzykować, że światowa prasa nie zostawi na 
nim suchej nitki.

Jego   rozbawienie   złościło   ją   bardziej   niż   cokolwiek 

innego.   Jak   śmiał   się   bawić?   Jak   śmiał   siedzieć   tutaj, 
delektować  się kawą, podczas gdy jej rodzina odchodziła od 
zmysłów? Jak śmiał traktować ją w ten sposób!

Była dziennikarką, poważną dziennikarką!
 - Mam prawo wiedzieć, dlaczego tu jestem! - wybuchła.
 - Wiesz, dlaczego tu jesteś. Przyjechałaś do Ras al Hajar, 

aby   się   odprężyć,   wrócić   do   zdrowia.   U   podnóża   gór   jest 
zdrowszy   klimat.   Możesz   jeździć   konno,   kąpać   się   w 
strumieniu, opalać. - Podsunął jej misternie  wykutą srebrną 
misę. - Powinnaś spróbować daktyli. Są wyśmienite.

Wstała   tak   gwałtownie,   że   wytrąciła   mu   misę   z   rąk. 

Daktyle rozsypały się po podłodze.

 - Wypchaj się swoimi daktylami! - krzyknęła i wypadła z 

namiotu.

background image

Był to efektowny gest, ale jakże pusty. Na zewnątrz nie 

było nic prócz ciemności i pustyni. Rose jednak nie chciała 
wracać   do   namiotu   i   narażać   się   na   dalsze   kpiny   Hassana. 
Powinna   go   naciskać,   pytać,   jak   przystało   na   dziennikarkę, 
zachowując obiektywizm. Ale nie mogła. Sprawa była zbyt 
osobista.

Zdała sobie sprawę, że ludzie Hassana zgromadzeni wokół 

płonącego ogniska ucichli nagle i zaczęli jej się przyglądać. 
Odwróciła się na pięcie i podbiegła do land rovera. Szarpnęła 
za drzwi; były otwarte.

Gdy cała drżąc wspinała się na siedzenie kierowcy, szal 

zsunął jej się z włosów. Hassan miał rację. Było tu znacznie 
chłodniej.   Obóz   musiał   leżeć   niedaleko   gór.   Usiłowała 
wyobrazić sobie mapę. Tak, była pewna, że kierując się na 
północ, dotrze do wybrzeża.

W stacyjce nie zostawiono kluczyków. Jęknęła. Wyrwała 

przewody   i   spróbowała   je   połączyć.   Ku   jej   własnemu 
zdziwieniu silnik zaskoczył.

Stojący   przy   ognisku   mężczyźni,   którzy   do   tej   pory 

przyglądali   jej   się   z   głupimi   uśmiechami   na   twarzy,   jeden 
przez drugiego rzucili się w stronę samochodu. Spóźnili się o 
kilkanaście sekund. Ubiegł ich Hassan.

Gdy wrzuciła wsteczny bieg, otworzył drzwi i po prostu 

wyszarpnął ją zza kierownicy. Silnik zgasł. Hassan zarzucił ją 
sobie na ramię i skierował się w stronę namiotu.

Tym   razem   krzyczała.   Nie   mogła   się   opanować   i 

wrzeszczała jak opętana. Hassan nie reagował.

Właściwie nie miała ochoty na ucieczkę w nieprzyjazną 

ciemność. Wyrywała się i krzyczała z upokorzenia.

 - Puść mnie!
 - A jeśli to zrobię? Dokąd zamierzasz uciekać? - Postawił 

ją   na   dywanie   pośród   rozrzuconych   przed   chwilą   daktyli   i 
chwycił za nadgarstki. - Uspokój się. Przestań zachowywać 

background image

się jak mała dziewczynka. Powiedz, co zamierzałaś zrobić? - 
Nie miała żadnego planu. Dobrze o tym wiedział. - Niechże 
pani nie będzie taka skryta, panno Fenton. Ukrywanie myśli 
nie jest w twoim stylu. Poza tym szczerze podziwiam twoją 
zaradność. Udało ci się uruchomić silnik w land roverze. Ale 
co zamierzałaś potem? Dokąd się wybierałaś?

Nie   odpowiedziała.   Z   zadowoleniem   zauważyła,   że 

Hassan przestał się uśmiechać i dowcipkować.

 - Nie masz mi nic do powiedzenia? - ciągnął. - Zazwyczaj 

celujesz w ciętych ripostach.

Jej odpowiedź była szybka i dosadna. Wątpliwe, by go 

usatysfakcjonowała. Uniósł brwi.

  -   Moje   zainteresowanie   podyktowane   jest   względami 

praktycznymi,   panno   Fenton.   -   A   więc   wrócili   do 
sarkastycznego „panno Fenton"! - Chciałbym wiedzieć, jakie 
miałaś zamiary? Małe szanse, byśmy cię odnaleźli, nim twoje 
kości zbielałyby na słońcu.

 - Powiedziałeś, co wiedziałeś - odcięła się. - W porządku. 

Jestem kompletną idiotką. Ale co z tobą, Hassan? - Patrzyła na 
niego ostrym wzrokiem. - Jesteś wykształconym człowiekiem, 
cywilizowanym. Dobrze wiesz, że źle postąpiłeś. Nie miałeś 
prawa tego robić.

 - Czego? - Przyciągnął ją do siebie.
Och, do diabła, stało się. Znów straciła nad sobą kontrolę. 

Nawet wtedy, gdy umarł Michael, czy też wybuchały wokół 
niej   pociski,   nie   załamała   się.   A   teraz   łzy   piekły   ją   pod 
powiekami. Łzy wściekłości i bezsilnej rozpaczy.

  -   Przecież   masz   wyobraźnię,   prawda?   -   wybuchła.   - 

Porwałeś   mnie,   trzymasz   mnie   tutaj   wbrew   mojej   woli... 
Postaw się w mojej sytuacji... - Głos uwiązł jej w gardle.

Jego   dłonie   zamiast   ściskać   jej   nadgarstki,   znalazły   się 

nieoczekiwanie   na   jej   plecach   -   łagodne,   pieszczotliwe. 
Przyciskał   jej   twarz   do   piersi.   Słyszała   mocne,   równe 

background image

uderzenia jego serca, gdy łkała histerycznie, zalewając łzami 
jego czarną galabiję. Od tak dawna nie płakała... Od pięciu 
lat? Prawie od sześciu. A jeszcze więcej czasu minęło, odkąd 
pozwoliła, by tak opiekuńczo przytulał ją mężczyzna.

Hassan potrafił lepiej niż większość znanych jej mężczyzn 

radzić  sobie z  objawami  kobiecej  histerii.  A może   miał  po 
prostu praktykę?

Szybko oderwała się od niego. Gdy podniosła głowę, na 

jego ustach zauważyła wymowny uśmieszek.

  -   Przepraszam   -   wymamrotała.   -   Zwykle   umiem   się 

opanować. - Otarła łzę. - To takie... całkiem nie w moim stylu. 
Złóż to na karb ciężkiego dnia. Pozwól, że pójdę już spać.

Gdy odwróciła się, nagle wymówił jej imię.
 - Rose.
Niezbyt je lubiła. Było skrótem od Rosemary. Ale Hassan 

wypowiedział   je   tak,   jakby   było   to   najpiękniejsze   imię   na 
świecie.   Przystanęła.   Cóż   mogła   innego   zrobić?   Czekała, 
odwrócona do niego plecami.

  - Obiecaj mi,  że więcej tego nie zrobisz. Proszę... Gdy 

wreszcie się odwróciła, na twarzy Hassana nie widać już było 
złości. Jej wyraz był nieodgadniony. Podejrzewała, że prośby 
w przeciwieństwie do rozkazów nie przychodziły mu łatwo.

 - Nie mogę tego obiecać - odpowiedziała prawie z żalem. 

- Jeśli nadarzy się okazja, ucieknę.

 - Komplikujesz sprawę.
Wzruszyła   ramionami.   Jeśli   czuł   się  niezręcznie  w   roli, 

którą sam sobie wybrał, to już jego sprawa.

  - Możesz mnie wypuścić. - Może wtedy zostałaby tu z 

własnej   woli,   kto   wie?   Nie   miała   nic   przeciwko   jego 
towarzystwu.

  -   Miałem   nadzieję,   że   poczujesz   się   tu   gościem   - 

powiedział. - Teraz zmuszasz mnie, bym uczynił cię swoim 
więźniem.

background image

  -   Gości   się   na   ogół   zaprasza   -   powiedziała   dziwnie 

rozczarowana. - Mogłeś mnie tu zaprosić.

 - Przyjechałabyś?
Może... Prawdopodobnie. W mgnieniu oka. Ale nie mogła 

mu tego powiedzieć. Nie teraz. Obydwoje wiedzieli, że gdyby 
była   jego   gościem,   nie   zrealizowałby   swego   celu.   Zamiast 
odpowiedzi wyciągnęła do niego ręce w taki sposób, jakby 
miał założyć jej kajdanki.

Przez   chwilę   patrzył   na   nią   badawczo.   Na   jego   twarzy 

oświetlonej   migotliwym   światłem   malowała   się   wściekłość. 
Nagle   podszedł   do   niej,   chwycił   wyciągnięte   nadgarstki   w 
jedną rękę, drugą ściągnął zwisający z jej szyi jedwabny szal. 
Bez słowa owinął nim jej ręce w czysto symbolicznym geście, 
a   potem   chwycił   luźne   końce,   owinął   nimi   swoją   pięść   i 
przyciągnął Rose do siebie.

Słowa protestu utkwiły Rose w gardle. Westchnęła tylko 

raptownie,   gdy   chwycił   ją   w   ramiona   i   mocno   do   siebie 
przytulił.

 - Czy właśnie tego chcesz?
Nie mogła uwierzyć. Nie mogła uwierzyć, że ma zamiar to 

zrobić. Nie, chyba tego nie zrobi... Ale gdy otworzyła usta, by 
ostrzec go przed popełnieniem błędu, pocałował ją.

Wargi Hassana były twarde i namiętne. Mimo że rozsądek 

nakazywał jej walczyć, kobiecy instynkt zadziałał gwałtowniej 
i skuteczniej.

Instynkt też podpowiadał, że ten mężczyzna jest silny, że 

ochroniłby ją przed złem całego świata, że dałby jej zdrowe, 
silne dzieci i broniłby ich do upadłego.

Ale w głębi duszy wiedziała, że choć jest branką, to w 

gruncie   rzeczy   wygrała.   Z   tą   świadomością   poddała   się 
pieszczocie. Och, chciała tego. Pragnęła. Przez ponad pięć lat 
nie zaznała pożądania. Ale wchodząc na pokład samolotu, gdy 

background image

Hassan   spojrzał   na   nią,   zrozumiała,   że   nadeszła   długo 
oczekiwana chwila.

Nagle, gdy była już całkiem bezwładna w jego ramionach, 

puścił   ją   bez   ostrzeżenia,   aż   zachwiała   się   na   niepewnych 
nogach.

Przez chwilę patrzył na nią, jakby nie mógł uwierzyć w to, 

co przed chwilą zrobił. Potem stanowczo cofnął się o krok.

  -   Ja   również   nie   lubię   tracić   nad   sobą   kontroli   - 

powiedział,   przybierając   maskę   powściągliwości.   - 
Wyrównaliśmy zatem rachunki. - Potem odwrócił się na pięcie 
i wyszedł z namiotu.

Rose ledwie mogła złapać oddech, ledwie mogła ustać na 

nogach. Chwyciła się oparcia krzesła stojącego przy stole i w 
zamyśleniu wpatrywała się w jedwabny szal, którym Hassan 
związał jej ręce.

Nadal   drżała,   ale   nie   z   powodu   wściekłości,   tylko 

niespełnionych tęsknot. Wyplątała ręce z szala i rzuciła go na 
podłogę. Podeszła do wyjścia i spojrzała w ciemność. Hassana 
nigdzie   nie   było.   Przed   wejściem   leżał   pies   myśliwski,   a 
nieopodal   stał   na   straży   uzbrojony   mężczyzna.   Widząc   jej 
wściekłe spojrzenie, skłonił się uprzejmie.

Przynajmniej   obyło   się   bez   głupich   uśmiechów, 

pomyślała. To już było coś.

Nagle   usłyszała   silnik   land   rovera,   potem   zobaczyła 

samochód ruszający z dużą prędkością. To musiał być Hassan. 
Czyżby popędził zawiadomić media o jej zniknięciu?

Uniosła głowę, wmawiając sobie, że cieszy się z powodu 

jego wyjazdu. Ale to nie była prawda. Bez niego obóz wydał 
się   pusty   i   dziwnie   ponury.   Pies,   jakby   wyczuwając   jej 
samotność  i smutek,  podszedł i polizał jej rękę. Pogłaskała 
jedwabistą   głowę   charta,   a   potem   wróciła   do   namiotu   i   z 
uwagą rozejrzała po swoim więzieniu.

background image

Pochyliła   się,   by   pozbierać   rozrzucone   daktyle.   Ale   po 

chwili,   jakby   zdając   sobie   sprawę   z   tego,   co   robi,   poczuła 
złość na siebie, rozsypała zebrane już owoce i zaszyła się  w 
zaciszu swojej sypialni. Chart wszedł za nią i położył się w 
nogach łóżka.

Czeka na powrót swego pana, pomyślała Rose. Trudno. 

Było tu tylko jedno łóżko, co prawda duże, ale ona nie miała 
nastroju do dzielenia się nim z kimkolwiek.

Czyżby? Przypomniała sobie swoją reakcję na pocałunek 

Hassana i zarumieniła się po uszy.

Przyłożyła dłoń do ust. Co najlepszego robiła? Przecież 

nie miała zwyczaju wskakiwać nowo poznanym mężczyznom 
do łóżka! Ostatnio w ogóle nie miała czasu na romanse.

Ale Hassan po mistrzowsku potrafił oczarować kobietę... 

Wystarczyło jedno spojrzenie tych niezwykłych oczu i była 
zgubiona.

Rose zrzuciła pantofle i ciężko opadła na łóżko. Telefon 

komórkowy uwierał ją w udo.

Hassan mocno nacisnął pedał gazu i wyjechał z obozu z 

taką prędkością, jakby ścigały go demony. Czy ona zdawała 
sobie sprawę z tego, co zrobiła?

Dlaczego musiała być właśnie taka? Nie dość, że piękna - 

urodzie potrafiłby się oprzeć - to jeszcze inna od wszystkich 
kobiet, jakie znał. Rose Fenton była uparta, silna i odważna. 
Stanęła z nim do walki.

Pogardzała nim za to, że ją porwał, a potem wyciągnęła 

ręce i sprowokowała, by zrobił coś jeszcze gorszego. Zdarła z 
niego maskę cywilizowanego dżentelmena, którą pokazywał 
światu.

Zaplanował   wszystko   w   najdrobniejszych   szczegółach, 

zwołał   oddanych   sobie   ludzi   i   porwał   Rose   Fenton   wprost 
sprzed nosa jej brata.

background image

Wiedział,   że   nie   będzie   to   łatwe   przedsięwzięcie.   Rose 

Fenton   miała   opinię   osoby   twardej,   śmiałej,   która   stanie   w 
szranki z każdym przeciwnikiem.

Nie   bała   się   go.   Była   chłodna   i   ciekawa.   Najwyraźniej 

chciała zdobyć materiał na reportaż. Przynajmniej do chwili, 
gdy w końcu puściły jej nerwy i spróbowała ucieczki.

Ale nawet wtedy rzucała mu wyzwanie, drwiła z niego, 

popychała   do   najgorszych   czynów.   Na   litość   boską, 
sprowokowała go, skrępował jej ręce, tak jakby naprawdę była 
branką zdobytą na wrogu!

Ale   nawet   wtedy   to   ona   była   górą.   Oczywiście   nie 

walczyła,  nie opierała  się. Na to  była zbyt  sprytna. Uznała 
jego   zachowanie   za   blef   i   odwzajemniła   pocałunek   - 
przekornie, namiętnie i słodko.

Całe szczęście! Gdyby wiedziała, że to nie był blef, jedno 

z nich znalazłoby się w kłopotach.

Dręczyło  go   przeczucie,   że   byłby   to   on.   Jeśli   Partridge 

szybko nie znajdzie Fajsala, dojdzie do katastrofy.

Rose wyjęła telefon z kieszeni. Chyba po raz pierwszy w 

życiu była w rozterce. Nie wiedziała, co powinna zrobić, z 
kim się skontaktować.

Na pewno nie z Timem. Nie chciała go mieszać w spór 

pomiędzy zwaśnionymi książętami.

Pozostawał   Gordon.   Powinna   zadzwonić   do   głównego 

redaktora wiadomości. Ale przecież on w każdej chwili mógł 
otrzymać tę wiadomość od Hassana, nieprawdaż? Dzwoniąc 
do niego, mogła jedynie ujawnić imię swego porywacza, a na 
to nie była jeszcze gotowa. W ten sposób stanęłaby po stronie 
Abdullaha. I chociaż Abdullah jako regent i pracodawca  jej 
brata  zasługiwał  na  lojalność,  nie  miała   serca  podjąć  takiej 
decyzji. Ostrzeganie Tima też nie było konieczne. Za chwilę 
sam się zorientuje, że Abdullah zamierzał ją wykorzystać.

Czy Hassan nie postępował równie perfidnie?

background image

Prawdopodobnie. Tylko że on przynajmniej był szczery... 

A poza tym... Poza tym nie potrafiła zapomnieć pocałunku... 
Chciała dać mu szansę. Nawet kilka.

Do licha, co się stało z bezstronną, chłodną dziennikarką?
Chwileczkę!   Nie   miała   wyboru   i   na   razie   musiała   tu 

pozostać. Wstrzyma się z telefonem do Gordona, dopóki nie 
pozna prawdy. Nie było teraz sensu marnować baterii.

A   matka?   Mogła   przynajmniej   uspokoić  matkę.   Szybko 

wybrała numer. Telefon był zajęty i pozostawał zajęty, mimo 
że próbowała kilkakrotnie. Doszła do wniosku, że się spóźniła. 
Matka zapewne dostała już wiadomość od Tima i przystąpiła 
do działania. A że doceniała potęgę prasy, na pewno pierwszy 
telefon wykonała do Gordona. Hassan miał szczęście.

Wyłączyła   aparat   i   rozejrzała   się   wokół.   To 

niewiarygodne, że do tej pory jej nie przeszukano.

Nie  mogła  jednak  dłużej   polegać  na  szczęściu.  Musiała 

znaleźć   bezpieczną   kryjówkę   dla   bezcennego   aparatu, 
umożliwiającego jej łączność ze światem.

Na toaletce stało pudełko z chusteczkami kosmetycznymi. 

Otworzyła   je,   wyjęła   część   chusteczek,   na   dno   włożyła 
maleńki   aparat,   przykryła   go,   a   ostatnią   chusteczkę   lekko 
wyciągnęła.

Pozostałe chusteczki zwinęła w gruby rulon i zużyła do 

zmycia makijażu, po czym rzuciła niedbale obok pudełka.

Ziewnęła.   Mieszanina   nerwów,   napięcia   i   zmęczenia 

sprawiła,   że   zachciało   jej   się   spać.   Ale   myśl,   że   miałaby 
rozebrać się do bielizny, przyprawiła ją o dziwny niepokój. 
Ciekawe,   czy   mężczyzna,   który   zadał   sobie   tyle   trudu,   by 
zaopatrzyć ją w ulubione kosmetyki, pomyślał o ubraniach na 
zmianę?

Zdjęła z łóżka kapę. Nie, nie zapomniał. Pod kapą leżała 

starannie złożona nocna koszula.

background image

Rose   powstrzymała   się   przed   wybuchem   śmiechu. 

Koszula   była   bardzo   skromna,   staroświecka.   Mężczyzna, 
który planowałby gwałt, nie wybrałby takiej bielizny. Hassan 
zapewne właśnie to chciał dać jej do zrozumienia.

Na   dźwięk   stłumionego   chichotu   pies   podniósł   łeb   i   z 

nadzieją zaczął merdać ogonem.

 - W porządku - odezwała się do niego. - Twój pan nie jest 

taki   zły,   za   jakiego   chce   uchodzić.   -   Podniosła   koszulę   do 
góry. - Chciałabym jednak wiedzieć, skąd on to wytrzasnął? 
Czyżby z kufra swoich szkockich przodków?

Przed   samym   zaśnięciem   przemknęło   jej   przez   głowę 

pytanie,   czy   Hassan   przygotował   dla   niej   również   dzienne 
stroje.   Gdy   jutro   się   obudzi,   pewnie   znajdzie   obok   łóżka 
porządną,   tweedową   spódnicę,   kaszmirowy   sweterek   w 
pastelowym   kolorze   i...   parę   solidnych   obciskających   i 
odstraszających majtek...

Ta myśl powinna ją uspokoić. Ale tak się nie stało.
Hassan   dłuższą   chwilę   siedział   przy   łóżku   Rose   i 

obserwował ją  w zadumie.  Jakże  po tym  wszystkim mogła 
spokojnie spać? Miał ochotę ją obudzić, przeszkodzić jej w 
odpoczynku, ale oczywiście nie zrobił tego.

Była taka śliczna, taka urocza. Jasna skóra kontrastowała z 

jej   płomiennymi   włosami.   Nawet   we   śnie   intrygowała   go 
bardziej niż jakakolwiek inna kobieta.

To mu  się  nie  podobało.  Podejrzewał,  że  potem  będzie 

jeszcze gorzej.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Rose   powoli   się   budziła.   Było   jej   ciepło   i   cudownie 

wygodnie.   Wsunęła   się   głębiej   pod   kołdrę,   nie   mając 
najmniejszej ochoty wychodzić z łóżka. Czyjeś ciepłe ciało 
przesunęło   się   również,   wtulając   się   w   wygięcie   jej 
kręgosłupa. To było miłe... Od dawna budziła się samotnie.

Dziś nie była sama. Nie była sama!
Promienie   słońca   przedzierały   się   przez   czarną   materię 

namiotu. Rose przesunęła wzrokiem po antycznym kufrze, na 
którym   stały   kosmetyki,   potem   po   grubym,   bezcennym 
dywanie, wreszcie po starannie złożonym na taborecie obok 
łóżka   jedwabnym  shalwar   kameez.  Ciężar,   który   czuła   na 
plecach, był jak najbardziej realny, nie należał do snu...

Poczucie   komfortu   ulotniło   się   jak   kamfora,   gdy 

wydarzenia   poprzedniego   wieczoru   powróciły   z   nachalną 
wyrazistością.   Co   powinna   zrobić?   Czy   ma   odwrócić   się   i 
pozwolić, by porywacz wziął ją w ramiona i dokończył dzieło, 
które   zaczęli   wczoraj?   A   może   powinna   zareagować 
wściekłością?

Wybrała drugie rozwiązanie. Nim na dobre się rozbudziła, 

w dzikiej furii odrzuciła kołdrę. Jej towarzysz wyskoczył z 
łóżka i zaczął radośnie szczekać na powitanie.

To był pies. Tylko pies...
Opadła na poduszkę i czekała, aż pospiesznie bijące serce 

nieco się uspokoi. Ulga walczyła w niej z rozczarowaniem. 
Stanowczo zbyt długo była sama.

Pies ziewnął szeroko, potem znów usadowił się na łóżku, 

kładąc głowę na jej brzuchu.

  - Jesteś przyzwyczajony do spania w łóżku, prawdą? - 

powiedziała półgłosem, gdy odzyskała oddech. - Moja matka 
by tego nie pochwaliła. - Pogłaskała psa po głowie. - Ona nie 
aprobuje zwierząt w łóżku. Mężów również. Może od czasu 

background image

do   czasu   kochanków.   -   To   był   jeden   z   punktów   niezgody 
pomiędzy nimi.

Jakiś   ruch   dostrzeżony   kątem   oka   skłonił   ją   do 

podniesienia wzroku. Hassan, który zapewne usłyszał hałas, 
rozsunął kotary.

 - Dobrze spałaś?
Zadziwiająco  dobrze.  Natomiast  on  wyglądał  tak,  jakby 

przeżył   ciężką   noc.   Nim   Rose   zdobyła   się   na   odpowiedź, 
przerwano im.

  - Wiedziałam! - Nieduża kobieta, ubrana w tradycyjny 

strój,   pojawiła   się   u   boku   Hassana   i   nie   czekając   na 
zaproszenie, wtargnęła do środka. - Na litość boską, Hassan! - 
jęknęła. - Co ty wyprawiasz?

Czyżby to była jego żona? Rose nawet nie pomyślała, że 

Hassan może mieć żonę.

Hassan   nie   odpowiedział   od   razu.   Kobieta   energicznie 

podeszła do łóżka. Gdy zrzuciła pelerynę i zasłonę z twarzy, 
okazało się,  że  jest bardzo  piękna  i młoda.   Miała na  sobie 
jedwabną bluzkę i doskonale skrojoną krótką spódnicę.

