background image

Legendy z Pniew, wielkopolskie 

I   ZATOPIONE MIASTO 

 Przed kilkoma setkami lat w miejscu, gdzie dzisiaj znajduje się jezioro pniewskie, stało 
miasteczko. Mieszkańcy ówczesnych Pniew byli bardzo bogaci i zbytkowni. Zdarzało się, że 
Człowiek ów przygotował sobie wszystkie te narzędzia, włożył je do kosza i oczekiwał 
zmierzchu. Kiedy jednak wyszedł na krótki okres czasu z pokoju, żona jego potrzebowała 
obcęgi. Nie włożyła ich na powrót do kosza. Naszedł wieczór, mężczyzna ó zabrał kosz z 
narzędziami i pośpieszył ku wrotom nad brzeg jeziora. Gdy znalazł się na miejscu wrota 
przemówiły do niego.- Zostawiłeś obcęgi w domu, miasta bez tego nie możesz teraz 
wyzwolić. Mnie jednak musisz zanieść do pniewskiego kościoła. Nagle wrota wyskoczyły z 
zawiasów, opadły mu na barki i popchnęły go w stronę Pniew. Kiedy przywlókł się na 
miejsce, padł bez ducha na ziemię. Podobno owe wrota wmurowano w mury kościoła i tam 
przetrwały do dni dzisiejszych. 

II  LEGENDA O ZATOPIONYM MIEŚCIE 

Było to bardzo, bardzo dawno temu. Może to był wiek XIII, a może wiek XIV..? Dzisiaj nie 
sposób jednoznacznie powiedzieć kiedy to było. Nigdzie nie ma żadnych zapisków a wiedzę 
o tym wydarzeniu przekazywano sobie z ust do ust. Przy rynku w Pniewach w małej chatynce 
blisko kościoła mieszkało sobie bezdzietne małżeństwo. Pan Maciej liczący sobie około lat 
sześćdziesięciu zajmował się drobnymi naprawami w gospodarstwach domowych 
mieszkańców miasteczka a jego młodsza o blisko dziesięć lat żona Zofia szydełkowała i 
robiła na drutach ciepłe swetry i skarpety. Jak to w małżeństwach się czasami zdarza 
dochodziło między nimi do drobnych sprzeczek, po których pan Maciej wychodził z domu i 
szedł nad jezioro od strony gdzie obecnie przed Łazienkami jest plac zabaw, by przemyśleć 
swoje postępowanie wobec żony, sąsiadów i znajomych. Spokojna tafla jeziora, delikatne 
muśnięcia wiatru wyciszały jego emocje. Któregoś czerwcowego wieczoru a zdaje się, że 
było to 23 czerwca około godziny 23.30  po dosyć ostrej wymianie zdań z żoną Zofią udał się 
jak zwykł czynić w takich przypadkach w swoje ulubione miejsce nad jezioro. Przechadzając 
się brzegiem obserwował odbicie poświaty księżyca  w spokojnym lustrze jeziora gdy nagle 
zerwał się mocny wiatr, zafalowała tafla wody jeziora i dały się słyszeć głosy 
małomiasteczkowego życia. Zlękniony stanął ze wzrokiem utkwionym w jezioro i zobaczył 
wynurzające się z fal ciężkie, kute w żelazie spore drzwi. Zanim zdążył cokolwiek wyrzec, 
drzwi pierwsze odezwały się do niego: - „ Dobry człowieku, od dłuższego czasu przychodzisz 

w to miejsce by zapanować nad swoja złością, przemyśleć swoje życie i chcesz zapewne 
zgody ze wszystkimi ludźmi. Twoje nieporozumienia z żoną zawsze są dyktowane brakiem 
pieniędzy w domu i trudnym waszym życiem. Jeśli spełnisz moje warunki, zobaczysz to 

background image

czego nikt jeszcze nie widział, a możesz przywrócić do pełnego życia całe miasteczko, które 
jest zatopione w tym jeziorze. To miasteczko zostało zatopione z powodu braku szacunku do 
chleba, dobra które jest podstawą życia wszystkich ludzi. Mieszkańcom tego zatopionego 

miasteczka powodziło się tak dobrze, że z nadmiaru wszystkiego postanowili swoje ulice i 
chodniki wyłożyć bochenkami chleba, by po nim chodzić i nie brudzić sobie nóg. Za to 
musieli ponieść karę i zostali zatopieni z wszelkimi swoimi bogactwami. Zatem jest teraz 
szansa by przywrócić do życia to miasteczko i jego mieszkańców. Musisz jedynie spełnić 
postawione tobie warunki. Jutro o północy przyjdziesz w to samo miejsce i przyniesiesz 
swoją skrzynkę narzędziową z następującymi narzędziami. Mają być w tej skrzynce: młotek, 
siekierka, obcęgi, piłka do rżnięcia drewna, wiertło do nawiercania otworów i siedem dużych 
gwoździ. Jeżeli zabraknie w twojej skrzynce choćby jednego narzędzia przepadnie na wieki 
możliwość uratowania miasteczka i jego mieszkańców. A więc do zobaczenia.” Kilka razy 
pan Maciej się szczypał w policzek, bo nie był pewny czy to sen czy jawa. Stał jeszcze długo 
wpatrzony w nocną toń jeziora. Wróciwszy do domu przygotował zaraz w swojej skrzynce 
wszystkie narzędzia by już wieczorem być gotowym do tajemniczego spotkania nad jeziorem. 
Oczywiście, kiedy są tzw. ciche dni w domu małżonkowie nie zamienili ze sobą ani jednego 
słowa. Od rana pani Zofia krzątała się po całym domu a pan Maciej odsypiał nieprzespaną 
noc. Kiedy kilkakrotnie gospodyni przechodząc przez próg drzwi między kuchnią a sienią 
zahaczyła się spódnicą o wystający z futryny gwóźdź, postanowiła ten gwóźdź usunąć. 
Wzięła więc ze skrzynki narzędziowej swojego męża obcęgi, wyjęła gwóźdź a obcęgi 
położyła na półkę w sieni. Po przebudzeniu się pan Maciej usłyszał bicie zegara na wieży 
kościoła. Policzył ilość dźwięków kuranta i stwierdziwszy, że jest to już godzina jedenasta 
przed północą, szybko umył się, zjadł przygotowaną przez siebie późną kolacje,  ubrał się, 
wziął swoją skrzynkę narzędziową i udał się nad jezioro. Cały czas rozpamiętywał nocne 
spotkanie z tajemniczymi drzwiami. Kiedy zegar na wieży zaczął wybijać północ, spokojne 
dotąd jezioro zafalowało a z głębin jeziora wypłynęły drzwi i odezwały się do stojącego na 
brzegu Macieja: „ Jesteś dobrym człowiekiem, ale nie spełniłeś moich warunków. Nie masz 
wszystkich narzędzi w swojej skrzynce. Brakuje w nich obcęgów, które wyjęła twoja żona i 
nie włożyła ich na powrót do skrzynki. Nie możesz więc przywrócić do życia miasteczka i 
jego mieszkańców. Teraz widzisz, że nawet drobne sprzeczki małżeńskie i ciche dni nie 
wychodzą na dobre ludziom. Musisz ponieść zatem jakieś konsekwencje.” To powiedziawszy 
drzwi skoczyły na plecy pana Macieja i kazały się zanieść pod kościół. Biedny Maciej 
taszczył te ciężkie drzwi na swoich plecach i po dojściu do kościoła upadł pod nimi. 
Wczesnym rankiem kościelny jak zwykle poszedł otworzyć kościół i zobaczył owe drzwi a 
pod nimi pana Macieja. Były to ostatnie chwile życia Macieja, który z trudem opowiedział 

wydarzenia ostatnich dwóch dni księdzu proboszczowi przybyłemu do konającego z ostatnim 
namaszczeniem. Tę historię przekazywano sobie z pokolenia na pokolenie a na dowód jej 

background image

prawdziwości można te drzwi obejrzeć sobie w kościele pod wezwaniem Św. Wawrzyńca. 
Znajdują się one w przejściu z zakrystii do ołtarza. 

ZJAWA NOCNA 

Teren między Pniewami a Turowem jest pagórkowaty. Jeden z pagórków leżący przy szosie 
lud nazwał "górą barona". Jak głosi podanie - jeden z właścicieli Turowa zastrzelił się na tym 

pagórku. Od tego czasu "coś" straszy wzdłuż drogi. O północy na pagórku słychać szmery, a 
na drodze zjawia się baron w powozie czterokonnym i ujeżdża tam i z powrotem. Parę razy 
do roku jedzie do swojego dawnego majątku, gdzie ogląda zabudowania i dziedzińce. Ludzie 

z okolicy opowiadali, że barona można ujrzeć w nocy przy złej pogodzie. w czasie 
niepogodnych dni drogę do kościoła wykładali chlebem. Za tego rodzaju zbytki spotkała ich 
surowa kara: pod falami dzisiejszego jeziora zniknęło całe miasteczko. Podobno jeszcze 

dzisiaj przez wiele nocy można słyszeć dźwięki dzwonów płynących z dna jeziora. W wiele 
lat później, kiedy nowe miasto rozbudowało się nad brzegiem jeziora, pewien mieszkaniec 
Pniew zauważył w jeziorze w dzień św. Jana stare zabudowania. Jedne wrota przemówiły do 
niego niskim głosem. - Naszedł czas wyzwolenia zatopionego miasta. Tyś został wybrany, 
aby tego czynu dokonać. W tym celu winieneś stawić się przede mną o zmierzchu z 
siedmioma narzędziami: łopatą, młotem, obcęgami, łomem, toporem, pilnikiem i świdrem.  

CZARNE ZWIERZĘ 

W pobliżu krzyżówki pniewskiej był kiedyś głęboki i obrośnięty sitowiem staw. Przed wielu 
laty odebrał tu sobie życie czeladnik kowalski. Zwłok jego - pomimo wielu poszukiwań - nie 
odnaleziono. Co roku w noc sylwestrową nad stawem pojawiało się bliżej nieokreślone czarne 
zwierzę. Podanie głosi, że koniec świata nastąpi wtedy, gdy w noc noworoczną pojawią się 

dwa czarne zwierzaki. 

 Międzychodzkie legendy 

 
Grusza w herbie
  
 
Od zamierzchłych czasów nad jeziorem Miejskim - tym samym, które dziś zachwyca w 
chłodne miesiące olbrzymią ilością ptactwa, zimującego właśnie w tym miejscu - mieszkali 
rybacy. Nad samym jeziorem, w miejscu, gdzie dziś znajduje się międzychodzki rynek, 
rozpościerała się polana. Na jej środku stała olbrzymia grusza. Po powrocie z połowów 
rybacy zwykli wieszać na jej gałęziach sieci. Pewnego dnia ze zdumieniem stwierdzili, że na 
gruszy, podobnie, jak i na innych okolicznych drzewach, ktoś rozwiesił inne sieci. Ogromnie 
się tym zadziwili, ponieważ nie wiedzieli, żeby w pobliżu znajdowała się jakaś inna osada 
rybacka. Sprawa szybko się jednak wyjaśniła, kiedy po kilku dniach, na polanie pojawiali się 
rybacy znad sąsiedniego jeziora zwanego dziś Radgoskim. Jedni i drudzy nic o sobie 
wcześniej nie wiedzieli i po tym przypadkowym spotkaniu postanowili, że zamieszkają razem 

background image

na polanie przy jeziorze Miejskim. Odtąd wspólnie wieszali sieci na gałęziach. I tak powstała 
osada z gruszą w środku, która znalazła się później w herbie miasta.   
 
Jak powstał Międzychód  
 
Głos z puszczy wskazał jej miejsce „mezi chodami”. Stąd - jak głosi legenda - nazwa 
Międzychodu. 
Pewnego razu wojewoda wielkopolski Domarat Grzymalita wybrał się na inspekcję grodzisk 
w zachodniej Wielkopolsce. Gdy drużyna wojów była już gotowa do drogi, zjawiła się żona 
wojewody Hanka z rocznym synkiem Teodorykiem i piastunką Jagną z prośbą, aby zabrać ich 
na wyprawę. Pomimo oporów Domarat zgodził się i kolumna jeźdźców wyruszyła w kierunku 
Rokitna. Tam zagłębili się w puszczę nadwarciańską, sprawdzając brody nad rzeką. W 
pewnym momencie Hanka z Jagną oddaliły się od kolasy wiozącej śpiącego Teodoryka. 
Wieczorem w pobliżu grodu Aleksandrowo, kiedy zatrzymano się na postój, Jagna z 
przerażeniem stwierdziła, że dziecko znikło. Rozgniewany Domarat wyruszył, aby odszukać 
synka. Gdy już po północy powrócił bez syna, wezwał Jagnę, której oznajmił, że jeżeli do 
rana nie znajdzie dziecka, nakaże ściąć jej głowę. 
Przerażona Jagna ruszyła drogą, którą przybyli pod Aleksandrowo. Dziewczyna pamiętała, że 
przed brodami dziecko jeszcze spało. Kiedy Jagna dobiegła do pierwszego oznaczonego 
przejścia przez rzekę, usłyszała płacz. Nie zważając na krzaki, które kaleczyły jej twarz, 
pobiegła w kierunku, z którego dochodziło kwilenie. Po chwili trzymała już na rękach 
chłopca. 
Kiedy Jagna i Teodoryk znaleźli się już w obozie, radość była ogromna. Wszyscy pytali, 
gdzie znalazło się dziecko, na co dziewczyna odrzekła, że „mezi chodami” i wyjaśniła, że 
miejsce wskazały jej głosy w puszczy. Następnego dnia wszyscy udali się, aby zobaczyć owo 
tajemne miejsce. Wtedy Hanka poprosiła męża, aby założył tu osadę. Każda wędrująca 
bursztynowym szlakiem karawana musiała zatrzymywać się przed przeprawą, co oznaczało, 
że osada szybko będzie się bogacić. 
 
Zatopiony zamek  
 
Jak głosi jedna z legend, pierwszy zamek w historii miasta pobudowano na wyspie na jeż. 
Miejskim. Ponoć w słoneczne dni na dnie można dostrzec ruiny twierdzy. 
Na przełomie XV i XVI w. połowa Międzychodu należała do wielce zacnego Tomasza 
Krzyżanowskiego, druga zaś do hulaki i opoja, Andrzeja Niauczkowskiego, który jednak po 
pewnym czasie - namówiony przez kompanów - sprzedał T. Krzyżanowskiemu swoją część i 
wyjechał z Międzychodu. Minęło pięć lat i pod Sierakowem międzychodzkich kupców 
napadła i ograbiła zbrojna banda, dowodzona przez byłego właściciela Międzychodu. Miesiąc 
później w Międzychodzie pojawił się przyjaciel herszta, niejaki Sroczyński, który wyznał T. 
Krzyżanowskiemu, że jego kamrat chce odkupić, od niego swą dawną własność. Nie miał 
jednak pieniędzy, co wyprowadziło z równowagi prawowitego właściciela, który wyrzucił 
natręta przez okno - wprost do jeziora. 
Incydent tak rozsierdził Niauczkowskiego, że zwołał kompanów z pobliskich miast i napadł z 
nimi na Międzychód. Podpalił miasto i zdobył znajdujący się na wyspie zamek, gdzie 
wspólnie z kamratami urządził zakrapianą winem orgię. W nocy nad zamkiem rozszalała się 
nawałnica. Pioruny biły w zgliszcza miasta i spadł rzęsisty deszcz. Woda zaczęła gwałtownie 
przybierać i wkrótce jezioro zalało zamek, a wraz z nim - okrutnych i chciwych zbójców. 
 
 
Maski na kościelnej wieży  

background image

 
W fasadę kościoła p.w. Męczeństwa Jana Chrzciciela wmurowano maski ewangelików, 
którzy - jak głosi jedna z legend - przeszkadzali w budowie świątyni. 
Pod koniec XVI w. ówczesny właściciel Międzychodu Jan Ostroróg przeszedł na katolicyzm i 
przystąpił wraz z mieszczanami do budowy kościoła - po uprzednim wyburzeniu zboru 
luterańskiego. Jednak w budowie przeszkadzali im miejscowi luteranie, którzy w nocy 
niszczyli mury wzniesione za dnia przez katolików. Dlatego międzychodzianie wyznaczyli 
warty, które pilnowały budowy. 
Pewnej nocy wartownicy zatrzymali czterech złoczyńców, którzy niszczyli świątynię. 
Następnego dnia stanęli pod pręgierzem, gdzie w obecności licznie zgromadzonych 
mieszczan i na rozkaz magnata kat obciął im prawe dłonie - za to, że ważyli się je podnieść na 
Dom Boży i zlekceważyli zarządzenie polskiego monarchy, który nakazał wznieść tę 
świątynię. Dodatkową karę stanowiło dla złoczyńców to, że miejscowy kamieniarz - na 
polecenie J. Ostroroga - wykonał w cegle podobizny ich twarzy, po czym wmurowano je w 
fasadę kościoła. Ku przestrodze tym, którzy w przyszłości odważą się na podobny, równie 
niecny czyn. 
 
Cudowna lipa  
  
Z nazwą dzielnicy Lipowiec wiąże się interesująca legenda o handlarzu końmi, którego 
posądzono niesłusznie o kradzież rumaka. 
Na początku XVIII w. właścicielem Międzychodu był Bogusław Unruh, który uchodził za 
znawcę koni. Chcąc dorównać Opalińskim i Kwileckim, sprowadził z Niemiec wspaniałego 
rumaka, którego zazdrościli mu okoliczni magnaci. Pewnej nocy wierzchowiec został 
skradziony, zaś właściciel wyznaczył wysoką nagrodę za schwytanie złodzieja. Po kilku 
dniach mieszczanie przyprowadzili do jego zamku pewnego mężczyznę. Twierdzili, że 
widzieli, jak sprzedał poszukiwanego rumaka szamotulskim kupcom. 
Mężczyzna tłumaczył, że pochodzi z Lwówka i handluje końmi. Upierał się, że nie ma nic 
wspólnego z kradzieżą wierzchowca B. Unruha, ale magnat nie uwierzył. Mężczyznę 
wtrącono do lochu, gdzie ukazała mu się postać pięknej kobiety, która zapytała go, dlaczego 
tak rozpacza. Opowiedział jej swą historię i gorąco zapewniał o swej niewinności. Kobieta 
dodała mu otuchy. Powiedziała, żeby się nie martwił, gdyż rano zostanie wypuszczony na 
wolność. Musi jednak wyrzeźbić w drewnie jej postać. Zostawiła mu drewno i nóż, po czym 
znikła. 
Rano rzeźba była gotowa. Kiedy do celi weszli strażnicy, skazaniec schował figurkę pod 
pazuchę, po czym został wyprowadzony. Pod szubienicą B. Unruh zapytał go o ostatnie 
życzenie. Mężczyzna chciał się wyspowiadać przed księdzem. Wyjawił mu, że w nocy 
odwiedziła go tajemnicza kobieta i pokazał duchownemu figurkę. Ksiądz nie krył zdumienia. 
Figurka przedstawiała bowiem postać Matki Bożej z obrazu w międzychodzkim kościele. 
Uznano to za cud i uwolniono nieszczęśnika, a rzeźbę umieszczono na rosnącej w pobliżu 
lipie. Wkrótce drzewo zasłynęło z cudownych właściwości, dlatego mieszczanie zaczęli 
stawiać swe domy w pobliżu cudownej lipy, od której dzielnica wzięła nazwę Lipowiec. 
 
