background image

K

AROL 

M

AY

 

 
 
 

S

ZATAN I 

J

UDASZ

 

 

K

LĘSKA SZATANA

 

S

PÓŁDZIELNIA 

W

YDAWNICZA 

„O

RIENT

 

R.D.Z.

 W 

W

ARSZAWIE

,

 

W

ARSZAWA 

1925 

background image

P

OD ZIEMIĄ

 

 
Konie nasze uginały się pod cięŜarem, poniewaŜ przezornie zaopatrzyliśmy się w Ŝywność i 

pauzę,  we  wszystko,  co  było  niezbędne  m  trzy,  cztery  dni.  Między  rzeczami,  które  —  jak 
naleŜało  przypuszczać  —  mogły  nam  się  przydać,  zabraliśmy  równieŜ  paczkę  świec  i  pęk 
długich woskowych pochodni. Znaleźliśmy spory ich zapas na wozie. (PoniewaŜ uŜywa się ich 
do pracy podziemnej, przeto Melton nabył je od kupca w Ures). .Ponadto były tam jeszcze trzy 
beczułki  z  oliwą  palną.  Wskazywało  to,  jak  zresztą  wiele  innych  okoliczności,  Ŝe  Melton 
szczegółowo przygotował swój biznes, zanim jeszcze dobił targu z hacjenderem, i Oczywiście, 
zanim  rozstałem  się  z  Winnetou,  wtajemniczyłem  go  w  swoje  plany,  aby  mógł  mnie  łatwo 
odszukać,  gdybym  nie  wrócił  po  czterech  dniach.  Przede  wszystkim  więc  powiedziałem 
Apaczowi,  Ŝe  zamierzam  zbadać  jaskinię  Playera  i  podziemnry  korytarz,  odkryty  przez 
Herkulesa. 

PoniewaŜ poprzedniego dnia zboczyliśmy z właściwego kierunku, więc musieliśmy — ja i 

Mimbrenio — wrócić na ostatni odcinek drogi. Z zadowoleniem stwierdziłem brak śladów po 
koniach  i  wozach.  JeŜeli  nawet  gdzieniegdzie  dały:  się  zauwaŜyć  odciski,  to  moŜna  było 
przypuszczać,  Ŝe  dzień,  który  obecnie  wschodził,  zadrze  je  doszczętnie.  Teraz  byłem 
przekonany, Ŝe ewentualni wywiadowcy Meltona nie znajdą śladów naszego obozowiska. Po 
blisko czterogodzinnej jeździe na południe skierowaliśmy się na wschód i wkrótce dotarliśmy 
do  zapowiedzianej  przez  Playera  granicy  roślinności.  Stąd  zaczynała  się  pustynia. 
Zatrzymaliśmy wierzchowce, aby je nakarmić, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Jechaliśmy przez prawdziwą pustynię. Ziemia układała się w długie, niskie fale, oddzielone 

od siebie płytkimi wgłębieniami. Dookoła były skały, kamienie lub piasek. Ani źdźbła trawki. 
Nagi kamień ssał promienie rozognionego słońca, dopóki się nie nasycił. śar drŜąco wibrował 
na  wysokości  czterech  czy  pięciu  stóp  nad,  ziemią.  Trudno  było  oddychać.  Pot  parował  z 
całego  ciała.  Pędziliśmy  bez  wytchnienia;  aby  przybyć  do  Almaden  przed  zapadnięciem 
zmroku. 

Nie rozmawialiśmy ze sobą. Mimbrenio nie ośmielił się do mnie przemówić, a jednostajność 

drogi nie skłaniała do rozmowy. Jechaliśmy w milczeniu, dopóki sobie nie uświadomiłem, Ŝe 
Almaden  leŜy  na  północ  od  nas.  Skręciliśmy  przeto  w  tym  kierunku,  badając  grunt  w 
poszukiwaniu tropu. 

Kiedy słońce zniŜało się ku zachodowi, wyłoniła się przed nami w oddali niska, jednakŜe 

ostro od horyzontu odcinająca się skała, olbrzymiejąca w miarę, jak się do niej zbliŜaliśmy. 

— To na pewno Almaden — rzekłem. — Teraz naleŜy podwoić czujność. 
— Czy mój wielki brat Old Shatterhand zsiądzie z konia? — zapytał nieśmiało Mimbrenio. 
Jeźdźca o wiele łatwiej spostrzec niŜ piechura. Wprawdzie sam zrezygnowałbym z jazdy w 

siodle, ale  cieszyła mnie jego uwaga, poniewaŜ  dowodziła roztropności. Zsiedliśmy z koni i 
prowadząc  je  za  uzdy,  poszliśmy  naprzód.  Kroczyliśmy  po  płaskim  gruncie,  który  niby 
pierścień okalał Almaden. Doszliśmy do brzegu wgłębienia, pośrodku którego ono wyrastało. 
Mówiąc  ściślej,  staliśmy  na  brzegu  wyschłego  jeziora  ze  skalistą  wyspą,  która  dziś  nosiła 
nazwę Almaden. 

Wskutek jednostajności okolicy mimo woli zboczyłem z kierunku; do Almaden dotarliśmy 

nie  z  południowej,  lecz  z  południowo–zachodniej  strony.  Było  to  niebezpieczne. 
Przypuszczałem bowiem, Ŝe Indianie wypatrują nas od strony zachodniej, ale za to pozwoliło 
mi  od  razu  ujrzeć  skałę,  o  której  opowiadał  Player  i  Herkules,  a  którą  musiałbym  w  innym 
wypadku dopiero odszukiwać. 

Ogromny blok skalny, sterczący z dna wyschłego jeziora, u góry był płaski i tworzył niemal 

prawidłowy sześcian, o ścianach biegnących prawie dokładnie w czterech kierunkach .wiatrów. 
PoniewaŜ  stanęliśmy  przy  południowo–zachodniej  krawędzi,  widzieliśmy  przeto  stronę 

background image

południową  i  zachodnią.  Pierwsza  wznosiła  się  prosto,  miała  wszakŜe  głębokie  rysy  na 
powierzchni, pośrodku zaś tunel, który jak łatwo było zauwaŜyć, biegł pod górę. Potwierdzało 
to słowa Playera, Ŝe płaskowzgórze jest dostępne z południowej i północnej strony. 

Moglibyśmy tam dotrzeć po dziesięciu lub piętnastu minutach marszu, nie odwaŜyłem się 

jednak, aczkolwiek nie widać było dookoła Ŝywej duszy. Na górze na pewno czuwali ludzie i 
mogliby nas szybko spostrzec. 

Przede wszystkim nalegało wybadać, gdzie są Indianie. Naturalnie, sam się tego podjąłem, 

chłopca pozostawiwszy przy koniach. Skradałem się na zachód wzdłuŜ brzegu byłego jeziora. 
Musiałem  bardzo  uwaŜać,  gdyŜ  nic  mnie  nie  kryło  i  gdybym  kogoś  spostrzegł,  w  tej  samej 
chwili  byłbym  takŜe  dostrzeŜony.  Uszedłszy  spory  szmat  drogi,  zauwaŜyłem  na 
północno–zachodniej  stronie  małą  rzadkie  chmurki,  które  powoli  wznosiły  się, 
rozprzestrzeniały  i  niknęły.  Był  to  niezawodnie  dym,  nieduŜy  dym  z  indiańskiego  ogniska, 
roznieconego na skąpym podkładzie drzewa. Szedłem jeszcze normalnie  przez parę  chwil, a 
następnie zacząłem biec jak zwierzę czworonoŜne. 

Wkrótce  zobaczyłem  pięć  czy  sześć  namiotów,  koło  których  krzątali  się  ludzie.  Gdybym 

chciał jeszcze bliŜej podejść, musiałbym się czołgać na brzuchu. Od namiotów dzieliła mnie 
odległość tak mała, Ŝe z łatwością rozpoznałem zdobiące je malowidła. LeŜąc obserwowałem 
obozowisko. 

KaŜdy  Indianin  maluje  na  namiocie,  przynajmniej  na  letnim,  swoje  imię  lub  obraz, 

przedstawiający szczególne zdarzenie z Ŝycia. Na jednym więc wił się olbrzymi na czerwono 
wymalowany wąŜ. Na drugim widniał koń, na innym niedźwiedź. Między namiotami kręcili się 
Indianie lub teŜ siedzieli na ziemi, paląc fajki. Dwie włócznie opierały się o .namiot z węŜom. 
Był to zapewnię namiot wodza. 

Wiedziałem  juŜ,  gdzie  obozują Jumowie.  Chciałem  się  wycofać,  kiedy  troje  osób,  dwóch 

męŜczyzn  i  kobieta,  wyszło  z  owego  namiotu.  Kobietę  poznałem  od  razu:  była  to  Judyta. 
Jednym  z  męŜczyzn  był  Melton,  drugim  Indianin,  niewątpliwie  mieszkaniec  namiotu. 
Rozmawiali  przez  chwilę,  po  czym  Indianin  wrócił  do  siebie,  Melton  zaś  z  Judytą  poszedł 
dalej. 

Dokonawszy  rozpoznania,  mogłem  wrócić  do  obozowiska.  Z  początku  czołgałem  się  na 

brzuchu,  potem,  pobiegłem  na  czworakach,  wreszcie  na  nogach?  Słońce  skryło  się  za 
widnokręgiem  i  zapadł  zmierzch.  Szczęśliwie  dotarłem  do  koni.  Musieliśmy  wykorzystać 
krótki czas, kiedy jest ciemno na tyle, aby nie być widocznymi, a dość jeszcze jasno, aby bez 
wielkiego trudu odkryć wejście do jaskini. 

Kiedy  nadeszła  taka  chwila,  zjechaliśmy  w  dół,  na  dno  wyschłego  jeziora.  Dotarłszy  do 

skały,  zaczęliśmy  usuwać  kamienie.  Wkrótce  ujrzeliśmy  przed  sobą  dziurę,  która  coraz 
bardziej  się  rozszerzała.  (Kiedy  była  juŜ  dość  pokaźna,  zapaliłem  woskową  pochodnię  i 
zlazłem  w  dół  do  jaskini.  To  obszerne  wydrąŜenie  dokładnie  odpowiadało  opisowi  Playera. 
Miało  wysokość  dwóch  ludzi  i  z  łatwością  mogło  pomieścić  stoi.  W  małej  bocznej  jaskini 
zebrała się bardzo zimna woda. Zbadanie dna odłoŜyłem na później, gdyŜ przedtem musiałem 
wprowadzić konie. 

Trzeba  więc  było  powiększyć  wejście.  Robota  oczywiście  niezbyt  przyjemna,  lecz 

.uporaliśmy się z nią szybko i przeprowadziliśmy bez trudu wierzchowce. Kiedy napoiliśmy je 
i  nakarmiliśmy,  mogłem  zbadać  dno  jaskini,  a  raczej  obejrzeć  je,  poniewaŜ  patrzenie  w 
przepaść  nie  jest  Ŝadnym  badaniem.  Była  to  prawdziwa  otchłań.  Gdy  rzuciłem  kamuszek, 
usłyszałem dopiero po dłuŜszej chwili słaby odgłos, uderzenia o dno. 

Player  nie  mógł  określić  ani  szerokości  ani  głębokości,  poniewaŜ  nie  miał  światła. 

Natomiast moja pochodnia świeciła tak jasno, Ŝe stojąc na jednym brzegu, widziałem wyraźnie 
przeciwległy. Ciemność oszukała Playera, ja zaś wiedziałem, Ŝe przepaść nie jest szersza nad 
dziesięć, jedenaście łokci. Tymczasem młody Mimbrenio ukląkł i badał grunt. Dłubał palcem, 
później zaczął skrobać noŜem. 

background image

— .  Czy  Old  Shatterhand  zechce  zobaczyć,  Ŝe  tu  znajduje  się  dołek?  —  rzekł,  klingą 

wyskrobawszy ziemię. 

— Utworzyła go woda kapiąca ze sklepienia — odpowiedziałem. 
— W tym wypadku wydrąŜenie byłoby okrągłe. Tak jednak nie jest. 
— Zobaczymy. 
Nachyliłem się i pomogłem mu grzebać. Istotnie. Czworokątny, na łokieć głęboki dołek. 
— Poszukajmy, czy nie ma gdzieś drugiego — rzekłem. 
Wkrótce  odkryliśmy  trzy  inne.  Usunęliśmy  ziemię,  która  je  pokrywała.  —  Mimbrenio 

spojrzał na mnie pytająco. Ośmieliłem go przeto: 

— Jeśli mój młody brat chce co& powiedzieć o tych wgłębieniach, to proszę, niech mówi. 
— Nie mam nic do powiedzenia — odparł. — DrąŜy się w ziemi dołki po to, aby w nich coś 

schować. Co jednak mogło tkwić w tych oto wgłębieniach? Old Shatterhand wie zapewne. 

— Nietrudno się domyślić, ale język mego brata nie ma na to nazwy. Czy wiesz, czym jest 

kołek lub klamra? 

— Nie wiem. 
— Drzewo  lub  Ŝelazo,  które  wbite  w  ziemię  przytrzymuje  największe  cięŜary.  W  danym 

wypadku cięŜarem był most nad przepaścią. Bez wątpienia na drugim jej brzegu pozostały takie 
same cztery dołki. 

— Ale gdzie się podział most? 
— Nie  ma  go  juŜ.  Zapewne  ci,  którzy  z  niego  ostatnio  korzystali,  strącili  go  w  przepaść. 

ZaleŜało im na tym, aby nikt nie mógł przedostać się na drugą stronę. W tym celu zatkano teŜ 
dołki. Ale oczy mego młodego brata są ostre i przenikliwe. 

— Nie oczy, lecz stopy  wyczuły, Ŝe ziemia w tym miejscu jest bardziej miękka niŜ gdzie 

indziej. Gdyby most stał jak dawniej, moglibyśmy przejść na drugą stronę. 

— Przejdziemy  i  tak.  Dostaniemy  się  do  tunelu,  który  wylot  ma  na  płaskowzgórzu,  lecz 

myślę, Ŝe posiada równieŜ inne zamaskowane wejście. Trzeba je odszukać. 

— Kiedy? Dziś wieczór? 
— Nie, jutro. Wejście jest zatkane i po omacku nie potrafię go znaleźć, światła zaś zapalać 

nie moŜna. Poradzimy sobie przy świetle dziennym. Tymczasem posilimy się, a potem wyjdę 
na zwiady. 

— Czy Old Shatterhand zabierze mnie ze sobą? 
— Nie. Z przyjemnością zabrałbym cię, lecz musisz zostać przy koniach. 
— Tu są bezpieczne. Jumowie ich nie znajdą. 
— Istotnie, ale konie nie są obeznane z miejscem. Mogą się spłoszyć. 
Chłopiec  musiał  zostać.  Po  spoŜyciu  owocowej  wieczerzy  ruszyłem  na  zwiady.  Niewiele 

spodziewałem  się  odkryć  w  takich  ciemnościach.  Dobrnąłem  do  północnego  krańca  skały  i 
usiadłem na kamieniach, czekając, aŜ gwiazdy rozbłysną jaśniej. 

Siedziałem  moŜe  godzinę.  Dookoła  panowało  głuche  milczenie.  Gwiazdy,  dotychczas 

blade,  roziskrzyły  się  pełnym  blaskiem.  Zamierzałem  juŜ  powstać  i  pójść  naprzód,  gdy  w 
pobliŜu  usłyszałem  czyjeś  kroki.  Przypuszczając,  Ŝe  nadchodzący  przejdzie  koło  mnie, 
schroniłem  się  za  głazem.  Po  chwili istotnie  ujrzałem  Indianina,  który  przystanął  nie  opodal 
mego ukrycia i uwaŜnym wzrokiem powiódł dokoła. Nie widząc nikogo westchnął, zbliŜył się 
jeszcze bardziej i usiadł na kamieniu, w odległości paru kroków ode mnie. 

To  było  fatalne,  fatalne  w  najwyŜszym  stopniu.  Kamienie  były  tak  rozstawione,  Ŝe  nie 

mogłem wycofać się bez szmeru. Nie pozostawało mi nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość 
i czekać na jego odejście. 

— Uff! — zawołał po długiej pauzie Indianin stłumionym głosem. Podniósł się z kamienia i 

podąŜył kilka kroków naprzód. Ktoś nadchodził. Rozpoznałem Judytę. Ukryty za kamieniem, 
podsłuchałem niezwykle ciekawą rozmowę, 

background image

Indianin  nazywał  siebie  Przebiegłym  WęŜem.  Był  więc  mieszkańcem  namiotu,  który 

widziałem, i dowódcą trzystu Jumów, którzy tu obozowali. Władał angielskim i hiszpańskim w 
sposób jak na Jumę niezwykły, ona zaś nie posiadała ani w dwudziestej części jego wiedzy; nie 
umiała teŜ słowa po indiańsku. Mimo to porozumiewali się doskonale. 

Wziął ją za rękę i rzekł: 
— Przebiegły WąŜ juŜ sądził, Ŝe Biały Kwiat nie przyjdzie. Dlaczego kazałaś mi czekać? 
Musiał  swoje  pytanie  kilkakrotnie  w  rozmaitej  formie  powtórzyć,  zanim  zrozumiała  i 

odrzekła: 

— Melton  mnie  zatrzymywał.  Teraz  on  nie  zrozumiał.  Powtórzyła  słowa  i  zobrazowała 

myśl znakami. 

— Co teraz robi? — zapytał Przebiegły WąŜ. 
— Śpi — wyjaśniła raczej pantomimicznie niŜ słownie. 
— Czy Melton sądzi, Ŝe Biały Kwiat równieŜ śpi? 
— Tak. 
— W  takim  razie  jest  głupcem,  słusznie  oszukanym,  poniewaŜ  sam  pragnie  oszukiwać. 

Biały Kwiat nie powinna mu wierzyć. Okłamuje ją, nie dotrzyma danego przyrzeczenia. 

KaŜdemu  zdaniu  towarzyszyły  liczne  gesty  wyjaśniające.  PoniewaŜ  przedstawienie 

prawdziwego  przebiegu  rozmowy  byłoby  uciąŜliwe  zarówno  dla  mnie,  jak  i  dla  czytelnika, 
więc opiszę ją tak, jak gdyby oboje porozumiewali się gładko. 

— Czy wiesz, co mi Melton przyrzekł? 
— WyobraŜam sobie. Czy nie powiedział ci, Ŝe otrzymasz wielkie skarby? 
— Tak. Melton sądzi, Ŝe na tej skale zarobi milion. Wówczas zostanę jego Ŝoną, będę miała 

brylanty, perły i wszelkiego rodzaju kosztowności, zamek w Sonorze i pałac w San Francisco. 

— Nie dostaniesz ani klejnotów, ani złota, ani pałacu. Melton duŜo zarobi, ale nic z tego nie 

będzie posiadał. 

— Jak to? 
— To jest nasz sekret. Ale gdyby nawet stało się tak, jak on pragnie, ty byś nic z tego nie 

miała.  Jesteś  jedynym  kwiatem  na  tym  ustroniu,  dlatego  myśli  o  tobie.  Kiedy  zobaczy  inne, 
ciebie porzuci. 

— Niech się tylko ośmieli! Zemszczę się i wyjawię wszystkie jego występki. 
— Nie  będziesz  mogła.  Tu  moŜna  łatwo  zdeptać  kwiat,  który  wyblakł,  a  stał  się 

niebezpieczny. Wierz mi, Ŝadna z twoich nadziei przy nim się nie spełni. 

— Mówisz tak, poniewaŜ chcesz mnie posiąść. Daj mi dowód. 
— Przebiegły  WąŜ  moŜe  ci  dowieść.  Powiedz,  dlaczego  pozwoliłaś  zesłać  ojca  do 

podziemi? 

— PoniewaŜ miał zostać nadzorcą i zarobić sporo pieniędzy. 
— Ojciec  twój  jest  związany  jak  inni,  musi  pracować  jak  inni  i  nie  otrzymuje  lepszego 

pokarmu niŜ inni. Wiem, Ŝe obiecano go wypuszczać od czasu do czasu z szybu, aby mógł się z 
tobą widzieć i odetchnąć świeŜym powietrzem, lecz przyrzeczenie to nie będzie spełnione. 

— Zmuszę Meltona, aby dotrzymał słowa! 
— Nie  wierz!  Nad  takim  męŜczyzną  tysiąc  najpiękniejszych  kobiet  świata  nie  mogłoby 

uzyskać Ŝadnej władzy. ZaŜądaj spotkania z ojcem, a przekonasz się, czy pozwoli na nie. 

— W takim jazie porzucę go! 
— Spróbuj  —  zaśmiał  się  czerwonoskóry  —  uwięzi  cię  we  wnętrzu  skały,  gdzie  twoją 

piękność i zdrowie poŜre trucizna rtęci. To kłamca, powtarzam. Moje serce natomiast szczerze 
myśli o tobie. Dam ci słowo na to, co on kłamliwie przyrzeka. Gdybym chciał, byłbym o wiele, 
o wiele bogatszy od Meltona. 

— Bogaty Indianin?! — roześmiała się Judyta. 
— Wątpisz?  My  jesteśmy  prawymi  posiadaczami  kraju,  którego  gwałtem  pozbawiają  nas 

biali. Przy naszym trybie Ŝycia, co nam po złocie, srebrze, skarbach! Wiemy jednak, gdzie się 

background image

złoto znajduje w olbrzymich ilościach, a nie powiemy tego białym. Lecz gdyby Biały Kwiat 
chciała zostać moją squaw, dałbym jej tyle złota i srebra, ile zapragnęłaby; dałbym to wszystko, 
co Melton przyrzekł obłudnie. 

— Czy naprawdę? DuŜo złota, klejnotów, pałac, zamek, piękne szaty i wiele słuŜby?! 
— Wszystko,  wszystko,  czego  zapragniesz!  Mógłbym  cię  uczynić  moją  squaw  wbrew 

twojej  woli,  gdyŜ  my,  Indianie,  porywamy  dziewczęta,  których  inaczej  nie  moŜemy  dostać. 
Lecz ty zostań moją squaw dobrowolnie. Nie uŜyję przemocy. Poczekam, aŜ sama oddasz mi 
serce. Czy nie uczynisz tego juŜ teraz? 

Powstał, skrzyŜował ręce na piersiach i oglądał ją badawczo. Milczała. Chętnie przystałaby 

na  miłostkę  z  pięknym,  młodym  wodzem,  nie  kłopocąc  się  o  następstwa.  Lecz  on  Ŝąda,  aby 
została  jego,  Ŝoną.  CzyŜby  rzeczywiście  Melton  chciał  ją  oszukać?  Czy  naprawdę  Indianin 
mógłby się wzbogacić, gdyby zechciał? 

Indianin  stał  przed  Judytą,  wbijając  w  nią  ostre  spojrzenia,  jak  gdyby  usiłował  wyczytać 

najskrytsze jej myśli. Po dłuŜszym milczeniu wreszcie rzekł: 

— Wiem,  o  czym  myśli  Biały  Kwiat.  Kocha  bogactwo,  przyjemności  miejskiego  Ŝycia 

wśród bladych twarzy. Czerwonoskóry posiada tylko namiot, konia i broń. Mieszka w lasach i 
sawannach  i  nie  rozumie  się  na  sztukach  i  rozkoszach  białych  ludzi.  JakŜe  byś  więc  mogła 
zostać squaw Indianina? CzyŜ nie o tym myślałaś? 

— Tak. 
— Wierz mi, będzie inaczej, gdy zechcesz. Powiedz tylko tak, a natychmiast pójdę spełnić 

twoje Ŝyczenia. Moja ręka nie dotknie twojej, zanim nie przyniosę tyle złota, ile zapragniesz. 

To na nią podziałało 
— Mógłbyś naprawdę?! — zawołała. — Mógłbyś przynieść mi tyle złota? 
— Mogę. 
— A Melton, czy rzeczywiście mnie oszukuje? 
— Wybadaj go, zaŜądaj widzenia się z ojcem. Ale nie mów nic o naszej rozmowie. 
— Dobrze.  Wypróbuję  go.  Jeśli  nie  uczyni  zadość  memu  Ŝądaniu,  porzucę  go  i  pójdę  do 

ciebie. 

— Nie pozwoli. Zmusi cię, abyś pozostała w jego namiocie. 
— Co zatem czynić? 
— Czekać, tylko czekać, aŜ zgłoszę się po ciebie. Melton jest w naszej władzy. Zastrzelę go, 

jeśli  wbrew  twojej  woli  zechce  cię  dotknąć.  Dopóki  się  nie  zdecydujesz,  przychodź  tu  co 
wieczór o tej samej porze. JeŜeli nie przyjdziesz, będę wiedział, Ŝe coś ci zagraŜa, i pójdę do 
niego, aby cię zabrać. 

— Czy dotrzymasz słowa? 
— Przebiegły  WąŜ  jest  chytry,  ciebie  jednakŜe  nie  oszuka.  MoŜesz  na  mnie  polegać. 

Howgh! 

Odszedł, nie uścisnąwszy nawet jej ręki Ona zaś, kiedy się oddalił o trzy czy cztery kroki, 

skoczyła,  pobiegła  za  nim  i  zarzuciła  mu  ręce  dookoła  szyi.  Usłyszałem  szmer  pocałunku. 
Naraz  cofnęła  się  i  usiadła  na  kamieniu.  Czy  był  to  odruch  wyrachowania?  nagłego 
wzruszenia? czy moŜe podziękowania z góry za złoto, które jej przyrzekł? Być moŜe wszystko 
razem. Indianin stał przez chwilę oszołomiony, po czym zbliŜył się do niej powoli i rzekł: 

— Biały Kwiat dała mi dobrowolnie to, o co teraz nie ośmieliłbym się prosić. Niech wie, Ŝe 

odtąd  nikt  inny  nie  powinien  jej  pocałować.  Z  samego  rana  wypróbujesz  Meltona.  Jutro 
wieczorem tu powrócę. Biada Meltonowi, jeŜeli Białemu Kwiatu uczyni coś złego. W podzięce 
za pocałunek powiem ci coś więcej. OtóŜ z bladych twarzy, które przyprowadziliśmy, jeden 
zginął. Był to wysoki, silny męŜczyzna. Znasz go, 

— Znam. 
— Tak, znasz go lepiej niŜ innych. 
— Skąd wiesz? 

background image

— Powiedziało mi spojrzenie, którym cię obrzucał. Czy kochasz go? 
— Nie. Przyjechał tutaj za mną. 
— Nie zmartwi cię więc wiadomość o jego śmierci? 
— Nie Ŝyje? Skąd wiesz7 
— Wellerowie ścigali go i zabili. Dziobią go juŜ sępy. 
Trwała chwilę w milczeniu. Wreszcie zawołała: 
— Bardzo dobrze, Ŝe się tak stało. Był mi obmierzły, pozbyłam się go nareszcie! 
— Tak, nie wróci juŜ. Do jutra. Howgh! 
Oddalił  się  szybko.  Zamyśliła  się.  Potem  poruszyła  końcami  palców,  jak  zazwyczaj  przy 

odpędzaniu złych myśli. Po cichu zaczęła nucić melodię, wreszcie wstała i poszła. JakŜe łatwo 
mogłem  poznać  drogę  na  płaskowzgórze.  Trzeba  było  tylko  iść  za  nią,  lecz  znając  dobrze 
zwyczaje  czerwonoskórych,  wiedziałem,  Ŝe  Indianin  jest  w  pobliŜu.  Zrezygnowałem  z 
niebezpiecznej pokusy i  wróciłem do jaskini, zadowolony z rezultatów tej krótkiej wyprawy 
nocnej. 

Zbadać  drogę  mogłem  później,  na  dziś  było  mi  to  niepotrzebne.  To,  co  podsłuchałem, 

przynosiło mi więcej korzyści. Dzięki temu mogliśmy podąŜyć wprost do celu, a nie czekać na 
posiłki Mimbreniów, mających pokonać Jumów. Im dłuŜej myślałem, tym moŜliwszy wydawał 
mi  się  fakt,  do  niedawna  jeszcze  absurdalny,  mianowicie,  ze  sam,  bez  Winnetou,  bez 
czyjejkolwiek pomocy, mógłbym osiągnąć swój cel, i to nie zdejmując strzelby z ramienia. 

O świcie wzięliśmy się do pracy. Przysłoniłem kamieniami wejście do jaskini i zeszliśmy no 

dół, aby wspiąć się na skałę z innej strony. Widzieliśmy stąd obozowisko Indian. Nie było w 
nim  jeszcze  śladu  Ŝycia.  Mimo  to  poruszałem  się  bardzo  ostroŜnie.  Znalazłszy  zakręty, 
wypatrzone  przez  Herkulesa,  zatrzymaliśmy  się  przy  właściwym.  Poznałem  go  natychmiast, 
poniewaŜ otwór był źle zamaskowany. Miejsce to nie było widoczne z obozu Indian. Dlatego 
zachowywaliśmy się swobodnie, zrezygnowawszy z ostroŜności. 

Po  usunięciu  kamieni  powstał  bardzo  obszerny  otwór.  Zeszliśmy  w  dół  po  głazach,  które 

Herkules  ułoŜył  w  schody.  Były  obciosane,  co  zdradzało  nieindiańskie  pochodzenie  tunelu, 
prowadzącego na ukos do podziemi. 

Najpierw spenetrowałem prawą stronę tunelu, naturalnie korzystając ze światła pochodni. 

Po kilku zaledwie krokach dotarliśmy do przepaści, dzielącej nas od jaskini. Konie usłyszały 
nasze  —  głosy  i  podeszły  aŜ  do  krawędzi.  Spędziwszy  noc  w  jaskini,  przestały  się  lękać. 
Okrzykami  pragnąłem  odpędzić  je  od  przepaści.  Kiedy  zawołałem  na  mojego  Hatatitla: 
„Iteszkosz!” (PołóŜ się!) — rozkaz spełnił natychmiast. Koń Apacza połoŜył się obok niego. 
Byłem więc pewien, Ŝe przed moim powrotem nie ruszą się z miejsca. 

Znaleźliśmy na brzegu cztery dołki, odpowiadające dokładnie wczorajszym. A więc istotnie 

wisiał tu niegdyś most. Wróciliśmy, aby udać się w głąb tunelu. Wysokość jego była wyŜsza od 
przeciętnego  wzrostu  człowieka,  a  szerokość  miała  około  trzech  stóp.  Na  ścianach  widniały 
ś

lady dłuta i świdra. Oporniejsze kamienie rozwalono dynamitem, a więc tunel był zbudowany 

przez białych. 

Szliśmy coraz dalej, nie napotykając na przeszkody. Powietrze, wbrew oczekiwaniu, było 

wcale  znośne.  Ta  okoliczność  zwróciła  moją  uwagę  na  płomień  pochodni,  który  z  lekka  się 
pochylał w kierunku korytarza. A więc istniała tu cyrkulacja powietrza. ŚwieŜy powiew szedł 
od zewnątrz w głąb tunelu. CzyŜby tunel łączył się z szybem? Bardzo moŜliwe. 

Uszliśmy przeszło trzysta kroków, gdy. Mimbrenio wskazał na jakiś wmurowany kamień. 
— Napis — rzekł — lecz nie indiański. 
Oświetliłem wskazane miejsce i z łatwością odczytałem: Alonso Vatrgas of. en min. y comp. 

A.D.  MDCXI.  Uzupełniając  skróty:  Alonso  Vargas,  oficial  en  minas  y  companneros,  Anno 
Domini MDCXI, co znaczy Alonso Vargas, górnik, oraz towarzysze w roku pańskim 1611. A 
więc  dwieście  pięćdziesiąt  lat  minęło  od  czasu,  gdy  dzielny  górnik  hiszpański  wydrąŜył  te 

background image

podziemia.  Zanotowałem  napis,  poniewaŜ  nie  sądziłem  dotychczas,  aby  Hiszpanie  juŜ 
wówczas przeniknęli do tak odległych okolic Meksyku, zwanego przez nich Nową Hiszpanią. 

