background image

Migurski Wincenty

PAMIĘTNIKI Z SYBIRU

Część pierwsza.

DO CZYTELNIKA!

W czasie konania na moich rękach drogiej mej żony w Nerczyńsku, postanowiłem jej 
życie objawić światu, co też z temwiększą dopełniam skwapliwością, że jej miłość 
i poświęcenie się, dotąd w idealnych tylko romansach znane, posłużyć mogą jako 
wzór dla Polek.
Po napisaniu tego rękopismu, czytałem go niektórym moim znajomym: Słuchano mnie, 
dziwiono się, płakano, i nakoniec powiedziano że: gdyby mnie nie znano, nie 
wierzonoby w te brednie.
Przedwcześnie ostrzegam szanownego czytelnika, że nie znajdzie tu ani położenia 
geograficznego Syberji, ani stosunków handlowych, ani statystyki, tem mniej 
geologji, a przeczyta tylko życie kobiety, która nie wychodząc za obręb domowego 
życia, wpisała imię swoje w grono najzacniejszych Polek.
Pisząc wspomnienie o mojej ś. p. żonie, starałem się być prostym, naturalnym, i 
trzymałem się tylko rzeczywistych faktów, że zaś do powieściopisarstwa nie czuję 
w sobie najmniejszych zdolności, szczera przeto prawda zastąpiła jej miejsce, 
bez najmniejszych bujnej fantazji dodatków.

Przypadki nasze drukowane w języku rosyjskim sam czytałem; coś podobnego było i 
w Dzienniku literackim z r. , a także i w francuskich żurnalach. Lecz kiedy 
autorowie tych utworów nie zasięgając odemnie objaśnienia, pisali sami, to ja im 
śmiało powiedzieć mogę że opisy ich są słabem i niedokładnem odbiciem prawdy.
Praca moja, jeżeli czytaną będzie przez mężczyzn z zajęciem, a przez płeć piękną 
ze łzami, to się należeć będzie nie moim zdolnościom, ale prostocie i prawdzie 
mojego opowiadania.

Pisałem w Irkutsku,  roku.

Wincenty Migurski.

I.

Po nieszczęśliwem w roku  wzięciu Warszawy, wojska nasze unikając 
prześladowań, a raczej unosząc w sercach swoich wątłą wprawdzie, zawsze jednak 
drogą zbawienia ojczyzny nadzieję, przeszły granicę, korpus między innemi 
jenerała Rybińskiego złożył broń w Prusiech.
W czwartym liniowym pułku tegoż korpusu ja służyłem, i zwykle mnie dla 
odróżnienia od moich trzech rodzonych braci, w tymże pułku służących, koledzy 
pomiędzy sobą nazywali: "Piotrowinem", z powodu że przed wstąpieniem mojem do 
wojska, zmęczony długą i wycieńczającą febrą, więcej byłem podobny do niego, niż 
do człowieka, zdolnego znosić trudy wojenne.
Gdym powstał z łóżka spojrzałem w lustro i przestraszyłem się sam siebie, 
spostrzegłszy twarz moją bladą, żółtą, policzki zapadłe, stan cienki i krok 

background image

niepewny. Byłem prawie przekonany, że mogę być więcej zawadą niż pomocą w 
szeregach, lecz niedostatki te fizyczne, ustąpiły sile mojej moralnej; 
wstydziłem się bowiem być nieczynnym w chwili, kiedy wszyscy byli w ruchu.
W Prusach dopiero a mianowicie w miasteczku Tigenhoff, przyszedłszy nieco do 
zdrowia, dałem się bliżej poznać wyższym

oficerom w pułku, i przez dowodzącego tymże pułkiem majora Sw... byłem posłany 
do miasta Nejtaich dla podtrzymania ducha w naszych wiarusach, aby nie wierzyli 
amnestji, przez Prusaków ogłaszanej, zapewniającej tymże wiarusom swobodny 
powrót do kraju; ie zaś oficerom naszym Prusacy dawali paszporta do Francji, 
przeto i nas czterech braci otrzymało takowe.
Nie biorę się opisywać drogi do Zachodnich braci. Wystrzały armatnie za 
zbliżaniem się kolumny polskiej do któregokolwiek miasta lub znaczniejszej 
wioski, processje i uroczyste spotykania, bale, iluminacje i tryumfalne bramy, 
wszystko tam było; bo dzięki postępowi cywilizacji, nie masz narodu, któryby 
przywiązania do ojczyzny nie cenił; dla tego też i Rzesza Niemiecka i Francja na 
wyścigi starały się każdą naszą chwilę uprzyjemniać.
Ja jechałem w siedmnastej kolumnie, z dwustu osób złożonej, i po przyjeździe na 
miejsce, pomieszczono nas w Besancon; tam przyszedłszy kompletnie do zdrowia, 
zabrałem znajomość z młodzieżą byłych uniwersytetów, warszawskiego i 
wileńskiego. Żyłem sobie wraz z drugimi spokojnie, oczekując chwili, W której 
można być użytecznym krajowi. Naznaczono nam gmach dość obszerny, bastjon 
d'Aregne zwany (letnie mieszkanie jenerała i para Francji Morand'a). W tym to 
bastjonie pomieściło się nas  młodzieży. Koledzy moi wybrali mnie członkiem i 
deputatem Rady Polaków, w ówczas w Besancon istniejącej.
Uczęszczałem ja na te posiedzenia przez miesięcy dziesięć, i byłem raczej 
słuchaczem niż mowcą, bom wiedział że i bezemnie jest komu mówić, bezemnie 
wszyscy oddychają jednem życzeniem, i bezemnie każdy się stara o odzyskanie 
ojczyzny.
Pewnego dnia zaszedłem do mieszkania moich braci. Józef starszy drzemał jeszcze, 
a dwaj młodsi Wacław i Aleksander

wychodzili na spacer, było to bowiem w lecie popołudniu; wtem wchodzi do nas 
oficer od artylerji, p. Konstanty Z., i podszedłszy do rozbudzonego Józefa, 
zawołał:
— Słuchaj kolego. Wyzwany jestem przez porucznika J. na pojedynek, i powiedziano 
mi ie masz być jego sekundantem. Przyszedłem więc ci oznajmić, że ja mu nie dam 
satysfakcji, z powodu że on był pod sądem wojennym".
— Prawda — powiedział brat mój. Ale on wyrokiem tegoż sądu został uniewinnionym.
— Tak — odrzekł wyzwany — ale dla czegoż ja mam się z nim strzelać, kiedym go 
nie obraził ?...
— Jakto! — krzyknął sekundant — alboż to wyraz: "zbrodniarz", pogardliwym 
wyrzeczony tonem, nie jest obrazą?
— A wszakże on był pod sądem, a więc zbrodniarz — bąknął artylerzysta.
— Cóż z tego! kiedy z pod tegoż sądu dla niewinności swej został uwolniony — 
wrzasnął brat mój.
— To ja wcale tego nie pojmuję... jak można... — zaczął coś mówić wyzwanym gdy 
wtem ja obecny tej rozmowie, i nią zniecierpliwiony, odezwałem się:
— Mój kochany kolego ! dziwne wydaje się twoje tłómaczenie słuchającemu z boku! 
Raz powiadasz ze się strzelać nie będziesz, dla tego że on był pod sądem, a 
kiedy ci mówią że wyszedł z pod sądu niewinny, twierdzisz żeś go nie obraził. 
Gdy zaś cię przekonywują że wyraz był obraźliwy, odwołujesz się znów do sądu. 
Jakkolwiek ja nie chwalę pomiędzy nami pojedynków, jednakże twoje tłómaczenie 
dowodzi, że obok uporu musisz mieć chyba słabe serce.
— A bardzo dobrze! więc ja postaram się przekonać kolegę jakie mam serce — 
odrzekł zagniewany pan Z. i wyszedł

background image

Nazajutrz przyszedł do mnie do bastjonu pan Zawała, młody oficer go pułku 
strzelców pieszych z oznajmieniem, że p. Z. wybrał go sekundantem w mającym 
odbyć się pojedynku pomiędzy mną a tym ostatnim, i prosił mnie abym mu wskazał 
osobę, z którą ma mówić w tej sprawie.
Obojętnie przyjąłem oczekiwaną wiadomość, i wskazałem dowódcę pułku, majora S. 
za mego sekundanta, z którym już poprzednio mówiłem.
W parę dni potem o godzinie piątej z rana, gdy miasto prawie było w uspieniu, 
poszliśmy za rogatki, i w niedalekiej od niej odległości, zboczyliśmy z gościńca 
i udaliśmy się na piękną równinę, naokoło krzakami osłonioną. Tam po zwykłej a 
próżnej sekundantów umowie, mających na celu pogodzenie nas, zatknięto na 
odległości ośmiu kroków dwie szpady, rozdano nam pistolety, i stanąwszy każdy z 
nas potykających się na ośm kroków od tych szpad, barjerą zwanych, z 
odwiedzionemi kurkami razem zbliżaliśmy się do nich i razem wystrzeliliśmy, lecz 
napróżno! Nabito drugi raz, toż samo, po raz trzeci, lecz bez skutku. ()
Obecni temu szczególniejszemu pojedynkowi świadkowie, zaczęli nas namawiać 
abyśmy na tem poprzestali, dowodząc że obrażony czynem przekonał wszystkich że 
nie słabe ma serce, lecz prośby ich i namowy okazały się bezskuteczne. Pan 
Konstanty bowiem wyrzekł że się czuje być obrażonym, ja zaś chociaż przekonany 
byłem o jego odwadze, nie chciałem zrobić pierwszego kroku z obawy, aby mnie za 
tchórza nie wzięto.
Tak to młodość ryzykuje życiem, aby jej nie zarzucono braku odwagi.
Nie było rady, postanowiono tedy nie schodzić z placu, póki krwi czyjejkolwiek 
nie ujrzą. Z tego powodu nabito pistolety

------------------------------
() Dowiedziałem się później, ie sekundanci dla uniknienia krwi rozlewu, trzy 
razy ślepemi ładunkami nabijali pistolety.

już po raz czwarty, i nam je rozdano. Stanęliśmy naprzeciwko siebie już przy 
barjerze; i na komendę "trzy" palnęliśmy oba i ja upadłem na ziemię. Pan 
Konstanty spostrzegłszy to, rzucił się przedemną na kolana i wyrzekał z 
rozpaczą, że krew bratnią przelał na obcej ziemi.
Józef, brat mój, zrzucił z siebie wierzchni ubior, i schwyciwszy pistolet, 
groźnem spojrzeniem wyzwał Konstantego. Ja zaś leżałem na ziemi, i chociaż kula 
przeszyła mi policzek poniżej prawego oka, krew się polała i ja upadłem, nie 
wiedząc co się ze mną stało, widziałem jednak przygotowania mego brata.
— Jak mnie kochasz Józefie! — wolnym lecz donośnym głosem zawołałem — nie rób 
nic panu Konstantemu! ja jego bardzo szanuję, albowiem on tak postąpił, jak 
każdy młody i odważny człowiek zrobić powinien.
Wszystko to odbyło się w jednej chwili. Brat mnie usłuchał, przytomni rzucili 
się na mój ratunek. Doktor obejrzał ranę, i pokazało się, że kula odbita o 
wierzchnią szczękę, zatrzymała się w ustach, a za wypluciem krwi wyleciała 
spłaszczona. Z podwiązaną już twarzą, ja pierwszy wyciągnąłem rękę 
przeciwnikowi, którą on do łez rozczulony z uniesieniem pochwyciwszy, pocałował; 
z panem J. zaś pan Konstanty w żaden sposób strzelać się nie chciał.
Jakkolwiek pojedynek ten sekretnie odbyć chcieliśmy, nie mógł on jednak skryć 
się przed władzą. W parę dni bowiem przyszedł do mnie komendant miasta, baron 
M., i urzędownie zapytał, czy nie mam jakiej pretensji do mego przeciwnika? 
albowiem w takim razie mógłby ofiarować prawa krajowe na moje usługi. Ale kiedy 
ja dziękując mu za opiekę, oświadczyłem że panu Konstantemu nic się odemnie 
prócz wysokiego szacunku nie należy, odszedł, nie widziawszy nawet mojego 
antagonisty.

background image

A propos tego pana barona opowiem wam jeden o nim wypadek.
Baron M. rodem Anglik, miał nos ogromny i tak nadzwyczajnie długi, że gdy szedł 
przez ulice, to siedzącemu w pokoju pod oknem dał się widzieć najprzód nos, 
potem nos, potem jeszcze nos, aż nakoniec i sam jego właściciel. Trzebać takiego 
zdarzenia, że niejaki pan K., oficer artylerji byłego wojska naszego, 
wypielęgnował starannie swoje faworyty, które były tak długie, troskliwie 
upomadowane i naprzód uczesane, że mu całkiem twarz tak zasłaniały, jak niegdyś 
kanie damskich kapeluszy kobietom. Obaj ci panowie zwrócili na siebie niemal 
całego miasta uwagę. Uliczniki ich węglem lub kredą na parkanach i ścianach w 
karykaturze przedstawiali, a studenci piórem, ołówkiem a niekiedy i farbami na 
papierze malując, przykładali do szyb.
Raz kiedyśmy się w dość licznem gronie dla odebrania żołdu do kancelarji 
komendanta zebrali, pan pułkownik i baron j zrobiwszy ze swych rąk rynnę dla 
obrony swego nosa, gdy się tak do swego biórka przeciskał i obejrzał się z 
uszanowaniem, spostrzegł faworyty pana R., a znalazłszy jego oczy, zapytał, dla 
czego bakienbardy jego tak długie ? I w łagodnych wyrazach radził mu, aby je 
obciął cokolwiek, pokazując za przykład, że żaden z jego rodaków podobnych nie 
nosi. Pan K. uśmiechnąwszy się zapytał go równie, dla czego nos jego tak długi? 
I radził mu nawzajem, aby i on swojego odrąbał kawał, dowodząc, że nietylko 
żaden Anglik ale i żaden nawet człowiek podobnego nigdy nie miał i nie ma nosa. 
Baron wyciągnął rękę artylerzyście, i odtąd żyli z sobą w przyjaźni.
Ale wracam do pojedynku, który on jakkolwiek sam z siebie nic nie znaczący, 
wpłynął jednak na dalsze życie moje, obecni bowiem świadkowie unosili się nad 
moim taktem, zimną krwią i odwagą. Z tego powodu w kilka tygodni przyjęto mnie 
do loż

massońskich, następnie karbonerskich, a w  roku, w harakterze emisarjusza 
wysiano mnie wraz z drugimi do prowincji polskich.
Kto byli, i jakie mieli zamiary emisarjusze ? wiadomo to jest prawie każdemu. 
Mając jednak wzgląd na potomność, której wspomnienia moje mogą dostać się w 
ręce, obszerniejsze o nich umyśliłem dać wyobrażenie.
Gdy z różnych prowincji polskich po kampanji  roku emigrowało do Francji 
kilka tysięcy moich rodaków, naród francuski pamiętny na poświęcenie się nasze w 
wojnach napoleońskich, wyjednał u rządu swego opiekę nad nami. Z tego powodu 
wyznaczone zostały niektóre miasta, w których zgromadzeni po kilku set Polacy 
stanowili depot, mieli swoje rządy i komiteta pod nazwą: "Rad Polskich".
Rady te obok urządzeń administracyjnych, obok pilnowania wewnętrznego porządku, 
i czuwania nad konduitą każdego emigranta w szczególności, miały głównie na celu 
posyłać adresa do gabinetów francuskiego i angielskiego, prosząc o środki za 
pomocą których możnaby odzyskać utraconą ojczyznę.
Zarzucone od wszystkich zakładów naszych podobnemi adresami gabinety w 
odpowiedziach swoich oświadczyły, że chcąc aby żądania emigracji były prawne i 
właściwą miały powagę, potrzeba aby krew polska w walce z Moskwą, przelewała się 
na ziemi polskiej. Wówczas rządy zachodnie, widząc nierówną i niestosowną walkę, 
sposobem dyplomatycznym upomną się u rządów północnych o zwrócenie nam naszego 
kraju, bo cóż znaczy (mówiły nam gabinety) żądanie kilku tysięcy emigrantów, w 
porównaniu z kilkunastu miljonami cicho siedzących Polaków, i zdających się być 
zadowolonymi z rządu moskiewskiego?
Wiadomość ta jak iskra elektryczna rozeszła się po wszystkich naszych zakładach. 
Nieszczęśliwym nie wiele potrzeba 

Słaby promień nadziei zbawienia ojczyzny, jest wystarczający, abyśmy się rzucili 
w przepaść.
Wybrani i wychodzący emisarjusze wiedzieli o tem dobrze, że trudno będzie w 
kilkudziesiąt ludzi tam coś zrobić, gdzie kilkadziesiąt tysięcy uzbrojonego 
wojska, musiało ustąpić przemagającej sile. Lecz trudno im było brać na szalę 

background image

zimnej rozwagi słabą wprawdzie, ale zawsze nadzieję, w chwili, kiedy 
nieszczęśliwa ziemia tego poświęcenia i długu od nich wymagała. Poszliśmy więc w 
siedmdziesięciu na pewną zgubę.
Jak niegdyś gierylasy hiszpańscy, tak i emisarjusze mieli zebrać po kilku ludzi, 
uzbroić ich, i na wszystkich punktach polskiej ziemi zacząć walkę z Moskalami, 
ażeby odgłos tej dziwnej partyzantki, doszedłszy do Francji i Anglji, pobudził 
je do działań dyplomatycznych z rządem moskiewskim.
Lecz niestety! różnemi traktami i pojedyńczo prawie, wyszliśmy z Francji. Z 
nadzwyczajnemi trudnościami, z narażeniem wolności osobistej i życia, 
przerzynaliśmy się przez Rzeszę niemiecką, ocknęliśmy się nakoniec w Galicji. 
Tam byliśmy wprawdzie z zapałem przyjęci przez rodaków, ale nie mogliśmy się 
prędko w rozległym skomunikować kraju. I cóż z tego wyszło? Oto niektórzy z 
emisarjuszów mając moc działania bezpośrednio, zebrali po kilku uzbrojonych, 
wystąpili do walki i padli ofiarą, lub w samobójstwie znaleźli pokój. Niektórzy 
zaś oczekując od swych zwierzchników instrukcji, wyglądali jej niecierpliwie, 
ukrywając się tymczasem po domach obywatelskich pod przybranem nazwiskiem. W 
liczbie tych ostatnich byłem i ja. Zależałem pośrednio od majora S., który także 
z Francji jako emisarjusz tu przybył. Lecz pomimo moich chęci i poszukiwań aby 
się z nim skomunikować, dowiedziałem się tylko, że jemu śmiertelna choroba 
nietylko działać, ale i dać znać o sobie swym podwładnym nie dozwalała.

Tym sposobem zeszło kilka miesięcy. W tych to opłakanych czasach, poszukiwania, 
rewizje, rozlały się na całą Galicję. Nie było dnia aby kilku nie wzięto pod 
straże, nie było więzienia nienapełnionego emisarjuszami, emigrantami i 
miejscowymi obywatelami.
Tu dopiero nam nieszczęśliwym otworzyły się oczy! Tu dopiero poznaliśmy, że 
dyplomaci zmówiwszy się pomiędzy sobą, jedni wysłali najenergiczniejszych i 
gotowych na wszystko łudzi, aby drudzy wybierali ich jak z matni, i widokom 
swoim tychże poświęcali. Po przybyciu bowiem naszem, powstał wprawdzie na chwilę 
przytajony zapał obywatelski, ocknęła się energja i chęć wywalczenia ojczyzny, 
ale koalicja północna pomagając sobie wzajemnie, wydawała łudzi, których całą 
jest winą, — miłość ojczyzny!
Niedaleko ode Lwowa, w pięknem położeniu leży wieś Laszki murowane zwana. Na 
wzniosłym pagórku stoi dom murowany, naokoło wałem i staremi lipami otoczony. Na 
tych wałach parę dział i moździerzy, już do niczego niezdatnych, dowodzą dawnych 
burzliwych czasów polskich. Nie mogłem się dowiedzieć, do kogo wieś ta dawniej 
należała, dziś zaś jest w rękach dzierżawców. Lecz jeżeli domysły mają miejsce w 
powieści lub historji, to wnieść można, że Polacy czyli Lachy oparli się tu 
kiedyś mężnie, to jest, stali jak mur przeciw nieprzyjaciołom, a wdzięczna 
potomność dla uczczenia ich nieustraszonego męztwa i wytrwałości, nazwała to 
miejsce: "Laszki murowane".
Ogromne to zabudowanie jest na dwie równe części podzielone. W jednej połowie 
mieszkał pan Eugeniusz Ulatowski, a w drugiej pan Józef Padlewski, obydwa 
ożenieni z dwiema ładnemi córkami kapitana byłych wojsk kościuszkowskich, Adama 
Korytowskiego,

Pan P. chociaż trzymał na współkę w posesji ten majątek ze swym szwagrem, mając 
atoli dziedziczne dobra około granicy rosyjskiej, rzadko tu mieszkał. Pokoje 
tylko przez sługi zamieszkałe, stały gotowe na przyjęcie państwa, jeżeli ci 
stolicę Galicji odwiedzić zechcą. Druga połowa zajęta przez państwa U., 
odznaczających się patrjotyzmem, była przytułkiem wielkiej liczby emisarjuszów i 
emigrantów, zjeżdżających się tu w celu wzajemnego porozumienia się w sprawie 
publicznej, jako też i ułatwiania interesów prywatnych we Lwowie.
Z nieukontentowaniem urzędnicy patrzyli na te zjazdy; nasyłali nawet swoich 
ajentów w zamiarze szpiegowania naszych czynności. Nie zastraszało to jednakże 
państwa U., byli oni bowiem dobrzy, ludzcy, czuli i gościnni, a te zasady nie 

background image

dozwalały im myśleć o sobie.
Pan U. był kasjerem naszego związku, i umarł później w więzieniu lwowskiem.
Ja dowiedziawszy się o tym domu, i chcąc powziąć wiadomość o panu S., przybyłem 
tu zrana. Lokaje przyzwyczajeni widzieć przyjeżdżających i wyjeżdżających, 
zwykle nas nie meldowali. Ja przeto wszedłszy wprost do pokoju emigranckiego, 
zapytałem znajomych o gospodarza domu, a gdy jego nie było, udałem się do 
drugiego pokoju. Spostrzegłszy na sofie trzy siedzące panie, i chcąc się 
zaprezentować, zapytałem o gospodynię domu. Najmłodsza i najładniejsza z nich 
powstawszy, lekkiem skinieniem głowy dała mi poznać, że nią była. Powiedziałem 
jej przybrane "Sieraczek" a nie prawdziwe moję nazwisko, i wmieszałem się 
pomiędzy znajomych.
Po obiedzie, pani domu widząc mnie na ustroniu w głębokiem zamyśleniu 
siedzącego, podeszła do mnie mówiąc:
— Zapewne miłe wspomnienia zostawionych piękności we Francji, nie dozwalają panu 
mięszać się do wspólnej jego kolegów rozmowy?

— Nie pani! — wyjmując z ust cygaro, odpowiedziałem — o p. S. zamyśliłem się! Co 
się zaś tyczę piękności o jakich pani wspominasz, to powiem prawdę, że dosyć 
jest widzieć Ją, aby o wszystkiem zapomnieć.
Ku wieczorowi wyjechałem z Laszek.
W taki sposób jeździłem przez kilka miesięcy w różne domy obywatelskie, szukając 
znajomych, lub będąc od nich wzywany. Około jesieni przyjechałem tu znowu, i 
znalazłem dwóch znajomych mi kolegów, z którymi udałem się do osobnego, 
emigrantom wyłącznie poświęconego pokoju. Tu rozmawiając długo, projektując i 
marząc, zasnęliśmy nakoniec.
Na odgłos szczekania psów, tentent i rżenia koni, ja pierwszy przebudziłem się. 
Spojrzałem w okno, drugie i trzecie. Niestety ! dom był naokoło otoczony 
piechotą i szwaliżerami austryjackiemi! Strwożony, obudziłem kolegów. 
Zamięszanie powstało wielkie lecz ciche, a po kilku słowach pomiędzy sobą 
narady, spostrzegliśmy, ze przerżnięcie się przez straże bezbronnym, było nam 
niepodobne, zguba zatem nieuchronna!
Hałasem tym przebudzona pani domu, z pośpiechu pokazała się we drzwiach naszego 
pokoju w negliżu. Dowiedziawszy się o co idzie, przykazała lokajowi na krzyk 
oblegających nie odzywać się i nie otwierać, póki sama nie każe. Nas zaś trzech 
wezwała do swego pokoju.
W pokoju tym prócz dwóch małżeńskich łóżek, razem na środku zestawionych, nie 
było nic takiego, gdzieby nam się ukryć można było. Niespokojna gospodyni pani 
Tekla, odwinęła materace na swojem łóżku, i pokazała mi, abym się na niem 
położył. I ja rozciągnąwszy się na gołych deskach, przykryty zostałem 
materacami, na których okrywszy się kołdrą, sama się położyła. Panna Aniela, 
siostra jej męża, zrobiła toż samo z panem Talwen; trzeci zaś, pan Hankiewicz, 
schował się pod łóżko. Gospodarza w domu nie było. Wszystko to odbyło się.

to jednej chwili i bez żadnego hałasu Na naleganie oblegających i pozwolenie 
pani, lokaj udając tylko co przebudzonego, otworzył pokoje.
Mieszkanie jak powiedziałem, było podzielone na dwie części, i pokoje państwa P. 
już były zrewidowane. Wpuszczeni urzędnicy postawili u każdych drzwi szyldwacha, 
sami obeszli wszystkie pokoje lochy i strychy, a nie znalazłszy najmniejszego 
śladu, przystąpili do sypialnego pokoju, w którym poczciwe nasze rodaczki z 
takiem poświęceniem samych siebie, nas ukrywały.
Komisarz zażądał od pani domu, aby wraz z siostrą dla zrewidowania łóżek wyszły 
z miejsc swoich.
Wyobraźcie sobie moi kochani i szanowni czytelnicy, nasze położenie! W tak małej 
objętości, bo tylko w trzech łokciach kwadratowych, mieściło się nas pięć osób. 
Myśl, szybka jak błyskawica przebiegła mi przez głowę, i najtragiczniejszy 
koniec przewidywałem. Słabe kobiety liczyły na łzy i złoto, my zaś na krwawą 

background image

walkę. I ja z natury prędki i niecierpliwy, uwalniając od wstydu wstawania z 
łóżek przy obcych poczciwą gospodynię i jej siostrę, poruszywszy się chciałem 
wyskoczyć, gdy pani Tekla poczuwszy znaki niecierpliwości mojej pod sobą, mnie 
mocniej przygniotła, a sama zwróciwszy się do komisarza, rzekła:
— Jakkolwiek od was panowie, spodziewać się można wszystkiego, nie 
przypuszczałam nigdy, abyście kroki swoje posunęli do tego stopnia, że nie 
szanujecie świątyni, jaką jest sypialnia kobiet. Ustąpcie więc w. panowie ztąd, 
albowiem przy was z miejsca się nie ruszym.
— Ne vous fachez pas Madame, la colère fait mal  — z ironicznym uśmiechem 
powiedział komisarz, i wraz z drugimi opuścił pokój,

Powstać z łóżek, zasunąć drzwi za wychodzącymi i oswobodzić nas, było dziełem 
jednej minuty. W zamieszaniu niezważany przez nikogo z nas pan H., poszedł na 
palcach do pokoju bawialnego, i podjąwszy materac od sofy, położył się w niej, 
sam siebie tymże materacem pokrywając.
Tuż do pokoju sypialnego przytykał mały alkierzyk, w nim pod samym sufitem było 
małe okienko, które pani Tekla palcem nam pokazała. Ze zaś niebyło tu żadnego 
sprzętu, a czas naglił, i my nie mogliśmy wdrapać się do wspomnionego okienka, 
bohaterka nasza schwyciła mnie i pana T. pojedyńczo za nogi, i podsadzając do 
góry pomogła nam do przejścia przez toż okno do sieni, do drugiej połowy 
mieszkania należących, i, o dziwna i niepojęta naturo ludzka! delikatne i tylko 
do pieszczot stworzone jej rączki, schwyciły ogromną, w tymże alkierzu stojącą 
szafę, i z olbrzymią mocą okienko to zasłoniły. Panna Aniela zaś podtenczas 
zajęła się uporządkowaniem łóżek.
Gdyby te panie rzeczywiście nikogo nie ukrywały, zatrzymałyby zapewne nocnych 
gości parę godzin za drzwiami, i tak by wszystko urządzić się starały, aby wśród 
oświeconego buduaru w miłym negliżu przyjąć natrętów. Lecz niestety, będąc 
winnemi, one nietylko o sobie wcale nic nie myślały, ale w pośpiechu nie 
wiedziały nawet, gdzie im się podział pan H... Z gwałtownie przeto bijącem 
sercem, nie chcąc dłuższem zatrzymywaniem rewizji poddać się w podejrzenie, 
zaledwie nocnym szlafroczkiem przyodziane, wpuściły urzędników.
Komisarz z oficerem i innymi, po starannem przetrząśnieniu łóżek, obejrzeniu 
podłogi, ścian, pieca i innych rzeczy, udał się do wspomnionego alkierza, 
otworzył szafę, w której prócz wiszących sukien nic nie znalazł. A że owe 
okienko było za szafą, ani się o tem domyślał. Ztamtąd wracając, poszedł do 
bawialnego pokoju, i niestety, pierwszym przedmiotem mogącym ukrywać człowieka, 
była nieszczęśliwa sofa. Z niej

dobyto pana H., i uszczęśliwiony komisarz powiózł go z sobą do Lwowa.
Zjazdy nasze i uczęszczanie do domów obywatelskich spowodowały, ze domy te i ich 
właściciele tak były skompromitowane przed rządem, że na każdym kroku i w 
każdej, bo nawet i w nocnej porze, domy i ich właściciele nie byli wolni od 
rewizji. Z powodu tego, z pode Lwowa rozjechać się w różne strony musieliśmy.
Postanowiono przeto na sesji, aby mnie za główny punkt pobytu mego naznaczono 
Podole galicyjskie, z obowiązkiem propagowania pomiędzy młodzieżą 
czerniejowiecką na Bukowinie zasad Towarzystwa Przyjaciół ludu.

II.

W wigilją Bożego narodzenia, w  r. we wsi Sidorowie na Podolu galicyjskiem 
we dworze, przyjemna i rzeźwa jeszcze staruszka krzątała się po pokojach, i 
wydając rozkazy pilnowana sama, aby oczekiwanym gościom na niczem nie zbywało.
Za stołem na kanapie po polsku ubrany siedział poważny, wysokiego wzrostu 
mężczyżna, około  lat mający. Zamyślenie się jego nad rozłożonemi kartami, 

background image

niespokojność twarzy jego wyrażało.
— Źle moja pani — odezwał się nareszcie do swojej żony — niezawodnie jakieś 
nieszczęście przytrafić im się musiało.
To mówiąc, spojrzał na zegar na komodzie stojący. Było już wpół do piątej 
wieczorem.
— Już blisko piąta — mówił dalej — czy to słychana rzecz, aby dotąd nie 
przyjechali. Wszakże oni wiedzą, że oprócz uroczystości dnia dzisiejszego, są 
jeszcze moję imieniny, i dla tego wczoraj tu jeszcze powinni byli przyjechać, 
ażeby według zwyczajów pradziadów naszych, dziś rano w łóżku jeszcze będącym 
rodzicom, dosiego roku, a w szczególności mnie dzisiejszego patrona powinszować. 
Ale to modny świat... i dziwne jakieś zwyczaje...

I stary nadawszy usta i mrucząc pod nosem, okazywał znaki nieukontentowania.
— Przestań jegomość źle sądzić o najlepszych dzieciach naszych! Czy to niewiesz 
mój drogi, że droga ma wyłączne prawa, i że nic w niej wyrachować nie można... 
Zresztą macierzyńskie moje serce, nie przewiduje żadnego z niemi wypadku, a 
dotychczasowe ich przywiązanie, czyni mnie pewną że przyjadą — powiedziała dobra 
staruszka. I przyzwyczajona słuchać gderania męża, poszła do, swego zajęcia.
W trzecim pokoju, w gustownie zasłanem łóżku, leżała z podwiązana twarzą 
siedmnastoletnia dziewica, przykryta lekkim szlafroczkiem. Do niej więc 
zbliżając się ostrożnie na palcach pani K., zapytała:
— A co Albinko, nie lepiej ci?
— Nie kochana babuniu — stękając odpowiedziała zapytana — ból zębów nie, 
ustaje... Sądzę jednak że to przejdzie.
I babunia nię chcąc próżną rozmowa powiększać bolu, poprawiła okrywający ją 
szlafroczek i pocałowawszy ją w czoło, oddaliła się od niej.
Albina byłą córką obywatela Galicji, Macieja Pruss Wiśniowskiego, o mil pięć 
ztąd; mieszkającego. Od lat pięciu straciła, ona matkę, która na suchoty umarła. 
Sierotę oddano na pensję do Lwowa wraz z jej siostrą, trzema laty młodszą, 
Wincentą. Brat zaś, ich Antoni był, w szkołach.
Ojciec, tych trojga dzieci, mieszkał sobie na wsi, w Paniowcach Zielonych, 
majątku, który żona jego Teresa, z domu Szawfowska, a matka trojga sierot im 
zostawiła- Był on zarazem opiekunem tegoż majątku, i według praw krajowych, 
zdawał sądowi z dochodów rachunki,
W pietnastym roku życia, ukończyła Albina nauki na pensji wykładane, i 
zostawiwszy tam siostrę swoją, wróciła do domu.

Młoda pensjonarka nie była wcale tak piękną, jak zwykle autorowie powieści i 
romansów przedstawiają swoje bohaterki; nie miała ona wdzięku Wenery ani 
kształtu Diany, nie miała perłowych zębów, ani ust koralowych, nie miała 
łabędziej szyi arii kruczych włosów. Wszystko ona miała swoje własne, i była 
pewną że ani Diana, ani łabędzie, ani Wenera, ani kruki nie upomną się o swoję, 
i nie ogołocą jej z naturalnych wdzięków.
Od lat dziecinnych odznaczała się ona niezwykłą dobrocią i czułością serca; 
największem jej szczęściem było wyszukiwać i pomagać biednym. Dochody swoje 
obracała na wsparcie potrzebnych, sukien i ozdób nie była przyjaciółką, słowem 
była Wylana dla wszystkich, o siebie się wcale nie troszcząc.
Od niemowlęctwa prawie okazywała ona szczególną skłonność do samotności i nauki, 
i upewniwszy się, ie wszystkie dążenia ludzkie nie na tej ziemi się kończą, 
postanowiła działać cicho i skromnie, być obojętną na zdania ludzi, słowem 
chwyciła się zasady, że własne jej przekonanie wystarczy jej za wszystko, nie 
zważając na śmieszną i fałszywą opiniją świata, z pozoru zwykle o rzeczach 
sądzącego. Ztąd to ona jakkolwiek tak młoda, ód lat już kilkunastu miała swoją 
wolę, której oprzeć się nic nigdy nie było w stanie.
Z takiem usposobieniem, przy szczególnych rysach jej twarzy, przy braku 
zdolności ujęcia sobie obecnych, tyle innym kobietom właściwej, z tak 

background image

melancholicznem i cierpienie okazującem spojrzeniem, wydawała się do tego 
stopnia poważną, że w pierwszy raz ją widzącym Wzbudzała mimowolne uszanowanie.
Z domem, gdzie teraz na żeby bolała, nie była ona połączona żadnemi związkami 
pokrewieństwa, i tylko znajomość i sąsiedztwo ściągnęły ją tu do znajomej nam 
już staruszki pani K., która pomimo lat swoich znajdowała szczególne upodobanie

w towarzystwie Albiny, gruntownie i z powagą o każdej materji sądzącej.
Już goście z blizkiego sąsiedztwa zjeżdżać się zaczynali na wigilję, już 
oświecono pokoje i siano, rozłożone na stole, pokryto białym obrusem, gdy odgłos 
dzwonków i trzaskanie z bicza dały znać o nowo przybyłych. Solenizant 
pospiesznie wyszedł na ganek, i odetchnął swobodniej, spostrzegłszy wysiadające 
z trzech powozów znane nam już z Laszek murowanych swe dzieci. Uradowany 
gospodarz wprowadził je do pokoju, gdzie czułe przywitania i uroczyste 
powinszowania nastąpiły.
Z przybyłymi i ja przyjechałem, i państwo U. zarekomendowali mnie swoim 
rodzicom. Wiadomość o mojem szczególnem ocaleniu przy owej nocnej rewizji w 
Łaszkach, doszła tu już poprzednio, z tego powodu robiono różne uwagi, wnioski, 
zapytania, objaśnienia, i ogólną bawiono się rozmową.
Słaba na zęby Albina leżała w swoim pokoju, żadnego udziału w ogólnej rozmowie 
ani wigilji nie mając. Znajomi z gości pojedyńczo ją odwiedzali, pytali o 
zdrowie, i każdy z nich, radząc o uśmierzeniu bolu zębów, swoje zachwalał 
lekarstwo. I ta cierpiąca istota, dziwiąc się w milczeniu ludziom, tyle mającym 
pretensji do znajomości sztuki lekarskiej, była zmuszoną odpowiadać i 
wysłuchiwać długi a coraz odmienny szereg środków leczenia zębów, gdy tymczasem 
nic to nie pomagało, a przeciwnie rozjątrzało jej bole. Dla uniknienia więc 
nadal natrętów, kazała świece do innego wynieść pokoju.
Ja o niczem nie wiedząc, wyszedłem do drugiego pokoju, i usłyszawszy stękanie, 
zapytałem:
— Kto tu?...
— Jeszcze — pomyślała cierpiąca i nic nie odpowiedziała.
— Kto tu stęka ? — powtórzyłem — czy nie mogę być komu w czem użytecznym?...

— Nie, bardzo dziękuję — była sucha odpowiedź, Ma się rozumieć ja wyszedłem.
— O Boże! cóż to za głos ? — pomyślała cierpiąca — tyle osób znajomych i 
nieznajomych pytało mnie i rozmawiało ze mną, żaden tak szczególnego nie zrobił 
na mnie wrażenia! Ten głos (jak mi to później sama wyznała) odbił się w jej 
sercu i duszy, i wstrząsł nią okropnie.
Nazajutrz w bawialnej sali, po nabożeństwie, zebrało się całe towarzystwo, gdzie 
przyszła także i cierpiąca wczoraj na zęby Albina. Ulubiony jej ubiór czarny, 
wzrost wysoki, kibić kształtna, krok poważny, twarz nadzwyczajnej białości, oczy 
wielkie niebieskie, włosy czarne od niechcenia na białą jej szyję w puklach 
spadające, wszystko to tak było zajmujące, żeśmy wszyscy na niej mimowolnie 
spojrzenia swoje zatrzymali. Znajomi okrążyli ją i powrotu do zdrowia 
winszowali, ona skinieniem głowy dziękując im tylko, usiadła pomiędzy kobietami.
Ja długo przypatrywałem się jej i milczałem. Nareszcie przerwana przybyciem jej 
rozmowa, rozpoczęła się na nowo. Ja byłem dnia tego bardzo wesoły, zdobywałem 
się na różne koncepta i żarty, opowiadałem różne wypadki, wydarzone mi w drodze 
z Francji. Siedzące panie z zajęciem i wesołem usposobieniem mnie słuchały. 
Jedna tylko Albina ukradkiem na mnie spoglądała i w głębokiem zamyśleniu 
siedziała, i wśród najinteresowniejszego mojego opowiadania, ze łzami w oczach 
opuściła towarzystwo. Ja przy jej odejściu zauważywszy łzy w jej oczach, 
zmieszałem się kompletnie. Czułem że mi krew uderzyła do głowy, i serce moje 
doznało nadzwyczajnego bicia, dla tego mówić przestałem.
— Go to jest? kończ pan! — razem krzyknęły słuchające mnie panie.
— Nie mogę, darujcie panie... — po niejakiej chwili odpowiedziałem. I nie 
zważając na usilne nalegania i zatrzymywanie

background image

mnie pomiędzy sobą moich słuchaczek, opuściłem je i wmieszałem się pomiędzy 
mężczyzn.
Kobiety zaczęły szeptać i pomrukiwać coś pomiędzy sobą, a ja pomyślałem:
— Wszędzie gdzie byłem, lubiły towarzystwo moje kobiety, ona tylko jedna ze mną 
jak kamień.
I rzeczywiście, dwudziestyczwarty rok życia w ówczas miałem, bywałem zawsze 
pożądanym w kole płci pięknej i zaszczycałem się jej względami. Nie będąc przeto 
przyzwyczajonym do tego, co zrobiła ze mną panna Wiśniowska, zrobiłem się bardzo 
nieśmiałym, i okropnie to na mnie działało.
Podczas kilkodniowego tu pobytu gości, kilka razy podchodziłem do zawsze smutnej 
i zamyślonej Albiny. Starałem się rozpocząć z nią jakąkolwiek rozmowę, ale 
zawsze suche, zimne i lakoniczne dawała mi odpowiedzi, i widocznie unikać mnie 
starała się. Jakkolwiek bolesno mi to było, nie zrażałem się tem jednak, i 
zostawiłem czasowi.
I dla czegóż ona mię tak unikała ? Oto czuła i nadzwyczajnie egzaltowana Albina, 
dowiedziawszy się sekretnie od znajomych jej gości, o charakterze jaki na siebie 
przyjąłem, o mojem niebezpieczeństwie, ukrywaniu się i poświęcenia na widoczną 
zgubę, porównywała moje położenie ze swojem sieroctwem, wyobrażała mnie sobie 
obcym wśród swoich, bez opieki i prawdziwej a nieudanej troskliwości, zranionym, 
uwięzionym, zabitym, słowem opuszczonym od wszystkich, i O ile słysząc! po raz 
pierwszy głos mój, zatrzęsła się cała, o tyle historją mojego życia rozczuliła 
ją zupełnie. Młoda ta i zapalona główka z przestrachem zauważała, że to co czuła 
nie było prostą sympatja, czułością i troskliwością, ale czemś 
niebezpieczniejszem, że to właśnie to, co dziewczętom w jej wieku sprawia 
mocniejsze bicie serca, że to była miłość, której skutków pierwszy raz w życiu 
doznała.

— Cóż z tego będzie ? — załamując ręce w, samotności mówiła da siebie — mamie mu 
przeszkadzać do jego, świetnych czynów? i jeżeli mu obojętną nie będę, czyż ma 
on dla mnie słabej i nic nie znaczącej kobiety, wyrzekać się tak wzniosłych 
celów, dla których dopełnienia z tak wielkiem poświęceniem naraził się na 
wszystko?! nie! unikać go będę! niechaj nie wie o niczem., i niczego się nie 
domyśla!
I biedna sierotka sama siebie oszukiwała. Jej zdawało się że ona: mnie unika, 
gdy tymczasem z rozczuleniem i przyjemnością ukradkiem na mnie spoglądała, a 
niekiedy nawet przezedrzwi lub ścianę, głosu mego słuchana.
Pewnego razu po rozjechaniu się gości przed wieczorem, zobaczyłem w lustrze, że 
w trzecim pokoju tyłem obrócona do drzwi siedzi z nachyloną głową nad stołem 
Albina. Podszedłem, z cicha do niej, i spostrzegłszy w jej ręku książkę, 
zawołałem, z udanem zadziwieniem,:
— Aha! to pani umiesz czytać! — i zobaczywszy na tej książce słowo: "czekaj" 
zacząłem jej tłumaczyć pochodzenie tego wyrazu. I przybierając powagę pedagoga, 
objaśniałem jej że to słowo jest drugą osobą liczby pojedynczej, trybu 
rozkazującego, pochodzi od słowa: "czekać" że w czasie przyszłym będzie: "będę 
czekał". — A w rodzaju żeńskim, jak będzie pierwsza osoba liczby pojedynczej? — 
zapytałem jej.
Pobudzona do śmiechu tym oryginalnym sposobem zabawiania kobiet Albina, i chcąc 
podobnież ze mnie zażartować, odpowiedziała:
— Będę czekała.
— Dobrze! — zawołałem, — A słowa: kochać, jak będzie; pierwsza osoba liczby 
pojedynczej; czasu teraźniejszego?
— Kocham!
— A na rodzaj żeński?

background image

— Wszystko jedno!
— Jakto wszystko jedno ? Ah! prawda, tak rzeczywiście pomyliłem się! no dobrze.
— A w czasie przyszłym, taż liczba, rodzaj i osoba?
— Będę kochała! — wyrzekła, i spostrzegłszy dopiero co powiedziała, zarumieniła 
się po uszy.
— Doskonale! — zawołałem — a zatem powtórzmy!
I nie doczekawszy się jej odpowiedzi, sam powtórzyłem;
— Kocham, będę kochała i będę czekała. Przewybornie! na ten raz lekcja 
skończona.
I wziąwszy moją uczennicę za rękę, czule pocałowałem. Żart ten niewinny wiele 
nas później kosztował.
Ja byłem obowiązany na dni kilka zostać się w Sidorowie. Z rozmowy mojej z panem 
K., gospodarzem domu zauważała Albina, że mnie potrzeba zbliżyć się do 
Czerniowiec, i obrać sobie stałe i bezpieczne mieszkanie, zkąd możnaby wyjeżdżać 
i działać co wypadnie.
Nie wiadomo, czy to już była miłość z jej strony, lub tylko prosta troskliwość o 
moje bezpieczeństwo, a najprędzej jedno i drugie, dość, że Albina upatrzywszy 
stosowną porę, zaczęła ze mną mówić w ten sposób:
— Ojciec mój — rzekła poważnie — mieszka w Paniowcach, punkt ten nie jest 
wprawdzie tak blisko Czerniowiec, bezpieczniejszego atoli nie znajdziesz pan w 
okolicy, gdyż ojciec mój, jako człowiek będący w wieku, nie miesza się do 
żadnych zawichrzeń, tem więc pewniejszym będzie pobyt tam Pana, że Rząd 
austrjacki na nasz dom nie będzie miał najmniejszego podejrzenia. Jeżeli więc 
towarzystwo brata mego, tam mieszkającego, może być mu przyjemne, to imieniem 
jego zapraszam i naznaczam panu schronienie, do którego świętego nabyłeś prawa.

Podobne zaprosiny, dzięki obywatelom Galicji, nie były dla nas rzadkie; 
spojrzawszy przeto z czułością na pannę Wiśniowską, i rękę jej całując, 
odpowiedziałem:
— Dobrze! mój opiekuńczy aniele !...
Moja panna ogromnego raka upiekła, i wyszła z pokoju.
— Aniele! — z cicha sobie powtórzyła — dziwny jakiś i nadto śmiały człowiek! Nie 
wiem zkąd on nabrał tyle prawa do takiej ze mną poufałości?... Rzecz 
szczególniejsza! i zdaje się że mu nie brak wychowania, a taki dziwak!... Czy 
nie ośmieliłam ja jego sama do podobnego ze mną obchodzenia się? Ale nie !... 
Ora tak ze wszystkiemi postępuje. Trzeba jak widzę być ostrożniejszą z tym 
panem... On albo zanadto w sobie zaufany, albo przez kobiety zepsuty... Nie... 
już nigdy do niego nie przemówię, chyba mu odpowiadać będę... Aniele!... hm... 
aniele!.... a jednak ten wyraz tak ładnie brzmiał w ustach jego... z takim 
wdziękiem był wymówiony i tak miłe zrobił na mnie wrażenie !
I tak marząc i rozumując sama z sobą, zapytała mnie z drugiego pokoju:
— A czy prędko pan Sieraczek ztąd wyjedzie?
— A toż co znowu nowego ?! — podchodząc do niej, żartobliwym głosem zawołałem — 
na raz popełniasz pani dwa błędy, raz wyprawiasz gościa z nieswojego domu, drugi 
raz, że zapraszając młodego człowieka do siebie, dajesz powód do wniosków, że go 
już kochasz.
Zawstydzona i cała rumieńcem pokryta Albina wybiegła do innego pokoju, i tam 
usiadłszy, zawołała:
— O wielki Boże! cóż się ze mną dzieje!... Jak żyje nic podobnego nie 
słyszałam!... Co on sobie teraz o mnie pomyśli ?! I przyrzekłam sobie aby nic do 
niego nie mówić, aż oto jakiś duch nieprzyjazny szepnął mi do ucha jedynie dla 
tego, aby nową impertynencję usłyszeć!

I tak myśląc, płakać zaczęła.
Widząc jaki obrót sprawił żart mój niewinny, poszedłem za nią, i zobaczywszy ją 

background image

płaczącą, ukląkłem przed nią, i z ściśnionem sercem biorąc ją za rękę, 
zawołałem:
— Na Boga! nie płacz pani! Bóg moim świadkiem, ze nie miałem zamiaru w niczem 
pani ubliżyć!... Od chwili gdym panią po raz pierwszy zobaczył, chodzę jak 
obłąkany! w każdym przedmiocie ciebie tylko widzę! zapominam misji, dla której z 
Francji przybyłem, i czuję żem cię pani po raz pierwszy w życiu mojem prawdziwie 
i szalenie pokochał!... I to wszystko razem zrządziło, ze w postępowaniu z nią 
wychodziłem niekiedy z granic pustej etykiety światowej!... No! przestań pani! i 
zaklinam cię, nie płacz !
Albina słysząc te słowa wzdrygnęła się cała, widać że oczekiwała tego. Radowała 
się i lękała podobnego wyznania, a niewyjmując swej ręki z mej dłoni, rzekła:
— Chciałam przez odchodzącą okazję zawiadomić brata mego, ażeby uprzedził ojca o 
przyjeździe tam pana, bo stosunki nasze domowe wymagają tej ostrożności, która 
niestety! tak źle przez pana zrozumianą została!
— Dosyć, dosyć! przestań i nie tłumacz się pani! — wciąż klęcząc przed nią 
wyrzekłem. — Od pani Marji L. która ztąd wyjechała, wiem wszystkie szczegóły 
anielskiego życia pani. Znam wysoki stopień jej patrjotyzmu! Wiadomo mi i to 
także, jak rzewnie płacząc wyprawiałaś skrycie przed ojcem brata swego do 
naszego wojska, mógłżebym przeto wiedząc to wszystko, ubliżać osobie, której się 
cześć i uwielbienie należą!
— No wstań pan! proszę!...
— Nie pani, nie wstanę! i błogosławię tej chwili, którą w całem życiu mojem 
pamiętać będę! Pani jeszcze nie znasz mojego charakteru; jestem z natury prędki, 
przedsiębiorczy i decydujący się na wszystko!... Postanowiłem przeto niezmieniać

mojego położenia, dopokąd pani o losie moim nie wyrzeczesz !... Przysięgam na 
Boga, że żadna kobieta dotąd klęczącego mnie przed sobą nie widziała, powtarzam! 
że od momentu gdym panią zobaczył, pokochałem cię pierwszą, czystą i prawdziwą 
miłością; proszę zatem ażeby, gdy wszystko wróci do spokojności i ja żyć będę, 
zostawione mi było prawo proszenia twej ręki !... Powiedz zatem droga pani, czy 
nie czujesz do mnie wstrętu i czy możesz mnie kiedyś pokochać? mów! chwile są 
drogie! mogą w jednej sekundzie dwór otoczyć i mnie do więzienia pociągnąć!
— O Boże! jakąż to okropną przepowiednią ranisz pan moje serce! — z płaczem 
zawołała.
— A zatem mów pani! bo już słychać tentent koni.
— Kocham! — wyrzekła szlochając wyrzekła.
— A w czasie przyszłym jak będzie ? — figlarnie ją zapytałem.
— Będę kochała — płacząc i śmiejąc się na raz odpowiedziała.
— I będę cze...
— ... kała — parskając ze śmiechu, dokończyła Albina.
— Doskonale! — wstając i ręce jej całując zawołałem — rozbiór gramatyczny udał 
się nie źle.
Od tej chwili serca nasze należały już do siebie. Tak to bowiem pod naciskiem 
bagnetów, rżenia i tententu koni, i miłość galopuje.
W kilka dni potem przyjechałem do Paniowiec. Poznanie się moję z Antonim, bratem 
Albiny, nie było zbyt ceremonialne.
Byliśmy obaj młodzi, towarzysze broni, zaprezentowaliśmy się sobie, ścisnęli 
dłonie i żyli jak dawni znajomi.
Ojciec Antoniego, siedmdziesięcioletni starzec, poznał się ze mną, i ironicznie 
nazwał Wilhelmem Tellem. Z powodu pełnoletności syna, oddał mu zarząd majątku, z 
obowiązkiem utrzy-

mywania sióstr swoich i wypłacania im części dochodów, na nie przypadającej.
Antoni nie wiedział nic jeszcze o stosunkach moich z jego siostrą. W liście 
swoim do niego Albina tylko pisała, aby prześladowanemu dał schronienie. Ale 
kiedy ta w parę dni po mnie tu przyjechała, i krzątać się około mego 

background image

bezpieczeństwa z macierzyńską troskliwością zaczęła, czuwać nad mojemi wygodami, 
troszczyć się o moje zdrowie, nie jeść i być smutną w czasie mej niebytności, a 
przeciwnie najszczęśliwszą po moim powrocie być nie przestawała, domyślił się 
reszty, i nic nie miał przeciwko temu.
Po rozjechaniu się emisarjuszów z pode Lwowa, rząd rozesłał po całej Galicji 
swych komisarzy dla chwytania nas po domach obywatelskich. Mandatarjuszom i 
dymisjonowanym żołnierzom naznaczył w tym celu pieniężne nagrody, bo jako 
mieszkający po wsiach, mogli najzręczniej wyszpiegować, kto się z obcych we 
dworze znajduje. Z tego powodu i ja nieraz napróżno wyjeżdżałem dla 
skomunikowania się, unikając własnego niebezpieczeństwa, a bardziej 
skompromitowania drugich.
Raz nawet pojechałem do Czerniowiec, lecz przyjazd tam konsyljarza Kratera, do 
nowych tu względem nas ostrożności przyczynił się. I właśnie gdym wracał z 
Czerniowiec, tylko, tylko że mnie warta postawiona na rzece i broniąca 
komunikacji z Bukowiną, nie schwytała. Z tego powodu bezczynnie siedząc, ukrywać 
się w domu musiałem.
Przy największej ostrożności niepodobna jest tam utrzymać sekretu, gdzie kilka 
osób musi w nim mieć udział koniecznie. Tak też i o moim tu pobycie wiedzieli 
domownicy, i pomału dowiedziała się wieś cała. Komisarz ze Lwowa przybyły, i we 
wsi Kudryńcach, o pół mili ztąd, zamieszkały, przebąkiwał już że wie o ukrywaniu 
się mojem w Paniowcach. Kilka razy nawet W nocy posyłał swoje wojska, lecz 
ostrożność moja ich usiło-

wania daremnemi czyniła; zawsze bowiem miałem zwyczaj przemieniąc swoje noclegi, 
ażebym raz wyszpiegowany nie był znaleziony w temże samem legowisku, albowiem w 
stajniach, oborach, gumnach, w oranżerji, na grzędach a niekiedy i w chlewach 
nocowałem.
Oczekiwałem ja losu moich kolegów, którzy wyłapani prawie co do jednego, 
napełniali więzienia wszystkie, i dla tego nocowałem zawsze uzbrojony, ażeby 
schwytanie moje wiele ich kosztowało. Krew we mnie wrzała na wspomnienie, że nie 
bedąc ani zbrodniarzem ani wilkiem, napadają i czatują na mnie, jak na tego 
ostatniego, gdy im bydło zjada.
Raz nawet w charakterze szpiega napisałem kartkę do komisarza, mieniąc się być 
pisarzem prowentowym, i udałem się w nocy do niego.
— Mam panu odkryć wielkiej wagi interes! — pisałem w tej kartce — czekam pana w 
miejscu, które mu oddawca wskaże. Nie mogę osobiście się pokazać panu z powodu, 
że poznany przez jego domowników, straciłbym miejsce u mego pana we dworze.
Kartkę tę i kilka krajcarów, ukrywszy broń za drzewem, oddałem chłopakowi, z 
innej chałupy wywołanemu, i pokazawszy mu światło w oknach komisarza, iść mu do 
niego kazałem, sam zaś z odwiedzionemi kurkami czekałem na niego.
Przyznam się wam, że napadać na bezbronnego było już w ówczas w mojem 
przekonaniu występkiem, dziś zaś nikczemną zbrodnią. Ależ do czego zapał 
młodzieńczy i miłość ojczyzny dla braku innych środków nie doprowadza?! Dajcie 
mi wojsko! a nie będę szukał podstępów, których polityka używając, grzecznie 
strategią nazywa, myślałem.
Dzięki jednak niech będą Opatrzności! zbrodnia ta nie obciąża mojego sumienia; 
szczwany bowiem i doświadczony lis

udał się wprawdzie za chłopakiem, ale w towarzystwie żołnierzy, co gdy zdaleka 
spostrzegłem, pospieszyłem ku domowi.
Można sobie łatwo wyobrazić nieszczęśliwy i opłakany stan Albiny. Kochała ona 
mnie z zapałem, i kochała pierwszą dziewiczą miłością; prócz tego młoda i z 
napełnioną aż do egzaltacji uczuciem patrjotyzmu głowa, spoglądała na mnie z 
uwielbieniem, i widziała we mnie urojonego z dawnych czasów bohatera z mieczem w 
ręku, anioła zemsty, ideał bóstwa nakoniec. Ztąd to nie miała ona ani chwili 
spoczynku. Nocną porą na najmniejsze poruszenie w domu, szczekanie psów, lub 

background image

tentent koni zrywała się jak bezprzytomna z pościeli i przysłuchiwała się 
pilnie, a za najmniejszym znakiem zatrważającym, który często rozdrażniona jej 
wyobraźnia tworzyła, wybiegała na podwórze i tam spoglądając na wszystkie 
strony, zatrzymywała oddech w sobie, aby jej do słuchu nie przeszkadzał. 
Szczęśliwa jeźli obawy jej pokazały się próżnemi, lecz jeżeli szczekanie psów 
nie ustawało, ruch się powiększał i bagnety się przemykały, w ówczas nie wiedząc 
w której stronie ja nocuję, biegła jak szalona by mnie bronić lub wraz ze mną 
być zabitą, i naturalnie z sił wycieńczona padała na podwórzu, ręce do Boga 
wznosząc i ratunku jego nademną wzywając.
Tak przez domowników znaleziona, odnoszoną bywała na łóżko, i tu dopiero nie 
wiedząc nic, a słysząc zamięszanie, wysyłała swoją zaufaną pokojówkę Magdusię, a 
niedoczekawszy się jej powrotu, sama znowu wybiegała.
Ma się rozumieć, że ja nazajutrz dowiadywałem się o wszystkiem, pokazaniem się 
mojem goiłem wprawdzie rany jej serca, niemniej jednak następnej nocy ona toż 
samo robiła.
— Boże! — mówiłem nieraz sam do siebie — stworzyłeś tę nieszczęśliwą istotę i 
obdarzyłeś ją jakoby naumyślnie wzniosłym umysłem i czułem sercem, ażebyś 
dręcząc ją niemiło-

siernie, z upodobaniem patrzał na swoją ofiarę! O ciesz się ciesz! wiadomo żeś 
silny! nikt z Tobą walczyć nie myśli. I tak bluźniąc, zaklinałem ją, aby się o 
mnie nie troszczyła.
— Nie pozwolę na to — mówiłem do niej — abym się stał przyczyną tylu cierpień, 
łez i niespokojności pani! Wiesz mój drogi aniele, jak jestem prędki i 
niecierpliwy. Chcąc przeto raz na zawsze położyć tamę tym często powtarzającym 
się scenom, sam dobrowolnie oddam się im w ręce, lub w inne wyjadę strony, aby 
cię oswobodzić od tych mąk piekielnych.
— Zostań pan! — bywało szlochając mówiła zwykle Albina — na Boga cię zaklinam, 
nie męcz mnie podobnemi pogróżkami... czy myślisz, że oddalenie się twoje 
powróci mi spokojność? O! jak nie dobrze poznałeś to biedne, tobie wyłącznie 
należące się serce. Dziś wprawdzie cierpię, lecz jedno twoje spojrzenie powraca 
mi spokojność, osusza łzy, i ja szczęśliwa zapominam o wszystkiem, i chociaż 
nowa o ciebie niespokojność zabija mnie, ja jednak z przyjemnością cierpię, bo 
cierpię dla ciebie i widzę cię znowu! Lecz oddal się tylko i, co nie daj o 
wielki Boże! wpadnij w ręce twoich nieprzyjacioł, ja nigdy nie pocieszona wlec 
będę to pasmo nieszczęść nędznego życia, którego słodyczy od kolebki jeszcze nie 
doznałam. Czy ty to pojmujesz mój drogi? że ja dopiero teraz żyć zaczynam. 
Dawniej życie moje nie miało żadnego dla mnie powabu, dziś zaś pomimo cierpień 
jest rozkoszą! Przestań więc zaklinam cię, dręczyć mnie podobnemi postrachami... 
Czy myślisz, że jak wy mężczyźni, którzy po stracie fajki, wyżła lub konia łatwo 
się uspokajacie, i ja zrobię toż samo ?... O! nie znasz mojego serca! Ono by 
wszystkie sztylety z radością przyjęło, byleby tobie nie spadł włos z głowy. Ja 
sama widzę, że tutaj nie jesteś bezpieczny, lecz czuję, że w przypadku 
nieszczęścia moje błagania, łzy, rozpacz, szaleństwo, złoto nakoniec, uwol-

nią cię z ich szponów, lub w razie przeciwnym, ginąc wraz z tobą, nie będę miała 
sobie nic do wyrzucenia!
I cóż było robić? Oto spostrzegłszy tak silne do siebie przywiązanie i w tak 
żywych kolorach malującą się miłość, pomimo żem widział wiele równych piękności, 
oceniłem jej serce, przywiązałem się do niej duszą i ciałem, i do szaleństwa 
byłem w niej zakochany.
— O niewyczerpana mądrości Boska! — myślałem nieraz — jak dobrze wszystko 
urządziłaś! Poddaniem piękności kobiet, sądowi serca mężczyzn, uwolniłaś 
ludzkość od najzgubniejszych skutków rywalizacji, inaczej, gdyby oczy sądziły, 
jeden drugiemu byłby na zawadzie, gdy tymczasem każdy z nas znalazłszy Swoją, 
rzadko jeden drugiego sympatja nawet pojmuje.

background image

Do Paniowiec oprócz wiadomych już osób, przyjechała z Kamieńca Podolskiego 
młoda, zgrabna i ładna wdówka. Była ona w pokrewieństwie z Wiśniowskimi, i tu 
jakiś czas zamieszkała.
Przyznam się, że w innych razach pani Ludmilla byłaby bardzo niebezpieczną dla 
Albiny, ale teraz innem już okiem na nią patrzałem.
Letnią porą o trzeciej godzinie po południu, ja siedziałem na kanapie koło 
Albiny, trzymającej w ręku jakąś robótkę. Ludmilla pod otwartem oknem, 
wychodzącem na ogród, wyszywała w krosienkach, Antoni pisał coś w drugim pokoju.
Kasztanowaty z białą piersią wyżeł, skoczył na kanapę i usiadłszy na tylnich 
nogach frontem do pokoju pomiędzy mną i Albina, wyciągnął szyję, i swoją 
wysokością porównał się z nami.
— Czego ty nas wiecznie rozłączasz, Junkier? — zawołałem głaszcząc go po głowie, 
maszże to być przepowiednią?...
— A wiesz ty Wincenty, dla czego on się Junkier nazywa? — przerwał mi nie dając 
kończyć Antoni. — Nie wiem,

— Oto trzeba ci wiedzieć, że on jest z Moskwy i nie wierci dla czego chciało mu 
się zwiedzić Galicję. Ja właśnie byłem w ówczas nad granicą, kiedy on rzekę 
Zbrucz przebywał. Straż pograniczna słuchając ślepo rozkazu, nakazującego jej 
strzelać do uciekających, palić do niego zaczęła. On zaś nieustraszony i od 
padających kul nie uszkodzony, przepłynął na naszą stronę. Wziąłem go tedy do 
siebie, i za waleczność na junkra awansowałem.
Tylko co zakończył opowiadanie swoje Antoni, gdy drzwi się gwałtownie otworzyły 
i wpadając zadyszany gumienny zawołał:
— Panie, żołnierze idą!
Ja słysząc to, przeskoczyłem przez Ludmillę i wyleciałem do ogrodu przez okno. 
Albina upadła na podłogę, Antoni wyszedł na spotkanie gości, wdowa sierotę 
ratowała, a Junkier niemiłosiernie szczekać zaczął.
Niebawem weszli do tego samego pokoju, wraz z Antonim komisarz cyrkularny, baron 
T..... ze Złoczowa, oficer oddziału, i przeznaczony do pisania kancelista. 
Żołnierze otoczyli drzwi i okna, a część ich rozeszła się po ogrodzie.
Baron, potomek podupadły arystokratycznego niegdyś domu austrjackiego, miał 
sobie za ubliżenie" jak się wyrażał, łazić po strychach, lochach, i prześladować 
niewinne ofiary, które mu nic złego nie zrobiły. Obejrzawszy więc dla formy 
pokoje, siadł na kanapie, a że lubił Mickiewicza, w oczekiwaniu przeto na kawę, 
słuchał wyjątków, które mu Antoni cytował:
"Gdybym był Austryjakiem, Prusakiem, carskim urzędnikiem, i t. d.
Albina odzyskawszy przytomność, z rozpaczą i paczką bankocetli brodziła wraz z 
żołnierzami po ogrodzie, to jest po klombach, krzakach i alejach, ażeby jeźli 
mnie który z nich znajdzie, mogła wykupić.