Jezioro Kuchenne  
 
Przy rynku mieszkał bogaty, owdowiały kupiec z córką Justynką. Sam wychowywał piękną 
jedynaczkę. Jej 18. urodziny postanowił połączyć z zaręczynami. W tym celu zaprosił 40 
synów najbogatszych kupców w okolicy, aby dziewczyna w trakcie zabawy mogła wybrać 
sobie narzeczonego. Orkiestrę i kucharzy ściągnął aż z Poznania. Urodziny przypadały na 
Noc Świętojańską. Problem w tym, że dziewczynie nie przypadł do gustu żaden z 

background image

kandydatów. Rozgniewany ojciec postanowił sam dokonać wyboru zięcia. 
Tymczasem zapłakana Justynka wybiegła nad jezioro i o dziwo spotkała tam przystojnego i 
czułego syna rybaka - Staszka. Młodzieniec wyznał dziewczynie, że już od dawna jest w niej 
zakochany. Justyna wyżej ceniła prawdziwą miłość niż bogactwo i postanowiła, że tylko 
Staszek może zostać jej mężem. Wróciła do sali balowej powiedzieć ojcu, żeby ogłosił 
konkurs o jej rękę. Kto sto razy przepłynie odcinek do cypla i z powrotem, zostanie jej 
mężem. W konkursie miał też wziąć udział Staszek, którego rywale zlekceważyli. Po kolei 
odpadali wszyscy konkurenci, aż w końcu około północy do wody wszedł ukochany Justynki. 
Jako rybak doskonale radził sobie z wodą, ale na przedostatnim odcinku chwycił go skurcz. 
Widząc to zachłanny ojciec dziewczyny zaczął Bogu dziękować, że zabiera intruza. 
Zrozpaczona Justyna, zapominając, że nie umie pływać, wskoczyła do jeziora, by ratować 
chłopca.  
Wkrótce oboje po raz ostatni zanurzyli się w toni jeziora. 
W tym samym momencie z nieba runęła okropna nawałnica. Woda w jeziorze zaczęła 
błyskawicznie przybierać. Biesiadnicy uciekli do domów. Gdy rankiem następnego dnia 
międzychodzianie wyjrzeli przez okna zobaczyli, że cały rynek jest zalany, a na powierzchni 
pływały półmiski ze wspaniałymi potrawami. Jak się okazało woda wdarła się do kuchni 
domu kupca i zabrała stojące tam naczynia. Ludzie mówili później, że to Staszek i Justyna 
poczęstowali potrawami z zaręczynowej uczty mieszkańców Międzychodu. 
 
Herb Unruhów  
 
Na Lipowcu jest kościół, w którym znajduje się płyta nagrobna Krzysztofa Unruha - 
właściciela miasta. Jest na niej herb rodu - lew szykujący się do skoku i koło młyńskie. 
Z tym właśnie herbem związana jest legenda sięgająca swymi korzeniami okresu 
średniowiecza. Otóż w czasie wypraw krzyżowych, w jednym z księstw niemieckich 
mieszkała pewna młynarka. Jej mąż, niegdyś znany rycerz, w wyniku odniesionych, ran był 
kaleką. Ich 20-letniemu synowi nie w smak była praca, więc kobieta sama musiała 
utrzymywać rodzinę. Chłopak nie przejmował się dolą rodziców. Dlatego kobieta zwróciła się 
o pomoc do swego chlebodawcy, by pożyczył jej worek mąki. Odmówił. Kobieta postanowiła 
więc nocą ukraść worek. Wyprawa się nie udała i schwytaną żoną ułomnego rycerza zakuto w 
dyby i osadzono na zamku. Książę postanowił srodze i przykładnie ją ukarać. Nieszczęsną 
zamknął w lochu, a w klatce umieszczono lwa, którego nie karmiono przez tydzień. Wyrok 
brzmiał bowiem: kara śmierci przez pożarcie. 
Wśród zgromadzonej gawiedzi, która chciała oglądać śmierć kobiety, znalazł się też jej syn. 
Gdy zobaczył lwa zamierzającego rozszarpać matkę wskoczył na plac i udusił zwierzę. 
Księciu spodobała się zuchwałość i siła chłopaka, wcielił go do swej drużyny i wysłał na 
wyprawę krzyżową, natomiast matce darował winę. W czasie wyprawy młody człowiek 
szybko awansował, wkrótce przewodząc drużynie. Kiedy więc wracał, matka przygotowała 
wspaniałe przyjęcie, ale on poprosił tylko o polewkę, którą matka gotowała mu wcześniej. 
Właśnie podczas wieczerzy przybył posłaniec z wieścią, że książę umiera i chce zobaczyć 
swego podopiecznego. Leżąc na łożu śmierci książę podziękował chłopcu, a dziś już 
mężczyźnie za liczne zwycięstwa, które ten odniósł pod książęcą flagą. W dowód 
wdzięczności podarował chłopcu wieś i dał herb: lwa szykującego się do skoku i młyńskie 
koło. Tak powstał herb rodziny Unruhów, do której później przez 200 lat należał 
Międzychód. 
 
Szubieniczna Góra  
 

background image

W średniowieczu Międzychód posiadał prawo miecza i wyroki sądowe na złoczyńcach 
wykonywano na miejscu. 
Służył do tego stojący na rynku pręgierz oraz szubienica postawiona za miastem na 
wzniesieniu, w miejscu starego grodziska Bylsko znanego z zapisów jeszcze sprzed roku 
1255. Wzniesienie to znajduje się w rejonie dawnych Zakładów Przemysłu Owocowo-Wa-
rzywnego i od stojącej tam przed laty szubienicy nosi nazwę Szubienicznej Góry. Jak 
wspomina kronika kościoła ewangelickiego, w tym miejscu palono także swego czasu 
czarownice. 
W czasach Oświecenia zaprzestano procederu palenia niewinnych kobiet, a i szubienice 
zlikwidowano. Stało się to po tym, jak stracono na niej niewinnego chłopca oskarżonego o 
okradanie chlebodawców. Chłopak pracował u miejscowego karczmarza. Kilka razy z rzędu z 
karczemnej kasy ktoś skradł pieniądze. Podejrzenie padło na sierotę, który, zdarzało się w 
przeszłości, pożyczał pieniądze od różnych ludzi. Sędzia, dla przykładu, wydał na młodego 
człowieka wyrok śmierci, który wykonano na Szubienicznej Górze. Później okazało się, że 
winę ponosił syn karczmarza. 
Ponieważ jednak właściciele miasta nic chcieli przyznać się do błędu przy osądzaniu 
młodzieńca, ustalono, że szubienica nic będzie już używana, ale też nic zostanie 
zdemontowana. Ma stać tak długo, aż sama się nie przewróci. Pierwsza miejscowość w 
kierunku, w którym się przewróci, zostanie obdarzona specjalnymi względami. W końcu 
pewnego dnia runęła w kierunku Kamionny. W efekcie maleńka wieś otrzymała prawa 
miejskie, które utrzymywała przez szereg lat. W tym czasie powstał tu charakterystyczny 
rynek w kształcie czworoboku, który, choć w końcu Kamionna prawa miejskie straciła, 
zachował się do dziś. 
 
Dziewiczy skok  
 
Tylko nieliczni wiedzą, że górka pod Muchocinem, określana potocznie jako „Dziewiczy 
skok" zawdzięcza nazwę tragedii trzech pięknych panien. 
W czasie wojen szwedzkich w Muchocinie mieszkał bogaty kupiec, który miał trzy córki - 
Alinę, Balbinę i Celinę. Posłał je do szkoły, co było wówczas rzadkością, zatem panny nie 
dość, że piękne, to miały wyszukane maniery i ogładę. Niestety, kupiec zaciągnął się do 
chorągwi husarskiej i zginął w czasie wyprawy Stefana Czarnieckiego na Danię. 
Osieroconymi pannami interesowali się chłopcy z Muchocina i pobliskiego Międzychodu, 
jednak one odrzucały karesy rzemieślników i kmieci. Postanowiły, że jeśli już wyjdą za mąż, 
to tylko za szlachciców, a najlepiej - za braci. 
Pewnego dnia przed ich domem zatrzymała się karoca. Dziewczęta zaproponowały 
podróżującym trzem młodzieńcom posiłek, a później zaprosiły ich również na niedzielny 
obiad. Nazajutrz udały się do niani i poprosiły o pomoc przy gotowaniu, gdyż bracia bardzo 
się im spodobali. A siostry wiedziały, że do serca mężczyzny najłatwiej trafić przez żołądek. 
Na obiad przyjechała z braćmi ich ciocia. Było gwarno i wesoło, a wieczorem młodzieńcy 
oświadczyli się. Ofiarowali pannom pierścienie, po czym odjechali. Wieczorem Celina 
zauważyła, że na rodowych ponoć sygnetach są różne herby i inicjały. Goście zaintrygowali 
też nianię, która nie bardzo wierząc, że przyjechali z Międzychodu, umieściła pod ośką karety 
dziurawą puszkę ze smołą. Następnego dnia panny ruszyły śladem i dotarły na pobliską 
górkę, gdzie w szopie zastały jednego z konkurentów. Młodzieniec wyznał, że cała trójka 
uprawia zbójectwo, a że zakochał się w jednej z sióstr, zaczął je namawiać do ucieczki. Było 
jednak za późno. Na polanę wpadli dwaj pozostali zbójnicy, którzy zabili wspólnika. Siostry 
salwowały się ucieczką, ale na szczycie skarpy zostały otoczone. Chcąc ratować swą cześć, 
rzuciły się do Warty i utonęły w jej odmętach. 
 

background image

Jak pastor uratował miasto  
 
Tylko nieliczni znają legendę o tym, jak grzech pastora uratował miasto przed zgubą. 
Podczas wojny polsko-szwedzkiej w Międzychodzie zatrzymał się król szwedzki Karol XII. 
Jego kwaterą była plebania pastora Baldego. Miasto zostało obciążone wysoką kontrybucją, 
gdyż Szwedom brakowało pieniędzy, a ich wojska były w odwrocie i w dodatku skończyła im 
się żywność. Nie było mowy o ugodzie, o którą zabiegali miejscowi - wspierani przez pastora. 
Okupanci wiedzieli, że właściciel miasta 50 lat wcześniej wystawił pułk piechoty złożony z 
mieszczan i skierował go do walki z Karolem Gustawem. Rabowali więc pieniądze i klejnoty. 
Rozgoryczeni kupcy i rzemieślnicy postanowili się zemścić. Chcieli za jednym pociągnięciem 
zakończyć wojnę i uratować swoje pieniądze. Uradzili, że porwą króla i dostarczą go 
wojskom polskim, które pojawiały się sporadycznie w okolicach Międzychodu. Napadu na 
Międzychód i króla mieli dokonać zbójnicy ze Zbójeckiej Góry pod Muchoci-nem. Ich 
przywódca zwany Brodaczem, był zakochany w pięknej Kasi - córce miejscowego sukiennika 
- i powierzył jej rolę łącznika między kupcami i bandą. Dziewczyna bała się o ukochanego. 
Poprosiła zatem o radę pastora Baldego, który uznał, że pomysł jest dobry i jeśli się uda, 
wszystkie dotychczasowe przewinienia Brodacza zostaną mu odpuszczone, a i nie minie go 
sowita nagroda. Radził czekać tylko na odpowiedni moment, kiedy w mieście będzie mniej 
wojska szwedzkiego. 
Pewnego dnia mieszczanie ujrzeli na wzgórzach otaczających Międzychód świeże usypane 
szańce. Na Górze Młyńskiej i Górze Szubienicznej ustawiono armaty zwrócone lufami ku 
miastu. Monarcha dowiedział się bowiem o spisku i czekał na atak. 
Blady strach padł na wszystkich. Baldy postanowił uratować Międzychód, nawet gdyby miał 
zapłacić życiem. Zapewniał króla, że nic nie wie o planowanym napadzie i prosił o 
ściągnięcie armat, bo - jak tłumaczył -jest poważnie chory na nerwicę i w przypadku ataku 
rzuci klątwę na całą armię. Szwedzi byli ewangelikami i pomni ostrzeżenia, kazali armaty 
ściągnąć. Pastor tłumaczył potem mieszczanom, że dopuścił się krzywoprzysięstwa. Jednak 
mieszkańcy wybaczyli mu ten grzech, bo przecież uratował miasto. 
 
Góra skarbów  
 
Jedna z miejscowych legend mówi o bajecznych skarbach, ukrytych ponoć w okresie 
szwedzkiego „potopu" w okolicach Kolna. 
W lesie poci Kolnem znajduje się niewielkie wzniesienie, nazywane przez miejscowych 
Szwedzkim Wałem. Ponoć w czasie wojen szwedzkich ukryto tam kosztowności, zrabowane 
przez najeźdźców w wielkopolskich dworkach i kościołach. Zwłaszcza, że przez trzy miesiące 
król szwedzki Karol XII kwaterował w Międzychodzie, zaś jego oddziały łupiły zarówno 
mieszczan, jak i miejscowa szlachtę. Szwedzi wycofali się w końcu w sromocie, a miejscowi 
zapomnieli o ciemięzcach i zrabowanych przez nich kosztownościach.  
W czasie rozbiorów w Międzychodzie mieszkał stolarz Rozental. Nie miał krewnych, ani też 
przyjaciół, a że często brakowało mu pracy, klepał przysłowiowa biedę. Pewnego razu 
przyśniła się mu piękna dziewczyna, która przyniosła mu wspaniałe potrawy i poprosiła, żeby 
spełnił jej życzenia. Po przebudzeniu ze zdumieniem stwierdził, że nic jest głodny. Niestety, 
nie pamiętał, o co prosiła go dziewoja ze snu. Następnej nocy sen się powtórzył. Tajemnicza 
dziewczyna wyjawiła stolarzowi, że jest duchem szwedzkiej branki, którą zakopali żywcem 
wraz ze skarbami w Szwedzkim Wale królewscy rajtarzy. 
Dziewka kochała złoto i była gotowa sprzedać za nie swą duszę. Miała więc pilnować skarbu 
do powrotu Szwedów i chronić go przed łupieżcami. Wyjawiła stolarzowi, że skarb można 
odkryć wyłącznie o północy - kopiąc od strony jeziora, a ten, kto dokopał się do skrzyń z 
kosztownościami, uwolni jej duszę. Rozental posłuchał tych rad i następnej nocy udał się na 

background image

Szwedzki Wal. Zaczął kopać we wskazanym miejscu, ale w pewnym momencie na pobliskim 
jeziorze pojawiła się łódka, a w niej dwie ubrane na czarno postaci. Stolarz uświadomił sobie, 
ze ma do czynienia z mocami piekielnymi. Uciekł więc do domu i ze strachu zmarł we 
własnym łóżku. 
Podobne sny miało wielu innych mieszkańców Międzychodu. Żaden z nich nic odnalazł 
jednak bajecznych skarbów, choć szukało ich wielu. Dowodem ich bezowocnych prób są 
liczne jamy i wykroty w Szwedzkim Wale. 
 
 
Niebiański posiłek  
 
Na górze nad jeż. Koleńskim stała niegdyś kapliczka, do której pielgrzymowali przez pewien 
czas mieszkańcy Kolna i pobliskich miejscowości. 
Przed laty w Kolnie mieszkała rodzina kmiecia Bartosza. Ojciec od rana do wieczora ciężko 
pracował na kawałek chleba, a matka zajmowała się skromnym gospodarstwem i 
wychowywała dzieci. Jedyną pociechą rodziców był najstarszy synek, który pomagał w domu 
i opiekował się młodszym rodzeństwem. Pracował też u bogatych gospodarzy, od których w 
zamian za posługi otrzymywał jaja, sery lub kiełbasę. Z dumą i radością przynosił matce 
koszyczek, którego zawartość dzieliła równo między członków rodziny. 
Pewnego razu, gdy wszyscy zajęci byli żniwami, najstarszy syn strzegł u podnóża góry stada 
pasących się gęsi, należących do zamożniejszych gospodarzy. Około południa, gdy zaczął mu 
doskwierać głód i pragnienie, wdrapał się na górę, by zobaczyć, czy aby matka nie niesie mu 
obiadu. Nie było jej widać, zatem wstąpił do kapliczki, gdzie chciał się schronić przed 
upałem. Ku swemu zdumieniu, w środku zobaczył nakryty stół, suto zastawiony wspaniałymi 
potrawami. Bez wahania zabrał się do jedzenia. Gdy zaspokoił pierwszy głód, przypomniał 
sobie o gąskach. Przerwał posiłek i co tchu pobiegł sprawdzić, co się z nimi dzieje. Pora była 
najwyższa, bo stadko się rozpierzchło. Gdy wrócił do kapliczki dokończyć jedzenia, zastał 
matkę, ale wspaniałe potrawy znikły. Myśląc, że to sprawka matki, odsunął z 
niezadowoleniem przyniesione przez nią jedzenie i poprosił o potrawy, które jadł wcześniej. 
Początkowo nie chciał uwierzyć, że matka nie ma nic wspólnego ze wspaniałym posiłkiem, 
który czekał na niego w kaplicy. Mądrzy ludzie tłumaczyli później, że to Bóg się ulitował nad 
ciężko pracującym, skromnym dzieckiem. 
Chłopiec opowiedział o swej przygodzie mieszkańcom Kolna. Do kapliczki pielgrzymowały 
później dzieci i dorośli z innych gospodarstw, ale cud już się nie powtórzył. 
 
