background image

DAY LECLAIRE 

 

Raj dla zakochanych  

(Make belive engagement) 

background image

PROLOG 

 

Minęło  pięć  dni.  Pięć  męczących,  ciągnących  się  jak  guma  do  żucia 

dni, w trakcie których nie udało jej się zdobyć jakichkolwiek informacji o 
ośrodku  wypoczynkowym  dla  nowożeńców  pod  nazwą  „Raj  dla 
zakochanych”.  

Zamyślona  Taylor  Daniels  wyglądała  przez  okno  swojego  biura. 

Zacisnęła dłonie w pięści. Jeśli nie zdobędzie na czas tych informacji, nie 
będzie  mogła  nawet  marzyć  o  stanowisku  wiceprezesa  w  firmie  ojca.  A 
była  już  tak  blisko!  Tyle  lat  ciężkiej  pracy  może  pójść  na  marne  przez 
takie głupstwo. Jej ojciec, Boss Daniels, dał jej trzy tygodnie na to, żeby 
dowiedziała  się  wszystkiego  o  tym,  jak  jest  prowadzony  i  jak  duże 
przynosi zyski ten luksusowy ośrodek. Z początku wydawało jej się, że to 
proste  zadanie,  ale  pomyliła  się.  Od  pięciu  dni,  czyli  od  chwili  gdy 
zaczęła się zajmować tą sprawą, nie udało jej się ruszyć z miejsca. Czas 
uciekał nieubłaganie i musiała szybko coś wymyślić. W przeciwnym razie 
jej  życie,  tak  dobrze  dotychczas  zaplanowane,  zaczęłoby  się 
komplikować.  Postanowiła  jednak  się  nie  poddawać.  To  nie  było  w  jej 
stylu.  

Za  oknem  rozciągał  się  widok  na  skąpany  w  popołudniowym  słońcu 

Charleston.  Powietrze  za  oknem  jeszcze  drgało  od  upału,  lato  w  tym 
roku, jak zresztą zazwyczaj w Południowej Karolinie, było bardzo gorące. 
W  jej  biurze  panował  jednak  przyjemny  chłód,  w  oknie  cicho  brzęczał 
klimatyzator.  Taylor  zagryzła  wargi.  Tyle  wysiłku  kosztowało  ją 
osiągnięcie tak wysokiej pozycji w firmie. Ciągle musiała udowadniać, że 
nie  jest  zbyt  młoda,  zbyt  miękka,  zbyt  kobieca,  że  potrafi  dotrzymać 
kroku  swojemu  ojcu.  A  teraz  nadzieja  na  upragnioną  wiceprezesurę  w 
Daniels  Investment  rozwiewała  się.  Czyżby  teraz  jej  wyrzeczenia  miały 
pójść  na  marne?  Kiedy  jej  rówieśnicy  bawili  się  wesoło,  chodzili  na 
randki,  ona  uczyła  się  albo  pracowała  jako  ochotnik  u  ojca,  by  powoli 
poznawać firmę. Nie, nie ma mowy! Nie dopuści, żeby przez taką głupią 
sprawę miały się nie ziścić jej plany i marzenia.  

Jednak  pytanie,  jak  zdobyć  te  informacje,  nadal  pozostawało  bez 

odpowiedzi. Co gorsza, pilnie potrzebowała szczegółowych danych.  

Nie  mogła,  niestety,  po  prostu  pojechać  na  wyspę,  gdzie  znajdował 

się  ten  ośrodek  i  zapytać,  jak  jest  prowadzony,  ile  kosztuje  jego 
utrzymanie,  ile  osób  jest  w  nim  zatrudnionych  i  tak dalej.  Nikt  by  jej  nie 
udzielił takich informacji, od razu zorientowano by się, że nie jest zwykłą, 
choć  ciekawską  turystką,  tylko  przybywa  z  konkurencji,  która  może 
stanowić zagrożenie dla świetnie prosperującej firmy. Mimo to, siedząc w 

background image

biurze,  niczego  się  nie  można  dowiedzieć.  Nie  było  innej  rady,  musi 
pojechać  na  wyspę.  Tylko  jak  zebrać  niezbędne  informacje,  nie  budząc 
podejrzeń? Gdyby udało jej się rozwiązać ten problem, reszta nie byłaby 
już taka trudna.  

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi.  
– Taylor? Nie przeszkadzam? 
–  Nie,  Lindo,  wejdź.  –  Taylor  uśmiechnęła  się  ciepło  do  swej 

sekretarki i zaprosiła dziewczynę do środka.  

–  Przepisałam  na  maszynie  listy,  które  mi  dyktowałaś  i  chciałabym, 

żebyś je podpisała.  

– Połóż je na biurku, za chwilę się tym zajmę.  
–  Poza  tym  dzwonił  pan  Daniels  i  pytał,  kiedy  dostanie  raport 

dotyczący postępu prac... – Linda przerwała zdziwiona, jej wzrok spoczął 
bowiem na niewielkiej reklamowej broszurce leżącej na biurku szefowej. 
–  Czyżbyś  wybierała  się  na  wyspę  Jermain?  Dobra  myśl,  to  przepiękne 
miejsce.  

– Byłaś tam? – spytała zaskoczona Taylor.  
– Nie jako turystka – uśmiechnęła się Linda. – Na to chyba nigdy nie 

będzie mnie stać. Pracowałam tam.  

– W „Raju dla zakochanych”? – Taylor z napięciem wpatrywała się w 

twarz sekretarki.  

– Pochodzę z tej wyspy, dzieciństwo i wczesną młodość spędziłam w 

niewielkiej  miejscowości,  znajdującej  się  niedaleko  tego  ośrodka  – 
wyjaśniła dziewczyna. – Gdy byłam w liceum, dorabiałam sobie, pracując 
tam w czasie wakacji. Nie mówiłam ci o rym? 

–  Nie,  ale  nie  szkodzi.  Świetnie,  że  teraz  wspomniałaś  o  tym.  Czy 

dobrze znasz rodzinę Jermainów? 

– Dość dobrze, a czemu pytasz? 
– Usiądź, Lindo, mam z tobą ważną rzecz do omówienia.  
– Taylor po raz pierwszy od pięciu dni uśmiechnęła się. – Czy znasz 

kogoś, kto mógłby mi pomóc zdobyć informacje dotyczące tego ośrodka? 
Chodzi mi o ich sytuację finansową, dochody i inne szczegóły związane 
z prowadzeniem tego hotelu. – Popatrzyła z nadzieją na Lindę.  

– Znam tam wiele osób, ale... – Zawahała się. – Wiem, chyba znam 

odpowiedniego  człowieka  do  takiego  zadania.  On  też  pochodzi  z  tej 
wyspy i jest bardzo blisko związany z rodziną Jermainów, ale nie pracuje 
dla nich. Mogę do niego zadzwonić, jeśli chcesz.  

– Świetnie! Właśnie kogoś takiego szukam! 
– Jason T. Richmond, słucham? 
–  Jase?  Mówi  Linda  Halloway.  Nie  wiem,  czy  mnie  pamiętasz... 

Jestem córką Marthy i Hanka.  

background image

– Oczywiście, Lindo, pamiętam cię. Co u ciebie słychać? 
– Jason T. Richmond wygodnie rozparł się w fotelu.  
– Hm... wszystko w porządku, dziękuję.  
Jason  wyraźnie  słyszał  wahanie  w  jej  głosie.  Ale  zanim  zdążył 

powiedzieć  choć  słowo,  Linda  opowiedziała  mu  ploteczki  na  temat 
wszystkich wspólnych znajomych. Cierpliwie słuchał jej przez kilka minut, 
licząc,  że  ta  litania  wkrótce  się  skończy  i  pozna  prawdziwy  powód  jej 
niespodziewanego telefonu.  

–  Posłuchaj,  Jase,  tak  naprawdę  dzwonię  do  ciebie,  ponieważ  mam 

pewien problem i ciekawa jestem, czy mógłbyś mi pomóc...  

– Spróbuję, a o co chodzi? 
–  Moja  szefowa,  Taylor  Daniels,  szuka  informacji,  jak  sądzę 

poufnych,  na  temat  wyspy  Jermain.  Ja  nie  potrafiłam  jej  pomóc,  ale 
pomyślałam, że może ty mógłbyś...  

– Hm... Dlaczego zadzwoniłaś akurat do mnie? – zmarszczył brwi. – 

Czemu  nie  porozmawiasz  z  moim  wujem,  albo  Elizabeth  Jermain?  Oni 
wiedzą znacznie więcej o tym, co się dzieje na wyspie niż ja...  

–  Pomyślałam,  że...  –  Wyraźnie  słyszał  w  jej  głosie  zakłopotanie, 

podejrzewał,  że  jest  zdenerwowana.  –  Być  może  to  był  głupi  pomysł. 
Najlepiej  zapomnij  o  tym  telefonie.  Przepraszam,  że  ci  zawracałam 
głowę.  

Jason wyprostował się w fotelu. Wyczuł, że dzieje się coś złego. Nie 

miał pojęcia, co to mogło być, ale przez lata nauczył się wierzyć swemu 
instynktowi.  W  przeszłości  uchroniło  go  to  przed  wieloma  fałszywymi 
krokami,  szczególnie  w  interesach.  Pomyślał,  że  jeśli  nie  dowie  się, 
dlaczego Linda zadzwoniła, może tego naprawdę żałować.  

–  Hola,  nie  tak  szybko!  Przecież  rozmawiasz  ze  swoim  kuzynem 

Jasonem,  zapomniałaś?  Ja  zawsze  staram  się  pomagać  rodzinie! 
Powiedz, o co chodzi? – Starał się nadać swemu głosowi przyjacielskie i 
ciepłe brzmienie.  

To  było  dobre  zagranie.  Usłyszał  po  drugiej  stronie  słuchawki 

westchnienie ulgi, a potem dość niejasne wyjaśnienia na temat tego, że 
Daniels  Investment  poszukuje  jakichś  informacji  na  temat  „Raju  dla 
zakochanych”.  

Czegóż może szukać na wyspie tak wielkie przedsiębiorstwo? 
–  zamyślił  się.  A  jeszcze  bardziej  zafrapowało  go,  dlaczego 

zainteresowało się akurat tym ośrodkiem? 

– Nie chciałabym, żebyś odniósł mylne wrażenie. Taylor jest zupełnie 

inna  niż  jej  ojciec.  Jest  bardzo  fajna.  Gdy  spytała  mnie,  czy  nie  znam 
kogoś, kto pomógłby jej uzyskać informacje na temat hotelu Jermainów, 
pomyślałam  o  tobie...  Mam  nadzieję,  że  nie  masz  mi  tego  za  złe?  – 

background image

spytała niepewnie Linda.  

–  Nie,  skądże!  Wybrałaś  właściwą  osobę.  Powiedz  mi  tylko,  po  co 

Daniels Investment informacje na temat wyspy? 

W słuchawce zaległa cisza.  
– Jase... ja – zająknęła się Linda.  
–  Straciłabyś  pracę,  gdybyś  powiedziała  mi  więcej?  –  dokończył  za 

nią.  

–  Tak  –  wyszeptała  przestraszonym  głosem.  –  Na  razie  dokładnie 

realizuję  instrukcje  Taylor...  miałam  cię  tylko  poprosić  o  pomoc.  Poza 
tym, sama niewiele więcej wiem ponad to, co ci już powiedziałam.  

–  Ale  podejrzewasz,  że  coś  jeszcze  się  za  tym  kryje?  –  zapytał 

wprost.  

– Tak – przyznała.  
– Nie musisz dla nich pracować. Jeśli chcesz, znajdę ci dobrą posadę 

– zaproponował. – W całkiem niezłej firmie – dodał.  

– Dziękuję, niewykluczone, że skorzystam kiedyś z twojej propozycji, 

ale nie teraz... – Zawahała się. – Być może mam zbyt bujną wyobraźnię i 
nic  się  za  tym  nie  kryje...  Być  może  nawet  Taylor  o  niczym  nie  wie,  to 
taka miła dziewczyna! Sam zresztą się przekonasz, jeśli się poznacie.  

Usta  Jasona  wykrzywiły  się  w  ponurym  uśmiechu.  Jabłko  pada 

niedaleko  od  jabłoni,  a  to  oznacza,  że  córka  Bossa  Danielsa  nie  może 
być chyba sympatyczniejsza od jadowitego węża.  

– Daj pannie Daniels mój numer telefonu – zaproponował spokojnie. 

–  Ale  nie  udzielaj  jej  na  mój  temat  żadnych  informacji,  a  przede 
wszystkim nie mów jej, gdzie pracuję – zastrzegł.  

–  A  jeśli  mnie  zapyta?  Muszę  jej  coś  odpowiedzieć  –  zmartwiła  się 

Linda.  

–  Powiedz  jej...  powiedz  jej,  że  zatrudniam  się  do  różnych 

dorywczych prac, ale nie mam stałej posady.  

– Och, Jase. To tak dziwnie brzmi. Dlaczego nie mogę powiedzieć jej 

prawdy? 

– Możesz jej powiedzieć tylko tyle – powiedział tonem nie znoszącym 

sprzeciwu.  –  Możesz  jeszcze  dodać,  że  lubię,  gdy  się  dobrze  płaci  za 
moje usługi.  

– A ja nie lubię, gdy mówisz w ten sposób. Shadroe często powtarzał, 

że gdy w twoim głosie słychać ostrzeżenie, należy zrobić to, co chcesz... 
albo znikać.  

–  Powinnaś  słuchać  mojego  wuja.  –  Jason  starał  się  ukryć,  że 

rozbawiła go ta uwaga.  

–  Dobrze  –  potulnie  zgodziła  się  Linda.  –  Podam  Taylor  twoje 

nazwisko  i  numer  telefonu  i  powiem,  że  jeśli  chce,  może  zacząć 

background image

współpracę od zaraz. Dobrze? 

– Dobrze – odparł zdecydowanie.  
–  Szczerze  mówiąc,  cieszę  się,  że  na  tym  kończy  się  moje 

pośrednictwo  –  powiedziała  wyraźnie  uspokojona.  –  Nie  chciałabym  się 
znaleźć między młotem a kowadłem.  

–  Mądra  decyzja,  Lindo,  i  wiesz  co?  Zapewniam  cię,  że  nie 

pożałujesz 

tego. 

gdyby 

przyszłości 

stało 

się 

coś... 

nieprzewidzianego, zaopiekuję się tobą.  

–  Dziękuję!  –  W  jej  głosie  jednak znów  wyczuł  pewną  nerwowość.  – 

Nie bądź zbyt twardy dla Taylor, ona naprawdę jest zupełnie inna niż jej 
ojciec.  

–  Ja?  Twardy?  –  Jason  udawał  rozbawienie.  –  Chyba  żartujesz, 

przecież  mnie  znasz,  jestem  niezwykle  łagodnym  człowiekiem  – 
roześmiał się do słuchawki, ale nie był to szczery śmiech.  

Wkrótce  moje  porachunki  z  Daniels  Investment  zostaną  wyrównane, 

obiecał sobie, gdy odłożył słuchawkę.  

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Taylor  wyjęła  lusterko  i  sprawdziła,  czy  z  ciasno  upiętych  w  kok 

włosów  nie  wysunęły  się  niesforne  kosmyki.  Sobotnie  popołudnie  nie 
było  najlepszą  porą  do  załatwiania  interesów,  ale  biorąc  pod  uwagę,  ile 
czasu  już  zmarnowała,  nie  miała  wielkiego  wyboru.  Jason  T.  Richmond 
chętnie umówił się z nią na ten dzień, bo, jak powiedział, jest do kupienia 
od zaraz. „Do kupienia” – powtórzyła z niesmakiem. Te dwa słowa wiele 
powiedziały  jej  o  tym  człowieku.  Niczym  najemnik  wystawia  się  na 
sprzedaż i jest mu obojętne, kto go kupi, byle za wysoką cenę, pomyślała 
z niechęcią o swoim przyszłym pracowniku.  

Jeszcze raz spojrzała w lusterko. Miała takie same oczy jak jej ojciec, 

było to jedyne fizyczne podobieństwo między nimi. Ojciec był brunetem, 
a  Taylor  jasną  blondynką.  Psychicznie  też  bardzo  się  od  siebie  różnili, 
ale  ludzie  i  tak  oczekiwali,  a  raczej  podejrzewali,  że  będzie  tak  samo 
twarda i bezwzględna jak on. Boss Daniels nie był lubianym człowiekiem, 
ludzie go  wprawdzie  cenili  i szanowali,  ale  jednocześnie się  go  bali.  Na 
dobrą  sprawę  można  powiedzieć, że będąc  potężnym  rekinem  biznesu, 
miał szczęście, że był właśnie taki, miał bowiem wielu wrogów.  

Taylor  wsunęła  na  nos  przeciwsłoneczne,  lustrzane  okulary,  spoza 

których nie było widać wyrazu jej oczu. Poczuła się pewniej, choć trochę 
zezłościła  się  na  siebie.  Co  ona  wyprawia?  Chowa  się  za  słonecznymi 
okularami? To śmieszne i dziecinne zachowanie! Powinna powściągnąć 
swoje emocje. Chłodna ocena faktów i logiczne rozumowanie to jedyne, 
czego jej w tej chwili potrzeba.  

Czas zabrać się do pracy i dowiedzieć się, co pan Jason T. Richmond 

ma  do  powiedzenia  o  wyspie  Jermain.  Wyjęła  z  neseseru  kartkę  z 
adresem,  którą  dostała  od  Lindy.  Wysiadła  z  samochodu.  Numer  domu 
się  zgadzał.  Stała  przed  letniskowym  domkiem,  usytuowanym  w  nie 
najlepszej  dzielnicy  Charlestonu,  nie  wyglądającym  na  rezydencję 
bogacza.  Widocznie  usługi,  które  oferuje  pan  Richmond,  nie  cieszą  się 
zbyt dużą popularnością, pomyślała.  

Poprawiła  okulary  na  nosie  i  ruszyła  w  stronę  furtki.  Kręta  ścieżka 

prowadziła  w  stronę  domu.  Wykładana  była  kamieniami  i  trzeba  było 
stąpać  bardzo  ostrożnie,  żeby  nie  pośliznąć  się  na  niej  w  szpilkach. 
Pantofle  na  prawie  dziesięciocentymetrowych  obcasach  nie  były 
szczególnie  praktycznym  obuwiem.  Od  kiedy  jednak  pracowała  w 
zdominowanej  przez  mężczyzn  firmie,  dodawała  sobie  w  ten  sposób 
wzrostu,  którego  poskąpiła  jej  natura.  Drobna  budowa  ciała  i  kręcone 
blond  włosy  nie  mogły  jej  dodawać  powagi.  Tym  niemniej  miała  parę 

background image

atutów. Dawno wypracowane, zimne i wyniosłe spojrzenie czarnych oczu 
było  jednym  z  nich.  Potrafiła  z  jego  pomocą  przywoływać  do  porządku 
panów, którzy próbowali nie traktować jej poważnie.  

Przed  domem  zobaczyła  ogromny  czarny  motocykl,  który  tarasował 

drogę  wjazdową.  Widocznie  coś  się  w  nim  popsuło,  bo  różne  części 
wystawały z trawy. Taylor rozpoznała markę, to był harley. Zawahała się 
na  moment.  Zawsze  wyobrażała  sobie,  że  na  takich  motorach  jeżdżą 
mężczyźni ubrani w skóry z tatuażami na ramionach. Mają zaokrąglone 
od piwa brzuchy i żyją z dnia na dzień, kontestując wszystko to, co ceni 
większość  znanych  jej  ludzi.  Ale  przecież  Linda  nie  wysłałaby  mnie  do 
jakiegoś podejrzanego typa, pocieszała się.  

Zatrzymała się przed domem i niespokojnie rozejrzała dokoła. Nikt nie 

wyszedł  jej  na  spotkanie,  na  dodatek  w  szpilkach  po  trawie  chodziło  jej 
się jeszcze gorzej niż po kamieniach.  

– Halo! Jest tu ktoś? – zawołała.  
– Jestem tutaj! – padła lakoniczna odpowiedź.  
Nie  dostrzegła  nikogo,  poszła  więc  w  stronę,  z  której  dobiegał  ten 

głos. Przeszła przez wysoką trawę, aż w końcu dostrzegła z boku domu 
niewielką werandę, a na niej rozciągniętego leniwie mężczyznę. Przede 
wszystkim  rzuciło  jej  się  w  oczy,  że  nie  ma  tatuaży  ani  powiększonego 
od  piwa  brzucha.  Mogła  to  zobaczyć  bardzo  dokładnie,  bo  muskularny, 
szeroki,  opalony  na  ciemny  brąz  tors  był  całkiem  nagi.  Zaniepokoiło  ją 
tylko, czy między płaskim brzuchem a długimi nogami jest jakieś, choćby 
skąpe, odzienie. Nie wydawało jej się to takie oczywiste.  

Przeniosła  wzrok  na  twarz  mężczyzny.  Z  przerażeniem  odkryła,  że 

był  nieprawdopodobnie  przystojny.  Miał  czarne,  lekko  kręcone  włosy, 
wystające  kości  policzkowe  i  mocno  zarysowaną  szczękę.  Spostrzegła 
także,  że  jego  szafirowo-niebieskie  oczy  patrzą  na  nią  z  drwiącym 
rozbawieniem.  

W panice analizowała swoją sytuację. Nie miała wielu atutów w ręku. 

Richmond  był  jej  jedyną  szansą  i  jedyną  nadzieją.  Jej  przyszłość 
zależała od tego, czy ten człowiek będzie w stanie zdobyć potrzebne jej 
informacje.  

Znów  na  niego  spojrzała.  Wyczuwała,  że  ten  mężczyzna  ma  silną 

osobowość,  jest  inteligentny  i  przebiegły,  i  z  pewnością  potrafi  być 
bezwzględny. Czy  zatem będzie potrafiła utrzymać go w ryzach? Do tej 
pory  radziła  sobie  z  tego  typu  ludźmi,  ale  on  wydawał  się  inny.  Może 
dlatego,  że  był  taki  przystojny...  Ale  jest  przecież  na  sprzedaż,  więc  go 
kupię, a wtedy będzie musiał robić, co mu każę! – dodała sobie otuchy.  

– Jak sądzę, pan Jason T. Richmond? 
– Tak. A pani to zapewne Taylor Daniels, niesławna córka wielkiego, 

background image

złego  Bossa,  spadkobierczyni  jego  wielkiej  fortuny?  –  Tak  naprawdę, 
było to raczej stwierdzenie niż pytanie.  

Taylor nie spodziewała się tak bezczelnego zachowania.  
Nie pokazała jednak urazy, przybrała nieprzenikniony wyraz twarzy.  
–  Po  pierwsze,  to  nie  ja  się  cieszę  złą  sławą,  tylko  mój  ojciec  – 

sprostowała spokojnie. – A po drugie, gdyby pan choć trochę go znał, nie 
mówiłby  pan,  że  jestem  spadkobierczynią  jego  fortuny.  On  nikogo  nie 
faworyzuje, dla niego ważne jest, jak ktoś pracuje. Dla nikogo nie stosuje 
ulgowej taryfy.  

– Nawet dla własnej córki? 
– Zwłaszcza dla mnie...  
Zaległa  cisza.  Przyglądał  jej  się  uważnie.  Czuła  się  trochę  nieswojo. 

Miała bowiem wrażenie, że w tej chwili nie tyle myśli o tym, o czym przed 
chwilą  rozmawiali,  co  dokładnie  ocenia  jej  wygląd.  Ucieszyła  się  w 
duchu, że ma na nosie przeciwsłoneczne okulary, które ukrywają wyraz 
oczu.  

–  Podejrzewam,  że  to  właśnie  konieczność  udowodnienia  ojcu,  że 

nadaje się pani do kolejnego zadania sprowadza tu panią? 

– Tak! – Miała dosyć tej gry. – Czy możemy przystąpić do interesów? 

Mam niewiele czasu.  

–  Pewnie.  Zapraszam  do  mnie!  –  Wskazał  miejsce  obok  siebie  w 

hamaku.  

– Słucham? – W pierwszej chwili była pewna, że się przesłyszała.  
–  Chce  się  pani  pobujać  ze  mną?  –  powtórzył,  jakby  to  była 

najbardziej oczywista rzecz na świecie.  

– Z panem? W hamaku? Pan żartuje! – obruszyła się.  
– To nie żart. Cóż lepszego można robić w takie gorące popołudnie, 

niż leżeć w cieniu na werandzie w hamaku? 

Przystojni mężczyźni są zawsze tacy. Przyjechała tu, aby wydobyć od 

tego  człowieka  niezbędne  jej  informacje,  a  on  prowadzi  z  nią  rozmówki 
na granicy flirtu...  

–  Ja  nie  mam  czasu  na  wylegiwanie  się  w  hamaku.  Mam  naprawdę 

masę pracy – odpowiedziała spokojnie. Starała się nadać swojej twarzy 
dystyngowany wyraz.  

–  Ma  pani  czas,  wydaje  się  tylko  pani,  że  jest  inaczej.  Każdy  ma 

wybór i w końcu robi to, co chce.  

–  Dobrze,  panie  Richmond,  więc  taki  jest  właśnie  mój  wybór,  wolę 

pracować, niż leżeć w hamaku.  

– Mów do mnie Jason.  
Trochę zaskoczyło ją tak bezceremonialne przejście na ty, ale starała 

się nie dać niczego po sobie poznać.  

background image

– Dobrze, Jason, ale przejdźmy już do rzeczy. Przecież po to właśnie 

się spotkaliśmy.  

– No to chodź tu! 
– Słucham? 
– Czyżbyś miała kłopoty ze słuchem? 
– Nie, ale...  
– No to, na co czekasz? Chodź tu! Taylor ściągnęła brwi.  
– Doskonale słyszę, co mówisz, lecz musimy sobie coś wyjaśnić: to ja 

cię wynajmuję i masz robić to, co ja ci każę, a nie odwrotnie.  

Takie potraktowanie z góry przeciwnika zazwyczaj skutkowało. W tym 

jednak wypadku nie odniosło spodziewanego efektu.  

Jason  roześmiał  się  i  był  to  najbardziej  uroczy,  męski  śmiech,  jaki 

słyszała.  Patrzyła  na  niego  zdziwiona  i  zamiast  czuć  się  obrażona  jego 
reakcją,  zapatrzyła  się  na  jego  przystojną  twarz,  która  stała  się  chyba 
jeszcze  przystojniejsza,  gdy  rozjaśnił  ją  uśmiech.  Nigdy  w  życiu  nie 
zdarzyło  jej  się,  żeby  jej  emocje  i  poczucie  obowiązku  były  w  takim 
konflikcie.  

Spróbowała  nad  sobą  zapanować.  Nieważne,  jak  bardzo  Jason  T. 

Richmond jest przystojny i pociągający. To w ogóle nie może się dla niej 
liczyć  podczas  załatwiania  interesów.  Na  szali  waży  się  przecież  jej 
stanowisko w firmie ojca! 

– Ja cię chcę zatrudnić – powtórzyła. – Jeśli jeszcze raz Zachowasz 

się w ten sposób w stosunku do mnie, to ta okazja przejdzie ci koło nosa.  

–  To  pani  czegoś  nie  rozumie,  panno  Daniels.  Jeśli  chce  pani 

dowiedzieć się czegokolwiek o wyspie Jermain, musi pani robić to, co ja 
sobie życzę! 

Tego było już za wiele.  
–  Miło  było  pana  poznać,  panie  Richmond.  Mam  nadzieję,  że  w 

następnej  pracy  utrzyma  się  pan  nieco  dłużej  niż  u  mnie,  żegnam!  – 
odpaliła,  zanim  zdążyła  zastanowić  się,  co  robi.  Ale  bezczelność  tego 
człowieka przekraczała wszelkie granice.  

Nie  czekała  na  odpowiedź.  Odwróciła  się  i  ruszyła  w  stronę  furtki. 

Kątem oka dostrzegła, że Jason podniósł się z hamaka. Złapał za belkę 
podpierającą dach werandy i jednym skokiem znalazł się na ścieżce tuż 
przed nią.  

– Nie skończyliśmy jeszcze negocjacji – powiedział zniecierpliwiony.  
Taylor  zatrzymała  się,  ponieważ  skutecznie  zatarasował  sobą 

przejście. Gdy leżał w hamaku, nie wydawał się aż taki wysoki. Zdawało 
jej się, że jego potężne ramiona i klatka piersiowa wypełniają sobą całą 
przestrzeń.  Na  szczęście  okazało  się,  że  nie  jest  całkiem  goły.  Miał  na 
sobie  co  prawda  tylko  króciutkie,  dżinsowe  szorty,  ale  dobre  i  to, 

background image

pomyślała. Po takim człowieku można się wszystkiego spodziewać...  

Nie rozumiała tylko, dlaczego odczuwa przy nim takie dziwne emocje. 

Zamiast skupić się na tym, po co tu przyszła, pozwoliła swojej wyobraźni 
zajmować  się  tym  opalonym,  muskularnym  ciałem.  Nie  potrafiła  także 
oprzeć  się  temu  dziwnemu  czarowi,  jaki  roztaczał  jego  właściciel. 
Dorastała  i  pracowała  w  świecie  zdominowanym  przez  mężczyzn. 
Przyzwyczajona  była  do  ich  towarzystwa.  Nigdy  wcześniej  nie  zdarzyło 
jej  się,  żeby  nawet  nadzwyczajna  atrakcyjność  jakiegoś  faceta 
przeszkadzała jej w pracy. Fakt jednak faktem, że do tej pory jeszcze nie 
spotkała  kogoś  aż  tak  atrakcyjnego!  A  poza  tym,  nigdy  nie  miała  okazji 
pracować  z  kimś,  kto, nie  licząc szortów,  był  nagi.  Modliła  się, żeby  nie 
dostrzegł, jak bardzo na nią działa.  

–  Zagradzasz  mi  przejście  –  powiedziała  twardo.  Nie  było  sensu 

przeciągać tego spotkania.  

–  Będę  tu  stał,  dopóki  nie  porozmawiamy  –  odparł  spokojnie,  choć 

zdecydowanie.  Skrzyżował  przed  sobą  ramiona,  co  jeszcze  bardziej 
wyeksponowało jego imponujące bicepsy i mięśnie klatki piersiowej.  

Taylor  zakręciło  się  w  głowie.  Czuła,  jakby  ziemia  usuwała  jej  się 

spod nóg. Jak ona może robić z nim interesy, kiedy już przy pierwszym 
spotkaniu  nie  jest  w  stanie  skoncentrować  się  na  niczym  innym  poza 
jego  wspaniałą  muskulaturą?  Niczym  ostrzegawczy  dzwonek,  odezwał 
się  w  niej  głos  rozsądku  –  on  jest  twoją  ostatnią  szansą,  bez  niego  nic 
nie zdziałasz. Za wszelką cenę muszę wziąć się w garść, postanowiła.  

–  Dobrze,  w  takim  razie  zajmijmy  się  interesami,  ale  jeśli  nie  będzie 

się pan zachowywał poważnie, to wyjdę stąd – powiedziała stanowczo.  

–  O,  widzę,  że  niedaleko  pada  jabłko  od  jabłoni,  jaki  ojciec,  taka 

córka.  

– Być może. – Taylor nie miała zamiaru wdawać się z nim w rozmowy 

nie na temat. W końcu, co ją obchodzi, jakie ma zdanie o niej.  

–  Od  teraz  będziemy  się  zajmować  tylko  interesami.  –  Jason 

uśmiechnął się szelmowsko.  

– Właśnie o to mi chodzi – zignorowała zaczepkę.  
– Więc słucham? 
Taylor  chwyciła  głęboki  oddech,  pospiesznie  starała  się  pozbierać 

myśli. To była dla niej nowa sytuacja. Zazwyczaj prowadziła rozmowy w 
zupełnie innych warunkach.  

–  Jestem  skłonna  zapłacić  panu  rozsądną  sumę  w  zamian  za 

informacje  o  wyspie  Jermain.  Szczególnie  interesuje  mnie  ośrodek  dla 
nowożeńców.  Chcę  wiedzieć,  jak  jest  prowadzony,  ile  osób  zatrudnia, 
jakie przynosi dochody...  

–  Po  co  ci  te  informacje?  –  Przymrużył  oczy,  wyczuła,  że  jest 

background image

zaniepokojony.  

– To nie twój...  
– ... interes? – dokończył za nią. – Mój, jeśli chcesz, żebym dla ciebie 

pracował.  

Taylor drgnęła. Coś jej się nie zgadzało. Być może ten człowiek jest 

do kupienia, ale w takim razie, dlaczego pociemniały mu ze złości oczy i 
zacisnął  w  pięści  dłonie?  No  tak,  Linda  mówiła,  że  on  pochodzi  z  tej 
wyspy.  Pewnie  jest  związany  z  tym  miejscem,  może  ma  tam  rodzinę... 
Taylor  ucieszyła  się  nawet,  że  nie  jest  cyniczny  i  wyzuty  ze  skrupułów, 
jak podejrzewała.  

–  Dobrze,  ale  najpierw  musisz  mi  przyrzec,  że  nikomu  nie  powiesz 

tego, co ode mnie usłyszysz.  

– To oczywiste, tajemnica zawodowa – zgodził się.  
– Dobrze płacę, ale wymagam bezwzględnej lojalności. Czy to jasne? 
–  Zupełnie.  Nie  mam  zamiaru  z  kimkolwiek  rozmawiać  na  temat 

przedsięwzięć twojej firmy – odparł spokojnie. – Pod warunkiem jednak, 
że  to,  co  chcecie  zrobić,  jest  zgodne  z  prawem,  a  także  nie  pogorszy 
sytuacji ekonomicznej wyspy, ani nie zahamuje jej rozwoju.  

–  W  porządku,  działamy  całkiem  legalnie.  –  Taylor  starała  się 

uspokoić  go.  –  Chcę  poznać  przyczynę  tak  dużego  sukcesu  tego 
ośrodka.  

– Po co ci to? 
– Moja firma inwestuje w różne rzeczy.  
– „Raj dla zakochanych” nie jest na sprzedaż.  
–  Nie  mamy  zamiaru  go  kupić.  Chcemy  po  prostu,  jeśli  oczywiście 

jest  to  dochodowe  przedsięwzięcie,  stworzyć  coś  podobnego  w  innym 
miejscu.  

–  Dobrze,  w  takim  razie  musisz  mi  wyjaśnić,  jakiego  rodzaju 

szczegółowych informacji potrzebujesz. – Jason uznał jej tłumaczenie za 
wystarczające.  

–  Hm,  mój  raport  powinien  zawierać  listę  usług  oferowanych  przez 

ośrodek. Poza tym, liczbę zatrudnionych osób i wykonywanych przez nie 
funkcji,  liczbę  gości  odwiedzających  ośrodek,  no  i  oczywiście  wszystkie 
szczegóły dotyczące finansów firmy.  

– Tylko tyle? – zakpił.  
–  Pewno  zapomniałam  w  tej  chwili  o  czymś.  –  Taylor  udawała,  że 

puściła to mimo uszu.  

– Masz bardzo duże wymagania.  
–  Znam  wartość  moich  pieniędzy  –  odparła  z  wysoko  podniesioną 

brodą.  

–  W  porządku,  w  takim  razie  chodźmy.  –  Wziął  ją  za  ramię  i 

background image

poprowadził w stronę domu.  

– Dokąd idziemy? – trochę się zaniepokoiła.  
–  Z  powrotem  do  hamaka.  Wolę  prowadzić  negocjacje  w  bardziej 

komfortowych warunkach.  

Taylor  uśmiechnęła  się  pod  nosem.  Teraz  wiedziała  na  czym 

naprawdę  mu  zależy.  Postanowił  jednak  nie  dopuścić,  żeby  tak  łatwy 
zarobek  przeszedł  mu  koło  nosa.  Miała  nadzieję,  że  od  tej  chwili  ich 
współpraca będzie układać się dobrze i skupią się tylko na interesach.  

Na  kamiennych  schodkach  ganku  Taylor  pośliznęła  się  i  upadłaby, 

gdyby nie podtrzymywało jej mocne ramię Jasona. Przyjrzał się uważnie 
jej  pantofelkom  i  niewiele  się  zastanawiając,  wziął  ją  na  ręce.  Na  nic 
zdały  się  protesty  Taylor.  Silny  jak  tur  mężczyzna  już  ją  trzymał  w 
ramionach.  

–  Natychmiast  postaw  mnie  na  ziemi!  –  oburzyła  się  na  taką 

zuchwałość.  Przecież  w  ogóle  się  nie  znają!  Na  dodatek  on  ma  być  jej 
pracownikiem, powinien zachować odpowiedni dystans! 

Ale  jej  oburzenie  nie  było  do  końca  szczere.  Jego  skóra  była  taka 

przyjemna  w  dotyku,  w  dodatku  używał  tak  ładnie  pachnącej  wody  po 
goleniu... Czuła bijące od niego ciepło. Chwyciła głęboki oddech, starając 
się uspokoić. Żeby tylko nie domyślił się, jakie to grupie myśli chodzą jej 
po głowie...  

– Gdybyś nie nosiła butów na takim obcasie, pewnie nie sprawiałoby 

ci kłopotów samodzielne przejście kilku schodków – stwierdził spokojnie 
Jason.  

– Gdybym miała metr siedemdziesiąt zamiast metra sześćdziesięciu, 

nie potrzebowałabym takich obcasów – odpowiedziała zrezygnowana.  

–  Kupujesz  sobie  dodatkowe  centymetry,  żeby  czuć  się  pewniej?  – 

Zastanowił  się  przez  moment.  –  Chyba  nie,  nie  wyglądasz  na  osobę, 
której brakuje wiary w siebie – odpowiedział sam sobie. – Pewnie zatem 
chcesz  mieć  nos  na  tym  samym  poziomie  co  mężczyźni,  z  którymi 
pracujesz.  Myślisz,  że  dzięki  tym  paru  centymetrom  będą  traktować  cię 
poważnie i z większym szacunkiem? 

Taylor  zatkało.  Dokładnie  po  to  nosiła  pantofle  na  takich  obcasach. 

Chciała  wyglądać  jak  rasowa  kobieta  interesu,  a  nie  jak  młoda 
dziewczyna.  

–  Panie  Richmond!  –  powiedziała  służbowym  tonem,  jakim  zwracała 

się do pracowników, gdy chciała udzielić upomnienia.  

– Dosyć tych głupich dywagacji! Nie życzę sobie takich komentarzy.  
–  O,  widzę,  że  trafiłem  –  roześmiał  się.  Niebezpiecznie  blisko 

podszedł  do  hamaka,  ciągle  trzymając  ją  na  rękach.  –  Ho,  ho,  nie 
wiedziałem, że Śnieżna Księżniczka przejmuje się takimi rzeczami...  

background image

– Skąd znasz to przezwisko? – Taylor aż podskoczyła ze zdziwienia.  
– Nie od Lindy – pospieszył z wyjaśnieniem.  
–  Nie  podejrzewam,  żeby  ci  powiedziała  –  przyznała.  –  Ale  nie 

spodziewałam się, że ktoś spoza kół biznesu wie, że mnie tak nazywają.  

– Jestem w dość zażyłych stosunkach z ludźmi, dla których pracuję. 

Po telefonie Lindy przeprowadziłem niewielki wywiad. Nie było to zresztą 
trudne, wiele osób chętnie podzieliło się ze mną swoją wiedzą na temat 
Wielkiego Złego Bossa i jego Śnieżnej Księżniczki.  

– Zdaje się, że niektórzy ludzie mają o mnie wyrobione zdanie, zanim 

zdążyli mnie poznać.  

–  O,  bez  wątpienia.  –  Spojrzał  na  nią  z  ironicznym  uśmieszkiem.  – 

Powiedz, czym na to zapracowałaś? 

– Na przezwisko czy reputację? 
– Naprawdę nietrudno sobie wyobrazić, w jaki sposób można dorobić 

się takiej reputacji...  

–  Ach,  więc  chodzi  ci  o  przezwisko...  –  Taylor  nie  miała 

najmniejszego  zamiaru  mu  o  tym  opowiadać.  Była  trochę  zła  na  siebie, 
że znów rozmowa wymykała jej się spod kontroli. Wróciła przecież po to, 
by dowiedzieć się w końcu, czy nonszalancki pan Richmond jest w stanie 
jej  pomóc.  Postanowiła  przywołać  go  do  porządku.  –  Nasza  rozmowa 
znowu  zbacza  na  manowce.  Najwyższa  pora  zabrać  się  do  pracy.  – 
Otworzyła neseser i wyjęła z niego sporządzoną przez siebie listę spraw 
do  omówienia.  –  Co  my  tu  mamy...  aha,  po  pierwsze  pańskie 
wynagrodzenie. ..  

– Wszystko masz w taki sposób zorganizowane? – przerwał jej.  
–  Słucham?  –  Popatrzyła  zdziwiona,  nie  bardzo  wiedząc,  o  co  tym 

razem mu chodzi.  

– Żyjesz według precyzyjnie ustalonego planu? 
– To zarzut czy pytanie? 
–  Ani  jedno,  ani  drugie,  to  obserwacja.  Znam  parę  takich  osób. 

Siódma  rano  pobudka,  siódma  piętnaście  prysznic,  siódma  trzydzieści 
śniadanie...  