 - Nadim al Raszid - przedstawiła się, wyciągając drobną 

dłoń do Rose. - Ogromnie przepraszam za zachowanie mojego 
brata. Pojedzie pani do mojego domu, gdzie będzie bezpieczna 
aż   do   powrotu   Fajsala.   Postaramy   się   coś   wymyślić,   by 
usprawiedliwić pani krótkie zniknięcie.

Fajsal? Rose błyskawicznie skojarzyła. Ta kobieta musiała 

być   siostrą   Fajsala,   a   więc   przyrodnią   siostrą   Hassana,   i 
najwyraźniej zamierzała zatuszować aferę z porwaniem.

Rose   zerknęła   na   Hassana,   ale   unikał   jej   spojrzenia. 

Zagryzła   dolną   wargę   i   postanowiła   siedzieć   cicho   i   nie 
uśmiechać   się   zbyt   otwarcie,   gdy   Nadim   będzie   strofować 
brata.

  -   Co   ty   sobie   myślałeś,   Hassan?   -   powtórzyła   pytanie 

Nadim. - Nie, nic nie mów! Potrafię odgadnąć. Rozmawiałeś z 

background image

Fajsalem? - Zignorowała ostrzegawcze spojrzenie Hassana i 
ciągnęła: - A więc?

Widząc,   że   nie   uda   mu   się   jej   powstrzymać,   Hassan 

wzruszył ramionami i odpowiedział:

  - Wysłałem Partridge'a do Stanów, aby przywiózł go do 

domu, ale on zmylił ochroniarzy i gdzieś się wymknął.

  -   To   nieuprzejmie   z   jego   strony   -   powiedziała 

sarkastycznie. - Ciekawe, kto nauczył go tej sztuczki?

  -   Dam   sobie   jakoś   radę   -   powiedział   Hassan   przez 

zaciśnięte zęby. - Zostaw to mnie.

 - Nie sądzę.
  - Nikt cię nie pyta o zdanie, Nadim. A teraz bardzo cię 

proszę, wyjdź. To mój problem. Nie chcę, byś się wtrącała. - 
Nie   chciał   narobić   jej   kłopotów.   Rose   poczuła   do   niego 
niespodziewany przypływ sympatii.

 - Już jestem w to zamieszana, idioto. Fajsal jest również 

moim bratem.

 - Ale jeśli się coś nie uda...
  -   Mimo  że   weźmiesz   sprawy   w   swoje   ręce?   Czy   to 

możliwe?   -  spytała   tonem  drwiny.  Zwróciła   się  do   Rose:  - 
Proszę  się niczym nie przejmować. Przywiozłam dodatkową 
abbeyah,  nikt   pani   nie   rozpozna.   -   Odwróciła   się   znów   do 
brata: - Zachowałeś się skandalicznie, Hassan. Panna Fenton 
jest naszym gościem... - Przeszła na arabski i łajała brata w ich 
ojczystym języku.

Rose,   obserwując   rozgrywającą   się   przed   jej   oczami 

scenę, z trudem powstrzymała wybuch śmiechu.

 - Och, przepraszam... - wtrąciła się w końcu, przerywając 

tyradę Nadim. - Nie chciałabym wam przeszkadzać... Ale czy 
w tej sprawie również mogłabym zabrać głos?

W   oczach   Hassana   dojrzała   wyraz   wdzięczności. 

Wspaniale.   Ale   nie   robiła   tego   dla   niego.   Ostatecznie   cała 
sprawa   dotyczyła   również   jej.   A   ostatnią   rzeczą,   jakiej 

background image

pragnęła, to wyjazd z Nadim do jej domu, niezależnie od tego, 
jakimi szlachetnymi intencjami kierowała się księżniczka. Nie 
chciała jechać do miasta. Tutaj przynajmniej pozostawała w 
centrum wydarzeń. A jednocześnie - blisko Hassana...

Nadim najwyraźniej źle ją zrozumiała, ponieważ podeszła, 

usiadła   na   łóżku   i   ujęła   jej   rękę   w   swoją   drobniutką, 
wypielęgnowaną dłoń.

  - Panno Fenton, zdaję sobie sprawę, że chciałaby pani 

wrócić   do   domu   swojego   brata   i   kontynuować   przerwany 
wypoczynek,   ale   pojawił   się   pewien   problem...   Abdullah 
zmierza do zagarnięcia tronu Fajsala, a Fajsal, głupi chłopak, 
akurat wybrali sobie ten moment na... Powiedzmy, że wybrał 
nieodpowiedni   moment.   -   Wtrąciła   kilka   słów   po   arabsku, 
niewątpliwie   o   ogólnej   głupocie   mężczyzn,   a   jej   braci   w 
szczególności. - Szum wokół pani zniknięcia przez kilka dni 
będzie trzymał Abdullaha na wodzy. Jeśli pozostanie pani ze 
mną,   pewna   jestem,   że   Hassan   doceni   pani   poświęcenie   i 
hojnie je wynagrodzi.

 - Wynagrodzi? - powtórzyła Rose jak echo. Czyżby miała 

otrzymać order za zasługi dla Ras al Hajar?

  - Będziesz mogła wyznaczyć swoją cenę. Tyle lakhów 

złota, ile zechcesz - powiedział cicho Hassan.

  -   Obsypiesz   mnie   złotem   i   perłami,   zawieziesz   na 

pustynię, by zaśpiewać mi pieśń miłości.

 - Cokolwiek zechcesz - powiedział.
 - Umiesz śpiewać?
 - Jak słowik.
  - Reportaż - przerwała poważnie. - To wszystko, czego 

chcę. Zostanę tutaj.

Nadim zrobiła wystraszoną minę.
 - Ale przecież nie może pani...
  - Może i musi. - Hassan nareszcie odzyskał panowanie 

nad sytuacją.

background image

 - Och, ale...
 - Czy nie powinnaś być dzisiaj w klinice, Nadim?
 - Po południu. - Zerknęła na zegarek. - A skoro mowa o 

klinice, przydałyby mi się nowe inkubatory...

 - Przekażę tę sprawę Partridge'owi. On wszystko załatwi.
Nadim potrafi, jak widać, chwytać w lot okazję, pomyślała 

Rose, gdy ciemnowłosa piękność uśmiechnęła się tak, że cała 
jej twarz pojaśniała.

  -   Dziękuję.   Wszystkie   matki   w   Ras   al   Hajar   będą   ci 

wdzięczne. A teraz, panno Fenton.

 - Rose, proszę.
 - Rose... Czy mogłabym coś dla ciebie zrobić?
  -   Twój   brat   zadbał   o   wszystko   -   odparła   Rose   z 

uśmiechem.   -   Może   tylko   ta   koszula...   -   wskazała   palcem 
nocną koszulę - nie jest zbytnio w moim guście.

  - Naprawdę? - Przez moment oczy Hassana spoczęły na 

jej   wznoszącym   się   i   opadającym   biuście.   Chrząknął.   - 
Przykro mi, że mój wybór nie spotkał się z twoim uznaniem. 
Ale ten oto kufer pełen jest ubrań. Z pewnością znajdziesz coś 
odpowiedniego...

Rose, której serce waliło jak oszalałe, nagle zamarła, gdy 

Hassan odwrócił się i chcąc podnieść wieko kufra, sięgnął po 
pudełko z chusteczkami higienicznymi. Czy jego ciężar go nie 
zaniepokoił?

 - Wyjdź już, Hassan - wtrąciła się Nadim.
Hassan zerknął na Rose. Mogłaby przysiąc, że ma ochotę 

roześmiać się głośno.

  -   Rzeczywiście   -   powiedział   -   jeśli   macie   zamiar 

przeglądać garderobę, wolę się usunąć. Czy zostaniesz z nami 
na śniadaniu, Nadim?

  -   Wypiję   tylko   kawę   -   powiedziała,   władczym   gestem 

pokazując   mu   wyjście.   Gdy   wreszcie   je   opuścił,   wyjrzała 
jeszcze na zewnątrz i dopiero wtedy zwróciła się do Rose: - 

background image

Nieważne,  co Hassan  mówi.  Jeśli  nie chcesz  tu zostać, nie 
musisz. Powiedz słowo, a wyjedziesz ze mną.

Nie. Zostanie tu, żeby obserwować sprawy z bliska.
  - Wszystko będzie dobrze - zwróciła się uspokajającym 

tonem do Nadim. - Naprawdę. - A żeby odwrócić jej uwagę od 
głównego tematu, spytała: - Co to jest lakh złota? Jakiś rodzaj 
biżuterii?

  -   Ależ   nie!   -   Nadim   była   zdumiona   ignorancją   w   tak 

istotnej sprawie. - To jednostka wagi. Sto tysięcy gramów. Ale 
nie   martw   się   -   dodała   szybko.   -   Niezależnie   od   tego,  czy 
zostaniesz tutaj, czy pojedziesz ze mną, Hassan i tak będzie 
musiał zapłacić twojemu bratu za to, że cię porwał.

  - Zapłacić Timowi? - Rose wyglądała na oszołomioną. 

Nie   potrafiła   wyobrazić   sobie   reakcji   Tima.   Jeśli   Hassan 
zaproponuje   mu   pieniądze   za   honor   siostry,   było   całkiem 
możliwe, że Tim zmieni swoje obyczaje i po prostu rzuci się 
na Hassana z pięściami.

Nadim mówiła poważnie.
  -   Oczywiście,   że   musi   zapłacić.   Według   naszych 

zwyczajów Hassan okrył cię hańbą.

Czyżby Nadim uznała za oczywiste, że Hassan się z nią 

przespał? A może wystarczyło to, że była jedyną kobietą w 
jego obozie? Rose pomyślała, że lepiej nie pytać.

  -   A   może   twój   brat   go   zabije?   -   zasugerowała 

nieoczekiwanie Nadim.

  - Och, nie sądzę. - Rose uśmiechnęła się w duchu. W 

największym   wzburzeniu   Hm   mógł   co   najwyżej   walnąć 
Hassana w szczękę.

  - Nie? - Nadim wzruszyła ramionami. - Oczywiście, on 

jest   przecież   Anglikiem.   Anglicy   są   tacy...   flegmatyczni. 
Hassan w takiej sytuacji na pewno zabiłby twego brata. No, 
ale jeśli w grę nie wchodzą pieniądze ani krew, w takim razie 

background image

pozostaje jedno rozwiązanie. Hassan będzie musiał się z tobą 
ożenić. Nie martw się, ja się tym zajmę.

To przekraczało najśmielsze fantazje Rose.
  -   Ależ   na   pewno   mężczyzna   w   jego   wieku   i   z   jego 

bogactwem. .. - Zdała sobie sprawę, że podąża torem myślenia 
Nadim - jest już żonaty, nieprawdaż?

  -  Hassan?  Żonaty?  - Nadim  szczerze  się  roześmiała.   - 

Niełatwo znaleźć kobietę, która byłaby w stanie go usidlić.

 - Przecież małżeństwa są aranżowane?
  -   Hassan   jest   inny   -   powiedziała   jego   siostra.   -   Jest... 

nietypowy. Z tobą to oczywiście kwestia honoru i nie będzie 
miał   wyjścia,   ale   w   innych   okolicznościach   w   ogóle   nie 
rozważałby tej możliwości. Uwierz mi, nieraz próbowaliśmy, 
ale   on   zbyt   wiele   podróżował,   by   zaakceptować   jakąś 
porządną   dziewczynę   o   tradycyjnych   poglądach,   która 
siedziałaby w domu i wychowywała dzieci. To nie byłoby w 
porządku wobec żadnej ze stron. A jednocześnie Hassan ma 
zbyt tradycyjne poglądy, by ożenić się z jedną z tych aktorek 
lub modelek, z którymi pokazuje się publicznie, gdy mieszka 
w   Londynie   lub   Paryżu.   Oczywiście,   taki   związek   nie 
przetrwałby nawet pięciu minut

 - Dlaczego?
  -   Kobiety   muszą   się   urodzić   do   życia,   jakie   tu 

prowadzimy.   Nasi   mężczyźni   są   bardzo   zaborczy,   a 
nowoczesne   kobiety   tego   nie   akceptują.   Chciałyby   mieć 
wszystko, co może im ofiarować Hassan, ale jednocześnie nie 
zamierzają zrezygnować z tego, co już mają. - Uśmiechnęła 
się pobłażliwie. - W pewnym sensie żal mi ich.

 - Ale ty jesteś szczęśliwa.
  - Pracowałam nad tym. Mam dobrego męża, wspaniałe 

dzieci i pasjonującą pracę w kraju, który kocham. - Zerknęła 
na   Rose.   -   Hassan   też   kocha   swój   kraj.   Nie   potrafiłby   żyć 
gdzie   indziej.   -   Nadim   westchnęła.   -   Byłby   wspaniałym 

background image

emirem - dodała. - Zawsze miał w sobie to, co nazywa się 
majestatem   władzy.   Tymczasem   Fajsal...   Cóż,   Fajsal   nie 
rozumie,   ile   będzie   musiał   poświęcić.   -   Zamyśliła   się   na 
chwilę. - A może właśnie rozumie.

 - A Abdullah?
Nadim   zaczęła   mówić,   ale   nagłe,   jakby   zdając   sobie 

sprawę, że mogłaby powiedzieć zbyt wiele, urwała. Szybko 
zerknęła na zegarek.

 - Och, mam już mało czasu. Przejrzyjmy ubrania.
 - Czego się dowiedziałaś? - spytał Hassan, gdy usiedli do 

śniadania.

 - Dowiedziałam?
  -   Moja   siostra   ma   długi   język.   Jestem   pewien,   że   nie 

miałaś trudności z wyciągnięciem od niej informacji.

 - Nadim jest urocza, troskliwa i bardzo pomocna.
  -   Skoro   zrobiła   tak   dobre   wrażenie,   musiała   być 

niezwykle rozmowna, nawet jak na nią.

 - Wcale nie. Dowiedziałam się niewiele ponad to, co już 

wiem.

 - Właśnie to „niewiele" mnie niepokoi.
 - Dlaczego? Dopilnowanie, by twój brat zasiadł zgodnie z 

prawem   na   tronie,   nie   jest   niczym   zdrożnym.   A   ja 
podejrzewałam, że chcesz go ubiec. - Jeśli spodziewała się, że 
Hassan zareaguje na te insynuacje gwałtownie, przeliczyła się. 
- I nie zamierzam nikomu mówić o twoich planach. Słowo. - 
Uśmiechnęła   się.   W   każdym   razie   jeszcze   nie   teraz.   - 
Odniosłam wrażenie, że głównym zmartwieniem Nadim jest 
to, że będziesz musiał słono zapłacić mojemu bratu za okrycie 
mnie hańbą.

Żartowała   sobie   z   niego.   Bawiła   się   jego   kosztem.   W 

porządku. Byle była szczęśliwa, pomyślał.

  -   Jeśli   uważasz   to   za   stosowne   -   rzekł   z   lekkim 

lekceważeniem.   Jej   współpraca   warta   była   złota.   A   ona 

background image

współpracowała. Albo była bardzo sprytna... - Chociaż, znając 
ciebie i twego brata, wątpię, byście dybali na moje pieniądze. - 
Mógłby ręczyć życiem, że nie siedziała również w kieszeni u 
Abdullaha.  Czekał  na   odpowiedź,  zadowolony,  że   Rose  się 
dobrze bawi.

 - Może masz rację. Ale i tak wpadłeś w tarapaty. Zdaniem 

Nadim   jedyną   alternatywą   ugody   finansowej   jest   śmierć,   a 
skoro Tim prędzej sam by umarł, niż kogoś zabił, pozostaje 
jeszcze... małżeństwo.

Zauważyła, że jego ręka, kiedy podnosił filiżankę do ust, 

na moment zastygła w bezruchu.

 - Możliwe, że Nadim ma rację - powiedział sucho. Dopił 

kawę,   odstawił   filiżankę   i   wstał.   -   Widzę,   że   włożyłaś 
bryczesy. Czy mam rozumieć, że chcesz pojeździć konno?

Czy chciała z nim jeździć konno? Czy dlatego włożyła 

bryczesy,  mimo   obiekcji   Nadim?   Nagle   poczuła   się   bardzo 
zmieszana. Minęło wiele czasu, odkąd jeździła konno u boku 
ukochanego mężczyzny.

Właściwie   miała   ochotę.   Bryczesy   wydawały   się   tak 

swojskie, tak bliskie...

Unikając jego wzroku, wyciągnęła nogi do przodu.
 - To były jedyne spodnie, jakie znalazłam - powiedziała 

wymijająco.   -   Nie   lubię   nosić   długich   jedwabnych  sukni.   - 
Oczywiście, bielizna to co innego. Na wierzch ubrała męską 
koszulę i stare bryczesy, które znalazła w szufladzie Hassana. 
Koszula była zbyt luźna, toteż wcisnęła ją w szerokie spodnie. 
- Jak ci się podobają? - spytała kokieteryjnie.

 - Mogą być - odparł z wahaniem. - Nie pamiętam ich... - 

Siedział   sztywno,   dając   do   zrozumienia,   że   nie   pochwala 
korzystania z jego rzeczy. - Powinienem dostarczyć ci twoją 
garderobę   -   dodał   tonem   usprawiedliwienia   -   ale   wówczas 
mogliby pomyśleć, że wyjechałaś z własnej woli

background image

 - A jednak przy wiozłeś tu moje buty. - Były to sportowe, 

sznurowane buty, które miała na sobie w dniu przyjazdu.

 - Grunt jest tu nierówny - odparł, wzruszając ramionami.
 - To byłby pech, gdybyś musiał zawieźć mnie do szpitala 

ze złamaną nogą, nieprawdaż?

  -   Nie   bądź   głupia.   -   Uśmiechnął   się   lekko.   - 

Powiedziałbym, że cię znalazłem w takim stanie. A ty  byś 
mnie nie zdradziła, prawda, Rose? Pomyślałabyś o reportażu i 
siedziałabyś cicho.

Ten facet był nieznośny. Po prostu nieznośny,
  -   Oczywiście,   jeśli   Khalil   oddałby   ci   wszystkie   moje 

rzeczy,   prawdopodobnie   skończyłby   w   więzieniu   jako 
współwinny porwania. Nie sądzę, by Abdullah specjalnie się z 
nim cackał.

 - Khalil?
  -   Służący   mojego   brata.   Ktoś   przecież   musiał   ci 

powiedzieć, jakich używam kosmetyków. A przy okazji, masz 
tu wspaniały prysznic. - Dopiła kawę i ciągnęła: - Któżby inny 
mógł zepsuć telefon i światło w range roverze, nie wzbudzając 
podejrzeń?

Zignorował jej pytanie.
  - Masz ochotę się przejechać? - wrócił do poprzedniej 

propozycji.

 - To jedna z obiecanych atrakcji.
 - A potrafisz jeździć konno?
  - Owszem. - Wstała, czując się coraz bardziej nieswojo, 

ponieważ   od   dłuższego   czasu   Hassan   nie   spuszczał   z   niej 
oczu.

  -   Aby   utrzymać   się   na   jednym   z   moich   koni,   nie 

wystarczają umiejętności nabyte w szkółce jeździeckiej.

 - Nie wątpię, ale miałam naprawdę dobrego nauczyciela. 

Nie obawiasz się, że ktoś może  mnie  zauważyć? - spytała, 
gwałtownie   zmieniając   temat.   -   Jeśli   do   poszukiwań   użyją 

background image

helikopterów... - Przesunęła ręką po swoich rudych włosach. - 
Raczej trudno mnie pomylić z kimś innym.

 - To prawda - skonstatował z krzywym uśmiechem. - Ale 

twoje   włosy   nie   będą   problemem.   Odpowiednio   ubrana, 
staniesz się niewidoczna. Poczekaj chwilę.

Po   kilku   minutach   wrócił   z   chustą   w   biało   -   czerwoną 

kratkę. Podał ją Rose.

Usiłowała   udrapować   ją   na   głowie,   ale   bez   skutku. 

Przytrzymując dwa końce, patrzyła bezradnie na Hassana.

Nastała   chwila   niezręcznej   ciszy.   Wreszcie   Hassan 

odetchnął gwałtownie.

  - Popatrz - powiedział z ożywieniem. - Tak się to robi. 

Zręcznie   owinął   chustkę   wokół   jej   głowy,   potem   zasłonił 
dolną część twarzy, przy okazji muskając palcami jej policzki. 
Pod dotykiem jego delikatnych palców skóra Rose pokryła się 
gęsią skórką.

 - Załatwione.
 - Dziękuję - odpowiedziała głosem, który w zaschniętych 

ustach zabrzmiał jak szept.

  -   To   ja   ci   dziękuję,   Rose.   Za   zrozumienie.   Gdyby 

Abdullah się dowiedział...

  - No, cóż... Gdybym ukrywała się w domu Nadim, nie 

miałabym sensacyjnego materiału, czyż nie?

Twarz   Hassana   rozjaśnił   uśmiech.   Podał   jej   pelerynę   z 

wielbłądziej wełny.

  -   Teraz   przypominasz   Beduina   -   powiedział,   również 

owijając twarz chustą.

  -   Z   wyjątkiem   brody   -   szepnęła   poprzez   materiał. 

Przechyliła głowę na bok. - Ty też nie nosisz brody, Hassan. 
Dlaczego?

 - Zadajesz za dużo pytań. - Położył dłoń na jej plecach i 

wyprowadził na jasne, poranne słońce.

background image

  -   To   prawda.   Ale   kiepsko   ci   idzie   z   odpowiedziami   - 

skomentowała.

Podprowadził   ją  do   osiodłanych  koni.   Jeden  z  nich   był 

wspaniałym czarnym ogierem, bardzo podobnym do tego, o 
jakim czytała jeszcze wczoraj w „Szejku". Zastanawiała się, 
czy wybrał go celowo, by odniosła wrażenie, że jej fantazje 
nabierają realnych kształtów.

Drugi   ogier,   nieco   drobniejszej   budowy,   był   bardzo 

pięknym kasztanem.

 - Jak się nazywa? - spytała, głaszcząc szyję konia.
 - Iram.
 - Iram - szepnęła, a koń zastrzygł uszami i uniósł głowę. 

Chwyciła wodze, a Hassan pomógł jej wsiąść na siodło, potem 
podciągnął popręg. Od dawna nie siedziała na koniu, ale ten 
wierzchowiec wyglądał dość spokojnie.

Hassan   wskoczył   na   siodło,   zerknął   na   nią   i   wyraźnie 

zadowolony z tego, co zobaczył, skinął głową. Po chwili konie 
ruszyły.

Przez chwilę Rose miała wrażenie, że bestia, na którą ją 

wsadzono, wyrwie jej ramiona ze stawów. Była zadowolona, 
że Hassan wysunął się do przodu i nie widział beznadziejnej 
walki, jaką toczyła z wierzchowcem.

Gdy   Hassan   wreszcie   zatrzymał   się   i   odwrócił,   by 

sprawdzić, jak sobie radzi, na szczęście opanowała już konia. 
Ruszył   za   nią,   wyprzedził   i   znów   zaczął   prowadzić.   Jego 
czarna   peleryna   powiewała   na   wietrze.   Jazda   była 
podniecająca,   cudowna,   ale   zarazem   wyczerpująca.   Gdy 
zatrzymali się na urwistym zboczu wzgórza, Rose śmiała się, z 
trudem łapiąc oddech, i drżąc z powodu wysiłku, jaki włożyła 
w okiełznanie narowistego ogiera. Hassan również się śmiał.

 - Myślałeś, że sobie z nim nie poradzę, prawda?
  -   Mało   brakowało,   ale,   jak   widać,   jesteś   doskonałym 

jeźdźcem.

background image

 - Od dawna nie jeździłam.
Hassan przerzucił nogę przez siodło, zeskoczył i wziął do 

ręki wodze.

 - Kto cię uczył?
 - Przyjaciel.
Odwrócił się i spojrzał na nią uważnie.
 - Rozumiem,  że mężczyzna. Jeździsz po męsku. Parzyło 

ją jego badawcze spojrzenie.

  -   Tak,   mężczyzna.   Hodował   konie.   Piękne   konie.   - 

Pogłaskała rumaka po szyi. Skrzypienie siodeł, zapach skóry i 
końskiego potu wróciły do niej wraz z resztą wspomnień. - 
Był moim mężem.

Zapadła cisza. Hassan trawił tę wiadomość.
 - Był? - spytał po chwili. - Jesteś rozwiedziona?
  -   Nie,   on   umarł.   -   Nastała   kolejna   chwila   ciszy. 

Zauważyła, że Hassan zastanawiał się, czy dalej ją indagować. 
- To nie był wypadek na koniu - wyjaśniła z własnej woli. - 
Miał wadę serca. Nie powiedział mi o tym... - Nie rozmawiała 
na ten temat od ponad pięciu lat. Próbowała o tym nie myśleć.

