background image
background image

Halina Bujakowska-Korolec

Mój chłopiec, motor i ja

background image

SŁOWO WSTĘPNE REDAKTORA

Bohaterami   tej   romantycznej,   nasyconej   przygodą   książki   jest   dwoje 

młodych   ludzi,   Halina   i   Stanisław   Bujakowscy.   Relacja   z   ich   pionierskiej 

wyprawy motocyklowej do Chin miała się ukazać siedemdziesiąt lat temu. Tak 

się jednak nie stało.

Gdyby   się   wówczas   udało,   być   może   książka   przysporzyłaby   swym 

autorom sławy. Bujakowscy, małżeństwo powszechnie znanych i szanowanych 

podróżników,   jeździliby   po   Polsce   z   wykładami   i   pokazami   przezroczy, 

udzielali wywiadów. Szykowaliby się zapewne do nowej ekspedycji, do Afryki 

albo dookoła świata. A może wszystko ułożyłoby się jeszcze inaczej. Państwo 

Bujakowscy otrzymaliby sowite honorarium, nabyliby pensjonat, na przykład w 

Druskiennikach,   i   w   gorących   źródłach   grzaliby   wytrzęsione   na   azjatyckich 

bezdrożach kości.

Niestety   wybuch   II   wojny   światowej   i   późniejsze   zmiany   na   mapie 

politycznej   Europy   sprawiły,   że   prawdziwa   historia   potoczyła   się   zupełnie 

inaczej. Dziewczęcy pamiętnik, a zarazem kronika jednego z najbarwniejszych 

polskich   wyczynów   podróżniczych   spoczął   w   podróżnej   walizce   i   upłynąć 

musiało siedemdziesiąt z górą lat, nim wydobyty na światło dzienne, kompletny 

i skończony wiosną 2011 roku trafia w ręce Czytelników.

Oboje   pochodzili   z   zamożnych   rodzin,   Halina   była   córką   prezesa 

towarzystwa   ubezpieczeniowego,   Stanisław   synem   lekarza   zdrojowego   w 

Druskiennikach.   Wydawać   by   się   mogło,   że   niczego   im   nie   brakowało,   że 

powodu nie mieli najmniejszego, aby brać rozbrat z komfortową codziennością, 

skazywać   się  na  niewygody  i  tułaczkę.   A  jednak  pewnego   dnia  tęsknota  za 

szerokim   światem   podszepnęła   pomysł   śmiały,   szalony   wręcz,   by   ruszyć 

motocyklem przed siebie i zajechać tak daleko, jak to tylko możliwe, czyli, jak 

wynikało z mapy, do Szanghaju w Chinach.

Nabyli   maszynę   angielskiej   produkcji,   gustowne   kombinezony   i 

background image

wszystko,   co   wydawało   im   się   niezbędne   podczas   tego   rodzaju   podróży. 

Stanisław   dosiadł   motoru,   Halina   umościła   się   w   doczepionym   do   maszyny 

koszyku i wyruszyli drogą krętą, wyboistą, ku krańcom świata, „gdzie droga i 

oczy poniosą”. Był sierpień 1934 roku.

Miała   to   być   ich   podróż   poślubna,   spełnienie   marzeń   o   egzotycznych 

krajach, ekspedycja w poszukiwaniu  przygody i swego miejsca  na świecie... 

Nieoczekiwanie wyprawa okazała się początkiem zupełnie nowego życia obojga 

bohaterów.

Łukasz Wierzbicki

WPROWADZENIE

W cichym białym dworze siwa babka siedzi przy kominku i wspomina, a 

jakiś brzdąc uprzykrzony dopytuje słowami Iłłakowiczówny:

Czy babunia w Ameryce hodowała tygrysice?

A te tygrysice pewno miały tygrysięta?

Czy babunia pamięta?1

Babunia, chce czy nie chce, opowiada niekończące się historie o tym, jak 

umierała   z   głodu   i   pragnienia   na   słonej   pustyni,   jak   przedzierała   się   przez 

mroczne dżungle Bengalu, gdzie czarna pantera kłapała zębami, jak bandyci 

napadli,   okręt   tonął   wśród   sztormu,   nocą   jadowita   kobra   wśliznęła   się   do 

namiotu  i o górach opalowych, straszliwych śnieżycach, zabójczym słońcu i 

deszczach, gdy woda z nieba płynęła niczym z rynny, jak z wołami wędrowała 

przez błota, niosąc w kobiałce u pasa kartki błękitne, pióro i butelkę atramentu. 

A najdziwniejsze w tym wszystkim to może, że babunia nie była wtedy babunią, 

lecz młodą dziewczyną, biegała rączo, potrafiła strzelać, pływać, jeździć konno i 

mnóstwo innych rzeczy. Na pożółkłych fotografiach wygląda jak chłopiec, a ci 

ludzie,  Hindusi,   Arabowie,  Chińczycy,  pewnie  dawno  już  nie  żyją.  Przecież 

babunia jest stara jak świat...

Może kiedyś tak będzie... a może diabli wezmą gdzieś po drodze materiał 

na   świetną   babkę,   ale   chciałabym   móc   ujrzeć   za   sto   lat   nasz   motocykl   w 

background image

muzeum,   historię   niezwykłego   wyczynu   przeczytać   w   starej   kronice,   o 

doskonałości  motoru   i  naszym  bohaterstwie:   „Niebywałe,   sławny  sportowiec 

pan Stanisław Bujakowski oraz jego dzielna małżonka przebyli drogi i bezdroża 

z Druskiennik do Szanghaju...”

- Niesamowite, tak prymitywne motory szukały kiedyś nowych dróg! - 

westchnie ktoś może. - A dzisiaj...

Nie wiem, co będzie w tym dzisiaj za sto lat, zapewne jednak przejazd z 

Warszawy do Chin nie będzie przedstawiał żadnych trudności.

Ale czy nasza maszyna trafi do muzeum? Motocykl umarł. Jego trup stoi 

na poddaszu poselstwa i rdzewieje. Biedak nawet dachu nie ma nad głową, a 

tylko swój nieprzemakalny brezent, przeżarty pleśnią i słońcem garaż podróżny. 

Włożył wszystkie swe siły w jeden wielki wyczyn sportowy i nic go dalej nie 

czeka. Kurz, rdza, zapomnienie. Może jeszcze raz ściągnie tłumy ciekawskich 

motocyklistów i Antków warszawskich2, gdy wróci w rodzinne progi. Ale czy 

wróci? Nikt zabrać go nie chce, nawet firma zapytana, co zrobić z motorem, 

milczy głucho. Żadnych sentymentów, nikomu niepotrzebny motocykl W 19-

484   (PL)   rozsypie   się   w   nędzne   próchno   na   obcym   podwórku.   Mijamy   go 

obojętnie, jak przechodnia na ulicy.

Wyjechaliśmy z domu w Druskiennikach 19 sierpnia 1934 roku, by stanąć 

w   Szanghaju   15   marca   1936   roku.   Przez   rok,   sześć   miesięcy   i   dwadzieścia 

cztery   dni,   na   przestrzeni   dwudziestu   czterech   tysięcy   trzystu   kilometrów 

maszyna była absolutnym władcą losu dwojga ludzi, byliśmy zdani na łaskę i 

niełaskę humorów, zgrzytów, złośliwości motoru, a każdy jego kaprys mógł stać 

się naszą tragedią.

Teraz on umarł, a my zaczynamy walkę o życie. Jakie ono będzie? Któż 

zdoła   przejrzeć   los?   Start   był   niecodzienny,   to   każdy   przyzna,   i   ten,   który 

skwituje   naszą   lekkomyślność   przyjaznym   uśmiechem,   i   ten,   co   wzruszy 

ramionami z poczuciem niesmaku i niezrozumienia.

Przygotowań   nie   było   żadnych,   trudności   paszportowe   znaczne.   Nie 

background image

zapominajmy, że rok trzydziesty czwarty był rokiem najcięższego kryzysu w 

kraju i początkiem ograniczeń dewizowych. Gromadka kolegów rozradowanych 

perspektywą   tak   uciesznych   przygód   wepchnęła   mnie   w   jakieś   drzwi 

Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie akurat ten pan co potrzeba siedział, 

na co dzień obwarowany sekretarkami, niedostępny... wręczył mi paszport do 

ręki.   Wtedy   jeszcze   uśmiechem   dziecinnym   potrafiłam   rozbroić   dorosłe, 

zgorzkniałe nawet serce.

Całą podróż odbyliśmy na własny koszt, za pieniądze ciężko zarobione i z 

trudem zdobyte, bo w owym czasie trzeba było uporczywie się w redakcjach 

upominać,   by   dostać   należną   zapłatę.   Byliśmy   tak   daleko,   że   nikt   nie   mógł 

dopilnować   terminów,   toteż   pieniądze   przychodziły   nieregularnie   i   nieraz 

głodowaliśmy w oczekiwaniu. Nieocenionym pośrednikiem pomiędzy redakcją 

a nami na szlaku była moja matka, która niezmordowanie walczyła o los swoich 

dzieci i w każdym liście dodawała otuchy do przetrwania. Przeciętna kosztów 

naszej podróży wypadła po 500 złotych na miesiąc, dla nas jednak, biorąc pod 

uwagę   zużycie   benzyny   i   oliwy   oraz   remonty   motoru,   wydatki   na   papier, 

atrament  i materiał  fotograficzny, zostawała  z tego śmiesznie  mała  suma  na 

życie.

Na szlaku znaleźliśmy wiele gościnności, przyjaźni, pomocy i serc nam 

życzliwych, ale mieliśmy także wielkiego przyjaciela w kraju. Byl nim doktor 

Marian Stępkowski3, radiokronikarz. Jego głos nawiązywał z nami łączność, 

nieraz   zgubioną   w   szerokim   świecie,   a   jego   listy   i   odpowiedzi   w   skrzynce 

radiowej,   serdeczny   oddźwięk   z   dalekiego   domu,   dodawały   nam   energii   do 

dalszych   głupstw,   dowodziły   bowiem   zrozumienia   dla   naszej   fantazji   i 

romantyzmu u starszego pokolenia.

Stach sporządził dla wszystkich auto - i motopism szczegółowe i bardzo 

techniczne sprawozdanie4 z podróży, po czym odezwał się do mnie w te słowa:

- A teraz ty, popchajwózku, napisz coś mniej praktycznego. Wytłumacz 

wszystkim,   po   co   było   ruszać   w   świat   daleki,   skazywać   się   na   trudy   i 

background image

niewygody, tłuc po zakurzonych drogach na siodełku czy poręczy wózka, pchać 

motor,   głodować,   marznąć,   moknąć,   smażyć   się   w   słońcu,   spać   na   twardej 

ziemi.

Szukaliśmy   swojej   wielkiej   przygody,   tocząc   się   beztrosko   poprzez 

bezkres   w   nieznane,   au   blanc   de   carte,   jak   zażartował   pewien   sympatyczny 

podoficer   Legii   Cudzoziemskiej,   podarowując   mi   mapę   pustyni,   na   której 

brakowało   jedynie   obranego   przez   nas   szlaku.   I   chociaż   nie   odkryliśmy 

Ameryki, ani nawet małego skrawka ziemi, bo wszędzie już ktoś był przed nami 

wozem, wołem, wielbłądem, osłem, pieszo, konno... to jednak żaden motocykl, 

ani   nawet   samochód,   nie   przetoczył   się   wcześniej   naszą   trasą   w   całej   jej 

rozciągłości.   Nie   pobiliśmy   żadnego   rekordu   ani   właściwie   niczego 

nadzwyczajnego nie dokonaliśmy, ale przeżyliśmy przygodę dwojga narwańców 

i   awanturników.   Niedosypianie,   głodówka,   ciągłe   niebezpieczeństwa   i 

nieprawdopodobne   wprost   trudności   silnie   naderwały   moje   zdrowie,   były 

chwile, w których zdawało mi się, iż nie dociągnę do celu i kości swe złożę w 

pustyni.

Pisałam, jak Bóg dał, w rowie przydrożnym, w zajazdach, w kokosowym 

lesie, na pustyni i w dżungli, z niedźwiedziem w ramionach, czasem co dzień na 

bieżąco, czasem spoglądając wstecz na przejechany szmat drogi. Niech nastrój 

włóczęgi naszej, jej chwile dobre i złe same przemówią za siebie.

DAMA W KOSZYKU

Wystartowaliśmy   do   rajdu   23   sierpnia   1934   roku   o   poranku.   My,   to 

znaczy ja i mój  chłopiec, ubrani w białe combinaison  z żaglowego płótna i 

takież hełmy, a w zasadzie to mój  chłopiec wystartował, ja zaś pełniłam co 

najwyżej funkcję balastu.

Motocykl marki B.S.A. koloru zielonego, 10 koni mechanicznych, 1000 

cm3, wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych miesięcy) także zielony, 

namiot, cztery koce, dwie poduszeczki, płaszcze przeciwdeszczowe, waliza, a w 

niej dwie (straszna prawda!) suknie, sportowe ubrania, swetry, trochę bielizny, 

background image

buty na zmianę, kuchenka składana i aluminiowe rondle, maszyna do pisania, 

dwa aparaty fotograficzne, zapasowy łańcuch, opona, dętki, komplet narzędzi, 

sznur i łopata. Oto cały bagaż i ekwipunek na romantyczną przygodę na miarę 

don  Kichota   i co   szlachetniejszych  zdobywców  nieznanych   lądów,  wyprawę 

transazjatycką  zamierzoną  na   wielką  skalę   do  celu  tak  lekkomyślnie  palcem 

wytkniętego na mapie, najdalszego miejsca dokąd lądem można zajechać - do 

Szanghaju!

Motocykl marki B.S.A. i wózek (moje mieszkanie na wiele najbliższych 

miesięcy)

Wystartowaliśmy, mając w kieszeni niewiele, bo mniej niż sto funtów 

angielskich. Ile mniej, nie zdradzę, i tak byście zresztą nie uwierzyli. Stanęliśmy 

do walki z czasem, przestrzenią, drogą i ludźmi, na przekór wszystkim głosom 

rozsądku, które zamiast zachęty przynosiły oszczerstwa i nieustanne krakanie, 

że   nie   dalej   dojedziemy,   jak   do   Wiednia,   na   Bałkany,   no   co   najwyżej   do 

Konstantynopola. I nawet kiedy dobrnęliśmy do celu, nie zdołaliśmy wykrzesać 

z sybarytów naszego pokolenia bodaj iskry zapału i uznania. Jedyną pociechą w 

strapieniu   było   to,   że   zawsze   wyprzedzaliśmy   o   krok   wszystkich   tych 

złorzeczących czarnowidzów.

Odprowadzało nas nieliczne grono przyjaciół

Odprowadzało   nas   nieliczne   grono   przyjaciół,   przedstawiciele   firmy 

motocyklowej, jeden dziennikarz, kilku przygodnych gapiów. Przyjemny wyraz 

twarzy, aparat pstryknął, motor warknął i para wariatów potoczyła się sprzed 

budynku automobilklubu na alei Szucha w Warszawie... do Szanghaju.

Czuliśmy  się niczym wróble na gałęzi targanej wiatrem,  bo i lekko, i 

szczęśliwie, i podrzucało na wszystkie strony. Skacząc z kamienia na kamień, 

wypadliśmy   na   szosę   prowadzącą   do   Łowicza.   Szosa   fatalna,   maszyna   z 

trudnością brnęła przez piachy, sierpniowe słońce paliło upałem, pył osiadał na 

spoconych  twarzach,  myśli  coraz  więcej  tęsknych,  smutnych  kołatało się   po 

głowie.

background image

Pożegnanie,  ciepłe matczyne  objęcia,  pocałunki, łzy, uśmiechy.  Ojciec 

płakał i siostra Hanka, jedynie Mama zdołała zachować twarz spokojną.

-   Z   Bogiem.   Pod   płaszczem   Matki   Najświętszej   i   opieką   Świętego 

Antoniego, niech was omija zła przygoda, moje dzieci.

Jeszcze   szeroki   znak   krzyża   w   powietrzu,   zdławiony   szloch,   terkot 

motoru zagłuszył ostatnie przestrogi, zniknął dom za zakrętem. Tęsknoty, złe 

przeczucia rozwiały się szybko, jechaliśmy przecież w podróż naszego życia, 

uplanowaną w wielkiej tajemnicy podczas spacerów z psami po lesie, na nartach 

łazikując   beztrosko,   ruszaliśmy   po   wielką   przygodę   szerokich   szlaków,   do 

krajów słońca, ziszczał się sen dzieciństwa, najpiękniejsze marzenie, stawaliśmy 

do walki o swoje życie.

- Stachu, czy widzisz tego mnicha?

Szedł   bosymi   stopami   po   oślizłym   skraju   drogi,   na   ramieniu   dźwigał 

krzyż chrystusowy. Zjawa czy znak? Na szarym tle nieba wyogromniał... znikł. 

Źle będzie czy dobrze, nie wolno oglądać się za siebie. Nikt i nic nas nie wróci. 

Przed nami szeroka szosa...

Słońce zamotane w pajęczyny babiego lata toczyło się kulą w białym pyle 

gościńca, przez rżyska i ścierniska, przycupnęło na progu chaty bielonej, aureolą 

świętych zawisło na krzyżu przy rozstaju, do nieba wysokim. Mknęliśmy za nim 

na zachód. Motor przybierał gazu, papieros parzył zgubionymi iskrami, uciekały 

topole, słupy telegraficzne, malwy i słoneczniki, jabłonie ciężkie czerwienią i 

złotem.

W podróżnych tobołkach zagnieździć się musiały  skrzaty domowe,  co 

podskok, inny sznur lub rzemień pęka, sypie się bagaż w pył szosy, przystawać 

trzeba, zbierać, wiązać.  Opony z kolei umiłowały  sobie  zgubione na drodze 

gwoździe, toczy się taka, podrzuca, nabiera, wreszcie naszpikowana żelastwem 

wypuszcza powietrze z sykiem żmii. Uporasz się z jedną, za godzinę z drugą ten 

sam kłopot. Robota przy motorze nie dla mnie, podział ról od początku jasno 

ustalony,   mój   chłopiec   ma   motor,   czuje   każde   drgnienie   maszyny,   pracuje, 

background image

prowadzi, naprawia, opiekuje się dziesięciokonnym potworem, pasażerka wózka 

telepie się bezczynnie, oczy otwarte, uszy nastawione, wypatruje, nasłuchuje i 

pisze. Może uda się spisać kronikę tej przygody XX wieku? Właśnie! Dama w 

koszyku.

Niebotyczną aleją topolową dojechaliśmy do punktu granicznego

Niebotyczną   aleją   topolową   dojechaliśmy   do   punktu   granicznego 

Gorzycko. Pogranicznicy rozradowali się na widok naszych paszportów, nigdy 

jeszcze   nie   widzieli   tylu   egzotycznych   wiz,   urośliśmy   w   ich   oczach.   Do 

zaszczytu   czytania   chińskich,   perskich,   japońskich   znaczków   dopuszczono 

nawet   kilku   obywateli   miasteczka.   Motor   otrzyma!   plombę   ołowianą, 

uścisnęliśmy po raz ostatni polskie dłonie.

- Jedźcie z Bogiem!

Zaskrzypiał szlaban, uniósł się, po chwili opadł znów, już za naszymi 

plecami.

- Heil Hitler!

Wieczorem   wjeżdżamy   aleją   Frankfurcką   do   Berlina.   Miasto   jest 

kapitalnie zmotoryzowane, szeroką szarą szosą mkną auta i piętrowe autobusy, 

motocykle z przyczepkami i bez, wozy ładowne, ciężarowe, szare cienie suną 

przez szary kraj. Poczwórny szereg maszyn pędzi z szybkością 70 kilometrów 

na godzinę, nie dając żadnych sygnałów przy mijaniu, pod kołami wyślizgany 

asfalt,   policjanta   nie   widać,   ruch   reguluje   sygnalizator   świetlny,   mrugają 

robaczki świętojańskie znaków, sygnałów, objazdów, migotliwe, zdradliwe. Są 

ludzie, których raduje widok zachodniej cywilizacji. Motoryzacja, urbanizacja, 

militaryzacja,   nacjonalizacja...   dla   mnie   profanacja   przede   wszystkim, 

profanacja   tego,   co   było   przecie   ongiś   dzikie,   piękne   w   swej   naturalnej 

prostocie.

Uścisnęliśmy po raz ostatni polskie dłonie.

- Saar ist unser! Saar ist Deutsch!5

Wszyscy odziani w czarne lub brunatne mundury ze swastyką na piersi. 

background image

Tysiące   sztandarów   ze   swastyką   dumnie   powiewa   nie   tylko   na   domach   i 

ruinach, ale też na większości aut i motocykli. Czerwone płachty zbladły w 

mroku. Nasza chorągiewka Automobilklubu Polskiego widziana w pędzie jest 

łudząco   podobna,   toteż   kierowcy   maszyn   i   przechodnie   pozdrawiają   nas 

wyciągniętą ręką.

- Heil Hitler!

Białoczerwona chorągiewka furczy na wietrze.

Dwudziestotysięczny tłum mieszczuchów bawi się nad brzegiem jezioro

Niedziela.   Berlin   wymarł.   Znikły   niezliczone   szeregi   samochodów, 

sygnały świetlne regulujące ruch stoją nieczynne. Gdzie się wszyscy podziali? 

Nad Wannsee, tam odbywa się dzisiaj święto ludowe.

Ruszamy   śladem   berlińczyków.   Na   miejscu   zastajemy   kolosalny   park 

samochodowy, panuje idealny porządek, natychmiast przydzielają nam miejsce 

w tłumie maszyn. Podchodzimy do bramy o kilkunastu wejściach, za okazaniem 

legitymacji prasowej, jak za dotknięciem czarnoksięskiej różdżki, otwierają się 

przed nami wrota prowadzące do zaczarowanej krainy.

Natychmiast przydzielają nam miejsce w tłumie maszyn

Oszołomieni   nawałem   atrakcji,   zduszeni   przez   tłum   wspinamy   się   na 

wysoki   brzeg.   Mewy,   żagle,   białe   puchy   obłoków   suną   błękitem   jeziora 

marszczonego   wiatrem,   roziskrzonego   słońcem.   Ryk   megafonów,   krzyki, 

nawoływania, śpiewki, chorągiewki... dwudziestotysięczny tłum mieszczuchów 

bawi   się   nad   brzegiem   jeziora.   Między   jednym   a   drugim   występem   gwiazd 

trzyletnia Gretchen lub mały Hans krzyczy w mikrofon mamo i wyrywa się z 

rąk artysty ogłaszającego, że mały obywatel zgubił rodziców. Wracamy torem 

wyścigowym AVUS6, szum mrowiska oddala się, zlewa w przeciągły gwizd 

pędu, wiatr, mimo okularów, wyciska łzy z oczu.

Nie myślałam wtedy o przestrzeni rzuconej hojną ręką za nami

Opuszczamy   Berlin.   Przed   hotelem,   gdzie   pakujemy   motor,   zbiera   się 

tłumek   ciekawskich,   ten   i   ów   służy   dobrą   radą,   wszyscy   są   ogromnie 

background image

podekscytowani celem naszej podróży.

Całe   następne   trzy   tygodnie   toczymy   się   europejskim   szlakiem 

automobilklubów.   Pola,   lasy,   wsie,   zamki   rycerskie,   stare   miasteczka,   drogi 

wysadzane sadem owocowym, nie myślałam wtedy o przestrzeni rzuconej hojną 

ręką za nami.

Spadamy na łeb na szyję w roześmiane Czechy

Wspinamy   się   serpentyną   coraz   wyżej,   strzeliste   jodły   porastają   skały 

gęstym   zwartym   lasem,   aż   nagle,   nie   zdążyłam   się   nawet   obejrzeć,   a 

karkołomnym   zjazdem,   przy   jęku   hamulców,   spadamy   na   łeb   na   szyję   w 

roześmiane   Czechy.   Co   przejedzie   maszyna   lub   motocykl,   są   tak   bajecznie 

nowoczesne i kolorowe, że aż oczy kłują. Wsie krzyczą barwami, pomyśleć by 

można, że maszerował tędy olbrzym jakiś w butach siedmiomilowych i niósł 

pod pachą pudło z farbami, a że był w swawolnym nastroju, rozpaćkał barwy 

bezładnie   wielkim   pędzlem   po   palecie   pól,   siół,   chat,   kościołów,   mostów, 

świątków przydrożnych, nawet słupków kilometrowych nie pominął i ubrał je w 

szafirowe czapeczki.

Staczamy się ku antycznej, wspaniałej Pradze

Dziw, że droga niemalowana, a tylko jedna biała kreska poprowadzona 

środkiem szarej jezdni.

Jest   w   Czechach   miły   zwyczaj,   że   wszystkie   stacje   benzynowe 

pozdrawiają przejeżdżającą maszynę, niczym starego przyjaciela. Wszyscy są w 

tak dobrych humorach, że ani się gniewać, ani dąsać nie można.

Przed Pragą łapie nas burza i deszcz tak straszliwy, że koszyk w parę 

minut   zamienia   się   w   wannę   pełną   wody.   Przeczekujemy   ulewę   przykryci 

plandeką, po czym z szerokich pól staczamy się ku antycznej, wspaniałej Pradze 

otulonej w opalizujące welony mgieł. Odszukujemy budynek hotelu wciśnięty 

między   stare   domy,   karzeł   w   czerwonej   liberii   prowadzi   windę   na   czwarte 

piętro, w hotelowym pokoju na każdym meblu  ląduje inna część garderoby. 

Suszymy się.

background image

BIZANTYJSKI SZLAK

Zinwald. Posterunek graniczny skrył się w gęstym świerkowym lesie. W 

kawiarence zamawiamy białą kawę, znikają jedna po drugiej olbrzymie pajdy 

pytlowego chleba z masłem. Gospodarz z nabożeństwem rozkłada przed nami 

księgę   gości,   prawdziwy   król   pił   jego   kawę,   z   dumą   prezentuje   zaklejony 

celofanem podpis Alfonsa XIII. Radzę mu od razu zakleić nasz, bo będziemy 

sławni   bez   wątpienia,   a   jak   się   zdarzy   zginąć   po   drodze,   może   zostaniemy 

bohaterami narodowymi. Bierze biedak księgę i spogląda nieufnie, nie wie, co 

myśleć...

Po raz pierwszy w naszej podróży rozbijamy namiot

Strumyk szemrze cicho pośród lasu. Nie gotując herbaty, nie zapalając 

świateł, w ciemności i ciszy, by nie ściągnąć nieproszonychgości, walczymy z 

linkami, po raz pierwszy w naszej podróży rozbijamy namiot. Kładziemy się, 

jednak jakoś niełatwo zasnąć, najcichszy szelest stawia na równe nogi, a ileż 

takich szmerów rozlega się w iglastym lesie, to szyszka spadnie, mysz skrobnie, 

trzaśnie gałąź. Straszne, nieprawdaż?

Budzi nas świtanie i chłop, który umieszczając „ooo” w każdej sylabie, 

kategorycznie oznajmia, że las jest jego własnością i nie wolno nam w tym 

miejscu biwakować. Uprzejmie wyjaśniamy, że nie grozi mu to, bowiem wprost 

z jego lasu wybieramy się do Chin. Z marszu zaimponowaliśmy mu i to bardzo, 

już   jest   zaszczycony,   że   spędziliśmy   noc   na   jego   terenie,   rozstajemy   się   w 

wielkiej przyjaźni.

W  Wiedniu   pada  deszcz,  leje  jak  z   cebra.   Słoneczny   Wiedniu,  co  się 

stało? Śliczne wiedenki biegają na wysokich, bardzo wysokich obcasach, błoto 

plami   ażurowe,   jedwabne   pończochy,   wiatr   znęca   się   nad   frywolnymi 

kapelusikami, miejscowi spoglądają w niebo i mówią, że im te chmury śniegiem 

pachną.

Mijamy ostatnią stację benzynową w znaczeniu środkowoeuropejskim, za 

granicą kończy się asfalt... podskakując na wybojach i kocich łbach, wjeżdżamy 

background image

do Mariboru, spłoszone konie stają dęba na widok motoru, kopytami wymachują 

ponad naszymi głowami, z jękiem i brzękiem wali się wóz. Oto jesteśmy w 

Jugosławii.

Mijamy ostatnią stację benzynową w znaczeniu środkowoeuropejskim

Królewska   droga   MariborVarazdinBelgrad,   na   mapie   gruba 

pierwszorzędna   czerwona   kreska,   w   naturze   wygląda   tak:   koła   toną   do 

wysokości osi w zwartym, ciężkim, żyznym błocku, które osiada grubą warstwą 

na motorze, ubraniach i twarzy. Na przestrzeni pięciuset kilometrów przez trzy 

dni   toniemy   dosłownie   w   tym   bagnie.   Zabawnie   musimy   wyglądać,   niczym 

stwory zaskorupiałe błotem, nam jednak daleko do śmiechu.

Zabawnie musimy wyglądać, niczym stwory zaskorupiałe błotem

Miłym urozmaiceniem w tym wszystkim okazuje się naprawa gumy.

Całe szczęście, że awaria przydarza się we wsi, gdzie dostaliśmy wiadro z 

wodą, no i gromadę chłopów, by Stachowi kibicowali. Gorzej, gdy stajemy we 

wsi zakazanej bez paliwa. Mieliśmy pełen bak, ale kto mógł przypuszczać, że na 

przestrzeni stu kilometrów nie będzie benzyny i że tylko jeden cylinder będzie 

palił, bo magneto zamoknie? Mój chłopiec udaje się na rozstaje, kędy raz na 

dobę,   o   nieokreślonej   porze   przejeżdża   autobus,   ja   siadam   i   czekam.   Wtem 

słyszę ryk motoru i chlupot błota, uszom nie wierzę, od trzech dni przecież nie 

spotkaliśmy   samochodu!   Wyskakuję   jak   oszalała   na   środek   drogi   i   staję 

zdesperowana   z   rozkrzyżowanymi   ramionami.   Trzej   kulturalni   panowie, 

Bułgarzy, zatrzymują  się i ratują dwoma  litrami.  Chwytam bańkę i wlewam 

ostrożnie do baku, może wystarczy do następnej wioski.

Toniemy dosłownie w tym bagnie

Dumna ze swej zaradności czekam na mojego chłopca. Wraca wreszcie. Z 

pustymi bańkami. Ruszamy, nie ujeżdżamy jednak daleko, parę kilometrów za 

wsią znów stajemy, tym razem w szczerym polu. Cała benzyna wyciekła przez 

otwarty kranik. Co robić? Nic, tylko pchać. Pchamy godzinę, dwie, tonąc w 

błocie, w końcu zmrok zapada. Nieustannie pada deszcz.

background image

Ruszam na obchód okolicznych chat, śpiących ludzi z łóżek wyciągam, 

benzyny   jednak   nikt   nie   ma.   W   końcu   znajduję   chłopa,   który   po   wielkich 

targach podejmuje się za 60 dinarów podwieźć nas do stacji z paliwem. Idzie 

zaprzęgać, my tymczasem dostrzegamy migające w oddali światełko, słyszymy 

wyraźny warkot maszyny, drogą jedzie Serb złotowłosy, błękitnooki, na brąz 

spalony i choć sam goni resztkami pożyczonej benzyny, zgadza się wziąć nas na 

linkę. Już mamy ruszać, gdy z mroku wyłania się chłop i awanturę wszczyna 

zły, że zarobek przejdzie mu koło nosa. Uspokaja się dopiero, gdy zostawiamy 

mu   bakszysz7.   Spogląda   jeszcze   złowrogo,   bolejąc   nad   utratą   reszty,   my 

tymczasem przyczepiamy motor. Szarpie, rzuca na strony, ale jedziemy. Tak 

dowlekamy się do rogatki policyjnej w Zemun na przedmieściach stolicy.

Belgrad   wywiera   na   nas   miłe   wrażenie,   w   nocy   promienieje   życiem 

kawiarni i restauracji, w dzień mieni się barwami mundurów gwardii, a zarówno 

w   nocy,   jak   w   dzień   ogłusza   sygnałami   samochodów,   wydano   tam  bowiem 

przepis policyjny mówiący, że jadąc prosto, daje się jeden sygnał, w prawo dwa, 

a w lewo trzy, i przyznać trzeba, że szoferzy Belgradu sumiennie stosują się do 

nakazu.

Na   przestrzeni   następnych   stu   kilometrów   droga   wiedzie   brzegiem 

pięknego, szerokiego, błękitnego Dunaju, a by dopełnić wrażenia, dorzućmy do 

malowniczego  pejzażu ruiny fortec tureckich, młyn pływający, łódź samotną 

wyściełaną szuwarem, żywopłoty śnieżnobiałej akacji. Bajka. Posuwamy się na 

południe szlakiem bizantyjskim, odwiecznym traktem karawan handlowych, na 

którym   każda   wioska   posiada   swoją   wielką   historię   z   okresu   walk   o 

niepodległość, każda tyle widziała, nasłuchała się szczęku oręża, syku płonącej 

smoły, jęków zarzynanych niemowląt i gwałconych dziewic... niech śpią dzieje 

minionych istnień.

Posuwamy się na południe odwiecznym traktem karawan handlowych

Za Niszem krajobraz nabiera ognistorudej barwy, pośród rudych gór chaty 

lepione z rudej gliny, na pastwiskach rude owce i pasterze w rudych guniach8 o 

background image

twarzach   przez   słońce   na   rudo   spalonych.   Nawet   nasz   motor   przybrał   rudą 

barwę. Wąska kamienna droga wije się z fantazją, wspina wprost pod niebo, to 

znów spada karkołomnym zjazdem lub wirażem. Pośród szarych, skąpanych w 

księżycowej poświacie gór, w samym sercu Bałkanów, na szerokiej hali stoją 

dwa posterunki, biały jugosłowiański i zielonoszary bułgarski.

Na drodze artyści wędrowni z niedźwiedziem, za parę groszy można mieć 

przedstawienie

W poselstwie polskim w Sofii pan poseł i pan attache prasowy przyjmują 

nas   nadzwyczaj   serdecznie,   jednocześnie   załamując   ręce   nad   naszą 

lekkomyślnością,   przestrzegając,   że   swawolni   hajducy   obłupią   nas   ze 

skromnego mienia i życie odbiorą, a Kurdowie w Kurdystanie zjedzą na surowo. 

Po co? Tego objaśnić jakoś nikt nie potrafi, taki mają zwyczaj po prostu. Mimo 

przestróg   potoczył   się   zielony   wózek   krainą   romantycznej   starej   Bułgarii, 

ruszyliśmy na spotkanie górskim hajdukom.

Ruch na drodze taki, że przecisnąć się trudno, wozy, osiołki, tancerki, 

artyści wędrowni z niedźwiedziem, za parę groszy można mieć przedstawienie 

na  szosie.   Chłopi,  jak  przed  wiekami,  wdziewają   brunatne   siermięgi,   łapcie, 

serdaki baranie i nóż za szerokim pasem noszą, kobiety z nieodłączną kądzielą 

w ręku przechadzają się odziane w czerwone fartuchy z czarnym haftem. Przed 

każdą chatą pergola z winoroślą, pośrodku wsi w wyciętej framudze duży piec 

chlebowy, to piekarnia wioskowa.

Od   Płowdiwu   droga   spada   w   dół   ku   stepom   Marmara,   płynie   leniwa 

Marica, siwe czaple brodzą pośród traw, wzgórzami ciągną się winnice. Tu po 

raz ostatni rozbijamy namiot na bułgarskiej ziemi, gościnnej i serdecznej. Noc 

gwiaździsta, chłopi zasiadają kręgiem na trawie, gapią się w milczeniu, wstają i 

idą. Naród dobry, spokojny i poważny. Jak zabawnie wspomnieć te ostrzeżenia, 

że Bułgarzy źli, że obrabują nas i zarżną. Nie tylko nie zarżnęli, ale dokarmiali 

wzdłuż całej drogi i obdarowywali naręczami winogron.

Pasterze uwiązali psiaka do płotu, by pilnował naszego namiotu. A któż 

background image

miałby nas okraść? Psina piszczy żałośnie. Idź spać, wracaj do budy. Oczy się 

kleją.

BO W ANATOLII JEST TAK

Egzotyczna   Bułgaria   zniknęła   jak   sen   złoty.   Nad   samotną   chatynką 

powiewa dumnie sztandar z półksiężycem, tu pogranicznicy przetrząsnęli nam 

bagaż   po   raz   pierwszy.   Co   to   się   działo!   Wypruli   wszystko   z   tobołków, 

przewrócili   do   góry   nogami   zawartość   walizki,   a   gdy   przyszło   do   rewizji 

przyborów   kuchennych,   przestałam   się   złościć,   a   zaczęłam   śmiać.   Długo, 

podejrzliwie, uporczywie obwąchiwali konfitury z agrestu, ostrożnie, żeby coś 

nie wyskoczyło, nie ugryzło, nie wybuchło, otwierali puszki z odczynnikami 

fotograficznymi. Wytłumaczyć im nie sposób, języka nie znamy, gesty na nic 

się zdadzą, bo Turcy kiwają głową inaczej, niż reszta świata.

Wkraczamy   do   twierdzy   przedmurza   islamu   [na   fotografii   meczet   w 

Babaeski]

- Hajda Edirnepolis9 - huknął na pożegnanie strażnik graniczny.

Zatem hajda przez step do Edirne! W blaskach zmierzchu wyłoniły się 

zza widnokręgu strzeliste wieże minaretów, oto została za nami chrześcijańska 

Europa, wkraczamy do twierdzy przedmurza islamu. Przy wjeździe do miasta 

żandarmi   skontrolowali   paszporty   i   przykazali   zameldować   się   u   komisarza 

policji.   Ruszyliśmy   w   stronę   posterunku   otoczeni   rozwrzeszczanym   tłumem. 

Tak w Edirne jeszcze dwukrotnie sprawdzono nam paszporty, a potem znów w 

Babaeski,   Luleburgaz   i   Tchorus,   po   drodze   przeszliśmy   kilka   mniejszych 

kontroli   rogatkowych.   Policjanci   godzinami   przewracali   paszporty,   czytali   w 

lewo,   prawo   i   do   góry   nogami,   kwestionowali   podobieństwo   na   fotografii, 

szczególnie   mojej,   bo   nieszczęście   chciało,   że   do   zdjęcia   paszportowego 

wystroiłam   się   w   sukienkę   i   włosy   ufryzowałam.   Jak   w   tym   półchłopcu   w 

combinaison   poznać   pannicę   z   fotografii?   Czemu   oczy   niebieskie?   I   żadne 

wyjaśnienia nie są wystarczające. Inny znów twierdzi, że Stach jest za tłusty na 

fotografii. Tłumaczę na migi, że droga długa i schudł. W końcu puścili.

background image

Noc zaskoczyła nas w stepie gdzieś przed Silivri. Zatrzymaliśmy motor i 

zdjęliśmy hełmy. Wyraźny zapach morza uniósł się w powietrzu. Potoczyliśmy 

się jeszcze kilkaset metrów i po chwili spienione fale lizały koła motoru, szum 

fal i wiatr stepowy ukołysał do snu.

Stać! Żandarmeria! W Silivri dostajemy eskortę. Wyrok jest ostateczny i 

bezapelacyjny, lepiej się nie sprzeciwiać, byli tacy, co próbowali i przesiedzieli 

kilka dni w więzieniu. Żandarm z karabinem w łapie i naszymi paszportami w 

kieszeni   mości   się   w   wózku.   Dama   w   koszyku   otrzymuje   dwie   propozycje, 

może albo maszerować pod eskortą żandarma sześćdziesiąt osiem kilometrów 

do Stambułu, albo jechać autobusem. Na złość wybieram najpierw opcję pieszą, 

gdy   jednak   zdaję   sobie   sprawę,   że   wędrówka   zajmie   dwa   dni,   rezygnuję, 

wsiadam   do   wypchanego   niczym   beczka   śledziami   autobusu   i   podziwiam 

wybrzeże Marmara przez zamknięte okno dusznego pojazdu.

Stoję na falującym moście, przypatruję się portowi i miastu. Wspaniałe, 

potężne   mury   zamknęły   w   swym   wnętrzu   Stambuł,   stolicę   sułtańską, 

miastomuzeum. Mogłabym tak godzinami stać i wyobrażać sobie, jak w czasie 

oblężenia   zamykano   Bosfor,   zatopić   się   w   modlitwie   bez   słów   w   meczecie 

świętej   Zofii,   z   okien   meczetu   sułtana   Ahmeda   rozkoszować   się   widokiem 

morza, wsłuchiwać we wrzawę bazarów, w haremach sułtańskich wczuwać się 

w duszę kobiet, które spędziły tu całe swe życie pod strażą czarnego eunucha.

Mogłabym godzinami wyobrażać sobie, jak w czasie oblężenia zamykano 

Bosfor

Złoty Róg10 jest dosłownie złoty, a kręte, ponure ulice wieją chłodem i 

wilgocią, tam słońce nie dociera nigdy.

Kręte, ponure ulice wieją chłodem i wilgocią

W   tych   małych   uliczkach,   w   załomach   murów   czai   się   mrok   i   nędza 

ludzka, stukają kopyta jucznych osiołków, przeciągły półkrzyk handlarzy odbija 

się martwym echem o sczerniałe mury, czasem zabłąka się turysta.

Zegnaj, Stambule!

background image

Żegnaj, Stambule! Po pięciu dniach pobytu w mieście wyjeżdżałam, nie 

podejrzewając nawet, że czeka nas równa piekłu na ziemi przeprawa do Azji.

Anatolio, na mapie jesteś maleńka i nie dziw, że cię poeta z gęsią razem 

do rana szukał11, w naturze jednak masz właściwości gumy, mała teoretycznie 

liczba kilometrów rozciąga się na godziny, dnie i tygodnie, w twych objęciach 

zatraca   się   rachubę   czasu,   poczucie   rzeczywistości,   a   noce   i   dnie,   ranki   i 

wieczory łączą się niczym sznur nizany z lapis lazuli i starych korali.

Jak  każdego  wieczora  gaśnie  za  naszymi  plecami  złota  kula słońca,   a 

przed   nami   niewidzialna   ręka   zawiesza   na   szarzejącym   niebie   bladą   lampę 

księżyca. Szeroki step pokryty burzanem zlewa się na horyzoncie z błękitnym 

pasem   morza.   Droga   rozwidla   się.   Chcąc   ominąć   osiedla   ludzkie,   a   nade 

wszystko   posterunki   żandarmerii,   wybieramy   ścieżkę   zarośniętą   i   mniej 

uczęszczaną. Drożyną polną, bezdrożem, poprzez krzewy wyjeżdżamy na plażę. 

Oto idealne pustkowie do rozbicia namiotu, od lądu chroni nas skała pokryta 

laurem, od zachodu otwarte morze.

Słońce   czerwoną   pomarańczą   tonie   w   morskiej   głębi,   czarne   bawoły 

wracają do stodoły, podchodzą nieufnie, węszą, spoglądają, znów człapią dalej, 

tonąc w burzanach po rogi. Cicho jest i srebrzyście. Sen klei powieki. Słyszymy 

stukanie, ktoś szarpie płótnem namiotu.

- Czy wam czego nie brak?

Chłop   z   folwarku   podaje   wiadro   słodkiej   wody   dla   gości,   po   czym 

rozpływa się w mroku równie nagle, jak się wcześniej pojawił.

Słońce czerwoną pomarańczą tonie w morskiej głębi

Na stepie znaleźć można kurhany, jak z pieśni ukraińskich, stare mosty z 

kamienia ponad wyschłymi łożyskami rzek bezimiennych, umarłe szlaki, trakty 

przedwieczne wiodące po garbatych, powyginanych białych płytach marmuru, 

bezdroża   rozchodnikiem   i   ostem   porosłe,   gliniane,   poryte,   spękane, 

zdradzieckie,   wysypane   okruchami   kamieni,   pełne   wyrw,   skał   zwietrzałych, 

głazów wżartych w glebę, nie do odrzucenia, nie do przebycia, byle trudniej.

background image

Na stepie znaleźć można bezdroza wysypane okruchami kamieni.

-   Ach,   odetchnąć   wiatrem   stepu,   swobodą,   dziczą   -   mówiłam   sobie 

jeszcze z tamtej strony Bosforu.

Miewa się takie marzenia. A teraz, pośród pustkowi, gdy oddycham co 

dzień pyłem stepu, spala słońce, dręczy pragnienie, wilczą nocą chłód sen z 

powiek spędza, ubranie szronem sztywnieje, palce przymarzają do metalowych 

części motoru, a ręce pękają od ran, odzywa się tęsknota za łazienką, wygodnym 

łóżkiem lub choćby drogą asfaltową.

O   szoso,   mogiło   wszystkich   naszych   nadziei!   Oślepiająco   biała   drogo 

usypana z tłuczonego marmuru,  jakże jesteś piękna, ale jakże straszliwa dla 

opon.   Jedzie   się   raczej   objazdem   wyrytym   w   żyznej   glinie.   Maszyna   idzie 

nachylona do drogi pod kątem prostym, koło wózka górą, motor na dole, bo w 

przeciwnym razie zawiesza się podwozie na garbie koleinowym. Rola balastu 

jest   w   takiej   chwili   bardzo   ważna,   trzeba   siedzieć   na   zewnętrznej   poręczy 

wózka, trzymając  się mocno  i cały ciężar ciała wraz z nogami  wyrzucić do 

zewnątrz. Ta gimnastyka trwa godzinami.

W południe posilamy się dynią i chlebem u studni z białego marmuru, za 

stołki służą nam dwa kapitele kolumn, korynckiej i doryckiej. Podchodzą osiołki 

do   wodopoju,   siadają   chłopi,   napatrzeć   się   nie   mogą   na   egzotycznych 

cudzoziemców.

Oto dar dla spragnionych wędrowców - studnia. W mozaiki, marmurowa, 

drewniana, dziura w ziemi nawet, czy struga ujęta w koryto, antyczna czy nowa, 

każda piękna, bo upragniona. Przy studni odpoczną chłopi i konie, i osły. Przy 

studni skorpiony szare i czarne żyją szczęśliwie, gromadnie.

W południe posilamy się u studni z białego marmuru

W południe co dzień idą trąby powietrzne duże, małe, mniejsze, malutkie, 

równymi rzędami według wzrostu. Żar. Cisza. Wtem uderza wiatr, od ziemi 

porywa pył, piach ze świstem unosi, wciska się pod okulary i do gardeł, bije po 

skórze, z nóg zwala, łopoczą szare chusty, osty toczą się stepem w bezkres. 

background image

Tuman   pyłu   przysłania   wszystko,   dławi,   ogłusza,   oślepia,   omracza,   nic   nie 

widać,   jedynie   słychać   skrzypienie.   Na   krzywej   grobli   drogę   blokuje   zator 

wozów. Mijamy je, gdy nagle spłoszone woły niespodziewanie spuszczają łby i 

ruszają do szarży na wózek. Z jednej strony rów, z drugiej karawana wozów, 

rozlega   się   ogłuszający   trzask,   zwijam   się   w   kłębek,   głowę   kryję   między 

kolanami, nogi biją po rogach, jarzmie, znów po rogach. Jakże długo to trwa... 

czy wytrzymam? Jeszcze ostatni trzask nad głową i po wszystkim. Czuję ból, ale 

kości na szczęście mam całe, nakładam bandaże na rany zalepione brudem, a 

tymczasem   za   moimi   plecami   Stach   wymierza   sprawiedliwość   w   utarczce   z 

chłopem.

Napatrzeć się nie mogą na egzotycznych cudzoziemców

Gdy obieramy kierunek południowy i wkraczamy w dzikie góry Taurus, 

nasz   B.S.A.   zdać   musi   egzamin   na   górskiego   osiołka.   Naprawdę   dokonuje 

cudów zręczności na wykutych w bazalcie ławkach, a mój chłopiec przez cały 

tydzień   żmudnej   przeprawy   nosi   bandaże   na   dłoniach,   tak   mu   puchną   na 

wybojach.

Bo w Anatolii jest tak, że albo na drogach tłok i zator taki się robi, że 

przejechać nie sposób, pchają jedni drugich, depczą w miejscu, ciągną szlakiem 

niezliczone szeregi wozów w czarne półdzikie woły zaprzężonych. Każdy inny - 

wózki malowane z budą z płótna na łęku, z drabinami i koszami po bokach, 

wozy górskie na pełnych tarczach drewnianych, a skrzypią tak makabrycznie, że 

w   pierwszej   chwili   strach   ogarnia   człowieka.   Wół   azjatycki,   trochę   tylko 

oswojony,   sympatię   wzbudza   słodkim   wyrazem   pyska,   gołoskóry,   pokryty 

gdzieniegdzie tylko kępami długiej sierści, o rogach szablastych półkolistych 

płasko położonych w tył, kocha błoto i nie ominie żadnej wody, żeby nie zatopić 

się w bagnie po czubek pyska, a wystarczy i mała kałuża, by legł w niej z miną 

wniebowziętą.   Osiołki  małe,  szare,   zamszowe  plączą   się,  popychają,   pracują 

najciężej, nieraz taki malec ciągnie dwa słupy telegraficzne, kopicę siana czy 

piramidę owoców równą ładunkowi wozu albo prowadzi karawanę trzydziestu 

background image

głupich   wielbłądów,   obowiązkowo   też   dźwiga   juki   i   grubego   Turka   z 

potomkiem oraz garnkiem pełnym wody uwiązanym u pasa.

Całymi dniami nie spotkasz żywej duszy

A może  być w Anatolii też tak, że całymi  dniami nie spotkasz żywej 

duszy,   szlak   znaczony   kośćmi   i   ścierwem   końskim   wiedzie   przez   pustynię, 

drapieżniki przeróżnych odmian i wielkości przysiadają jak wrony na słupach, 

sępy to krążą nad głowami, poszukując żeru, to szarpią wędzącą się w słońcu 

padlinę, nażarte tak, że zbyt ciężkie są, by się spłoszyć na widok człowieka. 

Stada nieprzeliczone kuropatw umykają  z furkotem spod kół, gołębi dzikich 

tyle,   że   mrok   zapada,   gdy   stado   nadlatuje,   drzewa   niczym   rzędy   czarownic 

strzegą drogi zeschłe, powyginane, szydzące otworami mrocznych dziupli. Tak 

jest właśnie w Anatolii i niechaj tak będzie.

Żegnaj,   śliczna   kraino,   piękna   w   swej   surowości   niczym   paw   dziki. 

Chciałabym jeszcze kiedyś powrócić w twe progi, nim piękno wschodu zginie w 

zetknięciu   z   szarą   i   smutną   brzydotą   współczesnej   Europy,   nim   cywilizacja 

przemieni twe bezdroża w autostrady, a dzikiego chłopa anatolijskiego zrówna z 

farmerem niemieckim. Obawiam się, że nie zdążę niestety. Przypuszczam, że za 

parę   lat   znikną   takie   wsie   drążone   w   skale,   jak   Urgup,   zginą   jako   zabytek 

czasów   jaskiniowych,   a   może   zburzą   je,   aby   nie   dowiedziano   się   nigdy,   że 

istniały   i  były  zamieszkane   w  XX  wieku?  Kobiety  nie   uciekną  z  krzykiem, 

zakrywając  twarz  na widok  nieznajomych,   a dzieci,  które dziś niczym małe 

diablęta gonią z krzykiem za motorem, rzucając kamieniami, brudne, obdarte, 

pójdą grzecznie do szkoły, wziąwszy się za rączki, czyste i umyte, a jeżeli kto 

zapuści się maszyną na stepy Anatolii, znajdzie tam szosy lepsze niż w Europie, 

mosty, hotele, restauracje, miejsca  kempingowe.  Taka podróż nie będzie już 

wcale zabawna.

GOŚCINNA SYRIA

Rzymską   drogą   po   kwadratowych   omszałych   głazach   zbliżamy   się   ku 

granicy.   Strażnica   czeka   na   wzgórzu,   zielony   sztandar   z   gwiazdami   i 

background image

półksiężycem łopoce na wietrze. Wita nas szczekanie psa. Wychodzi Arab w 

mundurze i nocnych pantoflach, do których przypiął nieprawdopodobnie długie 

kolczaste ostrogi. Sprawdzanie paszportów trwa chwilę.

Na cztery dni rozbijamy namiot pod samotną figą. Za nami góry, przed 

nami   morze   i   słońce.   Niejeden   przechodzień   lub   kierowca   czuje   się   pewnie 

nieswojo, mijając tajemnicze światełko naszego domku, myśli sobie może, kto 

wie, co za licho ogień pali, może bandyci. A to my, beztroskie włóczęgi.

Jakże rozkosznie jest odpocząć, nie dusić się w żarze stepu, nie zamarzać 

nocą,   nie   być   brudasem   całymi   tygodniami   niemytym.   Papiery,   papierzyska 

wytaszczone   z   wózka   wiatr   przewraca,   ręka   opada,   w   głowie   pusto.   Nie 

próżniaczę, właściwie cały dzień mam wściekle zajęty. Rankiem otwieram oczy, 

słońce wstaje, co rano tak samo, a jednak inaczej. Zaraz przyjdzie stary Arab 

orać pole, siądzie  przed namiotem,  wypali papierosa. Potem zjem śniadanie, 

wykąpię się, pójdę na spacer  wybrzeżem,  pobawię się kamykami  malachitu, 

lapis lazuli, pozbieram skorupy żółwi. Czasem z lądu nadejdzie stado bydła, 

albo bociany nadlecą, trzeba siąść i obserwować, sprawdzić, czy przelecą ponad 

górami. Kluczą długo, wreszcie przechodzą, kto wie, może jutro opadną nad 

Eufratem. Wreszcie, gdy słońce chyli się ku zachodowi, rozpoczyna się tajemny 

rytuał poławiaczy ptaków. Gdy ich pierwszy raz ujrzałam, wyobraziłam sobie w 

pierwszej chwili, że to trędowaci, a musicie wiedzieć, że niczego tak się nie 

boję, jak trędowatych, nawet szczurów. Zamarło serce, czułam się niczym ten 

ptaszek   w   bruździe,   sparaliżowany   ślepym   strachem   przed   czymś 

niezrozumiałym. Nagan w dłoń i czekam, niech się tylko zbliżą do namiotu. 

Suną powolnym, uroczystym krokiem trzy postaci, niczym strachy, nietoperze z 

szeroko rozpostartymi  czarnymi  chustami  na ramionach,  głowie, drągach. W 

głuchym milczeniu, bez drgnienia, zbędnego ruchu, zataczają kręgi, szerokie, 

węższe, coraz ciaśniejsze. Siatka łapie ptaszęta. Odchodzą.

Jeszcze ostatnia kąpiel o zmierzchu, kolacja... i tak oto człowiek przez 

cały dzień strasznie zajęty.

background image

Widnieje z daleka blada łuna świateł, słońce zachodzi nad miastem Alep, 

szukamy   Jerzego   Zabłockiego,   jednego   z   najzdolniejszych   inżynierów 

drogowych, o którym tak miło pisał profesor Herbut w swej relacji z podróży do 

Syrii.   Jadąc   szosą   jego   roboty,   podziwialiśmy   z   jakim   zrozumieniem, 

wyczuciem potrafi obliczyć serpentyny, nachylenia i szczerze żałowaliśmy, że 

w Syrii, a nie u nas buduje.

Na cztery dni rozbijamy namiot pod samotną figą

Po dłuższej wędrówce po mieście znajdujemy właściwy dom. Przyjmuje 

nas pani Zabłocka, Francuzka urodzona w Syrii, po chwili zjawia się inżynier 

Zabłocki, zaczynamy rozmowę po polsku - zapomniał, ale walczy z pamięcią i 

mówi całkiem nieźle.

Ród Zabłockich wyemigrował na Wschód trzy pokolenia temu, pan Jerzy 

urodził się i wychował w Konstantynopolu, jego czterej synowie używają już 

tylko francuskiego i arabskiego, ale śpiewają piosenki przysłane przez Wandzię 

i Jagódkę Piłsudskie, marzą o tym, by poznać swą Ojczyznę. Rozczulający jest 

patriotyzm pani Zabłockiej. Gdy pierwszy  syn przyszedł na świat, męża  nie 

było. Chcąc mu zrobić przyjemność, postanowiła nadać dziecku jakieś bardzo 

polskie imię. Słyszała często polskie imię Jadwiga, czyli Hedvige, postanowiła 

więc nazwać chłopca Edwin. Jakież było jej rozczarowanie, gdy dowiedziała 

się, że imię to w Polsce jest zupełnie nieznane.

Zabłoccy zatrzymali nas u siebie na parę dni

Zabłoccy zatrzymali nas u siebie na parę dni, byli tak gościnni i mili, że 

na samo ich wspomnienie łzy rozczulenia stają w oczach.

Na szosie do Deir ezZor mijamy rozległe ludne wsie arabskie. Ulepione z 

gliny wyglądają niczym babki z piasku, ma się wrażenie, że jakiś psotny brzdąc 

bawił się tu przed chwilą i umknął, zabierając ze sobą foremki.  Rozwijamy 

nieprawdopodobną   prędkość,   gnamy   jak   widma,   hieny   zaczynają   podawać 

pierwszy śpiew nocy, na zakręcie pod mrocznym nawisem glinianym mijamy 

biały pomnik, na nim dwa nazwiska, jedno polskie. Wysocki. Data 1926 rok. Tu 

background image

leżą   dwaj   oficerowie   Legii   Cudzoziemskiej,   zastrzeleni   przez   Beduinów 

podczas zasadzki. Dalej na srebrnym szlaku następny pomnik, kolejne ofiary 

napadu, tym razem sprzed dwóch lat, po skórze przechodzi zimny dreszcz.

Ulepione z gliny wyglądają niczym babki z piasku

Z LAMPĄ ALADYNA

Żegnamy   słoneczną   i   gościnną   Syrię,   wkraczamy   w   kraj   wpływów 

angielskich - królestwo Iraku. Na bezkresnej pustyni biały kamień, teoretyczna 

granica dwóch państw zaznaczona na mapie jedynie z myślą o cudzoziemcach. 

Beduini nie znają granic.

Białym   szlakiem,   bez   drogi,   bez   drogowskazów   gnamy   przed   siebie. 

Jedziemy   poprzez   umarłą   pustynię,   żar   leje   się   z   nieba,   wyschłe   wargi 

przylegają   do   zębów,   śnieżnobiały   blask   oślepia   intensywnie   wpatrzone   w 

przestrzeń   oczy.   Po   paru   godzinach   spotykamy   pierwszy   posterunek   konnej 

żandarmerii. Witamy się serdeczne, częstujemy wzajemnie papierosami.

W tym kraju życie jest proste i beztroskie, jak w raju pewnie bywało, je 

się   palcami   z   jednej  miski,   chleb   o  wyglądzie   brudnej   ścierki  wozi   się   pod 

siodłem, pyszne daktyle rwie prosto z palmy, mięso baranie piecze na rożnie, a 

kto  chce,  może  bez  grosza  przy  duszy   przemierzyć  pustynię  od namiotu   do 

namiotu, a gościnni Arabowie napoją go czarną arabską kawą lub arakiem12, 

uczęstują   papierosami,   przenocują   i   nakarmią.   Z   chwilą   gdy   wejdziesz   do 

namiotu Araba i powiesz salam alejkum, a ten ci odpowie alejkum salam, nic ci 

nie grozi, choćbyś był wrogiem. Arab w razie potrzeby życie za ciebie odda. Co 

jego, to twoje. Możesz zostać dzień lub rok, tu prawa gościnności są święte.

Biada ci jednak, gdy nie odpowiesz na pozdrowienie - nic tak Araba nie 

obraża jak odmowa.

Arabki   są   śliczne,   rosłe,   rasowe,   o   regularnych   rysach   i   oczach   jak 

daktyle. Malują się przedziwnie, nozdrza, uszy, piersi henną, oczy na błękitno, 

od czoła na nos kreska pionowa, przez dołek na policzku dwie kreski, pozioma 

na brodzie i jeszcze znak na czole, pionowa linia lub koronka przez brzuch, po 

background image

krzyżu i od pach do stóp. Klejnoty stanowią nieodzowną ozdobę, koła w uszach, 

kolczyk w nosie, jeden lub więcej, naszyjnik z dukatów, bransolety na rękach i 

nogach. Twarzy nie zakrywają.

Jak noszą się Arabowie, każdy wie, o ile jednak Turek europeizuje się od 

nakrycia głowy, u Arabów cywilizacja poszła w nogi. Buty, buty... co za buty, 

jaskrawożółte   półbuciki,   zabójcze   lakierki,   a   do   tego   niebywałe   skarpetki 

ażurowe,  cieliste,  różowe,  zielone.  Połączenie   nóg  tak  obutych  z  zawojem  i 

burnusem wygląda kapitalnie. Arabowie mają jeszcze jedną słabość, uwielbiają 

wodę kolońską.

Jedziemy poprzez umarłą pustynię

Bladobłękitna rzeka szeroko rozlana w jeszcze szerszej dolinie dwoma 

ramionami   oplata   zieloną   wyspę,   na   niej   ruiny,   w   cieniu   postrzępionych 

wachlarzy   palm   skryło   się   ulepione   z   gliny   miasteczko   Annah.   Nurt   pędzi, 

wiruje, gna z wiatrem pustynnym w zawody, pośrodku rzeki ujrzysz czasem 

łódź przedwieczną, rzeźbioną, zdobną gryfami, ciężką purpurą żagli, ciągnie ją 

na linie półnagi holownik, kręcą się powoli ogromne koła wodociągów, słońce 

kładzie ostatnie blaski na świetlistą toń Eufratu, cisza wieczoru rozpościera swe 

skrzydła nad miastem.

Szukamy naczelnika urzędu celnego. Przydzielony policjant prowadzi nas 

labiryntem glinianych opłotków ku maleńkim drzwiom w murze. Wchodzimy 

na   kwadratowe   podwórze,   pośrodku   fontanna,   kwiaty,   taras   z   widokiem   na 

rzekę,   na   ławie   przykrytej   perskim   dywanem,   majestatyczny   w   arabskich 

szatach   i   turbanie   na   głowie   siedzi   siwy   hadżi13,   u   jego   stóp   bawi   się 

dziewczynka.

Formalności nie załatwimy do rana, definitywnie nie puszczą nas w nocy 

na pustynię, bo niebezpiecznie, a przede wszystkim, bo urzędnik celny zapałał 

sympatią do nas i zapragnął dowiedzieć się wszystkiego o Polsce oraz spędzić 

wieczór   w   egzotycznym   towarzystwie.   Sam   nie   mówił   po   francusku,   więc 

sprowadził tłumacza. Tak do północy zleciał mu i Stachowi czas na rozmowach 

background image

o ich i naszej ojczyźnie, ja zaś miałam zaszczyt odwiedzić panie w haremie. 

Śliczne, rosłe, o regularnych rysach i oczach jak daktyle, nozdrzach, uszach i 

piersiach   malowanych   henną,   Arabki   dotykały   twarzy   nieznajomej, 

niemalowanej,   obcego   stroju,   całowały,   śmiejąc   się   radośnie   i   klaszcząc 

obracały na wszystkie strony niczym lalkę z gałganków.

Z  lampą   Aladyna  w  ręku  ruszaj  podróżniku  szukać  obrazków  z  baśni 

tysiąca i jednej nocy, znajdź prawdziwego złodzieja z Bagdadu. W pierwszej 

chwili powiesz: to niemożliwe, a jednak udasz się na poszukiwanie, zboczysz o 

krok w wąskie uliczki, stopy twe utoną w białym pyle i znajdziesz. Złodziej z 

Bagdadu jest nieuchwytny, bezkarny i wszechobecny. Od świtu po zmrok ulice 

zalewa tłum Beduinów, Żydów, kulisów, mieszczuchów, handlarzy, nędzarzy. 

Wielobarwny   tłum   faluje,   kłębi   się,   przewala,   dusi,   tłamsi,   depcze,   potrąca, 

rozpycha się, rozlega się wrzask nieustanny, ryk osiołków, wycie gramofonów 

przeraźliwe.   Wzdłuż   ulic   w   otwartych   kawiarniach   na   ławach   leżą   leniwcy 

Wschodu,   dzień   cały   palą   nargile   i   popijają   kawę.   Na   straganach   daktyle   i 

muchy, muchy, muchy...

Co   europejskie,   jak   pontonowe   mosty,   sklepy,   hotele,   jest   bardzo 

wygodne,   ale   brzydkie.   Co   arabskie,   choć   brudne   i   hałaśliwe,   piękne   jest   i 

ciekawe.   Architektura   glinianej   wioski,   krągłe   guffy14   plecione   z   liści 

palmowych   przepojonych   smołą,   meczety   wyłożone   perską   mozaiką,   lasy 

daktylowe wokół miasta i piękny leniwy Tygrys. A gdy jasna noc zawiesi nad 

miastem   lampę   księżyca,   cichnie   gwar   handlarzy,   ostrożnie   stąpaj   zbłąkany 

przechodniu po nielicznych chodnikach, bacz, by nie potrącić pogrążonych we 

śnie nędzarzy. Śpią w brudzie ulicy, jak szmata rzucona do rynsztoku.

Przez dwa dni pławiliśmy się w upale nad brzegiem płowej rzeki, gdy na 

główną ulicę Bagdadu wtoczył się biały od pyłu pustyni motocykl z przyczepką. 

Litera D sugerowała przynależność państwową niemiecką.

Dwaj   młodzieńcy   z   Halberstadtu,   kierowca   Siegfried   Wenhaus   oraz 

pasażer przyczepki Hans Reichart, wyjechali z Berlina w trzy tygodnie po naszej 

background image

tam   wizycie,   jako   specjalni   korespondenci.   Dziwnym   zbiegiem   okoliczności 

obrali identyczną co my trasę, to znaczy przejeżdżają przez te same punkty, 

zdążając   do   tego   samego   celu,   jest   jednak   pewna   różnica.   Podczas   gdy   my 

pchamy się uparcie lądem, zarówno szosą, jak i oślim szlakiem, nasi koledzy z 

Niemiec   podążają   najkrótszą   drogą   lądem   lub   morzem,   tak   że   na   odcinku 

BerlinBagdad zrobili o połowę mniej kilometrów. Będą pewno już dawno na 

granicy   Syjamu,   gdy   my   korzystać   będziemy   z   gościnności   perskiej   w 

Teheranie. „Cel uświęca środki” i „kto pierwszy, ten lepszy” mawiają...

W   glinianym   miasteczku   granicznym   panuje   nieznośny   upał,   przed 

budynkiem celnym tłoczą się autobusy, czekamy już parę godzin na naszą kolej, 

ale   spokojnie,   to   dopiero   początek.   Urzędnik   celny,   bardzo   uprzejmy 

Chaldejczyk,   nie   robi   rewizji,   za   to   płynną   francuszczyzną   dopytuje   się,   co 

mamy   do   oclenia,   po   czym   wylicza   przedmioty   podlegające   cłu.   Zgodnie   z 

przepisami deponujemy broń, ale po chwili rodzi się nowy kłopot, okazuje się, 

że   musimy   zdeponować   dziesięć   procent   wartości   naszego   motoru,   a   na 

pozostałe dziewięćdziesiąt procent musimy mieć gwarancję wystawioną przez 

kogoś zamieszkałego w Persji. Tylko że my tu nikogo nie znamy. Co robić? 

Sytuacja bez wyjścia!

Dziki wyjący tłum oblega motor

W   końcu   otrzymujemy   pozwolenie,   by   jechać   dwieście   pięćdziesiąt 

kilometrów do właściwego urzędu celnego w Kermanshah, skąd będzie można 

porozumieć się z centralą w Teheranie.

Po   południu   następnego   dnia   wjeżdżamy   do   Kermanshah,   miasteczka 

przyczajonego pod niebotyczną skalną ścianą. Dziki wyjący tłum oblega motor, 

mamy coś ze stu przewodników walczących o pierwszeństwo, ciągną, szarpią, 

ktoś wyrywa mi papierosa z ręki.

W urzędzie celnym potwierdza się, że gwarancja obywatela perskiego jest 

niezbędna. Każą nam czekać na decyzję z Teheranu, a ta może przyjść nawet za 

miesiąc!   Spędzić   miesiąc   w   tej   mieścinie?   To   byłaby   okropność.   Ślemy 

background image

telegram do poselstwa polskiego w stolicy z prośbą o interwencję.

Zapada   noc,   hotelu   nie   ma,   policjant   walczy   z   wyjącym   tłumem. 

Przychodzi   inny   i   żąda   podania   adresu,   pod   którym   spędzimy   noc,   w 

przeciwnym razie będzie zmuszony zamknąć nas w areszcie. Za co, nie wiem. 

Tego już za wiele! Doprowadzeni do pasji zajeżdżamy przed komendę policji, 

zostawiamy motor przed budynkiem na odpowiedzialność komendanta, a sami 

maszerujemy maleńką zaciszną uliczką do furtki w glinianym murze, za którym 

skrył się kościół i plebania. Tam znajdujemy nocleg, opiekę, ukojenie nerwów 

oraz poradę, jak uporać się z żądaniami urzędu celnego. Następnego dnia celnik 

otrzymuje gwarancję podpisaną... przez nas samych. Możemy ruszyć w dalszą 

drogę.

Czy   dobrniemy   do   placówki   w   Teheranie?   Tam   mają   czekać   na   nas 

pieniądze   z   prasy,   ale   czy   będą?   Europejskie   hotele   nas   zrujnowały,   Turcja 

pochłonęła resztkę skromnych oszczędności, na granicy syryjskiej stanęliśmy z 

siedmioma zaledwie funtami angielskimi w kieszeni. Przejechaliśmy całą Syrię, 

wydając jedynie dwa funty, to kraj niebywale tani, za jednego funta dotarliśmy 

przez Irak do Bagdadu, a za dwa kolejne z Bagdadu do Teheranu.

Wkraczając we wrota poselstwa, mamy pieniędzy równo na cztery galony 

benzyny, która w Persji jest tania jak melony, a te wszędzie można kupić za 

bezcen. Niestety. Honorariów z prasy żadnych, za to odbieramy przekaz z domu 

na   kwotę   dziesięciu   funtów,   która   musi   nam   wystarczyć   na   dotarcie   do 

Bombaju. Co będzie dalej?

Każdy miły nawet odpoczynek z czasem zamienia się w udrękę. Gdy raz 

już wpadłeś do Teheranu, to jak śliwka w kompot. Brak słów do opisania tej 

gościnności. Chcesz po trzech dniach wyjechać? A dokąd się krewki podróżnik 

śpieszy?   Nagle   mnożą   się   maleńkie   trudności   natury   formalnej.   Całe   sześć 

tygodni   czekamy   bezradni,   a   poselstwo   polskie   stara   się   załatwić   wszystkie 

niezbędne formalności i umożliwić nam jak najszybszy wyjazd. Góry z dnia na 

dzień stają się coraz bielsze, aż pewnego dnia spostrzegamy, że zima przyszła, 

background image

złote pomarańcze i cytryny okryły białe czapy śniegu.

Gdy za oknami szaleje śnieżyca, Stach rusza na granicę Iraku po naszą 

broń,   wywalczoną   z   trudem   przez   trzy   rady   ministrów   i   sześć   tygodni 

oczekiwania.   Zostaję   sama.   Przez   tydzień   trwa   zawierucha,   przez   tydzień 

czekam wieści, płaczę, gryzę paznokcie, rozpaczam i drżę ze strachu o życie 

mojego chłopca. Widmo śmierci czai się każdej nocy w koszmarach sennych, aż 

pewnego dnia ambasador angielski dostarcza świstek papieru, a na nim parę 

słów:

„Halo, jestem w Hamadan, czekam na autobus do Karmanshah, jeśli nie 

przyjdzie jutro, wrócę koło poniedziałku. Strasznie tęsknię. Stach” A więc żyje! 

Wreszcie pewnej nocy materializuje się widmo Stacha na progu.

Pośród głuchej nocy rozdzwania się budzik, wydziera się jazgotliwym 

brzęczeniem,   wyszarpuje   resztki   snu.   Półprzytomni   zrywamy   się   z   posłania, 

składamy   pościel,   rozglądamy   się   jeszcze   po   pokoju,   żeby   niczego   nie 

zapomnieć,  żegnamy  wszystkie kąty  sentymentalnym spojrzeniem,  nieprędko 

znów ujrzymy podobny zbytek. Dnieje, nie ma czasu do stracenia. Naciągamy 

na grzbiet swetry, fufajki,  kaftany, jest  ich niestety  za mało.  Stach przenosi 

tobołki i uwiązuje przy motorze.

Mahma, służący Pers, czeka już na posterunku, drzwi uchyla i częstuje 

gorącą kawą. Poselstwo śpi jeszcze. Posilamy się na stojąco, robię zapasy na 

drogę:   chleb,   owoce,   jajka,   masło,   wczorajsze   kotlety,   wszystko   to   razem 

starczy   może   na   dwa   do   trzech   dni   skromnej   przegryzki.   Wkradamy   się   na 

palcach   do   pokoju   radcy,   który   śpi   jak   kamień.   Wyszturchany,   pożegnany 

obdarowuje nas na drogę błogosławieństwem i butelką whisky.

Słońce   nie   wschodzi,   jest   chmurno   i   mży.   Poprzez   oślizłe   błoto 

roztopionego   śniegu   i   biały   opar   mgły   docieramy   do   mozaikowych   wrót, 

przeciskając się pomiędzy burymi osiołkami, wytaczamy się poza mury miasta. 

Błotnisty   szlak   wiedzie   pomiędzy   gliniane   przedmieścia,   szeroką   spowitą 

mgłami doliną otoczoną pokrytymi lodem szczytami, na wirażach wiatr ścina 

background image

krew w żyłach, jest naprawdę zimno, twarze sine, z nosów cieknie, kurczę się w 

wózku, by utrzymać w sobie resztki ciepła. Zakręt. Wciąż wyżej, chlapie mokry 

śnieg pod ślizgającymi się kołami, blade słońce przebija się anemicznie przez 

chmury. Widzieliśmy góry perskie jesienią, teraz mamy okazję poznać je zimą...

Około piątej po południu wdzieramy się na najwyższy punkt przełęczy. 

Góry płoną u naszych stóp krwawą łuną zmierzchu, błękitna poświata kładzie na 

bieli   śniegu   pastelowe   cienie,   ponad   nami   prześwietlone,   przezroczyste   jak 

szklane ample15, różowieją, bledną, gasną...

Halo!   Radio   Warszawa,   Wilno,   Lwów,   Kraków,   Katowice   i   inne 

rozgłośnie, tu mówi radio Teheran.

Halina   i   Stanisław   Bujakowscy   składają   wyrazy   wdzięczności   dla 

wszystkich   placówek   Rzeczypospolitej   od   Berlina   do   Teheranu,   dziękując 

każdej z osobna za pomoc, opiekę, gościnność i serdeczność, a także wszystkim 

znajomym z podróży za to, że byli tak sympatyczni i życzliwi oraz wszystkim 

przedstawicielom   B.S.A.   na   szlaku   za   uczynność   i   uczciwe   reperacje,   z 

wyjątkiem   Hakkaka   z   Teheranu,   który   okazał   się   ostatnią   szują,   bo   motor 

oddany   mu   na   wystawę   trzeba   było   odbierać   z   policją   i   jeszcze   miał   tyle 

czelności,   że   potrzebnych   reperacji   nie   wykonał.   Dziękują   także   wszystkim 

bandytom i opryszkom za to, że nie obrabowali ich ani nie zabili, a także lwom, 

tygrysom,   hienom,   szakalom,   niedźwiedziom,   wilkom,   dzikom,   żmijom, 

skorpionom i szerszeniom, że nie życzyły sobie wejść z nimi w bliższy kontakt.

7 grudnia 1934 roku państwo Halina i Stanisław Bujakowscy wyruszyli w 

dalszą   podróż,   ich   trasa   prowadzi   przez   przełęcz   Firooz   Kooh   położoną   na 

wysokości   2500   metrów   nad   poziomem   morza,   Meched,   Zahidan   i   dalej   na 

wschód.   Jak   donoszą   nasi   korespondenci,   olbrzymie   opady   śnieżne 

spowodowały   zamknięcie   drogi   dla   ruchu   motorowego,   od   tygodnia 

komunikacja na tym szlaku odbywa się wyłącznie na grzbietach wielbłądów. 

Przebiją   się   czy   ślad   po   nich   śniegi   zasypią?   Insz   Allach16.   Oczekujcie   z 

niepokojem kolejnych wiadomości, pewnie dopiero z Bombaju.

background image

WEŹ NAS, O SŁOŃCE!

Sypie   śnieg   puszysty,   biały,   miękki,   iskrzący,   wirują   płatki   rytmem 

aksamitnej melodii. Mały motor tańczy na zamarzniętej skorupie, wdziera się na 

szczyty, prześlizguje ponad przepaściami. Dwoje szaleńców walczy z zawieją. 

Kukiełki, marionetki poruszane niewidzialną ręką, lalki na bezkresnym białym 

polu śmierci. Wciąż przed siebie, nie poddać się, walczyć do ostatka. Zwalą się 

w dół? Zamarzną? Kto zwycięży? Oni czy zima?

W   Druskiennikach   też   pada   śnieg,   lampa   z   zielonym   kloszem   wisi 

niziutko nad stołem, krąg światła złoci politurę starego jesionu, jest cicho, ciepło 

i   jasno.   W   długie   ciemne   wieczory   najbliżsi   czytają   listy,   strzępy   papieru 

przywiane znad piasków pustyni i zapylonych dróg Azji. Mama włożyła okulary 

i czyta na głos. Tatuś siedzi obok i stawia pasjansa. Skrzypią kroki na śniegu, 

hałas rozlega się w sieni, to przyszli goście, siadają wokół stołu i proszą, by 

poczytać im korespondencję ze świata. Słuchają cały długi wieczór i wierzyć im 

się nie chce, że panienka i ten Stasiek wędrują po dalekich krajach z bajki i 

kinematografu. Tak niedawno jeszcze byli tu, tego lata widziano ich na ulicach 

miasteczka,   na   Niemnie,   w   marcu,   gdy   przyszła   wielka   woda   z   roztopów, 

wiosłowali   przez   aleje   zatopionego   parku,   a   tu   chłopak   przeleciał   ulicami 

miasteczka   niczym   huragan,   machając   najnowszym   numerem   „Świata”, 

pokazywał   wszystkim   fotografie,   no   to   przyszli   do   matki   „wielkiej 

podróżniczki”, by wypytać, jak tam jest, jak oni żyją w tych obcych krajach.

Czuwamy w namiocie pokrytym białą czapą śniegu

A jak żyją? Zaciskają odrętwiałe ręce, z całych sił wbijają paznokcie w 

dłonie, wargi zagryzają do krwi, byle nie zasnąć, bo sen to śmierć. Który to już 

dzień z rzędu, nie wiem. Zatraca się rachubę dni, poczucie rzeczywistości. Co 

dzień pada śnieg i co dzień wyje wiatr z północy, szron osiada na twarzach i 

ubraniu, pchamy naprzód, z jednej przełęczy w drugą, z wirażu do wirażu, byle 

iść, byle nie stanąć. Góry coraz wyższe, niebotyczne, wyniosłe, szydzą pewne 

swej   potęgi.   Co   wieczór   brylantowe   szczyty   i   lodowce   płoną   wszystkimi 

background image

barwami tęczy, to blade strwożone słońce zabawia boga zimy, rzuca mu pod 

stopy lodowe snopy bengalskich ogni z trwogi, by nie zakuł w kajdany, nie 

uwięził   w   swym   mroźnym   lochu,   pozwolił   odejść   przez   kwitnące   purpurą 

dżungle   ku   białym   piaskom   pustyni,   gdzie   to   ono   jest   panem   i   władcą, 

bezlitosnym   żarem   zabija   wszelkie   życie.   Weź   nas,   o   słońce!   Co   noc,   gdy 

odchodzisz, czuwamy w namiocie pokrytym białą czapą śniegu, czekamy długie 

godziny, aż powrócisz i bladym blaskiem wskażesz drogę. Bywają noce gorsze, 

gdy nie pada śnieg, a dmie wiatr północny. Szarpie, skrzypi, wyje, zda się, za 

chwilę porwie namiot i ciśnie nim w przepaść.

Robimy   dziennie   do   stu   kilometrów   z   przeciętną   prędkością   do 

dwudziestu kilometrów na godzinę. Jedziemy tak wolno, że dynamo nie jest w 

stanie naładować akumulatora, już od tygodnia nie mamy światła w reflektorze, 

po ciemku układamy się do snu.

O   czwartej   nad   ranem   budzę   się   odrętwiała   z   chłodu   w   namiocie 

srebrnym od szronu. Szarpię Stacha i piszczę, by zrobił herbaty, bo ja nie mam 

siły. Ciepło maszynki roztapia szron nad naszymi głowami, z gorącą herbatą w 

brzuchu zasypiamy i budzimy się znów zesztywniali o szóstej. Szalony wicher 

szarpie namiotem. Stach jest zielony, trzęsie się cały z chłodu i od gorączki. 

Znajduję w kieszeni dwa przymrożone jabłka, całe powietrze przepojone ich 

zapachem.   Na   brezencie   lodowa   skorupa,   trudno   złożyć,   sztywne   ręce   bolą, 

popękane, napuchłe jak pomidory, boję się, że moje subtelne rączki nigdy nie 

wrócą do formy.

Wypychamy   motor   na   szosę,   tam   ładujemy   rzeczy,   około   południa 

opuszczamy wzgórza, wyjeżdżamy w szeroką dolinę. Owinięta we wszystkie 

płaszcze kurczę się w anemicznych promieniach słońca, błogie ciepło powoli 

wchodzi w kości. Jest dobrze. Stach po raz pierwszy od czterech dni ma suche 

nogi. Nawet wiatr łaskawszy, bo dmucha w plecy, nie w twarz, wygania nas 

precz   z   gór.   Czasem   przebłyśnie   jaśniej   słońce,   jest   coraz   silniejsze,   budzi 

nadzieję, jedziemy na południe.

background image

Owinięta we wszystkie płaszcze kurczę się w anemicznych promieniach 

słońca

Po stokach gór, niczym gnomy  z bajki, ześlizguje się gromada górali. 

Kolorowe   łachmany,   serdaki,   czapy   kudłate,   kilofy,   rydle,   fajki,   przykucają 

kręgiem   wokół   ogniska,   miejsce   dla   nas   robią,   dłonie   wyciągają   do   ognia, 

drewnianą fajkę podają z ust do ust.

Dniem   i   nocą   ciągną   nieprzerwanym   szeregiem   karawany   kudłatych 

wielbłądów, brodaci poganiacze, Turkmeni odziani w baranie skóry zwołują się 

przeciągłym   krzykiem.   Towarzyszy   im   wicher,   płaszczy   się,   szarpie   niczym 

pies, wygrywa na sercach dzwonków tęskne melodie, zwycięską pieśń zimy.

W nielicznych wioskach zasypanych piachem pustyni mieszkają chłopcy 

odziani w gunie malowane  w pawie i barwne kręgi. Drogą maszeruje  ślepy 

dziad z gęślami w ręku, prowadzi go chłopię w barwnej świtce17 i haftowanym 

serdaku. Dziad gra na gęśli, chłopię śpiewa, a dziewczynka tańczy, zasiadają 

wokół długowłosi wieśniacy, wtórują, klaszczą, kiwają głowami, a mała tańczy, 

brzęczy kastanietami, pokrzykuje. Zza wrót chaty spoglądają zazdrośnie kobiety 

w   długich   pąsowych   sarafanach18   i   zawoju   przezroczystym   na   głowie, 

obwieszone ciężarem klejnotów i srebra. Jak w bajce.