Szliśmy  coraz  dalej,  aŜ  do  końca  tunelu.  Stanowił  go  mur  kamienny.  Aczkolwiek  nie 

dostrzegłem  w  nim  Ŝadnego  otworu,  płomień  pochodni  był  stale  pochylony.  Okazało  się,  Ŝe 
mur tworzył rodzaj rzeszota. Tam, gdzie zbiegały się kanty głazów, nie była cementu, wskutek 
czego  powstały  liczne,  a  niewidoczne  otworki.  Na  jednym  z  głazów  znalazłem  napis:  E.  L. 
1821. E. L. były to zapewne czyjeś inicjały, cyfra oznajmiała, Ŝe tunel został zamurowany w 
roku 1821. Być moŜe w tym samym roku zdjęto most nad przepaścią i zamaskowano wejście 
do jaskini, ale w jakim celu? Otworki w murze pozostawiono, aby powietrze mogło swobodnie 
krąŜyć i aby późniejszego przybysza nie zadusiły nagromadzone gazy trujące. 

Co mieliśmy czynić? Przez jakiś, czas nasłuchiwaliśmy. Za murem ani szmeru. OdwaŜyłem 

się zapukać. śadnej odpowiedzi. A jednak serce moje skakało z radości. Wiedziałem bowiem, 
Ŝ

e za tym murem znajdę swoich ziomków. Jeśli tak miało być istotnie, jakŜe łatwo mógłbym 

ich  uwolnić.  Trzeba  było  tylko  przedostać  się  przez  mur.  Trzeba  było  wydrąŜyć  otwór 
odpowiedniej  miary.  Ale  czym?  Nie  mieliśmy  innych  narzędzi  prócz  noŜy.  W  ciągu  całego 
dnia  pracy  zdołalibyśmy  usunąć  tylko  jeden  głaz.  JednakŜe  wziąłem  się  ochoczo  do  roboty. 
Mimbrenio dzielnie mi pomagał. 

Pracowaliśmy dopóki pochodnie płonęły, a potem jeszcze po omacku. Zmęczeni wróciliśmy 

do jaskini, gdzie konie wciąŜ jeszcze leŜały na tym samym miejscu. Teraz mogły się podnieść i 
posilić. A my, skoro tylko zaŜegnaliśmy głód, wróciliśmy do podziemi, biorąc ze sobą kilka 
pochodni i większą ilość świec oraz nieodzowne narzędzia, między innymi łomy. 

Po  cięŜkiej  pracy  około  godziny  siódmej  wieczorem  wreszcie  usunęliśmy  pierwszy  głaz. 

Spojrzałem przez otwór: ciemność  głęboka i cisza.  Z drugim  głazem uporaliśmy się o wiele 
łatwiej,  bo  po  dwóch  godzinach  pracy.  O  godzinie  dziesiątej  usunęliśmy  trzeci.  O  północy 
leŜało u naszych stóp juŜ siedem wyrwanych kamieni. O pierwszej poi północy mogliśmy się 
przeczołgać przez dość szeroki otwór, co teŜ natychmiast uczyniliśmy, zachowując najwyŜszą] 
ostroŜność, gasząc nawet pochodnie. 

Stwierdziwszy, Ŝe nic nam nie grozi, zapaliliśmy świecę. Spostrzegłem, Ŝe mur z tej strony 

tak był pomalowany, iŜ nie róŜnił się od otaczających go skał. 

Znaleźliśmy  się  w  szerokim  i  dość  wysokim  korytarzu,  który  wspierał  się  na  naturalnych 

blokach skalnych. Lewa część korytarza kończyła się po kilku krokach. Skierowałem się więc 
w  prawo.  WzdłuŜ  murów  leŜało  wiele  przeróŜnych  narzędzi.  Przeciąg  był  tu  silniejszy. 
Wkrótce weszliśmy do sześciennej komory. Pośrodku ujrzałem wielką skrzynię. Do czterech 
jej boków przymocowane były sznury skręcone z rzemieni; przywiązane u góry do łańcucha. 
Nad  skrzynią  widniał  otwór  nieco  większy  niŜ  podstawą  skrzyni.  Był  to  na  pewno  szyb, 
skrzynia  zaś  windą.  LeŜały  jeszcze  inne  najrozmaitsze  przedmioty,  na  które  chwilowo  nie 
zwróciłem uwagi, gdyŜ zaintrygowało mnie dwoje drzwi z nieociosanego drzewa, zamkniętych 
na  cięŜkie  zasuwy.  Jedne  na  wprost  korytarza,  drugie  z  prawej  strony,  prawdopodobnie 
prowadziły do tej części kopalni, gdzie odbywały się roboty. 

Przede  wszystkim  skierowałem  się  ku  stronie  prawej.  Odsunęliśmy  obydwie  zasuwy. 

Mimbrenio trzymał pochodnię. W chwili gdy otworzyłem drzwi, wpadła na mnie jakaś postać 
kobieca,  wbiła  wszystkie  paznokcie  w  moją  szyję  i  wrzasnęła:  —  Podły  łotrze!  Znowu 
przyszedłeś! Puścisz mnie albo cię zaduszę! 

Powitanie  niezbyt  przyjazne.  Nie  obruszyłem  się  jednak,  poniewaŜ  na  pewno  było 

skierowane  pod  innym  adresem.  Oderwałem  od  szyi  ręce  wściekłej  istoty,  w  której  ze 
zdumieniem poznałem Judytę, i trzymając je z dala od mojej twarzy, odpowiedziałem: 

— Przepraszam panią, zechce pani zwrócić uwagę na pomyłkę. Nie przyszedłem tu po to, 

aby ginąć z delikatnej rączki. 

Mimbrenio oświetlił moją twarz. Judyta poznała mnie i krzyknęła: 
— Ach, to pan? Dzięki Bogu! Nie pozostawi mnie senior w tym lochu?! 

background image

— Nie. Uwolnię panią. Lecz kto panią uwięził? 
— Melton, ten potwór, ten szatan Wcielony! 
— Ale w jaki sposób senioritę tutaj sprowadził? Wszak niełatwo pani ulega przemocy. 
— Oszukał mnie. Poszłam za nim dobrowolnie. Zjechaliśmy w dół w skrzyni. 
— Powiedział zapewne, Ŝe zobaczy się pani z ojcem? 
— Tak, powiedział mi to. Miałam sprowadzić ojca na górę. Czy wie senior, Ŝe ojciec jest 

uwięziony w podziemiu? 

— Wiem. W ogóle wiem nieco więcej, niŜ się pani spodziewa. Wiem na przykład, Ŝe młody 

wódz Jumów, Przebiegły WąŜ, wczoraj rozmawiał z pewną damą, która go tak zachwyciła, iŜ 
obiecał jej złoto, klejnoty, zamek, pałac, piękne ubiory i wiele słuŜby. 

Nie zarumieniła się nawet. Odpowiedziała zupełnie swobodnie: 
— Pan z nim rozmawiał? 
— Nie. 
— Czy Przebiegły WąŜ był juŜ u Meltona? 
— Nie wiem. NaleŜy sądzić, Ŝe pójdzie do niego, jeśli jeszcze nie poszedł. 
— Czekam  na  niego.  Kiedy  senior  i  poznałam,  sądziłam,  Ŝe  on  pana  przysłał  po  mnie. 

Wcześniej jednak wzięłam pana za tego łotra Meltona. 

— A jednak trzymała pani z Meltonem. 
— Tak, poniewaŜ wiele mi obiecywał. 
— Złote,  klejnoty,  pałac  i  zamek…  Czy  istotnie  wierzyła  mu  pani?  To,  Ŝe  zwabił  pani 

rodaków, aby cięŜko na niego pracowali, musiało chyba senioritę pozbawić zaufania do tego 
człowieka. Jak właściwie wyobraŜała sobie pani ich los? 

— Wcale nie źle a dobrze. Mieli pracować przy wydobyciu pewnej ilości rtęci, co nie trwa 

wszak  długo.  Melton  wzbogaciłby  się  ogromnie,  puściłby  na  wolność  robotników, 
wynagradzając ich tak sowicie, iŜ zapewniłby im przyszłość bez pracy. 

— I pani w to uwierzyła? 
— Tak. 
— Hm.  Los  ich  wyglądałby  nieco  inaczej.  Wskutek  panujących  w  podziemiach  mroków, 

wskutek złego poŜywienia i rtęciowych oparów, po dwóch, trzech latach Ŝaden z robotników 
nie pozostałby przy Ŝyciu. 

— Po dwóch czy trzech latach? Praca miała trwać zaledwie kilka miesięcy. 
— W takim krótkim czasie nie moŜna się wzbogacić tak dalece, alby tylu ludziom zapewnić 

przyszłość bez troski. Czy pani istotnie zamierzała zostać Ŝoną Meltona? 

— DlaczegoŜ by nie? 
— A teraz chce pani poślubić Przebiegłego WęŜa? 
— Tak, aby ukarać Meltona! 
— A dawny narzeczony, który był pani tak wierny? 
— CóŜ on mnie obchodzi? Zresztą nie Ŝyje. 
— Tak. PoŜarły go sępy. Seniorita posiada tyle właśnie sumienia, co Melton. Mam wielką 

ochotę zamknąć panią ponownie i pozostawić ją własnemu losowi. 

Dotychczas stała między mną a drzwiami. Teraz zerwała się z miejsca i krzytnęła: 
— Tego pan nie moŜe zrobić! Nikt nie zdoła mnie zamknąć ,w tym lochu. 
— Nie uczynię tego. Będzie pani wolna. 
— Byłabym wolna, nawet gdyby mnie pan tutaj pozostawił, gdyŜ wódz na pewno przyjdzie 

mnie wyzwolić. 

— Nie będzie mógł. 
— Kto mu przeszkodzi? 
— Melton. 
— Wódz ma go w swojej mocy.. 

background image

— Przebiegły  WąŜ  mówił  to  wczoraj,  ale  teraz  bardzo  moŜliwe,  iŜ  Melton  ma  nad  nim 

przewagę. Jeśli tak się stało, to z pani winy. 

— Jak to? 
— Wyjaśnię pani, jeśli się przedtem dowiem, o czym rozmawiałaś z Meltoniem. Przebiegły! 

WąŜ radził wystawić Meltona na próbę. JakŜe to pani zrobiła? 

— ZaŜądałam widzenia się z ojcem. Odpowiedział, Ŝe muszę jeszcze poczekać, poniewaŜ 

obecność ojca w sztolni jest nieodzowna. Nie zadowoliłam się tą odpowiedzią, trwałam przy 
swoim Ŝądaniu i zagroziłam mu, Ŝe go porzucę. 

— CóŜ Melton na to? 
— Roześmiał  się  i  powiedział,  Ŝe  wszak  nie  odejdę  bez  ojca.  Wówczas  zagroziłam  mu 

zemstą wodza. 

— Ach, właśnie pomyślałem to sobie. 
— CóŜ  to  szkodzi?  Niech  wie,  Ŝe  nawet  pozbawiona  ojca  nie  pozostałam  bez  opieki  i 

obrony. 

— Zaraz seniorita zrozumie, Ŝe postąpiła niezbyt sprytnie. Sądzę, iŜ nie tylko powołała się 

pani na Indianina jako na swojego obrońcę; ale Ŝe jeszcze coś ponadto wygadała? 

— Dlaczego nie miałam odpowiadać, skoro pytał? 
— Powiedziała mu pani zapewne, Ŝe Przebiegły WąŜ przyrzekł senioricie to samo szczęście 

i ten sam dobrobyt, co Melton? 

— Tak. 
— I Ŝe zabije Meltona, jeśli odwaŜy się zrobić pani coś złego? 
— To szczególnie musiałam zaakcentować. 
— Niech pani dziękuje Bogu, Ŝe ja się tutaj zjawiłem, albowiem Przebiegły WąŜ nie zdoła 

wydobyć pani z tego szybu. 

— AleŜ on na pewno przyjdzie! 
— Nie  zrobi  tego,  bo  nie  moŜe.  Dzięki  pani  Melton  został  doskonale  poinformowany  o 

swoim rywalu i wie, czego się ma po nim spodziewać. 

— To nic nie szkodzi. Wiem, Ŝe Melton zaleŜny jest od Indian i nie moŜe naraŜać się ich 

wodzowi 

— Ja zaś wiem, Ŝe wcale się go nie lęka. Los pani .jest tego najlepszym dowodem. Mimo 

pogróŜek seniority uwięził panią w kopalni. To chyba dowód przekonywający, iŜ Melton nie 
obawia się Indianina. 

— Wkrótce dowie się o swojej pomyłce. Powiedziałam miu, Ŝe Przebiegły WąŜ będzie na 

mnie czekał i zgłosi się po mnie, jeśli nie przyjdę. 

— Ach, to juŜ największy błąd, jatki mogła pani popełnić. Melton jest uprzedzony i uzbroi 

się odpowiednio na przyjęcie wodza. Sądzę, Ŝe — pani obrońca sam potrzebuje teraz obrony. 

— Myśli  pan,  iŜ  Melton  się  odwaŜy?  Całe  plemię  Jumów  pomściłoby  śmierć  swojego 

wodza. 

— Myli  się  pani.  Melton,  którego  pani  sama  nazwała  szatanem  wcielonym;  nie  jest  tak 

głupi, aby wyjawić to, co zamierza, lub czego moŜe juŜ dokonał. Łatwo potrafi usunąć .wodza 
w taki sposób, Ŝe nikt się o tym nie dowie. MoŜe być pani pewna, iŜ gadatliwością naraziła 
swego obrońcę na największe niebezpieczeństwo, 

— JeŜeli tak jest w rzeczywistości, to sądzą, Ŝe pan go wybawi! Melton natychmiast chwyci 

się najgorszych środków. 

— Czy wie pani, gdzie są jej ziomkowie? Melton chyba pani opowiadał. 
— Mówiliśmy często o nich, lecz bardzo pobieŜnie. 
— Ale ci ludzie muszą jeść i pić. Kto im dostarcza wikt? 
— Melton mówił, Ŝe wody jest dosyć w podziemiach. Prowiantów zaś dostarczają im dwaj 

Indianie. 

— Czym ich Ŝywią? 

background image

— Wyłącznie plackami z kukurydzy, które wypiekałam wraz z kobietami indiańskimi. 
— PoniewaŜ  robotnicy  znajdują  się  tu  nie  z  własnej  woli,  więc  zapewne  poczyniono 

odpowiednie zarządzenia, aby przeszkodzić ich ucieczce. Czy nie wie pani jakie? 

— Zakuto im nogi i ręce w okowy. 
— JakŜe mogą ci biedacy pracować? 
— Chwilowo  jeszcze  nie  pracują.  Czekają  na  przybycie  kilku  białych  nadzorców  i 

instruktorów. 

— Jak są rozmieszczeni: kaŜdy z osobna czy teŜ razem? 
— O ile wiem, razem. 
— Dwaj  Indianie,  którzy  zaopatrują  ich  w  Ŝywność,  są  przecieŜ  wystawieni  na 

niebezpieczeństwo? 

— Nie, poniewaŜ oddzielają ich mocne drzwi. Mam nadzieję, Ŝe pan potrafi je otworzyć? 
— Z całą pewnością. 
— I wypuści pan uwięzionych? 
— Oczywiście. 
— Co się stanie z Meltonem? Pozwoli mu senior uciec? 
— Pozwolę mu zawisnąć na szubienicy. 
— Powiem panu, jak senior ma się do tego zabrać. Nie powinien pan się do niego zbliŜyć 

poza mieszkaniem, gdyŜ niechybnie seniora zastrzeli. 

— Nie przypuszczam. 
— O, jednak Melton nie wychodzi z domu bez dwóch rewolwerów, które odkłada jedynie w 

mieszkaniu. Niech pan go zaskoczy, w domu. 

— Zastosuję się do .tych wskazówek, aczkolwiek nie lękam się owych rewolwerów. 
— Czy zna pan jego mieszkanie? 
— Nie.  Wiem  tylko,  Ŝe  leŜy  na  poziomie  szybu.  Sądzę,  Ŝe  pani  mogłaby  mnie 

poinformować. 

— Owszem, znam je dokładnie, Zostało zbudowane przez niejakiego Euzebiusza Lopeza. 
— Euzebiusz Lopez? Poprzednio natknąłem się na litery E. L, zapewne to są jego inicjały. 

Mieszkanie jest jednocześnie kryjówką, nie moŜe przeto być obszerne. 

— Jest  dość  duŜe.  Dawniej  na  górze  w  skale  była  rynna,  którą  Lopez  zamurował.  W  ten 

sposób powstał kryty korytarz, który zaczyna się w szybie i prowadzi do mieszkania. Rynna 
była  bardzo  szeroka  i  Lopez  przedzielił  ją  murami.  Utworzyło  się  kilka  pokojów.  Ściana 
zewnętrzna  wygląda  jak  skałą,  wskutek  czego  z  dołu  nie  moŜna  poznać,  Ŝe  na  górze  mogą 
mieszkać ludzie. Oknami są wydrąŜenia, niewidoczne na pierwszy rzut oka. 

— Na jaką trzeba zejść głębokość, aby się dostać do korytarza? 
— MoŜe dwadzieścia stopni po drabinie. 
— Widzę  jednak  skrzynię  wiszącą  na  łańcuchu.  Sądzę,  Ŝe  na  górze  jest  kołowrót,  który 

wciąga ją do góry. 

— Owszem, jest. 
— W takim razie drabina zbyteczna. 
— Drabina prowadzi tylko do korytarza. Z korytarza zaś w dół idzie winda. 
— . Dobrze. A mieszkanie? 
— Składa się z czterech pokojów. Dwa na końcu korytarzu, dwa inne po obu jego stronach. 
— W którym znajdę Meltona? 
— Z prawej strony mieszkają stare Indianki, z lewej ja (mieszkałam, na wprost zaś prawa 

para drzwi prowadzi do Wellerów, lewa do Meltona. 

— Jakie zamki są w Klrzwiadh? 
— Nie ma Ŝadnych. Drzwi nie są z drzewa. To jedynie maty, zwisające z góry. 
— Kto wciąga windę do góry? 
— Indianie, którzy czuwają na górze. Są to… Uwaga. 

background image

Zwróciła  się  w  kierunku  szybu.  Stamtąd  brzęczał  łańcuch  skrzyni.  Widzieliśmy,  jak 

podnosiła się powoli do góry. 

— Tam nie śpią jeszcze — rzekłem. 
— Po co wciągają skrzynię? CzyŜby chciał ktoś zjechać? 
— Teraz przekona się pan, Ŝe nie miał racji, gdyŜ z pewnością jedzie wódz indiański. 
— Sądzi pani zbyt pochopnie. Jeśli ktoś zjedzie, to na pewno będzie to Melton albo stary 

Weller. 

— Wellera dzisiaj tu nie ma. 
— Gdzie jest? 
— Pojechał z wieloma Indianami odszukać pana, w razie pańskiego przybycia zawiadomić 

o tym Meltona. Zapewne nie spostrzegł seniora, gdyŜ byłby juŜ wrócił. 

— A więc nie jego mamy się tułaj spodziewać. Będzie to Melton. 
— Najlepsza sposobność, aby go złapać! 
— To  jeszcze  zaleŜy  od  wielu  okoliczności.  Trzeba  być  przezornym.  Weller  mógł  juŜ 

wrócić, moŜe być przy Meltonie. Musimy czekać na dalszy rozwój wypadków. Dlatego panią 
proszę, abyś się pozwoliła z powrotem zamknąć. 

— Zamknąć?  —  zapytała  przeraŜona.  —  Nie,  ma  to  nie  pozwolę.  Jestem  ogromnie 

zadowolona, Ŝe się wydostałam. 

— Daję pani słowo, Ŝe ją na pewno wypuszczę. Chcę tylko zobaczyć, kto tu przyjdzie i w 

jakim celu, powinien przeto zastać wszystko po dawnemu. 

Opierała  się,  lecz  w  końcu  uległa.  Zamknąłem  drzwi  na  zasuwy  i  ukryłem  się  wraz  z 

Mimbreniem za wielkim stosem drewna, nagromadzonego tam, gdzie zaczynała się rozkopana 
część korytarza. Pogasiliśmy światło i czekaliśmy przyczajeni. 

W tej chwili dobiegł nas hałas opuszczanej skrzyni. Wzmagał się z minuty na minutę. Z góry 

padał  odblask;  skrzynia  uderzyła  o  grunt.  Stał  w  niej  Melton  z  latarką  przypiętą  do  pasa.; 
Wysiadł z windy i wyciągnął przedmiot, w którym mimo oddalenia poznałem skrępowanego 
człowieka.  Tu,  na  dole,  akustyka  była  doskonała.  Dlatego  słyszałem  kaŜde  słowo  Meltona. 
Wołał szyderczo: 

— Tęskniłeś do swego  Białego  Kwiatu?! Dlatego sprowadziłem cię, abyś mógł ją ujrzeć. 

UwaŜaj! 

Doszedł do drzwi, które więziły Judytę, otworzył je i zawołał: 
— Zechce pani łaskawie wyjść do nas. Oczekuje panią radosna niespodzianka. 
Judyta wyszła. Doprowadził ją do łoŜącego na ziemi Indianina i zapytał: 
— Zna go pani? Mam nadzieję, Ŝe pani przypomina sobie Przebiegłego WęŜa? 
— Przebiegły WąŜ! — krzyknęła zaskoczona. — Spętał go pan?! 
— Tak.  Widzi  pani,  jaki  bohater  z  ukochanego!  Przyszedł,  aby  pociągnąć  mnie  do 

odpowiedzialności i aby panią uwolnić, i oto sam został strącony w podziemia. Nigdy juŜ nie 
ujrzy światła dziennego. Za wiele mi pani o nim naopowiadała, abym mu miał darować Ŝycie! 

— Nie sądź, Ŝe ujdzie ci to bezkarnie. Jumowie pomszczą swego wodza. 
— Ani myślą. Nie wiedzą, Ŝe ja jestem sprawcą jego zniknięcia. Pani ręce! 
Wyciągnęła ręce, mówiąc: 
— ZwiąŜ mnie. Nie chcę z panem walczyć, poniewaŜ brzydzę się pańskiego dotknięcia — 

Lecz kara cię nie minie! 

— Chce pani zostać prorokinią, Judyto? To nieopłacalny interes; dzisiejsza ludzkość cierpi 

na brak wiary. 

Związał jej ręce na plecach i popchnął do ciemnego lochu. Nie stawiała oporu. Wrzucił za 

nią  Indianina,  zamknął  drzwi,  zaryglował,  po  czym  przyłoŜył  do  nich  ucho  i  nasłuchiwał. 
Wreszcie  wrócił  do  skrzyni  i  za  pomocą  zwisającego  sznura  dał  znać  do  góry,  aby  go 
wciągnięto  z  powrotem.  Skrzynia  zaczęła  się  podnosić.  Światło  znikło,  a  wraz  z  nim  ucichł 
odgłos obijania się skrzyni o mur. 

background image

Mój  Mimbrenio  nie  szepnął  jeszcze  ani  słówka,  od  chwili  gdy  przeczołgaliśmy  się  przez 

otwór w murze. Teraz jednak był do takiego stopnia zdumiony moim zachowaniem, Ŝe zapytał: 

— Biały,  którego  chcieliśmy  schwytać,  był  tutaj.  Mogliśmy  łatwo  i  szybko  go  ująć. 

Dlaczego Old Shatterhand wypuścił go z rąk? 

— PoniewaŜ i tak jestem pewny jego ujęcia. Kiedy później zaskoczymy Meltona, ogarnie go 

dwakroć większe przeraŜenie. 

Zapaliłem  światło  i  otworzyłem  drzwi,  do  których  całym  ciałem  przywarła  Judyta. 

Odetchnęła głęboko i rzekła: 

— Dzięki Bogu! JuŜ lękałam się, Ŝe pan nie nadejdzie! 
— Ja dotrzymuję słowa. Czy rozmawiała pani z wodzem? 
— Jeszcze nie. Z przeraŜenia zaniemówiłam, Słyszał pan, co mówił Melton? 
— Wszystko. 
— JakŜe łatwo mógł pana odkryć. A wówczas znów byłabym w jego mocy. 
— Nie, wówczas on byłby w mojej. Porozumiem się z Przebiegłym WęŜem. Chwalić Boga, 

Ŝ

e Melton tylko tak się z nim obszedł. Dał mi do ręki atut, którym go pokonam. 

ZbliŜyłem się do Indianina i przeciąłem więzy. Podniósł się szybko i zwrócił do Judyty: 
— Kim jest ta blada twarz? Znajduje się w naszym szybie, a jednak do nas nie naleŜy? 
— Mój czerwony brat dowie się zaraz, kim jestem — odpowiedziałem zamiast dziewczyny. 

—  Wyprowadzę  Przebiegłego  WęŜa  i  białą  kobietę  nie  znaną  wam  drogą.  Wówczas  będzie 
mógł mój czerwony brat pojąć Biały Kwiat za squaw, wybudować jej pałac i zamek. 

Moja osoba, obecność i kaŜde słowo były dla niego zagadką. Bawił mnie wyraz zdumienia, 

widoczny na jego obliczu. 

— Mój biały brat zna nie znaną mi drogę z szybu? — zapytał. — Wie równieŜ, Ŝe kocham 

białą kobietę i co jej przyrzekłem? Czy nie zechce mi powiedzieć, kim jest? 

— Moje imię w języku Jumów brzmi Tave–schala. 
— Tave–schala! Old Shatterhand! — zawołał, cofając się o dwa kroki i patrząc na mnie jak 

na upiora. — Old Shatterhand tu, pomiędzy nami, w naszym szybie! 

Nie dowierzał własnym uszom. 
— Jeśli nie wierzysz, zapytaj białej dziewczyny. 
— Old Shatterhand, wróg naszego plemienia! Pośród naszego obozu! W sercu Almaden! 
— Mylisz  się,  nie  jestem  wrogiem  waszego  plemienia,  byłem  zawsze  przyjacielem 

wszystkich czerwonych braci. 

— Lecz ty właśnie zabiłeś Małe Usta, syna naszego wodza! 
— Zmusił mnie do tego, poniewaŜ chciał zabić młodego Mimbrenia, jego brata i siostrę. 
— Wódz zaprzysiągł ci zemstę! 
— Wiem o tym, ale czy z tego powodu ty równieŜ jesteś moim śmiertelnym wrogiem? 
— Muszę słuchać wodza. 
— śaden czerwony wojownik nie jest nikomu podległy, a tym bardziej ty. Wasz wódz moŜe 

swoją sprawę sam ze mną załatwić, niepotrzebni mu pomocnicy. Oswobodziłem cię, dowodząc 
tym czynem, Ŝe nie jestem wrogiem Jumów. Gdybym nim był, zabiłbym wszystkich waszych 
wojowników,  których  spotkałem  po  drodze  z  hacjendy  del  Arroyo.  Było  ich  czterdziestu, 
Ŝ

adnego nie zgładziłem, a tylko wziąłem do niewoli. 

— Wszystkich do niewoli? — powtórzył zdumiony. — Gdzie się znajdują? 
— Przy oddziale Mimbreniów, z którym przybyłem. 
— Czy Mimbreniowie są przy tobie? 
— Nie.  Pod  dowództwem  Winnetou,  wielkiego  Apacza,  czekają  na  mój  powrót  w  takim 

miejscu,  którego  nie  potraficie  odszukać.  Sam  teŜ  oswobodzę  wszystkie  blade  twarze, 
zamknięte w podziemiach, sam jeden, gdyŜ nie potrzebuję niczyjej pomocy. 

Nadmierne zdumienie nie pozwalało mu mówić. Więc spokojnie kontynuowałem: 

background image

— Nietrudno nam będzie zwycięŜyć Jumów, którzy czuwają w Almaden, Nie Ŝyczyłbym 

sobie jednak przelewu krwi. Niech Przebiegły WąŜ powie, czy chce zostać moim wrogiem — 
czy przyjacielem? 

Indianin  wydawał  mi  się  człowiekiem  bardzo  uczciwym.  Dlatego  obchodziłem  się  z  nim 

oględnie. Zastanawiał siei przez kilka minut, patrząc na mniej uwaŜnie, po czym rzekł: 

— Kazano  mi  być  wrogiem  Old  Shatterhanda.  Muszę  być  posłuszny  rozkazowi.  Ocalił 

jednak mnie i Biały; Kwiat, przeto pragnę ofiarować Old Shatterhandowi przyjaźń. Nie mogę 
uczynić  tego,  czego  serce  poŜąda,  ani  tego,  do  czego  skłania  mnie  rozkaz;  nie  będę 
przyjacielem Old Shatterhand ani jego wrogiem. MoŜe ze mną zrobić co tylko zechce. 

— Mój brat mówi bardzo rozsądnie. Czy jednak zastosuje się do roli, którą mu wyznaczę? 
— Tak. Nie uniknąłbym śmierci; więc odbierz mi Ŝycie, a nie będę się bronił. 
— Odbiorę ci nie Ŝycie, tylko wolność, przynajmniej na jakiś czas. Czy będziesz się uwaŜał 

za mojego jeńca? 

— Tak. 
— Czy muszę cię związać, abyś nie umknął? 
— Czy  zwiąŜesz  mnie,  czy  nie,  pozostanę  przy  tobie,  dopóki  mi  nie  powiesz,  Ŝe  jestem 

wolny. Lecz niczego więcej ode mnie nie Ŝądaj. Nie udzielę ci ani pomocy, ani wskazówek. 

— Dobrze więc, umowa stoi. Jesteś moim jeńcem i słuchasz moich rozkazów. Niepotrzebna 

mi twoja pomoc w; tym, co zamierzam zrobić. 

Uwolniłem  równieŜ  ręce  dziewczyny  i  udałem  się  na  poszukiwanie  robotników.  Droga, 

która  zaprowadziła  mnie  do  Judyty,  była  krótka.  Rozpoczęto  tu  kopanie  nowego  tunelu; 
zaniechano  go  jednak.  Robotnicy  znajdowali  się  zapewne  za  drugimi  drzwiami.  Kiedy, 
otworzyłem  je,  znaleźliśmy  się  jak  gdyby  w  komorze,  z  której  prowadziły  trzy  korytarze  w 
róŜnych kierunkach. Czuć było siarkę; oddychało się z trudem. Dwa korytarze były otwarte. 
Natomiast wejście do trzeciego zamykały drzwi. Zobaczyłem tu równieŜ zamknięte okienko. 
Otworzyłem  je,  ale  musiałem  się  szybko  cofnąć  przed  straszliwymi  wyziewami,  bijącymi  z 
wnętrza.  Po  otwarciu  drzwi  buchnęły  na  mnie  gęste  wyziewy,  niemoŜliwe  do  opisania.  W 
korytarzu  moŜna  było  jedynie  poruszać  się  skurczywszy  we  dwoje.  W  takich  to  warunkach 
pracowali emigranci! LeŜeli pokotem tuŜ za drzwiami męŜczyźni, kobiety, dzieci. Kiedy padł 
na nich blask naszego światła, podnieśli się wszyscy. Zabrzmiał zgiełk łańcuchów, do których 
były  przymocowane  okowy,  skuwające  im  ręce  i  nogi.  Dzieci  poczęły  płakać  ze  strachu, 
kobiety błagały o chleb, męŜczyźni złorzeczyli. Zaciskano i podnoszono pięści. Była to chwila 
najwyŜszego  podniecenia.  Lecz  parę  moich  głośno  wypowiedzianych  słów  przemieniło 
niebezpieczną  nienawiść  w  coś  wręcz  odwrotnego.  Skakano  z  radości,  obejmowano  mnie, 
wielu płakało ze szczęścia. Sporo czasu upłynęło, zanim uspokoili się na tyle, Ŝe mogłem się od 
nich czegoś dowiedzieć. 