Wysunęła   nogi   ze   strzemion   i   zeskoczyła   na   ziemię.   - 

Pewnego dnia jego serce stanęło. I zmarł.

Hassan   dołączył   do   niej   i   szli   obok   siebie,   prowadząc 

konie za wodze.

 - Przykro mi, Rose. Nie miałem pojęcia.
 - To było dawno temu. Wyczuła, że na nią zerka.
 - Chyba nie aż tak dawno? Jesteś młodą kobietą.
 - Minęło prawie sześć lat. - Ledwie dostrzegała krajobraz, 

który rozpościerał się przed jej oczami. Widziała wymarzoną, 
niespełnioną wizję swego życia. Dwójka dzieci jeżdżących na 
kucykach...   Michael   chciał   mieć   dzieci.   To   ona   się 
sprzeciwiała. Była przecież taka młoda, nie widziała powodu 
do pośpiechu...

background image

Oczy jej pokryła mgła; potknęła się o wystający kamień. 

Hassan przytrzymał ją w talii.

 - Całe szczęście, że masz interesującą pracę - powiedział. 

- Pracę, która wypełniła ci pustkę po stracie męża.

  - Myślisz, że praca może tego dokonać? Czy cokolwiek 

może zrekompensować taką stratę? Kochałam go. On mnie też 
kochał. - Nie musiała walczyć o jego uczucie. Wystarczyło, że 
była sobą.

Popatrzył na nią w zamyśleniu.
  -   Powiedz   mi,   czy   dlatego   masz   opinię   dziennikarki 

pozbawionej strachu, że w gruncie rzeczy cały czas wyzywasz 
śmierć na pojedynek?

Opanowała ją złość. Jak śmiał grzebać w jej uczuciach? 

Robić jakąś amatorską psychoanalizę? Przez wiele lat bawiła 
się w to jej matka. Gdy Rose poślubiła Michaela, kiwała z 
powagą   głową,   tak   jakby   przypadek   jej   córki   stanowił 
potwierdzenie   teorii,   którą   właśnie   przedstawiła   w   swojej 
najnowszej rozprawie feministycznej. Oczy Hassana wyrażały 
współczucie.

  -   Może   -   wyszeptała,   przyznając   się   do   tego   po   raz 

pierwszy. - Możliwe. Przez jakiś czas...

 - Nie spiesz się zbytnio, Rose. Allan przyjdzie po ciebie, 

kiedy uzna za stosowne.

 - Wiem. - Zmusiła się do uśmiechu. - Ale o wiele łatwiej 

jest zyskać reputację, niż się jej pozbyć. Mam niewyparzony 
język i to również przysparza mi kłopotów.

 - Zauważyłem - powiedział ze śmiechem.
Jego   głos,   chociaż   drwiący,   miał   w   sobie   ciepło,   które 

szybko   przywróciło   ją   do   rzeczywistości.   Teraz   liczyła   się 
teraźniejszość.   Tu   i   teraz.   Przez   chwilę,   gdy   obejmował   ją 
ręką w talii, a wzrok jego palił mocniej niż pustynne słońce, 
pomyślała, że znów chce ją pocałować. Ale tego nie zrobił. 
Zauważyła   nawet   moment,   w   którym   się   wycofał,   nagłe 

background image

zrezygnował - ten ułamek sekundy, gdy opuścił rękę i ruszył 
przed siebie.

O nie, nie wywinie się tak łatwo, pomyślała, podążając za 

nim krok w krok. Miała do napisania reportaż.

 - A więc - podjęła - dlaczego zgoliłeś brodę?

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Hassan roześmiał się, zadowolony, że zmieniła temat.
  - A kto ci powiedział, że kiedykolwiek nosiłem brodę? 

Ograniczyła   się   do   wystudiowanego   podniesienia   brwi, 
przypominając mu w ten sposób, z kim ma do czynienia. Nie 
należała do łatwowiernych gąsek, które można było zbyć byle 
czym.

 - Jesteś zajadła jak terier - poskarżył się.
  - Komplementy nie robią na mnie wrażenia - odparła. - 

Znam je na pamięć. Dlaczego? - naciskała, starając się zajść 
mu za skórę, dowiedzieć się, jaki jest naprawdę.

  -   Może   jestem   urodzonym   buntownikiem   -   rzekł 

przekornie.

 - Czarna owca? To chyba oczywiste, nieprawdaż?
  - Miałem wtedy dwadzieścia jeden lat - przyznał się w 

końcu.   -   To   przekorny   wiek.   Spodobałem   się   sobie,   więc 
dlaczego miałbym coś zmieniać? - Poprowadził ją do płaskiej 
skały,   przywiązał   konie   do   karłowatego   drzewa,   poprosił 
Rose, by usiadła i podał jej termos z wodą.

Rozpościerający się przed nimi teren kończył się skalistą 

skarpą,   opadającą   ku   nadbrzeżnej   równinie.   Dalej   na 
horyzoncie   dostrzegła   błękit   morza.   Był   to   surowy   pejzaż, 
zupełnie inny niż zielone angielskie krajobrazy. Miał jednak 
swoisty   urok,   było   w   nim   coś   przykuwającego   uwagę, 
ponadczasowego - czystość, prostota i piękno.

Hassan   kochał   tę   ziemię.   Zerknęła   teraz   na   niego, 

oczekując dalszych słów.

Wzruszył   ramionami   i   potarł   dłonią   gładko   wygolony 

podbródek.

 - Mój dziadek wiedział, że ja nie utrzymam pokoju wśród 

wszystkich plemion  - powiedział. - To był trudny okres. Z 
wydobycia   ropy   płynęły   wielkie   pieniądze.   Dziadek 

background image

przewidział, że rywalizujące ze sobą rody, wykorzystując fakt, 
że mój ojciec był cudzoziemcem, doprowadzą do rozruchów.

  - Nie miał własnych synów, którzy mogliby przejąć po 

nim władzę?

  - Nie. Miał sześć córek, ale żadnego syna. Byłem jego 

najstarszym wnukiem, ale gdy przyszło mu wybierać, postąpił 
tak,   jak   przystało   na   władcę.   Przedłożył   dobro   kraju   nad 
pragnienia serca.

 - Kiedy wyznaczył Fajsala na swojego dziedzica?
  -   Matka   wkrótce   po   śmierci   mojego   ojca   wyszła 

ponownie za mąż. To było polityczne małżeństwo. Mieli dwie 
córki. Nadim jest jedną z nich. Dopiero później urodził się 
Fajsal. Ma dokonały rodowód, błękitną krew.

 - Nadal jest bardzo młody.
 - Wiem, ale kiedyś wszyscy musimy dorosnąć. Na niego 

właśnie przyszła pora. Trzeba mieć nadzieję, że poradzi sobie 
lepiej ode mnie.

Poczuła dla niego współczucie. Krył ból głęboko w sercu, 

ale   niekiedy   można   go   było   dostrzec   na   dnie   pięknych 
ciemnych oczu.

 - Musiało ci być trudno to zaakceptować.
Hassan podniósł kamyk, ścisnął go w dłoni.
 - Tak, to było trudne - przyznał. - Miałem przecież tylko 

to. - Przez chwilę jeszcze trzymał kamyk w dłoni, wreszcie 
gwałtownie go odrzucił. - Potem nic mi już nie zostało.

Rose zastygła w milczeniu. Cóż mogła powiedzieć? Został 

wydziedziczony z powodu swego pochodzenia. Żadne słowa 
nie mogły tego zmienić.

 - Tym trudniej było mi znieść - ciągnął, zerkając na Rose 

-   że   dziadek,   aby   uciszyć   wrogów,   wyznaczył   Abdullaha 
regentem   emiratu.   Nie   miał   wyboru,   wiem   o   tym.   W   ten 
sposób mnie chronił. Gdybym wtedy był dziesięć lat starszy, 
być   może   rzuciłbym   mu   wyzwanie   i   może   utrzymałbym 

background image

jedność   kraju.   Byłem   zbyt   młody,   aby   sprostać   takim 
wyzwaniom.   Teraz   jedynym   kłopotem,   jaki   mamy,   jest 
Abdullah   i   jego   poplecznicy   o   lepkich   rękach.   A   nasi 
obywatele   pragną   dostępu   do   edukacji,   opieki   medycznej   i 
wszystkich zdobyczy nowych czasów.

Rose   pomyślała   o   luksusowym   centrum   medycznym, 

które jej pokazano. Wszystko lśniło tam nowością. Podobnie 
jak w centrum handlowym pełnym eleganckich butików oraz 
ekskluzywnym   salonie   odnowy   biologicznej,   gdzie 
natychmiast zaoferowano jej honorowe członkostwo.

Objęła   ramionami   kolana,   położyła   na   nich   policzek   i 

zapatrzyła się przed siebie.

  -   Nikt   nie   może   cię   obwiniać,   że   tak   zareagowałeś   - 

powiedziała.

  - Nikt tego nie robił. Nikt też nie zrobił nic, aby mnie 

powstrzymać. Gdy zostałem wydziedziczony, zgoliłem brodę, 
zacząłem ubierać się na czarno i żyć jak szaleniec. Dziadek 
odebrał mi prawo do tronu, ale hojnie wyposażył. Miałem za 
dużo   pieniędzy,   a   za   mało   zdrowego   rozsądku,   by   z   nich 
właściwie korzystać. Tymczasem Abdullah i jego poplecznicy 
wprost   zachęcali   mnie   do   samozagłady.   Byłem   niedojrzały, 
rozpuszczony   i   głupi.   Wiem   o   tym,   ponieważ   moja   matka, 
mimo   lęku   przed   lataniem,   pewnego   dnia   pojawiła   się   w 
Londynie tylko po to, by powiedzieć mi to prosto w oczy.

Jeśli   była   choć   trochę   podobna   do   Nadim,   pomyślała 

Rose, skrywając uśmiech, na pewno nie pozostawiła na nim 
suchej nitki.

 - Jednak nie zapuściłeś znów brody - powiedziała. - Nie 

mogłeś ubierać się choć trochę bardziej konserwatywnie? Nie 
zmieniłeś zresztą również swego zachowania.

 - Buntownik przychodzący do nogi jak pies? Czyż to nie 

ucieszyłoby   Abdullaha?   Na   pewno   zacząłby   rozpuszczać 
plotki, że próbuję wrócić do łask, by zdobyć tron. A to byłoby 

background image

doskonałym   pretekstem   do   wykonania   jakiegoś   ruchu 
przeciwko   mnie   i   Fajsalowi.   Nie,   dopóki   mój   brat   nie 
zasiądzie   na   właściwym   miejscu,   nie   zmienię   wizerunku.   - 
Zerknął na nią z góry. - A ponieważ mój najdroższy kuzyn 
zajęty jest poszukiwaniem ciebie, mamy trochę czasu.

Gestem głowy wskazał nabrzeże, gdzie w oddali nisko nad 

ziemią łatały dwa helikoptery. Hassan odchylił się i oparł na 
łokciu, nie zdradzając żadnych objawów niepokoju.

 - Co będzie, jeśli pojawią się w obozie?
  -   Strzelę   do   pierwszego   mężczyzny,   który   wejdzie   do 

części przeznaczonej dla kobiet.

  -   Części   przeznaczonej   dla   kobiet?   A   cóż   to   za 

określenie? Jestem tu tylko ja, a ja nie jestem jedną z twoich 
kobiet!

 - Jesteś pod moją opieką. Jedna kobieta, czy sto, cóż to za 

różnica?

Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
 - Ale żeby kogoś zabić...
  - Wystarczy postrzelić. Kula w nogi najodważniejszego 

śmiałka zazwyczaj zniechęca resztę. - Wzruszył ramionami.

  - Zresztą tego się spodziewają. - Widząc, że Rose nadal 

nie   jest   przekonana,   dodał:   -   Zrobiliby   to   samo,   gdyby 
sytuacja była odwrotna.

 - Ale to jest... to jest takie prymitywne.
 - Tak uważasz? - Szare oczy zalśniły w jasnym słońcu.
 - Może masz rację. Pamiętasz, Rose, wczoraj wieczorem 

miałaś tego przedsmak.

Nie   robił   aluzji   do   jej   porwania,   zaplanowanego   z 

niezwykłą   precyzją.   Mówił   z   pewnością   o   tej   chwili,   gdy 
oboje   bliscy   byli   porzucenia   wszelkich   pozorów 
cywilizowanego zachowania.

Szybko   odwróciła   wzrok.   Helikoptery   poleciały   dalej 

wzdłuż wybrzeża.

background image

  -   Lepiej   wracajmy,   póki   jeszcze   mogę   się   ruszać   - 

powiedziała. - Od dawna nie siedziałam na koniu. Za chwilę 
będę sztywna jak deska.

Wstał i wyciągnął do niej rękę. Gdy po chwili wahania 

podała mu swoją, pociągnął ją do góry. Przez chwilę jej palce 
pozostały w jego dłoni.

  - Tylko nie mów mi, że marzysz o wizycie w salonie 

odnowy biologicznej? Powiedz tylko słowo, a wysmaruję cię 
specjalną maścią.

Przez chwilę wyobraziła sobie jego ciepłe dłonie masujące 

jej   ramiona   i   plecy,   a   potem   napięte   mięśnie   nóg. 
Niewątpliwie   po   takim   masażu   poczułaby   się   lepiej.   Ale 
cofnęła rękę i roześmiała się trochę sztucznie.

 - Dzięki, Hassan, ale lepiej będzie, jeśli trochę pocierpię.
Hassan   niecierpliwie   czekał   na   telefon   od   Simona 

Partridge'a. Powtarzał sobie w duchu, że musi stawić czoło 
rzeczywistości.

Rose   Fenton   była   kobietą,   której   cały   świat   padnie   do 

stóp.   Za   tydzień   prasa   będzie   błagać   ją   o   reportaż.   W 
Hollywood prawdopodobnie zechcą nakręcić film.

Za każdym razem, gdy z nią rozmawiał, tylko ułatwiał jej 

sprawę. Wystarczyło, by na niego spojrzała, a on od razu miał 
ochotę zwierzać się jej z najgłębszych sekretów, najskrytszych 
pragnień.

W dodatku zaproponował jej masaż!
Jęknął z głębi serca. Trzeba z tym natychmiast skończyć. 

Do licha, pospiesz się, Partridge! Gdzie się podziewasz, do 
diabła!

Jej   jedwabista   skóra...   Przystanął,   przymknął   oczy   i   na 

chwilę zatopił się we wspomnieniu rozchylonych, chętnych, 
ciepłych warg...

Zamierzał zachować dystans. Sądził, że to będzie proste. 

Ona była dziennikarką, on zaś z zasady nie lubił dziennikarzy. 

background image

Ale od momentu, gdy odebrał telefon i usłyszał jej głos, był 
zgubiony.

Oparł się o pień starej palmy. Kogo chciał oszukać? Był 

zgubiony od chwili, gdy wsiadł na pokład samolotu Abdullaha 
i   napotkał   wzrokiem   spojrzenie   brązowych,   przenikliwych 
oczu.

Miała w sobie jakiś szczególny urok. To nim przyciągała 

ludzi na całym świecie do telewizorów. Teraz, gdy był blisko 
niej, zrozumiał, na czym ten urok polega.

Choć   śmiech   częściej   gościł   na   jej   twarzy   niż   łzy,  pod 

pozorami   nieustępliwości   była   bardzo   wrażliwa.   Dziś   na 
przykład omal nie podzieliła się z nim swoim bólem. Chciał ją 
objąć, pocieszyć.

 - Halo... - Słaby głos odezwał się w słuchawce.
 - Partridge?
  - Ekscelencja? - Na linii rozległy się trzaski, stłumione 

dźwięki. - Co się dzieje?

  -   Nic   się   nie   dzieje   -   odpowiedział   Hassan.   -   W   tym 

właśnie tkwi problem. Znalazłeś go wreszcie?

  - Dam panu znać, gdy go znajdę. Tu jest teraz czwarta 

nad ranem...

 - I co z tego?
  -   To   z   tego,  że   położyłem   się   dopiero   o   drugiej   - 

odparował Partridge, już rozbudzony i zły. - Dowiedziałem się 
tylko   tego,   że   Fajsal   zaszył   się   w   jakimś   domku 
kempingowym w Adirondacks z dziewczyną. Nikt nie wie, co 
to za dziewczyna, ani który to domek, a tu jest ich mnóstwo. A 
ponieważ nie stoją w równych rzędach wzdłuż brukowanych 
ulic, sprawdzenie wszystkich zajmie mnóstwo czasu. - Urwał. 
-   A   skoro   już   mówimy   o   zaginionych   osobach... 
Przypuszczam, że to pańska sprawka. Cały czas mówią o tym 
w CNN.

background image

Hassan   uśmiechnął   się   pod   nosem,   słysząc   sarkazm   w 

głosie Partridge'a.

 - Kto jest podejrzany? - odpowiedział pytaniem.
 - Chyba nie mają zielonego pojęcia. A nawet, jeśli tak, nic 

nie   mówią.   Abdullah   twierdzi,   że   panna   Fenton   zapewne 
oddaliła się od samochodu swego brata i musiała zgubić drogę 
albo wpaść do jakiegoś wąwozu.

 - Rose Fenton? Chyba nie mówią tego poważnie?
  -   To   o   wiele   lepsze   niż   przyznanie,   że   mogła   zostać 

porwana. Powiedział pan, że nie zrobi jej...

 - Mogę cię zapewnić, że panna Fenton czuje się dobrze. 

Niepotrzebnie się niepokoisz. Mogę nawet powiedzieć, że w 
pełni   wykorzystuje   fakt,   że   znalazła   się   w   centrum 
sensacyjnych   wydarzeń.   Oczywiście,   nie   grozi   jej   żadne 
niebezpieczeństwo.

 - Naprawdę? - Partridge nie był przekonany.
  -   Czy   wiesz,  że   ona   była   mężatką?   -   spytał   Hassan 

złośliwie, pragnąc zniszczyć wyidealizowany obraz kobiety, 
jaki   powstał   w   umyśle   Partridge'a.   Brak   odpowiedzi 
świadczył,   że   istotnie   dotknął   czułej   struny.   Potem,   zły   na 
siebie, dodał:

  -   Zdobądź   jakieś   informacje   o   jej   mężu.   Wobec 

zainteresowania jej osobą to nie powinno być trudne.

 - To polecenie czy sugestia?
 - ' Nie zwykłem robić sugestii - odparł Hassan uprzejmie.
  - A skoro tak się niepokoisz o Rose Fenton, sugeruję, 

abyś szybciej znalazł Fajsala i bezzwłocznie sprowadził go do 
domu. Wtedy wyrażę zgodę na twój powrót i będziesz mógł 
powiedzieć mi w oczy, co o mnie myślisz.

 - Nie potrzebuję na to pańskiego pozwolenia - powiedział 

sztywno Partridge.

 - Możesz nawet wyzwać mnie na pojedynek, jeśli to cię 

uszczęśliwi, ale dopiero wtedy, gdy znajdziesz Fajsala.

background image

Rose weszła do namiotu i odetchnęła z ulgą.
Pokrywał ją kurz, było jej gorąco, koszula lepiła się do 

pleców. Przydałby się prysznic, a potem kąpiel w głębokim, 
chłodnym   basenie.   Ale   zbiornik   na   wodę   był   pusty,   a   do 
basenu   daleko.   Pozostawał   górski   strumień,   ale   musiałaby 
uzyskać zgodę Hassana. A Hassana tutaj nie było.

Gdy wrócili do obozu, dopilnował, by bezpiecznie zsiadła 

z konia i weszła do namiotu, sam zaś odjechał. Zapewne do 
swojego   centrum   informacyjnego,   by   zorientować   się,   jak 
rozwija się jego plan, pomyślała ze złością, obserwując go, jak 
znika za rzędem palm, eskortowany przez dwóch jeźdźców.

Mógł ją ze sobą zabrać. Zabolało ją, że tego nie zrobił. A 

już   myślała,   że   zaczynał   ją   akceptować   jako   partnerkę   w 
spisku. Jakże była naiwna!

W porządku. Ona miała swój własny środek komunikacji i 

za chwilę się nim posłuży. Umyła ręce i twarz w misce. Potem 
nalała sobie szklankę mrożonej herbaty z termosu. Najpierw 
zadzwoni do matki, potem dopiero sprawdzi pocztę głosową.

Gordon bez wątpienia zostawił dla niej wiadomość. Może 

nawet   kilka.   Nikt   inny   o   tym   nie   pomyśli.   Nikt   nie   znał 
numeru tego telefonu.

Przez   chwilę   stała   w   szeroko   otwartym   wejściu   do 

namiotu   i   popijając   herbatę,   patrzyła   na   oazę.   Jak   tu   było 
spokojnie. W upalnej ciszy nawet psy nie traciły energii na 
bezużyteczne szczekanie.

Nie stój, kiedy możesz usiąść, nie siedź, kiedy możesz się 

położyć...   W   narkotycznej   ciszy   południa   to   powiedzenie 
nabierało   sensu.   Skusiła   się   i   wyciągnęła   na   ustawionej   w 
cieniu przy wejściu leżance. Pies Hassana wygodnie ułożył się 
u jej stóp.

Obserwując   bezkres   pustyni,   miała   wrażenie,   że   czas 

stanął   w   miejscu.   Trudno   było   oderwać   wzrok   od   pustego 

background image

horyzontu.   Chciała   tu   zostać,   jeździć   konno,   toczyć   leniwe 
pogawędki. ..

Kochać się.
Tutaj, przy strumieniu, pomyślała. Ukryci przed światem 

w gąszczu oleandrów. Pod palmami i granatami rozłożyłby dla 
niej jedwabny dywan i położył miękkie poduszki.

Kochać się... Te słowa wpadły jej do głowy i nie chciały 

ulecieć.

Kochać się.
Minęło sześć długich lat, od czasu gdy znalazła Michaela 

martwego na padoku. Lekarz powiedział jej później, że śmierć 
nastąpiła błyskawicznie. Jego serce było jak bomba, gotowe w 
każdej chwili wybuchnąć. Nawet gdyby była wówczas przy 
nim, nie mogłaby go uratować.

Jego dzieci z poprzedniego małżeństwa obwiniały ją za to, 

co się stało. Ale to było nic w porównaniu z tym, jak ona 
obwiniała samą siebie. Lekarz jednak miał rację. Michael dał 
jej   wszystko,   czego   potrzebowała.   Był   taki   delikatny.   Taki 
kochany.   Uczyniła   go   szczęśliwym.   Nie   powinna   mieć 
żadnych wyrzutów sumienia.

Dziś   Hassan   przypomniał   jej,   że   życie   toczy   się   dalej. 

Przypomniał,   że   była   nadal   młodą   kobietą,   a   w   jej   żyłach 
pulsowała krew. Przysięgła sobie, że następnym razem, gdy 
Hassan   straci   nad   sobą   panowanie,   tak   łatwo   jej   się   nie 
wywinie.

Odstawiając szklankę, uśmiechnęła się do siebie.
Hassan   przerwał   połączenie,   rzucił   telefon   mężczyźnie 

trzymającemu   konia   za   uzdę,   wskoczył   na   siodło   i   szybko 
pogalopował   w   stronę   oazy,   mając   nadzieję,   że   wysiłek 
fizyczny osłabi jego pożądanie.

Spotykał   już   kobiety,   które   potrafiły   owinąć   sobie 

mężczyznę dookoła palca. Kobiety, których jedno spojrzenie 

background image

ścinało w żyłach krew. Ale nigdy nie spotkał takiej kobiety jak 
Rose.

Tamte   dziewczyny   kokietowały   go,   uśmiechały   się, 

flirtowały z nim; ale widziały tylko zawartość jego kieszeni. 
Nie przywiązywał do tych kontaktów żadnej wagi

Dziś nie mógł znieść nawet tego, że jego osobisty doradca 

wypowiadał   imię   Rose   z   niezwykłym   szacunkiem.   Był 
wściekle   o   nią   zazdrosny.   Chciał   ją   trzymać   w   ukrycia, 
wyłącznie dla siebie, niczym sułtan sprzed wieków.

Rose   miała   rację.   To   był   bardzo   prymitywny   sposób 

traktowania   kobiety.   I   to   niezależnej   Rose   Fenton,   córki 
znanej feministki.

Pochodzili z różnych światów; dzieliła ich przepaść. Ani 

jego bogactwo, ani władza nie mogły tej różnicy zniwelować.

Był zły. Niespokojny. Tak bardzo jej pragnął. W dodatku 

ona o tym wiedziała. Ona pragnęła go również. Wyczytał to 
na dnie brązowych oczu Rose. Ale byłby to związek na jej 
warunkach. Za tydzień łub dwa wyjedzie, by wrócić do swego 
życia. Zapomni o nim.