Schody do Ziemi  
 
Jak głosi jedno z podań, w górze nad jeziorem w Kolnie ukryte są schody prowadzące do 
środka Ziemi. 
Nad jeziorem koło Kolna góruje spore wzniesienie. Ponoć przed wiekami można było tam 
spotkać rycerza na wspaniałym rumaku. Jego zbroja świeciła w ciemności, a - jak mówili 
starzy i doświadczeni ludzie - wojownik czuwał nad bezpieczeństwem kmieci i łyków. Ponoć 
ostrzegał ich przez niebezpieczeństwami, a w razie potrzeby - bronił ich i ratował z opresji. 
Bywało i tak, że towarzyszył chłopom, którzy wracali furmankami z międzychodzkiego 
rynku. Stał w najbardziej niebezpiecznych miejscach i odstraszał ewentualnych zbójców. 
Dwa razy rycerz pojawił się także za dnia. Raz przepędził szwedzkich rajtarów, łupiących 
kmieci, a później przegnał Kozaków, którzy chcieli powiesić chłopa za to, że udzielił pomocy 
rannemu Francuzowi. Zaporożcy tak się wystraszyli rycerza, że zatrzymali konie dopiero w 
Kamionnej. 
Ludzie mówili, że to duch Dobrosława Nałęcza. Przez pewien czas rycerz nie pokazywał się 

background image

jednak w tych okolicach, dlatego niektórzy z mieszkańców nabrali odwagi i zaczęli szukać w 
górze dziury, w której ponoć zapadł się duch magnata. Odnaleźli tajemnicze schody 
prowadzące w głąb. Właściciel Kolna wynajął więc górników, którzy mieli je spenetrować. 
Kiedy robotnicy przystąpili do pracy usłyszeli głos, ostrzegający ich przed kopaniem. 
Zlekceważyli jednak ostrzeżenie, co jeden z nich przypłacił życiem, pozostali salwowali się 
ucieczką. 
Przerażeni górnicy byli przekonani, że schody wiodą do wnętrza Ziemi, dlatego ich 
chlebodawca kazał im zasypać wejście. Od tego zdarzenia upłynęło już wiele lat, jednak 
mieszkańcy Kolna wiedzą, gdzie znajduje się zawał. Wskazują na jeden z uskoków w górze i 
mówią, że pod kilkumetrową warstwą ziemi kryje się wejście do środka planety, a być może 
do samego piekła. 
 
O diable z Sowiej Góry  
  
Jak głosi jedno z podań, w okolicach Sowiej Góry nad jeż. Sołeckim można spotkać diabła. 
W dawnych czasach w lesie nad jeż. Sołeckim żyło małżeństwo. Między małżonkami 
dochodziło wciąż do swarów. Mężczyznę pociągała bowiem gorzałka i rozpusta, natomiast 
jego żona Kachna słynęła z dobroci i łagodności. Wychowywała dzieci i zajmowała się 
skromnym dobytkiem, podczas gdy mąż przepijał w szynkach majątek. Ze łzami w oczach 
prosiła, by zajął się domem i głodującymi dziećmi, ale ten wolał spędzać czas w karczmie. 
Pewnej nocy wracając do domu Utracjusz spotkał w lesie mężczyznę w kapeluszu. 
Nieznajomy powiedział, że dobrze go zna i wie, iż przyczyną jego nieszczęść jest Kachna. 
Zaprowadził go na pobliską górę, opadającą stromo do jeziora i powiedział, że jeśli zepchnie 
stąd żonę, to do końca swych dni będzie żyć w szczęściu i dostatku. Bez namysłu podpisał 
cyrograf - w zamian za obietnicę pomocy w zgładzeniu żony. Obiecał, że w ciągu trzech dni 
przyprowadzi ją w te miejsce i dostał za to kilka dukatów. 
Rankiem następnego dnia, kiedy jeszcze spał, pracowita małżonka zabrała się do prania jego 
odzieży. Zaskoczył ją i zaintrygował odór siarki, którym przesiąknięte było ubranie. W jednej 
z kieszeni odnalazła też kilka złotych monet. Ucieszona zawołała dzieci i powiedziała, żeby 
nie przeszkadzały tatusiowi, strudzonemu ciężką pracą. Udała się do Międzychodu na zakupy, 
co rozsierdziło później jej męża. Pijani-ca umyślił sobie, że roztrwoni czerwonce w karczmie, 
zatem postanowił wypełnić obietnicę złożoną diabłu i przypieczętowaną krwią z serdecznego 
palca. 
Następnej nocy widziano, jak dwóch mężczyzn zrzuciło ze skarpy niewiastę. Kobieta wpadła 
do jeziora, ale kusy chwycił ją w swe szpony i uniósł w przestworza. Ponoć niekiedy nad 
jeziorem unosi się przejmujący lament nieszczęsnej, błagającej męża o litość i wołającej swe 
dziatki. 
 
Zamek zbójców pod Bielskiem  
 
Przy drodze do Sierakowa, idąc przez Bielsko, nad jeziorem o tej samej nazwie zobaczymy 
olszynowy lasek. Przed wiekami stał tam zamek. 
Kamienna budowla otoczona była fosą, nad którą przebiegał most zwodzony. Nad budowlą 
górowała baszta. Zamek zamieszkiwali rycerze-rabusie napadający na karawany kupieckie 
podążające bursztynowym szlakiem ku wybrzeżu. W swej warowni rabusie czuli się bezkarni, 
tym bardziej, że czasy były niepewne. Mówiono o napadach na wioski, których sprawcami 
mieli być krzyżowcy. Rycerstwo zajęte wiec było pilnowaniem pogranicza. 
Zdarzyło się, że szlakiem wiodącym z Sierakowa przez Międzychód podążali kupcy. Ich 
wozy pełne były towarów, które zamierzali wymienić na bursztyn. Choć zapadał zmierzch, 
niepomni przestróg, że w lasach grasują zbójcy, jechali dalej. Byle tylko dotrzeć do Santoka, 

background image

a stamtąd do Kołbacza. Tam już opiekę nad nimi roztoczyłby pan na Szczecinie, książę 
Barinin. Wraz z kupcami w drogę wyruszył pobożny cysters brat Jaromir, odmawiając po 
drodze pacierze. Około północy zatrzymali karawanę zbójcy z bielskiego zamku. Zażądali 
wydania koni i wozów. Pomimo oporu bezbronnych kupców, zbójcy wzięli wszystkie dobra, 
ale darowali przybyszom życie. Wtedy Jaromir wzniósł ku niebu ręce i rzucił klątwę na 
zbójców i ich siedzibę. Zadrżała ziemia i zamek zapadł się, a wraz z nim ziemia pochłonęła 
rabusiów. Dziś, nocami ponoć słychać, jak grasują w tym miejscu duchy dawnych 
rozbójników. 
 
Królewska Góra  
 
Interesująca legenda wiąże się z Królewską Górą nad jeziorem Dormowskim. 
W kraju panowała dwuwładza. Większość szlachty popierała Augusta II, natomiast szwedzcy 
okupanci wspierali Stanisława Leszczyńskiego. Fortuna odwróciła się od Szwedów - nękały 
ich polskie wojska, które śmiało sobie poczynały z rajtarami i wyborową piechotą. Polaków 
wspierały sascy dragoni i Kozacy, a szeregi Szwedów topniały z każdym dniem. Ich 
niedobitki dotarły pewnego dnia do Dormowa. Mieszkańcy uciekli i zabrali swój dobytek, zaś 
Szwedzi okopali się na pobliskich wzgórzach nad jeziorem, przy czym królewski orszak 
rozbił się na najwyższym z nich. 
W nocy zerwała się zawierucha, która uspokoiła się dopiero nad ranem. Deszcz zalał zapasy 
żywności, a wichura pozrywała namioty. Rajtarzy zaczęli więc szukać żywności na posiłek 
dla monarchy. W stodole w Dormowie natknęli się na chłopa, który oddał im swe skromne 
zapasy. Karol XII był tak zadowolony, że po śniadaniu zaprosił go do swego namiotu. 
Zapytał, czy w okolicach Dormowa często zdarzają się takie wichury. Sprytny kmieć 
odpowiedział, że nawałnice są bardzo częste i powodują mnóstwo szkód. Szwedzi 
postanowili więc przenieść obóz i ruszyli taborem do Międzychodu, natomiast chłop chwalił 
się potem, że wywiódł w pole Szwedów, a w dodatku zjadł śniadanie z ich królem... 
  
Legenda o powstaniu Wronek 
 

Przed wiekami, tam, gdzie obecnie położone jest miasteczko Wronki, stał zamek bogatego 
rycerza. Wielmoża ów miał śliczną córkę, którą nadzwyczaj kochał. Była ona wielką dumą 
ojca. Władcą dóbr, sąsiadujących z jego majętnościami, był inny rycerz. Ubiegał się on o rękę 
pięknej dziedziczki, ale stary ojciec odmówił mu córki. Wiedział bowiem, że człowiek ten 
jest wyjątkowo złym panem. Pewnej nocy rozgniewany odrzuceniem swatów sąsiad napadł 
na zamek i zdobył go w wyniku szturmu. Następnie podpalił budowlę, zamordował starego 
ojca, a córkę chciał siłą uprowadzić. Ale dziewczyna, ujrzawszy zabitego rodzica, otruła 
zbrodniarza i samą siebie. Spośród wszystkich mieszkańców zamku tylko jeden dworzanin 
uszedł z życiem. On to właśnie na pamiątkę tragicznego zdarzenia w pobliżu pozostałych ruin 
założył osadę. Nadał jej miano Wrona, ponieważ jego pan miał wronę w herbie. Dopiero 
później utrwaliła się nazwa Wronki. 

Cudowny krucyfiks z Biezdrowa i inne  

Pielgrzym jeden pobożny będąc w Częstochowie obaczył ten Cudowny Krucyfiks w tle 
klasztoru Ojców Paulinów, przed którym przyklęknąwszy serdecznie się modlił, aby go 
zdrowo do domu zaprowadził. Od tego Krucyfiksu usłyszał te słowa: BIEŻ ZDROWO ! do 
domu swego, ale mnie weź z sobą (...) Zaraz tedy pełen radości pielgrzym zdjął ze ściany ten 

background image

Krucyfiks i szedł w drogę. (...) Strudzony daleką podróżą nad strugą idącą do Biezdrowa ku 
Zakrzewu (nie istniejąca dziś osada położona w pobliżu Wartosławia), tam nad nią smacznie 
zasnął. Wtem Krucyfiks w wodę się zsunął i ukrył przed pielgrzymem, który ocknąwszy się 
ze snu wielce stroskany, że mu skarb nieoszacowany z oczu zniknął, poszedł lamentując w 
swą drogę. Wtem dziewka z urodzenia niewidoma, z Zakrzewa idąc po wodę do rzeczki na 
ten czas obficie wylanej, gdy czerpać wodę poczęła, żadną miarą nie mogła nabrać i gdy ręką 
macać poczęła wodę, prysnęła na oczy jej, gdzie zaraz przejrzała i głos usłyszała: BIEŻ 
ZDROWO! Dziewczyna odebrawszy tak wielką w widzeniu łaskę i obaczywszy Krucyfiks 
promieńmi otoczony, z wielką radością do domu pobiegła i opowiedziała rzecz, jaka się stała. 
Ludzie dali znać do wsi teraz zwanej Biezdrowo, przedtem inaczej zwanej, w której był 
kościół drewniany Świętemu Krzyżowi i Mikołajowi poświęcony. Zaraz tedy kapłan z 
procesją i gromadą niemałą przyprowadzili do do wymienionego kościoła dziwny Krucyfiks, 
który wkrótce dla większego poszanowania przenieśli parafianie z duchowieństwem do 
Wronek, ale jak to wielu ludzi starych świadczyło, że aż trzy razy na to miejsce do Biezdrowa 
powracał cudownym sposobem. Po cudownym uzdrowieniu niewidomej dziewczyny dzięki 
Krucyfiksowi, zaczęli się gromadzić liczni ludzie z Biezdrowa i okolic, którzy się tym 
zjawiskiem zainteresowali, aby podczas nabożeństw i modlitw wypraszać łaski dla siebie i dla 
najbliższych. Pan Imci Babolicki, dziedzic Biezdrowa, na granicy swej skrzynię drewnianą 
wydłubaną na kształt koryta znalazł pełną monety srebrnej, za które pieniądze bazylikę tę 
zacną wymurował. Legenda głosi, że miejscowemu księdzu śnił się jednej nocy miejscowy 
hrabia - jego patron, który objeżdżał swoje posiadłości. Na jednym miejscu koń ugrzązł jedną 
nogą i zaznaczył przez to miejsce, gdzie leżał ukryty skarb. Także hrabia miał tej nocy ten 
sam sen. To się powtórzyło kilka razy. Wtedy nie dało mu to spokoju i pewnego dnia objechał 
swoje posiadłości. Na granicy Biezdrowa i Nowej Wsi koń ugrzązł głęboko jedną nogą. 
Przekopano to miejsce i znaleziono skrzynię wydrążoną z pnia dębowego zawierającą skarb, 
złoto i srebro. Dzięki temu w krótkim czasie za znalezione "pieniądze" wybudowano nowy do 
dziś istniejący kościół. 

O tym, jak powstała wieś Biezdrowo i skąd się wzięła jej nazwa.  

 
W pobliżu wsi Biezdrowo przepływa rzeczułka Ostroroga. Znajduje ona ujście w Warcie. 
Dawniej mieszkańcy chat rozsianych po okolicy przychodzili tutaj po wodę.  
  Przed wielu laty mieszkała tu także pewna ociemniała staruszka. Nie mając już bliskich, 
sama chodziła codziennie zaczerpnąć wody z Ostrorogi. A drogę znała bardzo dobrze. 
Pewnego razu nie mogła wyciągnąć stągwi z rzeki. Poczęła więc się użalać: "Ach mój Boże, 
o co też mogła zahaczyć moja stągiew, że jest taka ciężka ? Jezu, pomóż".  
  Zaledwie skończyła błagać, a rozległ się cichy, przyjemny głos: "Porzuć stągiew, niewiasto, 
a wydobądź mnie". Niewidoma mocno się wystraszyła, bo nie poczuła w pobliżu niczyjej 
obecności. Mimo to sięgnęła do wody i uczyniła to, co jej polecono. Kiedy po chwili 
przygięta ciężarem wdrapała się na jakiś pagórek, ten sam głos przemówił znowu: "Teraz stań 
i zostaw mnie". Niewidoma zatrzymała się i postawiła swe brzemię na ziemi. Wtedy usłyszała 
słowa: "Bież zdrowo" (czyli: biegnij stąd zdrowa). I wnet jej oczy się otworzyły, i ujrzała 

background image

przed sobą dębowy krzyż.  
  Z sercem przepełnionym radością pobiegła do domu i opowiedziała sąsiadom o swoim 
uzdrowieniu. Ci zaś uwierzyli w cudowne zdarzenie i przekazywali wieść o nim dalej. 
Niebawem zaczęli się tam osiedlać chłopi i powstała duża wieś, którą z wdzięczności za cud 
nazwano Biezdrowo. 

Skarb z Biezdrowa  

 
Opowiadają, że biezdrowski kościół został pobudowany na miejscu, gdzie niegdyś stał krzyż 
wyciągnięty z Ostrorogi przez pewną ociemniałą niewiastę. Wiele lat temu niezwykły ów 
krucyfiks stał podobno na wzgórzu. Strzegł on z pobożną dumą założycieli wsi i ich 
potomków. Spieszyli też do niego ludzie z całej okolicy, by obchodzić uroczystości ku czci 
Krzyża Świętego i by doznać ukojenia w rozmaitych chorobach.  
  Pewnego razu chłopi, kopiąc w miejscu granicy między Biezdrowem, Nową Wsią a 
Wronkami, znaleźli koryto wypełnione szczerym złotem. Wieść o tym rozeszła się szybko i 
wkrótce zjawili się tam dla wydobycia skarbu: hrabia Bniński, pan Biezdrowa, hrabia 
Grabowski, właściciel Nowej Wsi oraz burmistrz Wronek wraz ze starszymi miasta. Każda ze 
stron domagała się złota dla siebie. Kłótnia trwala wiele godzin i omal nie doszło do 
gorszących rękoczynów. Wreszcie ktoś doradził, by Bogu pozostawić rozstrzygnięcie sporu. 
Ponieważ cztery konie daremnie się wytężały, skarb miał być wydobyty przez dwa byki. 
Uradzono, że skarb posiądzie na własność ten, komu przyciągną one skarb. Zwierzęta ruszyły 
i zatrzymały się spokojnie pod cudownym krzyżem w Biezdrowie. Ani krzykami, ani 
uderzeniami jednak nie można ich było nakłonić, żeby ciągnęły dalej. Wówczas poznali 
wszyscy wolę Najwyższego. Postanowiono wznieść na tym miejscu Dom Boży. Wewnątrz 
zaś kościoła zbudowanego za znalezione złoto umieszczono krzyż i owo koryto, w którym był 
skarb.  
Przed wielu laty rolę Domu Bożego w Biezdrowie odgrywała prosta chałupa z desek grożąca 
zawaleniem. Tamtejszy ksiądz był z tego powodu głęboko stroskany. Pewnej nocy przyśnił 
mu się hrabia, jego opiekun, objeżdżający konno swoje posiadłości. W pewnym miejscu jego 
koń zapadł się głęboko przednią nogą i zaznaczył w ten sposób miejsce, gdzie leżał ukryty 
skarb. Także ów hrabia miał tej nocy podobny sen, który kilkakrotnie się powtórzył. Odtąd 
nie zaznał spokoju i pewnego dnia, dosiadłszy konia, objechał swoje dobra. Na granicy 
terytoriów Biezdrowa i Nowej Wsi koń zapadł się głęboko jedną nogą. Natychmiast zaczęto 
tam kopać i po jakimś czasie znaleziono surowo obciosaną skrzynię z drewna dębowego, 
długą na około pięć i szeroką na pół stopy. Znajdował się w niej skarb. W mgnieniu oka 
włożono pieniądze na wóz zaprzęzony w dwa białe byki, których jeszcze nigdy nie 
wprzęgano w jarzmo. Powiozły one skarb, a tam, gdzie się zatrzymały, wybudowano 
dzisiejszy kościół biezdrowski.  
 Przed wielu laty pewien mocno podpity jegomość szedł z Wartosławia do domu. Z powodu 
zmęczenia położył się gdzieś po drodze. Wnet do jego uszu dobiegły jakieś świsty i 
dzwonienia, które go obudziły. Powstał więc i rozejrzał się dokoła, ale niczego nie zauważył. 
Położył się tedy ponownie i znów usłyszał odgłosy - dochodziły spod ziemi.  