–  Ja  się  ubieram  przed  śniadaniem.  –  Nie  miała  zamiaru  dłużej 

słuchać  tej  wyliczanki.  –  Zabierzmy  się  do  negocjowania  twojego 
wynagrodzenia.  

– No cóż, oczekujesz ode mnie całej masy szczegółowych informacji, 

a to kosztuje... – Jason uśmiechnął się cynicznie.  

–  Nie  wątpię.  Jak  ci  mówiłam,  jestem  gotowa  zapłacić  rozsądną 

sumę.  Pod  warunkiem  oczywiście,  że jesteś  w  stanie  dostarczyć  mi  tak 
dokładnych informacji, jakich potrzebuję.  

–  Z  pewnością  jestem  w  stanie.  –  Wskoczył  do  hamaka  i  ułożył  się 

background image

wygodnie.  –  Chcę  z  góry  pięć  tysięcy  i  to  jest  suma  nienegocjowalna. 
Oprócz tego zwrot kosztów.  

–  Każda  suma  podlega  negocjacji,  panie  Richmond,  a  w 

szczególności  pańskie  wynagrodzenie!  Zanim  panu  cokolwiek  zapłacę, 
muszę mieć pewność, że te informacje są cokolwiek warte.  

Taylor  z  satysfakcją  dostrzegła  jego  chmurną  minę.  Wyraźnie  nie 

podobało mu się, że ktoś ma śmiałość kwestionować jego kwalifikacje.  

– Nikt nie potrafi pani dostarczyć lepszych danych niż ja! – powiedział 

zdecydowanie.  

– Mam nadzieję, że tak właśnie jest. Jeśli zawrzemy umowę, zapłacę 

panu,  nawet  dzisiaj,  pięćset  dolarów.  Nie  pięć  tysięcy,  lecz  pięćset  – 
podkreśliła.  –  I  drugie  pięćset  po  zweryfikowaniu  pańskich  informacji  – 
dodała,  widząc  jego  kwaśną  minę.  Mimo  wszystko  zdawała  sobie 
sprawę,  że  współpraca  z  aroganckim  panem  Richmondem  jest  dla  niej 
niezwykle ważna.  

– Zweryfikowane? Co przez to rozumiesz? 
–  Chyba  nie  myślałeś,  że  przyjmę  bez  żadnego  sprawdzania 

wszystko, co mi przyniesiesz? A jeżelibyś...  

– ... skłamał? – wszedł jej w słowo.  
–  Powiedzmy...  pomylił  się.  Bo  chyba  nie  masz  zamiaru  mnie 

oszukiwać? 

– Widzę, że od razu jestem podejrzany? Nauczyłaś się nieufności od 

swojego ojca? 

– To prawda, Boss Daniels nikomu nie ufa – przyznała mu rację.  
– Nawet własnej córce? 
– Ja... – Zawiesiła głos i przyjrzała mu się uważnie. – Jak ty to robisz? 

Nigdy  jeszcze  nie  spotkałam  człowieka,  który  tak  skutecznie  potrafiłby 
omijać  niewygodny  dla  niego  temat  i  ogłupiać  rozmówcę.  To  naprawdę 
cenna  sztuka  w  biznesie  –  powiedziała  z  uznaniem.  –  Boss  byłby 
zachwycony, gdyby miał wśród swoich pracowników takiego negocjatora 
jak ty.  

– Czy to oferta pracy? 
–  Oferta  pracy  leży  na  stole.  Pamiętasz?  Rozmawialiśmy  o  wyspie 

Jermain  i  ośrodku  dla  nowożeńców.  –  Taylor  poprawiła  słoneczne 
okulary.  

–  Dobrze.  Przyjmuję  twoją  ofertę.  Pięćset  dolarów  jako  zaliczka  i 

drugie  tyle,  gdy  sprawdzisz,  czy  moje  informacje  są  prawdziwe.  Ale  w 
jaki sposób masz zamiar to zrobić? 

–  Oczywiście  pojadę  tam.  –  Uniosła  brwi  zdumiona,  że  pyta  o  tak 

proste  rzeczy.  –  Mam  zarezerwowany  pokój  na  dwa  tygodnie, licząc  od 
najbliższego  poniedziałku.  Jeśli  okaże  się,  że  podane  przez  ciebie 

background image

informacje są prawdziwe, dostaniesz resztę pieniędzy.  

Jason patrzył na nią z rozdrażnieniem. Potarł dłonią czoło. Wyglądało 

na to, że chce jej coś wygarnąć. Opanował się jednak.  

– Coś nie tak? – spytała Taylor.  
– Twój plan jest do kitu! 
– Jakie masz kwalifikacje, żeby to osądzać? 
–  Wystarczające!  Znam  tę  wyspę,  znam  ośrodek  i  ludzi,  którzy  tam 

pracują.  Nie  dowiesz się  niczego,  jadąc  tam  i  zadając  masę  wścibskich 
pytań. Zresztą wątpię, żeby ktokolwiek ci na nie odpowiedział.  

– Dlaczego mieliby tego nie zrobić? 
–  Znam  tych  ludzi.  Cenią  swoją  prywatność  i  nie  będą  chcieli 

rozmawiać na temat swojego życia z kimś obcym. Dla nich ten ośrodek 
to coś więcej niż tylko dochodowy interes.  

–  Jak  widzę,  uważasz,  że  nie  powinnam  jechać  na  wyspę  i 

weryfikować tego, co mi powiesz, a jedynie ograniczyć się do uwierzenia 
ci we wszystko na słowo? – spytała z rozdrażnieniem.  

– Nie o to mi chodzi. Uważam jedynie, że twoja samotna wyprawa nie 

ma sensu.  

– Jednym słowem, chcesz pojechać ze mną? 
– Myślę, że to jedyne wyjście. Tylko wtedy zdołasz się czegokolwiek 

dowiedzieć,  jeśli  ludzie  będą  mieli  do  ciebie  zaufanie.  A  tylko  wtedy  ci 
zaufają, gdy nie będą uważali cię za obcą.  

–  Rozumiem!  –  odparła  i  w  tej  właśnie  chwili  przyszedł  jej  do  głowy 

świetny pomysł. To, co wymyśliła, da jej wyśmienity kamuflaż. Omal nie 
roześmiała się głośno. – Dobrze, w takim razie pojedziemy tam razem.  

–  W  jakiej  roli  chcesz  wystąpić?  Czy  mam  powiedzieć,  że  jesteś  w 

cudowny sposób odnalezioną kuzynką? – szydził.  

Taylor z triumfującym uśmiechem pokręciła przecząco głową.  
–  Kimś,  kto  wkrótce  będzie  należał  do  rodziny.  Wystąpię  jako  twoja 

narzeczona! 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Jason patrzył na Taylor z niedowierzaniem.  
– Żartujesz, prawda? 
Taylor milczała, postanowiła dać mu czas, żeby oswoił się z tą myślą.  
Po chwili uświadomił sobie, że faktycznie ona powiedziała to serio.  
– Mówiłaś to poważnie – wykrztusił.  
– Nigdy nie żartuję w interesach.  
– Oczekujesz ode mnie...  
– Oczekuję, że przedstawisz mnie na wyspie jako swoją narzeczoną, 

background image

oczywiście zapłacę ci za to, a także za czas, który spędzisz tam ze mną.  

W  jego  oczach  dostrzegła  złość.  A  nawet  więcej:  był  wściekły.  Być 

może  posunęła  się  trochę  za  daleko  i  uraziła  jego  męską  dumę. 
Wiedziała, że mężczyźni w takich chwilach potrafią być nieobliczalni.  

Zeskoczył  z  hamaka  i  podszedł  do  niej.  Zesztywniała.  Jason  oparł 

dłonie  na  poręczach  fotela,  w  którym  siedziała  i  spojrzał  na  nią  z  góry. 
Leciutko powiało grozą.  

– Chcesz mi zapłacić?... Tak? – Przysunął swoją twarz jeszcze bliżej 

niej. – Pieniądze to nie wszystko. Mogę stracić przez to dobrą reputację! 
Nie  wydaje  mi  się,  żeby  ktokolwiek  uwierzył,  że  jestem  zaręczony  z 
kobietą taką jak ty! Wstań, niech ci się przyjrzę! – rozkazał.  

Nie  dając  jej  czasu  do  namysłu,  chwycił  ją  mocno  za  ramiona  i 

postawił.  

–  Zapomnij  o  tym,  co  powiedziałam!  Wycofuję  się!  To  był  głupi 

pomysł. – Próbowała wyswobodzić się ze stalowego uścisku.  

– O nie, moja droga! Za późno, gra się już rozpoczęła! Kupiłaś sobie 

narzeczonego,  a  on  właśnie  powziął  zamiar  zobaczenia,  jak  się 
prezentujesz. – Puścił ją i przyglądał jej się jak jałówce na targu.  

–  Nawet  w  tych  szpilkach  jesteś  dużo  niższa  ode  mnie,  ale  to  nie 

szkodzi. Będziesz musiała pozbyć się takich ubrań! 

– Słucham? – Patrzyła na niego z niedowierzaniem.  
– Nikt nie uwierzy w nasz związek, jeśli będziesz się ubierała w takim 

stylu – poinformował ją z brutalną szczerością.  

Taylor spojrzała na swój jedwabny kostium od Chanel. Jak ktokolwiek 

może mieć coś do zarzucenia takiemu strojowi? 

–  A  cóż  złego  widzisz  w  moim  sposobie  ubierania  się?  –  spytała  ze 

szczerym oburzeniem.  

–  Wszystko  by  było  w  porządku,  gdybym  chodził  w  garniturze, 

krawacie  i  białej  koszuli.  Ale,  jak  sama  widzisz,  tak  nie  jest.  Moja 
dziewczyna  będzie...  –  Przyglądał  jej  się  ze  zmrużonymi  oczyma  jak 
malarz nie dokończonemu portretowi. – Moja dziewczyna na pewno nie 
będzie taka pozapinana pod samą szyję.  

–  Nic  na  to  nie  poradzę.  Musisz  mnie  wziąć  taką,  jaka  jestem!  – 

Dopiero  gdy  to  powiedziała,  zdała  sobie  sprawę,  jak  dwuznacznie 
zabrzmiały jej słowa.  

–  Czy  to  zaproszenie?  –  Jason  podniósł  zawadiacko  jedną  brew.  – 

Obawiam się, że tak ubranej jednak cię nie wezmę, będę najpierw musiał 
rozebrać cię z tych szat.  

– Przestań, przecież wiesz, o co mi chodzi. Nie wypaczaj moich słów 

– broniła się, speszona swoją gafą.  

Zanim  się  zorientowała,  Jason  ściągnął  z  niej  żakiet  i  rzucił  go  do 

background image

hamaka.  

– No, teraz wyglądasz trochę lepiej, ale ciągle jeszcze zbyt sztywno. 

Jak licealistka na maturze – skomentował swoje dzieło.  

– Co ty sobie wyobrażasz! – wrzasnęła oburzona. – Mam cię dosyć! 

Gra  skończona!  –  Skoczyła  w  stronę  hamaka,  żeby  sięgnąć  po  swój 
żakiet, ale Jason był szybszy i zdążył ją złapać. Przyciągnął ją do siebie. 
Nagle był bardzo blisko. Zbyt blisko.  

– Mylisz się, Księżniczko! Gra jeszcze się nie skończyła. Przeciwnie, 

ja dopiero ją rozpocząłem...  

Przez  jedwabną  bluzkę  czuła  ciepło  jego  ciała.  Gdy  był  tak  blisko, 

traciła rozsądek i przestawała jasno myśleć.  

– Nie dotykaj mnie! – rozkazała.  
– Cóż się stało? Czyżby nie o to ci chodziło, gdy mnie kupowałaś? A 

jak  ma  się  zachowywać  świeżo  zaręczona  para  w  hotelu  dla 
nowożeńców? Zapomnij o swoim pomyśle, skoro odskakujesz ode mnie 
jak oparzona, gdy cię tylko obejmę! 

Taylor nie odważyła się podnieść oczu i spojrzeć na niego. Pragnęła 

jedynie, żeby choć odrobinę odsunął się od niej, tak by mogła odzyskać 
pewność siebie.  

– Chciałam tylko włożyć żakiet.  
– A po co? Przecież jest bardzo gorąco. Nie zauważyłaś? 
– Zauważyłam.  
–  Nieprawda!  Nie  sposób  poczuć  ciepła  promieni  słonecznych,  gdy 

się  jest  tak  ubranym.  Dziwię  się,  że  nie  dostałaś  jeszcze  udaru  z 
przegrzania.  Może  to  by  trochę  pomogło...  –  Zanim  zdążyła 
zaprotestować,  chwycił  jeden  z  końców  jedwabnej  apaszki,  którą  miała 
pod szyją i zaczął ją rozwiązywać.  

– Przestań! – Złapała go za ręce.  
To  był  jednak  błąd.  Nie  należało  go  dotykać.  Uśmiechnął  się  i 

przyciągnął  ją  jeszcze  bliżej  do  siebie.  Ten  mężczyzna  był  zepsuty  do 
szpiku kości i na dodatek bardzo z tego dumny! Przytrzymał ją, ściągnął 
apaszkę z jej szyi i rzucił ją w stronę hamaka. Lekka, jedwabna chustka 
nie  poleciała  jednak  tak  daleko.  Upadła  na  niezbyt  czystą,  drewnianą 
podłogę ganku.  

– Nie masz prawa tak się zachowywać! – oburzała się.  
Jason zdawał się nie zwracać jakiejkolwiek uwagi na te protesty.  
– Nie, ciągle coś jeszcze jest nie tak... – powiedział jakby do siebie. – 

Ciągle wyglądasz zbyt sztywno, nikt by nie uwierzył w nasze zaręczyny. 
O, może gdyby tak rozpiąć ze dwa czy trzy górne guziki bluzki...  

–  Ani  się  waż!  –  Starała  się  odskoczyć,  ale  Jason  był  szybszy.  Z 

wielką  wprawą  rozpiął  górne  guziki.  Padły  dwa  pierwsze  szańce  jej 

background image

obrony.  

– No, dużo lepiej. Teraz trzeba jeszcze tylko zrobić coś z włosami.  
–  Nie!  –  krzyknęła  i  rękami  starała  się  ochronić  swój  kok.  Niestety, 

zdążył już wyciągnąć dwie szpilki i włosy pod własnym ciężarem opadły 
jej na ramiona.  

Taylor miała ochotę rzucić się na niego z pięściami. Wiedziała jednak, 

że  gdyby  całkiem  straciła  panowanie  nad  sobą,  to  jedynie  do  końca  by 
się ośmieszyła.  

– Jak śmiesz! Kto ci dał prawo mnie dotykać? 
– Jako twój narzeczony mam pełne prawa do tego.  
– Nie jesteś moim narzeczonym! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – 

Jesteś  moim  pracownikiem.  A  właściwie  nawet  nim  już  nie  jesteś,  bo 
właśnie  zwalniam  cię!  Podaj  mi  moje  rzeczy.  Albo  nie.  Raczej  tylko  się 
odsuń, sama je sobie wezmę. – Im dalej od niego, tym będzie się czuła 
bezpieczniej.  

Jason  roześmiał  się.  Doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  jest 

wytrącona z równowagi.  

–  Uspokój  się!  Przecież  to  był  twój  pomysł.  Ja  tylko  wyciągnąłem 

wnioski  z  tego,  co  mówiłaś.  Ale  jeszcze  coś  muszę  zrobić  na 
zakończenie.  

Zanim  Taylor  zdążyła  się  zastanowić,  co  on  może  mieć  na  myśli, 

jednym  ruchem  ściągnął  jej  z  nosa  okulary  przeciwsłoneczne  i  rzucił  je 
do  hamaka.  Snop  ostrego  światła  oślepił  ją  na  moment.  Lecz  po chwili, 
zdziwiona, rozejrzała się dokoła i zauważyła, że otaczający ją świat miał 
inne  barwy,  niż  myślała.  Trawa  była  bardziej  zielona,  kwiaty  bardziej 
kolorowe,  ale  najbardziej  niesamowite  okazały  się  oczy  Jasona.  Tak 
intensywnie błękitnych oczu nigdy jeszcze nie widziała! A jego ciało było 
jak wykute z brązu, teraz dopiero mogła to w pełni docenić. I choć, nawet 
gdy  miała  na  nosie  ciemne  okulary,  wydawał  jej  się  najprzystojniejszym 
mężczyzną,  jakiego  znała,  teraz  patrzyła  na  niego  jak  na  nieziemskie 
zjawisko.  

Również  i  on  spoglądał  na  nią  z  dziwnym  osłupieniem.  Patrzyli  na 

siebie, jakby w tej właśnie chwili zobaczyli się po raz pierwszy. W ciszy, 
która zaległa, słychać było jedynie ich lekko przyspieszone oddechy.  

Jason pierwszy otrząsnął się z tego stanu.  
–  Księżniczko!  Jesteś  bardzo  ładna!  Nie  spodziewałem  się  tego, 

jednak strój zmienia człowieka...  

Ta  uwaga  przywróciła  Taylor  kontrolę  nad  sobą,  choć  poczuła  się 

trochę  tak,  jakby  oblano  ją  zimną  wodą.  Jednego  była  pewna.  Miała 
absolutnie dosyć towarzystwa Jasona T. Richmonda! 

–  Czy  teraz  już  wreszcie  skończyłeś?  –  spytała  z  lodowatym 

background image

spokojem.  

–  Tak.  Zrobiłem  wszystko  i  jestem  bardzo  zadowolony  z  tego,  co 

widzę.  

–  W  takim  razie  posłuchaj  mnie  uważnie.  Odsuniesz  się,  bo  chcę 

zabrać swoje rzeczy. A jeśli jeszcze raz mnie dotkniesz, to przysięgam, 
że nie ujdzie ci to płazem! 

–  Czemu  tak  bardzo  cię  peszy  niewinne  dotknięcie?  –  Przekrzywił 

głowę na bok i przyglądał jej się tak uważnie, jakby chciał zajrzeć do jej 
wnętrza.  

–  Czy  to  takie  dziwne,  że  nie  lubię,  gdy  ktoś  obcy  mnie  dotyka?  – 

Wzruszyła  ramionami.  –  Poza  tym  przyszłam  tu,  by  pracować,  a  nie 
flirtować.  I  jeszcze  raz  cię  proszę,  odsuń  się,  bo  chcę  zabrać  swoje 
rzeczy. – Taylor ruszyła brzegiem werandy w stronę hamaka. Starała się 
iść możliwie najdalej od niego.  

Jason  nie  poruszył  się.  Skrzyżował  ręce  przed  sobą  i  nadal  ją 

obserwował.  

– Wymigujesz się od odpowiedzi – stwierdził spokojnie.  
–  Nie  muszę  odpowiadać  na  żadne  twoje  pytania!  –  zezłościła  się 

jego natarczywością.  

– Ty się po prostu boisz! 
–  Ciebie?  Nie  bądź  śmieszny!-  –  Taylor  spojrzała  na  niego  z 

politowaniem.  

–  Nie,  nie  mnie  –  poprawił  ją.  –  Ty  się  boisz  siebie,  a  właściwie 

własnych reakcji.  

Taylor stanęła jak wryta. Nie podnosiła na niego wzroku, bo czuła, jak 

jej  policzki  oblewa  ognisty  rumieniec.  Jak  on  śmie  mówić  takie  rzeczy! 
Przecież  ledwo  ją  zna,  a  ona  nic  do  niego  nie  czuje!  Uniosła  głowę  i 
popatrzyła  w  taki  sposób,  który  zazwyczaj  mroził  jej  rozmówców.  To 
spojrzenie  miało  im  uświadomić,  że  mówią  głupstwa,  a  na  dodatek 
zachowują się niestosownie. Miało mu uświadomić...  

Nagle wydało jej się, że ma jakieś przywidzenia. Choć to było i prawie 

nieprawdopodobne,  w  jego  oczach  zobaczyła  zachwyt.  Nie  uwierzyła  w 
to jednak.  

–  Z  pewnością  chcesz  mi  powiedzieć,  że  przypominam  swojego 

ojca...  

– Przypominasz Bossa? – powtórzył za nią z lekkim rozbawieniem. – 

Hm,  „czarne  włosy,  czarne  oczy,  czarne  serce”,  tak  o  nim  mówią, 
prawda? 

– Nie wiem... ale to ciekawe usłyszeć, co opowiadają o moim ojcu za 

jego plecami – przyznała.  

–  Ale  ty  nie  jesteś  swoim  ojcem.  Ty  masz  złote  włosy,  czarne  oczy, 

background image

jedno,  czego  nie  wiadomo,  to  jakie  masz  serce.  Złote  jak  twoje  włosy, 
czy czarne jak oczy? 

– A jak myślisz? *-odpowiedziała pytaniem.  
–  Myślę...  –  uśmiechnął  się  tajemniczo.  –  Myślę,  że  interesujące 

będzie sprawdzenie tego...  

– Ty już nie będziesz niczego sprawdzał – odpowiedziała ostro. – Nie 

mam zamiaru nigdy więcej się z tobą spotykać.  

–  Nie  oszukuj  się,  jestem  ci  potrzebny.  Beze  mnie  nie  zdobędziesz 

tych informacji, chyba zdajesz sobie z tego sprawę? 

– No tak...  
Jason  podszedł  do  niej  powoli.  Pieszczotliwie  położył  rękę  na  jej 

biodrze i delikatnie przyciągnął ją do siebie.  

–  Zanim  rozpoczniemy  współpracę,  musimy  sprawdzić  jeszcze  tylko 

jedną, niewielką rzecz.  

–  Co  takiego?  –  Czuła  dziwne  napięcie  i  ucisk  w  gardle,  gdy 

zadawała  to  pytanie.  Intuicja  jej  podpowiadała,  że  może  stać  się  coś 
nieprzewidzianego.  

–  Mamy  udawać  narzeczonych,  więc  muszę  mieć  pewność,  że 

pasujemy do siebie. Bo gdyby się okazało, że do siebie nie pasujemy, to 
nie warto sobie zawracać tym głowy. I tak nikt by w to nie uwierzył.  

Popatrzyła mu w oczy. Wydały jej się jakieś inne, jakby pociemniałe i 

zasnute  mgiełką.  Gdyby  była  rozsądna,  wycofałaby  się  z  tego  w  tej 
chwili, miała jeszcze taką szansę. Ale ona nie lubiła się cofać, w chwilach 
trudnych, takich jak ta, wzrastała w niej wola walki.  

–  Tak,  lepiej  sprawdzić  wszystko  teraz.  Byłoby  dużo  gorzej,  gdyby 

dopiero  na  wyspie  okazało  się,  że  nie  możemy  współpracować.  – 
Przyznała mu rację, choć nie wiedziała, co on naprawdę ma na myśli.  

Przyciągnął ją bliżej. Nie protestowała, bo nagle zrobiło jej się bardzo 

przyjemnie.  Jason  przesunął  dłonią  po  jej  kręgosłupie.  Zadrżała  od  tej 
delikatnej pieszczoty. Oparła dłonie na jego torsie. Nie wiedziała nawet, 
kiedy  w  jej  palce  wplątały  się  bujne,  porastające  jego  pierś  włosy.  Nie 
wiedziała,  dlaczego  Jason  tak  się  zachowuje  ani  czemu  ona  mu  na  to 
pozwala.  To  dziwne,  ale  czuła  się  teraz  bezpiecznie.  Przestało  być 
ważne,  że  Jason  jest  arogancki  i  bezczelny,  w  ogóle  teraz  o  tym  nie 
myślała.  Ważna  była  bliskość  jego  ciała  i  to,  że  powodowała  ona  takie 
miłe odczucia. Nigdy wcześniej żaden mężczyzna nie budził w niej takich 
doznań.  

– Na razie wszystko idzie łatwo i przyjemnie, prawda. Księżniczko? – 

szepnął Jason.  

– Nie nazywaj mnie Księżniczką.  
–  To  chyba  bardziej  odpowiednie  w  tej  chwili,  niż  nazywanie  cię 

background image

panną Daniels...  

Pogładził  jej  policzek.  Wsunął  dłonie  w  jej  włosy,  przez  chwilę  bawił 

się nimi.  

Taylor  wreszcie  zrozumiała,  co  on  chce  zrobić.  Rozum  podpowiadał 

jej,  że  powinna  zaraz  to  przerwać.  Opanowała  się  na  tyle,  że  mogła 
przez  moment  zastanowić  się,  co  się  dzieje.  On  chce  ją  wypróbować. 
Jest  zarozumiałym,  zadufanym  w  sobie  przystojniakiem,  który  wierzy 
święcie, że każda kobieta poleci na najmniejsze jego skinienie.  

Wiedziała, co się zaraz stanie,  jeśli  mu  nie  przeszkodzi. Pocałuje  ją. 

Postanowiła  mu  na  to  pozwolić,  by  udowodnić,  że  nie  zrobi  to  na  niej 
żadnego  wrażenia.  Wydawało  jej  się,  że  odzyskała  już  kontrolę  nad 
swoim  ciałem.  A  gdy  on  przekona  się,  że  nie  działa  na  nią  tak,  jak  się 
tego spodziewał, przestanie z nią flirtować i będą  mogli  spokojnie zająć 
się pracą.  

Jason uśmiechnął się uwodzicielsko. Nie wiedziała, dlaczego jej usta 

same  się  rozchyliły.  Nie  kazał  długo  na  siebie  czekać.  Jego  usta 
zamknęły  się  na  jej  wargach.  Pocałunek  był  namiętny  i  delikatny  . 
zarazem.  Nie  spodziewała  się,  że  Jason,  który  wydawał  się  taki 
nieokrzesany,  a  nawet  brutalny,  potrafi  całować  tak  delikatnie.  Ale 
jeszcze bardziej zaskoczyły ją jej własne reakcje. Myślała, że nie zrobi to 
na niej żadnego wrażenia. A zrobiło. I to duże.  

Jason  pogłębił  pocałunek.  Taylor  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 

przywarła  do  niego.  Wiedziała,  że  jej  ciało  ją  zdradziło,  reagowało 
zupełnie  inaczej,  niż  chciał  tego  rozum.  Straciła  kontrolę  nad  sobą,  jej 
bariery ochronne rozpadły się na kawałki.  

Taylor  westchnęła  z  rozkoszy.  Już  nie  miała  ochoty  myśleć  ani 

analizować  czegokolwiek.  A  nawet  gdyby  miała  ochotę,  to  i  tak  nie 
byłaby  w  stanie.  Teraz  należała  do  niego.  Choć  pewnie  jeszcze  nie 
zdawał sobie z tego sprawy, należała do niego.  

Gdy  usłyszał  to  westchnienie,  przyciągnął  ją  jeszcze  bliżej.  To  było 

niesamowite, że tak doskonale pasowali do siebie. Pragnął jej. Pragnął w 
najbardziej  pierwotny,  namiętny  sposób,  jaki  tylko  istniał.  Zdawał  sobie 
sprawę, że jeśli nie przestanie jej całować, będzie ją miał. Tu i teraz.  

Powstrzymał  się  jednak,  by  nie  zanieść  jej  do  hamaka  i  nie  zrobić 

tego,  czego  obydwoje  pragnęli.  On  również  stracił  kontrolę  nad  sobą. 
Wiedział,  że  to  oznacza  kłopoty.  Jeśli  teraz  się  nie  zatrzyma,  za  chwilę 
będzie  to  fizycznie  niemożliwe.  Już  i  tak  posunęli  się  za  daleko.  Jej 
bluzka  leżała  już  na  ziemi.  Nie  pamiętał  nawet,  kiedy  ją  z  niej  ściągnął. 
Teraz  podziwiał  jej  koronkową  bieliznę.  Gdy  była  ubrana  w  ten  swój 
mundurek,  nie  podejrzewał,  że  coś  takiego  nosi  pod  spodem.  Oczyma 
wyobraźni  widział  ją  w  swoim  łóżku,  jej  jasne  loki  rozrzucone  na 

background image

poduszce...  

Po  chwili  wahania  podjął  decyzję.  Rozluźnił  uścisk  i  przerwał 

pocałunek.  Taylor  jęknęła  z  zawodu.  Gdyby  jej  nie  trzymał,  pewnie  by 
upadła. Pragnęła go. Wbrew zdrowemu rozsądkowi była gotowa na wiele 
więcej. To on zdecydował, że tak się nie stało.  

Dopiero  po  chwili  zdała  sobie  sprawę,  co  zaszło.  Jason  puścił  ją  i 

odsunął  się.  Taylor  rozpaczliwie  szukała  dłońmi  jakiegoś  podparcia,  na 
szczęście natrafiła na krawędź stołu. Zakręciło jej się w głowie. Stała na 
werandzie  domku  obcego  mężczyzny,  prawie  w  samej  bieliźnie!  Jej 
ubrania były porozrzucane dokoła.  

Zrobiło  jej  się  strasznie  wstyd.  Oczy  jej  błyszczały,  policzki  miała 

rozpalone.  Wiedziała,  że  Jason  może  wyczytać  z  jej  twarzy  wszystkie 
uczucia, które nią szarpały. Podniosła z podłogi bluzkę i wciągnęła ją w 
pośpiechu.  Sama  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób,  ale  jednak  zapanowała 
nad sobą.  

–  Całkiem  nieźle  –  powiedziała  spokojnie.  –  Teraz  wiem,  że 

pieniądze,  które  w  ciebie  zainwestuję,  nie  pójdą  na  mamę.  No,  może 
dopóty, dopóki się za bardzo nie rozpalisz...  

Oczy  mu  się  zwęziły.  Czyżby  się  pomylił?  Czy  ta  namiętność,  która 

nią  owładnęła,  gdy  ją  całował,  to  było  tylko  przywidzenie?  Może  gdyby 
nie  widoczne  na  jej  szyi  przyspieszone  pulsowanie  krwi, toby  nawet  dał 
sobie to wmówić. Ale nad tym nie potrafiła zapanować, to ją zdradziło.  

–  Jedyną  osobą,  która  miała  kłopoty  z  panowaniem  nad  sobą,  byłaś 

ty. Księżniczko! 

–  Tak  ci się  wydaje?  –  spytała  z udawanym  rozbawieniem.  –  Chyba 

zbytnio sobie pochlebiasz. Jestem tu jedynie w celach zawodowych.  

–  Czy  ta  praca  obejmuje  uwodzenie  pracownika  zatrudnionego 

niecałą godzinę temu? Zawsze tak rozpoczynasz współpracę? 

Taylor puściła tę zniewagę mimo uszu. Zdawała sobie sprawę, że nie 

mówi  całej  prawdy,  ale  za  wszelką  cenę  chciała,  by  on  o  tym  nie 
wiedział.  

– Muszę zrobić to, co zamierzyłam...  
– I wszystko ci jedno, jak tego dokonasz? – Spojrzał na nią ironicznie. 

–  To  może  w  takim  razie  skończymy  nasze,  hm...  rozmowy  w  środku? 
Czy wolisz może w hamaku? Mam w tym pewną wprawę...  

Taylor zaczerwieniła się ze złości. Jason patrzył na nią z zachwytem. 

Rumieniec  dodawał  świeżości  jej  twarzy,  oczy  miała  błyszczące,  a  nie 
zapięta  do  końca  bluzka  ukazywała  kształtną  pierś  w  koronkowym 
staniczku.  Wyglądała  bardzo  ponętnie.  Gdyby  tylko  nie  nazywała  się 
Daniels, wtedy wszystko byłoby dużo prostsze...  

Ale  nosiła  to  nazwisko  i  nawet  na  chwilę  nie  powinien  zapominać  o 

background image

tym fakcie.  

– Widzę, że tracę czas na rozmowę z tobą. Nie masz zamiaru zacząć 

zachowywać  się  poważnie!  –  Taylor  zezłościło  jego  milczenie.  –  Sama 
zdobędę te informacje. Podaj mi mój żakiet. A właściwie nie, możesz go 
sobie  zatrzymać  w  prezencie!  –  Odwróciła  się  na  pięcie  i  ruszyła  w 
stronę samochodu.  

Tym  razem  Jason  nie  starał  się  jej  zatrzymać.  Dobrze  wiedział,  że 

Taylor  nie  odejdzie  daleko.  Nic  nie  zdziała  bez  jego  pomocy  i  gdy  to 
sobie  uświadomi,  wróci  tu.  W  interesach  Danielsowie  nie  kierują  się 
emocjami.  

–  Boss  nie  będzie  zadowolony,  gdy  powiesz  mu,  że  nie  potrafiłaś 

załatwić  tej  sprawy  –  rzucił,  niby  od  niechcenia,  gdy  Taylor  doszła  do 
furtki.  

–  To  nie  twój  kłopot!  –  Zatrzymała  się  jednak  i  odwróciła  w  jego 

stronę. – Poza tym, ty... zajmowanie się interesami pojmujesz inaczej niż 
ja...  

– Przecież właśnie proponuję ci wspólny interes. Chyba doszukujesz 

się w tym, co mówię, podtekstów, których nie ma...  

–  A  co  mam  myśleć?  Przed  chwilą,  gdy  również  niby  zajmowaliśmy 

się  interesami,  o  mały  włos  całkiem  mnie  nie  rozebrałeś!  A  może  ten 
pocałunek to również część negocjacji? 

–  W  tym  pocałunku  uczestniczyłaś  dokładnie  w  takim  stopniu  jak  ja, 

Księżniczko – odparł z rozbrajającym uśmiechem.  

– Mówiłam ci już, żebyś mnie tak nie nazywał! 
Nie  chciał  przesadzić  i  za  bardzo  jej  rozzłościć.  Choć  musiał 

przyznać, że drażnienie się z nią sprawiało mu przyjemność.  

–  Nie  mogę  cię  nazywać  panną  Daniels.  Wtedy  nikt  nie  uwierzy  w 

nasze  zaręczyny.  –  Zamyślił  się  na  chwilę.  –  W  takim  razie  będę  cię 
nazywał Taylor.  

–  Nie  będziesz  miał  okazji  –  odpowiedziała  zdecydowanie.  –  Ja  już 

nie mam zamiaru korzystać z twoich usług.  

–  Radzę  ci,  zastanów  się.  Jestem  w  stanie  dostarczyć  większość 

potrzebnych  ci  danych.  Ustalenie  wszystkich  szczegółów  również  nie 
zajmie mi dużo czasu, a to zdaje się jest dla ciebie ważne? 

Taylor pochyliła głowę i ważyła w duchu to, co mówił. Nic jednak nie 

odpowiedziała.  

– Bez mojej pomocy nie zweryfikujesz również prawdziwości danych, 

nawet jeśli udałoby ci się je skądś zdobyć.  

Patrzył na nią uważnie. Teraz zrozumiał, dlaczego przyszła do niego 

w  przeciwsłonecznych  okularach.  Na  jej  twarzy  malowały  się  wszystkie 
szarpiące nią uczucia: złość, strach, niechęć, urażona ambicja... Nie miał 

background image

wątpliwości,  była  zbyt  delikatną  istotą,  by  przeżyć  w  rządzącym  się 
twardymi  prawami  świecie  biznesu.  Zagryzł  wargi.  Dlaczego,  u  licha, 
Boss Daniels skierował do takiej roboty własną córkę? 

Jednak  nie  powinien  zapominać  o  tym,  że  nazywa  się  Daniels! 

Wszyscy Danielsowie są podstępni i trzeba bardzo uważać, gdy robi się 
z nimi interesy... Wiedział coś o tym. Już raz, dawno temu, sparzył się...  

Patrzył  na  Taylor.  Jej  usta  ciągle  jeszcze  były  zaczerwienione  i 

nabrzmiałe  od  pocałunku.  Jakby  czekały  na  następny.  Jej  oczy  miały 
twardy  i  nieprzystępny  wyraz,  były  czarne,  jak  oczy  jej  ojca.  Sam  nie 
wiedział, co robić. Jak prosto i przyjemnie byłoby traktować ją jak piękną 
i  pociągającą  kobietę,  którą  bez  wątpienia  była...  No  cóż,  wydawało  się 
jednak,  że  będzie  musiała  dla  niego  pozostać  córką  wielkiego,  złego 
Bossa Danielsa.  

– Dobrze, Richmond. Dam ci ostatnią szansę. Moją ofertę już znasz, 

pięćset  dolarów  teraz,  pięćset  po  sprawdzeniu  prawdziwości  twoich 
informacji. Do ustalenia pozostaje jedynie suma, jakiej sobie życzysz za 
odgrywanie mojego narzeczonego podczas pobytu na wyspie.  

– W porządku – zgodził się.  
–  Sądzisz,  że  obsługa  hotelu  odpowie  na  moje  pytania,  gdy  będą 

mnie uważali za twoją narzeczoną? 

– Tak, jeśli będą o tym naprawdę przekonani – odpowiedział.  
– Możesz mi to obiecać? 
–  Myślałem,  że  moje  słowo  nie  jest  dla  ciebie  wystarczającą 

gwarancją? 

– To prawda, ale nie mam innego wyjścia...  
– Niełatwo obdarzasz ludzi zaufaniem? 
– To prawda.  
Była  to  odważna  odpowiedź.  Powiedziana  bez  chwili  wahania. 

Zaimponowała  mu  tym.  Miał  ochotę  ją  ostrzec,  nawet  przed  samym 
sobą.  

– Gdy mnie poznasz, wcale nie będzie to prostsze...  
–  Dlaczego?  –  Popatrzyła  na  niego  bardzo  uważnie,  jakby  chciała 

zajrzeć mu na samo dno duszy. Jej wielkie, czarne oczy zdawały się go 
prześwietlać. Zdziwiła się trochę, że ostrzega ją przed samym sobą.  

Jason  pożałował  swoich  słów.  Nie  powinien  się  przed  nią  odsłaniać. 

To  bystra  i  inteligentna  dziewczyna.  Znał  już  na  szczęście  niezawodny 
sposób wyprowadzenia jej z równowagi.  

– Bo mam zamiar wykorzystać wszystkie przywileje narzeczonego.  
– Co przez to rozumiesz? – zjeżyła się.  
– Na wyspie dokończymy to, co tu dziś tak miło rozpoczęliśmy...  
Taylor  nerwowo  zacisnęła  dłonie  na  rączce  nesesera.  Nie  pokazała 

background image

jednak,  że  ją  to  poruszyło.  Potrafiła  zachować  chłód  i  opanowanie.  No, 
może prócz tych chwil, gdy trzymał ją w ramionach. ..  

– Wybij to sobie z głowy! Zupełnie nie jesteś w moim typie. Poza tym, 

nie mam ochoty na twoje zaloty! 

– Czyżby? Odniosłem inne wrażenie...  
–  Nie  wątpię,  że  jesteś  bardzo  doświadczony  w  tych  sprawach  – 

wycedziła  przez  zęby.  –  Być  może  jesteś  świetnym  kochankiem  i 
niektóre  kobiety  chętnie  by  zapłaciły...  hm,  za  takie  usługi.  Ale  my 
skoncentrujemy się jedynie na interesach. Czy to jasne? 

–  Całkowicie!  A  jaką  proponujesz  zapłatę  za  dwa  tygodnie  z  tobą  w 

„Raju dla zakochanych”? 

–  Jeszcze  pięćset  dolarów,  czyli  razem  dostaniesz  tysiąc  pięćset. 

Pokryję  także  koszty  twojego  tam  pobytu.  I  jest  to  moja  ostateczna 
propozycja – powiedziała twardo.  

–  Widzę,  że  Daniels  Investment  przysłało  do  mnie  zdolnego 

negocjatora  –  uśmiechnął  się  ironicznie.  –  Ale  przyjmuję  te  warunki. 
Umowa stoi. – Wyciągnął rękę w jej stronę.  

–  Mam  nadzieję,  że  to  będzie  owocna  współpraca.  –  Taylor  bez 

ociągania  podała  mu  rękę.  –  Przypomniało  mi  się  coś  ważnego. 
Zarezerwowałam  pokój  na  nazwisko  Taylor  Davis.  Nie  chciałam,  żeby 
ktoś na wyspie mnie rozpoznał.  

– To bardzo rozsądne – pochwalił ją.  
– Dlatego to zrobiłam.  
Taylor  spojrzała  w  dół.  Jej  dłoń  ciągle  była  zamknięta  w  jego. 

Obawiała  się,  że  wyczuje  jej  drżenie.  Wyswobodziła  dłoń.  Niestety,  nie 
była tak nieczuła na jego wdzięki, jakby tego pragnęła.  

– Możemy wrócić do pracy? – zaproponowała.  
– Teraz? 
– Tak, jeśli nie masz jakichś planów na wieczór. Zawahał się. Nie był 

przygotowany  do  udzielenia  jej  teraz  jakichkolwiek  informacji.  Musiał 
najpierw  ułożyć  sobie  plan  działania.  Poza  tym,  takiemu  przeciwnikowi 
należało zostawić jak najmniej czasu na przeanalizowanie danych, które 
jej przekaże. Nie powinna zauważyć, że dzieje się coś innego, niż jej się 
zdaje.  

– Muszę przygotować wstępne rozeznanie i uporządkować informacje 

– powiedział. – Gdy to już zrobię, zajmiemy się kolejnymi sprawami.  

– Nie ma na to czasu. Wyjeżdżamy w poniedziałek. Muszę mieć czas 

na  przestudiowanie  dostarczonych  przez  ciebie  danych  –  zaoponowała 
Taylor.  