Miejsce dla nas robią, dłonie wyciągają do ognia

Doganiamy   karawanę   prowadzoną   przez   trzech   poganiaczy.   Motocykl 

wtacza   się   niezauważony   w   sam   środek   tabunu.   Wystarczyło,   że   jedno   ze 

zwierząt przestraszyło się, by spłoszyć resztę karawany. Wielbłądy wierzgają, 

kwiczą, kłusują, galopują, ślizgają się, gubią wiązki chrustu i juki. Przez kilka 

godzin gnamy oszalałe stado przed sobą. Wielbłądy zmęczone, co raz któryś 

wywraca się na śliskim błocie, jeden z nich wali się wprost na motocykl, Stach 

w ostatniej chwili rzuca kierownicą w bok i tak lądujemy  po uszy w rowie 

pełnym wody. Ruszyć motor nie na nasze siły, Stach ma od dwóch dni gorączkę, 

oboje jesteśmy zmarznięci i niewyspani, od trzech dni głodni. Po kolei mijają 

nas wielbłądy, wreszcie zjawiają się poganiacze, spoceni, zziajani najpierw klną 

background image

po   persku   na   czym   świat   stoi,   następnie   wyrażają   wielkie   zadowolenie,   że 

siedzimy w rowie, w końcu sumienie ich rusza i pomagają wygrzebać się na 

drogę. W zamian obiecujemy poczekać godzinę, aż zbiorą wszystkie zwierzęta i 

spędzą na pole.

Śliską wąską drogą, po mokrym śniegu, pochyłymi zakrętami pędzą w dół 

lub z sapaniem pną się pod górę ciężarówki. Noc za kierownicą, zmęczenie, 

opium, omroczenie, nieuwaga, każdego dnia któraś z maszyn spada w przepaść, 

co krok natykamy się na żelazny trup maszyny, podarty, pogięty, żałosny. Przed 

nami zator, ludzie kręcą się na skraju drogi, złocą się na śniegu zbryzgane krwią 

pomarańcze i mandarynki.

Co krok natykamy się na żelazny trup maszyny

Wybieramy pokój na trzecim piętrze, zawsze lepiej być na górze w razie 

katastrofy.   Izba   skromna,   mocno   przewiewna,   na   szczęście   jest   piec   w 

korytarzu, można pogrzać się, kiedy ochota.

Następnego   dnia   udaję   się   na   zwiedzanie   miasta.   Kręcę   się   wokół 

mozaikowych wrót, które wiodą na rynek przed złotym kopulastym meczetem, 

gdzie   leży   święty   Reza   Khan.   Odpychają,   przepędzają   kamieniami   niegodną 

tego miejsca kobietę giaura, unoszę więc dumny kark i kieruję kroki wzdłuż 

rynsztoku.   W   Mechadzie   jest   jeden,   długi   i   kręty   na   całe   miasto...   Nic 

ciekawego? Wręcz przeciwnie! Można nad rynsztokiem spędzić długie godziny, 

nie nudząc się ani chwili. Niedyskretnie o tym opowiadać? Ale trzeba, bo może 

za parę lat tylko stare nianie małym Persom będą opowiadały dziwy o tym, jak 

to dawniej bywało.

Kręcę się wokół mozaikowych wrót, które wiodą na rynek

Przez całe miasto płynie strumień środkiem jezdni lub dwa bokami, gdy 

ulica szeroka. Każdy Pers jako mahometanin bardzo nabożny i fanatyczny musi 

umyć się przepisową liczbę razy dziennie. Robi to w rynsztoku! Obok kobieta 

jego szoruje garnki lub wodę czerpie do picia, inna pierze bieliznę, wyżej ktoś 

spełnia małą potrzebę fizjologiczną lub myje się po ważniejszej, bo papieru w 

background image

Persji jak na lekarstwo, prowadząc jednocześnie przyjazną pogawędkę z jakimś 

czyściochem, który szoruje zęby i spluwa naturalnie z powrotem na ulicę. Tak 

na   przestrzeni   wielu   kilometrów   biegnie   oś   życia   perskiego   miasta.   Jedynie 

zwariowani cudzoziemcy każą sobie przywozić wodę z poselstwa angielskiego, 

dokąd prowadzą rurociągi z gór, płacą za beczułki jak za złoto, a Pers woziwoda 

zarabia.

Przed   Quain  motor   grzeje   się   i  przestaje   oliwić.   Niedobrze,   urwał   się 

wałek  napędowy, a na dodatek  urwany aluminiowy  kawałeczek  roztopił się. 

Pchamy, toczymy się wolniutko po pochyłości, wreszcie napotykamy trzy wozy 

ciężarowe. Kierowcy Ormianie wiozą do Indii drobny jak mąka biały mak - 

opium. Serdeczni, mili, uczynni upierają się, że nam pomogą, kręcą głowami, 

kombinują, w końcu wymyślili, jak zmontować pompę: przy wózku zamocowali 

bańkę   z   oliwą,   w   denko   wlutowali   wentyl   od   dętki,   ja   trzymam   pompę   i 

wtłaczając   powietrze   do   bańki,   wypycham   oliwę   do   motoru...   niezgorsze 

zajęcie, przynajmniej będzie cieplej w dłonie.

Praca przy motorze trwa dobrych kilka godzin, mrok tymczasem zapada, 

nasi nowi przyjaciele postanawiają nie opuścić nas aż do granicy. Rusza mała 

karawana, trzy wozy i motor. O trzeciej nad ranem nieprzytomni ze zmęczenia 

docieramy   do   Birdżant.   Siadamy   wszyscy   na   przypiecku,   popijamy   czaj   z 

samowara,   zajadamy   ser,   kartofle   i   podpłomyki,   rękoma,   wszyscy   z   jednej 

miski.

W   Zahidan,   glinianym   pustynnym   miasteczku   znajdujemy   budynek 

konsulatu   brytyjskiego.   Służący   Hindus   otwiera   drzwi   i   prosi   za   czekać,   bo 

sahib udał się na spacer, pewnie wkrótce wróci. Zapadam w klubowy fotel przed 

kominkiem.   Ogień   trzaska,   niski   stół   zarzucony   pismami,   na   nim   butelka 

whisky, nad głowami bambusowy sufit, na kamiennej podłodze perskie dywany, 

na   kominku   i   biurku   fotografie   oraz...   karty   świąteczne,   przecież   Boże 

Narodzenie za trzy dni! Tak cichutko, ciepło i zacisznie.  Wkradliśmy  się w 

cudze wnętrze i przyczajeni czekamy. Mam dużą tremę. Od tego, jakie będzie 

background image

przyjęcie, zależy nasz wjazd do Indii, pozwolenie na broń, informacje drogowe i 

tyle   innych   drobiazgów.   Nie   wyglądamy   ani   cywilizowanie,   ani   nawet 

przyzwoicie, jedyną nadzieję na dobre przyjęcie przez gospodarzy daje gruby 

list polecający z poselstwa w Teheranie.

Czynię domysły, czy konsul żonaty. Stach wysuwa czubek nosa z głębin 

fotela i powiada, że nie, bo fotele mają wyłamane sprężyny, a kanapa wygląda 

jak najdziksza przełęcz górska. Jestem innego zdania, na dowód wskazuję biały 

sweter suszący  się przy  ogniu... nasze domysły przerywa warkot silnika. Ze 

śmiechem   i   radosnym   hello   wpada   do   pokoju   maleńka,   ruda   istota   i   duży 

roześmiany chłopiec.

Formalności konsularne? Jutro. Najpierw gorąca herbata. Pani Jane każe 

sprowadzić   nasze   graty   z   garażu   i   przygotować   gorącą   kąpiel   z   mydłem. 

Przymykam oczy z rozkoszy. Siadamy do obiadu przy nakrytym stole, tyle dań, 

a potem w dużym jasnym pokoju z ogniem na kominku. W sypialni czeka łóżko 

z białą pościelą i włochatym prześcieradłem, jak w domu. Może tak właśnie 

czują się żołnierze, wracając z frontu na parodniowy urlop?

NOC WIGILIJNA

24 grudnia 1934 roku.

Motocykl ustawia się w szeregu kilkunastu ciężarówek. Wciąż zjeżdżają 

się kolejne, przed budynkiem celnym zbiera się karawana maszyn, pod zbrojną 

strażą   pójdą   razem   przez   pustynię,   na   której   żyje   harde,   bandyckie   plemię 

Beludżów. Patrol za patrolem gna w pustynię, tam wre bitwa, banda zbrojnych 

Beludżów przekroczyła granicę.

Stach załatwia sprawy celne. Siedzieć w wózku zimno i nudno, gramolę 

się   więc   i   wylewam   wodę   z   butów,   wykręcone   pończochy   wieszam   na 

bagażniku, poprawiam rzemienie na tobołkach. Podchodzi szofer we włochatej 

czapie i wszczyna rozmowę łamaną angielszczyzną. Ma na imię Mohammad 

Azim Khan, jest Afgańczykiem i wraz z kilkoma przyjaciółmi Assurami jedzie 

w karawanie. Tak się jakoś zgadało, że będziemy się w drodze trzymać blisko 

background image

siebie,   a   w   razie   potrzeby   Assurowie   pomogą,   w   końcu   wszyscy   jesteśmy 

cudzoziemcami w Persji. Assurscy przyjaciele ładują cały nasz zapas benzyny i 

walizkę z ubraniami na ciężarówkę, byśmy mogli jechać zupełnie odciążeni, a 

mój chłopiec coś nie wraca, ruszam więc na poszukiwanie do urzędu celnego.

Ogromna   postać   Afgańczyka   w   białych   szarawarach,   pomadkowo 

różowym   kaftanie   i   włochatej   czapie   wypełnia   całą   niemal   izdebkę,   podana 

uprzejmie dłoń ginie zmiażdżona w serdecznym uścisku brunatnej łapy. Jak się 

okazuje,   formalności   celne   polegają   tu   na   wspólnym   wypiciu   herbaty   z 

mlekiem,   nic  nie   obchodzi   oficera   paszport   ani  co   wieziemy,   ale  szczerze   i 

gorąco odradza nocną jazdę przez pustynię.

Dziś   jest   wyjątkowo   niespokojnie,   w   odległości   mili   od   posterunku 

bandyci napadli i skonfiskowali wóz z ładunkiem herbaty, szofera rozebrali do 

naga, jedynie czapkę i dokumenty mu zostawili.

- Wszystko na nim moje.

Szerokim gestem wskazuje skuloną w cieniu postać Persa grzejącego bose 

pięty przy palenisku. Coś tam mamrocze w ogień, opowiada, wzdycha, kiwa 

głową.

Przez otwarte drzwi zagląda noc, bucha gwar, migotają światła, szoferzy 

wypełniają izbę, każdy chce ujrzeć ofiarę napadu, porozmawiać, jak to było, gdy 

szedł goły przez pustynię? Naradzają się, niezdecydowani, jechać czy nocować? 

Boją się, nikt nie ma broni. Pokazujemy swoją, zachęcając do jazdy, jednak 

trudno ich przekonać,  że nocą  bezpieczniej  niż  za dnia, że tamci  dostali  po 

skórze, że zmęczeni bitwą śpią, że mamy aż trzy sztuki broni i zapas naboi, że w 

razie   potrzeby   można   bronić   się   długo,   łowić   reflektorami   cel   na   pustyni. 

Oglądają karabin, radzą jeszcze, w końcu podejmują decyzję.

Ruszamy,   zamieszanie,   pośpiech,   szoferzy   dopadają   swoich   maszyn. 

Hałas kilkudziesięciu motorów zapuszczonych równocześnie rozlega się pośród 

nocy, na każdy wóz wdrapuje się żołnierz z bronią w garści. Karabin w ręku, 

nagan na kolanach, Mohammad Azim Khan dostaje rewolwer, Stach kopie co sił 

background image

i jazda! Jeszcze tylko wołanie władzy rozlega się pośród mroku:

- Strzelać celnie i nie czekać wyzwania, a walić w każdy ruchomy cień 

dobrze!

Piętnaście samochodów i jeden motocykl ruszają w pustynię, w mrokach 

nocy rozwija się długi wąż w czerwone cętki, tylne latarki wozów majaczą jak 

błędne   ogniki.   To   nasza   choinka   bożonarodzeniowa.   Widziadlany,   ogromny, 

pokraczny cień motoru przesuwa się drgającą plamą po wyboistym szlaku w 

blasku reflektorów innych maszyn. Światło nam gaśnie, zatrzymać się, naprawić 

nie   sposób.   Azim   światłami   reflektora   oświeca   drogę   dla   siebie   i   dla   nas 

jednocześnie.   Gnamy   jak   opętańcy,   bez   wytchnienia,   bez   przerwy,   sen   klei 

powieki, liczę czas. Jest pięć i pół godziny różnicy, w domu ubieracie teraz 

choinkę, może zapala się pierwsza gwiazda na niebie. Od czoła słychać krzyk... 

ktoś kryje się w cieniu, cała karawana staje, formując zwarty czworobok. Stach, 

Azim,   jeszcze   jakiś   szofer   biegną   zbrojni.   Rozlega   się   strzał...   cisza.   Znów 

strzał. Tamaryszki chyboczą się suche, sylwetkowe, bezmowne. Gnamy dalej. 

Przy umarłym torze błyskają światła, są ludzie, jest życie, Beludżowie z pustyni 

założyli stację dla szoferów karawan. Otaczają wózek, śmieją się, klaszczą w 

ręce, pokazuję na karabin, że ja też bandu jak oni. Na stojąco popijamy gorącą 

herbatę,   palimy   papierosy,  my,   to   znaczy   ja   i  cała   chmara   kilkunastoletnich 

łobuzów. Znów gnamy... znów liczę czas... widzę stół wigilijny, dużą choinę, 

bliskich za jasnym stołem, a za oknami śnieg. Ciepło i zacisznie. Dzielicie się 

opłatkiem,   myśląc   o   nas,   bielą   się   dwa   puste   nakrycia   przy   końcu   stołu... 

Karabin zaczyna ciążyć, sen morzy, przód karawany znika w pustyni. Gnamy. 

Hubert pewnie szaleje już pod choinką, cóż przyniósł mu święty Mikołaj w tym 

roku? Stach ostatkiem sił trzyma się kierownicy, tłukę głową o boki wózka, 

budzę się, znów zasypiam.

Piętnaście samochodów i jeden motocykl ruszają w pustynię

Przed   nami   wyłania   się   kolejna   umarła   stacja,   kiedyś   nazywała   się 

Warwick. Z trudem wtaczamy motor na zamknięty dziedziniec, wszyscy walą 

background image

się pokotem na cementową podłogę. Jest trzecia rano 25 grudnia... u was jeszcze 

płonie choinka.

Po paru zaledwie godzinach wytchnienia podrywamy się pośpiesznie. W 

mroku przedświtu rozpaczliwie zimno i ciemno, na łapucapu wrzucam pościel 

do   wózka,   nie  ma   czasu   nawet   na   złapanie   kawałka   chleba,   samochody   już 

ruszyły.

Około   siódmej   słońce   wygląda   zza   gór,   rozpromienia   białe   piaski, 

rozwiewa bezpowrotnie najdziwniejszą noc wigilijną w naszym życiu.

NA SŁONEJ PUSTYNI

O godzinie pierwszej stajemy w Nok Kundi. Zaoferowano nam pokój na 

stacji kolejowej, czy raczej w drewnianym baraku, ale strasznie dużo tam much, 

rozbijamy więc namiot obok toru na piasku. Stach wraca z bazaru obładowany, 

przyniósł biskwity, kompot z ananasa, marmoladę, angielskie papierosy, jak ja 

dawno nie paliłam dobrych papierosów. Oto nasza spóźniona o dzień wigilia.

Z   rozrzuconych   pośród   piasków   chat   zbiega   się   cała   ludność   osiedla, 

serdeczni,   zainteresowani,   dociekliwi,   wypytują   jak,   skąd,   dokąd.   Całe 

popołudnie przesypiamy  w nagrzanym namiocie, bez przykrycia. Jest ciepło, 

wręcz gorąco. Dzieci, kury, cielęta bezustannie kręcą się w pobliżu, dosłownie 

zaglądają przez okienko. Mrok zapada. Stach śpi jak kamień, wstaję, przecieram 

oczy   i   udaję   się   do   urzędu,   by   wypić   jeszcze   jedną   herbatę   z   naszymi 

kompanami, raz jeszcze podziękować Azimowi za pomoc i opiekę na piaskach.

Za zasłoną z worka i maty biorę ciepłą kąpiel w bańce od benzyny. Wodę 

raz na tydzień przywozi pociąg z Quetta, mimo  to bez większych wyrzutów 

sumienia, acz wzruszona szerokim gestem gościnności, szoruję się od stóp do 

głów. Już umyta przyjmuję wizyty namiotowe. Dla zgubionego w piaskach Nok 

Kundi jesteśmy nie lada sensacją, wciąż ktoś zagląda podziwiać nasz ruchomy 

dom.

Pociąg przywozi złe wieści. Z gór zeszły ogromne rzeki, całą pustynię 

zalała woda, nawet tor kolejowy w paru miejscach przerwała. Całe Nok Kundi 

background image

odradza nam szaleństwo pchania się motorem na wschód, wszyscy namawiają 

na przejazd koleją. Co robić? Bilet kolejowy kosztuje czternaście funtów, my 

mamy pół jednego. Skoro wszak przebyliśmy tyle tysięcy mil, nie cofniemy się 

przed trzystoma milami bezdroża. Za sto mil na stacji Dalbandin ma być woda, 

jedzenie i ludzie, za dwieście pięćdziesiąt mil benzyna. Przejedziemy! Pakuję do 

wózka trzy paczki biskwitów, puszkę ananasa, dwa słoiki marmolady, osiem 

podpłomyków,   sześć   jaj,   trzy   butelki   i   dwulitrową   bańkę   wody.   Chyba 

wystarczy na półtora dnia?

Nasza   decyzja   wprawia   miasteczko   w   podniecenie,   oto   pierwszy 

motocykl,   który   odważa   się   ruszyć   poprzez   słoną   pustynię   i   to   w   porze 

deszczów.  Znajomi i przyjaciele, czyli w zasadzie  wszyscy mieszkańcy  Nok 

Kundi, żegnają nas niczym straceńców idących na pewną śmierć. Na wszelki 

wypadek powiadamiają wszystkie stacje o naszym wyjeździe, będą nas szukać 

w razie nieszczęścia. Pożegnania, ostatnie porady na drogę. Gdy ruszamy, jest 

już po dziesiątej.

Na   przestrzeni   pierwszych   dwudziestu   mil   nie   spotykamy   żadnej 

przeszkody,   szlak   znaczony   małymi   kupkami   kamieni   wiedzie   wzdłuż   toru, 

przecinamy łańcuch diun19 o tak twardej skorupie piasku, że nawet ślad za nami 

nie pozostaje. Śmiertelna pustka, ani ptaka, ani zwierza, ani człowieka. Z gór 

rzeki idą, ogromne, duże, małe, mniejsze. Stach kluczy, robi objazdy i wjazdy. 

Pomagam mu wybrać drogę, szukam suchego podłoża, łagodniejszych brzegów, 

podpycham.

Kilometr zaledwie dzieli nas od Dalbandin, widzę stację od paru godzin, 

ale jak na złość tu właśnie Beludżowie przekopali rowy aż do toru, złapali wodę 

z gór i orzą wielbłądami w lepkim błocie. Nikt nie zwraca uwagi na motor, który 

ślizga się na sztywnych kołach, brnie, grzebie, wreszcie staje na dobre. Pcham, 

klęcząc, leżąc, siedząc, ryjąc nosem, nogi uciekają, a motor tańczy. Po paru 

godzinach walki przepychamy. Gnamy dalej. Czerwona kula słońca wtacza się 

za   diuny,   błękitny   mrok   osnuwa   białe   piaski,   liliowe   placki   błota   i   namiot 

background image

wtulony w płowe tamaryszki.

Budzi   mnie   pierwszy   blask   słońca   i   przeciągły   leniwy   ryk   lamparta. 

Musiał   drapieżnik   zwęszyć   nieproszonych   gości.   Otwieram   namiot,   Stach 

ostrożnie wysuwa lufę karabinu. Wyglądamy. W krąg obozowiska znajdujemy 

ślady   pazurzastych   łap  na   piasku,   zwierza   jednak   ani  widu.   Jeszcze   raz  ryk 

niesie się od strony gór i zamiera, niczym groźba i ostrzeżenie: Nie ważcie się 

iść dalej!

W   południe   ostatecznie   gubimy   drogę.   Pagórki   coraz   wyższe,   przed 

godziną widziałam jeszcze wyraźnie słupy telegraficzne z lewej strony, a może 

to tylko złudzenie, powinny przecież być po prawej. Siadam na piasku. Stach 

rusza   na   poszukiwanie   toru.   Długo   nie   wraca,   w   końcu   widzę   go,   idzie 

chwiejnym   krokiem   i   wali   się   na   piasek.   Nie   znalazł.   Może   mnie   się   uda. 

Zagłębiam się w diuny, wspinam na szczyt pagórka, staję na skraju szeroko 

rozlanej wody. W dali po drugiej stronie dostrzegam linię toru, a więc jedzenie, 

zbawienie, życie, a może to znów tylko miraż? Jak się tam dostać? Którędy? 

Wędruję skrajem rozlewiska,  na próżno staram się obejść,  by znaleźć drogę 

powrotną do motoru. Kompletnie tracę poczucie kierunku. Wołam, echo łapie 

mój krzyk i wielokrotnie odbity o skały porzuca w białym piasku. Cisza. Wołam 

znów, chyba po krańce widnokręgu głos mój niesie. Słyszę gwizd Stacha. Przez 

splątane tamaryszki i lotne piaski brnę w jego stronę, grzęznąc w błocie. Nawet 

głowy nie podniósł, by mnie powitać.

Orzą wielbłądami w lepkim błocie.

- Myślisz umierać? - pytam. - To szkoda, bo ja drogę znalazłam.

Chłopiec, chwiejąc się, wsiada na siodełko i rusza moim śladem.

Wskazuję   przejazdy,   skaczę,   biegnę,   zatrzymuję,   posuwam   się   po 

poprzednio odbitych śladach stóp, trop jest podwójny, mój i pazurzastych łap 

lamparta,   zwierz   idzie   za   nami.   Rozglądam   się   nerwowo,   na   próżno,   nawet 

gdyby   siedział   za   najbliższym   tamaryszkiem,   nie   dostrzegłabym,   nie   sposób 

odróżnić.   W   mdłej   poświacie   słońca   wszystko   zlewa   się   z   tłem,   wystarczy 

background image

odejść   o   parę   kroków   w   bok,   by   zginąć,   stracić   poczucie   czasu,   miejsca, 

kierunku, zdaje się, że nigdy tu nie byłam, ale mój ślad widzę na piasku.

Taszczymy  motor  aż na brzeg wody. Stach usiłuje prowadzić skrajem 

diun, ale piaski okazują się zbyt grząskie. Wtedy zaszeleściły krzewy, wyłoniło 

się bosonogie zbawienie, spojrzało na wodę, na nas, na motor i od razu pojęło 

sytuację.   Brunatne   pięty   zamlaskały   w   błocie,   warknął   popchnięty   motor, 

pobiegł przez wodę Baludż, za nim Stach z ręką na kierownicy i ja z tyłu, to 

pchając co sił, to czepiając się bagażnika. Przemy w trójkę, rzucamy pod koła 

fartuchy z blachy, gdy maszyna grzęźnie, w końcu stajemy na suchym pagórku 

białego przejazdu.

- Pani, haipani. - Baludż zatacza ręką krąg po pustyni, chwyta monetę w 

locie, mruczy, że mało, i znika jak cień. Znów zostajemy sami.

Pośród   bezkresnej   tafli   rozlewiska   sterczy   samotna   grobla   toru. 

Ustawiony   pod   kątem   motor   idzie   wolniutko,   nasyp   rozmiękły,   podmyty, 

wreszcie znajdujemy wysepkę dość szeroką, by rozstawić namiot.

Tyle   wysiłku,   a   przebyliśmy   raptem   dziesięć   mil.   Stach   spragniony, 

głodny, półżywy ze zmęczenia znów majaczy w gorączce.

Za kilka mil musi być stacja, może będą i ludzie. Zatykam nagan za pas, 

chwytam   kosz,   butelki   i   wędruję   środkiem   toru,   licząc   kolejowe   podkłady, 

wokół woda, w bagnie pustynnym tonie słońce, mrok szarą płachtą opada, gasi 

barwy. Majaczy w oddali budynek i samotne drzewo. Mijam biały słup milowy, 

162 mila od Quetty (jakże jeszcze daleko!) i podchodzę do stacji... cisza. Nikt 

nie   zapala   świateł,   nikt   nie   wybiega,   by   powitać   przybysza.   Wchodzę   na 

podwórze,   wołam,   ale   cisza   dzwoni,   szczur   szmyrga   spod   nóg,   z   łopotem 

zrywają się ptaszyska. Uciekam.

Pośród bezkresnej tafli rozlewiska sterczy samotna grobla toru

Noc   nastaje.   Wlekę   zmęczone   nogi   za   sobą,   ciąży   pusty   kosz,   nagan, 

czuję wyraźnie, że ktoś idzie obok mnie, czai się w ciemnościach. Znów tracę 

poczucie odległości, każdy krzak wydaje się podobny do namiotu, aż wreszcie 

background image

wpadam   na   sznury   i   śpiącego   Stacha.   Nabieram   wody   z   kałuży,   popijamy 

herbatę o wyglądzie kawy z mlekiem i tłustym smaku gliny.

O świcie słaba z głodu z trudem zwlekam się z posłania. Stach w gorączce 

już od tylu tygodni sił nawet nie ma, by głowę podnieść. Pijemy słoną wodę pół 

na pół z błotem pustyni i jemy maleńkiego biskwita, to już naprawdę ostatni. 

Żując okruszynkę, marzę, by wyogromniała w ustach w duży bochen chleba. 

Sprawdzam   stan   zapasów,   mamy   jeszcze   dziesięć   papierosów   i   butelkę 

czerwonego   wina,   jeszcze   z   Konstantynopola,   jakże   mnie   wtedy   krępowało 

przyjęcie u ambasadora, a dzisiaj, kto wie, czy wino nie ratuje Stachowi życia, 

mocny łyk stawia go na nogi. Wstaje i rusza w stronę gór szukać drogi. Brnie 

przez   wodę,   zapada   się   po   kolana,   sylwetka   oddala   się,   niczym   figurynka, 

ruchomy punkt, zaciera się, znika. Klapię obok motoru i patrzę bezmyślnie na 

ten bezkres przeraźliwy, czarne sylwetki skał, dłuży się czas... dzień wyzłocony 

słońcem,   taki   śliczny,   świat   taki   szeroki.   Długo   czekam   w   samotności,   aż 

wreszcie punkcik poruszył się pośród tafli wody, przybliża się, ledwo pełznie. 

Chwytam wino i biegnę na spotkanie. W górach drogi nie ma. Musimy pchać 

dalej torem. Mijamy stację, gdzie byłam wczoraj, dostrzegamy po prawej stronie 

toru   suchy   płat   pustyni,   przerzucamy   więc   motor   przez   szyny,   podkładając 

kamienie.   Stach   rusza   pełnym   gazem,   ale   koła   żłobią   ślady   coraz   głębsze. 

Biegnę, wołam:

- Stój! Wracaj! Stój!

Nie słyszy. Stało się, rozpędzony motor grzęźnie po osie w śliskiej glinie. 

Nie dopadnę, już za późno. Stach pcha co sił, motor dławi się na pierwszym 

biegu, krztusi i milknie, chyli się na bok niczym tonący okręt i pogrąża coraz 

głębiej, już tylko głowice cylindrów wystają z mazi. W miejscu, gdzie przed 

chwilą   błoto   jedynie   oblepiało   nam   buty,   grzęźniemy   po   kolana.   Klęcząc, 

pokaleczonymi do krwi rękoma i łopatą złamaną jeszcze w Persji odgarniamy 

glinę. Odpoczywamy, leżąc w błocie, po czym wpychamy blachy pod koła i 

podejmujemy jeszcze jedną próbę wyrwania się na pełnym gazie. Na próżno. 

background image

Cała  trójka  pada bez sił.  Zapada  zmrok.  Kładziemy  się spać  w błocie obok 

motoru. Zimno i mokro. Całą noc dręczą mnie koszmary, widzę motor tonący 

coraz głębiej, znikający pod powierzchnią, tylko parę bąbelków wyskakuje, już 

po wszystkim, pustynia zamyka się nad nim nieodwracalnie.

Jeszcze   przed   świtem   rzucam   pierwsze   spojrzenie   w   stronę   maszyny. 

Sterczy żałośnie pochylona na bok, ale stoi. Drapiemy stężoną mrozem ziemię 

pazurami,   kopiemy   łopatą   zmarzniętą   glinę,   prędko,   prędko,   nim   wzejdzie 

słońce.   Zrzucamy   resztki   bagażu   wprost   w   błoto.   Gaz   i   pchamy!   Drgnął   i 

zachybotał się w głębokim dole. Prędzej! Nie ma chwili do stracenia, wpycham 

pod koła suche krzewy, blachy wyciągnięte przed motor, Stasiek wparty nogami 

w   lepką   glinę   nagina   plecy   w   łuk,   na   bladej   zarośniętej   twarzy   sine 

nabrzmiewają żyły, występują krople potu, czy wytrzyma? Pcham z tyłu, motor 

pluje spalinami, chlapie lepką mazią w oczy, nogi ślizgają się, uciekają, padam. 

Całą siłą i własnym ciężarem rzucona naprzód pełznę na kolanach, w ten sposób 

daję większy opór. Jeszcze raz drgnął, jeszcze raz napieramy. Wyskoczył! Stach 

pędzi uwieszony kierownicy, przeskakuje zdradzieckie bagno, biegnę za nim 

półprzytomna, gubiąc łzy radości po drodze, zapominam o głodzie, o tym, że nie 

wiadomo   kiedy   dobrniemy   do   osiedli   ludzkich.   Dla   uczczenia   zwycięstwa 

wypalamy dwa ostatnie papierosy.

Zbieramy rozrzucone rzeczy, pakujemy motocykl i windujemy na nasyp, 

w   tym  miejscu   szerszy   i   twardszy.   Siadam   na   brzeg   zewnętrzny   wózka,   by 

zachować   maszynę   w   równowadze,   wózek   skacze   po   wystających   z   piasku 

podkładach, ale trzymam się i milczę. Nie czas na szukanie wygodnych pozycji.

Wokół bezkresna woda, po południu wyłania się na horyzoncie budynek 

stacji, przed nim jednak tor zalany wodą na przestrzeni dwustu, może trzystu 

metrów. Stajemy bezradnie. Stach przechodzi przez wodę tam i z powrotem, 

badając grunt.

Stacja   opuszczona   i   martwa,   otwarte   drzwi   skrzypią   żałośnie   na 

pordzewiałych   zawiasach.   Stach   podważa   jedne   odrzwia,   wyłamuje   drugie, 

background image

deski są grube i ciężkie, składamy je razem i dźwigamy nad wodę. Kładziemy 

drzwi na powierzchni wody, Stach przetacza motor i hamuje. Teraz podkładam 

drugie drzwi, motor przechodzi. W ten sposób, zapadając się po kolana, po pas 

w wodę, ślizgając się po ruchomych kamieniach, ciągniemy  maszynę. Deski 

nasiąknięte wodą wymykają się z dłoni, spadają na nogi, przygniatają palce. Po 

kolei zrzucam części garderoby, zaczęłam w kożuchu i podwiniętych spodniach, 

już w połowie rozlewiska mam na sobie tylko trykoty. Słońce zachodzi. Ból 

skręca kiszki, mdli. Czyżby i w sylwestrową noc groził nam głód?

Zapada   gęsty   mrok,   tor   rozszerza   się,   mruga   coś   z   daleka,   to   światło 

semafora,   widzimy   poruszające   się   w   oddali   sylwetki.   Żywa   stacja!   Czyżby 

Padag Road? Czyżbyśmy byli zbawieni?

Po   chwili   otacza   nas   gromada   ludzi,   wyciągnięty   jak   struna   policjant 

prezentuje   broń,   składa   w   swoim   narzeczu   meldunek,   w   gardle   dławią   łzy 

wzruszenia, wiedzą o nas, czekali, telefonują teraz we wszystkich kierunkach.

W przestronnej izbie płonie ogień na kominku, wygodny drewniany fotel 

zaprasza   w   swe   objęcia,   czeka   już   woda   do   mycia,   ale   to   nie   wszystko, 

przynoszą gorące placki chleba i coś smażonego na patelni, sądziłam wpierw, że 

grzyby, a to jajka przyprawione pieprzem, świetne w smaku. Opchani do syta 

grzejemy   się   przy   ogniu.   Beludżowie   wsuwają   się   bezszelestnie,   sandały 

zostawiając u progu, siadają na ziemi, dłonie wyciągają do ognia, wpatrują się w 

przybyszów.   Ktoś   podaje   paczkę   papierosów.   Żołnierski   papieros  w   zębach, 

pełen brzuch, sucho i ciepło. Jesteśmy w raju. Posiedzieli cichutko i wymknęli 

się   tak   jak   przyszli,   niepostrzeżenie.   Oczy   same   się   zamykają,   zasypiam, 

zatracam  poczucie   miejsca,   przestrzeni,   zapadam  w   nicość,   przez   sen   słyszę 

przeciągły śpiew modlitewny dobiegający zza ściany...

Jest dwunasta w nocy. W sercu strasznej pustyni tylko we dwoje, bez 

pieniędzy,   przyjaciół,   dobrze   choć,   że   niegłodni,   wypijamy   po   łyku   wina. 

Szczęśliwego Nowego Roku. Jaki on będzie?

MOŻE I MY ŻYLIŚMY PODOBNIE

background image

1 stycznia 1935 roku.

Niebo   powleczone   ciemnymi   chmurami.   Pieniędzy   po   zapłaceniu   za 

wszystko na stacji zostaje nam dwie annah20, do tego dwa placki pozostałe od 

śniadania   i   sześć   papierosów,   benzyny   na   piętnaście   do   szesnastu   mil,   nie 

więcej.   Wiemy,   że   nie   dociągniemy   do   odległego   o   trzydzieści   mil   Nushki, 

gdzie jest benzyna, ale wierzę, że jakoś to będzie, chcę jechać dalej bez względu 

na   to,   co   nas   czeka,   Stach   proponuje   czekać   tydzień   na   następny   pociąg. 

Zwyciężam. Podejmujemy ryzyko szaleńców.

Przejaśnia   się.   Ruszamy   torem.   W   szczerym   pustkowiu   kończy   się 

benzyna.   Motor   na   pierwszym   biegu   wyżłopał   wszystko.   Pchamy   krok   za 

krokiem, odpoczywając co kilkadziesiąt metrów. Jedna mila, druga, trzecia, pod 

słupem sto dziesiątej mili od Quetta opadamy z sił. Przejechaliśmy trzy mile w 

pół dnia.

Rankiem słońce złotym blaskiem zalewa bezkres piasku. Pchamy znów 

motor, gdy doganiają nas z brzękiem robotnicy drogowi na wagonetce. Wpierw 

pomagają nam pchać, ostatecznie wpadamy na pomysł uwiązania motoru do 

wagonetki.   Udało   się!   Przystojne,   zdrowe   chłopaki   o   brunatnych   twarzach   i 

jasnym   połysku   oczu   pracują   po   dwóch   przy   każdym   lewarze,   fantazyjnie 

związane turbany pochylają się w rytm pracy, a wagonetka brzęczy i toczy się 

torem przez białe piaski rozmigotane  wodą i słońcem.  Wszyscy bawimy  się 

kapitalnie, jeden z robotników i Stach biegną za motorem, podpychając w razie 

potrzeby.

Zbliżamy się do Mall, plączemy się w siatce torów, jest ich tyle, przez 

każdy trzeba przerzucić maszynę. Znów otaczają nas przyjaźni ludzie, bierzemy 

benzynę i informację o drodze do Nushki. Młody Hindus w ubraniu europejskim 

tłumaczy, że parę dni temu jechał tam rowerem, że droga jest zła, dwie rzeki 

rozlały, wszędzie błoto, wodę miał wyżej kolan.

Decydujemy się jechać jednak do Nushki. Jest tak niedaleko, będziemy 

tam przed nocą. Pustynia zaludnia się, mijamy chaty, pola uprawne, rozhukana 

background image

rzeka  pędzi   bystro  po  dnie  kamienistego  poszarpanego  łożyska,  bierzemy   ją 

zygzakami. Wyskakuję z wózka, zdejmuję buty, zawijam spodnie i marsz do 

wody. Na dnie duże ruchome kamienie, prąd zbija z nóg, lodowata woda pali 

skórę do bólu. Motor grzęźnie w rozmokłej glinie, ślizgają się koła, ani w tył, 

ani w przód, zaczynam płakać, teraz już wiem, że jeszcze co najmniej jedną noc 

będę spała w tym błocie. Stach poruszony mymi łzami zaczyna pchać. Półżywi 

znajdujemy jakoś suchą drogę, szukamy  objazdu, wspinamy  się pod górę. Z 

daleka w złotej poświacie zachodu wyłania się miasteczko. Obrośnięci, brudni, 

oblepieni błotem, obdarci, głodni jak psy, ale dumni, bo zwyciężyliśmy śmierć i 

słoną   pustynię,   w   której   zdradliwe   piaski   nasz   W   19-484   (PL)   ważył   się 

zapuścić jako pierwszy motocykl w historii, 2 stycznia 1935 roku wjeżdżamy do 

Nushki.   Czuję   zmęczenie,   bezsilnie   zapadam   w   głąb   koszyka.   Serpentyną 

podjeżdżamy   do   mostu   zwodzonego,   stajemy   u   bram,   rasowe   pieski   całym 

stadem biegną nam na spotkanie, gospodarz wita nas od progu z serdecznością.

- Już od pięciu dni czekamy was z niepokojem!

W błękitnym cieniu lamp przy kominku siedzi wysmukła złotowłosa pani, 

po chwili brudna jak jestem tonę w klubowym fotelu ze szklanką gorącego ginu 

w ręku i tureckim papierosem w zębach, dwa cockerspaniele moszczą się na 

mych   kolanach.   Wykąpani,   przebrani   w   czyste,   pożyczone   od   gospodarzy, 

ubrania   siadamy   za   stołem,   jarzą   się   świece,   złote   płomyki   ślizgają   się   po 

politurze drewna, koronkowych nakryciach, srebrach i kryształach.

Po kolacji wślizguję się z zachwytem pod nieskazitelnie czystą pościel, a 

tam czeka mnie niespodzianka - pęcherz z gorącą wodą. Miłośnie przytulam go 

do pełnego brzucha i żądam wyjaśnień od Stacha:

- Skąd ja tu się właściwie wzięłam? Czy to ja godzinę temu tonęłam w 

błocie na pustyni?

Wstajemy czyści i wypoczęci, czujemy miękką, ciepłą, jedwabną pościel 

we wszystkich kościach. Rozkoszy nieba i domu z dwoma łazienkami, gdzie 

wanna gorąca czeka cię rano i wieczór, woda do golenia także, gdzie przez cały 

background image

dzień stoi dzbanek wrzątku pod watowanym taftowym kapturkiem, a w dużym 

jasnym pokoju do twojej dyspozycji miękkie  łóżka, woda z sokiem i papier 

listowy,   gdzie   rano   bezszelestnie   materializuje   się   przed   zaspanymi   oczyma 

służący z tacą w ręku, a na niej herbata, ciasteczka, owoce.

Przez ostatnie tygodnie studiowałam rude odcienie brody mojego Stasia, 

teraz   triumfuję,   musi   się   ogolić.   Oboje   mamy   poetyckie   długie   włosy, 

wyglądamy   jak  dzieci  pustyni,  może   dlatego   wśród  spotykanych  na  słonych 

piaskach   banduków   miałam   tak   wybitne   powodzenie,   wprost   pożerali   mnie 

wzrokiem, a ja czekałam z naganem, aż któryś mnie porwie na wielbłądzie i 

ukryje w pieczarze skalnej, jakież to byłoby romantyczne, niestety żaden nie 

wpadł na ten genialny pomysł.

O   dziewiątej   i   pół   dymiąca   owsianka   z   żółtym   cukrem   i   mlekiem   w 

miseczce, jaja na szynce, kawa, herbata, gorące tosty z masłem i marmoladą. Po 

śniadaniu pan domu udaje się do pracy, a my z panią domu przed kominek, ona 

robi   na   drutach,   ja   reperuję   kurtkę   Stacha,   a   Stach   piastuje   pięć   psów   na 

kolanach, za oknami słońce i lodowaty wiatr. Po lunchu czarna kawa, spacer z 

psami do stajni, po czym znów lądujemy przy kominku z cocktailem w dłoni. 

Dinner, czarna kawa i spać. Tak żyją podobno ludzie dzień za dniem. Zresztą 

może i my żyliśmy podobnie w domu, ale to było bardzo dawno temu.

Stare platany stoją dwurzędem po obu stronach asfaltowej szosy, zwinne 

małe wiewiórki, szare w podłużne czarne paski przemykają pod kołami motoru. 

Wjeżdżamy   cienistą   aleją   do   Quetta.   Czerwień   dachów,   strzeliste   minarety, 

zbiło   się   to   wszystko   w   małą   kupkę   pośrodku   szerokiej   doliny,   zamkniętej 

śnieżnym łańcuchem gór. Anglicy właśnie wylegli na popołudniowy spacer z 

pieskami, wszyscy, niczym Beludżowie, noszą szerokie kożuchy szafranowe z 

bogatym   czerwonym   haftem   i   wspaniałe   rękawice   z   szakala,   nie   wdziewają 

tylko   puchatej   wielbłądziej   czapy,   a   nieodzowny   hełm   krajów   tropikalnych, 

który nieraz trzeba przewiązać ciepłą chustką, ale nosić go trzeba dla prestiżu.

Rzeczka   dzieli   miasto   na   dwie   części,   z   tamtej   strony   w   wąskich 

background image

uliczkach brudne i słoneczne życie wschodu, na sznurach przewieszonych od 

domu   do   domu   ponad   głowami   przechodniów   powiewają   barwne   girlandy 

tubylczych strojów suszących się na słońcu lub wystawy starzyzny na sprzedaż.

Do motoru oblężonego jak zawsze przytacza się okrąglutka złotowłosa 

postać, prawie rzuca mi się na szyję, szczebioce coś po angielsku, wyciąga za 

rękę   z   wózka,   z   żywego   monologu   wyłapuję,   że   osóbka,   znana   w   całym 

Beludżystanie  perskim i angielskim madame  Marie,  jest właścicielką  hotelu. 

Otrzymała   telefoniczne   zawiadomienie,   że   przyjedziemy   do   Quetta   i 

zatrzymamy się u niej, wyczekuje nas od tygodnia i dzisiaj akurat planowała 

wybrać   się   samochodem   na   pustynię   na   poszukiwanie   zaginionej   pary   z 

motocyklem.   Hotel   w   bambusowym   gaju   sprawia   miłe   wrażenie   wsi 

murzyńskiej, na kominku bucha ogień, jest miło, jasno, ładnie, chciałoby się 

zostać dłużej w tym mieście, ogrodzie wśród śnieżnych gór.

Rankiem szaleje zawierucha, po usłanej śniegiem drodze wdzieramy się w 

srebrny pył, widać tylko na dwa kroki, wiatr dmie w oczy.

Białe szczyty rozsiadły się dokoła niczym lukrowane baby, gdzie okiem 

sięgniesz śnieg... znów śnieg... i śmiertelny chłód. Ubieram się w co się da, 

owijam nogi kocem. Pamiętam, dawno temu naradzaliśmy się, jak ubrać się w tę 

drogę. Wszyscy wyśmiali mnie, gdy chciałam spakować futro.

Po usłanej śniegiem drodze wdzieramy się w srebrny pył.

- Po co? Nie włożysz ani razu! Chyba że robactwo chcesz w walizce 

hodować - mówili.

No i nie wzięłam, a teraz pół naszej podróży marznę na całego i marzę o 

tamtym futrze. Lodowate deszcze od Niemiec aż do Belgradu, noce w Anatolii 

tak zimne, że skóra na rękach i twarzy pękała do krwi, wysokogórska zima w 

Persji,   że   szpik   w   kościach   zamarzał.   Dziś   każdemu,   kto   jedzie   w   kraje 

podzwrotnikowe,   radzę   zabrać   co   najmniej   ubranie   wełniane,   kożuszek   bez 

rękawów,   dobry   płaszcz   skórzany,   buty   podkute,   ze   cztery   ciepłe   koce   i 

ogromny parasol. Na wszelki wypadek.

background image

Wjeżdżamy w step bezludny, kamienisty, pocięty łożyskami wyschłych 

rzek. W dwie godziny robimy jedną milę, co krok stając i wydzierając glinę 

spod   błotników.   W   końcu   Stach   zdejmuje   błotniki,   motor   idzie   względnie 

szybko, ale lepkie grudy chlapią w twarz, ładują się do kosza.

Nad   truchłem   zdechłego   psa   ucztuje   pięć   olbrzymich   sępów.   Nażarte, 

ciężkie, o podpalanych czerwono brzuchach nie znają lęku przed ludźmi, albo 

nie mają siły uciekać. Odchodzą parę kroków i czekają obrażone, by wrócić do 

uczty, gdy przejedziemy, jeden tylko biegnie niczym indor, po chwili z trudem 

wznosi się na skrzydłach. Padnie bawół w zaprzęgu, wielbłąd, osioł czy pies, 

odsuwa się ścierwo na brzeg pięknej szosy, nie grzebie nikt. Po co? Natychmiast 

zwołują się ze wszystkich stron na ucztę grabarze, sprzątacze kraju, nazajutrz 

lśnią w słońcu białe kości.

Stado delikatnych gazeli stoi i spogląda ciekawie, płoszą się, znikają w 

trawach,   z   nadejściem   zmroku   kryjemy   się   i   my   ich   śladem   w   wysokich 

burzanach.

Kryjemy się i my ich śladem w wysokich burzanach

Na pagórku gliniana chatka, dwa słupy i potężny łańcuch zamykający 

drogę,   to   granica   Beludżystanu.   Straż   sprawdza   paszporty,   zapisuje   numer 

motoru, łańcuch opada, staczamy się w szerokie łożysko rzeki, przeskakujemy 

wąską strugę i już jesteśmy w Pendżabie.

Rzucam   ostatnie   spojrzenie   za   siebie.   Cały   step,   przez   który 

wędrowaliśmy dziś jeszcze, widać jak na dłoni, wije się jaśniejsza kreska drogi, 

po   której   motocykl   posuwał   się   niczym   żuczek,   toczył   się,   znikał   w 

rozpadlinach jarów, znów wyłaził na powierzchnię. Żegnam Beludżystan z jego 

straszliwą pustynią, śniegiem gór i burzanami bezludnych stepów, zapominam o 

grozie tego, co za nami, dzisiaj wykreśla z pamięci wczoraj.

Jeden wiraż, drugi, pięćdziesiąty, a może już setny, ile ich, nie zliczę, 

zjazd   długi   około   trzydziestu   dwóch   kilometrów,   spadamy   w   dół,   droga 

paskudna, niebezpieczna. Piękna i grozy nie da się opisać, bo czyż potrafi ten, 

background image

co martwy druk czyta, spojrzeć wraz ze mną ze szczytu gór? Jeżeli nie cierpi na 

lęk wysokości, zapraszam. Prostopadłe szare skały, bezdenna czarna przepaść, a 

gdzieś w dole roziskrzone morze błękitu, ziemi nie widać, u stóp niebo, a my 

spadamy w ten błękit. Na dnie przepaści potok pieni się i huczy, przetacza białą 

pianę kaskady po omszałych głazach, przeskakuje drogę w betonowym łożysku, 

my   przeskakujemy   przez   potok   i   tak   pędzimy   obok   siebie,   mijamy   się, 

spotykamy, wciąż w dół.

Wreszcie   zajaśniał   na   szarym   granicie   ściany   olbrzymi   biały   napis 

WELCOME.

Tak 9 stycznia 1935 roku stanęliśmy na indyjskiej ziemi.

NA INDYJSKIEJ ZIEMI

Wkraczamy   w   dolinę   Indusu,   rzeki   szerokiej   na   dwanaście   mil 

angielskich,   szakale   siedzą   w  rzędzie   i  wyją   nam  ślicznie   na  powitanie.   Na 

lotnym piasku leży żelazna siatka, na niej podściółka z trzciny wodnej, to droga. 

Na  niektórych odcinkach  trzcina  położona jest tak grubą warstwą,  że trzeba 

wyciągać   zgniecione   łodygi   spod   błotników.   Posuwamy   się   statecznie   po 

szuwarach wśród szuwarów.

Około północy stajemy nad wielką wodą. Migają światła latarni, przejazd 

wolny, strażnik z czerwoną latarnią kroczy przed nami, maszyna posuwa się po 

trzeszczących   deskach   powoli.   Drewniany   pomost   na   baniastych   białych 

łodziach   ma   półtorej   mili   długości.   Coś   wspaniałego,   bezkres   wody   i   ten 

prymitywny   most   trzeszczący   pod   ciężarem   motoru   w   mrokach   nocy. 

Zajeżdżamy do Dak Bungalow na nocleg.

Jedziemy w mrocznym tunelu cienistego sklepienia, złote plamki słońca 

migocą   na   wyślizganym   asfalcie.   Z   obu   stron   drogi   dwurzędy   rozłożystych 

drzew splatają się konarami, wprost nacieszyć się nie możemy soczystą zielenią 

liściastych drzew. Bokami toczą się dwukołowe wozy wyładowane bawełną lub 

trzciną   cukrową,   kroczą   wielbłądy,   koniki   ciągną   chybotliwe   ryksze 

przeładowane   pasażerami,   biegną   szeregi   pieszych   z   ciężarami   na   głowie. 

background image

Rzepak bursztynowy kwitnie jak u nas, pszenica gdzieniegdzie kłosuje, sady 

mandarynkowe uginają się pod ciężarem owoców.

Jedynie cierpienia motoru rzucają szary cień na piękno podróży. Jedziemy 

jak za własnym pogrzebem, maszyna dogorywa, zszarpana przejściami w Persji 

i Beludżystanie, nawet na asfalcie nie wyciąga więcej niż sto kilometrów na 

godzinę. Szprych nie ma już wcale, w silniku rozlegają się dziwne szmery, z 

karoserii pozostały żałosne resztki. Kieszeń pusta i nie możemy sobie pozwolić 

na   mechanika,   toteż   co   kilkanaście   kilometrów   musimy   stawać   i   poświęcać 

długie godziny na wiązanie wszystkiego sznurkami, linkami.

Jedziemy w mrocznym tunelu cienistego sklepienia

O zachodzie słońca ze złotego pyłu wyłania się Lahore. Wkradamy się do 

miasta niczym złoczyńcy. Przez parę miesięcy spędzonych wśród gór i pustyni, 

stepów   i   wiosek   półdzikich   zapomnieliśmy   o   istnieniu   miast.   Wystawy, 

prywatne   wille   i   pałace,   blask   luksusu   i   świateł   elektrycznych   robi   na   nas 

większe wrażenie niż utajone w mroku nocy sylwetki meczetów i tajemnicze 

ogrody.   Niestety   w   Lahore   z   braku   pieniędzy   na   hotel   zostać   nie   możemy. 

Toczymy się dalej powoli, smutni, zmęczeni, znudzeni, udręczeni, krąg świateł 

znika   za   nami,   pochłania   nas   noc,   pod   czerwonym   słupem   kamiennym   na 

nędznej kępce trzciny układamy się do snu.

Bokami toczą się dwukołowe wozy wyładowane bawełną

W Amrytsarze po raz pierwszy w podróży widzę lekarza. Na środku ulicy 

pod   dużym   parasolem   stoi   parę   tablic   anatomicznych,   ślicznie   narysowany 

człowieczek z kośćmi, drugi z kartonową kichą i wątrobą na wierzchu, obok 

szkielet prawdziwy, łby jeleni, słoiki pełne suszonych wężów i jaszczurek, zioła, 

kamienie, a wśród całej swej apteki i tajemnej wiedzy zasiada lekarz zawinięty 

po oczy w brunatny burnus.

Jedziemy dalej. Wreszcie zakwita przed nami purpurą i złotem ciężkich, 

zmysłowych   kwiatów   prawdziwa   indyjska   dżungla.   Coraz   dziksza,   coraz 

piękniejsza.   Maleńkie   ptaszęta   spijają   miód,   tonąc   w   kielichach   kwiatów, 

background image

delektują się słodyczą wiosny. Znad pól zlatują się stada zielonych papużek i 

chmary złotych szpaków, cała ta brać wykłóca się wieczorami  o miejsce na 

przydrożnych drzewach.

Wśród całej swej apteki i tajemnej wiedzy zasiada lekarz zawinięty po 

oczy w brunatny burnus

Dołem szeleści pośród suchych liści niewidoczna kobra, mangusta trze 

nosek łapką, siedząc na grubym ogonie, płowe langury kołyszą się na palmach, 

chyboczą   wierzchołkami   drzew.   Ze   zwartego   gąszczu   wyskakuje   na   drogę 

jeden, drugi, pięćdziesiąty cień, to dziki ogromnym stadem przebiegają przez 

drogę i szerokim łukiem gnają przez pola uprawne na żer. Na tle tej dekoracji 

wypada   z   lasu   cętkowana   pantera,   przywiera   do   piasku,   czai   się.   Brutalne 

sięgnięcie po karabin płoszy zwierza, potężny kot daje susa w burzany. Mignęła 

raz jeszcze, zaprezentowała się w całej okazałości na skraju lasu. Za daleko na 

strzał... znikła.

Święte makaki, mieszkańcy dżungli, wylegają tłumnie na drogę, karmią 

małe,   drapią   się,   bawią,   iskają,   gapią   na   motor,   ledwie   raczą   ustąpić   drogi, 

czasem   spłoszy   się   któryś   i   z   piskiem   zahuśta   na   gałęzi,   odprowadzają   nas 

niemal do samych wrót stolicy Indii.

Dwie   drogi   prowadzą   do   dwóch   olbrzymich   miast,   pierwsze   osnute 

dymem, drugie bieli się murami pałaców i zieleni ogrodami. Chcemy wjechać w 

Nowe Delhi, ale naturalnie błądzimy w gmatwaninie uliczek i trafiamy wprost 

do Delhi hinduskiego, wbijamy się przez muchy, hałas, tłum, brud, jaskrawy 

blask  słońca  w handlową dzielnicę. Zatrzymujemy  się. Czekamy.  Odświętne 

stado krów w barwnych strojach, z wiankami kwiatów na szyjach, o rogach 

malowanych na czerwono, zielono, nabijanych brązem tamuje cały ruch, wokół 

pląsają nadzy fakirzy umazani nawozem i pyłem, dzieci zbierają do trzymanych 

na głowie koszy krowie łajno na opał.

W   Indiach   każde   zwierzę   jest   święte.   Szofer   raczej   rozbije   wóz,   niż 

przejedzie kurczę lub pieska. Święta jest kobra, choć kąsa Hindusa tak samo, jak 

background image

wszystkich,   święty   jest   tygrys,   małpa,   paw,   słoń,   koń,   szczur,   a   najświętsza 

krowa, uosobienie macierzyństwa.

Ksiądz Dubois z Miss Mayo twierdzi, że najbardziej oczyszczającym ze 

wszystkich grzechów doczesnych jest napój spreparowany z pięciu produktów 

krowy, czyli swoisty cocktail z mleka, twarogu, masła, nawozu i moczu. Nie 

widziałam pijącego to Hindusa i sama nie miałam okazji spróbować, toteż nie 

mogę powiedzieć, czy jest w użyciu, ani czy smaczny, w każdym razie nawóz 

na   pewno   jest   uważany   za   święty,   chaty   ze   wszystkich   stron   obstawia   się 

wytarzanymi w pyle, jak chlebek w mące, plackami, co ma chronić od złych 

uroków, fakirzy malują się tym kosmetykiem na piersi i twarzy. Czy dobry na 

cerę? Niestety nie powiem, bo i tego również nie próbowałam.

Gdzieś w małej chatce, w pobliżu pałacu wicekróla mieszka Gandhi. W 

której,   wiedzą   tylko   jego   wybrani   uczniowie.   Przypatruję   się   każdemu 

mijanemu   szałasowi,   każdej   śpiącej   na   tafli   chodnika   postaci,   w   każdej 

dopatruję się podobieństwa, szukam wielkiego filozofa. Zostawiamy Delhi za 

sobą i gnamy dalej.

Mijamy ruiny, ruiny ciągnące się nieprzerwanym korowodem [na zdjęciu 

most nad rzeką Kuwari w miejscowości Nurabad na trasie MorenaGwalior]

Mijamy ruiny, ruiny ciągnące się nieprzerwanym korowodem, kamienne 

miasta   śpiące   odrętwiałym   snem   śmierci.   W   bladej   poświacie   księżycowej 

wznosi się Taj Mahal, marmurowy poemat miłości, bajka zaklęta w białe płyty 

marmuru, obłok, westchnienie, zjawa, ale nie nam podziwiać te wspaniałości, 

my siedzimy w rowie przydrożnym i załamujemy ręce z rozpaczy. Postój potrwa 

dłużej   tym   razem,   ucięło   naraz   wszystkie   szprychy   wózka,   nie   mamy   już 

zapasowych,   ani   jak   naprawić,   bo   młotek   zgubiony   gdzieś   po   drodze   czy 

skradziony. Nadjeżdża samochód. Szofer, poczciwy Hindus, zatrzymuje się i 

pyta, jak może nam pomóc. Stach prosi o młotek i zabiera się do roboty. Nasz 

znajomy z zamiłowaniem asystuje przy robocie, od czasu do czasu dmucha w 

zepsutą   trąbę,   ta   ryczy,   prychając   kurzem,   a   Hindus   chichocze   jak   skrzat   i 

background image

podskakuje z radości na jednej nodze. Stach rozgrzewa połamane szprychy w 

ogniu,   klepie,   rozciąga,   nagina,   zanosi   się   na   kilka   godzin   roboty.   Pytamy 

Hindusa, czy nie odsprzedałby nam młotka.

- Nie sprzedam - kręci głową. - Dam wam w prezencie.

W końcu, widząc, że zmrok idzie, a my dużo mamy pracy i nic jedzenia 

przy sobie, bo od rana na próżno szukaliśmy chleba, rusza dalej, ale przysyła 

nam z sąsiedniej wioski człowieka z tacą, a na tacy chleb, kartofle, masło, pieprz 

i   garnuszek   wody,   wszystko   za   jedną   rupię.   Podjadamy   i   telepiemy   się   do 

Gwalioru.

Coraz bardziej wyboista droga wnika we wzgórza i gęsty zwał dżungli, 

otacza nas mrok drzew, zające migają w świetle reflektora, czuję chłód wody, 

choć jej nie widać. Wzdłuż całego szlaku ciężkie wyprzężone wozy parkują przy 

drodze, obozują Hindusi, ważą wieczorną strawę w miedzianych garnuszkach, 

wypolerowanych, błyszczących w ogniu jak słońce.

W białym snopie światła ukazuje się mama tygrysica z młodymi. Kocięta 

bawią się w najlepsze pośrodku drogi, upodobały sobie żwir szosy i przewracają 

się   jedno   przez   drugie.   Sytuacja   kłopotliwa.   Zranilibyśmy   tygrysicę   lub 

tygrysiątko,   rozszarpie,   zabilibyśmy,   będziemy   mieli   straszne   kłopoty,   nie 

mamy   bowiem   pozwolenia   na   polowanie,   a   znajdujemy   się   na   terenie 

myśliwskim   maharadży   Gwalioru.   Nie   czekając,   aż   zejdzie   się   cała   rodzina 

ciotek, wujaszków, dziadków, by przyglądać się figlom maleństw,  usiłujemy 

spłoszyć gromadkę światłem reflektora, wodząc nim w poprzek szosy. Manewry 

przynoszą skutek. Zaniepokojona tygrysica zagarnia łapą młode. Raczy zejść z 

drogi? Po chwili całe bractwo znika w gęstwinie, a my ruszamy dalej pełnym 

gazem, karabin trzymając w pogotowiu.

Szukamy miejsca na nocleg, jednak bez noża nie sposób wedrzeć się w 

splątany   gąszcz.   Tygrysią   czy   ludzką   ścieżką   wkradamy   się   pod   konary 

rozłożystych drzew, każdy nasz krok budzi stada ptaków, z łopotem skrzydeł, 

piskiem i wrzaskiem uciekają spłoszone w głąb dżungli. Skryci w olbrzymich 

background image

trawach rozbijamy obóz. Szakale wyją nam kołysankę do snu.

BOMBAJ - UŚMIECH MORZA

Jeżeli   jakieś   miasto   na   świecie   można   nazwać   uśmiechem   morza,   to 

właśnie   Bombaj.   Tu   z   zakamarków   handlowych   ulic,   z   głębi   hałaśliwego 

bazaru, ze słonecznych promenad Malabar Hill, spośród wiszących ogrodów, 

rozwianych palm, pałaców i nor biedaków, zewsząd i nieustannie czuć miękki 

powiew błękitnego oceanu.

Cały Bombaj pławi się w morzu. Miasto i ludzie. W ocean jak do gorącej 

wanny  wchodzi Hindus po kolana,  kąpie się, żuje  betel, myje  palcem zęby, 

modli się, wlewa kubek mleka, rzuca parę kwiatków w błękitne fale i klaszcze w 

dłonie.   Pracz   czyści   bieliznę,  bijąc   szmatami   o   kamienie.   Rozsiadły   się   nad 

brzegiem   morza   domy   bogaczy,   toną   w   zieleni   ogrodów,   wśród   nich,   nie 

zwracając   na   siebie   uwagi,   zgasłe,   przyćmione   blaskiem   pałaców   skryły   się 

świątynie,   giną   w   powodzi   nieustannego   zgiełku.   Promenadą   suną   szeregi 

kosztownych maszyn, kto bogatszy, kto lepszy, nie kolor skóry, nie rasa w tym 

mieście mają znaczenie, ale pieniądz. Złoto jest bogiem.

Na   szerokich   asfaltach   nadmorskich   podejdzie   wróżbiarz,   tajemniczo 

oznajmi, że zna całą przyszłość, za jedną tylko rupię opowie, z ręki, z horoskopu 

wywróży. Nim zdąży odgadnąć wiek i podliczyć cyferki, nim przepowie podróż 

fantastyczną   w   złotym   palankinie   na   białym   słoniu,   zbiegnie   się   gromadka 

ciekawskich, opadną przewoźnicy żaglowych łodzi, by siłą wieźć na słonie albo 

choć   na   rejs   wycieczkowy   do   portu.   Chcesz   zobaczyć,   jak   mała   mangusta 

walczy z kobrą? Warto rzucić parę annah za śmierć  zwierzęcia?  Tam znów 

Hindus w czarnym turbanie czaruje fletem sennego gada. Przybyszu, nie bądź 

nazbyt wymagający, daj spać kobrze w koszu, czyż nie wystarczy ci ten lud 

obozujący dzień i noc na ulicy, te krowy pasące się na trawnikach ogrodów? 

Jeśli nie dość ci koloru, egzotyki, idź, przechodniu, w dzielnice rynku, tam, w 

stłoczeniu   ulic,   ludzi,   wystaw,   sklepów   i   małych   sklepików,   gdy   niczym 

dokuczliwe   muchy   opadną   cię   tragarze   i   sprzedawcy   uliczni,   krzykniesz   ze 

background image

zgrozą - do licha, gdzie mnie posłano? O przepraszam cię bardzo, przechodniu, 

czy ja powiedziałam „idź”?

Mała mangusta walczy z kobrą

Powinno   być   „jedź”.   Cóż   za   nietakt!   Jedź   zamkniętym   pudełkiem 

maszyny, biały człowiek nie chodzi tam pieszo, boi się otrzeć o nędzę, o brudny 

tłum, zobaczyłby może więcej, ale i zmęczył się przy tym śmiertelnie. Tu biały 

zachowuje   się   niczym   intruz,   wpada   zamkniętym   wozem,   przedziera   się 

wąskimi   przejściami   wśród   pieszych,   zatrzyma   auto   przed   sklepem,   każe 

przynieść do uchylonej szyby towar. Kupi albo nie.

- Mam sahib kupi od biednego Hindusa tuzin mandarynek za jedną rupię, 

specjalna   cena   dla   niej.   -   Sprzedawca   owoców   szczerzy   białe   zęby   w 

promiennym uśmiechu.

Proponuję   cztery   annah.   Hindus   uśmiecha   się   szeroko   w   odpowiedzi, 

wolne żarty, spluwa betelem, zarzeka się, że sam kupił za rupię, a gdy maszyna 

rusza,   wrzuca   koszyk,   wykrzykując,   że   choć   straci,   za   cztery   annah   oddaje. 

Dobijamy targu, on jest bardzo zadowolony, mam sahib nie nazbyt oszukana, 

zdążyła   w   podróży   nabrać   trochę   wschodniego   doświadczenia.   Wszyscy 

handlarze uliczni znają mnie dobrze i może nawet lubią na swój sposób. Za 

każdym razem, gdy ujrzą nasz motor, wychylają się zza załomów arkad, biegną, 

wychwalają swój towar, rozpoczyna się ta sama ceremonia targu z odpowiednią 

gradacją śmiechu i wydziwiania z obu stron.

W Bombaju każdy handel ma swoją odrębną ulicę. Jest ulica szewców, 

gdzie kupisz wszystkie możliwe sandały, czapli, patani, hindu, a nawet czeskie 

Bata, jest rynek kwiatów i owoców, gdzie zwiędłe kwiecie odurza wonią, jest 

ulica   krawców,   wyrobów   mosiężnych,   naczyń   kuchennych,   porcelany, 

starożytności, chłamu okazyjnego oraz specjalna dzielnica starych samochodów 

i szoferskiego żelastwa, a także patefonów i innych instrumentów muzycznych, 

ta jest bardzo głośna, choć wszędzie panuje gwar i zgiełk. I wszędzie snuje się 

tłum handlarzy wędrownych, którzy załatwią wszystko, nawet gwiazdkę z nieba, 

background image

jeśli sobie zażyczysz. Przekupnie ogłuszają krzykiem, podejdź do jednego, a 

obstąpi cię stu, kup coś, a obskoczy tyluż z koszami. Wyrwie ci ktoś sprawunek 

z ręki, gonisz za znikającym Hindusem przerażony, by za chwilę ujrzeć radosną 

twarz przy drzwiczkach wozu. Zapłacisz parę annah „za fatygę” i koszyk znów 

jest twój.

Dobijamy targu, on jest bardzo zadowolony

Ubogi mieszkaniec Bombaju, czy to w nocy, czy w południe, podłoży 

turban rozwinięty i śpi smacznie na chodniku, na stopniach schodów, u stóp 

pomników, na ławkach ogrodowych, gdzie mu wygodniej i gdzie cień, gdzie 

powiew przyjemniejszy. Jada na ulicy, kupi trochę słodyczy, owoc na straganie, 

czasem roznieci ogienek i zagotuje ryż w garnuszku. Pracuje także na ulicy jako 

kulis albo tragarz, biega wzdłuż dzielnicy z koszem owoców na głowie, jakimiś 

błyskotkami,   grzebyczkami,   drobną,   tanią   tandetą,   suszonymi   jaszczurkami, 

kwiatkiem w muszelce. Albo wcale nie pracuje, siedzi po prostu na chodniku i 

rozprawia.   Zbiera   się   wdzięczna   grupa   pięciu,   dziesięciu,   toczą   dysputy   w 

języku hindi. Szczęśliwy lud. Może są biedni jak mysz kościelna, ale nigdy nie 

smutni. Jakże można być smutnym pod niebem pełnym słońca, gdzie ulica jest 

wygodnym hotelem otwartym dla wszystkich, woda jest za darmo, a ryż i owoce 

kosztują grosze?

Bardzo interesująca jest gmina Parsów21, którzy różnią się od Persów 

tym,   że   już   od   jedenastu   wieków   mieszkają   w   Indiach,   przyjęli   hinduskie 

obyczaje, to jest strój kobiet i język gudżaracki, ale wierni są swej wierze jako 

wyznawcy nauki Zaratustry.

Ci potomkowie Cyrusa i Dariusza nie upodobali sobie inwazji mahometan 

na piękny kraj Iranu, pewnego pięknego dnia zapakowali się więc na okręty i 

pożeglowali z wiatrem. Przystanęli na rok, może więcej na którejś z wysp, ale 

kapłani wyczytali ze znaków na niebie, że należy płynąć dalej. W końcu pośród 

straszliwej   burzy,   która   niczym   palec   boży   przywiodła   ich   na   indyjskie 

nabrzeże,   stanęli   przed   obliczem   wspaniałego   księcia.   Ten   przyjrzał   się 

background image

przybyszom z zainteresowaniem, kazał przyrzec przyjaźń i zezwolił zamieszkać, 

na wszelki wypadek zakazał tylko nosić broń.

Tak osiedli Parsowie w Gudżaracie i Suracie, a ponieważ wiara ich poleca 

mieć  dzieci,  rozmnażali  się szybko. Ponieważ byli małą  gminą,  zgubioną  w 

obcej   masie,   trzymali   się   bardzo   solidarnie,   w   ich   skrzętnych   i   pracowitych 

rękach znalazł się z czasem handel całego wybrzeża. Wieść o nich dotarła nawet 

do Europy, gdy młody Francuz Duperron22 przywędrował do Indii, by zwiedzić 

kraj i poznać obyczaje.

Od   Hindusów   odróżnia   ich   zasadniczo   kolor   skóry,   są   kremowobiali, 

zachowali wybitnie perską urodę w rysach i perski charakter. Inaczej też się 

ubierają,   czarny   ich   surdut   inaczej   jest   skrojony,   spodnie   europejskie,   starsi 

noszą   spiczastą   czapkę   w   gwiazdeczki.   Kobiety   stroją   się   w   sari   bardziej 

odchylone   i   bluzki   o   długich   rękawach,   młode   są   nieraz   śliczne,   stare 

zatrważająco podobne do sępów.

Nie widziałam obrzędów zaślubin, rodzenia dzieci, przyjmowania na łono 

Kościoła, są podobno skomplikowane i bardzo ciekawe, widziałam za to ich 

pogrzeb. Na noszach z drążków i białego perkalu niosą trupa owiniętego w białe 

szaty, za nieboszczykiem kroczy długi kondukt, idą parami goście pogrzebni 

ubrani na biało z rękoma związanymi sznurem.

Zbliżają się do wieży milczenia, tam wejść już nie wolno, z opowiadań 

jedynie wiem,  że zdejmuje się płachtę i nagi trup wędruje w miejsce, gdzie 

czekają na niego sępy uwięzione od góry siatką. Ta siatka jest wynalazkiem 

ostatnich czasów, do niedawna jeszcze  wieża nie miała dachu, a sępy latały 

gdzie im się podobało i można było ujrzeć, jak takie ptaszysko pomyka z ręką 

czy nogą w dziobie, lub czasem opuszcza ją na głowy przechodniów.

A może, przybyszu, masz dość w oczach barw, w nosie suchego zapachu 

krowiego nawozu, w uszach piekielnego hałasu, nawoływań, sygnałów wozów i 

ryku gramofonów? Kurz wżera się w zmęczone płuca? Może zechcesz porzucić 

to wszystko, wolałbyś zwiedzić senny, duży port i barką żaglową wypłynąć w 

background image

morze?

Łagodny   powiew   uderzy   w   żagle,   schłodzi   zmęczone   czoło,   zamrze 

zgiełk,   księżyc   utonie   w   aksamitnej   czerni   wody,   gwiazdy   podążą   swymi 

srebrnymi ścieżkami, fale monotonnie bić będą o burtę, powiesz wtedy:

- Śliczny jest Bombaj, uśmiech morza.

W KOKOSOWYM LESIE

Zamieszkujemy w boarding house. Cały dom wre wewnętrznym życiem. 

Za ścianą, jakby tekturową, bezrobotny mąż i córeczka kotłują się nieustannie, 

ciągłe   krzyki,   piski,   wymyślania.   Za   inną   flirty,   trzy   siostrzyczki   i   jeden 

samotny   młodzieniec   z   Anglii,   trzeba   jakoś   spleen   odegnać,   a   instytucja 

prywatnych sióstr miłosierdzia  dobrze w Indiach zorganizowana.  Gwałtowne 

pluski   w   łazienkach,   co   chwila   jakiś   pawi   głos   wydziera   się   na   wszystkie 

możliwe tony „boy, booy, boooooy”, tu każdy ma swojego boya i nie kichnie 

nawet, nim wprzódy go nie zawoła, by przyniósł chusteczkę.

Nagle do pokoju wtacza się właścicielka i zaczyna remanent rzeczy. Boy 

rozrzuca   łóżko,   otwiera   szafy,   ona   coś   zapisuje,   wykrzykuje   głośno,   nie 

przepraszając nawet, znikają. Teraz do drzwi dobija się tłum robotników. Czego 

chcą?   Przychodzą   zabrać   jeden   mebelek.   Tak   w   ciągu   dwóch   tygodni 

trzykrotnie zmieniają umeblowanie pokoju.

Nie   czekając,   kiedy   zastaniemy   pościel   na   podłodze,   a   garnitury   na 

gwoździach,   wyprowadzamy   się.   Właścicielka   musi   nas   nienawidzić,   jak 

rozżarta lwica rzuca się na Stacha, wykrzykuje, że należy jej się dwumiesięczne 

wymówienie, tłumaczy energicznie, długo i obszernie.

Stach   wysłuchał,   w   końcu   udał   durnia,   że   nic   nie   rozumie.   Wezwani 

tłumacze pocą się na próżno, a tymczasem nasze rzeczy lądują w maszynie. 

Właścicielka po dwutygodniowym pobycie wystawiła nam niebywały rachunek 

z komentarzem, że takich brudasów, hałaśników i obżartuchów jeszcze w swoim 

życiu   nie   widziała,   żeśmy   nie   jedli,   a   żarli   w   dzień   i   w   nocy,   aż   bananów 

zabrakło na rynku i żeśmy elektryczności zużyli za rok cały, a wody tyle, co w 

background image

Gangesie.

O, tak. Bombaj okazał się zbyt drogi jak na naszą kieszeń, przenieśliśmy 

się   więc   do   Juhu   o   dwadzieścia   mil   za   miastem.   Motocykl   pod   dachem   z 

brezentu, posłanie z liści i my zagnieżdżeni w głębi kokosowego lasu. Brud, 

zaraza,   szczury.   Wielkie   czerwone   mrówki   chodzą   po   nas   jak   po   palmach, 

kolorowe żuczki wyłażą co wieczór spod poduszki, wszystkie możliwe gatunki 

stonóg, robactwa, ropuch i gadów mają do nas wstęp wolny, ale przecież to nie 

one, a my jesteśmy intruzami w tym miejscu.

W lesie królują małpy. Gdyśmy pierwszego dnia oddalili się od namiotu, 

wpadły   do   środka,   wyżarły   chleb,   narobiły   bałaganu   i   uciekły.   Teraz   chleb 

zamknięty   w   blaszanej   puszce,   a   my   z   małpim   ludem   żyjemy   w   przyjaźni. 

Buszują   z   piskiem   wśród   wierzchołków   palm,   łaskawie   tolerują   intruzów, 

czasem z zielonego czuba cisną  w stronę namiotu  pustym kokosem,  tak dla 

zabawy.

Żywimy się jak Hindusi, może zbyt skąpo jak na organizm przywykły do 

obfitego i tłustego żarcia, ale skoro kieszeń pusta...

Dzisiaj, kiedy namiot i wózek motoru są jedynym własnym „domem”, 

wachlarze palm i niebo dachem nad głową, kiedy ręka zmęczona opadnie na 

karty papieru szarpane wiatrem, spojrzę na Stacha i jakoś mi dziwnie, trochę 

smutno, a trochę zabawnie. Siedzi na podwiniętych nogach półnagi, nieogolony, 

rozczochrany i tłucze orzech kokosowy lub zawija kaszę wprost z rondla, by 

wylizać naczynie po skończonym posiłku. Staje mi wtedy przed oczyma widok 

hotelu   europejskiego,   pierwszy   stolik   w   hallu   pod   telefonem,   na   klubowym 

fotelu niedbale oparty gentleman, nieskazitelne uczesanie, monokl w oku, jakiś 

bardzo angielski papieros w dłoni, filiżanka kawy, bardzo sportowe ubranie w 

tonach beżowych, wymuskany w każdym calu, samotny, znudzony, milczący. 

Takim  go   poznałam.   I  co  się   zrobiło   z  mojego   chłopca   w  ciągu   tych   kilku 

miesięcy? Czasem może i tęskni pan Stanisław za tamtym światem... nie wiem i 

pytać chyba nie warto, bo w tej nowej roli ma także dużo wdzięku, a może 

background image

nawet więcej.

A cóż jest w głębi lasu? Gdy zapuścić się w wąskie piaszczyste drogi, 

ujrzy się las brzęczący gwarem, pocięty na kwadraty, kwadraciki kamiennymi 

murami i rowkami do deszczówki. W zielonym gąszczu palm skryły się szałasy 

z   liści,   w   każdym   toczy   się   odrębne   życie.   Od   rana   wre   praca,   woły   kręcą 

kołami  studzien, ze stosem książek  pod pachą, uczesane,  umyte, w czystym 

długim sari, z wianuszkiem na głowie maszerują dziewczynki do szkoły. Pogięte 

palmy chylą kornie głowy przed maleńką świątynią hinduską. Co wieczór jakaś 

niewidzialna ręka roznieca ogień w jej wnętrzu, biją modlitewne gongi, tylko w 

niedzielę zagłusza je orkiestra wioskowa, rżnąc od ucha skoczną melodię przed 

wrotami drewnianego kościółka, bo i tu są misjonarze.

Siedzi i tłucze orzech kokosowy

Na   każdym   zakręcie   w   opłotkach   stoi   malowany   krzyż   przydrożny. 

Przechodzą mimo niego kobiety w zakasanym sari, z czerwoną kropką na czole, 

z   kolczykiem   w   nosie   i   wianuszkiem   kwiatów   wpiętym   w   węzeł   włosów, 

obojętnie mijają symbol obcego Boga, zbierając po drodze święty kał krowi. 

Najświętsze stworzenia pasają się po całym lesie, żując skromną strawę i dają 

trochę chudego mleka, które naturalnie wypijają Anglicy znad morza, płacąc na 

wagę złota.

W zagrodzie przy bawolicach siedzi stary Hindus, przykrawa suche liście, 

wiąże je w paczki i układa na stos, tak co dzień od świtu do zmroku. Liści spada 

co noc tyle, że czasu brak, by wszystkie wyzbierać, mimo to chciwy robi hałas 

okropny, gdy mu ktoś jeden podbierze.

Rankiem białe barki rybackie na wzdętych żaglach zatoczą krąg, zarzucą 

długie   czarne   sieci   niewodu.   Półnadzy   rybacy   brodzą   po   pas   w   wodzie, 

sprężonymi   muskułami   ciągną,   aż   na   piach   srebrny   wyrzucą   skrzący   się   w 

słońcu   łup.   Zbiegną   się   wtedy   z   lasu   brudne   dzieciaki,   by   przyglądać   się   z 

palcem   w   buzi   szeroko   otwartej   zielonym   wąsatym   langustom,   wzdętym 

brzuszkom powietrznych rybek, jeszcze bardziej wzdętym od ich brzuszków. 

background image

Wyzbierają   resztki   wyrzucone   na   piasek   z   rybackiego   kosza,   powędrują   po 

plaży bosymi stópkami, trzymając się za ręce, miną rząd namiotów polowych i 

bungalowy, gdzie mieszka sahib, jego złotowłosa dama, dziecko z taką śliczną 

czerwoną piłką i gumowym materacem.

Co dzień inaczej zachodzi słońce na bezchmurnym niebie. Czasem toczy 

się, niczym dojrzała mandarynka, płonie jak żagiew, a czasem jest blade, zgasłe, 

zda się rozpływać w morzu. Szumią pierzaste palmy, czarne wycinanki na tle 

fioletowego nieba, wiatr roztrząsa pióropusze liści, nagina kolumny pni, huczy 

fala.

Morze   przypomina   szmelcowaną   zbroję.   Lubię,   gdy   idzie   wieczorny 

przypływ, wędrować skrajem plaży, słone języki fal liżą stopy.

Pierwszy na skraju wydmy mijam bungalow gubernatora prowincji, już 

po   kolacji,   pod   latarnią   spoczywa   wygodnie   w   leżaku   długa   sylwetka 

mężczyzny,   obok   dwie   postaci   kobiece,   jedna   czyta,   druga   skupiona   nad 

robótką, dalej pod czapką z liści taras, stół nakryty, kilku panów w smokingach. 

Mijam jakiegoś samotnika, wyciągnięty w fotelu pali cygaro, służący podaje mu 

kawę. Zatrzymuję się przy bungalowie samotnych piękności, można je spotkać 

co   dzień   na   plaży   w   barwnych   kostiumach,   z   materacami   do   pływania   z 

kolorowej   gumy,   w   otoczeniu   ostrowłosych   piesków,   co   dzień   wykwintne, 

wymalowane,   pachnące   dobrymi   perfumami   i   dobrobytem.   Przez   odwinięte 

maty   wkradam   się   wzrokiem   do   cudzego   wnętrza,   utrzymanego   w 

bladobłękitnym tonie living roomu, widzę owalny politurowany stół, koronki i 

srebra nakryć w migotliwym blasku świec, trzy samotne kobiety w estetycznie 

niedbałych pozach rzucone w głąb miękkich foteli, w blasku lamp lśnią bielą 

dekolty,   jedna   opowiada   coś   żywo,   wszystkie   się   śmieją,   jest   im   naprawdę 

bardzo dobrze, bezszelestny duch służącego przesuwa się na błękitnym tle ścian, 

długo nie mogę oderwać wzroku, chciałabym wiedzieć, co stałoby się, gdyby w 

tę harmonijną trójkę wszedł mężczyzna... zapada firanka maty, idę dalej.

Przychodzi   noc   nagle   bez   cieni,   ciemna   jak   otchłań,   czasem   księżyc 

background image

wysrebrzy   mroki.   Gdy   jaszczurki   i   cykady   rozdzwonią   swe   melodie,   z 

blaszanym   trzaskiem   zaczną   spadać   liście,   ciężko   walą   się   kokosy,   cyknie 

przeciągle leśny szczur albo ptak krzyknie, jakby ludzkim głosem. Huki, stuki, 

skrzypienie, chrobotania i szelesty... tajemnicze... nieustanne...

HENRYK DARGIEWICZ

Henryk Dargiewicz jest miły, zabawny i wesoły. Wiek: trzydzieści cztery 

lata.   Wzrost   średni,   włosy   blond,   oczy   jasne,   nos   i   reszta   proporcjonalna. 

Urodzony na Sybirze. Życiorys niebywały.

W czasie wojny domowej w Rosji służył w Białej Armii. Wraz z własną 

watahą zdobył miasto w Mongolii i utworzył w nim swoje państwo. Po rozbiciu 

oddziału przez bolszewików, ukrywał się przez dwa lata w pieczarze w górach 

Chin.   Powalał   niedźwiedzie,   żarł  surowe   mięso,   wdziewał   futra,   żył  niczym 

zwierz po prostu. Następnie został przewodnikiem karawan na pustyni Gobi, 

stolarzem, szewcem, garbarzem, grajkiem wędrownym, w stroju Turkmena z 

długą brodą i bałałajką w ręku przemierzał pustynie, znał setki pieśni ludowych, 

mówił biegle wszystkimi narzeczami Azji. Zdziczał. Światła elektrycznego w 

życiu nie widział. Gdy w Darjeeling ujrzał ten cud po raz pierwszy, dzień cały 

bawił się kręceniem kontaktu i oczom nie mógł uwierzyć.