background image

  Kiedy powtórzyło się to po raz trzeci, człowiek ów zabrał się stamtąd i ruszył w stronę 
Wronek do znajomego, który był kaleką. Potem we dwóch udali się w tamto miejsce. Położyli 
się na ziemi i obaj usłyszeli dzwonienie. Powiadomili o całym zdarzeniu katolickiego 
proboszcza Wronek. Ten wyczytał w księgach, że przed laty w owym miejscu zapadło się 
miasto. Zorganizował więc procesję. Gdy uroczysty pochód dotarł na miejsce, zarówno 
proboszcz, jak i inni ludzie usłyszeli odgłosy dzwonów.  
Później inny jeszcze człowiek, uprawiając w tym miejscu pole, znów usłyszał ten dźwięk, a 
takze głos dochodzący spod ziemi: "Kop tu, tu jest mnóstwo pieniędzy !". Gdy to uczynił, 
znalazł żłób z monetami, nie mógł jednak poradzić sobie z wydobyciem skarbu. Przykrył tedy 
żłób i powrócił do wsi, żeby sprowadzić więcej koni. Lecz i sześcioma końmi nie można było 
wydźwignąć żłobu. Wówczas człowiek ponownie usłyszał głos, który zawołał, że powinien 
wydobyć skarb z pomocą pary bliźniaczych wołów.  
  Po długich poszukiwaniach nareszcie znalazł takie w Chrzypsku Wielkim i Lubaszu. 
Zwierzęta zostały poświęcone przez księdza i zaprzężone do wozu. Teraz z łatwością 
pociągnęły go naprzód. Pojazd nie był kierowany przez nikogo. W Biezdrowie woły się 
zatrzymały, a w miejscu, gdzie to nastąpiło, wzniesiono za owe pieniądze kościół. Żłób zaś 
pokazywany jest do dziś.  
 Dawno temu bogaty właściciel Biezdrowa wybierał się na wojnę. Przed wyjazdem zakopał 

pod wielkim dębem drewnianą skrzynię z pieniędzmi. Drzewo to rosło na granicy dzielącej 
jego dobra od majętności nowowiejskiej. Możny pan musiał polec podczas jakiejś bitwy, 
ponieważ nie powrócił już do swych włości.  
 Pewnego razu chłopi orali wołami pole w miejscu, gdzie rósł wspomniany dąb. Nagle 
zwierzęta zatrzymały się i pomimo ponaglania nie chciały iść dalej. Okazało się, że pług 
zahaczył o jakiś duży przedmiot spoczywający w ziemi. Oracze zaczęli w tym miejscu kopać 
i ku swemu zaskoczeniu wydobyli skrzynię wypełnioną srebrnymi monetami. O znalezisku 
czym prędzej powiadomili nowego dziedzica, który przeznaczył ów skarb na budowę 
murowanego kościoła w Biezdrowie.  
Do dziś ludzie nazywają miejsce, w którym wykopano skarb, "Pieniężnym Dołem". 
Natomiast nikt już nie pamięta, kiedy ścięto stary dąb. Podobno przed ostatnią wojną 
widoczny był przy ziemi jego pień, który miał średnicę około 4 metrów.  
Podczas remontu biezdrowskiego kościoła w latach 1924-1926 ktoś opowiadał zatrudnionym 
tam pracownikom, że świątynia została wybudowana tylko za część pieniędzy, które niegdyś 
znaleziono w drewnianej skrzyni. Reszta srebrnych monet miała być zamurowana w ścianie 
kościoła po to, by w przyszłości w razie nagłej potrzeby można było je stamtąd wydobyć. 
Majster murarski, który schował ów skarb, krótko potem nieoczekiwanie zakończył życie, 
spadając z wysokiego rusztowania na posadzkę. Nieszczęśnik zabrał do grobu wiedzę o 
miejscu ulokowania pieniędzy.  
Podobno w trakcie przebudowy prezbiterium zaznajomieni z tą historią robotnicy liczyli na 
to, że odnajdą monety, które - jak mówiono - ułatwiłyby dokończenie kosztownego remontu. 
Jednakże skarb został dobrze ukryty w grubych murach kościoła, gdzie spoczywa do dziś.  

Dawno, dawno temu, tak dawno, że nikt już nie pamięta, kiedy to dokładnie było, mieszkańcy 
Biezdrowa przychodzili się modlić do starej chałupy. Chwiała się ona z każdym podmuchem 

background image

wiatru. Ksiądz opiekujący się tym Domem Bożym marzył o pięknym kościele dla swoich 
wiernych. Nie miał jednak pieniędzy na to, by go wybudować. Pewnej nocy przyśnił mu się 
hrabia Biezdrew mieszkający w okolicy. Objeżdżał on konno swoją ziemię i z zadowoleniem 
rozglądał się dookoła. Nagle zwierzęciu ugrzęzła przednia noga w miejscu, w którym ukryty 
był skarb. Najdziwniejsze, że tej nocy ów hrabia również miał taki sen. Parę dni później, 
nękany przez powtarzającą się wizję, Biezdrew dosiadł konia i postanowił objechać swoją 
posiadłość. Gdy znalazł się w miejscu, gdzie przebiega granica między Biezdrowem a Nową 
Wsią, kopyto konia zapadło się pod ziemię. Hrabia nie czekał długo i kazał swym poddanym 
zakasać rękawy, wziąć łopaty i kopać w tym miejscu. Pod górą ziemi znaleziono wielką 
skrzynię. Biezdrew, widząc ją, zeskoczył do dołu i uchylił ciężkie wieko. W skrzyni ujrzał 
ogromną liczbę srebrnych monet. By wydobyć skarb, zaprzężono wóz w dwa białe byki, które 
były najsilniejszymi zwierzętami w całej wsi. Z dużym trudem wyciągnęły całe znalezisko i 
pobiegły przed siebie. Tam, gdzie się zatrzymały, ku uciesze Księdza wybudowano wspaniały 
kościół biezdrowski. Podanie głosi, że w jego murach ukryto połowę skarbu. Dębowa 
skrzynia, z której wydobyto monety, znajduje się do dnia dzisiejszego w przedsionku 
kościoła.  
 

MASZT SYGNAŁOWY POD WRONKAMI 
 
Kampania pruska Napoleona I roku 1806 oraz rosyjska z 1812 zostawiły trwały ślad w 
podaniach i opowieściach wielu miast i wiosek wielkopolskich. 
W Szwarzędzu pod Poznaniem aż do pierwszej wojny światowej pokazywano na ulicy 
Warszawskiej dom, o węgieł którego zawadziły sanie cesarskie tak niefortunnie, że pogromca 
Europy wpadł w zaspę śnieżną. 
Pod Nakłem jeszcze na początku XX wieku znajdował się pamiątkowy kamień, na którym 
podobno siedział Napoleon w czasie postoju marszowego i popijał mleko kupione u wiejskiej 
dziewczyny. Natomiast w miasteczku Ślesin w powiecie konińskim źródłem napoleońskiego 
kultu jest brama tryumfalna na jednej z głównych ulic. Wedle podania miejscowego rada 
miejska zbudowała tę bramę na powitanie cesarza, niestety, Bonaparte ani w drodze na 
Moskwę, ani w czasie odwrotu wielkiej armii — nie miał okazji przejeżdżać przez Ślesin.                                                              
Z Wronkami nad Wartą wiąże się wreszcie podanie najdłuższe. Kiedy wojska napoleońskie 
po zwycięskich bitwach pod Jena i Auerstedt w roku 1806 przekroczyły granice 
Wielkopolski, władze pruskie miasta Wronki ustawiły na Młyńskiej Górze za miastem 
wysoki maszt z beczką smoły na szczycie. Stamtąd to miano dać sygnał ostrzegawczy dla 
okolicznej ludności, iż Francuzi zbliżają się do miasta i trzeba się kryć przed nimi. 
Okrzyczano bowiem wielką armię napoleońską jako zdzierców, okrutników, wręcz diabłów z 
piekła rodem. Skoro więc doszły do Wronek wieści, że Francuzi są już w Sierakowie, 
burmistrz miasta wezwał do ratusza jednego z urzędników magistrackich4 taki mu wydał 
rozkaz: 
—  Słuchaj, Hans! Francuzy są już w Sierakowie i mogą jutro wkroczyć do miasta. Jedź na 
Młyńską Górę, gdzie znajduje się maszt sygnałowy z beczką smoły. Przy słupie jest lina z 
pękiem pakuł konopnych, również nasyconych smołą. Zapalisz je i wciągniesz liną na 
wierzch masztu tak, żeby beczka ze smołą zajęła się płomieniem. To jest znak dla naszych 
niemieckich rodaków, że mają brać nogi za pas i umykać przed Francuzami. Cały magistrat 
Wronek jest już spakowany i tylko czeka na sygnał. Ja będę stał tu przy oknie i śledził, kiedy 
beczka zapłonie. Wieczorem wszyscy urzędnicy niemieccy uciekną do leśniczówki pod 
Obrzyckiem. Tam do nas dołączysz. Verstehst du? — zakończył burmistrz. 
—  Jawohl! — krzyknął Hans i trzasnąwszy służbowo obcasami, wybiegł na dziedziniec. 
Za chwilę pędził na magistrackiej szkapie w stronę Młyńskiej Góry. Zmierzch już zapadł, gdy 
dojeżdżał do sygnałowego masztu.  Biedny Hans nie znał jednak 

background image

ludowych podań polskich i nie wiedział, żt na Młyńskiej Górze jest zakopany skarb i że o 
zmierzchu diabeł przepala tam zbójeckie pieniądze. Gdy więc podjechał na sam szczyt 
wzgórza, ujrzał pod wierzbą obok masztu błędne ogniki unoszące się tuż nad ziemią, a wśród 
nich dwoje okrągłych, świecących ślepiów. 
— Herr Gott! Franzosen!—wrzasnął i tak nagle zadarł konia cuglami, że nie przyzwyczajona 
do takich manier stateczna szkapa magistracka stanęła nagle dęba i zrzuciła z siebie 
niefortunnego jeźdźca, a potem jak szalona pogalopowała w dół ku miastu. Co się dalej stało 
z Hansem, o tym podanie milczy. 
Tymczasem burmistrz Wronek długo i na próżno czekał u okna ratuszowego na umówiony 
sygnał ogniowy na Młyńskiej Górze, a nie doczekawszy się nań zaklął okropnie pod adresem 
„dummer Hansa" i rozkazał urzędnikom niemieckim z magistratu fsiadać do przygotowanego 
furgonu, i zmykać, co koń wyskoczy, do nadwarciańskich lasów. 
Gdy nazajutrz rankiem forpoczty francuskie wkroczyły do miasta, witali ich już jedynie 
przedstawiciele władz polskich z białoczerwonymi kokardami wpiętymi w surduty i kontusze. 
A maszt z beczką smoły stał jeszcze na Młyńskiej Górze kilkadziesiąt lat i doczekał się 
powstania wielkopolskiego w 1848 roku. Powstańcy polscy podpalili wówczas beczkę ze 
smołą jako swoisty rodzaj wici wzywających cały naród do walki z pruskim ciemięzcą. 
Po upadku powstania władze pruskie obaliły maszt, by nigdy więcej nie służył 
„buntownikom". 
 

Legendy z Szamotuł 
 
Duchy z cmentarza w Szamotułach
 

Legenda głosi, że w wigilię Święta Zmarłych szamotulską kolegiatę nawiedzają duchy z 
pobliskiego cmentarza, które za pomocą kości piszczelowych drążą w ceglanej ścianie 
kościoła charakterystyczne otwory. Kiedy uda im się przewiercić mur na wylot, nastąpi 
koniec świata. 

 
(Ściany kolegiaty rzeczywiście pokryte są regularnymi wgłębieniami. Prawdopodobnie 
wydrążyli je w dawnych czasach wierni. Wierzono bowiem powszechnie, że proszek uzyskany 
z cegieł ma moc leczniczą i jest skutecznym lekiem na choroby ludzi i zwierząt). 

 

Krwawiący wiąz 
 
Przy szamotulskiej kolegiacie rósł prastary wiąz o historycznym znaczeniu - podobno miał 
pod nim ucztować król Jan III Sobieski. Drzewo było niewysokie, ale za to bardzo grube. 
Wiąz stał przy bramie wychodzącej w stronę cmentarza i przeszkadzało procesjom i 
konduktom pogrzebowym w swobodnym przesuwaniu się ku bramie cmentarnej. Pewnego 
dnia proboszcz szamotulski postanowił więc ściąć drzewo. Kilku drwali wzięło się do pracy, 
ale jakie było ich zdziwienie, gdy uderzenia ostrą siekierą nie uczyniły drzewu żadnego 
uszczerbku. Nawet użyta do dalszej pracy piła się złamała, a ze skaleczenia na korze 
popłynęła obficie krew. Widząc, co się stało, proboszcz nakazał natychmiast wstrzymać 
pracę, a krwawiącą ranę polecił staranie zawinąć, żeby szybko się zagoiła. Wydarzenie to 
uznał za znak, że drzewo ma tu pozostać. Minęły lata. Wydarzenie to puszczono w niepamięć. 
Nowy proboszcz powrócił do dawnego planu usunięcia drzewa. Kiedy jednak znów 
przystąpiono do ścinania, krew z wiązu popłynęła tak obficie, że trudno było ją zatamować. 
Dopiero wtedy porzucono na zawsze myśl o wycięciu drzewa. Wdzięczny za ocalenie wiąz 

background image

rozrósł się do potężnych rozmiarów. Wieść gminna głosi, że ostatni strumień krwawych łez 
wypłynął z wiązu zaraz po trzecim rozbiorze Polski. Miejsca zaś owych nacięć sprzed 
wieków były ponoć widoczne do czasu, gdy drzewo rozsypało się ze starości. 

Podziemne przejście 
 
W okratowanej niszy w Kolegiacie modliła się Halszka z Ostroga. Przychodziła tu 
podziemnym przejściem z baszty, w której była więziona przez swego męża - Łukasza III 
Górkę. Córka Beaty Kościelskiej i kniazia ostrogskiego Eliasza - Elżbieta przyszła na świat 
19 czerwca 1539 roku. Urodziła się już po śmierci swego ojca, który opiekę nad nią powierzył 
kilku osobom, jednocześnie opiekunem zwierzchnim czyniąc Zygmunta Augusta. Elżbieta, 
znana powszechnie pod zdrobniałym imieniem Halszki, była dziedziczką wielkiej fortuny na 
Wołyniu i Ukrainie. Starania polskich, litewskich i obcych kandydatów do jej ręki utrudniała 
matka, zasłaniając się potrzebą zgody Zygmunta Augusta. Wśród starających się o Halszkę 
znalazł się młody kniaź Dymitr Sanguszko. Uzyskał on pisemna zgodę na małżeństwo od 
stryja Wasyla oraz matki. Gdy matka zwlekała z wydaniem czternastoletniej córki za mąż, 
stryj wraz z narzeczonym zbrojnie najechał Ostróg. Przerażoną Halszkę przymuszono do 
poślubienia Dymitra, mimo protestów matki. Księżna Beata zaniosła skargę do króla, który 
skazał Dymitra "na utratę czci i gardła". Sanguszko wraz z Halszką przekroczył granicę 
czeską, zamierzając schronić się na zamku rudnickim. Jednakże pościg panów koronnych 
dogonił uciekających. Wyrok na Dymitrze został wykonany, a Halszkę zwrócono matce. O jej 
losie zadecydował sam król, oddając rękę księżniczki Łukaszowi III Górce, wojewodzie 
poznańskiemu. Księżna Beata, przeciwna temu małżeństwu, zatrzymała córkę przy sobie. 
Gdy jednak nadszedł czas powrotu Halszki do męża, obie z matką wyjechały do Lwowa i 
ukryły się w klasztorze dominikanów. Przedostał się tam, zgodnie z wolą Beaty, w stroju 
żebraczym, kniaź Symeon Słucki i poślubił Halszkę. Księżna Beata sądziła, że król uzna to 
małżeństwo, lecz doznała zawodu. Zgodnie z rozkazem królewskim Halszka wróciła do 
Łukasza, który przywiózł ją do Szamotuł. Tutaj samotnie, przez 14 lat, mieszkała w baszcie. 
Po śmierci męża w 1573 roku, wróciła do Ostroga. Cały swój majątek zapisała stryjowi 
Wasylowi i jego synowi Januszowi. Dożyła końca swoich dni w Ostrogu w stanie silnej 
depresji psychicznej. Zmarła w 1582 roku, w wieku 43 lat. 
 