– Będziesz miała wszystko jutro – obiecał.  
– Zostanie mi tylko jeden dzień – nie ustępowała.  

background image

–  Wystarczy  ci,  chyba  że  bardzo  powoli  się  uczysz...  –  Specjalnie 

zagrał na jej ambicji.  

– Nie bądź śmieszny! – obruszyła się.  
– W takim razie jutro, to dobry termin – postawił na swoim. Taylor nie 

była  z  tego zadowolona,  ale postanowiła  się  nie  sprzeciwiać. Wrócili  na 
werandę, Jason wziął z hamaka jej okulary i żakiet i podał jej.  

– Do jutra, panno Daniels. – Białe zęby błysnęły w uśmiechu.  
– Taylor – poprawiła go i ruszyła w stronę furtki.  
–  Racja.  Zadzwonię  do  ciebie,  jak tylko  będę coś  miał. Aha,  jeszcze 

jedno...  

– Tak? – Zatrzymała się i spojrzała przez ramię.  
–  Chyba  powinnaś  zapiąć  bluzkę.  W  tej  dzielnicy  taki  strój  to 

murowane kłopoty...  

–  Skończysz  w  piekle!  –  syknęła  wściekła,  po  czym  z  maksymalną 

prędkością,  jaką  można  było  osiągnąć  na  wysokich  szpilkach,  wyszła  z 
posiadłości tego niezwykle denerwującego człowieka.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Jason  patrzył,  jak  Taylor  idzie  przez  wysoką  trawę  w  stronę  furtki. 

Podobało  mu  się,  gdy  kobiety  chodziły  na  szpilkach.  W  bardzo  miły  dla 
oka  sposób  kołysały  wtedy  biodrami,  nie  wspominając  już  o  tym,  jakiej 
smukłości  i  długości  przydawały  szpilki  nogom.  Inna  sprawa,  że  nogom 
Taylor niczego nie brakowało nawet i bez szpilek.  

Usłyszał, jak z tyłu, za jego plecami, z lekkim skrzypnięciem otworzyły 

się drzwi.  

– I co o tym myślisz, Shad? – spytał Jason i odwrócił głowę w stronę 

wuja.  

Shadroe 

Teach 

był 

wysokim 

szczupłym 

mężczyzną 

po 

sześćdziesiątce,  lecz  wyglądał  na  co  najmniej  dziesięć  lat  mniej. 
Popatrzył  na  swego  siostrzeńca,  przeczesał  dłonią  szpakowate  włosy  i 
zanim odpowiedział, zamyślił się na chwilę.  

– Hm, wydaje mi się, że igrasz z ogniem. – Powoli ważył słowa.  
–  Co  przez  to  rozumiesz,  u  licha?  –  Jason  zaniepokojony  ściągnął 

brwi.  

– Tym pocałunkiem nie do końca zawróciłeś jej w głowie. A właściwie, 

co planujesz, Jase? 

–  Po  pierwsze,  muszę  przyznać,  że  dawno  nie  całowałem  tak 

słodkich  usteczek.  A  po  drugie,  uważam,  że  najlepszym  sposobem 
odwrócenia jej uwagi od interesów będzie spowodowanie, żeby jej myśli 
zajęte były czymś innym... Nie sądzisz, że to dobry pomysł? 

–  Zagrałeś  bardzo  niebezpiecznie.  Inna  kobieta  mogłaby  ci  dać  po 

pysku, gdybyś się tak zachował... i pójść sobie.  

– Ona też chciała tak zrobić, ale wróciła...  
–  Miałeś  dużo  szczęścia  –  Shad  roześmiał  się.  –  Ale,  mimo  twoich 

donżuańskich zabiegów, nadal nie wiemy, co knuje Daniels Investment, 
a  znając  Bossa  Danielsa,  to  z  pewnością  nic  dobrego.  On  może 
przysporzyć wyspie poważnych kłopotów.  

Jason  popatrzył  w  stronę  furtki,  tam  gdzie  zniknęła  Taylor.  W 

zamyśleniu podrapał się po głowie.  

– Powiedz Elizabeth, że wezmę tę sprawę na siebie. Poruszę niebo i 

ziemię,  ale  dowiem  się,  czego  oni  szukają  na  naszej  wyspie!  A  jeśli 
wydobycie  prawdy  łączyć  się  będzie  z  romansowaniem  z  powabną 
panną  Daniels,  to  tym  lepiej.  Chętnie  ściągnę  z  niej  te  grzeczne 
kostiumiki. W końcu nie każda praca musi być nieprzyjemna.  

–  Jak  widzę,  nie  uwierzyłeś,  że  podała  ci  prawdziwy  powód  ich 

zainteresowania ośrodkiem. Uważasz, że za tym coś jeszcze się kryje? – 

background image

zapytał z rozbawieniem Shad.  

– Przepraszam, Shad, ale obiecałem tej młodej damie, że nie będę z 

nikim  rozmawiał  na  temat  planów  Daniels  Investment.  –  Oczy  Jasona 
błyszczały  łobuzersko.  –  Dobrze,  że  się  tu  dziś  zjawiłeś.  Nie  złamałem 
słowa, sam wszystko słyszałeś.  

–  Dobrze,  że  jest  tak  gorąco  i  okna  w  domu  są  cały  czas  otwarte  – 

dodał Shad.  

– Dobrze, że słuch ci się z wiekiem nie pogorszył. – Jason nie mógł 

już dłużej powstrzymać śmiechu.  

Taylor  usiadła  przy  stoliku  z  telefonem.  Położyła  przed  sobą  listę 

informacji,  które  chciałaby  uzyskać  od  pana  Richmonda,  kartkę  z  jego 
numerem  telefonu  i  wzięła  do  ręki  słuchawkę.  Powoli  wykręciła  numer. 
Nie  rozumiała,  dlaczego  tak  mocno  ściska  słuchawkę  w  dłoni.  Przecież 
to  tylko  rozmowa,  uspokajała  samą  siebie.  Takich  rozmów  odbyła  już 
setki, a ta sprawa niczym nie różni się od innych. Załatwiała już większe 
kontrakty.  O  tym  pocałunku  dawno  powinna  zapomnieć.  On  nic  dla  niej 
nie znaczył! 

–  Jason  T.  Richmond,  słucham?  –  Odebrał  dopiero  po  piątym 

sygnale.  

Pewnie  wyciągnęłam  go  z  łóżka,  albo  z  hamaka,  pomyślała.  Ten 

rozleniwiony  i  niechętny  zarazem  głos  mógł  świadczyć  tylko  o  tym,  że 
spał.  Albo...  Przed  oczyma  stanął  jej  obraz  rozpartego  w  hamaku 
Jasona,  wyobraziła  sobie  jego  szeroki,  opalony  tors,  długie  muskularne 
nogi i błyszczące szafirowe oczy... Zrobiło jej się gorąco.  

– Halo! Kto mówi? 
– Pan Richmond? – Taylor nerwowo przełknęła ślinę.  
– To ty, Księżniczko? – wymruczał w słuchawkę.  
–  Tak,  to  ja.  Czyżbym  zadzwoniła  nie  w  porę?  –  Potwierdziły  się  jej 

podejrzenia, że go obudziła. Miał wyraźnie zaspany głos.  

– Czemuż to moja narzeczona zwraca się do mnie w ten sposób? 
– Przecież nasze zaręczyny to fikcja – odpowiedziała sztywno. – Gdy 

załatwiam  interesy,  forma  bardziej  oficjalna  wydaje  mi  się  całkiem  na 
miejscu.  

– Czy tym się właśnie zajmujemy? 
–  Jeszcze  nie.  Ale  jeśli  nie  będziesz  mi  utrudniał,  to  zaraz  do  tego 

dojdę.  

–  Skoro  musimy...  –  westchnął  z  rezygnacją  –  to  już  powiedz,  o  co 

chodzi? 

– Chciałabym ustalić z tobą termin naszego spotkania.  
– Świetnie. Spotkajmy się w poniedziałek.  
– Ale... przecież w poniedziałek wyjeżdżamy już na wyspę! 

background image

– Tak. Dlatego to dobry termin.  
Taylor opadły ręce. On jest niepoprawny! Zachowuje się jak krnąbrny 

uczeń, który chce się wymigać od odrabiania lekcji.  

–  Jason,  posłuchaj!  Chcę  dziś  dostać  twój  raport.  Muszę  mieć  czas, 

by się dobrze z nim zapoznać jeszcze przed przyjazdem na wyspę.  

–  Przykro  mi,  ale  nie  zebrałem  jeszcze  wszystkich  informacji.  Chyba 

zdajesz sobie sprawę, że wymaga to czasu? Będziesz mogła przeczytać 
mój raport na promie.  

W  słuchawce  zaległa  cisza.  Taylor  policzyła  do  dziesięciu,  żeby  się 

trochę uspokoić, zanim się odezwała.  

– W takim razie daj mi na razie to, co już zdołałeś zdobyć.  
–  Chętnie  się  z  tobą  spotkam,  Księżniczko,  skoro  tak  mnie 

namawiasz. Ale na informacje będziesz musiała poczekać.  

– Ja mówię o interesach – przypomniała mu.  
– Ja też! A o czym miałbym mówić? 
Taylor  czuła,  że  on  trochę  sobie  z  niej  żartuje.  Nie  miała  jednak 

sposobu,  żeby  doprowadzić  go  do  porządku,  gdyż  wszystkie  jej 
dotychczasowe  metody  zawiodły.  Nie  było  wątpliwości,  że  ta  rozmowa 
nie zaprowadzi jej do celu.  

–  Posłuchaj!  Zaczynam  się  pakować  i  daję  ci  dwie  godziny  na 

skompletowanie  informacji.  Potem  do  ciebie  zadzwonię  i  oczekuję 
wyczerpujących  odpowiedzi  na  wszystkie  moje  pytania.  Jeśli  nie 
będziesz  w  stanie  mi  ich  udzielić,  to  naszą  umowę  możesz  uznać  za 
niebyłą!  Czy  to  jasne?  –  zapytała  twardo.  Miała  dość  i  była  mocno 
zirytowana.  

–  To  zupełnie  jasne.  Ale  nic  na  to  nie  poradzę.  Dziś  jest  niedziela  i 

niektórych ludzi nie ma w domu. Nie będę w stanie porozmawiać z nimi 
przed poniedziałkiem.  

Coś  ją  zdziwiło  w  jego  sposobie  mówienia.  On  nie  tłumaczył  się  jak 

podwładny.  Mówił  raczej  jak  jej  ojciec,  gdy  wymagał  bezwzględnego 
posłuchu. Ale miała już pewne doświadczenie w radzeniu sobie z takimi 
ludźmi. Wiedziała, że musi rozmawiać z nim równie twardo, jak on z nią.  

–  Panie  Richmond!  Ma  pan  dokładnie  dwie  godziny  –  powtórzyła 

tonem nie znoszącym sprzeciwu. – Albo zrywamy naszą umowę! 

–  Jak  pani  sobie  życzy,  panno  Daniels!  –  odpowiedział  jej  takim 

samym tonem.  

– Widzę, że tylko w ten sposób można z tobą coś załatwić – mruknęła 

zadowolona z siebie.  

– Życzę ci przyjemnego pobytu na wyspie! – dodał spokojnie i odłożył 

słuchawkę.  

Taylor stała z otwartymi ustami i ‘wpatrywała się w słuchawkę. Tego 

background image

zupełnie  się  nie  spodziewała!  Naiwnością  z  jej  strony  było  myśleć,  że 
pójdzie  jej  z  nim  tak  łatwo.  Tę  rundę  przegrała.  Musi  to  sobie  szczerze 
powiedzieć.  Ale  jedna  runda  nie  przesądza  o  całym  meczu.  Będzie  mu 
musiała ustąpić, bo zerwanie umowy w ogóle nie wchodzi w grę. To było 
zbyt ryzykowne zagranie z jej strony. Teraz będzie ostrożniejsza.  

 
Jason  postawił  telefon  tuż  obok  hamaka.  Miał  nadzieję,  że  rybka 

chwyciła przynętę. Ciekaw był, jak zareaguje, gdy odkryje, że przez cały 
czas była prowadzona przez niego w sposób, w jaki wytrawny łowca ryb 
prowadzi  swoją  zdobycz  na  żyłce  wędki.  Pewnie  rzuci  się  wtedy  do 
rozpaczliwej  walki.  Na  swoje  nieszczęście  Taylor  nie  będzie  wiedziała, 
że  nie  ma  żadnych  szans,  ponieważ  on  od  samego  początku  chowa 
wszystkie asy w rękawie.  

Podłożył  rękę  pod  głowę  i  spokojnie  czekał,  aż  telefon  zadzwoni. 

Wiedział, że Taylor musi mieć trochę czasu, by ochłonąć. Żałował, że nie 
może  jej  teraz  zobaczyć.  Wyobraził  sobie  te  wielkie  czarne  oczy 
błyszczące  z  oburzenia, zaróżowione  policzki...  Nie znał jeszcze  osoby, 
która by tak ładnie wyglądała, gdy się złości.  

Spojrzał na telefon. Jeśli ona nie pospieszy się z dzwonieniem, gotów 

znów  zasnąć.  Obudziła  go  po  zaledwie  paru  godzinach  snu. 
Niepotrzebnie  się  niepokoił,  bo  właśnie  zabrzęczał  telefon.  Odczekał 
chwilę i podniósł słuchawkę dopiero po piątym sygnale.  

– Halo? 
–  Nie  raczysz  się  nawet  ruszyć  z  tego  hamaka!  Słyszysz  mnie, 

Richmond? Nie pozwolę ci zerwać tej umowy! 

–  To  ty,  Księżniczko?  –  spytał  niewinnym  głosem.  –  Czyżbyś  była 

zdenerwowana? 

– Do cholery! Zgodziłeś się pojechać ze mną na wyspę i odegrać rolę 

mojego  narzeczonego,  więc  dopilnuję,  byś  dotrzymał  umowy.  Jak 
możesz się teraz wycofywać? 

– Ja z niczego się nie wycofywałem! – Jego głos nieco stwardniał. – 

To tobie przestała odpowiadać ta umowa.  

– Słucham?! Co ty po...  
–  Nie  zmieniaj  oczywistych  faktów  –  wszedł  jej  w  słowo.  –  To  ty 

postawiłaś  mi  ultimatum,  próbowałaś  mnie  szantażować  zerwaniem 
umowy. Nie powinnaś się zatem dziwić, że przyniosło to takie opłakane 
skutki! 

– Ja tylko...  
–  Myślałaś  zapewne,  że  ugnę  się  pod  twoimi  groźbami?  Pomyliłaś 

się!  A  teraz  nie  chcesz  ponosić  konsekwencji  własnych  decyzji!  Czy 
Boss  cię  nie  nauczył,  że  w  negocjacjach  grozić  można  tylko  takimi 

background image

konsekwencjami, które jest się w stanie ponieść? 

– To nie była groźba.  
– Nie? Jak. więc nazwiesz swoje ultimatum: raport w dwie godziny na 

twoim  biurku  albo  zerwanie  umowy?  To  była  idiotycznie  głupia  groźba! 
Nie powinnaś się dziwić, że wybrałem to drugie.  

– Nie! Nie możesz tego zrobić! 
Panika  w  jej  głosie  była  aż  nazbyt  wyraźna.  Wiedział,  że  chwyciła 

przynętę i już jej nie wypuści. Nie zdawała sobie z tego pewnie sprawy, 
że ma ją już w rękach. Będzie nią kierował i prowadził w wygodnym dla 
siebie kierunku. To prawda, jego zachowanie nie było do końca etyczne, 
ale musiał bronić interesów wyspy. Tam się wychował, tam był jego dom 
i tam mieszkali wszyscy bliscy mu ludzie. Nie mógł dopuścić, by Daniels 
Investment  zagroziło  dobrze  prosperującemu  ośrodkowi  i,  co  gorsza, 
zniszczyło unikatową przyrodę wyspy.  

– Owszem, mogę to zrobić! – odparł chłodno. – I zrobię to! 
–  Ale  ja  potrzebuję  tych  informacji  –  jęknęła  płaczliwie  Taylor.  –  I  to 

potrzebuję ich dzisiaj! 

–  Posłuchaj!  To  nie  moja  wina,  że  w  czasie  weekendu  nikt  nie 

pracuje.  Nie  zbiorę  wszystkich  informacji  przed  poniedziałkiem,  część 
ludzi  po  prostu  wyjechała  i  w  żaden  sposób  nie  zdołam  ich  złapać  – 
tłumaczył spokojnie jak dziecku.  

–  Mówiłeś,  że  dla  ciebie  zebranie  tych  informacji  to  pestka  – 

powiedziała z wyrzutem.  

–  To  prawda,  ale  nie  w  sobotę  czy  w  niedzielę.  Czego  ty  ode  mnie 

oczekujesz?  Że  zadzwonię  do  Elizabeth  Jermain  i  poproszę  o  pełne 
sprawozdanie na temat sytuacji finansowej firmy? 

– Nie! 
–  Też  mi  się  tak  wydawało.  Potrzebuję  trochę  czasu.  W  ogóle,  żeby 

dotknąć tej sprawy, potrzeba delikatności i finezji.  

– I ty to właśnie potrafisz? – spytała z nie skrywaną ironią.  
– Sama możesz ocenić, czy mój dotyk jest wystarczająco delikatny. – 

Aluzja była aż nadto czytelna. – Żadnego komentarza, panno Daniels? – 
spytał, gdy dłuższą chwilę milczała.  

– Żadnego – burknęła.  
– Jaka szkoda! Myślałem, że szczerość jest twoją mocną stroną...  
– Skąd ten sarkazm? Czyżbyś miał coś do ukrycia? – odcięła się.  
Jason  zrozumiał,  że  trochę  przeholował.  To  bystra  dziewczyna,  nie 

powinien o tym zapominać.  

– Przepraszam – powiedział ugodowo. – Przyznam się, że faktycznie 

zadzwoniłaś w nie najlepszym momencie.  

– Spałeś? 

background image

– Wczoraj po późnych godzin nocnych byłem zajęty.  
W  słuchawce  znów  zaległa  cisza.  Jason  nie  miał  wątpliwości,  co 

sobie  pomyślała  Taylor.  Nie  przeszkadzało  mu  to  jednak.  Odpowiadało 
mu, że jej podejrzenia są takie dalekie od prawdy. Pracował ciężko przez 
całą  sobotę,  by  móc  zostawić  własną  firmę  na  najbliższe  dwa  tygodnie. 
Prawdę mówiąc, znów musiał siadać do pracy.  

–  No  więc,  na  co  się  decydujesz?  –  spytał  stanowczo.  –  Poczekasz 

na informacje do poniedziałku, czy zrywamy umowę? 

–  Wydaje  mi  się,  że  nie  pozostawiłeś  mi  wielkiego  wyboru  – 

odpowiedziała i westchnęła.  

–  Pozostawiłem.  Widocznie  bardziej  ci  odpowiada  poczekać,  niż 

zrezygnować z moich usług – podsumował.  

Taylor w duchu musiała przyznać, że miał rację. Była na siebie zła, że 

tak fatalnie to rozegrała.  

–  W  takim  razie  bądź  u  mnie  koło  pierwszej,  popłyniemy  promem  o 

drugiej – zdecydował.  

–  Miałam  nadzieję,  że  będziemy  wcześniej  na  wyspie  –  jęknęła 

niezadowolona.  

Takiej  porażki  w  negocjacjach  dawno  nie  poniosła.  On  nie  spełnił 

żadnego  z  jej  wymagań  i  przyjął  tę  pracę  wyłącznie  na  swoich 
warunkach.  

– Przepraszam, ale nic na to nie poradzę – powiedział twardo.  
– Skończmy już tę dyskusję, wyjeżdżamy jutro o drugiej! 
– Ale...  
–  Mam  zamiar  teraz  trochę  się  przespać,  więc  nie  dzwoń  do  mnie 

przez  parę  godzin.  Aha,  jeszcze  jedno.  Nie  zabieraj  ze  sobą  na  wyspę 
tych kostiumów, których pewnie masz całą kolekcję. Wiesz, chodzi mi o 
to, w czym do mnie przyszłaś. Tak ubrana dziewczyna zupełnie do mnie 
nie  pasuje!  –  Szybko  odłożył  słuchawkę,  żeby  nie  dać  jej  szansy  na 
odpowiedź. Uśmiechnął się do siebie. Wyobraził sobie, w jaką furię teraz 
wpadła.  

Taylor  wściekle  cisnęła  słuchawką.  Co  on  sobie  wyobraża?  Za  kogo 

on  się  ma?  Otworzyła  szafę  i  zaczęła  wyrzucać  ubrania  na  łóżko. 
Bezczelny, arogancki typ! 

–  Co  on  może  wiedzieć  o  zawartości  mojej  szafy?  –  mruczała  do 

siebie.  

Ale  im  więcej  rzeczy  wyrzucała  z  szafy,  tym  bardziej  stawało  się 

jasne,  że  Jason  miał  rację.  Na  jej  łóżku  rosła  sterta  kostiumów  i 
zapinanych  pod  szyję  bluzek.  Właściwie,  musiała  to  przyznać,  nie  było 
tam  strojów  odpowiednich  na  podróż  z  narzeczonym  na  egzotyczną 
wyspę.  Inna  rzecz,  że  faktycznie  nikt  by  im  nie  uwierzył,  że  są  parą. 

background image

Czekała  ją  zatem  jeszcze  wyprawa  do  sklepu  na  wielkie  zakupy.  Ale 
jakie ubrania miała kupić, żeby wyglądać na jego narzeczoną? Nie miała 
pojęcia! Przecież żyli  w dwu różnych światach, które dotąd nie miały ze 
sobą  nic  wspólnego.  Z  westchnieniem  podniosła  słuchawkę.  Trudno, 
będzie się musiał obudzić. Wykręciła numer.  

– Lepiej, żebyś to nie była ty, Księżniczko! – usłyszała w słuchawce.  
– Hm, to ja. – Taylor nawijała sobie sznur od telefonu na palec. – To 

twoja  wina,  że  znów  muszę  do  ciebie  dzwonić.  Powiedziałeś,  że  nie 
podobają ci się moje kostiumy, więc...  

– Chyba żartujesz! 
–  Nie.  Chcę,  żeby  wszyscy  uwierzyli,  że  naprawdę  jesteśmy 

zaręczeni. Dlatego musisz mi powiedzieć, jakie mam sobie kupić ubrania 
– nie ustępowała.  

–  Chyba  masz  coś  w  szafie  prócz  tych  bezpłciowych  kostiumów  – 

ciężko westchnął Jason.  

– Niestety, nie. Nie mam dżinsów, skór, łańcuchów i nie wiem czego 

tam jeszcze, co z pewnością powinna nosić twoja narzeczona.  

– Dobry pomysł. W obcisłej skórzanej sukience z kilkoma łańcuchami 

wyglądałabyś całkiem nieźle.  

– Richmond! 
–  Uspokój  się.  Sama  zaczęłaś.  Zapakuj  po  prostu  te  rzeczy,  które 

nosisz  po  pracy,  czy  w  czasie  weekendu.  Jakieś  wieczorowe  sukienki, 
coś na plażę i na spacer przy księżycu.  

– Och! – wyrwało jej się. Opadła zrezygnowana na fotel.  
–  Czy  to  „och”  znaczy,  że  przez  parę  ostatnich  lat  tak  byłaś  zajęta 

robieniem  kariery  w  Daniels  Investment,  że  biuro  było  bardziej  twoim 
domem  niż  twój  wspaniały  apartament?  –  spytał  z  udawanym 
niedowierzaniem. – A na dodatek, że masz tylko stroje do pracy? 

–  Zgadłeś  –  mruknęła.  Zastanowiło  ją,  skąd  on  wie,  że  ona  ma 

apartament?  Musiał  chyba  przeprowadzić  całkiem  dokładny  wywiad  na 
jej temat. Ciekawe, co jeszcze o niej wie? 

–  I  wszystko,  co  najważniejsze  w  twoim  życiu,  dzieje  się  od 

poniedziałku  do  piątku,  a  nie  w  czasie  wolnym  od  pracy?  Ale  przecież 
czasem  spotykasz  się  z  kimś?  Chyba  nie  chodzisz  na  randki  w  tych 
kostiumach? 

– To nie twoja sprawa! – burknęła.  
– Rozumiem, żyjesz tylko pracą. W takim razie pewnie masz sukienki 

koktajlowe, bo nie wątpię, że czasem reprezentujesz firmę ojca...  

– Tak, mam kilka – przyznała. Tak naprawdę, miała tylko dwie. I nie 

były bardzo wymyślne. Zauważyła, że gdy ubierała się na takie party zbyt 
seksownie,  mężczyźni  przestawali  ją  traktować  jak  partnera,  widzieli  w 

background image

niej  jedynie  kobietę.  Denerwowało  ją  to.  Dlatego  wybierała  sukienki 
eleganckie, ale jak najmniej eksponujące jej kształty.  

–  Nie  słyszę  specjalnego  entuzjazmu  w  twoim  głosie.  Trudno, 

będziesz  musiała  zrobić  spore  zakupy.  Przyda  ci  się  to!  Kup  sobie 
prawdziwe ubrania, a nie takie mundurki, które nosisz. Stroje wieczorowe 
mogą  ci  się  przydać,  ale  ważniejsze  są  te  na  co  dzień,  czyli  sukienki, 
szorty,  krótkie  spódnice.  Tylko  pamiętaj,  to  mają  być  kobiece  ciuchy!  I 
jeszcze jedno, nie spinaj włosów w kok, zostaw je rozpuszczone! No, to 
byłoby na tyle. Do zobaczenia! 

– Na razie! – pożegnała go. Dopiero gdy odłożyła słuchawkę, dotarło 

do  niej,  jak  on  ją  potraktował.  Zachowuje  się  jak  szef,  wydaje  jej 
polecenia  i  żąda  posłuchu.  A  przecież  to  ona  go  zatrudnia,  a  nie 
odwrotnie! Nie powinna do niego dzwonić, tylko sama zdecydować, jakie 
kupić sobie ciuchy.  

Poszła  do  salonu,  usiadła  przy  stole  i  zabrała  się  za  robienie  listy 

potrzebnych  rzeczy.  Na  pierwszym  miejscu  umieściła  pierścionek 
zaręczynowy.  Wiedziała,  że  ludzie  bardzo  zwracają  uwagę  na  takie 
symbole.  

Całe  lata  pracowała  na  to,  by  zostać  wiceprezesem  i  teraz  dołoży 

wszelkich starań, by ta ostatnia sprawa zakończyła się sukcesem. Zrobi 
to  po  swojemu,  dokładnie  przemyśli  wszystkie  szczegóły.  Niech  sobie 
Jason  myśli,  co  chce,  niech  sobie  myśli,  że  jest  zimna  i  mało 
emocjonalna.  Trzeba  być  niespełna  rozumu,  by  nie  przejmować  się 
czymś, w co włożyło się tyle pracy.  

A zresztą, nie powinno jej obchodzić, co on o niej myśli.  
 
Jason  sprawdził ciśnienie  powietrza  w  oponach  swojego  harleya.  To 

była  już  ostatnia  rzecz,  jaką  musiał  zrobić  przed  wyjazdem.  Z  lubością 
patrzył  na  pięknie  chromowane  metalowe  elementy  swojego  motoru. 
Przez  dwie  godziny  dokonywał  drobnych  napraw  i  sprawdzał,  czy 
wszystko  jest  w  porządku.  Teraz  jego  maszyna  była  gotowa  do 
jutrzejszej podróży.  

Oparł  się  na  czarnym  skórzanym  siedzeniu  motoru.  Wiedział,  że 

panna  Daniels  nie  podejrzewa  nawet,  że  w  taki  sposób  przybędzie  na 
wyspę  Jermain.  Pewnie  z  początku  będzie  bardzo  protestować. 
Uśmiechnął  się  do  siebie.  Czuł,  że  Taylor  może  polubić  jazdę  na 
motorze. Podniósł słuchawkę i wykręcił numer jej telefonu.  

– Halo? 
– To ja. Księżniczko. Chcę, żebyś jutro była ubrana w sukienkę lekką 

i powiewną.  

– Słucham? 

background image

–  Uwielbiam,  gdy  mówisz  do  mnie  tym  swoim  służbowym  tonem. 

Mówię  o  twoim  stroju.  Nie  byłaś  pewna,  jak  się  masz  ubrać,  więc 
dzwonię, by ci w tym pomóc.  

–  Dziękuję  za  troskę,  ale  już  zaplanowałam,  jaką  zabieram  ze  sobą 

garderobę – odpowiedziała sztywno.  

–  Oczywiście  zrobiłaś  listę,  prawda?  –  Cisza  po  drugiej  stronie 

słuchawki powiedziała mu, że się nie myli.  

–  Zrobiłam  także  listę  dla  ciebie  –  mruknęła  z  przekąsem.  –  Gdy 

przyjadę do ciebie w poniedziałek, masz być ubrany w garnitur i krawat. 
Nic ekstrawaganckiego, kolor szary będzie odpowiedni.  

– Dobrze. Ja włożę garnitur, jeśli ty będziesz w sukience.  
– Wypchaj się! 
–  Miałem  nadzieję,  że  tak  właśnie  powiesz!  To  znaczy,  że  jesteśmy 

umówieni – pożegnał ją i odłożył słuchawkę.  

Zatarł  dłonie  z  zadowolenia.  Wyobraził  sobie  Taylor  w  powiewnej 

sukience  i  pantoflach  na  wysokich  obcasach,  które  tak  bardzo  lubił. 
Wspaniale! 

Telefon  znowu  zadzwonił.  Taylor  jeszcze  nie  ochłonęła  po 

poprzedniej rozmowie z nim. Wściekła na Jasona chwyciła słuchawkę.  

– Co znowu? Czy tym razem chcesz mi powiedzieć, jaką mam włożyć 

bieliznę? 

– Taylor? To ty, kochanie? 
–  Tata?  Myślałam...  myślałam...  Co  u ciebie słychać, tato?  –  spytała 

słabym głosem.  

– Co się dzieje, Taylor? 
– A nic. Po prostu robiłyśmy sobie żarty z koleżanką. Myślałam, że to 

znowu ona zadzwoniła.  

–  To  niezbyt  profesjonalne  zachowanie  –  skrytykował  ją  Boss.  –  Co 

by było, gdyby to dzwonił klient? 

–  Będę  ostrożniej  sza,  obiecuję  –  starała  się  go  uspokoić.  Miała  też 

nadzieję, że uwierzył w jej tłumaczenie. – Czy coś się stało? 

–  Nie.  Chciałem  się  tylko  dowiedzieć,  czy  wszystko  w  porządku.  Nie 

miałaś  żadnych  trudności  z  rezerwacją  pokoju  w  „Raju  dla 
zakochanych”? Zdaje mi się, że oni prawie przez cały czas mają komplet 
gości.  

– Nie. Udało mi się to bez problemu.  
–  Czy  masz  całkowitą  jasność,  o  co  mi  chodzi?  Wiesz,  jakich 

informacji oczekuję od ciebie? 

– Tak! 
–  To  dobrze.  W  takim  razie  życzę  ci  powodzenia.  Liczę  na  ciebie, 

Taylor.  

background image

–  Zrobię,  co  w  mojej  mocy,  żebyś  był  ze  mnie  zadowolony.  – 

Zacisnęła dłoń na słuchawce i czuła, że tak samo ścisnął jej się żołądek.  

–  Wiem,  moja  droga.  Ale  pamiętaj,  że  najważniejsze,  żebyś  się  z  tą 

sprawą  uporała.  Nie  pozwól,  by  coś  odciągnęło  twoją  uwagę  od 
interesów – przestrzegł ją jeszcze.  

– Oczywiście, tato.  
Udzielił jej na koniec paru dobrych rad, które słyszała już co najmniej 

sto razy i pożegnał się. Taylor patrzyła na sporządzoną przez siebie listę 
ubrań do kupienia. W głowie zadźwięczały jej słowa ojca: „Nie pozwól, by 
coś  odciągnęło  twoją  uwagę  od  interesów”.  Łatwo  mu  było  mówić.  Na 
szczęście  ojciec  nie  wiedział,  jak  bliska  prawdy  była  ta  uwaga.  Od 
samego  początku  ich  znajomości  zachowanie  Jasona  powodowało,  że 
prawie zapominała o interesach. Ale to się musi zmienić! 

A co będzie, jeśli on znów ją pocałuje? Zacisnęła dłonie w pięści. Tak 

naprawdę, powinna sobie zadać inne pytanie. Jak ona na to zareaguje? 

 
W  poniedziałek  po  południu,  przed  umówionym  spotkaniem  z 

Jasonem,  Taylor  obiecała  sobie  solennie,  że  skupi  całą  uwagę  na 
interesach  i  za  żadną  cenę  nie  da  się  od  nich  odciągnąć.  Wrzuciła  do 
bagażnika  walizkę  pełną  nowych  ubrań.  Do  domu  Jasona  dojechała 
punktualnie o pierwszej. Zabrała z samochodu neseser z dokumentami i 
ruszyła  w  stronę  domu.  Dostrzegła  go  od  razu.  Stał  na  ganku,  ze 
skrzyżowanymi  na  piersi  rękami,  i  patrzył  prosto  na  nią.  Coś  w  jego 
spojrzeniu zaniepokoiło ją.  

Gdy  przyjechała  tu  po  raz  pierwszy,  myślała,  że  kupi  sobie  jego 

usługi,  że  będzie  mogła  nim  kierować.  Była  przekonana,  że  to  człowiek 
bez  silnych  zasad,  że  jest  jak  najemny  żołnierz,  któremu  obojętne,  po 
czyjej  stronie  walczy.  Teraz  już  nie  była  tego  taka  pewna.  Gdy  tak  stał 
nieruchomo, wyglądał jak posąg wykuty w kamieniu. Uświadomiła sobie 
także, że to, co zobaczy na wyspie, w jakimś stopniu będzie zależało od 
niego. Pozostawało tylko pytanie: w jakim? 

Na  dodatek,  był  najprzystojniejszym  mężczyzną,  jakiego  w  życiu 

spotkała.  Miał  mocne,  wspaniale  zbudowane  ciało  i  klasycznie  piękną, 
niezwykle  męską twarz.  Czarne  dżinsy  uwydatniały  imponujące  mięśnie 
jego nóg, a kraciasta, kowbojska koszula podkreślała szerokie ramiona. 
On  za  żadne  skarby  nie  może  się  zorientować,  jak  bardzo  to  na  nią 
działa.  

Nie  był  ubrany  w  garnitur  i  krawat,  tak  jak  sobie  tego  życzyła. 

Zirytowało  ją  to  nieco,  lecz  na  razie  postanowiła  nic  nie  mówić  na  ten 
temat.  

– Cześć! – przywitała go.  

background image

–  Cóż  za  punktualność!  –  W  jego  ustach  nie  zabrzmiało  to  jak 

komplement.  

Pokręciła  głową  z  dezaprobatą.  Czyżby  punktualność  uważał  za 

wadę? W głowie jej się to nie mieściło.  

–  Czy  to  znaczy,  że  ty  zawsze  się  spóźniasz?  –  spytała  z  wyraźną 

naganą w głosie.  

–  Jak  trzeba,  to  jestem  bardzo  punktualny  –  uśmiechnął  się.  – 

Podoba  mi  się  twoja  sukienka.  Nie  jest  dokładnie  taka,  jak  sobie 
wyobrażałem, ale pasuje do ciebie.  

–  Dziękuję.  –  Taylor  odruchowo  wygładziła  dół  swojej  perłowoszarej 

sukienki. Była to klasyczna sukienka, z satyny, z dość dużym dekoltem w 
kształcie  litery  V,  dopasowana  w  talii.  Gdy  ją  włożyła  w  domu, 
stwierdziła,  że  faktycznie  wygląda  zupełnie  inaczej  niż  w  swoich 
kostiumach.  Nawet  jej  się  to spodobało.  Nie  zrezygnowała  z  pantofli  na 
wysokim 

obcasie, 

te 

dodatkowe 

centymetry 

poprawiały 

jej 

samopoczucie.  

–  Łatwo  sieją  będzie  zdejmowało.  –  Jason  patrzył  na  szereg 

guziczków  przebiegający  wzdłuż  całej  długości  sukienki.  Nie  było 
wątpliwości, o czym myśli.  

A Taylor w tym momencie wyobraziła sobie szerokie łoże w „Raju dla 

zakochanych” i Jasona ściągającego z niej powoli ubranie. Zaczerwieniła 
się. Nerwowo zaczęła bawić się sznurem pereł, który okalał jej szyję.  

– Perły mogą zostać – powiedział Jason, jakby czytał w jej myślach.  
Zrozumiała,  że  popełniła  błąd.  Nie  powinna  dawać  się  wciągać  w 

takie  nastroje.  Co  z  tego,  że  on  jest  tak  obezwładniająco  przystojny? 
Przecież  jadą  tam  do  pracy.  Nie  może  myśleć  o  jego  atletycznej 
budowie, gdy jej kariera zawodowa wisi na włosku! 

–  Jak  widzę,  odniosłeś  w  sobotę  mylne  wrażenie  co  do  moich 

oczekiwań.  Ten  pocałunek  nie  powinien  był  się  zdarzyć.  –  Postanowiła 
naprowadzić ich kontakty na właściwą drogę.  

–  Jestem  pewien,  że  właściwie  odczytałem  twoje  oczekiwania  – 

zaprzeczył. – I nic nie zmieni faktu, że gdy trzymałem cię w ramionach i 
całowałem, ty reagowałaś na to... hm, powiedzmy, entuzjastycznie...  

– Nie mówmy o tym. Co się stało, to się nie odstanie – wycofała się 

szybko. – Najlepiej będzie, gdy puścimy to zajście w niepamięć.  

– A jeśli ja nie chcę o tym zapomnieć? – spytał miękko.  
–  To  możesz...  –  Nie  była  w  stanie  nic  wymyślić.  Kontrola  nad 

sytuacją znów wymykała jej się z rąk. Nigdy wcześniej nie miała w pracy 
takich  problemów!  A,  co  gorsza,  nie  było  osoby,  która  by  mogła  jej 
pomóc  je  rozwiązać.  Musiała  to  zrobić  zupełnie  sama.  Obawiała  się 
trochę, czy to zadanie jej nie przerasta! 

background image

– Co mogę? – Jason chyba zauważył, jak rozpaczliwie Taylor walczy, 

by nie stracić resztek panowania nad sobą.  

Wiedziała, że musi go powstrzymać, nie może dać się wciągnąć w te 

jego  gierki.  On  jest  w  nich  dużo  lepszy.  Opanowała  się.  Spojrzała  na 
niego chłodno.  

–  Mamy  dużo  ważniejsze  sprawy,  niż  rozpamiętywanie  tego,  co  się 

stało w sobotę. Jeden, nic nie znaczący pocałunek nie może wpływać na 
naszą pracę.  

– Nic nie znaczący? 
–  Do  licha,  Jason!  Jesteś  moim  pracownikiem!  Będziemy  razem 

pracować  przez  najbliższe  dwa  tygodnie.  To  jest  biznes,  a  nie 
zaproszenie  do...  –  Urwała  przestraszona  tym,  co  chciała  powiedzieć. 
„Zaproszenie do romansu”, te właśnie słowa utknęły jej w gardle.  

–  Dokończ,  proszę.  –  Jego  głos  brzmiał  niebezpiecznie  miękko  i 

czule.  

Czyżby  odgadł,  co  chciała  powiedzieć?  Domyślił  się?  Musi  jakoś 

zamydlić mu oczy! 

–  To  nie  jest  zaproszenie  na  wakacje.  Chcę,  żeby  nie  było  między 

nami  nieporozumień.  Potrzebna  jest  atmosfera  pracy,  a  nie  wakacyjne 
rozprężenie.  

– Pozwól, że wybawię cię z kłopotu. Chcesz, żeby nasza współpraca 

utrzymywała  się  jedynie  na  stopie  oficjalnej.  Żadnych  pocałunków, 
dotykania  ani  cieszenia  się  sobą  nawzajem.  Mamy  odegrać  zakochaną 
parę, ale to nie znaczy, że ma nam to sprawiać przyjemność. – Spojrzał 
na nią drwiąco. – Czy to właśnie chciałaś powiedzieć? .  

– Tak! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Dokładnie to! 
– Trzymaj ręce przy sobie, a nie będziemy mieli żadnych problemów, 

zapomniałaś jeszcze dodać.  

– Panie Richmond...  
–  Nie  musisz  nic  więcej  mówić,  Księżniczko.  Faktycznie  lepiej 

zajmijmy się wyjazdem.  

– Bardzo rozsądnie. Czy jesteś gotów? 
–  Prawie.  Może  wejdziesz  i  przejrzysz  raport,  który  dla  ciebie 

przygotowałem, a ja skończę pakowanie? 

–  Dobry  pomysł  –  przyznała.  W  jej  sercu  pojawiła  się  nadzieja,  że 

może jakoś się ułoży ta współpraca.  

Jason  przyglądał  się,  jak  Taylor  wchodzi  po  schodkach  na  werandę. 