Pewnego   dnia   napotkał   księdza   Gołuba,   który   wyuczył   go   fotografii, 

podarował aparat, wyposażył w wędrowne studio i posłał w świat cywilizowany. 

Tak przez trzy lata pieszo i konno tułał się Dargiewicz po Chinach i Tybecie, 

fotografując ludzi. Amatora portretu stawiał, niczym skazańca, pod drzewem. 

Czasem ucięło głowę lub nogi i klient niezadowolony dopytywał:

- A gdzie głowa?

Grunt w takiej sytuacji huknąć w czystej chińszczyźnie:

-   Siedź   cicho,   durniu,   jak   nie   umiesz   pozować   do   zdjęcia,   to   nie 

wydziwiaj!

Zresztą można dokleić głowę, ołówkiem dorysować białe lico i Chińczyk 

będzie szczęśliwy.

background image

Tygodniami   i   miesiącami   wędrował   Dargiewicz   z   aparatem 

fotograficznym   i   jedzeniem   w   tobołku   przez   Himalaje,   brnął   śnieżnymi 

przełęczami,   nieraz   padał   z   wyczerpania,   krew   lała   się   z   nosa   i   uszu,   ale 

przeszedł.   Zawędrował   do   Bombaju.   Biały   wśród   Hindusów,   dziki   wśród 

białych, przez pierwszy rok spał na ławce w parku. Najął się jako praktykant w 

studio fotograficznym, gdzie pracował, nie pobierając wynagrodzenia. Żywił się 

plackami z mąki własnej roboty, nocą pral u studni jedyną koszulę. Po paru 

miesiącach   dostał   pierwszą   pensję   -   siedemdziesiąt   rupii,   pospłacał   długi, 

wynajął norkę na poddaszu. To już był prawdziwy dobrobyt. Miał wtedy dach 

nad głową, dwie koszule i prawdziwe prześcieradło, o jakim marzył przez długie 

lata tułaczki. Układając się do snu na skałach, w stepie, rozmyślał  często o 

nierealnym   luksusie,   o   ludziach   gdzieś   na   świecie,   którzy   jedno   białe 

prześcieradło kładą pod siebie, a drugim się okrywają.

Teraz   na   gwałt   uczył   się   fotografii,   zgłębiał   tajemnice   światła,   cieni, 

retuszu, kolorów. Po paru miesiącach oznajmił swemu pracodawcy, że potrafi 

wiele   i chce   podwójnej  płacy,  w  przeciwnym razie  zrezygnuje.   Od  tej  pory 

zarabiał sto czterdzieści rupii.

Po   roku   opanował   angielski,   zdobył   trochę   znajomości,   nauczył   się 

wystarczająco wiele, by podziękować za służbę. Za otrzymaną  od przyjaciół 

niewielką pożyczkę otworzył własne studio w dzielnicy handlowej. Pierwszy 

miesiąc szedł świetnie, drugi słabo, trzeci tak sobie, czwarty fatalnie. I wtedy 

przyszły   słynne   Gandhi   movements23,   milczący,   oporny   tłum   zaległ   ulice, 

amatorów kolorowych portretów brakło.

W tej trudnej chwili niebo zesłało Dargiewiczowi ratunek, a konkretnie - 

okręt z Ameryki, a na jego pokładzie parę starych dziwaków, którzy przybyli do 

Indii, by kręcić film, i szukali pomocnika. Oto do dyspozycji jest Dargiewicz. 

Zamknął studio i ruszył z filmowcami na objazd Indii. Kilka miesięcy trwała 

włóczęga,   ale   przyniosła   znakomite   referencje,   pracę   dla   Metro   Goldwyn 

Mayer. Po powrocie Dargiewicz otworzył studio na Hornby Road, w dobrym 

background image

punkcie, gdzie bogatsza klientela, kupił trzy aparaty filmowe, jupitery, lustra, 

zaczął jeździć luksusową limuzyną z szoferem w liberii, wdział smoking, został 

bywalcem   i   zakochał   się   w   pierwszej   napotkanej   kobiecie,   przystojnej 

Anglohindusce.   Pobrali   się,   zamieszkali   w   pięknym   apartamencie, 

wychowywali dwójkę dzieci. Dargiewicz odłożył sporą sumę w banku, marzyło 

mu się zwinąć studio i jechać do Polski, odkupić skonfiskowany w 1863 roku 

rodzinny majątek na Wołyniu, osiąść spokojnie na roli. Nic z tego. Jak bomba 

wybuchł skandal, znikła żona, znikły dzieci dziwnie niepodobne do ojca, znikły 

pieniądze. Jak miraż na pustyni rozwiał się sielski obrazek wołyńskiej wioski...

Dlaczego piszę o tym wszystkim? A bo Dargiewicz ma nowy pomysł. 

Szuka stuprocentowej Polki, kandydatki na żonę. Oferty ślijcie bezpośrednio na 

adres: Bombay Fort, Hornby Road York Big, Henry Dargewitch Studio.

STO RUPII

Lśniącym  fordem   pędzimy   beztrosko   szerokimi   asfaltami   nadmorskich 

bulwarów. Dlaczego fordem? Bo wiezie nas pan Andrzej, Polak mieszkający od 

lat   w   Bombaju,   którego   poznaliśmy   w   polskim   konsulacie.   Nie   zawsze 

korzystamy z naszego dzielnego B.S.A., niech odpoczywa, szesnaście tysięcy 

kilometrów za nim, a droga przed nim daleka...

Zapada mrok, w głębi bocznej uliczki drzemie na stanowisku sipaj24 w 

granatowym   mundurze,   ford,   prowadzony   wprawną   ręką   pana   Andrzeja, 

zwalnia,   wypada   poczekać,   aż   policjant   da   jakiś   znak.   Uwaga,   zaraz   będzie 

wypadek. Na pustą ulicę wtacza się maleńki austin. Widzę bladą twarz Hindusa, 

szeroko otwarte, nieprzytomne oczy, ze zgrzytem hamulców stajemy w miejscu. 

Wstrząs.

Podobno   zemdlałam.   Jak   mnie   cucili,   nie   wiem,   nie   pamiętam,   obaj 

chłopcy opowiadali później niestworzone historie na ten temat. W każdym razie 

gdy  oprzytomniałam,   ujrzałam słaniające   się  na  nogach okrwawione  widmo. 

Choć   zamykałam   i   otwierałam   oczy,   nie   znikało,   bełkotało   tylko   coś 

niezrozumiale,  raptem omdlało  i  zwaliło  się   na  ziemię.  Ze  skroni,  ust,  nosa 

background image

ciekła krew. Wszędzie dookoła walały się odłamki szkła, austin strzaskany na 

miazgę wisiał żałosnym strzępem na zgiętym zderzaku forda.

Mija kilka tygodni, zdążyliśmy już zapomnieć o całym zdarzeniu, gdy 

przychodzi   wezwanie   do   sądu.   W   oznaczonym   dniu   w   czwórkę,   oskarżony, 

adwokat i państwo Bujakowscy jako świadkowie wkraczamy do sądu. W sali 

tłum,   świadkowie,   gapie,   adwokaci   i   urzędnicy,   na   podium  siedzi   znudzony 

sędzia, w głębi naprzeciwko delikwenci w klatce. Jakaś sprawa jest w toku. 

Skradziono   broszkę.   Jąka   się   Hindus,   że   nie   ukradł,   a   kupił.   Po   godzinie 

gadaniny   sędzia   każe   zapłacić   sto   rupii   grzywny.   Z   klatki   po   kolei 

wyprowadzają kolejnych nieszczęśników, brudnych i obdartych. Jeden ukradł 

jedzenie   w   sklepiku,   zeznaje   gruby   sklepikarz   bardzo   oburzony.   Sto   rupii 

grzywny. Inny pobił swą żonę, bo była pryszczata. Kara? Sto rupii. Tak ciągnie 

się korowód wielkich spraw, godziny mijają, wreszcie przychodzi nasza kolej.

Pierwszy zeznaje policjant, tłumaczy, jak stał, co robił, że nie dał drogi i 

nasz ford wjechał wbrew zakazowi na austina, wszystko naturalnie zupełnie nie 

tak, jak było w rzeczywistości. Teraz występuje ofiara. Biedny chłopak nauczył 

się prowadzić pół roku temu, zachował się jak idiota i zostawił na kierownicy 

wszystkie zęby, ale oczywiście również zeznaje, że to my wbrew zakazowi na 

niego najechaliśmy, zresztą honor nie pozwala mu inaczej.

Następnie   mnie   zapraszają   na   ambonę.   Staję   i   dygam   sędziemu. 

Podsuwają mi biblię pod nos i każą powtarzać przysięgę, a potem zaczyna się 

jedno   wielkie   nieporozumienie.   Dostaję   dwa   samochodziki,   jeden   czerwony, 

drugi żółty, oba nakręcone z furkotem zderzają się ze sobą. Wypytują zawile, a 

ja niewiele rozumiem. Odpowiadam prosto, wtedy oni nie rozumieją. Mówię 

trzydzieści, oni słyszą trzynaście, wyraźnie nie podoba się wysokiemu sądowi, 

że zeznaję inaczej niż policja i na korzyść pana Andrzeja. Wreszcie przychodzi 

kolej   na   mojego   chłopca,   ale   sędzia   ostentacyjnie   ziewa,   nie   raczy   nawet 

wysłuchać.

Ostatecznie   zapada   wyrok,   nie   na   podstawie   zeznań,   ale   własnego 

background image

widzimisię. Oskarżają pana Andrzeja o rozmyślne najechanie na nie - winną 

ofiarę, gdy droga była zamknięta. Źli jak chrzan opuszczamy  budynek sądu. 

Adwokat pociesza, że udało nam się i że w sumie obeszło się niczym. Sto rupii, 

cóż to jest za kara?

PRZY WIELKANOCNYM STOLE

Ksiądz  w komży, z książką,  kropidłem i święconą  wodą oczekuje już 

gości. Schodzi się, a raczej zjeżdża cała kolonia polska, Henryk Dargiewicz, 

niczym   duch   wyblakły,   pożółkły,   pan   Arciszewski,   który   uciekł   z   Mińska 

Litewskiego   i   tą   drogą   przez   Rosję,   Indie   chce   dostać   się   do   rodziny   w 

Nieświeżu, pan Teo Albiński, od jedenastu lat w Azji, jak w drugiej ojczyźnie i 

pan Andrzej, a wraz z nim jakiś nieziemsko przystojny gentleman. Co za nowa 

twarz? Przyglądam się i zastanawiam, czy gdzieś już go kiedyś nie widziałam. 

Podchodzę bliżej, by się przywitać, i oczom nie wierzę. To mój Stach! Umyty, 

w białych spodniach, marynarce i pod krawatem.

Schodzi się, a raczej zjezdza cała kolonia polska

Uroczystość   zaczyna   się   od   poświęcenia   stołu.   Potem   tłuczemy   jajka 

malowane   i   zasiadamy   do   śniadania   bardzo   wielkanocnego.   Panie   proszą   o 

przepisy polskich potraw, Anglicy z wdziękiem wymawiają „flaky” i inne nie 

mniej trudne nazwy, dodając zawsze lovely albo very good. Wódka cieszy się 

szczególnym powodzeniem, so strong.

Śniegi gór, piaski pustyń, kwiaty i drzewa dżunglowe, spowity kurzawą 

szlak, mgły, noclegi obozowisk, ruchliwy tłum mijany w rytm obrotów motoru - 

wszystko to jest przeogromną samotnością pośród ciągłego ruchu i nieustannych 

zmian   scenerii.   Kiedy   jednak   stanie   się   na   dłuższy   postój,   wpadnie   w 

środowisko   ludzi   osiadłych,   wchłania   wir   codziennych   spotkań,   rodzi   się 

zabawny głód przeciętnych ludzkich wrażeń, bawią plotki, intrygi miejscowe i 

drobiazgi.

Przewieszam się przez wygodny fotel z papierosem w zębach, jak ongiś, 

w długiej powiewnej sukni. Uwielbiam te spotkania, mogę dyskutować, już nie 

background image

jestem   dzieckiem,   jak   w   domu.   I   zawsze   z   najbardziej   odległych   tematów 

wracamy   do   kwestii   tęsknoty   za   domem   w   szerokim   świecie   i   do   naszych 

ukochanych   Druskiennik.   Wiosna   jest   upalna   czy   chłodna?   Dżdżysta   czy 

słoneczna? Nie wiemy. Oboje tęsknimy bardzo za domem, nie za kawiarniami i 

dansingami   jednak,   a   za   lasem   pachnącym   żywicą,   piaskami   urwisk 

niemeńskich, kominkiem w jadalnym i skrzypieniem śniegu pod nartą.

Przymykam zmęczone oczy i chociaż na chwilę jedną, chociaż myślami 

tylko przenoszę się tam, nad jasny brzeg Niemna, w malowane gamą zieleni 

ogrody Druskiennik. Już przyleciały bociany i jaskółki, pola zielenią się młodą 

runią żyta, na łąkach złocą się jaskry i kaczeńce, niczym zagubione promienie 

słońca.   Budzą   się   z   zimowego   snu   wille,   rozbrzmiewa   śmiech,   hałasy 

przesuwanych   mebli,   trzepanie   pościeli   i   dywanów.   A   gdy   słońce   kładzie 

ostatnie blaski na tafle jeziora, żaby śpiewają wielkim chórem, odpowiadają im 

chóry z drugiej strony Niemna, odzywają się słowiki swym miłosnym trelem, 

niesie się szum po czubach starodrzewu, odbija echem o urwiste brzegi rzeki.

„Dojedź do Szanghaju, wtedy tam wrócisz” - szeleszczą palmy.

Pani konsulowa podarowuje nam przed odjazdem termos z lodem, całą 

baterię menażek i jeszcze jakieś zawiniątko. W namiocie dopiero odkrywam, że 

to   puszka   z   czekoladkami,   kawałkiem   tortu   i   najprawdziwszym   mazurkiem. 

Trudno wyobrazić sobie więcej serdeczności.

Nie wiem, czy na zachodzie, gdyby pariasi przybyli gdzieś z daleka w 

obce dla siebie strony, znaleźliby ludzi z czystych, zamożnych domów, którzy 

ofiarowaliby  im swą  przyjaźń. „Kasta pieniądza”  w Europie wydaje się  być 

bardziej zamknięta od wszystkich kast hinduskich razem wziętych.

WIATR OD PUSTYNI

Czujemy   skrzydła   u   ramion.   Po   trzymiesięcznej   przymusowej 

kwarantannie ruszamy  w dalszą drogę. Kędy pogna nas żądza przygód? Nie 

wiem. Benares, Madras, Hyderabad... mój chłopiec leży na mapie i oblicza. Start 

wyznaczamy na 3 maja.

background image

Żeby już raz ruszyć naprzód, znów na włóczęgę, na szerokie szlaki, żeby 

coś się zaczęło dziać, wszystkie dni nie były tak bezbarwne, słoneczne i upalne. 

Jazda,   byle   nie   stać   w   miejscu,   byle   świat   szeroki   stal   otworem,   byle   nie 

pleśnieć w wilgoci tropiku. Wszystkie mocne wrażenia spłyną z człowieka, jak z 

gęsi woda, pozostanie hart woli.

Odrzucam   pióro,   teraz   inne   obowiązki   czekają   pasażera,   sprzątanie, 

rozbijanie   namiotów,   karmienie   szofera,   patrzenie   przed   siebie.   Na   długo 

wchłonie nas szlak, zagubimy się w nieustannym falowaniu milionów ludzi, na 

szerokiej drodze owieje nas wiatr i pył, przegna jak liść zagubiony w nieznane, 

czasem tylko pomięty strzęp listu z jakąś bardzo starą datą dotrze do rąk matki.

Żeby już raz ruszyć naprzód, znów na włóczęgę

Bombaj znika za nami, motor gna, od pustyni wieje wiatr, który powinien 

chłodzić,   a   tymczasem   parzy   skórę   i   zapiera   dech.   Gdzież   ta   ukwiecona 

dżungla?   Pogięte   drzewa   spalone   słońcem,   martwe,   nagie,   bezlistne,   trawa 

gdzieniegdzie   błyśnie   wymiętą   kępą   z   czarnego   pogorzeliska,   w   spalonej 

dżungli umarło życie. Straszne to być musiało dla wszystkich braci Mowgliego. 

Płowy kot nie ma schronienia, biegnie milami, szukając zatęchłej kałuży wody 

skrytej   pod   skalnym   załomem.   Mijamy   strumienie,   w   których   trzy   miesiące 

temu szumiała woda, dzisiaj szydzi z nas suchy piach.

W   maju   przeprawa   przez   centralne   Indie   to   już   nie   tropik,   a   piekło. 

Zresztą   nikt   nie   podróżuje   w   tym   czasie,   chyba   że   służbowo.   Nieliczni 

pasażerowie pociągu siedzą w wagonie na bryle lodu, popijają whisky z sodą i 

lodem,   wachlują   się   wachlarzami,   nie   zerkają   nawet   na   krajobraz   skryty   za 

podwójnymi szybami i zapuszczoną firanką.

Myśmy musieli sobie radzić bez lodu i wachlarza. Płócienne płaszcze od 

kurzu na grzbietach i hełmy na głowach, mój chłopiec ma pończochy i półbuty, 

ja skarpety wełniane i sandały na nogach. Pozostałe akcesoria: czarne okulary, 

mokra   chustka   na   czole,   druga   na   ustach,   mokry   ręcznik   na   sercu   (moim), 

bandaże na popalonych rękach (Stacha). Wyglądamy żałośnie, nosy spieczone, 

background image

usta   spalone,   język  przylega   do  podniebienia,   chwytamy   powietrze  jak   ryby 

wyrzucone na piasek, ale zamiast powietrza wciągamy w płuca pył i żar. Pali, 

dusi w gardle, serce zamiera, głowa niczym rozpalony garnek gliniany pęka na 

kawałki,   oczy   oślepione   zasnuwa   szary   pył,   skóra   schodzi   płatami,   ciekną 

otwarte rany ramion i nóg. Pijemy bez przerwy ciepłą wodę, wciąż mało. Wody! 

Cienia! Choć chwilowej ulgi!

Po   trzech   dniach   takiej   jazdy   postanawiamy   jechać   nocą,   choć   i   noc 

skwarna,   duszna,   upalna,   ma   się   wrażenie,   że   księżyc   pali   niczym   słońce. 

Ziemia nie ma kiedy ostygnąć.

Zając przebiega drogę, drugi... na wszelki wypadek ładujemy broń.

„Może być grubsza zwierzyna” - wystarczyło pomyśleć, by z dżungli na 

drogę   wypadł   tygrys.   Dłoń   zaciśnięta   na   karabinie,   oczy   chłoną   królewskie 

piękno, każdy nerw napięty... cisza drży oczekiwaniem. Przechodzi wspaniały 

zwierz ociężałym krokiem, ślepia od światła odwraca, szeleszczą trawy, rozlega 

się ciężki łomot, zamyka się las. Nawet nie zwrócił uwagi na zapach ludzki w 

małym  otwartym  motocyklu,  zbyt  zmęczony,  by  polować,  nie  szuka  żeru,  a 

wody.

Mijamy   tory   kolejowe,   skręcamy   na   Erandol   i   gdzieś   w   polu   nad 

malarycznym błotkiem rozbijamy namiot. Żaby skrzeczą pod mostem, kąpię się 

w   zielonej   pleśni,   otoczona   chmurą   komarów.   Spać   chce   się   tak,   że   trudno 

przełknąć cokolwiek.

Czasem sypiamy na skraju dżungli, a czasem, co gorsza, na skraju wioski, 

nie   wiedząc   o   tym   wcale.   W   nocy   kołysze   nas   do   snu   śpiew   moskitów   i 

poszczekiwania   jaszczurek,   rankiem  budzi  galeria   milczących   gapiów.   Stoją, 

kucają, siedzą, wpatrują się jak urzeczeni w półuchylone drzwi namiotu. Jeden 

zbiera   skrzętnie   puszki   od   konserw,   inny   chwyta   pudełko   zapałek.   Zatęchła 

kałuża wody kusi, by się umyć, ale nie chcemy robić kolejnego przedstawienia. 

Zwijamy namiot, widowisko skończone.

Rankiem budzi galeria milczących gapiów

background image

Ruszamy dalej, byle jak najdalej zajechać do południa. Na środku drogi 

kobry wygrzewają się w słońcu. Wąż srebrem brzucha zabłyśnie tylko, gdy koła 

motoru   przewalą   się   przez   jego   senne   cielsko.   Nie   ma   kałuży,   strumyczka, 

kanału, rzeki, gdzie byśmy nie przystanęli dla ochłody. Czasem wody tak mało, 

że trudno zaczerpnąć dłonią. Niczym wściekłe psy leżymy wtedy na brzegu, 

płoszymy krokodyle, odpoczywamy jak bawoły, usmarowani błotem i pleśnią 

siadamy  w półcieniu drzew i otwieramy  blaszane puszki, rozgrzane słońcem 

parzą dłonie, staramy się je schłodzić w kałuży choć trochę.

Było już nieznośnie gorąco, jechaliśmy odrętwiali ze zmęczenia, gdy na 

skraju drogi wyrósł potężny masyw starych ruin, murem zamknięty przestronny 

dziedziniec, prastare drzewa, trawą porosły majdan. Wchodzę do wnętrza, zając 

czmycha przez kamienne flizy posadzki, w kopule wysokiego stropu świergocą 

ptaki, przede mną śpią trzy mogiły - kamienne grobowce. Wielka cisza, chłód i 

majestat śmierci. Najchętniej spędziłabym tu dzień i noc, z zającem i ptaszkami, 

śpiąc na grobowcu. Może przyszłyby duchy tych, co śpią snem wiecznym, i 

opowiedziały indyjską bajkę.

Nie ma kałuży, strumyczka, kanału, rzeki, gdzie byśmy nie przystanęli dla 

ochłody

Gdy   noc   zapada,   skręcamy   w   skrót   do   Cawpore,   droga   wtula   się   w 

dżunglę,   znikają   ostatnie   chaty,   przechodzi   jeszcze   spóźniony   przechodzień, 

skrzypi ostatni wóz, a potem tylko wzgórza dzikie, zarosłe spaloną szczotką 

dżungli. Droga fatalna,  motor podryguje na wybojach, Stach na siodełku, ja 

telepię się w wózku. Strasznie morzy sen, głowa zatacza kręgi na bezwładnej 

szyi, bije z jednej strony o karabin, z drugiej o blaszankę  z oliwą, śnią  się 

koszmary,   budzę   się   wtedy   przerażona,   siłą   otwieram   oczy,   po   czym   znów 

zasypiam. Jak mój chłopiec może utrzymać się na siodełku, nie wiem.

Na drodze roi się od weselnych pojazdów. Z jednej wioseczki wyrusza 

korowód   strojnych   wozów,   bawoły   oczepione   wstęgami,   błyskotkami,   rogi 

malowane, pod barwnym baldachimem siedzi maleńka panna młoda w ognistym 

background image

sari,   z   drugiej   wioseczki   jedzie   taki   sam   orszak,   wioząc   jej   narzeczonego, 

chłopaczka w kwietnych girlandach na szyi. W gąszczu dżungli spotykają się na 

środku drogi oba orszaki, wszyscy są tak przejęci uroczystością, że najbardziej 

nawet   usilne   trąbienie,   by   ustąpili,   nie   przynosi   żadnego   rezultatu.   Nic 

dziwnego, ślub jest najważniejszym momentem w życiu Hindusa. Wesele musi 

być   wystawne,   toteż   biedny   Hindus   z   wioski   na   ucztę   weselną,   orszak, 

świecidełka   i   pochodnie   wydać   potrafi   parę   tysięcy   rupii   pożyczonych   u 

lichwiarza, a potem przez całe życie dług ten spłaca. Nieraz życia nie starczy i 

dług   z   ojca   przechodzi   na   syna.   Na   wesele   może   przyjść   każdy,   wpłacając 

uprzednio   dowolną   sumę   w   zależności   od   ochoty   i   zamożności,   składka   ta 

jednak prawie nigdy nie pokrywa kosztów.

Ceremonie   i   obyczaje   ślubne   na   terenie   całych   Indii   są   nad   wyraz 

malownicze, pełne skomplikowanych i nieraz niezrozumiałych dla przybysza z 

zachodu obrzędów religijnych. W Allahabadzie i Benares pochody weselne są 

najpiękniejsze.  Pochodnie,  orkiestra  dziwacznych  bębnów  i  fanfar  poprzedza 

weselisko, pan młody występuje na koniu, wielbłądzie lub słoniu w strojnym 

rzędzie, za nim drużbowie prowadzą słonie strojne w czapraki i pióropusze, 

bokami biegnie tłum z pochodniami, brzękadłami. Zdarza się, że żonkoś jedzie 

w przystrojonym kwiatami samochodzie.

W Bengalu wesele przypomina wspaniały karnawał. Pochód zalewa ulice, 

tamuje ruch, suną olbrzymie maski, straszydła mrugają oczyma, lalki bogów, 

kukły   malowane   zdobne   barwnymi   wstęgami,   w   blaskach   pochodni,   w 

ogłuszającym zgiełku bębnów i piszczałek tańczą błazny w maskach i tancerki z 

szalami w ręku. Pióropusze i maszkary są nieraz tak olbrzymie, że pochylać je 

trzeba   pod   siecią   drutów   elektrycznych.   Za   roztańczonym,   rozjarzonym, 

rozśpiewanym   tłumem   siedzi   wśród   kwiatów   swego   tronu,   sztywno   niczym 

bożek, oblubieniec lub oblubienica. Młoda kobieta z czerwoną kropką na czole, 

włosami  lśniącymi  oliwą z kokosa, ustami i dziąsłami  czerwonymi od żucia 

betelu spogląda brunatnymi oczyma miękko i powłóczyście. W uszach kolczyki, 

background image

czasem dwa, czasem dwadzieścia, w nozdrzach brylant, czasem złote koło, ręce 

i nogi zdobne w brzęczące bransolety i pierścionki, dłonie i stopy umalowane 

henną, lekkie sandały i powiewne tęczowe sari przetykane złotem i srebrem.

Pod wieczór wjeżdżamy długimi, niemającymi, zda się, końca ulicami w 

pył   i   dymy   kominów   fabrycznych,   w   ludne,   brudne,   fabryczne   Cawpore. 

Zakurzony motor i nasze spalone twarze natychmiast zwracają na siebie uwagę 

ulicy,   niczym   trąba   powietrzna   spada   na   nas   orszak   gapiów,   z   wrzaskiem, 

piskiem gonią motor ulicami, taka uciecha nieczęsto się zdarza, toteż powitanie 

jest wysoce hałaśliwe, tłoczne, napastliwe i trwa długo za długo, wyją jeden 

przez drugiego, cisną się, omal nie zduszą.

Wjeżdżamy w serce bazaru, siłą przepychając motor przez splątany tłum. 

Wzdłuż j ezdni jeden przy drugim siedzą uliczni sprzedawcy owo - ców, na 

kawonach25 ogromnych, pociętych na porcje kłębią się chmary much. W tym 

sezonie królują budki sodowe rozstawione dosłownie co dwa metry. Właściciele 

siedzą dostojnie za cebrem lub skrzynią pełną lodu, wodę sodową lub lemoniadę 

nalewają z zamkniętej butelki, ale lód... wyjęty z trocin wędruje do kubełka 

wraz z czarną od brudu wodą, potem do szmaty brunatnego koloru, a następnie 

rozbija się go na zaplutym progu i wrzuca do szklanki. Ale nic to, że szmata 

brudna, lód zdaje się  nam najwspanialszym darem bogów, pragnienie zabija 

wszystkie mikroby.

Parę godzin krążymy po ulicach Cawpore, robiąc po kilka mil w różnych 

kierunkach, by zdobyć jedzenie, benzynę i naftę, bo każda z tych rzeczy jak na 

złość musiała znajdować się na innym krańcu miasta. Wreszcie, gdy noc już 

zapada, półżywi ze zmęczenia wytaczamy się na szlak. Dzieci gonią za nami, 

machając rękoma i krzycząc ile sił w płucach.

Zza okularów spoglądają na nas mądre dobre oczy

Gnamy całą noc w stronę Allahabadu, o poranku wjeżdżamy do miasta. 

Wieziemy z Bombaju list polecający do prezesa sądu najwyższego, jednak adres 

nic nie mówi ani przechodniom, ani policjantom. Powoli docieramy w okolice 

background image

gmachu   sądu,   tu   rozjaśnia   się   w   głowach   obywatelom   Allahabadu,   znają 

przecież   sędziego,   mieszka   niedaleko   w   dużej   willi   otoczonej   papajami   i 

bananowcami. Zatrzymujemy się przed bramą. Ruszam,  potykając się o zbyt 

długie poły płóciennego ongiś płaszcza, dzisiaj szmaty malowanej smarami i 

popalonej papierosem, staję w progu przerażona własnym wyglądem i miętosząc 

list w dłoniach, pytam nieśmiało o pana domu. Zostajemy przyjęci.

U   szczytu   schodów   czeka   siwy   starszy   pan   w   bieli,   zza   okularów 

spoglądają   na   nas   mądre   dobre   oczy,   gospodarz   jest   strasznie   podobny   do 

mojego dziadka, toteż od pierwszego wejrzenia mam dla niego dużo sympatii.

Umyci i przebrani instalujemy się w miłym pokoju. Choć spać chce się 

przeraźliwie, wypada wyjść do salonu i przywitać się z resztą rodziny. Hindus 

oprowadza nas po swoim domostwie, wiedzie z mrocznego salonu do biblioteki, 

pokoju w piwnicy urządzonego specjalnie na najgorętszy okres lata. Dom jest 

ogromny, zgubić się można w labiryncie przejść, pokoi i pokoików.

Przestronna sala o mozaikowej posadzce z kolorowych kafli wsparta na 

kolumnadzie i tonący w kwiatach ogródek zamknięty z trzech stron wysokim 

grubym   murem,   niskie   tapczany   pokryte   perskim   dywanem   lub   szalem 

kaszmirskim,  na stołeczkach  rzeźbione misternie  drobiazgi ze  srebra,  w tym 

jasnym,   przestronnym   wnętrzu   mieści   się   właściwe   życie   domu,   codzienne, 

rodzinne, intymne, to pardah26 muzułmańskiego haremu. Tam obcy nie mają 

wstępu. Przyjmuje się ich w mrocznym salonie i sali jadalnej, gdzie ze ścian z 

czarnego tła płócien spoglądają harde, brunatne oczy przodków, a blade dłonie 

dziadów wspierają się na krzywych szablach.

Indyjskie pardah kryje się w domu zacofanych bogaczy, w polu bowiem, 

w lesie, w wioskach, a nawet w miastach kobieta ma twarz odkrytą i głowę 

nieraz. Jedynie kobiety mahometańskie na północy Indii mają naprawdę solidne 

zasłony, chodzą w białym nieprzezroczystym dzwonie z kratką na oczy, ale 

tylko   w   większych   miastach,   na   wsi   wszystko   jest   prostsze   i   bardziej 

bezpośrednie,   kobiety   chodzą   z   odkrytymi   twarzami,   noszą   moc   błyskotek, 

background image

ciężkich ozdób ze złota, srebra i kamieni. Różnią się tym od Hindusek, iż noszą 

bardzo obcisłe spodnie i pół sari. Gdy dziewczyna rosła jest i smukła, wygląda 

ślicznie w tym stroju, gorzej trochę, gdy trafią się otyłe kształty.

Byłam w Persji na przyjęciu, na którym panny przestały nagle opowiadać 

o szkole i swoich sprawach, gdy zjawiło się dwóch kuzynów. Przez szparę w 

kotarze   zaczęły   przyglądać   się   młodzieńcom.   Zagadnęłam,   czy   który   im   się 

podoba, a one odparły, że nie wiedzą.

- Brat mówił, że kuzyn ma dobry charakter.

To   wystarczy.   Może   nawet   zostanie   mężem   którejś   z   nich,   jeśli   brat 

zechce. Rodzina umie wszak wybrać męża, a miłość przyjdzie po ślubie. Ile jest 

w tym obłudy, a ile prawdy, któż odgadnie?

W   Allahabadzie   dostąpiliśmy   zaszczytu   nie   lada,   by   być   na   prawach 

rodziny i najbliższych przyjaciół, poznaliśmy panią domu, piękną majestatyczną 

damę,   i   coś   z   dziesięć   dziewcząt.   Zamierający   u   nas   staropolski   zwyczaj 

rezydentów   po   dworach   kwitnie   w   Indiach   w   najlepsze,   utrzymywanie   i 

kształcenie dzieci krewnych jest tak rozpowszechnione w całym kraju, że nie ma 

zamożnego domu, w którym by co najmniej dwadzieścia osób nie siadało do 

stołu, a jeszcze u progu kuchni dostają jeść ubodzy. Ta dobroczynność dla nędzy 

z ulicy jest bardzo typowa dla Hindusów.

Panny zdecydowały od razu, że muszą mnie przebrać w sari, do wspólnej 

fotografii.   Co   tam   fotografia,   trzeba   by   kręcić   film   podczas   ubierania. 

Wciągnęły do ubieralni o wąskich długich lustrach, obdarły z prostej sukienki i 

zaczyna się. Dwie służebnice w muzułmańskich spodniach i czadorach podały 

pannom sari błękitne i złote. Wybrałam błękitne w złote kwiaty, jakby utkane z 

tęczy i skrzydeł motyli.

Wyszłam   na   zdjęciu   okropnie,   niczym   ordynarny   łobuz   przebrany   za 

kobietę

Na   kuse   dessous27   nałożyły   szeroką   marszczoną   spódnicę   wiązaną   z 

przodu, potem złotą jedwabną bluzę o półdługich rękawach, klęcząc, omotały 

background image

mnie   w   kokon   tak,   że   ledwie   mogłam   się   ruszyć,   gorąco,   niewygodnie, 

nieznośnie, a to jeszcze nie koniec! Z płaskiego puzdra wyciągnęły klejnoty, 

siadły   z   dwóch   stron   na   tapczanie,   nanizały   na   palce   i   ramiona   sztywno 

rozpostartych rąk cuda z pereł i rubinów. Matka nałożyła mi  na szyję złoty 

łańcuch i obrożę z pereł, na głowę diadem, na uszy zausznice, agrafą spięła sari 

na ramieniu. Dzieło skończone. Wstałam i niedźwiedzim niezdarnym krokiem 

posunęłam się naprzód. Panny były zachwycone, ja dużo mniej, tym bardziej że 

jak zwykle w zbyt kobiecych szatach  wyszłam na zdjęciu  okropnie, niczym 

ordynarny łobuz przebrany za kobietę i robiący słodkie miny. W pośpiechu, z 

westchnieniem ulgi wróciłam do swojej sukienki.

Teraz   panienki   przyniosły   skądś   staromodny   mahoniowy   patefon   z 

inkrustowaną trąbą. Rozbrzmiały  fokstroty modne  przed dziesięciu  laty. Cóż 

robić, musieliśmy panienkom pokazać, jak się tańczy w Europie, one nigdy nie 

tańczą. Nucąc, pohukując, by wywołać melodię, nadeptywaliśmy sobie uparcie 

na nogi, sycząc polskie przekleństwa pod ich adresem. Były zachwycone.

Matka nałożyła mi na szyję złoty łańcuch i obrożę z pereł

Pierwsze   blaski   słońca   mienią   się   pastelowymi   barwami   w   smugach 

mlecznej mgły. Wschodzi królewskie słońce, oczu nie zdążyło przetrzeć, a już 

pali bezlitośnie. Stary samochód sapie, klekoce, skacze na wybojach. Jak okiem 

sięgnąć bezkresna równina łąk i piasku.

- Już za chwilę - pociesza szofer, długowłosy Sikh, swego zasłużonego 

citroena i nas oboje.

Rzeczywiście zbliżamy się.

W szeroko rozwartych ramionach dwóch rzek święte miejsce, łopoczą na 

wietrze   sztandary,   cały   ich   las,   białe,   kolorowe,   wysokie,   podniebne,   a   na 

każdym prymitywnie malowane krowy, woły, lokomotywy, autobusy, żołnierze, 

słonie, tygrysy, ach, czego tam nie ma, całe życie Indii w obrazkach. W nikłym 

cieniu sztandarów i drągów przysiadły szałasy z trzcin nadrzecznych, to kolonia 

świętych sadhu28. Kąpie się w srebrnych nurtach Gangesu długowłosy mąż z 

background image

piersią   przystrojoną   w   amulety   i   drewniane   korale,   nurkuje   raz   po   raz, 

oczyszczając ciało i duszę. Odgarnia z czoła bujne sploty i otula się obmokłym 

dhoti29. Stare kobiety wchodzą do rzeki po kolana, rzucają kwiaty na wodę. 

Opodal   na   łódce,   pod   baldachimem   z   liści   siedzi   sadhu,   nogi   i   ręce 

skrzyżowane, ani drgnie, modli się zapatrzony w fale Gangesu.

Opadają nas przewoźnicy, musimy przecież wypłynąć na środek zlewiska, 

by ujrzeć, sprawdzić naocznie i namacalnie cud małżeństwa szafirowej Jumny 

ze srebrnym Gangesem. Siadam pod baldachimem z trzciny, łódeczka odbija od 

brzegu, gdzieś w dali niczym zatarty szkic majaczą mury Allahabadu. Jesteśmy 

na środku, teraz trzeba zanurzyć obie dłonie w wodzie, jedną w ciepłej, drugą w 

zimnej. Równolegle, zgodnie, nie łącząc się i nie plącząc, płyną obok siebie dwa 

nurty.

Łódka uderza o brzeg, fakirzy zrywają się jak jeden mąż z wrzaskiem, 

kilkadziesiąt   rąk,   szponów,   kikutów   pokracznych   wyciąga   się   po   jałmużnę, 

łasząc się, grożąc, skamląc. Umalowany niczym bożek fakir grzeje szczypce na 

małym ogienku, na nasz widok wyskakuje z radosnym okrzykiem ze swej nory i 

zaczyna szczypać się w gołe lędźwie. Zadrżałam z trwogi. Szofer opiekuńczym 

ruchem ramienia zagarnia nas do starego citroena, a ten, hop, kusztyk, kusztyk, 

podskakując   przez   wyboje   i   doły,   sapiąc,   rzężąc,   skrzecząc,   unosi   nas   z 

powrotem do Allahabadu.

W PRZEDSIONKU RAJU

Nie jesteśmy już samotną kruszyną na szlaku, stajemy się cząstką jednej 

wielkiej   karawany.   Dzień   i   noc   maszerują   do   Benares   piesze   pielgrzymki   z 

bębnami, fletami, orkiestrą. Każdy niesie węzełek na plecach, odświętne szaty, 

lampę naftową, parasol, garnuszek z wodą, a może prochy ojców? Udziela się i 

nam podniosły nastrój. Każda wielka wiara, choćby najbardziej niezrozumiała, 

wzbudza szacunek.

Drepcą stłoczeni kulisi oślepieni potem zalewającym oczy, zda się, że 

zaraz padnie któryś i skona w pyle drogi. Balansują na osi drągu załadowane 

background image

lektyki złote, purpurowe, obwieszone frędzlami, a gdy uchyli się kotara, wyjrzy 

na  zapylony  szlak  blada  twarz  starca  lub  młodzieńca  złożonego  niemocą  na 

jedwabne poduszki. Ileż dni, tygodni telepie się z najdalszych zakątków kraju? 

W oczach płonie gorączka wiary, pośpiechu, byle dożyć, byle dotrzeć do celu, 

może stanie się cud, może rześkim krokiem wróci do domu albo powędruje 

wprost do raju Sziwy, w chmurach  Himalajów  znajdzie  wieczne szczęście  i 

spoczynek, by już nigdy nie powrócić na ziemskie niziny.

Jadą barwne wozy, na nich cała wioska

Jadą  barwne wozy zaprzężone w parę przybranych pięknie wołów, na 

nich   cała   wioska   załadowana,   muzyka   skocznie   przygrywa,   jak   na   odpust. 

Pozdrawiają, pytają, czy my  też do Benares. Inna niż twierdząca odpowiedź 

nawet im na myśl nie przyjdzie, w głowie by im się nie zmieściło, że my, dzicy 

turyści, możemy nie podzielać ich wiary, że popatrzeć tylko jedziemy, jak oni 

się modlą.

Słońce przegląda się w polerowanym lustrze rzeki, poranne jest i radosne, 

igra   psotnie   na   kręgach   i   falach   wzburzonej   wody   wśród   setek,   tysięcy 

kapiących się. Rzeka zawłaszczona na przestrzeni paru kilometrów, podzielona 

na oddzielne mykwy30 według kast, prowincji, dzielnic, każdy hindu znajdzie 

tu swoje miejsce.

Mała łódka sunie po falach Gangesu, miarowo zatapiane wiosła krótkimi, 

urywanymi   pociągnięciami   rzucają   srebrne   bryzgi   na   rwący   nurt.   Nad   samą 

wodą zbiegły się wszystkie możliwe typy z całych Indii, rysy twarzy tak różne, 

jak odległe są od siebie Delhi i Madras, Lahore i Kalkuta. Po co zwiedzać Indie, 

wystarczy   spędzić   parę   dni   nad   Gangesem,   tu   można   ujrzeć   wszystkie 

prowincje.

- A biedny mahometanin mieszkający w tym plugawym mieście nie może 

się   nawet   wykąpać   w   rzece,   gdy   mu   gorąco   -   skarży   się   stary   przewodnik, 

rozkładając wielki czarny parasol nad moją głową. Kapitalny typ ruchliwego 

staruszka, na łysej głowie żółta czapeczka z czarnym haftem, drepce koło nas, 

background image

ochrania   parasolem,   zapędza   niczym   kokoszka   kurczęta,   załatwia   wszelkie 

sprawunki,   wylicza   braminom,   biorąc   z   naszej   portmonetki,   wydaje   resztę, 

dyryguje, komu ile dać, targuje, kłóci się, łaje... i prowadzi nas, gdzie chce w 

swojej   określonej   kolejności,   czasem   ulegnie   moim   namowom,   ale   bardzo 

niechętnie.

-   Przecież   tu   jest   ich   Mekka   -   odpowiadam.   -   Czy   biedny   Hindus 

znalazłby tam miejsce dla siebie?

- Ano nie - mruczy niechętnie, po czym z dumą wskazuje palcem potężny 

meczet   cesarza   Aurangazeba   dominujący   władczo   nad   całym  zbiegowiskiem 

świątyń   hinduskich,   białych,   szarych,   czerwonych,   w   kształcie   lingamów, 

ananasów, pieczar, nie sposób wszystkich zwiedzić, tak ich wiele.

Wśród   szczelnie   odgrodzonych   od   siebie   stanowisk   kąpieli   centralne 

miejsce zajmuje najciekawszy dla widza cmentarz - kamienne stopnie, a na nich 

płonące stosy. Jeden dogasa, z drugiego wystają stopy pasażera w drodze do 

raju. Przewodnik jest niezadowolony, dziś tylko trzy trupy, nie ma się czym 

pochwalić. Grabarz, a raczej palacz w tym wypadku, długim żelaznym drągiem 

poprawia zwłoki i kłody, potem tym samym bosakiem strąca wygasłe zgliszcza 

w   nurty   rzeki   i   układa   nowy   stos.   Szary   proch   zmieciony   miotłą   i   wiatrem 

porwany przez szybki nurt unosi się na fali, dusza jak bańka mydlana ulatuje w 

przestworza, już buja swobodnie i szczęśliwie w raju Sziwy. Siedzą duszyczki w 

białym śniegu na górze Kajlas31 na północ od jeziora Manasarowar, zimno im 

tam pewnie okropnie.

Nad samą wodą zbiegły się wszystkie możliwe typy z całych Indii

Przez środek najbardziej uczęszczanych kąpielisk, tuż obok palących się 

zwłok wali wprost do rzeki ściek miejski. Pełnym gardłem szeroka paszcza rury 

kanalizacyjnej wypluwa w świętą wodę brud, cholerę, dżumę, trąd, trachomę32, 

syfilis i wszelkie inne tropikalne okropności. Ze zgrozą mówi się w świecie, że 

Benares jest rozsadnikiem zarazy na całe Indie, najbrudniejszym miastem na 

kuli   ziemskiej,   tymczasem   chyba   nie   jest   znów   tak   źle,   skoro   zaraza   bucha 

background image

nieustannie   w   nurty   Gangesu,   a   Hindusi   kąpią   się,   piją   świętą   wodę   dla 

oczyszczenia ducha i jakoś nie umierają. Może by nawet i chcieli, każdy z nich 

marzy przecież, by umrzeć w Benares.

Kto raz się znalazł w tym mieście, musi przejść szlakiem pielgrzymek, 

wedrzeć się na ganeczek jakiegoś domu, by przez ciasną lukę w murze zajrzeć 

do   wnętrza,   tam   w   mroku   błyśnie   ogień   i   parę   postaci   stłoczonych   wokół 

lingamu, myją, malują, ubierają kwiatami. Będąc w Benares, trzeba napić się 

cudownej wody u studni wiadomości dobrego i złego, zagłębić się w wąskie 

przejścia, gdzie depcze się zwiędłe kwiaty, nadeptuje innym na pięty, przeciskać 

między straganami z naszyjnikami z drzewa sandałowego i girlandami kwiatów 

świątynnych, gdzie mienią się bogactwem barw i blasku sari z Benares, słynne 

na cały świat.

Kto raz się znalazł w tym mieście, musi przejść szlakiem pielgrzymek

Ale oczy naszego przewodnika nie rozjaśniają się zachwytem na widok 

schodów   kamiennych,   świątyń,   świątyniek.   Staruszek   pluje   z   obrzydzenia, 

oburza się i gorszy, a jednak obchodzi z coraz to nowymi turystami te same 

bezbożne miejsca. Taki jego fach.

U  wejścia  do  świątyni  podchodzi  do nas święty  człowiek,  życzy  nam 

długich   lat   w   zdrowiu   i   wszelkiej   pomyślności,   za   co   naturalnie   wypada 

zapłacić. Daliśmy już tyle, że mój chłopiec zbyt dużych sum nie udziela. Na 

świętej twarzy odmalowuje się rozczarowanie. Niech tam, pewnie skrócił nam 

życie do paru annah.

DUSZA BENGALU

Padł cień na drogę. Zawirował pył. Wiatr goni za nami z gwizdem, niebo 

przecinają zygzaki błyskawic, spada parę dużych kropel, a potem lunął pierwszy 

deszcz monsunu, wspaniały, ciężki deszcz. Skóra pije wodę. Ziemia pije wodę. I 

tam,   gdzie   przed   chwilą   w   spalonej   dżungli   dławiło   pragnienie,   ożywa 

wszystko, zieleń, trawy, drzewa i my.

Przez zwartą dżunglę wąską drogą wdzieramy się w miasteczka i wsie 

background image

ciągnące   się   nieprzerwanym   szeregiem.   Gdzie   miasto?   Już   blisko,   najwyżej 

kilkanaście mil, a dżungla wciąż nie ustępuje, raczej wchłania w siebie osiedla 

ludzkie i ogrody. Nie chcę na swej drodze wielkich miast. Wolę pola i lasy.

Przez zwartą dżunglę wąską drogą wdzieramy się w miasteczka i wsie

Kalkuta... zawsze słysząc tę nazwę, widziałam oczyma wyobraźni zwartą 

masę szarych domów wzdłuż zapylonych jezdni i miliony stłoczonych ludzi. 

Wiedziałam, że są w Kalkucie cudowne ogrody, ale daleko za miastem, trzeba 

jechać wiele mil, by wydrzeć się z okopów szarych murów. Ganges przypomina 

kanał w betonowym łożysku, wody nie widać prawie, jedynie okręty  i doki 

portów i tak aż do morza. Nie pragnęłam nigdy oglądać tego miasta, a jednak 

spędziłam w nim cały długi tydzień.

Przejeżdżamy pięknym szerokim mostem, tor kolejowy pośrodku, bokami 

dwie wstęgi asfaltu, wpadamy na dużą stację benzynową, a miasta jak nie ma, 

tak   nie   ma.   Właściciel   jest   niezwykle   przejęty   naszą   wizytą,   częstuje   wodą 

sodową   z   lodem,   papierosami,   rysuje   plan   drogi,   byle   na   chwilę   dłużej 

zatrzymać,  czegoś więcej się o nas dowiedzieć, na pożegnanie ściska dłoń i 

wręcza swój bilet wizytowy.

Mimo planu błądzimy, zwykły los przy wjeździe do dużego, nieznanego 

miasta. Jeden most, może drugi, już nie pamiętam, kilka linii tramwajowych 

rozchodzi się w różnych kierunkach, mieliśmy  jechać za tramwajem,  ale nie 

wiemy,   który   wybrać   i   oczywiście   wybieramy   niewłaściwy,   posuwamy   się 

wciąż przez przedmieścia. Po chodnikach włóczy się bydło, pod wytryskami 

kanalizacji,   jak   w   srebrnej   fontannie,   kąpią   się   bawoły.   Prawie   całe   miasto 

przypomina jeden wielki bazar, nieprzerwane szeregi straganów. Prawie, bo są i 

szerokie bulwary, wspaniałe promenady, strzyżone trawniki, pałac wicekróla, 

reprezentacyjne hotele, ogrody i marmurowy Victoria Memorial.

Pod wytryskami kanalizacji, jak w srebrnej fontannie, kąpią się bawoły

Stajemy bezradnie na środku ludnej ulicy, zbiega się spory tłum gapiów, 

zabierają resztki dusznego powietrza, włażą wprost na głowę, wypytują skąd, 

background image

dokąd, ile lat, litania pytań nieprzerwana. Stary bramin przedziera się przez tłum 

i oznajmia, że marszałek Piłsudski umarł. Niemożliwe! Czuję, jakbym dostała 

obuchem   po   głowie.   Nie   wierzę.   Umarł   wtedy   właśnie,   gdy   gnaliśmy   w 

piekielnym upale przez centralne Indie. W angielskich i bengalskich pismach 

znajdujemy długie kolumny, całe szpalty i strony poświęcone naszej Ojczyźnie i 

Wielkiemu Wodzowi. Z nagła wszyscy dowiedzieli się o istnieniu Polski.

Zamieszkujemy w prawdziwym hinduskim hotelu w hinduskiej dzielnicy. 

Nie było łatwo tam się dostać, ale zaprowadził i polecił nas znajomy ze sklepu, a 

targował się w naszym imieniu okrutnie. Dwie rupie dziennie. Za tyle żarły 

mnie pluskwy, ile chciały, nosiłam je nawet po ulicy w sukience, tak przylgnęły.

Mamy   taras   (wąską   betonową   rynnę),   w   rogu   śmietnik   pozostały   po 

poprzednikach   oraz   łazienkę   -   otchłań   rozpaczy.   Na   łóżkach   leżą   dwa 

poplamione   i   zapluskwione   materace,   w   kącie   stoi   para   pogiętych   krzeseł, 

żałosna lampa powiewa na drucie pod sufitem. Sprzątano nasz pokój od godziny 

ósmej, szorując szczotkami, a i tak brud jak był, tak pozostał. Wszystko lepkie. 

Podłoga, stoły, stołki kleją się dosłownie, boję się poruszyć, by nie dotknąć 

mebli   lub   ścian.   Przez   cały   tydzień   nie   zjawił   się   nikt,   by   chociaż   zamieść 

podłogę. Zacny hotel, zacne brudy i zacne karaluchy, takich okazów nie spotyka 

się co dzień, a tyle ich, że wieczorem trzeszczą pod nogami.

Za dnia Kalkuta jest tak upalna i duszna, że jedyne, co można zrobić, to 

siedzieć pod wachlarzem elektrycznym i czekać, aż zapadnie noc. Wtedy umarła 

od rana ulica ożywia się i wypełnia wielobarwnym tłumem.

Wyglądam przez okno. W świetle zmierzchu złoci się tuman pyłu, pod 

balkonem rozlokowały się niskie lepianki, tam mieszkają kulisi, u moich stóp 

rozciąga się hałaśliwe rojowisko nędzy, szare, beznadziejne. W mieście panuje 

epidemia cholery, co noc oglądamy pochody maskaradowe, suną ulicą maski 

karnawałowe   orszaków   weselnych   i   co   noc   tą   samą   drogą   przebiega   kilku 

tragarzy, dźwigając białe nosze. Malowana na czerwono główka tłucze się na 

posłaniu   z   kwiatów,   chwieje   się   na  martwej   szyi   w  takt   szybkich   kroków  i 

background image

pohukiwania grobowego.

W gazetach znajdujemy wiadomość, że szpital choleryczny powiększono 

o sto dwadzieścia łóżek. Dalej podano przepis dietetyczny dla tych, którzy chcą 

uniknąć choroby. Nie robimy zakupów na rynku, nie jemy owoców, a wyłącznie 

konserwy,   pijemy   tylko   herbatę.   Wreszcie   trzeciego   dnia   otrzymuję   list, 

ostrzeżenie od naszego przyjaciela: nic nie jeść, nic nie pić, nie prać ubrań, nie 

przyjmować i nie dotykać obcych, a najlepiej zamknąć się w pokoju i oznajmić 

odwiedzającym,   że   się   ma   cholerę.   Dobre   rady,   ale   co   począć   z   tłumem 

zwiedzających? Bengalczycy są bardzo mili, ciekawscy, nie mamy chwili, by 

się   wyspać   czy   napisać   choć   parę   słów.   Przychodzą   do   nas   starcy   bramini, 

młodzież   studencka,   dziewczęta,   dzieci,   brzuchaci   bogacze.   Jadam,   sypiam, 

ubieram   się,   piszę   pośród   milczących   wpatrzonych   we   mnie   gości.   Czasem 

padnie słowo, to im wystarcza. Chcą tylko popatrzeć, czasem o coś zapytać, 

wyrazić radość ze spotkania bohaterskich podróżników z dalekiej Polski.

Właśnie   idę   do   łazienki,   gdy   zjawia   się   nasz   przyjaciel,   ten   co   nas 

przywiózł do hotelu. Zdejmuje pantofle i rozsiada się w fotelu. Sprowadza z 

ulicy herbatę, jakieś pierożki, gada i siedzi, od czasu do czasu zapytując, czy nie 

jestem zbyt zmęczona.

- Okropnie, śmiertelnie - odpowiadam.

Nic to, nawet na myśl mu nie przyjdzie wynieść się. Wreszcie rozmowa 

zamiera, gość zaczyna ziewać i wychodzi. Wtedy ktoś nowy się dobija, trzeci z 

rzędu reporter, jesteśmy oblegani przez prasę, udzielam długiego wywiadu, o 

naszej   podróży,   kobiecie   w   Polsce,   młodzieży,   nauce   w   szkołach, 

uniwersytetach i naturalnie o marszałku Piłsudskim. W owej tragicznej chwili, 

gdy   odszedł,   ożywa   w   najdalszych   krańcach   świata   pamięć   o   nim.   Jakże 

wszystkich   fascynuje   jego   wspaniały   życiorys.   Hindusi   jak   dzieci,   z 

nabożeństwem biorą gazetę do ręki i czytają raz, drugi, trzeci. Czyż możliwe, że 

taki geniusz żył w Polsce? Jak on stworzył Polskę, skąd miał żołnierzy, broń?

Nie mieści się w hinduskich głowach pojęcie polskiej walki o ojczyznę. 

background image

Oni tak nigdy nie potrafili. Hindusi nigdy nie staną do walki o niepodległość, 

oni nie stanowią narodu, są zlepkiem kast, sekt, prowincji i języków. Co ich 

łączy to wspólny rząd i język angielski, którym mieszkaniec Madrasu może się 

porozumieć z Bengalczykiem.

Cała   Kalkuta   zna   nas   z   fotografii   umieszczonych   we   wszystkich 

możliwych pismach

W tramwajach, na ulicy, wskazują nas palcami. Cała Kalkuta zna nas z 

fotografii umieszczonych we wszystkich możliwych pismach. Jesteśmy niczym 

Mahatma   Gandhi   własnością   żarliwych   gapiów.   Wreszcie   jestem   tak 

wyczerpana,   że   zamykam   drzwi   pod   pretekstem   choroby,   mój   chłopiec 

przyjmuje w hotelowym hallu.

Któregoś   wieczora   jeden   z   naszych   gości   przypomina   sobie   podczas 

rozmowy,   że   musi   iść,   bo   właśnie   dzisiaj   Rabindranath   Tagore33   prezyduje 

uroczystości   Vaisa   Kha   Purnima   w   nowo   powstałej   świątyni   buddyjskiej. 

Uroczystość   zaczyna   się   o   piątej,   a   teraz   która   godzina?   Wpół   do   szóstej. 

Zrywamy się, porzucając wszystkich gości, i pędzimy do świątyni. Taka okazja 

może się nigdy nie powtórzyć.

Wejście   zatarasowane,   na   ulicy   czeka   zwarty   rozmodlony   tłum 

młodzieży. Na szczęście poznają nas, kordonem splecionych rąk tworzą szpaler 

i torują przejście. Wchodzimy do wnętrza. Ponad morzem głów widać podium, 

w długiej białej szacie, ciężkim wieńcu kwiatów na szyi i czarnym aksamitnym 

birecie na długich siwych włosach siedzi biały jak gołąb starzec z długą brodą, 

przygięty, złamany, rzekłbyś w półśnie, jakże on jest stary, zdaje się drzemać 

zgaszony, na wpół na innym już świecie. Głowa schylona jak podcięty kwiat, 

oczy   przymknięte,   blade   ręce   wsparte   na   rzeźbionych   oparciach   tronu. 

Przeciskam się wpatrzona w proroczą twarz starca.

Przed posągiem Buddy wciąż zmieniają się modlący. Przechodzi osiem 

dziewcząt w szafranowych szatach z pękami lotosów modlitewnie złożonych w 

dłoniach, potem modlą się mnisi, bijąc w bębny, talerze... tangtang rozbrzmiewa 

background image

na cześć Boga, tony harmonii i bengalskiego śpiewu miękką muzyką pieszczą 

ucho. Kończą się modlitwy i ostatni raz rozgłośnie uderzają bębny. Budzi się 

starzec,   pochylona   głowa   dumnie   odrzucona   w   tył,   błyskają   młodzieńczo 

błękitne   oczy.   Zapada   cisza.   Będzie   przemawiał.   Mówi   pięknie   i   długo   o 

Buddzie, o świątyni w Sarnah, o mądrym wspaniałym Bogu, słuchamy wszyscy 

jak zahipnotyzowani. Miękko, aksamitnie, śpiewnie płyną słowa, deklamuje, a 

dźwięki niezrozumiałego języka brzmią niczym półśpiew, poezja... Homer w 

starożytnej   Grecji   może   tak   właśnie   skandował   pieśni   Iliady.   Nie   rozumiem 

znaczenia   słów,   ale   wystarcza   mi   nieziemski   nastrój   świątyni,   gdzie   na 

ściennych freskach przewija się całe życie Buddy, gdzie na ołtarzu siedzi wielki 

wieszcz Bengalu niczym bóstwo, a dziewczęta składają białe kwiaty lotosu u 

stóp złotego posążka śpiewnie, przeciągle zawodząc modlitwy, w których imię 

poety powtarza się jak refren.

Rabindranath Tagore obejmuje zebranych ciepłym spojrzeniem jasnych 

oczu, spogląda i na mnie, uśmiecha się, po czym wstaje, składa wieniec w ręce 

dziewcząt, inne wkładają mu sandały na bose stopy, wsparty na ramieniu jednej 

z   nich   schodzi   z   ołtarza.   Uroczystość   skończona.   Jak   jeden   mąż   wszyscy 

zrywają się z miejsc, rozlega się hałas odsuwanych krzeseł, rozfalowany tłum 

głów przysłania poetę... przedzieram się, za późno, już go nie widzę. Auto unosi 

Rabindranatha Tagore w nirwanę nocy...

Widziałam   i   słyszałam   Rabindranatha   Tagore,   wczułam   się   w   duszę 

Bengalu, poznałam jej czar subtelny, uroczy, który jedynie poeta potrafił ująć w 

słowa.   Wyszłam   z  progów   świątyni   w  ciemną   noc,   niosąc   światło   poezji   w 

oczach, może i w duszy. Nie na długo go pewnie wystarczy, cynizm walki o byt 

w realnym świecie szybko ugasi ten płomyk.

WŚRÓD MŁODZIEŻY

Zjawili   się   liczną   delegacją   prosić,   byśmy   zaszczycili   ich   klub   swoją 

obecnością. Może jakiś speech o kobiecie polskiej i naszej podróży wygłoszę? 

Zresztą o czym tylko chcemy, byle mówić. Zgadzam się, pod warunkiem że 

background image

zapewnią   tłumacza   mówiącego   po   francusku   i   że   speech   zaimprowizuję   na 

miejscu. Umówiliśmy dzień i godzinę.

W oznaczonym czasie zjawia się przed hotelem mały samochód, a w nim 

delegat i chłopak, który studia kończył swego czasu w Paryżu. Jedziemy do 

siedziby   klubu,   samochodzik   przemyka   ogrodowymi   dzielnicami,   wreszcie 

zatrzymujemy się przed wysokim płotem z desek. Jesteśmy na miejscu.

W otwartych wrotach wita nas prezes związku, na zielonym majdanie 

czeka stół nakryty suknem, dwa fotele, parę krzeseł, w głębi ring bokserski. 

Zawieszone wśród drzew chybocą lampki elektryczne, kilkuset młodzieńców w 

wieku   akademickim   i   szkolnym   zasiada   kręgiem   na   trawniku.   Otrzymujemy 

naszyjniki ze świeżych kwiatów, potężne wieńce, jak u nas na pogrzeb lub w 

noc świętojańską, i zajmujemy miejsca w fotelach.

Program  rozpoczyna   śpiew   przy   akompaniamencie   harmonii   i   prastare 

wojenne   tańce   (prezes   zaznacza   z   dumą,   że   tylko   jego   chłopcy   potrafią   tak 

tańczyć). Z głuchym łomotem bębna w krąg światła wypada zastęp bojowników, 

prężą się muskularne ciała, smukłe sprężyste nogi, czerwone pióra we włosach, 

w   rękach   po   dwa   bambusowe   kije.   Rozpoczyna   się   taneczny   bój,   wściekła 

walka, a bęben to przycicha, zwalnia, to szybkim zaciekłym rytmem podnieca 

do walki, już mocują się, klęcząc, ranni, konający walczą, leżąc na ziemi, by po 

chwili znów ożyć, zerwać się i rzucić z wściekłością na siebie. Ach... okrzyk 

zachwytu wyrywa się odruchowo z piersi, gdy wojownicy schodzą z tanecznego 

kręgu. Niezwykłe popisy skończone.

Sekretarz   towarzystwa   odczytuje   dziękczynnopochwalny   list   na   naszą 

cześć, mówi o zaszczycie, jaki im sprawiamy, prezydując meetingowi, naszym 

bohaterstwie,   ich   podziwie   i   uznaniu.   Otrzymuję   do   rąk   dokument   pięknie 

wykaligrafowany po angielsku, rozbrzmiewają oklaski, wszyscy są zachwyceni. 

Teraz proszą, bym zechciała podzielić się wrażeniami z naszej podróży.

Rozpoczynam opowieść, jak to jechaliśmy sobie z Warszawy do Kalkuty, 

o śniegu w Persji, bandytach na pustyni, o złodzieju z Bagdadu, przygodach 

background image

smutnych i radosnych. Opowiadam po francusku, czasem rzucając angielskie 

lub hinduskie słowo, by słuchaczom nie było zbyt nudno. Każde zdanie tłumacz 

przekazuje   po   angielsku   prezesowi,   a   ten   powtarza   je   w   języku   bengali. 

Trójjęzyczna opowieść ma szalone powodzenie, kilkuset chłopaków śmieje się, 

dziwi, wzdycha i raz jeszcze przeżywa wszystkie nasze przygody.

Po wspólnej fotografii zasiadamy na ganeczku do obiadu. Podają owoce i 

słodycze,   zamiast   wody   mleko   kokosowe   do   popicia.   Żegnani   owacyjnymi 

okrzykami wsiadamy do jeszcze mniejszego niż przedtem autka, mkniemy do 

swoich hotelowych pluskiew i karaluchów, wiozę wieńce z kwiatów i ciepłe 

wspomnienie młodzieńczego beztroskiego wieczoru.

Dziękuję wam, chłopcy Bengalu, za to przemiłe spotkanie, ofiarowaliście 

uśmiech, entuzjazm, przyjaźń i piękno, w prostocie swych skromnych funduszy, 

bo   każdy   członek   klubu   wpłaca   jedynie   dwie   annah   miesięcznie,   byliście 

czarująco gościnni. Swą serdecznością zatarliście całe zło, które spotkało nas po 

drodze.

O INDIACH

Dziewczęta   z   północy   marzą   o   egzotycznych   Indiach,   przystojnych 

maharadżach,   przejażdżkach   na   grzbietach   słoni,   łowach   na   tygrysa   w 

tajemniczej dżungli... o niechaj żadna nie jedzie do Indii, jeśli chce zachować 

nieskalane marzenie. Niech idzie do kina, tam na srebrnym ekranie tajemnicza 

kraina roztoczy swój czar, maharadża będzie umierał z miłości do białej lady, 

zazdrosnego blondyna tygrys rozszarpie w mrocznej dżungli, zaklinacze wężów, 

fakirzy,   święci   sadhu,   wnętrza   świątyń...   wszystko   będzie   klarowne   i 

poetyckie...

Wyobrażając   sobie   Indie,   podchodziłam   z   dużą   dozą   sceptycyzmu   do 

przereklamowanej   egzotyki,   toteż   kraj   ten   ani   mnie   nie   zadziwił,   ani   nie 

rozczarował. Może kiedyś, gdy jedynymi środkami komunikacji były wielbłąd, 

słoń i czółno, warto było zapuścić się na wiele lat w tę krainę mlekiem i miodem 

płynącą. W czasach przedhistorycznych wszędzie zresztą było tak samo, także i 

background image

u   nas   więcej   było   egzotyki   w   starych   dworach   otoczonych   ostrokołem   i 

litewskich borach.

Rozmyślając o Indiach, oczyma wyobraźni wyczarowywałam obrazy z 

książek Rudyarda Kiplinga, ale tam gdzie on oglądał dżunglę, dziś już jej nie 

ma,   miasteczko   Way   i   wyschnięta   rzeczka   Waingunga   leżą   zaledwie 

kilkadziesiąt mil na południe od Bombaju.

Nie chcę o Indiach pisać źle, ale trudno mi pisać dobrze. Spotkaliśmy w 

tym   kraju   większym   od   Europy   jednego   tylko   prawdziwego   przyjaciela,   w 

pełnym   tego   słowa   znaczeniu.   A   inni?   Wrodzy,   chciwi,   nieufni,   arogancko 

ciekawi,   co   najwyżej   zdawkowo   uprzejmi.   Czy   można   ich   winić?   Nie. 

Weszliśmy bez uprzedniej reklamy, kuchennym wejściem od tyłu. Zauważyli 

nas, gdyśmy już mieszkali, nieprzedstawieni sobie wzajem uprzednio. Weszłam 

na szlak jak dziki turysta z Zachodu, spoglądając nieufnym okiem na wszystko, 

co nieeuropejskie i stopniowo wchłaniał mnie  ten kraj już na drodze, a gdy 

odeszłam   daleko,   aż   tam,   gdzie   wiał   wiatr   północny   od   dawnych   pastwisk 

nomadów   mongolskich,   zrozumiałam,   że   Indie   są   tym   właśnie   miejscem   na 

Ziemi, do którego muszę kiedyś powrócić. Może wrócę w żar mangowego lata, 

w pył szlaków, w cień drzew przydrożnych, w mrok tajemniczych świątyń i 

wtedy opowiem o Indiach coś więcej, inaczej i z okruchem serca w atramencie.

Indie   roztoczyły   przed   mymi   oczyma   wachlarz   fantastycznego   czaru, 

niczym   paw   dżunglowy   spotkany   gdzieś   przy   drodze   do   Gwalioru.   Trudno 

nawet   określić,   na   czym  ten   czar   polega,   na   kontrastach   barw,   światłocieni, 

klimatów,   życia?   Na   dźwięku,   zapachu   czy   na   zagmatwaniu   wszelkich 

problemów od zacofania średniowiecza do najbardziej nowoczesnych idei? Nie 

miałam czasu ich poznać ani zrozumieć choć trochę, właściwie prześliznęłam 

się   zapylonymi   traktami   w   cieniu   bananowców   i   mangowców.   Można 

przejechać całe Indie i nie dowiedzieć się o nich niczego.

Słyszałam   wiele   politycznych   dysput,   wiele   skarg,   że   całej   nędzy   w 

Indiach   i   w   ogóle   wszystkiemu   winni   są   Anglicy.   Maharadżowie   są   bardzo 

background image

dobrzy,   czasem   nawet   nie   biorą   podatków,   a   przede   wszystkim   pozwalają 

warzyć   sól,   a   Anglicy   wprowadzili   monopol   solny,   największy   wyzysk   w 

pojęciu Hindusa.

Niektórzy  kongresmani  tak się  zapędzają,  że uważają,  iż największym 

złem wyrządzonym przez Anglików jest budowa kolei i nawadnianie kraju. Bez 

kolei byłoby lepiej, bo zaraza nie przenosiłaby się tak łatwo i woły miałyby 

pracę.   Zresztą   kolej   wymyślono   jedynie   po   to,   by   łatwiej   było   Indiami 

zawładnąć. Nawadnianie pól dla odmiany sprzyja malarii.

Spotkałam się nawet z pomysłem, by na miejsce Anglików sprowadzić do 

Indii Niemców.  Gorąco podsycałam te idee, chciałabym ujrzeć Hindusa pod 

batem   teutońskim,   wtedy   dopiero   doceniłby   mądrą   gospodarkę   i   tolerancję 

Anglików.

Dlaczego   Indie   w   pojęciu   Europejczyka   są   tajemnicze,   cudowne, 

wspaniałe, pociągające? Trudno zgadnąć. Wszystkie problemy hinduskie są tak 

ogromnie chaotyczne i zagmatwane, iż nie ośmielam się o nich pisać. Może 

właśnie w ten sposób tworzy się tajemniczość, iż człowiek czuje się głupi jak 

but i nie wypada mu przyznać się, że nie rozumie lub nie ma czasu czy ochoty 

na zgłębianie, który bóg ma ile wcieleń. Ogłasza więc, że Indie są tajemnicze i 

niezgłębione...   stawia   dużo   kropek,   wykrzyknik   i   znak   niedomówienia 

zawieszony w powietrzu.

Ja   także   mogłabym   lekko   prześliznąć   się   po   temacie,   po   dyletancku 

sklecić   zlepek   wiadomości   prasowych   z   „Times   of   India”,   podlać   własnym 

sosem z potu i nudy podróży, podać czytelnikom pod jakimś szumnym tytułem. 

I puściłabym w świat szeroki jeszcze jeden blef literacki. Ale żeby napisać coś 

rewelacyjnego   i   o   pewnej   wartości   dokumentacyjnej,   niezbędne   są   poważne 

studia   i   kilkuletni   pobyt   u   źródła   wiedzy.   Najlepiej   być   misjonarzem.   Oni 

naprawdę   coś   wiedzą.   Ja   tymczasem   wolę   jechać   dalej,   żądza   wrażeń   pcha 

naprzód, życie krótkie, a tyle jest jeszcze do zobaczenia.

Przegnał mnie wiatr od pustyni tysiące kilometrów szlakiem bitych dróg, 

background image

objazdów i bezdroży, dzisiaj opuszczam Indie, mknę dalej, przewracam kartę 

księgi mego życia. Widziałam tak dużo i tak mało zarazem. Wyjeżdżam z tego 

kraju jak od bogacza, który chowa skrzętnie złoto, klejnoty, księgi i obrazy w 

kutej skrzyni. Chodzi na co dzień w szatach  ubogich i przyjmuje  gościa na 

progu, podając mu miskę ryżu jako poczęstunek... bo nie wie, kim jest ten gość.

PAGODA SHWEDAGON

Jest jakiś niewysłowiony urok tej chwili, kiedy na polerowanym słońcem 

bezkresie   oceanu   zamajaczy   ciemną   kreską   wąska   styczna   widnokręgu   i   w 

oczach   w   dal   wpatrzonych   rozszerza   się   w   pas   zielony,   drzewa   zdają   się 

wyrastać wprost z morza, które przypomina wypukły klejnot w emaliowanej 

oprawie. Cisza, przejasność zapatrzenia i zasłuchania, oczekiwanie na nieznany 

ląd...

Zda się jeden tylko grzebień skalistych gór Arakanu i Naga oddziela Indie 

od Birmy, gór porosłych dziką dżunglą, gdzie tygrys i słoń depcą swoje ścieżki. 

Człowiek woli się w nie zbytnio nie zagłębiać, ma przecież morze, wystarczy, 

że   przeskoczy   dwa   stopnie   długości   geograficznej   i   znajdzie   się   w   innym, 

obcym kraju.

Połyskują radośnie śnieżnobiałe zęby... oto delta Irawadi

Za chybotliwym lasem wbitych w wodę pali, za roztańczonym kręgiem 

sampanów34 widać ląd. Złota iglica pagody połyskuje w słońcu, majaczą zarysy 

chat bambusowych, latarnie przybrzeżne, okręty, dżonki rybackie, stada mew 

unoszą się na wietrze, malowana łupinka sampanu tańczy na żółtej fali, wiezie 

ludzi, towary i cały roztańczony bazar nawodny, kołysze się płaski kapelusz 

bambusowy,   bose   pięty   wpierają   się   w   dno   chybotliwej   łódeczki,   połyskują 

radośnie śnieżnobiałe zęby... oto delta Irawadi.

Pulsuje   życiem,   roi   się,   dźwięczy,   brzęczy,   mieni   barwnym   tłumem 

stołeczne  miasto  Rangun, największy port delty Irawadi. Zbliża się monsun, 

uderza wiatr od morza, huczy przeciągle syrena, pilot wprowadza do portu nowy 

okręt.   Na   brunatnych   żaglach,   gdzieś   z   pełnego   morza,   z   mętnej   rzeki,   z 

background image

kanałów i odnóg delty zlatują się łodzie rybackie, niczym ptaki na rozpostartych 

skrzydłach, czarne mewy portowe. Ładowny okręt przycumował w porcie.

Przybywa z przeludnionej matki ojczyzny biedny jak szczur okrętowy, 

czarny   jak   noc   mieszkaniec   stanu   Madras.   Nie   jeden,   a   parę   tysięcy   na   raz 

stłoczonych   pod   pokładem  węglarki.   W   podróży   zaduch,   tłok,   głód,   nic   nie 

widział. Wysypuje się spod pokładu czarne mrowie na brzeg nieznanego lądu. 

Jakże tu inaczej niż w Madrasie, ludzie żółci, skośnoocy i leniwi jak koty, gdy 

mówią, zda się, że miauczą.

Pulsuje   życiem,   roi   się,   dźwięczy,   brzęczy,   mieni   barwnym   tłumem 

Rangur

Pracowity przybysz najmuje się w porcie, ciągnie rykszę albo ciężki wóz 

pełen towaru. Pierwsze wrażenie jest naprawdę przykre, nie mieści się w pojęciu 

europejskim traktowanie człowieka jak zwierzęcia pociągowego, gdy się jednak 

pomieszka na Wschodzie, zatraca się te demokratyczne bunty duszy na widok 

kulisa zlanego potem, o błędnym wskutek śmiertelnego znużenia wzroku, który 

niczym koń równym wyciągniętym kłusem biega od świtu do nocy, rozbija bose 

pięty, pręży do ostatka muskuły, chwyta ze świstem oddech w zniszczone płuca, 

ciągnie maleńki wózek, a w nim nieraz trzech brzuchatych pasażerów. Biegnie 

równo, lekko, jedną milę, trzy... zwolni czasem na zakręcie, obetrze szmatą pot 

z oślepionych oczu i gna dalej. Musi zarobić swoich parę annah.

Co za kraj zrodził tę rasę?

Hindus   potrafi   też   zawędrować   daleko   w   głąb   lądu,   aż   do   chińskiej 

granicy. Nie ma takiego kąta, zapadłej mieściny, gdzie by nie znalazł się chociaż 

jeden Hindus. W drodze powrotnej pod deskami pokładu znów zaduch i brud, 

ale   głodu   już   nie   ma.   Potrafi   zarobić,   wraca   do   domu   z   zapasem   annah   i 

workiem ryżu.

Za   tłumem   kulisiej   nędzy   szerokim   krokiem   bosych   stóp   wyrusza   na 

podbój portu załoga, majtek okrętowy we wściekle czerwonym nakrapianym 

turbanie, z nagim brązowym torsem, w długiej spódnicy w jaskrawe kraty i z 

background image

kolczykiem w nosie. Co za kraj zrodził tę rasę? Morze Południa, szeroki kraj 

błękitu i białych fal, gdzie spaliły się w żarze słońca wszystkie odcienie skóry, 

stopiły w jeden amalgamat wszystkie pobrzeżne rasy.

Gasparo   Balbi35   i   Fernao   Mendes   Pinto36   opisywali   w   swych 

pamiętnikach Rangun jako „bezładne zbiorowisko chat z bambusa rozrzuconych 

nad rzeką oraz prywatnych świątyń i klasztorów, centrum właściwego miasta 

otoczone   drewnianym   płotem”.   Czyż   nie   rzewnie?   Mury   miasta   z   ciosanej 

kłody, deszcze monsunowe zamieniały ulice w nieprzebyte błoto, na odpadkach 

i wszelakich nieczystościach wałęsały się świnie, smród panował okrutny, psy 

wyły po nocach, było naprawdę nastrojowo.

Od wieków istnieje w Birmie zwyczaj, że każdy kolejny władca zakłada 

nową stolicę, buduje miasto i stawia świątynie. Cały dwór się przy tej okazji 

wraz  z  królem  przenosi  jak  ostatnio,   gdy   król  Mindon   Min37  z  Amarapury 

przeniósł   stolicę   do   Mandalay.   A   co   ze   starą   stolicą?   Burzyło   się   ją   lub   w 

najlepszym   razie   opuszczało   i   zostawiało   na   łaskę   losu.   Tak   Pagan   porosła 

dżungla, wdzierając się we wspaniałe ruiny świątyń, dawną stolicę Awa trudno 

dziś   znaleźć   na   mapie,   Pegu   jest   małą   mieściną,   a   Mandalay   zapadłym 

prowincjonalnym kątem.

W niedzielę wszyscy idą na bazar

Anglicy   poszli   w   ślady   królów   i   po   pierwszej   wojnie 

angielskobirmańskiej założyli stolicę w Moulmein, a po trzeciej przenieśli do 

Rangun.   Z poprzedniego  miasta   o  nazwie  Yangon   pozostała   jedynie  pagoda 

Sule,   błękitne   jeziora   królewskie,   niezmiennie   piękne   i   pagoda   Shwedagon. 

Wznosząca się na sto dwadzieścia metrów ponad miastem stupa38 co prawda 

nie jest szczerozłota, jak chce przewodnik, a ceglana i pokryta złotymi blachami, 

ale widoczna zewsząd, i z morza, i z lądu. Pewna turystka z Polski uparła się 

zwiedzić pagodę.

Uczony   pundżi   powiódł   wysokimi   schodami   poprzez   strzeżone   przez 

smoki wrota ze złoconego drzewa rzeźbione misternie, otwarte na cztery strony 

background image

świata dla pobożnych mnichów, pielgrzymów, przekupni i psów, poprowadził 

pomiędzy stragany, grobowce królowej, posągi bóstw i świętych, gdzie Budda 

jest   wszechobecny,   leży,   stoi,   siedzi,   duży,   mały,   gipsowy,   marmurowy, 

nefrytowy,   srebrny,   brązowy,   gdzie   w   przegródkach   ołtarzy   przybranych 

kwiatami lotosu padają na kolana pobożni, przysiadają jak senne dzieci przy 

wieczornym pacierzu i na złożone ręce wyciągnięte przed siebie twarzą biją 

pokłony. Opowiadał po drodze bajki i legendy królewskie, a ja szłam boso po 

oplutych   marmurach,   aby   dowiedzieć   się,   że   do   wnętrza   kryjącego   skarby   i 

relikwie   kobieta   wejść   nie   może.   Masz   babo   placek!   Pożegnałam   ozięble 

uczonego pundżi.

Sto  lat temu,   gdy  sir  Archibald  Campbell39   w imieniu   wojowniczej  i 

dumnej potęgi Kompanii Zachodnioindyjskiej pokój zawarł z królem Awa, a 

wybrzeże morskie i Arakan wziął pod zastaw wysokiego haraczu, zalęgły się 

zacne   szkockie   rody   w   birmańskich   miastach   i   pośród   dzikich   wzgórz,   tak 

podobnych   do   ich   szkockiej   ojczyzny.   Żyją   tutaj   jak   w   domu,   zachowując 

wszystkie tradycje i zwyczaje.

W niedzielę wszyscy idą na bazar, to należy do dobrego tonu. Spotykają 

się członkowie wszystkich szkockich klanów osiadłych na birmańskiej ziemi, 

damy   plotkują,   przerzucając   i   przewracając   wszystko   do   góry   nogami,   by 

wybrać jakiś drobiazg, a małe Birmanki spoglądają czujnie skośnymi oczyma i 

podrzucają   coraz   to   nowe   pokusy.   Na   rynku   jest   wszystko,   zagródki   pełne 

barwnych   tkanin,   przepięknych   wyrobów   ze   srebra,   sklepy   spożywcze   z 

puszkami konserw i owocami o soczystym miąższu, których smaku nie sposób 

spamiętać. Wśród mrowia dyń, melonów, mandarynek o szmaragdowej skórce, 

winogron,   jabłek   kaszmirskich,   bananów   czerwonych,   żółtych   i   zielonych, 

owoców chlebowca podobnych do jeży, brunatnych cziku, przypominających z 

wyglądu   swojski   pieczony   kartofel,   pysznych   niczym   gruszki   z   miodem,   i 

całego szeregu miejscowych przysmaków o trudnych nazwach i podejrzanym 

smaku królują olbrzymie złociste mango pachnące sosną i szurpate40 ananasy. 

background image

Cały ten towar leży na ziemi, przy wiązce każdego zielska siedzi właścicielka z 

nieodzownym kokiem i ogromnym zabawnym cygarem o calowej co najmniej 

średnicy w okrągłej buźce o krótkim nosku.

Bulgocze   w   saganach   i   rondlach,   bucha   para,   roznosi   się   cała   gama 

zapachów,   kucharka   przyrządza   i   podaje   na   liściu   bananowym   potrawy 

przemieszane naprzód rękoma z każdego rondla po troszku, trochę popieprzone. 

Stołownicy   jedzą   rękoma,   by   nie   popsuć   smaku   widelcem.   Smakuje 

wyśmienicie.

