background image

 

Grace Green 

 

Przeznaczenie 

 

background image

Rozdział 1 

 
Poszukiwania dobiegły końca. 
Była  tak  blisko,  że  niemal  czuł  duszący  zapach  jej  perfum,  tak 

charakterystyczny dla pewnego rodzaju kobiet. 

Prowadził  samochód  wzdłuż  Lakeshore  Boulevard.  Zwolnił,  kiedy 

zbliżył  się  do  czterotysięcznego  osiedla.  Opuścił  szybę  samochodu,  żeby 
lepiej  zorientować  się  w  ciemnościach.  Lodowaty  podmuch  wiatru  znad 
zamarzniętego  jeziora  wdarł  się  ze  świstem,  zagłuszając  skrzypienie  śniegu 
pod kołami. 

Boże,  ale  był  zmęczony!  Przetarł  oczy  wierzchem  dłoni  i  –  wypatrując 

właściwego numeru – mijał rzędy domów. 

Czterdzieści-dwa  trzydzieści-cztery,  czterdzieści-dwa  trzydzieści-sześć, 

czterdzieści-dwa  trzydzieści-osiem...  Serce  biło  mu  głucho,  kiedy  wreszcie 
znalazł numer, którego szukał. Czterdzieści-dwa czterdzieści. 

Samotna  uliczna  latarnia  oświetlała  drewniany,  piętrowy  budynek, 

którego  dach  pokrywała  gruba  warstwa  śniegu.  Z  dachu  zwisały  lodowe 
sople. 

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien zaparkować gdzieś dalej, 

ale po  namyśle wzruszył ramionami  i podjechał do krawężnika. Jeśli  nawet 
zobaczy jego mercedesa, i tak nie domyśli się, do kogo należy samochód. 

Wyłączył światła i sięgnął do kieszeni marynarki. 
Wyjął  z  portfela  małe  zdjęcie.  W  świetle  ulicznej  latarni  jej  falujące 

włosy wydawały się jaśniejsze, a twarz nienaturalnie ziemista. 

„Dla Patryka na pamiątkę – Courtenay”. 
Przesunął  palcem  po  fotografii,  wykrzywiając  pogardliwie  usta. 

Courtenay.  Ta  druga.  Robiła  wrażenie  pięknej,  samolubnej  blondynki.  To 
typ  kobiety,  którego  wystrzegał  się  jak  zarazy.  Cóż,  kiedy  ona  miała  coś, 
czego pragnął. A kiedy chciał coś mieć, nie dawał za wygraną, dopóki tego 
nie zdobył. 

Był  początek  grudnia.  Jeżeli  wszystko  pójdzie  tak  gładko,  jak  sobie 

zaplanował,  jeszcze  przed  Nowym  Rokiem  on  i  Alanna  usłyszą  dziecięcy 
śmiech w samotnych pokojach Seacliffe House. 

Kiedy  przekręcił  kluczyk  w  stacyjce,  z  jego  oczu  zniknęło  zmęczenie. 

background image

Spojrzenie stało się twarde i zdecydowane. 

Jutro zacznie realizować swój plan. 
 
„W dzień Bożego Narodzenia aniołowie powiedzieli... „ 
Courtenay  West  śpiewała  cichutko  ulubioną  kolędę,  układając  stosy 

czerwonych  i  zielonych  papierowych  serwetek  na  jutrzejsze  przyjęcie  w 
biurze.  W  powietrzu  czuło  się  świąteczny  nastrój,  chociaż  do  świąt 
brakowało jeszcze paru dni. Radosne podniecenie towarzyszyło jej nie tylko 
w biurze Mom’s Own, ale i w domu. Myślała o planach, które snuły z Vicky 
w  związku  ze  świętami  i  o  uroczystych  chwilach,  jakie  będą  wspólnie 
przeżywać. Czy dziewięć lat temu, kiedy była w ciąży i musiała znieść tyle 
cierpień  i  upokorzeń,  mogła  przewidzieć,  że  później  zazna  tyle  szczęścia? 
Przypomniała  sobie  moment,  kiedy  dowiedziała  się,  że  Patryk  ją  oszukał. 
Zdumienie  i  rozpacz.  Rozważała  wtedy  możliwość  oddania  dziecka  do 
adopcji...  Jak  mogło  jej  coś  podobnego  przyjść  do  głowy!  Teraz  nie 
wyobrażała sobie życia bez Vicky. 

– Courtenay! 
Drgnęła,  kiedy  usłyszała  swoje  imię.  To  Krystle,  młoda,  pulchna 

maszynistka,  wtoczyła  się  przez  otwarte  drzwi.  Policzki  jej  pałały 
rumieńcem, kiedy oznajmiła zadyszana: 

– Nigdy nie zgadniesz, kto do nas przyszedł! 
–  O  kim  mówisz?  –  zapytała  spokojnie  Courtenay,  składając  ostatnią 

serwetkę. 

– O nowym właścicielu Mom’s Own! 
–  Co  ty  mówisz,  Krystle!  –  Courtenay  zerknęła  w  stronę  otwartych 

drzwi, a następnie półgłosem dodała: 

–  Pan  Ketterton  nigdy  nie  wspominał,  że  chciałby  sprzedać  spółkę.  To 

jakaś plotka. 

Krystle  uniosła  brzeg  spódnicy  i  usadowiła  swoje  pulchne  pośladki  na 

biurku Courtenay. 

–  Jeżeli  to  tylko  pogłoska,  to  skąd  pan  Ketterton  wziął  pieniądze  na 

modernizację,  zakładu?  Wszyscy  wiedzą,  że  na  początku  grudnia  był  na 
krawędzi bankructwa, a teraz – w niecałe trzy tygodnie później – stare piece 
zastąpił nowymi z komputerowym sterowaniem... 

– Czy widziałaś tego człowieka, czy to tylko twoje domysły? – przerwała 

Courtenay. 

background image

– Och, widziałam go! – jęknęła z zachwytem Krystle. 
–  Szedł  do  biura  pana  Kettertona  we  wspaniałej  skórzanej  kurtce. 

Wysoki brunet, tak przystojny  i seksowny, że po prostu zbija z nóg! Włosy 
czarne jak węgiel, wspaniała opalenizna z Palm Springs, oczy koloru pawich 
piór... 

– Pawich piór? – spytała ironicznie Courtenay. 
Ale Krystle nie dała się zbić z tropu. 
– Tak – potwierdziła stanowczo. – Pawich piór. Zaraz przygotuję kawę, 

bo pan Ketterton na pewno o nią poprosi. Tak, Courtenay, ten człowiek jest 
kimś! 

– Zbyt pochopnie wyciągasz wnioski, Krystle. 
– Sama zobaczysz. Po prostu emanuje z niego siła I bogactwo... 
Ostry dźwięk telefonu przerwał entuzjastyczny potok słów, co Courtenay 

przyjęła jako dar niebios. 

– Courtenay? – usłyszała głos szefa. 
– Słucham, panie Ketterton. 
– Poproszę dwie kawy. 
– Dobrze, Krystle zaraz tam będzie. 
–  Nie,  Courtenay.  Chcę,  żebyś  tyją  nam  przyniosła.  Courtenay 

zaskoczona  odłożyła  słuchawkę.  Jakie  to  dziwne!  Od  kiedy  awansowała  z 
posady  sekretarki  na  stanowisko  zastępcy,  Alf  nigdy  nie  prosił,  żeby  robiła 
mu kawę. 

– No  i co? Czy  nie  miałam  racji? –  Krystle polizała  wargi koniuszkiem 

języka, jak kotek oczekujący swej porcji śmietanki. 

Courtenay odsunęła krzesło od komputera i wstała. 
–  Obawiam  się,  że  miałaś  rację  tylko  częściowo.  Jego  lordowska  mość 

życzy sobie kawy, ale to ja dostąpiłam tego zaszczytu... 

–  O  cholera!  Kiedy  spojrzy  na  ciebie,  nie  będzie  już  chciał  patrzeć  na 

nikogo innego. 

Courtenay uśmiechnęła się. 
– A może on nie lubi blondynek? 
– I na pewno nie cierpi ogromnych zielonych oczu i nóg do samej szyi! 
– Wiesz, że mężczyźni mnie nie interesują. 
– Możesz nie zwracać  uwagi  na  mężczyzn, ale to nie znaczy, że oni cię 

nie  zauważają.  Sądzisz,  że  kobieta  z  dziewięcioletnim  dzieckiem  nie  ma 
szans, a tymczasem wcale tak nie jest. Jedynie stary Alf nie patrzy na ciebie 

background image

pożądliwie – a to tylko dlatego, że on i Flo traktują cię jak córkę, której nie 
mogli mieć! 

Kiedy  w  kilka  minut  później  Courtenay  szła  korytarzem  do  gabinetu 

Alfa,  doszła  do  wniosku,  że  Krystle  miała  rację.  Mężczyźni  rzeczywiście 
byli  zafascynowani  jej  popielatoblond  włosami  i  pełnym  biustem.  Starała 
się, jak mogła, nie przyciągać uwagi – upinała długie włosy, nosiła skromne 
bluzki  i  spódnice,  wyglądała  na  zapracowaną  i  nieprzystępną.  Mimo  to, 
wbrew jej woli, wydawała się wyzywająca i prowokująca... 

Przed wejściem do pokoju szefa rzuciła okiem na tacę, żeby upewnić się, 

czy  niczego  nie  brakuje.  Jeżeli  Krystle  rzeczywiście  miała  rację  i  ten 
nieznajomy  okaże  się  nowym  właścicielem  Mom’s  Own,  dobrze  byłoby, 
żeby wywarła na nim korzystne wrażenie. Praca była dla niej najważniejsza. 
Sama wychowywała córkę i nie mogła stracić źródła utrzymania. 

Śmiało zapukała i otworzyła drzwi. 
–  O,  Courtenay,  wejdź.  –  Alf  siedział  za  biurkiem  z  poważną  miną. 

Blada  twarz  pokryta 

była 

rumieńcem,  zniknęła 

gdzieś  zwykła 

dobroduszność. 

Kątem  oka  Courtenay  zerknęła  na  „nowego  człowieka”.  Stał  oparty 

niedbale  o  ścianę  przy  oknie,  z  rękami  w  kieszeniach,  typowy  zadufany  w 
sobie przedstawiciel męskiego rodu. 

Atmosfera w biurze była  na ogół przyjemna  i wszyscy zachowywali się 

w  miarę  swobodnie.  Tym  razem  wprost  wyczuwało  się  w  powietrzu 
napięcie. 

– Kawy, panie Ketterton? – zapytała oficjalnym tonem. 
– Tak, dziękuję, Courtenay. 
Postawiła dzbanek, czując na sobie baczne spojrzenie nieznajomego. Nie 

może  mi  nic  zarzucić,  pomyślała,  nadal  odwrócona.  Uświadomiła  sobie  z 
zadowoleniem,  że  ma  na  sobie  najlepszą  popielatą  plisowaną  spódnicę  i 
bluzkę, którą wczoraj wieczorem staranie uprasowała. 

Odwróciła  głowę  i  ich  spojrzenia  nagle  się  spotkały.  Courtenay 

znieruchomiała.  Pawie  pióra...  Krystle  miała  rację,  kiedy  mówiła  o  kolorze 
jego  oczu!  Były  niespotykanej  błękitnozielonej  barwy,  ocienione  długimi, 
czarnymi rzęsami... 

Patrzyły na nią chłodno, niemal z odrazą. 
Wyraźnie  nie  przypadła  do  gustu  nieznajomemu.  Z  całą  pewnością 

spotkali się po raz pierwszy – skąd więc tyle pogardy w jego spojrzeniu? Co 

background image

u licha mogłoby usprawiedliwiać taką wrogość? 

Mimo  wyraźnego  zdenerwowania  udało  się  jej  wziąć  w  garść  i 

spokojnym głosem zapytać: 

– Jaką kawę pan sobie życzy? 
– Poproszę czarną – odpowiedział sucho. 
Serce  Courtenay  zaczęło  walić  jak  młotem.  Taki  niepokój  wzbudziła  w 

niej  wysoka  postać  w  ciemnym  garniturze,  śnieżnobiałej  koszuli  z 
pedantycznie  zawiązanym  krawatem.  Nic  dziwnego,  że  zrobił  na  Krystle 
piorunujące  wrażenie.  Nawet  z  odległości  kilku  kroków  Courtenay 
wyczuwała  bijącą  od  niego,  niemal  magnetyczną  zmysłowość.  Kiedy 
podawała  mu  kawę,  ich  palce  na  moment  zetknęły  się  i  wtedy  początkowe 
wrażenie  zwielokrotniło  się.  Nigdy  przedtem  nie  doświadczyła  czegoś 
podobnego. 

Zauważyła,  że  mężczyzna  zwracał  się  do  niej  per  „pani  West”.  Alf 

zawsze  mówił  do  niej  po  imieniu  –  dlaczego  podał  gościowi  nazwisko?  Z 
jakiego powodu ten człowiek chciał je poznać? Czy rzeczywiście okaże się 
nowym właścicielem Mom’s Own? 

Nieznajomy  nie  spuszczał  wzroku  z  Courtenay.  Lodowate  spojrzenie 

oczu,  teraz  raczej  błękitnych  niż  zielonych,  było  aroganckie,  drwiące  i 
wyzywające.  Courtenay  wyczuła  instynktownie,  że  ten  człowiek  mógłby 
nawet czytać w jej myślach. 

Wyszła na drżących nogach, z bijącym sercem. Zamknęła drzwi i oparła 

się  o  nie.  Czuła  nieprzyjemne  pulsowanie  w  skroniach.  Nie  miała  pojęcia, 
jak długo tak stała, nie zwracając uwagi na dobiegającą zza drzwi rozmowę 
dwóch  mężczyzn. W końcu  powlokła się  korytarzem  i skręciła  najpierw do 
toalety,  żeby  uniknąć  spotkania  z  Krystle.  Stwierdziwszy  z  ulgą,  że  w 
pobliżu  nie  ma  nikogo,  opadła  na  jedno  z  krzeseł  stojących  pod  lustrem  i 
próbowała zebrać myśli. 

Niewątpliwie  kawa  posłużyła  szefowi  tylko  za  pretekst.  Najwyraźniej 

chciał  dać  nieznajomemu  okazję  poznania  Courtenay.  Ale  do  czego  mu  to 
było potrzebne? 

Pracowała  w  Mom’s  Own  od  siedmiu  lat.  Był  to  spokojny  okres  w  jej 

życiu.  Ostatnio  wprawdzie  mówiło  się,  że  zakład  może  zostać  zamknięty, 
ponieważ  wyposażenie  było  niezbyt  nowoczesne.  Brakowało  pieniędzy  na 
modernizację, ale do tej pory wszystko toczyło się utartym trybem. 

Courtenay  zrozumiała,  że  coś  wisi  w  powietrzu.  Zorientowała  się  od 

background image

razu, kiedy weszła do pokoju Alfa. 

O  tej  porze  roku  Millar’s  Lake  było  małym,  prowincjonalnym 

miasteczkiem.  Tętniło życiem w  lecie, kiedy zjeżdżali się  turyści, ale teraz, 
tuż przed świętami Bożego Narodzenia, niemal zapadło w sen zimowy. 

Dlatego  też  ta  niezwykła  dla  miejscowych  stosunków  wizyta  mogła 

oznaczać  tylko  kłopoty.  A  sposób,  w  jaki  ten  dziwny  nieznajomy 
prowokował Courtenay, rodził w  jej sercu uzasadnione przypuszczenie, kto 
popadnie w tarapaty. 

 
Courtenay  miała  właśnie  wychodzić.  Porządkowała  biurko,  kiedy  Alf 

przyniósł  jej  wypłatę.  Gdy  spojrzała  na  czek,  stwierdziła  zaskoczona,  że 
opiewał na sumę dwa razy wyższą niż zwykle. W kopercie był również jakiś 
różowo-biały formularz, jak się okazało – jej karta obiegowa. Courtenay nie 
wierzyła własnym oczom. 

–  Czy  to  znaczy,  że  jestem...  wyrzucona?  –  chyba  nic  nie  mogło  jej 

bardziej zaskoczyć. 

– Nie wyrzucona, Courtenay... Czasowo zwolniona. Zostałem zmuszony 

do  pewnych  redukcji...  Jak  widzisz,  dałem  ci  dwutygodniową  wypłatę...  – 
Zawstydzony  i  zakłopotany,  unikał  jej  wzroku.  –  Jeżeli  wszystko...  jeżeli 
interes  będzie  się  później  rozwijał,  może...  –  Kiedy  w  końcu  spojrzał 
Courtenay w oczy, oblał się rumieńcem. 

Courtenay  stała  jak  sparaliżowana.  Zwolniona,  wyrzucona  –  co  to  za 

różnica? Tak czy owak oznacza to brak pracy i pieniędzy... 

–  Nie  rozumiem  –  szepnęła  wreszcie.  –  Dlaczego  właśnie  ja?  A  może 

jeszcze są inne osoby... 

–  Nie,  tylko  ty,  Courtenay.  Przykro  mi.  Nie  chciałem  tego,  ale  nie 

miałem  wyboru.  Mogłem  podjąć  taką  decyzję  albo...  –  przerwał, 
przygryzając wargę, jakby nie chciał dokończyć. 

Courtenay uświadomiła sobie, że cokolwiek kryło się za postanowieniem 

Alfa, wydarzenie było nieprzyjemne dla nich obojga. 

–  Nie  martw  się,  Alf  –  powiedziała  znużonym  głosem.  –  Wiem,  że  nie 

zwolniłbyś  mnie,  gdybyś  nie  został  do  tego  zmuszony.  Takie  sytuacje  się 
zdarzają.  Tylko  właśnie...  wiem,  że  miałeś  kłopoty  finansowe,  ale 
sądziłam...  sądziłam,  że  sytuacja  musi  się  jakoś  wyklarować...  teraz,  kiedy 
już mamy nowe wyposażenie... 

Alf podszedł bliżej i otoczył ją ramieniem. 

background image

– Tak mi przykro, kochanie. Gdyby tylko był jakiś inny sposób... Życzę 

ci wszystkiego najlepszego i mam nadzieję, że nie zerwiesz kontaktu z Flo i 
ze mną. Bardzo cię kochamy... 

Courtenay objęła go. 
– Och, Alf, oczywiście, odezwę się. – W przypływie wzruszenia wspięła 

się na palce i pocałowała go szybko. – Ja też cię kocham... 

Nagle  do  uszu  Courtenay  dobiegł  jakiś  dźwięk.  Za  plecami  Alfa 

dostrzegła  wysoką  postać  nieznajomego.  Zdenerwowana  i  zajęta  rozmową, 
nie  usłyszała  kroków.  Teraz,  gdy  znajdowała  się  w  objęciach  szefa, 
zobaczyła  drwiący  grymas  na  twarzy  przybysza  i  uświadomiła  sobie  z 
przerażeniem całą dwuznaczność sytuacji. 

Alf oczywiście nic nie zauważył. Poklepał ją delikatnie. 
– No to pa, Courtenay. Może spotkamy się w czasie świąt. – I odszedł. 
Courtenay  machinalnie  wyjęła  dużą  torbę  z  szuflady.  Jak  to  możliwe, 

żeby to, co tak dobrze się zaczęło, skończyło się tak  fatalnie? Jeszcze parę 
godzin  temu  myślała  z  niecierpliwością  o  przerwie  świątecznej.  Teraz 
będzie  musiała  poświęcić  ten  czas  na  szukanie  nowego  zajęcia.  A  gdzie 
znajdzie pracę o tej porze roku? 

Zamyśliła  się.  Czy  to  możliwe,  żeby  Alf  skłamał,  skorzystał  z  okazji, 

żeby się jej pozbyć? Nigdy przedtem jej nie oszukał. 

Zastanawiała  się  nad  przyczyną  jego  postępowania.  Być  może  jej 

zwolnienie  miało  jakiś  związek  z  wizytą  nieznajomego?  Czy  miał  jakiś 
wpływ na Alfa? Nie ukrywał przecież swojej niechęci do niej. 

Zaciskając wargi, wpychała do torby wszystkie swoje rzeczy. W końcu – 

czy to nie wszystko jedno? Jakikolwiek był powód – straciła pracę. A jeżeli 
wiadomość, że Alf ją wyrzucił, rozejdzie się – a w takim małym miasteczku 
to  pewne  –  nie  ma  żadnej  nadziei,  że  ktoś  ją  zatrudni.  Alf  był  nie  tylko 
właścicielem  Mom’s  Own.  Zajmował  również  stanowisko  burmistrza  i  to 
bardzo wpływowego. 

Nie może tu jednak siedzieć bez końca, bo i tak nie znajdzie odpowiedzi 

na  te wszystkie pytania. Musi wracać do domu – obiecała Vicky, że zrobią 
ostatnie  przedświąteczne  sprawunki.  Nałożyła  kurtkę  i  po  raz  ostatni 
rozejrzała się po pokoju. 

Wyszła  razem  z  Marge,  recepcjonistką.  Kiedy  schodziły  po  schodach, 

trzymając się poręczy, żeby nie pośliznąć się na oblodzonych i zaśnieżonych 
stopniach, czarny mercedes ruszył z piskiem opon i zniknął w ciemności. 

background image

– Wspaniały samochód – powiedziała Marge z tęsknym westchnieniem. 

–  Nieczęsto  można  zobaczyć  taki  wóz  w  Millar’s  Lake.  Zwłaszcza  poza 
sezonem. 

Ale ten widzę dzisiaj już po raz drugi, czy to nie dziwne? Alf miał dzisiaj 

gościa, który przyjechał czarnym  mercedesem. Pewnie go nie zauważyłaś – 
parkował po drugiej stronie. 

Wiatr  był  lodowaty  i  Courtenay  otuliła  się  futrzanym  kołnierzem,  żeby 

ochronić  twarz  przed  zimnem.  Kiedy  zobaczyła  ten  samochód,  ogarnął  ją 
lęk.  Wystarczyło  przelotne  spojrzenie,  aby  rozpoznać  w  kierowcy 
ciemnowłosego nieznajomego. Dlaczego kręci się ciągle w pobliżu zakładu? 

– Kto to jest, Marge? – zapytała od niechcenia. 
– Czy to tajemnica? 
–  Skądże  –  roześmiała  się  koleżanka.  –  Przedstawił  się,  kiedy  prosił 

mnie,  żebym  powiadomiła  Alfa  o  jego  wizycie.  –  Marge  zamilkła,  kiedy 
dostrzegła  swego  przyjaciela.  –  To  Rob,  przepraszam,  muszę  lecieć.  Do 
zobaczenia! 

– Marge! – Courtenay schwyciła ją za ramię. 
– Chwileczkę... Nie zobaczymy się jutro. Alf... mnie zwolnił. 
– Co? – Marge spojrzała zaskoczona. – Dlaczego, do diabła? 
–  Myślę,  że  ma  to  jakiś  związek  z  mężczyzną,  który  przyszedł  dziś  do 

Alfa. Kto to jest, Marge? 

– On się nazywa Winter. Graydon Winter. Czy czytałaś może w zeszłym 

tygodniu  artykuł  o  nim  w  Vancouver  Standard!  „Bogaty,  samotny, 
bezwzględny”.  Jest  założycielem  i  prezesem  Ocean-West,  największej 
spółki żeglugowej. – Z zielonej ciężarówki rozległo się ochrypłe trąbienie. – 
Muszę już iść, Courtenay. Zadzwoń do mnie, zjemy razem lunch. 

Courtenay opadła bez sił na ławkę na przystanku. Gwałtownie pobladła. 

Graydon Winter, o dobry Boże! 

Co brat Patryka robi w Millar’s Lake? Czy on już wie, kim ona jest? Czy 

dowiedział  się  o  jej  związku  z  Patrykiem?  Czy  domyśla  się,  że  urodziła 
dziecko Patryka? 

Poczuła nagle straszliwe, obezwładniające przerażenie. Bała się spojrzeć 

prawdzie w oczy. 

Czy Graydon przyjechał do Millar’s Lake, żeby zabrać jej Vicky? 
 

background image

Rozdział 2 

 
Kiedy  Courtenay  skręciła  na  drogę  prowadzącą  do  domu,  zauważyła  z 

daleka, że nad sutereną nie pali się światło. Widocznie w ciągu dnia żarówka 
się przepaliła. 

Kiedy  dotarła  na  miejsce,  weszła  od  razu  do  pokoju.  Zrzucając  kurtkę, 

podeszła do staromodnego kominka, udekorowanego sosnowymi szyszkami 
i kartkami świątecznymi. Od razu znalazła to, czego szukała. 

Zapadła  w  sofę  i  rozłożyła  na  kolanach  wycinek  z  gazety  z 

pozaginanymi rogami. Prawdę mówiąc, nie musiała czytać tego nekrologu – 
znała go na pamięć. 

 
„Patryk  Winter,  wiceprezes  Ocean-West  Shipping  w  Vancouver,  i  jego 

żona Elżbieta, zginęli 3 lipca na Karaibach. Przeżyli w związku małżeńskim 
17 lat. Patryk pozostawił matkę Alannę i starszego brata Graydona. Pogrzeb 
odbędzie się 8 lipca na cmentarzu Cedars, West Vancouver”. 

 
Chociaż od czasu wypadku upłynęło pół roku, Coutenay nadal pamiętała, 

jakim szokiem była dla niej ta wiadomość. Mówi się, że czas leczy rany. Ale 
ciągle jeszcze odczuwała gorycz sprzed z górą dziewięciu lat. Poznała wtedy 
całą  prawdę  o  Patryku.  Jak  mógł  tak  ją  oszukać?  Dlaczego  była  taka 
zaślepiona, głupia i naiwna? 

Chociaż  wracały  te  pytania,  odpowiedź  była  zawsze  taka  sama:  uległa 

urokowi Patryka, bo była spragniona miłości. 

Była jeszcze małym dreptusiem, kiedy umarła jej matka. Ojciec zabrał ją 

do siebie, ale nie poświęcał jej dużo czasu. Mimo upływu lat ciągle jeszcze 
czuła ból w sercu, kiedy wspominała desperacką walkę o ojcowskie uczucie 
i rozpacz, w którą wpadła, gdy odrzucił jej miłość. 

Najtrudniejsze okazały się ostatnie lata szkoły średniej. Ojciec ożenił się, 

kiedy  skończyła  14  lat.  Oboje  z  macochą  zapowiedzieli,  że  będą  ją 
utrzymywać tylko do końca nauki. Nie ukrywali, że nie mogą się doczekać, 
kiedy się od nich wyprowadzi. 

Po ukończeniu szkoły opuściła rodzinne miasto Kelowna i przeniosła się 

do  Whistler,  gdzie  znalazła  pracę  w  ekskluzywnym  hotelu.  W  niespełna 

background image

sześć  miesięcy  później  Patryk  Winter  –  czarujący,  niebieskooki  mężczyzna 
o  kasztanowatych  włosach  –  zawładnął  jej  życiem.  Z  grupą  przyjaciół 
przyjechał  do  Whistler  na  narty.  Powiedział,  że  jest  komiwojażerem.  W 
ciągu  kilku  dni  zdołał  ją  przekonać  o  swojej  wielkiej  miłości  i  serce 
Courtenay  otworzyło  się  dla  niego  jak  pączek  rozkwitający  w  słońcu.  Nie 
zanudzał  jej  opowieściami  o  swojej  rodzinie,  a  i  ona  nie  była  skłonna  do 
zwierzeń. 

Pożądał  jej  szaleńczo,  powtarzał  bez  końca,  że  opętało  go  jej  szczupłe 

ciało, długie, jasne włosy... 

Chociaż  zdarzyło  się  to  tak  dawno,  jeszcze  dziś  pamiętała,  z  jakim 

zażenowaniem  wyznała,  że  i  ona  go  kocha,  ale  nie  jest  zwolenniczką 
pożycia przedmałżeńskiego. 

W  ciągu  kilku  tygodni  Patryk  często  przyjeżdżał  do  Whistler, 

przekonywał  ją,  prosił,  błagał,  zapewniał,  że  może  mu  zaufać.  Ale 
Courtenay była nieprzejednana. 

Wtedy poślubił ją... 
A może tylko tak się jej wydawało? 
Trzaśniecie drzwi wyrwało ją z rozmyślań. 
– Gdzie jesteś, mamusiu? 
– Tutaj! 
–  Cześć!  –  rozległ  się  wesoły  głos  Vicky.  –  Byłam  na  spacerze  ze 

Snoopym pani  Albert. Zobacz, co  mi dała! – Szczupła  figurka w dżinsach  i 
szmaragdowozielonej  kurtce,  z  rozwichrzonymi  lokami  zrzuciła  buty  i 
podbiegła do matki. 

Courtenay spostrzegła, że Vicky patrzy na nią wyczekująco. Dziecko nic 

nie  mówiąc  otworzyło  małą  dłoń,  żeby  pokazać  brzęczące  monety. 
Courtenay  spojrzała  na  zarumienione  od  wiatru  policzki  córki,  na  zadarty 
nosek i uśmiechniętą, szeroką buzię z nieco wystającymi zębami, błyszczące 
niebieskie oczy – i ogarnęła ją fala czułości. Cóż to było za słodkie i drogie 
dziecko – nie najpiękniejsze na świecie, przyznawała uczciwie, może nawet 
nie najinteligentniejsze. Ale bez wątpienia najukochańsze. 

I żywe odbicie swego ojca... 
Jak  postąpiłby  Graydon  Winter,  gdyby  ją  ujrzał?  Courtenay  poczuła,  że 

serce  ściska  jej  się  z  lęku  o  dziecko.  To  człowiek,  którego  nic  nie 
powstrzyma przed osiągnięciem tego, co zamierzał... 

–  Czy  chcesz  to  wpłacić  na  swoje  konto?  –  zapytała.  Głos  zabrzmiał 

background image

ochryple, chociaż próbowała opanować uczucie ogarniającej ją paniki. 

– Część tego – odpowiedziała Vicky, wsuwając pieniądze do kieszeni. – 

Resztę przeznaczę na sprawunki. 

– Vicky... – Courtenay zawahała się. Nie chciała psuć radosnego nastroju 

dziecka opowieścią o kłopotach, ale może lepiej byłoby mieć to już za sobą. 

– Co takiego, mamusiu? 
– Wydarzyło się parę rzeczy, o których powinnaś wiedzieć – powiedziała 

spokojnie.  –  Przede  wszystkim  –  pogładziła  delikatnie  piegowaty  policzek 
Vicky – straciłam pracę. 

–  Och,  mamusiu!  –  Vicky  usiadła  na  kanapie  i  Courtenay  poczuła,  jak 

para małych rączek, pachnących jeszcze trochę psem, obejmuje ją za szyję. 

–  Nie  martw  się.  Znajdziesz  coś  innego.  Do  tej  pory  zawsze  sobie 

radziłyśmy.  Mamy  przecież  pieniądze,  które  zaczęłyśmy  odkładać  na 
mojego ortodontę. 

Courtenay chciałaby podzielać optymizm córki. 
–  Jest  jeszcze  coś  –  mówiła  dalej.  –  Dziś  przyszedł  do  naszego  biura 

pewien człowiek, który złożył wizytę panu Kettertonowi. Dowiedziałam się 
później, że to twój wujek, Graydon Winter. 

– Mój wujek? – spojrzenie niebieskich oczu prześliznęło się na skrawek 

papieru. – To dlatego patrzyłaś na nekrolog? 

Kiedy  Patryk  zginął,  Courtenay  opowiedziała  Vicky  o  jego  śmierci. 

Pamiętała, jak mała bardzo zbladła, ciągle jeszcze słyszała ten błagalny głos: 
„Muszę iść  na pogrzeb!  Nigdy  go  nie spotkałam,  jakby w ogóle  nie  istniał. 
Zupełnie  jak  postać  z  książki.  Jeżeli  zobaczę  go  choć  martwego,  stanie  się 
prawdziwy. Będę wiedziała, że naprawdę miałam ojca”. 

Serce Courtenay ścisnęło się boleśnie. Vicky wychowywała się bez ojca 

i  nigdy  nie  dała  odczuć,  że  tęskni  do  niego.  Przygarnęła  córkę  i  trzymała 
mocno w objęciach. 

– Tak mi przykro – szepnęła, głaszcząc kasztanowe loki. – Nie możemy 

tam  pojechać.  Jego  matka  i  brat  z  pewnością  będą  na  pogrzebie.  Jesteś  tak 
podobna  do  ojca,  że  mogliby  się  domyślić,  kim  jesteś,  a  to  sprawiłoby  im 
wielką przykrość. 

Po dłuższej chwili Vicky powiedziała zdławionym głosem: 
– Dobrze, mamusiu, rozumiem. 
Nigdy  już  nie  było  o  tym  mowy,  chociaż  Courtenay  zauważyła,  że 

dziewczynka parę razy czytała nekrolog. 

background image

– Tak, właśnie dlatego przyglądam się temu wycinkowi – powiedziała. – 

Ale pora na obiad. Zanim wyjdziemy, przygotuję termos z gorącą czekoladą. 
Po powrocie usiądziemy sobie przy kominku i będziemy pakować prezenty. 

–  Świetnie.  Mamusiu...  –  zapytała  Vicky  –  dlaczego  wujek  Graydon 

przyjechał tutaj, do Millar’s Lake? Czy myślisz, że chce nas odwiedzić? 

Courtenay  odwróciła  głowę,  żeby  dziewczynka  nie  dostrzegła  obawy  w 

jej oczach, i odpowiedziała: 

– Nie wiem, kochanie. Musimy poczekać i przekonamy się same. 
 
Kiedy wracały z zakupów, Courtenay ze zgrozą dostrzegła przed domem 

czarnego mercedesa. W samochodzie nie było nikogo. 

– Pośpiesz się, mamusiu! Na co tak patrzysz? – zawołała Vicky. – Zimno 

mi w nogi! 

Courtenay  podeszła  wolno  do  ruchliwej  figurki,  z  trudem  hamując 

niepokój. Zatrzasnęła furtkę do ogródka. 

– Nigdy nie zgadniesz, co ci kupiłam – szczebiotała Vicky. – Czy mogę 

ci to pokazać dzisiaj? Wiesz, że nienawidzę czekania... 

–  O,  wiem  doskonale,  ale  nie,  dzisiaj  nie  możesz  tego  zrobić.  Ty  nie 

znosisz czekania, a ja uwielbiam... 

–  Czy  mogę  otworzyć,  mamusiu?  –  przerwała  Vicky.  –  Daj  mi  klucz, 

proszę. 

–  Uważaj,  nie  potknij  się.  Powinnam  była  wymienić  żarówkę,  zanim 

wyruszyłyśmy  do  miasta.  –  Courtenay  przetrząsała  w  ciemnościach  swoją 
torbę  w  poszukiwaniu  kluczy.  –  O,  tutaj  są.  Jak  już  mówiłam,  panno 
Niecierpliwko, najbardziej ze wszystkiego lubię niespodzianki. 

Nagle  zamarła  z  przerażenia.  Ktoś  stał  na  ganku.  Jakiś  mężczyzna. 

Widziała  jego  wysoką  sylwetkę,  słyszała  równy,  głęboki  oddech,  czuła 
zapach dobrej wody kolońskiej. Odwróciła się, żeby przytrzymać Vicky, ale 
zanim  zdążyła  krzyknąć,  silna  ręka  chwyciła  jej  ramię,  a znajomy, drwiący 
głos zabrzmiał nieprzyjemnie: 

–  A  więc  lubisz  niespodzianki...  Mam  dla  ciebie  niespodziankę  jak 

diabli. 

O mało nie zemdlała. Więc Graydon Winter przyjechał do Millar’s Lake, 

żeby ją odnaleźć! Teraz już wiedziała, że obawy były uzasadnione. Modliła 
się,  żeby  to  było  jakieś  nieporozumienie.  Z  nagłym  przypływem  siły 
wyszarpnęła ramię z uścisku. Szukając po omacku Vicky, powiedziała: 

background image

– Daj mi klucz, kochanie. 
Otworzyła  drzwi,  a  Vicky,  zapalając  światło  w  przejściu,  weszła  do 

kuchni.  Oczywiście  Graydon  Winter  nie  czekał  na  zaproszenie,  żeby  wejść 
do środka. 

Courtenay  cisnęła  paczki  na  stół  kuchenny,  odwróciła  się  ze  złością  i 

niemal z odrazą. 

Ubrany  był  w  czarną  skórzaną  kurtkę,  która  zrobiła  takie  wrażenie  na 

Krystle, ale zamiast garnituru miał teraz czarny sweter i sztruksowe spodnie 
w  tym  samym  kolorze.  Strój  ten  podkreślał  jego  smukłą  sylwetkę  i 
muskularne ciało. Wiatr rozburzył  mu włosy, ostry, zawzięty profil rysował 
się wyraźnie. Courtenay wyglądała tak, jakby zobaczyła upiora. 

–  Czego  chcesz?  –  warknęła,  ale  szybko  ogarnął  ją  strach.  Jeżeli  oczy 

człowieka  są  zwierciadłem  duszy,  to  dusza  Graydona  Wintera  była  pełna 
sprzeczności. Courtenay dostrzegła w tej błękitnozielonej otchłani  nie tylko 
złość,  wrogość  i  pogardę,  ale  coś  jeszcze.  Nie  po  raz  pierwszy  widziała 
pożądanie w oczach mężczyzny, ale to, co czaiło się w spojrzeniu Graydona, 
było  czymś  znacznie  groźniejszym  i  wyzywającym.  To  była  nieokiełznana 
żądza... 

Trwało  to  ułamek  sekundy  i  po  chwili  Courtenay  mogłaby  przysiąc,  że 

uległa  złudzeniu.  Z  ulgą  stwierdziła,  że  Graydon  nie  patrzy  już  na  nią. 
Otwarcie  lustrował  teraz zniszczoną kuchnię, a jego twarz przybrała znowu 
krytyczny i zdecydowany wyraz. 

– Czy powiesz coś wreszcie? – krzyknęła – czy przyszedłeś tylko po to, 

żeby napawać się moim ubóstwem? 