Otworzył  drzwi  domu  i  przepuścił  ją  przodem.  Szpilki  sprawiały,  że  jej 
chód  przyciągał  męskie  oko,  ponieważ  wprawiał  jej  biodra  w  miękkie 
kołysanie.  Wiedział,  że  ona  nie  robi  tego  celowo,  że  niczego  nie 
zaplanowała.  Ale  kobiety  od  czasów  pramatki  Ewy  kusiły  mężczyzn  na 

background image

różne  sposoby.  Czuł,  że  wzbiera  w  nim  pożądanie.  Powstrzymał  się 
jednak,  wiedział,  że  nie  powinien  się  spieszyć.  Na  wyspie  pociągająca 
panna  Daniels  już  mu  się  nie  wymknie.  Miał  tylko  nadzieję,  że  również 
mu się nie wymknie z rąk kontrola nad całą tą sytuacją.  

Taylor  zatrzymała  się  na  moment  w  holu  i  dyskretnie  się  rozejrzała. 

Starała  się  nie  okazywać  zdziwienia,  ale  zaskoczyło  ją,  że  on  ma  taki 
dom. Wydawało się, że jest to dom bogatego człowieka, a nie nigdzie nie 
pracującego, niebieskiego ptaka.  

Jason  dostrzegł  zdziwienie  Taylor.  Uśmiechnął  się  pod  nosem.  To 

dobrze, będzie miała jeszcze jedną zagadkę do rozwiązania.  

– Kuchnia jest w końcu korytarza – poinformował ją. – Mój raport leży 

tuż  obok  dzbanka  ze  świeżo  zaparzoną  kawą.  Czuj  się  jak  u  siebie  w 
domu.  

Jason  obserwował  jej  reakcje.  Nie  miał  wątpliwości,  o  co  jej  chodzi. 

Na jedno wspomnienie o raporcie rozświetlała się jak bożonarodzeniowa 
choinka.  Poszedł  do  swojej  sypialni,  gdzie  stała  spakowana  już  torba. 
Dorzucił jeszcze parę drobiazgów.  

Czego  ona  tak  naprawdę  szuka?  –  zastanawiał  się.  Nie  miał  co  do 

tego złudzeń, że nie odkryła wszystkich swoich kart. Bez względu na to, 
jak niewinnie wygląda, nie powinien zapominać, że nazywa się Daniels.  

–  Cóż,  trzeba  zająć  się  interesami  –  szepnął  do  siebie.  –  Czas 

zrealizować pierwszy punkt mojego misternego planu! 

Zszedł na dół i stojąc w drzwiach kuchni, przyglądał się przez chwilę, 

jak Taylor zachłannie wczytuje się w raport.  

– Widzę, że w końcu udało mi się ciebie zadowolić. Daj mi kluczyki od 

samochodu, to wrzucę swoją torbę do bagażnika.  

– Tak, oczywiście, proszę. – Taylor prawie na niego nie spojrzała, tak 

była zaczytana.  

Wziął kluczyki bez słowa i pogwizdując, poszedł w stronę furtki. O taki 

samochód  jej  nie  podejrzewał!  Dlaczego  tego  wcześniej  nie  zauważył? 
Czyżby  jego  uwaga  aż  tak  bardzo  była  skupiona  na  Taylor?  Nie 
przypuszczał,  że  Śnieżna  Księżniczka  jeździ  czerwonym,  sportowym 
jaguarem  i  to  kabrioletem!  Pokręcił  głową  z  dezaprobatą  –  ależ  stary 
Daniels musiał stłamsić jej osobowość! 

Obszedł  samochód  dookoła.  No  tak,  ale  nawet  w  taki  upał  nie 

opuściła dachu! Nie znał jeszcze osoby, która by miała samochód coupe 
i  w  lecie  jeździła  z  podniesionym  dachem.  Sprawdził,  czy  wóz  jest 
zamknięty.  Otworzył  tylko  bagażnik,  wrzucił  swoją  torbę,  a  na  wierzchu 
położył kluczyki... i z uśmiechem zatrzasnął klapę.  

– No, pierwszy punkt planu zrealizowany! Mogę sobie pogratulować – 

powiedział do siebie półgłosem.  

background image

Wrócił  do  kuchni.  Taylor  właśnie  kończyła  czytać  drugą  stronę 

raportu.  

– Czas jechać! – zawołał.  
– Nie przeczytałam jeszcze wszystkiego – zaprotestowała. – Na tych 

stronach były tylko uwagi historyczne.  

–  Przeczytasz  resztę  po  drodze.  –  Zabrał  pustą  filiżankę  po  kawie  i 

wstawił do zlewu.  

– Boisz się, że nie zdążymy na prom? – spytała nieco zaskoczona. – 

Myślałam, że wcale ci nie zależy, żeby szybko dotrzeć na wyspę.  

– Staram się dotrzeć tam tak szybko, jak się tylko da – powiedział z 

naciskiem. Zamknął raport i położył go na jej neseserze. – Pozamykam, 
pogaszę światła i możemy jechać.  

Taylor, nie czekając na niego, poszła w stronę furtki. Jason dogonił ją, 

zanim doszła do samochodu.  

– Niezły wóz.  
– Dostałam go na urodziny. – Założyła niesforny lok za ucho. W tym 

momencie Jason dostrzegł jej nowy zakup.  

– Ładny pierścionek! – Podniósł jej dłoń, by móc go lepiej obejrzeć. – 

Bardzo  ładny  i  bardzo  drogi...  –  Duży  rubin  był  osadzony  w  misternie 
rzeźbionym złocie. – To pamiątka rodzinna? 

– Nie, kupiłam go wczoraj.  
– Wczoraj? – Podniósł zdziwiony brwi. – Interesujące...  
– Jeśli mamy wyglądać na prawdziwych narzeczonych, to niezbędny 

jest pierścionek. Zobaczyłam go na wystawie i spodobał mi się, więc go 
kupiłam. – Zabrzmiało to tak, jakby się usprawiedliwiała.  

– Nie mam nic przeciwko temu – uspokoił ją. – Zdziwiło mnie tylko, że 

wybrałaś  coś  w  tak  starodawnym  stylu.  Ciekawe,  dlaczego  kupiłaś 
właśnie taki pierścionek? 

Zanim  zdążyła  otworzyć  usta,  po  jej  oczach  poznał,  że  nie  powie 

prawdy.  

– Był przeceniony.  
– Przeceniony? – Parsknął śmiechem.  
– No dobrze. Wcale nie był przeceniony. Tak naprawdę to był bardzo 

drogi. Kupiłam go, bo...  

– Bo co? 
– Bo mi się bardzo spodobał, zadowolony? – Uwolniła dłoń z jego rąk. 

– Gdzie są kluczyki? 

– Oddałem ci je! – skłamał bez mrugnięcia okiem.  
– Nie.  
–  Musiałem  ci  oddać,  bo  ja  ich  nie  mam!  –  Ostentacyjnie  obszukał 

wszystkie kieszenie.  

background image

– Sprawdź, czy nie zostawiłeś ich w domu.  
Jason  bez  słowa  zawrócił.  Odczekał  parę  minut  i  przyszedł  z 

powrotem do samochodu.  

–  Nie  ma  ich  w  domu,  sprawdziłem  dokładnie.  Musiałem  je  wrzucić 

razem  z  torbą  do  bagażnika...  –  Dyskretnie  spoglądał,  czy  Taylor  mu 
wierzy. – Masz zapasową parę? 

–  Tak,  mam  –  wycedziła  przez  zęby.  –  Ale  w  domu!  A  na  dodatek 

klucze do domu są na tym samym kółku co kluczyki od samochodu.  

–  Wiem!  –  Jason  strzelił  palcami.  –  Mam  przyjaciela,  który  jest 

ślusarzem.  Zaraz  do  niego  zadzwonię!  –  Nie  czekając  na  to,  co  Taylor 
powie, pobiegł do domu.  

–  Załatwione!  –  zawołał  od  furtki.  –  Na  szczęście  zastałem  go  w 

domu.  Teraz  jest  zajęty,  ale  za  dwie  godziny  przyjedzie  tu  i  otworzy 
bagażnik. Obiecał też, że przyśle wieczornym promem nasze bagaże.  

– A co z nami? Wezwałeś taksówkę? 
–  Nie  ma  takiej  potrzeby  –  odparł,  starając  się,  by  jego  głos  brzmiał 

beztrosko. – Pojedziemy moim pojazdem.  

–  To  znaczy  czym?  –  Sekundę  jej  zajęło,  zanim  przypomniała  sobie 

wielki czarny motor, który widziała, kiedy była tu dwa dni temu. – O nie! 
Wykluczone!  Na  to  mnie  nie  namówisz!  –  krzyknęła.  Cofnęła  się,  jakby 
się obawiała, że porwie ją i siłą zawlecze na tę straszną maszynę.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Jason  uśmiechnął  się,  spodziewał  się  ostrego  protestu.  Jednak  ani 

przez chwilę nie wątpił, że uda mu się przełamać jej opór.  

–  Przecież  twój  samochód  to  kabriolet.  Nie  ma  jakiejś  zasadniczej 

różnicy  między  motocyklem  a  takim  samochodem.  Harley  jest  tylko 
trochę krótszy i węższy niż twój wóz.  

–  To  nie  to  samo!  I  w  ogóle  nie  widzę  żadnego  podobieństwa!  – 

Spojrzała  w  dół.  –  Do  diabła,  Jason!  Przecież  nie  mogę  jechać  na 
motorze w sukience! 

–  Oczywiście,  że  możesz.  Jest  na  tyle  szeroka,  że  będzie  ci  w  niej 

wygodniej niż w spodniach.  

–  Wybij  to  sobie  z  głowy!  Idę  zadzwonić  po  taksówkę.  Złapał  ją  za 

ramię, zanim zdążyła zrobić krok.  

– Nie zdążymy! Spóźnimy się na prom! 
–  Spóźnimy  się?  –  Przyjrzała  mu  się  podejrzliwie.  –  To  po  co  tu 

stoimy i prowadzimy tę głupią rozmowę? Zrobiłeś to specjalnie! 

–  Oczywiście,  wrzuciłem  kluczyki  do  bagażnika,  wszystko  z  góry 

ukartowałem... – drwił, żeby zbić ją z tropu. – Cóż za spostrzegawczość. 
Tylko powiedz mi jeszcze, po co to wszystko zrobiłem? 

– No...  
Nie chciał dać jej czasu, by się mogła zastanowić.  
– Pewnie zrobiłem to, by zobaczyć, jak letni wiaterek rozwiewa twoją 

sukienkę – szybko podpowiedział niedalekie od prawdy tłumaczenie.  

–  Czemu  nie?  Ty  jesteś  zdolny  do  wszystkiego  –  mruknęła 

zrezygnowana.  

Widział,  że  powoli  godzi  się  z  myślą,  że  zajedzie  na  wyspę  na 

harleyu.  

–  Szkoda  czasu  na  kłótnie,  Księżniczko.  Przygotuj  się  na  nowe 

wspaniałe doznania. W zasadzie dobrze, że się tak stało. Gdybym chciał 
wybrać się na wyspę z prawdziwą narzeczoną, pojechałbym  właśnie na 
motorze. Nie masz się czym denerwować, szpilki i sukienka w niczym ci 
nie będą przeszkadzać.  

– Gdzie jest ten twój motor? – mruknęła, ciągle rozzłoszczona.  
– W garażu. Zaraz go przyprowadzę.  
Po kilku minutach podjechał na wielkiej czarnej maszynie. Zatrzymał 

się przed Taylor i zsiadł. Włożył jej na głowę kask, wyjął z rąk neseser i 
włożył go do torby przymocowanej do bagażnika.  

– Włóż tę kurtkę, po drodze może ci być za chłodno w takim stroju.  
Taylor  niezadowolona  spojrzała  na  czarną,  skórzaną  kurtkę,  ale 

background image

włożyła ją bez protestu.  

– A tobie nie będzie zimno? 
–  Ja  jestem  przyzwyczajony  –  odparł.  –  Aha,  zbierz  sukienkę  z 

przodu i podłóż ją pod uda – dodał.  

– Po co? – obruszyła się.  
Wyglądała tak słodko z lekkim rumieńcem i trochę nadąsana, że miał 

wielką ochotę wziąć ją w ramiona i pocałować. Wiedział jednak, że wtedy 
na pewno spóźniliby się na prom.  

– Jeśli tego nie zrobisz, wiatr rozwieje ci sukienkę. Przechodnie będą 

mieli piękny widok... Wsiadaj! Jedziemy, bo czas ucieka! – Pomógł jej się 
wdrapać na siedzenie.  

– Jakoś dziwnie się czuję... – szepnęła nerwowo.  
– Nie bój się, postaw obcasy na pedałach.  
– Gdzie? Jak? 
–  O  tu.  –  Naprowadził  jej  nogę.  –  I  tak  samo  po  drugiej  stronie. 

Trzymaj  się  mnie  mocno,  najlepiej  obejmij  mnie  w  pasie.  Przycisnęłaś 
sukienkę? 

– Tak.  
– No to jedziemy! 
Nie dał jej czasu na zmianę decyzji. Uruchomił silnik i ruszyli. Taylor 

tak mocno przytuliła się do jego pleców, że czuł bicie jej serca. Potem z 
całych sił zacisnęła ramiona wokół jego pasa.  

Po chwili jednak uspokoiła się. Wiatr rozwiewał jej włosy i czasem aż 

zatykał  dech,  ale  zaczęło  robić  jej  się  całkiem  przyjemnie.  Czuła 
bezpośredni kontakt z tym, co ją otaczało. Czuła szybkość...  

Ta  jazda  jest  jak  szampan,  pomyślała.  Nie,  nawet  lepsza,  szampan 

nie powoduje od razu tak szybkich reakcji. Nie spodziewała się, że jazda 
na motorze może być taka fajna! 

Nagle  wiatr  wyrwał  jej  spod  nóg  sukienkę  i  podwiał  ją  znacznie  za 

wysoko. Nic nie mogła zrobić. Żeby ją złapać, potrzebowałaby obu rąk, a 
na takie akrobacje się nie zdecydowała. Pocieszało ją tylko to, że Jason 
nie  mógł  nic  zobaczyć,  a  kierowcy  jadący  z  przeciwka  mieli  zbyt  mało 
czasu na podziwianie jej wdzięków.  

Postanowiła  jednak  spróbować  złapać  niesforną  sukienkę  i  o  mały 

włos  nie  straciła  równowagi.  Przywarła  z  całej  siły  do  Jasona. 
Przestraszyła się nie na żarty.  

– Wszystko w porządku? – spytał Jason przez ramię, gdy zatrzymali 

się na światłach.  

– Strasznie trzęsie ten twój motor! – odpowiedziała. Szybko poprawiła 

sukienkę.  

–  Przecież  to  harley!  Nie  bój  się,  nic  złego  się  nie  dzieje.  Światło 

background image

zmieniło  się  na  zielone  i  ruszyli.  Taylor  wydawało  się,  że  pędzą  co 
najmniej  sto  pięćdziesiąt  na  godzinę,  wykonując  dziki  slalom  między 
samochodami.  Pod  bawełnianą  koszulą  czuła  silne  mięśnie  jego 
brzucha. Uspokój się, szeptała do siebie.  

Przy nim nic ci się nie stanie. Sama nie wiedziała dlaczego, ale przy 

nim  czuła  się  bezpiecznie.  Potrząsnęła  głową.  Przecież  on  jest  tylko  jej 
pracownikiem! 

No,  ale  nie  było  się  co  oszukiwać.  To  niezwykle  atrakcyjny 

mężczyzna i na dodatek działał na nią jak żaden dotąd. Wiceprezesura, 
wiceprezesura.  Myśl  o  tym!  –  napominała  się  w  duchu.  Niech  nic  nie 
odciąga  cię  od  pracy,  dźwięczały  jej  w  głowie  słowa  ojca.  Ale  nie  na 
wiele to się zdało. Bliskość Jasona ciągle nie dawała jej spokoju.  

Co  by  powiedział  jej  ojciec,  gdyby  wiedział,  co  w  tej  chwili  robi? 

Przecież  mogło  się  tak  zdarzyć,  że  zatrzymaliby  się  na  światłach  koło 
samochodu Bossa czy jakiegoś jego znajomego. Taylor z niewiadomych 
powodów zachciało się śmiać. I tak by mnie nie poznali, roześmiała się w 
duchu!  Nikt,  kto  ją  znał,  nie  uwierzyłby,  że  pędzi  na  harleyu  z  takim 
mężczyzną! Po raz pierwszy w życiu poczuła się wolna. Nie miała ochoty 
zastanawiać się, dlaczego, ani szukać logicznego wytłumaczenia swoich 
odczuć. Chciała tylko tak jechać, jechać i jechać...  

Jednak  gdy  dojechali  do  centrum  Charlestonu,  rozglądała  się 

nerwowo,  czy  nie  zobaczy  kogoś  znajomego.  Przejeżdżali  koło  Marion 
Park,  w  którym  odbywała  się  degustacja  specjałów  greckiej  kuchni. 
Poczuła  wspaniałe  zapachy.  O  mały  włos  nie  poprosiła  go,  by  się 
zatrzymał  choć  na  chwilę.  Greckie  gyros  było  jedną  z  jej  ulubionych 
potraw.  

Dojechali  do  portu.  Wjechali  na  prom  jako  ostatni  pasażerowie.  Po 

chwili prom odbił od brzegu. Gdy wypłynął już na otwarte morze, usiedli 
w kawiarence przy stoliku. Wiał przyjemny wiaterek, nie czuło się takiego 
upału jak na lądzie.  

– Jak długo będziemy płynąć? – spytała.  
– Około czterdziestu pięciu minut.  
–  Dobrze.  W  takim  razie  mam  dość  czasu,  by  przejrzeć  twój  raport. 

Gdzie schowałeś mój neseser? 

–  Jest  w  bagażniku  harleya.  Jeśli  chcesz,  to  ci  przyniosę  – 

zaofiarował się Jason.  

–  Nie,  dziękuję!  –  odpowiedziała  i  od  razu  pożałowała  swojego 

pośpiechu. – Sama potrafię go wyjąć.  

Otworzyła torbę przy siedzeniu pasażera. Jason stanął koło niej.  
– Co jest w środku, czego nie chcesz mi pokazać? 
–  Moje  prywatne  dokumenty.  Mam  nadzieję,  że  to  rozumiesz  – 

background image

postanowiła być szczera. Na szczęście nie drążył dłużej tego tematu.  

Taylor wyjęła raport z neseseru i zamknęła go szybko.  
–  Chciałabym  najpierw  przejrzeć  rozdział  zawierający  dane 

personalne pracowników. Możesz mi pokazać, w której jest części? 

–  Tak,  oczywiście.  O  tu.  –  Wskazał  jej  odpowiednią  stronę.  W 

momencie kiedy brała od niego raport, silny podmuch wiatru wyrwał jej z 
ręki papiery, a Jason już ich nie trzymał. Pofrunęły na wietrze i wpadły do 
wody.  Taylor  stała  osłupiała  i  patrzyła,  jak  jej  dokumenty  odpływają  na 
falach.  

– O nie! – jęknęła. Przeniosła wzrok na Jasona. – Zrób coś! Nie stój 

tak! – krzyknęła.  

– Czego od mnie oczekujesz? Żebym rzucił się do morza i wyławiał te 

kartki? – Podniósł zdziwiony brwi.  

– Przecież chyba umiesz pływać? 
–  Wiesz  co,  Księżniczko?  –  Patrzył  na  nią  z  niedowierzaniem.  – 

Jesteś stuknięta! 

– Nie rozumiesz? Ten raport jest mi niezbędny... – Zawahała się. W 

jej oczach pojawił się cień nadziei. – Zrobiłeś może dodatkową kopię? 

– Nie.  
– Dlaczego nie? 
– Nie była mi potrzebna. A poza tym nie prosiłaś mnie o to.  
– Czy ty nie zdajesz sobie sprawy z tego, co się stało? 
– Zdaję sobie z tego sprawę. Ale nie jest to dokument aż tak ważny, 

by rzucać się z jego powodu do morza! 

– Dla mnie to sprawa życia i śmierci! 
–  Przesadzasz!  Widzę  pewne  wyjście.  Mogę  spróbować  odtworzyć 

ten raport.  

–  Naprawdę?  Potrafiłbyś  to  zrobić?  –  spytała  z  odrobiną  nadziei  w 

głosie.  

– Myślę, że nie ma innej możliwości.  
–  Na  szczęście  mam  listę  spraw,  które  mnie  interesują!  –  ucieszyła 

się. – To nam ułatwi zadanie.  

– O tak! Dzięki Bogu, twoja lista ocalała! – Nie ukrywał ironii.  
– Po co ten sarkazm, Richmond? 
–  Nigdy  nie  spotkałem  kobiety,  która  by  miała  takiego  bzika  na 

punkcie  planowania.  Czy  masz  szczegółowe  listy  wszystkich  swoich 
posunięć w każdej dziedzinie życia? 

– Nie w każdej! 
–  Nie  wierzę!  Nie  wiedziałabyś,  co  robić  bez  tego  kawałka  papieru 

przed nosem! 

– To nieprawda! – obruszyła się.  

background image

– Powiedz, Księżniczko, czy gdzieś głęboko w twojej duszy zakopana 

jest choć odrobina spontaniczności? 

–  Przecież  wsiadłam  na  ten  twój  szalony  motor,  a  tego  przecież  nie 

planowałam... – broniła się.  

– Nie nazwałbym tego spontanicznością, nie miałaś po prostu innego 

wyjścia.  Spontaniczność  to  robienie  czegoś  pod  wpływem  impulsu, 
chwili,  bez  zastanawiania  się,  po  co  czy  dlaczego  się  to  robi,  oraz 
umiejętność cieszenia się tym.  

– Wiem, co znaczy to słowo. – Skrzyżowała ręce na piersiach.  
Czy  on  naprawdę  uważa,  że  ona  planuje  każdy  swój  ruch?  Nie  była 

kiedyś taka. Czyżby jednak teraz taka się stała? 

– Nie ma o czym mówić – uciął kłótnię. – Mijamy właśnie Fort Sumter. 

Chcesz popatrzeć, czy nie ma tego na twojej liście? 

– Nie ma, ale jeśli uważasz, że warto, mogę to dołączyć – prychnęła.  
Jason  spojrzał  na  Taylor,  która  teraz  szła  wzdłuż  barierki  promu.  Ta 

kobieta  doprowadzała  go  do  szału.  Arogancka,  uparta,  zarozumiała, 
wszystkowiedząca,  świętoszkowata.  Jak  on  wytrzyma  najbliższe  dwa 
tygodnie i zdoła zachować choć odrobinę prywatności? 

Stała ze skwaszoną miną i patrzyła prosto przed siebie, ani razu nie 

spojrzała  w  bok.  Na  szczęście  nie  domyśliła  się,  że  on nieco  dopomógł 
odfrunąć raportowi. Udusiłaby go gołymi rękami, gdyby się dowiedziała o 
tym.  

 
Wiatr delikatnie potargał jej włosy. Złote loki i cieniutka sukienka lekko 

powiewały.  Wygląda  jak  anioł,  pomyślał,  wydaje  się  taka  krucha  i 
nierzeczywista.  Jaka  ona  jest  naprawdę?  Gdyby  nie  jego  wyraźne 
żądanie,  to  stałaby  tu  w  jednym  ze  swoich  kostiumów,  pozapinana  pod 
samą  szyję,  z  surowo  upiętymi  włosami.  Znalazłby  jednak  sposób,  by 
porozpinać te guziczki, zameczki, sprzączki i... Uśmiechnął się na samą 
myśl, co by się działo dalej.  

Przypomniało mu się coś jeszcze. Przez kilka sekund, w czasie jazdy, 

miał  wspaniały  widok  we  wstecznym  lusterku.  Wiatr  rozwiał  Taylor 
sukienkę  i  jego  oczom  ukazały  się  smukłe  uda  w  jedwabnych 
pończochach. Tak ubrana kobieta nie może być istotą jedynie duchową, 
z pewnością zdaje sobie sprawę, że posiada również ciało.  

On w każdym razie był tego niezwykle świadom.  
Taylor  patrzyła  na  latające  nad  promem  mewy  i  poszarpane  skały 

otaczające  Jermain. Jason  przez  cały  czas nie spuścił  z niej  oka.  Miała 
ochotę  odwrócić  się  i  krzyknąć:  no  co,  czego  ty  właściwie  ode  mnie 
chcesz?! 

Arogancki, 

uparty, 

zarozumiały, 

wszystkowiedzący, 

nieprzewidywalny.  Jak  ona  wytrzyma  najbliższe  dwa  tygodnie  i  zdoła 

background image

zachować choć odrobinę prywatności? 

Spojrzała na niego spod rzęs. Był jednak niesamowity. Wiedziała, co 

jej się w nim nie podoba, co ją odpycha. Natomiast nie mogła dojść, co ją 
do niego tak przyciąga, co sprawia, że przy nim traci kontrolę nad sobą, 
zapomina  o  wszystkim,  co  do  tej  pory  było  dla  niej  tak  ważne.  Nie 
chodziło  tylko  o  to,  że  jest  tak  przystojny,  choć  to  z  pewnością  nie  było 
bez znaczenia.  

Jakże  on  wspaniale  wygląda  z  tymi  rozwianymi  włosami  i 

błyszczącymi  w  opalonej  twarzy  błękitnymi  oczyma!  To  typ  zdobywcy, 
któremu nikt i nic się nie oprze.  

Zagryzła dolną wargę. Wiedziała, że te dwa tygodnie mogą zaważyć 

na jej dalszym życiu. Zależy od nich choćby to, czy dostanie upragnione 
stanowisko  w  firmie  ojca.  Jednak  bardzo  wyraźnie  czuła,  że  tym  razem 
spotka ją wiele, bardzo wiele nie zaplanowanych rzeczy.  

Musi być gotowa na wszystko, tym bardziej że ten nieprzewidywalny 

człowiek dziwnie ją rozstrajał.  

Jason podszedł do Taylor.  
– Za kilka minut przybijemy do brzegu. Zamówię w porcie taksówkę, 

która przywiezie wieczorem nasze rzeczy do hotelu.  

–  Tu  są  taksówki?  –  Taylor  odgarnęła  włosy  do  tyłu  i  odetchnęła  z 

ulgą. – W takim razie może ja...  

Nie dał jej dokończyć. Chwycił za ramiona i nachylił się w jej stronę. 

Mówił cicho i spokojnie, ale głos miał twardy.  

–  Wyjaśnijmy  sobie  coś,  Księżniczko.  Ludzie  na  wyspie  mnie  znają. 

Wiedzą, jakim jestem człowiekiem, znają mój styl.  

1  czy  ci  się  to  podoba,  czy  nie,  musisz  go  zaakceptować  i 

dostosować  się  do  niego  w  trakcie  naszego  pobytu  na  wyspie.  Jeżdżę 
harleyem,  noszę  dżinsy  i  sam  kieruję  swoim  życiem.  Nie  pozwolę,  by 
ktokolwiek, nawet córka Bossa Danielsa, ośmieszała mnie! 

Taylor  rozejrzała  się  z  niepokojem,  czy  ktoś  nie  słyszał  tego,  co 

powiedział.  

–  Zapomniałeś?  Nie  jestem  córką  Bossa,  nazywam  się  Davis.  I 

jestem twoją narzeczoną.  

–  Ja  o  tym  nie  zapomniałem.  I  pozwól,  że  teraz  odświeżę  również 

twoją pamięć. Jesteś tu ze mną, a to znaczy, że jeździsz na harleyu.  

– Ale nie muszę być dokładnie taka jak ty! Nie będę ci tłumaczyć, na 

czym  polegają  różnice  między  nami.  –  Taylor  liczyła,  że  zrozumie  jej 
racje.  –  Czułabym  się  znacznie  lepiej,  gdybym  mogła  pojechać 
taksówką.  

– Wykluczone! Moja narzeczona podróżuje ze mną na harleyu. Tego 

spodziewają  się  po  mnie  moi  krewni  i  przyjaciele,  i  tak  będzie.  Jeśli 

background image

chcesz  kontynuować  tę  farsę  z  zaręczynami,  musisz  przyjąć  moje 
warunki.  Jeśli  nie,  to  radzę  ci  nawet  nie  schodzić  na  ląd,  tylko  od  razu 
wrócić do domu.  

Taylor  patrzyła  na  niego  zdumiona.  On  naprawdę  tak  uważał,  mówił 

to serio.  

–  Posłuchaj  uważnie!  Długo  się  powstrzymywałam,  ale  już  nie  mam 

siły!  –  Czuła,  że  traci  nad  sobą  panowanie.  –  Jesteś  aroganckim, 
zarozumiałym i bezczelnym typem! 

– Cóż za miażdżąca krytyka! Jestem powalony! – Wsiadł na motor. – 

Radzę  ci:  wskakuj  szybko  na  siodełko,  bo  pokażę  ci,  jaki  potrafię  być 
nieprzyjemny! 

Niestety, nie pozostawało jej nic innego, niż zrobić to, co powiedział.  
–  Nie  rozumiem,  dlaczego  robisz  takie  halo  wokół  tak  mało  istotnej 

sprawy.  

– Dla mnie to ważne.  
–  Dlaczego?  Nawet  nie  raczyłeś  mi  tego  wytłumaczyć.  –  Widziała 

upór  w  jego  oczach,  wiedziała, że  nie  zrezygnuje  ze swojej  maszyny.  – 
Wysil się trochę i wytłumacz mi to. Nie oczekuj, że będę ślepo spełniała 
twoje rozkazy. – Przez dłuższą chwilę mierzyli się wzrokiem.  

– Dobrze, Taylor. Wytłumaczę ci, choć wątpię, czy jesteś w stanie to 

zrozumieć.  

– Spróbuj! – Znów poczuła złość.  
– Wyobraź sobie, jeśli potrafisz...  
– Najpierw zarzucasz mi brak spontaniczności, potem zrozumienia, a 

teraz jeszcze wyobraźni! Chyba już tego za wiele! – krzyknęła oburzona.  

–  Nie  jestem  tego  wcale  taki  pewien.  Ale  spróbujmy.  –  Popatrzył  na 

nią poważnie. – Wyobraź sobie, że naprawdę jesteś we mnie zakochana.  

Taylor  przełknęła  ślinę.  Cała  złość  uleciała  z  niej  tak  szybko,  jak  się 

pojawiła.  

–  Masz  rację  –  odpowiedziała  ze  ściśniętym  gardłem.  –  Do  tego 

chyba potrzeba więcej wyobraźni niż ja mam. Ale poczekaj, spróbuję. – 
Patrzyła  na  niego  zmrużonymi  oczyma.  –  No  już!  Jestem  w  tobie 
szaleńczo  zakochana.  Jesteś  moim  Słońcem  i  Księżycem.  Dzień  bez 
ciebie jest dniem straconym. I co dalej? 

–  Czy  gdybyś  była  we  mnie  zakochana,  to  też  nie  chciałabyś 

przyjechać  do  hotelu  na  moim  motorze?  Wolałabyś  wziąć  taksówkę?  – 
Nieznacznie potrząsnął jej ramionami.  

Zamknęła oczy. Przeszył ją dziwny dreszcz. Gdyby go kochała... Czy 

tak trudno sobie to wyobrazić? Miał siłę, którą tak podziwiała, nawet jeśli 
ta  siła  przeszkadzała  jej  w  osiągnięciu  zamierzonego  celu.  Był 
inteligentny,  miał  niezwykłe  poczucie  humoru,  nawet  jego  bezpośrednie 

background image

podejście  do  ludzi  i  swobodny  sposób  bycia  były  czymś,  czego  mu  w 
głębi  duszy  zazdrościła.  Ale  ten  pomysł  wydawał  jej  się  niebezpieczny. 
Bała się głębiej wczuwać. Ale przecież była mu winna szczerość...  

–  Gdybym  cię  kochała,  przyjechałabym  z  tobą  na  harleyu  bez 

najmniejszych oporów.  

Jego uścisk złagodniał.  
– Zawsze jesteś taka szczera? – spytał. Przypuszczał, że będzie się 

starała wykręcić od odpowiedzi. Zaskoczyła go.  

Dostrzegła  powątpiewanie  w  jego  oczach.  Co  takiego  zrobiła,  że  jej 

nie dowierzał? Od początku starała się zachowywać szczerze i otwarcie. 
Prawda,  poszukiwała  informacji  nie  dla  każdego  dostępnych.  Ale  nie 
żądała  niczego,  co  wykraczałoby  poza  ramy  utartych  w  takich 
przypadkach zachowań.  

Prom dobił do przystani.  
– Chodź! – Jason objął ją i poprowadził w stronę harleya. – Czas na 

nas.  

Bez słowa protestu wdrapała się na tylne siedzenie motoru i założyła 

kask. Patrzyła na pracujących w dokach robotników. Bywała w rybackich 
wioskach. I to, co robili ci robotnicy, nie różniło się specjalnie od tego, co 
wcześniej  widywała.  Ale  była  w  ich  pracy  jakaś  harmonia,  której 
wcześniej, być może, nie dostrzegała.  

–  Czy  ty  pochodzisz  z  takiej  wioski?  –  spytała,  starając  się 

przekrzyczeć warkot silnika.  

– Tak, z podobnej – przytaknął.  
Położono  już  trapy  i  nadeszła  ich  kolej  zjazdu  z  promu.  Dalsza 

rozmowa  stała  się  niemożliwa.  Parę  minut  później  zjechali  na  drogę 
wysadzaną  dębami.  Grube,  pokręcone,  obrośnięte  mchem  gałęzie 
rzucały niesamowite cienie na drogę przed nimi. Między drzewami rosły 
mirty aż uginające się pod ciężarem różowo-purpurowych pąków.  

Jason  zwolnił,  gdy  wjechali  na  teren  ośrodka.  Najważniejszym 

budynkiem była wielka stara rezydencja. Była dużo piękniejsza, niż sobie 
mogła wyobrazić. Biała, z korynckimi kolumnami i żelaznymi kratami na 
werandach.  Taylor  zakochała  się  w  tym  miejscu  od  pierwszego 
wejrzenia.  Jakby  to  było  pięknie,  gdyby  tak  właśnie  wyglądał  jej  dom 
rodzinny. Przepełnił ją niepokój i smutek. Uświadomiła sobie, że jej życiu 
zawsze  brakowało  stałości  i  mocnego  zakorzenienia,  czegoś,  co  mógł 
dać właśnie taki dom.  

Jason zatrzymał się tuż przed samym wejściem. Taylor zsiadła, zdjęła 

z  głowy  kask  i  starała  się  rozprostować  pomiętą  sukienkę.  Ku  jej 
zdziwieniu, Jason odgarnął jej włosy z twarzy.  

–  Daj  mi  moją  kurtkę  i  przestań  się  martwić  –  powiedział.  – 

background image

Wyglądasz pięknie.  

– 

Słucham? 

Co 

powiedziałeś? 

– 

Patrzyła 

na 

niego 

niedowierzaniem.  

– Powiedziałem, żebyś dała mi kurtkę – uśmiechnął się.  
– Nie... chodzi mi o to, co powiedziałeś potem...  
– Że wyglądasz pięknie? 
Taylor patrzyła na niego w pełnym napięcia milczeniu.  
– Nie wierzysz mi? – Uniósł brwi. – Czyżby żaden z twoich odzianych 

w garnitury dystyngowanych znajomych nigdy ci nic takiego nie mówił? 

– Nie. Mówili o mojej błyskotliwej inteligencji, analitycznym umyśle, o 

tym, że mogę być wizytówką mego ojca. – Uśmiechnęła się z goryczą. – 
A  także  w  żartach,  że  małżeństwo  ze  mną  byłoby  niezłą  fuzją 
przedsiębiorstw.  

–  Małżeństwo  to  fuzja  przedsiębiorstw?  –  powtórzył.  Widać  było 

wyraźnie, że taki pomysł wydaje mu się nieprawdopodobnie absurdalny.  

–  Tak,  niektórzy  patrzą  na  to  w  ten  sposób.  Żaden  z  nich  nigdy  nie 

powiedział, że jestem piękna...  

– Są tak głupi czy po prostu ślepi? 
–  Wydaje  mi  się,  że  w  pracy  nie  wypada  mówić  o  takich  rzeczach. 

Tam nie traktuje się kogoś jak mężczyznę czy kobietę, lecz jak partnera 
w interesach.  

–  Ja  nigdy  nie  przestrzegałem  konwenansów.  –  Wsunął  ręce  w  jej 

włosy  i  objął  jej  twarz  tak,  że  musiała  mu  patrzeć  w  oczy.  –  I  nie  mam 
zamiaru teraz tego robić. Gdy kobieta jest piękna, mówię jej to wprost. A 
ty,  Księżniczko,  jesteś  olśniewająco  piękna.  –  Zacisnął  usta,  jakby  za 
wiele powiedział. Puścił ją i wziął jedynie za rękę. – Chodź, pójdziemy się 
zameldować.  

Uśmiechnęła  się.  Nie  wiedziała  do  końca,  czy  mu  wierzyć,  czy  nie, 

ale  postanowiła  wziąć  to  za  dobrą  monetę.  Tak  pięknie  brzmiały  te 
słowa.  Musiała  przyznać,  że  bycie  traktowaną  jak  kobieta,  a  nie 
partnerka  w  interesach,  było  bardzo  miłą  zmianą.  I  ta  jego  umiejętność 
patrzenia  bez  strachu  w  jej  oczy...  Być  może  umiał  tak  patrzeć  na  nią 
tylko dlatego, że nigdy nie spotkał Bossa...  

Weszli  na  taras,  trzymając  się  za  ręce.  Przeszli  przez  wielkie 

oszklone  drzwi  i  znaleźli  się  w  przestronnym  holu.  Światło  słoneczne 
wpadało  tam  przez  wysokie  aż  do  sufitu  okna  i  oświetlało  dębową 
podłogę  i  wyłożone  boazerią  ściany.  Szerokie  schody  z  ręcznie 
zdobionymi  mahoniowymi  poręczami  wiodły  na  piętro.  Niechętnie 
odwróciła się w stronę recepcji, słysząc radosny kobiecy głos.  

–  O,  Jase!  Jak  miło  cię  widzieć!  Nie  wiedziałam,  że  przyjeżdżasz  z 

wizytą.  

background image

–  Cześć,  Joanie,  czy  Elizabeth  nie  powiedziała  ci,  że  tym  razem 

przyjeżdżam tu jako gość? – Objął Taylor i przyciągnął ją do siebie. – To 
moja narzeczona, Taylor Davis.  

Joanie wyciągnęła rękę i uśmiechnęła się serdecznie.  
–  Witam,  panno  Davis,  miło  mi  panią  poznać!  –  Joanie  zajrzała  do 

księgi meldunkowej. – Dostajecie prezydencki apartament.  

– Jak to prezydencki? – spytała nieco zaskoczona Taylor.  
–  Och,  tak  go  nazywamy,  ale  to  tylko  dwie  sypialnie  połączone 

łazienką,  z  przepięknym  widokiem  na  ocean.  Czy  mam  wezwać 
Shadroe’a, żeby wskazał wam drogę? 

–  Nie,  nie  rób  sobie  kłopotu.  Powiedz  mu  tylko,  żeby  wpadł  nas 

odwiedzić.  

– A gdzie są wasze bagaże? Na zewnątrz? 
–  Nie,  przypłyną  wieczornym  promem.  Poprosiłem  Jima,  żeby 

przywiózł je swoją taksówką.  

–  Pozwól,  że  zgadnę  –  roześmiała  się  Joanie.  –  Nie  mogłeś 

wszystkiego zmieścić na harleyu? Jason uśmiechnął się rozbrajająco.  

–  Do  diaska!  Nie  mogłeś  zostawić  tej  swojej  diabelnej  maszyny  w 

domu?  –  Joanie  pokręciła  głową.  –  Ty  nigdy  się  nie  zmienisz!  Ale 
powiedzcie, jak się poznaliście? 

–  Na  przyjęciu  –  szybko  odpowiedziała  Taylor.  Zawczasu 

przygotowała się na takie pytanie.  

– Zwróciła na mnie uwagę właśnie przez mój motocykl – dodał Jason. 

– Właściwie, nie byłem na przyjęciu, tylko przejeżdżałem. ..  

Taylor  spojrzała  na  niego  ostrzegawczo.  Czyżby  chciał  wypróbować 

jej wyobraźnię? Proszę bardzo, pomyślała, zaraz pokażę ci, na co mnie 
stać.  

–  Tak,  przejeżdżał,  osiemdziesiąt  na  godzinę,  i  to  tam,  gdzie  jest 

ograniczenie do czterdziestu. O mało mnie nie zabił, przez tydzień bolała 
mnie noga! 

–  Dlatego,  zgodnie  z  zaleceniami  lekarza,  nie  wypuszczałem  jej  z 

łóżka  przez  pierwszy  tydzień  naszej  znajomości  –  uśmiechnął  się 
zalotnie.  

Czerwony  rumieniec  pokrył  policzki  Taylor.  Ta  jego  spontaniczna 

szczerość była zbyt duża jak na jej możliwości.  

– No dobra, nie będę się wdawał w szczegóły – Jason zwrócił się do 

Joanie. – Chyba już czas, żebym zabrał swoją przyszłą żonę do naszego 
apartamentu. To dziwne widzieć cię siedzącą w recepcji, a nie za twoim 
biurkiem.  

– Zastępuję tylko Liz.  
– Będziemy mieli na pewno jeszcze mnóstwo okazji, by pogadać. Na 

background image

razie idziemy na górę. Miło cię było znowu zobaczyć.  