Po dwugodzinnej wizycie pana barona, oddaliła się. ze wsi cała komisja. Tu 
dopiero po przekonaniu się, że ani jeden żołnierz nie zostać w ogrodzie, zaczęto 
mnie starannie poszukiwać. Rozbiegli się po ogrodzie Antoni, Albina, Ludmilla i 
domowi słudzy. Głośno mnie nawet wołali, lecz wszystko na próżno.
Już dwie godziny po oddaleniu komisarza upłynęło, a o mnie nie było najmniejszej 
wiadomości. Rozpaczająca Albina poszła na wieś, i po drodze, po której wojsko 
przechodziło rozpytywała każdego, czy nie widzieli prowadzonego lub wiezionego 
kogo obcego przez komisarza? Różni, różne dawali jej odpowiedzi. Jeden tylko 
wieśniak upewniał ją, że jakiś młody i smutny mężczyzna siedział na bryczce wraz 
z komisarzem i oficerem, ze spuszczoną na piersi głową.
Dla nieszczęśliwej Albiny wiadomość ta była więcej jak uderzenie piorunu. 
Bezprzytomna i prawie obłąkana biegnie do domu, i wpadając na podwórze, krzyczy 
na służącego:
— Konie, konie zaprzęgajcie!...
I rzuciwszy się do sypialnego pokoju, upadła na kolana przed wizerunkiem Matki 

background image

Zbawiciela, i wśród największego łkania zawołała:
— Boga Rodzico! Matko najświętsza! Przez boleść Twojego serca nad Twym Synem 
ukrzyżowanym, zaklinam Cię, ocal nieszczęśliwego !...
Wtem lekkie poruszenie blejtramu, komin zasłaniającego, słyszeć się dało, i 
Albina obejrzawszy się... mnie przed sobą ujrzała.
— O wielki Boże! cóż to jest ? i co się ze mną dzieje! — zawołała rzucając mi 
się na szyję, i w uniesieniu radości po raz pierwszy mnie całując.
Ja dawno pragnąłem podobnego zdarzenia, ażebym za tyle dowodów okazywanego mi 
przywiązania, mógł ją do swego serca przycisnąć. Lecz postępowanie jej ze mną, 
pomimo przy-

wiązania z którem się nie taiła, tak było od tego dalekie i poważne, że ja 
pomimo wrodzonej z drugiemi śmiałości, tyle ją kochałem, że taż sarna miłość 
zwykle, nieodstępna szacunkowi, ubliżyć mi jej nie dozwalala. W tej zaś chwili 
rozpłakałem się z radości, i równie jak ona mnie, tak ja jej rzuciwszy się na 
szyję i po raz pierwszy całując, przycisnąłem ją do piersi.
O Boska i niewinna miłości! o najsłodszy pierwszy pocałunku ! kto ciebie nie 
doświadczał ? i kto ciebie nie pamięta! Uczucia nasze zlały się w jedno, i my 
bujając w krainie przyszłego szczęścia, doświadczyliśmy tych błogich chwil, 
jakie się tylko błogosławionym duszom należę. Lecz nie przeszło i pół minuty, 
spostrzegłszy się Albina, odsunęła mnie lekko od siebie, i przybrawszy zwykłą 
poważną postać, zimno mnie zapytała:
— Jakimże cudem znalazłeś się pan w tem miejscu?...
— Rzecz bardzo naturalna — odpowiedziałem — wyskoczywszy z okna, zobaczyłem w 
furtkę już wchodzących żołnierzy. Z obawy aby mnie nie zobaczyli, nie mogłem w 
żadną inną udać się drogę, tylko w otwarte okno tego pokoju. Tu w kominie 
zakrytym blejtramem, stałem kilka godzin. Cichość zaś panującą nie wiedziałem 
jak sobie tłómaczyć. Nikt tutaj nie przychodził, i ja nie wiedząc czy komisja 
wyjechała, bałem się ztąd wychodzić. Aż oto modły pani do łez mnie samego 
pobudziły i wywołały z ukrycia. Miejsce to nie było wprawdzie z 
najbezpieczniejszych, dzięki jednak niech będą Opatrzności, która mi tę myśl 
podała, inaczej w ogrodzie mógłbym być schwytany.
Widziany i opisany Albinie przez wieśniaka na bryczce smutny mężczyzna, był 
protokolista, którego wprzód, gdy jechali do dworu, chłopek nie widział.

III.

Interesa familijne państwa Wiśniewskich wymagały, ażeby Antoni, brat Albiny, 
pojechał do Królestwa Polskiego, dla widzenia się z swym wujem, panem Mikołajem 
Szawłowskim, placmajorem miasta Pułtuska.
Antoni miał rewersa wuja na kilkadziesiąt tysięcy złotych, wzięte przez niego 
sposobem pożyczki od swej siostry, a matki Wiśniowskich. Unikając przeto próżnej 
korespondencji z wujem, brat Albiny podał do rządu prośbę o paszport, i 
nadchodzącej wiosny miał wyjechać do Pułtuska.
Jesień i zima przeszły dla nas bez żadnego godnego opisania wypadku. Albowiem 
rząd austrjacki zawiesił poszukiwanie emigrantów.
W połowie nareszcie lutego  roku, od majora S. pierwszą odebrałem wiadomość, 
w której dawszy instrukcję zalecił mi udać się do Królestwa w charakterze 
konspiratora. Jednocześnie prawie, przywieziono list z poczty Antoniemu od wuja, 
w którym zapewnia go, że pamięta o długu, narzeka przecież że ciężkie czasy nie 
pozwalają mu uiścić się z należytości, winnej jego siostrzeńcom.
Wzrost mój i Antoniego był jednakowy, rysy twarzy prawie podobne, i chociaż ja 
kilkoma laty starszy byłem od niego,

background image

wczesny atoli zarost twarzy brata Albiny i silna męzka budowa, robiły go jednych 
lat ze mną.
Z tego powodu nie potrzebny już jemu paszport miałem wziąć, i opatrzony 
rewersami i wszystkiemi dokumentami prawnemi, w charakterze siostrzeńca 
Szawłowskiego, powziąłem zamiar jechania do Królestwa Polskiego.
Uradziliśmy na familijnej sesji, ażeby jednocześnie ze mną i Antoni wyjechał ze 
wsi, t. j. ja do Królestwa, a on pod imieniem emigranta miał się ukrywać w 
domach obywatelskich, na wypadek, ażeby jeżeli rząd Królestwa Polskiego 
podejrzywając mnie, zrobi odezwę do Lwowa; czy rzeczywiście Antoni Wiśniowski za 
paszportem wyjechał ze swego majątku, domownicy, włościanie i mandatarjusz, że 
tak jest, potwierdzili.
Wszystko już tak było przygotowane, ale zostawała nam tylko jedna okoliczność, a 
okoliczność tem boleśniejsza, że nią była okropna chwila pożegnania. My z Albina 
w obliczu Boga po tysiąc razy przysięgaliśmy sobie, że tylko do siebie należeć 
będziemy; ja ciągle ją rozpaczającą uspokajałem, że opatrzony paszportem, 
spełnię szczęśliwie swą misję, zobaczę się ze swoimi rodzicami, i po otrzymaniu 
od nich błogosławieństwa, powrócę, a połączywszy się z nią ślubem małżeńskim, 
wyjedziemy do Francji.
Albina zaś, droga mi zawsze Albina, pomimo najczarniejszych przeczuć i silnej 
miłości, jaką ku mnie pałała, wolała raczej widzieć mnie zgubionym, niż żebym 
ustał w gorliwości dla świętej sprawy, i mając sposobność nie wypełnił 
obowiązku. Z tego powodu cała we łzach opatrzywszy mnie różnemi drobnostkami do 
życia w drodze potrzebnemi, dawszy mi niezliczoną liczbę instrukcji, poleciwszy 
abym jej często pisywał, z macierzyńską wreszcie troskliwością, do jakiej serce 
kochanki jest tylko zdolne, obwiązawszy mnie od zimna szalikami, prze-

żegnawszy naostatek krzyżem świętym, wyprawiła mnie w drogę w połowie marca  
roku
Przy rozłączeniu się dwojga kochanków, ta strona zwykle bywa spokojniejszy, 
która drugą na miejscu zostawia. Różność przedmiotów i coraz nowe widoki 
rozrywają na chwilę ściśnione serce i w cierpieniach ulgę przynoszą. Ale zostać 
się! i widzieć w każdej chwili i na każdem miejscu ślady bytności ulubionej 
osoby, to jest okropne! a nieszczęśliwa Albina i jako kochanka i jako patrjotka 
razem, tego wszystkiego doświadczała.
Na niewielkiej, a w trzy konie zaprzężonej bryczce, z przygniecionem od boleści 
sercem siedziałem zamyślony. Dla wielkich piasków nieco konie ustały; poganiał 
je miody, bo zaledwie  lat mający człowiek. Powolną przeto tę jazdę użyłem na 
powtórzenie instrukcji.
— A wiesz ty Stefanku, jak mnie odtąd nazywać będziesz? zapytałem.
— Wiem panie — odpowiedział zapytany.
— I nie zapomnisz?
— Nie panie.
— No powtórz.
— Oto pan się nazywasz Antoni Wiśniowski, jesteś rodem z Galicji, ze wsi 
Paniowce Zielone, w cyrkule czortkowskim, chodziłeś do szkół w Tarnopolu, 
później we Lwowie; matka pana umarła, ojciec żyje, dwie siostry panna Albina i 
panna Wincenta, żyją także, jedziesz do Korony — do wuja.
— Dosyć, dosyć Stefanku! — zawołałem — widzę żeś roztropny i, że masz pamięć, 
idzie tylko o to, czyli mnie nie zdradzisz?...
— Gzy ja pana nie zdradzę? — prawie ze łzami patrząc mi W oczy z zadziwieniem 
zapytał Stefanek — pana! który jesteś

tak dobry i dla nas biednych chłopów pracujesz, i któtego nasza panna tak kocha! 
jabym miał zdradzić? O niech mnie Pan Bóg broni. Ręka moja pisać nie umie, a 
jeżelibym, kiedyś przewidział, że mój język coś kiedy przebąknie, tobym, go 
nożem oderznął. O niech pan będzie o mnie spokojny. Mnie jeżeli kiedy o pana 

background image

zapytają, to ja historję naszego panicza opowiem i powiem, ie to pan jesteś tym 
paniczem. ()
— Dobrze, dobrze mój kochany Stefanku, Bóg ci to. wynagrodzi i panna Albina, jak 
wrócisz.
— Alboż to pan nie wróci? — zapytał rozczulony.
— O nie, Stefanku! ja... ja... z tobą razem powrócę!
I opuściwszy głowę na piersi, zamyśliłem się głęboko. Czarne jakieś przeczucia 
gwałtem cisnęły mi się do głowy. Moja Albina ! droga i cierpiąca Albina stanęła 
mi przed oczyma. Widziałem ją płaczącą, niepocieszoną, cierpiącą i zwolna a 
ciężko konającą...
Myśl ta ścisnęła mi serce, i poleciwszy ją Boskiej Opatrzności, rzewnemi zalałem 
się łzami.
Tak niepocieszony jadąc dni kilka, przepłynąłem Wisłę i w Zawichoście meldowałem 
się na komorze.
Pisarz komory zanotowawszy dzień na paszporcie, w którym granicę przejechałem, 
oddał mi go napowrót.
Dwie mile od Zawichostu a ćwierć mili od Sandomierza, leży wieś, zwana Rzeczyca 
Mokra: W tej to wsi rodziłem się, ztąd chodziłem do szkół sandomierskich, 
następnie, do: kieleckich. Ztąd w roku  udałem się do byłego wojska, 
polskiego. Dwanaście przeto lat minęło, jak nie byłem w tych stronach. Byłem 
więc prawie pewnym., że mnie nie poznają?"
Dojeżdżając do Rzeczycy, doświadczałem tych uczuć, jakich doświadcza każdy po 
długiem niewidzeniu stron rodzinnych,

------------------------------------------
() Rzeczywiście dopełnił słowa: i wrócił nie zdradziwszy mnie

Coraz bliżej i dojeżdżając do dworu, widziałem te same pola, łąki, drzewa, 
kamienie przy drodze, budynki, most na rzece, dom nakoniec gdziem się urodził. 
Widok tych miłych przedmiotów przypominał mi lata dziecinne, gdzie wolny od 
trosk świata tego, na łonie szczęścia i spokojności wraz z braćmi moimi biegałem 
swobodny; dziś zaś, nie wiele lat temu, jakaż różnica! Świat wielki i obszerny, 
a nie ma gdzie głowy przytulić.
Wstrzymując łzy, aby mnie nie zdradziły, z bijącem sercem wyskoczyłem z bryczki, 
przed gankiem dworu zatrzymanej. W sieniach spotkał mnie jakiś człowiek, z 
ubrania na lokaja podobny.
— Czy w domu państwo Migurscy? — zapytałem. Lokaj spojrzał na mnie z 
zadziwieniem.
— Pan musisz być zdaleka, kiedy nie wiesz, że państwo Migurscy od lat czterech 
tu nie mieszkają — odpowiedział.
— A gdzież mieszkają? Jestem z Galicji i mam do nich interes — zawołałem.
— W Sandomierzu! — odpowiedział.
Ja nie chcąc wdawać się w żadne szczegóły z lokajem, a domyśliwszy się reszty:
— Dosyć! dosyć! — krzyknąłem odurzony, i wskoczywszy na bryczkę, pojechałem 
dalej.
Blizko katedry sandomierskiej, w niewielkim czysto utrzymywanym murowanym domu, 
mieszkał około ośmdziesiąt lat mający starzec. Włos jego siwy i długi na ramiona 
spadający, osłaniał twarz wiekiem i cierpieniami zoraną. Z zamrużonemi oczyma, z 
założonemi na piersiach rękoma, siedział on nieruchomy w swoim fotelu, ruszanie 
tylko ust jego i cicho odmawiane modlitwy, dowodziły, że myśl jego oddana 
całkiem przyszłości, do której wkrótce miał się przenieść.

Na niewielkim taborecie około palącego się ognia na kominie, siedziała o lat 
szesnaście młodsza od niego kobieta. Rysy jej twarzy, chociaż równie wiekiem i 
cierpieniami zmienione, zachowały jednak ślady dawnej piękności, błyszczące zaś 
duże czarne oczy dowodziły, ze w młodości mogły zająć niejedno serce. Głaszcząc 

background image

na kolanach małego szpica, patrzała na męża, aby jeżeli czego zażąda, sama mu 
usłużyć mogła. Wpięciu pokojach, całe ich mieszkanie składających, nie było 
oprócz ich dwojga nikogo. Rączka tylko mosiężna na drucie umocowana, dowodziła, 
że ktokolwiek ze sług, w drugiej połowie domu mieszkających, może przyjść na 
zadzwonienie.
Staruszkowie ci, byli to moi rodzice, którzy po wyjeździe naszym do Francji i po 
wydaniu za mąż starszej ich córki a mojej siostry Nepomuceny, osiedli blizko 
kościoła.
Tak to zwykle bywa, że ci, których już świat nie zajmuje, udają się do Boga.
W takiem to położeniu byli moi rodzice, gdy ja zostawiwszy za parkanem bryczkę, 
ostrożnie i cicho z bijącem sercem przeszedłem dwa pokoje i zatrzymałem się na 
progu trzeciego, w którym oni oboje siedzieli.
Matka na mój widok powstała z siedzenia, i z twarzą zaczerwienioną, z gwałtownie 
bijącem sercem, ze łzami radości rzuciła mi się na szyję i objąć chciała, gdy 
tymczasem ja u nóg jej leżałem.
Który to z synów? ona jeszcze nie wiedziała, ale że syn, o tem była przekonana, 
jak mi to później sama mówiła.
Rozbudzony tym szelestem ojciec, zapytał:
— Co to jest?
— Syn, syn nasz przyjechał — nachyliwszy się do niego, szeptała mu do ucha matka 
moja.
— Syn! — powtórzył radością jaśniejący starzec.
— Pójdź synu, póki nie skonam, niech cię pobłogosławię.

I ja do łeż rozczulony uklęknąwszy przed nim, przyjąłem na prędce 
błogosławieństwo.
Zadziwi to zapewne czytającego, że ja w charakterze Wisniowskiego, wdawałem się 
w czasach tak niebezpiecznych w podobne rozczulenia z Migurskimi, lecz zniknie 
to podziwienie W chwili, gdy sobie przypomnimy, że i ja przedewszystkiem byłem 
także człowiekiem, i chociaż przygotowałem się przedstawić się im jako 
galicjanin, nie widziawszy przez lat dwanaście moich rodziców, uległem takiemu 
rozczuleniu, jakiego młode i niezepsute serce jeszcze doznaje.
Jakkolwiek bądź, dzięki niech będą Opatrzności, że nikt obcy nas tu nie widział; 
inaczej zguba byłaby nieuchronną. Gdy jednak przeszły chwile pierwszego 
uniesienia, uprzedziłem rodziców; ażeby się ze mną przy obcych jak z Wiśniowskim 
obchodzono.
W godzinę potem, nowa scena odbyła się w tym pokoju. Rafalina, ośmnastoletnia 
siostra moja, ktorą najwięcej z rodzeństwa kochałem, wróciła z sąsiedniego domu, 
w którym była z wizytą.
Nazajutrz ojciec mój, usiadłszy w ulubionem swojem krześle i podług zwyczaju 
zamrużywszy oczy, biorąc mnie za rękę, zawołał:
— Biedny Wincenty! w tak młodym wieku, a już tyle wycierpiałeś, cierpisz i 
cierpieć będziesz! Przebacz mój synu tej smutnej przepowiedni, ale ja to czuję i 
naprzód widzę!... We własnym domu, a jesteś obcym!... Rodzice twoi... którzy by 
ci powinni serce otworzyć... oni ci dachu odmawiają!...
... O carze Mikołaju!... Bóg kiedyś odepchnie cię od swego łona, jak ty nas 
zmuszasz wyrzekać się własnych dzieci! że zaś każesz nam gwałcić najświętsze 
prawa natury, za to kiedyś ciężko odpowiesz! Moc i potęga twoja wkrótce tu 
przejdą, a

ty wyrzutami i zgryzotą sumienia, jak straszydło jakie błąkać się będziesz 
wiecznie, i nie znajdziesz przytułku!...
— Amen! — zawołałem.
O moi szanowni czytelnicy! gdybyście wy widzieli w tę porę mojego ojca, równie 
jak ja bylibyście zdziwieni. Twarz jego w górę wzniesiona, oczy jasnością 
zabłyszczały i jakby czytając przyszłość Mikołaja, nadziemskiej jakiejś przybrał 

background image

postać istoty; zamrużył później oczy, i wrócił do stanu otrętwienia.
Na drugi dzień wziąłem arkusz czystego papieru, rozłożyłem go naprzeciw okna, i 
starannie szukałem, czy nie znajdę na nim znaków wodnych lub nazwiska papierni i 
roku, i nieznalazłszy tego, czegom się obawiał, napisałem na nim co następuje:
Ja niżej podpisany, wziąłem sposobem pożyczki od Wgo Antoniego Wiśniowskiego 
dwieście pięćdziesiąt reńskich srebrem, czyli na monetę, kurs w Królestwie 
Polskiem mającą, złotych polskich tysiąc, które upraszam rodziców moich, 
Walerego i Katarzyny Migurskich w Królestwie Polskiem, w województwie 
sandomierskiem, we wsi Rzeczyca Mokra mieszkających, temuż Antoniemu 
Wiśniowskiemu lub jego pełnomocnikowi łaskawie wypłacić.
Działo się w Paniowcach Zielonych, dnia go maja  roku (podpisano Wacław 
Migurski.).
Po napisaniu takiego dokumentu, zmiąłem go i wytarłem o podłogę, aby ile można 
zrobić go dawnym, złożyłem go potem we czworo, i przy mojej matce i siostrze 
oddałem ojcu mówiąc:
— Jeżeli kiedykolwiek i jakakolwiek komisja zapyta was, czy Antoni Wiśniowski 
był w waszym domu i poco? to odpowiedzcie że był, i odebrawszy od was pieniądze 
pożyczone przez niego synowi waszemu Wacławowi, udającemu się do Francji, po

dwóch noclegach wyjechał, zostawiwszy wam ten oto kwit. Ja zaś w przypadku tak 
samo tłumaczyć się będę, i tym sposobem zgodzimy się na jedno.
O dwanaście mil od Sandomierza, jest miasto wojewódzkie Radom. W tem mieście 
jest komora celna, której naczelnikiem był pan M, stary kawaler, brat rodzony 
mojej matki. Od kilkunastu lat będąc na tym urzędzie i pobierając prócz tego 
dochody ze swego majątku, nie wydawał tyle ile pobierał, tem więcej przeto 
uchodził za bogatego, ie się nie udzielał nikomu.
Kiedy ja z braćmi moimi do szkół jeszcze chodziłem, ujmował on sobie nasze 
młodociane serca różnemi studenckiemi fraszkami, pomoc zaś główną odkładał na 
później, jeżeli który z nas potrzebować jej będzie.
Po wyjeździe więc od rodziców postanowiłem udać się do niego, nie zważając na 
to, że żegnając się ze mną Albina zaklinała mnie ze łzami, ażebym u swojej 
familji o żadne posiłki się nie starał, dowodząc, że to co ona posiada, już do 
mnie należy, i wystarczy na nasze utrzymanie. Mimo to jednak odezwała się we 
mnie ambicja mężczyzny z porządku natury wynikająca, żeby utrzymywać żonę, a nie 
być przez nią utrzymywanym.
Z tych więc powodów umyśliłem jechać do wuja, i to tem więcej, że moi rodzice 
utrzymując się z niewielkiego kapitału, nic mi dać nie mogli prócz objaśnienia, 
że majątek nasz, po wyemigrowaniu naszem, taki wziął obrót, że chcąc go 
odzyskać, potrzeba-by wiele osób żyjących jeszcze skompromitować.
Ostatnie dnie marca, szczególniejszą tego roku odznaczały się pogodą. Dzień w 
którym od rodziców wyjechałem, był tak piękny i jasny, że żadna chmurka na 
niebie nie przeszkadzała oku widzieć błękitne jego sklepienie. Słońce dopiekając 
świeciło jasno, i ostatki śniegu konając pod jego promieniami, wy-

woływały świeżą zieloność; drzewa już prawie rozwijały swe pączki, a po ich 
gałęziach świegocąc miłe ptaszęta śpiewem swoim uwielbiały dobroczynną i do 
nowego życia powołującą ich naturę; bydło rozbiegło się po zazielenialych 
płaszczyznach, młodą trawkę zrywając, a jałowice i jagnięta skacząc po 
pagórkach, wesołym głosem składały dzięki naturze. Słowem, cała przyroda 
zmieniła się, i ze smutnego i jednostajnego widoku wesołą i różnobarwną przyjęła 
postać".
Taką właśnie była chwila, którą umyślnie szczegółowo opisałem, abyście się 
przekonali, co z tego wynikło.
Stefanek wioząc mię zamyślonego, zobaczył dwie drogi.
— Którą jechać? — zapytał.
I rzeczywiście dwie drogi się pokazały. Lewa prowadziła do Radomia, prawą trzeba 

background image

było jechać do Galicji. Na zrobione mi zapytanie, ja jakby ze snu przebudzony, 
doznałem tak gwałtownego wewnętrznego wstrząśnienia i przestrach tak wielki mię 
opanował, że trzęsąc się cały parę minut nie mogłem słowa przemówić.
Stefanek zatrzymał konie, i patrząc z żalem na mnie widocznie zmienionego, w 
milczeniu oczekiwał dalszych rozkazów.
Przeczuwałem ja, ze cała przyszłość moja od jednego słowa zależy, wspomniawszy 
sobie atoli, że do Galicji bez niczego wracać niepodobna, siląc się na 
odpowiedź, z konwulsyjnem drganiem ust moich, zawołałem nakoniec:
— W lewo.
Zdaje się, że cała prawie natura tego tylko słowa czekała. Odtąd bowiem tak 
piękna i spokojna jak opisałem, po wyrzeczeniu nieszczęśliwego słowa: w lewo, 
jakby czarodziejską laską dotknięta, w jednej chwili się przemieniła. Słońce się 
zaćmiło, czarne chmury zkądsiś raptem nadbiegły, gwałtowny wiatr podjął się 
naraz i oczy nasze piaskiem zasypał; śnieg w szerokich płatach gęsto spadając, 
zawalił drogę.

Przestraszony Stefanek zatrzymał konie, i obracając się do mnie z widoczną 
trwogą, zawołał:
— Coś to będzie panie!
Ja patrząc na to wszystko, równie byłem strwożony, nie chcąc jednak poddawać się 
głupim przesądom, odpowiedziałem:
— Nic nie bedzie! śnieg będzie! — i dalej jechać kazałem.
Nie sądźcie moi czytelnicy, ażeby to co tu czytacie było wymysłem, grą 
imaginacji, lub skutkiem fantazji; wszystko to co ja opowiadam i dalej opowiadać 
będę, jest rzeczywistą prawdą. W tem tylko zaręczyć was mogę, że nie jestem 
poetą i Bóg moim świadkiem, że do tego najmniejszej nie mam zdolności, talentu, 
ani pretensji!
Tak walcząc z czarnemi przeczuciami, jakby na przekor podjętej burzy i 
zawierusze, pojechałem w lewo. Nocowałem w miasteczku Skaryczowie, ztąd 
nazajutrz wyjechałem do Radomia. Zsiadłszy z bryczki, o godzinie dwunastej w 
południe udałem się do mieszkania wuja mego. Mieszkał on w własnym domu, dla 
tego szukać go nie miałem potrzeby. Dowiedziawszy się zaś że go nie ma w domu, 
już wracałem, gdy spostrzegłem starca naprzeciw mnie idącego. Starzy nie tak się 
zwykle przemieniają jak młodzi. Poznałem go więc od razu, i podchodząc do niego 
zapytałem:
— Czy z panem M. mam honor mówić?
— Tak jest — odpowiedział sucho.
— Jestem Wiśniowski z Galicji, i mam do pana interes.
— Proszę więc do pokoju.
I wpuściwszy mnie naprzód, wszedł za mną, i starannie drzwi zamknął.
— Czy sami tu jesteśmy ? — zapytałem go.
— Sami.
— I nie poznałeś mnie wuju ?
— Wacław?

— Nie, Wincenty.
— Ach! co ty tu robisz? odskakując odemnie w tył na parę kroków, przestraszony 
zawołał.
— Nie obawiaj się niczego kochany wuju. Publicznie jako galicjanin za paszportem 
przejechałem granicę, zresztą nikt nas tu nie widzi...
— Słuchaj galicjaninie, jeżeli niechcesz, ażebym cię w tej chwili oddał w ręce 
gubernatora wojennego, to natychmiast opuść me progi! — w uniesieniu gniewu 
najukochańszy zawołał wujaszek.
— Wuju! przed skasowaniem w tym kraju loż massońskich, wiem, że byłeś 
Massonem... Już nie jako siostrzeniec, lecz jako członek tego związku (robiąc 
znak) zaklinam cię, wysłuchaj mnie i...

background image

— Nie byłem ! nie byłem! — tupając ze złości nogami, zawołał.
— Widać, żeś nie był, kiedy nie znasz najświętszych tego związku obowiązków! — z 
oburzeniem i dumą zawołałem. I odwróciwszy się prawie z pogardą od niego, 
wyszedłem, drzwi za sobą zatrzasnąwszy.
— O mój Boże! cóż ja teraz z sobą zrobię, o ja nieszczęśliwy !...
I mimowolnie, że świat wielki i obszerny, a nie ma gdzie głowy przytulić, znowu 
pomyślałem.
Takiemi zajęty myślami, udałem się do oberży, do której ledwo co przyjechałem, 
kazawszy Stefankowi zaprzęgać spocone jeszcze konie, zapłaciwszy za niedojedzony 
jeszcze obrok, siadłem na bryczkę, i ruszyłem ku tej samej rogatce, którą przed 
godziną wjechałem.
Stojący na straży weteran zapytał:
— Gdzie pan jedziesz?
— Do domu, do Galicji — odrzekłem.

Stój! — na Stefanka zawołał strażnik. I obracając się do mnie, zrobił zapytanie:
— A czy pan meldowałeś się w policji?
— Nie, gdyż nie nocuję — odpowiedziałem.
— Nie można panie. W gubernialnem mieście jest zwyczaj, że nie tylko w policji, 
ale i w biurze wojennego gubernatora papiery swoje pokazywać należy.
To mówiąc, zażądał paszportu.Śmiało i bez żadnego znaku obawy dobyłem i oddałem 
mu go. Weteran dał znak, aby się za nim udać. Poszedł on do urzędu 
municypalnego, gdzie i ja osobiście stanąłem, a tłumacząc się, że jako 
galicjanin nie wiedziałem zwyczaju, że nienocującym trzeba się meldować w 
policji, zażądałem paszportu. Ale zlodowaciałe urzędników twarze nic mi nie 
odpowiedziały, a zapisawszy w księgę potrzebny im numer paszportu, uzbrojonemu 
żołnierzowi go wręczyły, i mnie z nim razem do bióra wojennego gubernatora iść 
kazały.
Tak idąc pod strażą, zobaczyłem Stefanka, który nie mogąc się mnie doczekać przy 
rogatce, wjeżdżaj do tego samego hotelu, z którego przed chwilą wyjechaliśmy. W 
tym domu całe piętro zajmował wojenny gubernator, jenerał-major B... Tu to 
zaprowadził mnie mój żołnierz, i tu po raz pierwszy w życiu mojem zobaczyłem tak 
blisko moskiewskie twarze. Było ich tam mnóstwo w obszernej sali; widać że 
przyzwyczajeni byli do podobnych widoków, bo gdy mnie wprowadzono, nikt na mnie 
nie zwrócił uwagi.
Po niejakiej chwili drzwi się otworzyły, i z obocznego pokoju pokazał się siwy, 
małego wzrostu, dość otyły mężczyzna w surducie mundurowym, ze szlifami 
generalskiemi. Był to właśnie jenerał-gubernator, przy którego wejściu wszyscy z 
uszanowaniem powstali. On zaś trzymając paszport mój w ręku po-

szedł ku mnie, i porównywając rysopis w paszporcie wyrażony z moją twarzą, 
zapytał:
— Pan się nazywasz Antoni Wiśniowski?
— Ja! — odpowiedziałem.
— Z Wołynia?
— Nie, z Galicji!
Gubernator nic mi więcej nie mówiąc, wyszedł. W kilka minut boczne drzwi znów 
się otworzyły i wystająca ręka w mundur ubrana, kiwnęła na siedzącego przy 
drzwiach majora, który zerwawszy się z miejsca, wyszedł z pośpiechem.
Ja milcząc czekałem, i niecierpliwem okiem wodziłem dokoła. Ale w pół godziny 
potem, niech sobie każdy wyobrazi moje zadziwienie, przestrach, złość i 
oburzenie, gdy w rękach powracającego majora ujrzałem moje pistolety, rewersa i 
inne papiery z tłumoka mego wydobyte.
Dotąd sądziłem, że po obejrzeniu mojego paszportu oswobodzą mnie, lecz gdym 
spostrzegł, że bezemnie zrewidowano i wzięto moje rzeczy, niestety! zrozumiałem 
moją przyszłość, i tak tym postępkiem byłem rozgniewany, że idąc za popędem 

background image

wściekłego gniewu, tylko żem nie porwał za swój pistolet, dość ostrożnie na 
stole położony, i nie zabił pana majora, gdyby myśl o Albinie nie wstrzymała 
mnie była od tego kroku.
Dnia go kwietnia z rana ja w towarzystwie oficera żandarmów, wjechałem 
extrapocztą do Warszawy, i pocztylion zatrzymał się przed pałacem Bruhlowskim. 
Zeskoczyliśmy prędko obaj z bryczki, i poszliśmy wewnątrz mieszkania.
Dobrzy mieszkańcy Warszawy, jakkolwiek oswojeni z podobnymi widokami, zebrali 
się jednak około pocztyljona, chcąc się przynajmniej dowiedzieć, zkąd 
przywieziono ofiarę. Lecz warta stojąca około pałacu, kolbami ich rozegnała.

Wkrótce wyszedłem z domu Brühlowskiego, i nie mówiwszy tam z nikim, wsiadłem z 
adjutantem jenerała gubernatora w przygotowaną dorożkę, i wraz z nim pojechałem 
do cytadeli. Miejscowa władza cytadeli warszawskiej, była podówczas złożona z 
komendanta jenerała B. i plac-majora pana K., którzy zapisawszy mię w liczbę już 
uwięzionych, zamknęli pod numer my.
Pokój, w którym mnie zamknięto, miał sześć łokci długości a cztery szerokości i 
jedno zakratowane okno. Łóżko zaś próżne, stoliczek niewielki i krzesło, 
składały całe umeblowanie tego miejsca, cierpieniom poświęconego.
Sam jeden zostawiony i zamknięty, obejrzałem się naokoło i spostrzegłem na 
drzwiach napisane węglem: I to minie.
— Prawda! — pomyślałem — wszystko minie! wieczność tylko będzie bez końca. Ależ 
nim to minie, ileż to łez upłynie?!...
I wspomniawszy o niej, gorzko zapłakałem...
Uspokoiwszy się nieco, przypomniałem sobie owa gwałtownie podjętą burzę, podczas 
której Stefankowi w lewo jechać kazałem, i mimowolnie przyszło mi na myśl, że 
jest coś niedocieczonego w naturze, wspomniałem sobie i to także, że właśnie 
dziś jest go kwietnia czyli dzień moich imienin, i zamyśliłem się mocno, że na 
wiązanie zamek i kratę mi ofiarowano !...
Cokolwiek bądź, postanowiłem bronić się i do właściwego nazwiska nie przyznawać. 
Na Stefanka wprawdzie liczyłem wiele, ale zastanowiwszy się nad tem, dla czego 
mnie opatrzonego paszportem i publicznie jadącego aresztowano, okropna myśl, czy 
mnie wuj nie zdradził, wstrzęsła mną całym.
Takiemi myślami byłem zajęty, gdy posługacze więzienni wnieśli mój tłómok, 
dobyli z niego pościel, zasłali łóżko, i zostawili mię znów samego. Po ich 
odejściu rzuciłem się nagle do tłómoka, schwyciłem nie wielkie pudełeczko, z 
nadzwy-

czajnym pośpiechem go otworzyłem, i przebierając pomiędzy różnemi korzeniami 
kuchennemi, na drogę mi przez Albinę przygotowanemi, znalazłem sekretnie 
przezemnie włożona czarną niewielką gałeczkę. I uradowawszy się do najwyższego 
stopnia że się na niej nie poznano, a tem samem nie odjęto, najstaranniej w inne 
miejsce ją przechowałem.
Tak siedząc w zamknięciu przez trzy tygodnie, nie byłem przez nikogo pytany. Na 
zasadzie przeto starego naszego prawa kardynalnego: "Neminem captivari 
permittimus nisi jure victum" (Nikogo aresztować nie pozwalamy, tylko prawem 
przekonanego) żądałem, krzyczałem i od otaczającej mię straży domagałem się 
gwałtem, aby mię do jakiejkolwiek bądź władzy zameldowano; lecz wszystkie te 
moje zabiegi okazały się bezskuteczne, albowiem zawsze na obietnicy się 
kończyło.
Przez czas mojego tu pobytu, poznajomiwszy się z miejscowością, zauważałem, że 
każdego dnia o tej godzinie zrana jacyś panowie przyjeżdżali do cytadeli, i 
długim korytarzem około moich drzwi przechodzili. Postanowiłem przeto z tego 
korzystać i raz, gdym ich usłyszał przechodzących, zacząłem gwałtownie bić we 
drzwi i krzyczeć, aby mi otworzono.
Członkowie komisji śledczej (gdyż to oni byli) usłyszawszy tak nadzwyczajne 
stukanie, kazali sobie otworzyć, i weszli do mnie.

background image

Ja dziś, niezważając na lata, jestem prędki i niecierpliwy z natury, cóż było 
wtenczas, kiedy młodość krew moją robiła więcej burzącą. Spostrzegłszy przeto 
ich wchodzących, i chcąc się stanowczo o moim losie dowiedzieć, wyszedłem nawet 
z granic przyzwoitości, wrzeszcząc na nich z całego gardła i pieniąc się ze 
złości, żądałem, ażeby mię natychmiast uwolniono.
— Rząd nasz austrjacki — mówiłem do nich — szanuje waszego rządu paszporta! i 
ktokolwiek bądź nim opatrzony ztąd do nas przyjedzie, aby nic złego nie zrobił, 
może być pewnym,

ie mu włos z głowy nie spadnie! Gdy przeciwnie u was zupełnie co innego!... Czy 
zrobiłem co komu złego ? czy nie publicznie przez komorę jechałem? czy nie od 
razu na zapytanie w Radomiu na rogatce: gdzie jadę ? że do Galicji 
odpowiedziałem? Jakiem-że prawem więzicie mię tutaj?! czy myślicie że się nikt o 
mnie nie upomni? O! nie, moi panowie! mylicie się! nietylko rząd austrjacki ale 
i Europa cała dowie się o tem, jak wy prawa człowieka gwałcicie! Czego wy się 
mnie lękacie? czyż ja wam więcej mogę zaszkodzić aniżeli liść wiatrem poruszony 
ukrywającemu się zbrodniarzowi w lesie? Ale wiem ja, czego się wam zachciewa, to 
są osobiste wasze widoki, które wymagają aby i więzienia i kieszenie wasze były 
pełne!
Członkowie komisji wszystkiego com mówił wysłuchali cierpliwie, spojrzeli na 
siebie, zamienili pomiędzy sobą kilka słów po moskiewsku, nareszcie

"Jeden z nich śmielszej natury,
Wyściubiwszy łeb do góry,

wystąpił nieco z ich koła, i:
— Bądź pan spokojny! — po polsku do mnie przemówił — mała tu zachodzi omyłka. 
Pan utrzymujesz, że jesteś Antoni Wiśniowski z Galicji, a nam także Antoniego 
Wiśniowskiego brakuje z Wołynia. Jeżeli zatem przekonamy się, ie jesteś ten sam, 
kim się być mienisz, to przeproszony i wynagrodzony za wszystkie straty wrócisz 
sobie do domu. Jutro więc zaczniemy pana indagować.
— Lecz gdzie mój człowiek i konie ? — zapytałem.
— Tu w Warszawie, pod dozorem policji — odpowiedział.
I wychodząc, polecił żandarmowi nosić mi książki od Glücksberga, abym czytając 
nie nudził się.
— Chwała najwyższemu Bogu, choć rzeczywiście nie wiedzą kto jestem — pomyślałem,

Tak to z konieczności człowiek ratując się rzuca się na wszystkie strony,
Jakoż rzeczywiście nazajutrz wezwano mię do zebranych członków komisji śledczej, 
i po zwykłych, prawem przepisanych ad generalia zapytaniach, zrobiono mi 
następującą kwestję:
— Gdzie się pan znajdowałeś od czasu przejechania granicy, do chwili 
aresztowania go w Radomiu?
Niezmięszany całkiem tem zapytaniem, z największą śmiałością odpowiedziałem:
— Dwie nocy i dwa dni byłem w Sandomierzu, u państwa Migurskich, trzecią 
nocowałem w Skaryszowie, a na czwarty dzień aresztowano mię w Radomiu.
— Po co pan zajeżdżałeś do Migurskich?
— Kiedy korpus Romariniego wkroczył do Galicji, nasi obywatele z pozwolenia 
rządu, rozbierali oficerów polskich pomiędzy siebie. Mnie w udziale przypadł p. 
Wacław Migurski. Ten bawiąc w mym domu blizko rok jeden, dowiedział się z 
rozmowy ze mną, że ja mam dług u wuja mego, majora Szawłowskiego, w mieście 
Pułtusku mieszkającego, i że kiedyś będę u niego w Królestwie polskiem. Ze zaś 
rząd austrjacki udzielał paszporta oficerom polskim na przejazd do Francji, 
wydał i wspomnionemu Migurskiemu, który potrzebując na drogę pieniędzy wziął je 
odemnie i dał kwit do swoich rodziców. Dla odebrania przeto tej pożyczki byłem u 
państwa Migurskich.

background image

Tu jeden z członków zrobił uwagę, mówiąc: że ja dając pieniądze do ucieczki 
emigrantów, popełniłem kradzież polityczną. Ale ja zbiłem to dowodzenie jego 
twierdząc, że wprzód były prawa i obowiązki człowieka, nim on, jego sofizma, i 
cała Moskwa istniały.
— Dla czego pan na rogatce radomskiej powiedziałeś, że jedziesz do Galicji a nie 
do Pułtuska, gdzie dla widzenia się z wujem jechać byłeś powinien?

— Kiedy zajechałem na noc do Skaryszewa, w gościnnym pokoju tamecznej oberży 
zastałem obywatela z Województwa Płockiego, który zabierał się już do wyjazdu, a 
dowiedziawszy się odemnie że jadę do Pułtuska i dla czego, zaręczył mię że nie 
mam tam po co jechać, gdyż Szawłowski, którego znał dobrze, już nie żyje, 
dlatego więc wyjeżdżając z Radomia, powiedziałem, że jadę do Galicji.
— Z której wioski był ten obywatel i jak się nazywał?
— Zkąd on był, wcale go o to nie pytałem. Powiedział mi wprawdzie swoje 
nazwisko, ale ja jego nie pamiętam, czy to był Rudecki, czy Radecki, czy 
Rudziewicz czy Radziejewski, czy Rudziejowski, czy nakoniec Rudziszewski, z 
pewnością powiedzieć nie mogę, dosyć, że coś podobnego.
Te dwie ostatnie odpowiedzi były przezemnie zmyślone. Ja wprawdzie nocowałem w 
Skaryszewie, ale tam żadnego obywatela nie widziałem. Zapytany nagle, chwyciłem 
się kłamstwa, jak tonący chwyta się brzytwy; wnosząc jednak, że zanim komisja 
śledztwa dowie się, który z obywateli Województwa Płockiego, zaczynający się na 
lilerę R. był w Skaryszewie i widział się ze mną, ja tymczasem zyskam na czasie.
— Dla czego pan, dowiedziawszy się o śmierci wuja w Skaryszewie, nie wracałeś 
ztamtąd zaraz do Galicji, a pojechałeś do Radomia?
— Rzecz bardzo naturalna. Widzicie panowie, że jestem młody i prócz Lwowa nic 
nie widziałem, dowiedziawszy się tedy o śmierci wuja, a że do Radomia nie było 
tylko dwie mile, bojąc się przeto, aby po moim powrocie koledzy ze mnie nie 
szydzili, że będąc w Kongresówce, ani wojska moskiewskiego ani miasta 
wojewódzkiego nie widziałem, z próżności jedynie tam pojechałem i jak to łatwo 
po czasie można wyrachować, ie ja w Radomiu więcej nad godzinę nie bawiłem, co 
było dosyć, aby ciekawość moją zaspokoić, i gdyby mi nie żal fun-

duszów, niezawodnie pomimo wiadomości o śmierci wuja byłbym i do Pułtuska 
pojechał. Zresztą zróbcie panowie najlepiej odezwę do Lwowa, i to czemprędzej, 
gdyż ja oświadczam i żądam, aby to w protokóle było umieszczone, że ja po 
powrocie, krzywd moich urzędownie poszukiwać będę. Zróbcie jak powiadam odezwę, 
a wówczas, kto jestem przekonacie się!
Czy myślicie moi czytelnicy, ie komisja śledztwa poprzestała na tych 
objaśnieniach, wystarczających zkąd inąd dla wyjaśnienia prawdy? Gdzie tam! ona 
zrobiła wprawdzie odezwę do Galicji, i rząd austrjacki po przekonaniu się na 
gruncie w Paniowcach odpowiedział, ie rzeczywiście Antoni Wiśniowski wyjechał z 
paszportem do Królestwa polskiego. Posłała urzędnika do Migurskich, i ci 
pokazawszy rewers syna Wacława, poświadczyli tak samo jak byli przezemnie 
nauczeni. Wezwała z Pułtuska majora Szawłowskiego, aby ten stanąwszy w Warszawie 
osobiście poznał swojego siostrzeńca, i chociaż ja przewidując to, najwięcej się 
tego lękałem, ufałem jednak sobie, że opowiedziawszy mu śmiało w oczy 
najdrobniejsze szczegóły familijnych stosunków, zakrzyczę go i wmówię w niego 
wszystko tak dokładnie, że wuj musi się zachwiać i domyślić, i rad nierad 
przyzna mnie za siostrzeńca. Ależ o cudzie! zamiast majora, komisja odebrała 
raport, że rzeczywiście w połowie marca Szawłowski przeniósł się do wieczności 
(o tem dowiedziałem się później).
Wszystkie więc okoliczności sprzyjały tłómaczeniu się mojemu, i zadawało się, że 
sama Opatrzność mną się opiekuje. Poprzestać więc na tem byłoby dosyć, Ale 
komisja wierna swoim zasadom, aby raz schwytanego nie wypuścić, wstrzęsła całe 
Województwo Płockie, pościągała do Warszawy wszystkich obywateli na literę R. 
się zaczynających, i mnie ich pojedyńczo przedstawiając, poznawać kazała.

background image

Ja z początku parę razy odpowiedziałem że nie ten i sądziłem że na tem koniec, 
ale później wyobraziwszy sobie smutne położenie tych ofiar, cierpienia i 
niespokojność ich żon, córek, sióstr i matek, znudzony często powtarzającemi się 
scenami, zaufany wreszcie, że wszystkie moje tłómaczenia się pomyślny skutek 
wziąć musiały, kiedy nie mogąc mię czem innem i ważniejszem, takiemi 
drobnostkami chcą o kłamstwie przekonać, pewny nakoniec, że jako galicjaninowi 
gwałtu żadnego zrobić się nie ośmielą, zniecierpliwiony naostatek z największem 
oburzeniem, stanowczo odpowiedziałem, że: "od tej chwili na żadne głupstwa 
komisji pozwalać nie będę, ani się nawet wezwany z numeru swego nie ruszę!...
— Wstydźcie się panowie — mówiłem dalej — odrywać ludzi od familji i 
gospodarstwa, przyprowadzać ich o stratę i niespokojność!... jechał! jechał! 
wielka rzecz, że jechał!... djabli go tam zresztą wiedzą jak on się nazywał, 
może być i wcale nie na literę R... Wuja! wuja mi dajcie przed oczy, to się 
najlepiej przekonacie!
Nie wiem dalibóg zkąd mi przyszło do głowy tyle bezczelności, dosyć, że jak 
zauważałem, oburzenie, gniew i krzyki moje, pożądany odniosły skutek. Członkowie 
bowiem popatrzyli na siebie, coś półgłosem pomiędzy sobą przemówili, i mnie 
uspokoić się zaleciwszy, sami się rozjechali.
Nakoniec po trzech miesiącach mojego uwięzienia, komisja śledztwa przejrzawszy 
moje akta, zrobiła stanowcze rozporządzenie uwolnić mię do domu, i w tym celu 
jechała do cytadeli.
Jadąc, spotkała ona na ulicy młodego, niewielkiego wzrostu mężczyznę. Jego ubior 
i zarost czarny odpowiadał zupełnie kolorowi jego duszy. Tego to jegomości, 
alias szpiega komisja wzięła z sobą, czy on wróciwszy z Francji i Galicji, nie 
pozna mię przypadkiem.

O wszystkich tych szczegółach dowiedziałem się później od jednego członka 
komisji.
Ostatnich dni czerwca, zebrani członkowie komisji w cytadeli przywołać mnie 
przed siebie kazali, i już zdawało się że chcieli objawić mi swobodę, gdy jeden 
z członków biorąc mię za rękę i rozmawiając ze mną tak mię postawił, że twarz 
moja obrócona była wprost do drzwi. We drzwiach tych było małe okienko z 
korytarza blachą zasłonione. Na korytarzu stał i patrzał w odsłonione nieco 
wspomnione okienko ów wzięty z ulicy szpieg czarno ubrany, i w czasie, gdy ja z 
członkiem rozmawiałem, sam nie wiem o czem, kandydat stryczka przypatrzywszy się 
mnie dobrze, zaskrobał delikatnie paznogciem we drzwi. Oficer mówiący ze mną 
usłyszawszy jak się pokazało znak umówiony, wybiegł na korytarz, i przemówiwszy 
z nim słów kilka, wrócił z twarzą tryumfującą, i powiedział coś do ucha 
prezesowi.
A obracając się do mnie, zawołał patrząc mi w oczy dobitnie:
— Tak pan twierdzisz, że jesteś Antoni Wiśniowski!...
— Tak jest, nim jestem! — odrzekłem śmiało.
— A jeżeli my pana przekonamy, że jesteś Wincenty Migurski, emisarjusz z 
Besancon, co z tego będzie?! — zapytał, podnosząc głos jedną oktawą wyżej.
Usłyszawszy te słowa, wzdrygnąłem się i zrozpaczony krzyknąłem:
— Nie!... nie!... nie jestem nim !...
Ale widocznie byłem zmięszany, a nie oczekując tak okropnego odkrycia, 
zaczerwieniłem się po same uszy i czułem, że mi krew uderzyła do głowy.
Cała komisja nie mogła niezauważać widocznego mojego pomięszania i źle udanego 
kłamstwa. Pan prezes przeto wyszedł-

szy z granic, zapomniał na własną godność, a krzycząc na mnie użył wyrazu, 
którego nigdy dotąd nie słyszałem.

background image

Oburzony jego słowy i tonem, równie zapomniawszy o wszystkiem, poskoczyłem do 
niego, i w uniesieniu najwyższej rozpaczy i wściekłego gniewu, krzyknąłem:
— Szanuj! jeżeli chcesz być szanowanym!... Róbcie ze mną to, co wam prawo 
nakazuje, inaczej ostrzegam, że żadnej osobistości nie zniosę!
I tak grożąc mu pod nos, uderzyłem w stół pięścią, i z całą gwałtownością 
ryknąłem:
— Tak jest! Migurski jestem!
Przyznam się wam, że tylko rozpacz wywołała ze mnie podobne słowo. Sam nie 
wiedziałem co się ze mną zrobiło. Ochłonąwszy jednak nieco, poczułem, że jakiś 
ciężar ustąpił z mojego serca. Nie uwierzycie bowiem moi kochani, co to jest 
kłamać, i jak to wiele kosztuje.
Członkowie tej szanownej komisji, byli zupełnie podobni do naszych żydów, z 
drobnostkami po zajezdnych domach chodzących. Ich wypychaj, szturkaj, kpaj i 
pluj w oczy, oni ci wszystko przebaczą, i tysiące jeszcze grzeczności powiedzą, 
bylebyś kupił u nich naparstek lub grzebyczek do włosów. Tak i oni, sądząc po 
mojem uniesieniu wnosić by należało, że przyjdzie ze mną do ostateczności, gdy 
tymczasem oni uszczęśliwieni z mego wyznania, nie tylko mi nic nie 
odpowiedzieli, ale w szczególności ten sam prezes uspakajając mię łagodnemi 
słowy, krzesło mi ofiarował abym odpoczął. Lecz ja nie uspokojony jeszcze i do 
rozpaczy przywiedziony, gdym widział, że wszystkie moje plany i widoki na raz 
jakby piorunem rażone zostały, nie przyjąwszy krzesła, powtórzyłem z dumą:
— Tak jest, Migurski jestem! i chlubię się z tego, żem emisarjusz! i abym wam 
dowiódł, że się niczego nie lękam i na

wszystko jestem przygotowany, objawiam publicznie, ie przyszedłem was truć, 
mordować, zabijać i palić...
Wszystko to, com w zapale gniewu mojego powiedział, sekretarz wciągnąwszy do 
protokołu, odczytał.
Prezes zapytał mię, czy gotów jestem to potwierdzić i podpisać?
— Gotów jestem, — odpowiedziałem z udaną spokojnością, i (mając na celu to o 
czem się niżej dowiecie) dodałem, że posiadam ważne jeszcze tajemnice, które 
samemu tylko księciu namiestnikowi objawię, jeżeli ten zjedzie do cytadeli.
Stanęło na tem, że komisja rozstając się ze mną w najlepszej ze mną harmonii, 
zaleciła mi spokojność, nieoddawanie się rozpaczy, i dała mi materjały 
piśmienne, celem spisania w krótkości tego, co mam objawić namiestnikowi; 
przyrzekając oraz, że tenże jutro zobaczy się ze mną o godzinie dziesiątej z 
rana.
Przyszedłszy do mojej celi, rzuciłem na stół przyniesiony papier i obejrzawszy 
się za zamykającymi, słowa napisane na drzwiach: "I to minie" znowu się oczom 
moim przedstawiły.
— Prawda — pomyślałem — dla mnie wszystko minie. Wszakże przy wyjeździe moim z 
Francji, wiedziałem co mnie czeka, Mamże się teraz lękać losu, który był 
przewidziany?... Ależ Albina !...
I przy tej myśli padając na kolana i rzewnemi zalewając się łzami, zawołałem:
— Boże!...
Więcej mówić ani myśleć nie mogłem. Natłok wrażeń i ogrom skupionych cierpień 
ścisnęły moje serce, i zrobiły je otrętwiałem na wszystko.
W takim stanie byłem chwil kilka. Com myślał i doświadczał, Bogu tylko wiadomo. 
Nie żałowałem wprawdzie życia dla tego, żem miał rozstawać się z nim tak 
wcześnie, przecho-

dzid w krainę niewiadomej przyszłości, być pozbawionym widoku tej pięknej, 
zachwycającej natury, ale dla tego, że nic nie zrobiwszy dla kraju, gubiłem i 
robiłem na wieki nieszczęśliwą Albinę. O! to mi serce rozdzierało.
Powstawszy nareszcie, poszedłem do drugiego łóżka.
Zapomniałem wam powiedzieć, że od dni kilku posadzono wraz ze mną Niemca, za 

background image

paszportem z Prus do Warszawy przybyłego, którego widać o coś podejrzywano. 
Podszedłszy jak powiadam do niego! pocałowałem go ostrożnie śpiącego, a ten 
pocałunek był pożegnaniem całej ludzkości i całego świata.
Zrobiwszy to, wróciłem do mego łóżka, ztąd dostałem z ukrycia ową czarną, tak 
starannie przechowaną gałeczkę, stłukłem ją na proszek, wsypałem w szklankę i 
nalawszy wodą, z głębokiem westchnieniem spojrzawszy w niebo, wypiłem.
Wiadomo to prawie każdemu, że oczekiwane nieszczęście gorsze jest od 
rzeczywistego. Tak było i ze mną. Jeżelim cierpiał i rozpaczał, to pochodziło z 
walki pomiędzy życiem a śmiercią, lecz wypiwszy truciznę, czułem się daleko 
spokojniejszym, cieszyłem się i doznałem tego wewnętrznego zadowolenia, jakiego 
ci doznają, którzy spełniają swoje obowiązki. Wielkiemi krokami chodziłem po 
mojem więzieniu, zacierałem ręce z radości i przełknąwszy zabójczy napój, miałem 
się za najszczęśliwszego. Powiem prawdę, że jako młodemu człowiekowi, marzyło mi 
się w głowie, iż postępkiem tym nabędę pośmiertnej chwały. Z upragnieniem przeto 
oczekiwałem chwili, w której trucizna działać zacznie, i jeżeli niekiedy 
rzucałem niespokojnem okiem, to było z obawy, aby straż uwiadomiona od Prusaka o 
tem co zaszło, nie wlała we mnie gwałtem lekarstwa przeciw truciznie. Lecz dobry 
Niemiec pojąwszy moje położenie, nie myślał, jak to później się pokazało, w 
niczem mi być przeszkodą.

Tak chodząc podszedłem do stołu, na którym papier dany mi od komisji był 
położony. Widok jego przypomniał mi polecenie, abym na jutro dla księcia 
namiestnika przygotował objaśnienie krótkie, zwięzłe i sprawiedliwe !
Tak myśląc, napisałem:
"Żądałem widzieć księcia namiestnika jedynie na to, aby zyskać na czasie. Chwała 
Bogu, udało mi się, a wypiwszy truciznę, umieram szczęśliwy, ostatnie moje 
tchnienie, po ojczyźnie, Albinie poświęcając!"
Po napisaniu, wziąłem papier w rękę, stanąłem z dumą i po razy kilka 
odczytywałem. Cieszyłem się wyobrażając sobie, jak nazajutrz zjada się do mnie i 
z jaką chciwością (po obejrzeniu trupa) chwycą za papier i dowiedzą się wiele!.. 
Myśl ta złośliwa wywołała z piersi moich śmiech głośny a szyderczy. Sam go się 
przeląkłem, i przykro mi się zrobiło, ie zamiast poświęcić ostatnie chwile 
rozmyślaniom o wieczności, ja światowemi i złośliwemi zajmuję się myślami.
W taki sposób od chwili przyjęcia trucizny, przeszło dwie godzin. Obiad dla mnie 
przygotowany i przestygły, zjadł przebudzony Niemiec, a odwróciwszy się do 
ściany, zasnął powtórnie.
Ja zaś zamyśliłem się głęboko, oczy moje obłąkane, czułem że rozpacz wyrażać 
musiały. Z założonemi na piersiach rękoma usiadłem na brzegu mojego łóżka. 
Patrzącemu na mnie z boku zdawałoby się było, że ja okropnemi zgryzotami 
sumienia miotany, piekielnych mąk doznaję. Coraz dalej i dalej, w miarę postępu 
czasu, zrywałem się z miejsca mojego siedzenia, i to gwałtownie chodząc po 
pokoju załamywałem ręce, to wznosząc do góry oczy niewyraźne jakieś słowa 
wymawiałem, to zakrywszy nareszcie twarz rękoma, siadłem znów w okropnem 
otrętwieniu..... Jakaż była przyczyna mojej widocznej rozpaczy? miałżebym 
żałować życia? lub ciężka zbrodnia miałażby

przygniatać moje serce? lub nakoniec byłyżby to już skutki działającej trucizny 
?...
Nie ! a właśnie dla tego, niepokoiłem się i martwiłem mocno.
— Cóż teraz ze mną będzie, o wielki Boże! — myślałem — mamże jak podły 
nikczemnik znowu dopuszczać się wykrętów i kłamstwa? i cóż im powiem? kiedy mnie 
zapytają jakie istnieje towarzystwo, i jacy związkowi, ha ! ofiary! ofiary! i 
ofiary bez końca. Coż! jeżeli im powiem że tu w kraju nie zdążyłem nic zrobić, i 
że przyjechałem nie jako konspirator, ale po pomoc i błogosławieństwo do stanu 
małżeńskiego, to cóż, chociaż to będzie i prawda, to oni nie uwierzą, bo 
niestety, takie już oni odebrali wychowanie, aby nam biednym nie wierzyć.

background image

Ależ hrabia O., przy wyjeździe swoim z Galicji, wręczając mi tę nieszczęśliwą 
gałkę, zaręczył, że to jest trucizna... a on będąc związkowym, żartować nie 
mógł... chyba, że jego oszukali... lub dając, sam się pomylił... O Boże! o 
wielki Boże! zmiłuj się nademną! o błagam Cię, nie dopuszczaj, abym się 
spodlił!... Weź mnie przed siebie tak czystego, jak są czyste moje zamiary i 
chęci!...
Wtem lekkie wymioty mnie napadły, które wkrótce ustały, nareszcie pięć i sześć 
godzin po wymiotach mija, a ja nie doświadczam najmniejszych boleści wewnątrz, 
lecz przeciwnie, czuję się tak zdrowym, jak nigdy.
Z rozpaczą spostrzegłem, że żyć muszę.
Naraz przypomniałem sobie jednę okoliczność, zrywam się uradowany, i rzuciwszy 
się do tłómoka, wyjmuję surdut, sięgam do kieszeni, i z trudnością włożywszy dwa 
palce w rozprutą kieszeń, dostaję scyzoryk, pomiędzy podszewką a suknem W rogu 
poły będący.
Zwracam uwagę moich czytelników, że ja byłem aresztowany jako galicjanin. Przy 
wsadzeniu mnie więc do cytadeli, re-

widowano mnie lekko i powierzchownie. Wspomniony scyzoryk był podarunkiem równie 
mi drogiej Wincenty, siostry Albiny. Miał on trzy niewielkie ostrza, czwarte zaś 
było cokolwiek większe.
W Warszawie jeszcze, gdym wyjechał z Brühlowskiego pałacu z adjutantem, 
domyśliłem się, że mię wiozą do więzienia. Z obawy przeto, aby mi go przy 
rewizji nie odebrano, z kieszonki od kamizelki, gdzie się znajdował, wpuściłem 
go nieznacznie w powyżej opisane miejsce. Tym więc sposobem dostawszy go teraz, 
ucieszyłem się niewymownie, że kiedy już trucizna nie działała, to choć tem 
narzędziem dopełnię swego obowiązku.
Była godzina dwunasta w nocy. Więźniowie stanu spali spokojnie, i cisza panowała 
tu zupełna, a gdyby nie stąpanie szyldwachów, rozlegające się po ogromnych 
korytarzach, to możnaby wnieść, że grobowa deska pokrywa to miejsce, cierpieniom 
przeznaczone. Ma się rozumieć, że ja nie spałem; myśl bowiem oddzielenia duszy 
od ciała, której wykonanie jednemu tylko Bogu jest dozwolone, nie dawała mi 
pokoju. Długo walczyłem z sobą, co mi przedsięwziąć wypada, upewniwszy się zaś 
niejako, że trucizna działać nie będzie, wahałem się znowu pomiędzy powabem 
życia i nadzieją złączenia się kiedyś może z najdroższą mi Albina, a spełnieniem 
tych obowiązków, które za najświętsze uważałem. Lecz w rezultacie tak wypadło, 
ie te ostatnie wzięły przewagę nad pierwszemi, a myśl, że za godzin kilka zjadą 
się do mnie i zażądają obiecanych tajemnic, przyspieszyła wykonanie.
Polecając przeto całą czynność i duszę moją Bogu, rozebrany, położyłem się na 
łóżku, i wybrawszy najdłuższe ostrze scyzoryka, zadałem sobie pięć ran w 
żołądek, szóstą zaś naprzeciw serca.