SKARB POD STUDZIEŃCEM ( Szamotuły) 
 
Zbliżał się koniec lutego 1813 roku. Zima była ciężka i mroźna, a śniegi spadły tak obfite, 
jakich najstarsi ludzie nie pamiętali. Wielka armia napoleońska od kilku miesięcy cofała się w 
nieładzie. Był to właśnie już nie odwrót, a straszliwa klęska; wracały niedobitki, żołnierze 
wygłodniali i chorzy, w poszarpanych mundurach, bez sztandarów i tylko z częścią armat. 
Uważali się jednak mimo wszystko za wybrańców losu, że nie zmarzli w śniegach rosyjskich 
i doszli aż do Wielkopolski, kraju sprzymierzeńców.          _ 
Nie był to jednak koniec klęsk i udręczeń. Za niedobitkami, niby stado wilków za rannym 
żubrem, posuwały się trop w trop pułki kozackie. Żołnierze rzadko kiedy noclegowali 
dwukrotnie w jednej i tej samej miejscowości. Wszystkich jednak ożywiała wiara w 
Napoleona. 
Któregoś dnia mały oddział francuski, złożony z sześciu ludzi, dotarł do polanki leśnej pod 
Studzieńcem na południe od Rogoźna. Szli pieszo, gdyż na jedynym furgonie zaprzężonym w 
lichego konika spoczywała ogromna, żelazna skrzynia. Była to kasa pułkowa.                                                                                    
,Zbliżało się południe, więc zgłodniali żołnierze zatrzymali się na krótki postój. 
Uprzątnąwszy krąg śniegu rozpalili ognisko. Do czarnego kotła zwisającego nad płomieniem 

background image

kucharz wrzucił kulę śniegu, kilka kawałków zmarzniętej koniny, trochę krup jęczmiennych, 
a zamiast soli, której brakło, .przygarść czarnych jałowcowych jagód. 
Żołnierze zasiedli w milczeniu wokoło ogniska i grzali skostniałe dłonie, raz po raz zerkając 
pożądliwie na okopcony kocioł. Za lasem, niespełna milę na wschód, na granicy Małej Wełny 
i łańcucha jezior, grzmiały działa. 
—  I tu nie można będzie nocować — mruknął pochmurnie oficer francuski pełniący 
obowiązki pułkowego skarbnika. 
—  Mamy poodmrażane nogi i nie możemy iść dalej — skarżyli się żołnierze — weźcie nas, 
wachmistrzu na wóz. 
—  Szkapa i tak ledwie ciągnie kasę, może nam paść w drodze — odrzekł wąsaty wachmistrz, 
Maciej Sroka, Polak spod Zbąszynia. 
—  A po jaką cholerę wleczemy z sobą to żelazne pudło? — ozwał się jeden z żołnierzy. 
—  Słusznie — dorzucił drugi — komu tu potrzebne są pieniądze, i tak za nie nic kupić nie 
można. 
—- Mamy tu poginąć u wrót Francji przez tę przeklętą skrzynię z trochą złota? — zagadnął 
trzeci. 
Gdy przyszła kolej na wachmistrza Srokę, pogładził ręką sumiaste wąsy i tak rzecz 
przedstawił: 
—  Moje kamraty francuskie mają rację, ważniejszy jest żołnierz i jego odmrożone nogi niż 
kasa pułkowa. Dlatego też radzę, by kasę zakopać w lesie. 
Przerwał i powiódł wzrokiem po twarzach obecnych badając., jakie też na nich uczynił 
wrażenie, a potem rzecz ciągnął dalej: 
—  A la guerre comme ala guerre! Dziś nas biją, jutro my bić będziemy!, Gdy Mały Kapral 
zbierze nową armię we Francji, damy łupnia Mochom i znów tu wrócimy. Wtedy kasę 
wykopiemy. 
Przyznali Francuzi słuszność Polakowi i za zgodą oficera-skarbnika zakopali żelazną kasę na 
polanie, kilkadziesiąt kroków od drogi. 
—  Ale teraz oznaczymy miejsce, żebyśmy mogli tu trafie — rzekł jeden z żołnierzy 
francuskich, Franciszek-Literat, jak go powszechnie przezywano. 
Wedługjego wskazówek przygotowano w lesie wysoki słup, a na górnej jego części 
Franciszek wypalił żelaznym hakiem napis: A la tete. Słup wkopano w takiej odległości, by 
koniec jego cienia wskazywał miejsce ukrytej skrzyni. 
—  Vive Francois! —wrzasnęli uradowani żołnierze, pojąwszy dowcipny pomysł towarzysza 
— tego rebusu tutaj na pewno nie rozwiążą.  
Tymczasem huk dział stawał się coraz bliższy i gwałtowniejszy, co wskazywało, że bitwa ma 
się ku końcowi. Żołnierze rzucili się więc chciwie do krupniku na koninie i jałowcowych 
jagodach. Nie upłynęło pół godziny, a furgon pułkowy już toczył się szybko na zachód. Ale 
zamiast ciężkiej kasy pułkowej jechało w nim sześciu żołnierzy. Powoził wachmistrz Sroka. 
Nie sprawdziły się słowa wachmistrza: Mały Kapral nie podźwignął się z pogromu, a i on 
sam, chłop spod Zbąszynia, nie wrócił już na zagon ojczysty, lecz spoczął gdzieś we wspólnej 
mogile na polach Szampanii. Lata biegły szybko, a na leśnej polanie pod Studzieńcem wciąż 
jeszcze stał obok drogi wysoki słup sosnowy z tajemniczym czarnym napisem: A la tete. 
Intrygował ludzi ten napis, domyślali się, że coś tu musiano ukryć, więc kopali ziemię wkoło 
słupa, ale nic nie znaleźli Jednego roku była wczesna wiosna i już w końcu lutego roztopy 
rozpoczęły się na dobre. Dwaj ubodzy parobcy ze Studzieńca wozili z lasu drzewo dla 
pobliskiego dworu. Było jak raz południe, gdy załadowawszy dwie wielgachne sosny 
wyjechali z głębi lasu na polanę. Wtem tylne koło wozu zapadło się aż po piastę w rozmokłą 
ziemię. Nie pomógł bat na konia ani podpieranie wozu ramieniem. Trzeba się było imać 
łopaty. Zaczęli kopać i dokopali się wielkiej skrzyni. Wydobyli ją, a wyważywszy wieko 

background image

siekierą, ujrzeli wewnątrz kupę pieniędzy francuskich, papierowych i złotych. Parobcy 
oniemieli z zachwytu: 
—  To myśwa znaleźli ów skarb francuski, którego szukali wszyscy wkoło słupa! — krzyczał 
Wojtek Przybyła. 
—  Prawdziwie mówisz, Wojtek — rzekł Jasiek Bruzda — dyć popatrz, cień słupa wskazuje 
nam wprost na skrzynię! 
Była to istotnie kasa pułkowa zakopana w lutym 1813 roku. Jasiek z Wojtkiem ukryli 
skrzynię wśród chrustu, a zawiózłszy drzewo do dworu, przyjechali po skarb nocą. Potem 
wyprowadzili się aż pod Poznań i kupili sobie dwa piękne gospodarstwa. 
Nie dowiedzieli się jednak nigdy, że dobrodziejem ich był ubogi jak i oni przedtem chłop 
spod Zbąszynia, Maciej Sroka, który bił się za wolność ludów pod złotymi orłami Napoleona 
i spoczął na zawsze w ziemi francuskiej. 
 
 
KAPLICA W SĘDZINACH ( Szamotuły) 
 
Był rok 1848, pamiętna Wiosna Ludów. W Wielkopolsce, kto tylko był zdrowy i młody, a 
czuł w sobie serce, wstępował w szeregi powstańcze, by wygnać precz z kraju 
znienawidzonych Prusaków. Jednym z punktów zbornych wojsk powstańczych były okolice 
miasteczka Buk. Pewnego razu od strony Szamotuł przedzierał się w tym kierunku mały 
oddział powstańczy, składający się z dwudziestu ludzi. Dowodzili nim dwaj bracia, Stanisław 
i Tadeusz Kościuchnowscy. Przemykali się nocą, by ujść pogoni oddziałów pruskich, które 
osaczały ich od kilku dni. O świcie dotarli do dworu w Sędzinach. Dwór był prawie pusty, 
pozostał w nim bowiem tylko dziedzic wdowiec, który jeszcze w powstaniu listopadowym 
stracił nogę, oraz jego dwie dorodne córki: Beata i Agnieszka. Cała zaś młodzież męska uszła 
w szeregi powstańcze. Nie było ani godziny do stracenia, gdyż lada chwila mógł nadciągnąć 
nieprzyjaciel. O dalszym przedzieraniu się za dnia nie było mowy, w oddziale było kilku 
lekko rannych, a reszta — po całonocnej jeździe — ledwie trzymała się w siodłach. Niedługo 
jednak trwał wypoczynek żołnierski, wkrótce bowiem nadciągnęły wojska pruskie . 
Powstańcy, ostrzeliwując się, wycofali się za radą dziedzica do murowanej kaplicy w parku. 
W podziemiach obok trumien złożono rannych oraz amunicję, a strzelcy obstawili wewnątrz 
okna i wieżę kapliczną. Skoro tylko nieprzyjaciel przypuścił szturm do kaplicy, rozpoczął się 
ogień obrońców. Dziedzic-inwalida oraz Agnieszka i Beata nabijali strzelby, a młodzi 
powstańcy strzelali z wąskich okien kaplicy, biorąc na cel szczególnie oficerów i 
podoficerów. Atak załamał się i Prusacy, zabrawszy z pola walki kilkunastu zabitych i 
rannych, wycofali się do dworu. Po południu wróg ponowił atak, ale z tym samym skutkiem. 
O zmierzchu nadciągnął w pomoc oddział kosynierów z sąsiedniego Turkowa i Śliwna. 
Powstańcy wspólnie uderzyli na Prusaków i zmusili ich do ucieczki. Dwór w Sędzinach był 
wolny. Dwaj bracia Kościuchnowscy dziękowali serdecznie za pomoc dziedzicowi, a jeszcze 
serdeczniej jego córkom, z którymi dobrze się zaznajomili w czasie bitwy. Odjeżdżając 
przyrzekli im solennie, że po wypędzeniu Prusaków z Wielkopolski przyjadą do Sędzin 
poprosić o nie ojca. Tymczasem zaś ofiarowali tylko pierścienie zaręczynowe i pospieszyli do 
Buku, dokąd wzywał ich rozkaz.W trzy dni później doszło pod Bukiem do bitwy. Powstańcy 
wprawdzie odnieśli zwycięstwo, ale straty ich były znaczne. Między innymi padli również w 
tej bitwie bracia Kościuchnowscy. Gdy wieść o tym dotarła do dworu, rozpacz ogarnęła całą 
rodzinę. Beata z Agnieszką i ojcem wsiedli do karety i pojechali do Buku oddać ostatnią 
posługę poległym. Ale wszelkie poszukiwania nie dały żadnego skutku. 
Pochowano ich we wspólnym grobie żołnierskim, ale gdzie, tego nikt wskazać nie potrafił. 
Po trzech dniach daremnych poszukiwań przygnębieni wrócili do Sędzin. Obie siostry 
przywdziały żałobę i złożyły ślubowanie, że nigdy nie wyjdą za mąż. Za zwłokami 

background image

postępował ulubiony koń poległego, biały jak śnieg Farys. Młodego dziedzica pochowano w 
rodzinnej kaplicy w parku, gdzie przed miesiącem bronili się ze swym oddziałem obaj 
Kościuchnowscy. Powstanie wielkopolskie, podjęte z takim entuzjazmem w imię haseł 
Wiosny Ludów, upadło pod przemocą wroga. Prusacy rozpoczęli twarde represje wobec 
pokonanych. Stary dziedzic Sędzin klęski tej nie dożył, gdyż szybko poszedł śladami swego 
syna. W kilka lat potem zmarły i obie jego córki, Beata i Agnieszka. Opustoszał więc dwór w 
Sędzinach, a stary park wokół kaplicy zarósł Któregoś roku do kaplicy wdarli się rabusie i 
skradli z rąk obu sióstr ich zaręczynowe pierścionki. Złodziei nie wykryto. Od tego czasu w 
starym parku zaczęło straszyć. Skoro tylko północ wybije, drzwi kaplicy otwierają się i 
ukazuje się w nich rycerz na białym koniu. Potem nadjeżdża zaprzężona w cztery ogniste 
rumaki czarna kareta, do której wsiadają młode niewiasty w żałobie. Rycerz i kareta pędzą jak 
wicher poprzez wieś, że aż spod kopyt końskich sypią się skry, a z nozdrzy buchają kłęby 
ognistej pary. Nim jednak pierwsze kury zapieją jeździec i powóz z tym samym pośpiechem 
wracają przed kaplicę i wkrótce zalega wokoło cisza. Jedni powiadają, że to obie siostry ze 
swym poległym bratem jadą odebrać ukradzione im pierścienie, inni znów twierdzą, że 
szukają one zagubionej mogiły swych narzeczonych.      

 

Legendy z Gołańczy,wielkopolskie 

Legenda o starościance Hance 

 
Ta legenda ma co najmniej dwie wersje. W obu starościanka Hanka prezentuje postawę 
prawdziwej patriotki (niektórzy opowiadają, że miała na imię Anna, inni, że Barbara, my 
zostańmy przy Hance). 

1. Było to w roku 1656, kiedy wojska szwedzkie oblegały mury zamku w Gołańczy. 

Przewaga Szwedów była znacząca i obrońcy zamku z dnia na dzień coraz bardziej wątpili w 
możliwość odparcia ich ataku. Zaczęto szeptać między sobą, że bezcelowa jest dalsza obrona, 
że należy się poddać, bo nie ma najmniejszych szans na sukces. Coraz częściej mówiono, że 
kapitulacja to jedyne rozsądne rozwiązanie. Z dnia na dzień zaczęto przygotowania do 
poddania zamku Szwedom. 

W obronie zamku w Gołańczy brała również udział córka ówczesnego starosty 

gołańskiego, Hanka. Było to piękne niebieskookie dziewczę walecznością i umiłowaniem 
ojczyzny prześcigające nie jednego rycerza. A honor ceniła nad życie. "Gdyby ścieżka honoru 
zawsze była gładka i łatwa, mała byłaby zasługa tego, który się jej trzyma" A Hanna na wieść 
o planowanej kapitulacji wybrała honorowe wyjście z sytuacji. Wiedziona rozpaczą nad 
zbliżającą się hańbą skoczyła z zamkowych murów i utonęła w jeziorze Smolary. 

Obrońcy zamku, gdy dowiedzieli się, że młoda dziewczyna wolała śmierć niż 

upokorzenie i wstyd, postanowili bronić zamku do ostatniej kropli krwi. I tak się stało. 
Dopiero, gdy zginął ostatni obrońca zamku, Szwedzi zdobyli zamek w Gołańczy. 

2. Według innej wersji obrońcy zamku w końcu się poddali. Tym, którzy przeżyli 

oblężenie nie uczyniono krzywdy, ani też zamku nie wysadzono, a to dlatego, że jeden z 
oficerów zakochał się w cudnej urody starościance Hance. Postanowił, że uczyni wszystko, 
by została ona jego żoną. Hanka wymogła na nim przyrzeczenie, że uwolni jej ojca, nie 
skrzywdzi nikogo z załogi, ani nie zniszczy zamku, a wtedy ona sama z zamku odejdzie. 
Wtedy weszła na mur zamkowy i skoczyła w wody jeziora Smolary. Zakochany Szwed 
obietnicy dotrzymał, zebrał swe wojska i odszedł. 

Co roku, 23 czerwca, z jeziora wynurza się kobieca postać cała przybrana w kwiaty lilii 

wodnych, w sukni z wodorostów. Przesuwa się wzdłuż murów zamkowych aż wybija północ. 
Wtedy rozpływa się w mrokach nocy. 

background image

Mówi się, że co roku nocą przed dniem św. Jana pod łukiem bramy zamkowej pojawia 

się ciemna postać mężczyzny, która zawodzi żałośnie. To podobno starosta gołaniecki, który 
wciąż cierpi po stracie córki. 

 

Legenda o Białej Damie 
 

Dawno dawno temu starostą na zamku gołanieckim był człowiek, którego serdecznie 

nienawidzili wszyscy mieszkańcy zamku i okolic. A to z powodu charakteru, który kazał mu 
być surowym ponad miarę. 

Starosta ów miał córkę, która była mu najdroższa na świecie. Marzył, że będzie miała 

wszystko, co najlepsze. Najpiękniejsze suknie, najpiękniejszą biżuterię, najbogatszego męża i 
to da jej najprawdziwsze szczęście. 

Tymczasem dziewczę zakochało się z wzajemnością w córce sąsiadów. Młodzi 

ukrywali się przed ojcem dziewczyny, znając jego niechęć do kandydatów do ręki córki o 
tytule niższym niż książęcy. 

Ale niezbyt długo to trwało zanim starosta, którego "lojalny" sługa poinformował o 

schadzkach córki z ukochanym, zastał dwoje młodych pogrążonych w rozmowie na temat 
wspólnej przyszłości w komnacie starościanki. Wpadł w szał. Pod wpływem nagłego obłędu 
chwycił nóż i ugodził nim młodzieńca prosto w serce. Zrozpaczoną starościankę, która 
chciała uciec z zamku, jak najdalej od okrutnego ojca, kazał zamknąć w jej komnacie, tak, że 
w ogóle nie mogła z niej wychodzić, nawet na moment. 

Ale wybuchła wojna, a starosta wzywały obowiązki żołnierskie. Opuścił więc zamek, 

ale wcześniej oddał córkę pod opiekę swojej siostry. Miała pilnować, by starościanka 
pozostawała stale w swej komnacie. 

Siostra starała się jak mogła najbardziej. Nie rozstawała się z kluczem do komnaty 

starościanki. Jednakowoż jakimś sprytnym sposobem udało się sąsiadom uwolnić więźniarkę 
z jej celi. 

Wkrótce starosta powrócił z wojny. Na wieść o zniknięciu córki oszalał zupełnie i kazał 

ściąć głowę swojej siostrze. 

Czasami o północy w okolicach gołanieckiego zamku słychać brzęk kluczy. Niektórzy 

widzieli też postać kobiety w bieli potrząsającej pękiem kluczy. To duch siostry starosty, 
wciąż szuka starościanki, jakby odnalezienie jej mogło mu przywrócić życie... 

 

Sierakowskie legendy (wielkopolskie) 

O zamku sierakowskim  

Przy drodze, wiodącej z miasta Sierakowa do Stadniny, znajduje się po prawej stronie lodownia, 
której wewnętrzne mury stanowią jedyne szczątki dawnego zamku. Zamek miał być podobno 
piętrowy. Pod zamkiem mieściły się potwornej wielkości piwnice, które zostały zasypane. 
Rozmiary tych piwnic miały być tak wielkie, że zaprząg czterokonny mógł tamdotąd zjechać. W 
miejscu, gdzie znajdowała się wieża dla przewodów elektrycznych, stała niegdyś oficyna dworska, 
przeznaczona swego czasu na szkołę. Zamiaru tego jednak zaniechano. Na miejscu obecnych 
zabudowań Stadniny stały dawniej budynki folwarczne. Między zamkiem a folwarkiem istniał 
sad, przeważnie obsadzony jabłoniami. Koło byłego zamku kopano często za pieniędzmi, 
znaleziono wprawdzie kociołek metalowy, lecz próżny. Inni opowiadają, iż przy usuwaniu 
rumowisk natrafiono na pozłacaną kołyskę, która miała należeć do Marji Leszczyńskiej, córki 
Stanisława Leszczyńskiego. Z zamku wiedzie podziemny ganek w stronę kościoła katolickiego, 
drudzy nadmieniają o ganku do klasztoru i lasu Jaroszewskiego. Inni opowiadają o podziemnym 
połączeniu kościoła katolickiego popod Wartą z Marjanowem. 

Wzgórza francuskie  

background image

W pobliżu leśniczówki Pławisko, niedaleko drogi wiodącej do Drezdenka, ciągną się pewne 
wyniosłości, zwane wzgórzami francuskiemi. Gdy wojska napoleońskie w r. 1807 przeprawiały 
się przez Wartę pod Sierakowem, napotkały koło Pławiska na liczne piaszczyste pagórki, przez 
które konie nie mogły uciągnąć armat. Dowódca wojsk rozkazał zatem przekopać drogę, jednak 
armaty nadal grzęzły w piasku. Aby umożliwić przejazd, okoliczni gospodarze musieli nawieźć 
pni drzewnych i niemi drogę wyłożyć. Z tych więc czasów pochodzi nazwa wzgórz francuskich. 

Groby poległych Francuzów  

W roku 1812 zostały wojska napoleońskie w Rosji pobite. W odwrocie przechodziły także przez 
Sieraków, zmęczone długą podróżą, zgłodniałe i obdarte. W pogoni za nimi szli kozacy Koło 
jeziora Jaroszewskiego dopadli garść żołnierzy francuskich, których w pień wycięli. Krzyż przy 
szosie Kwileckiej, wskazuje nam miejsce ich wiecznego spoczynku. Pewien gospodarz kopiąc 
tam, znalazł dużo kościotrupów poukładanych naprzemian. 