Po ulicach biegają ryksze

Po ulicach biegają ryksze, platformy ciężarowe zaprzężone w kulisów, 

maszeruje wędrowny sprzedawca betelu. Na skrzyżowaniu brodaty policjant w 

granatowym mundurze z purpurową wstęgą przeciągniętą przez turban reguluje 

ruch samochodów i pieszych. Do świętych wrót pagody Shwedagon podjeżdża 

czerwony   pękaty   tramwaj,   policjant   krzyżuje   ręce   i   zatrzymuje   pędzące 

samochody. Białe smoki nie dziwią się. Widziały już wiele.

Tam, gdzie przed chwilą pośród białego błękitu nieba jaśniało rozzłocone 

słońce, rozsnuwa się szaruga i ciemność. Chmura przygniata niebo do ziemi, 

zwala   się   potokami   wody   coraz   śpieszniej,   coraz   obficiej,   aż   dudni,   deszcz 

zacina srebrnymi sznurami, ulicami płyną potoki, Irawadi zbełtana faluje.

Kiedy pada deszcz, Szkoci chronią się w zaciszu bungalowu za miastem, 

krople dzwonią o szyby, wiatr jęczy w konarach starodrzewu, a ogród dyszy 

wilgocią, pyszni się nieopanowaną wegetacją.

Kiedy pada deszcz, ze wszystkich przystani portu zbiega się lud roboczy 

pod dach opiekuńczego szałasu, portowi kulisi, przewoźnicy, siadają w kucki na 

podłodze, na skrzyżowanych nogach, jak się da, jeden przy drugim, omal że 

jeden na drugim, w błękitnym tumanie dymu cygar i fajek.

Białe smoki nie dziwią się, widziały już wiele

Kiedy pada  deszcz,  rykszarz, co zwykle  biega w turbanie,  nakłada na 

głowę graniasty blaszany czepek. Maleńki wózek zamknięty fartuchami unosi 

background image

skrytych  w  swym  wnętrzu  pasażerów.  Parasole  wyrastają  niczym  grzyby  po 

deszczu, czarne, pospolite, europejskie.

Na tablicy w pagodzie Shwedagon każdy znajdzie informację, w którą 

stronę świata winien skierować oraz której planecie ofiarować lepioną z żółtego 

i czerwonego wosku świecę w dniu nadania imienia swojemu dziecku. Dzień, w 

którym istota ludzka w Birmie się narodzi, nazywa się Nan. W nader krótkim 

okresie życia, który ją dzieli od uroczystego przyjścia na świat i pierwszego 

spojrzenia półślepych oczu na obłożoną gorącymi cegiełkami matkę, tradycyjnie 

kąpaną i pojoną ziołami, do zawarcia małżeństwa i macierzyństwa, dziewczyna 

przeżywa   trzy   uroczystości   rodzinne:   nadanie   imienia   w   dwa   tygodnie   po 

urodzeniu, horoskop, gdy ma lat sześć, i przekłucie uszu, gdy ma lat dwanaście.

Nadanie imienia to największa uroczystość rodzinna, w której udział biorą 

krewni, nawet najdalsi, przyjaciele i znajomi. Zebrani goście zasiadają kręgiem, 

długo palą w milczeniu, dumają, wreszcie któryś z nich, najczęściej krewniak 

poważny wiekiem rzuca w ciszę ważkie słowo - imię. Nagle wszyscy budzą się 

z zadumy i jednogłośnie oznajmiają swój zachwyt nad trafnym wyborem. To 

imię z reguły uprzednio krewniakowi podszepnęli rodzice, jednak musi ono być 

zawsze wybrane według niezmiennych kanonów związanych z dniem, w którym 

dziecko na świat przyszło. Do każdego dnia tygodnia przydzielone są spółgłoski 

i od nich wywodząca się grupa imion, tak na przykład wtorkowa panna będzie 

się nazywała MaSan Nyun, czyli Ta Której Nie Ma.

Nie mniej ważnym dla dziewczęcia jest dzień przekłucia uszu, to bardzo 

ważna   uroczystość   na   jej   cześć,   coś   jak   długa   sukienka   naszych   babek, 

pasowanie na młodą pannę. Na dzień ten zjeżdża i schodzi się cała rodzina w 

najpiękniejszych szatach odświętnych, zawodowy przedziurawiacz uszu radzi 

się horoskopu, potem złotą igłą przekłu wa ucho, stopniowo rozszerza dziury, 

nieraz do rozmiarów palca, zależnie, jakie butony dziewczę ma nosić. Birmanka 

wychodzi za mąż wcześnie, przed ukończeniem dwudziestu lat najczęściej, gdy 

się tylko uszy z butonami zagoją.

background image

Miłość   birmańska   nie   ma   tych   przejawów   zewnętrznych   co   u   nas, 

żadnego całowania przy księżycu, wzdychań, flirtów, zaręczyn. Gdy panna wie, 

że się podoba, ubiera się sama strojnie, we włosy wpina kwiat, twarz maluje 

białą pastą, siada w oknie i czeka. Młody człowiek przybywa w towarzystwie 

jednego lub paru przyjaciół, mija dom niby przypadkiem, włóczy się z godzinę 

po mieście, wreszcie wraca, przynosi owoce, słodycze i wiersze przez siebie 

napisane, a gdyby weny zabrakło, ściągnięte skądkolwiek. Wiersze powinny być 

heroicznymi eposami, bynajmniej nie erotycznym sonetem. Młodzi wymieniają 

prezenty, teraz ona mu daje cygara na dowód, że mama wie o wszystkim i nie 

ma nic przeciwko, on odpowiada znów sentymentalnie naiwnym wierszydłem. 

Wreszcie gdy się oboje zdecydują na małżeństwo, rodzice obu stron składają 

sobie   wzajemne   wizyty,   naznacza   się   dzień   szczęśliwy   według   horoskopów 

obojga i dom panny młodej wydaje ucztę.

Oto drobnym kroczkiem paraduje elegantka po ulicach stolicy

Birmanka mieszka  w domu  na wysokich palach bambusowych, śpi na 

matach, siaduje na bambusowej podłodze, gotuje na ogieńku dwa razy na dzień, 

je skromnie ryż, czasem mięso i sławny przysmak ngapi, śmierdzącą rybę, którą 

przed   użyciem   dusi   się   w   ziemi   przez   parę   miesięcy,   a   gdy   zgnije   dobrze, 

marynatą   z   niej   przyrządzoną   przyprawia   się   potrawy.   Na   wsi   po   obrządku 

całego   gospodarstwa   idzie   w   pole,   z   koszem   na   rynek,   niańczy   dziecko 

uwiązane chustką na plecach, od rana do nocy w ruchu, w mieście zajmuje się 

handlem, polityką, sportem, nauką, podejmuje każdą pracę, nic przy tym nie 

zatracając ze swego kobiecego wdzięku i uwodzicielskiej kokieterii.

Śnieżnobiała bluzeczka, jaskrawy szeroki pas i obcisła spódnica otulające 

kształty z lekka wypięte, małe nóżki obute w sandałki aksamitne, we włosach 

lśniących   i   czarnych   jak   laka,   upiętych   w   kunsztowny   kok,   tkwi   wspaniały 

grzebień   i   egzotyczne   kwiaty,   w   uszkach   ciężkie   perłowe   butony,   w   dłoni 

śliczna   parasolka   w   kwiaty,   oto   drobnym   kroczkiem   paraduje   elegantka   po 

ulicach stolicy.

background image

Piękności   Rangunu,   jest   o   nich   nawet   długa   i   wdzięczna   piosenka   w 

trudnym   birmańskim   języku,   ale   żadna   muzyka   nie   wysłowi   ich   wdzięku. 

Podobno dwie siostry bliźniacze Birmanka i Japonka urodziły się razem w raju 

Himalajów,   z   kwiatu   i   motyla   wzięły   swój   uwodzicielski   czar,   subtelność 

postaci, wdzięk ruchów. Czar Japonki opisywano w całych tomach romansów i 

powieści,   czar   Birmanki   jest   jednak   jeszcze   silniejszy.   Iluż   mężczyzn   była 

zgubą?   Kobieta   Birmy   jest   fenomenem   Azji,   idealnie   samodzielna   i 

równouprawniona,   nieraz   bije   mężczyznę   na   głowę   sprytem,   energią   i 

zdolnościami.   Nie   mniej   chętnie   i   beztrosko,   co   za   Birmańczyka,   wychodzi 

Birmanka  za  każdego cudzoziemca.  Z tych to związków międzynarodowych 

rodzi się barwna w typie i odmienna w charakterze ludność miast portowych. 

Mąż Anglik to zaszczyt i gratka nie lada, Chińczyk, zawsze bogaty i mądrzejszy 

od innych, godny jest pozazdroszczenia, Hindus to pewnego rodzaju mezalians, 

ale cóż szkodzi na krótko dla eksperymentu, zawsze jakaś odmiana.

PORCELANOWY PAŁAC

Pośród zielonej murawy wzgórz, gdzie śmieją się błękitne oczy jezior, 

stary   CzingSong   wybudował   pałac   z   porcelany.   Ci,   co   pamiętają   starego 

CzingSonga,   różnie   o   nim   mówią,   nikt   jednak,   nawet   najstarsi   mieszkańcy 

Rangunu, nie pamiętają go młodym. CzingSong zawsze był stary.

Był   bardzo   bogaty,   trudno   było   na   palcach   zliczyć   miliony,   które 

CzingSong   posiadał   w   złocie,   kopalniach,   nafcie,   bankach,   w   pałacowym 

skarbcu i na morzu. Bajki opowiadano o pałacu z porcelany, o jego skarbach, 

kwietnych   ogrodach,   koniach   wyścigowych.   Do   wszystkich   portów   Indii, 

Birmy,  Syjamu   i  Chin  zawijały   jego  ładowne  okręty.  Raptem  któregoś dnia 

uderzyła wieść  jak piorun z jasnego  nieba: CzingSong stracił wszystko, jest 

biedny jak tego dnia, gdy z węzełkiem na plecach przybył z Chin do Birmy. Nie 

skończyli   się   ludzie   dziwować,   gdy   drugi   grom   z   jasnego   nieba   uderzył: 

CzingSong nie żyje. Otruł się opium. Jak to? Dlaczego? Czyżby aż tak źle?

Wszystko   to   wydarzyło   się   przed   paru   laty.   Burmah   Oil   Company41 

background image

zabiła starego Chińczyka. Stracił miliony na nafcie tak, jak wpierw je na niej 

zarobił. Pozostawił trzech synów. Najstarszy walczył mniej niż rok, zwyciężony 

poszedł w ślady ojca, drugi miał swoje sposoby i sposobiki, by na kredyt ojca 

wyciągać   od   ludzi   pieniądze,   coraz   to   nowe   sklepiki   zakładał   na   bazarze, 

świetnie dawał sobie radę, miałby teraz ruinę ojca brać na swoje barki? Za nic.

Pozostał najmłodszy Cartek. Wszyscy pamiętali go jako dziecko. Stary 

kapitan z okrętów CzingSonga nosił go na ramieniu. Co dziś robi Cartek? Ma 

dwie pasje, wyławia konie wyścigowe i rzadkie gatunki orchidei w dżungli. Jest 

bardzo dumny ze swego wysokiego rodu i starożytnego pochodzenia, po całej 

Birmie i w kraju Shanów ma przyjaciół, królów plemion i naczelników miast, 

mieszka w pałacu, a podstawą jego bogactwa jest uprawa roli, plantacje ryżu i 

kartofli. U nas byłby po prostu obszarnikiem ziemskim,  w Birmie, gdy ktoś 

sadzi kartofle na dwóch tysiącach hektarów, już koronę nakłada.

Poznaliśmy Carteka u jego adwokata, omawiał jakieś sprawy niezwykle 

zajęty. Wspomniałam o pałacu, wyraziłam zachwyt nad jego pięknem i żal, że 

taki   niedostępny   dla   turysty.   I   proszę,   następnego   dnia   właściciel   zajechał 

samochodem pod nasz próg, by zawieźć do swej posiadłości za miastem.

Żałośnie wykrzywiona brama z napisem, że wstęp surowo wzbroniony, 

zaskrzypiała półotwartym skrzydłem. Porcelanowy pałac stoi w zapuszczonym 

zdziczałym ogrodzie i płyta po płycie, kafelek po kafelku rozpada się w ruinę, 

ma   się   wrażenie,   że   zupełnie   wymarły,   że   jest   zabytkiem,   może   z   czasów 

świetności królewskiego rodu w Mandalay.

Do wszystkich portów Indii, Birmy, Syjamu i Chin zawijały jego ładowne 

okręty

Stajemy   w   progu,   pan   domu,   jak   wypada   dobrze   wychowanemu 

Chińczykowi, wygłasza formułkę:

- Witajcie w moim skromnym przybytku.

Wręcza   mi   biały   kwiat   z   ołtarza,   co   ma   przynieść   szczęście,   służący 

bezszelestnie otwiera przed nami  szerokie odrzwia. Ukazuje się hall, a dalej 

background image

okrągła nawa środkowa, w głębi ołtarz rodzinny z Konfucjuszem pośrodku, w 

kopule   świergocą   wróble.   Meble   z   ciemnego   drewna   inkrustowane   masą 

perłową, srebrem, złotem, brokatem, obite jedwabiem zachwycają, ale z kątów 

wyziera pajęczyna i szara patyna kurzu. Drewniane schody coraz węższą spiralą 

pną   się   aż   na   siódme   piętro.   Już   na   pierwszym   zwiedzamy   coś   w   rodzaju 

prywatnego muzeum, w gablotkach, na stołach i stolikach pysznią się figurynki, 

serwisy   do   herbaty   z   przezroczystej   porcelany,   kość   słoniowa   rzeźbiona   na 

chiński sposób, atłasowe parawany haftowane w ptaki, birmańskie szkatuły ze 

złota   nabijane   klejnotami.   Freski   na   ścianach,   dzieło   angielskiego   malarza, 

podobno dzisiaj wielkiej sławy Londynu, przedstawiają fortunę... nie do zdjęcia 

ze ścian. Pleśń i żółte plamy wilgoci nie doceniają wartości artystycznej i żrą 

bezlitośnie wyblakłe barwy.

Wspinamy się wyżej, schody coraz mniejsze, węższe, widok z okien i 

dziwacznych   tarasów   coraz   szerszy.   U   samego   szczytu   wieży   docieramy   do 

wielokątnej   izby.   Przez   okno   wpadają   na   zniszczony   parkiet   okruchy 

porcelanowej   dachówki   przywiezionej   morzem   aż   z   Chin,   wlatują   ptaki   do 

gniazd na suficie, rozciąga się widok na jeziora królewskie, łąki, ogrody, pola 

ryżowe,   migocze   w   słońcu   złota   strzała   wysmukłej   pagody   Shwedagon,   po 

ścieżkach zapuszczonego parku służba oprowadza smukłonogie cuda skryte pod 

ciężkimi czaprakami. Nikt tu na co dzień nie zachodzi, prócz słońca i księżyca, 

deszczu i wiatru, ptaków i jaszczurek... dzień po dniu rozpada się w ruinę pałac 

z chińskiej porcelany.

SZKOCKI KLAN

Pierwszego   dnia   po   przybyciu   do   Rangunu   zameldowaliśmy   się   po 

wszelkie możliwe informacje u redaktora znanej w mieście gazety. Przywitał 

nas mile, gdy jednak wyłuszczyliśmy plan przeprawy motorem przez Yunnan, z 

natury długa twarz dziennikarza wydłużyła się jeszcze bardziej.

-   Oooooo...   szaleństwo!   -   wyszeptał   zatrwożony   i   dalejże   szukać   na 

mapach wielkich jak ściany choćby cienia drogi.

background image

- Nie życzę państwu szczęśliwej podróży i nie łudzę się, by motor mógł 

przejść przez Yunnan inaczej, jak na grzbietach mułów - oznajmił w końcu.

Z wrodzoną brytyjską uprzejmością wypisał parę listów, przydzieli! nam 

młodego reportera i tak wyekwipowani ruszyliśmy po wyczerpujące informacje 

do ludzi, którzy mogliby wiedzieć cokolwiek więcej na temat przygranicznych 

bezdroży.

Po wąskich schodach, przez drzwi zakryte matą bambusową wdzieramy 

się wprost do jasnego słonecznego saloniku. Z głębi domu wyłania się równie 

jasny i czyściutki staruszek, dyrektor agencji Reutera. Raduje się szczerze, gdy 

słyszy, z czym przychodzimy, zaczyna z całego domu znosić mapy, nad którymi 

zasiadamy   kręgiem,   obradujemy,   roztapiając   się   w   cieple   miłej   atmosfery   i 

uprzejmości. Miły staruszek zna Birmę jak własną kieszeń, ale tylko do granicy. 

Po kilku godzinach rozmów wychodzimy od niego zachwyceni serdecznością, 

ale wciąż nic nie wiedząc. Jest przejazd, czy go nie ma?

Wreszcie   przydzielony   nam   adiutant   wiedzie   do   kogoś,   kto   był   nad 

granicą   nie   dalej   jak   przed   dwoma   tygodniami.   Wchodzimy   do   kancelarii 

adwokackiej, dwie maszyny stukają na wyścigi, przez otwarte okno wdziera się 

uliczny gwar, za biurkiem siedzi szczupły mężczyzna w czarnym kitlu z białym 

kołnierzem, oczy bardzo błękitne utkwione w wąską kartę papieru, w ręku gęsie 

pióro. Pisze wiersze. Jest adwokatem z fachu, ale poetą z zamiłowania, Szkotem 

z urodzenia, podróżnikiem z eksperymentu.  Rzeczywiście parę tygodni temu 

zawrócił   w   pół   drogi   ze   spaceru   przez   Yunnan,   opowiada,   że   droga   jest 

absolutnie niedostępna dla motoru, muł z trudem wspina się po karkołomnych 

ścieżkach, przeważnie wykutych w skale w formie stopni. Prezentuje fotografie, 

które potwierdzają jego słowa. Musimy zrezygnować. Wygląda na to, że jedyną 

możliwością ucieczki z zamkniętej bezdrożami Birmy jest Syjam, o ile uda nam 

się przedrzeć przez górskie szlaki w porze deszczów.

- Zresztą to nie czas i miejsce na dłuższe rozmowy. Jeśli państwo wolni 

dziś wieczorem, zapraszam na obiad - podsumowuje gospodarz.

background image

Spotykamy się w hotelu na whisky z sodą w przedwieczornej porze. W 

towarzystwie jest lotnik specjalnie zaproszony, by mógł nam wszystko objaśnić, 

ale cóż z tego, skoro z nieba góra, dżungla, ośli szlak, wszystko wygląda pięknie 

i malowniczo.

Sześć mil za miastem,  za wioską na palach, za bambusowym gajem i 

kauczukowym lasem skrył się zasobny szeroki bungalow z ciemnego drzewa o 

szerokich   werandach   i   spadzistym   okapie   dachów,   gustownie   urządzonym 

wnętrzu. Tam spędzamy w towarzystwie kolejne dni na kąpielach w jeziorze 

cichym jak sen, spotkaniach  przy herbacie w zieleni ogrodu, wieczerzach w 

gronie   rodziny.   Dzień   po   dniu   wnikamy   w   szkocki   klan,   poznając   ze 

dwadzieścia osób mieszkających w dwóch domach, gdzie każda pani jest ciotką, 

siostrą lub siostrzenicą, a każdy pan wujaszkiem, ale tylko jeden stanowi głowę 

klanu. Wujaszek, naczelnik klanu, kopie złoto w górnym biegu Irawadi, ale o 

złocie nikomu nic nie mówi, za to bardzo chętnie opowiada o Szkocji, jej rodach 

i   dumnej   historii   swego   klanu.   Literatura,   malarstwo,   łowiectwo,   podróże, 

wchłaniam   szkocką   atmosferę,   chcąc   wyczarować   za   oknami   urwiste 

poszarpane wzgórza we mgle, kudłate woły na halach, pasterzy z kobzami w 

kraciastych tartanach, ale słońce i dżungla udaremniają wszelkie próby.

Znakiem   krzyża   świętego   przeżegnała   nas   ciotka   na   drogę,   wszyscy 

ucałowali serdecznie, po raz ostatni skrył się za gajem bambusowym sheiling42, 

gniazdo szkockiego klanu. Zaszeleściły trawy pod kołami motoru, wróciliśmy 

na nasz szlak... przytulnie zaciszny... i bez miary samotny.

BYŁO TO GDZIEŚ ZA ZAKRĘTEM

Ha, ha, ha...

Przez gęstwinę boru pędzi na smoku chochoł leśny i pęka ze śmiechu, na 

głowie spiczasta czapeczka czarownika, w ręku pastorał ze złotym dzwonkiem, 

serduszko drży na wietrze i dzwoni, dzwoni...

Biały smok przywarował pod przydrożnym krzakiem, grzywa czerwona i 

złota, ogon długi, oczy duże błękitne wyzierają spośród zieleni.

background image

- Śniło ci się jak zawsze.

- Może, ale spójrz, uchwyciłam sen na kliszy.

Był las ogromny, niezmierzony, nieogarnięty okiem,  były góry dzikie, 

poszarpane,   jary   potoków,   obrywy   skalne,   przepaście   i   motor   toczył   się   po 

szlaku.

Gonimy za słońcem jak co dzień, a deszcz goni za nami. Co stanąć na 

chwilę, uderza w twarz, zatnie batami wody, przegna dalej. Lepiej nie stawać, 

uciekajmy, byle prędzej, może uda się monsun przegonić.

Pod drzewem przydrożnym przy żałosnym mostku kurczy się motor pod 

plandeką. Już suchej nitki na nas nie ma, a deszcz leje i ani myśli przestać. Nie 

widać nic, drgające srebro przed oczyma, ot cały egzotyczny pejzaż.

Wracać do Rangunu czy jechać dalej? Każde z nas w głębi duszy woła 

„zawracajmy co prędzej”, ale za nic nie wypowie na głos swych myśli. Robimy 

walną naradę pod plandeką i postanawiamy, że jeżeli dzisiaj jeszcze przestanie 

padać, pchamy się dalej. W najgorszym razie zbudujemy chatę w dżungli i w 

jakimś dzikim zakątku przeczekamy deszcze. Cofać się to ostateczność.

Smugi deszczu lśnią w blasku reflektora rzuconym w aksamitną czerń 

nocy, pod szerokim dachem świętego drzewa skąpego w liście skrył się wreszcie 

motor,   tam,   gdzie   wąska   ścieżka   wdziera   się   w   głębinę   boru,   przywarował 

namiocik, przyczaił się... śpi. Dżungla śpiewa kołysanki lepiej niż niania nad 

białym   łóżeczkiem.   Świetliki   zapalają   błędne   ognie,   kocie   ślepia   świecą   w 

gąszczu,   szumi   strumień,   skrzeczą   żaby,   woda   mruczy,   zwierz   jakiś   gniecie 

bambusy   roztrzęsione,   rozczochrane,   moskity   brzęczą   melodyjnie,   cykady 

dzwonią, coś syknie z nagła, ryknie, krzyknie, chłepce wodę i chrząka długo w 

noc... a o świtaniu zabrzęczą kołatki karawany niczym zew zbawienia.

Ale gdy wstał świt jasny, nie było namiociku u stóp drzewnego olbrzyma, 

zwinięty w kłębek podrygiwał już na oparciu wózka. Droga zanurza się w mgły, 

oplata   zbocze   wężowymi   skrętami,   wdziera   się   na   szczyty,   jasną   klingą 

bandyckiego  noża   rozcina   pogmatwane   liany,   prześlizguje   się   pod   nawisami 

background image

mrocznej   zieleni   borów.   Zatrzymuje   się   motor   nad   przepaścią   jaru.   Drzewa 

wsparły się koronami w błękitne sklepienie, korzeniami uczepiły głazów, w dole 

po siwych głazach ślizga się srebrny potok, woda kryształowa, zimna i jasna 

przetacza się w butelki.

Rozmiękłe koleiny giną w jednolitej tafli jeziora bez krańców, na końcu 

szosy właśnie taki polny czy górski trakt nas czeka. Tarasami równo, grzecznie 

rośnie ryż, znak, że zbliżamy się do wsi. Chaty bambusowe na palach stoją w 

wodzie, giętka kładka łączy je z szosą, oślizłą, bokami grząską zdradziecko. 

Kłopot nie lada, gdy chce się coś kupić w małej wiosce albo o drogę spytać, 

język tak trudny, że żadne z nas nawet nie usiłuje poduczyć się trochę, mimiki 

nie rozumieją, nie wystarczy na palcach pokazać, a nawet monetę. Sprawunki 

załatwiamy w większych osiedlach, gdzie ludzie mówią trochę po angielsku lub 

spotkać można Hindusów.

Pod   drzewem   przydrożnym   na   drewnianej   półce   stoją   dwa   garnuszki 

drewniane, parę zwiędłych kwiatków, to świątek  przydrożny, dar wioski dla 

skrzatów   leśnych   i   polnych.   Niech   skrzat   naje   się   do   syta,   ma   nawet   łyżkę 

drewnianą, by mu wygodniej było, i daszek ze słomy od deszczu. Kwiatki niech 

przyjmie i nie dmucha w ogień, nie psoci, nie szkodzi, nie broi. Przy każdej 

wiosce jest taki świątek i w każdej wiosce pagoda białozłota. Drewnianych stup 

na drzewcach rzeźbionych misternie - cały las, a dzwoneczków - tysiące, wiatr, 

co chmury niesie i deszcz, wydzwania cichutkie melodie na złotych listeczkach, 

serduszkach, dzwonkach. Złoconych wrót strzegą smoki prześwięte, w głębi, w 

cieniach mroku, siedzi ciężki złoty posąg. Bosymi stopami możesz przekroczyć 

próg i spojrzeć w rubinowe oczy Buddy.

Sunie bezszelestnie długa piroga drążona w pniu dżunglowego olbrzyma, 

długi bambusowy drąg łamie błękit wody, ze świstem zapada sznur wędki, to 

rybacy,   malowani   w   desenie,   w   szerokich   kapeluszach.   Bambusowy   gaj   i 

bambusowe wiaderko na wodę, bambusowa kobiałka u pasa, bambusowa fajka 

w   zębach,   bambusowa   rękojeść   noża,   bambusowy   czepiec   niewieści, 

background image

bambusowy   most   chwieje   się   pod   stopami,   na   bambusowych   nóżkach   stoją 

chaty. Dobry jest kij bambusowy w ręku, dobry jest bambus.

Gdzieś w połowie dnia rozjaśnia się. Gnamy wciąż całą szybkością do 

Mektila na północ, by za dnia jeszcze skręcić ze szlaku do Mandalay. Dżungla 

coraz wspanialsza ciągnie się nieprzerwanie, pusto i dziko, drzewa w kwiatach 

koloru lila, pnie czarne, zieleń szmaragdowa. Mokry las w słońcu, czy może być 

coś piękniejszego?

Sunie bezszelestnie długa piroga

Drugi   raz   słońce   chyli   się   ku   zachodowi   od   czasu,   gdy   opuściliśmy 

Rangun, tymczasem licznik wskazuje, że stoimy w miejscu, ani kilometra nie 

przybyło od ostatniego zakrętu. Linka zerwana. Szczęście sprzyja, przed nami 

Thazi, większe miasto, w którym znajdujemy specjalistę od motoru.

Wokół  maleńkiej   nory  warsztatu,   w rynsztoku  gromadzi  się  dokładnie 

cała ludność dzielnicy. Kierowca słynnego motocykla W 19-484 (PL) wspiera 

szlachetną stopę na wykuszu okna, drzwi i lady równocześnie, opiera łokieć na 

kolanie,   głowę   na   dłoni   i   rozpoczyna   indagację   na   drażliwy   temat   ceny. 

Mechanik chce się brać natychmiast do roboty, już zdejmuje licznik z motoru, 

naprawi, a potem okaże się, ile kosztowało.

- Poczekaj, nie tak prędko. - Kręci głową kierowca, zbyt wiele tysięcy 

kilometrów przejechał przez Azję, by się od razu zgodzić. - Najpierw cena, a 

dopiero potem robota.

Długo trwało targowanie, wreszcie stanęło na dwunastu annah, i tak za 

drogo za kruszynkę cyny i parę minut lutowania, ale niech będzie.

W warsztacie wre robota, ja tymczasem siedzę w wózku, pilnuję dobytku 

i   kierownicy.   Ileż   rąk   po   nią   sięga   na   każdym   ulicznym   postoju,   zwykle 

wystarcza spojrzeć i warknąć, ale były i miejsca, jak Turcja, Persja czy sławetny 

Bagdad, gdzie łyżka od opon szła w ruch.

- Dzień dobry, jestem reporterem miejscowego pisma.

- Kolega po fachu, jak miło. Czym mogę służyć?

background image

- Wywiadem naturalnie.

Dobrze, udzielam wywiadu w rynsztoku, miejsce dobre, jak każde inne.

- Od chwili wkroczenia w granice Birmy jemy cebulę. Jest świetna, nigdy 

tak dobrej nie jadłam w Europie, bo tam w ogóle cebuli nie jadałam. Co jeszcze? 

Palę cygara, pluję, jadę wciąż przed siebie, dokąd droga i oczy poniosą. Niezłe 

zajęcie, nieprawdaż?

Początkujący   adept   sztuki   reporterskiej   notuje   każde   słowo   z 

młodzieńczym zapałem, jest zachwycony. Naprawiony motor już rusza, padają 

jeszcze ostatnie pytania, ucieka odpowiedź, rozpędzamy się... i stajemy przed 

zamkniętym szlabanem toru. Na godzinę. Wystarczyło czasu, by dogonili nas 

wszyscy znajomi z uliczki, ciągnąc za sobą liczne grono nowych ciekawskich. 

Przez stłoczoną ciżbę milcząco przedziera się mechanik, podchodzi i zaczyna 

tłumaczyć, że nie wiedział, iż przybyliśmy aż z Europy i że jest mu strasznie 

przykro, że wziął pieniądze od gości z tak daleka, nigdy by nie skasował nawet 

grosza, wiedząc, z kim ma zaszczyt, przynosi nasze dwanaście annah i prosi, 

byśmy   przyjęli   je   z   powrotem,   ten   skromny   prezent   mechanika,   bezpłatną 

naprawę.

- Przyjmijmy odruch szlachetny - proponuję wzruszona.

Ale kierowca kręci głową, jest zły, nie po to targował się tak długo, by 

teraz brać z powrotem pieniądze.

- Może zawstydzili go sąsiedzi? - mówi. - Praca była tyle warta - dodaje.

Ostatecznie przyjmujemy gest, ale nie pieniądze. Tymczasem przetacza 

się pociąg, sapiąc ospale.

- Szlaban otwarty. Siadaj!

Ściskam serdecznie dłoń mechanika i już z pędzącego motocykla ślę mu 

ostatni uśmiech podziękowania.

Tak   stajemy   się   drobną   cząstką   składową   gór   i   ich   krętych   szlaków. 

Bywa,   że   dzień   cały   żaden   głos   ani   dźwięk   nagły   nie   przerwie   monotonii 

poszumu i powiewu, a spotkanie stada sępów lub spłoszenie dzikich bawołów 

background image

bywa jedynym zdarzeniem.

Czasem   w   dżungli   za   zakrętem   ni   stąd,   ni   zowąd   wyrasta   sklepik   z 

owocami. Wsi nie ma, pagody nie ma, świątek przydrożny tylko i szałas z liści. 

Któż nie kupi złotej papai i bananów?

Zmieniają   się   gwałtownie   warunki   drogowe,   szosa   zwęża   się 

ostrzegawczo, wiemy, że lada moment zniknie, to nieuchronne, zamieni się w 

trakty i ścieżki za tym lub innym zakrętem, zniknie jak sen złoty, rozpłynie się 

niczym obłok, białe pajęczyny. Lekko sfalowaną równinę porasta rzadki las i 

trawa wyższa od człowieka, to pastwiska słoni, nosorożców i bawołów. Nikt 

chyba tędy nie jeździ, koleiny zarosły, droga z polnej zamieniła  się w łąkę, 

motor sunie przez zarośla, tnąc je i gniotąc.

Zmieniają się gwałtownie warunki drogowe

W Loilem ostatecznie dobijamy do kresu szosy. Ciężka chmura zawisa 

nad polem golfowym i ogrodami bungalowów, na krańcu osiedla stoi chatka, a 

przed nią inżynier drogowy, wysoki, szczupły. Serdecznie zaprasza, sam spać 

chce na podłodze, a łóżko odstąpi. Światła dziennego starczyłoby jeszcze na 

dwie   co   najmniej   godziny   jazdy,   ale   zmęczenie   ogarnia   wszystkie   kości   i 

dreszcz chłodu po krzyżu przechodzi na myśl o noclegu w namiocie zalanym 

wodą.

Mimo to o siódmej wszyscy jesteśmy gotowi do startu

W   życiu   nie   widziałam   tak   maleńkiej   chatki,   dwa   pokoiki   i   łazienka, 

wilgotne mury, prosty stół, trzy stołki, trochę pism rozrzuconych po kątach, 

fotografia nagiej piękności na ścianie, w sypialni polowe łóżko, stołek, blaszana 

wanna, na ganku leżak i kilka psów parszywych, to wszystko, powieściowy 

bungalow w zapadłym kącie dzikiego kraju, gdzie wśród kolorowych dzikusów 

mieszka sam jak palec biały pionier, zapijając się na śmierć z nudów i rozpaczy. 

Dobrze nam było w tym skromnym wnętrzu, jeden nóż krążył wkoło, nawet rum 

na naszą cześć się znalazł.

Przy kolacji zgadało się o parze pieszych podróżników, którzy rok temu 

background image

tędy   przechodzili,   dwojgu   Austriaków   z   dużym   psem   wilkiem   w   pieszej 

podróży z Sumatry do Wiednia.

- Tak, słyszeliśmy o nich.

- Spotkaliście ich po drodze?

- Niestety nie. W Bombaju byli przed nami, a na wiosnę w „Times of 

India” znaleźliśmy wzmiankę żałobną o tragicznym morderstwie w Khyber Pass 

na granicy afgańskiej.

- Tacy byli mili i dzielni. - Anglik jest przejęty i zmartwiony. Tak, ta para 

pozostawiła wielu przyjaciół na swej drodze.

Gdy gawędzi się długo w wieczór przy lampie naftowej, popijając rum 

szklankami, a za oknem deszcz, trudno zerwać się z posłania przed świtem. 

Mimo to o siódmej wszyscy jesteśmy gotowi do startu. Inżynier prowadzi swój 

motor przed nami, za nim na siodełku siedzi Sikh w białym turbanie. Wspinamy 

się coraz wyżej drogą coraz bardziej krętą, szosa wypada z dżungli na nagie 

ugory i kończy się nagle, rozwidlając w dwie polne dróżki.

- Do widzenia.

- Farewell.

- Może kiedyś jeszcze się spotkamy.

Oba motory ruszają jednocześnie ścieżkami wiodącymi w dwóch różnych 

kierunkach.

LOI MWE. WZGÓRZE MGIEŁ

Na mapie drogowej Birmy, gdzieś aż po syjamską granicę, gdzie dróg już 

nie   ma   i   mostów,   a   jeżą   się   tylko   brunatne   zygzaki   łańcuchów   górskich 

rzuconych   w   poprzek   jeden   przy   drugim,   wije   się   gruby   wąż   rzeki   Salwin. 

Bierze swój początek gdzieś na północ od Lhasy i ucieka z Tybetu aż do mórz 

południowych, czasem płynie, jak inne rzeki, równo i spokojnie szeroką doliną, 

czasem przecina góry nożem srebrnego nurtu, wdziera się w mroczne sklepienia, 

drąży   tunele,   przepastne   kaniony,   a   gdy   woda   opada,   cały   jar   wygląda   jak 

rumowisko   potrzaskanych   skał   czarnych   niczym   lawa,   drzew   olbrzymich 

background image

zwalonych, splątanych, przez które przewala się spieniona kaskada.

Z oddali słychać syk wezbranego nurtu i wszystkich możliwych trudności 

przeprawy, wreszcie stajemy nad brzegiem ostro urwanym, przed nami rozwidla 

się   nurt   Salwinu   niczym   otwarty   pysk   kobry.   Widać   wioseczkę   i   prom   po 

drugiej stronie rzeki, lecz nawoływanie nasze odbija się szeroko echem i zapada 

niczym kamień w wodę.

Zeszło się kilku rybaków wioskowych, zasiedli pod drzewem i gapią się 

na motor. Godzinę hukał mój chłopiec z szoferem ciężarówki na dwa głosy, nim 

zacne   obywatelki   wsi   zebrały   się   wreszcie,   by   uruchomić   prom.   Na 

przeciwległym   brzegu   rzeki   rozległy   się   nawoływania,   ruch,   zamieszanie, 

wypłynęły wreszcie dwie pirogi z tratwą bambusową, wdzięczna arka rodem z 

czasów   przedpotopowych.   Osiem   Tajek,   rusałczanych   dam   w   szerokich 

kapeluszach,   wiosłuje   krótkimi   wiosłami,   przy   sterach   z   olbrzymich   drągów 

bambusowych   także   kobiety,   z   boku   tratwy   kucnął   przy   wiośle   staruszek 

brunatny   jak   grzyb,   strojny   zaledwie   w   skromną   szmatkę   na   biodrach   i 

czerwonogranatowe desenie na ciemnym pergaminie skóry.

Przybija   tratwa   do   stromego   brzegu,   we   dwoje   staczamy   motor   na 

elastycznie   tańczące   bambusy   i   trzymając   go   za   uszy,   odbijamy   od   brzegu. 

Ogrodzeń   i   poręczy   żadnych,   cicho,   rytmicznie   pluskają   wiosła,   przez 

bambusowe kapelusze skośnookich Tajek spoglądam na egzotyczną rzekę, jest 

taka dokładnie, jak wyobraża się sobie pejzaże tropikalne, ślęcząc nad mapą ze 

szkolnego   atlasu.   Senna   woda   rozplata   się   i   zaplata   w   warkocze,   zakręty, 

zalewy,   chciwej   dżungli   nie   dość   brzegów,   zwala   się   z   nich   kłębowiskiem 

zieleni, kąpiąc gałęzie w wodzie. Dobijamy do brzegu bez przeszkód, motoru 

tyłem   wciągać   na   ostry   wjazd   nie   sposób,   a   przewodniczki   nie   zdradzają 

najmniejszej chęci pomocy.

„Zapłaćcie za przewóz, to wysadzimy na ląd” - zdają się mówić. Dopiero 

gdy   dwie   rupie   wędrują   z   naszej   dziurawej   kieszeni   do   ich   haftowanych 

sakiewek,   z   ochoczym   pokrzykiwaniem   wypchnęły   motor   na   sam   szczyt 

background image

stromego brzegu.

Spoglądam na egzotyczną rzekę barwnymi paciorkami

Nieprawdopodobnie wąska dróżka zagłębia się znów w dżunglę, wzgórza 

coraz   dziksze,   coraz   bardziej   strome.   Jej   wygląd   budzi   poważne   obawy, 

spieniony   nurt   wezbranej   rzeki   podmywa   brzeg,   wbite   pale,   narzucone 

kamienie, ziemia usuwa się spod nóg.

Ruszam pieszo na zwiady. Dostrzegam wioskę na szczycie, tam trzeba 

zwrócić się o przewóz. Dobre bogi rzucają na piasek nadbrzeżny czarną plamę, 

która   z   bliska   okazuje   się   Chińczykiem   z   dużym   parasolem.   Ogląda   motor, 

obiecuje   pomóc   i   udaje   się   do   wioski.   Siadamy   na   kamieniu   i   cierpliwie 

czekamy. Po godzinie powraca ze wsi Chińczyk wraz z naczelnikiem wioślarzy 

w   imponującym   kapeluszu,   z   potężnym   nożem   w   bambusowej   pochwie,   o 

wspaniałym   brzuszysku   i   przebogatych   tatuażach.   Oznajmia,   że   zbyt   późno, 

ludzi nie zbierze, a poza tym nadciąga burza i niebezpiecznie jest wypływać na 

rzekę, upieramy się, że musimy być po drugiej stronie, gdy noc zapadnie. Po 

półgodzinie   naczelnik   jest   z   powrotem   wraz   z   hufcem   zbrojnym   w   długie 

wiosła, kapelusze, noże, fajki i pasy. Spojrzeli na wodę, pobiedowali jeszcze, że 

straszno, splunęli w dłonie, wiosła w garść chwycili i wzięli się raźno do pracy.

Ledwie   zdołali   prom   o   brzeg   zahaczyć,   tak   prąd   rwał.   Wtłoczyliśmy 

motor na bambusową tratwę, łańcuchy puściły, rozpoczął się wściekły taniec. 

Przewoźnicy w dziesięciu chłopa co sił sprężają muskuły, w błyskawicznych 

ruchach  wioseł   pchają  ku  drugiej  stronie,  ale  oszalały  Salwin  rwie  naprzód, 

kręcąc   rudymi   wirami,   brzegi   uciekają   jak   w   malignie,   na   mrocznym   tle 

burzowych chmur wioślarze malowani w smoki wyglądają niczym diabły ze 

strasznej chińskiej bajki.

Chwytają   brzeg,   cumują,   wspierają   się   nogami   o   piaszczystą   skarpę, 

krzycząc, sapiąc, stękając, wciągają motor na sznurach, wtaczają na drągach, a 

gdy   już   stają   u   szczytu,   wybuchają   radosnym   śmiechem   niczym   trzyletnie 

dzieci.

background image

- Tu jest bungalow, nocleg wygodny. - Chińczyk zachęca, kiwa głową, 

wymachuje czarnym parasolem, kusi jak tylko potrafi.

Noc zapada szybko, o tej porze nikt nie zapuszcza się w dzikie wąwozy 

gór, my jednak pojedziemy. Znika ostatnia chata, mrok dżungli pochłania mały 

zbłąkany motor. Jeszcze szumi złowrogo opętany nurt rzeki Salwin, huczy w 

uszach, tańczą wiry w zmęczonych oczach. Wspinamy się coraz wyżej. Motor 

bierze niebezpieczne wiraże, w blasku reflektora to wyrasta ściana skalna, to 

otwiera się z nagła przepaść bezdenna, ostrzegając złowrogim hukiem. Dróżka 

oślizgła po deszczu, porośnięta trawą, jest tak wąska, że ledwie starcza miejsca 

na motocykl. Zgrzytają hamulce,  charczą biegi, spod kół obrywają się bryły 

ziemi,   sypią   się   kamienie.   Noc   coraz   głębsza,   dość   tej   jazdy,   znajdujemy 

skrawek ziemi pod oberwanym stokiem, zmieści się namiot, tu będziemy czekali 

dnia. Choć nas straszono wcześniej bandytami i tygrysami, przesypiamy noc 

całą spokojnie.

Dnieje, mży, pakujemy się. Teraz dopiero w całej pełni możemy ocenić 

przerażającą scenerię, aż dziw, że nawis skalny nad namiotem nie zwalił się nam 

na głowy podczas nocnej ulewy. Z drugiej strony ścieżyny obryw przepaści, w 

dole po olbrzymich głazach przewala się biała piana.

Mrok dżungli pochłania mały zbłąkany motor

Pokonujemy łańcuch za łańcuchem, wdzierając się po ostrych zboczach, 

by znów spaść na łeb na szyję. Przedzieramy się przez chmury ku szczytom i 

słońcu.   Jakaż   byłaby   to   przyjemność,   gdyby   nie   błoto.   Bierzemy   potworne 

bajora, jak się da, to podstępem, to siłą. Krótsze z rozpędu. Gdy w głębszych 

grzęźniemy,   w   ruch   idzie   lewar   z   bambusa.   Na   wszelki   wypadek   przy 

przeprawach wyskakuję, by odciążyć wózek i podeprzeć motor w porę, bywa 

jednak, że na szerokiej łasze bagna układamy kamienie, bambusy ciągnięte z 

lasu,   gałęzie,   a   potem   zaczyna   się   grzebanie   w   ciężkiej   mazi,   czasem   parę 

godzin trwa robota, nim ruszymy dalej.

Kąpiemy   się   w   przydrożnych   źródłach,   chłoniemy   wzrokiem   dzikie 

background image

piękno,   wciągamy   w   płuca   pachnącą   świeżość   boru,   skaczemy   przez 

zdradziecko chwiejne mostki bambusowe.  Wytrzymują  ciężar motoru, ale za 

nimi   wyrasta   czasem   pionowa   skarpa,   tak   oblepiona   błotem,   że   zębami 

chwytając,   wedrzeć   się   trudno,   motor   wpakować   nie   sposób.   Zrywa   się 

pierwszym biegiem, pchamy co sił, zjeżdża, ześlizguje się, spada w dół. Jeżeli 

nieopodal wioski coś takiego się przydarzy, dobre dzikusy pomogą, podepchną 

ramieniem i bambusem, jednak w szczerej dżungli walczymy sami na cztery 

ręce do krwi zdarte, jednolitą skorupą błota umazani.

Walczyliśmy tak od świtu do popołudnia, aż przyszedł kres. Droga przed 

nami   rozlała   się   w   jedno   bezkresne   błoto.   Motor   szczęśliwie   wyhamowany 

ugrzązł   jedynie   przednim   kołem,   wyciągnięty   za   uszy   wstecz   stanął   na 

względnie twardym gruncie. Zapadając się po kolana, maszerujemy na zwiad, 

otacza nas szczera dżungla, osiedla ludzkiego nie ma na mapie w promieniu 

wielu mil.

Rozmazując błotem pot na czołach, niepodobni do ludzi, zabieramy się do 

systematycznej pracy, układamy kamień przy kamieniu, budując drogę kawałek 

po   kawałku,   wystarczy   jednak   stanąć,   a   usypisko   tonie   w   mazi   z   lepkim 

mlaskiem,   błoto   zasysa   owoc   ciężkiej   pracy.   Motor   charczy,   podepchnięty 

stacza się z kamiennej grobli przedłużonej dylami bambusowymi i pakuje prosto 

w błoto. Już nie ciągnie... pchamy, ale ześlizguje się z jękiem i zapada wyżej 

osi. Zapada zmierzch. Stało się. Teraz nic nie pomoże, sami nie wyciągniemy 

maszyny, musimy czekać świtu, by pieszo szukać pomocy ludzi i wołów. Stach 

kuca w błocie, stawia kuchenkę na kamieniu i gotuje herbatę. W krąg woda, 

miejsca   brak  nawet  na ustawienie   namiotu,  na  domiar   złego  zaczyna  padać. 

Skuleni   na   swoich   miejscach,   z   karabinem   nabitym   pod   ręką,   z   plandeką 

naciągniętą   na   głowy   usiłujemy   usnąć.   Deszcz   zacieka   za   kołnierz,   zimno, 

niewygodnie, to noga drętwieje, to znów ręka, noc gęsta moskitami, można je 

łyżką wygarniać z powietrza, brzęczą, gryzą bezlitośnie. Wychylam głowę spod 

brezentu,   mój   chłopiec   w   pozycji   niezbyt   wygodnej,   z   głową   opartą   na 

background image

rezerwuarze, śpi, i to mocno. Cóż, pozostaje wsłuchać się w koncert nocy i 

czekać cierpliwie, aż się rozwidni. Dżungla nocą. Gdzie w dzień była cisza, 

teraz   rozbrzmiewają   szelesty,   krzyki,   brzęki,   każdy   krzak   ożywa   w 

ciemnościach. Jęknęło, załomotało, znów cisza, szmer się rozlega, coś skrada 

się, czai, ślepia zabłysły w mroku, nie, to świetliki tańczą na drzewach.

Świta.   Otwieram   nieprzytomne   oczy.   Śniłam,   że   karawana   jucznych 

wołów szła przez dżunglę, echo kołatek wciąż dźwięczy mi w uszach. To nie 

sen, słyszę wyraźnie kołatki, coraz bliżej.

- Stach, pomoc idzie!

Utaplane   w   błocie   pędzą   owczarki,   spiczaste   uszy   nastawiły   do   góry, 

sierść zjeżyły, doskakują, warczą. Wyłaniają się z dżungli rogate łby jeden za 

drugim,   woły   dźwigają   ciężkie   juki   z   wikliny,   poganiacze   zaciekawieni 

podchodzą.   Przywódca   wyciąga   rupię   z   sakiewki,   obraca   ją   w   palcach   i 

spogląda to na nią, to na motor.

- Zgoda, cała rupia, ale dla wszystkich.

Bez chwili namysłu biorą się do pracy, tną bambusy, taszczą drągi, las i 

góry rozbrzmiewają wesołym hukaniem, pokrzykami i śmiechem. Pchają co sił, 

wyskakuje   motor   z   bagna.   Wrzucamy   srebrną   rupię   do   sakiewki   i   ruszamy 

naprzód,   byle   nie   zostać   w   tyle   za   karawaną,   bo   znów   będziemy   czekać 

zmiłowania, siedząc w błocie jak żaby.

Za chwile znów grzęźniemy, teraz dla odmiany w niewinnie z pozoru 

wyglądającej   czerwonej  glinie.  Próbujemy   pchać,  ale  bez   skutku.  Siadamy  i 

cierpliwie czekamy na naszych przyjaciół. Kołatki krów rozbrzmiewają znów 

coraz   bliżej,   psy   tym   razem   witają   nas   jak   dobrych   znajomych.   Poganiacze 

zapierają się znów, pchają aż na wzgórze, tym razem już bez dopłaty. Jak się 

okazuje, srebrna rupia stanowiła cenę za całodzienną pomoc.

Tak tego dnia trzy raz jeszcze czekaliśmy na naszą karawanę.

Mrok   zapada   w   wioskowe   ulice   Kengtungu,   stolicy   najpotężniejszego 

sawbwy43   kraju   Shanów.   Gdzieś   niedaleko,   w   miejscu   o   nazwie   Loi   Mwe, 

background image

mieszkać ma ostatni w tym państwie urzędnik brytyjski.

Wjeżdżamy   w   główną   arterię   miasta   i   zatrzymujemy   się   pod   murem 

prastarej świątyni.

- Loi Mwe?

Z   mroku   wyłania   się   usłużny   Hindus,   kłania   się   uprzejmie,   jednak   o 

żadnym Angliku nic nie wie, ani nie słyszał o takim miejscu, pewnie nazwę 

wymawiamy nieprawidłowo. Inni przechodnie jedynie wzruszają ramionami w 

odpowiedzi, tymczasem Hindus znika, a po paru chwilach wraca i mówi, że 

dowiedział się wszystkiego.

- Jest droga, jedźcie na prawo, na lewo, potem prosto i znów w bok...

W lawinie słów gubią się objaśnienia. Ruszamy, ale po chwili droga się 

urywa, zawracamy więc, znów pytamy o kierunek, wreszcie wypadamy przez 

bramę miasta w noc głuchą. W blasku reflektora miga tablica z ostrzeżeniem, że 

droga nie dla motoru, ale mijamy ją bez słowa i toczymy się szerokim traktem. 

Droga coraz gorsza, z każdej dziury tryska fontanna błota. Zatrzymujemy się 

przy kępie drzew, czerpiemy wodę z ryżowego pola i kładziemy się spać.

- Loi Mwe?

Ludzie kręcą głowami, wskazują wysoką górę na horyzoncie, ale żadna 

ścieżka tam nie prowadzi. Ryzykujemy i pchamy się dalej, silnik warczy groźnie 

przy podjazdach, jest coraz gorzej, na drodze błoto, strumienie, głazy, benzyna 

na wykończeniu, w końcu motor grzęźnie, maszeruję dalej pieszo. Za trzy mile 

musi być Loi Mwe i Anglik, na pewno ma ludzi i woły, pomoże. Rewolwer 

ciąży   w   kieszeni,   kurtka   na   plecach,   za   zakrętem   wpadam   wprost   na   wpół 

utopioną w bagnie lorę44. Pytam szofera o drogę.

- Tędy dojedziecie do granicy syjamskiej, ale nie do Loi Mwe - tłumaczy. 

- Wracajcie do Kengtungu.

Nie chcę uwierzyć w to, co słyszę.

- Na pewno żaden Anglik nie mieszka w tych stronach? - dopytuję się.

- Nie - brzmi zdecydowana odpowiedź.

background image

W   południe   jesteśmy   z   powrotem   na   ulicach   Kengtungu,   za   dnia   bez 

problemu   odnajdujemy   właściwą   drogę,   wzdłuż   linii   słupów   telegraficznych 

zmierzamy   ku   odległej   samotnej   górze,   wspinamy   się   ponad   pola   ryżowe, 

bambusowe   gaje   i   obłoki   na   dwa   tysiące   metrów   nad   poziomem   morza. 

Przedwieczorną   porą   docieramy   na   miejsce,   na   dziedzińcu   wita   nas   cisza   i 

pustka.   Siadam   na   drewnianych   schodkach,   przypatruję   się   przez   kwiaty   i 

trawniki   błękitnym   szczytom   zygzakiem   zamykającym   horyzont.   Mały 

słoneczny świat zamknięty górami i dżunglą, bezprzykładnie zaciszny i jasny.

„Jakże dobrze byłoby odpocząć tutaj przez parę dni...” - myślę.

Loi Mwe jest najdalej na wschód wysuniętą placówką angielską. Mieszka 

tu pięciu Anglików, major, kapitan, doktor, adiutant i inżynier, każdy ma dom z 

czerwonej cegły, zabudowania dla służby, garaż, stajnię, każdy siedzi samotnie 

w swoim obejściu na modłę chińskiego smoka, popija whisky i w milczeniu 

słucha   Londynu   przez   radio,   pykając   fajeczkę.   Jakże   mu   musi   być   źle   i 

samotnie. Trzech z nich ma żony, ale... „w domu”. Sprowadzać żony do tak 

zapadłego kąta? Nie, to nawet na myśl nikomu nie przyjdzie.

Skrzypi furtka, zjawia się pies, a za nim uprzejmy gospodarz. Po krótkiej 

rozmowie postanawiamy zostać na noc i następnego dnia zjechać razem z nim 

do Kengtungu. Tak się jednak nie stało. Gospodarz pojechał, goście zostali w 

garażu, ciężko pracując do nocy przy motorze, z którego zaczęło się dobywać 

złowrogie stukanie.

- Łożysko główne wyrobione albo luz - przypuszcza mój chłopiec.

Nie omylił się, niestety. Noc jeszcze była głucha, gdy zerwał się z łóżka i 

pobiegł   do   pracy.   Wstał   szary   świt,   przez   okna   bungalowu   spoglądam   na 

rozkołysane   czuby   drzew.   Zimno,   mży,   beznadziejnie   wygląda   świat   przez 

firanki mgły i deszczu. Mój chłopiec pobladły ze zmęczenia walczy z motorem, 

zakręca, rozkręca, stuka, słucha i głową kręci... nic dobrego. Łożysko kulkowe 

pękło. Sytuacja naprawdę przykra, bo nawet zjechać w dół w tym stanie nie 

można. Pomaszerowałam w głąb dżungli, by z dala od osiedli ludzkich poszukać 

background image

miejsca na nocleg na parę dni, a łożysko pojechało do Kengtungu, a stamtąd na 

mułach   do   Rangunu   i   dalej   okrętem   do   Madrasu.   Tego   dnia   osiedliśmy   w 

dżungli... na następnych sześć miesięcy. I tego dnia rozstrzygnął się los małego 

czarnego niedźwiedzia.

ANIOŁ STRÓŻ

Weź cygaro grube jak koci ogon w zęby, zaciągnij się sążniście, spluń 

betelem, wytrzyj nos w palce, siądź na skrzyni z wiórami, pióro weź w garść, 

notes na kolana i pisz. W błękitnych kłębach dymu wyczaruj tropikalne nastroje, 

chatę   w   dżungli,   dwoje   przybłędów   z   północy   i   małego   kosmatego 

niedźwiedzia. Tak, mam niedźwiedzia, ale o tym za chwilę. Najpierw o siostrze 

Assuncie.

Jak ją poznałam? To było wtedy właśnie, gdy mój chłopiec wyjechał z 

łożyskiem   do   Kengtungu   na   całe   dwa   dni.   Samotnie   mi   było   w   namiocie, 

postanowiłam więc odwiedzić księdza w Loi Mwe. Pod wrotami drewnianej 

kapliczki  staję  niezdecydowana,  nie śmiem  wejść,   obchodzę  domek  wokoło, 

ganek zastaję otwarty, dziewczęta pracują w skupieniu, od progu jasnej izby 

wita mnie promienna mniszka:

- Buona sera. Come sta?

Zasypana gradem pytań już siedzę na stołku. Czyżbym od wielu lat znała 

tę jasną siostrę? Chyba tak, to przecież mój Anioł Stróż we własnej osobie. Co 

nam może przypominać dom i dobre ciepłe dziecinne dni? Biała chata wśród 

kwietnego   ogrodu,   kościółek   drewniany   i   siostra   Assunta   niczym   orchidea 

białoróżowa pośród mrocznych wilgotnych jarów dżungli. Słodka twarz świętej 

z   obrazka,   w   sztywnych   riuszkach   czarnego   kornetu45,   pochylonej   nad 

dziecinnym łóżeczkiem, musi mieć jej piękno i tę świętość nieziemską.

Dwadzieścia   lat   temu,   kołysząc   się   na   słoniowym   grzbiecie, 

przywędrowała w dzikie góry nad granicę Syjamu, by nawracać leśnych ludzi. 

Ile mogła mieć wtedy lat? Nie wiem. Anioły nie starzeją się przecież. Dzisiaj 

jest tak piękna i młoda, że z trudem można jej dać lat trzydzieści. Dlaczego 

background image

poświęciła swą urodę i życie brudnym dzikusom?  Któż zgadnie. Może jakiś 

dramat zaciążył przeznaczeniem na wiośnie jej dni i ofiarę poczyniła z siebie 

Bogu?

Długie   tygodnie   niósł   duży   czarny   słoń   smukłe   uświęcone   dziewczę 

pobożnie od mawiające różaniec. Słoneczna dolina Padu, dom ojczysty, długa 

podróż okrętem, egzotyczne porty Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego z 

każdym falistym ruchem grzbietu oddalały się niczym miraż, bezpowrotnie. Ma 

umrzeć w tym kraju, tak ślubowała Bogu.

Dwadzieścia lat temu przywędrowało w dzikie góry

Wędrówka   w   upale   była   śmiertelnie   męcząca,   dookoła   wszechobecne 

brzęczenie   moskitów   i   złowrogi   zew   dżungli,   a   ona   z   modlitwą   na   ustach 

zasypiała spokojnie jak dziecko. Znak krzyża świętego przegna wszelkie złe 

moce boru. Słoń pozostał po tamtej stronie wartkiego Salwinu, a na urwistym 

brzegu czekała już niewielka karawana mułów i poganiaczy w szerokokresych 

kapeluszach. Przez kolejnych sześć dni młoda siostra podążała przez górskie 

odludzie, szary muł dreptał, ostrożnie stawiając kopyta, by nie pośliznąć się na 

wąskiej ścieżce.

- Wkrótce staniemy u celu - pociesza przewodnik karawany.

Droga stopniowo opadała w dół, z lasu wyskakiwali dzicy ludzie z łukami 

w dłoniach, długimi nożami u pasa, płoszyli się na widok karawany, znikali 

niczym duchy. To im właśnie siostra Assunta nieść będzie pomoc w potrzebie, 

światło   wiary   i   miłości.   Oto   wioseczka   w   dolinie,   złota   pagoda   oczepiona 

dzwoneczkami śpiewa na wietrze, murowany pałac władcy w otoczeniu chat 

trzciną krytych, tu minie jej życie niczym sen.

Na wysokiej górze ponad zieloną łąką i jeziorem rozkwitają grządki, chyli 

się sad, brzoskwinie i jabłonie, pierzaste bananowce otulają białą chatę, a chata 

śmieje się do słońca błękitem okiennic. Za płotem drewniana kapliczka, dalej 

rumowisko, to buduje się kościół. Za parę miesięcy najdalej, gdy minie pora 

deszczowa, budynek będzie gotów.

background image

Dziesięć   lat   minęło   jak   dziesięć   dni.   W   szpitalu   misyjnym   jest   tyle 

pracy...   i   tyle   nędzy   dookoła.   To   przywlókł   się   pod   próg   krwawy   strzęp, 

bełkoce, że pantera poszarpała go w dżungli, to dziewczęta zjadły padlinę i 

dostały tajemniczych boleści, to znów dżuma nawiedziła dolinę... brak chwili 

wolnej na rozmyślanie, tęsknoty, czasem nawet na modlitwę.

W   jasnej   izbie   siostra   Assunta   siedzi   za   stołem,   na   nosie   okulary   w 

srebrnej oprawie, w ręku igła, przyszywa koronkę do haftowanego obrusa na 

ołtarz. Ze słonecznej Italii przysłała ten dar biedna dziewczynka, dziesięć lat 

leżała w łóżku chora na gruźlicę. Jutro niedziela i na ołtarzu zajaśnieje dar małej 

Włoszki. Dziewczęta szyją, haftują, sadzą kwiaty, warzywa, gwarno i wesoło.

W górach opowiadają sobie ludzie, że ksiądz chłopców zabiera i posyła 

do Rangunu na ofiarę demonowi morza, a ten mu w zamian złoto daje, że stara 

kobieta - tak siostrę Assuntę nazywa miejscowy lud - hoduje we wnętrzu chaty 

diabła z ogonem jeszcze dłuższym niż ten dżunglowy. Wewnątrz słonecznej 

chaty   ukryty   zazdrośnie,   strzeżony   przed   ludzkim   okiem   łaskawy   jest   dla 

mniszek, pieniądze im daje za to, że dla jego uciechy utrzymują całą gromadkę 

dziewcząt przygarniętych z dżungli.

Ikowie wierzą, że - podobnie jak góry i dżungla - powstali dzięki stwórcy, 

nie wiedzą o nim nic, modlą  się do niego, choć nie wymieniają nawet jego 

imienia. Przesądy, przywidzenia, religia, obyczaje, wszystko to splecione jest 

wśród Iko w jeden nierozłączny amalgamat. Cała dżungla roi się od duchów, 

chochołów, skrzatów, powroźników, najstraszniejszy zaś jest diabeł dżunglowy. 

Wyobraźnia ludu dała mu ogon długi, oczy zauroczne i paszczę ogniem ziejącą. 

Diablisko to przesiaduje w najdzikszym ostępie i wszystko wie, każdego widzi. 

Nie idź nocą do dżungli, bo cię opęta.

Taki opętaniec nocą trupy ludzkie żre, wycina bambus cienki i przez mrok 

nocy wysysa krew śpiącym w chacie niemowlętom, bydło zauroczy, nieurodzaj 

sprowadzi na pola, mór na wioskę, toteż gdy się we wsi zorientują, że kto w 

nocy po dżungli się włóczy, oczy ma złe, zatłuką albo przegnają kamieniami. 

background image

Ofiarą przesądu padają najczęściej najbiedniejsi. Widziałam takiego opętańca, 

wygnany z wioski, przywlókł się do sióstr zbity, obdarty, nieszczęśliwy.

Ikowie wierzą, że - podobnie jak góry i dżungla - powstali dzięki stwórcy.

-   Nie   mam   diabła.   Przegnali,   bo   za   wioską   mieszkam   i   jestem 

najbiedniejszy. - Trzęsie się ze strachu, mam - roce, zaklina, zwierza się, biegają 

niespokojnie gorączkowe oczy. - Głodny jestem, głodny.

-   Matko,   przegnajmy   go,   bo   urok   rzuci   na   klasztor,   on   ma   diabła   w 

oczach. - Mała dzikuska wie najlepiej, ona też półnaga przyszła z dżungli, nie 

chcieli jej we wsi, bo do chłopca podobna.

Dostał   chłop   zjeść   i   kąt   do   spania,   nazajutrz   ksiądz   miał   nad   nim 

odprawić egzorcyzmy, ale o świtaniu gość znikł bez śladu... pociągną! go diabeł 

w dżunglę.

Jednak miraż pełnej miski z jedzeniem zwycięża śmiertelny strach przed 

diabłem.   Dziewczęta  Iko przychodzą  same  z  dżungli,  zjawiają  się  ostrożnie, 

nieufnie, niczym zwierzęta leśne. Szperają, przeglądają wszystkie kąty, wreszcie 

nabierają   pewności,   że   wewnątrz   domu   nie   ma   żadnego   demona. 

Wychowywane,   karmione,   uczone   szycia,   pisania,   arytmetyki,   religii,   nowej 

wiary, dobra i miłości, ubrane skromnie małe chrześcijanki na zawsze jednak 

pozostaną dzikie. Wystarczy by coś im się nie spodobało, wrócą do swoich, do 

pogaństwa i barwnego stroju, znów będą tupać bosymi stopami po ścieżce, a 

kiedy   z   chłopcem  pójdą   w   dżunglę  na   orzechy   i  legną   na  leśnym  posłaniu, 

odchodząc, nie zapomną rozrzucić liści w cztery strony świata. Zły duch zaraz 

wkradłby się i chorobę zesłał temu, co pościelił legowisko dla diablej wygody.

Ubrane skromnie małe chrześcijank na zawsze jednak pozostaną dzikie

Dziewczęta   kończą   pracę,   jak   stado   wróbli   rozlatują   się   po   ogrodzie. 

Siostra Assunta ucina nić, skończone. Czas na modlitwę wieczorną.

O NAJMILSZYCH DZIKUSACH

Dym   rozsnuł   się,   chmury,   opary,   mgły   omotały   samotny   szczyt, 

rozpłakały   się,   za   firankami   łez   zamknęły   świat.   Deszcz   padał,   namiot 

background image

przeciekał. Poprzez szarą mgłę nie dostrzegali piękna dżungli, psioczyli na zły 

los, żal mieli do świata, do ludzi. On zjechał w dolinę załatwić sprawy, ona 

została sama z rewolwerem i lampą elektryczną pod ręką. Straszna jest noc w 

dzikim borze, na szczęście znała melodie leśnych kołysanek, toteż nie umarła ze 

strachu. Gdy powrócił i przyniósł wieści, wiedzieli już, że postój w dżungli 

zamieni się w osiedlenie na długie miesiące.

Było im samotnie i smutno, więc przygarnęli małego niedźwiedzia. Ale 

wcześniej   przyszli   Ikowie   po   raz   pierwszy   pod   mój   próg,   by   od   tej   pory 

regularnie odwiedzać i stać się nieodłącznym tłem naszego życia, jak deszcz, 

słońce i dżungla.

O   moich   dzikuskach   chciałabym   napisać   tak   barwnie,   żeby   nawet   w 

dalekiej   Polsce   każdemu   czytelnikowi   podróżniczych   opowieści   zapachniały 

tuberozy birmańskiej dżungli, by się otwarły przed zapatrzonymi w szary druk 

oczyma mroczne ostępy tekowych lasów, kurne chaty ożyły, może nawet diabeł 

dżunglowy z paszczy ogniem zionął. Spotkałam ich wielu... i zdaje mi się, że to 

najmilszy lud na naszym szlaku.

Ikowie nie mają historii, kronikarze chińscy zapomnieli zanotować ich 

dzieje, badacze angielscy zbyt mało się nimi interesowali, oni sami pisma nie 

znają. Teraz dopiero księża katoliccy uczą ich alfabetu łacińskiego ze znakami 

zastępczymi dla dźwięków nieistniejących w językach romańskich,  ale język 

pisany   znany   jest   jedynie   uczniom   misji,   czarownik   znachor   nie   spisze 

dogmatów diabelskiej wiary, szef wioski nie odtworzy kroniki dziejowej.

Sir   George   Scott46   dzieli   Ików   na   klany,   usiłując   określić   ich   liczbę 

według   dialektów,   czepca   mężatki   czy   pewnych   obyczajów.   Bez   skutku,   co 

wioska,   inny   ród   i   klan   inny.   Ksiądz   Klemens   z   Mong   Lin   rozwiązał 

zagadnienie prościej, podział na rody oparł na obyczaju nadawania imion: Ka 

ma syna, ten będzie się nazywał AKa, syn AKa nosi imię EKo, potomek EKo 

znów   będzie   KaKo,   syna   kolejnego   nazwą   IKo,   i   tak,   zgodnie   z   tą   teorią 

wszyscy Ka i Ko na terenie całej dżungli stanowią jedno plemię.

background image

Ikowie   nie   tworzą   państwa   czy   narodu.   Najwyższym   stopniem   ich 

organizacji   społecznej   jest   samorząd   wioskowy.   Każda   wieś   ma   trzech 

dygnitarzy:   szefa,   czarownika   i   kowala,   a   wszystkie   te   trzy   godności 

dziedziczone są z ojca na syna. Szef wioski jest zwierzchnikiem niezależnym od 

nikogo,   czarownik   jest   lekarzem   i   włada   duszami,   kowal   wyrabia   narzędzia 

rolnicze i broń. Na co dzień dygnitarze nie różnią się od innych ani strojem, ani 

wyglądem, w starszym wieku dla dodania sobie powagi i wzbudzenia szacunku 

zapuszczają parę włosów na brodzie, pod warunkiem że się uda, bo zarost rośnie 

im bardzo rzadko.

Są góralami, osiedlają się w wioseczkach uczepionych stoków górskich z 

dala od dróg i traktów, chaty budują z kłód drzewa lub bambusa. W mrocznej 

izbie mebli nie stawiają żadnych, jedynie prycze z bambusa zasłane matą, parę 

stołeczków   plecionych   z   bambusa   i   deskę   jakąś   wieszają   na   sznurze   jako 

stryszek pod strzechą.

Ale wcześniej przyszli Ikowie po raz pierwszy pod mój próg

W każdej chacie jest piec lepiony z gliny, na nim pędzi się samogon z 

ryżu   oraz   wytapia   brunatny   cukier   z   trzciny.   Ikowie   hodują   kury,   świnie   i 

krowy,   sieją   ryż   na   wypalonych   wyrębach,   uprawiają   bawełnę,   bananowce, 

kukurydzę,   melony,   ananasy   i   wszelkie   jarzyny.   Jedzenie   gotują   w   garnku 

zawieszonym   na   trójnogu   żelaznym.   Podstawą   kuchni   jest   ryż   i   groch,   ale 

czarne   prosię,   wszelakie   mięso   i   tłuszcz   zajadają   też   z   wielkim   apetytem. 

Cykady,   skarabeusze   i   inne   żuki   są   przekąską   z   rodzaju   poszukiwanych 

delikatesów,   można   je   kupić   na   rynku,   a   na   stół   podaje   się   też   jaszczurki 

wszelkich rodzajów. Potrafią jeść padlinę, nie wspominając o psach bez różnicy 

rasy, koloru i wzrostu, mięsa ludzkiego jednak, choć mało wybredny, Iko nie 

jada.

Strój Iko jest wytwornie zharmonizowany z dżunglą. Mężczyźni ubierają 

się   na   modłę   chińską,   noszą   szerokie   spodnie,   warkocz   mocno   spleciony, 

szafirowe, bardzo ciemne spodnie, a do nich pas nabijany, na grzbiecie kubrak 

background image

krótki wcięty, bogato zahaftowany kolorową nicią na szwach i brzegach, spięty 

srebrnymi   gwiazdami  klamer.  Młodzi   chłopcy   na  plecach   naszywają   srebrne 

rupie.   Pierś   naga,   czasem   zakrywa   ją   kwadrat   naszyty   łatkami   kolorowych 

szmatek,   niczym   naklejanka   ze   srebrnym   guzem   pośrodku.   Przez   ramię 

przewieszona torba drobno haftowana wzorem kilimów lub też naszyta łatkami, 

zdobna w pompony, suche tykwy i zielone żuki.

Chłopcy na szyi noszą srebrne koła własnej roboty, na rękach bransolety i 

pierścionki. W dni świąt i jarmarków liczba ozdób wzrasta, warkocz nieraz jest 

tak  zapleciony   monetami,  że  mieni   się  jak łuska  węża.  Warkocz  najczęściej 

spada na ramię spod czarnego turbanu. Na turbanie kwiaty, lilie purpurowe, 

białe,   cały   ogród   dżungli,   ponadto   jeszcze   dla   ozdoby   półkrąg   pierścieni 

przenizanych na czerwone pręty bambusa. Stroju dopełnia fajka i broń, fajka 

długa, wygięta, o wtyczce bambusowej do zmiany, zdobna w skuwki mosiężne, 

srebrne,   czasem   cała   pokryta   masywnym   srebrem   misternie   cyzelowanym   i 

błękitną emalią, do niej srebrne pudełko na tytoń. Za pasem nóż krótki, przez 

ramię długi jak szabla, czerwony sznur, pochwa z teku opleciona rafią, łukproca 

lub jednorurka prymitywnej roboty rusznikarza z Kengtungu.

Za pasem nóż krótki, w ręku łukproca

Od słońca i deszczu chroni kapelusz pleciony z bambusa,  lakowany z 

zewnątrz,   związany   pod   brodą   granatowym   sznurkiem,   rondo   plecione   w 

okrągłe oka rzuca śliczne cienie na twarz.

Iko   na   co   dzień   jest   raczej   obdarty   i   brudny,   jednak   zawsze   ma   dwa 

ubrania co najmniej i od święta mieni się barwami i srebrem.

Na widok stroju kobiety wykrzyknąć można w pierwszej chwili: toż to 

szkoccy   żołnierze!   To   efekt   kusej   spódniczki,   pasa   i   strojnych   getrów 

chroniących od ostów i cierni. Od bioder nad kolana zwisa na sznurku rodzaj 

spódniczki   fałdowanej,   pozbawionej   obrębka   i   haftów,   mocno   kusa   budzi 

niepokój,   jakby   miała   zaraz   spaść,   ale   nie   spada,   goły   pępek   odsłania   co 

najwyżej.   Młode   dziewczęta   noszą   obcisły   staniczek   z   kolorowych   łatek   na 

background image

piersiach, mężatki zastępują go przeważnie sznurami paciorków.

Między   spódniczką   a   stanikiem   zawsze   jest   pas   na   końcach   bogato 

haftowany,   naszywany   monetami   i   muszelkami.   Każda   kobieta,   jako   strój 

wyjściowy, posiada kaftan z długimi rękawami bez kołnierza, równy do bioder, 

otwarty   z   przodu,   z   rękawami   wszytymi   w   pół   przedramienia,   szwami   i 

szlakami haftowanymi, naszytymi łatkami i paciorkami, ze srebrnymi agrafami 

przy szyi i na piersiach.

Najbardziej charakterystyczną częścią garderoby jest nakrycie głowy

Każda dama ma na szyi bogactwo naszyjników, paciorki z rynku, amulety 

na czerwonym sznurku, dzwoneczek mosiężny i każda pali nałogowo. Na pasie 

z lewego boku sterczy kobiałka z drążonego klocka, bambusa albo koszyczek 

pleciony i omotany granatowym sznurem. Co z ozdób głowy lub szyi spadnie, 

naczepia się na koszyczek. W kobiałce Iko nosi swój groszowy zarobek, kądziel 

bawełny, wrzeciono, igłę z nicią i fajkę bambusową, jednak fajka najczęściej 

tkwi   w   zębach,   a   rozwibrowane   wrzeciono   w   dłoni.   Idąc   przez   dżunglę   z 

koszem pełnym warzyw, kobieta Iko przędzie i ćmi fajkę bezustannie.

Najbardziej charakterystyczną częścią garderoby jest nakrycie głowy, na 

zasadniczy granat bawełny suto naszywają paciorki i monety, łatki, pompony z 

rudej wełny, jak najwięcej. Suche tykwy, kwiaty, pietruszka i pieprz czerwony 

za uchem dopełniają pięknej całości. Dziewczęta łapią nieraz żywego żuka i 

przywiązują   na   nitce   jak   klejnot   roztrzepotany   przezroczystymi   skrzydłami, 

mieniący   się   w   słońcu   ognistym   pancerzem.   Czepiec   mężatki   zmienia   swą 

formę zależnie od klanu, jedne wioski noszą okrągły otok, inne w formie daszka 

albo   stożka.   Nakrycie   związane   jest   pod   brodą   granatowym   sznurkiem,   na 

którego końcach zwisają dwie igły drewniane lub z kości kurczaka, służące do 

drapania się i czyszczenia fajki. Nie malują się, nie tatuują i nigdy nie myją.

Warto zatrzymać gromadę, zajrzeć do koszy

Kobieta Iko nie jest zbyt urodziwa, za to mężczyzna jest piękny, smagły, 

czarnooki, choć ma opinię leniwca. Zbytniego zapału do pracy rzeczywiście nie 

background image

ma,   wszystko   za   niego   robią   kobiety,   dźwigają   kosze   na   plecach,   nieraz   i 

dziecko   uwiązane   chustą,   zajmują   się   domem,   uprawiają   ogród   i   pole.   Gdy 

zapłacisz, pomoże, ileż to razy za grosz, dwa wyciągali Ikowie nasz motor z 

bagna, bywało jednak i tak, że raczej wysiłek udawali, a inny w tym czasie 

motor popchnął, ale gdy i ten drugi jest równie chytry, zrobią powoli wspólnymi 

siłami,  co trzeba.  Dobrze,  jeśli taki wałkoń zechce  się  choć przespacerować 

górskimi ścieżkami z dziesiątkiem jajek w torbie lub butelką ryżowej wódki.

Iko, gdy mu kura zniesie parę jajek, nazbiera orzechów, garstkę grzybów, 

już wędruje na rynek, cały dzień przewłóczy się przez dżunglę dla paru pajsów. 

Piesze karawany maszerują co dzień, czasem wdzierając się z ciężarem w koszu 

na prawie prostopadłe zbocza, co rano ich beztroski śmiech i przeciągły śpiew 

nawoływania   niesie   się   echem   po   górach   jak   radosny   zew   boru.   Gwiżdżą, 

naśladują  ptaki, hukają, prowadząc  rozmowy  na  odległość. Warto zatrzymać 

gromadę, zajrzeć do koszy, choć poprzewracać i napatrzeć się na pomysłowość 

dzikusów,   znajdziesz   tam   wszystko,   co   daje   dżungla:   miód   leśny,   dzikie 

kasztany,   orzechy,   grzyby,   jabłka,   mango,   miotły   z   traw,   maty   z   bambusa, 

smolniaki,  suche drewno na opał, nawet kwiaty i wszelkie warzywa, wódkę 

ryżową, brunatny cukier, jajka, kury, prosiaki, czasem zwierzynę, omal że ojca z 

matką na sprzedaż niosą. Każde dobro podzielone łykiem na pęczki, zawinięte 

w liść banana lub ułożone w koszyczku, kobiałka u pasa służy jako miarka na 

groch i orzechy.

Iko ciekawy jest, ale nie natrętny. Potrafi usiąść na ziemi i wpatrywać się 

w   niezrozumiały   cud   -   aparat   fotograficzny,   umiejętność   pisania,   palnik   - 

uporczywie, w milczeniu, a gdy zrozumie, śmieje się radośnie.

Chociaż chciwy, jak każdy chłop jest uczciwy, nie kradnie nigdy. Można 

przy nim postawić puszkę pełną kuszących miedziaków, nie ruszy. Ileż razy 

zostawialiśmy   naszą   chatę   na   łasce   dzikusów   i   choć   czasem   znajdowaliśmy 

ślady wizyty, nawet przez myśl nam nie przeszło, że mogło coś zginąć. Gdy pod 

drzewem   leży   kupa   dzikich   kasztanów,   znaczy,   że   ktoś   je   zbierał,   to   cudza 

background image

własność, nikt nie tknie. Suszą się przy ścieżce sągi drzewa, to cudze. Ten sam 

jednak Iko, gdy gospodarzy zastanie w domu, będzie rwał kwiaty z ogrodu, 

otrząsał owocowe drzewa, w namiocie wypraszał puszki papierosów, rozłoży się 

obozem u progu, zje obiad, dobierając przyprawy z tego, co znajdzie, takie jest 

prawo gościnności, dla niego zupełnie naturalne, w jego wiosce możesz robić to 

samo, gościowi nikt nie odmówi.

W słoneczny ranek wyruszyliśmy szlakiem Ików, szukając tropu niczym 

Indianie,   a   to   zgubiony   kwiat,   sznurek   paciorków,   niedopałek   cygara 

odnajdując.   Ścieżka   doprowadziła   do  celu,   po  godzinie   marszu   otworzył   się 

widok na odległą przełęcz, przekroczyliśmy granicę PanTe wyznaczoną złym 

mocom dżungli. Przed każdą wioską Iko wznoszą się wrota z drewna, bambusa, 

zdobione ornamentami z patyków w formie słońca i gwiazd, a czasem sznur 

jedynie   obwieszony   pękami   ziela.   Złe   moce   nie   zdołają   przekroczyć   wrót, 

gnieżdżą się w nich więc, czyhając na ofiary. Źle jest zatrzymać się w takim 

miejscu choćby na chwilę, wnet złośliwy duch wskoczy na kark i uczepi się 

człowieka   choroba.   Każdy   Iko   przez   wrota   wioskowe   przebiega   pędem,   nie 

oglądając się za siebie.

Zostaliśmy przyjęci bardzo serdecznie, gospodarz wyniósł dwa stołeczki 

przed   próg,   gliniany   garnek   z   wodą,   srebrny   kubek,   kobiety   zaprosiły   do 

wnętrza, gdzie właśnie pędziły samogon. Nazajutrz cała wioska zjawiła się u nas 

z rewizytą.

Potrafi usiąść na ziemi i wpatrywać się w niezrozumiały cud

Na jesieni przez dwa miesiące obchodzą Ikowie święto zbiorów. To czas 

tańców, pijatyki, hucznej zabawy i ofiar, które po przyjęciu przez miłe duchy 

wioska zjada, obficie zakrapiając ryżową wódką. Na środku wioski stawiają słup 

ofiarny lashio, cztery dyle związane czubami, na ich szczycie kładą ciężki kloc, 

z   kloca   zwieszają   sznur,   a   na   nim   mocują   jarzmo.   Szesnastu   strojnych   Iko 

taszczy ofiarnego byka, sznury uwiązane do każdej nogi, ogona i rogów. Byk 

okryty żałobnym czaprakiem z bawełny (nikomu nie przeszkadza napis Made in 

background image

Germany przez środek całunu), przybrany w kwietny wianek na rogach, żałobna 

dekoracja wzbudza dreszcz grozy. Zatrzymują się. Czekają. Kapłani leją wodę, 

sypią   kwiaty   na   łeb   byka,   naszeptują   zaklęć,   uwiązują   sznury   do   słupa. 

Najmocniejszy   zapiera   się   nogami,   staje   w   rozkroku,   nagina   się   w   tył... 

zakrzywiony nóż błyska, spada głowa byka, o zgrozo, nie, zawisa na kawałku 

skóry podgardla. Zła wróżba. Błyskawiczny ruch noża wieńczy dzieło, porywają 

byka na rożen.

Najmocniejszy zapiera się nogami, staje w rozkroku, nagina się w tył

Następnie  pada   siedem  kóz,  jedna   po  drugiej,  wciągane   za  tylne  nogi 

samorzutnie podstawiają szyję pod nóż. Trup ofiary zatacza dwa kręgi wkoło 

słupa, znacząc ślad krwią. Zaczyna się uczta i tańce, odzywają się fujarki z 

dudków bambusowych związanych w dwa rzędy, dziewczęta klaszczą w dłonie, 

zbliżają się, uciekają. Chłopiec porywa dziewczynę, okręca, huśta na lashio, a 

śmiechu   przy   tym,   pisku   i   pohukiwania,   przykrótkie   spódniczki   fruwają   w 

powietrzu, sypią się płomienne kwiaty i białe paciorki, niejedna para znika w 

mrokach dżunglowych chaszczy, nikt nie ma im tego za złe.

Następnie pada siedem kóz

Ikowie żenią się w wieku piętnastu do dwudziestu lat.