Wódz  przyglądał  się  temu  z  daleka.  Kiedy  nieco  rozluźniło  się  dokoła  mnie,  podszedł  i 

rzekł: 

— Powiedziałem,  Ŝe  Old  Shatterhand  nie  uzyska  ode  mnie  Ŝadnej  pomocy.  JednakŜe  coś 

chciałbym mu powiedzieć: Tam, w rysie muru, leŜy klucz, którym otwiera się okowy. 

Był widocznie wzruszony widokiem nieszczęśliwych. Nie upłynęło pięć minut, a wszystkie 

kajdany  były  zdjęte  i  odrzucone.  Teraz  oswobodzeni  chcieli  wyjść,  wyjść  na  wolność.  Z 
trudnością przywołałem ich do spokoju. Zgiełk mógł łatwo dotrzeć do Meltona i ostrzec go, 
więc spodziewając się napaści, zarządziłem, aby zabrano, jako broń wszystkie narzędzia: młoty 
i piły. 

Naraz uwaga tłumu skupiła się n czerwonoskórym. Wiedzieli, kim jest i jaką rolę odgrywał 

w  przestępstwach  Meltona.  Chcieli  się  rzucić  na  niego.  Ledwo  zdołałem  go  uchronić  przed 
linczem. Zapewniłem ich, Ŝe jest moim zakładnikiem i jako taki moŜe im się bardzo przydać. 

Poszliśmy drogą prowadzącą do jaskini. PoniewaŜ mogliśmy iść tylko gęsiego, utworzył się 

więc długi szereg. Po pewnym czasie dotarliśmy do celu. 

background image

Była  juŜ  godzina  trzecia  lub  czwarty  a  więc  czas  najwyŜszy  na  schwytanie  Meltona. 

Chciałem się wprawdzie szczegółowo rozmówić z emigrantami, ale musiałem odłoŜyć to na 
później, poniewaŜ przed świtem naleŜało opuść Almaden. Wybrałem dziesięciu na silniejszych 
męŜczyzn, którzy mieli mi towarzyszyć. 

Drogę  na  płaskowzgórze  kaŜdy  z  dziesięciu  emigrantów  znał  dobrze,  poniewaŜ  tędy  ich 

prowadzono.  Dotarliśmy  tam  bardzo  prędko.  MoŜna  było  nie  lękać  się  straŜy;  gdyby  nawet 
usłyszeli odgłos kroków, z pewnością przyjęli nas za swoich. 

Domek  nad  szybem  oprócz  drzwi  posiadał  kilka  otworów  okiennych.  Stąd  biło  światło. 

Ś

miało podeszliśmy wprost do domu. Trzej Indianie wartownicy poderwali się z miejsca, lecz 

natychmiast spętaliśmy ich własnymi pasami. Następnie zostali wyniesieni i ułoŜeni w takiej 
odległości, Ŝe z domu nie moŜna było ich dostrzec. Dziesięciu emigrantów pozostało przy nich. 
Zarządziłem  to  ze  względu  na  Meltona,  który  nie  powinien  się  był  od  razu  zorientować  w 
sytuacji. 

Mogłem go schwytać sam. Dla pewności jednak zabrałem ze sobą młodego Mimbrenia, na 

którym mogłem bardziej polegać niŜ na dziesięciu białych. 

W domku znaleźliśmy kilka małych latarek. Zapaliłem jedną z nich i zawiesiłem na guziku 

od  kamizelki,  aby  łatwo  dała  zasłonić  się  płaszczem.  Sądziłem,  Ŝe  znajdę  tu  kołowrotek  od 
windy.  Jednak  nie  widząc  go,  skorzystaliśmy  z  drabiny.  Zszedłem  po  niej,  za  mną  zaś 
Mimbrenio. 

Otwór był tutaj o wiele szerszy niŜ na dole. Wkrótce znalazłem się w czworokątnej bocznicy 

szybu.  Opodal  stał  kołowrót  nad  prowadzącą  do  głębi  dziurą  —  Na  trzech  ścianach  wisiały 
wszystkie  niezbędne  narzędzia;  w  czwartej  był  wybity  obszerny  otwór  —  początek 
poszukiwanego korytarza. Nasłuchiwałem; w głębi panowała cisza. 

Przysłoniłem  latarkę,  tylko  czasem  rzucając  smugę  światła  na  drogę.  Korytarz  był  długi, 

wydawać by się mogło, Ŝe nie ma końca. Wreszcie ujrzeliśmy z prawej i lewej strony drzwi. 
Były zasłonięte matami. Zdawało się, Ŝe wszyscy śpią. JednakŜe, kiedy zbliŜyłem się jeszcze o 
kilka  kroków,  usłyszałem  rozmowę.  Głos  dobiegał  spoza  lewych  drzwi,  a  więc  z  pokoju 
Mehona. Podszedłem bliŜej i uchyliłem nieco matę. Paliła się tu świeca, pozwalając dokładnie 
obejrzeć wnętrze. Pokój był duŜy. W kącie na lewo znajdowało się posłanie z kołder. Pośrodku 
stał z gruba ciosany stół, na nim leŜały dwa rewolwery i nóŜ, dokoła zaś stały z gałęzi plecione 
krzesła, a raczej stołki. Na ścianie z prawej strony wisiały dwie strzelby, obok nich obszerna 
torba  skórzana,  z  pewnością  zawierająca  naboje.  Melton  siedział  pyzy  stole  i  rozmawiał  z 
Indianką. Stała miedzy stołem a drzwiami. W chwili gdy lustrowałem pokój, mówił Melton w 
Ŝ

argonie indiańsko–hiszpańskim. 

— Chyba współczucie nakazuje ci wypytywać się o jej los? 
— Współczucie? — odpowiedziała skrzypiącym głosem. — Cieszę się w głębi serca! Nie 

znosimy jej nie mniej niŜ ona nas. 

Niewątpliwie mowa była o Judycie. 
— Wobec  tego  ucieszysz  się  bardziej  wiadomością,  Ŝe  ona  juŜ  nigdy  nie  wróci.  Same 

jesteście sobie paniami. SłuŜcie mi tylko wiernie, a sowicie was wynagrodzę. 

— Jesteśmy  ci  wierne,  senior,  poniewaŜ  przyrzekłeś  nam  wiele  pięknych  rzeczy,  a  nie 

wątpimy,  Ŝe  dotrzymasz  obietnicy.  Obyś  mógł  tylko  pokonać  wrogów,  których  się 
spodziewasz. 

— O, nie lękam się wcale. Szaleńcy sami oddają się w nasze ręce. Zresztą, nie dotrą tutaj. 

OstrzeŜeni przez wywiadowców, wyjdziemy na ich spotkanie i wytępimy co do nogi. 

— Słyszałyśmy, Ŝe towarzyszy im wielki Winnetou i pewien dzielny biały wojownik. Tego 

nie  znam,  ale  wiem,  Ŝe  niełatwo  pokonać  wielkiego  Apacza.  Jego  przebiegłość  przekracza 
granice wyobraźni. Być moŜe, wywabi naszych ludzi z Almaden, aby je podstępnie zająć. 

— To mu się nie uda. Ale gdyby tutaj przybył, wiadomo wam, co naleŜy czynić. NóŜ leŜy 

przy  kołowrocie.  Lecz  nawet  gdyby  nas  pokonał,  nie  mógłby  zdobyć  skały,  która  jest 

background image

wspaniałą,  niedostępną  twierdzą.  Wbrew  naszej  woli  nikt  tu  nie  wejdzie,  szczególnie  zaś 
Winnetou i biały, o którym mówiłaś. 

Nie  chciałem  juŜ  dłuŜej  słuchać  jego  pustych  przechwałek,  poniewaŜ  czas  naglił  do 

pośpiechu. Odsunąłem zasłonę, wszedłem do pokoju i rzekłem: 

— Myli się pan bardzo, mister Melton. Jak pan widzi, jesteśmy juŜ tutaj! 
W tej samej chwili schwyciłem ze stołu rewolwery i — nóŜ i stanąłem między nim a bronią 

wiszącą na ścianie. Cofnął się przede mną jak przed zjawą. 

— Old Shatterhand! Do stu diabłów! — zawołał. — A więc jest tutaj i Winnetou. Prędko! 

Prędko spełnij swoją powinność, gdyŜ jest to biały, o którym mówiłaś! 

Okrzyk był skierowany do Indianki Zerwała się z miejsca, ale schwyciłem ją i rzuciłem na 

posłanie.  Nadbiegł  Mimbrenio,  aby  ją  przytrzymać.  Miotała  się,  nie  mogąc  wyrwać,  więc 
krzyknęła kilka indiańskich słów. Zrozumiałem tylko dwa: ala i akwa, pierwsze było imieniem 
kobiecym, drugie oznaczało nóŜ. Okrzyk był chyba skierowany do drugiej starej Indianki, która 
się znajdowała za drzwiami. Nie mogłem się nią zająć, poniewaŜ musiałem skupić uwagę na 
Meltonie, który klnąc, usiłował mi rozbić głowę jedyną swoją bronią — stołkiem. Podbiegłem 
w porę, podniosłem go do góry i rzuciłem o mur z takim rozmachem, Ŝe zwalił się na ziemię jak 
złamany.  W  tej  chwili  na  korytarzu  odezwał  się  głos  kobiecy.  Melton  chciał  się  podnieść, 
trzymałem  go  jednak  mocno  za  ramiona.  Usiłował  odepchnąć  mnie  kolanami.  PoniewaŜ  w 
kącie leŜały lassa, jednym z nich związałem Meltona. 

Kiedy  wyszedłem  z  pokoju,  usłyszałem  szczęk  łańcucha.  Pobiegłem  szybko  w  tę  stronę, 

korzystając ze światła latarki. A kiedy stanąłem u kołowrotu, ujrzałem starą Indiankę. Zanim 
zdąŜyłem jej przeszkodzić, przecięła rzemień łączący łańcuch windy z kołowrotem. Łańcuch 
runął z cięŜkim brzdękiem w głąb szybu. 

Teraz zrozumiałem słowa Meltona: „Wiadomo wam, co naleŜy uczynić”. W razie klęski i 

niebezpieczeństwa  Indianki  miały  spuścić  windę,  przeciąć  rzemień  i  w  ten  sposób  odciąć, 
przynajmniej na jakiś czas, drogę do szybu. Robotnicy zginęliby, niechybnie. Byłem głęboko 
wstrząśnięty.  Tak  złowrogiego,  tak  piekielnego  pomysłu  nie  spodziewałem  się  nawet  po 
Meltonie. — Indianka chwyciła się drabiny. Odciągnąłem ją i przywlekłem do pokoju, gdzie 
leŜał Melton, Zobaczywszy nas, rzucił na starą pytające spojrzenie; 

— Czy łańcuch odcięty? 
— Tak — skrzeknęła potakująco. Roześmiał się i rzekł szyderczym głosem: 
— Diabeł wie, jakŜeście się tu dostali, master. Szczęście panu dopisało. Jednak cel pańskiej 

wyprawy stracony. 

— Jaki cel? — zapytałem, podejmując grę. 
— Zna  go  pan  lepiej  niŜ  ja;  nie  powiem  panu  nic,  co  mogłoby  posłuŜyć  jako  dowód 

przeciwko mnie. 

— Szukam robotników z hacjendy del Arroyo. Gdzie są? 
— Nic  o  nich  nie  wiem.  Poszukaj  ich  pan  sam.  Są  dopiero  w  drodze  do  Almaden. 

Wyprzedziłem ich. 

— Po co pan strącił łańcuch w głąb szybu? 
— Ja? Słyszał pan wszak, Ŝe uczyniła to Indianka. 
— Uczyniła to na pański rozkaz. 
— Jest pan tego pewien? Proszę, spytaj Indiankę — Chętnie odpowie na wszystko. Ja jednak 

Ŝą

dam stanowczo, abyś mnie puścił! Almaden jest moje. Ja tu jestem panem, ja tu rozkazuję i 

jeŜeli mnie natychmiast nie puścisz, poniesiesz wszystkie konsekwencje! 

— Nie  lękam  się  Ŝadnych  konsekwencji.  Co  się  z  panem  stanie  i  czy  odzyskasz 

kiedykolwiek wolność — to juŜ sąd rozstrzygnie. 

— Sąd? Oszalał pan? Gdzie tu jest sąd? 

background image

— Jest juŜ w drodze. Śledztwo wyjaśni, kto wynajął Jumów, aby napadli na hacjendę del 

Arroyo  i  w  popiół  ją  obrócili.  Odszuka  się  robotników.  Sądzę,  Ŝe  jeŜeli  znajdziemy  ich, 
opowiedzą nam wiele niezbyt pochlebnych rzeczy o panu. 

— Wobec tego Ŝyczę seniorowi, abyś ich odnalazł — roześmiał się — i abyś miał więcej 

szczęścia w tym przedsięwzięciu niŜ ja. Nie widziałem ich bowiem od czasu, gdy rozstałem się 
z nimi w hacjendzie. 

— Są  więc  istotnie  w  drodze.  Załatwiłem  tu  juŜ  wszystko  i  wracam  do  hacjendy,  więc 

spotkamy się niezadługo. PoniewaŜ pan mi towarzyszy, przeto będzie senior miał przyjemność 
powitać emigrantów i przekonać się o ich Ŝyczliwości. 

Twarz Meltona wyraŜała szatańskie szyderstwo. 
— Bardzo  mnie  to  cieszy,  sir.  Ich  świadectwo  będzie  dowodem  pańskiego  bezprawnego 

napadu na mnie. Niech pan pomyśli o skutkach! 

— MoŜe  być  tylko  jeden  skutek:  stryczek  dla  pana.  Mam  dosyć  dowodów  przeciwko 

seniorowi. Sądzę nawet, Ŝe potrafię skłonić Jumów do świadczenia przeciw panu. 

— Niech pan tylkco spróbuje! — rzeki, szczerze tym ubawiony. 
— Na  pewno  spróbuję.  Sądzę,  Ŝe  znajdzie  się  jeszcze  coś  innego.  PoniewaŜ  jest  pan 

następcą  hacjendera,  więc  masz  kontrakty  z  moimi  ziomkami  oraz  akt  kupna  hacjendy, 
podpisany  w  Ures.  Prawdopodobnie  posiada  pan  jeszcze  inne  kompromitujące  listy  czy 
papiery. Czy mogę seniora zapytać, gdzie się znajdują? 

— Proszę, niech pan pyta, ilekroć się panu podoba. Nie mam nic przeciwko temu. 
— Zakładam, Ŝe pan mi nie odpowie szczerze, wobec tego poszukam na własną rękę. 
Przeszukałem  ubranie,  które  nosił,  i  inne,  które  wisiały  w  pokoju.  Specjalnie  ominąłem 

najprawdopodobniejszą skrytkę i udałem się do innych pokojów. W pokoju Wellerów nic nie 
znalazłem. W pokoju Judyty i Indianek leŜało sporo Ŝywności, która mogła nam się przydać. 
Miałem bowiem Ŝywność tylko dla siebie i Mimbrenia. Kiedy wróciłem do Meltona, zapytał, 
szydząc z» mnie: 

— Na pewno pan znalazł, master. Nie ulega wszak Ŝadnej wątpliwości, i Old Shatterhand od 

razu kaŜde pismo wywęszy! 

— Jest to tak pewne, Ŝe nawet osobiście nie zadam sobie trudu. Mój młody towarzysz opuka 

ś

ciany. Na pewno znajdzie wydrąŜoną skrytkę. Ludzie pańskiego pokroju zwykle mają takie 

schowki. 

— Niech puka! Mnie to tylko bawi. 
Mimbrenio zaczął szukać, ja uwaŜnie obserwowałem Meltona. KaŜdy kryminolog wie, Ŝe w 

rewizji  mieszkaniowych  najlepszą  wskazówką  są  oczy  i  wyraz  twarzy  ukrywającego. 
Umówiłem się po cichu z Mimbreniem aby szukał drąŜonych miejsc w ścianach i podłodze. 
Natomiast gdybym chrząknął, miał chwilowo oddalić od podejrzanego miejsca, aby za moment 
powrócić. Udawałem, Ŝe całą uwagę skupiam na ruchach chłopca, istocie zaś nie spuszczałem 
oczu z Meltona. Aby tego nie zauwaŜył, stanąłem w cieniu. 

Melton  spoglądał  na  chłopca  z  pewnością  siebie,  która  wszakŜe  opadała  w  miarę,  jak 

chłopiec  zbliŜał  się  do  posłania.  Kiedy  podszedł  bliŜej,  kaszlałem  po  cichu.  Oddalił  się  i 
natychmiast  twarz  Meltona  przybrała  wyraz  zadowolenia.  PoniewaŜ  powtarzało  się  to 
kilkakrotnie,  więc  nabrałem  przekonania,  Ŝe  skrytka  znajduje  się  w  samym  posłaniu  lub  w 
pobliŜu. Przestałem więc chrząkać, kiedy Mimbrenio ponownie się do niego zbliŜył. Wskutek 
tego przeszukał je starannie. Melton był bardzo zaniepokojony, lecz rychło odzyskał humor, 
gdyŜ chłopiec, nic nie znalazłszy, szukał gdzie indziej. 

Byłem pewny, Ŝe trzeba przeszukać podłogę pod posłaniem. Nie chcąc jednak, aby Melton 

wiedział  o  pomyślnym  wyniku,  kazałem  Mimbreniowi  zaprzestać  poszukiwań.  Melton  od 
nowa zaczął z nas szydzić. Nie odpowiadając na drwiny, pozostawiłem go wraz z Indiankami 
pod  opieką  chłopca  i  udałem  się  do  dziesięciu  emigrantów,  którzy  czuwali  przy  pojmanych 
wartownikach.  Jeden  wystarczał,  aby  podołać  zadaniu.  Reszta  musiała  pójść  ze  mną  po 

background image

Ŝ

ywność. Niebawem wnieśliśmy czerwonoskórych jednego po drugim do pokoju Indianek, po 

czym emigrantów odesłałem z prowiantem do jaskini, nie chcąc, aby Melton ich zobaczył. 

Przeniosłem kobiety do wartowników, Meltona zaś do pokoju Judyty. Postanowiłem zbadać 

podłogę  pod  posłaniem.  Stanowiła  ją  mocno  ubita  ziemia.  Gdy  zacząłem  ją  opukiwać, 
usłyszałem głuchy odzew. Odgrzebawszy ziemię noŜem, natrafiłem na płaski kamień. Pod nim 
było  wgłębienie,  w  którym  znalazłem  torbę  skórzaną,  zaszytą  dla  ochrony  przed  wilgocią  w 
kawał  skóry.  Otworzyłem  ją,  aby  przelotnie  obejrzeć  zawartość.  Tkwiły  w  niej  listy  i  liczne 
papiery, kontrakt z moimi ziomkami i akt kupną hacjendy. W specjalnej skrytce leŜał pakiet 
obligacji  na  dość  znaczną  sumę.  Schowałem  torbę  do  kieszeni,  zagrzebałem  dołek  i 
przywróciłem wszystko do pierwotnego stanu. Zabrawszy broń Meltona, poszliśmy po jeńca. 
Wpakowałem mu knebel w usta. PoniewaŜ nie chciał wyjść, więc przywiązaliśmy go do lassa i 
pociągnęliśmy  w  górę.  Drabinę  połamałem,  zasypując  jej  szmatkami  przejście  do  korytarza, 
aby opóźnić pościg Jumnów. 

Kiedy  doszliśmy  do  kamienia,  zza  którego  podsłuchałem  rozmowę  Judyty  z  Przebiegłym 

WęŜem, przywiązałem Meltona do skały, aby przedwcześnie nie zobaczył robotników. 

W jaskini płonęły świece. Zastaliśmy moich ziomków przy śniadaniu. Oznajmiłem im, Ŝe 

musimy natychmiast opuścić Almaden. Słowa te przyjęli z radością. 

Konie przeznaczyłem dla najsłabszych. Mimbrenio wyprzedzał pochód, ja zaś z Meltonem 

szliśmy  na  tyłach  w  znacznym  oddaleniu.  Przebiegłemu  WęŜowi  skrępowaliśmy  ręce  na 
plecach.  Aczkolwiek  darzyłem  go  zaufaniem,  sądziłem  jednak,  Ŝe  zbytek  przezorności  nie 
zawadzi. 

Oczywiście,  poprzednio  zasypaliśmy  jaskinię.  Gdy  pochód  oddalił  się  dostatecznie, 

wróciłem po Meltona. Odwiązałem go od skały, lecz z powodu panującego mroku związałem 
mu ramię rzemieniem, przymocowanym do mego ramienia. 

Zmierzałem tą samą drogą, którą przybyłem, a więc w kierunku południowym. Wiedziałem, 

Ŝ

e  w  tę  właśnie  stronę  podąŜył  —  Mimbrenio.  Kiedy  rozjaśniło  się,  nie  widziałem  juŜ 

Almaden.  Nie  widziałem  równieŜ  swoich  towarzyszy.  Umyślnie  szedłem  powoli,  chciałem 
bowiem zaskoczyć Meltona. 

Po  pewnym  czasie  zmieniłem  kierunek  marszu  na  zachodni  i  przyspieszyłem  kroku. 

Wkrótce  zobaczyłem  za  sobą  długą,  ciemną  linię  z  dwoma  wyraźniejszymi  punktami. 
Stanowili ją piechurzy, punktami zaś były wierzchowce z jeźdźcami — Melton, patrząc wciąŜ 
przed siebie, nie spostrzegł ich. Milczał przez całą drogę. Teraz, zmęczony szybkim marszem, 
rzekł: 

— Pokąd  mnie  pan  ciągnie  z  taką  szybkością,  sir?  Przypuszczam,  Ŝe  do  hacjendy  del 

Arroyo? 

— Z całą pewnością, szanowny panie — odpowiedziałem. 
— Pieszo?! KiedyŜ według pana przybędziemy, skoro wybrałeś złą drogę? 
— Tą samą drogą przybyłem. Sądzę więc, Ŝe jest dobra. 
— AleŜ  gdzie  tam!  To  droga  okręŜna.  Prosta  i  krótsza  prowadzi  na  północ.  Taki 

doświadczony piechur jak pan powinien o tym wiedzieć. 

— Pańska droga jest dla mnie niebezpieczna. Na północy uwijają się Jumowie z Wellerem, 

których wysłałeś na zwiady. 

— Weller nie spocznie, dopóki nie uwolni swego syna i nie napadnie na was z Jumami. 
— Weller  mnie  nie  przeraŜa.  Syna  nie  moŜe  juŜ  uwolnić,  poniewaŜ  zadusił  go  Herkules. 

Kiedy  zaś  schwycimy  starego,  w  co  nie  wątpię,  pomówimy  z  nim  krótko.  Opowiadał  panu 
pewnie,  Ŝe  usiłował  wraz  z  synem  zamordować  Herkulesa.  PoniewaŜ  Herkules  czaszkę  ma 
twardą, więc wylizał się z ran. A teraz nie moŜe doczekać się starego. Nie ma teŜ obawy, aby 
Weller napadł na nas z Jumami. Ci dobrzy ludzie szybko się spostrzegą, Ŝe pańska przyjaźń jest 
zdradliwa i bardzo niepewna. Sądzę teŜ, Ŝe w obozie spostrzegą nie tylko pańskie, lecz równieŜ 
znikniecie Przebiegłego WęŜa. A moŜe pan nie wie, Ŝe wódz nagle zginął? 

background image

— Absolutnie! Zginął? Gdzie? 
— W szybie. 
Raptownym  ruchem  odwrócił  twarz,  jak  gdyby  otrzymał  cios  w  głowę.  Obejrzał  mnie 

szeroko wybałuszonymi oczami i Zawołał: 

— W szybie?! Jak pan to rozumie? 
— Nie  inaczej  niŜ  było  w  rzeczywistości.  Został  uwięziony  wraz  z  piękną  Judytą  przez 

niejakiego Meltona. 

— Człowieku, czy jesteś przy zdrowych zmysłach?! 
— Przy  bardzo  zdrowych.  Judyta  została  uwięziona,  gdyŜ  groziła  panu  zemstą  wodza,  z 

którym się potajemnie zaręczyła poprzedniego wieczora. Kiedy zniknęła, wódz zgłosił siei nią, 
a wówczas spętałeś go i wtrąciłeś do lochu. 

— Człowieku, za duŜo czytasz ksiąŜek. 
— To będzie istotnie podobne do romansu, jeśli dodam, Ŝe czerwonoskóry został uwięziony 

w tym samym lochu, co Judyta. 

— Mówi pan tak, jakby był wszechwiedzący! 
— Nie trzeba być wszechwiedzącym, aby mówić o tym, co się widziało i słyszało. 
— Jak?! Co?! — dopytywał się, podczas gdy głos mu nabrzmiał lękiem, a oczy wyłaziły z 

orbit. — Pan widział to i słyszał? 

— Naturalnie. 
— Musiał więc pan być w szybie! 
— Naturalnie. 
Zatrzymał się, spojrzał niedowierzająco i zapytał: 
— JakŜe pan dostał się na górę? 
Nie chciałem mu jeszcze wyjawić całej prawdy, odpowiedziałem więc: 
— CzyŜ nie mogłem wciągnąć się na łańcuchu windy? 
— Nie, poniewaŜ pociągnąłem wówczas skrzynię do samej góry. 
— Aha, pociągnąłeś wówczas skrzynię do samej góry. Zdradził się pan sam! 
— Do kata, tak! Ale tylko wobec pana. Nikt ci nie uwierzy! Zresztą Weller juŜ się postara, 

abyś nie mógł świadczyć. 

Przy tych słowach rzucił się na ziemię. 
Usiadłem przy nim, zsunąwszy rzemień z ramienia. UłoŜył się wygodnie, splunął w moją 

stronę,  a  potem  odwrócił  się,  aby  mnie  nie  widzieć.  Było  mi  to  na  rękę,  leŜąc  nie  mógł 
zauwaŜyć zbliŜających się emigrantów. Ukazali się w oddali. Wkrótce widziałem ich twarze. 
Mimbrenio  szedł  na  przedzie.  ZbliŜył  się  juŜ  na  tyle,  Ŝe  słyszałem  ich  kroki.  Melton  takŜe 
nasłuchiwał, podniósł tułów i odwrócił głowę. Po chwili zerwał się na nogi, spoglądając na nich 
jak na zjawy, i zawołał: 

— Do stu piorunów, co ja widzę! Kto się tu zbliŜa? 
— Pańscy Jumowie, aby cię uwolnić — odpowiedziałem. — Spodziewam się, Ŝe ucieszy 

pana tak rychłe spełnienie nadziei! 

— Zatracony łotrze! Jesteś naprawdę w sojuszu z diabłem! 
Mówiąc  to,  kopnął  mnie  i  zaczął  umykać  z  taką  szybkością,  na  jaką  pozwoliły  mu 

skrępowane ręce. Ta próba ucieczki była naprawdę śmieszna. Stałem spokojnie, ni ścigając go 
nawet.  Wyręczyli  mnie  w  tym  emigranci,  którzy  z  odległości  czterdziestu,  pięćdziesięciu 
kroków poznali Meltona i rzucili się za nim z głośnymi okrzykami. Tylko Mimbrenio zastał na 
miejscu i powiedział do mnie ze śmiechem: 

— Ptak o związanych skrzydłach niedaleko uleci. 
Na  czele  pogoni  biegła  Judyta  i  Przebiegły  WąŜ,  który  zbliŜał  się  coraz  bardziej  do 

ś

ciganego,  Wreszcie  wyprzedził  go  o  kilka  kroków  i  zawrócił  z  taką  siłą,  Ŝe  Melton  runął  i 

dwukrotnie fiknął koziołka. Nie mógł się juŜ podnieść, poniewaŜ wódz leŜał na nim i pomimo 
skrępowanych  rąk  ściskał  mu  gardło.  Walczyli  ze  sobą  w  milczeniu,  dopóki  nie  nadbiegła 

background image

Judyta na pomoc czerwonoskóremu. Przybiegli i inni. Utworzył się kłębek krzyczących ludzi z 
Meltonem pośrodku. Podbiegłem do nich, gdyŜ lękałem się o Ŝycie mormona. LeŜał na ziemi. 
Trzymano  go  mocno,  Judyta  zaś  kaleczyła  mu  twarz  pięścią  i  paznokciami.  Oburzony, 
oderwałem ją od Meltona i zawołałem z wściekłością: 

— Co pani robi?! Niech pani zostawi go nam, męŜczyznom! Jest pani prawdziwą furiatką! 
— Ten oszust zasłuŜył sobie, abym mu oczy wydrapała — wyrzuciła bez tchu. — Oszukał, 

uwięził mnie. Miałam zginąć w szybie! 

Usiłowała się rzucić na niego. Odciągnąłem ją i rzekłem, zwracając do pozostałych: 
— Niech nikt się nie waŜy go dotknąć! Melton naleŜy do mnie. Nie uniknie kary. Kto jednak 

nie usłucha, będzie miał ze mną do czynienia. 

Cofnęli  się  wszyscy.  Podniosłem  Meltona,  który  pomijając  juŜ  wygląd  zewnętrzny, 

znajdował się w takim stanie, Ŝe ledwo moŜna go było nazwać człowiekiem. Zniekształcone 
usta szeptały przekleństwa i złorzeczenia. W tych jękach wyczuwało się najgłębszą wściekłość. 

Przebiegły  WąŜ  o  oczach  rozpalonych  ogniem  zemsty  i  nienawiści  zwrócił  się  do  mnie  z 

zapytaniem: 

— Co zamierza Old Shatterhanf uczynić z tym niebezpiecznym białym? 
— Nie wiem jeszcze, muszę się poradzić w tej sprawie Winnetou. 
— To  nie  jest  konieczne.  Wódz  Apaczów  zgodzi  się  z  kaŜdym  postanowieniem  Old 

Shatterhanda. Obydwaj jesteście jako jeden mąŜ, co jeden postanowi, na to drugi się zgodzi. 

— W jakim celu mówi to Przebiegły WąŜ? 
— Mam pewną propozycję, którą chciałbym ci w cztery oczy powiedzieć. 
Oddaliłem się z nim na taką odległość, Ŝe Melton nie mógł nas usłyszeć. Emigranci zaś nie 

rozumieli mowy Indian. Zapytał mnie wprost: 

— Niech mi Old Shatterhand powie, czy uwaŜa mnie za kłamcę? 
— DlaczegóŜ by nie? Imię mego czerwonego brata nie moŜe budzić zaufania. Wierzę zaś, Ŝe 

Przebiegły WąŜ kocha prawdę i Ŝe jest zbyt dumny i odwaŜny, aby kłamać. 

— Mój brat ma racje.. Dziękuję mu. Chcę Old Shatterhandowi powiedzieć, Ŝe gotów jestem 

zawrzeć  z  nim  pokój  nie  tylko  we  własnym  imieniu,  lecz  takŜe  w  imieniu  mego  całego 
plemienia. 

— CóŜ na to powie Vete–ya, wasz wódz naczelny? 
— Zgodzi się. 
Bardzo wątpię. Wszak pała pragnieniem zemsty. 
— Old Shatterhand jest przyjacielem czerwonoskórych, nie zabija nikogo, jeśli nie jest do 

tego zmuszony. 

— To prawda, ale ta przyczyna nie wystarcza, aby Wielkie Usta przemienił Ŝądzę zemsty w 

przebaczenie, a nienawiść w przyjaźń. 