Poczciwy Niemiec widział i słyszał tę operację, albowiem przyłożone ostrze, ja 
zamrużywszy oczy, oprawną książką, jak miotem po sam trzonek wbijałem, ale on 
popatrzył tylko na mnie z litością, westchnął głęboko, i bąknąwszy: Herr Jesus! 
odwrócił się do ściany. Rzuciłem scyzoryk, złożyłem ręce na piersiach, i leżąc w 
znak z modlitwą na ustach, oczekiwałem śmierci.
Co się ze mną dalej stało ? nie wiem... to tylko pamiętam, że z początku czułem 
jakieś gorąco po całem ciele, później oziębienie... szum w głowie... ogólne 
osłabienie... chęć spania... a nakoniec utratę zmysłów. Jak to długo trwało, nie 
wiedziałem, na raz zdawało mi się, że jakieś błędne światełko w duszy mojej 
zabłysło, a po rozmaitych, tumannych i niejasnych myślach i wrażeniach; uczułem 
że żyję, ale czy tu czy na drugim świecie, tego nie rozumiałem.
Pewność acz niejasna o mojej egzystencji, o ile z jednej strony ogarniała serce 
moje rozkoszą, o tyle z drugiej przewidywałem cierpienia, strach we mnie 
obudzające.
W takiem to niejasnem znajdując się położeniu, chcę się poruszyć, nie mogę.... 

background image

czując zaś, że żyję, przyszło mi na myśl, że to musi być mój duch bez ciała.. Co 
tu począć, i jak się oswoić z tym stanem ?... Czuję, że mam oczy, ale ich 
otworzyć nie mam odwagi... nakoniec pasując się sam z sobą, otwieram je, i widzę 
— światło w moim pokoju, dalej okno zakratowane, łóżko, a na nim spiącego 
Niemca... Natężam ucho, i słyszę gwar rozmawiających i chodzących po korytarzach 
ludzi, dalej — brzęk kluczy, otwieranie i zamykanie zamków... Zbieram to 
wszystko w całość... poznaję najsmutniejszą rzeczywistość. I westchnąwszy 
głęboko, omdlewam na nowo...
Niedziele i Czwartki, były to dnie, w których starszy dozorca, żandarm 
Pieczonkin, w towarzystwie cyrulika przycho-

dził do naszych numerów, i kto z nas życzył sobie, mógł się. golić. Właśnie o 
godzinie szóstej z rana we Czwartek, wspomniony żandarm z cyrulikiem wszedł z 
kolei do mojego pokoju. Lecz wyobraźcie sobie jego położenie i przestrach, gdy w 
miejsce zdrowego, rumianego i dość dobrze wyglądającego, jakim mnie widział 
wczoraj, zobaczył trupa. Ale przestrach ten zmienił się w okropniejsza jeszcze 
trwogę, kiedy odwinąwszy kołdrę, spostrzegł mnie całego we krwi własnej 
leżącego. Krew ta nie mając najmniejszego odchodu z powodu materaca skórzanego, 
podemną będącego, obficie się około mnie zgromadziła, i porównawszy się z moją 
powierzchnią ciała, zastygła.
Na krzyk biednego żandarma, zbiegli się wszyscy. Dano znać natychmiast do 
miasta, i niebawem jenerałowie, komendant, adjutanci, placmajor i mnóstwo innych 
zbiegło się do cytadeli. Wkrótce przyjechała i komisja śledcza, przywiózłszy z 
sobą korpuśnego doktora, pana H...
Cała ta massą zgromadziła się do mego pokoju, reszta na korytarzu podniosła się 
na palcach, i po nad głowy pierwszych patrzała na mnie.
Zauważano i powiedziano mi później, że na niektórych twarzach objawiała się 
litość, na innych obawa i strach, bo wielu czuli się być winnymi tego wypadku, 
przez zły dozór nademną.
Doktor pomiędzy tymi widzami pierwszą grał rolę. Wszyscy mu się też rozstąpili, 
i wolny przystęp do łóżka dali. W czasie kiedy mnie opatrywał, gawiedź ta z 
rozwartemi gębami poruszenia jego śledziła, a przytłumiwszy dech w sobie, 
oczekiwać wyroku, zapowiadającego niektórym odwach, drugim degradację, a innym 
kije. Lecz kiedy eskulap z największą ostrożnością zdjąć mnie z łóżka, i 
obmywszy rany, na świeże łóżko położyć kazał, to chociaż najmniejszego znaku 
życia nie dawałem, albowiem krew przez siedm godzin ze mnie płynąca,

zupełnie mię podobnym do trupa robiła, ale po obmyciu spieczonej krwi, gdy ta 
jeszcze sączyć się zaczęła, i opatrzone instrumentami rany nie okazały się 
śmiertelnemi, zaręczył, że przy starannem około mnie chodzeniu, żyć będę. 
Ucieszyli się wszyscy, i słowa jego z oznakami radości pomiędzy sobą 
powtarzali.Żadna żona, kochanka, matka, nie chodzą około drogich swojemu sercu 
przedmiotów z taką troskliwością, z jaką około mnie chodzono i pielęgnowano. Oni 
postawili mi trzydzieści pijawek, i po odpadnięciu ich obandażowali, okryli i z 
troskliwości, abym nie zerwał bandaży, ręce moje na wierzchu kołdry trzymać 
kazali. Posadzili około mojego łóżka oficera, i postawili w pokoju moim dwóch 
szyldwachów, ażeby nad mojemi skinieniami czuwali. Jeżelim zasnął, żołnierze się 
nie zmieniali, aby mnie tym hałasem nie zbudzić. Raz nawet (o niesłychany w 
Moskwie wypadku!) dla tych samych powodów, gdym spał, capstrzyku bić nie kazano, 
słowem wszelkich użyto środków, abym tylko mógł przyjść do zdrowia.
Lecz zostawcie mię na jakiś czas moi czytelnicy, niech tam sobie około mnie 
chodzą, siedzą, pilnują, buljonami poją, miksturami karmią, niech zresztą o 
mojem zdrowiu codzienne raporta zdają. Książę namiestnik wyrzekł: Sztob' żyw był 
nepremenno! (żeby żył koniecznie) i to było dosyć, aby dusza moja bagnetami 
obstawiona nie tylko nie uleciała, ale nawet i wyjrzeć nie śmiała. My zaś 
zobaczmy, co się dzieje z Albiną.

background image

IV.

Powiedziałem już wyżej, że przy rozłączeniu się dwojga kochanków, zostająca na 
miejscu strona, zawsze bywa nieszczęśliwszą. Albina po moim wyjeździe, wróciła 
do zwykłej a ulubionej samotności, i tam po kilka godzin głębokim myślom oddana, 
marzyła o mnie, z duszą czułą i mnie wyłącznie oddanem sercem, okropnie się 
niepokoiła. Znała ona mój nadzwyczaj prędki i niecierpliwy charakter, wiedziała 
żem dumny, drażliwy, i że cienia nawet ubliżenia sobie nie zniosę, lękała się 
przeto, ażebym w uniesieniu zapomniawszy o wszystkiem, sam siebie nie zdradził; 
to znowu udręczona takiemi myślami, wracała do swych pokoi, ażeby nowe 
przedmioty, nowym ciosem serce jej raziły. Tu bowiem, przy tym stoliku widziała 
mię piszącego, tu jej na głos książkę czytałem, i wraz z nią nad dobrocią tejże 
robiłem uwagi, — tu fajkę paliłem, tu obok niej siedziałem, kominek z blejtramem 
przypominał jej moje ukrycie i moje raptowne pokazanie się, nasze łzy radości i 
pierwszy niewinny pocałunek; tu nakoniec w ojcowskim pokoju widziała mię o jej 
rękę proszącego i otrzymane przyrzeczenie, słowem, gdzie się obróciła, wszędzie 
ślady mojego pobytu, wszędzie, cierpienia... Czyż więc strata kochanka, dla 
czułego i cierpiącego serca, nie jest nieszczęściem? Jest zaiste i to tem

większem, że młoda ta główka nie miała jeszcze żadnych obowiązków, prócz danego 
jej od natury, obowiązku kochania.
Nieszczęśliwa! po moim wyjeździe żadnego listu, ani żadnej o mnie wiadomości nie 
miała; ciągle z czerwonemi od płaczu oczyma karmiła się i poiła łzami! Każdy 
dzień pocztowy był dla niej paroksyzmem ciężkiej choroby, na każde pokazanie się 
posłańca z listami, rzucała się jak bezprzytomna, wyrywała listy z rąk jego, i z 
trudną do opisania chciwością je przeglądała, a nie znalazłszy czego żądała i 
szukała, wpadła w mdłości, konwulsje i zupełną apatję.
Tak męcząc się, pocieszała się niekiedy, że może nadzwyczajny i niepojęty zbieg 
okoliczności odbiera mi możność pisania, lub listy moje może gdzieś na poczcie 
zalegają, albo że sam wkrótce powrócę. Myśl ta ostatnia uspokajała ją nieco, i 
radując się pierwszy raz w życiu zajmowała się swoją toaletą. A jak wiadomo, że 
najniewinniejsza nawet dziewczyna musi mieć choć cząstkę zalotności, tak i ona, 
jako kochana i kochająca, zawijała loki, podchodziła do zwierciadła, chciała być 
piękną i więcej mi się podobać. Takiemi myślami zajęta wychodziła na wieś i za 
wieś, i marzyła, że mnie spotka. Lecz gdy komisarz cyrkularny przyjechał do wsi 
Paniowiec, i zapytawszy się, kiedy Antoni Wiśniowski wyjechał, oświadczył, że 
tenże jest aresztowany w Warszawie, nieszczęśliwa, jakby piorunem rażona 
domyśliła się reszty, i upadła zemdlona. Z wielką trudnością powrócono jej 
zmysły, na to jedynie, aby w całej okropności uczuwszy swoje położenie, 
przygotowała się na dalsze męki.
Po odjeździe komisarza, zawiadomiony powrócił do domu brat jej Antoni. Ten 
wspólnie z siostrą, która z pensji wróciła, uspokajali ją jak mogli. Ona 
koniecznie do Warszawy jechać chciała, i miała pretekst, bo ja za brata jej 
uchodziłem, i tyl-

ko uwaga, że zbytnią niebraterską miłością zgubić mię może, wstrzymają ją od 
tego kroku.
Tak ona biedna męczyła się i cierpiała rok jeden, najmniejszej odemnie nie mając 
wiadomości. Lecz po upływie roku, kiedy się prawie upewniła, że mnie nie podobna 
tak długo grać rolę jej brata, napisała kilka listów do mojej familji, prosząc 
ich, aby jej donieśli, co się ze mną stało.
Dopiero Rafalina, siostra moja, o smutnej rzeczywistości zawiadomiając ją, 
doniosła jej, że rząd zgrzybiałego ojca naszego i wuja celnika, pierwszego że 

background image

nie oddał syna, drugiego że straszył a nie dopełnił — posadził na dni  na 
odwach, ja zaś jeszcze jestem w cytadeli.
Dla innej byłoby dosyć, aby marzyć przestała, lecz dla niej, mnie całkiem 
oddanej, było za mało. Ona napisała do komendanta cytadeli, jenerała B., i 
placmajora K., poruszając w nich wszystkie sprężyny uczuć ludzkości, aby jej 
donieśli co się ze mną stanie. I w takim to oczekiwaniu przeszło jeszcze pół 
roku zostawała. Biedna męczennica!
Tymczasem ja pasując się pomiędzy życiem a śmiercią przez dwa miesiące, zacząłem 
przychodzić do zdrowia.
W czasie mej choroby komisja śledcza, zebrawszy wszystkie szczegóły od tego, 
który mnie poznał, nie wielkich objaśnień odemnie wymagała, tak, że gdy stanąłem 
przed nią, ona dała mi zapytanie, czy to co wprzódy zeznałem, to jest: że 
przyszedłem konspirować przeciwko rządowi, potwierdzam lub odwołuję.
Wstydząc się pokazać w ich oczach nikczemnym, i nie chcąc z obawy rózgi zapierać 
się i łgać jak student, z młodzieńczym zapałem że tak jest, potwierdziłem. Po 
zapisaniu mojego zeznania w protokół, podszedł do mnie prezes komisji, i biorąc 
mnie za rękę, zawołał z udziałem:

— Pan jesteś miody! rozpacz cię za daleko unosi, i zdaje ci się, żeś wpadł w 
ręce rozbójników, gdy przeciwnie rząd nasz ocenia wielkość duszy i charakteru 
(chociaż lepszej sprawy godne) widać żeś pan zupełnie zwątpił o sobie. Nie 
zapominaj, że to wszystko, co należało było zrobić związkowemu, nie szczędząc 
nawet życia swojego — zrobiłeś, trzebaż przeto zostawić coś i dla siebie... Nie 
trać pan nadziei, człowiekiem jeszcze być możesz... powiedz nam tylko, jakie 
przywiozłeś instrukcje ? komu je powierzyłeś i kogo do związku przyjąłeś, a my 
ci imieniem rządu dajemy słowo, że chociaż prawo wymagając satysfakcji, karać 
cię będzie, ale ukarze lekko.
Usłyszawszy podobne słowa, błagającym tonem zawołałem:
— Przez Boga żywego! uwolnijcie mnie panowie od tego!... I cóż ? jeżeli wam 
powiem że przyjąłem tego lub powierzyłem owemu, toć przecie trzeba dowieść, a 
dowieść to, czego nie było, to nowa zbrodnia. Wszakże aresztując mię, odebrano 
odemnie wszystkie papiery, czyż były tam jakie instrukcje? a od czasu 
przejechania granicy, do chwili mojego aresztowania, czyż nie wyrachowałem się 
prawie z każdej minuty, i czyż to nie jasno, że gdybym i rzeczywiście miał co do 
roboty, czyż mogłem zdążyć?...
— O, przestańcie — mówiłem dalej rozczulony — na tem oświadczeniu, którego nic 
nigdy nie przemieni!... Wszakże jestem w waszej mocy, możecie sobie ze mną 
postąpić jak. wam się podoba, ale pamiętajcie, że najmniejszy gwałt, wyrządzony 
mojej osobie, wam samym hańbę przyniesie.
— Dosyć ! dosyć! — odezwał się pan prezes. — Chcieliśmy się tylko przekonać, czy 
nie ukrywasz czego przed nami; żebyśmy cię zaś przekonali, że wiemy wszystko, 
przeczytaj panie sekretarzu.
I pan sekretarz przeczytał mi niewiadomo czyje zeznanie ( zapewne szpiega ) o 
najdrobniejszych szczegółach mojego pobytu

i działania w Galicji, że zaś tam nic nie było prócz prywatnych stosunków, 
przeto je potwierdziłem, i komisja się rozjechała, a mię odprowadzono do celi.
Ze ja przyjmowałem truciznę, wydało się takim sposobem: W parę godzin po jej 
przyjęciu, porwały mię wymioty. Na krzyk przestraszonego Niemca, nadbiegł 
dozorca. Prusak nieumiejący ani jednego słowa po polsku ani po rusku, wziąwszy 
szklankę, pokazał na migi żandarmowi, że ja piłem. Ten zrozumiawszy, a widząc 
mię słabego, pobiegł po wodę, i zanim przyniósł takowa, wymioty mi ustały. Gdy 
zaś na drugi dzień zapytano Prusaka: dla czego on w nocy nie przeszkadzał mojemu 
samobójstwu, on się tłumaczył: że spiąć nie słyszał. O tem zaś, żem przyjmował 
truciznę, nie taił, a przeciwnie, dawał znać dozorcy.

background image

V.

Dnia go stycznia  roku, nie wielkie w trzy konie zaprzężone sanki, ruszyły 
z przed mieszkania komendanta miasta Warszawy, jenerała T., ciągnęły przez 
Krakowskie przedmieście, i zmierzały ku mostowi na Pragę wiodącemu. Po prawej 
stronie siedział młody, blady, szopami i szalami dla silnego mrozu starannie 
obwinięty mężczyzna. W przejeździe przez miasto, smutne i żałosne rzucał on w 
koło siebie spojrzenia, cicho zaś wymawiane słowa Bajrona: Bywaj mi zdrowy kraju 
kochany... dowodziły, że wiedział gdzie go wywożą. Po lewej siedział oficer od 
żandarmerji, pan W., w uniformie, a na przodzie pocztyljon z trąbką.
Mieszkańcy Warszawy zatrzymywali się i długo za nimi patrzali, kobiety łzy 
ocierając, palcem na niebo pokazywały, chcąc niejako tym niemym znakiem, 
zaszczepić iskrę nadziei przyszłej nagrody wywożonej z kraju ofierze. To było 
wszystko, co ziomkowie moi mogli mi ofiarować na pożegnanie.
Takim sposobem wywożono mię z kraju. Lecz gdzie mię wieziono, nie wiedziałem, 
wyroku bowiem żadnego mi nie czytano. Opisywać szczegółowo moje ówczesne 
uczucia, byłoby zbytkiem, Zostawienie po za sobą biednego a kochanego kraju,

zawiedzione nadzieje, plany, marzenia, żal, smutek i ściśnienie serca, wszystko 
tam było.
Takie to w całej drodze umysłowe, torturom tylko równające się zajęcia miotając 
mną na przemian, robiły mię najnieszczęśliwszą moich uczuć ofiarą.
— Ha! zresztą com mógł tom robił — pomyślałem — cierpię więc z przyjemnością, bo 
dla ojczyzny, i gdyby nie Albina, ciągle mi przed oczyma stojąca, biedna a 
kochana zawsze Albina, ja czuję, że byłbym nawet może spokojnym! Ależ ona, ilem 
razy ją wspomniał, czułem, że mi się serce kraje i pęka z żalu, tak ją mocno 
kochałem.
Po dwudziestucztero-dniowej podróży, w której nie było żadnego wypadku, 
przywieziono mię do Orenburga, zkąd po dwutygodniowym odpoczynku, pojechałem pod 
strażą do I. liniowego bataljonu, w mieście Uralsku konsystującego, gdzie jako 
prostemu żołnierzowi w szeregach rosyjskich służyć mi kazano. Pierwszym moim 
obowiązkiem po ulokowaniu się na miejscu było, napisać do Albiny, i oto jest 
właśnie mój list oryginalny:
Wiedząc, jakie czas, w podobnem jakie jest naszę położeniu, skutki zrządzić 
może, umyśliłem z początku nie zgłaszać się do ciebie pani! lecz trwać w tem 
przekonaniu jest jedno, co i nie dopiąć celu, narazić własne sumienie na ciągłe 
i sprawiedliwe wyrzuty, znieważyć święte obowiązki, a nadewszystko ubliżyć 
twojej stałości.
Albino! jedyny i nieustanny uczuć moich przedmiocie! Prawa nasze są święte, 
przestrzeń nawet trzech tysięcy wiorst, jaka nas dzieli, wpływać by na nie nie 
powinna, i w szczególności na mnie nie wpłynie. Wątpić zaś o tobie, znajomość 
twojego charakteru mi nie pozwala. Lecz gdybyś uległa wpływowi, jaki w podobnych 
razach, czas, rady, niemożność, a nakoniec sam

bieg natury zrządzić mogą, prócz osobistych cierpień, które się staną życia mego 
udziałem, honorem ręczę, że cię mieć będę zupełnie za wytłumaczoną. Zostanie mi 
tylko święty obowiązek, prosić Niebo o twoją pomyślność, bez najmniejszej do 
twego charakteru pretensji >.
Przypominasz sobie zapewne droga Albino, jeżeliś odebrała list mój z cytadeli 
pisany, w którym o ile pamiętam powiedziałem:
— Jakkolwiek postępują tu ze mną grzecznie, ja jednak żyć przestanę! 
Nie podobna mi tu wszystko opisywać z kolei, to ci tylko powiem, że ten dzień 
nadszedł, a był nim . czerwca, w którym kto jestem, i w jakim charakterze 
przyjechałem z Francji, dowiedziano się.

background image

Chcąc zyskać na czasie, oświadczyłem, że tajemnicę, jakiej się odemnie domagają, 
objawię tylko samemu księciu namiestnikowi. Spisano wkrótce ze mnie protokół, 
dano mi materjałów piśmiennych dla napisania krótkiego biegu życia mego, i 
zamknięto w więzieniu. Tym sposobem stając się panem czasu, dostaję zachowaną 
truciznę, i wśród nieszczęścia szczęśliwy, ostatnie moje tchnenie tobie po 
ojczyźnie poświęcając, połykam! Lecz niestety! dziesięć godzin mija, i ja prócz 
lekkich wymiotów, żadnych skutków działania trucizny nie czuję. Czas zaś 
przyjazdu księcia zbliżał się. Wierny przyjętym dobrowolnie zasadom, biorę 
scyzoryk, przez twą siostrę Wincentą mi darowany, i nim pięć ran w żołądek, a 
szóstą przeciwko serca sobie zadaję. Tym sposobem w dniu następnym przez komisję 
znaleziony zostałem.
Pasowałem się ze śmiercią blizko dwa miesiące. Przyszedłszy do zdrowia, nagliłem 
i prosiłem, aby ze mną kończono. W czasie inkwizycji, w której nie wiele miałem 
trudności, bo

już o każdym moim kroku wiedziano, okazywano mi dość jawne dowody szacunku, 
oświadczając, że rząd bedzie umiał cenić moc charakteru i poświęcenie się. 
Prawdę mówiąc, chociaż wina moja, nie w mojem przekonaniu, ale w obliczu prawa, 
była nierównie większą, od innych, ze mną jednak, daleko łagodniej jak z innymi 
postąpiono. Wieziono mię powiem z samej Warszawy do Orenburga pocztą, bez 
kajdan, półtora złotego dziennie na utrzymanie przeznaczając, gdy tymczasem 
mniej jak powiadam winnych odemnie, pędzono bez względu na ich stan obywatelski, 
piechotą, niektórych nawet w żelazach, sześć lub dwanaście groszy na dobę im 
przeznaczając
List ten ze ściśnionem sercem adresując do Albiny, odesłałem na imię moich 
rodziców, ażeby ci, co się ze mną stało, wiedzieli.
Mnie to okropnie męczyło, że zamiast w żywych kolorach odmalować jej miłość, 
jaką dla niej oddycham, doniosłem jej tylko o sobie i w dość zimnych wyrazach od 
słowa ją uwalniałem. Lecz to nie było bez przyczyny; znałem ja powiem jej 
charakter i siłę przywiązania do mnie, obawiałem się przeto, aby ona widząc w 
listach moich wielkie do siebie przywiązanie, i idąc za popędem własnego serca, 
do mnie nie przyjechała, a temsamem nie padła ofiarą swojego poświęcenia się.
Nim jeszcze list ten poszedł do rąk Albiny, odebrała ona wiadomość od siostry 
mojej, Rafaliny, o tem, co się ze mną stało w Warszawie. Zadecydowany jakkolwiek 
nieszczęśliwie los mój, prawie ją uspokoił, bo jak wiadomo, że najgorsza 
rzeczywistość jest znośniejszą od oczekiwanej niepewności.
Po kilkunastu miesiącach odetchnęła ona po raz pierwszy spokojniej, bo myśl, że 
ja żyjąc, nie jestem dla niej stracony, pocieszyła jej duszę.
Z powodu rozmaitych nieszczęść, przez jakie przechodziliśmy, nie podobna było 
uporządkować naszej korespondencji. Niektó-

re tylko zachowane a, i te uszkodzone listy, mogą dać słabe wyobrażenie o 
przywiązaniu jej do mnie.
Oto jest wyjątek z jej listu:
"W pierwszych chwilach, gdym się o twoim losie dowiedziała, licząc na pozostaie 
fundusze przed wypuszczeniem w posesję naszego majątku, na pomoc i poświęcenie 
się mojej lubej siostry Wincenty, zrobiłam stanowcze postanowienie jechania do 
ciebie, najdroższy mój aniele. Żadna trudność, największa odległosść ani opinia 
świata, nie wstrzymałyby mnie od tego kroku, gdyby nie potrzeba i obowiązek 
zasiągnienia rady i pozwolenia od ciebie. Ty wiesz mój drogi, jak ja ciebie 
kocham, Ty wiesz, ilem dobrowolnych wykonała przysiąg, że wiecznie do ciebie 
należeć będę. Ty wiesz nakoniec, że ty tylko jeden możesz mi wrócić spokojność, 
bez której cóż znaczy życie ? Dla tych powodów nie wahałabym się na chwilę, a 
pospieszyłabym do ciebie.
Lecz drogi mój! stać ci się ciężarem, lub do twoich planów, widoków, przeszkodą, 
nie zapytawszy naprzód ciebie, czy ty tego sobie życzysz, abym przyjechała, nie! 

background image

to byłoby nadużywać twojej dobroci i zaufania. Droga i nieszczęśliwa istoto! daj 
radę i napisz jakby wszystko urządzić można, urządzić w taki sposób, aby do 
twojej spokojności i pomyślności mogło posłużyć. Ja się zaklinam na wszystko, że 
najchętniej wyrzeknę się wszystkiego, bylebyś ty tylko mógł być szczęśliwym.
W dwóch poprzednich listach prosiłam cię i teraz powtarzam i zaklinam, daj mi 
dowód twojego przywiązania i zaufania ! nie taj przedemną twoich zamiarów i 
chęci, powiedz szczerze i prawdziwie, wszak ja mogę do ciebie przyjechać, wszak 
się o to na mnie nie rozgniewasz ? a przeciwnie przyciśniesz twoją nieszczęśliwą 
Albinę do swego serca. O! bo ona wiele wycierpiała, i ty jeden możesz jej wrócić 
życie,

Najdroższy Wincenty! ja ciebie miljon razy więcej kocham, jak ktokolwiek na 
ziemi! jak twoja rodzina, twoja siostra! ojciec! matka nakoniec! Oni i bez 
ciebie mieliby kogoś na ziemi, dla mnie zaś, ty jesteś wszystkiem. Nie! ja wiem, 
ty w części mnie tak nie kochasz, to i nie pojmujesz nawet, czem ty jesteś dla 
mnie. Proszę cię, błagam mój aniele, jeżeliś mnie kiedy kochał, jeżelim ci miłą 
była, napisz, przez jakie środki mogłabym się do twojej pomyślności przyczynić! 
nie unoś się fałszywą ambicją, donieś, moie ty pieniędzy potrzebujesz? Ty wiesz, 
jak bez ciebie mnie nic nie potrzeba, jeżeli i tego odmówisz, dasz mi poznać i 
uczuć prawdziwie, że całkiem na ziemi potrzebną już nie jestem, bo i na cóż, 
chyba żebyś czując się niewolnikiem swego słowa" całą swoją pomyślność przyszłą 
zniweczył.
Powiedz, zaklinam cię na twój charakter, nie taj nic przedemną, odkryj mi myśli, 
choćby te przeciwko mnie nawet były ! przeciwko naszemu związkowi! Może 
mimowolnie w twoich uczuciach zachodzi jaka zmiana. Luby mój! ja cię o nic winić 
nie będę, ani skarżyć się! Ja nie wiem sama mój drogi, dla czego takie twoje 
wyznanie więcej mogłoby mnie uspokoić jak dzisiejsza pewność; jeden tylko jest 
środek do mojego szczęścia, być twoją na wieki, w przeciwnym razie, jeden do 
uspokojenia, choć cokolwiek pewności, ie ty bezemnie byłbyś szczęśliwy, i ie ja 
całkiem do twojego szczęścia nie jestem potrzebną. Lękam się mój drogi, czy ja 
ci się moie mojemi listami, nie staję natrętną! nie luby! abym myślała byś mnie 
już nienawidził, bo i za cóż, lecz ja pomyślę o opłacie tychże, tego się lękam 
nie znając twoich funduszów."
Drugi list do mnie od Albiny:
"Wyobraź sobie drogi Wincenty, do jakiego stopnia jestem; nieszczęśliwą, kiedy 
jedynego szczęścia, jedynej pociechy na ziemi, odebrania twojego listu 
pozbawiają mnie! Pisałeś do

mnie na ręce twojej siostry, dobra Rafalina list twój przysłać mi raczyła, lecz 
Antoni go odebrał, i nie wiem czy z troskliwości, lub dla innych powodów, dosyć 
że największą tajemnicę wraz z ojcem robią przedemną, i tylko siostra moja, ten 
anioł dobroci, Wincenta, znalazłszy przypadkiem w jego stoliku bilecik od 
Rafaliny do mnie pisany, pokazała mi, twego zaś listu całkiem dopytać się nie 
mogłam. W tym zaś bileciku Rafaliny, nad to że żyjesz, nic się nie dowiedziałam.
Twoję więc teraźniejsze położenie, twoje projekta, życzenia, są dla mnie 
zupełnie obce, a od tego moje szczęście, moje życie zależy, Uważam, że moja 
rodzina prócz Wincenty, zerwaniem z tobą komunikacji stara się zniweczyć nasze 
stosunki... Śmieszni ludzie! oni sądząc po sobie, myślą, że tak jak oni sto 
strat mieć będą, o stu zapomną, i po stu się pociesza, gdy tymczasem ja jednej 
nie przeżyję! Od nieszczęsnego twego wyjazdu, nie miałam zręczności 
skomunikowania się z tobą i otwarcie donieść ci o wszystkiem, chociaż pod 
adresem twojej siostry, komendanta i placmajora cytadeli warszawskiej, kilka 
razy pisałam.
Trzeba ci więc wiedzieć mój drogi, że od dnia rozłączenia się naszego, nękana 
okropnemi przeczuciami, tęsknotą i niespokojnością, zdrowie moje nadzwyczajnie 
pogorszać się zaczęło, wiadomość zaś o twojem uwięzieniu, dopełniła miary 

background image

cierpień. Osądzona przez doktorów prawie za umierającą, cieszyłam się że 
skończę; nie chciałam przyjmować żadnej pomocy lekarskiej, i byłam już według 
ich twierdzenia blizko obłąkania, gdy myśl, że kto się mój drogi tobą opiekować 
będzie, wróciła przytomność i żyć kazała. Słaba, cierpiąca, wyjechałam do kąpiel 
wraz z Wincenta. Odtąd ustały wiadomości o tobie, lecz natomiast bajek mnóstwo, 
i wszystkie najniekorzystniejsze na twoją stronę, i na nieszczęście, jak pierwej 
prawdę kryto przedemną, tak bez litości wszystkie bajeczne wiadomości na

ciebie powymyślane, jak najakuratniej, nawet na kuracji musiały mi być 
udzielane.
Wyobraź sobie, jak silnie starano się czerniąc cię, posuwać swoją niegodziwość, 
kiedy w boleściach moich czułam niejednokrotnie, że twoja śmierć nawet mniej by 
mnie kosztowała. Wierzaj mi mój kochany, ten wypadek więcej mnie jeszcze 
poróżnił z ludźmi, i gdyby nie pewność, ze ty na chwilę nie mogłeś i nie możesz 
być występnym, możebym nawet wierzyć przestała, że na świecie cnota istnieje. 
Wracać więc do domu, w którym wszystko tak okropnem było dla mnie, komunikować 
się z osobami, które nienawistne stały się dla mnie, rady przytem doktorów, że 
dla mnie koniecznem jest oddalenie się od wszystkich wspomnień, któreby na moje 
zdrowie więcej działać mogły, chęć nakoniec uratowania życia moie kiedyś tobie 
przydać się mogącego, zniewoliły mię udać się do kuzynów pode Lwowem 
mieszkających, gdzie od kilku miesięcy bawię. Ztąd więc piszę do ciebie mój 
drogi i donoszę ci że dochody, jakie się nam obydwóm z majątku należą, wypłaca 
Antoni, mogę więc nietylko dochodami mojemi, ale i siostry mojej z jej 
pozwolenia rozrządzać, które wystarczą na nasze utrzymanie, pozwól mi więc na 
Boga, do ciebie przyjechać.
Lecz mój drogi aniele, nie proszę cię przez litość, którąbyś gotów twojem 
nieszczęściem okupić, ale na twój honor, na charakter zaklinam cię, napisz mi 
otwarcie, nie stawiaj mię proszę cię w okropnej i fałszywej pozycji 
doświadczenia litości; nie taj! napisz co myślisz, otwórz mi serce, chciej 
wierzyć, że dla mnie nie masz ofiar, trudnych do uskutecznienia, do poświęcenia 
się dla ciebie. Życie? to mało, ono nie ma żadnej ceny dla mnie. Ja nie mam 
innych życzeń, innych modłów, jak o twoje szczęście! zaklinam cię więc na 
wszystko, pisz jak najspieszniej i jak najotwarciej, pamiętaj mój drogi że moje 
do

ciebie przywiązanie i moje okropne cierpienia nadały mi prawo do twej ufności!"
Jeszcze jej list pisany do mnie:
"Drogi Wincenty! Po napisaniu listu do ciebie na ręcę siostry twojej Rafaliny, w 
którym ci donosiłam o przytrzymaniu listu twego przez Antoniego, tenże 
odebrałam, jest on widać pierwszy z Uralska, i choć co mogłam starałam się w 
tamtym umieścić, w twoim jednak znalazłam ważne szczegóły, na który ci mój 
drogi, muszę odpowiedzieć.
Sam mi piszesz, że związki nasze są święte, że przestrzeń trzech tysiący wiorst 
i Twoje położenie wpływać by na nie niepowinny, ja ci zaś powiadam z mej strony, 
że nie tylko mil trzytysiące, lecz miljony, światy całe, ani rady, ani czas, ani 
skon twój nawet, ani Bóg sam, słowem nic na ziemi, na zmianę moich uczuć wpłynąć 
nie może.
Drogi Wincenty! zaklinam cię więc na wszystko co ci jest miłego i świętego na 
niebie i ziemi, uwolnij mię nadal od podobnego sposobu pisania, od podobnych 
dymisji, chyba że chcesz abym uwierzyła, że związki nasze są do twej pomyślności 
zawadą, że one ci ciężą, i to w takim nawet razie, przez litość nic podobnego 
nie powtarzaj! Zlituj się, zbyt wiele cierpiałam i cierpię, i jeżeli do 
wszystkich innych uczuć straciłam prawo, uczucie litości niech się w tobie 
odezwie, bo nie pojmujesz mój drogi, jak ostatek sił, męztwa, spokojności, twoje 
wyrazy mi odebrały.
Wzajemne są i równe nasze prawa i stosunki, nie chcę więc mój drogi, abyś mię w 

background image

szlachetności przewyższał, i co ty uważasz za krok święty, dla mnie nie mniej 
jest ważnym, nawzajem cię też uwalniam od twojego słowa, od twoich przyrzeczeń, 
jesteś w tym względzie kompletnie wolnym.
Bóg widzi, którego o twoję tylko szczęście błagam, że jakkolwiek i kiedykolwiek, 
przeciwnie twoim przyrzeczeniom, za-

rządziłbyś swoją osobą, najmniejsze uczucie niechęci nie odezwie się we mnie. 
Bądź szczęśliwym, to dosyć dla mnie.
Co do mnie, jeszcze ci jedną do tysiącznych przysiąg dołączam, że niczyją, 
jeżeli twoją nie będę... To ci dobrowolnie przysięgam w imię Boga i w imię 
wszystkiego co jest świętem na ziemi i niebie, i jeszcze jedną dodaję ci prośbę, 
a to jest, w podobnym guście nigdy mi nie pisz, jeżelim ci kiedy miłą była.
Drogi i jedyny Wincenty! ty teraz o wiele jeszcze stałeś się droższym dla mnie! 
Kto ma cokolwiek uczuć, możeż inaczej jak z uwielbieniem myślić o tobie! Droga i 
niewinna ofiaro ! właśnie wtenczas, gdy ty męczennikiem byłeś twoich poświęceń w 
cytadeli, w której sędziowie twoi cię cenili i szanowali, niegodziwi ludzie 
silili się na czernienie ciebie. Jedna tylko twoja Albina nie wierzyła i 
cierpiała! a ty teraz jedyną pociechę, za tyle mąk piekielnych, chciałbyś mi 
odebrać, radząc mi zerwanie związków, które w boleściach nie do pojęcia, są dla 
mnie szczęściem, są dumą. Zaklinam cię na wszystko, że moich cierpień za 
najświętsze losy, korony, berła, za nic na ziemi nie mieniałabym.
Nie mogę ci tu także, zawsze mi drogi Wincenty, nie podziękować za miłą 
opinję... Piszesz mi, że 'znając, jakie czas w podobnem jakie jest nasze 
położeniu, skutki sprawić może, postanowiłeś z razu nie zgłaszać się do mnie, 
jednem słowem myślałeś, że jak wiele osób po stratach, tak i ja idąc tym torem, 
tydzień się posmucę, na drugi uspokoję, a na trzeci zapomnę. Takie miłe 
mniemanie, może tylko usprawiedliwić twoje zrzeczenie się do mego przywiązania i 
do mej stałości!"
Parę jeszcze listów odebrałem od Albiny w podobnym guście, wszędzie podobna 
miłość, prośby, oświadczenia i domagania się na jej przyjazd pozwolenia; tknięty 
jej cierpieniami,

pałając równie najwyższą chęcią połączenia się z nią, napisałem do niej co 
następuje:
"W czterech listach twoich, najdroższy mój aniele, z największą, bo nie do 
opisania radością, wyczytałem miłość twoją w najżywszych kolorach się malującą, 
prosisz mnie i zaklinasz droga istoto, o pozwolenie ci przyjazdu dla połączenia 
się naszego! com uczuł czytając twoje słowa, z jakiem uszczęśliwieniem 
wyobrażałem sobie, że moje najgorętsze życzenia odemnie zależą, ty tylko jedna, 
kochana i kochająca, możesz to pojąć i najlepiej zrozumieć. Upojony 
najszczęśliwszą przyszłością, chwyciłem pióro, i wyciągając do ciebie ramiona, 
chciałem cię rękami zagarnąć i do mojego bijącego serca przycisnąć, lecz gdy 
minuty pierwszego uniesienia ustąpiły chwilom rozwagi, patrząc następnie ze 
stanowiska twoje jedynie szczęście na celu mającego, napisałem ci pod datą go 
lipca, następnie go sierpnia, abyś się wstrzymała; powody jakie mnie do 
podobnej odpowiedzi zmusiły, Wierzaj mi moja droga, że tylko twoje szczęście 
miały na celu. Wyobraź sobie, dotąd żadnego listu od mojej familji nie 
odebrałem; dalej jakkolwiek uczuciom twoim i charakterowi wierzę święcie, 
sumienie jednak moje nie dozwalało mi z twoich pierwszych zapałów i uniesień 
korzystać, bo gdy się zastanowisz, jak wielkie poświęcenie z siebie robić 
zamyślasz, jak w daleką puszczasz się drogę, i jaki los czeka cię z osobą, która 
prócz serca wiecznie i wyłącznie do ciebie należącego, nic ci zapewnić nie może, 
uznasz dopiero, żeś z chęciami swojemi się pospieszyła.
A nareszcie obok innych równie ważnych powodów, był i ten jeszcze, że o 
zezwoleniu ojca twojego nic mi nie donosiłaś i myślałem, że on tknięty nakoniec 
twym stanem, nietylko na twój przyjazd dozwoli, ale i dopomoże, gdy tymczasem 

background image

nic mi o tem nie piszesz...

Te były, i wiele innych przyczyn, które mi tak ci napisać kazały. Lecz kiedy w 
tylukrotnych odezwach twoich, jedno i tożsamo powtarzasz, i przeciąg czasu uczuć 
twoich nie zmienia, pewny przytem, że bez wewnętrznego zaspokojenia, szczęśliwą 
być nie możesz, nie tylko na twój przyjazd zezwalam, ale nadto u nóg się twoich 
ścieląc, proszę cię Wierzaj mi że ty tylko jedna, połączeniem się ze mną, możesz 
mię uszczęśliwić, a zatem błogosławię cię krzyżem świętym, w Imię Boga i naszej 
świętej miłości, przyjeżdżaj, proszę.
Droga Albino! za błogosławieństwem ojca idzie i Boskie, gdybym cię nie znał, 
rozpisałbym się w tej materji obszerniej, lecz znając cię, ograniczam się tylko 
prośbą, abyś go uzyskała i przywiozła. "
Dalej obszerna dając jej instrukcję, jak ma postępować w tak dalekiej drodze, 
żeby bez służącej nie jechała, jakiemi końmi i ekwipażem, wybrać się z domu, jak 
wystrzegać się przeziębnięcia w nocy choć letniej, ale chłodnej w moskiewskim 
klimacie, zaleciwszy jej wreszcie roztropność i ostrożność z furmanami i 
gospodarzami na noclegach, przepisawszy jej nakoniec trakt, którym ma jechać, 
kończę temi słowy:
Napisz mi moja droga stanowczo twój zamiar ostatni i datę wyjazdu z domu, lecz 
bądź przekonaną, że jak pomyślę co cię czeka w tej drodze, na ile cierpień, 
nieprzyjemności i niebezpieczeństw narażoną być możesz, drżę cały, lękam się i 
chciałbym cofnąć moje pozwolenie; ale jeżeli zwyciężysz to wszystko, to w 
przywiązaniu mojem i poświęceniu się znajdziesz nagrodę! i przyszłość nasza, 
czyli pożycie, okażą się w tem świetniejszych kolorach, im droga do nich, 
większemi będzie usłana cierpieniami, a zatem raz jeszcze powtarzam i proszę w 
imię krzyża świętego, przyjeżdżaj!"

VI.

Na przeciwnym brzegu Kaspijskiego morza względem Uralska, była niewielka 
forteczka, kamieniami do wysokości człowieka obłożona. Kilka wewnątrz 
zbudowanych niewielkich domów drewnianych, na mieszkanie komendanta i kilku 
oficerów przeznaczonych, koszary, odwach i kilka dział na parapetach 
postawionych, składało całe tej twierdzy ufortyfikowanie. Była ona postawiona na 
prędce, i miała wówczas w terytorjum sto sążni kwadratowych.
Po obszernych stepach Azji, koczujący Kirgizy, napadali na spokojnie po morzu 
Kaspijskiem pływających kupców moskiewskich, rybołóstwem się trudniących. Przy 
tych napadach Kirgizy zwykle nie przestawali na samej tylko grabieży, lecz kiedy 
im się udawało, palili wodne statki, brali Moskali w niewolę i do Chiwy ich 
przedawali. Rząd przeto moskiewski oburzony, miał pretekst fortecę tę na ich 
brzegach wystawić, ażeby osadzony tam garnizon, bronił podobnych nadużyć, ale 
zarazem mógł mieć i cel podobny Anglji, która także od podobnej forteczki w 
Indjach wschodnich panowanie swoje tam rozpoczęła.
Garnizon tam będący, składał się z dwustu żołnierzy piechoty liniowego 
bataljonu, dwustu kozaków uralskich, i oddziału artylerji.

Miejsce to dla nieznośnego klimatu, dla będących tam na służbie, było 
najniezdrowsze. Podrównikowe prawie upały rodziły osłabienia, ból żołądka i 
silne gorączki, które dla braku zdrowej wody i wielu innych produktów do 
pożywienia, zamieniały się w puchlinę i skorbut i nadzwyczajną śmiertelność 
przynosiły.
Często z całego garnizonu, co pół roku zmienianego, ledwie mniejsza połowa 
powracała. Właśnie nadchodziła pora posłania z Uralska czwartej kompanii na 
zmianę; w tej kompanii byłem i ja pomieszczony, i chociaż translokując się do 

background image

innej roty, mógłbym się był zostać w Uralsku, usilnie jednak sam prosiłem o to, 
aby mię tam na pół roku posłano.
Zamiary moje do tego kroku były dwojakie: raz, aby oczekiwanie na przyjazd 
Albiny nie wydawało mi się tak długie, drugi raz, aby grasująca tam śmiertelność 
i mię zabrała, aby tym sposobem uwolniła najdroższą mi istotę od losu, jaki ją 
(czułem to instynktowo) w Moskwie oczekiwał, i jeżeli napisałem do niej, to 
jedynie dla tego, że wzbraniając jej przyjazdu, posądziłaby mię o zmianę uczuć 
dla siebie, czego najwięcej się lękałem.
Wyjeżdżając z Uralska, zostawiłem do niej adres zesłanemu tu koledze memu, panu 
Ignacemu Prądzyńskiemu, obywatelowi z kaliskiego, z prośbą, ażeby na przypadek, 
jeżeli o mojej śmierci usłyszy, natychmiast ją o tem zawiadomił.
W końcu jesieni, gdy jeszcze dość ciepło było, przepłynęliśmy Kaspijskie morze, 
i bez żadnego wypadku do wspomnionej fortecy, Aleksandryjską zwanej, szczęśliwie 
przybyli. Komendantowi fortecy panu L. nie podobało się to, że ja będąc 
żołnierzem, nie mieszkam w koszarach, tylko w jednej kwaterze z tym dowódcą 
kompanii, z którym przybyłem. Z tego powodu wezwawszy go raz do siebie, wyrzucał 
mu w dość ostrych wyrazach, jak on mógł pozwolić mieszkać mi razem z sobą

wtenczas, kiedy mu najwyższa władza nademną, jako nad człowiekiem bardzo 
niebezpiecznym, poleciła mieć najsroższy dozór.
Tak zagadniony porucznik, dość rozsądnie odpowiedział mu, że właśnie najlepszy 
dozór mieć nademną będzie, mieszkając wraz ze mną w jednym pokoju. Ale że w 
hierarchji wojskowej w Moskwie, tego nie lubią, aby młodszy stopniem, był od 
starszego rozumniejszy, przeto i komendant, krzyknąwszy nań: ne razsużdat'! co 
prawie na to wychodzi co "milczeć", wygnał go z domu.
Ulegając przemocy, acz niechętnie, bo w Uralsku nie w koszarach, ale w najętym 
domu mieszkałem, kazałem łóżko moje przenieść do koszar, sam zaś w mieszkaniu 
porucznika mieszkałem. Wiedział o tem komendant, i choć tylko łóżko moje 
pomiędzy sołdatami elegancją się odznaczało, że go jednak usłuchano, był 
zadowolony i patrzał na to przez szpary. Że zaś ja mieszkając z wspomnionym 
porucznikiem, musiałem być ciągle w towarzystwie oficerów, a nietylko sam 
trunków żadnych nie piłem, ale nadto i im, że się hulatyką zajmują, wyrzucałem, 
a w tak małem gronie niepodobna było tego ukryć przed komendantem, albowiem byli 
tam tacy, którzy mu o tem donieśli; z tego powodu spotykając się ze mną pan 
pułkownik, nietylko że przyjmował moje światowe ukłony, ale niekiedy sam je 
nawet uprzedzał, nic nie mając przeciwko temu, że ja łóżko z koszar cofnąłem i w 
cywilnych sukniach chodziłem.
Nie pamiętam którego dnia przywiozła mi poczta list, w którym był pierścień i 
 rubli srebrem, a wszystko to od mojej drogiej Albiny. Zauważałem, że wypadek 
ten nietylko komendanta, ale i wielu innych zrobił dla mnie grzeczniejszymi. 
Wiadomość o zamiarze przyjechania mojej narzeczonej, rozchodząc się po fortecy, 
doszła i do pułkownika.
Ja z odebranego listu do najwyższego stopnia uszczęśliwiony, wyszedłem raz z 
fortecy, i oddaliwszy się od niej na dwie

wiorsty, usiadłem na kamieniu w stepie będącym, po raz czwarty lub piąty list 
ten odczytując. Był rozkaz komendanta, aby nie oddalać się z twierdzy, ażeby 
Kirgizy w niewolę kogo nie wzięli. Ja zapomniawszy jakoś o tym rozkazie, 
siedziałem i czytałem. Wtem po za sobą słyszę głosy, które się do mnie zbliżają, 
oglądam się i widzę komendanta z tłómaczem, pod zasłoną czterech uzbrojonych 
żołnierzy idącego. Szedł on na brzeg morski do żołnierzy, na warcie tam 
będących.
Za zbliżeniem się pułkownika, ja powstawszy ukłoniłem się, on również 
odkłoniwszy mi się dość grzecznie, łagodnie zapytał:
— Co pan. tu robisz?
— Czytam list — odpowiedziałem.

background image

— Od kochanki?
— Tak jest!
— Gzy ona tu przyjedzie?
— Przyjedzie.
— Tu, tu do fortecy.
— Tak jest! tu do fortecy, żeby w koszarach mieszkała — z największą złością i 
wyrzutem odpowiedziałem, wspomniawszy na to, jak on mnie z początku w koszarach 
mieszkać kazał.
Dobry i wyrozumiały komendant widząc we mnie, jak się później wyraził, młodago i 
wspylczawago Liacha (młodego zapaleńca) nic mi nie odpowiedziawszy, udał się w 
swoją drogę a ja wróciłem do siebie.
Nastała wreszcie zima, nawigacja morska zakryta, wiadomości ani nowinki znikąd 
żadnej, długie więc i jednostajne jak wieczność wieczory, przepędzaliśmy smutno. 
Nie dziwię się że młodzi oficerowie okazywali i dotąd taką skłonność do trunków, 
stojący bowiem garnizonem w fortecach lub we wsiach, albo będący zwierzchnikami 
w kopalniach i rudnikach, w lecie trzymają się jak mogą, lecz jak nadejdzie 
zima, a ztąd samotność,

nudy, brak książek i towarzystwa, mimowolnie zbliżają się z podwładnymi, a że w 
korpusach i zakładach naukowych nie byli przyzwyczajeni do tego, dla śmiałości 
przeto próbują trunków i tak się pomału wciągają, że z czasem aż, do śmierci się 
zapijają.
Cichość naszą jednostajną i zabijającą, przerwało przybycie z Orenburga 
pułkownika Mansurowa. Przyszedł on z oddziałem pięciuset kozaków uralskich 
złożonym, aby odpocząwszy tu u nas w fortecy dni parę, ruszyć w step kirgizki 
dla odebrania od Kirgizów zabranego Moskalom po nad granicą mieszkającym różnego 
domowego bydła.
Uralcy przejeżdżając przez morze Kaspijskie, dziwną tu zręczność okazali. W 
pośrodku prawie drogi napotkali oni szparę z pęknięcia lodu utworzoną, najmniej 
na trzy sążnie szeroką, a widząc niepodobieństwo przeprawy, dwóch kozaków 
rzuciło się konno w przeciwną po nad szparą stronę, celem znalezienia miejsca 
niepękniętego, ale po godzinnem przeszło jeżdżeniu, zabiegi ich bezskutecznemi 
się okazały, albowiem jak szerokie morze, wszędzie toż samo pęknięcie znaleźli. 
W tej ostateczności wzięli się do pracy, i za pomocą siekier, motyk i żelaznych 
drągów dostali kawał stosownej wielkości lodu, i przerzuciwszy go przez szparę, 
szczęśliwie przez tak nazwany żywy most przejechali.
Placadjutantem w naszej fortecy był naówczas pan Wolmer, dawniej podoficer go 
pułku liniowego byłych wojsk polskich, a dziś w wojsku moskiewskiem awansowany 
na oficera; jego to pułkownik Mansurów jako doświadczonego w boju wziął z sobą 
na wyprawę.
Po wyjściu oddziału, prosił mię komendant, abym miejsce placadjutanta i 
obowiązki przyjął na siebie, co też nie zważając żem był żołnierzem, spełniałem 
przez sześć tygodni, to jest do powrotu z wyprawy Wolmera.

Nauczył mię mój komendant w chwilach wolnych od służby grać w jakiegoś 
kalabraka, o którym dziś nie mam żadnego pojęcia, bez względu, że inne gry nie 
są mi obce. Pewnego razu, a było to na wiosnę, po objedzie nagrawszy się do sytu 
w bilard i kalabraka, wyszliśmy obaj z mieszkania, i obchodząc wszystkie miejsca 
po służbie, poszliśmy na parapet i bawiliśmy się widokiem równego i na sześćset 
wiorst rozległego stepu.
Komendant, który nie grzeszył walecznością, a zawsze i wszędzie widział 
napadających Chiwińców, wpatrzywszy się w punkt jeden, krzyknął, że oni w 
ogromnej masie zbliżają się do fortecy. Ja po kierunku jego palca długo 
patrzałem, lecz nic spostrzedz nie mogłem. Żołnierz przy armacie na szyldwachu 
stojący, toż samo nic nie widział, w przyniesioną perspektywę popatrzyliśmy oba, 
i rzeczywiście pokazało się, że się coś rusza na stepie.

background image

Pułkownik w przekonaniu, że to być muszą Chiwińcy, i chcąc uprzedzić ich napad, 
kazał wypalić z działa. I w samej rzeczy najezdnicy podjęli się na powietrze w 
takiej masie, ie nam prawie zachodzące słońce zakryli, lecz rozlegające się w 
powietrzu, a do nas dochodzące ich krzyki, były nie ludzkie, ale żórawie.
Zawstydził się nieco tym wypadkiem mój stary i dobry komendant, lecz ja go 
uspokoiłem dowodząc, że obowiązkiem jest każdego wodza być bacznym, gorliwym i 
roztropnym.
— Juljusz Cezar, Aleksander Filipowicz i Napoleon Karłowicz grasując swem 
wojskiem, nie to jeszcze robili — mówiłem do niego.
Widać że porównanie moje, jego z temi wodzami, przypadło mu do smaku, albowiem 
tego wieczora nadzwyczajnie był wesół, kazał sobie powtarzać moję słowa, 
uśmiechał się, sprzeczał się tylko ze mną łagodnie, twierdząc, że ja pomyliłem

się, i że nie Aleksander Filipowicz, ale Aleksander Pawłowicz, powinienem był 
powiedzieć. Ledwie go przekonałem, że tu jest mowa o Aleksandrze Macedońskim, o 
którym on biedny pierwszy raz słyszał.
Tymczasem zbliżała się pora zmiany mojej kompanii. Komendant ubolewał nad tem, 
że nam się rozstać wypadnie.
— Co ja będę robił, jak pan wyjedziesz? to wszystko co mnie otacza, to bydło — 
mawiał nieraz do mnie, na co ja chcąc go pocieszyć radziłem mu: aby się 
przeniósł do Uralska i starał się o bataljon, tem więcej, że jak słychać, 
dotychczasowy dowódzca podał się do demisji.
Ale on westchnąwszy ciężko, powiedział mi, że ztąd jest droga trudna i wązka, 
przez co dał mi do zrozumienia, że równie i on nie był w łaskach u starszych, 
którzy go tu na służbę posłali.
Słysząc to, żal mi się go biedaka zrobiło, o ile bowiem z pierwszego wejrzenia 
wstręt do niego uczułem, o tyle później zbliżywszy się z nim, pokochałem go 
szczerze.
W takim stanie były rzeczy, kiedy przybycie poczty wyjazd mój ztąd 
przyspieszyło.
Z głównego bowiem sztabu z Orenburga odebrał komendant polecenie, aby mię 
natychmiast do bataljonu do Uralska odesłać, naganiając zarazem w tej samej 
expedycji i dowódcę bataljonu, że on nie zapytawszy się o to wprzód w głównym 
sztabie, ośmielił się mię tutaj posłać.
Data tej expedycji była przed pół rokiem. Tak to nie często poczta w ówczas tu 
dochodziła.
Przyznam się, że z tego wypadku byłem bardzo zadowolony; gdyby bowiem przyszło 
mi było czekać na zwyczajną zmianę mojej kompanii, to jeszcze ze trzy miesiące 
musiałbym był być dłużej w fortecy, gdy tymczasem z odkryciem żeglugi, mój 
komendant z bolem, jak się wyrażał serca, odesłał mię do

Uralska wraz z oficerem Andruchowem i dziesięciu wioślarzami, odwożącymi zarazem 
i pocztę.
Ze mną razem był także i mój pies wyżeł, który całą odnogę morza na pięćset 
wiorst rozległą, przepłynął, ale ma się rozumieć w łódce.
W życiu naszem mnóstwo zawsze doświadczamy przeciwności, i tak naprzykład: 
wyjeżdżając z Uralska, sądziłem, że albo utonę, albo mię wezmą w powtórną 
niewolę do Chiwy, lub nareszcie, że jak wielu innych umrę w fortecy; gdy 
tymczasem po sześciomiesięcznym tam moim pobycie, wróciłem zdrów, czerstwy i 
rumiany, słowem wyglądałem jak nigdy dotąd.
We dwa tygodnie po powrocie moim do Uralska, odebrałem list z Moskwy, ręką 
Albiny pisany. Donosiła mi ona, że nakoniec po długich i niesłychanych 
trudnościach i przeszkodach, w dobrem zdrowiu przyjechała, zkąd po trzydniowym 
odpoczynku w dalszą puszcza się drogę.
Donosiłam ci w przeszłym liście — pisze ona — że za pozwoleniem i 
błogosławieństwem ojca jadę do ciebie. Na różne sposoby trzeba było wziąć się, 

background image

aby i twoje i własne sumienie zaspokoić; gdy się zobaczymy (o czem przynajmniej 
wszyscy, zacząwszy od naszych stron i tu w Moskwie nawet wątpią) będę ci wiele 
miała do powiedzenia, jutro lub najdalej pojutrze mam ztąd wyjechać, za dni 
dwanaście podług kontraktu z furmanem będę w Symbirsku, a za dwadzieścia i kilka 
u ciebie. Spodziewam się, że i nie wątpisz o tem, ilebym chciała przyspieszyć 
moją podróż, w połowie dopiero czerwca ma Wincenta, ten prawdziwy anioł dobroci, 
przysłać do Uralska pieniądze, a ja tak okropnie już jestem wyekspensowana, i 
dalsza droga tak wiele mnie kosztować będzie, że się boję, ażeby przybywszy z 
bardzo małym lub żadnym zapasem, na chwilę nawet zamiast przyjemności, 
przykrości ci nie zrobić.

O gdybyś wiedział! jak odradzając mi w czarnych kolorach odmalowano wszystko! 
jak pomimo przywiązania do ciebie i mimo niezmiennych moich postanowień przykro 
to na mnie działało! wszystkiego się obawiam i lękam, o przyszłości nawet i na 
chwilę pomyśleć bym nie chciała!
O! gdyby z jakiegokolwiek bądź względu połączenie się moje z tobą na chwilę 
przykrość przynieść ci miało, czuję, że byłabym najszczęśliwszą, gdyby przyjazny 
traf jaki, uprzedzając to wszystko, życie moje w okupie twej pomyślności 
położył! Kończę, mój drogi, bo w tak przykrem usposobieniu jest cała moja dusza, 
że nie jestem w stanie pisać ci więcej!
Drogi! bądź przekonany, że tu i tam kochać cię nie przestanę. Twoja na wieki 
Albina."
Można sobie łatwo wyobrazić, com czuł po odebraniu listu tego z Moskwy. Dotąd 
chociaż wierzyłem w uczucia Albiny, ufałem jej charakterowi, byłem pewny jej 
przysiąg i znałem jej niewzruszoną wolę, obawiałem się jednak, gdyż wiadome mi 
ich najdrobniejsze stosunki domowe, niepozwolenie ojca, przeszkody brata i 
niepodobieństwo przytem przejechania młodej i słabej osobie tak wielkiej podróży 
w towarzystwie jednej tylko i to niedołężnej służącej, słowem wszystko to razem 
podłączone, tak mi jej przyjazd niepodobnym czyniły, jak słońcu na zachodzie 
wschodzić niepodobna.
Lecz gdy w dzień czwartkowy list mi z poczty wręczono, i na kopercie rękę Albiny 
poznałem, i pieczęć pocztową Moskwa- postrzegłem, a następnie krusząc lak i 
drząc cały słowa powyższe przeczytałem, w uniesieniu najżywszej radości i 
wdzięczności dla Boga, upadłem na kolana i w gorących dziękczynieniach moich 
wzywałem Jego dalszej nad nią opieki!
Po raz pierwszy dopiero, stan mój niewolniczy dał mi się uczuć w tej chwili 
prawdziwie! Po raz pierwszy dopiero zwykła moja zabójcza apatja odstąpiła mnie! 
po raz pierwszy na-

koniec żyć zapragnąłem! moje biedne serce pękało z żalu, że nie mogę lotem 
błyskawicy ocucić się w Moskwie, i czuwać osobiście nad jej bezpieczeństwem!
Dwa upłynione lata od czasu naszego rozstania się, wydawały mi się niczem w 
porównaniu z kilkunastu pozostałemi dniami!
Zaraz zająłem się najęciem domu na jej przyjęcie, sam zaś pozostałem z dwoma 
kolegami w dotychczasowem mieszkaniu. Po wyrachowaniu mojem, za dwa najdalej 
tygodnie miałem ujrzeć najdroższą mi istotę, i połączyć się z nią na zawsze ! 
słyszycie moi drodzy ? na zawsze! o! co za czarujący wyraz dla zakochanych! 
biegałem jak szalony, że wkrótce, wkrótce będę najszczęśliwszym z ludzi! 
położenia mojego nie byłbym zamieniał wówczas za największe pomyślności świata! 
znaczenia, bogactwa, honory i rangi niczem były w porównaniu tego nieopisanego 
szczęścia, jakie owładnęło całą moją istotę. Bo i rzeczywiście, kto kochał i był 
kochany, i po tysiącznych przeszkodach łączy się z drogą osobą, jakież szczęście 
może iść w porównanie?!
Pragnąc przyspieszyć chwilę ujrzenia Albiny, że mi nie wolno było wyjechać, 
chodziłem codziennie przynajmniej po sześć i więcej wiorst na jej spotkanie, i 
tam dopiekającemi słońca promieniami utrudzony, z wlepionem okiem ku stronie 

background image

zkąd przyjechać miała, siedziałem po parę godzin na drodze. Kto czekał, ten 
tylko pojmie, jak za każdem pokazaniem się byle jakiego powozu, tumanem kurzu 
lub czemś podobnem zrywałem się i z bijącem sercem biegłem naprzód, a 
rozpoznawszy omyłkę, z żalem, rozpaczą, i nową nadzieją na nowy przedmiot 
czekałem.
Tak przez dwa tygodnie chodząc napróżno, wiele cierpiałem, przypuszczając 
najokropniejsze wypadki, mogące się jej wydarzyć w drodze stepowej, pomiędzy 
Symbirskiem a Uralskiem.

Wyobraźnia moja przedstawiała mi, że Albina w opłakanym może znajdować się 
stanie: obca, nieznająca języka, wśród nieprzyjaznych krajowców, dla braku 
funduszów lub z powodu ich ukradzenia może z miejsca się dalej ruszyć nie może, 
a może choruje, lub ją wreszcie zabili...
Ta myśl ostatnia, o mało że mnie do kompletnego szaleństwa nie doprowadziła.
Pewnego pięknego poranku, pełen niespokojności, czarnych myśli i przeczuć, 
przygotowałem się już do zwykłego pochodu, ubrany po myśliwsku, z flintą na 
plecach, z wyżłem przy nogach już prawie wychodząc byłem na progu, gdy jakaś 
kobieta, spotkawszy mię we drzwiach, małą kartkę oddała.
— Od kogo ? — zapytałem, i nie czekając odpowiedzi, następne słowa przeczytałem;
"Przyjechałam, czekam pana w tutejszej oberży. Albina."
Jak szalony rzucam strzelbę na łóżko, ta uderza kurkiem do ściany i przygniata 
piston, wystrzela, i o mało jednego z moich kolegów nie zabija...
Wcale tym wypadkiem nie zmięszany i najmniejszej na to nie zwróciwszy uwagi, 
chwytam płaszcz i wypadam jak kula. Tak lecąc bez oddechu prawie wiorstę, 
potrącam ludzi jak szalony z domu warjatów wybiegły, i wpadając do małego 
pokoju, zastaję pod oknem Albinę.
Tu długo wstrzymywane łzy w oczach moich na jej widok wyrwały się raptownie, 
rzuciłem się przed nią na kolana, i całując jej nogi, jak dziecko płakałem.
Ona nie mogła słowa przemówić, a szlochając podejmowała mię i równie nogi moje 
całowała.
Tak przeszło chwil kilka. Przytomni tej scenie gospodarze i służąca Albiny 
widząc to, nie mogli się wstrzymać od płaczu.
Pierwsza nareszcie Albina patrząc mi w oczy, zawołała:
— Wiec ty mnie jeszcze kochasz!?