W styczniu i lutym, gdy nastaje pora sucha, chłopiec przystraja turban i 

rusza na włóczęgę od wioski do wioski szukać dziewczyny. Czasem starszy 

swat   mu   towarzyszy.   Chłopiec   i   dziewczyna,   gdy   się   upatrzą,   spodobają 

wzajemnie, idą w dżunglę, tam żyją jak ptaki niebieskie przez miesiąc. Gdy 

wrócą do wioski, są zaręczeni. Ślub nie wiąże się z żadną ceremonią, czasem 

odbywa się uczta weselna,  ale zazwyczaj dopiero, gdy dziecko przyjdzie na 

świat. Zasadniczo Iko może mieć żon ile chce lub ile ich ścierpieć w chacie 

zdoła,   w   praktyce   zazwyczaj   tylko   dwie,   najwyżej   cztery.   Rozwód   jest   na 

porządku dziennym, matka odchodzi wtedy, a dzieci zostają przy ojcu.

Gdy nastaje pora sucha, chłopiec przystraja turban i rusza na włóczęgę

Ikowie na ogół lubią dzieci, nie ma jednak większego nieszczęścia, jak 

background image

wtedy, gdy diabeł wmiesza się w stadło małżeńskie i na świat przychodzi dwoje 

naraz.   Biada   przeklętym.   Cała   wieś   z   szefem   i   czarownikiem   przychodzi 

wykonać   wyrok,   chatę   z   całym   dobytkiem   palą.   Rodzice   co   prędzej   muszą 

nasypać   niemowlętom   gorącego   popiołu   w   usta,   żeby   te   głosu   nie   wydały. 

Ojciec wynosi je do dżungli i nakrywa małe ciałka liśćmi bananowca, popiół 

gorący je dusi czy banany zabijają, padając ciężkimi łodygami, tym nikt się już 

nie interesuje. Przegnani z wioski rodzice diabelskiego pomiotu skazani są na 

życie w dżungli. Jeśli po trzech miesiącach powrócą w progi wioski, mają prawo 

zbudować   nową   chatę,   ale   za   wrotami.   Na   zawsze   pozostaną   naznaczeni. 

Dlatego właśnie kobieta Iko nigdy nie spojrzy na dwa banany zrośnięte razem. 

Znaleźć orzech o dwóch ziarnach to także fatalny omen.

Kiedy urodzi się normalne niemowlę, rodzice w wielkim sekrecie szepcą 

sobie na ucho obrane dla niego imię, zapraszają naczelnika wioski i tylko jemu 

zdradzają, jak syn czy córka się nazywa. Mały Iko rośnie, wszyscy wołają go 

Mindon, a rodzice cieszą się, że diabła oszukali. Przyjdzie nieszczęście, choroba 

będzie szukać Mindona, wtedy ten chytrze odpowie:

- Nie jestem Mindon.

I   będzie   miał   rację.   Dopiero   gdy   podrośnie,   rodzice   powiedzą   mu   w 

tajemnicy, jak naprawdę ma na imię, ale ten wypowie je tylko w ostatecznej 

potrzebie lub na chwilę przed śmiercią.

THAI

Od tej pory w chacie było ich troje. Z małym dzikusem przywędrowało 

życie i radość, ale też nieustanny kłopot i troska. Rola niedźwiedziej mamki jest 

trudna, bardzo uciążliwa, czasu nie ma  nawet na sen, cóż mówić o pisaniu. 

Niedźwiadek to głodny, to zrobił psipsi, to pogryzł coś potrzebnego, połknął 

jakieś żelastwo... niekończąca się litania psot, kaprysów i potrzeb.

Teraz ona siedzi w kąciku, w błękitnym kręgu dymu, przez smugi deszczu 

przygląda się, jak on bawi się z niedźwiadkiem. Teraz jest im dobrze. Na klocu 

dębowym kuca on przed ogniem, dmucha w żar, w rondelku buzuje obiad pod 

background image

parasolem dziurawym jak sito, deszcz zacina długimi zakosami. Na blasze prażą 

się orzechy, niedźwiadek wie o tym, plącze się, węszy, zagląda, staje na dwóch 

łapach   niezdarnie.   Kółko   dymu   zawisło   nad   czarnym   rondlem,   ryż   paruje, 

pachnie gorące mleko.

Ryz paruje, pachnie gorące mleko.

- Gorące! Nie rusz, gorące...

Niedźwiedź chwyta, parzy się, piszczy, znów tańczy dookoła, wreszcie 

przypada i obżera się do syta. Mgły opadają w dolinę, zgubiony strzęp oparu i 

wstęga   dymu   usłały   głąb   jaru,   w   dole   pośród   traw   szemrze   strumyk,   na 

zwalonym   pniu   ona   się   kąpie,   w   kaskadzie   pławi   się   radosny   jak   świt 

niedźwiadek. Nurkuje, pływa, prycha, młynki wyczynia łapami, wreszcie mokry 

jak szczur wspina się na drzewo. Po chwili znikli oboje w trawach i miętach 

jaru.

Smugi dymu wyplątały się z mlecznych oparów, wyjaśniały, zbladły w 

słońcu...

W zacisznym kącie ona kucnęła w trawie, niedźwiadek posadził obok 

tłusty zadek. Rwą zębami laskę trzciny cukrowej, trzcina rozpada się w białe 

strzępy, zwierzak obwąchuje jej usta. „Naprawdę jedliśmy to samo?” Pakuje się 

na kolana zadowolony.

Kotłują się krzewy, chyboczą blade kwiaty, na ścieżkę wytacza się czarny 

kłębuszek futra, przewraca się, biegnie, podskakuje. Nagły szelest sprawia, że 

niedźwiadek staje słupka, uszy nastawia do góry, łapa podniesiona do mordki 

zamiera   w   pół   ruchu.   To   ścieżką   idzie   dwoje   oberwańców,   łachmany   w 

strzępach, na plecach ciężkie naręcza drzewa, opał do chaty niosą.

Blady   dym   zawlókł   się   w   inny   jar,   wszyscy   troje   zbierają   kasztany, 

niedźwiedź   żeruje   na   drzewie,   ona   zbiera   do   koszyka,   on   łupie   młotkiem 

kolczaste   kule.   Słońce   chyli   się   ku   zachodowi,   radośni,   z   pełnym  workiem, 

obładowani wracają do domu.

Błękitne smugi, pasma, kłęby i kółka dymu rozsnuły się po dżungli na 

background image

cztery strony świata...

Widzę   ich   wciąż,   dwoje   włóczęgów   z   północy   i   małego   czarnego 

niedźwiadka, ich dnie i noce, gdy śpią wszyscy troje skuleni na posłaniu.

Thai,  czarna   niedźwiedzico   himalajska   z   białą   literą   V   na  piersi,   jeśli 

wiedziesz swoje niedźwiedzie życie w mateczniku dżungli gdzieś nad Nam Lo, 

może   wspominasz   czasem   te   chwile,   gdy   moje   ramiona   były   ci   matką 

niedźwiedzicą, jedyną przystanią, schronieniem, ostoją. Może, kiedy dym chat 

ikowych zapachnie ci ciepłym ryżem lub kukurydzą, zatęsknisz do mnie i do 

naszego beztroskiego życia. Pamiętaj wtedy, moja kulo futrzana, nie wychodź 

do ludzi, mrucząc przyjaźnie, bo woń człowieka nie zawsze będzie moją wonią i 

śmierć może ci grozić pośród obcych.

W jaki sposób trafiłaś w ludzkie ręce, gdzie był twój matecznik zaciszny, 

cienisty,   drżący   paprocią   i   pachnący   miętą,   nie   umiałaś   mi   opowiedzieć, 

piszcząc żałośnie, nie miałyśmy wtedy jeszcze wspólnego języka. Stach ujrzał 

cię po raz pierwszy taką malutką, futrzaną i zabawną na barwnym rynku w 

Kengtungu.   W   pyle   ulicy,   pod   ogromnym   bananowcem   siedziała   mała 

niedźwiedzica i płakała, malutka była, jak szczeniak, bezzębna, ślepa na jedno 

oko, chuda i parchata, ślady od razów bata miała na zszarganym futerku. Za 

szyję uwiązali ją grubym sznurem do drzewa, przewodnik karawany z Yunnanu 

licytował cenę.

Na ścieżkę wytacza się czarny kłębuszek futra

Ja ujrzałam cię po raz pierwszy na dachu autobusu uwiązaną za łapy i 

szyję tym samym grubym sznurem,  rozwrzeszczaną,  przerażoną, półżywą ze 

strachu,   od   bezsilnych   zmagań   z   więzami   i   terkoczącą   maszyną.   Wtedy 

przemówiłam   do   ciebie   czule,   jak   do   brzdąca,   a   ty   spojrzałaś   czarnymi 

guziczkami oczu i może po raz pierwszy w twoim łebku wyłoniła się spośród 

nadmiaru   okropnych   wrażeń   myśl,   że   zbliża   się   coś   lepszego.   Stoczyłaś   na 

dachu ostatni bój z szoferem i spadłaś wprost w moje ramiona.

Siadłaś   na   murawie   zielonej.   Moja   bosa   noga,   wysoko   nad   kolanem 

background image

zaledwie ubrana w krótkie spodenki, wydała ci się zapewne podobna do gałęzi 

czy pieńka, bo jednym zdecydowanym ruchem wczepiły się cztery łapki mocno, 

a zimny nosek dotknął żywego ciała. Pochyliłam się, rękę oparłam na kolanie, 

by wytrzymać drapanie i łaskotanie, a niedźwiadek zwolnił chwyt, obsunął się 

wygodnie   na   zadek,   rozpoczął   miarowy   masaż   przednimi   łapami   i   ssał 

wytrwale, mrucząc  cicho i przymykając oczy. Thai, wtedy może  pojęłaś,  że 

zastąpię ci matkę niedźwiedzią, a ja zrozumiałam, że życie bez dziecka nie jest 

pełnią   życia,   choćby   najmilszy   chłopiec   każdego   dnia   srebrzystymi   oczyma 

spoglądał na ciebie.

Podczas gdy Staś płacił szoferowi za transport, podarte ubranie i kłopot, 

ty z wściekłością rzuciłaś się na sznur, gryzłaś, szarpałaś, przewracałaś na plecy, 

przebierając   łapami   w   powietrzu.   Ogonek,   łapy   o   ogromnych   pazurach   i 

dziecinnych piętach, nosek czarny jak z lakierowanej skóry, białe kły i różowy 

jęzorek, niczym płatek leśnego kwiatu, dżetowe futerko, wszystko splątało się w 

jeden kłębek.

Poczłapał   za   mną   niedźwiadek   na   grubych   i   zabawnie   niezdarnych 

łapkach. Przystawaliśmy często, gdy zmęczony miś dla odpoczynku siadał jak 

dziecko,   szeroko   rozrzucając   łapki   i   wypinając   brzuszek.   Szerokim   łukiem 

obeszliśmy   osiedle   Loi   Mwe.   Gdy   zaszeleściły   krzewy,   a   trawy   wystrzeliły 

ponad   twój   nosek,   stanęłaś   słupka,   cała   zamieniłaś   się   w   węch   i   słuch, 

rozpoznałaś  zagubiony  trop  rodzimej  ścieżki,  galopem,  nie  bacząc  na  sznur, 

pognałaś przed siebie. Tak dobiegliśmy do namiotu.

Chciałaś biec dalej, ale Stach wbił kołek w ziemię i uwiązał sznur tak, byś 

mogła   skryć   się   w   norze   lub   wyjść   w   puszystą   trawę.   Postawiłam   ci   przed 

noskiem miskę z mlekiem, wsadziłaś łapę i wywróciłaś od razu do góry nogami, 

mały,   niemądry   szkrabie.   Podeszłam   i   dałam   ci   pić   przez   palce,   ssałaś   z 

łakomstwem głodomora, mrucząc, dławiąc się, piszcząc, wreszcie trafił nos do 

miski, po chwili język również, po szybkiej serii mlasków i pisków brzuszek był 

pełen. Wtoczyłaś się wtedy na posłanie i ucięłaś sobie krzepiącą drzemkę.

background image

Obudził   się   oswojony   niedźwiedź,   uprzejmy   i   pełen   ochoty   na   mały 

spacer przez trawy. Zdjęłam sznur z wytartego futerka i ruszyłyśmy na pierwszą 

wspólną wędrówkę.

Pierwsza lekcja samodzielnego włażenia na drzewo zaliczona

Przy   każdym   nagłym   szmerze   przypadałaś   do   mnie   lub   zmykałaś   z 

powrotem do namiotu... a potem znów zapuszczałyśmy się w trawy i paprocie. 

Na widok pierwszego krzaczka zaczęłaś wspinać się na giętkie gałązki, rózga 

była tak cienka i słaba, że przegięła się do ziemi z czarną kluską uwieszoną na 

końcu, ale bujanie okazało się świetną zabawą, trwało aż do zmroku, pierwsza 

lekcja   samodzielnego   włażenia   na   drzewo   zaliczona,   byłaś   z   siebie   bardzo 

dumna.

Zasnęłaś, a my długo jeszcze gwarzyliśmy przy blasku księżyca. Daliśmy 

ci piękne imię Thai, co oznacza pannę z rodu wielkich i dumnych. Odtąd nigdy 

sznur ani obroża nie gniotły już twego futra, byłaś dumna, wolna i szczęśliwa, 

niczym władca gór i przełęczy. Choć byłaś knotem małym i zaledwie rosły ci 

zęby, rozumiałaś to świetnie...

JAKIŻ ŚLICZNY JEST NASZ DOM

Deszcz pada, leje, mży, kropi... chlasta pionowymi biczami, wyprawia 

nieprawdopodobne brewerie, dawno już ziemię  przemoczy! na wskroś, wiatr 

wydzwania monotonne melodie na srebrnych kroplach, tymczasem za ciemnymi 

chmurami słońce niespostrzeżenie przeniosło się na drugą stronę równika.

W głuchą noc w dżungli huczy burza, pioruny przewalają się przez skały, 

namiot,   strzecha,   obejście   całe   pływa,   sprzęty   gospodarcze   unoszą   się   na 

wodzie, cała pościel mokra, z płótna dachu kapie, z nosa kapie, ze ścian, z 

kątów ciekną strumyki i złośliwie zbiegają się w jedną kałużę pośrodku, zbieram 

wodę łyżką, ale jak w tonącym okręcie, jej wciąż przybywa.

Kiedy skończy się monsun? Deszcz rozpoczął się dziesiątego maja i musi 

wypadać swoje sześć miesięcy, a jeśli zechce i dłużej potrwa, takie są prawa 

natury dziwaczne. Pleśń przez pół roku panoszy się wszędzie, na drzewach, na 

background image

ziemi,   w   domach,   na   dachach   i   murach,   w   ubraniu,   walizce,   jedzeniu, 

papierosach, herbacie, chleb ze spleśniałej mąki na drugi dzień jest zielony, my 

też,   obawiam   się,   będziemy   niebawem   wyglądać   niczym   te   drzewa   brodate 

pasożytami, omszałe, spleśniałe i zmurszałe.  Las wiecznie zielony przez rok 

cały na okrągło traci liście, ścieląc mech i kwiaty rudymi plamami jesieni. Jakże 

inaczej człowiek wyobrażał sobie te dalekie tropikalne kraje, siedząc w Europie 

przy kominku, gdy za oknami ścielił się biały śnieg!

Zwołujemy naradę wojenną wśród garnków i pościeli - trzeba zbudować 

dom. Ale jak i z czego? Zapadamy w ciszę własnego milczenia i szelestu kropel 

deszczowych. Wtem rozlega się nowy dźwięk, błoto chlapie, ktoś idzie ścieżką.

Wybiegamy   oboje   na   szlak,   Thai   stacza   się   z   drzewa   w   nerwowym 

pośpiechu, ludzie wyłaniają się zza zakrętu, niosą maty, kosze pełne smolnego 

drzewa.   Będzie   dom!   Już   chcemy   wykonać   taniec   radości,   ale   rozsądek 

podpowiada,   by   się   powstrzymać.   Jedynie   Thai   pląsa   pośrodku   ścieżki   to   z 

jednej, to z drugiej strony, usiłując uszczypnąć chociaż jednym zębem migające 

paciorkami   getry   z   gałganków   lub   podołek   kusej   spódnicy.   Witamy 

przybyszów. Stach od niechcenia zwraca uwagę na maty, że niby chce się tylko 

przyjrzeć.

- Hmmm, ile pajsów za wszystkie? - Wykonuje okrągły ruch ręką.

Iko   w   odpowiedzi   pokazuje   dwadzieścia   dwa   dłońmi   o   rozpostartych 

palcach.

Targ odbywa się przy pomocy tak plastycznych min i gestów.

- Co? Za takie śmiecie? Trochę trawy i kilka patyków?! - Cała twarz i 

gesty wyrażają najwyższą wzgardę. - A ile ich jest? - Pada pytanie rzucone z 

zupełnym brakiem zainteresowania, ot tak raczej przez ciekawość.

- Dwadzieścia pięć. - Iko starannie pokazuje palcami, by się nie pomylić. 

Stach sam liczy.

- Dziesięć pajsów, ani grosza więcej. - Tu wzgarda jest już lodowata. - 

Nam i tak tyle nie potrzeba, robimy grzeczność, kupując wszystko.

background image

Targ odbywa się przy pomocy tak plastycznych min i gestów, że wszyscy 

rozumieją się świetnie i nawet niedźwiedź bierze czynny udział w rozmowie, już 

teraz z moich pleców, na które wskoczył prosto z gałęzi.

Poskromiony   w  swej   chciwości   Iko,   widząc,   że   wszyscy   troje   robimy 

odwrót do namiotu obojętni na stratę takiej okazji, zrzuca z pleców całą wiązkę 

mat i pokazuje dwanaście palców. Jeszcze nie podejmujemy decyzji, odbywa się 

narada w niezrozumiałym dla nikogo w tej dżungli języku.

- Bierz póki daje i kryjemy chatę - mówię do Stacha.

Stach   kręci   głową   i   tłumaczy   dzikusowi,   że   za   drogo,   do   mnie   zaś 

powiada:

- Naturalnie, że biorę...

Iko przynosi maty pod sam próg, jest niespokojny, oferuje, że sam nam 

chatę zbuduje. O, nie, pozbawić się takiego świetnego zajęcia na cały dzień 

Stach nie zamierza. Wypłaca śpiesznie dwanaście złocistych pajsów i hajże do 

roboty,   rąbać   drzewo,   uwiązywać   bambusowy   kościec   do   drzewa   i   pala, 

umacniać podporami z kołków. Serce boli, gdy przychodzi ciąć lniany sznurek, 

taki   mocny   i   tak   skrzętnie   zbierany   do   woreczka   w   drodze,   ale   tnę,   podaję 

gotowe   kawałki   i   pomagam   przy   wiązaniu,   mata   na   matę   założone   jak 

dachówki, sznurami powiązane, w godzinę dom był gotów.

Pamiętasz Thai tę niezwykłą zabawę, gdy twój pan nie miał cierpliwości 

ani dość poczucia humoru, by pozwolić ci budować razem z nami, gdy srogim 

głosem i grubym bambusem przykazał ci iść na drzewo, tam wić sobie własne 

gniazdko?

Jakiż śliczny jest nasz dom. Stoimy w trójkę i patrzymy z zachwytem na 

puszystą strzechę, ukośny okap, spadziste boki i cienisty ganek. W przedsionku 

stawiam kuchnię i śmietnik ze starej blaszanki. Wycinam w dżungli rózgi na 

miotłę,  Stach wiąże je, sprzątam obejście, w namiocie  przestronnie się robi, 

zacisznie   i   przytulnie.   Nawet   Tajuszek   jakiś   bardzo   przejęty,   po   ostrożnym 

obwąchaniu wszystkich znajomych sprzętów i zjedzeniu obfitego obiadu fika 

background image

kozła, układa się na grzbiecie i przebiera łapami, zapraszając do zabawy.

Przez   słomianą   zasłonę   spoglądamy   na   dżunglę   i   deszcz   z   minami 

zwycięzców. Każde z nas obmyśla nowe ulepszenia.

-   Pomyśl,   Stachu,   jakby   to   było   dobrze   mieć   skrzynię   na   drobiazgi, 

sprzątać by było łatwiej i Tajuszek by tak nie bałaganił.

Mój chłopiec nic nie powiedział, nazajutrz rano zniknął i przyniósł skądś 

pod pachą duże kartonowe pudło.

Zachciało się nam blinów kartoflanych... Choć jadłam wszystkie możliwe 

potrawy i żułam betel, zawsze rumiane jabłko, pajda czarnego chleba i miska 

kartofli pozostały najlepszym wspomnieniem smaku. Ale jak utrzeć kartofle? 

Potrzeba   matką   wynalazków.   Za   godzinę   gwoździem,   a   mamy   jeden   na 

gospodarstwie,   Stach   nakłuł   pokrywę   od   puszki.   Na   pięknej   tarce   utarłam 

kartofle i były bliny, może nie najlepsze pod słońcem, ale kto przypuszczałby w 

domu jeszcze, że umiejętność gotowania przyda się w birmańskiej dżungli.

Nie mieliśmy pieca, skradliśmy więc kamieni ze świętego miejsca, innych 

niestety w całej dżungli nie było. Skradając się ostrożnie, za każdym szelestem 

składając ciężar w krzaki, wtoczyliśmy je do namiotu. Niestety nic nie chciało 

się   na   nich   gotować,   wiatr   dym   w   oczy   wtłaczał,   czyżby   demon   dżungli 

dmuchał w ogień?

Zdawałoby się, że już niczego nam nie brak, a tu naraz posłanie zrobiło 

się za twarde, z ziemi wylazły jakieś karcze i kłują w boki, płaszcz gumowy i 

jeden koc to zbyt mało na materac. Jakby magicznym zaklęciem wywołani z 

gór, tego samego dnia zjawili się Ikowie z rulonami pięknych mat. Za osiem 

pajsów dostaliśmy  trzy szerokie maty, dwie na posłanie i jedną na ruchomy 

okap   w   ganku.   Czy   jest   dzisiaj   ktoś   na   świecie,   kto   śpiąc   na   najmiększym 

materacu   i   piernacie,   odczuwałby,   jak   my,   w   każdej   kości   wygodę   i   ciepło 

posłania?

Z całej naszej trójki Thai czuje się najbardziej u siebie. Dla niej dom pod 

strzechą   jest   norą,   barłogiem,   miejscem   najwspanialszej   zabawy,   suchym, 

background image

zacisznym   schronieniem   od   deszczu   i   grozy.   Czuby   drzew   są   wartownią,   z 

której niedźwiadek czujnie strzeże swego państwa, każdy podejrzany ruch w 

dżungli,   każdego   intruza   ogłasza   głośnym   furczeniem   i   ohoh,   a   następnie 

zeskakuje co prędzej z drzewa, by osłonić wejście do nory własną piersią przed 

służką kościelnym lub nieznanym Iko, tudzież schronić się w moich ramionach 

przed tak wielką grozą, jak zjawienie się słonicy.

Tak, po naszej dżungli przechadza się słoń

Tak, po naszej dżungli przechadza się słoń, każdego ranka wędruje do 

lasu po drzewo, z daleka niesie się pobrzękiwanie łańcuchów. Mam zamiar iść 

do   władcy   ze   skargą,   bo   słonicy   nie   wystarcza   już   poranny   spacer,   czasem 

postanawia  samopas powłóczyć się  po okolicy. W pewne mokre popołudnie 

znów  wdarła się   do ogrodu tuż  przy  naszym domu,   wydawało  się,  że trąbą 

zedrze dach z chaty, do niej to podobne, jest stara i złośliwa, na szczęście w porę 

nadbiegł   parobek   w   turbanie   zielonym   i   rozpiętym   parasolem   zawrócił 

szkodnika. Niedźwiedź omal ze strachu nie umarł, nic dziwnego, w wyciśniętym 

słoniową nogą głęboko w błocie ścieżki śladzie mieści się cała maleńka Thai 

wraz z ogonkiem i uszkami.

Gdy   księżyc   wypłynie   na   podniebne   szlaki,   rozjarzy   się   migotliwy 

płomień   lampy,   zasłona   z   maty   odgrodzi   wnętrze   namiotu   od   nocy   i   jej 

szelestów,  brzuszek pełen jest słodkiego ryżu z mlekiem,  wtedy zaczyna się 

lekkim   szturchnięciem   nosa   jedna   z   zabaw   niedźwiedzich,   ta   najważniejsza, 

zabawa  w strachy i cienie. Po ścianach namiotu  pełzają fantastyczne cienie, 

niczym rozwarte szpony groteskowych łap, rozlega się ryk, miauk, wycie, w 

kącie   namiotu   grzbietem   zwrócony   do   brezentowych   ścian   stoi   na   tylnych 

łapach wojowniczy niedźwiadek, łapy rozpostarte do walki...

Naraz potwór straszliwy wycofuje się, zaszywa w zakamarki, majaczy 

tylko cień jakiś nieśmiało. Nieufnie, ostrożnie, jedną łapą zaczepia niedźwiadek 

potwora.   „Chodź,   pobaw   się   jeszcze,   nie   chcesz?   Uszczypnę   cię   jednym 

ząbkiem”.   Już   łapa   potwora   w   mordce,   gryzie   ostrożnie,   delikatnie,   coraz 

background image

mocniej, wtem spokojny potwór warczy i wycina klapsa. „Spać, szczeniaku...”

Ale dość zabawy, ślepka się kleją, jeszcze łapką się podrapie po pełnym 

brzuszku, jeszcze raz zamruczy, ucichnie, śpi mały niedźwiedź, serduszko bije 

miarowo,   coś   śni   zwierzaczek,   sapie   ciężko,   mruknie,   może   wciąż   jeszcze 

przeżywa zabawę z ryczącym potworem. Tyle że straszny potwór zamienił się 

już na powrót w mego chłopca, zdejmuje szoferskie rękawice i sam zaczyna 

marudzić   jak   niedźwiedź,   spać   mu   się   chce,   papierosa   zapalić,   zjeść   coś 

smacznego,   ale   sam   nie   wie   co,   czekoladkę   od   Wedla,   grzybka 

marcepanowego...   w   każdym   razie   nic   z   tego,   co   kryje   w   swym   wnętrzu 

kartonowe pudło spiżarni.

Wtedy mysz zaczyna swe szaleństwa na dachu, biega w tę i z powrotem, 

wzburzona, zdenerwowana, domaga się kolacji. Skandal, zapomniano położyć 

jej ryż na szkarpie47. Wstaję, daję myszy jeść, inaczej całą noc łazić będzie po 

głowie i szperać w pudle spiżarni. Ech, rozpuściliśmy ją jak dziadowski bicz. 

Zasuwam drzwi namiotu, za okapem stawiam barykadę z rondli i krzesła, na 

wypadek   wizyty   lamparta   czy   innych   nieproszonych   gości,   zawijam   w   koc 

zasypiającego chłopca i aż do dziesiątej mogę pisać, ale jakoś się nie chce, myśli 

włóczą się po głowie niczym chmury pośród gór i lasu, przychodzi ich naraz tak 

wiele, tłoczą się, kłębią. Złapać, powiązać zagubione, rzucić na papier zwarte w 

jedną treść nie sposób.

ZARAZA

Pewnie   byliśmy   nazbyt   szczęśliwi   we   troje   i   dlatego   musiało   przyjść 

zmartwienie. Thai, czy pamiętasz, jak Staś miał dżumę? U stóp twojej góry, o 

dwadzieścia mil krętą drogą, tam w szerokiej dolinie, gdzie w pięknym pałacu o 

bambusowych stropach najpotężniejszy władca Thai walczył ze śmiercią, wśród 

ulic, świątyń, na ryżowych polach panoszy się dżuma każdego roku, ale tym 

razem była wyjątkowo złośliwa. Padali jak muchy dziecinni Tajowie, nędzni 

Wa,   mocni   Lahu,   brudni   Liso,   barwni   Ikowie...   dzikie   plemiona   przestały 

schodzić z gór do zadżumionego miasteczka, strach ogarnął wszystkich, nawet 

background image

najdzikszych, których dotąd leczył ziołami znachor czarownik.

Siostra Filipina uprzedziła, ze po zastrzyku przyjdzie gorączka

W   szpitaliku   wojskowym   na   gwałt   szczepią   żołnierzy   i   miejscowych, 

pewnego dnia Stach z obnażonym ramieniem również stanął w kolejce. Wrócił 

do chaty i położył się od razu.

Siostra   Filipina   uprzedziła,   że   po   zastrzyku   przyjdzie   gorączka,   nie 

mówiła jednak, że będzie aż tak źle i mój chłopiec nie odzyska przytomności. 

Na   skroni,   na  szyi  wyszły   mu   szkarłatne   plamy,   usta   zrobiły   się   sine,   oczy 

mętne, jakby ślepe i zesztywniałe, ręce drą kołnierz koszuli.

- Woda, woda, pić, ach litości, nie wytrzymam.

Podaję wodę drżącymi rękami, połowę rozlewam. Staś łyka ciężko, rzęzi, 

majaczy.

Tajuszku, to już trzecia noc, a ty wcale nie stanęłaś na wysokości zadania, 

siadasz Stasiowi na piersi, zaczepiasz łapą, trącasz, gryziesz, a najgorsze, że nikt 

nie zwraca na ciebie uwagi...

- Odwiąż te bryły lodu, czemu mnie położyli na lodzie... zimno... huczy... 

głowa pęka, słyszysz jak pęka? - woła Staś.

Tak, czuję, to mnie głowa pęka, rzucam wszystko i nie patrząc pod nogi, 

pędzę zapłakana do siostry Filipiny.

-  Siostro,   nie  mam   już  sił.   Trzecią   dobę   Stach   ma   ponad   czterdzieści 

stopni, nie odzyskuje przytomności...

Siostra Filipina gładzi mnie po policzku i uśmiecha się łagodnie.

- Moje dziecko, wszystko w rękach Boga. Módl się za biedne sieroty, pięć 

ich zostało, matka zmarła dzisiejszej nocy...

Nie jestem widocznie dość chrześcijanką, bo nie potrafię modlić się za 

nikogo innego, tylko za Stasia.

Maszeruje przez dżunglę siostra w białym habicie, za pasem różaniec, na 

piersi   krzyż,   w   kieszeni   termometr   i   lekarstwa.   Wpełza   na   klęczkach   do 

namiotu, siada na ziemi, mierzy puls bezwładnej ręki, po czym uśmiecha się 

background image

promiennie i dobrotliwie.

- Kryzys minął, niech śpi spokojnie, za tydzień będzie zdrów.

Mijały dni. Słońce wyjrzało, to znów deszcz padał... a ja gotowałam ryż 

dla   was   obojga.   Staś   zdrowiał   powoli,   któregoś   ranka   powstał   wreszcie   z 

posłania.

-   Widzisz,   moje   dziecko   -   rzecze   siostra   Filipina.   -   Wyzdrowiał.   Idź, 

podziękuj Panu Bogu za cudowne ocalenie i pamiętaj, zmów jedno Zdrowaś za 

małe sieroty.

Pomodliłam   się   szczerze,   a   gdy   wróciłam   w   zacisze   naszego   domu, 

rozstawiłam wrota ikowe z bambusowych drągów, wyznaczyłam raz na zawsze 

granicę złym duchom, nieszczęściu, chorobom, zarazie...

DŻUNGLA I DESZCZ

Deszcz pada... pada... szumi w koronach drzew, w łożysku wezbranego 

potoku, w głębi jaru, skąd co noc skrada się płowy lampart pod próg naszego 

domu.   W   taką   czarną   dżdżystą   noc,   gdy   księżyc   i   gwiazdy   skryją   się   pod 

puchowe   kołdry   chmur,   dziki   zwierz   dżungli   szuka   schronienia.   Zimno   mu, 

mokro,   byle   znaleźć   suchy   kąt.   Wtedy   nawet   mdła   woń   człowieka   go   nie 

odstraszy. Może ogień?

W dżdżystą monotonię długich, szarych dni i ciemnych nocy wkradnie się 

jeden czysty poranek, jak łza, na jasnobłękitnym niebie rozzłoci się słońce, rzuci 

snop blasków, przesieje drżącymi plamami przez liście aż po najgłębsze leśne 

ostępy. Niejeden znawca krajów podzwrotnikowych uśmiechnie się dyskretnie, 

gdy powiem, że jaszczurki huczą jak motor, śpiewają jak ptaszki, dzwonią jak 

cykady, skrzeczą jak żaby, a każda inaczej. Skąd im się bierze takie bogactwo 

głosów? W dzień muszą być bardzo zajęte, nie słychać ich jakoś, za to nocą cała 

kapela jaszczurcza nastraja swe gardziołka, nadyma brzuszki i tak do rana nucą 

swoją piosenkę.

Gdy   słońce   świeci,   skorpiony   przeróżnych   kształtów   i   wielkości, 

szczypawki i stonogi długie jak węże, z żądłem jadowitym na końcu odwłoka, 

background image

wyłażą z ziemi. Niezliczona ilość mrówek, wielkie, czarne jak jeżyny, małe rude 

i białe z czarną kropką krzątają się pracowicie, brzęczą moskity, pszczoły, osy, 

trzmiele, jeden, szczególnie zabawny, ryjek ma w kształcie słonia, większy od 

całego   ciałka,   gdy   go   coś   zainteresuje,   siada   na   tylnych   nogach   i   trąbą   się 

podpiera.   Motyle   popielate   w   zygzaki,   brunatne   jak   jesienne   liście, 

aksamitnopłomienne o fantastycznie powycinanych brzegach skrzydeł, błękitne 

i cytrynowe unoszą się w powietrzu.

W krzakach gdacze, łopoce się ciężki kogut, gruchają gołębie, czasem coś 

miauknie, jęknie w głębi jaru, buchnie z drzewa w dół, załomoce w zaroślach. 

Mieszka w dżungli ptak, jak wygląda, nie wiem, ale znam jego piosenkę. Tylko 

brylantowy słowik cesarza chińskiego mógł śpiewać tak ślicznie. Mój chłopiec 

śpiewa tak samo i jeden Iko, ten, co lilie nosi w turbanie i warkocz przeplata 

srebrem. Gdy Stach długo nie wraca, czekam piosenki, a gdy zaśpiewa, wołam:

- Stachu, co za nowiny przynosisz?

Śpiew   mojego   chłopca   mi   odpowiada,   dzikus   lub   ptak.   Nieraz   długo 

rozmawiają ze sobą po lesie, ptak odpowiada, echo odpowiada.

Wąską   ścieżką,   falującym   krokiem   przemaszeruje   słoń,   z   czerwonego 

błota   gliny   wylezie   łeb   ongiś   czarnego   bawołu   o   rogach   tak   strasznych,   że 

gdyby sam się ujrzał, bałby się siebie. Czasem przedrepce karawana mułów lub 

krów, węszą, chrapią, czują zwierza, znają dobrze te góry, dziki, zapadły kąt 

świata.   Żaden   Polak   nie   był   tu   nigdy,   bo   i   skąd?   Po   co?   Raz   na   kilka   lat 

przejdzie jakiś podejrzany globtroter z Niemiec. Przejdzie albo i nie. Odeślą 

władze do granicy jako szpiega, choć nim nie jest, albo dżungla pochłonie.

Rozkwitły   wszystkie   kwiaty   deszczowej   pory,   przyziemne,   maleńkie, 

białe orchidee o delikatnych złotych języczkach, dzikie i ogniste lilie chybocą 

roztrzęsione   parasolką   dzwoneczków,   brodate   drzewa   rozpłomieniły   się 

pióropuszami kwiatów imbiru. Tulą się pod kamieniem purpurowe grzyby, jaką 

truciznę kryją w swym wnętrzu?

Gdy siedzę na płaskim głazie u wrót naszego domu, mam przed oczyma 

background image

dżunglowe chaszcze, zakręt ścieżki, szeroką otwartą dolinę, łańcuch gór i niebo. 

Więcej   już   nic   się   nie   mieści   w   granitowych   ramach   obrazu.   Czułam   od 

pierwszej chwili, że ten kąt na Ziemi stworzony został dla nas specjalnie przed 

wiekami   i   czekał   naszego   przybycia.   Teraz   odwdzięcza   się   nam   swym 

niewysłowionym pięknem.

Na jasnej zieleni leśnych wyrębów przycupnęły wioski dzikusów, niżej, 

wyżej, rozrzucone aż pod szczyty, tam zjawia się słońce wcześniej niż u mnie, 

tam długo po zmierzchu płoną ognie, gdy na zapatrzone na świat oczy szary 

mrok zapada.

W nocy  cały  las płonie elektrycznym światłem.  To nie  księżyc,  który 

złośliwie przewrócił się do góry nogami i łypie w dół, nie gwiazdy rozrzucone 

po nieboskłonie, a skromny robaczek świętojański. Jest ich dwóch braci, a każdy 

z   nich   ma   bardzo   liczną   rodzinę,   jedna   partia   spaceruje   po   trawach,   ziemi, 

drzewach,   świeci   spokojnie,   druga   ma   podniebne   aspiracje,   lata,   zapalając   i 

gasząc na przemian reflektor. W gąszczu czarnym nagle błysną ślepia, myślisz, 

że to tygrys, ślepia gasną, by po chwili znów zabłysnąć wysoko wśród konarów 

drzew, zawisnąć pośród próżni nocy.

Niedźwiedź   wstaje   pierwszy...   w   noc   głuchą,   gdy   ptaki   śpią   jeszcze. 

Przeciągnie się, pazury naostrzy. Towarzystwo w namiocie śpi smacznie, a miś 

głodny przecież i bawić się chce. Cóż, skoro nikt do zabawy nieskory, dalej 

gryźć hełmy, banany, ustniki niebacznie pozostawione poza blaszaną puszką. O 

siódmej rano, gdy budzi się i wstaje cały dom, przerażonym oczom ukazują się 

zniszczenia,   jak   gdyby   dziesięć   niedźwiedzi   baraszkowało   w   obejściu.   Thai 

zmyka co tchu na drzewo, wie, że będą baty, ale co się napsociła, to jej! A niech 

tam, niech niszczy, maleństwo, co jej się podoba, nowy dzień wstaje.

Niedźwiedź wstaje pierwszy

Wątpię, czy twoja matka niedźwiedzica miałaby tyle cierpliwości dla tak 

kapryśnej i rozpuszczonej córki. Byłaś łakoma, niecierpliwa, przekorna, uparta, 

samolubna, ale też dzielna, zaradna i przekomicznie dziecinna. Czasem tylko 

background image

przychodziły złe dni, robiłaś się dzika i drapieżna. Zapach surowego mięsa i 

cuch nieświeżej ryby, czasem blask księżyca budziły ten zew. Ale złe dni, jak 

niespodzianie przychodziły, tak mijały, a miłość zawsze wzrastała. Przyjemnie 

było  wieczorem wtulić  twarz  w  twoje  jedwabiste  futerko   pachnące  dżunglą. 

Moje maleństwo, wtedy było nam naprawdę dobrze razem.

A   czy   pamiętasz,   mały   głuptasie,   mego   papierosa?   Nie   wiem,   co   cię 

bardziej   podniecało   do   niecnych   napaści,   czy   zapach   tytoniu   i   dymu,   czy 

błyszczący ogienek. Z wrodzonym niedźwiedzim wdziękiem przyduszałaś łapą 

ogień,   nie   troszcząc   się,   czy   robisz   to   na   mojej   twarzy,   ubraniu,   dłoni,   i 

zachwycona byłaś zawsze, gdy zgasić papierosa się udało.

Gdy przyszła pora deszczów, zaczęłaś szamotać się na czubie drzewa, 

łamać gałązki, zgniatać i ukręcać, aż wreszcie ległaś z radosnym „wuufff” we 

własnym   gnieździe   niedźwiedzim.   Nazajutrz   gniazdo   okazało   się   nie   dość 

wygodne, bo znów łamanie i szamotanie się energiczne nie dały mi ani pisać, 

ani czytać w spokoju. Siadłam wtedy po cichutku i obserwowałam, co robisz, a 

ty pracowałaś bez wytchnienia nad dachem w kształcie parasola. Od tej chwili 

gniazdo było ulubionym miejscem poobiednich drzemek i wylegiwania się.

Pierwszym twym przysmakiem był ryż ze słodkim mlekiem. Staś stawał 

na kamieniu z garnkiem w ręku, a ty wspinałaś się na drugi kamień, stawałaś na 

dwóch łapach z mordką wzniesioną do góry i śpiewałaś pieśń głodu głosem tak 

rozdzierającym,   że   uszy   zatykałam   z   żalu.   Zazwyczaj   siedziałaś   grzecznie 

naprzeciw   Stasia,   wpatrując   się   łakomym   wzrokiem   w   parujący   garnek, 

chłonęłaś smakowite wonie, aż któregoś dnia, czy zapach był nazbyt kuszący, 

czy cierpliwości ci nie starczyło, czy postanowiłaś spłatać figla, dość na tym, że 

zdecydowałaś sama sięgnąć po żer, skoczyłaś przez ogień i energicznym ruchem 

łapy strąciłaś garnek. Stało się. Krzyk przeraźliwy rozdarł mglistą ciszę dżungli. 

Niedźwiedź   oblany   wrzącym   ryżem,   osmalony   ogniem,   półobłąkany   z   bólu 

tarzał się po ziemi, tak trudno było ci pomóc, taka byłaś wściekła... a potem taka 

biedna   i   chora,   opatulona   szmatami   nasączonymi   oliwą,   ssąca,   popiskująca 

background image

żałośnie. Długo trwała kuracja, ale od tej pory nigdy już nie skakałaś w ogień i 

nie zrzucałaś garnka z maszynki.

Lubiłaś te włóczęgi po lesie

W   miarę   jak   rozkwitała   dżungla,   rozpoczęłaś,   niedźwiedzico,   swoje 

samodzielne   wyprawy   po   żer,   po   kwiaty   i   trawki,   po   mrówki   i   żuczki. 

Zaczepiałaś każdego, jelonka o potężnych szczypcach, trzmiela, ćmę olbrzymią 

jak dwie rozpostarte dłonie, skorpiony i śmierdzące pluskwy. Nauczyłaś mnie 

jeść kłącza bambusa i imbiru, odszukałaś dla nas maliny, lubiłaś te włóczęgi po 

lesie,   szłaś   swoim   szlakiem   podniebnym   z   drzewa   na   drzewo,   kasztany   i 

orzechy sypałaś mi jak grad na głowę.

Stał olbrzym brodaty bogactwem lian, rozpłomieniony kiściami kwiatów 

imbirowych. Na pień gruby i gładki jak heban wspinał się niedźwiedź, nieraz w 

pół drogi do szczytu obsuwał się i zjeżdżał w dół, by za chwilę znów uparcie 

piąć się w górę. Wreszcie przyszedł taki ranek, gdy Thai wdarła się na szczyt i 

obsypała mnie kwieciem czerwonym, wtedy jadłam imbir po raz pierwszy ku 

uciesze niedźwiedzia i Stasia, który z zasady nigdy nie jada nieznanych potraw. 

Początkowo   krzywiłam   się   i   plułam   nadmiarem   śliny   wywołanym   wściekle 

cierpkim smakiem, ale przyzwyczaiłam się i polubiłam ten przysmak.

Niedźwiedziu, czy słyszysz tam na drzewie

Innym razem niedźwiedź walczył z żukiem jelonkiem na drzewie, bił go 

łapami, a ten szczypał, siłowali się tak długo i zręcznie na tle białoczarnego 

pnia... w końcu żuk zwyciężył, Thai uciekła na ziemię, piszcząc i potrząsając 

łapą. Co dzień nowa przygoda.

Na kolanach otwarta książka, szerokie kremowe karty, nawet dedykacja 

własnoręczna autora. Niedźwiedziu, czy słyszysz tam na drze wie, dawno twoja 

pani nie miała takiego święta, pierwsza prawdziwa książka od wielu miesięcy. 

Wiesz, niedźwiedziu, ten pan nazywa się Somerset Maugham48 i kilka lat temu 

przejeżdżał   przez   naszą   dżunglę.   Co   powiesz?   Niedźwiedź   w   odpowiedzi 

spuścił gałąź na głowę i wtoczył się spasłym zadkiem na kolana.

background image

Wbrew utartym zwyczajom, wybierając się na długą włóczęgę po krajach 

pustyni i dżungli, nie zabrałam kieszonkowej ani nawet walizkowej biblioteki, 

by   na   postojach   żywić   ducha   jakimś   klasykiem,   romantykiem   czy   poetą. 

Wzięłam rozbrat z wygodnym łóżkiem, stołem nakrytym i suto zastawionym, 

łazienką, a także biblioteką. Nawet chwilowe tęsknoty za tymi rzeczami dają 

jeszcze   silniej   odczuć   kontrast   między   szerokim   życiem   barbarzyńskiego 

dzikusa a szarą nudą konwencjonalnego życia względnie dobrze wychowanej 

panny dwudziestego wieku. Nie czuję potrzeby książek, wszak księgę dżungli 

czytam każdego dnia od pół roku.

LIST Z DOMU

W   strumyku   szczotką   ryżową   myję   ręce,   prostym   mydłem   zdrapuję 

dokładnie   i   długo   brud   ze   zniszczonej   skóry.   Miałam   niegdyś   takie   białe   i 

kobiece   dłonie,   a   dziś?   Strupy,   zadry,   atrament,   odciski   od   noża,   paznokcie 

czarne, starte na skos o rondle, jeden palec żółty od nikotyny, na drugim kora od 

skrobania kartofli, tarka chyba jest miększa w dotyku.

- Tą rączką panienka nie robi nic, grymasi tylko na służbę, u rodziców w 

puchach   hodowana...   panienka   wyjdzie   za   mąż   za   chłopca   nie   z  tych  stron, 

widzę liczne potomstwo. Panienka ma w oczach wór brylantów.

Jakże to było dawno, gdy stara Cyganka przyszła do dworu i wróżyła 

piętnastoletnim panienkom z dłoni. Cóż dziś warte twe wróżby, Cyganko?

Odświeżona źródlaną wodą nawlekam brudne łachmany, spodnie ongiś 

błękitne,   bluzka   dawno   temu   biała,   kożuch   cytrynowy,   a   sweter   rudy.   Dziś 

patyna szarego brudu na cerach, łatach, dziurach, wyglądam niczym świniarek z 

bajki i podobnie jak on, nie mam koszuli. Cóż się dziwić, pierwszego września 

ogłosiliśmy bankructwo, skończyły się honoraria nadsyłane z prasy, ostatni list 

pieniężny z domu dotarł w kwietniu, w kieszeni pozostały dwie annah, te same 

co na pustyni Beludżystanu.

Jeszcze przez tydzień mamy co jeść i po trzy papierosy dziennie zostało. 

Ale przecież szczęśliwi czasu nie liczą, żyją jak ptaki, czasem od poczty do 

background image

poczty, czasem od niedzieli do niedzieli, zależy od fantazji i przypadku.

-   Chleba   naszego   powszedniego   daj   nam   dzisiaj...   -   modlił   się   mały 

brzdąc. Teraz duży powtarza te same słowa modlitwy, ale wie już, że Anioł 

Stróż nie przyniesie gwiazdki z nieba i chleb nie jest powszedni, najwyżej raz na 

tydzień trafi się bułeczka cenniejsza niż ongiś baba wielkanocna. A niedźwiedź 

jeść musi dużo i smacznie, bo mały i łakomy... i my też troszeczkę.

Kazdego poranka wyruszamy w głąb lasu

Dzicy Ikowie przestali zbaczać z drogi pod moje wrota, nie przychodzą, 

patrzą tylko zdumionymi oczyma i dziwią się, że nie biorę od nich bananów ani 

pomidorów, ani jajek.

- Przypomną sobie, gdy znów puszka złotymi pajsami zabrzęczy - mruczy 

zaspanym głosem Stach.

Nafta nam się skończyła, toteż do listy codziennych zajęć, mycia naczyń, 

noszenia  wody, gotowania, sprzątania, wymiatania,  zabawiania niedźwiedzia, 

prania,   spania,   jedzenia,   pisania   i   wielu   innych,   przybyło   nowe   -   noszenie 

naręczy drewna i palenie ognia w kuchni. Każdego poranka wyruszamy w głąb 

lasu ścieżką wydeptaną przez lud dżunglowy, pierwszy maszeruje mój chłopiec 

z szerokim nożem w ręku i torbą na plecach, za nim galopuje w podskokach 

mały   niedźwiedź,   zamykam   pochód   wyposażona   w   worek,   pas   i   ręcznik, 

wszystko na drzewo. Ścieżyna wąska, roztrzęsione gałęzie zahaczają o ramiona i 

głowę,   chylą   się   kielichy   kwiatów   pod   stopy,   pachnie   mięta   miażdżona 

sandałem, rozlegnie się gdzieś trzask łamanych patyków.

Drzewa są tak mokre, że ze zrąbanego pnia woda kapie, kradniemy więc 

cudze   suszaki,   kto   je   ściął   i   kiedy   nie   wiemy.   Wzięliśmy   na   plecy   i 

rozpoczęliśmy marsz do domu, obdarci i brudni, obładowani drzewem. Życie 

jest   takie   powieściowe.   Nieraz,   stąpając   po   cierniach   stopą   złoconą   gliną, 

czernioną błotem, obutą w sandał spadający z pięty, czuję u tej pięty skrzydła, 

pomykam z głową pełną ambitnych myśli, nie zginając karku pod brzemieniem 

trosk i wiązek drzewa... dążę... byle nie za szybko... pośliźniesz się i siądziesz w 

background image

błocie, to już nie przenośnia, a rzeczywistość okropna. O, niedźwiedzico, znów 

wtoczyłaś się pod nogi!

Żyjemy  jakoś z  pomocą  bożą i siostry Assunty, jednak  Stach  jest tak 

blady, chudy i osłabiony, że drzewa nie ma sił narąbać, wciąż śpi, zimno mu, nie 

tylko osłabł z głodu, ale upadł na duchu z fatalnego samopoczucia.

- Stach, zrób herbaty, tak zimno.

Grzeje się przy ogniu, udaje, że nie słyszy, przypieka oładek49 kartoflany, 

zjemy   go   na   pół   do   herbaty,   dla   Thai   nie   mamy   nic.   Maleńka   boki   ma 

zapadnięte z głodu, węszy i piszczy żałośnie.

- Nie ma ryżu. Wyliż patelnię i marsz na drzewo po żołędzie.

Biedny niedźwiadek, cóż on winien, że los sprzągł go z naszą biedą.

Herbata   gorąca   parzy   wargi.   Chwilowo   jestem   syta.   Staś   śpi.   Thai 

popłakała trochę i także poszła spać. Na węglach pieką się placki z ryżu do 

wieczornej herbaty. Czemu w tak słoneczne dni musiała przyjść szara troska? Za 

dobrze nam było?

Nie zdawałam sobie sprawy, że można w dwie osoby z niedźwiedziem na 

utrzymaniu przeżyć cały miesiąc za trzydzieści złotych, a można! Trzeba tylko 

mieć dobrą ciocię pod bokiem. Mam szczęście do ciotek, gdy własne pozostały 

daleko, zjawiła się nowa w anielskiej postaci i mniszym kornecie.

-   Dość   bazgrania,   idź   do   cioci,   dawno   coś   nie   było   kościelnego   z 

koszyczkiem - powiada Staś, ubieram się więc, trzebię dżunglę z kwiatów i z 

naręczem begonii wędruję przez las. U progu chaty wita mnie Dianka, miły 

kundel.

- Pani w domu? Powiedz, piesku.

Pies szczeka radośnie i pędzi w podskokach. Siostra Assunta skończyła 

już lekcje, uśmiecha się na mój widok znad książki.

- Cóż tam w dżungli? Jakież śliczne kwiaty!

- Niedźwiedź zdrów i wesół przesyła ukłony, mój chłopiec także. Śliczny 

jest świat.

background image

Popijam kawę z palonych kasztanów, zajadam biszkopty własnej roboty, 

żółte banany z ogródka klasztornego i opowiadam, jak minęły nam ostatnie dni, 

co się zmieniło w domu, o dzikusach Iko, ich obyczajach i przesądach.

Złote serce ma moja ciocia, zawsze namawia, bym jadła więcej i nigdy ze 

mną nie je, bo reguła zakonna na to nie pozwala. Nie chcę drugiego banana, 

wezmę dla mojego chłopca do kieszeni, o ile można. Uśmiecha się, przegląda 

moje zeszyty.

- Tyle słów. Boże, ileż języków na świecie - szepce.

Uderza   dzwon   w   kaplicy,   siostra   składa   robotę   i   idzie   na   różaniec. 

Skrzypnęła furta, u progu kościoła rzucam ostatnie spojrzenie na jasną postać.

- Dobranoc. Dianka, marsz do domu!

Biegnę,   unosząc   zeszyty,   promienny   uśmiech   i   paczkę   bananów   z 

ciastkami. Nazajutrz rano zjawia się pokorny służka kościelny, w ręku niesie 

śliczny koszyczek, a w nim same niespodzianki, chleb w formie babki, szpinak, 

sałata, pietruszka, fasola, pomidory i kartofle. Ależ będzie pyszny obiad!

Zawsze, w najbardziej zapadłym i zapomnianym zakątku świata znajdą 

się ludzie dobrzy i prości, którzy w najtrudniejszej chwili pośpieszą z pomocą i 

uśmiechem, w ich opiece i serdeczności jest ciepły refleks dziecinnego pacierza, 

matczynego pocałunku na dobranoc.

Mój chłopiec poszedł rano na pocztę. Skrobię kartofle, przekomarzam z 

niedźwiedziem, idę po wodę do strumienia... wracając, słyszę z daleka, że ktoś 

drzewo rąbie przy domu.

- Jest coś? - pytam.

Stach kręci głową w odpowiedzi. Smutno...

Stawiam   bańkę   z   wodą   i   wracam   do   namiotu,   już   mam   siadać   na 

skrzynce, gdy w oko wpada mi list z czerwonym znaczkiem.

- Co to?!

Święto! List od Mamy, pierwsza od kwietnia korespondencja z domu, 

niczym zastrzyk energii, uporu i siły. Porywam i rozszarpuję kopertę, nic już nie 

background image

istnieje, tylko ten list. Czytam raz, drugi, trzeci, po południu, wieczorem, w 

nocy, nacieszyć się nie mogę, słońce rozbłysło w duszy, jakby nastał koniec 

pory deszczowej.

Niedźwiedź pomrukuje przez sen, łypie okiem, nos wsadził w nogawkę, 

dobrze mu, ciepło. Opowiadam mu do snu, że babcia w Polsce poleciła zostawić 

go   w   dżungli,   bo   jest   niegrzeczny   i   kupki   robi   w   namiocie.   Mruczy: 

„Nieprawda, tylko siku i to jedynie, gdy deszcz pada”. Mości się na kolanach i 

obejmuje łapami za szyję, pocieszny smarkacz. Robi się taki tłusty i duży, nie 

wiem, jak wsadzimy go do wózka za miesiąc, ale zdecydowani jesteśmy nawet 

związać i siłą wziąć w razie potrzeby. Nie może pozostać sam, Ikowie zjedliby 

go nazajutrz po naszym wyjeździe. Ostatnio o cztery mile od Loi Mwe zdarzył 

się wypadek tragiczny, niedźwiedź podżerał chłopu rosnącą za chatą kukurydzę. 

Zniecierpliwił się wieśniak, zebrał sąsiadów i zaczaił w dżungli. Wtedy nagle i 

niespodziewanie spotkali się obaj, chłop i niedźwiedź, na zakręcie ścieżki i obaj 

wpadli w panikę. Chłop strzelił, ale spaliło na panewce. Niedźwiedź ruszył do 

ataku, objął w pół, obalił, podrapał, ugryzł i zbiegł. Długo leżał chłop, nim 

sąsiedzi go znaleźli i zabrali do szpitala. Wdała się gangrena, nie ma biedak 

połowy   twarzy,   nawet   jeśli   wyżyje,   ludzi   będzie   straszył.   Wszyscy   tubylcy, 

wszystkie   siostry   przerażone   tym   wypadkiem   błagają,   bym   zlikwidowała 

naszego niedźwiedzia co prędzej.

-   Niedźwiedź   zostanie,   pojedzie   z   nami   na   kraj   świata,   basta   - 

odpowiadam.

Komu byśmy gotowali, na kogo krzyczeli, z kim bawili, o kogo martwili? 

O tym jakoś nikt nie pomyślał.

Stach włożył okulary, siadł jak żaba na posłaniu i pisze list do mojej 

mamy,   bilans   za   1934/35   -   buchalterię   podróży   prowadzi   bardzo   dokładnie. 

Kiedyś ten notes będzie miał dla nas wartość historyczną, dużo konkretniejszą 

niż moje reportaże.

Odłożył papiery, umył się, ogolił

background image

Odłożył papiery, umył się, ogolił i udał do księdza pożyczyć jedną rupię. 

Wygnałam   niedźwiedzia   do   dżungli,   wyszperałam   z   pudła   wszystkie   puste 

puszki   po   papierosach,   z   dna   każdej   wydłubałam   trochę   kruszynek   tytoniu, 

skręciłam kulkę i zapaliłam w fajce. Nareszcie sama. Co tu robić?

Należałoby   wykorzystać   ciszę   i   samotność,   popracować,   ale   pióro 

wypadło   z   ręki.   Całą   godzinę   zmarnowałam   na   rozmyślania,   jak   będzie 

wyglądał nasz prawdziwy dom.  Przyzwyczaiłam się do życia w namio cie i 

polubiłam   nasze   miejsce   w   dżungli,   coś   z   naszego   szczęścia   na   zawsze   tu 

pozostanie. Czasem myślę, że dobrze byłoby kupić ten wąwóz, wzgórze, moją 

ścieżkę w głąb lasu, ze dwadzieścia hektarów dżungli przeznaczyć na park, a na 

wzgórzu, gdzie święte miejsce, wybudować bungalow. Widok z tarasu byłby 

szeroki   i   jasny.   Dżunglę   otoczyłabym   wysokim   murem,   by   nie   chodził   ni 

człowiek z siekierą, ni słoń, rosłaby jak chce i kwitła dziko, ścieżką deptaną 

przedzierałabym się przez pajęczyny, kwiaty i trawy rosiste... jak teraz.

Ściezką   deptaną   przedzierałabym   się   przez   pajęczyny,   kwiaty   i   trawy 

rosiste

Zaszeleściło coś, to mysz wlazła na kuchnię i nerwową łapką chce uchylić 

pokrywę   rondla   z   ryżem.   Nie   dała   rady,   pokrywa   za   ciężka,   poszła   szukać 

okruszynek   na   ścieżce.   Dość   snów,   wspomnień,   marzeń,   trzeba   przesuszyć 

zawartość namiotu, na każdym krzaczku i kamieniu coś leży, wisi, przeganiam 

niedźwiedzia, by nie zniszczył nielicznych skarbów, robię pranie w strumieniu, 

przegląd wykazuje nowe straty: jedna sukienka spleśniała, fotografie posklejały 

się, w rękopisie zalęgły się białe mrówki, namiot pocięty w koronki... pleśń i 

robaki wymiatam, jak śmiecie.

Thai szamoce się w gnieździe, robi jakieś ulepszenia. Nie wiedziałam, że 

niedźwiedzie wiją sobie gniazda na drzewach, a może to tylko mój Drypuszek 

jest takim fenomenem, że szczeka jak pies, mruczy jak samowar, gdacze jak 

kura, gniazda wije jak wrona, drapie jak kot, zręczny jest jak małpa i grymasi 

jak bachor?

background image

Wieczór się zbliża, wreszcie wraca Stach. Dostał od księdza dwie rupie na 

opłaty   pocztowe   i   rupię   na   papierosy.   Zjadł   w   gościnie   kawał   mięsa   i   pół 

melona,   od   razu   lepiej   wygląda.   Palę   papierosa,   połykam   dym   i   mam   całe 

dwadzieścia   sztuk   jeszcze!   Thai   poczuła   kleik   ryżowy,   złazi   z   drzewa,   cała 

rodzina zasiada w krąg ognia do uczty. Co dzień jutrzejszy przyniesie?

Budzi się słońce, kwili ptak, gołębie i turkawki nawołują się po lesie, tak 

tłuste, że ledwie latają, ale mój chłopiec nie zabija, muszę więc pogodzić się z 

losem i nie zdradzać bardziej krwiożerczych instynktów. Dzisiaj poczta musi 

przynieść dobre wieści, jesteśmy w pysznych humorach przy śniadaniu, to jest 

zupie z lebiody z dodatkiem ryżu.

Zostaję sama  i czekam, aż Stach z miasta wróci. Przeszło pięćdziesiąt 

minut od chwili przyjazdu poczty mija, a mojego chłopca nie ma. Zaczynam się 

niepokoić, może ma jakieś trudności, może coś przyszło, choćby list. Wreszcie 

widzę go z daleka na przełęczy, wraca obładowany jak muł, rzucam zeszyt i z 

piórem w ręku wybiegam na ścieżkę.

- Masz, zjedz biskwity, obejrzymy fotografie.

- Więc są pieniądze?! - wykrzykuję.

- Nie, ksiądz pożyczył, ale jutro najdalej będą.

- Tłumacz wszystko po kolei.

- Otóż przyszedłem na pocztę - wyjaśnia - a tu mi mówią, że jest list do 

mnie, Lloyds Bank z Rangunu w uprzejmych słowach zawiadamia, że do mojej 

dyspozycji ma dziesięć funtów i pyta co z nimi zrobić. Naturalnie z punktu 

łupnąłem   depeszę,   by   wysłali   ekspresem.   Poczmistrz,   poczciwy   Hindus, 

uradował   się,   obiecał   przysłać   natychmiast,   gdy   przyjdą,   ale   co   zrobić   z 

fotografiami,   których   od   tylu   dni   nie   wykupujemy,   a   nie   może   przetrzymać 

nawet   do   jutra,   bo   przepisy   nie   pozwalają.   Skąd   wziąć   dziś   pieniądze? 

Pożyczyłbym,  ale wszyscy  Anglicy w Loi Mwe tak biedni, że razem nawet 

trzydziestu rupii nie posiadają. Poczmistrz przejrzał przekazy i oznajmia: niech 

pan biegnie do księdza, otrzymał sto z czymś rupii dzisiejszą pocztą. Skrzydła 

background image

urosły   mi   u   ramion,   galopem  wbiegłem  pod   górę   i  jak   bomba   wpadłem  do 

księdza.  Niech   ksiądz  ratuje,  mam  pieniądze,   a  nie  mogę   zatrzymać  paczki, 

wołam od progu. Ksiądz ucieszył się, jakby sam list i pieniądze dostał z domu. 

Paczka już w ręku, naprawdę moja, wykupiona, oczom nie wierzę, a że jeszcze 

parę annah zostało, kupiłem na rynku cukier, sól, biskwity, mleko. Będzie uczta! 

Thai, mleczko! Nawet nie oszukali na cenie, biskwity staniały, więc od razu 

kupiłem dwie paczki.

Tajuszku, przynieś z wierzchołka najwyższego drzewa czerwone kwiaty.

- A tam biskwity... dawaj fotografie!

Rozdzieramy   paczkę.   Wysypują   się   przed   naszymi   oczyma   fotografie 

śliczne i niespodziewane. Te wyszły wspaniale, kilka na nic, jedna rolka zepsuta 

wilgocią,  właśnie  zdjęcia  z  Tajuszkiem,   nie ma   ratunku,  klisze  psują  się  od 

wilgoci.   Thai,   będziesz   miała   mleko,   tylko   nie   przeszkadzaj,   hej,   nie   bierz 

swego portretu do mordki.

- Staś, najmilszy, spleć mi po obiedzie koszyczek, zacznę zbierać jajka dla 

siostry Assunty.

To jej jedyna słabość,  jest przyzwyczajona trzy  razy dziennie wypijać 

surowe jajko, a tutaj często jajek brak, czuje się wtedy bardzo nieszczęśliwa, 

trochę   jak   ja   bez   papierosów.   Wszystkie   jajka   wykupię   i   dzisiaj   wieczorem 

pobiegnę do siostry podzielić się radosną nowiną.

- Tajuszku, przynieś z wierzchołka najwyższego drzewa czerwone kwiaty 

dla siostry Assunty.

„Hmmm, czego oni ode mnie chcą, jestem głodna...”

- Obiad gotów! - ogłasza Staś.

Co za pisk i mlaskanie  przy jedzeniu, Thai zjada dwa czubate  talerze 

kleiku ryżowego z cukrem i mlekiem, wylizuje rondel po naszej zupie, na deser 

gryzie na kamieniu skóry od melona... brzuch jak bania, zwierzę ledwie łazi, a 

my jak dwoje durni rozczulamy się, patrząc na szczęśliwego niedźwiedzia. Że 

też jednego dnia może się tyle zmienić, te dwa tygodnie biedy dzisiaj zdają się 

background image

być długim smutnym snem.

Z WIZYTA

Gdy   maszyny   drukarskie   rzucą   ten   strzęp   naszego   życia   na   szpalty, 

będziemy już w drodze albo u celu, ale nim to się stanie, całe długie sześć 

tygodni   będę   jeszcze   piekła   kasztany,   łuskała   orzechy,   łaziła   po   dżungli, 

wojowała z Tajuszkiem, nalepiała łaty na spodnie i dziczała w dżungli...

Dżungla  darzyła  nas  bogactwem  wszelakiego  owocu,  blaskami  słońca, 

gamą   barw   i   woni.   Służka   kościelny   co   parę   dni   wędrował   przełęczą   z 

czerwonym koszykiem od siostry Assunty. Katolik o nikczemnym charakterze 

dzikiego Wa podkradał papierosy i mleko wypijał po drodze, toteż za każdym 

razem obrywał od Thai porcję zasłużonych szturchańców.

W niedziele chodziliśmy na mszę i pisać na maszynie na ganku biura, w 

końcu zaczęliśmy bywać w mieście we troje... żeby niedźwiedź oswoił się z 

ludźmi i zmianami otoczenia przed wspólną wędrówką. Pamiętasz, Tajuszku, 

chóralny skowyt psów, kiedy wchodziłaś do osiedla? Jedyna Dianka chciała się 

z tobą bawić. Czy pamiętasz, niedźwiedziu, smak sałaty i obrywanie róż na 

rabatach,   gdy   twoja   pani   popijała   herbatkę   i   bawiła   gospodarzy   rozmową   o 

literaturze?   A  pamiętasz   naszą   wyprawę  do  PanTe,  wioski  zaprzyjaźnionych 

Ików?   To   była   najdłuższa   piesza   wyprawa,   niedźwiedź   pięty   miał   obolałe, 

zasapany odpoczywał na mokrej ziemi.

A wyprawa po kanadyjski kapelusz? Jeśli nie wspominasz dobrze wizyty 

w misji baptystów, sama jesteś sobie winna, zemściły się twe poranne psoty, 

rozkosz   darcia   i   patroszenia.   Któregoś   poranka   z   rozpaczą   ujrzeliśmy,   że   z 

naszych hełmów zostały strzępy materiału, tektury i korka. Jak tu z gołą głową 

ruszyć w drogę? Zdecydowałam, że dam radę. Miss Poland na rok 1935, obrana 

w kraju Thai i Iko z braku konkurencji i przetargu piękności, zdecydowała, że 

musi mieć turban z chusty i bambusowy kapelusz, duży, płaski, wspaniały, z 

blaszką otoczoną krążkiem czerwonym, będzie bardzo do twarzy, dostanę taki w 

Kengtungu bez problemu.

background image

W niedziele chodziliśmy na mszę i pisać na maszynie na ganku biura

Gorszy problem miał Stach, ten uparł się, że ani turbanu, ani kapelusza 

nie włoży, a że hełmów w tym kraju nie sprzedają, musimy zdobyć kanadyjski 

kapelusz,   jaki   pewnego   dnia   na   słonecznym   tle   dżungli   zajaśniał   na   głowie 

skauta z misji amerykańskiej. Przyszedł nas odwiedzić w imieniu kierownika 

misji   i   zaprosił   do   siebie   którejś   niedzieli,   a   my   niczym   oczarowani 

wpatrywaliśmy się w szerokie kresy wspaniałego kapelusza.

- Tylko taki.

- Za wszelką cenę.

- Choćby podstępem.

Gotowa jestem zeznać, że byłam skautką od urodzenia, nie palę, nie piję... 

i chcę się nawrócić na baptyzm. W niedzielę szorujemy się przez godzinę w 

strumyku i w południe ruszamy całą rodziną do garażu. Ubrana w skórę, grube 

pończochy do kolan i szoferskie rękawice zapraszam niedźwiedzia do wózka, 

chwytam   Tajuszka   i   podstępnie   zakładam   skrzyżowane   na   piersi   rzemienie 

uprzęży. Wrzeszczy, gryzie, drapie, tarza się po ziemi... parę mocnych klapsów i 

niedźwiedź poskromiony siada w wózku.

Mój chłopiec przetacza motor. Tajuszek oszalały ze strachu wyrywa się i 

wisząc w powietrzu, wyplątuje się z uprzęży, galopuje przez podwórko, znów 

trzeba go łapać, prosić, wabić na puszkę z mlekiem. Wreszcie motor rusza, ale 

stłamszony   niedźwiedź  dusi  się  w  rzemieniach,  wyrywa,  ryczy, wyje,  jęczy, 

jakby zadawano mu wymyślne tortury, wygięty w łuk drapie mi twarz, gryzie 

dłonie, szarpie  rękawy  płaszcza,  mam  biedactwo raz na  głowie,  to znów na 

przednim   łęku   wózka,   cała   jestem   umazana   własną   krwią   i   jego   brzydkimi 

wyczynami... ze strachu. Ręce mdleją, w końcu wołam:

- Stój!

Stach zdenerwowany staje. Biegniemy na szybki spacer... a tu krowy idą, 

niedźwiedzica, fukając, zmyka do wózka, gdzie na pocieszenie dostaje mleko z 

puszki. Ruszamy, znów to samo, wreszcie daję szkrabowi klapsa w łeb, pada na 

background image

wznak pod nogi i ciężko dyszy zmęczona. Po chwili wysuwa mordkę ostrożnie, 

rozgląda   się   i   wycina   nowy   atak   szału.   Z   rozwrzeszczanym   zwierzakiem   w 

objęciach podjeżdżamy pod zasobny dom misji, na wysokim ganku pojawia się 

pastor, wybiega sfora psów parszywych. Za nic tam nie pójdę z niedźwiedzicą, 

zostajemy w koszu. Stach rozmawia na ganku, w końcu ryzykuję przejście przez 

bramkę na ganek, gdzie Thai zwala się brzuszkiem do góry i sapie cichutko ze 

zmęczenia.   Gładzę   ją,   przemawiając   do   niedźwiedziego   rozumu   w   naszym 

wspólnym języku. Jest tak wyczerpana, że cały czas wizyty leży na grzbiecie, 

przebierając grubymi łapami.

Cały czas wizyty leży na grzbiecie, przebierając grubymi łapami

O czym tu mówić? O naszej podróży, o mojej pracy dziennikarskiej, o 

niedźwiedziu, o Loi Mwe, ale rozmowa jakoś się nie klei, może dlatego, że 

wciąż nam dokucza myśl o kapeluszu. Naraz lunął deszcz, droga zamieniła się w 

okamgnieniu w potok, nie mamy chwili do stracenia, jeżeli tej nocy chcemy 

spać we własnej chacie. Przy pożegnaniu małżonka pastora pyta, czym się żywi 

niedźwiadek. Wyliczam wszystkie wykwintne potrawy, zaznaczając, że szaleje 

za   chlebem,   który   ma   bardzo   rzadko.   Tak   oto   niedźwiedź   wyjechał   z 

bochenkiem świeżego chleba w torbie.

Deszcz zalewa motor, oślepia, leje się za kołnierz, w pończochy, obroża 

wyślizguje   się   z   rąk,   wrzask   przechodzi   w   spazm...   wreszcie   pod   Loi   Mwe 

motor gaśnie, wyskakujemy w błoto, w garażu odbywa się uroczystość zdjęcia 

więzów i wylizania puszki ze słodkim mlekiem. Radośni, zmoknięci jak kury 

wędrujemy do dżungli.

Przebrana w suche szmaty grzeję się w słońcu, niedźwiedź buja się na 

drzewie, a mój chłopiec przyrządza złocistą herbatę do niedźwiedziego chleba... 

nie   ma   jak   w   domu.   Wyprawa   mimo   wszystko   się   opłaciła,   zamiast 

kanadyjskiego kapelusza mamy chleb. Teraz z fajką w zębach znów snujemy 

marzenia o kapeluszu, a niedźwiedź zaklina pewnie w myślach, by nigdy już nie 

strzeliły nam do głowy takie pomysły, jak wożenie motocyklem z wizytą do 

background image

obcych ludzi...

Był dzień Matki Boskiej Zielnej, jasny, słoneczny, dżungla wygrzewała 

się w słońcu, schły drogi. Wtedy właśnie przyszło łożysko motoru aż z Madrasu. 

Rozpaliliśmy ognisko na kamieniu i do późnego wieczora piekliśmy kukurydzę. 

Gdy przygasał żar i dym smugami powlókł się przez trawy w las, stanęliśmy 

oparci plecami o największy z głazów. Takich gwiazd, jak te nad Wzgórzem 

Mgieł,   nie   ma   nigdzie   indziej   na   całym   świecie.   Nasze   własne   trzy   -   dwie 

większe to my i maleńka to Tajuszek. Kiedy dżungla będzie pławić się w słońcu 

i kwiatach, my odejdziemy stąd na zawsze, pomyśleliśmy i zrobiło się raptem 

bardzo   smutno.   Zdrętwieliśmy   w   chłodzie   nocy,   z   długiej   wędrówki   po 

niebieskim szlaku wróciliśmy w barłóg chaty, niedźwiedź zasnął zwinięty w 

kłębek.

NIEDŹWIEDŹ PODRÓŻNIK

Słoneczny   poranek,   niebo   wysokie,   błękitne,   w   jarze   szumi   potok. 

Smutny niedźwiadek i jego pani biorą ostatnią kąpiel w swoim strumyku. Leżę 

na   szmaragdowym   dnie   z   omszałych   głazów,   woda   płynie   przezroczysta   i 

zimna,   jaśniejsza   chyba   od   powietrza,   unosi   jedną   rękę...   drugą...   obok   na 

kamieniu   siedzi   niedźwiedź,   tylko   mokry   łeb   sterczy   nad   powierzchnię. 

Marudzą, parskają, zwlekają... może jednak coś się wydarzy i nie trzeba będzie 

ruszać na włóczęgę.

W jarze szumi potok

Lgnie koszula do mokrej skóry, mlaskają wymyte łapcie, glina ślizga się 

pod stopami, chwytam liany spadające z drzew, Thai bierze ze mnie przykład, 

także czepia się lian.

Dopalają się resztki chaty pośród dżungli. Ikowie zjawiają się niczym 

sępy. Podarta pończocha, puszki od konserw, może coś jeszcze znajdą? Mała 

Thai ostatni raz straszy dzikusów. Motor warczy, Ikowie jak stado spłoszonych 

ptaków rozbiegają się na strony. Ktoś woła z daleka, lasem idzie ksiądz, siostry i 

wszystkie   dzieci   ze   szkoły.   Jeszcze   nigdy   tak   liczne   delegacje   nie   żegnały 

background image

motoru. Niedźwiedź pokornie włazi do wózka, rozumie, że domu już nie ma i 

ciężki los włóczęgów nas czeka. W fałdach habitu siostry Assunty zostawiam 

kilka łez, w lesie za omszałym kamieniem kawałek serca, nie wiem, czy zawisł 

czerwoną szmatką na bambusowej rózdze, czy snuje się lekko jak pajęczyna 

wspomnieniem, a może zakwita drobnym kwiatuszkiem na zwalonym pniu w 

jarze, ale jest tam na zawsze...

Droga spada w dół, wiatr smaga twarz. Spod kół wzbija się bury pył i 

wypryski czarnego błota, na zakrętach szeleszczą suche liście, wszędzie tyle 

słońca, tańczące plamy cieni, znów mijamy wioskę, to już ostatnia w dolinie, u 

stóp Wzgórza Mgieł. Hen, za grzebieniastym garbem zjeżonym szczotką lasu 

jest nasz kąt. Żegnaj, najpiękniejsze królestwo gór i dżungli! Tam przeżyliśmy 

pół   roku,   a   może   pół   dnia?   No   cóż,   jesteś   gotowa,   niedźwiedzico?   Obie 

pocieszamy się orzechami z dużego wora.

Szlak raz szeroki z rozmachem,  to znów wąski tak, że chcąc czy nie, 

trzeba  się   kąpać  w  kałużach.  Motor  staje,   robota  idzie   składnie,  gruntujemy 

głębokość, wparci mocno ramionami pchamy naprzód, budujemy pierwszy most 

z długich dyli bambusowych, dyle łamią się, gną, uciekają w głąb bagna, motor 

jęczy, nie ma sił, by skoczyć naprzód, lewary łamią się jeden za drugim.

Traktem ciągną juczne karawany z Yunnanu, złe wieści niosą, mówią, że 

drogi rozmyte, zalane, mosty zerwane, koń z trudem przedziera się przez bagna, 

motor nie przejedzie, szans nie ma.

Niedźwiedź   zjadł   wszystkie   orzechy,   wysunął   cztery   łapy   przez 

drewnianą   kratę   i   siedzi   smutny,   wygląda   jak   karzełek   zakuty   w   dyby.   Nie 

piszcz,   maleńka,   wiem,   że   ci   strasznie   nudno   w   ciasnej   klatce   i   tyle   kupek 

zrobiłaś pod siebie, brudasie. Zaraz twoja pani upora się z błotem i przyjdzie.

Nora buduje się szybko, stara, znana, własna. Układam strzępy i frędzelki 

tego, co parę dni temu jeszcze było grubym ciepłym kocem. Drypuszek włazi na 

głowę, zaczyna swój taniec namiotowy, ale tym razem krótko trwały zabawy, 

podłożył łapę pod głowę i śpi jak zabity, nawet nie zjadł kolacji. Szumi herbata, 

background image

sapie   zmęczone   niedźwiedziątko,   huczy   potok,   śpiewa   dżungla,   w   ciasnym 

kręgu   naftowej   lampy   majaczy   olbrzymi   cień   motoru.   Zrobiliśmy   dziś   całe 

dziesięć mil, pieszo posuwalibyśmy się szybciej. Może jutro będzie lepiej i w 

niedzielę dobijemy do Mong Pyak... opada zmęczona ręka.

Budzę się przed świtem i nastawiam herbatę na maszynce. Przed progiem 

buty,   nieumyte   z   wieczora,   zastygły   w   dziwaczne   kształty   gliniane.   Thai 

wypoczęta, radosna, głodna, nie czeka, aż podadzą, jest cała nieomal w rondlu, a 

gdy   już   się   najadła,   popędziła   napić   się   do   źródełka.   Strasznie   zabawnie   to 

wygląda, toczy się kula, wyrzucając zadek w galopie, nos cały czas trzymając 

przy ziemi. Wiatr gałęzią poruszył, skacze w bok, po chwili wyłazi z traw, szuka 

znów   moich   śladów,   niepewna   zawraca,   znów   biegnie,   rozpędza   się   tak,   że 

wpada  wprost  na mnie   i przestrasza   się  okropnie,  fuka  ze  złością,  teraz  nie 

odstępuje na chwilę, głuptas miły, maleńki.

Szlak raz szeroki z rozmachem, to znów wąski.

-   Niedźwiedziu,   może   rzucimy   ten   kram,   pójdziemy,   czając   się,   jak 

przystoi zwierzowi, tam w górę aż do nieba? Cichutko po wilgotnym mchu, w 

zwarty mrok boru, chodź, przecież lubisz wąchać i jeść pachnące kwiaty, pić 

rosę z kielichów dzikich lilii.

Boso idę po rosie, po trawie zimnej i miękkiej, jest nieziemsko cudnie.

W   głuchym   i   mrocznym   lesie   jar   głęboki,   w   miejsce   mostu   dwie 

spróchniałe   belki   najeżone   gwoździami   chwieją   się,   trzeszczą   pod   ciężarem 

człowieka.   Rozglądam   się   bezradnie.   Nasłuchuję.   W   głębi   boru   monotonnie 

stuka topór.

- Hej, ho! - wołamy.

W   końcu   maszync   wbija   się   brzuchem   wózka   w   stężałą   w   słońcu   na 

kamień glinę

Stukanie  przycicha, po  chwili rozchyla  się  gąszcz,   wychodzi  z zarośli 

trzech dzikusów. Drapią się po głowach i zastanawiają. Chwytają belki, wiążą 

lianami, zawisają szyny nad przepaścią, trzeba podtoczyć motor, przymierzyć. 

background image

Rozstęp jest zbyt szeroki... już widzę. Klękam w błocie, szepcąc Pod Twoją 

obronę zbielałymi ustami... chwile przeciągają się w wieczność, belki trzeszczą i 

uginają się w łuk, szyny bambusowe tańczą, Drypuszek zamknięty w wózku i 

mój chłopiec zawieszeni nad głębokim jarem... Ostatni zryw, gdy koła traciły 

już grunt, motor wżera się w garb krzywego nawisu... przeszedł!

Przerzedza się dżungla, wyjeżdżamy na szeroką dolinę, jak okiem sięgnąć 

grube   grudy   gliny   wymieszane   racicami   wołów,   przeorane   kołami   wozów. 

Motocykl   rozpoczyna   taniec,   a   ja,   potykając   się,   biegnę   z   tyłu,   doganiam, 

podpieram. Gdy w końcu maszyna z charknięciem wbija się brzuchem wózka w 

stężałą w słońcu na kamień glinę, wszyscy ruszamy łupać grudy. W jakiegoż 

robotnika drogowego zamienia się nasza niedźwiedzica, cóż to za praca gorliwa, 

mieszanie   gliny   łapami,   wyrywanie   kamieni   z   rąk,   z   żółtym   nosem,   okiem 

podmalowanym bojowo pierwsza jest w podrygach i skokach...

Wyłania się wieś, za nią schron dla podróżnych, majdan darni wytartej 

postojem licznych karawan i droga urwana nad brzegiem szerokiej rzeki. W tej 

rzece   bezimiennej   toną   plany   dalszej   podróży   tego   dnia.   Ujechaliśmy 

siedemnaście mil i trzeba stanąć, niedźwiedź już strasznie płakał i my zmęczeni, 

pchanie w błocie jest ponad nasze siły, mięśnie odwykły, a ja nigdy przecież nie 

byłam siłaczką.

Rozbijamy namiot na wymiętej trawie. Cała wioska zwala się na brzeg, 

kobiety, dzieci, chłopi przyglądają się, niedźwiedź tymczasem nie traci czasu, 

jakże on lubi wzbudzać popłoch i zamieszanie, wypłasza kury z gospodarstwa, 

gania za dzieciakami, w końcu wykrada ryby z wózka i zmyka ku drzewom... 

mój chłopiec dopadł łobuziaka, wydarł ryby, choć nie wszystkie. Thai, mrucząc 

jak   dziki   zwierz,   żre   swoją   zdobycz,   siedząc   na   najwyższej   gałęzi,   my 

tymczasem łamiemy sobie głowy, z czego most zbudować. Mieszkańcy wioski 

ostentacyjnie odmawiają pomocy, naradzają się długo, w końcu oświadczają, że 

zbudują,   ale   za   opłatą   -   dziesięć   rupii.   Oferujemy   dwie,   nie   zgadzają   się. 

Dobrze,   sami   zobaczycie   jutro,   jak   sobie   damy   radę,   musimy   tylko   trochę 

background image

odpocząć. Spokojnie kładziemy się spać.