Gdy zdał sobie sprawę, że dłonie ma zaciśnięte w pięści 

tak   mocno,   aż   pobielały   mu   nadgarstki,   odetchnął   głęboko, 
rozprostował palce i zmusił się do myślenia o czymkolwiek 
innym. Miał  dość problemów,   które  wymagały  teraz pełnej 
koncentracji.

Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Chciał usunąć Rose sprzed 

oczu Abdullaha, wywołać szum medialny, a potem na oczach 
całego świata sprowadzić Fajsala do domu i zaprezentować go 
ludowi.

Ale zamiast tego Rose Fenton zawładnęła jego zmysłami i 

uniemożliwiła skoncentrowanie się na wyznaczonym celu.

Dotknął  jej  i  nie  mógł  teraz  zmyć  z siebie  zapachu  jej 

skóry. Zduszony głos Rose przez cały czas odbijał się echem 
w jego głowie. W głębi duszy wiedział, że przez resztę życia 

background image

za każdym razem gdy przymknie powieki, ona będzie przy 
nim - rozzłoszczona albo roześmiana. Wiedział, że właśnie tę 
kobietę chciałby zatrzymać na zawsze.

Wychowano   go   w   przeświadczeniu,   że   aranżowane 

małżeństwa, gdy obie strony akceptują przedłożone warunki, 
mają   szansę   na   sukces.   Nadim   była  szczęśliwa.   Leila,   jego 
młodsza siostra, również. Mimo że wiedział o tym i zgadzał 
się z tą praktyką, nadal przeciwstawiał się wszelkim próbom 
nakłonienia go do ożenku. To nie oznaczało, oczywiście, że 
wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia...

Dziś   przyszłość   bez   Rose   wydawała   mu   się   wręcz 

przerażająca. To było szalone. Niewiarygodne. Śmieszne.

Otworzył oczy i pozwolił, by fantastyczne wizje pierzchły. 

Będzie musiał ją puścić, zostawić. Ona pochodziła z innego 
świata, on zaś przynależał do tej ziemi. Może Nadim miała 
rację.   Nadszedł   czas,   by   wziął   sobie   żonę,   spłodził   synów, 
odnalazł swoje miejsce. Fajsalowi będzie potrzebny zaufany 
doradca.

Na razie musi trzymać się z dala od Rose Fenton - kobiety, 

którą   mógłby   mieć,   ale   której   nigdy   nie   udałoby   mu   się 
zatrzymać.   Może   powinien   zabrać   psy   i   wyruszyć   na 
polowanie?

Co   za   okropny   pomysł!   Pomysł   nie   do   zrealizowania. 

Życie   nie   było   takie   proste.   Przywiózł   ją   tutaj   i   nie   mógł 
zostawić bez opieki.

Rozpościerał się przed nim obóz, skupiony wokół oazy. 

Jego własny ogromny namiot stał nieco na uboczu. Ominął go 
i jadąc stępa, skierował się w stronę strumienia. Miał ochotę 
rzucić  się do  zimnej  wody,  by  ochłodzić  rozpaloną  skórę i 
umysł.

Z zamyślenia wyrwał go jakiś krzyk. Odwrócił głowę i 

zobaczył   jednego   ze   swoich   ludzi   biegnącego   w   jego 
kierunku.

background image

Rose   westchnęła   i   zerknęła   na   zegarek.   Bujała   w 

obłokach. Wędrowała myślami po dziwnych krainach, tracąc 
cenny   czas.   Co   się,   u   diabła,   z   nią   działo?   Podniosła   się 
szybko z leżanki i prostując kości, jęknęła. Jazda konna po tak 
długiej przerwie dała jej się we znaki.

Krzywiąc się z bólu, sięgnęła po pudełko z chusteczkami 

higienicznymi. Nagle zmarszczyła brwi.

Wczoraj   wieczorem   zostawiła   tu   bałagan,   a   dziś   było 

wszystko   posprzątane,   odkurzone,   wypolerowane,   starannie 
poukładane. Rozejrzała się podejrzliwie. Ktoś tu był... Ktoś 
złożył jej nocną koszulę, posłał łóżko.

W przypływie paniki chwyciła pudełko, ale nim zdążyła 

włożyć rękę do środka, zrozumiała, że się spóźniła.

 - Czego szukasz?
Odwróciła   się   nerwowo.   Hassan   wszedł   do   środka.   W 

dłoni trzymał mały telefon komórkowy.

Nie przychodziło jej do głowy żadne wytłumaczenie. On 

znał odpowiedź.

Uniosła lekko ramiona i powiedziała:
  - A niech to diabli! - A ponieważ ta odpowiedź go nie 

zadowoliła, dodała: -  Nie podejrzewałam,  że  zatrudniasz  tu 
sprzątaczkę.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Hassan   uśmiechnął   się   jednym   z   tych   krzywych, 

sarkastycznych uśmiechów, w których celował. Może nie był 
w nastroju do żartów. Któż mógłby go winić?

  -  Do   kogo  dzwoniłaś,   Rose?   -   spytał  cicho   z  godnym 

podziwu opanowaniem. - I co powiedziałaś?

To było proste pytanie. Ale nie wiedziała, czy uwierzy w 

jej odpowiedź.

 - Do nikogo. I nic.
 - Spodziewasz się, że ci uwierzę?
  -   Tylko   próbowałam   -   zapewniła.   -   Ale   wczoraj 

wieczorem nie mogłam dodzwonić się do matki. To zresztą 
nic dziwnego. Pewnie nadal jest zajęte. Nie chciałam, by Tima 
znalazł   się  w   sytuacji,  gdy   będzie  musiał   ukrywać  prawdę. 
Gdybym go o to poprosiła, zrobiłby co w jego mocy, ale on 
nie potrafi oszukać nawet dziecka.

 - Dlaczego musiałby ukrywać prawdę?
 - Nie mogłabym powiedzieć mu, gdzie jestem, tylko kto 

mnie porwał, a to nie wydawało się dobrym pomysłem.

Spojrzał na nią dziwnie, jakby nadał nie rozumiał.
 - A twoja agencja? Na pewno do nich zadzwoniłaś?
 - Powinnam... - Skrzywiła się. - Gordon będzie wściekły. 

Ale   im   także   musiałabym   powiedzieć,   że   to   ty   mnie 
porwałeś...

 - Chcesz mi wmówić, że tego byś nie zrobiła? Dlaczego?
  - Zamierzałam najpierw dowiedzieć się, dlaczego mnie 

porwałeś.

  - W porządku - mruknął z powątpiewaniem. Pomyślała, 

że może mu udowodnić swoją prawdomówność. Wyciągnęła 
rękę.

 - Podaj mi telefon.
 - Żartujesz?

background image

  -   Daj   mi   telefon,   a   udowodnię   ci,   że   nigdzie   nie 

dzwoniłam. Wzruszając ramionami, spełnił jej prośbę.

Rose nacisnęła przycisk poczty głosowej. Były tam trzy 

wiadomości   od   Gordona.   Ostatnią,   w   której   podawał   jej 
numer,   pod   który   można   dzwonić   przez   całą   dobę,   nagrał 
przed   godziną.   Siedziała   wówczas   spokojnie,   oddając   się 
marzeniom i popijając mrożoną herbatę, nie wiedząc nawet, że 
zabrano jej telefon. Podała komórkę Hassanowi, by wysłuchał 
pozostałych wiadomości.

 - To wyjaśnia sprawę, nie sądzisz?
Hassan   nic   nie   powiedział,   tylko   gwałtownym   ruchem 

wyłączył telefon, schował go do kieszeni, cały czas wpatrując 
się w Rose i zastanawiając się, jakie ma zamiary. Chyba nie 
sądziła, że należał do mężczyzn, którzy błagaliby kobietę o 
przebaczenie. Prawdopodobnie w ogóle nie przyszło mu to do 
głowy.

  - W porządku - odezwała się. - Zrzekam się przeprosin, 

ale chcę, by moja agencja miała wyłączność na tę historię. A 
już   moja   w   tym   głowa,   by   media   przekazały   relację   w 
odpowiednim momencie...

To była rozsądna propozycja i powinien dziękować jej na 

kolanach. Ale mina Hassana nie wróżyła nic dobrego.

 - Wiesz, kim jesteś? - powiedział spokojnie, ignorując jej 

propozycję.

Myślała, że wie, ale skoro nie mógł się powstrzymać, by 

jej o tym powiedzieć, postanowiła milczeć.

 - Jesteś idiotką!
Powinien jeszcze dodać, że „kompletną i całkowitą", ale ta 

zwięzłość pewnie była zamierzona.

  - Nie mogę uwierzyć, że jesteś taka głupia - ciągnął. - 

Taka nieodpowiedzialna. Taka...

 - Tępa? - zaproponowała.
To była niepotrzebna prowokacja.

background image

 - Miałaś możliwość się stąd wydostać! - wybuchnął. - Ale 

wolałaś,   jak   niektóre   bohaterki   naiwnych   powieści   dla 
pensjonarek, zdobyć materiał na reportaż! O to chodziło?

 - Hassan...
 - Rose Fenton, niezawodny reporter! Nigdy nie przegapi 

sensacji.   -   Nim   zdążyła   mu   przerwać,   dodał:   -   Nie   znasz 
mnie... Nie mogłaś wiedzieć, co zamierzałem z tobą zrobić.

Już   otwierała   usta,  by   zapewnić  go,   że   nie  wygląda   na 

handlarza niewolnikami, ale jego uniesione brwi ostrzegły ją, 
że   lepiej   się   nie   odzywać.   A   zresztą,   któż   wiedział,   jak 
wygląda handlarz niewolnikami?

Oczywiście, mogła się przyznać, że zebrała na jego temat 

wiadomości   i   od   dawna   pociągał   ją   pomysł   napisania 
wzruszającego artykułu o wydziedziczonym księciu. Mogłaby 
nawet zasugerować, że porywając ją, ułatwił jej zadanie. A 
nawet to, że w chwili, gdy wszedł na pokład samolotu do Ras 
al Hajar i wymienili przelotne spojrzenia, przypomniała sobie, 
że jest nie tylko dziennikarką, ale również młodą kobietą.

 - O czym, do diabła, myślałaś, Rose?
W   końcu   powiedział,   co   miał   do   powiedzenia   i   teraz 

czekał niecierpliwie na jej wyjaśnienia.

Ale   nie   było   łatwo   wyjaśnić,   dlaczego   kierowała   się 

instynktem,   nie   zaś   rozumem.   Zwłaszcza   że   nie   zamierzała 
odkryć   przed   nim   swoich   tajemnic,   przynajmniej   nie   teraz, 
gdy był na nią zły.

  - Wiesz, nie jestem już pewna, czy naprawdę mam do 

czynienia   z   dżentelmenem...   -   powiedziała.   -   Wczoraj 
wieczorem   byłeś...   -   Lepiej   nie   wspominać   o   wczorajszym 
wieczorze,   zganiła   się   w   duchu.   -   A   jeśli   chodzi   o   karierę 
zawodową... - Wzruszyła ramionami. - Kto wie? Na razie nie 
obiecałeś mi wyłączności. Może będę musiała poszukać nowej 
pracy.

background image

Hassan zacisnął zęby, a potem nagle chwycił ją w ramiona 

i podniósł do góry tak wysoko, że jej twarz znalazła się w 
niewielkiej  odległości od jego twarzy. Dopiero wtedy  Rose 
doszła do wniosku, że posunęła się jednak za daleko.

  -   W   porządku   -   powiedziała   szybko.   -   Jestem   głupia. 

Bardzo głupia. Wprost słynę ze swojej głupoty. - A potem 
dodała wolno i ostrożnie: - Jeśli postawisz mnie na ziemi i 
oddasz   telefon   komórkowy,   zadzwonię   po   taksówkę   i 
zostawię cię w spokoju.

Nie   wypuścił   jej   z   ramion.   Rose   czuła,   jak   ogrania   ją 

bijący   od   niego   żar,   jak   przenika   przez   jej   ubranie   i   trafia 
prosto   do   serca.   Zrobiło   jej   się   słabo,   brakło   jej   tchu; 
rozchyliła usta. Chciała, by ją pocałował, przytulił. Chciała się 
z nim kochać. Gdyby tylko mogła go dotknąć, pogłaskać po 
twarzy, sięgnąć po jego dłoń... Ale ręce miała przyciśnięte do 
boków.   Po   chwili   Hassan   ostrożnie   postawił   ją   na   ziemi, 
zaczekał, aż  złapie równowagę i cofnął ręce. Dopiero wtedy 
odsunął się o krok.

 - Taksówka? - Głos mu drżał.
Myliła się, podejrzewając, że nie był dżentelmenem. Raz 

pobłądził, ale drugi raz już tego nie zrobi. Chyba żeby został 
sprowokowany... Być może zobaczył taki zamiar w jej oczach, 
ponieważ cofnął się o następny krok.

  - To nie jest Chelsea, Rose - powiedział. - Tu nie ma 

taksówek.

 - Och, tak - odparła zmieszana. A więc trzeba było czegoś 

więcej   niż   słów,   by   doprowadzić   go   do   ostateczności.   Nie 
pozwoli się teraz dotknąć. Nie dopuści do ponownej bliskości. 
.. - Tylko tak sobie pomyślałam.

Gdy Hassan wycofał się z części stanowiącej sypialnię, 

powietrze   drgało   jeszcze   od   niewypowiedzianych   słów, 
nieujawnionych pragnień.

background image

  -   To   oznacza,  że   tu   zostaję   -   powiedziała   do   siebie, 

siadając na łóżku. Straciła telefon, ale to nic. Nie chodziło już 
tylko   o   reportaż.   Zresztą,   tak   czy   owak,   będzie   miała 
wspaniały materiał.

Poza tym była na wakacjach...
Co on powiedział, gdy ją uwięził? Trochę przyjemności, 

trochę   romansu...   Tak,   teraz   potrzebowała   owego   małego 
romansu...

Szkoda,  że akurat teraz, być może pierwszy raz w życiu, 

książę - playboy postanowił zachowywać się przyzwoicie.

Hassan   czuł   się   za   nią   odpowiedzialny   i   tylko   od   niej 

zależało, czy dotrzyma tej obietnicy.

Leżała oparta o poduszki i uśmiechała się do siebie.
 - Nie możesz tak sobie pocałować mnie, a potem uciec - 

wyszeptała, zakłócając martwą ciszę południa. - Nie pozwolę 
ci na to!

Hassan   musiał   się   ochłodzić.   Z   beczki   z   wodą 

przeznaczoną dla koni nabrał pełne wiadro i wylał sobie na 
głowę.

Rose Fenton budziła niepokój samą swoją obecnością. Nie 

potrafiła siedzieć cicho i czekać na rozwój wydarzeń. Liczyła 
na fascynujący reportaż. Ale jednocześnie zamierzała zmusić 
swego porywacza, by zapłacił za impertynencję. Zamierzała 
go ukarać.

Żałował,   że   kiedykolwiek   o   niej   usłyszał.   Żałował,   że 

przyjechała do Ras al Hajar. Żałował, żałował i raz jeszcze 
żałował.

Nagle   uświadomił   sobie,   że   istnieje   przynajmniej   jedna 

osoba, która może wybawić go z kłopotu. Nadim. Powinien 
przyjąć   jej   propozycję   i   ukryć   Rose   w   domu   przyrodniej 
siostry. U Nadim mogłaby trzepotać swoimi długimi rzęsami 
aż do końca świata...

Wyjął z kieszeni telefon i wybrał numer.

background image

 - Co się stało? - Nadim nie była zadowolona, że Hassan 

odrywa ją od pracy w klinice. - Jestem teraz zajęta.

 - Wiem, przepraszam, ale chciałem tylko... - Zająknął się. 

Do diabła, nie przechodziło mu to przez gardło!

  - Co się stało? - dopytywała się Nadim. - Czyżbyś miał 

kłopoty z utrzymaniem w ryzach swojego pięknego więźnia?

W jej cichym  śmiechu dał się słyszeć cień współczucia, 

który wytracił go na moment z równowagi. Ale mimo że Rose 
Fenton rozpalała go do białości, nie chciał przyznać się do 
tego przed młodszą siostrą.

  - Chodzi mi tylko o to...  że doszedłem do wniosku... że 

masz rację.

  -   Rację   w   jakiej   sprawie?   Zawahał   się   na   ułamek 

sekundy.

 - Chodzi mi o małżeństwo... Sądzę, że nadszedł czas, bym 

się ożenił.

  -   Hassan!   -   Nawet   nie   starała   się   ukryć   radości,   jaką 

sprawiła jej ta nowina.

  -   Powinienem   tu   zostać,   gdy   Fajsal   w   końcu   wróci. 

Będzie mu potrzebny ktoś, na kim mógłby polegać.

  - A tobie potrzebny będzie ktoś, do kogo mógłbyś się 

przytulić   w   tym   pustym,   zimnym   forcie,   który   nazywasz 
swoim domem.

Ten pomysł napełnił go chłodem o wiele dotkliwszym, niż 

odczuwał w kamiennych ścianach swojej fortecy, ale podjął 
już decyzję.

 - Załatw to - powiedział.
  -   Masz   kogoś   konkretnego   na   myśli?   Czyżby   panna 

Fenton zażądała, byś wypełnił wobec niej swe zobowiązania?

 - Bądźże rozsądna, Nadim!
 - Jestem bardzo rozsądna, dobrze wiesz. Naprawdę masz 

wobec  niej zobowiązania. Nie mogę rozpocząć swatów, póki 
nie załatwisz tej sprawy.

background image

  -   Załatwię.   Obiecuję.   A   ty   znajdź   mi   jakąś   spokojną 

dziewczynę,  niezbyt   gadatliwą.   Dziewczynę,   która   byłaby 
odpowiednią matką dla moich snów - dodał szybko, obawiając 
się,   czy   przypadkiem   się   nie   zdradził.   -   Jestem   pewien,   że 
masz pod ręką listę kandydatek.

  - Może uda mi się znaleźć kogoś, kto ci się spodoba - 

powiedziała Nadim łagodniejszym tonem.

 - Namawiałaś mnie od tak dawna, więc nie każ mi teraz 

czekać. - Wyłączył telefon. Musiał się kiedyś ożenić. A jeśli 
nie mógł mieć kobiety, której pragnął, będzie musiał nauczyć 
się kochać swoją żonę.

Nie miał teraz ochoty roztrząsać tej kwestii. Wystukał na 

klawiaturze numer telefonu matki Rose, pani Fenton.

Rose zmyła z siebie kurz, po czym poszperała w kufrze w 

poszukiwaniu   czegoś   luźnego   i   chłodnego,   co   mogłaby 
założyć   w   upalne   popołudnie.   Zza   kotary   przez   cały   czas 
dobiegały jakieś dźwięki i szmery. Ludzie Hassana nakrywali 
stół do lunchu. Ale Hassan nie wracał.

W   końcu   udrapowała   szal   wokół   głowy   i   odchyliła 

zasłonę. Stół został nakryty dla jednej osoby. Na półmiskach 
leżało   mięso,   świeży   chleb,   pomidory   pokrojone   w   grube 
plastry.

 - Dziękuję - powiedziała do krzątającego się wokół stołu 

mężczyzny. - Wygląda znakomicie. Ale nie będę jadła tutaj. 
Chcę   zjeść   przy   strumieniu.   -   I   nie   czekając   na   jego 
odpowiedź,   wyszła   z   namiotu.   Służący   wybiegł   za   nią,   ale 
udawała,   że   go   nie   słyszy,   koncentrując   się   na   utrzymaniu 
równowagi na skalistej ścieżce.

  -  Sitti...  Pani... - mówił mężczyzna błagalnym tonem. - 

Jedzenie jest tutaj. - Jutro... jutro wyniosę dla pani jedzenie 
nad strumień.

Zatrzymała   się   i   odwróciła   głowę.   Twarz   mężczyzny 

pojaśniała. Potem znów popatrzyła na strumień.

background image

  - Tutaj - powiedziała, wskazując miejsce, które wybrała 

na   piknik.   I   szła   dalej.   Gdy   za   plecami   usłyszała 
skonsternowane   szepty,   uśmiechnęła   się   z   satysfakcją.   Nie 
mogli jej powstrzymać. Nie mogli zostawić jej samej. Mogła 
zrobić sobie krzywdę. Mogła spróbować uciec.

Ale nikt jej nie powstrzyma. Tylko Hassan mógł to zrobić.
Usiadła na płaskim kamieniu, nad jednym ze strumieni, 

które nawadniały oazę, zdjęła z nóg sandały i zamoczyła stopy 
w cudownie chłodnej wodzie.

Odchyliła się do tyłu, oparła na łokciach i wystawiła twarz 

na słaby wietrzyk wiejący od gór. Miała ochotę się wykąpać.

Jakiś   mężczyzna   uzbrojony   w   pistolet   pojawił   się   nad 

strumieniem w niedalekiej odległości. Rose zastanawiała się, 
po co mu broń. Może tu są węże? Może miał nadzieję, że 
jakaś gazela pojawi się przy wodopoju?

Po   chwili   w   zasięgu   jej   wzroku   pojawiło   się   kolejnych 

dwóch mężczyzn, którzy szli w stronę zacienionego miejsca 
nad brzegiem strumienia. Nieśli duży dywan, który rozłożyli 
na ziemi. Odwracali od niej wzrok, więc udawała, że ich nie 
widzi.   Miała   niejasne   wrażenie,   że   zainteresowanie   z   jej 
strony wprawiłoby ich w zażenowanie.

Pluskała nogami w wodzie. Czuła się trochę dziwnie, gdy 

zakładała   długą   do   ziemi   jedwabną   szatę,   ale   gdy   teraz 
siedziała nad strumieniem, a lekki jak piórko jedwab głaskał 
jej nogi, czuła się jak prawdziwa księżniczka z bajki.

Po   chwili   mężczyźni   przynieśli   poduszki   oraz   jedzenie 

zapakowane w kartony. Serce Rose zaczęło bić szybciej. Czy 
Hassan przyjdzie? A może wyjechał z obozu na pustynię, by 
być z dala od niej, z dala od pokusy?

Może otrzymał wiadomości od Fajsala...?
Promienie słońca drgały na jasnoniebieskim jedwabiu jej 

sukni,   rozświetlały   włosy   przez   cienki   jak   mgiełka   szal, 

background image

którym   owinęła   głowę.   Hassan,   gdy   tak   obserwował   ją   z 
pewnej odległości, próbował zdusić płonące w nim pożądanie.

Ale to było niemożliwe.
Poruszając stopami w wodzie, wyglądała jak egzotyczna 

księżniczka.

Nigdy by się nie nudził, gdyby zechciała z nim zostać.
Odsunął od siebie nierealne marzenia. Ile czasu musiałoby 

minąć, nim zapragnęłaby czegoś więcej, nim zatęskniłaby za 
życiem, które znała, za wolnością?

Przeżyliby kilka szczęśliwych tygodni, to wszystko. Nie 

zdołałby   jej   zatrzymać.   Ale   również   nie   potrafiłby   jej 
wypuścić. Znaleźliby się w pułapce.

Gdy Rose zobaczyła jakiś cień, podniosła wzrok. Hassan 

zwolnił strażnika i nadal trzymając pistolet w dłoni, czekał. 
Wyraz   jego   twarzy   był   odległy,   jakby   przybył   tu   z   innej 
galaktyki.

Rose odwróciła wzrok, celowo nie zwracając najmniejszej 

uwagi na jego obecność.

 - Czy tego właśnie chciałaś? - spytał.
Nie całkiem. Ale to był dobry początek. Wyciągnęła do 

niego rękę. Nie mógł zrobić nic innego, jak ująć jej dłoń i 
pomóc wstać. Gdy podniosła się, zaraz ją puścił.

 - Jesteś mokry - powiedziała.
 - Było mi bardzo gorąco.
  -   Gorąco   -   powtórzyła   automatycznie,   jakby   nie   była 

pewna znaczenia tego słowa.

  -   Byłem   zakurzony   -   dodał.   -   A   ponieważ   teraz   ty 

korzystasz z mojej łazienki, wybrałem kubeł.

 - Zmoczyłeś się w ubraniu? Myślałam, że taka skromność 

pozostaje domeną tutejszych kobiet. - Do licha! Trudno było 
podrywać   księcia.   Naprawdę   powinna   się   skoncentrować. 
Wzięła do ręki sandały i szorując mokrym skrajem sukni po 
piasku,   poszła   w   kierunku   rozłożonego   dywanu.   Usiadła 

background image

nieśmiało wśród poduszek, podwijając pod siebie bose stopy. 
Czuła się nieznośnie teatralnie.

Na razie wszystko szło dobrze. Był piknik. Był Hassan. 

Co prawda Hassan usiadł na pobliskim kamieniu i sprawiał 
wrażenie   znudzonego   grą,   którą   prowadziła.   Przyglądał   się 
odległym górom, czekając, aż zje lunch.