— W takim razie niech robi, co chce. Mnie jego Zemsta nie obchodzi. Kiedy wyruszyliśmy 

do  Almaden,  obraliśmy  Vete–ya  naszym  wodzem.  MoŜemy  pozbawić  go  władzy.  Jumowie 
składają się z wielu szczepów; on jest wodzem swego szczepu, a ja swego. Nie stoi wyŜej ode 
mnie. Narzucił mi wojnę, ja jednak doszedłem do przekonania, Ŝe pokój jest lepszy. Dlatego 
jestem gotów wypalić z tobą fajkę pokoju w imieniu przynajmniej własnego szczepu, jeśli nie 
w imieniu wszystkich Jumów. 

— Lecz jeśli Vete–ya będzie temu przeciwny? 
— Wówczas ja, jako przyjaciel i brat Old Shatterhanda, będę go bronił wraz ze wszystkimi 

swymi wojownikami przed Vete–ya. Czy wierzy mi mój biały brat? 

— Wierzę. Lecz domyślam się, Ŝe mój czerwony brat wypali ze mną fajkę pokoju tylko na 

pewnych warunkach. Jakie one są? 

— Są tylko dwa warunki. Pierwszym moim Ŝyczeniem jest, aby Old Shatterhand nie miał 

nic przeciwko temu, Ŝe Biały Kwiat, zwany Judytą, uczynię swoją squaw. 

background image

— Nit nie mam przeciwko temu. Owszem, jestem przekonany, Ŝe Ŝaden biały nie nadaje się 

tak na męŜa Judyty, jak mój czerwony brat. Na tym punkcie jesteśmy ze sobą zgodni. JakieŜ 
jest twoje drugie Ŝyczenie? 

— Chcę mieć Meltona. 
— Przypuszczałem to. A więc Przebiegły WąŜ sądzi, Ŝe ja mam prawo rozporządzać Ŝyciem 

tego człowieka? 

— Tak. Według praw białych twarzy masz go, być moŜe, dostarczyć do sądu, lecz według 

praw  czerwonoskórych  Melton  naleŜy  do  ciebie  i  moŜesz  z  nim  zrobić,  co  zechcesz. 
Znajdujemy  się  na  terenie  naleŜącym  do  Indian,  więc  jeśli  Old  Shatterhand  postąpi  według 
naszych praw, Ŝaden biały nie uczyni mu jakiegokolwiek zarzutu. 

— A  jednak!  W  pobliŜu  znajdują  się  dwaj  policjanci,  którzy  przybyli  po  Meltona. 

Wprawdzie  nie  mam  obowiązku  stosować  się  do  ich  Ŝyczeń  i  czynię  to,  co  uwaŜam  za 
stosowne, nawet jeśli dzieje się to wbrew ich woli, Mój czerwony brat moŜe otrzymać Meltona. 
Lecz czy wziął pod uwagę, Ŝe ja równieŜ postawię pewne warunki? 

— Tak. Chciałbym się o nich dowiedzieć. 
— śądam przede wszystkim pokoju między twoim szczepem a wszystkimi białymi, którzy 

się tu ze mną znajdują. 

— Przebiegły WąŜ godzi się na to. 
— śądam,  aby  pokój  rozciągał  się  na  wszystkich  Mimbreniów,  którzy  są  moimi 

przyjaciółmi. 

— O, z tym jest o wiele trudniej. Mimbreniowie są naszymi wrogami. Na mój rozkaz trzystu 

moich  wojowników  moŜe  ich  napaść  i  wytępić.  Jeśli  upierasz  się,  abyśmy  Mimbreniów 
oszczędzali, to ja będę musiał dodać do swych dwóch warunków jeszcze inne. 

— Zatrzymaj  je  przy  sobie!  Przy  obecnym  połoŜeniu  Mimbreniowie  raczej  wam  mogą 

dyktować warunki niŜ wy im. Zapominasz, Ŝe na czele ich stoi Winnetou i Ŝe ja równieŜ jestem 
przy nich. Nie lękaliśmy się trzystu twoich wojowników, nie lękamy się tym bardziej teraz, gdy 
jesteś naszym jeńcem. Co nam przeszkodzi udać się na północ i zabrać wam konie? 

— Czy Old Shatterhand wie, gdzie się znajdują? — zapytał przeraŜony. 
— Gdybym tego jeszcze nie wiedział, dowiedziałby się wkrótce Winnetou. Zresztą, nie ty 

jeden  wpadłeś  w  nasze  ręce.  Schwytaliśmy  czterdziestu  Jumów,  którzy  byli  rozstawieni  po 
drodze do hacjendy, między nimi Bystrą Rybę. 

Nie  spodziewał  się  takich  wieści.  Przez  chwilę  spoglądał  w  dół,  po  czym  zrezygnowany 

rzekł: 

— NaleŜy wierzyć słowom Old Shatterhanda. 
— Na dobitek nie moŜecie tutaj pozostać, poniewaŜ zabraliśmy równieŜ wozy z Ŝywnością, 

które nadeszły z Ures. 

— Uff!  Grozi  nam  głód!  Mamy  zapasy  tylko  na  dwa  dni.  Będziemy  zatem  musieli  albo 

głodować, albo wynieść się z tej miejscowości pozbawionej zwierzyny. 

— Tak. Jesteście w bardziej opłakanych warunkach, niŜ dotychczas sądziłeś. A więc obstaję 

przy swoim Ŝądaniu, abyście zawarli pokój z Mimbreniami. 

— A jeśli się nie zgodzę? 
— Wówczas i tak będziemy realizować nasze plany. Musimy jeszcze złapać Wellera. Potem 

zabieramy  wam  konie,  czekamy  na  przybycie  Silnego  Bawołu  z  wieloma  setkami 
Mimbreniów,  nacieramy  na  was  i  niszczymy  całe  plemię.  Ty  zaś  jako  wspólnik  Meltona 
będziesz  wraz  z  nim  i  Wellerem  przekazany  sędziemu.  W  najlepszym  razie  czeka  cię 
wieloletnie więzienie. 

Wolny  Indianin a wieloletnie więzienie! Nic straszliwszego! Ogarnęła go wielka trwoga i 

podyktowała mu szybką decyzję: 

— Widzę, Ŝe mój brat ma rację. A więc niech pokój rozciągnie się równieŜ na Mimbreniów. 

Czy Old Shatterhand stawia jeszcze jakieś warunki? 

background image

— Tymczasem  nie.  Dalsze  ustalenia  odkładam  do  czasu  narady,  poniewaŜ  sądzę,  Ŝe 

Przebiegły  WąŜ  nie  wypali  ze  mną  kalumetu,  zanim  nie  naradzi  się  z  najstarszymi 
wojownikami swego szczepu. 

— Tak, muszę się starszych poradzić. Czy Old Shatterhand uda się do nich ze mną, czy teŜ 

oni mają przyjść tutaj? 

— Oni tu przyjdą. 
— Musimy więc kogoś do nich posłać. Kogo mój biały brat wyznaczy? 
— Mimbrenia. To mądry, wierny i uczciwy chłopiec; mogę na nim polegać. 
— Mój brat przekona się, Ŝe ja równieŜ jestem uczciwy i wierny. Dam Mimibreniowi swój 

wampum jako dowód, Ŝe jestem u was i Ŝe on jest posłańcem prawdy. Niech im opowie, jak się 
to wszystko stało, i niech przyprowadzi pięciu doświadczonych wojowników, których imiona 
mu wymienię. Niech przyjdą bez broni, aby dać świadectwo dobrej woli. 

Mimbrenio  podjął  się  poselstwa  tym  chętniej,  Ŝe  było  dość  niebezpieczne;  Otrzymawszy 

dokładne  wskazówki,  ruszył  w  drogę  na  wierzchowcu  Winnetou.  Gromada  rozłoŜyła  się 
kołem,  wziąwszy  Meltona  da  środka,  ja  zaś  oddaliłem  się,  aby  niepostrzeŜenie  zbadać 
zawartość  jego  torby.  Przede  wszystkim  znalazłem  w  niej  banknoty  na  przeszło  trzydzieści 
tysięcy dolarów, kontrakty oraz paczkę listów. Większość była wysłana z Utah, niektóre z San 
Francisco.  W  jednym  z  nich  mormoni  Ŝądali  zwrotu  zagrabionej  gotówki  i  informowali  o 
wykluczeniu Meltona ze swej społeczności za niecne uczynki. Dwa czy trzy listy stwierdzały 
występny zamiar przywłaszczenia sobie znacznych sum do spółki z Wellerami. 

Tylko  jeden  list  zawierał  treść  odmienną.  Nie  miał  ani  koperty,  ani  wzmianki  o  dacie  i 

miejscu nadania. Ze świeŜej jednak barwy atramentu moŜna było wnioskować o niedawnym 
pochodzeniu listu. Nagłówek brzmiał: dear uncle, to znaczy kochany stryju, pierwsza połowa 
listu była nieciekawa, dopiero ostatnie wiersze przykuły moją uwagę. 

 
„Skoro się więc pytasz, z czego tu Ŝyję, mogę ci odpowiedzieć, Ŝe powodzi mi się bardzo 

dobrze.  Mam  szczęście  w  grze,  poza  tym  zjednałem  sobie  przyjaźń  człowieka,  którego  tęgo 
nabita kiesa, stoi dla mnie zawsze otworem. Czy przypominasz sobie bogatego eks–dostawcę 
wojskowego, którego poznałeś w St. Louis? Jest to rodowity Niemiec, pragnący uchodzić za 
prawdziwego  Jankesa  do  tego  stopnia,  Ŝe  aŜ  zmienił  swoje  niemieckie  nazwisko  Jaeger  na 
angielskie  Hunter.  Jak  się  dowiedziałem,  przybył  zza  oceanu  jako  czeladnik  szewski.  Mimo 
głupoty, a moŜe dzięki niej, miał łut szczęścia i dzięki mariaŜowi stał się właścicielem sklepu 
na  William  Street  w  Nowym  Jorku.  Podczas  wojny  ze  stanami  południowymi  dostarczał 
wojsku z początku tylko obuwie, potem równieŜ umundurowanie oraz inne rzeczy i zbił na tym 
wielką fortunę. Obecnie przestał pracować, ciągle choruje i pomnaŜa swój kapitał ogromnymi 
odsetkami, co jest mu właściwie niepotrzebne, gdyŜ od dawna jest wdowcem, a syn — jedyny 
spadkobierca — odziedziczyłby i tak dosyć wiele, aby przeŜyć swoje lata bez troski. Stary jest 
bardzo,  skąpy,  nie  wysłał  jeszcze  ani  grosza  ubogim  krewnym  zza  oceanu,  —  ale  darząc 
synalka ślepą miłością, bez słowa wyrzutu pozwala mu szastać pieniędzmi. 

Small  —  tym  dziwacznym  imieniem  nazwał  stary  swego  syna  —  jest  to  dorodny  młody 

człowiek,  bardzo  rozpieszczony,  bez  krety  charakteru  i  energii.  Nie  zna  się  zupełnie  na 
ludziach, a jest tak łatwowierny, Ŝe przyjmuje za prawdziwych przyjaciół przeróŜne pijawki, 
które ssą jego mienie. Nietrudno mi będzie otworzyć mu na to oczy, gdyŜ pochlebiając jego 
słabostkom, uzyskałem nań Wpływ, który z dnia na dzień się potęguje. 

Poznałem  tego  Smalla  Huntera  w  szczególnych  okolicznościach.  Nazajutrz  po  moim 

przybyciu kelner nazwał mnie mr Hunterem. Tak zwracały się do mnie i inne osoby. Kiedy zaś 
na koncercie zostaliśmy sobie przedstawieni, stanęliśmy obaj jak wryci. Byliśmy bowiem do 
siebie  podobni  jak  dwie  krople  wody,  zarówno  z  postaci,  z  rysów  twarzy,  jak  z  głosu.  Gdy 
przybieram  nieco  powłóczysty  i  powolny  chód  Smalla,  nie  odróŜniłby  mnie  nawet  jego 
najbliŜszy  przyjaciel.  Jest  to  przypadek,  który  potrafię  wykorzystać,  a  który  mi  pozyskał  od 

background image

razu jego przyjaźń. Chwilowo jednak, w wymiarach nie budzących podejrzeń, ogrywam go na 
sumy, które wystarczają mi do Ŝycia. 

Small darzy mnie całkowitym zaufaniem, obchodzi się ze mną jak z bliźniakiem i nie chce 

słyszeć o rozstaniu, o którym czasami napomykam. Pragnie, abym mu towarzyszył w wielkiej 
podróŜy.  PodróŜe  bowiem  są  jego  namiętnością.  Jego  ukochaną  i  jedyną  lekturą  stanowią 
ksiąŜki podróŜnicze. Zwiedził juŜ Stany Zjednoczone, był w Kanadzie i Meksyku, w Brazylii i 
Anglii.  Teraz  wabi  go  Wschód.  Oczywiście,  Ŝe  staram  się  utwierdzić  go  w  tym  pragnieniu. 
Dzięki temu będę mógł się widzieć z ojcem, który, jak wiesz, musiał przed Old Shatterhandem 
uciekać za Morze Śródziemne. 

Teraz  spędzamy  całe  dnie  w  jego  lub  w  moim  mieszkaniu,  kując  turecką  i  arabską 

gramatykę, czytając powieści z Ŝycia haremów i rysując na ścianach białe odaliski lub ciemne 
niewolnice.  Small  jest  zdolny  i  robi  szybkie  postępy,  ja  zaś  chcąc  nie  chcąc,  muszę  mu 
dotrzymywać kroku. Za parę miesięcy, zaopatrzeni przez starego w grube czeki, wypłyniemy 
na Atlantyk. 

Opisuję ci to szczegółowo, poniewaŜ znając twoją inwencję, oczekuję od ciebie rady, w jaki 

sposób  najlepiej  wykorzystać  szczęśliwe  okoliczności.  Twoja  ewentualna  pomoc  byłaby  mi 
bardzo na rękę. Odpisz więc natychmiast na mój poprzedni adres. 

Twój bratanek Jonatan” 

 
List ten ogromnie mnie zainteresował. Przede wszystkim ze względu na wzmiankę o mojej 

osobie.  Zmusiłem  ojca  nadawcy  do  ucieczki…  Nie  mógł  więc  być  to  nikt  inny,  tylko  brat 
Meltona, którego ścigałem od fortu Uintah do fortu Edwarda. Stamtąd niestety udało mu się 
zbiec. Teraz dowiadywałem się, Ŝe przebywa za Morzem Sródziemnym. Ale gdzie? W obecnej 
chwili nie bardzo mnie to obchodziło. 

Inzczej rzecz się miała ze Smallem Hunterem, któremu groziło powaŜne niebezpieczeństwo. 

Chętnie  bym  go  ostrzegł,  gdyby  to  było  w  mojej  mocy.  Lecz  znajdowałem  się  w  sercu 
Meksyku, on zaś w Stanach, Zjednoczonych, nie wiadomo nawet w jakim mieście. Na wszelki 
wypadek  zatrzymałem  listy  przy  sobie,  podczas  gdy  pozostałe  dokumenty  zamierzałem 
powierzyć seniorowi juriskonsulto. 

Właśnie  schowałem  torbę,  gdy  przywołał  mnie  Melton.  Wyglądał  straszliwie:  twarz, 

podrapana i pobita, zaczynała puchnąć. 

— Sir,  dokąd  pan  posłał  Mimbrenia?  Chcę  wiedzieć.  Muszę  równieŜ  wiedzieć,  o  czym 

szeptaliście z wodzem indiańskim. 

— Przemawia pan do mnie tak, jak byś mnie potrafił zmusić do mówienia. Ale, owszem, 

powiem panu. Zawieram pokój z Jumami. 

— Nie zgodzą się na pokój. 
— Zgodzą się, poniewaŜ Przebiegły WąŜ sam mi go zaproponował. 
— Czy za cenę swego uwolnienia? I puści go pan? 
— Będę tak roztropny, Ŝe jeszcze coś więcej dla niego uczynię. 
— Aha. Więc Ŝąda jeszcze czegoś więcej? 
— Tak, Judyty. 
— Do kata! MoŜna im obojgu powinszować. Czego jeszcze wymaga? 
— Czegoś, co pana bardzo zaciekawi. śąda, abym mu wydał seniora. 
— Tego pan nie uczyni, master! — krzyknął przestraszony. — Nie masz pan prawa! 
— Czy mam, czy nie mam, to obojętne. Aby jednak nie obciąŜyć niczym sumienia, puszczę 

pana i pozwolę uciec. Oczywiście natychmiast schwyci panai Indianin. 

— Nie jesteś człowiekiem, jeno diabłem! Mógłbyś pan swoją zemstę ograniczyć do krzywd, 

któreś nam juŜ wyrządził. 

— Nam? CóŜ to znaczy? 
— Mojemu bratu. Unieszczęśliwiłeś go, zapędzając do fortu Edwarda. 

background image

— Ach, to ten gracz, który w forcie Uintah zastrzelił oficera i dwóch Ŝołnierzy? To pański 

brat? Takie pokrewieństwo nie usposabia mnie zbyt przychylnie do pana. 

— Niech pan jednak pomyśli, Ŝe brat mój nie spocznie, dopóki nie pomści naszej wspólnej 

krzywdy. 

— Nie lękam się jego zemsty; zresztą wszelki ślad po nim zaginął. 
— Zdaje się panu. Brat mój jest niedaleko i czuwa. 
— Gdzie? 
— Nie powiem tego, naturalnie. Nikt oprócz mnie o tym nie wie. 
— Oprócz pana i jeszcze dwóch ludzi. 
— O kim pan mówi? 
— O sobie i o pańskim bratanku Jonatanie. 
— Jon… Kto panu… o nim… powiedział? 
— To obojętne. Widzi pan, Ŝe wiem nieco więcej, aniŜeli pan przypuszcza. Taką rodzinkę 

jak pańska niełatwo spuszcza się z oka. 

— JeŜeli pan nie blaguje, to niech powie jeszcze, gdzie mój brat przebywa. 
— Za Morzem Śródziemnym. Musiałby go pan stamtąd sprowadzić. Zresztą mógłby pana 

wyręczyć  bratanek  Jonatan,  który  właśnie  udaje  się  na  wschód  w  towarzystwie  niejakiego 
Smalla Huntera i grubych czeków jego ojca. 

Usiłował  skoczyć,  ale  więzy  go  krępowały.  Splunął  tylko  i  krzyknął  rozjątrzony  do 

najwyŜszego stopnia: 

— Więcej niŜ setka diabłów tkwi w tobie! Niechaj cię piekło pochłonie! 
Przewrócił się na bok, aby mnie nie widzieć. 
Po  upływie  dwóch  prawie  godzin  ukazało  się  w dali  pięciu  czy  sześciu  czerwonoskórych 

piechurów. To szli wojownicy Jumów. Mimbrenia z nimi nie było. 

Byli  uzbrojeni  wbrew  rozkazowi  wodza,  jednak  w  odległości  dwustu  kroków  od  nas 

odłoŜyli  noŜe,  łuki,  strzały  i  włócznie.  Zabrali  je  ze  sobą  na  wypadek  niespodziewanej 
przygody w drodze. Podeszli, zachowując się tak, jak gdyby nie widzieli więzów krępujących 
wodza. Patrzyli na mnie z wyrazem szacunku i rzucili okiem na emigrantów. Na Meltona nie 
spojrzeli  wcale.  MoŜna  było  z  tego  wnioskować,  Ŝe  Mimbrenio  dobrze  się  wywiązał  z 
poselstwa  i  zdołał  ich  przekonać  o  winie  i  przewrotności  Meltona.  Musiałem  się  przede 
wszystkim  dowiedzieć,  dlaczego  nie  przybył  z  nimi  Mimbrenio.  Zerwałem  z  wodza  więzy  i 
rzekłem: 

— Mój czerwony brat niech bierze udział w naradach jako wolny człowiek. Zanim jednak 

rozpoczną się, muszę wiedzieć, dlaczego nie wrócił mój posłannik? 

Najstarszy Jurna odpowiedział: 
— Pojechał na zachód, aby sprowadzić Wellera. 
— Wellera?  —  zapytałem.  —  Postąpił  bardzo  nieroztropnie.  Mnie  powinien  był  go 

zostawić. Weller i tak nie uszedłby nam. 

— Old Shatterhand jest znakomitym wojownikiem, moje zaś czyny nikłe. Niech mi jednak 

wybaczy, Ŝe będę innego zdania. Weller zamierzał się ulotnić. 

— Jak to? Wszak pojechał na zwiady, musi zatem wrócić i wpaść w nasze ręce? 
— Nie, poniewaŜ wrócił juŜ i uciekł, skoro się dowiedział o misji Mimbrenia. 
— Dlaczego wojownicy Jumów go nie zatrzymali? 
— CzyŜ mogliśmy? Wszak jest jeszcze naszym bratem i przyjacielem. 
— Czy Weller ma dobrego konia? 
— Tak, lecz koń jego jest zmęczony długą jazdą przez pustynię i odczuwa pragnienie. 
— W  takim  razie  Mimbrenio  wkrótce  go  doścignie.  Dojdzie  między  nimi  do  walki. 

Pragnąłbym  jej  zapobiec,  lecz  nie  mogę  stąd  odjechać,  dopóki  nie  porozumiem  się  z  wami. 
Wówczas odezwał się wódz: 

background image

— Jeśli Old Shatterhand chce jechać na pomoc Mimbreniowi, niechaj to uczyni bez obawy. 

Nie zawiedziemy jego zaufania. Biali ludzie mogą zabrać oręŜ moich wojowników i uwaŜać 
ich za jeńców do chwili twego powrotu. 

— Zostanę jeszcze tutaj — odparłem. — JeŜeli się pospieszymy z układem, zdąŜ:ę przybyć 

na czas. 

— Muszę zwrócić uwagę mego białego brata, Ŝe wszystko moŜna przyśpieszyć, tylko nie 

układy  o  pokój.  Lepiej  więc  będzie,  jeśli  mój  biały  brat  pojedzie  na  pomoc  Mimbreniowi, 
zanim zaczniemy radzić. 

Starszy wojownik dodał: 
— Oki Shatterhand moŜe zostać z nami, Mimbrenio ma pod sobą wyśmienitego rumaka i na 

swój wiek jest bardzo rozumny i rozwaŜny. 

Jakby  na  potwierdzenie  tych  słów,  dobiegi  nas  odgłos  strzału  i  na  zachodzie  ukazał  się 

jeździec, pędzący w kierunku południowym. ZauwaŜyliśmy jednak niebawem, Ŝe stałe zbacza 
z  prostej  linii,  jak  gdyby  ktoś  go  na  nas  napędzał.  Wkrótce  ukazał  się  drugi  jeździec.  Był 
mniejszy  od  pierwszego  i  dosiadał  lepszego  konia.  Mieliśmy  wiec  przed  sobą  Wellera  i 
Mimbrenia;  Weller  od  czasu  do  czasu  odwracał  się  i  strzelał  do  czerwonoskórego,  który 
odpowiadał niekiedy wystrzałami ze strzelby, nie pozwalając ściganemu skręcić w inną stronę. 
Obydwaj  pudłowali:  Mimbrenio  rozmyślnie,  Weller  zaś  dlatego,  Ŝe  jak  się  później  okazało, 
ładował broń ślepymi nabojami: 

Trzeba  było  pomóc  Mimbreniowi.  Dopadłem  swego  wierzchowca  i  pojechałem  im 

naprzeciw. Weller, gdy mnie zauwaŜył, spiął gwałtownie konia ostrogami i pogalopował. Ale 
juŜ po dwóch minutach wyprzedziłem go, zatrzymałem się i zawołałem: 

— Złaź z konia, mister Weller, jeŜali nie chcesz, aby cię strąciła moja kula. 
Roześmiał  się  złowrogo,  wycelował  we  mnie  ze  strzelby.  Przy  tak  gwałownych  ruchach 

niepodobna było trafić. Strzał padł, ale bez skutku. 

Kiedy  się  odwrócił,  miał  przed  sobą  Mimbrenia,  który  osadził  konia  w  miejscu  i  trzymał 

broń  w  pogotowiu.  Wzięty  między  dwa  ognie  Weller  miał  tylko  jedno  wyjście,  mianowicie 
drogę  prowadzącą  do  naszego  obozowiska.  Moi  ziomkowie  nie  mieli  odpowiedniego 
uzbrojenia,  aby  go  zatrzymać,  Mimbrenio  był  jeszcze  daleko,  więc  ja  m  musiałem  go  ująć. 
Mogłem łatwo zastrzelić pod nim konia, nie chciałem jednak uśmiercać niewinnego zwierzęcia 
z powodu tego łotra. Nie posłałem za nim kuliki, chciałem go mieć Ŝywego. 

Teraz w dubeltówce Wellera był tylko jeden nabój. Pędziłem za nim, lecz nie wprost, gdyŜ 

chciałem,  aby  wystrzelił,  zanim  się  zbliŜę  na  dogodną  odległość,  aby  go  ująć.  Dlatego 
zawołałem po raz drugi: 

— Zatrzymaj się, master, bo strzelam! 
Jak  przewidywałem,  odwrócił  się  szybko  i  wypalił.  Zsunąłem  się  po  indiańsku  po  boku 

konia, a kiedy kula przeleciała nade mną, wyprostowałem się i pocwałowałem za Wellerem. 
Wówczas odrzucił flintę i wyciągnął zza pasa rewolwery. O tym nie pomyślałem. Nie chciałem 
naraŜać niepotrzebnie swego Ŝycia. Krzyknąłem więc: 

— Odrzuć rewolwer, bo strzelę naprawdę! 
Nie usłuchał, czekał, aŜ się zbliŜę, chcąc tym pewniej trafić. W pełnym galopie stanąłem w 

strzemionach, by sprawniej wycelować, przyłoŜyłem sztucer i wystrzeliłem. Weller krzyknął, 
wypuścił rewolwer z ręki, która opadła w dół. W kilka sekund później byłem juŜ przy nim i 
zarzuciwszy sztucer na plecy, wyciągnąłem ręce do Wellera. 

— Na dół! — krzyknąłem. — Jeśli dobrowolnie nie zejdziesz, zrzucę cię siłą. 
Złapałem  go  oburącz,  aby  wysadzić  z  siodła.  W  tej  chwili  lewą  ręką  wyciągnął  drugi 

rewolwer i odpowiedział, śmiejąc się szyderczo: 

— Powoli, mister Shatterhand. Nie pan mnie, lecz ja pana mam w mocy. 

background image

Usiłował wystrzelić. Nie zdąŜył jednak, bo lewą ręką wyrwałem mu broń, prawą pięścią zaś 

uderzyłem  go  z  całej  siły,  aŜ  go  zamroczyło.  Zatrzymałem  konie,  zeskoczyłem  i  ściągnąłem 
nędznika. Nieprzytomny zwalił się na ziemię. 

Przede wszystkim związałem Wellerowi ręce jego własnym pasem. Zabrałem wszystko, co 

znalazłem przy nim, nie uwaŜając się z tego powodu za rabusia. Rzeczy te mogły mi się bardzo 
przydać. Był wśród nich pugilares oraz wiązana z grubego jedwabiu sakiewka, przez której oka 
przeświecały złote monety. 

Tymczasem nadszedł Mimbrenio, który zsiadł z konia, aby podnieść odrzuconą strzelbę i 

obydwa  rewolwery.  Powoli  twarz  Wellera  zaczęła  się  oŜywiać.  Otworzył  oczy  i  syknął 
jadowicie: 

— Człowieku, czego  chcesz ode mnie? Zostaw mnie w spokoju, puść mnie dla  własnego 

dobra. 

Wyraźnie słychać było, . Ŝe pogryzł sobie język na skutek uderzenia, które podbiło mu dolną 

szczękę do góry. 

— Babskie gadanie — odpowiedziałem. Podnieś się i chodź ze mną. 
— Ani myślę. Nie ruszę się z miejsca, dopóki mnie master; nie uwolni. 
— Mógłbym  na  to  przystać.  Związałbym  tylko  panu  nogi  i  pozwolił  leŜeć,  tak  długo,  aŜ 

pańskie ciało poŜrą sępy. Postąpię jednak bardziej po ludzku, choćby się to miało stać wbrew 
pana woli. A więc na nogi! 

Jumowie  byli  świadkami  tego  zdarzenia.  Mój  czyn  przez  szacunek  pominęli  milczeniem, 

lecz małemu Mimbreniowi gratulował Przebiegły WąŜ: 

— Mój młody brat będzie dzielnym Wojownikiem. Cieszę się, Ŝe zawieram z tobą pokój i Ŝe 

z wroga stanę się jego przyjacielem. 

Tymi  słowy  zagajono  obrady,  które  trwały  przeszło  dwie  godziny  i  doprowadziły  do 

poŜądanych  wyników.  Na  mocy  układu  miałem  wydać  Meltona  Przebiegłemu  WęŜowi  i  nie 
stawiać  przeszkód  jego  małŜeństwu  z  Judytą.  W  zamian  przyrzeczono  mi  wszystko,  czego 
Ŝą

dałem. Kiedy przybyłem w te strony z małym Miimtoreniem, nie mogłem się spodziewać tak 

pomyślnego i zakończenia. Naturalnie, wypaliliśmy kalumet pokoju, po czym udałem się do 
obozu Jumów, aby pociągnąć z fajki z kaŜdym czerwonoskórym, co było konieczne ze względu 
na nasze bezpieczeństwo. Teraz byłem pewien, Ŝe wszystkie punkty umowy zostaną wiernie 
dochowane. 

— Czego  pragnie  obecnie  mój  biały  brat?  —  zapytał  Przebiegły  WąŜ.  —  Czy  wódz 

Apaczów przybędzie do nas, czy teŜ my udamy się do niego? 

— Raczej my do niego. Muszę się poradzić w tej sprawie moich białych braci. 
Najpierw  jednak  przejrzałem  zawartość  pugilaresu  i  sakiewki  Wellera.  W  pierwszym 

znalazłem  pięć  tysięcy  dolarów  w  tych  samych  papierach  wartościowych,  które  posiadał 
Melton,  w  drugiej  niecałe  pięćset  dolarów  w  złocie.  Później  zwołałem  ojców  rodzin  i 
nieŜonatych męŜczyzn. 

Kiedy się zebrali, wziąłem na stroną Judytę i jej ojca: 
— Czy zakomunikowała pani ojcu o swoim porozumieniu z Indianinem? 
— Tak  —  odpowiedział  stary.  —  Córka  opowiedziała  mi  o  zaszczycie,  którego  wkrótce 

dostąpi, zostając Ŝoną wodza indiańskiego plemienia. 

— Czy pan się z tym godzi? 
— Czemu  nie?  Jest  to  wielki  los  szczęścia  zarówno  dla  niej,  jak  dla  mnie,  gdyŜ  przez  to 

staniemy się wielce szanownymi i potęŜnymi osobistościami w Meksyku i Ameryce. 

— Zdaje  się,  Ŝe  pan  niewłaściwie  wyobraŜa  sobie  polityczne  znaczenie  szczepów 

indiańskich i społeczne stanowisko ich wodzów. UwaŜam za swój obowiązek powiedzieć panu, 
Ŝ

e… 

— Niech mi pan, nic nie mówi! — przerwał. — .Testem dobrym ojcem dla mojej Judyty i 

dlatego  chętnie  przychylam  się  do  jej  słów  i  Ŝyczeń.  Będziemy  mieć  władzę  nad  szczepem 

background image

indiańskim.  Będziemy  mogli  stroić  moją  córkę  w  aksamity  i  jedwabie.  A  moŜe  pan 
przypuszcza, Ŝe wódz jej tylko nakłamał o złocie i klejnotach? 

— Bynajmniej.  Istnieją  tu  ukryte  skarby,  strzeŜone  wiernie  przez  potomków  dawnych 

Meksykańczyków. Wódz nie jest kłamcą i wywiąŜe się z przyrzeczenia. Lecz pan musi, do tego 
co on mówi, odnosić się z duŜą tolerancją i sceptycyzmem. 