Następnego dnia o świcie cała wioska zjawia się przed naszym namiotem. 

Most staniał przez noc do czterech rupii, ale my dziękujemy za pomoc i sami 

bierzemy się do pracy.

Przy schronie leży ociosana belka, długa, mocna, to będzie szyna pod 

motor, bambusy utrzymają wózek. Belka ciężka na dziesięciu chłopa, ale my 

wiemy, jak ją przetaszczyć nad wodę, potoczy się po rolkach bambusowych. 

Gdy   tylko   zabieramy   się   do   pracy,   zaraz   cała   wioska   rusza   szturmem   do 

pomocy, chwytają belkę, przenoszą na ramionach, przetaczają po niej motor, 

przenoszą wózek nad wodą, szybko idzie i sprawnie. Ile się należy? Nic. A 

jednak dostali od nas dwie rupie.

Nastaje  niedziela. Kiedyśmy  przeszli  przez rzekę, rozpadał się deszcz. 

Ten tylko wie, co mogą niewinne krople deszczu, kto brnął przez dżunglowe 

szlaki, z każdej pochyłości płynie woda, miękną stare błota, we wgłębieniach 

powstają inne, wciągają, puścić nie chcą. Do zmroku zrobiliśmy jedną milę.

Droga wije się nad urwiskiem tak wąska, że miejsca nie ma na obóz, 

zresztą nikt nie przejedzie, więc spokojnie rozbijamy namiot wśród błota, w 

połowie zbocza, tam gdzie motor stanął akurat i nie mogliśmy uciągnąć go dalej, 

koła   i   stopy   ślizgały   się   równocześnie.   Przemoczony   do   cna   niedźwiedź 

powrócił z gęstwiny. Od trzech dni korzysta z beztroskiej swobody, ani razu nie 

jechał w wózku, właził, co prawda, ale dla zabawy, żeby pokazać, że już wie i 

umie, no i przy okazji podkraść z luku wędlinę.

Krople kapią z dachu na posłania, namiot cały dziurawy, podłoga rozeszła 

się na pół, dżungla zżarła nasz dom, Thai pomagała gorliwie. Do następnej nocy 

robimy znów jedną milę. Właściwie przenosimy namiot z jednego zakrętu rzeki 

na drugi.

Ileż   jeszcze   tej   męki   przed   nami?   Buty   pełne   pijawek   grubych   jak 

parówki, pokrwawione ręce grzebią w cuchnącym bagnie drogi, każda piędź 

ziemi   zdobyta   krwawym   potem,   dosłownie   wydarta   pazurami,   wymieszana 

background image

nogami, sprawdzone dno błota, możliwość zdobycia kamieni, bambusów, mat, 

wyglądamy jak ulepieni z błota, pchamy rękoma, ramionami, brzuchem, leżąc, 

klęcząc,   padając,   jak   się   da,   nogi   ślizgają   się,   zapadają   po   kolana.   Stach, 

grzebiąc w błocie zardzewiałym świdrem, przebija dłoń do kości, innym znów 

razem przejeżdżając przez potok na pełnym gazie, parzy sobie nogi do ran, gdy 

woda bryzga na rozgrzany motor.

Są i schodki, poprzeczne wyrwy, gdzie mój chłopiec, siedząc w błocie, 

palcami   za   szprychy   przekręca   przednie   koło,   a   ja   pcham   na   obrót   każdej 

szprychy. Ileż razy brakuje sił, motocykl obsuwa się w tył i cała praca idzie na 

marne. Czasem muszę patrzeć, jak Stach obrywa trzewia samemu, ciągnąc na 

lewarze cały motor, a ja pośpiesznie podkładam kamień albo drąg wcześniej 

przygotowany.   Kiedy   motocykl   przechodzi   na   względnie   suchy   grunt,   Stach 

pada w błoto półżywy ze zmęczenia  albo rąbie drzewo, by za chwilę znów 

budować. Wtedy idę na zwiady...

Siedzi chłop z fajką na progu chaty. Pytam, czy ma ryż, kręci głową. 

Pokazuję pieniądze. Wychodzi stara baba z chaty, gada, że przednówek i ani 

ryżu, ani jajek nie mają. Siadam w progu, nabijam fajkę i patrzę na drogę tak 

samo filozoficznie, jak dziad, czekam, aż się namyślą.

Po chwili baba zbiera resztki  ze wszystkich worków, przynosi miarkę 

ryżu, chce cztery pajsy... drogo. Kładę monetę na dłoni chłopa i wracam. Droga 

coraz dłuższa, pot cieknie, bosa noga boli w kostce, wlekę się coraz wolniej, 

byle   nie   stanąć,   bo   wtedy   klapnę   w   trawie   i   nie   wstanę.   Łapcie   odmawiają 

służby,   urwał   się   wierzch   sandałów,   na   jednej   nodze   mam   trzy   podeszwy, 

sznurki nie mogą utrzymać strzępów w kupie, idę jedną nogą bosą, łapeć idzie 

obok, człapiemy razem, trochę kulejąc.

Widzę Stacha, Thai i motor, w dole przy strumieniu, ale nie mogę zejść, 

zbyt   daleko,   sił   brakuje.   Wołam,   ale   Stach   nie   słyszy,   za   to   Drypuszek 

zaniepokojony   dostrzega...  po  chwili  przychodzą  oboje.  Stach   zabiera  ryż,  a 

niedźwiadek udaje, że czymś bardzo zajęty, a wiem, jak rad jest, że mnie widzi.

background image

- Niedźwiedziu, obiad podany!

Oddaję mu pół talerza zupy w nagrodę za niedźwiedzią czujność.

A niedźwiadek udaje, ze czymś bardzo zajęty

Trzeba   ruszać   dalej.   Ale   po   co?   Tyle   błota   przed   nami,   kiedyś 

wyjedziemy na szosy asfaltowe, wrócimy do ludzi i ich wielkich miast... czy 

warto?   Mogłabym  mieszkać   w   tej   dżungli   życie   całe.   Strumień   szeroki,   nie 

wyschnie   nawet   w   czas   suszy,   jar   niedostępny,   na   zboczu   wzgórza   szałas, 

dżungla   wspaniała,   wysokopienna,   roztrzęsiona   pióropuszami   bambusów, 

poszyta, splątana, otula cały świat, skrawki nieba jedynie prześwitują. Cóż nam 

zastąpi szczęście tych dni?

Trzeba ruszać dalej. Ale po co? Tyle błota przed nami.

- Thai, chodź maleńka...

Wysoko ponad nami rozczochrany krzak bambusa i mały niedźwiedź na 

nim, udaje, że nie słyszy wołania, woli się huśtać na wietrze, a może naprawdę 

nie słyszy.

- Ja idę, Thai.

Śniadanie   zjedzone,   motor   spakowany,   a   Tajuszek   nie   chce   zejść. 

Musimy jechać, mój chłopiec już się niecierpliwi, motor odległym terkotaniem 

woła na szlak.

- Thai, dowidzenia...

Zawracam na pięcie, kapelusz mocniej na łeb nasuwam.

- Thai, chodź, ja idę, już nie wrócę... Thai...

Raz   jeszcze   obejmuję   spojrzeniem   zakręt   przecudny,   wysoko   w   górze 

wiatr gna baranki obłoków, czernieje na rozchybotanym bambusie niedźwiadek 

beztroski i nieuchwytny.

Thai, wtedy widziałam cię po raz ostatni.

ŁZY SAME PŁYNĄ

Cisza... cisza... szumi tylko Nam Lo w dole. Motor utknął znów w błocie, 

podepchnęliśmy razem, ale nie wsiadłam do wózka, muszę zostawić ślad dla 

background image

niedźwiedzia. Ciężko iść, choć droga sucha. Wołam, może Drypuszek biegnie 

dżunglą,   ona   to   potrafi.   Kiedy   skończę   ciężką   pracę,   wrócę   po   ciebie, 

niedźwiadku, siedź grzecznie w lesie do wieczora, tak, jak zazwyczaj robisz, 

Kruszynko.

Słońce chyli się ku zachodowi, gdy mijamy obóz roboczy na drodze, a w 

nim ze dwudziestu Iko. Thai będzie się bała ludzi, nie przejdzie tędy sama, 

cofam się więc, siadam i postanawiam czekać, wracać ani wstać nie miałam siły.

- Thai, już idę - szepcę tylko.

Jak   długo   tak   trwałam,   nie   wiem,   ocknęłam   się,   gdy   zjawił   się   mój 

chłopiec.

- Thai nie przyszła. Ciężkie miałeś błoto?

- Tylko kilkaset metrów, niedaleko jest misja, może o milę stąd. Wioska 

niewielka, ale orzechy mają i banany.

Stach kładzie się na skarpie, będzie czekał naszego powrotu, a ja ruszam 

na spotkanie Tajuszka.

- Thai, już mrok zapada, odezwij się, gdzie jesteś? Drypuszku, robaczku, 

maleńka, Thaaiii... - wołam, mówię, proszę, przypatruję się każdemu krzewowi, 

wciąż wydaje mi się, że niedźwiedź jest w pobliżu.

Cisza... księżyc wstaje wczesny, srebrzysty, jar zieje pustką, niedźwiedzia 

nie ma. Minęłyśmy się w drodze czy zasnęłaś na drzewie i nie słyszysz? W 

gardle duszą łzy, mój mały niedźwiedź tak boi się nocy księżycowych. Dołem 

wzdłuż Nam Lo przedziera się zwierz i ryczy coraz bliżej. Przyspieszam kroku, 

choć ledwie powłóczę nogami. Thai, jeśli jesteś blisko, uważaj, ten tygrys cię 

zje, jesteś tłusta i bezbronna.

W małej plebanii na wzgórku podają nam obiad z kilku gorących dań. 

Pokój, łóżko i koc czekają w oficynie. Wyjmuję z wózka rondel z zupą dla 

niedźwiedzia, otwieram szeroko okna i drzwi. Wróci, obwącha motor i trafi 

wprost do łóżka. Stach mówi, że Thai śpi na drzewie, boi się zejść i dopiero 

przed świtem ruszy po tropie. Zasypiam, tonąc we łzach.

background image

Widziałam, jak mój niedźwiedź toczy się drogą po śladach, uskakuje w 

krzaki, jest już na łęgu, na zakręcie, ileż ostrożności wykazuje, by przecisnąć się 

przez   obóz,   przyczaił   się   pod   wielkim   drzewem,   czuje   obcych   ludzi,   naga 

ścieżka   prowadzi   na   wzgórze.   Zaszurgały   pazury   na   cementowym   ganku, 

ostrożnie przez próg wsuwa swój łeb, węszy, wspina się na łapach do łóżka, 

gramoli, już na twarzy czuję zimny wilgotny nos, przytulam futerko... nie, to 

tylko   poduszka   od   łez   mokra.   Siadam   na   łóżku.   Noc   głucha.   Nie   ma 

niedźwiedzia. Może teraz właśnie budzi się w dżungli i zaczyna wędrówkę? 

Wyszłam na przedpole zimne, mroczne i mgliste. Łzy same płyną.

Wstaje   słońce,   Thai   nie   przyszła.   Kupujemy   w   wiosce   orzechów   cały 

worek, kiść bananów, biorę kobiałkę, nóż, pióro i papier, pójdę i będę czekać aż 

do   zmroku.   Ludzie   miejscowi   pewnie   do   dziś   jeszcze   opowiadają   sobie   o 

wariatce i jej niedźwiedziu, szła przez las całe pięć mil, rozmawiała, prosiła, 

wołała,   jeden   raz,   drugi,   trzeci...   pięć   razy   przedeptała   szlak,   gubiąc   łzy   po 

drodze.

Stoję na ostatnim zakręcie, skąd widziałam ostatni raz niedźwiedziątko. 

Bambus nad moją głową chwieje się lekki i pusty, u moich stóp widzę wyraźny 

ślad w błocie. Biegłaś i zawróciłaś, zostawiłaś wiele śladów,  odcisków łapy 

niczym stopy małego dziecka. Wspominam te pięty brunatne wytknięte żałośnie 

przez   kraty   klatki.   Czemu   nie   wróciłaś?   Tajuszku,   czy   właśnie   dlatego? 

Odeszłaś, bo nie mogłaś znieść więzienia? Złą byłam niedźwiedzicą dla ciebie? 

Obrzydło ci mieszkać z ludźmi i dzielić ich podły los?

Trop prowadzi wąską ścieżką w górę i do chatki, Thai spała na czubie 

najwyższego   drzewa   w   dżungli.   Leżę   nad   potokiem   i   czekam,   musi   zaraz 

przyjść, pisać nie mogę, łzy kapią na papier. Na liściu banana zostawiam w 

chatce   obiad   dla   niedźwiedzia,   będzie   wiedział,   że   byłam   i   wrócę...   jeszcze 

poczekam... jeszcze trochę...

Ale także i tej nocy Thai się nie zjawiła. Nawet nie śniłam, że wraca, spać 

nie mogłam, poduszka przemokła na wskroś, nigdy w swoim życiu nie płakałam 

background image

jeszcze   tak   ogromnymi   łzami.   Przed   świtem   znów   trzęsłam   się   pod 

przydrożnym drzewem, do jaru wędrować nie miałam siły, Stach poszedł. Przed 

wieczorem spotkaliśmy się na łęgu.

-   Obiad   jedzą   mrówki,   ślady   zatarła   rosa,   trop   zdeptały   karawany... 

możemy jechać.

Wiem już, że Thai nie wróci, nie wyjdzie do ludzi, ona od ludzi odeszła, 

wróciła do dżungli, instynkt zwierza jest nieomylny.

Właściwie już nie myślę o niczym, tylko bezmierny żal w gardle dusi.

- Thai, ja odchodzę i nie wrócę już nigdy, maleńka.

Łzy   uciekają   z   wiatrem,   właściwie   już   nie   myślę   o   niczym,   tylko 

bezmierny żal w gardle dusi. Ciężki los i dużo zła nas czeka. Wracamy do ludzi.

TOO MUCH TROUBLE

W błocie spotkać gentlemana z Londynu? I to się zdarzyć może.

To było krótko po wyjeździe z Mong Pyak, przeprawialiśmy się przez 

strumyk   o   mulistym   dnie.   Oba   brzegi   jaru   rozdeptane   przez   woły   w   czarne 

bagno, chłopi przyszli popatrzeć, ale pomóc żaden nie chciał. Położyliśmy dyle, 

kamienie, widać jednak od razu, że ta robota na nic się nie zda, motor musi 

ugrzęznąć, tak też i zrobił... w samym środku strugi. Wszystko przez kamień, 

właściwie   głaz,   którego   nie   mogłam   ruszyć.   Tłumaczyłam   mojemu   chłopcu, 

gdzie leży, ostrzegałam, prosiłam, żeby ominął, a on naturalnie zawisł ramą na 

kamieniu i klnie od idiotek. Rozpłakałam się, to już naprawdę zbyt wiele.

Nadeszło dwóch Iko, niby zgodzili się pomóc wypchnąć za pieniądze, ale 

portek im  szkoda,  jeden  podciąga  nogawki, drugi stanął   na brzegu  i patrzy. 

Pchamy, aż w oczach ciemnieje, pot, a może błoto oczy zalewa. Iko wypiął się i 

tyle, motor nawet nie raczył drgnąć, lewar tylko trzasnął na pół.

Wtedy   właśnie   zakotłowało   się,   czarne   błoto   bryznęło   w   twarz, 

przekleństwo ciśnie się przez zęby, gdy ktoś odzywa się do mnie po angielsku. 

Podnoszę   głowę   i   oniemiałam   ze   zdziwienia.   Karawana   poganiaczy   i 

spłoszonych koni zjawia się przed nami, a na jej czele elegancki gentleman w 

background image

siodle. Huknął z góry na liczną służbę, w okamgnieniu uczepili się wózka i 

wypchnęli na suchy brzeg. Na górce nastąpiły wyjaśnienia. Anglik wyjechał 

przed   pięcioma   dniami   z   Kengtungu,   był   w   Loi   Mwe,   zna   tam   wszystkich 

naszych   przyjaciół.   Jest   w   podróży   z   Londynu   do   Nowej   Zelandii,   jedzie 

karawaną   ośmiu   koni,   łuby,   walizki,   rakieta   w   ramie,   kije   golfowe,   cały 

potrzebny ekwipunek wiezie z sobą. Sam jest na świecie i włóczy się całe życie, 

co roku organizując sobie podobne wycieczki, w przyszłym roku wybiera się do 

Rosji, wpadnie po drodze do nas do Druskiennik na pewno, zapisuje adres w 

notesie, wymieniamy się kartami wizytowymi, a gdybyśmy byli w Londynie, 

koniecznie mamy wpaść na obiad, wszyscy w klubie znają go dobrze.

Do   Mong   Linu   udało   nam   się   dotrzeć   nadspodziewanie   szybko. 

Wypadliśmy   z   dżungli   na   szeroką   dolinę   porosłą   gęstymi   krzakami,   droga 

prowadziła   wprost   do   kościoła.   Stanęłam   w   progu,   by   nie   nanosić   brudu   i 

podałam list polecający od księdza Klemensa.

Do Mong Linu udało nam się dotrzeć nadspodziewanie szybko

W pralni znaleźliśmy wannę i kubeł gorącej wody, z szarą skorupą błota 

spłynęło   zmęczenie   i   żar   słońca.   Pod   wieczór   mój   chłopiec   udał   się   do 

schroniska   z   wizytą   do   znajomego   ze   szlaku,   ja   tymczasem   bezwładnie 

zapadłam w leżak i zaczęłam pisać list do siostry Assunty. Boże, jak odległe 

wydają   się   cudne   dni   na   Wzgórzu   Mgieł,   jakby   zapadły   w   bajeczną   krainę 

wspomnień.

Nim skończyłam, zjawił się Stach w towarzystwie miłego gentlemana z 

Londynu. Anglik był tak uprzejmy, że chciał się ze mną pożegnać. Mówi, że 

jestem dzielna i świetnie radzę sobie, pchając motor przez błoto (żeby to mój 

chłopiec   był   zawsze   tego   zdania),   podziwia   naszą   odwagę.   Czyż   jego   nie 

większa? Ma pięćdziesiąt lat, a na takie trudy trzeba młodości i siły.

- Potrzeba włóczęgi wchodzi w krew - mówi.

O, wiem dobrze, od dawna mam tę truciznę w żyłach...

Wszystko ustalone, motor pójdzie za wozem, a my pieszo. Wóz i para 

background image

wołów do granicy będzie kosztować dziesięć rupii, ale musimy zapłacić z góry. 

Chłop targuje się, nie ufa, że zapłacimy po przeprawie, my zaś, że nas dowiezie, 

podejrzewamy,   że   w   pół   drogi   będzie   za   mało   lub   za   ciężko.   Ostatecznie 

deponujemy pieniądze w rękach sióstr, chłop pracuje dla nich jako dostawca. 

Kiedy otrzymają list z Nam Me Sai, że woły przeciągnęły motocykl do dobrej 

drogi, wypłacą. Wręczamy chłopu kwit, z którym ma się zgłosić po pieniądze.

Wszystko ustalone, motor pójdzie za wozem a my pieszo

Publika zbiegła się na drogę, jeszcze nim syn chłopa zajechał wozem pod 

kościół i zaczęliśmy  załadunek. Pętla sznura uchwyciła ramę, woły targnęły, 

potoczył   się   wóz   i   uwiązany   linami   motocykl,   pobiegł   Stach   uczepiony 

kierownicy. Mong Lin nigdy jeszcze nie widziało podobnej procesji.

Zatrzymuje   nas   zator   na   drodze,   ugrzęzły   w   bagnie   trzy   wozy,   inne 

czekają cierpliwie. W końcu przychodzi nasza kolej. Mój chłopiec staje na desce 

po kolana w błocie, wóz utyka w trzęsawisku powyżej osi, woły ciągną w bok, 

wywraca się jeden, co gorsza, wstać nie chce, drugi grzęźnie po szyję. Pół dnia 

spędzamy   w   tym   błocie,   poganiacze   grzebią   się,   biją   woły,   wreszcie 

przyprowadzają   inną   parę   z   ryżowego   pola   i  trzy   woły   wyciągają   z   trudem 

jednego, a następnie wóz. Motocykl przepływa rozlewisko jak łódź.

Robimy dwa kilometry dziennie, woły nie chcą iść, chłopi nie chcą pchać

Robimy   dwa   kilometry   dziennie,   znów   kolczaste   bambusy   zalegają   w 

bagnie, woły nie chcą iść, chłopi nie chcą pchać, pozostaje zarządzić postój. 

Siedzę przy drodze, chronię się przed deszczem pod kapeluszem, bo gdzie się 

skryć?

Jemy swój ryż przy zakolu rzeki, pod drzewem trzaska ogień ze szczepek 

bambusowych, nad nim, na trzech kamuszkach rozstawiony, grzeje się rondel, 

kiedyś błyszczący, nad ogniskiem osmalił się na czarno. Thai zawsze z niego 

jadła,   a   gdy   była   maleńka   i   parchata   brała   w   nim   kąpiel   gorącą   z   szarym 

mydłem. Stach idzie sprawdzić drogę, wróci może za parę godzin.

Kończę ryż z papają i czarną kawą, gdy na szlaku wyłania się z deszczu 

background image

dziwaczne   zjawisko   -   kulisi   dźwigają   aksamitny   czerwony   fotel   uwieszony 

między długimi drągami bambusa, a w nim olśniewający hełm i kuliście opasłe 

kształty opięte w kwiecisty kreton. Dama wyłuskuje się z fotela, toczy ku nam 

na obcasach czyściutkich pantofelków i tłumaczy, że jedzie do Yunnanu przez 

Mong Lin. W tym samym momencie pojawia się drugi fotel, a w nim kolejna 

dama, dla odmiany chuda, długa i w okularach.

Na szlaku wyłania się z deszczu dziwaczne zjawisko.

- A gdzie macie kucharza? - dopytują się. - Bez kucharza? Okropność!

Bardzo nam współczują...

Wyrębem   w   dżungli,   mrocznym   tunelem   splątanych   bambusów,   lian, 

paproci,   przez   zielone   rozlewy,   bagniska   i   wykroty   przewalają   się   wozy   z 

jękiem,   skrzypieniem,   mlaskaniem.   Poganiacze   przemoknięci,   sini   z   chłodu, 

umazani błotem. Deszcz szumi.

Przywędrował   od   strony   granicy   z   Syjamem   Hindus   z   tobołkiem   na 

głowie. Piecze bakłażany w ogniu i grzeje ręce. Człowiek z Pendżabu rad jest ze 

spotkania, może po angielsku porozmawiać:

- Już dziesięć lat w Syjam, Birma, Chiny, robię interes. Rodziłem się w 

Amritsar.

Przewalają się wozy z jękiem, skrzypieniem, mlaskaniem.

- Złota świątynia... wiem.

Uśmiecha   się   z   dumą,   dopytuje,   ile   już   lat   jedziemy   z   Europy,   jak 

wyglądała   droga.   Na   widok   motoru   ciągnionego   przez   woły   kiwa   głową   ze 

zrozumieniem:

- Too much trouble, too much trouble...

Szaro. Chmury zwalają się na ziemię i toną w bagnie szlaku. Gdy zbrakło 

niedźwiedzia, zbladło dla mnie piękno dżungli, barwy, blaski i wonie niegdyś 

tak odczuwane wyraźnie, stały się jakby obce, dalekie i niepotrzebne. Nie mogę 

znieść ludzi przy drodze, drażnią mnie rozmowy, natrętna ciekawość, pytania 

nieustanne i dziecinne. Zdaje mi się wciąż, że futrzana kula toczy się tużtuż za 

background image

mną, tylko zawołać, a wyskoczy, w podrygach przygalopuje wąską ścieżyną. 

Wolę nie wołać, niech idzie za mną chociaż wspomnienie mego Drypuszka.

Mała puchata niedźwiedzico, przeczułaś te ciężkie dni, dobrze zrobiłaś, 

zostając w naszej dżungli, tu brzydko i źle. Cień mglisty człapie błotem... to 

Stach   wraca   w   gumowym   płaszczu,   niczym   mroczny   demon   bezdroży, 

ostrzegawczy symbol dla tych, którzy chcieliby zapuścić się motocyklem na 

kraniec świata.

TRZY GRANICE

Pozostały po tamtej stronie Nam Me Sai karawany yunnańskie, tabory 

wozów, poganiacze i woły, dżungle rozczochrane bambusami, mały niedźwiedź, 

uśmiech   zgubiony   pośród   bagien   i   morze   łez...   to   wszystko   już   nie   wróci. 

Odchodząc,   znów   zaczynam   rozumieć,   że   my   i   nasz   motocykl   byliśmy   tam 

tylko intruzami.

Kiedy   Stach   w   upale   południa   mocuje   wózek   do   motoru,   gromady 

widzów zbierają się wokół. O tej porze roku przybywa motor z tamtej strony 

rzeki,   to   dopiero   wydarzenie,   jest   się   na   co   pogapić.   Zagubiony   w   tłumie 

motocykl wydaje się taki maleńki, cały jest brudny, ale czasu nie ma na mycie 

maszyny, wieczór się zbliża. Stach kopie długo i uporczywie, maszyna narowi 

się, wreszcie rusza nagłym podrywem, przeskakuje parę wybojów i wdziera na 

szarostalową szosę.

Wiatr szumi w uszach, uderza chłodną falą powietrza, zdziera kapelusz z 

głowy,   bije   w   twarz   drobnym   żwirem,   uciekają   pola   ryżowe,   chaty,   gaje 

bambusowe... prędkość upaja. Wszystko wiruje, nie zdążę spojrzeć na jedno, już 

coś nowego przed oczami, zbyt szybko, idąc pieszo, miałabym tyle rozmaitych 

przygód po drodze.

Flaga   posterunku   granicznego   powiewa   pośród   bezdroży.   Wręczamy 

bilety wizowe oficerowi syjamskiemu, zmieniamy czas, formalności graniczne 

załatwione.

Nazajutrz wąską odnogą szosy docieramy nad Mekong, aż do Cheng Sen 

background image

i   idziemy   z   szeryfem   wioski   obejrzeć   miejscowy   port.   Na   urwistym   brzegu 

rozlokowała   się   długa,   rozrzucona   szeroko   wioska,   na   wodzie   u   stóp 

prostopadłych ścian kołyszą się łodzie, szeroki wybór modeli, długie, śmigłe 

pirogi sportowe, szerokie barki z domkami, jednak dla nas i te są zbyt wąskie. 

Oglądamy nowoczesną łódź z motorem. Wydaje się, że ciężar wytrzyma, ale czy 

nie   fiknie   kozła   pośrodku   rzeki?   Właściciel   zapewnia,   że   nie,   a   na   dowód 

wielkiej wartości swej łodzi wyznacza fantastyczną cenę za przejazd do granicy. 

Spokojnie   dyskutujemy,   targujemy   się   systematycznie,   a   gdy   cena   spada   do 

połowy, proponujemy jeszcze niższą i dajemy czas do namysłu.

- Odjazd jutro o ósmej. - Słyszymy.

- Zgoda.

Cała wioska i straż wojskowa stawiają się w komplecie dużo wcześniej, 

warto przecież popatrzeć, jak odbywa się sprowadzanie i ładowanie motocykla. 

Pojazd   uczepiony   jednym   kołem   skrawka   ścieżki,   ledwie   mieści   się   na 

pokładzie,   wystające   koło   wózka   wiruje   w   powietrzu,   oboje   walczymy,   by 

zachować równowagę łodzi. Motor łodzi parska, warczy, sapie, ruszamy.

Na urwistym brzegu rozlokowała się długa, rozrzucona szeroko wioska

W Mekongu żyją kajmany i aligatory. Małe i dyskretne. Nie włażą na 

pokład. I w Mekongu mieszka syrena, jej imię brzmi ThoNguoc. Nie miałam 

szczęścia poznać tej pani, nad czym zbytnio nie boleję. Wyobraźnia ludu dała jej 

pierś kobiety, ogon węża, głowę potwornego smoka, wyłupiaste oczy ziejące 

żarem i straszną mordę ropuchy o poczwórnym rzędzie krokodylich zębów. W 

ramiona tej nieponętnej uwodzicielki wpadają dzielni wioślarze wyścigowych 

piróg, zresztą ThoNguoc niczym pospolity krokodyl żre wszelkie ścierwo, nie 

zwracając uwagi, czy z tratwy spadło, czy w kąpieli się pławi, chłopiec czy 

dziewczę, byle więcej. Zwykła siedzieć w mętnym wirze, wodę ogonem kręci i 

czeka.   Strach   i   szacunek   budzi   wielki,   toteż   w   czasie   świąt   religijnych   i 

dworskich   uroczystości,   gdy   do   wyścigów   startować   mają   laotańskie   łodzie, 

wprzódy stróż duchów, stary czarownik, odprawi modły, złoży ofiary, prosząc, 

background image

by ThoNguoc nie była złośliwa i nie przeszkadzała ludowym igrzyskom.

Pędzimy środkiem nurtu przez zdradzieckie głębie, wiatr dmie w płuca 

jak w żagiel, w każdym wirze kręci się motorówka, co się chybnie łódź, serce 

zamiera. Trzech marynarzy czuwa przy motorze, oczy utkwione w przestrzeń, 

na   głowach   podarte   kapelusze,   barwne   szale   powiewają   na   wichrze,   zimno, 

chmurno, w oczach szaro, zielono, brunatno. Łódź pasażerska ostrożnie, powoli 

przemyka   przy   samym   brzegu,   chyba   z   pięćdziesiąt   osób   wiezie   w   swym 

brzuchu, brzegiem suną tratwy bambusowe, miarowo, powoli zapadają wiosła, 

czerpaki na bambusowym dylu, ma się wrażenie, że tratwa stoi w miejscu, a jej 

szafirowi wioślarze oddają pokłony modlitewne bogom Mekongu. Rafy coraz 

dziksze  i  coraz  ich  więcej,   spiętrzają  się   skalnymi  złomami  jedna  za   drugą. 

Mijamy wioski uczepione wysokich urwisk, bezludne wyspy, wygasłe popioły 

rybackich   obozowisk,   pnie   drzew   zataszczonych   powodzią   na   grzbiety   skał. 

Rankiem i wieczorem rozpościerają się mgły, nastrój mógłby wstrząsnąć grozą 

ponurego   kolorytu,   gdyby   mały   motorek   naszego   statku   nie   krzyczał 

ogłuszająco.

Z gęstwiny bambusowych dżungli wyłania się łyse wzgórze zdobne białą 

koroną   fortecznych   murów,   graniczne   miasto   Indochin   Ban   Houei  Sai.   Tam 

dostaję pierwszego ataku malarii. Podobno zeszłam sama z łodzi, rozmawiając z 

bretońskim   markizem,   byłam   uprzejma   i   przytomna...   może?   Z   trudem 

przypominam sobie rozsłoneczniony pas wody i poczucie, że nagle jakiś cień 

podciął mi nogi, poczułam się lekka jak balonik i uniosłam w powietrzu, nie - w 

ramionach Stacha... nic więcej nie pamiętam. Gorączka krew w żyłach ścięła.

Niedobrze, gdy ponad Mekongiem majaczą Himalaje całe w śniegu.

- Teraz mijamy rafy, już drugi dzień majaczysz.

- Ale skąd się właściwie znalazłam w dżonce? To dżonka Chińczyka?

Leżę w kącie na matach, podczas gdy cała załoga zajęta jest walką z 

wirami   rzeki,   motor   Diesel   huczy   śmigłem   samolotu,   Stach   ledwo   porusza 

obrzękłą ręką, coś grzeje na maszynce, pewnie herbatę albo ryż... dba o mnie 

background image

nieustannie.

Lądowanie na brzegu w Luang Prabang wyglądało tragikomicznie. Kulisi 

wytaszczyli motor na prostopadłe zbocze, wydarli z rąk toboły i znikli.

- O, bramini znad rzeki, uszanujcie sędziwość i niedołężność starca! - 

zaskrzypiałam   krokodylim   głosem,   czepiając   się   dachu   łodzi,   Chińczyków, 

marynarzy, kto był pod ręką. W normalnych warunkach nie zwraca się nawet 

uwagi na wąskość i chwiejność kładki, ale gdy w głowie wiruje, a nogi jak z 

waty   -   i   owszem.   W   rozgardiaszu,   pośpiechu,   półprzytomna,   wyczerpana 

gorączką   zapomniałam   spakować   mnóstwa   drobiazgów.   Butelka,   puszka   z 

mlekiem, lusterko motoru, rzemienie, łuk, koszyczek, pióro, atrament, kapelusz, 

mydło,   ręcznik,   nożyczki,   w   obu   rękach   się   nie   mieści...   i   ta   kładka.   Parę 

chwiejnych  kroków,  chwila   nieuwagi  i  lustro  poszybowało   w  wodę,  za  nim 

nożyczki. Kurczowo przytrzymałam resztę przedmiotów. Wołam, ale Stach na 

nabrzeżu składa motor w otoczeniu gapiów, ani nie widzi, ani nie słyszy. Wtedy 

jeden z marynarzy szarmanckim gestem zrzuca spodnie i daje nura, inny podaje 

mi rękę, jak dobrze być w przyjaźni z załogą. W jaki sposób znajduję się na 

stałym lądzie z całym kompletem rupieci, jak wspinam się na wysoki brzeg, 

sama nie wiem. Siadam na ziemi. Może za kilka dni wrócę podziwiać Mekong 

w blaskach wschodu i zachodu, w południe, gdy nurt rozgrzany drzemie i o 

północy w srebrnej poświacie księżyca, przez gałęzie i liście drzew, z otwartej 

przystani, z góry, z dołu, jak się da, pirogi, tratwy, dżonki, motorówki, unoszące 

się na wodzie dzielnice, praczki na brzegu, kąpiących się, tartaki bambusowe, a 

nawet ponętną syrenę ThoNguoc i świtę towarzyszących jej kajmanów, ale teraz 

ani   kroku   dalej.   Ryksza,   motor,   lektyka,   słoń,   proszę   bardzo,   byle   nie   o 

własnych siłach i byle jak najprędzej znaleźć się w prawdziwym łóżku.

W CIENIU ZŁOTEGO PRABANGU

Cicho, przejasno, za oknem bieli się śnieg. Mama za moment wejdzie do 

pokoju i uchyli firanki. Czuję zapach zimy... domu... jeszcze chwilka... powieki 

takie ciężkie, przyczaję się, udam sen. Może mama pocałuje ukradkiem i siądzie 

background image

na fotelu? Otwieram jedno oko, promień słońca zaczepił o rzęsy, przegnał sen. 

Leżę  pod  białym kocem w   szpitalnym łóżku.  Długo  maltretowane,  miękkie, 

bezwolne kości zapadły w materac, sił brak, by unieść rękę.

Stach zaszył się pod poduszkę, jęczy przez sen, gorączkuje, spać nie może 

z bólu. W miejscu prawej dłoni ma olbrzymią, jakby obcą kulę bandaży. To 

potworny wrzód. Kroili go lekarze, jeszcze będą kroić. Zardzewiały świder wbił 

się   po   kość   podczas   przeprawy,   jeszcze   pośród   bagien,   wtedy   był   z   nami 

niedźwiedź, dawno temu, jakby w innym minionym życiu. A może przyśniło się 

tylko?

Za   dwa   dni   Boże   Narodzenie,   spędzimy   je   w   szpitalu.   Nowy   Rok 

zapewne też. Zła wróżba.

Gdy głowa niczym garnek z kwaśnym mlekiem, w sercu mdło, a w gardle 

dusi gorycz i żal do podłych ludzi, otwierają się szufladki w komodzie pamięci, 

wyglądają z nich figurynki, przyjaciele szlaku nieraz bezimienni, a każdy na tle 

małego   skrawka   drogi,   w   słońcu,   deszczu   lub   śniegu.   Wyłaniają   się   w 

nieporządku, jak listy i fotografie wyciągnięte ze starej szafy, Hindus na drodze 

napotkany podaje młotek, inny tacę z jedzeniem, oczy ma czarne i krwawy znak 

na czole, Pers pyka fajkę pośród śniegów Firooz Kooh, ogień dla mnie rozpala, 

chyli się brodata głowa księdza chaldejskiego, to znów samochody suną przez 

lotne   piaski,   karawany   człapią   wśród   bagien,   pod   skrzydłami   bambusowych 

kapeluszy, turbanów, czap futrzanych każdy niesie swój uśmiech prostego serca, 

jedynie słońce umie się uśmiechać w ten sposób. Jakże wielkim szczęściem jest 

posiadanie przydrożnych przyjaciół.

Łódź wyrzuciła nas na wysoki brzeg Luang Prabang jak dwie szmaty, sił 

nie mieliśmy, by się o siebie zatroszczyć. Chińczyk z dżonki zadbał o nas i 

ulokował w szpitalu.

W   szpitalnym   pokoju   są   dwa   okna,   dwa   światy.   Przez   jedno   zagląda 

pierzasta palma, złote smugi słońca drzemią na ciemnozielonym trawniku, tam 

jest   wszystko,   co   zawsze   nazywałam   egzotyką.   W   drugim   widzę   krzewy 

background image

splątane,   skłębione,   tam   jest   tęsknota   za   domem,   za   Wzgórzem   Mgieł,   za 

niedźwiedziem.

Jakże wielkim szczęściem jest posiadanie przydrożnych przyjaciół

Co rano przychodzi do Stacha doktor, by zmienić opatrunek, przez dwie 

godziny moczą, smarują, wyciskają, robią eksperymenty, wreszcie kiedy mój 

chłopiec leży zmordowany w łóżku, przybiega sanitariusz z termometrem. Ja 

podobno   nie   jestem   już   chora,   tylko   bardzo   smutna,   łzy   same   uciekają   w 

poduszkę, płyną bezszelestnie, Stach ich nie słyszy.

Smutna jest noc wigilijna w pokoju szpitalnym

Smutna jest noc wigilijna w pokoju szpitalnym. Chlipię, jedząc zupę, a 

zupa co dzień ta sama, woda z rozmoczoną bułką i wielkimi okami tłuszczu. 

Położyłam   na   stole   wyklejankę   od   siostry   Assunty,   była   w   zeszłorocznej 

czekoladzie   świątecznej.   Słodycze   zjadł   mały   niedźwiedź,   a   mnie   został   ten 

obrazek, pod choinką Święty Mikołaj i dwa różowe aniołki reperują samochód. I 

trzy czerwone listki. Podniosłam je, wracając po raz ostatni przez las, te trzy 

listki to my i nasz Drypuszek... spadły do mych stóp na pożegnanie.

To   miały   być   pierwsze   święta   Thai,   miała   być   choinka   obwieszona 

czekoladkami, pierniczkami, orzechów cały worek i miał niedźwiedź włazić na 

drzewko, jeść, co mu się podoba.

- Mój malutki, w szpitalu nie ma choinki, to złe miejsce i smutne.

Dni   są   słoneczne,   upalne,   noce   chłodne,   mgłami   otulone,   słońce   do 

południa   nie   potrafi   przedrzeć   się   przez   opary.   Na   placyku   przed   pocztą 

rozsiadają się przekupki w cieniu pomarańczowych parasoli, na liściu banana 

rozkładają przysmaki, móżdżki, wątróbki, płuca i nerki.

Pewnie   kucharz   szpitalny   też   tutaj   robi   zakupy.   Gdy   trzeciego   dnia   z 

rzędu podano nam móżdżek, Stach ogłosił strajk głodowy. Ale chyba nie warto 

skarżyć   się   doktorowi...   powiemy   coś,   to   kucharz   uraczy   nas   nerkami   dla 

odmiany.

Smutno i źle nam w noc sylwestrową. Kładziemy się w łóżkach, ale sen 

background image

nie przychodzi, zjadamy ostatnią puszkę ananasa na pocieszenie... robi się coraz 

smutniej.   W   końcu   Stach   nakłada   szorty,   ja   zzieleniałą   pleśnią   sukienkę   i 

idziemy na bankiet.

Nikt nas nie zauważa, gdy stajemy w progu. O północy gasną światła, 

strzelają   szampany,   tańczyć,   tańczyć,   aż   do   zawrotu   głowy,   ileż   rąk 

wyciągniętych do uścisku, szczęśliwego nowego roku, najlepsze życzenia, nie 

wiem komu, ale tak wypada. Przyglądam się całej zabawie z boku i poczucie 

samotności przytłacza. Dlaczego właściwie im tak wesoło?

Już   czwarta,   za   godzinę   będzie   dniało,   powieki   same   się   zamykają, 

zazwyczaj o tej porze zbieraliśmy się do drogi, namiot zwijaliśmy, a dziś spać 

idziemy.

Zdziczałam i odzwyczaiłam się od ludzi. A jednak dobrze, że wyszliśmy. 

Trzeba   się   na   powrót   nauczyć   żyć   z   nimi,   w   Szanghaju   nie   będzie   lasu   i 

niedźwiedzia, za to bardzo bardzo dużo ludzi.

Ludzie, ludzie miast, kto was wymyślił? Inny to musiał być Bóg niż ten, 

co stworzył dżunglę i jej mieszkańców. Czy szlachetny niedźwiedź lub tygrys 

podałby   z   szacunkiem   łapę   czcigodnemu   dygnitarzowi   siedzącemu   na 

pieniądzach? Jak powstają kreatury zwane „panie prezesie”, „panie dyrektorze”, 

„ekscelencjo”, „dobrodzieju”, „mecenasie”? Och, czy ci ludzie też byli kiedyś 

młodzi? Choć przez chwilę? Nie byli, bo czyż można zapomnieć, że się było 

młodym?   W   kolebce   kształtować   się   musiały   pokraczne   ich   formy,   a   może 

urodzili się już z brzuchem i łysiną?

Czym są zmagania z terenem, walka na zęby i pięści o skrawek gruntu 

pod nogami w porównaniu z walką o byt na szarym asfalcie miasta? Niczym, 

fraszką, gimnastyką muskułów i sprawdzianem sprytu. Jeśli się spadnie, napiszą 

gdzieś w gazetach - bohater, a padnie się na jezdni w walce o kawałek chleba - 

nawet   pies   nie   zawyje,   nikt   ręki   nie   wyciągnie   z   pomocą,   prędzej   trąci 

padającego.

W   Luang   Prabang   wielki   Budda   zaszczycił   włóczęgów   specjalnym 

background image

błogosławieństwem. Właściwie upiekło się nam przy cudzym ogniu, bo książę 

doktor   zorganizował   laotańskie   pożegnanie   szefa   szpitala   i   nas   przy   okazji 

zaprosił. Życzenia szczęśliwej podróży to jedna z wielu uroczystości religijnych 

w tym pobożnym kraju. Czy wielki Budda raczył unosić się nad nami, strzec od 

złej przygody, chorób i wszelkiego nieszczęścia? W każdym razie czarownik - 

stróż duchów i szara mniszka nakazali mu to w długich modlitwach, przyklękali 

u mych stóp, motali bawełnę, węzełek każdy zaklinając, by trzymał się mocniej, 

wypowiadali swoje życzenia długo i melodyjnie. Pół roku nosiłam nitki białe na 

przegubach obu dłoni, aż podarte spłonęły w dniu imienin mojego niedźwiedzia, 

popiół zdmuchnięty na wiatr poniósł życzenia szczęścia do dalekiej dżungli.

ROUTE COLONIALE 4

3 stycznia 1936 roku przyszło nam pożegnać omotane w mgły i otulone 

dżunglą Luang Prabang, najpiękniejsze miasteczko pod słońcem, krzywy most 

bambusowy na Nam Khan i pirogi na Mekongu, monastyry i chaty bambusowe, 

tradycyjne,   pełne   uroku,   stylowe,   niepowtarzalne...   Szukam   określenia,   ale 

każde jest zbyt banalne i nie oddaje prawdziwego wrażenia. Luang Prabang 

zachowało   się   niczym   klejnot   skryty   pod   kloszem   cichego   nieba,   drugiego 

takiego nie ma na świecie, są inne, może piękniejsze, wspanialsze, ale już nie 

takie.

Na sto pierwszym kilometrze Route Coloniale 450, ponad urwiskiem jaru 

ujrzeliśmy  w  dole   obóz  pierwszego  odcinka   robót,  gdzie  pionierzy,  kopacze 

łopatami   i   oskardami   wydzierają   dzikim   górom   drogę   ku   cywilizacji. 

Okazaliśmy   dokument   podróży   i   rozebraliśmy   motor   do   naga,   tymczasem 

jednak zapadł mrok i ze względów bezpieczeństwa odłożyliśmy sprowadzenie 

maszyny do rana.

Co noc płoną ognie na halach, to osady Kha i Meo, za dnia ukryte dla 

oka. Droga, wiodąc przełęczami, przecięła kilka wiosek. Dzisiaj bawi dzikusów 

ruch, gwar obozu robót, można zielsko sprzedać z ogrodu i jajka, ale z czasem 

uciekną, ogarnie ich trwoga przed potworem cywilizacji gorszym od ziejącego 

background image

ogniem diabła z dżungli, po szerokiej drodze potoczą się samochody wiozące 

grubych panów z grubą forsą na wczasy do Hanoi. Jeszcze ich tu nie ma, na 

razie ani jednej dziwacznej postaci na tle cudownej przyrody.

Annamici gościnni i rozmowni. Milczę, może niegrzecznie, ale okropnie 

jestem zmęczona, marzę jedynie, by zagotować swój ryż i położyć się spać. 

Stach ze skostniałymi dłońmi siedzi jak kukła na stołku, płaszcz, koc, wszystko 

wywraca, aż mi wstyd, że taki niezgrabny.

Chłód w parowie piwniczny, przykurczeni drzemiemy w chacie kleconej 

z   mat   do   świtu.   Rankiem   robotnicy   powoli,   ostrożnie   zaczynają   opuszczać 

motor   na   linach,   osypuje   się   piaszczysty   obryw.   Mam   siedmiu   kulisów   pod 

swoimi rozkazami, podwozie niesie dwóch, wózek druga para, trzech idzie przy 

motorze,   cały   bagaż   włącznie   z   zapasem   benzyny   na   pięćset   kilometrów 

podzielony na ładunki czeka w koszykach na bambusowych nosidłach.

Znów pełzniemy. Droga fatalna. Nie ma nic, ani ścieżki, ani nawet gałęzi, 

żeby   się   przytrzymać   prostopadłej   ściany,   głazy   pozwalane,   jamy,   znów 

zwaliska skalne, pieszo przejść można z trudem, co zrobić z motorem?

Najgorsze   są   momenty   wypoczynku   lub   czekania,   kładę   się   wtedy   na 

ziemi, przytomność gdzieś ucieka, budzi dopiero głos mego chłopca:

- Wstawaj, idziemy!

I   choć   wstać   ciężko,   podnoszę   się   i   maszerujemy.   Dreszcz   gorączki 

przechodzi   przez   kark,   nogi   jak   z   ołowiu,   każdy   krok   odbija   się   echem   w 

zbolałej głowie. Głupstwo, bywa gorzej.

Trzy   czarne   pieski   kudłate   opadają,   witając   radośnie,   nie   pachnę   już 

niedźwiedziem, odzyskałam psią miłość, idziemy razem szukać wody w jarze. 

Zrywam paprociowe szypułki na sałatę do ryżu, nauczyła Thai, co w dżungli 

jeść można, tyle tu smacznego ziela, liści, soczystych korzonków, tu z głodu nie 

sposób zginąć, Bóg gospodarzy i coraz to nowymi przysmakami obdarza lud 

dżunglowy.

Gorączka zamracza coraz silniej... na dnie jaru bije maleńkie źródełko, 

background image

ledwie cieknie... Chcę zagotować ryż na wieczór, ale malaria zaczyna trząść, sił 

brak, nie dokręcam dość mocno maszynki do gotowania, ogień wskakuje do 

rezerwuaru, nafta rozlana, nagle wszystko leci na strony i cała podłoga staje w 

płomieniach. Depcę nogami, parzy, chwytam koc z łóżka i coraz prędzej biegam 

po nim, byle zdążyć, zanim ogień dojdzie do stojącego w kącie zapasu benzyny. 

Udaje się zdusić pożar. Wsuwam się pod osmalony koc i wpadam w otchłań 

majaczeń, plączą się cienie wielkie, dziwaczne.

Nie   słyszę,   kiedy   mój   chłopiec   dociera   na   miejsce   postoju.   Wciągali 

motor na sznurach, spuszczali ze skał, chciał motor strącić mojego chłopca w 

przepaść,   ale   tak   łatwo   nie   pójdzie.   Choć   nogi   i   ręce   ociekają   krwią,   choć 

półżywy ze zmęczenia, ryż gotuje.

Cały następny dzień leżymy, sił nabierając.

KRÓLESTWO Z BAJKI

Przez   Góry   Annamskie   przedziera   się   motor   maleńki,   zbłąkany, 

nieustraszony. Złe góry, ścieżki wąskie, szosy kamieniste, poszarpane, zjeżone 

niczym nastroszony kot, zawsze we mgle skąpane. Na rozstaju kamienna tablica 

drogowskazu   znaczy   skrzyżowanie   Route   Coloniale   4   z   Route   Coloniale   7, 

która doprowadzi nas do drogi numer 1 i dalej do Hanoi. Przekraczając górski 

łańcuch, rozstajemy się bezpowrotnie z pięknem i poezją tego zakątka świata, 

wracamy  do dobrych dróg, nizin, siedlisk ludzkich, potem marsz  na północ, 

przez Chiny tak odmienne od reszty świata... I koniec. Ale do końca jeszcze 

daleko,   uprzedzam   na   wszelki   wypadek,   by   ktoś   radośnie   nie   wykrzyknął   - 

nareszcie!!!

Na polach Xieng Khouang oglądamy monumentalne garnki kamienne

Przemykamy   przez   pachnący   las   drzew   benzoinowych,   to   właśnie 

benzoin i laka ściągnęły na wiry Mekongu pierwszych konkwistadorów. Chęć 

zysku, żądza zawładnięcia, może właśnie tym bezcennym lasem, silniejsze były 

niż strach przed niebezpieczeństwem wędrówki w nieznane i śmiercią.

Na   polach   Xieng  Khouang  oglądamy  monumentalne   garnki  kamienne. 

background image

Kto i po co drążył je w kamieniu? Tu wszystkie małe i duże dzieci mogłyby 

bawić   się   w   chowanego   aż   do   podwieczorka.   Gdy   siedziałam   na   dnie 

historycznego naczynia, Stach zauważyć musiał te niecne zamiary:

- W drogę czas, motor czeka na szosie! - zawołał.

Niech leżą garnków zwaliska na wzgórzach, niech deszczówka zbiera się 

w nich jak wielkie łzawnice nieba, niech ludzie, którzy odchodzą, zabierają ze 

sobą tajemnicę swego dzieła.

Wczesnym   rankiem   wpływamy   na   wody   Sajgonu51,   stolicy 

Kochinchiny52 i najważniejszego  portu Indochin Francuskich. Powietrze jest 

aromatyczne, wilgotne, niemal odurzające. Zaraz po zejściu ze statku zanurzamy 

się, jak w ciepłą kąpiel, w wilgotne gorąco tropików, którego nie odczuwało się 

jeszcze na morzu. Mimo wczesnej pory ruch w porcie znaczny, auta i ryksze 

suną szerokimi ulicami. Sajgon przypomina typowe prowincjonalne francuskie 

miasteczko   przeniesione   na   grunt   kolonialny,   podobny   kościół   o   smukłych 

wieżach, bulwar i hôtel de ville53 widziało się już w wielu miastach Francji, 

roślinność tylko odmienna.

Po   krótkim,   ale   niezbędnym   odpoczynku   w   hotelu   ładujemy   się   do 

wynajętego hotchkissa, by odbyć etap dwustu trzydziestu kilometrów do stolicy 

Kambodży, Pnom Penh. Mijamy szerokie bulwary, ruchliwe przedmieścia, wille 

podmiejskie,   wreszcie   olbrzymie   plantacje   kauczukowca.   Ciągną   się 

kilometrami, niektóre z nich opustoszałe, nie są już eksploatowane, po kryzysie 

kauczukowym wielu właścicieli pobankrutowało, dziś również interesy nie idą 

najlepiej wobec nadprodukcji i konkurencji Holenderskich Indii Wschodnich.

Jak okiem sięgnąć, otacza nas niezmierzona szachownica szmaragdowych 

ryżowych poletek, z jeziorek wynurzają się czarne cielska bawołów wodnych, 

po topieliskach kroczą niezliczone ilości ptactwa, zza horyzontu wyłaniają się 

chatki   drewniane,   przewiewne,   otwarte   na   wszystkie   strony,   na   wysokich 

palach. Na drodze spotykamy wieśniaków w wózkach zaprzężonych w koniki 

wielkości   dużego   doga,   śmiesznie   maleńkie,   niemal   jak   zabawki,   drepcące 

background image

szybkim truchcikiem na swych kopytkach.

Spotykamy   wieśniaków   w   wózkach   zaprzężonych   w   koniki   wielkości 

dużego doga

Przeprawiamy   się   przez   szeroko   rozlaną   rzekę   do   Kambodży.   Szlak 

wiedzie   przez   dżunglę,   zwarte   zielone   ściany   wznoszą   się   po   obu   stronach, 

powietrze   wypełniają   wonie   nieznanych   kwiatów   i   śpiew   niewidocznych 

owadów,   drogę   przebiegają   gromady   małp,   uciekają   przed   autem,   czasem 

wygrażają zuchwale. Wreszcie ponad drzewami wyrastają fantastyczne wieże, 

jeszcze  jeden  zakręt i  stajemy   na szerokiej  esplanadzie  na  wprost  głównego 

wejścia,   w   różowych   blaskach   zmierzchu   w   nieruchomej   wodzie   odbija   się 

fantazyjny   pałac,   świątynia   otoczona   pierścieniem   dżungli,   obrazek   jak   z 

czarodziejskiej   bajki.   Cisza   wokoło,   milczenie,   nieruchomość   budowli   tak 

zjawiskowa,   nieprawdopodobna   i   do   niczego   na   świecie   niepodobna,   że   w 

głębokim   milczeniu   stoimy   długą   chwilę,   niepewni,   czy   zrobić   ten   krok   do 

przodu, czy może to sen cudowny, z którego zbudzimy się za chwilę.

Angkor i jego cuda zostały odkryte, wydarte dżungli bardzo niedawno. 

Przed   sześćdziesięcioma   laty   francuski   uczony,   przyrodnik   i   geograf   Henri 

Mouhot54,   przedzierając   się   z   ekspedycją   swą   przez   dżunglę,   natrafił 

przypadkiem   na   ruiny   wspaniałej   i   tajemniczej   cywilizacji   zaginionego   ludu 

Khmerów, których państwo istniało od IX do XIII wieku naszej ery i z przyczyn 

niewiadomych,   jakby   wskutek   niebywałej   katastrofy,   z   powierzchni   ziemi 

zniknęło.   Zginęła   wspaniała   cywilizacja,   zniknął   naród,   dzisiejsza   bowiem 

ludność   Kambodży   wprawdzie   w   typie   przypomina   bardzo   postacie   z 

płaskorzeźb   Angkoru,   nic   jednak   prócz   mglistych   legend   nie   zachowała   z 

królewskiej   spuścizny   swych   przodków.   Opustoszały   cudowne   pałace, 

świątynie, dżungla wchłonęła milionowe miasto i spowiła na długie wieki w 

zielony   całun,   w   środku   niektórych   budowli   olbrzymie   drzewa   wrosły 

korzeniami w mury, rozsadziły je i złączyły się z nimi w nierozerwalną całość. 

Przez   długie   wieki   Angkor,   niczym   zamek   śpiącej   królewny,   spoczywał   w 

background image

głębinach lasu.

Wykarczowano lasy, przebito drogi, pobudowano hotele, dziś wycieczka 

do Angkoru nie przedstawia żadnych technicznych trudności i przeciętny turysta 

może ją odbyć całkiem komfortowo.

Zbliżający   się   wieczór   napełnia   puszczę   tysiącem   odgłosów.   Noc   jest 

ciemna, choć gwiaździsta, tym jaskrawiej na jej tle migocą u wejścia do Angkor 

Watu płomienie kilkudziesięciu pochodni. Chłopcy półkolem siadają na ziemi, 

za nimi sadowi się orkiestra z kilkoma prymitywnymi instrumentami, w krąg 

światła zstępują z ciemności drobne, szczupłe tancerki o wdzięcznych, uroczych 

twarzyczkach, ubrane w strojne złociste szaty. Hieratyczny55 taniec obrazuje 

historię miłosną, porwanie pięknej księżniczki przez złego wojownika, walkę ze 

szlachetnym   księciem   i   odbicie   ukochanej.   Przedziwne   wężowe   ruchy   rąk   i 

taneczny krok zdają się żywą kopią płaskorzeźb, jakby kamienie ożyły i pląsały 

na tarasach Angkoru. Urocze zakończenie pobytu w bajkowym królestwie.

HOTEL W HANOI

Rozpoczęły   się   długie,   szare   dni   w   maleńkim   hotelowym   pokoiku, 

najtańszym,  jaki można  znaleźć w całym Hanoi, z jednym oknem na świat, 

przez które widać mur  i nagie gałęzie  drzew.  Mur rozpada  się, drzewo stoi 

smutne,   umarłe,   siatką   szarych   kresek   przysłania   brudną   poświatę   nieba. 

Chronimy się w łóżku przed chłodem. Stach całymi dniami leży i gapi się w 

sufit,   apetytu   nie   ma,   jest   naprawdę   bardzo   chory.   Na   widok   wrzodów 

ropiejących coraz straszniej zastanawiam się, kiedy ciało zacznie odpadać od 

kości, może on też o tym właśnie rozmyśla. Mną całe trzy dni trzęsła malaria, 

tak nieludzko zmarzłam w drodze.

Młody, pełen życia, energii, podziwu dla naszej eskapady doktor leczy 

nas za darmo, dał maści i jakiś środek na wzmocnienie nerwów.

- Trzeba się wpierw zebrać w garść, potem można mówić o wyleczeniu.

Biegnę po bułki. Piekarzowa Greczynka włóczyła się wraz z mężem po 

całym   Bliskim   i   Dalekim   Wschodzie,   zanim   osiadła   w   Hanoi.   Opowiada   o 

background image

ostatniej   powodzi   przed   paru   laty,   głód   na   polach   ryżowych   był   straszny, 

powstało   towarzystwo   ratowania   powodzian,   wszystkich   w   Hanoi 

opodatkowano przymusowo, lecz gdy do niej zgłosiła się delegacja, wyrzuciła 

za drzwi z hukiem.

- Grosza złamanego nie dam, stójcie na ulicy i patrzcie!

Wtedy   każdego   dnia   wykarmiała   czterdzieści   rodzin   nędzarzy. 

Piekarzowa ma zdrowy rozum chłopski i dobre serce. Co dzień przychodzi stary 

żebrak, puka do drzwi, dostaje chlebek. W zimie, w taki chłód ludzie bezdomni 

giną jak muchy.

Wracam do pokoju zdrętwiała, szczękająca zębami z zimna. W zszarganej 

skórze, łapciach podartych i poplamionym oliwą hełmie muszę wyglądać jak 

obraz nędzy i rozpaczy. Wstyd, w takim stroju na ulicy francuskiego miasta!

Mój   chłopiec   leży   wciąż   wpatrzony   w   sufit,   nie   wiem,   czy   choć   raz 

zmienił   pozycję.   Trzeba   zagotować   ryż,   a   drzewo   kompletnie   mokre,   dym 

gryzie w oczy, tli się, to znów przygasa. Stach podnosi się i zaczyna dmuchać, 

bierze wachlarz papierowy z kominka, wreszcie po godzinie formuje się żar, 

taki że można gotować. Dzbanek gorącej wody na dwoje i mała miseczka to 

wszystko,   co   oferuje   hotel.   Całkiem   dużo,   można   się   rano   rozgrzać, 

rozpryskując wrzątek po skórze i kamiennej podłodze oślizłej.

Do pokoju wpada Robert Fleur, malarz i stuprocentowy leń, artystyczna 

dusza nie pozwala mu zabrać się do żadnej pracy, nawet do malowania. Ostatnio 

spędza czas na szukaniu natchnienia, wie już, że będzie malował w kolorach 

ciemnych   i   ponurych,   brunatny,   czarny,   purpura,   fiolet.   Radzę   mu   malować 

niebo sokiem pomarańczy, ziemię błotem pól ryżowych, zieleń co się w oczach 

mieni   jasno,   wodę   akwamaryną,   góry   naturalnie   indygo   -  bo   taka   jest   delta 

Rzeki Czerwonej. Robert, gdy kto skromnie powie, że nie rozumie jego sztuki, 

będzie wymyślał godzinami i zamiast pędzlem po płótnie mazać, językiem z 

błotem zmiesza. Ma w sobie tyle entuzjazmu, burzy świat, zwala z podstaw 

solidnych   cały   system,   z   malarskim   rozmachem   wymyśla   wszystkim 

background image

dygnitarzom. Udaję, że wierzę, iż kiedy dojdzie do pieniędzy, rzucać je będzie 

garściami, ot tak, na ulicę nędzarzom.

Narzeczona   Roberta,   mała   Fleur   jest   w   niego   wprost   wpatrzona, 

europejski  chłopak  jest  dla niej  całym  światem  nowo odkrytym,  czarującym 

niczym niewidziany nigdy Paryż. Mała Fleur już nie maluje zębów na czarno, 

dentysta zdarł piękną polewę, bo jej błękitnooki ami nie lubi karminowoczarnej 

kreski ust. Wałek lśniącego warkocza nad czołem,  aksamitny chałacik, białe 

spodenki,   pantofelki   bez   pięt   na   wysokim   korku,   mała   Annamitka,   córka 

książęcego rodu, jest szalenie współczesna. W kolebce zaręczono ją z synem 

mandaryna   wysokiego   rodu.   Twarz   męża   ujrzała   w   noc   poślubną   po   raz 

pierwszy i niemal ostatni - miała wtedy czternaście lat. Dziś ma dwadzieścia 

dwa i siedmioletniego syna. W młodym wieku została matką i wdową, prawie 

równocześnie,   teraz   przyszedł   czas   na   szaloną   miłość   do   błękitnookiego 

malarza. Oficjalnie są zaręczeni, bo tego oczekuje rodzina, jednak data ślubu 

odwleka się do czasu, gdy Robert znajdzie pracę. Właśnie ma bardzo poetycki 

pomysł:   chce   zdać   egzamin   na   celnika   i   zamieszkać   w   głuchym   zakątku 

wysokiego   Tonkinu56   lub   w   wiosce   granicznej   w   Laosie,   tam   kochać   swój 

„kwiatuszek” i malować, malować... w chatce, byle z nią. Piękne marzenia, ale 

czy realne? Dziewczynie otwarły się z nagła oczy, bierze życie za łeb, została 

agentem   Forda.   Trochę   groteskowo,   a   może   właśnie   bardzo   naturalnie, 

nadzwyczaj   skutecznie   sprzedaje   milionerom   annamickim   nowe   fordy   i 

lincolny, nie wypada wszak  odmówić  takiego drobiazgu czarującej kobiecie. 

Ten   świetny   agent   w   aksamitnych   patynkach57   nie   marzy   o   pogranicznym 

zaciszu, ale o pieniądzach, lotach ponad chmurami, rajdach samochodowych, 

paryskich bulwarach i blaskach życia, ale tych elektrycznych, a nie plamami 

słońca malowanych.

Zwiedzajcie Indochiny! Luksusowe wozy z nieodzownym przewodnikiem 

na   tle   nieskazitelnych   asfaltów   Route   Mandarine,   błękit,   złoto,   góry,   niebo, 

morze, słońce, mandarynki, pola ryżowe, pośród bambusowej dżungli jak gdyby 

background image

czarodziejskim   zaklęciem   przywołany   chybocze   się   słoń,   a   na   nim   półnagi 

kornak58, z dziewiczych lasów Kambodży  wyłania się masyw boskich  ruin, 

palarnie   opium,   domy   rozpusty   i   zatracenia,   dżonka   o   żaglach   jak   skrzydła 

nietoperza   przemyka   pośród   skał   zamarłych   w   formy   pokracznych   istot   po 

lazurowej wodzie zatoki Halong...

Dżonka o żaglach niczym skrzydła nietoperza przemyka pośród skał

Turysta zamroczony jaskrawymi plamami afiszów i reklam porywa stos 

kolorowych prospektów w agencji Thomasa Cooka i gna, by choć raz w życiu 

ujrzeć krainę z egzotycznej bajki, by zaspokoić głód wrażeń, leci samolotem 

ParyżSajgon osiem dni lub płynie okrętem przez trzy tygodnie.

Pan   Y.   był   gościem   gubernatora,   odprawiono   na   jego   cześć   paradę 

wojskową i grano Marsyliankę, opuszcza Hanoi zachwycony, pan A. całe dnie 

spędzał pod wachlarzem elektrycznym, pływając w kałuży potu, w nocy jedynie 

ożywał, by pić whisky, palić opium, włóczyć się po musichallach i portowych 

norach, pana Z. nie wypuścili z okrętu na ląd, klnie władze w żywe kamienie. 

Cóż, to wszystko są doświadczenia innych, ale pisząc reportaż z podróży, trzeba 

żywić czytelników tym, co odczuło się na własnej skórze. Pani B. dla odmiany 

pchała jakiś motor przez błota dżungli, marzła w kożuchu, mokła do suchej nitki 

w strugach złośliwego deszczu, sypiała na bambusowym tapczanie w chatach i 

zajadała ryż patykami z cudzej miski.

- A jak się podobał pani Annam59? Tonkin?

- Szczury.

- Władze francuskie były czarujące?

- Szczury.

- Annamici są tacy powieściowi?

- Szczury. Delta Hanoi, pola ryżowe, lepianki nędzarzy, pałace cesarskie, 

szczury, szczury, szczury...

Pani B.  dostała szczurzego  obłędu! Czemu  na ulicach Hanoi szczurzy 

policjant nie reguluje nocnego ruchu, przecież szczurów w delcie Czerwonej 

background image

Rzeki więcej niż ludzi.

CHIŃSKI NOWY ROK

W   delcie   Czerwonej   Rzeki   od   listopada   do   kwietnia   mgła   kapie 

płaczącym deszczem i wieje lodowaty wiatr od morza. W tym roku bonzowie 

przepowiedzieli niebywałe chłody, wróżba sprawdza się, wiatr kręci ogniem w 

kominku, deszcz zacina w szyby. Mimo złej pogody bazary i sklepy otwarte 

późno w noc, ceny wzrosły dwukrotnie, na każdym placu, skrzyżowaniu, przy 

pagodach rozsiadły się przekupki ze świątecznymi akcesoriami.

- Gdy zapadnie noc, przyjdę, pokażę ci święto mego kraju. - Kwiat Snów 

uśmiechnęła się i znikła.

W smugach  deszczu  rozbłyskają uliczne latarnie, chyboczą chorągwie, 

papierowe lampiony, na chodniki wylega rozmodlony tłum, rozsnuwa się mgła i 

dymy kadzidlane, całym miastem wstrząsa nieustanna kanonada petard i głuchy 

huk bębnów.

Kwiat Snów nie wraca, sen nie przychodzi, przez mury i zapuszczone 

żaluzje wdziera się podniosły nastrój, kusi, by wyjść na ulicę i wmieszać się w 

tłum, z zieloną gałęzią w dłoni przebiec z mroku do światła, bić młotem w gong, 

by wszystkie chińskie bogi usłyszały zew modlitewny zagubionej istoty, małego 

insekta na boskiej skórze świata.

Chińczycy mawiają: „Wasz europejski Nowy Rok to nie święto, a bal, 

maskarady,   przyjęcia   i   szampan,   my   spotykamy   nasz   Rok   w   świątyni, 

uświęcamy go w domu uroczystością wyłącznie rodzinną”.

Zjawia się Kwiat Snów, niczym mała  boginka, ze złotym parasolem i 

tabliczką z kości słoniowej w ręku, jest córką mandaryna o bardzo wielkich 

przywilejach i honorach, naszym przewodnikiem tej nocy.

Feeryczny sen rozpoczyna się przed małym ołtarzem ulicznym, potem 

odwiedzamy cesarską pagodę na jeziornej wyspie, pagodę Białego Konia i tyle 

innych bezimiennych. Stylizowane żurawie, wysmukłe wazy, kanonada petard, 

ognie, rozgwar, gałąź brzoskwini, wypchany ptak o rozpostartych skrzydłach, 

background image

fantastyczne cienie w duszącym dymie kadzideł, wystarczy rzucić miedziaka na 

tacę, a przykucnięty bonza zaintonuje śpiew, inni odpowiedzą mu chórem, bijąc 

w bębny, gongi, talerze, cymbały. Gdzie, przed jaką pagodą zatrzyma się nasza 

ryksza, nie wiem, zatracam poczucie czasu, miejsca i rzeczywistości.

Na ulicach, tarasach domów płoną ołtarzyki papierowe, ogień i dym to 

poczta lotnicza do bogów. Ołtarze uginają się pod ciężarem jadła, bladożółte 

pomelo   i   zielone   pakunki   w   liściach,   paczki   żywnościowe   dla   przodków 

przynosi każdy, posyła się je na tamten świat poprzez brzuchy bonzów. Każdy 

dzierży w dłoni zieloną gałąź o czerwonych owocach, to znak płodności, i każdy 

ma nową suknię, nie jedną, a jak najwięcej, to znów oznaka dobrobytu, suknia 

zewnętrzna jest czarna, pozostałe w barwach tęczy.

Wybija północ. Rozpoczyna się Rok Szczura. Chcę wszystko wiedzieć, 

wypytuję  o  znak   i  przepowiednię   każdego  znaku   chińskiego  cyklu,  a   Kwiat 

Snów stara się wszystko objaśnić. Małżeństwo zakładające dom w tym roku 

będzie żyć w niezgodzie, ich dzieci nie oddadzą należnego rodzicom szacunku, 

kto nawadnia pola ryżowe, musi strzec się jadu węża, ale Rok Szczura, chociaż 

jest zły, jednak nie najgorszy, bo szczur i człowiek żyją razem, jedzą ten sam 

ryż, szczur trzyma się dobrobytu.

Bledną   światła,   dym   gryzie   w   oczy,   przed   ołtarzem   samotna   kobieta 

trzęsie wiązką prętów wróżebnych, długo, uparcie, podaje nerwowo swój los 

kapłanowi, wróżba zostaje odczytana. Rozlega się monotonny suchy klask, czas 

opuścić świątynne progi. Świta. Patyczki klekocą o dno porcelanowej miski z 

ryżem. Kwiat Snów uśmiecha się.

ŻÓŁW CESARZA CHIŃSKIEGO

Hodowałam   żółwia.   Historia   ta   niewesoła   zaczęła   się   pewnego 

słonecznego dnia na brzegu jeziorka. Mój chłopiec czuł się lepiej, wyszliśmy na 

spacer. Pamiętam ciasne wnętrze świątyni spowite tumanem dymów, sylwetki 

rozmodlone, cienie żurawi cynowych, smugi ognia... wtedy właśnie Kwiat Snów 

opowiedziała nam legendę o cesarzu chińskim i wielkim świętym żółwiu.

background image

Cesarz lubił jeziorko, zazwyczaj obiad jadał w małej pagodzie nad jego 

brzegiem, aż któregoś dnia święty żółw zjadł cesarza na śniadanie. Żółw był nie 

tylko święty, ale ogromny i stary jak świat, nic dziwnego, że bardzo jadowity i 

zgryźliwy. A może żółw ugryzł tylko cesarza w łydkę i ten umarł ze strachu? 

Żółw żyje jeszcze, jest nieśmiertelny, tylko tak zgrzybiał i zapleśniał, że nie 

wyłazi   już   z   mulistego   dna.   Zresztą   zmieniło   się   wiele   od   czasów   cesarzy 

chińskich,   żółw   jest   konserwatystą   i   pewnie   nie   w   smak   mu   dzwonki 

elektrycznego tramwaju. Za to w słoneczne dni gramoli się nad błękit wody 

żółwiątek   bez   liku,   a   wszystkie   są   praprawnukami   tamtego   świętego 

cesarzożercy.

Smarkacz uliczny wysuwa z kieszeni zdobycz i pyta:

- Kupić, madame?

Żółwik   prezentuje   zieloną   mordkę   o   wyłupiastych   oczach   i   pancerz 

zębaty niczym płaszcz liśćmi przystrojony.

- A ile za niego chcesz?

- Pięćdziesiąt sous.

- Za drogo!

A może jednak kupię małego żółwia? Chłopak jest o tym najwyraźniej 

przekonany, bo wiernie towarzyszy nam w spacerze po filigranowym mostku, 

po tonącej w błękitach wody i nieba cesarskiej pagodzie. Cena powoli spada. 

Wreszcie, kiedy stajemy na ulicy, malec, widząc, że może pozostać z żółwiem w 

kieszeni, godzi się na pięć sous. Tak śmieszny głupiutki żółwik wędruje z jego 

kieszeni na moją dłoń, smocze łapki przebierają w powietrzu, głowa wysuwa się 

na długiej szyi, to znów chowa się po oczy.

Niemrawa istotka mieszkała z nami dziesięć dni. Spała bez ruchu dzień i 

noc w kąciku, już myślałam, że nie żyje, gdy bielały błony powiek zaciągnięte 

na wyłupiaste ślepka. Woda, sałata, kapusta, ryż, nic mu nie odpowiadało, nic 

jeść żółw nie chciał. Cała ulica była poruszona, wszyscy rozpytywali na lewo i 

prawo,   co   też   jada   taki   żółw,   aż   w   końcu   orzekli,   że   żółw   je   ziemię,   albo 

background image

najlepiej nic - żyje powietrzem. Mała Fleur przyniosła ziemi, ale żółw nawet się 

nie ożywił. Co jakiś czas wrzucałam go do miski z wodą, by sprawdzić, czy żyje 

jeszcze. Puszczał nosem bąbelki i tonął. Był jeden tylko taki moment, kiedy 

dziwne stworzenie nabierało gorączkowej energii - przejażdżka  motocyklem. 

Kładłam żółwia na dno wózka i jazda, zaczynał się żółwi taniec, podrygi, skoki, 

taczanie się, wywracanie - a może żółw umierał ze strachu? A może mnie nie 

lubił i tyle? Zdecydowanie nasze charaktery i upodobania nie zgadzały się, jakże 

więc w tej sytuacji planować wspólną podróż do Chin?

Gdy   tylko   nadarzyła   się   okazja,   oddałam   żółwia   Łucji,   córce   Polaka, 

jedynego Polaka w mieście, który mówi, pisze, myśli po polsku i w kraju co 

urlop spędza parę miesięcy, a o tym, że jest poddanym Republiki Francuskiej i 

mieszkańcem Indochin zdecydował zbieg życiowych przypadków - służba w 

Legii Cudzoziemskiej, żona rodem z Reunion i dzieci indochińskie... z których 

jedyna Łucja, najstarsza, z innej matki, czuje się bardziej Polką niż Francuzką i 

słów zna parę. Ma ogródek przy domu, klatkę na króliki i co dzień świeżą sałatę.

Nie minął tydzień od uroczystych przenosin, przyszłam odwiedzić żółwia 

i nie poznałam stwora. Mały niewdzięcznik biegał, kąpał się, pływał, pożerał 

sałatę,   grzebał   w   ziemi,   podobno   zadomowił   się   tak   od   pierwszego   dnia. 

Pożegnałam prawnuczka świętego żółwia bez żalu.

WROTA CHIN

Przed   oczyma   zapatrzonymi   w   przestrzeń,   w   takiej   marzycielskiej, 

dziecinnej   tęsknocie   do   krain   nieznanych,   pięknej   przyrody,   roztoczę   bajkę 

błękitną   o   Chinach.   Chiny...   my   chcemy   Chin!   Szosa   zwęża   się   w   ścieżkę, 

krzaki   czepiają   kół,   tablice   na   zakrętach   przypominają:   pamiętaj,   ruch 

lewostronny! Za chwilę granica, przekroczymy wrota Chin. To nie przenośnia, 

wjechaliśmy   przez   najprawdziwsze   wrota   z   porcelany   spojone   murem   ze 

szczytami   gór,   w   słońcu   popołudnia   uśmiechnęły   się   zielone   smoki   i 

uśmiechnęli się szafirowi żołnierze, a ich karabiny wykonały grzeczny ukłon 

powitalny. Uśmiechnęliśmy się w odpowiedzi równie radośnie.

background image

Warta spaceruje tam i z powrotem, kapelusz chiński na plecach, na głowie 

szara   maciejówka   z   gwiazdą,   na   nogach   owijacze   i   łapcie,   przepędzają   psa 

karabinem. Motor parkuje przed pałacem.

Douane60   -   Police.   Pionowo   zawieszone   litanie   znaczków   chińskich 

zapewne   oznaczają   to   samo.   Torba   wypchana   listami   polecającymi,   wizy   w 

paszportach aż trzymiesięczne, pozwolenie na broń, tryptyk na maszynę, nie 

powinniśmy mieć trudności, ale... któż wie? Przyjaciele indochińscy uprzedzali, 

że wzdłuż całej drogi przez Chiny spotkamy fałsz, obłudę i wrogie przyjęcie 

wyrażane spontanicznie rzucaniem kamieniami w plecy, biciem, szturchaniem, 

pluciem w oczy i tym podobnymi, władze chińskie poza spiętrzaniem trudności 

natury policyjnej nie zrobią dla nas nic, nikt słowa w językach europejskich nie 

powie, nie zechce zrozumieć, drogi będą okropne, o jakichkolwiek reperacjach 

motoru mowy nie będzie, a bandyci podsmalą nam pięty i zabiorą pieniądze lub 

zarżną, gdy pieniędzy nie znajdą...

I   oto   stało   się.   Stach   przekracza   drzwi   urzędu.   Zostaję   na   wszelki 

wypadek w wózku, tyle opowiadano nam o złodziejstwie żołnierzy. Motocykl 

otacza liczna gromada ciekawskich, zbiegli się chłopi ubrani w bawełnę koloru 

indygo, żołnierze porzucili posterunki, nawet psy przyszły się pogapić. Jeden z 

żołnierzy uczy małego brzdąca mówić bonjour madame, inny próbuje zapuścić 

motor.   Proszę   na   migi,   by   tego   nie   robił,   wtedy   naciska   guzik   klaksonu... 

wszyscy śmieją się, zabawa niecodzienna!

Z posterunku celnego wyskakuje chłopak w mundurze, bierze wszystko 

do ręki, chwyta za aparat fotograficzny, karabin przymierza,  celuje, otwiera, 

rozładowuje, bańkę z benzyną odkręca, birmański flet zawinięty w bandaże każe 

rozwinąć. Myślę sobie: dosyć. Zamiast rozwijać, uchylam szmatę i wypuszczam 

parę   skocznych   fałszów,   strasznie   się   spodobało,   wszyscy   w   śmiech,   nie 

wyłączając mnie i celnika. Długie godziny przesiaduję jeszcze w towarzystwie 

do reszty rozbawionym rozmową na migi.

Przyjeżdża   major   samochodem   i   oznajmia,   że   możemy   wracać   do 

background image

Indochin albo przenocować tutaj, ale jechać dalej - nie. Słońce zaszło, droga zła, 

mogłoby   coś   się   nam   przydarzyć,   a   wtedy   straż   graniczna   będzie 

odpowiedzialna. Do Indochin? Za nic, zbyt przesądna jestem, by wracać.

- Czy nie zrobimy kłopotu, nocując na posterunku?

- Proszę bardzo, ale tu nie ma żadnych wygód - brzmi odpowiedź tak 

zabawna dla włóczęgów z przeszłością dzikusów.

Oficerowie   tłumaczą,   że   w   pagodzie   nocleg   będzie   znacznie 

wygodniejszy,   prowadzą   wzdłuż   szeregu   niziutkich   chat   z   gliny   i   chrustu, 

wskazują kwadratowy majdan pokryty murawą, a na nim boisko do koszykówki. 

W świątyni nocleg może i byłby wygodny, niestety motocykl nie wjedzie na 

wysokie   kamienne   schody,   ani   nie   przeciśnie   się   przez   wąskie   wrota. 

Decydujemy się ustawić nasz dom na majdanie. Nie czujemy głodu, a jedynie 

pragnienie.   Pół   bułki,   łyk   wina   starcza   za   całą   kolację,   zmęczone   kości 

rozciągają się wygodnie na posłaniu z ziemi, namiot pachnie jeszcze pleśnią 

birmańskiej dżungli.

WÓZEK W AUTOBUSIE

Trzask   łamanych   desek,   jęki   blachy   i   pasażerów,   wybój   jeden, 

dwudziesty, setny, bez przerwy, chwili wytchnienia, wózek wyskakuje w górę, 

podwozie sprężynowym skokiem wali pod sufit, na drzwi i z powrotem, bańki z 

benzyną tańczą, karabin, nagan, każdy sprzęt bije bezlitośnie w nogi, w bok, w 

głowę, gdzie akurat trafi. Choć w autobusie nie ma miejsca, by szpilkę wcisnąć, 

wszyscy   wiemy,   że   jeśli   pasażer   stanie   przy   drodze,   zostanie   przygarnięty   i 

wtłoczony wraz z obfitym bagażem.

Czy los naprawdę chciał, byśmy wrócili do Haiphongu i zrezygnowali z 

dalszej podróży lądem? Motor nieoczekiwanie rozstał się z wózkiem jeszcze w 

górach   bezludnych.   Mieliśmy   szczęście,   toczył   się   szosą   autobus   niczym 

dyliżans,   podbiera   pasażerów,   gdzie   ich   znajdzie.   Zatrzymuje   się,   szoferzy 

tłumaczą, że mogą zabrać mnie, wózek i rzeczy, ale czekać, aż zreperujemy 

motocykl,   nie   mogą.   Z   fantazją   iście   szatańską   wrzucają   do   autobusu 

background image

roztrzęsione   rzeczy,   ruszam   ratować   i   układać   zgruchotane   skarby,   ale 

przygniatają   wszystko   podwoziem,   a   mnie   wtłaczają   na   ławkę   między 

pasażerów. Aparat, nabity karabin i dokumenty w dłoni. I podwozie na nogach. 

Jedziemy do Nanningu.

Obok   mnie,   zaczynając   od   lewej,   siedzą:   Chińczyk   z   Hanoi   i   jego 

towarzysz, kupcy, mowa wykwintna, strój elegancki, pierwszy w cyklistówce, 

reglanie i sportowym komplecie,  drugi na czarno z aksamitnym kołnierzem, 

walizki obu panów strojne. Dalej pasażerowie ze wsi, w kapeluszu, błękitnej 

bawełnie, z uśmiechem prostym na twarzach, jeden na drugim, walizki piętrzą 

się   na   kolanach.   Obok   mnie   dziewczę   o   miłej   buzi,   w   kusym   kaftaniku   i 

spodniach   staromodnych   piastuje   kosz   z   wiktuałami,   je   i   gada   nieustannie. 

Miarowe kiwanie głów, sąsiedzi śpią beztrosko. Kto siedzi po drugiej stronie 

autobusu, pojęcia nie mam, nie widzę, sterta tobołków, walizek i nasz wózek 

wypełniają całą przestrzeń od ławki do ławki, od podłogi po sufit.