– Życzę wam przyjemnego pobytu – pożegnała ich przyjaźnie Joanie.  
Taylor odczekała, aż weszli na piętro i Joanie nie mogła ich słyszeć.  
– Kim jest Liz? – spytała.  
– Jest wnuczką Elizabeth Jermain, właścicielki całego ośrodka. Poza 

tym  jest  głównym  menedżerem,  a  także...  pilotem  helikoptera  –  udzielił 
jej wyczerpujących informacji.  

– To bardzo duża odpowiedzialność. – Taylor zamyśliła się.  
– Czy Liz jest... młoda? 
–  Zaraz,  niech  pomyślę...  ona  jest  rok  czy  dwa  lata  młodsza  ode 

mnie, ma więc jakieś trzydzieści dwa, trzydzieści trzy lata.  

–  Aha.  –  Taylor  nurtowała  inna  sprawa,  ale  nie  wiedziała,  jak  o  to 

zapytać. – Czy jest mężatką? 

– Nie. I ułatwię ci zadanie, nigdy nie byliśmy ze sobą bliżej związani.  
–  Wcale  nie  chciałam  o  to  zapytać  –  zaprotestowała  Taylor,  choć 

czuła,  że  nie  jest  zbyt  przekonująca.  –  W  ogóle  nie  przyszło  mi  to  do 
głowy.  

– Akurat! Jak widzę, nie zawsze jesteś szczera, Księżniczko.  
– Doszli właśnie na piętro. – Nasz apartament jest po lewej stronie. – 

Poprowadził ją korytarzem.  

– No dobrze. Nie byłam do końca szczera – przyznała się. Zła była na 

siebie za to głupie kłamstwo, ale jeszcze bardziej na niego, że tak łatwo 
ją rozgryzł. – Chciałam wiedzieć, czy ty... czy wy...  

–  Powiedziałem  ci  już,  nic  nas  nie  łączyło.  –  Zatrzymali  się  i  Jason 

otworzył drzwi apartamentu.  

–  Może  nie  powinnam  zadawać  takich  pytań,  ale  pomyślałam,  że  to 

może  być  ważne.  Jeśli  mam  odgrywać  twoją  narzeczoną,  chciałabym 
wiedzieć, czego mogę tu oczekiwać.  

– Księżniczko? 
– Tak? – Obronnym gestem skrzyżowała ręce na piersiach.  
– Za dużo mówisz. – Jason lekko kopnął drzwi, by się zamknęły.  
Bez  jakiegokolwiek  ostrzeżenia  wziął  ją  za  ramiona  i  zaprowadził  w 

stronę wielkiego, szerokiego łoża. Pociągnął ją za sobą i oboje padli na 
miękki materac.  

– Teraz ja mam pytanie do ciebie.  
– Z przyjemnością ci odpowiem, ale puść mnie. – Taylor poczuła się 

nieswojo.  

– Wykluczone, to jest jedno z tych pytań, które można zadawać tylko 

na leżąco.  

Patrzyła  na  niego  zaniepokojona.  Przez  moment  w  jej  wielkich, 

czarnych  oczach  widać  było,  że  jest  kobietą,  nie  zaś  partnerem  w 

background image

interesach.  

– Nie wiem, o czym mówisz...  
– Nigdy nie słyszałaś o powalających pytaniach? 
Taylor  potrząsnęła  głową,  jej  złote  loki  tworzyły  wokół  twarzy 

przepiękną  aureolę.  Jason  wsunął  dłonie  w  jej  włosy,  bawił  się  nimi, 
przepuszczając między palcami.  

– To pytanie mogę ci zadać, tylko kiedy leżysz – odparł, uśmiechając 

się tajemniczo.  

– Dobrze. O co chodzi? – szepnęła coraz bardziej speszona.  
– Całe popołudnie się nad tym zastanawiałem. Czy codziennie, także 

do pracy, nosisz te jedwabne pończochy i koronkowy pas? – Musnął jej 
usta delikatnym pocałunkiem. – Czy też włożyłaś je tylko po to, by lepiej 
wczuć się w rolę narzeczonej? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Taylor w osłupieniu patrzyła na niego.  
– Skąd wiesz, że noszę...  
–  Powiedzmy,  że  to  konsekwencja  szybkiej  jazdy  na  motorze  w 

rozkloszowanej  sukience.  No,  można  do  tego  dodać  jeszcze  dobry 
wzrok.  –  Jason  położył  dłonie  na  jej  kolanach,  a  potem  przesunął  je 
powoli do góry, aż do miejsca, gdzie kończyła się jedwabna pończocha, 
a  zaczynała  równie  jedwabista  skóra  jej  ud.  –  Niezapomniany  widok!  – 
dodał z rozmarzeniem.  

Taylor  nagle  jakby  się  ocknęła  i  doszło  do  niej,  co  się  dzieje  i  co  za 

chwilę może się stać.  

– Pozwól mi wstać. Nie chcę tego ciągnąć dalej.  
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.  
–  I  nie  mam zamiaru.  –  Odsunęła  jego  ręce  i chciała się  ześliznąć  z 

łóżka.  Niesforna  sukienka  znów  się  podwinęła  i  ukazała  jej  kuszącą 
bieliznę.  

–  Kokietka  z  ciebie  –  szepnął  Jason,  przytrzymując  ją  jednocześnie, 

by nie uciekła. – Nie puszczę cię, jeśli mi nie odpowiesz – ostrzegł.  

Taylor zaczerwieniła się. Szybko obciągnęła sukienkę.  
Jak to możliwe, żeby co najmniej dwudziestopięcioletnia kobieta była 

aż  taka  nieśmiała?  –  zastanawiał  się.  Nigdy  nie  znał  dziewczyny,  która 
by się w tym  wieku rumieniła. Powinna być przyzwyczajona do tego, że 
się ją adoruje, że prawi się jej komplementy. Przypomniało mu się to, co 
przed  przyjazdem  do  hotelu  powiedziała  mu  o  mężczyznach,  którzy 
małżeństwo,  czyli  związek  między  kobietą  a  mężczyzną,  porównują  do 
fuzji przedsiębiorstw.  

Wiedział,  że  zawsze  znajdą  się  głupcy,  którym  żądza  kariery 

przysłania cały świat. Tacy faktycznie mogą widzieć w niej córkę Bossa, 
jednego z najbogatszych ludzi w regionie. Ale większość facetów reaguje 
normalnie.  Muszą  przecież  dostrzegać,  jak  pięknie  błyszczą  jej  wielkie, 
czarne  oczy,  jak  ponętne  są  krągłości  jej  piersi  i  bioder,  jak  długie  i 
smukłe  ma  nogi.  Co  oczywiście  nie  ma  żadnego  związku  z tym,  że  jest 
też bardzo inteligentna.  

A  może  jej  niewinność  była  tylko  grą?  Przecież  była  córką  Bossa 

Danielsa.  A  Danielsom  oszukiwanie  przychodzi  niemal  tak  łatwo,  jak 
oddychanie.  

– Jason, puść mnie! Chcę wstać! 
Albo  jej  zdenerwowanie  było  prawdziwe,  albo  jej  łóżkowe 

doświadczenia  nauczyły  ją  ostrożności,  pomyślał.  Ale  przyszło  mu  do 

background image

głowy  jeszcze  jedno  rozwiązanie.  To  jej  dziewicze  i  nieśmiałe 
zachowanie mogło być wypracowaną strategią postępowania w zupełnie 
niedziewiczych  rozgrywkach  między  rekinami  biznesu.  A  gdyby  ją  tak 
trochę  pouwodzić,  może  wtedy  wyjdzie  na  jaw,  kogo  trzyma  w 
ramionach: kobietę czy córkę Bossa Danielsa, równie przebiegłą, jak on 
sam? 

– Puszczę cię, gdy mi odpowiesz. – Przebiegł palcami po granicy jej 

pończochy  i  uda.  Z  wprawą  odpiął  sprzączkę  pasa  podtrzymującą 
pończochę.  

– Nie pamiętam, o co pytałeś – odpowiedziała zduszonym głosem.  
Jason  wsunął  dłoń  pod  pończochę  i  powolnymi  okrężnymi  ruchami 

pieścił jej udo.  

– Pończochy. Pytałem, czy gdy chodzisz do pracy, także nosisz pas i 

pończochy? – Szybkim ruchem odpiął drugą sprzączkę.  

–  Dobrze,  odpowiem  ci  –  pisnęła.  –  Tylko  przestań  i  puść  mnie,  a 

przysięgam, że ci powiem.  

– Czekam! – Jego dłonie nadal rysowały delikatne kółeczka na górnej 

części jej ud.  

– Tak! Noszę! Puść mnie w końcu, przecież obiecałeś! 
– Skłamałem! – Wykorzystał chwilę jej nieuwagi i pocałował ją.  
Nie  był  to  namiętny  pocałunek.  Raczej  miła  i  delikatna  zachęta  do 

dalszej  gry.  Taylor  najpierw  się  opierała,  próbowała  rękami  odepchnąć 
jego  tors.  Nie  była  to  jednak  gwałtowna  obrona.  Czuł,  że  ona  w  głębi 
duszy  też  tego  pragnie.  Wiedział,  że  rozsądek  walczy  w  niej  z 
namiętnościami.  Po  chwili  poddała  się.  Z  westchnieniem  zarzuciła  mu 
ręce  na  szyję  i  rozchyliła  usta.  Jej  odpowiedź  warta  była  oczekiwania. 
Była  jak  kwiat,  który  rozchyla  swe  płatki  pod  ciepłem  słonecznych 
promieni. Mógłby się zatracić w tym pocałunku. Rozpoczął to wszystko, 
ot tak, by się z nią podrażnić, ale to jej słodkie westchnienie wzbudziło w 
nim prawdziwą namiętność. Wsunął dłonie w jej włosy, odchylił jej głowę 
i namiętnie całował jej szyję, oczy, by potem znów wrócić do ust. Pragnął 
jej.  Pragnął  ściągnąć  z  niej  wszystko,  co  miała  na  sobie  i  kochać  się  z 
nią. Tu i teraz. Natychmiast! 

Głośne  stukanie  do  drzwi  ostudziło  go  niczym  kubeł  zimnej  wody. 

Taylor patrzyła zupełnie oszołomiona, nie zdawała sobie sprawy, co się 
dzieje.  Ale  on  dobrze  wiedział,  kto  stoi  za  drzwiami.  Wiedział  także,  że 
Shad  nie  będzie  czekał,  aż  usłyszy  słowo  „proszę”.  I  w  tym  właśnie 
momencie drzwi otworzyły się z impetem.  

Jason  wprawdzie  przerwał  pocałunek,  gdy  usłyszał  pukanie,  ale  nie 

ruszył się z miejsca. Wyraz oczu Taylor w tym momencie powiedział mu 
wszystko.  Pozbawiona  jakichkolwiek  barier  obronnych,  nie  mogła 

background image

kłamać.  Żadna  aktorka  nie  potrafiłaby  tego  tak  odegrać.  W  jej  oczach 
widział namiętność i pożądanie.  

Jedyne,  co  przyszło  mu  w  tej  chwili  do  głowy,  to  to,  że  musi  ją 

ochronić przed wścibskim spojrzeniem wuja.  

– Przeszkadzam? – spytał Shad, stojąc w drzwiach.  
Jason wiedział, że jego wuj świetnie się bawi tą sytuacją.  
– Poczekaj! – zawołał, ale było już za późno.  
Taylor  zerwała  się  gwałtownie,  a  ponieważ  palce  Jasona  zaplątane 

były w naszyjnik pereł, który miała na szyi, perły potoczyły się po łóżku i 
podłodze.  Pobladła  patrzyła  na  zerwany  naszyjnik.  Pierwsza  myśl,  jaka 
przyszła jej do głowy, to, co by się stało, gdyby przerwano im kilka minut 
później? Spojrzała w stronę drzwi. Ku jej uldze, Jason stał między nią a 
ich gościem, zasłaniając ją prawie całkiem przed jego wzrokiem.  

– Cześć, Shad! Być może wybrałeś nie najlepszy czas na wizytę, ale 

miło cię znów widzieć.  

–  Zapraszałeś  mnie,  więc  postanowiłem  wpaść...  Podaj  mi  koszyk, 

chłopcze – zwrócił się do kogoś, kto stał gdzieś z tyłu za nim.  

W  czasie  gdy  Shad  stał  odwrócony,  Taylor  zeskoczyła  z  łóżka  i 

szybko poprawiła sukienkę i włosy.  

–  Nie  martw  się  o  perły,  później  je  pozbieram.  –  Jason  położył 

uspokajająco rękę na jej ramieniu.  

Shad  wniósł  do  pokoju  ogromny  kosz  pełen  najrozmaitszych 

tropikalnych owoców.  

–  Witamy  w  naszym  hotelu,  panno  Davis.  To  taki  mały  prezent  od 

naszego  personelu.  Jeśli  jest  coś,  co  mogłoby  uprzyjemnić  pani  pobyt 
tutaj, proszę bez wahania się do mnie z tym zwrócić! 

–  Shad zna tę  wyspę  jak  własną  kieszeń  –  wtrącił się Jason.  – Jeśli 

chciałabyś  się  dowiedzieć  czegoś  o  jej  historii  czy  przyrodzie,  z 
pewnością  będzie  potrafił  odpowiedzieć  na  każde  twoje  pytanie  – 
zareklamował go.  

Taylor postąpiła krok do przodu.  
– Bardzo mi miło pana poznać, panie Shadroe. – Wyciągnęła rękę w 

stronę  gościa.  Nagle  drgnęła.  Spojrzała  z  przerażeniem  na  Jasona. 
Popatrzył  zdziwiony.  Zrozumiała,  że  nie  ma  pojęcia,  co  się  dzieje.  W 
chwili gdy ruszyła na przywitanie, odpięta od pasa jedwabna pończocha 
miękko  zsunęła  się  z  jej  nogi.  Leżała  teraz  zrolowana  wokół  jej  kostki. 
Nie mogła się ruszyć i nie wiedziała, co zrobić.  

Na  szczęście  Jason  spojrzał  na  jej  nogi.  Jego  reakcja  była 

błyskawiczna.  

–  Shad,  czy  mógłbyś  przenieść  ten  kosz  z  owocami  do  drugiego 

pokoju? 

background image

– Oczywiście! – Shad wziął kosz i zniknął za podwójnymi, dębowymi 

drzwiami.  

– Gdzie jest łazienka? – spytała, gdy tylko zostali sami.  
–  Nie  musisz  wychodzić.  –  Jason  już  klęczał  u  jej  stóp.  –  Ja  to 

potrafię świetnie zrobić.  

– Ależ, Jason! – obruszyła się.  
– Zajmie mi to tylko chwilkę, a on zaraz wróci.  
– Nie, powiedz mi tylko...  
Było  jednak  już  za  późno.  Jason  delikatnie  objął  jej  kostkę  obiema 

rękami i powoli zaczaj naciągać pończochę na nogę Taylor. Boże! Nigdy 
żaden  mężczyzna  nie  zachowywał  się  tak  w  stosunku  do  niej.  Nie 
przekraczał  tak  daleko  granicy  intymności!  Patrzyła,  jak  jego  wielkie, 
muskularne  dłonie  suną  po  jej  łydce.  Połączenie  miękkości  jedwabiu  i 
ciepła  jego  ręki  stanowiło  niezwykle  finezyjną  pieszczotę.  Gdy  dotarł  do 
kolana,  zawahał  się  na  sekundę.  Taylor  wstrzymała  oddech.  Jason 
przesuwał  swe  dłonie  coraz  wyżej.  Chwyciła  oburącz  jego  głowę,  żeby 
nie upaść.  

–  Przestań!  –  wyszeptała  ze  ściśniętym  gardłem,  gdy  zaczął  sięgać 

po sprzączkę od pasa.  

– Mam jej nie zapinać? – Spojrzał na nią z miną niewiniątka.  
– Wolę to zrobić sama.  
–  Nie  zawracaj  głowy  –  powiedział  takim  tonem,  jakby  kłóciła  się  o 

drobiazgi. – Ja to zrobię szybciej. Poza tym ja rozpiąłem, więc i ja zapnę.  

Taylor mogła zacząć się wyrywać, ale to by nic nie dało. Szczególnie, 

że jego dłonie już mocno otaczały jej udo.  

– Pospiesz się! – ponagliła go. – On tu zaraz wróci. Słyszę kroki.  
Błyskawicznie znalazł  obie sprzączki  i  zapiął  na nie  pończochę.  Gdy 

Shad wszedł do pokoju, Jason stał już, jak gdyby nigdy nic, koło okna.  

–  Przyniosę  wasze  bagaże,  gdy  tylko  zostaną  przywiezione  – 

zaproponował  Shad.  –  Mogę  też  poprosić  Mary,  żeby  je  rozpakowała. 
Czy macie jeszcze jakieś życzenia? 

– Nie, dziękuję. – Jason wsunął mu w rękę napiwek.  
–  Jaki  pan  łaskawy  –  mruknął  Shad  z  taką  miną,  jakby 

powstrzymywał się od śmiechu. – Życzę miłego pobytu.  

– O, z pewnością będzie miły – uśmiechnął się Jason. Gdy tylko drzwi 

zamknęły się za Shadroe’em, odwrócił się do Taylor.  

– Ten trik powinien zadziałać, nieprawdaż? 
– Nie rozumiem... – Patrzyła na niego zdziwiona.  
–  Shad  wszedł  w  niezwykle  odpowiednim  momencie  –  odparł  z 

wyraźną  satysfakcją  w  głosie.  –  To  małe  przedstawienie  powinno 
udowodnić wszystkim, że jesteśmy zakochaną do nieprzytomności parą. 

background image

Wiesz, jak szybko rozchodzą się plotki...  

Taylor  patrzyła  na  pomięte  łóżko.  Przedstawienie?  To  było  tylko 

przedstawienie?  To,  jak  ją  dotykał,  całował?  Ta  namiętność,  którą 
widziała  w  jego  oczach,  była  tylko  przedstawieniem  odegranym  dla 
obsługi hotelowej? Zacisnęła usta. Cóż, dlaczego nie? To przecież lepiej 
dla niej, nie będzie miała z nim więcej kłopotów.  

Przełknęła ślinę. Ale czy rzeczywiście lepiej? 
Koń  parskał,  podrzucał  łbem  i  szedł  w  kierunku,  w  którym  mu  się 

podobało,  nie  reagując  na  komendy  Taylor.  Na  dodatek  starała  się 
wczuć w jego rytm, ale zupełnie jej to nie wychodziło.  

– Jeździłaś już wcześniej konno? – spytał Jason, jadąc obok niej na 

swoim wierzchowcu.  

– Nie! 
–  Joe-Pye  jest  koniem  na  tyle  leniwym,  że  nie  powinien  ci  sprawiać 

większych  kłopotów.  Staraj  się  anglezować  zgodnie  z  jego  rytmem,  a 
cała reszta pójdzie łatwo.  

– Nie wychodzi mi na razie. To taniec, do którego nie znam kroków.  
– Widzę – zachichotał. – Może przestań analizować i poddaj się jego 

rytmowi.  

–  Mówiąc  zupełnie  szczerze,  wcale  nie  mam  ochoty  jeździć  konno. 

To, na co mam naprawdę ochotę, to na wypytanie personelu. Przerwałeś 
moją  rozmowę  z  Joanie,  w  momencie  gdy  zaczęła  mi  opowiadać 
niezwykle ciekawe rzeczy na temat swojej pracy.  

–  Przyjdzie  jeszcze  czas,  żeby  z  nią  porozmawiać.  Jeżeli  od 

pierwszego  dnia  pobytu  będziesz  tylko  zadawała  obsłudze  pytania  na 
temat ich pracy, mogą zacząć coś podejrzewać.  

– Wiem,  jak pytać,  by  to  nie  wyglądało  na  wyciąganie  informacji  czy 

przesłuchiwanie – odparła nieco urażona.  

Jason parsknął śmiechem.  
– Może tak jak rozmawiałaś z Joanie? Notes i długopis leżą tuż obok 

ciebie na stole, a ty bombardujesz ją pytaniami. A na co, twoim zdaniem, 
to wyglądało, jak nie na przesłuchanie? 

–  Jestem  pewna,  że  myślała,  że  to  tylko  niewinne  pytania  ciekawej 

wszystkiego turystki, która jest tu po raz pierwszy! 

– Nie udawaj idiotki! Turyści mają w rękach aparaty fotograficzne, kije 

golfowe,  przewodniki,  ale  nie  notes  i  długopis.  Radziłbym,  żebyś  przez 
dzień czy dwa dała temu spokój.  

–  Nie  ty  tu  rządzisz!  –  odpowiedziała  wyniośle.  –  A  ja  mam  zamiar 

zacząć pracę od zaraz! Czy to jasne, panie Richmond? 

–  Chcesz  zacząć  od  zaraz?  –  Jason  zatrzymał  swojego  konia.  –  W 

zasadzie mi to odpowiada. Może zaczniemy więc od ustalenia, czego tu 

background image

naprawdę szukasz. Po co tu, u diabła, jesteś? 

– Już ci mówiłam, zbieram informacje na temat wyspy.  
–  Po  co?  –  powtórzył.  –  Jakie  plany  ma  Daniels  Investment  wobec 

tego miejsca? 

– To nie twoja sprawa! 
–  Bzdura!  –  W  jego  oczach  błysnęła  złość.  –  Jeśli  chcesz  mojej 

pomocy,  to  jest  to  również  moja  sprawa.  I  w  tej  chwili  mi  odpowiedz, 
czego szukasz na wyspie? 

Taylor  zastanawiała  się,  co  zrobić.  Z  jednej  strony  nie  chciała  mu 

mówić  więcej  niż  to  było  absolutnie  konieczne.  Z  drugiej  strony  jednak 
wiedziała, że jeśli Jason dobrze zrozumie, jakiego rodzaju informacji ona 
potrzebuje, to łatwiej będzie mógł je zebrać i przekazać jej. Postanowiła 
połączyć oba te punkty – powiedzieć mu trochę więcej niż miała zamiar, 
ale zataić to, co najważniejsze.  

–  Przeprowadzamy  takie  rozeznanie  w  kilku  miejscach,  między 

innymi tu.  

–  Po  co?  I  nie  staraj  mi  się  wmówić,  że  chodzi  o  jakieś  bliżej 

nieokreślone, przyszłe inwestycje, boja tego nie kupuję! 

– Ale to prawda. Daniels Investment szuka...  
–  Ostatnia  szansa,  Księżniczko!  –  ostrzegł  ją.  –  Albo  mi  powiesz 

prawdę, albo zacznę plotkować z Jermainami na twój temat...  

Znała już ten ton i wiedziała, że on nie żartuje. A to znaczy, że musi 

mu powiedzieć trochę więcej.  

–  Nasza  korporacja  ma  zamiar  zbudować  luksusowy  hotel  – 

odpowiedziała, bardzo uważnie dobierając słowa. – Chcemy mieć dane z 
pierwszej  ręki  i  z  pewnego  źródła  dotyczące  tego,  jak  duże  zyski 
przynosi  tego  typu  przedsięwzięcie,  od  czego  zależy  jego  powodzenie, 
jak  duże  przynosi  dochody  itp.  A  bez  wątpienia  „Raj  dla  zakochanych” 
odniósł sukces.  

–  Ostrzegałem  cię  już,  że  pomogę  ci  tylko  wtedy,  gdy  to,  co 

planujecie, nie narazi wyspy na straty ekonomiczne, nie wspominając już 
o jej przyrodzie. – Popatrzył na nią spod zmarszczonych brwi.  

Taylor wytrzymała to spojrzenie.  
–  Nie  bój  się.  Trzeba  być  niespełna  rozumu,  żeby  konkurować  z 

„Rajem  dla  zakochanych”.  Jest  tak  silnie  osadzony  w  realiach  wyspy... 
Chcemy  zbudować  coś  podobnego  w  innym  miejscu,  z  trochę  innym 
wachlarzem usług. To przecież jest możliwe, nie sądzisz? 

–  Być  może.  –  Jason  przyglądał  jej  się,  jakby  z  twarzy  chciał 

wyczytać, czy mówi prawdę. – Czas pokaże...  

Taylor  nie  była  pewna,  czy  nie  skłamała,  gdy  mówiła,  że  plany 

Daniels  Investment  nie  zaszkodzą  interesom  wyspy...  Odepchnęła  od 

background image

siebie skrupuły.  

– Skoro już odpowiedziałam na twoje pytanie, to czy możemy zabrać 

się do pracy? Na początku chciałabym...  

–  Jeśli  chcesz  dowiedzieć  się  czegoś  o  wyspie,  na  początku 

powinnaś  ją  obejrzeć  –  przerwał  jej.  –  Tylko  w  taki  sposób  możesz 
ocenić,  jaka  jest  piękna  i  czy  gdziekolwiek  można  znaleźć  coś 
podobnego.  –  W  jego  głosie  słychać  było  sarkazm.  –  W  ten  sposób 
dowiesz  się  też,  jakie  pytania  powinnaś  zadać  Joanie.  Nie  ma  sensu 
wypytywać ją o coś, co możesz sama zobaczyć.  

–  Tego  między  innymi  miałam  się  dowiedzieć  z  twojego  raportu!  I 

pozwól, że do czasu, gdy go zrekonstruujesz, będę zbierała informacje w 
taki  sposób,  w  jaki  ja  uznam  za  odpowiedni  –  odpowiedziała  kłótliwym 
tonem. Popatrzyła na niego. – Pracujesz nad tym, prawda? 

– Tak, ale w ten sposób nie poznasz naprawdę wyspy – powtórzył. – 

Czy ty się w ogóle chcesz czegoś dowiedzieć? 

– Oczywiście! 
–  To  przestań  się  ze  mną  kłócić  i  chodź.  Wszystko,  co  chcę  ci 

pokazać,  było  w  moim  raporcie.  Na  przykład,  czy  wiesz,  że  ośrodek 
oferuje pole golfowe z trzydziestoma sześcioma dołkami? Że można na 
nim rozgrywać międzynarodowe zawody? 

–  Tak,  wiedziałam  o  tym.  W  końcu  przeprowadziłam  jakieś 

rozeznanie na własną rękę. – Pochyliła głowę, starając się przypomnieć 
sobie, co o tym słyszała. – Wiem również, że to jedno z najtrudniejszych 
pól na świecie i że ma dołki położone najbliżej morza, biorąc pod uwagę 
wszystkie pola golfowe w Ameryce.  

–  Entuzjaści  golfa  są  skłonni  wiele  zapłacić  za  to,  żeby  tutaj  się 

znaleźć. – Spojrzał na nią. – Jak rozumiem, ty nie grasz w golfa? 

– Nigdy nie miałam okazji się nauczyć.  
– Masz ją teraz. W takim razie, zarezerwuję dla nas jakąś godzinę.  
Na  twarzy  Taylor  pojawił  się  entuzjazm.  To  była  niezwykle  kusząca 

propozycja. Ale, niestety, musiała ją odrzucić.  

– Nie mam na to czasu. Jestem tu, żeby pracować.  
–  Przecież  częścią  twojej  pracy  jest  przekonanie  się  o  atrakcyjności 

tego, co  tu  zobaczysz. W  tym  klubie  jednym  z  trenerów  jest  były  mistrz 
świata. Możesz wziąć u niego lekcje.  

– Nie, ale dziękuję za propozycję – westchnęła z żalem. – No i co tu 

jeszcze jest do zobaczenia? 

–  Jest  klub  strzelecki,  mają  własną  strzelnicę.  Możemy  go  zobaczyć 

teraz, jeśli chcesz.  

– Może kiedy indziej. – Potrząsnęła głową.  
–  W  takim  razie  pokażę  ci  teraz  rezerwat  dzikiej  przyrody.  Powiedz 

background image

mi,  Taylor,  jak  wiele  usług  tego  ośrodka  chcecie  przeszczepić  do 
swojego luksusowego hotelu? 

–  Nie  wiem.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  To  zależy  od  tego,  jak  wiele 

osób korzysta z poszczególnych usług.  

–  Można  zbudować  pole  golfowe,  ale  żeby  zbudować  takie  pole, 

trzeba to zrobić w bardzo podobnym miejscu do tego. A jak, na przykład, 
macie  zamiar  skopiować  dziką  przyrodę  wyspy?  –  Popatrzył  na  nią.  – 
Wiem,  że  Boss  ma  duże  możliwości,  ale  żeby  zrobić  coś  takiego, 
musiałby być Bogiem! 

– Nie wiem... – Taylor ściągnęła brwi.  
– A w jakiej części Ameryki ma powstać ten hotel? 
– Nie... nie jestem do końca pewna...  
– Ale na jakiejś wyspie? – dopytywał się.  
–  To  bardzo  prawdopodobne.  Ale  nie  wiem  dokładnie,  gdzie... 

Wyleciało mi z głowy.  

– To przedziwne – zastanowił się Jason. – „Raj dla zakochanych” jest 

naprawdę  niezwykłym  miejscem.  Ma  swoją  historię,  która  buduje  jego 
reputację. To, co oferuje, jest też głęboko wrośnięte w specyfikę wyspy. 
Jak chcecie to skopiować? 

–  Prawda,  że  to  niezwykłe  miejsce,  ale  chyba  nie  jest  tak 

niepowtarzalne, jak ci się wydaje.  

– Nie zgadzam się! 
– Ty się tu wychowałeś, pochodzisz stąd – powiedziała takim tonem, 

jakby  coś  tłumaczyła  małemu  dziecku.  –  To  naturalne,  że  ta  wyspa 
wydaje ci się niepowtarzalna.  

–  Nie  traktuj  mnie  w  ten  sposób  –  obruszył  się.  –  Masz  obsesję  na 

punkcie swojej pracy i analizujesz wszystko, co tu widzisz. W ten sposób 
nie  jesteś  w  stanie  docenić  piękna tego  miejsca.  A  poza  tym,  skoro  nie 
uważasz,  żeby  to  było  jakieś  specjalne  miejsce,  to  po  co  chcecie  je 
kopiować?  I  jeszcze  jedno  mi  przychodzi  do  głowy...  Po  co  ktokolwiek 
miałby jechać do ośrodka, który jest kopią „Raju dla zakochanych”, jeśli 
może odwiedzić jego oryginał? 

Taylor  nie  wiedziała,  co  odpowiedzieć.  Nie  była  przygotowana  na  te 

wszystkie  pytania.  Jej  spojrzenie  padło  na  intensywnie  różowe  azalie 
rosnące przy ścieżce. Były piękne.  

–  Boss  nie  ma  zamiaru  tworzyć  dokładnej  kopii  –  tłumaczyła 

spokojnie.  –  Prawdopodobnie,  opierając  się  na  mojej  analizie,  będzie 
chciał zaadaptować do swojego hotelu usługi i różne atrakcje najbardziej 
lubiane przez odwiedzających. Wiem, na przykład, że zatrudnił światowej 
sławy architekta projektującego pola golfowe. Tych cech „Raju”, które nie 
będą pasowały, nie będzie starał się na siłę przenieść. Mamy też swoje 

background image

oryginalne pomysły.  

– Czy Boss ma zamiar wybudować swój ośrodek od podstaw? 
– Tak, albo przebudować i odnowić jakiś podupadający hotel.  
–  Chyba  mówimy  o  dwu  różnych  osobach.  Boss,  którego  ja  znam, 

równa  z  ziemią  wszystko,  czego  tylko  się  dotknie.  I  ktoś  taki  chce  coś 
zbudować od podstaw? Uwierzyłaś mu? 

To było dla niej kłopotliwe pytanie. Ona też była zdziwiona, gdy ojciec 

powiedział  jej,  że  ma  zamiar  zainwestować  w  rozwój  regionu.  Zdarzyło 
się to pierwszy raz w jego karierze.  

– Cóż, być może nie ma najlepszej opinii, do tej pory rzeczywiście nie 

zajmował się takimi sprawami – przyznała.  

– Ma opinię faceta, który się z tym zupełnie nie liczy! 
– Jeśli się to łączy ze sporym zyskiem...  
Jason  ściągnął  wodze konia tak  mocno, że  aż  się  zatrzymał.  Patrzył 

na nią zimnym wzrokiem.  

– Kłamiesz, Księżniczko! – powiedział twardo.  
– Słucham? – Patrzyła na niego z niedowierzaniem.  
– Oszukujesz mnie, albo samą siebie, ale kłamiesz na pewno.  
– Jestem z tobą szczera od samego początku! 
–  Jeśli  okaże  się,  że  mnie  oszukałaś  –  nie  zwrócił  uwagi  na  jej 

zapewnienia – nie będę ci więcej pomagał! 

–  Teraz  też  mi  nie  pomagasz  –  zezłościła  się.  –  Jeżdżę  na  tym 

cholernym  koniu,  zamiast  przeprowadzać  rozmowy  z  obsługą.  Mam 
absolutnie  dość  tej  przejażdżki.  Wracam  do  hotelu  porozmawiać  z 
Joanie.  Jeśli  wszyscy  są  tak  chętni  do  udzielania  informacji  jak  ona,  to 
nie  będę  potrzebowała  dwóch  tygodni  na  zebranie  interesujących  mnie 
danych. Parę dni wytężonej pracy i mogę wracać do domu.  

Na twarzy Jasona odmalowało się napięcie.  
–  Czy  ty  uważasz, że  przez  parę  dni dowiesz się  wszystkiego o tym 

miejscu? 

– Przecież to niewielka wyspa, nie ma tu tak wiele do zobaczenia.  
– Jest plaża.  
–  Plaża  to  plaża  –  wzruszyła  ramionami.  –  Trochę  piachu,  wody  i 

muszli. A ty robisz z tego wielkie halo.  

– Jest latarnia morska. – Ściągnął usta w wąską linię.  
–  Joanie  powiedziała  mi,  że  ta  latarnia  jest  już  nieczynna  od  lat  – 

oznajmiła  triumfalnie.  –  Możesz  się  wspiąć  kilkadziesiąt  schodków  i 
zobaczyć więcej piasku i wody niż z plaży. Podejrzewam, że muszle są 
zbyt małe, żeby można je było dostrzec z góry. Potem znów kilkadziesiąt 
schodków w dół i koniec zabawy.  

Jason ruszył i podjechał bliżej do niej. Taylor nieco się zdenerwowała, 

background image

gdy zobaczyła wyraz jego oczu. Gdyby mogły miotać błyskawice, już by 
jej nie było.  

– A co z polem golfowym? Drugiego takiego nie zbudujesz nigdzie! 
–  Przesadzasz!  Już  ci  mówiłam,  że  ojciec  rozmawiał  ze  świetnym 

architektem.  Tak  samo  można  odtworzyć  domki  plantatorów,  jeśli 
ludziom to się tak bardzo podoba. Kto teraz dba o autentyczność? Dobry 
architekt potrafi zdziałać cuda! 

–  A  może  i  dziką  przyrodę  twój  ojciec  potrafi  sobie  załatwić  jednym 

telefonem? – zadrwił.  

–  Nie  wykluczam  tego!  Wystarczy  znaleźć  wyspę  z  takim  samym 

klimatem.  

– Złaź z tego konia! 
– Słucham? – Popatrzyła na niego urażona.  
– Będziesz musiała zrobić dużo więcej, niż tylko słuchać. Złaź z tego 

cholernego  konia!  Przejażdżka  skończona!  –  Zanim  zdążyła  cokolwiek 
zrobić, Jason zeskoczył z konia, podbiegł do niej i zdjął ją z siodła.  

–  Puść  mnie!  Co  ty  sobie  wyobrażasz!  –  krzyknęła.  Po  chwili 

zrozumiała, że posunęła się za daleko. On kipiał ze złości! Nigdy jeszcze 
go takim nie widziała. – Jason... – zaczęła.  

–  Teraz  mój  ruch,  Księżniczko!  –  przerwał  jej  ostro  i  mocno 

przytrzymał, by mu się nie wyrwała. – Milcz i słuchaj! 

Stała  tu  przed  nim  i  nie  mogła  nic  zrobić.  Byli  tutaj  zupełnie  sami,  a 

ona  straciła  kontrolę  nad  sytuacją.  Teraz  nie  była  pewna,  czy  ją 
kiedykolwiek miała. Zagryzła wargi.  

– Mów – powiedziała z wyraźną nerwowością w głosie.  
–  Spróbuję  jeszcze  raz  ci  to  wytłumaczyć,  choć  czasem  wydaje  mi 

się, że jesteś ślepa i głucha, albo za bardzo zdominowana przez Bossa. 
Czuję się tak, jakbym miał tłumaczyć uczucia komputerowi.  

– Nie jestem komputerem – obruszyła się.  
–  Czyżby?  Wcale  nie  jestem  tego  pewien.  –  Przyciągnął  ją  bliżej. 

Jedną  rękę  położył  na  jej  plecach,  drugą  mocno  obejmował  w  talii.  – 
Sprawdzimy! 

– Nie...  
Nie  miała  możliwości  powiedzieć  nic  więcej.  Usta  Jasona  zamknęły 

się wokół jej warg. Tym razem to nie był delikatny pocałunek. Pocałował 
ją w taki sposób, jakby chciał ją ukarać. Taylor nie chciała być całowana 
z taką złością. Ale powoli złość zamieniła się w pożądanie.  

Nie  rozumiała  tego,  co  się  stało.  Przy  każdym  innym  mężczyźnie 

zawsze  udawało  jej  się  ukryć  najwrażliwszą  cząstkę  siebie,  i  to 
zazwyczaj  bez  większego  trudu.  Przed  nim  nie  potrafiła  jednak  się 
schować, był zawsze krok przed nią. Nie umiała pozostać obojętna.  

background image

To,  co  do  tej  pory  robiła,  czuła,  myślała,  nie  dawało  się  porównać  z 

tym,  co  działo  się  z  nią  w  tej  chwili.  Dawno  temu  zaczęła  wierzyć,  że 
gwałtowne uczucia i silne emocje nie leżą w jej naturze. Jednak to, co się 
z  nią  działo  w  jego  obecności,  jawnie  temu  przeczyło!  To  odkrycie 
kompletnie ją zaskoczyło.  

W  ramionach  Jasona  najpierw  była  kobietą,  a  dużo,  dużo  później 

osobowością.  Ku  swemu  przerażeniu  odkryła,  że  chciałaby,  żeby  tak 
było  zawsze.  Chciała  doświadczać  prawdziwych  emocji,  odczuwać  to 
niepowtarzalne  napięcie,  jakie  powstaje  między  kobietą  a  mężczyzną. 
Chciała  czuć,  że  on  jej  pragnie,  tak  samo  jak  ona  pragnęła  jego.  A 
najważniejsze,  że  nie  traktował  jej  jak  córki  Bossa  Danielsa,  lecz  jak 
normalną kobietę! 

Jason  wsunął  ręce  pod  jej  bluzkę.  Jęknęła,  gdy  zaczął  pieścić  jej 

piersi. Wygięła się, by być bliżej niego. Pragnęła, aby ta chwila nigdy się 
nie skończyła, żeby ją całował i pieścił i nigdy nie przestał.  

Jednak  Jason  po  chwili  otworzył  oczy.  Przerwał  pocałunek. Widziała 

jego twarz jak przez mgłę.  

–  Cofam  to,  co  powiedziałem.  Nie  jesteś  komputerem.  A  już  z 

pewnością masz ciało kobiety, namiętnej kobiety – powiedział, a w jego 
głosie  wyraźnie  słyszała  nutki  cynizmu.  –  Ale  założę  się,  że  w  tej 
kształtnej piersi nie ma serca... ani duszy.  

Odebrała to jak policzek. Wyrwała się.  
–  Ty  drań...  –  Słowa  utknęły  jej  w  gardle.  Popatrzył  na  nią  z 

rozbawieniem.  

–  Jeśli  chodzi  o  dobro  wyspy,  nie  cofnę  się  przed  niczym.  –  Usta, 

które  ją  tak  namiętnie  całowały,  jeszcze  chwilę  wcześniej  takie  bliskie  i 
gorące, teraz były zacięte i obce. – Jak, do diabła, mam ci pokazać, na 
czym  polega  niepowtarzalność  tej  wyspy,  jeśli  ty  blokujesz  emocje  i 
patrzysz na wszystko chłodnym okiem urzędnika? 

Taylor  czuła,  że  jej  namiętność  przemieniła  się  we  wściekłość. 

Oddychała  szybko  i  z  trudem  się  powstrzymywała,  by  nie  rzucić  się  na 
niego z pięściami.  

–  Nic  o  mnie  nie  wiesz!  Zupełnie  nic!  Jakie  masz  prawo,  żeby  mnie 

osądzać?  Jeśli  nie  potrafisz  opowiedzieć  o  czymkolwiek,  co  byłoby 
naprawdę  niezwykłe  na  tej  wyspie,  to  przecież  nie  moja  wina,  lecz 
wyspy! 

–  Zobaczymy.  Zamknij  oczy.  –  Stanął  za  nią.  –  Nie  sprzeczaj  się. 

Zrób to.  

Taylor zgodziła się, nie protestując. Była zadowolona, że choć przez 

chwilę schowa się przed jego wzrokiem.  

–  No  i  co?  –  Skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  –  Chcę  już  jak 

background image

najszybciej wrócić do hotelu.  

