background image

 

Tad Williams 

Czas Kalibana 

Przekład: Anna Lik 

Data wydania oryginalnego 1994 

Data wydania polskiego 1995 

background image

Dedykuję  tę  książkę  mojej  ukochanej  Deborze,  która  wytyczyła  ścieżki  mojej  podróży. 

Wcześniej  nie  wyobrażałem  sobie  nawet,  jak  dziwna  to  będzie  wędrówka  i  jak  wspaniałe, 
nowe i stare światy uda mi się przemierzyć. 

 

Jakież to uniesienie, 

gdy taka lądowa dusza 

mijając domostwa, przylądki 

w głęboką wieczność wyrusza. 

 

Chyba tylko marynarz, zrodzony 

tak jak my pośród gór, uwierzy, 

że to boski rausz – taki pierwszy 

kilometr od wybrzeży! 

 

Emily Dickinson 

background image

Część pierwsza 

Neapol Wieczór 

background image

OTO PRZYBYWA 

 
Coś  przemknęło  wzdłuż  pękatego  kadłuba  statku  i  wślizgnęło  się  niezauważalnie  do 

wody. Cień unoszący się na powierzchni przestraszył stado mew. Ptaki wzleciały z piskiem, 
zataczając koło nad zatoką. Ostatnie promienie  słońca zza gór przemieniły  je na  moment w 
przygaszone  ogniki,  tańczące  na  wieczornym  niebie.  Po  chwili  jednak  powróciły  na  fale  i 

podwinąwszy  skrzydła,  zapadły  w  czujny,  ptasi  sen.  Nic  go  już  nie  mogło  zakłócić. 
Cokolwiek znajdowało się w pobliżu, odpłynęło. W zatoce panowała cisza. 

 
Światło  z  tawerny  spłynęło  na  zabłocone  bruki  placu  San  Ferdinando,  gdy  trójka 

mężczyzn,  z  trudnością  pokonujących  próg,  wytoczyła  się  na  zewnątrz.  Ostry  blask 
pobliskich  pochodni  niebezpiecznie  uwydatniał  ich  sylwetki.  Z  tawerny  dobiegały  dźwięki 
szanty przepojonej pijacką nadzieją. 

– Kupa dziwek – rzucił niedbale jeden z nich, w typowy portowo-neapolitański sposób. – 

Chodźmy lepiej do Cuvo, co? 

– Ta gruba była całkiem niezła – odparł drugi, przesuwając ostrożnie palec wokół brzegu 

musztardówki z winem. Następnie podniósł go do ust i oblizał. – Dobry rocznik. 

– To kurwa. Sandro mówił mi o niej – odezwał się pierwszy, spluwając. 
Zrobił kilka niepewnych kroków. Mężczyzna z musztardówką zbliżył się do niego. 
– Na pewno istnieje jakiś mądrzejszy sposób na spłukanie się z forsy niż wizyta u Cuvo. 

Sam zobaczysz! – Odwrócił się. – Sebastiano! Co ty tam do diabła robisz? 

–  Szczam  –  wymamrotał  trzeci,  podpierając  się  jedną  ręką  o  mur  tawerny.  Drzwi 

zatrzasnęły się znowu, połykając wydostające się na zewnątrz światło i odgłosy. – Człowiek 
czasami musi się wylać, nie? 

Mężczyzna z musztardówką zaśmiał się. 
– Wypić i wyszczać – zanucił. – Tak się oto traci forsę... 
– Idziemy do Cuvo – zaproponował ponownie pierwszy. – No dalej, chodźcie! 
Ruszył  chwiejnym  krokiem  w  poprzek  placu,  ciągnąc  za  sobą  mężczyznę  z 

musztardówką. 

background image

Sebastiano,  wciąż  oparty  o  ścianę,  z  upodobaniem  przyglądał  się  kałuży.  Po  chwili 

oderwał  się  od  muru,  przebiegł  kilka  kroków,  lecz  zaraz  zaplątał  się  w  swoje  hajdawery. 
Nagle  obok  z  mroku  wyłoniła  się  ciemna  postać.  Jakaś  szorstka,  obmierzła  łapa  zacisnęła 
palce  na  jego  nadgarstku.  Próbując  się  wyrwać,  stracił  równowagę,  lecz  łapa  nie  pozwoliła 
mu upaść. 

Sebastiano  skamlał,  starając  się  jednocześnie  po  omacku  dosięgnąć  wolną  ręką 

marynarskiego noża do przecinania lin, schowanego gdzieś z tyłu za pasem, ale to coś ostrzej 
zaatakowało, krępując drugie ramię. Stał się więźniem cienia ludzkiej postaci, której peleryna 
ociekała kroplami deszczu spadającymi na bruk. 

– Czego chceeesz? – zajęczał. – Ja nie mam forsy. Mój kompan... mój kompan tam... – 

Próbował wskazać ręką na drugą stronę placu, lecz ta ledwo drgnęła. – On ma moją sakiewkę! 

Ciemna  postać  warknęła  niewyraźnie  coś,  czego  pijany  marynarz  nie  był  w  stanie 

zrozumieć.  Jeszcze  raz  próbował  wyrwać  się  z  uścisku,  ale  ręce  miał  jakby  w  kajdanach. 
Napięcie wzrastało. Sebastiano wił się z bólu. 

– Czego chcesz? Aaa... Santa Maria
Dostrzegł  oczy  skryte  w  cieniu  kaptura,  a  jego  nogi  zaczęły  się  powoli  uginać,  aż  w 

końcu padł na kolana przed ociekającą wodą postacią. 

Stworzenie zapytało ponownie – tym razem prawie je zrozumiał, lecz jego serce biło tak 

szybko, iż wydawało mu się, że pęknie. Nie był w stanie skupić myśli. W końcu usłyszał coś, 
co brzmiało jak imię wypowiedziane dwa razy. Ze strachu całkiem wytrzeźwiał;  bezpieczna 
pobliska tawerna, gdzie  siedzieli  jego towarzysze, wydawała się teraz beznadziejnie daleka. 

Sebastiano zadrżał, po czym przemógł się i powtórzył imię, które słyszał. 

Miażdżący  uścisk  na  jego  rękach  przybrał  na  sile  i  marynarz  zaczął  się  obawiać  o 

wytrzymałość  swych  kości.  Zrozumiał,  że  powiedział  coś  nie  tak.  Dziecięce  modlitwy, 
błagalne  prośby  o  ciszę  na  morzu  wirowały  w  jego  głowie.  Po  chwili  napięcie  opadło. 
Sebastiano podniósł wzrok i dostrzegł oczy, w których odbijało się światło pochodni. Wśród 
mroku  spowijającego  resztę  twarzy,  lśniły  nieruchome  niczym  wiszące  nad  moczarami 

ogniki. Mara spojrzała mu w oczy, po czym podniosła głowę w oczekiwaniu, że się odezwie. 

–  Tam.  –  Sebastiano  obrócił  głowę  w  kierunku  majaczącej  w  oddali  ciemnej  bryły 

zwieńczonej  strzelistymi  basztami.  –  Wszyscy  to  wiedzą  –  bełkotał.  –  Wszyscy!  Tam.  W 

zamku. 

Stwór  puścił  jedną  rękę  marynarza  i  podnosząc  swoją,  wykrzywioną  i  zdeformowaną, 

wskazał palcem na Castel Nuovo. 

– Tak – dyszał Sebastiano, wciąż czując dotyk jego palców na swoim ciele – Tam! Tam! 

– pokiwał lekko głową. 

Po  chwili  był  już  sam.  Trząsł  się.  Nie  mogąc  ustać  na  nogach,  oparł  się  o  kamienną 

ścianę. Płakał. 

Z  chwilą,  gdy  otworzył  wahadłowe  drzwi  tawerny,  naraził  się  na  drwiny  ze  strony 

background image

towarzyszy rejsu. 

– Myśleliśmy  już, że poszedłeś do Cuvo z tym starym  bufonem! –  krzyknął  jeden. – A 

może zgubiłeś drogę? 

Sebastiano chwiejnym krokiem  zbliżył się do ognia  i usiadł  na  ławie obok. Drżąc, gapił 

się  na  sine  odciski  palców  na  swoich  brązowych  od  słońca  ramionach.  Jego  wystraszona, 
nieobecna twarz sprawiła, iż w tawernie raptem ucichło. 

Oderwał wzrok od posiniaczonych rąk i zapatrzył się w blask ognia, jak gdyby był sam w 

całej tawernie. Łzy na jego policzkach wysychały szybko w żarze płomieni. 

–  Spotkałem  dzisiaj  diabła  –  powiedział  chrapliwie.  –  Boże!  Ratuj...  Jego  oczy  były 

żółte... i cuchnął jak ryba. 

background image

ZAMEK 

 

Noc zagnieździła się w szczelinach kamiennych murów bramy zamkowej. Było chłodno i 

wietrznie. 

Wartownicy,  owinięci  w  peleryny,  rozmawiali  szeptem,  podpierając  się  o  halabardy. 

Kiedy zziębnięci schronili się w bramie, z ciemności wyłoniło się wielkie, czarne jak aksamit 
widmo, które w okamgnieniu wdrapało się na zanikowy mur, w miejscu, gdzie baszta stykała 
się z bramą. Po chwili wspięło się jak pająk na jej łuk, pod którym w dole stali trzęsący się z 
zimna strażnicy. 

Jego  szponiaste  palce  zacisnęły  się  kurczowo  na  milczących  głowach  płaskorzeźb. 

Tajemnicza postać zaczęła się znowu podciągać; jej mięśnie kurczyły się i napinały, palce  i 
stopy  szukały  punktów  zaczepienia  w  zagłębieniach  wypukłych  ornamentów,  obłapiając 
szlachetne,  kamienne  twarze  świętych  i  wojowników.  W  końcu  dotarła  na  sam  szczyt 
sklepienia  i  stanęła  na  krawędzi.  Jej  peleryna  falowała  na  wietrze,  mieniąc  się  w  świetle 
księżyca. 

Stworzenie  zastygło  w  bezruchu  i  spojrzało  na  główną  wieżę  Castel  Nuovo.  W  jego 

sylwetce, w kształcie jego olbrzymich i mocnych rąk, w zgarbionych ramionach, można było 
doszukać się cech małpy. Było coś zwierzęcego w tym, w jaki sposób się pochylało, sztywne 
i zdeterminowane jak drapieżna bestia tropiąca swą ofiarę. 

Okna wieży, w których paliły się światła, przypominały dwoje niewidzących oczu. Nikt 

bowiem  nie  zauważył,  jak  cień  skulonej  postaci  powoli  zaczął  opuszczać  się  po  murze  na 

zamkowy dziedziniec. 

background image

SCENA RODZINNA 

 
– Giulietto! Nie chcę już o tym więcej słyszeć. Taka jest wola twojego ojca i nic na to nie 

mogę poradzić. 

Leżała  na  łożu  w  jedwabnej  koszuli  nocnej;  nie  miała  jednak  zamiaru  zasypiać.  Na  jej 

szczupłej,  pociągłej  twarzy,  miejscami  zapadniętej  i  pooranej  zmarszczkami,  malowały  się 
ślady przeżytych zmartwień. Jej cienkie palce ściskały kurczowo pled. 

Obok łóżka nerwowo krążyła dziewczyna, właściwie już kobieta, której pukle ciemnych 

włosów rozpuszczonych do snu, falowały jak grzywa dzikiego konia na wietrze. 

– Jestem prawie najmłodsza z rodzeństwa, mamo – jej dziecinny, słodki głos przybrał ton 

pełen  gniewu  i  żalu.  –  Wydałaś  za  mąż  dwie  córki,  zatem  Neapol  będzie  miał  swojego 
dziedzica. Dlaczego więc i moje życie ma wyglądać podobnie? 

–  Ależ  on  jest  zdolnym  młodzieńcem  i  całkiem  przystojnym.  Dobry  Boże!  Głowa  mi 

pęka! Proszę cię, Giulietto, twój ojciec dokładnie to przemyślał... 

–  Ojciec  zastanawia  się  tylko  nad  tym,  co  jest  wygodne  dla  niego,  a  nie  dla  mnie!  Co 

mnie obchodzi młody Ursino czy ktokolwiek inny z jego rodziny! 

Kobieta na łóżku ciężko westchnęła. 
– Jak możesz tak mówić o swoim ojcu! – Jej głos drżał. – Świat nie zmienił się jeszcze 

tak bardzo... żeby córki  mogły  bezkarnie obrażać swoich rodziców – przerwała  na  chwilę  i 
spojrzała  na  swoje  wysmukłe,  zaciśnięte  na  narzucie  dłonie  –  kara  oczywiście  powinna 
pochodzić od Boga. Grzechem jest szydzić z własnego ojca, który cię kocha i troszczy się o 

ciebie. 

– Nie do wiary! Naprawdę? Już nawet nie pamiętam, jak wygląda, tak rzadko tu bywa... – 

Zawahała się przez chwilę. – Dziwię się, iż jeszcze nie zapomniałaś, że masz męża. 

– Giulietto! Gdybym ja powiedziała kiedyś coś takiego o moim... Wszystko jedno... takie 

rzeczy...! 

Dziewczyna  zatrzymała  się.  Zaciskając  pięści,  otworzyła  ponownie  usta,  jak  gdyby 

szykowała się do kolejnej butnej przemowy. Zadrżała jednak i rzuciła się gwałtownie na łoże. 
Wcisnęła głowę w pościel, przytuliła się do matki i wybuchnęła płaczem. 

background image

– Duszę się! Śni mi się, że grzebią mnie żywcem! Koszmar! Nie chcę wyjść za mąż za 

Renato Ursina! O mamo! Jestem taka nieszczęśliwa! 

Kobieta wyciągnęła rękę i czule dotknęła ciemnych włosów córki. 
– Ale  co cię tak  martwi, króliczku? Proszę cię, powiedz. Mówią o nim,  że  ma  łagodne 

usposobienie. A dzięki temu, że mieszka niedaleko, będziesz blisko tych, których kochasz. 

– O to właśnie chodzi! Niczego jeszcze nie widziałam, niczego nie dokonałam! A teraz 

zamieszkam w domu Ursina  wraz z  jego rodziną, będę  mieć dzieci... potem się zestarzeję  i 
umrę. 

Matka dziewczyny, zdziwiona, skrzywiła się w bolesnym uśmiechu. 
–  Ależ,  kochanie!  Życie  oferuje  o  wiele  więcej  niż  to,  o  czym  mówisz.  Wychowanie 

dzieci nie jest niczym strasznym. Moje życie niewiele by znaczyło, gdyby nie ty, moja droga, 

i reszta mojej gromadki. 

– Ale ty, zanim wyszłaś za mąż, miałaś coś z życia. Ja niczego dotąd nie poznałam! Ja się 

tu duszę! – Słowa Giulietty, tłumione przez pościel, wyrażały cierpienie. 

– To, co wiesz o moim dzieciństwie, jest wielką przesadą i wprowadza cię w błąd. Często 

bardzo się bałam... 

Dziewczyna podniosła zapłakaną twarz, a jej oczy błysnęły radośnie. 
– Tak bardzo chciałabym się czegoś bać! Dziadek zabrał cię w rejs po oceanie. Widziałaś 

Nowy  Świat!  Ja  umrę  tutaj,  pośród  tych  samych  twarzy,  które  codziennie  przychodzi  mi 
oglądać, w ponurym i plotkarskim Neapolu. 

Nagłe pukanie do sypialnianych drzwi przerwało rozmowę. 
Jedna  z  dam  dworu  zajrzała  do  środka.  Zaraz  jednak  cofnęła  się,  by  ustąpić  miejsca 

starszej kobiecie, niosącej na rękach małego chłopca. 

–  Przepraszam,  wasza  wysokość.  –  Zatrzymała  się  na  chwilę  i  spojrzała  surowym, 

wymownym  wzrokiem  na  Giuliettę.  –  Wiem,  że  woli  pani  przebywać  sama  wieczorem  w 

sypialni, ale on nie może spać, ma koszmary. Wciąż o panią pyta. 

– Dobrze, Francesco. 
Dama oddała dziecko matce. Chłopiec zmrużył oczka. Włosy na jego jasnej główce były 

potargane i spocone. 

–  Co  się  stało,  mój  malutki  Cezarze?  –  spytała,  głaszcząc  go  delikatnie  po 

rozpromienionej  twarzyczce.  –  Dlaczego  wszystkie  moje  kurczaczki  są  takie  niespokojne 

dzisiejszej nocy? 

– Pan, pan. – Cezar wymachiwał swoją tłuściutką rączką. 
– Wydaje mu się, że zobaczył mężczyznę w oknie – stwierdziła czule piastunka. – Cały 

czas wyciąga rączki i płacze. 

– Biedne małe stworzonko, coś złego musiało ci się przyśnić. – Matka całowała ślady łez 

na policzkach chłopca. – Cezarze, nikogo nie ma za oknem. Jesteśmy wysoko nad ziemią! – 
Zanuciła kołysankę i po chwili zwróciła się do Franceski: – Zdaje mi się, że usnął. 

background image

Giulietta podniosła się, ukradkiem ocierając  łzy.  Spojrzała złowrogo na piastunkę, a po 

chwili na matkę. 

– Spałby dobrze, gdyby się tak nie objadał słodyczami. 
–  Tak  –  przytaknęła  z  uśmiechem  matka,  nie  zwracając  uwagi  na  nieprzyjemny  ton 

Giulietty. – W istocie jest trochę rozpieszczony. Biedne małe stworzonko. 

– Proszę spojrzeć, wasza wysokość, zasnął. Jak wiele znaczy ciepło matki – stwierdziła 

piastunka z dumą alchemika, któremu udało się właśnie dowieść jakiejś uniwersalnej prawdy. 
– Ciepło matki... 

Pani  domu  już  miała  zlecić  piastunce  dalszą  opiekę  nad  śpiącym  maleństwem,  gdy 

niespodziewanie zwróciła się do córki: 

–  Właściwie  to  ty  mogłabyś  go  zanieść  do  sypialni,  kochanie.  On  cię  tak  bardzo  lubi. 

Poza tym, powinnaś sama się już położyć, króliczku. 

Giulietta spojrzała z niezadowoleniem na matkę, ale wzięła dziecko. 
– Chcesz raczej powiedzieć, że to ty się musisz położyć – burknęła. – Zaledwie godzinę 

temu zaszło słońce. 

Matka nie zaprzeczyła. 
–  Już  wtedy  byłam  zmęczona.  Zabierz  go,  Giulietto.  Pomóż  Francesce  ułożyć  go  w 

łóżeczku. To naprawdę wdzięczne zajęcie. 

Dziewczyna skrzywiła się, lecz trzymając z należytą troską dziecko lekko pochrapujące z 

otwartymi usteczkami, podążyła za piastunką. Przy drzwiach odwróciła się. 

–  Nie  pójdę  spać  tylko  dlatego,  że  mi  każesz  –  szepnęła  dość  głośno.  –  I  nie  poślubię 

Ursina! 

Matka pomachała jej na pożegnanie. 
–  Proszę,  przekaż  Amelii,  że  kładę  się  spać.  Kiedy  zamknęły  się  drzwi  i  komnata 

opustoszała, matka Giulietty, wzdychając ciężko, opadła na poduszki. Po chwili obróciła się i 
zdmuchnęła  płomienie  świec  w  kandelabrze  stojącym  na  stole  obok.  Cienkie  smugi  dymu 
uniosły się do góry. Blady księżyc zaglądał przez okno tak, jak gdyby ktoś namalował go na 

szybie. 

background image

ŁOTR 

 
Dzwony  kościelne  wybiły  właśnie  jedenastą  i  echo  ostatniego  uderzenia  powoli  słabło, 

gdy drzwi do komnaty sypialnej otworzyły się cicho. Tajemnicza istota wtargnęła do środka, 
po  czym  gwałtownie  pchnęła  żelazne  wrota,  aby  je  zamknąć.  Wszystko  dookoła  lśniło 

czerwonym blaskiem żarzących się w kominku węgli. 

Postać zbliżyła, się do łoża i przez długi czas, w bezruchu, obserwowała śpiącą kobietę. 

W końcu  jej  silne spojrzenie wyrwało ze snu kobietę, która rozchyliła powieki, rozglądając 
się przez moment nieprzytomnie. Nagle przerażona otworzyła szeroko oczy. 

– Co...? – wykrztusiła. – Kto...? 
Ciemna łapa wynurzyła się z fałd peleryny i zakryła jej usta. Próbowała ją oderwać, ale 

nawet siłą obydwu rąk nie była w stanie uwolnić się od zaciśniętych na jej twarzy palców. 

Zjawa  pochyliła  się.  Oczy  kobiety  stały  się  jeszcze  bardziej  okrągłe,  a  obronne  ruchy, 

które wykonywała, przybrały na sile. 

– Puszczę cię – odezwał się przybysz dziwnie niskim głosem z mediolańskim akcentem. 

Żadne  kobiece  gardło  nie  zrodziłoby  tak  głębokiego  charkotu.  –  Puszczę  cię  –  powtórzył 
głośno, jak gdyby nie bał się, że ktoś go usłyszy. – I możesz sobie krzyczeć tak głośno, jak 
tylko  potrafisz.  Ale  jeżeli  kogoś  zbudzisz,  choć  wątpię,  by  ktoś  w  pobliżu  mógł  ci  pomóc, 

wydasz na siebie wyrok. – Szybkim ruchem schował pod pelerynę czarną, włochatą łapę. 

Kobieta  skuliła  się  i  wcisnęła  w  poduszki,  aby  tylko  znaleźć  się  jak  najdalej  od 

nieznajomego. 

– Jesteś z... Mediolanu? – wykrztusiła z trudem, gdyż brakowało jej powietrza. 
Zaśmiał się, lecz śmiech ten był pełen bólu. 
–  Co,  rozpoznajesz  swą  rodzinną  mowę,  ale  mnie  sobie  nie  przypominasz,  Mirando? 

Myślę, że nie powinienem być tym zaskoczony. 

Zsunął kaptur, ukazując skołtunione włosy na wysuniętej nienaturalnie głowie, osadzonej 

nisko  na  krótkiej,  mocnej  szyi  i  karykaturalnie  umięśnionych  ramionach.  Jego  skóra  była 
zrogowaciała  i  spalona  od  słońca.  Pod  gęstymi,  nastroszonymi  brwiami  lśniły  przeraźliwie 
żółte, sowie oczy. 

background image

Miranda zakryła twarz trzęsącymi się rękami. 
– Kaliban...? 
Zaśmiał się szorstko, klasnął w dłonie tak głośno, jak gdyby ktoś wystrzelił z muszkietu, 

po czym ukazując duże, krzywe zęby, wykonał dziwny taniec, podskakując  niczym  małpka 
miejscowego włóczęgi. 

– A więc pamiętasz? Przetrwałem! Istnieję  jako wspomnienie! – przerwał  i pochylił się 

nad nią. – Jako mara... 

Miranda wstrząśnięta pokiwała głową. 
– Ale dlaczego... dlaczego ty... po tylu latach...? 
– Dlaczego tu jestem? – Uśmiechnął się szyderczo. – Dlaczego? Oczywiście, by cię zabić. 

– Rozłożył ręce, jakby miał zamiar oklaskiwać swą udaną próbę zastraszenia. – Dalej, krzycz 
głośno, tak żeby zatrzęsły się mury, a twój koniec nastąpi szybko! Jeśli zaś życie jest ci drogie 
i nie chcesz go stracić, to radzę ci, siedź cicho i korzystaj z chwil, które ci jeszcze zostały. 

Mirandzie zaparło dech w piersiach. 
– Naprawdę chcesz mnie zabić? 
Kaliban zbliżył się do niej. 
– Powoli i nie w taki prosty sposób, moja królowo. Mogłem cię zabić we śnie, gdybym 

chciał, zdmuchnąć tak łatwo jak ty co wieczór świecę. 

Wyrwał gwałtownie świeczkę z kandelabru stojącego obok łoża, podszedł do kominka  i 

zapalił,  przykładając  do  rozżarzonych  węgli.  Obrócił  się,  trzymając  świecę  przed  sobą. 
Światło uwypuklało jego wysunięte haki brwiowe. 

– Jeden mały ruch i zapadnie ciemność – powiedziawszy to, zdmuchnął płomień. – Ale to 

mi  nie odpowiada; tak by  było zbyt  szybko. Wiele wysiłku  włożyłem w to, aby tu dotrzeć, 
Mirando.  Można  śmiało  powiedzieć,  że  były  to  czyny  heroiczne.  Podróżowałem  w 
ładowniach statków śmierdzących rybą, pełnych wilgoci i szczurów. Przepłynąłem wiele mil 
zanurzony w lodowatej wodzie pełnej rekinów. Narażałem się na niebezpieczeństwo ze strony 
walczących  ze  mną  mieszczan.  Tak,  heroizm  to  chyba  byłoby  właściwe  słowo...  jeśli 
kiedykolwiek  narodziłby  się  drugi  taki  „bohater”,  równie  ohydny  i  mściwy  jak  ja.  Musimy 
zważać  na  to,  co  mówimy;  słowa  są  najważniejsze.  Tak  naprawdę  to  właśnie  one  mnie  tu 
przywiodły. 

– Słowa? – Miranda wyprostowała się. – Nie rozumiem. 
– Nie? Mam ci coś do przekazania. – Chwycił ją za nadgarstek. – Twój ojciec nie żyje. 
Wstrząsnęła głową – jego mocny uścisk sprawiał jej ból. 
– Już pięć lat. To żadna nowina. 
–  Dla  mnie  tak  –  warknął,  wykrzywiając  w  grymasie  usta.  –  Dwadzieścia  lat  żyłem  w 

nędzy  i  włóczyłem  się  po  bezludnej  wyspie  bez  żadnej  nadziei.  Dwadzieścia  ponurych  lat. 

Jedyne, o czym wtedy marzyłem, to doczekać dnia, w którym odnajdę twojego ojca i zwrócę 
to, co jestem mu winien. W końcu udało mi się wydostać z wyspy, co nie było takie proste, 

background image

Mirando,  i  przybyłem  do  Mediolanu.  Ale  on  nie  żyje!  Prospero  nie  żyje!  Kto  mógłby 

przypuszczać, że mój zagorzały prześladowca zestarzeje się i umrze jak zwykły śmiertelnik? 
Nawet siła mojej zażartej nienawiści nie jest w stanie przywrócić mu życia. Oszukał mnie. – 
Zacisnął mocniej palce. – Ale zostałaś jeszcze ty. 

– Oszukał cię? To znaczy pozbawił cię możliwości zemsty? 
– Tak, tak właśnie. Odebrał mi szansę użycia słów, których mnie nauczył, w ważnej dla 

mnie sprawie. Pozbawił mnie tej jednej, jedynej godziny, w której usłyszałby po raz ostatni o 

mojej  krzywdzie.  To  ostateczna  zdrada.  Niech  ogień  trawi  jego  duszę  w  piekle,  jeżeli  to 
miejsce  istnieje.  Ze  wszystkich  słów,  których  mnie  nauczył,  te  jedynie  nie  są  kłamstwem. 
Niech dusza jego się smaży. 

Miranda uczyniła znak krzyża. Kaliban roześmiał się. 
– Powinnaś teraz zważać na swoją duszę, piękna Mirando. 
– A więc mnie zabijesz? 
–  Nie  wydajesz  się  tym  przerażona.  Czy  twoje  życie  jest  aż  tak  beznadziejnie 

nieszczęśliwe?  –  Zmrużył  oczy  i  uśmiechnął  się.  –  Aa...  spoglądasz  w  kierunku  drzwi. 
Myślisz,  że  straż  przyjdzie  ci  z  pomocą?  Niestety,  stary  Somnambulo,  bo  chyba  tak  brzmi 
jego  imię, śpi teraz głębiej  niż  zazwyczaj. Mógłbym przejść obok niego gwiżdżąc, gdybym 
chciał. Dałem mu szturchańca w tył głowy; do rana na pewno się ocknie. Wiem też, o której 
zjawi się jego zmiennik i kto nim będzie. Obserwowałem wszystko przez trzy dni. Znam rytm 
życia tego domu prawie tak dobrze  jak rytm przypływów  na plażach  mojej  wyspy... naszej 

wyspy. 

– To ciebie widział Cezar! 
Kaliban uśmiechnął się nieszczerze. 
– Ten twój rozpieszczony dzieciak. Ciekawe na jakiego człowieka by wyrósł, gdyby dane 

mu było wieść życie podobne mojemu: kiedy nie otacza cię przepych, nikt ci nie dogadza, a 
twoją matką nie jest taka wspaniała dama jak ty. 

–  Nie  skrzywdzisz  go!  –  Próbowała  wyrwać  się  z  uścisku,  ale  była  zbyt  słaba.  Gdy 

wyczerpana poddała się, Kaliban puścił jej rękę. Na jej nadgarstku odcisnął się fioletowy ślad. 

– To ciebie szukałem, Mirando – mówił, jak gdyby czuł się lekko urażony. – Twojemu 

ojcu udało się uciec przed sprawiedliwością, a więc ty będziesz tą, która usłyszy moje słowa. 

– Słowa... Ty cały czas mówisz... 
–  Tak.  Słowa  są  darem,  który  otrzymałem  od  twojego  ojca.  Są  przekleństwem,  które 

zrujnowało  moje  życie,  przemieniając  je  w  nędzny  i  ubogi  żywot.  Jeszcze  kilka  godzin  do 
zmiany  straży.  Ba...  to  jak  wieczność.  To  będą  moje  godziny,  Mirando.  Teraz  otrzymasz 
swoje  słowa  z  powrotem;  zanim  cię  zabiję,  usłyszysz  moją  opowieść...  i  dowiesz  się,  co 
uczyniłaś. 

– Ale... 
–  Cisza!  –  ryknął  tak  głośno,  iż  obydwoje  zastygli  na  moment  w  oczekiwaniu,  aż 

background image

zamilknie echo. Kaliban uśmiechnął się pod nosem. – Widzisz? Nie ma nikogo, kto mógłby 
nam  przeszkodzić.  Strażnik  leży  nieprzytomny,  wszyscy  mieszkańcy  dworu  śpią.  Twój 
małżonek przebywa w innym mieście, co nie jest, jak słyszałem, niczym nowym. Nie wątpię, 
że  właśnie  popisuje  się  swoją  władzą  przed  najbardziej  oczarowanymi  nim  poddanymi.  – 
Wyszczerzył  zęby.  –  Prawdę  mówiąc,  Mirando,  nikt  nie  jest  sam  dzisiejszej  nocy.  Twoja 
dama  dworu,  Amelia,  jest  ze  swoim  kochankiem,  jednym  z  waszych  żołnierzy.  Myślę,  że 

przymykasz na to oko... młodzieńcza miłość to wspaniałe uczucie, prawda? My dwoje także 
jesteśmy parą. Więc będziesz słuchać, bo inaczej moje łapy pomogą ci się skupić. – Stał nad 
nią; potężne, przerażające widmo z  błyszczącymi oczami. –  Posłuchaj,  Mirando. Zanim  cię 
zniszczę, usłyszysz tajemnice mojego serca. I zanim pogrążą cię wieczne ciemności, będziesz 
już wiedziała, co mi uczyniłaś. Posłuchaj... 

background image

Część druga 

Opowieść łotra 

background image

USTA PEŁNE SŁÓW 

 
Co  powinienem  ci  powiedzieć,  Mirando  –  teraz,  gdy  nadeszła  ta  chwila.  O  czym 

opowiedzieć?  Jak?  Od  czego  zacząć?  Przez  długi  czas  moje  usta  nie  wypowiedziały  słowa, 
ale teraz chcę wyrzucić je wszystkie z siebie. Nie potrafię dłużej ich skrywać i to ty będziesz 
musiała stawić im czoło. Nie mogę ci obiecać, że nie zmiażdżą cię one swoją siłą. 

Czy rozumiesz? To jedna z głównych zbrodni, o które oskarżam ciebie i twojego ojca... 

przede wszystkim twojego ojca. To miał być dar, tak wtedy o tym myślałem. Ofiarowaliście 
głodnemu  wspaniały,  błyszczący  owoc:  nauczyliście  mnie,  że  wszystko  dookoła  ma  swoje 
imię. Dostałem w prezencie słowa... język. Ale owoc ten był zatruty; owo nazywanie rzeczy... 
ów język nauczył mnie kłamstwa. 

Próżność, podstęp, kuglarstwo –  widzisz! Teraz też potrafię to wykorzystywać. Nie  ma 

rwącego  potoku  wody,  jest  tylko  to,  o  czym  teraz  powiem.  Rzeka  jest  rzeką.  Jest  mokra, 
głośna;  jest  domem  dla  ryb  i  wirów,  dla  unoszących  się  nad  nią  much  i  chrząszczy.  I  tak 
naprawdę nie składa się ze słów. W wielkiej mierze jej pięknem jest właśnie to, iż nie ma w 
niej  ani  jednego  słowa.  Jednak  twój  ojciec  zasiał  zło,  jakim  jest  język...  Sama  byłaś 
świadkiem!  Wciąż  jestem  więźniem  jego  kłamliwych  porównań:  „Wpierw  nazwij,  później 
zastanów się, co to wszystko znaczy”. 

Przed waszym przybyciem żyłem w świecie pewnych, niepodważalnych prawd, Mirando. 

Tobie podobni nazywają taki świat „bestialskim”, ale ja nie mogę się z tym zgodzić. Dane mi 
było  zobaczyć wasze  miasta, ulice, dzielnice portowe pełne  bladych, wiecznie zagonionych 
ludzi, którzy wyglądają jak termity uwijające się w pękniętym pniu drzewa. Tak stłoczeni, w 
ciągu  godziny  wypowiadają  tysiące  małych  kłamstw,  łżą  każdym  oddechem  i  spojrzeniem. 
Czy mogłabyś powiedzieć, że moje odosobnienie i naturalność były czymś gorszym? 

Na mojej wyspie niewątpliwie otoczony byłem rzeczami. Olbrzymia skała, górująca nad 

plażą była bezimienna, ale ja ją znałem. Wiedziałem, czym jest; że mogę się na nią wspiąć i 
zobaczyć  z  niej  bezkres  oceanu.  Małe  brązowo-żółte  jaszczurki  uwiły  sobie  na  jej  szczycie 
gniazdo.  Mimo  iż  uciekając  przede  mną,  chowały  się  w  szczelinach  i  zastygłe  w  niemym 
strachu, czekały, aż odejdę, nigdy nie myślałem o nich, że są w jakikolwiek sposób bardziej 

background image

żywe  od  kamieni  czy  innych  istot  wyższego  rzędu.  Nigdy  też  nie  pomyślałem  tak  o  sobie. 
One  się  poruszały,  tak  jak  i  ja  się  poruszałem;  skały  zaś  nie.  Czasem  jednak  przez  całe 
popołudnie  zarówno  ja,  jak  i  jaszczurki  pozostawaliśmy  w  bezruchu  –  więc  może  kiedyś  i 
kamienie chodziły, pełzały czy nawet fruwały, a ja po prostu przeoczyłem ten moment. 

W  moim  umyśle  ta  olbrzymia  skała  była  rzeczą,  tak  jak  i  była  nią  każda  z  jaszczurek. 

Nigdy nie próbowałem porównywać ich z czymkolwiek innym. One po prostu były. Ja też po 
prostu  byłem.  To,  co  znajdowałem  na  wyspie,  było  pożywieniem  wtedy,  gdy  mogłem  to 
zjeść; było cieniem, gdy  mogłem pod tym spać.  Pogoda nie była oddzielnym zjawiskiem, o 
którym  można  mówić  jak o wojnie w  jakimś odległym królestwie. Czasem  na świecie  było 
mokro i wietrznie, a czasem cała ziemia prażyła się w nieustającym skwarze. 

Właśnie  w  taki  dzień,  kiedy  cały  świat  był  jak  kamień  żarzący  się  w  płomieniach, 

wspiąłem się na szczyt owej olbrzymiej skały i ujrzałem złowrogie fatum. 

Czy byłem w stanie uciec przed tym, co miało stać się moim przeznaczeniem? Wyspa nie 

była duża, ale na jej wzniesieniach było wiele osłoniętych miejsc, gdzie mógłbym się zaszyć 
przynajmniej  na  rok.  Gdybym  tak  zrobił,  może  wszystko  postrzegałbym  w  inny  sposób. 
Byłbym  o  rok  starszy  i  może  nabrałbym  poczucia  odrębności;  obserwując  –  byłbym 
świadomy swojej inności; ucząc się – może wszystko rozumiałbym inaczej. 

Tak  jak  owe  jaszczurki  byłem  przestraszony,  ale  przede  wszystkim  byłem  skończonym 

głupcem. I tak jak one uciekały, kryjąc się wciąż w tych samych, wąskich szczelinach, tak i ja 
nie  zrobiłem  wiele,  by  ocalić  siebie.  Ukryty  za  poszarpanymi  bryłami  skał,  obserwowałem 
kroczące wzdłuż plaży  moje  fatum. Od czasu śmierci  mojej  matki aż do owego dnia  byłem 
panem tej wyspy, lecz właśnie wtedy zrozumiałem, iż dni mojej władzy są policzone. Twój 
ojciec skazany na wygnanie musiał odczuwać ten sam rodzaj bolesnej porażki – buntowniczy 
cios zadany znienacka i fatalną pomyłkę dostrzeżoną zbyt późno. Mimo iż tego doświadczył, 
jego stosunek do mnie z biegiem czasu wcale nie zmienił się na lepszy. 

Dwie sylwetki: duża i mała. Nie mogę powiedzieć, Mirando, że widząc cię, od razu się w 

tobie zakochałem, choć żałuję, że tak się nie stało. Myślę, iż byłem za młody. Wydaje mi się, 
że  kiedy  pojawiliście  się  na  wyspie,  miałem  dziesięć  lat.  Nie  jestem  jednak  tego  pewien. 
Jeszcze zanim przyszedłem  na świat, szansa  na poznanie  historii  mojego dzieciństwa  i dnia 
moich urodzin przepadła wraz z wyciętym językiem mojej matki. 

To  prawda,  że  byłem  tobą  zafascynowany,  twoim  małym,  zmęczonym  ciałem, 

wilgotnymi  włosami,  pomysłową  sukienką  ze  szmatek,  ale  to  dostojny,  posępny  wygląd 

twojego ojca sprawiał, iż włosy stawały mi dęba. 

Gdy go po raz pierwszy ujrzałem, przypominał czarną kolumnę  na wybielonej słońcem 

plaży, stojącą przy zacumowanej łodzi. Przez moment wydawało mi się, że owa łódź jest tą 
samą, którą przypłynęła moja matka zesłana na wyspę. Było to jednak złudzenie, gdyż dobrze 
wiedziałem,  że  po  tamtej  pozostał  tylko  splądrowany,  zgniły  szkielet  na  drugim  brzegu 

wyspy. 

background image

Prospero. Czy kiedykolwiek wasz Bóg objawił  się swoim  wyznawcom tak efektownie? 

Nigdy  przedtem  nie  widziałem  dorosłego  mężczyzny  ani  innej  ludzkiej  istoty,  z  wyjątkiem 
mojej  matki  i własnego odbicia w stawach  naszej wyspy. Twój ojciec, o wiele wyższy ode 
mnie,  stał  tak  odziany  w  czarną  suknię,  w  której  zapewne  piekł  się  niemiłosiernie  w  ten 
upalny dzień. Jakby dla potwierdzenia magicznego, nadprzyrodzonego majestatu, jego broda 
wydawała  się  powleczona  siwoczarnym  szronem.  Przypominała  sopel  lodu,  taki  sam,  jaki 
czasem  udało  mi  się  zobaczyć  podczas  najzimniejszych  miesięcy  w  najwyżej  położonych 
miejscach  wyspy,  na  jej  skałach  i  liściach  drzew.  Jego  wzrok  był  równie  lodowaty,  gdy 
przypatrywał się plaży i gdy spoglądał na skały, za którymi ja, naiwny, próbowałem się kryć. 
Pod  jego  wielkimi  brwiami  lśniły  ciemniejsze  i  bardziej  jaskrawe  od  błękitu  nieba  oczy. 
Wydawał  się  po  prostu  czymś  z  żelaza,  czymś  zimnym  i  twardym,  czarnym  i  ostrym, 
podobnym do gwoździ, które udało się ocalić z naszej łodzi. Istotą z żelaza, i lodu. Ale chyba 
się trochę zapędziłem. Widzę, że jesteś zmieszana. Coś się we mnie odblokowało, stałem się 

zbyt  wylewny,  a  powinienem  zachować  umiar.  Każda  część  mojej  historii  ma  własny, 
niepowtarzalny  charakter.  Abyś  dowiedziała  się  o  tym,  o  czym  ja  wiem,  abyś  choćby  w 
najmniejszym  stopniu  zrozumiała,  co  czuję,  musisz  usłyszeć  wszystko  po  kolei.  Och, 
Mirando,  jak  ciężko  jest  czekać.  Korek  tkwił  w  beczce  dwadzieścia  lat;  wino  w  środku 
zepsuło  się,  zamieniło  w  ocet  i  ulatniające  się  gazy.  Ale  muszę  być  cierpliwy  i  starać  się 
przedstawić całą historię jak należy. Muszę być cierpliwy. 

Ty  nie  pamiętasz  mojej  matki,  Sykoraks.  Nie  możesz  jej  pamiętać  –  udławiła  się  ością 

dwa lata przed waszym przybyciem na wyspę. Zrobiła się wtedy cała fioletowa i wybałuszyła 
oczy.  Pamiętam  ją  nadzwyczaj  dobrze.  Przez  większą  część  mojej  młodości  jej  głos  był 

jedynym,  jaki  znałem,  mimo  iż  właściwie  tylko  do  mnie  chrząkała;  zresztą  pod  każdym 
względem była jedyną istotą do mnie podobną. Była jak wielkie słońce zawieszone nad moim 
światem  i  jak  złowieszczy  księżyc,  przed  którego  blaskiem  chowałem  się  drżący  pod 

przykrycie  z  liści  i  gałęzi.  Zanim  twój  ojciec  pojawił  się  na  nieboskłonie  mojego 
rozumowania jako ciemna, przewodnia gwiazda, to właśnie ona była moją jedyną konstelacją. 