Słyszę syk złowrogi z drugiej strony, podwozie walnęło po łbie któregoś z 

pasażerów. Byle obeszło się bez ofiar! W razie czego jestem gotowa wyprzeć 

się wspólnoty ze złośliwym żelastwem. Karabin łupnął w zęby, hop, głową w 

sufit,   po  czym  następuje   lądowanie   niezbyt   przyjemne,   bowiem  w  chińskim 

autobusie   siedzi   się   na   deskach   wyłożonych   bawełnianym   dywanikiem.   Na 

duchotę   nikt   nie   ośmiela   się   narzekać,   szyby   same   wypadły,   tumany   kurzu 

wdzierają   się   między   pasażerów   i   okrywają   wszystko   złocistym   płaszczem 

podróżnym. Na postoju wyjeżdża spod ławki rondel z ryżem, zjadam choć na 

zimno, bez okrasy.

A gdzie mój chłopiec i jego motor? Wyrwał naprzód przed autobusem. 

Utrzymać  maszynę  bez   wózka  w  równowadze  na  tych  wybojach  to  dopiero 

bohaterstwo. Cały czas zerkam kątem oka, z niepokojem, czy nie leży gdzieś 

przy drodze.

NA RUBIEŻY POŁUDNIA

Od   czego   zacząć?   Od   wizyty   u   generała,   kłopotów   z   motorem   czy 

background image

manifestacji  antyjapońskich?  Zacznijmy może  od wyglądu Nanningu. Miasto 

jest   młode,   króluje   charakterystyczny   dla   Chin   koszarowy   kolor   budynków 

urzędowych, kubicznych, ultranowoczesnych i szerokich jezdni asfaltowych. Na 

ulicach   ludzie   i   autobusy.   Ryksze   i   lektyki   zniesiono   zakazem   rządu   jako 

nieludzki   wyzysk   oraz   sponiewieranie   godności   człowieka,   samochody 

posiadają jedynie najwyższe władze. Na domach sztandary, lampiony upstrzone 

chińskimi  znakami.   Pagody  nie  znajdziesz   w całym  mieście,  stare  świątynie 

zwaliła rewolucja, nowych rząd nie ma zamiaru stawiać, młode Chiny ogłosiły 

wiarę w postęp i naukę. Wprawdzie w prywatnych domach, w chałupach z gliny 

na   polach   ryżowych,   w   dżonkach   na   rzekach   kryją   się   skromne   ołtarzyki 

przodków,   ale   kultu   publicznego   nie   ma.   Czarowników,   taoistów,   mnichów 

buddyjskich przepędzono, gdzie pieprz rośnie... a że i w KwangSi pieprz rośnie, 

więc wracają pomalutku. Ot i teraz nowoczesną ulicą idzie pogrzeb jakiegoś 

bogacza starej daty, podobny pochodowi masek karnawałowych.

Wyładunek naszego autobusu nastąpił przed samym budynkiem dyrekcji 

transportu, tak z uprzejmości, by łatwiej było zważyć towar do otaksowania. 

Ważyli   nadzwyczaj   skrupulatnie   ryż   w   woreczkach,   aparat   fotograficzny, 

karabin,   nawet   puste   bańki   od   benzyny,   a   potem   poszli   taksę   za   transport 

określić. Zdawało się, że już wszystko załatwione i możemy jechać, gdy zjawił 

się generał, miły staruszek, by przywitać się i popatrzeć.

- A odprawa celna? - spytał nagle.

Masz   ci   los!  Jeden   urzędnik   zaczął   tłumaczyć   po   francusku,   drugi  po 

angielsku,   obaj   to   samo:   za   nasz   motocykl   musimy   zapłacić   cło.   Czegoś 

podobnego się nie spodziewaliśmy, na sterany gruchot cło nałożą, wypadek po 

raz pierwszy notowany w historii naszej podróży. Do północy trwały targi i 

perswazje,   ale   nic   nie   dały,   żadne   interwencje   władz   wojskowych   nie 

zmiękczyły serc celników - taki przepis! Zapłaciliśmy! Kwit celny opiewał na 

„motocykl Stanisława”, skromnie, ale litera prawa nie przewiduje specyfikacji 

ani spisywania numeru motoru, ani nawet nazwiska posiadacza, to wszystko 

background image

jedynie zbędne formalności...

Odwiedziliśmy   dyrektora   monopolu   transportowego.   Po   serii 

komplementów   i   rzeczowej   rozmowie   urzędnik   rozstrzygnął   pięknie 

kaligrafowanym listem los naszej podróży, zostaliśmy objęci specjalną opieką 

władz, otrzymaliśmy  prawo zaopatrywania się w materiały pędne i obietnicę 

zorganizowania   przeprawy   przez   Rzekę   Perłową.   Benzynę   dostaniemy   w 

prezencie,   bo   w   całej   prowincji   ruch   motorowy   jest   zmonopolizowany,   bez 

kartki od rządu materiałów pędnych nie wydadzą nigdzie ani kropli.

Gdy   wychodziliśmy   z   urzędu,   na   ulicy   panowało   wielkie   poruszenie, 

trwał   dzień   antyjapoński.   Wszyscy   uczniowie   szkół   w   mundurkach 

nibywojskowych, ze sztandarami, transparentami w dłoniach, maszerowali na 

plac, gdzie odbywał się wiec, publiczne palenie towarów, demonstracje, bawiła 

się młodzież w najlepsze, wznosząc okrzyki na pohybel Nipponii61.

Cała Azja jest krainą niespodzianek, brutalnych kontrastów ras, klimatu, 

krajobrazu, a posuwający się lądem turysta z góry jest przygotowany po trosze 

na   wszystko,   śnieg   dzisiaj,   jutro   żar   słońca.   Jednak   z   chwilą,   gdy 

przekroczyliśmy chińskie wrota, życie nasze zmieniło się w nieustający film, 

kręci się, wiruje, zmieniają się typy, barwy, dźwięki... wszystko nowe, inne, 

nieoczekiwane.

W   Wilnie   mówiono   mi,   że   w   Chinach   dróg   nie   ma,   że   jeździ   się   po 

wysokim murze z porcelany, a gdy mur wyszczerbiony wiekiem, należy brać 

dromadera, osła, muła, kulisów, co pod ręką. Tymczasem w Chinach są drogi, 

jest  ich  nawet  sporo, może  nie  zawsze  doskonałe,   niemniej  tam,   gdzie brak 

kolei,   linie   autobusowe   docierają   codziennie.   Praktyczna   podróż   po   mapie 

świata daje nowe odkrycia. Widziałam Nanning, Yulin i jeszcze wiele innych 

miast, o których istnieniu na mapie, szczerze przyznam, nie mieliśmy zielonego 

pojęcia z geografii, a także wioski, przydrożne schrony, restauracje dymiące 

ryżem, rozmieszczone etapami dla pieszego włóczęgi, by przez cały dzień idąc, 

miał gdzie przysiąść, zjeść, odpocząć. Jadaliśmy tam z innymi pospołu na ławie 

background image

pod daszkiem, Chińczyk koszyczek z żarem przysuwał na rozgrzewkę, kilka 

miedziaków policzył, sprawiedliwie jak od każdego.

Chińczyk koszyczek z żarem przysuwał na rozgrzewkę

W Yulinie wjechaliśmy z mroków wprost pod buchające światłem drzwi 

szoferskiej knajpy. List polecający przewrócił wszystkim w głowie, miejscowy 

dyrektor transportu zaopiekował się nami, asystował, prosił do gabinetu, potem 

do sali, gdzie zaduch, ciepło i gwarno. Tam zasiedliśmy do posiłku. Szoferzy 

przyjęli nas z entuzjazmem, niemniej bestie apetyty mieli dobre, więc kiełbasy z 

pieska   i  jajek   nawet  nie   zdążyliśmy   posmakować,   dobrze,   że   choć   ryżu  nie 

brakło. Oto koja drewniana, watowe bety, koszyk z czajnikiem, misa wrzątku 

dla nas. Ciepło pod dachem, czysto nawet i jest uśmiech życzliwy, cóż więcej 

potrzeba. Widocznie podobamy się, bo nie słyszałam krzyków „biały diabeł”. 

Wołano   „przyjaciele”.   Chinki   stare,   młode,   dzieci   pakujące   się   do   wózka, 

chłopi, szoferzy... widzę wciąż jeszcze te twarze, widzę typy różne i oczy, każde 

inne, cała nasza drogowa rodzina.

Widzę wciąż jeszcze te twarze, widzę typy rózne i oczy

Na jasnym, pozłocistym piachami brzegu urwał się szlak drogi. Nie po raz 

pierwszy i nie ostatni. Ileż rzek bieży do morza? A ile dopływów goni wielkie 

rzeki? Wszystkie, jak na złość, stają w poprzek naszej drogi i wszystkim obce są 

pęta mostów,  bo na co komu  mosty, skoro jest prom,  dżonka, sampan,  tyle 

rozmaitych   sposobów   przeprawy,   a   przy   okazji   szansa   na   zarobek   dla 

przewoźnika.

Woda, a na niej pływające miasto łodz

Motocykl, jakby wbrew wszelkim prawom fizyki, wtłoczony na pokład 

małej   dżonki,   siedzimy   skuleni   na   deskach   pokładu   pod   dachem   z   żagli   na 

bambusowych łukach. Woda, a na niej pływające miasto łodzi. Od strony brzegu 

ponad   mętnymi   nurtami   rozpościera   się   drugie   miasto   na   palach,   cudaczne, 

zwalające się, koślawe niczym gołębniki, poprzez bagniska, pobrzeża i urwiska 

brzegu nie wiedzie ani ulica, ani droga, a jedynie spróchniałe kładki, chybotliwe 

background image

deski i schodki dla przechodniów wiszą ponad łodziami. Nasz przewoźnik miał, 

jak   się   okazało,   lisi   charakter   i   w   zmowie   był   z   rybakami,   pomost   obrał 

pierwszy   lepszy,   a   na   pytanie,   gdzie   przybija   statek   do   Kantonu62,   odparli 

wszyscy, że nie wiedzą i ich to nie obchodzi.

Teraz,   kiedy   lądowanie   okazało   się   niemożliwe   i   skończyły   się   nagle 

opiekuńcze uprzejmości, zaczął się targ o cenę za nocleg i dostawie - nie do 

właściwego pomostu. Stach tak się wściekł tym oszustwem, że kazał wieźć się 

nocą z powrotem do brzegu. I wtedy nie wytrzymały moje nerwy, orzekłam, że 

w bagnie pobrzeżnych ścieków i śmietnisk ze szczurami spać nie będę, że głód i 

chłód, że nie damy rady wyzyskowi i złodziejstwu. Ostatecznie ułożyliśmy się 

pokotem   na   łodzi,   ledwie   miejsca   starczyło.   Stara   rybaczka   z   wnukiem   na 

plecach kucnęła na macie. Maluch w czerwono haftowanym worku czepeczek 

ma   z   lustereczkiem   chroniącym   od   uroków,   papucie   i   śmieszne   majteczki 

wycięte w okienko na zadku, bardzo praktyczne. Staruszka okryła się watową 

kołdrą, kosztowała mnie więcej niż okręt i pierwszorzędny hotel razem wzięte, 

papierosy wszystkie mi wypaliła, jedzeniem się nie podzieliła. Źli są ludzie rzek 

- niczym szczury.

W GÓRNEJ SZUFLADZIE

Dżonka na podobieństwo starej komody ozdobionej armatami, flagami, 

załadowana po brzegi, piętrzy się pośrodku gigantyczna sterta koszy, walizek, 

składanych   mebli,   pod   pokładem   świnie   i   drób,   bezład   nieprawdopodobny. 

Większość czasu mija nam na przeładunkach, rozładunkach, w dzień i w nocy, 

co jakiś czas ze środka rzeki wyskoczy sampan, chwycą hakami na linie za 

łódkę, bierzemy nowego pasażera...

Dżonka na podobieństwo starej komody

W koi po lewej dzień i noc wyleguje się dwóch chłopaków, kudłaty czyta 

chińskie gazety i książki, golony popija herbatę, co jakiś czas nurkują obaj pod 

watową kołdrę w kwiatki, chichoczą, może opowiadają sobie chińskie kawały? 

Obok rozwalił się gruby bokser, ten nie ma specjalnych zamiłowań, przeciąga 

background image

się, ziewa, bawi sąsiadów rozmową.  Dalej żołnierz i dwie dziewczynki, one 

znów bezustannie jedzą: trzcina cukrowa, pomelo, mandarynki, obiad, herbata, 

pestki, chwila przerwy na papierosa, znów szczęki w ruch. W koi po prawej 

stronie   płynie   dwóch   młodzieńców,   opiekują   się   mną   cały   czas   na   migi, 

niemniej rozczulająco i troskliwie, zwłaszcza w czasie jedzenia, bo to kłopot nie 

lada, gdy przynoszą kartę dań po chińsku, a potem jedzenie, ale jakoś zawsze 

nie   to,   co   zamówiłam,   palcem   na   talerze   współpasażerów   wskazując. 

Wyobrażam   sobie,   jak   Chińczyków   muszą   bawić   tacy   cudzoziemcy, 

głuchoniemi  i niepiśmienni  równocześnie  w kraju, gdzie każdy kaligrafować 

umie i kiedy porozumieć się mową nie może, palec na ustach kładzie, pędzelek 

bierze do ręki i rozmawia, malując na papierze.

Gdy ja z kolei sięgam po zeszyt, służący, który co dzień pędzelkiem kreśli 

wielkie krzaki na karcie potraw, osłupiałym wzrokiem goni pióro tańczące po 

papierze. Daję mu zeszyt do przeczytania ze złośliwym uśmiechem odwetu, tym 

razem on nic nie rozumie. Mieszkańcy koi przyłączają się do zabawy, zeszyt 

wędruje z rąk do rąk, oglądany tak i wspak, wesołość okazuje się zaraźliwa, 

przez parę minut cała pływająca komoda trzęsie się ze śmiechu.

Chińskie reklamy to zazwyczaj całe przedstawienie, czasem z baletem i 

deklamacją. Chłopak tańczy, starszy impresario w okularach z szyby okiennej 

opowiada   długo   i   zapewne   dowcipnie,   bo   wszyscy   świetnie   się   bawią,   a 

lekarstwa z walizki wyciągane wzięcie mają wielkie. Ulotki drukowane rozdają 

i   skrzętnie   zbierają   z   powrotem,   gdy   już   zabawa   skończona.   Po   przerwie 

obiadowej   następuje   lepszy   numer,   przystajemy   przy   nieznanym   porcie   na 

chwilę, a wtedy na pokład wsuwa się dyskretnie chłopak i wnosi dwa zamknięte 

kosze. Wywierają wpływ jakby magiczny, wszyscy zrywają się z miejsc, co 

bardziej łakome jednostki dopadają i jak nie zaczną macać, przebierać... a w 

koszach karaluchy. Inni ze swoich miejsc wzywają chłopaka krzykiem, w parę 

minut kosz rozprzedany. Powolniejszym zostaje szarańcza dwukrotnie droższa i 

zapewne   mniej   smakowita.   Wieczorem   chrzęst   karaluchów   rozlega   się   we 

background image

wszystkich kojach, we wszystkich szczękach... tylko nie w naszych.

Przecieram   oczy.   Suniemy   w   gęstej   mgle   nocy   bez   świateł,   mały 

holownik parska, krzyczy i ciągnie co sił. Wszyscy spoglądają w okna, krzątają 

się, zbierają bagaże. Kanton blisko, wkrótce, może za dwie godziny, z małym 

jednodniowym opóźnieniem, dopłyniemy.

Służący w pośpiechu inkasuje od pasażerów należności za ostatnie posiłki 

i   podjadki.   Przekupnie   wyprzedają   ciastka,   mandarynki,   papierosy.   Znikają 

toboły, ich właściciele, lokatorzy wszystkich wąskich koi przy nas, pod nami, 

naprzeciw i z boku, wylegają już na ląd, depcąc  się wzajem,  popychając w 

pośpiechu gorączki podróżnej.

Wyładunek i załadunek trwa całą noc bez przerwy

Gruby Chińczyk w okienku kasy oznajmia, że bez opłaty w kantońskiej 

walucie motoru na ląd nie wypuści. Wszelkie prowadzone na migi pertraktacje 

nie przynoszą rezultatu, jesteśmy  więźniami kompanii transportowej. Głodni, 

wściekli   i   bezradni   wobec   bariery   niezrozumienia   wracamy   do   swojej   koi, 

kładziemy się spać na dżonce i postanawiamy nie zapłacić za ten przymusowy 

nocleg. Wyładunek i załadunek trwa całą noc bez przerwy, na pokład zwalają 

się coraz to nowe paki, skrzynie, wory. Ukradziono kosz z kurami, właściciel 

lamentuje, ktoś z gapiów uśmiecha się i sugeruje, że zjedzono pewnie podczas 

rejsu.   Szczury,   nie   zwracając   niczyjej   uwagi,   równym   sznurkiem   biegną   na 

pokład   sąsiedniego   wraku,   który   tworzy   pomost   z   lądem,   na   dole   służba 

wymiata sterty śmiecia, papierów, skórek od owoców i wszystkich możliwych 

wyplutków. Noc głucha, ciemno, zimno, mokro... na brzegu miasto nieznane. 

Zgasła latarnia, dżonkę ogarnął sen krótki.

O mglistym poranku mój chłopiec znika w zaułkach obcego miasta, by 

wymienić pieniądze. Kiedy mamy już walutę kantońską, ruszam na pognębienie 

przedstawiciela   kompanii.   Najpierw,   nie   czekając   na   zaproszenie,   wypijam 

herbatę   z   jego   filiżanki,   następnie   każę   wypisać   pokwitowanie.   W   małym 

pokoiku   za   okienkiem   kasy   gruby   szaleje   zdenerwowany,   kipi   ze   złości   jak 

background image

gotujący się czajnik, za nic nie chce, tym bardziej więc upieram się, że kwit 

mieć muszę. Wywoławcza kwota zmalała już do połowy, niemniej wciąż jest 

pięciokrotnie   za   wysoka.   Gruby   uzasadnia,   że   w   miejsce   motoru   mógłby 

zmieścić dziesięć świń, więc nawet nie liczy strat, które poniósł.

- Jestem przekonana, że świń dwadzieścia też by się zmieściło, ale daj 

rachunek   ze   stemplem   i   pieczęcią   -   odpowiadam   z   uśmiechem   równym 

cierpliwością ciszy na morzu, która obezwładnia najbardziej wzdęte żagle.

Noc głucha, ciemno, zimno, mokro... na brzegu miasto nieznane

Rachunek   malowany   chińskimi   znakami   będzie   pięknie   wyglądał   w 

albumie pamiątek z podróży, a co ważniejsze kompania nie będzie mogła żądać 

powtórnej zapłaty.

Z   portowego   tłumu   kulisów   wyłania   się   tragarz   i   pomocników   coś   z 

dziesięciu  na każde koło. Motor ślizga się  po desce,  wskakuje na betonową 

rampę, ląduje na ulicy, ludnej, szerokiej, rozpędzonej samochodami i tłumem 

ryksz.

HOTEL CZTERECH OCEANÓW

Shameen,   maleńka   wyspa,   której   z   lupą   trzeba   by   wypatrywać   na 

ogromnej   mapie  Kantonu,  otoczona   zgniłą  wodą  kanału  i  zasiekami  z  drutu 

kolczastego, jedyne w swoim rodzaju miasto bez jezdni, gdzie przy asfaltowych 

chodnikach   stoją   niskie   domki,   to   twierdza   europejskości,   tu   skupiły   się 

wszystkie konsulaty, zagraniczne banki, trochę japońskich sklepów, biur linii 

okrętowych, korty tenisowe i trawniki. Każdy domek jest fortem z lukami na 

lufy   armatnie,   zbrojnym   od   progów   po   kominy.   U   żelaznych   bram   przy 

fortecznych koszarach warta zmienia się w dzień i w nocy, za dnia nikt nie 

przejdzie bez kontroli, nocą zamknięte.

Na wodzie stoją białe pancerniki, powiewając flagami kolonizatorów

Na wodzie, wśród chińskich dżonek i sampanów, stoją białe pancerniki, 

powiewając flagami kolonizatorów. Ile dni twierdza potrafiłaby się utrzymać, 

gdyby   Kanton   uderzył   do   szturmu?   Dawniej   wystarczało   kilka   dni,   by 

background image

Hongkong nadszedł z odsieczą. A dzisiaj?

Dzisiaj na małej wysepce rezyduje dwóch władców, konsul angielski i 

francuski oraz mała grupa ich rodaków. Anglików strzegą Hindusi, Francuzów - 

Rosjanie.   „Francuscy”   policjanci   przyjęli   nas   z   prawdziwie   staroruską 

serdecznością, wciągnęli motocykl po kamiennych schodach na most, ugościli w 

swej świetlicy herbatą i razowym chlebem. Bardzośmy się wszyscy polubili. Po 

zmianie warty nasi przyjaciele przywdziali skromnego cywila i wyruszyli do 

Kantonu na poszukiwanie taniej kwatery dla nas.

Zwiedziliśmy   bez  liku  mniejszych  i  większych  hoteli,  malowanych  na 

czekoladowo,   złoto,   zielono,   w   kwiatki,   smoki,   o   nazwach   szumnych   i 

dumnych, wszystkie jednak były przepełnione. Wreszcie na rogu wąskiej uliczki 

ujrzeliśmy   wspaniały   szyld.   Hotel   Czterech   Oceanów,   tak   zwał   się   ten 

przybytek, choć oceanu nie było tam ani jednego, a jedna obskurna łazienka. 

Nazwy ulicy nawet nie znaliśmy, nie było potrzeby, od portowego bulwaru w 

bok przecznicą za pocztę i na lewo, każdy bez problemu trafi.

Za   barierką   stoi   biurko,   za   nim   Chińczyk,   sądząc   z   tuszy   i   godnego 

oblicza recepcjonisty hotel cieszy się dobrą frekwencją. Jest pokój! Uśmiech 

radosny na naszych twarzach odbija się w jaskrawym błękicie hotelowych ścian. 

Ciemne   jak   noc,   wąskie   jak   szpara   w   murze,   karkołomne   stopnie   wiodą   na 

czwarte piętro, gdzie hula lodowaty podmuch mórz południowych. Zwiedzamy 

serię klatek bez okien, pokoje miejscowym sposobem dzielone przepierzeniem z 

desek. Takie pudełko otwarte u sufitu kosztuje jednego dolara dziennie, za okno 

pół dolara dopłaty. Służący z radosną mordą o krzywych zębach tłumaczy nam 

wszystko na migi bez problemu.

Hotel ma centralne ogrzewanie. Działa ono w taki sposób, że z chwilą gdy 

lokator wchodzi do pokoju, wsuwa się bezszelestnie służący z porcelanowym 

imbryczkiem   pełnym   wrzącej   herbaty.   Płyn   zwany   cza,   o   barwie 

słomkowoseledynowej, który smakiem naszej herbaty nawet nie przypomina, 

rozlewa się przyjemnie w brzuchu, ot i ogrzewanie.

background image

Cztery filiżaneczki stoją na tacy, jedną rozbiłam na kamiennej posadzce, 

ale nikt na to nie zwrócił uwagi, bo w hotelu w cenę pokoju wliczone są: gorąca 

herbata, woda, służba, światło, pościel, a także to, co w niej znaleźć można, ale 

jest i tłuczenie porcelany oraz demolowanie mebli. Woda cieknie z obu kranów 

żółta i zimna, wrzątek w miedzianej misce służący przyniesie, gdy potrzeba. 

Wszystkie klatki czwartego piętra zaludnione są Chińczykami i Rosjanami. Co 

rano jakiś tenor próbuje swych strun głosowych, co noc kłócąca się para wraca 

w stanie podchmielonym, wywracając ściany i meble, co dzień mała Chinka 

pozdrawia nas paroma słowami po angielsku. Nawet cieplej się robi od tego 

przeludnienia   i   trochę   przytulniej.   Lampa   zapalona   pod   sufitem   przyświeca 

sąsiadowi,   każdy   słyszy   najlżejszy   ruch   innych,   nie   widząc   się,   mieszkamy 

właściwie wszyscy w jednym pokoju, tanio i dobrze, po chińsku.

O, jaki Kanton jest wielki

A kiedy przez kraty podsufitowego okna prześliźnie się szczur z innej koi 

i siądzie ponad głową jak nietoperz, kiedy wystygnie cza w koszyczku i watowe 

bety   odstaną   chłodem   od   zbolałych   kości,   wtedy   wyjdź   na   ulicę,   zatoń   w 

mgłach, zgiń w ruchliwym tłumie, gdzie będziesz jednym z tysięcy.

O,   jaki   Kanton   jest   wielki,   bezkresny,   sprawia   wrażenie   ogromnego 

mrowiska,   zagmatwanego   labiryntu,   zlepiska   szarych   domów,   może   dlatego 

właśnie, że jest taki jednolity, czysto chiński. Na szczycie pagody o siedemnastu 

piętrach   wiatr   dmie,   zda   się   poniesie   człowieka   w   dół,   jak   zeschły   liść,   a 

gdziekolwiek by poniósł, tam czernią się spleśniałe w portowych mgłach bure 

budynki.

By przyjrzeć się prawdziwie miastu, trzeba się zapuścić w ulicę

Mrowią   się   ludzie   jak   korniki   kolorowe   jakieś,   nieustające   w   ruchu 

robactwo. By przyjrzeć się prawdziwie miastu, trzeba się zapuścić w ulicę, tylko 

którą? Bez różnicy, wszystkie są chińskie i godne uwagi, przy pagodzie tłoczą 

się  małe  uliczki starej prowincjonalnej mieściny,  domki  wgrzebane  w błoto, 

długie   deski   zamiast   chodników,   przekupnie   wędrowni   falują,   hałasują 

background image

dzwoneczkami, bębnem, stukałką byle jaką dla zwrócenia uwagi na zawartość 

koszy   kołyszących   się   na   nosidle,   przechodnie   przewracają   w   koszach   ile 

wlezie, nawet kolorowy perkal sprzedawany jest na łokcie z tobołka na plecach. 

Gnieżdżą się przekupnie - przysiedli przy wnęce domu, w starej bramie ulicznej, 

na   chodniku,   na   jezdni,   gdzie   komu   wygodnie   rozłożyć   swój   kramik   i 

wychwalać towar śpiewem, krzykiem, skandowaną litanią frazesów. Kończą się 

małe uliczki, domy rosną w banki, biura handlowe, ulica zmienia się w bazar 

zegarmistrzów i aptek. Zegarki podobne jak u nas, ale apteki!

Wszystkie   uliczki   znów   sq   wąskie   i   każda   z   nich   mieni   się   własnym 

bogactwem barw

Przed każdą wystawą można zmarznąć na kość i przemoknąć do suchej 

nitki, a mimo to odejść się nie chce. Paszcza tygrysa szczerzy straszliwe kły, 

obok   leżą   jego   kości,   słój   z   cudownym   sadłem,   wielkie   naczynia   z 

wyrafinowanymi   nalewkami   z   żab,   ileż   węży   i   jaszczurek   rozmaitych, 

suszonych, powiązanych w wianki jak grzyby, innych okropności, wielka tablica 

anatomiczna tworzy dekoracyjne tło wystawy.

Idąc dalej, wchodzi się w blask neonowych świateł, ryk megafonów. Tu 

są   galerie.   Od   gotowego   obiadu   do   umeblowanego   apartamentu   włącznie, 

wszystko   zawiera   wielopiętrowy   bazar,   gdzie   zginiesz   jak   szpilka   w   kopicy 

siana. A kiedy już cieplej się trochę zrobi, oczy zmęczą się nadmiarem tandety, 

a łokcie rozpychaniem przez rozfalowany tłum, najlepiej szczeliną w ciemnym 

murze prześliznąć się tam, gdzie wszystkie uliczki znów są wąskie i każda z 

nich mieni się własnym bogactwem barw. Oto uliczka laki, na bruku leżą gongi, 

michy,   puzdra,   w   głębi   mrocznych   nor   sklepików   czerwono,   złoto,   czarno, 

natomiast   w   uliczce   obok   chorągwie   zwisają   do   ziemi,   wachlarze   kogucie, 

miotełki   złotopióre   i   malowane   cudacznie,   na   wytwornych   prętach   kości 

słoniowej   rozpięto   malowanki   jedwabne,   papierowe,   w   kącikach   przysiedli 

jubilerzy,   w   norkach   pochowali   swe   warsztaty,   unosi   się   zapach   drewna 

sandałowego, chłopak maluje madżongi na kubikach nefrytu.

background image

Trafić tam mozesz tylko w nocy, gdy rozbłysną latarnie.

- Kup missi, tanio.

Z załomów szczelin między budynkami, z wnęki bramy wyłania się jasną 

plamą światła lampion kolorowy, ozdobny szyld i maleńka restauracja. Trafić 

tam możesz  tylko  w  nocy,  gdy  rozbłysną   latarnie.  Gdzie   za  dnia  był  sklep, 

warsztat, hotel, apteka albo wąskie zamknięte drzwi, teraz w każdych otwartych 

na oścież drzwiach stoi okrągły stół, głowy kołyszą się nad miskami z ryżem, 

wszędzie są restauracje. Na dole kocioł, na górze stoliki, para bucha z kotła, 

przysłania świat, znów widzisz pochylony łeb kucharza i rękę z warząchwią, na 

kłodzie   drzewa   leży   biały   fartuch   ciasta,   chłopak   wygniata   makarony. 

Restauracja   promieniuje   ciepłem,   obfitością   jadła,   pośpiechem,   przez   drzwi 

wpadają   ludzie,   wiatr   i   deszcz,   wsuwają   się   mokre   kłębki   łachmanów,   by 

przycupnąć przy misce zupy stojącej na progu dla nędzarza.

Na skraju chodnika restauracja wędrowna wydaje zupę z makaronem, na 

straganie   kołduny   gorące,   ciastka   z   sezamem,   obok   na   żelaznym   piecyku 

Chińczyk smaży bliny, porcja z konfiturami z karaluchów po dwa miedziaki. 

Gorące jadło pakujesz przez gardło w głodny brzuch, nic że przyprawą zgniła 

ryba, wywar z pieprzu, karaluch, świnia lub pies, byle trochę ciepła, byle choć 

raz   być   sytym.   Wokół   błoto,   plwociny,   niedopałki   papierosów,   odpadki 

jedzenia, ale po co patrzeć na podłogę, skoro ryż biały, czysty, gorący. Szybko i 

zręcznie długie patyki zapychają miliony głodnych ust.

Noc, blaski w mgłach, jeszcze długo będzie żyło miasto, długo w noc 

płonąć będą neony, ryczeć megafony wielkich domów handlowych, port łypał 

będzie czerwonymi światłami śpiących statków, zacinał będzie deszcz i wiatr w 

okna domów, gdzie śpią ludzie znużeni pracą, lub w legowiska bezdomnych 

nędzarzy przytulonych do muru w błocie ulicy czy śmietniska. Deszcz zmywa 

brud portowych doków, mlaszcze  na kamiennej  posadzce  małej  knajpy, pod 

murem wąskiej uliczki skurczył się nędzarz w łachmanach, patykiem grzebie w 

śmietniku. Z kupy odpadków i brudu wyłowił rybie oko, martwe, wyłupiaste, 

background image

oczyszcza z błota palcami, ręce mu drżą... je głodny jak pies. Dreszcz gorączki 

przejdzie iskrą elektryczną przez zlodowaciałe nerwy, coś wewnątrz krzyknie 

bólem:

- To przecież życie!

Pod murem wąskiej uliczki skurczył się nędzarz w łachmanach

MŁODZIENIEC Z HONGKONGU

Motocykl   nakłada   na   nasz   los   dyktaturę   bezwzględną,   śpieszymy   się 

wciąż, byle zajechać jak najdalej, zanim maszyna rozsypie się na drobne części. 

Największą udręką jest ciągła niepewność, gubienie drogi i dystansów. Mamy 

kartę   namazaną   atramentem,   na   której   wytworny   dygnitarz   w   jedwabnym 

szlafroku   osobiście   wyrysował   najmniejsze   wioseczki   i   miasteczka,   a   nawet 

przypuszczalne   odległości.   Przypuszczalne,   bo   mimo   wielkiej   uprzejmości 

dygnitarz nie był w stanie podać ścisłego kilometrażu.

Spotykamy   księdza   z   dziećmi   na   spacerze,   rozmawiamy,   wielebny 

przygląda się kartce papieru, punktom, strzałkom, cyfrom, poprawia odległości, 

do następnego miasteczka dokłada pięćdziesiąt kilometrów.

Uprzedzano nas, że droga będzie okropna, ale nie spodziewaliśmy się, że 

będzie aż tak straszna! Nieustanne wyboje przemieniają się w doły pełne błota, 

długo, długo telepiemy się w noc głuchą, aż wreszcie rozbłyskują przed nami 

światła ludzkiego osiedla. Wpadamy do ślepego miasteczka bez drogowskazu, 

gdzie jesteśmy, nikt nie powie, dopiero policja wywodzi na właściwą drogę. 

Pięćdziesiąt kilometrów dodanych przez księdza rozciąga się w pięćdziesiąt mil 

co   najmniej,   słońce   zachodzi   na   bezkresnej   płaszczyźnie   opustoszałych 

ryżowych   pól   ocembrowanych   cementowymi   ramami,   mrok   gęstnieje,   droga 

coraz   gorsza.   Długo   tak   jedziemy   na   oślep,   szlak   odnajdując   wyczuciem 

wybojów w nieoczekiwanych podrzutach. Wreszcie sił zabrakło.

Z nagła przed kołami motoru otwarła się rozświetlona przestrzeń wody. 

Morze?   Rzeka?   Woda   bez   granic...   Omglone   toną   w   niej   tysięczne   światła 

jakiegoś miasta, niby mirażu. Z chaty przybrzeżnej wyłania się żołnierz, radzi 

background image

płynąć do hotelu, a motor zostawić na posterunku do rana. Woda taka bezkresna 

i   noc   taka   mroczna,   jakże   szukać   hotelu   w   nieznanym   mieście?   Zostajemy. 

Kramarz z chatki własną pryczę odstępuje, ryż gotuje, schodzą się żołnierze, 

chłopi wyłaniają się z mroku, nawet księżyc wygląda ciekawie, by przyjrzeć się 

niecodziennym gościom.

Było   to   w   wioseczce   rybackiej   nad   Morzem   Chińskim   w   głuchą   i 

dżdżystą noc. Chłód przeniknął do szpiku kości, znów zatrzęsła gorączka. Z 

błotnej wyboistej drogi wywiódł nas koszarowy sygnał gdzieś z daleka niesiony, 

zduszony   przez   mgły.   Zamigotały   krzywe   latarnie,  zajaśniały   smugi   światła, 

ukazały się niziutkie domki, ulica niczym z dekoracji scenicznej do strasznej 

historii. Blask reflektora uderzył o mur, wyłoniły się z mroku żołnierskie twarze, 

z ciemnych nor, mrocznych kątów wypełzł zwarty tłum głów, zamigotały setki 

par   oczu,   zakołysały   się   rybackie   kapelusze.   W   łunie   latarni   wyrosły   dwie 

sylwetki,   powłóczysty   szlafrok   podparty   laską   i   czarny   płaszcz   zbryzgany 

błotem. Szary szlafrok to młodzieniec z Hongkongu, w płaszczu rybak mówi 

coś, ale nie rozumiem, do świadomości dociera jedynie ruch ust, słyszę tylko 

szum,   zdaje   mi   się   chwilami,   że   rybak   mówi   po   polsku.   Nie,   to   ma   być 

angielski. Łapię wątek, nieznajomy tłumaczy, że obok hotel tani jest, że kiedyś 

był w Sajgonie i jeszcze gdzieś...

Biedny policjant tymczasem toczy bój z tłumem, ustawia mnie jak lalkę 

na chodniku, otacza ramieniem, karabinem wywija młyńce w powietrzu, robi, co 

może... ale wszystko na nic.

Wreszcie   zdesperowany   gwałtownie   wciąga   mnie   do   sklepu,   sadza   na 

chwiejnym   stołku,   po   czym   dumny,   wszechwładny   rozpiera   się   w   wąskich 

drzwiach.   Okna   zabezpieczone   mocną   kratą,   karabin   w   poprzek,   drzwi 

zatarasowane,   tłum huczy  jeszcze,   głowy  wciskają   się  pod pachami,  między 

nogami strażnika. My tymczasem przeciskamy się pomiędzy stosami krabów i 

ryb,   wspinamy   po   drabinie   i   zasiadamy   przy   stole   nakrytym   szkarłatnym 

obrusem. Cichnie gwar, pałeczki zastygają w pół drogi do ust, młodzieniec z 

background image

Hongkongu   celebruje   sensacyjne   wydarzenie,   drobnymi   łykami   popijając 

herbatę, bawi rozmową, układa listę potraw. Od czasu gdy rozpoczął służbę w 

tej mieścinie, nie słyszał słowa po angielsku, nie widział twarzy z Zachodu, 

wspomina piękny i współczesny Hongkong, opowiada, że chce się wybrać do 

Szanghaju po żonę, bo podobno tamtejsze dziewczęta śliczne są i miłe, rączki i 

nóżki   mają   najpiękniejsze,   najmniejsze,   skórę   białą   bez   pudru   i   prawdziwe 

rumieńce.   Młodzieniec   nie   szuka   gospodarnej   żony,   lecz   pięknej.   Oczyma 

zapatrzonymi   w   mgły   i   deszcz   nocy   już   widzi   pełną   wdzięku   zjawę   swej 

wybranki.

Drobnymi łykami popijając herbatę, bawi rozmową

Restaurator   nie   jest   zachwycony   obecnością   naszego   opiekuna, 

wrzeszczy, wykłóca się o zapłatę, ale młodzieniec z Hongkongu z niezmąconym 

spokojem i wrodzoną dystynkcją wyjmuje odpowiednią monetę z portmonetki 

Stacha i płaci połowę rachunku.

- Wystarczy w zupełności - dodaje dla wyjaśnienia.

Udajemy się na poszukiwanie hotelu. Szarpiąc za dzwonek, dobijamy się 

do   zabarykadowanych   domków,   hałaśliwe   targi   odbywają   się   w   progu, 

młodzieniec sam decyduje, gdzie za drogo albo nieodpowiednio. Ostatecznie 

motor nocuje przed budynkiem policji, a my w prywatnym pokoju gospodarzy. 

Trudno było dać do zrozumienia przyjacielskiej rodzinie, że oczy się kleją, że 

umyć   chcemy   trochę   więcej   niż   twarz   i   ręce.   Poszli   spać   dopiero,   gdy   się 

napatrzyli.

Młodzieniec z Hongkongu zjawia się znów o świcie. Załatwił benzynę, 

papiery,   wszystko,   co   trzeba.   We   mgle   szarego   poranka   mieszkańcy   wioski 

rybackiej znów zalegają uliczkę zwartym tłumem. Motor warczy. Ucieka w tył 

zakazana   uliczka,   krzywa   latarnia,   szary   szlafrok   podparty   laską,   kreska, 

plamka...

PROM DO SANTAU

Było to za Wen Chow. Przed małą restauracją żołnierze zajadali swój ryż 

background image

poranny,   spytali,   dokąd   jedziemy.   Dogonili,   przegonili,   wspólnie 

przeprawiliśmy się przez rzekę, znów jechaliśmy razem. W górach motocykl 

wyprzedza, na równinie oni są szybsi, i tak przy każdym mijaniu pożegnania, 

przy każdym promie owacyjne powitania, solidarność i pomoc. Droga szeroka 

zwęża się czasem niespodzianie w dróżki polne, szukamy wtedy śladów opon i 

kolein   na   zielonej   darni.   Świetnie   się   tak   jedzie   pod   eskortą   karabinów 

maszynowych. Suną dwa ciężarowe wozy wypchane żołnierzami, każdy dźwiga 

tyle karabinów maszynowych, że mógłby wydać bitwę w każdej chwili, wroga 

tylko brak.

Świetnie się tak jedzie pod eskortą karabinów maszynowych

Na   całej   drodze   nastrój   radosny,   przyjacielski,   rozjaśnione   gęby, 

pokrzykiwania,   pozdrowienia,   powitania,   jakbyśmy   się   wszyscy   znali   od 

kołyski, razem świnie łaciate wypasali, łodzie holowali pospołu na kanałach i 

rzekach, spali na jednej pryczy, od lat jedli z jednej miski.

Bandyci?   Zbyt   dyskretni   i   niewidzialni,   to   jedynie   miałam   im   do 

zarzucenia. Szczęście czy pech? Nie zastanawialiśmy się nad tym. Zmarznięci, z 

pustymi kieszeniami, do rabowania nic nie mieliśmy, a w tym chłodzie nawet 

zapowiadane przypiekanie pięt mogłoby być miłą rozgrzewką.

Raz  w górach już się  zdawało, że  poznamy  się osobiście,  w krwawej 

pożodze   zachodu   na   cyplu   skalnym   wyrosły   dwie   zbrojne   sylwetki   w 

kapeluszach, trwały w bezruchu niczym posągi. Motor toczył się z górki, gdy 

dostrzegliśmy   drut   na   wysokości   szyi   rozciągnięty   w   poprzek   drogi,   na 

szczęście wzrok mamy wystarczająco dobry, ominęliśmy pułapkę i obeszło się 

bez wypadku.

Na przestrzeni dwustu czy trzystu kilometrów rzeczywiście nie było ani 

jednego posterunku policji, tylko przepyszne urwiska i morze u ich stóp.

Wreszcie motor zatrzymuje się tam, gdzie kończy się ląd, u kresu ziemi 

południa. Morze. Noc. Mgły. Złudne drgania latarni morskich i punkty świateł 

portowych.

background image

- Prom?

- Maybe come. Maybe no come.

Kapitan kutra tyle powiedzieć potrafi. I tak wiele. Mija godzina, druga, 

kilka następnych. Stoję na pokładzie handlowej krypy, ręce wczepiam w poręcz 

burty, wpatruję się w mgły. Przyjdzie. Nie przyjdzie. Kapitan podaje termos ze 

słodką   cieczą   i   wskazuje   blady   punkt   nad   brzegiem   zatoki,   to   prom   tkwi 

nieruchomo, wysyła sygnał śpiącej łodzi. Zatem nie przyjdzie.

Zawieram znajomość z obywatelem Santau63, który jest tak uprzejmy, że 

płaci   za   mój   bilet   na   rejs   motorówką   pasażerską   i   obiecuje   zaprowadzić   na 

posterunek   policji   gdzieś   na   drugim   krańcu   miasta.   Zostawiam   Stacha   z 

motorem i ruszam po ratunek.

Schodzę   z   pokładu   po   chybotliwym   moście,   rozlega   się   skwir   mew   i 

syreny   okrętów,   przez   ulice   rozwiane   chorągwiami   biegną   bosi   rykszarze. 

Opiekun zawozi mnie na posterunek, przekazuje władzom, ci dają żołnierza za 

przewodnika i tłumacza, zapewniają, że prom dziś jeszcze nadejdzie i nakazują 

czekać   w   porcie.   Ale   prom   nie   przyszedł.   W   końcu   ku   wielkiemu 

niezadowoleniu   żołnierza   postanawiam   wrócić   na   komisariat   pieszo,   by 

marszem rozgrzać krew w żyłach zamarzniętą w długie godziny oczekiwania. 

Na policji częstują zimną herbatą i pytają, o co właściwie chodzi, okazuje się 

bowiem dopiero teraz, że nic wcześniej nie zrozumieli. Tłumaczę raz jeszcze:

- Oto list polecający do generała, a po tamtej stronie rzeki czeka na brzegu 

mój chłopiec. Czego chcę? By jeszcze tej nocy motor i jego kierowca byli w 

Santau. A jak nie, to chcę się natychmiast widzieć z generałem.

Czytają   list   na   miejscu,   nagle   pracują   telefony,   sprawdzają   rozkazy, 

wizyta generała okazuje się niepotrzebna, łódź policji wodnej jest natychmiast 

do mojej dyspozycji, łupina już bełta się przy deskach kładki, wnoszą bańki z 

benzyną.  Zegar  wybija  dziewiątą,   gdy   mój   oddział  jest  gotów.  Ciężka  masa 

mgły spaja niebo z morzem, odbijamy od brzegu, pochłania nas szaruga, deszcz 

zacina, wiatr rwie, smaga strugami wody w twarz, dmie z boku, łódź tańczy, 

background image

fartuchy   brezentu   klaszczą,   łopocą,   motor   huczy,   prujemy   wzdłuż   brzegu. 

Wychodzimy z portu ostrożnie, raz po raz łodzią targa nagły wstrząs, rozlegają 

się krzyki, przekleństwa, wpadamy na kutry śpiące bez świateł. Światła latarni 

morskich bledną, już nie widać nic, wstrząs, to motorówka znów trzasnęła w 

bok śpiącej łodzi. Czas wlecze się jak mgła. A może  zbłądziliśmy?  Raptem 

motor   cichnie,   marynarze   długimi   drągami   sondują   dno,   znajdują   mieliznę, 

znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze. Miga światło latarni morskiej na cyplu, 

majaczy   ciemniejszy   pas,   gasimy   motor   i   rozpędzeni   uderzamy   o   szeroką 

burtę... śpiącego promu. Haki i liny idą w ruch, cumujemy.

Żołnierze,   klnąc   (a   to   oni   potrafią!),   za   łeb   wyciągają   z   koi   śpiącego 

przewoźnika, ja tymczasem biegnę po długiej kładce pomostu na ląd.

- Stach!... - wołam.

Odpowiada cisza. Gdzie mój chłopiec? Gdzie motor? Snop elektrycznego 

światła pełza, szuka,  brama  przystani klecona z bambusa  i z desek, kramik, 

wreszcie   natrafia   na   motor   wtulony   pod   ścianę.   W   wózku   piętrzy   się   góra 

omotana kocem.

- Stach?

Ani drgnie. Odrzucam koce, świecę w oczy.

- Wstawaj, płyniemy do Santau łodzią!

Cała załoga zbiera się wokół, teraz dopiero, na widok Stacha, pojmują, o 

co mi przez cały czas chodziło. Stach tymczasem wyłazi z wózka, przeciąga się, 

spał wyśmienicie. A dlaczego promem nie dotarł? Bo przewoźnik żądał zapłaty 

dziesięciu dolarów z góry, a on nie miał pieniędzy, bo wszystkie ja zabrałam. 

Teraz przewoźnik musi nas w środku nocy odwieźć i na dodatek za darmo, taki 

rozkaz.   Wracamy.   Czas   ucieka   z   grzebieniastą   falą   odpływu...   Mielizna... 

Morze...   Wyłania   się   pomost   portowy.   Cały   oddział   ciężko   pracuje   nad 

zbudowaniem ze starych kutrów i desek chwiejnego pomostu pod motocykl, 

deski   trzeszczą,   koło   wózka   idzie   w   powietrzu,   wreszcie   czujemy   ląd   pod 

stopami. Przez deszcz i wiatr, błotnistą uliczką maszeruje załoga, buty dudnią 

background image

głucho, mlaszczą w kałużach, pięści walą w zawarte drzwi hotelu.

O świcie wychodzą z portu okręty

O świcie wychodzą z portu okręty, stają w gardle zatoki, rycząc długo, 

przeciągle, po czym ruszają we wszystkie strony świata. Na krok nie widać, 

opalowa   mgła,   mleczne   tumany,   rozmigotana   masa   perłowa,   słońce   usiłuje 

przebić się bezskutecznie...

Siedzimy   w   restauracji,   już   nie   chłopskiej   przydrożnej,   a   modnej 

herbaciarni,   gdzie   śmietanka   towarzyska   Santau   zwykła   spędzać   południe. 

Pułkownik własnymi patyczkami pieczołowicie dokłada mi na talerz kolejnego 

santauskiego kołduna. Jakże miła jest gościnność chińska, może czasem niezbyt 

higieniczna,   ale   czyż   my   nie   przesadzamy   w   drugą   stronę,   gdy   spoglądamy 

krzywym okiem,  w  jaki  sposób  gość   trzyma   nóż,  widelec,  łyżkę  jak  do  ust 

kładzie, jak gryzie, jak połyka i gdy na tych obserwacjach opieramy wyroki o 

wartości towarzyskiej. W Chinach też obowiązują zasady jedzenia i dobrego 

tonu,   jednak   Chińczyk   dyskretnie   pomoże   wybrnąć   z   ciężkiej   sytuacji 

żonglowania   śliskimi   patykami,   a   nigdy   nie   powie   o   swym   gościu,   że   jest 

chamem, choćby w jego pojęciu cudzoziemiec jadł jak świnia. Miły Chińczyku, 

kiedy zawitasz w próg mego domu w obcym dla ciebie dalekim kraju, ugotuję ci 

ryż puchaty i wszystkie chińskie potrawy, które znam, podam miseczkę okrągłą, 

patyki i jedz swój ryż za zdrowie tych wszystkich prostych i pańskich przyjaciół 

naszej wędrówki przez Chiny Południa.

Otacza   nas   prześliczny   ogród   wymalowany   słońcem   i   kwiatami   na 

surowym tle gliny pachnącej wilgocią wiosny, niczym obrazek na pękatym boku 

porcelanowej   wazy.   Groty,   górki,   skały,   wirydarze,   wiszące   mostki,   kwiaty 

najbardziej   nierealne,   karłowate   drzewka,   ciężarne   kiściami   bladych   pąków 

brzoskwinie.

- Kwiat brzoskwini jest kwiatem Chin. Ten ogród nie ma w sobie nic 

japońskiego, ich ogródki są nędzną parodią chińskiej sztuki ogrodnictwa.

- Dobrze, pułkowniku. Już nigdy na widok kwiatu brzoskwini i karłowatej 

background image

sosenki nie zapytam, czy to japońskie. I innych pouczać będę. Nie nasza wina, 

że   Japonia   reklamą   turystyczną   dotarła   do   Europy   i   skradzione   pomysły 

sprzedaje jako własne. Ale porzućmy przykry temat, po co mówić o tym, co 

boli, o nienawiści, krzywdach, kiedy świat jest piękny.

Kraj, gdzie każdy pełną piersią oddycha

Pułkowniku, po co wojny toczyć? Tyle ziemi, można uprawiać swój ryż, 

mieszkać w chacie z gliny albo w kanale mieszkać na łodzi, rzekami wędrować, 

gdzie   oczy   i   łatany   żagiel   poniosą...   w   bezkres...   albo   się   w   góry   zaszyć 

nefrytowe, w dżungle południa, przez pustynie wędrować z kupiecką karawaną. 

Pułkowniku, czy znasz te piękne i łaskawe Chiny, które widzi obcy przybłęda, 

włóczęga uśmiechnięty do całego świata.

Pułkownik dużo czuje, widzi, wie, ale Chiny z bajki wachlarza, parawanu, 

parasola,   starej   wazy,   pagody,   groby   Mingów,   mury   Zakazanego   Miasta,   to 

wszystko   jest   dla   niego   niczym   stara   baśń.   On   zachwycony   jest   młodymi 

Chinami,   cywilizacją,   postępem,   drogami,   mostami,   blokami   nowych   miast, 

wojskiem, szkołami, reformami społecznymi, ekonomią, sportem... dość! Jestem 

znużona   nowoczesnością,   żegnaj   więc,   pułkowniku,   zabieram  nowo   odkryte, 

własne,  na  zawsze   zazdrośnie  skryte  w  pamięci   Chiny  Południa,  kraj,   gdzie 

każdy pełną piersią oddycha, szeroki wiatr od stepów, od mórz, od gór bierze w 

płuca jak w żagle...

I TAK SKOŃCZYŁA SIĘ WŁÓCZĘGA

Statek kompanii chińskiej komunikacji przybrzeżnej pruje bure, krótkie 

fale Morza Żółtego. Mijamy barki, dżonki i kutry, wiatr dmie, żagle łopoczą, 

ptaki trzepią skrzydłami, błyśnie raz po raz ogromne lśniące cielsko, to bokiem 

za lewą burtą przechodzi kaszalot, tryska fontanna wody. Jest zimno, głodno, 

motocykl się zepsuł, drogi zabrakło.

Pośród śmiechu żołnierzy lądujemy na szanghajskim bruku

Gwar,   ruch,   śmiech,   stuk   pałeczek   o   porcelanowe   miski,   ciągłe 

intensywne  falowanie  morza,   nieba,  lądu,  ludzi,  dźwięku,   barw  zlewa   się  w 

background image

jeden stłumiony chaos jakby ze snu, czasem targnie zimny dreszcz zbliżającej 

się śmierci. Ile to dni trwało? Nie pamiętam. Dostałam ataku malarii, a wtedy 

rzeczywistość z fantazją tworzą tak nierozerwalną całość, że trudno nawet zdać 

sobie sprawę z tego, co się przeżywa. Wreszcie w słoneczny, mroźny poranek, 

w płaszczach wiatrem podszytych, pośród śmiechu żołnierzy pokpiwających z 

naszych   oryginalnych   tobołków   i   strzępów   ubrań   lądujemy   na   szanghajskim 

bruku.

Słońce przedświtowe, zaspane i blade roziskrza mgły nadwodne, szron i 

szary asfalt jezdni. Wiatr północny zacina, gna krzywymi ulicami, przez bramy, 

wzdłuż   niekończących   się   torów   linii   tramwajowych.   Ani   kierunku,   ani 

drogowskazu.   Ponad   miasto   wystrzelają   samotne   drapacze   nieba,   dzwonią 

dzwony, szklane dźwięki rozsypują się po bladym niebie, opadają przez koronkę 

nagich drzew w drzemiący kanał, na dżonki, sampany, głazy, uliczki, chaty na 

krzywych palach, wreszcie zamierają pośród iskrzącego szronu. Wyłaniają się 

wieże gotyckie dalekie i rozwiane bladoróżowym oparem. Przecież obiecałam 

siostrze Assuncie, że będę odwiedzać kościół.

Mniszka w czarnym czepeczku prowadzi do ławy drewnianej długiej na 

pół nawy, tyle w niej chińskich dzieci, cały kościół pełen dzieci.

- Mama, mamapropinczau...

Toczą się łzy po policzkach, duże, samotne, zatrzymać ich nie sposób. 

Klękam na drewnianym stopniu, przez plecy przechodzi lodowaty dreszcz. Te 

dzieci nie śpiewają kantyczek tłumaczonych przez padre i mały niedźwiedź nie 

czeka w namiocie. Za to za drzwiami kościoła obce miasto budzi się ze snu, 

trzeba wracać do ludzi, stanąć do walki o prawo do życia w bezimiennej ciżbie 

nędzy i nie paść na bruk. Zwyciężyć.

Szanghaj, 1937 rok

MOTOCYKLEM Z POLSKI DO CHIN

STANISŁAW BUJAKOWSKI64

ORGANIZACJA WYPRAWY

background image

Dla   przystępującego   do   organizacji   wyprawy   najważniejsze   zawsze 

będzie   obliczenie   możliwości   finansowych.   Wypuszczanie   się   w   teren   bez 

uprzedniego przygotowania finansowego licząc, że po jakimś czasie pieniądze 

nadejdą   z   kraju   lub   może   da   się   coś   zarobić   po   drodze,   jest   bardzo 

niebezpieczne. Trzeba być od raz przygotowanym, że wszystkie obliczenia co 

do   czasu,   jaki   zajmie   wyprawa,   wezmą   w   łeb,   a   pieniądze   nawet   przy 

najpunktualniejszym wysłaniu czasami wędrują naokoło świata z powodu błędu 

banku,   który   na   przykład   pomylił   Bombaj   z   Bejrutem,   a   bywa   też   tak,   że 

przekaz telegraficzny wędruje sześć tygodni na grzbiecie mułów.

Sporządzenie kosztorysu podróży nie nastręcza większych trudności jeżeli 

znamy w przybliżeniu odległość, jaką mamy zamiar przebyć, czas, jaki nam to 

zajmie, i swe wymagania.

Ponieważ  ceny  benzyny w Europie  i na  całym Bliskim Wschodzie  są 

mniej więcej takie same, to jest około 65 groszy za litr, a ceny za oliwę również 

nie bardzo odbiegają od siebie, obliczenie, ile nas będzie kosztował przejazd 

motorem,   jest   łatwe.   Przy   obliczaniu   pamiętać   należy   jedynie,   że   zużycie 

materiałów  pędnych w  terenie jest  większe  i że w tropiku benzyna szalenie 

szybko się ulatnia. Z mojego doświadczenia mogę zalecić dodanie 25 procent 

ogólnie otrzymanej sumy na większe zużycie i ulatnianie się benzyny. Ceny 

materiałów pędnych poczynając od Iraku są niższe, ale są miejsca w Indiach 

bardzo oddalone od portów, które znów pochłaniają tę oszczędność. Benzyna 

począwszy od Iraku sprzedawana jest nie na litry, a na galony.

Ponieważ ceny ulegają ciągłym wahaniom, trzeba sobie stworzyć rezerwę 

finansową.

Pieniądze przeznaczone na podróż w całości dobrze jest zabrać z sobą w 

postaci   czeków,   które  nawet   w  razie   zgubienia  lub  kradzieży  nie  mogą  być 

zrealizowane przez osoby trzecie. W razie zajścia takiej ewentualności należy w 

pierwszej agencji podróżniczej, której czeki posiadamy, złożyć oświadczenie o 

zagubieniu   z   prośbą,   aby   przeprowadzili   unieważnienie   tychże   i   wystawili 

background image

nowe. Najpraktyczniejsze jest zaopatrzenie się w czeki Cooka. Realizowanie ich 

jest   wszędzie   bardzo   łatwe.   Czeki   należy   brać   w   jedno   lub   dwufuntowych 

odcinkach.   Zmiany   dokonywać   w   agencjach   Cooka,   gdyż   tam  płacą   zawsze 

najlepszy kurs za swe czeki, dopiero z braku takowych należy zwracać się do 

banków. Myśmy posługiwali się walutą angielską i przekazami bankowymi. Jest 

to sposób niepraktyczny i kosztowny.

Przy   kompletowaniu   ekwipunku   należy   pamiętać,   aby   cały   był 

sporządzony   z   najlepszych   materiałów   i   wystrzegać   się   zabierania   rzeczy 

podniszczonych.

Ceny materiałów pędnych poczynając od Iraku sq nizsze Odświeżenie 

sobie wiadomości geograficznych jest bardzo wskazane.

KLIMAT I Z TYM ZWIĄZANY WYBÓR CZASU NAJLEPSZEGO 

NA PODRÓŻ

Chcąc toczyć się kołem po szlakach Azji i podziwiać jej piękno, trzeba 

pogodzić się z losem i znosić cierpliwie ekstrawagancje klimatu. Chociaż szlak 

naszej podróży prowadził między 17 a 40 stopniem szerokości geograficznej, 

kilkakrotnie przechodząc przez zwrotnik, więcej mieliśmy nocy i dni chłodnych 

niż gorących, często  dokuczał upał, a dni, w które pogoda była w sam raz, 

mieliśmy najmniej.

W   Europie   należy   liczyć   się   jedynie   z   trudnościami   na   drogach 

bałkańskich w czasie deszczu lub śniegu, sezon motorowy trwa od wiosny do 

jesieni,   a   deszcz   może   padać   równie   dobrze   w   lipcu   i   maju.   Od   granicy 

bułgarskiej   do   Syrii   przez   całą   Turcję   przejechać   można   tylko   w   okresie 

suchym, od jesieni do wiosny bowiem drogi są wsiąkliwym bagnem, a suchymi 

wadi bez mostów płyną potoki. Pora deszczów i śniegów przychodzi wcześniej 

lub później zależnie od roku: październik, listopad lub grudzień.

Na   pustyni   bagdadzkiej   i   w   Syrii   w   zimie   pada   deszcz,   bywa   bardzo 

zimno, latem panuje upał, ale jechać można. Najlepszy czas to wiosna i jesień. 

Od Bagdadu do granicy perskiej w okresie zimy, gdy pada pierwszy śnieg w 

background image

górach, i na wiosnę w okresie topnienia śniegów szlak może być zalany wodą z 

gór, wtedy jest bardzo ciężkie błoto. To jednak okresy krótkie, pustynia schnie 

szybko i zazwyczaj jest twarda.

Należy liczyć się z trudnościami na drogach bałkańskich

Persję poza  drogami  nad  Morzem Kaspijskim,  gdzie opady śnieżne  w 

zimie  są  bardzo  obfite,   przejechać  można  przez  cały   rok.  Czas  najlepszy  to 

jesień lub wiosna, latem bowiem są męczące upały, a zima jest bardzo ostra. 

Przy pierwszych śniegach i roztopach wiosennych drogi są często zalane wodą i 

poprzerywane potokami,  które płyną korytem cembrowanym bez mostów,  w 

zimie liczyć się należy z obfitym śniegiem.

Kierując   się   na   Afganistan,   trzeba   brać   pod   uwagę,   że   śnieg   topnieje 

trochę później i zima zaczyna się wcześniej. Klimat jest jeszcze ostrzejszy niż w 

Persji. Drogi na ogół złe, ale twarde, w zimie część dróg zamknięta. Kraj bardzo 

ciekawy. Szlak do Meszhed na słoną pustynię i Beludżystan do Zahedan ma 

charakterystyczne cechy dróg perskich, to znaczy więcej deszczu, mniej śniegu. 

Od  Miriada   do  Nok  Kundi  na  trasie  lotne  piaski,   od  Nok  Kundi  do  Quetta 

pustynia twarda w czasie suchym, wsiąkliwe bagna, gdy tają śniegi w górach. 

Pustynia   schnie   szybko,   więc   to   okresy   krótkie,   ale   bardzo   trudne.   Gdy 

przejeżdżaliśmy 24 grudnia - 3 stycznia pustynia była zalana wodą pierwszych 

śniegów i deszczu.

Po wszystkich głównych szlakach Indii można podróżować cały rok bez 

przeszkód.   Okres   deszczów   monsunowych   w   tym   kraju   trwa   od   maja   do 

października, wtedy na bocznych drogach mogą wystąpić trudności. Przeprawa 

przez wezbrany Indus odbywa się statkiem.

Najprzyjemniejszy klimat jest w okresie zimowym od listopada do marca, 

najgorętszym miesiącem jest maj, w prowincjach centralnych dla ludzi o słabym 

sercu jest wręcz niebezpieczny.

W   Birmie   od   pierwszych   dni   maja   leje   deszcz.   Szosa   z   Rangunu   do 

Mandalay i do Prom lub Loilem używana jest nawet w porze deszczowej za 

background image

wyjątkiem ciężkiego monsunu (raz na parę lat), gdy woda zrywa mosty nawet 

kolejowe. Boczne wyprawy i szlak do granicy syjamskiej otwarte są dla motoru 

jedynie w okresie suchym od grudnia do kwietnia, jednak nie należy jechać, 

zanim   od   granicy   syjamskiej   nie   przyjdzie   wiadomość,   że   droga   między 

Monglin a Nam Mesai wyschła. Po deszczach wszystkie mostki są pozrywane. 

Droga   zwykle   bardzo   wąska,   często   urwana   i   błoto,   którego   przebycie   na 

przestrzeni 160 kilometrów zajęło nam 21 dni od 27 listopada do 17 grudnia. 

Droga   zacieniona   dżunglą   wysycha   bardzo   powoli,   rozmaka   bardzo   szybko. 

Klimat wybitnie niezdrowy, malaryczny.

W Syjamie od granicy Birmy do Czeng Rai, Czeng Sen lub do Lampang 

szosa o nawierzchni twardej otwarta cały rok. Klimat tropikalny.

W   Laosie   także   tropiki.   Do   Annamu   szlak   dobrze   utrzymany,   można 

jechać tak w porze suchej, jak i na początku pory deszczowej. W Annamie i 

Tonkinie  droga   o  asfaltowej   nawierzchni  otwarta  cały  rok.  Klimat   męczący, 

tylko jesień jest ładna i sucha, latem duszno, zimą wilgotno i chłodno.

Błoto, którego przebycie na przestrzeni 160 kilometrów zajęło nam 21 dni

Chiny na południu mają klimat zbliżony do Tonkinu, w Szanghaju do 

południowoeuropejskiego, za wyjątkiem bardzo dusznego lata, na północy ostry 

o ciężkiej śnieżnej zimie. Najpiękniejsza jest jesień, sucha, pogodna, ciepła od 

sierpnia do grudnia. Jechać można przez cały rok bez specjalnych przeszkód.

Przede   wszystkim   startując   do   podróży   PolskaChiny   trasą   przejechaną 

przez nas lub jedną z pokrewnych należy już w dniu wyjazdu liczyć, kiedy 

staniemy na granicy Birmy. Przeprawa ścieżkami górskimi rozszerzonymi dla 

jednego samochodu przez Arakany i z Loilem do granicy Syjamu możliwa jest, 

jak   wyżej   wspomniałem,   tylko   od   grudnia,   a   w   razie   przewlekłego   deszczu 

monsunowego trzeba nawet datę przesunąć na styczeń, do kwietnia włącznie.

Bez postoju dłuższego niż sześć tygodni w Teheranie przejechalibyśmy 

Persję w początkach listopada, gdy jeszcze była słoneczna jesień i drogi suche, a 

nie w grudniu przez śnieg i wodę, trzymiesięczny postój w Indiach spowodował, 

background image

że przemierzaliśmy ten kraj w najgorętszym czasie, w maju i zmuszeni byliśmy 

do półrocznego postoju w Birmie dla przeczekania monsunu.

KIEROWCA I PASAŻER

W   takiej   wyprawie   kierowca   zawsze   będzie   odgrywał   pierwszą   rolę, 

choćby   dlatego,   że   może   się   wybrać   sam,   bez   pasażera,   dlatego   właśnie 

specjalną uwagę zwrócę na niego, pasażerowi poświęcając dużo mniej miejsca. 

Istnieje przecież możliwość, że w taką podróż wybierze się dwóch kierowców, 

prowadząc maszynę na zmianę, co jest najwłaściwszym rozwiązaniem kwestii.

Kierowca   nie   może   być   początkującym   motocyklistą.   Znajomość 

doskonała   motoru   oraz   umiejętność   poradzenia   sobie   w   najtrudniejszych 

wypadkach i w razie wszelkich kaprysów motoru jest bardzo ważna. Ja w czasie 

naszego rajdu trzykrotnie przeprowadzałem samodzielnie remont, powierzając 

warsztatom jedynie dorobienie rzeczy. Zwalenie całej roboty na mechaników 

nieobeznanych z motocyklami kończy się zazwyczaj fatalnie. W każdym garażu 

usłyszymy, że właśnie oni znają się na motocyklach najlepiej i zapewnią solidną 

robotę. Każdy tak mówi, tego wymaga interes, jednak najczęściej dla takiego 

garażu   przestawienie   tłoka   z   pierwszego   cylindra   do   drugiego   lub   zamiana 

zaworów  nie  odgrywa  większej  roli.  Aby   zapobiec  tym innowacjom,  należy 

samemu remontować.

Od   kierowcy   wymaga   się   również   pewnej   siły   fizycznej,   opanowania 

wewnętrznego i orientacji w terenie. Siła fizyczna nie tyle jest potrzebna do 

napraw motoru, co do wyciągania go z opresji. Nie zawsze motor radzi sobie 

sam, a szczególnie jak siądzie w błocie lub piachu, potrzebuje pomocy. Dlatego 

przed zdecydowaniem się na jakąkolwiek wyprawę, trzeba swe siły zmierzyć i 

przygotować się na najcięższe.

Spokój moralny kierowcy ma wpływ zbawienny na motor. Chodzi przede 

wszystkim o równomierne prowadzenie w terenie, dostosowanie szybkości do 

szlaku, łagodne wyprowadzanie z piachu i błota, bez niepotrzebnego zrywania, 

jak również pośpiechu na wyboistym terenie. Unikając brutalności, oszczędzimy 

background image

sobie na przeprowadzaniu zbyt wczesnego remontu. Szlaki Azji to nie nasze, 

nawet słynne, piaski wileńskie. Tu wchodzi w grę odległość, na której piętrzą 

się trudności. Ważne, aby pokonywanie ich nie znudziło się i aby kierowca nie 

wyładowywał swego złego usposobienia na maszynie.

Orientacja   w   terenie   może   stanowić   o   życiu   lub   śmierci.   Stracenie 

kierunku   na   pustyni   równa   się   śmierci,   a   w   najlepszym   wypadku   bardzo 

ciężkiemu   wyczerpaniu,   a   tym   samym   przerwaniu   wyprawy.   Posiadanie   tak 

zwanego   „nosa”   i   kierowanie   się   „węchem”   jest   najlepszym   kompasem   i 

przewodnikiem.   Wybranie   właściwej   drogi   na   rozwidleniu,   gdy   początkowo 

obie   idą   prawie   równolegle   i   brak   jakiegokolwiek   drogowskazu   lub   jest 

drogowskaz, ale w języku arabskim, perskim czy chińskim, można powierzyć 

jedynie instynktowi.

To nie nasze słynne piaski wileńskie

Pasażer   z   kierowcą   muszą   być   zgrani.   Oboje   prowadzą   maszynę.   W 

czasie jazdy do pasażera należy odczytywanie map. W terenie ciężkim, jak na 

torze   wyścigowym,   musi   wieszać   się   na   kole   i   wyprawiać   wygibasy   dla 

utrzymania   równowagi   motoru.   Jazda   po   szosach   Anatolii   nie   należy   do 

przyjemnych   i   łatwych,   tu   wszystko   zależy   od   ruchliwości   pasażera. 

Wyskakiwanie   w   biegu   w   terenie   górzystym,   nie   czekając,   aż   motor   stanie, 

podepchnięcie go i zajęcie swego miejsca z powrotem, aby nie tracić rozbiegu 

maszyny, powinno być jedną chwilą. Pasażer cały czas musi obserwować pracę 

motoru i potrafić wyczuć ten moment, kiedy jego pomoc jest potrzebna. Nie 

zawsze można przystanąć i rozpocząć pracę na nowo. Na początku szło nam to 

bardzo nieskładnie, ale z czasem przyszła wprawa i mój pasażer, choć lekki i 

słaby, doskonale utrzymywał równowagę, wyczyniał istne cuda akrobatyczne i 

wprowadzał motor w zachwyt swoją umiejętnością wyczucia chwili, w której 

ten   potrzebował   pomocy.   To   zgranie   się   załogi   i   zlanie   się   w   jedną   całość 

motoru,  kierowcy  i pasażera stanowi  o pomyślnym rezultacie wyprawy. Nie 

będę twierdził, że maszyna ma duszę, ale że maszyna jak koń czuje rękę i potrafi 

background image

się odwdzięczyć za troskliwą opiekę, to fakt.

Pasażer, choć lekki i słaby, doskonale utrzymywał równowagę

Świadomość,   że   jeden   na   drugiego   może   liczyć,   daje   olbrzymią 

przyjemność włóczęgostwa

Pewne czynności należy podzielić między sobą, aby jak najmniej czasu 

tracić na postojach na bezcelowe plątanie się, każda minuta wypoczynku ma 

duże znaczenie. Jeżeli kierowca ma coś do roboty przy motorze, to pasażer nie 

powinien   czekać   z   rozbiciem   namiotu   i   zajęciem   się   kuchnią.   W   naszej 

wyprawie starałem się wykonywać całą twardą robotę sam, oszczędzając siły 

pasażera na czarną godzinę. Ponieważ owe czarne godziny zdarzały się bardzo 

często, oboje raczej nie próżnowaliśmy.

Właśnie   to   zgranie,   świadomość,   że   jeden   na   drugiego   może   zawsze 

liczyć i że wszystko idzie gładko, daje olbrzymią przyjemność włóczęgostwa.

MOTOR

Nie radziłbym nikomu wybierać się w tak odległą podróż motocyklem 

bez przyczepki, z wielu powodów, jak choćby: stan dróg, możliwość zabrania 

odpowiedniego ekwipunku i zmęczenie. Najważniejszym może czynnikiem jest 

właśnie zmęczenie i ten powinien zaważyć na szali decyzji za motocyklem z 

przyczepką. Przy pokonywaniu tak znacznych przestrzeni w najrozmaitszych 

warunkach   klimatycznych   i   przy   różnym   stanie   dróg   trzeba   mieć   choć 

najprymitywniejsze warunki wygody, aby taki spacer nie był jednym łańcuchem 

udręczeń,   taka   wyprawa   ma   w   końcu   obok   ciężkiej   roboty   przynieść   także 

pewną dozę przyjemności z podróży.

Motor,   którego   przeznaczeniem   będzie   nie   wyciąganie   szybkości   na 

asfaltach, ale pokonywanie znacznych przestrzeni co dzień i to przez dłuższy 

okres w ciężkim terenie, musi być motorem terenowym, silnie zbudowanym i o 

możliwie   najprostszej   konstrukcji.   Wszelkie   maszyny   szybkobieżne   o   dużej 

ilości   obrotów   i   małej   sile   przystosowane   do   dróg   bitych   bezwzględnie 

odrzucam jako nienadające się do tego celu. Najwłaściwsze będzie zaopatrzenie 

background image

się w motocykl ciężki typu wojskowego, dwucylindrowy o pojemności około 

1000 cc. Motory wyposażone jedynie w nożną zmianę szybkości przysporzą 

dużo kłopotu, najodpowiedniejsza jest ręczna lub podwójna. Ma to ogromne 

znaczenie   przy   pokonywaniu   ciężkiego   terenu.   Niejednokrotnie   pomagałem 

motorowi, idąc obok, pchając i zmieniając równocześnie szybkość z tej pozycji.

Silnik   winien   być   jak   najwyżej   zawieszony   nad   ziemią,   dokładnie 

osłonięty od przodu i spodu. Zastosowanie filtru olejnego w gaźniku odda duże 

usługi. Przy przejeździe przez Anatolię cały silnik owinąłem bandażami, pył jest 

tam   bowiem   tak   lotny,   że   dostaje   się   do   najdrobniejszych   szczelin,   a   przez 

gaźnik do wnętrza silnika.

Dynamo musi być tak uregulowane, aby przy szybkości motocykla około 

15   kilometrów   na   godzinę   ładowało   dostatecznie.   Posuwanie   się   w   terenie 

bardzo rzadko przekracza 25 kilometrów na godzinę, czego rezultatem jest pusty 

akumulator, a sygnał i światło nie działają.

W   tylnym   kole   motocykla   szprychy   bardzo   często   mają   zbyt   małą 

wytrzymałość i w terenie pękają jak zapałki. Na przestrzeni 15 000 kilometrów 

zmieniłem około 200 sztuk. W drodze jest to bardzo męczące. Najwłaściwsza 

będzie   ich   zastąpienie   szprychami   samochodowymi,   które   są   grubsze   i 

wytrzymalsze.

Na przestrzeni 15 000 kilometrów zmieniłem około 200 sztuk

Operacji   takiej   dokonałem   w   Bombaju   i   choć   później   miałem   dużo 

cięższy teren niż poprzednio, już ani jedna nie pękła.

Jestem przekonany, że będzie bardzo trudno znaleźć motocykl dosłownie 

odpowiadający podanym wymaganiom, ale to nie jest problem. Bez wątpienia 

możliwe   jest   wynalezienie   takiego,   który   będzie   jak   najbardziej   zbliżony 

charakterystyką, a drobne zmiany można bardzo łatwo i tanio przeprowadzić.

WÓZEK

Wózek   łączy   w   sobie   dwie   cechy:   pomagania   i   przeszkadzania 

podróżnikowi w jego zamiarach. Musi być również bardzo starannie wybrany, 

background image

aby cechę przeszkadzania zmniejszyć do minimum.

Myśmy posiadali właśnie taki „przeszkadzający”, dostarczony mi razem z 

motorem,   a   że   miałem   w   głowie   jedynie   odległości   mierzone   w   tysiące 

kilometrów, nawet nie zwróciłem uwagi na jego małocentymetrowe oddalenie 

od ziemi.

Wózek   nasz   był   wykonany   przez   firmę   łódzką   na   podstawie   licencji 

wiedeńskiej.   Pomimo   całej   antypatii,   jaką   żywiłem  do   niego   ze   względu   na 

przyziemność, muszę przyznać, że podwozie z rur wykonane było nadzwyczaj 

mocno  i solidnie. Wytrzymałość  podwozia była zdumiewająca,  tyle uderzeń, 

wstrząsów,   jakie   co   dnia   otrzymywał,   połamałoby   najsilniejsze   resory 

ciężarówki.   Wózek,   a   właściwie   jego   podwozie,   musi   być   bardzo   solidne, 

możliwie lekkie, o najniższym punkcie oddalenia od ziemi 25-30 centymetrów. 

Stosowania   koła   amortyzowanego   nie   zalecałbym,   gdyż   guma   amortyzatora 

dość   szybko   siada   i   przez   to   obniża   podwozie.   Śruby   łączące   podwozie   z 

motorem   winny   być   mocne   i   łatwo   wymienne.   Nad   kołem   wózka 

zastosowałbym wysoko osadzony błotnik z bokami skórzanymi.

Wózek   łączy   w   sobie   dwie   cechy:   pomagania   i   przeszkadzania 

podróżnikowi

Tym, którzy chcieli osiągnąć maksimum wygody i wybiorą się z wózkiem 

nieobciążonym pasażerem, radziłbym postąpić jak poniżej.

Zamiast   koszyka   można   na   podwoziu   ustawić   kufer   (rodzaj 

samochodowego)   dostosowany   linią   zewnętrzną,   a   wewnątrz   podzielony 

następująco: przód kufra przeznaczony na ekwipunek osobisty (ubrania, koce, 

itp.), część środkowa na benzynę i oliwę (w bańkach 0 pojemności około 20 

litrów),   nad   tym   przedziałem   szuflada   przeznaczona   na   narzędzia   i   części 

zamienne,   część   tylna   kufra   zaś   na   żywność   1   przybory   kuchenne.   Oponę 

zapasową dobrze jest umieścić z tyłu kufra, na przedzie zaś przygotować kilka 

uchwytów jako rezerwę.

Jestem przeciwny obciążaniu bagażnika nad tylnim kołem motoru i radzę 

background image

wszystkim zachować to miejsce jako rezerwę do załadowania benzyny. Zdarzają 

się odcinki, gdy zapas benzyny na 1000 kilometrów nie jest wcale zbyt duży. 

Jednak bagażnik trzeba przygotować, to jest ułożyć na nim deskę z dykty o 

grubości przynajmniej 5 milimetrów, dobrze ją przymocować, a pod spodem 

umieścić uchwyty, aby pasy lub sznur w przyszłości założony nie zsuwał się do 

środka.

Umieszczenie torb skórzanych uważam za niepraktyczne z następujących 

względów: nie dają się przymocować tak, aby nie biły o ramę, są niepakowne, 

rzeczy   metalowe,   jak   narzędzia,   bardzo   szybko   je   dziurawią   i   gubią   się,   a 

ponadto utrudniają dostęp do koła.

Jeżeli podwozie nabyte jest wraz z błotnikiem nad kołem i nie chcemy go 

zmieniać,   należy   sprawdzić   łatwość   demontażu.   To   samo   stosuje   się   do 

przedniego koła motoru. Musimy się liczyć z tym, że podczas przejeżdżania 

przez teren gliniasty i mokry, glina nabijać się będzie pod błotniki i po kilku 

metrach koła będą zablokowane. W takich wypadkach nigdy nie należy bawić 

się w wydłubywanie gliny, lecz od razu demontować błotniki, to jedyny sposób 

na szybkie posuwanie się.

PRZESTROGI

Ponieważ przypuszczam, że czytelnik zachęcony tyloma udogodnieniami 

kupił już motor, chcę jeszcze dać kilka przestróg. Jeżeli do podróży kupiliśmy 

motocykl nowy, należy go bardzo starannie dotrzeć na przestrzeni około 1500 

kilometrów.

Przy   odbywaniu   rajdów   na   przestrzeni   kilkunastu   tysięcy   kilometrów 

trzeba   się   trzymać   zasady,   że   nawet   na   najlepszej   nawierzchni   nie   należy 

przekraczać szybkości 70 kilometrów na godzinę. Musimy kierować się myślą, 

że motor powinien nam starczyć na cały rajd i czym go będziemy oszczędniej 

używać, tym dłużej będzie nam służył w dobrym stanie. Wszelki pośpiech oraz 

zrywanie motoru w terenie jest bardzo szkodliwe i niejednokrotnie powoduje 

nieobliczalne następstwa.

background image

Co 500 kilometrów jazdy terenowej należy przejrzeć wszystkie śruby i te, 

które puściły, dokręcić. Często w jeździe możemy zobaczyć śrubę obluzowaną 

lub wyczuć luz, w takich wypadkach nie można liczyć na to, że śruba wytrzyma 

aż   do   wieczora   lub   postoju,   a   natychmiast   zatrzymać   się   i   luzy   usunąć. 

Wszystkie śruby obluzowane na wybojach ulegają obcięciu.

Motor   należy   utrzymywać   w   jak   największej   czystości   i   korzystać   z 

każdej okazji, aby go dokładnie wymyć i oczyścić. Wszystkie części ruchome 

smarować bardzo często. Każdego dnia sprawdzić tylny łańcuch, a zbyt duży 

zwis należy usunąć. Prawidłowy zwis wynosi dwa i pół centymetra.

Motor należy utrzymywać w jak największej czystości

W terenie ciężkim i przy wysokiej temperaturze (tropik) należy pamiętać, 

że oliwa jest bardzo rozrzedzona i pompa podaje ją w ilości niedostatecznej. 

Należy zwiększyć dopływ oliwy.

W   krajach   tropikalnych   co   dwa   dni   należy   zaglądać   do   akumulatora. 

Akumulatory   motocyklowe   wysychają   w   ciągu   dni   trzech,   a   samochodowe 

wytrzymują nawet tydzień.

Hamulce muszą byś stale kontrolowane i utrzymane w bardzo dobrym 

stanie.   W   Azji   hamulce   mają   bardzo   ważne   zadanie   do   pokonania   i   są 

największym czynnikiem bezpieczeństwa. Ręcznego hamulca radzę używać jak 

najrzadziej, rezerwować go na bardzo ostre i długie zjazdy. Ponieważ spotyka 

się zjazdy po 20 kilometrów i dłuższe, hamowanie nogą jest tak wyczerpujące, 

że przejście na hamulec ręczny bywa jedyną szansą na wypoczynek dla stopy.

Światło   i   sygnały   są   może   tak   samo   ważne,   jak   hamulce.   Sygnałów, 

począwszy od Persji, używa się tak często, że akumulator najlepiej ładowany 

zazwyczaj nie wystarcza. Jeden sygnał trzeba mieć bardzo donośny, najlepiej 

połączony   z   rurą   wydechową,   jeden   elektryczny   i   jeszcze   zwykłą   trąbkę   z 

gruszką na kierownicy.

Rad   i   przestróg   można   podać   tak   dużo,   że   w   końcu   obrzydziłbym 

każdemu myśl o podróży, zresztą moje spostrzeżenia mogą nie mieć zupełnie 

background image

zastosowania, gdyż każda sytuacja stwarza zupełnie inne refleksje i wymaga 

zupełnie innego zachowania się. Trzeba być przygotowanym na to, że każdy 

kilometr może przynieść niespodzianki. Zresztą podróż, która jest pozbawiona 

trudności i niespodzianek, jest nudna, nużąca w swej monotonii.

CZĘŚCI ZAMIENNE

To najtrudniejsza strona ekwipunku. Nie sposób zabrać zapasowy motor, 

a również nie sposób jest powiedzieć, co należy zabrać. Każda marka ma swoje 

wymagania   i   słabostki,   a   złośliwość   przedmiotów   martwych   jest   tak 

wyrafinowana, że walka z nią na nic się nie zda.

Na terenie całej Azji we wszystkich większych miastach można dorobić 

wszelkie części, jednak tylko te, które nie wymagają specjalnych stopów metali. 

W   Hanoi   dorobiono   mi   nawet   główne   łożysko   rolkowe,   choć   nie   wzięto 

odpowiedzialności za wytrzymałość.