– Słuchaj – szepnął tuż obok jej ucha. – Uspokój się i słuchaj. Taylor 

poczuła  lekki  powiew  wiatru.  Starała  się  uspokoić  oddech  i  po  paru 
chwilach jej się to udało. Nagle poczuła się zupełnie odprężona. Najpierw 
otaczała  ją  cisza.  Żyjąc  w  ruchliwym  mieście  nauczyła  się  nie  zwracać 
uwagi  na  dochodzące  do  niej  odgłosy,  to  był  męczący  hałas.  Teraz  ta 
cisza  ją  przytłaczała.  Ale  po  chwili  zaczęła  słyszeć  całą  masę 
przeróżnych  dźwięków,  o  których  istnieniu  wcześniej  nawet  nie  miała 
pojęcia! Dojechali przecież już do lasu.  

Wiatr  szeptał  w  koronach  drzew,  szeleścił  liśćmi.  Skrzypiały  konary, 

ocierając  się  o  inne  drzewa.  Śpiewały  ptaki.  Ich  głosy  mieszały  się  w 
przedziwnej,  chociaż  przyjemnej  dla  ucha  kakofonii.  Czasem  trel 
jakiegoś  ptaka  wybijał  się  spośród  innych.  Joe-Pye  parsknął.  Jakby  w 
odpowiedzi,  w  pobliskich  krzakach  pisnęło  jakieś  zwierzę.  Otworzyła 
oczy w momencie, gdy przestraszona wiewiórka uciekła na drzewo.  

– Rozejrzyj się dokoła! – zakomenderował Jason. Stał za nią i trzymał 

ją mocno za ramiona. – Stoisz w sercu nadmorskiego lasu. Niewiele już 
takich wilgotnych lasów zostało na świecie, są pod ścisłą ochroną rządu. 
Widzisz  te  paprocie?  Pod  nimi  mają  gniazda  drozdy,  a  paprocie 
rozkładają nad nimi swe liście jak parasol, chroniąc je przed deszczem i 
słońcem.  Pod  tą  kłodą,  po  twojej  lewej  stronie,  skryła  się  jaszczurka.  O 
tej porze roku można tu spotkać wiele gatunków ptaków, niektóre z nich, 
jak  na  przykład  rybołów,  są  pod  ścisłą  ochroną.  Są  tu  też  sowy, 
jastrzębie,  sokoły  i  wiele  gatunków  ptaków  śpiewających.  Rozejrzyj  się, 
one wszystkie tu mieszkają! 

Taylor  poczuła  się,  jakby  w  jakiś  magiczny  sposób  wylądowała  tu  w 

tej sekundzie,  a  nie  stała  od  pół godziny.  Dostrzegła kwitnące  cyprysy  i 
wielkie pachnące magnolie. Tuż obok ścieżki rozciągały się niedostępne 
mokradła, na których rosła dzika bawełna.  

– A czujesz ten zapach? – Zacisnął dłonie. – No i jak Boss ma zamiar 

to skopiować? 

–  Nie  wiem...  –  szepnęła  zduszonym  głosem.  Była  pod  wrażeniem 

tego, co zobaczyła.  

–  Powinnaś  to  umieścić  w  swoim  raporcie.  –  Odwrócił  jej  twarz  ku 

swojej. – Ta wyspa to coś więcej niż tylko liczby i chłodna kalkulacja.  

– Jestem tego świadoma.  
– Nie, jeszcze nie jesteś. Ale zawrzyjmy umowę.  
– Jaką? – Jego uśmiech ją zdenerwował.  
–  Codziennie,  gdy  zrealizujemy  jeden  punkt  z  twojej  niezawodnej 

listy, pozwolisz mi pokazać ci taki aspekt wyspy, którego na tej liście nie 
ma.  

background image

–  Co  to  znaczy?  Przecież  już  pokazałeś  mi  więcej,  niż  prosiłam...  – 

Zamyśliła się na chwilę. W sumie, im więcej zobaczy, tym lepiej. Szybko 
opuściły ją wątpliwości. – Zgoda! 

– Nie tak szybko, Księżniczko! Kiedy przyjdzie moja kolej, zrobisz to, 

co  powiem  i  wtedy,  kiedy  powiem.  Nie  będziesz  się  starała  podważyć 
moich sposobów zwiedzania wyspy.  

– Zgoda – powtórzyła i wyciągnęła dłoń w jego kierunku, a on mocno 

ją uścisnął.  

Uśmiech rozjaśnił mu twarz. Ale był w nim jakiś fałsz, jakaś podłość. 

Taylor  zaniepokoiła  się.  Uświadomiła  sobie,  że  w  tej  właśnie  chwili 
przegrała  ważną  batalię,  choć  dotąd  nie  miała  pojęcia,  że  w  ogóle  ją 
toczą.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

– Obudź się, Księżniczko! Zaraz wychodzimy! 
– Idź sobie – mruknęła, naciągając prześcieradło na głowę.  
– Nie licz na to. – Zapalił górne światło. – I tak się nie schowasz.  
Spod  prześcieradła  dobiegło  ciche  chrapnięcie  świadczące  dobitnie, 

że  w  tym  przypadku  łagodna  perswazja  nie  zadziałała.  Jason  jednym 
ruchem  ściągnął  z  niej  prześcieradło  i  odrzucił  daleko  od  łóżka,  by  nie 
mogła po nie sięgnąć bez wstawania. Jego oczom ukazał się bardzo miły 
widok.  Taylor  zwinięta  była  w  kłębek,  a  w  jego  kierunku  była  wypięta 
niezwykle  kształtna  pupa.  Piżama  podkreślała  jej  kobiece  kształty.  Były 
to  jedwabne,  króciutkie  spodenki  i  luźna  koszulka  bez  rękawów,  jedno  i 
drugie przypominało strój gimnastyczny. Och, jakie ćwiczenia można by 
wykonać  w  takim  stroju,  pomyślał  z  rozmarzeniem.  Ciekaw  jestem,  dla 
kogo  ona  nosi  takie  piżamki  albo  pończochy  i  pasy?  Przecież  nie  ma 
sensu tak się ubierać, jeśli nikt tego nie ogląda.  

Podszedł do łóżka. Odgarnął jej włosy z twarzy i delikatnie pogłaskał 

po głowie.  

– Wstawaj, śpiochu – powiedział miękko.  
–  Zgaś  to  okropne  światło  –  jęknęła.  Potrząsnęła  głową,  złote  loki 

zawirowały i znów skryły jej twarz. – Gdzie moje przykrycie? 

–  A  tam,  na  środku  pokoju  –  odparł  spokojnie.  –  Nie  jesteś  rannym 

ptaszkiem, prawda? 

– Nie! A szczególnie nie lubię wstawać, gdy na dworze jest ciemno. – 

Taylor naciągnęła na siebie róg dolnego prześcieradła. – Która godzina? 

– Druga.  
–  Druga  w  nocy?  Czyś  ty  zwariował?  –  krzyknęła  okropnie 

zirytowana.  

– Umawialiśmy się.  
– Na co? O czym ty mówisz? 
Jason skrzyżował ręce na piersi i przyglądał się jej. Jest taka słodka, 

gdy jest zaspana i nie stara się ciągle kontrolować, przemknęło mu przez 
głowę.  

– Wczoraj zawarliśmy umowę, zapomniałaś? 
–  O  tej  godzinie  nie  pamiętam  nawet,  jak  się  nazywam  – 

wymamrotała.  –  Idź  stąd,  Richmond.  Jestem  zbyt  zmęczona,  by  się  z 
tobą kłócić. – Taylor schowała głowę pod poduszkę.  

–  Wykluczone!  Pomogłem  ci  zrealizować  jeden  punkt  z  twojej  listy, 

więc  teraz  mam  prawo  oczekiwać,  że  pójdziesz  ze  mną  dowiedzieć  się 
czegoś o wyspie według moich reguł. Jeśli obudziłabyś choć parę swoich 

background image

szarych komórek, to przypomniałabyś sobie, co powiedziałem i na co się 
zgodziłaś. Masz iść ze mną zwiedzać, kiedy ja zechcę i tak, jak ja uznam 
za stosowne.  

– Nie. – Taylor leżała nadal zwinięta w kłębek. – Nie o drugiej w nocy! 

Zostaw  mnie  i  przyjdź  o  szóstej,  a  jeszcze  lepiej  o  siódmej,  to  może 
sobie coś przypomnę.  

–  O,  widzę,  że  potrzebne  będą  silniejsze  argumenty  –  mruknął 

niewzruszony.  

Zabrał jej poduszkę i również wyrzucił na środek pokoju. Potem wziął 

ją  na  ręce  i  przewiesił  sobie  przez  ramię.  Taylor  wierzgała  nogami  i 
okładała go pięściami, ale była w niezbyt dogodnej pozycji do walki.  

– Puść mnie! Nigdzie nie pójdę w środku nocy! – wołała rozpaczliwie.  
–  Wobec  tego,  następnym  razem  radzę  ci  się  dobrze  zastanowić, 

zanim  zawrzesz  umowę,  bo  znów  się  okaże,  że  ci  nie  odpowiada.  Ale 
tym razem będziesz musiała się z tym pogodzić.  

– Postawił ją na podłogę. – Byłoby dobrze, gdybyś się przebrała, choć 

w tej piżamce wyglądasz niezwykle ponętnie.  

Oczy Taylor rozszerzyły się z przerażenia, gdy uświadomiła sobie, w 

jakim jest stroju. Z okrzykiem złości chwyciła z podłogi poduszkę i cisnęła 
w niego. Jason zręcznie się uchylił.  

– Wyjdź stąd! – powiedziała już całkiem obudzona.  
– Jak sobie życzysz. Ale ostrzegam cię, że wrócę tu i mam nadzieję, 

że wtedy będziesz już ubrana... – Dla wzmocnienia efektu zawiesił głos. 
–  Masz  dwie  minuty,  potem  zabieram  cię  w  tym,  co  akurat  będziesz 
miała na sobie! 

Wrócił  po  minucie  i  pięćdziesięciu  sekundach  i  zastał  Taylor 

kompletnie  ubraną.  Miała  na  sobie  białe  spodnie  i  kremowy  sweter 
boucle. Stała przed lustrem i wiązała włosy w koński ogon.  

– Jesteś gotowa, jak widzę – stwierdził z zadowoleniem.  
– Byłbyś łaskaw wytłumaczyć mi, po co ta cała maskarada? – spytała 

bardzo oficjalnym tonem.  

Jason  stał  w  drzwiach  i  uśmiechał  się  tajemniczo.  Nic  dziwnego, 

pomyślał,  że  nosi  szpilki  i  kostiumy.  Bez  makijażu  i  w  sportowym  stroju 
wyglądała na nie więcej niż szesnaście lat.  

– Jak się pewnie domyślasz, chcę ci coś pokazać.  
–  Czy  chcesz  mi  powiedzieć,  że  jest  tu  coś  takiego,  co  mogę 

zobaczyć tylko o drugiej w nocy? – Wzięła się pod boki.  

–  Nie,  ale  jest  tu  coś,  co  możemy  robić  tylko  o  drugiej  w  nocy. 

Sprawdzałem, czy nie da się wcześniej, ale nie było jeszcze księżyca – 
odpowiedział enigmatycznie. – Chodźmy.  

Taylor  nie  miała  siły  dalej  się  spierać.  Włożyła  tenisówki  i  wyszła  za 

background image

nim  z  pokoju.  Jason  poprowadził  ją  przez  mały  barek  dla  obsługi 
hotelowej  do  kuchni,  pomieszczenia  te  znajdowały  się  na  poziomie 
piwnic. Wszystkie blaty i podłogi w kuchni były dokładnie wyszorowane. 
Miedziane  garnki  i  patelnie  wisiały  równiutko  na  ścianie.  Kuchnia  „Raju 
dla  zakochanych”  była  królestwem  sławetnej  Columbii  Hanes  i 
jakikolwiek  bałagan  był  nie  do  pomyślenia.  Przeszli  do  niewielkiego 
magazynu. Całą ścianę zajmowała drewniana półka.  

– Jesteśmy na miejscu – oświadczył Jason.  
– I to ma być to coś, co mogłam zobaczyć tylko o drugiej w nocy? 
– Ten sarkazm jest zupełnie nie na miejscu – odparł. Przesuwał ręką 

po  krawędzi  półki  aż  znalazł  maleńką  dźwigienkę.  Nacisnął  ją.  Półka 
odsunęła się i ukazało się wejście do tunelu.  

– Sekretne przejścia powinny być oglądane w nocy. – Wyjął latarkę i 

oświetlił tunel. – Widziałaś kiedyś coś takiego? 

– Nigdy – wyszeptała, a jej czarne oczy błyszczały z podniecenia. Już 

nie wyglądała na zaspaną. – Dokąd on prowadzi? 

– Chodź, pokażę ci. – Jason znów przejął inicjatywę. Podał jej latarkę. 

– Świeć sobie pod nogi i bardzo uważaj na schodach – ostrzegł.  

Zatęchłe wilgotne powietrze w tunelu wydawało się oblepiać jej twarz. 

Każdy  dźwięk  odbijał  się  zwielokrotnionym  echem.  Po  krótkim  marszu 
tunel rozgałęział się i doszedł ich uszu odgłos fal bijących o brzeg.  

– Ta droga prowadzi nad ocean i ma podwodne wyjście.  
– Jason wskazał kierunek latarką.  
–  Czy  używano  go  do  przemytu?  –  Taylor  chwyciła  go  za  ramię. 

Jason skrzywił się.  

–  Jermainowie  nigdy  by  czegoś  takiego  nie  zrobili.  Chodź,  jesteśmy 

prawie  na  miejscu.  Ten  korytarz  prowadzi  do starej  szopy  przylegającej 
do  dawnej  stajni.  Przerobiono  ją  na  mieszkania  dla  pracowników  i 
wybudowano nowocześniejszą stajnię.  

Jason zwolnił dźwignię i drzwi się otworzyły. Wyszli z tunelu.  
– Uważaj na węże – ostrzegł.  
– Co? Żartujesz, prawda? – krzyknęła przerażona.  
Nie  odpowiedział,  tylko  wziął  ją  za  rękę  i  pognali  przez  trawnik  w 

stronę pola golfowego. Taylor z trudem chwytała oddech.  

– Zwolnij! Już nie mogę – dyszała.  
– Nie mów, że jesteś bez formy.  
– Właśnie to przyznałam.  
Coś  skrzypnęło  i  z  cienia  przed  nimi  wyszedł  umundurowany 

mężczyzna.  

– Dzień dobry pani! To ty, Jason? 
– Tak. Mówiłem, że będę koło północy, ale nie było księżyca. – Objął 

background image

Taylor i przyciągnął do siebie. – Kochanie, to jest Thomas Graves, szef 
ochrony  ośrodka.  Jest  najlepszy  w  całym  regionie,  a  może  nawet  w 
całym  stanie.  Dzięki  niemu  wszyscy  goście  mogą  czuć się  bezpiecznie. 
Thomas, to jest moja narzeczona, Taylor Davis.  

–  Miło  mi  panią  poznać,  panno  Davis!  –  Thomas  zasalutował,  po 

czym  zwrócił  się  do  Jasona:  –  Położyłem  sprzęt  obok  Ala.  Gdy  już 
skończycie, odłóż go tam, żebym był pewien, że wszystko w porządku.  

– Dziękuję za troskę.  
– Miło mi, że mogłem ci pomóc.  
–  To  ja  zostaję  twoim  dłużnikiem.  –  Po  tej  wymianie  grzeczności 

Jason wziął Taylor za rękę i poprowadził przez następny trawnik.  

– Kim jest Al? – spytała Taylor.  
– Nie kim, lecz czym. To stary, ponad dwustuletni dąb.  
– Ma swoje imię? 
–  To  w  zasadzie  nie  imię  lecz  przezwisko.  W  1944  roku  przeszedł 

przez wyspę straszliwy huragan. Wszyscy mieszkańcy zostali wcześniej 
ewakuowani. Elizabeth wróciła na wyspę, jako jedna z pierwszych. Wiele 
domków  plantatorów  było  zniszczonych,  podobnie  jak  duża  część  lasu. 
Ale  ten  dąb  ocalał.  Gdy  go  zobaczyła,  wykrzyknęła  „Alleluja!”.  I  od  tej 
pory tak mówi się o tym dębie, to znaczy w skrócie nazywa się go Al.  

– Jaka to ładna historia – powiedziała miękko.  
– Oto i on! – Jason wskazał drzewo.  
Taylor patrzyła zadziwiona. Nigdy w życiu nie widziała tak ogromnego 

dębu. 

Wysoki 

rozłożysty 

wyglądał 

niesamowicie 

na 

tle 

ciemnoniebieskiego  nieba,  rozświetlonego  jedynie  księżycem.  Grube 
korzenie  szeroko  wrastały  w  ziemię.  Taylor  pomyślała,  że  tak  samo 
rodzina  Jermain  wrośnięta  jest  w  tę  wyspę.  Jakże  ona  chciałaby  mieć 
takie dziedzictwo! 

– Po co tu przyszliśmy? – Popatrzyła na Jasona.  
–  Zaraz  ci  pokażę.  –  Wyciągnął  z  cienia  opartą  o  pień  dębu  torbę  z 

kijami golfowymi.  

–  Przyprowadziłeś  mnie  tu  o  drugiej  w  nocy,  żeby  grać  w  golfa?  – 

spytała z niedowierzaniem.  

–  Wolałaś  tu  przyjść  w  ciągu  dnia?  –  Uśmieszek  zadrgał  mu  w 

kącikach ust.  

–  Nie!  –  Musiała  przyznać,  że  ją  rozgryzł.  Nie  przyszłaby  tu,  gdyby 

byli tu inni ludzie, nie lubiła pokazywać, że jest słaba w jakiejś dziedzinie. 
O  golfie  zaś  nie  miała  zielonego  pojęcia.  Ale  czyżby  była  aż  taka 
przejrzysta? – zaniepokoiła się. Wystarczy na nią spojrzeć i już się wie o 
niej  aż  tyle?  Jak  w  takich  warunkach  zachować  dystans  niezbędny  w 
sprawach  zawodowych?  O  mało  się  nie  roześmiała.  O  jakim  dystansie 

background image

między nimi można jeszcze mówić? Postanowiła to nadrobić i zacząć od 
zaraz traktować go tak jak innych pracowników! Przez moment przeszło 
jej  przez  myśl,  że  być  może  druga  w  nocy  nie  jest  najlepszą  porą,  by 
wprowadzać takie zmiany, ale odrzuciła ten pomysł.  

–  To...  to  bardzo  uprzejmie  z  twojej  strony,  że  pomyślałeś  o  tym, 

Jason – powiedziała sztywno.  

– Panie Richmond – poprawił ją.  
– Jak to? – Nie rozumiała o co mu chodzi.  
–  Tym  tonem  mówisz  do  mnie  „panie  Richmond”.  –  Wziął  torbę  z 

kijami i podszedł bliżej. Część jego twarzy ukryta była w cieniu, ale twarz 
Taylor w całości oświetlał księżyc.  

– W takim razie dobrze, panie Richmond. To bardzo uprzejmie z pana 

strony, ale dziękuję, nie skorzystam. Wrócę do pokoju, jeśli to wszystko, 
co zaplanowałeś na tę noc.  

–  Wykluczone!  –  Jason  złapał  ją  za  ramię.  –  Umówiliśmy  się  i 

dopilnuję, żebyś dotrzymała umowy.  

– Po co? – spytała. Podejrzewała już, że nie wymiga się tak łatwo od 

tej absurdalnej eskapady. – Wyobrażasz sobie, że umieszczę w raporcie 
grę  w  golfa  o  drugiej  w  nocy?  W  czym  to  pomoże  poznać  mi  lepiej 
wyspę? – zapytała z ironią.  

–  Do  diabła  z  wyspą  i  z  twoim  raportem.  –  Przyciągnął  ją  bliżej.  – 

Wiem, że bardzo chcesz spróbować tej gry. Palisz się do tego! 

–  To  nie  ma  znaczenia.  –  Starała  się  odsunąć  od  niego.  –  Potrafię 

zdecydować, co chcę robić i postanowiłam wrócić do pokoju.  

–  A  więc  o  to  ci  chodzi!  Przebywanie  sam  na  sam  z  mężczyzną  w 

środku nocy wydaje ci się zbyt niebezpieczne? 

Bez wątpienia miał rację. Zwłaszcza, jeśli ten mężczyzna obejmuje ją 

tak mocno, a ona czuje jego ciepły oddech tuż przy swoich ustach.  

– Wcale nie – zaprzeczyła, licząc, że uda jej się go oszukać.  
– To czemu tak nerwowo wiercisz stopą dziurę w ziemi? O co chodzi? 
– Mówiłam już, o nic! 
– Czy granie ze mną w golfa wydaje ci się czynnością o zbyt dużym 

stopniu zażyłości? Czyżbym zbliżył się zbyt blisko do kobiety, kryjącej się 
za maską wzorowej urzędniczki? 

– Nie powinieneś tak mówić do mnie. Jestem twoją pracodawczynią. 

Jesteśmy  tu  w  celach  zawodowych  i  na  tym  koniec.  Nie  ma  niczego 
więcej.  Nie  przyszłam  tu  po  to,  by  grać  w  środku  nocy  w  jakieś  głupie 
gry!  Jestem  tu...  jestem  tu...  –  Właściwie  po  co  ona  tu  przyszła? 
Uświadomiła  sobie,  że  idąc  tu  wcale  nie  wiedziała,  po  co  się  tu 
wybierają,  więc  nie  może  powiedzieć,  że  on  próbuje  ją  namówić  do 
robienia czegoś nieprzewidzianego.  

background image

– Tak? – nie ustępował.  
– Jestem tutaj... – Gorączkowo szukała odpowiedzi. Gdy ją w końcu 

znalazła,  poczuła  ulgę.  –  Jestem  tu  po  to,  by  przeprowadzić  inspekcję 
tego obiektu.  

– I co umieścisz w tym swoim raporcie? Będę w nim uwzględniony? 
–  Nie!  –  odpowiedziała.  Nie,  jeśli  chcę  zostać  wiceprezesem  firmy, 

dopowiedziała w duchu. – Bo wszystko, co w nim umieszczam, musi być 
związane z badaniem wyspy.  

– Wszystko? – szepnął tuż koło jej ucha.  
Odwróciła głowę i zamknęła oczy. Nie mogła teraz pozwolić sobie na 

chwilę  słabości,  dopuścić,  by  jej  dotknął.  Byłaby  wtedy  ostatecznie 
zgubiona.  

–  Tak!  Wszystko,  co  tu  robię,  musi  być  związane  z  moją  pracą  – 

powiedziała zduszonym głosem.  

–  Czy  właśnie  to  robiłaś,  gdy  pierwszego  dnia,  tuż  po  przyjeździe 

wylądowaliśmy  na  łóżku?  Zajmowałaś  się  wtedy  interesami?  W  jaki 
sposób masz zamiar zapisać to w raporcie? 

Minęła  chwila,  zanim  dotarło  do  niej  to,  co  powiedział.  Ale  kiedy  już 

zdała sobie z tego sprawę, opanowała ją wściekłość. Wyrwała się z jego 
objęć i stanęła naprzeciw niego. Jej oddech był szybki i nierówny. Jak on 
śmie  obwiniać  ją  o  tamto  zajście!  To  nie  ona  je  sprowokowała.  Tylko 
dlatego,  że  miał  przedziwną  zdolność  odciągania  jej  od  przyjętych 
postanowień  i  doprowadzania  do...  To  nie  była  jej  wina.  Być  może 
odpowiedzialne za to były hormony czy chemia procesów fizjologicznych, 
ale na pewno nie ona! Popatrzyła na torbę golfową leżącą u jego stóp.  

–  Chcesz,  żebym  zagrała  w  golfa?  W  porządku,  zagram!  – 

odpowiedziała,  zanim  zdążył  cokolwiek  powiedzieć.  Chwyciła  torbę,  ale 
zrobiła  to  tak  niezdarnie,  że  wysypały  się  z  niej  różne  przybory  do  gry: 
kije, piłeczki, podstawki. Podniosła piłkę i kij z metalową główką. Rzuciła 
mu wściekłe spojrzenie, ustawiła piłkę na podstawce i zamachnęła się z 
całej  siły.  Ku  jej  zdziwieniu  trafiła  dokładnie  w  piłkę,  która  wielkim, 
pięknym łukiem poszybowała w górę. Patrzyła na jej lot aż do chwili, gdy 
w ciemnościach zniknęła jej z oczu.  

– Trafiłam! Widziałeś? – Podskoczyła z radości.  
– Czy to znaczy, że masz ochotę spróbować jeszcze raz? – spytał.  
– Tak! Tak! Tak! – Zaaferowana podbiegła do torby i wybrała kolejną 

piłeczkę.  –  Skręciła  w  bok,  prawda,  i  wpadła  w  tamte  krzaki?  Jak  się 
nazywa takie uderzenie? Hak? Slice? 

– Jeśli jesteś praworęczna, to był to hak.  
– Jak ja to zrobiłam? 
Przez następną godzinę Jason ćwiczył, pokazywał, zachęcał i chwalił 

background image

Taylor,  jeśli  robiła  postępy.  W  końcu,  gdy  stali  na  szczycie  zielonego, 
omiatanego  przez  wiatr  wzgórza,  doszedł  do  wniosku,  że  pora  już 
kończyć tę zabawę.  

– Dobra, już dosyć! 
Taylor  zaprotestowała.  Wcale  nie  miała  dosyć,  chciała  ćwiczyć, 

ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć aż do ostatniego tchu. W końcu, z ciężkim 
westchnieniem  wyprostowała  się  i  popatrzyła  na  oświetlony  księżycem 
ocean. Księżycowe światło połyskiwało na wodzie tysiącem światełek.  

– Pięknie tu musi być o wschodzie słońca.  
– Tam jest zachód. Dokładnie tam, gdzie patrzysz, jest Charleston.  
– Nigdy nie miałam dobrej orientacji w terenie.  
–  Wschód  słońca  można  obejrzeć  po  drugiej  stronie  wyspy. 

Faktycznie jest bardzo piękny. Nie byłaś nigdy o świcie nad oceanem? 

– Nie.  
– Widzę bardzo duże braki w twojej edukacji. Nigdy nie grałaś w golfa 

w  blasku  księżyca,  nie  widziałaś  wschodu  słońca,  nie  jeździłaś  konno. 
Założę się też, że nigdy nie budowałaś zamku z piasku.  

– Och, moja edukacja nie ma znów tak wielkich braków – roześmiała 

się.  –  Gdy  miałam  osiem  lat,  skonstruowałam  po  raz  pierwszy 
preliminarz  budżetowy  naszej  rodziny,  w  wieku  dziesięciu  lat  zarobiłam 
pierwszego  dolara,  a  w  wieku  dwunastu  wypełniłam  pierwszy  formularz 
podatkowy. Myślę, że niewiele dzieci ma takie osiągnięcia.  

–  To  prawda  –  przyznał.  Jednak  jego  głos  nie  zdradzał  wielkiego 

entuzjazmu dla jej dokonań.  

–  Bossowi  nie  było  łatwo  po  śmierci  mamy.  Nie  bardzo  wiedział, 

czego  potrzebują  małe  dziewczynki.  –  Taylor  poczuła  się  w  obowiązku 
wytłumaczyć mu to.  

–  W  tej  dziedzinie  mam  pewne  doświadczenie,  choć  nie  w 

odniesieniu do dziewczynek, a kobiet. – Jason zniżył głos. Pochylił się i 
delikatnie  zaczął  całować  jej  twarz.  –  Ciekawy  jestem,  czy  potrafię 
wypełnić te luki w twojej edukacji.  

– Jakie luki? 
–  Przypuszczam,  że  nie  zaznałaś  wielu  pieszczot  w  swoim  życiu.  – 

Musnął jej usta w krótkim pocałunku. Taylor wypuściła z ręki kij golfowy. 
Wszystkie  jej  twarde  postanowienia  i  determinacja,  by  trzymać  go  na 
dystans, prysły jak bańka mydlana.  

– To prawda – przyznała. – Nie mam zbyt wielu takich doświadczeń.  
– W takim razie proponuję natychmiast uzupełnić te braki.  
– Zgadzam się z tobą.  
Nie  potrzebował  powtórnego  zaproszenia.  Jego  usta  namiętnie 

przywarły do jej warg. Ona z równą namiętnością oddała mu pocałunek. 

background image

Nie  mogła  się  nim  nasycić.  Jak  wyschnięte  kwiaty  spragnione  są  wody, 
tak ona pragnęła jego pocałunków. Czuła, jak podniecenie wypełniało jej 
ciało. Mocno objęła go ramionami.  

– Tak, tak, proszę – szeptała.  
– To ja chciałbym cię prosić. Pragnę ściągnąć z ciebie ubranie i leżeć 

z  tobą  wśród  traw.  –  Odwrócił  jej  twarz  w  stronę  światła  księżyca  i 
miękko wiódł palcem po jej policzku. – Założę się, że nigdy nie kochałaś 
się przy siódmym dołku.  

–  Ani  przy  siódmym,  ani  przy  ósmym,  ani  nawet  przy  dziewiątym  – 

odpowiedziała z uśmiechem.  

W  rzeczywistości  nigdy  się  nie  kochała.  Nie  była  jednak  w  stanie 

zmusić  się  do  takiej  otwartości,  żeby  głośno  to  wyznać.  I  tak  odkrył  już 
zbyt wiele jej sekretów.  

–  Obawiam  się,  że  siódmy  dołek  będzie  musiał  poczekać.  Chyba 

jeszcze nie jesteś do tego gotowa.  

–  Jestem  –  odpowiedziała.  Te  słowa  same  wypłynęły  z  jej  ust,  nie 

kierowała  się  rozsądkiem.  To  intuicja podpowiedziała  jej,  że  to,  co  chce 
zrobić, jest dobre i wspaniałe.  

–  Jesteś  pewna?  –  Patrzył  na  nią, a w  jego  błękitnych  oczach  prócz 

pożądania widziała jeszcze czułość.  

Nie  zdążyła  jednak  odpowiedzieć,  bo  z  nagłym  sykiem  wytrysnęła 

woda  ze  zraszaczy,  które  były  porozstawiane  wokół  nich  na  trawniku. 
Przez  sekundę  żadne  z  nich  się  nie  poruszyło.  Potem,  pokrzykując  i 
piszcząc,  starali  się  ukryć  za  torbą  golfową.  Ale  zraszacz  stał  również 
gdzieś  za  nimi.  Wstali  i  rozejrzeli  się  dokoła.  Było  już  na  tyle  jasno,  że 
mogli ocenić swoją sytuację. Zraszacze stały wszędzie! 

–  Jak  się  stąd  wydostaniemy?  –  spytała  Taylor,  chowając  twarz  za 

jego ramieniem.  

– Tą samą drogą, którą tu przyszliśmy.  
–  Będziemy  całkiem  przemoczeni.  Zdaje  się,  że  przed  tymi 

zraszaczami nie ma ucieczki, są porozstawiane dość regularnie.  

–  Nie  szkodzi.  –  Pieszczotliwym  ruchem  starł  wodę  z  jej  twarzy.  – 

Mokra też wyglądasz bardzo ładnie.  

Taylor  przyglądała  się  mu  dyskretnie.  Mokra  koszulka  oblepiła  jego 

wspaniałe  muskuły  i  stała  się  prawie  całkiem  przeźroczysta.  Tak 
prezentował się chyba jeszcze okazalej. Wolała nie patrzeć, czy również 
jej cienki sweter tak samo dokładnie eksponuje jej kształty.  

Jason  zarzucił  torbę  z  kijami  na  ramię,  chwycił  Taylor  za  rękę  i 

pobiegli, klucząc  między  diabelnymi  zraszaczami.  Ślizgali  się  po  mokrej 
trawie,  parę  razy  nawet  się  przewrócili.  Smiali  się  przy  tym  do  rozpuku. 
Taylor nie pamiętała, czy w ogóle kiedykolwiek w życiu tak się śmiała.  

background image

Dotarli do dębu całkowicie przemoczeni i w wyśmienitych humorach. 

Czekał tam na nich Thomas. Też się roześmiał, gdy ich zobaczył.  

–  Zapomniałem  wam  powiedzieć,  że  za  piętnaście  czwarta 

zaczynamy podlewać trawniki.  

–  Ciekawe,  jak  ten  malutki  szczegół  umknął  twojej  uwagi.  –  Jason 

pokręcił głową z udawanym oburzeniem.  

–  Tu  macie  ręczniki,  powycierajcie  się.  Elizabeth  byłaby  bardzo 

niezadowolona, gdyby rano odkryli mokre ślady w całym hotelu.  

–  Wydaje  mi  się,  że  w  tym  przypadku  Elizabeth  nie  miałaby  nic 

przeciwko  temu.  –  Jason  popatrzył  z  jakimś  smutkiem  na  Taylor,  ale 
zaraz odwrócił głowę.  

–  Otworzyłem  wam  tunel,  żebyście  mogli  wrócić  tą  samą  drogą.  Do 

zobaczenia. – Thomas wsiadł na motor i uruchomił silnik.  

– Do zobaczenia i jeszcze raz dziękuję za wszystko – zawołał za nim 

Jason.  

 
Taylor  starała  się  zignorować  uporczywe  dzwonienie  telefonu, 

chowając  głowę  pod  poduszkę.  Ale  ten,  kto  do  niej  dzwonił,  był  uparty. 
Telefon znów zabrzęczał. Musiała w końcu podnieść słuchawkę.  

– Halo? – wymamrotała.  
–  Taylor?  Twój  głos  brzmi,  jakbym  właśnie  cię  obudził.  Czy  ty  cały 

czas spędzasz w łóżku? 

–  Tata?  –  Natychmiast  otworzyła  oczy.  –  Nie,  skądże.  Już  dawno 

wstałam – skłamała.  

Jej spojrzenie padło na kupkę mokrych rzeczy na środku podłogi. Gdy 

wróciła do pokoju, zdjęła je z siebie i cisnęła w kąt. Nie miała siły i ochoty 
nic  z  nimi  robić.  Teraz  chyba  będzie  je  musiała  wyrzucić,  bo  raczej  nie 
uda się ich doprać. Były na nich wyraźne ślady tarzania się w trawie. Od 
strony łazienki usłyszała jakieś odgłosy. Nie, to niemożliwe, żeby Jason 
już wstał, przemknęło jej przez głowę.  

– Czy coś się stało, tato? – spytała nieco już trzeźwiejszym głosem.  
–  Nic  się  nie  stało.  Dzwonię  bez  wyraźnego  powodu.  Chciałem  ci 

jedynie przypomnieć o raporcie.  

W  drzwiach  łazienki  pojawił  się  Jason.  Musiał  chyba  właśnie  wyjść 

spod prysznica, bo włosy miał mokre. Wyglądał nadzwyczaj przystojnie. 
Taylor  na  wszelki  wypadek  zamknęła  oczy,  ale  obraz  mokrego  Jasona 
wciąż tkwił w jej pamięci.  

–  Obejrzałam  dokładnie  pole  golfowe.  Jest  naprawdę  imponujące.  – 

Starała  się  mówić  normalnym  tonem.  –  Czy  chcesz,  żebym  regularnie 
przysyłała ci moje spostrzeżenia? 

–  To  całkiem  dobry  pomysł.  Wprawdzie  wyjeżdżam  w  następnym 

background image

tygodniu,  ale  powiem  Mary,  żeby  była  ze  mną  w  kontakcie.  Pamiętaj, 
Taylor, bardzo liczę na twoje informacje.  

– Wiem, tato. – Ręka zadrżała jej na słuchawce. – Cały czas zajmuję 

się  naszym  projektem  i  pilnuję,  żeby  nic  nie  odciągało  mnie  od  pracy. 
Wiesz przecież, jak bardzo mi zależy, żeby zostać wiceprezesem.  

– Świetnie, widzę, że trzymasz rękę na pulsie. Zadzwonię do ciebie, 

gdy wrócę. Trzymaj się, córeczko! – Boss wyraźnie się uspokoił.  

– Do widzenia, tato. Miłej podróży! – Odwiesiła słuchawkę i otworzyła 

oczy. Tuż przed nią stał Jason. Na szczęście zdążył już się ubrać.  

–  Dzień  dobry  –  powiedziała  z  niepewnym  uśmiechem.  Nic  nie 

odpowiedział na jej powitanie, po prostu stał i patrzył na nią.  

–  Czy  teraz,  po  rozmowie  z  ojcem,  zaczynasz  żałować?  –  spytał 

chłodno.  

–  Żałować?  Czego?  –  Patrzyła  na  niego,  zupełnie  nie  rozumiejąc,  o 

co mu chodzi. – Tego, co się stało w nocy? Przecież nie zrobiliśmy nic, 
czego musiałabym teraz żałować...  

– Jeszcze nie. – Usiadł koło niej na łóżku. – Ale możemy skończyć to, 

co  w  nocy  zaczęliśmy.  Kiedyś  na  pewno  to  zrobimy.  Choć  wtedy  to  nie 
będzie  miało  nic  wspólnego  z  interesami,  ani  z  twoją  wiceprezesurą, 
Księżniczko! – powiedział i wyszedł z pokoju.  

Taylor  szeroko  otwartymi  oczyma  patrzyła  na  drzwi,  za  którymi 

zniknął.  Wreszcie  dotarło  do  niej,  że  to,  co  on  powiedział,  może 
rzeczywiście  się  stać.  Gdy  się  całowali  na  polu  golfowym,  interesy  były 
ostatnią rzeczą, o której mogłaby pomyśleć. I wiedziała to bardzo dobrze, 
że jeśli poszłaby z nim do łóżka, byłoby dokładnie tak samo! 

Ale czy on czuł to samo? Czy kochałby się z nią dlatego, że pragnie 

jej tak samo desperacko jak ona jego? Czy też dlatego, że z jakichś nie 
znanych  jej  powodów  byłoby  to  według  niego  najlepsze  dla  interesów 
wyspy? 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Po  telefonie  ojca  skupienie  się  na  pracy  okazało  się  łatwiejsze. 

Przynajmniej  dla  Taylor.  Co  czuł  Jason,  nie  potrafiła  odgadnąć.  Przez 
trzy  pełne  dni  pracowali  sumiennie.  Poznawał  ją  z  pracownikami, 
zaskarbiał  dla  niej  ich  zaufanie,  wyciągał  na  rozmowy,  pokazywał  jej 
różne  interesujące  i  niezwykłe  rzeczy  na  wyspie.  Cieszyła  się  każdą 
chwilą  spędzoną  na  wycieczkach  z  nim.  Na  szczęście,  nie  wracał  do 
tego,  co  wydarzyło  się  na  polu  golfowym,  ani  do  tego,  co  powiedział 
rano, po telefonie Bossa. Prawie w ogóle jej nie dotykał.  

Nie.  To  nie  była  prawda,  że  jej  nie  dotykał.  Owszem,  robił  to  bardzo 

często,  ale  na  pokaz  dla  obsługi  hotelu  i  tylko  wtedy,  gdy  przebywali 
wśród  ludzi. W takich sytuacjach  odgrywał  zakochanego narzeczonego. 
Ale  bardzo  wyraźnie  czuła,  że  to  jest  gra.  Natomiast  gdy  byli  sami,  nie 
zbliżał się do niej.  

Ściągnęła  brwi.  Nie  powinna  się  nad  tym  zastanawiać.  Przecież  ich 

zaręczyny  od  początku  do  końca  były  fikcją.  Być  może  on  jest  lepszym 
aktorem niż ona. Ale dlaczego jej to sprawia ból? 

Jason  pociągnął  kolejny  łyk  kawy.  Odwrócił  się  od  okna  i  spojrzał  w 

stronę Taylor.  

– No i co, czy te liczby mają sens? – spytał.  
–  Tak,  po  uwzględnieniu  różnic  w  ciągu  jednego  sezonu.  Chociaż 

muszę  przyznać,  że  koszt  utrzymania  jednego  pokoju  wydaje  się  dość 
wysoki...  Poza  tym,  nie  wiem  dlaczego,  ale  wydawało  mi  się,  że  jest  tu 
więcej pokoi... – Taylor starała się skupić na liczbach.  

–  Koszt  pokoju  jest  dość  duży,  bo  Jermainowie  zawsze  stawiali  na 

jakość,  nie  na  ilość.  Jesteśmy  w  rezydencji znajdującej się  na  plantacji, 
ale są jeszcze małe domki przy plaży. Uwzględniłaś je? 

– Tak.  
–  Zadowolona  jesteś  z  dzisiejszej  pracy,  czy  chcesz  coś  jeszcze 

zrobić? 

– Nie, myślę, że na dziś skończymy. – Taylor zamknęła notes. Jason 

zostawił na stoliku pieniądze za kawę.  

– W takim razie chodźmy! – powiedział.  
Taylor  wskoczyła  ochoczo  na  tył  jego  harleya.  Przyzwyczaiła  się  i 

polubiła te objazdy wyspy na motorze. Nigdy by się do tego nikomu nie 
przyznała, ale już wiedziała, że będzie jej tego brakowało po powrocie do 
domu. Ale tak naprawdę to będzie jej brakowało jego! Tyle że na to nic 
nie mogła poradzić. Żyli przecież w dwu odrębnych światach. Jej życie to 
Boss i Daniels Investment – to plany, projekty, jednym słowem biznes. A 

background image

jego życie jest wolne i dzikie, jego życie to życie tej wyspy.  

– Pojedziemy trochę dłuższą, ale piękniejszą drogą. – Odwrócił głowę 

w jej stronę.  