— Czy ja ciebie kocham!? — zdumiony krzyknąłem — A toż co znowu nowego ? zkądże 
to powątpiewanie ? O Boże! czemu mi nie dałeś daru wymowy, ażebym cię upewnił o 
mojem przywiązaniu! ale nie! miłość słów nie potrzebuje, lecz czytaj w mych 
oczach, czy ja ciebie kocham!
I podniósłszy na nią oczy, strzeliłem w nią tym jednym promieniem miłosnej 
potęgi, przez kochanki tylko zrozumianym, który jak iskrą elektryczną przeszył 
serce mojej przyszłej żony.
— Dosyć! — uradowana zawołała Albina — sądzę, że nie wątpisz o mojem do ciebie 
przywiązaniu.
— A któżby wątpił po tak krzyczących dowodach! Wysłuchaj mię ty najgodniejsza 
uwielbienia istoto! pięć zmysłów mamy; jeżeli więc którykolwiek z nich ośmieli 
się ubliżyć tobie, to w obliczu Boga przysięgam ci dobrowolnie, że się go 
natychmiast pozbędę, aby drugi raz nie dopuścił się tej zbrodni! Błagam Cię o 
wielki Boże! daj mi sposoby do osłodzenia jej przyszłości, niech pożycie moje z 
nią nie da jej uczuć smutnego losu wygnania, niech choć w części wynagrodzę jej, 
poświęcenie się jej dla mnie! Oby szczęścia naszego zabłysły promienie! oby się 
chwil radosnych otwarły potoki, oby nas wiecznie łączył najściślejszy węzeł, 
obym ciebie nakoniec czcił i uwielbiał jak bóstwo! tego łaknie dusza moja, i tem 
uczuciem żyć i umierać pragnę!,..
Wszystko to jednym prawie tchem powiedziałem.
Wsiedliśmy potem oboje wraz ze służącą do niewyprzężonego jeszcze powozu, i 

background image

kazałem jechać do przygotowanego dla Albiny domu. Tam powtórzywszy sobie 
wzajemną wieczną miłość, nagadaliśmy się do woli.
Albina opowiadała mi, jak w przeprawie przez Dniepr, gwałtowna burza nosząc prom 
przez godzin kilka nie pozwoliła przybyć do brzegu. Zmęczeni pracą i 
nadzwyczajnem zimnem wio-

siarze, z wycieńczenia sił i rozpaczy rzucili wiosła, a modląc się i płacząc, 
dusze swoje polecali Bogu. Ona tylko jedna, widząc oczywisty koniec, a nie będąc 
pewną, czy ja powodowany tylko charakterem, zezwoliłem na jej przyjazd, a 
rzeczywiście, czy połączenie się nasze nie stanie mi na zawadzie, z radością 
prawie go oczekiwała.
Podobne domniemywania drażliwość tylko jej położenia mogła usprawiedliwić.
Dalej mówiła mi, jak najęty furman z miasta Symbirska zjechał z publicznej drogi 
w las gęsty, i podczas gdy ona drzemała, zlazł z kozła i z jadącym z tyłu za 
powozem swoim kolegą naradzał się, aby ją zabić wraz ze służącą; i jak ta 
ostatnia, wysłuchawszy tę ich rozmowę, obudziła panią i z płaczem jej to 
opowiedziała.
Albina, nie tracąc przytomności, dostała z kieszonek od powozu parę, jeszcze w 
Kamieńcu Podolskim nabitych pistoletów, odwiodła kurki, przywołała furmana, i 
przybrawszy o ile mogła groźną postawę, wymierzyła je przeciwko niemu, mówiąc, 
że za najmniejszem pokuszeniem się z jego strony, w łeb mu wypali.
Zmięszany niespodziewanem odkryciem furman, widząc dwie rury przeciw sobie 
wymierzone, ukląkł przed nią, i składając ręce zaklinał, aby się zlitowała nad 
jego duszą, przysięgając i Boga na świadectwo przywołując, że nic podobnego nie 
myślał. Po przybyciu jednak do pierwszej wioski, Albina nie skarżąc się, 
zażądała od miejscowej władzy zmiany furmana.
Pistolety zaś, które z powozu dobyłem, znalazłem rzeczywiście z odwiedzionemi 
kurkami, Albina bowiem bojąc się, aby nie wystrzeliły, a nie umiejąc ich spuścić 
napowrót, tak je w kieszonki włożyła.
Następnie mówiła mi, jakim sposobem cukierniczka srebrna, w której było  
rubli sr. w biletach na podrzędne wydatki,

i niektóre złote kobiece ozdoby, a mianowicie przygotowane dla nas ślubne 
obrączki, przez otworzenie się drzwiczek od kocza, w czasie gdy ona wraz ze 
służącą drzemała, wypadła gdzieś na drodze. "Wszystko to fraszka" — mówiła — ale 
zguba pierścionków, jako zła przepowiednia, niepokoi mię okropnie.
W parę dni potem, przez odchodzącą raz na tydzień do Oremburga pocztę, napisałem 
do księdza proboszcza Zielonki, prosząc go, aby przyjechał do Uralska dla 
połączenia się naszego; lecz ten zamiast pospieszyć, znalazł przeszkody, dla 
których nie może nas pobłogosławić. Przeszkody te jakkolwiek błahe, przez 
posłanie mu paszportu, że Albina jest niezamężną i pełnoletnią, tudzież 
pozwolenie na nasz związek na piśmie od ojca, usunięte zostać były by powinny, 
gdyby lubiący aż do pedantyzmu puste formalności kapłan, nowej formalności nie 
był wymyślił; ta zaś zawierała się w tem, że bez pozwolenia parafialnego księdza 
ślubu nam dać nie może.
Wypadało zatem, albo czekać najmniej trzy miesiące, póki wspomnionego pozwolenia 
nie nadeszłą, lub na mocy praw kanonicznych, zamieszkać Albinie sześć tygodni w 
Uralsku, i dopiero zyskawszy pozwolenie księdza Zielonki, jako nowej już jej 
parafji kapłana, być jej ze mną przez niego połączoną.
Wyobraźcie więc sobie moje znudzenie, złość, niecierpliwość i oburzenie, kiedy 
zamiast księdza, czwarty już tydzień próżno z nim koresponduję; w uniesieniu 
przeto mojego gniewu, chwyciłem za pióro i napisałem do niego:
"Jeżeli za odebraniem tego już z mej strony ostatniego listu, natychmiast księże 
proboszczu nie przyjedziesz, to ja wyprowadzając moją narzeczone z fałszywego 
stanowiska, ie ta mieszkając sama jedna, narażoną jest na dwuznaczne domysły w 
kraju, mieszkańcy którego zwykle o rzeczach z pozoru sądzący, za złe jej mają, 

background image

że mnie u siebie przyjmuje; jeżeli mówię nie przyjedziesz, to ja będę zmuszony 
przejść na wiarę grecko-

rosyjską i od popa przyjąć błogosławieństwo, a potomność niech osądzi — kto z 
nas będzie winniejszy!"
Takie zagrożenie usunęło wszystkie trudności, zawiadomieni bowiem o tem moi 
koledzy w Oremburgu, których jednocześnie o tem uprzedziłem, wymogli na 
kapłanie, że nakoniec do Uralska przyjechał.
I tak po tylu trudnościach, przeszkodach i niebezpieczeństwach, w dniu go 
czerwca,  roku, przybyły ksiądz proboszcz połączył mię nareszcie z Albina. Z 
powodu, ie kościoła tu naszego nie było, ceremonja ta odbyła się w domu dowódzcy 
bataljonu, podpułkownika Powało Szwejkowskiego. Tu pierwsze osoby obojga płci 
miasta w sekrecie przed nami przez gospodarza domu zawiadomieni, zebrali się, 
aby popatrzeć na niewidziany dotąd przez nich ślub katolicki.
Na twarzach zgromadzonych widać było obok uczucia prostej ciekawości, jeszcze 
pewien rodzaj rozczulenia i udziału w losie panny młodej, która stojąc ubrana 
skromnie lecz gustownie, obok mnie w mundurze sołdackim, zajęta była całą 
ważnością i uroczystością aktu, który jej stan inny przeznaczał. Albina przeto 
zwróciła na siebie ogólną uwagę, i stała się dla niektórych, umiejących 
pojmować, przedmiotem tego wysokiego szacunku, a nawet i uwielbienia, jakie się 
nieszczęśliwej cnocie należą; godność bowiem spoczywa w człowieku jako obrazie 
Boga, a nie w stanowisku, jakie ten człowiek zajmuje, ani w odzieży, która go 
okrywa. We mnie zaś zauważano złość, nienawiść i oburzenie, bo obok szczęścia z 
powodu obrzędu malującego się na twarzy, myśl, że nie taki los powinien był 
spotkać moją drogą Albinę, ślady te na mojem licu wypiętnowała.
Po ślubie, będący na nim przybyły z Oremburga rodak mój, jenerał Ciołkowski, 
oraz miejscowy dowódzca bataljonu, odprowadzili nas do wspólnego już naszego 
mieszkania.

Wieczorem, oprócz ich dwóch, zaproszeni zostali sami tylko nasi rodacy, równie 
jak i ja za zbrodnię polityczna zesłani: panowie Ignacy Pradzyński, Tadeusz 
Żabicki i Jan Złotkowski; nie chcieliśmy bowiem zapraszać żadnego z mieszkańców 
tego miasta, z którymi żadne nas stosunki nie łączyły. Publiczność wprawdzie 
była tem obrażona i szemrać już zaczynała, że żadnych znajomości z nią nie 
robimy, ale my na to nie zwracaliśmy uwagi.
Ztąd to nieraz w dalszem naszem pożyciu doświadczaliśmy tysiącznych 
nieprzyjemności, a w szczególności ja na nie narażony bywałem; Uralcom zdawało 
się, że my za ich udział (chociaż udział ten był podobny do uczucia czytelnika 
romansu jakiego, w którym znalazłszy czułą scenę, rozrzewnia się dopóty, dopóki 
rozdziału nie dokończy, lub kartki nie przewróci) że my, jak powiedziałem, za 
ich udział odpłacamy im nienawiścią i pogardą; my zaś wcale podobnemi uczuciami 
przejęci nie byliśmy, a prosto chcieliśmy żyć skromnie, jako wygnańcom przystoi.
Ztąd to nieraz, ja jako żołnierz (chociaż prawdę mówiąc, od czasu zaślubienia 
Albiny, do żadnej służby mnie nie używano) nie mniej jednak bywałem przymuszony 
spotykać się z moimi zwierzchnikami i bywałem wystawiany na takie od nich 
wymagania, na jakie by żaden inny prosty żołnierz nie był narażony. Całą zaś 
winą moją było to, że żona moja w koczu wiedeńskim przyjechała, w kapeluszu lub 
z parasolką spacerowała, i w umeblowanych wraz ze mną mieszkała pokojach; oni 
zaś sami tego nie mając, w żaden sposób pojąć nie mogli, aby żołnierz to 
wszystko posiadał, a jeżeli i pojmowali, to strawić nie byli w stanie.
Nie rzadko trafiało się, że w podobnych utarczkach tak mnie swojemi wymaganiami 
i niesprawiedliwemi przyczepianiami się do mnie dokuczali, że ja nie zważając na 
mój stan, oburzony

background image

ich niesprawiedliwością, groziłem im i żądałem, ażeby, jeżeli nieszczęście już 
tak mieć chciało, bym był sołdatem, mię jako sołdata uważali, odemnie się 
całkiem odczepili, i w ładne stosunki domowe, nietyczące się służby nie wdawali. 
Ale to wszystko było napróżno, i często może przyszłoby było do ostateczności, 
gdyby szanowny dowódzca bataljonu, Powało Szwejkowski, swoim przykładem, 
prawdziwą wyrozumiałością i częstem nas odwiedzaniem, nie uczył swoich 
podwładnych, jak z podobnego rodzaju ludźmi jak my, postępować należy.
Takie przykłady tego zacnego męża, nie mogły się rozciągać do wszystkich 
mieszkańców miasta, tyczyły się one tylko jego podwładnych w bataljonie 
służących; ale i tym pojąć to co im wpajał dowódzca, i przeistaczając że tak 
powiem swoją naturę, przejąć się jego zasadami, było tak niepodobna, jak nam w 
niewielkim przeciągu czasu, oswoić się z naszym teraźniejszym stanem, i obecne 
nasze położenie tak urządzić, ażeby przeszłość na teraźniejszość nie wpływała, a 
ukształcenie wyższe i domowe wychowanie, nie przebijały się w każdym czasie i 
miejscu.
Coraz dalej i dalej, dom nasz stał się przedmiotem pokątnych i złośliwych rozmów 
mieszkańców. Żona zaś moja stała się dla nich kompletną zagadką. Uralcy tego 
wcale pojąć nie mogli, jak osoba ta, mająca prawo korzystania ze wszystkich 
prerogatyw prawami towarzyskiemi nie odjętych, nie dbała o to; a tego nie 
rozumieli, jak taż sama osoba opuszczając ojczyznę, pozbawiła się dobrowolnie 
wyższych tam przyjemności i przywilei, ażeby w samotnem ze mną pożyciu, cały 
świat widziała; dla takich to przyczyn woleliśmy raczej narażać się na 
niesłychane i złośliwe, jakich tylko obrażona miłość własna dostarczyć może, 
obmowy i plotki, aniżeli komunikując się z niemi, wystawić siebie na ubliżającą 
nam ich litość, że tylko pamięć

na dawne nasze położenie zniża ich do obcowania z nami. Jednem słowem, zanadto 
oboje byliśmy dumni, aby przyjmując ich mniemane grzeczności, narażali się na 
brutalstwa, do których Uralcy podówczas byli tak skłonnymi. Nie rzadko bowiem 
trafiało się, że oni w swoich zebraniach, rozumowaniach i sprzeczkach, za 
najważniejszy argument różnicę stopnia przytaczali, dowodząc, że młodszy stopień 
nie może i nie powinien od starszego być rozumniejszy; każdy więc przyzna, że 
ja, jako zesłany sołdat, a tem samem jako najnędzniejsze stworzenie Boskie, 
wiecznie i wszędzie musiałbym milczeć; woleliśmy przeto jak powiedziałem 
grzeczności ich unikać, aniżeli za tysiące takowych usłyszeć jedno niczem 
nieokupione grubiaństwo.
Dla tego ja, spostrzegłszy później moją żonę w poważniejszym stanie, a ztąd 
potrzebującą ruchu, zmuszony byłem dla zapobieżenia gorszym skutkom, przechadzać 
się z nią tylko po oparkanionem naszego mieszkania podwórzu, niechętne bowiem i 
rozbestwione pospólstwo, widząc bezskuteczność skarg moich, nie znało innego 
hamulca prócz kija, którego ja nie zawsze, ale w konieczności tylko użyć 
chciałem.
Tak klepiąc biedę, kochaliśmy się jednak, rzadko w innych małżeństwach widzianą 
miłością; ja ze wszystkiemi przymiotami dobrego męża, ulegałem żonie mojej we 
wszystkiem, ceniłem w niej te wysokie, ciche i domowe cnoty, o których sam tylko 
widziałem, a chcąc jej choć w części wynagrodzić, uprzedzałem jej skinienia i 
wszystkie moje chęci i usiłowania do tego kierowałem, aby jej ani na chwilę nie 
dać powodu, ażeby poświęcenia się dla mnie ze swej strony w przyszłości 
żałowała, spostrzegłszy niekiedy chmurkę tęsknoty na czole mojej poczciwej żony 
(która z naszego położenia tylko wynikała) obsypywałem ją takiemi pieszczotami, 
byłem dla niej tak dobry, wylany, czuły i w oznakach tkliwego przywiązania, tak 
niewyczerpany, że ona tą rozkoszą się napawając, gniewała się na

siebie, że zewnętrzne, a nie z domowego pożycia wynikające myśli, smutek na jej 
twarz wywoływały.
Te oba nasze, uszczęśliwione z pożycia małżeńskiego serca, utrzymując się w 

background image

ciągłem zachwyceniu, roztliły płomień do nadzwyczajnej potęgi posunięty, a nawet 
w egzaltacyjny stan się zamieniły.
Albina, gdym ja był w domu, po całych godzinach miewała wzrok swój utkwiony we 
mnie, z zachwyceniem głosu mego słuchała i równie na każde moje skinienie była 
gotową; ona całkiem o siebie się nie troszczyła, o swoich wygodach i strojach 
nie myślała, o dogodzenie swojemu apetytowi nie dbała; lecz widzieć mnie 
zdrowym, czysto i porządnie ubranym, z apetytem przyrządzone przez siebie 
łakocie zajadającym, i widzieć mnie wesołym i ją kochającym, oto jest wszystko, 
czego ta tkliwa dusza pragnęła.
Nieraz kiedym się zdrzemał w dzień na kanapie, ona siedząc obok mnie odganiała 
muchy i jakby w gorączce poetycznego zachwytu, rozpatrywała rysy moje, i nigdy 
swem szczęściem nie była nasyconą. Kiedy mnie w domu nie było, jej wyobraźnia 
otwierała dla niej cały świat nadprzyrodzonych marzeń, sama zostawszy w domu, 
uważała za jedyną i największą rozkosz myśleć nieustannie o mnie, wyobrażała 
sobie moją postać, wywoływała z duszy echo słów moich ostatnich, prowadziła ze 
mną cichą i tajemniczą rozmowę, i chociaż jak powiedziałem mnie tu nie było, ona 
ze mną po czarujących, nadziemskich strefach fantazji bujała.
Ona nie przedstawiała sobie nigdy, aby żywienie w duszy swojej tego błogiego 
upodobania, mogło być zdrożne, lub przez religję potępione; uczucia jej tak 
daleko posunięte do człowieka, nie pojmowała, aby mogły być niemiłe temu samemu 
Bogu, który ją przecież niemi natchnął; przeciwnie, jej, się zdawało, że tylko 
wypełnia ten obowiązek, jaki u ołtarza zaprzy-

sięgła, i tak kochając wyrzucała sobie jeszcze, że mnie kocha za mało.
Słowem, my ze stanowiska małżeńskiego uważani, bylibyśmy najszczęśliwsi, gdyby 
ciągłe a nieuchronne z mieszkańcami moje stosunki a ztąd zatargi, pomyślności 
naszej nie truły. Nie było dnia ani godziny, aby mnie za koniecznym interesem z 
domu wychodzącego, łzami nie oblewała, nie było chwili, aby po powrocie moim, 
czy mi się coś nieprzyjemnego na ulicy nie przytrafiło, w oczach moich nie 
czytała; szczęśliwa, jeżeli jej obawy pokazały się próżnemi, lecz jeżeli na 
ulicy miałem z kim zajście, jej niespokojność przechodziła wszelkie granice; ona 
wyrzekając obwiniała siebie, że swoim przyjazdem narażała mnie na ciągłe 
nieprzyjemności, bo ja mając potrzebę prowadzenia domu i gospodarstwa, nie byłem 
wolny od stosunków z mieszkańcami. Tę jej delikatność i drażliwość sumienia 
starałem się o ile mogłem uspokajać, dowodząc, że bez nich życie moje byłoby 
gorzką męczarnią, gdy tymczasem ona jest jego osłodą.
Przepraszam, że malując naszą miłość, rozpisałem się może za zbyt drobiazgowo, 
ale pamiętajcie, że to są jedyne wspomnienia przeszłości, które ja w starości, z 
gorzką słodyczą odczytuję.
Prawdę mówiąc, Uralcy podówczas nawet wyższego koła, byli nieznośni, pospólstwo 
zaś, Panie, zmiłuj się nad niemi!... nie było przeto rady ani sposobu pokazywać 
się nam na ulicy, dokuczali nam i czepiali się wszędzie, całą zaś winą moją było 
to, żem był sołdatem, a Albiny, że z nimi żyć nie chciała. Aż nareszcie, 
straciwszy już cierpliwość i chcąc raz na zawsze tamę położyć złemu, po zajściu, 
jakie mieliśmy z panem majorem kozackim, Czartorogowem, żona moja do jenerała 
gubernatora Perowskiego w Oremburgu, napisała co następuje:

"Wolna i niezależna kiedyś obywatelka, opuściłam wszystko, udając się za 
nieszczęśliwym narzeczonym, a dzisiejszym moim mężem. Nie przewidywałam na 
chwilę w ówczas, że pod rządem rosyjskim szczęśliwe dopięcie celu, okupione 
zostanie największem grubiaństwem, jakiego niestety, w dniu wczorajszym 
doznałam!
O godzinie pół do dziewiątej wieczór, wracając z mym mężem ze spaceru do 
mieszkania, spotkaliśmy pana majora Czartorogowa bez szlif idącego; mąż mój 
poznawszy go, pomny na stan swój, sięgnął po furażerkę, chcąc mu okazać 
uszanowanie należące się oficerowi, gdy tymczasem pan major, nie wiadomo dla 

background image

jakich przyczyn, zatrzymał nas na ulicy, i grożąc kijem, zwymyślał mego męża, 
twierdząc, że mu się nie ukłonił.
Przypuśćmy, panie jenerale, żeby i tak było, czyż nie można drogą właściwą 
poszukiwać uchybienia mego męża, a niedopuszczać się grubiaństwa, hańbę 
przynoszącego oficerowi?
Jenerale! ufna w jego szlachetność i sprawiedliwość, spodziewam się, że postępku 
pana majora bezkarnie nie przepuścisz, a tem samem i na pospólstwo hamulec 
położyć nakazać raczysz; o co pokornie prosząc, mam honor być, itd."
Skutek listu tego dość był pomyślny, bo aresztowanie pana majora rzuciło na czas 
jakiś postrach i na innych, ale gdy po przejściu pierwszego wrażenia, Uralcy 
wrócili do swego, czy wypadało nam powtarzaniem skargi zatrudniać człowieka, 
który wreszcie sam to źle widział? Cierpieliśmy więc i znosili wszystko, żywiąc 
wszakże nadzieję, że może Bóg dobry, pocieszy nas kiedyś.
Widać, pan major tłumacząc się dowodził, że ja przed nim czapki nie zdjąłem, że 
zaś w hierarchji wojskowej nie można starszemu, gdy co mówi niewierzyć, przeto w 
parę poczt później przyszedł rozkaz od jenerała dywizji Eismanda do bataljonu, 
aby i mnie na dwa tygodnie na odwach wsadzono; nie

aresztowano mnie jednak, ale tylko dla śladu w aktach tak rozkazano.
O tym wypadku, dowiedziałem się w pół roku prawie później.
W takiem byliśmy położeniu, gdy w końcu września  roku, Albina powiła córkę! 
pierwsze dziecię! ten nadzwyczajny fenomen w życiu kobiety wywołał w jej łonie 
nową miłość i zapalił jej umysł nową pochodnią światła. To dziecię, stawszy się 
wyłącznym przedmiotem naszych starań, troskliwości, zabiegów i miłości, ściślej 
niejako nasz węzeł spoiło. Młoda matka, przyszedłszy do zdrowia, w każdym rysie 
małej twarzyczki podobieństwo do mnie upatrywała, ja zaś chwyciwszy dziecię na 
ręce, jak małpa po gałęziach, po krzesłach, kanapie, komodzie i łóżku z radości 
skakałem, na przemiany wyrywaliśmy go sobie z rąk naszych, goniąc jedno za 
drugiem. Dozwolić go karmić obcej kobiecie, byłoby może zdrowiej tak dla matki, 
jak i dla malutkiej Michaliny, ale wspomnienie, że ta niewinna istota wraz z 
obcem mlekiem i obce skłonności wyssać może, odstręczyło nas, i za zgodą doktora 
Moretza, żona moja sama karmiła, ja zaś nie przypuszczałem do Michalinki nikogo 
i nie powierzałem jej nikomu, sam ją kołysałem, śpiewałem jej pieśni narodowe 
Niemcewicza, kąpałem i powijałem, a podając do piersi Albinie, zazdrościłem, że 
jej sam karmić nie mogę.
Jednem słowem, to dziecię stało się do uprzyjemnienia naszej samotności 
nieodzowne; rosło i chowało się szczęśliwie. Upojeni najszczęśliwszą miłością, 
chwaląc Boga, błagaliśmy nad niem Jego świętej opieki, i w uniesieniu radości 
naszej nie przypuszczaliśmy ani na chwilę, aby Bóg, powołując go do siebie, 
zadał najokropniejszy cios zbolałym sercom naszym; lecz niestety! tak się też 
stało! Wiosna w tym klimacie najniezno-

śniejsza, rodząc na niemowlęta ogólną śmiertelność, i nam tę ostatnią pociechę 
zabrała. Michalina w maju  roku umarła!
Nieszczęśliwa matka nie płakała, ale jęczała żałośnie, i załamując ręce winiła 
przeznaczenie, przeklinała klimat uralski, całą Moskwę i jej powietrze; padając 
na małego trupa, usiłowała tchem swoim ożywić! długo i bardzo często zabijająca 
scena dla mnie się przeciągała, ja patrząc na moją biedną męczennicę i zmarłe 
dziecię, rzewnie i gorzko płakałem. Nareszcie trzeba go było pochować; udałem 
się do władzy miejscowej, lecz ta pod niebytność atamana i przy zmianie dowódców 
bataljonu, mając podówczas jeszcze Polaków za niechrzczonych, drwiąc sobie z 
najświętszych uczuć ojca i chrześćjanina, prawie jak gdyby odmówiła pogrzebu.
Oburzony podobnemi drwinkami, w pierwszem uniesieniu gniewu mojego, chciałem, 
starannie zapakowawszy trupa, pod pozorem prostej posyłki dla pochowania go w 
grobie familijnym posłać przez pocztę do Galicji, lecz ochłonąwszy, zrobiłem 
inaczej. Do przygotowanej i szczelnie wyklejonej wewnątrz trumienki, włożyłem 

background image

nabalsamowane ciało, i do wymurowanego obok cmentarza grobu złożyłem.
Długo i długo po tej stracie byliśmy niepocieszeni, musiałem przemienić 
mieszkanie, za nic bowiem biedna matka dłużej tu mieszkać nie chciała; 
jeździliśmy bardzo często, i prawie mieszkaliśmy w stepie, ażeby czas i nowe 
przedmioty boleść naszą ukoiły.
Po śmierci Michaliny, Albina napisała do najjaśniejszej pani, prosząc ją, ażeby 
mię wpływami swemi, jeżeli już nie do domu puścić, to przynajmniej od służby 
wojskowej uwolnić i w Rosji pod dozorem policji, byle nie w tym klimacie 
mieszkać dozwolono.

"Dziś, Najjaśniejsza Pani! — pisze ona — otoczona blaskiem tronu, nie 
potrzebujesz nic odemnie, lecz w krainie przyszłego życia za tę laskę łzę 
wdzięczności ci uronię."
W skutek tej prośby w dniu go lipca  r., z Walzbrunn w Salezji odebrała 
odpowiedź, w której sekretarz cesarzowej zawiadamia Albinę że:
"Eja Weliczestwo ni w kakoe posredniczestwo po podiełam seho roda ne wchodit' to 
jest że: Najjaśniejsza Pani nie wdaje się w podobne interesa. (Podpisano Iwan 
Szambo).
Odpowiedź ta, jakkolwiek gorżka, nie mogła nas niezadziwić, po naszemu byłaby 
ona właściwą, gdyby wymiaru sprawiedliwości proszono, ale na prośbę o łaskę 
niestosowną nam się wydała.
Jednocześnie prawie z tą odpowiedzią, odebrałem od moich rodziców zawiadomienie, 
że na podaną przez nich do tronu prośbę o moje ułaskawienie żadnej odpowiedzi 
nie odebrali; dodajcie jeszcze inne powyżej i niżej wyłuszczone powody, a 
nadewszystko nową oczekiwaną w lutym słabość Albiny, a ztąd z przyczyny klimatu 
obawa śmierci drugiego dziecięcia, zgłębcie to wszystko, a krok nasz i niżej 
opisane plany sami usprawiedliwicie.
Wiadomo, że niewola nie jest miłą nikomu i że dusza gwałtu nie cierpi, bo jej 
natura wszelką przemoc odpychając, chce być swobodną, i że Bóg wreszcie, który 
wszystko stworzył wolne, chciał bez wątpienia, aby i żelazo było wolne, gdy 
tymczasem my niem ludzkość gnieciemy.
Patrząc z tego stanowiska w uformowanym projekcie, liczyłem wiele "a moją żonę; 
ona choć słabowita i delikatna, miała przecież duszę silną, charakter stały, 
wolę niezmienną, poświęcenie się, wytrwałość i gotowość na wszystko, z takiemi 
to zasadami można było zamyślany wykonać projekt, którego i

ona chwyciła się z zapałem, projekt ten zaś był — myśl o swobodzie.Żona moja 
dowodziła, że podobnego rodzaju życie jest ubliżeniem godności przyrodzonej 
człowieka, stanem bydlęcym, i grzechem, i że każdy, kto ma sposobność a nie 
próbuje, popełnia zbrodnię, jednem słowem uradziliśmy i postanowili uciekać z 
Rosji.
Od tej chwili, na wszystkich naszych domowych sesjach, Albina jako osoba 
odznaczająca się szczególniejszym darem przenikliwości, w kwestjach serca 
ludzkiego otrzymała odemnie prawo rozstrzygania nierówności zdań naszych, czyli 
po prostu, jej dałem dwa, a sobie jeden głos zostawiłem.
Skutkiem więc tego uradzonego i zatwierdzonego tyle razy wspomnionego projektu, 
biegałem po całem mieście i dowiadywałem się starannie, czy który z mężczyzn nie 
umarł, lub śmiertelnie nie chory. Nieraz wśród najpilniejszego zajęcia rzucałem 
wszystko, gdym się o świeżym trupie dowiedział. Przyszedłszy do domu 
nieboszczyka lub chorego, wynajdywałem różne pozory mego tam przyjścia, aby 
rzeczywisty mógł być ukryty. Jeżeli się trafiło, że jaki mężczyzna zachorował, 
ze wstydem wyznać tu powinienem, że pod pretextem aby się nie męczył, tajemnie 
życzyłem mu śmierci. Natura bowiem nasza tak jest zepsutą, że w złych nawet 
sprawach dobrą stronę upatruje w chwili, kiedy osobisty interes tego wymaga. Tym 
sposobem zagłusza się niejako nasze sumienie, i od jego wyrzutu wolnym się 
staje.

background image

Trafiało się, że zebrani około chorego sąsiedzi, rozmawiali o jakimś tam kozaku, 
tylko co wczoraj umarłym, ja w ówczas najostrożniej wypytywałem się o jego 
mieszkanie, i pod pozorem najęcia domu, kupienia krowy, wozu lub czegoś 
podobnego, z jednego końca miasta biegłem na drugi; tu popatrzywszy

na trupa, i gdy ten nie odpowiadał moim zamiarom, nową wiadomość powziąwszy, 
znowu na drugi koniec miasta bez odpoczynku leciałem.
Słowem, żaden lekarz, oddany ludzkości lub kieszeni, nie odwiedzał swoich 
pacjentów z taką gorliwością, z jaką ja o wszystkich chorobach i trupach 
dowiadywałem się, i nie zważając na to, że to trwało blisko trzy miesiące, 
wszędzie i zawsze, czego szukałem, nie znalazłem.
Ale czas wam nareszcie powiedzieć, czego ja szukałem. Oto chciałem znaleźć mojej 
płci trupa, wiekiem i wzrostem do mnie zbliżonego, i gdy go pochowają dobyć 
sekretnie, przywieźć do domu, ubrać w moje suknie, roztrzaskać mu głowę kilkoma 
wystrzałami w piwnicy, oblać krwią świeżą na to przygotowaną, a samemu schować 
się w domu. Żona zaś o tym nieszczęśliwym wypadku miała zawiadomić władzę, 
słowem, tak wszystko urządzić, aby upewniona władza o mojem samobójstwie, 
najmniejszego podejrzenia, że ja żyję, mieć nie mogła.
Ze zaś Albina oczekiwała słabości w lutym, do którego tylko cztery miesiące 
zostawało, a doświadczenie nas nauczyło, że trzechmiesięczne poszukiwania trupa 
okazały się bezskuteczne, postanowiliśmy przeto przemienić plan, Lecz po 
wyrachowaniu tego nowego planu, póki władza miejscowa zda o tem raport, póki z 
Petersburga przyszłą mej żonie pozwolenie na wyjazd, aby nie przyszło jej odbyć 
słabości w Uralsku, a tem samem znów nowo narodzone dziecię klimatowi poświęcić, 
uradziliśmy przystąpić do niego natychmiast.
W dniu przeto  go listopada,  roku, przygotowałem list w języku 
francuskim, do atamana pułkownika Każewnikowa; dla tego zaś po francusku, że on 
polskiego nie znał, a ja po rosyjsku wówczas jeszcze nie umiałem.
Oto treść tego listu:

Panie pułkowniku!
"Odbierając sobie życie, nie dbam zupełnie o opinią ogółu, a w szczególności 
mniej zważam na tych, którzy czyn mój lekkomyślności przypiszą. Wiem, że mało 
kto zastanowi się nad zgłębieniem prawdziwej przyczyny, która doprowadziła mię 
do tego ostatecznego kroku, do zbrodni! Boleść i rozpacz do najwyższego 
posunięte stopnia, nie dozwoliły mi dłużej być opiekunem żony mojej, która dla 
mnie poświęciła całe swoje życie; lecz prosząc cię o protekcję dla niej, chcę ci 
opisać rzecz całą.
" Opuszczając kraj mój, opuszczałem zarazem i narzeczone, której nie miałem już 
nadziei zobaczyć, a tem więcej nazwać ją moją żoną. Ale prawdziwa miłość i 
przywiązanie wiele może. Młoda, bo zaledwie  lat licząca, ta nieoceniona 
kobieta, nie zważając na niebezpieczeństwa i trudy tak wielkiej podróży, 
przyjechała tutaj, aby i na wygnaniu dzielić los mój, ale za całe poświęcenie 
moje, cóż znalazła ? oto w nagrodę największe przykrości i udręczenia, które jej 
życie uczyniło nieznośnem. Od czterech lat już pozostaję w służbie, a dotąd nie 
czytano mi dekretu. W czasie pobytu gubernatora Parowskiego w Uralsku, żona moja 
udała się z prośbą do niego, powierzając mu naszą przyszłość. Po upływie roku 
podała prośbę do cesarzowej, a rodzice nas obojga nie szczędzili starań; 
podawali prośby do cesarza, żony jego i następcy tronu, prosząc o tę jedyną 
łaskę, aby mię uwolniono ze służby żołnierskiej, a dozwolono mieszkać w Rosji 
prywatnie, byle w innej okolicy, gdyż klimat tutejszy nie jest znośnym dla mojej 
żony i dziecka. Wiedziałem, że z rozkazu i pozwolenia cesarza każdy Polak ma 
prawo udać się za urlopem do ojczyzny, dla uregulowania swoich interesów. Przed 
kilkoma miesiącami pisaliśmy do gubernatora o udzielenie nam tegoż pozwolenia. 
Tam przyjechawszy, umyśliłem prosić żony, aby pozostała przy familji,

background image

sam zaś miałem wrócić i oczekiwać lepszego losu, ale niestety ! wszystkiego nam 
odmówiono.
Jak widzisz pułkowniku, że nie zostało mi żadnej nadziei; położenie moje z 
każdym dniem staje się okropniejszem, a myśl, że ta, która mię kocha, przezemnie 
jest nieszczęśliwą, zabija mię i nie wiąże do życia. Zastanowiwszy się nad tem 
wszystkiem, postanowiłem przez śmierć moją uwolnić ją od tych udręczeń, cios zaś 
ten, jaki ją spotka, jeżeli przeżyje, to boleść jej powinna się ukoić na łonie 
rodziny; żeby zaś uchronić ją od widoku mego po śmierci, postanowiłem rzucić się 
w nurty Uralu, co gdy nastąpi, błagam cię pułkowniku, chciej udzielić tej 
nieszczęśliwej kobiecie swojej opieki, na którą ze wszech miar zasłużyła. Jeżeli 
zdrowie jej pozwoli, namów ją pan do opuszczenia tych stron, tem prędzej, że 
stan, w jakim się znajduje, wymaga starania i opieki rodziny.
Przepraszam cię pułkowniku za subjekcje, jaką ci narzucam, ale do tego kroku, 
ośmiela mię ogólna opinja o dobroci twojej, równie jak przywiązanie moje do 
żony.
Ufam, że życzenia moje spełnione będą, dla tego śmielej i odważniej do 
przedsięwzięcia mego przystępuję".

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ.

Część druga.

I.

Mieszkanie przez nas zajmowane, składało się z przedpokoju, sali, sypialnego 
pokoju i malutkiego o jednem oknie gabineciku. Naumyślnie dom ten wybrałem, 
ażeby obok innych dogodności, miał i tę najgłówniejszą, że właściciel onego, 
kozak Popów, naznaczony na trzechletnią służbę na Kaukaz, zostawił mi tę 
przynajmniej pewność, że mię kiedy mu się podoba z domu nie wyruguje. Podówczas 
bowiem pomiędzy Uralcami, umowa nie miała najmniejszego znaczenia, można ją było 
zmienić każdej chwili.
Po napisaniu listu do atamana, zapieczętowałem go czarną pieczęcią, i poszedłszy 
do Albiny, w głębokiem zamyśleniu na kanapie siedzącej, zawołałem:
— No! moja kochana żono, z mojej strony wszystko gotowe !...
— Gotowe — żałosnym powtórzyła głosem — Boże mój, co to jutro z nami będzie!...
A po chwili namysłu dodała:
— Czekaj mój drogi, poradzimy się naprzód Boga, albowiem od niego zaczynać nam 
należy!
To mówiąc, wzięła ze stolika książkę do nabożeństwa: Tomasza a Kempis, uklękła 
przed wizerunkiem Zbawiciela, ścisnę-

ła ją w swych rękach jeszcze nierozłożoną, i wzniósłszy oczy do Boga, gorąco się 
modliła.
Ja byłem wzruszony! Stojąc na boku, patrzałem na nią z taką czcią i 
uszanowaniem, jakie się nadziemskim tylko istotom należą. Bo i rzeczywiście, 
jeżeli który z moich czytelników doświadczy kiedyś tak świętego uczucia, 
jakiegom ja wtedy doznał, to się przekona, że nigdy ukochana kobieta, nie wydaje 

background image

się uczciwemu człowiekowi tak drogą i piękną, jak w ówczas, gdy się modli. W jej 
upokorzonej postaci, złożonych rękach i wzniesionej twarzy jest coś anielskiego; 
lecz jeżeli do tego wszystkiego przyłączy się jeszcze to przekonanie, że ta 
kobieta modli się za siebie i za przedmiot, który z woli Boga pokochała, to tak 
miło ci się robi, jakgdybyś widział anioła stróża, nad sobą w każdej chwili 
czuwającego. Tak było i ze mną. Byłem pewny, że modły tego chodzącego anioła 
lepszą przyszłość nam zapowiadają.
Tak na modlitwie nie przeszło i parę minut, gdy Albina dotąd ściśniętą księgę 
raptem otworzyła, i na stronnicy  księgi . rozdziału . pod Nrm , następne 
słowa wyczytała:
"Po co chcesz odkładać do jutra przedsięwzięcie swoje? powstań, zaczynaj 
natychmiast i mów. Teraz jest czas do działania, teraz czas do walczenia, teraz 
czas sposobny do poprawy. Jeżeli się źle czujesz i strapienie cię uciska, teraz 
jest czas także i do zasługi. Potrzeba ci przechodzić przez ogień i wodę, nim 
się do ochłody dostaniesz ! "
Niech sobie więc każdy wyobrazi, cośmy oboje uczuli, przeczytawszy te słowa! One 
jakby widocznie z woli Boga pochodzące, przejęły nas największą skruchą i 
wdzięcznością dla Niego !
Nie jest to tajno nikomu, że pragnąc czegoś, zdaje nam się w najdrobniejszych, a 
nawet nic nie znaczących okolicznościach, jakieś sprzyjanie naszym planom 
upatrzeć; słowa, które dwoja-

ko tłumaczyć można, proste frazesa, wiatr dmący w jedną stronę, jednostajny 
turkot warstatu lub machiny, głos nawet monotonnie bijących dzwonów, słowem, 
wszystko to choć się i opiera, gwałtem wleczemy za sobą; tak i tu, po odczytaniu 
powyżej cytowanych słów przez Albinę, skierowaliśmy na naszą stronę, i byliśmy 
prawie pewni, że sama Opatrzność sprzyja naszym zamiarom.
Przejęty więc, jak powiedziałem, największą skruchą, upadłem obok Albiny na 
kolana, i korząc się przed boskim majestatem, zawołałem:
— Boże! coś świat z miłością i nieszczęściem stworzył prawie w jednej chwili, 
błogosław nam w naszych zamiarach! dozwól nam bez najmniejszego szemrania, 
znieść zapowiedziany ogień i wodę! dozwól na łonie przyszłego szczęścia 
odetchnąć jeszcze w przyszłości! ztamtąd niech się wzniosą nasze dziękczynne 
pienia, Twoją łaskę i wielkość ogłaszające! My zaś, cóż Ci ofiarować możemy? 
[nic zaiste! prócz przyrzeczeń, że zbierając kwiaty z wiosny życia naszego, 
wierzyć i zdobyć będziemy niemi Twoje ołtarze!
Wspomniony gabinet był tak niewielki, że prócz malutkiego pod oknem stolika i 
dwóch krzeseł obok niego stojących, nic nie było. Do niego udałem się po 
ukończeniu powyższej modlitwy, pokryłem stolik czarnem suknem, zasłoniłem okno 
takiegoż koloru chustką, postawiłem na stole czarny krucyfiks, położyłem u stóp 
jego trupią głowę, na lewym brzegu stolika dużą księgę, na prawym arkusz 
zapisanego papieru, w środku kałamarz z wetkniętem piórem, i list z czarną 
pieczęcią, dodajcie do tego dwie niziutkie, stojące zapalone lampy, z których 
niejednostajny a coraz to większy lub mniejszy blask wychodził. Blask ten 
nierówny, oświecając ściany i inne tam będące przedmioty, przedstawiał jakiś 
czarodziejski, a zarazem i

straszny widok. Do tak przygotowanego naumyślnie, dla lepszego wrażenia, 
pokoiku, przywołałem Magdusię.
Magdalena Zakrzewska, była to małego wzrostu osóbka. Zapadła miedzy ramionami 
głowa, garb na plecach dość duży i  lat skończonych, nie dawały już żadnej 
nadziei, aby kiedyś wyrosła.
Urodzona w Galicji na wsi, od dzieciństwa prawie była wzięta do dworu, i żonę 
moją na rękach nosiła. Ztąd to ocierając się ciągle koło panów, i pochodząc 
prócz tego z krwi podupadłej czynszowej szlachty, nauczyła się myślić po 
dworsku, i dworskim wyrażać się językiem, obdarzona prócz tego zdrowym i 

background image

naturalnym rozsądkiem, często dość trafnie, dowcipnie i gruntownie o rzeczach 
sądziła. Dodajmy do tego jeszcze złośliwość i ostrość języka, które w zamian za 
upośledzenie siebie od natury odebrała, nienawiść przytem i zemstę, jakiemi do 
całej ludzkości oddychała, że będąc upośledzoną i monstrualną, wyrzutkiem 
społeczeństwa być się sądziła, dalej stan jej panieński, tyle kwasu i 
nieukontentowania sam z siebie przynoszący, zresztą znajomość na pamięć mnóstwa 
godzinek, różańców, hymnów, kolend, psalmów, pieśni, modlitw i litanii, do 
których od dzieciństwa bywała używaną, nakoniec systematyczne zażywanie tabaki, 
słowem, zbierzmy to wszystko i zlejmy w jedną malutką istotę, a będziemy mieli 
obraz Magdusi, którą tak zdrobniale do dziś dnia nazywają.
Albina wyjeżdżając z Galicji do Uralska, dla tego ją a nie inną wzięła z sobą, 
raz, że ona sobie tego życzyła, powtóre, że inną nie zasłużenie pozbawiłaby 
ojczyzny, a po trzecie, że każda inna wyszłaby niezawodnie za mąż za którego z 
naszych wiarusów, i Albina zostałaby się bez sługi.
Gdy przywołana przezemnie Magdusia weszła do tego pokoju, spostrzegła takie 
przygotowanie, zmięszała się widocznie i z przestrachu cofnęła się o parę 
kroków.

Lecz ja zawołałem:
— Nie lękaj się Magdusiu! rzecz, którą ci objawię, jest wielkiej wagi, lecz 
wprzód się o niej nie dowiesz, póki nie przysięgniesz, że jej nikomu nie 
powiesz. Oto jest panna Albina, (tak ja zwykle nazywała) jej więc szczęście, 
moje i twoje tej przysięgi wymaga. Jeżeli więc godzisz się z nią, powierzę ci 
tajemnicę, która nam wszystkim lepszą przyszłość zapewni.
Magdusia nie namyślając się, rzekła:
— Dobrze panie! ja dla państwa wszystko zrobić gotowa jestem, i przekonaną 
jestem, że nic odemnie takiego wymagać nie będziecie, co by się Bogu nie 
podobało.
— Słusznie mówisz Magdusiu — odezwała się Albina — zaufanie twoje w nas jest 
sprawiedliwe, dusza twoja nie będzie potępioną, i Bóg nie odmówi ci 
błogosławieństwa, jeżeli przysiągłszy na tajemnicę, zachowasz ją u siebie.
— A zatem, czy zgadzasz się na to? — zapytałem.
— Zgadzam ! — odpowiedziała.
— Dobrze więc, przystąp bliżej, uklęknij przed tym Bogiem, połóż dwa palce 
prawej ręki na tej ewangelji, i słuchając z uwagą każde słowo przezemnie 
wyrzeczone, na głos powtarzaj.
I wziąwszy papier, na głos czytałem:
— "Ja, Magdalena Zakrzewska, przysięgam Panu Bogu wszechmogącemu, w Trójcy 
świętej jedynemu, Najświętszej Pannie i wszystkim świętym, że tajemnicy mającej 
mi być powierzonej, nikomu nie powiem, nie zdradzę, ani znakami, że wiem, nie 
wydam; w przeciwnym razie, niech zemsta sprawiedliwie zagniewanego Boga ściga 
mię wszędzie, niech dusza moja na wieki potępioną będzie, i niech nigdy jasności 
boskiej nie ogląda. Tak mi dopomóż i niewinna Syna twego męko, Amen!"
Po tej ceremonji, panna Zakrzewska dowiedziawszy się o co rzecz idzie, i 
podpisawszy przysięgę, odeszła. Ja zaś po jej wyjściu, papier z przysięgą 
spaliłem.

Zostawała nam jeszcze jedna okoliczność wprzód do załatwienia, nim list mój miał 
być oddany atamanowi. A okoliczność ta tem była trudniejsza, że zamiary nasze 
trzeba było powierzyć jeszcze jednej osobie, tą zaś była kobieta ruska, Uralka!
Długo z żoną moją naradzaliśmy się, czy przypuszczenie jej do sekretu, więcej 
nam dobrego, lub złego przyniesie. Lecz postanowiliśmy, że zakomunikowanie jej, 
stało się nieodzownem. W tym przeto celu posłałem Magdusię, aby poprosiła do nas 
panią Marję.
Pani Marja, była to młoda, bo zaledwie szesnastą wiosnę kończąca osoba. W 
ówczas, kiedy ja do Uralska przybyłem i ją poznałem, od lat trzech powróciła ona 

background image

z Petersburga z matką swoją, gdzie przez lat trzy, wraz ze swoim ojcem w służbie 
tam będącym, mieszkała. Męża i ojca pochowano w Petersburgu, a one obie wróciły 
do Uralska.
W czasie ich bytności w Petersburgu, przypatrzyły się one tamecznym zwyczajom, 
które, że były całkiem przeciwne uralskim, po powrocie przeto one pierwsze z 
uralskich kobiet rzuciły stroje i zwyczaje przodków, przebrały się po 
europejsku, i przyjęły europejskie zwyczaje. Uralcy widząc taką reformę w ich 
życiu, małym Piotrem w spodniach, je nazywali.
Trafiało się, że zakorzeniałe, stare Uralki, widząc je przez ulicę pod 
parasolkami lub w kapeluszach idące, tworzyły nieznacznie znak krzyża świętego, 
i zatykając sobie uszy rękami swoich szarafanów, nazywały je pomiędzy sobą po 
cichu "przeklętemi odszczepieńcami". Dla wyższej zaś klasy były one z początku 
przedmiotem pokątnych szemrań, następnie zbliżania się, a później naśladować je 
zaczęto. Nic przeto dziwnego, że obie te reformatorki, mieszkając podówczas 
pomiędzy taką dziczą, pragnęły lepszego towarzystwa, a ie go tylko pomiędzy 
zesłanymi tu Polakami znalazły, mile ich przeto u siebie przyj-

mowały. W szczególności zaś córka, młoda Marja, pobierając od nich nauki, i 
kształcąc się, przywiązała się do naszych zasad, przejęła się naszemi 
zwyczajami, i prawie mówiła i myślała po naszemu. Gdy do Uralska przybyłem, 
dawałem jej lekcje języka francuskiego, lecz z przyjazdu Albiny nikt po mnie nie 
był tyle, ile ona uszczęśliwioną, gdy wstęp jej do mego domu obecnością mojej 
żony był upoważniony.
Ta tedy panna Marja, w trzy miesiące po naszym ślubie, wyszła za mąż i mieszkała 
w naszem sąsiedztwie, i chociaż mąż jej będąc najzaciętszym wrogiem Polaków, za 
to jedynie, że mu tam gdzieś uciekającemu w czasie naszej wojny skórę na płocie 
wytrzepali, gniewał się na nią, że u nas bywa, chęć jednak widzenia jej 
wykształconą, przez szpary mu na to patrzyć kazała. Ztąd to dobra Marja po 
całych dniach u nas z robotą przesiadywała, i najszczęśliwszą w naszem 
towarzystwie bywała.
Zrywać więc z nią po mojej mniemanej śmierci tak ścisłe stosunki, bez żadnej 
dobrej przyczyny, byłoby nietylko nierozsądnie, ale nawet i niebezpiecznie. 
Raptowne bowiem takie zerwanie, wprowadziłoby całe miasto w podejrzenie; 
przyjmować ją zaś tak jak dotąd, a nie zrobić uczestniczką sekretu, byłoby 
jedno, co i narażać moją żonę na ciągłe maskowanie się przed nią, i mnie na 
całodzienne, a najnieznośniejsze ukrywanie się w domu.
Jednem słowem, jedno drugiemu ustąpić musiało, i albo zaniechać przedsięwziętego 
planu, albo przystąpiwszy do niego, powierzyć go także i Marji. Tego więc 
ostatniego środka tem więcej chwycić się postanowiliśmy, że pewni jej charakteru 
i przywiązania do nas, liczyliśmy na to, że ona, jako żona urzędnika, wyższe 
miejsce w kancelarji wojskowej zajmującego, może dowiedzieć się od niego o 
urządzeniach względem nas zapadłych, i nas o nich uprzedzić; bytnością zaś w 
domu

naszym usunie wszelkie podejrzenie, jakieby miasto, że ja się w domu ukrywam, 
powziąć mogło.
Kiedy wiec wchodzącą panią Marję spostrzegłem, poszedłem do niej, i wziąwszą ją 
za rękę, do znanego nam już gabineciku wprowadziłem. Tam w głębokiem zamyśleniu 
siedziała Albina; głowa jej na ręku wsparta, i palcami zasłonięte oczy, nie dały 
jej spostrzedz przyjścia naszego.
Marja zobaczywszy gabinet, krzyknęła:
— Boże! co to jest?!
— Nic to, nic, kochana Marjo — zawołałem — za chwilę dowiesz się o wszystkiem, 
bądź tylko tak dobrą, siadaj tu na tem krzesełku.
Strwożona Marja niespokojnem rzuciła naokoło okiem, jednem spojrzeniem objęła 
wszystko i zrozumiała, że tu w tem wszystkiem coś ważnego się ukrywa. Oprócz 

background image

powyżej opisanych na stole przedmiotów, spostrzegła jeszcze i parę pistoletów. 
Na widok ich wzdrygnęła się i spojrzała na Albinę. Oczy ich spotkały się, ale 
kiedy w tych oczach i całej twarzy mej żony spostrzegła malującą się i rozlaną 
boleść, wstrzęsła się i zbladła jak ściana, i kiedym jej powtórnie krzesło 
pokazał, ona drząc cała, usiadła na niem, ale jak na rusztowaniu.
Nie chcąc poczciwej Uralki utrzymywać w tej męczącej niepewności, wziąłem list 
ze stolika, i przedstawiając jej go przed oczy, przemówiłem do niej:
— Oto jest przyczyna, dla której cię tu kochana Marjo prosić kazałem. 
Przedewszystkiem winienem cię przeprosić za mimowolny przestrach, jaki ci widok 
tego gabinetu sprawił, a który wszakże nie był dla ciebie przygotowany. 
Magdusia, która tu tylko co przed tobą była, wykonała przysięgę, że objawionej 
jej tajemnicy nikomu nie odkryje. Ty zaś, jako istota wyższem pojęciem 
obdarzona, przysięgać nie będziesz, ufność bowiem w twoim charakterze i dobrem 
sercu, mamy tak wiel-

ką, że najmniejszej z twej strony nie obawiamy się zdrady. Żeby zaś czynem 
poprzeć naszą o tobie opinję, objawiam ci, że w tym liście jest napisano, to 
jest, że ja nie mogąc dłużej przenieść widoku cierpień Albiny, rzucam się w 
Ural. Rzeczywiście zaś mam zamiar schować się w domu i czekać chwili, w której 
oboje z Rosji wyjechać będziemy mogli. Dziś w nocy list ten oddany będzie 
atamanowi, jutro więc z rana całe miasto będzie poruszone, i w Uralu 
najstaranniejsze zaczną się poszukiwania. Uważ więc dobrze kochana Marjo, ile 
cię kochamy i jak dalece ci ufamy, kiedy mogąc cię równie jak i całe miasto w 
błąd wprowadzić, względem ciebie tylko jednej, nie dopuszczamy się tego. Wypada 
zatem, abyś tajemnicę tę u siebie zachowała i nikomu w świecie jej nie 
powierzyła, jeżeli nie chcesz, aby te oto pistolety zakończyły moje, i drogiej 
Albiny życie.
Marja, gdym ja to mówił, słuchała z uwagą, i stopniowo wracała do spokojności. W 
miarę zaś, jak słowa moje tajemnicę jej wyjaśniały, zbierało jej się na płacz. 
Lecz kiedy przy ukończeniu słów moich pistolety jej pokazałem, ona nie mogąc 
utrzymać łez gwałtem do oczu się jej cisnących, rzuciła mi się na szyję, i 
rzewnie płacząc, dziękowała za zaufanie, jakie w niej położyliśmy. Odemnie 
przeszła w objęcia Albiny, i szlochając całowała ją. Nakoniec upadła przed nami 
na kolana, i obejmując nasze nogi, płakała, dziękowała i zaklinała, aby jej nie 
opuszczać.
— Weźcie mię z sobą! — krzyczała — ja z wami wszędzie! chcę widzieć waszą 
ojczyznę, która odtąd i moją będzie... Mnie nic bez was po życiu, ja z wami 
wiecznie! z wami! i z wami wiecznie być pragnę!
Takie i tympodobne słowa i wymagania nie mogły nas nierozczulić. Podnieśliśmy ją 
więc z troskliwością, i pomiędzy sobą sadzając, uspokajali jak mogli.

Gdy przeszły chwile pierwszego uniesienia, ja zająłem się dawaniem obszernej 
instrukcji, jak ma sobie na dal postępować, jak w towarzystwach pomiędzy swoimi 
rodakami powinna ubolewać nad opłakanym stanem Albiny, jak o mnie ma się odzywać 
z największą pogarda, wystawiać moją niewdzięczność i dowodzić, że moim na dnie 
tylko piekła wylęgłym projekcie samobójstwa, zgubiłem tę, którą powinienem był 
uszczęśliwić. Zaleciłem jej przytem najmocniej, ażeby pewnej osobie tej 
tajemnicy nie powierzała.
Marja słuchała mię pilnie i z uwagą, w kwestjach wątpliwych żądała objaśnienia i 
upewniwszy nas, że możemy kompletnie spuścić się na nią, dodała, że ostatnie 
moje zalecenie, aby przed pewną osobą taiła, było zbyteczne, powiedziała 
albowiem:
— Znam ja jego dobrze, i jestem pewną, że on nietylko was, ale i mnie by 
poświęcił, byleby mu wstążeczkę do boku przypięto. Głodne wilczysko spotkanemu 
jagnięciu nie tyle by zaszkodziło, ile odkrycie tej tajemnicy przyniosło by jemu 
pociechy.

background image

Te ostatnie słowa tyczące się jej męża, da mnie wyłącznie były powiedziane.
Dotąd smutna ta scena, zamieniła się w wesołą. Marja z okazanego jej zaufania 
tyle była uszczęśliwioną, ile my z ułatwienia najważniejszych trudności. 
Powiernica nasza mówiła nam, jak nazajutrz jeżdżąc do wszystkich swoich 
znajomych domów, opowiadać będzie, że tego co się zrobiło, dawno się po mnie 
spodziewała, albowiem w domu naszym często bywając, widziała mnie do wykonania 
tego dzieła skłonnym. Z właściwą sobie wesołością i pojęciem mówiła nam, jak 
udając się za najzaciętszą moją nieprzyjaciółkę, wystąpi publicznie z największą 
złośliwością, z tą do mnie nienawiścią jaką od dawna w sercu swojem żywiła; jak 
uczęszczając do nas, znosiła moją

obecność jedynie tylko dla Albiny, nie mogąc cierpieć mojego z nią prawdziwie 
sołdackiego obchodzenia się.
Wszystko to prócz innym, miała opowiadać swemu mężowi, którego znana całemu 
miastu nienawiść do Polaków, żony zaś jego mniemana, miała być rękojmią, że 
ludzie ci z pod ziemi by nas dostali, byle tylko swojej nienawiści zadosyć 
uczynić mogli.Żona moja, tym dobrym Uralki pomysłem rozweselona, szczęśliwą 
przewidywała przyszłość, i również dowcipkowała z roli, jaką jej jutro w obec 
urzędników mnie poszukujących odegrać przyjdzie.
Ja zaś stosując to wszystko do ówczesnego czasu, i usposobień znanych mi osób, 
opowiadaniem swojem, ie jak to wszystko się uspokoi, to w charakterze posłańca 
tamtego świata, jednych do poprawy, drugich do pokuty, tym przestrogi a tamtym 
rady, innych nakoniec przed sąd Boży powołując, straszyć w nocy będę — 
rozśmieszałem je obydwie.
Słowem, czy to pochodziło z jednostajnego życia, gdzie ciągle o cierpieniach 
mowa już nam się naprzykrzyła, czy że uchwalony projekt nową przyszłością i 
nowem życiem nas zajmował, czy wreszcie, że w nas trojgu usposobienie do 
wesołości było niezwykłe, czy nakoniec, że ułatwiwszy najważniejsze przeszkody, 
o reszcie dobry skutek rokowaliśmy, dosyć, że siląc się na tysiączne koncepta i 
żarty, bawiliśmy się wszyscy troje bardzo wesoło, nie przewidując niestety! że 
po tej miłej pogodzie nastąpi burza, jak to nietylko w naturze, ale i w życiu 
człowieka trafiać się zwykło.
Po odejściu Marji, Magdusia powiedziała mi, że Lewiński chce się ze mną widzieć, 
i czeka w przedpokoju.
Lewiński, był to stary nasz wiarus, w tymże samym co i ja bataljonie służący, 
którego jako niezdolnego do służby frontowej, wziąłem do usług, i za niego 
płaciłem. Prosił on mię,

abym mu na wesele iść pozwolił. Jakiś tam sołdat moskiewski żenił się wtenczas.
Prośba ta jego, była bardzo do moich planów stosowną; właśnie bowiem nad tem 
rozmyślałem, pod jakim by pretextem na całą noc wysłać go z domu. Usłyszawszy 
więc jego żądanie, powiedziałem:
— Idź, a pamiętaj, służ pani wiernie, ona ci, choć mnie w domu nie będzie — 
ciszej dodałem — obficie wynagrodzi.
Ośmielony tą moją poufałością Lewiński, tymże samym zapytał mnie tonem:
— A gdzież to pan pojedzie?....
— Ja... ja... nigdzie... chyba do piekła — udając zasmuconego, odpowiedziałem z 
westchnieniem.
Wróciwszy do Albiny, popatrzyłem na zegarek, była już ta godzina wieczór. 
Wziąłem płaszcz i wyszedłszy, błąkałem się po ulicach. Z kilkoma znajomymi 
umyślnie rozmawiałem, do dwóch czy trzech domów wstąpiłem, i tam w krótkich 
rozmowach udając okropnie zasmuconego i do śmierci wzdychającego, dwuznaczne i 
tajemnicze odpowiedzi dawałem; i tak wszystko urządzić starałem się, ażeby 
nazajutrz, gdy wiadomość o mojej śmierci po mieście się rozejdzie, ci wszyscy, 
którzy ze mną dziś rozmawiają, przypomniawszy sobie moje słowa, ich znaczenie 
teraz dopiero pojęli, i mając niejako otworzone oczy, wyrazy moje pomiędzy sobą 

background image

powtarzali, przekręcali i jak to w podobnych bywa wypadkach, czynili nad tem 
uwagi i komunikując je drugim, że ja nie żyję, moralnie byli przekonani.
Noc była jasna, śniegu nie wiele jeszcze było, mróz zaś do ośmnastu stopni 
dochodził; ja chodząc po ulicach, podszedłem do mieszkania atamana, i 
spostrzegłszy, że w pokoju jego ogień jeszcze nie zagasł, wróciłem do domu i 
czekałem chwili, w której on spać się położy. Dwa razy jeszcze wychodziłem z 
domu, ale napróżno; nareszcie po godzinie dwunastej, światła w

pokoju atamana na piętrze nie było, na dole zaś w kancelarji jego domowej, 
zwykle świeciło się po całych nocach. Gdym to zobaczył, wróciłem do domu.
Lecz tu, pomimo całej mojej energji, nie byłem panem siebie. Dostałem wewnątrz 
tak silnego drżenia, twarz moja zrobiła się tak bladą, że biorąc list, trząsłem 
się jak liść osikowy. Usiłowałem przezwyciężyć siebie, i starałem się głównie 
ukryć przed Albiną moje wzruszenie, lecz darmo! im więcej chciałem być 
spokojnym, i powierzchownością moją jej nie straszyć, tem więcej usiłowania moje 
były bezskuteczne. Spostrzegła to, i rzucając mi się na szyję, z rozpaczą 
zawołała:
— O Boże! co ci się stało ?!
I nie czekając odpowiedzi, ciągnęła dalej:
— Ja nie chcę mój drogi!... ja odstępuję od wszystkich naszych zamiarów, jeżeli 
wykonanie ich ma ciebie tyle kosztować... jak mię kochasz mój mężu, zniszcz ten 
list!... wszakże go jeszcze nie oddałeś... żyjmy spokojnie... czekajmy!... może 
Bóg dobry zlituje się kiedyś nad nami: na co nam jeszcze powiększać nieszczęścia 
nasze!... Ty wiesz, ie i ja równie z zapałem chwyciłam się do tego projektu, 
którego wykonanie zdawałoby się łatwem... Mój drogi! mój aniele! zaniechajmy go 
teraz, ja widzę, że on wpływa na ciebie więcej, aniżeli wyobrazić to sobie 
mogłam! Jeżeli nam się nie uda, ja będę miała sobie wiele do wyrzucenia! Ja tego 
nie przeżyję!
— A dziecko ? — przyszedłszy nieco do siebie, grobowym mruknąłem głosem.
— Dziecko ! — westchnąwszy powtórzyła — prawda, mój drogi ! okropnie nas Bóg 
doświadcza... widok cierpienia twego, wybił mi je na chwilę z głowy... w 
pierwszem uniesieniu jedno tylko miałam na celu, to jest: abyś ty był spokojny, 
ale widzę, że rzeczywiście przez ogień i wodę potrzeba nam będzie przechodzić!