Vicky  patrzyła  niepewnie  na  matkę,  po  czym  przeniosła  wzrok  na 

Graydona. 

–  Czy  mam  nalać  czekoladę,  mamusiu?  –  zapytała  pojednawczym 

tonem. – Myślę, że wystarczy dla nas trojga. 

–  Twoja  córka  wydaje  się  lepiej  wychowana  niż  ty  –  skomentował 

ironicznie Graydon. – Czy  nie  masz zwyczaju proponować chociaż  gorącej 
herbaty komuś, kto przybył w tak zimny wieczór? 

Ośmielona Vicky dodała: 
–  Mama  zaraz  napali  w  kominku  i  usiądziemy  wszyscy  przy  ogniu. 

Prawda, mamusiu? 

– Nasz gość nie zostanie dłużej, Vicky. Kiedy pójdzie, my... 
–  Nazywasz  mnie  gościem  –  odezwał  się  Graydon.  –  Dlaczego  nie 

background image

powiesz  swojej  córce,  kim  jestem?  A  może  nie  wiesz?  Czy  przeceniam 
sprawność poczty pantoflowej w Mom’s Own? 

– O nie, ona działa jak w zegarku – powiedziała szyderczo Courtenay. – 

Jesteś  tym  bogatym,  samolubnym,  bezwzględnym  Graydonem  Winterem, 
prezesem Ocean-West, największej spółki żeglugowej w Vancouver! 

Zanim zdążył odpowiedzieć, Vicky pisnęła: 
– Miałam rację! Ty jesteś moim wujkiem, prawda? Bratem tatusia... 
– Vicky... – ręka Courtenay drżała, kiedy  nalewała  gorącą czekoladę do 

kubka.  –  Chciałabym,  żebyś  poszła  do  swojego  pokoju,  kiedy  będę 
rozmawiała z panem Winterem... 

– Ależ, mamusiu... 
–  Bez  żadnego  ale!  –  Courtenay  była  stanowcza.  Zobaczyła,  jak  Vicky 

wzdycha  zawiedziona.  W  milczeniu  szła  z  matką  w  kierunku  pokoju. 
Dopiero  kiedy  tam  dotarły,  zatrzasnęła  drzwi  z  taką  siłą,  że  podmuch 
oderwał kilka plakatów przymocowanych do ściany. 

– Dlaczego nie mogę zostać z wami? Przecież to mój wujek! 
–  Przykro  mi,  kochanie  –  powiedziała  Courtenay,  stawiając  kubek  z 

czekoladą  na  szafce  nocnej.  –  Obiecuję  ci,  że  po  wyjściu  naszego  gościa 
wszystko ci opowiem. 

– Dlaczego on jest taki zły na ciebie? Co mu zrobiłaś? 
Courtenay  zerknęła  w  przelocie  do  lustra  i  przeciągnęła  palcami  po 

włosach,  na  próżno  usiłując  je  przygładzić.  Policzki  jej  pałały,  oczy 
błyszczały  jak  w  gorączce,  a  wargi  drżały.  Odetchnęła  z  trudem  i  szepnęła 
do Vicky: – Kochanie, muszę już iść. – Myślała, że mała coś jeszcze powie, 
ale dziewczynka rzuciła się nadąsana na łóżko i odwróciła twarzą do ściany. 

Zaczerpnąwszy  głęboko  powietrza,  Courtenay  wróciła  do  kuchni. 

Dopiero  teraz  uświadomiła  sobie,  jak  małe  jest  to  pomieszczenie.  Postać 
Graydona wypełniła je niemal całkowicie. 

Zacisnęła pięści. 
–  Jak  śmiałeś  wtargnąć  w  nasze  życie?  I  to  jeszcze  tak  podstępnie!  O 

mało nie dostałam ataku serca, kiedy tak nagle wychynąłeś z ciemności! 

Courtenay  obserwowała,  jak  wzrok  Graydona  przesuwa  się  po  jej 

sylwetce  i  żałowała,  że  nie  ma  na  sobie  biurowego  uniformu  zamiast  tej 
zrobionej na drutach sukienki, która niepotrzebnie uwydatniała jej kształty  i 
była w dodatku w tym samym kolorze, co jej oczy... 

Nie  miała  wątpliwości,  że  jest  przekonany  o  sile  swego  męskiego 

background image

wdzięku. Czuła nieznośne gorąco, jak gdyby Graydon zaplatał lśniące pasma 
jej włosów i pieścił jej ciało... 

–  Nie  miałem  zamiaru  cię  przestraszyć  –  rzekł,  a  jego  spojrzenie  znów 

stało  się  chłodne.  –  Zdążyłem  tylko  podejść  i  zadzwonić,  kiedy  właśnie 
wyszłaś zza rogu. Nie mam zwyczaju robić krzywdy bezbronnym kobietom. 

– Powiedz, po co przyszedłeś, i idź sobie. 
– Przyjechałem po Wiktorię. 
Pod Courtenay ugięły się nogi. Ręką poszukała oparcia, żeby nie upaść. 
– Chyba oszalałeś! Wiktoria jest moją córką. Skąd ci do diabła, przyszło 

do głowy, że mógłbyś mi ją zabrać? 

– To jasne. Po prostu zapewnię jej lepsze warunki. 
– Nam jest tu bardzo dobrze – Courtenay zebrała siły i z ulgą stwierdziła, 

że jej głos nie jest już taki drżący i niepewny, jak przed chwilą. – Nie jest tu 
oczywiście  tak  wspaniale  jak  w  Vancouver,  ale  Millar’s  Lake  to  piękne 
miasteczko, a i to mieszkanie w zupełności nam wystarcza. 

–  Może  to  miejsce  jest  odpowiednie  dla  ciebie,  ale  nie  dla  mojej 

bratanicy.  Och,  oczywiście,  rozumiem,  że  kiedy  przeprowadziłaś  się  tutaj 
siedem lat temu, byłaś zadowolona, że udało ci się wynająć ten kąt... 

Courtenay słuchała oszołomiona. Skąd on tyle o niej wie? 
–  Dwa  lata  temu  zaciągnęłaś  pożyczkę  w  banku,  żeby  opłacić  stałą 

opiekunkę  dla  Wiktorii,  która  przeszła  zapalenie  płuc.  W  jaki  sposób  masz 
zamiar  spłacić  dług?  Skąd  weźmiesz  pieniądze  na  czynsz?  O  ile  wiem, 
dzisiaj zostałaś zwolniona z biura... 

Drwina  Graydona  potwierdzała  przeczucia  Courtenay.  Podejrzewała,  że 

ten  człowiek  ma  jakiś  związek  z  jej  zwolnieniem.  Złość  znalazła  ujście  w 
wybuchu: 

– Ty draniu! Jakim prawem wtrącasz się  w  moje życie? Co zrobiłeś, że 

Alf mnie zwolnił? 

–  Ach,  więc  kojarzysz  te  dwie  sprawy.  Miałem  nadzieję,  że  tak  będzie. 

To oszczędzi mi wiele wyjaśnień... 

– To niczego nie wyjaśnia! Chce wiedzieć, w jaki sposób zmusiłeś Alfa, 

żeby się mnie pozbył. 

Graydon wzruszył ramionami. 
– Kupiłem waszą spółkę. 
–  Kupiłeś  naszą  spółkę?  –  szepnęła.  Dobry  Boże,  myślała,  że  takie 

sytuacje zdarzają się tylko w filmach. 

background image

– Ale dlaczego? – zapytała zdławionym głosem. – Przecież nie z mojego 

powodu? 

–  To  było  jedyne  wyjście.  Kiedy  zorientowałem  się,  że  Alf  ma  słabość 

do ciebie, wiedziałem, że nigdy nie zwolni cię z własnej woli. Nie było innej 
możliwości, musiałem go skusić. 

–  Więc  kiedy  przekonałeś  się,  że  Mom’s  Own  stoi  na  krawędzi 

bankructwa,  a  pan  Ketterton  nie  może  sobie  pozwolić  na  modernizację 
zakładu... 

–  Wykupiłem  go.  To  ogromna  korzyść  dla  pana  Kettertona.  Jest  teraz 

dyrektorem,  ma przyzwoitą pensję. W jego wieku to prawdziwy dar  losu. – 
Pochylił się z udanym przepraszającym gestem i mówił dalej: 

–  Kiedy  stałem  się  właścicielem,  stwierdziłem,  że  w  administracji 

pracuje zbyt wiele osób. Alf musiał przeprowadzić redukcję personelu. 

–  I  oczywiście  zastrzegłeś,  że  ja  mam  być  tą  pierwszą  ofiarą!  – 

wybuchnęła  Courtenay.  –  Czytałam  o  ludziach  takich  jak  ty  – 
bezwzględnych,  niszczących  bez  skrupułów  każdą  przeszkodę  –  ale  nie 
przypuszczałam,  że  będę  miała  kiedykolwiek  do  czynienia  z  takim 
człowiekiem. Wstyd mi za ciebie. 

– O, nie – sprostował łagodnie. – Ja po prostu zawsze osiągam to, na co 

mam ochotę. Nie w ten sposób, to inaczej. Od dawna wiem, że za pieniądze 
można mieć wszystko. Pieniądz, pani West, to siła! 

– Szantażowałeś Alfa! To niewybaczalne, to taki dobry... 
–  Nie  od  razu  dał  się  przekonać,  to  prawda,  kiedy  powiedziałem,  że 

musisz odejść z Mom’s Own... ale – czy miał możliwość wyboru? 

– Jesteś nikczemny... 
– Nie, to ty jesteś podła. – Wypił ostatni łyk czekolady i odstawił kubek. 

Z rękami w kieszeniach okrążył stół  i stanął przed Courtenay. Przez chwilę 
mierzyli  się  wzrokiem,  a  napięcie  między  nimi  niebezpiecznie  rosło.  –  „Ta 
druga”  –  jego  głos  był  podejrzanie  łagodny.  –  To  nie  jest  najlepsza 
wizytówka, prawda? Co właściwie przyciąga do ciebie żonatych mężczyzn? 
Czy mój brat był pierwszy, czy... 

– Milcz! – Courtenay cofnęła się trochę. Czuła mrowienie w całym ciele, 

chociaż nawet jej nie dotknął. Z trudem zachowywała spokój. 

–  Pan  nie  zna  faktów,  panie  Winter.  Nigdy  nie  byłam  „tą  drugą”.  Nie 

miałam pojęcia, że twój brat był żonaty. 

–  Czy  nie  wiedziałaś  również,  że  Alf  ma  żonę?  O  nie,  pani  West,  nie 

background image

spodziewaj się, że ci uwierzę. Wiem, że Flo Ketterton była zawsze dla ciebie 
życzliwa, ale tobie wcale to nie przeszkadzało romansować z Alfem poza jej 
plecami... 

– Zupełnie opacznie interpretujesz to, co widziałeś dziś po południu. 
–  A  jak  można  to  interpretować?  Zobaczyłem  starszego  człowieka 

omotanego  przez  nikczemną  dziwkę.  Usłyszałem  miękki  głos  szepczący: 
„kocham cię!”. Po prostu zbierało mi się na mdłości! Chcę zabrać Wiktorię 
do  siebie,  do  rodziny,  do  której  i  tak  należy,  zanim  zepsujesz  ją  swoim 
niemoralnym prowadzeniem się! 

–  Jak  mam  cię  przekonać,  że  nie  miałam  pojęcia  o  istnieniu  żony 

Patryka!  Myślałam,  że...  Przerwała  gwałtownie.  Chciała  powiedzieć: 
„Myślałam, że ja byłam jego żoną”, ale po co? Z jakiej racji ten mężczyzna 
ma wiedzieć, że była taka głupia I naiwna? Zresztą i tak nie uwierzyłby... 

– Nie ma sensu przekonywać cię – powiedziała. – I tak ty wiesz swoje, a 

mnie doprawdy jest wszystko jedno, czy mi wierzysz, czy nie. Nie jest mi za 
to obojętny los Vicky. Nigdy mi jej nie zabierzesz – rozumiesz? Nigdy! 

W  ciszy,  która  zaległa,  słychać  było  tylko  szczekanie  Snoopy’ego  na 

podwórku sąsiadów. Wreszcie Graydon odezwał się szorstko: 

–  Wiktoria  nosi  nazwisko  Winterów  i  należy  do  rodziny  Winterów. 

Wiem, że w świetle prawa ty sprawujesz nad nią opiekę, ale nie zostawię jej 
tutaj. A jeżeli nie zgodzisz się, zabiorę również i ciebie... 

– Gdzie chcesz nas zabrać? 
– Do mojego domu w Vancouver. 
–  Jesteś  szalony!  Jeżeli  nie  wyjdziesz  stąd  w  ciągu  dwóch  minut, 

zawołam policję. 

Graydon spoważniał. 
– Od śmierci brata i bratowej moja matka z dnia na dzień popada w coraz 

większe przygnębienie. 

–  Jestem  pewny,  że  obecność  twojej  córki  mogłaby  być  dla  niej 

pociechą. Zawsze marzyła o wnukach, mógłbym teraz spełnić to marzenie. Z 
twoją zgodą albo bez niej. 

Czy  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę,  czy  to  jakiś  koszmarny  sen?  Od 

śmierci Patryka Courtenay nawet bała się myśleć, że jego rodzina mogłaby 
ją odnaleźć i próbować odebrać jej Vicky. A jednak Graydon dowiedział się 
o jej istnieniu. 

–  Nigdy  się  nie  zgodzę,  żeby  moja  córka  była  narzędziem  w  twoich 

background image

rękach. Może pieniądze są potęgą, ale nawet wszystkie pieniądze świata nie 
zmienią mojej decyzji. Vicky nie jest na sprzedaż! 

Courtenay  odwróciła  się,  słysząc  jakiś  dźwięk  za  plecami.  W  drzwiach 

stała Vicky w nocnej koszulce. 

– Mamusiu, poczytaj mi... 
– Idź do swojego pokoju. Zaraz tam przyjdę. Pan Winter już wychodzi. 
Spostrzegła, że wargi Vicky drżą. Oczy utkwiła w mężczyźnie, który też 

ją obserwował. 

–  Słyszałam,  co  mówiłeś,  wujku  Graydonie  –  odezwała  się.  –  Nie 

miałam zamiaru podsłuchiwać, ale właśnie szłam do łazienki, bo rozlała mi 
się  czekolada.  Wtedy  usłyszałam,  że  mówisz  coś  o  moim  tatusiu. 
Przepraszam, mamusiu, jeśli cię rozgniewam, ale... ja chcę... chcę... 

Courtenay oniemiała. Vicky nigdy nie mówiła w ten sposób! 
– Słucham, Wiktorio? – Graydon przeszedł parę kroków i zbliżył się do 

bratanicy. – Co chciałaś powiedzieć? 

Courtenay zawsze była pewna, że dobrze zna swoje dziecko. W ułamku 

sekundy  zrozumiała,  że  była  w  błędzie.  Jasne,  niebieskie  oczy  Vicky  nie 
patrzyły na nią, kiedy dziewczynka powiedziała spokojnie: 

– Chcę poznać moją babcię. 
 

background image

Rozdział 3 

 
Nieśmiałe promienie grudniowego słońca przedzierały się przez zasłony, 

kiedy  następnego  ranka  Courtenay  pakowała  walizkę.  Piękna,  zimowa 
pogoda  za  oknem  kontrastowała  z  jej  ponurymi  myślami.  Jakie  to  dziwne, 
myślała  –  oparła  się  Graydonowi,  a  została  pokonana  przez  wrażliwość 
własnego dziecka. 

Przyjrzała się ubraniom rozłożonym na łóżku. Były tanie i podniszczone. 

Czy  ona  sama  nie  wyglądała  podobnie?  Miała  na  sobie  najlepszy  sweter  i 
nowe  dżinsy,  ale  nawet  miękka  różowa  angora  nie  zdołała  ożywić 
zmęczonej  twarzy.  Oczy  były  bardziej  szare  niż  zielone,  twarz  ziemista  i 
wychudzona. 

Trzasnęły  drzwi  wejściowe  i  Courtenay  usłyszała  jakiś  głos  nawołujący 

Vicky z drugiej strony ulicy, a następnie dumną odpowiedź córki: 

– Jedziemy do babci w Vancouver na ferie! 
Vicky błyskawicznie zaakceptowała wielką zmianę w swoim życiu, idąc 

–  nie,  biegnąc  ku  niej  z  podnieceniem,  podczas  gdy  Courtenay  czuła  się 
niemal jak sparaliżowana. 

–  Jest  już!  –  radosny  okrzyk  przerwał  jej  rozmyślania.  –  Chodź, 

mamusiu, czekamy! 

Courtenay  zgarnęła  ze  stołu  stos  książek  wypożyczonych  z  biblioteki  i 

wyszła, zamykając drzwi. Na widok Graydona, stojącego przy samochodzie, 
serce  zabiło  jej  żywiej.  Miała  nadzieję,  że  w  świetle  zimowego  poranka 
będzie  wyglądał  mniej  korzystnie  niż  wczoraj  wieczorem.  Ale  jakże  się 
myliła!  Błękitnozielone  oczy  i  ciemne  włosy  rozwiane  przez  wiatr 
sprawiały, że wydał się jej jeszcze bardziej interesujący. Otworzył przednie 
drzwi, pytając szorstko: 

– Gotowa? 
–  Dzień  dobry!  –  odparowała,  unosząc  wyniośle  głowę.  –  Co  za 

wspaniały  dzień  na  podróż!  –  Przeszła  obok  niego  i  zanim  zdążył  się 
zorientować, otworzyła tylne drzwi i usadowiła się obok Vicky. 

Obserwowała  z  krzywym  uśmiechem,  jak  zdejmuje  marynarkę.  Był  w 

ciemnoszarym, eleganckim swetrze. Nagle przyszła jej do głowy absurdalna 
myśl. Czy ta wełna okazałaby się tak kusząco miękka pod palcami, jak na to 

background image

wygląda?  Co  by  się  stało,  gdyby  dotknęła  ramion  Graydona?  Przeszył  ją 
dreszcz. Chwyciła książki i nachyliła się do niego. 

–  Czy  moglibyśmy  pojechać  okrężną  drogą?  Muszę  zwrócić  książki  do 

biblioteki. 

Chwilę  później  Graydon  zatrzymał  się  przed  niewielkim  budynkiem 

ozdobionym  sztukaterią.  Zanim  Courtenay  zdążyła  otworzyć  drzwi, 
podszedł  i  wyciągnął  rękę  po  książki.  Rzucił  okiem  na  tytuły,  potem 
przeczytał  je  na  głos  z  rosnącym  niedowierzaniem:  „Pochodzenie 
człowieka”. „Życie człowieka”. „Początek ewolucji”. 

– Antropologia? – uniósł ironicznie brwi. 
–  Mama  wybiera  się  na  uniwersytet!  –  wykrzyknęła  Vicky.  –  Każdą 

wolną chwilę poświęca nauce. 

Courtenay była niezadowolona. Tak bardzo chciała trzymać Graydona z 

dala  od  swojego  życia,  a  już  zdążył  odkryć  jej  najskrytszą  tajemnicę.  W 
dodatku  wydawał  się  tym  bardzo  zainteresowany.  Dlaczego?  Od  pewnego 
czasu powzięła nieuzasadnione chyba podejrzenie, że z jakiegoś powodu jej 
osoba bardziej go interesuje niż Vicky. 

Głęboko westchnęła, wyjrzała przez okno i postanowiła więcej o tym nie 

myśleć. 

 
Około  pierwszej  zatrzymali  się  na  lunch  w  przydrożnej  gospodzie,  a 

kiedy  wrócili  do  samochodu,  Courtenay  musiała  zająć  przednie  siedzenie. 
Graydon przygotował bowiem pled dla Vicky, która rozłożyła się wygodnie 
z  tyłu  ze  swoją  „Małą  encyklopedią  psów”.  Nie  zdążyli  nawet  ujechać 
dziesięciu kilometrów, kiedy usnęła. 

Courtenay  reagowała  wszystkimi  zmysłami  na  siedzącego  obok 

mężczyznę.  Do  tej  pory  nikt  nie  działał  na  nią  tak  silnie.  Było  to  tak,  jak 
gdyby jego ciało wysyłało impulsy, a ona odbierała je, niczym czuła antena. 
W dodatku zapach wykwintnej wody po goleniu drażnił jej nozdrza... 

– Chciałbym porozmawiać z tobą, zanim dotrzemy do Seacliffe House – 

głos  Graydona  przywołał  ją  do  rzeczywistości.  –  Chodzi  o  moją  matkę, 
Alannę.  Patryk  i  Beth znali się od dzieciństwa i  matka szczyciła się potem, 
że Patryk okazał się najlepszym mężem.. 

– Dlaczego mi to mówisz? Cóż mnie obchodzi Patryk i jego żona! 
–  Chciałbym  cię  tylko  uprzedzić,  żebyś  nie  zrobiła  ani  nie  powiedziała 

niczego, co  mogłoby zaniepokoić Alannę. Nie chcę, żeby dowiedziała się o 

background image

waszym romansie. 

–  Zabierasz  Vicky,  żeby  twoja  matka  mogła  ją  poznać,  a  jednocześnie 

chcesz  utrzymać  w  tajemnicy  mój  związek  z  Patrykiem?  –  zapytała 
ironicznie  Courtenay.  –  Bardzo  jestem  ciekawa,  jak  jej  wyjaśnisz,  skąd  się 
wzięła Vicky. 

–  Chcę  jej  powiedzieć  prawdę.  Nie  będzie  to  ta  historyjka,  którą 

opowiedziałaś  mi  zeszłego  wieczoru.  Opowiem  jej,  jak  uwiodłaś  mojego 
brata i schwytałaś go w pułapkę. 

– W rzeczywistości  to  Patryk  mnie  uwiódł – odrzekła Courtenay. – Nie 

wiedziałam,  że  był  żonaty,  a  kiedy  po  sześciu  tygodniach  znajomości 
zaproponował  mi  małżeństwo,  zgodziłam  się.  Wzięliśmy  cichy  ślub  w 
pięknym parku w Whistler... 

Courtenay  krzyknęła,  kiedy  Graydon  gwałtownie  zahamował.  Książka 

Vicky spadła na podłogę, a ona sama wymamrotała coś przez sen. Courtenay 
nigdy jeszcze nie widziała oczu tak pełnych nienawiści jak oczy Graydona. 

–  Wysiadaj!  –  rozkazał,  a  kiedy  zawahała  się,  w  obawie,  że  zostawi  ją 

tutaj,  na  pokrytej  śniegiem  autostradzie,  dodał:  –  Czy  chcesz,  żeby  twoja 
córka usłyszała, co mam ci do powiedzenia? 

Courtenay  wysiadła  bez  sprzeciwu,  otulając  się  kurtką,  aby  osłonić  się 

przed lodowatym wiatrem, który wdzierał się pod ubranie i szarpał włosy. 

– Bigamia? – krzyknął Graydon ze złością. – Posądzasz  mojego  brata o 

popełnienie przestępstwa? Masz akt ślubu? Chciałbym go zobaczyć? 

– Nie, nie mam... 
– Och, jakie to przykre! 
–  Poczekaj,  daj  mi  skończyć!  Nie  mam  żadnego  dokumentu,  bo  to  nie 

był  prawdziwy  ślub.  Wtedy  oczywiście  o  tym  nie  wiedziałam.  „Ślubu” 
udzielił nam przyjaciel Patryka, a świadkami była para, którą poznaliśmy w 
kawiarni. Patryk powiedział mi... 

–  Patryk  mówił  mi,  że  jesteś  cwaną  dziwką  –  warknął  Graydon  ze 

złością.  –  Ale  nawet  on  nie  przypuściłby,  że  wymyślisz  taką 
nieprawdopodobną 

historię, 

żeby  usprawiedliwić  siebie  i  swoje 

postępowanie! 

– To nie jest kłamstwo. Och, dlaczego nie chcesz mi uwie... 
Urwała, bo Graydon boleśnie ścisnął jej ramiona. Nie  mogła się ruszyć. 

Przyciągnął ją tak blisko, że miała jego twarz tuż przed sobą. 

–  Jeżeli  odważysz  się  rozpowiadać  te  brednie  –  syknął  –  pozwę  cię  do 

background image

sądu,  oskarżę  o  oszczerstwo  i  zapewniam  cię,  że  pójdziesz  do  więzienia! 
Mój  Boże,  chyba  jesteś  niespełna  rozumu,  jeśli  sądzisz,  że  ktokolwiek 
uwierzy w te kłamstwa! Ty mała... 

Na  szczęście  dalsze  słowa  zagłuszyła  przejeżdżająca  obok  cysterna. 

Courtenay  patrzyła  ze  zgrozą  na  złośliwie  wykrzywione  usta,  ciskające 
zniewagi. 

Wreszcie  Graydon  odepchnął  ją  tak  gwałtownie,  że  się  zachwiała. 

Zacisnęła  pięści,  żałując,  że  nie  jest  mężczyzną.  Och,  z  jaką  chęcią 
uderzyłaby tę bezczelną gębę. Powiedziała tylko zduszonym głosem: 

– Szkoda czasu na rozmowę z tobą... 
– Dobrze, że w końcu to zrozumiałaś. 
–  Ale  to  wcale  nie  znaczy,  że  zachowam  prawdę  tylko  dla  siebie.  Nie 

mam zamiaru osłaniać tego drania Patryka... 

– Odniosłem wrażenie, że Wiktoria nie podziela twojej opinii... 
–  Oczywiście,  że  nie!  Nie  chcę,  żeby  Vicky  gardziła  własnym  ojcem. 

Każde dziecko powinno mieć dwoje kochających się rodziców. Moje zostało 
pozbawione ojca nie z własnej winy. Musiałam zapewniać ją, że Patryk był 
wspaniałym  człowiekiem,  który  ją  kochał.  I  ona  mi  uwierzyła.  Graydon 
odgarnął włosy spadające na czoło. 

– To bardzo wrażliwe dziecko, prawda? 
Courtenay nie wierzyła własnym uszom. Jego głos stał się niemal czuły. 

Czyżby ten człowiek był zdolny do ludzkich uczuć? 

–  Tak  –  odpowiedziała  ostrożnie.  –  Muszę  ją  ochraniać.  Może  jestem 

nadopiekuńcza,  ale  chciałabym  jak  najdłużej  oszczędzać  jej  stresów  i 
rozczarowań. 

–  Rozumiem  to  i  widzę,  że  jesteście  bardzo  ze  sobą  zżyte.  Szkoda 

byłoby, gdyby coś tę harmonię zepsuło. 

– Nie martw się – mruknęła. – Nic takiego się nie zdarzy. 
– Nawet jeśli Wiktoria odkryje, że nienawidziłaś jej ojca? 
– Mówiłam ci już, że nigdy jej tego nie powiem. 
Ku swemu przerażeniu Courtenay dostrzegła w oczach Graydona wyraz 

triumfu. Triumf? Strach chwycił ją za gardło. 

– Czy mógłbyś... – wyjąkała z niedowierzaniem. 
Ton jego głosu był jak smagnięcie mroźnego wiatru. 
–  Chcę  zawieźć  Wiktorię  do  jej  babki,  ale  nie  dopuszczę,  żeby  to 

spotkanie  okazało  się  bolesne  dla  Alanny.  A  ty  nie  ośmielisz  się 

background image

przeszkodzić mi. 

Courtenay odwróciła się i spojrzała na pokryte śniegiem góry. 
Patryk  wykorzystał  ją,  a  teraz  jego  brat  usiłuje  się  nią  posłużyć. 

Wprawdzie w inny sposób, ale równie nikczemny... 

– Czy chcesz nastawić Vicky przeciwko mnie? 
–  To  już  zależy  od  ciebie.  Jeśli  będziesz  się  upierać  przy  swoich 

niedorzecznych kłamstwach, zapewniam cię, że powtórzę je słowo w słowo 
twojej córce. 

Odwrócił  się  i  ze  złością  otworzył  drzwiczki  samochodu.  Courtenay 

wiedziała,  że  spełni  groźbę.  Wsunęła  się  na  swoje  miejsce.  Znowu,  bez 
udziału  woli,  znalazła  się  w  zasięgu  jego  niezwykłego  oddziaływania.  Jak 
mogła  ulegać  magnetycznej  sile  tego  mężczyzny,  który  był  przecież 
pozbawionym skrupułów potworem? 

 
Zapadł  zmierzch,  kiedy  dotarli  do  Vancouver.  Chociaż  była  to  wigilia 

Bożego  Narodzenia,  Courtenay  nie  udzielił  się  świąteczny  nastrój,  który 
panował na ulicach. Vicky przeciwnie – witała radosnymi okrzykami światła 
i dekoracje. Kiedy Graydon zajechał na parking, pisnęła: 

– Dlaczego się tu zatrzymujemy? 
– Nie pojedziemy do babci bez prezentu, prawda? Courtenay spojrzała z 

obawą na Graydona. 

–  Zabrałyśmy  prezenty,  które  kupiłyśmy  dla  siebie  –  powiedziała.  – 

Przykro  mi,  ale  mój  budżet  nie  pozwala  na  nic  więcej.  Zwłaszcza  że  po 
powrocie będę bez pracy – nie zawahała się dodać oskarżycielskim tonem. 

– Chodźmy po sprawunki, zanim zamkną sklepy. Później porozmawiamy 

o pieniądzach. 

Kiedy Vicky ruszyła przodem, Graydon przytrzymał Courtenay za ramię. 
– Nie mów przy dziecku o swoich kłopotach. Do diabła, wiem przecież, 

że masz mało pieniędzy. Zapłacę rachunek. Pomogę ci wybrać upominki. 

–  Kup  matce,  co  chcesz!  Jestem  tu  tylko  dlatego,  żeby  nie  robić  Vicky 

przykrości! 

Odeszła  na  bok  i  zaczęła  przyglądać  się  puszystym  szalom.  Nagle 

usłyszała głos za sobą: 

– Czy podoba ci się któryś z nich? 
–  Myślę,  że  przydałyby  się  twojej  matce.  Wyglądają  na  bardzo  ciepłe. 

Starsi ludzie źle znoszą zimno... 

background image

Nie  zwracając  uwagi  na  cenę,  Graydon  zdecydował  się  na  dwa  szale, 

brązowy  i turkusowy.  Poprosił ekspedientkę, by zapakowała je w ozdobny, 
świąteczny papier. 

Rozejrzał się, po czym  zatrzymał wzrok  na czarnej aksamitnej sukience 

koktajlowej. Zwrócił się do drugiej ekspedientki: 

– Proszę podać tę sukienkę pani West do zmierzenia. 
– Courtenay zaś rzucił: – Wrócę za dziesięć minut. 
– I zanim zdołała się zorientować, wyszedł, trzymając Vicky za rękę. 
–  Proszę  tędy,  madam  –  ekspedientka  w  różowej,  jedwabnej  sukience, 

pobrzękując bransoletkami, wskazała jej przebieralnię. 

Courtenay  zawahała  się.  Do  tej  pory  nie  była  w  takim  eleganckim 

magazynie  –  zwykle  korzystała  ze  sprzedaży  wysyłkowej.  Co  ona  tu  robi? 
Nigdy przecież nie pozwoli, żeby Graydon kupował jej sukienkę. 

– Przepraszam – powiedziała. – Nie będę mierzyć tej sukienki. 
Kobieta zdziwiła się. 
– Jestem pewna, że to pani rozmiar. 
– Tak, oczywiście, ale... 
– Czy nie lubi pani czarnego koloru? 
– Ja... lubię. I uważam, że sukienka jest piękna... 
– widząc utkwione w nią oczy ekspedientek, miała ochotę zapaść się pod 

ziemię. – Po prostu nie chcę kupować nowej sukienki. 

– Czy jest pani pewna? 
– Najzupełniej. 
–  Och...  Pan  Winter  tu  wróci.  Proszę  poczekać,  żeby  się  pani  z  nim  nie 

rozminęła. Mamy dzisiaj taki duży ruch... Przepraszam, mam klienta. 

Pogrążona  w  myślach  Courtenay  nie  zauważyła  Vicky,  która  podbiegła 

do niej z twarzyczką zarumienioną z podniecenia. 

– Wujek kupił mi sukienkę! Zobacz, mamusiu! 
Courtenay ukryła niezadowolenie, żeby nie robić przykrości Vicky. 
– Jakiego koloru, kochanie? 
–  Pomarańczową!  Powiedział,  że  moje  włosy  przypominają  mu  błędny 

ognik. A wiesz, mamusiu, babcia dostanie ode mnie koronkową chusteczkę! 
Wujek powiedział, że ona nie uznaje jednorazowych serwetek, obrusów... 

–  I  małżeństw  –  odezwał  się  w  pobliżu  głos  Graydona.  –  Którą  kreację 

wybrałaś? – zapytał, wyjmując portfel. – Czy ta ci się podoba? 

– Jest piękna – odpowiedziała. –  Ale  wiesz, że  muszę pilnować  mojego 

background image

budżetu. 

Graydon  wyglądał  tak,  jakby  miał  ochotę  potrząsnąć  nią,  ale  opanował 

się i powiedział do ekspedientki: 

– Wezmę tę. Dziękuję. 
W Courtenay wzbierała złość. Nie mogła zrobić tu sceny, ale wiedziała, 

że  nic  nie  zmusi  jej  do  włożenia  tej  sukienki.  Idąc  przez  obszerny  hol, 
chciała  wziąć  Vicky  za  rękę.  Dziewczynka  nie  zauważyła  jej  gestu. 
Podskakiwała  uczepiona  ramienia  Graydona,  jakby  zupełnie  zapomniała  o 
istnieniu matki. 

Courtenay poczuła bolesne ukłucie w sercu. 
 
Marine Drive, główna ulica Vancouver, była teraz – za zalaną deszczem 

szybą  samochodu  –  plamą  różnokolorowych  świateł  i  rozmazanych 
konturów.  Courtenay  z  trudem  dostrzegła  drogowskaz,  kiedy  skręcili  w 
boczną drogę. 

Seacliffe  House.  Kamienne  kolumny  podtrzymywały  jasno  oświetlone 

frontowe  wejście.  Courtenay  wiedziała,  że  Winterowie  byli  bogaci,  ale  nie 
spodziewała  się  takiego  przepychu.  Nawet  w  ciemności,  w  strugach 
ulewnego deszczu, dom wyglądał jak zamek – nowoczesny zamek z drewna 
cedrowego,  szkła  i  kamienia.  Zarysy  budowli  biegły  ku  niebu  na 
podobieństwo  starych  sosen,  wznoszących  się  majestatycznie  po  obu 
stronach domu. 

Zanim  wspięła  się  na  schody,  prowadzące  do  wejścia,  zdążyła  dostrzec 

jeszcze  ogromny  krzew  rododendronu  i  poczuła  wyraźny  powiew  znad 
oceanu. 

Kiedy  znaleźli  się  w  ciepłym  holu,  Graydon  podał  parasol  przyjaźnie 

uśmiechającej się kobiecie w wieku około trzydziestu lat. 

– Pana matka jest w salonie, panie Winter. 
– Dziękuję, Liwy. Powiedz Wheelerowi, żeby wprowadził samochód do 

garażu i przyniósł nasze bagaże. 

Courtenay rozglądała się zdezorientowana. Spodziewała się marmurowej 

posadzki,  rzeźbionych  mebli,  ogromnej  srebrzystej  choinki.  A  tymczasem 
hol  był  pusty,  zwinięty  dywan  odsłaniał  podłogę.  Jedynym  meblem  była 
masywna  konsola,  przykryta  białym  płótnem.  W  rogu  stały  puszki  z  farbą, 
pędzle, rolki tapety i drabina. 

Vicky spojrzała na wuja. 

background image

– Czy będziesz malował hol? 
Graydon położył rękę na jej ramieniu i poprowadził do drzwi na prawo. 
– Twoja babcia postanowiła w czerwcu, że odnowi część holu. Wkrótce 

potem,  jak  robotnicy  zaczęli,  Paddy...  –  przerwał  i  chrząknął  –  twój  tatuś 
umarł.  Babcia  nie  życzyła  sobie  obcych  ludzi  w  domu.  Obawiam  się,  że  w 
dalszym  ciągu  woli  samotność  i  spokój.  Może  od  Nowego  Roku  zmieni 
zamiar. 

Zwrócił się do Courtenay z surową miną. 
–  Pamiętaj,  że  matka  wiele  przeszła.  Cokolwiek  zrobisz  lub  powiesz, 

pamiętaj o tym. 

– Już ci to obiecałam – odpowiedziała chłodno. – Nie mam zwyczaju nie 

dotrzymywać słowa. 

Ujął za klamkę, a Courtenay poczuła rączkę Vicky w swojej dłoni. 
– Boję się, mamusiu. 
Courtenay chciała powiedzieć: – Ja też – ale zamiast tego uścisnęła palce 

Vicky  i  szepnęła:  –  Nie  martw  się,  kochanie,  wszystko  będzie  dobrze.  –  I 
weszła z nią do pokoju. 

 

background image

Rozdział 4 

 
Kiedy  Graydon  zamknął  drzwi,  Courtenay  ujrzała  ciemne,  lśniące 

drewno, chińskie parawaniki z laki, kanapę i fotele obite kremową skórą. W 
głębi znajdował się barek, ukryty częściowo za dekoracyjną rośliną. Ozdobą 
pokoju był wspaniały kominek, z którego bił ciepły blask. 

Drobna  postać  tkwiła  w  ogromnym  fotelu,  z  otwartym  czasopismem  na 

kolanach. Graydon zbliżył się do niej. 

– Mamo... – zaczął, całując jej blady policzek. 
Alanna uśmiechnęła się smutno. 
– Jak to dobrze, że wróciłeś. Martwiłam się o ciebie. 
– Mówiłem ci już, żebyś nigdy nie martwiła się o mnie. Jak się czujesz? 
– Dobrze. Jak ci się udała podróż? 
–  Była  bardzo...  owocna.  –  Graydon  skinął  na  Courtenay  i  Vicky,  żeby 

się zbliżyły. – Mamo, mam dla ciebie niespodziankę. 