Wielbiłem  ją,  bałem  się  jej,  nienawidziłem.  Kochałem  ją,  aż  uczucie  to  wypaliło  moje 

wnętrze.  Ona  była  jedyną  istotą,  która  kiedykolwiek  darzyła  mnie  miłością.  Ta  kobieta, 
nadęta jak gęś, była obłąkana i pełna sprzeczności. Potrafiła przez całe popołudnie z mozołem 
obierać  i  drążyć  łodygę  kopru,  by  wyjaśnić  mi,  w  jaki  sposób  piją  zielone  latorośle  Boga. 
Zaraz  potem  dostawałem  po  uszach.  Płakałem,  aż  w  końcu  czułem  się  winny  zbytniej 
ciekawości,  zanudzania  jej  swoimi  zachciankami,  ciągania  jej  za  rękaw,  by  zechciała 
zobaczyć kolejny cud, który właśnie udało mi się odkryć. Czasem patrzyła w niebo i śmiała 
się  bezgłośnie.  Rysowała  na  piasku  niesamowicie  zawiłe  obrazy,  po  czym  szybko 
zamazywała je stopami. 

Moja skośnooka, obdarzona długim, ostrym  nosem  matka była czarownicą. Nie  znałem 

tego słowa – nie znałem żadnego słowa do czasu, kiedy to twój ojciec zasiał we mnie te małe, 

background image

twarde nasionka, jakimi są słowa – ale znałem jej marzenia i wiedziałem, że nie jest taka jak 
inni.  Matka  musi  być  dla  dziecka  uosobieniem  siły,  posiadać  tajemną  wiedzę  o  sztukach 
uzdrawiania  i  zgubnych  klątwach.  Ale  nie  tylko  ja,  jej  syn,  postrzegałem  ją  w  ten  sposób. 
Wygnali ją, wiesz o tym. Uciszyli na zawsze i wypędzili. 

Musiała opuścić Algier. Nie ma w tym nic dziwnego: była przecież czarownicą. Szczyciła 

się tym – czarną magią, którą opanowała swoją walką w imię tajemnej wiedzy, a sąsiedzi, ze 
strachu odwracający od niej wzrok, utwierdzali ją w przekonaniu, iż jest kimś wyjątkowym. 
To właśnie moc i sława są najbardziej niebezpiecznymi przymiotami. Twój ojciec, Mirando, 
też  miał  okazję  się  o  tym  przekonać,  prawda?  One  wzbudzają  zazdrość,  rodzą  szepty 
podejrzeń. Ci, którzy obawiają się ciebie, a zarazem starają się zjednać sobie, tylko czyhają na 
twój jeden nierozważny krok, by cię osaczyć, tak jak wilki starego, słabego jelenia. 

Moja matka, pomimo swej bystrości i roztropności popełniła ten błąd. Wpadła w pułapkę. 

Została  zdemaskowana,  przewieziona  w  kibitce  przez  główny  plac  miasta  i  osądzona  przez 
burmistrza.  To  ludzie  rozsiewający  plotki  doprowadzili  do  tego  nieszczęścia,  lecz  wszyscy 
oni  wciąż  się  jej  bali.  Tajemna  sztuka  odkupiła  jej  krzywdy.  Strach  przed  klątwą,  którą 
mogłaby  rzucić  na  łożu  śmierci,  sparaliżował  mieszkańców.  Dobrze  wiedzieli,  czego  mogą 
się obawiać. Dzięki ziołom zbieranym nocą, matka pomogła kobietom zdobyć serca swoich 
przyszłych mężów, obok których teraz stały. Farmerzy nabrali ciała i siły, jedząc mięso świń, 
które  matka  wyleczyła  z  choroby.  Nawet  sam  burmistrz  zawdzięczał  swoje  stanowisko 
potajemnej wizycie złożonej matce pewnej nocy – następnego dnia jego poprzednik nie zdołał 
wywinąć się śmierci. Hipokryci! Jeżeli mogę być z czegoś zadowolony, to jedynie z tego, że 
nie spędziłem mojego dzieciństwa w otoczeniu tych istot. 

Tak  bardzo  bali  się  jej  magicznych  słów  i  klątw,  iż  wypalili  jej  język  rozżarzonym 

żelazem, ale to i tak było za mało. Obawiając się, że mord nawet na niemej czarownicy może 
wywołać  plagę  nieszczęść,  włożyli  ją,  moją  brzemienną  matkę,  do  łódki,  zaciągnęli  na 
otwarte morze i pozostawili zdaną na łaskę fal. 

Tak,  brzemienną,  oczekującą  dziecka,  ale  bez  mężczyzny,  który  przyznałby  się  do 

ojcostwa. Różnorakie pogłoski na temat domniemanego sprawcy przyczyniły się do tego, że 
zła sława mojej matki rozniosła się daleko poza miejsce jej zamieszkania. 

„Jeżeli  Bóg  nad  tobą  czuwa,  to  pozwoli  ci  bezpiecznie  dopłynąć  do  jakiegoś  dalekiego 

brzegu”,  powiedział  złośliwy  karzeł  burmistrza,  siedzący  na  drugiej  łodzi,  gdy  matka 
odpływała niesiona przez fale. 

Skąd  o  tym  wszystkim  wiem,  skoro  moja  matka  nie  mogła  mówić?  Twój  ojciec  mi  to 

wyjawił. Wiedział wcześniej o zesłaniu mojej matki, mimo iż dla niego była to plotka, jakaś 
nic nie znacząca historyjka, opowiedziana przez kupca – rybaka zimującego w Mediolanie. I 
tutaj  znowu  dotyka  mnie  przekleństwo twojego  ojca.  Wszystko,  co  wiem  o  mojej  matce, o 
jedynej istocie, której na mnie zależało, wszystko to przepuszczone zostało przez sito, jakim 
był Prospero i jego przeklęta mowa. Tak samo jest ze słowami, które teraz wypowiadam do 

background image

ciebie  z  głębi  serca.  To  on  odebrał  mi  przeszłość,  a  zarazem  przyszłość.  Zaprowadził  do 
ciemnej nory, po czym zasypał oba wyjścia. Niech jego dusza smaży się i wije wiecznie! 

Ale  nie  znał  całej  prawdy.  Są  rzeczy,  o  których  wiedziałem,  zanim  usłyszałem  jego 

słowa.  Pewna  część  historii  mojej  matki  pozostała  we  mnie,  a  teraz  zmuszony  jestem  ją 
zbezcześcić za pomocą owej skażonej mowy. 

Matka, pozostawiona na morzu, brzemienna – z nie narodzonym Kalibanem. Nasza łódź 

dryfowała i dryfowała. Jakaś uczynna kobieta ukryła w łodzi kilka małych bochenków chleba 
i słoik wody, co pozwoliło mojej matce i, jak przypuszczam, mnie również, utrzymać się przy 
życiu, gdy tak tułaliśmy się po oceanie. Na początku matka wykorzystywała koniuszek języka 
do  odprawiania  czarów  –  rzucania  bezgłośnych  klątw,  które  sprawiały,  iż  chmury  nad 
naszymi głowami czerniały i kłębiły się na brzegach, jednak po pewnym czasie nie  starczało 
jej  już  sił  na  walkę  za  pomocą  zaklęć.  Po  tygodniu  mogła  jedynie  leżeć  na  rufie  łodzi, 
osłaniała przed słońcem głowę, zakrywając ją chustą. Czekała na pewną śmierć. 

Jednak nie umarła, Mirando. Dlatego zaistniałem. Przeklnij więc swojego Boga za to, że 

tak  pokierował  twoim  losem,  iż  teraz  będziesz  musiała  rozstać  się  z  domem  rodzinnym.  Ja 
przeklinam  waszego  Boga,  czy  cokolwiek  innego,  co  mogłoby  uzurpować  sobie  prawo  do 
jego tronu za to, iż umieścił ciebie i twojego przeklętego ojca w moim życiu, wywołując w 
nim chaos i nieszczęście. 

Wyspa... moja wyspa... wyglądała z daleka jak brudna plama na horyzoncie. 
Matka dopłynęła do niej, wyczołgała się z łódki na brzeg, dotarła do plaży i znalazła tam, 

jak  gdyby  zasadzone  przez  jakąś  myślącą  istotę,  drzewa  dające  cień  oraz  strumyk  z  wodą 
deszczową, spływającą z pobliskich wzgórz. To właśnie cień  i  woda  ją uratowały. Te dwie 
rzeczy także mi pomogły przetrwać w jej brzuchu, mimo iż byłem zaledwie pędrakiem, nic 
nie znaczącą płotką. 

Zastanawiasz  się  pewnie,  skąd  ja  o  tym  wiem,  skoro twój  ojciec  nie  znał  tych  historii. 

Nauczył mnie różnych rzeczy – kilku prawd i wielu kłamstw – ale nie był pierwszym, który 
wpajał mi swój katechizm. Nauczyłem się wiele, leżąc na kolanach mojej matki, i mimo iż nie 
było w tej nauce słów, to wciąż pamiętam jej wyobrażenia i myśli, jakie kładła mi do głowy. 
Nigdy  się  do  mnie  nie  odezwała,  czasami  tylko  coś  chrząknęła.  Najbardziej  utkwiły  mi  w 
pamięci jej usta, które przypominały kieszonkę, nigdy prawie nie otwieraną. Pozostały różne 
obrazy. Opowiem ci o nich później. 

Zanim  przyszedłem  na  świat,  matka  nabierała  sił  w  otaczającym  ją  nowym  świecie, 

jedząc owoce, kraby i owe nieszczęsne ryby. To samo spożywaliśmy w ciągu całego mojego 
dzieciństwa. Na wyspie znajdowało się wszystko, czego było nam trzeba; wszystko w zasięgu 
ręki.  Jak  tylko  nauczyłem  się  stawiać  pierwsze  samodzielne  kroki,  zaraz  rozpocząłem 
poszukiwania  kolczastych  owoców  w  zielonej  łupinie,  słodkich  rajskich  fig  lub  owych 
czerwonych woreczków, wypełnionych sokiem, które twój ojciec nazywał „jabłkami-osami”. 
Znalezienie  i  zerwanie  ich  było  równie  proste  jak  podniesienie  z  ziemi  ziarenka  piasku. 

background image

Ucztowałem  więc,  wyrzucając  jedynie  pestki  i  kamyki.  W  ciągu  kilku  miesięcy  wszystkie 
gaje owocowe i drzewa odradzały się na nowo. Jadłem, kiedy byłem głodny, spałem, kiedy 
byłem zmęczony, a zapominając o fanaberiach mojej matki, czułem się wolny i beztroski jak 
żadne inne stworzenie. 

Nie miałem imienia, podobnie jak moja matka. Twój ojciec powiedział, iż nazywano ją 

Sykoraks, lecz imię to zawsze będzie brzmieć dla mnie obco. Matka nie mogła wołać na mnie 
„chłopcze”  czy  choćby  „ty”.  Było  jednak  pewne  spojrzenie,  które  znaczyło  „chodź  tutaj”, 
kiwnięcie  ręką  lub  chrząknięcie,  podobne  do  tego,  jakie  wydaje  locha  ryjąca  w  ziemi.  Do 

czasu przybycia twojego ojca ów odgłos stanowił coś w rodzaju mojego imienia. Zupełnie mi 
to wystarczało. 

Istniałem  i  zdawałem  sobie  z  tego  sprawę.  Któż  inny,  jak  nie  ja,  oglądał  na  skałach 

jaszczurki,  gdy  matki  nie  było  w  pobliżu?  Kto,  jak  nie  ja,  zjadał  owoce,  których  ona  nie 
zjadła, kto wspinał się na drzewa, na które ona, wytrwała, lecz krucha, nie była w stanie się 
wspiąć? Do kogo, jak nie do mnie kiwała ręką Sykoraks? Istniałem i nie potrzebowałem słów, 
które byłyby tego dowodem. Odwrotnie niż cały ten kapryśny motłoch śpiący lub snujący się 
teraz  pod  nami  po  Neapolu,  przypominający  rój  jednakowych  os,  gnieżdżących  się  w 
szczelinach wielkiego ula. Byłem mały, ale za to jedyny w swoim rodzaju. O ile matka była 
dla  mnie  Bogiem,  o  tyle  ja  jej  jedynym  wyznawcą,  co  było  nader  ważne  –  jaki  bowiem 
pożytek jest z boga, którego nikt nie wielbi? 

Zobaczyłem  olbrzymie  kościoły  Neapolu.  Mimo  iż  słyszałem  o  nich  od  twojego  ojca, 

widziałem rysunki w jego książkach, to nie mogłem uwierzyć, że tak wysokie budowle mogą 
naprawdę istnieć. Teraz wierzę... ale wciąż nie rozumiem. Jeśli wasz Bóg jest wszędzie, jeśli 
cały czas was obserwuje, to dlaczego  ludzie wznoszą budowle, do których udają  się, by go 
wielbić?  Myślę,  że  mając  do  czynienia  z  wszechobecnym  i  wszystkowidzącym  Bogiem, 

potrzebne  jest  raczej  miejsce,  gdzie  można  by  się  przed  nim  schować.  Ja  musiałem  znaleźć 
takie  miejsce  na  mojej  wyspie.  Matka,  będąc  moim  bogiem,  często  stawała  się  zawistnym 
bóstwem.  Tak  jak  więzy  krwi  nie  stanowiły  dla  niej  wystarczającego  powodu,  by 

zainteresować się moją osobą, gdy po prostu nie miała na to ochoty, tak żaden opór i skargi 
nie uchodziły  jej uwagi,  mimo  iż  bardzo tego chciałem. Nieważne czy  jadłem, czy  spałem, 
czy też wypróżniałem się, jeżeli matka wzywała mnie, musiałem przyjść i to jak najszybciej. 

Gdy  wydoroślałem,  wydawało  mi  się,  że  istnieje  niezliczona  liczba  rzeczy,  których  nie 

potrafię zrobić; zachowań, których nie znam; min, których nie potrafię przybierać. Matka biła 
mnie, gdy  ją denerwowałem, ale powód, dla którego wpadała w złość, rzadko był dla  mnie 
oczywisty. Innym razem brała mnie na ręce, ściskała kurczowo, mamrotała coś po swojemu, 
jak gdybym był jedynym lekarstwem, które nie pozwoli jej sercu wyrwać się z piersi. 

Czy mówiłem ci już, jak bardzo ją kochałem? Tak bardzo, że nawet kary cielesne nie były 

w stanie tego zmienić. Oczywiście były chwile, w których nie mogłem jej znieść, jak gdyby 
moja wielka miłość do niej była przepaścią rozwierającą się pod stopami, która gotowa jest 

background image

mnie pochłonąć. 

Im  byłem  starszy,  tym  głód  niezależności  stawał  się  coraz  bardziej  dokuczliwy.  Gdy 

znikałem  rano  i  nie  było  mnie  przez  cały  dzień,  wiedziałem,  że  dostanę  klapsa,  ale  tylko 
jednego.  Gdybym  zaś  tak  pozostał  u  jej  boku,  byłbym  narażony  na  pewną  liczbę 
niespodziewanych  ciosów,  a  także  na  równie  nieprzyjemne  oznaki  jej  unieszczęśliwiającej 
miłości. Jednak matka znała wyspę tak samo dobrze jak ja. Nie wystarczało znaleźć się poza 
zasięgiem  jej  wzroku  –  gdyby  tak  było,  kilka  drzew  czy  skał  spełniałoby  dobrze  funkcję 
schronienia.  Musiałem  więc  uciekać  tam,  gdzie  nie  była  w  stanie  mnie  dojrzeć  i  gdzie  nie 
dochodziły  do  mnie  odgłosy  jej  chrząkania.  Miała  jednak  w  sobie  coś  magicznego,  coś,  co 
być może mają wszystkie matki, ale ja o tym nie wiem – gdy przebywało się blisko niej, czuło 
się potrzebę bycia posłusznym. 

 
Na  wyspie  było  jedno  szczególne  miejsce,  które  przykuwało  moją  uwagę  –  dolina. 

Położona  niezbyt  daleko  od  chaty,  w  której  mieszkałem  z  matką,  otoczona  pierścieniem 
wzgórz, była jednym z nielicznych miejsc, do których nigdy razem nie dotarliśmy – Jedyna 
droga w dół prowadziła przez gąszcz ciernistych krzewów jeżyn, których gałęzie porośnięte 
były igłami o długości połowy mojego palca. W rzeczywistości droga była nie do przejścia, 
ale  jej  nadzwyczajny obraz  był wytworem  mojej  wyobraźni. Często więc włóczyłem się po 
wzgórzu, patrząc w dół na drogę otoczoną kolczastym żywopłotem, mimo iż na wyspie było 
sporo miejsc położonych wyżej, z których widok na dolinę był lepszy, a moja matka miałaby 
więcej problemów, by się tam wdrapać. 

Pewnego  dnia  pełzałem  wzdłuż  górnej  części  owej  drogi,  naśladując  sposób  chodzenia 

robaka,  który  przypominał  wędrujący  patyk.  Prawdę  mówiąc,  byłem  otwarty  na  wszelkie 
cuda,  więc  myślałem,  iż  jest to  patyk,  po  prostu jakiś  nigdy  wcześniej  nie  spotkany  przeze 

mnie gatunek, który się porusza. W każdym razie ów patyk nagle zawrócił i bez obawy puścił 
się  w  dół,  prosto  w  gąszcz  kolczastych  jeżyn.  Patrzyłem  na  niego  z  zazdrością,  gdyż 
wiedziałem, iż dla mnie jest to przeszkoda nie do pokonania. Bardzo pragnąłem być taki mały 

i  znikać  tak  łatwo.  Ale  gdy  tak  wpatrywałem  się  w  miejsce,  w  którym  straciłem  go  z oczu, 
stwierdziłem, iż choć ciernie tworzą siatkę nie do przebycia dla czegokolwiek większego od 
owego patyka, to jednak nie dotykają one ziemi. Każdy krzak posiadał jeden główny konar, a 
wszystkich krzewów, rosnących wzdłuż drogi, było zaledwie sześć. Poplątane pędy sprawiały 
wrażenie  jednego,  ciągnącego  się  żywopłotu.  Położyłem  się  na  brzuchu,  by  zobaczyć 
przestrzeń  pomiędzy  kolcami  a  gruntem,  która  jednak  okazała  się  trochę  mniejsza  od 
szerokości mojej dłoni. Rozczarowany usiadłem na ziemi. Byłem za duży; nawet leżąc płasko 
na plecach, byłbym cały poobdzierany i podrapany do krwi, zanim zdążyłbym się posunąć w 
dół o jard. 

Po chwili coś kazało mi zbiec na dół po stoku. Gdy tylko znalazłem się u podnóża góry, 

przyszedł  mi  do  głowy  pomysł  na  to,  jak  pokonać  kolczastą  przeszkodę.  Potrzebowałem 

background image

dwóch gałęzi leżących obok jednego z drzew rosnących nie opodal, długich jak ja i w miarę 
prostych po oderwaniu  bocznych pędów. Zabrałem  je  i  wróciłem do ciernistego żywopłotu, 
po  czym  za  pomocą  owych  gałęzi  podniosłem  do  góry  plątaninę  pędów.  Wolna  przestrzeń 
trochę  się  poszerzyła.  Trzymając  mocno  prowizoryczne  tyczki,  położyłem  się  na  plecach  i 
zsunąłem się głową w dół. Jeżyny wisiały nad mą twarzą jak wielkie, czarne chmury, trzęsąc 
się, podobnie  jak trzymane przeze  mnie gałęzie,  pod ciężarem  splątanych krzewów. Parłem 
do przodu, przesuwając uważnie tyczki, zamykając oczy w momentach, w których wydawało 
mi  się,  iż  krzaki  przełamią  opór  i  runą  w  dół,  raniąc  mnie  dotkliwie.  Ale  tyczki  wciąż 
utrzymywały  ciernie  w  bezpiecznej  odległości  i  tylko  jeden  czy  dwa  musnęły  mój  tors  nie 
głębiej niż szpony mojej matki, kiedyś, gdy spałem. 

To była żmudna i mozolna praca. Gałęzie w moich spoconych dłoniach stawały się coraz 

bardziej śliskie, mięśnie słabły, a do nosa, oczu i ust nieprzerwanie sypał się z krzaków pył. 
Gdy zsunąłem się w dół na długość mojego ciała, zrozumiałem, iż znalazłem się w pułapce. 
Powrót byłby fizyczną niemożliwością, jeśli krzewy porastałyby całą drogę prowadzącą w dół 
doliny. Jeżeli odległość okazałaby się zbyt duża, na pewno opadłbym z sił, jeżyny by na mnie 
runęły i tak leżałbym, krwawiąc aż do samej śmierci. 

Płacz  utrudniał  poruszanie  się,  próbowałem  więc  powstrzymać  łzy.  Nawet  gdybym 

zawołał  moją  matkę,  to  co  ona  mogłaby  zrobić?  Była  cienka  jak  sucha  ryba,  mimo  iż 
silniejsza ode mnie, ale minęłoby wiele dni, zanim zdążyłaby wyciąć taki gąszcz kolczastych 
gałęzi, używając do tego kamiennego noża. 

Czołgając się powoli, wykonując prawie agonalne ruchy ramionami, łokciami i piętami, 

dotarłem  do  miejsca,  w  którym  na  moją  twarz  padły  jaśniejsze  promienie  światła.  Gąszcz 
stawał się rzadszy! Odzyskana nadzieja przyniosła nowe siły. Opuściłem się jeszcze kawałek i 
moja głowa wysunęła się poza krzewy. Gdy próbowałem  wydostać resztę ciała  spod gałęzi 
jeżyn, słońce wysuszało pot i pył zebrany na twarzy, tworząc na niej maskę z błota i szlamu. 
W  końcu,  gdy  już  oswobodziłem  stopy,  podrapane  i  zakrwawione,  obróciłem  się  na  drugą 
stronę i zastygłem w bezruchu jak ranna, zastraszona zwierzyna. 

W  naturze  młodych  leży  odporność.  Ty  także  w  to  wierzysz;  czyż  nie  dlatego  kazałaś 

zostać dziś wieczorem swojej córce, będąc pewna, że to, co dzisiaj sprawi jej przykrość, jutro 

zostanie  zapomniane?  Młodzi  są  żywotni  i  wytrzymali...  jeśli  nie  wymaga  się  od  nich  zbyt 
wiele.  A  zatem  upłynęło  niewiele  czasu  i  młody  Kaliban,  czy  raczej  jeszcze  Bezimienny, 
stanął  z  powrotem  na  nogi,  podziwiając  nowo  odkryty  przez  niego  skrawek  lądu,  zdobyty 
dzięki wielkiej odwadze. 

Pamiętasz tę dolinę, Mirando? Raz cię tam zabrałem. Z pewnością pamiętasz to miejsce, 

ten dzień. Z pewnością... 

Za krzewami jeżynowymi znajdował się miniaturowy raj, kraina szczęśliwości, w której 

zarówno chrześcijanie, jak i niewierni, radzi byliby się obudzić. Mały strumyk płynął w dół 
skarpy,  zaraz  obok  mnie,  a  jego  źródło  skryte  było  gdzieś  pośród  ciernistych  krzewów. 

background image

Wysoka sięgająca kolan trawa, czesana przez wiatr jak zielona grzywa, rosła wzdłuż brzegów 
strumyka,  by  przy  końcu  wąskiej  doliny  utworzyć  małą  łączkę,  wokół  której,  jak  dobre 
duszki,  stały  delikatne  drzewa  o  okrągłych  liściach.  W  środku  znajdowało  się  coś,  co 
przewyższało  otaczające  dolinę  wzgórza  –  stara, olbrzymia  sosna.  Wcześniej  widziałem  jej 
zjeżony  wierzchołek  z  innych  wysokich  punktów  wyspy,  ale  myślałem,  iż  wyrasta  ona  z 
miejsca na wewnętrznym zboczu któregoś ze wzgórz otaczających dolinę. Teraz zobaczyłem 
jej pień, z tuzin razy większy ode mnie, jej mocne korzenie, które rozepchnęły skały z taką 
lekkością, jak śpiący niespokojnie człowiek zrzuca, z siebie przykrycie. 

Mimo że wszystko w dolinie było dla mnie tak nowe – słodki szum wody w strumyku, o 

ile  przyjemniejszy  i  łagodniejszy  od  monotonnego  buczenia  morza,  brzęczenie  świetlistych 
ważek,  krążących  koło  moich  uszu  –  to  właśnie  owa  sosna  intrygowała  mnie  najbardziej. 
Jakby  na  mnie  czekała.  Na  swój  sposób  odczuwałem  coś  z  jej  przeszłości,  jakąś  część  jej 
tajemnicy. Małą jej część. Tak... małą część. 

Podążałem wzdłuż brzegu strumienia, a łodygi traw łaskotały mnie po nogach, wchodząc 

między palce. Pomimo panującego dookoła  lekkiego szmeru, nad doliną zdawał się zalegać 
niezmącony  spokój  sił  natury.  Dreszcz  rozkoszy  przechodził  mi  po  szyi.  To,  że  znalazłem 
takie miejsce, sprawiło, iż czułem się kimś lepszym, bardziej... pełnym w jakiś sposób; mój 
świat się powiększył, a ja razem z nim. Była to pierwsza rzecz, która należała wyłącznie do 
mnie  i  do  nikogo  innego.  Czułem,  iż  w  pewien  sposób  dziedziczą  to  wszystko.  Był  to 
pierwszy dzień mojej dojrzałości. 

Strumień przechodził w kilka mniejszych strumyczków, aż w końcu ginął w zbitej trawie. 

Przedarłem się przez to mokradło i podążyłem w kierunku sosny. Tam znalazłem miejsce, do 
którego docierały promienie słońca, a kępy trawy były suche. Siedząc pod nią, przyglądałem 
się jej popękanym gałęziom, wyobrażając sobie, że mógłbym poczuć, jak bije w nich życie, 
podobnie jak krew, której szum słyszałem w uszach przed zaśnięciem. Jakiś cień przemknął 
wokoło wzgórz, otaczających dolinę i zatrzymał się na gałęzi tuż nad moją głową. To był ptak 
w  kolorze  błękitu  nieba,  z  szyją  i  lotkami  skrzydeł  nakrapianymi  czerwienią  o  odcieniu 
zachodzącego słońca. Przypatrywał mi się z tak wielkim zainteresowaniem, iż nie zdziwiłbym 
się, gdyby odezwał się do mnie w sposób, w jaki czyniła to moja matka: za pomocą gestów i 
chrząkań. 

Siedzieliśmy i obserwowaliśmy się wzajemnie, ptak i ja, ale po chwili jakaś dziwna myśl 

zaczęła  chodzić  mi  po  głowie,  że  to  wcale  nie  ten  wspaniale  ubarwiony  ptak  badawczo  na 
mnie spogląda, ale sama sosna. Mimo iż nie miała oczu, czyż nie mogła patrzeć na mnie jak 
na  obcą  rzecz,  jak  na  intruza  w  jej  sędziwym  królestwie.  Ta  myśl  nasunęła  drugą,  bardziej 
przerażającą:  mimo iż nie miała rąk, czyż nie mogła zamienić czegoś w powykręcane palce 
zakończone szponami i złapać mnie, zanim zdecyduję się na jakiś ruch? 

Podniosłem  się powoli. Ptak przechylił  lekko głowę, by  móc patrzeć  mi wciąż w oczy. 

Zawróciłem  ponownie  w  miejsce,  gdzie  nie  dochodziło  słońce,  a  łąka  stawała  się  miękka  i 

background image

błotnista,  po  czym  ruszyłem  w  górę  strumyka,  idąc  brzegiem  w  kierunku  ciernistych 
krzewów.  Dolina  cichła  –  nie  było  słychać  ważek  ani  wiatru  buszującego  w  trawie;  nawet 
szum  wody  prawie  zamilkł.  Piąłem  się  wolnym  i  ostrożnym  krokiem  w  górę,  z  dziwnym 
uczuciem, że coś mnie z tyłu obserwuje; było to najtrudniejsze  zadanie, jakie przyszło mi w 
życiu wykonać. Czułem na sobie wzrok ptaka, tak jakby ktoś wciskał mi palec w kręgosłup. 
Gdy  dotarłem  do  ciernistych  krzewów, odwróciłem  się.  Dolina  wciąż  istniała  jak  złote  jajo 
ukryte  w  najgłębszym  z  gniazd.  Sosna  wciąż  była  na  swoim  miejscu.  Błyszczący  ptak 
odleciał. 

Gdy  strach  osłabł,  poczułem  wściekłą  złość.  To  moja  dolina,  powtarzałem  sobie.  Nie 

znałem  słów,  by  to  określić,  ale  w  świecie,  w  którym  wszystko  mogło  być  mi  odebrane 
jednym  skinieniem  wykrzywionego,  brązowego  palca  mojej  matki,  takie  odczucie  było 
wyraźne  i  przejrzyste  jak  pojedyncza  chmura  na  czystym  niebie.  Ona  była  moja.  Nawet 
drzewo, cokolwiek by o mnie myślało, było w pewnym sensie moje. Nikt nie mógł mnie tego 
pozbawić. Mogłem tam wrócić za każdym razem, kiedy miałem na to ochotę. 

Kiwnąłem głową w kierunku leciwej sosny, składając jej raczej wyrazy uznania niż hołd 

zwycięzcy,  po  czym  obróciłem  się  i  rozpocząłem  powolną,  bolesną  drogę  powrotną  przez 
kolczaste krzewy jeżyn. 

 
Nic  nie  mów,  Mirando!  Widzę  po  twoich  oczach,  że  dobrze  pamiętasz  to  miejsce. 

Pamiętasz swoją... zdradę. Czy można użyć innego słowa? Pośród całej gamy rzeczowników i 
czasowników,  którymi  umiem  się  posługiwać,  nie  mogę  znaleźć  innego  słowa,  które 
oddałoby lepiej to, co mi uczyniłaś. Zaczekaj! Zaczekaj! Teraz, czujesz? Moja ręka na twojej 

szyi –  nie wolno ci się wyrywać. Nie doszedłem jeszcze do tej części mojej historii. Musisz 
usłyszeć wszystko. 

Jednak  znowu  się  zapędziłem.  Do  tego  momentu  jest  jeszcze  dużo  czasu.  Zanim 

pojawiliście się na wyspie, zanim umarła moja matka, zanim odkryłem moją dolinę, ja żyłem. 
Jeżeli  dzisiejszej  nocy  nadeszła  pora  na  moją  opowieść,  to  powinienem  opowiedzieć  ją  w 
całości. 

 
Pierwszym  obrazem,  jaki  zapamiętałem,  był  obraz  mojej  matki,  pochylonej  nisko  nad 

paleniskiem, którego ogień oświetlał jej kanciastą twarz. Brud i słońce sprawiły, że sczerniała 
jak kawał starej zwierzęcej skóry. Ile wtedy miałem lat? Nigdy się tego nie dowiem. Było to 

pewnego wieczoru, podobnego do setek innych. 

Mieszkaliśmy w chacie zrobionej z gałęzi, którą matka zbudowała na skraju lasu. Szeroki 

piaskowy  ganek  rozciągał  się  od  samych  drzwi  po  brzeg  morza.  Byłem  zdumiony,  gdy 
wróciłem,  by  to  zobaczyć,  Mirando,  po  tych  wszystkich  latach  spędzonych  w  domu,  który 
zbudował  twój  ojciec.  Jeśli  mam  być  szczery,  to  właściwie  ja  go  wzniosłem,  pracując  jako 
niewolnik  wykonujący  jego  polecenia.  Ale  gdy  wróciłem  do  tego  miejsca,  w  którym  się 

background image

urodziłem i gdzie żyłem, ze zdumieniem zobaczyłem, jak mała była owa chata; tak ciasno ma 

chyba tylko krab w swojej skorupie. Razem z matką spędzaliśmy większość czasu pod gołym 
niebem. I może właśnie dlatego obraz najwyższego i najdoskonalszego sklepienia nad głową 
nacechował pozytywnie moje wspomnienia. Dom mojego dzieciństwa był bowiem jak ciemna 

jaskinia  z  otworem  na  samej  górze,  przez  który  powinien  wydostawać  się  dym,  lecz 
najczęściej wcale tak się nie działo. 

Moja matka była szalona, przypuszczam więc, że i ja jestem szalony. Bo jacy mogą być 

ludzie, którym zabrano życie tylko dlatego, że byli inni? Ta wielka niesprawiedliwość jest jak 
nieustanny ból, z którym można żyć, lecz nie sposób o nim zapomnieć. Mając za nauczyciela 
jedynie  matkę, wierzyłem, że stanę się  normalny. W świecie, który  ją otaczał, wszystko po 
prostu  było.  W  moich  dziecięcych  oczach  wydawała  się  nieszczęśliwa,  tak  samo  jak  dzień 
bywał  gorący,  a  fala  wysoka.  Niestety,  twój  ojciec,  który  sam  doświadczył 
niesprawiedliwości, uczył mnie za pomocą słów, określających tak obce dla mnie rzeczy, że 
istnieje sprawiedliwość, uczciwość, dobre i zło. O nędzny i okrutny człowieku! 

Tak,  moja  matka  była  na  swój  sposób  obłąkana.  Wyła  podczas  sztormu,  odziana  w 

czarne,  byle  jakie  ubranie,  to  samo,  które  przywdziała  w  dniu  zesłania,  jedyne,  jakie 
kiedykolwiek nosiła, mimo iż było podarte i wyświechtane. Z niepokojem obserwowałem ją 
przez niski otwór wyjściowy, gdy podczas nawałnicy siedziała przed chatą, w przemoczonych 
łachmanach, wyjąc  i  jęcząc do nieba, a  jej  lśniące, siwe włosy pokrywały się pyłem. Tylko 
fale moich myśli, które wciąż napływają nieproszone do mej głowy, mówiły mi wtedy, iż jest 
w  tym  coś  więcej  niż  tylko  dziki  gniew  czy  strach.  Gdy  wiatr  wył  i  biły  pioruny,  matka 
jęczała.  W  moim  odczuciu,  odczuciu  dziecka,  cała  ta  trójka  była  równie  przerażająca  i 

wszechmocna. 

Czasami  zaś,  podobnie  jak  w  ową  pierwszą  zapamiętaną  przeze  mnie  noc,  marzyła 

godzinami, patrząc w ogień – mamrocząc i mrucząc coś zapamiętale. Jednej z takich nocy jej 
myśli przepłynęły do mojej głowy, a ciemne wizje, całkiem dla mnie obce, ukazały miejsca z 
czasów,  zanim  jeszcze  przybyła  na  wyspę:  płaski,  brązowy  grunt,  lepianki,  wysuszone 
wzgórza.  Były  także  twarze  wyrażające  złość,  twarze  oskarżycielskie.  Wyobraź  sobie, 
Mirando, że przed przybyciem Prospera na wyspę jedynymi ludzkimi twarzami, które znałem, 
były oblicza ludzi ze snów, oblicza duchów z gorzkich wspomnień mojej matki. 

To, jacy stają się ludzie, zależy od tych, którzy ich wychowują. To prawda. Ale czy jest 

na  świecie ktoś tak niefortunnie ukształtowany  jak  ja przez  moją obłąkaną  matkę  i twojego 
oziębłego  ojca?  Jedno  było  zaprzeczeniem  drugiego,  lecz  oboje  pragnęli  za  wszelką  cenę 
wypełnić mój świat. Czy jest więc coś dziwnego w tym, że zakochałem się w tobie, Mirando? 
Cóż innego mogłem zrobić? Na cóż innego mogłem liczyć? 

 
Pewien  sztorm,  którego  nie  byłem  świadkiem,  a  który  znałem  z  powracających  często 

snów matki, musiał wydarzyć się wkrótce po tym, jak dotarła do wyspy, kiedy ja gnieździłem 

background image

się  jeszcze  w  jej  brzuchu.  Jego  wizja  wciąż  powracała,  ale  dopiero  po  śmierci  matki 
zrozumiałem  jej  znaczenie.  A  było  to  tak.  Pewnej  nocy  wiał  silny  wiatr,  fale  unosiły  się 
wysoko, a morska piana rozpryskiwała się pod samo niebo. Wielkie palmy, rosnące na skraju 
lasu, uginały się prawie do ziemi. Nagle coś płonącego spadło z nieba. 

Uderzyło w plażę i wybuchło tak ogromnym płomieniem, że matka nie byłaby w stanie 

wzniecić  takiego,  gdyby  nawet  zbierała  chrust  przez  cały  tydzień.  W  chwilę  później  ogień 
przybrał  barwę  czerwonobursztynową.  Coś  zaczęło  unosić  się  z  dziury,  która  powstała  w 
piasku;  przypominało  to  dym,  lecz  wirowało  bardzo  szybko.  Matka  z  tym  walczyła.  Nie 
wiem,  jak  to  robiła  i  dlaczego.  Ale  gdy  ów  sen  przedostał  się  do  mojej  głowy,  pojąłem  jej 
strach,  jej  złość,  a  nawet  satysfakcję,  którą  na  końcu  odczuła,  gdy  po  długich,  upiornych 
zmaganiach udało się  jej  znaleźć  strumień  myśli, który zdołał powstrzymać ową rzecz. Sen 
nie mówił jednak, co stało się potem. Została stoczona jakaś walka, a ja wychowałem się na 
pustym  polu  bitwy.  Nie  rozumiałem  jednak  jej  znaczenia,  nie  znałem  jej  prawdziwych 
skutków. Tak myślałem przez długi, długi czas. 

background image

DZIURA 

 
I  ja  stoczyłem  kilka  pojedynków.  Wyspa  była  zasobna,  lecz  mało  przyjazna.  Tak  jak 

każda  gałąź  oblepiona  była  soczystymi  owocami,  które  wydawały  się  tak  nabrzmiałe,  iż 
powinny same spadać w moje ręce, zanim jeszcze zdążyłbym ich dotknąć, tak życie innych 
stworzeń  kwitło  w  równym  stopniu  pomyślnie:  żywot  barwnie  upierzonego  czy  słodko 
śpiewającego ptaka był tak samo piękny jak żywot każdego owada. I właśnie z powodu tych 
ostatnich, mieszkaliśmy z matką w chacie pełnej dymu. Drobne armie robaczków były mało 
dokuczliwe w dzień, ale po zmierzchu stawały się nie do zniesienia. Zdawało się, że jest ich 
tyle  rodzajów,  ile  ziaren  piasku  na  plaży.  Były  stonogi,  gryzimuchy,  pełzacze,  brzęczyki  z 
perłą w muszli, przemykające szybko skrzydlaczki, piaseczniki, noracze, a wszystkie sprytne i 
zdeterminowane, by dopaść mojego młodego ciała. Szybko nauczyłem się zmywać z twarzy 
pozostały  po  jedzeniu  owoców  nektar,  co  było  najlepszym  sposobem  na  pozbycie  się 
natrętów. Sporo czasu nosiłem też jakby drugą, ochronną skórę z wyschniętego szlamu, która 
stanowiła przeszkodę nie do pokonania dla  niektórych gatunków, obdarzonych przez naturę 
niezbyt okazałym uzębieniem. 

Na wyspie  były także  węże, których rozmaitość  nie  była wcale  mniejsza; od drobnych, 

nitkowatych żmij o długości palca, do olbrzymiego, na szczęście bardzo powolnego, pytona 
żyjącego  na  drzewie  i  w  odległym  końcu  wyspy.  Owa  bestia  o  długości  przynajmniej 
dziesięciu  kroków,  a  w  obwodzie  nie  grubsza  niż  mój  nadgarstek,  pokryta  była 

skomplikowanym  wzorem  z  czarno-biało-brązowych  łusek,  przypominającym  desenie 
waszych pałacowych dywanów. Nigdy nie pozwoliłem jej zbliżyć się do mnie tak, by była w 
stanie wyrządzić mi krzywdę, lecz często dostrzegałem jej migoczące ślepia, gdy nieruchomo 
wisiała na gałęzi, wygrzewając się w słońcu i obserwując bacznie wszystko, co poruszało się 

w  dole  –  szczególnie  tak  smakowite  kąski  jak  ja.  Nie  spieszyło  jej  się.  Wiem  na  pewno,  że 
jest gdzieś teraz na wyspie i czeka. Być może będzie miała jeszcze okazję, by mnie dopaść. 

Pewnego  ranka  spacerowałem  sobie  po  stokach  najbardziej  nasłonecznionej  części 

wyspy.  I  ty  możesz  ją  pamiętać:  rosły  tam  drzewa  chlebowe.  Ale  było  to  jeszcze  przed 
waszym przybyciem, przed tym,  jak  moja  matka zasłabła  i udusiła się. Po deszczu ziemia  i 

background image

liście nasiąkły wodą, a powietrze było wilgotne. Włóczyłem się, przedzierając przez wysoką 
trawę, by móc obserwować spadające z niej krople wody. Nagle usłyszałem głośny szelest. 

Przestraszony  padłem  na  ziemię,  bo  cokolwiek  to  było,  brzmiało  dość  potężnie. 

Wiedziałem,  że  nie  jest  to  moja  matka,  gdyż  chwilę  wcześniej  zostawiłem  ją  rozgniatającą 
korzenie  na  płaskim  kamieniu  przed  chatą.  Z  wyjątkiem  pytona,  większość  zwierząt  na 
wyspie była ode mnie mniejsza. Żyło tam kilka bojaźliwych jeleni i lśniącookich kozic, które 

jednak  rzadko  opuszczały  wysokie  partie  gór.  Małpy,  które  zamieszkiwały  najgłębszą  część 
lasu, nie bały się spacerować w słońcu, ale na ziemi spędzały niewiele czasu. Poza tym każda 
z  nich  sięgała  mi  zaledwie  do  kolan.  W  każdym  razie  byłem  przerażony,  a  jednocześnie 
ciekawy tego, co mogło być przyczyną owego zamieszania w trawie. 

Gdy tak leżałem, brzuchem i twarzą dotykając czarnej, wilgotnej ziemi, trawa rozstąpiła 

się  i ukazała  się gromadka  małych, dzikich prosiaczków z zadowolonymi, pomarszczonymi 

ryjkami. Prawie łyse, pokryte jedynie szaroróżowymi łatami, nie wydawały się w jakikolwiek 
sposób przestraszone widokiem mojej osoby; chrząkały tylko jakby trochę inaczej. Przyjrzały 
mi się uważnie, po czym zatopiły swe ryjki w ziemi. Popychały się, wpadając na siebie, gdy 
któraś  znalazła  coś  ciekawego.  Patrzyłem  z  zachwytem.  Już  prawie  miałem  wybuchnąć 
śmiechem, gdy pojawiła się ich matka. 