— Tak jest, moja najdroższa! — odezwałem się — jeżeli czujesz, że roli, jaką ci 
odegrać będzie potrzeba, nie wypełnisz, namyśl się !... jeszcze czas, bo równie 
nie chcę, abym ci podsycaniem męztwa i wytrwałości, stał się zupełnego naszego 
nieszczęścia przyczyną!
— O! nie mój drogi, ty wiesz jak ja na wszystko jestem gotową! kto tyle 
cierpiał, nic mu już do obawy nie pozostaje, chyba śmierć jedna, ale i ta, byle 
w twoich objęciach, i z tobą razem, byłaby najpożądańszą moją nagrodą.
— A zatem — przyciskając ją czule do piersi, rzekłem — bądź zdrowa! — i za drzwi 
wybiegłem.
— Wincenty! Wincenty! jak mię kochasz, wróć się na moment ! — krzyknęła 
gwałtownie — czy nie myślisz ty się doprawdy topić? — patrząc mi w oczy, z 
niespokojnością zapytała — bo przyznam ci się, że masz taką postać, jakbyś mię 
chciał wieczną sierotą zostawić.
— Nie — odpowiedziałem.
— Jak mię kochasz, powiedz prawdę.
— Jak ciebie kocham, tak nie myślę o tem.
— Słowo honoru?
— Słowo honoru.
— No, idźże więc z Bogiem — całując mię, krzyżem świętym przeżegnała.
Wyszedłem.
Na mnie był płaszcz szaraczkowy, szopami podszyty. Zarzuciłem go na ramiona i 
zapiąłem pod szyją w sposób, że kołnierz stojący zasłaniał nietylko twarz moją, 

background image

ale i całą odzież pod nim będącą. Płaszcz ten z furażerką wojskową, wzrostem 
moim i całą postawą, robił mię podobnym do kapitana Jesielewskiego, w tym samym 
bataljonie co i ja służącego. O tem podobieństwie wiedziałem i ja, bo mi to 
koledzy często mó-

Tak idąc, wszedłem na wielki korytarz ogromnego domu, w którym mieszkał 
ataman.Żołnierz na szyldwachu w korytarzu stojący, biorąc mię za wspomnienego 
kapitana, pomimo tak spóźnionej pory, zprezentował przedemną swój karabin. 
Odkłoniwszy się mu obyczajem wojskowym, przeszedłem mimo niego, i wszedłem do 
kancelarji.
W pośrodku obszernej sali, postawiony był ogromny stół, papierami, księgami i 
rozmaitemi aktami założony. Na nim w w pogiętym, blaszanym lichtarzu, dogorywał 
kawałek łojowej świecy, knot u niej dawno nie objaśniany, rzucał niepewne 
światło, niedozwalające rozpoznać będących tam przedmiotów. Mimo jednak tej 
ciemności, zauważałem kilku stróżów na podłodze pokotem śpiących. Urzędnik zaś, 
czyli dyżurny, z opartą na rękach na stole głową, chrapał spokojnie. Przyjście 
moje obudziło go, albowiem zerwał się raptem, i stanąwszy w postawie wojskowej, 
wyciągnął się jak struna.
— Jak się nazywasz ? — zapytałem go po rusku.
— Mazanów — odpowiedział.
— Ataman w domu?
— Spi.
— List ten jutro rano oddasz mu w własne ręce, teraz zaś nie budź go, rozumiesz?
— Rozumiem, panie.
— Zapadła klamka ! — wychodząc, pomyślałem sobie — rad nierad, trzeba kończyć. 
Mógłbym wprawdzie list ten jeszcze odebrać, ale musiałbym, albo przybierając ten 
sam ton i powagę, nakazać dyżurnemu milczenie, co było niepodobieństwem, bo on 
tembardziej jutro wszystko wypowie i przekonają się, ie nie kapitan Jesięlewski, 
ale ja byłem w kancelarji, albo odbierając go napowrót, prosić uradnika o 
sekret, co byłoby całkiem napróżno. ()

------------------
() Pomiędzy bataljonem a uralskiem wojskiem była wzajemna niena-

Tak rozmawiając sam z sobą, wróciłem do domu, i niechcąc otwieraniem furtki 
trwożyć Albiny, przelazlem przez parkan, złożyłem moje futro w stajni, 
przebrałem się naprędce, wziąłem przygotowane zawiniątko pod pachę, i 
niepokazując się nikomu w domu, wyszedłem z niego napowrót, idąc spiesznie do 
rzeki Uralu o wiorst trzy ztąd będącej.
Tam idąc, nie obawiałem się być widzianym, albowiem to, nietylko nie 
przeszkadzałoby do moich planów, ale by owszem pomogło, lecz wracając, obawiałem 
się, aby mnie kto nie poznał, w tym bowiem ostatnim razie, mogłoby się nazajutrz 
rozgłosić, i mię by nie w Uralu, ale w przeciwnej stronie szukano.
Idąc myslałem:
— Boże, dopomóż mi i opiekuj się moją biedną Albina! ta nieszczęśliwa istota, 
czekając, zamęczy się, nim ja powrócę, a tu jeszcze tak daleko!... Gdybym był 
sam, żartowałbym ze wszystkiego, i byłbym wyższym nad moje cierpienia... Alboż 
to jednemu człowiekowi wiele potrzeba? przy opiece Boga i spokojnem sumieniu 
można być wśród niedoli szczęśliwym... dwa pudy prowiantu (ośmdziesiąt funtów 
żyta na miesiąc) przez rząd kaidemu żołnierzowi zabezpieczone, wystarczy, aby 
być sytym; przy tem pożywieniu można wlec ciężar nędznego życia, i cieszyć się 
jeszcze, że jest sposobność poświęcić go Temu, który je dla nas poświęcił. Dół i 
mogiła, jak wspomina Shakspeare, a wie o tem każdy, zakończy wszystko, a tam... 
Bóg dobry przyjmie swe dzieci, i pocieszy je, bo nie podobna, aby nas 
prześladował, aby nas nienawidził, karał i męczył, bo i za cóż?... grzeszymy 
wprawdzie i jako ludzie błądzimy, ależ to wszystko, czyż już nie jest naszem 

background image

obecnem położeniem okupione? O ! bo tytuł wygnańca jest okropny! bo jego 
cierpienia są wielkie! bo

-----------------------
wiść, z powodu, że ci ostatni patrzeli na pierwszych, jak na najezdników i 
zaborców ich kraju,

jego nieszczęścia ten tylko pojmuje, kto miłość ojczyzny w sercach naszych 
zaszczepi!!...
— O czcigodny autorze! chociaż nie pamiętam twego imienia, prawdę jednak 
powiedziałeś:
"Terre, Terre, qui m'a vue naitre, tu seras toujours ma terre priferee! oh! je 
puis trouver un ciel plus pur, de lieux plus beaux, mais jamais! non, jamais 
aucuns ne stront aussi chers!"
Raz jeszcze powtarzam, że sam będąc, lubiałbym cierpieć, i Ty Boże, który 
czytasz w mem sercu, widzisz, że to mówię najszczerzej... Ależ Albina, ta 
nieszczęśliwa, wzniosłego heroizmu ofiara, czyż powinna męczyć się przy mnie ? 
czyż ma konając, zgasnąć jak świeca, niedoświadczyć słodyczy życia ? Czyż to my 
wreszcie bydlęta, a nie ludzie, których Bóg chciał mieć wolnemi? a oczekiwane 
dziecię? czyż znowu ma paść ofiarą wiosennego klimatu?...
O Boże! nie zsyłaj na nas tego ostatniego ciosu, o! nie zapomnę ja nigdy, jak 
biedna matka, leżąc na małym trupie, tchem swoim już nadpsute ciało ożywić 
chciała ? Czyż ta scena ma się jeszcze powtórzyć? i któż mię zaręczy, że ona ją 
przeżyje ? a wówczas, czyż słusznie nie będę miał sobie do wyrzucenia, że moją 
gnuśnością i bydlęcem życiem zgubiłem tę, którą powinienem był uratować ?... O! 
nie, takiej zbrodni i Ty Boże nie mógłbyś mi przebaczyć!
Takie to myśli i rozumowania, zajmując moją głowę, usprawiedliwiały mój 
postępek.
Do Uralu zostawało mi jeszcze pól wiorsty. Szedłem więc spiesznie, bo myśl, żeby 
Albina długo nie czekała, nie wychodziła z mej głowy. Nakoniec przyszedłem do 
rzeki. Ale tu nowe trudności znalazłem. Ural pokryty był lodem; zmuszony przeto 
byłem, chodząc po rzece, upatrywać stosownego miejsca, lecz nad przerębel, 
blisko domów kozackich, z której oni wo-

dę czerpali, nic innego nie znalazłem. Przerębel ta w grubym lodzie zrobiona, 
takie była zamarznięta, lecz uderzenie kilku razowe obcasem, przebiło cienki, bo 
dopiero z wieczora zamarznięty lód i o dziwna i niepojęta naturo ludzka! 
pragnąłem i starannie szukałem otworu, a zrobiwszy go, przeląkłem się.
Lecz przyszedłszy nieco do siebie z mimowolnego do tego otworu wstrętu, i 
obejrzawszy się na wszystkie strony, rozwinąłem zawiniątko, i rozrzuciwszy po 
lodzie będące w niem odzienie, przebrałem się znowu stosownie do potrzeby, 
zacząłem uciekać od tego miejsca, po pod brzeg miasta mię zasłaniający, i tak 
biegnąc bez odpoczynku, więcej pół wiorsty, z nadzwyczajną trudnością, wdrapałem 
się na stromy i oberwany brzeg, i tylko co wszedłem w ulicę, gdy tentent galopem 
biegnącego konia po za sobą usłyszałem.
Przelęknieny, nie wiedziałem co począć z sobą; noc miesięczna ! domy pozamykane, 
bramy i furtki także starannie zamknięte, schować się niepodobna, a uciekać 
niebezpiecznie. O Boże! wszystko przepadło! pomyślałem nieszczęśliwy! 
niezawodnie ktoś zobaczył, jak po lodzie odzienie rozrzucałem i pędzi za mną.
Takiemi myślami byłem strwożony, gdy o kilka kroków za za sobą, usłyszałem 
dopędzającego mię jeźdzca, który przenikającym do mej duszy głosem "stój!" 
zawołał.

II.

background image

Ale wróćmy do Albiny, bo i ona równie w nieszczęśliwym znajdowała, się stanie. 
Ona po mojem wyjściu w modlitwie tylko szukała pomocy. Klęczała przed obrazem 
Najświętszej Panny, z rozpuszczonemi w nieładzie włosami po białej szyi, w górę 
wzniesięny twarzą i rękoma, cała we łzach, błagała Ją, aby przez pamięć na swoje 
cierpienia, z góry na nią wejrzała i za równie cierpiącą i bolejącą, przyczyniła 
się.
Cały ogrom niebezpieczeństwa, na jakie byłem wystawiony, teraz dopiero 
przedstawił się jej przed oczy. Teraz dopiero w samotności rozmyślając, 
spostrzegła, ze cała scena, z początku tak mało znacząca, najtragiczniejszy 
koniec przybrać może. Teraz dopiero wreszcie przypomniała sobie, co ja niegdyś 
opowiadałem, t. j. jak zesłani; do Omska za przewinienia polityczne nasi rodacy, 
odkryci w zamiarach ucieczki, podług całej surowości prawa, pałkami byli 
zabijani. Myśl ta wstrząsała nią całą, i z obawy aby się ze mną coś podobnego 
nie stało, zadrzała biedna, i przedsięwziętego projektu żałowała.
Takiemi okropnemi myślami i przeczuciami dręczona, wpadła w stan prawie 
obłąkaniu podobny. Jasne i wielkie jej oko wytężające swoją źrenicę, nadało 
jakiegoś strasznego i dzikiego wyra-

zu jej twarzy, który jeszcze za mało, apatją nazwać; rysy jej zawsze miłe i 
łagodne, w jednej chwili przybrały ten konwulsyjny odcień epilepsji, który tylko 
na łonie śmierci widzieć się daje, i z którym długo pasujący się śmiertelnik, w 
ostatniej godzinie umiera.
Ani drgnęła ta nieszczęśliwa i na pozór martwa ofiara, niekiedy tylko skostniałe 
prawie ręce i dłonie wznosiła w górę, dotykała piersi i głowy, i odrzucała je 
nagle ku ziemi, jakby usiłowała odbić grożące nam pociski.
O! ileż to mąk i walk, wrzało w jej duszy !...
Biedna Albina błagała nieba, ażeby wszystko złe od nas odwróciło, a jeżeli 
potrzeba będzie ofiary, prosiła, aby ona nią była. Ona już na mnie, nie jak na 
męża i na kochanka patrzała, ale jak na rodaka, wygnańca, i nieszczęśliwą, 
prześladowaną ofiarę. Dla tkliwego i czułego serca, to już jest dosyć. Lecz 
dodajmy do tego męczącą ją ciągle wyobraźnię, że ja sam jeden będąc, nigdy bym 
się na to nie odważył, winiła siebie, swój przyjazd i swoją miłość, i dla tego 
krwawemi łzami się oblewając, gorąco się modliła.
W takim stanie znajdowała się ona długo. Nakoniec wstała i z rozpaczą chodziła 
po pokoju. Spojrzawszy m zegarek, rzekła:
— O Boże! już w pół do drugiej, gdzie on tak długo być może ?...
— Magdusiu ! czy daleko do Uralu ?..,
— Daleko pani.
— Daleko, mówisz... więc jeszcze nie przeszedł czas, w którym pan wrócić 
powinien?...
— ! me pani! niech panna będzie spokojna, tam trzy wiorsty, napowrót trzy, to 
tak prędko wrócić nie można.
— Masz racją Magdusiu, uspokoiłaś mię nieco.

I biedna! jej się zdawało, że ją uspokojono, gdy tymczasem siedząc pod oknem, z 
natężonym słuchem i z wlepionym ku stronie mojego przychodu okiem, pomimo że 
okiennice były zamknięte, cała się w słuch i wźrok przemieniła.
— Magdusiu! wszak siedm wiorst można ujść w godzinę?
— Nie wiem pani, jak do chodu!...
— A pamiętasz? Janek, on bywało z Paniewic do Kudrynic, chociaż prawie mila, 
wracał zwykle w godzinę.
— Prawda, ale Janek był młody — odpowiedziała ziewająca Magdusia.
— Niewiedzieć co gadasz Magdusiu, niby to pan stary.
— I to prawda, ale Janek się spieszył, bo było coś takiego, co go do domu 
ciągnęło.

background image

— I cóż to było takiego, co go jak powiadasz, do domu ciągnęło ? — zapytała 
Albina z niechęcią.
— Ja byłam! on, pamięta panna, chciał się ze mną żenić, i gdyby....
— Ot to także! poprawiłaś się! a niby to pan nie zostawił nic takiego, co by go 
jak utrzymujesz, do domu ciągnęło ? — przerwała zagniewana, że śmiano 
powątpiewać o mojem do niej przywiązaniu.
— Tak, ale pan jest już mężem, a Janek był kochankiem.
— Eh! pleciesz jak śpiąca, moja Magdusiu!
— Oj! nie pani! nie plotę, jest różnica, przypomnij sobie pani... panną...
— Sz... cicho! słuchaj! ktoś idzie ulicą — przerwała Albina — idź! otwórz 
Magdusiu.
I Magdusia wyszła i otworzyła furtkę, i popatrzyła na ulicę, I na ulicy widno, 
bo księżyc w pełni i jak ulica długa i sze-

roka, a nic nie zobaczyła, prócz srokate krowy, zwolna postępującej. Zamknęła 
furtkę i powróciwszy, powiedziała pani swojej, co widziała.
I nieszczęśliwa Albina w okropnem była wzruszeniu. Popatrzyła na zegarek, było 
już po drugiej.
— O mój Boże! mój dobry Boże! już dwie godziny jak poszedł, coś okropnego 
spotkać go chyba musiało! — łamiąc ręce zawołała.
— Magdusiu! wyjdź na ulicę... popatrz... może spotkasz... dojdź do kancelarji 
atamana, uważaj... wyśledź... może jaki ślad poweźmiesz... czy jakiego ruchu nie 
usłyszysz... idź na o... dwach... może pana a... resz... towa...
I nieboga nie mogła dokończyć tego ostatniego słowa, zakończenie jego zastygło 
jej na ustach, ściśnięte od boleści serce i wysilona dusza, zdrętwiała, upadla i 
zemdlała.
Przestraszona Magdusia rzuciła się na jej ratunek, zpryskiwała ją wodą, wierciła 
jej w uszach palcami, wszystko napróżno! rozciągnięta na podłodze leżała jak 
trup nieruchoma biedna moja męczennica! W całym domu w tak spóźnieną porę, jedna 
tylko żyjąca Magdusia, nie wiedziała co począć i jak sobie radzić. Biedz do 
sąsiadów? nierozsądnie dla naszych planów, i niebezpiecznie samą jedną na pół 
umarłą zostawiać panią... a Lewiński jeszcze nie wrócił. Przelękniena chciała 
krzyczeć, ale z przestrachu głosu wydobyć z piersi nie mogła. Biegając jak 
szalona po pokoju, chwyciła łyżkę, i wkładając ją w zlodowaciałe usta pani i z 
trudnością wiercąc nią, dobyła nakoniec westchnienie z jej piersi.
Odzyskawszy przytomność i zebrawszy myśli, powoli zapytała:
— A co ? Magdusiu, nie ma ?...

— Nie ma, pani — odpowiedziała zapłakana poczciwa sługa.
— No, proszę cię Magdusiu, idź już, wiesz o co rzecz chodzi... tylko na Boga 
proszę cię, spiesz się.
I Magdusia poszlą, samą jednę w domu zostawiwszy. Chodziła po ulicach, i około 
domu atamana przeszła się parę razy, i do odwachu podeszła, i na placu moment 
postała i przysłuchiwała się, i oglądała się i nic nie zobaczyła, nic nie 
usłyszała i tak do domu powróciła.
Na podwórzu u furtki, czekała na nią Albina.
— A co Magdusiu? — drząc od zimna, zapytała.
— Ani słychu, ani duchu — odpowiedziała.
— O Boże! dodaj mi męztwa i cierpliwości! — zawołała i weszła do pokoju.
— Już po trzeciej! — krzyknęła, popatrzywszy na zegarek. I nie mogąc nawet 
płaczem ulżyć swoim cierpieniem, usiadła na sofie, i przez chwil kilka 
zostawała.
— Magdusiu! co byś ty robiła w takim przypadku ?
— W jakim, pani?
— A w takim, w jakim ja się znajduję.
— Rzuciłabym się na szyję, i całowała pana, który teraz, tu idzie.

background image

I rzeczywiście, o wpół do czwartej, umówione stuknięcie słyszeć się dało, i 
kiedy mi drzwi otworzono, ja niebawem pokazałem się. Ocucona jakby z letargu 
Albina, rzuciła się do mnie, i objęła moje kolana. Strumienie łez które jej się 
polały, ulżyły jej biednemu sercu.
— O dzięki Ci wielki Boże! że ty żyjesz, i że ja cię oglądam — ściskając mię, 
zawołała.
Zdumiony, i widokiem jej cierpienia rozczulony, podnosząc ją skwapliwie i 
całując najczulej, zapytałem:

— Cóż tobie jest moje życie? zkąd te twoje słowa pochodzą? zkąd obawa? bojaźń i 
o mojem życiu powątpiewanie?
— Ależ mój drogi, ty tak długo tam siedziałeś, a ja się tu okropnie niepokoiłam 
o ciebie. Lecz dosyć już o tem, powiedz mi mój drogi, czy wszystko ci się dobrze 
udało, czy nikt cię nie widział? i czy nie miałeś jakiego wypadku?
I mówiąc to, opatrywała mię na wszystkie strony, macała naokoło, dotykała moich 
uszu, nosa, ust i głowy, i zdawała się być najszczęśliwszą, że wszystko na 
swojem miejscu znalazła.
— Wszystko jak najlepiej moje życie! — powiedziałem po ukończeniu przeglądu — 
bądź spokojna! że długo bawiłem, to rzecz, bardzo naturalna i prosta. Wyobraź 
sobie Ural zamarznięty ! trzeba było najmniej godzinę po rzece chodzić, aby 
znaleźć otwór, przy którym dla pozoru, mógłbym swoje suknie położyć, to 
ułatwiwszy, wracałem, lecz z obawy aby mię kto na ulicy nie zobaczył, bo tam 
widno jak tu w pokoju, co kilka kroków zatrzymywałem się, aby odgłos mego 
stąpania nie przeszkadzał mi nadsłuchiwać, czy kto z boku, lub z przodu lub z 
tyłu do mnie się nie zbliża. Był wprawdzie wypadek, że kozak na koniu jadący, 
zawołał na mnie, abym się wstrzymał, lecz zapytawszy mię, czym jego krowy 
srokatej nie widział, pojechał w stronę, którą mu pokazałem, poznać mię zaś nie 
mogł, bo jak widzisz w tym ubiorze, więcej jestem do kobiety podobny.
Albina wysłuchawszy moje opowiadanie, była zadowoloną, i co przed chwilą 
cierpiała, zapomniała.
— No! Magdusiu — przywoławszy ją, mówiłem — od tej chwili mię już nie ma na 
świecie, ja już nie żyję. Za parę godzin niezawodnie mię poszukiwać będą. Ty we 
wszystkich two-

ich opowiadaniach i odpowiedziach tak prywatnych, jak i urzędowych, udawaj jak 
chcesz, mów, lżyj jak możesz, żałuj pani, ubolewaj nad nią, słowem rób co ci się 
podoba, zawsze jednak miej na celu i pamięci, ie ja nie żyję, pamiętaj, że bić 
cię prawa nie mają, straszyć zaś mogą. W takim razie nie lękaj się, krzycz, 
wrzeszcz, przeklinaj, obwiniaj ich, że mię zabili a ciebie i panią zgubili. 
Tobie wszystko ujdzie, i włos ci z głowy nie spadnie. Teraz zaś włóż na siebie 
ciepłą salopę, i udaj się do bataljonowego dowódzcy. Przyszedłszy tam, stukaj w 
bramę co tylko możesz, choćby kamieniem, a gdy ci otworzą, zapytaj ludzi, czy 
mię tam nie ma? Jak potwierdzającą usłyszysz odpowiedź, płacz i żądaj aby 
obudzono pułkownika. Stanąwszy przed nim, zapytaj go, czy on mię aresztować 
niekazał? albowiem pani twoja całą noc nie śpi, na mnie czeka i co chwila 
mdlejąc, z rozpaczy prawie umiera. Dodaj jeszcze że pan twój wychodząc z domu, o 
godzinie tej wieczór, był okropnie czegoś zmięszany, i żegnając się z panią 
powiedział jej, że go żołnierz spotkał na ulicy i wezwał do pułkownika; słowem, 
masz rozum i roztropność, tak więc wszystko urządź, jakbym ja rzeczywiście 
gdzieś zginął, a pani twoja mię szukać kazała. Wprzód jednak nim pójdziesz do 
pułkownika, wstąp do profesora tutejszych szkół, pana Orłowa, do naczelnika 
komory, pana Woronina i do aptekarza Müllera, a że ja w tych domach bywałem, 
więc po obudzeniu ich mieszkańców, pytaj się o mnie. Tym sposobem wszyscy w nocy 
potrwożeni, łatwo uwierzą, że ani ty, ani twoja pani nic o tem nie wiecie, co 
się ze mną stało. Czy pojęłaś mię, i zrozumiałaś wszystko dobrze?...
— Pojęłam i zrozumiałam — odpowiedziała Magdusia.

background image

— Mnie się zdaje — odezwała się Albina — że nie zaszkodziłoby być także i u 
pułkownika Bizjanowa.

— Dobrze więc, wstąp i tam — powiedziawszy, wyprawiłem ją w drogę.
W godzinę potem, stukanie we drzwi od sieni dało się słyszeć. Ja jako 
nieistniejący już na świecie, z obawy czy Magdusia z kimkolwiek bądź nie idzie, 
siedziałem cicho w ukryciu. Albina zaś wyszła, i usłyszawszy znak umówiony, 
wpuściła Magdusię i drzwi zasunąć kazała. Ja wyszedłszy, szepcąc wypytywałem 
Magdusię o skutku jej poselstwa.
— Stukanie moje — rzekła ona — pierwszy pułkownik usłyszał, i zbudziwszy 
człowieka posłał go, aby mi otworzono. Weszłam do izby czeladniej, w której 
ludzie już nie spali, na zapy....
— Prędzej Magdusiu! prędzej! — przerwałem.
— Zaraz panie, zaraz, wszystko opowiem. Na zapytanie moje o pana, oni 
odpowiedziawszy mi że o niczem nie wiedzą, dziwili się i gniewali, że pani tak 
jest...
— Do rzeczy Magdusiu! co mi tam d... do ludzi, co pułkownik powiedział?
— W ten moment proszę pana, nie można tego opuścić. Otóż że pani jesteś tak nie 
dobrą żoną, że zamiast ukryć przed władzą, odłączenie się swego męża z domu, 
sama pierwsza znać o tem dajesz. "Wielka bieda — mówili oni — pewno gdziekolwiek 
zasiedział się, nie wypada jednak zaraz biedz na skargę". Przyznam się państwu 
że....
— No! no! nie przyznawaj się, ale gadaj! — krzyknąłem na nią zagniewany.
— Proszę pana, w tej chwili, tylko to skończę, bo to bardzo śmieszne; otóż 
przyznam się państwu, że mi żal było słuchać, tak krzywdzącej opinii o mojej 
dobrej pani, i kiedy ja starałam się ich przekonać, ie to nie skarga, ale 
przeciwnie troskliwość z przywiązania do męża wynikająca, oni tego cał-

kiem nie pojęli, a wskazując widoczne znaki nieukontentowania, twierdzili, że 
oni "chociaż nie panowie" a tak by nie postąpili, inaczej mąż wygarbowałby plecy 
tak niegodziwej żonie. Wejście żołnierza do kuchni, przerwało naszą dalszą 
rozmowę.. Wezwał on mię do pułkownika.
— Co to się stało ? Magdusiu ? — zapytała mię jego żona, gdym stanęła w 
sypialnym pokoju.
— Ach pani! moja pani umiera prawie z rozpaczy — płacząc odpowiedziałam.
— Cóż jej jest? — oboje z pośpiechem zapytali.
— Jeżeli — mówiłam — pan pułkownik kazałeś aresztować mego pana, to niech go 
każe uwolnić, bo moja pani do jutra nie dożyje.
— Co to jest? — krzyknął pułkownik — ja nic nie wiem, tłómacz się jaśniej.
— Tu opowiedziałam mu wszystko, jak pan od kilku dni będąc nadzwyczajnie 
cierpiący, starałeś się nie pokazywać tego przed panią, jak od paru dni, a 
szczególnie w dniu dzisiejszym zakupywałeś różne produkta do życia, i 
zaopatrzywszy niemi spiżarnię, a wszystko tajemnie przed panią, byłeś na twarzy 
zmięszany, i jak powróciwszy z miasta powiedziałeś, że na wezwanie przez 
żołnierza idziesz do pułkownika, i od tej pory nie wracasz. Wszystko to 
powiedziałam z najdrobniejszemi szczegółami, prosząc go, aby przez litość dla 
pani, kazał pana uwolnić z pod aresztu, dodając, że panią zostawiłam w 
najokropniejszym stanie.
Pułkownik tłumacząc się, klął duszę i ciało, świadczył się żoną że o niczem nie 
wie, ona zaś z swojej strony robiła uwagi, że się pan może gdziekolwiek u 
znajomych zabawił, i radziła mi, abym domy te zwiedziła.
— O! nie pani! — odpowiedziałam — ma się rozumieć, że pójdę, szukać go, 
wszędzie., lecz to jest słaba nadzieja, albo-

background image

wiem byłam ja już w tych domach, i nigdzie go nie znalazłam; a pan mój od 
chwili, jak się z panią ożenił, nie było jeszcze wypadku, aby nie nocował w 
domu, a jeżeli się trafiło, że się gdzieś u znajomych zabawił, to zawsze o 
dziewiątej godzinie wieczór, był już przy pani.
Różne jeszcze robiliśmy uwagi i domysły, w których pułkownik szczególną okazywał 
niespokojność, zawsze jednak twierdził, że to jest niepodobieństwem, aby pan 
mogł gdzieś zaginąć.
Ztamtąd przyszedłszy idę tu prosto, bo wprzód obejrzałam wszystkie domy przez 
państwa mi wskazane, wszędzie gdzie przyszłam, stukałam mocno, ażeby stukanie 
to, nietylko sługi ale i panów obudzić mogło, i gdziem przyszła, płakałam, 
dowiedziawszy się że pana nie ma, i do drugiego udałam się domu. Aptekarz 
zresztą, którego w okropnym ambarasie znalazłam, albowiem jakaś tam retorta 
pęknąwszy () twarz mu zeszpeciła, a on, jak państwu wiadomo, ma się wkrótce 
żenić. Aptekarz tedy jak powiadam, chociaż z obwinięta twarzą, mówił mi jednak, 
że się widział z panem z wieczora, i że istotnie wielką zmianę, tak w słowach 
jakoteż i w twarzy pańskiej zauważał. Profesor zaś, dziwiąc się nadzwyczajnie że 
pana dotąd nie ma w domu, powiedział mi, że się widział z panem na ulicy o 
godzinie dziesiątej wieczór, i że pana znalazł w niezwykłem zamyśleniu. Słowem, 
zdaje mi się — dodała Magdusia — że wszystko jest tak dobrze urządzone, że nic 
już nie pozostaje do życzenia.
— Oh! jeszcze wiele zostaje! — pomyślałem, i obracając swe słowa do Magdusi — 
pamiętaj! — zawołałem — od tej chwli drzwi od sieni mają być dniem i nocą ciągle 
zamknięte. Mie-

--------------------------
() Rzeczywiście otrzymywał kwas Nadchlorny (Accidum perchloricum).

szkańcy miasta dziwić się temu nie powinni, bo nieraz i przy mnie, gdym z domu 
wychodził, tak bywało, tem więcej przeto i wy obie zamykać się powinniście, ie i 
tutejsze kobiety, w niebytności swych mężów, wszystkie tak robią. Lewińskiego 
pod żadnym względem do tego pokoju nie wpuszczaj, chyba, że go pani zawołać 
każe. Drzwi te pokojowe mają być zawsze na haczyk zaczepione. Przybyły gość tem 
bardziej się nie zadziwi, że prawie od pół roku, jest do tego przyzwyczajony.
— Ty zaś w rozmowach swoich z niemi lub z ich sługami, nieznacznie dasz im do 
zrozumienia, że pani twoja słaba i cierpiąca, w negliżu często jest być 
zmuszoną, z tego powodu skarżąc się niby, wyrzekaj, że ciągle jak w klasztorze 
lub w fortecy, w zamknięciu żyć musicie. Pamiętaj że o wszystkiem i bądź 
roztropną! Tymczasem zaś prześpij się trochę, gdyż najdalej za parę godzin, nowa 
tu scena odbyć się powinna.
W pokoju naszym sypialnym, oprócz podwójnego łóżka, kotarą zasłoniętego, kilku 
krzeseł, sofy i stolika, była jeszcze niewielka szafka. W wierzchniej połowie 
tej szafki, były podwójne drzwiczki, ale nie szklane; za temi drzwiczkami, były 
dwie półki, które wyjąłem, i przybiwszy wewnątrz żelazny haczyk, to próżne 
miejsce na ukrywanie się moje przygotowałem.
Szafeczka ta, która ważną rolę grać będzie w moich wypadkach, dla tego tak 
drobnostkowo przezemnie opisaną została, szafeczka ta mówię, mająca pięć ćwierci 
łokci wysokości do tej połowy, od której szklane drzwi się zaczynały i trzy 
ćwierci szerokości, tak była mała i wązka, że zaledwie siedzącego w niej 
człowieka, pomieścić mogła. Ztąd zdawała się tak niewielką, że na pierwszy rzut 
oka, usuwała wszelkie podejrzenie, aby tam mógł się kto ukryć, w wierzchniej zaś 
części, tyle razy wspomnionej szafeczki, widać było przez szkło, naczynia 
fajansowe.

Okien w tym pokoju było cztery, z których dwa wychodziły na ulicę, a dwa na 
podwórze. Z którejkolwiek więc bądź strony kto przechodził, lub przejeżdżał, 
mogł być zawsze z pokoju tego widziany. Okna te oprócz ram podwójnych, były 

background image

jeszcze w taki sposób zasłonięte kwiatami, że patrzącemu w dzień z ulicy, nie 
można było widzieć, co się dzieje w pokoju; przy świecy zaś, oprócz zamykających 
się szczelnie okiennic, były jeszcze firanki tak opuszczone, że najciekawsze z 
ulicy oko, nic dojrzeć nie było w stanie.
Po odejściu Magdusi, ja z moją żoną naradzaliśmy się nad środkami udawania 
rozpaczy, tyle w położeniu jej potrzebnej. O liście pisanym przezemnie do 
atamana, ona wiedzieć nibyto nie powinna, a zatem w całej tej mającej się 
odegrać roli, jej nie należało na chwilę przypuszczać myśli, że ja mogłem 
dopuścić się samobójstwa, a wnosić, że mię aresztowano, i domagać się od władzy 
mojego uwolnienia; gdy tymczasem zwierzchność, widząc ile ją kosztuje sama myśl 
o mojem aresztowaniu, nie powinna jej o tem, ie ja nie żyję, objawić.
Tak rozumując, należało zapobiedz nieporozumieniu, niechcąc przeto długiem 
maskowaniem się, męczyć Albiny, napisałem do niej drugi list po polsku, w którym 
zawiadomiłem ją w krótkich wyrazach o tem, com pisał do atamana po francusku. 
List ten był położony w szufladzie od stolika, miał być niby przypadkiem zrana 
przez Marję znaleziony, i Albinie przy poszukujących mię urzędnikach oddany.
Plan ten zdawał się być łatwym do wykonania, ale odegrać rolę tę mojej żonie, a 
odegrać z całą siłą i sztuką rzeczywistej rozpaczy wobec urzędników, trzeba było 
mieć dar porządnie utalentowanej w rolach tragicznych aktorki, a każdy przyzna, 
że od tej roli, zależeć miało ich moralne o mojem rzeczywistem samobójstwie 
przekonanie, a zatem i cała przyszłość.

Takiemi zajęci myślami, śmieliśmy się i żartowali wspólnie, a jako 
niedoświadczonym nam się zdawało, że to wszystko da się łatwo urządzić, lecz w 
miarę tego jak na ulicy coraz bardziej rozwidniać się zaczęło, ruch się 
powiększał i co chwila przybycia mię poszukujących oczekiwać należało, nam już 
było nie do śmiechu i nie do żartów, bo tylko com zdążył zbudzić Magdusię i w 
swoją schować się szafkę, gdy przybycie atamana Każewnikowa, dowódzcy bataljonu 
pułkownika Aniczkowa, policmajstra podpułkownika Łoginowa, i kozackiego majora 
Matwiejewa, nowe tu sceny zrządziły.
Albina już nie udaniem, ale rzeczywiście przybyciem tylu osób przestraszona, 
wyobraziła sobie, że do przerewidowania domu niezawodnie przystąpią, i pełna 
tych myśli, jak już powiedziałem, nie udawała, ale prawdziwie była cierpiącą. Z 
załamanemi od rozpaczy rękoma, z rozpuszczonemi włosami, blada, niewyspana i 
cała we łzach, chodząc po pokoju, tak się ich oczom przedstawiła.
Czterej przybyli, spostrzegłszy ją w takim stanie, widocznie się zmieszali, 
albowiem jej cierpienia, rozpacz, boleść po całej twarzy, i opuchłe od płaczu 
oczy, kamienne serca poruszyć by mogły. Na twarzach przychodniów malowały się 
widoczny udział i dobra wiara, a nie śmiejąc przerywać sprawiedliwego jej żalu, 
stali oni wszyscy prawie blisko minutę w milczeniu.
Nareszcie ataman, wystąpiwszy naprzód, podszedł do Albiny, i z największą 
grzecznością pokłoniwszy się jej, nieśmiałym i przerywanym zapytał głosem:
— Gdzie jest mąż pani?
— O Boże! cóż to ja słyszę! — zawołała zapytana — czyż nie do mnie należało dać 
panom podobne zapytanie? o! przez Boga żywego, moi panowie, nie męczcie mię 
dłużej tą niepewnością !... Jeżeli macie co miłego na ziemi i na niebie, 
oddajcie mi rnęża!... lub powiedzcie, co się z nim stało?... O! ja-

dąc do niego, czyż ja pomyślałam, że połączenie się nasze tyle męczarni nas 
oboje kosztować będzie ?... i cóż on złego mógł komu zrobić?... i zacożeście go 
aresztowali? może czapki nie zdjął przed oficerem ?... wielka zbrodnia!... bo 
innej, on się nie mógł dopuścić, nie mniej przeto oficer będzie oficerem, a on 
nie mniej jest godzien litości, że go los tak nisko postawił !... Oj! gdybyście 
panowie zajrzeli w to nieszczęśliwe serce, i zobaczyli, co się w niem dzieje, 
wrócilibyście męża najnieszczęśliwszej żonie! która dla niego opuściła wszystko, 
a wy za lada bagatelę czepiacie się do niego i prześladujecie go, a zapominacie, 

background image

że mocnemu nad słabym urągać się nie jest wolno! i że...
Wejście Marji przerwało słowa Albiny. Goście rozstąpili się, i dali do niej 
wolny przystęp. Marja zdawała się nadzwyczajnie być zmieszaną. Przywitawszy się 
z Albina i pokłoniwszy się obecnym, udała zadziwienie, jakie przytomność ich o 
tak rannej porze na nią zrządziła, a jako najbliższa sąsiadka, nie mogła udawać, 
że nie wie, o co rzecz idzie, bo rzeczywiście już całe miasto o tem, żem się 
utopił, wiedziało.
Nie mogąc czy nie chcąc rozmawiać z Albina, Marja obróciła się do Atamana, i 
zapytała go cicho:
— A co, nie ma?...
— Nie ma — odpowiedział zapytany, co gdy Albina usłyszała, krzyknęła:
— Jakto nie ma?! więc panowie nie kazaliście go aresztować?... O! ja 
nieszczęśliwa, lękam się dopuścić jednej myśli, lecz jeżeli tak jest, to ciężki 
Bogu za jego duszę zdacie rachunek!
To mówiąc, zanosiła się od płaczu. Ataman i inni zaczęli ją uspokajać, 
obiecując, że wszelkiego dołożą starania, i mię zdrowego i całego jej oddadzą.

Wśród płaczu i ogólnej rozmowy, Marja odeszła na stronę, i znalazła sposobność 
wyjęcia ze stolika mojego listu, któremu bacznie się przyglądała.
W tej chwili słyszeć się dało nadzwyczajne skrobanie pazurami we drzwi, 
zmięszane z nieprzyjemnym piskiem. Major Matwiejew, najbliżej drzwi stojący, 
otworzył je, i mój wielki, kasztanowaty Bekas wpadł do pokoju, i spostrzegłszy 
kilka obcych osób, spojrzał na swoją panią, a zobaczywszy łzy w jej oczach, 
szczeknął na przytomnych kilka razy, i szukając mię po wszystkich kątach, 
podbiegł do szafki, obwąchał ją, i drapiąc okropnie pazurami w drzwiczki 
niemiłosiernie wyć i skowyczeć zaczął.
Jednocześnie z szukającym mię wyżłem, Marja dobywszy jak powiedziałem list ze 
stolika, zaczęła mu się przyglądać, co gdy spostrzegła Albina, z rąk jej prawie 
wyrwała, i czytając zobaczyła drapiącego się do mojej kryjówki wyżła, a 
przestraszona, aby to zdarzenie nie naprowadziło na ślad przytomnych, wypuściła 
list, i już nie udanie, ale prawdziwie zemdlona upadła na podłogę.
Przytomni rzucili się na jej ratunek. Marja z Magdusią płacząc trzeźwiły i 
podejmowały Albinę. Dowódzca bataljonu schwycił Bekasa za mosiężną obrożę, i 
uwalniając obecnych od nieznośnego wycia, za drzwi wyrzucił; ataman zaś podjął 
list z podłogi i włożył go do kieszeni.
Gdy żonę moją przyprowadzono do przytomności, urzędnicy, zostawiwszy ją 
staraniom Marji i służącej, pokłonili się i wyszli z pokoju.
I tak początek tego dramatu odbył się szczęśliwiej, aniżeli oczekiwać było 
można; przytomna bowiem tu władza miejscowa, wychodząc z tego domu, była prawie 
moralnie przekonaną, że żona moja w tem co ja robiłem, najmniejszego nie mogła 
mieć udziału; szukanie zaś mnie w nocy przez Magdusię,

upewniło ją w tym względzie, a list mój przez Albinę wypuszczony a przez atamana 
podjęty i na rosyjski język przetłómaczony, dał jej to niewątpliwe przekonanie, 
Je Albina czytając list mój wspomniony, z niego tylko o mojej śmierci się 
dowiedziała i zemdlała; gdy tymczasem jak wiadomo, ona zemdlała z bojaźni, aby 
mię wyżeł w szafce nie odkrył.
Po wyjściu urzędników, nie spodziewaliśmy się prędkiej wizyty, drzwi więc od 
sieni założono i mnie znad dano, abym wyszedł z ukrycia. Wyszedłem z największem 
zadowoleniem. Postawa bowiem moja w tej szafce, podobną której, przed urodzeniem 
mieć mogłem, była tak męczącą, że za nic w świecie drugi raz bym jej nie 
przyjął. Prędkość mojego charakteru i niedoświadczenie, nie pozwoliły mi 
kryjówki tej dobrze wprzód wypróbować. Kiedym ją przygotował, posiedziałem w 
niej minutę na próbę, i zdawało mi się, że jest dosyć wygodna, lecz gdy 
rzeczywiście przyszło mi w nią schować się i siedzieć blisko godzinę, tak mi 
wszystkie członki ztrętwiały, zcierpły i zbolały, iż daję wam słowo, że gdyby 

background image

nieszczęściem scena ta pół godziny jeszcze przedłużyć się miała, nie ręczę za 
to, czy unikając widocznej śmierci z zaduszenia, nie byłbym zmuszony wyjść 
dobrowolnie.
— O! nie, moja kochana żono, jak ciebie kocham, ja tam więcej nie pójdę! — 
zawołałem, rozcierając krwią nabiegłe i zbolałe członki.
Jakkolwiek nam wszystkim nie było powodu do śmiechu, pokazanie się jednak moje, 
musiało być nadzwyczajnie komiczne, kiedy Albina, Marja i Magdusia patrząc na 
mnie, do takiego stopnia śmiać się zaczęły, że i ja widząc je śmiejące się, sam 
od śmiechu wstrzymać się nie mogłem.
Wyobraźcie sobie figurkę z tektury wyrżniętą, mającą wszystkie członki nitkami 
powiązane, tę figurkę chłopczyk trzymając lewą ręką za głowę, i przyświstując, 
prawą tak za sznu-

rek w dół pociąga, że ta wszystkiemi członkami po powietrzu wyrzuca; tak 
podobnie i ja, nie mogąc ustać ani jednej sekundy na jednem miejscu, rzucałem 
się na wszystkie strony, skakałem i trząsłem w powietrzu rękami i nogami, 
rozcierając i prostując członki. Aż nareszcie po przejściu tego niewczesnego 
śmiechu, Albina zobaczywszy twarz moją zczerniałą, przelękła się okropnie, i 
wieszając mi się na szyję, zawołała:
— O mój mężu! gdzież ja ciebie nieszczęśliwa ukryję?...
I tylko co słowa te ukończyła, gdy zatrzymany przed oknami powóz o nowych 
odwiedzinach nas zawiadomił. Magdusia pobiegła drzwi otwierać, a ja rzuciłem się 
pod łóżko; Albina zaś z Marja usiadłszy na niem, przygotowały się na nowe 
cierpienia i męki.
Przybyłe panie, były: żona dowódzcy bataljonu, małżonka policmajstra i pani 
majorowa kozacka (ataman był kawalerem). Po zwykłych przywitaniach, ubolewaniach 
i pocieszających słowach, wyjechały, a po ich wyjeździe przyjechały znów inne, i 
tak zmieniały się przez cały dzień, do późnej nocy. W podobnych bowiem 
wypadkach, publiczność ciśnie się i tłoczy, (jedni dla pokazania mniemanego 
udziału, drudzy dla zaspokojenia prostej ciekawości), odstępuje od form 
socjalnych, i dom, w którym się zdarzył wypadek, staje się niejako jej 
własnością, do którego znajomi lub nieznajomi nietylko wchodzić mają prawo, ale 
i uważają za święty obowiązek.
Ztąd to moja biedna Albina, będąc przekonaną, że od pierwszego na publiczność 
wrażenia, cała nasza przyszłość zależy, siliła się i naprawdę zachorowała. 
Ataman, odjeżdżając zrana, przysłał doktora Adorackiego, który zapisawszy jej 
lekarstwo, zalecił spokojność, częste wizyty zapowiadając.
Ku wieczorowi, władza miejscowa, pod pozorem bezpieczeństwa i usługi dla mojej 
żony, przysłała jej sołdata Moskala — rzeczywiście zaś był to szpieg domowy; — 
my oboje nie bar-

dzośmy się tem zatrwożyli, owszem, cieszyliśmy się niejako, bo o ile on ma wiary 
u tych, którzy go tu posłali, o tyle prawie byliśmy pewni, że do rewizji domu 
nie przyjdzie. Albina, kazawszy tak jego jak i Lewińskiego do pokoju zawołać, 
zaleciła im słabym głosem, ażeby całą noc nie spiąć czuwali, i za najmniejszym 
ruchem lub psa szczeknięciem, natychmiast na podwórze wychodzili.
— Bardzo być może — zwracając mowę do Lewińskiego, mówiła — że z moim mężem coś 
nadzwyczajnego stać się musiało, czego ja ani zrozumieć ani wytłómaczyć sobie 
nie mogę, i że on, nie spełniwszy jeszcze swego zamiaru, spostrzeże się, i nie 
mogąc w dzień, zechce w nocy skomunikować się ze mną; w takim razie, kto z was 
pierwszy znajdzie go, i sekretnie do mnie przyprowadzi, sowitą otrzyma nagrodę.
Na to sołdat Gawryło prosił mojej żony o pozwolenie oddalenia się na całą noc, 
obiecując znaleźć mię i tajemnie do domu przyprowadzić.
— Nie można wam obydwom na raz oddalać się z domu — powiedziała Albina — jak 
jeden wróci, drugi iść może. — I kazawszy im dać wódki, odesłała ich do kuchni.
Rozmowa taka, była podług nas nieodzowną, albowiem jeżeli Gawryło zakomunikuje 

background image

ją tym, którzy go tu przysłali, to podejrzenie na nasze pomieszkanie odwróci się 
w inną stronę. Jakoż nie omyliliśmy się w naszych rachubach, bo nazajutrz ku 
wieczorowi, nasza kochana Marja powiedziała nam, że w mieście jest ogólna 
opinia, że kiedy mię nie znaleziono w Uralu, to niezawodnie do Astrachanii uciec 
musiałem.
Po dwunastej dopiero godzinie w nocy, przestali zjeżdżać się do mojej żony. 
Zmęczony i wygłodzony wyszedłem z pod łóżka, a pogasiwszy światło, jadłem chleb 
i kiełbasę, taki bowiem pokarm, ognia nie potrzebował. W naradach moich i 
rozmowach z żoną, szeptaliśmy sobie do ucha, bojąc się aby nas

kto pod oknem nie podsłuchiwał. Nadedniem nareszcie natura upomniała się o 
swoje, zasnęliśmy na chwilę na to jedynie, abyśmy budząc się, byli w stanie 
przenieść nowe męczarnie; od dziewiątej bowiem godziny z rana, już nowi goście 
znowu zjeżdżać się zaczęli.
Gdyby mię rzeczywiście w domu nie było, nie byłoby nic łatwiejszego Albinie, jak 
uwalniając się od ich natręctwa, odmówić im zupełnie wstępu, ale bojaźń, że to 
moie wprowadzić ich w podejrzenie, ze ja się w domu ukrywam, zaniechać jej tego 
kazała.
Powiernica nasza w krótkich słowach zdążyła nam opowiedzieć, że w dniu 
wczorajszym ataman zebrawszy bataljon kozaków i innych krajowców, kazał im rąbać 
lód po obydwóch brzegach Uralu, zakładać sieci i szukać mego ciała. Wiadomość ta 
niewymownie nas uradowała, albowiem podejrzenie od domu usunięte zostało, i 
chociaż Uralcy, z początku pokątnie, później głośno szemrali, gdyż podobny ruch 
na rzece przeszkadzał im do bagrenija (), niemniej jednak słuchać musieli.
Chcąc sobie nadal zabezpieczyć, choć nie wielką, jaką w ukrywaniu się mojem mieć 
mogłem wygodę, odstawiłem cokolwiek łóżko od ściany, pod nim położyłem materac 
skórzany, z takiemiż poduszkami, i za pomocą Magdusi, przyniosłem z przedpokoju 
kuferek, postawiłem go pod łóżkiem obok walizy od powozu, tam już będącej. 
Kuferek ten i waliza, stojąc obok siebie z brzegu, zajmowały połowę szerokości 
łóżka, druga więc jego szerokości połowa wystarczała, abym położywszy się na 
materacu, leżał wygodnie, nie będąc ścianą i kuferkami ściśniony.
Kuferki te, prócz tego, że mię zasłaniały, usuwały jeszcze podejrzenie, że za 
sobą kogoś mogą ukrywać, były bowiem tak

-----------------------------------
() Znaczenie bagrenija objaśnione na końcu.

postawione, ie spuszczony z łóżka dywan, nie dostawając na kilka cali do 
podłogi, pozwalał je widzieć każdemu w tym pokoju będącemu.
Dla uniknienia zaś przykrego i częstego pełzania, wyjąłem w głowach łóżka jedną 
deskę, i odwinąwszy piernat, tak wszystko urządziłem, że leżącemu mnie w znak na 
materacu, chcąc wyjść, dość było tylko podnieść przez ten otwór głowę, podeprzeć 
się rękami, i usiadłszy na poduszkach być całą powierzchnią ciała nad 
powierzchnią wspomnionego łóżka, i rozmawiać. Za najmniejszym zaś ruchem lub 
zbliżaniem się obcego, jedna sekunda wystarczała, abym schowawszy głowę, był 
kołdrą zakryty.
W taki sposób wszystko przygotowawszy, poleciłem Magdusi, ażeby: jeżeli zauważa, 
że którykolwiek bądź z gości długo tu bawić będzie, przyszła z kluczami od 
kuferka lub walizy, i robiąc stuk i hałas otwieraniem i zamykaniem, wysuwaniem i 
przystawianiem, dostawaniem z nich czegokolwiek, dała mi sposobność 
odkrząknięcia, kaszlnięcia lub poprawienia się.
Słuchając w mojem ukryciu rozmów tych pań, które żonę moją odwiedzały, dziwiłem 
się i śmiałem się nieraz. One prócz żony dowódzcy bataljonu, nie były z nią 
znajome, za modny jednak obowiązek sobie wzięły, po mojej mniemanej śmierci, 
przyjechać do niej z wizytą, i nie wymagając od niej rewizyty, odwiedzać ją. W 
rozumowaniach swoich siliły się, aby mię o tyle chwalić, o ile za mego życia, w 

background image

każdym kroku złą moją stronę upatrywały. Przerywając sobie nawzajem, 
przypominały i opowiadały najdrobniejsze szczegóły mojego domowego życia i 
delikatnego obchodzenia się z żoną; mówiły, z jaką troskliwością uprzedzałem 
najmniejsze jej skinienia, jak ją w czasie spaceru za miastem przez błoto na 
rękach nosiłem, jak jej sam włosy czesałem, warkocze plotłem, i aby się nie 
nudziła,

na krok bez koniecznej potrzeby z domu nie wychodziłem, jak nareszcie, chcąc jej 
zrobić siurpryzę w nowo najętem mieszkaniu (było to przy końcu maja) w nocy 
sekretnie o sześć wiorst wyjechałem, i tam kupiwszy flanców ogórkowych, wiedząc, 
ze je lubi, posadziłem w sposób, iż ona budząc się z rana flance pod oknem 
znalazła; słowem, wszystkie zalety wymieniając, nad dobrocią moją unosiły się; a 
porównywając moje postępowanie z żoną ze swoimi mężami, zazdrościły i ubolewały 
nad tak wielką krzyczącą różnicą.
Ten język kobiecy, bez mężczyzny, przy braku wychowania, zepsuciu i bewstydzie, 
nie wiem do jakiego stopnia posunąłby ich rozmowę i zapytywania, gdyby Albina 
choć najmniejszym znakiem lub słowem rozmowę tę przedłużyć chciała. Ale ta 
skromna i wstydliwa istota o tem jedynie myślała, aby jak najprędzej wyjechały, 
wcale się przeto do ich rozmów nie mieszając, udawała najczęściej, że ich nie 
rozumie.
Słysząc to, nie mogłem jak powiedziałem nie dziwić się szczególniejszemu 
sposobowi mierzenia nieszczęśliwych żon w podobnym, w jakim była moja Albina 
wypadku. To dobrze, że te dzieci natury i stepu o nieżywych dobrze się odzywały, 
ale wyszczególniać i uwielbiać zdolności fizyczne i moralne nieżywego przed żoną 
męża, czyż nie było jedno, co niezagojone jeszcze rozjątrzać rany?
Dla tych przyczyn, moja droga Albina, przy każdej ich wizycie siedząc jak na 
szpilkach, konwulsje prawie cierpiała, bo myśl, że w czasie ich bytności moge 
być przypadkiem odkrytym, nie dawała jej pokoju. Wyżła mego, aby raptem nie 
wpadł do pokoju i mię nie odkrył, darowała jednemu z naszych rodaków z 
warunkiem, ażeby, jeżeli ją zechce odwiedzić, nie brał go z sobą, pod pozorem, 
ażeby szukając mię po pokoju i wyjąc, nie przypominał jej okropnej, jaką 
poniosła, straty.

Raz jednak, gdy jedna z pań odwiedzając Albinę, pieska z sobą przyniosła, i ten 
biegając po pokoju, zajrzał pod łóżko, na którem zawsze przy gościach siadywała 
Albina, i warczeć zaczął, żona moja tak okropnie krzyknęła, i broniąc niby nóg 
swoich od ukąszenia, tak dobrze, że się go boi udawała, że chociaż właścicielka 
jego upewniała i zaręczała ją, że to jest piesek pokojowy i nigdy w życiu nikogo 
nie ukąsił, a przeciwnie sam się boi, aby go nie ukąszono, nic to jednak nie 
pomagało; strach bowiem widocznie, a nie udawany mojej kochanej żony był tak 
wielki, że zniecierpliwiona i nadąsana Uralka, wziąwszy pieska na ręce, bez 
pożegnania odjechała.
Suknie moje i bieliznę, aby tem więcej cale miasto upewnić, że ja nie żyję, 
odesłała Albina do koszar, i tam pomiędzy biednych aby się za moją duszę 
modlili, rozdać kazała.
Takim sposobem usunięte zostały wszelkie podejrzenia o mojem ukrywaniu się w 
domu.
Odwiedzające moją żonę Uralki, sprzykrzyły sobie jej ciągłe milczenie, spazmy i 
mdłości, a więcej zaspokoiwszy swoją ciekawość i nazwawszy ją pomiędzy sobą 
trudną do pojęcia dziwaczką, jeździć przestały.
Poczciwa nasza Marja, siadywała z robotą prawie po całych dniach z nami, i 
pomagała nam tem wiele, bo nietylko swoją bytnością oddalała podejrzenie 
względem niej egzystencji, ale co się dzieje w mieście i co o nas mówią, 
wszystko nam opowiadała. W rozmowach swoich ze znajomymi, dawała do zrozumienia 
i delikatnie radziła, aby w odwiedzaniu cierpiącej wdowy, nie były natrętnemi, 
tembardziej, że każda z niemi o nieboszczyku rozmowa, wiele ją zdrowia kosztuje.

background image

Cała prócz tego prawie władza, tak oremburska jakoteż i uralska, zajętą była 
podówczas wyprawą na Chiwę. Byliśmy przeto prawie pewni, że o nas zapomniano, i 
nikogo do Uralska na śledztwo nie przyszłą.

Wszystko więc pomału do zwykłego wróciło stanu. Z początku pogadano o tym 
wypadku, podziwiono się, poubolewano, i jak to zwykle bywa, zapomniano. Ja zatem 
nie miałem potrzeby cięgle być w ukryciu; siedziałem przeto w pokoju, 
rozmawiałem, czytałem, pisałem, w szarą godzinę zamki na lodzie budowałem, a 
niekiedy rozesławszy pod różnemi pozorami domowników, prócz Magdusi, wychodziłem 
w nocy na podwórze lub wieczorem na strych, dla nabrania w piersi świeżego 
powietrza.
We dwa miesiące prawie po tem zdarzeniu, Albina podała prośbę, aby jej dla 
wyjazdu do kraju paszport wydano, ale odpowiedzi na to nie otrzymała. 
Powiedziała nam tylko nasza powiernica, że przyszło z Petersburga sekretne 
polecenie, ażeby z powodu, że ciało moje niezawodnie na rzece gdzieś pokazać się 
musi, nie wypuszczać jej, póki lód nie stopnieje. Opinia bowiem miasta Uralska, 
według relacji Marji, była taka, że ja kochając tak mocno żonę i będąc od niej 
kochany, nie mogłem i nie powinienem dopuścić się samobójstwa. Jeżeli więc w 
taki sposób doniesiono do Petersburga, to nic dziwnego, że i tam tak myślano.
Przyznam się wam, że wiadomość ta okropnie nas strwożyła. Czekać wiosny! — o mój 
Boże! a tu słabość Albiny w lutym przypada!... jak ją odbyć? i gdzie mię ukryć w 
tym czasie? Myśl ta była dla nas zabójczą, lecz cóż robić? cofnąć się? 
niepodobna ! spuśćmy się więc na wolę Boską, przenieśliśmy już tyle, może być, 
przeniesiemy i resztę.
Tak upływały dnie, tygodnie i miesiące, spokojnego na pozór lecz burzliwego 
wewnątrz życia. Nadszedł nakoniec luty, w połowie tego miesiąca, miała odbyć 
słabość Albina. Długo, długo naradzaliśmy się, gdziebym się natenczas mógł 
ukryć, lecz wszystkie nasze plany i projekta spełzły na niczem. Na uporne prośby 
i nalegania mej żony, postanowiono, abym został na

miejscu. Ona za nic w świecie na co innego zgodzić się nie chciała.
— Bądź przy mnie, to mi lżej będzie, a jeżeli konając szepnę ci "bądź zdrów !" 
to umrę spokojniej.
Tak będąc usposobioną, chociaż śmierci się nie lękała, myśl jednak, że dając 
życie istocie, sama skończyć może, a ztąd co się ze mną stanie, ostatek sił jej 
odejmowała.
Marja nasza była w równie okropnym kłopocie. Wyobrażenie a nawet i pewność, że 
ja w przypadku śmierci Albiny, zapomniawszy z rozpaczy o wszystkiem, opuszczę 
moją kryjówkę, dręczyła ją strasznym sposobem. Ja nie znając prawdziwych jej 
trwogi przyczyn, a w miarę zbliżania się okropnego terminu, widząc ją coraz 
bardziej zamyśloną i cierpiącą, przypisywałem to skutkom i surowości prawa, 
które i ją jako wspólniczkę dotknąć mogło; starałem się przeto upewnić ją, że 
tego nie zrobię.
Lecz ona znając moje do żony przywiązanie, dowodziła i bardzo naturalnie, że sam 
nie wiem, do czego mię rozpacz doprowadzić może.
— Zrób więc z konieczności tak, jak Albina w dniu pierwszym mojej mniemanej 
śmierci zrobiła — powiedziałem jej — wyprzyj się wszystkiego, a w przypadku 
mojego pokazania się, równie jak i inni tu obecni, okaż zadziwienie! Ja i 
Magdusia, bądź przekonaną, że cię nie zdradzimy, ale powiemy, żeśmy cię równie 
jak i całe miasto oszukiwali.
— Źle mię znasz, nie o mnie tu chodzi... Ja, chociażbym umarła za ciebie w 
więzieniu, to nic.. to dobrze... to miło... ale co z tobą będzie i z biedną 
sierotą?... to mię zabija! — szepnęła mi do ucha poczciwa Marja.
Powiem wam prawdę, że ja byłem na wszystko przygotowany w przypadku śmierci 
Albiny, a potrzebując żyć dla sieroty, gdybym się nawet i pokazał, to takie 
miałem o prawach i

background image

ludzkości przekonanie, że gdyby te nawet najsroższe były, nie mogą mię karać za 
to, żem chciał być wolny.
Po długich sprzeczkach, rozprawach, rozumowaniach i rozmaitych planach, do czego 
prócz Marji i Magdusia była przypuszczoną, postanowiono i zatwierdzono w naszym 
areopagu, ażeby nikt prócz nas, o terminie słabości Albiny nie wiedział, i 
chcieliśmy cermonię tę odbyć pomiędzy sobą sekretnie.
Ale doktor i rządowa akuszerka, z polecenia atamana, czuwali nad moją żoną, i 
chodząc do niej prawie codziennie, godzinę rozwiązania wyrachowali. W dniu 
bowiem go lutego dwa razy u niej byli, a o godzinie dziewiątej wieczór, 
przyprowadziwszy z sobą dwie jeszcze jakieś do usług kobiety, po raz trzeci 
przybyli.
Nad nasze spodziewanie i oczekiwanie, w półtory prawie godziny odbyło się 
wszystka szczęśliwie; krzyk dziecięcia i pieszczotliwe słowa matki, zawiadomiły 
mię w ukryciu o mojem szczęściu. Albina powiła córkę. Jeszcze nie zdążono 
drugich drzwi zamknąć za odchodzącymi, kiedy ja prawie wyskoczyłem z pod łóżka, 
i obcałowawszy żonę, schwyciłem z poduszką dziecię na ręce, i skacząc z niem po 
pokoju i tuląc go do siebie, biegałem po wszystkich kątach jak szalony z 
radości, a chociaż czułem, że to z mej strony mogło być bardzo nieroztropnie i 
niebezpiecznie, ulżyć jednak zbolałemu i zrozpaczonemu sercu było potrzebną 
koniecznością; nie uwierzycie bowiem, ile ja w mojem ukryciu wycierpiałem, kiedy 
myśl, że jedna minuta, stanowiąc o moim losie, i wydając go na pastwę 
nieprzyjaciołom, pozbawić mnie jeszcze mogła najlepszej żony, a dziecię matki.
Albina! droga mi zawsze Albina, z uśmiechem na mnie skaczącego patrząc, była 
szczęśliwą, Marja z Magdusia, patrząc na to, płakały.