Mimo  protestów  Graydona,  Alanna  podniosła  się,  wspierając  się  o  jego 

ramię.  Jej  oczy  –  niebieskie  jak  oczy  Vicky  –  objęły  dwie  postacie. 
Courtenay  czuła  na  sobie  badawczy  wzrok  Graydona,  kiedy  patrzyła  na 
kobietę, która mogłaby być jej teściową, gdyby wszystko ułożyło się inaczej. 
Siwiejące, kasztanowate włosy, skóra jak zwiędły płatek róży, usta szerokie 
jak u Vicky. 

Spojrzenie  starszej  pani  przenosiło  się  z  Courtenay  na  Vicky  i  z 

powrotem  na  Courtenay,  która  czekała  w  napięciu,  co  powie  Alanna.  W 
końcu to Graydon przerwał ciszę. 

–  Zaprosiłem  Courtenay  i  jej  córkę  Wiktorię,  żeby  spędziły  z  nami 

święta, mamusiu – powiedział tak czułym głosem, iż . Courtenay nie mogła 
wprost  uwierzyć,  że  to  ten  sam  mężczyzna,  który  potrafił  być  tak  brutalny. 
Objął matkę i poprosił: 

– Usiądź. 
– Pozwól mi popatrzeć na dziecko. 
Courtenay czuła napięcie każdym nerwem. 
–  Nic  nie  powiesz?  –  zwrócił  się  do  niej  Graydon  i  Courtenay  mogła 

dostrzec mięśnie drgające w jego twarzy. Poczuła jakiś cień sympatii, kiedy 
zorientowała się, że i jemu udzieliło się napięcie panujące w pokoju. 

background image

Vicky postąpiła krok naprzód. 
–  Przywiozłyśmy  prezenty  dla  ciebie,  babciu.  Cieszę  się,  że  cię 

poznałam. 

Courtenay próbowała wyobrazić sobie zamęt w głowie tej kobiety, która 

właśnie dowiaduje się, że ma wnuczkę. 

Po dłuższej chwili Alanna uścisnęła lekko rękę Vicky. 
– Ja też się cieszę, że cię poznałam, moje dziecko. 
– Mamo, to jest Courtenay West. 
Courtenay poczuła na sobie baczne, ostrożne spojrzenie. – Pani West? 
– To jest panna West – powiedział Graydon miękko. 
– Panna West... Graydon mówił mi, że przywiezie kogoś ze sobą, ale nie 

przypuszczałam,  że  to  będzie  kobieta.  Wiele  lat  upłynęło  od  czasu,  kiedy 
ostatni raz gościł tu kobietę. 

Dobry  Boże,  wstrząsnęła  się  nagle  Courtenay.  Alanna  myśli,  że  ona  i 

Graydon...  że  coś  ich  ze  sobą  łączy!  Czy  dojdzie  również  do  wniosku,  że 
Vicky jest ich dzieckiem? Odwróciła się bezradnie w stronę Graydona. 

– Usiądźmy – zaproponował. – Sherry, mamo? 
Courtenay  zauważyła  z  ulgą,  że  pierwszy  raz  w  życiu  Vicky 

zachowywała się cicho jak myszka. Alanna usiadła w fotelu i odezwała się: 

–  A  teraz,  Graydonie,  opowiedz  wszystko  po  kolei.  Gdzie  poznałeś 

Courtenay? 

Courtenay  ścisnęła  z  całej  siły  szklankę.  Musi  przerwać!  Nie  może 

pozwolić,  żeby  Vicky  słuchała  tych  kłamstw!  Obejrzała  się  znowu,  ale 
spojrzenie Graydona kazało jej milczeć. 

Zadzwonił i po chwili zjawiła się Liwy. 
– Czy pokój przy schodach jest gotowy dla gości? 
– Tak, panie Winter. 
– Liwy, gdzie jest Blackie? 
– W kuchni, panie Winter. 
–  Wiktorio...  –  spojrzał  na  Vicky.  –  Czy  chciałabyś  pójść  z  Liwy? 

Poznasz Blackie. 

– Kto to jest? 
– Mój pies, lab... 
– Pies? Ty  masz psa? Och, wujku! – oczy Vicky rozbłysły jak gwiazdy. 

– Bardzo chciałabym się z nim pobawić! 

Graydon uśmiechnął się. 

background image

– Na pewno będzie zadowolony, jak cię zobaczy, ale on już nie może się 

bawić. To nasz stary, zreumatyzowany przyjaciel. 

Courtenay musiała przyznać, że Graydon bardzo subtelnie zaproponował 

Vicky wyjście z pokoju. 

Zauważył,  że  w  czasie  podróży  nie  rozstawała  się  ze  swoją 

„Encyklopedią psów”. 

– Czy mogę wyjść, mamusiu? 
– Jeśli pani Winter nie ma nic przeciwko temu... 
Alanna  zawahała  się,  jakby  nie  chciała,  żeby  jej  dopiero  co  poznana 

wnuczka  zniknęła  tak  szybko.  Po  chwili  jednak  skinęła  głową.  –  Idź,  moje 
dziecko, tylko wracaj prędko. Vicky skoczyła na równe nogi. 

–  Czy  pokaże  mi  pani  –  zwróciła  się  do  Liwy  –  gdzie  jest  wasza 

choinka? Chciałabym położyć pod nią mój prezent dla mamy. 

Liwy  spojrzała  z  niepokojem  na  swoich  chlebodawców.  –  Nie  mamy 

choinki w tym roku. 

Courtenay doskonale rozumiała Alannę. Choinka była na pewno ostatnią 

rzeczą,  o  której  starsza  pani  pomyślałaby  w  czasie  pierwszych  od  śmierci 
syna świąt Bożego Narodzenia. 

Graydon  chrząknął.  –  Mamo,  nie  wiem,  jak  opowiedzieć  ci  o  tym...  o 

tym wszystkim. 

Liwy dorzuciła do ognia. Courtenay wpatrywała się w strzelające w górę 

płomienie.  Graydon  opowiadał  uspokajającym  głosem,  a  do  niej  docierało 
wszystko jak przez mgłę, jakby znajdowała się w transie. Och, wolałaby nie 
słyszeć tego w ogóle, ale słowa natrętnie wciskały się jej do uszu: 

–  Patryk...  dużo  wypił...  Courtenay  w  hotelu...  krótkie  spotkanie... 

pomyłka... kochał tylko Beth... 

Polano w kominku obsunęło się nagle i snop złotych iskier uniósł się do 

góry. Courtenay otrząsnęła się. Uświadomiła sobie, że Graydon i jego matka 
patrzą  na  nią.  Postawiła  szklankę  i  wstała,  odwracając  głowę,  żeby  nie 
dostrzegli łez. 

– Przepraszam – powiedziała. – Pójdę na górę. 
Graydon coś jeszcze mówił, ale nie rozumiała tego. 
Nawet  nie  chciała  słuchać.  Gardziła  nim  tak  jak  Patrykiem.  Jak  mogła 

związać  się  z  taką  rodziną?  Zanim  dotarła  na  miejsce,  długo 
powstrzymywane  łzy  oślepiły  ją  tak,  że  ledwie  odnalazła  drogę  do  swego 
pokoju. 

background image

 
Courtenay  przechadzała  się  po  ogromnej  sypialni  z  wielkim  łożem  i 

pięknym  kominkiem  z  szarego  kamienia.  Odkąd  się  tu  znalazła,  usiłowała 
bezskutecznie  zapanować  nad  wszystkimi  nieprzyjemnymi  odczuciami. 
Nawet  ściany  w  ciepłym  brzoskwiniowym  kolorze,  gruby  dywan  i 
wdzięczne kształty  mebli z orzecha włoskiego nie były w stanie rozproszyć 
jej przygnębienia. 

Kiedy usłyszała energiczne pukanie do drzwi, wiedziała, że to przyszedł 

Graydon.  Spodziewała  się  go.  Obróciła  się  gwałtownie  i  zacisnęła  wargi, 
kiedy dostrzegła drwiący wyraz na jego przystojnej, śniadej twarzy. 

– Wygodnie? – zapytał. 
Courtenay  zarumieniła  się.  –  Wiesz  przecież,  że  nigdy  jeszcze  nie 

mieszkałam w takich luksusach. 

Graydon  zrzucił  marynarkę  i  rozsiadł  się  na  wspaniałej,  aksamitnej 

kapie, która pokrywała łóżko jak szarosrebrzysty obłok. 

–  Poznałaś  Alannę  –  widzisz,  jaka  jest  wątła  i  słaba.  Źle  się  stało,  że 

dowiedziała się o zdradzie Patryka. Gdybyś dodała do tego swoje wyssane z 
palca opowieści, nie wiem, czy w ogóle by to zniosła. 

Courtenay poczuła zamęt w głowie. 
– To wszystko jest jakąś absurdalną szaradą! 
Gdybym  wcześniej  znała  twoje  plany,  nie  ruszyłabym  się  z  domu.  Nie 

znoszę kłamstwa!  A zwłaszcza tego rodzaju. To stawia  mnie w sytuacji  nie 
do zniesienia! Ale ciebie i tak nie obchodzą przeżycia innych! 

Graydon  szarpnął  niecierpliwie  węzeł  krawata.  Courtenay  podeszła  do 

okna i stanęła tyłem do niego. 

– Nie masz racji – odezwał się – że nie interesuję się innymi ludźmi. Nie 

zrobię nic, czym mógłbym zranić Wiktorię. 

Courtenay  wpatrywała  się  nie  widzącym  wzrokiem  w  dalekie  światła 

błyskające  w  ciemności.  Zastanawiała  się  nad  słowami  Graydona.  Czy  on 
rzeczywiście  troszczył  się  o  Vicky?  W  jaki  sposób?  Przecież  dopiero 
niedawno zobaczył ją po raz pierwszy! 

Usłyszała, że poruszył się. 
–  Czy  nie  moglibyśmy  być  dla  siebie  uprzejmi?  –  zaczął.  –  Dzieci  z 

łatwością wyczuwają  nieżyczliwą atmosferę wokół siebie. Przez wzgląd  na 
Wiktorię powinniśmy ukrywać, że nie znosimy się nawzajem, nie uważasz? 

Courtenay, choć niechętnie, musiała przyznać mu rację. 

background image

–  Tak  –  powiedziała  chłodno.  –  Zgadzam  się.  Ale  to  będzie  możliwe 

tylko  wtedy,  jeżeli  będziemy  poruszać  obojętne  tematy.  –  Patrzyła  na  jego 
odbicie  w  ciemnej  szybie  okna  i  spostrzegła  blask  oczu.  –  Takie  tematy, 
jak... twój dom. Jest naprawdę piękny. 

Graydon zbliżył się do niej. Stanął tak blisko, że jego oddech poruszał jej 

włosy. Odczuła znowu ten niezwykły, magnetyczny urok. 

–  Tak  –  powiedział.  –  Mamy  szczęście.  A  Alanna  ma  dar  stwarzania 

rodzinnej atmosfery. 

Nagle chwycił Courtenay za ramiona i obrócił do siebie. Palce trzymały 

ją jak kleszcze, kiedy mówił: 

– W tym domu jest dość miejsca dla wszystkich. Dla Alanny i dla mnie... 

dla ciebie i Wiktorii. 

Courtenay poczuła wzbierającą złość. To miał był neutralny temat! 
– Tutaj żyłoby ci się dużo lepiej – ciągnął Graydon. – Miałabyś zupełną 

swobodę,  mogłabyś  prowadzić  własne  życie  towarzyskie.  Ludzie  twierdzą, 
że dwie kobiety nie mogą się pomieścić w jednej kuchni, ale tu mogłybyście 
mieć  z  Wiktorią  mieszkanie  z  oddzielnym  wejściem.  Z  czasem  ty  i  Alanna 
mogłybyście... 

–  Zaprzyjaźnić  się?  –  Courtenay  zaśmiała  się  niedowierzająco.  –  To 

chciałeś  powiedzieć?  Wydaje  mi  się,  że  zrobiłeś  wszystko,  żeby 
zaprzepaścić  taką  szansę.  Zresztą  tracimy  niepotrzebnie  czas,  bo  i  tak  nie 
mam zamiaru zostać tutaj na dłużej. Szkoła zaczyna się 7 stycznia i do tego 
czasu ja i Vicky wrócimy już do Millar’s Lake. 

–  Wiktoria  jest  wyjątkowo  żywym  dzieckiem  –  nie  dawał  za  wygraną 

Graydon. – Ty wiesz o tym najlepiej. Powinna chodzić do dobrej prywatnej 
szkoły – jest tu taka w pobliżu, tylko dziesięć minut drogi samochodem. To 
byłoby  dla  niej  bardzo  korzystne.  Czym  się  najbardziej  interesuje? 
Komputery, teatr, pływanie? 

–  Próbujesz  dać  mi  do  zrozumienia,  że  ponieważ  nie  mogę  zapewnić 

Vicky odpowiedniego poziomu życia, powinieneś mi ją odebrać... 

–  Nieprawda.  Chcę  tylko  jej  dobra.  Przecież  ona  należy  do  Winterów, 

czy tego chcesz, czy nie, i nic tego nie zmieni. Po śmierci Patryka wydawało 
się nam, że nasz ród się kończy, ale... 

–  Ale  jest  Vicky  –  Courtenay  spojrzała  na  niego  wyzywająco.  –  Ale 

Vicky nie nazywa się Winter, tylko West. Jeżeli niepokoisz się, że twój ród 
może wygasnąć, dlaczego sam  nie postarasz się o  następcę? Jestem pewna, 

background image

że nie brakuje chętnych kobiet! Graydon odwrócił się i zasłonił okno. 

– W przeciwieństwie do ciebie. Nie, nie chcę dzieci pozamałżeńskich, a 

nie  ma  kobiety,  która  mogłaby  mnie  nakłonić  do  ślubu.  Czy  to  jest 
odpowiedź na twoje pytanie? 

– Nie można namówić cię do małżeństwa? – zapytała szyderczo. – Co za 

problem, Graydon? Czy nie lubisz kobiet? A może wolisz... 

– Och, lubię kobiety. Dlaczego śmiejesz się tak pogardliwie? Czy mi nie 

wierzysz? 

Zanim  Courtenay  zdążyła  odpowiedzieć,  chwycił  ją  gwałtownie  za 

ramiona. – Pozwól mi udowodnić, że się mylisz. 

Z całej siły szarpnęła się, pragnąc uwolnić się z jego objęć. Ale on wplótł 

palce  w  jej  włosy,  zbliżając  jej  twarz  do  swojej.  Courtenay  zobaczyła  tuż 
przed  sobą  ciemne  włosy,  rozszerzone  źrenice...  i  przymknąwszy  oczy 
poddała się gwałtownemu pocałunkowi. 

Niezwykły  dreszcz  przeszył  ją,  gdy  Graydon  dotknął  ustami  jej  warg. 

Serce niemal przestało bić. 

Graydon  znieruchomiał,  jakby  trochę  zaskoczony.  Ale  trwało  to  tylko 

chwilę. Zanim się zorientowała, była uwięziona w jego ramionach. 

Och, jak bardzo nim pogardzała! Ale nawet gdyby mogła znaleźć słowa 

w  pełni  wyrażające  jej  odczucia,  to  i  tak  nie  mogłaby  nic  powiedzieć. 
Zawładnął  nią  jego  seksualny  magnetyzm,  niepodobny  do  niczego,  co 
przeżyła  do  tej  pory.  Obudził  zmysły,  o  których  istnieniu  dotąd  nie 
wiedziała. Czuła narastającą namiętność... 

Broniła  się  coraz  słabiej.  I  chociaż  nakazywała  sobie  walkę  z  nieznaną 

mocą,  uświadomiła  sobie  z  przerażeniem,  że  gładzi  jego  ramiona,  kark, 
jedwabiste włosy. Dobry Boże, co się z nią dzieje? Broń się! – podpowiadał 
rozum. Ale serce szeptało: – Poddaj się... 

Nagle  zaparło  jej  dech  –  poczuła,  że  ręce  Graydona  wsuwają  się  pod 

sweter,  ciepłe  dłonie  muskają  jedwabistą  skórę  nagich  pleców.  Usłyszała 
stłumiony jęk Graydona. W odpowiedzi jej piersi nabrzmiały, a serce zabiło 
jeszcze żywiej. 

Wydawało  się,  że  zrozumiał  utajone  pragnienie  tego  pięknego  ciała. 

Sięgnął  do  zapięcia  stanika.  Courtenay  zadrżała  i  przywarła  do  niego 
biodrami. 

Pragnął  jej!  Courtenay  doznała  prawdziwego  wstrząsu,  kiedy  to  sobie 

uświadomiła. Okazało się, że nie jest mu obojętny urok drugiej płci. Odkryła 

background image

coś,  czego  z  pewnością  wolałby  nie  ujawniać  –  że  czuje  do  niej  pociąg 
fizyczny, że nie jest mu obojętna. 

W  chwilę  potem  Graydon  brutalnie  odepchnął  ją  od  siebie.  Twarz  mu 

nagle pobladła, w oczach, które ciągle jeszcze spoglądały na nią pożądliwie, 
pojawiła się złość. 

Kiedy znowu się zbliżył, uświadomiła sobie z przerażeniem, że jej sutki 

rysują się wyraźnie pod obcisłym sweterkiem. Przygryzając drżące wargi, w 
popłochu zasłoniła piersi złożonymi ramionami. 

Wydawało  jej  się,  że  te  krótkie  chwile  trwają  wiecznie.  Zmierzył  ją 

oczami, które były znów czyste i zimne. 

–  Czy  to  uzasadnia  mój  punkt  widzenia?  –  zapytał  głosem,  w  którym 

słychać było pewność siebie. 

– To przede wszystkim dowodzi – odpowiedziała krótko Courtenay – że 

nie jesteś dżentelmenem. 

–  Och,  zapewniam  cię,  że  potrafię  być  prawdziwym  dżentelmenem  – 

dodał z drwiącym uśmiechem – ale tylko wtedy, kiedy mam do czynienia z 
prawdziwą damą. – Wziął marynarkę z łóżka i naciągnął ją na ramiona. – A 
dama  nie reaguje w ten sposób  na pocałunek obcego człowieka.  Zwłaszcza 
jeśli go nienawidzi. Bo przecież nienawidzisz mnie, prawda? 

–  Tak,  nie  znoszę  cię.  Ale  jeśli  chodzi  o  pocałunek...  Każda  kobieta 

zareagowałaby  w  ten  sposób,  chyba  że  byłaby  z  kamienia.  Nie  zapominaj 
jednak,  że  i  ty  odczuwałeś  pożądanie  –  stwierdziła  spokojnie.  – 
Nienawidzisz  mnie  również,  ale  jednocześnie  mnie  pożądasz.  Spójrz  na 
siebie,  Graydonie  Winter.  Jestem  pewna,  że  nie  jesteś  taki,  na  jakiego 
wyglądasz. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  przesunęła  się  koło  niego  i  weszła  do 

łazienki, zamykając za sobą drzwi. 

Oparła  się  o  drewnianą  boazerię,  trzęsąc  się  jak  w  febrze.  Pragnął  jej... 

oboje wiedzieli o tym. 

Ale ona również go pragnęła. 
Obiecała  sobie,  że  nigdy  więcej  nie  pozwoli  mu  na  zbliżenie,  bo 

wiedziała, że w jego rękach mięknie jak wosk. 

A to może doprowadzić tylko do katastrofy. 
 

background image

Rozdział 5 

 
Ciężka  atmosfera  w  czasie  obiadu  była  dla  Courtenay  wprost  nie  do 

zniesienia. 

Kiedy  zeszła  na  dół,  Alanna  powitała  ją  chłodnym  „dobry  wieczór”  i 

odwróciła  się  na  pięcie.  Courtenay  zrobiło  się  jej  żal.  Czy  matka  Patryka 
mogła osądzić ją sprawiedliwie,  nie znając całej prawdy? Czy ta  kobieta  w 
ogóle przypuszczała, że istniała jakaś inna historia? 

Litowała się nad Alanną, ale do Graydona czuła jedynie złość. To on był 

odpowiedzialny  za  całą  sytuację.  Zaproponował,  żeby  okazywali  sobie 
uprzejmość,  jednak  swoim  zachowaniem  udaremnił  wszelkie  próby 
porozumienia. 

Na szczęście Vicky była w beztroskim nastroju i kiedy jedli, towarzyszył 

im podekscytowany głosik. Liwy podała wyśmienitego łososia z pieczonymi 
ziemniakami  i  brokułami  ugotowanymi  na  parze  z  aromatycznym  sosem 
posypanym pietruszką. 

–  Truskawki!  –  Rozległ  się  dziecięcy  okrzyk,  kiedy  wniesiono  deser.  – 

Moje ulubione owoce! My bardzo rzadko je kupujemy – są takie drogie. 

–  Drogie  są  teraz,  zimą.  –  Graydon  spojrzał  na  matkę,  która  trzymała 

srebrny dzbanuszek ze śmietanką. – Ale nie latem. 

–  Latem  są  tanie  –  przyznała  Vicky,  wkładając  do  ust  czerwone, 

aromatyczne  owoce.  –  Ale  my  raczej  obchodzimy  się  bez  nich,  ponieważ 
musimy  oszczędzać  pieniądze.  Mamy  z  mamą  specjalne  konto  w  banku  na 
ortodontę.  Dentysta  mówi,  że  za  dwa  lata  będę  potrzebowała  aparatu,  „bo 
mam wystające zęby... 

–  Nieprawidłowy  zgryz,  kochanie.  –  Courtenay  usiłowała  protestować, 

kiedy  Vicky  wzięła  dzbanuszek  z  rąk  Alanny  i  polała  śmietanką  swoją  i 
matki porcję truskawek. 

–  Wystające  zęby,  nieprawidłowy  zgryz...  co  za  różnica!  –  Vicky 

wzruszyła  ramionami.  –  W  każdym  razie,  kiedy  idziemy  do  sklepu,  mama 
zawsze pyta: 

– Czy my tego potrzebujemy, czy tylko chcemy, a kiedy okazuje się, że 

chcemy, odmawiamy sobie. Na ogół zamiast kupować, odkładamy pieniądze 
na nasze specjalne konto. 

background image

Alanna  uniosła  brwi  i  zerknęła  na  Courtenay.  Zamiast  chłodnej 

obojętności  Courtenay  zobaczyła  błysk  zdziwienia.  A  może  było  to 
zdziwienie  połączone  z  aprobatą?  Zanim  zdążyła  się  zastanowić,  Alanna 
odezwała się do Vicky: 

– Jesteś na swój wiek bardzo mądrym dzieckiem. 
– O tak, wiem – uśmiechnęła się promiennie Vicky. 
–  Słyszałam,  jak  pan  Ketterton  mówił  to  samo  mamusi  pewnego 

wieczoru.  Przyszedł  do  nas  na  kolację,  bo  jego  żona  wyjechała.  Prawda, 
mamusiu? 

Courtenay  napotkała  pogardliwy  wzrok  Graydona.  Starała  się 

odpowiedzieć możliwie spokojnie: 

– Tak, było tak rzeczywiście. 
–  Pewnie  nie  wiesz,  mamo  –  powiedział  Graydon  ze  złośliwym 

uśmieszkiem  –  że  pan  Ketterton  był  szefem  Courtenay...  Och,  znacznie 
więcej niż szefem... był również... jej bardzo bliskim przyjacielem... 

Courtenay zacisnęła ręce aż do bólu. Och, jakiż to drań! Zaprosiła wtedy 

Alfa  na  kolację  na  wyraźne  życzenie  Flo,  żeby  mógł  podczas  jej 
nieobecności zjeść przynajmniej jeden porządny posiłek. 

Ale  zanim  zdążyła  otworzyć  usta,  Alanna  odsunęła  krzesło  od  stołu  i 

wstała. 

–  Myślę,  że  kawę  wypijemy  w  salonie.  –  Odwróciła  się  tyłem  do 

Courtenay, mówiąc do syna: – Zadzwonisz na Liwy, kochanie? 

– Babciu, pobiegnę do kuchni i poproszę Liwy, żeby przyniosła kawę. – 

Vicky  zerwała  się  i  pobiegła  do  drzwi.  –  Chciałabym  zobaczyć,  co  robi 
Blackie. 

Courtenay stanęła na środku salonu, czekając, aż Graydon pomoże matce 

usiąść w fotelu. Teraz, kiedy nie miał na sobie swetra, widziała jego mięśnie 
rysujące  się  pod  szarą  koszulą.  Dobrze  dopasowane  spodnie  podkreślały 
smukłość długich nóg. Był bardzo męski i przystojny. 

Dlaczego brat Patryka nie okazał się otyłym, starszym panem? Na widok 

tego  zmysłowego  mężczyzny  o  zniewalającym  spojrzeniu  krew  zaczynała 
jej szybciej krążyć w żyłach. 

Kiedy spoglądała  na jego czarne, wijące się włosy, przypominała sobie, 

jakie były jedwabiste i gładkie pod jej palcami. Wspomnienie jego pieszczot 
wywołało dreszcz pożądania, który przeszył na wskroś jej ciało. 

Chwyciła  powietrze  w  płuca.  Graydon  usłyszał  to,  a  może  wyczuł  –  i 

background image

odwrócił  się  gwałtownie.  Spojrzenia  ich  zetknęły  się.  Wiedziała,  że  w  jej 
oczach było tyle pożądania, że aż rumieńce wstydu wystąpiły jej na policzki. 

– Usiądź – nakazał ostro, wskazując jej fotel. 
Nie  chciała  się  sprzeciwiać,  ale  nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa. 

Wiedziała,  że  gdyby  miała  zamiar  pójść  teraz  na  górę,  nie  zrobiłaby  nawet 
kilku kroków. 

Drzwi  otworzyły  się  i  Liwy  wniosła  kawę  w  srebrnym  dzbanku  i 

filiżanki z porcelany z eleganckim wzorem w złote liście. 

– Czy napijesz się likieru, mamo? – spytał Graydon, kierując się w stronę 

barku. 

– Nie, dziękuję, kochanie. 
Spojrzał  na  Courtenay,  ale  ona  również  odmówiła.  Kiedy  Graydon 

stawiał kawę na stole, Alanna zwróciła się do niego: 

–  Gray,  czy  mógłbyś  mi  przynieść  krople  miętowe?  Są  w  torebce  na 

stoliku. 

– Czy źle się czujesz, mamo? 
– To tylko mała niestrawność – uśmiechnęła się. 
Kiedy  drzwi  zamknęły  się  za  nim,  uśmiech  zniknął  z  twarzy  Alanny. 

Odetchnąwszy głęboko, przesunęła się w fotelu tak, żeby siedzieć na wprost 
Courtenay.  Ogromny  pierścień  z  diamentem  i  szafirem  błyszczał  obok 
ślubnej obrączki na ręce opartej o poręcz fotela. 

– Chciałabym skorzystać z okazji i porozmawiać z tobą na osobności. – 

Niebieskie oczy były tak twarde jak klejnoty w pierścieniu. – To nie zajmie 
wiele czasu. 

Courtenay  niepewnie  podniosła  filiżankę  do  ust.  –  Słucham,  pani 

Winter? 

–  Panno  West,  ma  pani  zamiar  spędzić  w  moim  domu  dwa  tygodnie. 

Myślę,  że  będzie  najlepiej,  kiedy  od  razu  wyjaśnimy  sobie  wszystko.  Będę 
szczera.  Graydon  nie  pragnie  pani  obecności  tu,  w  Seacliffe  House...  i  ja 
również. 

Courtenay przełknęła odrobinę kawy i ostrożnie postawiła filiżankę. 
– Pani i Graydon daliście mi to jasno do zrozumienia. Myślę, że Graydon 

powiedział pani równie wyraźnie, że nie chciałam tu przyjeżdżać. 

W  spojrzeniu  Alanny  pojawiła  się  wrogość.  –  Zawsze  gardziłam 

kobietami, które zadają się z żonatymi mężczyznami... 

–  A  żonaci  mężczyźni,  którzy  pozwalają  sobie  na  to?  Co  pani  o  nich 

background image

sądzi? 

– Żal mi ich. Większość z nich grzęźnie w takich związkach, nie zdając 

sobie  nawet  dobrze  sprawy  z  tego,  co  się  stało.  Kiedy  spotykają  atrakcyjną 
kobietę, nie mogą oprzeć się pokusie. Kobieta taka jak pani może zniszczyć 
wiele małżeństw... 

Courtenay patrzyła  na ogień płonący  na kominku  i czuła, jak ogarnia ją 

fala  gniewu.  Czemu  obiecała  Graydonowi,  że  nie  powie  prawdy  Alannie? 
Widocznie  chciał  zniszczyć  zaufanie  Vicky  do  matki,  skoro  złamał 
obietnicę...  Na  szczęście  więź  między  nią  a  córką  jest  tak  silna,  że  te 
zniewagi jej  nie zerwą.  Kłamała wprawdzie, opowiadając Vicky o Patryku, 
ale robiła to tylko dla jej dobra. Czy Vicky to zrozumie? 

Postanowiła zaryzykować. Musi się bronić. 
Alanna patrzyła przed siebie, a jej  wyblakłe, niebieskie oczy  były pełne 

takiej  udręki,  że  Courtenay  poczuła  litość  i  wyrzuty  sumienia.  Tej 
zasmuconej,  zranionej  kobiecie  powinno  się  mówić  kłamstwa,  żeby 
oszczędzić  jej  okrutnej  prawdy.  Nie  mogła  dowiedzieć  się,  że  jej  syn  był 
niewierny  i  nieczuły.  Musi  pozostać  w  przeświadczeniu,  że  szczególne 
okoliczności sprowadziły go na manowce. 

Courtenay wyprostowała się. 
– Pani Winter – zaczęła uprzejmie. – Przepraszam, nie chciałam sprawić 

pani przykrości. Przez te dwa tygodnie postaram się pani nie narzucać. 

Alanna  powoli  obróciła  głowę  w  stronę  Courtenay.  Spojrzała  wyraźnie 

zdziwiona, ale zanim zdążyła coś powiedzieć, do pokoju wszedł Graydon. 

Od  razu  wyczuł  napięcie.  Podszedł  do  matki  i  położył  jej  torbę  na 

kolanach. 

–  Dziękuję  ci,  kochanie  –  odezwała  się  Alanna  drżącym  głosem.  – 

Niepotrzebnie  cię  fatygowałam.  Chyba  się  położę.  Miałam  dziś  zbyt  wiele 
wrażeń. Dobranoc. – W oczach miała zakłopotanie, kiedy mijała Courtenay 
w przejściu. 

Gdy  drzwi  zamknęły  się  za  Alanną,  Graydon  zwrócił  się  z  gniewem  ku 

Courtenay. 

– Co u diabła powiedziałaś jej, że wyszła taka zmartwiona? 
–  Nic,  co  mogłoby  ją  zaniepokoić.  Obiecałam,  że  będę  trzymać  się  z 

daleka, dopóki tu będę przebywać. I mam zamiar tego dotrzymać. – Zaczęła 
przeglądać „Architectural Digest”, mając nadzieję, że Graydon nie zauważy 
drżenia jej rąk. 

background image

Przez  kilka  minut  słychać  było  tylko  szelest  przewracanych  kartek. 

Courtenay  patrzyła  nie  widzącymi  oczami  na  błyszczące  zdjęcia  – 
modernistyczne  krzesło  obite  jedwabiem,  portret  Coco  Chanel  w  jej 
paryskim apartamencie, Pheromone, najdroższe perfumy świata... 

–  Wigilia  Bożego  Narodzenia.  –  Słowa  Graydona  przerwały  ciszę. 

Siedział, przypatrując się jej spod długich, czarnych rzęs. – Co robiłybyście 
teraz z Wiktorią, gdybyście były w Millar’s Lake? 

Więc on rzeczywiście pragnie zachować pozory – pomyślała Courtenay. 

Spojrzała  na  zegarek.  –  Myślę,  że  o  tej  porze  Vicky  byłaby  już  w  łóżku,  a 
ja... 

–  A  ty  zabawiałabyś  się  z  którymś  ze  swoich  przyjaciół?  Może.  ,  z 

Alfem?  –  wąskie,  aroganckie  wargi  skrzywiły  się  cynicznie.  –  A  może 
dysponujesz  całym  zastępem  żonatych  mężczyzn,  którzy  przylecą  na 
skrzydłach na każde wezwanie? 

Courtenay  cisnęła  czasopismo  z  furią  na  stół  i  zerwała  się.  Jakże  się 

myliła – on wcale nie miał zamiaru być uprzejmy! 

Nie odpowiadając na jego złośliwe  uwagi  wybiegła z pokoju, trzaskając 

drzwiami. Nienawidzi go! 

 
Kiedy  Vicky  już  spała,  Courtenay  wzięła  ciepłą  kąpiel,  głównie  po  to, 

żeby  się  trochę  uspokoić.  Położyła  się  do  łóżka  i  zgasiła  światło,  mając 
nadzieję,  że  wkrótce  zaśnie,  ale  sen  nie  przychodził.  Dopiero  po  drugiej 
poczuła się zmęczona  i już prawie zasypiała, kiedy  nagle  usłyszała, że ktoś 
w  pobliżu  otworzył  drzwi.  W  chwilę  później  zza  ściany  dobiegło  ją 
skrzypienie  łóżka.  Przekręciła  się  na  wznak,  starając  się  robić  jak  najmniej 
hałasu.  Zastanawiała  się,  czy  to  nienawiść  do  niej  nie  pozwalała  zasnąć 
Graydonowi?  Nie  było  wątpliwości,  że  to  on  był  jej  sąsiadem.  Czy  też  nie 
mógł  zapomnieć  o  ich  pocałunkach?  Czy  rozważał  –  tak  jak  ona  –  co 
zdarzyłoby się, gdyby nie było dzielącej ich ściany? 

 
Następnego ranka obudził ją dźwięk otwieranych drzwi i aromat mocnej, 

gorącej  kawy.  Z  westchnieniem  wtuliła  twarz  głębiej  w  poduszkę  i 
próbowała znowu zapaść w ten dziwny sen. 

W jakiś tajemniczy sposób ściana między dwiema sypialniami zniknęła i 

Graydon  leżał  już  nie  w  swoim  łóżku,  ale  w  jej  własnym.  Zdjął  jej  różową 
piżamę,  a  spojrzenie  jego  oczu,  jakim  ogarniał  jej  odsłonięte  ciało, 

background image

wywoływało  dreszcz  podniecenia.  Kiedy  zaczął  ją  namawiać,  by  i  ona  go 
rozebrała,  zniknęły  wszelkie  bariery.  Rozchylone  wargi,  ciało  płonące  z 
podniecenia, wszystko trwało w oczekiwaniu na niego, w dzikim, szalonym 
pragnieniu. Przylgnął do niej i głosem nabrzmiałym uczuciem wyszeptał... 

– Kawa, madam! 
Te  słowa  przerwały  gwałtownie  senne  marzenia.  Uniosła  powieki.  Tuż 

obok łóżka stał obiekt jej snów – nie nagi, lecz zwyczajnie ubrany w sweter i 
dżinsy. 

Trzymał  w  rękach  tacę.  W  jego  oczach  dostrzegła  ironię,  jak  gdyby 

domyślał się, że był bohaterem jej tak podniecającego snu. 

– Wesołych Świąt! 
Boże  Narodzenie  –  a  ona  zaspała!  Courtenay  uniosła  się  na  łokciu, 

owijając  się  prześcieradłem  –  niemal  zaskoczona,  że  ciągle  ma  na  sobie 
różową  piżamę.  Granica  między  snem  a  jawą  wydawała  się  zacierać  w  jej 
świadomości.  Jak  mogła  we  śnie  przeżywać  taką  ekstazę  z  mężczyzną,  z 
którym na jawie nie sposób było dojść do porozumienia? 

Odrzucając włosy do tyłu, zapytała: 
– A cóż ty tu robisz? 
Graydon postawił tacę na stoliku. 
–  To  chyba  oczywiste.  Przyniosłem  ci  kawę.  –  Podszedł  do  okna  i 

rozsunął  zasłony.  Światło  szarego,  zimowego  dnia  rozjaśniło  nieco 
sypialnię. 

– Nie to miałam na myśli. Dlaczego przyniosłeś mi kawę? 
–  Liwy  jest  zajęta  w  kuchni  –  odpowiedział  z  drwiącym  uśmiechem. 

Białe zęby błysnęły w opalonej twarzy. – Jak będziesz gotowa, zejdź na dół. 
Będziemy ubierać choinkę. 

– Przecież Liwy powiedziała... 
– Alanna zmieniła zdanie i z samego rana dostarczono nam dwumetrowe 

drzewko. Wiktoria i Bertie właśnie je ubierają. 

– Bertie? 
–  To  zaprzyjaźniona  z  nami  osoba...  Czy  chcesz,  żebym  przysłał  tu 

Wiktorię? 

Przez  moment  Courtenay  zastanawiała  się  nad  słowami  Graydona. 

Czemu  zawahał  się,  zanim  nazwał  Bertie  przyjacielem  rodziny?  Zaraz 
jednak zwróciła myśli ku córce. To było pierwsze Boże Narodzenie, podczas 
którego  Vicky  nie  wpadła  o  świcie  do  pokoju  matki,  domagając  się 

background image

rozpakowywania  prezentów.  Nie  chciała  jednak  okazać  Graydonowi,  jak 
bardzo ją to zabolało, toteż odpowiedziała niedbale: 

– Nie trzeba. Jestem pewna, że dobrze się bawi. 
–  Domyślam  się,  że  zdążyła  już  przywyknąć  do  tego,  iż  musi  sama 

zajmować się sobą, kiedy ty przebywasz w męskim towarzystwie w zaciszu 
sypialni. 

Mimo gniewu, jaki ją ogarnął, Courtenay zauważyła, że sweter Graydona 

był w takim samym kolorze jak jego oczy. 

–  Możesz  sobie  wyobrażać,  co  ci  się  podoba  –  odrzekła  gniewnie.  – 

Miałam nadzieję, że nie będziesz mi już więcej sprawiać przykrości swoimi 
nieuzasadnionymi podejrzeniami. Nie mam zamiaru ich słuchać. 