Była  niesamowicie  wielka;  góra  mięśni,  tłuszczu  i  grubej  szczeciny,  z  czerwonymi 

ślepiami. W porównaniu z małym, leżącym przy jej nodze prosiaczkiem, wyglądała jak trudne 
do opisania monstrum. Gdyby moja matka mogła mi opowiedzieć o szatanie i demonach, to z 
pewnością  umieściłbym  lochę  w  panteonie  królestwa  piekieł.  Jedyną  rzeczą,  która  mogła 
mnie  przed  nią  uratować,  był  skok  rozpaczy.  Spojrzała  na  mnie  groźnie,  po  czym  opuściła 
głowę.  W  tym  momencie  szybko  podniosłem  się,  odbiłem  dwa  razy  od  ziemi,  wykonując 
półtora  kroku  i  wskoczyłem  na  najbliższe  drzewo.  Przez  chwilę  mignął  mi  jej  otwarty  ryj, 
uzbrojony w kły. Ale dopiero gdy wdrapałem się na najwyższą gałąź, poczułem, że musiała 
mnie  zadrasnąć  jednym  z  nich,  gdyż  na  mojej  nodze  powstała  głęboka  bruzda.  Gdy 
zobaczyłem  wypływającą  z  niej  krew,  omal  nie  spadłem  z  drzewa.  Ścisnąłem  brzegi 
rozerwanej skóry i spojrzałem w dół. Wściekle chrząkająca locha krążyła dookoła drzewa, raz 
po raz zatrzymując się i patrząc na mnie swoimi zdradliwymi, małymi oczami. Jej wzrok tak 
mnie  przestraszył,  że  straciłem  równowagę  i  poślizgnąłem  się.  Mógłbym  przysiąc,  iż 
przewidziała  to.  Ustawiła  się  dokładnie  pode  mną  i  czekała.  Na  szczęście  tylko  mną 
zakołysało i zaraz udało mi się ponownie zahaczyć stopy o spływającą krwią gałąź. 

Mimo  iż  nie  znane  mi  były  słowa,  to  i  tak  wiedziałem,  co  powinienem  w  pewnych 

sytuacjach  zrobić.  Wcześniej  wiele  razy  matka  opatrywała  moje  rany  po  różnych 
nieszczęśliwych wypadkach. Zazwyczaj chodziłem nagi, przykryty jedynie zbroją z błota, nie 
miałem więc niczego, co nadawałoby się na bandaż. Drzewo, na którym siedziałem, nie miało 
liści, a jedynie igły. Nie było czym zatamować krwi, zmuszony więc byłem zrobić to palcami, 
przyciskając brzegi rany. 

background image

Locha nie miała ochoty zrezygnować. Prosiaczki były w siódmym niebie, biegając wkoło 

drzewa,  ryjąc  w  ziemi  i  kwicząc  do  siebie.  Nie  było  powodu,  dla  którego  locha  miałaby 
odejść.  Te  malutkie  stworzenia,  którymi  zachwycałem  się  przed  minutą,  okazały  się  teraz 
umyślnie dręczącymi mnie demonami. Przeklinałem je, gdy moja krew i łzy nasączały ziemię, 
ale  daremnie.  Po  zabawie  zasnęły  w  cieniu  drzewa  brzuszkami  do  góry,  unoszącymi  się  i 

opadającymi  miarowo  i  powoli.  Locha  nieprzerwanie  wpatrywała  się  we  mnie  swoimi 
ślepiami, czerwonymi jak moja rana; wzrokiem zimnym jak kamień. Zbliżało się południe, a 
ja  wciąż  trzymałem  się  gałęzi;  byłem  słaby  i  kręciło  mi  się  w  głowie.  Powoli  traciłem 

nadzieję, że coś jest w stanie mnie uratować. 

Wołałem  matkę  tak  długo,  że  w  końcu  ochrypłem.  Sam  ściągnąłem  na  siebie  to 

nieszczęście.  Sykoraks  przyzwyczaiła  się  już  do  moich  wędrówek;  po  prostu  nie  miała 
wyjścia. Dostawałem  jedynie  lanie po powrocie  do domu. Już dawno temu  zrezygnowała  z 
poszukiwania mnie, gdyż chowałem się tam, gdzie trudno było jej dotrzeć. Echo niosło mój 
głośny lament i zawodzenie. Krzyczałem tak głośno, iż wydawało mi się, że niebo nade mną 
osunie  się  ze  swoich  filarów.  Nikt  jednak  nie  nadchodził.  Ciepłe  i  jasne  słońce  unosiło  się 
wysoko  na  niebie,  osuszając  ziemię  i  rośliny  po  porannym  deszczu.  Na  szczęście  nie 
zdążyłem jeszcze spić wszystkich kropli wody, które mogłem dosięgnąć. 

Im  dzień  stawał  się  gorętszy,  tym  ja  stawałem  się  słabszy  i  bardziej  otumaniony. 

Wydawało mi się, że mógłbym unosić się w powietrzu jak popiół niesiony przez wiatr ponad 
wzgórzami. W pewnej chwili poczułem się tak, jak gdyby moja dusza odłączyła się od ciała i 
uniosła  nad  plażą,  na  której  siedziała  moja  matka,  piekąca  ciastka  na  rozżarzonych 
kamieniach  otaczających  ognisko.  Ale  gdyby  naprawdę  tak  się  stało,  to  byłaby  świadoma 
obecności mojej duszy i nie pozostałaby obojętna na moje potrzeby. Jednak ona nie podnosiła 
głowy,  tylko  schylona  wkładała  korzenne  nadzienie  do  kleistych  bułeczek.  W  moim 
beznadziejnym stanie mógł to być tylko majak; obraz matki robiącej korzenne ciastka był mi 
dobrze znany. W każdym razie i tak nie przyszła. Upał narastał. Budziłem się i zasypiałem. 
Gdy ból i strach znikały na moment, zatapiałem się w marzeniach jak w chłodnej, przyjemnej 
wodzie.  Po  chwili  jednak  budziło  mnie  szybkie  bicie  serca,  jak  gdybym  pędził  bez 
wytchnienia do przodu. A locha przez cały ten czas stała, przyglądała się i czekała. 

Nagle  odeszła  bez  uprzedzenia.  Zanim  słońce  zdążyło  dotrzeć  na  zachodni  horyzont, 

chrząknęła  groźnie  i  z  wściekłością  zanurzyła  się  w  wysokiej  trawie.  Za  nią  podążyły 
gromadą  brudne  prosięta,  podskakując  i  przepychając  się  wzajemnie  w  pośpiechu,  by  móc 
dotrzymać jej kroku. Ale czy aby na pewno sobie poszła? Pomimo niebywałego pragnienia, 
pulsującego  i rozrywającego bólu  nogi, który zdawał się  mną kierować, strach przed  bestią 
okazał się silniejszy. Upłynęło więc sporo czasu, zanim zdecydowałem się zejść z drzewa. 

Droga w dół była straszliwa. Nawet moją zdrową nogę przeszywał ból, cała zesztywniała. 

Wyobraź  sobie,  jak  wielkie  katusze  musiałem  przeżywać  z  powodu  tej  drugiej.  Kiedy 
zszedłem z drzewa, rana znowu zaczęła krwawić. Próbowałem przebiec kilka kroków, w razie 

background image

gdyby  locha  miała  wrócić,  ale  okazało  się  to  niemożliwe;  prawie  nie  mogłem  chodzić. 
Przewracałem się kilkakrotnie, zanim dotarłem do plaży. Ostatnim razem już nie miałem siły, 
by się podnieść, tak wielka była potrzeba snu, chęć zatopienia się w błogich ciemnościach. 

Wróciłem już po zmierzchu. Zobaczyłem Sykoraks bardzo przestraszoną, co nie zdarzało 

się jej zbyt często. Ale gdy podniosła na mnie rękę, by mnie uderzyć, dostrzegła moje nogi: 
jedną zakrwawioną aż po udo, obie zaś poklejone i wyschnięte. Wybałuszyła oczy i wydała z 

siebie bulgoczący krzyk, który z ledwością mogłem usłyszeć. 

Była  dla  mnie  zadziwiająco  miła  po  tym,  jak  obmyła  mi  ranę,  zrobiła  okład  z  liści  i 

korzeni i obwiązała ją kawałkiem szmaty oddartym od własnego, jedynego odzienia. Zabrała 
mnie  do  chaty,  ułożyła  ją  głowę  na  swym  łonie  i  nalała  mi  do  gardła  kilka  kropli  jakiegoś 
gorącego płynu. Buczała mi cichutko, aż pogrążyłem się w ciemnościach. 

Zastanawiasz  się  pewnie,  dlaczego  opowiadam  ci  tę  historię,  Mirando  –  widzę  to  po 

twojej  twarzy.  Poza  tym,  masz  pewnie  nadzieję,  że  zapędziłem  się  tak  daleko  w  swoich 
wspomnieniach, o których teraz plotę, iż nie zdaję sobie sprawy z tego, jak szybko ucieka mój 
cenny czas. Nie, tak nie jest, moja niestała przyjaciółko. Wiem, o której przychodzi następna 
zmiana  wartowników  i  ile  czasu  może  im  zająć  odnalezienie  starego  Somnambulo.  A 
opowiadam  ci  o  tym  wszystkim  nie  bez  przyczyny.  Moja  mowa  jest  płomienna,  ale  moje 
serce jest po trzykroć zimne. 

 
Widzisz, wtedy właśnie nauczyłem się, czym jest nienawiść. Gdy tak leżałem, trzęsąc się 

w  gorączce,  gdy  zwracałem  wywar,  którym  karmiła  mnie  matka,  gdy  wiłem  się  z  bólu,  bo 
goiła  się  moja  rana,  wtedy  właśnie  zacząłem  nienawidzić  stworzenie,  które  było  tego 
wszystkiego przyczyną. 

Na początku był tylko strach. Kiedy  nie  mogłem  zasnąć, wydawało  mi się, że widzę  w 

ciemności  małe,  błyszczące  ślepia  lochy,  a  jej  ciepły,  śmierdzący  oddech  wydawał  się 
wdzierać nawet do moich snów. Ale z biegiem czasu, gdy całe to okropne zajście odchodziło 
powoli w przeszłość, zacząłem koncentrować się na ranie, która była jej dziełem, a mój strach 
przeistoczył  się  w  śmiertelną  nienawiść.  Kiedy  mogłem  już  samodzielnie  stać,  ale  wciąż 
jeszcze  czułem  się  kaleką,  nie  będącym  w  stanie  pokonać  w  podskokach  nawet  małego 
odcinka wąskiej plaży, i kiedy czułem się ograniczony przez  ową niemoc poruszania się –  i 
ciągłą obecność mojej matki, której troska nie okazała się wcale chwilowym kaprysem – moja 
nienawiść  zaczęła  rozwijać  się  w  coś  bardziej  gwałtownego,  a  zarazem  przemyślnego. 
Zacząłem planować zemstę. 

Gdy  locha  z  pewnością  zdążyła  już  o  mnie  zapomnieć,  ja  złorzecząc,  wciąż  o  niej 

myślałem. Być może jest to dowód na to, o czym mówił twój ojciec wiele razy: że sam nie 
jestem i nigdy nie byłem lepszy od bestii. Ciekawe. W każdym razie, wyrządzono mi krzywdę 
i nie potrafiłem o niej zapomnieć. W końcu miałem się jednak zrewanżować: ból za ból. 

Nauczyłem się nienawidzić. Nauczyłem się pielęgnować zło jak skarb, jak małą iskierkę 

background image

w  zimny  i  deszczowy  wieczór.  W  ciągu  tych  wszystkich  dni,  kiedy  powoli  odzyskiwałem 
zdrowie,  ta  mała  iskierka  prawie  już  gasła,  lecz  prostując  ją  czule  i  dmuchając  na  nią, 
rozniecałem ogień ponownie. Karmiłem żar. Trzymałem blisko siebie, mimo iż czasem było 
to wyczerpujące zajęcie. 

Należy zawsze doceniać wysiłek włożony w pielęgnowanie nienawiści, Mirando. 

Kiedy  mogłem  się  poruszać  na  tyle,  by  uciec  niepostrzeżenie  z  pola  widzenia  mojej 

matki,  wybrałem  się  z  powrotem  na  wzgórze,  gdzie  zostałem  tak  haniebnie  zaatakowany. 
Trzymałem w ręku ostry, zahartowany kij, który nie dawał mi co prawda większego poczucia 

bezpieczeństwa,  ale  który,  jak  sądziłem,  mógł  okazać  się  na  pewno  bardziej  przydatny  niż 
paznokcie  i  zęby  w  walce  z  tym  potężnym  napastnikiem.  W  każdym  razie,  w  jakiś  mało 
zrozumiały  dla  mnie  sposób,  czułem  się  lepiej,  trzymając  go  w  ręku.  Zrobiłem  sobie  ową 

włócznię  kilka  pór  roku  wcześniej  i  używałem  jej  od  czasu  do  czasu,  by  celować,  raczej 
bezskutecznie, w błyszczące ryby chowające się gdzieś pomiędzy skałami. Locha była więc 
dla mnie o wiele większym i trudniejszym celem. 

Tak więc z bijącym sercem dotarłem na miejsce, gdzie śmierć zajrzała mi w oczy. Prócz 

tropów racic mojej lochy i jej prosiąt nigdzie nie było ani śladu mojej nemezis. Uklęknąłem 
na polance, w miejscu gdzie po raz pierwszy się z nią spotkałem, i zacząłem kopać. Poczułem 
w  dłoniach  śliski,  wilgotny  szlam.  Odrzuciłem  go  na  bok  i  ponownie  zanurzyłem  ręce  w 
błocie. 

To nie było zajęcie na jeden dzień, ale i tak zdążyłem wykopać wielką dziurę w mokrej 

ziemi jeszcze przed zachodem słońca. Byłem tak wycieńczony i wytarzany w błocie, że noga 

znowu  zaczęła  mi  dokuczać.  Podobnie  jak  tamtego  dnia,  kiedy  to  zraniła  mnie  locha,  tak  i 
teraz z  ledwością doczołgałem  się do spowitej ciszą  chaty  mojej  matki. Najedzony, szybko 
pogrążyłem  się  we  śnie,  by  jeszcze  przed  wschodem  słońca  znaleźć  się  z  powrotem  na 

miejscu rozpoczętej pracy. 

Koło  południa  przerwałem  kopanie,  by  napić  się  wody,  którą trzymałem  w  zagłębieniu 

kamienia.  Gdy  się  już  orzeźwiłem,  oceniłem  uważnie  wyniki  mojej  pracy:  dziura  w  ziemi 
była  większa  ode  mnie,  czarna  i  pusta  z  wyjątkiem  trzech  żerdzi,  opartych  o  ściany  dołu, 
które pomagały mi wydostać się na powierzchnię. Z ziemi wystawały cienkie pędy korzeni, 
białe i rozczapierzone. Nie byłem jednak zadowolony. 

Coś było nie tak z ową dziurą. Czułem to, ale nie mogłem tego rozgryźć. Zastanawiałem 

się przez długi czas – tak długo, jak długo trzymał się na mnie zaschnięty szlam. Niezależnie, 
z której strony podchodziłem, pod  jakim kątem spoglądałem  na  je rozmoczone  brzegi  i tak 
niczego nie mogłem dostrzec. Był to dół wykopany po to, by złapać stworzenie, które chciało 
mnie zabić. Był zrobiony dokładnie tak jak powinien. Dlaczego więc wciąż coś mi się w nim 
nie podobało? 

Postanowiłem zejść na dół i kopać dalej. 
Kiedy  promienie  słońca  przestały  już  padać  na  pogłębianą  przeze  mnie  część  dołu, 

background image

błotnista ziemia nagle stała się przeraźliwie zimna. Mimo iż niebo było wciąż błękitne i lekko 
zachmurzone, to ciemności  w dole stawały  się  nie do zniesienia. Zdecydowałem, że  należy 
skończyć. 

Przeżyłem  chwilę  grozy,  gdy  jedna  z  żerdzi,  po  której  się  wspinałem,  obsunęła  się 

nieznacznie  po  mokrej  ścianie  otworu  i  niewiele  brakowało,  a  spadłbym.  Na  szczęście 
utrzymałem  równowagę,  opierając  się  górną  częścią  ciała  o  brzeg  dołu  i  w  ten  sposób 
podciągając  do  góry.  Stanąłem  na  nogi  i  wyciągnąłem  żerdź  za  sobą;  pozostałą  część 
popołudnia spędziłem na maskowaniu dziury, przykrywając ją matą utkaną z długich, giętkich 
gałązek,  darniną  i  liśćmi.  Kiedy  skończyłem,  nie  było  prawie  żadnej  różnicy  między  tym 
kawałkiem ziemi a pozostałymi. Matka nie zapuszczała się tak daleko w głąb wyspy, a coś tak 
lekkiego  jak  małpa czy  mały  jeleń,  nie  było w stanie zarwać takiego przykrycia. W ten oto 
sposób,  tylko  mój  wróg  mógł  paść  ofiarą  starannie  przygotowanej  przeze  mnie  zemsty. 
Dlaczego więc wciąż byłem niespokojny? 

Próbowałem  tego  dociec,  ale  okazało  się  to  zbyt  trudne  dla  średnio  rozwiniętej 

sprawności mojego umysłu. Wróciłem więc na plażę. 

Nie spałem dobrze tamtej nocy; leżałem z rękami założonymi za głowę, jeszcze długo po 

wschodzie księżyca, gapiąc się w niewyraźne cienie kątów naszej chaty i przysłuchując się z 
rosnącym  niepokojem  ostremu  chrapaniu  matki.  Gdy  w  końcu  zasnąłem,  pogrążyłem  się  w 
otchłani  mroku,  pełnej  obserwujących  mnie  oczu,  kwiczących,  piskliwych  odgłosów  i 

zapachu krwi. 

Od samego rana dręczyła mnie ciekawość. Wałęsałem się w pobliżu chaty, dziwnie jakoś 

odwlekając  moment  udania  się  na  miejsce  mojego  odwetu  W  końcu  jednak  lekko 
poirytowana matka sama wypchnęła mnie siłą do lasu. 

Minęło sporo czasu, zanim dotarłem do  miejsca  na  stoku, w którym poprzedniego dnia 

tak  bardzo  się  napracowałem.  Po  drodze  wynajdywałem  różne  rzeczy,  które  mogłyby 
przyciągnąć  moją  uwagę:  małpki  bawiące  się  na  najwyższych  gałęziach  baobabu;  nowo 
narodzonego  motyla  o  skrzydłach  wielkości  moich  dłoni,  wygrzewającego  się  na  słońcu; 
nową  zaporę  z  patyków,  powstałą  na  jednym  ze  strumieni  wypływających  wysoko  z  gór. 
Właściwie  wszystko  zdawało  się  mnie  interesować  bardziej  niż  sam  dół.  Gdy  jednak  tam 
doszedłem, okazało się, że mój wysiłek nie poszedł na marne. 

Gałęzie, które pokrywały otwór, były połamane; ziemia i liście rozrzucone wokoło. Dół 

wyglądał więc tak, jak gdybym dopiero co skończył go kopać. Coś jednak chrząkało groźnie 

spod ziemi. 

Zbliżyłem się ostrożnie, gdyż byłem prawie pewien, że jeśli to naprawdę jest ona, to na 

mój widok mogłaby stamtąd wyskoczyć. Niewiele wiedziałem o świniach, ale wydawało mi 
się, że przy jej potwornej sile wszystko jest możliwe. 

Gdy  zajrzałem  do  środka,  wydała  z  siebie  potężny,  płaczliwy  ryk,  po  czym  rozjuszona 

zaatakowała ścianę jamy, w rezultacie rozkopując tylko trochę gruntu racicami. Przestraszony 

background image

uciekłem,  lecz  zaraz  ponownie  nabrałem  odwagi  i  zawróciłem,  by  móc  być  świadkiem 
swojego zwycięstwa. 

Wiele lat później zobaczyłem w jednej z ksiąg twojego ojca obraz demona uwięzionego 

w piekle. Artysta ukazał w nim przerażającą wizję piekielnych czeluści i bezkresnych cierpień 
potępionej na wieki duszy. Wcześniej podziwiałem drzeworyty; właściwie całą sztukę za to, 
iż  przedstawiała  rzeczywistość  w  sposób  tak  prosty,  a  zarazem  skomplikowany.  Ale  gdy 
ujrzałem  oblicze  owego  demona,  zadrżałem  i  zamknąłem  księgę.  Już  je  gdzieś  wcześniej 
widziałem... 

Locha  leżała  na  dnie  dołu,  cała  oblepiona  błotem  tak,  iż  przypominała  naturalne 

wybrzuszenie  terenu.  Jej  oczy  poczerniały,  a  gdy  zobaczyła  mnie  ponownie,  ukazała  z 
wściekłością kły i czerwoną gardziel. Jej śmierdzący oddech unosił się nad dołem jak chmura. 

Była w sytuacji bez wyjścia, o czym świadczył każdy jej ruch i zawodzący ryk; jej moc i 

wściekłość niewiele mogły tu pomóc. Była bezsilna. Jedyne co mogła zrobić, to szaleć, rzucać 
się  i  niszczyć.  Ale  nie  mogła  pokonać  ani  własnej  masy,  ani  miękkiej  ziemi,  która  jedynie 
rozsypywała się pod jej nogami. Nic nie rozumiała, nie mogła więc uciec. 

Z  zadowoleniem,  jak  i  z  przerażeniem  patrzyłem  na  jej  obdarte  w  zaciekłej  walce 

kończyny,  pokryte  brudną,  gęstą  krwią,  która  przypominała  mi  własną.  Wygrałem. 
Zadziwiające  było to, że ogrom  jej  cierpienia wciąż  nie wzbudzał we  mnie żadnych uczuć. 
Popatrzyłem jeszcze przez chwilę w jej diabelskie, wściekłe oczy, po czym pomaszerowałem 
w dół stoku. 

Długo  wałęsałem  się  po  okolicy,  by  w  końcu  znaleźć  się  przy  kolczastym  żywopłocie, 

który  strzegł  drogi  do  mojej  tajemniczej  doliny.  Zsunąłem  się  w  dół  pod  krzewami  jeżyn, 
przeszedłem  przez  podmokłą  łąkę  i  dotarłem  do  starej  sosny.  Nie  sprawiała  już  wrażenia 
groźnej i odstraszającej, wręcz przeciwnie; zdawała się mnie zapraszać. Usiadłem, opierając 
się o jej pokryty szorstką korą pień i spojrzałem w górę na zieloną koronę igieł. Rozciągała 
się nade mną tak potężna roślina, iż zakręciło mi się w głowie. 

Gdy  szedłem  ku  dolinie,  moje  myśli  rozbiegały  się  w  różnych  kierunkach,  krążyły 

ogłupiałe jak muchy. Prawie zapomniałem o przepełniającej mnie nienawiści. Jak przez mgłę 
widziałem obraz wściekle przerażonej lochy, który przywiódł mi na myśl moment, kiedy to 

spojrzałem  na  moją  matkę  po  powrocie  z  lasu,  ranny  w  nogę.  Czy  świnia  nie  starała  się 
ochraniać swojego potomstwa, tak jak to robiła moja matka? Czy powinna była ponieść za to 
karę? Gdy planowałem moją zemstę, naszła mnie myśl, by zwabić prosięta do siebie i zabić je 
na oczach ich matki. Była to najgorsza zemsta, jaką byłem w stanie sobie wtedy wyobrazić, 
podobnie  zresztą  jak  i  teraz.  Nie  mogłem  już  znieść  wszystkich  tych  myśli.  Jaka  zbrodnia 
mogłaby być okupiona tak okropną karą? 

Jaka, Mirando? Na pewno nie ta, której dopuściła się locha. 
Nie  potrafiłem  wyobrazić  sobie,  iż  mógłbym  ją  dalej  torturować.  Została  zastraszona  i 

uwięziona. I to wystarczyło. Prawdę mówiąc, smak zwycięstwa nie okazał się tak słodki, jak 

background image

sobie to wcześniej wyobrażałem. 

Zastanawiałem się, jak ją uwolnić. Nie byłem aż tak głupi, by myśleć, że będzie mi za to 

wdzięczna;  sposób  musiał  więc  gwarantować  mi  pełne  bezpieczeństwo.  Mógłbym  na 
przykład położyć drewnianą żerdź na brzegu dołu, po czym siedząc bezpiecznie na drzewie, 
pchnąć ją włócznią tak, by wpadła do środka. I locha mogłaby po niej wyjść... 

Gdy  tak  rozmyślałem,  rozkoszując  się  swą  wielkodusznością,  która  spowiła  mój  umysł 

jak złocista mgła, coś zupełnie innego wkradło się do moich myśli. 

Na  początku  było  to  prawie  niezauważalne,  lekkie  rozdrażnienie  faktem,  iż  rozważam 

właśnie darowanie życia świni, która sama nigdy by czegoś podobnego nie uczyniła. Jednak 
gdy tak siedziałem oparty o drzewo, patrząc w górę na gałęzie poruszane przez wiatr, lekko 
kołyszące się w tę i z powrotem, to owo uczucie przybrało na sile. Wspominałem rozrywający 
ból w nodze i mój strach przed śmiercią tak intensywnie, iż czułem się, jakbym ponownie go 
doświadczał. Jak mógłbym tak szybko zapomnieć o tym, co mi zrobiła? 

Ponownie  ujrzałem  przed  oczyma  jej  wściekłe  oblicze,  które  tym  razem  nie  wyrażało 

strachu, a wyłącznie czyste zacietrzewienie. 

Litość, która dopiero co narodziła się we mnie, powoli słabła. Przyciskając się mocno do 

pnia  sosny,  poczułem  przenikającą  moc,  wściekłą  moc,  jak  gdyby  wszystkie  siły  witalne 
starego  drzewa  przepływały  przez  korę  do  mojej  krwi.  Tak  jakby  ta  sędziwa  sosna  sama 
podejmowała za mnie decyzję, pomagając1 mi przezwyciężyć chwilową słabość. 

Upłynęło zaledwie parę chwil, jak podniosłem się i przeszedłem przez łąkę, docierając do 

ciernistego żywopłotu. Stamtąd pobiegłem ku zastawionej przeze mnie pułapce. 

Szybko znalazłem odpowiednio zaokrąglony głaz, który po lekkim okopaniu udało mi się 

wyrwać z uścisku zbitej, mokrej ziemi. Potoczyłem go w dół, w kierunku otworu, pomagając 

sobie przy tym dwoma kijami, które nie pozwalały zboczyć mu z drogi; czułem w sobie jakąś 
nadprzyrodzoną  siłę  i  władzę.  Locha,  słysząc,  że  się  zbliżam,  zaczęła  kwiczeć  tak 
przeraźliwie  głośno,  iż  już  miałem  włożyć  palce  do  uszu.  Jednak  zamiast  tego,  z  całej  siły 

pchnąłem  kamień  barkiem,  poślizgnąłem  się  i  wywróciłem.  Głaz  potoczył  się  w  dół, 
zmiażdżył brzegi otworu i ugrzązł w środku. 

Huknęło, chlusnęło, zajęczało i po chwili umilkło. 
Wziąłem  trochę  krwi,  wróciłem  do  doliny  i  wymazałem  nią  pień  starej  sosny.  Uczucie 

pustki i wyczerpania przyćmiło radość zwycięstwa. Udałem się więc do domu i pogrążyłem w 
długim, głębokim i niczym nie zakłóconym śnie. 

 
Nie wiedziałaś nic o świni, prawda Mirando? Nigdy ci o tym nie opowiadałem. Myślę, że 

było mi trochę wstyd. Ale dzisiejszej nocy – zaraz... jak się nazywa noc, podczas której wasz 
lud  zakłada  maski,  a  później  je  zdejmuje?  Czy  to  nie  noc  świętojańska?  Dzisiejszej  nocy 
zakryte twarze odsłonią się. 

 

background image

Ludzkie twarze mogą być jak maski; nie potrafiłem tego zrozumieć przez większą część 

mojej młodości. Tego, że można ukryć myśli pod kamiennym obliczem, nauczyłem się dzięki 
Prosperowi, który sam nie ujawniał niczego otaczającemu go światu. Dopiero później pojąłem 
koncepcję  maski,  którą  umieszcza  się  na  czyjejś  twarzy,  by  zobaczyć  w  niej  tylko  to,  co 
pragnie się widzieć. 

Zastanawiam  się,  co  sobie  pomyślałaś  wtedy,  w  dzień  waszego  przybycia,  gdy  mnie 

pierwszy raz ujrzałaś na skale, gapiącego się w dół. Wzrok utkwiony miałem w przerażającej, 
acz  fascynującej  sylwetce  twojego  ojca,  który,  jak  podpowiadały  zmysły,  miał  stać  się  dla 
mnie  zagrożeniem.  Teraz  nie  jestem  pewien,  czy  było  to  prawdą.  Ty  byłaś  tylko  jego 
poddaną... wtedy jeszcze. Później zrozumiałem, co znaczy twoje imię. 

Ale  czym  było  dla  ciebie  to  coś,  skulone  na  skale  przed  tobą?  Zbitą,  brązową  masą  z 

żółtymi oczami gapiącą się głupawo jak pisklę w gnieździe? Nie owłosioną, sprężystą małpą 
z  długimi  łapami?  może  raczej  kiepsko  wykonaną  lalką,  lichą  imitacją  zabawek  twojego 
utraconego dzieciństwa? Co sobie o mnie wtedy pomyślałaś, smutna Mirando? Czy może to, 
iż twoje zabawki będą teraz wyglądać równie brzydko i nieciekawie? 

Wiem,  co  pomyślał  sobie  twój  ojciec,  widząc  mnie  po  raz  pierwszy,  gdy  zbiegałem  w 

popłochu  po  stoku,  w  poszukiwaniu  schronienia  przed  jego  straszliwym  spojrzeniem. 
Powiedział  mi,  a  raczej  powiedział  to  tobie.  I  choć  nie  rozumiałem  wtedy  jego  słów, 
powtórzył  mi  to  po  latach,  gdy  już  nauczyłem  się  waszej  mowy.  Wtedy,  tamtego  dnia, 
słuchałem go przez moment, po czym ogarnął mnie strach i uciekłem. Powiedział: 

– Patrz! Ta pozornie bezludna wyspa zdaje się kryć także kilku większych mieszkańców. 

–  Głos  jego  brzmiał  tak  beznamiętnie,  jak  gdyby  znał  mnie  na  plaży  martwego  i 
rozkładającego się. Małpa? Nie sądzę. Może jednak to coś bardziej intrygującego, tak zwany 
„człowiek pierwotny”, dzikus. Kanibal. 

A gdy uciekałem, usłyszałem twój cichy, zdziwiony głos. 
– Kalibal...? 

 
W dniu waszego przybycia bardzo się bałem i byłem tego świadomy. Nie zdawałem sobie 

jednak sprawy z tego, że byłem bardzo samotny. 

Matka umarła nagle, o czym zresztą już wiesz. Była pazerna na wszelkie jadło, zwolniona 

z  potrzeby  mówienia,  a  nawet  słuchania,  mogła  w  spokoju  napełniać  usta...  Ale  wiem  z 
własnego, ciężkiego doświadczenia, że kiedy tak żuła, potrafiła bez przeszkód porozumieć się 
ze  mną  na  swój  własny  sposób.  Wiele  razy  odchodziłem  z  oczami  pełnymi  łez  i  uszami 
czerwonymi od uderzeń, gdy próbowałem wyrwać jeszcze trochę mięsa z kości, którą właśnie 
trzymała w ręku. 

Mimo  iż  na  wyspie  owoców  i  różnej  zieleniny  było  pod  dostatkiem,  a  może  właśnie 

dlatego, rozwijając się, czułem niedosyt mięsa każdego rodzaju. Jedliśmy ryby, ale nigdy nie 
było ich za dużo; w pułapki, które zastawiała moja matka, wpadało niezbyt wiele ptaków czy 

background image

innych  zwierząt,  nie  mogłem  być  więc  zadowolony.  Gdy  nad  ogniem  piekła  się  jakaś 
niewielka  zwierzyna,  jej  zapach  przyciągał  mnie,  jakby  za  sprawą  jakiejś  magicznej  siły. 
Zaciągałem  się  nim,  trzymając  głowę  w  smugach  dymu,  dopóki  nie  zacząłem  kaszleć  i 
krztusić się boleśnie. 

Wydaje  się  więc  nieprawdopodobne,  że  nigdy  nie  spróbowałem  przynieść  ani  kawałka 

martwej  lochy,  ani  nawet  skosztować  jej  mięsa.  Mówiąc  szczerze,  parę  kropel  jej  ciepłej 
jeszcze  krwi  stanęło  mi  gardle.  Próbowałem  wytarzać  płat  mięsa  w  ziemi,  zapomnieć  o 

wszystkim, ale i tak, jak się pewnie domyślasz, nie byłem w stanie go zjeść. Mój umysł badał 
owo przykre wspomnienie, tak jak bada ranę, sprawdzając, czy ból się nie zmniejsza, i przez 
to uczynił je trwałym. 

Mięsa  było  mało.  Nie  ma  więc  w  tym  nic  dziwnego,  że  w  swoim  czasie  zaczęło 

dochodzić  między  nami  do  bójek,  gdy  była  tylko  jedna  wysuszona  rybka,  a  matka  upierała 
się, że to jej należą się resztki mięsa pozostałe na szkielecie. Gdy byłem już większy od niej, 
stwierdziłem, iż było to bardzo niesprawiedliwe z jej strony. Zrozumiałem to, gdy pewnego 
razu podniosła na mnie swoją kościstą rękę, którą niespodziewanie zatrzymała. 

Z początku myślałem, że usiłuje wyczarować z siebie jakiś nowy dźwięk, tak doniosły  i 

trudny,  iż  wymaga  on  pewnej  wewnętrznej  walki.  Kołysała  się  w  tę  i  z  powrotem,  trzęsąc 
rękami, jak gdyby paliły się jej palce, po czym straciła równowagę. Jej twarz wykrzywiała się 
niesamowicie, przybierając dziesiątki grymasów, a następnie sczerniała, jakby zgasło w niej 
jakieś wewnętrzne światło. Zachwiała się ponownie, trzymając się za gardło, i upadła. 

Co zrobiłem? Stałem i patrzyłem. Stałem jeszcze bardzo długo po tym, jak osunęła się na 

ziemię.  Nie  wiedziałem,  co  się  stało.  Na  początku  pomyślałem  sobie,  że  może  zasnęła, 
zmęczona  próbą  wydalenia  z  siebie  nowego  dźwięku.  Ale  gdy  długo  leżała  bez  ruchu, 
podszedłem  i  dotknąłem  jej  lekko;  zazwyczaj  wstawała  wcześniej  ode  mnie,  może  z 
wyjątkiem  momentów,  gdy  była  chora  czy  przemęczona  i  w  dość  nieprzyjemny  sposób 
dawała do zrozumienia, iż nie lubi, gdy przerywa się jej sen. 

Tym razem już się nie obudziła ani nie poruszyła. Powoli i boleśnie odkrywałem prawdę. 

W ciągu jednej chwili stałem się samotny. Jedyna osoba, którą znałem jedyna ludzka istota w 
moim życiu, odeszła. 

 
Nie, to było  jeszcze gorsze,  jeżeli  mogę tak powiedzieć. Umarła  nie tylko  moja  jedyna 

towarzyszka, ale umarł także mój jedyny bóg. To wszystko jestem w stanie zrozumieć tylko 

ja  –  całkowite  osamotnienie,  opuszczenie,  nagłą,  beznadziejną  i  straszliwą  pustkę  w  moim 
świecie.  Tej  nocy,  przerażony  zaciągnąłem  ciało  mojej  matki  do  chaty.  Była  już  całkiem 
zimna, lecz okryłem nas oboje matą z miękkiej trzciny i trzymając ciało w ramionach aż do 
świtu, próbowałem przywrócić mu jego dawne ciepło. Myślałem sobie: na pewno to tylko taki 
dłuższy  sen,  głębszy  sen...  Na  pewno  jutro  rano obudzi  mnie  jak  zwykle,  szarpiąc  za  ucho 
swoimi kościstymi palcami. I nastanie dzień podobny do innych, a wydarzenie poprzedzającej 

background image

go  nocy  zapamiętam  jako  jeszcze  jeden  dowód  odmienności  mojej  matki.  Leżałem  i 
kołysałem jej ciało, starając się cofnąć siłą własnej woli to, co stało się rzeczywistością. 

Kiedy się obudziłem, była zimna i nie ruszała się; tylko jej oczy wciąż były otwarte. Gdy 

dotknąłem jej szyi, by wyczuć uspokajające tętno – puls, który usypiał mnie w ciągu całego 

mojego  dzieciństwa  –  znalazłem  na  niej  odrażającą  wypukłość  w  kształcie  ości,  która  tak 
nieszczęśliwie utknęła w gardle. 

Nie pamiętam dokładnie, co stało się potem. Wiem, że krążyłem po plaży, lamentując do 

nieba, które zdawało się nie dostrzegać tego, że świat się skończył. Wiem też, że biegałem po 
lesie tak długo, aż moje ręce, nogi i twarz zaczęły krwawić, otarte o skały i poobijane przez 
gałęzie. Pamiętam, że spędziłem noc, trzęsąc się z zimna, zanurzony po szyję w wodzie, ale 
jest  to tylko  jakiś  wycinek  dźwięków  i  obrazów,  następującego  po  sobie  światła  i  zmroku. 
Być może wiele dni żyłem w obłędzie. 

W końcu wróciłem do domu. Matka wciąż tam była, mimo że czas dziwnie odmienił jej 

sylwetkę  wykrzywiona,  wyglądała  tak,  jakby  usiłowała  właśnie  usiąść;  jej  wargi  opadły, 
odsłaniając  zęby.  Być  może  płakała  nad  moim  losem  albo  śmiała  się  z  mojej  głupoty.  Nie 
mogłem  już dłużej znieść  jej widoku, ale  nie wiedziałem, co zrobić. Przez parę  następnych 
dni  omijałem  z  daleka  chatę  ze  szczątkami  mojej  matki,  żyjąc  na  plaży  swoim  normalnym 

rytmem – jadłem, spałem, nosiłem wodę ze strumyka – alej nie potrafiłem pozbyć się uczucia 
wszechobecnej! pustki, braku centralnej, stałej postaci – matki. Czułem, że tak dłużej być nie 
może.  Nawet  zwierzę  wie,  że  jeśli  zostało  zranione,  to  rana  musi  się  goić,  a  ja  byłem  jak 
zwierzę. Coś należało zrobić bym mógł znów żyć jak dawniej. 

Wkrótce stało się coś najgorszego, ciało zaczęło cuchnąć. 

W  nadziei  na  znalezienie  kontemplacyjnej  ciszy,  spokoju  z  dala  od  horroru  naszego 

domu, udałem się do doliny, by posiedzieć w cieniu starej sosny! Tym razem jej obecność nie 
pomogła mi w rozwiązaniu problemu. Wręcz odwrotnie: czułem, że charakter całej tej sprawy 
złośliwie  zmieniał  swoje  oblicze,  tak  jak  gdyby  to,  co  się  stało,  było  przeze  mnie  długo 

oczekiwane. Myśli te przyprawiły mnie o mdłości, więc szybko opuściłem dolinę. 

Jedyną  rzeczą,  o  której  byłem  w  stanie  myśleć,  była  locha,  leżąca  tam,  w  dole. 

Przypomniałem sobie, że gdy przysypałem ją ziemią, zrobiło mi się lżej. I dlatego też resztę 

tamtego  popołudnia  spędziłem,  kopiąc  podobny  dół  dla  mojej  matki.  Z  doświadczenia 
wiedziałem,  że  nie  należy  robić  tego  na  plaży,  gdyż  morze  wchodzące  w  ląd  odsłaniało 
szkielety  ryb  i  ptaków,  które  tam  zakopywaliśmy.  Kopałem  więc  grób  Sykoraks  na  skraju 

lasu,  kopałem  rękoma,  tak  długo,  aż  moje  palce  zaczęły  krwawić,  a  pot  oblewał  mnie  jak 
strugi deszczu. Gdy skończyłem, owinąłem ciało w matę, bym mógł je utrzymać, i wrzuciłem 
śmierdzące  do  dołu  –  do  dziś  przechodzą  mnie  dreszcze,  gdy  o  tym  pomyślę  –  po  czym 

szybko je zasypałem. 

Oczywiście nie potrafiłem się modlić; nie wiedziałem nawet, że coś takiego istnieje. Jeśli 

matka  czciła  Setebosa,  jak  mówił  twój  ojciec,  to  udała  się  do  niego  bez  rozgrzeszenia.  Nie 

background image

wiedziałem, czego może wymagać ode mnie jej śmierć. Sam byłem jeszcze jedną, taką samą 
pustą dziurą. 

background image

DWIE TAŃCZĄCE FIGURKI 

 
Jak  mogę  od  ciebie  wymagać,  byś  zrozumiała,  co    czułem,  gdy  umarła  moja  matka. 

Twoja  zmarła  przy  porodzie;  nie  znałaś  jej.  I  mimo  iż  cierpiałaś  z  powodu  jej  braku,  to 
zawsze  był  koło  ciebie  Prospero,  twój  ojciec,  i  to  on  stanowił  fundament  twojego  życia. 
Będąc  na  wyspie,  wiedziałaś  już,  że  na  świecie  są  jeszcze  inni  ludzie;  tacy,  którzy  są  dla 
ciebie uprzejmi i tacy, którzy cię kochają. Ja miałem tylko tę starą, obłąkaną kobietę, a gdy 

odebrała mi ją rybia ość, nie miałem już nic i nie potrafiłem sobie wyobrazić, że ktokolwiek 
mógłby być równie samotny jak ja. Wyspa była moja i nikt poza mną nie mógł wiedzieć, że 
na świecie nie ma już innych ludzi. 