Budowa kościoła  

Po lewej stronie szosy znajduje się w lesie gliniaste zagłębienie, z którego miano brać glinę do 
wypalania cegieł na budowę kościoła 00. Bernardynów. Cegieł tych nie wożono, ale ludzie 
ustawiwszy się w szereg od cegielni aż do miejsca, na którem miał stanąć kościół, podawali je 
sobie z rąk do rąk. 

Dziki myśliwy pod Sierakowem 

Hrabia Bniński, ongiś właściciel dóbr sierakowskich, położonych po obu stronach Warty, posiadał 
niedaleko Sierakowa leśniczówkę, którą powierzył bardzo niegodziwemu leśniczemu. Po śmierci 
musiał srogi leśniczy jeździć konno, bez głowy, na czarnym, jak smoła rumaku w otoczeniu stale 
mu towarzyszącej sfory psów. Tak widywali go ludzie, idący w nocy, na szosie Kwileckiej, także 
na drodze wiodącej z Drezdenka do Sierakowa, w pobliżu leśniczówki Karczemki. 
Hrabia Bniński, który kiedyś panował w Sierakowie, miał nadleśniczego, który był bardzo złym 
człowiekiem; dlatego musiał on po swojej śmierci jeździć bez głowy jako dziki myśliwy. Często 
można było go ujrzeć koło leśniczówki Karczemka na drodze z Sierakowa do Drezdenka. 
Hrabia Bniński posiadał koło Sierakowa ziemie na lewym i prawym brzegu Warty. Koło 
Sierakowa miał leśnictwo, w którym rządził bardzo okrutny leśniczy. Po swojej śmierci ten 
leśniczy bez głowy musiał na czarnym koniu z zastępem psów polować. Widywali go ludzie idący 
w nocy z Sierakowa do Kwilcza 

Chochliki adwentowe w Sierakowie  

W zabudowaniach obecnej Stadniny w Sierakowie widziano niegdyś dość często podczas adwentu 
karzełki, które stąd nazwa no chochlikami adwentowemi. Można je było zauważyć, jak wyrastały 
z ziemi w stajni, która leży po prawej stronie wjazdu do miasta. Stąd udawały się, nie zwracając 
uwagi na ludzi i nie czyniąc nikomu szkody, poprzez zabudowania stajenne aż do byłej gorzelni, 
gdzie następnie znikały. 

O strachach  

Niegdyś trakt do Wronek miał inny kierunek. Mianowicie skręcał na wschód już koło kościoła 
katolickiego , szedł przez Stadninę i dopiero za nią obrał kierunek obecnej szosy. Nad tą drogą 
stało kilka dębów, z których do dzisiaj dwa przetrwały. Na jednym z nich wisiał krzyż. Koło tych 
dębów przez dłuższy czas nocną porą strach wyprawiał swe harce. Podobnież koło starego zamku 
straszyło kiedyś. Pewnej nocy przechodził tamtędy szewc. Z jednej z bram ruin zamku wyszedł 
biały duch i zawezwał szewca do pójścia za nim. Szewc jednakże nie udał się za duchem, tylko ile 
sił starczyło popędził do domu. Gdy wszedł do mieszkania, usłyszał trzykrotne pukanie w okno i 
głos, który ponownie go wzywał. Szewc ten wkrótce zachorował i umarł. O straszących kozach 

background image

często ludzie sobie opowiadają. Na terytorjum dawniejszego zamku widywali ludzie nieraz białą 
kozę, która pokazywała się o północy. 

Czarny pies nad Osiecznicą  

Między godziną 12 a 1 w nocy widywali ludzie na moście na Osiecznicy dużego, czarnego psa, 
który wozom oraz ludziom zastępował drogę i nie pozwalał na przebycie mostu. Gdy się do niego 
zbliżali, wspinał się na tylne nogi, aby śmiałka strącić do rzeczki. Po godzinie 1 spokojnie 
odchodził. 

Most na jeziorze Lutomskiem  

W Sierakowie i okolicy opowiada się jeszcze dzisiaj o pewnym moście, który szedł ze wsi Grobi, 
leżącej podobno dawniej bliżej "szańców szwedzkich" przez jez. Lutomskie na przeciwległy 
brzeg. Słupy mostu mają być jeszcze widoczne po obu stronach jeziora. Niektórzy nawet twierdzą, 
że most był zrobiony ze skóry. Woźnica Dębski z Sierakowa opowiada, iż dowiedział się od 
swojego poprzednika jakoby 200 lat temu pewna pani przejeżdżała przez ten most wozem 
zaprzągniętym w cztery białe woły. Miały one rogi pozłacane i na końcach jaskrawe pióropusze. 

Legendy o jeziorze Jaroszewskiem  

Naprzeciw jez. Lutomskiego, po drugiej stronie szosy Kwileckiej, leży malownicze jezioro 
Jaroszewskie. Na miejscu jeziora miał stać podobno kościół. Ludzie przechodzący nocą, słyszą 
ponure bicie dzwonów, wydobywające się z głębi jeziora. 
Oto inna legenda. Kiedy P. Jezus przybył w te strony nauczać, napotkał na miasto, którego 
mieszkańcy nie chcieli słuchać słowa Bożego. Zasmucony poszedł za miasto i przenocował u 
biednej wdowy. Umywszy się rano wylał wodę z miednicy w stronę owego miasta. Woda nagle 
rozlała się, zaczęło jej coraz więcej przybywać, aż wkońcu zalała całe miasto. Utworzyło się 
rozległe jezioro, zwane Jaroszewskiem. Kiedyś w jez. Jaroszewskiem było dużo raków. Biedni 
ludzie chodzili je łowić nocą przy świetle łuczywa. Razu pewnego zauważyli wynurzającą się z 
wody wielką procesję ze śpiewami, przy biciu dzwonów kościelnych zatopionego miasta. Ludzie 
padli na kolana, a procesja, przeszedłszy koło nich, weszła znowu do jeziora. 
Innym razem jakaś dziewczyna szła do wspomnianego jeziora po wodę. Naraz u wiader uwiesiły 
się dzwony. Przestraszona, niebacznie rzuciła przekleństwo. W tej chwili dzwony wpadły z 
powrotem do wody. Opowiadają także o podziemnem połączeniu jez. Jaroszewskiego z jez. 
Lutomskiem, które miał rzekomo zauważyć stary rybak w r. 1860. Widząc silniejszy prąd wody w 
wschodniej części jez. Jaroszewskiego, postanowił zbadać to niezwykłe zjawisko. Chwycił 
większą rybę i naznaczywszy, wpuścił ją do jez. Lutomskiego. Przy następnych połowach w jez. 
Jaroszewskiem spostrzegł rzekomo pewnego dnia szamocącą się w sieci ową rybę. W ten sposób 
stwierdził słuszność swoich przypuszczeń. 

Pan Jezus nad jez. Śremskiem  

Bardzo dawno temu szedł razu pewnego P. Jezus od lasu międzychodzkiego w stronę Śremu 
Przybywszy do wsi udał się do sołtysa, prosząc go o gościnę. Ten, jak również inni gospodarze 
odmówili przyjęcia P. Jezusa. Poszedł przeto dalej. Tymczasem ściemniło się. Za wsią zauważył 
chałupkę ubogiego płóciennika i zapukał do drzwi. Otworzyła mu żona płóciennika, która widząc 
zdrożonego wędrowca, zaprosiła go do wnętrza, świecąc łuczywem, aby zmęczonemi nogami nie 
uderzył o wysoki próg. Ponieważ był głodny, podała mu strawę, którą właśnie spożywali. Potem 
przygotowała dla podróżnego łoże, sama zaś z domownikami położyła się na podłodze. 
Wczesnym rankiem chciała gościowi podać śniadanie, lecz już go nie było. Wyszła przed dom, aż 
tu zauważyła wielkie jezioro w miejscu, gdzie poprzednio rozciągała się wieś. Obudziwszy męża, 
poszli do jeziora bielić płótno. Gdy je porozkładali na trawie, w dziwny sposób zaczęło się 
pomnażać i wtenczas dopiero spostrzegli, że u siebie P. Jezusa gościli. 

background image

Duch lasu, Boruta 

W lesie sierakowskim od strony wsi Góra, znajduje się kopalnia węgla brunatnego. Tam było 
niesamowicie. W kopalni przez całą noc musi pracować maszyna, ażeby wypompować 
napływającą wodę, by ludziom tam pracującym we dnie umożliwić wydobywanie węgla. Gdy 
pewnej nocy czuwający robotnik odbywał swoją służbę w stojącej niedaleko lasu maszynowni, 
trzy razy zapukano do lewego okna. Robotnik myślał, że to nadzorca i otworzył drzwi. Nikogo 
jednak nie zobaczył. Zawrócił i zamknął drzwi. Po pewnej chwili usłyszał pukanie do innego 
okna. Teraz szybciej wyszedł, by złapać tego, który chciał go rozgniewać. Gdy wyszedł usłyszał 
tylko odgłos kroków i wydawało mu się, że ktoś biegnie do lasu. Teraz tylko przymknął drzwi i 
wziął do ręki szuflę na węgiel. Wkrótce coś zastukało po raz trzeci. Gdy jednak tym razem 
wyszedł, natychmiast ze strachu padł na kolana, gdyż strasznymi oczyma patrzył na niego duch 
lasu, Boruta. Przy kapeluszu miał olbrzymie pióro, a jego oczy błyszczały jak rozżarzone węgle. 
Duch chciał zabronić ludziom wydobywania węgla po tej stronie góry, by w ten sposób nie 
zniszczyli lasu. Z przeżytego strachu mężczyzna wkrótce zmarł. 

Góra Duchów 

Idąc z leśniczówki Kobus do Szostak pod Sierakowem przechodzi się koło tzw. Góry Duchów. 
Gdy olbrzymie lasy należały jeszcze do hrabiego Bnin-Opalińskiego, ciemną nocą szedł kiedyś tą 
drogą leśniczy, który jako nadzorca służył owemu szlachcicowi. Zgodnie z tym, co powszechnie 
sobie opowiadano, przy drodze z Sierakowa do Drezdenka miał mieszkać "dziki myśliwy", a 
leśniczy już kilkakrotnie widział tego leśnego jeźdźca w Karczemce. W ciemności naszemu 
wędrowcowi przyświecał bladożółty piasek Góry Duchów, uformowany na kształt ironicznie 
skrzywionej twarzy. Leśniczy zamierzał pójść drogą okólną, gdy wydało mu się, że w pobliżu jest 
coś bardzo niesamowitego. Lecz leśniczy nie może się przecież bać. Szedł więc dalej. Wtedy 
dobiegły go następujące słowa: "Dzisiaj góra jest moim rewirem myśliwskim. Czego tu szukasz? 
Musisz oddać mi życie!". Na daremno usiłował się bronić leśniczy przed niewidzialnymi 
pięściami, których ciosy rzuciły go na ziemię. Wtedy śmiertelnie przerażony, zawołał: "Ależ 
kolego, przecież mnie nie zabijesz!". Znowu usłyszał głos: "Co? Kolego? Ty nędzny ziemski 
robaku, ty wiesz, kto jest twoim kolegą?" Płomienie wyrosły spod ziemi i leśniczy zobaczył 
wysoką postać z ognistymi oczyma, falując ą brodą i czerwonymi włosami, pędzącą na czarnym 
koniu. Z tyłu rozbrzmiewały liczne głosy dziko szalejącej sfory. "Dziki myśliwy!" krzyknął 
zdumiony leśniczy i przeżegnał się. 
"Ty mnie nazwałeś kolegą; pokaż, że jesteś mi równy w sztuce strzelania! Widzisz tego tam 
dzika? Strzel i traf go w prawy kieł, tak aby zwierzę nie zostało zranione. Jeżeli chybisz, będziesz 
musiał mi dalej towarzyszyć. Jeżeli wypełnisz to zadanie, będziesz mógł odejść i jeszcze dam ci 
róg do picia, który nigdy nie będzie pusty!" Myśliwy, wahając się, wyciągnął strzelbę. Rzucił przy 
tym: "To jest niemożliwe". "Co jest niemożliwe?" wykrzyknął dziki myśliwy, strzelił i jego kula 
uderzyła w lewy kieł dzika, wybijając go. "Ty weź ten prawy" wrzasnął dzikim głosem. Dzik biegł 
oślepiony tym piekielnym światłem tam i z powrotem. "A więc w imię Boże" pomyślał leśniczy, 
załadował strzelbę święconą kulą i wypalił. Prawy kieł padł na ziemię, a zwierzę nie zostało 
zranione. Wtedy z potwornym przekleństwem rzucił dziki myśliwy swój róg do picia na ziemię, 
dźgnął swojego konia ostrogami i w towarzystwie swojej dzikiej drużyny ruszył w powietrze. 
Wkrótce wycie i szczekanie sfory rozległo się w oddali. Myśliwy tymczasem pospieszył do domu. 
Tutaj wzniósł róg, który wypełniony był wspaniałym winem i usiłował je wypić. Na darmo. Ani 
kropla nie spłynęła do jego ust. Podobnie jego przyjaciele nie mogli wypić ani jednego toastu z 
tego rogu. Gdy kiedyś znowu dzika drużyna w pobliżu Szostak przechodziła, napotkał ją leśniczy i 
zawołał: "Dziki myśliwy, oszukałeś mnie, nie można z twojego rogu pić!" 
Wtedy tam na górze rozległ się beztroski śmiech i szyderczy głos zawołał: "Czy ja nie 
powiedziałem, że on zawsze pozostanie pełny!" 
Dzik jeszcze dzisiaj szuka swoich kłów i można go zobaczyć pod Górą Duchów, gdy świeci 

background image

słońce. Będzie ich tam szukał całą wieczność, gdyż myśliwy z tym diabelskim rogiem do picia, z 
którego żaden człowiek pić nie może, wrzucił je do jeziora Chojeńskiego. 

Duch Góry Wójt 

Gdy idzie się wiejską drogą z Góry do Sierakowa, to po prawej stronie zobaczyć można 
wznoszący się spory grzbiet górski, który przedzielony jest jeziorem. Jest to niesamowite miejsce. 
Kiedyś jakiś mężczyzna wracający nocą do domu ujrzał w tym miejscu olbrzymiego człowieka, 
który podszedł do niego i zapytał, jak długo chciałby jeszcze żyć. Mężczyzna odpowiedział po 
polsku: "Panie, tak długo, jak można". Duch nie odrzekł nic kazał tylko mężczyźnie pójść ze sobą 
i zaprowadził go w pewne miejsce pad lasem. Tam pokazał mu jedno z drzew i powiedział: "Jak 
długo to drzewo będzie zielone, tak długo będziesz żył". Duch następnie zniknął, a mężczyzna 
poszedł do domu. Nazajutrz poszedł zaś w to samo miejsce i odszukał drzewko. Wykopał je i 
zabrał ze sobą, ażeby zasadzić je we własnym ogrodzie i pielęgnować. Przez wiele jeszcze lat żył 
po tym wydarzeniu Duch Góry Wójt ma się często ukazywać jako olbrzym. Ludzie opowiadają, że 
jest on otulony w długi płaszcz i kiedyś w takiej postaci ukazał się ratując małą dziewczynkę, 
która bliska była utonięcia. Ma również mieć długą brodę sięgającą mu aż na piersi. W ręce ma 
sękaty kij, chodzi w kapeluszu z szerokim rondem, ozdobionym licznymi piórami. Na nogach nosi 
długie buty do jazdy konnej, które, podobnie jak u rybaków, sięgają aż ponad kolana. We wsi 
Góra przed wiekami żył chytry rybak. Zysk ze sprzedanych ryb, ze strachu przed złodziejami 
zakopywał w ziemi. Gdy kiedyś chciał dołożyć do schowka pieniądze, nadaremnie szukał 
zakopanego skarbu, gdyż duch spłatał mu figla i pieniądze przeniósł w inne miejsce, gdzie 
właściciel nie mógł ich znaleźć. We śnie ukazał mu się potem duch i upomniał go, ażeby przestał 
być taki skąpy. Mężczyzna poprawił się wówczas, dawał jałmużnę i znów pilnie chodził do 
kościoła Kiedyś pewien pijak jechał z Sierakowa do domu. Musiał przejeżdżać u podnóża góry, 
ale jego konie nie chciały ciągnąć wozu. Bardzo się z tego powodu rozgniewał i zaczął je bić. 
Mimo to nie chciały ruszyć z miejsca. Gdy mężczyzna dalej wymyślał, nagle ukazał się duch gór, 
który go upomniał, ażeby lepiej się prowadził i nie tak surowo obchodził się ze zwierzętami. 
Obiecał mu nawet pięćdziesiąt talarów, jeżeli się poprawi, po czym zniknął. Po roku duch znowu 
ukazał się mężczyźnie i przyniósł mu obiecane pięćdziesiąt talarów w nagrodę za to, że ów 
rzeczywiście się poprawił. Ale już po krótkim czasie znowu uległ swoim starym namiętnościom. 
Gdy kiedyś późną nocą jechał do domu, duch gór połamał mu ręce i zgniótł mu pierś kamieniem. 
Następnego dnia rano ofiarę znaleźli ludzie idący do pracy. Pochowano go trzy dni później, ale nie 
mógł znaleźć spokoju w grobie. Niepokoił ludzi, którzy wieczorem w pobliżu tego miejsca 
przechodzili, rzucając ku nim wielkie jak pięść kamienie, a niektórych ciężko ranił. W każdą środę 
na górze, w której mieszka duch gór okoliczne czarownice - środa miała być dniem czarownic - 
wykonują swoje tańce z miotłą. Pewnej środowej nocy, mniej więcej o dwunastej godzinie jakiś 
mężczyzna, który wracał z Jaroszewa do domu, przechodził obok tej góry. Chciał wykorzystać 
okazję i obejrzeć sobie taniec czarownic. Nagle pięćdziesiąt czarownic przeleciało w powietrzu na 
stołach, krzesłach, szafach. Niektóre nawet dosiadały swoich mężów. Mężczyzna został 
zauważony. Czarownice wyciągnęły go z kryjówki i miał. być ukarany. Dlatego został zabrany 
przez najwyższą czarownicę i skazany na to, aby następnej środy przyprowadził w to miejsce 
swoją żonę, by i ona została zaczarowana i zamieniona w czarownicę. Na to jednak nie mógł 
pozwolić duch gór, ponieważ chronił on wszystkich dobrych ludzi. Najpierw nastąpiło oberwanie 
chmury, tak że wszystkie czarownice zostały przemoczone, podczas gdy mężczyzna pozostał 
zupełnie suchy. Potem nastąpiło trzęsienie ziemi, a później silny wiatr, który tak zgniótł 
czarownice, że nie mogły się podnieść i powrócić do domu. Mężczyzna zaś mógł teraz spokojnie 
kontynuować swoją drogę. Według innego opowiadania duch gór miał osobiście wystąpić przeciw 
przemocy, ochronić mężczyznę przed czarownicami i zaprowadzić go do domu. 