Graydon  podszedł  bliżej  do  łóżka  i  stanął  tak,  że  widziała  z  dołu  jego 

podbródek  ocieniony  zarostem.  Serce  zabiło  jej  gwałtownie  –  był  bardzo 
przystojny!  Wyobraziła  go  sobie  polującego  na  tygrysy  w  dżungli  –  jego 
szorstka,  gruboskórna  męskość  lepiej  sprawdzałaby  się  tam,  niż  w  tej 
elegancko  umeblowanej  sypialni.  Myśląc  o  tym,  zarumieniła  się.  Był 
dokładnie taki sam, jak w jej śnie! 

Nachyliła  się  do  nocnego  stolika  i  ujęła  uszko  filiżanki  z  kawą,  nie 

zauważając, że prześcieradło zsunęło jej się z ramion. 

Co  zdarzyło  się  później,  nie  pamiętała  –  wypadki  potoczyły  się 

błyskawicznie.  Czy  zawadziła  łokciem  o  róg  poduszki?  Czy  potrąciła  ręką 
brzeg tacy? Filiżanka wysunęła się jej z palców, a gorąca kawa popłynęła po 
piersiach.  Krzyknęła  i  wyprostowała  się,  starając  się  oderwać  przemoczoną 
piżamę, która przylgnęła do skóry. 

Nie zdążyła nawet mrugnąć okiem, kiedy Graydon był już przy niej. 
– Wstań! – krzyknął, a kiedy siedziała jak sparaliżowana, wyciągnął ją z 

łóżka i popchnął w kierunku łazienki. 

Courtenay stała drżąc na marmurowych płytkach posadzki, niezdolna do 

żadnego ruchu, podczas gdy Graydon ściągnął z wieszaka różowy ręcznik i 
wcisnął  pod  kran,  nasączając  grubą  tkaninę  lodowatą  wodą.  Ale  kiedy 
próbował ściągnąć z niej piżamę, oprzytomniała. 

– Stop! – zawołała. – Nie wolno ci... 
–  To  nie  pora  na  skromność  –  warknął,  zrywając  brutalnie  delikatną 

tkaninę i odsłaniając poparzoną skórę na piersiach. 

Wzdrygnęła  się  i  skrzywiła  z  bólu,  kiedy  Graydon  przyłożył  lodowaty 

ręcznik  do  gorącej,  piekącej  skóry.  Mimo  bólu  była  ciągle  świadoma  jego 

background image

obecności.  Stał  tak  blisko,  kiedy  otulał  delikatnie  ręcznikiem  jej  ramiona  i 
plecy,  że  mogłaby  dotknąć  wargami  jego  podbródka.  Chłonęła  zapach  jego 
włosów,  słyszała  lekki,  miarowy  oddech.  Kiedy  ostrożnie  podwijał  ręcznik 
między łopatkami, widziała jego odbicie w lustrze. 

Te zabiegi okazały się skuteczne. Przyszło jej do głowy, że  mógłby być 

wspaniałym lekarzem. Wszystkie pacjentki szalałyby za nim... 

Wstrząsnęła  się  nagle.  Skąd  takie  idiotyczne  myśli  przychodzą  jej  do 

głowy? 

– Jak tam? – ostry głos Graydona przywołał ją do rzeczywistości. 
– Och... dużo lepiej. 
Kiedy  ich  spojrzenia  spotkały  się,  Courtenay  nie  miała  wątpliwości  – 

Graydon  patrzył  na  nią  nie  jak  na  kobietę,  lecz  jak  na  istotę  potrzebującą 
pomocy. Ona tymczasem snuła fantastyczne  marzenia o Graydonie-lekarzu, 
w którym mogłaby się zakochać... 

–  Jak...  jak  długo  muszę  trzymać  ten  ręcznik?  –  nie  mogła  oderwać  od 

niego oczu. Była jak zahipnotyzowana. – Zimno mi! 

Graydon  stał  przez  chwilę  nieruchomo,  jak  gdyby  nie  wiedział,  co  ma 

odpowiedzieć. Następnie zdjął swój sweter i owinął  go wokół jej ramion. – 
Proszę. Trzeba potrzymać ręcznik przynajmniej przez pięć minut, dopóki nie 
poczujesz ciepła rozchodzącego się po całym ciele. 

– Czy nie przesadzasz trochę? Ta kawa nie była aż tak gorąca... 
–  Nie  powinnaś  ryzykować  –  rzucił  szorstko.  –  O  taką  piękność  jak  ty 

trzeba specjalnie dbać. 

Courtenay spojrzała z niedowierzaniem. 
– Jak  miło to słyszeć!  Ale  to przecież  nieprawda. Wyobrażam sobie  jak 

wyglądam  –  na  pół  rozebrana,  z  mokrym  ręcznikiem  wokół  ramion,  bez 
makijażu, z potarganymi włosami. Jak strach na wróble! 

Urwała  gwałtownie,  kiedy  Graydon  wyciągnął  rękę  i  nawinął  sobie  na 

palec pasmo jej wilgotnych włosów, opadających na ramiona. 

–  Ty  powinnaś  wyglądać  jak  straszydło  –  powiedział  ochryple  –  ale 

naprawdę  jesteś  diabelnie  pociągająca.  Jak  ty  to  robisz?  Skąd  ta  twoja 
bezbronność i niewinność? 

Skoro zaliczasz się do kobiet, które... 
Nie  powiedział  tego  głośno,  ale  te  słowa  wisiały  niemal  w  powietrzu. 

Courtenay próbowała zareagować, jakoś się bronić, ale  nie  udało jej się  nic 
wykrztusić przez ściśnięte gardło. Czemu pogarda Graydona sprawia jej taki 

background image

ból?  Do  tej  pory  czuła  tylko  gniew  i  nienawiść.  Co  się  zmieniło?  Patrzyła 
bezradnie na niego, daremnie próbując znaleźć odpowiedź. 

Nagle Graydon zapytał: 
–  Czemu,  u  diabła,  zawsze  patrzysz  na  mnie  tak,  jakbyś  oczekiwała,  że 

cię pocałuję? 

Courtenay zadrżała. Czy to pragnienie rzeczywiście  malowało się  na jej 

twarzy?  Serce  zabiło  jej  gwałtownie,  kiedy  przypomniała  sobie  kuszącą, 
aksamitną gładkość jego ciała w zetknięciu z jej ciałem... 

–  Mylisz  się  –  odrzekła,  opuszczając  powieki  z  długimi  rzęsami.  – 

Wyobrażasz sobie rzeczy, które... 

– Ja się mylę? – ręce Graydona przesunęły się po jej ramionach. – Spójrz 

na mnie i powiedz, czy nie mam racji. 

Nie, nie mylił się. Naprawdę pragnęła, żeby ją pocałował. Pragnęła tego 

bardziej  niż  czegokolwiek  do  tej  pory.  W  tym  zapamiętaniu  zapomniała  o 
Vicky! 

Vicky!  Wstrząsnęła  się.  Vicky  to  jedyna  istota,  która  była  dla  niej 

najważniejsza na świecie. 

Nie  miała  najmniejszej  wątpliwości,  że  Graydon  chciał  zbliżyć  się  do 

Vicky.  Znała  go  na  tyle,  że  wiedziała,  iż  nie  ustąpi,  dopóki  nie  zdobędzie 
tego,  co  zamierzył.  Wykupił  przecież  Mom’s  Own  tylko  po  to,  żeby 
pozbawić ją pracy. To było nikczemne! Czyż teraz też nie próbuje schwytać 
jej  w  sidła,  aby  odwrócić  jej  uwagę  od  walki,  którą  z  taką  determinacją 
toczyła o niezależność swoją i Vicky? Jeżeli tak, już mu się to prawie udało. 
Dzięki Bogu, że opamiętała się w porę... 

– Nie – powiedziała z wysiłkiem. – Nie chcę, żebyś mnie pocałował. Nie 

wiem, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy. A teraz – wyjdź już! 

–  Przyślę  do  twojego  pokoju  Livvy  z  maścią  na  oparzenia.  Przy  okazji 

posprząta trochę. 

Przeszedł obok niej, a po chwili drzwi za nim zamknęły się z trzaskiem. 

Och, dobry Boże... 

Już  chyba  wystarczająco  cierpiała  skazana  na  towarzystwo  mężczyzny, 

który tak ją fizycznie pociągał... Póki go nienawidziła całym sercem,  mogła 
walczyć  z  tym  uczuciem.  Teraz  będzie  to  trudne.  Ujrzała  jego  drugie 
oblicze, poznała niepokój i zgryzotę... 

Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Maleńkie ziarenko zakiełkowało w 

jej  sercu,  ziarenko  troski  o  mężczyznę,  którego  powinna  nienawidzić.  To 

background image

było ziarenko, które nie może nigdy wzejść. 

 

background image

Rozdział 6 

 
Courtenay  poczuła  zapach  pieczonego  indyka,  kiedy  piętnaście  minut 

później  schodziła  po  schodach.  Z  salonu  dobiegł  ją  kobiecy  śmiech. 
Stawiając  nogę  na  ostatnim  stopniu,  zawahała  się.  Graydon  wspomniał 
wprawdzie  o  Bertie,  ubierającym  choinkę  z  Vicky,  ale  ten  głos  nie  należał 
przecież  do  mężczyzny.  Czy  Bertie  przyprowadził  kogoś  ze  sobą? 
Przyjaciółkę? Żonę? 

Spojrzała  niepewnie  na  swoją  wełnianą,  czerwoną  sukienkę.  Wiedziała, 

że wygląda ładnie, ale... sukienka  miała już trzy lata. Czy w dalszym ciągu 
prezentuje się dobrze? 

–  O,  jesteś  –  odezwał  się  Graydon,  który  też  zmierzał  do  salonu.  –  Jak 

twoje oparzenie? 

– Skóra jest jeszcze podrażniona, ale wygląda już dużo lepiej. 
– To dobrze. 
Kiedy szli obok siebie, Courtenay  miała wrażenie, że jest  małą  i kruchą 

figurką  z  miśnieńskiej  porcelany  w  cieniu  wysokiej  i  mocno  zbudowanej 
postaci.  Tylko  że  figurki  nic  nie  odczuwają,  podczas  gdy  ona  z  trudem 
mogła zapanować nad podnieceniem, wywołanym jego bliskością. 

–  Mamusiu!  –  Vicky  rzuciła  się  ku  niej  z  radosnym  okrzykiem.  – 

Wesołych Świąt! 

Courtenay chwyciła ją w objęcia. – Wesołych Świąt, kochanie. 
Vicky wycisnęła jej na policzku gorący pocałunek i podbiegła do pięknie 

udekorowanej choinki stojącej w rogu pokoju. 

Kiedy  Courtenay  wyprostowała  się,  Graydon  ujął  ją  za  łokieć  i 

podprowadził  w  kierunku  wysokiej,  smukłej  kobiety  o  kremowej  cerze  i 
falujących płomiennorudych włosach. 

Jeżeli to jest dziewczyna Bertie’ego, pomyślała Courtenay, ten człowiek 

nie powinien zostawiać jej sam na sam z Graydonem. Jej niepokojące kocie 
oczy  ze  źrenicami  jak  szpileczki  spoglądały  na  niego  tak  pożądliwie,  że 
Courtenay przeszedł dreszcz. 

– Courtenay, to jest lady Atherton – Roberta. 
Nieznajoma  przyjrzała  się  Courtenay,  krzywiąc  usta  w  ledwo 

dostrzegalnym, nieprzyjemnym uśmieszku. 

background image

–  Och,  mów  mi  Bertie,  proszę!  Nie  używam  już  „lady”  przy  nazwisku, 

od kiedy  umarł  mój  mąż. W  Kanadzie brzmi to tak pretensjonalnie! Jestem 
po prostu Bertie Atherton. 

Courtenay  nigdy  jeszcze  nie  miała  do  czynienia  z  utytułowaną  osobą. 

Ale  chociaż  ta  kobieta  nazwała  siebie  „po  prostu  Bertie  Atherton”, 
Courtenay  nie  spotkała  nikogo,  kto  wydawałby  się  równie  pretensjonalny  i 
nieprzystępny. Ubrana była zwyczajnie, ale w swojej plisowanej, wełnianej 
spódnicy,  kremowo-białym  swetrze  i  pięknych  włoskich  lakierkach 
wyglądała jak postać z żurnala lub jak z fotografii w „Architectural Digest”, 
który Courtenay przeglądała wczoraj wieczorem. 

–  A  to  mama  Wiktorii?  –  zapytała  Bertie.  Spojrzała  na  Vicky  i  zniżyła 

głos.  –  Wiem,  dlaczego  rodzina  nie  próbuje  robić  z  tego  tajemnicy.  Nigdy 
jeszcze nie widziałam dziecka bardziej podobnego do ojca. Alanna nareszcie 
ma wnuczkę, o której zawsze marzyła. Myślę, że powinniśmy to uczcić. Co 
powiesz na szampana, Graydon? 

– Świetny pomysł – odpowiedział Graydon i wyszedł z pokoju. 
Kiedy  Bertie  usiadła  w  jednym  z  foteli  przy  kominku,  krzyżując  z 

wdziękiem  i  elegancją  swoje  zgrabne  nogi,  Vicky  spojrzała  znad  pudła  z 
zabawkami i powiedziała: 

– Mamusiu, Bertie mieszkała w Londynie! Była na obiedzie u królowej i 

widziała dzieci księżnej Di! Och, była w tylu zachwycających miejscach! 

Bertie  skorzystała  z  tego,  że  Vicky  była  zajęta  wieszaniem  bombek  na 

niższych gałązkach drzewka, pochyliła się do Courtenay i zapytała cicho: 

– Ty i Patryk znaliście się... dawno temu? – spojrzała znacząco na Vicky. 
Ale  dziewczynka  oczywiście  musiała  usłyszeć.  Zanim  matka  zdążyła 

odpowiedzieć, zapiszczała: 

– Już ponad dziewięć lat temu! Moje dziesiąte urodziny są 5 stycznia! 
Courtenay stwierdziła, że najlepiej będzie zmienić temat. 
– Czy chciałabyś teraz otworzyć swój prezent, kochanie? 
–  Och,  nie!  –  Vicky  stanęła  na  palcach  i  zawiesiła  srebrną  bombkę  na 

jednej z wyższych gałązek. – Tu, w Seacliffe, zawsze o drugiej jedzą indyka, 
a prezenty rozpakowują potem. A jeśli będą owoce kandyzowane, i tak zjem 
je  z  apetytem.  –  Jasny  rumieniec  zabarwił  policzki  dziewczynki.  –  Czy  to 
nie dobry pomysł? 

Dobry pomysł? Courtenay przypomniała sobie, że kiedy w Millar’s Lake 

usiłowała  wytłumaczyć  Vicky,  że  nie  powinno  się  rozpoczynać  dnia  od 

background image

rozpakowywania  prezentów,  spotykała  się  zawsze  z  ostrym  sprzeciwem. 
Widocznie Graydon przekonał Vicky do tutejszej tradycji, tak różnej od ich 
własnej, domowej. 

Mruknęła niewyraźnie: 
–  Mmm...  to  inaczej...  –  Starała  się,  by  nikt  nie  usłyszał  w  jej  głosie 

zawodu. 

Vicky klasnęła w dłonie. 
–  Och,  byłabym  zapomniała!  Liwy  powiedziała,  że  Blackie  dostał  kość 

od świętego Mikołaja! Dam mu ją teraz! 

Zaśmiała się i wybiegła z pokoju. 
Courtenay  spoglądała  melancholijnie  na  ogień  w  kominku.  Jak  szybko 

Vicky  przystosowała  się  do  nowego  otoczenia...  Dla  niej  to  było  o  wiele 
trudniejsze. 

Bertie zwróciła się do Courtenay: 
– Graydon powiedział mi – wycedziła – że przyjechałyście tu z Wiktorią 

na ferie. Biedny Graydon! Jakież to musi być dla niego śmiertelnie nudne! O 
tej  porze  roku  jest  tyle  przyjęć!  Mam  nadzieję,  że  wasz  pobyt  nie 
przeszkodzi mu udzielać się towarzysko. 

Courtenay patrzyła przez chwilę na Bertie, zastanawiając się, czy dobrze 

usłyszała.  To  niemożliwe,  żeby  ta  kobieta  była  tak  arogancka!  Ale  wyraz 
twarzy Bertie utwierdził ją w przekonaniu, że się nie pomyliła. 

Ogarnęła  ją  furia.  Nie  dość,  że  znosi  wrogość  Graydona  i  jego  matki  – 

czy teraz musi doznawać jej od obcych? Czy niechęć Winterów do jej osoby 
podzielają wszyscy ich przyjaciele? 

Jakimś cudem udało jej się podnieść z fotela. 
A  kiedy  napotkała  złośliwe  spojrzenie  Bertie,  stanęła  na  drżących 

nogach. 

–  Przepraszam  –  powiedziała.  –  Muszę  iść  na  górę.  Wierz  mi,  że  nigdy 

nie przyszłoby mi do głowy utrudniać Graydonowi spotkań towarzyskich! 

Otworzyła  drzwi,  omal  nie  zderzając  się  z  Graydonem,  który  właśnie 

wchodził. 

–  Hej!  –  zawołał,  przytrzymując  mocno  tacę.  –  Uważaj!  Mało  nie 

wytrąciłaś mi... 

–  Przepraszam  –  mruknęła  Courtenay,  po  czym  minęła  go  i  weszła  na 

schody. Czuła jego spojrzenie na sobie, ale nie odwróciła się. Mogą udławić 
się swoim szampanem! Dobrana para! 

background image

Prawie nie zauważyła Alanny, tak była wzburzona. 
– Wesołych Świąt! – wykrztusiła. 
–  Dzień  dobry  –  odpowiedziała  sztywno  starsza  pani.  –  Cóż  to,  nie 

wypijesz z nami szampana? 

Courtenay  potrząsnęła  tylko  głową  w  obawie,  że  jej  głos  mógłby 

zdradzić, jak jest wzburzona. Alanna zawahała się. 

– Źle się czujesz? Jesteś taka blada. 
– Nic mi nie jest – odrzekła Courtenay, odwracając głowę. 
Zanim  Alanna  zdążyła  coś  powiedzieć,  wślizgnęła  się  do  pokoju  i 

zamknęła  drzwi.  Oparła  się  o  nie  i  zamknęła  oczy.  Siłą  zmusiła  się  do 
powstrzymania  łez.  Nie  będzie  płakać,  do  diabła!  Nie  pozwoli,  żeby  ci 
ludzie wtrącali się w jej życie! 

Dopiero  po  dłuższej  chwili  usłyszała,  że  Alanna  schodzi  na  dół.  Co  ją 

zatrzymało? O czym myślała? 

Podeszła  do  okna.  Znad  oceanu  nadchodziła  gęsta  mgła.  Poniżej  na 

dziedzińcu,  obok  mercedesa,  stał  kremowy  sportowy  jaguar.  Czy  to  był 
samochód  Bertie?  O  czym  teraz  rozmawiała  z  Graydonem  przy  kieliszku 
szampana? Czy Graydon zapewniał ją, że może  liczyć  na jego obecność  na 
wszystkich  przyjęciach?  Czy  powiedział  jej  także,  że  przywiózł  Courtenay 
tylko dlatego, że nie zgodziła się przysłać tu samej Vicky? Vicky! 

Gdzie ona jest? 
Prawdopodobnie  ciągle  z  Blackie.  Courtenay  poczuła,  że  ogarnia  ją 

rozpacz.  Nikt  nie  chciał  z  nią  spędzić  tego  ranka  –  nawet  jej  własna  córka 
wolała świętować z psem! 

Z daleka dobiegł ją odgłos buczenia rogu mgłowego i ten dźwięk jeszcze 

boleśniej  przypomniał  jej  własną  samotność.  Paraliżowała  jej  umysł, 
sprawiała, że czuła się apatyczna, niezdolna do czegokolwiek. 

Jakieś poruszenie na dziedzińcu zwróciło jej uwagę. Dostrzegła Bertie w 

długim  płaszczu,  idącą  przez  żwirowany  podjazd,  odprowadzaną  przez 
Graydona. Otworzył drzwi jaguara, a wtedy ona odwróciła głowę, spojrzała 
prowokująco i powiedziała coś do niego. 

Courtenay  nie widziała wyrazu  twarzy  Graydona,  kiedy jej odpowiadał, 

ale  zauważyła,  że  potrząsnął  głową.  Bertie  skrzywiła  się  z  wyraźnym 
niezadowoleniem,  a  kiedy  wykonał  ręką  gest  mówiący  „zrobisz,  jak 
zechcesz”,  zacisnęła  gniewnie  wargi.  Dłuższą  chwilę  stała  nachmurzona,  a 
potem  wspięła  się  na  palce  i  oplatając  szczupłymi  palcami  jego  szyję, 

background image

przyciągnęła jego głowę do siebie i pocałowała prosto w usta. 

Courtenay wiedziała, że powinna się odwrócić, ale nie była w stanie. Nie 

mogła też powstrzymać się, żeby nie pomyśleć – czy gęste włosy Graydona 
wydały  się  Bertie  tak  samo  jedwabiste  jak  jej?  Czy  Bertie  czuła  na  jego 
wargach słodycz szampana? 

Zadrżała.  Ból  przeszył  jej  serce.  Dlaczego  ta  scena  zrobiła  na  niej  takie 

wrażenie? Przecież nie obchodzi ją, z kim Graydon jest związany. 

Czy rzeczywiście? 
Kilka  sekund,  które  upłynęły  od  pocałunku,  były  jak  wieczność  dla 

zastygłej  bez  ruchu  Courtenay.  Nie  zdawała  sobie  nawet  sprawy,  że 
wstrzymywała  oddech,  dopóki  Bertie  nie  odsunęła  się  od  Graydona. 
Widziała, jak skrzywiła usta w uśmiechu pełnym satysfakcji i wsunęła się do 
samochodu. 

Graydon  zatrzasnął  drzwiczki  –  tak  mocno,  że  ten  odgłos  doszedł  do 

uszu  Courtenay  nawet  przez  podwójne  szyby  w  oknie  –  i  kiedy  samochód 
odjechał, zawrócił do domu. 

Zimny  wiatr  wiejący  znad  oceanu  wzburzył  mu  włosy,  a  kiedy 

przygładzał  je  ręką,  wyczuł,  że  ktoś  patrzy  na  niego.  Podniósł  głowę  i 
spojrzał  prosto  w  okno  Courtenay,  która  szybko  się  cofnęła.  Po  chwili 
jednak  zreflektowała  się.  Do  licha!  Cóż  w  tym  złego,  że  wyglądała  przez 
okno? Ukryła się za zasłoną, jakby się czegoś wstydziła. 

Zagłębiła się w fotelu i przymknęła oczy. Czuła, że policzki płoną jej na 

wspomnienie  sceny,  której  była  świadkiem.  Co  ich  łączy?  Czy  są 
kochankami?  Czy  była  świadkiem  sprzeczki  kochanków?  Czego  Bertie 
domagała się od Graydona? Było oczywiste, że jej odmówił i zaproponował 
coś, na co – niechętnie – przystała. 

Zerwała  się  gwałtownie  z  fotela.  Dlaczego  traci  czas,  roztrząsając 

sprawy dwojga ludzi, których nawet nie lubi? 

Ale  kiedy  chodziła  tam  i  z  powrotem  po  pokoju,  musiała  przyznać,  że 

bardzo  dobrze  zdaje  sobie  sprawę,  dlaczego  myśli  o  nich  zaprzątają  jej 
głowę  –  a  zwłaszcza  myśli  o  Graydonie.  Intrygował  ją,  chociaż  był  wobec 
niej  arogancki  i  bezwzględny.  Był  najbardziej  atrakcyjnym  mężczyzną, 
jakiego  spotkała,  i  powoli  przyzwyczajała  się  do  myśli,  że  nie  jest  jej 
obojętny. 

Od pewnego momentu pociągał ją nie tylko fizycznie. Kiedy pomagał jej 

przy poparzeniu, okazało się, że potrafi być miły i delikatny. 

background image

Teraz wolałaby nie znać tej strony jego osobowości. Byłoby jej znacznie 

łatwiej. 

 
Kiedy Courtenay zeszła na dół tuż przed pierwszą, Graydon siedział sam 

w  salonie  przy  kominku,  z  pustą  szklanką  po  whisky  w  ręce.  Był  ogolony, 
miał na sobie szare spodnie i niebieską koszulę, a kiedy postawił kieliszek i 
wstał, żeby powitać ją z ironicznym uśmiechem, poczuła znowu ogarniające 
ją podniecenie. Świadomość jego obecności towarzyszyła jej podczas całego 
posiłku.  Vicky  i  Alanna  zajęte  były  rozmową  o  psach.  Graydon  wtrącał  od 
czasu  do  czasu  pojedyncze  słowa.  Courtenay  ledwie  skubnęła  mięso 
delikatnego, wspaniale upieczonego indyka, spróbowała pierożek z miętą, a 
także  odrobinę  lodów.  Cały  czas  czuła  na  sobie  natrętne  spojrzenie 
ciemnoniebieskich  oczu.  Kiedy  podano  kawę  i  wymieniono  prezenty, 
zmusiła się z trudnością do uśmiechu i udawania, że się z nich cieszy. 

Alanna otworzyła paczkę, w której były moherowe szale. 
–  Och,  jakie  piękne!  –  zawołała  z  zachwytem.  –  Dziękuję  ci,  Graydon, 

kochany! 

– To jest prezent od Courtenay – sprostował Graydon. 
– Nie, pani Winter – dodała Courtenay. – To Graydon je kupił. Ja tylko 

wybrałam... 

– Przymierz jeden, babciu – o, ten! Vicky wyjęła brązowy szal i owinęła 

nim  ostrożnie  szczupłe  ramiona  Alanny.  Starsza  pani  dotknęła  go  i  przez 
moment Corutenay wydawało się, że zaraz ściągnie i włoży z powrotem do 
pudełka. Ale ona powiedziała tylko nienaturalnym głosem: 

– Jestem pewna, że bardzo mi się przydadzą. Dziękuję. – A zwracając się 

do Vicky, powiedziała: 

– Idź na górę i nałóż sukienkę, którą dostałaś od wujka. 
Vicky chwyciła piękną pomarańczową sukienkę. 
– Chodź ze mną, babciu! Ta sukienka ma zapięcie z tyłu. Nie będę mogła 

dosięgnąć guzików. 

– Dobrze, dziecko – uśmiechnęła się Alanna. 
– A zagrasz ze mną później w szachy? 
– Bardzo chętnie. W moim pokoju też jest kominek i stolik do gry. Twój 

dziadek zwykle tam grywał w szachy. 

Drzwi  zamknęły  się  za  nimi.  Courtenay  nie  zaprotestowała,  kiedy 

spostrzegła,  że  Alanna  podarowała  Vicky  szachy  z  kości  słoniowej.  Były 

background image

własnością  ojca  Patryka.  Uważała,  że  to  za  drogi  prezent,  ale  nie  odezwała 
się, żeby nie zmącić radości Vicky. 

Graydon  wstał  z  fotela  i  podszedł  do  barku.  Przechyliwszy  się  przez 

kontuar  wyjął  płaską  paczkę  owiniętą  w  srebrny  papier  z  czerwoną 
wstążeczką. 

– To dla ciebie – powiedział. 
– Co to jest? 
– Otwórz i zobacz. 
Courtenay potrząsnęła głową. 
–  Nie  chcę  niczego  od  ciebie.  –  Patrzyła  nie  widzącym  wzrokiem  na 

płomienie w kominku. 

– Jesteśmy zaproszeni  na  przyjęcie sylwestrowe do  Bertie w West Van. 

Będzie  wspaniale.  Chyba  nie  masz  nic  odpowiedniego  do  włożenia  na  tę 
okazję, prawda? 

Courtenay spojrzała z niedowierzaniem. Przyjęcie? U Bertie? Czemuż, u 

licha,  Bertie  zaprasza  ją  na  przyjęcie,  skoro  była  dla  niej  tak  niemiła  tego 
ranka?  Przypomniała  sobie  od  razu  scenę  na  dziedzińcu,  którą  widziała  z 
okna pokoju. Czyżby Bertie zapraszała Graydona, a on... odmówił przyjścia, 
jeśli nie będzie mógł zabrać Courtenay? Ale dlaczego jemu miałoby zależeć, 
żeby ona... 

Graydon  rozwinął  papier.  Jak  się  Courtenay  mogła  spodziewać,  w 

paczce znajdowała się czarna aksamitna sukienka. 

– Mówiłam ci już – rzekła z naciskiem. – Nie chcę jej! 
Zanim  Graydon  zdążył  coś  odpowiedzieć,  ktoś  głośno  zapukał  i  po 

chwili weszła Liwy z zatroskaną miną. 

–  Przepraszam,  panie  Winter.  Dzwoni  Nicolas  Tempie.  Przeprasza,  że 

niepokoi  pana  akurat  w  Boże  Narodzenie,  ale  dowiedział  się  właśnie,  że 
Ocean-West Two uległ wypadkowi w porcie. 

– Do diabła! – twarz Graydona pociemniała z gniewu. – Przeklęta mgła! 

Powiedz  panu  Tempie,  żeby  pojechał  do  biura,  a  ja  spotkam  się  tam  z  nim 
za... – spojrzał na zegarek – ... piętnaście minut. 

– Tak, proszę pana. 
Courtenay wstała. 
– Co to jest Ocean-West Two? 
– To jeden z moich holowników. 
–  Czy  musisz  teraz  jechać?  Twoja  matka...  Czy  nie  będzie  jej  przykro, 

background image

kiedy zostawisz ją w świąteczne popołudnie? Czy jakiś  mały  holownik jest 
taki ważny? 

–  Chyba  nie  myślisz,  że  ja  chcę  wyjechać.  Ten  „mały  holownik”,  o 

którym mówisz tak lekceważąco, wart jest cztery miliony dolarów. 

Courtenay  zaniemówiła.  Cztery  miliony  dolarów!  Nie  potrafiła  sobie 

nawet wyobrazić takiej sumy.  Kiedyś  miała na koncie  tysiąc dolarów... i to 
zanim Vicky zachorowała na zapalenie płuc i wydatki pochłonęły wszystko, 
a nawet... więcej! 

Wstała  z  fotela  i  podeszła  do  okna.  Mgła  zgęstniała  tak,  że  widać  było 

tylko najbliższe drzewa przed domem. Co za ponury dzień! 

– Nie wiem, jak długo tam będę. Dasz sobie sama radę? 
–  Och,  tak  –  odpowiedziała  z  wesołym  uśmiechem.  –  Nauczyłam  się 

samodzielności. Twój brat, gdyby żył, mógłby to potwierdzić! 

Graydon  wyszedł  z  pokoju,  a  po  chwili  słychać  było  silnik  mercedesa. 

Serce  Courtenay  biło  głucho.  Niepotrzebnie  odezwała  się  w  ten  sposób... 
zwłaszcza  że  był  zmartwiony  wiadomością  o  kolizji.  Czy  oni  nie  potrafią 
rozmawiać ze sobą normalnie? I dlaczego jest jej tak przykro? 

Zakryła  pokrywką  pudełko  z  czarną  sukienką  i  cisnęła  paczkę  jak 

najdalej od siebie. Nigdy jej nie nałoży! I nie pójdzie na przyjęcie do Bertie 
Atherton! 

Graydon wrócił bardzo późno. 
Vicky i Alanna poszły już spać, Liwy wyszła na spotkanie, a Courtenay 

po  odświeżającej  kąpieli  postanowiła  zejść  na  dół  i  zrobić  sobie  trochę 
gorącej czekolady. 

Właśnie  mieszała  z  mlekiem  czekoladowy  proszek,  kiedy  usłyszała 

otwieranie  drzwi  wejściowych.  Odruchowo  spojrzała  na  swój  znoszony 
szlafrok i postanowiła wrócić do sypialni W pośpiechu strąciła pokrywkę od 
puszki z czekoladą, która potoczyła się z hałasem po podłodze. Podniosła ją 
szybko  i  zarumieniona  wyprostowała  się,  kiedy  usłyszała  ciężkie  kroki 
Graydona. 

– O, jesteś tu jeszcze... 
–  Mmm  –  spojrzała  kątem  oka,  widząc,  że  nałożył  granatowy  sweter. 

Zauważyła, że otwiera  lodówkę  i wyjmuje indyka. Z kubkiem czekolady  w 
ręce  wymamrotała  „dobranoc”  i  już  miała  odejść,  kiedy  spostrzegła  z 
niepokojem, że jego twarz jest szara z wyczerpania. 

Zawahała, się, a następnie powiedziała: 

background image

–  Wyglądasz,  jakbyś  miał  ciężką  noc.  Ten  holownik...  czy  bardzo  jest 

uszkodzony? 

– Tak. 
– Co się stało? 
– Zderzył się we mgle z frachtowcem. 
Czekała,  aż  powie  coś  więcej,  ale  milczał.  Ukroił  sobie  kilka  plastrów 

indyka. 

– I... ? 
– I co? 
– Czy ten drugi statek też jest zniszczony? Czyja to była wina? Czy nikt 

nie jest ranny? 

Wyjął koszyk z chlebem. 
– Dlaczego, u diabła, tak mnie wypytujesz? 
–  A  co  w  tym  dziwnego?  Jesteś  przecież  właścicielem  tego  holownika. 

Ciekawa jestem szczegółów – jak doszło do wypadku. 

–  Chcesz  wiedzieć,  co  się  stało?  –  spytał  tonem  nieprzyjemnym  i 

wyzywającym, ale zarazem trochę sceptycznym. 

– Oczywiście! 
– Trudno w to uwierzyć. 
– Dlaczego? Któż nie chciałby się dowiedzieć? 
Zaśmiał się. 
– W każdym razie nie takie kobiety, jakie znam. 
Wyjął  z  koszyka  dojrzały  pomidor,  pokroił  go  w  plastry  i  włożył  w 

środek bułeczki, razem z indykiem, posypując wszystko pieprzem. 

–  Kobiet,  które  znam,  nie  zajmuje  moja  praca  oraz  to,  jak  robię 

pieniądze. One interesują się samymi pieniędzmi. 

–  W  takim  razie  masz  do  czynienia  ze  szczególnym  rodzajem  kobiet. 

Więc jak, opowiesz mi, co się stało? 

– Naprawdę chcesz wiedzieć? 
– Tak, naprawdę chcę wiedzieć. 
–  Dobrze.  W  takim  razie  bądź  gotowa  o  siódmej  rano,  zabiorę  cię  do 

suchego doku. Zobaczysz na własne oczy, co się wydarzyło. 

– Dobrze, będę gotowa. 
– Tylko weź coś ciepłego na siebie. 
– W porządku. A zatem, do jutra? 
– Dobranoc. – Graydon usadowił się w fotelu z puszką piwa w ręce. 

background image

Courtenay  opuściła  kuchnię,  niosąc  swoją  czekoladę.  Myśli  kłębiły  się 

jej  w  głowie.  Dlaczego  nalegała,  żeby  zobaczyć  ten  statek?  Czy  nie 
postanowiła  sobie  trzymać  się  z  daleka  od  Graydona  i  jego  życia?  Ten 
człowiek  był  jej  wrogiem...  czyż  nie  tak?  Ogarniała  ją  rozpacz,  kiedy 
uświadamiała sobie, że nie potrafi odpowiedzieć na te pytania. 

 

background image

Rozdział 7 

 
Zimny  wiatr  rozwiewał  włosy  Courtenay,  kiedy  szli  z  Graydonem  od 

parkingu  Ocean-West  Shipyards  do  wejścia  na  teren  portu.  Otulała  się 
kurtką,  chroniąc  się  przed  zimnem.  Nie  zwracała  uwagi  na  ostry  zapach 
wiórów i smaru niesionego przez podmuch wiatru znad oceanu. 

– Dzień dobry, panie Winter – powitał ich uśmiechem stróż. – Wcześnie 

pan przyjechał! 

Courtenay  szła  szybko,  dorównując  długim  krokom  Graydona.  Jego 

bliskość niezmiennie przyprawiała ją o bicie serca. 

– Pusto tu – zauważyła. 
– Dzisiaj jest tylko dyżurny personel, to przecież przerwa świąteczna. 
–  Mmm  –  mruknęła  Courtenay,  zerkając  na  Graydona,  którego  profil 

ciągle  przyciągał  jej  wzrok.  Wiedziała,  że  zachowuje  się  jak  zakochana 
nastolatka, mimo że do tej pory widywała atrakcyjnych mężczyzn. Dlaczego 
ten  człowiek  tak  ją  zafascynował?  Skąd  u  niej  to  pragnienie,  by  wodzić 
palcami  wzdłuż  linii  jego  brwi,  nosa,  podbródka...  doskonale  wykrojonych 
ust? 

Z  wysiłkiem  odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  potężne,  żółte  dźwigi  i 

wysokie, szare budynki po drugiej stronie. 

–  Chodźmy  tędy.  –  Graydon  ujął  jej  ramię  i  poprowadził  przejściem 

między  budynkami.  Stąd  Courtenay  mogła  zobaczyć  światła  Vancouver, 
migocące  w  różowoszarym  świetle  poranka.  Na  wprost,  w  odległości 
niecałych  dziesięciu  metrów,  zaczynał  się  suchy  dok.  Holownik  był 
potężnym  statkiem  z  napisem  Ocean-West  –  z  ogromnymi  białymi  literami 
„OW” – na czarnym kominie. 

Graydon  uchwycił  mocniej  ramię  Courtenay,  kiedy  zbliżyli  się  do 

krawędzi doku. 

– Oto on. Ocean-West Two. A raczej to, co z niego zostało. 
Courtenay potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 
–  Nie  przypuszczałam,  że  to  takie  poważne  uszkodzenie.  –  Patrzyła 

rozszerzonymi  ze  zdumienia  oczami  na  wielką  dziurę  w  przedniej  części 
statku  poniżej  linii  wodnej.  Przez  rozdartą  blachę  widać  było  wnętrze.  Po 
chwili milczenia Courtenay poprosiła: 

background image

– Naprawdę chciałabym wiedzieć, co się stało. Czy opowiesz mi... teraz? 
– Był przycumowany w Centennial Dock, kiedy frachtowiec zmierzający 

do  innego  basenu  portowego  zmylił  kierunek  we  mgle  i  zderzył  się  z  nim. 
Wstępne dochodzenie wykazało, że był to błąd pilota. 