Przetrwałem, potwierdzając  niejako tezę twojego ojca o moim zezwierzęceniu. Pomimo 

przerażającej  pustki,  niewymownego  żalu  i  udręki  samotności,  przeżyłem.  Nie  wiem, 
dlaczego.  Życie  jest  trwałej  Mirando.  Zapewne  widziałaś  rybę  rzucającą  się  na  kamieniu  z 
dala  od  wody,  która  w  bólach  walczy  jeszcze  o  ocalenie.  Ten  niezniszczalny  atom  życia 
znajdujący się w środku nas, jest niepohamowany. I to jest największy cud, którego wasz Bóg 
nie jest zdolny uczynić. To, że wewnątrz nas coś powinno żyć, a owo życie powinno zmagać 
się z nieuchronnością śmierci. 

I  tak  jak  moja  matka  bezskutecznie  próbowała  ostatnich  chwilach  swojego  życia 

wykrztusić z siebie ość, tak ja starałem się pozostać wśród żywych. Być może, gdyby dotarły 
do  mnie  dobrodziejstwa  waszej  cywilizacji,  zdecydowałbym  się  umrzeć,  by  dołączyć  do 

matki i skończyć z samotnością. Prawdę mówiąc jednak, nawet nie podejrzewałem, że i mnie 
może spotkać taki los jak ją. Jak świat mógłby się skończyć? Kiedy się bałem, jak wtedy, gdy 
zaatakowała  mnie  locha,  to  tak  naprawdę  obawiałem  się,  że  zostanę  boleśnie  zraniony, 
oddzielony w jakikolwiek sposób od matki, od rzeczy, które znałem, ale myśl o ostatecznym 
końcu  nigdy  się  u  mnie  nie  pojawiła  –  nie  mogła  –  nie  mówiąc  już  o  wyobrażeniach,  jaki 
mógłby on być. 

A gdyby nawet przyszło mi do głowy się zabić, to nie wiem, czy byłbym w stanie tego 

dokonać.  Tak  jak  powiedziałem,  Mirando,  owa  iskierka  życia,  ta  cząsteczka  czy  też  boski 
podmuch,  cokolwiek  to  może  być,  jest  nieugięta  –  nawet  w  chwilach  nieopisanej  zgrozy. 

background image

Jestem  tego  żyjącym  dowodem.  Czy  jakiekolwiek  inne  stworzenie  zostało  w  tak  okrutny 
sposób pozostawione na łasce losu? I to nie raz, a dwa? 

 
Twój ojciec nie uważał mnie za coś lepszego niż zwierzę, zwabił mnie więc jedzeniem do 

zagajnika. Szybko odnalazł moją chatę i tam też zorganizował waszą pierwszą osadę. Nawet 
wtedy, przy całej mojej obojętności, czułem, że musi być coś niebezpiecznego w stworzeniu, 
które  tak  łatwo  zajmuje  teren  drugiego;  wciąż  nie  potrafię  tego  zrozumieć.  Czy  on,  sam 
wygnany przecież z Mediolanu przez uzurpatora, nie wiedział, że postępuje identycznie? Czy 
po  prostu to,  co  mówił  o  sprawiedliwości,  było  kłamstwem?  Być  może  jednak  wiedział  od 
samego  początku,  że  chce  mnie  zdobyć,  ujarzmić  i  wykorzystać.  Chata  mojej  matki  była 
pierwszą rzeczą ze wszystkich, które ukradł Kalibanowi. 

Powinienem  był uciekać! Uciekać  na drugi koniec wyspy albo w góry. Ani ty, ani twój 

ojciec ze swoimi miejskimi, delikatnymi mięśniami nie bylibyście w stanie tam dotrzeć. Może 
zachowałbym  wolność  jeszcze  przez  pewien  czas,  a  może  na  zawsze?  Ale  byłem  zbyt 

samotny,  Mirando.  Dwa  razy  od  czasu  śmierci  mojej  matki  najwyższe  szczyty  pokryły  się 
śniegiem, a dni skurczyły się jak tylko mogły. Upłynęły dwa samotne lata, zanim wasza łódź 
dotarła do brzegu wyspy. Byłem sam. 

Dlatego  mnie zwabił. Podrzucał  mi  słodycze  na  płaskim  liściu, który kładł w cieniu  na 

skraju  lasu  tak,  bym  mógł  go  sobie  wziąć,  nie  podchodząc  zbyt  blisko.  Ale  to  mu  się  nie 
udało.  Te  wszystkie  wykwintne  rzeczy  –  połączenie  miodu,  orzechów  i  przypraw,  jakie 
przygotował  dla  ciebie  jakiś  zakichany  kucharz,  pewnie  jedyny  posłuszny  sługa  w  całym, 
okupionym  krwią  domu  –  te  małe  cacka  wielkiego  świata,  które  przebyły  tak  długą  drogę, 
wcale nie pachniały mi jak coś do jedzenia. Były obco tłuste, aromatyczne i niesmaczne, takie 
jakie  byłyby dla ciebie kamienie umoczone  w  mocnych perfumach. Nie  mógłbym  ich zjeść 
ani  nawet  dotknąć.  Ale  gdy  tak  siedziałem  w  lesie  i  grymasiłem  nad  owymi  dziwnymi 
podarunkami,  zapach  rybi  unoszący  się  nad  waszą  osadą...  czy  raz  nawet  jelenia, 
spływającego tłuszczem... był dla mnie torturą. 

Gdy  Prospero  zorientował  się,  że  nie  lubię  słodyczy,  zastąpił  je  innymi  przysmakami. 

Mango,  gruszki  granaty,  największe  i  najbardziej  soczyste,  jakie  mógł  znaleźć,  układał  na 
skale w cieniu drzewa. Ale ja sam mogłem zdobyć owoce, kiedy tylko miałem na nie ochotę; 
nawet będąc nieszczęsną sierotą, nie chciałem sprzedać się tak tanio. 

Mimo  iż  sam  przed  sobą  grałem  obojętnego,  wynajdywałem  setki  małych  przesłanek  i 

tysiące przesądów, dla których nie powinienem przyjmować prezentów twojego ojca, to i tak 

fascynowaliście  mnie  jako  przybysze.  Coś  mówiło  mi,  że  może  jesteście  takimi  samymi 

stworzeniami  jak  ja  –  mimo  iż  w  rozpoznawaniu  istot  ludzkich  doświadczenie  miałem 
niewielkie;  liczba  znanych  mi,  wzrosła  z  dwóch  do  czterech  –  nie  byłem  jednak  całkiem 

pewien.  Gdy  moja  matka  nieprzerwanie  nosiła  tę  samą,  bezkształtną,  czarną  suknię,  a  ja 
chodziłem  nagi, tak wy wciąż zmienialiście ubiory.  Kiedy  cię zobaczyłem po raz pierwszy, 

background image

mała  Mirando,  miałaś  na  sobie  resztki  swojej  dworskiej  sukienki,  kiedy  indziej  twój  ojciec 

pozwolił  ci  biegać  wzdłuż  plaży  po  falach  w  jedwabnej  koszuli,  którą  woda  przyklejała  do 
twojego małego, dziecinnego ciała. I Prospero czasem zdejmował swą czarną szatę, ukazując 
pantalony  i  koszulę  w  niezwykle  barwne  wzory.  Raz  nawet  udało  mi  się  go  zobaczyć 
rozebranego  do  pasa,  kopiącego  rów;  kępy  włosów,  porastające  jego  tors,  były  tak  samo 
siwopopielate  jak  jego  broda.  Zmiany,  zmiany,  zmiany:  jak  u  ptaków  i  węży;  zrzucaliście 
ubrania, by po chwili założyć nowe, z zadziwiającą częstotliwością. 

W  końcu  złamał  mnie  kawałek  pieczonej  ryby.  Wypatroszona  i  ugotowana  na  małym 

ogniu,  ułożona  na  talerzu  z  liści,  miała  w  sobie  niepowtarzalny  czar,  nie  to,  co  słodycze  i 
owoce. Przykucnąłem  w krzakach  i wpatrywałem  się w  nią przez długi czas, wydawało  mi 
się,  że  cały  świat  zniknął  i  pozostałem  tylko  ja  wraz  ze  szklistooką  rybą,  pokrytą 
srebrnoczarnymi  łuskami.  Moje  nozdrza  rozwarły  się;  czułem  jak  się  rozszerzają,  żądne 

smakowitego zapachu. 

Rozejrzałem  się  wokoło;  moje  prymitywne  rozumowanie  nie  było  w  stanie  dostrzec  w 

tym żadnej pułapki. Ty i twój ojciec spacerowaliście w oddali po plaży, zwróceni plecami w 
moją  stronę.  Krążyłaś  dokoła  niego  jak  mały  koliber,  skaczący  z  kwiatka  na  kwiatek.  Jeśli 
byliście  tam,  to  nie  mogliście  być  w  pobliżu.  Bezpiecznie  było  więc  skorzystać  z  okazji  i 
porwać rybę. 

Jednak  wciąż  walczyłem  ze  sobą,  nie  mogąc  zrozumieć,  dlaczego  coś  mnie 

powstrzymuje,  a  jednak  czułem  też,  że  jeśli  przyjmę  ten  wielce  ponętny  prezent,  coś  może 
się...  zmienić.  Co  dziwne,  pomyślałem,  wtedy  o  ukrytej  dolinie  ze  starym  drzewem,  którą 
odwiedziłem  tylko  kilka  razy  od  śmierci  matki.  Być  może  dlatego,  że  wcześniej  stanowiła 
moją  tajemnicę  przed  matką,  a  gdy  ta  umarła,  miejsce  to  kojarzyło  mi  się  z  jakimś 
wewnętrznym  niepokojem  –  odczuwałem  coś  podobnego  w  związku  z  zamordowaniem 
lochy.  Ale  wciąż  mnie  tam  ciągnęło,  tak  jak  do  ryby  leżącej  przede  mną.  Obie  te  rzeczy 
napełniały  mnie  czymś,  co  teraz,  patrząc  z  perspektywy  czasu,  mogę  nazwać  pewnym 
rodzajem wstydliwego pożądania. 

Wspomnienie  starego,  wysokiego  drzewa  i  tajemniczej  doliny  pomogło  mi  podjąć 

decyzję...  ale  nią  taką,  jaką  powinienem.  Przecież  dolina  mnie  nie  skrzywdziła,  myślałem 

sobie  –  nie,  nie  w  słowach  Mirando;  moje  wewnętrzne  dyskusje  przypominał?  raczej  burzę 

emocji,  rozdmuchiwanych  przez  przeciwne  wiatry  –  była  czymś  w  rodzaju  świątyni,  której 
doświadczyłem wielu dziwnych, nowych, acz często przyjemnych uczuć. Dolina nie uczyniła 
mi nic złego – czy zabrała mi wolność? Czyż nie mogłem pójść tam, gdzie chciałem i robić 
tego, na co miałem ochotę? Czy kawałek ryby może być czymś więcej niż tylko tym, czym 
się wydaje? 

Chwyciłem go nagłym ruchem i z bijącym sercem pobiegłem schronić się w lesie. 
Oczywiście ryba była wspaniała. Łuskowata i soczysta, bez żadnej ości pomiędzy łbem a 

ogonem.  Jak  twojemu  ojcu  się  to  udało  –  a  może  był  czarodziejem,  co?  Subtelna  zasadzka 

background image

wymaga subtelnych czarów. Jednak był zdolny i do większych, o czym wkrótce miałem się 
przekonać. 

Następnego  dnia  znalazłem  jeszcze  jedną  rybę  w  cieniu  na  skale.  Widziałem  was  w 

oddali. Tym razem zabranie jej było o wiele łatwiejsze. 

Co ty o tym myślałaś, Mirando, gdy twój ojciec powoli zastawiał na mnie sieci? Myślałaś 

pewnie, że próbuje znaleźć ci kogoś do zabawy? Czy może, iż łapie tę dziwną, ludzką istotę 
jako  jeszcze  jeden  smaczny  kąsek  dla  ciebie,  byś  mogła  ją  połknąć  i  strawić,  podobnie  jak 
łapał  jelenia,  króliki  i  ryby?  Czy  może  przyszło  ci  na  moment  do  głowy,  że  robi  te  dwie 

rzeczy naraz? 

Gdy już wystarczająca ilość kawałków gotowanego mięsa przeleciała przez mój przełyk, 

zacząłem  włóczyć  się  w  okolicach  waszej  osady,  nie  kryjąc  się  specjalnie,  lecz  będąc  w 
każdej  chwili  gotowy  do  ucieczki.  Ale  twój  ojciec  był  przebiegły.  Przypuszczam,  że 
człowiek,  który  potrafi  wzywać  demony  i  kierować  nimi,  jest  równie  biegły  w  cierpliwej, 

powolnej manipulacji. 

Zaczął mnie obserwować – nic więcej. Stał na środku plaży i przyglądał mi się uważnie. 

Wypatrując  czegoś,  co  mógłbym  poczytać  za  objaw  złych  intencji,  potrafiłem  bezczelnie 
patrzeć  w  jego  lodowate,  błękitne  oczy  przez  długi  czas,  będąc  gotowy  wziąć  nogi  za  pas. 
Prospero mnie fascynował, ale pomyślałem sobie, patrząc na niego nie przez pryzmat mojej 
samotności, że jest on po prostu najeźdźcą. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że to 
on jest w środku cytadeli. Kiedyś widziałem twarze z gorzkich snów mojej matki, teraz mój 
sen  nawiedzała  jedna;  miała  zimne,  bystre  oczy,  małe,  lekko  uśmiechnięte  usta  i  brwi  jak 
skały wysunięte w morze. 

Pewnego ranka, kiedy słońce znajdowało się jeszcze za wschodnimi wzgórzami, Prospero 

przyszedł  na  skraj  lasu.  Usiadł  na  ziemi,  oparł  się  o  drzewo  i  czekał.  Zakradłem  się  bliżej, 
bezszelestnie jak gąsienica, ale on wiedział, że jestem gdzieś obok. 

Powoli,  ze  spokojem,  by  przełamać  mój  zwierzęcy  strach,  zaczął  poruszać  rękami. 

Zaintrygowało mnie to, a że jego długie, kościste plecy zasłaniały mi widok, przeniosłem się 
w inne miejsce, tak bym mógł obserwować to, co robi. Miał przed sobą miskę pełną wody i 
zwilżając w niej oczyszczoną ziemię, nadawał tej garstce błota okrągły kształt. 

Ach, ręce twojego ojca,  jego długie,  zwinne palce! Patrzyłem zauroczony,  jak ugniatał, 

klepał, gładził  i  formował z taką zręcznością, że  nie  byłem  w stanie tego pojąć. Jakże  inne 
było to od niezgrabnych, ostrych ruchów rąk mojej matki. Przez wiele lat pozostawałem pod 
wrażeniem  rąk  twojego  ojca;  owego  dnia,  kiedy  po  raz  pierwszy  z  bliska  zobaczyłem  ich 
niesamowite możliwości, byłem oczarowany. 

Znalazł wiotki patyk i zaczął łamać go na kawałki Trzask spłoszył mnie, ale Prospero nie 

zareagował.  Obserwowałem  jednak  dalej,  jak  zaczął  nakładać  gliniane  krążki  na  kawałki 
patyka, a ręce jego poruszały się z takim wdziękiem i tak szybko, że prawie przez cały czas 
zwracałem uwagę tylko na nie. W końcu zainteresowało mnie też, co on tak lepi. Ulepił małą 

background image

laleczkę,  karzełka,  który  leżał  na  plecach  w  jego  ugiętej  dłoni.  Odłożył  ją  na  bok  i  zrobił 
jeszcze  jedną,  trochę  mniejszą.  Następnie,  strzelając  zanurzonymi  wcześniej  w  wodzie 
palcami,  pokropił  obie  figurki  i  sięgnął  po  coś  do  swojej  sukni.  Wyjął  rękę  i  po  kolei 
przykładał  ją  do  głów  lalek,  by  sprawdzić,  w  którym  miejscu  powinien  umieścić  małe 
kawałeczki  żółtych  i  niebieskich  brylantów.  Dla  mojego  niewprawnego  oka  wydawało  się 
dziwne, że wszystkie niebieskie kryształki umieścił na głowie jednej figurki, a wszystkie żółte 

na drugiej, tej mniejszej. 

Wciąż nie podnosił wzroku, a ja byłem tak zaaferowany, że pewnie bym nawet nie uciekł, 

gdyby próbował mnie zwabić. Podniósł za to do góry figurki i trzymając je na wysokości ust, 
dmuchnął na nie, wypowiadając ich imiona. 

– Arlekin – powiedział. – Kolombina. 

Gdy to mówił, obrócił najpierw niebieskogłową figurkę, a po niej złotogłową. 
Musiałem chyba westchnąć głośno z zachwytu, bo twój ojciec uśmiechnął się w głębokim 

gąszczu  swej  brody,  ale  nie  spojrzał  w  moim  kierunku.  Pamiętaj,  nie  byłem  cywilizowany: 

dla  mnie  taka  umiejętność  była  wcale  nie  mniejszym  cudem  niż  złowienie  ryby  w  głębinie 
stawu czy znalezienie liścia, który czyni z zupy przysmak. Ale w odróżnieniu od tych dwóch 
ostatnich,  bardzo przydatnych umiejętności, które poznałem dzięki  mojej  matce, ta była dla 
mnie czymś zupełnie nowym. I mimo że nie rozumiałem, iż to są czary – i że gdyby wrócił do 
Mediolanu, mógłby zostać wydany Kościołowi i spalony na stosie za swoje niewinne sztuczki 
– byłem pełen podziwu. 

– Tańcz, Arlekinie! – powiedział. Te słowa i imiona nic wówczas dla mnie nie znaczyły. 

Później, widziałem wiele razy tę sztuczkę – raz nawet w zmienionej, bardzo okrutnej wersji. 

Arlekin,  gliniany  człowieczek  bez  twarzy,  ukłonił  się  i  zaczął  tańczyć.  Na  początku 

powoli i rozważnie, jak gdyby obawiał się, że jego zimne nogi nie będą mogły go unieść, a 
kości z patyka połamią się w tańcu; w końcu mała laleczka zaczęła pląsać w najlepsze. 

–  Tańcz,  Kolombino!  –  wyszeptał  Prospero,  a  złotogłowa  figurka  przyłączyła  się  do 

swojego przyjaciela. 

Twój  ojciec  podniósł  się  powoli,  lecz  zamiast  podejść  bliżej,  odwrócił  się  na  pięcie  i 

ruszył w dół skarpy, w kierunku plaży. Słyszałem tylko szum morza i na chwilę zapomniałem 
o dwóch karzełkach, wpatrując się w  niego, jak  odchodzi. Nie odwrócił się w  moją stronę. 
Wydawał się niewiarygodnie wielki. 

Arlekin  i  Kolombina  wirowali  w  tańcu.  Zbliżyłem  się  i  nachyliłem  tak  nisko,  że  moja 

twarz  znalazła  się  prawie  przy  samej  ziemi,  obok  tańczącej  pary.  Byłem  jednak  bardziej 
przestraszony niż oni. Ich lepkie, zakończone małymi kuleczkami ręce splotły się i wirowali 
tak  razem  jedno  wokoło  drugiego.  Arlekin  uniósł  Kolombinę,  podrzucił  do  góry,  a  gdy  ją 
łapał, potknął się i od jego nogi odpadło trochę gliny. I tak tańcowali przez dłuższy czas, aż w 
końcu  ich pląsy  stały się  coraz wolniejsze  i wolniejsze. Po czym,  jakby  na zawołanie,  legli 
oboje na ziemi, jedno obok drugiego, i nie poruszyli się już więcej. 

background image

Łza spłynęła mi po policzku. Podsunąłem się bliżej i ostrożnie uniosłem małą złotogłową 

laleczkę na dłoni. Glina była zimna w dotyku i nie było w niej ani śladu siły, która mogłaby 
nią poruszać. Z Arlekinem było podobnie. Z szacunkiem i obawą położyłem je z powrotem na 
ziemi.  Czy  to  ja  je  zabiłem?  Przecież  tylko  na  nie  patrzyłem.  Czy  należy  je  pochować  w 
ziemi, mimo że są z niej zrobione? Nie, tego było dla mnie za wiele. Uciekłem w głąb lasu, 
gdzie wałęsałem się długi czas, próbując skupić myśli, które uciekały nieskrępowane. 

Wkrótce potem  jadłem  już Prosperowi z ręki. Oczywiście porywałem  jedzenie  i  szybko 

wracałem  do  siebie,  warcząc  głośno,  by  sobie  nie  pomyślał,  że  może  liczyć  na  moją 
przychylność... ale byłem już jego. Należałem do niego, tak jak należy do człowieka pies czy 
koń. Pamiętam,  jak chichotałaś, Mirando, gdy  ja  warczałem. Byłaś przyzwyczajona do jego 
magicznych sztuczek i myślę, że uważałaś mnie za jeszcze jedną z nich. Jak wspaniale z jego 
strony, że znalazł ci taką zabawkę, małe stworzonko, trochę jak człowiek i trochę jak zwierzę, 
posiadające jednak zbyt mało odpowiednich cech, by móc stać się którymkolwiek z nich. 

Gdy blask osoby twojego ojca nieco osłabł w moich oczach, mogłem wreszcie przyjrzeć 

się  tobie,  Mirando.  Byłaś  jednym  z  tych  obiektów,  które  interesowały  mnie  bliżej.  Byłaś 

mojego wzrostu – na początku może trochę mniejsza. Tam gdzie się zakradałem, chowałem, 
czaiłem,  wszędzie  tam  szłaś  za  mną  śmiało  jak  w  ogień.  Twoja  ufność  szokowała  mnie. 
Zastanawiałem się, czy ty czasami nie posiadałaś władzy nad wężami, że nie zwracałaś uwagi 
na  to,  iż  mogą  cię  ukąsić?  Widziałem  jedynie,  że  chodziłaś  wszędzie  tam,  gdzie  miałaś 

ochotę, nie patrząc wcale na to, co mogłoby się znaleźć pod twoimi stopami. 

Nie  mogę  powiedzieć,  że  byłaś  piękna.  Myślę,  że  tak,  ale  nie  potrafiłem  cię  z  nikim 

porównać. Wszystko, co pamiętam, to to, że wydawałaś mi się równie dziwna jak twój ojciec, 

ale o wiele mniej siej ciebie bałem. On był sztormem na morzu. Ty byłaś promykiem słońca 
odbijającym się od fal. 

Wtedy  także  miałaś  długie  włosy,  sięgające  pasa,  gdy  tak  stałaś,  zastanawiając  się  nad 

dziwnie wyglądającym robakiem; włosy, które gdy biegałaś, podnosiły się jak ogon lirogona. 
Nie  potrafię  określić  ich  koloru teraz,  w  półmroku  świec,  ale  gdy  wtedy;  rozrzucałaś  je  na 
poduszce,  były  lśniącobrązowe  z  miedzianymi  pasmami.  Moja  matka  była  czarna]  Ja  też  – 
widzisz?  Nawet  włosy  na  moich  rękach  są  czarne  jak  pancerz  żuka.  Czarne  włosy  twojego 
ojca  przemieszały  się  z  białymi  i  siwymi.  A  ty?  Ty  miałaś  włosy  jak  jesień,  jak  ogień,  jak 
kolor miłości. Nid wiedziałem, co o tobie myśleć. 

Miałaś zawsze takie ponure  spojrzenie, Mirando. Kiedy  zakradałem  się  na  skraj waszej 

osady, przyglądałaś mi się w skupieniu, jak gdybym był czymś ogromnie ważnym. Dziwisz 
się  pewnie,  dlaczego  cię  pokochałem?  Po  chwili  mrużyłaś  oczy  i  wybuchałaś  śmiechem. 
Później nauczyłem się rozśmieszać cię. Tak, to był wielki dzień, gdy po raz pierwszy udało 
mi się ciebie rozśmieszyć! 

Jak  ja  wyglądałem?  Teraz  jestem  potworem  –  być  może  dlatego,  że  nienawiść,  która 

płonie w mym wnętrzu, topi mnie jak wosk. Kiedy próbowałem ruszać się po Mediolanie w 

background image

jasny dzień, ludzie, ci którzy nie uciekli, gapili się na mnie, szepcząc miedzy sobą. Ale wtedy, 
w te dawne dni, zanim  jeszcze twój ojciec zaczął  mnie źle traktować i zanim twoja zdrada, 
napełniła mnie goryczą, jak ja wtedy wyglądałem? 

Prospero powiedział ci, że spłodził mnie demon. Być może to prawda – napomknął coś o 

tym pewnego dnia, przy okazji stwierdzenia, że dzień będzie pochmurny. Było to też częścią 
jego  opowiadania  o  wygnaniu  mojej  matki,  ale  w  końcu  nie  wiem,  kim  naprawdę  był  mój 
ojciec.  Nigdy  nie  pojawił  się  w  snach  mojej  matki  albo  po  prostu  nie  dostrzegłem  nic,  co 
mogłoby go wyróżnić z tłumu tych okropnych duchów. Ale kimkolwiek i czymkolwiek był 
dla  mojej  matki,  to  zapewne  nie  był  pięknym,  młodym  zalotnikiem.  Gdy  pierwszy  raz 
zobaczyłem Ferdynanda, którego imię wciąż jeszcze wypowiadam z niesmakiem, stało się dla 
mnie  jasne,  że  on  i  pozostali  wyrzuceni  na  brzeg  marynarze  są  w  jakiś  sposób  podobni  do 

ciebie, a nie do mnie. Wysocy – wszyscy byli wysocy, nawet ten stary i zgięty. I nikt nie miał 
tak długich rąk  jak  ja ani tak  nisko osadzonych  brwi. Nikt z nich  nie  miał też takich oczu. 
Nigdy jeszcze nie widziałem nikogo z takimi oczami jak moje. 

Twój ojciec nazywał  mnie  „kanibalem”, ale także  „małpą”  lub  „diabelskim  nasieniem”, 

kiedy był wściekły. Czasem, gdy miał dobry humor, „dzikuskiem”. Nigdy synem. Nikt nigdy 
nie nazwał mnie w ten sposób. 

Ty nie mogłaś się zdecydować, czy byłem „kanibanem”, czy też „kalibalem”, aż w końcu 

te niepoprawne słowa i zabawna uwaga twojego ojca stworzyły moje imię. 

Ale jak wyglądałem? Czy widzisz moje serce, Mirando, to coś, co mnie wypala i co długo 

nie  wiedziało,  że  jest  zwierzęce?  Nic  nie  mów.  Nie  jesteś  już  dzieckiem  jak  wtedy.  Czas  i 
słowa ciebie też zepsuły. Nie mogę ci ufać. 

 
Oddech,  przerwa,  zastanowienie.  Tak  długo  oczekiwana  noc,  a  godziny  tak  szybko 

upływają. Taki dużo do opowiedzenia! 

Miłość  rodzicielska  to  dziwna  i  silna  rzecz.  Wciąż  i  czegoś  w  niej  nie  rozumiem;  ale 

wtedy  rozumiałem  jeszcze  mniej.  Im  więcej  Prospero  poświęcał  mi  uwagi,  tym  bardziej 
tęskniłem za prostymi objawami zainteresowania mojej matki. Tak, czasem mnie uderzyła  i 
miała  do  mnie  jakieś  nieuzasadnione  pretensje.  Ale  chwile,  kiedy  trzymała  mnie  małego  w 
ramionach, są jedynymi jakie pamiętam, w których czułem się bezpiecznie. Kiedy na morzu 
zrywał  się  wielki  sztorm,  mogłem  podpełznąć  do  niej  poprzez  ciemności,  szukając  rękami 
kościstego  łuku  jej  piersi,  podnoszących  się  i  opadających.  W  półśnie  obejmowała  mnie 
ramionami,  przyciągała  do  siebie  i  układała  mi  głowę  na  swojej  szyi.  Otaczający  mnie 
matczyny zapach, który składał się z wielu wyraźnych i nietypowych woni, sprawiał, że nagle 
mój  strach  rozpływał  się.  Czasem,  nim  ponownie  zasnęła,  śpiewała  mi  cicho,  ale  tak,  bym 
mógł usłyszeć jej mamrotanie na tle wyjącego wiatru. 

Mimo  iż  była obłąkana,  nietrudno było odgadnać,  jakie  są  jej  pragnienia. Potrzebowała 

mojej  miłości,  a  przynajmniej  mojego  towarzystwa.  Potrzebowała  mojej  pomocy,  gdy  była 

background image

już  stara  i  nie  mogła  sobie  sama  dać  rady.  Myślę,  że  dla  mnie  też  chciała  jak  najlepiej. 

Wszystko,  co  robiła,  o  tym  świadczyło.  Nauczyła  mnie  jak  przetrwać,  karmiła  mnie, 
wychowywała.  Nie  mogła  znaleźć  mi  towarzysza  czy  przyjaciela,  starała  się  więc  łagodzić 
moje  poczucie  samotności  swoją  obecnością.  Zastanawiam  się,  czy  zrobiłaby  cokolwiek 
inaczej, gdyby wiedziała wcześniej, że tak szybko mnie opuści? 

Do dziś nie rozumiem, o co tak właściwie chodziło Prosperowi. Tak, poskromił mnie jak 

psa,  którego  potrzebował,  by  strzegł  jego  domowego ogniska.  Ale  jeśli  chciał  mieć  psa,  to 
dlaczego uczył  mnie  mówić, a  nawet trochę czytać? Jeżeli  chciał,  bym go  lepiej rozumiał  i 
przez to był lepszym sługą, to dlaczego pokazywał mi gwiazdy? Czy chciał sprawdzić, gdzie 
leży  granica  mojego  półczłowieczeństwa?  Czy  może  był  to  jeszcze  jeden  eksperyment, 
podobnie  jak  owe  alchemiczne  rozważania,  które  tak  go  w  Mediolanie  pochłonęły,  że  nie 
zdołał nawet dostrzec knowań swego brata? 

Przez pół roku, od czasu waszego przybycia, codziennie przychodziłem do waszej osady, 

jak gdyby znowu był tam mój dom, ale bałem się spać w pobliżu tych, którzy wciąż byli dla 

mnie tylko budzącymi  strach obcymi.  Każdego dnia Prospero wciągał  mnie głębiej w swoje 
sieci,  za  pomocą  jedzenia  i  uprzejmości,  podrzucając  mi  wraz  z  kawałkami  mięsa  ochłapy 

wiedzy. 

Pojąłem,  że  „Miranda”  jest  dźwiękiem  związanym  wyłącznie  z  tobą.  Dopiero  później 

miałem zrozumieć jego całkowite znaczenie. Nie wiedziałem więc o tym wtedy, ale pierwsze 
łacińskie, a zarazem mediolańskie słowo, którego się nauczyłem, czyli twoje znaczyło tyle, co 
coś pięknego, coś godnego podziwu. Byłem nieśmiały, ale czułem, że ogarnia mnie uczucie, o 
którym za wcześnie było mówić, że to miłość, ale które było zbyt pochłaniające, był można 
było je nazwać czystym zainteresowaniem. Cała uwaga, którą poświęcał mi Prospero, szła na  
marne, a moje zainteresowanie tym, co mi pokazywał, malało, gdy ciebie nie było w pobliżu. 
Chciałem być przy tobie i tylko gdy byłaś obecna, mogłem spokojnie słuchać jego lekcji. 

Z początku myślałem, że ma na imię „Ojciec”, gdyż ty go tak nazywałaś. Ale, gdy sam 

kiedyś zwróciłem się do niego w ten sposób, roześmiał się tylko ni złośliwie, ni uprzejmie i 
kładąc swe ręce na piersi, poprawił mnie. 

– Prospero – powiedział. Później, gdy byłem już wzrostu dorosłego mężczyzny i byłem 

silny, nazywać go miałem „panem”. 

Ten  pierwszy  rok,  to  były  wspaniałe  dni.  Mimo  że  prawie  nie  rozumiałem  słowa,  nie 

mówiąc już i o zasadach języka, czułem się jak w rodzinie. Tęskniłem za matką i wciąż trochę 
się  bałem  przebywać  pośród  istot  tak  do  mnie  podobnych,  a  zarazem  taki  różnych.  Ale 
czułem, że mam coś, czego brakowało mi wcześniej. Moja matka była mi zbyt bliska – była 
częścią  mnie,  tak  jak  ja  częścią  jej  –  by  być  dla  mnie  kompanem.  Oczywiście  jej  utrata 
okazała się dla mnie tragedią. Ale w porównaniu z wami nie robiła nic; każdy jej dzień był 
kopią  poprzedniego.  Przy  osobliwych  zainteresowaniach  twojego  ojca  i  przy  twoich 
radosnych odkryciach, Mirando, każdy dzień przynosił coś nowego. 

background image

 
Pewnego  wieczoru  zasnąłem  w  pobliżu  chaty.  Cały  dzień  spędziliśmy  na  przenoszeniu 

krabów w górna część plaży i obserwowaniu, jak pospiesznie wracają na skaliste wybrzeże, 
gdzie jest ich miejsce. Wybieraliśmy nawet faworytów; organizowaliśmy zawody, zataczając 
się ze śmiechu, gdy pędziły bokiem tam, gdzie były bezpieczne. Kiedy wróciliśmy do osady, 
Prospero siedzący przy ogniu, wręczył mi duży kawał upieczonego królika. Zmęczony tym, 
co przyniósł dzień i szczęśliwy, usnąłem obok ciebie. 

Gdy  się  obudziłem,  był  już  ranek.  Moment  poczucia  zagrożenia  i  bezbronności  szybko 

jednak  minął.  Nikt  nie  zrobił  mi  krzywdy  ani  nawet  nie  miał  takich  zamiarów.  Prospero 

spacerował po lesie, zbierając grzyby. Ty byłaś na brzegu, pluskałaś się w falach i śmiejąc się, 
zawołałaś mnie po imieniu. Moje nowe imię w twoich ustach, moje odbicie w twoich oczach! 
Szczęście tak piękne i bez skazy jak wielka misa nieba nad naszymi głowami. 

Tego samego dnia, kierowany radością z poczucia akceptacji i ulgą, że nie muszę być już 

tak ostrożny,  udałem  się  na  wzgórza  do  kolczastego  żywopłotu  i  tajemniczej  doliny.  Przez 
dwa  lata  po  śmierci  mojej  matki,  kiedy  żyłem  samotnie  na  wyspie,  drzewo  i  to,  co  dzięki 
niemu  odczuwałem,  było  moim  najbliższym  towarzyszem,  jakiego  znałem.  Teraz, 
podniecony,  chciałem  podzielić  się  z  nim  moim  szczęściem.  Pragnąłem  powiedzieć  mu,  że 
znalazłem sprzymierzeńców – moje odczucia związane ze starą sosną miały zawsze charakter 
rywalizacji i niepewności, nigdy nie potrafiłem zlekceważyć wytwarzanej przez nią aury siły i 
władzy. 

Tego  więc  dnia  szedłem  cienką,  wydeptaną  przeze  mnie  dróżką,  wzdłuż  strumyka.  W 

dolinie była tylko mała, ruda wiewiórka z długimi uszkami, siedząca wysoko na gałęzi sosny; 
widziałem  jak  w  jej  oczach  raz  po  raz  odbijały  się  promienie  słońca.  Stanąłem  pomiędzy 
trzema wystającymi z ziemi korzeniami i krzyknąłem: 

– Prospero! Miranda! – Po czym, z prawie paraliżującą dumą, kładąc swe dłonie na piersi, 

wrzasnąłem: – Kaliban! 

Magia  drzewa  nie  ujawniła  się  o  dziwo  tego  dnia;  sosna  jakby  zastanawiała  się  nad 

słowami,  której  usłyszała.  Nie  przejąłem  się  tym.  Istniałem.  Miałem  imię!  Miałem  także 
rodzinę. 

Prospero. Prosper. Twoje imię było odpowiedniej wielkości, Mirando, jego nie – choć z 

początku  tak  mi  się  wydawało.  Tak,  przez  pierwsze  lata  myślałem,  że  przybył,  by  mnie 
wychować, by dać mi szczęście, którego moja matka nie mogła mi już zapewnić. 

Jaką grę prowadził? Tego nie wiem do dziś. Jego cień mroził mi krew w żyłach przez tyle 

lat, że aż trudno to sobie wyobrazić – kim był? Czego ode mnie chciał? 

Kiedy po raz pierwszy przybył na wyspę, nie myślał raczej o ucieczce czy rewanżu. Był 

silnym  człowiekiem,  ale  jego  moc  opierała  się  na  wiedzy  książkowej;  gdyby  było  inaczej, 
jego  brat  nigdy  by  go  nie  pokonał.  Jego  czary  były  tylko  zręcznymi  sztuczkami  miernego 
magika, nadającymi się dla dzieci lub by zarobić kilka miedziaków na jarmarku. Bez mojej 

background image

pomocy, nieświadomej zresztą, nigdy nie odkryłby siły, która pozwoliła mu odzyskać tron. 

Więc  co  chciał  ze  mną  uczynić?  Czy  w  ogóle  myślał  o  przyszłości?  Jako  człowiek  o 

wielkiej cierpliwości i wiedzy, często robił rzeczy, które nie miały większego sensu. Gdy na 

przestrzeni  tych  wszystkich  lat  chmura  mojej  ignorancji  ulotniła  się  i  zacząłem  powoli 
dostrzegać jego chwilowe rozdrażnienia i napady smutku, doszedłem do wniosku, że był on 
istotą kapryśną, ale i odpowiedzialną wobec dwojga swoich młodych podopiecznych. A może 
całe  to  wychowanie,  nauczanie  i  formowanie  mnie  na  twoich  oczach  było  jego  jeszcze 

jednym chwilowym kaprysem? 

Jest to zbyt przerażające,  bym  mógł się z tym pogodzić. Myślę raczej, że  jestem ofiarą 

długotrwałej, wychowawczej intrygi. Ale lepszy stały wróg niż nieszczęśliwy wypadek. 

Mogłem  przyglądać  mu  się  godzinami,  Mirando,  gdy  tak  siedział  przy  ogniu,  ruchami 

palców nadając mu kształt cienkich płomyków. Ale gdy wpatrywałem się w niego, on patrzył 
w płomień nieprzytomnym wzrokiem, a myśli jego błądziły daleko, w miejscach, których nie 
potrafiłbym  sobie  nawet  wyobrazić.  Światło  płomienia  czyniło  jego  ostro  rzeźbione  rysy 
wręcz  nieludzkimi,  ale  to  powodowało,  iż  lęk  mieszał  się  we  mnie  z  poczuciem 
bezgranicznego oddania. Gdy w końcu podnosił wzrok i spostrzegał, że wpatruję się w niego, 
czasem uśmiechał się do mnie blado. W takich chwilach pragnąłem przeczołgać się po plaży i 
paść  mu  pod  nogi.  To,  że  zostałem  wyróżniony  przez  tego  czarnego  anioła  przenikliwości, 
czyniło  mnie  bardziej  świadomym  swego  istnienia  niż  wtedy,  po  okropnej  śmierci  mojej 
matki.  Coś  musi  być  we  mnie  takiego,  myślałem  sobie,  iż  ta tak  zastraszająco  bystra  istota 
przyjmuje na siebie trudy związane z poprawą mojej egzystencji. 

Wydaje mi się, że w ten właśnie sposób wasi ludzie przekonują siebie samych o tym, iż są 

czymś więcej niż tylko pełzającymi, dwunożnymi insektami. 

Spójrz na świat, mówię sobie, na jego piękno i zawiłość; z pewnością Bóg, który stworzył 

taką rzecz i mnie, bym mógł ją podziwiać, musi mnie bardzo kochać. 

Mam nadzieję, że ich Stwórca okaże się bardziej hojny od Prospera, którego dary tylko 

wydawały się dowodami życzliwości. 

Pory roku zmieniały się na naszej wyspie, a ja starałem się udowodnić sobie, że jestem 

wart  trudu  twojego  ojca.  Pochłaniałem  przeznaczoną  dla  mnie  wiedzę  tak  łapczywie,  jak 
wcześniej  pożerałem  ryby.  Spędzałem  godziny  na  powtarzaniu  nazw  otaczających  mnie 
rzeczy,  nie zdając sobie sprawy z tego, że tylko mi  się wydaje,  iż otwiera się przede  mną  i 
nowy  świat  za  sprawą  tych  nazw,  tych  wszystkich  słów,  mój  świat  stawał  się  raczej  coraz 
bardziej  odległy.  Wtedy  się  tym  nie  przejmowałem  –  utratą  niewinnego  świata,  który  przy 
nęcących  blaskach  cywilizacji,  wydawał  mi  się  nieciekawy.  Teraz  bardzo  tego  żałuję.  I 
jedynym  prawdziwym  darem,  danym  mi  przez  język  twojego  ojca,  jest  to,  że  dziś  mogę 
innym  wygłaszać  elegie  o  moim  świecie.  I  z  kim  to  dzielę  się  bólem  po  swojej  stracie?  Z 
tobą! Z tobą, która brała udział w zagładzie mojego świata. Czyj istniało kiedykolwiek inne 
stworzenie, które znalazło się w gorszej pułapce niż ja? 

background image

Z  początku  wydawało  się,  że  nic  nie  tracę,  a  otrzymuję  wiele  w  zaskakującym  tempie. 

Nawet  mój  piękny  świat  bez  słów  coś  na  tym  zyskał.  Mogłem  wziąć  cię  za  rękę,  mała 
Mirando, i pokazać ci go. 

Wspinaliśmy się na palmy rosnące nie opodal plaży, tak wysokie, że mogliśmy patrzeć z 

góry  na  ptaki  szybujące  nad  brzegiem  morza.  Pokazałem  ci,  jak  należy  rozbijać  orzechy 
kokosowe i pić ich mleko; śmialiśmy się, kiedy ciekło nam po brodach, po czym rzucaliśmy 
łupiny tak daleko, jak tylko mogliśmy, płosząc mewy, które popiskiwały na znak protestu. 

Trzymając  się  za  ręce,  brnęliśmy  przez  mieliznę,  poruszając  morskimi  roślinami,  które 

jakby  wystraszone  całe  dygotały.  Wyłowiłem  rozgwiazdę  o  ramionach  cienkich  jak 
dżdżownice i położyłem ją tobie na dłoni; oczy zrobiły ci się wielkie z wrażenia, a moje serce 
też jakby urosło, nabrzmiewając w piersi. 

Przekazałem  ci  moją  wiedzę  o  wyspie,  choć  z  początku  byłem  niemym  nauczycielem. 