Otworzyła jeden z koszyków z wiktuałami i oglądała jego 

zawartość.

 - Po co ci broń? - spytała od niechcenia.
 - Na leopardy, pantery.
Słyszała,   że   w   tutejszych   górach   żyją   dzikie   koty,   ale 

wątpiła, by zbliżały się do ludzi.

 - Zabijasz je?
  -  Jeśli  atakują  inne  zwierzęta.  -  Podniósł  wzrok.  -  Od 

czasu   do   czasu   to   się   zdarza   -   wyjaśnił,   wyczuwając   jej 
wątpliwości. - A jeśli przyjdzie mi wybierać pomiędzy tobą a 
dziką   bestią,   będę   musiał   zabić,   pomimo   że   chętnie 
zostawiłbym cię na pastwę losu.

Wyraziła miną swoją dezaprobatę.
 - Być może strzał ostrzegawczy by wystarczył - przyznał 

w końcu.

  -   Chodzi   mi   o   twoją   gościnność,   nie   o   stosunek   do 

ochrony przyrody.

 - Nie smakuje ci jedzenie? - spytał, udając, że nie rozumie 

aluzji.

 - Jedzenie jest pyszne, ale to dla mnie o wiele za dużo.
 - Kucharz pewnie chce dać ci do zrozumienia, że jesteś za 

chuda.

 - Nie sądziłam, że wolno mu to robić.
 - Masz sposoby, by przykuć uwagę.
Z pewnością nie twoją, pomyślała z żalem. Hassan nadal 

patrzył gdzieś ponad jej głową. Położyła się na plecach i przez 

background image

gałęzie   rosnących   wokół   granatów   podziwiała   nieskazitelny 
błękit nieba.

 - Miałeś wiadomości od Fajsala? - spytała w zadumie.
 - Jeszcze nie.
 - Może jest już w drodze?
 - Niestety, Partridge nadal go poszukuje.
  - A jeśli go znajdzie? Co wtedy? Zwołacie konferencję 

prasową?

  - Myślałem, że ty zechcesz przedstawić światu nowego 

emira.

 - To byłaby wiadomość dnia.
  -  Nie   wątpię.   Pojawienie   się  zaginionej   dziennikarki   z 

młodym księciem znalazłoby się na pierwszych stronach.

  - Prawdopodobnie... - Popadła znów w zadumę. Czyżby 

to  ją  nie  cieszyło?  Czyżby  naprawdę  myślała  teraz  tylko  o 
Hassanie?   -  Tam na  górze  siedzi  ptaszek  -  odezwała  się.  - 
Nigdy takiego nie widziałam. Co to za gatunek?

 - Opisz go.
  -   Czy   będąc   dzieckiem   czytałeś   o   błękitnym   ptaku, 

zwiastunie szczęścia? - spytała przyciszonym głosem, by nie 
spłoszyć   ptaszka.   Jeśli   miała   nadzieję,   że   wyciągnie   go   na 
intymne zwierzenia, to gorzko się rozczarowała.

 - To europejska bajka - rzekł trochę lekceważąco.
Był   zdecydowany   zachować   pomiędzy   nimi   dystans.   A 

jeśli   będzie   trzeba,   podkreślić   różnice   kultur.   Nadal 
przyglądała się gałęziom.

  -   Myślałam,   że   twoja   szkocka   babka   czytała   ci   bajki. 

Odwiedzałeś Szkocję?

Nastąpiła krótka pauza.
  -   Często   -   powiedział.   -   Ale   na   pewno   o   tym   wiesz, 

nieprawdaż?

  -   Błękitny   ptak   jest   alegorią   szczęścia,   którego 

poszukujesz całe życie po to, by w końcu odkryć, że przez 

background image

cały czas miałeś je w zasięgu ręki. - Nie skomentował, więc 
szybko dodała: - On taki jest.

 - Co?
Był   wyraźnie   rozkojarzony,   a   to   pozwalało   Rose   mieć 

nadzieję...

  - Ptak - wyjaśniła. - Ten ptak jest jaskrawoniebieski. - 

Gdy   to   powiedziała,   ptak   poderwał   się   z   gałęzi   i   odfrunął 
niskim, kolistym lotem.

  - Kraska gwarliwa - objaśnił, obserwując odlot ptaka. - 

Zjedz lepiej lunch, Rose.

Zamknęła oczy. Kłopot Podwójny kłopot.
 - Za gorąco dziś na jedzenie. Za to mam ogromną ochotę 

na kąpiel.

 - Kąpiel?
Czy   to   jej   wyobraźnia,   czy   naprawdę   usłyszała   nutę 

niepokoju w jego głosie?

  - Wymieniłeś kąpiel w strumieniu jako jedną z atrakcji. 

Powiedziałeś: jazda konna, opalanie, kąpiel. - Wyliczyła na 
palcach.   -   Jeździłam   konno,   opalałam   się,   teraz   pora 
popływać.   Potem   coś   zjem.   A   jeśli   sam   nie   jesteś   głodny, 
możesz dla mnie zaśpiewać.

  - To niezbyt szczęśliwy pomysł. Usłyszałabyś krakanie 

kruka.

 - Pozwól, że ja to ocenię, zgoda?
Gdy wstała, prosta, zwiewna suknia zalśniła wokół niej 

jak   aureola.   Dekolt   był   skromnie   wycięty   w   łódkę,   a   cała 
suknia   od   góry   do   dołu   zapinana   na   dziesiątki   maleńkich 
jedwabnych guzików. Zaczęła je rozpinać - wolno, po kolei. 
Jeden po drugim.

 - Co ty wyprawiasz? - spytał ostro.
Wstał i zrobił krok w jej stronę. Mógł ją powstrzymać, ale 

mógł również pozostać na swoim miejscu i patrzeć, jak się 
rozbiera do seksownej bielizny, a potem pływa. Ale to był 

background image

dziki   kraj   i   ktoś   musiał   jej   pilnować.   Do   licha,   już   jej   to 
mówił...

Rozpięła kolejny guzik. Trzeci.
 - Chcę zanurzyć się w strumieniu - mruknęła z rozkoszą. 

Prawie mu współczuła.

  -   W   wodzie   mogą   być  węże   -   ostrzegł,   chwytając   się 

ostatniej szansy.

  - Jeśli zostanę ukąszona, czy umrę? - Rozpięła piąty i 

szósty   guzik.   Słońce   zaczęło   palić   jej   skórę   na   biuście   w 
miejscu, gdzie suknia się rozchyliła. Nie pomyślała o kremie 
ochronnym, a teraz było za późno, by się tym martwić.

 - To będzie bolesne - odparł po długiej chwili.
Mimo  że   nie   miała   praktyki   w   wykonywaniu   striptizu, 

sądząc po minie Hassana, dziś szło jej doskonale.

Chciał odwrócić wzrok. Ale nie mógł. Tak samo, jak nie 

mógł jej okłamywać. Nawet po to, by się uratować.

Palce jej drżały przy rozpinaniu kolejnego guzika.
Był coraz bliżej. Poczuła na skórze znajome igiełki. Na jej 

wardze   pojawiła   się   kropelka   potu.   Zlizała   ją   i   walczyła   z 
niesforną pętelką, gdy nagle poczuła rękę Hassan na swoim 
nadgarstku.

 - Czego ty właściwie chcesz, Rose?
Chciała jego. Po prostu pragnęła jego. Ciałem i duszą.
Chciała   unieść   rękę   do   jego   twarzy,   położyć   na   jego 

policzku, oprzeć głowę o klatkę piersiową i usłyszeć wolne, 
miarowe bicie jego serca. Pragnęła go tak bardzo, że żar tego 
pożądania wprost oblewał jej ciało. Pragnęła leżeć obok niego 
na poduszkach w cieniu drzew przez całe długie popołudnie, 
by mieli czas się poznawać.

Ten moment był do tego stworzony. Ale wyglądało na to, 

że Hassan postanowił nie przyjąć daru losu.

Rose nieco zawstydzona swoimi myślami i pragnieniami 

uśmiechnęła się do niego.

background image

 - Po prostu chciałam zwrócić twoją uwagę, Hassan.
  - Zwróciłaś ją - zapewnił. - Gdy zapniesz guziki, nadał 

będziesz ją miała.

W porządku. Będzie grzeczna, nawet jeśli chwilowo nie 

mogła spełnić jego prośby, ponieważ ściskał jej nadgarstki.

 - A gdy już to zrobisz, może powiesz mi, czego naprawdę 

chcesz - dokończył.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
Hassan potrafi zadawać trafne pytania, pomyślała Rose z 

niezadowoleniem. Natomiast jej własne odpowiedzi nie były 
logiczne.

  -   Wywiad   -   powiedziała,   rozpaczliwie   improwizując. 

Skoro   nie   powiodło   jej   się   w   roli   uwodzicielki,   być   może 
nadeszła pora na zaprezentowanie swojego dziennikarskiego 
warsztatu.   -   Za   kilka   dni   znajdziemy   się   na   pierwszych 
stronach gazet, a skoro dla twojej wygody muszę tu pozostać, 
moglibyśmy lepiej wykorzystać sytuację.

  -   My?   Doskonale   sama   sobie   radzisz.   -   Siwe   oczy 

dotychczas utkwione w jej twarzy wolno powędrowały w dół, 
zatrzymując   się   na   odsłoniętym   dekolcie.   -   Czy   zazwyczaj 
rozbierasz się, by uzyskać wywiad?

Miała ochotę na jakąś ciętą ripostę, w stylu: „to zależy, z 

kim go przeprowadzam" - jednak opanowała się szybko. Nie 
chciała, by Hassan odniósł wrażenie, że naprawdę jest kobietą 
pozbawioną zasad.

  -   Musiałam   w   jakiś   sposób   zwrócić   twoją   uwagę   - 

wyjąkała w końcu.

Mięsień drgał w kąciku jego ust.
 - Zapewniam cię, że ci się udało.
Może   był   to   początek   uśmiechu.   Widziała   go   przez 

moment,   ale   znikł,   nim   mogła   się   o   tym   przekonać.   Żeby 
wyruszyć w podróż, trzeba zrobić pierwszy krok. Miała już go 
za sobą. Teraz musiała to wykorzystać.

 - Zabierajmy się do pracy - powiedziała ochoczo.
 - Robiono już ze mną wywiady - ostrzegł ją, tym razem 

bez uśmiechu. Był spięty.

 - Przedstawię cię w takim świetle, byś mógł zostać prawą 

ręką   Fajsala,   gdy   on   wreszcie   zasiądzie   na   tronie.   Ludzie 
zapomną o Hassanie - buntowniku i playboyu, zobaczą zaś w 
tobie brata i przyjaciela prawowitego władcy.

background image

  - A więc zamierzasz zmienić mój wizerunek, naprawić 

nadwątloną reputację?

 - Tak - odparła. - I liczę na twoją współpracę. Zechcesz 

współpracować?

  -   Wydaje   się,   że   nie   mam   wyboru.   -   Nastała   długa, 

nieskończenie   długa   cisza,   jakby   Hassan   zamarł   na   skraju 
przepaści.

Brylanty... Żółte brylanty pasowały do jej tygrysich oczu. 

Chciałby rozebrać ją do naga, a potem ubrać jedynie w cenne 
klejnoty, przywiązać do siebie sznurami pereł i kochać się z 
nią na łożu wymoszczonym płatkami róż...

Przez   chwilę   myślał,   że   zemdleje   z   powodu   palącego 

pożądania. Miał wrażenie, że czekał na nią przez całe życie. 
Czy już zawsze tak będzie?

 - Hassan?
Lekki niepokój i wahanie w jej głosie popchnęły go znów 

na   skraj   szaleństwa.   Nadeszła   pora,   by   z   tym   skończyć, 
skończyć z tymi głupimi marzeniami.

  -   Przepraszam,   zastanawiałem   się   tylko...   Może 

pomogłoby,   gdybyś   do   swego   artykułu   dołączyła   zdjęcia   z 
mojego ślubu?

 - Twojego ślubu? - Zaczęła się śmiać, ale Hassan się do 

niej nie przyłączył.

Dokładnie wiedział, w którym momencie zorientowała się, 

że mówił serio. Zesztywniała, zaczerwieniła się, a ogromne 
czarne   tęczówki   jej   oczu   w   czystym   jasnym   powietrzu 
wydawały się obramowane złotymi aureolami. Jak mógł jej się 
oprzeć? Miał ochotę krzyknąć, że ją kocha i chce, by została z 
nim na zawsze.

Być może dostrzegła rozterkę na jego twarzy, ponieważ 

nagle się wzdrygnęła.

 - Ślubu? - powtórzyła jak echo.

background image

  -   Nadim   ma   rację   -   rzekł   z   ostentacyjną   obojętnością, 

która raniła jej serce boleśniej niż cierń. - Będę musiał tutaj 
pozostać,   pomóc   Fajsalowi,   a   mężczyzna   powinien   mieć 
synów. Powiedziałem Nadim, by poszukała mi odpowiedniej 
żony. Jakiejś cichej, spokojnej dziewczyny - dodał. Własny 
głos dobiegał do niego z pewnej odległości, jakby mówił ktoś 
obcy.

Nastąpiła   długa   chwila   nieznośnej   ciszy.   Potem   Rose 

wyrwała   nadgarstek   z   jego   uścisku,   mocno   chwyciła   poły 
sukienki i niezdarnie zaczęła zapinać guziki. Słońce lśniło na 
jej skórze jak złoty pył, włosy płonęły czerwonym ogniem, ale 
mimo wszystko wyglądała dziwnie chłodno. Gdy patrzył na 
nią, niezdolny do jakiegokolwiek gestu, zauważył, że drżała.

Jakże pragnął wziąć ją w ramiona, przytulić, powiedzieć, 

że bardzo jej pragnie. Powstrzymywał się przed tym ostatkiem 
sił.

  - Synów? - powtórzyła z lekką pogardą. - A co będzie, 

jeśli   urodzą   ci   się   córki?   -   zakpiła,   ale   prawdziwy   stan   jej 
ducha   zdradziło   lekkie   drżenie   głosu.   -   Zamienisz   żonę   na 
inny model?

 - Nie zrobiłbym tego. Płeć potomstwa zależy przecież od 

mężczyzny. - Jaki by to miało sens, jeśli tą drugą kobietą nie 
byłaby Rose...

  - Wiem o tym. Nie byłam tylko pewna, czy ty również. 

Prymitywni   mężczyźni   na   ogół   obwiniają   kobiety   za   brak 
męskiego potomstwa.

Jej drwina była bezlitosna. Gdyby tylko mógł jej wyznać, 

co by dał, byle mieć córki podobne do niej. Nosiłyby imiona 
kwiatów, tak jak ich matka.

 - Wszystko w rękach Allaha, Rose.
  - Och, rozumiem. Teraz rozumiem, dlaczego w gruncie 

rzeczy nie ma znaczenia, z kim się ożenisz.

Udawanie beztroski wiele go kosztowało.

background image

 - Wcale nie powiedziałem, że to nie ma znaczenia. Więzy 

rodzinne, ziemia, posag... To dla nas ważne sprawy. - Wcale 
nie   chciał,   by   uważała   go   za   nowoczesnego   człowieka,   za 
mężczyznę dwudziestego pierwszego wieku, jakim w gruncie 
rzeczy wcale się nie czuł.

  -   Zupełnie   jak   w   średniowieczu   -   skomentowała,   nie 

kryjąc sarkazmu.

 - Widzę, że Simon Partridge jest twoją pokrewną duszą - 

powiedział.   -   Wciąż   powtarza,   że   moje   postępowanie 
znalazłoby poklask w czternastym wieku.

 - Dlaczego mimo wszystko dla ciebie pracuje?
 - Zakończy swoją pracę, gdy tylko sprowadzi Fajsala do 

domu. Bardzo ostro skrytykował moje postępowanie wobec 
ciebie.

  - Masz więc rację, Hassan. Dobrze byśmy się rozumieli 

Chciał ująć jej rękę i wyznać, że pragnąłby bardzo, by było 
inaczej. Gestem pokazał, by usiadła. Na tyle jeszcze było go 
stać.

Wahała się przez chwilę, ale wreszcie opadła na poduszki, 

jakby kolana nagle odmówiły jej posłuszeństwa. Zapomniała o 
ciągle rozpiętych guzikach. Spod rozchylonej sukni wyłaniał 
się strzępek koronki.

Ten   widok   go   dręczył.   Może   zasługiwał   na   tę   udrękę. 

Machinalnie zrobił kanapkę z jagnięciny i sałaty.

Rose przyjęła ją równie machinalnie. Być może nie miała 

już   siły   na   kłótnię.   Trzymała   chleb   w   dłoni,   ale   nawet   nie 
podjęła próby, by odgryźć pierwszy kęs.

Przygotował taką samą kanapkę dla siebie. Musiał zająć 

czymś ręce, by nie dokończyć tego, co rozpoczęła Rose.

 - Opowiedz mi o swojej rodzinie. - Odłożyła chleb. - Czy 

twoja matka kochała ojca?

 - Rose...

background image

  -   Wiem,  że   ona   nie   wybierała   sobie   męża...   Czy   go 

kochała?   -   Niespodziewanie   podniosła   wzrok.   Hassan 
natychmiast odwrócił głowę, oderwał kawałek chleba i rzucił 
go patkom. - Czy go przynajmniej znała? - nalegała Rose.

 - Nie.
  -   Wcale   nie?   Nigdy   ze   sobą   nawet   nie   rozmawiali? 

Widział,   że   była   zaszokowana.   Zastanawiała   się,   co   czuje 
kobieta  oddana  mężczyźnie  w   nagrodę.  On   zaś   zastanawiał 
się,   jak   przytula   się   kobietę,   której   się   nie   zna,   którą   się 
dostało w wyniku rodzinnych układów.

Co pomyślała jego matka, gdy zobaczyła narzeczonego? 

Co   czuła?   Nigdy   przedtem   nie   rozważał   tej   kwestii   z 
kobiecego punktu widzenia.

  -   Matka   powiedziała   mi   kiedyś,   że   ojciec   był 

najpiękniejszym mężczyzną, jakiego kiedykolwiek widziała. - 
Miał takie same rude włosy jak Rose...

 - Och, a więc go widziała przed ślubem.
  -   Oczywiście.   Przecież   mieszkał   w   pałacu.   Kobiety 

zawsze wiedziały i widziały wszystko. Zapytaj Nadim.

 - Nie omieszkam.
 - To ci potrzebne do artykułu?
Artykułu?   Całkiem   zapomniała   o   artykule.   Napisze   go, 

oczywiście. Przecież obiecała. Ale jej pytanie nie miało nic 
wspólnego z artykułem o mężczyźnie, który powinien zostać 
emirem. Po prostu chciała wiedzieć o nim wszystko.

  -   Zbieram   materiał   -   powiedziała   wymijająco.   - 

Dziennikarze   lubią   szczegóły,   podobnie   jak   czytelnicy.   W 
dodatku   fascynuje   ich   egzotyka,   inne   obyczaje,   inny   styl 
życia.

  -   Nie   potrzebujesz   magnetofonu?   Albo   przynajmniej 

notesu i długopisu?

  -   Zazwyczaj   mam   je   ze   sobą   -   odparowała.   -   Ale 

zaskoczona tak pospiesznym zaproszeniem, zostawiłam torbę 

background image

w   samochodzie.   -   Wzruszyła   ramionami.   -   Nie   martw   się, 
wyślę ci tekst do autoryzacji. Nie chciałabym napisać nic, co 
wprawiłoby ją w zakłopotanie.

 - Kogo? - Zerknął na nią zdumiony.
 - Twoją matkę.
 - Może sama chciałabyś z nią porozmawiać? Nadim ci to 

załatwi, jeśli tylko wyrazisz ochotę.

 - Czy Nadim załatwia wszystkie wasze sprawy rodzinne?
  -   Moja   młodsza   siostra,   Leila,   zajęta   jest 

wychowywaniem   dzieci.   Moja   matka   prowadzi   szeroko 
zakrojoną działalność charytatywną, a poza tym bujne życie 
towarzyskie  -   Wzruszył   ramionami.   -   Nadim   zawsze   była 
energiczna i wyemancypowana. Zażądała, by wysłano ją do 
szkoły   do   Anglii,   a   potem   wyjechała   do   USA   na   studia 
medyczne.

 - Ojciec ją puścił?
  - To matka... nasza matka go przekonała. Była z moim 

ojcem w Szkocji. Poznała życie kobiet w Europie, zupełnie 
inne życie.

 - Takie, jakie sama chciała wieść?
Na to pytanie nie potrafił odpowiedzieć.
  -   Będziesz   musiała   sama   ją   o   to   spytać.   Oczywiście 

Nadim ostrzegano, że nikt się z nią później nie ożeni, jeśli 
opuści dom rodzinny i sama wyruszy w świat

  -   Wątpię,   by   była   całkiem   sama   -   zauważyła   nieco 

sarkastycznie Rose.

Hassan w końcu się uśmiechnął.
  - To prawda. Miała przy sobie cały dwór. Jej mąż jest 

również   lekarzem   i   ma   bardziej   liberalne   poglądy   niż 
większość naszych mężczyzn. Pozwała jej nawet pracować.

 - Pozwala jej pracować? Naprawdę pozwala? - Usiłowała 

wyobrazić   sobie   reakcję   matki   na   taki   popis   męskiego 
szowinizmu. - Cóż za liberalizm! - zakpiła.

background image

  - Nie miał wyboru. Odmawiała poślubienia go, póki się 

nie   zgodzi.   Nadim   prowadzi   klinikę   chorób   kobiecych.   - 
Uśmiechnął się trochę ponuro. - Ten szpital nie znalazł się na 
liście   obiektów,   które   miałaś   obejrzeć   w   Ras   al   Hajar. 
Potrzeby   zwykłych   kobiet   nie   znajdują   się   na   liście 
priorytetów   Abdullaha.   -   Rzucił   resztki   kanapki   ptakom.   - 
Opowiedz mi o swoim mężu...

 - O Michaelu? - Chciała jeszcze pytać o Nadim, o klinikę, 

o jego osobiste priorytety. - Dlaczego pytasz?

Po   prostu   chciał   wiedzieć.   Nie   powinien   pytać,   ale   nie 

mógł się powstrzymać.

  - Tylko zbieram materiał - powtórzył jej własne słowa. 

Jego też interesowały szczegóły, świat inny od jego własnego, 
życie   rodzinne,   w   którym   żona   była   partnerem,   a   nie 
własnością swego męża. - Jeśli ty chcesz zadawać mi pytania, 
ja   będę   je   zadawał   również.   To   chyba   uczciwe,   prawda?   - 
uznał   jej   milczenie   za   zgodę.   -   Wspomniałaś,   że   hodował 
konie...

 - To ja przeprowadzam wywiad, Hassan.
 - Konie wyścigowe?
W końcu poddała się i skinęła głową.
  - Tak, konie wyścigowe. - Ale zaraz potem spytała: - A 

więc kochała go? Twoja matka...

Naprawdę nie wiedział, co jego matka czuła do ojca. Była 

jego żoną. To przecież wystarczyło.

  - To kultura zachodnia przywiązuje tak wielką wagę do 

miłości - powiedział. - Zwłaszcza w dwudziestym wieku.

 - Tak uważasz?
 - To fakt.
 - Nasza literatura zawsze opiewała kochanków... Abelard 

i Heloiza, Tristan i Izolda, Lancelot i Ginevra...

background image

  - Romeo i Julia - dodał. - Ale szczęśliwe zakończenia 

miłosnych   historii   zdarzają   się   dopiero   u   schyłku 
dwudziestego wieku, nieprawdaż?

 - Tego nie wiem.
 - Co można wiedzieć o życiu innych ludzi? - Siedziała tak 

blisko, że mógł jej dotknąć... Była całkiem nieświadoma że 
miękkie zaokrąglenia jej piersi są w zasięgi jego ręki... Męczył 
się okropnie. Powinien się odsunąć. Ale to nie było  proste. 
Będzie musiał skupić myśli na czymś innym... - Opowiedz mi 
o swoim mężu - powtórzył.

  -   To   bardzo   ogólne   pytanie.   -   Chłodna,   dociekliwa 

dziennikarka, która spodziewała się obnażyć jego duszę przed 
wścibskim czytelnikiem, nagle sama poczuła się osaczona.

  -   Na   moje   ostatnie   pytanie   odpowiedziałaś   jednym 

słowem. Teraz powinnaś bardziej się postarać, jeśli chcesz ze 
mnie coś wydobyć.

Rose nalała sobie szklankę zimnej herbaty z termosu. Gdy 

zerknęła   pytająco   na   Hassana,   skinął   głową,   więc   również 
jemu   nalała   herbaty.   Odkładała   tę   chwilę.   Obracając   w 
dłoniach   chłodną   szklankę,   a   następnie   przykładając   ją   do 
policzka, zastanawiała się, co powiedzieć.