– Jesteś ubezpieczony? 
–  Oczywiście.  Ale  spodziewam  się,  że  dużo  zachodu  zajmie  mi 

procesowanie się z towarzystwem ubezpieczeniowym. 

– A nikt nie został ranny? 
– Nie. Przynajmniej tu mieliśmy szczęście. 
Stali przez chwilę w  milczeniu, aż nagle wiatr dmuchnął prosto w twarz 

Courtenay, która odwróciła się od doku, krzywiąc twarz z zimna. 

–  Dziękuję  ci,  że  mnie  tu  przywiozłeś.  Nigdy  jeszcze  nie  widziałam 

czegoś podobnego. 

Zbliżyła  się  do  nabrzeża  portu  i  spojrzała  w  dół  na  czarną  jak  atrament 

wodę, po której prześlizgiwały się światła latarni. 

Odetchnęła głęboko i spojrzała z uśmiechem na Graydona. 
–  Uwielbiam  zapach  oceanu.  W  moich  żyłach  płynie  krew  szkockich 

rybaków, a przecież oni byli potomkami wikingów! 

Graydon wcisnął ręce do kieszeni. 
– Czy twoja matka żyje? 
Courtenay  wyczuła,  że  niełatwo  mu  było  zadać  to  pytanie  –  przekonał 

się,  że  trudno  jest  prowadzić  z  nią  rozmowę,  która  nie  zakończyłaby  się 
sprzeczką. 

–  Umarła,  kiedy  miałam  dwa  lata.  Wychowywał  mnie  ojciec.  –  W 

słowach  tych  zabrzmiała  gorycz,  mimo  że  bardzo  starała  się  zachować 
swobodny ton. – Ożenił się, kiedy miałam czternaście lat. 

– A jak ci się układało współżycie z macochą? 
Courtenay wzruszyła ramionami. 
– Im układało się dobrze. Czy to nie najważniejsze? Dopiero po dłuższej 

chwili zapytał: 

– A Wiktoria? – czy lubi ich? 
– Ona ich w ogóle nie zna. 
– Dlaczego, do diabła? – zawołał oskarżycielskim tonem. 
– Ponieważ oni – podobnie jak ty – nie uwierzyli, kiedy opowiedziałam 

im  okoliczności  mojego,  jak  się  okazało,  nieprawdziwego  ślubu.  –  Zanim 
Graydon zdążył coś powiedzieć, ciągnęła dalej: 

background image

–  Wróciłam  z  Whistler  do  Kelowna,  mojego  rodzinnego  miasta,  kiedy 

byłam  w  ósmym  miesiącu  ciąży.  Wiedziałam,  że  wkrótce  po  urodzeniu 
dziecka  moje  oszczędności  się  wyczerpią,  więc  przełamując  swoją  dumę 
pojechałam  do  ojca  i  poprosiłam  go  o  pożyczkę.  Kazał  mi  się  wynosić. 
Orzekł, że sama muszę wypić piwo, które sobie nawarzyłam. 

– Jak więc, u diabła, poradziłaś sobie? – wybuchnął Graydon. 
– Musiałam zwrócić się do opieki społecznej. 
Posmutniała,  przypominając  sobie  te  dni  pełne  rozpaczy.  Zaczęła 

nerwowo spacerować po nabrzeżu. 

– Dostałam zapomogę i rentę – kontynuowała. – Poprosiłam o pożyczkę, 

dzięki  czemu  mogłam  pójść  na  kurs  dla  sekretarek.  Kiedy  skończyłam, 
Vicky  miała  już  dwa  lata.  Chciałam  zacząć  wszystko  od  nowa,  więc 
przeniosłam się do Millar’s Lake... 

– I tam poznałaś Alfa. 
Graydon  stał  tyłem  do  światła  i  Courtenay  nie  mogła  dostrzec  wyrazu 

jego twarzy, doskonale za to słyszała pogardliwy ton głosu. 

–  Alf  zatrudnił  mnie  wtedy,  kiedy  było  bardzo  trudno  o  pracę.  Jesteś  w 

największym  błędzie  sądząc,  że  coś  nas  łączyło.  Mało  kto  wie,  że  on  i  Flo 
mieli  córeczkę,  która  w  wieku  czterech  lat  umarła  na  białaczkę.  Oboje 
dawali mi wiele razy do zrozumienia, że Vicky i ja pomogłyśmy im zapełnić 
puste miejsce w ich sercach. Możesz w dalszym ciągu mieć o mnie fałszywą 
opinię, jeśli chcesz, ale nie wolno ci myśleć źle o Alfie. Ten człowiek na to 
nie zasługuje. Nie wierzysz mi? 

– Trudno nie dać ci wiary, kiedy patrzysz na mnie tymi pięknymi oczami 

koloru  morskiej  wody.  To,  co  mówisz,  jest  bardzo  przekonywające.  Ale 
gdybym przyjął za dobrą monetę to, co mówisz o Alfie, wtedy... 

– Wtedy  musiałbyś  uznać za prawdę to, co opowiadałam ci o Patryku – 

stwierdziła  Courtenay  twardo.  –  A  wiem,  że  nie  ma  nadziei,  żebyś  zmienił 
zdanie. 

– Dlaczego miałbym wierzyć tobie, a nie mojemu rodzonemu bratu? 
Courtenay zatrzymała się i spostrzegła, że patrzy na nią wyzywająco. 
– Dlatego, że mam rację. A poza tym, jeżeli uwierzyłeś mi... 
Przerwała  gwałtownie,  przestraszona  tym,  czego  o  mały  włos  nie 

powiedziała:  jeżeli  uwierzyłeś  w  to,  co  ci  przed  chwilą  powiedziałam,  nie 
masz  już  żadnego  powodu,  żeby  mnie  traktować  wrogo.  Czy  właśnie  tego 
chciała? Żeby przestał ją nienawidzić? 

background image

– Jeżeli uwierzyłem ci... to co? – Graydon domagał się odpowiedzi. 
Courtenay  spojrzała  na  niego  bezradnie.  Jak  mogła  mu  zdradzić  swoje 

skryte marzenia? Graydon zmarszczył brwi. 

– Zmarzłaś. – Ujął jej łokieć. – Muszę pójść do biura po notatki. Zrobię 

gorącej kawy i rozgrzejesz się. 

Uważał  dyskusję  za  skończoną.  Dla  niej  nie  było  to  takie  oczywiste, 

pomyślała ze smutkiem. 

Biuro mieściło się w nowoczesnym, dwupiętrowym budynku. Courtenay 

była  zadowolona,  że  nie  spotkali  nikogo,  kiedy  szli  długim  korytarzem  do 
pokoju  położonego  na  samym  końcu.  Zanim  zabłysło  światło,  Courtenay 
dostrzegła  duże  okno,  przez  które  widać  było  cały  port,  a  dalej  miasto. 
Zaczynało już świtać I różowy poblask odbijał się od wysokich biurowców. 

Graydon zdjął marynarkę i podszedł do Courtenay. 
– Daj mi kurtkę. 
Kiedy  pomagał  jej  się  rozebrać,  musnął  palcami  wrażliwe  miejsce  na 

karku. Przez całe ciało Courtenay przebiegł elektryzujący dreszcz. 

Graydon  powiesił  kurtkę  i  skierował  się  ku  drzwiom  nowocześnie 

urządzonej kuchenki. 

– Czuj się jak u siebie w domu – powiedział. – Zaraz zrobię kawę. 
Courtenay  rozglądała  się  ciekawie  wokół.  Umeblowanie  pokoju, 

urządzonego  z  męską  prostotą,  składało  się  z  solidnego  dębowego  biurka, 
skórzanych  foteli  i  niskiego  stolika  do  kawy.  Wspaniały  olejny  obraz  z 
widokiem  morza  był  ozdobą  całej  ściany  i  Courtenay  dobrą  chwilę 
przyglądała mu się z podziwem. 

Na biurku stał komputer IBM z drukarką i leżał stos dokumentów. Obok 

stał koszyk z kwitnącą poinsecją. Między szkarłatnymi liśćmi była wsunięta 
mała kartka. Courtenay rzuciła okiem na podpis: „Dużo radości! Całuję cię, 
kochanie. Bertie”. 

W  pierwszej  chwili  ścisnęło  się  jej  serce,  ale  zaraz  skrzywiła  się 

lekceważąco.  W  końcu  to  są  ludzie  stworzeni  dla  siebie!  Oboje  bogaci, 
twardzi, samolubni... 

Usłyszała  jakiś  szmer  za  sobą.  Graydon  wchodził  do  pokoju  z  dwiema 

filiżankami parującej kawy. 

– Dlaczego wtykasz nos w nie swoje sprawy? 
–  Złapałeś  mnie  na  gorącym  uczynku!  –  odpowiedziała  ze  słabym 

uśmiechem. – Jak mnie ukarzesz? 

background image

Ujrzała  w  jego  spojrzeniu  błysk  rozbawienia  i  po  raz  pierwszy  te 

niezwykłe oczy wydały się jej bardziej zielone niż błękitne. 

–  Nie  martw  się,  na  pewno  coś  wymyślę.  –  Podszedł  do  okna,  a  potem 

postawił filiżankę z kawą na niskim stoliku i rozsiadł się wygodnie w fotelu. 

– Jak ci się podoba moje biuro? 
Courtenay spróbowała mocnego, aromatycznego płynu. 
–  Mmm,  robisz  dobrą  kawę.  Biuro?  Uważam,  że  jest  tu  naprawdę 

pięknie. To musi być prawdziwa przyjemność pracować tutaj. 

–  Byłem  pewny,  że  to  powiesz.  Powiedz  mi...  czy  chciałabyś  tu 

pracować? 

Nie dając jej czasu, mówił dalej: 
–  Moja  sekretarka  odeszła  na  emeryturę  i  szukam  kogoś  na  jej  miejsce. 

Miałabyś znacznie większą pensję niż w Millar’s Lake, a jeżeli zgodziłabyś 
się,  mogłabyś  przenieść  się  do  Vancouver  i  zamieszkać  w  Seacliffe, 
zachowując swoją przeklętą niezależność! 

Courtenay  zacisnęła  zęby.  Nie  mogła  sobie  pozwolić  na  minutę 

wytchnienia,  kiedy  on  był  w  pobliżu.  Nie  przestawał  myśleć,  jakimi 
sposobami zatrzymać ją – a zatem i Vicky – w swoim pobliżu. 

– To bardzo miło z twojej strony – odezwała się. 
– Ale dziękuję, nie, dziękuję. 
– Przemyśl to. Może niesłusznie odrzucasz tę ofertę bez... 
– Nie muszę się zastanawiać! – przerwała. – Już się zdecydowałam. 
Graydon  Winter  nie  był  człowiekiem,  który  łatwo  daje  za  wygraną. 

Wiedziała,  że  nie  ustąpi  bez  walki.  Chociaż  w  pokoju  panowała  cisza, 
mogłaby  przysiąc,  że  słyszy  uderzenie  stali  o  stal,  szpady  o  tarczę. 
Nieprzyjemny  grymas  twarzy  świadczył  o  tym,  że  rozgniewała  go  jej 
stanowcza odmowa. Wydawało się, że chwyci ją i potrząśnie, zmuszając do 
uległości. Widocznie  upokorzało  go, że ktoś ośmielił się  pokrzyżować jego 
plany.  Był  przyzwyczajony  do  tego,  że  bez  przeszkód  realizował  swoje 
zamiary. 

Wypił ostatni łyk kawy i wstał. 
– Już? – zapytał krótko. 
– Tak – odpowiedziała równie lakonicznie. 
Różowa  bluzka  z  angory  podciągnęła  się  trochę  do  góry,  kiedy 

Courtenay  siedziała  w  fotelu,  więc  wstając  obciągnęła  ją  i  wygładziła 
palcami  załamania.  Kiedy  się  wyprostowała,  zobaczyła  ku  swemu 

background image

przerażeniu  wzrok  Graydona  utkwiony  w  jej  piersiach,  których  pełne 
kształty  rysowały  się  pod  obcisłym  sweterkiem.  Serce  zabiło  jej  mocniej. 
Obróciła  się  na  pięcie  i  pospieszyła  do  kuchni.  Ale  kuchnia  okazała  się 
pułapką, z której nie było wyjścia. 

Napięcie, które wyczuwali oboje od rana, nagle się zwielokrotniło. 
Courtenay  odstawiła  filiżankę  drżącymi  rękami.  Kiedy  się  odwróciła, 

Graydon  był dużo bliżej,  niż się spodziewała. Zmysłowe  usta były bardziej 
kuszące  niż  kiedykolwiek  przedtem.  Nie  mogła  się  powstrzymać,  żeby  nie 
patrzeć  na  niego.  To  był  błąd.  W  oczach  Graydona  dostrzegła  ledwo 
skrywaną namiętność. 

Próbowała przejść obok niego. 
–  Przepraszam  –  powiedziała  zduszonym  głosem.  Graydon  objął  ją 

delikatnym,  ale  zdecydowanym  ruchem.  Courtenay  patrzyła  na  niego 
szeroko  otwartymi  oczami  –  to  nie  był  już  Graydon  Winter,  potentat 
okrętowy, to był Graydon Winter, który jej pragnął... 

– Czego chcesz? – wyszeptała. 
– Już zdecydowałem, w jakiej formie wyznaczę... – mruknął. 
– Jaka forma... co chcesz wyznaczyć? 
– Karę – za twoje szpiegowanie. 
– Nie wygłupiaj się! Courtenay próbowała się zaśmiać, ale zabrzmiało to 

nieszczerze.  –  Zobaczyłam  tylko  małą  kartkę.  Nie  miałam  zamiaru  grzebać 
w twoim portfelu ani... 

–  O,  gdybyś  grzebała  w  moim  portfelu  –  stwierdził  na  pół  poważnie  – 

kara  byłaby  dużo  bardziej  surowa.  Zaglądanie  do  poinsecji  jest  tylko... 
drobnym wykroczeniem. A karą za to wykroczenie jest... pocałunek. 

Chociaż Graydon mówił żartobliwym tonem, Courtenay miała absolutną 

pewność,  że  jego  obojętność  była  tylko  pozą.  Rysy  twarzy  miał  napięte, 
ciało naprężone. W pierwszej chwili czuła się zakłopotana tymi sprzecznymi 
sygnałami,  przekazywanymi  przez  jego  ciało,  ale  wkrótce  zrozumiała 
wszystko. To oczywiste! Nie mógł zrozumieć, dlaczego mimo pogardy, jaką 
żywił do niej, pożądał jej. Ona również z trudem akceptowała swoje skryte 
pragnienia. 

Dostosowując się do jego tonu, zapytała: 
–  Chyba  oskarżonej  wolno  powiedzieć  kilka  słów,  zanim  zostanie 

skazana? 

Gładził  delikatnie  jej  plecy.  –  Nie  odmówię  prośbie  –  powiedział 

background image

ochryple. 

Daremnie usiłując uspokoić nerwy Courtenay powiedziała: 
–  Wydaje  mi  się,  że...  bardzo  mi  się  podobasz,  a  jestem  pewna,  że  nie 

życzysz  sobie  tego.  Być  może  dla  mężczyzny  jest  rzeczą  zwykłą  ulegać 
pociągowi  fizycznemu,  bez  zaangażowania  uczuciowego...  ale  w  twoim 
przypadku  wszystko  jest  znacznie  bardziej  skomplikowane.  Ty  żywisz  do 
mnie szczególne  uczucie –  uczucie  nienawiści, które bywa równie silne jak 
miłość.  Poza  tym...  widzę,  że  twoje  zachowanie...  że  traktujesz  mnie  jak 
zwierzę... 

Nagle  poczuła  łzy  pod  powiekami.  Patrzyła  na  niego  niezdolna  do 

żadnego ruchu. Nieoczekiwanie dostrzegła w jego oczach udrękę. Odezwał 
się bardzo cicho: 

– Zrozumiałem. – Wrócił do pokoju po marynarkę. – Chodźmy. 
Courtenay nie mogła uczynić kroku. Zastanawiała się, kim naprawdę jest 

ten  człowiek.  Nienawidziła  go  całym  sercem,  ale  kiedy  ujrzała  taki  smutek 
w  tych  zawsze  pełnych  drwiny  i  pogardy  oczach,  poczuła,  że  nienawiść 
słabnie.  W  jej  miejsce  pojawiło  się  pragnienie,  żeby  wziąć  go  w  ramiona  i 
pocieszyć. 

Pocieszyć? Czy on rzeczywiście tego potrzebował? 
Graydonowi  niczego  przecież  nie  brakowało.  Czy  to  możliwe,  że  mógł 

być nieszczęśliwy? Miał przecież wszystko... 

Czy rzeczywiście? 
– Idziesz? 
Jego głos wyrwał ją z zamyślenia. 
– O, tak. – Unikając jego spojrzenia, wyszła z biura. W czasie powrotnej 

drogi do Seacliffe nie zamienili ze sobą ani słowa, a Courtenay zaczęła boleć 
głowa.  Na  szczęście  nie  było  nikogo  w  pobliżu,  kiedy  weszli  do  holu. 
Courtenay zdjęła buty i powiedziała uprzejmie: 

– Dziękuję, że zabrałeś mnie z sobą – po czym poszła na górę. 
Zamknęła się w pokoju i rzuciła kurtkę na łóżko. W lustrze ujrzała swoją 

zmienioną  twarz.  Oczy  z  rozszerzonymi  źrenicami,  drżące  usta,  spłonione 
policzki. Nie może pozwolić, aby Graydon znów wziął ją w ramiona. Gdyby 
do tego doszło, nie wiadomo, czy zdołałaby mu się oprzeć. 

Następnego ranka Courtenay zeszła na śniadanie w obszernej niebieskiej 

bluzie i luźnych spodniach. Graydona nie było przy stole. 

–  Wujek  pojechał  do  biura  –  oznajmiła  Vicky  tonem  dobrze 

background image

poinformowanej osoby. – Powiedział, że musi zabrać jakieś notatki. 

Alanna spojrzała z dezaprobatą na Courtenay. 
–  Przecież  był  tam  już  wcześniej,  prawda?  Liwy  powiedziała,  że 

pojechaliście  do  portu,  żeby  obejrzeć  uszkodzony  statek.  Czy  nie  mógł 
wtedy wziąć tych notatek? 

– Wiem, że miał taki zamiar. Ale widocznie... zapomniał. 
– Znam dobrze twego wujka, dziecko – Alanna zwróciła się do Vicky – 

wiem, że kiedy znajdzie się w biurze, nie zobaczymy go przez resztę dnia – 
chociaż inni ludzie dzisiaj świętują! 

Alanna  miała  rację.  Około  pierwszej  weszła  do  salonu  Liwy, 

oznajmiając,  że  właśnie  telefonował  pan  Winter  –  zostanie  w  biurze  do 
piątej, a następnie zje obiad z lady Atherton. 

Courtenay wyobraziła sobie Graydona trzymającego Bertie w ramionach 

i  poczuła  ostre  ukłucie  w  sercu.  To  zazdrość,  podszepnął  jej  wewnętrzny 
głos. 

Po  południu,  kiedy  Alanna  odpoczywała,  Courtenay  zabrała  Vicky  na 

spacer. Po kolacji Alanna i Vicky grały w szachy, a około dziewiątej poszły 
spać. 

Courtenay  siedziała  w  salonie  przy  kominku,  obrębiając  nową  sukienkę 

Vicky,  którą  musiała  nieco  skrócić.  Nagle  dobiegł  ją  odgłos  otwieranych 
drzwi, a w chwilę później kroków Graydona. 

Spojrzała na zegarek. Była prawie jedenasta. Na pewno pójdzie prosto na 

górę. 

Czekała  wstrzymując  oddech.  Po  chwili  usłyszała,  że  drzwi  do  salonu 

otwierają się. Serce zabiło jej gwałtownie, kiedy stanął przy niej. 

 

background image

Rozdział 8 

 
– Napijesz się czegoś? 
–  Nie,  dziękuję  –  odpowiedziała  krótko,  patrząc  na  Graydona.  Był 

ubrany  tak  samo  jak  rano.  A  zatem  obiad  z  Bertie  nie  był  chyba  zbyt 
uroczysty? A może zjedli obiad u niej w domu? 

Zerknęła  kątem  oka  na  jego  szczupłą  sylwetkę,  kiedy  przechodził  przez 

pokój.  Obserwowała  go  spod  rzęs,  jak  trzymał  w  ręce  piękny  kryształowy 
kieliszek i patrzył na płonące w kominku polana. 

Wydawał  się  nie  zwracać  na  nią  uwagi,  dopóki  nie  dokończyła 

ostatniego  ściegu  oraz  nie  schowała  igły  i  nici  do  koszyczka.  Gdy  złożyła 
sukienkę, wygładzając jedwabny, kremowy kołnierzyk, odezwał się: 

– Teraz pewnie popędzisz na górę? 
– Nie rozumiem. 
Wzruszył ramionami. 
– Zwykle uciekasz do siebie, kiedy tylko wchodzę do pokoju. 
Oczywiście  miał  rację.  Właśnie  przed  chwilą  postanowiła,  że  opuści 

salon, jak tylko skończy szycie. Ale teraz nie da mu tej satysfakcji. 

– Czyżby? Mam inne plany. 
Graydon  podniósł  się  z  fotela  i  zaczął  niespokojnie  spacerować  po 

pokoju. Podszedł do okna, rozsunął zasłonę i patrzył przez chwilę w ciemną 
noc.  Kiedy  na  koniec  odwrócił  się  do  niej,  wydawał  się  jeszcze  bardziej 
zdenerwowany. 

Courtenay zapytała, chcąc choć trochę rozładować atmosferę: • 
– Jak tam obiad? 
– Obiad u Bertie Atherton musi być wspaniały – odparł ironicznie. 
A  zatem  jego  utytułowana  przyjaciółka  była  również  utalentowana! 

Courtenay niedbałym tonem zapytała: 

– A więc Bertie świetnie gotuje? 
Graydon  zaśmiał  się,  a  Courtenay  uświadomiła  sobie,  że  słyszy  jego 

śmiech po raz pierwszy. 

–  Nie  –  powiedział.  –  Bertie  Atherton  w  ogóle  nie  umie  gotować. 

Wątpię, czy ta kobieta potrafi zagotować wodę! Ale ma mnóstwo pieniędzy 
i najbardziej ekskluzywnych dostawców w Vancouver! 

background image

Courtenay  ucieszyła  się  w  duchu,  że  ona  umie  robić  coś,  czego  nie 

potrafi Bertie. 

– Więc... co jedliście? 
–  Był  wędzony  łosoś  z  Nowej  Szkocji,  cielęcina  z  nadzieniem  ze 

szpinaku,  a  na  deser  szarlotka  Malakoff.  Bertie  otworzyła  również  butelkę 
Dom  Perignon,  ponieważ  dowiedziała  się  właśnie,  że  jej  brat  wrócił  znad 
Amazonki i chciała to uczcić. 

– O, to ona ma brata? A czym on się zajmuje? 
–  John?  Jest  antropologiem  –  odpowiedział  Graydon  z  drwiącym 

uśmieszkiem. Jest to dziedzina, której pragniesz się poświęcić. Moglibyście 
mieć ze sobą wiele wspólnego. 

–  Jeżeli  jest  podobny  do  swojej  siostry,  to  chyba  nie  –  te  słowa 

wymknęły się Courtenay odruchowo. 

–  Przepraszam,  nie  chciałam  być  niegrzeczna.  Nie  powinnam 

krytykować twoich przyjaciół, ale Bertie ma tak niewiele wspólnego z kimś 
takim jak ja, iż nie wyobrażam sobie, żeby jej brat.. 

– Z kimś takim jak ty? To znaczy z jakim? 
– Na pewno innym od ciebie! 
– A co nas tak różni? – nalegał. 
–  Choćby  to,  że  nie  wiem,  jak  smakuje  szarlotka  Malajakaśtam.  – 

Przerwała  i  skrzywiła  się.  –  Przepraszam,  pytałeś  serio.  Przede  wszystkim 
pochodzimy  z  innych  rodzin.  Mój  ojciec  wypędził  mnie  z  domu  i  nie 
okazywał żadnego zainteresowania  wnuczką. Ty jesteś dumny z tego, że w 
twoich  żyłach  płynie  krew  Winterów.  Zmusiłeś  mnie  do  przyjazdu  tu  z 
Vicky, dlatego że uważasz, iż mimo wszystko ona należy do rodziny. 

– Mów dalej. 
–  Wykorzystujesz  ludzi  do  realizacji  swoich  celów.  Ja  może  nie  znam 

nazw  wymyślnych  deserów,  może  nigdy  nie  spróbuję  Dom  Perignon  –  ale 
jestem  uczciwa  i  mam  czyste  sumienie.  Ty  traktujesz  ludzi  jak  pionki  na 
szachownicy. Nie wiem, jak możesz spać spokojnie! 

– Z trudem panowała nad narastającym wzburzeniem. 
– Jesteś taki jak twój brat. Zaspokoił zachciankę i wykorzystał mnie. Był 

zafascynowany moim ciałem, dopóki mu nie spowszedniało... 

– Nieprawda! Nie miał ciebie dość. On ciągle ciebie pragnął, nawet po... 
Przerwał  równie  gwałtownie,  jak  zaczął.  Odwrócił  się  i  podszedł  do 

kominka. Z rękami w kieszeniach wpatrywał się bezmyślnie w płomienie. 

background image

Dopiero  po  chwili  oszołomienia  Courtenay  zaczęła  rozumieć  sens  tych 

słów.  Dobry  Boże,  co  chciał  powiedzieć?  „On  ciągle  ciebie  pragnął,  nawet 
po... „ 

Nawet po czym? Po tym, jak ją porzucił? 
Krew  uderzyła  jej  do  głowy.  Graydon  ujawnił  więcej,  niż  miał  zamiar. 

Czy  on  i  Patryk  rozmawiali  o  niej?  Jeżeli  tak,  dlaczego  Graydon  nie 
wspomniał o tym wcześniej, kiedy przyjechał do Millar’s Lake? 

–  Nie  możemy  na  tym  poprzestać  –  odezwała  się  drżącym  głosem.  – 

Dokończ to, co zacząłeś. Nawet po... czym? 

Odwrócił się ku niej ze złością. 
– Jesteś taka natrętna! Ale właściwie może powinnaś wiedzieć. 
–  Co  powinnam  wiedzieć?  –  dopytywała  się  Courtenay,  obawiając  się 

zarazem tej odpowiedzi. 

–  Powinnaś  wiedzieć,  ile  złego  narobiłaś  przez  swoje  nikczemne 

postępowanie. Ciągle nie mogę uwierzyć, że Paddy był taki głupi i pozwolił 
się opętać. Obiecałem mu, że nigdy nie będę o tym opowiadał, ale on i Beth 
już  nie  żyją,  więc  komu  to  może  zaszkodzić?  Widzisz  –  tu  zrobił 
dramatyczną pauzę dla osiągnięcia większego efektu – widzisz, moja droga, 
to przeze mnie Patryk cię porzucił. 

Courtenay zamrugała  oczami. Co on  mówi?  Przecież  nie  miał pojęcia  o 

jej istnieniu? 

– Wiedziałem o tobie wszystko, od lat. 
– Ale jak... 
– Pewnego dnia zobaczyłem, jak Beth płacze. Przyznała, że podejrzewa 

Patryka o jakiś romans. 

–  Nie  zwracając  uwagi  na  spojrzenie  Courtenay,  mówił  dalej:  –  Bardzo 

się  tym  zmartwiłem  i  chociaż  nie  wierzyłem,  że  mój  brat  byłby  do  tego 
zdolny, po pewnym czasie zacząłem go obserwować. 

Wziął  do  ręki  przycisk  do  papieru,  sześcian  ze  szkła  z  uwięzioną 

wewnątrz mewą, i ważył go w rękach. 

–  Zauważyłem,  że  zmienił  się  w  stosunku  do  Beth  i  często  wyjeżdżał  z 

domu.  Po  pewnym  czasie  doszedłem  do  wniosku,  że  moja  bratowa  miała 
rację.  Poprosiłem  Patryka  o  szczerą  rozmowę  i  w  końcu  przyznał,  że  ma 
inną*  kobietę.  Byłem  oburzony.  W  końcu  załamał  się  i  zwierzył  mi  się.  W 
gruncie  rzeczy  niewiele  wiedział  o  tej  kobiecie.  Ale  opowiedział  mi,  w 
jakich okolicznościach ją poznał. Otóż pewnego wieczoru wypił dość dużo i 

background image

wtedy ta  mała, tania blondynka skłoniła  go podstępem, żeby  poszedł do jej 
pokoju.  Spędzili  razem  noc,  a  potem,  kiedy  chciał  się  jej  pozbyć,  okazało 
się, że przyssała się jak pijawka i nie mógł... 

– Och, co za kłamstwo! – krzyknęła Courtenay. 
– Wcale tak nie było! Poznaliśmy się w parku i... 
– Postawiłem mu warunek – ciągnął Graydon. 
–  Stwierdziłem,  że  musi  z  tym  skończyć.  Nieważne,  w  jaki  sposób. 

Ostrzegłem,  że  jeśli  tego  nie  zrobi,  powiem  Beth  prawdę  i  odsunę  go 
całkowicie  od  spraw  rodziny.  Zgodził  się.  Wtedy  zapewniłem  Beth,  że  się 
myliła i wszystko wróciło do poprzedniego stanu. 

–  Ale  jeżeli  wszystko  wróciło...  –  Couternay  zawahała  się,  kiedy 

przypomniała  sobie,  co  Graydon  powiedział  wcześniej:  „On  ciągle  ciebie 
pragnął, nawet potem... „ Jak to możliwe, skoro sytuacja się unormowała? 

Graydon  spoglądał  na  blond  włosy  spływające  z  ramion  Courtenay  i 

miękką krągłość piersi pod niebieską bluzką. 

–  Nie,  to  nie  była  prawda,  chociaż  początkowo  w  to  uwierzyłem  –  nie 

było  już  tak  jak  przedtem.  Myliłem  się  co  do  dwóch  spraw.  Paddy  nie 
zapomniał  o  tobie.  Widziałem  to  czasami  w  jego  oczach,  ten  głód... 
pragnienie... – Twarz mu pociemniała. – Betty również musiała to dostrzec. 
Byłem pewny, że  uwierzyła, kiedy zapewniłem,  iż  Paddy  nie  jest  uwikłany 
w  żaden  romans...  ale  ona  miała  swoje  zdanie.  Wyczuwała,  że  jest  inna 
kobieta... i ta świadomość była dla niej nie do zniesienia. 

Graydon  podszedł  do  okna.  Courtenay  nie  widziała  jego  twarzy,  kiedy 

mówił dalej: 

–  Zaczęła  pić.  Nikt  niczego  nie  podejrzewał,  ale  ja  znajdowałem  puste 

butelki  po  dżinie  w  kącie  garażu.  Biedna  Beth,  nikogo  nie  kochała  tak 
bardzo jak Patryka. Nie mogła znieść jego zdrady. Ale myślę, że jakoś by to 
wytrzymała, nie zaczęłaby pić... gdyby wiedziała, że jest w ciąży. 

– Jak to? 
–  Tak  –  potwierdził  Graydon.  –  Była  w  ciąży,  której  gorąco  pragnęła 

przez  całe  życie.  Dawno  już  straciła  nadzieję,  toteż  żadna  nieregularność, 
żadne zmiany  nie budziły w  niej podejrzeń. Nie wiedziała, że  nosi dziecko 
Patryka.  Pewnej  nocy  dostała  krwotoku.  Zanim  Patryk  zawiózł  ją  do 
szpitala, straciła dziecko. 

Zapadła  cisza.  Courtenay  spojrzała  na  Graydona  oczami  szeroko 

otwartymi z przerażenia. A oczy Graydona... Mogłaby przysiąc, że zalśniły 

background image

w  nich  łzy,  kiedy  odwrócił  się  gwałtownie  i  wyszedł  z  pokoju.  Po  chwili 
usłyszała  trzaśniecie  drzwi  na  dole,  a  wkrótce  potem  odgłos  silnika 
mercedesa. 

Courtenay  siedziała  zgarbiona  w  fotelu  przy  kominku  jeszcze  długo 

potem,  gdy  mercedes  odjechał  sprzed  domu.  Nigdy  w  życiu  nie  spotkała 
Beth, ale czuła, że serce jej pęka z bólu. Jakże ta kobieta musiała przeżywać 
niewierność  męża,  a  potem  cierpieć,  kiedy  straciła  dziecko...  Ona, 
Courtenay,  też  była  zdradzona  przez  Patryka,  ale  inaczej...  Poza  tym  miała 
Vicky... 

Wiedziała,  że  nie  z  własnej  winy  znalazła  się  w  tej  sytuacji,  więc 

dlaczego odczuwała wyrzuty sumienia? Czy dlatego, że tak ślepo zakochała 
się w Patryku? A może w swojej naiwności nie dopuszczała nawet myśli, że 
mógłby coś ukrywać? 

Pękała jej głowa. Oparła się o poręcz fotela i  musiała się zdrzemnąć, bo 

kiedy się ocknęła, ogień w kominku już zgasł i w pokoju zrobiło się zimno. 

Wydawało się jej, że w ciągu tego wieczoru postarzała się o dziesięć lat. 

Powoli poszła na górę do swojego pokoju. 

Właśnie wyszła z łazienki, kiedy usłyszała kroki Graydona na półpiętrze, 

a następnie skrzypnięcie deski w podłodze przed drzwiami jej pokoju. 

Serce  skoczyło  jej  do  gardła.  Przebiegła  boso  po  dywanie  do  łóżka, 

zgasiła  światło  i  wsunęła  się  pod  koc.  Kiedy  drzwi  się  otworzyły,  leżała  z 
zamkniętymi oczami, udając, że śpi. Zamrugała gwałtownie powiekami, gdy 
Graydon zapalił górne światło. 

–  Usiądź  –  poprosił  cichym,  ale  stanowczym  głosem.  –  Chcę  z  tobą 

porozmawiać.  I  tak  dopiero  przed  chwilą  zgasiłaś  światło.  Widziałem  je, 
kiedy wprowadzałem samochód do garażu. 

Courtenay oparła poduszki o wezgłowie i okręciła się prześcieradłem. 
Graydon  stał  przy  szafce  tak,  że  mogła  widzieć  jego  twarz  w  lustrze. 

Starała się oddychać spokojnie, żeby nie zdradzić swego podniecenia. Mimo 
bruzd wyrytych na twarzy wydawał się taki młody i delikatny. Pomyślała, że 
chyba  był  gdzieś  daleko.  Może  spacerował  długo,  żeby  uspokoić 
wzburzenie.  Przyniósł  ze  sobą  tchnienie  morza,  słony  zapach  wiatru  z 
dalekiej plaży. 

Courtenay chrząknęła nerwowo. 
–  Masz  rację,  nie  spałam  jeszcze.  Cieszę  się,  że  chcesz  ze  mną 

porozmawiać, bo i ja mam ci coś do powiedzenia. 

background image

Graydon  podniósł  głowę  i  ich spojrzenia spotkały się w  lustrze. W  jego 

oczach  nie  było  już  poprzedniej  wrogości,  ale  nie  zauważyła  też 
życzliwości. 

Courtenay zacisnęła palce na prześcieradle. 
– Nie mogę już dłużej tego znieść – odezwała się spokojnie. – Odnosisz 

się do mnie okropnie. Rano zabieram Vicky i wracamy do domu. 

Graydon zbliżył się do łóżka i popatrzył na nią poważnie. 
– Chciałem cię przeprosić. Bardzo mi przykro! 
Nigdy  by  się  tego  nie  spodziewała!  Ale  musi  mieć  jakiś  powód,  jeśli  ją 

przeprasza. 

– Za co chcesz mnie przeprosić? 
–  Nie  powinienem  opowiadać  ci  o  Beth.  Chociaż  może  ponosisz 

odpowiedzialność... 

Courtenay usiadła prosto i spojrzała na niego ze złością. 
– Posłuchaj! To straszne, że twoja bratowa straciła dziecko, którego tak 

bardzo pragnęła, ale nie możesz mnie za to winić. 

– Może nie bezpośrednio, ale... 
– Nawet nie pośrednio! – wybuchnęła. 
– Och, po co ta gra słów – powiedział znużony. 
–  Nigdy  co  do  tego  nie  będziemy  zgodni.  Ale  nie  chciałbym,  żebyś 

odjeżdżała.  Alanna  jest  w  znacznie  lepszym  nastroju,  od  kiedy  poznała 
Vicky. Muszę mieć jednak pewność, że to nie jest chwilowa poprawa – a na 
to jest jeszcze za wcześnie. Chciałbym, żebyś została na całe dwa tygodnie, 
jak  to  przedtem  ustaliliśmy.  Zapomnijmy  o  przeszłości  i  spróbujmy  żyć 
dalej. 

– Trochę będzie trudno, nie uważasz? 
– Nie tak bardzo. Ty i ja możemy się prawie nie widywać. Wjeżdżam do 

biura  o  siódmej  rano  i  rzadko  wracam  do  domu  przed  ósmą,  dziewiątą 
wieczorem.  Ty  i  Vicky  możecie  spędzać  poranki  z  Alanną,  a  po  południu, 
kiedy ona odpoczywa, będziecie mieć do dyspozycji kierowcę. 

Courtenay wiedziała, że Graydon  miał  rację – jego  matka wydawała się 

teraz  dużo  spokojniejsza  i  weselsza  niż  na  początku.  Jeśli  teraz  wyjadą, 
znów powróci depresja. 

– Dobrze – zgodziła się – zostanę... przynajmniej na dzień lub dwa, żeby 

zobaczyć,  jak  się  sprawy  dalej  potoczą,  ale  jeśli  nic  się  nie  zmieni, 
wyjedziemy. 

background image

Zsunęła  się  i  poprawiła  poduszki  pod  głową.  Naciągnąwszy  koc  pod 

brodę, zamknęła oczy. Uważała, że rozmowa jest zakończona. 