— Dla mnie wystarczy, Ŝe ma złoto. 
— Jeśli  pan  tak  uwaŜa,  to  będę  milczał,  tym  bardziej,  Ŝe  przyrzekłem  Indianinowi  nie 

przeszkadzać mu w jego poczynaniach. śyczę panu, abyś się nie rozczarował. Co zamierza pan 
teraz uczynić? Chcę doradzić pańskim towarzyszom wyjazd z Sonory i w ogóle z Meksyku. 

— Czy myśli pan, Ŝe się zgodzą? 
— Jeśli są roztropni, to na pewno. 
— A propos. Słyszałem, Ŝe pan miał sobą jakąś kwotę. Czy to prawda? 
— A  jakŜe,  święta  prawda!  —  potwierdził  skwapliwie.  —  To  było  piękne,  dobre, 

prawdziwe złoto w okrągłych, cudnie dźwięczących monetach, przechowywane w sakiewce, 
którą z jedwabiu zrobiła Judyta. 

— Ile wynosiła ta kwota? 
— Czterysta dolarów, które odebrano mi w podziemiach. Złodziejem jest Weller, ten który 

jest ojcem Wellera juniora. Skoro pojmał pan złodzieja, bądź pan zatem łaskaw odebrać mu 
zdobycz. 

— Czy to ta sakiewka? — zapytałem, wyciągając worek z kieszeni. 
— To ona, to ona! — krzyknął ucieszony, wyrywając mi ją z ręki. — To, ta sama. Obliczę 

natychmiast pieniądze, aby sprawdzić, czy nie zostałem okradziony. 

— Niech  pan  tak  nie  krzyczy.  Weller  nie  wie  jeszcze,  Ŝe  mu  odebrałem  sakiewkę  i  nie 

powinien się chwilowo o tym dowiedzieć. 

Oddalił się szybko, nie  podziękowaszy mi nawet. Przykucnął wraz z sakiewką na ziemi i 

wziął się do liczenia monet. Wróciłem do emigrantów, powiedziałem im, Ŝe najlepiej uczynią, 
zabierając się stąd czym prędzej, w końcu zaś dodałem: 

— Wraz z Winnetou pojadę do Rio Peso, a więc do Teksasu. Tam jest duŜo dobrej ziemi i 

zdrowy klimat. Chcę was zabrać ze sobą. Naradźcie się i dajcie mi niezwłocznie odpowiedź, co 
postanowiliście. 

Odszedłem, aby mogli się spokojnie naradzić. Kiedy wróciłem, rzekł do mnie jeden z nich, 

wybrany do przemawiania w imieniu gromady: 

— Pańska propozycja jest bardzo dobra, lecz nie wydaje się nam, aby była moŜliwa. Przede 

wszystkim nie musimy stąd odejść, poniewaŜ wkrótce rozpocznie się długa sprawa Wellera i 
Meltona, w której jesteśmy świadkami. 

— To niczemu nie powinno przeszkodzić. Meltona wydałem czerwonoskórym. Co się tyczy 

Wellera, nie wiadomo, czego moŜna się jeszcze po nim spodziewać. Roztrzaskałem mu kulą 
rękę i ramię, co w tutejszym klimacie jest niebezpieczne dla białego. Zresztą, przyprowadzałem 
policjanta i wyŜszego urzędnika z Ures, którzy na miejscu przeprowadzą  śledztwo, po czym 
będziecie wolni. Jakie jeszcze przeszkody widzicie? 

— Trzeba  przejść  przez  dziki  kraj.  Czy  nasze  kobiety  i  dzieci  wytrzymają  podobną 

wędrówkę? 

— Na  pewno,  jeŜeli  najpierw  odpowiednio  wypoczną.  Nie  jest  tak  źle,  jak  pan  myśli 

Będziemy się posuwać powoli, abyście zdołali nadąŜyć. Dostarczę wam koni. Prócz tego mamy 
wiele wozów z Ŝywnością i innymi potrzebnymi rzeczami. Nie zaznamy głodu. 

— To świetnie. Ale pozostaje jeszcze rzecz najwaŜniejsza, a jest nią złoto. 
— O, mniejsza o nie, gdyŜ nie sprawia Ŝadnych trudności. 
— śadnych  trudności?  —  zawołał  zdumiony  emigrant.  —  MoŜe  panu,  ale  nie  nam.  Nie 

posiadamy ani grosza, Ŝywność zaś i konie trzeba kupować za gotówkę. 

background image

— śywność wam daruję, a konie poŜyczymy od Jumów. Nasi czerwoni przyjaciele pomogą 

nam chętnie w zamian za drobnostkę, za pewien podarunek. 

— Kto im da ten drobiazg? 
— Ja. 
— Do  licha!  Wzbogacił  się  pan  nagle?  Kiedy  przybył  pan  na  okręt,  wyglądał  pan  na 

uboŜszego od nas. 

— Udawałem  tylko.  Na  ogół  zaś  moŜna  być  bogatym,  nie  posiadając  pieniędzy;  bywają 

róŜne rodzaje bogactwa. Ale do rzeczy. Czy są jeszcze jakieś przeszkody? 

— Największa. Pieniądze na zakup ziemi. Wszak musimy za nią zapłacić? 
— Bez wątpienia. Dam wam na to pieniądze. 
— W  takim  razie  nie  mamy  juŜ  Ŝadnych  trosk.  Idziemy  z  panem.  PoŜyczy  nam  pan 

pieniędzy na zagospodarowanie. Będziemy solidnie pracować i płacić regularnie procenty, a z 
czasem spłacimy równieŜ kapitał. 

— Procenty?  Kapitał?  Jesteście  w  błędzie.  Nie  ma  mowy  o  procentach  ani  o  spłacaniu 

kapitału. 

Emigrant  spojrzał  na  mnie  zdumiony,  powiódł  wzrokiem  dokoła,  po  czym  z 

niedowierzaniem zapytał: 

— Czy dobrze słyszałem? 
— Tak. 
— To chyba niemoŜliwe! Czy jest pan aŜ tak bogaty, Ŝe moŜe ofiarowywać podobne sumy? 
— Przeciwnie, jestem tak biedny, Ŝe mogę ofiarować takie sumy. Wyjątkowo jestem teraz w 

stanie rozdzielić między was trzydzieści tysięcy dolarów. 

— Trzydzieści tysięcy dolarów! Niebiosa, takie mnóstwo pieniędzy! Skąd pan wziął tyle? 
— Później  się  dowiecie.  Tymczasem  odpowiedzcie  mi  na  parę  pytań.  Byliście  ubodzy, 

kaŜdy jednakŜe posiadał chyba jakiś dobytek? 

— Tak. Niektórzy posiadali małe domki, inni co najmniej sprzęty gospodarstwa domowego, 

a więc łóŜka, meble, ubiory… 

— Namówieni przez agenta sprzedaliście wszystko. Ile za to otrzymaliście? 
— Niewiele. Przejedliśmy to zresztą w drodze. 
— A więc pozbawiono was ojczyzny i dobytku. Zwabiono was fałszywymi przyrzeczeniami 

i wtrącono do szybu, gdzie mieliście pracować bez wynagrodzenia, bez wytchnienia, o głodzie 
i o pragnieniu, aŜ do rychłej i okropnej śmierci. Dlatego dam wam pieniądze, które odebrałem 
Meltonowi i Wellerowi. 

— Słusznie, słusznie, słusznie! — odpowiedziano gromadnie. 
— Dobrze. Melton i Weller nie wiedzą jeszcze, Ŝe mam ich pieniądze. Pierwszy je zakopał i 

nigdy juŜ się nie dowie o ich stracie. Weller miał pięć tysięcy, Melton ponad trzydzieści tysięcy 
dolarów. 

Zaległo tak głuche milczenie, Ŝe słychać było szmer oddechów. Ja zaś mówiłem dalej: 
— Nikt oprócz nas nie powinien się o tym dc wiedzieć. My wiemy, Ŝe nasza sprawa jest 

słuszna, ale ktoś obcy mógłby sądzić inaczej. Niestety, nie całą kwotę rozdzielę pomiędzy was. 
Część muszę dać hacjenderowi, który poniósł takŜe duŜą stratę. 

— Wszak zapłacono mu za hacjendę. 
— Sumę śmiesznie niską. 
— Ale odzyskując hacjendę, zatrzyma zapłatę jako odszkodowanie. Czy to nie wystarczy? 
— Sądzę,  Ŝe  tak.  To  się  zresztą  zobaczy.  Ale  są  jeszcze  inni  poszkodowani,  mianowicie 

kupiec  z  Ures,  od  którego  Melton  nabył  towary  przez  nas  zagarnięte.  Przy  dostarczeniu  ich 
miała  być  dopłacona  reszta  naleŜności.  PoniewaŜ  przyrzekłem  woźnicom,  Ŝe  nie  poniosą 
Ŝ

adnego uszczerbku, więc muszę dotrzymać słowa i zapłacić. Pozostałość rozdzielę pomiędzy 

was. 

— Ale w jakim stosunku? 

background image

— Powinniście  omówić  tę  sprawę  w  swoim  gronie  i  przedstawić  mi  wnioski.  Ale  nie 

mówcie  mi  o  tym,  dopóki  nie  znajdziemy  się  w  Chihuahua,  na  terytorium  Apaczów,  gdyŜ 
zbytnia gadatliwość moŜe łatwo przekreślić cały ten piękny plan. Wiedzcie, Ŝe kaŜdy na pewno 
otrzyma tyle, Ŝe będzie mógł nabyć działkę ziemi i naleŜycie się urządzić. 

Mówca podszedł do mnie, uścisnął mi dłoń i rzekł: 
— To,  co  pan  dla  nas  uczynił,  oszałamia  nas  do  tego  stopnia,  Ŝe  na  razie  nie  jesteśmy  w 

stanie docenić pańskiej dobroci. Czym potrafimy się panu odwdzięczyć? 

— Rzetelną  pracą  na  roli.  Nie  naleŜą  mi  się  Ŝadne  podziękowania,  poniewaŜ  tylko 

przypadkowi zawdzięczacie te pieniądze. 

Pozostali  równieŜ  serdecznie  uścisnęli  mi  dłoń.  Wróciłem  do  wodza,  który  oczekiwał 

rezultatu naszej narady. 

— Udam się z moimi białymi przyjaciółmi do Chihuahua — oświadczyłem. — Czy mógłby 

mój czerwony brat poŜyczyć nam koni? 

— Ile tylko trzeba będzie. Mamy sporo koni, których uŜywaliśmy do transportu. 
— Czy będziemy mogli przejść bezpiecznie przez teren Jumów? 
— Moi wojownicy obronią was przed innymi szczepami, jeśli te nie zechcą przystąpić do 

naszego układu. 

— Jak się rzecz ma z Vete–ya? Czy spodziewasz się jego przybycia? 
— Miał wrócić po uprowadzeniu stada z hacjendy. 
— A więc nie dziś ani nie jutro. MoŜemy zatem jechać do wodza Apaczów. 
— Moi wojownicy nie mają koni. 
— To zbyteczne, albowiem tylko ty i Mimbrenio będziecie mogli mi towarzyszyć. 
— Mimbrenio z nami? Powierzasz więc białych moim wojownikom? 
— Tak. Widzisz, jakim darzę was zaufaniem. Czy nie ma dla ciebie konia? 
— Oprócz tego, którego odebrałeś Wellerowi, znajdują się tutaj jeszcze dwa, przeznaczone 

dla mnie i Meltona. Są ukryte za bagnem, przy wschodniej ścianie skały. 

— Poślij  po  nie  natychmiast,  gdyŜ  musimy  czyni  prędzej  wyruszyć  w  drogę,  aby  przed 

zapadnięciem nocy  dotrzeć do obozu Winnetou.  Wyślij  gońca z rozkazami do wojowników, 
którzy  strzegą  koni.  Niech  przybędą  ze  wszystkimi  zwierzętami  jutro  wieczorem,  bowiem 
pojutrze rano wyruszamy do Chihuahua. 

Objaśniłem  moich  ziomków,  jak  mają  się  zachowywać  wobec  niedawnych  wrogów,  a 

obecnych przyjaciół. Wóda uczynił to samo ze swoimi wojownikami i szczególnie zalecił im 
nie  spuszczać  oka  z  .jeńców.  Wkrótce  ruszyliśmy  w  drogę  galopem,  Ŝegnani  gromkimi 
okrzykami. 

background image

Y

UMA 

T

SIL

 

 
Pocwałowailiśmy,  poniewaŜ  musieliśmy  przebyć  drogę  powrotną  o  wiele  szybciej  niŜ 

poprzednio. Z lewej strony jechał wódz. Na jego twarzy malowała się zaduma. Nie mógł się 
jeszcze  oswoić  z  „wypadkami  poprzedniego  dnia.  Za  nami  jechał  Mimbrenio.  Jego  twarz 
promieniowała  radością.  Był  zadowolony  z  nieoczekiwanych  wyników  naszej  wyprawy,  do 
których się w znacznej mierze sam przyczynił. 

Rumak  Przebiegłego  WęŜa  był  wypoczęty  i  dotrzymywał  kroku  naszym  koniom.  Gdy 

słońce  zaszło,  dotarliśmy  do  miejsca,  z  którego  poprzednio  skręciliśmy  na  północ.  Wkrótce 
ś

ciemniło  się  zupełnie.  Poleciłem  towarzyszom  zatrzymać  się,  chciałem  bowiem  zaskoczyć 

naszych przyjaciół. Zsiadłem z konia, odrzuciłem broń i oddaliłem się szybko. 

Po upływie dziesięciu minut poczułem zapach spalenizny, świadczący o bliskości ogniska. 

Gęsty mrok nie pozwolił mi dostrzec posterunków, koło których chciałem się niepostrzeŜenie 
przekraść.  Musiałem  przeto  polegać  wyłącznie  na  słuchu.  Alby  zmylić  wartownika,  który 
zagradzał mi drogę, cisnąłem w .bok kilka kamyków. Ich odgłos odwrócił jego uwagę. Dzięki 
temu szybko zbliŜyłem się do obozu. PołoŜyłem się na ziemi i pełzałem powoli naprzód. Przy 
ś

wietle ogniska zobaczyłem jeńców; dookoła nich leŜeli straŜnicy. Z prawej strony stały wozy, 

z lewej siedział Apacz, opierając się plecami o drzewo, obok niego Yuma Shetar, nieco dalej, 
tuŜ przy krzewie, za którym się ukryłem, siedziała gromada ludzi, rozprawiająca Ŝywo, choć 
półgłosem. Między innymi znajdowali się tu stary Pedrillo, cudaczny Don Endimio de Saledo y 
Coralba, urzędnik oraz hacjendero. 

Gdy  znienacka  wynurzyłem  się  z  zagajnika,  don  Endimio  upadł  na  wznak  z  przestrachu, 

krzyknąwszy przeraźliwie, jak gdyby ujrzał upiora Mimbreniowie zapomnieli o swym stoickim 
spokoju  wobec  niespodzianki,  skoczyli  na  równe  nogi  i  wytrzeszczyli  na  mnie  oczy.  Nawet 
jeńcy poruszyli się na tyle, na ile pozwoliły im więzy. Spodziewali się wszak, Ŝe wpadnę w ręce 
ich braci. 

Naraz  z  pierwszego  wozu  rozległ  się  głośny  okrzyk.  LeŜał  tam  Player  ze  związanymi 

rękami. Zsunął się z wozu, przecisnął przez otaczający mnie tłum i wołał szczerze uradowany: 

— Bogu dzięki, Ŝe pan wrócił cały. Strach mnie juŜ obleciał. 
— Strach? Dlaczego? 
— Gdyby  pan  nie  wrócił,  posądzono  by  mnie  o  fałszywe  wskazówki.  A  wszakŜe 

poinformowałem pana rzetelnie. 

— Bezwzględnie. Pańskie wskazówki były pierwszorzędne. Stwierdzam wobec świadków, 

Ŝ

e  powziąłem  do  pana  zupełne  zaufanie,  w  dowód  czego  uwalniam  pana  z  więzów.  Proszę, 

niech pan odbierze swoją broń. Jest pan wolny. 

Radość  oswobodzonego  była  ogromna.  Aczkolwiek  hacjendero  nie  omieszkał  wyrazić 

swego sprzeciwu. 

— Co pan robi, senior? Uwalnia pan przestępcę, który winien być ukarany. Ten człowiek 

przyczynił się do zrujnowania mojej hacjendy! Rozkazuję panu z urzędu związać go ponownie. 

— Hola, panie! Nie jestem na pańskie rozkazy. Ja natomiast rozkazuję panu usiąść i trzymać 

język  za  zębami.  Nie  pan  rozstrzyga,  kogo  mamy  więzić,  lecz  ja  i  Winnetou.  Dowiodę  tego 
panu .natychmiast, uwalniając równieŜ pozostałych jeńców. 

Mówiąc to, podszedłem do Bystrej Ryby i rozciąłem jego pęta. 
— Mój  czerwony  brat  jest  wolny.  MoŜe  się  podnieść.  Niechaj  Mimbreniowie  zdejmą 

rzemienie z wojowników Jumów. Uwalniam ich wszystkich, gdyŜ zawarłem pokój i wypaliłem 
kalumet z — Przebiegłymi WęŜem, naczelnikiem Jumów w Almaden. 

Rozległ się  gromki okrzyk zdziwienia Mimbreniów i okrzyk radości Jumów. Moje słowa 

wywarły na Winnetou takie duŜe wraŜenie, jak nigdy dotąd. Zerwał się gwałtownie, podszedł 
do mnie i zapytał porywczo: 

background image

— Wypaliłeś kalumet? 
— Z wodzem i z jego wojownikami. 
— A więc Jumowie odstąpili Meltona? 
— Tak. — On i Weller są schwytani, emigranci zaś uwolnieni. 
— Gdzie ich zostawiłeś? 
— W Almaden, u swoich przyjaciół. Jutro pójdziemy do nich i będziemy obchodzić święto 

kalumetu. 

Winnetou połoŜył ręce na ramionach i zawołał: 
— Słyszeliście biali i czerwoni męŜowie, czego dokonał sam jeden Old Shatterthand? 
— Och, miałem szczęście, wiele szczęścia, a to, co przypisuję własnej zasłudze, równieŜ jest 

zasługą Winnetou, który był moim mistrzem. 

Tymczasem  uwolniono  Jumów  z  więzów.  StraŜnicy,  zwabieni  okrzykami,  porzucili 

stanowiska  i  wmieszali  się  w  radosny  tłum.  Przybycie  Przebiegłego  WęŜa  i  Mimbrenia 
spostrzeŜono  dopiero  wtedy,  kiedy  juŜ  ci  zeskakiwali  z  siodeł.  Dzielny  chłopak  został 
natychmiast  okrąŜony  przez  Mimbreniów,  a  wódz  przez  swoich  ludzi.  Powstał  jarmarczny 
zgiełk okrzyków, zapytań, odpowiedzi, gwar tak hałaśliwy, Ŝe aŜ uszy puchły. 

Wycofałem  się  dyskretnie  i  zająłem  się  rozkulbaczaniem  koni;  zabrałem  teŜ  swoją  broń. 

Następnie usiadłszy przy Apaczu, podjadłem sobie, wychyliłem kilka łyków wybornego wina, 
którego było sporo na naszych wozach. Powoli uciszyło się dookoła. Mały Mimbrenio został 
posadzony  koło  ogniska,  aby  wszyscy  mogli  go  widzieć  i  słyszeć,  i  rozpoczął  opowieść  o 
naszych niezwykłych przygodach. 

W końcu powszechna ciekawość została zaspokojona. Rozchodzono się i układano do snu. 

Obrałem  miejsce  w  pobliŜu  Herkulesa,  który  skorzystał  z  tego,  aby  się  dowiedzieć  czegoś 
więcej o Judycie. Nie wpadło mi nawet na myśl oszczędzać tego olbrzyma; powiedziałem mu 
całą  prawdę,  przemilczając  jedynie  nazwisko  narzeczonego  Judyty.  Byliśmy  bowiem 
odpowiedzialni za naszego gościa, wraŜenie zaś, jakie wywarła na . Herkulesie wiadomość o 
Judycie, nie wróŜyła nic dobrego. Wreszcie zaległo głębokie, niczym nie zakłócone milczenie. 
Po raz pierwszy od wielu nocy moŜna było spokojnie się przespać. Herkules przewracał się z 
boku na bok, zŜerany myślą o niewierności byłej narzeczonej. 

Ze świtem uformował się pochód i wyruszył do Almaden. Pędziliśmy co koń wyskoczy i juŜ 

przed wieczorem przybyliśmy do celu, witani radośnie zarówno przez białych, jak czerwonych. 

Trzeba było zaprowadzić konie do wody, która się znajdowała w bocznej jaskini. Przy tej 

okazji Jumowie ze zdumieniem dowiedzieli się o jej istnieniu. 

Wkrótce potem zdarzył się wypadek, który pociągnął za sobą smutne następstwa. Melton i 

Weller, spostrzegłszy Playera na wolności, .wezwali go do siebie. Player przyznał się szczerze 
do swoich postępków. 

— Czy moŜesz .nam powiedzieć — zapytał Weller — co z nami zamierzają robić? 
— Obawiam się, Ŝe nic dobrego — odpowiedział Player. 
— Właściwie zasłuŜyłeś na ten sam los, co my, jednakŜe cieszy mnie, Ŝe jeden przynajmniej 

zdoła go uniknąć. Lecz powiedz mi, co słychać z moim synem? 

— Chcesz się dowiedzieć prawdy? 
— Mów! Byle prędzej! Wiesz, Ŝe nie jestem słabeuszem. 
Istotnie nie był słabeuszem, a jednak w oczach jego widniał strach i oczekiwanie. Objawił 

się w nim ojciec. PoniewaŜ Player ociągał się z odpowiedzią, więc uprzedził go: 

— MówŜe prawdę, nie Ŝyje? 
— Tak. 
— Nie Ŝyje, nie Ŝyje… — powtórzył, przymykając powieki. 
Widać było, Ŝe wiadomość ta wstrząsnęła nim do głębi. Policzki zapadły, twarz przybrała 

trupi wyraz. Wreszcie otworzył oczy i zapytał: 

— Jaką śmiercią umarł? 

background image

— Zaduszony przez… 
— Przeze mnie! — krzyknął Herkules, który znajdował się w pobliŜu. — Łotry, myśleliście, 

Ŝ

e umarłem, ale mój czerep jest mocniejszy, niŜ przypuszczaliście. Wpadłem tylko w malignę i 

zadusiłem rękami tego hultaja, tak samo jak ciebie wnet zaduszę! 

Weller ponownie przymknął powieki. JakŜe musiało w nim wszystko kipieć! Kiedy znów 

otworzył  oczy,  malowało  się  w  nich  przeciwieństwo  tego,  czego  się  moŜna  było  po  nim 
spodziewać: nie nienawiść, nie złość ani wściekłość, lecz łagodny, niemal wzruszający wyraz 
pogodzenia się z losem. Obojętnym tonem zapytał Playera: 

— A więc to ty zaprowadziłeś Winnetou i Old Shatterhanda? 
— Nie przeczę. Ale znaleźliby drogę beze mnie. 
— Być  moŜe.  Była  to  jednak  z  twej  strony  zdrada.  Obyś  się  był  jej  nie  dopuścił!  Twoje 

odstępstwo  rozpoczęło  szereg  naszych  klęsk.  Nie  wyjdziemy  z  nich  Ŝywi.  Chciałbym  zatem 
rozporządzić  się  mieniem  i  poprosić  cię  o  pomoc.  Czy  jako  stary  druh  spełnisz  moje 
przedśmiertne Ŝyczenia? 

— Chętnie, jeśli to będzie w mojej mocy. 
— ZbliŜ się więc do mnie. 
Player podszedł o krok  bliŜej i nachylił się nad  nim. Niepokój jakiś obudził się we mnie. 

Chciałem  go  ostrzec,  ale  przed  czym?  Wszak  Weller  członki  miał  skrępowane  pętami,  a 
ponadto mój celny strzał pozbawił go władzy w prawej ręce. 

— Muszę  ciszej  do  ciebie  mówić,  bardzo  cicho.  ZbliŜ  się  jeszcze  bardziej,  uklęknij  przy 

mnie. 

Player spełnił, niestety, jego prośbę i wówczas z błyskawiczną szybkością zdarzyło się coś 

nieoczekiwanego, coś straszliwego. Weller oparł się łokciami o ziemię, podniósł szybko nogi 
skrępowane  w  kostkach  i  natychmiast  opuścił  je  na  ramiona  Playera,  którego  szyja  wskutek 
tego  utkwiła  niby  w  cęgach  między  kolanami  Wellera.  Ten  ścisnął  je  z  całej  siły,  aŜ  twarz 
Playera nabiegła krwią. 

Powszechnie wiadomo, jaka moc tkwi w kolanach dorosłego męŜczyzny. Wzmagał ją w tym 

wypadtku fakt, Ŝe nogi były związane, tworząc niejako punkt oparcia dla tej podwójnej Ŝywej 
dźwigni  kolan.  Wystarczyłaby  jedna  minuta,  aby  Player  wyzionął  ducha.  Natychmiast 
skoczyłem na pomoc. Wyprzedził mniej jednak nasz Goliat. Rzucił się na Wellera, ścisnął jego 
szyją w rękach jakby w kleszczach i zawołał: 

— Ty sam zginiesz zaduszony, jak ci to przed chwilą przyrzekłem! 
Była  to  niedźwiedzia  przysługa  dla  Playera,  ze  strachu  bowiem  Weller  jeszcze  mocniej 

ś

cisnął  kolana.  Usiłowałem  odciągnąć  ich  od  siebie  —  na  próŜno.  śadna  moc  ludzka  nie 

zdołałaby  osłabić  tego  wściekłego  natęŜenia  mięśni  i  nerwów.  Przede  wszystkim  naleŜało 
natychmiast zadziałać. W tym celu przeciąłem  sznury, wiąŜące kostki nóg mormona.  Dzięki 
temu mogłem rozewrzeć jego nogi i kolana. Głowa Playera opadła cięŜko na ziemię. LeŜał jak 
martwy, z twarzą spuchniętą i zsiniałą. 

— Niech pan puści Wellera! — krzyknąłem do atlety. — Zamordujesz go! 
— Zamorduję? — roześmiał się wściekle. — O nie, tylko go ukaram! 
Kiedy go wreszcie oderwałem, było juŜ za późno. Weller leŜał martwy. Natomiast Player 

zaczął łapać oddech i wracać do siebie. 

— Czy  rozumie  pan,  Ŝe  jest  mordercą?  Muszę  pana  związać  i  przekazać  sądowi!  — 

krzyknąłem do atlety wobec gromady, która przyglądała się niesamowitej scenie. 

— Morderca? — odparł. — Pomieszał pan pojęcia. JakŜe mnie pan przekaŜe sądowi, kiedy 

ja sam dokonałem czynności sędziego? 

— Nie sędziego, lecz kata! Napełnia mnie pan wstrętem. 
— Istotnie? HejŜe, niech mi pan przy tej sposobności powie, kto jest narzeczonym Judyty!? 

Ręka mnie świerzbi. Chciałaby tak samo rozprawić się z szyją tego gacha! 

background image

Widać  było,  Ŝe  gotów  wykonać  pogróŜkę.  Nie  miałem  wcale  zamiaru  zaspokoić  jego 

ciekawości, natomiast wyręczył mnie kto inny — ojciec Judyty, który rzekł, zanim zdąŜyłem 
temu zapobiec; 

— MoŜe  pan  się  dowiedzieć.  Córka  moja  najukochańsza  nie  ma  potrzeby  rzucać  się  w 

objęcia  byle  jakiego  wędrującego  błazna,  ma  ona  zostać  władczynią  znakomitego  szczepu 
indiańskiego i błyszczeć od klejnotów, od złota, od jedwabiu niby królowa. 

— Władczynią szczepu indiańskiego? Jak mam to rozumieć? 
— NaleŜy rozumieć, Ŝe będzie podziwianą i uwielbianą małŜonką Przebiegłego WęŜa, który 

jest wodzem Jumów. 

— Co takiego? Judyta ma zostać Indianką? — olbrzym śmiał się niedowierzająco. — Kpiny 

sobie pan ze mnie stroi! 

— Nic podobnego. Zostajemy z Jumami, ja i Judyta, pan zaś uda się do Teksasu. 
Atleta przetarł oczy, wodził nimi dookoła, aŜ wlepił we mnie: 
— Niech pan powie, co mam myśleć o banialukach tego starca? 
Nie mogłem go juŜ dłuŜej pozostawiać w nieświadomości: 
— Słyszał pan prawdę. Wódz pragnie poślubić Judytę i tym uwarunkował zawarcie pokoju. 
— Wódz?…  To  niemoŜliwe.  To  dziewczę,  ten  cud  piękności  rzuca  się  na  szyję 

czerwonoskóremu? Pan kpi w Ŝywe oczy, wypraszam to sobie! 

— To fakt. 
— W takim razie albo ja, albo wy jesteście niespełna rozumu. Powiedz mi, Judyto, czy to 

prawda? 

— Tak — potwierdziła wyniośle. — Będę królową Jumów. 
— Naprawdę, naprawdę? Więc to nie Ŝart? 
Byłem  zaniepokojony  podnieceniem  Herkulesa,  które  wzmagało  się  z  chwili  na  chwilę. 

Chciałem mu wytłumaczyć, ale na nieszczęście dziewczyna uprzedziła mnie w odpowiedzi: 

— Z tobą nie Ŝartowałabym nawet. Zaręczyłam się z wodzem; moŜesz sobie pójść, dokąd 

cię oczy poniosą! 

Oczy  wyszły  mu  z  orbit,  ścisnął  pięści  i  groźnie  zerknął  na  wodza.  Katastrofa  była 

nieunikniona. Siłą zaczął torować sobie dostęp do Przebiegłego WęŜa, który stał na uboczu z 
garstką wojowników. 

— Z drogi, z drogi! Miejsce dla mnie! Muszę się rozmówić z gachem, rozmówić na pięści. 

Wyślę go w ślady Wellerów! 

Było rzeczą jasną, Ŝe wykona groźbę, jeśli mu się uda dosięgnąć wodza. Pobiegłem za nim, 

przytrzymałem go z tyłu i zawołałem: 

— Uspokój  się  nieszczęśliwcze.  Nic  się  juŜ  nie  da  zrobić.  Wódz  jest  pod  moją  opieką. 

Zastrzelę kaŜdego, kto ośmieli się go tknąć. 

Obrócił do mnie wykrzywioną grymasem twarz i syknął przez zęby: 
— Drabie, puść, bo zaduszę! A moŜe myślisz, Ŝe ja się ciebie zlęknę? 
W tym stanie mógł się powaŜyć na wszystko. Odstąpiono od niego. Wyciągnąłem rewolwer 

i zawołałem: 

— Jeśli się pan na krok przybliŜy do mnie lub do wodza, palnę ci w łeb. Przeobraziłeś się w 

bestię, którą musimy poskromić. Wściekłością nic nie wskórasz. Miliony dziewcząt chodzą po 
ś

wiecie. Sięgnij po rozum, uspokój się, zastanów! 

— Uspokoić  się?  Tak,  ale  uspokoję  równieŜ  innych.  Powiada  pan,  Ŝe  nic  juŜ  się  nie  da 

zmienić? 

— Powiedziałem i przestrzegam pana. 
— To był warunek pokoju, Ŝe Judyta zostanie Ŝoną wodza? I pan będzie go bronił? 
— Nie tylko ja, ale wszyscy, którzy tu jesteśmy. Nie uda się panu nawet podejść do niego. 