Mora i kłoda 

background image

W Sierakowie mieszkał dawniej biedny wyrobnik, którego noc w noc prześladowała mora. 
Zmartwiony tym ciągłym prześladowaniem postanowił pójść do mądrej kobiety i poprosić ją o 
radę. Ta doradziła mu, by pierwszej nocy, gdy przyjdzie mora, leżał spokojnie, nic nie robił i by 
jej "wizytę" wytrzymał. Nocą przyszła mora i strasznie go męczyła, lecz wyrobnik zgodnie z radą 
mądrej kobiety nie reagował na to. Rano ponownie się do niej udał i zapytał, co ma robić dalej. 
Tym razem mądra kobieta kazała mu wypchać worek sianem, włożyć w łóżko, a samemu położyć 
się pod nim i czuwać. Tak też zrobił. W nocy, gdy leżał pod łóżkiem i czekał na morę, usłyszał, że 
otworzyły się drzwiczki od pieca i ktoś wszedł do izby, po czym podszedł do łóżka i się w nim 
przewracał. Mora jednak zrozumiała to oszustwo i zaraz wyszła z domu. Następnym razem mądra 
kobieta kazała wyrobnikowi włożyć do łóżka drewnianą kłodę, a samemu schować się pod 
łóżkiem. Trzeciej nocy wpadła mora do izby wyrobnika z wielkim hałasem trzymając w ręku 
płonącą kosę. Zobaczywszy to, człowiek zesztywniał ze strachu i nie odważył się nawet spojrzeć. 
Zmora dopadła łóżka i wówczas usłyszał silne uderzenie. Rano, gdy było już jasno, wyrobnik 
wyszedł spod łóżka i wtedy zobaczył, że drewniany pień, który wieczorem tam włożył, był 
zupełnie pocięty. Zrozumiał, że podobnie stałoby się z nim, gdyby leżał w łóżku. 

Atanazyn 
 
Wieś w powiecie chodzieskim, położona ok. 20 km na wschód od Chodzieży.W wiosce 

Atanazyn pod Szamocinem znajduje się okazały głaz o niezwykłym kształcie. Jego obecność 
tłumaczy legenda. Pewnego razu mistrz Twardowski musiał się udać z Krakowa do Nakła nad 
Notecią. Odległość duża, a czas nagli... Przywołał więc na pomoc moce piekielne. Już to w 

jednej chwili przed domem stanęła piękna kareta zaprzężona w szóstkę dorodnych koni. 
Nietrudno zgadnąć, że w konie przemieniły się biesy, będące na usługach piekła. Wsiadł 
Twardowski do karocy i ruszyli z kopyta w takim pędzie, że ledwo co pojazd kołami ziemi 
sięgał. Ale nawet moce piekielne po wysiłku odczuwają zmęczenie, tak że przed Nakłem 
jechali już coraz wolniej, coraz bardziej też kołysała się zaklęta karoca.W tym czasie jedyna 
droga przez Bagna Noteckie prowadziła groblą przez Szamocin. Przed północą czarci pojazd 
wpadł do wsi Atanazyn. Tak jak przed każdą jedną polską wsią stała święta figurka czy krzyż 
przydrożny, tak też było w Atanazynie. Twardowski nie bacząc na to, że diabły karocę 
ciągną, kiedy zobaczył  kaplicę na skraju wsi przeżegnał się i wymówił boskie imię. Huk 
straszny się odezwał, bo i pękła moc czartowska. Diabły zamienione w rumaki uciekły, a 
karoca zamieniła się w kamień stojący w Atanazynie do dnia dzisiejszego. A miejscowa 
ludność ze względu na fantazyjny jego kształt, nazwała kamień Zaczarowaną Karocą. 

Łekno 
Legenda o cystersach
 
 
Dawno temu do północnej Wielkopolski zawitali cystersi - zakonnicy w białych habitach. 
Przybysze wybudowali klasztor na cyplu Jeziora Łekneńskiego i rozpoczęli rządy twardą 
ręką. Uczyli miejscowych chłopów lepszej uprawy ziemi, połowu ryb, uprawy winorośli, ale 
żadnej z tych umiejętności nie można było wykorzystać na własny użytek, a jedynie na 
potrzeby klasztoru. Do chłopskich chat coraz częściej zaglądał głód i niedostatek. Pewnej 
nocy dwaj śmiałkowie, stary Jaksa ze swoim synem Spicygniewem nie bacząc na zakazy 
opata wyruszyli na nocny połów. Uwijali się jak w ukropie, by zakończyć pracę przed świtem 
i ujść czujnemu oku zakonnika strzegącego Łekneńskiego Jeziora. Niestety tym razem 

background image

nielegalny połów zakończył się fiaskiem. Obaj zostali złapani na gorącym uczynku i trafili 
przed oblicze srogiego opata, który skazał winowajców na karę ciemnicy i chłosty przed 
kościołem, a co gorsza skonfiskował im łódź i wszystkie sieci. Strach zapanował wśród 
okolicznych chłopów i coraz większa zawziętość na niesprawiedliwe rządy, tym bardziej, że 
nowe prawa nie były równe dla wszystkich. Mieszkająca na skraju wsi Weronka z córkami 
nic sobie z zarządzeń nie robiła. Łowiła ryby, polowała w lesie, zboża i wszelkich płodów 
rolnych miała pod dostatkiem. Coraz głośniej się jednak mówiło, że nocą do jej chaty 
przychodzą na potajemne schadzki zakonnicy z klasztoru. Trudno było zdzierżyć tak jawną 
niesprawiedliwość. Pewnej nocy chłopi rozebrali środkową część mostu, po którym 
zakonnicy przechodzili do chaty Weronki, a następnie podłożyli ogień w klasztornych 
zabudowaniach. Na głos bijących na trwogę dzwonów mnisi ruszyli biegiem ratować swój 
dobytek. W ciemności nie zauważyli wyrwy w moście i potopili się w wodach jeziora. Ocalał 
jeden tylko zakonnik, stary już, który poruszał się wolniej niż pozostali. Kiedy zobaczył co 
stało się z jego towarzyszami przeklął mieszkańców Łekna do dziesiątego pokolenia, a wraz z 
klątwą cały klasztor zapadł się pod ziemię. Czasami tylko w ciemne noce słychać jęki 
pokutujących zakonników i jakby dzwony bijące na trwogę, których dźwięk dobywa się z 
głębin jeziora.  
 
Łekno 
Legenda o kościelnych filarach 
 
Kiedy rozpoczęto budowę kościoła parafialnego w Łeknie, zatrudniono dwóch braci murarzy. 
Każdy z nich miał inny pomysł na wzniesienie filarów podtrzymujących kościelne sklepienie. 
Nie mogąc dojść do porozumienia, zgodzili się, że każdy wzniesie filary wg swojego 
projektu, a po zakończeniu budowy wierni rozstrzygną, które dzieło przypadło im bardziej do 
gustu, a zapłatę otrzyma tylko zwycięzca konkursu. Tak też się stało, a decyzja wiernych 
zaskoczyła wszystkich.Pomimo kilkakrotnie powtarzanego głosowania wynik zawsze był 
remisowy. Tym sposobem żaden z braci nie otrzymał zapłaty. Kiedy się uważnie przyjrzymy 
filarom, stwierdzimy, że faktycznie nie ma wśród nich dwóch identycznych. 
 Miejscowa ludność powtarza jeszcze i taką wersję legendy, że w jednym z filarów miało 
zostać zamurowane złoto, ale nikt  już dzisiaj nie pamięta w którym, a bez rozbiórki filarów 
nie uda się tego stwierdzić. 

Legendy i podania związane z klasztorem wągrowieckim 

Wśród społeczności lokalnych zawsze pojawiały się opowieści dotyczące miejsc dla nich 
szczególnie ważnych. Nie inaczej było w Wągrowcu. Klasztor wągrowiecki, dzięki któremu 
miasto zawdzięczało swój rozwój, dostępny był przez wieki tylko dla osób stanu 
duchownego. Był więc, także ze względu na swą historię, dla wielu okolicznych 
mieszkańców miejscem w pewnym stopniu tajemniczym, jeszcze na początku ubiegłego 
wieku. Podania i legendy, należące do literatury ludowej i stanowiące ważny element 
lokalnego folkloru, zwykle „oswajały” tę tajemniczą rzeczywistość. Pozwalały także, 
zwłaszcza w opowieściach o duchach, podkreślić wagę życia w zgodzie z normami 
moralnymi. Rozpowszechnione i znane w dziewiętnastym wieku, dziś są już jednak 
powszechnie zapomniane. Podania przedstawione poniżej pochodzą z prac Gustawy i 
Władysławy Patro, Wojciecha Łysiaka i ze zbiorów Archiwum Państwowego w Poznaniu. 

Pokutujący zakonnik 
 

background image

„W jednym z okien od południowej strony kościoła ukazywał się duch jednego z 
pokutujących mnichów. Duch ten ukazywał się punktualnie o północy i pobrzękiwał 
łańcuchami, którymi był opasany, wywołując w okolicy postrach i osłupienie.”  

Pochód mnichów 

„Są tacy, którzy widzieli, jak w ciemną noc obchodziła opactwo i klasztor procesja 
pokutujących mnichów z opatem na czele. W rękach trzymali płonące świece woskowe. 
Wszyscy śpiewali żałosną, ponurą pieśń. Gdy zapiał kur, zakonnicy znikali, by po roku 
pojawić się ponownie.”  

Duch kasjera 
 

„Na parterze opactwa w Wągrowcu znajdowała się dawno przed I wojną światową kasa 
państwowa, czyli wydział finansowy starostwa. Pewnego razu zniknęła z kasy znaczna suma 
pieniężna w złocie. Afera stała się przedmiotem rozmów całego miasta i powiatu. Rendant, 
czyli kasjer, Zapałkiewicz został usunięty. Długo jeszcze potem ludzie przekopywali piwnice, 
obstukiwali ściany opactwa, przeszukiwali strych, by odszukać tę ogromną sumę pieniężną. 
Mówiono, że nocą zjawia się duch Zapałkiewicza, by zabrać ukryty skarb. Ducha tego 
widział podobno pan Szumski. Zapałkiewicz ubrany był w czarną jaskółkę, czarne świecące 
trzewiki, białą koszulę i czarny krawat.”  

Duchy różne 
 

„Pewnego dnia duch wystąpił w postaci olbrzymiej kury. Wkroczyła ona powoli do kościoła 
przez główne wejście. Przestraszeni ludzie pouciekali. Innym razem duchy miały się pokazać 
stróżowi w postaci psów, a gdy ten broniąc się przed nimi ciął je kijem, trafiał w próżnię. 
Jego własne psy nastroszyły sierść, ogony skuliły pod brzuch i wyły przeraźliwie.”  

Pomniki bóstw 
 

„W klasztorze w Wągrowcu był przed laty przeor, który żył niezbyt pobożnie i w swoim 
ogrodzie kazał wznieść wyobrażenia dwunastu pogańskich bogów. Gdy klasztor odwiedził 
kiedyś jego przełożony i zobaczył te postumenty, kazał je natychmiast przewrócić i zatopić w 
pobliskim jeziorze. Przeorowi polecono zaś, by na drogach dookoła miasta ustawił dwanaście 
kolumn z obrazami świętych.”  

Olbrzymia kość 
 

„W kościele klasztornym, zbudowanym w końcu ubiegłego wieku [tj. XVIII - przyp. A. W.] 
w Wągrowcu, znajduje się olbrzymia, skamieniała kość, która została znaleziona podczas 
wykopywania dołu pod fundamenty. Jest to górna część przedniej nogi mamuta, ale ludzie 
wierzą, że jest to kość jakiegoś olbrzyma.”  

Srebrna trumienka 
 

background image

„W czasie przejazdu króla Jana Kazimierza przez Wągrowiec, w okresie potopu szwedzkiego, 
zmarło mu najukochańsze dziecko. Zrozpaczeni rodzice zamówili srebrną trumienkę i 
pochowali dziecko w podziemiach klasztoru. Wiele zwiedzających zatrzymywało się przed 
niszą, gdzie stała ta srebrna trumienka.”  

Podziemne ganki 
 

„Z klasztoru - według opowiadań ludzi - prowadzi podziemny ganek do Opactwa odległego o 
trzysta metrów. Wychodzi on tam rzekomo w piwnicy. Drugi taki ganek prowadzi z klasztoru 
do kościoła farnego (dwieście pięćdziesiąt metrów) i kończy się za głównym ołtarzem. Z 
podwórza klasztoru prowadzi podziemny ganek na ogród klasztorny w kierunku Nielby. Od 
strony podwórza jest on zakratowany, a czwarty ganek wychodzi podobno aż w Dębinie.”  

 
Skoki 
Legenda skąd się wzięła nazwa Skoki
  
 
Dawno temu, w zamku mieszkała piękna kasztelanka. W konkury do niej stawało wielu 
rycerzy, ale żaden nie zyskał aprobaty panny. W końcu na placu boju pozostało dwóch 
śmiałków. Pierwszy, noszący zawsze jasną, lśniącą zbroję odznaczał się wielkimi 
przymiotami charakteru i nigdy nie splamił rycerskiego honoru. Drugi zaś, występujący w 
ciemnej zbroi był niezwykle sprawny w sztuce walki, w walkach na miecze i kopie nie miał 
sobie równych. Za tą sprawnością nie szła jednak szlachetność charakteru. Był jednakowo 
okrutny dla wrogów jak i dla swoich poddanych, a serce jego nie znało litości.Ojciec 
kasztelanki zmęczony grymasami córki ogłosił turniej dla dwóch rycerzy. Ten z nich, który 
przeskoczy na koniu przez rzekę płynącą u podnóża zamku, ten otrzyma rękę kasztelanki. 
Pierwszy do zawodów stanął Czarny Rycerz. Rozpędził rumaka, spiął ostrogami, ale niestety 
koń potknął się i wylądował w nurtach rzeki. Kiedy przyszła kolej na Białego Rycerza, ten 
najpierw długo coś szeptał do ucha swojemu rumakowi, w końcu rozpędził się i koń z 
wielkim wysiłkiem dosięgnął przeciwległego brzegu. W trakcie skoku zgubił podkowę, a 
rycerz, spinając swojego rumaka ostrogą, odłamał jej zakończenie w kształcie krzyżyka. 
Zwycięzcą turnieju został Biały Rycerz, posiadł za żonę kasztelankę, a na pamiątkę turnieju i 
zwycięskiego skoku osadę nazwano Skokami, a w herbie umieszczono podkowę z małym 
krzyżykiem. 
Legendy z powiatu czarnkowsko-trzcianeckiego, wielkopolskie 
 
Legenda o bohaterskim Cirposzu(Czarnków-Trzcianka) 
 
Bardzo dawno temu na miejscu dzisiejszej wsi rozciągały się wielkie lasy brzozowe. O każdej 
porze roku zdecydowanie dominował tu kolor biały. Z dalekich stron przybywali ludzie. 
Zaczęli budować domostwa również z pni brzozowych, a więc i domy były białe. 
Przybyły lud był pracowity, uczciwy i gościnny. Na miejscu karczowanych lasów zakładali 
pola uprawne, hodowali zwierzynę, zajmowali się łowiectwem. Mężczyźni charakteryzowali 
się słusznym wzrostem, ogromną siłą i łagodnym charakterem. Białogłowy słynęły z urody i 
wiotkości. W osadzie życie upływało z szczęściu i dobrobycie. W letnie wieczory mieszkańcy 
wsi gromadzili się na leśnej polanie, echo lasu długo powtarzało ich melodyjne pieśni. 
    Szczególnie uroczyście obchodzono wieczory sobótkowe. Płonęły ogromne ogniska, 
wróżono, popisywano się sprawnością fizyczną. Mieszkańcy byli szczęśliwi także i z innego 
powodu. W pobliskich brzozowych lasach siedzibę obrali dziwni ludzie, których nazywano 

background image

małoludkami. Największy z nich nie przekraczał 80 cm. Wyglądali jak piękne lalki. Różnili 
się także tym, że mogli stawać się niewidzialni. Wokół swoich siedzib uprawiali cudowne 
gatunki kwiatów o tęczowych barwach i intensywnym, podniecającym zapachu. na różne 
sposoby pomagali ludziom: nosili wodę, pilnowali dzieci, zbierali kłosy zboża, zabłąkanych 
wędrowców wyprowadzali na drogę, nektar kwiatów (który okazał się nadzwyczaj 
skutecznym lekarstwem na różne dolegliwości) chętnie podawali chorym. Tak trwało przez 
całe lata. Pewnej pochmurnej nocy do siedzib ludzkich dobiegły przeraźliwe głosy 
małoludków. Zatrwożeni ludzie z pochodniami udali się do lasu. Okazało się, że ci dzielni 
pomocnicy ludzi zostali zaatakowani przez plemię małych szkaradów. Małoludkowie nie 
umieli walczyć, brzydzili się wszelkiej pomocy. Na skutek tego wszyscy wyginęli. Ludzie nie 
mogli im pomóc, bowiem szkarady posiadały również cechy niewidzialności 
      Dla osady zaczęły się ciężkie czasy. Małe poczwary były dla ludzi  niezwykle 
dokuczliwe. W nocy zakradały się do chlewów i obór. Doiły krowy, zadawały choroby 
ludziom i zwierzętom, do wody sypały popiół, podpalały zabudowania, a zamiast pięknych 
kwiatów sadziły obrzydliwe, kłujące chwasty. Zdarzało się nawet, że porywały dzieci z 
kołyski a pozostawiały swoje potworki. Długo we wsi przemyśliwano nad sposobem 
zaradzenia złu. Szczególnie zastanawiał się nad tym młodzieniec o imieniu Cirposz. Od 
najstarszych mieszkańców dowiedział się, że daleko na wchód znajduje się cudowne źródło, 
którego wody przeraźliwie boją się szkarady. Cała wieś żegnała Cirposza. Wędrował on trzy 
lata, trzy miesiące, trzy tygodnie i trzy dni. Pokonał  wiele trudności i zasadzek. Dotarł jednak 
z powrotem do wsi  z cudowną wodą. szkarady zostały przepędzone do niedostępnych, 
ciemnych borów.Ludzie zostali sami. Musieli jednak odziedziczyć pewne cechy i to zarówno 
małoludków jak i szkaradów. Dobre pomieszało się u nich ze złem. Może dlatego o 
bohaterskim  Cirposzu zapomniano w ciągu następnych dziesięcioleci. Grób jego znajduje się 
na górze niedaleko Białej. Do dzisiaj tam rośnie las brzozowy. 
 