Zaległa cisza. Wreszcie Graydon wyszedł z pokoju. 
 
Przez kilka następnych dni przebywał poza domem od wczesnego ranka 

do późnego wieczora. Courtenay starała się kłaść Vicky o ósmej  i zamykać 
się  w  swoim  pokoju  przed  powrotem  Graydona.  Wiedziała,  że  tak  będzie 
najlepiej  dla  nich  obojga.  Powstawało  między  nimi  tak  niebezpieczne 
napięcie, że powinni unikać wszelkich kontaktów. 

Mimo  to  godzinami  oczekiwała  na  jego  powrót,  z  uwagą  nasłuchiwała 

odgłosu jego kroków w holu... 

Upłynęły dwa dni.  Trzeciego  ranka zapukała  natarczywie do drzwi jego 

sypialni  o  szóstej  rano.  Wiedziała,  że  już  się  obudził  –  kilka  minut  temu 
słyszała, jak bierze prysznic – i z duszą na ramieniu czekała, aż się odezwie. 

Kiedy otworzył drzwi, spostrzegła, że  miał na sobie tylko biały ręcznik, 

którym owinął się po kąpieli. Wilgotne włosy przylegały do czoła, a krople 
wody błyszczały na opalonych ramionach. 

–  To  ty!  Co,  do  diabła...  –  zaczął,  patrząc  na  jej  różowy  szlafrok,  który 

narzuciła w pośpiechu. 

–  Chodzi  o  Vicky  –  odezwała  się  Courtenay.  –  Źle  się  czuje.  Boli  ją 

gardło i głowa. Może przesadzam, ale od ostatniego zapalenia płuc wpadam 
prawie w histerię, kiedy... 

– Czy ma gorączkę? 
– Jest rozpalona i mówi, że bolą ją wszystkie kości. Nie chcę niczego ci 

narzucać, ale czy  mógłbyś zawieźć  nas  na ostry dyżur do szpitala?  A  może 
zadzwoniłabym po taksówkę... 

– Czy ma trudności z oddychaniem? 
– Nie... To znaczy... 
– Poczekaj tutaj chwilę. – Graydon przytrzymał drzwi swojej sypialni, a 

kiedy  się  zawahała,  przesunął  ją  niecierpliwie  do  środka.  –  Wiem,  że  się 
martwisz  i  rozumiem  twój  niepokój,  ale  nie  przesadzajmy.  Zadzwonię  do 
Franka Scotta, naszego domowego lekarza. Mieszka niedaleko stąd. 

–  Cześć,  Frank,  tu  mówi  Graydon  Winter.  Przepraszam,  że  dzwonię  do 

ciebie  tak  wcześnie.  Moja  dziewięcioletnia  bratanica  przyjechała  tutaj  na 
ferie  zimowe  –  przerwał,  słuchając  chwilę,  po  czym  odpowiedział:  –  To 
dziecko  Patryka,  później  ci  wszystko  wyjaśnię.  Ma  obłożone  gardło, 

background image

gorączkę,  boli  ją  głowa.  Czy  mógłbyś  zajrzeć  na  chwilę?  Dzięki,  do 
zobaczenia. 

Kiedy odłożył słuchawkę, Courtenay powiedziała: 
– Bardzo ci dziękuję. Nie wyobrażasz sobie, jaka jestem wdzięczna. 
– W porządku. Pozwól, że się ubiorę, zanim Frank tu przyjedzie. 
–  Nie  wiedziałam,  że  istnieją  jeszcze  domowi  lekarze,  do  których 

wystarczy tylko zatelefonować... 

Graydon spojrzał na nią z ironią. 
– Za pieniądze można mieć wszystko, prawda? 
Nawet w takiej chwili musiał jej dokuczać! Ale Courtenay nie myślała o 

tym, kiedy śpieszyła do pokoju Vicky. Nieistotne, co Graydon powiedział... 
przynajmniej  w  tej  chwili.  Teraz  najważniejsza  była  jej  córka.  Courtenay 
zaniepokoiła  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  zobaczyła,  że  dziewczynka  jest 
coraz bardziej rozpalona. Uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

– Zaraz tu przyjdzie doktor wujka Graydona – powiedziała. 
– To dobrze – wychrypiała Vicky. – Mam nadzieję, że mi pomoże. 
Doktor  Scott  był  młodym,  wesołym  mężczyzną  o  błyszczących  szarych 

oczach. Graydon wprowadził go do sypialni Vicky, przedstawił Courtenay i 
zszedł na dół. Lekarz zbadał Vicky dokładnie i orzekł: 

–  Obawiam  się,  że  będziesz  musiała  pozostać  przez  kilka  dni  w  łóżku, 

młoda damo. – Wręczył receptę Courtenay i dodał: – Wpadnę tu jutro, żeby 
ją zobaczyć. 

Na koniec zwrócił się znów do Vicky: 
– Nie martw się, będziesz miała lekarstwo o wiśniowym smaku! 
Kiedy  Courtenay  odprowadzała  doktora,  właśnie  nadszedł  Graydon. 

Doktor Scott zwrócił się do nich obojga: 

– To wyjątkowo złośliwy wirus – ostrzegł. – Z uwagi na zapalenie płuc, 

które przeszła kiedyś, trzeba na nią bardzo uważać. Prawdopodobnie będzie 
musiała  zostać  w  domu  do  końca  tygodnia.  Nie  można  dopuścić,  żeby 
wyszła za wcześnie na dwór z uwagi na możliwość nawrotu choroby. 

Po  wyjściu  doktora  Courtenay  zwróciła  się  do  Graydona,  czekając  na 

niego przy schodach: 

– Będę musiała poprosić cię o jeszcze jedną przysługę. 
– Chcesz, żebym wykupił lekarstwo? 
– Tak. Nie chciałabym cię wykorzystywać, ale... 
–  Do  diabła!  –  wybuchnął,  marszcząc  gniewnie  czoło.  –  Wiktoria  jest 

background image

moją bratanicą i mogę się tylko cieszyć, że mam okazję zrobić coś dla niej. 
Czy myślisz, że jestem jakimś potworem? 

Do  tej  pory  Courtenay  radziła  sobie  jakoś  z  wrogością  Graydona.  Jego 

niekłamana  troska  o  Vicky  rozbroiła  ją.  Ukryła  łzy  wzruszenia  spuszczając 
powieki i podała mu receptę. 

–  Dowiem  się,  która  apteka  jest  otwarta  –  wyjaśnił.  –  Wrócę  za  pół 

godziny. 

– Dzięki – szepnęła. Zamierzała odejść. 
Mocne ręce chwyciły ją za ramiona. Graydon odwrócił ją ku sobie. Ujął 

jej podbródek, zmuszając do podniesienia głowy. Zobaczył łzy w oczach. 

–  Może  i  jestem  potworem  –  mruknął  –  bo  krzyczę  na  ciebie,  kiedy 

martwisz się o Vicky! 

Courtenay wiedziała, że powinna wyrwać się z jego uścisku, ale nie była 

w  stanie  zrobić  żadnego  ruchu.  Mogła  tylko  spoglądać  bezradnie  w  jego 
piękne oczy. 

– Dobry Boże, znowu to samo – powiedział głosem, w którym  mieszały 

się rozpacz i pożądanie. 

– Co takiego? – zapytała Courtenay, z trudem utrzymując się na nogach. 
–  Znowu  patrzysz  na  mnie  tak,  jakbyś  chciała,  żebym  cię  pocałował!  – 

Puścił  jej  brodę,  ale  zanim  uświadomiła  sobie,  że  mogłaby  uciec,  ujął  jej 
twarz w obie dłonie. – Czy mam rację? – Stanął tak blisko, że ich ciała omal 
się zetknęły. – Chcesz, żebym cię pocałował? 

– Nie – szepnęła. 
Kłamiesz, powiedział jej wewnętrzny głos. 
–  Kłamiesz  –  odezwał  się  jak  echo  Graydon,  a  w  sekundę  później  jego 

usta dotknęły jej warg. 

Pachniał  mydłem  i kremem do  golenia. Wargi były ciepłe  i pełne, a  ich 

smak  cudownie  znajomy.  Ręce,  którymi  Graydon  obejmował  jej  głowę, 
przesunęły  się  teraz  po  jej  włosach.  Courtenay  zamknęła  oczy  i  oplotła  go 
ramionami. 

Spojrzała w górę i napotkała jego pełen pożądania wzrok. 
– Jesteś taka pociągająca – wymamrotał. – Diabelnie pociągająca. 
Courtenay poczuła ogień w żyłach. Graydon uważa, że nie można się jej 

oprzeć... I ona myśli tak samo o nim. 

Przyciągnął ją bliżej, tak że mogła wyraźnie czuć jego ciało, nawet przez 

miękką tkaninę szlafroka I piżamy. Zadrżała... 

background image

– Mamusiu! Chciałabym coś zimnego do picia. 
Courtenay  odwróciła  się  gwałtownie  od  Graydona  na  dźwięk  głosu 

Vicky.  Zobaczyła,  że  jej  córka  stoi  na  szczycie  schodów,  z  policzkami 
pałającymi gorączką. 

– Dobrze, kochanie – odpowiedziała, starając się uśmiechnąć. – Już idę. 
Natomiast  w  głosie  Graydona  brzmiało  rozczarowanie,  kiedy  mówił, 

idąc po schodach: 

– Zajrzę do ciebie, jak wrócę z apteki. 
Courtenay  zastanawiała  się  oszołomiona,  jak  długo  Vicky  stała  na 

schodach,  zanim  ją  zawołała.  Czy  widziała,  jak  się  całowali?  Co  mogłoby 
się  zdarzyć  między  nimi,  gdyby  Vicky  im  nie  przeszkodziła?  –  myślała. 
Dała dziewczynce zimny napój, a potem okryła ją troskliwie. 

Jeszcze  tak  niedawno  mówiła  Graydonowi,  że  wyjedzie  za  dzień  lub 

dwa, jeśli sprawy nie ułożą się pomyślnie. Nic się nie zmieniło, ale... 

Courtenay  zamknęła  oczy.  Tak  bardzo  chciała  wyjechać  i  uciec  przed 

Graydonem – ale nie mogła. Vicky była zbyt chora. 

Doktor  Scott  kazał  jej  pozostać  w  domu  co  najmniej  przez  tydzień. 

Courtenay pamiętała jej zapalenie płuc i wiedziała, że nie wolno jej narażać 
zdrowia córki. Nie może nawet marzyć o podróży, dopóki Vicky nie będzie 
zupełnie zdrowa. To znaczy, że będzie tkwić w Seacliffe przynajmniej przez 
najbliższe siedem dni. 

Wiedziała, że to będzie najdłuższy tydzień w jej życiu. 
 

background image

Rozdział 9 

 
Tego  popołudnia  Courtenay  była  w  sypialni  Vicky.  Siedziała  na  brzegu 

łóżka,  śpiewała  cichutko  i  patrzyła,  jak  powieki  dziewczynki  powoli  się 
zamykają. Nie usłyszała Graydona, który tego dnia wrócił wcześnie z biura. 

W  pewnej  chwili  poczuła,  że  ktoś  się  jej  przygląda.  Odwróciła  głowę  i 

zobaczyła  Graydona  stojącego  w  drzwiach.  Miał  na  sobie  granatowy 
garnitur  i  białą  koszulę  z  jedwabnym  krawatem.  Serce  Courtenay  zamarło. 
Zobaczyła  zaskoczona,  że  patrzy  na  nią  wzrokiem  pełnym  pożądania  i 
poczuła  skurcz  żołądka.  Nie  dała  jednak  po  sobie  poznać,  jak  bardzo 
oddziałuje  na  nią  jego  obecność.  Wstała,  wsuwając  w  spodnie  dół  zielonej 
bluzki. Kiedy  mijała  go w otwartych drzwiach, jego spojrzenie było znowu 
chłodne, bez śladu poprzedniej gorączki. 

– Jak się czuje Vicky? – zapytał. 
– Miała bardzo niespokojny dzień – odparła. – Mam nadzieję, że dobrze 

jej zrobi, jak się trochę prześpi. 

–  Ty  też  powinnaś  odpocząć.  Wyglądasz,  jakbyś  była  na  ostatnich 

nogach. 

– Myślę, że dobrze mi zrobi filiżanka kawy. 
– A gdzie jest Alanna? 
– Poszła się zdrzemnąć. A Livvy pojechała z Wheelerem po sprawunki. 
Graydon ujął Courtenay za łokieć. 
– Proponuję, żebyś zeszła do salonu. Zrobię ci kawy. 
W pierwszym odruchu Courtenay miała zamiar odmówić, ale propozycja 

była  zbyt  kusząca  –  niepokój  o  Vicky  wyczerpał  ją  zupełnie.  W  dodatku 
dziewczynka  była  nieposłuszna  i  przez  cały  ranek  robiła  dużo  zamieszania, 
toteż Courtenay odpowiedziała: 

– Dziękuję. Bardzo chętnie. 
– Będę za pięć minut – rzucił Graydon. 
Salon  był  pusty,  tylko  w  kominku  trzaskał  ogień.  Courtenay  zrzuciła 

pantofle  i  usiadła  w  fotelu,  podwijając  stopy  pod  siebie.  Zamknęła  oczy  i 
wróciła  myślą  do  chwili,  gdy  Graydon  patrzył  na  nią  wzrokiem  pełnym 
pożądania. Oparła głowę o fotel i zastanawiała się, dlaczego to wspomnienie 
wywołuje w niej uczucie przygnębienia. Po zdradzie Patryka wylała tyle łez, 

background image

iż  była  pewna,  że  nie  będzie  już  w  stanie  więcej  płakać  –  tymczasem  jego 
brat też doprowadzał ją do rozpaczy. 

Odgłos  otwieranych  drzwi  przerwał  jej  niewesołe  rozmyślania.  Ku 

swojemu zdziwieniu spostrzegła wchodzącą do pokoju Bertie Atherton. 

Na widok Courtenay gość zatrzymał się w progu. 
– O... – rzekła kwaśno Bertie – to ty? Spodziewałam się zastać... 
–  Graydon  jest  w  kuchni.  –  Wzrok  Courtenay  prześliznął  się  po 

wchodzącej  kobiecie,  jej  eleganckim  żakiecie  z  miękkiej  skóry,  ściśle 
dopasowanych  spodniach,  które  opinały  szczupłe  nogi.  –  Robi  dla  mnie 
kawę. 

W  pierwszej  chwili  na  twarzy  Bertie  widać  było  zaskoczenie.  Zaraz 

jednak  opanowała  się  i  bawiąc  się  jednym  ze  swych  złotych  kolczyków 
podeszła  bliżej  z  uśmiechem  –  jeżeli  takie  wymuszone  skrzywienie  warg 
można nazwać uśmiechem – pomyślała drwiąco Courtenay. 

–  Przyjechałam,  żeby  pożyczyć  parę  kaset  na  przyjęcie  sylwestrowe  – 

zaczęła. – Ale cieszę się, że mam okazję porozmawiać z tobą na osobności. 
Graydon mówił mi, że zaprosił cię na to spotkanie. 

– To prawda, ale... 
–  Jestem  pewna,  że  domyślasz  się,  iż  zrobił  to  tylko  przez  grzeczność. 

Czułby  się  niezręcznie,  gdyby  wyszedł  i  zostawił  tu  ciebie  samą.  –  Ale  nie 
ma racji – przecież to było planowane na długo przed twoim przybyciem do 
Seacliffe.  Poza  tym,  jestem  pewna,  że  i  tak  byś  nie  przyszła  –  rozumiesz 
przecież, że żyjemy w zupełnie odmiennych środowiskach. Nie pasowałabyś 
do nas. Nie mówiąc o tym, że nie znasz tam żywej duszy i raczej nudziłabyś 
się. 

A  więc  Graydon  nie  powiedział  Bertie,  że  Courtenay  odrzuciła 

zaproszenie na to przyjęcie! Dobrze, pomyślała chytrze, podrażni się trochę 
z tą kobietą. 

–  Naprawdę  tak  myślisz?  –  uniosła  brwi  patrząc  ze  zdumieniem  na 

Bertie.  –  To  dziwne.  Dlaczego  w  takim  razie,  do  diabła,  zawracasz  sobie 
głowę  zapraszaniem  gości  i  ponosisz  tyle  wydatków,  żeby  zorganizować 
przyjęcie, o którym z góry wiesz, że nie będzie udane? 

Twarz Bertie poczerwieniała ze złości. 
–  Nie  to  miałam  na  myśli.  Moi  przyjaciele  na  pewno  nie  będą  się  tam 

nudzili.  Bo  widzisz,  będzie  tam  cała  nasza  paczka  –  paczka  narciarzy.  To 
nasze  pierwsze  spotkanie  po  moim  powrocie  z  Anglii,  po  śmierci  Aleksa. 

background image

Czekamy  z  niecierpliwością,  żeby  powspominać  stare  dzieje  –  wzruszyła 
wyniośle ramionami. – Od lat jeździliśmy na narty do Whistler. 

Pierwszy  weekend  zorganizował  Patryk  i  ta  wyprawa  była  tak  udana, 

że... 

Reszta  opowieści  Bertie  nie  dotarła  już  do  Courtenay  –  całą  uwagę 

skupiła  na  słowach  „paczka  narciarzy”.  To  było  właśnie  wtedy,  kiedy 
spotkała  Patryka  po  raz  pierwszy.  A  może  na  przyjęciu  będzie  jego 
przyjaciel, ten, który udawał urzędnika stanu cywilnego? 

Jakieś  wspomnienie  błysnęło  w  jej  umyśle...  mglisty  wizerunek 

mężczyzny,  który  czytał  słowa  małżeńskiej  przysięgi.  Tak  zamazany,  że 
trudno  byłoby  jej  nawet  przypomnieć  sobie,  jak  wyglądał.  Tego  dnia  była 
taka szczęśliwa, że nie dostrzegała  nikogo poza Patrykiem.  Ale kiedy  ujrzy 
tego mężczyznę, na pewno go rozpozna... 

W  jednej  chwili  podjęła  decyzję.  Pójdzie  na  to  przyjęcie.  Może  będzie 

mogła  wskazać  tego  oszusta  Graydonowi  i  powiedzieć  –  To  jest  ten 
człowiek, który udzielił „ślubu” Patrykowi i mnie! 

Nagle uświadomiła sobie, że Bertie ciągle coś do niej mówi. 
– Więc – kończyła Bertie – musisz po prostu powiedzieć Graydonowi, że 

wolisz zostać w domu, niż iść na nieciekawe przyjęcie. 

–  Nie,  Bertie  –  odrzekła  Courtenay.  –  Nie  będę  się  nudziła.  –  I  dodała 

prowokującym tonem: – Przecież będę z Graydonem. Jak mogłabym się źle 
bawić w towarzystwie tak ekscytującego i atrakcyjnego mężczyzny? 

Zaległa cisza. Courtenay ujrzała niespodziewanie Graydona stojącego w 

drzwiach. 

Serce  zabiło  jej  gwałtownie.  Jak  długo  tam  tkwił?  Czy  słyszał,  co 

powiedziała? Oczywiście, że słyszał – drwiące spojrzenie błękitnozielonych 
oczu nie pozostawiało żadnej wątpliwości. Znowu narodziło się między nimi 
szczególne napięcie. Courtenay zapomniała o obecności Bertie. 

– Cześć, Bertie – odezwał się Graydon i napięcie zniknęło. 
Bertie  obróciła  się  na  pięcie.  W  jej  oczach  wyraźnie  malował  się 

niepokój, czy Graydon nie słyszał przypadkiem, co ona mówiła. Ale w jego 
spojrzeniu  nie  było  gniewu  i  Courtenay  usłyszała  wyraźne  westchnienie 
ulgi. 

Nie patrzyła na Graydona. Mruknęła tylko „dziękuję”, kiedy podawał jej 

filiżankę z kawą. 

–  Przyszłam,  kochanie,  żeby  pożyczyć  taśmy,  które  obiecałeś  mi  na 

background image

przyjęcie –  bursztynowe oczy  Bertie błyskały w stronę Graydona. – Wiem, 
że miałeś sam je przynieść, ale właśnie byłam w pobliżu i... 

– Przepraszam, Bertie, nie przesłuchałem  ich jeszcze, ale  nie  martw się, 

nie zapomnę ich zabrać. – Graydon zrzucił marynarkę i zagłębił się w fotelu. 
Właśnie zaparzyłem kawę. Napijesz się? 

Bertie potrząsnęła głową. 
–  Nie,  nie  mam  czasu.  John  będzie  tu  lada  dzień  i  chciałabym,  żeby 

zastał mnie w domu, jak przyjedzie. 

.  –  Odprowadzę  cię  do  samochodu.  Courtenay  spoglądała  ze  smutkiem, 

kiedy  szli  przez  pokój  ku  wyjściu.  Stanowili  wyjątkowo  dobraną  parę  – 
oboje atrakcyjni, eleganccy. W duchu przyznała, że Bertie miała rację – ona, 
Courtenay,  nigdy  nie  będzie  pasowała  do  ich  świata.  Wyobraziła  sobie 
jednak jakby to było być Jedną z paczki”, przyjaciółką Graydona. 

Zaraz  jednak  powściągnęła  wodze  fantazji.  Nie  miała  zamiaru  zostać 

jedną  z  przyjaciółek  Graydona.  Chciała  jedynie  wyjaśnić  wszystko  przed 
wyjazdem do Millar’s Lake. A jeżeli wypadki potoczyłyby się tak, jak sobie 
zaplanowała, wtedy ona i Vicky... 

Vicky!  Ścisnęła  filiżankę,  którą  trzymała  w  ręce,  a  poprzednia  myśl  o 

znalezieniu  człowieka,  który  udzielił  fałszywego  ślubu  rozpłynęła  się  jak 
mgła w oślepiającym blasku słońca. Jaka była głupia! Jak mogłaby zostawić 
chore dziecko i pójść jutro wieczorem na przyjęcie! Kąciki jej ust opadły w 
bolesnym  rozczarowaniu.  Oto  miała  jedyną  może  w  życiu  szansę 
udowodnienia, że mówiła prawdę – i nie mogła z niej skorzystać. 

Ale  w  końcu  nie  powinna  się  tak  przejmować.  Dlaczego  miałoby  jej 

zależeć,  żeby  Graydon  jej  uwierzył?  Przecież  pragnęła  jedynie  wrócić  do 
domu i zapomnieć... 

Czy rzeczywiście? 
Odpowiedź na to pytanie powracała do niej jak echo, ale Courtenay tego 

nie słyszała. Nie chciała usłyszeć. 

 
Nazajutrz  Vicky  poczuła  się  lepiej.  Większość  popołudnia  przespała  i 

około  piątej  miała  prawie  normalną  temperaturę.  Courtenay  właśnie 
kończyła  przebieranie  jej  w  czystą  piżamkę,  kiedy  rozległo  się  krótkie 
pukanie do drzwi i Graydon wszedł do pokoju. 

Przyniósł  ze  sobą  jakieś  pudło.  A  kiedy  wyjął  z  niego  przenośny 

telewizor  i  postawił  na  stoliku  obok  Vicky,  dziewczynka  spojrzała  nań  z 

background image

niedowierzaniem. 

– Och, dziękuję, wujku! – głos Vicky, jeszcze słaby i zachrypnięty, drżał 

z  podniecenia.  –  Mój  własny  telewizor!  Muszę  go  pokazać  mojej 
przyjaciółce Amy! 

–  Ale  my  nie  zabierzemy  go  do  Millar’s  Lake,  kochanie  –  sprostowała 

Courtenay, czując, że rumieńce występują jej na policzki. – Wujek pozwala 
ci korzystać z niego tutaj. 

– Nie, to jest dla Wiktorii – powiedział Graydon, włączając telewizor. – 

Spóźniony prezent gwiazdkowy. 

–  Spójrz,  mamusiu  –  Vicky  oparła  się  na  łokciach  i  patrzyła  z 

rozjaśnioną twarzą, jak na ekranie pojawia się obraz. – Jest mój! Hurra! 

– Przykro mi, Vicky, ale nie mogę się zgodzić... 
–  Dlaczego  nie?  –  zapytała  Vicky  i  łzy  momentalnie  pojawiły  się  w  jej 

błękitnych oczach. – Czy dlatego, że tak krótko znamy wujka Graydona? 

Courtenay zawahała się. 
– Tak, przyznaję, że to przede wszystkim... 
–  Ale  przecież  całowaliście  się!  –  Vicky  spojrzała  na  matkę  z 

oburzeniem,  ocierając  łzy.  –  Widziałam  wczoraj  rano!  Wiem,  zawsze 
mówiłaś  mi,  żeby  nie  przyjmować  prezentów  od  nieznajomych,  ale  wujek 
nie jest przecież obcy, skoro pozwalałaś mu się całować! 

Courtenay czuła na sobie wyzywający wzrok Graydona. Nabrała głęboko 

powietrza i zwróciła się do niego: 

– Czy możemy wyjść na chwilę? 
– Oczywiście. – Graydon zwrócił się do Vicky: 
–  Liwy  przyniesie  ci  program  telewizyjny.  Twoja  mama  i  ja  idziemy 

dzisiaj  wieczorem  na  przyjęcie  –  może  wybierzesz  sobie  jakąś  ciekawą 
audycję. 

Courtenay  ze  złością  opuściła  pokój.  Nie  chciała,  żeby  Vicky  była 

świadkiem rozmowy z Graydonem. 

Zeszła  na  dół  do  salonu  i  przyjęła  wojowniczą  postawę.  Graydon 

zamknął drzwi za sobą. 

–  Chciałam  omówić  z  tobą  dwie  sprawy  –  zaczęła.  –  Po  pierwsze,  nie 

pozwolę Vicky przyjmować tak kosztownych prezentów, a po drugie... 

–  Załatwmy  najpierw  sprawę  telewizora.  Jak  wiesz,  mogę  sobie 

pozwolić... 

– Nie o to chodzi – przerwała Courtenay. – Vicky jest dzieckiem, które 

background image

chętnie poprzestaje  na tym, co  ma... przynajmniej tak było  do tej  pory. Nie 
chciałabym,  żeby  to  się  zmieniło,  kiedy  wrócimy  do  Millar’s  Lake.  Nie 
chcę,  żeby  zaczęła  pragnąć  rzeczy,  na  które  nie  możemy  sobie  pozwolić. 
Mogę być samotną matką, ale nigdy nie przyjmę jałmużny! 

–  Jałmużny?  Do  licha,  Courtenay,  przecież  mówimy  o  mojej  bratanicy! 

Czy pomyślałaś kiedykolwiek o majątku Patryka? 

– Majątku Patryka? Czy masz na myśli... komu zostawił pieniądze? 
– Dokładnie to. 
– Nie, nie pomyślałam. Ale co to może mieć wspólnego ze mną? 
–  Nie  z  tobą.  Z  Wiktorią.  Jako  jego  córka,  jego  jedyne  dziecko 

dziedziczy wszystko, co pozostawił. 

– Nie życzę sobie... 
–  Patryk  nie  sporządził  żadnego  testamentu,  więc  problem,  co  ty  o  tym 

sądzisz, w ogóle nie istnieje. W czasie ostatniej recesji nie stracił ani centa, 
więc Wiktoria będzie spadkobierczynią znacznej sumy. No I co ty na to? 

Nie, Courtenay nigdy nie myślała o majątku Patryka. Była zbyt dumna z 

tak ciężko zdobytej niezależności. 

Vicky  miałaby  odziedziczyć  pieniądze  po  człowieku,  którym  ona  sama 

tak pogardzała? 

– Mylisz się, kiedy twierdzisz, że Patryk nic mi nie zostawił. Zostawił mi 

coś, a raczej – kogoś. Vicky. Spadek po Winterach. Mój spadek, Graydon. I 
tylko  ja  będę  decydować  o  przyszłości  Vicky.  Jeśli  chodzi  o  ten  telewizor, 
ona  może  go  używać, dopóki tu  będziemy i jestem ci  naprawdę wdzięczna, 
że pomyślałeś o tym.  Ale kiedy wyjedziemy z  Seacliffe,  nie weźmiemy  go 
ze sobą. 

I jeszcze jedna kwestia – ciągnęła chłodno, nie zwracając uwagi na jego 

protesty. – Nie pójdę na przyjęcie. 

–  Dlaczego  zmieniłaś  zamiar?  Czy  nie  mówiłaś  Bertie,  że  spodziewasz 

się  dobrej  zabawy  w  towarzystwie  „atrakcyjnego  i  ekscytującego 
mężczyzny”? 

– Dobrze  wiesz, iż powiedziałam to tylko  po to, żeby  rozzłościć  Bertie. 

Zresztą  i  tak  nie  mogłabym  pójść,  nawet  gdybym  miała  ochotę.  Byłabym 
niespokojna, zostawiając Vicky. Ona nie czuję się jeszcze najlepiej. 

– Pomyślałem o tym. Siostra Liwy jest pielęgniarką. Obiecała przyjść tu 

na noc. Obie z Liwy chętnie zaopiekują się dzieckiem. 

– Ale... 

background image

– Nawet matka nie jest niezastąpiona, Courtenay. Wiktoria zniesie to, nie 

martw się. 

Courtenay zawahała się. Chciała dalej przekonywać go, że nie będzie mu 

towarzyszyć,  ale  przypomniała  sobie  przyjaciela  Patryka,  który  udzielił  im 
„ślubu”. A jeśli on będzie na przyjęciu? To była niewielka, ale może jedyna 
szansa, żeby przekonać Graydona. Zanim  zdążyła coś powiedzieć, Graydon 
dodał: 

– I nie próbuj wymawiać się, że nie masz się w co ubrać. Jest przecież ta 

czarna  sukienka.  Och,  wiem,  co  czujesz  na  samą  myśl  o  nałożeniu  czegoś, 
co  ja  kupiłem,  więc  poproszę  cię  o  to.  Zrób  mi  tę  przyjemność,  specjalnie 
dla mnie. 

To zdarzyło się pierwszy raz: Graydon o coś prosi! Trudno zresztą i tak 

byłoby nie uczynić zadość tej prośbie bo, prawdę mówiąc, ona rzeczywiście 
nie ma innego, odpowiedniego stroju na tę okazję. 

–  Dobrze  –  zgodziła  się.  –  Pójdę  na  przyjęcie.  Włożę  czarną  sukienkę. 

Ale stawiam warunek: zwrócę ci pieniądze, choćby to  miało trwać dziesięć 
lat i choćbym nigdy więcej jej nie nałożyła! 

Już  otwierał  usta  w  odpowiedzi,  ale  powstrzymał  się,  widząc  nieugięty 

wyraz  jej  twarzy.  Wzruszył  ramionami,  a  ona  wiedziała,  że  sprawa  jest 
załatwiona. Ale pozostało jeszcze jedno pytanie... 

– Dlaczego tak ci zależy, żebym poszła z tobą? 
– Mam swoje powody. 
– Jakie? 
Milczenie było jedyną odpowiedzią. 
–  W  porządku  –  odezwała  się.  –  Ale  ja  też  mam  swój  powód.  I  mam 

nadzieję, że zanim ta  noc dobiegnie końca, będę ci  mogła powiedzieć, o co 
chodzi. 

W oczach Graydona błysnęło zaciekawienie, kiedy patrzył na Courtenay, 

wychodzącą z pokoju. 

 
Courtenay  westchnęła  zirytowana.  Pochylając  się  w  kierunku  lustra, 

szarpała  niecierpliwie  stanik,  ale  bezskutecznie  próbowała  ukryć  białe 
ramiączka,  które  ciągle  wysuwały  się  spod  głęboko  wyciętej  sukni.  Gdyby 
stanik był czarny, ramiączka nie byłyby tak widoczne, ale niestety, nie miała 
takiego. Nie było innego wyjścia, tylko zdjąć go. 

Rozpięła  zamek  błyskawiczny,  zsunęła  sukienkę  i  przewiesiła  przez 

background image

stojące obok krzesło. Uwolniła się od stanika i rzuciła go na toaletkę. Zajęta 
przebieraniem  nie  usłyszała zupełnie odgłosu otwieranych drzwi. Dotarł do 
niej dopiero niecierpliwy głos Graydona: 

– Do licha, Courtenay, co tak długo... ? 
Urwał gwałtownie. Courtenay zobaczyła w lustrze dwie postacie. 
Swoją  z  włosami  opadającymi  gładkimi  pasmami  na  ramiona,  wargami 

pomalowanymi  różową  pomadką  i  okrągłymi  ze  zdziwienia  i  przerażenia 
oczami. Doskonale zdawała sobie sprawę, że trudno o bardziej prowokujący 
widok  niż  jej  obnażone  piersi,  smukłe  nogi  w  czarnych  rajstopach  i 
pantoflach na wysokich obcasach. 

Graydon też był tego samego zdania. Zamknął drzwi za sobą i oparł się o 

nie. Patrzył jak ogłuszony nie wierząc własnym oczom. 

Wygląda porywająco – myślała oszołomiona Courtenay, przyglądając się 

z kolei drugiej postaci w lustrze. Ubrany w czarny smoking, białą koszulę ze 
srebrnymi spinkami do mankietów i czerwoną muszką... 

W  ciągu  ułamka  sekundy  uświadomiła  sobie,  co  się  stało.  Krew 

odpłynęła  jej  z  twarzy,  gwałtownym  ruchem  skrzyżowała  ręce  na 
obnażonych piersiach. 

–  Przepraszam...  przepraszam,  że  musiałeś  czekać...  –  szepnęła,  nie 

poznając własnego głosu. 

–  Nie  musisz  przepraszać  –  każde  jego  słowo  brzmiało  jak  zmysłowa 

pieszczota. Zbliżał się wolno, nie spuszczając z niej wzroku. – Nie  mogłem 
przyjść  bardziej  w  porę  –  ty  rzeczywiście  potrzebujesz  pomocy,  żeby  się 
przygotować. 

Podszedł  tak  blisko,  że  Courtenay  czuła  zapach  jego  wody  kolońskiej. 

Nogi miała jak z waty. 

–  Podaj  mi  sukienkę  –  wyciągnęła  jedną  drżącą  rękę,  drugą  usiłując 

zasłonić piersi. – Nie potrzebuję żadnej pomocy. 

– Powiedz czarodziejskie słowo – poprosił miękko. 
–  Proszę...  –  Odsunęła  się,  kiedy  ręką  pogładził  jej  włosy  i  palcami 

musnął policzek. – Po co przyszedłeś? 

–  Nie  wiedziałem,  że  jeszcze  się  ubierasz.  Byłaś  gotowa  dziesięć  minut 

temu, kiedy Liwy zeszła na dół. Powiedziała mi... 

–  Wtedy  byłam  gotowa...  a  raczej  wydawało  mi  się,  że  jestem  gotowa, 

ale zobaczyłam, że  ramiączka  od stanika  wystają spod sukienki  i  musiałam 
go  zdjąć.  Nie  miałam  czarnego...  Muszę  iść  bez  niego...  a  może  w  ogóle 

background image

powinnam zostać w domu... 

Dlaczego mówiła szeptem? 
– Idź już teraz – poprosiła. – Za minutę będę na dole. 
–  Nigdzie  nie  pójdę  –  odparł  Graydon.  –  Przynajmniej  dopóki  nie 

ubierzesz  się.  Obiecałem  Bertie,  że  przyjdę  wcześniej  z  kasetami,  a  i  tak 
jesteśmy  spóźnieni.  Będę  tu  stać,  żeby  się  upewnić,  że  nie  tracisz  czasu... 
Myślę,  że  najlepiej  będzie  –  rzekł,  ignorując  jej  protesty  –  jeśli  sam  cię 
ubiorę. 

Courtenay  zrozumiała,  co  miał  na  myśli.  Wiedziała  również,  że  nie 

będzie w stanie mu się oprzeć. 

– Dobrze – zgodziła się. 
–  Będziesz  musiała  ze  mną  współpracować  –  uśmiechnął  się  z  lekką 

ironią. – Wyciągnij ręce. 

Courtenay  spojrzała  na  niego.  Czuła,  że  nie  może  już  dłużej  trwać  w 

złości  i  niechęci,  że  ulega  urokowi  pięknych  błękitnozielonych  oczu... 
Zaciskając  mocno  powieki,  starała  się  myśleć  o  czymś  innym... 
czymkolwiek...  Ale  nawet  z  zamkniętymi  oczami  wiedziała,  że  Graydon 
pieści  wzrokiem  jej  nagie  ciało.  Kiedy  wciągnęła  wreszcie  sukienkę, 
otworzyła oczy i odrzuciła włosy z twarzy. 

–  Sama  zapnę  suwak!  –  odepchnęła  ręce  Graydona,  kiedy  położył  je 

zdecydowanym ruchem na jej ramionach. 

– Nie, ja to zrobię. 
Jak zahipnotyzowana patrzyła na odbicie w lustrze. 
–  Graydon  pochylił  głowę  i  marszcząc  czoło  usiłował  ostrożnie 

podciągnąć  suwak  do  góry.  Jego  palce  przesunęły  się  delikatnie  po  jej 
plecach. Wstrzymując oddech czekała, kiedy odsunie się od niej. 

Ale  nie  zrobił  tego.  Obrócił  ją  przodem  do  siebie  i  przyciągnął  mocno. 

Przesunął  ręką  po  jej  włosach,  ale  gdy  zbliżył  wargi  do  jej  ust,  odwróciła 
głowę. 

–  Wiesz  przecież,  że  jest  późno.  A  ja  chciałabym  jeszcze  zajrzeć  do 

Vicky. 

–  Vicky  czuje  się  zupełnie  dobrze  –  ledwo  słyszała  jego  słowa,  kiedy 

zanurzył  twarz  w  jej  pachnących  włosach.  –  Ogląda  telewizję.  Zajrzysz  do 
niej za chwilę, ale najpierw... 

– Niczego  nie będzie  najpierw! – Courtenay  próbowała się  uwolnić, ale 

trzymał  ją  mocno  w  uścisku.  Dotknął  wargami  wrażliwego  miejsca  za 

background image

uchem. 