  - Waśnie skończyłam studia - podjęła po chwili - i nie 

bardzo   wiedziałam,   co   ze   sobą   zrobić,   ponieważ   pracę 
rozpoczynałam   na   jesieni,   gdy   Hm   poprosił   mnie,   bym 
pomogła   mu   urządzić   okropny   nowy   dom,   do   którego   się 
wprowadził. Pewnego wieczoru pojechałam z nim na wizytę 
do pobliskich stajni. Tam poznałam Michaela. - Wypiła łyk 
herbaty.

 - I co? Wzruszyła ramionami.
 - Natychmiastowe zauroczenie. - Oczywiście, Michael nie 

był   tak   oporny   jak   Hassan.   -   Matka   powiedziała   mi,   że 
szukałam   namiastki   ojca.   Miał   dzieci   starsze   ode   mnie. 
Dwadzieścia   sześć   i   dwadzieścia   cztery   lata...   Dwójka 

background image

egoistycznych ponuraków, dbających bardziej o spadek niż o 
szczęście swego ojca.

 - A był szczęśliwy? - To było niewybaczalne wścibstwo. 

Wiedział o tym. Miał wrażenie, że jego osobiste życie, mimo 
bogactwa i przywilejów, nie było szczęśliwie.

  -   Mam   nadzieję.   Ja   byłam.   Musiałam   bardzo 

skomplikować jego stosunki z rodziną i otoczeniem, wiem o 
tym...

 - Z dziećmi?
  -   Z   dziećmi,   jego   byłą   żoną,   przyjaciółmi.   Nikt   nie 

aprobował naszego związku. W przypadku mężczyzn chodziło 
o   zwykłą   zazdrość,   w   przypadku   ich   żon   w   grę   wchodził 
strach.   Jeśli   Michael   mógł   zakochać   się   w   dużo   młodszej 
kobiecie,   mogli   to   również   zrobić   ich   mężowie.   Michael 
musiał to wszystko wiedzieć, ale ja kompletnie zawróciłam 
mu w głowie... - Uśmiechnęła się na to wspomnienie - Był 
zbyt wielkim dżentelmenem, by się ze mną nie ożenić... Był 
taki miły, taki elegancki...

  -   Miły,   elegancki   -   Hassan   powtórzył   jej   słowa.   Miał 

nadzieję, że dziewczyna, którą wybierze mu Nadim, będzie 
mogła przynajmniej tyle o nim powiedzieć. Spojrzał na Rose, 
dławiąc   w   sobie   uczucia,   które   go   ogarnęły.   -   Rose...   - 
Wymówienie jej imienia podziałało jak zapałka przytknięta do 
lontu. Od chwili gdy ją zobaczył, wiedział, że niezależnie od 
tego, jak mocno będzie walczył, eksplozja musi nastąpić.

 - Nie... - Rose miała wrażenie, że słowo zaprzeczenia ktoś 

obcy wyrwał jej z gardła. Pragnienie, by ją przytulił, kochał 
się z nią, paliło ją żywym ogniem. Godzinę temu padłaby mu 
w ramiona, zapominając o rozsądku.

Ale teraz...
Odsunął szal, który tak starannie owinęła wokół głowy, i 

pochylił się, by ucałować jej piersi.

background image

Zamierzał się przecież ożenić. Nie miało znaczenia, że z 

kobietą, której nie znał, która go nie obchodziła...

  - Nie, Hassan... - Wyrwała z siebie te bolesne słowa i 

chwiejnie stanęła na nogach. - Pozwól mi odejść. - Chwyciła 
rozpięte   poły   sukienki.   Jakże   mogła   jej   nie   zapiąć!   Gotów 
pomyśleć, że celowo go prowokowała.

Próbował. Naprawdę próbował zachować dystans. Ale gdy 

rozpięła   suknię,   gdy   wprost   dręczyła   go   widokiem   swego 
nagiego dekoltu, gdy na wpół obnażona usiadła obok niego na 
poduszkach...

Płonąc   ze   wstydu   i   zasłaniając   dłońmi   piersi,   Rose 

pobiegła do strumienia. Dopiero gdy była po pas w wodzie, 
puściła   suknię,   zanurzyła   ręce   i   zaczęła   oblewać   wodą 
rozpaloną   twarz   i   szyję,   piersi   i   ramiona.   Ale   to   jej   nie 
ostudziło.

Gdy  odwróciła głowę,  zrozumiała   dlaczego.  Hassan był 

tuż za nią.

Cienki   jedwab   oblepił   jej   ciało,   podkreślając   kobiece 

kształty.   Była   wysoka,   smukła,   oszałamiająco   piękna. 
Hassanowi   odebrało   oddech.   Jej   synowie   -   ich   synowie   - 
byliby silni, odwagę wyssaliby z jej piersi, a córki, za którymi 
tęsknił, byłyby tak piękne jak ich matka.

Ale,  żeby je mieć, musiałby zostawić swój dom i zacząć 

życie   w   jej   świecie.   Musiałby   patrzeć,   jak   wyjeżdża,   by 
nadawać relacje z różnych części świata, z dała od niego i jego 
mężowskiej opieki. Nie, nie mógł tego zrobić... Nie powinien. 
Był potrzebny swemu krajowi.

Z jękiem sięgnął po nią i przytulił ją jednak do siebie.
Przez moment opierała mu się z gwałtownym błyskiem w 

oczach.

  -   Nie,   Hassan...   -   powtórzyła   zduszonym   z   pożądania 

głosem.   Ona   również   zrozumiała   konieczność   walki   z   tym 
zauroczeniem.

background image

Zaczął   przemawiać   do   niej   cicho,   delikatnie,   tak   jak 

uspokaja się narowistego konia.

  - Rozumiem, Rose. Wszystko w porządku. Rozumiem... 

Chodź, woda jest za zimna. Przeziębisz się...

A może to nie woda byk za zimna. To chłód wdarł się 

nagle   do   jego   serca.   Wydawało   się,   że   Rose   nie   może 
wykonać żadnego ruchu. Wziął ją więc na ręce i wyniósł z 
wody,   a   potem   poniósł   po   kamienistej   ścieżce   do   swojej 
kwatery. Droga była pusta; jego ludzie dyskretnie usunęli się z 
pola widzenia.

Nie mogli bardziej wymownie okazać, że aprobują jego 

wybór. Starsi mężczyźni byli dla niego jak przybrani ojcowie, 
uczyli go tak samo, jak uczyli swoich rodzonych synów. Ci 
ostatni zaś byli jego przyjaciółmi z dzieciństwa.

Dostrzegli w Rose te same cechy, które on podziwiał - 

odwagę,   dążenie   do   celu,   nieugiętą   wolę,   a   swój   szacunek 
wyrazili,   zwracając   się   do   niej  sitti,  oraz   spełniając   jej 
wszystkie zachcianki.

Dla nich to było proste. Hassan jej pożądał, a więc uczyni 

z niej swoją własność, a ona nigdy już nie opuści jego domu. 
Dziadek   nie   miałby   z   tym   problemu.   Powiedziałby:   jeśli 
chcesz, to bierz ją. Daj jej dzieci, a będzie szczęśliwa.

Pomimo   pary   buchającej   z   przemoczonych   ubrań,   gdy 

znaleźli się w namiocie,  Rose trzęsła się jak osika. Hassan 
postawił ją na nogi i znalazł ręcznik.

  -   Rose,   proszę,   musisz   zdjąć   tę   sukienkę   -   nalegał. 

Otworzył   szafę,   by   poszukać   czegoś   do   przebrania.   Gdy 
odwrócił się, Rose mozoliła się z guzikami.

 - Przepraszam... - wyjąkała, szczękając zębami. - Ręce mi 

się trzęsą.

 - Nie denerwuj się. Pomogę ci.
 - Ale...

background image

 - Ja to zrobię, pozwól. - Lecz mokre pętelki zacisnęły się 

wokół   guzików   i   trwało   to   nieskończenie   długo.   W   geście 
rozpaczy   chwycił   brzegi   jedwabnej   materii   i   rozdarł   mokrą 
sukienkę. Suknia upadła na podłogę.

Poprosił   żonę   jednego   ze   swoich   przyjaciół,   by   kupiła 

ubrania na zmianę i bieliznę dla Rose. Teraz, oglądając jej 
wybór, musiał przyznać, że dobrze wydała jego pieniądze.

Gdy   rozpinał   koronkowy   stanik,   był   zadowolony,   że 

również wskoczył do zimnej wody.

  -   Chodź   -   powiedział.   Owinął   ją   ciepłym,   niebieskim 

szlafrokiem   i   pomógł   wsunąć   ramiona   w   szerokie   rękawy. 
Chciał nadal ją przytulać, ale opanował się, wziął ręcznik i 
wytarł mokre końce jej włosów. Potem odsunął kapę i położył 
Rose   na   łóżku.   Dałby   wszystko,   by   móc   się   do   niej 
przyłączyć. Ale starannie nakrył ją kołdrą i mocno otulił. - 
Przyniosę ci coś ciepłego do picia.

 - Hassan... - Zatrzymał się przy wyjściu. - Przepraszam... 

Tak mi przykro. Ledwie o czymś pomyślę, od razu chcę to 
mieć. Postąpiłam tak z Michaelem. Potrzebowałam go, a nie 
przyszło mi do głowy, że może on nie potrzebował mnie...

Znalazł się przy niej w mgnieniu oka.
  -   Cicho,   maleńka...   -   wyszeptał,   kładąc   palec   na   jej 

ustach.   -   Nie   mów   tak.   Michael   był   najszczęśliwszym   z 
mężczyzn.   Mężczyzna,   który   umarł   z   twoim   imieniem   na 
ustach,   nie   mógł   niczego   żałować.   -   Żarliwość   tego 
zapewnienia  zdradziła  go. Nim  zdążył cofnąć pieszczotliwe 
palce, przytrzymała jego dłoń i przyłożyła do swojej twarzy.

 - A czyje imię będzie na twoich ustach, Hassan?
Nie mógł powiedzieć. Nie powinien. Ale to już nie miało 

znaczenia. Ona wiedziała.

  -  Nie  powinieneś  tego  robić,  Hassan  -  ciągnęła.  -  Nie 

możesz ożenić się jakąś biedną dziewczyną, która być może 
cię pokocha...

background image

 - Rose! - zaprotestował, ale zbyt późno. Była bezlitosna.
  -   Z   dziewczyną,   która   cię   pokocha,   urodzi   ci   dzieci. 

Złamiesz jej serce.

  -   Serca   nie   można   złamać   -   skłamał.   -   Ona   będzie 

zadowolona.

 - Ale to jej nie wystarczy.
 - Chciałabyś, bym spędzał noce samotnie?
  -  Chciałabym,  byś pamiętał  o  swoim  honorze.  Honor? 

Zaczynała mówić jak jego siostra, która stale  wspominała o 
krwi   lub   o   złocie,   lub   o   małżeństwie   jako   sposobie   na 
odzyskanie honoru. Na moment opanowała go silna pokusa, 
samolubne pragnienie, by sprowokować taką właśnie sytuację. 
Ale to byłaby śliska ścieżka. Zrozumiał, że nadszedł czas, by 
wyjaśnić wszystkie niedomówienia.

 - Pamiętam o twoim honorze, sitti - rzekł chłodno i wstał. 

- Niestety, ty o nim zapomniałaś.

Zarumieniona ze złości, uniosła się na łokciu.
 - Nie wypada mi nie zgadzać się z moim panem i władcą, 

ale śmiem twierdzić, że dzisiaj byliśmy pod tym względem 
kwita. - Dzisiaj... dzisiaj... To słowo tłukło się po jej głowie 
przeraźliwym   echem.   Jednak   Hassan   nadal   pozostawał   jej 
dłużnikiem. Nadim tak powiedziała. Złoto, krew albo honor. .. 
Miała prawo wybierać.

Czyż miała prawo zatrzymać go przy sobie na zawsze i w 

ten   sposób   zakończyć   ten   nonsensowny   pomysł   z 
aranżowanym małżeństwem?

Czy Nadim nie powiedziała również, że Hassan nigdy nie 

będzie szczęśliwy u boku tradycyjnie wychowanej żony? Czyż 
nie   powiedziała,   żeby   wszystko   zostawić   jej,   że   zaaranżuje 
małżeństwo?

Małżeństwo! Chyba oszalała. Zbyt długo przebywała na 

słońcu. Za mało miała czasu, by o tym myśleć. A jednak z 
Michaelem   wiedziała   od   samego   początku.   Od   chwili   gdy 

background image

oderwał wzrok od chorego konia, a niepokój na jego twarzy 
przerodził się w nieśmiały uśmiech. Nie pozwoliła wówczas 
małostkowym i złośliwym ludziom ani swojej matce, snującej 
psychologiczne analizy, zniszczyć tego związku.

Hassan również musiał pomyśleć o małżeństwie, skoro tak 

mocno się jej opierał. Założył, że jest bardzo przywiązana do 
swojej pracy i kariery, do podróży służbowych. Samolubny 
mężczyzna nigdy by się tym nie przejmował.

Złość nagle ją opuściła.
  -   Zostań   ze   mną,   Hassan   -   powiedziała   głosem,   który 

ledwie można było rozpoznać, po czym opadła na poduszki. - 
Zostań ze mną.

 - Rose... nie mogę...
 - Musisz. - Była naprawdę bezlitosna.
 - Muszę się przebrać - opierał się jeszcze. - Mam mokre 

ubranie.

 - W takim razie je zdejmij. - Odczekała chwilę, a gdy się 

nie poruszył, dodała: - Dasz sobie radę? Może potrzebujesz 
pomocy przy rozpinaniu guzików?

 - To nie guziki sprawiają mi kłopot. To ty... - Usiadł na 

stołku obok łóżka i ściągnął mokre buty. Potem podszedł do 
komody, otworzył szufladę i zaczął szukać suchej bielizny.

Rose   przyglądała   mu   się   przez   chwilę,   a   potem 

niepostrzeżenie   wyśliznęła   się   łóżka,   wyswobodziła   z 
obszernego szlafroka i powiedziała:

 - Może go założysz?
Hassan odwrócił głowę. Miał sucho w ustach, serce waliło 

mu jak młotem.

  - Czego ty chcesz, Rose? - spytał ostrym, chrapliwym 

głosem.

  - Ciągle mnie o to pytasz, a przecież znasz odpowiedź. 

Nim pomyślisz o małżeństwie, powinieneś załatwić ze mną 
sprawę. Masz wobec mnie dług.

background image

  - Dług? - Po co udawał, że nie rozumie? I tak jej nie 

przekona.

 - Powiedziałeś, że mogę mieć, co zechcę...
  - To prawda. Podaj więc swoją cenę. Wyraź pragnienie 

swego serca.

 - Chcę...
Niech poprosi o diamenty... Albo o tonę złota... Upuściła 

szlafrok na ziemię, wyciągnęła rękę i wypowiedziała jego imię 
tonem najsubtelniejszej pieszczoty.

 - Hassan...
Dźwięk   tego   imienia   rozległ   się   echem   w   jego   głowie, 

potem wypełnił całe jego ciało.

Zajrzała   do   głębi   jego   duszy   i   dostrzegła   tam   pustkę. 

Tęskne   zawołanie   go   po   imieniu   obiecywało,   że   w   jej 
ramionach już nigdy nie zazna samotności.

Ich palce musnęły się w powietrzu, potem splotły i mocno 

zwarły.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Hassan   leżał   na   boku,   z   głową   opartą   na   łokciu,   i 

obserwował spokojnie opadające i wznoszące się piersi Rose. 
Spała na plecach, jak ufne i bezbronne dziecko.

Jej rzęsy poruszyły się lekko. Westchnęła, przeciągnęła się 

i uśmiechnęła przez sen.

Takiego   mężczyznę   jak   on,   nie   wierzącego   w   miłość, 

ostatnie dni wiele nauczyły. Zwłaszcza budzenie się przy Rose 
poruszało wszystkie struny jego serca. Dobrze, że te struny nie 
wydają żadnego dźwięku, pomyślał.

Hassan wstał, z wysiłkiem odsuwając się od jej ciepłego 

ciała, od jej miłości.

Wszystko   się   zmieniło,   a   jednocześnie   nic   nie   uległo 

zmianie. Nadal byli całkowicie różnymi ludźmi, pogrążonymi 
we   własnych   światach,   dręczonymi   odmiennymi 
pragnieniami.

Rose wyjedzie, ponieważ jej życie, jej prawdziwe życie, 

toczyło się gdzie indziej. On zaś pozostanie w Ras al Hajar, 
gdzie był jego dom.

Wspomnienia   ostatnich   kilku   dni   i   nocy   będą   musiały 

wystarczyć mu na całe życie. Nie było szczęśliwego wyjścia z 
sytuacji, szczęśliwego zakończenia tej historii. Pozostanie ból 
serca i pustka.

Wyszedł na dwór. Noc była dość jasna i chłodna. Jego 

oddech   zamieniał   się   w   parę.   Ciszę   przerywały   jedynie 
parskania koni dobiegające z kamiennej zagrody.

 - Hassan?
Odwrócił   wolno   głowę.   Rose   stała   za   nim,   owinięta 

niebieskim   szlafrokiem,   w   jej   zmierzwionych   włosach 
odbijało   się   światło   gwiazd.   Wyglądała   jak   zjawisko,   jak 
marzenie każdego mężczyzny.

 - Przepraszam, miałem nadzieję, że ci nie przeszkodzę.

background image

 - Za późno na przeprosiny - powiedziała z uśmiechem. - 

Przeszkodziłeś   mi   już   w   chwili,   gdy   cię   ujrzałam.   -   Oczy 
miała błyszczące, gdy uniosła rękę i dotknęła nieśmiało jego 
policzka.

To było jawne zaproszenie, któremu tylko mężczyzna bez 

serca, ze stępionymi zmysłami, mógłby się oprzeć. A Hassan 
nauczył się podczas tych błogich dni spędzonych z dala od 
świata, że ma serce. Gorące serce. Cały wysiłek, by zachować 
dystans,   został   zniweczony   w   chwili,   gdy   uległ   pokusie   i 
odwzajemnił pocałunek Rose.

Być   może   wyczuła   jednak   dystans,   o   który   tak   usilnie 

walczył, ponieważ cofnęła się i popatrzyła mu w oczy.

 - Znalazłeś Fajsala, prawda? - spytała.
Trafiła   w   sedno,   jak   zwykle.   Z   zawodową   wprawą. 

Nauczyła się już czytać w nim jak w otwartej książce. Trudno 
będzie   ją   oszukać.   Próbował   już   z   aranżowanym 
małżeństwem, ale przeniknęła go na wskroś.

 - Tak - przyznał. - Jest już w drodze do domu. - Nie mógł 

pohamować się, by na nią nie patrzeć. Chciał wiedzieć, jaki 
efekt wywoła wiadomość, że ich idylla dobiega końca.

Delikatnie   pogładziła   go   po   ręce   w   wyraźnie 

pocieszającym geście.

 - To naprawdę musi być dla ciebie ulga - szepnęła.
 - Tak.
Tak   i   nie.   Zaczynał   wierzyć   w   szaloną   iluzję,   mieć 

nadzieję, że zostaną tu na zawsze. To było szaleństwo. Czysty 
obłęd. Nawet gdyby Fajsal nadal hulał po świecie, on i tek 
musiałby wypuścić Rose do domu. Wraz z ekipą z jej stacji 
telewizyjnej przyjechała do Ras al Hajar jej matka i na pewno 
nie będzie siedzieć z założonymi rękami. Według Nadim pani 
Fenton naprawdę przyprawiała Jego Wysokość Abdullaha o 
ból głowy. Hassan, który poznał jej córkę, uwierzył w to z 
łatwością.

background image

 - A co z dziewczyną, z którą tam był? - spytała.
 - Dziewczyną? - Nawet nie przyszło mu do głowy, by o to 

spytać.   -   Jestem   pewien,   że   Partridge   dopilnuje,   by 
bezpiecznie   wróciła   do   domu...   -   Urwał,   a   potem   dodał:   - 
Oczywiście   z   odpowiednią   rekompensatą   za   przerwane 
wakacje.

Rose   podejrzewała,   że   w   tym   nonszalancko   dodanym 

zdaniu   była   odrobina   prowokacji.   Ale   Rose   znała   go   zbyt 
dobrze, by dać się oszukać.

 - Tak, z pewnością tak zrobi - przyznała. Zastanawiała się 

jednak,   jaką   rekompensatę   uznałby   za   właściwą   za   jej 
przerwane   wakacje.   Krew,   złoto   albo   honor...   Krew   była 
oczywiście nie do pomyślenia. Złoto jej uwłaczało. Nie było 
więc wyboru... Odsunęła się od Hassana i wtopiła w mrok.

 - Dokąd idziesz? - Zatrzymał ją, wyciągając rękę.
  -   Na   górę.   -   Wskazała   wzniesienie   ponad   obozem.   - 

Chodź   ze   mną.   Popatrzymy   razem   na   niebo.   -   Ujęła   dłoń, 
którą położył na jej ramieniu i przytrzymała w swojej. – Na 
pustyni   niebo   wydaje   się   być   tak   busko,   że   niemal   można 
dotknąć gwiazd.

 - Chciałabyś dotknąć gwiazd?
  -   Księżyca   -   powiedziała,   wskazując   cienki   sierp   na 

bezkresnym niebie. - I gwiazd...

 - To wszystko? A dlaczego nie chcesz dotknąć planet?
  -  Świetny   pomysł.   Gdy   mnie   podsadzisz,   dosięgnę 

wszędzie, gdzie zechcę.

Uśmiech zamarł mu na ustach.
 - Jest w tobie coś takiego, Rose, że sam prawie wierzę, że 

to możliwe.

Uwierz   w   to,   Hassan,   pomyślała,   gdy   szli   razem   na 

wzgórze dominujące nad obozem, a niebiosa nad ich głowami 
przypominały   gigantyczną   roziskrzoną   gwiazdami   kopułę. 
Tak trzymaj...

background image

Rose   przystanęła.   Gdzieś   daleko   na   zachodzie   meteoryt 

przeciął niebo, ciągnąc za sobą deszcz spadających gwiazd.

  -   Spójrz!   -   szepnęła.   -   Jakie   to   piękne...   O   czym 

pomyślałeś?

Leciutko zacisnął rękę wokół jej palców.
  -   Nasz   los   jest   zapisany   w   gwiazdach,   Rose.   -   Potem 

zerknął na nią. - A ty co pomyślałaś?

  -   Pomyślałam,   że   to   przeznaczenie.   Stoję   przy   tobie 

akurat   w   momencie,   gdy   spada   gwiazda!   Czyż   to   nie 
zastanawiające?   Powinnam   pomyśleć   życzenie.   -   Urwała,   a 
potem dodała wyjaśniająco: - I pomyślałam to samo co zwykle 
na widok kominiarza czy spadającej gwiazdy. Zawsze mam 
tylko   jedno   życzenie:   żeby   ludzie,   których   kocham,   byli 
bezpieczni i szczęśliwi.

Westchnął jakby z rozczarowaniem.
 - Nic dla siebie?
Czy naprawdę spodziewał się, że wyzna mu miłość albo 

zapewni, że zostanie z nim na zawsze?

  -   To   właśnie   było   dla   mnie.   Jeśli   oni   są   bezpieczni   i 

szczęśliwi, nic więcej mi nie trzeba. - Uśmiechnęła się lekko. - 
A   z   takimi   drobnymi   sprawami   jak   przeznaczenie   potrafię 
poradzić   sobie   sama.   Znalazłam   się   tu   we   właściwym 
momencie, nieprawdaż?

 - Jesteś... taka... - Nie mógł znaleźć słów. Właściwie nie 

był  zły,  po  prostu   nie  rozumiał   jej   aktywnego  stosunku   do 
życia, jej determinacji, by kształtować wydarzenia zgodnie z 
własną wolą.

 - Jaka? - dopytywała się. Naprawdę nie powinna z mego 

żartować.   Nie   był   do   tego   przyzwyczajony.   -   Może 
asertywna? - Podpowiedziała to słowo, nie mogąc oprzeć się 
pokusie. Westchnęła dramatycznie, gdy nie zgodził się z nią 
natychmiast. - Uważasz więc, że jestem uparta, nieprawdaż? 
Samowolna, uparta i w dodatku choleryczka?

background image

Położył palce na jej wargach.
  -   Jesteś   stanowcza   -   powiedział   cichym   głosem.   - 

Bezkompromisowa. - Owinął kosmyk jej włosów wokół palca, 
i założył za ucho. - Obdarzona ogniem i energią.