Pokazałem  ci,  jak  robi  się  schronienie  z  wysokich  traw  porastających  plażę  i  gdzie  szukać 
żółwich  jaj,  gdy  nadejdzie  sezon.  Zabrałem  cię  głębiej  w  las,  gdzie  potężnym  gwizdem 
przywołałem  małpy;  przybyły,  robiąc  zamieszanie  jak  grupa  wędrownych  muzyków, 
nakrzyczały  na  nas  i obrzuciły  gałęziami  i  liśćmi, po czym  szybko zniknęły.  Wskazałem ci 
skały,  na  których  wygrzewały  się  węże  i  uszczypnąłem  cię  w  ramię,  by  uświadomić  ci,  co 
mogłyby zrobić, jeśli podeszłabyś zbyt blisko. Zaprowadziłem cię też w góry, pokazując cud 
tak wspaniały jak sztuczki twojego ojca – wypływającą z wnętrza ziemi słodką wodę. 

Pewnego  razu,  gdy  siedzieliśmy  na  drzewie,  zajadając  granaty,  dostrzegłem  nagle 

czerwoną plamę na twoich ustach. Przeraziłem się, sam nie wiem dlaczego. Gdy pośliniłem 
palec i próbowałem ją zmazać, ty śmiałaś się, odpychając moją rękę, aż w końcu musiałem 
się poddać. 

Ale  nawet  w  chwili  mojego  pierwszego,  wielkiego  entuzjazmu  nie  zabrałem  cię  tam, 

gdzie  pochowana  była  locha.  W  mojej  pamięci  pozostał  raczej  niewielki  ślad  tego,  co  się 
stało,  ale  mimo  wszystko  nie  było  to  miejsce,  z  którego  byłbym  dumny.  Wtedy  też  nie 
pokazałem  ci  doliny,  ale  z  całkiem  innego  powodu;  czekałem,  aż  nadejdzie  odpowiedni 
moment. W pewnym sensie czułem, że jest ona moją jedyną własnością, największym darem. 
Chciałem ją ocalić do chwili, w której byłbym pewien, że nadszedł już czas. 

Niekiedy ześlizgiwałem się do otoczonej kolczastym  murem doliny, by poćwiczyć moje 

kulejące umiejętności językowe przed milczącą sosną. Ruda wiewiórka często odwiedzała to 
miejsce, więc przyszło mi do głowy, że ona też powinna mieć własne imię. Tak jak i mojej 
matki,  tak  i  Prospera  nie  mogłem  tam  przyprowadzić,  bo  koniecznie  chciałem  mieć  jakiś 
własny sekret. Ale wiewiórki były także na drzewach blisko naszej osady, więc pewnego dnia 
pociągnąłem Prospera za rękaw i pokazałem mu jedną z nich, kopiącą coś w ziemi niedaleko 

nas. 

– Co? To... co? 
Uśmiechnął  się  krzywo.  Parę  razy,  gdy  odwrócił  się  plecami  w  inną  stronę,  wiewiórki 

background image

szybko zeskoczyły z drzewa i zepsuły mu coś, co starannie układał. 

– Plaga i pomór – powiedział. – Nazywaj ją „Mór”. 
Oczywiście  wtedy  nie  byłem  w  stanie  zrozumieć  tego  żartu,  więc  od  tego  czasu 

zwracałem  się  do  wiewiórki  ze  starej  sosny  –  Mór.  Mogłem  szczebiotać  do  niej  –  a  co 
ważniejsze do drzewa – godzinami. Znałem zaledwie kilka słów, ale każdego dnia uczyłem 
się nowych i rozpierało mnie, by się moją radością z kimś podzielić. Ty mówiłaś prawie tak 
samo  dobrze  jak  twój  ojciec.  Moja  matka  nie  żyła.  A  więc  sosna  stanowiła  całe  moje 
audytorium, a w pewien sposób była także moim spowiednikiem. 

Dolina była wciąż jeszcze moja i tylko moja. Ale zaczynałem zdawać sobie sprawę albo 

raczej rozumieć to, że nic poza nią do mnie już nie należy. Czułem się jednak zadowolony z 
własnej pozycji i nie przejmowałem się zbytnio. Jedno sekretne miejsce wystarczało. 

Pod koniec pierwszego roku spędzonego w osadzie Prospera, osy zaczęły budować swe 

gniazdo w koronie starej sosny. 

 
Przypuszczam, że moja matka musiała nauczyć mnie pływać, ale nie pamiętam momentu, 

w  którym  mogła  to  zrobić.  Twój  ojciec  później  przytaczał  ten  fakt,  jako  dalszy  dowód  na 
moje zwierzęce pochodzenie, gdyż podobno tylko ludzie, by pływać, muszą się tego najpierw 
nauczyć. W każdym razie, ty nie potrafiłaś pływać, wziąłem to więc na siebie. Twój ojciec nie 
protestował, widząc, że mądrze wybrałem miejsce nauki, całkowicie odgrodzone od oceanu. 

Zabrałem cię  na  lagunę położoną w słońcu  na plaży, około pięciuset kroków od osady. 

Towarzyszył nam Prospero – czy nie miał zaufania do mnie, czy też bał się jakiegoś innego, 
groźnego  mieszkańca  wyspy,  tego  nie  wiem  –  ale  zatrzymał  się  daleko  za  nami,  kiedy 
przedostawaliśmy się przez mieliznę do miejsca, w którym woda sięgnęła nam do pasa. Twój 
ojciec wydawał się badać drzewa otaczające lagunę; zauważyłem, że oderwał długi kawałek 
kory od jednego z nich i powąchał powstałą w pniu ranę. Nie mogłem stracić go z oczu ani 
zapominać o tobie. On był dla mojej świadomości zupełnie innym rodzajem sygnału: był jak 
wystający,  wskazujący  palec,  który  dostrzegałem  kątem  oka  i  którym  ktoś  mógł  dawać 
ostrzeżenia. 

–  Głowa  do  wody!  –  powiedziałem  i  zanurkowałem  sam.  Gdy  wypłynąłem  z  włosami 

zakrywającymi mi oczy, nie wyglądałaś na zachwyconą. 

– Ale woda jest słona. 
Wskazałem  ci  moje  zaciśnięte  usta  i  jeszcze  raz  zanurzyłem  głowę  w  wodzie.  Usta 

miałem  cały  czas  zamknięte,  ale  na  chwilę  otworzyłem  oczy,  by  zobaczyć  owijające  się 
wokoło  twoich  nóg  morskie  chwasty,  których  liście  lśniły  szarozielonym  blaskiem  w 
podwodnym świetle. 

– Teraz twoja kolej – oznajmiłem, gdy wynurzyłem się na powierzchnię. 
Potrząsnęłaś przecząco głową, zagryzając dolną wargę. 
Z  godziny  na  godzinę  opór twój  jednak  malał,  aż  w  końcu  spodobało  ci  się.  Nie  tylko 

background image

nurkowałaś,  ale  także  wytrzymywałaś  pod  wodą  przez  dłuższą  chwilę,  dotykając  kolanami 
dna  i  wydymając  policzki  pośpiesznie  nabranym  powietrzem;  nieco  później  płynęłaś  pod 
powierzchnią wody, odbiwszy się mocno od piaszczystego dna. Patrzyłem jak się poruszasz, z 
włosami  unoszącymi  się  na  powierzchni  wody,  cały  czas  wyczuwając  twój  bok, 
prześlizgujący się nad moimi rękami. 

– Przestań! – powiedziałaś, śmiejąc się i klaszcząc. – To łaskocze. 
Przez  cały  czas  twój  ojciec  spacerował  wokoło  laguny,  przesuwając  się  jak  cień  po 

zegarze słonecznym. 

Gdy przeniosłaś się na trochę głębszą wodę, musiałaś nagle na coś nadepnąć. Mógł to być 

węgorz albo cienka, pęcherzykowata część  morskiego glonu, ale ty płakałaś  bardzo głośno, 
zdziwiona  i  wystraszona.  Popłynąłem  i  złapałem  cię  –  różnica  pomiędzy  nami  jeszcze  się 
zmniejszyła, woda czyniła cię lekką jak piórko. Wróciliśmy na mieliznę, a ja kołysałem cię w 
ramionach przez długi czas. Gdy czułem twój ciężar na moich rękach, zrozumiałem, dlaczego 
tak  się  kiedyś  przestraszyłem,  widząc  sok  z  granatu  na  twoich  ustach;  nie  byłaś 
niezniszczalna.  Odważna  Miranda  nie  była  odporna  na  ukąszenia  żmij  czy  na  rybie  ości. 
Mogłabyś umrzeć tak jak moja matka. Zostawić mnie. 

Szedłem, trzymając cię i rozpryskując wodę, a twoje zimne, mokre  ciało przesuwało się 

po moich równie wilgotnych rękach. Spojrzałem na plażę. Prospero nie zerwał się z miejsca, 
gdy usłyszał twój przeraźliwy płacz. Stał  i przypatrywał się  bacznie. Jego wzrok, utkwiony 
we mnie, przyprawiał mnie o dreszcze. Postawiłem cię na ziemi. 

– Jestem zmęczona i głodna – zwróciłaś się do mnie. – Chodźmy znaleźć coś do jedzenia. 
Przytaknąłem, kiwnąwszy głową, i podążyłem za tobą w kierunku plaży. 
Dopiero gdy położyłem się, żeby usnąć, uświadomiłem sobie, że w chwili największego 

strachu zawołałaś nie „Ojcze”, lecz „Kaliban”. 

background image

SEKRETY 

 
Wkrótce po tym, jak nauczyłem cię pływać, Prospero podarował mi prezent. Podobnie jak 

to było ze słowami, dawał mi coś, a jednocześnie mnie czegoś pozbawiał. 

Zrobił dla mnie pantalony. 
Byłem  w  siódmym  niebie.  Dostrzegłem  już  różnicę  między  wami  a  mną  i  choć  nie 

potrafiłem  opowiedzieć  o  moich  pragnieniach,  to  naprawdę  chciałem  być  do  was  podobny. 
Ubranie  było  jedną  z  tych  rzeczy,  o  których  marzyłem  –  a  co  najmniej  taką,  która  mnie 
fascynowała. Kilka razy przywdziewałem po cichu starą suknię Prospera albo  jego koszulę, 
ale  tak  naprawdę  czułem  się  w  nich  nieswojo:  coś  mnie  gryzło  i  oplątywało.  Raz,  gdy 
zobaczył mnie przebranego za ludzką istotę, wybuchnął śmiechem i zabrał mi ten zdobyty bez 

jego wiedzy wytworny strój. 

Ale  widocznie  zmienił  zdanie.  Od  środka  rozpierała  mnie  duma.  Awansowałem! 

Włożyłem swoje pantalony nie bez problemu – za pierwszym razem założyłem je odwrotnie – 
i wykonałem w nich tryumfalny taniec radości. Chichotaliście i klaskaliście na mój widok, a 
ja podskakiwałem coraz żwawiej. Nawet Prospero uśmiechał się szeroko, widząc jak brykam. 

–  Mam  dla  ciebie  coś  jeszcze  –  odezwał  się.  –  Tutaj,  mały  dzikusie.  –  Sięgnął  pod 

pelerynę, wyjął siekierkę i podał ją uchwytem w moją stronę. 

Ostrze  leżało  na  dnie  waszej  łodzi,  kiedy  płynęliście,  niesieni  przez  fale  oceanu.  Było 

stare, zniszczone i pokryte rdzą, a teraz lśniło jak nowe. Twój ojciec wyczyścił je i naostrzył 
na skale, po czym dopasował uchwyt z najtwardszego drewna i umocnił sznurem. 

– Co to? – spytałem. – Po co? 
–  Po  to,  byś  mógł  narąbać  drewna  na  ognisko,  wyprawić  skórę  lub  wypatroszyć  jakąś 

zwierzynę, a może nawet po to, byś mógł się obronić przed potworem, dzikusku. 

Na jego twarzy ponownie zagościł uśmiech, wąski i promienny jak srebrny księżyc. 
Spojrzałem w dół, na moje nowe pantalony, po czym na piękny, ciężki przedmiot leżący 

w  mojej  dłoni.  Przez  moment  czułem  się  zakłopotany;  łzy  stanęły  mi  w  oczach,  tak  że 
widziałem jedynie czarnoszare smugi w miejscu, w którym siedział Prospero. 

– Dziękuję – wydusiłem z siebie. – Dziękuję, Prospero. 

background image

Machnął ręką, jakby skrępowany. 
– Tylko uważaj, gdy będziesz jej używał; inaczej zabiorę ją z powrotem. 

 
Nie dalej niż dwa tygodnie później Prospero zabrał mnie na spacer do lasu. Ty także byłaś 

z nami, ale to ja byłem mu potrzebny, bo chciał zasięgnąć mojej porady. Tak mi powiedział. 
Gdy szliśmy, drzewa zdawały się schodzić mi z drogi. 

– Muszę zbudować nowy dom – powiedział. – Daleko od plaży. Dom, w którym Miranda 

będzie bezpieczna, gdzie nie będzie jej zagrażał ani sztorm, ani zwierzęta. 

Osłupiałem  ze  zdziwienia.  Jedyne  zwierzęta  tej  wyspy,  na  tyle  duże,  by  mogły 

komukolwiek zrobić krzywdę, nigdy nie wychodziły z głębi lasu. Ale twój ojciec wciąż miał 
nade  mną  wielką  przewagę;  to  tak,  jak  gdybym  ja  stanął  nad  grupką  młodych  żółwi, 
grzebiących się w ziemi. Nie ośmieliłbym się spierać z twoim ojcem. 

– Znasz tę wyspę lepiej ode mnie – stwierdził. – Zostawiam więc to, w którym miejscu 

powinien stanąć dom, twojej decyzji. Chciałbym jednak, byśmy zbudowali go gdzieś na tyle 
wysoko, bym mógł z niego widzieć ocean. 

Cieszył mnie ten dodatkowy dar, jakim było złożenie na mnie odpowiedzialności, ale gdy 

wspinaliśmy się do góry, tak mocno zastanawiałem się nad odpowiednim miejscem, że głowa 
zaczęła mi pękać. Chmury tego dnia wisiały nisko nad ziemią, powietrze było wilgotne, a cała 
wyspa pogrążyła się w ciszy. Tylko moje myśli były głośne. Które miejsce będzie najlepsze? 
Co  się  stanie,  jeśli  moja  decyzja  okaże  się  chybiona?  Wtedy  twój  ojciec  mógłby  już  nigdy 
więcej nie powierzyć mi odpowiedzialnego zadania. 

Mój  umysł  był  tak  zaprzątnięty  zatwierdzaniem  i  odrzucaniem  rodzących  się  w  nim 

pomysłów, iż w ogóle nie zwracałem uwagi, dokąd was prowadzę. Prospero cały czas mówił, 
spekulując na temat rodzaju domu: jak miałby być zbudowany, w jaki sposób ustawiony, by z 
frontu  było  najwięcej  światła  i  innych  podobnych  rzeczy.  Ja  zaś  byłem  tak 
rozentuzjazmowany  i  pogrążony  w  rozważaniach,  iż  nie  zdawałem  sobie  sprawy  z  błędu, 
który właśnie popełniałem. Nieświadomie prowadziłem was w górę, szlakiem starego jelenia, 
którym tak wiele podążałem do kolczastego żywopłotu oplatającego i strzegącego dojścia do 
mojej tajemniczej doliny. Byłem tak pochłonięty sobą, że dopiero gdy twój ojciec zamilkł  i 
uniósł  wysoko  głowę,  tak  jakby  usłyszał  jakiś  odległy  dźwięk,  zorientowałem  się,  gdzie 
jesteśmy. Rozejrzałem się dokoła i przeszedł mnie dreszcz. Tylko nie tu! Mój jedyny sekret, 
moja  jedyna  własność!  Ale  odezwał  się  we  mnie  także  inny  głos,  spokojny:  „Oczywiście, 
oczywiście. To wspaniałe miejsce”. 

– Co to za miejsce? – zapytał Prospero. – Jakoś tu dziwnie. 
– Nic – rzuciłem. – Nic tu nie ma. Pójść dalej do dobrego miejsca. 
Twój ojciec zawahał się, tak jakby w jego głowie odezwał się ten sam głos co w mojej. 

Wystraszony, nie wiedząc dlaczego, pociągnąłem go za rękaw. 

– Nie dobre, to miejsce. Pójść dalej. Znaleźć lepsze, lepsze na dom. 

background image

Zaintrygował  go  mój  nagły  sprzeciw,  ale  po  chwili  wzruszył  ramionami  i  pozwolił  mi 

poprowadzić się dalej. 

Kamień spadł mi z serca; szczęśliwy więc, że udało mi się oszukać zły los, prowadziłem 

was szybko w dół, idąc obok miejsca, w którym pochowana była locha, i znowu do góry ku 
innym wzgórzom. 

– Tu lepiej – powiedziałem. Okazało się, że miejsce, które wybrałem przypadkowo, chcąc 

odciągnąć was jak najdalej od tajemniczej doliny i otaczających ją kolczastych krzewów, jest 

nawet odpowiednie.  – Patrz!  – wykrzyknąłem, wskazując palcem.  – Tam widać ocean. A tu 
woda wypływa z ziemi. 

To  naprawdę  było  dobre  miejsce.  Prospero,  mimo  iż  na  początku  trochę  się  ociągał  i 

zastanawiał, patrząc mi w oczy, po chwili się ze mną zgodził. Naturalne zagięcie południowej 
strony  stoku  nie  pozwalało  wiatrom  przedostać  się  z  zatoki,  a  strumyk  kryształowej  wody 
miał swoje źródło nie dalej jak sto kroków w dół. W jednej ze szczelin zbocza rósł olbrzymi 
figowiec, którego gałęzie i liście mogły dostarczać nie tylko owoców, ale także cienia. Mogły 
też chronić przed deszczem. 

Prospero gładził się po brodzie, przypatrując się okolicy. Ty zbiegłaś w dół do źródełka i 

klęcząc, zagarniałaś dłońmi wodę do ust. 

– Tu jest dobrze, ojcze! – krzyknęłaś. 
– Myślę, że masz rację, dzikusku – rzekł do mnie twój ojciec. – Zbudujemy go tutaj. 
Byłem szczęśliwy, ale pamiętając wciąż tę chwilę grozy, przeżytą w pobliżu kolczastego 

żywopłotu, tym razem nie zatańczyłem z radości. 

 
Gdybym tylko potrafił, Mirando. Gdybym mógł wtedy czytać i rozumieć tajemne księgi 

twojego ojca, być  może odkryłbym  jakieś zaklęcie, by  zaczarować  i zatrzymać czas... na te 
dni,  na  te  kilka  miesięcy,  a  może  na  ten  krótki  rok,  który  był  najszczęśliwszym,  jaki 
przeżyłem.  Jak  bardzo  brakuje  mi  okna  na  przeszłość,  które  mógłbym  otworzyć  i  ostrzec 
samego siebie, z czasów młodości. Krzyczałbym wtedy: Zatrzymaj się! Nie idź dalej! 

Jednak  gdy  dłużej  się  nad  tym  zastanawiam,  to  myślę,  że  należałoby  chyba  otworzyć 

takie okno wcześniej; zanim znaleźliśmy miejsce na wasz nowy dom, Prospero zdążył zasiać 
we  mnie  nasiona  zepsucia,  a  ja  nie  zdawałem  sobie  wówczas  sprawy,  co  z  nich  może 
wykiełkować. Lepiej byłoby więc znaleźć młodego Bezimiennego, siedzącego gdzieś na skale 
i to jemu właśnie przekazać ostrzeżenie. Poradziłbym mu, aby uciekał... albo wręcz, by zabił 
was tej nocy, kiedy po raz pierwszy spaliście na mojej wyspie. Gdybym nawet pochował was 
w tej  haniebnej dziurze obok  lochy,  nie wierzę,  by kara,  jaka  mogła  mnie za to spotkać po 
śmierci, była gorsza niż moje zrujnowane obecne życie. 

Ale nie miałem o tym pojęcia, jak i o wszystkim innym. Byłem małą kukiełką, przebraną 

w  ludzkie  odzienie,  ale  stanowczo  nie  będącą  człowiekiem,  która  tańczyła,  by  rozbawiać 
tajemniczego  starca  i  jego  zepsute  dziecko.  Byłem  marionetką,  potrzebną  dopóki  była 

background image

zabawna i dopóki pracowała. Do tego bowiem zmierzały myśli twojego ojca. Przypuszczam, 
że  ocenił  moją  siłę,  biorąc  pod  uwagę  młode  kości,  po  czym  chciał  się  przekonać,  ile 
naprawdę mogę z siebie dać. Jak muł smagany batem, poruszający się cały dzień po ulicach, a 
o zmierzchu wdzięczny za garść owsa, tak ja zachęcany byłem do pracy przez małe dowody 
życzliwości, które mi okazywał. Okrutny intrygant – twój ojciec. 

Jednak,  co  może  wydawać  się  dziwne,  nawet  teraz  wierzę,  że  nie  był  tak  całkiem 

świadomy tego, co mi czynił... bowiem jakaś część mnie wciąż go kocha. Myślisz, że żartuję! 
Jakaś część  mnie cały  czas kocha ten kamień, na którym  moje życie potknęło się  i  legło w 
gruzach. Groza, zdumienie, radość z poświęcanej  mi uwagi;  ich  ślad  nie  zatarł się w  mojej 
pamięci.  Gdybym  zastał  go  żywego  w  Mediolanie,  szlochałbym,  zanimbym  go  zabił,  i  to 
wcale nie z wściekłości. Tak samo będę płakał dziś, nim ta noc dobiegnie końca, Mirando. 

To  ja  byłem  przeznaczony  do  pracy.  Nie,  on  nie  był  taki  głupi,  by  to  tak  nazywać;  z 

początku nawet ze mną pracował, ucząc mnie sztuki budowania płotów, ścian. Wszystko to 
wydawało mi się jeszcze jedną porcją czarów – w owym czasie wasz świat był dla mnie tak 
obcy i dziwny, że nie potrafiłem dostrzec różnicy pomiędzy urokiem słów, magią tańczących 
figurek a sztuką stawiania konstrukcji utrzymujących strzechę. 

Pracowałem  gorliwie,  pragnąc  pokazać,  że  dary,  które  ofiarował  mi  twój  ojciec,  nie 

marnują  się.  Od  świtu  do  zmierzchu,  kiedy  to  niebo  pokrywało  się  purpurą,  rąbałem  na 
kawałki  powalone  wcześniej  drzewa,  odmierzając  ich  długość  za  pomocą  liany  z  supłami, 
danej  mi  przez  twojego  ojca.  Mimo  że  ogromne  ciężary  przygniatały  mnie  do  ziemi,  gdy 
dźwigałem je na górę, nie powiedziałem słowa. 

Nawet koncepcja domu wydawała mi się jak z bajki. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem jego 

rysunek  na  ziemi,  ujrzałem  ściany  dzielące  go  na  części  jak  muszle  łodzika,  byłem 
zachwycony.  Któż  inny,  jak  nie  Prospero,  mógłby  wymyślić  dom  nie  z  jedną  izbą,  a  z 
wieloma? Potwierdzało to wielkość jego umysłu. 

Na początku zbudowaliśmy płot. Zastanawiam się, dlaczego twój ojciec ogrodził teren, na 

którym  miał  stanąć  dom,  jeszcze  zanim  zaczął  tam  cokolwiek  kopać.  Może  z  powodu 
jakiegoś  mglistego,  niepokojącego  wspomnienia  przekupionych  strażników,  którzy  przyszli 
po  niego  pewnej  nocy?  Może  z  jakiegoś  nieokreślonego  lęku,  który  nawiedza  człowieka, 
kiedy  ten  jest  sam  w  tak  obcym  miejscu?  W  każdym  razie  zbudowaliśmy  płot,  wysoki  i 

mocny, z basztami tak ostro zakończonymi jak moja stara włócznia na ryby. 

Później  rozpoczęliśmy  budowę  domu,  stawiając  wielkie  prostokątne  belki  wokół 

paleniska  i  komina  –  jedną  na  drugą!  Po  tygodnia,  gdy  Prospero  zorientował  się,  że  lekcje 
stolarki nie poszły w las, obserwował mnie już rzadziej i jak dawniej włóczył się po wyspie 
swoimi ścieżkami. Często zabierał ciebie ze sobą, opowiadając ci dalej o historii  i  filozofii, 
czego  i  ja  mogłem  wcześniej  słuchać,  aż  do  czasu,  gdy  znalazł  mi  to,  widocznie  o  wiele 
ważniejsze, zajęcie. 

Dalej  jednak  czułem  się  jak  w  rodzinie.  Czasami  Prospero  siadał  w  pobliżu  i  strugał  z 

background image

drewna kamiennym dłutem jakąś małą, drobną rzecz, jak na przykład zawias do drzwi, albo 
też wyplatał siatki na okna z cienkich liści palm, rosnących na plaży. Ty także mi pomagałaś, 
podtrzymując pal, bym mógł zakleić gliną szpary wokoło niego lub przytrzymywałaś deskę, 
ułatwiając mi jej równe przycięcie. Zdarzało się też, mimo mojego sprzeciwu – nie chciałem 
być  posądzony  o  lenistwo  –  że  nosiłaś  pocięte  kawałki  drewna,  z  miejsca,  w  którym  je 
rąbałem,  aż  na  samą  górę.  Ty  także  rosłaś,  Mirando.  Nie  mogłem  nie  zauważać,  jak  twoje 
nogi  wydłużały  się;  pozostać  obojętnym  na  zaokrąglające  się  kształty  twojego  opalonego 
ciała.  Prospero  rzadko  się  odzywał,  ale  gdy  jego  ręce  z  wdziękiem  poruszały  się  nad 
wykonywanym zadaniem, przypominając ptaki wijące swe gniazdo, jego oczy obserwowały 
nas bacznie przez cały czas. 

Okrągły  rok  pracowałem  przy  budowie  domu,  stawiając  i  łącząc  wszystkie  belki 

własnymi rękami.  A gdy  czasem  spojrzałem  na rozrysowany przez Prospera na piasku plan 
domu, który z dnia na dzień urzeczywistniał się, czułem, że ja sam także rosnę i staję się kimś 
innym.  Przeistaczam  się  w  mężczyznę  –  myślałem  sobie.  Staję  się  synem  –  czasem 
ośmielałem się marzyć. 

Tej  nocy,  której  położyliśmy  ostatnią  wiązkę  słomy  na  dachu,  odbyła  się  uroczystość. 

Dwanaście  pełni  księżyca  minęło,  a  trzynasta  wkrótce  miała  nadejść,  od  dnia,  w  którym 
wyprowadziłem  was  z  mojej  tajemniczej  doliny.  Dom  był  skończony.  Nie  zdawałem  sobie 
wówczas sprawy z tego, o ile  za duży,  jak  na  nasze potrzeby,  był ów dom,  i o  ile szybciej 
można było go zbudować, gdyby Prospero przez cały czas mi pomagał. Wiedziałem jedynie, 
że zrobiłem coś, z czego mogę być dumny i z czego twój ojciec też jest zadowolony. 

Jak gdyby po to, by odkupić niewykonanie swojego obowiązku – o którym wówczas nie 

miałem pojęcia – twój ojciec złapał i zabił świnię. Myślałem, że może jest to jedno z prosiąt 
zamordowanej lochy, więc gdy przywlókł ją do domu, ogarnęła mnie panika. Uspokoiły mnie 
jednak  wysokie,  mocne  i  wzniesione  przez  nas  ściany  domu  oraz  nadzwyczajny  humor 
twojego ojca. Pomogłem mu więc wykopać dół, do którego wrzuciliśmy rozżarzone węgle z 
naszego paleniska, po czym owinęliśmy razem padlinę w liście i tak przykrytą, włożyliśmy do 

dziury. 

– Podejdź tu, Kalibanie – rzekł wtedy Prospero. – I ty także, Mirando. 
Rzadko używał mojego imienia, przez moment poczułem więc powracający strach. Może 

w  jakiś sposób odgadł, co stało się z  matką wędzącego się w dole zwierzęcia? Czy zostanę 
ukarany za tę zbrodnię, która tak długo i niewytłumaczalnie zatruwała moje myśli? 

Okazało  się  jednak,  że  wyczarował  skądś  zakorkowaną  butelkę  z  blaszanym  kapslem. 

Było to coś, czego nigdy wcześniej nie widziałem, mimo że węszyłem z ciekawości pośród 

wszystkich  jego  rzeczy  pochodzących  z  cywilizowanego  świata,  korzystając  z  każdej 
nadarzającej się ku temu okazji. 

–  Jest  z  Portugalii  –  wyjaśnił.  –  Trzymałem  ją  schowaną  na  taką  właśnie  okazję.  Dziś 

należy uczcić nasz nowy dom. 

background image

Z  taką  samą  zręcznością  Prospero  wyczarował  pucharki.  Wlał  odrobinkę  płynu  do 

twojego, a nasze napełnił aż po same brzegi. 

– Pij, mały dzikusie. Zbudowaliśmy prawdziwy dom w miejscu, w którym nigdy niczego 

takiego nie było. 

Byłem zadowolony i zaszczycony, ale czułem się też nieco zażenowany. Czy miejsce, w 

którym żyłem z matką, nie było domem? Czy może było zbyt biedne, by zasługiwać na miano 
ludzkiej  osady?  I  czy  ja  byłem  zwierzęciem  dlatego,  że  nigdy  nie  wpadłbym  na  pomysł 
wybudowania tak wspaniałego domu, gdyby nie Prospero? 

Niemniej  jednak  uniosłem  puchar  i  pozwoliłem  krwistoczerwonej  substancji  przepłynąć 

przez gardło. Zakrztusiłem się tak potężnie, że wykaszlałem wszystko z powrotem, obawiając 
się wyplucia także wątroby i płuc. Spodziewałem się słodyczy w tej cennej nagrodzie, która w 
rzeczywistości była kwaśna i cierpka. 

Twój ojciec wybuchnął śmiechem. To samo zrobiłaś ty, gdy zorientowałaś się, że jednak 

nie umieram. 

– Nie pij tego tak łapczywie, jakby to była źródlana woda. To jest kosztowny napój, a ty 

nie jesteś przyzwyczajony do wyszukanych rzeczy. Pij małymi łykami. O tak – powiedział i 
podniósł puchar do ust. 

Ty także wypiłaś trochę, Mirando, po czym spojrzałaś zmieszana na Prospera. 
– Przecież to czyste wino! – zaprotestowałaś. 
Serce mi zamarło, że nie odsunęłaś od siebie  czegoś tak mocno uderzającego do głowy! 

Piłaś wino od maleńkości. 

– To jest starsze, lepsze i mamy go dużo – odpowiedział na twój zarzut Prospero. – I nie 

będziemy dolewać do niego wody. Nie dzisiejszej nocy. 

I rzeczywiście wypiliśmy go dużo, ale minęło sporo czasu, zanim przestałem się krzywić 

za  każdym  razem,  kiedy  je  przełykałem.  Nie  miałem  pojęcia,  dlaczego  ludzie  powinni  pić 
takie rzeczy, ale nie chciałem przynieść ci wstydu; poza tym był to dar od twojego ojca, i to 
rzadki dar, którym należało się rozkoszować. 

 
Mówiłem  ci  już,  że  moja  matka  śpiewała  mi  czasem,  nuciła  niewyraźnie  piosenki, 

których nie byłem w stanie ani zrozumieć, ani zlekceważyć. Tamtej nocy wino uderzyło mi 
do  głowy;  czułem,  jak  strzępy  tych  melodii  przepływały  przez  moje  uszy,  tak  jakby  ona 
wróciła  i  stanęła  tuż  za  moimi  plecami.  Wydaje  się,  że  takie  odczucie  powinno  być 
przerażające, ale nie było. Noc stawała się dziwnie ciepła i bardzo przyjazna. Słyszałem głos 
mojej matki pośród szumu wiatru pod strzechą i zniekształconych odgłosów waszej rozmowy. 

Wypiłem  jeszcze  więcej.  W  końcu  opróżniliśmy  całą  butelkę  do  dna,  zjedliśmy 

pieczonego  wieprza,  obłożonego  liśćmi  i  podduszonego  w  wykopanej  przez  nas  dziurze. 
Przyłożyłem sobie do głowy osmolone uszy naszej ofiary i goniłem cię po całymi  wzgórzu; 
oboje piszczeliśmy i chichotaliśmy. Później, nieprzytomny ze zmęczenia, patrzyłem w jasno 

background image

nakrapiane  niebo,  obracające  się  dokładnie  nad  miejscem,  w  którym  siedziałem,  tak  jakby 
każda gwiazda nachylała się, by mnie zobaczyć... małego dzikusa, który zbudował dom, który 
mieszka z prawdziwymi ludźmi, który ma swoje imię! 

Wstałem  i  niepewnym  krokiem  podążyłem  za  tobą  i  twoim  ojcem  na  dół,  w  kierunku 

plaży. Prospero trzymał w ręku płonącą żagiew, która migotała przede mną jak świetlik. Las 
szumiał głośno, a piosenki mojej matki dźwięczały cichutko w mych uszach. Dotarliśmy do 
brzegu  i  zatrzymaliśmy  się,  by  popatrzeć  na  księżycową  pianę  wcinającą  się  w  piasek. 
Czułem, że wypełnia mnie coś mocnego, coś tak odwiecznego jak przypływy, coś, co stanowi 

nieodzowną  część  mnie.  Słyszałem  nucenie  mojej  matki,  ale  równocześnie  dźwięk  mojego 
własnego imienia, które mi nadano i które teraz oznaczało... mnie. 

– Ka-li-ban! – zanuciłem. 
Odwróciłaś  się  i  spojrzałaś  na  mnie,  Mirando.  Twoje  oczy  zrobiły  się  wielkie  ze 

zdziwienia  i  rozbawienia,  ale  nie  uśmiechnęłaś  się.  Twój  ojciec  także  zachował  kamienną 
twarz, stojąc z rękami skrzyżowanymi na piersiach, kiedy zrobiłem kilka kroków w przód, za 
uciekającą falą. 

– Ban! Ban! Kali-kali-ban! – podniosłem głos. Spojrzałem w górę na niebo, by odnaleźć 

księżyc, który był moim jedynym towarzyszem po śmierci matki, ale nie mogłem go dostrzec. 
Śpiewałem dalej, dopasowując słowa do melodii, która mogła być melodią mojej matki albo 
taką, która wpadła do mojej pijanej głowy całkiem innymi drzwiami. 

 

Ban! Ban! Kaliban! 

Kali-Kali-Ban! 

 
Śpiewałem coraz głośniej i głośniej, obracając się dokoła swej osi, aż w końcu zakręciło 

mi się w głowie i runąłem do wody. Śmiejąc się, wyciągnęliście mnie z wody i pomogliście 
doczołgać  się  do  plaży.  Wciąż  wszystko  wirowało  mi  w  głowie  i  nie  mogłem  sobie 
przypomnieć, dlaczego w ogóle zacząłem śpiewać. 

Usiedliśmy  na  piasku,  ty  i  ja;  twój  ojciec  pozostał  na  brzegu.  Trzęsąc  się  z  zimna, 

przytuliłem  się  bokiem  do  ciebie,  po  czym  cała  zawartość  mojego  żołądka  gwałtownie 
przedostała się do gardła i pokonując zęby wytryskiwała na zewnątrz. Napad nie trwał długo. 
Kiedy  skończyłem,  przykryłaś  wymiociny  piaskiem  i  poszłaś  na  brzeg,  nabrać  w  dłonie 
morskiej  wody,  którą  po  chwili  przemyłaś  mi  twarz.  Twój  ojciec  obserwował  nas;  w 
ciemności nie mogłem dostrzec wyrazu jego oblicza. 

Kiedy zrobiło mi się trochę lepiej, Prospero powiedział: 
– Patrz! 
Wyrwał z ziemi wsadzoną tam żagiew i zakreślił nią na czarnym niebie ogniste koło. Gdy 

zatrzymał  ją  w  powietrzu,  płonąca  figura  pozostała.  Narysował  też  inne  kształty,  kontury 
zwierząt, ptaków i ryb, kreślił też znaki, które nie przypominały jednak tych, które widziałem 

background image

w  jego  księgach.  Sprawił,  że  wiszące  ognie  zaczęły  przybierać  różne  kolory:  na  początku 
czerwony,  później  kapiący  na  ziemię  srebrny,  a  na  końcu  niebieski,  pulsujący  jak  melodia 
świerszcza, tym razem wykonywana przez światło. Patrzyliśmy. Z radości klaskałaś w dłonie. 

Po  chwili  Prospero  pomachał  swoimi  długimi  palcami  i  ogniste  obrazki  zniknęły  w 

falach. Para zasyczała i wzbiła się do góry, zakrywając go na moment. Gdy opadła, stał nad 
nami jak czarne niebo, na którym nie ma gwiazd. 

Niewiele pamiętam z drogi powrotnej na wzgórze. Szum lasu wydawał się przytłumiony, 

a pochodnia,  niesiona przez Prospera, wydawała  się znacznie  bardziej oddalona  niż podczas 
drogi na plażę, tak jakby paliła się na końcu głębokiego tunelu. 

Kiedy dotarliśmy do nowego domu, twój ojciec powiedział: 
– Jesteś chory. Prześpij się przy ogniu. Umyć możesz się jutro. 
Skuliłem się obok paleniska. Na moment ogarnął mnie smutek, że ty i on odeszliście do 

drugiej izby, ale ciepło żarzących się węgli uśpiło mnie szybko. 

 
Kiedy przypomnę sobie następny rok czy nawet dwa, to widzę świat, który staje się coraz 

bardziej  twardy,  tak  jak  błoto  w  promieniach  słońca.  I  chociaż  moje  wczesne  dzieciństwo 
wydawało  się  puste  w  porównaniu  ze  światem  nowości,  które  wnieśliście  wy,  nowi 
przybysze, teraz widzę, że było ono jak fluid, wciąż zmieniająca się rzecz, z kilkoma stałymi 

prawdami  –  oddechem  mojej  matki,  jej  suchym,  słonym  zapachem,  czarnymi,  glinianymi 
ścianami  naszej chaty – które nadawały  mu kształt. Każdego dnia  budziłem się z  myślą, co 
spotka mnie tego ranka. Każdej nocy, gdy matka mamrotała i chrapała w pobliżu, rozmarzony 
zastanawiałem się, co przyniesie mi następny dzień. 

Po tym jak nowy dom został ukończony, silnie promieniująca wola twojego ojca zaczęła 

scalać  moje,  dawniej  luźne,  dni.  Trzeba  było  nosić  wodę  ze  strumienia  potrzebną  do  picia, 

mycia, gotowania, a przede wszystkim do dziwnych eksperymentów twojego ojca. Potrzebne 
było również drewno: w paleniskach z frontu domu, w głównej izbie i pomieszczeniu, gdzie 
pracował twój ojciec, tam nigdy nie mogło go zabraknąć. Siekierka, którą otrzymałem wiele 
miesięcy wcześniej,  była od tamtego czasu ostrzona tyle razy, że zabrakłoby palców  moich 
rąk i nóg, by je zliczyć. 

Na  początku  Prospero  prosząc  mnie,  bym  robił  te  rzeczy,  traktował  to  jako  przysługę, 

która pozwalała mu spędzać więcej czasu na zbieraniu liści  i nasion, a także na uczeniu cię 

katechizmu.  Ale  gdy  upływający  czas  i  wciąż  powtarzająca  się  sytuacja  sprawiły,  że 
czynności  te  straciły  charakter  czegoś  nadzwyczajnego,  stając  się  po  prostu  zajęciami 
rutynowymi, Prospero zaczął krytykować najmniejszy mój błąd czy niedopatrzenie. 

 
Byłem  oszołomiony  cudami  twojego  ojca,  które  znalazły  się  w  jego  nowym  domu  – 

zamku  w  sercu  puszczy.  Zabrał  ze  sobą  z  Mediolanu  niesamowitą  liczbę  różnych  rzeczy  – 
przypuszczam, że należałoby za to podziękować Gonzalowi, temu, który wciąż szarpie się za 

background image

grzywkę – ponieważ ukrył je w bezpiecznym miejscu. Pozwalał mi czasem w nagrodę rzucić 
okiem  na  swoje  księgi  czy  też  dotknąć  kawałka  strojnego  ubioru,  co  jednak  zdarzało  się 
niezmiernie rzadko. To oczywiście sprawiło, że  jeszcze  bardziej pożądałem  jego sekretów  i 
byłem  jeszcze  bardziej  niezadowolony  ze  swojej  pozycji,  alej  nawet  przez  myśl  mi  nie 
przeszło, iż mógłbym nauczyć się czegoś bez tych wszystkich jego darów, Przyglądałem się 
kątem oka skarbom twego ojca jak ptak wpatrujący się łakomie w zdobycz innego, większego 
– stojąc obok, patrzyłem chciwie na te których mu zazdrościłem, by móc je lepiej skopiować. 
To, co naprawdę było zadziwiające, à propos tej butelki portugalskiego wina, to nie fakt, że 
twój ojciec w ogóle ją miał, ale to, iż ja nie domyślałem się nawet jej istnienia. 

Więc  gdy  gruby  płot,  otaczający  teren  wokół  domu,  sprawił,  iż  Prospero  poczuł  się 

pewniej,  przywrócił  on  dawny  wygląd  swoim  drogocennym  przedmiotom  i  ozdobił  nimi 
nową siedzibę. Księgi! Nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób załadował tak olbrzymią 
ich  liczbę  na  waszą  niewielką  łódź;  w  każdym  razie  to  ja  musiałem  dźwigać  te  ciężary  na 
górę. Nigdy więcej  nie zobaczyłem  ich  już tak wiele  jak wtedy, gdyż Prospero natychmiast 
schował je do swojej „komnaty”, jak zwykł nazywać izbę, na której drzwiach wisiała ciężka, 
żelazna, kłódka. Przeniosłem także niezliczoną liczbę bardzo dziwnych rzeczy: skrzynię pełną 
kryształowych naczyń rozmaitej wielkości – co ja wtedy wiedziałem o szkle? – i drugą, pełną 
różnego rodzaju narzędzi do cięcia i piłowania; słoiki pełne przedziwnych płynów, mętnych i 
klarownych,  których  większość  zdążyła  wyparować  jeszcze  przed  dotarciem  na  wyspę;  a 
nawet ludzką czaszkę. Prospero musiał uświadomić mi, co to jest, gdyż wcześniej widziałem 
jedynie kości zwierząt. Powiedział mi, że jest to „autentyczna orficka czaszka”, cokolwiek to 
mogło znaczyć, i zażartował, iż śpiewa mu czasem w nocy. 