Nie dopuścimy, bo tego wymaga nasz obowiązek. Nie moŜemy pozwolić, aby ktoś dla prywaty 

background image

łamał pokój i naraŜał nas wszystkich na, niebezpieczeństwo stokroć groźniejsze niŜ to, którego 
uniknęliśmy. Jeśli pan zabije wodza, wojownicy jego napadną na nas. 

— Boi się pan? Ludzie, posłuchajcie, sławny Old Shattetrhand się boi! Ale trudno, ma rację. 

Nie  powinienem  naraŜać  waszej  delikatnej  skóry  i  cennej  krwi.  Lecz  ja  nie  lękam  się  krwi, 
przekonacie się o tym natychmiast. Czerwonemu nie stanie się krzywda, ja będę spokojny, a 
Judyta,  jego  narzeczona,  równieŜ.  Dawać  tu  strzelbę,  którą  przecieŜ  nie  umiecie  się 
posługiwać,; tchórze podli! 

NajbliŜej Herkulesa stał urzędnik i hacjendero. Pierwszy był wprost śmiesznie uzbrojony od 

stóp  do  głów,  hacjendero  zaś  nosił  za  pasem  rewolwer.  Atleta  szybkim  ruchem  wyrwał 
jednemu i drugiemu po rewolwerze, wycelował jeden w Judytę, drugi w swoją skroń i odwiódł 
kurki.,  Większość  obecnych  krzyknęła  z  przeraŜenia.  Przewidywałem  taki  obrót  rzeczy. 
Skoczyłem więc i podbiłem mu prawą rękę do góry, tak Ŝe kula przemknęła ponad głowami 
obecnych.  Padł  drugi  strzał.  Herkules  zatoczył  się,  opuścił  ręce  i  osunął  w  moje  rozwarte 
ramiona.  Niestety,  nie  zdołałem  zapobiec  drugiemu  strzałowi  z  rewolweru,  który  trzymał  w 
lewej ręce; wpakował sobie kulę w skroń. 

— Spokojnie,  spokojnie  —  wyszeptał  martwiejącymi  ustami  i  zakończył  Ŝycie,  Ŝycie 

smutne, bez odwzajemnionej miłości. 

ZłoŜyłem go ostroŜnie na ziemi. Nie potrafię opisać, co się we mnie działo. Głęboki Ŝal i 

wściekłość targały strunami mej duszy. Samobójca był człowiekiem słabym, bez charakteru, 
ale  wierny  jak  pies  i  dobry  choć  do  rany  przyłóŜ.  Chciwość  i  przewrotność  Judyty,  która 
zagnała go na obczyznę, teraz nieszczęsnego wpędziła do grobu. Ta fałszywa istota, która nie 
znalazła dla mnie słowa podzięki za uratowanie Ŝycia, nie znalazła równieŜ słowa Ŝalu, słowa 
litości  nad  zmarłym  biedakiem,  ona,  która  była  bezpośrednią  przyczyną  jego  samobójstwa. 
Wzięła ojca pod ręką i rzekła: 

— JakŜe głupio i brzydko postąpił! Mógł pojechać do Teksasu albo jeśli mu Ŝycie obrzydło, 

odebrać je sobie gdzieś w ukryciu z dala ode mnie. Nie chcę go widzieć. Chodźmy stąd! 

Odeszli. Nie mogąc pohamować gniewu, zawołałem za nimi pełnym wściekłości głosem: 
— O tak, odejdźcie, zniknijcie stąd! Niech pani zejdzie mi z oczu. Jeśli panią jeszcze raz 

ujrzę, gotów jestem zapomnieć, Ŝe jest pani kobietą, i kaŜę lassem wychłostać twoje plecy, aby 
przynajmniej tym obudzić uczucie, którego brak pani sercu, dumna królowo Jumów! 

Przyjęła  powaŜnie  moją  groźbę  i  odtąd  starała  się  schodzić  mi  z  oczu.  Lecz  kiedy  ją 

spotkałem później, w innych okolicznościach, w innym otoczeniu, jako bogatą damę, zdawało 
się, Ŝe zapomniała o mojej groźbie. 

Wszyscy  towarzysze  Ŝałowali  Herkulesa  z  całego  serca.  Czerwonoskórzy  nie  rozumieli 

powodu samobójstwa, poniewaŜ przez cały  czas rozmawiano po niemiecku. Przebiegły WąŜ 
poprosił mnie o wyjaśnienie. Powiedziałem mu: 

— Judyta  przyrzekła  Herkulesowi  zostać  jego  squaw,  dlatego  towarzyszył  jej  za  morze. 

Teraz, dowiedziawszy się, Ŝe nie będzie jego Ŝoną, z rozpaczy połoŜył kres dniom swego Ŝycia. 

— Słyszałem, Ŝe mierzył w nią równieŜ? 
— Usiłował ją zabić, nie chcąc jej oddać innemu. 
— Tyś ją uratował? JakŜe ci jestem wdzięczny! Białe twarze są szczególnymi ludźmi. śaden 

Indianin nie targnie się na Ŝycie, gdy dziewczyna nie zechce zostać jego squaw, lecz albo ją do 
tego zmusza, albo śmieje się z niej i bierze sobie inną. Czy białe twarze mają aŜ tak mało kobiet, 
Ŝ

e z powodu jednej dziewczyny tracą rozum? Ubolewam nad nimi. 

Podczas  tego  okrutnego  zdarzenia  nie  zwracaliśmy  uwagi  na  Playera,  który  tymczasem 

przyszedł  do  siebie  po  niebezpiecznym  uścisku  Wellera.  Siedział  na  ziemi  i  był  świadkiem 
całej sceny. Teraz podniósł się, podszedł do mnie i rzekł: 

— Jak widzę, Weller nie Ŝyje. Wiem, Ŝe mnie dusił. Musiał mnie zatem ktoś uratować. KtóŜ 

to uczynił, sir? 

— Wyciągnąłem pana spomiędzy kolan Wellera. 

background image

— Przypuszczałem, Ŝe to pan. Nigdy nie zapomnę, Ŝe zawdzięczam panu Ŝycie. 
— Zapomnij pan, ale pamiętaj, Ŝeś obiecał poprawę. 
— I dotrzymam przyrzeczenia. Lękam się jednak, Ŝe hacjendero i urzędnik zaŜądają mego 

ukarania. 

— Niech Ŝądają! Nic mnie to nie obchodzi, nic sobie nie robię z ich Ŝądań. Nie powinien pan 

jednak długo tu pozostawać, poniewaŜ łatwo mogą pana schwytać i osadzić w więzieniu. 

— Pewnie. Najchętniej wywędrowałbym do Teksasu. 
— MoŜe pan z nami pójść. Wierzę bowiem, Ŝe będzie master uczciwym człowiekiem. 
— Niech  pan  nie  myśli  nic  złego  o  mnie.  Będę  o  panu  pamiętał  i  to  mnie  ustrzeŜe  przed 

błędami. Być moŜe, znajdę pracę u któregoś z emigrantów. Niestety, ci ludzie są zbyt ubodzy, 
aby mogli nająć robotnika. 

Mówił to głosem stroskanym. Pragnął rozpocząć nowe Ŝycie, lecz nie bardzo wiedział jak. 

Postanowiłem mu pomóc. Dałem mu równieŜ trochę pieniędzy. Odczułem, ściskając mu rękę, 
przypływ wewnętrznego zadowolenia. 

Jeszcze dziękował mi gorąco, kiedy uwagę moją zajęło zbliŜające się w galopie stado koni, 

gnane przez licznych Indian. Były to konie, po które posłał Przebiegły WąŜ. Kiedy nadbiegły, 
miało się juŜ ku wieczorowi. 

Czerwoni  przewieźli  suche  wiązki  drewna,  które  pozwoliły  nam  rozniecić  ognisko.  Z 

Ŝ

ywności  znalezionej  na  wozach  urządziliśmy  sobie  ucztę,  oczywiście  według  podjęć 

tamtejszych, gdyŜ na naszą miarę była to dosyć skąpa wieczerza. 

Po posiłku ułoŜyliśmy się do snu, wyłączywszy wojowników Jumów, którzy pojechali do 

Almaden, aby zabrać to, co jeszcze tam zostało. Indianin skrzętnie zbiera przedmioty, które my 
odrzucamy  jako  bezwartościowe  i  umie  je  po  swojemu  wykorzystać.  Rano  zauwaŜyłem  w 
obozie mnóstwo takich rzeczy. Prócz tego przyprowadzili obydwie stare Indianki, zawalili szyb 
głazami i zasypali wejście do jaskini. Przypuszczam, Ŝe do dzisiejszego dnia nikt jej nie odkrył. 

Ocknąłem  się  pierwszy  i  zacząłem  budzić  poczciwego  don  Endimio  de  Saledo  y  Coralba 

oraz jego woźniców. Załatwiłem z nimi rachunki, w tym czasie obudzono innych i zaczęto się 
pakować pod kierownictwem Przebiegłego WęŜa. Nie widać było Judyty ani jej ojca. Siedzieli 
w  namiocie  wodza.  Usiadłem  obok  Winnetou  i  przyglądałem  się  krzątaninie  obozowej.  Po 
chwili zbliŜył się do nas i hacjendero i urzędnik. Ukłonili się ceremonialnie. Juriskonsulto z 
uroczystą miną i jak przystało na urzędnika przemówił, zwracając się do mnie: 

— Widzę, Ŝe pan przygotowuje stado do drogi, senior? Dokąd pan jedzie? 
— Do Chihuahua — odpowiedziałem. 
— Na to nie pozwalam. śądam, aby wszystkie osoby, które się tutaj znajdują, udały się ze 

mną do Ures. 

— Prawdopodobnie jako aresztanci? 
— Coś w tym rodzaju. 
— Proszę więc, niech pan nas zaaresztuje. 
— Wolałbym  tego  uniknąć,  wierzę  bowiem,  Ŝe  godność  mego  urzędowego  stanowiska 

skłoni panów do dobrowolnego udania się tam. 

— PoniewaŜ  nie  widzę  tej  godności,  nie  będę  przeto  postępował  według  pańskiego 

Ŝ

yczenia. Nie mam wobec seniora Ŝadnych obowiązków. Ośmiesza się pan tylko. Ani słowa 

więcej! 

Mój  ton  podziałał.  Nie  śmiał  się  odezwać,  spojrzał  spode  łba  na  hacjendero,  który  go 

wyręczył: 

— Senior, niech się pan hamuje Pan wie, Ŝe znajduje się na moim terenie. Jest pan niejako 

gościem tutaj. 

— O,  miałem  juŜ  przyjemność  poznać  i  ocenić  pańską  gościnność  i  jestem  za  nią 

niezmiernie wdzięczny. A poniewaŜ mówi pan o swoim terenie, przeto przypomnę seniorowi, 
Ŝ

e go pan sprzedał. Właścicielem Almaden jest Melton. 

background image

— Występuję przeciw niemu sądownie i na pewno odzyskam swoją posiadłość. Mogę się 

uwaŜać  juŜ  teraz  za  absolutnego  właściciela  i  Ŝądam,  aby  kaŜdy,  kto  przestąpi  granice 
Almaden,  respektował  moje  Ŝądania,  które  są  zarazem  Ŝądaniami  mego  czcigodnego 
przyjaciela. 

— JakŜe brzmią te pańskie Ŝądania 
— Domagam się, aby senior udał a z nami do Ures, nie tylko jako świadek, lecz równieŜ 

jako oskarŜony. 

— Oho, oskarŜony? O co? 
— Tam się pan dowie. Nie mam potrzeby teraz o tym mówić! 
— Dobrze, nie mówimy więc. Ja takŜe nie mam potrzeby rozmawiać z panem i z pańskim 

przyjacielem.  JeŜeli  pan  chce  mieć  Meltona,  niech  się  senior  sam  zwróci  do  Przebiegłego 
WęŜa. 

— śądam go od pana. Pan pojmał wodza i pan mi za niego odpowie! 
W  tej  chwili  podniósł  się  Winnetou,  wyciągnął  rewolwer  i  zapytał  swoim  spokojnym,  a 

jednak dobitnym głosem: 

— Czy białe twarze wiedzą, kto przed nimi stoi? 
— Winnetou — odpowiedział hacjendero. 
— Tak, Winnetou, wódz Apaczów — potwierdził urzędnik. 
— Ale czy wiedzą białe twarze, Ŝe Winnetou nie lubi próŜnego gadania i nie znosi błaznów? 

ś

yczę  sobie  pozostać  sam  z  moim  przyjacielem  Old  Shatterhandem.  Będę  1iczył  do  trzech, 

jeŜeli któryś z was tutaj jeszcze pozostanie, nie ujdzie z Ŝyciem. 

Mówiąc to, skierował na nich rewolwer. 
— Raz… 
Urzędnik dał drapaka. 
— Dwa… 
Umknął teŜ i hacjendero. 
— Nie ma więc potrzeby liczyć do trzech — uśmiechnął się Apacz. 
Ś

mieszni  tchórze  stanęli  w  przyzwoitej  odległości  od  nas  i  omawiali  coś  Ŝywo,  po  czym 

udali się do namiotu wodza. Widzieliśmy, jak rozmawiali z nim, ale trwało to niezbyt długo, 
gdyŜ  nagle  wódz  wyrwał  z  ziemi  oszczep,  na  którym  znajdował  się  totem,  i  począł  okładać 
urzędnika. Juriskonsulto wybiegł czym prędzej, miotając przekleństwa, a w ślad za nim pognał 
don Timoteo, woląc nie doświadczać podobnych cięgów. 

ZraŜony  zuchwałością  hacjendera,  zaniechałem  myśli  wynagrodzenia  go  pieniędzmi 

Meltona,  a  postanowiłem  w  całości  oddać  je  biednym  emigrantom.  JednakŜe  zanim 
wyruszyliśmy, zwróciłem się do don Timotea: 

— Senior, oto jest pański kontrakt z Meltonem oraz listy, które dostatecznie dowodzą, Ŝe 

Melton był sprawcą napadu na hacjendę. Dzięki tym dokumentom odzyska pan rychło majątek 
i zatrzyma pobraną juŜ zapłatę jako odszkodowanie. Bądź pan zdrów i staraj się na przyszłość 
okazać skromność i roztropność większą, aniŜeli dotychczas. 

PoŜegnałem go na zawsze. Zwróciłem równieŜ emigrantom ich umowy, które natychmiast 

zostały podarte na kawałeczki. Dosiadłszy koni, pojechaliśmy. 

Hacjendero,  urzędnik,  policjanci  i  don  Endimio  de  Saledo  y  Coralba  odprowadzali  nas 

wzrokiem. Stary Pedrillo Ŝegnał  głośnymi Ŝyczeniami, jego podwładni wtórowali mu, reszta 
milczała. 

MoŜna sobie wyobrazić, z jakimi oznakami radości Ŝegnali moi ziomkowie tę miejscowość, 

która  była  terenem  ich  męczarni  i  miała  stać  się  ich  grobem.  Ja  równieŜ  odjeŜdŜałem 
zadowolony  z  dobrych  wyników  naszego  przedsięwzięcia.  Co  prawda  sądziłem,  Ŝe  jeszcze 
oczekuje  nas  niebezpieczna  przeprawa  z  Vete–ya,  ale  spodziewałem  się  równieŜ  przybycia 
Silnego Bawołu. Gdzie i kiedy ich spotkam,” tego nie mogłem przewidzieć. 

background image

Droga  do  Chihuahua  prowadziła  przez  pustynię,  później  przez  wąski  teren  Jumów, 

następnie zaś przez ziemie, o które Jumowie walczyli z Mimbreniami. Na tym jedynie odcinku 
moŜna było napotkać trudności. 

Na  przodzie  jechali  znający  drogę  wojownicy  Jumów.  Ja  galopowałem  obok  Winnetou  i 

Przebiegłego WęŜa, w pobliŜu zaś znajdowali się obydwaj synowie Nalgu Mokaszi. Meltona, 
skrępowanego  linami,  prowadziła  silna  eskorta.  Na  końcu  jechała  Judyta  i  jej  ojciec  w 
otoczeniu kilku Jumów. 

Dodać trzeba, Ŝe jeszcze nad ranem pogrzebaliśmy Wellera i atletę. Spoczęli obok siebie, 

zamordowany i morderca, w obcej ziemi, która odmówiła im tego, czego tak namiętnie szukali: 
jednemu — złota, drugiemu — miłości. 

Wieczorem pierwszego dnia wyjechaliśmy z pustyni i rozbiliśmy obóz na łące, gdzie konie 

znalazły  upragnioną  paszę.  Nazajutrz  przesmykiem  naleŜącym  do  Jumów,  wjechaliśmy  na 
sporne obszary. Była to okolica górzysta. DąŜyliśmy do obszernej kotliny z małym jeziorem 
pośrodku. Z zachodem słońca dotarliśmy do jej południowego brzegu. 

WjeŜdŜając  do  kotliny  razem  z  Winnetou,  spostrzegłem  jeźdźca,  który  wychylił  się  ze 

wschodniej  rozpadliny,  lecz  zauwaŜywszy  nas,  schował  się  czym  prędzej.  RozłoŜyliśmy  się 
nad brzegiem jeziora. Meltona przywiązano do drzewa. Dla Judyty rozbito w zaroślach namiot. 

Tymczasem  Winnetou  swoim  zwyczajem  obchodził  kotlinę.  Kiedy  wrócił,  poznałem  po 

nim, Ŝe dokonał powaŜnych odkryć. 

— Czy  mój  czerwony  brat  zauwaŜył  coś  więcej  niŜ  jeźdźca,  któregośmy  poprzednio 

spostrzegli? 

— Tak  —  odpowiedział.  —  Zajrzałem  do  wschodniej  doliny:  była  pusta.  Później  do 

północnej:  stamtąd  nadciągali  właśnie  jacyś  jeźdźcy,  lecz  ujrzawszy  nasze  konie,  cofnęli  się 
szybko. 

— A więc są to dwa rozmaite oddziały, które wzajemnie o sobie nic nie wiedzą. 
— Tak  jest.  Jeden  przybył  z  północy,  drugi  ze  wschodu.  DąŜyli  do  jeziora,  a  widząc,  Ŝe 

zajęte, wycofali się z powrotem. 

— Czy mój czerwony brat wie, co to za oddziały? 
— Old Shattterhand wie równieŜ. 
— MoŜna się domyślić. To Wielkie Usta i Silny Bawół, kaŜdy ze swoimi wojownikami. Ale 

który nadciąga z pół; nocy, a który ze wschodu? 

— Łatwo  się  dowiemy,  gdy  pójdzie  my  na  zwiady.  Ja  na  północ,  brat  mój  na  wschód. 

Jeszcze dziesięć minut i zapadnie noc, więc będziemy mogli pójść. 

Wróciliśmy  do  obozu,  aby  posilić  się,  a  kiedy  się  zupełnie  ściemniło,  poszliśmy,  nie 

zwracając niczyjej uwagi. Winnetou na północ, ja na wschód. 

Wiedzieliśmy, Ŝe nieznani jeźdźcy wyślą równieŜ wywiadowców, aby się dowiedzieć, kto 

obozuje nad jeziorem. Istotnie, niewiele drogi uszedłem, kiedy dobiegł mnie nieznaczny szmer. 
Natychmiast  przywarłem  do  ziemi  i  czekałem  na  wywiadowcę,  który  wnet  się  ukazał.  Nie 
widział  mnie,  miał  wzrok  utkwiony  przed  siebie.  Kiedy  podszedł  do  mnie  bardzo  blisko, 
podniosłem się i w oka mgnieniu oburącz schwyciłem go za gardło. Był to wyrostek indiański. 
Opadły  mu  ręce,  a  nogi  trzęsły  się  pod  nim  ze  strachu.  Powaliłem  go,  mówiąc  ściślej, 
pozwoliłem  mu  upaść,  odebrałem  nóŜ,  który  tkwił  za  pasem,  rozluźniłem  ucisk,  aby  złapał 
tchu, rzekłem: 

— Z jakiego jesteś szczepu? 
— Mim–bre–nio — wymamrotał, chwytając oddech. 
Mógł mnie okłamywać. Zapytałem więc: 
— Kto was prowadzi? 
— Nalgu Mokaszi. 
— Dokąd jedziecie? 
— Do Almaden, do Old Shatterhanda i Winnetou. 

background image

Puściłem go i rzekłem: 
— Mów ciszej. Popatrz mi prosto w twarz. Czy znasz mnie? 
— Uff! Old Shatterhand! 
— Podnieś się! Zaprowadzisz mnie do Silnego Bawołu. Zwracam ci nóŜ. 
Podniósł się i szedł za mną w milczeniu. Lecz w pobliŜu doliny zatrzymał się i odezwał: 
— Old Shatterhand jest przyjacielem czerwonych i mistrzem w sztuce wojennej. Niechaj nie 

myśli, Ŝe kaŜdy inny wojownik mógłby mnie podejść. Jeśli Old Shatterhand opowie wodzowi, 
Ŝ

e  dałem  się  zaskoczyć  i  rozbroić,  wódz  odeśle  mnie  do  kobiet,  a  wówczas  utopię  nóŜ  we 

własnym sercu. 

— W takim razie przemilczą to. Ale pamiętaj, na przyszłość panuj nad przestrachem i nie 

ulegaj mu tak łatwo! 

Kiedy weszliśmy do doliny, rozległo się cykanie świerszcza. Towarzysz mój odpowiedział 

tak samo. 

Wkrótce zbliŜyliśmy się do ogniska. Dookoła siedzieli jacyś ludzie. Jeden z nich podniósł 

się i rzekł: 

— Dwóch przyszło. Kim jest ten drugi? 
— Old Shatterhand — odpowiedział Mimbrenio. 
— Old Shatterhand! Old Shatterhand! — rozniosło się dokoła lotem błyskawicy. 
To pytał Nalgu Mokaszi, wódz Mimbreniów. Podał mi dłoń i rzekł z radosnym zdziwieniem 

w głosie: 

— A więc mój znakomity biały brat do nas przybył? UlŜyło mi na sercu, gdyŜ lękałem się o 

niego. Lecz skąd się wziął tutaj? Spodziewaliśmy się, Ŝe albo nie Ŝyje, albo przebywa w pobliŜu 
Almaden. 

— Nie Ŝyję? Wszyscy, którzy ze mną wyruszyli, czują się świetnie i nie zaznali nic złego. 

Wojownicy  Mimbreniów,  a  przede  wszystkim  synowie  Silnego  Bawołu,  trzymali  się  tak 
dziarsko,  Ŝe  zasługują  na  najwyŜszą  pochwałę.  Później  opowiem  o  nich,  o  ich  czynach. 
Przedtem muszę wiedzieć, iłu wojowników przyprowadził Silny Bawół. 

— Dwustu paru. 
— A  co  się  stało  z  pochwyconymi  Jumami,  co  się  stało  z  Vete–ya?  Czy  zginęli  z 

zaciśniętymi zębami, jak przystoi męŜczyznom, czy teŜ wydawali okrzyki bólu? 

— Wielki  Duch  nie  Ŝyczył  sobie,  abyśmy  napawali  oczy  widokiem  śmierci  tych  psów. 

Oswobodził jednego z nich i przeciął pęta pozostałym. Uciekli, skradłszy nam wiele koni. 

— Czy wiesz, gdzie szukać zbiegów? 
— Nie  wiem,  ale  przypuszczam,  Ŝe  udali  się  do  Almaden.  Kiedy  uciekli,  natychmiast 

wysłałem za nami wszystkich wojowników, których miałem przy sobie. Sam zaś wróciłem po 
posiłki  i  po  świeŜe  konie.  Teraz  przybyłem  tutaj,  zabiegając  im  drogę.  Tak  więc  Vete–ya 
znalazł się w potrzasku, pomiędzy dwoma naszymi oddziałami, które go wkrótce zgniotą. 

— Bardzo  roztropnie.  Mogę  oznajmić  ci,  Ŝe  Vete–ya  znajduje  się  niedaleko  stąd,  w 

północnej dolinie. 

— A więc natychmiast musimy tam się udać. 
— Nie śpiesz się, wszak muszę ci zrelacjonować przebieg naszej wyprawy. 
Opowiedziałem  bardzo  pobieŜnie,  w  ogólnych  tylko  zarysach.  Otaczali  nas  wojownicy, 

przysłuchując  się  z  zapartym  tchem.  Wódz  od  czasu  do  czasu  wydawał  okrzyki  zdumienia,, 
kiedy zaś skończyłem, zawołał: 

— Mniej niŜ pięćdziesięciu naszych wojowników dokonało tych czynów! Słuchajcie, mniej 

niŜ pięćdziesięciu! A między nimi moi obaj malcy! 

Nie  wyszczególniłem  kto  czego  dokonał,  lecz  mówiłem  ogólnikowo:  my.  Stąd  ta  duma 

wodza, który przypisał wszystkie niezwykłe czyny swoim wojownikom, 

background image

— A  więc  Przebiegły  WąŜ  i  jego  trzystu  wojowników  obozuje  w  kotlinie  wraz  z  moimi 

braćmi? Co za przypadek! Gdybyś z nimi nie zawarł pokoju, mielibyśmy jeszcze przed świtem 
wszystkie ich skalpy. 

— Mam nadzieję, Ŝe uszanujesz umowę, którą z nimi zawarłem. Skalpy i tak cię chyba nie 

miną. 

— W jaki sposób? 
— Mówiłem wszak, Ŝe w pobliŜu obozuje Vete–ya. Na pewno się rozsierdzi, kiedy dowie 

się  o  umowie  Przebiegłego  WęŜa.  Przypuszczam,  Ŝe  nie  zgodzi  się  na  przyjaźń  z  nami. 
Wówczas niechybnie dojdzie do walki oręŜnej. 

— Jak się wobec tego zachowa Przebiegły WąŜ? 
— Ten sojusznik jest uczciwym człowiekiem i nie zawiedzie naszych nadziei. Mniej pewni 

są jego ludzie, zwłaszcza tych czterdziestu, których wzięliśmy do niewoli. Trzeba poczekać na 
rozwój wypadków. Chwilowo muszę naradzić się z Winnetou, który ruszył na zwiady do obozu 
Vete–ya.  Później  pchnę  do  ciebie  posłańca  z  rozkazami.  Musisz  je  starannie  wykonać.  W 
kaŜdym razie moŜemy spokojnie patrzeć w przyszłość, gdyŜ mamy oczywistą przewagę nad 
Jumami. Jeśli nawet zgromadzili siły znaczniejsze niŜ nasze, to my za to mamy więcej broni 
palnej. Na dodatek w naszych szeregach znajdą się wojownicy, z których kaŜdy jest więcej wart 
niŜ dziesięciu, a nawet więcej wrogów. Teraz odchodzę. Bądźcie gotowi! 

Kiedy  wróciłem  do  obozu,  zastałem  juŜ  Winnetou,  który  przebył  odległość  znacznie 

większą niŜ przypuszczałem. PołoŜyliśmy się obok siebie, aby nikt nas nie mógł podsłuchać, i 
zdawaliśmy  sobie  relacje  z  odbytych  zwiadów.  Okazało  się,  Ŝe  Winnetou  był  nie  tylko  w 
obozie  Jumów,  ale  równieŜ  w  obozie  Mimbreniów,  którzy  ścigali  Yete–ya.  OtóŜ,  kiedy 
podkradł  się  pod  obóz  Jumów,  natrafił  na  wywiadowcę,  ten  zaś  okazał  się  Mimbreniem  i 
zaprowadził go do swojego obozu, rozbitego w odległości tysiąca kroków od wrogów nic nie 
podejrzewających.  Poleciwszy  Mimbreniom  spokojnie  leŜeć  i  czekać  na  jego  rozkazy, 
Winnetou wrócił do naszego obozu. 

— Musimy  teraz  zastanowić  się  —  rzekłem.  —  JeŜeli  Vete–ya  zgodzi  się  na  pokój,  tym 

lepiej, jeŜeli nie, przekonamy go, Ŝe nie mamy powodu się lękać. 

— Nie  zechce  pokoju.  Zabiłeś  jego  syna.  MoŜe  by  się  zgodził  na  zawarcie;  pokoju  z 

Mimbreniami, ale z tobą — nigdy. 

— Tym gorzej dla niego. OkrąŜymy go, zanim się rozwidni. UwaŜam, Ŝe…. 
W  tej  chwili  rozległ  się  głośny  okrzyk.  Jakiś  Indianin  wyszedł  z  zagajnika  i  z  wesołymi 

okrzykami  zbliŜał  się  do  Przebiegłego  WęŜa,  który  spoczywał  na  brzegu  jeziora.  Był  to 
wywiadowca  Vete–ya,  a  miał  wybadać,  kto  zajął  kotlinę.  Na  widok  swoich  braci  opuścił 
kryjówkę i podbiegł do przywódcy. Obydwaj rozmawiali Ŝywo. Po chwili stanęli obok mnie i 
Winnetou. Wywiadowca obrzucił nas ponurym spojrzeniem. Przebiegły WąŜ oświadczył: 

— Wojownik Juma melduje mi, Ŝe Vete–ya przybył tutaj i chce wiedzieć, kto obozuje nad 

wodą. PoniewaŜ jest naczelnym wodzem naszego plemienia, przeto muszę go zaprosić wraz ze 
wszystkimi wojownikami. CóŜ myślą o tym moi bracia? 

— Czy powiedziałeś wywiadowcy — zapytał Winnetou — ze zawarliśmy pokój? 
— Tak. 
— Wierzymy,  Ŝe  nie  zawiedzie  naszego  zaufania.  Ale  nie  wiedząc,  czy  Vete–ya  pragnie 

pokoju  czy  wojny,  musimy  być  ostroŜni,  Owszem,  niech  przyjdzie  ze  swymi  ludźmi. 
Pozwalam  mu  zająć  połową  brzegu  aŜ  do  buku,  pod  którym  spoczywałeś.  Rozniećcie  tam 
ogień, aby Vete–ya mógł się rozejrzeć dokoła. Howgh! 

Przebiegły  WąŜ  udzielił  posłańcowi  dodatkowych  wskazówek,  odesłał  go,  po  czym 

oświadczył: 

— Cośkolwiek Vete–ya postanowi, na mnie moŜecie polegać. 
— A twoi wojownicy? 
— Większości jestem pewien.. W potrzebie obronimy was przed Wielkimi Ustami. 

background image

— Zwołaj  swoich  ludzi  i  wypytaj  ich  dokładnie.  Chcemy  wiedzieć,  czego  się  po  nich 

spodziewać. 

Szczególna była nasza sytuacja. MoŜna sobie wyobrazić jezioro o średnicy dwustu kroków, 

buk, o którym mówił Winnetou, wznosił się pośrodku jego południowej części. Stąd na zachód 
połowa jeziora i brzegu miała naleŜeć do Jumów, na wschód do nas. Po naszej stronie od dawna 
paliło  się  ognisko.  Teraz  oświetlono  równieŜ  dalszą  część  brzegu.  Nasi  J  umowie  zaczęli 
przechodzić na swój teren, my zaś pozostaliśmy na swoim, w połoŜeniu dosyć niebezpiecznym. 
Nasza  garstka,  składająca  się  z  niewielu  Mimbreniów  oraz  białych,  byle  jak  uzbrojonych, 
obarczonych dziećmi i kobietami, miała naprzeciw siebie trzystu czterdziestu wojowników, do 
których wnet miał przyłączyć się Vete–ya. Lecz dodawała nam otuchy pewność, Ŝe w pobliŜu 
nas znajdują się uzbrojeni Mitabreniowie z Nalgu Mokaszi. 

NaleŜało zawczasu ukryć konie w bezpiecznym miejscu. Gdy doszliśmy z nimi do ciemnego 

zakątka za drzewami, rzekł do mnie Apacz: 

— Mój  brat  weźmie  ze  sobą  kilku  łudzi  i  odprowadzi  konie  do  Nalgu  Mokaszi.  Za 

kwadrans, a więc zanim nadejdzie Vete–ya, będziecie z powrotem. 