 - To prawie to samo - powiedziała zduszonym głosem.
  - Niezupełnie. - To nie było to samo.  Jej  wewnętrzny 

ogień doprowadzał go do białej gorączki, ale energia była... 
czarująca. Tak, Rose Fenton go zauroczyła. Przychodziły mu 
teraz do głowy i cisnęły się na usta różne porównania. Jaka 
właściwie była? Niespotykana, nadzwyczajna, urocza... Jak... 
jak   róża   pustyni!   Nie   miał   wątpliwości,   że   powinien   jej   to 
powiedzieć. Ilekroć spojrzy na różę, będzie przypominać sobie 
jego miłość i tę fantastyczną chwilę. - Czy widziałaś kiedyś 
różę pustyni? - spytał.

  -   Różę   pustyni?   Czy   to   gatunek   rosnący   w   skalnych 

ogródkach? - Rozejrzała się dookoła, jakby spodziewając się 
zobaczyć kwiat u swoich stóp. - Moja matka ma dziką różę z 
tyłu ogrodu...

  -   Nie,   to   nie   jest   kwiat   ani  żadna   roślina.   To 

skrystalizowany piasek. Selenit. - Rzadko spotykany, piękny... 
-   Róże   pustyni   bywają   różowe,   żółte...   Mają   płatki   do 
złudzenia przypominające prawdziwy kwiat. Trzeba wiedzieć, 
gdzie ich szukać...

 - I..:? - zawiesiła głos.
I co? Był bliski wyjawienia sekretu swego serca.
  - I nic, prócz zbieżności nazwy z twoim imieniem. Po 

prostu przyszło mi do głowy, że ciebie również znalazłem na 
pustyni.

  -   Jak   różę   pustyni?   -   Lekko   westchnęła.   Moją   różę 

pustyni, pomyślał.

 - Jutro musimy stąd wyjechać, wrócić do miasta, prawda? 

-   dodał   tonem   usprawiedliwienia.   -   Musimy   wrócić   do 
realnego świata. Chciałbym, by sprawy potoczyły się inaczej, 

background image

ale nie mamy wyboru. Wiedzieliśmy od samego początku, że 
to nie może trwać...

To   on   zdecydował.   A   Rose   wolała   sama   podejmować 

decyzje. Zawsze istniał wybór. Trzeba było tylko odwagi, by 
pokonać trudności - odwagi, zaufania i wiary w siebie. Nic 
bardziej nie niszczyło człowieka niż jego własne wątpliwości. 
Nauczyła   ją   tego   matka.   Matka   nie   chciała,   by   wyszła   za 
Michaela,   ale   gdy   to   już   się   stało,   wspierała   ją   lojalnie   i 
nauczyła przeciwstawiać się nieprzychylnemu światu, walczyć 
z   uprzedzeniami   i   krakaniem   małostkowych   ludzi, 
prorokujących, że duża różnica wieku nie wróży szczęścia jej 
małżeństwu.

Dziś też powinna walczyć.
Jednak Hassan miał rację w kwestii jutrzejszego dnia. Nic 

nie mogło powstrzymać naporu codzienności i realnego życia, 
ale   pozostała   im   jeszcze   reszta   nocy,   kilka   magicznych 
godzin.

  -   Jutro   będzie   jutro   -   powiedziała,   przyciskając   jego 

chłodne   palce   do   swego   policzka.   -   Teraz   powinniśmy 
wykorzystać jak najlepiej tę odrobinę czasu, która nam jeszcze 
pozostała.

Wykorzystali   ten   czas   cudownie.   Czułość,   z   jaką   się 

kochali, niemal doprowadziła Hassana do łez. Ale mimo że 
rozstanie z Rose złamie mu serce, musiał tak postąpić. Odtąd 
przyjdzie mu żyć wspomnieniami.

Wcześnie opuścił namiot. Tym razem Rose, wyczerpana 

miłością, w ogóle się nie poruszyła, nawet gdy zdjął zabłąkany 
kosmyk włosów z jej policzka. Wyszeptał kilka pożegnalnych 
słów, a na poduszce obok niej położył mały upominek.

Nie   było   to   nic   cennego.   Mógłby   obsypać   ją   drogimi 

kamieniami i złotem, ale wiedział, że poczułaby się dotknięta. 
Jeśli czegokolwiek dowiedział się o Rose Fenton, to tego, że 
dar   płynący   z   serca   więcej   dla   nie   znaczył   niż   złoto.   A 

background image

świadomość,   że   Rose   posiada   coś   od   niego,   będzie 
pocieszeniem podczas długich samotnych łat, które miał przed 
sobą.

Rose  gdy  tylko  się  obudziła, wiedziała od  razu,  że jest 

sama. Hassan odjechał. Nie była zaskoczona. Ostatniej nocy 
tak czule ją pieścił... W jego szarych oczach widziała łzy. A 
jednak odszedł.

Jak miała go przekonać? Czy Hm powinien zażądać od 

Hassana, by się z nią ożenił? Wtedy nie miałby wyboru. Na 
samą   myśl,   że   Tim   mógłby   postawić   Hassana   pod   ścianą, 
uśmiechnęła się do siebie.

Przede wszystkim to Hassan musiał podjąć decyzję. Gdy 

sięgnęła   po   poduszkę,   by   ją   przytulić,   nieoczekiwanie 
zamknęła dłoń na czymś ostrym, twardym... Domyśliła się, że 
to róża pustyni. Zostawił jej różę pustyni! I bilecik...

Oto   maty   dar.   Pragną,   byś   zabrała   tę   cząstkę   mnie   do 

domu...

Podniosła   różę.   Leżała   na   jej   dłoni   -   mała,   doskonale 

uformowana,   a   jednocześnie   jakże   inna   od   róż,   którymi 
zasypywał ją Abdullah. Nie było w niej nic miękkiego, nic, co 
mogłoby   zwiędnąć   i   umrzeć.   Była   stała,   niezmienna, 
ukształtowana.

Czy   Hassan   zrozumiał   zawarte   w   niej   przesłanie?   Czy 

wiedział, że nieświadomie zdradził swoje uczucia? Ściskając 
kryształ   w   dłoni,   zastanawiała   się   z   obawą,   czy   cokolwiek 
skłoni Hassana do zmiany zdania. Wiedziała, że wolę ma tak 
mocną jak skała, tak twardą, że trudno ją skruszyć. Czy zdoła 
choćby zbliżyć się do niego na tyle blisko, by spróbować?

 - Panna Fenton?
Jakaś postać stojąca w nogach łóżka zakołysała się przed 

nią we mgle. Po co te łzy? Cóż za pożytek z łez! Łzy niczego 
nie rozwiązywały.

background image

Rose   zamrugała   oczami   i   skupiła   wzrok   na   wysokiej, 

szczupłej kobiecie z przyprószonymi siwizną włosami.

  -   Rose...?   -   odezwała   się   nieznajoma.   -   Hassan   prosił, 

bym zabrała cię do domu.

 - Do domu? - Do zimnego, ponurego Londynu? Jej dom 

był   tutaj.   Z   Hassanem.   -   Nie   rozumiem...   -   Ale   zaraz 
zrozumiała. Nie mógł się doczekać, by opuściła jego kraj!

  -  Twoja  matka   na  ciebie  czeka.  Matka?  Dopiero  teraz 

domyśliła się, kim jest nieznajoma.

 - Jest pani matką Hassana, prawda? I Nadim. Teraz widzę 

podobieństwo.

 - Hassan powiedział, że chciałabyś ze mną porozmawiać.
  - Miło z jego strony, że pamiętał... Przepraszam, ale nie 

wiem, jak się do pani zwracać...

Kobieta   uśmiechnęła   się,   podeszła   bliżej   i   usiadła   na 

brzegu łóżka.

 - Nazywam się Aisha. Mów mi po imieniu, proszę.
 - Aisha... - powtórzyła. Imię piękne, ale nie dość piękne 

dla tej dostojnej kobiety. - Hassan ma pewnie mnóstwo spraw 
do załatwienia, skoro Fajsal wraca do domu...

  - Rozmawiałam już z moim młodszym synem. Dzwonił 

do mnie z Londynu. Co tutaj ściskasz...?

Rose rozchyliła dłoń, by pokazać Aishy swój skarb.
 - To prezent od Hassana.
  - Ach! - Kobieta wyciągnęła rękę, ale zatrzymała się w 

pół  gestu.   -  Dawno   tego  nie  widziałam.   -  Niespodziewanie 
podniosła wzrok i spojrzała na Rose. Miała ciemne  oczy o 
podobnej sile wyrazu jak oczy Hassana.

 - Hassan miał to od dawna?
  - Przez całe życie. - Uśmiech, który zakwitł na ustach 

Aishy, pochodził gdzieś z głębi jej serca. - Dostałam tę różę 
od   jego   ojca   bardzo,   bardzo   dawno   temu...   Zanim   jeszcze 
zostaliśmy małżeństwem, a nawet... - Matka Hassana uniosła 

background image

palec   do   ust,   kryjąc   uśmiech,   który   zdradzał   historię   jej 
miłości. Był to uśmiech kobiety, która poznała siłę wielkiego 
uczucia.

  -   I   dałaś   tę   różę   Hassanowi...   gdy   po   raz   drugi 

wychodziłaś za mąż - powiedziała w zamyśleniu Rose.

  - Oddałam Hassanowi wszystkie pamiątki po Alisterze. 

Również jego ubrania... Ten szlafrok... - Pogładziła palcami 
miękki,   niebieski   materiał,   który   leżał   w   nogach   łóżka.   - 
Wszystkie rzeczy, które mu dałam i wszystkie prezenty, które 
dostałam   od   niego.   Nie   można   zabierać   pamiątek   po 
poprzedniej   miłości   do   domu   innego   mężczyzny.   Mówiono 
mi,   że   byłaś   mężatką,   a   więc   mnie   zrozumiesz.   -   Ostatnie 
słowa   zabrzmiały   prawie   jak   pytanie,   jakby   Aisha   ją 
sprawdzała.

 - Tak, rozumiem. - Po pogrzebie Michaela Rose opuściła 

jego   dom,   pozostawiając   wszystko,   co   w   nim   było,   jego 
skłóconej rodzinie. Zdjęła pierścionki, które dostała od męża i 
cofnęła  swe  życie  do  tego  samego  punktu,  w  którym  była, 
zanim poznała Michaela. Dopiero po chwili dotarł do niej sens 
słów Aishy. - Skąd wiedziałaś, że byłam mężatką?

  - Twoja matka powiedziała mi wczoraj podczas lunchu. 

To nadzwyczaj interesująca kobieta...

 - Moja matka tu jest?
  -   Przyjechała   dwa   dni   temu.   Czy   wiesz,   że   to   Hassan 

przesłał jej wiadomość? Oczywiście nie miała pojęcia, że to 
on.   Po   prostu   ktoś   do   niej   zadzwonił   i   zapewnił,   że   jesteś 
bezpieczna i dobrze się czujesz. Prosił, by nikomu o tym nie 
mówiła, a ona posłuchała.

 - Moja matka? - Rose chciała wstać, ale gdy zdała sobie 

sprawę, że jest naga. Zarumieniła się lekko.

Aisha podała jej niebieski szlafrok.
 - Nie spiesz się - powiedziała. - Pójdę na mały spacer. Już 

dawno nie bytem na pustyni.

background image

Gdy tylko Aisha wyszła, Rose wyskoczyła z łóżka. Nie 

miała czasu do stracenia A więc była tu jej matka... Czy to 
możliwe, by Hassan przekazał jej wiadomość? Dlaczego nic o 
tym nie powiedział? Czyżby... czyżby nie chciał, by wiedziała, 
że go to obchodzi? W jej głowie huczał wir niespokojnych 
myśli. Potrzebowała chwili spokoju. Musiała się zastanowić, 
rozważyć wszystkie możliwości...

W ofiarowaniu jej róży wraz z bilecikiem kryła się jakaś 

ostateczność. Chciał, by odczytała ten gest jako pożegnanie. A 
więc nie była w stanie go przekonać... Czy potrafi przekonać 
jego matkę, jego siostry, przyjaciół? Czy one jej pomogą?

Wytarła włosy do sucha, a potem - w przeciwieństwie do 

dawnej Rose Fenton, która chwyciłaby dżinsy i popędziła za 
kolejnym reportażem - usiadła przed lustrem i zrobiła staranny 
makijaż.  Shalwar  kemeez,  odświeżony  i  dokładnie złożony, 
leżał   w   szufladzie   komody.   Włożyła   go,   a   włosy   owinęła 
długim szalem.

Aisha wróciła już ze spaceru i odpoczywała na kanapie, 

popijając   kawę.   Gdy   pojawiła   się   Rose,   spojrzała   na   nią   z 
uśmiechem.

 - Uroczo wyglądasz, Rose. Napijesz się kawy?
 - Z przyjemnością. A jeśli masz trochę czasu, chciałabym, 

byś udzieliła mi pewnej rady.

Samolot kołował w stronę terminalu. Powiewająca na jego 

dziobie   flaga   państwowa   wyraźnie   świadczyła   o   intencjach 
emira.   Hassan,   stojący   w   orszaku   powitalnym,   zerknął   na 
swego kuzyna. Abdullah miał mocno zaciśnięte szczęki, ale w 
obecności   tłumu   zagranicznych   dziennikarzy   musiał 
serdecznie powitać młodego sukcesora.

Hassan  świadom   był   obecności   Rose.   Stała   na   czele 

dziennikarzy, ubrana inaczej niż zwykle, gdy relacjonowała 
wydarzenia z jakiegoś zapalnego miejsca na świecie. Miała na 

background image

sobie   jedwabną   kreację,   w   której   wyglądała   jak   prawdziwa 
księżniczka.

Samolot   zatrzymał   się,   podjechały   schodki.   Wreszcie 

ukazał się Fajsal. Błysnęły flesze.

Fajsal   ubrany   był   w   dżinsy   i   podkoszulek   z   podobizną 

drużyny   piłkarskiej,   której   kibicował.   Hassan   nie   potrafił 
ukryć wściekłości. Jak on śmiał? Jak mógł tak zlekceważyć tę 
chwilę?   Jak   Partridge   mógł   na   to   pozwolić?   Obydwaj 
wiedzieli,   jak   doniosły   to   był   moment.   Ważny   dla   Ras   al 
Hajar.

A potem za Fajsalem na stopniach samolotu pojawiła się 

młoda   kobieta.   Amerykańska   blondynka   z   szerokim   jak 
Pacyfik uśmiechem! Z tyłu wychynął Simon Partridge. Minę 
miał zakłopotaną, przepraszającą.

Wysoki,   długonogi   Fajsal   zwinnie   zbiegł   ze   schodów, 

podszedł do Abdullaha i ujął jego ręce w geście szacunku. 
Przez chwilę Abdullah wyglądał jak triumfator. Przez chwilę 
Hassan   myślał,   że   nie   ustąpi.   Ale   zaraz   potem   Fajsal   z 
charakterystyczną   dla   młodości   pewnością   siebie   wyciągnął 
dłonie i czekał, aż Abdullah odwzajemni ten gest, powita go 
najpierw jak równego sobie, potem zaś jak swego władcę.

Abdullah dość długo się wahał. Hassan wstrzymał oddech. 

Fajsal, któremu nie drgnął żaden mięsień, po prostu czekał. Po 
chwili,   która   wydawała   się   wiecznością,   regent   w   końcu 
ustąpił i uznał nowego władcę.

Następnie Fajsal spokojnie przesunął się w stronę Hassana 

i   wyciągnął   do   niego   dłonie,   tym   razem   z   krzywym 
uśmiechem, jakby zdając sobie sprawę, że zasłużył na naganę. 
Hassan kłaniając się, ukrył podziw pod kamiennym wyrazem 
twarzy. Chłopak stał się mężczyzną. Bez pompy, bez stroju, 
który dodałby mu dostojeństwa, zmusił jednak Abdullaha do 
ustąpienia.

background image

Rose obserwowała ten spektakl z niewielkiej odległości, 

komentując obraz przekazywany przez satelitę do swojej stacji 
telewizyjnej.   Kątem   oka   zauważyła,   że   kobieta,   która 
przyleciała z Fajsalem, niepostrzeżenie wsiadła do czekającej 
limuzyny   i   odjechała,   podczas   gdy   Fajsal   kontynuował 
ceremoniał powitania.

Gdy Fajsal z Hassanem u boku szli do samochodu, Rose 

zawołała głośno:

 - Czy Wasza Wysokość cieszy się z powrotu do domu?!
  - Bardzo się cieszę, panno Fenton. - Przystanął i zbliżył 

się do jej mikrofonu. Hassan z rozterką na twarzy poszedł za 
nim, zachowując bezpieczną odległość dwóch metrów. Wzrok 
miał utkwiony gdzieś ponad głową Rose. - Mój przyjazd był 
raczej niespodziewany, stąd ten swobodny strój - dodał tonem 
usprawiedliwienia.   -   Wszyscy   bardzo   się   o   panią 
niepokoiliśmy. - Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby to jej 
zniknięcie zmusiło go do nagłego powrotu.

  - Przykro mi,  że przysporzyłam tyle kłopotów. - Swoje 

zniknięcie wyjaśniła już mediom nagłym nawrotem choroby, 
wygodnie nie pamiętając nic aż do momentu obudzenia się w 
jakiejś oazie Beduinów, którzy nie mówili po angielsku, ale w 
końcu doprowadzili ją do wioski, gdzie mogła skorzystać z 
telefonu.

Co   prawda   jej   matka   robiła   porozumiewawcze   miny, 

jakby się czegoś domyślała, a Tim przypominał szybkowar, 
który   ma   za   chwilę   eksplodować,   ale   żadne   z   nich   nie 
zadawało głupich pytań.

Fajsal uśmiechnął się ciepło.
  - Cieszę się, że pani zdrowie nie ucierpiało podczas tej 

przygody.

  - Wprost przeciwnie. Pustynia to niezwykłe miejsce, a 

gościnność pańskich rodaków jest powszechnie znana.

background image

 - Jestem pewien, że będzie pani miała okazję utwierdzić 

się w tym przekonaniu. Hassan zorganizuje przyjęcie, mamy 
powody do świętowania.

  - Nie mogę się doczekać. - Ale nie miała śmiałości, by 

spojrzeć Hassanowi w oczy. I wcale nie spytała o blondynkę. 
Nie musiała. Aisha opowiedziała jej całą historię.

Hassan   poczekał,   aż   limuzyna   z   Fajsalem   odjedzie   z 

lotniska, a potem skierował się do swego samochodu.

 - Dlaczego mi to zrobiłeś, Partridge? Wiem, że nie cieszę 

się twoją sympatią, ale czy naprawdę musiałeś mi to zrobić?

 - Ale ja...
 - Na pewno mogłeś znaleźć jakiś garnitur! A zabranie tej 

dziewczyny...   Jeśli   już   musiała   przyjechać,   można   było 
zachować   więcej   dyskrecji!   -   Powstrzymał   się   od   dalszych 
słów. Sam nie był bez grzechu, nie miał więc prawa pouczać 
nikogo. - Kim ona jest?

  - Nazywa się Bonnie Hart. Fajsal ożenił się z nią dwa 

tygodnie temu.

 - Ożenił?!
 - Cóż, przerwaliśmy im miesiąc miodowy...
  -   Byli   w   podróży   poślubnej?   W   domku   w   Catskills? 

Fajsal wybrał górską chatkę w Catskills?

  -   W   Adirondacks   -   poprawił   dokładny   jak   zawsze 

Partridge i uśmiechnął się.

 - Wszystko jedno...
  - Też tak sądzę - zgodził się Partridge. - Nie pojechali 

dalej, ponieważ Bonnie musiała wrócić do college'u.

 - Do college'u? Co Fajsal sobie myśli? Na jakiej planecie 

żyje?

  -   Powiedziałbym,   że   mocno   stoi   na   ziemi.   To   urocza 

dziewczyna, inteligentna. Jest agronomem...

 - Nie obchodzi mnie, kim ona jest! - wybuchnął Hassan, 

tracąc do reszty cierpliwość. - Fajsal nie miał prawa się z nią 

background image

ożenić!   -   Powinien   poślubić   jakąś   miłą   dziewczynę,   którą 
starannie   by   dla   niego   wybrano.   Kogoś   o   odpowiednich 
politycznych koneksjach, o odpowiedniej krwi... Proszę cię, 
Simon, proszę, powiedz, że chciałeś mnie tylko nastraszyć - 
dodał niemal błagalnym tonem.

 - Dlaczego miałbym pana straszyć, ekscelencjo?
Z powodu Rose... Hassan przytknął dłonie do twarzy.
  -   Bez   powodu.   Bez   powodu.   Po   prostu   chwytam   się 

wszystkiego jak tonący brzytwy. I co, na Boga, z nią teraz 
zrobimy?

  -   Może   damy   jej   kawałek   pustyni   do   uprawy?   - 

zasugerował Partridge. - Ona ma wspaniałe pomysły. Zresztą 
Fajsal poznał ją właśnie podczas zwiedzania tej stacji upraw 
hydroponicznych, którą kazał mu pan odwiedzić.

 - Czy chcesz przez to powiedzieć, że to moja wina?
  -   Ależ   nie,   proszę   pana.   Tylko   Fajsal   nie   jest   już 

chłopcem. To dorosły mężczyzna. Doskonale wie, czego chce. 
Gdy zasugerowałem mu, że dżinsy nie spotkają się z pańską 
aprobatą,   powiedział   mi   bardzo   uprzejmie,   bym   pilnował 
własnego nosa.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
Fajsal oraz jego młoda żona zostali odwiezieni do fortu i 

teraz   obydwoje   czekali   na   Hassana   w   jego   prywatnym 
saloniku. Łamało to wszelkie zasady oficjalnej etykiety, ale 
Fajsal się tym nie przejmował.

 - Bonnie, to mój starszy brat, Hassan. On trochę warczy, 

ale   nie   gryzie.   Przynajmniej   dopóki   się   go   mocno   nie 
sprowokuje.

  - W takim razie lepiej przygotuj plaster, ponieważ, jak 

sam twierdziłeś, zdobyłeś złoty medal w prowokowaniu go. - 
Bonnie,   która   wzięła   prysznic   i   przebrała   się   z   dżinsów   w 
jeszcze   mniej   stosowne   krótkie   szorty,   uśmiechnęła   się 
uprzejmie   i   wyciągnęła   rękę   na   powitanie.   -   Nazywam   się 
Bonnie Hart. Przepraszam, że postawiliśmy cię przed faktem 
dokonanym,   ale   Fajsal   powiedział,   że   mam   się   szybko 
zdecydować,   ponieważ   gdy   już   sprowadzisz   go   do   domu   i 
zamkniesz w pałacu, będzie za późno.

Hassan,   który   pogodził   się   już   z   rzeczywistością   i 

zaakceptował amerykańską żonę swego brata, uśmiechnął się 
w odpowiedzi.

 - Mój brat żartuje sobie z pani. Doskonale wie, że będąc 

emirem, może robić, co zechce. Serdecznie witamy panią w 
Ras al Hajar, Wasza Wysokość.

  -   Wasza   Wysokość?   Ależ   ja   jestem   Amerykanką! 

Zrobiliśmy rewolucję, żeby z tym skończyć...

  -   Bonnie,   kochanie,   może   zdrzemniesz   się   chwilę, 

odpoczniesz,   a   ja   w   tym   czasie   omówię   sprawy   bieżące   z 
Hassanem? Na pewno chcesz dobrze wyglądać, gdy przyjdą 
goście.

  -   A   przyjdą   na   pewno   -   zapewnił   Hassan.   -   Gdy 

księżniczka Aisha usłyszy nowiny...

  -   Aisha?   Rozmawiałyśmy   przez   telefon,   gdy 

zatrzymaliśmy się w Londynie - powiedziała radośnie Bonnie. 

background image

- Nie mogę się doczekać, by ją poznać. I Nadim i Leilę. Go za 
piękne imiona!

Czyżby tylko jego nie dopuszczono do sekretu? Czy był 

aż takim potworem? Czyżby sądzili, że nie zrozumie? Pięć dni 
temu być może mieliby rację.

 - Jeśli tak bardzo podobają ci się ich imiona, może poproś 

kobiety, by pomogły ci wybrać jakieś oficjalne imię, zanim 
zostaniesz przedstawiona swojemu nowemu narodowi.

  -   Jak   to?   Nic   o   tym   nie   wiem...   -   Bonnie   niepewnie 

zerknęła na Fajsala.

 - Nie teraz, kochanie. Hassan nie może się doczekać, by 

zrobić   mi   awanturę,   ale   nie   wypada   mu   wybuchnąć   w 
obecności damy.

Bonnie roześmiała się.
  -   Oczywiście.   Wiem,   kiedy   moja   obecność   nie   jest 

pożądana. Simon, może oprowadzisz mnie po domu?