Co jeszcze przeniósł Prospero do nowego domu w swoich przepastnych kieszeniach, tego 

nie  wiem.  Ale  tak  jak  pewny  jestem  bicia  własnego  serca  i  tego,  że  oddycham,  tak  samo 
przekonany  jestem, że  nie zdecydowałby  się powierzyć  losu swoich  najcenniejszych rzeczy 
moim chętnym, choć czasem i niezdarnym rękom. W ostatnich miesiącach budowy, kiedy już 
sam  musiałem  zajmować  się  stolarką,  twój  ojciec  wyrzeźbił  sobie  pewną  rzecz  –  laskę, 
pomyślałem sobie, dziwacznie przystrojoną we wstążki, piórka i błyszczące szkiełka. Nosił ją 
ze  sobą  –  nie  pozwolił  mi  jej  nawet  dotknąć  –  a  gdy  wszyscy  byliśmy  w  domu,  stawał  w 
otwartych drzwiach  i przez parę chwil wymachiwał ową  laską w tę  i z powrotem,  mrucząc 
przy tym coś pod nosem i patrząc błędnym wzrokiem przed siebie. Po czym zamykał za sobą 
drzwi i nie wychodził ze swojej komnaty przez cały dzień. 

Dawał  mi  kilka  zadań  do  wykonania;  byłem  mu  posłuszny,  aż  do  tego  pamiętnego 

popołudnia,  kiedy  to  towarzyszyłaś  mi  bez  wiedzy  twojego  ojca.  Po  skończonej  pracy 
poprowadziłem cię w dół wzgórza, by pokazać ci gniazdo siewki, które dopiero co znalazłem. 
Robiąc  otwór  w  skorupce  jajka,  wypiliśmy  razem  jego  zimną  i  słoną  zawartość. 

Powiedziałem  ci  wtedy,  moim  wciąż  niepoprawnym  językiem,  iż  jestem  zadowolony  i 
szczęśliwy z tego, że jestem twoim przyjacielem. 

background image

Uśmiechnęłaś  się,  po  czym  wypełniłaś  pustą  skorupkę  piaskiem,  wsypując  go  przez  tę 

samą dziurkę, którą zrobiliśmy. 

Prospero  wyrzucił  mnie  z  domu.  A  raczej  nigdy  tak  naprawdę  nie  pozwolił  mi  się  do 

niego wprowadzić. Po pierwszej nocy, spędzonej na podłodze w pobliżu ognia, otrzymałem 
dla  siebie  małą  izbę  –  mówiąc  ściślej  komórkę  –  w odległej,  zachodniej  stronie  domu.  Nie 
była  mniejsza  niż  chata,  w  której  się  wychowałem,  więc  to  nie  jej  wymiary  sprawiały  mi 
przykrość. Była daleko od miejsca, w którym spał twój ojciec i tak samo oddalona od ciebie, 
Mirando. To mnie bolało. 

– Nie znasz zwyczajów naszego ludu – powiedział Prospero. Jego wzrok był tak zimny 

jak kamień spoczywający na dnie głębin oceanu, ale jego głos brzmiał całkiem rozsądnie. – 
Ona staje się panienką  i  potrzebuje  być czasem  sama. Tak  samo  jest w  naszych domach w 
Mediolanie. A ja muszę mieć dla siebie wolną przestrzeń. Mam wiele spraw do przemyślenia. 
Miejsce,  które  przydzieliłem  tobie,  jest  tylko  twoje,  możesz  tam  robić,  co  ci  się  żywnie 
podoba. Fetysze, symbole... Wznieś ołtarz do boga twojej matki, Setebosa, jeśli chcesz. Nie 
możesz mieć lepiej. 

Pomyślałem sobie – nawet gorycz nie wypowiedzianej myśli, miała jednak coś z herezji – 

jak mogłeś dać mi jedno, oddzielne pomieszczenie w domu, który ja zbudowałem? 

Uwielbiani  przeze  mnie  moi  nowi  przyjaciele  poprzez  słowa  zaczęli  pokazywać  swoje 

drugie oblicze. 

Jednak nie odezwałem się; Setebos dla mnie nie znaczył nic – z tego, co wiem, dla mojej 

matki mógł znaczyć równie niewiele – cieszyłem się więc, że będę mógł przystroić swą izbę 
kolorowymi  kamieniami  i  zrzuconymi  przez  węże  skórami.  Od  czasu  do  czasu  nawiedzała 
mnie dręcząca  myśl, że kiedyś, wcale  nie tak dawno temu, to ja  byłem panem tej wyspy, a 
teraz moje królestwo ograniczało się do jednej małej komórki na tyłach domu Prospera. 

Mała  komórka...  i  tajemnicza  dolina.  Chodziłem  czasem  w  to  miejsce,  miejsce,  które 

pozostawało  wciąż  moim  sekretem,  pomimo  zachłannej  ciekawości  twojego  ojca.  Gdyby 
mogło na zawsze tak pozostać! 

 
Osy  ukończyły  swoje  dzieło;  popielate  gniazdo,  zrobione  z  czegoś,  co  przypominało 

pergamin, wisiało w konarach starej sosny jak łza wypływająca spod rzęsy. Zawieszone było 
tak nisko, że siedząc pod drzewem, mogłem obserwować poruszające się w tę i z powrotem 
owady,  dla  których  owo  gniazdo  było  całym  światem.  Gdy  tak  łaziły,  wydawały  z  siebie 
brzęczący  dźwięk,  czasem  uspokajający,  a  czasem  wzbudzający  grozę.  Ponieważ  mnie  nie 
atakowały  ani  w  inny  sposób  nie  próbowały  robić  mi  krzywdy,  w  ogóle  przestałem  je 
zauważać. Raz tylko poczułem się dziwnie, gdyż wydawało mi się, że słyszę jakiś głos na tle 
ich  jednolitego  buczenia,  podobnie  jak  wtedy,  gdy  będąc  pijany,  słyszałem  piosenkę  mojej 
matki wśród szumu nocy. 

Osy brzęczały, a ja rozmawiałem – zwracając się do nieba, może raczej do sosny albo do 

background image

mojej matki. Szukałem słów, które mogłyby opisać moją tęsknotę, opłakiwałem rzeczy, które 
utraciłem;  czasami  nawet  mówiłem  do  ciebie,  Mirando,  by  wypowiedzieć  głośno  to,  co 
pragnąłem ci przekazać, ale jakoś nigdy o to nie zadbałem. Rozumiesz, byłem zakochany, ale 
to uczucie  nie zawsze  było przyjemne. Twoja  bliskość sprawiała, że czułem się szczęśliwy, 
ale także nieobyty  i tępy. Wiele razy próbowałem zrobić coś, co wymagało odwagi czy też 
bystrości umysłu, ale najczęściej wychodziłem na głupca. Jednak tak często, jak siedząc pod 
sosną, wymawiałem słowa skierowane do ciebie i  marzyłem, że usłyszę je kiedyś od ciebie, 

tak samo często  łajałem  siebie samego, dotkliwiej  niż czynił to Prospero. Do mojej  własnej 
piosenki, tej którą śpiewałem owej uroczystej nocy, dołożyłem bardzo zgryźliwy koniec. 

 

Ban! Ban! 

Kaliban! Lubi myśleć: jestem pan! 

 
Śpiewałem i mamrotałem coś, patrząc w niebo. Sosna kiwała się nad moją głową, a wiatr 

szumiąc,  hulał  w  gałęziach.  Pracowite  osy  buczały  cicho  w  swoim  popielatym, 

pergaminowym domku. 

 
O! Widzę, że patrzysz w kierunku drzwi komnaty, Mirando! Słyszę to, co i ty, ale muszę 

ci powiedzieć, że to tylko skrzypiące belki, a nie kroki twojego wybawcy. A jeśli się mylę, to 
tutaj jest moja ręka, tu, blisko twojego białego gardła. Wszystko dobrze zaplanowałem: mamy 
wystarczająco dużo czasu, abym zdążył zrobić to, co chcę. Wystarczająco dużo. Zbliżam się 
już do najważniejszego punktu, do kulminacji, którą była twoja straszliwa zdrada. Nie wątpię, 
że pragnęłabyś, żeby ktoś nam teraz przeszkodził, nawet za cenę swojego życia. Słuchaj więc! 

 
To zdarzyło się któregoś z tych dni, kiedy to twój ojciec pracował nad kolejną ze swoich 

cudownych  rzeczy  i  cały  dom  pełen  był  oparów.  Od  czasu  do  czasu  wychodził  nagle  ze 
swojej komnaty, przesiąknięty cuchnącym dymem, i nakazywał mi przynieść to i owo – jakiś 
ciężki  kamień  czy  warząchew  pełną  wody.  W  ciemnościach  dostrzec  mogłem  szkarłatne 
płomyki rozpalonych na stole ogni. 

Za trzecim czy czwartym razem, gdy tak gwałtownie wybiegł z komnaty, kazał mi pójść 

zerwać pęk liści z pewnego żółto kwitnącego drzewa, których na wyspie było zaledwie kilka. 

– Wysłałbym Mirandę. Ma do tego lepszą rękę – mruczał – ale gdzieś sobie poszła. Biada 

tej,  która  nie  pomaga  swojemu  ojcu,  autorowi  jej  życia  i  wolności!  Idź,  mój  dzikusie,  i 
przynieś mi trochę liści. 

Wymachując mocno rękami, tak że jego szerokie rękawy burzyły się podobnie jak kłęby 

dymu  dokoła  niego,  zaszył  się  z  powrotem  w  swojej  komnacie,  zatrzaskując  za  sobą  drzwi. 
Cokolwiek  tam  robił,  wyraźnie  mu  nie  szło;  od  tygodni  był  w  bardzo  nieprzychylnym 
nastroju, który cały czas się pogarszał. 

background image

– Pośpiesz się! – krzyczał z komnaty. – Mikstura jest już prawie gotowa i wciąż muszę 

rozpalać w piecu! 

Burcząc pod nosem – coraz mniej podobała mi się rola jego dobrego sługi – wyszedłem. 
Mimo  popołudniowej  pory  dzień  wciąż  był  bardzo  upalny.  Ale  jak  to  czasem  bywa  ze 

sprawą  nie  cierpiącą  zwłoki,  liście  okazały  się  nieuchwytne.  Chodziłem  tam  i  z  powrotem 
przez  kwitnące  gaje  na  wzgórzach  otaczających  nasz  dom,  ale  nie  znalazłem  ani  jednego 
drzewa o żółtym kwiatostanie. Nie minęła godzina, jak byłem już cały spocony, a przy tym i 
zmęczony,  ale  czułem,  że  lepiej  nie  wracać  wcale,  niż  pojawić  się  z  pustymi  rękami. 
Pobiegłem więc szukać dalej, przedzierając się przez gęste runo leśne. Dotarłem do jednego 
ze  strumyków  wypływających  gdzieś  tam  wysoko  z  gór  i  zatrzymałem  się  przy  nim,  by 
obmyć  sobie  twarz  i  napić  się  źródlanej  wody.  Następnie  poszedłem  w  dół  jego  koryta. 
Wydawało  mi  się,  że  zaraz  przy  wodospadzie  rosło  kiedyś  kilka  drzew,  których  liści 
potrzebował  Prospero.  Droga  okazała  się  jednak  dłuższa  niż  przypuszczałem, 
wykorzystywałem więc wszystkie zacienione miejsca po drodze. 

Ptaki  głośno  skrzeczały  nad  moją  głową,  a  strumyk  szumiał  niewiele  ciszej.  Wilgotne 

powietrze  i  pot  na  mojej  twarzy,  uświadamiały  mi,  jak  bardzo  nie  lubię  jednak  owych 
wyziewów w domu Prospera. Pomyślałem sobie, że gdy znajdę już liście i zaniosę je twojemu 
ojcu,  wymyślę  coś,  by  móc  tutaj  wrócić,  odpocząć  przez  chwilę  i  rozkoszować  się 
samotnością. 

I kiedy nagle poczułem, że grunt pod moimi stopami gwałtownie się obniża, zwiastując 

zbliżający się wodospad, usłyszałem śpiew. Zatrzymałem się więc, by go posłuchać i mimo 
że  znałem  ten  głos  tak  dobrze  jak  własny,  to  jego  słodycz  przyprawiała  mnie  o  dreszcz 

zachwytu. 

–  Aaa  –  powiedziałem  po  chwili  do  siebie  –  Miranda,  która  także  zapragnęła  uciec 

swojemu ojcu, wybrała sobie to samo miejsce, które wybrałem ja. Zrobię jej niespodziankę, a 
później będziemy śmiać się z tego, jak wymknęliśmy się spod opieki Prospera. 

Przesuwałem  się  wzdłuż  brzegu,  obmywanego  przez  wodę  kamienia,  przez  cały  czas 

przysłuchując się twojej radosnej piosence. Gdy zrobiłem cztery lub pięć tuzinów kroków od 
szczytu wodospadu, mogłem w końcu spojrzeć w dół, na jezioro, do którego lała się z góry 
woda.  Tam,  na  brzegu,  znajdowało  się  kilka  drzew  o  złotych  kwiatach  i  ostrych, 
ciemnozielonych liściach. Ale drzewa, mimo iż  stanowiły obiekt moich poszukiwań, w tym 
momencie przestały cokolwiek dla mnie znaczyć. 

Bezsilny, stałem i gapiłem się w dół, głos uwiązł mi w gardle i nie byłem w stanie wydać 

z siebie obmyślonego wcześniej okrzyku. Ty stałaś w jeziorze pod wodospadem, po kolana w 
wodzie, Mirando, byłaś naga i piękna, tak doskonała jak same niebiosa. 

Widzę,  że  się  wzdrygasz,  że  twoje  usta  szykują  się  do  ataku,  do  obrzucenia  mnie 

epitetami,  ale  jesteś  niesprawiedliwa.  Nie  podglądałem  cię,  chciałem  jedynie  zrobić 

niespodziankę  mojej  przyjaciółce.  Myśli,  które  wtedy  przychodziły  mi  do  głowy  –  tak  jak 

background image

teraz  tobie;  widzę  nawet  w  świetle  kandelabru,  że  się  czerwienisz  –  te  myśli  były  czyste  i 

niewinne. Tak jak moje serce. 

Czy możesz w to wątpić? Czy mogła istnieć na świecie jakaś inna, równie nieskazitelnie 

czysta i nie znająca rozpusty, rozumna istota jak ja? W ciągu mojego całego życia na wyspie 
nigdy nie widziałem ani kawałka nagiego kobiecego ciała. Jedyną kobietą, jaką znałem prócz 
ciebie,  była  moja  zgarbiona,  wysuszona  matka,  która  nigdy  się  przede  mną  nie  rozebrała. 
Zresztą wątpię, by w ciągu całego swojego pobytu na wyspie, chociaż raz zdjęła suknię. 

Na  dole  stałaś  ty,  taka,  jaką  stworzył  cię  Bóg  –  nie,  to  nieprawda,  przecież  byłaś  już 

prawie kobietą. W każdym razie byłaś taka, jaką chciała cię widzieć Natura. Natura spisała się 
wspaniale,  gdy  cię  tworzyła,  Mirando.  Twoja  nagość  była  jak  płomień  świecy  w  ciemnej 
komnacie. Niech wszystkie duchy  mojej  wyspy  przeklną  mnie,  jeśli  kłamię:  nigdy  bym  nie 
odwrócił od ciebie wzroku, nawet gdybym wiedział, że od tego zależy moje życie. Byłaś taka 
piękna i to mi sprawiało ból. 

Stałaś  w  strumieniu  lśniącej,  spadającej  fali  wodospadu,  tyłem  do  mnie.  Podciągałaś 

palcami  ku  górze  swoje  splątane  włosy,  podnosząc  wysoko  głowę.  Na  chwilę  przestałaś 
śpiewać, by się napić. Zobaczyłem niewyobrażalnie doskonałą wolność; radość, którą dawał 
strumień zimnej wody, spływający po twoim ciele! Ten obraz pozostanie na zawsze w mojej 
pamięci.  Ktokolwiek stać  będzie przy  mnie  na  łożu śmierci, zobaczy  jego odbicie  w  moich 

oczach. 

Widząc boginie i sławne piękności w księgach twojego ojca, czułem, że coś mnie w nich 

pociąga  –  tak  bardzo,  że  oglądałem  te  drzeworyty  ukradkiem,  tylko  kiedy  byłem  sam,  nie 
rozumiejąc  ani  wstydu,  ani  fascynacji,  które  odczuwałem  jednocześnie.  Ale  tak  jak  tym 
wyrytym  liniom,  tworzącym  chmurkę  na  pergaminowej  kartce,  daleko  do  niezmiennej 
wspaniałości prawdziwego nieba, tak i tym niewyraźnym figurom, które mnie interesowały, 
daleko do obrazu rzeczywistości, do twojego obrazu, Mirando. 

Każdy  twój  kształt, od twoich  długich  pleców  i  łagodnie  zaokrąglonych  pośladków,  do 

nóg  tak  zgrabnych,  o  rzeźbie  mięśni  jak  u  młodej  sarny;  subtelna  geometria  twojego 
kręgosłupa, twoich łopatek, poruszających się pod skórą, każdy cal ciebie, pokrytej bąbelkami 
wody,  jakby  w  słonecznej  zbroi...  cały  ten  widok  przenikał  moje  wnętrze  i  odmienił  je  na 
zawsze. Oddychałem tak szybko, że słyszałem już nie tylko monotonny szum wody, ale także 
moje  głośne  sapanie.  Pragnąłem  cię,  pragnąłem  bardziej  niż  czegokolwiek  innego,  ale  nie 
potrafiłem  sobie  wyobrazić,  jaką  formę  mogłoby.przyjąć  posiadanie  ciebie.  To  pożądanie 
było  tak  silne,  że  w  zamęcie  myśli  przez  moment  stałem  się,  zgodnie  z  przewidywaniami 
twojego  ojca,  kanibalem:  byłem  tak  niepohamowany  w  chęci  zdobycia  ciebie  i  twojej 
piękności, że prawie mogłem sobie wyobrazić, jak cię pożeram. 

W chwili, gdy pogmatwane myśli, przemykające w mojej głowie, zaczęły układać się w 

pewien obraz, jakiś jasny kształt wynurzył się zza ściany wodospadu, okrążył jezioro i szybko 
skierował  się  ku  pobliskiej  polanie.  To  był  jasnobłękitny  ptak,  chyba  ten  sam,  który 

background image

przyglądał  mi  się  z  gałęzi  starej  sosny  w  dniu,  kiedy  odkryłem  moją  dolinę.  Jego  ruchy,  a 
może też jego upierzenie, zwróciły twoją uwagę. Opuściłaś ręce, pozwalając swoim włosom 
swobodnie opaść na ramiona i obróciłaś się, by obserwować jego lot. 

Przestraszony,  padłem  na  ziemię,  zaraz  przy  samej  przepaści;  bałem  się,  że  mogłabyś 

mnie zobaczyć. Dlaczego czułem się  jak  intruz, skoro jeszcze kilka  lat wcześniej  niewinnie 
kąpaliśmy  się  razem  w  oceanie,  nadzy  lub  prawie  nadzy,  na  to  nie  potrafiłem  sobie  wtedy 
odpowiedzieć. Mój głód podpowiadał mi jednak, że to musiało być coś innego. Leżałem na 
brzuchu, ale przez cały czas unosiłem głowę nad skałą, by móc na ciebie patrzeć. 

Następne  cuda!  Twoje  piersi  były  zaokrąglone,  świeże  jak  dojrzały  owoc,  a  brodawki 

wysunięte  śmiało  do  przodu  przypominały  noski  młodych  królików.  Pod  twoim  pięknym, 
złocistym  brzuchem  znajdowała  się  kępka  takich  samych  brązowych  włosów,  jakie 
pokrywały  zagłębienia  pod  twoimi  ramionami...  ale  nie  miałaś  niczego  w  miejscu,  gdzie 
łączyły się twoje nogi, co wydawało mi się żałosne i niepokojące. Długo też zastanawiałem 
się  nad  tym,  czy  może  owa  różnica  w  naszej  budowie  nie  była  jakimś  znakiem 

rozpoznawczym dla mojego i twojego rodzaju. 

Tak jakby przypominając mi o owej różnicy, moje ciało zesztywniało w miejscach, które 

dotykały  ziemi.  Znów  poczułem  głód,  ale  to  nie  był  głód  żołądka;  rozchodził  się  raczej  po 
całym  moim  ciele,  tak  samo  silnie  odczuwałem  go  w  oczach,  w  drżących  koniuszkach 
palców, jak i w innych częściach mojego ciała, ale najsilniej w pachwinie, którą to ocierałem 
się o moje pantalony, gdzie zrobiło mi się ciężko i ciepło. 

Leżałem bezsilny, zrozpaczony, owładnięty niezrozumiałą pasją, z myślami, które biły się 

na  oślep  jak  armie  żołnierzy  z  zawiązanymi  oczami,  aż  w  końcu  ty  skończyłaś  się  kąpać. 
Ubrałaś się i odeszłaś, a ja wciąż leżałem na brzuchu jak człowiek uderzony piorunem. 

 
Wróciłem  do  domu  o  zachodzie  słońca.  Tak  bardzo  byłem  rozkojarzony,  że  całkiem 

zapomniałem  o  liściach  dla  Prospera.  Twój  ojciec  wpadł  w  szał  i  wrzeszczał  na  mnie, 
wyzywając od głupców, niewdzięcznych zwierząt i innych takich; krzyczał, że zepsułem mu 
cały dzień pracy i że nie jestem wart czasu, który poświęcił na moją edukację. Przyjąłem to ze 
spuszczoną głową, choć jakaś część  mnie protestowała przeciwko takim upokorzeniom. Ty, 
czując się zawstydzona tym, w jaki sposób twój ojciec odzywał się do mnie, albo po prostu 
nie mogąc znieść wywołanego przez niego zamieszania, schowałaś się w swojej izbie. 

Za moje przewinienie otrzymałem karę spędzenia nocy poza domem i pozbawiono mnie 

kolacji. Ale nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Męczarnie, jakie przeżywałem, były o 
wiele bardziej skomplikowane i sięgały w głąb mojego wnętrza. 

background image

ROZBITE DRZEWO 

 
W  niezwykle  dla  mnie  istotnej  porze  roku,  która  nastąpiła  po  owej  niespodziance  z 

kąpielą,  nasze stosunki uległy dalszym zmianom  – z  mojego punktu widzenia, zmianom  na 

gorsze. 

Prosperowi  już  nawet  nie  chciało  się  udawać,  że traktuje  mnie  jak  człowieka.  Mimo  iż 

czasami  mogłem  jeszcze  dostrzec  jakieś  przebłyski  jego  dobroci,  to  jednak  coraz  częściej 
spotykałem  się  z  gniewem,  na  co  dzień  zaś  z  chłodną  obojętnością.  Dopóki  wykonywałem 
jego  rozkazy,  mogłem  spać  w  swojej  małej  komórce  na  końcu  domu  i  uczestniczyć  we 
wspólnych  posiłkach.  I  mimo  że  wciąż  jeszcze  należałem  do  towarzystwa,  twój  ojciec 
rozmawiał prawie wyłącznie z tobą, ze swoją córką. Wiem, że tych z ludu, którzy wam służą, 
uznajecie  za  coś  niewiele  lepszego  od  krzesła  czy  stołu  i  wyjawiacie  przy  nich  różne 
tajemnice  tylko  dlatego,  iż  według  was  nie  są  oni  prawdziwymi  ludźmi.  Doświadczyłem 
równie  okropnego  traktowania  i  wiem,  że  jest  to  coś,  co  naprawdę  zżera  duszę.  Nawet  ty, 
może nieświadomie, zaczęłaś traktować mnie w podobny sposób, w jaki czynił to twój ojciec. 
Raz kazałaś mi pójść i przynieść twoje ręczne robótki. Kazałaś mi, a nie prosiłaś! Zrobiłem 
to, czego sobie życzyłaś, ale później pośród drzew z tyłu domu, tak by  nikt nie  mógł  mnie 
usłyszeć, szlochałem tak długo, aż przestraszyłem się, że zachoruję. 

Ty nie zdawałaś sobie sprawy z tego, co zrobiłaś; przeważnie odnosiłaś się do mnie jak 

do  przyjaciela,  co  było  dla  mnie  balsamem  na  ból,  jaki  zadawał  mi  twój  ojciec.  Ale  twoja 
bliskość zarażała moją duszę innymi chorobami, na które nie znałem lekarstwa. Nie było już 
tej czystej miłości, którą cię darzyłem, a paradoksalnie byłem jeszcze zbyt niewinny, by móc 
nazwać  to,  co  ją  zmieniło.  Śniłem  o  tobie  takiej,  jaką  widziałem  cię  wtedy  w  jeziorze, 
przywoływałem wspomnienia innych spojrzeń, zatrzymanych ukradkiem na tobie, gdyż moje 
oczy były tak samo głodne ciebie jak moje serce. 

Czasami razem spacerowaliśmy, często też rozmawialiśmy, ale moje obowiązki i twoja 

nauka,  własne  zajęcia  –  przede  wszystkim  szycie  i  naprawianie  szat  –  sprawiały,  że  nie 
widywaliśmy się całymi dniami. Chodziłaś ubrana tak bogato, jak gdybyś znajdowała się na 
wspaniałym  dworze  Mediolanu.  To,  że  w  momencie  skazania  na  wygnanie  twój  ojciec 

background image

pertraktował w sprawie strojów z jednym niby-spiskowcem – Gonzalem, uświadomiło mi, 
jak dziwnym rzeczom cywilizowani ludzie nadają priorytet. W każdym razie, ty uznawałaś 
sporządzanie nowych ubiorów i naprawianie starych szat swojego ojca za zajęcie dla siebie 
odpowiednie. Ale cała ta garderoba, inspirowana ilustracjami z ksiąg twojego ojca, była, w 
oczach kogoś tak prostego jak ja, ekscentryczna i niestosowna. Nawet kiedy wybierałaś się 
do lasu, twój strój wydawał się odpowiedni raczej dla kogoś, kto mieszkał w wytwornym 
domu  ze  służbą.  Prospero  wybudował  podobny  dom  –  mimo  iż  służbę  miał  nieco 
uszczuploną – a ty starałaś się zepchnąć na bok prostotę i sielankowość wyspy, zastępując 
ją śmieszną i fałszywą wytwornością. 

Mimo  iż  bardzo mnie to raziło,  nie potrafiłem  się z ciebie wyśmiewać.  Wiedziałem, że 

robisz  to  przede  wszystkim  po  to,  by  uszczęśliwić  swojego;  ojca,  choć  delikatność  owych 
tkanin musiała sprawiać i tobie wyraźną przyjemność, skoro odnajdywałaś w szyciu spokój i 
ukojenie.  Ale  dla  mnie  świadomość  tego,  co  znajduje  się  pod  wszystkimi  tymi  szmatkami, 
była wielką torturą, jakiej wcześniej nie znałem. Twój widok za każdym razem przywodził mi 
na  myśl  naturalną, niczym  nie osłoniętą sylwetkę; kołyszące się  biodra  i kształtne pośladki, 
które pomimo okrywającej je tkaniny przyprawiały mnie o zawrót głowy. Długa linia twojej 

szyi, delikatne wypukłości biustu w odcieniu miodu, wysuwające się zza stanika, to wszystko 
wydawało się zaproszeniem – ale do czego, na co, tego nie byłem w stanie zrozumieć. 

Poza tym, co było raczej niemożliwe, pragnąłem, byś i ty zafascynowała się mną tak  jak 

ja  tobą  –  próbowałem  nawet  niezdarnie  się  modlić,  naśladując  jedną  z  wielu  rzeczy,  którą 
robiliście.  Nie  wyglądałem  ani  jak  twój  ojciec,  ani  jak  ty,  ani  jak  moja  matka,  po  której 
odziedziczyłem  jedynie  ciemną  karnację,  podobnie  jak  ty  swą  bladą  cerę  po  tym,  który  cię 
spłodził. Urosłem przez te pięć lat od czasu waszego przybycia i byłem tak samo wysoki jak 
teraz, choć raczej trochę węższy w klatce i w ramionach – być może to noszony przeze mnie 
ciężar samotności tak mnie wzmocnił. Nie wiedziałem, czy jestem ładny, czy może wstrętny, 
ale miałem nadzieję, że może sprawia ci przyjemność przypatrywanie się mojej osobie. Nie 
miałem pojęcia, co to jest piękność, ale czułem, że wolę oglądać ciebie niż cokolwiek innego 
pod słońcem. 

Fascynacja tobą omal nie doprowadziła mnie do szaleństwa. Znosiłem dzielnie wszystkie 

przykrości ze strony twojego ojca, nie zważając na szturchnięcia i klapsy, które wymierzał mi 
swoją laską, a wszystko tylko po to, by być blisko ciebie. Nieważny był ból, ale to, że jestem 

przy tobie i nigdzie indziej. 

 
I  nadszedł  dzień,  podobny  do  wszystkich  innych  dni,  z  wyjątkiem  jednego:  Prospero 

zachorował.  Nie  wiem  dlaczego,  może  od  ciągłego  wdychania  tych  wstrętnych  oparów,  a 
może  po  prostu  czymś  się  zaraził.  Praca,  która  wcześniej  stanowiła  dla  niego  największą 
radość, teraz była powodem jego zmartwień – myślę jednak, iż w końcu zrozumiał, że nie jest 
możliwe  odkrycie  magicznego  środka,  który  pomógłby  mu  zemścić  się  na  uzurpatorze  czy 

background image

nawet  uciec  z  wyspy  –  może  więc  to  rozpacz  powaliła  go  z  nóg.  Cokolwiek  było  prawdą, 
ojciec twój położył się z powrotem do łoża, narzekając na bóle i obrzęki. Musieliśmy się nim 
zająć,  przez  cały  ranek  przynosząc  mu  takie  lub  inne  lecznicze  mikstury  z  jego  stołu, 
wzniecając i gasząc ogień, aż do samego południa, kiedy to w końcu pogrążył się w głębokim 
śnie. 

 
Słyszysz  mnie!  Chciałbym,  by  było  to  oczywiste,  Mirando:  o  cokolwiek  byś  mnie 

oskarżała, wiedz, że to nie ja byłem tym, który wyciągnął cię wtedy z domu. Jeśli kochałaś 
swojego ojca tak wielką miłością, jak to utrzymywałaś, to dlaczego nie siedziałaś cierpliwie 
przy jego łożu jak grzeczna córeczka? Odpowiedź, jak sądzę, jest taka, że nie mogłaś znieść 
tyranii  Prospera,  podobnie  jak  ja,  choć  może  miałaś  ku  temu  nieco  mniej  powodów. 
Stwierdziłaś, że choroba nie jest aż tak poważna, jak traktuje ją twój ojciec, pragnęłaś więc 
zrobić sobie przerwę i odetchnąć świeżym powietrzem. 

Jakże byłaś słaba, ty, która nie doświadczyłaś nawet ułamka moich cierpień. Kilka godzin 

rozkazów chorego ojca i już miałaś wszystkiego dość. 

 
–  Chodź  ze  mną,  Kalibanie  –  powiedziałaś.  –  Muszę  zaczerpnąć  świeżego  powietrza  i 

posiedzieć chwilę na słońcu. Boję się jednak, że po drodze mogę spotkać węże. 

Ty, która biegałaś  bosymi stopami po trawie! Czy  nie  mogłaś po prostu powiedzieć, że 

chcesz iść ze mną? A może naprawdę się bałaś? Czy też tak bardzo się zmieniłaś, że stałaś się 
niby taką damą, która musi zadzierać nosa nawet na odludziu, jakim jest dzika wyspa? 

Ale te pytania zadaję sobie dopiero teraz. Wtedy, w tamtej chwili, drżałem z wrażenia, że 

może twoje myśli są podobne do moich. Chciałaś uciec na chwilę od twojego ojca i chciałaś 
to zrobić ze mną. Może zaczynałaś odczuwać to samo co ja! Bylibyśmy znowu partnerami i 
przyjaciółmi i nikt nie byłby samotny. 

Gdy  tak  w  pełnym  słońcu  schodziliśmy  razem  z  góry,  czułem,  że  mój  bok  dotyka 

twojego.  Och,  Mirando,  kiedy  ktoś  jest  zakochany,  takie  błahostki  promieniują  bogactwem 
odczuć!  Przez  moment  moje  najskrytsze  marzenia  zdawały  się  spełniać  za  sprawą  twojej 
bliskości. 

Podnóże góry porośnięte było drzewami; zanurzyliśmy się więc w zielonej gęstwinie, ale 

chwilami  docierały  do  nas  promienie  słońca,  słabe  jak  krople  letniego  deszczu.  Gdy 
przyglądałem  się  cienkim  jak  igła,  pieszczącym  twoje  włosy  promykom,  zauważyłem,  że 
urosłaś, że  jesteś  już  tak wysoka  jak  ja – a  może nawet wyższa. Ja też urosłem, ale w  inną 
stronę:  moje ramię było prawie tak szerokie jak twoje dwie zgrabne nogi, a na moim ciele  i 
twarzy  pojawił  się  czarny,  lekki  zarost.  Chciałem  –  o  Mirando,  co  też  człowiek  czasem 
głupiego  wymyśli!  –  zapuścić  sobie  taką  długą  i  efektowną  brodę  jak  twój  ojciec.  Był 
jedynym  mężczyzną,  którego  znałem;  zostałem  skazany  na  naśladowanie  niefortunnego 
wzoru, nawet teraz agonia mojego serca przemawia jego językiem. 

background image

I kiedy tak stałem, kontemplując bez zrozumienia różnice w naszej budowie, ty wzięłaś 

mnie za rękę. Za sprawą tego prostego gestu – nieważne były twoje intencje – skazałaś nas na 
coś najgorszego. Od tego momentu wszystko w naszym życiu zostało podporządkowane tej 

jednej  godzinie,  jednemu  wydarzeniu.  To,  co  miało  nastąpić,  było  nieodwracalne,  tak  jakby 
był to głaz strącony ze szczytu góry. 

Twoja  zimna  i  przyjazna  dłoń  owinęła  się  wokół  mojej.  Byłem  oszołomiony,  gdyż  nie 

dotknęłaś  mnie  nigdy,  z  wyjątkiem  jakiegoś  jednego  wypadku  sprzed  wielu,  wielu  lat. Tak 
długo  na  to  czekałem;  czekałem  jak  głodujący  żebrak  pod  portykiem  wspaniałego  domu, 
wspanialszego  niż  ten,  który  zbudowałem  dla  twojego  ojca  –  bardziej  okazałego  niż 
jakikolwiek inny dom, zbudowany z tak niedelikatnych materiałów jak drewno i kamień – a 
ty nagle otworzyłaś mi drzwi. Tak mi się wydawało. Jak mogłem się tobie odwdzięczyć? Jak 
mogłem  dać  ci  do  zrozumienia,  że  wiele  dla  mnie  znaczy  twoja  bliskość,  dobroć,  twoja 
olśniewająca uroda? Istniał tylko jeden dar godny ciebie. 

–  Mirando  –  powiedziałem  z  trudem,  gdyż  czułem,  jak  puchnie  mi  język.  –  Ja...  Ja 

chciałbym ci coś pokazać. 

Spojrzałaś  na  mnie,  nie  puszczając  mojej  ręki.  W  twoich  oczach  błysnęło 

zainteresowanie. 

– Co chciałbyś, abym zobaczyła? 
Nie  mogłem  powiedzieć  nic  więcej.  Bałem  się,  że  łomoczące  serce  może  wyskoczyć  z 

mojej  piersi.  Zacisnąłem  palce  na  twojej  dłoni  tak  kurczowo,  jak  złapany  przez  człowieka 
krab trzyma się ściany swej podwodnej kryjówki, po czym zaprowadziłem cię z powrotem na 
wzgórza. 

 
Zatrzymałem  się  przy  kolczastym  żywopłocie.  Wyrwałaś  swą  dłoń,  z  trudem  łapiąc 

powietrze; ciągnąłem cię tak bezlitośnie szybko, że byłaś na mnie zła. 

– Co to jest, Kalibanie? Czy po to przemierzyliśmy pół wyspy, bym mogła zobaczyć te 

krzaki? Nie są nawet ładne. 

Mówiąc to, machnęłaś jedną ręką w tył i zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, zahaczyłaś o 

jedną z gałęzi. Cofnęłaś rękę, krzycząc: 

–  Dobry  Boże!  Coś  mnie  ukłuło!  Trzymałaś  palec  w  górze,  mogłem  więc  zobaczyć 

lśniącą strużkę krwi. Było mi wstyd, ale czułem się też dziwnie podekscytowany. 

– To kolce – wykrztusiłem. – Nie dotykaj ich, proszę cię, moja Mirando. 
Podniosłaś brwi. 
– Daleko mnie zaprowadziłeś, bym mogła zakłuć się na śmierć. 
Wyciągnąłem  rękę  w  kierunku  żywopłotu,  gdyż  właśnie  miałem  ci  powiedzieć  coś 

zachęcającego  o  tym,  co  cię  czeka,  ale  nagle  zamarłem  zdezorientowany.  W  jaki  sposób 
miałem  ci  pokazać  dolinę?  Nie  mogłem  cię  przecież  poprosić,  byś  w  swojej  wytwornej, 

czarno-błękitno-złotej  sukni  czołgała  się  na  plecach  po  ziemi  –  wymagać  od  ciebie  ciężkiej 

background image

pracy pod niezliczoną liczbą kolców? 

Co  właściwie  mogłem  zrobić?  Przyprowadziłem  cię  tam,  by  ofiarować  ci  mój  dar. 

Moment wymagał szybkiej, acz delikatnej decyzji; jeśli zabrałbym cię z powrotem, nie dając 
obiecanego prezentu, na pewno w twoich oczach straciłbym wiele. 

– Zostań tu, Mirando! 
Pędziłem w dół na skróty, rozglądając się wokoło. Ogarniał mnie jakiś szał. 
–  To  jakiś  dziwny  żart!  Nie  powinniśmy  zostawiać  ojca  tak  długo  samego,  Kalibanie. 

Może się obudził i jest zły, że mnie tam nie ma. 

Szybko znalazłem to, czego szukałem, przykucnąłem na ziemi i tarłem. Moje serce waliło 

jak  młotem,  ale  wiedziałem,  że  nie  mogę  stracić  tej  szansy.  Gdy  moje  ręce  były  już  tak 
zmęczone, iż czułem, że muszę przestać, właśnie wtedy mała iskierka spadła na stos, ułożony 

z pokruszonej kory i suchej trawy. 

–  Widzisz,  Mirando,  widzisz!  –  powiedziałem,  gdy  dym  zaczął  unosić  się  do  góry. 

Wybrałem  kilka  palących  się  hubek  i  zaniosłem  na  miejsce,  w  którym  rósł  żywopłot, 
ignorując  przy  tym  wszystkie  twoje  pytania  i  skupiając  swą  uwagę  wyłącznie  na 

podtrzymywaniu ognia. 

Sporo  czasu  minęło,  zanim  twarde  kolczaste  krzaki  jeżyn  uległy  płomieniom,  ale 

zdołałem  tym  przyciągnąć  twoją  uwagę.  Oczarowani  patrzyliśmy,  jak  ogień  trawi  suchą 
ściółkę,  liście,  a  na  końcu  całe,  ostre  łodygi  krzewów.  Gdy  ogień  wypalił  już  drogę  w 
ciernistych  krzewach,  nie  chciałem,  by  się  rozprzestrzenił  i  zacząłem  zasypywać  ziemią 
pogorzelisko.  Niestety,  płomienie  pochłonęły  jedno  drzewko  pomarańczowe,  rosnące 
dokładnie  wśród  krzewów  jeżyn.  Kiedy  wszystko  w  pobliżu  pokryte  było  żarzącymi  się 
węglami, pozostałymi  po uczcie, którą strawił ogień, dusiłem owe tlące się resztki  wielkim 

kamieniem. 

To była ciężka praca; kilka razy ogień wymykał mi się spod kontroli, powodując pożar, 

ale ja byłem wszędzie. Kiedy zrozumiałaś w końcu, co próbuję zrobić, zaczęłaś mi pomagać, 
rzucając garściami ziemię na uciekające płomienie, które ci wskazywałem. W ciągu sekundy 
cały twój piękny strój brudny był od ziemi i popiołu, ale ty się uśmiechałaś. To była dla ciebie 

jeszcze jedna dziecinna zabawa, Mirando, bo ty byłaś wtedy jednak dzieckiem. 

W końcu wypaliłem drogę w kolczastych krzewach, nie przypuszczając, że wkrótce będę 

żałował tej pospiesznie podjętej decyzji. Gdy upewniłem się, że nic nigdzie się już nie pali, 
pozwoliłem ci przejść. Popołudniowe słońce prażyło mocno zawieszone wysoko na niebie, a 
strumyk lśnił w jego promieniach jak sznur drogocennych kamieni. 

– Co to za miejsce? – Twój głos był delikatny, tak jakbyś domyślała się, że wyjawiam ci 

tajemnicę. 

– To dla ciebie, Mirando. Daję ci je. 
Byłem  całkowicie  owładnięty  manią  twojego  ojca:  zdobyć,  mieć,  podarować.  Nazwać 

coś, znaczy posiąść to. Jakże wielka zachłanność przemawia z waszej cywilizowanej mowy! 

background image

Poszliśmy  w  dół  brzegiem  strumyka,  w  kierunku  bagnistej  łąki  i  stojącej  na  warcie 

wielkiej sosny. 

Zobaczyłem rdzawe światło na wierzchołku drzewa, wiedziałem więc, że  jest tam Mór. 

Zawołałem  do  niego  wesoło, tak  jak  do  przyjaciela.  Myślę,  że  przy  panującym  niedostatku 
znajomych, on nim naprawdę był. 

Gdy  rozglądałaś  się  dokoła,  a  twoja  twarz  promieniała  z  zachwytu,  czułem,  że  i  ja 

osiągam szczyt mojej radości. 