Przejeżdżali koło ślicznie położonej nadmorskiej wioski.  
– Tu się wychowałem. Wracam tu, ilekroć jestem na wyspie – dodał.  
– Często przyjeżdżasz na Jermain? 
– Dosyć często, co parę tygodni.  
Styl  domu  był  typowy  dla  zabudowy  wyspy.  Piętrowy,  z  rozległą 

werandą i dachem pokrytym cedrowym gontem.  

– Czy twoi rodzice nadal tu mieszkają? – zapytała.  
–  To  dom  mojego  wuja  –  sprostował.  –  Moi  rodzice  umarli,  gdy 

miałem pięć lat.  

– Przepraszam, nie chciałam cię zranić.  
–  Nie  przepraszaj,  nie  wiedziałaś  o  tym.  Wychowywał  mnie  wuj. 

Miałem naprawdę wspaniałe dzieciństwo. Łowiłem ryby, zbierałem kraby, 
pływałem  na  desce,  a  nawet  zaciągałem  się  jako  majtek  na  rybackie 
łódki.  

– Ano właśnie! Nie zauważyłam żadnych dzieci na wyspie...  
– Chodzą do szkoły w Charlestonie – odparł.  
– Jak to? Przecież dojazdy muszą im zabierać masę czasu.  
– Ponad półtorej godziny. – Bezradnie wzruszył ramionami.  
– Takie jest życie na wyspie. Od czasu do czasu pojawia się projekt 

zbudowania tu szkoły. Ale za każdym razem cała sprawa kończy się tak, 
że  nasi  wspaniali  politycy  dochodzą do  wniosku,  że  na wyspie  jest zbyt 
mało dzieci, żeby rzecz była opłacalna.  

– Jaka szkoda! Coś jednak powinno się z tym zrobić.  
–  Nic  nie  zdołasz  zrobić,  dopóki  nie  będziesz  miała  wpływowych 

znajomych.  

Ona  nie  miała,  ale  większość  znajomych  jej  ojca  to  właśnie  tacy 

ludzie.  Niestety,  jej  ojciec  nigdy  nie  zrobił  niczego  dla  innych,  o  ile  nie 
widział w tym własnego interesu.  

– Co dalej? Dokąd jedziemy? – spytała.  
– Pojedziemy tą drogą za lasem.  
– Czy tam też jest rezerwat? 
– Nie, to prywatne posiadłości.  
– Do kogo należą? Do gwiazd filmowych? 
– Zaraz ci pokażę. Te dwa należą do ludzi z Hollywood.  
–  Wskazywał  domy  po  kolei.  –  Tamten  do  senatora,  a  te  dwa  do 

słynnych koszykarzy.  

– A ta wielka posiadłość? – Taylor wskazała najokazalszą budowlę.  
– Należy do jakiejś korporacji. Od lat stoi pusta, choć, jak widzisz, jest 

background image

w idealnym stanie. Jej właściciele po raz ostatni byli tu parę lat temu.  

– Szkoda, jest taka piękna.  
Jason  dodał  gazu.  Taylor  chwyciła  go  mocniej.  Ilekroć  jechali  na 

motorze,  miała  wielką  ochotę  obejmować  go  z  całej  siły,  gładzić  jego 
twarde  mięśnie  brzucha,  dotykać  go  w  sposób,  w  jaki  nigdy  by  się  nie 
odważyła, gdy stali twarzą w twarz. W takich momentach miała wrażenie, 
że  jazda  harleyem  była  wszystkim,  czego  jej  brakowało  w  życiu. 
Odzywała  się  ta  część  jej  natury,  której  istnieniu  zawsze  zaprzeczała. 
Jego  szerokie  plecy  dotykały  jej  piersi,  a  ich  uda  się  stykały.  Zamknęła 
oczy.  Jak  to  możliwe,  że  zwykła  jazda  sprawiała  jej  tak  wielką  i  tak 
niedozwoloną przyjemność? Coś musi być z nią nie w porządku...  

Jazda,  jak  zwykle,  skończyła  się  zbyt  szybko.  Taylor  mogłaby  tak 

jechać i jechać, jeszcze bardzo długo. Zatrzymali się przed hotelem. Ku 
jej zdziwieniu, Jason objął ją czule i zsadził z motoru. Potem pochylił się i 
pocałował ją.  

– A to z jakiej okazji? – spytała zaskoczona.  
–  Staram  się  zachować  pozory  –  odpowiedział.  –  Jesteśmy 

obserwowani.  

Ale Taylor mu nie uwierzyła. Coś w brzmieniu jego głosu powiedziało 

jej,  że  kłamie.  Poza  tym,  ten  pocałunek  był  zbyt  impulsywny,  zbyt 
namiętny, jak na udawanie. Takich rzeczy nie można odegrać. Czyżby ta 
wspólna jazda działała również na niego? 

–  Kolacja  będzie  za  półtorej  godziny  –  rzucił  w  drodze  do  pokoju.  – 

Na  co  masz  zamiar  przeznaczyć  ten  czas?  Na  pracę  czy  na 
przyjemności? 

– To zależy, czy to będzie oficjalna kolacja, czy nie. Bo jeśli oficjalna, 

to muszę się przygotować.  

Jason  nic  na  to  nie  odpowiedział.  Weszli  do  pokoju.  Jego  uwagę 

zwróciła  książka,  która  leżała  na  jej  nocnym  stoliku.  Wziął  ją  do  ręki  i 
przeczytał tytuł.  

– Co to jest? – spytał zaskoczony.  
–  To...  to  książka,  którą  zabrałam  sobie  z  domu  do  poczytania  – 

odpowiedziała,  czując,  że  się  czerwieni  jak  uczniak  przyłapany  na 
czytaniu zabronionej lektury.  

–  „Jak  być  bezwzględnym  draniem  w  biznesie?”  –  przeczytał  tytuł. – 

To taka miła lektura przed snem? – szydził.  

–  Udzielają  w  niej  kilku  cennych  rad  –  broniła  się  bez  większego 

przekonania.  

–  Tak,  prawda.  Zapomniałem,  że  biznes  jest  dla  ciebie  prawdziwym 

życiem. Tylko to cię porusza! – Odłożył książkę na stolik. – Aha, kolacja 
jest  oficjalna.  –  Najwyraźniej  chciał  już  skończyć  rozmowę.  –  Zapukam, 

background image

gdy będę schodził na dół.  

–  Nie  rozumiem,  o  co  ci...  –  zaczęła,  ale  gdy  zobaczyła  wyraz  jego 

oczu, zamilkła.  

–  Za  to  ja  rozumiem  już  wszystko.  Ta  książka  mi  to  uświadomiła. 

Jesteś córką Bossa Danielsa, bezwzględnego drania w biznesie. Biznes 
jest dla niego całym życiem, a ty jesteś taka sama jak on! Zapomniałem 
o  tym  na  moment,  ale  od  tej  chwili  to  się  już  nie  powtórzy!  –  W  jego 
głosie  i  spojrzeniu  było  potępienie.  –  I  myślę,  Księżniczko,  że  nie 
potrzebujesz tej książki. Ty już jesteś taka! 

–  To  nieprawda!  –  zaprotestowała.  –  Staram  się  po  prostu  jak 

najlepiej  wykonywać  swoją  pracę.  –  Przeszła  przez  pokój  i  stanęła 
naprzeciw  niego.  Położyła  rękę  na  jego  ramieniu.  –  To  tylko  książka  – 
wyszeptała.  

–  To  coś  więcej.  –  Potrząsnął  przecząco  głową.  –  I  ty  też  zdajesz 

sobie z tego sprawę.  

Nie była w stanie dłużej się spierać. Skoro wbił sobie coś do głowy, to 

nie trafiały do niego żadne racjonalne argumenty. Czuła, jakby wszystko, 
co mówiła, obijało się o zimną ścianę obojętności.  

–  Przecież  wiesz,  że  powodem  mojego  przyjazdu  tu  były  interesy. 

Nigdy tego przed tobą nie ukrywałam.  

– To prawda – przyznał smętnie.  
– Ale to nie znaczy, że...  
–  Że  nie  możemy  być  kochankami?  –  przerwał  jej.  –  Odrobina 

przyjemności  między  dwoma  raportami?  Nie,  dziękuję!  Wolę  mieć  w 
łóżku kobietę, a nie przedstawiciela wielkiej firmy! 

Popatrzył  na  jej  dłoń  spoczywającą  na  jego  ramieniu.  Cofnęła  ją 

szybko. Po tym, co powiedział, nie pozostawało jej już nic do zrobienia. 
Jason  odwrócił  się  i  poszedł  do  swojej  sypialni.  Dokładnie  zamknął  za 
sobą drzwi.  

Taylor  tępo  patrzyła  na  zamknięte  drzwi.  Czy  tak  właśnie  ją  widział? 

Jako  pochłoniętą  pracą  przedstawicielkę  wielkiej  firmy,  chcącą  sobie 
uprzyjemnić  pobyt?  Gdyby  była  tak  bezwzględna,  jak  on  myśli,  tak 
bezwzględna jak jej ojciec, to nie potrzebowałaby tej książki! 

–  Nasze  kontakty  to  tylko  interesy  –  wyszeptała.  Zacisnęła  dłonie  w 

pięści i uderzyła nimi bezsilnie w stół. To wszystko, co nas łączy i co nas 
będzie łączyło, dodała w myśli.  

–  A  co  z  personelem  obsługującym  pokoje?  –  zapytała  Taylor 

następnego dnia, gdy się spotkali.  

Jason leżał wyciągnięty na leżaku na werandzie i zajadał winogrona.  
–  O  co  ci  dokładnie  chodzi?  –  spytał,  wyraźnie  okazując  brak 

zainteresowania tematem.  

background image

– Ile osób jest zatrudnionych, ile zarabiają, ile godzin dziennie pracują 

itd.  ?  –  odczytała  z  notesu  pytania.  –  Nie  udawaj,  że  zapomniałeś,  jaki 
mamy plan na dziś.  

– W sezonie jest zatrudnionych dużo więcej pracowników niż w ciągu 

reszty roku – odpowiedział, wkładając sobie kolejne winogrono do ust.  

–  Dobrze  wiesz,  że  są  mi  potrzebne  liczby.  –  Taylor  opuściła  z 

niezadowoleniem notes i długopis. – Przecież mi obiecałeś – powiedziała 
z wyrzutem.  

– Proszę, tu masz swoje ukochane liczby. – Wyjął z kieszeni spodni 

złożoną na cztery części kartkę i podał jej.  

Taylor przyjrzała się im dokładnie, ale nie do końca była w stanie się 

na  nich  skupić.  Ta  nagła  zmiana  w  jego  zachowaniu  wyprowadziła  ją  z 
równowagi.  

– Czy mogę na nich polegać? – spytała, zagryzając dolną wargę.  
–  W  takim  samym  stopniu,  jak  na  mnie.  Nie  są  to  precyzyjne  dane, 

ale  oddają  strukturę  zatrudnienia  w  poszczególnych  miesiącach  – 
odpowiedział, układając się wygodniej.  

–  To  nie  są  dokładne  dane?  –  zmartwiła  się.  –  To  nie  wystarczy!  Ja 

potrzebuję...  

– Przykro mi. To wszystko, co mogłem zdobyć.  
Taylor  postanowiła  nie  naciskać  go.  Wiedziała,  że  i  tak  nic  nie 

wskóra. Postanowiła na razie odpuścić.  

– A co z szefową kuchni i zatrudnionymi tam ludźmi? – Spojrzała na 

kolejny punkt na swojej liście.  

– Z Columbią Hanes? – Wziął kolejne winogrono, podrzucił, i w locie 

złapał  ustami.  –  Nie  wiem.  Musisz  ją  spytać,  gdy  w  czasie  kolacji 
podchodzi do stolika. Sama wiesz, że codziennie pyta wszystkich gości, 
czy są zadowoleni z posiłków...  

– O co mam ją spytać? Ile dań przyrządza? 
–  Spróbuj,  choć  wątpię,  czy  ci  na  takie  pytanie  odpowie  –  odparł 

obojętnie.  

– No to, o co mam zapytać? – Była już zła.  
–  Przecież  jesteś  taka  sprytna...  –  mruknął.  –  Możesz  zapytać  ją  o 

personel  w  okrężny  sposób.  Gdy  podejdzie  zapytać,  jak  ci  smakowało, 
odpowiesz  na  przykład  tak:  To  było  znakomite,  Columbio.  Jak  ci  się 
udało  przyrządzić  tak  niesamowite  danie  dla  tylu  osób?  A  ona  ci 
odpowie:  Mam  wspaniałą  pomoc.  To  ty  na  to:  Musisz  chyba  zatrudniać 
całą  armię!  Usłyszysz  w  odpowiedzi:  Ależ  skąd...  I  wtedy  możesz  ją 
zapytać,  ile  osób  pracuje  w  kuchni.  A  ona  poda  ci  dokładną  liczbę. 
Prawda, że to bardzo proste, panno Daniels? 

Taylor straciła cierpliwość. Cisnęła długopis na stół.  

background image

– Do licha, Jason! – krzyknęła. Zerwała się z krzesła i oparła o poręcz 

werandy. Przez moment patrzyła na ocean, ale po chwili znów odwróciła 
się  do  niego.  –  Po  pierwsze,  nazywam  się  Davis!  Po  drugie,  to 
informacja,  którą  miałeś  dla  mnie  zdobyć.  Nie  będę  więc  zadawała 
budzących podejrzenia pytań, skoro to ty miałeś się tym zająć! 

Jason niepostrzeżenie podszedł do niej, położył rękę na jej ramieniu, 

po czym przyciągnął ją do siebie. Poczuła ciepło jego ciała.  

–  A  po  trzecie?  –  zapytał,  przysuwając  usta  prawie  do  samego  jej 

ucha.  

–  A  po  trzecie...  –  Potarła  ręką  policzek.  –  A  po  trzecie,  nie  mogę 

znaleźć granicy...  

– Jakiej granicy? 
Granicy, która oddzielała pracę od życia prywatnego – dopowiedziała 

w  duchu.  Granicy,  której  nie  powinna  przekraczać  w  kontaktach  z  nim. 
Ale tego nie miała zamiaru mu wyznać.  

– Granicy opłacalności planowanej przez nas inwestycji. Nie mogę jej 

wyznaczyć bez dokładnych liczb...  

–  W  takim  razie  określ  wartości  brakujących  ci  parametrów  tak 

precyzyjnie, jak to tylko możliwe – poradził. – Boss nie może spodziewać 
się niczego więcej.  

– Chcesz się założyć? – Taylor zaśmiała się szyderczo.  
–  Chętnie.  –  Odwrócił  ją  przodem  do  siebie.  –  Czas  na  przerwę. 

Przebierz się w kostium kąpielowy i szorty i chodźmy stąd.  

Taylor  nie  oponowała.  Potrzebna  jej  była  chwila  wypoczynku,  żeby 

zastanowić się nad sytuacją. Co więcej, czuła potrzebę ucieczki od liczb, 
pracy  i  sztywnej  elegancji  tego  pokoju.  Dzięki  niemu  zrozumiała,  że 
zamknięta w czterech ścianach, dusi się.  

– Dokąd mnie zabierasz? 
– O, nie! Teraz działamy według moich reguł. Zobaczysz na miejscu. 

Daję ci pięć minut na przebranie się.  

–  A  jeśli  nie  zechcę?  –  Na  twarzy  Taylor  pojawił  się  grymas 

niezadowolenia.  

–  Wtedy  możemy  przeznaczyć  ten  pokój  do  celów  innych,  niż 

zamierzałaś... – powiedział i wyszedł, nie czekając na odpowiedź.  

–  Uważaj  teraz,  dobra?  Pokażę  ci  jeszcze  raz.  –  Jason  spojrzał  na 

Taylor zdenerwowany.  

– Ale ja uważałam. – Taylor oparła ręce na biodrach.  
– Użyłaś za dużo wody.  
– Poprzednim razem powiedziałeś, że użyłam za mało.  
–  Bo  tak  było.  Spójrz,  jak  wygląda  miejsce,  gdzie  pracowałaś.  – 

Wskazał zawaloną część muru obronnego wielkiego zamku z piasku. – A 

background image

wieża rozsypała się, bo była zbyt mokra! Na tym odcinku plaży potrzeba 
jednej  części  wody  na  trzy  części  piasku,  ale  po  przeciwnej  stronie 
wyspy  piasek  jest  dużo  wilgotniejszy,  wystarczy  stosunek  jeden  do 
czterech.  

–  Bardzo  dużo  wiesz  na  temat  budowy  zamków  z  piasku.  Musisz 

spędzać przy tym masę czasu. – Popatrzyła na niego nieco zaskoczona, 
ale przede wszystkim rozbawiona.  

–  Spędzałem,  powinnaś  użyć  czasu  przeszłego,  Księżniczko.  Teraz 

jestem zbyt zajęty.  

–  Doprawdy?  Czyżby  twoje  usługi  były  aż  tak  poszukiwane?  – 

wyrwało  jej  się.  Od  razu  jednak  pożałowała  tego,  co  powiedziała.  Nie 
chciała, żeby to tak okropnie zabrzmiało. – Nie to chciałam powiedzieć... 
– próbowała się tłumaczyć.  

–  Wiem,  co  chciałaś  powiedzieć.  A  moje  usługi  są  rzeczywiście 

bardzo  cenne  –  odparł  zdecydowanym  tonem,  nie  przerywając  pracy 
przy budowie zamku.  

–  A  jakiego  rodzaju  prace  podejmujesz?  –  spytała,  chcąc  naprawić 

swój błąd.  

Jason tym razem popatrzył na nią, zanim odpowiedział.  
–  Pozbawiam  bogate  wdowy  oszczędności  całego  życia  i  uwodzę 

zdradzane żony, tak by ich mężowie mogli dostać tanio rozwód! 

– Przepraszam cię! Naprawdę nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało.  
–  Owszem,  chciałaś!  Od  początku  stawiałaś  sprawę  jasno,  że 

pogardzasz  ludźmi,  którzy  sprzedają  swoje  usługi.  Ale  ja  jestem  dla 
ciebie takim samym towarem, jakim ty jesteś dla swojego ojca.  

– Co to ma znaczyć? – Czuła, jakby w nią piorun strzelił.  
–  Boss  kupuje  cię  kawałek  po  kawałku.  Jedyną  różnicą  jest  to,  że 

płaci  ci  więcej. Wiceprezesura  w  firmie  tatuśka  w  zamian  za  forsę,  jaką 
wyciągnie  z  paru  luksusowych  hoteli,  które  dzięki  twoim  danym  będą 
przynosiły większe zyski? To jest twoja cena? 

– Wykonuję tylko moją pracę – broniła się.  
– Ach, tak. Jeśli chodzi o wiceprezesurę, to ty wykonujesz tylko swoją 

pracę,  a  jeśli  chodzi  o  tysiąc  pięćset  zielonych,  które  mam  dostać  od 
ciebie,  to  jestem  nędzną  kreaturą,  tak?  Wiesz  co,  Księżniczko?  Jedyna 
różnica, jaką widzę, to cena! – Wstał i ruszył ku niej, rozwalając zamek, 
który budowali. Mięśnie drgały pod jego opaloną skórą, a niebieskie oczy 
pociemniały mu ze złości.  

– Zniszczyłeś zamek! – rzuciła oskarżycielsko. – Dlaczego? 
–  Na  tym  polega  ta  gra!  Czy  Boss  cię  tego  nie  nauczył?  Długo 

budujesz  coś,  co  jest  twoim  marzeniem,  a  potem  przychodzi  ktoś 
silniejszy i ci to niszczy. Przykre, prawda? – Usiadł na piasku i ją również 

background image

zmusił, by siadła.  

Słońce nagle zniknęło za ciemnymi chmurami i zerwał się silny wiatr. 

Spojrzała  z  ulgą  na  niebo,  licząc,  że pogoda  popsuje się  i  będą  musieli 
się zwijać.  

– Nie wiedziałam, że graliśmy w jakąś grę? 
– Czyżby? W takim razie teraz już wiesz. Rozpoczęliśmy ją w chwili, 

gdy  weszłaś  na  moje  podwórko.  I  zapewniam  cię,  że  gram  tak,  by 
wygrać! 

– Nie mówisz tego poważnie, prawda? – zaniepokoiła się.  
– Diabelnie poważnie! 
–  Nie  wierzę.  –  Wielka  kropla  deszczu  spadła  jej  na  policzek  i 

ściekała  niczym  ogromna  łza.  –  Wynajęłam  cię  do  pracy.  Być  może  ty 
traktujesz  pracę  ze  mną  jak  grę,  ale  ja  nie.  Poza  tym,  wcale  nie  mam 
ochoty z tobą grać w jakiekolwiek gry! 

– Przykro mi, Księżniczko, ale nie ma odwrotu. Zaszliśmy za daleko – 

roześmiał się sarkastycznie.  

Nagle  niebo,  jakby  się  otworzyło  i  lunął  deszcz.  W  tym  momencie 

Jason ją pocałował. Zrobił to jak zwycięzca, który odbiera swoje trofeum. 
Ale to, co dla niego było tylko grą, dla niej znaczyło dużo, dużo więcej.  

 
–  Tu  brakuje  szczegółowych  informacji  na  temat  kosztów  bielizny 

pościelowej.  –  Taylor  uważnie  studiowała  swoje  zapiski  i  coś  notowała 
na  marginesie.  –  Uwzględniłeś  koszty  prania,  ale  nie  wliczyłeś  naprawy 
sprzętu  ani  jego  wymiany.  Jak  często  na  przykład  kupują  nową  pralkę 
czy suszarkę do bielizny? 

– Jak się stara popsuje.  
– Bądź poważny.  
– Jestem poważny. – Otworzył butelkę z wodą mineralną i pociągnął 

łyk. – Jak długo jeszcze będziemy się tym zajmować? 

–  Dopóki  nie  skończymy  –  odpowiedziała  twardo.  –  Jakie  są  koszty 

utrzymania sprzętu wodnego? Znów nie uwzględniłeś napraw...  

–  Podałem  ci  łączną  kwotę.  Wesz,  że  jego  użytkowanie  również 

zależy od sezonu.  

Taylor  złamała  ołówek.  Westchnęła  ciężko.  Po  trzech  dniach  dobrej 

współpracy  ostatnie  dni  były  fatalne.  Prawie  z  żadnych  danych  nie  była 
do końca zadowolona. Poza tym, trudno jej się było dogadać z Jasonem. 
Zacisnęła zęby. Musi to zrobić! 

– A co z piłeczkami golfowymi? 
– Słucham? – Jason nawet nie dosłyszał pytania.  
–  Nie  podałeś kosztów  piłeczek  golfowych.  Skoro  gra  w  golfa  jest  tu 

taka  popularna,  to  muszą  na  nie  wydawać  krocie!  A  ty  nie  zamieściłeś 

background image

tych danych. Tak samo brakuje... Do licha, Jason! Biznes to nie zabawa! 

– Odłóż ten notes, wychodzimy.  
–  Nić  możemy!  Został  mi  tylko  tydzień  do  skończenia  raportu,  a  jak 

sam wiesz, jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia.  

– To masa czasu. Poza tym złamałaś ołówek, a jak dobrze wiemy, nie 

jesteś w stanie bez niego pracować.  

– Mam zapasowy.  
Jason  wstał,  w  charakterystyczny  dla  siebie sposób  skrzyżował  ręce 

na piersi i zaczął jej się przyglądać. Wiedziała już, co to znaczy. Nie ma 
co  próbować  wyciągnąć  z  niego  czegokolwiek  więcej.  Na  dziś 
skończone.  

– Twoja kolej? – spytała zrezygnowana.  
– Tak, moja kolej – potwierdził.  
–  Targ  z  ludowym  rzemiosłem!  –  wykrzyknęła  zachwycona  Taylor.  – 

Och, co za niespodzianka! Dzięki! 

Popatrzył na nią z niedowierzaniem. Nigdy jeszcze nie widział jej tak 

podekscytowanej.  Policzki  miała  zaróżowione,  a  w  oczach  iskrzył  się 
entuzjazm.  

– Tak bardzo lubisz targi rzemiosła? 
– Tylko raz w życiu byłam na takim jarmarku – przyznała niechętnie.  
– Tylko raz? – spytał zaskoczony.  
– Tak. Pamiętam, że były tam piękne porcelanowe lalki poubierane w 

koronkowe suknie. Prześliczne. Nigdy ich nie zapomnę! 

– Jestem pewien, że tu też będzie coś takiego.  
Wziął  ją  za  rękę  i  pociągnął  wzdłuż straganów.  Nie  protestował,  gdy 

chciała  się  gdzieś  zatrzymać.  W  końcu  znaleźli  stragan  z  lalkami, 
ubranymi w stroje sprzed pierwszej wojny światowej.  

–  Och!  Jakie  wspaniałe!  –  wyszeptała,  dotykając  z  nabożeństwem 

delikatnych sukni.  

– Nie bój się. Śmiało możesz ją wziąć do ręki.  
Taylor  ostrożnie  podniosła  lalkę  przypominającą  Scarlett  z 

„Przeminęło z wiatrem” 

– Dlaczego tylko raz byłaś na takim targu, skoro tak bardzo je lubisz? 

– zapytał.  

–  Boss  zawsze  był  bardzo  zapracowany,  a  poza  tym  uważał,  że 

szkoda tracić czas na takie bezowocne zajęcia.  

– Śliczne, małe cacuszka, prawda? – uśmiechnął się do niej.  
– Przepiękne.  
– Lubisz lalki? 
– Tak, chociaż już bardzo dawno przestałam się nimi bawić.  
– Taylor odłożyła Scarlett na miejsce.  

background image

– Zabrzmiało to, jakby Boss przez ciebie przemawiał.  
–  Lalki  są  raczej  bezużyteczne...  prawda?  Mam  na  myśli  to,  że  nie 

rozwijają ani nie uczą. One tylko oddziałują na emocje...  

– Nigdy nie pozwolił ci mieć żadnej lalki, prawda? 
–  Chciał  mi  kiedyś  kupić  lalkę,  ale  ja  niezbyt  nalegałam  – 

odpowiedziała, nie patrząc na niego. – Poza tym...  

– Poza tym? 
Taylor  w  pośpiechu  założyła  okulary  przeciwsłoneczne.  Od  razu 

poczuła się pewniej. Nie lubiła rozmawiać o sobie.  

–  Poza  tym,  nie potrafiłam znaleźć  logicznego  wytłumaczenia,  po co 

potrzebna  mi  lalka.  Gdybym  to  zrobiła,  na  pewno  bym  ją  dostała.  Na 
szczęście niedługo po tym wyrosłam z takich zabaw...  

–  Czy  musiałaś  podać  racjonalne  wytłumaczenie  wszystkiego,  co 

chciałaś mieć? – spytał z niedowierzaniem.  

–  Tak.  To  miało  pomagać  mi  jasno  określić  do  czego  dążę. 

Wyznaczyć  sobie  cele  i  zmierzać  do  nich,  tak  by  nic  nie  rozpraszało 
mojej uwagi.  

– A potrzeba czułości, miłości? Czy jeśli chciałaś się do ojca przytulić, 

też musiałaś znaleźć uzasadnienie? 

Taylor  zadrżała,  jakby  nagle  na  dworze  zrobiło  się  zimno.  Odwróciła 

głowę.  

– Ojcu nie było łatwo po śmierci mamy, bardzo się starał...  
–  Nie  odpowiedziałaś  na  moje  pytanie.  –  Jason  objął  ją  w  talii  i 

przyciągnął  do  siebie.  –  Czy  z  potrzeby  czułości  również  wyrosłaś?  – 
Myślał, że nie odpowie mu na to pytanie. Poczuł, że sztywnieje.  

– Nie – wyszeptała po chwili. – Z tego nigdy nie wyrosłam...  
Przytulił  ją.  Nie  był  w  stanie  nic  odpowiedzieć.  Gra,  którą  on  z  nią 

prowadził, przybierała czasem zupełnie nieoczekiwany dla niego obrót.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Taylor  weszła  do  swojej  sypialni,  czuła  się  bardzo  szczęśliwa.  Mimo 

tej  rozmowy  z  Jasonem  o  jej  dzieciństwie,  która  tak  wyprowadziła  ją  z 
równowagi,  spędziła  naprawdę  cudowny  dzień.  Jason  zauważył  to  i 
pilnował, żeby przyjrzała się każdemu straganowi i spróbowała każdego 
poczęstunku. Wrócili, dopiero gdy słońce było już nisko nad horyzontem. 
Rozczesała  potargane  przez  wiatr  włosy,  zdjęła  sukienkę  i  rzuciła  ją  na 
poręcz łóżka. I właśnie wtedy to zobaczyła.  

Na  środku  poduszki  leżał  naszyjnik  z  pereł,  który  rozerwał  się,  gdy 

Shadroe niespodziewanie wszedł do pokoju, pierwszego dnia ich pobytu. 
Jason musiał zabrać te perły, gdy nie było jej w pokoju i naprawić go. Ale 
przecież  perły  były  w  moim  neseserze,  pomyślała  zdenerwowana. 
Zazwyczaj  wkładała  neseser  do  pokojowego  sejfu,  ale  dziś  tak  była 
podekscytowana  wyprawą  na  jarmark,  że  zapomniała  o  tym  i  zostawiła 
go na wierzchu.  

Była  w  rozterce,  nie  wiedziała,  co  naprawdę  czuje.  Czy  martwi  się 

tym,  co  Jason  mógł  zobaczyć  w  jej  papierach,  czy  cieszy  się  z 
naprawienia naszyjnika. Jej serce i rozum jakby kłóciły się ze sobą...  

Ale  przecież  wybrała  już  dawno  temu,  praca  była  dla  niej 

najważniejsza.  Nie  mogła  podporządkować  swego  życia  jednemu, 
nieracjonalnemu  pragnieniu.  Pragnieniu,  żeby  Jason  zawsze  przy  niej 
był...  

Zadźwięczał  jej  w  głowie  głos  Bossa:  Uzasadnij  logicznie,  dlaczego 

go  pragniesz?  Nie  potrafiła  tego  zrobić.  Ale  każdego  dnia  docierało  do 
niej coraz dobitniej, że życie bez niego będzie szare i smutne.  

Westchnęła ciężko. Odłożyła perły, włożyła szlafrok i wyjęła papiery z 

neseseru. Postanowiła zabrać się do pracy.  

–  Księżniczko?  –  Jason  zajrzał  przez  łączące  ich  pokoje  drzwi  od 

łazienki. – Jesteś tutaj? 

Taylor  nie  było  w  pokoju.  Wyraźnie  z  tego  zadowolony  wśliznął  się  i 

podszedł  do  łóżka.  W  ręku  trzymał  lalkę.  Jedną  z  tych,  które  tak 
zachwyciły Taylor. Posadził ją na poduszce, w miejscu, gdzie wcześniej 
leżały perły.  

Odwrócił  się,  by  wyjść.  W  tym  momencie  wiatr  otworzył  okno  i 

rozrzucił papiery, które leżały na stoliku przy oknie. Jedna kartka spadła 
mu  prosto  pod  nogi,  podniósł  ją.  Przelotnie  rzucił  okiem  na  to,  co  było 
tam  napisane  i  w  tym  momencie  zamarł.  Potem  przeczytał  to  jeszcze 
raz, bardzo uważnie.  

 

background image

Taylor wróciła do pokoju, właśnie wysłała Bossowi codzienne, krótkie 

sprawozdanie.  Wiedziała,  że  ojciec  jest  bardzo  czuły  na  punkcie 
dotrzymywania  umów  i  gdyby  o  tym  zapomniała,  byłby  bardzo 
niezadowolony.  Zamknęła  za  sobą  drzwi  i  w  tym  momencie  zobaczyła 
Jasona  siedzącego  na  stoliku.  Trzymał  w  ręce  kartkę  papieru.  Nie 
spodziewała się go tu zastać, a wyraz jego twarzy mówił jej, że stało się 
coś niedobrego.  

– Oszukałaś mnie! Ty mała... – Popatrzył na nią z odrazą.  
–  Wyjaśnię  ci  to  –  przerwała  mu  pospiesznie.  Nawet  nie  próbowała 

dociec, jak dużo wie.  

–  Wyjaśnisz,  co  wyjaśnisz?  –  Przeciągnął  ręką  po  stole  i  zmiótł 

wszystkie papiery na podłogę. – Że kłamałaś co do celu twojego pobytu 
tutaj? 

– Nie kłamałam...  
–  Jak  to  nie?  Twierdziłaś,  że  chcecie  postawić  hotel  podobny  do 

„Raju dla zakochanych” gdzieś na innej wyspie! 

– Przyznaję, że w tej sprawie... wprowadziłam cię w błąd.  
–  Wprowadziłaś  mnie  w  błąd  w  wielu  sprawach.  Twierdziłaś,  że 

wasze plany nie zagrożą w żaden sposób przyszłości wyspy! 

Taylor potarła policzek. Nie chciała, by traktował ją w ten sposób. Nie 

zrobiła nic złego. No, może... nic bardzo złego.  

–  Skoro  przeczytałeś  moje  dokumenty,  to  już  wiesz,  dlaczego  tu 

jestem.  

Jason zerwał się na nogi i ruszył ku niej. Taylor żałowała, że między 

nimi nie stoi kilka solidnych mebli.  

– Jesteś tutaj po to, by się dowiedzieć, jak działa ten właśnie hotel, by 

móc  go  jak  najdokładniej  skopiować.  Niewielka  różnica,  prawda?  – 
wypalił  bez  ogródek.  – Ostrzegałem cię, co zrobię,  jeśli mnie  oszukasz. 
Powinnaś mnie była posłuchać! 

–  Powiedziałeś, że  jeśli  to,  co  zaplanowałam,  będzie  nielegalne, czy 

pogorszy sytuację ekonomiczną wyspy, poinformujesz Jermainów o tym, 
co  tu  robię.  –  Taylor  przechyliła  głowę,  starała  się,  by  jej  głos  brzmiał 
lekko i spokojnie.  

–  Tak,  i  to  właśnie  mam  zamiar  zrobić.  –  Ruszył  w  stronę  telefonu, 

podniósł słuchawkę i zaczął wykręcać numer.  

–  Ale  plany  Daniels  Investment  nie  zakładają  żadnej  z  tych  dwu 

rzeczy.  Poczekaj,  wysłuchaj  mnie  najpierw...  Powiedziałam  ci,  że  nasz 
hotel nie zaszkodzi „Rajowi dla zakochanych” i to jest prawda.  

–  Nie  wierzę  ci.  Od  samego  początku  kłamałaś,  Księżniczko!  – 

Potrząsnął głową. – Joanie? Czy Liz jest w domu? 

–  A  czy  pomógłbyś  mi,  gdybym  ci  powiedziała,  po  co  tu 

background image

przyjechałam? – W jej głosie zabrzmiała desperacja.  

–  Oczywiście,  że  nie!  –  odpowiedział  jej,  zakrywając  słuchawkę 

dłonią.  –  A  gdzie  ona  jest,  muszę  natychmiast  z  nią  porozmawiać!  – 
krzyknął do telefonu.  

Uświadomiła sobie, że nie ma chwili do stracenia. Musi się do niego 

przebić i to szybko, zanim on wszystko popsuje.  

– Jaki miałam wybór? Wiedziałam, że nasze plany nie zrobią nikomu 

nic  złego.  Ale  ty,  gdy  tylko  usłyszałeś  nazwisko  Daniels,  od  razu 
podejrzewałeś najgorsze. Tty też nie byłeś ze mną do końca szczery.  

–  Nie  bez  powodu...  –  Wyraz  twarzy  mu  się  zmienił  –  Nie  szkodzi, 

Joanie. Zadzwonię później – powiedział i odwiesił słuchawkę. – O czym 
ty w ogóle mówisz? 

– Nie jestem ślepa. Z tą wyspą łączą cię bardzo silne więzy. Jedynym 

powodem,  dla  którego  zgodziłeś  się  dla  mnie  pracować,  było  to,  że 
mogłeś w ten sposób chronić Jermainów. Kwestionowałeś wszystko, co 
zrobiłam. Dlaczego? 

– „ty znasz na wszystko odpowiedź, więc może sama mi to powiesz.  
– Dlatego, że chciałeś mieć pewność, że plany Daniels Investment są 

uczciwe. Gdyby takie nie były, to nie mam wątpliwości, że już dawno byś 
ostrzegł Jermainów. Pragnę zostać wiceprezesem w firmie ojca, ale nie 
za cenę zniszczenia „Raju dla zakochanych”.  

–  Czy  naprawdę  wierzysz  w  to,  że  Bossa  Danielsa  choć  odrobinę 

obchodzi los tej wyspy? 

–  Może  nie,  ale  mnie  obchodzi.  I  przyrzekam  ci,  że  nasze  plany  nie 

wpłyną źle na wyspę! – Spojrzała mu prosto w oczy.  

Przyglądał jej się przez dłuższą chwilę, a potem skinął głową.  
– Posłuchaj mnie, Księżniczko, bardzo uważnie mnie posłuchaj. – W 

jego  głosie  słychać  było  groźbę  i  obietnicę  zarazem.  –  Czynię  cię 
odpowiedzialną za los tej wyspy. Jeśli stanie się coś złego, zapłacisz mi 
za to i nawet Boss nie będzie mógł mnie powstrzymać! 

– Rozumiem – szepnęła. W gardle zaschło jej z wrażenia. On mówił 

serio. Cholernie serio.  

– W porządku. A teraz wyskocz z tego szlafroka i włóż coś strojnego. 

Za pół godziny jesteśmy umówieni u Elizabeth na herbatę.  

– Na herbatę u Elizabeth? – Spojrzała na niego przestraszona. – Po 

co do niej idziemy? 

–  Zaprosiła  nas  i  nie  chcę  jej  robić  zawodu.  –  W  jego  spojrzeniu 

widziała  wyraźnie  wzgardę.  –  Piętnaście  minut,  Księżniczko.  Jeśli  nie 
będziesz gotowa, to sam cię ubiorę – dodał i wyszedł.  

 
–  Jeszcze  herbaty,  Jase?  –  spytała  Elizabeth  Jermain.  Siedzieli  we 

background image

trójkę na werandzie jej domu.  

–  Tak,  poproszę.  –  Jason  podsunął  filiżankę  z  chińskiej  porcelany, 

ręcznie  malowanej.  Popatrzył  przez  stół  na  Taylor.  Od  przyjścia  do 
Elizabeth nie spuszczał z niej oczu.  

Był  już  spokojny.  Teraz  chciał  tylko  całą  pogardę  i  potępienie,  jakie 

miał dla Bossa Danielsa, przenieść na jego córkę. Nie udawało mu się to 
jednak.  Zbyt  wiele  pięknych  wspomnień  tkwiło  w  jego  pamięci:  ciepły 
uśmiech  Taylor,  gdy  rozmawiała  z  ludźmi,  namiętność  i  delikatność, 
które  tak  niesamowicie  się  w  niej  łączyły.  Ale  przede  wszystkim  to,  jak 
reagowała na jego pocałunki.  

Oparł  się  wygodniej  w  fotelu  i  patrzył  na  nią.  Nie  słuchał,  o  czym 

rozmawiano  przy  stole.  Jaka  ona  piękna,  pomyślał.  Tyle  ma  wdzięku  i 
gracji.  Pragnął  jej  tak  bardzo,  jak  żadnej  kobiety  dotąd,  ale  musiał 
wykonać  swoje  zadanie.  Musiał  przechytrzyć  Daniels  Investment,  być 
bardziej bezwzględny niż oni! 

Ich  spojrzenia  się  spotkały  i  panika,  którą  zobaczył  w  jej  oczach, 

spowodowała, że otrząsnął się z zadumy i powrócił do rzeczywistości.  

–  Skąd  pochodzi  moja  rodzina?  –  Taylor  powtórzyła  pytanie  zadane 

jej przez Elizabeth, by zyskać na czasie. Zagryzła usta.  

–  Davis  to  znane  nazwisko  na  Południu.  Czy  pochodzicie  z 

Charlestonu,  czy  przenieśliście  się  z  rejonu  Missisippi  jak  Jefferson 
Davis? – drążyła temat Elizabeth.  

–  Jej  rodzina  pochodzi  z  Północy  –  wyratował  ją  z  opresji  Jason.  – 

Nie sądzę, żebyś ich znała.  

Taylor  była  mu  wdzięczna  za  pomoc,  tym  bardziej  że  się  jej  nie 

spodziewała.  

–  Przeprowadziliśmy  się  do  Charlestonu  po  śmierci  mojej  mamy, 

byłam wtedy bardzo mała.  

–  Przepraszam,  kochanie  –  Elizabeth  dotknęła  delikatnie  jej  dłoni.  – 

Nie chciałam poruszać tak bolesnych tematów.  

– To już nie jest dla mnie bolesne. Ciągle, gdy myślę o śmierci mamy, 

odczuwam  smutek,  ale  mam  też  piękne  wspomnienia.  Choć  czasem 
żałuję, że nie miałam tak wielkiej rodziny jak wy. Żadne z moich rodziców 
nie miało rodzeństwa, więc nie miałam wujków ani ciotek.  

–  To  prawda,  bardzo  miło czuć, że  się  ma  oparcie  w  tylu  osobach  – 

wtrącił się Jason.  

–  Być  może  miałam  jakichś  dalszych  kuzynów,  ale  ich  nie  znałam. 

Mój ojciec mówił, gdy jeszcze mama żyła, że jest nas tylko troje i musimy 
razem stawić czoło wielkiemu światu.  