–  Twoje  perfumy...  Spodziewałem  się,  że  użyjesz  czegoś  bardziej... 

duszącego. Nie poznaję tego zapachu... 

– To są nowe perfumy – powiedziała Courtenay. 
– Nazywają się „Odczep się”. Pewnie nigdy jeszcze nie miałeś z nimi do 

czynienia. 

Zachichotał  cicho.  Zirytowana,  zrobiła  następną  próbę  uwolnienia  się  z 

jego ramion, ale jego ręce przesunęły się już wzdłuż szyi, palce zawładnęły 
miejscem  za  uszami.  Czuła  znajomy  dreszcz  wywołany  dotknięciem  tych 
rąk... 

–  Jesteś  bardzo  blada  –  szepnął  niepokojąco  miękkim  głosem.  –  Nie 

możemy  iść  na  przyjęcie,  jeśli  będziesz  wyglądała  jak  zjawa.  Potrzebny  ci 
pocałunek... 

– Nie dręcz mnie! Wolę już wyglądać jak duch! 
–  Nie  chcę  zrobić  ci  krzywdy,  mam  tylko  zamiar...  Wargi  Graydona 

zbliżyły się do ust Courtenay. 

Ledwie  mogła  się  utrzymać  na  nogach.  Objęła  go.  Wtedy  Graydon 

przycisnął ją bliżej tak, że jej ramiona znalazły się w pułapce. Trzymał ją tak 
mocno, że ledwie mogła oddychać. 

– Proszę, nie... – patrzyła błagalnie. 
Spojrzenia  ich  zwarły  się  z  taką  mocą,  że  Courtenay  zakręciło  się  w 

głowie. Och, te oczy – wydawały się wciągać ją  w  głąb jego duszy. Po raz 
pierwszy  zauważyła  żółtą  plamkę  na  tęczówce,  błyszczącą  jak  ziarenko 
złotego piasku na tle błękitnawej zieleni. 

I  wtedy  nagle  jego  usta  zawładnęły  jej  wargami.  Dobry  Boże,  nigdy 

jeszcze  nie  odczuwała  czegoś  podobnego!  Fala  pożądania  przeszyła  jej 
ciało,  sprawiając  niemal  ból.  Każde  miejsce,  którego  dotknął,  niemal  ją 
paliło.  Ciepłe  dłonie  pieściły  rozgorączkowane  policzki,  gorące  uda 
przywierały do jej aksamitnej skóry. 

Wargi  Graydona  zwykle  zaciśnięte  z  dezaprobatą  i  pogardą,  teraz 

wydawały  się  pełne,  wyzwolone  przez  jakąś  zmysłową  magię.  Courtenay 
także poddała się woli zmysłów.  Przylgnęła do  niego  jakby chciała stać się 
częścią jego ciała... 

Na  pół  świadomie  rozumiała,  że  nigdy  nie  zapomni  tej  chwili...  nie 

zapomni  smaku  –  słodyczy  i  namiętności  zarazem  –  i  tej  niezwykle 
agresywnej męskości, która wyzwoliła w niej pragnienie uległości. 

background image

Graydon posadził ją delikatnie na łóżku. Nie miała siły protestować, gdy 

ściągnął  zamek,  nie  opierała  się,  kiedy  rozsunął  aksamitne  fałdy  sukienki  i 
ułożył ją na poduszkach. Jakby z oddali usłyszała dzwonek telefonu. 

Graydon  pochylił  się  nad  nią  i  całował,  aż  wargi  jej  nabrzmiały. 

Przesunął usta po szyi aż do wypukłości piersi. 

Courtenay czuła pulsowanie krwi  i czekała bez tchu, kiedy  niecierpliwe 

wargi  osiągną  cel  swych  poszukiwań.  Najpierw  zawładnęły  jednym 
różowym  pączkiem,  potem  drugim.  Chłonął  je,  jakby  były  maleńkimi 
cudownymi  różami  i  jak  gdyby  tylko  on  jeden  niesłychanie  delikatną 
pieszczotą potrafił zmusić je do rozkwitnięcia... 

–  Dobry  Boże...  –  udało  się  jej  odezwać  zduszonym  głosem  –  nie  rób 

tego! Przestań! Powinniśmy już iść... 

– Wiem – odpowiedział bez przekonania. 
– Moja sukienka... Pogniecie się... 
– Nie martw się. 
– Pozwól mi wstać. 
– Zaraz... 
– Teraz! 
– Potem... 
Potem?  Po  czym?  Jak  już  będzie  po  wszystkim?  Czy  nie  przysięgła 

sobie, że nigdy już nie straci głowy? Czy przykre doświadczenia niczego jej 
nie nauczyły? Jeśli nie, zasłużyła sobie na to, co się wydarzyło. Jeszcze raz 
przeżyłaby  ból  i  poniżenie,  gdyby  uległa  szalonemu,  lekkomyślnemu 
pragnieniu. 

Z  desperacką  siłą  wyrwała  się  z  jego  objęć  i  stanęła  na  środku  pokoju. 

Podnosząc  drżącymi  palcami  sukienkę,  spoglądała  na  Graydona  z  bijącym 
sercem. 

Nagle ktoś zapukał do drzwi sypialni. 
W  pierwszej  chwili  oboje  zastygli  bez  ruchu.  Następnie  Graydon 

powiedział szorstko: 

– Tak? 
– Dzwoni lady Atherton – odezwała się Liwy. 
– Czeka na taśmy, które jej pan obiecał. 
Graydon zacisnął pięści. 
– Powiedz jej, że jestem w drodze. 
Courtenay  usłyszała  lekkie  kroki  Liwy  zbiegające  po  schodach. 

background image

Trzęsącymi się palcami podciągnęła zamek błyskawiczny. 

–  Idziemy?  –  zapytała,  starając  się  nadać  swemu  głosowi  naturalne 

brzmienie. 

– Courtenay... – Graydon postąpił krok naprzód. 
– Poczekaj! 
–  Po  co?  –  Courtenay  przesunęła  się  obok  niego,  podeszła  do  lustra  i 

przeczesała  włosy.  –  Spójrz  na  mnie...  Mówiłeś,  że  jestem  blada...  Teraz 
jestem rozpalona, prawda? 

Obróciła twarz ku niemu. 
– Zrobiłeś dobrą robotę, Graydon. Udało ci się nadzwyczajnie. Nikt mnie 

już  tego  wieczoru  nie  weźmie  za  ducha!  A  teraz...  zajrzę  na  chwilę  do 
Vicky, zanim wyjdziemy. 

 

background image

Rozdział 10 

 
Zabawa  była  w  pełnym  toku,  kiedy  Courtenay  i  Graydon  przybyli  do 

Bertie. Gdy weszli do środka, Courtenay odniosła wrażenie, że znalazła się 
w ekskluzywnym nocnym klubie. Ogromny, jasno oświetlony hol był pełen 
wspaniale  ubranych  kobiet  w  mieniących  się  barwami  i  wzorami  strojach, 
mężczyzn  w  eleganckich  garniturach;  wszyscy  popijali  koktajle  i 
nawoływali się starając się przekrzyczeć ogłuszającą muzykę. 

Tak  pachnie  pieniądz,  pomyślała  Courtenay,  francuskimi  perfumami, 

modnymi wodami kolońskimi, doskonałymi importowanymi winami. 

Graydon zdjął z ramion Courtenay etolę z norek, którą Alanna pożyczyła 

jej  na  dzisiejszy  wieczór  i  podał  służącemu.  Courtenay  dostrzegła  Bertie 
wynurzającą się z tłumu gości. Szła w ich kierunku. 

Odetchnęła  głęboko.  Jeżeli  tamta  kobieta  miała  zamiar  drwić  z  jej 

wyglądu,  musiała  doznać  srogiego  rozczarowania.  Courtenay  wiedziała,  że 
nigdy  jeszcze  nie  wyglądała  piękniej  –  czarna  tkanina  jej  aksamitnej  sukni 
wspaniale  kontrastowała  z  jasnymi  włosami,  bielą  ramion  i  piersi 
odsłoniętych przez głęboko wycięty dekolt. W dodatku pocałunki Graydona 
osiągnęły  zamierzony  przez  niego  efekt,  a  nawet...  przeszły  jego 
oczekiwania! Policzki miały kolor płatków róży, a oczy lśniły jak gwiazdy. 

W kocich oczach Bertie błysnęła złość. Zazdrość i mściwość wykrzywiły 

jej usta. Ale kiedy Graydon zwrócił się do niej, przybrała maskę życzliwości 
i gościnności. 

– Kochanie, jesteś niepoprawny!  Wszyscy już są, a przecież wiedziałeś, 

jak bardzo mi zależało, żebyś przyszedł wcześniej... – wspięła się na palce i 
pocałowała go. – Całe szczęście, że nie zapomniałeś o kasetach. Brad czeka 
na  nie  –  on  jest  dzisiaj  odpowiedzialny  za  muzykę.  Znasz  tu  wszystkich, 
prawda? No to na razie, zobaczymy się wkrótce. 

– Dziwka – szepnęła Courtenay. 
– Coś ty powiedziała? – Graydon zmarszczył z gniewem brwi. 
Courtenay  zastanawiała  się  przez  chwilę,  czy  nie  udać,  że  powiedziała 

coś innego, ale w końcu wzruszyła ramionami. 

– Powiedziałam, że to dziwka. Ma obrzydliwy sposób bycia. 
Graydon  ujął  ją  za  łokieć  i  poprowadził  w  kierunku  baru.  –  Nie  lubisz 

background image

Bertie, prawda? 

– Nie – odrzekła zdecydowanie. – Nie lubię. 
Kiedy podeszli do baru, Graydon zapytał: 
– Czego się napijesz? 
– Napiłabym się perriera. 
– Perriera i szkocką poproszę – zwrócił się Graydon do barmana. 
Nie  miał  oczywiście  ochoty  dyskutować  o  Bertie.  Ona  zresztą  też  nie. 

Rozejrzała  się  wokół,  czując  nerwowe  podniecenie.  Gdzie  on  jest,  ten 
przyjaciel Patryka? 

Niedaleko  od  niej  przy  fortepianie,  stała  grupka  pięciu  mężczyzn. 

Courtenay  przyglądała  się  im  uważnie.  Jednego  z  nich  od  razu 
wyeliminowała  –  był  dużo  wyższy  od  mężczyzny,  którego  szukała.  Drugi 
też nie wchodził w rachubę. Był uderzająco podobny do Paula Newmana. Ze 
zmarszczonym  czołem  przyglądała  się  trzeciemu.  Miał  ciemne  włosy  i 
regularne  rysy  twarzy.  Ze  swojego  miejsca  widziała  tylko  jego  profil. 
Może...  Ale  za  chwilę  nieznajomy  odwrócił  się,  żeby  zawołać 
przechodzącego kelnera i Cortenay westchnęła rozczarowana. Miał wyraźne 
znamię na prawym policzku. 

–  Taksujesz  gości?  –  odezwał  się  Graydon  zimno,  aż  podskoczyła 

przestraszona. 

–  Słucham?  –  zwróciła  twarz  ku  niemu.  Co  on  takiego  powiedział?  Że 

taksuje gości? 

–  Nie  możesz  się  już  doczekać,  tak?  –  spytał,  krzywiąc  usta  w 

pogardliwym  uśmiechu.  –  Który  ci  się  podoba?  Ten  jest  podobny  do  Paula 
Newmana, prawda? Czy chciałabyś, żebym ci go przedstawił? A może sama 
uczynisz pierwszy krok? Nazywa się Dirk Mason. Jego żona, Penny, jest w 
szpitalu,  właśnie  urodziła  trzecie  dziecko...  Ale  ciebie  to  oczywiście  nie 
powstrzyma! 

Courtenay poczuła skurcz w gardle. Chociaż odepchnęła  go od siebie w 

sypialni, nie mogła o nim zapomnieć. Czuła jego bliskość każdym nerwem. 
Kiedy  wsiadali  do  windy,  ujrzała  w  jego  oczach  tlącą  się  namiętność  i 
niemal zabrakło jej tchu. 

Wzięła szklankę perriera z jego ręki, potrząsając głową. 
–  Mylisz  się  –  rzuciła  zimno.  –  Wcale  nie  taksuję  nikogo,  chociaż  tak 

uważasz. 

–  Obserwowałem  cię  w  lustrze  –  powiedział  niskim,  nieprzyjemnym 

background image

głosem.  –  Jeżeli  to  nieprawda,  to  dlaczego  przyglądałaś  się  tym 
mężczyznom  w  taki  sposób,  jakbyś  chciała  ocenić,  czy...  wchodzą  w 
rachubę? 

Courtenay ścisnęła mocniej szklankę w ręce. 
–  Nie  zaprzeczam,  że  się  im  przyglądałam  –  odrzekła.  –  Ale  jeżeli 

powiem ci, dlaczego to robiłam, i tak nie uwierzysz, więc... 

– Spróbuj – przerwał. Courtenay westchnęła. 
– Nie będziesz zadowolony z tego, co mam zamiar... 
– Do diabła, o co chodzi? 
Nabrawszy  powietrza  głęboko  w  płuca,  Courtenay  wyznała:  –  Kiedy 

Bertie powiedziała  mi, że będzie tu dziś grupa znajomych – paczka, z którą 
Patryk jeździł na narty – pomyślałam... – zawahała się. 

– Co pomyślałaś? 
–  Pomyślałam,  że  jeśli  pójdę  na  to  przyjęcie,  może  spotkam  przyjaciela 

Patryka – tego, który udawał urzędnika stanu cywilnego. – Zobaczyła błysk 
gniewu w jego oczach, ale  nie czekając, aż coś powie, ciągnęła dalej: – Na 
pewno  się  dziwiłeś,  że  nagle  zgodziłam  się  przyjść  tutaj  –  wiesz,  że  nie 
znoszę Bertie... 

Spojrzała  na  niego,  spodziewając  się  wybuchu  gniewu,  ale  nic  takiego 

nie nastąpiło. Zamiast tego zapytał łagodnie: 

– A jeżeli znajdziesz tego... przyjaciela mojego brata? Co wtedy? 
– Wtedy zmuszę go, żeby powiedział ci prawdę! 
– I? 
Courtenay potrząsnęła głową. 
– To wszystko. Chcę tylko, żebyś wiedział, iż mylisz się co do mnie. Nie 

należę do kobiet, które polują na żonatych mężczyzn. 

Graydon długo patrzył na Courtenay. Następnie spytał szorstko: 
– Jak wygląda ten... oszust? 
–  Bardzo  słabo  go  pamiętam  –  to  było  tyle  lat  temu.  Był  przeciętnej 

tuszy, gładko ogolony, robił wrażenie zwyczajnego... 

Spojrzenie  Graydona  było  zdecydowane  i  twarde,  kiedy  ujął  ramię 

Courtenay. 

– To nie powinno być trudne. Przedstawię ci każdego mężczyznę w tym 

pomieszczeniu,  dopóki  nie  znajdziesz  tego,  którego  szukasz.  A  kiedy  już 
trafisz  na  niego  –  dodał  drwiąco  –  powiedz,  że  masz  ochotę  na  następnego 
perriera. To będzie znak, że osiągnęłaś cel; resztę zostaw mnie. 

background image

 
Nie ma go tutaj. 
Courtenay  stwierdziła  to,  kiedy  wreszcie  poznała  już  wszystkich 

mężczyzn  obecnych  na  przyjęciu.  Myślała  o  tym  nadal  w  parę  godzin 
później,  gdy  w  pokoju  Bertie  wpatrywała  się  nie  widzącym  wzrokiem  w 
swoje  odbicie  w  lustrze.  Czuła  niemal  obecność  Graydona  w  pobliżu, 
pamiętała, jak mocno schwycił ją za ramię po zakończeniu ich wędrówki po 
pokojach. 

–  Nie  masz  już  ochoty  na  perriera,  moje  kochanie?  Słowa  te  były  jak 

pchnięcie  sztyletem  w  serce.  Nie  mógł  jej  zranić  boleśniej,  nawet  gdyby 
powiedział wprost: „Teraz już przekonaliśmy się, jaką jesteś kłamczucha”. 

Podniosła  głowę,  spodziewając  się  zobaczyć  triumf  w  jego  oczach.  Ze 

zdziwieniem  dostrzegła  rozczarowanie.  Czy  Graydon  miał  nadzieję,  że 
spotka tego, kogo szukała? 

Ze złością wyjęła szczotkę z torebki i gwałtownymi ruchami przeczesała 

włosy.  Musiała  wtedy  ulec  złudzeniu.  Przymknęła  oczy,  a  kiedy  je  znowu 
otworzyła,  ujrzała w spojrzeniu Graydona dobrze jej znaną drwinę. Chętnie 
ukarałaby  siebie  za  swoją  łatwowierność  i  głupotę.  Z  jakiego  powodu 
miałby być rozczarowany? Że nie była w stanie udowodnić, że miała rację? 

Wepchnęła  z  pasją  szczotkę  do  torebki  i  wyszła  z  pokoju.  Zbliżała  się 

północ  i  wszędzie  czuło  się  gorączkowe  podniecenie.  Kilka  par  tańczyło  w 
fogu  w  pobliżu  baru.  Courtenay  rozejrzała  się  wokół,  szukając  znajomej 
sylwetki Graydona, i wtedy zobaczyła go właśnie tam, z Bertie. 

Nie  tańczyli,  tylko  kołysali  się  w  takt  muzyki.  Courtenay  nie  widziała 

twarzy  Graydona,  lecz  mogła  patrzeć  wprost  na  Bertie.  Przytuliła  policzek 
do  piersi  swego  partnera,  kocie  oczy  przymknęła  w  zachwycie,  uśmiechała 
się jak pogrążona w transie. 

Courtenay  odwróciła  się  gwałtownie  i  wyszła.  Dlaczego  ten  widok 

sprawił jej taką przykrość? Przecież jej również Graydon proponował taniec, 
ale  odmówiła.  Tu  chodziło  o  coś  innego.  Nigdy  jeszcze,  wobec  żadnego 
mężczyzny,  nie  odczuwała  tak  silnego,  tak  wszechogarniającego  ją 
pożądania. Uczucie to napełniało ją prawdziwym przerażeniem. 

Wkrótce  po  tym,  jak  przybyli  na  przyjęcie,  Graydon  pokazał  jej  cały 

apartament.  Szczególnie  przypadł  jej  do  gustu  przytulny  salonik  z 
telewizorem  i  przylegająca  do  niego  oranżeria  z  widokiem  na  ocean.  Była 
wtedy pusta i Courtenay modliła się, żeby teraz również nie było tam nikogo 

background image

– mogłaby się zaszyć, żeby lizać swoje rany. 

Pokój z telewizorem pogrążony był w ciemnościach. 
Courtenay  zorientowała  się,  że  nikogo  w  nim  nie  ma.  Nie  zapalając 

światła  przeszła  przez  pokój  i  otworzyła  rozsuwane  drzwi  prowadzące  do 
oranżerii.  Tu  również  panowała  ciemność.  Wielkie  palmy  i  paprocie  w 
donicach,  wiszące  kosze  z  pnącymi  roślinami  i  kwiatami  wypełniały 
pomieszczenie.  Pachnie  tu  jak  w  kwiaciarni,  pomyślała  Courtenay, 
zapadając  w  głęboki,  pleciony  fotel,  wyściełany  miękkimi  poduszkami. 
Jednostajny  szum  oceanu  dochodził  z  otwartego  okna.  Wydał  się 
oszołomionej Courtenay cudowną kołysanką dla jej wzburzonych zmysłów. 

Uszczypliwe  pytanie  Graydona  „Nie  chcesz  już  perriera,  moje 

kochanie?” sprawiło jej taką przykrość, że odpowiedziała wówczas szorstko: 
– Nie, perriera nie. Poproszę o szkocką, chociaż... Niech będzie podwójna. 

Co  za  głupota!  Przecież  miała  słabą  głowę  i  zawsze  czuła  senność  po 

alkoholu. Miała tylko nadzieję, że Graydon nie będzie tu jej szukać. 

Graydon... 
–  Między  nami  wszystko  skończone  –  usłyszała  nagle  głos  Graydona  – 

po tym, co się wydarzyło. 

Courtenay zerwała się z fotela. Rozglądała się wokół szeroko otwartymi 

oczami,  ale  nigdzie  nie  widziała  barczystej,  wysokiej  postaci.  Ale  przecież 
tak  wyraźnie  usłyszała  ten  głos!  Mój  Boże,  musiała  się  zdrzemnąć,  może 
jeszcze śnić. Ale głos był tak blisko... 

– Ale ja cię przecież kocham! Wiesz o tym. Nigdy nie kochałam nikogo 

prócz ciebie. I wiem, że ty też mnie kochasz. 

Courtenay  gwałtownie  otrzeźwiała.  Nie,  nie  śniła.  To  był  głos  Bertie... 

dochodził z saloniku. Nagle uświadomiła sobie, że oranżeria nie jest już, jak 
przedtem,  pogrążona  w  ciemnościach,  lecz  przenika  do  niej  światło  z 
przyległego  pokoju.  Zrozumiała,  że  słyszała  rozmowę...  bardzo  osobistą 
rozmowę. 

W  pierwszej  chwili  chciała  wbiec  tam  i  tym  samym  ujawnić  swoją 

obecność.  Ale  po  namyśle  zdecydowała,  że  nie  może  tego  zrobić.  W  jakie 
zakłopotanie wprawiłaby tę kobietę, dając jej do zrozumienia, że ktoś słyszał 
jej  miłosne  wyznanie!  Zacisnęła  ręce  na  poręczy  fotela,  nie  wiedząc,  co 
robić, kiedy usłyszała ostry głos Graydona: 

–  Do  diabla,  wiesz  doskonale,  że  cię  kochałem.  Kiedy  przyjęłaś  moje 

oświadczyny,  byłem  najszczęśliwszym  człowiekiem  na  świecie.  Chciałem 

background image

krzyczeć  o  tym  ze  szczytu  Grouse  Mountain!  Tylko  ty  upierałaś  się,  żeby 
utrzymać w tajemnicy nasze zaręczyny... 

–  Graydon,  znasz  moich  rodziców.  Wiesz,  jaki  to  byłby  dla  nich  cios, 

gdyby  dowiedzieli  się  o  tobie,  o  naszym  związku...  Nie  miałeś  pieniędzy, 
dopiero zaczynałeś... 

–  Och,  nie  musiałaś  wcale  mówić  im  o  tym  –  domyślili  się  sami!  To 

dlatego zabrali cię na wakacje do Anglii – chcieli nas rozdzielić... i udało im 
się  to.  Twoja  matka  musiała  być  w  siódmym  niebie,  kiedy  sir  Aleks 
Atherton wybrał cię. Wcale jej nie przeszkadzało, że był trzy razy od ciebie 
starszy i miał ptasi móżdżek... 

–  Byłam  szalona  ulegając  mu!  Ale  tak  lubię  mieć  ładne  rzeczy,  a  on 

olśnił mnie swoimi diamentami... 

– Ja też mogłem olśnić cię diamentami – przerwał Graydon – i otulić cię 

futrem  z  norek,  gdybyś  poczekała  na  mnie,  skoro  mi  to  obiecałaś!  Ale  był 
Aleks ze swoim wielkim zamkiem, ze swymi milionami... 

– Nie patrz na mnie takim wzrokiem, kochanie. Nie mogę tego znieść! 
Graydon  mówił  dalej,  jakby  tego  nie  słyszał.  –  Muszę  ci  podziękować, 

Bertie, udzieliłaś mi ważnej lekcji. 

– Lekcji? Jakiej lekcji? 
–  Że  pieniądz  to  siła.  Kiedy  zorientowałem  się,  że  Aleks  Atherton  po 

prostu cię kupił, przysiągłem sobie, że zgromadzę fortunę, żebym mógł mieć 
siłę, która idzie w parze z... 

–  Dobry  Boże,  Graydon,  jak  ty  się  zmieniłeś!  Dawniej  nie  byłeś  taki 

twardy... 

–  Ty  też  się  zmieniłaś  –  powiedział  szorstko.  –  A  może  zawsze  byłaś 

taka, tylko ja tego nie zauważałem. 

– To przez tę kobietę, prawda? – głos Bertie nagle stał się zjadliwy. – To 

ona stanęła między nami, ona wszystko zepsuła. Ta dziwka Patryka! 

Przez chwilę Courtenay była jak ogłuszona. Nie mogła uwierzyć w to, co 

usłyszała.  Potem  ogarnęła  ją  taka  furia,  że  zerwała  się  z  fotela.  Nie  będzie 
tolerować  zniewag  Roberty  Atherton!  I  nie  myśli  dalej  chować  się  w  tej 
kryjówce, tylko po to, żeby nie sprawić przykrości tej kobiecie! 

Stanęła  w  drzwiach  pokoju  i  spojrzała  przed  siebie.  Krew  pulsowała  jej 

w skroniach, a serce biło tak  głośno, że zastanawiała się, czy ci dwoje tego 
nie słyszą. 

Graydon  trzymał  Bertie  w  ramionach,  spojrzenie  jego  ciskało  gromy. 

background image

Pomalowane wargi kobiety rozchyliły się... 

Courtenay nabrała powietrza w płuca i zrobiła krok naprzód. 
– Przepraszam... 
Bertie  obejrzała  się  zaskoczona,  ale  zaraz  wściekłość  zabłysła  w  jej 

kocich  oczach.  Graydon  zastygł  bez  ruchu,  następnie  puścił  Bertie  i 
skierował całą uwagę na Courtenay. 

–  Zastanawiałem  się,  gdzie  się  podziałaś.  Nie  miałem  pojęcia,  że  ktoś 

jest w oranżerii. – Zrobił krok ku niej z nachmurzoną  miną. – Dlaczego nie 
pokazałaś się wcześniej? 

– Zdrzemnęłam się – za mało było perriera, za dużo whisky – stwierdziła 

ironicznie. Następnie, kierując na Bertie lodowate spojrzenie, powiedziała: – 
Chciałabym  od  razu  sprostować  pewną  rzecz.  Nigdy  nie  byłam  i  nie  będę 
niczyją  dziwką.  Jeśli  ktokolwiek  zasłużył  sobie  na  takie  określenie  –  to  ty! 
Mój jedyny błąd polegał na tym, że dałam się złapać na lep czułych słówek i 
obietnic, ty zaś, jak słyszałam przed chwilą, sprzedałaś się za diamenty! 

Kiedy  to  mówiła,  gniew  dodawał  jej  sił.  Wkrótce  jednak  nastąpiła 

reakcja po niezwykłym napięciu. Zaczęło jej się kręcić w głowie i zachwiała 
się. Graydon natychmiast znalazł się przy niej i podtrzymał ją. 

– Czy dobrze się czujesz? 
Troska  w  jego  głosie  przypomniała  ten  dzień,  kiedy  wylała  na  siebie 

gorącą kawę... Kiedy ogarnął ją  ramieniem  i  przyciągnął blisko do siebie  – 
bliżej  niż  to  było  potrzebne,  tak,  iż  czuła  uderzenia  jego  serca  na  swych 
odsłoniętych ramionach... co wpłynęło  na  zmianę jego nastawienia do  niej? 
Zachowywał się tak, jakby byli kochankami... 

– Tak – westchnęła. – Czuję się dobrze. Ale chciałabym już iść do domu. 
Dom.  Kiedy  zaczęła  myśleć  o  Seacliffe  jak  o  domu?  Czy  zauważył  to? 

Odruchowo  podniosła  głowę  i  zobaczyła  w  jego  oczach  niezwykłą  moc. 
Courtenay  czuła,  że  wargi  jej  drżą.  Bardziej  niż  kiedykolwiek  przedtem 
miała  świadomość  jego  bliskości,  odurzającego  zapachu  jego  włosów  i 
skóry... 

– Znowu to samo – szepnął, a Courtenay  zarumieniła się. Wiedziała, co 

miał na myśli. Patrzyła na niego tak, jakby czekała, że ją pocałuje... 

Grubiański  śmiech  Bertie  przerwał  tę  nić  porozumienia.  Courtenay 

wzdrygnęła  się  i  przeniosła  wzrok  z  Graydona  na  kobietę.  Twarz  Bertie 
skrzywiła się ze złości. 

– Och, Graydon, jakiś ty beznadziejnie głupi! 

background image

– zawołała piskliwym, histerycznym głosem. – Czy jesteś ślepy? Czy nie 

widzisz  nic  poza  tą  słodką,  niewinną  pozą?  Czy  nie  dostrzegasz,  jaka  to 
tania  dziewczynka?  Patryk  był  zbyt  sprytny,  żeby  złapać  się  w  pułapkę  – 
wziął, co chciał i... 

–  Wychodzimy  –  powiedział  Graydon  ostrym  tonem  –  zanim  uczynię 

coś, czego będę się potem wstydził. 

– Ależ nie możesz wyjść tak wcześnie! Co sobie wszyscy pomyślą? 
Graydon  objął  Courtenay  i  pociągnął  ją  ku  wyjściu,  tak  że  musiała 

niemal  biec,  żeby  nadążyć  za  jego  długimi  krokami.  Czuła  na  sobie 
spojrzenia ludzi, których mijali, kiedy szli przez hol. 

Prawie nie zauważyła, gdy Graydon narzucił jej etolę na ramiona. Przez 

cały  czas  miała  wrażenie,  że  porusza  się  jak  we  mgle  i  nie  wie,  dokąd  iść. 
Wyszli na parking. Wstrząsnęła się, nie tyle z powodu chłodu na dworze, ile 
pod wpływem niepokojącej bliskości Graydona. 

Świeże  powietrze  napełniło  jej  płuca  i  łudziła  się,  że  może  również 

rozjaśni  jej  myśli,  kłębiące  się  w  głowie.  Kilka  metrów  od  nich  przy 
krawężniku zatrzymała się taksówka. Courtenay nie zwróciła zupełnie uwagi 
na  mężczyznę,  który  z  niej  wysiadł,  dopóki  Graydon  nie  powiedział  tonem 
pełnym rozczarowania: 

– Do  licha, przecież  to brat  Bertie!  – Mruknął coś  niezrozumiale,  kiedy 

brodacz rozglądał się wokół. 

– Graydon Winter! – nieznajomy błysnął zielonymi oczami, rozpoznając 

Graydona.  Stanął  koło  nich  i  potrząsnął  jego  ręką.  –  Kopę  lat,  stary.  – 
Spojrzał  na  Courtenay.  –  Przedstaw  mnie  swojej  znajomej.  To  pierwsza 
przyzwoicie  wyglądająca  kobieta,  którą  widzę,  od  kiedy  wyszedłem  z 
dżungli! 

–  Courtenay  –  odezwał  się  Graydon  głosem,  w  którym  wyczuwało  się 

napięcie  –  to  jest  John  Andrews,  brat  Bertie  –  antropolog,  o  którym  ci 
mówiłem.  Przez  ostatnich  sześć  miesięcy  przebywał  nad  Amazonką,  z  dala 
od cywilizacji. 

Słowa  Graydona  ledwo  docierały  do  Courtenay.  Patrzyła  na  Johna 

Andrewsa, na jego zielone oczy, proste, ciemne włosy, usta ukryte w gęstej 
brodzie. Serce waliło jej jak młotem. 

–  Kiedy  zapuściłeś  brodę?  –  zapytała  słabym  głosem.  Spojrzał  na  nią 

zaciekawiony. 

– Brodę? Mam ją od... teraz będzie już dziewięć lat, Courtenay poczuła, 

background image

że nogi ugięły się pod nią. 

Przeniosła  wzrok  z  brata  Bertie  na  wysoką  postać  stojącą  obok  niej.  W 

świetle ulicznej lampy widać było, że twarz Graydona pobladła. 

–  Graydon  –  powiedziała  nieswoim  głosem.  –  Jestem  gotowa  wypić 

drugą szklankę perriera. 

 
Courtenay siedziała w taksówce, która wiozła ją wzdłuż Marine Drive w 

kierunku Seacliffe. Nie bardzo wiedziała, jak się tu znalazła – na pewno nie 
z  własnej  woli,  ale  była  zbyt  roztrzęsiona,  żeby  o  tym  myśleć.  Graydon 
przywołał  taksówkę  i  wepchnąwszy  ją  do  środka,  wcisnął  jej  do  ręki 
banknot dwudziestodolarowy. 

– Zobaczymy się w domu. Poczekaj na mnie, to nie potrwa długo. 
Ostatnią rzeczą, jaką pamiętała, była furia w jego oczach, kiedy zwracał 

się do brata Bertie. 

– Czy tutaj pani chciała przyjechać? 
Głos  taksówkarza  wyrwał  ją  z  odrętwienia.  Wyjrzawszy  przez  okno, 

powiedziała niezdecydowanie: 

– O, tak... Dziękuję panu. – Wręczając kierowcy banknot, powiedziała: – 

Proszę zatrzymać resztę... i... szczęśliwego Nowego Roku. 

Liwy  i  jej siostra Jan właśnie schodziły z  góry, kiedy Courtenay weszła 

do holu. Zanim zdążyła się odezwać, Jan powiedziała uspokajająco: 

– Właśnie byłyśmy u niej. Śpi jak suseł. 
Liwy uśmiechnęła się. 
– Wheeler zaprosił nas na drinka. Pani Winter powiedziała, że będziemy 

mogły  wyjść,  kiedy  pani  wróci.  W  salonie  znajdzie  pani  świeżo  zaparzoną 
kawę. 

–  Dziękuję,  Liwy.  Mam  nadzieję,  że  będziecie  się  dobrze  bawiły  u 

Wheelera. 

– Dobranoc pani i szczęśliwego Nowego Roku! – zawołały obie siostry. 
Courtenay zsunęła pantofle i trzymając je w ręku przeszła na palcach na 

górę.  Cicho  otworzyła  drzwi  pokoju  Vicky  i  serce  ścisnęło  się  jej  boleśnie, 
kiedy  zobaczyła  wątłe  ciało  córki  pogrążonej  we  śnie.  Oparłszy  się  o 
framugę,  patrzyła  bezmyślnie  w  głąb  pokoju  oświetlonego  przyćmioną 
lampą. 

Dlaczego  jej  życie  tak  się  pogmatwało,  stało  się  takie  trudne?  Niecałe 

dwa tygodnie temu była przecież zupełnie szczęśliwa i zadowolona. Miały z 

background image

Vicky swój własny świat, za który sama była odpowiedzialna. 

Od  kiedy  Graydon  Winter  wtargnął  gwałtownie  w  ich  życie,  miała 

wrażenie,  że  zburzył  całą  stabilizację.  Odkrył  przed  nią  siłę  pożądania. 
Chroniło  ją  do  tej  pory  przekonanie,  że  Graydon  nią  pogardza.  Ale  to  się 
ostatnio zmieniło. 

Nie  miała wątpliwości, że dowiedział się już wszystkiego od Johna. Jak 

się zachowa, kiedy wróci do Seacliffe? Jak będzie ją traktował, kiedy dowie 
się, że nie miał racji, uważając ją za inną kobietę, niż w istocie była? 

Odetchnęła  głęboko.  Powiedział,  że  rozmowa  nie  zajmie  wiele  czasu. 

Zejdzie więc na dół i poczeka na niego. 

Dobrze wiedziała, że te chwile będą dla niej jak wieczność. 
 
Graydon  przyjechał  o  północy.  Courtenay  nie  usłyszała  samochodu,  ani 

otwierania  frontowych  drzwi.  Dobiegający  zza  okna  huk  sztucznych  ogni 
zagłuszał  wszystkie  inne  dźwięki.  Podeszła  do  okna  i  rozsunęła  zasłony. 
Niebo rozświetlały czerwone, zielone i żółte rakiety. 

Gdzieś  w  pobliżu  skrzypnęła  podłoga  i  Courtenay  odwróciła  głowę  od 

barwnego  widowiska  za  oknem.  Serce  zabiło  jej  niespokojnie  na  widok 
stojącego w drzwiach Graydona. Zobaczyła, że ma bladą i zmęczoną twarz; 
czarne  włosy  były  potargane,  jak  gdyby  ciągle  przeczesywał  je  palcami, 
oczy pociemniałe od rozpaczy, usta boleśnie skrzywione. 

W końcu zamknął powoli drzwi i podszedł nieco bliżej, zatrzymując się 

w odległości kilku kroków od niej. 

– John opowiedział  mi całą  historię. Najwidoczniej chciał wyświadczyć 

przysługę  Patrykowi.  Mój  brat  wyznał  mu,  że  poznał  bardzo  atrakcyjną 
młodą blondynkę, że nie może jej zdobyć, że wprost odchodzi od zmysłów. 
Wtedy John zgodził się na... 

Przetarł ręką oczy i potrząsając głową odwrócił się od niej i podszedł do 

kominka. Spięta twarz świadczyła dobitnie o cierpieniu, jakie przeżywał. 

–  Nie  musisz  mówić  nic  więcej  –  powiedziała  cicho  Courtenay.  –  Nie 

chcę  tego  słuchać.  To  wszystko  już  minęło  –  dodała  pocierając  nerwowo 
ręką lewe ramię. – Przepraszam. 

–  Ty  mnie  przepraszasz?  –  spojrzał  na  nią  z  takim  bólem,  że  poczuła 

ukłucie w sercu. – A za cóż byś miała przepraszać? 

–  Wierzyłeś  swojemu  bratu.  To  musi  być...  bardzo  trudne  dla  ciebie... 

dowiedziałeś  się,  że  nie  był  takim  człowiekiem,  za  jakiego  zawsze  go 

background image

uważałeś. 

Graydon  długo  nic  nie  mówił.  A  kiedy  znowu  się  odezwał,  Courtenay 

ledwie usłyszała jego cichy głos. 

– Tak, to ciężko znieść. Ale o wiele gorsza jest dla mnie świadomość, że 

tak niesprawiedliwie cię potraktowałem. Dobry Boże! Nic dziwnego, że nie 
chciałaś przyjechać ze mną do Seacliffe i że nie chciałaś mieć nic wspólnego 
z  rodziną  Winterów!  Zachowaliśmy  się  obrzydliwie,  nie  do  wybaczenia! 
Alanna będzie zdruzgotana... 

– O, nie! – Courtenay podeszła do niego. – Nie wolno ci jej tego mówić. 