– Jakie cudowne miejsce – szepnęłaś. 
– Dla ciebie, dla ciebie, dla ciebie – powtórzyłem i zatańczyłem wkoło. 
Dostrzegłem  jeszcze  jeden  kolorowy  cień  pośród  gałęzi  sosny  –  jasnobłękitny.  To  był 

znowu  ten  sam  ptak,  który  przyglądał  mi  się  bacznie  podczas  mojej  pierwszej  wizyty  w 
dolinie.  Raz  czy  dwa  widziałem  go  siedzącego  na  sośnie,  ale  w  końcu  odstąpił  owo 
zaszczytne miejsce rudej wiewiórce. Wyobraziłem sobie, że Prospero jest sosną, a błękitnym 

ptakiem –  Kaliban, sługa, który już mu się znudził, ale któremu wolno przebywać gdzieś na 

uboczu. 

Gdy  szliśmy  przez  łąkę,  wypytywałaś  mnie  o  dolinę.  Nieporadnym  językiem 

opowiedziałem ci o tym, jak ją odkryłem i jak pokochałem. Uklękłaś przy brzegu strumienia, 
by umyć  swe ręce, po czym poluźniłaś stanik  i obmyłaś szyję  i dekolt zimną wodą. Byłem 
podniecony, ale zachowywałem się spokojnie. Usiedliśmy w końcu pod starą sosną, opierając 
się  o  jej  pień.  Przyglądałaś  się  zataczającym  hak  wzgórzom,  które  kryły  ten  mały  klejnot, 

moje tajemnicze miejsce. 

– Jest pięknie! Dziękuję, że mnie tu przyprowadziłeś. 
Dźwięk  wydawany  przez  osy  brzmiał  w  moich  uszach  jak  słodka  piosenka.  Brzęczenie 

owadów w wysokiej trawie, szum strumyka, a nawet odgłosy pazurków Moru napawały mnie 
radością. Znajdowałem się w jedynym miejscu, które wciąż pozostawało tylko moje i ty byłaś 
tam ze mną. Pochyliłem się ku tobie tak, że moje usta znalazły się w pobliżu twojego ucha. 
Zapach twoich włosów był tak błogi, iż przez moment nie mogłem wydobyć z siebie słowa. 

– To wszystko dla ciebie, Mirando... Kocham cię. 
Zapanowała  długa  cisza.  Słyszałem  tylko  krew  pulsującą  w  moich  skroniach.  W  końcu 

odezwałaś się. 

– Jesteś moim drogim, drogim przyjacielem, Kalibanie. 
Nie  było to dokładnie to, co pragnąłem od ciebie usłyszeć, ale coś  jednak znaczyło. To 

gorące popołudnie zaskakiwało mnie wydarzeniami, których nie spodziewałbym się nawet w 
najskrytszych marzeniach. Przesunąłem palce – szorstkie od pracy – w dół, po twojej szyi. 

– Sprawiasz, że drżę. 
– To dotyk kochającego cię przyjaciela, Mirando. – Przycisnąłem mocniej twarz do twego 

policzka,  rozkoszując  się  jego  zapachem.  –  Jestem  twoim  sługą.  Chcę  tylko,  byś  była 
szczęśliwa. Chcę... Chcę... 

background image

Nie wiedziałem jednak, czego chcę. 
– Oddychasz tak głośno, Kalibanie...! 
Jedną  ręką  trzymałem  cię  w  pasie;  palce  drugiej  ześlizgnęły  się  w  dół  po  twojej  szyi, 

rozcierając krople wody  na twoich  lekko piegowatych piersiach  i dekolcie. Twój stanik  był 
już poluzowany, rozciągnąłem go więc jeszcze bardziej. 

– Co robisz? – W twoim głosie można było wyczuć zdziwienie, nie strach. 
– Ja... chcę... 
Moja  ręka  znalazła  twardniejące  sutki  twoich  piersi,  drgnęłaś.  Wtuliłem  twarz  w  twoją 

szyję  i  poczułem  krew,  ciepłą  i  pulsującą  szybko  pod  skórą,  uderzającą  o  moje  usta.  Nie 
chciałem  cię  pożreć,  chciałem  cię  pochłonąć,  złączyć  się  z  tobą  w  jedną  nagą  całość. 
Opierałaś  się,  ale  mój  uścisk  na  twoim  pasie  nie  zelżał,  przytuliłaś  się  do  mnie,  podnosząc 
nogę pod swoją ciężką suknią tak, że mogłem cię mocniej do siebie przycisnąć. Odwróciłaś 
głowę; twoje nieme i wilgotne usta dotykały prawie mojego ucha. 

– Ty też głośno oddychasz – wyszeptałem. Prawie nie mogłem mówić. 
Dyszałaś  tak  ciężko,  że  wydawało  się,  iż  dźwięk  ten  dochodzi  ze  środka  pnia 

znajdującego  się  za  naszymi  plecami.  Czułem,  że  w  środku  coś  mnie  łaskocze.  Czułem,  że 
mam na coś ochotę. Uniosłaś głowę ze zdziwienia. 

– Dzieeeciii Adaaamaaa... 
Pisnęłaś.  Nie  wiem,  co  zrobiłem  ani  co  powiedziałem.  Głos,  dochodzący  z  wnętrza 

gniazda,  huczał  w  dolinie  potężniej  niż  głos  jakiegokolwiek  człowieka;  słowa  brzmiały 
wyraźnie i zrozumiale, ale sprawiał wrażenie obrzydliwie nieludzkiego. 

– Dzieeeciii Adaaamaaa – powtórzył głos, ale tym razem delikatnie, co barwą już bardziej 

przypominało  ludzką  mowę.  Drżący,  spojrzałem  w  górę.  Ptak  usadowił  się  na  szczycie 
gniazda w kształcie pergaminowej kuli i spoglądał na nas z góry. Wiewiórka przeskoczyła na 
niższą gałąź i nasłuchując, strzygła uszami. – Nie bójcie się... Nie zrobię wam krzywdy... 

– Co... Gdzie jesteś? Kto mówi? – dopytywałaś się, zakrywając dłońmi swoje piersi przed 

wiewiórka  i  ptakiem.  Zdumiewająca  nieśmiałość.  Siedziałem  ogłupiały  i  zdezorientowany. 
Co stało się z moim popołudniem, z moją miłością, z moją własną, sekretną doliną? 

– Jeeesteeeem uwięęęziooony w tyyym drzeeewie – mówił głos, a gniazdo os trzęsło się 

przy każdym jego słowie. Jego mowa stawała się coraz bardziej naturalna, tak jakby uczył się 
jej z minuty na minutę. – Jestem więźniem. Pomocy! 

Zanim zdążyłem cię powstrzymać, Mirando, szybko podniosłaś się  z ziemi, a ja zamiast 

zrobić podobnie, czołgałem się za tobą otępiały. 

–  Nie  mów  nic  twojemu  ojcu!  –  krzyczałem  –  Nic  nam  się  nie  stanie.  To  mój  sekret... 

nasz sekret. Wróć! Mirando! 

Ale ty biegłaś szybko w górę doliny. Umilkłem, zerwałem się z ziemi  i rzuciłem się za 

tobą, zostawiając w tyle drzewo czy gniazdo, czy po prostu to coś, co jęczało samo do siebie 
na końcu łąki. 

background image

Dogoniłem  cię  przy  żywopłocie.  Chciałem  cię  złapać  za  rękę,  ale  ty  odwróciłaś  się, 

obrzucając  mnie  groźnym  i  przestraszonym  spojrzeniem,  po  czym  pchnęłaś  mnie  tak,  że 
wpadłem w cierniste krzaki. Wielce musiałem się napracować, by się z nich wydostać, raniąc 
się przy tym boleśnie na całym ciele. Gdy w końcu dotarłem do domu, słońce chowało się już 

za horyzontem. 

Nie mogłem cię nigdzie znaleźć, a drzwi do komnaty Prospera były zamknięte. 

 
Wszystkie  nieszczęścia,  jakich  doświadczyłem  wcześniej,  nie  mogły  się  równać  temu, 

które  miało  właśnie  nastąpić.  I  to  nikt  inny  tylko  właśnie  ty,  Mirando, ty,  której  nigdy  nie 
zadałem bólu, którą kochałem i podziwiałem, ty zepchnęłaś mnie do dołu i zrzuciłaś na mnie 
głaz. 

Gdybyś powiedziała twojemu ojcu tylko o tajemniczym głosie, też nie byłoby dobrze, ale 

ty  powiedziałaś  mu  o  wiele  więcej,  i  to  wystarczyło,  by  na  zawsze  odwrócił  się  ode  mnie. 
Może zrobiłaś tak ze strachu, z poczucia winy, że zostawiłaś go samego, a może ze wstydu, 
że  podarłaś  i  pobrudziłaś  sobie  sukienkę,  gdy  nieostrożnie  uciekałaś  z  doliny.  Może  twój 
strach  dotyczył  czegoś  innego,  głębszego,  co  związane  było  z  moim  zachowaniem. 

Cokolwiek cię do tego skłoniło, zrobiłaś rzecz, której nie powinnaś była robić: uczyniłaś mnie 
kozłem ofiarnym. 

Mimo choroby, owej nocy twój ojciec wybiegł z komnaty, wybuchając niepohamowanym 

gniewem, w  napadzie  furii tak potężnej  i  zastraszającej  jak  huragan  i  sztorm razem wzięte. 
Nie  zdążyłem  wypowiedzieć  nawet  jednego  słowa  na  swoją  obronę,  gdyż  Prospero  uderzył 
mnie czymś w plecy, powalając na ziemię. To nie była zwykła laska, lecz zaklęta; obwieszona 
różnymi  talizmanami,  ale  też  wysmarowana  dziwnymi  miksturami,  które  sprawiały,  iż  była 
twarda jak kamień. 

Chciał mnie chyba zatłuc na śmierć, bijąc po głowie, po nogach, rękach, żebrach, gdy tak 

leżałem  skulony  na  ziemi.  I  jak  to  miał  w  zwyczaju,  przez  cały  czas  wykrzykiwał,  że 
chciałem splamić honor jego córki, że jestem podłą, nikczemną bestią i że niebiosa zapewne 
pochwalą go, gdy wypatroszy mnie jak zarżniętego jelenia i powiesi nad ogniem. 

Już  chciałem,  by  mnie  zabił,  co  ostatecznie  zakończyłoby  moje  cierpienia;  ale  gdy 

przestał  na  chwilę,  zdołałem,  dysząc  z  wyczerpania,  doczołgać  się  do  drzwi,  to  mnie 
uratowało.  Świeże  rany  krwawiły  tak  samo  jak  zadrapania  od  cierni,  a  kości  gruchotały 
wewnątrz jak potłuczone naczynia. Dowlokłem się do drzew, przyciągnąłem do siebie liście, 
które znajdowały się dokoła mnie, po czym straciłem przytomność. 

Następnego  dnia  kilkakrotnie  przynosiłaś  mi  wodę,  Mirando.  Pamiętam  chwile,  w 

których  czułem  twój  zapach  i  coś  chłodnego  na  moich  ustach.  Majacząc  w  gorączce, 
myślałem,  że  przychodzisz  błagać  mnie  o  przebaczenie  i  otaczasz  czułością,  ale  gdy  się 
budziłem,  wciąż  leżałem  sam  w  swoim  gnieździe  uwitym  z  okrwawionego  leśnego  runa. 
Zarówno koszmary, jak i moje cierpienie były o wiele gorsze od tych, których doświadczyłem 

background image

po ataku lochy. 

 
Tak, powinnaś ze strachu wtulić się znowu w swoje miękkie łoże, Mirando, gdyż ja wciąż 

płonę gniewem! Widzisz tę rękę? Tak, ona jest silna – silna na tyle, by poradzić sobie z tobą 
w ciągu sekundy –  ale  moje palce są powykrzywiane  i pomarszczone. Być  może  nigdy  nie 
byłem piękny,  ale  na początku, gdy zostałem stworzony przez twojego Boga, Naturę, moje 
ciało nie było tak zdeformowane! 

 
Nie mogłem chodzić przez następnych parę dni i jedyną rzeczą, jaka trzymała mnie przy 

życiu,  były resztki  jedzenia, które przynosiłaś  mi, podbierając z ojcowskiego stołu.  Ale  nie 
potrafiłem  być  ci  wdzięczny.  Kto  bowiem  do  tego  wszystkiego  doprowadził?  Kto  sprzedał 
moją niewinność, by na tym zyskać? 

Podczas  gdy  powoli  dochodziłem  do  siebie,  twój  ojciec  pozostawał  niewzruszony  na 

krzywdy  wyrządzone  swojemu  słudze  –  słudze,  którego  kiedyś  traktował  jak  syna.  Dym 
unosił się z komina, a każdej nocy w oknach paliły się świece, prawie do samego świtu. 

Podczas  pełni  i  nowiu  mogłem  sobie  kuśtykać  w  poszukiwaniu  własnego  jadła  –  nie 

chciałem już twojego miłosierdzia, moja wiarołomna Mirando. – nie zbliżając się jednakże do 
domu, ale  jak upiór  nawiedzając  jego okolice. Pewnego dnia  zobaczyłem  z  mojej kryjówki 
dziwną rzecz: dźwigając wór, szłaś za swoim ojcem, ubranym w jego najlepszą, czarno-złotą 
suknię; trzymał w ręku ową laskę, która dała mi się tak mocno we znaki. 

Procesja, złożona z was dwojga – podążyła własną drogą w dół, później znowu w górę, 

kierując się w stronę innych wzgórz. Jak cień skradałem się za wami skrajem lasu, kulejąc z 
powodu  źle  zrośniętych  kości  i  sztywnych  nóg.  Nie  zdziwiło  mnie  wcale,  że  to  właśnie 
otoczona  ciernistymi  krzewami  dolina  była  celem  waszej  podróży.  Oczywiście  ciernie  nie 
strzegły już do niej dostępu, Prospero więc jak zdobywca przekroczył pogorzelisko. 

Skierował  się  prosto  ku  starej  sośnie,  rosnącej  w  głębi  doliny;  ty  wlokłaś  się  za  nim, 

okazując na wszystkie możliwe sposoby swoją niechęć do tego miejsca. Z daleka nie mogłem 
usłyszeć, co się tam działo, ale widziałem,  jak twój ojciec przemawiał do drzewa, po czym 
stał, wyczekując odpowiedzi. Później ułożył z kamieni krąg, w którym rozpalił ogień. Usiadł 
obok ogniska  i  tobie  kazał  zrobić  to  samo.  Minęło  popołudnie  i  nadszedł  wieczór;  a  kiedy 
pierwsza gwiazda wzeszła na niebie, Prospero podniósł się i nakazał ci przynieść jego księgi. 

Przez  długi  czas  coś  intonował,  wolno  przewracając  karty  w  swoich  opasłych  tomach, 

czasem  na  chwilę  przerywał  i  unosił  swą  laskę,  rysując  nią  jakies  kształty  w  powietrzu.  W 
końcu jego głos stał się potężny, prawie tryumfujący. Drzewo zadrżało, jak gdyby poruszone 

ostrym  powiewem  wiatru,  mimo  że  w  całej  dolinie  panował  spokój.  Czułem  jak  zaczynają 
boleć mnie uszy, podobnie jak przy nurkowaniu. Po chwili, wraz z uderzeniem mocniejszym 
od pioruna, stara sosna rozleciała się w drobny  mak. Wielki deszcz iskierek uniósł się znad 
roztrzaskanego  drzewa  i  wzleciał  w  powietrze;  myślałem,  że  to  rój  płonących  os,  które 

background image

zapaliły się w swoim gnieździe, zatacza koła śmierci. Iskierki utworzyły migoczącą kolumnę 
światła, która niesiona przez wiatr, skierowała się ku małej dolince. Przeraziłem się bardzo, a 
ty zakryłaś oczy dłońmi, kiedy twój ojciec rozłożył ręce i wykrzyknął: 

– Nazywam cię Arielem Oddanym i wiążę tym zaklęciem! Na Pieczęć Salomona! Odtąd 

będziesz mi służył! 

Kolumna iskierek rozproszyła się na chwilę, by ponownie połączyć się i utworzyć prawie 

jednolity, biały płomień w kształcie człowieka. Głos, wciąż mało naturalny, dotarł do mojego 
ucha, tak jakby owo lśniące coś stanęło zaraz za moimi plecami. 

– Jestem Ariel. Oswobodziłeś mnie, potomku Adama! Jestem na twoje rozkazy! 

Uciekłem w głąb lasu. Teraz wiedziałem już, z czym walczyła moja matka na plaży przed 

moim  urodzeniem.  Jakże  głupio  zrobiłem,  obnażając  swoją  duszę  przed  czymś,  co  zostało 
pokonane i uwięzione przez moją matkę, a które teraz znalazło się na wolności. 

Od tej chwili Kaliban nie był już sługą-ulubieńcem. 

background image

W NIEWOLI 

 
Przez  wiele  dni,  a  może  nawet  tygodni,  wałęsałem  się  po  różnych  odległych  miejscach 

naszej  wyspy,  obolały  i  samotny.  Wiele  nocy  spędziłem  skulony,  leżąc  pod  przykryciem  z 
liści  lub  w  zagłębieniach  skał,  opłakując  utracony  dom  i  przyjaciół,  którzy  zwrócili  się 

przeciwko mnie. 

Zdecydowałem  się  znaleźć  dla  siebie  nowe  miejsce.  Skoro  Prospero  był  dla  mnie  zbyt 

silny  i  miał  już  nowego  służącego,  skoro  jego  córka  nienawidziła  mnie  tak  bardzo,  że 
dopuściła  się  zdrady,  dlaczego  więc  miałbym  nie  zostawić  ich  w  spokoju  na  polu 
zwycięstwa?  Wyspa  była co prawda  mała, ale znajdowało się  na  niej  mnóstwo ustronnych, 
osłoniętych  miejsc,  w  których  spokojnie  mógłbym  żyć  i  leczyć  swe  rany,  będąc  pewny,  że 
nigdy już nie ujrzę twej ślicznej, lecz zdradliwej twarzyczki. 

Ale niestety tak się nie stało. 
Siedziałem  przyczajony  w  małej  kryjówce  i  zajadałem  się  rybą,  gdy  nagle  poczułem 

przeszywający  ból.  Zawyłem,  wypuszczając  z  rąk  na  piasek  resztki  jedzenia.  Jakaś 

niewidzialna  ręka  zdawała  się  wykręcać  moje  jelita;  chwilę  później  zwymiotowałem 
wszystko  to,  co  wcześniej  zjadłem.  Myśląc,  że  ryba  była  zatruta,  zacząłem  szukać 
najbliższego źródła świeżej wody, ale każdy krok był dla  mnie  męką. Próbowałem  zmienić 
pozycję, ale w końcu okazało się, że ból staje się mniejszy tylko wówczas, gdy idę w jednym, 
określonym  kierunku.  Ślepy  instynkt  pomagał  mi  utrzymać  się  na  nogach;  zrobiłem  więc 
kilka kroków, po czym ból ustąpił. 

Gdy  się  poruszałem,  moje  cierpienia  zdawały  się  słabnąć.  Dowlokłem  się  z  plaży  do 

samego  lasu.  Po  przejściu  kilkuset  kroków  dostrzegłem  w  końcu  to,  czego  szukałem  i 
skręciłem w bok, ale ból zaatakował tak ostro, że padłem na ziemię. Byłem w stanie czołgać 
się tylko w stronę domu Prospera, gdyż jedynie wtedy ból pozwalał mi się poruszać. W końcu 
stanąłem na nogi, ale nie mogłem wykonać ani  jednego kroku, gdyż ból ponownie przeszył 
moje wnętrzności. 

Wszystkie  leśne  odgłosy  wydawały  się  brzmieć  nieprzyjemnie  i  szorstko;  żałosny  był 

śpiew ptaka, denerwujący szum traw pod stopami, ale głos, który rozległ się w moich uszach 

background image

był odrażająco niemiły. 

– Witaj, mały, wiedźmowaty wyrostku! 

On, ono – cokolwiek to było – usiadło na wiotkiej gałęzi, która ugięła się nieznacznie pod 

jego  ciężarem.  Przypominało  trochę  sylwetkę  drobnego  dziecka,  ale  jego  ciało  było 
zdumiewająco  jednolite,  nie  posiadało  żadnych  wypukłości  ani  wgłębień;  oczy  być  może  i 
były  czarnymi  dziurami,  ale  połyskiwały  lekko  na  powierzchni  głowy.  Wzdłuż  ramion  i 
naokoło  głowy,  a  także  w  miejscu,  gdzie  nie  miał  nic,  co  mogłoby  określać  jego  płeć, 
znajdowały się cieniutkie wypustki, które zdawały się płonąć na końcach. 

– To ty mnie torturowałeś – westchnąłem. – Powinienem był się domyślić. 
–  Jeśli  nawet  ja,  to  nie  możesz  mnie  za  to  winić  –  jego  buczący  głos  osiągnął  wyżyny 

swojej  naturalności,  ale  w  dalszym  ciągu  brzmiał  dla  mnie  niezbyt  swojsko.  –  Jesteś 
potomkiem  tego  stworzenia,  które  mnie  uwięziło.  Ale  teraz  ja  jestem  prawą  ręką  mojego 
pana... twojego także. Prospero życzy sobie ciebie widzieć. 

– Nigdzie nie pójdę. 

Usiadłem  z powrotem  na trawie, ale  momentalnie coś podniosło  mnie do góry. Czułem, 

jak moja skóra pali mnie w setkach, w tysiącach miejsc, jak gdyby oblazły mnie mrówki. 

– Oczywiście, że pójdziesz. Za mną, potworze! 
Uniosło się, prawie przezroczyste, tańcząc w powietrzu. Leciało przede mną jak chmurka 

żarzących się iskierek, śpiewając: 

 

Pójdę z pszczołą kwiaty ssać. 

W ich kielichach będę spać. 

Tłuste ryby wonią swą 

Marynarzy uśpić chcą. 

Pójdę z osą cmokać kwiat 

Żyć jak ona i być rad. 

Ptak co żółte oczy ma 

Goni echo, które gra... 

 
Jęcząc i rozdrapując rany do samej krwi, powlokłem się za nim. 

 
Prospero siedział z frontu swojego domu, dzierżąc coś w rękach. Upadłem przed nim na 

ziemię, dysząc z wyczerpania. Skóra nie paliła mnie już tak bardzo, ból w kiszkach osłabł, ale 
byłem zbyt wyczerpany, by się ruszyć, nie mówiąc już o tym, by móc uciec czy zaatakować 
siedzącego przede mną oprawcę. 

– Zbyt wiele od ciebie oczekiwałem – zagrzmiał Prospero. 
Krzywiąc się z bólu, uniosłem do góry głowę i spojrzałem w jego zimne oczy. 

background image

– Nie zrobiłem ci nic złego... 
– Złego? – roześmiał się pusto. Widziałem jak Ariel przemknął tuż za nim i wylądował na 

dachu.  Usiadł  po  turecku  i  bacznie  nas  obserwował.  –  Udało  ci  się  przeżyć  tylko  dzięki 
błaganiom mej córki. Nauczyłem ją zbyt wielkiej życzliwości, a ciebie zbyt wielkiej dumy. 

Kiedy  to  mówił,  widziałem  twarz  jego  córki  w  oknie  –  twoją  twarz.  Byłaś  blada  i 

przestraszona, lecz wcale mnie to nie zdziwiło. Nietrudno było sobie wyobrazić widok, jaki 
przyszło  ci  oglądać;  widok  straszliwy,  widok  mojego  ciała  pokrytego  błotem  i  krwawymi 
pręgami, zdeformowanego od uderzeń twojego ojca. 

– Nie jestem takim zerem – burknąłem – nie jestem tylko tym, kim mnie uczyniłeś. 
– Zamilcz! – rzekł Prospero, podnosząc się. – Myślę, że nie można cię niczego nauczyć. 

Musisz udowodnić, że się mylę. Mam dla ciebie zadanie. Ariel jest zbyt wartościowym sługą, 
bym mógł go wykorzystywać do tak błahych rzeczy, a... 

– Czas mojej służby jest ograniczony – rozległ się z dachu piskliwy głos. 
– A poza tym,  mam dla  Ariela ważniejszą  misję  do wypełnienia –  Prospero zdawał  się 

kończyć,  łypiąc  na  strzechę  –  taką,  która  pomoże  wymierzyć  sprawiedliwość  i  pomścić 
wyrządzone zło. W ten sposób będziesz mógł żyć i spłacić swój dług wobec mnie. 

– Dług? – jęknąłem. – Spłacić? To była moja wyspa. Żyłem na niej jak król. 
– Żyłeś jak bestia. Chciałem to zmienić. Nie udało mi się. 
–  Byłem  dla  twojej  córki  przyjacielem,  niech  cię  diabli  wezmą!  Prawdziwym 

przyjacielem! 

Prospero nie odezwał się. Pokiwał tylko głową, jak gdyby skruszony, zgadzał się z moimi 

słowami.  Po  chwili  ostry  ból  ponownie  przeszył  moje  ciało;  uderzając  twarzą  o  ziemię, 
zawyłem. 

–  Prawdziwym  przyjacielem?  –  powtórzył  Prospero.  –  Prawdziwym  przyjacielem  dla 

mojej niewinnej Mirandy? Spójrz, bestio. Spójrz tutaj. 

Wiedziałem, że jeśli nie spojrzę, będę cierpiał męki. Zrobiłem więc, jak kazał. Prospero 

uniósł do góry rękę  i pokazał  mi, co w niej trzyma. To była  lalka pięknie ulepiona z  białej 
gliny, figurka młodej dziewczyny ze złotobrązowymi włosami. Prospero postawił ją na ziemi 
i czymś pokropił. Wtedy ta zaczęła wdzięcznie podrygiwać. 

–  Cudowna,  prawda?  –  Jego  twarz  wyrażała  to  samo  co  słowa.  –  A  teraz  powinniśmy 

zrobić dla niej przyjaciela... ale na tej wyspie mamy bardzo słaby materiał. 

Mówiąc  to,  schylił  się  i  wziął  z  ziemi  garść  błota,  po  czym  ulepił  z  niego  figurę,  nie 

przypominającą człowieka, raczej prostą, żałosną bryłę z krzywymi nogami i rękami. Kiedy 
posypał  ją  piaskiem  i  postawił  na  ziemi,  raczej  ta  zaczęła  wlec  się  za  małą  tancerką, 

rozpływając się i krusząc. Lalka zatrzymała się na chwilę, by popatrzeć. Bryła zgięła się wpół 
i sama zaczęła niezdarnie tańczyć, a każdemu jej krokowi towarzyszył przeraźliwy pisk. 

– Tak! Dobrze – dobiegł z dachu  nieludzki rechot. – Mówiono mi o tym,  jak tańczysz, 

Kalibanie. Dziś byłem świadkiem tego, z jaką gracją się poruszasz. 

background image

– Widzisz? –  mówił Prospero tonem pełnym cierpliwości,  jak gdyby właśnie powtarzał 

lekcję tępemu uczniowi. – Chciałem zrobić mężczyznę, ale ziemia tutaj jest niedobra. 

Bryła błota już nie tańczyła, tylko utykała wokół drugiej lalki, po czym złapała ją w swoje 

powykrzywiane ramiona. Mała gliniana dziewczynka wyrywała się, ale nie mogła uwolnić się 
z uścisku. W miejscach, w których dotykała ją bryła, powstawały czarne plamy. 

Tak  nie  może  być  –  powiedział  Prospero.  Schylił  się  i  oswobodził  drobną  tancerkę,  a 

bryłę  błota  rozgniótł  piętą.  I  choć  łzy  cisnęły  mi  się  do  oczu,  pomyślałem  sobie,  że 
zobaczyłem  właśnie  mydlaną  bańkę,  w  którą  gapiłem  się  i  która  po  chwili  pękła.  – 

Rozumiesz?  Nie  ma  na  to  rady.  Niektórych  rzeczy  nie  można  ulepszyć,  a  jednak  czasem 
zabijamy się, by tego dokonać. Teraz pójdziesz do swojej izby, a jeśli nie, to Ariel zaniesie 
cię tam w sposób, za którym nie przepadasz. 

Z płaczem czołgałem się w stronę komórki, która była moim domem. O mało nie otarłem 

się o czarne buty Prospera. Nie drgnął. 

Twarzy jego córki nie było już w oknie. 
Gdy pokonałem próg domu, usłyszałem skrzeczącego Ariela. 

 

Ban! Ban! Kaliban! 

Ni to potwór, Ni to pan! 

 
A teraz tu leżysz, biedna Mirando; strach przed  utratą niewinności  spowija twoją twarz 

jak woalka. Niewinność? Nawet jeśli okazywałaś  mi tylko dobroć, nawet jeśli  byłaś  lojalna 
jak zawsze powracające fale oceanu, jak mógłbym pozwolić ci żyć, tobie, która widziała mnie 

tamtego dnia? 

Nic nie mów! Nie zniósłbym twego kłamliwego głosu. Co byś mi zresztą powiedziała? Że 

błagałaś  swojego  ojca  w  moim  imieniu?  Że  przyczyniłaś  się  do  tego,  iż  potraktował  mnie 
lepiej  dzięki  łagodnym  prośbom  i  namowom  grzecznej  córki?  Nie!  Nie!  I  jeszcze  raz  nie! 
Taka pomoc była kroplą w morzu potrzeb. Przeklinam cię, Mirando! Jeśli była w tobie owa 
szczypta  sprawiedliwości,  to  powinnaś  była  spróbować  osłaniać  mnie  przed  jego  ciosami. 
Powinnaś była raczej nadziać się na ostre skalne występy przy brzegu oceanu niż przyglądać 
się, jak mnie poniża. Gdybym ja kiedykolwiek miał córkę tak wiarołomną jak ty, wolałbym ją 
pochować żywcem we własnoręcznie wykopanym dole. 

Wiedziałaś, Mirando. Wiedziałaś, że nie zrobiłem nic złego, a jednak stałaś i przyglądałaś 

się,  jak wszystko, co miałem, zostało  mi odebrane  i  jak przyciśnięto  mi twarz do twardego 
głazu.  Później  myślałaś,  że  rzucone  od  niechcenia  dobre  słowo  podczas  mojej  pracy,  jeden 
czy  dwa  łagodne  protesty,  kiedy  obrażał  i  karał  mnie  twój  ojciec,  wyrażenie  niechęci,  gdy 
znęcał  się  nade  mną  Ariel, wystarczą,  by odkupić twoje grzechy.  Aby  cię twój Bóg skarał, 
kobieto! Nie ma bardziej obrzydliwego grzechu niż nieszczery protest i fałszywe świadectwo. 
Niech cię ognie piekielne pochłoną! 

background image

Ale wciąż cię kochałem. Spróbujcie to odgadnąć, duchy  mojej wyspy! Odrzuciłaś  mnie 

jak  podarty  szal,  który  nadawał  się  jeszcze  do  noszenia,  a  który  służył  już  jako  szmata  do 
wycierania plam, a ja wciąż cię kochałem. I nadal kochani, kobieto, kocham. 

Ciężko  jest  nienawidzić,  Mirando.  Miłość  jest  mniej  wymagającym  uczuciem  od 

nienawiści.  Ale  gdy  się  kocha  i  nienawidzi  jednocześnie  jedną  i  tę  samą  osobę,  uczucia  te 
wzajemnie dodają sobie siły. Dlatego może to być długa rozgrywka. 

 
Słyszę  bicie  zamkowego  zegara.  Zostało  nam  niewiele  czasu,  zaoszczędzę  ci  więc 

opowiadań o radości, którą przynosił  mi każdy dzień służby u twojego ojca... ale  może to  i 
dobrze:  obawiam  się,  że  odczuwana  przeze  mnie  przyjemność  ze  wskrzeszania  tamtych  lat 
mogłaby  zakończyć  nasz  wieczór  zbyt  szybko.  Jestem  pełen  czarnych  myśli,  Mirando.  Tej 
nocy one się przelewają... ale powoli, powoli, Kalibanie. Wszystko w swoim czasie. 

Nazywałem Prospera „panem”, a ciebie „panienką”. Nawet gdy byliśmy sami, zwracałem 

się do ciebie w ten sposób; bałem się, że Ariel ukrył się  gdzieś w pobliżu i podsłuchuje. O, 
gdybym mógł jakoś zemścić się na tym diabelskim elfie, to byłbym nawet w stanie zaniechać 
tego,  co  zaplanowałem  dla  ciebie.  Ale  nigdy  nie  zrezygnowałbym  z  tego,  co 
przygotowywałem  dla  twojego  ojca.  Nigdy.  Prospero  był  wodzem  demonów.  Niech  będzie 
przeklęty na wieki za to, że mi się wymknął. 

Tak jak niektórzy umilają sobie czas wolny, spacerując i śpiewając, tak Ariel znajdował 

przyjemność w nieodstępowaniu mnie ani na krok, robieniu sobie ze mnie żartów, urąganiu 

mi i prześladowaniu. Dopóki twój ojciec wykorzystywał mnie jako siłę roboczą, Arielowi nie 
wolno było mnie zabić, zatruwał mi więc życie, jak tylko potrafił. Krążył nade mną jak rój os 
i dokuczał tak długo, aż oczy zachodziły mi łzami z bezsilnej wściekłości. Śpiewał piosenki o 
rozkładzie mojej matki, szczebiocząc słodko o jej oczach zapadających się w głąb czaszki i o 
ciele,  które  zamieniło  się  w  mokry  nawóz  –  nawet  o  tym,  że  ona  i  locha  żyją  razem  pod 
ziemią jako jedna gnijąca rodzina i że moja matka dawno już o mnie zapomniała. Szydził ze 
mnie, Mirando, szydził z mojej miłości do ciebie! Zamęczał mnie kłamstwami, że niby kiedy 
kąpałaś się w jeziorze, zakradłem się tam specjalnie, by cię zgwałcić. Mówił, że ptak był tego 
świadkiem.  Powtarzał  mi  wszystkie  czułe  słówka,  o  których  ja  głupi  myślałem,  że 
wypowiadam je w powietrze, a które słyszała wiewiórka, ta nazywana przeze mnie Mór. Uszy 
wiewiórki, oczy ptaka i język brzęczących os: wszystko to posiadał Ariel, ale nie miał serca. 

Nawet wtedy, gdy mnie nie szczypał, nie kłuł, nie męczył moich stóp piekącym bólem, 

nigdy  nie zostawiał  mnie samego. Usadawiał  się wysoko na drzewie, dokładnie nade  mną  i 
bajdurzył  nieprzerwanie,  głosem  tak  piskliwym,  że  miałem  ochotę  wrzeszczeć,  by  go 
zagłuszyć.  Opowiadał  mi  długie,  dziwne  historie  o  swoim  pochodzeniu,  z  których  każda, 
jedna  całkowicie  różniła  się  od  drugiej.  Raz  twierdził,  że  jest  cieniem  człowieka,  którego 
moja  matka zabiła swoimi czarami. Innym razem  uważał  się za upadłego anioła,  jednego z 
armii  buntowników Lucyfera. Czasem  śpiewał też piosenkę o tym,  jak to po prostu obudził 

background image

się pewnego dnia w sercu wulkanu, ducha ognia. 

Elf, demon, sierota z innego, odrębnego świata – każda historyjka inna, a on przez cały 

czas  świergotał.  Było  mi  wszystko  jedno.  Jeśli  wasz  Bóg  naprawdę  istnieje  i  jeśli  to  on 
stworzył  Ziemię  wraz  z  taką  istotą  jak  Ariel,  to  jest  on  panem  podobnym  do  Prospera: 
zasługuje tylko na to, by go obalić i zadusić w jego własnej pościeli. 

Dni mojej służby mijały. Nie otrzymywałem nic prócz cierpkich słów twego ojca, których 

i  tak  było  zadziwiająco  mało.  Prowadził  jakąś  skomplikowaną  grę,  skoro  rozkazywał  tak 
wielkiej  sile  jak  Ariel,  a  większość  czasu  spędzał  przy  swoich  księgach.  Nawet  ty  nie 
widywałaś go zbyt często... ani, jak myślę, nie przypuszczałaś, nad czym pracuje. W pewnym 
sensie byłaś, podobnie jak ja, jego niewolnikiem. Ale to nie jest wystarczający powód, by cię 
rozgrzeszyć,  Mirando,  może  jedynie,  żeby  złagodzić  karę,  kiedy  to  będziesz  stała  przed 
jakimś tam sądem, który nastąpi po moim. Czas obydwu wydaje się nieuchronnie zbliżać. 

 
Jeśli w ogóle kiedykolwiek  byłem zwierzęciem – a coś się we  mnie  buntuje przeciwko 

takiej myśli – to właśnie wtedy. Przed waszym przybyciem nie znałem co prawda mowy, ale 
znałem nadzieję, radość i inne drobne przyjemności, których doświadczyłem w życiu; lecz to 
się  zmieniło.  Teraz  odczuwałem  jedynie  smak  zwierzęcej  bezczynności,  a  moja  dusza 
pogrążyła się w ubóstwie. Stałem się po prostu człowiekiem błota. 

Nie  mogę  o  tym  mówić.  Nawet  teraz.  Nie  potrafię.  Poruszałem  się  z  trudem,  w  tę  i  z 

powrotem,  każdego  dnia,  brudny  i  pokrzywiony,  a  ty  przyglądałaś  mi  się  litościwie. 
Zdążyłbym cię zabić z całą tą twoją litością z tuzin razy, ale bałem się tego, co mógłby zrobić 
ze mną Ariel na rozkaz twojego ojca. Nieważne jak nieszczęśliwe było moje życie, ale to ono 
było  jedyną  rzeczą,  jaką  posiadałem,  wzbogaciłem  je  więc  nienawiścią  do  samego  siebie  i 
pewną dozą tchórzostwa. Pozostała mi tylko nadzieja, że zostanę uwolniony, ale to wydawało 
się niemożliwe; nie potrafiłem sobie wyobrazić, w jaki sposób mogłoby się to zdarzyć. 

A ty, Mirando, wcale nie zajmowałaś w tym wszystkim o wiele lepszego miejsca. Byłaś 

przynętą  w  pułapce,  którą  zbudował  twój  ojciec.  Ja  o  tym  nie  wiedziałem  –  ty  także  nie  – 
dlatego uważałem cię za równie okrutną jak twój ojciec. 

 
Prospero uważał się za szlachetnego człowieka ze złymi przyzwyczajeniami.  Ale  nawet 

gdy  zapomnimy  o  tym,  w  jak  nieludzki  sposób  traktował  mnie,  Mirando,  to  czy  zesłanie 
niszczycielskiego sztormu  na  swoich wrogów, okupione śmiercią kilku tuzinów  marynarzy, 
czym ojciec twój wcale się nie przejął, można uznać za czyn godny szlachetnego człowieka? 
Czy ma coś wspólnego z dobrem wykorzystywanie cnót własnej córki jako przynęty, pułapki 
i  złotego  środka  na  ponowne  zdobycie  utraconego  księstwa?  A  oddanie  córki  staremu 
wrogowi w celu odzyskania władzy? Jestem pewien, że pomyślałaś teraz o swojej gwałtownej 
miłości  do  wspaniałego  Ferdynanda;  ta  bowiem  była  ostatnią  rzeczą,  której  potrzebował 
Prospero,  by  odnieść  tryumf:  wiedział  o  tym,  a  może  nawet  i  to  ukartował.  Jak  mogłabyś 

background image

zresztą nie zakochać się w wysokim, przystojnym, nieznajomym młodzieńcu? Czy mogłaś go 
z kim innym porównać niż tylko z kalekim, zabłoconym Kalibanem? 

 
Statek królewski przybył  na wyspę zwabiony, a  później został zatopiony dzięki czarom 

twojego  ojca  i  jego  sługi  z  piekła  rodem.  Długie  przygotowania  okazały  się  szybkie  i 
zastraszająco skuteczne w działaniu. 

Nic  o  tym  nie  wiedziałem.  Gdy  Ariel  odprawiał  swe  czary,  malując  na  niebie  pioruny, 

które zdawały się ryczeć jak tysiące potworów i wypalać dziury w firmamencie, skulony ze 
strachu  siedziałem  w  grocie  niedaleko  brzegu,  a  wysokie  fale  oceanu  o  mało  mnie  nie 
zatopiły. Gdyby tak się stało, może siedziałabyś teraz uśmiechnięta i kołysałabyś swe dzieci, 
pomagając  im  zapomnieć o sennych  marach, zamiast zmagać się z własną. Oczywiście  nikt 
wtedy nie opłakiwałby Kalibana: spełniłem swoje zadanie jeszcze zanim Alonso i jego wasale 
zostali ściągnięci na wyspę. Udało mi się jednak uciec falom i wdrapałem się na nadbrzeżne 
skały,  jęcząc  przy  tym  ze  strachu,  gdyż  z  nieba  biły  gromy  potężniejsze  od  tych,  jakie 
kiedykolwiek  słyszałem.  Dookoła  mnie  roztrzaskane  uderzeniami  piorunów  drzewa 
wyglądały  jak  wielkie,  spalone  łupiny  i  jak  setki  kopii  rozbitej,  starej  sosny,  z  której 
wyskoczył Ariel. 

Nie widziałem więc rozbitków, którzy dotarli na ląd. Kiedy kilku z nich przypadkiem się 

na  mnie  natknęło, byłem  bardzo zdziwiony  i pomyślałem, że są to duchy sztormowe, a być 
może  nawet  bracia  Ariela.  Przerażony,  czmychnąłem  w  pobliskie  krzaki,  ale  marynarze 

okazali się równie wystraszeni jak ja. 

Biedny Trykulo i Stefano. Obrać sobie na przyjaciela kogoś tak pechowego jak ja! 
Aha, jeszcze te kłamstwa, których naopowiadał ci twój ojciec, tak, Mirando, a w które ty 

bez trudu uwierzyłaś. Powiedział ci, że tych dwóch marynarzy wraz ze mną chciało wywołać 
jakąś  krwawą  rebelię  i  że  jedynie  dzięki  jego  mądrości  i  magii  Ariela  udało  się  was 
wszystkich ocalić od śmierci. Kłamstwo, kłamstwo, ohydne kłamstwo! 