W   swoim   spisie   podaję   te   części,   które   wyrabiają   się   nawet   przy 

normalnym używaniu motoru:

» komplet sprężyn tłokowych na każdy cylinder, » pakunek pod głowicę, 

» łańcuch tylny, obliczać zużycie co 7000 km, » ogniwa pojedyncze zapasowe, 

» kilka łączników, » komplet linek do gaźnika, powietrza, zapalania, hamulca i 

sprzęgła,   »   po   dwie   zapasowe   świece   na   każdy   cylinder,   »   pręty   stalowe 

wypychające sprzęgło, » duży zapas szprych, » sprężyna spiralna do przedniego 

widelca, » kilka bezpieczników do instalacji, » 2 żarówki do reflektora, » 6 

lampek małych, » kilka metrów dobrego kabla, » komplet kabli do świec, » 

taśma izolacyjna, » 2 komplety śrub łączących podwozie wózka z motorem, » 

zapasowe   łożysko   do   koła   wózka,   »   duża   ilość   drutu   miękkiego   o   różnych 

przekrojach, » trochę śrub z nakrętkami różnych wielkości, » 1 oponę, » 4 dętki, 

» pudełeczko wentyli ze sprężynami i zatyczkami, » łatki na zimno i gorąco, » 

klej w bardzo małych tubkach, gdyż w tropiku otwarty w przeciągu jednego 

dnia wysycha.

Nie sposób zabrać zapasowy motor

background image

NARZĘDZIA

Wyposażenie   w   części   zamienne   i   narzędzia   w   Europie   jest   zbędne, 

można je ograniczyć do minimum. Przy zapuszczaniu się na teren Azji dobry 

zespół   narzędzi   pomocniczych   jest   czasami   dużo   ważniejszy   niż   części 

zamienne.   Na  ten  ekwipunek  nie   radziłbym skąpić,   aby  potem przy   robocie 

narzędzia nie pękały i nie gięły się. Zalecam wyposażyć się w:

» komplet kluczy kalibrowych (możliwie płaskich, długich i mocnych), » 

duży klucz francuski, » 2 śrubokręty duże i mocne, » 1 śrubokręt do instalacji, » 

1 kluczyk do magneta, » 1 obcążki, » 1 klucz do przecinania łańcucha, » 2 

młotki   (jeden   duży   i   jeden   mały   mosiężny),   »   2   pilniki,   »   mała   kolba   do 

lutowania (cyna, kwas, salmiak), » pompa samochodowa do opon, motocyklowe 

są zbyt małe, » dwie łyżki do opon (samochodowe), » szczotka do świec, » 

płótno szmerglowe, » szmergiel (pasta) do przecierania wentyli.

Ekwipunek pomocniczy:

» 1 łopata saperska, » 1 kilof saperski, » 1 siekierka, » 1 długi i mocny 

sznur na wypadek holowania motoru.

BROŃ

Bezwzględnie odradzam wszystkim zabieranie jakiejkolwiek broni palnej. 

Przysparza   to   moc   kłopotów,   a   nawet   konfiskatę,   jak   w   Persji,   a   pożytku 

żadnego.

Lornetki z podziałka artyleryjską w większości państw są wzbronione i 

mogą wplątać w przykre następstwa.

EKWIPUNEK OSOBISTY

Z ubraniem jest podobnie, jak z częściami zamiennymi, trudno jest zabrać 

wszystko,   a   skromny   ekwipunek   może   być   niewystarczający.   Nawet   przy 

starannym   wybraniu   najodpowiedniejszej   pory   roku   pod   względem 

klimatycznym, we wszystkich krajach trzeba być przygotowanym na przykre 

niespodzianki,  jak przeskoki temperatur  i radykalne zmiany  klimatu  (choćby 

zjazd do Pendżabu z gór Sulaiman, z zimy do lata w przeciągu pół godziny 

background image

zaledwie), śniegi w Persji, upał Indii, w maju deszcze monsunowe w Birmie, itd.

Nasze stroje w wielu wypadkach były niepraktyczne i niedostateczne, ale 

nikt nas nie umiał poinformować, co zabrać należy. Straszono nas upałem, a 

kpiono z zabrania futra. Aby nasi następcy  choć w części  uniknęli skutków 

niestosownego   zaopatrzenia   się   w   ubranie,   podam   jego  minimalną   ilość,   ale 

taką, która w zupełności wystarczy na klimat chłodny, przejściowy i tropik.

EKWIPUNEK NA MOTOR (DLA PAŃ I PANÓW TEN SAM)

Klimat chłodny:

» 1 para bucików grubych o podwójnej podeszwie, nieprzemakalnych, » 2 

pary   wełnianych   pończoch,   »   1   spodnie   „pumpy”,   »   1   sweter   gruby,   »   1 

wiatrówka ciepła, » 1 szalik ciepły, » 1 hełm ciepły i 1 rękawice bardzo ciepłe, » 

1  para  okularów  jasnych,  »  1  płaszcz   nieprzemakalny   bardzo  obszerny,  »  2 

koszule flanelowe.

Nasze stroje w wielu wypadkach były niepraktyczne i niedostateczne

Klimat tropikalny:

» 1 para bucików grubych o podwójnej podeszwie, nieprzemakalnych, » 2 

pary   wełnianych   pończoch,   »   1   para   sukiennych   owijaczy   (nakłada   się   na 

pończochę wełnianą), » 2 pary shorts (spodenki harcerskie) khaki, » 2 koszule 

(jedna   z   rękawami)   bawełniane   khaki,   »   1   hełm   biały,   »   1   para   okularów 

ciemnych.

EKWIPUNEK MIEJSKI DLA PANÓW

Klimat chłodny:

» 1 ubranie wełniane ciepłe, » 1 para półbucików grubych o podwójnej 

podeszwie.

Klimat tropikalny:

» 1 para półbucików grubych o podwójnej podeszwie, nieprzemakalne, » 

1 ubranie białe płócienne lub bawełniane, albo z flaneli khaki. Ubrania te muszą 

być bez podszewki.

EKWIPUNEK MIEJSKI DLA PAŃ

background image

»   1   sukienka   wełniana,   1   bawełniana   lub   płócienna   skompletowane   i 

uszyte tak, by tworzyły ubranie na ulicę w mieście, » jeszcze jedna spódniczka 

sportowa   do   bluz   męskich,   »   jedna   para   obuwia,   »   dwa   komplety   damskiej 

bielizny.

Do spania należy zabrać jedną pyjamę grubą flanelową i dwie cienkie. 

Bieliznę zabierać jedynie bawełnianą. Bielizną nie należy się prze ładowywać, 

raczej zabrać na to pieniądze i kupować w miarę potrzeby. Kostiumy kąpielowe 

radzimy zabrać.

Hełm korkowy należy posiadać w porze letniej już w Syrii, w zimie w 

Indiach. Hełm taki jest niedrogi, kosztuje około 4 zł.

NAMIOT

Namiot  w turystyce  po Azji jest rzeczą  niezbędną. Najlepszym typem 

namiotu do tego celu będzie namiot domkowy o powierzchni podłogi 1,80 na 2 

metry.   Myśmy   posiadali   taki   namiot   dostarczony   przez   firmę   Kera   w 

Warszawie,   który   do   ostatniej   chwili   służył   nam   jako   hotel.   Nawet   ciężkie 

deszcze monsunowe w Birmie nie zdołały go zniszczyć.

W   takim   namiocie   należy   przeprowadzić   małe   zmiany,   aby   go 

dostosować do tropiku. Okienko znajdujące się zwykle w tylnej ściance jest za 

małe, należy je powiększyć dość znacznie, usunąć celofan, który się szybko 

łamie, a wstawić gęstą siatkę przeciwko moskitom oraz od wewnątrz spuszczaną 

zasłonę z brezentu na wypadek zacinania deszczu. Oprócz zapinanego przodu 

należy  dopasować  na całą powierzchnię  otwieraną  namiotu  siatkę  mocną  od 

moskitów  przypinaną wewnątrz namiotu,  jednak tak szczelnie, aby węże nie 

mogły   się   przedostać.   Spanie   w   klimacie   tropikalnym   przy   zamkniętych 

drzwiach jest wykluczone. Podłoga namiotu musi być podwójna i specjalnie 

mocno wszyta.

Namiot w turystyce po Azji jest rzeczą niezbędną

Do namiotu powinny być dostarczone dwa rodzaje kołków do rozpinania, 

jeden komplet drewnianych i jeden stalowych. Niektóre firmy dostarczają kołki 

background image

aluminiowe, które jednak są niepraktyczne, gdyż natychmiast się łamią.

Należy zabrać kłębek sznurka zapasowego do rozpinania namiotu i jeden 

kłębek bardzo cienkiego do szycia. Nici takie i szpagat można nabyć w sklepach 

z przyborami rybackimi, tam posiadają bardzo duży wybór. Na namiot firma 

powinna dostarczyć nie worek, ale kwadratowy plecak.

Jako   przykrycie   dla   motoru   trzeba   sporządzić   z   materiału 

nieprzemakalnego i jak najlżejszego dużą plandekę, która by zakrywała motor 

wraz z wózkiem. Na brzegach plandeki należy wstawić kółka, aby można ją 

było przymocować do motoru jako zabezpieczenie na wypadek wiatru.

Gdyby ktoś miał zamiar zostać przez parę tygodni w krajach tropikalnych 

i campingować w jednym miejscu, radzę namiot okryć liśćmi palmowymi, aby 

nieco osłonić go od słońca. Na wypadek, gdyby kogoś zaskoczył monsun i był 

zmuszony tak jak my pozostać w dżungli przez pół roku, należy postąpić w 

następujący sposób: pod namiot podłożyć podłogę z bambusa, na niej położyć 

kilka mat i dopiero ustawić namiot. To zapobiegnie gniciu podłogi i wlewaniu 

się wody do środka. Wysoko nad namiotem sporządzić dach z mat trzcinowych 

z daleko wystającym daszkiem. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby w 

okolicy nie było ludzi, dlatego dostanie tego materiału nie przysporzy trudności.

KUCHNIA

Przed wyruszeniem na dalszą włóczęgę radzę wszystkim zapoznać się z 

najprymitywniejszym   choć   kunsztem   kulinarnym.   Umiejętność   sporządzenia 

sobie obiadu z jaj, mięsa lub jarzyn zapobiega narzekaniu na niełaskawy los. 

Niestety ja przed startem nie miałem tego doświadczenia, toteż nieraz obiad 

szedł   na   marne.   Dziś   jestem   wytrawnym   kucharzem   znającym   kuchnię 

europejską,   perską,   chińską   i   indyjską,   a   nawet   w   najdzikszej   dżungli   z 

produktów tam znalezionych potrafię wyczarować wykwintną ucztę.

W podróży nie zalecałbym zbytnio obciążać się prowiantami, niezbędne 

natomiast   jest   stworzenie   zapasu   żelaznego   na   cztery   do   pięciu   dni. 

Skompletowanie   zapasu   pozostawiam   do   uznania,   jedynie   przestrzegam,   że 

background image

butelka bardzo dobrego alkoholu bezwzględnie powinna tam się znaleźć.

Z naszej praktyki zapas żelazny na dwie osoby powinien wyglądać mniej 

więcej tak:

» pudełko biskwitów, » puszka dżemu, » puszka marmolady, » 3 puszki 

mleka (jedna słodka), » 5 puszek konserw jarzynowych, » 5 małych kompotów, 

» pół kilo czekolady.

W najdzikszej dżungli potrafię wyczarować wykwintną ucztę

Jeżeli ktoś woli konserwy mięsne, na to nie poradzę, ale mięso w upale, a 

zwłaszcza z puszki jest mocno niesmaczne. Produkty, które stale trzeba mieć, to: 

sól, pieprz, cukier, herbata, kawa mielona (może  być kakao), kasze, ryż lub 

makarony, zależy kto co lubi.

Przybory kuchenne:

» 1 prymus składany (dwa palniki zapasowe, parę igieł), » 2 rondelki 

dopasowane do siebie, » 1 patelnia z odejmowaną rączką, » 1 uchwyt do rondli, 

» 2 talerze metalowe, » 1 widelec, » 1 nóż, » 2 łyżki (jedna mała), » 2 kubki, 

jeden metalowy, drugi porcelanowy, » 1 pudełko metalowe szczelnie zamykane 

na prowianty jak chleb, masło, ser, » 1 termos na napoje gorące, » 1 termos duży 

do lodu lub wody (można zastąpić skórzaną gurdą na wodę 4-5 litrową), » 1 

zapalniczka bardzo dobra, zapałki często zawodzą.

APTECZKA

Tak się rozpędziłem z ładowaniem biednego motocykla, który w oczach 

przyszłego podróżnika wygląda na samochód ciężarowy, że dorzucenie garści 

lekarstw resorów na pewno nie załamie. Wychodząc z założenia, że grunt to 

zdrowie, nie należy zabierać dużej ilości medykamentów, leczy tylko te, które 

mogą  pomóc  i na pewno nie zaszkodzą.  Myśmy  wzięli ze sobą całą aptekę 

najbardziej  wyszukanych  leków,   tak  z  szuflady  naszych  babek,  jak   środków 

nowoczesnych, a jednak gdy przyszło co do czego i dżuma złożyła nam wizytę, 

nasz skład apteczny stał z wiekiem otwartym bezradny, zakażenie krwi kurował 

szpital, a jedynie bandaże zostały dokumentnie skonsumowane przez motor.

background image

Największymi   zagrożeniami   w   Azji   są:   dżuma,   cholera,   ospa,   tyfus   i 

dyzenteria.   Przed   tymi   chorobami   można   doskonale   się   zabezpieczyć   przez 

zastosowanie   szczepionek.   Dodatkowym   środkiem   zapobiegawczym   przeciw 

tym chorobom jest wystrzeganie się picia wody podejrzanej i nieprzygotowanej, 

jak również spożywania owoców brudnych. Myśmy prawie nie wystrzegali się 

ani wody surowej, ani owoców nawet na terenach objętych epidemią cholery, 

jednak to nie znaczy, że należy brawurować. Tym niemniej stosowanie się do 

wszystkich przestróg dawanych przez napotkanych po drodze Europejczyków 

równałoby   się   z   wyrzeczeniem   się   zupełnie   jakiegokolwiek   jedzenia.   Duża 

wrażliwość na wszelkie choroby u ludzi dłuższy czas zamieszkałych w Azji 

wytwarza   się   skutkiem   osłabienia   odporności   organizmu   na   choroby   pod 

wpływem ciężkiego klimatu. Wniosek z tego można taki wyciągnąć, że jeżeli w 

czasie   podróży   będziemy   wciąż   pozostawali   w   dobrej   formie   fizycznej, 

odporność naszego organizmu będzie najlepszą szczepionką.

Zakażenie krwi kurował szpital

Pozostaje jeszcze do omówienia druga plaga Azji, to jest żmije, skorpiony 

i   owady.   Można   ich   nie   spotkać   wcale,   a   można   mieć   bardzo   przykre   w 

skutkach spotkania z nimi.

Żmija jest z natury płochliwa, w zasadzie nie atakuje, a jedynie rzuca się, 

gdy ją człowiek dotknie lub rozdrażni. Przed rozbiciem obozu należy dokładnie 

obejrzeć   teren,   a   na   noc   namiot   szczelnie   zapiąć,   jednak   nawet   przy 

największym   zachowaniu   ostrożności   można   zostać   ukąszonym.   W   takich 

wypadkach  wskazane  jest  zastosowanie  najprymitywniejszego  środka, to jest 

natychmiastowe głębokie nacięcie ukąszonego miejsca (jeżeli jest to ze względu 

na miejsce ukąszenia możliwe), mocne przewiązanie dla zatamowania obiegu 

krwi, wyssanie krwi i przypalanie miejsca rozpalonym metalem. Prawda, że taka 

operacja   wymaga   wiele   zimnej   krwi   i   jest   bolesna,   ale   zastanawiać   się   nie 

należy.   Wyssanej   krwi   nie   połykać,   gdyż   w   kiszkach   mogą   być   ranki   i   jad 

będzie   tak   samo   działał   jak   przez   ukąszenie.   Następnie   trzeba   zastosować 

background image

zastrzyk serum, zaś po tych zabiegach wypić dużą dawkę mocnego alkoholu, aż 

do utraty przytomności. Przy najdokładniejszym wyssaniu i przypaleniu może 

pozostać pewna doza jadu już osłabionego, która będzie zatruwała organizm - 

alkohol   te   właśnie   małe   porcje   jadu   doskonale   niszczy.   Serum   działa   dość 

skutecznie, ale w razie ukąszenia przez kobrę lub żmiję  bardzo wygłodniałą 

działanie jest dość problematyczne.

Skorpiony   są   na   ogół   dość   niewinne.   Znam   jedynie   dwa   miejsca   na 

szlaku, gdzie ich ukąszenia są śmiertelne, to jest w Persji w okolicach miasta 

Kermanshah i w Chinach. Ukłucie dzieci przez skorpiona prawie zawsze kończy 

się   śmiercią,   osoby   dorosłe   dostają   silnej   gorączki,   miejscowej   opuchlizny   i 

bólu, jednak już po dwóch dniach wszystko przechodzi. Skorpion posiada cechy 

pluskwy   i   przez   najmniejszą   szczelinę   potrafi   się   wśliznąć,   znalezienie 

skorpiona w szczelnie zamkniętej walizce nie należy do rzadkości.

Wiek   lub   wielkość   żmij   lub   skorpionów   zupełnie   nie   wpływa   na   ich 

jadowitość.   Działanie   jadu   jest   osłabione   jedynie   wówczas,   gdy   taki 

przyjemniaczek przed chwilą kogoś ugryzł, o tym jednak wiedzieć trudno.

Na wszelkiego rodzaju moskity najlepszym zabezpieczeniem jest siatka w 

namiocie i palenie świeczek. Na Pustyni Arabskiej w okolicach Bagdadu należy 

wystrzegać się ukłucia bardzo dużej osy. Gdy ukłucie nastąpi w żyłę, śmierć 

nastąpi   w   przeciągu   półtorej   godziny.   Nad   wynalezieniem   serum   biedzi   się 

uniwersytet w Bagdadzie, ale jak dotąd bez rezultatu.

Ze środków medycznych należy zabrać:

» środek przeciw dyzenterii, » środek przeciw malarii, » środek przeciw 

bólom zębów i głowy, » aspiryna, » chinina, » krople Inoziemcewa, » serum 

przeciw ukąszeniu żmii, » jodyna, » mocny środek dezynfekujący na rany, » 

środek na przeziębienie, » termometr, » maszynka do zastrzyków w pudełku 

metalowym   napełnionym   spirytusem,   gdzie   pozostaje   wydezynfekowana,   w 

każdej chwili gotowa do użycia, » 16 bandaży 15 cm, » 4 bandaże 10 cm, » 2 

bandaże elastyczne, » parę paczek gazy sterylizowanej, » parę paczek waty.

background image

FOTOGRAFIA

W czasie takiej podróży najmilszą chyba rozrywką jest fotografowanie. Ja 

w   czasie   naszej   włóczęgi   półtorarocznej   wykonałem   około   3000   zdjęć. 

Fotografie to niezatarty dowód przebytej przestrzeni, dzięki nim w każdej chwili 

można sobie odświeżyć wspomnienia.

Doświadczenie  nauczyło mnie,  że nie należy nigdy odkładać zdjęcia i 

czekać, a nuż, może zdarzy się lepsza okazja. Najczęściej takie „a nuż” nie 

przychodzi   i   tracimy   szansę   na   charakterystyczne   dla   danej   miejscowości 

zdjęcie.

Są kraje, gdzie fotografowanie jest dopuszczalne jedynie za pozwoleniem 

władz, jak Persja, lub gdzie ludność jest wrogo ustosunkowana do aparatu. Tam 

trzeba   być   bardzo   ostrożnym.   W   wypadkach   nieprzychylnego   nastawienia 

ludności duże usługi oddaje wizjer kątowy pozwalający nam na robienie zdjęć, 

stojąc bokiem do obiektu.

W czasie takiej podróży najmilszą chybc rozrywką jest fotografowanie

Nikomu nie radzę w czasie podróży bawić się w wywoływanie klisz i 

robienie   odbitek,   jest   to   kosztowne   i   z   braku   odpowiedniego   wyposażenia 

możemy zniszczyć film. Klisze należy kupować i wywoływać jedynie w dużych 

miastach posiadających przedstawicieli Agfa lub Kodak, firmy te powierzoną 

robotę wykonują zawsze nadzwyczaj solidnie, a zdjęcia niewygodne dla danego 

kraju nie zostaną celowo zniszczone, co przy oddawaniu do roboty tubylcom 

może mieć miejsce. Klisze wywołane i kopie należy odsyłać do domu, gdyż 

mogą w klimacie gorącym ulec kompletnemu zniszczeniu.

Idealnym aparatem będzie zawsze Leica lub Contax. Aparaty te są bardzo 

tanie w użyciu, dają nadzwyczajne rezultaty i nie ulegają zniszczeniu w tropiku. 

Aparaty wyposażone  w migawkę  Compur  już po krótkim czasie  w klimacie 

wilgotnym przestają działać. Do każdego aparatu należy posiadać pokrowiec 

gumowy  szczelnie  zapinany (wyposażenie kajakowe). Aparatów o małej  sile 

światła nie należy zabierać. Stosowanie filtrów na terenie Azji jest konieczne.

background image

Idealnym nastawieniem w słońcu tropikalnym między godzinami 10 a 17 

będzie przesłona około 11 (zależnie od aparatu), czas 1/25 sekundy, filtr żółty, 

film   polichromatic.   Przy   tym   nastawieniu   uzyskuje   się   obrazy   bardzo 

kontrastowe, z dalekim planem dalszym.

Przy zabieraniu Leica lub Contax, o ile na to środki pozwalają, radziłbym 

zabrać   wymienny   obiektyw   13,5   centymetra.   Możliwość   robienia   zdjęć   z 

odległości czasem jest konieczne, jak podczas fotografowania dzikich zwierząt, 

do których podejście jest niemożliwe ze względów bezpieczeństwa lub z obawy 

o spłoszenie, no i zdejmowania dzikusów z najrozmaitszych plemion, a ci nie 

kochają czarodziejskiego pudełka, z którego w ich mniemaniu aż zieje złymi 

mocami.

Do przechowywania negatywów w czasie podróży należy wyposażyć się 

w pudełko metalowe hermetyczne zamykane. Niezależnie od tego każdorazowo 

należy jeszcze oblepić taśmą izolacyjną wszystkie szpary. Przed wkładaniem 

negatywów dobrze jest pudełko dobrze wysuszyć i usunąć wilgotne powietrze.

Tym, którzy przypuszczali, że fotografią będą mogli zarabiać po drodze, 

radzę tego rodzaju finansowanie podróży wykreślić z planów. Sprzedanie zdjęć 

do lokalnej prasy lub innych celów jest prawie niemożliwe.

APARAT FILMOWY

Bezsprzecznie   zdjęcia   filmowe   mogą   dać   najwięcej   korzyści   i 

przyjemności. Przy decydowaniu się na zabranie aparatu filmowego w podróż 

należy zastanowić się, do jakiego celu będą zdjęcia przeznaczone - handlowego 

czy przyjemnościowego. W wypadku, gdy będzie to jedynie przyjemność, dobry 

aparat   16   milimetrów   w   zupełności   wystarczy.   Natomiast   gdy   chcemy   mieć 

zdjęcia do wyświetlania w kinach, o robieniu zdjęć małym aparatem nie ma 

mowy.   Niektóre   firmy   w   nadziei   sprzedania   aparatu   rozmyślnie   mylnie 

informują,   że  gdzieś  w  jakimś  zakamarku  świata  lub  w Paryżu  znajduje się 

cudowny aparat, który filmy powiększa - jest to nieuczciwa blaga.

Jeżeli   więc   zdecydujemy   się,   że   zdjęcia   są   przeznaczone   dla   celów 

background image

handlowych, należy zaopatrzyć się w aparat 32 milimetrów i to wyposażony we 

wszystkie   obiektywy   wymienne   oraz   filtry.   Musimy   wyjść   z   założenia,   że 

będziemy   robić   zdjęcia   dobre   i   do   tego   celu   musimy   mieć   wszystko 

przygotowane, gdyż w przeciwnym wypadku lepiej nie bawić się w Hollywood i 

nie   narażać   na   koszta   i   to   bardzo   duże.   Wszystkim   tym,   którzy   wyjadą   z 

aparatem filmowym dla celów handlowych, radziłbym uprzednio wystarać się o 

kontrakt   nabycia   filmu   przez   jakąś   agencję,   a   nie   polegać   na   obietnicach. 

Obiecywać   u   nas   bardzo   lubią,   a   gdy   przyjdzie   co   do   czego,   to   biedny 

łatwowierny pozostaje na lodzie.

NOTATKI Z PODRÓŻY

Mówiąc o notatkach z podróży, nie myślę oczywiście o jakimś sążnistym 

pamiętniku, w którym znajdzie się wszystko oprócz treści pożytecznej, a raczej 

mam   na   myśli   suchy   dziennik   podróży.   Dziennik   taki   prowadzony 

systematycznie co dzień może przynieść olbrzymie usługi dla innych. Z chęcią 

zawsze posługujemy się mapami lub ułożonymi trasami, z któ - rych czerpiemy 

wiadomości o stanie dróg, co nam tak ułatwia poruszanie się w terenie.

Dziennik prowadzony systematycznie może przynieść olbrzymie usługi 

dla innych

Ponieważ prawie nie spotyka się u nas wiadomości drogowych z dalszych 

terenów   wycieczkowych,   ukazywanie   się   chociaż   raz   na   rok   jednego 

dokładnego   sprawozdania   z   dalszej   wycieczki   z   podaniem   jak 

najdokładniejszych   informacji   drogowych,   klimatycznych   i   turystycznych 

miałoby duże znaczenie. Drogi tak szybko zmieniają swe kierunki, nawierzchnie 

i   otoczenie,   że   nawet  podróż   odbyta  już   poprzednio   opisanym  przez   innych 

szlakiem przyniesie dużo zmian.

Proponowałbym do podróży przygotować brulion i przeznaczać po jednej 

kartce na dzień. Notatki sporządzałbym w kolejności następującej: data, miejsce 

1 godzina startu, stan licznika, ilość kilometrów przejechanych danego dnia, 

ogólny   czas   postojów,   godzina   i   miejsce   zatrzyma   -   nia   się   na   nocleg, 

background image

miejscowości przejechane, stan pogody, opis stanu poszczególnych odcinków 

drogowych.   Następnie   wpisywałbym   wszelkie   uszkodzenia   motoru,   sposób 

zaradzenia i zużyty czas na to, dokładny opis zachowania się motoru w terenie 

też jest bardzo użyteczny. Jeżeli ktoś robi dużo zdjęć, choćby dla własnego 

użytku, dobre jest zapisanie sobie miejsca, w którym zdjęcie zrobiliśmy, pory 

dnia i światła oraz nastawienie aparatu. Zapisywanie rachunków może posłużyć 

dla innych jako oparcie do sporządzenia kosztorysu następnej wyprawy.

DOKUMENTY I MAPY

PASZPORT ZAGRANICZNY

Przy   wyruszeniu   w   dalszą   wyprawę,   gdzie   rok   może   być 

niewystarczający, należy od razu starać się o uzyskanie paszportu z terminem 

ważności dłuższym, gdyż możemy  znaleźć się w takiej sytuacji, że ważność 

paszportu wyekspiruje w państwie, gdzie nie ma naszej placówki. Kłopoty mogą 

być wtedy bardzo duże.

WIZY

Wizy należy brać jedynie przed samym wyjazdem. Zaopatrywanie się w 

wizy   tranzytowe   na   dalszy   okres   może   przynieść   straty   w   postaci 

wyekspirowania ważności i będziemy zmuszeni ponosić nowe koszty.

Wizę   na   Irak,   Indie   należy   brać   w   Warszawie.   Czas   potrzebny   na 

uzyskanie wizy to około trzech tygodni.

Wizy na Indochiny nawet nie należy starać się w Warszawie. Najłatwiej 

otrzymać ją w Indiach Brytyjskich w konsulacie francuskim.

Wizę na Persję brać w Turcji.

Wizę na Chiny można w Warszawie, a gdy wyekspiruje, konsulat chiński 

w Indochinach prolonguje.

Należy pamiętać, że po drodze należy tam się zaopatrywać w wizy na 

dalsze kraje, gdzie istnieje nasza placówka. To zapobiega dużym trudnościom i 

nieporozumieniom.

CARNET DE PASSAGE

background image

W ten dokument należy się zaopatrzyć w Automobilklubie, Touringklubie 

lub klubie motocyklowym, o ile posiada prawo wystawiania. Przy wybieraniu 

Carnet   de   Passage   należy   zwrócić   uwagę,   czy   wszystkie   kraje,   przez   które 

mamy zamiar przejeżdżać, są wpisane.

MAPY

Posiadanie bardzo dobrych map jest konieczne.

Na Europę radziłbym mapę wydaną przez L’Association Internationale 

des Automobilclubs Reconnus. Można ją dostać w automobilklubach.

Mapę Turcji polecam wydaną przez Touring Klub w Stambule.

Mapę Syrii można sprowadzić z Paryża.

Mapy Palestyny, Iraku, Indii, Birmy można sprowadzić z Londynu lub 

prosić o nie miejscowe automobilkluby lub nasze placówki.

Posiadanie bardzo dobrych map  jest konieczne [na fotografi postój na 

szosie pod Łowiczem]

Persja map dotychczas nie posiada.

W Syjamie mapa jest zupełnie zbyteczna.

Indochiny   posiadają   bardzo   dobre   mapy   samochodowe,   sprowadzić   je 

można z Paryża lub z Hanoi z automobilklubu.

Chińskie mapy są obecnie w opracowaniu, a odcinki już wydane cechuje 

nadzwyczajna dokładność. Zajmuje się tym Automobilklub of China - Shanghai.

Przy   sprowadzaniu   map   należy   podać   do   jakiego   celu   i   prosić   w 

pierwszym rzędzie o samochodowe.

PODSUMOWANIE

Przed wyruszeniem w drogę zalecam powiadomienie placówek naszych o 

zamierzonym   przejeździe   i   podanie   w   przybliżeniu   daty   przybycia. 

Bezwzględnie   po   przyjeździe   się   zameldować.   Tam   gdzie   nie   ma   naszych 

reprezentacji, natychmiast po przyjeździe do dużego miasta zameldować się na 

policji, nie czekać, aż ona rozpocznie poszukiwania. Przede wszystkim robi to 

bardzo   dodatnie   wrażenie,   a   następnie   policja   jest   może   najlepszym 

background image

przyjacielem   podróżnika   i   posuwa   swoją   opiekę   nawet   do   wyszukania 

najwygodniejszego   i   najtańszego   hotelu,   a   przy   tym   udzieli   jak 

najdokładniejszych   informacji   drogowych,   poda   ceny   miejscowe   i   ustrzeże 

przed wyzyskiem.

Zdawałoby się początkowo, że przebycie takiej podróży motocyklem jest 

wykluczone

Przed   wyjazdem   radzę   zaopatrzyć   się   w   dużą   ilość   fotografii 

paszportowych (co najmniej dwanaście) i jeżeli możliwe, zabrać z sobą negatyw 

takiego   zdjęcia.   Posiadanie   biletów   wizytowych   z   adresem   jest   bardzo 

potrzebne.

Zdawałoby się początkowo, że przebycie takiej podróży motocyklem jest 

wykluczone.   A   jednak   tak   nie   jest.   Motocykl   nadaje   się   w   zupełności   do 

dalekich wypraw, wymaga jedynie zrozumienia tego sportu i zamiłowania do 

przygód.

B.S.A.   W   19-484   PL   OPOWIADA,   JAK   POKONAŁ   10   000 

KILOMETRÓW Z WARSZAWY DO TEHERANU

STANISŁAW BUJAKOWSKI65

- Halo, B.S.A., czy masz już złotą odznakę od polskiego Touring Klubu 

za największą ilość przejechanych w roku 1934 kilometrów?

- A mam.

- Opowiedz, proszę, prędko, jak tego dokonałeś.

- Opowiem, ale nie prędko, a powoli, bo 10 000 kilometrów to nie jest, 

nawet   dla   takiego   samochwały   jak   ja,   jakieś   szastprast   z   bicza   trzask,   jak 

powiada polskie przysłowie. Zresztą, chociaż wychowano mnie w Warszawie w 

zacnej firmie E. Sykes i spółka, jestem rodzonym Anglikiem i nigdy się nie 

spieszę, jeśli nie zachodzi taka potrzeba.

Dystyngowany motor starym angielskim zwyczajem zasiadł w wygodnym 

klubowym fotelu i z wonnym cygarem w zębach rozpoczął swą opowieść:

Dosiadł mnie niejaki Stanisław Bujakowski i zapowiedział, że w cuglach 

background image

przeprowadzi  z Warszawy   do Szanghaju.  Zarozumialec.  Nie  jestem  przecież 

koniem, lecz szlachetnym motorem, i jeśli by mi się nie chciało, z miejsca bym 

nie ruszył. A jednak bezczelność kierowcy i trasa podróży zaintrygowały mnie, 

zatem zgodziłem się.

Przyznać muszę ze wstydem, że ostatecznie zżyliśmy się bardzo, a nawet 

polubiłem   jazgotliwą   stworę,   która   wiecznie   kręciła   się   w   koszyku 

przyczepionym nie wiadomo po co do mego boku. Powiedzieli, że jestem zbyt 

ciężki i sam nie utrzymam się na drodze. Ech, ludzie, zdechlaki XX wieku, siły 

za grosz nie mają, żeby to był szlachetny baron na zamku Roslin zakuty w 

żelazną zbroję, to by mnie między kolanami zdusił jak kobyłkę. Tymczasem 

jego nędzny potomek przyczepił mi wózek i wpakował do niego nie bagaż, a 

stworę z wiecznymi pretensjami, podróżomanią i zamiłowaniem do zapychania 

koszyka   tysiącem   obrzydliwych   drobiazgów   w   rodzaju   ołówków,   wiecznego 

pióra, zabazgranych papierów, maszyny do pisania i niemożliwej ilości jedzenia, 

niby nie dla siebie, lecz dla kierowcy, a zajadała przez całą drogę, „bo się nudzi” 

- ot, typowa kobieca logika. O mnie też niby myślała, wiozła bidon z benzyną, 

oliwą, szprychy zapasowe, narzędzia i cały czas psioczyła, że jej to wszystko 

przeszkadza.

Gdy   23   sierpnia   1934   roku   wystartowałem   sprzed   siedziby   polskiego 

Touring   Klubu   w   Warszawie,   zły   byłem   jak   noc,   wiedziałem   bowiem 

doskonale, co mnie czeka - skakanie po wybojach na szosie do Poznania. Nie 

zgadzałem się z kierowcą co do wyboru dziur i wybojów, a na domiar złego do 

kół przyczepiały się gwoździe, co zmuszało do postojów wiecznych, zabiegów 

nudnych   i   przykrych.   Wszystkie   te   piękne   widoki,   chatki,   malwy,   wiatraki, 

krzyże przydrożne, to dobre dla pasażera, mnie nie interesowały. Ja potrafię 

zachwycać się tylko drogą, a ta akurat była okropna.

Ostatecznie przybyliśmy do Poznania źli i zmęczeni. Oni znaleźli sobie 

nocleg   u   rodziny,   ja   w   Poznaniu   rodziny   nie   mam,   umieścili   mnie   więc   w 

garażu, przyznać muszę, luksusowym i bardzo tanim. Rano pojechaliśmy  na 

background image

stację   obsługi,   gdzie   mnie   umyto,   nakarmiono   i   zawulkanizowano   kichę   na 

poczekaniu. Byłem oczarowany tym postępem w dziedzinie obsługi, o czym nie 

omieszkałem   powiedzieć   pewnej   niemieckiej   maszynie,   z   którą   się   tam 

spotkałem. Przyznała mi rację, zaznaczając, że po raz pierwszy w życiu widzi 

tak dobrze zorganizowaną stację obsługi. Bolała, że nawet w Niemczech takich 

stacji nie ma.

Po   południu,   nie   wiem,   czemu   oni   tak   marudzili,   podobno   załatwiali 

jakieś   interesy,   ruszyliśmy   ku   granicy.   W   Gorzycku   wzbudziłem   słuszną, 

zrozumiałą   i  należną   mi   sensację.   Polski   celnik   oglądał   mnie   ze   wszystkich 

stron,   zapisując   numery,   na   koniec   przyczepił   przy   kierownicy   plombę 

ołowianą. Nie mógł, szelma, dać chociaż srebrnej?

Przekroczyliśmy   granicę.   Cóż   za   droga,   asfalt   bez   skazy,   z   punktu 

zacząłem   szaleć.   Przed   Berlinem   odniosłem   wrażenie,   że   na   moją   cześć 

urządzono iluminację, okazało się jednak, że to tylko objazd dobrze oświetlony.

Miasto ogromnie przyjemne. Jeździ się z prędkością 70 kilometrów na 

godzinę, bez sygnałów, tego zbędnego hałasu nad uchem, ruch regulują sygnały 

świetlne,   żadnych   policjantów,   nikt   nie   zatrzymuje   i   nie   daje   absurdalnych, 

niezdecydowanych znaków. Odpoczywam moralnie.

Na drodze do Drezna błądziliśmy trochę, naturalnie nie z mojej winy, ale 

od Drezna do granicy czeskiej było jeszcze gorzej. On, znaczy się kierowca, i ja 

byliśmy po raz pierwszy w górach, Ona dawała jakieś idiotyczne rady, niby z 

własnego doświadczenia, bo nie raz i nie dwa jeździła cudzym autem w Alpach, 

itd., itd. Nikt jej nie słuchał.

W   Czechach   ruch   lewostronny,   żeby   go   wszyscy   diabli   wzięli.   Nie 

byliśmy przyzwyczajeni i ciągle wracaliśmy na prawą stronę, a Ona uparła się, 

by nas denerwować, cały czas powtarzając: lewa, lewa, lewa... Udawaliśmy, że 

nie słyszymy.

W   Austrii   po   raz   pierwszy   nocowaliśmy   pod   gołym   niebem,   Oni   w 

namiocie, ja pod plandeką. Dali mi przykaz, by alarmować, gdyby ktoś chciał 

background image

podejść, nawet psa podwórzowego chcieli ze mnie zrobić.

Gdy wkroczyliśmy do Jugosławii, asfalty skończyły się, jak nożem uciął, 

i zaczęła się moja Kalwaria. Co chwilę trzeba było płacić mostowe za przejazdy 

trzęsącymi się drewnianymi mostami nad wezbraną Sawą. To robił On, a Ona 

zachwycała się prymitywem...

A jak zaczęło lać, to do samego Belgradu przez trzy dni tonąłem w błocie. 

Opiłem się wody tak, że do dziś dnia jeszcze rdzę mam na cylindrach. Brnąc po 

osie w błocie, z trudem poruszałem się na drugim biegu, a przeważnie szedłem 

pierwszym.

I te noce! Gdy wspomnę wszystkie noclegi na tej drodze, przez grzbiet 

przechodzi  mi  zimny  dreszcz.  Każdy  hotel  miał  swój   garaż  -  podwórze   lub 

bramę w najlepszym razie, a tam świnie, kury, błoto, pomyje i ja pośród tego 

wszystkiego, szczęśliwie skryty pod plandeką. Koszmar.

Późną nocą dobiliśmy do Zemun, przedmieścia Belgradu. Dostałem pić, 

jednak, choć z pełnym brzuchem, tak byłem zdrętwiały z chłodu, że ani kroku 

nie   byłem  w   stanie   zrobić.  Pchali   mnie   przez   parę  kilometrów,   aż   wreszcie 

poczułem   ożywcze   ciepło   i   ruszyłem   naprzód.   Jeszcze   czekała   nas   miła 

niespodzianka, całe pięć kilometrów harców po rozmokłej łące nad brzegami 

Dunaju i Sawy. Ona, poczciwa dusza, żeby mi ulżyć, szła pieszo, ale na niewiele 

się to zdało, po brzuch brnąłem w bajorze. W ogóle na ogół oboje zachowywali 

się   w   stosunku   do   mnie   zupełnie   przyzwoicie   i   doceniali   moje   nadludzkie 

wysiłki.

W   pyle   bezdroży   Anatolii   utonęliśmy   na   całe   tygodnie.   Było   coś 

niesamowitego w tym kraju, taka dzikość, że nawet złościć się nie można było. 

Na   stepowych   bezdrożach   Ona   przechylała   się   zawsze   w   odpowiednich 

kierunkach dla zachowania równowagi, gdy były piachy, pchała lub szła pieszo, 

na drogach zasypanych kamieniami podbierała co większe, torując przejście. Jak 

znajdowała na to wszystko siły, nie wiem. Kobiety już są takie dziwne. Gdy 

mężczyzna upadał ze zmęczenia, Ona ożywiała się, była w dobrym humorze i 

background image

robiła   za   trzech,   na   dobrej   zaś   drodze   było   odwrotnie,   zawsze   jej   czegoś 

brakowało i dokuczała nam ciągłą litanią, że krzyż boli, że nogi drętwieją, że 

wszystko uwiera, itd.

Cudze rady są dobre, ale nieżyciowe. Mówią na przykład, że przeprawa 

do Azji jest tania, prędka i wygodna. Myślicie, że jest w tym chociaż słowo 

prawdy?

Tani bilet, owszem, ale bakszysz na każdym kroku kto zliczy? Prędko? 

Trzy kwadranse to nie jest długo, normalnie biorąc, ale trzeba wziąć pod uwagę, 

w jakich warunkach. Są chwile, które przedłużają się w wieczność. Wygodnie? 

O, takie gadanie nawet mnie, Anglika może wyprowadzić z równowagi. Tego 

rodzaju   wygody   oczekują   pewnie   w   piekle   na   najbardziej   zasłużonych 

grzeszników. Dziwię się, że w ogóle żyję i nie pluję oliwą po tych torturach.

Potraktowałem   wyprawę   jak   wyczyn   sportowy   i   hazard:   kto   kogo 

zwycięży? Droga (a raczej bezdroża) mnie, czy ja ją? Ostatecznie zwyciężyłem, 

acz muszę przyznać, że nie wiem, czy dałbym radę bez pomocy kierowcy i 

pasażera.

POSŁOWIE

Wiele   jest   książek   traktujących   o   poznawaniu   świata,   poszukiwaniu 

przygody i spotkaniach z mieszkańcami dalekich krain, nieczęsto jednak trafia 

się   kronika   podróży   tak   niezwyczajna,   jak   pamiętniki   motocyklowe   Haliny 

KorolecBujakowskiej.   Nie   co   dzień   zdarza   się,   by   relacja   tak   bogata   i 

pasjonująca czekała tak długo (bo siedemdziesiąt z górą lat), by ujrzeć światło 

dzienne.   Niezwyczajny   jest   również   obrazek   przedstawiający   drobną, 

uśmiechniętą dziewczynę u boku potężnej maszyny gdzieś na rubieżach świata. 

Ekstremalne   wojaże   były   wszak   w   latach   trzydziestych   XX   wieku   domeną 

mężczyzn, miłośników ryzyka i twardej przygody. Jednak nasza bohaterka nie 

jest sama. Towarzyszy jej mąż Stanisław. To także sytuacja dość wyjątkowa, 

przyzwyczajeni   jesteśmy   przecież,   że   podróżnik   to   typ   samotnika,   który 

doskonale   sam   radzi   sobie   w   każdych   okolicznościach.   Halina   i   Stanisław 

background image

Bujakowscy odkrywają tymczasem piękną prawdę, że żadna podróż nie cieszy 

tak, jak ta odbywana wspólnie z bliską osobą; że miłość, przyjaźń i partnerstwo 

pomagają pokonać wszelkie trudy i przeciwności losu.

Wreszcie wyjątkowość książki Mój chłopiec, motor i ja wynika z faktu, 

że traktuje ona o czymś więcej niż o samym podróżowaniu. Literatura tego 

gatunku   nie   zawsze   zadaje   sobie   trud,   by   poza   opisaniem   samej   podróży 

poszukiwać prawdy o świecie. Tymczasem Halina KorolecBujakowska może 

nie zawsze wprost, lecz niejako przy okazji stara się znaleźć odpowiedzi na 

wszystkie   nasuwające   się   po   drodze   pytania;   konsekwentnie,   czasem   jakby 

niechcący,   opowiada   nam   o   tym,   jak   podróż   odmienia   jej   uczestników, 

wzbogaca, hartuje, uwrażliwia. W pewnym momencie uświadamiamy sobie, że 

uczestniczymy w historii dojrzewania, w przemianie beztroskiego, spragnionego 

przygody dziewczęcia w kobietę dojrzałą, gotową na życie i wyzwania, które ze 

sobą niesie.

Halina   Korolec   urodziła   się   8   października   1907   roku   w   Wilnie. 

Ukończyła Gimnazjum Państwowe im. Elizy Orzeszkowej w tym mieście, pod 

koniec lat dwudziestych studiowała przez pewien czas w Grenoble we Francji. 

Matka, Janina z Mareniczów, opiekowała się córkami, Haliną oraz młodszą o 

dwa lata Anną, i zajmowała domem. Ojciec, Józef Korolec, sprawował funkcję 

prezesa  Towarzystwa Ubezpieczeniowego  Przezorność  oraz Zarządu Polskiej 

Macierzy   Szkolnej.   Był   także   społecznikiem,   uczestniczył   na   przykład   w 

tworzeniu   Głównego   Komitetu   Budowy   Pomnika   Adama   Mickiewicza   w 

Wilnie, pełniąc rolę skarbnika. Po przejściu na emeryturę nabył pensjonat Willa 

Jasna66 w Druskiennikach.

Przedwojenne   Druskienniki   były   miejscem   nad   wyraz   urokliwym. 

Wypoczywała tu śmietanka towarzyska II Rzeczpospolitej, częstym gościem był 

marszałek Józef Piłsudski z żoną i córkami, bywali i inni, Zofia Nałkowska, 

Hanka   Ordonówna   czy   Julian   Tuwim   (zatrzymywał   się   chętnie   w   willi 

prowadzonej przez Korolców).

background image

„Bo   czyż   jest   piękniejszy   zakątek   na   świecie   niż   Druskienniki, 

zdrojowisko przeszło od stu lat znane ze swych wód i borowinowego błota, 

malowniczości okolic i wesołej zabawy?” - tak w kwietniu 1935 roku podczas 

pobytu w Indiach wspominała podróżniczka swe rodzinne strony.

Najpewniej   właśnie   w   Druskiennikach   Halina   poznała   Stanisława 

Bujakowskiego, swojego przyszłego męża. Urodzony 10 marca 1906 roku był 

najmłodszym z trójki braci. Jego ojciec, Walery Bujakowski, lekarz zdrojowy, 

był jednym z najbogatszych ludzi w mieście, właścicielem okazałej willi67 w 

centrum uzdrowiska. O matce Mariannie BowerSt. Clair, potomkini szkockich i 

polskich rodów szlacheckich, nie wiemy wiele więcej ponad to, że dzieliła swój 

czas pomiędzy Paryż i Druskienniki.

Skoro tak pięknie było w Druskiennikach i tak dostatnio żyło się młodej 

parze Bujakowskich, cóż sprawiło, że podczas wiosennych spacerów po lesie, 

zimowych wędrówek na nartach zrodził się w ich głowach zamysł wyprawy 

motocyklowej   do   dalekich   Chin?   Czy   tęskno   im   było   do   sławy,   której 

przysporzyć   mógł   wyczyn,   jakiego   nie   dokonał   nikt   wcześniej?   Możliwe, 

aczkolwiek małżonkowie nigdy nie zdawali się podchodzić do swojej podróży 

nazbyt   ambicjonalnie,   zwykli   raczej   traktować   sportowy   aspekt   wyprawy   z 

dystansem   i   humorem,   trudno   znaleźć   w   pamiętnikach   Haliny   jedną   choćby 

przechwałkę.

Czy   znudzeni   salonowym   życiem   postanowili   spróbować   biwaku   pod 

namiotem i kuchni z turystycznej menażki ot tak, dla odmiany? Być może.

Gdy   jednak   uważnie   przyjrzymy   się   decyzji   dwójki   młodych 

podróżników, dostrzeżemy  w niej piękny, acz nie zawsze  we współczesnym 

świecie   słyszalny,   zew   inicjacji.   W   każdej   niemal   kulturze,   na   każdym 

kontynencie istnieje tradycja, zgodnie z którą w życiu młodego człowieka, tak 

dziewczyny, jak chłopaka, przychodzi czas na zerwanie więzi z opiekuńczym 

miejscem narodzin, moment, w którym dwoje ludzi rozpocząć musi wspólne, 

samodzielne życie.

background image

Halina   KorolecBujakowska   również   była   świadkiem   tych   zwyczajów. 

Obserwując   rytuały   plemienne   birmańskich   Ików,   w   następujący   sposób 

opisywała ową sytuację: „Chłopiec i dziewczyna, gdy się upatrzą, spodobają 

wzajemnie, idą w dżunglę i tam żyją jak ptaki niebieskie przez miesiąc. Gdy 

wrócą do wioski, są zaręczeni”.

Czymże był pomysł Haliny i Stanisława, jeśli nie potrzebą pójścia, jak 

młodzi   Ikowie,   w   dżunglę,   pragnieniem,   by   pośród   bezkresu   naszej   planety 

poszukać   własnej   drogi   i   sposobu   na   życie?   Świat   szeroki   niechaj   będzie 

nauczycielem.

Wehikułem, który miał zawieźć romantyczną parę do owej dżungli, był 

dwucylindrowy motocykl B.S.A. angielskiej produkcji, najpewniej model G34-

14 Twin World Tour, o mocy 10 koni mechanicznych i numerze rejestracyjnym 

W   19-484   (PL),   z   wyprodukowanym   w   Łodzi   na   licencji   wiedeńskiej 

koszykiem. Stanisław wziął na siebie obowiązki kierowcy, mechanika, logistyka 

i   fotografa.   Halina   wcieliła   się   we   wdzięczną   rolę   pasażerki,   kronikarki   i 

„dobrego   duszka”   wyprawy.   Wsparcie   rodziców   i   wypłacane   przez   redakcje 

gazet honoraria za reportaże miały zapewnić niezbędne środki finansowe.

19   sierpnia   1934   roku   wyruszyli   z   Druskiennik   do   Warszawy,   gdzie 

cztery dni później przed siedzibą Automobilklubu Polski na Alei Szucha 10 w 

obecności kilku dziennikarzy dokonali oficjalnego rozpoczęcia wyprawy. Przez 

Łowicz, Poznań i przejście graniczne w Gorzycku dotarli do Berlina, by po 

kilku dniach spędzonych w tym mieście skierować się na południe. Jesienne 

deszcze i zawierucha nie sprzyjały zwiedzaniu kolejnych stolic na ich szlaku, 

Pragi i Wiednia. W stolicy Austrii podróżnicy postanowili odesłać do domu 

smoking   i   suknię   wieczorową   z   dodatkami,   słusznie   uznając,   że   skoro   nie 

przydały się do tej pory, tym bardziej zbędne będą w podróży przez Azję.

Przeprawa przez Jugosławię to przede wszystkim walka z rozmokłymi 

drogami   i   błotem.   Podczas   przejazdu   przez   malowniczą   Bułgarię   miejscowa 

ludność,   wbrew   ostrzeżeniom   „życzliwych”   i   ku   zaskoczeniu   podróżników, 

background image

spontanicznie okazywała im serdeczność i chętnie udzielała gościny. Tak już 

będzie przez cały czas do końca podróży.

„Jakże   wielkim   szczęściem   jest   posiadanie   przydrożnych   przyjaciół”   - 

pisała Halina piętnaście miesięcy później w Luang Prabang, stolicy Laosu.

Otwarta   na   ludzi   i   pełna   osobistego   uroku,   nie   miała   problemu   z 

nawiązywaniem   znajomości.   Potrafiła   zyskać   sobie   przyjaźń   assurskich 

szoferów w Persji, sympatię siostry zakonnej z Włoch w Birmie, mir wśród 

hinduskiej   dzieciarni   czy   zaufanie   córki   chińskiego   mandaryna.   Jedynie 

policjanci   tureccy   okazali   się   odporni   na   urok   pary   turystów   z   Polski.   Ich 

uciążliwe kontrole w połączeniu z fatalnym stanem dróg w Anatolii uczyniły 

podróż przez Turcję nadzwyczaj ciężką.

Czy   motor   Bujakowskich   mknął   z   zawrotną   prędkością,   jak   na 

doskonałych szosach Syrii, czy to oni pchać musieli, ciągnąć, nieść maszynę, 

jak podczas dramatycznej przeprawy przez słone pustynie Beludżystanu, czy 

wreszcie   zmuszeni   byli   czynić   dłuższe   postoje,   jak   w   Teheranie,   gdzie 

oczekiwali   kilka  tygodni  na  pozwolenie  na  przewóz   broni  palnej,  z  każdym 

tygodniem, każdym kilometrem Azja stawała się coraz mniej tajemnicza.

Odżywiali się skromnie, żyli po spartańsku, śpiąc na ziemi, tak pośród 

śniegów w górach Persji, jak w skwarze Indii, w namiocie z upływem dni coraz 

bardziej przegniłym i podartym. Pieniądze z redakcji nie zawsze docierały na 

czas. W Bombaju Halina i Stanisław spędzili trzy miesiące w oczekiwaniu na 

przekaz pieniężny z Polski. Dopiero 3 maja 1935 roku mogli ruszyć w dalszą 

drogę.

Przez   Cawpore,   Allahabad,   Benares,   Asansol,   dotarli   do   Kalkuty. 

Udzielali dziesiątek wywiadów, mieli okazję uczestniczyć w spotkaniu z poetą 

Rabindranathem Tagore, laureatem Nagrody Nobla. Po tygodniowym pobycie w 

mieście ruszyli dalej. Nie wiedzieli wówczas, że przyjdzie im powrócić tu za 

dwanaście lat i że mieszkać kiedyś będą właśnie w Kalkucie.

Pożegnali się z Indiami i przeprawili przez Zatokę Bengalską do Rangunu 

background image

w Birmie, skąd pomimo jednoznacznych wieści znad granicy z Syjamem o tym, 

że   wszelkie   drogi   prowadzące   do   Indochin   Francuskich   są   nieprzejezdne, 

wyruszyli przez Meiktila, Taunggyi, Loilem, Kengtung do zagubionego pośród 

birmańskiej dżungli Loi Mwe.

Na tym ostatnim brytyjskim posterunku na szlaku z Birmy do Syjamu 

zaniepokojony   podejrzanymi   stukami   w   motorze   Stanisław   zabrał   się   za 

przegląd   maszyny.   W   jego   efekcie   ze   smutkiem   stwierdził,   że   rozpadło   się 

łożysko kulkowe i o dalszej jeździe nie ma mowy. Na nowe łożysko i zarazem 

na koniec pory deszczowej przyszło podróżnikom czekać w Loi Mwe niemal 

sześć miesięcy.

Zamieszkali   w   namiocie   rozbitym   w   sercu   birmańskiej   puszczy.   Nie 

przeszkadzała im pustka w kieszeni ani brak kontaktu ze światem. Spa li na 

bambusowych matach, dżungla ich żywiła, towarzystwa dotrzymywał uroczy 

niedźwiadek Thai, młoda samica niedźwiedzia księżycowego68, którą wykupili 

z niewoli i przygarnęli. Nieoczekiwanie okres ten okazał się najważniejszym i 

najpiękniejszym   fragmentem   całej   podróży.   Miesiące   spędzone   w   trójkę   w 

otoczeniu tropikalnej przyrody były spełnieniem niewypowiedzianych marzeń 

Haliny o życiu blisko natury, z dala od ludzi i zgiełku cywilizacji. Cieniem na 

sielankowych   i   beztroskich   chwilach   położyła   się   choroba   Stanisława,   który 

zaraził się dżumą, oraz brak środków do życia.

W końcu przyszła przesyłka z Madrasu w Indiach, a w niej nowe łożysko. 

Nastał   kres   pory   deszczowej.   Można   było   kontynuować   podróż.   Z   ciężkim 

sercem żegnali podróżnicy uroczy zakątek dżungli, który był im domem przez 

tyle miesięcy. 25 listopada 1935 roku wyruszyli w stronę granicy z Indochinami 

Francuskimi.   Niedługo   potem   wieziona   w   koszyku   motocyklowym 

niedźwiedzica opuściła swoich opiekunów i umknęła do dżungli. Halina bardzo 

przeżyła rozstanie z kosmatą przyjaciółką, pogrążona w depresji straciła wiele 

ze swojego wcześniejszego entuzjazmu i optymizmu. Na domiar złego nabawiła 

się malarii.

background image

Motor pchać trzeba było na tym odcinku niemającym, zdawało się, końca 

błotnistym   szlakiem.   Któregoś   dnia   Stanisław,   wydobywając   wehikuł   z 

przepastnej mazi, zranił się poważnie w rękę i dostał zakażenia. Wszystko szło 

nie   po   myśli   podróżników.   Z   Mong   Linu   do   rzeki   Mekong   wieźć   musieli 

motocykl na zaprzężonym w woły wozie, dalej do Luang Prabang na pokładzie 

łodzi.

Nieustanne awarie motoru, który pokonał do tej pory przeszło 20 000 

kilometrów, zmuszały Bujakowskich do coraz częstszych przerw w podróży. W 

Hanoi główne łożysko rolkowe czterorzędowe rozsypało się, co skłoniło parę do 

miesięcznego postoju, ale też dało okazję do zwiedzenia Sajgonu i zabytków 

Angkor Watu. Kilka kilometrów za granicą wietnamskochińską wózek po raz 

trzeci w trakcie wyprawy odłączył się od motocykla. Po drodze z Nanning pękł 

tryb rozdzielczy w skrzyni biegów. Zły stan maszyny skłonił małżonków do 

skierowania się do Kantonu i dalej, w stronę Szanghaju trasą wzdłuż wybrzeża 

Morza Południowochińskiego, na której łatwiej było o pomoc i w razie potrzeby 

skorzystać można było z transportu drogą morską. W Santau na wschodnim 

wybrzeżu   Chin   Halina   i   Stanisław,   zmęczeni   i   schorowani,   zdecydowali   się 

wsiąść na statek płynący do Szanghaju. 15 marca 1936 roku zakończyli rejs i 

jednocześnie swoją trwającą dziewiętnaście miesięcy eskapadę.

Przez cały ten czas Halina KorolecBujakowska prowadziła pamiętnik oraz 

słała korespondencje do polskich czasopism i gazet.

Żywiołowym, natchnionym, pełnym rozmachu, ale też niepozbawionym 

autoironii i humoru językiem opisywała w nich spotkania z mieszkańcami Azji 

lat trzydziestych XX wieku, ich obyczaje i stroje oraz przyrodę kontynentu. W 

przejmujący   sposób   relacjonowała   trudy   przeprawy   i   dzieliła   się   mrożącymi 

krew   w   żyłach   przygodami.   Halina   opisywała,   a   Stanisław   fotografował, 

wspólnie   roztaczali   przed   oczyma   czytelników   barwną   mozaikę   orientalnych 

obrazów i postaci. Na kolejnych kartach podróżnej kroniki płonęły ciężarówki w 

przydrożnych   przepaściach,   pośrodku   szosy   baraszkowały   dzikie   tygrysy, 

background image

hinduscy   sadhu   przesiadywali   w   pozycji   kwiatu   lotosu,   barwni   Ikowie 

maszerowali z owocami dżungli na targ...

Reportaże   Haliny   KorolecBujakowskiej   regularnie   drukował   „Kurier 

Wileński” oraz miesięcznik „Świat”. O losach pary podróżników informowały 

czytelników   również   „Kurier   Warszawski”,   „Express   Poranny”,   „Express 

Ilustrowany”, „Głos Druskiennik”, „Kurier Czerwony”, tygodnik „Antena”, a 

także   miesięczniki   „Turystyka   i   auto”,   „Motocykl   i   cyclecar”   oraz   periodyk 

„Ondyna   druskiennickich   źródeł”.   O   wyczynie   Bujakowskich   donosiła   prasa 

zagraniczna: „NgoBao” z Hanoi, „Times of India” w Bombaju, „Anandabazar 

Patrika” oraz „Dainik Basumati” w Kalkucie, „South China Morning Post” w 

Hongkongu, „Shanghai Times” i „Le Journal de Shanghai” w Szanghaju.

Po dotarciu do mety Halina spędzała większość czasu na porządkowaniu i 

redagowaniu notatek z wyprawy. Stanisław spisał swe doświadczenia w formie 

krótkiego poradnika dla ewentualnych naśladowców. Liczył, że w ślad za nimi 

do Azji ruszą inni motocyklowi turyści z Polski. W wywiadach udzielanych 

miejscowej   prasie   Bujakowscy   nie   ukrywali,   że   chcieliby   po   powrocie   do 

ojczyzny wydać ilustrowaną zdjęciami kronikę podróży.

W lipcu 1937 roku odżył konflikt japońskochiński. Halina postanowiła 

uciec spod ostrzału japońskich bomb i wrócić koleją transsyberyjską do Polski. 

Dotarła do Druskiennik 22 lipca 1937 roku, o czym na pierwszych stronach 

informowały lokalne gazety.

Stanisław został w Szanghaju. Jako korespondent wojenny nadsyłał do 

polskiej prasy relacje i zdjęcia z wojny o Mandżurię. Jego reportaże ukazywały 

się między innymi w dzienniku „Polska Zbrojna”. Niebawem otrzymał list z 

domu. Przeczytał w nim, że żona spodziewa się dziecka.

Syn Bujakowskich urodził się 30 marca  1938 roku. Matka nadała mu 

siedem   imion:   Jarema,   Jan,   Maria,   Antoni,   Stanisław,   Aleksander,   Sanclair. 

Rodzina wołała na niego Staś.

Halina z synem w 1938 roku

background image

Jak możemy się domyślać na podstawie wspomnień Haliny, na wieść o 

narodzinach   potomka   Stanisław   opuścił   Szanghaj   i   wrócił   do   domu   w 

Druskiennikach.   Niestety,   nie   dane   było   Bujakowskim   nacieszyć   się   życiem 

rodzinnym. We wrześniu 1939 roku bomby, przed którymi Halina uciekała z 

Chin, spadły na Polskę.

Czas wojennej zawieruchy był dla Bujakowskich, podobnie jak dla setek 

tysięcy polskich rodzin, okresem rozłąki i niepewności jutra, tym trudniejszym, 

że   maleńki   Jarema   dorastać   musiał   bez   ojca.   Odnaleziony   w   rodzinnych 

archiwach list Haliny do męża, pisany w styczniu 1944 roku, przybliża nam 

nastrój tamtych ponurych chwil:

Jest   noc   styczniowa.   Za   oknem   wiatr   i   deszcz.   Szosą   suną   z   hukiem 

samochody ciężarowe, to dostawa na front. Słychać armaty i bombardowanie 

tak nieraz blisko. W chacie cisza, z bielonej wapnem ściany spoglądają portrety 

twoich   i   moich   pradziadów,   prababek,   na   podłodze   z   krzywych   desek   leży 

podarty dywan, w mojej starej kołysce śpi nasz syn. Brunatne włosy odrzucone 

od   czoła,   długie   cienie   zawiniętych   rzęs   padają   na   policzki   barwy   kwiatu 

jabłoni. Kiedy ja się do syta napatrzę na twoje dziecko? Gdy wrócisz, będziemy 

patrzeć razem, podkradać sen i nigdy nie będzie dość. Pomyśl, że on ma już 

sześć lat, a ty go widziałeś takim maleńkim, niezdarnym skrzatem, puszkiem, 

kaczorkiem, i tak krótko. W chacie dziecko, kot, poezja, wspomnienia, a za 

oknami noc, wiatr, deszcz i nieustanny huk motorów. Już tyle lat walki, by 

wyczarować   z   codziennych,   drobnych   zdarzeń,   z   prostego   otoczenia   choć 

okruch szczęścia, choć promień piękna. Ta walka jest najtrudniejsza. Czy będą 

potrafili to zrozumieć ci, którzy pozostawili nas same i bezbronne, i ci, co kazali 

nam czekać i trwać... długie, długie lata, bez kresu, bez jutra?

Być   może   w   tym   samym   czasie,   w   którym   Halina   pisała   te   słowa, 

chorąży69 Stanisław Bujakowski siedział za sterami myśliwca amerykańskiej 

produkcji, mustanga lub thunderbolta, i odbywał nocny lot ponad Saharą.

Po klęsce wrześniowej Stanisław wyjechał z Polski, dostał się do Afryki i 

background image

jako pilot zaciągnął do brytyjskiej RAF Transport Command, które odpowiadało 

za przerzucanie na front dostaw sprzętu wojskowego ze Stanów Zjednoczonych. 

Trasa, którą trzeba było pokonać, liczyła około sześciu tysięcy kilometrów i 

wiodła z portu Takoradi na Złotym Wybrzeżu (obecnie Ghana) ponad wodami 

Zatoki   Gwinejskiej,   Nigerią,   Francuską   Afryką   Równikową,   do   Kairu   w 

Egipcie. Nie był to łatwy szlak, nieraz zdarzało się, że konwoje zmagały się z 

burzami piaskowymi, traciły orientację pośród bezkresnej pustyni.

Po zakończeniu wojny Halina KorolecBujakowska opuściła wraz z matką 

i   siedmioletnim   synkiem   Druskienniki,   które   na   mocy   ustaleń   konferencji 

jałtańskiej   znalazły   się   w   granicach   Litewskiej   Socjalistycznej   Republiki 

Radzieckiej. Wraz z transportem repatriacyjnym udała się do Gdańska. Miała 

nadzieję, że w mieście portowym łatwiej będzie dowiedzieć się czegoś o losach 

męża.

Hubert Twardowski, siostrzeniec podróżniczki, który mieszkał w tamtym 

okresie   pod   jednym   dachem   z   babcią,   ciotką   i   kuzynem,   wspomina,   że   w 

powojennych   miesiącach   Halina   spędzała   długie   godziny   przy   maszynie   do 

pisania. Z nieodłącznym papierosem w ustach porządkowała notatki z podróży 

motocyklowej do Chin. W 1946 roku jej reportaże przedrukowywane były w 

„Rejsach”, dodatku ilustrowanym do „Dziennika Bałtyckiego”.

Równocześnie Halina czyniła starania, by pozyskać jakiekolwiek wieści o 

losie Stanisława. Latem 1946 roku stanęła z ośmioletnim Jaremą u boku przy 

bramie portu gdańskiego, by powitać transport lotników z Wielkiej Brytanii. 

Podeszła do pierwszego pasażera, który zszedł z pokładu statku i spytała, czy 

ten zna Stanisława Bujakowskiego. Jakież musiało być jej wzruszenie, gdy pilot 

wyciągnął z kieszeni fotografię męża i powiedział, że przez pięć lat wykonywał 

wspólnie z nim loty w RAF Transport Command. Lotnik zapewnił, że Stanisław 

ma   się   dobrze   i   poszukuje   rodziny,   podał   jego   adres.   Małżeństwo   szybko 

nawiązało kontakt. Stanisław nie zdecydował się na powrót do Polski, miał już 

ofertę pracy w charakterze pilota w prywatnej firmie transportowej w Indiach.

background image

Halina nie zastanawiała się długo. Zamknęła reportaże, papiery, pamiątki 

z podróży motocyklowej do Chin w walizce i powierzyła całe archiwum wraz z 

pełnomocnictwem do publikacji materiału matce. Spakowała najpotrzebniejsze 

rzeczy.

9   czerwca   1947   roku   odpłynęła   wraz   z   synem   do   Anglii.   Niespełna 

miesiąc później wsiadła na pokład samolotu lecącego do Kalkuty. Podróż trwała 

czterdzieści osiem godzin. 6 lipca 1947 roku w stolicy Bengalu Zachodniego 

rodzina   znów   była   razem.   Jak   wspominała   po   latach   Janina   Korolec,   matka 

Haliny, „osiem lat rozłąki nie osłabiło ich miłości i wzajemnego oddania”.

Halina z Jaremą w Kalkucie

Bujakowscy   zamieszkali   w   Kalkucie.   Stanisław   pracował   w   firmie 

lotniczej, Halina opiekowała się synem i prowadziła dom. W 1956 roku rodzice 

posłali  Jaremę  do  Boise  Junior  College  w Idaho  w Stanach  Zjednoczonych. 

Studia rozpoczęte na Boise State University kontynuował młody Bujakowski na 

University of Denver w Colorado. Studiował inżynierię i ekonomię. Jego wielką 

pasją od najmłodszych lat był sport. Mieszkając w Colorado, często gościł na 

stokach   Mammoth   Mountain,   tam   nauczył   się   jeździć   na   nartach.   Niedługo 

potem zapisał się w historii narciarstwa jako Jerry Bujakowski. Odnosił sukcesy 

w barwach narodowych Indii, na mistrzostwach świata w narciarstwie alpejskim 

w Chamonix w 1962 roku zajął 27 miejsce w zjeździe i 35 w slalomie gigancie, 

podczas zawodów Pucharu Świata w Squaw Valley w 1969 roku uplasował się 

na   26   pozycji.   Był   pierwszym   zawodnikiem   reprezentującym   Indie   na 

zimowych igrzyskach olimpijskich. Miał wystąpić już na olimpiadzie w Squaw 

Valley w 1960 roku, ale nie dopuszczono go do zawodów, Narciarska Federacja 

Indii   nie   należała   bowiem   wówczas   do   FIS   -   Międzynarodowej   Federacji 

Narciarskiej.   Ambitny   narciarz   wystartował   za   to   w   biegu   zjazdowym   oraz 

slalomie gigancie na igrzyskach w Innsbrucku w roku 1964 oraz w Grenoble w 

roku 1968. Jerry Bujakowski wystąpił w dokumentalnym filmie poświęconym 

narciarstwu alpejskiemu zatytułowanym Skifascination, zrealizowanym w 1966 

background image

roku   przez   Willy’ego   Bognera   w   Szwajcarii.   Był   również   zamiłowanym 

surferem   i   pionierem   tej   dyscypliny   sportu   w   swojej   drugiej   ojczyźnie. 

Reprezentował Indie w mistrzostwach świata w surfingu w roku 1964 w San 

Diego i w roku 1966 w Puerto Rico70.

W tym samym mniej więcej okresie w Kalkucie Stanisław Bujakowski 

zaczął ciężko chorować. Zmarł, najprawdopodobniej na nowotwór, w drugiej 

połowie lat sześćdziesiątych. Po śmierci męża Halina postanowiła przenieść się 

do San Diego w Kalifornii, by zamieszkać razem z synem, który osiadł tam po 

studiach. Spakowała się i udała w podróż do Stanów Zjednoczonych... ostatnią 

w jej życiu.

W 1971 roku rodzina w Polsce otrzymała krótki list z Kalifornii datowany 

na 25 kwietnia. Wiadomość brzmiała następująco: „Mama umarła w Kalifornii. 

Była bardzo chora, gdy przyjechała do nas z Indii. Staś”.

Był to ostatni kontakt rodziny z Jaremą Bujakowskim, kolejne listy słane 

do Ameryki pozostały bez odpowiedzi. Pamiętniki ciotki Hali, jak je nazywano 

w gronie rodzinnym, klisze zdjęć, wycinki z gazet, całe archiwum wyprawy 

motocyklowej   spoczęło   w   wielkiej   czarnej   walizce   w   jednym   z   domowych 

zakamarków.

Wydawało się, że książka, o której tak marzyli Halina i Stanisław, nigdy 

już się nie ukaże, że historia ich wyprawy pozostanie zapomniana na zawsze. A 

jednak   starania   Huberta   Twardowskiego   i   jego   małżonki   Aliny,   by 

spopularyzować wyczyn ciotki Hali, w końcu przyniosły rezultat. W 2004 roku 

archiwaliami   zainteresował   się   redaktor   Marek   Ponikowski,   dziennikarz,   a 

zarazem   pasjonat   motoryzacji.   Jego   artykuł   w   „Dzienniku   Bałtyckim”   oraz 

reportaż telewizyjny w gdańskiej telewizji rozbudził zainteresowanie tematem. 

W ślad za jego publikacjami ukazały się następne, w tym reportaż Aleksandry 

Kozłowskiej w „Wysokich Obcasach”, dodatku do „Gazety Wyborczej”.

Przed laty zebrałem i opracowałem reportaże Kazimierza Nowaka z jego 

afrykańskiej   wyprawy   rowerowej.   Wydana   w   wyniku   tej   pracy   książka 

background image

zatytułowana Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej 

z   lat   1931-1936   nasunęła   wydawnictwu   pomysł,   by   zaprosić   mnie   do 

współpracy   przy   opracowaniu   pamiętników   Haliny   KorolecBujakowskiej. 

Niezwykła historia i urocza para motocyklowych podróżników ujęły mnie od 

pierwszej chwili.

Zadanie okazało się trudniejsze, niż się początkowo spodziewałem, ale też 

przyniosło   wiele   wrażeń   i   mnóstwo   satysfakcji.   Najpierw   trzeba   było 

przeanalizować   i   przepisać   kilkaset   stron   maszynopisu,   odręcznie   pisanych 

listów   i   około   dwustu   artykułów   prasowych,   a   następnie   ułożyć   je 

chronologicznie, zdanie po zdaniu, tak by relacja była kompletna i spójna, a 

zarazem by nie uronić nic z osobistego, emocjonalnego przekazu, dowcipu i 

romantyzmu autorki. Do tekstów Haliny zdecydowałem się dołączyć fragmenty 

przewodnika i felieton Stanisława. Ich treść wydawała się stanowić doskonałe 

uzupełnienie żywiołowej relacji małżonki.

W   kolejnym   etapie   trzeba   było   przejrzeć   około   pięciuset   fotografii 

zachowanych na oryginalnych kliszach z lat trzydziestych XX wieku, wybrać 

najciekawsze i przypisać je do konkretnych partii tekstu.

Praca   trwała   dziesięć   miesięcy.   Wiosną   2011   roku   zapomniana   przez 

dziesięciolecia kronika podróży dwojga Polaków trafia do rąk Czytelników.

Za   ciepłe   przyjęcie   i   serdeczną   pomoc   dziękuję   Alinie,   Hubertowi   i 

Michałowi Twardowskim. To ich pasja i wysiłki sprawiły, że marzenie ciotki 

Hali ziściło się po tylu latach. Składam również gorące podziękowania Wandzie 

Jelonkiewicz za nieocenioną pomoc w poszukiwaniach archiwalnych reportaży 

oraz wydawnictwu za zaproszenie do udziału w tej fascynującej przygodzie oraz 

wspaniałą współpracę.

Łukasz Wierzbicki

Borowiec w lutym 2011 roku

PRZYPISY

1 Fragment wiersza Kazimiery Iłłakowiczówny Babunia w Ameryce.

background image

2 Antek warszawski - ulicznik, łobuziak, cwaniak.

3 Marian Stępkowski (1896-1946) - doktor filozofii, przyrodnik i literat, 

pionier ruchu radioamatorskiego w Polsce.

4   Sprawozdanie   Stanisława   Bujakowskiego   zostało   umieszczone   na 

końcu książki.

5 Saar ist unser! Saar ist Deutsch! (niem.) - „Saara jest nasza! Saara jest 

niemiecka”; nawiązuje do przeprowadzonego w 1935 roku plebiscytu, w wyniku 

którego kontrolowane wcześniej przez Ligę Narodów Zagłębie Saary weszło w 

skład państwa niemieckiego.

6 AVUS - najstarszy w Niemczech (i w ogóle w całej Europie) odcinek 

autostrady w Berlinie, oddany do ruchu w 1921 roku.

7 Bakszysz - z perskiego: podarek pieniężny, napiwek, jałmużna.

8   Gunia   -   męska   kurta   z   wełnianego   sukna,   ozdobiona   haftem   i 

obszyciami.

9 Hajda Edirne polis (tur.) - Jazda na policję w Edirne.

10 Złoty Róg - wąska, głęboko wcięta zatoka cieśniny Bosfor.

11   „Jakaś   gęś,   z   którą   do   rana   szukałem   na   mapie   Anatolii”   -   pisał 

Tadeusz BoyŻeleński w wierszu Gdy się człowiek robi starszy.

12 Arak - aromatyczny napój alkoholowy otrzymywany przez destylację 

sfermentowanego   zacieru   ryżowego   lub   daktylowego,   z   dodatkiem  melasy   z 

trzciny cukrowej.

13 Hadżi - muzułmanin, który odbył pielgrzymkę do Mekki.

14 Guffa - niewielki arabski żaglowiec o jednym lub dwóch masztach, 

używany do żeglugi handlowej.

15   Ampla   -   płytka   miseczka   alabastrowa   wisząca   na   łańcuchach, 

przesłaniająca i łagodząca światło lampy.

16 Insz Allach - jak Bóg zechce.

17 Świtka - inaczej siermięga; wierzchnia odzież wieśniacza z grubego 

materiału o długich rękawach, sięgająca do kolan.

background image

18 Sarafan - rosyjski kobiecy strój ludowy, rodzaj długiej sukni z wysoką 

talią, bez rękawów lub z wszytymi rękawami z tkaniny bieliźnianej.

19 Diuna - wydma piaszczysta.

20 Annah - 1/16 część rupii.

21 Parsowie zwani też Zaratusztrianami - grupa etniczna wywodząca się 

od   starożytnych   Persów,   są   potomkami   grupy   około   stu   dwudziestu   tysięcy 

Persów, która w VIII wieku uciekła przed muzułmańskim prześladowaniem z 

Persji i osiedliła się na terenach Gudżaratu w Indiach.

22   AbrahamHyacinthe   Anquetil   Duperron   (1731-1805)   -   francuski 

orientalista.

23 Gandhi zorganizował w 1918 roku obywatelski ruch oporu biedaków 

bez ziemi, najemników rolnych i biednych rolników, którzy byli zmuszani przez 

posiadaczy ziemskich do uprawiania roślin przemysłowych zamiast zbóż i roślin 

jadalnych dających wyżywienie.

24 Sipaj - żołnierz indyjski służący w wojsku brytyjskim w Indiach.

25 Kawon - arbuz.

26 Pardah - pomieszczenie w domach w Indiach przeznaczone dla kobiet, 

by ochronić je przed spojrzeniami obcych.

27 Dessous - (fr.) spód noszony pod suknią przez kobiety, bielizna.

28  Sadhu - hinduski  asceta   żebrzący,  niekiedy  praktykujący   krańcowe 

formy umartwiania się, święty człowiek.

29 Dhoti - tradycyjny strój męski noszony w Indiach, składający się z 

upiętego w pasie kawałka materiału.

30 Mykwa - basen służący do rytualnego oczyszczania i ablucji.

31 Kajlas - szczyt w paśmie Gangdise w Transhimalajach na Wyżynie 

Tybetańskiej; hinduiści wierzą, że jest to siedziba boga Sziwy.

32 Trachoma - zakaźne, przewlekłe zapalenie spojówek.

33 Rabindranath Tagore (1861-1941) - indyjski poeta, prozaik, filozof, 

kompozytor, malarz i pedagog. W 1913 roku został laureatem Nagrody Nobla w 

background image

dziedzinie literatury. W 1950 jego pieśń Jana Gana Mana została oficjalnym 

hymnem państwowym Indii.

34   Sampan   -   lekka   płaskodenna   łódź   wiosłowa,   niekiedy   z   żaglem, 

używana w ruchu rzecznym i portowym w Chinach.

35 Gasparo Balbi - wenecki jubiler, w latach 1579-1588 podróżował po 

krajach Dalekiego Wschodu, dotarł do Indii i Birmy.

36   Fernao   Mendes   Pinto   (ok.   1509-1583)   -   portugalski   podróżnik   i 

poszukiwacz przygód, w 1537 roku wyruszył do Indii i następne 21 lat spędził, 

podróżując po krajach Dalekiego Wschodu.

37 Mindon Min (1808-1878) - król Birmy od 1853 do 1878 roku.

38 Stupa - najprostszy typ buddyjskiej budowli sakralnej.

39 Sir Archibald Campbell (1769-1843) - generał armii  brytyjskiej, w 

latach   1824-1826   dowodził   siłami   brytyjskimi   w   pierwszej   wojnie 

angielskobirmańskiej.

40 Szurpaty - chropowaty, szorstki, kostropaty.

41 Burmah Oil Company - spółka założona w 1886 roku w Glasgow w 

Szkocji dla eksploatacji złóż ropy naftowej na subkontynencie indyjskim.

42 Sheiling - ze szkockiego: chata w eksponowanym lub odosobnionym 

miejscu.

43 Sawbwa - birmański wódz.

44 Lora - tu: samochód ciężarowy.

45 Kornet - sztywny czepiec na głowie zakonnicy.

46   George   Scott   (1851-1935)   -   szkocki   dziennikarz   i   administrator 

kolonialny, badacz historii i kultury Birmy.

47   Szkarpa   -   mur   odchodzący   prostopadle   na   zewnątrz   od   ściany 

budynku, pełniący funkcję konstrukcyjną.

48   William   Somerset   Maugham   (1874-1965)   -   angielski   pisarz   i 

dramaturg, autor takich powieści, jak Księżyc i miedziak oraz Malowany welon.

49 Oładek - mały placek z mąki lub tartych kartofli, smażony na tłuszczu.

background image

50 Droga Kolonialna nr 4.

51 Sajgon - dawna nazwa miasta Ho Chi Minh w Wietnamie.

52 Kochinchina - dawna nazwa położonej najbardziej na południe części 

Wietnamu.

53 Hotel de ville - (fr.) ratusz.

54   Henri   Mouhot   (1826-1861)   -   francuski   przyrodnik   i   podróżnik,   w 

jednej   ze   swoich   podróży   dotarł   do   Angkoru.   Jego   dzienniki,   a   zwłaszcza 

rysunki,   przedstawiające   pozostałości   po   imperium   khmerskim   wywołały 

sensację, w wyniku której okrzyknięto go odkrywcą zaginionego miasta.

55 Hieratyczny - rytualny, uroczysty, pełen patosu.

56   Tonkin   -   historyczna   nazwa   północnego   Wietnamu,   obejmującego 

dorzecze Rzeki Czerwonej.

57   Patynki   -   pantofle   z   drogich   haftowanych   tkanin,   na   wysokich, 

drewnianych podstawkach.

58 Kornak - dozorca słoni, kierujący nimi w czasie jazdy lub pracy.

59 Annam - historyczna nazwa środkowej części Wietnamu.

60 Douane - z francuskiego: kontrola celna na granicy.

61 Nipponia - Japonia.

62 Kanton - miasto Guangzhou, stolica chińskiej prowincji Guangdong.

63 Santau - miasto Shantou na wschodnim wybrzeżu Chin.

64 Tekst ukazał się w dwumiesięczniku „Motocykl i cyclecar” w numerze 

z lipcasierpnia 1937 roku.

65 Tekst ukazał się w miesięczniku „Turysta i auto” w lutym 1935 roku.

66   W   miejscu,   w   którym   stała   Willa   Jasna,   dziś   znajduje   się   obiekt 

sanatoryjny o nazwie Vilnius.

67 Obecnie przy Vilniaus al. 18 znajduje się siedziba mera Druskiennik.

68 Ursus thibetanus.

69   Stanisław   Bujakowski   miał   w   RAF   stopień   Warrant   Officer, 

odpowiednik polskiego stopnia chorążego.

background image

70 Informacja za The Encyklopedia of Surfing Matta Warshawa z 2005 

roku.


Document Outline