Ona nie powinna nawet dowiedzieć się... 

–  Czy  naprawdę  masz  mnie  za  takiego  drania?  Sądzisz,  że  zgodzę  się, 

żeby moja matka nadal uważała cię za jakąś... 

– Jakąś dziwkę? – oczy ich spotkały się. – Wolałabym raczej, żeby tak o 

mnie myślała, niż żebyś ją zranił. Ona i tak już wiele wycierpiała... 

–  Prawda  musi  wyjść  na  jaw  –  Graydon  potrząsnął  głową,  jakby  nadal 

nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. – Naprawdę byłabyś gotowa poświęcić 
się? 

Wymowne spojrzenie Courtenay było jedyną odpowiedzią. 
Graydon, zupełnie wyczerpany, potarł ręką czoło. 
– Och, Boże, jak mogłem być taki niesprawiedliwy? 
– Słowa te brzmiały jak przyznanie się do winy. 
– Tak, to bardzo zmartwi Alannę, ale nie ma innego wyjścia. 
Zaczerpnąwszy głęboko powietrza, wskazał Courtenay jeden z foteli. 
–  Usiądziesz?  Chciałbym  dowiedzieć  się  prawdy  z  twoich  ust  –  jeżeli 

oczywiście jeszcze masz ochotę ze mną rozmawiać. Nie będę ci miał za złe, 
jeżeli... 

– Nie – powiedziała Courtenay. – Opowiem ci, jak to było. 
Usiadła. On stał  naprzeciw  niej, obok kominka, nie zajmując  miejsca w 

fotelu. Patrzył wyczekująco. 

– Po skończeniu szkoły – zaczęła spokojnie – znalazłam pracę w biurze 

hotelu  Snowpeak  w  Whistler.  Kiedy  była  ładna  pogoda,  często  w  czasie 
przerwy  na  lunch  siadywałam  na  ławce  w  pobliskim  parku.  Pewnego  dnia, 
kiedy  tam  się  opalałam,  usłyszałam  jakiś  dźwięk.  Zobaczyłam,  że 
nieznajomy mężczyzna robi mi zdjęcie. 

Spostrzegła,  że  policzek  Graydona  zadrgał  nerwowo  i  dziwny  wyraz 

pojawił się w jego spojrzeniu. Courtenay mówiła dalej: 

background image

–  To  właśnie  wtedy  poznałam  Patryka,  a  nie  w  żadnym  barze.  Miałam 

wtedy tylko siedemnaście lat, więc nie mogłam przebywać w barze. 

– Siedemnaście? – W głosie Graydona słychać było  niemal przerażenie. 

–  Miałaś  zaledwie  siedemnaście  lat?  Mój  Boże,  to  znaczy,  że  Patryk  zrobił 
coś jeszcze bardziej nikczemnego. 

Zamilkł na chwilę, ale w oczach miał gniew. W końcu powiedział: 
– To znaczy, że masz teraz dwadzieścia siedem lat? 
– Dwadzieścia osiem. 
– Jesteś bardzo dojrzała jak na dwadzieścia osiem lat. 
– Wydoroślałam  w przyspieszonym  tempie. Patryk poinformował  mnie, 

że między nami wszystko skończone tego ranka, kiedy lekarz powiedział mi, 
że jestem w ciąży. Czekałam, aż Patryk przyjdzie do domu, żeby podzielić 
się z nim tą radosną nowiną... 

– Do domu? 
– Wynajmowałam pokój w jednym z domów należących do naszej spółki 

hotelowej.  Patryk  zawiadomił  mnie,  że  chce  mi  coś  zakomunikować, 
zachowałam więc swoje rewelacje na potem, czekając najpierw na to, co on 
mi  powie. Ale kiedy dowiedziałam się wreszcie, że nasz ślub  i wesele były 
żartem i że nie chce mnie więcej widzieć... 

– Wtedy postanowiłaś, że nie powiadomisz go o ciąży. 
W  pełnej  napięcia  ciszy  słychać  było  tylko  trzaskanie  płonących  w 

kominku polan. W końcu Courtenay wstała z fotela. 

–  To  był  bardzo  długi  wieczór  –  powiedziała,  wygładzając  aksamit 

sukienki. – Idę spać. – Zawahała się. – Och, jest jeszcze jedna sprawa... 

– Co takiego? 
–  Dowiedziałeś  się  już,  dlaczego  postanowiłam  pójść  na  przyjęcie  do 

Bertie,  ale  ty  też  mówiłeś,  że  z  jakiegoś  powodu  zależy  ci,  żebym  tam 
poszła.  Czy  możesz  mi  teraz  powiedzieć,  co  to  był  za  powód?  Chciałabym 
wiedzieć. 

Graydon  szarpnął  węzeł  krawata  i  rozluźnił  go,  rozpinając  kołnierzyk 

koszuli, jakby zabrakło mu powietrza. 

–  Miałem  nadzieję,  że  zapomnisz  o  tym.  Ale  skoro  jesteśmy  wobec 

siebie szczerzy, dobrze, powiem ci, dlaczego chciałem zabrać cię do Bertie. 

Courtenay  skurczyła  się  w  sobie.  Domyśliła  się,  że  nic  nie  zostanie  jej 

oszczędzone. 

–  Zaprosiłem  cię  –  ciągnął  Graydon  –  ponieważ  chciałem,  żeby  Bertie 

background image

myślała, iż coś nas łączy. Po śmierci męża ciągle daje mi do zrozumienia, że 
powinniśmy  znowu  być  razem.  Uważałem,  że  najlepszym  sposobem 
uświadomienia jej, że nie ma szans, będzie... 

–  ...  będzie  wykorzystanie  mnie  –  dokończyła  Courtenay  posępnie. 

Poczuła pieczenie pod powiekami, a gardło ścisnęło się jej tak, że z trudem 
mogła przełknąć ślinę. – Powinnam była się domyślić – powiedziała głosem 
stłumionym przez łzy. – To pomysł w guście Winterów. 

Odwróciła  się  i  potykając  podeszła  do  drzwi.  Ale  Graydon  dogonił  ją. 

Schwycił ją za ramiona i zawrócił. 

– Na Boga – rzekł głosem pełnym udręki. – Tak mi przykro, Courtenay. 
Nie  była  w  stanie  wykrztusić  ani  jednego  słowa,  wysunęła  się  z  jego 

uścisku i podeszła do drzwi. 

Tym razem nie próbował jej zatrzymać. 
 

background image

Rozdział 11 

 
Courtenay  stwierdziła  z  ulgą,  że  Graydon  wyjechał  do  biura,  zanim 

jeszcze  wstała.  Zaniosła  na  tacy  śniadanie  dla  Vicky,  a  potem  wróciła  się 
jeszcze do kuchni po kubek kawy. Jedyną pociechą dla niej tego ranka było 
coraz lepsze samopoczucie Vicky. Widać było wyraźną poprawę. 

Kilka  minut  gawędziła  z  Liwy,  a  kiedy  szła  z  powrotem  przez  hol  z 

kubkiem  gorącej kawy, spostrzegła  Alannę krzątającą się  między puszkami 
farby i rolkami tapety. 

Courtenay chrząknęła. 
– Szczęśliwego Nowego Roku, pani Winter. 
–  A... dzień dobry.  Tobie również życzę szczęśliwego Nowego Roku.  – 

Starsza  pani  wydawała  się  zakłopotana.  –  Ja...  czekałam  na  ciebie. 
Chciałabym z tobą porozmawiać. Czy masz teraz chwilę czasu? 

Courtenay  poczuła  się  nieswojo,  kiedy  zauważyła,  że  Alanna  ma 

zaczerwienione oczy; było oczywiste, że płakała. 

– Miałam właśnie posiedzieć trochę z Vicky  – odpowiedziała spokojnie 

– ale... dobrze, oczywiście. 

Przeszły do salonu i Alanna wskazała Courtenay jeden z foteli. Ogień już 

palił się w kominku i płomienie strzelały w górę. 

Courtenay czekała, ale cisza przeciągała się. Wypiła parę  łyków kawy  i 

już miała rozpocząć rozmowę, kiedy Alanna odezwała się: 

–  Graydon  opowiedział  mi  wszystko.  Całą  tę  obrzydliwą  historię,  jak 

Patryk  uwiódł  cię  i  oszukał.  Z  całego  serca  pragnę  cię  przeprosić  za  to,  że 
traktowałam  cię  do  tej  pory  tak  okropnie.  Nigdy  w  życiu  nie  byłam  taka 
zawstydzona.  Byłaś  moim  gościem,  a  moje  zachowanie  wobec  ciebie  było 
co najmniej nietaktowne. 

– Do niedawna znała pani przecież tylko wersję Graydona – powiedziała 

Courtenay łagodnie. – Skąd mogła pani przypuszczać, że to nieprawda? 

– Powinnam była! Powinnam była wierzyć mojej intuicji. Zawsze byłam 

dumna  z  tego,  że  umiem  właściwie  oceniać  ludzkie  charaktery.  Im  lepiej 
ciebie  poznawałam,  tym  bardziej  byłam  zaintrygowana  –  nie  pasowałaś 
zupełnie  do  wizerunku,  jaki  stworzył  Graydon.  A  w  ten  poranek  Bożego 
Narodzenia,  kiedy  pobiegłaś  na  górę,  wyglądałaś  na  tak  zdenerwowaną,  że 

background image

chciałam zapukać do twojej sypialni i zapytać, co się stało. Domyśliłam się, 
że  Bertie  Atherton  była  co  najmniej  niegrzeczna  wobec  ciebie.  – 
Westchnęła.  –  Nie  mogłam  zapomnieć  twoich  oczu.  To  twoje  zrozpaczone 
spojrzenie ciągle mnie później prześladowało. Teraz gorzko żałuję, że wtedy 
nie zareagowałam. 

Serce  Courtenay  ścisnęło  się  boleśnie  –  ale  zabłysła  również  iskierka 

nadziei. Czy mogłaby się zaprzyjaźnić z Alanną? Przedtem wydawało się to 
zupełnie niemożliwe. 

– Nie mówmy o przeszłości... 
Alanna potrząsnęła głową. 
–  Jeszcze  coś.  Graydon  powiedział,  że  prosiłaś  go,  żeby  oszczędził  mi 

całej  prawdy.  Obawiałaś  się,  że  to  mogłoby  mnie  zranić.  –  Courtenay 
wydawało się, że w wyblakłych niebieskich oczach pojawiły się łzy. 

– Miałaś rację, było to dla mnie wyjątkowo bolesne – dowiedzieć się, do 

czego  Patryk  był  zdolny.  Ale  ten  ból  złagodziła  świadomość,  że 
zatroszczyłaś się o  mnie. Jak to  miło z twojej strony, że zadbałaś o  mnie w 
ten sposób. Nie myślałam, że spotkam kogoś, kto ma takie dobre serce. Czy 
mogę  mieć  nadzieję,  że  po  tym  wszystkim  pozwolisz  mi  traktować  cię  jak 
członka rodziny? Czy zechciałabyś zamieszkać z nami w Seacliffe? 

Członek  rodziny.  Courtenay  przypomniała  sobie  pogardliwe  słowa 

własnego  ojca,  kiedy  dał  jej  do  zrozumienia,  żeby  nie  pokazywała  się  mu 
więcej  na  oczy.  Teraz  proponują  jej  coś  zupełnie  przeciwnego  –  żeby  stała 
się częścią nowej rodziny. O tym nie śmiała marzyć. Poczuła do Alanny taką 
sympatię, jaką mogłaby obdarzyć rodzoną matkę. 

– Pani Winter... 
– Nazywaj mnie Alanną, kochanie. Wszyscy moi przyjaciele tak do mnie 

mówią. 

Courtenay uśmiechnęła się. 
–  Alanno,  jesteś  przecież  babcią  Vicky.  Bardzo  chciałabym,  żebyśmy 

obie należały do waszej rodziny. Ale obawiam się, że za kilka dni będziemy 
musiały wracać do Millar’s Lake. Tam jest nasz dom – mój i Vicky. Bardzo 
mi zależy na tym, żeby być samodzielną i niezależną. 

Urwała  nagle,  kiedy  zobaczyła,  że  Alanna  posmutniała,  a  następnie 

podjęła szybko: 

–  Może  uda  mi  się  znaleźć  jakieś  większe  mieszkanie  i  wtedy  Wheeler 

mógłby kiedyś przywieźć cię do nas z wizytą. A jeżeli Vicky będzie chciała 

background image

odwiedzić ciebie w czasie wakacji – a ja jestem pewna, że będzie chciała – 
wtedy  Wheeler  będzie  mógł  po  nią  przyjechać.  Oczywiście  nie  będę  miała 
nic przeciw temu. 

–  Wheeler...  –  mruknęła  Alanna,  jakby  myślała  o  czymś  innym.  Długo 

patrzyła na Courtenay w milczeniu, a jej oczy wydawały się nabierać blasku. 
Courtenay  skurczyła  się  pod  tym  ostrym,  badawczym  spojrzeniem,  które 
wydawało  się  przewiercać  ją  na  wskroś  i  czytać  w  jej  najskrytszych 
myślach. 

Nagle Alanna odezwała się: 
–  Och,  jakże  mogłam  być  tak  ślepa!  Chodzi  o  Graydona,  prawda?  To  z 

jego  powodu  nie  chcesz  tu  zostać,  to  dlatego  tak  chcesz  koniecznie  wracać 
do domu. Zakochałaś się w nim! 

Courtenay zerwała się gwałtownie. 
– Och, nie – powiedziała stłumionym głosem. – Mylisz się. 
–  Czyżby?  –  Alanna  podniosła  się  z  fotela  i  zapytała  spokojnie:  –  To 

dlaczego  tak  wszystko  zaplanowałaś,  żeby  go  już  więcej  nie  zobaczyć? 
Dlaczego  to  Wheeler  musi  mnie  przywieźć  do  Millar’s  Lake,  dlaczego  to 
Wheeler ma tam pojechać po Vicky? Dlaczego nie... Graydon? 

Courtenay wyprostowała się niechętnie. 
– Bo... bo on jest bardzo zajęty, ma tyle pracy, nie chciałabym sprawiać 

mu  kłopotu...  –  zaczęła,  ale  kiedy  napotkała  wzrok  Alanny,  sama  przestała 
wierzyć  w  swoje  tłumaczenie.  Teraz  dopiero  dotarło  do  niej  w  pełni 
znaczenie  słów  Alanny  i  ogarnęło  ją  przerażenie.  Czy  to  możliwe?  Czy 
rzeczywiście  zakochała  się  w  Graydonie?  Czy  była  tak  zaślepiona,  że  nie 
uświadamiała sobie, co się naprawdę stało? 

Pokój  nagle  zawirował  jej  przed  oczami  i  musiała  chwycić  się 

obramowania kominka. Tak, Alanna miała rację. Była zakochana. 

Ale mężczyzna, któremu oddała swoje serce, wcale tego nie chciał. 
Och, Boże... on nigdy nie może dowiedzieć się o tym. 
–  Proszę  mu  o  tym  nie  mówić  –  poprosiła  błagalnie  przez  łzy.  –  Nie 

mogłabym mu spojrzeć w oczy, gdyby się dowiedział. 

–  Oczywiście,  że  nie  powiem.  –  Głos  Alanny  przepełniony  był 

współczuciem. – Wiem, że to byłoby dla  ciebie bardzo krępujące. Widzisz, 
Graydon  przeżył  zdradę  kobiety,  kiedy  był  młodszy.  Nigdy  nie  wyznał  mi, 
kim  ona  była,  ale  wiem,  że  to  podważyło  jego  zaufanie  do  wszystkich 
kobiet. Przysiągł, że nigdy się nie ożeni. 

background image

Potrząsnęła głową ze smutkiem. 
–  A  kiedy  mój  syn  coś  sobie  postanowi,  nic  nie  może  zmienić  jego 

decyzji. 

Ujęła  w  swoje  dłonie  zimne  ręce  Courtenay  i  przytrzymała  je.  –  Nie 

martw się, moje dziecko, będę dobrze chronić twojej tajemnicy. 

Tak,  Courtenay  wiedziała  o  tym.  Ta  świadomość  łagodziła  trochę  ból, 

który rozdzierał jej serce. 

 
Reszta poranka ciągnęła się w żółwim tempie. Courtenay z Vicky zajęły 

się  grą,  którą  mała  dostała  na  gwiazdkę,  ale  myślami  była  daleko. 
Zastanawiała  się,  jak  zdoła  przeżyć  pod  jednym  dachem  z  Graydonem  dni, 
które dzielą ją od wyjazdu z Seacliffe. 

Około  wpół  do  drugiej  Vicky  zasnęła.  Alanna,  w  drodze  na 

popołudniową drzemkę, zatrzymała się obok Courtenay. 

–  Powinnaś  się  przejść  –  zaproponowała.  –  Wyglądasz  na  bardzo 

zmęczoną, a na dworze jest tak ładnie. Powiedziałam Liwy, żeby zajrzała do 
Vicky, jeśli obudzi się przed twoim powrotem. 

Alanna  miała  rację,  pomyślała  Courtenay,  kiedy  w  kilka  minut  później 

przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze. Rzeczywiście wyglądała okropnie i 
nic  dziwnego,  nie  spała  prawie  całą  noc.  Podobnie  zresztą  jak  Graydon: 
słyszała,  jak  przechadzał  się  po  sypialni,  jakby  miał  do  rozwiązania  jakiś 
poważny problem. 

Westchnęła  ciężko,  związała  włosy  białą  wstążką  w  koński  ogon. 

Zmieniła  spódnicę  na  dżinsy,  na  białą  bawełnianą  bluzkę  nałożyła 
granatowy sweter. Stwierdziła, że wygląda niemal jak beztroska nastolatka – 
ale  tylko  na  pierwszy  rzut  oka.  Wiedziała,  że  każdy,  kto  spojrzałby  jej 
głębiej w oczy, zobaczyłby w nich ból. 

Kiedy  zamknęła  frontowe  drzwi  za  sobą,  z  dziedzińca  poderwał  się 

rudzik i usiadł na gałązce najbliższego klonu. Zatrzymała się i unosząc rękę 
do  czoła,  żeby  osłonić  oczy  przed  słońcem,  obserwowała  jego  żwawe 
podskoki. 

Było cudowne popołudnie. Ciepła bryza przyniosła ze sobą balsamiczny 

zapach  lasu  i  oceanu.  Zamknęła  oczy,  żeby  lepiej  smakować  urodę  tego 
dnia, ale jego doskonałość potęgowało jeszcze bardziej uczucie pustki w jej 
życiu  –  życiu  bez  Graydona.  Trudno  było  wprost  uwierzyć,  że  jeszcze 
tydzień  temu  czy  dwa  myślała,  że  nie  potrzebuje  nikogo  prócz  Vicky.  Jak 

background image

bardzo się myliła! 

Otworzyła  oczy  na  odgłos  zbliżającego  się  samochodu  i  ku  swojemu 

przerażeniu  dostrzegła  mercedesa  zbliżającego  się  do  podjazdu.  Koła 
zachrzęściły na żwirze, kiedy zatrzymał się parę metrów od niej. 

Courtenay wydawało się, że czarna chmura zasłoniła nagle słońce. Boże, 

spraw, żeby to był Wheeler, błagała. 

Ale jej modlitwa nie została wysłuchana. 
Kiedy  Graydon  wysiadł  z  samochodu,  Courtenay  ogarnęło  nagle 

bezsensowne  pragnienie,  żeby  schować  się  za  krzakiem  rododendronu. 
Zamiast  tego  westchnęła  głęboko  i  wsunąwszy  ręce  do  kieszeni  czekała, 
kiedy Graydon podejdzie do niej. 

Graydon  był  w  ciemnym  garniturze  i  szarej  koszuli.  Wiatr  rozwiał  mu 

poły marynarki i odsłoniła się jego muskularna klatka piersiowa. Courtenay 
przypomniała  sobie  słowa  Krystle:  „Wysoki,  ciemny,  absolutnie 
zniewalający.  Ma  wyjątkowo  seksowne,  chmurne  spojrzenie,  włosy  czarne 
jak węgiel, opaleniznę z Palm Springs, oczy koloru pawich piór... „ 

Courtenay  doskonale  pamiętała  swoją  odpowiedź:  –  Wiesz,  że 

mężczyźni mnie nie interesują. 

– Gdzie idziesz? – pytanie Graydona sprowadziło ją na ziemię. 
Chrząknęła i podnosząc ku niemu głowę, wskazała wybrzeże. 
–  Twoja  matka  powiedziała,  że  można  kilometrami  spacerować  wzdłuż 

plaży. Pomyślałam, że zaczerpnę trochę świeżego powietrza, póki Vicky się 
nie obudzi. 

– Zajrzałem do niej rano przed wyjściem. Wygląda dużo lepiej. 
– Tak, wraca do zdrowia. 
Nastała kłopotliwa cisza. Courtenay odezwała się pierwsza: 
– Alanna powiedziała, że pojechałeś do biura. Czy  ty w ogóle  nie  masz 

żadnej przerwy? W końcu są przecież święta. 

– Pojechałem do biura, ale nie pracowałem – Graydon spojrzał poza nią, 

tam, gdzie morze lśniło w zimowym słońcu. – Musiałem przemyśleć pewne 
sprawy. 

–  Słyszałam,  jak  po  północy  chodziłeś  po  pokoju...  Courtenay  nagle 

zamilkła.  Po  co  to  powiedziała?  Nie  chciała  przecież  dawać  mu  do 
zrozumienia, że go słyszała, że zwróciła nań uwagę. 

– Czy przeszkadzałem ci? 
– Nie, ja też nie spałam. Mam nadzieję, że... że znalazłeś odpowiedzi na 

background image

pytania, które cię nurtowały. 

– Tak – mruknął. – Rzeczywiście znalazłem. 
Kiedy spoglądał w kierunku  morza,  uświadomiła sobie,  ile  determinacji 

było w tej twarzy. Silny mężczyzna, który wie, czego chce. 

Jak  to  powiedziała  Alanna?  „Kiedy  mój  syn  coś  postanowi,  nic  na 

świecie nie zmieni jego decyzji”. Ogarnęła ją rozpacz. 

– ... jeżeli nie masz nic przeciw temu. 
Courtenay spojrzała na niego, mrugając oczami. 
– Przepraszam – bąknęła. – Nie słyszałam, co mówiłeś. 
Spojrzał  na  nią  pytająco,  a  w  jego  oczach  odbijał  się  błękit  nieba.  – 

Powiedziałem,  że  spacer  też  by  mi  się  przydał.  Czy  nie  masz  nic  przeciw 
temu, żebym się przyłączył? 

–  Och...  oczywiście.  –  Courtenay  wzruszyła  ramionami  udając 

obojętność. 

Piasek  na  plaży  był  wilgotny  i  można  było  wygodnie  spacerować. 

Ogromne  pnie  leżały  na  brzegu  wzdłuż  linii  wybrzeża.  Na  całej  plaży  nie 
widać było nikogo oprócz jakiejś dziewczynki, która bawiła się z psem. 

– Telefonowałem po lunchu do Alanny. Wspomniała, że rozmawiałyście. 

Nie  wiem, jakim cudem  to osiągnęłaś, ale  powiedziała  mi, że  ma zamiar w 
przyszłym tygodniu zamówić malarzy, żeby odnowili główny hol. 

– Och, to wspaniale! – Courtenay ucieszyła się. 
– To dobry znak. 
– Ja też tak uważam. 
–  Więc  mogę  wrócić  do  Millar’s  Lake  od  razu,  jak  tylko  Vicky 

wyzdrowieje. 

– W dalszym ciągu masz zamiar wyjechać? 
– Tak – odpowiedziała spokojnie Courtenay. 
– W dalszym ciągu mam zamiar wyjechać. 
Graydon kopnął jakiś kamyk. – W takim razie odwiozę cię. 
–  Och,  nie  musisz!  –  Courtenay  nie  mogła  nawet  znieść  myśli,  że 

musiałaby  przez  wiele  godzin  siedzieć  w  samochodzie  blisko  Graydona.  – 
Pojedziemy autobusem. 

–  W  takim  razie  Wheeler  was  zawiezie  –  zadecydował  tonem  nie 

znoszącym sprzeciwu. 

Spacerowali  przez  kilka  minut  w  milczeniu,  po  czym  Graydon  odezwał 

się znowu: 

background image

–  Jutro  spotkam  się  z  Kettertonem.  Przywróci  cię  na  twoje  dawne 

stanowisko. Porozmawiam z nim o odszkodowaniu... 

– Nie – powiedziała twardo Courtenay. – Nie wezmę od ciebie żadnych 

pieniędzy.  –  Więc  proszę,  nie  rób  tego.  Chcę  tylko  wrócić  do  domu  i  mieć 
wszystko to, co przedtem. Och, wiem, że to niezupełnie możliwe, ale... 

– Ty mnie wciąż nienawidzisz, prawda? 
Courtenay  otworzyła  usta,  żeby  zaprotestować,  ale  szybko  się 

powstrzymała.  Czy  nie  byłoby  lepiej,  gdyby  tak  myślał?  Żeby  uwierzył,  że 
ona  nie  może  znieść  jego  widoku?  Wtedy  nigdy  już  nie  będzie  musiała 
spotykać  go.  Wheeler  będzie  mógł  zabierać  Vicky,  ile  razy  będzie  chciała 
przyjechać na wakacje do Seacliffe. 

Zwolnili  kroku.  Courtenay  odwróciła  się,  żeby  nie  zobaczył  łez  w  jej 

oczach. Do tej pory sądziła, że to Patryk złamał jej serce. Teraz wiedziała, że 
uczucie,  jakie  żywiła  wobec  niego,  było  tylko  zauroczeniem  nastolatki, 
namiastką  prawdziwego  uczucia.  To,  co  czuła  wobec  Graydona,  to  była 
prawdziwa miłość, to mężczyzna jej życia. 

Ale on jej nie kochał i ona nie spodziewała się po nim niczego więcej niż 

dotąd. 

Nagle  chwycił  ją  za  ramiona  i  obrócił  ku  sobie.  Patrzyła  na  niego 

mrugając  rozpaczliwie  oczami,  żeby  nie  zauważył  jej  łez.  Z  trudem 
powstrzymywała łkanie. 

Puścił jej ręce i cofnął się trochę, tak że się już nie dotykali. 
– Nigdy nie zapytałaś mnie, skąd wiedziałem o dziecku Patryka. 
Spojrzała zaskoczona. 
–  Nie  –  powiedziała  wolno.  –  Nie  pytałam.  Myślałam...  To  znaczy, 

spodziewałam się, że po śmierci Patryka przyjdzie ci na myśl, że z romansu 
mogło  narodzić  się  dziecko...  Że  nie  chciałeś  już  bardziej  ranić  Beth  i 
wynająłeś prywatnego detektywa, żeby to sprawdzić. 

Graydon popatrzył na morze, na dziewczynkę z psem. W końcu odezwał 

się: 

– Usiądźmy na chwilę. 
Przysiadł na pniu, w pewnej odległości od Courtenay. 
– Nie – zaprzeczył. – Istnienie dziecka nigdy nie przyszło mi do głowy. 
Courtenay spojrzała na niego zdumiona. 
–  Więc  czemu  mnie  poszukiwałeś?  –  Nagle  przyszło  jej  na  myśl 

przerażające przypuszczenie. – Czy... chciałeś się zemścić? 

background image

–  Zemścić?  –  Graydon  zapatrzył  się  w  morze.  Courtenay  zaczęła  się 

zastanawiać, czy jeszcze coś powie. Ale w końcu odezwał się tonem pełnym 
goryczy: 

–  Nie,  nie  myślałem  o  zemście.  –  Zamilkł  znowu  i  westchnął  głęboko. 

Sięgnął do kieszeni spodni i wyjął portfel. 

– Odpowiedź jest tu – powiedział wolno, jakby słowa przychodziły mu z 

wielkim  trudem.  –  Nie  spodziewałem  się,  że  pokażę  to  komukolwiek...  a 
najmniej – że tobie. Ale nie chcę, żeby między nami były jakieś tajemnice. 

Courtenay  wstrząsnęła  się,  kiedy  podmuch  wiatru  uderzył  jej  prosto  w 

twarz. – Co to takiego? Podał jej portfel. 

– Otwórz sama i zobacz. 
Courtenay  zaczęła  rozcierać  ręce,  żeby  trochę  je  rozgrzać,  i  patrzyła  na 

niego z niedowierzaniem. 

– Otwórz – powtórzył Graydon. 
Courtenay  pogładziła  dobrze  wyprawioną  skórę  portfela,  starając  się 

odwlec chwilę, kiedy będzie musiała zajrzeć do środka. Co tam mogło być? 
Co zmusiło Graydona do poszukiwania jej? Właśnie jej – nie Vicky. 

Powoli  otworzyła  portfel.  Pierwszą  rzeczą,  którą  zobaczyła,  była 

fotografia  w  plastikowej  ramce.  Stare  zdjęcie,  z  pozaginanymi  rogami, 
trochę wyblakłe... 

Poczuła nagły skurcz żołądka. To było jej zdjęcie – to samo, które Patryk 

zrobił  tego  dnia,  kiedy  spotkali  się  po  raz  pierwszy.  Przypomniała  sobie 
pierwsze słowa, jakie wtedy powiedział: 

–  Przepraszam...  ale  nie  mogłem  się  powstrzymać  –  uśmiechnął  się 

czarująco.  –  Pani  jest  najbardziej  atrakcyjną  kobietą,  jaką  kiedykolwiek 
spotkałem! 

Spojrzała na Graydona. 
– Skąd to masz? – szepnęła. 
–  Znalazłem  w  szufladzie  Patryka,  kiedy  robiłem  porządki  po  jego 

śmierci. 

–  Ale  po  co  je  przechowujesz?  –  zapytała.  Odpowiedź  przemknęła  jej 

przez myśl. Gorąco pragnęła, żeby to nie była ta odpowiedź. 

Ale on odrzekł: 
–  Zachowałem  je,  ponieważ  uważałem,  że  jesteś  najbardziej  atrakcyjną 

kobietą, jaką kiedykolwiek spotkałem. 

Courtenay  spojrzała  z  niedowierzaniem.  Miała  wrażenie,  że  cały  świat 

background image

wiruje  wokół  niej.  Poczuła  się  dziwnie  lekka.  A  kiedy  uczucie  to  minęło, 
wstała i podbiegła do brzegu, nie zwracając uwagi na to, że portfel upadł na 
piasek. Patrzyła  na  horyzont,  nie widząc  nic przez  łzy. Nie  usłyszała, kiedy 
Graydon  podszedł  do  niej,  ale  nagle  poczuła  ciepły  oddech  tuż  przy  karku. 
Ale i tym razem jej nie dotknął. 

Potrząsnęła głową w rozpaczliwym geście. 
–  Pragniesz  mnie...  pragniesz  mojego  ciała  –  dokładnie  tak  jak  Patryk. 

Jesteś taki jak on... Och, nie zniosę tego dłużej! 

– Spójrz na mnie, Courtenay. 
Nie  mogła  już  dłużej  ukrywać  przed  nim  łez.  Przyciskając  dłonie  do 

skroni,  daremnie  usiłując  złagodzić  nagłe,  bolesne  pulsowanie,  odwróciła 
się. Słowa pełne gniewu zamarły jej na ustach, gdy dostrzegła w jego oczach 
prawdziwą udrękę. 

– Miałem obsesję na twoim punkcie – mówił głosem pełnym bólu. – Nie 

mogłem  myśleć  o  niczym  innym,  dzień  i  noc.  Rzeczywiście  wynająłem 
prywatnego  detektywa,  ale  nie  dlatego,  że  przypuszczałem,  iż  mogłaś  mieć 
dziecko z Patrykiem, ale dlatego, że tak bardzo ciebie pragnąłem. Tak, masz 
rację... Pożądałem cię tak jak Patryk. 

Courtenay czuła się tak, jakby Graydon złamał jej serce. 
–  Kiedy  detektyw  w  końcu  znalazł  ciebie  i  dowiedział  się,  że  masz 

dziecko,  prosiłem,  żeby  wysłał  mi  fotografię.  Kiedy  zobaczyłem,  jak 
wygląda córka Patryka... – potrząsnął głową bezradnie. – Sprowadziłem cię 
tutaj, do  mojego domu. Udawałem, że robię to dla dobra Alanny, ponieważ 
była w depresji po śmierci syna, a zawsze marzyła o wnukach. Poszedłem na 
całego,  udając, że to był  mój jedyny cel.  Ale  oczywiście chodziło  mi  o coś 
innego. Chciałem mieć ciebie. I w dalszym ciągu tego chcę. 

Courtenay  opuściła  ręce  i  łkając  cichutko  odeszła  na  bok.  Nie  chciała 

tego słuchać. 

– Ale teraz pragnę czegoś więcej... – Graydon stanął naprzeciw niej, ale 

nie próbował jej dotykać. – Nie wystarczy mi piękna, atrakcyjna blondynka 
z  fotografii.  Chcę  mieć  prawdziwą  Courtenay  –  ciepłą,  wrażliwą, 
bezinteresowną kobietę, którą pokochałem. Chcę ją poślubić, chcę spędzić z 
nią resztę mojego życia... 

Courtenay  przystanęła  oszołomiona.  Ale  nie  mogła  się  odwrócić.  Bała 

się, że jeśli to zrobi, okaże się, że z tyłu nie ma nikogo, że ulega złudzeniu, 
że wyobraża sobie to, co naprawdę chciałaby usłyszeć i zobaczyć. 

background image

– Courtenay... 
Oddychając  głęboko,  zdołała  w  końcu  zwrócić  ku  niemu  twarz  i 

spojrzała z wahaniem, czekając, czy coś jeszcze powie. 

–  Wiem,  że  Patryk  podważył  twoje  zaufanie  do  mężczyzn.  –  Oczy 

Graydona, obramowane ciemnymi rzęsami, patrzyły na nią z bólem i żalem. 
–  Ale  mam  nadzieję,  że  nie  zniszczył  go  całkowicie.  Sądzę,  że  można  je 
odbudować. Nie mogę się spodziewać, że to nastąpi z dnia na dzień – i może 
to  nawet  lepiej,  bo  chciałbym  zasłużyć  na  to  zaufanie.  Muszę  na  nie 
zasłużyć... i... mam zamiar to zrobić, bez względu na to, jak długo to będzie 
trwało. Nawet jeśli zajmie mi całe życie. 

Courtenay próbowała zapytać, jaką drogą chciałby to osiągnąć, ale słowa 

nie  mogły jej przejść przez gardło. Graydon jednak sam odpowiedział na to 
pytanie: 

–  Mam  zamiar  zdobywać  cię  w  taki  sposób,  jak  na  to  zasługujesz,  tak, 

jak nikt jeszcze tego do tej pory nie robił. Zaczniemy wszystko jeszcze raz. 
Będziemy udawać, że jesteśmy obcymi ludźmi, mężczyzną i kobietą, którzy 
spotkali się pierwszy raz w życiu. 

Rozprostował  ramiona  i  powiedział  z  przekonaniem,  które  sprawiło,  że 

serce Courtenay zadrżało: 

– Zmuszę cię, żebyś mnie pokochała. 
Nie musisz tego robić, szepnęła do siebie cichutko, ja już ciebie kocham. 
Musiał  wyczytać  odpowiedź  z  jej  oczu,  bo  uśmiechnął  się.  Courtenay 

uświadomiła sobie, że pierwszy raz uśmiechnął się w taki sposób. 

– Wydaje  mi się – rzekł Graydon – że to  najlepszy czas  i  miejsce, żeby 

rozpocząć nowe życie – teraz i tutaj. 

Courtenay  uśmiechnęła  się  do  Graydona  i  wtedy  usłyszała  głębokie 

westchnienie. Mogłaby przysiąc, że zobaczyła, jak drży. 

Ale ręka, którą wyciągnął ku niej, była mocna i ciepła. 
– Cześć – przedstawił się. – Nazywam się Graydon Winter. Mieszkam w 

tym domu wśród sosen. Jestem dobrze sytuowany, a  moja  matka  uważa, że 
jestem porządnym człowiekiem. 

Courtenay  pomyślała,  że  chyba  nie  będzie  w  stanie  odpowiedzieć  – 

szczęście ścisnęło jej gardło. Ale w końcu udało się jej wykrztusić: 

– Courtenay West – powiedziała drżącym głosem. 
–  Samotna  matka  z  dziewięcioletnią  córką.  Nie  jestem  niezależna 

materialnie,  a  miejscem,  które  nazywam  swoim  domem,  jest  dość  nędzna 

background image

suterena w Millar’s Lake. 

– Millar’s Lake? Czy to ładna miejscowość? 
– Nie najgorsza. 
– A czy są tam jakieś hotele? 
– Jest kilka. O tej porze roku są prawie puste. 
–  Więc  nie  będzie  problemu  z  wynajęciem  pokoju,  gdybym  wybrał  się 

tam, żeby odwiedzić... przyjaciółkę? 

Serce Courtenay mało nie wyskoczyło z piersi. 
– Nie będzie żadnego kłopotu. 
– To dobrze. Mam zamiar wybrać się tam wkrótce. I przyjeżdżać bardzo 

często.  –  Słowa  były  wypowiedziane  zwyczajnie,  ale  zabrzmiały  jak 
uroczysta obietnica. – Prawda, że piękny dzień? 

– Rzeczywiście... wspaniały dzień! 
– Chciałbym przejść się trochę wzdłuż plaży. 
–  Graydon  odgarnął  włosy  z  czoła  i  dodał  uroczystym  tonem:  – 

Courtenay West, czy chciałaby pani pójść ze mną na spacer? 

– Tak – odrzekła Courtenay. Doskonale wiedziała, o co pytał naprawdę. 
Szli  obok  siebie  wzdłuż  brzegu.  Courtenay  zauważyła,  że  ani  jej  nie 

dotknął,  ani  nie  objął  ramieniem.  Wiedziała  dlaczego.  Serce  mówiło  jej,  że 
nadejdzie taki dzień, kiedy to zrobi. 

Na razie cieszyli się, że są razem, i to im wystarczało.