Ja tymczasem  wyślę  gońca do Mimbreniów, którzy rozłoŜyli się na tyłach Jumów. Niech 

Silny  Bawół  puści  pod  naleŜytym  nadzorem  konie  na  łąkę  i  sikoro  tylko  Vete–ya  tutaj 
przybędzie,  niech  się  szybko  do  nas  przybliŜy.  Po  drodze  spotka  Mimbreniów,  których 
sprowadzam przez gońca. Nalgu Mokaszi ma gęsto obstawić kotlinę. A niech się zachowuje tak 
cicho i spokojnie, aby  go Jumowie nie spostrzegli. Musimy się jeszcze umówić co do hasła. 
Zgódźmy  się  na  okrzyk  wojenny  Siuksów.  Skoro  go  usłyszą,  mają  w  mig  ruszyć  ku 
zachodniemu wybrzeŜu jeziora i zwalić się na wojowników Vete — — ya. My natomiast wraz 
ze wszystkimi Jurnami, którzy dochowają nam przymierza, będziemy po stronie wschodniej. 
Jeśli  hasła  nie  usłyszą,  będzie  to  oznaczało  pokój;  w  takim  wypadku  niech  Mimbreniowie 
spokojnie czekają do rana na swoich stanowiskach. 

Był to najlepszy z planów, jaki moŜna było wymyślić. Zabrałem ze sobą jako eskortę przy 

wierzchowcach sześciu Mimibreniów, między nimi obu młodych braci. Byli mile zaskoczeni, 
dowiedziawszy się, Ŝe rychło zobaczą ojca. Wkrótce przybyliśmy do Silnego Bawołu. Chciał 
zatrzymać synów przy sobie, lecz dzielni chłopcy tak długo prosili i nalegali, ipóki nie zezwolił 
im na powrotną drogę. Odbyliśmy ją pieszo. 

Teren  obozowania  oświetlały  płomienie  ognisk.  Po  chwili  rozległ  się  tupot  koni  i  głośne 

nawoływanie. Schowaliśmy się w gąszczu, aby obserwować wrogów. Winnetou podszedł do 
nas i oznajmił: 

— Vete–ya  przybył.  Zgodnie  z  umową  zajmuje  zachodnią  stronę.  Wkrótce  będziemy  go 

mogli zobaczyć. 

Istotnie, na zachodnim brzegu zaroiło się od ludzi. Na terenie naszym nie widać było nikogo, 

poniewaŜ  ukryliśmy  się  za  drzewami,  słabo  oświetlonymi  błyskami  gasnącego  ogniska. 
Natomiast  po  przeciwnej  stronie  było  tak  jasno,  Ŝe  widzieliśmy  dokładnie  wodza 
rozmawiającego z Przebiegłym WęŜem. Chwilami dobiegał gniewny ton rozmowy, jednakŜe 
nie mogliśmy rozpoznać poszczególnych słów. Słyszeliśmy równieŜ głos Przebiegłego WęŜa. 
Dowodziło to, Ŝe broni się z równą mocą i energią, z jaką tamten napiera. 

W  tym  czasie  wrócił  posłaniec  Winnetou.  Znalazł  Mimbreniów  i  przyprowadził  ich  w 

pobliŜe. Po drodze spotkali się z oddziałem Silnego Bawołu i rozległym pierścieniem okrąŜyli 
jezioro. Teraz mogliśmy ze spokojem oczekiwać dalszych faktów, poniewaŜ musiały wypaść 
dla nas pomyślnie. 

Obaj  wodzowie  Jumów  usiedli  przy  ognisku,  otoczeni  zwartym  kołem  najstarszych 

wojowników.  Radzono.  Mogliśmy  cierpliwie  czekać.  Nam  nie  było  spieszno.  Ale  Silnemu 
Bawołowi  widocznie  czas  zanadto  się  dłuŜył.  Przybiegł  bowiem,  wbrew  mojemu  zakazowi, 
dowiedzieć się o stanie rzeczy. 

background image

Narada  trwała  przeszło  dwie  godziny,  była  niezmiernie  burzliwa.  W  końcu  podniósł  się 

Przebiegły WąŜ i podszedł do naszego obozu: 

— Moi bracia — rzekł — mają przyjść do nas, aby się dowiedzieć, co uchwaliliśmy. 
— MoŜesz nam to zakomunikować — odparłem. 
— Nie mogę. Vete–ya chce wam to oznajmić osobiście. 
— Nie mamy nic przeciwko temu. Owszem, niech przyjdzie. 
— Czy moi bracia nie mają zaufania? 
— … 
— Mnie moŜecie w kaŜdym razie ufać. 
— Ilu wojowników cię poprze? 
— Połowa oddziału. Pozostali popierają Vete–ya. 
— Czy sądzisz, Ŝe dojdzie do walki? 
— Tak, jeśli nie zgodzicie się ni warunki Vete–ya. 
— Gotowi jesteśmy ich wysłuchać, ale nie godzimy się nigdzie chodzić, tym bardziej Ŝe nie 

uwaŜamy Vete–ya za człowieka honoru. 

— Ale on tu nie przyjdzie. 
— Więc  niech  siedzi  na  grzędzie,  dopóki  nie  zmądrzeje,  na  co  moŜe  czekać  wiele  zim  i 

wiele wiosen. Powtórz mu to w naszym imieniu. 

Takie rozstrzygnięcie nie było po jego myśli. Zastanowił się, szukając pośredniego wyjścia. 
— Czy spotkacie się w połowie drogi, jeśli i on pół przejdzie? 
— Owszem. Spotkajmy się pod bukiem, ale bez broni. Ja przyjdę z Winnetou, on zaś z tobą. 

Po dwóch z kaŜdej strony. 

Przebiegły  WąŜ  wrócił  do  swoich  i  spierał  się  około  pół  godziny  z  Vete–ya.|  Przybiegł 

powtórnie, aby nas zawtadomić, Ŝe wódz Jumów przez wzgląd na godność swego urzędu musi 
przyjść w towarzystwie co najmniej sześciu ludzi. 

— Dwóch  z  naszej  i  dwóch  z  waszej  strony,  nie  więcej.  Powiedz  mu  m  stanowczo!  Nie 

ruszymy się z miejsca póki nie dojdzie do drzewa. 

Przebiegły WąŜ musiał jeszcze parę razy odbyć wędrówki między naszymi, obozami, zanim 

się  stary  nie  poddał.  Podeszli  do  wskazanego  buku  i  usiedli.  PoniewaŜ  wątpiliśmy,  Ŝe  Juma 
pozbędzie się noŜa, przeto wbrew warunkom spotkania kaŜdy z nas zabrał ze sobą rewolwer. 

Vete–ya  —  powitał  nas  nienawistnym  spojrzeniem.  Gdy  usiadłem  przy  nim  ze  wstrętem 

cofnął róg pledu, którym był okryty, aby się uchronić przed moim dotknięciem. Patrzał ponuro 
przed siebie, pewien, Ŝe my zaczniemy pertraktacje. Chcieliśmy jednak zostawić ten zaszczyt 
jemu. Od czasu do czasu podnosił głowę i przebijał nas ostrym jak sztylet wzrokiem. PoniewaŜ 
nas ani przewiercił, ani skłonił do rozpoczęcia, więc nagle wybuchnął ochryple: 

— Moje uszy są otwarte, a więc mówcie! 
Nie odpowiedzieliśmy ani ja, ani Winnetou. Po chwili Vete–ya odezwał się z pogróŜką: 
— Jeśli nie będziecie mówić, kaŜę was wystrzelać! 
Wówczas  Winnetou  wskazał  mu  nasz  teren,  do  którego  Juma  siedział  tyłem.  Vete–ya 

odwrócił się i zobaczył Mimbreniów, leŜących rzędem z wycelowanymi w niego strzelbami. 

— Uff, uff! CóŜ to takiego? — krzyknął. — Chcecie mnie zabić? 
— Nie — odpowiedział Winnetou — lecz strzelby będą w pogotowiu, dopóki nie wrócimy. 

Więcej nie mam ci nic do powiedzenia. 

Nie jest rzeczą miłą mieć za sobą przeszło czterdzieści luf wycelowanych w plecy. Znać teŜ 

było po Vete–ya, Ŝe siedzi jak na szpilkach. Aby skrócić czas tej napiętej sytuacji, zdecydował 
się rozpocząć pierwszy: 

— Winnetou i Old Shatterhand są w moim ręku. Dzień dzisiejszy będzie ich ostatnim. 
— A  Vete–ya  wpadł  w  nasze  sidła.  Jeszcze  w  ciągu  tej  godziny  wyniesie  się  na  tamten 

ś

wiat. Skoro ten dzień ma być naszym ostatnim, to wyślemy tam ciebie przed nami. 

— Przeliczcie swoich ludzi i moich! Po czyjej stronie przewaga? 

background image

— Winnetou  i  Old  Shatterhand  nigdy  nie  liczą  wrogów.  Wszystko  im  jedno,  jeden  czy 

dziesięciu. Niech Vete–ya liczy. 

— ZmiaŜdŜymy was! 
— Czy  zmiaŜdŜyliście  w  Almaden,  gdzie  było  nas  czterdziestu  przeciw  trzystu 

wojownikom? 

— Mnie  tam  nie  było!  Zbadam  jeszcze  tę  sprawę.  Kto  okazał  się  tchórzem,  ten  zostanie 

przepędzony z naszych szeregów. 

Ostatnie  słowa  skierowane  były  pod  adresem  Przebiegłego  WęŜa,  ten  zaś  odpowiedział 

gniewnie; 

— Kto  jest  tchórzem?  Gdybyś  nie  wiązał  się  ze  zdrajcami,  nie  bylibyśmy  naraŜeni  na  te 

zniewagi! 

— Milcz! Pomówię z Meltonem i dowiem się, kto w tej sprawie zawinił. 
— Nie  będziesz  z  nim  mówił.  Melton  jest  moją  własnością  i  nikt  bez  mego  pozwolenia 

słowa z nim nie zamieni — rzucił z wściekłością Przebiegły WąŜ. 

— Nawet ja, twój zwierzchnik? — zdziwił się Vete–ya. 
— Nawet ty! Nie jesteś moim zwierzchnikiem. Tyś taki sam wódz jak ja, a tylko dlatego Ŝeś 

starszy, oddano ci przewodnictwo. Ale nikogo nie moŜesz zmusić do ślepego posłuszeństwa. A 
obelgę oddam pod rozpatrzenie najstarszych wojowników naszego plemienia. Jeśli zaś jeszcze 
raz ją powtórzysz, natychmiast cię zakłuję! 

Stary udał, Ŝe nie słyszy, i zwrócił się do mnie: 
— Powtarzam, Ŝe wpadliście w moje ręce. Wszyscy, którzy  wam towarzyszą, są równieŜ 

zgubieni.  Jedna  jest  tylko  droga  ocalenia:  ty  i  jeden  z  synów  Nalgu  Mokaszi  wydacie  się  w 
nasze ręce, aby zginąć przy palu. 

— Jeśli się zgodzę, co czeka moich towarzyszy? 
— Będą mogli iść swoją drogą. 
— Czy jeszcze czegoś Ŝądasz? 
— Oddadzą  wszystko,  co  mają  przy  sobie  oraz  konie,  a  takŜe  konia  i  srebrną  rusznicę 

Winnetou. 

— Słuchaj, mój bracie czerwony, przyznaję, Ŝe błędnie cię osądziłem, uwaŜając za durnia, 

widzą  bowiem  teraz,  Ŝe  jesteś  starym  wygą,  kutym  na  cztery  nogi.  Ale  czy  nie  zechciałbyś 
spytać nas, jaka jest nasza wola? 

— Wy? CóŜ wy moŜecie chcieć? 
— Przede  wszystkim  ciebie,  poniewaŜ  z  Meltonem  zmówiłeś  się  przeciw  moim  białym 

braciom, poniewaŜ spaliłeś hacjendę de| Arroyo. Zatem chcemy mieć ciebie, twoim ludziom 
zaś pozwolimy odejść w spokoju. 

— Gzy sępy mózg wydłubały ci z czaszki? JakŜe moŜecie stawiać warunki, skoro jesteście 

w mojej mocy? 

— Takie  gadanie  do  niczego  nie  doprowadzi.  Ty  myślisz,  Ŝe  nas  masz  w  ręku,  my  —  Ŝe 

mamy ciebie. Kończę naradę. 

Z tymi słowy podniosłem się, zamierzając odejść. Vete–ya krzyknął: 
— Stój,  nie  skończyliśmy!  Posłuchajcie,  daję  wam  pół  godziny  do  namysłu.  JeŜeli  po 

upływie  tego  czasu  nie  wydacie  nam  OM  Shaitterhanda  i  Mimbrenia,  natrzemy  na  was  i 
wytępimy co do jednego. 

Na  słowa  te  w  ogóle  nie  zareagowaliśmy.  Wówczas  podniósł  się  Przebiegły  WąŜ  i 

oświadczył: 

— Jestem  Przebiegły  WąŜ  i  nigdy  nie  złamałem  danego  słowa;  dotrzymam  takŜe  układu, 

który zawarłem z tymi męŜami. 

— JakŜe go chcesz dotrzymać — rzekł Vete–ya — skoro ja go uniewaŜniam? 
— Tego nie moŜesz uczynić. Ja układ zawarłem i ja jeden mogę uznać jego waŜność czy 

niewaŜkość. 

background image

Vete–ya skoczył i tupiąc nogą, zawołał: 
— Ja go ogłaszam za niewaŜny! Kto się ośmieli powstać przeciwko Vete–ya? 
— Ja  się  ośmielę,  ja,  Przebiegły  WąŜ.  Moi  wojownicy  wypalili  z  białymi  przyjaciółmi 

kalumet,  kalumet  z,  gliny,  krtórą,  naraŜając  się  na  niebezpieczeństwa  i  zachowując  obrzędy, 
wydobyłem  ze  świętego  miejsca.  KaŜde  pociągnięcie  z  kalumetu  jest  przysięgą,  której  nie 
wolno łamać. Kto ją naruszy, nigdy nie wejdzie do wiecznych ostępów, tylko jako cień będzie 
się błąkał dookoła ich bram. 

— Nazywasz tych obtcych przyjaciółmi? A moŜe bierzesz ich w obronę? 
— Tak. Będę ich bronił do ostatniej kropli krwi. 
— Będziesz więc walczył ze mną i z moimi wojownikami, którzy są twoimi braćmi? 
— Kto mnie zmusza do złamania przysięgi, ten przestał być moim bratem, ten obraŜa mnie i 

kala  wszystkich  męŜów  mego  plemienia.  Słuchajcie  wojownicy,  których  jestem  wodzem, 
Vete–ya nazwał nas tchórzami! Czy ścierpicie tę obrazę? śąda od nas, abyśmy złamali kalumet, 
który  jest  najcenniejszym  naszym  skarbem.  śąda,  abyśmy  zniewaŜyli  nasze  leki 
krzywoprzysięstwem. Czy chcecie się na to zgodzić? 

Krzyczał tak głośno, Ŝe słychać go było bardzo daleko. Odpowiedziało mu milczenie. Nie 

przytaknięto mu ani nie zaprzeczono. Wówczas dodał: 

— Tu  stoi  Winnetou,  tu  stoi  Old  Shatterhand,  Czy  słyszeliście,  aby  który  z  nich  złamał 

kiedyś słowo? Czy mają o nas mówić, Ŝe jesteśmy kłamcami? Old. Shatrterhand wydobył mnie 
z  szybu,  w  którym  miąłem  zginąć,  Uczynił  to,  mimo  Ŝe  byłem  jego  wrogiem.  Czy  mam 
zdradzić  go,  gdy  jestem  jego  przyjacielem?  Czy  wasz  wódz  powinien  być  kłamcą,  czy 
uczciwym człowiekiem, którego słowu moŜna zawierzyć? Rozstrzygniecie sami. Teraz pójdę z 
Winnetou i z jego białym przyjacielem. Za mną — w kim serce i rozum! Lecz kto kochał się w 
kłamstwie,  kto  znosi,  gdy  go  tchórzem  nazywają,  ten  moŜe  zostać  przy  Vete–ya.  Ja 
powiedziałem,  a  wy  czyńcie,  jak  uwaŜacie.  Skoro  Vete–ya  szuka  zemsty  na  Old 
Shatterhandzie,  niech  się  z  nim  rozprawi  w  uczciwej  walce,  jeśli  jest  męŜny.  Powiedziałem 
swoje, a wy słyszeliście. Howgh! 

Wziął  nas  pod  ręce  i  wróciliśmy  do  siebie.  Mowa  jego  wywarła  wraŜenie  wprost 

oszałamiające, owocniejsze, niŜ się mogłem spodziewać, albowiem wszyscy jego ludzie poszli 
za  nami.  Nie  sądzę,  aby  któregokolwiek  zabrakło.  Jedno  nieopatrznie  wypowiedziane  słowo 
„tchórz” zaszkodziło staremu wodzowi. 

Vete–ya stał jak skamieniały. Wreszcie wrócił do swego ogniska. Po chwili zawrzało tam 

jak w ulu. Widzieliśmy,  Ŝe wojownicy starali się  nakłonić  go do czegoś.  Trwało to przeszło 
dwie  godziny,  po  czym  jeden  ze  starszych  wojowników  podszedł  do  buku,  zatrzymał  się  i 
zawołał głośno: 

— Słuchajcie, wojownicy Jumów i Mimbreniów! Tu stoi Długa Noga, który wiele lat i zim 

stąpał przez Ŝycie i który dobrze wie, jak się odwaŜny wojownik powinien zachować w kaŜdym 
wypadku. Vete–ya, słynny wódz Jumów, stracił swego syna od kuli Ołd Shatterhanda. Ta krew 
musi  być  pomszczona.  Old  Shatterhand  przestrzelił  Vete–ya  rękę.  I  to  musi  być  odkupione. 
Słuchajcie  jeszcze,  wojownicy!  Przy  Old  Shatterhandzie  znajduje  się  chłopak  Mimbrenio, 
zwany Yuma Shetar. To imię jest obrazą dla całego naszego plemienia i tylko śmiercią moŜe 
być  zmazane.  Musimy  więc  zabić  Old  Shatterhanda  i  chłystka,  gdziekolwiek  ich  spotkamy. 
Lecz  wypalili  oni  fajkę  pokoju  z  wojownikami  Przebiegłego  WęŜa  i  stali  się  ich  braćmi. 
Wskutek tego nie powinniśmy ich zabijać, a zatem zbrodnie ich pomścić, naleŜy w pojedynku. 
My jesteśmy obraŜeni, my więc wybierzemy rodzaj broni i sposób walki. PoniewaŜ Vete–ya 
rękę ma zranioną i walczyć nie moŜe, więc musi go ktoś zastąpić. W zamian pozwolimy, aby 
Yuma Shetara mógł zastąpić jego młodszy brat. Jeśli kto pragnie walczyć za Vete–ya, niech się 
do nas zgłosi. 

Skończywszy przemowę, cofnął się szybko. Posłałem natychmiast po Silnego Bawołu. Nie 

chcąc jednak, aby ktokolwiek z Jumów go widział, kazałem sprowadzić wodza do mrocznego 

background image

zakątka, gdzie nikt nie mógłby go poznać. Szybko przybył, a dowiedziawszy się o warunkach 
Vete–ya, odpowiedział spokojnie: 

— A więc to był ten głos, który aŜ do nas dotarł? 
— Kazałem ci przyjść, aby się dowiedzieć, czy syn twój ma przyjąć wyzwanie. 
— AleŜ naturalnie! Czy powinien Mimbrenio powiedzieć o sobie, Ŝe się uląkł Jurny? 
— Twoi synowie są jeszcze młodzi. Dostaną krzepkiego i doświadczonego przeciwnika. 
— Tym  gorzej  dla  Jumów.  Będziemy  mogli  o  nich  mówić,  Ŝe  ich  dorośli  wojownicy  nie 

dorównują naszym chłopcom. 

— Jesteś więc pewny zwycięstwa? 
— śaden Jurna nie pokona mego syna! 
— Który ma walczyć, Yuma Shetar czy jego brat? 
— Jego brat, aby mógł sobie zdobyć imię. 
— Pozostań tutaj w ukryciu. Nikt nie powinien cię poznać. 
Wróciłem do obozu. Chłopcy nie zdradzali najmniejszego śladu ciekawości. 
— Rozmawiałem z waszym ojcem — rzekłem — Co zamierzacie? 
— Walczyć — odpowiedział młodszy. — Pragnę zdobyć imię. Mój brat odstąpił mi prawo 

walki. 

Cisza  panowała  w  naszym  obozie.  Koło  godziny  pierwszej  wrócił  do  buku  Długa  Noga  i 

oznajmił: 

— Na  radzie  starszych  postanowiono  co  następuje:  pierwszy  walczy  Old  Shatterhand, 

później  dopiero  Mimbrenio.  Old  Shatterhand  będzie  się  bił  na  oszczepy.  Przeciwnik  nie  jest 
jeszcze wyznaczony, przeto sposób walki omówimy później. Zapasy z Mimbreniem odbędą się 
w wodzie na noŜe. Jego przeciwnikiem będzie Czarny Bóbr. Walka trwa do ostatniego tchu i 
tylko zwycięzca ma prawo wyjść z wody. Skończyłem. 

Podziwiałem chytrość Jumow. Imię Czarny Bóbr wskazywało, Ŝe ten, kto je nosi, czuje się 

w  wodzie  jak  w  swoim Ŝywiole.  Ja  zaś miałem walczyć  na  oszczepy,  a  więc  według  zdania 
czerwonych,  na  broń  mi  nie  znaną.  Ale  byli  w  błędzie.  Winnetou,  niezrównany  mistrz  we 
władaniu oszczepem, nauczył mnie tej trudnej sztuki. 

Byłem  jednak  niespokojny  o  malca,  który  z  całą  naiwnością  uśmiechał  się  do  mnie,  nie 

odczuwając Ŝadnej trwogi. 

— Czy mój młody brat — zapytałem — jest dobrym pływakiem? 
— Zawsze najchętniej przebywałem w wodzie. 
— Pluskać się w wodzie, a walczyć w niej na noŜe — to nie to samo. 
— Nieraz walczyłem tak z bratem. 
— Nie bądź zbyt pewny siebie. Czarny Bóbr ma groźne imię. Posiada z pewnością wielką 

wprawę w tego rodzaju walce. JednakŜe przebiegłość nieraz bardziej się przydaje niŜ biegłość. 
Twój  przeciwnik  jest  na  pewno  od  ciebie  mocniejszy,  musisz  tę  przewagę  wyrównać 
podstępem. (Przede wszystkim w Ŝadnym razie nie daj się przez niego schwytać, bo niechybnie 
zginiesz. Czy znasz roślinę, którą wy nazywacie „sika”? 

— Tak, rośnie w wielkich ilościach u brzegu i miedzy krzewami. 
— Łodyga jej jest wewnątrz pusta i tworzy doskonałą rurę. Zwróć na to uwagę. 
Spojrzał na mnie zdziwiony; nie zrozumiał. 
— Doskonała rura do oddychania.; Byłem ongiś ścigany przez Komanczów. Schroniłem się 

w rzece. PogrąŜony po głowę, stałem długie godziny, oddychając tylko przez taką rurkę. Ale 
pamiętaj, kaszleć nie wolno. Tkwiąc w wodzie koło brzegu i oddychając przez łodygę, moŜesz 
z całym spokojem oczekiwać wroga. Wszak uczono cię, abyś miał oczy otwarte w wodzie? 

— O tak! Gdy woda jest jasna, widać wszystko w promieniu wielu kroków. 
— To wystarczy. 

background image

Po chwili Mimbrenio oddalał się. Widziałem, jak odciął kilka łodyg wspomnianej rośliny i 

zniknął z bratem w krzakach. Idąc za nimi, stwierdziłem; Ŝe Yuma Shetar wcierał mu w ciało 
oliwę czy jakiś inny tłuszcz. 

Upłynęło sporo czasu, zanim Długa Noga podszedł po raz trzeci do buku i oznajmił: 
— Słuchajcie,  wojownicy,  co  postanowiono  na  radzie  starszych!  Krew,  którą  Old 

Shatterhand  przelał,  jest  krwią  syna  wodza,  więc  wymaga  podwójnego  okupu.  Przeto  Old 
Shatterhand  powinien  walczyć  nie  z  jednym,  i  lecz  z  dwoma  naraz.  KaŜdy  otrzyma  pięć 
oszczepów, odległość między walczącymi — trzydzieści kroków. Oszczepy mają być rzucane. 
Nikomu nie wolno opuszczać stanowiska, modna tylko zrobić jeden krok w tył, w przód lub w 
lewo.  Tarczy  nie  wolno  uŜywać.  Kto  pozbędzie  się  wszystkich  oszczepów,  musi  stać  na 
miejscu, dopóki przeciwnik nie wyrzuci swoich. Rana nie kładzie kresu walce, jedynie śmierć 
moŜe  i  ją  zakończyć.  Old  Shatterhand  będzie  walczył  z  Długimi  Włosami  i  Mocnym. 
Ramieniem. Niechaj przyjdzie po swoje oszczepy! 

Nie  uniosłem  się  nawet  nad  trawę,  w  której  leŜałem.  Jumowie  zachowywali  się  tak,  jak 

gdyby do nich naleŜało dyktowanie warunków, a nam pozostawało potulnie ich słuchać. Obaj 
moi przeciwnicy stali juŜ z bronią w ręku. Wykonali wyzywający ruch i zawyli przeraźliwie. 
Kiedy i to nie poskutkowało, Podszedł Długa Noga do brzegu i zawołał: 

— Dlaczego Old Shatfterhand nie nadchodzi? Czy z lęku zesztywniały mu nogi? Tutaj stoją 

męŜni wojownicy, którzy go oczekują. 

LeŜałem z niewzruszonym spokojem. Przeczekał dziesięć minut i znowu krzyknął: 
— Jest  tak,  jak  rzekłem.  Old  Shatterhand  nie  ma  odwagi.  Wlazł  w  trawę  i  ukrył  się  za 

krzewami. Hańba! CzyŜ nie wie, co przystoi wojownikowi? 

Wówczas wystąpił Winnetou i zawołał: 
— Jaka  to  Ŝaba  wylazła  z  wody,  aby  nam  skrzeczeć  nad  uchem?  Old  Shatterhand  jest 

najodwaŜniejszym wojownikiem sawanny! Kito śmie wątpić o jego męstwie? Imię jego znane 
w  całej  prerii,  we  wszystkich  górach  i  dolinach.  Kto  jednak  słyszał  kiedyś  o  jakiejś  Długiej 
Nodze?  CóŜ  to  za  człowiek  i  czego  dokonał?  Czy  moŜe  mi  kto  powiedzieć? JakŜe  śmie  ten 
osobnik zawezwać do siebie Old Shatterhanda? Jak śmie nam narzucać przeciwników i sposób 
walki? Czy ktoś z was odwaŜył się wystąpić w pojedynku przeciw Old Shatterhandowi? śaden. 
Zęby wam szczękały ze, Strachu. Postanowiliście tedy we dwóch stawić mu czoło i wybraliście 
broń, którą zapewne nie włada. Bo któŜ widział Old Shatterhanda z oszczepem? Wstyd i hańba 
wam!  Wy,  którzy  nie  wstydzicie  się  walczyć  z  chłopcem,  nie  mającym  jeszcze  imienia, 
jesteście  warci,  aby  wam  stare  kobiety  napluły  w  twarz,  aby  was  wypędzono  z  obozu!  Nie 
wiecie  nawet  jak  ma  się  odbywać  pojedynek  i  co  mu  powinno  towarzyszyć.  Czy  jesteśmy 
chorymi  bizonami,  abyśmy  pozwolili  się  poŜerać  przez  stado  kojotów?  Pragniecie  zemsty, 
chcecie  walki  —  dobrze,  ale  musi  to  być  walka  uczciwa.  Dwóch  wodzów  będzie  nad  nią 
czuwać: ja i Vete–ya. Chcę obejrzeć oszczepy i zbadać, czy aby jeden nie jest mocny i giętki, a 
drugi  spróchniały  i  kruchy.  I  nie  na  waszym  terenie  będzie  się  odbywała  walka,  lecz  na 
pograniczu,  koło  buku.  Wielkie  Usta  i  ja  odliczymy  trzydzieści  kroków.  Będziemy 
sekundowali i jeśli kto wykroczy przeciw tym zarządzeniom, połoŜę go trupem na miejscu. Tak 
ma być. Wódz niech mi odpowie, czy się godzi czy nie; wódz, a nie kto inny, bo kto podnosi 
głos  wobec  Winnetou,  musi  być  męŜem.  Powiedziałem,  ja,  wódz  Apaczów.  Teraz  niech  się 
odezwie Vete–ya, jeśli ze strachu głos mu nie uwiązł w gardle. Howgh. 

Po dłuŜszym milczeniu odpowiedział Vefte–ya: 
— Przyjmujemy warunki Winnetou. Niech podejdzie do buku, tam się z nim spotkam. 
Winnetou  podszedł  do  buka;  Przyniesiono  dwadzieścia  oszczepów.  Apacz  zbadał  je 

dokładnie  i  odrzuciwszy  słabsze,  wybrał  piętnaście.  Odmierzono  dystans.  Długie  Włosy  i 
Mocne  Ramię  stanęli  na  wyznaczonych  posterunkach  w  odległości  trzech  kroków  od  siebie. 
Vete–ya  usadowił  się  przy  nich  z  rewolwerem  w  ręku,  aby  mnie  zabić  przy  najmniejszym 

background image

wykroczeniu.  Wreszcie  wezwano  mnie  na  stanowisko.  Nie  opodal  Winnetou  trzymał  w 
pogotowiu srebrną rusznicę. To, co ci ludzie nazwali walką, mogło się rozpocząć. 

— Czy chciałbyś, abym dał im nauczkę? — zapytałem Winnetou na stronie. 
— . Tak, zasługują na to, łajdacy. Znasz mój rzut podwójny. Jeden dla zamydlenia oczu, a 

zaraz za nim drugi. Celny. 

Podniosłem  z  ziemi  pięć  oszczepów.  Leciutkie  były  i  cienkie.  Winnetou  dał  znak  do 

rozpoczęcia.  Odwróciłem  się  nieco  i  udawałem,  Ŝe  patrzę  na  jezioro,  aczkolwiek  nie 
spuszczałem  z  oka  przeciwników.  Za  nimi  płonęło  ognisko,  za  mną  było  ciemno.  Ja  przeto 
mogłem widzieć ich oszczepy o wiele lepiej niŜ oni moje. 

Upłynęło  pięć  minut,  a  nikt  z  nas  się  nie  poruszył.  Moi  przeciwnicy  poczynali  się 

niecierpliwić. Ja spokojnie czekałem, pomny przestrogi, Ŝe kto utraci wszystkie oszczepy, musi 
stać na miejscu, dopóki przeciwnik nie wyrzuci swoich. Chciałem, aby to oni najpierw wyzbyli 
się oszczepów i drŜeli ze strachu przed moim ostatnim rzutem. 

Znowu upłynęło pięć minut. Wreszcie zniecierpliwiony Długie Włosy odstąpił w tył i cisnął. 

Odsunąłem  się  o  krok;  oszczep  przemknął  koło  mnie  ze  świstem.  Następnie  rzucił;  Mocne 
Ramię raz i drugi, i znów Długie Włosy raz. Ale bez skutku. Pozostały im po trzy oszczepy. 
Zaczęli się wzajemnie obsypywać wyrzutami, wobec czego rzekłem: 

— Wojownicy  Jumów  są  dziećmi,  które  nie  mają  doświadczenia  i  nie  potrafią  myśleć. 