Trafiło się parę razy, że czem innem zajęta Magdusia, niedbale przygotowywała 
pieluszki do powijania nowonarodzonej Michalinki; ja, jak to wara już wiadomo, 
sam powijałem i gniewałem się na nią, znalazłszy je nie dość czystemi i źle 
wymaglowanemi, i kiedy mi też pieluszki znów później w takim stanie przyniosła, 
zacząłem burczyć ja, dowodząc, że gdybym się na nią nie spuszczał, sam bym 
lepiej wymaglował. Robiąc jej te wyrzuty, w uniesieniu gniewu prawie krzyczałem. 
Dobra Magdusia milczała, ale Gawryło, w przypadkiem niezamkniętym przedpokoju 
będący, kaszlnął.,. Usłyszawszy to, spłoszony jak szczur, rzuciłem się do jamy; 
lecz nie tracąc przytomności Albina w tejże samej chwili, drzwi otworzyła i do 
pokoju go wezwała, a kiedy ten stanął w progu, ona naśladując głos mój, z równym 
jak i ja gniewem krzycząc na Magdusię, zapytała go, czy on przypadkiem jako 
sołdat, nie umie prać i maglować bielizny?
Gawryło, który raz tylko i to przy świecy, jeszcze w dzień mojego utopienia się 
widział moją żonę, popatrzył zdziwiony, a usłyszawszy podobne zapytanie, 
odpowiedział że umie, i na dany znak przez Albinę, wyszedł, zostawiwszy nas w 
okropnej niepewności. W kilka jednak minut powróciła Magdusia wysłana do kuchni 
na zwiady, i uspokajając nas powiedziała, że Gawryło dość naiwnie i w dobrej 
wierze opowiadał przed Lewińskim, że barynia, chociaż tak słaba i delikatna, jak 
się na pozór wydaje, krzyczy jednak jak muzyk. Prędkość i niecierpliwość moja 
były przyczyną, że coś podobnego zdarzyło się i po raz drugi. Lekarz bowiem 
odwiedzając Albinę, zapisał receptę i wyszedł z pokoju. Ja ciekawością 
powodowany, schwyciłem ją i siedząc na łóżku, czytałem, gdy wtem doktór nie 
zaniknąwszy jeszcze dobrze drzwi za sobą, na nowo je otworzył, podszedł do 
stolika na którym pisał, i zaczął szukać recepty. Albina zasłoniwszy mię kotarą,

odebrała ją odemnie, i w taki sposób mu ją podała, ie on nie domyślając się 
niczego, poprawił ją, i wyszedł powtórnie. Takie to i tym podobne 
nieprzewidziane wypadki trwożyły nas okropnie; służyły one wprawdzie do 

background image

urozmaicenia jednostajnego życia naszego, albowiem było później pomiędzy sobą o 
czem pomówić, niemniej jednak, były zastraszające. Nie było bowiem w całym 
przeciągu czasu mojego ukrywania się ani jednej minuty, w której nie należałoby 
nam oczekiwać nieszczęścia.. Dla tych powodów córka moja nie mogła być zdrową. 
Zrodzona z tak cierpiącej matki, trzy tygodnie tylko dyszała a na czwarty 
tydzień umarła, będąc przezemnie ochrzczoną. W przygotowaną trumienkę włożyłem 
ciężar odpowiedni trupowi, zabiłem wieko gwoździami, i zrobiwszy krzyż czarny na 
trumience, odesłałem na cmentarz. Ciało zaś Michaliny, równie nabalsamowane i w 
skrzyneczkę włożone, oddałem Magdusi, dla postawienia go w lochu, w mieszkaniu 
naszem będącym. Poczciwa nasza Uralka zarówno z nami cierpiała. Każdy cios, 
naszem sercom zadany, odbijał się w jej duszy; stratę więc naszego niemowlęcia, 
tyle prawie ile my sami, uczuła. O Albinie, nie chcę już więcej nudzić 
czytelnika; ona patrząc na martwe dziecię, tak była cierpiącą, że ani jednej łzy 
nie uroniła.
Oboje z Albina zauważaliśmy, że tajemnica o mojem ukrywaniu się przed matką 
Marji, ciężyła bardzo tej ostatniej na sercu, ile razy bowiem w rozmowie z nami 
dotknęła się tej materji, wzdychała tylko; — za tyle przeto dowodów przywiązania 
z jej strony, naradziwszy się poprzednio z Albina, upoważniliśmy ją, ażeby o 
życiu mojem i matkę swoją zawiadomiła. Marja słuchała mię z pilną uwagą, lecz 
gdy doszło do tego, że jej matce o tem powiedzieć pozwoliłem, zalała się łzami i 
rzuciwszy się w nasze objęcia, dziękowała mówiąc, że: chociażby nam o tem nigdy 
nie wspomniała, najgorętsze jednak jej życzenia spełniły się i ulżyły jej sercu.

Jej matka, chociaż i bywała u nas, równie jak i wiele innych osób, nie wiedziała 
o niczem; że zaś to trafiło się na parę dni przed Wielkanocą, termin zatem 
widzenia się naszego, naznaczony był w pierwszy dzień święta, w którym 
rzeczywiście matka jej przyszła zrana, i podług zwyczaju swej wiary, całując się 
w twarz ze mną, Chrystos woskres! (Chrystus zmartwychwstał!) wyrzekła.
Nie mogąc się doczekać paszportu do wyjazdu Albiny, zaraz po świętach 
wielkanocnych przygotowałem list prywatny do hrabiego Benkendorfa, szefa 
żandarmerji. W liście tym, który ma się rozumieć, żona moja od siebie napisała, 
były wyszczególnione wszystkie przyczyny mojego samobójstwa, i odsyłając pana 
hrabiego do śledztwa, zwracała jego uwagę, czy żona mająca udział w zniknięciu 
męża, mogła być pierwszą, która o tem zawiadamia władzę ? a przecież ona tak 
zrobiła, prosiła go zatem, aby on wdał się w tę sprawę, i paszport jej wyrobił. 
Prócz tego napisała jeszcze w podobnym guście i do posła austryjackiego, aby i 
ten, jako za poddaną austrjacką, upomniał się.
Przed napisaniem jeszcze tych listów, gdy lód na ziemi topnieć zaczął, 
kancelarja wojskowa uralska wydała rozkaz mieszkającym po nad rzeką, ażeby ci 
uważali czy ciała mego nie znajdą. Skutkiem tego o  wiorst od Uralska, dano 
znać z jednej stanicy, że pływające po rzece martwe ciało zatrzymano. Kilku 
przeto znających mię osobiście urzędników udało się tam, lecz pokazało się, że 
to był Kirgiz. Ten wypadek, gdyśmy się o nim dowiedzieli, przyspieszył powyższe 
listy, i te natychmiast na pocztę oddano. Niewiadomo, czy w skutek którego z 
tych listów, czy z naturalnego biegu rzeczy, dosyć, że po tylu cierpieniach, 
obawach, niepewnościach, trwogach i oczekiwaniach, w ostatnich dniach maja, 
przyszło nakoniec pozwolenie Albinie, do wyjazdu

z Uralska. Pierwsza nasza Marja w nocy prawie do nas przybiegła, i zawiadomiając 
nas o tem, dodała, że jest polecenie, aby wydać Albinie wraz z Magdusią na 
wyjazd skarbowe pieniądze, naznaczyć wiernego i poufnego podoficera, któryby pod 
pozorem czuwania nad bezpieczeństwem Albiny w drodze, rzeczywiście zaś miał 
uważać, czy ona po drodze gdzie nie zajedzie i mię ze sobą nie weźmie; i tak 
bowiem w Petersburgu nie dopuszczano tego, abym ja się utopił.
Nazajutrz urzędownie o tem rozporządzeniu cara zawiadomiono Albinę, i na 
zapytanie kiedy wyjedzie, ona trzeci dzień czerwca naznaczyła.

background image

Z pierwszego na drugi czerwca, o godzinie dwunastej w nocy, deszcz lał jak z 
cebra, ciemność była tak wielka, że o parę kroków nie można było najmniejszego 
rozpoznać przedmiotu, całe miasto było w uśpieniu, i nigdzie małego nawet 
światełka nie widać było. Dwie kobiety wyszły z pewnego domu tajemnie i z 
największą ostrożnością idąc ulicą, co kilka kroków się zatrzymywały, i 
nadsłuchując pilnie, czy ktokolwiek za niemi nie idzie, lub ich nie widzi. Jedna 
z nich była dość słusznego wzrostu, druga zbyt mała. Obiedwie niosły pod pachą 
motykę i rydel, i zmierzały prosto ku cmentarzowi. Tam przyszedłszy, długo 
brodziły po błocie, i starannie czegoś upatrując, szukały. Pierwsza nareszcie 
małego wzrostu, spostrzegła go, i nie mówiąc ani jednego słowa, drugiej go 
pokazała.
Znakiem tym była żerdź, tylko co wczoraj w dzień tu wetknięta. Na jej widok 
kobieta wyższego wzrostu, długiem poszukiwaniem zniecierpliwiona, jak hijena 
rzuca się, i staje przed nim. Obiedwie ze znalezienia uradowane, obmacały rękoma 
to miejsce, i starannie ale z największą cichością rozkopywać je zaczęły. Zajęte 
tą pracą, nie zauważały, że ktoś nierównym krokiem zbliża się do nich, ale jak 
tylko stąpanie to usłyszały, nie mówiąc ani słowa do siebie, w błocie się 
położyły. Tak

przysłuchując się, w okropnym były przestrachu, albowiem kroki widocznie coraz 
się więcej do nich zbliżały. Wyższa z kobiet nie dopuszczając ich bliżej, porywa 
od swej towarzyszki motykę, i trzymając ją w jednej a rydel w drugiej ręce, 
tygrysim skokiem rzuca się, i jak straszydło ogrodowe z rozciągnionemi rękami 
staje przed nim, i zarzącemi iskrami z ust swoich go obsypuje. Jednocześnie 
druga wywijając żerdzią w powietrzu, z grobu na grób w powietrzu jak koza 
przeskakuje. Przestraszony pijany sołdat wytrzeźwia się w jednej chwili, i 
dobywszy reszty życia z swych piersi, ryknął przeraźliwym głosem i uciekł w 
przeciwną stronę.
Takim sposobem oswobodzone obiedwie kobiety wróciły do swojej pracy, i wktótce 
trumienkę z grobu dostały, zarzuciwszy dół dobytą ziemią, wracały, błogosławiąc 
niebu, że deszcz ulewny rozmoczy wszystko, i ślady zatrze. Tak powracając z tąż 
samą ostrożnością, szczęśliwie do domu przyszły.
W kuchni jak zabici spali Lewiński i Gawryło, Albina zaś" usłyszawszy znak 
umówiony, sama nam furtkę otworzyła.
— A co? znalazłeś? — było pierwsze pytanie mej żony, i gdy zaspokajającą 
otrzymała odpowiedź, prosiła, abym jej dziecię, pokazał. Lecz ja delikatnie ją 
od siebie odsunąwszy, oddałem trupa Magdusi, a sam ująwszy ją pod rękę, wszedłem 
z nią do pokoju. Niebawem zdjąłem z siebie suknie kobiece, i z Magdusią, w suche 
już suknie przebraną, napiłem się gorącej herbaty.
Zostawszy nareszcie sami, mieliśmy z Albina wiele o tym wypadku do pomówienia.
Nazajutrz Marja z przestrachem opowiadała nam, że znaleziono na ulicy pod 
miastem na pół żywego sołdata, którego gdy przywrócono do zmysłów, z 
przerażeniem opowiadał, że na cmentarzu w nocy widział niezliczone pułki 
upiorów, wilkołaków, trupów ognistemi, iskrami na niego dmących, jak ró-

wnie i to, że słyszał okropne jęki dusz rozlicznych, które djabli z ogromnemi 
łopatami w kotle mieszali.
Wytłomaczyłem Marji, że to ja byłem z Magdusią, a iskry pochodziły z cygara, 
które paląc, umyślnie na niego sypałem. Objaśnienie to tylko co nas nie zgubiło, 
poczciwa bowiem nasza Uralka, zbijając twierdzenia innych, a popierając swe 
zdanie o zjawisku na cmentarzu, chcąc się przy swojem zdaniu utrzymać, tylko co 
w zapale uniesienia nie wydała sekretu.
Jakkolwiek znajomość Albiny z Uralcami była ograniczoną, należało się jednak 
spodziewać, ze kilkanaście osób, licząc w to i naszych rodaków, zbierze się na 
pożegnanie. Marja nieznacznie zawiadomiła wszystkich, że Albina trzeciego 
czerwca, o godzinie trzeciej zrana wyjedzie, kto więc sobie życzy z nią się 

background image

pożegnać, niech w wigilją przyjedzie, ona bowiem dla słabości zdrowia u nikogo 
nie będzie; rzeczywiście zaś, sama robiąc pożegnalne wizyty, bała się mię samego 
zostawić, przytomność bowiem jej umysłu, której już nieraz dała dowody, była 
rękojmią mojego bezpieczeństwa, a jej spokojności.
Trzeba wam teraz dać choć wyobrażenie o sposobie i środkach, jakie użyte 
zostały, aby mi wraz z żoną można było wyjechać.
Kocz wiedeński, którym tu Albina przyjechała, było to jakieś dotąd tu w Uralsku 
niewidziane zjawisko. Zwrócił on na siebie całego miasta uwagę, i wiele osób 
nabyć go chciało. Że zaś w liczbie tych była i matka naszej kochanej Marji, 
przeto tembardziej zostawiłem jej pierwszeństwo, że ona miała tarantas () moim 
widokom odpowiedni. W przeszłym więc jeszcze roku, przy zrobieniu planu do 
ucieczki, narzekałem, że nam pieniędzy z domu nie nadsyłają,

--------------------------------
() Tarantas, jestto powóz, którego pudło leży na długich drągach, miejsce 
rysorów zastępujących; powozy te niosą zwykle bardzo lekko.

i aby to zrobić głośniejszem, umyślnie mój zegarek kieszonkowy zastawiłem, 
płacąc prócz tego procentu po pięć rubli na miesiąc, dla uniknienia zaś długiego 
ich opłacania, byłem niby zmuszony sprzedać pojazd matce Marji, wziąć od niej 
tarantas i w przydatku jeszcze  rubli asygnacjami.
Wieczorem, drugiego czerwca, w wigilją naszego wyjazdu, upakowano tłumoki, 
obwinięto wojłokami dwie skrzyneczki z nieżywemi naszemi dziećmi, i te w tyle 
powozu sznurami przymocowano, i tak wszystko urządzono, że przyjeżdżający 
znajomi na pożegnanie do Albiny upewnili się, że ona jutro o świcie wyjedzie. Ze 
zaś pakując do tłomoka pościel, nie można mnie było chować się dłużej pod 
łóżkiem, przeto dotychczasową siedmiomiesięczną naszą kryjówkę, zmuszony byłem 
na strych zamienić, i tam przez Magdusię zamknięty, czekać cierpliwie aż mi znać 
dadzą.
Ceremonja pożegnania nie była zbyt czułą, stosunków bowiem bliskich pomiędzy 
wyjeżdżającą a zostającymi nie było prawie żadnych, znaleźli się jednak tacy, 
którzy prawdziwie a nieudanie płakali; były to niższej klasy kobiety, które w 
każdym prawie zakątku świata są czulsze od mężczyzn; litowały się one nad 
Albina, że tak młoda, a tyle już w ich mieście ucierpiała, i łzami starały się 
wynagrodzić winy swych mężów, którzy mię do samobójstwa zmusili.
Mającemu z nami jechać uriadnikowi, moja żona przy gościach zaleciła, aby jutro 
z rana przed trzecią godziną, przyprowadziwszy z sobą furmana i konie, sam 
przyszedł, albowiem ona sama, pokazawszy mu upakowany już tarantas, w nim 
nocować i czekać go będzie. Uriadnik mając sobie zalecone od swojej władzy 
posłuszeństwo i uszanowanie, jakie się szlachcie należą, wysłuchawszy rozkazu, 
stojąc wyprostowany, zrobił na lewo w tył i wyszedł.

Dopiero po dwunastej godzinie w nocy, gdy się już wszyscy rozjechali i rozeszli, 
zeszedłem ze strychu, i znalazłem tylko przy Albinie naszą Marję i jej matkę. Tu 
wyznać muszę, ze chwila ta pożegnania była prawdziwie rozrzewniająca. Poczciwą 
naszą powiernicę, zawieszoną na naszych szyjach, nie można było oderwać; łkając 
i zanosząc się od płaczu, błagała ona aby ją wziąć z sobą, myśli, że nas traci 
na zawsze, dopuścić nie mogła i nie chciała, i kiedy całując mię, szepnęła mi do 
ucha: że nic odemnie nie żąda, tylko być znami, widać, że wyznanie to wiele, i 
bardzo wiele kosztować ją musiało, albowiem zemdlona upadła na podłogę. 
Ratowaliśmy ją jak mogli. Przyszła wprawdzie do przytomności, ale była tak 
bladą, słabą i cierpiącą, że ją matka z Magdusią do domu prawie odniosły.
Magdusia wróciwszy od Marji, opowiadała nam, że ta żegnając się z nią, całowała, 
prosiła, błagała i zaklinała, aby nad mojemi wygodami i bezpieczeństwem czuwała, 
nazywała ją najszczęśliwszą że z nami jedzie, i zazdroszcząc jej ułomności 
twierdziła, że gdyby nie ta przeszkoda, obsypała by ją złotem, sama zaś 

background image

przyjąwszy jej rolę, z nami by pojechała.
— Nic mi od nich nie potrzeba, niech tylko patrzę na nich, to dosyć dla mnie.
To mówiąc, wyjęła ze szkatułki parę asygnacji, i prawie jej gwałtem za gors 
wtykała, dowodząc, że na przypadek nieszczęścia, będzie można czem mię wykupić, 
ale Magdusia daru tego nie wzięła.
Nocy czerwcowe jak to wiadomo, krótkie bywają, wkrótce też i świtać zaczęło. Ja 
wszedłem w tarantas i przyjąwszy formę dziecięcia, w spirytusie w słoju 
będącego, pomieściłem się pod kozłem. Założono mię poduszką, szkatułką, maszynką 
od kawy i różnemi rupieciami, pokryto fartuchem od powozu, w którym Albina z 
Magdusią, już siedziały. Niebawem przyszedł i uriadnik z furmanem, który 
prowadząc konie, niósł także i du-

gę z dzwonkami, zaprzągł je spiesznie i już prawie siadł na kozioł. Marja widać 
nie spała, i na głos dzwonka jak szalona w tarantas wpadła, a objąwszy rękami 
Albinę, nogami swemi pod fartuchem tak mocno mię w odcisk na nodze udeptała, że 
ja nie oczekując tego i nie wiedząc co się stało, o mało że nie krzyknąłem z 
bolu. Przybyła jednak za nią jej matka, gwałtem ją od nas oderwała. Konie 
ruszyły i my wyjechaliśmy z Uralska. O dzięki wam czcigodne Uralki! wyście 
prawie pierwsze dowiodły, ie i płci waszej tajemnice powierzać można; pojęcia 
moje o prawach przyjaźni, są mi rękojmią, że tego, coście dla nas tak 
bezinteresownie zrobiły, nikt wam za złe nie weźmie, i gdyby nie przekonanie, że 
świat czytający, czołem bić będzie przed wami, anibym słowa o was nie wspomniał!

III.

W tarantasie, tak wszystko było urządzone, że ja w nim jadąc, mogłem się wzdłuż 
niego wyciągnąć, położyć głowę na poduszce obok siedzenia żony mojej będącej, i 
pokryty fartuchem od powozu, po cichu z nią rozmawiać; za zbliżeniem się zaś do 
stacji pocztowej, dosyć było minuty, ażebym przestrzeżony, już był skurczony pod 
kozłem.
Przy pierwszej zmianie, koni, jednocześnie z przeraźliwym krzykiem Albiny i 
Magdusi, które z powozu nie wychodziły, usłyszałem że coś ciężkiego spadło na 
fartuch od tarantasa z czego ogólne krzyki, rejwach i zamięszanie powstały. Ja 
niewiedząc o co rzecz idzie, usłyszawszy to, przestraszyłem się okropnie, myśl 
lotna jak błyskawica, przebiegła mi przez głowę i dała mi to przekonanie, że 
Marja nie mogąc przenieść naszego rozstania, jechała za mną i jak bomba wpadła 
w: tarantas, i zaledwo o strasznych następstwach z tego wypadku wy. niknąć 
mogących pomyślałem. Krzyki Albiny i skomlenie przekonały mie, że to był mój 
wyżeł, który instynktem o mojej; ucieczce zawiadomiony, gonił, aby się ze mną 
pożegnać; mówie, pożegnać, bo zrzucony z fartucha przez uradnika, pędził jeszcze 
czas jakiś za powozem, a że był, nadzwyczaj tłusty, a

upał był nieznośny, musiał paść gdzieś na stepie, jako ofiara swojego 
przywiązania, bo odtąd, już go więcej nie widziano. Zwykłym moim pokarmem w tej 
osobliwszej podróży, był ser szwajcarski, kawior, chleb i kiełbasa; a że upał 
był straszny, a ja chociaż jadłem nie wiele, pić mi się jednak ogromnie i bardzo 
często chciało; uprzedziłem o tem Albinę, która niewychodząc z powozu, kazała 
Magdusi na każdej stacji, w dość duży imbryk nalewać wodę, i mię w drodze poiła. 
W taki sposób jadąc po półtorasta wiorst na dobę, jechaliśmy spokojnie, marząc o 
najszczęśliwszej przyszłości.
O moi kochani czytelnicy! gdybyście wy wiedzieli jak okropną scenę opisywać mi 
przychodzi! jestem pewny, że najtwardsze serce skruszyłoby się z żalu. Dziś 
jeszcze gdy to piszę, chociaż ośmnaście lat już przeszło, wspomnieć tego bez 
okropnego wzdrygnięcia nie mogę!... Wszystkie plany!... tylu cierpieniami mojej 

background image

drogiej Albiny okupione!... O Boże! za cóż Ty nas karzesz i doświadczasz tak 
srogo ?... wszakże Ty Panie, jako wszechwładna i wszystko wiedząca istota, 
najprzód o tem, co się stanie, wiedziałeś... i potrzebaż Tobie było dozwałać, 
tyle trudnych przeszkód zwyciężyć, ażeby po zwalczeniu ich, na raz, jakby 
piorunem razić nas i wszystko zniszczyć?.,. Nie wiem co myślał wtedy o Tobie mój 
wielki Boże, wiem tylko żem słaby człowiek, i myślałem po ludzku, zdaje mi się: 
pomiędzy nami nie równa walka, i że Tobie o Panie, nie przystoi doświadczać 
człowieka! bo Ty, jako naprzód wszystko wiedzący, wiedzieć i o tem winieneś, czy 
człowiek dotrwa, przeniesie i wytrzyma szemrząc, albo nieszemrząc?!... Ale 
niezbadane dla człowieka są wyroki Boskie! Korząc się dzisiaj przed Twoim 
najświętszym Majestatem, wyznaję, że robiąc wtedy z potrzeby cnotę, cios ten z 
pokorą przyjąć musiałem.
Wyobraźcie sobie! na czwarty dzień naszej podróży, o pięć wiorst od miasta 
Piotrowska, w gubernii sarutowskiej, mocne

uderzenie koła o kamień na drodze będący, sprawiło, że deska na koźle zapadła i 
przygniótłszy mię całym ciężarem dwóch ludzi, krzyk z moich piersi dobyła, i mię 
odkryła!
Pióro mi z ręki wypada, kiedy kreślę te słowa! Mój Boże! za co i po co tyle 
naraz nieszczęść? ja nawet nie pojmuję, jak człowiek może przenieść tyle naraz 
piorunów!... Wszystkie ludzkie namiętności: złość, nienawiść, oburzenie, zemsta, 
wściekłość nakoniec, wszystko to razem mną owładnęło, zawrzało i jak 
powiedziałem, straszny krzyk i jęk z piersi moich dobyło!
Ma się rozumieć, konie natychmiast zatrzymano, ja schwyciwszy się obiema rękami 
za skaleczoną głowę, z żalem i ściśnionem sercem spojrzałem na Albinę. Ona z 
zamkniętemi oczyma, z pochyloną "na piersi głową, blada jak trup, na swojem 
miejscu siedziała. Nie wiedziałem co począć... kozak krzyczy dzikim, 
przeraźliwym jak opętany głosem, ja skaleczony i cały we krwi... Albina 
nieruchoma, Magdusia bijąc się w piersi, włosy targa i wyrzekając, ręce łamie! 
Furman o niczem nie wiedzący wytrzeszcza oczy, kilku furmanów z towarami 
jadących, gapiąc się, okrąża nas dokoła! słowem, sąd ostateczny, choć go sobie 
okropnym wyobrażamy, nie może iść w porównanie z tą chwilą, w jakiej my byliśmy. 
Tam przynajmniej porządku i kolei oczekiwać należy, tu zaś krzyk, wrzask, 
nieład, słowem prawdziwy chaos panowały.
W parę minut nareszcie, odkryła oczy Albina, i nie wyrzekłszy ani jednego słowa, 
i nie uroniwszy ani łzy jednej, konwulsyjnie tylko za rękę mię ścisnęła, i 
posadziwszy obok siebie, zażądała imbryka z wodą i ranę moją przemywać zaczęłay 
Wkrótce wszystko wreszcie wróciło do spokojności. Uradnik tylko że nieszczęśliwy 
i zgubiony, wyrzekać i krzyczeć nie przestawał, i kiedy krzyki te nie ustawały, 
ja zniecierpliwiony, pokazawszy mu miasto na wzgórzu, krzyknąłem:

— Wieź mię tam, i nie wrzeszcz, albowiem ty nietylko za to odpowiadać nie 
będziesz, ale cię jeszcze nagrodzą!
Na wspomnienie nagrody, oczy się kozakowi rozjaśniły, uspokoił się i zamilkł.
Przywieziono nas do Piotrowska, i konie przed mieszkaniem burmistrza zatrzymano. 
Przez te pięć wiorst, któremiśmy do miasta dojeżdżali, ja z Albina nie 
przemówiliśmy do siebie ani jednego słowa, ona tylko z troskliwością głowę moją 
macała i obmywała, ja zaś z trudną do opisania boleścią, na nią patrzałem.
Horodniczy, dawny kapitan armji, pan Popów, chociaż pochodził jak to mówią, z 
Bourbonów, rzeczywiście był dobrym człowiekiem. Od uradnika nic się nie mógł 
dowiedzieć, albowiem ten, tak ze strachu bełkotał językiem, że go nie można było 
wcale zrozumieć. Horodniczy tedy dowiedziawszy się odemnie kto jestem, i o co 
rzecz idzie, przyjął nas grzecznie i z nieudanym udziałem, ubolewał nad nami, 
kłaniał mi się nieustannie, całował za każdem słowem w ramiona i prosił, aby się 
na niego nie gniewać, że mię w kajdany okuć każe. Ja byłem wówczas w takiej 
apatji, że mi to zdawało się wszystko jedno. Wspomniawszy atoli na żonę, 

background image

pomyślałem, że jej nie tak miło będzie patrzeć na mnie okutego, mówiłem mu 
przeto, że kajdany, jako rzecz podług prawa równająca się karze cielesnej, nie 
mogą być zastosowane do szlachcica, jakim ja jestem, ale gdy to nie pomogło, 
machnąłem ręką, prosząc go tylko, aby nas nie rozłączano, co też on w istocie 
wypełnił.
To się działo o godzinie piątej wieczorem. Ulokowano nas obok burmistrza, i dom 
nasz żandarmami obstawiono. Cała prawie ludność na plac się zgromadziła, i 
chciwa nowości, jak panny mężów, gapiąc się na nas patrzyła.
Wiadomo, że w podobnych wypadkach i rzeczy aresztowanych przeglądane bywają. 
Przejrzano więc i nasze tłómoki, szka-

tułki i inne rzeczy, lecz gdy po rozwinięciu wojłoka zobaczono skrzyneczki, i do 
odkrycia ich przystąpić chciano, powiedziałem wręcz burmistrzowi, że to są 
martwe ciała dzieci moich, które uciekając z niewoli, wiozę z sobą do kraju.
Wiadomość tę stojąca opodal zgraja niedosłyszawszy, źle zrozumiała i powtarzając 
przez setne usta, tak poprzekręcała, ie nas wzięto za trupojadów. Z okropnym 
przeto strachem i przerażeniem na nas patrzano, i nad tem się tylko 
zastanawiano, ie jak ten zapas zjemy, zkąd nowych trupów na pokarm weźmiemy...
I biedne matki tuliły swoje niemowlęta do piersi.
Prosiłem burmistrza, aby dzieci moich odkrywać nie kazał.
— Daj pan znać o tym wypadku do Saratowa — mówiłem — i tam gdy nas przywiozą, 
przekonają się ie mówię prawdę.
On od jednego razu zgodził się na to. Zadowolony jak zauważałem, żem go 
wyprowadził z kłopotu, bo rzeczywiście nie wiedział, co z tem zrobić, spisał on 
z nas trojga i uradnika protokół, posłał sztafetę do Saratowa, z zapytaniem, co 
dalej z nami robić mu każą.
Czwartego dnia, w skutek rozkazu gubernatora saratowskiego, przywieziono nas do 
Saratowa. Dwóch żandarmów w osobnym powozie w tyle za nami jechało, nasz zaś 
uradnik siedział z nami po dawnemu na koźle.
Na rogatkach w Saratowie, czekał na nas dozorca policyjny, który wskoczywszy w 
tarantas żandarmski, odprowadził nas do przygotowanego dla nas domu, blisko 
policji będącego.
Zaledwie kilka minut dozwolono nam na rozpakowanie rzeczy naszych, gdy wszedł do 
nas policmajster, pan Bartiniew, i wziąwszy mię z sobą w dorożkę, powiózł wprost 
do gubernatora.
Unikam i unikać będę ile możności opisu szczegółowego osób, do opowiadania mego 
dotąd wchodzących, lub pokazać się ma-

jących, w czem był naprzykład ubrany pan policmajster, ile miał lat, jakiego 
wzrostu, nosa i oczów, włosów i zębów, którą nogą wprzód stąpił, co robił 
rękami, czego się domyślał lub nie domyślał, słowem wszystkie te drobnostki, 
uważam za zbyteczne, z tego powodu opisywać będę prosto, nie naśladując 
niektórych piszących, którzy więcej na zewnętrzną objętość książki, niż na jej 
wewnętrzną wartość zważają.
W ogromnej sali przyjął mię bardzo uprzejmie szpakowaty i wysokiego wzrostu 
mężczyzna, był to sam gubernator, jenerał-major Własów, który będąc uprzednio 
lat dziesięć, jak mi to później opowiadał, w Warszawie, mówił czysto i płynnie 
naszym językiem. Wprowadził on mię do swego gabinetu, i obok siebie posadziwszy, 
prosił, abym mu wszystkie szczegóły tego wypadku sam opowiedział.
Podano nam herbatę i fajki, on natężył słuch, ja, jak to zwykle bywa, 
odchrząknąwszy zacząłem opowiadać. Gdy przyszło do zmarłych dzieci, on 
przerywając mi powiedział, że już dał rozkaz, aby je stosownie do naszego 
obrzędu pochowano, i dla tego czeka tu na naszego księdza Snarskiego. Jakoż 
istotnie przyszedł i on niebawem, i odebrawszy od gubernatora instrukcję, w 
której i do moich życzeń zastosowano się także, oddalił się.
W dalszej ze mną rozmowie, zawiadomił mię pan jenerał, że o tem zdarzeniu musi 

background image

donieść do Petersburga, następnie radził mi, aby żona moja przy odkryciu i 
pogrzebie dzieci naszych nie była obecną, ja zaś mam być koniecznie.
Uspokajając mię w mojem nieszczęściu pan gubernator, zaręczył mię, żeśmy oboje w 
jego osobie, nie surowego sędziego, ale wyrozumiałego i udział przyjmującego 
znaleźli człowieka, a pomyślawszy nieco zapytał mię, dla czego ja ukrywając się 
przez siedm miesięcy, kiedy wszyscy o mojem nieistnieniu byli prawie jak 
przekonani, czasu tego nie użyłem na moją

ucieczkę? Odpowiedziałem mu jak było rzeczywiście, że tak bardzo baliśmy się 
rozłączenia, że kiedy nie mogliśmy razem, tośmy i pojedyńczo nie chcieli.
On popatrzywszy wówczas na moje kajdany, przepraszał ie mię od nich uwolnić nie 
moie, z powodu ze prawa dla przestępców politycznych i dezerterów są srogie, ale 
że są za ciężkie, to przemienić ich każe (), dodając, że się spodziewa, iż ja z 
tak lekkiego aresztu korzystać nie będę. Zaręczyłem go słowem honoru, że 
wdzięczność moja za okazany nam udział, jest i będzie tak wielką, ze prędzej 
poświęcę się na wszystko, niż jego na odpowiedzialność narażę.
Usłyszawszy te słowa, które z głębi duszy i serca pochodziły, oddalił się na 
moment do drugiego pokoju, i dawszy jakieś sekretne polecenie policmajstrowi, 
który tam czekał, wrócił do mnie. Długo jeszcze o różnych rzeczach, a najwięcej 
już o sobie, rozmawiał pan gubernator, aż nareszcie ściskając mi rękę na 
pożegnanie, prosił mię, abym mu z moją żoną znajomość zabrać pozwolił.
Nazajutrz zrana, pojechałem znów z policmajstrem, i kiedyśmy zsiedli z dorożki, 
wprowadzono mię do jakiegoś ciemnego, zimnego, wilgotnego, kilkoma lampami 
oświeconego lochu. Przyznam się wam, że skóra mi zdrętwiała gdy mię tam 
wprowadzono, tak bowiem okropnie bałem się rozłączenia z Albina. Lecz wkrótce ta 
bojaźń usuniętą została, bo wchodząc tam, zastałem już na nas czekających: 
naszego księdza, doktora i dwóch czy trzech urzędników. W pośrodku na ławce, 
były złożone dwie skrzyneczki z mojemi dziećmi. Po odkryciu ich i przekonaniu 
się, że to istotnie one a nie co innego były, włożono je w przygotowaną 
stosownej wielkości trumnę, zabito

--------------------
() U przemienionych kajdan, kuny były tak wielkie, że je na noc a łatwością, 
zdejmować mogłem.

gwoździami, i ksiądz, żeby wiedział później co chowa, swoją pieczęć przyłożył.
Wyszedłszy ztamtąd, tym samym porządkiem wróciłem do żony, która zapytała:
— Gdzie byłeś?
— U dzieci — odpowiedziałem. Albina zalała się łzami.
Przepędziłem prawie noc całą na płaczu i rozmowie z Albiną; policmajster pokazał 
się znowu zrana, i wziąwszy mię z sobą, do oczekującej na mnie karety wsiąść 
kazał. Dwóch lokai w liberji galonowej i w stosowanych kapeluszach, galonami 
także obszytych, stało obok karety; jeden z nich otworzywszy i zamknąwszy za mną 
drzwiczki, stanął za nią, a drugi pomieściwszy się obok stangreta, zawołał:
— Do kościoła. ()
Policmajster sam jeden jechał za mną w swoim powozie.
Zbliżając się do kościoła, spostrzegłem na placu wielką liczbę różnego gatunku 
powozów.
Trzeba jeszcze wiedzieć łaskawym moim czytelnikom, że w zbiór planów mojej 
ucieczki, wchodził i ten, że gdybym wjechał w prowincje polskie, miałem zamiar, 
już nie ukryty ale przebrany za kobietę, jechać z Albina, pod imieniem jej 
kuzyny. Z tego powodu włosy moje przez rok nie strzyżone, tak były długie, że mi 
spadały na ramiona, twarz zaś moja siedm mięsięcy słońca i powietrza niewidząca, 
była nadzwyczajnie białą, delikatną, i musiała się wydawać do tego stopnia 
zajmującą, że kiedy mię do kościoła wchodzącego kobiety spostrzegły i brzęk 
kajdan usłyszały, to prawie razem w głos płakać zaczęły.

background image

-------------------------
() Dowiedziałem się później, że kareta ta była własnością obywatela pana Ber'a, 
o cztery wiorst ztąd na wsi mieszkającego.

Przyznam się, ze podobny wypadek, godząc mię prawie z nienawistną mi dotąd 
Moskwą, odezwał się w mej duszy. Współczucie tak widoczne, nie mogło mię nie 
rozczulić, i nie zapowiedzieć lepszej przyszłości. Dodajcie do tego sumienie 
czyste, twarz jasną, spojrzenie śmiałe i pogodne, a będziecie mieć obraz z 
prawdziwą rezygnacją losu swego, oczekującego człowieka.
Tak stojąc we fraku () w pośrodku kościoła, patrzałem z założonemi na piersiach 
rękoma, na obrzęd pogrzebowy...
Na katafalku stała trumna z mojemi dziećmi. Często, i bardzo często oglądano się 
i patrzano na mnie... lecz gdy w spojrzeniach tych nie złość, nienawiść lub 
pogardę, ale przeciwnie współczucie zauważałem, powiem prawdę, że za wszystkie 
dotychczasowe moje cierpienia, zostałem wynagrodzony, bo znalazłem ludzi, którzy 
moje zbrodnie ocenić potrafili! Badacz jednak serca ludzkiego, lub podobny 
Lawaterowi fizjonomista, zauważałby w twarzy mojej żal do Tej Istoty, której 
cześć oddawano.
Po nabożeństwie wyszliśmy wszyscy z kościoła. Zauważałem, że publiczność 
zgromadzona, nie myślała jechać w swoich powozach, ale iść piechotą. Grzeczność 
z mej strony wymagała, abym i ja toż samo uczynił, lecz gdy do wychodzącego z 
kościoła orszaku przyłączyła się z ulic i placów masa ludzi, a niektórzy z nich 
złorzecząc głośno uradnikowi, kamieniami na niego rzucać zaczęli, urzędnik więc 
policyjny, bojąc się aby go nie ukamienowano, odesłał uradnika pod zasłoną dwóch 
policjantów do domu, mnie zaś szepnął do ucha, abym wsiadł do powozu. Podano 
więc karetę, i ja stojąc na jej stopniach, spoj-

-------------------------------------
() Przypominam czytającym, że suknie moje pomiędzy biednych w Uralsku rozdane 
zostały, w braku więc takowych, gdy przywołany krawiec robił mi je, ja nie mając 
w co się ubrać na pogrzeb, wziąłem od niego takie, jakie posiadał.

rzałem naokoło, i zdawało mi się, że widzę łany zboża od wiatru się kołyszące, 
tak tłum idący był liczny. Niektórzy z orszaku a mianowicie kobiety, zajęły 
także swoje powozy, i tak jadąc powoli przybyliśmy na cmentarz.
Tu z rozkazu gubernatora, był już wymurowany grób z cegieł, w który dzieci moje 
włożono. ()
Po skończonym obrzędzie, zbliżyło się do mnie kilkanaście osób płci obojej, i 
rekomendując się, wtykali swoje adresa, prosząc najszczerzej, abym się z żoną o 
nic nie troszczył, albowiem wszystko, zaczynając od pożywienia, od nich 
przysłane nam będzie. Słuchałem z rozrzewnieniem podobnych oświadczeń. Po tylu 
cierpieniach, prześladowaniach, samotności i jednostajnego życia, gdzie każdy 
człowiek w Uralsku, zdawał mi się być i był w istocie nienawistnym, dostać się 
naraz w grono tylu miłych, uprzejmych i udział przyjmujących ludzi, czyż nie 
było powodu do oczekiwania lepszej przyszłości ? Wiara wiec w Opatrzność, 
wstąpiła w moje serce i napełniła go nieznaną dotąd rozkoszą, mizantropiczne zaś 
i bezbożne zwątpienia, ustąpiły miejsca nadziei. Postępkiem mieszkańców Saratowa 
tak byłem rozczulony, że nawzajem ściskając ich ręce, dziękowałem nie pomnąc 
komu i prawie nie wiedząc za co.
Powróciwszy z pogrzebu, tylko co zacząłem opowiadać mojej żonie wszystkie 
szczegóły, gdy drzwi się otworzyły, i policmajster o przybyciu gubernatora nas 
zawiadomił. Albina kazała go prosić, ja zaś na przyjęcie jego wyszedłem do 
przedpokoju.
Pan jenerał z całą grzecznością dobrze wychowanego i salonowego człowieka, 
zarekomendowawszy się mojej żonie, w rękę ją pocałował. Dziś może krok ten jego, 

background image

zdawać się komu będzie niestosownym, ale pamiętajmy o tem, że w ówczas taka

--------------------------
() Pani Felińska w wspomnieniach swoich o Syberji, nadmienia ten wypadek.

była moda w naszym kraju, i on, jako jej zwolennik, chciał może jeszcze pokazać 
będącym tu osobom, jak prześladowane nieszczęście szanować trzeba.
Na dany znak przez Albinę, on usiadłszy, przemówił do niej:
— Co tylko ludzkość, bez względu na surowość prawa wymagała, to dla państwa 
zrobiłem; darujesz pani przeto, że nie mogę tak postąpić, jakby serce człowieka 
a nie obowiązki urzędnika zrobić kazały, dołożę jednak wszelkiego starania, aby 
każdą minutę nieszczęśliwego tu pobytu państwa, osłodzić można.
— Panie jenerale ! — odpowiedziała Albina — brakuje mi słów dla okazania panu 
tej wdzięczności, jaką oboje przejęci jesteśmy dla niego, za okazane nam 
współczucie. Od mego męża dowiedziałam się o wszystkich szczegółach, dobroci i 
delikatności pana, udział zaś całego prawie miasta, okazywany w naszem 
położeniu, dając mi wysokie pojęcie o zaletach rządcy gubernii, robi mię pewną, 
że chociażby nas najsrożej sądzić usiłowano, naprawa człowieka, obowiązki żony i 
matki, zwrócą uwagę: o to więc jedynie proszę pana jenerała, ażebyś w 
doniesieniu swojem o tym wypadku, prosił imieniem mojem cesarza Rosji, ażeby nie 
według surowości prawa, ale po ludzku, i nie męża mego, ale mię sądzić kazał.
Po tej wstępnej a krótkiej rozmowie, Albina, która od dawna pozbawioną była w 
Uralsku wyższego towarzystwa, z przyjemnością z gubernatorem rozmawiała, a 
rozmowa ta przekonała obecnych, że im obojgu nie brakowało równie dobrego 
wychowania, jako też i wykształcenia umysłowego.
Ja w czasie ich rozmowy, zająłem się panem Awerkowiczem, który wraz z 
gubernatorem przyszedł tu do nas. Ten pan Awerkowicz, był poprzednio członkiem 
komisji śledczej warszawskiej, i znał mię osobiście, wydalony zaś ztamtąd, 
przybył tu na

służbę. () Rozmawialiśmy z sobą o wspólnych naszych znajomych, jak równie i o 
wypadku moim, który mię tu z żoną sprowadził. Policmajster zaś, pan Bartiniew, 
jakkolwiek bardzo dobrego urodzenia, bez względu na obecność gubernatora, 
siedział na krześle, a nie znając polskiego języka, przysłuchiwał się tylko.
Gubernator przy pożegnaniu się, prosił o pozwolenie odwiedzania nas, na co mu z 
oznakami największej radości zezwolono.
Od tej chwili mieszkanie nasze, przez cały czas naszego w Saratowie pobytu, było 
codziennie od rana do wieczora odwiedzane, przez mnóstwo osób, różnego stanu, 
wieku i płci. Starano się na wyścigi, nie dać nam uczuć naszego położenia, a 
przeciwnie każdą minutę uprzyjemniać. Z kilku domów przysyłano nam kolejno 
pożywienie; rozmaitych zaś bakalji i różnego gatunku owoców dla żony, a dla 
mnie, wina, porteru, tytoniu, cygar i tympodobnych rozmaitości taką massę 
nadsyłano, że ja zmuszony byłem prosić ich, aby ilość darów zmniejszali, gdyż 
nietylko dla nas trojga, ale i dla otaczającej nas warty, będzie za wiele. Nic 
to jednak nie pomagało, mieszkańcy bowiem tak byli dobrzy, że odwiedzając nas 
prosili jeszcze, ażebyśmy nic nie kupowali, a co nam tylko będzie potrzeba, od 
nich żądali. Słowem, miasto to, bez względu, że my będąc w okropnej niepewności, 
cierpieliśmy wiele, w porównaniu z Uralskiem nazwaliśmy ziemią obiecaną. Bo czyż 
można było być nieczułym i niewdzięcznym na to współczucie, jakiegośmy od nich 
doznawali?

-----------------------
() Wydalenie to nastąpiło z tego powodu: Ojciec politycznego przestępcy, pan 
Gr. chcąc uwolnić syna, dał panu Awerkowiczowi na żądanie dziesięć tysięcy 
złotych, mimo to jednak pieniądze zostały w jego kieszeni, a syn p. Gr. w 
więzieniu. Nadużycie takie ukryć się nie mogło; dla tego pan A. tam będąc od 

background image

służby usunięty, tu jednak otrzymał posadę.

Pomiędzy wielu innemi, odwiedzającemu nas osobami, była jedna z nich, bardzo 
miła i ukształcona pani Grochów, żona urzędnika, do szczególnych zleceń przy 
gubernatorze będącego. Ta pani, zaprzyjaźniwszy się z moją żoną, błagała nas, 
abym ja, nie oczekując decyzji z Petersburga, uciekał z Rosji.
— Wszystkie trudności ułatwione zostaną, o wszystkiem pomyślałam — mówiła do 
mnie — ludzie wierni i pewni odwiozą pana do mojego majątku, ztamtąd dostaniesz 
list i człowieka, który cię dalej powiezie, i tak jadąc pocztą obywatelską, 
dostaniesz się do miejsca, które sam sobie naznaczysz. Żony pana długo trzymać 
tu nie mogą, ona w obliczu prawa za postępki męża nie odpowiada, a gdy ją 
uwolnią, łatwo możecie się skomunikować i jechać za granicę.
Słuchaliśmy ją oboje z wielkiem zajęciem, myśl o swobodzie, zapadła w serca 
nasze, i uśmiech radości na ustach wycisnęła, ale zastanowiwszy się nieco, 
podziękowaliśmy jej stanowczo, mówiąc, żeśmy sobie wzajemnie przysięgli, 
podzielać los, jaki nas spotyka; dopuściwszy się zaś tego, sumienie by nam 
wyrzucało, że niedotrzymawszy danego słowa gubernatorowi, narazilibyśmy go na 
odpowiedzialność.
Dotąd nie wiem co o tem sądzić, to tylko pewne, że pan Własów cztery razy był 
jeszcze u nas, i zawsze największe znaki szacunku i przychylności nam okazywał. 
Podejrzywać zaś panią Grochów o złe względem nas chęci, tem bardziej nie mamy 
prawa, że później przy wyjeździe naszym z Saratowa ona przy pożegnaniu się z 
Albiną, nie będąc katoliczką, uklękła przed nią i zalana łzami, prosiła ją o 
błogosławieństwo.
— Kto wie ? — mówiła — może potomność oceniając tyle cierpień, przez słabą 
kobietę przeniesionych, uzna cię kiedyś za świętą.
Słysząc podobne słowa, od młodej, ładnej, obcego wyznania kobiety, trudno ją 
było posądzać o obłudę, młodość chyba

i egzaltacja, natchnąć ją mogła tą myślą, aby pojmując prawdziwie jedynego Boga, 
w ogólną sprawiedliwość Jego wierzyła.
Parę miesięcy blisko oczekując na decyzję z Petersburga, mieszkaliśmy w 
Saratowie, i nam, jako nieznającym praw krajowych, a sądzącym prócz tego z 
opinii powszechnej, zdawało się, ie car nie będzie nas karał, a przebaczy winę, 
za którą sami już tyle ucierpieliśmy. Lecz o jakże byliśmy niedorzeczni, 
spodziewając się litości od despoty-barbarzyńcy!...
Nie zważając bowiem na to, że gubernator saratowski, odstępując nawet od 
przepisanych form, w tak czułych wyrazach napisał o tym wypadku raport do 
Petersburga, który będąc przez sztafetę w czasie obiadu carowi wręczony i na 
głos czytany, to będące tam sztats-damy i frejliny na głos płakały. Car tylko 
Mikołaj, tupając ze złości nogami, wściekał się, a bryzgając pianą z ust 
auguściejszych na wszystkie strony, wrzeszczał jak opętany, że się w jego 
państwie znalazł tak zacięty wróg, iż uciekając, wykopuje martwe dzieci i uwozi, 
aby na ziemi ruskiej nie spoczywały, a obracając się do gubernatora 
oremburskiego, podówczas tam będącego, wyrzucał mu mówiąc, co tam robiła jego 
gubernija, że dozwoliła jednej nędznej i słabej kobiecie oszukiwać się tak długo 
? W uniesieniu przeto siebie godnego gniewu, dał rozkaz, aby z całą surowością 
prawa, mnie wojskowym, żonę zaś moją i Magdusię, cywilnym sądzono sądem.
Wszystko to dowiedziałem się w Oremburgu, gdzie po powrocie moim, jenerał-
gubernator to sam opowiadał.
Przyszedł nareszcie ten srogi rozkaz do Saratowa. Pierwszy o nim z polecenia 
gubernatora uprzedził nas pan Awerkowicz, który przesiadując prawie po całych 
dniach z nami, stał się niejako domownikiem naszym. Powiedział on nam, że pusta 
tylko

background image

formalność wymaga, abyśmy dla wyjaśnienia tej sprawy do Uralska wrócili.
Z boleścią serca naszego odebraliśmy tę wiadomość. Czegośmy się najwięcej 
lękali, to się niestety! rzeczywiście stało. Wracać do nienawistnych nam i 
zagniewanych na nas ludzi, było okropnie!... Myśl zaś, że nas niezawodnie 
rozłączy, była dla nas prawdziwie zabijającą!...
Nazajutrz odwiedził nas gubernator. Na jego twarzy malowało się widoczne 
zakłopotanie, dowodzące że to, co nam miał powiedzieć, i jego wiele kosztowało. 
Zmięszany, długo wahał się i milczał. Lecz gdy żona moja pierwsza zaczęła: Mów 
pan! my już wiemy o wszystkiem, i na wszystko jesteśmy przygotowani.... to on 
oświadczył, zapewniając nas, że i on nie mniej od nas nad tem boleje, i czego 
innego oczekiwał.
W dalszej rozmowie z nami, objawił, że na przygotowanie potrzebnych papierów, do 
naszego wyjazdu, trzy dni jest dosyć, po upływie których i my z Saratowa 
wyjechać musimy. Widać, że się czegoś obawiał, albowiem prosił nas, ażebyśmy 
przed świtaniem, gdy jeszcze miasto będzie w uśpieniu, opuścili Saratów.
Ja przyrzekłem mu, że wola jego będzie święcie przez nas spełnioną. Albina zaś 
prosząc, dodała, aby nam mszy świętej wysłuchać i na cmentarz jechać pozwolił. 
Na pierwsze zgodził się, mówiąc, że sam o tem każe zawiadomić księdza 
Snarskiego, co do drugiego zaś błagał ją prawie, aby dla nieuszkodzenia swojego 
zdrowia, ze zbytniej czułości wyniknąć mogącego, projektu tego zaniechała; 
ostatecznie zaś żegnając się z nami, zalecał aby nie rozpaczać, mieć nadzieję w 
Bogu i tym podobne pocieszające słowa, w końcu dodał, że napisze list prywatny 
do oremburskiego gubernatora, szczególnej jego opiece nas polecając, co też i 
rzeczywiście zrobił, albowiem dowiedziałem się o tem później w Oremburgu,

Przez te trzy dni, znowu nas częściej odwiedzać zaczęto. Wiadomość o naszym 
wyjeździe, rozeszła się w jednej chwili po całem mieście — z tego powodu od rana 
do wieczora, zjeżdżano się do nas na pożegnanie, różnych produktów nam na drogę 
przywożąc, lub przysyłając. Z prawdziwem rozrzewnieniem przyjmowaliśmy dary tych 
poczciwych mieszkańców, prosząc, aby nam wiele nie dawano, gdyż trudno będzie 
zabrać to z sobą; nic to jednak nie pomagało, założono bowiem, nietylko nasz ale 
i żandarmski tarantas niemi.
Szóstego wreszcie sierpnia, o w pół do piątej godzinie z rana, ja, Albina i 
Magdusia w jednym, dwóch zaś żandarmów w drugim tarantasie, jechaliśmy do 
kościoła (). Jadąc przez miasto w odkrytym powozie, bez względu że było tak 
rano, spostrzegliśmy jednak mnóstwo okien otwartych, i z nich kłaniające się 
nam, znajome i nieznajome osoby; z prawdziwą przeto wdzięcznością kłanialiśmy 
się i my wszystkie troje na obie strony. Lecz kiedy z wielu okien, kwiaty nam 
pod konie rzucano, rozczulenie nasze nie miało granic. W takiem będąc 
usposobieniu, weszliśmy w przybytek Pański, i modląc się z rozrzewnieniem, 
słuchaliśmy mszy świętej, równie prosząc Boga o pomyślność dla mieszkańców 
Saratowa.
O! dzięki ci czcigodne i szlachetne miasto, wspomnienie o tobie po tylu latach, 
nie wychodzi i nie wyjdzie z mojej pamięci ! Mieszkańcy twoi pogodzili nas z 
całą ludzkością, dotąd bowiem nam, jako niedoświadczonym, biorąc przykład z 
Uralska, zdawało się, że cała Rosja jest jednakową, gdy tymczasem wyście nas 
upewnili, że byłem w błędzie, i przekonali, że mieszkając pomiędzy wami, lub 
gdzieindziej, możeby do tego co się stało, nie przyszło.

-------------------------------
() Uradnika, po wywodzie słownym w Saratowie, wprzód jeszcze do Uralska 
odesłano, gdzie następnie dano mu stopień oficera i  rubli srebrem nagrody.

Robiąc takie podziękowania dla miasta w myśli, przyszło mi do głowy, co to jest 
prawo? Prawo jest to samo, co przepisane ludziom warunki, przeciw którym 

background image

wykraczać nie powinni. Kto pisał to prawo czyli warunki? ludzie. Na czem się 
opierali pisząc? na przyrodzonem prawie człowieka. Co to jest przyrodzone prawo 
człowieka? Rozum i sumienie. — A zatem: jeżeli mieszkańcy Saratowa, niczem się 
od innych ludzi nie różniący, sypią nam kwiaty, to widać, że nas uwielbiają, a 
że uwielbianych karać nie można, przeto i my nie mamy powodu lękać się i obawiać 
prawa..
Jeżeli zaiste manifestacja moja, przez uwożenie nieżywych dzieci z Rosji, była 
wielką i dotąd niepraktykowaną, to mieszkańcy Saratowa, rzucając kamieniami na 
uradnika, a nam kwiaty pod nogi, okazali ją nierównie większą.

IV.

Jadąc napowrót do Uralska, o! jak różne były nasze uczucia od tych, jakie przy 
wyjeździe mieliśmy. Przódy każdy obrót koła i każda sekunda zbliżały nas do 
upragnionego celu, tylu mękami okupionego, dziś zaś, każde mrugnienie oka, i cal 
ziemi, rozłączenie moje z żoną zapowiada...
O biedni my ludzie! natura zaszczepiła w nasze serca uczucia, ażeby sobie z nich 
igraszkę później zrobiła, bo podług mnie, nie masz na świecie większego 
szczęścia, jak połączyć dwa kochające się serca, równie jak i nieszczęścia, 
kiedy je los rozdziela! Nie wiem, jak to o tem sądzić przyjdzie, ale to pewna, 
że ja dziś, gdy to piszę, mając przeszło lat pięćdziesiąt, jeszcze tak myślę.
Dojeżdżając do Uralska, umyślnie kazałem żandarmom spóźniać naszą podróż, abyśmy 
w nocy przyjechać mogli, unikałem bowiem ile możności, drażliwej pozycji, w 
jakiej względem tego miasta znajdowaliśmy się. Gdyby pospólstwo jego nie było 
tak dzikie a cokolwiek znośniejsze, wśród dnia wjechałbym śmiało; ale narażać 
siebie, a głównie moją drogą Albinę, na śmiechy, szyderstwo, naigrawanie się i 
grubiaństwa motłochu, było jedno, co doświadczać swojej cierpliwości, a w razie 
jej pęknięcia, sił fizycznych w chwili, kiedy nogi zakute a rę-

ce bez kija, nierówną walkę zapowiadały, innego bowiem hamulca dzicz ta wówczas 
nie znaią.
I rzeczywiście o godzinie tej wieczorem, przyjechaliśmy do Uralska. Odwieziono 
nas wprost do policji. Tu prócz starszego dozorcy i kilku policjantów, nie było 
nikogo, sam bowiem policmajster był niezdrów, co między klasą czynowniczą, 
znaczy pijany. Widać, że się nas spodziewano, gdyż żonę moją z Magdusią, 
odwieziono na przygotowane mieszkanie, a mię na odwach do Ostroga.
Umówiliśmy się z Albina, aby władzy uralskiej o nic nie prosić, będąc 
przekonani, że to nietylko nic nie pomoże, ale powiększy jeszcze ich tryumf i 
urąganie się nad nami. Rozłączenie się nasze, choć bolesne, lecz przewidziane, z 
udaną przyjęliśmy obojętnością. Zauważałem, że w służalcach policyjnych i 
przyjmujących mię na odwachu, nie było ani jednego przychylnego spojrzenia; 
wszystko to złe, rozjątrzone, z jaszczurczemi oczyma, około mnie się krzątało. Z 
tego wnosząc, brałem miarę o ich panach i o nienawiści ich, będąc prawie 
przekonany; postanowiłem przeto być krnąbrnym aż do grubiaństwa, nie poddawać 
się żadnej osobistości, prawu tylko ulegać, słowem, dla grzecznych być 
uprzedzającym, dla niegrzecznych, brutalem.
Jakoż nie omyliłem się w moich domysłach, bo nazajutrz drzwi do mnie z hałasem 
otworzono, i policmajster wraz z innymi wszedł do mojej ciemnicy. Prawdę wam 
powiem moi szanowni czytelnicy, że gdybym w spojrzeniach tych panów najmniejszą 
przychylność zauważał, byłbym zupełnie rozbrojonym, i z całą grzecznością mojego 
wychowania, starałbym się ich przyjąć, ale spostrzegłszy, że pan policmajster 
Łaginów, który szczególniej był na mnie zagniewany za to, że ukrywanie się moje 
w domu, przeszkodziło mu do odebrania sprzączki za nieskazitelną służbę, że 
Łaginów mówię, wraz z drugimi

background image

stoi, z iskrzącemi się od złości oczyma w czapce, ja równie nie zdejmując swej z 
głowy, z założonemi po napoleońsku rękoma, rozjątrzony jak kogut, stanąłem do 
walki.
Widać, że to ich wszystkich ogromnie oburzyło, albowiem podpułkownik 
policmajster, zbliżając się do mnie w największym gniewie, zapytał:
— A czy ty wiesz o tem, że jesteś aresztantem?
— Wiem — odpowiedziałem spokojnie — ale i o tem pamiętam, że jak nie ty mię 
aresztowałeś, tak i nie ty uwalniać będziesz!
— Czy ty pamiętasz o tem, żeś sołdat, i że mówisz z podpułkownikiem? — zapytał 
mię rozjątrzony coraz bardziej magistrat.
— Pamiętam, ale i to mi wiadomo, że jak nie ty mię zdegradowałeś, tak i nie ty 
awansować będziesz!
Zatrząsł się cały podpułkownik ze złości, i wyszedłszy porządnie zapyrzony, 
zaczął mię kląć po swojemu za drzwiami.
Wypadek ten musiał się rozgłosić i wpłynąć na innych, albowiem odtąd gbura tego 
więcej nie widziałem, a w czasie śledztwa administracyjnego, wyrazu "ty" więcej 
nie słyszałem. Członkowie zaś śledztwa byli daleko grzeczniejsi, co gdy 
zauważałem, zrobiłem się jak dziecko łagodnym, i nie płaszcząc się pokornym.
W kilka dni potem, zaczęto mię indagować, i na zapytanie, co było powodem mojej 
ucieczki i uwożenia dzieci nieżywych? odpowiedziałem im, że chęć być wolnym, i 
pochować swe dzieci w grobie familijnym, są powodem, że staję przed nimi. Zdaje 
się, że podobna odpowiedź jako objaśniająca wszystko, powinnaby być 
zadowalniająca, ale rozwlekłe formy śledztwa administracyjnego, sprawę tę 
przedłużyły blisko na trzy miesiące, dla tego byłem zmuszony, chodząc do nich 
prawie codziennie, odpowiadać po kilką razy, na najdrobniejsze pytania.

Niejaki pan Michał Sienkiewicz, wzięty do niewoli w kampanii  roku, był 
posłany na służbę wojenną do Uralska. Jako rodak, współwygnaniec i kolega, bywał 
on w moim domu, a po mojej mniemanej śmierci, jako doświadczony i z 
gospodarstwem obznajomiony, proszony przez moja żonę, zakupywał różne, dla domu 
potrzebne produkta, a jako myśliwy, dostał w podarunku od mojej żony, mego 
wyżła. Jego więc i Lewińskiego, jako podejrzanych, że wiedzieli o mojem 
ukrywaniu się w domu, aresztowano.
Bolesno mi to było nadzwyczajnie, gdym się o tem dowiedział. Prosiłem przeto 
komisję śledczą, aby ich obydwóch, jako nie mających, w tej sprawie 
najmniejszego udziału, oswobodzono.
— Słowem honoru i uczciwością moją zaręczam panów — mówiłem do nich — że mówię 
prawdę, na domiar tego, powiem wam więcej, że ubliżyłbym im obydwóm twierdząc, 
że oni nie byli godni naszego zaufania, ale jeżeli nie wiedzieli, to jedynie dla 
tego, że mogąc łatwo przed nimi jak równie i przed wszystkimi innymi utaić, nie 
widzieliśmy potrzeby, o tem ich zawiadamiać, tem bardziej jeszcze, że w 
przypadku odkrycia mię, nie chcieliśmy powiększać ofiar.Że zaś rzeczywiście o 
niczem nie wiedzieli, i tak się tłómaczyli, przeto w kilka dni potem ich 
uwolniono.
Pokarm i bieliznę przynoszono mi na odwach, od mojej żony, i chociaż my oboje 
nie umawialiśmy się poprzednio o sposobach komunikowania się na piśmie, pewność 
jednakże, że kochające serce kobiety, wynajdzie środki, podała mi myśl, ażebym 
na każdą posyłkę od niej, wręczaną mi przez żołnierza, zwracał uwagę. Jakoż 
pokazało się w skutkach, że domysły moje nie były próżne. Raz bowiem odebrawszy 
butelkę z gorącą kawą, zauważałem, że korek nie był zwykły jak dotąd, ale z

papieru; rozwinąłem go zatem, i znalazłem kawałek ołówka bez drzewa, i słowa: 
"szukaj w bieliźnie" ręką Albiny napisane. Prawdziwie, że zobaczywszy to, taką 
radość w sercu uczułem, ii długo opamiętać się nie mogłem, lecz gdy inną razą 
przeglądając bieliznę, w prześcieradle, dość szeroki, nakrochmalony i i 

background image

przyprasowany obrębek znalazłem, i rozpruwszy go, zobaczyłem parę cienkich igieł 
i kilka nitek wzdłuż obrębka wyciągniętych i zaszytych, prócz tego kilka wierszy 
ołówkiem, ręką Albiny do mnie napisanych, byłem zupełnie szczęśliwym; albowiem 
przedewszystkiem, jedna tylko niewiadomość o niej, najwięcej mię dręczyła.
Widać więc, że gdzie jest serce, tam i przeszkody ustają.
Ma się rozumieć, że odsyłając zużytą bieliznę, pisałem do żony na płótnie, i w 
obrębie zaszywałem. W korespondencji naszej, która i na papierze w miejsce 
korku, wprzód używaną bywała, prócz zapewnień tęsknoty, czułości i przywiązania 
małżeńskiego, nie było ani słowa, styczność ze sprawą naszą mającego.
Ale niestety! pewnego wieczora, w chwili, kiedy nie mając żadnego zajęcia, 
kartki te po raz piąty czy szósty odczytywałem, dwóch członków komisji, wraz ze 
strażą miejscową, weszło do mnie, i nie mówiąc ani jednego słowa, przystąpili do 
przetrząsania, obszukania i obmacania wszystkiego, a naturalnie, znalazłszy to 
czego szukali, zabrali kartki od mej żony, i pokłoniwszy się, wyszli.
Tym sposobem pozbawiono nas ostatniego środka pociechy, przerwano wszelką 
komunikację pomiędzy nami, karmiono i opierano mię na odwachu; że zaś w kartkach 
tych, nic ważnego nie było i być nie mogło, nie bardzo się przeto tem 
troszczyłam, a nad tem tylko ubolewałem, że od żony wiadomości mieć już nie 
będę.