To  byli  nieokrzesani,  ale  uczciwi  mężczyźni.  Kiedy  zwróciłem  się  do  nich,  chcąc 

ułagodzić swoich przyszłych dręczycieli, wzięli mnie za jakiś cud, za wybryk natury. 

– Zobacz! Gadająca małpa! – powiedział jeden z nich, a drugi skinął głową. 
Kiedy powiedziałem im, że jestem synem zesłanej na wyspę kobiety, a kolejny przybysz 

uczynił mnie swoim niewolnikiem, zaniemówili ze zdumienia, ale gdy wyjawiłem imię tego, 
który mnie zniewolił, wydali się nieco mniej zaskoczeni. 

– Prospero czarnoksiężnik. Wszyscy znają to imię; na jego dźwięk truchleją ze strachu – 

stwierdził  Stefano.  –  Czarna  magia  Prospera  była  zagrożeniem  dla  Mediolanu,  dlatego  też 
został stamtąd wygnany. 

Po chwili zaczęli się obawiać o życie swojego króla, którego Prospero nienawidził za to, 

że wraz z jego bratem uknuł przeciwko niemu spisek. Dowiedziałem się, że zostali wysłani w 
głąb wyspy po to, by  jeśli to możliwe, sprowadzić pomoc. Zaprzestali  jednak poszukiwań  i 

background image

poprosili mnie, bym poszedł z nimi na plażę, obiecując mi jadło i opiekę ich pana. Zgodziłem 
się i pobiegliśmy w stronę brzegu, na którym mieli przebywać inni rozbitkowie. Pierwszy raz 
od  dawna  ośmieliłem  się  wtedy  pomyśleć,  że  może  jest  jednak  jakaś  nadzieja  na  zmianę 

mojego losu. 

Nadzieja jest okrucieństwem, którego nawet Ariel nie potrafił opanować. Głupi Kaliban. 

Głupi, bezmyślny człowiek błota! 

Na  plaży  nie  było  nikogo,  z  wyjątkiem  trupa  pokrytego  piaskiem,  który  musiał  być 

jednym z marynarzy zmytych z pokładu i wyrzuconych później na brzeg. Wpatrywałem się w 
jego wyłupiaste, zastygłe oczy, gdy w tym czasie Stefano i Trykulo przeklinali swój los. Ten 

marynarz był jeszcze jedną ofiarą twego ojca, Mirando. Nie znałem nawet jego imienia, miał 
czarne,  kręcone  włosy,  a  na  szyi  zawieszony  krzyżyk  z  kości  słoniowej.  Może  będę  miał 
szczęście  spotkać  go  w  innym  świecie;  jeśli  tak  się  stanie,  powiem  mu,  że  nie  ma 

sprawiedliwości  na  takiej  ziemi,  na  której  rozgrywki  jednych  powodują  śmierć  nie  znanych 
im osób. Nie spędziłem zbyt wiele czasu z ludźmi, Mirando. Może on o tym wiedział, zanim 
zabrało go morze. 

Pospieszyliśmy  na  poszukiwania  króla  Alonsa,  ale  wszędzie  można  było  spotkać 

pozostałości po wywołanej przez Ariela burzy; moja wyspa stała się jednym wielkim, obcym 
mi labiryntem. Zwodnicze drogi, mylące dźwięki, światła znikąd, muzyka nie wiadomo skąd, 
sprawiły,  iż  krążyliśmy  po  wyspie  godzinami,  nie  znajdując  tego,  którego  szukaliśmy. 
Zmęczeni, zdrzemnęliśmy się też trochę, by nabrać sił przed dalszą wędrówką. 

W  końcu  dotarliśmy  do  domu  na  wzgórzach,  gdzie  wszystko  się  rozegrało,  to  jest 

wszystko  zostało  powiedziane,  my  spełniliśmy  rolę  trzech  komicznych  dodatków  do  całej 
ceremonii. Ariel rzucił urok na Stefano i Trykula, tak że ci zachowywali się jak pijani głupcy, 
podając tym samym w wątpliwość swoje ostrzeżenia. Król Alonso, otumaniony przez czary 
twojego ojca, prosił o przebaczenie, jednocześnie składając mu hołd. Gdy wstał, chwiejąc się 
na nogach, jak gdyby sam był pijany, uścisnął dłoń Prospera i oświadczył, że całe zło będzie 
naprawione,  a  winni  wszystkim  zbrodniom  zostaną  ukarani.  Antonio,  brat  twojego  ojca  i 
uzurpator, był jednym z tych, którzy utonęli podczas burzy, nie było więc innego pretendenta 
do tronu Mediolanu prócz Prospera. 

Ale  gdy  tak  krążyłem  dokoła,  zastanawiając  się  nad  całym  tym  nadzwyczaj  wielkim 

tłumem ludzi – a było to coś, czego nigdy nie spodziewałem się zobaczyć – zrozumiałem, że 

moje krzywdy nigdy nie zostaną odkupione. 

Po chwili pojawiłaś się ty, Mirando, trzymając się kurczowo młodzieńca o bladej cerze w 

kolorze  koziego  mleka  i  wyrazie  twarzy  nie  mniej  inteligentnym  od  tego,  który  mógłby 
pojawić się na mordzie kozy. Ale to nie wygląd jego twarzy był tym, co pchnęło moje serce w 
czarną otchłań rozpaczy. 

Król  myślał chyba, że  jego syn o kremowej twarzy  nie przeżył  burzy, gdyż widząc go, 

wydał  z  siebie  okrzyk  zdumienia.  Wziął  go  w  ramiona,  po  czym,  o  dziwo,  przytulił  także 

background image

ciebie. 

–  To  jest  moja  Miranda  –  odezwał  się  jego  syn  Ferdynand.  –  Zostanie  moją  żoną.  Jest 

piękna, miła, i co ważne, jest dziewicą. 

– To twoja córka, diuku Prosperze? – spytał zdziwiony Alonso. 
– Taak, czysta w każdym calu – odpowiedział twój ojciec. – Odpowiednia panna młoda 

dla księcia. Jeśli twoim życzeniem jest, by się pobrali, podczas podróży powrotnej poczynimy 
niezbędne przygotowania. 

– Niestety – rzekł Alonso – nasz statek zatonął. Jesteśmy rozbitkami. Wszyscy. 
Prospero pokiwał głową, uśmiechając się szeroko w gąszczu swej brody. 
Rozmawiali dalej, ale ja tego nie słyszałem. Widok ciebie obok Ferdynanda był mi solą w 

oku. Szumiało  mi  w uszach,  jak gdyby  Ariel znowu przywołał sztorm; upadłem  na kolana, 
między Trykulem a Stefano i wydałem z siebie potężny ryk. Ale nikt nie zwrócił na to uwagi. 
Do  zaklętej  pary  marynarzy  nie  docierało  nic,  a  cała  reszta  była  zbyt  zajęta  ceremonią. 
Zaryczałem jeszcze raz i nie zdziwiłbym się, gdyby serce pękło w mojej piersi, zabijając mnie 
jednocześnie. Los miał jednak zamiar rzucić na mnie czar dłuższych cierpień. 

Tej  nocy  odbyło  się  wielkie  przyjęcie.  Ariel  wyczarował  magiczną  ucztę,  ale  tylko  na 

kilka  godzin.  Zastanawiałem  się,  jak  bardzo  przykładał  się  do  swej  pracy  ten  diabelski  elf: 
niektóre  z  dań  po  pewnym  czasie  wyglądały  upiornie,  a  niejedne  zdążyły  nawet  zniknąć, 
zanim  zostały  napoczęte.  Co  do  innych  potraw,  to  można  by  się  zastanawiać,  czym  tak 
naprawdę były wypełnione. 

W każdym razie, nie miało to dla mnie większego znaczenia. Prospero rozkazał, bym mu 

służył.  Nie  chciałem.  Po  tym  jak  Stefano  i  Trykulo  zostali  uznani  za  zdrajców  i  zakuci  w 
kajdany przez ich niewdzięcznego pana, nie obchodził mnie już własny los; leżałem więc jak 
martwy  przed  domem  i  za  nic  na  świecie  nie  chciałem  się  stamtąd  ruszyć.  Prospero  był 
wściekły,  ale  nie  rozkazał  Arielowi,  by  ten  „pomógł”  mi  wstać.  Widocznie  bał  się  ujawnić 
swoim nowym sprzymierzeńcom, w jaki sposób spełniana jest jego wola. 

Ty,  Mirando,  miałaś  oczy  utkwione  wyłącznie  w  swoją  nową  miłość,  w  to  okropne 

książątko,  dla  którego,  jak  sądzę,  już  od  dawna  chował  ciebie  Prospero  jak  taką  jałówkę. 
Ferdynand obejmował twą szyję i karmił cię własnymi palcami – afekt, który bez wątpienia 
trwał  niewiele  dłużej  niż  posiłek  wyczarowany  przez  Ariela  –  a  twój  ojciec  przyglądał  się 
temu, promieniejąc z zadowolenia. Dawny pochlebca twojego ojca, niejaki Gonzalo, wznosił 
toast  za  toastem,  zarówno  za  Prospera,  jak  i  Alonsa  i  rozkazywał  niebiosom  cieszyć  się  z 
pojednania dwóch starych wrogów i z połączenia dwóch szlachetnych rodów. 

– A złamcie mi wszyscy kark – mruczałem w ciemnościach. – Ban, Ban, Kaliban. 

Pod koniec uczty, Ariel – niewidzialny dla wszystkich, poza mną i Prosperem; twoje oczy 

w  tym  czasie  zajęte  były  wpatrywaniem  się  w  twarz  mlecznego  Księcia  –  wzleciał  w 
powietrze, na komendę wyszeptaną przez twojego ojca. 

–  Spójrzcie!  –  wykrzyknął  Prospero.  –  Ostatnia  z  moich  sztuczek,  ale  wcale  nie  taka 

background image

błaha! – Pomachał swoją laską. 

Nagle tarczę księżyca przecięła ognista smuga, która po chwili rozciągnęła się jak płachta 

i utworzyła na niebie kształt statku. Królewski okręt namalowany ognistymi kreskami, płonąc 
na aksamitnym niebie, kołysał się tak, jak gdyby zaraz miał utonąć. 

– Cud nad cudami! – krzyknął Alonso. – To obraz burzy, która zatopiła nasz statek! 
Ognisty  statek  pogrążał  się  w  płomiennych  falach,  a  dziesiątki  małych  ogników 

pospiesznie uciekały z jego pokładu. Nagle widzowie oniemieli ze zdumienia; statek powoli 
zaczął  znikać,  a  kiedy  już  ostatni  z  żarzących  się  płomyków  zgasł,  można  było  zobaczyć 
bijący znad drzew  blask tak delikatny,  jak gdyby źródło jego światła znajdowało się gdzieś 
głęboko w oceanie. 

– A cóż to, diuku Prosperze? – wykrzyknął młody Ferdynand, przytulając cię troskliwie. 

– Czy twoje magiczne ognie zajęły także las? 

– Pójdź za mną, a sam się przekonasz – odrzekł twój ojciec i ruszył w dół, trzymając w 

ręku laskę, która teraz płonęła jak żagiew. 

Wszyscy  goście  podnieśli  się  i  podążyli  za  nim.  Nie  chciałem  ruszać  się  z  miejsca,  w 

którym  leżałem  skulony,  nie  miałem  bowiem ochoty  niczego więcej oglądać. Miałem  za to 

nadzieję, że może naprawdę w lesie wybuchł pożar i że zaraz ogień pochłonie mnie, wyspę i 
całą resztę, obracając to wszystko w popiół.  Ale  oczywiście  Ariel  i Prospero życzyli sobie, 
abyśmy  wszyscy  byli  świadkami  ich  wspaniałego  tryumfu,  więc  i  ja  wkrótce  pognałem  za 
innymi, popychany i podszczypywany przez jakąś niewidzialną siłę. 

Zatrzymaliśmy  się  na plaży.  Wszyscy prócz  mnie wpatrywali się przerażeni w ocean, z 

którego głębi rozchodziło się wspaniałe perłowozielone światło, jak gdyby nieobecne słońce 

znalazło  się  nagle  w  morskiej  otchłani.  Blask  przybierał  na  sile.  Z  rozszalałej  wody  zaczął 
wynurzać  się  powoli  prawdziwy  królewski  okręt,  który  w  końcu  osiadł  na  falach.  Morska 
piana ociekała z jego wielkich żagli. Blade światło błądziło po masztach. Tu i ówdzie wisiały 
zaplątane w liny sine ciała topielców. 

– Oto twój okręt – rzekł Prospero do króla i ukłonił się jak ktoś, kto właśnie wyświadczył 

drobną,  acz  znaczącą  przysługę.  –  Możemy  popłynąć  z  powrotem  do  Neapolu.  Jestem 
ponownie władcą Mediolanu i wyrzekam się na zawsze czarnej magii. 

Mówiąc to, nakreślił  na piasku  jakiś znak – znak, którego oszołomieni pojawieniem  się 

statku ludzie, nie  mogli zauważyć.  Ale  ja, być  może wyłącznie  ja, usłyszałem głośną salwę 
śmiechu,  odbijającą  się  echem  po  całym  wybrzeżu  i  zobaczyłem,  jak  ze  szczytu  masztu 
zeskoczył mały, płonący kształt, który w mgnieniu oka zniknął w deszczu złotych iskierek. Po 
chwili coś przemknęło obok mnie, a siła pędu powaliła mnie z nóg. Dosłyszałem tylko echo 
rozlegające się za tym podążającym ku wolności czymś, powtarzało z drwiną tych kilka słów: 

 

Znaleźć nowego pana, 

Nowego człowieka! 

background image

 
Gdy  leżałem  na  ziemi, wydostałaś się  ze zbitego tłumu  i podeszłaś do  mnie. Miałaś  na 

sobie  swoje  najlepsze  szaty;  ja  okryty  byłem  szmatami  i  błotem,  a  całą  głowę  oplatały  mi 
gałązki wrzośca. 

– Kaliban? 
Odwróciłem głowę do tyłu. 
–  Mój  ojciec  jest  surowym  człowiekiem,  ale  nie  okrutnym.  Powiedziałam  mu,  że  bunt 

twój wynikał z bezmyślności. I on ci przebacza. 

Zacisnąłem  pięści,  ale  nie  powiedziałem  słowa.  Chciałem,  byś  już  sobie  poszła  i 

zostawiła mnie w spokoju. 

–  Nikt  cię  nie  będzie  karał.  Wyspa  znów  będzie  twoja,  jeśli  tego  sobie  życzysz.  My 

wracamy  do  Neapolu  wraz  z  królem  Alonso.  –  Wyczułaś  złość  w  moim  milczeniu,  bo 
dodałaś:  –  Mógłbyś  przynajmniej  cieszyć  się  moim  szczęściem,  Kalibanie.  Bardzo  kocham 
Ferdynanda  i  znajdę  się  niedługo  w  miejscu,  w  którym  się  urodziłam.  To  będzie  dla  mnie 
całkiem nowy świat! 

–  Tak,  to  naprawdę  musi  być  nowy  wspaniały  świat,  gdzie  żyją  takie  istoty  jak  te  – 

mruknąłem. – Jedź sobie, jedź! To odpowiednie miejsce dla kogoś takiego jak ty. 

Odwróciłaś się  i odeszłaś. Od tamtej chwili aż do dzisiejszej  nocy  nie  zamieniliśmy ze 

sobą słowa. Nie dane mi było nawet porządnie się rozzłościć z rozpaczy. Gdy czołgałem się w 
stronę lasu, usłyszałem za sobą kroki. Po chwili czarne buty twojego ojca zastąpiły mi drogę. 

– Obchodziłem się z tobą dość szorstko w przeszłości, Kalibanie, ale to tylko dla twojego 

dobra. Teraz otwiera się przed tobą wolna przyszłość. 

– Odejdź, szaleńcze! – krzyknąłem. – Zostaw mnie w spokoju! 
Zawahał się przez chwilę, ale w końcu odwrócił  się  i pomaszerował ku plaży. Leżałem 

skulony,  szlochając,  ale  słyszałem,  jak  się  zatrzymał.  Schowałem  głowę  w  ramionach  i 
włożyłem palce do uszu, ale i tak dotarły do mnie jego ostatnie, straszliwe słowa. 

– Na swój sposób, dzikusku, kochałem cię. Po chwili już go nie było. 

background image

Część trzecia 

Neapol Rano 

background image

ODEJŚCIE 

 
Wyrywała się, ale jego ciemne palce zaciśnięte były mocno. Twarz miał przysuniętą do 

jej ucha, jak gdyby chciał ją całować albo gryźć.  Od pewnego czasu nie podnosił już głosu, 
tylko szeptał. 

Miranda oddychała ciężko, siedząc z otwartymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Nagle 

uścisk na jej szyi rozluźnił się. Zaczęła kaszleć, trąc przy tym zaczerwienioną skórę. 

– Nie słuchałaś uważnie – powiedział. – Przepraszam, jeśli zrobiłem ci krzywdę. 
Przestraszona, sapała ze złości, wykrzywiając się z bólu. 
– Przepraszasz mnie za to, że zadałeś mi ból, a w każdej chwili jesteś gotów mnie zabić? 

Ty jesteś obłąkany! 

Zamknął na moment oczy. 
– Nie przybyłem tu po to, by cię torturować, ale byś mogła mnie posłuchać. To, co zrobię 

na końcu, będzie szybkie i prawie bezbolesne. Obiecuję ci to. 

Opadła ponownie na poduszki. 
– Tak... tak ciężko to słyszeć. Pospiesz się i zrób to, co masz zrobić. 
– Jeszcze nie skończyłem. – Trzymał swoje wielkie, powykrzywiane palce przed oczami, 

przyglądając  się  im  bacznie,  jak gdyby dziwił się, że należą do niego. – Jest jeszcze coś, o 
czym muszę ci opowiedzieć. 

 
Ty i cała reszta odpłynęliście o świcie. Wróciłaś z Prosperem do Mediolanu i czekałaś, aż 

zakończą się przygotowania do twego ślubu z księciem. Później, gdy stary Alonso opadł z sił, 
podążyłaś za swoim nowym panem i władcą do jego rodzinnego domu w Neapolu. Ty o tym 
oczywiście wiesz, ale ja dowiadywałem się stopniowo, układając całość z kawałków rozmów. 
Najwięcej  opowiedzieli  mi  starzy  marynarze  i  inni,  którym  nie  przeszkadzała  brzydota 
pijącego z nimi kompana, jeśli to on płacił za wino... albo jeśli je kradł, co też się zdarzało. 

To, czego nie wiesz i co cię zapewne mało obchodzi, to to, co ja robiłem przez wszystkie 

te lata... 

Rozbite  serce  sprawiało,  że  na  początku  nie  mogłem  poradzić  sobie  z  samym  sobą. 

background image

Jadłem,  włóczyłem  się  po  pustej  plaży,  śpiewałem  niebu,  które  wcale  nie  raczyło  mnie 
słuchać.  Ale  gdy  miesiące  ułożyły  się  w  rok,  a  potem  w  lata,  cisza  zaczęła  mnie  powoli 
zabijać. 

Pomyślisz pewnie, iż to dziwne, że mówię o wyspie jako o miejscu pogrążonym w ciszy: 

a te piskliwe odgłosy małp, świergotanie ptaków, szum wiatru, huczące nieprzerwanie morze? 
Ale  ja  zdążyłem  się  już  przyzwyczaić  do  ludzkiej  mowy,  Mirando.  Nie  ma  bardziej 
przerażającej  ciszy  od  tej,  która  nastaje  wówczas,  gdy  ktoś  milknie  i  zabraknie  drugiego 
człowieka, którego można by posłuchać albo też zaopiekować się nim. 

Dwadzieścia  lat,  Mirando.  Dwadzieścia  niewymownie  długich  lat.  Były  chwile, 

przysięgam,  kiedy  tęskniłem  nawet  za  tym  okropnym  brzęczeniem  Ariela,  by  przypomniał 
mi,  że  to  wszystko  naprawdę  się  zdarzyło...  by  przerwał  ciszę.  Twój  ojciec  powiedział,  że 
oddaje  mi  moją  wolność.  O  duchy!  Jakie  miał  w  ogóle  prawo,  by  mnie  jej  pozbawić,  a  co 
dopiero, by zamieniać niewolę na gorszą pokutę. 

Zabraliście  mi  moją  niewinność.  Ukradliście  mi  moją  wyspę,  ale  nie  tylko  w  sensie 

materialnym. Za sprawą waszych słów, waszych nazw, waszych pomysłów, nawet za sprawą 
samej  waszej  obecności  odebraliście  mi  miejsce,  w  którym  spędziłem  całe  moje  życie  i 
zamieniliście je w coś, co było poza moim zasięgiem. W ciągu tego dwudziestolecia niedoli i 
samotności, kiedy to zostawiliście mnie na wyspie jak wygnańca, nigdy już  nie poczułem się 
na  niej  jak  w  domu.  Wszystko  bowiem  miało  swoje  imię,  a  każde  z  nich  było  sztucznym 
wytworem  myśli  Prospera  i  Mirandy.  Wszystkie  miejsca  przywodziły  mi  na  myśl  was, 
wydawało  się,  że  są  zamieszkane  przez  duchy  twoje  i  twojego  ojca.  Nawet  sposób,  w  jaki 
myślałem o domu swojego dzieciństwa, zmienił się nieodwracalnie. Ukradliście mi to – niech 
was diabli wezmą! Niech was diabli! Pozbawiliście mnie wszystkich rzeczy, które były moje 
– wyspy, serca, życia – i odpłynęliście. 

Być  może  najbardziej  okrutny  jest  fakt,  iż  zaraziliście  mnie  waszą  mową,  po  czym 

beztrosko zostawiliście samego, bym spędził resztę życia w głuchej, grobowej ciszy. 

Czy zdziwi cię więc, że kiedy w końcu jakiś statek zakotwiczył w pobliżu wyspy, a jego 

załoga udała się w głąb lądu w poszukiwaniu owoców, mięsa i świeżej wody, podpłynąłem 
nocą  do  okrętu  i  wdrapałem  się  na  pokład?  Nie  było  łatwo  ukrywać  się  przez  całą,  długą, 
morską podróż, ale okazało się, że jeśli bardzo tego pragnę, to mogę być prawie niewidzialny. 

Przez  te  dwadzieścia  lat  jedyną  myślą,  która  podtrzymywała  mnie  na  duchu,  była  myśl  o 
zemście. 

Dziwisz się pewnie, że udałem się do Mediolanu w poszukiwaniu twojego ojca, by zabić 

go tymi rękami? Niełatwo było go znaleźć, Mirando – nie wiedziałem zbyt wiele o waszym 
świecie,  gdy  dotarłem  do  jego  brzegów,  teraz  wiem  zresztą  niewiele  więcej  –  ale  w  moim 
wnętrzu palił się i pali ogień, którego nie można ugasić. Ale cokolwiek bym robił, nigdy nie 
wyrządziłem krzywdy komuś, kto sam  nie  miał takich  intencji,  i  nigdy  nikogo nie  zabiłem. 
Czy mógłbym po tylu cierpieniach sam wykorzystywać niewinnych ludzi, jak to zrobił twój 

background image

ojciec z owymi marynarzami, utopionymi i wyrzuconymi na brzeg? 

Szukając twojego ojca, a później ciebie, poznałem wasz świat na tyle, by móc stwierdzić, 

iż  nie  chciałbym  być  jego  częścią.  Obrazki  w  księgach  Prospera  kłamały.  Świat  nie  jest 
piękny i zaskakujący: jest podły. Jest zepsuty do cna. Rysunek węża nie ukazał bowiem tego, 
że jego jad przenika aż do samych żył. 

Więc jak tylko skończę to, co mam zamiar zrobić, wracam na wyspę. Mimo iż tak bardzo 

ją  zniszczyliście,  ona  jednak  wciąż  jest  dla  mnie  domem  –  jedynym,  jaki  jestem  w  stanie 
ogarnąć.  Wiem,  jaki  statek  może  mnie  tam  zabrać,  a  jeśli  będę  musiał  podróżować  znowu 

razem z rybami, to czym to jest dla potwora? 

 
Przerwał,  dysząc  ciężko.  Jego  dłonie  błądziły  po  ramionach  Mirandy,  po  czym  jak 

wielkie pająki usadowiły się po obu stronach jej szyi. 

– Świt się zbliża. Wartownicy pewnie zaczęli  już szukać brakującego towarzysza. Twój 

ojciec zdążył mi się wymknąć, Mirando, ale tobie to się nie uda. 

Łza spłynęła po jej twarzy, zatrzymując się dopiero na brodzie. 
–  A  więc  zabijesz  mnie?  Po  tym,  jak  mi  o  wszystkim  opowiedziałeś?  –  Jej  głos  nie 

wydawał się przestraszony, a jedynie zmęczony. 

–  Jeśli  ma  być  na  tym  świecie  jakaś  sprawiedliwość,  to  nie  mam  innego  wyjścia  – 

odpowiedział. – Żałuję, że tak musi być, ale... 

Palce  zacisnęły  się  mocniej  na  jej  szyi.  Głośno  złapała  oddech.  Mięśnie  jego  ramion 

napięły się pod skórą. Gdzieś z głębi komnaty dobiegł cichy, trzepoczący odgłos, jak gdyby 
ptak  uderzał  skrzydłami  o  zasłonę.  Podniosła  ręce  i  złapała  go  za  nadgarstki.  Bardzo 

delikatnie. 

–  Nie...  Nie  potrafię  w  ten  sposób.  –  Wyrwał  poduszkę  zza  jej  głowy.  –  Myślałem,  że 

będę chciał widzieć twoje oczy, gdy nastąpi koniec, Mirando, ale teraz wiem, że jednak nie. – 
Wdrapał się na łoże i siadając na niej, przygniótł jej ręce i nogi, po czym przyłożył poduszkę 

do jej twarzy. – Zachowam sobie w pamięci inny obraz ciebie, myślę... 

– Przestań! 
Głos dochodził jakby z daleka. Wiszący obok drzwi gobelin poruszył się, po chwili jeden 

jego róg oberwał się i odgiął, ukazując bladą postać wydostającą się na zewnątrz. 

– Nie, proszę, nie rób jej nic złego. 
Potwór oniemiał ze zdumienia. Młoda dziewczyna podbiegła do łoża i z łatwością zdjęła 

jego  dłonie  z  poduszki,  po  czym  odłożyła  ją  na  bok  i  płacząc,  wtuliła  głowę  w  piersi  swej 

matki. 

–  Giulietto  –  westchnęła  matka.  Po raz  pierwszy  od  dłuższego  czasu  jej  głos  był  pełen 

uczucia. – Co ty na Boga tu robisz? Uciekaj, córko, uciekaj! 

Wyciągnął swą ciemną rękę. Jego dłoń zacisnęła się na szyi Giulietty... ale delikatnie. 
– Od jak dawna podsłuchujesz? – warknął. 

background image

– Czy to prawda? – Giulietta żądała odpowiedzi, wpatrując się załzawionymi oczami w 

swą matkę. – Czy to wszystko prawda? 

Miranda szlochała. 
– Dobry Boże, dlaczego musiałaś tu przyjść? 
– Ja... Nie mogłam spać. Złe sny. Przyszłam do ciebie, by porozmawiać, ale schowałam 

się, gdy usłyszałam głosy. Czy to prawda, mamo? To, co on mówił? 

Matka nie była w stanie odpowiedzieć. 
–  Dość!  –  zacisnął  mocniej  palce  i  podciągnął  dziewczynę  do  góry.  Jego  głos  brzmiał 

płasko  i  szorstko.  –  Nie  zabijam  niewinnych,  ale  łzy  prosięcia  nie  mogą  przeszkodzić  w 
egzekucji  lochy.  Przykro  mi,  że  będziesz  musiała  to  oglądać.  Będzie  to  kara  za  to,  że 
podsłuchiwałaś. 

Miranda podniosła się, bezskutecznie waląc pięściami w ramiona Kalibana. 
– Nie krzywdź jej! Ona niczego nie zrobiła! 
– Tak jak i ja niczego nie zrobiłem, a karano mnie, głupia kobieto – warknął. – I tak jak ty 

niczego  nie  zrobiłaś,  gdy  Ariel  i  twój  ojciec  znęcali  się  nade  mną  każdego  dnia.  Różne  są 
rodzaje bezczynności. – Pchnął ją gwałtownie. – Powiedziałem przecież, że jej nie zabiję. Czy 
ty nigdy nie słyszysz, co się do ciebie mówi? Czy może tyle lat życia w kłamstwie uczyniło 
cię  głuchą  na  wszelką  prawdę?  –  Trzymał  poduszkę  nad  jej  głową.  –  Słyszała,  co  ty  mi 
zrobiłaś,  a  teraz  zobaczy,  jak  wymierza  się  sprawiedliwość.  Jak  będzie  już  po  wszystkim, 
podzieli  los  starego  wartownika,  będzie  musiała  się  trochę  zdrzemnąć.  Miranda  zamknęła 

oczy. 

–  Boże!  Niech  się  stanie  to,  co  ma  się  stać.  Nie  rób  jej  krzywdy,  Kalibanie.  Jak  sam 

powiedziałeś, ona jest niewinna. 

Giulietta próbowała oderwać jego rękę od poduszki. 
– Nie zabijaj mojej matki! 
– Nie ma dla niej innej pokuty, dziecko. 
– Weź mnie. 
– Nie! – Miranda ponownie zaczęła się szarpać. 
– Zamilczcie obie! – Pociągnął córkę i pchnął ją na bok. – Ty także nieuważnie słuchasz, 

dziecko, jeśli wydaje ci się, że mógłbym zabić albo skrzywdzić ciebie. Idź, uciekaj. Zdążę to 
zrobić, zanim sprowadzisz pomoc. 

– Nie, zabierz mnie z sobą. Ocal moją matkę. Zabierz mnie z sobą! 
Po  tych  słowach  w  komnacie  zapanowała  cisza;  przez  długą  chwilę  płomienie  świec 

zdawały się trwać w bezruchu. 

Zmrużył oczy. 
– Co ty mówisz? Co za szaleńcza myśl... 
– Zabierz mnie na wyspę. Będę tam żyć razem z tobą. – Usiadła, ocierając łzy z twarzy. – 

Tutaj mogę jedynie wyjść za mąż za Ursina i niańczyć jego dzieci przez całe życie. Weź mnie 

background image

ze sobą na wyspę. Będę twoim sługą. Dług zostanie spłacony. 

–  Nie!  Giulietto,  mój  króliczku!  Ty  oszalałaś,  nie  wiesz,  co  mówisz!  On  jest...  on  jest 

bestią! Ty nie wiesz, co mówisz! – Miranda wyciągnęła ręce jak szpony w stronę swej córki, 
ale dziewczyna ześlizgnęła się z łoża i stanęła obok. 

–  Zrobię  to.  –  Odwróciła  się  i  spojrzała  na  niego;  jej  wargi  drżały.  –  Zrobię  to.  Jeśli 

ocalisz  moją  matkę, będę ci towarzyszyć. Słuchałam cię przez całą  noc. Uważam, że wcale 
nie  jesteś  potworem,  ale  człowiekiem.  –  Rozłożyła  błagalnie  ręce.  –  Słuchałam.  I  pójdę  z 
tobą. 

–  Nie  zwracaj  na  nią  uwagi,  Kalibanie  –  prosiła  usilnie  Miranda.  –  Zabij  mnie,  jeśli 

musisz! Ale nie zabieraj jej. Ona jest tylko niemądrym dzieciakiem i nie wie, co mówi! 

Gdy wielka, ciemna głowa obracała się raz w stronę córki, raz w stronę matki, z dołu z 

dziedzińca zamkowego dobiegł stukot i stłumione dźwięki ludzkich głosów. 

– Ciekawe – mówił powoli. – Ona jest taka sama jak ty, zanim zachłanne ręce twojego 

ojca  wycisnęły  z  ciebie  radość  życia.  –  Odwrócił  się  w  stronę  Giulietty.  –  Mówisz,  że 
będziesz  moją  towarzyszką?  To  nie  będzie  takie  łatwe.  Odnalezienie  drogi  na  wyspę  może 
trwać wiele miesięcy, a sama podróż może być bardzo ciężka. Życie na wyspie też nie jest tak 
proste,  jak  sobie  to  pewnie  wyobrażasz.  Mieszkałaś  dotąd  w  wielkim  domu,  byłaś 
rozpieszczana  i  całowana,  obdarowywano  cię  wspaniałymi  strojami  i  podawano  wystawne 
posiłki. Cena, jaką zapłacisz, będzie bardzo wysoka, nawet jak za ocalenie swej matki. 

Spojrzała na niego z taką samą iskierką gwałtowności, jaka kiedyś błyszczała w oczach 

jej dziadka. 

–  Nie  robię  tego  po  to,  by  ocalić  moją  matkę  od  śmierci...  choć  oczywiście  bardzo  ją 

kocham i chciałabym wciąż widzieć ją wśród żywych. Chcę z tobą odejść dla samej siebie. 
Wyłącznie. 

Odrzucił głowę do tyłu i parsknął śmiechem. 
–  Ha!  Poświęcenie,  ucieczka,  zemsta,  czyż  nie  tak?  Myślę,  że  węże  na  mojej  wyspie 

lepiej  by  zrobiły,  nie  wchodząc  ci  w  drogę,  dziewczyno.  –  Zamilkł  na  chwilę;  z  dziedzińca 
wciąż dochodziły podniesione głosy. – Dobrze więc – powiedział w końcu, podnosząc się,  i 
wskazał ręką na wielką skrzynię z drewna cedrowego, stojącą naprzeciwko alkowy po drugiej 

stronie komnaty. – Wybierz sobie odpowiednią garderobę na długą podróż. Jestem pewien, że 
twoja matka ma strojów w nadmiarze. Szybciej! 

Dziewczyna  spoglądała  na  matkę  niepewnym  wzrokiem,  ale  po  chwili  ruszyła  jak 

lunatyczka w stronę kufra. 

Kaliban  odwrócił  się  w  kierunku  łoża,  ugiął  swoje  wykrzywione  kolana  i  ukłonił  się 

drwiąco. 

– Zdaje się, że twoja egzekucja została odroczona, moja piękna Mirando. Może wydać ci 

się to dziwne, ale czuję ulgę. 

Giulietta walczyła z owijającymi ją narzutami i kocami, próbując się podnieść. 

background image

– Ale przecież ty nie... nie mógłbyś... 
– Właśnie tak. Zrobię to. 
–  Proszę!  Nie  możesz  być  tak  okrutny!  –  Stanęła  na  łożu  i  trzymając  się  słupka 

podtrzymującego, szamotała się gwałtownie. – Proszę! Nie możesz zabrać mi córki! 

–  Niby  dlaczego?  Ty  zabrałaś  mi  prawie  całe  moje  życie.  Poza  tym  okrucieństwa 

nauczyłem się dość późno, a teraz mam wystarczające pole do popisu, by odwdzięczyć się w 
ten sam sposób tym, którzy mnie go nauczyli. 

Wychyliła się do przodu i złapała go za ramię. 
– Nie miałam zamiaru cię skrzywdzić, Kalibanie! Nie rozumiałam, jak bardzo cierpisz... 
– Nie? Byłaś świadomie obojętna. 
–  Może!  –  Miranda  rozpłakała  się  –  Tak!  Tak!  Byłam.  Ale  ja  się  bałam.  Byłam  tylko 

dzieckiem, Kalibanie, tylko dzieckiem! Nie sprawiało mi radości to, że byłeś źle traktowany, 
ale jak mogłam przeciwstawić się ojcu? 

Przyglądał jej się bacznie przez moment; mięśnie jego szyi i rąk napięły się mocno, jak 

gdyby  z  trudem  powstrzymywał  się  przed  atakiem  furii.  Ale  gdy  przemówił,  jego  słowa 
zabrzmiały łagodnie. 

– Czy to się nigdy  nie  skończy? Czy  ciemnota może  być przekazywana z pokolenia  na 

pokolenie  jak  rodzinna  scheda?  –  Chwycił  ją  za  ramiona  i  przyciągnął  do  siebie  prawie  tak 
blisko,  jak  robi  to  kochanek.  Zaczęła  osuwać  się  na  niego,  ale  przytrzymywał  ją  mocno.  – 
Jeśli Bóg zsyła z nieba piorun, by spalił twój dom, to czy dziękujesz mu za to, wielbisz go i 
do  końca  żyjesz  w  popiele  i  zgliszczach?  Czy  raczej  uprzątasz  gruz  i  budujesz  sobie  nowy 

dom? 

– Ja... Ja cię nie bardzo rozumiem. 
– A ja myślę, że rozumiesz, Mirando. Pewnego dnia, w pewnym miejscu trzeba w końcu 

wziąć na siebie odpowiedzialność. 

Odepchnął ją delikatnie i podszedł do okna, owijając ramiona peleryną. 
Upadła na kolana. 
– Boże! –  jęknęła. –  Więc  już  nic  nie  mogę zrobić. Zabierzesz  ją ze  sobą. Stracę  moją 

córkę. 

– Wydaje mi się, że już ją straciłaś. To prawda. Będziesz cierpieć i będziesz żałować. Ale 

masz przynajmniej coś na pocieszenie: ona sama tego chciała. To lepsze niż nic, prawda? 

Miranda nie odpowiedziała, kryjąc twarz w dłoniach. 
– Chodź, dziecko! – zawołał. – Na nas czas. Zmiana warty już się odbyła i pewnie zaczęli 

szukać tego, który przepadł. 

Dziewczyna  opuściła  wieko  kufra  tak,  że  zamknęło  się  z  trzaskiem.  Miała  na  sobie 

czarny, ciężki płaszcz, a na jej twarzy malował się niepokój i determinacja. 

– Już? 
Potwór pokiwał głową, po czym pchnął okrytym ramieniem okienną szybę. Nie kończący 

background image

się  deszcz  szkła  runął  w  dół,  dzwoniąc  o  położony  niżej  dach.  Kiedy  nie  było  już  szkła  w 
oknie,  wybił  ostrożnie  drewnianą  kratkę.  Zimny  powiew  wiatru  wślizgnął  się  do  komnaty; 
cień płomieni kandelabru poruszał się niespokojnie. 

– Lepiej będzie, jeśli wymyślisz jakieś kłamstwo, Mirando – powiedział. – Inaczej, ktoś 

zostanie zmuszony, by za nami podążać. Nie chciałbym krzywdzić niewinnych, ale nie mogę 
ponownie dać się złapać i być traktowany jak bestia – przybrał pogardliwy ton. – Myślę, że 
komuś  tak  biegłemu  w  tej  miejskiej  sztuce,  sfałszowanie  faktów  nie  sprawi  większego 
problemu.  W  każdym  razie,  możesz  wyjawić  im  wszystkie  szczegóły  z  wyjątkiem  tego,  że 
wiesz,  kto  jest  porywaczem  i  gdzie  ma  zamiar  zabrać  twoją  córkę.  –  Przerwał  na  chwilę, 
obserwując  ją  klęczącą  na  zimnej  posadzce.  –  Pamiętaj,  Mirando,  nieważne,  czy  jestem 
bestią, czy człowiekiem. Jestem tym, kim wy mnie uczyniliście. Nie żal mi ciebie. Ale jesteś 
matką, a nawet i ja miałem kogoś takiego, powiem ci więc, że... 

Zbliżył się do okna i skinął na Giuliettę. Zawahała się przez moment, po czym podbiegła i 

rzuciła  się  w  ramiona  Mirandy.  Na  chwilę  wtuliła  swój  wilgotny  policzek  w  matczyny,  ale 
zaraz wyrwała się z jej zachłannego uścisku. Stanęła, obok ciemnej postaci, trzęsąc się. 

– O mój Boże – wyszeptała Miranda. – Chciałabym... Chciałabym... 
Podniósł rękę. 
– Posłuchaj. Będę traktował ją z takim samym szacunkiem, dobrocią, miłością jak kiedyś 

ciebie.  Przyrzekam  na  wszystkie  duchy  mojej  wyspy.  –  Spojrzał  w  dół  na  mały,  drobny 
kształt,  stojący  koło  niego.  –  A  teraz  nadszedł  czas  próby.  Jeśli  jestem  potworem,  którego 
stworzył nie kto inny tylko ty i twój ojciec, to natychmiast biegnij, pootwieraj drzwi i wołaj o 
pomoc.  Bo  przecież  jeśli  jestem  zwierzęciem,  to  nie  można  mi  ufać;  oddanie  ukochanego 
dziecka na pewno zakończyłoby  się gwałtem  i  morderstwem. – Wziął Giuliettę pod ramię  i 
wychylił  się  przez  wybite  okno.  –  Jeśli  jestem  tym,  za  kogo  uważał  mnie  twój  ojciec, 
cokolwiek  zrobisz,  będziesz  niewinna.  Jeśli  naprawdę  jestem  bestią,  to  wszystko,  co 
powiedziałem  ci  tej  nocy,  jest  jednym  wielkim  zmyślonym  przeze  mnie  kłamstwem,  złym 
snem, i ze spokojem możesz wysłać swoich żołnierzy, by zabijając mnie, ocalili twą córkę. I 
wtedy będziesz sypiać z czystym sumieniem. – Pomógł dziewczynie przejść przez okno, po 
czym bez wysiłku umieścił ją pod swym ramieniem. Jej płaszcz unosił się na wietrze. Teraz 
wydawała się lekko przestraszona, ale splotła swe ręce na jego szyi i nie odezwała się więcej. 
–  A  jeśli  to  wszystko  nieprawda,  to  daj  nam  tyle  czasu,  ile  będą  się  jeszcze  palić  świece, 
byśmy zdążyli uciec. 

Miranda odkryła twarz. Była blada i miała zaczerwienione oczy. 
– Tak, córko Prospera – zamruczał. – Tak. – W półmroku świec widać było jedynie błyski 

jego żółtych, sowich oczu. – To była długa noc. Żegnaj! 

Miranda otworzyła usta, ale zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, opuścił się po murze i 

oboje zniknęli. 

Zawołał z dołu ledwo słyszalnym głosem: 

background image

– Nauczę ją tańczyć, Mirando! 
Stała  jeszcze  długo,  wpatrując  się  w  falującą  zasłonę  w  rozbitym  oknie,  aż  w  końcu 

świeca zgasła i komnatę ponownie spowiły ciemności.