Celują znośnie, ale to jeszcze nie wystarczy, aby we mnie ugodzić. 

— Dostanie  się  tobie  i  to  natychmiast.  Chwytaj!  —  to  mówiąc,  Mocne  Ramię  wypuścił 

oszczep. Złość wzmogła jego siłę, ale pozbawiła go celności. Oszczep przeszył powietrze ze 
ś

wistem. Ten sam skutek odniósł porywczy rzut Długich Włosów. 

— Powiedziałem  wam  juŜ,  Ŝe  jesteście  dziećmi,  które  wpadają  w  gniew  i  nie  panują  nad 

czynem.  Powiem  wam,:  co  naleŜy  robić:  dlaczego  rzucacie  pojedynczo?  Wszak  łatwiej  mi 
uniknąć jednego oszczepu, aniŜeli dwóch naraz. 

— Uff! — krzyknął Długie Włosy. 
— Uff! — zawtórował Mocne Ramię. 
Spoglądali  po  sobie  ze  zdumieniem.  Myśl  tak  prosta,  tak  jasna,  nie  wpadła  im  do  głowy. 

Wprawdzie nie powinienem był jej podsunąć, ale umiałem dać sobie radę z dwoma oszczepami 
rzuconymi jednocześnie: przed jednym naleŜy się usunąć, a drugi — odparować. Oczywiście, 
gdybym miał przeciwników sprawnych i doświadczonych, którzy celowaliby w jeden punkt, w 
głowę lub pierś, i rzucili nie naraz, lecz z drobnym odstępem czasu, wówczas nie uszedłbym z 
Ŝ

yciem. ; » 

Lecz  moi  oszczepnicy  nie  obrali  sobie  i  nawet  wspólnego  celu.  Odstąpiłem  o  krok  przed 

jedną  dzidą  i  odparowałem:  drugą.  Rozwścieczeni  powtórzyli  manewr  —  z  tym  samym 
skutkiem.  Wyrzucili  ostatnie  oszczepy  i  stali  bezbronni,  podczas  gdy  ja  zachowałem  je 
wszystkie. 

Winnetou podszedł do nich, aby ich zmusić w razie potrzeby do wytrwania na miejscu. 
— Teraz  wojownicy  Jumów  —  rzekłem  —  dowiedzą  się,  czy  władam  tą  bronią. 

Postąpiliście  względem  mnie  nieuczciwie,  ale  nic  wam  to  nie  pomogło.  Nawet  mój  brat 
Winnetou nie dostrzegł waszej nieuczciwości, aczkolwiek rzucała się po prostu w oczy. 

— Nieuczciwość? — zapytał Apacz. — Jaka? Nie mam najmniejszego pojęcia. 
— Oblicz.  Oni  mieli  dziesięć  oszczepów  przeciw  mnie.  Ja  mam  po  dwa  i  pół  przeciw 

kaŜdemu z nich. Rzecz jasna, Ŝe byli uprzywilejowani. Czy to słuszne? 

— Nie. Ale nikt o tym nie pomyślał. 
— Ja o tym pomyślałem, ale nawet nie wspomniałem, wiedząc, Ŝe i z tym sobie poradzę. 

Zaczynam! 

Mierzyłem w drzewo, które wznosiło się z lewej strony za moimi przeciwnikami. Obrałem 

sobie za cel grzybek, rosnący pod pierwszą gałęzią, i trafiłem. Jumowie roześmiali się wesoło, 
oszczep bowiem przemknął co najmniej .w odległości czterech kroków od nich. 

background image

— Z czego śmieją się Jumowie? — krzyknął Winnetou. — CzyŜ nie widzą, Ŝe to był tylko 

rzut próbny? Old Shatterhand ma jeszcze cztery oszczepy. Dwa ugodzą Długie Włosy i Mocne 
Ramię w lewe biodra. 

Tymi słowy Winnetou wskazał mi cel. Postanowiłem wykorzystać manewr, którego mnie 

nauczył.  Rzuca  się  jeden  oszczep  dla  odwrócenia  uwagi,  a  wnet  potem  drugi,  który  przy 
pewnym doświadczeniu nigdy nie chybi. 

— A więc w lewe biodro — zawołałem. — Zacznę od Mocnego Ramienia. Niech uwaŜa! 
Wymieniony  Juma  utkwił  wzrok  w  moją  prawą  rękę.  Mierzyłem  nią  w  jego  prawy  bok. 

Miarkowałem  słusznie,  Ŝe  wskutek  tego  odwróci  się  do  mnie  lewym.  W  ślad  za  pierwszym 
oszczepem  chybionym  wysłałem  drugi,  który  trafił  w  upatrzone  biodro.  Jurna  krzyknął 
przeraźliwie i runął na ziemię. 

— Teraz kolej na Długie Włosy — zapowiedziałem i w oka mgnieniu rozciągnąłem go na 

ziemi obok towarzysza. Po czym zawróciłem do obozu. 

— Oto  jest  rzut  Old  Shatterhanda  —  słyszałem  za  sobą  głos  Winnetou.  —  Znacie  go  juŜ 

dobrze. Teraz będzie walczył Czarny Bóbr z Mimbreniem, który jeszcze nie ma imienia. 

Przeciwnik  Mimbrenia  był  silnym,  barczystym  męŜczyzną.  Zrzucił  z  siebie  pled,  który 

okrywał  jego  nagie;  atletycznie  zbudowane  ciało.  Winnetou  tymczasem  rozmówił  się  z 
Vete–ya, a następnie zawołał: 

— Niech Mimbrenio wejdzie do wody ze swojego, a Czarny Bóbr ze swojego brzegu. W 

wodzie  mogą  robić,  co  im  się  Ŝywnie  podoba.  Ale  tylko  zwycięzca  moŜe  wyjść  na  ląd. 
ZwycięŜony musi zginąć i oddać swój skalp przeciwnikowi. Howgh. 

Mimbrenio  wyszedł  nago  na  brzeg.  Trzymał  nóŜ  w  ręce.  Na  biodrach  wiła  się  cieniutka 

nitka, do której z tyłu były przywiązane łodygi siki, widoczne dla nas, lecz nie dla Jumy. Ciało 
jego świeciło namaszczone oliwą. Spostrzegłem w mroku wbite w niego płonące oczy, oczy 
ojca, który na widok Czarnego Bobra zatrwoŜył się w głębi serca. 

Winnetou klaśnięciem dał znak do rozpoczęcia walki, po czym obaj przeciwnicy zanurzyli 

się w jeziorze. Czarny Bóbr skoczył z rozmachem, Ŝe aŜ się woda zapieniła, potęŜnymi ruchami 
rąk  i  nóg  pruł  fale,  płynąc  ku  chłopcu.  Mimbrenio  zaś  wszedł  do  jeziora  powoli,  ostroŜnie i 
poruszał  się  jak  gdyby  z  namysłem.  Widziałem  jak  zerwał  z  nitki  przygotowane  łodyŜki 
rośliny, po czym posługując się tylko nogami i jedną ręką, podpływał ku Czarnemu Bobrowi, 
zbliŜającemu się z duŜą szybkością. 

Kiedy odległość między nimi zmalała, Mimbrenio a za nim Juma zniknęli pod powierzchnią 

wody.  Po  chwili  chłopak  wynurzył  głowę  i  obejrzał  się  dookoła,  Wnet  potem  wychylił  się 
Czarny  Bóbr.  Stali  obok  siebie,  lecz  nie  widzieli  się  wzajemnie.  Wówczas  jakiś  Juma  z 
wybrzeŜa, wyciągając przed siebie ręce, zawołał: 

— Odwróć się, odwróć się, Czarny; Bobrze! Chłopak jest tuŜ za tobą! 
Ledwie zdołał wykrzyknąć ostatnie słowa, padł raŜony kulą Winnetou. 
— To  samo  spotka  kaŜdego,  kto  się  wtrąci  do  walki  i  —  zagrzmiał  głos  Winnetou, 

zagłuszając wściekłe wycie Jumów. 

Po  chwili  uciszyli  się  i  z  napięciem  śledzili  walkę.  Gwarny  Bóbr  odwrócił  się  i  zobaczył 

chłopca.  Trzymając  nóŜ  w  ustach,  wpadł  na  Mimbrenia  i  chwycił  go  oburącz.  Lecz  malec 
wyślizgnął się zręcznie i zniknął pod rękami swego wroga. W następnej chwili usłyszeliśmy 
krzyk Czarnego Bobra i zobaczyliśmy, jak zaczął się szybko oddalać. Jął płynąć na plecach, 
poruszając nogami i jedną ręką, drugą zaś badał krwawiącą ranę. Mimbrenio zadał mu ją noŜem 
w brzuch, przy czym, jak się później okazało. Jurna z przeraŜenia wypuścił z zębów swój nóŜ. 

Wnet  potem  krzyknął  po  raz  wtóry,  otrzymał  bowiem  drugą  ranę  w  plecy.  Odpłynął  jak 

najdalej  i  zniknął  pod  powierzchnią.  Tylko  od  czasu  do  czasu  wynurzał  się,  aby  nabrać 
powietrza. Szukał chłopca, który zniknął jak kamień w wodzie. 

Minęło  pół  godziny.  Rozwidniło  się.  Mimbrenio  ciągle  był  niewidoczny,  a  Czarny  Bóbr 

wciąŜ go szukał. Wreszcie Juma zbliŜył się do brzegu i pływał powoli, badając kaŜde miejsce 

background image

wzrokiem i rękoma. Naraz coś jak gdyby zatrzymało jego uwagę. Przyglądał się podejrzliwie, 
podpłynął bliŜej i nagle głowa jego, a potem ręce i nogi zapadły się w głąb. Nad nim bulgotała 
woda  i  utworzył  się  wir.  Pod  powierzchnią  jeziora  odbywała  się  okrutna  walka  na  śmierć  i 
Ŝ

ycie. Lecz komu śmierć, a komu Ŝycie? 

W końcu wynurzył się z wody Mimbrenio. Płynął ruszając nogami i jedną ręką, drugą wlókł 

w wodzie. Pokrótce zniknął nam z oczu za krzewami. Odwróciłem się do swoich i zawołałem 
przyciszonym głosem: 

— Zabił  Czarnego  Bobra  i  zamierza  go  oskalpować.  W  tym  celu  wyciągnął  go  z  wody. 

Trzymajcie broń w pogotowiu, gdyŜ obawiam się, Ŝe Jumowie nie potrafią opanować wybuchu 
wściekłości. 

Istotnie, po chwili ukazał się Mimbrenio, przypłynął do nas i wyszedł na ląd. 
— Stój! — krzyczał Vete–ya. — Tylko zwycięzca moŜe wyjść z wody, zwycięŜony musi w 

niej zginąć! 

Mimbrenio w odpowiedzi wskazał nóŜ w prawej, skalp w lewej ręce i odparł: 
— Niech  zatem  Vete–ya  obejrzy  Czarnego  Bobra,  który  leŜy  w  zagajniku,  i  niech  się 

przekona, czy Ŝyje jeszcze. Oto jest jego skalp. 

Mimbreniowie  winszowali  mu  okrzykami.  Nie  odniósł  najmniejszej  rany,  najmniejszego 

zadraśnięcia. Jumowie pienili się z wściekłości. Krzycząc gniewnie pobiegli do obozu po broń. 

Pomknąłem  czym  prędzej  do  Vete–ya,  który  stał  jeszcze  pod  bukiem  w  towarzystwie 

Apacza. 

— Twoi wojownicy — rzekłem — biegną po broń. Zatrzymaj ich, póki czas. 
— Ani myślę — odpowiedział, sięgając po rewolwer. 
— Niech tylko jeden strzał padnie, a wszyscy jesteście zgubieni! 
— Zobaczymy! Mamy nie mniej od was wojowników. 
— Mylisz się. Chodź ze mną, a zobaczysz. 
Chwyciłem  go  za  rękę  i  wyprowadziłem  na  otwartą  przestrzeń.  Przy  świetle  dziennym 

widać było dokładnie Mimbreniów okrąŜających nas pierścieniem. 

— Co to za ludzie? — zapytał struchlały z przeraŜenia. 
— To  Nalgu  Mokaszi  i  setki  jego  wojowników.  Jesteście  okrąŜeni.  —  Widzisz  więc,  Ŝe 

walka musi się skończyć waszą klęską. 

Chwycił się z rozpaczy za głowę i zapytał: 
— Ofiarujesz nam przebaczenie czy męczeński pal? 
— Przebaczenie. 
— Ufam tobie. Spieszmy się! Prędzej! 
Przybyliśmy  akurat  we  właściwym  czasie,  Jumowie  bowiem  szykowali  się  do  natarcia  i 

czekali  tylko  na  wodza.  Podbiegł  do  nich  wyjaśnić  sytuację,  ja  natomiast  odesłałem  Silnego 
Bawołu do jego oddziału, aby przygotował go na wszelki wypadek do walki. 

Vete–ya musiał uŜyć całej swojej władzy i sprytu, aby powstrzymać zapędy wojowników. 

Ulegli  nie  tyle  zresztą  jego  krasomówstwu,  ile  raczej  wymownemu  widokowi  Mimbreniów, 
którzy ich okrąŜali zwartym murem. 

Nalgu Mokaszi podszedł do mnie i zapytał, wskazując na Jumów: 
— Jak sądzisz, czy będą się bronić? 
— Nie. Rozmawiałem z ich wodzem. 
— Więc się poddadzą? 
— Tak myślę. 
— A zatem zginą przy palu. 
— Nie przypuszczam. JeŜeli ofiarujesz im pal, nie poddadzą się, lecz będą walczyć aŜ do 

ostatniego tchu. 

— No, to i cóŜ z tego? 
— To będzie nas kosztowało bardzo wiele krwi. 

background image

— Nie mów wciąŜ o krwi. Powystrzelamy ich wszystkich. 
— Ale zginie przy tym takŜe wielu twoich wojowników. 
— Wątpię. Walka nie potrwa długo. Oni stanowią znikomą garstkę wobec naszej gromady: 

ja  z  Mimbreniami,  Winnetou,  ty  i  twoi  biali,  Przebiegły  WąŜ  wraz  z  Jumami,  którzy  są  za 
wami. 

— Są za nami, lecz będą przeciwko tobie. 
— CóŜ to znaczy? 
— To znaczy, Ŝe przyrzekłem Vete–ya i jego ludziom przebaczenie. 
— Przebaczenie? Jakim prawem przyrzekłeś? Czy, byli w twoim ręku czy w moim? 
— Z  początku  w  moim.  A  moŜe  chcesz  ich  poprowadzić  do  męczeńskiego  pala,  aby  po 

drodze  pozwolić  im  umknąć?  Otwórz  oczy,  rozejrzyj  się  w  sytuacji.  Ja  i  Winnetou  nie 
będziemy  maczać  palców  w  upragnionym  przez  ciebie  pogromie.  Nie  sądzisz  chyba,  aby 
Przebiegły WąŜ i jego Jumowie przyglądali się obojętnie mordowaniu ich braci w imię twego 
okrucieństwa. Pokój natomiast byłby błogosławieństwem, zarówno dla nas, jak i dla nich. W 
dodatku dostanie ci się wielki łup. 

— Łup? A więc nie przyrzekłeś, Ŝe mienie ich nie poniesie Ŝadnego uszczerbku? To mnie 

bardzo dziwi! 

— Ofiarowałem  im  przebaczenie,  a  zatem  tylko  Ŝycie.  Co  się  tyczy  łupu,  to  radzę  ci  go 

nawet zaŜądać. Odbierz im broń i konie, to ich osłabi na dłuŜszy czas. Nie moŜna przepuścić 
bezkarnie ostatnich zbrodni Vete–ya. 

— Zgadzam się. Pomów jeszcze w tej sprawie z Przebiegłym WęŜem. 
Wiedziałem, iŜ Przebiegły WąŜ nie będzie się temu sprzeciwiał. JuŜ dawno spostrzegłem, Ŝe 

młody,  ambitny  Indianin  był  zazdrosny  o  władzę  Vete–ya  i  marzył  o  jej  zagarnięciu.  Nie 
zdziwiłbym  się,  gdyby  pragnął  osłabienia  i  wodza  i  jego  zwolenników.  Istotnie,  kiedy  go 
zapytałem o zdanie, odparł: 

— MoŜecie  z  nimi  zrobić  wszystko,  co  się  wam  podoba.  Tylko  nie  zabijajcie  ich  i  nie 

bierzcie do niewoli. Musiałbym się temu przeciwstawić, poniewaŜ są moimi braćmi. 

— Wiesz, co zrobił Vete–ya, i przyznasz chyba, Ŝe zasłuŜył na karę. 
— To mnie nie obchodzi. Zabierzcie wszystko i pozwólcie im odejść. 
Zakomunikowałem treść rozmowy Silnemu Bawołowi, który poprosił mnie, abym osobiście 

poszedł  do  Vete–ya  z  układem  kapitulacji.  Zgodziłem  się,  poniewaŜ  ciekaw  byłem,  jak 
przyjmie  cios  z  mej  ręki  ten  starzec,  który  niedawno  jeszcze  przeznaczył  mnie  na  pal 
męczeński. 

Znalazłem  się  wśród  gromady  uzbrojonych  Jumów,  obrzucających  mnie  nieprzyjaznym 

spojrzeniem, które świadczyło, Ŝe misja moja nie była zbyt bezpieczna. 

— Chcesz mi oznajmić wasze postanowienia? — zapytał Vete–ya. 
— Przede wszystkim chcę ci powiedzieć, Ŝe stanąłem w twojej obronie, aczkolwiek na to 

nie  zasługujesz.  Jesteś  zupełnie  osamotniony;  Przebiegły  WąŜ  nie  chce  o  tobie  słyszeć, 
poniewaŜ nazwałeś go tchórzem. Nalgu Mokaszi nalegał na ukaranie was śmiercią męczeńską. 
Kiedy  mu  wyperswadowałem  tę  myśl,  zaŜądał,  aby  przynajmniej  mógł  was  uprowadzić  w 
niewolę. Odwiodłem go od tego zamiaru, lecz dalszych ustępstw nie moŜecie się spodziewać. 

— Będziemy jednak wolni? 
— Tak. Będziecie mogli odejść, dokąd zechcecie. 
— A zatem odjedziemy stąd czym prędzej. 
— Odjedziecie? Wasze konie naleŜą do zwycięzców. 
— CzyŜ nie zagarnęli juŜ, dosyć? — mruknął w odpowiedzi. 
— Czego? 
— Odebrałeś  stada  hacjendera,  lecz  udąło  się  nam  odzyskać  je  z  powrotem.  JednakŜe 

ś

piesząc do Almaden, zostawiliśmy je pod straŜą na miejscu. PoniewaŜ Mimbreniowie podąŜali 

za nami, więc rzecz jasna, zagarnęli stada. 

background image

— Nie mówiłem jeszcze o tym i Nalgu Mokaszi. Jeśli istotnie tak się stało, wówczas zwrócę 

hacjenderowi  jego  własność.  Pomyśl  sam,  jakbyś  postąpił  na  miejscu  Silnego  Bawołu?  Na 
pewno  nie  darowałbyś  nam  Ŝycia.  Dlaczego  Ŝądasz  od  wodza  Mimbreniów  większej 
ofiarności?  BądźŜe  rozumny.  JeŜeli  będziecie  się  ociągać,  Nalgu  Mokaszi  moŜe  cofnąć 
przyrzeczenie, a wówczas biada wam. Jeszcze jedno, cały ten teren, na którym obozujemy, jest 
przedmiotem sporu między wami a wojownikami Mimbreniów. Silny Bawół moŜe go zaŜądać. 
Nie  doprowadzajcie  do  tych  ostateczności,  tylko  ponieście  tą  małą  ofiarę,  która  zapobiegnie 
większym. 

Przemawiałem do nich łagodnie, poniewaŜ chciałem zwrócić gniew wojowników przeciw. 

Vete–ya i tym samym  wzmocnić pozycję Przebiegłego WęŜa.  Istotnie, mowa moja wywarła 
głębokie  wraŜenie  na  Indianach  nie  przywykłych  do  takiego  traktowania.  W  krótkim  czasie 
zdołałem  ich  nakłonić,  aby  bez  sprzeciwu  oddali  Mimbtreniom  broń  i  konie.  Na  Silnym 
Bawole wymogłem, aby pozwolił im zachować wszystko, co mieli w torbach. Wkrótce zaczęli 
się przygotowywać do drogi, przy czym wielu spośród ludzi Vete–ya przystało do Przebiegłego 
WęŜa. Tym wojownikom zwróciłem broń i konie, co ich wprawiło w nieopisaną radość. 

Vete–ya nie mógł ukryć wściekłości. Stanowisko jego było powaŜnie zagroŜone. Postanowił 

więc,  odchodząc,  wygłosić  sarkastyczną  mowę  poŜegnalną,  sześciu  czy  siedmiu 
najwybitniejszych PrzybliŜył się do nas w towarzystwie wojowników, aby mogli się przekonać 
o jego mocy duchowej. 

Naradzaliśmy  się  właśnie  nad  dalszą  marszrutą.  Widząc  Vete–ya,  wskazałem  wodzowi 

miejsce obok siebie. Vete–ya ruchem ręki odmówił, przybrał postawę mówcy i rzekł wyniośle: 

— Szczęście  wojowników  jest  jak  kobieta,  która  się  dziś  śmieje,  jutro  płacze,  a  pojutrze 

mów  się  śmieje.  Kobieta  była  zawsze  uległa  wobec  Vete–ya,  dopóki  miał  do  czynienia  z 
wrogami,  synami  naszego  kraju,  których  znał,  o  których  wiedział,  jaką  baronią  władają,  jak 
walczą  i  jak  moŜna  ich  pokonać.  Słynął  jako  wielki  wojownik.  Moja  sława  rosła  z  dnia  na 
dzień, czerwoni i biali wrogowie lękali się mnie, a moi przyjaciele c tiuli się pewnie pod moją 
tarczą. Lecz oto przybyli obcy męŜowie, którzy nie pochodzą z tego kraju. Nie mają Ŝadnego 
prawa wtrącać się do naszych spraw — uczynili to Old Shatterhand i Winnetou. NaleŜało tych 
przybłędów  natychmiast  zabić  albo  co  najmniej  wypędzić.  Lecz  oni  posługują  się  bronią 
zupełnie  nam  nie  znaną.  Kto  podoła  srebrnej  rusznicy  Winnetou  i  niedźwiedziówce  Old 
Shatterhanda, który na domiar posiada zaczarowaną broń, strzelającą bez uprzedniego nabicia? 
Co  znaczą  w  porównaniu  z  tym  nasze  strzały  i  dzicy,  nasze  noŜe  i  nasze  nieliczne  flinty?! 
Walczą  ci  ludzie  w  sposób  nam  nie  znany,  uŜywają  podstępów  i  forteli,  zjawiają  się  w 
.miejscach, gdzie się ich najmniej moŜna spodziewać. Weszli w przymierze ze złymi duchami, 
które są wrogami czerwonych, albowiem czerwoni to męŜowie uczciwi i dobrego serca. I oto 
od  czasu,  jak  te  przybłędy  do  nas  zawitały,  wszystkie  moje  plany  obracają  się  w  niwecz. 
Pokonały  mnie  :  zmuszają  do  odwrotu  pieszo,  bez  koni,  bez  oręŜa.  Lecz  Winnetou  i  Old 
Shatterhand  wyruszą  stąd,  a  wówczas  szczęście  znowu  się  do  mnie  uśmiechnie.  Zwycięzcy 
dnia  dzisiejszego  Jutro  będą  zwycięŜonymi;  będą  wyć  pod  naszymi  pięściami  jak  psy,  które 
wyczuły bliską śmierć. Albowiem ja to powiadam, ja, naczelny wódz Jumów. Nie zapomnę o 
tym, co się teraz, stało, zniszcz;, zdepcę tych, którzy dziś nade mną triumfują. A wówczas nie 
będzie dla nich przebaczenia ani litości, a ci, którzy dziś ode mnie odstąpili, pierwsi pod nóŜ 
pójdą. Old Shatterhand.; i Winnetou niech zaś mnie strzegą,; pochwycę ich bowiem i obedrę ze 
skóry,  tak  Ŝe  ich  lamenty  i  krzyki  rozbrzmiewać  będą  po  wszystkich  dolinach  i  górach. 
Najstarsi z mego plemienia niech mi poświadczą. Tak powiedziałem. Howgh! 

— Howgh! — potwierdzili jego towarzysze. 
Odwrócili się i chcieli odejść, gdy nagle spostrzegli, Ŝe ich okrąŜono. Staruch wybuchnął 

gniewam: 

— Dlaczego  otoczyli  nas  uzbrojeni  wojownicy?  Czy  knujecie  zdradę  i  nie  zamierzacie 

dopełnić umowy? 

background image

— Nie jesteśmy zdrajcami — odpowiedział Winnetou. — OkrąŜyliśmy was wojownikami, 

abyście się nie wycofali przed wysłuchaniem naszej odpowiedzi. Mój brat Old Shatterhand ma 
głos,: gdyŜ wódz Apaczów jest przyjacielem czynów, a nie słów. 

Podniosłem się i zwracając się do Vete–ya, przemówiłem: 
— Vete–ya  wygłosił  mowę  pełną  złośliwości  i  pychy,  a  takŜe  błędów.  Jest  zarozumiały, 

albowiem nie potrafi docenić naszej łaskawości okazanej jemu i jego ludziom. Darowaliśmy im 
Ŝ

ycie i wolność, on zaś mówi nam — w oczy, Ŝe będzie obdzierał nas ze skóry. Przemawiałem 

łagodnie,  namawiałem  do  poprawy,  a  odniosło  to  skutek  wręcz  przeciwny.  On,  zwycięŜony, 
grozi nam, zwycięzcom, Ŝe zdepce nas i wymorduje. CzyŜ nie widzi, Ŝe jest jeszcze w naszej 
władzy, on i jego najstarsi wojownicy, którzy mu teraz przytakują? Kto nam zabroni złamać 
słowo, skoro i on nie ma zamiaru go dotrzymać? 

— Musicie dotrzymać słowa! — przerwał gwałtownie. 
— O,  nie,  wcale  nie  musimy!  Mamy  prawo  powystrzelać  ciebie  i  wszystkich  twoich 

wojowników.  Nie  uczynimy  tego,  poniewaŜ  lekcewaŜymy  was.  Twoje  groźby  są  niby 
skrzeczenie  Ŝaby.  Jesteś  słaby  i  stary,  a  wściekłość  z  powodu  własnej  niemocy  dyktuje  ci 
słowa,  które  prawdziwy  męŜczyzna  puszcza  mimo  uszu,  poniewaŜ  są  aŜ  nazbyt  dziecinne. 
Pozwolimy wam odejść, mimo waszej groźby, gdyŜ śmieszność jej nie rozgniewała nas, tylko 
wzbudziła litość. Powiedziałem teŜ, Ŝe mowa twoja była pełna błędów. Mówiłeś, Ŝe Winnetou 
i ja jesteśmy przybłędami w tym kraju. Czy nie wiesz, Ŝe Winnetou jest naczelnym wodzem 
Apaczów,  zamieszkujących  olbrzymie  obszary  od  Arizony  do  Wielkiej  Mapimi  i  aŜ  po  Rio 
Pecos?  CzyŜ  Mimbreniowie  nie  są  równieŜ  szczepem  Apaczów?  I  ty  śmiesz  twierdzić,  Ŝe 
Winnetou jest obcy w tym kraju? Powiadam ci, Winnetou posiada więcej od ciebie praw do tej 
ziemi. Mówiłeś równieŜ, Ŝe nie potraficie podołać naszej broni. To prawda, ale są to jedynie 
trzy strzelby. JeŜeli całe plemię Jumów boi się trzech strzelb, świadczy to niezbyt pochlebnie o 
tobie i twoich wojownikach. Lecz jak często walczyliśmy przeciwko wam naszą bronią? Czy tą 
bronią  zwycięŜyliśmy?  Dobro  zwycięŜa,  zło  zawsze  zawodzi.  Pozostaniemy  nadal  dobrymi 
ludźmi, mimo twojej głupiej przemowy, ale kara was nie ominie, abyś nie sądził, Ŝe ulękliśmy 
się ciebie. Niechaj się zbliŜy do mnie mój młody czerwony brat. 

Zwróciłem  się  do  młodszego  syna  Nalgu  Mokaszi,  który  natychmiast  podszedł  do  mnie. 

Wziąłem go za rękę i rzekłem: 

— Vete–ya miał nam za złe, Ŝe syna wodza Mimbrehiów nazwaliśmy Tępicielem Jumów. 

Młodzieniec, którego trzymam za rękę, wyświadczył mi wiele przysługi okazał się wiernym, 
mądrym i wytrawnym wojownikiem. Słusznie otrzyma nagrodę. Niech dostąpi imienia, które 
nam  będzie  przypominać  jego  czyny.  Pokonał  Czarnego  Bobra  i  zdobył  jego  skalp,  przeto 
nadam  mu  imię  Yuma  Tsil,  czyli  Skalp  Jumy.  Proszę  Winnetou  i  wszystkich  wojowników 
Mimbreniów, aby to potwierdzili. 

Rozległy się radosne okrzyki. Winnetou podniósł się, ujął chłopca za drugą rękę i rzekł: 
— Młody dzielny wojownik zasłuŜył na imię Yuma Tsil. Jest moim bratem, jego przyjaciele 

lub wrogowie są moimi przyjaciółmi lub wrogami. Howgh. 

— A więc spełniły się Ŝyczenia synów naszego przyjaciela — rzekłem. — Oto zdobyli sobie 

doskonałe imiona, które w przyszłości zasłyną między przyjaciółmi i wrogami. Vete–ya i jego 
wojownicy mogą juŜ odejść. W imionach synów wodza Mimbreniów znajdą dowód, Ŝe się ich 
nie boimy. Powiedziałem. Howgh. 

Dałem znak Mimbreniom, aby natychmiast przepuścili wściekłych i upokorzonych Jumów. 
Nadaniu  imienia  towarzyszyło  jak  zwykle  wypalenie  fajki  pokoju  oraz  inne  tradycyjne 

obrzędy.  Chłopcy  byli  bezgranicznie  uszczęśliwieni  i  dumni,  zwłaszcza  z  tego,  Ŝe  uzyskali 
imiona ode mnie i Winnetou. 

Ojciec ich, nie mniej dumny i szczęśliwy, dziękował mi i prosił o wybaczenie niedawnego 

grubiaństwa. W dowód wdzięczności chciał zamiast Przebiegłego WęŜa odprowadzić nas do 

background image

granicy,  a  nawet  dalej,  i  dostarczyć  nam  koni.  Przystałem  na  to  z  radością  i  poczyniłem 
przygotowania do jutrzejszej wyprawy. 

Nad  ranem  poŜegnałem  się  serdecznie  z  Przebiegłym  WęŜem  —  narzeczona  jego  nawet 

teraz  się  nie  pokazała  —  i  wyruszyliśmy  w  dalszą  drogę.  Po  długiej,  uciąŜliwej  jeździe 
dotarliśmy do granicy Teksasu. Rozdzieliłem pieniądze między emigrantów, nie zapominając 
oczywiście o Playerze. Teraz nareszcie nastał kres ich niedoli i rozpoczynała się dla nich nowa, 
skromna, ale jasna przyszłość. 

Harry  Melton  zgodnie  z  Ŝyczeniem  Przebiegłego  WęŜa,  miał  ponieść  śmierć  przy  palu 

męczarni,  a  jedynym  łącznikiem  między  nim  a  historią  emigrantów  był  list,  który  —  jak 
zapewne  czytelnik  sobie  przypomina  —  znalazłem  w  jego  torbie,  a  który  zatrzymałem  przy 
sobie.