Jakim sposobem dowiedziała się o tem komisja, dotąd mi nie wiadomo.
Niech sobie teraz łaskawy czytelnik przypomnieć raczy, ów dzień mojej mniemanej 
śmierci, w którym Albina, w obec atamana i innych, z takim talentem rolę swoją 
odegrała; i chociaż wszystkie szczegóły, jak najsprawiedliwiej powyżej są 
opisane, z których widać, że drapanie się do mojej szafki wyżła i odebranie 
równocześnie od Marji listu mego, wiele Albinie pomogło, że zaś władza o tym 
zbiegu okoliczności nie wiedziała, przeto ja, mając na uwadze, ażeby 
zwierzchność nie straciła dla niej szacunku, że ona tak dobrze udając, robiła 
sobie igraszkę z najświętszych uczuć małżeńskich, zmuszony byłem chwycić się 
następującego wybiegu.
Umówiwszy się poprzednio z żoną i służącą, zeznałem, że ja, po oddaniu listu 
mego do atamana, poszedłem w nocy wprawdzie do Uralu, ale tam szukając długo 
otworu w lodzie, gdym go nie znalazł, zostawiłem suknie, sam zaś dla wzięcia 
motyki lub drąga żelaznego, wróciłem do domu; lecz wyrachowawszy, że. zanim 
dojdę napowrót do rzeki, i otwór znajdę lub zrobię, świtać już zacznie, 
schowałem się w domu za drzewem w sieni, i od nikogo nie widziany, stałem dzień 
cały, odkładając spełnienie zamiaru do następnej nocy; ale kiedy warty i patrole 
w noc następną urządzono, wyszedłem z ukrycia już po pół nocy, i obawiając się 
iść do rzeki przez miasto, abym przez patrol nie był schwytany, wszedłem do 
pokoju Albiny. Rola więc jej, jaką w obec atamana i innych odegrała, nie była 
zmyśloną, gdyż ona przez cały dzień, co się ze mną stało — nie wiedziała.
Nie wiem, jak dalece temu uwierzono, ale to pewna, że chociaż my wszystkie 
troje, tak w czasie inkwizycji zeznaliśmy, mię jednak nie za zamiar samobójstwa, 
ale za ucieczkę sądzono.

Pewnego dnia, siedząc zamyślony w mojem więzieniu, usłyszałem jakieś delikatne 
skrobanie we drzwi, lecz na to nie zwracałem z początku żadnej uwagi, ale gdy 
znak tajemniczy mocniej powtórzono, podszedłem do drzwi, i w szparze od nich 
będącej, spostrzegłem zwiniętą kartkę. Osoby zaś, która mi ją podała, nie 
widziałem. Rozwinąwszy ją zatem, następne słowa wyczytałem:
"Pojutrze wywiozą cię do Oremburga, dla oddania cię pod sąd wojenny. Albina tu 
się zostanie. Wszelkich środków użyto, aby ci pozwolono z nią się pożegnać, ale 
to wszystko napróżno! Próbuj sam, proś, domagaj się, może ty będziesz 
szczęśliwszy ! To tylko pewna, że ta, która ci to pisze, jest i będzie 
najnieszczęśliwszą z żyjących!.." M....
O! czytając te słowa, przekonałem się dopiero, że prawdziwe jej uczucia, formami 

background image

przyjaźni były pokryte! tyle zaś bezinteresowności w tak drażliwej materji, dało 
mi wysokie o jej cnocie wyobrażenie; dotąd bowiem, ona mając tyle zręczności, 
nigdy mi nad to, że jako sierota, z potrzeby jedynie nie kochając, wyszła za 
mąż, o innych uczuciach dla mnie, prócz przyjaźni, nie wspomniała.
Kochałem żonę moją do szaleństwa, i dziś, gdy to piszę, ubliżyłbym jej cieniom, 
gdybym myślał inaczej, ale być obojętnym na uczucia Marji, i brać jej za złe, że 
młoda, a otoczona bez najmniejszego wykształcenia młodzieżą, pokochała gładszego 
nieco od nich mężczyznę, byłoby jedno, co powstawać przeciwko tym szlachetnym 
uczuciom kobiety, któremi ją sam Bóg napełnił. Z rozrzewnieniem przeto i 
wdzięcznością, świętokradzkiemi usty kartkę jej pocałowałem, i z obawy, aby jej 
przy mnie nie znaleziono, z żalem w kawałki zerwałem.
Przy ukończeniu śledztwa, przywołany do komisji, prosiłem jej aby z powodu, że 
śledztwo administracyjne zostało już

ukończone, dozwolono mi widzieć się z żoną; ale gdy mi odpowiedziano, że tego w 
żaden sposób zrobić nie można, nie nalegałem więcej, będąc prawie przekonanym, 
że to napróżno; ze ściśniętem przeto sercem, powróciłem do siebie.
Nazajutrz z oficerem i kozakiem siedziałem już na bryczce; że zaś to było o 
świcie, nie spotkałem przeto na ulicy nikogo ze znajomych, ale przy wyjeździe z 
miasta, nie mogłem niezauważać dwóch kobiet, opodal drogi stojących. Jedna z 
nich, wybierając chwilę, w których straż moja w tę stronę nie patrzy, ciągle mi 
się kłaniała, druga zaś płacząc, ręką na niebo pokazywała. Ja spostrzegłszy je, 
na znak że je widzę i paznałem, zdjąłem czapkę z mej głowy, i tę w górę 
podniosłem, kłaniać się zaś w tę stronę, gdzie one były nie mogłem, obawiając 
się, aby ich nie skompromitować przed strażą. Widać że znak ten zrozumiały, bo 
ja odjechawszy cokolwiek, gdym się obejrzał, one się jeszcze kłaniały, wtedy ja 
powstawszy z siedzenia, do nich się obróciłem, a że już było daleko, więc czapką 
moją kłaniając się im, ostatecznie się z niemi pożegnałem; na zapytanie zaś 
oficera, komu się kłaniam? "całemu miastu" — odpowiedziałem, rzeczywiście zaś, 
była to Marja z matką, które od razu poznałem.
W drodze do Oremburga o jednej tylko Albinie myśląc, pochlebiałem sobie, że sąd 
wojenny na prośbę moją wyrwie ją wkrótce z Uralska, który dla tego bez żalu 
opuszczałem.
Przejeżdżając przez Jeziornę, nocowałem w domu, w którym przez sławnego 
Pugaczewa, zamordowany został komendant tej forteczki, Kryłow; żona zaś jego, 
wdziękami tylko okupiła swoje, jako też i czteroletniego syna swego życie. Z 
tegoto podówczas małego chłopaczka, zrobił się później znamienity bajkopisarz 
rosyjski, któremu na pomnik składkę zbierano.

Na drugi dzień, byłem już w Oremburgu, i w ordynanshauzie mię pomieszczono. 
Przyjmował mię komendant placu, major Halecki, i w okratowanej, niewielkiej, 
osadził izdebce.
— Mój Boże! — pomyślałem — kiedyż się skończą nasze cierpienia, i jaki los mię w 
tych murach czeka?
Wkrótce po wyjściu majora, przyszedł do mnie podoficer z wyższego rozkazu, i 
powiedział mi, że go posłano do mnie na służbę.
— Na jakąż to służbę? — zapytałem go.
— Nie mogu znat' (nie wiem) odpowiedział.
Podobna odpowiedź była dla mnie kompletną zagadką, i kiedym oczy wytrzeszczył z 
zadziwienia i o innych tu obecnych szukałem objaśnienia, dopiero placadjutant 
Łukin oświadczył mi, że służba jego w tem się ograniczać będzie, iż codziennie z 
rana przyjdzie do mnie po rozkaz, co mu na rynku kupować i jaki obiad gotować 
każę.
Z politowaniem popatrzyłem na mojego kucharza, któremu cztery na ręku czewrony, 
i kilka na piersiach medali i krzyży, szurować rondle na stare lata 
przeznaczyły.

background image

Takim sposobem karmiono mię i pojono w tej kozie, nie wypuszczając mię ani na 
krok z pokoju.
Zauważałem, że równie tu jak i w Uralsku, nigdy do mnie pojedyńczo nie 
wchodzono, ale zawsze w kilka osób, a to dla tego, abym się od jednego nie mógł 
nic dowiedzieć, rozmawiać z nim, lub przekupić go. Ci zaś, którzy wchodzili do 
mnie, zapytani przezemnie, do takiego stopnia na wszystkie moje zapytania, 
chociażby te najmniejszego związku ze sprawą moją nie miały, nie mogu znat' 
odpowiadali, że gdy raz oddającego mi bieliznę podoficera zapytałem: "Co to 
jest, bułka czy kiełbasa?' — "Nie mogu znat'" — odpowiedział.

To wieczne milczenie, ta tajemniczość, i przesuwanie się około mnie ich cieni, 
jakby na polach elizejskich, połączone z bezczynnem mojem życiem, a nadewszystko 
z niewiadomością, co się dzieje z moją żoną, dręczyły mię okropnie, i w 
wściekłość prawie wprowadzały. Robiąc jednak z potrzeby cnotę, musiałem się 
pomału do wszystkiego przyzwyczaić.
W taki sposób siedziałem przeszło miesiąc, nikogo, prócz moich stróżów nie 
widząc.
Nareszcie pewnego poranku wyprowadzono mię z więzienia, i w asystencji czterech 
bagnetów, zaprowadzono do gmachu niedaleko ztąd będącego, w którym zastałem 
zebranych członków mojego sądu. Ja byłem ubrany po cywilnemu — w kajdanach.
Wchodząc do sali, ukłoniłem się zebranym tu osobom. Prezes sądu, pułkownik 
Kizierycki, powstawszy z krzesła, przyjął mię dość uprzejmym ukłonem, i 
pokazawszy ręką, na równie stojących członków, przeczytał ich nazwiska. W taki 
sposób zarekomendowawszy ich, zapytał mię, czy się na ich wybór zgadzam, lub czy 
którego z nich nie wyłączę?
Lecz ja z największą łagodnością odpowiedziałem, że w zebranych tu członkach nie 
widzę sędziów, tylko ludzi, którzy gdy wejdą w prawa człowieka, po ludzku sądzić 
mię będą.
— Całą moją winą jest to — mówiłem do nich — żem chciał być wolnym, i pochować 
dzieci moje w familijnym grobie. Jeżeli więc każdy z obecnych tu panów, 
postawiwszy się na mojem miejscu, położy rękę na sercu i zapyta sam siebie, czy 
nie zrobiłby toż samo, wówczas niech mię potępi!
Widać, że słowa moje zrobiły na nich wrażenie, w miarę bowiem jak słowa moje 
pojmowali, w ich oczach i twarzach aprobacją spostrzegłem.
Gdym przestał mówić, pan prezes pokazawszy mi opodal stojące krzesło, dał znak 
ręką, abym usiadłszy, zaczekał chwilę.

Siedziałem przeszło kwadrans, nie mówiąc ani słowa. W czasie tym inkwirent, pan 
Kisłow, z prezesem sadu rozmawiali półgłosem, ale ja ani ich dosłyszeć ani 
zrozumieć nie mogłem. Nareszcie Kisłów zrobiwszy mi kilka nic nie znaczących 
kwestji (ad generalia zwykle zwanych) zapytał:
— Czy pan masz dowody swojego urodzenia?
Prawdę mówiąc, nie byłem wcale usposobiony do żartów, ale nie zrozumiawszy o co 
mię pytał, czyli literalnie pojąwszy zapytanie, powstałem z krzesła i łagodnie 
odpowiedziałem:
— Najlepszy dowód żem się urodził jest ten, że tu stoję przed nimi.
Uśmiechnęli się wszyscy na to objaśnienie, a indagujący poprawiwszy pomyłkę, 
zrobił mi kwestję: Czy mam dowody mojego szlachectwa?
— Nie mam — odpowiedziałem — gdyż w naszym kraju przed  rokiem, mało kto 
zwracał na to uwagę, ale że jestem szlachcicem, to wiem z pewnością.
— Czy prawda ? że pan dawałeś uradnikowi, który żonę jego do domu odprowadzał, 
sześć tysięcy rubli, ażeby po odkryciu cię w tarantasie zamilczał i powiózł 
dalej.
— Przykro mi, że uradnik dla zrobienia sobie zasługi przed rządem, dopuszcza się 
kłamstwa. Sześć tysięcy nie dawałem, bo ich z sobą nie miałem, albowiem jadąc do 
domu, tak interesa familijne uregulowałem, aby tylko na drogę wystarczyć mogło. 

background image

Nie idzie jednak zatem, abym najszczerzej nie wyznał panom, że gdybym miał nie 
sześć, ale sześćdziesiąt tysięcy, oddałbym wszystkie, aby żonę i siebie ratować, 
i nie zapierałbym się wcale tego przed sądem.
— Jakie pan miałeś zamiary, jeżeli by ci się udało wyjechać z Rosji?

— O tem wcale jeszcze przed czasem nie myślałem, w tem tylko zaręczyć panów 
mogę, że jestem i być pragnę uczciwym człowiekiem.
— Dla czego pan, mając w drodze pistolety nabite, które ci odebrano, nie użyłeś 
ich na zabicie uradnika, ażebyś ratując siebie, mógł jechać dalej?
— Gdybym był jenjuszem, a przytem przekonany, że od zachowania mojego życia i 
wolności, zależy zbawienie mojej ojczyzny, powiem prawdę, że możebym to i 
zrobił, ale nie czując w sobie tak wysokiej zdolności, nie chciałem być 
zbrodniarzem; i dziś wcale tego nie żałuję, bo i sumienie mam spokojne, i widzę, 
że chociaż położenie moje jest bardzo krytyczne, panowie jednak (pokłoniwszy się 
im dokoła) nie odmawiacie mi szacunku, w przeciwnym razie nietylko sam sobą 
pogardzałbym, ale i byłbym godnym pogardy zabójcą.
— Co panu Rosja zrobiła, i zkąd nabrałeś tyle nienawiści, że uciekając, wiozłeś 
z sobą nieżywe dzieci?
— Co mi Rosja zrobiła?... o tem pozwólcie mi panowie tembardziej zamilczeć, że w 
prostej i prywatnej mojej ucieczce, równie jak i w uwożeniu dzieci, nie ma nic 
politycznego....
— Dla czego pan, wiedząc że prawo zabrania, korespondowałeś tajemnie z żoną 
swoją w Uralsku?
— Kto z was panowie, będąc w mojem położeniu i kochając tak żonę, nie szukałby 
zręczności zrobić toż samo ? — Przebaczcie! że na zapytanie, zapytaniem 
odpowiadam, a że z przejętej, a w waszych rękach będącej korespondencji naszej, 
przekonać się panowie bardzo łatwo możecie" że w niej prócz czułości 
małżeńskiej, nie było ani jednego słowa, mającego styczność ze sprawą naszą, 
korespondencję więc taką i Bóg nakazuje, i prawa ludzkie karać nie mogą.
Nie sądźcie moi czytelnicy, ażeby te kilka kwestji w jednym dniu ukończone 
zostały, przeciwnie, one blisko cały miesiąc

ciągnęły się; prócz tych bowiem, robiono mi jeszcze mnóstwo drobnych zapytań, 
które ja najdetaliczniej objaśniać byłem zmuszony. Głównie zaś trudno im było 
uwierzyć, że ja w domu, gdzie tyle osób bywało, ukryty byłem. Obydwa miasta, 
Uralsk i Oremburg, były tego zdania, że ja w innym domu byłem schowany; domagano 
się więc koniecznie, ażebym nie oszczędzając nikogo, odkrył wspólnika. Z tego 
powodu potrzeba było te same szczegóły, które już z powyższego opisu mojego są 
wam wiadome, opowiadać, a opowiadanie to, sąd wojenny drobnostkowo zapisywał, 
dziwiąc się pomiędzy innemi nadzwyczajnie mojej odwadze i śmiałości, że ja w 
nocy na cmentarz po dziecko wychodziłem.
W ogóle zadawane mi pytania przez mych sędziów, były poważne, łagodne i 
grzeczne, odpowiedzi zaś moje, uroczyste, godne i skromne. Zauważałem, że 
sędziowie moi byli względem mnie w tem położeniu, w jakiem przekonanie moralne o 
niewinności więźnia, naigrawać się z nieszczęścia, im zabraniało; z tego powodu, 
całe ich ze mną postępowanie, i prywatne rozmowy, odznaczały się prawdziwą 
wyrozumiałością, delikatnością i tem usposobieniem, że gdyby od nich zależało, 
uwolnić by mię kazali, ale że prawo, które nieraz działa wbrew wewnętrznemu 
przekonaniu, mnie potępiło, przeto i oni, jak Piłat w credo, ręce umyli.
Prezes sądu, chcąc jak widać choć w czemkolwiek los mój osłodzić, popatrzywszy 
na mnie z litością, zapytał:
— Czy nie ciężą panu kajdany, że o ich zdjęcie nie prosisz?
Uśmiechnąłem się boleśnie na to pytanie, i z dobrocią odpowiedziałem:
— Natura bez kajdan ludzi stworzyła, wszystko zatem, co nie jest naturalnem, 
śmiesznem być musi. Lecz jeżeli panowie chcecie jak uważam ulżyć moim 
cierpieniom, to o jedną pro-

background image

szę was łaskę — pozwólcie mi skomunikować się, chociaż na piśmie z moją żoną! 
Niewiadomość bowiem co się dzieje, dręczy mię okropnie, i do szaleństwa 
doprowadza! — Uwierzcie mi moi panowie, że zrobiłem mocne postanowienie o nic 
wam się nie naprzykrzać, ani nie prosić, ale wytrwać w tem, jako człowiek, mąż i 
ojciec, dalej nie mogę! Błagam więc was i zaklinam, pozwólcie mi parę słów do 
niej napisać!... Wszakże listy nasze przez wasze ręce przechodzić będą, i wy 
zobaczycie, że w nich nic przeciwnego nie będzie prawu — O błagam was!... o! nie 
odmawiajcie mi!.. — Zalany łzami i wyciągając do nich ręce, łkając zawołałem... 
Młodość i miłość zrobiły resztę, to jest, upadłbym bez wątpienia, gdyby mię 
podskoczywszy dwóch członków nie podtrzymało.
Przyszedłszy nieco do siebie, spojrzałem naokoło, i w twarzach mojego areopagu, 
współczucie zauważałem. To mię cokolwiek pocieszyło, inaczej gniewałbym się na 
siebie za moje łzy i rozczulenie.
Pułkownik Kizierycki wziąwszy mię za rękę, zawołał:
— Na Boga, uspokój się pan! co będzie można, zrobiemy.
Ja konwulsyjnie tylko rękę jego ścisnąłem, i milcząc, byłem tak rozczulony, żem 
się jeszcze od łez wstrzymać nie mógł; a że wszystkiemu koniec być musi, więc i 
ja się uspokoiłem; co gdy pan prezes zauważał, powiedział mi, że tego o co ja 
proszę, sąd sam zrobić nie może, obiecał wszakże osobiście prosić naczelnika 
sztabu, jenerała Rokosowskiego (gubernator Perowski podówczas nie wrócił jeszcze 
z Petersburga) radząc przytem, abym sam o to do niego napisał. Skutkiem tej 
rozmowy i pozwolenia, nazajutrz przyniesiono mi papieru, i w obec placadjutanta 
i oficera od warty, napisałem do naczelnika sztabu następujące słowa:

Panie Jenerale!
"Z nieszczęśliwej sprawy naszej, widzisz pan, jak nasze dzieci kochaliśmy, i 
jaką cena, zachowując ich popioły, okupiliśmy miłość rodzicielską; 
nieszczęściem, zostawiłem żonę moją przy nadziei, dla zachowania więc nowej 
ofiary od ostrości klimatu w Uralsku, zaklinam cię jenerale na imię tego, co ci 
jest najdrozszem, abyś dozwolił jej przed słabością jeszcze udać się do 
Oremburga. Na co jeżeli zezwolisz, bądź łaskaw jenerale zawiadomić mię, abym 
mógł za twojem pozwoleniem pisać do jenerała Ciołkowskiego, tu w Oremburgu 
mieszkającego, polecając żonę moją, opiece i staraniom jego małżonki, gdyż oni 
oboje będąc naszemi przyjaciółmi, nie odmówią mi tego. Wprzód jeszcze, pozwól mi 
napisać kilka słów do żony mojej, aby ją o mnie zaspokoić, równie i o niej 
dowiedzieć się czy żyje, i w jakim stanie jest jej zdrowie i t. d."
W trzy dni potem powiedziano mi, że pan jenerał w skutek powyższego listu, 
dozwolił mi napisać do mojej żony, równie jak i do jenerała Ciołkowskiego. Z 
chciwością przeto porwałem pióro, i podobny głodnemu Grenlandczykowi, pisząc do 
Albiny, chciałem się jak tamten pokarmem, tak i ja pismem nasycić, drugi list 
przygotowałem do naszego rodaka, jenerała Ciołkowskiego, a trzeci tu niżej 
przytoczony, do naczelnika sztabu.
Panie Jenerale!
"Przejęty wdzięcznością, której wyrazić nie umiem, składam ci serdeczne 
podziękowanie za pozwolenie pisania do żony mojej; oto jest załączony tu list, 
racz jenerale kazać go przesłać jak najspieszniej. Chciej wierzyć jenerale, że 
umiem cenić współczucie, jakie mi okazujesz, a zaufany w dobroci twojej, 
ośmielam się jeszcze zanieść prośbę, abyś raczył wydać rozkaz spiesznego zajęcia 
się moją sprawą i po odesłaniu jej do Petersburga, abyś wejrzał łaskawie w 
przykre położenie moje i ulżył cokolwiek cierpieniu, które pochodzi z nadzwyczaj 
srogiego ob-

chodzenia się ze mną w więzieniu. Napisałem wprawdzie do mojej żony, ze zdrów 

background image

jestem zupełnie, i że na niczem mi tu nie zbywa, ale uczyniłem to jedynie, aby 
nie powiększać już i tak wielkiego żalu i zmartwienia, rzeczywiście zaś zdrowie 
moje jest tak zrujnowane, że bez ulgi jakiej i pomocy, trudno mi będzie 
przenieść przykrości, jakich doznaję i jakie może oczekują mie jeszcze. 
Wprawdzie możesz mi tego odmówić panie jenerale, ale proszę cię na miłość Boską, 
nie przypuszczaj, abym błagając o ulgę, chciał nadużyć twojej dobroci. Myśl 
podobna nie zajmowała nigdy umysłu i serca tego. Serce, które pragnęło umrzeć 
dla ojczyzny, jak to możesz panie jenerale widzieć z pierwszej mojej sprawy, 
czyż serce mówię takie, może być zdolne do podobnego podstępu? — Tem więcej może 
pan jenerał być przekonany o prawdziwości słów moich, iż wiem to z pewnością, że 
ani śmierć moja, ani ucieczka, nie oswobodziłyby żony mojej, spokojnie więc będę 
czekał dekretu".
Po odesłaniu tych listów, wyobraźcie sobie moi czytelnicy, czekam tydzień, dwa, 
miesiąc, półtora, dwa nakoniec, suszę i łamie sobie głowę, dopuszczam wszystkie 
możebne i niemożebne zwłoki rozwlekłych form moskiewskich, przez jakie listy 
moje przechodzić mają, i myśl, że Albina choruje albo umarła, i dla tego nie 
odpowiada, rzuca mną jak lwem, świeżo zamkniętym w klatce! Po wszystkich kątach 
mojego więzienia biegam, wstrząsam kratami, próbuję ścian, drzwi i pieca, 
porywam jak Samson za zawiasy bramy Gazy, i zdaje mi się, że pchnięciem ramienia 
mogę to skruszyć, ale to wszystko, jak moja straż nieruchome i niewzruszone!... 
 Boże! ani litery od żony! ani najmniejszej wiadomości znikąd, nawet czy żyje, 
nie wiem! a przecież rzuciłbym się za nią choć w piekło, i wydarł ją jak Orfeusz 
Eurydykę z rąk Plutona. O Boże! co za serca! proszę, błagam i pytam ze łzami 
każdego, i nic, prócz przeklętego: nie mogu znat' nie słyszę. O! skały, o! 
kamienie, o ludzie!

bez serca i życia, wykrzykuje jak warjat... Raz nawet do takiego stopnia 
rozpaczy i wściekłości doszedłem, że wchodzącego do mnie z obiadem podoficera, 
schwyciłem za gardło, i trzęsąc nim, wrzasnąłem mu po nad uchem:
— Powiedz mi, czy żyje moja żona?!
— Nie mogu znat' — odpowiedział przelękniony.
— A ty! sam bestyja, czy żyjesz jeszcze?
— Nie mogu znat'.
— O Boże! dodaj mi cierpliwości! — wzniósłszy rękę, uderzyłem pięścią w talerze, 
i te rozbite na kawałki, rozleciały się po podłodze...
Nic mi na to nie odpowiedziano, z największą tylko flegmą wyczyszczono podłogę, 
i mię samego bez obiadu zostawiono.
Ochłonąwszy nieco, wstydziłem się mojego uniesienia, żałowałem i wyrzucałem sam 
sobie:
— Co mi winni biedni sołdaci? — pomyślałem — oni zmieniając się codziennie, o 
niczem nie wiedzą, pilnują tylko więzienia, i nic więcej, jak tylko że spełniają 
rozkazy wyższych, ci jeszcze wyższych... tamci jeszcze i jeszcze...
I tak ścigając myślą po drabinie, na najwyższy szczebel z żalem i wyrzutem 
popatrzałem, a odwróciwszy z pogardą wzrok swój od niego, spojrzałem w niebo, i 
rzewnie płacząc, w religji pociechy i ulgi szukałem.
W parę godzin, przyszedł do mnie placmajor, i oznajmił mi, ze jeżeli dopuszczę 
się czegoś podobnego, jak z podoficerem zrobiłem, to władza, acz niechętnie, 
zmuszoną będzie utrzymać mię w karbach przyzwoitych więźniowi. I to mówiąc, 
pokazał na ręce, że i te okuć można.
— Możecie — odpowiedziałem — ale póki mi serce nie wydrzecie, to jeszcze czuć 
będę, że postępujecie ze mną po barbarzyńsku, i gorzej, niż siły człowieka 
znieść mogą.

V.

W pierwszych dniach lutego,  roku, przywołano mię znów do sądu, i objawiono, 

background image

że sprawa moja ukończoną została, i do Petersburga odesłaną będzie.
Z przeczytanej mi przez członka sądowego, decyzji wojennego sądu, dowiedziałem 
się, ie sprawę moją rozdzielono na cztery kategorje, a mianowicie:
I. Za odłączenie się od służby;
II. Za ukrywanie się w domu przez siedm miesięcy;
III. Za uwożenie dzieci nieżywych, i
IV. Za tajemną korespondencję z żoną w więzieniu.
Przy czytaniu każdej kategorji, cytowano niezliczoną ilość artykułów, 
paragrafów, postanowień, ukazów i dodatków z różnych tomów Swodu Zakonów, zdaje 
mi się jeszcze Piotra Wielkiego, i powiedziano, że za to wszystko, należałoby 
mię powiesić; zważywszy atoli na inne zwalniające okoliczności, przy których 
znowu odwoływano się do mnóstwa artykułów i paragrafów, zadecydowano, ażeby mię 
za te wszystkie zbrodnie, pozbawić praw szlachectwa, i wytrzymać na odwachu 
przez sześć miesięcy.
Po przeczytaniu, zapytano mię, czy ja nie mam co dodać lub ująć, i czy jestem 
zadowolony z tego, com słyszał?...

Zaprawdę! moja biedna głowa słysząc to, co mi czytano, a nie rozumiejąc dobrze 
języka, w takim była chaosie, i tak natłokiem rozlicznych myśli obciążona, że 
zrozumiawszy wyraz: "szubienica", czekałem tylko, rychło mię ze stryczkiem na 
szyi poprowadzą, dla tego nagle zapytany, nie wiedziałem co odpowiedzieć. 
Otrząsnąwszy się jednak z przygniatających mię wzruszeń, zapytałem mych sędziów, 
czy mi pozwolą słów kilka do cesarza napisać, i kiedy mi nie odmówiono, a osobny 
stolik przygotowano, napisałem co następuje:
Najjaśniejszy Cesarzu i Królu, Panie mój Miłościwy!
"Może być w życiu mojem, nie miałbym szczęścia pisania do Waszej Cesarskiej 
Mości, gdybym nie był pod sądem, korzystając przeto z dozwolonego mi prawem 
przywileju, jako więzień, żołnierz i poddany, ośmielam się zwrócić 
Najjaśniejszego Pana uwagę, na najpokorniejsze moje wyrazy.
Prawda zawsze bywała i być powinna pożądaną dla tronu, moja więc otwartość, 
spodziewam się, że łaskawie będzie przyjętą,
Nastawanie na życie moje w cytadeli warszawskiej, miało pobudki święte, i gdyby 
przedmiotem onych był rząd rosyjski, postępek mój uważanoby za chwalebny; natura 
rzeczy nie zmieniła się przeto, że cel onej jest różny. Tu to w cytadeli po 
mojem wyzdrowieniu i przystąpieniu do inkwizycji, w obliczu Całej komisyji 
śledczej, prezes jej zabrawszy głos, Nie sądź Pan mówił do mnie ażeby rząd nie 
umiał ocenić postępku jego, czuje on i aż nadto dobrze pojmuje, że wielkość 
charakteru i moc duszy, jaką okazałeś w tej sprawie, może być rękojmią dla 
drugiej, dla tego w imieniu cesarza i jego rządu, dajemy panu słowo honoru, że 
chociaż prawo, jako wymagające satysfakcji karać cię będzie, ale ukarze lekko.

Pięć lat o tem milczałem, mając nawet zamiar topienia się w Uralsku, nic o tem 
nie wspomniałem w liście moim do atamana pisanym, i dziś, gdybym był pewnym, że 
komisja śledcza w taki sposób doniosła o tem Waszej Cesarskiej Mości, nie 
wspomniałbym o tem ani słowa; lecz ta niepewność rozwiązuje niejako moją 
dotychczasową skromność, i za sobą przemówić mi kasie tembardziej, że jestem 
przekonany, że gdyby W. G. Mości były wiadome, postępowanie komisji śledczej i 
słowa, jakie prezes tejże komisji do mnie wyrzekł, a które honor twój panie, 
narażają na podejrzenie, bo działający w twem imieniu, pewnie surowo zostaliby 
ukarani, a mię nie sądzonoby tak srogo.
Rozkaż Najjaśniejszy Panie, pokazać sobie list mój do atamana uralskiego wojska, 
w języku francuskim pisany. Z wyszczególnionych tam moich nieszczęść, łaskawie 
przekonać się raczysz, czy zostawiono mi choć nadzieję przemiany losu! ?... 
Nędznej tranzlokacji?! ostatniego i ostatniemu żołnierzowi służącego przywileju! 
i tego wymodlić nie mogłem!... Nieszczęśliwym, nie wiele potrzeba! kto wie? 
przemiana miejsca — nowe nadzieje — zdrowsze dla żony i dziecka powietrze, 

background image

możeby wstrzymały postępek mój go listopada!...
Fałszywe jest zdanie, jakoby bezbożni tylko ludzie dopuszczali się samobójstwa. 
Ja dwa razy nastawałem na życie moje, dwa razy modląc się, miałem łzę w oku, Bóg 
widział żem nie bezbożny, i dosyć mi na tem! — Czerpałem prócz tego w księgach 
świętych słowa, zabraniającego odbierać sobie życie, lecz prócz mnóstwa 
przykładów, niegdyś prawami i religją dozwolonych, zabijania się na grobach 
swoich wodzów, palenia się wdów na stosach mężów, znalazłem w naszej tu 
panującej religji chrześciańskiej, gdzie Bóg dał cudowną moc Samsonowi, który 
przez wstrząśnienie słupa, siebie i przytomnych zabija. Gdyby więc samobójstwo 
było zbrodnią, mialżeby Bóg

cudem upoważniać człowieka, do popełnienia onej!? — Lecz jeżeli ten ostatni 
dowód pisma świętego, jest bezzasadnym i sprzeciwia się prawom towarzyskim, po 
cóż z pod cenzury i prasy wychodzi tyle ksiąg, napełnionych przykładami 
heroicznego poświęcenia się?... Drzewko młode skrzy wionę, będzie krzywo rosło.
Nie godzien bym był względów i uwagi Najjaśniejszego Pana, gdybym będąc w 
teraźniejszej sprawie szkodliwym rządowi lub społeczeństwu, prosił o łaskę, ale 
nie zrobiwszy nikomu nic złego, i tylko zbiegiem okoliczności popchnięty, mając 
się więcej za nieszczęśliwszego niż występnego, ja najpierwszy z pomiędzy 
nieszczęśliwych, mam prawo, błagać najpokorniej Waszą Cesarską Mość, o łaskę dla 
mojej żony i siebie.
Przysięgam na Boga, świętą Ewangelję i mój dotąd nie splamiony honor, że pragnę 
żyć wraz z żoną według zasad cnoty, i prawideł moralności!... Lecz jeżeli to 
przyrzeczenie i dotychczasowe nasze cierpienia, nie zaspokoją prawa i nie 
wzruszą Twojego Najjaśniejszy Panie serca, a nowemi cierpieniami każesz 
przedłużać nasze męczarnie, ja będę cierpiał, ale cierpienia moje poświęcę Temu, 
który nas wszystkich sądzić będzie!"
Prócz tego, napisałem jeszcze do gubernatora oremburskie-go, jenerała-adjutanta 
Perowskiego, w Petersburgu podówczas będącego.
Panie Jenerale!
"Nie będę, opisując panu moje nieszczęścia, prosić za niemi, bo prośba dla 
podobnych jemu osób, jest podług mnie pewnym rodzajem uchybienia. Dla nich dosyć 
jest wiedzieć, ze jest dwoje nieszczęśliwych małżonków, którzy przemęczywszy się 
lat kilka, cierpią okropnie, i potrzebują ratunku!

Jenerale! kto tyle może, kto tyle dobrego zrobił dla tutejszej gubernii! kogo 
tak mile tu wspominają, i z upragnieniem oczekują! ten i o nas nie zapomni!... 
Lecz jeżeli wina moja jest tak ciężką, że nie znajdzie przebaczenia, niech 
przynajmniej żona moja, ten obraz chodzącej cnoty, nie męczy się dłużej!
Owoc mojego z nią związku, w pierwszych dniach kwietnia dojrzeje, dla podobnych 
kobiet, są to chwile stanowcze; o! gdybym mogł widzieć ją jeszcze! kto wie? może 
wydając na świat.... o! Boże, jakaż to myśl!...
List mój na imię cesarza pisany i adresowany, a do sprawy mojej przyłączony, 
polecam panu jenerałowi; jedno słowo przychylne przy wręczeniu go, wszystko 
zrobić może, albowiem i on równie jak i my wszyscy, z kobiety się urodził."
Kiedym to ukończył, prosiłem jeszcze prezesa sądu, aby mi do sędziów 
petersburskich słów parę napisać dozwolił, i oto jest co napisałem:
Sędziowie!
"O! gdyby ci, od których ukończenie tej sprawy, a ztąd połączenie nas dwojga 
zależy wspomnieć raczyli, ilu gorzkiemi łzami każda ich próżna minuta jest przez 
nas opłakiwaną, pozbawili by się wszelkich przyjemności światowych, rzuciliby 
swoje zabawy, spacery, polowania, teatra, maszkarady, billardy, karty, bale, 
resursy, kluby, słowem wszystko, a pospieszyliby ukończyć ten nieszczęśliwy 
proces, który nie dopuszczam, aby mnie z żoną nie miał połączyć. "
Kiedy powróciłem do siebie, jakąś ulgę w mem sercu uczułem, tak mi się jakoś 
lekko zrobiło, bom sobie wyobrażał, że na tyle moich próśb, zabiegów, starań i 

background image

błagań, trafię choć na jedną litościwą istotę! a jako młodemu, niedoświadczonemu 
i nieznającemu sądownictwa i form jego przeklętych, zdawało mi

się, że moi sędziowie rzeczywiście rzucą wszystko i natychmiast wezmą się do 
mojej sprawy. Marzyłem, że i pocztyljon wioząc ją, pospieszy, i konie prędzej 
pobiegną; wyobrażałem sobie, jak w Petersburgu czekać będą na rogatce na moje 
akta, jak je wyrwą z post-pakietu i przyniosą, i rozłożą, i rozpatrzą, i 
zadecydują, i przedstawią, i podpiszą, i wręczając pocztyljonowi, każą mu pędzić 
na złamanie karku do Oremburga, ażeby jak można najprędzej oswobodzić i połączyć 
tę tkliwą i kochającą się parę; słowem, tak marząc, byłem szczęśliwy i widziałem 
się już w objęciach żony.
O! szczęśliwe młode marzenia, wyście zupełnie podobne do wiosny, która lekko 
powiewającym wiaterkiem, kołysze kwitnącego drzewa gałęzie, lecz przyjdzie 
burza, oblecą kwiaty, i wy zamiast oczekiwanych owoców, puste tylko gałązki 
znajdziecie!
Takiemi myślami byłem zajęty, kiedy drzwi do mnie otworzono, i ja wraz ze 
strażą, spostrzegłem kowala, młot w ręku trzymającego, który z rozkazu sądu 
wojennego, przyszedł zdjąć mi kajdany. Wypadek ten, więcej upewnił mię o moich 
marzeniach, że kiedy tak prędko, bo w parę godzin po ukończeniu mej sprawy, od 
żelaz mię oswobodzono, sądziłem, że reszta pójdzie szybko i dobrze.
Uradowany, zapytałem otaczającej mię straży: "kiedy poczta do Orembtega 
odchodzi?" ale straż, wierna swoim zasadom, z osłupieniem na siebie i na mnie 
popatrzała, ramionami wzruszyła, i odpowiedziawszy: "nie mogu znat' " wyszła 
spokojnie.
Z tego wszystkiego wniosłem, że ona była tego zdania, iż ja się pomyliłem, i że 
zamiast o żonę, o pocztę zapytałem. Tak ona przyzwyczaiła się do jednych i tych 
samych moich zapytań.
Lecz kiedy dnie, tygodnie i miesiące upływały, i ja znowu najmniejszej 
wiadomości o Albinie nie miałem, i położenie moje w niczem a niczem się nie 
zmieniło, przekonałem się do-

piero, że wszystkie moje wyrachowania były rzeczywiście prąwdziwemi marzeniami, 
w bańce mydlanej zamkniętemi. I w samej rzeczy, pięć miesięcy jeszcze tak 
przeszło bez najmniejszej w losie moim przemiany, w końcu których przyjechał 
nareszcie z Petersburga jenerał-major Perowski. O tym wypadku trudno mi było nie 
wiedzieć, kiedy warta na korytarzu, o nim ciągłe głośno mówiła, a ja słyszałem.
Kilka dni czasu pozwoliłem mu, aby się rozgościł, po przejściu których zacząłem 
się domagać, żeby mu powiedziano, iż ja pragnę go widzieć. Ciągle mi warta 
obiecywała, ale skutku żadnego nie było. Powiedziałem nareszcie oficerowi od 
warty, że ja mam ważny do gubernatora interes, gdyż chcę mu odkryć tajemnicę 
państwa. Mówiąc tę nieprawdę, rumieniłem się chociaż w komisji śledczej 
warszawskiej, porządnie z początku łgałem, ale cóż było robić ?... Oficer znów 
mi obiecał, zmienił się, i ja znów parę tygodni czekałem napróżno, aż nakoniec 
zniecierpliwiony, przypomniałem sobie jedną okoliczność, i ułożywszy plan w 
głowie, rzuciłem się do surduta, i dostałem z kołnierza zachowaną jeszcze w 
Uralsku igłę. Nią uzbrojony, napisałem na grzebieniu z kości słoniowej, do 
gubernatora nastepujące słowa:
Panie Jenerale!
"Człowiek prześladowany ma takie prawa, jakich inni nie mają, dla tego prosząc 
przebaczenia, za śmiałość napisania w podobny sposób, odważam się jeszcze błagać 
cię jenerale o danie mi posłuchania, bądź w jego mieszkaniu, bądź w mojem 
więzieniu."
Po napisaniu, grzebień ten potarłem dłonią, i wszystkie litery zrobiły się 
czytelne.
Przed parą jeszcze miesiącami, w czasie, gdy posługacz mój pokój zamiatał, 
oficer od warty wytrząsał do swego kapciucha

background image

tytoń Żukowa, i ostatni wychodząc odemnie — paczkę próżną z tytoniu, upuścił na 
podłogę. Ja po wyjściu warty i zamknięciu drzwi, schwyciłem ją, i ciągle myśląc 
o jednem, sądziłem, że jakaś przychylna mi dusza, tajemniczym sposobem pisze mi 
na tej paczce, o mojej żonie. Lecz przekonawszy się, że znów marzyłem, złożyłem 
ten próżny papier sam nie wiedząc dla czego, i najstaranniej go chowałem; aż 
nareszcie teraz przypomniawszy sobie, dostałem go, obwinąłem nim grzebień w 
kilkoro, lak zaś będący na wspomnionej paczce, troskliwie zebrałem, i nim, jako 
też i zdjętą z palca pieczątką, mając nieustanny ogień w nocy, zapieczętowałem.
Nazajutrz, gdy do mnie otworzono, przybrawszy nader poważną minę, zażądałem 
prócz oficera od warty, jeszcze deżurnego i plac-majora, i kiedy ci do mnie 
popołudniu dopiero przyszli, ja trzymając w ręku tak obwinięty i opieczętowany 
grzebień, uroczyście zapytałem deżurnego i oficera od warty,
o ich nazwiska, i wręczając placmajorowi grzebień, przemówiłem te słowa:
— Od miesiąca już przeszło, prosiłem, i proszę różnych oficerów od warty, ażeby 
dali znad gubernatorowi, że ja mam do niego ważny interes, lecz kiedy tego 
zrobić nie chcieli, to bądźcież teraz łaskawi, oddać to jemu we własne ręce, 
inaczej ostrzegam, że surowo za to odpowiadać możecie.
Plac-major, jako pomiędzy nimi najstarszy, wziął go odemnie, i obracając na 
wszystkie strony, macał gorliwie; ale że zęby rzadsze grzebienia, były jak 
powiedziałem w kilkoro obwinięte, nic się nie mogąc domyśleć, zapytał:
— Co to jest?...
Ja w ówczas przypomniawszy sobie ich wszystkie dawane mi odpowiedzi, odrzekłem:
— Nie mogu znat'.

Plac-major ważąc ciężar na ręku, zapytał znowu:
— Czy to nie będzie przypadkiem grzebień?...
— Nie mogu znat'.
— A moie jaki portret na blasze, lub kości słoniowej?...
— Nie mogu znat' — po raz trzeci odpowiedziałem z uśmiechem.
Domyślili się dopiero, ie ich własną bronią zabijam, popatrzyli na siebie, 
uśmiechnęli się, pokłonili i wyszli.
Nazajutrz, usłyszawszy turkot powozu i wywołanie za pomocą dzwonka warty do 
broni, sądziłem, że gubernator przyjechał, ale pokazało się, że to był komendant 
miasta Oremburga, jenerał major Lifland. Dobry ten staruszek, w czasie mojego 
aresztowania, był u mnie kilka razy, przesiadywał całe godziny, i rozmawiając ze 
mną o różnych rzeczach, samotne chwile mego więzienia osładzał, i chociaż 
wprawdzie, na wszystkie tyczące się mej żony pytania, nie mogu znat' a nie 
znaju, odpowiadał, nie mniej jednak i od niego nic się nie dowiedziałem, w 
każdej jego bytności u mnie, okazywał on mi znaki szacunku i przychylności, 
nazywając uradnika, który mię odkrył, najpodlejszym człowiekiem. Ja z mojej 
strony, zauważywszy, że zadawane mu względem mej żony zapytania, stawiają go w 
drażliwem położeniu, byłem tyle delikatny, że w rozmowie z nim ograniczałem się 
tylko materją, wspólnem naszem pojęciom przystępną.
Ten tedy komendant, trzymając w ręku mój nierozpieczętowany grzebień, prosił 
mię, abym mu powiedział, coby to być mogło ? utrzymując, że trudno będzie 
wręczyć takiej osobie jak gubernator, rzecz niewiadomą. Ale ja pomyślawszy, ie 
jeżeli się dowie, to może nie oddać, prosiłem go najuprzejmiej, aby mię od 
dalszych objaśnień uwolnił, gdyż ja tego w żaden sposób powiedzieć mu nie mogę.

— Słowem honoru tylko, zaręczyć mogę pana jenerała, że w tem nic nie ma takiego, 
coby ustawy więzienne, więźniowi mieć zabraniały, zresztą więcej powiem, jestem 
nawet przekonany, że gubernator rzecz tę albo sam odwiezie, albo mi ją odeszle.
Zaspokojony komendant ścisnął mi rękę na pożegnanie, i wyjechał.

background image

Dwa dni jeszcze upłynęły, i ja nie wiedziałem co się stało z moim 
nieszczęśliwym, a tyle razy wspomnianym grzebieniem, aż nareszcie na trzeci 
dzień przyjechał sam gubernator, i oddając mi z uśmiechem grzebień, zapytał: 
jaki mam do niego interes ?
— Panie jenerale! — odpowiedziałem — ośm miesięcy mija, jak nawet nie wiem, czy 
żona moja żyje! Jakiekolwiek by były okrutne i surowe prawa, nie może być, aby 
mężowi wiedzieć, czy żona żyje, zabraniały; przez cały ten czas używałem różnych 
sposobów, aby się o niej dowiedzieć, ale to wszystko było na próżno. Przepraszam 
zatem najmocniej pana, że zmuszony byłem użyć tego fortelu, który mi rozpacz 
nastręczyła, a którego wcale nie żałuję, bo mi dał szczęście widzieć osobę, od 
której ulgi tem więcej oczekiwać mam prawo, że pan jenerał, jako mający wyższe 
pojęcie i wykształcenie, połączy bez wątpienia surowość prawa, z uczuciem 
ludzkości; — a ie i sprawa moja ukończoną już została, przeto o jedną łaskę 
upraszam pana, ażebyś mi dozwolić raczył, jeżeli nie widzieć się, to 
przynajmniej na piśmie skomunikować się z żoną, o której niewiadomość mnie jako 
człowieka, męża i ojca do szaleństwa doprowadzić może.
Słuchał mię gubernator z uwagą i udziałem, a że nie było na czem, usiadł więc na 
mojem łóżku, i dał znać ręką, abym zrobił toż samo. Prawdę mówiąc, gdym siadał, 
miałem na myśli policmajstra uralskiego, który, jak się dowie od będącej tu

z nami warty, będzie ukarany za brutalski swój ze mną postępek.
Dość długo z gubernatorem rozmawiałem po polsku. Od niego dowiedziałem się, że 
gubernator saratowski pisał do niego list prywatny, odzywając się najpochlebniej 
o moim i żony mojej charakterze; powiedział mi równie i o raporcie, jaki zrobił 
wrażenie na będących tam wówczas, gdy go przy carskim obiedzie czytano; mówił mi 
także, że sprawę tę można będzie podciągnąć pod oczekiwany wkrótce manifest, 
który z powodu zaślubin następcy tronu, a dzisiejszego cesarza Aleksandra U. ma 
nastąpić. Przy pożegnaniu się ze mną, polecił plac-majorowi, ażeby mi nie 
wzbroniano pisać do żony, ażeby wszystkie moje życzenia, o ile te nie będą 
przeciwne ustawom więziennym, wypełniano.
Jak Krzysztof Kolumb z widoku brzegów Ameryki, tak i ja z przyniesionych mi 
materjałów piśmiennych ucieszony, napisałem do Albiny:
"Łatwo pojmiesz moja droga i kochana żono, ile piekielnych mąk przeniosłem, 
zanim doszedłem do tego, że mi nakoniec te kilka słów do ciebie napisać 
dozwolono; i szczęście to winniśmy oboje czcigodnemu rządcy gubernji, który po 
dziesięciu miesiącach zupełnej o tobie niewiadomości, pierwszy dopiero 
powiedział mi, że żyjesz, i skomunikować się z tobą dozwolił. O! gdybyś 
wiedziała moja droga, o ile jestem teraz szczęśliwszy, że mogę do ciebie pisać, 
o, bo iei miłość moja, nie jest zwykła, nie jest pospolita.. Całą krew moją 
sączyć kroplami, ciało rżnąć na kawałki, i wieczność rozdzieloną na sekundy nie 
wahałbym się oddać dla ciebie. O! bo ja ciebie kocham ! a kocham tak, że wiara 
moja się chwieje, serce umiera, i zamknięte oczy nic nie widzą na ziemi i 
niebie, prócz ciebie, prócz ciebie moja luba... Słyszysz, o... ty święta 
męczennico... prócz ciebie!

Nie wątpię, że nie stracisz ani minuty, a odpowiesz mi natychmiast, i donosząc o 
sobie, o odbytej już jak się spodziewam słabości twojej, i o Magdusi, zaspokoisz 
nieszczęśliwego męża i ojca, którego niewiadomość o was, widzisz jak 
niemiłosiernie dręczy. Nie rozpisuj się wiele, ażeby jedno zbytnie twoje słowo, 
mogące niepodobać się władzy, nie wstrzymało twojego listu, i nie pozbawiło mnie 
jedynej, a od tak dawna upragnionej pociechy; dla tej samej przyczyny i ja 
ograniczam się na przesłaniu ci małżeńskiego pocałunku i Boskiego 
błogosławieństwa."
Po dwóch nareszcie tygodniach oczekiwania, plac-major z uśmiechem na progu moim 
z listem od Albiny się pokazał; rzuciłem się na niego jak tygrys, i z ręki mu 
pismo wyrwałem. Krusząc lak, trząsłem się i ręce mi drżały, łzy z moich oczów 

background image

polały się obficie, i czytać mi nie dozwoliły. Plac-major widząc to, rozczulił 
się równie, sięgnął po chustkę, i oczy obcierać zaczął. Tak oba rozrzewnieni 
spoglądając na siebie, wstydziliśmy się warty, która w milczeniu i z 
uszanowaniem na nas patrzała.
Uspokoiwszy się nieco, zacząłem czytać list od mojej żony, który był 
następującej treści:
"Nie trudno ci będzie pojąć mój drogi mężu, ile mię list twój ucieszył, kiedy w 
przepełnieniu miary nieszczęść moich, przed odebraniem go, już w cnotę ludzką i 
miłosierdzie Boskie, że one nawet istnieją, wierzyć przestałam! Równie bowiem o 
tobie mój drogi, przez cały przeciąg czasu, nawet że żyjesz, nie wiedziałam! 
czyż tyle męczarni nie jest dosyć, aby zachwiać wiarę słabej kobiety ? której 
całą jest winą, że ciebie pokochałam ? Mnie nieraz przychodzi na myśl, co to 
jest zbrodnia, i jaka kara za nią być musi, kiedy my nie zrobiwszy nikomu nic 
złego, tyle cierpimy! O ty mój święty mę-

czenniku, ty teraz stałeś się dla mnie, miljon razy droższym!... O ile wprzódy 
pragnęłam śmierci, o tyle teraz proszę Boga, aby mi teraz choć dotąd żyć 
pozwolił, póki ciebie raz jeszcze nie zobaczę!...
Nic mi nie piszesz, a i ja także, kiedy sprawa nasza ukończoną będzie, bo pewnie 
i ty równie jak i ja nic nie wiesz; to tylko pewna, że serca nasze tak są 
przygnębione, że nawet marzyć o lepszej przyszłości nie mamy prawa. Pytasz mię o 
Magdusię; ona przy mnie i zdrowa. Słabość moją w końcu kwietnia odbyłam, ale 
Mścisław, z tak cierpiącej matki zrodzony, nie mógł żyć długo. Trzy dni dyszał, 
i połączył się z siostrami. Wzięto go odemnie, pochowano, i wartę przy nim 
postawiono, która zdaje się do dziś dnia jeszcze stoi, aby go z grobu nie 
dostać, i do Polski powietrzem nie odesłać.
Widzisz mój drogi, że i ja zdrowa jestem, kiedy ci o tym wypadku tak spokojnie 
donoszę; chciałabym mój drogi, choć na chwilę myśleć o tobie i być spokojną.. 
ale to wszystko napróżno ! bo czy we dnie, czy w nocy, czy na jawie lub we śnie, 
obraz twój wije się ciągle przed mojemi oczyma, a w myśli i pamięci tkwią 
wszystkie twoje słowa i spojrzenia, i wesoły humor, i rozkoszne igraszki, i 
zabawy, i żarty, i koncepta, które razem z sobą wiedliśmy w dniach słodkich, acz 
krótkich naszego pożycia.
O! gdybyś ty wiedział, jak uciążliwe dumania gniotą niejednokrotnie moją duszę i 
głowę!... Sama nie wiem, jak myśleć i sądzić o tych dziwnych naszych wypadkach! 
Czasami myśl szybka obiega dolinę płaczu, sięga ponad firmament, i stanąwszy 
przed Twórcą, pyta Go o początek, cele i koniec rodu ludzkiego, a bez odpowiedzi 
zostawiona, wraca do mojej ciemnicy, i znów nad losem twoim płakać mi każe. Sądź 
więc z tego, ile jestem nieszczęśliwą — a zawsze cię kochającą żoną!"

Przeczytawszy powyższy list mojej najdroższej Albiny, byłem wzruszony, i na nowo 
zalałem się łzami; wszystkie jednak krzywdy, jakie mi ludzie wyrządzili, 
zapomniałbym najchętniej, gdyby mi dozwolono przycisnąć ją do mojego zbolałego 
serca.
O! ludzie! dla których nie masz nic świętego, ja nie pojmuję, jak wy zimnym 
skałom podobni, żyć jeszcze możecie! Widzicie, że miłość nasza, podobną jest do 
wzburzonej i wezbranej wiosennemi roztopami rzeki, która im więcej groblami 
związana, tem silniej burzy się, a wy ją jeszcze zniszczyć usiłujecie !... Ale 
ja wam i to jeszcze przebaczam, bo wiadomość o żonie pogodziła mię znów z wami!
Późno wieczorem list ten odebrałem, i przy świecy znów go odczytywałem. Radość z 
rozpaczą miotały mną na przemiany, gorące modły wznosząc do Boga, prosiłem Jego 
opieki nad nami, a odczytując go jeszcze po kilka razy, poduszkę moją zmoczyłem 
łzami, i tak zasnąłem.
Naraz spostrzegam, że chodzę po ogromnej i pięknej łące, i widzę 
najpiękniejszych kształtów i kolorów kwiaty, patrzę na nie z uniesieniem, i 
cieszę się ich widokiem; wszędzie gdzie spojrzę, nigdzie krzaka ani pagórka nie 

background image

widzę, równinę tylko, a na niej kwiaty i kwiaty; promienie wschodzącego słońca 
odbijając się o perłową rosę na nich wiszącą jak brylantowe kryształy, nadawały 
im jeszcze blasku. Lubiąc je nadzwyczajnie, zająłem się zbieraniem onych, aby 
zrobiony bukiet oddać Albinie; i kiedy rozbiegające się po tylu cudownych darach 
natury, oczy moje, chciały je wszystkie zebrać, i w jedną rękę zgromadzić, 
spostrzegam w białem odzieniu chłopczynę, karteczkę w ręku trzymającego; 
podchodzę do niego, głaszczę po głowie i dziwiąc mu się, karteczkę odbieram i 
czytam:
"Wypadniesz jak błyskawica, zniszczysz wszystko jak piorun, i wrócisz do życia 
spokojnego, jak Cyncynatus do pługa".

W miejsce podpisu był znak, Opatrzność Boską przedstawiający; po przeczytaniu, 
chciałem pomówić z chłopczyna, ale go już nie było.
Brzęk kluczy, otwierających drzwi do mnie, przebudził mię, i wówczas 
spostrzegłem, że paląca się w miednicy na podłodze świeca, nie dopaliwszy się, 
zgasła bez żadnej prawie przyczyny; dla niej to, aby ją zapalić, straż więzienna 
weszła do mego pokoju.
Długo nad tym dziwnym wypadkiem zastanawiałem się; nie wierzyłem w przesądy i 
gusła, a nie mogąc dociec figlów natury, w rozmyślaniu znowu zasnąłem.

VI.

Tymczasem żona moja równie, a nawet jako kobieta czuła, więcej jeszcze cierpiała 
w Uralsku. Przez cały ten przeciąg czasu, jak to widać z jej listu, nic o mnie 
nie wiedziała, znizkąd ani słowa pociechy, ani najmniejszej wiadomości o mnie! 
Czyż dla tak kochającej żony, nie jest to dosyć, aby się za najnieszczęśliwszą 
uważać mogła? Taką też w istocie i była. Te ciągłe jednostajne i niczem 
nieprzerywane męki i najczarniejsze myśli, przedstawiały jej moje położenie w 
daleko większych a gorszych rozmiarach; cały ogrom nas dotykających nieszczęść 
przypisywała sobie, a przebiegając szczegółowo los moich współwygnańców, 
zauważała, że ci, acz równie cierpiący, klepią jakoś biedę i polepszenia losu 
choć nadzieję mają, my zaś żadnej, — wnosiła przeto, że ja przez nią jestem 
zgubiony.
Takie i tym podobne myśli i wyrzuty, wprawiały ją w stan obłąkania, i nie dawały 
pokoju. Mój Boże! kobieta ta za najwznioślejsze poświęcenie się, za najczulszą 
miłość, ten jedyny skarb niewiasty, ten prawdziwy dar Boga, tyle cierpiała... O! 
to przechodzi wszelkie pojęcia... biedna! w tak młodym wieku, a już była 
rozczarowaną... ale to właśnie jej rozczarowanie się i nieocenienie jej, 
krzywdzi was moi sędziowie! Tu bowiem jest punkt zetknięcia się, punkt, z 
którego kiedyś Bóg rachun-

ku zażąda od was, a nieprzyjaciel rodu ludzkiego cieszyć się będzie!
Umieszczona w tym samym, zkąd wyjechaliśmy, domu, na każdy dostrzeżony okiem 
przedmiot, z boleścią serca patrzała, wszystko ją przerażało i przypominało 
wszystko. Na zadawane jej pytania na piśmie, własnoręcznie odpowiadała, a mając 
w mieszkaniu swojem piśmienne materjały, korzystała z nich, i pisała po kilka 
razy do ukochanej przez siebie siostry Wincenty, i brata Antoniego, aby do 
Petersburga jechali, i tam się u tronu o nas starali; prócz tego pisała do hr. 
Bekendorfa i do cesarza, prosząc o łaskę nie dla siebie, ale dla mnie:
"Dozwól mi Najjaśniejszy Panie umrzeć spokojnie, niech konając, przynajmniej 
wiem, żeś mu przebaczył!"
I biedna, wierząc jeszcze w czułość cara, w słodkich marzeniach lepszą 
przyszłość upatrywała.
Lecz kiedy wiele czasu upłynęło, i jej nadzieje nie ziściły się, a w 

background image

przyniesionych jej aktach dla napisania odpowiedzi, swoje listy i prośby 
przyszyte do tychże akt zobaczyła — zachorowała nieboga, i krwią pluć zaczęła. 
Chciała ona, aby listy jej do siostry i brata, mogły być przez ręce Marji 
posłane, ale prośby w tym względzie u niej robione, wypadły inaczej, obie bowiem 
te choć poczciwe Uralki, same się bały, i jak Piotr Chrystusa, tak one jej się 
wyparły. I rzeczywiście, czyż można było liczyć na ich przyjaźń, mianowicie w 
nieszczęściu?. Jestto zagadnienie, może nawet trudniejsze od kwadratury koła dla 
matematyka.
Przy ukończeniu sprawy, na robione jej zapytania, czy nie ma co dodać lub ująć, 
ona po użyciu już prawie wszystkich sprężyn, sądziła jeszcze, że trafi do 
litości, i pełna tej myśli, do ówczesnego następcy tronu a dzisiejszego cesarza, 
następną prośbę napisała:

"Najjaśniejszy Cesarzewiczu!
Sprawa nasza zanadto tronowi jest znaną, ażebym opisaniem jej szczegółów, Waszą 
cesarzewiczewską Mość ośmieliła się trudzić, — zeznania zaś nasze zaspokajają 
mię w tym względzie, bo jeżeli W. c. M. na mój glos błagalny raczysz zwrócić 
uwagę, dosyć będzie zapytać hrabiego Bekendorfa, lub ministra spraw 
wewnętrznych, ażeby dokładną o tem powziąć wiadomość.
Ze szczytu cierpień, nieszczęśliwa żona, dobytemi tylko mieczami otoczona, 
rozdzielona z mężem, zakutym w więzieniu, nad którego głową zawieszone są 
pioruny Najjaśniejszego twojego ojca, na kolanach glos błagalny do ciebie panie 
o łaskę i protekcją wznosi!
Panie! dla twojego młodocianego i bez wątpienia czułego serca, dziś uczucie 
miłości nie jest obcem! Szczęśliwy! koleje przeciwne są ci panie nieznane, a w 
takim to dopiero wypadku dokładnie się czuje, jak przedmiot drogi, 
nieszczęściami otoczony, stokroć droższym się staje! W twojem panie sercu, 
życzenia szczęśliwej przyszłości w związkach małżeńskich odzywają się pewnie; 
kiedyś, na tronie, wśród trudów i przeciwności od tronu nie odłącznych, uczujesz 
panie, jak związki te prawdziwą i jedyną są życia naszego osłodą, i jak wiele 
ten traci, kto prócz nich nic nie ma na ziemi.
A oto nieszczęśliwa, rzucająca się na kolana, błagalne ręce do ciebie panie 
wznosi! Bogactwa, trony, blask wszystkich światów, chwałę, niebo ziemskie w nich 
posiadała! Najjaśniejszy cesarzewiczu! gniew ojca twego, oby na moją upadł 
głowę! o Boże! na moją! słyszysz panie! na moją! Łaski tylko, łaski dla mojego 
męża proszę cię!!!
Ja zaś, chociażbym i na rusztowaniu była, i tam ten Boski wyraz usłyszała, 
szczęśliwa! o! bez miary szczęśliwa... umrę spokojnie! Łaski więc! łaski panie ! 
dla mojego męża! — W tem

słowie cała moja prośba, cały świat, całe szczęście, całe niebo! Nic nie myślę! 
nic nie czuję! nic nie pojmuję! prócz tego wyrazu!... Oby cię Bóg litością 
natchnął, przyszły władco miljonów ludzi! i ten sam Bóg, aby ci wynagrodził, oby 
łzy mojej wdzięczności towarzyszyły twojemu panie związkowi!
Do twojej Najjaśniejszy cesarzewiczu, książęcej narzeczonej! do twoich 
książęcych sióstr, przychylne słowo racz wyrzec za nieszczęśliwą kobietą, która 
choć nie na tronie zrodzona, i nie w koronie ale w mundurze żołnierskim męża 
swojego, nie mniej jednak jak one swych małżonków, kocha!
Te to książęce, czułe kobiety, których oczy nad zmyślonemi w romansach 
cierpieniami, niezawodnie nieraz łzami się zalać musiały, osądziwszy winę moją 
sądem serca swojego, odmówiąż mi łaski? Czyż nie połączą z tobą panie próśb 
swoich do Najjaśniejszego pana i ojca?! Łaski zatem, łaski panie! nie dla mnie, 
o! przez Boga nie dla mnie! dnie bowiem moje już są policzone, a tylko dla 
nieszczęśliwego męża mojego, błagam cię!!!
Przebacz, Najjaśniejszy cesarzewiczu, niedokładnym wyrażeniom się w mojej 
prośbie, — moje biedne serce nie mawiało z panującymi, dziś zaś osierociałe i od 

background image

wszystkiego oddalone, w otaczających go ludziach tyle udziału, ile w ścianach 
więzienia znajdując, szuka łaski! serca! czucia! szczęśliwsze wówczas, gdy do 
Boga nawet samego, nie jak do pana, lecz jak do ojca przemawia! Łaski zatem 
panie! łaski!..."
Oto jest prośba kobiety, która więcej popędem serca, niż piórem rozumu napisana. 
Chociaż w niej nie widać nadzwyczaj wybornego stylu, ani naciąganych frazesów, 
ani próżnych wyrazów, a wszędzie serce przemawia do serca i szuka serca, nie 
mniej jednak jest rozrzewniającą i daleko czulszą, niż słowa mędrców retoryką 
błyszczące; ale jak widać, napróżno si-

liła się, pisząc moja droga Albina, — kamienie bowiem tylko miotem się kruszą.
Przedstawcie sobie, do jakiego stopnia determinacja i formy wielką rolę w 
biurokracji moskiewskiej grać musiały, kiedy nie zważając na nasze w tej 
sprawie, a znane już ci czytelniku własnoręczne odezwy i prośby, nie znalazło 
się w całym Petersburgu i jego sądzie ani jednej czułej osoby i tkliwej duszy, 
któraby, opierając się im, zrobiła to w przeciągu pięciu lub sześciu tygodni co 
zrobiono w jedynaście miesięcy. ()
O! niech wam Bóg nie pamięta moi panowie tych łez, któreśmy oboje przelali! 
Mówią wprawdzie, że łza kobiety, jest to samo co woda, ale kiedy mężczyzna 
płacze, to i sam Bóg, chociaż zwykle bywa wesoły, widząc to, smuci się.
Rozlane łaski z powodu małżeństwa następcy tronu, go kwietnia  roku, 
objęły i nas oboje, i dopiero go listopada tegoż roku, objawiono mi manifest, 
mocą którego oswobodzono mię od sądu i aresztu, i nie pozbawiając mię 
szlachectwa, naznaczono mi ty bataljon sybirskiego korpusu w Nerczyńskich 
kopalniach konsystujący, abym w nim, jako żołnierz służył, i nie zważając na 
wszystkie moje starania, usilne prośby i błagania, głucha na wszystko władza, 
zaraz po oswobodzeniu z więzienia, w przeznaczoną drogę pod eskortą wyprawiła.
Bóg tylko jeden ocenić to potrafi, ile ja wyjeżdżając z Oremburga, ucierpiałem, 
wszystko to! co tylko mogło mieć cenę w życiu mojem, i co mię do niego jeszcze 
przywiązywało, zostawiałem za sobą! Nieszczęśliwa, słaba i cierpiąca! a zawsze 
mi droga Albina, zmuszona była sama jedna, w towarzystwie jednej tylko, a i to 
niedołężnej i chorowitej służącej, kilka tysięcy wiorst jechać za mną do 
Syberji.