 - Mógłbyś, Simon?
  -   Na   litość   boską,   Fajsal,   to   przecież   twoja   żona   - 

zaprotestował Hassan, gdy Bonnie wyszła. - Ona nie może 
pokazywać nóg całemu światu!

 - Myślisz, że kilku starszych chłopców może dostać ataku 

serca?

 - Nie tylko starszych.
 - Czyż nie są wspaniałe? Powiedz mi, Hassan, jakie nogi 

ma panna Fenton? Zauważyłem, że udało ci się nakłonić ją, by 
je zasłoniła.

Hassan zacisnął zęby.
 - Rose Fenton ubiera się, jak chce, ale trzeba przyznać, że 

zdaje   sobie   sprawę,   co   jest   stosowne,   a   co   nie.   A   teraz 
naprawdę nalegam, abyś przebrał się w coś odpowiedniego na 
zbliżającą   się   uroczystość.   Dziś   wieczór   będzie   tu   tłum. 
Wszyscy liczący się mężczyźni w Ras al Hajar przyjdą, by 
oddać cześć nowemu władcy.

background image

  -   Chcę,   byś   dziś   wieczorem   odebrał   hołdy   w   moim 

zastępstwie, Hassan.

  -   Przekazywanie   władzy   to   niebezpieczny   moment, 

Fajsal.   Nie   jest   to   dobra   chwila,   by   wprawiać   ludzi   w 
zakłopotanie.

  -   Nikogo   nie   wprawiam   w   zakłopotanie.   Proszę   cię   o 

zastępstwo,   ponieważ   ja   zamierzam   wystąpić   w   telewizji   z 
orędziem do narodu.

 - Naprawdę? Kiedy to załatwiłeś?
  -   Podczas   przesiadki   w   Londynie.   Rozmawiałem   z 

Nadim, która ustaliła wszystko z panną Fenton.

Hassan nie chciał znów słuchać o Rose Fenton. Uważał to 

za kolejną próbę rozproszenia jego uwagi. Właściwie próba 
się powiodła...

 - Rozumiem. Co zamierzasz powiedzieć?
  -   Pomyślałem,   że   mógłbyś   mi   pomóc...   Co   sądzisz   o 

aktualnym rozwoju naszego kraju? Co chciałbyś zmienić?

Hassan był zdumiony. Nawet nie śmiał mieć nadziei, że 

Fajsal tak szybko zechce przejąć przywództwo.

 - Pytasz poważnie?
 - Oczywiście. Chcę wiedzieć, co wszyscy myślicie. Wiem 

już,   czego   chce   Nadim,   a   Bonnie   również   ma   wspaniałe 
pomysły. Chcę, by ludzie zrozumieli, że ich głowa państwa 
troszczy się o nich.

  - Właściwie to dobry pomysł - przyznał Hassan. - Gdy 

zobaczą   cię   w   telewizji,   nie   będzie   wątpliwości,   kto   jest 
prawowitym emirem.

 - O to mi właśnie chodziło.
Gdy najważniejsze już ustalili, Hassan pomyślał, że pora 

zwrócić   się   do   Nadim,   by   uświadomiła   bosonogiej, 
rewolucyjnej   księżniczce,   czym   jest   pałacowa   etykieta. 
Przynajmniej   tyle   mogła   dla   niego   zrobić,   skoro   ukrywała 
przed nim małżeństwo Fajsala.

background image

  - Zaczynałem się już zastanawiać, czy przypadkiem nie 

miałeś wątpliwości, Fajsal. Przebywałeś za granicą dłużej, niż 
należało. To dało Abdullahowi nadzieję...

 - Dlaczego miałbym mieć wątpliwości co do swojej roli w 

Ras al Hajar, mój drogi starszy bracie? - Fajsal uśmiechnął się 
szeroko. - Teraz gdy jestem emirem, przynajmniej nie muszę 
cierpliwie   znosić   twoich   cierpkich   uwag   na   żaden   temat. 
Nawet na temat wyboru żony.

 - Twoja żona, to twój problem. Ale co od reszty, porzuć 

nadzieję.

Hassan spacerował po sali recepcyjnej, rozmyślając nad 

radykalnymi planami, które przed chwilą Fajsal zaprezentował 
światu.   Ciekawe,   czy   zostaną   przychylnie   przyjęte   przez 
społeczeństwo Ras al Hajar....

Nadim i jej mąż mieli  mnóstwo pomysłów na poprawę 

opieki zdrowotnej, zwłaszcza nad matką i dzieckiem, Leila zaś 
upierała   się   przy   obowiązkowym   nauczania   dziewczynek. 
Wkładem   Bonnie   natomiast   był   projekt   rozwoju 
hydroponicznego   rolnictwa.   Był   to   sensowny   pomysł, 
zwłaszcza   że   góry   dawały   dość   wody.   Ciekawe   tylko,   co 
ludzie pomyślą o księżniczce zajmującej się rolnictwem.

Jakże   pragnął,   by   Rose   była   tu   z   nim.   Tyle   miała   do 

zaproponowania... Przywołał się do porządku. Wziął pilota i 
nastawił głośniej telewizor.

Mimo  że   tym   razem   Fajsal   występował   w   tradycyjnym 

stroju,   nadal   wyglądał   jak   amerykański   piłkarz.   W   ciągu 
ostatniego   roku   bardzo   zmężniał,   zarówno   fizycznie,   jak   i 
psychicznie. Stał się mężczyzną. Hassan był z niego naprawdę 
dumny.

Rozpoczął   wystąpienie,   tak   jak   zaplanowali   -   od 

podziękowań   dla   swego   kuzyna   Abdullaha   za   rozważne 
zarządzanie   krajem.   Następnie   obiecał,   że   zawsze   będzie 
stawiał na pierwszym miejscu dobro kraju. Potem przedstawił 

background image

plany   zmierzające   do   przekształcenia   Ras   al   Hajar   w 
nowoczesny   kraj,   w   którym   kobiety   będą   cieszyć   się 
równouprawnieniem.

  -   Dziś   wieczorem   -   kontynuował   -   podpisałem   ustawę 

powołującą nowe ministerstwo do spraw kobiet, ale jeszcze 
nie   powołałem   nikogo   na   to   ważne   stanowisko.   W   ciągu 
najbliższych godzin podejmę decyzję, jednak już teraz mogę 
powiedzieć; że na czele nowego ministerstwa stanie kobieta.

Hassan   zmarszczył   brwi.   Ustawa?   Dyskutowali   o   tym 

pomyśle,   ale   nie   podjęli   wiążących   decyzji,   nie   mówiąc   o 
kandydatce   na   ministra!   Fajsal   najwyraźniej   improwizował 
końcówkę swego wystąpienia.

Hassan odwrócił się do Simona Partridge'a.
 - Co to jest? - spytał. - Co Fajsal wygaduje?
Do   Rose,   która   obserwowała   w   studiu   tłumaczone   na 

angielski wystąpienie Fajsala, podszedł posłaniec i wręczył jej 
kopertę z królewską pieczęcią.

Zerkając   na   monitor,   złamała   pieczęć   i   wyjęła   gruby 

dokument. Towarzyszył mu krótki liścik.

Droga   panno   Fenton,   moja   matka   i   obie   siostry   są 

przekonane, że będzie pani bezcennym klejnotem dla naszego 
kraju. Hassan będzie pani potrzebować. Proszę o pozostanie z 
nami. Fajsal.

Gordon stał tuż za nią.
 - Co to jest? - szepnął, gdy rozłożyła dokument.
Rose   otworzyła   usta,   a   potem   szybko   je   zamknęła. 

Pokręciła   głową   z   niedowierzaniem.   Odłożyła   liścik   i 
dokument tak szybko, jak tylko pozwalały jej na to trzęsące 
się ręce.

 - Później ci powiem - odparła. - Co się dzieje?
 - Już kończy. Jesteś gotowa do powrotu?
Rose   zerknęła   na   kopertę   trzymaną   w   dłoni   i   tknęło   ją 

dziwne przeczucie.

background image

 - Och...
 - Co się stało?
Przycisnęła   palce   do   ust   i   potrząsnęła   głową,   słuchając 

orędzia Fajsala.

  - Jestem emirem dopiero jeden dzień, ale przy pomocy 

mojej niezrównanie pomocnej rodziny z wielką przyjemnością 
rozpocząłem   dzieło   wprowadzenia   mojego   kraju   w 
dwudziesty pierwszy wiek. Całe swe życie temu poświęcę, ale 
nie jako wasz emir, tylko najwierniejszy sługa tego kraju  i 
dobry poddany...

Hassan wpatrywał się w swego doradcę.
 - Wiedziałeś, że zamierza to powiedzieć?
  -   Tak.   Przysiągłem   jednak   milczenie.   -   Jesteś   moim 

doradcą, Simon!

  -   To   prawda,   ekscelencjo.   Ale   Fajsal   jest   emirem,   a 

właściwie ... jeszcze nim będzie do północy.

 - Nie pozwolę na to, Simon! Nie pozwolę...
 - Jestem pewien, że Abdullah będzie uszczęśliwiony, jeśli 

zajmie jego miejsce, oczywiście, o ile pan mu na to pozwoli, 
ekscelencjo.   -   Simon   Partridge   odwrócił   się   do   telewizora, 
gdzie Fajsal kończył swoją przemowę.

  -   Od   północy   dnia   dzisiejszego   z   wolnej   woli   oddaję 

wszystkie prawa do tronu w Ras al Hajar i przekazuję ciężar 
władzy   prawdziwemu   spadkobiercy   mego   dziadka,   jego 
najstarszemu   wnukowi,   a   mojemu   ukochanemu   bratu, 
Hassanowi.   Na   tronie   jest   miejsce   tylko   dla   jednej   osoby. 
Toteż   z   wielką   radością   chciałbym   oznajmić,   że   moim 
ostatnim posunięciem jako emira będzie podpisanie ślubnego 
kontraktu dla księcia Hassana. Życzę szczęścia jemu oraz jego 
wybrance   i   przysięgam   mu   wierność.   Będę   go   wspierał   i 
szanował jako emira Ras al Hajar.

background image

Wpadł   w   pułapkę.   Na   uroczystej   audiencji   roiło   się   od 

ludzi. Nie było w kraju mężczyzny, który nie chciałby złożyć 
hołdu nowemu władcy.

Fajsal okazał się niezwykle inteligentny, przyjeżdżając w 

dżinsach   i   podkoszulku   oraz   ciągnąc   ze   sobą   zagraniczną 
żonę. Nawet ci, którzy mogli powątpiewać w słuszność jego 
decyzji,   z   zadowoleniem   zwrócili   się   ku   tradycji,   którą 
uosabiał Hassan.

Hassan z zakłopotaniem przyznawał jednak w duchu, że 

jego młodszy brat zademonstrował więcej odwagi niż on. On 
nie zdobył się przecież na wyznanie Rose swego uczucia... 
Dopiero teraz - może właśnie pod wpływem Fajsala? - pragnął 
ją odnaleźć i powiedzieć jej... powiedzieć jej... że ją kocha. I 
błagać ją, by została...

Audiencja   skończyła   się   po   pierwszej   w   nocy.   Nie 

zważając na późną porę, Hassan chwycił za telefon.

  - Tim Fenton - rozległ się zaspany głos. - Czyżby jakaś 

klacz...

 - Nie. Tu Hassan. Muszę rozmawiać z Rose. Natychmiast. 

Proszę...

 - To niemożliwe - odparł Fenton wyraźnie zadowolony. - 

Tutaj jej nie ma.

 - Gdzie jest? Chyba jeszcze nie wyjechała...
  - Nie sądzę, by jej miejsce pobytu było pańską sprawą, 

Wasza Wysokość. - A przy okazji, rezygnuję z posady. - Tim 
odłożył słuchawkę.

Jeszcze godzinę temu otaczali go ludzie. Nagle w fortecy 

zrobiło   się   straszliwie   pusto...   Był   całkiem   sam,   nie   licząc 
służby.   Fajsal,   przed   swoim   występem   w   telewizji,   zabrał 
Bonnie do domu Aishy. Teraz Hassan zrozumiał dlaczego.

Mógł zadzwonić do Nadim, ale... Powiedział jej, aby jak 

najszybciej zaaranżowała jego ślub. Niewątpliwie jutro Nadim 
sama   zatelefonuje   i   poinformuje   go,   kogo   wybrała   oraz   na 

background image

jakich   warunkach.   Wystarczy,   że   dowie   się   tego   jutro... 
Zupełnie z tym się nie spieszył.

Rose spędziła dzień na rozmaitych wymyślnych zabiegach 

kosmetycznych. Wypielęgnowana od stóp do głów, po masażu 
wonnymi   olejkami,   z   dłońmi   pomalowanymi   w   artystyczne 
arabeski,   czuła   się   jak   bogini.   Teraz   nakładano   jej  kolejną, 
czarną, hennę na włosy.

Jej matka natomiast była w swoim żywiole. Obserwowała, 

robiła notatki do nowej książki.

 - Naprawdę jesteś wspaniałą córką, niezwykłe inspirującą 

- oświadczyła. - Najpierw wychodzisz za faceta, który mógłby 
być   twoim   ojcem   i   dostarczasz   mi   mnóstwo   materiału   do 
książki, a teraz to! - dodała z zachwytem.

Rose,   której   rozczesywano   włosy,   nawet   nie   odwróciła 

głowy.

 - Co cię tak cieszy, mamo?
  -   Nowoczesna   kobieta,   robiąca   spektakularną   karierę, 

porzuca   wszystko,   by   żyć   w   haremie!   -   wyjaśniła   z 
charakterystyczną dla siebie emfazą jej matka.

 - Jeśli coś takiego o mnie napiszesz, pozwę cię do sądu - 

powiedziała Rose pół żartem.

 - Doprawdy? Och, to by się świetnie sprzedało.
 - Ale to nieprawda, mamo. Nadim żyje tu pełnią życia i 

może również rozwijać się zawodowo. A ja mam stanąć na 
czele   ministerstwa,   które   zajmie   się   poprawą   losu   wielu 
kobiet. Abdullah nic dobrego dla nich nie zrobił. Dlaczego nie 
zostaniesz   dłużej,   by   się   wszystkiemu   przyjrzeć?   Może 
mogłabyś pomóc?

 - Och, kochanie, nawet nie znasz tutejszego języka. I, nim 

zdążysz się obejrzeć, będziesz mieć gromadkę dzieci.

  -   Znam   francuski,   niemiecki   i   hiszpański.   Arabskiego 

nauczę się błyskawicznie.

 - A dzieci?

background image

 - Tobie dzieci nie przeszkadzały.
 - To prawda... Właściwie w takiej wersji książka byłaby 

jeszcze lepsza...

Rose   Fenton!   Rose   Fenton   stanie   na   czele   nowego 

ministerstwa! Serce Hassana omal nie pękło z wrażenia.

  -   Czy   mógłbyś   wyobrazić   sobie   kogoś   bardziej 

odpowiedniego? - To było pytanie retoryczne. Gdy Hassan nie 
odpowiedział,   Fajsal   wzruszył  ramionami.   -   Oczywiście,   że 
nie   możesz.   Ona   jest   stworzona   do   tej   roli.   Zna   media   i 
rozumie ich siłę, wie, jak komunikować się z ludźmi. Jestem 
zaskoczony,   jak   szybko   robi   postępy   w   naszym   języku.   - 
Zawahał się. - No, może nie aż tak zdumiony, zważywszy że 
miała   osobistego   nauczyciela...   Uważasz,   że   to   dla   ciebie 
niezręczna sytuacja, nieprawdaż?

Niezręczna?   Co   za   głupstwa   ten   chłopak   opowiada! 

Kochał ją. A będzie ją widywał ze świadomością, że nie może 
jej   dotknąć,   przytulić.   To   nie   była   niezręczna   sytuacja.   To 
prawdziwa tortura, istny koszmar!

 - Jak długi ma kontrakt?
 - Na rok. Pomyślałem, że potrzeba co najmniej tyle czasu 

na zorganizowanie ministerstwa, wytyczenie głównych celów. 
Potem   być   może   będzie   chciała   wyjechać.   Chyba   że 
wymyślisz jakiś sposób, by ją zatrzymać...

 - Fajsal!
 - Tak, Wasza Wysokość? - Jego niewinny głos nie zmylił 

Hassana.

 - Lepiej wyjedź stąd! - rzekł ostro. - Zabierz swoją śliczną 

żonę i zniknij mi z oczu na rok lub dwa. Być może z czasem 
przejdzie mi ochota, by skręcić ci kark!

 - Daję ci koronę, pannę młodą oraz królową mediów do 

pomocy, i to ma być podziękowanie? - odparował Fajsal z 
udawanym żalem. - Niektórych ludzi trudno zadowolić.

 - Idź już!

background image

Fajsal uniósł dłonie w geście poddania.
 - Już mnie nie ma - powiedział, wycofując się do drzwi.
 - Do zobaczenia na twoim ślubie, braciszku!
Hassan wstał.
  - Nie  będzie  żadnego  ślubu. -  Te słowa  wydobyły się 

nagle gdzieś z głębi jego piersi. - Nie będzie żadnego ślubu!

 - Skończy z tym. Natychmiast. Jeśli nie może mieć Rose, 

nie chce nikogo. Nikogo.

Nadim cofnęła się z uśmiechem.
 - Olśniewająco wyglądasz - powiedziała z zachwytem.
 - Absolutnie olśniewająco.
 - Nie mogę się nawet dobrze zobaczyć zza tego welonu...
  -   O   to   właśnie   chodzi.   Hassan   nie   może   zobaczyć 

narzeczonej,   dopóki   się   nie   zaręczą.   Wystarczy   mu   strój   i 
biżuteria, by domyślił się, że dziewczyna, ukryta pod spodem, 
jest odpowiednią panną młodą dla emira... - Nadim odwróciła 
się,   ponieważ   usłyszała   jakieś   głosy   za   kotarami 
przedzielającymi   pokój.   -   Och,   przyjechał!   -   wyszeptała   w 
podnieceniu. - Przyjechał...

Hassan   ze   zniecierpliwieniem   czekał   na   pojawienie   się 

siostry.   Przyjechał,   by   bez   względu   na   konsekwencje 
skończyć z tym nonsensem. Jak, na Boga, tym dwojgu udało 
się zaplanować i zrealizować taki diabelski pomysł! - zżymał 
się w duchu. Abdykacja Fajsala, a teraz to... Znalazł się w 
matni.   Chociaż   prawdę   mówiąc,   sam   zastawił   na   siebie 
pułapkę, prosząc Nadim o pomoc...

  - Nadim? - Odwrócił się i szybko podszedł do siostry, 

która wyszła zza ciężkich zasłon.

 - Hassan... - Ujęła jego dłonie. - Cieszę się, że tak szybko 

przybyłeś. Jesteśmy gotowe...

 - Przykro mi, Nadim, ale przyjechałem, by oznajmić ci, że 

rezygnuję. Nie mogę się ożenić...

background image

  -   Jak   to?   Prosiłeś   przecież,   bym   bezzwłocznie 

zaaranżowała   ci   małżeństwo.   -   Wyglądała   na   mocno 
zdziwioną. - Kontrakt już został podpisany.

 - Fajsal przekroczył swoje uprawnienia!
  - On chciał dobrze, Hassan. Przez ostatni tydzień cały 

czas myśleliśmy o tobie.

  - Wiem... - Nie mógł patrzeć w jej twarz. - Wiem. To 

moja wina. Mój błąd. Ale przede wszystkim muszę myśleć o 
moim honorze. On zaś wymaga ode mnie małżeństwa z...

 - Z Rose? - wtrąciła cicho. - Masz na myśli Rose?
 - Oczywiście! - wybuchnął. A kogóż by innego?
 - Ale zapewniałeś mnie, że załatwisz to z nią...
  - Myślałem, że potrafię. Myślałem, że załatwiłem. Ale 

pomyliłem się.

 - Poznałam Rose i jestem pewna, że nie chciałaby stawiać 

cię w przymusowej sytuacji... Na pewno zwróci ci wolność. 
Może powinieneś z nią porozmawiać?

  -   Nie!   -   rzekł   ostro.   -   Nie.   To   niczego   nie   zmieni. 

Cokolwiek powie, już nigdy nie będę wolny. Rozumiesz? Nie 
mogę bez niej żyć.

 - Kochasz ją?
 - Ona jest... - Zacisnął dłonie w pięści i położył na sercu. - 

Ona jest w środku mnie.

Nadim   z   powrotem   ujęła   jego   dłonie   i   uśmiechnęła   się 

delikatnie.

  -   Rozumiem,   Hassan.   I   na   pewno   zrozumie   to 

dziewczyna,   która   czeka   na   ciebie.   Musisz   wszystko   jej 
wyjaśnić, otworzyć swe serce.

 - Nadim, proszę...
 - Ona zrozumie. Zobaczysz.
 - Ale... - Jeszcze się bronił.

background image

 - Zaufaj mi. - A potem dodała z najsłodszym uśmiechem: 

- Jestem przecież lekarzem. - I nadal trzymając go za rękę, 
odsunęła zasłonę.

Pośrodku pokoju stała wysoka, smukła kobieta ubrana w 

długą, jaskrawoczerwoną suknię, szamerowaną złotą nicią. W 
talii przepasana była ciężkim pasem ze złotej siatki, na głowie 
zaś miała gęsty welon, przez który nic nie można było dojrzeć.

Trochę zbyt późno Hassan zdał sobie sprawę, że nawet nie 

zna jej imienia. Odwrócił się do Nadim, ale zasłona była już 
opuszczona.

Rose obserwowała go spod welonu. Nie podobał jej się 

plan Nadim. Nie chciała poślubić Hassana, jeśli on nie będzie 
wiedział,   kim   jest   Nie   mogłaby   poślubić   mężczyzny,   który 
godził się na taki związek.

Ale   niepotrzebnie   się   martwiła.   Okazało   się,   że   Nadim 

lepiej znała swego brata Może nawet lepiej niż on sam znał 
siebie.

Stał   oto   przed   nią,   by   zgodnie   z   poleceniem   Nadim, 

otworzyć się przed nią, wyznać miłość do innej kobiety.

Ale   ból   malujący   się   na   jego   twarzy   rozdzierał   wprost 

serce. Nie mogła dopuścić, by tak strasznie cierpiał. Już dość 
dużo usłyszała. Wyciągnęła rękę. 

 - Sidi... - powiedziała cicho.
Dłonie miała pomalowane, ubrana była jak panna młoda. .. 

Jakże mógł zacząć jej tłumaczyć...

  - Panie  - powtórzyła po angielsku i dopiero wtedy coś 

nim wstrząsnęło.

Zrobił krok w jej kierunku.
 - Kim jesteś?
 - Znasz mnie, panie.
  - Rose...? - Nie mógł w to uwierzyć. Ale ona wsunęła 

dłoń   w   jego   rękę   niczym   słodkie   przypomnienie.   - 
Powiedziałaś   kiedyś,   że   jeśli   mężczyzna   będzie   mieć   tyle 

background image

szczęścia, by mieć ciebie, poświęcisz całe życie, by już nie 
zapragnął innej...

 - Mówiłam poważnie.
 - Nie musisz poświęcać wszystkiego... - Zdjął welon z jej 

twarzy. - Kocham cię, Rose. Zostań ze mną. Na zawsze. Żyj 
ze mną, wychowaj nasze dzieci, bądź moją żoną i księżniczką.

Czyżby się zmienił? Czy mógł się zmienić?
 - Chcesz, bym siedziała w domu i wychowywała twoich 

synów, Hassan?

Objął   ją   w   talii   i   przyciągnął   do   siebie.   Minę   miał 

śmiertelnie poważną.

  - To by mi odpowiadało - powiedział żartobliwie. - Jak 

myślisz, czy znajdziesz na to trochę czasu w ferworze nowych 
obowiązków ministerialnych?

 - Już wiesz?
 - Fajsal poinformował mnie o decyzji, którą podjął przed 

godziną.

 - I nie masz nic przeciwko?
Oczywiście, że miał. Ani na chwilę nie chciał tracić jej z 

oczu. Ale jeśli za tę cenę zatrzyma ją przy sobie, nauczy się z 
tym żyć.

  - Podpisałaś kontrakt z emirem Ras al Hajar - odparł. - 

Jakże mógłbym się sprzeciwiać?

  -   A   jeśli   będę   musiała   wyjeżdżać   za   granicę,   na 

konferencje?

  - Będę tego nienawidzić - przyznał. - Ale kocham cię, 

Rose...   Chcę   ciebie   lub   nikogo.   Bez   żadnych   warunków. 
Pytanie brzmi, czy również ty mnie zechcesz?

  - Podpisałam kontrakt z emirem - odpowiedziała Rose, 

dotykając ręką jego twarzy, a potem ustami jego ust. - Nasz 
los   został   przypieczętowany,   Hassan.   Czyż   mogę 
przeciwstawiać się przeznaczeniu?