Legenda o karzełkach(Czarnków-Trzcianka) 
 
Tuż za folwarkiem jest lasek brzozowy rosnący na górze zwanej Karzełczą 
W tym lasku, wśród licznego kwiecia żył sobie dobry, mały lud zwany Karzełkami. Żyli tu 
sobie ci poczciwi ludkowie wesoło i swobodnie wśród kwiecia i paproci. Znani byli w Białej 
z poczciwości i pracowitości. Często zdarzało się, że pozostawiali swoje kwieciste strony i 
udawali się do Białej, by pomagać gospodarzom w pracach domowych. Na ich opiece 
pozostawiały gospodynie swoje dzieci, które były przez krasnalków żywione, piastowane i 
kołysane do snu. Potrafiły w czasie nieobecności gosposi i izbę pozamiatać. 
Ta piękna współpraca została jednak zburzona pojawieniem się brzydkich i złośliwych 
Krasnalów także niedaleko mieszkających. Złośliwe te stworzenia podchodziły ukradkiem do 
wioski by psocić  się ludziom i szkody robić różnego rodzaju. Gospodyniom krowy doiły, 
naczynia w domu przewracały, burzyły porządek zrobiony przez Karzełków. Były wypadki, 
że dzieci rodzicom porywały po drogach lub z kołyski. Zdarzało się, że do kołyski podsuwały 
swoje dzieci do karmienia. Dzieci bardzo brzydkie, krzykliwe i bardzo głodne. 
Karzełki na skutek tych psot usunęły się w swoje zacisze leśne, gdzie pospuszczały z żalu 
główki w kwiaty i poumierały. Ludzie widzieli krzywdy i straty w wiosce, ale długo nie mogli 
się domyślić skąd one pochodzą. Domyślili się jednak, że źli Krasnale to robią i że karzełki 
już nie żyją. Ludzie mieli długą żałobę po dobrych ludkach, Kiedy otrząsnęli się z żałoby, po 
wspólnej naradzie wypędzili Krasnalów daleko w głęboki las, skąd już nigdy nie mogli tu 
trafić z powrotem. Tę opowiastkę znają jeszcze nasze babcie w Białej mieszkające i 
opowiadają tę historię dzieciom swoim. Górę, gdzie mieszkały Karzełki nazwano na ich 
pamiątkę Karzełczą Górą. 
 

background image

Historia stopy Matki Bożej odciśniętej w kamieniu 
 
Ten kamień stanowi cenną pamiątkę dawnych czasów a mianowicie powstania Pierwszej 
Parafii Chrześcijańskiej w Białej Kiedy tę ziemię zamieszkiwali pogańscy Pomorzanie to z 
drugiej strony Noteci mieszkali polscy chrześcijanie. Wojowniczy poganie często najeżdżali 
na Polskę. Palili wsie, ludność zabierali do niewoli. Po walkach Pomorzanie świętowali swoje 
zwycięstwo w Świętym lesie koło Białej, gdzie utworzyli krąg z kamieni. Pośrodku stał duży 
kamień, na którym kapłan pogan składał ich bogu Bulbugowi ofiary z ludzi (niewolników): 
języki, serca i wnętrzności zabitych ofiar. W roku 1100, kiedy po raz kolejny sięgnął po nóż 
zabijając ofiary, z nieba błysnęło potężne światło. Oślepiło ich i padli ze strachu na kolana. 
Gdy podnieśli wzrok oczom ich ukazała się Matka Boska z Dzieciątkiem Jezus na rękach. 
Stała ona na kamieniu ofiarnym i rzekła: 
" Nie przelewajcie niewinnej krwi 
Opuście swoich bogów i służcie jedynemu Bogu" 
Po chwili  chmura zabrała Matkę Boską z niewolnikami (chrześcijanami), a na kamieniu 
gdzie stała, wycisnęła się  głęboko Jej stopa. Przestraszeni poganie w pośpiechu opuścili 
miejsce składania ofiar. Bóg chrześcijański zwyciężył, a poganie przyjęli chrzest. Pierwsi 
nawróceni utworzyli w 1108 roku Parafię w Białej i zbudowali kościół chrześcijański, który 
nigdy nie był kościołem innych wyznań. W późniejszym  okresie kamienie ofiarne rozbito i 
wykorzystano do budowy kościoła, a ułomek kamienia z odciśniętą stopą  Matki Bożej 
wbudowano w mur ogradzający cmentarz. Po drugiej wojnie światowej kamień z odciśniętą 
stopą leżał na placu kościelnym. W latach 50-tych  naszego wieku za czasów proboszcza 
Juliana Filoda na placu kościelnym zbudowano kaplicę Matki Bożej Saletyńskiej. Tam pod 
ołtarzem umieszczono  z odciskiem stopy Matki Bożej. Obecnie można oglądać i podziwiać 
oddając cześć Matce Bożej oraz uwielbiać Pana Boga za jego wielkie miłosierdzie i za znak 
opieki Matki Bożej nad tą okolicą 

 

Współczesna legenda z Chodzieży 
 
Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu, kiedy to Polskę dopiero zaczęto osiedlać. Był to 
rok Chabrowy, bo lata u nas nazywano od imion kwiatów. Wtedy wszystkie granice naszego 
miasta otaczały zaczarowane drzewa, chroniące przed wejściem ludzi. Miały ogromne, twarde 
pnie, długie korzenie oraz niezwykle gęste liście, całkowicie uniemożliwiające jakiekolwiek 
zerknięcie innym na nasze tereny. Chroniliśmy się przed ludzkim okiem od lat. Głównie ze 
strachu o to, co oni zrobią z naszym pięknym państewkiem.  Wtedy była ogromna moda na 
budowanie, zmienianie, betonowanie, a przecież nasze państwo nazywało się Tyriana, co 
oznaczało ‘Życie’. Zabronione było więc zmienianie czegokolwiek, co stworzyła natura. Cały 
teren był morzem traw i zieleni, który zamieszkiwaliśmy my - władcy żywiołów. 
   Tyrianie wyglądali tak samo, jak ludzie -  z jednym wyjątkiem. Mieli magiczne moce, które 
wykorzystywaliśmy do opieki nad naturą. Najważniejsza z nas była królowa. Była słońcem. 
Jako jedyna z nas była cała ze złota i miała skrzydła. Mieszkała w wielkim pałacu w kształcie 
Lilii Wodnej w jeziorze Strzeleckim.  Była naszą siłą, to ona obdarowała nas magiczną mocą. 
    Najliczniejszą grupą byli władcy zieleni, czyli roślin. Ich zadaniem było dbanie o nasze 
środowisko, przygotowywanie zwierząt do zimy i zdobywanie pokarmu. Mieli też ogromny 
talent krawiecki. Przygotowywali stroje z liści, płatków kwiatów. 
    Następni byli wodzianie. Mieszkali na naszych trzech jeziorach. Na Strzeleckim pomagali 
królowej w jej codziennych sprawach, na Karczewniku urządzali zabawy dla mieszkańców, 
prowadzili ośrodki i przedszkola. Jezioro Miejskie służyło jako wielki amfiteatr. Tam tzw. 

background image

Szlachta Wodziana, co noc dawała występy taneczne i muzyczne dla mieszkańców.  Nie było 
takiego, który nie chciał do nich należeć. Mieli ogromny talent.  
    Ostatnią grupą byli władcy wiatru. Wszyscy ich podziwiali i uwielbiali. Potrafili poruszać 
się w niesamowitym tempie, mieli też dar niewidzialności. Każdego dnia organizowali 
wyścigi. Prowadzili szkoły dla młodych wietrzanów i oczywiście panowali nad wiatrem.  
    Pod nimi, głęboko pod ziemią, istniało plemię ognia. Byli to ci z nich, którzy próbowali 
zapanować nad wszystkimi żywiołami, chcieli być najpotężniejsi i w ramach kary zabrane 
zostały im moce i zostali skazani na wieczne potępienie w podziemiach, daleko od natury, 
która dodawała im sił i magii. Jednak tego roku postanowili to zmienić. Ich wróżbita 
przewidział zamach na nasze tereny. Widział jak zabijają królową, palą nasze pola, wysuszają 
jeziora. Widział jak zabierają wszystkim ich moc.  Zebrali się wszyscy mieszkańcy w 
centrum, na terenie dzisiejszego rynku, próbowali wymyśleć jakiś plan.  Postanowili 
poświęcić swoje tereny ludziom w nadziei, że ktoś kiedyś doceni ich pracę nad tymi 
zielonymi terenami. I tak się też stało.. Pałac królowej został zatopiony w jeziorze 
Strzeleckim a plemię ognia uwięzione gdzieś w okolicach Strasznego Dworu.  Władcy roślin 
zamienili się w drzewa, Wodzianie, pływają gdzieś w jeziorach, a wietrzanie na zawsze 
zamienili się w wiatr.  

    Każdego dnia śpiewają swoje szumiaste pieśni i tańczą dla mieszkańców w podzięce za 
uratowanie ich terenów. Ponoć, jeśli się dobrze przyjrzymy, spróbujemy dojrzeć coś ponad 

zabetonowane ulice, sklepy i problemy codziennego dnia, możemy jeszcze gdzieś dojrzeć 
magię zielonego zakątka Wielkopolski.  

LEGENDA O MATCE BOŻEJ WIELEŃSKIEJ 
 
Komu z was miłe cudne baśni kwiaty 
Niech Wielkopolskie zwiedza sielskie chaty. 
Chociaż wrzeciono dziś już w nich nie przędzie 
Jednak baśń starą znajdziesz jeszcze wszędzie. 
I dziś, jak niegdyś po świętym Nieszporze 
Czy to w niedzielę, lub też Święto Boże –  
Młodzież co lepsza w chacie stół obsiada 
I wdzięcznie słucha opowiadań dziada. 
Oj, i ja miałem dziadka powieściarza, 
Co baśnie barwniej oddał od malarza. 
Dzień i noc słuchać ci go można było 
Choć lata całe, a cię nie nużyło. 
Jedną z tych licznych powtórzę wam baśnie –  
Ciekawą, piękną, o Wieleniu właśnie. 
  
Tysiąc lat temu, nim przed światem wiary 
Perun, Światowid usunął się stary. 
Na wzgórzu ponad Marzanny jeziorem, 
Ognie niecone bywały wieczorem, 
By do gontyny Belboha dobrego 
Każdy mógł trafić, chcąc pomocy jego. 
Sługą Belboha był kapłan Welony 
Który aż z Rugii przyszedł w lackie strony 
I strzegł gontyny i służbę sprawował 
Tak szczerze, że go wszystek lud miłował. 

background image

  
I żył Welony dla Belboha sprawy, 
I dla jedynej córy swojej – Sławy. 
Co i w gontynie posługi czyniła, 
Czem jeno mogła życie mu słodziła –  
Piękna zaś była jak lilija polna. 
Nieraz bywało, jaskółka swawolna 
Wokół niej tańcem ją adorowała, 
Nad Sławą dziwy wyszczebiotywała. 
Cieszył się ojciec z córy urodziwej, 
Zdawało się też, że bardziej szczęśliwej 
Istoty nie masz nad nią już na świecie. 
Jednak w tym razie mylili się przecie. 
Ojciec jak i ludzie, bo i Sława miała 
Swą troskę, z której się wydać nie chciała, 
Raczej nie mogła, znając ojca swego 
Jako na Boga Ukrzyżowanego. 
Strasznie zawziętym był, że bez litości –  
Przekląłby mimo swej wielkiej miłości 
Jedyną córę, gdyby mu wyznała, 
Że Bogu chrześcijanin serce swe oddała. 
  
Jej apostołem był niejaki Beli 
Niewiele o nim co wiedzieli 
Prócz, że nie dawno ojców bogi stare 
Porzucił, w Niemczech biorąc nową wiarę. 
Tam też rycerzem został pasowany. 
Po co zaś przyszedł pomiędzy Polany, 
To rozmaicie sobie tłumaczono 
I jak na ogół, go nienawidzono... 
Dziwne też było jego zachowanie: 
Jakieś szczególne miał upodobanie 
Do starej lipy, co pod wzgórzem stała, 
Przednią to jego ręką zapalał, 
Nieraz łuczywo, lub świecę woskową 
I wtedy przed nią stał z odkrytą głową, 
Nieraz i klęczał, co wszystkich dziwiło, 
Bo przecież prawo chrześcijan broniło 
Kłaniać się drzewu, on zaś je szanował, 
Że pod nim chatkę swą zbudował. 
Welony wyklął miejsce to od bogów, 
Zdala więc ono, jak i chaty progów 
Omijał każdy, bogom ojców stały, 
Nikt więc nie wiedział, jak sprawy się miały. 
Że nie lipinę czcił Beli pogańsko, 
Lecz modlił się przed Służebnicą Pańską. 
  
Jak ta figura tutaj się dostała 
Beli nie wiedział, dość – że tu już stała. 
Przy pniu, na jednym z ramion rosochatych 

background image

Maryja i Dziecię, w sukienkach bogatych, 
Głowy – korony złociste zdobiły, 
Oczu Maryi wyraz był tak miły, 
Że już nie odbiegł od miejsca onego  
Przez Pannę Świętą tutaj obranego. 
Tu, ile mogła Sława przychodziła 
I do Panienki swe modły wznosiła. 
Prosiła szczerzę Matkę Zbawiciela, 
By conajprędzej Polsce światło dała 
Wiara Chrystusa, by wnet zawitała... 
  
W Dziewanny były uroczyste świątki 
Prawie co kończyć miały się obrządki 
Tylko Marzanna ma być utopiona. 
Ołtarz ozdobił wizerunek święty. 
Ale gdzie Sława ? Pierwszą zwykle ona 
Marzannie wstążkę w pas przewiązywała, 
Ona w pochodzie dziewann przodowała. 
Kiedy tak z myślą biedzi się Welony, 
Bieży ktoś k-niemu z starej lipy strony –  
- Bracie, ty darmo wyglądasz dziewczyny, 
Zagadnie popa – dla nas już stracona ! 
Idź no pod drzewo – a ujrzysz jak ona 
Z niewiernym kłania się lipie przeklętej. 
Jęknął Welony, bólem strasznym zdjęty, 
Rozdziera szatę i – ku młodej bieży. 
Kopnie Marzannę, co niestrojna leży: 
- Za mną tuż dzieci ! Inną dostaniecie 
Dzisiaj Marzannę ! Sławę utopimy ! 
Chce być ochrzczoną ? My ją dziś ochrzcimy ! 
Bieży już rzesza z pieśnią o Marzannie. 
Sława pieśń słyszy, więc Najświętszej Pannie 
Duszę poleca, bo wie co ją czeka: 
Zamiast Marzanny, ją dziś przyjmie 
Rycerza chronić zaleca pop stary, 
Boć zawsze gościem on, choć wrogiej wiary. 
Sława posłuszna na zew rodziciela, 
Uściskiem ręki żegna przyjaciela, 
Z głowy swój welon z wianeczkiem zdejmuje: 
- Tobie, Panienko dziś go ofiaruję ! 
I poszła, wiedząc, że śmierć na nią czeka. 
Chwil kilka, Beli słyszy plusk z daleka –  
Ani nie jękła owieczka ofiarna. 
  
Ognie pogasły, noc jak Ereb czarna 
Zaległa całą gontyny osadę, 
Bo zaniechano tańcy i biesiadę. 
Szanując rozpacz i smutek kapłana. 
A Sława ? Ta już z ręki Niebios Pana 
Palmę nagrody wiecznej odbierała, 

background image

I z Matką Jego już się radowała. 
  
Noc całą spędził rycerz przy jeziorze 
A kiedy ranne zaświtały zorze, 
Rzecz dziwna, tam gdzie stanął Beli 
Z kryształowego jeziora topieli –  
Dziewicze zwłoki na brzeg wypłynęły 
I wnet na jego rękach też spoczęły. 
Pochwał rycerz zwłoki męczennicy 
W bliskiej Polanom Ślęzanów dzielnicy. 
Sam chciał być stróżem grobu tak drogiego, 
Więc zrzekł się wygód i szczęścia ziemskiego. 
Obok pustelni – osada powstała, 
Od Sławy grobu - nazwę swą przybrała. 
Dziś na tym miejscu miasteczko znajdziemy 
Lecz gdzie grób Sławy – już się nie dowiemy. 
Po stracie córki rozpacza trawiony 
Spokoju nie miał już stary Welony. 
Chodził, jak błędny, sam do siebie prawił, 
Wreszcie gontynę na łasce zostawił. 
I tak się tułał, aż razu pewnego 
Zastano go w gaju wiszącego. 
  
Gaj to był święty, Ładzie poświęcony, 
A zwał się Czarem, lecz że był skażony 
Śmiercią gwałtowną popa, więc Kaźczarem 
Przezwano go. Dziś zwie się Kaszczorem. 
  
Wioska dnia, gdzie w miejscu Łady gaju 
Wedle przodków dawnego zwyczaju 
Wzniesiono kościół Bogu Prawdziwemu. 
Z czasem gontyna też temu samemu 
Legła losowi. miejsce zaś po onym 
Popie pogańskim, nazwano Welonem. 
Inni zaś twierdzą, że od dziewiczego 
Wielenia miano Jezioro Marzanny, 
Nosi dziś słodkie imię Maryi panny. 
  
Od śmierci Sławy wieki zeszły całe, 
Niejedną Wieleń przebył już nawałę. 
I tak niejedno w gruzy podczas wojny, 
Drugie w niepamięć poszło w czas spokojny. 
I lipą nikt się już nie opiekował, 
Bo któżby drzewskiem starym się zajmował ? 
Ludzie z wycięciem jej się nie kwapili 
Zdrowa, niech pachnie i nadal mówili: 
  
Razu pewnego pastereczka mała, 
Gdy gąski swoje z łąki już zganiała 
By pójść do domu, patrzy – lipa w blasku ! 

background image

Na niej – w promieniach – niczym na obrazku 
Tak śliczna Pani z Dzieciątkiem na ręku 
Z wyrazem słodkim, że dziewczę bez lęku 
Klęka pod drzewem i jak umie szczerze 
Pozdrawia Maryję, odmawia pacierze. 
Gdy się raz trzeci widzenie powtarza, 
Maryja żąda dla syna ołtarza. 
  
Stawa w Wieleniu więc Przybytek Boży, 
Na który hojnie wojewoda łoży. 
Bogarodzicy, z starej lipy zdjęty. 
Przezeń Maryja wszelkiej czci doznaje 
Bo każdy, kto z wiarą tu się udaje –  
Bądź to nieszczęściem, smutkiem przyciśniony 
Czy to schorzały, kaleka, strapiony, 
Żaden nie wracał stąd niepocieszony...