---------------------
() Od manifestu, aż do chwili połączenia się z Albiną, jak raz jedynaście 
miesięcy upłynęło.

Och! gdybyście wy wiedzieli, z jakiem oburzeniem, żalem i nienawiścią do całej 
ludzkości siadałem w sanki! i z jak ściśnionem sercem, myślą, przeciągnąłem ręce 
do — o ile wprzód nienawistnego, o tyle dziś drogiego mi Uralska!!!
Nie przypuszczając atoli ani na chwilę, ażeby żona moja podróż tę odbyć mogła, 
napisawszy jej o moim wyjeździe z Oremburga, zaklinałem ją, aby o mnie zupełnie 
zapomniała, i do domu wracała.
"Zbaw przynajmniej duszę, kiedy już ciała uratować nie możesz — pisałem do niej 
— wracaj więc moja najdroższa Albino, i tam w ojczyźnie módl się za naszych 
nieprzyjaciół! bo jeżeli kiedy, to teraz niech się spełnią słowa Chrystusa, 
albowiem oni rzeczywiście nie wiedzą co czynią. Do twoich niezasłużonych 
cierpień, aby być błogosławioną, korony męczeńskiej brakuje ci tylko, której tu, 
mając tyle powodów do gniewu i grzechu, nie osiągniesz... Nie troszcz się o mnie 
moja najdroższa, ja zgadzając się z przeznaczeniem i wolą Boga, spokojnie źyć 
będę, a poświęcając Jemu i tobie ostatnie tchnienie, umrę W tem przekonaniu, że 
nas Bóg nie opuści, przebaczy i połączy w przyszłości".
W takiem bolesnem byłem usposobieniu, gdy przyjechałem do miasta Ufy, w którem 
to mieście są cywilne władze oremburskiej gubernii; przyjechawszy, zatrzymałem 
się w mieszkaniu mego rodaka, pana Warzyńskiego, który był adjutantem w 

background image

bataljonie; tu znaleźli się dobrzy ludzie, którzy mi dopomogli, że uchodząc za 
słabego, dwa miesiące czekałem na przyjazd Jony. Władza oremburska wiedziała o 
tem, albowiem w przeciągu tego czasu, kilka listów pisałem do Albiny, i 
odpowiedzi od niej odbierałem, a wszystkie przechodziły przez ręce dowódzcy 
korpusu oremburskiego, zkąd widać, że i zwierzchność tej gubernii, jeżeli i była 
niekiedy surową, to nie sercu, ale prawu ulegać musiała.

Oto jest właśnie wyjątek z odpowiedzi Albiny na list mój poprzedzający.
"Dopóki listu twojego nie odebrałam, ani słowa, mój drogi, nie wiedziałam o 
twoim wyjeździe z Oremburga; jaką boleścią przejęta byłam, że jedna i najdroższa 
nadzieja jechania z tobą razem mię ominęła, trudno ci to opisać! Bóg tylko jeden 
na szali swojej litości zważyć to może. Czyż nie było środka ubłagać wstrzymania 
cię choć parę tygodni ? lecz stało się! na domiar wszystkich naszych męczarni, 
tylko tego niedostawało. Pominąwszy wszystkie romantyczne uwagi i rady, w twoim 
liście wyczytane, tyle ci tylko powiem, że one są zbyteczne. Od ośmiu lat, 
miljonami przysiąg zobowiązałam się los twój dzielić, i sam Bóg od mych 
dobrowolnych ślubów rozwiązać mię nie może, i jeżeli jak mi piszesz, że w 
przeciwnym razie za wytłómaczoną mieć mię można, to wszystkie zbrodnie wówczas, 
nazwisko cnoty i świętości nosić by już powinny! Słowa więc zbytnie zostawiam 
tym, którzy wszystkie uczucia i obowiązki w nich zamykają; dla uniknienia zaś 
nadal wszystkich twoich powątpiewań, w imię Boga i Jego Syna najuroczyściej raz 
ci jeszcze przysięgam, że najprzykrzejszy los dzielić z tobą będę, i nic na 
ziemi w postanowieniach moich mię nie zachwieje! Zresztą, zdaje się, że mię 
znasz dobrze, bo jeżeli i ty nieszczęśliwej twej żony, dotąd serca nie pojąłeś, 
to któż je już pojmie i zrozumie na ziemi!?
"Ja dotąd nic urzędownie nie otrzymałam, i za aresztowaną jeszcze się liczę; 
oswobodzona chwili jednej nie stracę, aby do ciebie pospieszyć, lecz z powodu 
nowych form, w wydawaniu biletów sługom, a ztąd zwłoki, małą mam nadzieję, aby 
ciebie dogonić. Podług twej rady jednocześnie piszę do gubernatora, prosząc go, 
aby ciebie zatrzymać rozkazał, abyśmy razem jechać mogli; zresztą na wszelki 
wypadek, przy wyjeździe

moim z Uralska poszle ci za rewersem do Omska, ostatnią moją wolę, w słabości w 
więzieniu napisaną.
Jeżeli niebo przez śmierć moję zniszczy moje najgorętsze życzenia, i ujrzeć mi 
ciebie nie pozwoli, z zagranicy grobu przyjm mój drogi mężu, mały ten dowód 
uwielbiającej cię twojej nieszczęśliwej żony... lecz nadewszystko nie troszcz 
się, bądź spokojny, Bóg dobry, on nas nie opuści, i ja mam nadzieję, że się 
jeszcze ujrzymy!
Napisz mi mój drogi, jak pod względem pieniężnym wybrałeś się, nie chcę i nie 
mogę dopuścić, abyś ze mną nie postąpił szczerze, byłby to grzech wielki z twej 
strony, a dla mnie niezasłużona kara, wnoszę jednak, że ich tobie brakować musi, 
posyłam ci  rubli na przypadek, jeżeli ci na mój przyjazd czekać nie pozwolą.
Dzisiejszy pocztą piszę do mojej kochanej siostry, aby od pana Błażowskiego a 
canto Paniowiec, wzięła jak może najwięcej pieniędzy, i nam wprost do Nerczyńska 
poste restante wysłała. Drogi mój, jakto biedne serce tęskni po tobie! a ty mi 
jeszcze mówisz o jakiemeś tam szczęściu bez ciebie, jak ty jeszcze dotąd nie 
wiesz, że wszystkie przyjemności i szczęścia ziemskie razem zebrane, tyle by 
miały dla mnie powabu bez ciebie, ile te mury mego więzienia".
Później między innemi odebrałem od Albiny wiadomość, że dla wkrótce mającej się 
ukończyć sprawy, przyjechała do Oremburga, i mieszka pod dozorem policji. Pisze 
ona, ażebym pobyt mój w Ufie, jeżeli można przedłużył, a głównie prosi, abym się 
wystarał u cywilnego gubernatora, pana Tałazina, o polecenie sądowi cywilnemu w 
Oremburgu dania biletu Magdusi, na przejazd z nią do Syberji, bez którego to 
polecenia sąd cywilny tembardziej nie miał prawa, że termin paszportu Magdusi, 
już się ukończył.

background image

Nazajutrz po odebraniu tego listu, udałem się zaraz do mieszkania cywilnego 
gubernatora, i kiedy mu o moim przyjeździe powiedziano, on wyszedł do sali, i 
wysłuchawszy potrzeby innych czekających na niego urzędników, zaprosił mie do 
gabinetu.
Na samym wstępie pan Talazin objawił mi, że chociaż osobiście mię nie znał, 
sprawa moja jednak i nazwisko tak są w wielu guberniach znane i głośne, że on 
jadąc tu na służbę do Ufy, słyszał o tem niejednokrotnie. Następnie w obejściu 
się ze mną, był tak miły, grzeczny i uprzejmy, słowa jego tak były słodkie, 
ujmujące i zachwycające, że kiedy z rozkazu jego podano nam fajki i kawę, to on 
mieniąc się najszczęśliwszym z poznania się naszego, prosił, abym mu wypadki 
życia mego opowiedział.
Gospodarz mój i słuchacz, tak się umiał ułożyć, i tak potrafił zjednać sobie 
zaufanie moje, że ja z całą otwartością opowiedziałem mu wszystko, nie 
zamilczawszy nawet i o tem, że pod pozorem słabości zdrowia czekam tu w Ufie na 
moją żonę.
Dziwna rzecz, że człowiek ten słuchając mię, zdawał się być do łez rozczulonym; 
obiecał wszystko zrobić, o co go tylko prosiłem, i ściskając moje ręce 
oświadczył, że przez wzgląd na moje fundusze, które z czasem naszej detencji 
sądowej uszczuplić się musiały, da rozkaz, aby nas do granicy jego gubernii 
darmo wieziono. Żegnając mię naostatek, radził, aby nie rozpaczać, albowiem my 
wszędzie i zawsze, niezważając na surowość prawa, znajdziemy ludzi podobnych 
jemu.
O niech mię Bóg broni i zachowa, każdego nawet nieprzyjaciela mego, od 
znalezienia podobnych jemu ludzi! Ledwo bowiem że zdążyłem wrócić do domu, i 
moją z nim rozmowę opowiedzieć znajomym, kiedy pan Tałazin przywołał do siebie

dowódzcę bataljonu, podpułkownika Stachowicza, policmajstra i dowódzcę 
żandarmów, a robiąc im najsroższe wyrzuty, że oni dopuścili, abym ja, tak 
niebezpieczny dla rządu, mieszkał tak długo w Ufie, gdy podług wyroku, dawno już 
powinienem być w Syberji; i tak wrzeszcząc, tupając nogami i pieniąc się ze 
złości, rozkazał dowódzcy bataljonu, aby mię zaraz na drugi dzień w dalszą 
odprawił drogę, dowódzcy zaś żandarmów i policmajstrowi polecił, aby tego 
dopilnowali.
Ci panowie, tak zbesztani, zakrzyczeni, wyszli od niego z zadziwieniem, i 
wszyscy trzej udali się do mieszkania dowódzcy bataljonu. Posłali oni po mnie 
sanki, i kiedy tam przyjechałem, znalazłem ich bardzo przeciwko Tałazinowi 
oburzonych. Ci zacni ludzie, dowiedziawszy się odemnie o wszystkiem, to jest, 
jak mię przyjął, co mówił i co obiecał, uradzili pomiędzy sobą, abym na prawdę 
zachorował, to jest, ażebym w oczekiwaniu na przyjazd żony udał się do lazaretu. 
Jestto jedyny przywilej w Rosji, z którego każdy nieszczęśliwy, bez względu na 
stan i stopień, korzystać może, i byleby miał parę osób za sobą, to choćby był 
najzdrowszy, może chorować ile mu interes każe. Uprzedzono więc o tem lekarza 
bataljonowego, pana Gordinko, i ja nazajutrz poszedłem w dom jego opiece 
powierzony.
Tu dla rozrywania mię, jako zdrowego pomiędzy chorymi, schodzili się do mnie moi 
dobrzy znajomi, i do późnej nocy siedzieli wraz ze mną w mieszkaniu urzędnika 
dozorcy; łóżko zaś moje z tablicą i opisaniem stanu choroby, naznaczono mi w 
pokoju oficerskim.
Na trzeci dzień mojego tu pobytu, po północy, w chwili, kiedy zebrani koledzy 
rozmową swoją osładzali nudy szpitalne, wbiegł do nas posługacz lazaretowy, i 
zaraportował dozorcy, że ktoś podjechał do bramy i żąda, aby mu otworzono. 
Zmięszany dozorca wybiegł dla nadania stosownych rozkazów, koledzy moi

background image

zostali się w pokoju, a ja powodowany jakiemi przeczuciem, poszedłem przez 
korytarz do swego łóżka, i włożywszy na siebie szlafrok skarbowy, położyłem się 
i okryłem kołdrą. Wkrótce stąpanie mięszanych kroków słyszeć się dało, i 
niebawem W pokoju moim ujrzałem urzędnika, w towarzystwie dozorcy i dwóch 
posługaczy szpitalnych.
Ten nocny i nieoczekiwany jegomość, był to jak się później dowiedziałem, pan 
Masłów, który będąc przy cywilnym gubernatorze urzędnikiem do szczególnych 
zleceń, był przez niego tu w nocy posłany, aby się przekonać, czy rzeczywiście 
ja się w szpitalu znajduję. Pan Masłów zbliżywszy się do mego łóżka, popatrzał 
na tablicę, przeczytaj moje nazwisko, i oddalając się, zdawał się o tyle z tego, 
że mię tu widzi, być zadziwiony, o ile mój dozorca ucieszony, że mię tu znalazł, 
a nie w swoim pokoju.
Nazajutrz z rana, przed wizytą ordynatora wojskowego, przyszło po mnie dwóch 
cywilnych lekarzy, i o stan zdrowia mego wypytywać zaczęli. Domyśliłem się o co 
rzecz idzie, i oburzony postępkiem mojego prześladowcy, odpowiedziałem im, że 
chociaż w istocie cierpiąc reumatyzm w nogach, mógłbym się oprzeć pociskom 
gubernatora, i chorować ile mi się podoba, nie chcąc jednak zrobić lekarza 
bataljonu ofiarą gniewu i prześladowań Tałazina, gotów jestem do drogi; ale 
powiedzcie mu panowie, że mu winszuję tryumfu, jaki otrzymał nademną.
Wyjście moje z lazaretu w cztery dni dopiero nastąpiło. Przychylni mi bowiem 
zwlekali jak mogli mój wyjazd z Ufy, zawsze w nadziei, że żona moja nadjedzie. W 
ogóle wyznać tu winienem, że pan Tałazin jako człowiek nie miał żadnych 
osobistych zalet, a jako urzędnik krzywdził tytuł i miejsce, jakie zajmował. To 
nie było moje zdanie, ale ogółu, na które się mieszkańcy Ufy zgadzając, 
powszechnie go nie lubili. Postępkiem zaś swoim ze mną, ostatecznie całe

prawie miasto, przeciwko sobie oburzył. I w samej rzeczy dziwna i niepojęta 
rzecz! zkąd ten człowiek nabrał tyle do mnie osobistości, za co mię 
znienawidził, i po nocach prześladował? Dotąd z kim tylko o tej sprawie mówiłem, 
każdy prawie litując się, wykonywał wolę prawa, ale niechętnie, ale żeby 
wrzeszczeć i tupać nogami, pienić się od złości, i jak chart prześladować i 
gonić biednego zająca, to trzeba było mieć, albo wielką dozę złośliwości i 
głupoty, albo być jeżeli nie samym szatanem, to chyba najbliższym jego kuzynem.
Zanim przygotowano potrzebne papiery do mojej dalszej podróży, zeszło jeszcze 
trzy dni, po upływie których, przyjechał do mnie dowódzca bataljonu, i zapytał 
mię, czy mam umundurowanie skarbowe, jakie się żołnierzowi należy? i kiedy się 
dowiedział, że nic nie mam, prócz moich cywilnych sukien, ucieszył się, mówiąc, 
że na przygotowanie rzeczy żołnierskich, bez których jechać nie mogę, najmniej 
dni dziesięć potrzeba będzie, tymczasem zaś, może być, że żona pańska nadjedzie, 
to i razem pojedziecie.
Lecz niestety! i dziesięć dni upłynęło, i zamiast żony, list tylko od niej 
odebrałem, w którym zawiadamia mię, że dopełnienie czczych formalności zatrzyma 
ją jeszcze najmniej półtora miesiąca w Oremburgu, dla tych powodów przeto, kiedy 
już wszystkie środki zatrzymania mię w Ufie, wyczerpano, a mój prześladowca jak 
ogar gonił, wyjechałem nareszcie z Ufy w końcu grudnia, pod eskortą jednego 
podoficera; kilka zaś osób wyższego koła, chcąc widać pokazać gubernatorowi, że 
nie podzielają jego opinii, odprowadzało mię do pierwszej wioski.
O dzięki wam, czcigodni i zacni ludzie!

VII.

Nareszcie i mojej żonie ogłoszono wyrok sądu cywilnego, i skazano na zapłacenie 
rubli srebrem trzydzieści, za przechowywanie mię w domu. To się nazywa manifest! 
I już to w przychylność ustrojonemi radami, już to przestrach rodzącem 
malowaniem krainy, na dalszy pobyt mój naznaczony, już to nakoniec rozmaitemi 
przeszkodami, tamując jej życzenia najprędszego połączenia się ze mną, usiłowano 

background image

skłonić ją do opuszczenia mnie i powrócenia do kraju. Ale jak żona Seneki, która 
dobrowolnie odebrała sobie życie, dowiedziawszy się że mąż jej z rozkazu Nerona 
musi zginąć, tak i nowa ta Paulina, głucha zawsze na wszystko, co nie było 
godnem jej pięknego serca, stałością swoją tam sobie drogę otworzyła, dokąd ją 
obowiązki żony powoływały, i nie zważając na wszystkie przeszkody, za mną jechać 
postanowiła.
Tymczasem ja bez żadnego wypadku jadąc, przyjechałem do Ekaterinburga, tu 
przypadkiem dowiedział się o moim przyjeździe radca kolegjalny wydziału 
górniczego, pan Steinfeld, zaprosił mię do siebie i trzy dni w domu swoim 
zatrzymał. Słyszał on już poprzednio o wypadkach mojego życia, i przy pożegnaniu 
wręczył mi list do kuzyna swojego, jenerała Szram,

w mieście Omsku mieszkającego, dokąd i ja w pierwszych dniach lutego przybyłem.
Tu w Omsku były podówczas naczelne władze korpusu sybirskiego, któremi pod 
niebytność księcia Gorczakowa () zarządzał przybyły z Tomska jenerał gubernator 
Tatarynów. Naczelnikiem zaś sztabu był jenerał Żemczużników, który będąc 
poprzednio naczelnikiem jeneralnego sztabu w Oremburgu, znał mię osobiście, 
albowiem będąc przypadkiem w Uralsku, był obecny na moim ślubie; do niego więc 
wprost udałem się, gdzie zastałem takie i korpuśnego doktora, pana Juljana 
Stubendorf.
Rozmawiając z naczelnikiem sztabu, prosiłem go, aby mię tu na służbie 
zostawiono, jeżeli zaś tego uczynić nie może, to przynajmniej, aby mi na 
przyjazd żony czekać dozwolił. Pan jenerał oświadczył mi, że wyroku sądu przez 
cara zatwierdzonego, w którym mój pobyt naznaczony jest w Nerczyńsku, zmienić 
nie może, co się zaś tycze czekania na żonę, to, obracając się i pokazując mi 
doktora, od niego zależeć będzie.
Od tej chwili, chociaż pan Stubendorf mnie nie znał, stałem się jednak niejako 
jego własnością, albowiem on mieszkając w terytorjum głównego wojskowego 
lazaretu, naznaczył mi mieszkanie u siebie, w sposób, że mie pomieszczono nibyto 
w lazarecie, a rzeczywiście mieszkałem w jego prywatnym domu.
Na obiad powiózł mię mój dobry doktor do jenerała Szram, któremu list od jego 
krewnego z Ekaterinburgu oddałem. Po obiedzie na prośbę gospodarza, w sali, 
dokąd przybyła żona jego z córkami, opowiadałem niektóre epizody z życia mojego.
W czasie mojego opowiadania, pan jenerał dwa razy tylko na przemiany robił 
wykrzykniki: Eto użasno! (to okropnie) i Eto prekrasno! (to pięknie) w miarę 
tego jak opowiadanie było

-----------------------------
() Brat bohatera go kwietnia  r. w Warszawie,

straszne lub rozczulające. Że zaś te wykrzykniki bardzo często powtarzał, to 
słuchającemu z boku zdawać by się mogło, że ksiądz czyta litanię, a parafianie 
"zmiłuj się" lub "módl się za nami" odpowiadają.
Wieczorem pojechałem z doktorem do dwóch moich rodaków razem mieszkających, to 
jest: do pp. Adolfa Januszkiewicza i Pawła Ceplińskiego. Że zaś oni, tylko co z 
osiedlenia ułaskawieni, postąpili na służbę cywilną, a z tego powodu wąsy zgolić 
musieli, przeto wyżeł ich, od lat kilku przy nich będący, ile razy w twarz 
któremu z nich spojrzał, nie poznając ich, szczekał niemiłosiernie, przez co i 
nas samych więcej do wesołości niż do rozmowy pobudzał.
Trzy czy cztery dni z rzędu woził mię i znajomił z różnemi osobami mój poczciwy 
eskulap, po przejściu których, ja już jako chory, nie wyjeżdżałem z tego 
mieszkania, nie dla tego, aby mi to było wzbronione, o! nie, tam bowiem 
egzystuje ten chwalebny zwyczaj, że jeżeli zwierzchnik patrzy przez szpary, to i 
młodszy nie wtyka nosa, ale delikatność z mej strony wymagała, nie nadużywać 
jego dobroci, równie jak i innych władz wojskowych pobłażania, z któremi na 
każdym kroku spotkać się mogłem. Z tego powodu przyjmowałem tylko odwiedziny 

background image

moich znajomych, a w niebytności gospodarza czytając jego bibliotekę, czekałem 
na Albinę, którą o tem, że jestem w omskim lazarecie, listownie zawiadomiłem.
Niewiadomość o niej, jak równie i niepewność, czy się kiedy zobaczymy jeszcze, 
okropnie mię znów dręczyła. Ztąd to i charakter mój z natury żywy, wesoły, 
prędki i przedsiębiorczy, zrobił się zasępiony, ponury, osołowiały i dziki, a 
zabójcza apatja do takiego stopnia mną owładnęła, ie nie wiele już brakowało, 
abym na prawdę zachorował.
Aż nareszcie w pierwszych dniach marca  roku wieczorem, w chwili, kiedy 
najmniej się spodziewałem, we drzwiach

mojego pokoju pokazała się Magdusia. O Boże! jaką ja radość uczułem! z jaką 
skwapliwością rzuciłem się na nią, i serdecznie ściskając i całując ją, o mało, 
żem jej nie zdusił! Krzyknąłem na stangreta doktora, aby w jednej sekundzie 
zaprzęgał, byłbym poleciał nie czekając, ale Magdusia zmordowana długiem 
chodzeniem, piechotą iść nie była w stanie. Zniecierpliwiony chcę pomagać 
zaprzęgać, ale nie umiejąc, przeszkadzam tylko; nakoniec schwyciwszy Magdusię, 
rzucam nią jak pudełkiem w sanki, i siadając obok niej, pędzę jak wicher do 
wskazanej mi przez nią oberzy!
O Boże! z jakiem ja wzruszeniem i niecierpliwością, trzęsąc się cały, schwyciłem 
za klamkę do pokoju Albiny wiodącą! z jakiem rozmarzeniem i potokiem łez, po 
ośmnastu-miesięcznem niewidzeniu, objąwszy ją, całowałem, ściskałem, płakałem!
Biedna i nieszczęśliwa Albina okropnie się zmieniła! Ona była tak blada, chuda, 
wynędzniona, że spotkawszy ją na ulicy, możebym jej nie poznał.
— O Boże! — patrząc na nią, pomyślałem — czyż nie powinienem do całej ludzkości 
pałać nienawiścią i zemstą! Co oni z nią zrobili?... i za co?... słyszycie! za 
co?... Ha! potwory ! milczycie!...
Tak wyrzekając, znów ją całować zacząłem, albowiem chód tak nędzna, zawsze mi 
była drogą, o tyle droższą, o ile przedmiot ukochany bliższym był zatracenia.
Albina, widząc mie, nie mogła się swojem szczęściem nasycić ! Wszystko, co 
minęło, i co ucierpiała, już zapomniała, ale w jej spojrzeniach, słowach i 
ruchach przebijało się coś okropnego ! coś niepewnego! i ojej życiu 
zatrważającego! o ludzie! o porody krokodyla! patrzcie na nią, i cieszcie 
się!...
Dwie niedziele blisko mieszkaliśmy oboje u wyżej wspomnionych naszych rodaków, 
którzy nam parę pokoi odstąpili. Przez ten czas czekaliśmy na ustalenie się 
drogi i tarantas.

który starałem się kupić, na saniach bowiem nie można już było jechać, i 
zrobiwszy wiele znajomości, w połowie dopiero marca, z uczuciem wdzięczności i 
miłych wspomnień dla mieszkańców Omska, wyjechaliśmy z niego nakoniec.
Podróż ztąd nasza była cicha, spokojna i jednostajna, wypadków w niej, godnych 
uwagi czytelnika, nie było prawie żadnych. Naczelnik sztabu, polegając na mojem 
słowie, a więcej może na niepodobieństwie uciekania z głębi Syberji, kazał mi 
oddać papiery w ręce, żołnierza zaś posadziwszy na koźle, więcej mu lokajem niż 
konwojującym mię być rozkazał, a mając na uwadze, aby go nie zmieniano, w 
miastach przeto tylko, to jest w rezydencjach garnizonowego sztabu, a nie na 
etapach () przemieniać w danym rozkazie zalecił; z tego powodu styczności nie 
miałem z oficerami etapowemi najmniejszej, którzy, prawdę mówiąc, nie wszyscy 
odznaczali się szczególniejszą konduitą. Wiedziała jak widać o tem miejscowa 
władza, i przez dany rozkaz, abym nie miał z nimi styczności, wielu mi 
nieprzyjemności oszczędziła.
Że zaś my, będąc nieszczęśliwymi, jechaliśmy do nieszczęścia, postanowiłem 
przeto nie spieszyć się i nie zbliżać do niego, a ile możności przeciwnie 
oddalać od siebie, dla tego jadąc po jednej stacji w dobę, prawie w każdej 
wiosce nocowaliśmy, a gdzie nam się podobało, to i kilka dni w miastach, dla 
wypoczynku słabej Albiny, mieszkaliśmy.

background image

W ogólności zaś, przejeżdżając przez Syberję, zauważałem i prawdę tu wyznać 
powinienem, że mieszkańcy jej, czy to z powodu, że jeszcze wówczas nie wiele 
odstępując od stanu natury, byli niezepsutymi, czyli że przodkowie ich, 
zasiedlając tę krainę, równie byli wygnańcami i wyrzutkami społeczeństwa, a

------------------------------
() Rządowe zabudowania, w których partja skazanych do Syberji zatrzymuje się, 
nazywają się "etapami".

ztąd każda prawie familja miała swoje tradycje i wspomnienia, czy nakoniec, że 
patrząc na ciągle i nieustannie przechodzące gromady aresztantów, oswoili się z 
nieszczęściem, a może co najpewniejsza, że hodie mihi, cras tibi, (dziś mnie, 
jutro tobie), dosyć, że w obchodzeniu się z nami nadzwyczaj byli względni, 
usłużni, ludzcy i gościnni. Władze zaś miejscowe, prawie bez wyjątku wszędzie i 
zawsze najmniejsze nasze życzenia z największą skwapliwością i uprzejmością 
spełniały.
Powodem do tego, prócz osobistych może być zalet urzędnika, niekiedy bywa i to, 
ie on, co się często trafia, zagnany w te strony koniecznością służenia, 
niełaską starszych, intrygą, zbiegiem okoliczności lub nieprzyjaznym losem, ma 
wiele miłych wspomnień przeszłości, i rad widzi przybylca tejże samej co i on 
zdającego się być kategorji; na samym przeto wstępie swojej z nim znajomości, 
stara on się dać poznać, że nie będąc rodowitym Sybiryjczykiem, tęskni równie za 
stroną, z której go wydalono, a chcąc pokazać swoje wychowanie, ukształcenie i 
wyższe umysłowe pojęcie, chętnie robi się usłużnym i pomocnym, aby w. swojej 
osobie pokazać choć małą część ogniwa tego wielkiego łańcucha cywilizacji, jaką 
się podług niego europejska Moskwa od Syberji odznacza.
Dojeżdżając do Irkutska, dowiedziałem się w drodze, że w rządowej gorzelni, 
Aleksandrowskim zawodem zwanej, było zesłanych kilkunastu naszych rodaków w roku 
. za związek Konarskiego, i chociaż to nie było po drodze, chcąc się z nimi 
zapoznać, zboczyłem z traktu, i u pana Michalskiego, do którego niedawno żona 
przyjechała () parę tygodni zabawiliśmy.

---------------------------
() Zastałem między innymi Jacka Gołyńskiego, którego Albina jako ożenionego z 
krewną swoją, Karoliną Krosnowską, znała jeszcze w kraju, i któren niedługo 
potem z tęsknoty za krajem, żoną i dzieckiem, (którym przyjazdu do niego 
wzbroniono) umarł w Irkutsku. Z powszechnym żalem rodaków, a szczególniej 
kolegów, z jednej okolicy i tej samej spra-

Oni, jakoteż i inni koledzy, radzili nam, abyśmy po drodze do Irkutska, wstąpili 
do wsi Uryk, gdzie podówczas było prawie całe gniazdo zesłanych, za dzień go 
grudnia  r. magnatów rosyjskich.
Przyjechawszy tam, zdarzyło nam się po raz pierwszy być w towarzystwie Rosjan 
arystokratów. Książęta, hrabiowie, jenerałowie, pułkownicy i wiele innych 
znakomitych osób, niektórzy z nich z żonami, drudzy bez nich tu mieszkali, inni 
zaś umyślnie z okolicznych wiosek przyjechali, aby poznać się z nami. Wszyscy 
oni przyjęli nas z otwartemi rękami, bo wszyscy, jak twierdzili, sprawę naszą za 
swoją uważali. Okazywali oni najwyższy szacunek i uwielbienie mojej Albinie, i 
dziwili się, że w tak słabem i szczupłem ciele, tyle wytrwałości, charakteru i 
hartu duszy znaleźli.
Książę Wołkoński, jeden z zesłanych, nie chciał nas puścić z domu swojego, 
dopóki gubernatora cywilnego w Irkutsku o naszem przybyciu nie uprzedzi. Posłał 
więc do niego umyślnego posłańca z listem, i w oczekiwaniu na odpowiedź, tydzień 
tu cały mieszkaliśmy.
W skutek otrzymanego listu od gubernatora, opuściliśmy gościnny Uryk, a 
wjeżdżając do Irkutska, cywilny gubernator, pan Piatnicki, kazał dać nam 

background image

mieszkanie u wdowy po urzędniku, dom swój przy ulicy wielkiej mającej.
Tu w Irkutsku poznaliśmy się prawie ze wszystkimi, na wygnaniu będącymi, naszymi 
rodakami. Nazwisk ich nie wymieniam, z powodu, że mało jest w naszym ukochanym 
kraju familij, któreby swoich członków lub znajomych pomiędzy nimi nie miały, 
lub ich osobiście nie znały.
W oczekiwaniu na przeprawę przez Bajkał () dwa tygodnie

-------------------------------
wy z nim zasłanych: Juljana Sabińskiego, Joachima Leśniewicza, dwóch Olizarow, 
Kosakowakiego, Podhorodyńskiego, i wielu innych.
() Objaśnienie o Bajkale na końcu.

przeszło tu mieszkaliśmy, ale poczciwa, wierna i przywiązana Magdusia, tak 
zachorowała, że ani czekać na nią, ani wziąć z sobą, w żaden sposób nie 
mogliśmy. Księżna przeto Trubecka, małżonka przestępcy z  roku, wzięła ją 
pod swoją opiekę, a gdy ta później w Irkutsku umarła, to ułaskawiony mąż jej, 
wywiózł ją do Kijowa, gdzie jak słyszałem, i dotąd żyje. Ja zaś z moją Albiną, 
przebywszy szczęśliwie Bajkał, przybyliśmy do Nerczyńska, o tysiąc trzysta 
wiorst od Irkutska leżącego.
Do tej sławnej Nerczyńskiej kopalni, przyjechałem go października  roku. Tu 
zastałem na poczcie oczekujące na nas pieniądze, kupiłem dom, konie, bydło i 
różne sprzęty, zbudowałem młyn deptak na podwórzu, i zająłem się gospodarstwem, 
aby nie żyć kapitałem. Władza miejscowa zapisała mię W szereg żołnierzy, nie 
przeszkadzała w niczem, owszem, położenie moję przez nieużywanie mnie na służbę, 
osładzać starała się, ale nie mniej jednak czułem się być nieszczęśliwym.
Należąca bowiem więcej już do drugiego świata Albina, tylko stanem poważnym, w 
jakim się znajdowała, życie swoje podtrzymywała; dzieląc się wreszcie gasnącem 
życiem, z nowym synem Konradem, podzieliła się także i zarodem suchot, które się 
w jej łonie od czasu przyjazdu do mnie, rozwinęły. Sądźcie więc z tego, moi 
kochani czytelnicy, jakie ja męki przenosiłem, kiedy raz przywoławszy mię. do 
siebie, w te słowa mówić zaczęła:
— Nie dla tego żądałam cię widzieć, mój drogi i kochany mężu, aby twoje 
przywiązanie do mnie, smutnemi życia ludzkiego obciążać obrazami, wiem, że 
kochającemu mężowi, śmiertelne łoże żony niemiły sprawia widok, albowiem stawia 
mu przed oczy, nietylko cierpienia ukochanego przedmiotu, ale jeszcze i te 
chwile, w których błądząca dusza na wpół z ciele-

snych więzów uwolniona, przebiega nierówną drogę, przeszłości, teraźniejszości i 
przyszłości.
... Byłam twoją kochanką, następnie żoną, a teraz zbliża się chwila, w której 
wdowcem zostaniesz! Przykro mi i nader bolesno, że cię zostawiam pomiędzy 
ludźmi, których nieprzyjaciołmi naszymi zwać musimy, — nie zniechęcaj się do 
nich, mój drogi!
Tu zażądała napoju, i przełknąwszy parę kropel i zebrawszy myśli, mówiła dalej:
— Przebacz im tak, jak ja im umierająca przebaczam!... sam przekonałeś się, że 
naród ten równie jak i my jest nieszczęśliwy, chociaż on tego nie czuje, i że 
pomiędzy nim są ludzie, a ludzie godni szacunku. Prawdziwy Chrześcjanin nie 
powinien żywić w swem łonie nienawiści, a chociaż patrjotyzm rodząc ją, nie 
zgadza się w tem z religią, pamiętaj przecież, że wprzód był Bóg, nim ludzie o 
kawał ziemi bić się zaczęli. Jeżeli syn nasz żyć będzie, o czem zrodzenie jego 
tak cierpiącej matki, wątpić mi każe, wspomnij mu czasem o biednej matce! więcej 
ci o nim nie powiem. Byłeś dobrym mężem, i takim zostaniesz ojcem. — Wincentę! 
moją drogą siostrę Wincentę! och jakżebym ją do konającego serca przycisnąć 
chciała! Błogosławię ją, napisz jej o tem, a równie jak bratu Antoniemu, i ojcu, 
jeżeli ten jeszcze jest przy życiu. () O Magdusi pamiętaj, i jeżeli kiedy 
zgłosi się do ciebie, nie opuszczaj jej!

background image

... Jesteś młody jeszcze mój drogi i kochany mężu, nie wkładam przeto na ciebie 
więzów, i jeżeli znajdziesz godną siebie osobę — żeń się! bo chociaż kocham cię 
nad życie, naganną jednak byłoby rzeczą, gdybym pozagrobową jeszcze zazdrością,

---------------------------
() Przez czas pobytu naszego w więzieniu, nie odbierała Albina ani jednego 
listu od siostry, chociaż ta, tak wiele razy pisała, ztąd to i niepewność o 
życiu ojca, który chorował.

krępować miała twoje chęci i wolę!... Testament, który śmiertelna ręką 
podpisałam, odeszlij do mojej familji, nie wątpię, że ostatnia wola umierającej 
siostry świętą dla niej będzie!
Słuchałem zalany łzami ostatnich słów mojej kochanej Albiny! i niestety! 
widziałem ją z każdą chwilą gasnącą; w czasie jej choroby, trwającej blisko trzy 
miesiące po połogu, sam jej W dzień i w nocy usługiwałem. Cierpienia i 
niewygody, jakie W jej słabości z przyczyny ustawicznej walki z mojem zbolałem 
sercem przenosiłem, może choć w części spłaciły te boleści, jakich ona, 
troszcząc się o mnie, doświadczała.
Jakkolwiek czułem, że tracąc ją, tracę wszystko na ziemi, z całą jednak siłą i 
potęgą umysłu, starałem się niepokazywać wewnętrznej boleści mojej, i przy jej 
łożu z wypogodzonem czołem stawałem.
Lecz gdy go czerwca  roku zobaczyłem ją w dwudziestej piątej wiośnie życia 
na rękach moich, księdza Boguńskiego i doktora Antoniego Beauprée, 
(współwygnańców) konającą, a następnie martwą, zdawało mi się, że mi serce i 
duszę wyrwali, tak ją mocno kochałem!
Jako Chrześcjanin, prawie cieszyłem się, że ta czysta dusza odpocznie nakoniec 
na łonie dobrego Ojca, lecz jako człowiekowi, mężowi i ojcu, zrobiło mi się za 
Bajkałem tak ciasno, jak Antyjochowi bez Weroniki na Wschodzie.
Śmierć tej nieszczęśliwej kobiety była lekką i spokojną, suchoty oszczędziły jej 
okropnych mąk konania, i nie zmieniając jej łagodnej twarzy, otworzyły tej 
wielkiej duszy, godnej łaski nieba, łaskawą ręką bramy wieczności. Bóg zapewne 
to rozkazał dla tego, aby wspomnienie jej pobożnej śmierci, zostało wyryte w 
wspomnieniach tych ludzi, którzy nie lękając się ostatecznego sądu, zobaczą, że 
przejście z jednego do drugiego życia, nie jest tak trudnem, jak się wydaje.

W niebytności plebana za bajkalskiego, księdza Filipowicza, objeżdżającego 
podówczas obszerną parafię, ksiądz Boguński oddał zmarłej ostatnią przysługę, 
obrzędem i uczuciem kapłańskiem, acz nie w kapłańskim stroju, a cicha łza 
współczucia niemałego grona współwygnańców, odprowadziła jej zwłoki na 
cmentarz!...
Oto jest żywot kobiety, która nie wychodząc za obręb domowego życia, jej płci 
podobno najwłaściwszy, uczuciom żony i matki, wpisała imię swoje w poczet 
najzacniejszych Polek! — Nie wiele więcej, jak w rok po jej skonie, poszedł za 
nią i osierociały Konrad. Mogiłę nad niemi, ręką osieroconego męża i ojca, sam 
wzniosłem, i przez lat kilkanaście przystrajałem każdej wiosny w kwiaty krajowe! 
Mogiłę! ukrywającą zwłoki matki i syna! mogiłę dobrowolnej wygnanki — pierwszej 
Polki! zagnanej do Nerczyńska, miłością i świętością wypływających z niej 
obowiązków! mogiłę nakoniec, którą i sobie przygotowałem!
O! jak na plany człowieka nic liczyć nie można! My naprzykład mieszkając w 
niewoli, uwoziliśmy dzieci nasze, ażeby obok innych powodów, w grobie familijnym 
je pochować, gdzie i sami spocząć zamierzaliśmy, gdy tymczasem, jakby na 
przekorę naszym zamiarom, dwoje z nich pochowano w Saratowie, jedno w Uralsku, 
żonę z synem w Nerczyńsku, a mię? Bóg jeszcze wie gdzie położą.
Na tem tymczasem postanowiłem ukończyć moje opowiadanie. Zbyt jestem rozczulony, 
ażebym pochowawszy najlepszą żonę i opisując to, mógł pisać dalej; i chociaż ja, 
po jej zgonie, blisko lat siedmnaście mieszkam w Syberji, zbyt świeże są 

background image

przykłady zarządu wschodnią Syberją hrabiego Amurskiego, i nadto jest delikatna 
materja, opisywać osoby, wpływ na mój los mieć mogące, ażebym to teraz mógł 
zrobić, lecz za po-

wrotem do kraju, z całą rzetelnością i prawdą, jak dotąd, nie omieszkam oddać 
każdemu to, co się komu należeć będzie, i na co który zasłużył.

Pisałem w Irkutsku, na początku marca  r.

VIII.

ZAKOŃCZENIE.

Gdyby nie potrzeba zadowolenia czytelnika, mającego prawo wymagać rachunku z 
osób, tą powieścią objętych, powinienbym na tem zakończyć moje opowiadanie, bo 
kiedy straciliśmy już z oczów główną heroinę tego zdarzenia, to cóż wam powiem o 
sobie, coby choć w części mogło być zajmujące, albo ciekawe. Opiszę wam chyba 
następujące wrażenia, jakich doznawałem.
Oto patrzyłem i ubolewałem nad ludźmi, którym zbrodnicza ręka, zawarłszy prawo 
natury, w sercu zakreślone, zrobiła z nich wyrzutków społeczeństwa, i w ciemnych 
lochach zmusiła bić młotem kruszcowe pokłady, które jak żyły, krążą w łonie 
ziemi, a wydobyte na powierzchnią, topnieją w hutach bladym i straszliwym, jakby 
gorejącego piekła płomieniem. Te to straszne ogniska, oświecając blade, dzikie i 
ponure niewolnicze twarze, robią ich chodzącymi trupami. I tacy to są właśnie 
prości przestępcy, za rozmaite zbrodnie tu w katożne roboty zesłani.
Cóż wam powiem o kraju, gdzie słońce jakby tumanem zasłonięte, rzuca niechętne i 
ukośne światło, a moc jego pro-

mieni jest tak słabą, że zamarzniętą ziemię na warstwę zaledwie do dwóch łokci 
dochodzącą, odtapia; ztąd to bez względu na szumiące gaje, brzozowe, cedrowe i 
modrzewiowe lasy, słowik się nie odzywa, bo mu brak dąbrowy, a kwiat polowy, 
chociaż i nadzwyczajnie piękny, nie ma naszego zapachu.
Cóż wam wreszcie powiem o kraju, gdzie wzrok człowieka, błądząc w labiryncie 
gór, dolin i lasów, nic nie widzi, prócz rzadkich i ponurych wiosek, lub ze 
zwiniętym namiotem, szukającego dla swego bydła żyźniejszej ziemi, Tunguza.
Cóż wam nakoniec powiem o kraju, gdzie głos i ojczysta mowa wygnańca Polaka 
napróżno obija się o góry i skały, gibraltowym podobne, a nocną porą oko jego 
odmienne tylko niebo i gwiazdy spostrzega; i cóż wam dziś powiem? oto powiem 
wam, że to są "Nerczyńskie kopalnie", że to jest Sybir — dolina płaczu, i 
obszerne więzienie, któremu tylko drzwi piekielnych i napisu na nich Dantego 
brakuje.
W tym to Sybirze, ja teraz powtórnie osierociały, prowadziłem jak klepsydra 
monotonne, przez lat siedmnaście niczem nie pocieszone życie; długo i bardzo 
długo myślałem z początku o zmarłej żonie, i tak o straconem marzyłem szczęściu, 
jak marzy żeglarz o rozbitej łodzi, niegdyś majestatycznie i szparko po morzu 
płynącej.... Moje fantastyczne myśli zmięszane były z żalem i rozkoszą. Nieraz, 
wspominając Albinę, uśmiechałem się, a zapomniawszy o jej skonie, upatrywałem 
dla niej wieniec chwały i świetny los w przyszłości; ale gdym wejrzał na smutną 
rzeczywistość, i na moje sieroctwo popatrzałem, twarz moja przybierała wyraz 
dzikiej rozpaczy, i w takiej to zabijającej apatji zostawałem po kilka godzin, 
nie słysząc głosu ludzi, i nie widząc ich nawet około mnie się wijących. 
Ockniony wreszcie jakby z letargu, ze smutkiem rozmyślałem o niesprawiedliwości, 
ludzkość dotykającą. Dla czego — myślałem — nędzarz w ubogiej chatce, wita 
wschodzące słońce z goryczą i

background image

łzami, gdy tymczasem bogacz wita je z uśmiechem i widokiem nowego szczęścia ? 
Czyż oni nie są ludźmi i dziećmi jednego Boga? czyż słońce nie powinno ich witać 
zarówno, i jednem uczuciem napełniać? Ale Bóg w swych wyrokach niezbadany, tak 
samo prawie i cala natura rozporządził; tu bowiem błoga wiosna pozłaca kwieciste 
równiny, gdy tymczasem, tam daleko! daleko... w tymże samym czasie, śnieg 
spadający pochyloną i pożółkłą trawę przygniata.
Uspokoiwszy się cokolwiek, pierwszym moim obowiązkiem było napisać do rodzeństwa 
ś. p. Albiny list, w którym donosząc im o śmierci matki i syna, zrzekłem się po 
niej wszelkiej sukcesji. Póki żył Konrad, nie miałem prawa ogałacać go z daru, 
jaki mu matka pod firmą moją przeznaczyła, ale gdy ten żyć przestał, sumienie 
moje zabroniło mi z jej testamentu, na imię moje zrobionego, korzystać; 
najboleśniej mi to jednak było, że list ten w języku moskiewskim napisać byłem 
zmuszony. () Co oni tam o mnie pomyśleli? Bogu to tylko wiadomo. Że zaś nie 
odebrałem od nich najmniejszej wiadomości, byłem zbyt dumny, ażebym z 
niezasłużonego zarzutu, jakobym zapomniał ojczystej mowy, miał się tłómaczyć.
Tak klepiąc biedę, żyłem spokojnie lat dziesięć w Nerczyńsku; w tym czasie 
władza irkutska poleciła dowódzcy bataljo-

---------------------------------------
() Powód do napisania tego listu w języku moskiewskim był następujący: mnóstwo 
kolegów moich, za sprawę ojczystą zesłanych w katorżne roboty, pozbawione było 
prawa pisania do familji, mnie zaś, jako żołnierzowi, prawa tego nie odjęto; z 
tej przyczyny wszystkie listy przez nich do krewnych pisane, ja podpisywałem, na 
pocztę odsyłałem i na nie pod moim adresem odpowiedzi odbierałem. Tak obszerna 
ze wszystkiemi prawie prowincjami korespondencja, nie mogła niezwrócić uwagi 
władzy, która poznawszy się na fortelu, poleciła pod najsroższą 
odpowiedzialnością dowódzcy bataljonu mnie zabronić komunikacji, a listy pisywać 
po moskiewsku. Że zaś dowódzca mój nie znał języka francuskiego, a mnie 
koniecznem było donieść siostrze Wincencie o śmierci Albiny, dla tego to 
zrobiłem. Do moich zaś rodziców i krewnych od r. . ani jednego listu dla 
tych powodów nie pisałem.

nu, aby mię, jako niepozbawionego szlachectwa, do stopnia oficerskiego 
przedstawił, ale ja, gdy mi to objawiono, dziękując, stanowczo odmówiłem; 
niestosowną bowiem, nie prawą i nie szlachetną zdawało mi się rzeczą, przysięgać 
i gorliwie służyć temu samemu rządowi, do którego żal ściska mi serce, a na 
obalenie którego wraz z innymi z Francji przybyłem.
W  r., bataljon, w którym ja byłem policzony, z Nerczyńska wystąpił na inne 
miejsce. Jest to równie kopalnia srebra, a w bliskości i złota, nad brzegami 
rzeki Szyłki, i od imienia tejże rzeki, fabryką "szyłkińską" zwana.
Punkt ten ze względu strategicznego, rządzca wschodniego Sybiru wybrał umyślnie, 
na dopełnienie zamierzonego planu, o którym Piotr Wielki jeszcze 
zamyślał.Śmiały, czynny, przedsiębiorczy, sprężysty i energiczny, słowem jeden z 
najznakomitszych jenerałów rosyjskich (jak to sam w Revue de deux Mondes o nim 
czytałem), jenerał gubernator, jenerał adjutant, i rozlicznych orderów kawaler 
Mikołaj Mikołajewicz Murawiew, a następnie hrabia Amurski, zamienił sochę 
włościańską na pikę, lemiesz na karabin, siermięgę na kozacki kaftan, i z takim 
to nowo kreowanem wojskiem, zamierzył kraj Amurski przyłączyć do Moskwy, w 
chwili, kiedy jej potęga, pod tysiącem dział wojsk sprzymierzonych w Krymie, 
prawie już była zachwianą; ale ten dyplomata, zamierzywszy, aby, jeżeli tam coś 
z granic odpadnie, tu za to przybyło, postanowił (pod Szumok) z dwoma tylko 
bataljonami i kilku działami z najzuchwalszą śmiałością i niesłychaną odwagą, 
rzucić się na powierzchnią Szyłki i Amuru, co też sam na czele wojska zrobił; i 
bez najmniejszych prawie kosztów rządowych, nietylko tę ostatnią rzekę, ale i 

background image

prawy brzeg onej, traktatem z Pekinem, go kwietnia  roku zawartym, do 
Moskwy przyłączył.

Ze zaś bataljon, w którym ja byłem pomieszczony, miał ruszyć na wyprawę, pan 
hrabia przeto tyle był łaskaw, że mię zapytać kazał, czy i ja nie życzę sobie 
należeć do niej? ale ja dziękując najmocniej panu hrabiemu za okazane mi 
względy, odpowiedziałem przez tegoż samego adjutanta Czerkaskiego, że kiedy mi 
to do wyboru zostawia, to wyznam szczerze, że nie życzę sobie należeć osobiście 
do wyprawy, w której rozprzestrzenienie granic moskiewskich mają na celu.
Nie wiem, w jaki sposób odpowiedź moją zakomunikowano panu hrabiemu, mogłem 
wprawdzie zapytać o to, nie zapytałem jednak; to tylko pewna, że ty bataljon 
wystąpił w pochód, a na miejsce jego przyszedł do Szyłki ty, i mię w nim 
pomieszczono; krajowcy zaś, dowiedziawszy się o mej odpowiedzi, równie jak i o 
pierwszem odmówieniu stopnia, przejęli się dla mnie nieukrywanym szacunkiem.
Z powodu wstąpienia na tron Aleksandra II., ogłoszone łaski dosięgły wszystkich 
prawie szanownych i kochanych moich współwygnańców i kolegów. Szczęśliwi wrócili 
na łono swojej rodziny; mnie zaś z wojska tylko uwolniono, i do Irkutska na 
służbę cywilną wstąpić kazano, bez powrotu do kraju!
O Boże! co się ze mną działo! łatwo pojmiecie — chorowałem ciężko cztery 
miesiące, i myślałem, że skończę, ale niestety ! nie tak się stało, a widząc się 
prawdziwie samotnym i od rodaków opuszczonym, gorzkiemi oblałem się łzami! 
Przyjechałem nakoniec do Irkutska, i tu półtora roku, nie służąc znowu, 
mieszkałem. Dobrzy mieszkańcy miasta tego, z prawdziwym udziałem przyjęli mię 
pomiędzy siebie. Cały prawie Sybir, (jak mi to sami później mówili) uczuł 
dopiero, co to jest strata Polaków. Obok bowiem korzyści, jakie im ci ostatni 
przynosili w edukacji ich dzieci, nie było prawie domu, w którym by nasi 
wygnańcy pożądanymi nie byli. Każdy prawie z nas miał po kilka domów 
familijnych, w których nas pra-

wie za członków uwalano, i to do takiego stopnia, że kawaler nie żenił się, 
panna za mąż nie wychodziła, ojciec w drogę nie wyjechał, lub nowego planu nie 
przedsięwziął, a matka nowo narodzonemu imienia nie dawała, bez poradzenia się 
naszego, i prawie zawsze co który z nas wyrzekł, stawało się dla nich wyrocznią.
O pamięć wam i miłe wspomnienia, dobrzy, przychylni i gościnni mieszkańcy 
wschodniego Sybiru!
Tobie zaś, poczciwy i szlachetny Ludwiku Szulc, w szczególności składam moje 
podziękowanie. W twoim to domu w Irkutsku półtora roku mieszkałem, a twoja i 
twej małżonki prawdziwie bezinteresowna przyjaźń, jaka nas od lat kilkunastu 
łączyła i łączy, zapewnia wam obojgu z mej strony dozgonną wdzięczność.
W  roku, w końcu dopiero lipca, na kilkakrotne i niezmordowane prośby i 
przedstawienia do tronu hrabiego Amurskiego, dozwolono mi wreszcie powrócić do 
kraju. Moi dobrzy znajomi Irkuczanie tłumem rzucili się do mnie z radą, abym nie 
wracał; niestety! słyszeli oni już z odbieranych od niektórych powróconych 
wygnańców, listów, że u nas w kraju nie ma opieki, ani komitetu, któryby o 
wracających wygnańcach pomyślał, prosili mię zatem szczerze, abym pozostał, 
zapewniając, że moją przyszłość całkiem zabezpieczą. Ale ja pomimo tego, żem 
wiedział, iż nie wracam do majątku, nie mogłem dopuścić, ażebym będąc wolnym, 
nie wracał do kraju, w którym zrodziłem się, wychowałem i wzrosłem, i w którym 
myślą ciągle przebywałem! Nie wracać do kraju, którego szum zielonych gajów, a 
wśród nich miłą melodję słowika bez przerwy, bo nawet na Sybirze zdawało mi się, 
że słyszałem! do kraju! którego kłosy obszernych łanów, nietylko swoich, ale i 
wędrowców gościnnie karmią, do kraju wreszcie, gdzie mię młodego Wisła kąpała, a 
której woda nawet zdaje się być od

background image

innych mokrzejszą! do kraju nakoniec, który się moją ojczyzną zowie! — O! niech 
mię Bóg zachowa od podobnej zbrodni!
Dla tego przeto w sześć dni wybrałem się, w czterdzieści zaś, po dwudziestu 
czterech latach pobytu w Sybirze, a pięciu za granicą, przejechawszy  wiorst 
od Irkutska, przybyłem dnia go września,  roku, do Warszawy!
Nie będę wam opisywał tych uczuć i wrażeń, jakie na mnie widok rodzinnej ziemi 
sprawił. Zbyt drażliwa jest i delikatna materja, opisywać to czego nie można, a 
na co sami patrzycie! Powiem tylko, że siostrę moją, Rafalinę, siostrę czterech 
wygnańców !!! zastałem w niedostatku, obarczoną jeszcze sierotami ! ani ojca, 
ani matki, ani żadnej opieki, nikogo nawet ze znajomych po tylu latach już nie 
znalazłem! Cóż mi więc pozostało? oto spojrzeć w niebo, westchnąć głęboko, i na 
tem — skończyć.

OBJAŚNIENIA.

Bagrenie (), jestto rodzaj rybołóstwa, dwa razy zimową porą praktykujący się, 
na rzece dawniej Jaćk, dziś od uśmierzenia buntu Pugaczewa, Uralem zwanej; rzeka 
ta z gór uralskich początek swój biorąca, wpada do morza Kaspijskiego; wylew 
tego morza, i własność pływania ryb pod wodę, sprawiają, że ryba w nim będąca, 
wypływa w Ural; na tej rzece, pod samem miastem Uralskiem, jest zrobiona zastawa 
w sposób, że przeszkadzając biegowi wody, nie pozwala rybie za tę granicę 
przechodzić. Przestrzeń więc na  wiorst od Uralska do morza, jest wyłączną 
własnoscią Bralców, i nikt prócz nich nie ma tu prawa łowienia ryb.
W połowie listopada, gdy rzeka już zamarznie, Uralcy uzbrojeni siekierami, 
motykami, żelaznemi drągami i innemi stosownemi narzędziami, wychodzą na lód i 
tam robiąc nie wielkie otwory, dostają za pomocą bagrów z dna rzeki, zupełnie 
uśpioną rybę. Z dobytych ryb, tam zaraz na miejscu wyjmują kawior, solą go nie 
wiele, napełniają baryłki, i wraz z zamrożoną rybą, wiozą do Petersburga. 
Bagrenie to nie rozciągające się dalej od dwóch wiorst od miasta, krajowcy 
nazywają małe bagrenie, czyli bagrenie na prezent. Kancelarja wojskowa tu zaraz 
zakupuje potrzebną ilość ryb i kawioru, opłaca pocztowe konie, deleguje oficera, 
i posyłając go z tym prezentem, poleca mu, aby w dzień go grudnia, w imieniny 
cara Mi-

---------------------------------------
() Bagrenie, pochodzi od słowa Bagor, które oznacza hak żelazny, na długich 
żerdziach osadzany.

kołaja, podarunek ten już był na stole. Prócz tego, pewna ilość ryb i kawioru 
jest przeznaczona także i dla członków cesarskiej familji, ministrów, i 
niektórych znaczniejszych dygnitarzy państwa; zwykle oficer delegowany za ten 
prezent otrzymuje od solenizanta zegarek, lub pierścień, tabakierkę, albo  
rubli gotówką.
Bagrenie drugie nazywa się wielkie, i odbywa się w następujący sposób. 
Kancelarja wojskowa naznacza dzień zwykle po Nowym Roku, w którym wszyscy mający 
prawo bagryć, to jest z całej linii kozackiej zbierają się do miasta. Każdy 
kozak w służbie lub dymisji będący, korzysta z niego, złożony zaś chorobą, lub w 
detencji sądowej, albo wdowa, posyłają za siebie w liczbie jednego najemnika, 
uradnik w liczbie dwóch, oficer lgo stopnia trzech itd. aż do ośmiu robotników 
moie nająć pułkownik. Tak zgromadzeni kozacy, wybierają z pomiędzy siebie 
atamana. Ataman ten, któremu ten tytuł tylko w czasie bagrenia służy, powinien 
być doświadczony, i dobrze obznajomiony z rybołostwem.
Po odbytem na rzece nabożeństwie, rozdzielają się na części, stanowiąc pomiędzy 
sobą kompanię, i znaku oczekując. Znakiem tym jest wystrzał z działa, który jak 
tylko usłyszą, z nadzwyczajną bystrością i zręcznością rąbią lód, w zrobiony 
otwór kładą bagry, i za pomocą nich, na dnie rzeki uśpioną rybę dobywają; jeżeli 

background image

zaś tu nic nie znajdą (co jednak rzadko się trafia) przechodzą na inne miejsce, 
i działając tak samo, w pięć minut mają już rybę. W taki sposób posuwając się 
wzdłuż po rzece, aż do morza, zajmują się tą pracą przez dwa miesiące.
Przeszło stu kupców tu pod tę porę naumyślnie przybyłych, zakupuje na miejscu 
rybę i kawior, i zamarznięte po całej Moskwie i królestwie polskiem rozwożą.
Często się trafia, że trunkami rozweseleni kupcy targują u kozaków niedobytą 
jeszcze rybę, w takich razach sztuki jednej cena nad  rs. nie przechodzi, i 
tak grając zupełnie jakby w loterję, zdarza się, że dobyta ryba warta jest 
daleko więcej, lub przeciwnie, cena jej nie wynosi rubla; w obu wszakże 
wypadkach, sprawiedliwość oddać należy, że umowa święcie bywa spełnioną.

Ktoby zaś w nienaznaczonym czasie poważył się bagryć tajemnie, to prawa ich są 
tak srogie, że winnego w katorżne roboty posyłają. AL nie było prawie wypadku, 
aby kto mogąc być na rozległości  wiorst nie widziany, dopuścił się tego.
Dawniej kancelarja wojskowa miała w swym ręku jus gladii (prawo miecza), ale 
dziś przywilej ten jest jej odjęty.
Dwa razy prócz tego w rok, to jest na wiosnę i w jesieni, wychodzą Uralcy w 
podobnejże ilości na rybołóstwo, ale już w łódkach i z sieciami.
Dochód roczny z tej rzeki, podług urzędowych wiadomości, , .  rubli 
asygnacyjnych nie przechodzi, co podzieliwszy pomiędzy .  kozaków, po  
rubli as. na jednego wypada; mniemanie przeto, jakoby Uralców rzeka ta 
wzbogacała, jest fałszywe, źródło ich zamożności z wymiennego handlu z Kirgizami 
pochodzi.
Dawniej Kirgizy, po za Uralem koczujący, tak byli ciemni, ie potrzebując zboża 
lub mąki, a nie znając języka, nie wiedzieli także różnicy pomiędzy pudem a 
funtem, jako też mając potrzebę srebrnej monety, dla ozdoby szyi swych żon i 
córek, równie ceny nominalnej jej nie znali, i byle jaka srebrna blaszka z 
przewierconą dziurką, aby jej dostać, oddawali bydło, owce, konie i wielbłądy; z 
tego powodu korzystając Uralcy, niemiłosiernie ich oszukiwali, dopóki władza nie 
zabroniła im tego.
Dziś jeszcze można słyszeć dawne czasy opowiadającego Uralca, że handel z 
Kirgizami dopóty dla nich był korzystny, dopóki ci ostatni nie zruszczeli.
Bajkał, Jestto majestatyczne, niedaleko od Irkutska, bo tylko na  wiorst 
odległe jezioro, które gmin morzem nazywa; tradycja niesie, że irkutski 
gubernator, ś. p. Ławiński, nic poddający się gminnemu wyrażeniu, przepływając 
przez niego, nazwał go nie morzem, ale jeziorem. To rozhukane i zemstą pałające 
jezioro tak go ukarało, że nosząc go po swej powierzchni dni kilkanaście (rzecz 
dotąd niesłyszana, albowiem to jezioro ma  wiorst szerokości) mało że życia 
nie utracił. Od tego czasu krajowcy uprzedzają każdego z przepływających,

aby się wystrzegał nazwać go jeziorem, lecz jeżeli który z urzędników przeprawić 
się mających, drażniąc pospólstwo, nazwie go tem imieniem, to przewoźnicy patrzą 
na niego z przestrachem, i chcąc niejako złagodzić gniew jego, tworzą znak 
krzyża świętego.
W języku mongolskim Baj-kał, znaczy morze święte.

KONIEC.