– A teraz twoja rodzina to tylko was dwoje – powiedział Jason.  
–  Ależ,  Jason!  Jak  możesz  tak  mówić,  skoro  macie  się  pobrać  – 

background image

napomniała  go  Elizabeth.  –  Wkrótce  Taylor  będzie  należała  do  naszej 
rodziny. Cieszę się, że będziemy ci mogli dać to, o czym tak marzyłaś... 
wielką rodzinę. Wasze dzieci będą miały bardzo wiele ciotek i wujków! 

Po  co  Elizabeth,  do  diabła,  to  mówi?  –  zżymał  się  w  duchu  Jason. 

Przecież  bardzo  dobrze  wie,  że  nie  ma  mowy  o  żadnym  weselu,  że  ta 
cała sytuacja to tylko farsa! Widział, że Taylor zakręciły się łzy w oczach, 
że była wzruszona tym, co powiedziała Elizabeth.  

–  Czy  tego  właśnie  pragniesz  najbardziej:  mieć  dużą,  kochającą 

rodzinę i dzieci? – dopytywała się Elizabeth.  

–  Tak,  tego  zawsze  najbardziej  pragnęłam  –  szepnęła  zduszonym 

głosem  Taylor.  Zacisnęła  palce  na  chińskiej  filiżance,  tak  że  zbielały  jej 
kostki.  

Tego  zawsze  najbardziej  pragnęłam  i  nigdy  nie  będę  miała  – 

dopowiedziała w duchu.  

– Naprawdę tak myślisz? – spytał szeptem.  
– Szkoda, że Liz nie mogła przyjść. Z pewnością bardzo chciałaby cię 

poznać – zmieniła temat Elizabeth. – Jest w helikopterze, który tam lata. 
–  Wskazała  na  krążący  nad  wzgórzem  helikopter.  –  Myślę,  że  się 
polubicie – dodała.  

Rozmowa  zeszła  na  bardziej  neutralne  tematy.  Taylor  cały  czas 

jednak nie mogła odzyskać równowagi. Do głębi poruszyła ją rozmowa z 
gospodynią na temat rodziny.  

–  Tak  rzadko  cię  widywaliśmy  w  tym  roku.  –  Elizabeth  z  wyrzutem 

zwróciła się do Jasona.  

– Wciągnęła mnie praca – odparł.  
– Mam nadzieję, że to się zmieni, gdy osiądziesz tu z żoną i dziećmi.  
–  Być  może  –  odpowiedział  może  odrobinę  za  ostro.  –  Ale  nie 

liczyłbym  na  to.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Dziękujemy  za  herbatę, 
powinniśmy wracać już na kolację.  

–  Bardzo  się  cieszę,  że  cię  poznałam.  –  Elizabeth  położyła  dłoń  na 

ramieniu Taylor.  

– Ja również. Ma pani przepiękny dom – powiedziała szczerze.  
–  Nazywaj  mnie  Elizabeth.  Przecież  jesteśmy  prawie  rodziną  – 

uśmiechnęła się serdecznie gospodyni.  

Pożegnali  się.  Do  hotelu  wracali  piechotą,  tak  naprawdę  wcale  nie 

musieli  się  spieszyć.  Jason  widział  wyraźnie,  że  ta  wizyta  zrobiła  na 
Taylor duże wrażenie. Znał jej wrażliwość.  

– Czy wszystko w porządku? – zatroszczył się.  
–  Oczywiście!  –  odpowiedziała,  ale  po  chwili  nie  wytrzymała.  W 

oczach  zakręciły  jej  się  łzy.  –  Kłamałam,  oszukiwałam,  jak  może  być  w 
porządku? 

background image

– Przecież nie musisz tego robić. Sama wpadłaś na pomysł tej farsy z 

narzeczeństwem.  Rozumiem,  że  trudno  ci  oszukiwać  tak  miłą  i 
serdeczną osobę jak Elizabeth – powiedział ze współczuciem i objął ją.  

– Wiesz, że nie mogę się teraz zatrzymać. – Odepchnęła jego ramię. 

–  A  w  ogóle  to  jeszcze  nie  zdążyłam  podziękować  ci  za  lalkę.  Jest 
prześliczna.  Teraz  jednak  muszę  zostać  sama.  –  Bez  słowa  odwróciła 
się i poszła w stronę ogrodu.  

Jason nie starał się jej zatrzymać. Bardzo dobrze wiedział, jak ciężko 

jest oszukiwać. Przecież nie tylko Taylor kłamała...  

 
Jedyne, co mogła teraz zrobić, to uciec – uciec, zanim kompletnie się 

załamie. Postanowiła pójść do ogrodu. Ku jej uldze furtka była otwarta, a 
w  ogrodzie  było  pusto.  Znalazła  niewielką  ławeczkę  koło  fontanny  i 
usiadła na niej. Awantura z Jasonem, rozmowa z Elizabeth i ta cudowna 
lalka  –  to  było  dla  niej  za  dużo.  Wybuchnęła  długo  powstrzymywanym 
płaczem.  

– Czy mogę pani zaoferować chusteczkę? – usłyszała z tyłu za sobą 

niski męski głos.  

Przestraszona  odwróciła  się.  Zobaczyła  bardzo  sympatycznie 

wyglądającego  starszego  pana.  Był  ubrany  w  stare  ogrodniczki  i 
kapelusz z szerokim rondem. Opierał się na grabiach. Wyciągnął do niej 
rękę  z  chusteczką.  Musiała  go  wcześniej  nie  zauważyć.  Bez  słowa 
wzięła  chusteczkę  i  wytarła  zapłakaną  twarz.  Powoli  dochodziła  do 
siebie.  

–  Dziękuję  –  wyszeptała.  Czuła  się  jak  skończona  idiotka.  Od 

dzieciństwa nikt nie widział jej płaczącej.  

– Nie ma za co. – Jego szaroniebieskie oczy patrzyły ciepło.  
–  Czy  pan  się  zajmuje  ogrodem?  –  spytała,  żeby  jakoś  podtrzymać 

rozmowę.  Chciała  okazać  swoją  wdzięczność  i  dlatego  postanowiła 
trochę porozmawiać z tym miłym człowiekiem.  

– Tak, to moja wielka namiętność. Od lat pielęgnuję kwiaty.  
–  Starszy  pan  przysiadł  koło  niej  na  ławce.  –  Lepiej  już  się  pani 

czuje? 

– Znacznie lepiej – odpowiedziała szczerze.  
–  Czy  chcesz,  moje  dziecko,  porozmawiać  o  tym,  co  ci  się 

przydarzyło? Jestem bardzo dobrym słuchaczem. – W naturalny sposób 
zaczął mówić do niej na ty.  

Być  może  zadziałał  jego  miły  głos,  może  ciepłe  spojrzenie.  A  może 

była  to  potrzeba  rozmowy  z  kimś  starszym  i  doświadczonym,  z 
dziadkiem, którego nigdy nie miała. Nie do końca zdawała sobie sprawę, 
dlaczego miała na to tak wielką ochotę.  

background image

–  Jestem  zakochana  w  mężczyźnie,  który  teoretycznie  wcale  nie 

powinien  mi  się  podobać.  Często  mnie  denerwuje,  złości  i  na  dodatek 
ocenia  bardzo  niesprawiedliwie...  ale  kocham  go  –  wyznała  –  Dlaczego 
ocenia cię niesprawiedliwie? 

– On uważa, że jestem bezwzględna i mam obsesję na punkcie mojej 

pracy.  

– A jest tak? 
– Staram się być twarda. – Ściągnęła brwi. – Ale mi to nie wychodzi. 

Z  pewnością  jednak  nie  jestem  bezwzględna.  Gdybym  taka  była,  to  nie 
miałabym wyrzutów sumienia, gdy muszę kłamać.  

– Uważaj, bo kłamstwa mogą doprowadzić cię do sytuacji, z której nie 

znajdziesz dobrego wyjścia – ostrzegł.  

–  Wiem  o  tym  i  boję  się  tego.  Na  dodatek  pomieszałam  pracę  z 

życiem  prywatnym.  Ale  mam  nadzieję, że  jeszcze  nie  jest  za  późno,  by 
się wycofać – powiedziała z nutą nadziei w głosie.  

– Mam nadzieję, że ci się uda.  
Zaległa  chwila  ciszy.  Taylor  poczuła,  że  łzy  znów  napływają  jej  do 

oczu.  Uświadomiła  sobie,  że  to  tak  mało  prawdopodobne,  żeby  Jason 
również ją kochał. Udało jej się jednak powstrzymać płacz.  

– Czy miałaś kiedyś ogród? – przerwał milczenie starszy pan.  
–  Ogród?  –  powtórzyła  za  nim.  Zmusiła  się,  żeby  przestać  myśleć  o 

Jasonie  i  poświęcić  temu  miłemu  panu  trochę  uwagi.  –  Nie,  nigdy  nie 
miałam na to czasu.  

–  Ja  spędzam  większość  dnia  wśród  kwiatów.  Wydawałoby  się,  że 

jest  to  proste  zadanie:  irysy  tutaj,  kosaćce  tam,  lilie  wzdłuż  ścieżki.  Ale 
nagle  tutaj,  ni  z  tego,  ni  z  owego,  wyrastają  kwiaty,  które  nie  mają 
zamiaru  się  podporządkować,  tak  jak  na  przykład  te  dalie.  Dalie  mają 
zadziwiającą  zdolność  wyrastania  tam,  gdzie  chcę  ich  najmniej.  – 
Zmarszczył brwi. – Jak na przykład na moim różanym klombie.  

– Osobiście lubię dalie... – mruknęła. Uśmiechnęła się, pomyślawszy 

o Bossie. On był taki jak ten zaborczy kwiat, zawsze próbował zagłuszyć 
wszystkich dookoła.  

– Co prawda, to właśnie ta różnorodność nadaje piękno ogrodom.  
Taylor przechyliła głowę. On chyba jednak nie zmienił tematu.  
–  Ale  co  zrobić,  jeśli  nie  ma  miejsca  na  takie  subtelności?  Co,  jeśli 

róże  i  dalie  nie  będą  mogły  zgodnie  rosnąć  w  jednym  ogrodzie,  tylko 
będą ze sobą konkurować? 

–  Może  cię  spotkać  niespodzianka  –  rzekł,  wskazując  klomb,  po 

swojej prawej stronie.  

Dalie i róże rosły tam razem i stanowiły niezwykle piękną kompozycję. 

Spojrzała  zadziwiona.  Stanowiły  przedziwną  jedność.  Czerwienie 

background image

mieszały się z różem i szafirem, gdzieniegdzie poprzeplatane były bielą. 
Na moment zapaliła się w niej iskierka nadziei, ale zaraz zgasła. A jeśli 
Boss i Jason nie będą w stanie się dogadać? 

– A co zrobić, jeśli to się nie uda? 
–  Wtedy  będziesz  musiała  wybrać.  –  W  jego  głosie  zabrzmiało 

współczucie. – Czy chcesz mieć ogród pełen dalii, czy róż...  

A  mówiąc  wprost,  będzie  musiała  wybrać  między  ojcem  a  Jasonem. 

Niewielka  jest  szansa,  żeby  mogli  się  choć  tolerować.  Bała  się,  że  nie 
potrafi podjąć takiej decyzji.  

–  Dziękuję  –  uśmiechnęła  się  do  ogrodnika.  –  Naprawdę  bardzo  mi 

pan pomógł. Nie chcę pana odciągać dłużej od pracy.  

– Praca nie ucieknie – odparł spokojnie. – Rzadko mam sposobność 

rozmawiać z tak piękną młodą damą.  

– Od jak dawna pan zna Jermainów? – spytała, chcąc dowiedzieć się, 

jak długo tu pracuje.  

– Około trzydziestu lat, wtedy poprosiłem Elizabeth o rękę.  
– Pan jest... pan jest... – Oczy Taylor rozszerzyły się z przerażenia.  
–  Cameron  Bradshaw,  do  pani  usług.  –  Z  galanterią  pocałował  ją  w 

rękę. – Miło mi było panią poznać.  

–  Ja  nie  wiedziałam...  nie  miałam  pojęcia  –  mamrotała 

skonsternowana.  

–  Cieszę  się,  że  się  w  końcu  poznaliśmy  –  zupełnie  zignorował  jej 

panikę.  –  Elizabeth  mówiła,  że  będziecie  dziś  u  niej  na  herbacie.  Z 
pewnością  jeszcze  się  zobaczymy.  Życzę  ci  wszystkiego  dobrego.  – 
Uśmiechnął się na pożegnanie.  

Patrzyła  za  nim  zupełnie  załamana  tym,  co  zrobiła.  Dobry  Boże! 

Właśnie  wyznała  mężowi  Elizabeth  Jermain  swoje  najskrytsze  myśli. 
Nieomal przyznała, że zaręczyny z Jasonem to tylko fikcja, a jej pobyt na 
wyspie nie jest tak zupełnie bezinteresowny. Co będzie, jeśli on opowie 
swojej żonie o tej rozmowie? Ale tak jak nagle dopadł ją strach, tak samo 
gwałtownie opuścił. Czuła, a nawet więcej, wiedziała, że on zatrzyma w 
tajemnicy to, co od niej usłyszał.  

Taylor  zagryzła  wargi.  Do  chwili,  gdy  poznała  Jasona,  dokładnie 

wiedziała,  jaka  będzie  jej  przyszłość.  Tyle  lat  na  to  pracowała  i  jasno 
widziała  prowadzącą  do  celu  drogę,  którą  będzie  podążać.  Jak  to  się 
stało, że ta droga nagle zniknęła jej sprzed oczu? 

Jason  czy  Boss?  Czy  wybrać  nierealistyczne,  namiętne,  oparte  na 

emocjach życie, czy zostać wiceprezesem w firmie ojca. Na pozór wybór 
wydawał się prosty.  

Na pozór.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Jason zaintrygowany popatrzył na Taylor. W ciągu kilku ostatnich dni 

panował  między  nimi  rozejm.  Taylor  stawała  się  coraz  spokojniejsza, 
cichsza, coraz chętniej chodziła z nim na wycieczki. Gdzieś zgubiła się ta 
twarda skorupa, którą na początku była szczelnie okryta. Wyglądała tak 
krucho i delikatnie, że jedno spojrzenie, jedno dotknięcie czy pocałunek 
mógłby ją załamać. Widział, że stało się coś, co nią wstrząsnęło. Coś, co 
zachwiało jej pewnością siebie.  

Ale co? To właśnie stanowiło dla niego zagadkę.  
Nie  zadawała  mu  więcej  żadnych  pytań  na  temat  ośrodka.  Pragnął 

odkryć,  co  ją  gnębi.  Podejrzewał,  że  raport,  który  ma  do  napisania,  nie 
jest tego przyczyną. Ale za każdym razem, kiedy starał się dowiedzieć o 
co chodzi, Taylor zmieniała temat.  

–  Jak  smakowała  ci  kolacja?  –  zagaił,  gdy  zabrano  talerze.  Chciał, 

żeby zaczęła z nim rozmawiać.  

–  Wyśmienita,  Columbia  przeszła  samą  siebie  –  odpowiedziała  bez 

namysłu.  

– Doprawdy? A co jadłaś? 
Taylor wpatrywała się w niego zaskoczona.  
– Pompano w sosie krewetkowym – wydusiła w końcu.  
– To było wczoraj. Dziś jadłaś zupę krabową i łososia w śmietanie. – 

Położył rękę na jej dłoni. – Co się dzieje, Taylor? 

–  Myślałam  o  tym,  co  się  będzie  działo  dziś  wieczorem,  zamiast 

koncentrować  się  na  jedzeniu.  –  Starała  się  uwolnić  dłoń.  –  Nigdy 
wcześniej nie brałam udziału w balu piratów.  

Jason postanowił nie naciskać.  
–  Podoba  ci  się  pomysł  przebrania  się  za  pirata  i  poszukiwania 

zaginionego skarbu? 

–  Tak.  –  Przez  moment  Taylor  znów  była  taka  jak  dawniej. 

Rozchmurzyła się. – Księżyc jest prawie w pełni i z pewnością na plaży 
będzie pięknie.  

–  Jak  państwu  smakowało?  –  Do  ich  stolika  podeszła  uśmiechnięta 

Columbia.  

–  Kolacja  była  wspaniała  –  odpowiedział  Jason.  Columbia 

rozpromieniła się.  

–  Jaka  piękna  orchidea.  –  Taylor  skomplementowała  kwiat  przypięty 

do bluzki Columbii.  

–  To  z  ogrodu  mojej  matki,  tak  samo  zresztą  jak  wszystkie 

kompozycje  kwiatowe  w  hotelu  –  poinformowała  z  dumą  Columbia.  – 

background image

Ucieszy  się,  gdy  powiem  jej,  że  się  podobały.  –  Z  przyjaznym 
uśmiechem oddaliła się do następnego stolika.  

–  Co?  Żadnych  pytań  na  temat  raportu?  –  udał  zdziwienie  Jason.  – 

Spodziewałem  się,  że  wypytasz  ją  o  liczbę  zatrudnionego  personelu,  a 
przynajmniej,  czy  zawsze  jest  tak  dużo  gości  na  kolacji.  Spisz, 
Księżniczko? 

– To nie był dobry moment – ucięła temat.  
–  Może  nie  być  lepszego.  Za  trzy  dni  wyjeżdżamy  –  nie  dał  za 

wygraną.  

–  Nie  musisz  mi  przypominać,  jak  mało  czasu  mi  zostało.  –  Taylor 

energicznie  poderwała  się  od  stolika.  –  Pozwól,  że  cię  przeproszę, 
chciałabym już pójść i przygotować się do balu.  

Przeszła  przez  jadalnię  i  wyszła  do  holu.  Tego  dnia  w  ośrodku  było 

mnóstwo  gości.  Odkrywali  wspaniałości  wyspy  i  cieszyli  się  krótkim 
wytchnieniem  od  codziennej  rutyny.  Gdy  szła  po  schodach,  przyszło  jej 
do głowy, że ona nigdy nie miała chwili odpoczynku. Najpierw pilnie się 
uczyła,  żeby  rozpocząć  pracę  w  firmie  ojca.  Potem  udowadniała,  że 
sprawdza 

się 

na 

kolejnych, 

coraz 

bardziej 

odpowiedzialnych 

stanowiskach. I tak było do czasu, gdy przyjechała z Jasonem na wyspę.  

Wtedy  wszystko  się  skomplikowało.  Nie  była  w  stanie  pracować  od 

dnia  rozmowy  z  Cameronem  Bradshawem,  czy  raczej  z  panem  sędzią, 
bo tak go tu nazywano. Dowiedziała się, że człowiek, którego wzięła za 
ogrodnika,  był  w  rzeczywistości  sędzią  Sądu  Najwyższego.  Musiał  być 
dobry,  skoro  po  jednej  z  nim  rozmowie  poczuła  potrzebę  przemyślenia 
swojego życia, nie dbając o konsekwencje, które z tego mogły wyniknąć.  

Taylor weszła do pokoju i oparła się o drzwi. Wkrótce wróci do domu, 

pomyślała.  Pożegna  się  z  Jasonem  i  zostanie  sama  ze  złamanym 
sercem.  I  co  wtedy  zrobi?  Rzuci  się  w  wir  pracy?  Teraz  już  jej  to  nie 
wystarczy!  Poza  tym  Boss  czeka  na  jej  raport,  w  którym  ma  nadzieję 
znaleźć  receptę  na  sukces  „Raju  dla  zakochanych”.  Problem  jednak 
polegał  na  tym,  że  to,  co  ma  mu  do  powiedzenia,  nie  jest  tym,  co  on 
chciałby usłyszeć. Może stracić nie tylko Jasona, ale i ojca.  

 
Shadroe  stał  na  platformie  zrobionej  z  rafii,  ustawionej  na  środku 

plaży. Był na bosaka, w poszarpanych spodniach i postrzępionej koszuli. 
Za  pasem  miał  zatknięty  staroświecki  pistolet.  Było  dość  jasno,  plażę 
oświetlał księżyc i setki pochodni. Większość tu obecnych była ubrana w 
pirackie  kostiumy  i  chyba  wszyscy  poddali  się  atmosferze  zabawy  i 
tajemniczości.  Jason  popatrzył  na  Taylor,  była  uśmiechnięta  i 
podekscytowana. Chyba nigdy jej takiej nie widział, no może wtedy, gdy 
grali w golfa przy księżycu.  

background image

Shadroe  wyjął  pistolet  zza  pasa  i  wystrzelił  w  powietrze.  Tłum 

zafalował, napięcie rosło.  

–  Witam  wszystkich  tu  zgromadzonych!  –  zawołał  Shadroe.  –  Tych, 

którzy  jeszcze  o  tym  nie  wiedzą,  informuję,  że  nazywam  się  Shadroe 
Teach.  Pochodzę  w  prostej  linii  od  Edwarda  Teacha,  szerzącego 
postrach  pirata,  którego  nazywano  Czarnym  Szponem!  Był  on  synem 
króla piratów, kapitana Drumonda, zwanego Jednonogim Joe! 

Jason  zerknął  spod  oka  na  Taylor.  Był  ciekaw,  czy  zrobiło  na  niej 

wrażenie  nazwisko  Teach.  Sądząc  po  jej  reakcji,  nie  powiązała  go  z 
Teach  Development.  Jeszcze  nie.  Ale  wiedział,  że  już  niedługo  wyjdzie 
na jaw także i to, co on przemilczał...  

–  Czarny  Szpon  miał  czternaście  żon.  Gdy  mu  się  znudziła  któraś  z 

nich,  zostawiał  ją  w  najbliższym  porcie  i  brał  sobie  nową.  Moją  matkę 
postanowił wysadzić na tej oto bezludnej wówczas wyspie. Zanim zdążył 
odpłynąć,  dzielna  niewiasta  wyrwała  mu  złoty  kolczyk  z  ucha.  Właśnie 
ten,  który  teraz  noszę!  –  Zawiesił  głos  i  rozejrzał  się  dokoła  z  bardzo 
groźną miną. – Jeśli ktoś śmie twierdzić, że było inaczej, wyzywam go na 
pojedynek! 

Zgromadzeni  na  plaży  gruchnęli  śmiechem.  Shadroe  co  roku 

opowiadał  tą  samą  historię,  ale  nawet  ci,  którzy  znali  ją  już  na  pamięć, 
ciągle się z niej śmiali.  

–  Potem  Czarny  Szpon  podbił  i  wziął  we  władanie  całe  wybrzeże 

Północnej  Karoliny,  aż  po  Florydę.  Terroryzował  statki  handlowe, 
pasażerskie,  a  nawet  rybaków.  Dopiero  kapitan  Maynard  pokonał  go  w 
1718  roku.  Czarny  Szpon  wkrótce  potem  zmarł.  Ale  przed  śmiercią 
zdążył  jeszcze  ukryć  swój  ogromny  skarb!  Wiele  przemawia  za  tym,  że 
ukrył  go  właśnie  na  Jermain!  Do  tej  pory  jeszcze  nikt  go  nie  odnalazł, 
wiec skarb czeka na was! 

– Skąd mamy wiedzieć, gdzie go szukać? – spytała szeptem Taylor.  
–  Zaraz  zostaną  rozdane  mapy  –  wyjaśnił.  –  Będzie  na  nich  wiele 

dróg, ale tylko jedna prowadzi do skarbu. Na drodze będą umieszczone 
wskazówki. Zdobędzie skarb ten, kto pierwszy dojdzie do celu.  

W  tej  właśnie  chwili  podszedł  do  nich  Shadroe  i  wręczył  Taylor 

pergaminową  mapę.  Jason  spojrzał  na  Taylor  i  uśmiechnął  się  z 
podziwem.  Ubrana  była  w  za  duży  podkoszulek  i  szerokie  spodnie. 
Szczupłą  talię  podkreślał  szeroki  pasek.  Czoło  zakrywała  czerwona 
chustka, zawiązana z tyłu na rozpuszczonych włosach, a w uszach miała 
bardzo  śmieszne  kolczyki  –  pęk  monet  zwisających  prawie  do  ramion, 
podzwaniających przy każdym ruchu głowy.  

Była taka drobna i delikatna. Wiedział, co mu się tak w niej podobało. 

Była  świeża,  a  zarazem  dojrzała.  Na  szczęście  Bossowi  nie  udało  się 

background image

zniszczyć jej nieodparcie pociągającej kobiecości. Gdyby żyła w czasach 
Czarnego Szpona, to z pewnością jego przodek zapragnąłby ją pojąć za 
piętnastą żonę.  

–  Chodźmy!  –  ponaglała  Taylor.  –  Chcę  odnaleźć  ten  skarb. 

Trzymając  wysoko  pochodnię,  ruszyli  w  stronę  plażowego  zdroju,  który 
na mapie był ich punktem startowym.  

–  Spójrzmy,  najpierw  czternaście  kroków  na  południe.  Taylor 

zaniepokojona zmarszczyła czoło.  

– Coś nie tak? – spytał, mimo że wiedział doskonale, co ją trapi.  
– Nie, wszystko w porządku.  
– A zatem ruszajmy! Czternaście kroków na południe.  
–  Do  licha!  Grasz  nie  fair!  Przecież  wiesz,  że  mylą  mi  się  strony 

świata, mógłbyś trochę pomóc! 

– Południe jest w tamtą stronę. – Wziął ją za ramiona i odwrócił o sto 

osiemdziesiąt stopni.  

Przez  godzinę  szli  według  mapy.  Jason  pozostawał  w  cieniu, 

pozwalał  Taylor  decydować,  którą  drogę  wybrać.  Uświadomił  sobie 
nagle, że ona traktuje tę zabawę jak jeden ze swoich projektów. Krok po 
kroku realizowała przedsięwzięcie. Jej analityczne zdolności i racjonalne 
rozumowanie  prowadziły  ją  do  celu.  Zaniepokoił  się.  Coś,  co  powinno 
być  tylko  zabawą,  traktowała  równie  poważnie  jak  raport  dla  Bossa. 
Mimo  wspólnie  spędzonych  dwu  tygodni  nie  nauczyła  się,  co  to  znaczy 
dobrze się bawić. Zacisnął usta. Zmienię to! – przyrzekł sobie w duchu. I 
to zaraz.  Muszę  ją  nauczyć,  jak cieszyć  się  życiem  i  nie  podchodzić  do 
wszystkiego tak śmiertelnie poważnie! 

– Pozwól mi spojrzeć na mapę. – Wyjął jej arkusz z rąk. – A! 
Tu jest pies pogrzebany! To na zachód, nie na wschód. Pięć kroków 

w stronę oceanu.  

–  Wiem,  właśnie  to  chciałam  zrobić.  –  Przy  trzecim  kroku  zawahała 

się.  –  Mam  już  wodę  po  kolana.  Przecież  nie  oczekiwali  chyba,  że 
będziemy wchodzić do wody! – zaniepokoiła się.  

– Tu jest wyraźnie napisane, że masz przejść pięć kroków na zachód, 

a  potem  przepłynąć  piętnaście  metrów  na  południe.  O  tam,  w  stronę 
latarni morskiej.  

– Jason! – Taylor postąpiła jeszcze krok do przodu.  
– O, przepraszam! – Chwycił ją za ramię i pocałował w czubek nosa. 

– Trzymałem mapę do góry nogami.  

Taylor  roześmiała  się.  Napięcie  puściło.  Od  tej  chwili  zaczęła  się 

bawić w poszukiwanie skarbu. Ostatnia część opisu doprowadziła ich do 
latarni morskiej.  

– „Twoja zdobycz czeka na ciebie na górze” – przeczytała karteczkę. 

background image

–  Phi!  Więc  to  nie  jest  zakopany  skarb.  –  Wydawała  się  nieco 
rozczarowana.  

– Nie, ale sam widok wart jest tego, żeby się tam wspiąć, nawet jeśli 

czeka  tam  na  nas  tylko  niewielka  nagroda  pocieszenia.  Choć,  jak 
pamiętam,  kiedyś  nie  przypadł  ci  do  gustu  pomysł  włażenia  tam.  Co  ty 
wtedy powiedziałaś? Że szkoda czasu, by wchodzić kilkadziesiąt stopni, 
żeby zobaczyć tylko więcej piasku i wody? 

–  Zachowywałam  się  wtedy  protekcjonalnie  –  mruknęła  z  wyraźnym 

żalem w głosie.  

– Może troszeczkę – docenił jej skruchę.  
– Teraz marzę o tym, żeby spojrzeć z góry na morze. Oczywiście, o 

ile masz jeszcze ochotę mi to pokazać...  

Wdrapywali  się  po  metalowych,  krętych  schodach.  W  połowie  drogi 

zatrzymali się na podeście, by wyjrzeć przez wąziutkie okienko. W oddali 
fale rozbijały się o brzeg. Piana skrzyła się w świetle księżyca. Kiedy  w 
końcu  weszli  na  szczyt,  wiatr  zwiał  chustkę  z  włosów  Taylor.  Pofrunęła 
wysoko nad nimi, na sekundę zaczepiła się o metalową poręcz, a potem 
poszybowała w stronę oświetlonych księżycem fal.  

–  Ciekawe,  gdzie  upadnie  –  powiedziała,  patrząc  na  chustkę.  Jason 

objął ją.  

– Myślę, że jest już w królestwie Neptuna. Odwróciła się i spojrzała na 

niego.  

– Jak ładnie to opisałeś. Nie wiedziałam, że jesteś taki romantyczny.  
–  Bo  nie  jestem.  Jestem  praktyczny,  stanowczy  i  równie 

bezwzględny, jak ty.  

Ku jego zaskoczeniu, Taylor uśmiechnęła się tylko.  
– Ależ tu pięknie i spokojnie. Jak mogłeś w ogóle stąd wyjechać? 
– To nie było łatwe – przyznał.  
– Jason... ? 
Pochylił  się  i  popatrzył  na  nią.  Jej  oczy  błyszczały,  usta  miała 

rozchylone i jakby domagające się pocałunku.  

– Nie patrz tak na mnie – poprosił.  
– Dlaczego? 
– Bo mnie kusisz – szepnął, pochylając się jeszcze niżej. Przytulił ją 

mocniej i pocałował. Chciał, by oparła mu się, bo on już nie potrafił dłużej 
się powstrzymać.  

Ale  Taylor  nie  opierała  się.  Rzuciła  mu  się  w  ramiona,  tak  jakby  to 

była  najbardziej  oczywista  rzecz  na  świecie.  Pocałował  ją.  Dni 
oczekiwania  wyzwoliły  w  nim  namiętność,  nad  którą  nie  mógł  już 
zapanować, tym bardziej że Taylor mu nie ułatwiała zadania. Jęknęła, a 
jemu wydawało się to najpiękniejszą muzyką. Cieszył się, że wzbudza w 

background image

niej  takie  pożądanie.  Wplótł  dłonie  w  jej  włosy,  kolczyki  zadzwoniły 
cichutko.  Jej  ciało było  takie  miękkie  i  gorące.  Pragnął  jej.  Marzył,  żeby 
jak  najszybciej  wrócić  z  nią  do  hotelu  i  kochać  się  przez  resztę  nocy. 
Wiedział z instynktowną pewnością, że ona jest już jego.  

Zdał  sobie  jednak  sprawę,  że  nadeszła  chwila,  w  której  należało 

podjąć  decyzję.  Czy  wziąć  to,  co  ona  chce  mu  ofiarować,  a  czego  on 
pragnie, od momentu gdy ją ujrzał, czy też wybrać drugie rozwiązanie, z 
pewnością szlachetniejsze, to znaczy zniszczyć ten nastrój i odejść.  

– Jason? – W głosie Taylor słychać było zawód.  
Zerwał  się  wiatr.  Taylor  zadrżała  w  jego  ramionach.  Odgarnął  jej 

włosy z czoła.  

–  Chodź,  odnajdziemy  twój  skarb.  Czyżbyś  o  nim  zapomniała?  – 

spytał, łagodnie odsuwając ją od siebie.  

Taylor  nie  mogła  pojąć,  dlaczego  tak  się  zachował.  Nie  mogła  się 

przecież pomylić! Czuła, że jej pragnie, tak samo jak ona jego. A jednak 
się powstrzymał. Nie rozumiała go. Była zawstydzona swoim oddaniem, 
gdyż on je odrzucił.  

– A, mój skarb... – Rozejrzała się. – Tak, oczywiście.  
– Gdzieś tu musi być. Poszukajmy go! 
Uważnie  zaczęli  obchodzić  wszystkie  kąty.  W  końcu  dostrzegli 

wiszącą przy balustradzie torbę z logo „Raju dla zakochanych”. W środku 
była książka o przygodach Czarnego Szpona.  

–  O,  jaka  fajna,  ale  to  tylko  nagroda  pocieszenia  –  powiedziała  ze 

smutkiem. – To był cudowny wieczór. Dziękuję, Jason! 

–  la  też  się  świetnie  bawiłem,  ale  musimy  już  wracać.  O  dwunastej 

zamykają latarnię.  

Taylor  nie  zamierzała  się  kłócić.  Cóż  miała  powiedzieć?  Dlaczego 

przestałeś  mnie  całować?  Przecież  mnie  pragniesz.  Weź  mnie,  jestem 
twoja?! To pewnie też by nic nie dało.  

Bez słowa  schodziła  za  nim  po schodach.  Zagryzła  usta aż  do  bólu. 

Czuła  się  odrzucona  i  bardzo,  bardzo  mocno  zraniona.  Tak,  jakby  ktoś 
pokazywał  jej  z  oddali  coś  bardzo  cennego,  ale  zanim  zdążyła  to 
zobaczyć z bliska, zabrał.  

Nie wiedziała, jak znaleźli się na dole. Silne ramię Jasona otaczało jej 

kibić.  W  tej  chwili  tylko  jednej  rzeczy  była  pewna  –  tego,  że  kochała 
Jasona. Kochała go całym sercem i duszą.  

Chciała być z nim na zawsze.  
Gdy doszli do hotelu, pragnęła jak najprędzej uciec do swego pokoju i 

zamknąć się w nim przed całym światem. Była pewna, że Jason nie ma 
pojęcia, co się z nią dzieje. Spokojnie otworzył drzwi i weszli do środka.  

– Dobranoc – szepnęła cichutko i odwróciła się tyłem do niego. Miała 

background image

nadzieję, że on szybko pójdzie do swojej sypialni. Z oczu trysnęły jej łzy.  

– Księżniczko? 
– Tak? 
– Nie płacz, proszę.  
–  To  właśnie  ja  powinnam  zachować  odpowiedni  dystans,  ja 

powinnam cały czas się kontrolować! – roześmiała się przez łzy. – Wiem, 
że wszystko, co nas łączy, to tylko interesy! 

– To nieprawda i na tym właśnie polega problem. – Położył ręce na jej 

ramionach.  –  Gdyby  tak  było,  nie  pragnąłbym  rzucić  się  z  tobą  na  to 
szerokie łóżko i wtulić w twoje miękkie, cudowne ciało.  

Nie  miała  wątpliwości,  że  to,  co  do  siebie  czuli,  nie  miało  nic 

wspólnego  z  „Rajem  dla  zakochanych”,  Daniels  Investment  albo  z  jej 
raportem. Ale to, że należeli do dwu różnych światów, sprawiało, że nie 
było przed nimi przyszłości. Jedyną, choć bardzo mizerną pociechą było 
to,  że  przynajmniej  przez  kilka  godzin  mogła  być  z  nim  szczęśliwa. 
Udawać, że ich zaręczyny są prawdziwe. Trudno, nie można żądać zbyt 
wiele! Będzie miała co wspominać i do czego tęsknić.  

Popatrzyła  mu  w  oczy  i  nie  musiała  już  nic  mówić.  Ujął  jej  dłoń  i 

podniósł do ust.  

–  Gdybym  ja  kupował  ci  pierścionek  zaręczynowy,  wybrałbym 

dokładnie taki sam jak ten...  

Pocałował  ją  zachłannie  jak  spragniony  wędrowiec,  który  w  końcu 

odnalazł źródełko. Przywarła do niego całym ciałem, chciała czuć bijące 
od  niego  ciepło.  Przeszkadzało  jej  teraz  dzielące  ich  ubranie.  Jason 
chyba czuł to samo, bo zaczął ją rozbierać.  

Ściągnął z niej podkoszulek, potem spodnie. Powoli przesuwali się w 

stronę łóżka. Gdy do niego dotarli, Taylor nie miała już nic na sobie.  

Otoczył  dłońmi  jej  piersi  i  pieścił  je  delikatnie.  Zadrżała  z  rozkoszy. 

Poczuła, że traci kontrolę nad reakcjami swego ciała. Ale nie chciała się 
dłużej  kontrolować.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  całkowicie  się  odsłoniła, 
odrzuciła wszystkie bariery ochronne i cieszyła się tym.  

– Widzisz, Księżniczko, to nie takie trudne – powiedział, wyczuwając 

jej  otwarcie  i  zarazem  nie  do  końca  uświadamianą  obawę  przed 
nieznanym. – Nie bój się, kochana, nigdy cię nie skrzywdzę.  

To  nie  była  prawda,  choć  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy.  Kiedyś 

odejdzie,  a  wtedy  straszliwie  ją  zrani.  Odepchnęła  od  siebie  te  czarne 
myśli  i  uśmiechnęła  się  do  niego.  Ważne  i  piękne  jest  to,  co  dzieje  się 
teraz, pomyślała.  

–  Wiem  –  szepnęła.  –  Pragnę  cię,  pragnę  się  z  tobą  kochać. 

Pocałowała  go  z  całą  gromadzoną  przez  lata  namiętnością.  Jason  krok 
po  kroku,  delektując  się  każdą  chwilą,  wprowadzał  ją  w  arkana  miłości. 

background image

Tej  nocy  ofiarował  jej  skarb,  który  nie  był  zaznaczony  na  żadnej  mapie 
świata, choć był to skarb bezcenny. Ofiarował jej miłość.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Obudził  ją  uporczywie  dzwoniący  telefon.  Próbowała  swoich  starych 

sposobów z kładzeniem poduszki na głowę, ale nie skutkowało. Telefon 
ciągle dzwonił.  

– Halo? – Podniosła w końcu słuchawkę.  
– Taylor? Dlaczego, ilekroć dzwonię do ciebie, masz taki głos, jakbym 

cię wyrwał z głębokiego snu? 

– Tata? – Szybko otworzyła oczy. – Nie, skądże, już dawno wstałam.  
– To samo mówiłaś poprzednim razem. Ale nie uwierzyłem ci wtedy i 

teraz też ci nie wierzę.  

Popatrzyła przestraszona na Jasona, który leżał obok.  
– Czy coś się stało, tato? 
–  Dobre  pytanie.  Właśnie  miałem  zamiar  ciebie  o  to  zapytać. 

Wróciłem  do  Charlestonu  i  przeczytałem  faksy  od  ciebie.  Myślę,  że 
nadszedł czas, abyśmy poważnie porozmawiali i to nie przez telefon.  

Ach, więc chodzi mu o faksy. Zamknęła oczy. W ciągu ostatnich kilku 

dni  przesyłała  mu  dość  zdawkowe  informacje.  Być  może  przesadziła, 
pisząc czasem jedynie: „wszystko w porządku”.  

– Kiedy chcesz się ze mną spotkać? 
– Najlepiej teraz, zaraz przyjdę do twojego pokoju.  
–  Co?  –  wykrzyknęła,  przerażona  już  nie  na  żarty.  Poderwała  się  z 

łóżka.  Jason  obudził  się  i  przeciągnął.  Najwidoczniej  nie  przeczuwał 
zbliżającego się niebezpieczeństwa. – Jesteś w hotelu i chcesz się zaraz 
ze mną spotkać? 

– Dokładnie tak – potwierdził Boss. – Podaj mi tylko numer pokoju.  
Minęło  kilka  sekund,  zanim  zdołała  chwycić  oddech.  Nie  mogła 

zrozumieć, jak Jason może jej się tak spokojnie przyglądać.  

– Drugie piętro, apartament prezydencki – wyjąkała.  
–  Zaraz  będę  –  oświadczył  i  odłożył  słuchawkę.  Jason  sturlał  się  z 

materaca.  

– Cóż takiego się stało? 
– Boss jest na wyspie! A nawet gorzej, jest w hotelu! Właśnie wspina 

się po piętrach do naszego apartamentu.  

–  Szybko!  –  Jason  błyskawicznie  przejął  dowodzenie.  –  Ubierz  się, 

potem popraw łóżko, a ja pozbieram rzeczy.  

–  Jason,  ja...  –  Tyle  mu  chciała  powiedzieć,  ale  teraz  nie  było  na  to 

czasu.  

– O co chodzi, kochanie? – Zatrzymał się.  
– Nic takiego, możemy o tym porozmawiać potem. Błyskawicznie się 

background image

ubrali i doprowadzili pokój do porządku.  

– Dobrze się czujesz? 
– Jest moim ojcem, nie muszę się go bać.  
– Wiesz, że nie o tym mówię. Byłaś dziewicą...  
– Chciałam się z tobą kochać i nie żałuję niczego, co się stało. Jeśli ty 

żałujesz...  

–  Żałuję?  –  Podszedł  i  wziął  jej  twarz  w  dłonie.  Ale  zanim  zdążył 

cokolwiek powiedzieć, rozległo się pukanie do drzwi.  

– Proszę, idź już – szepnęła.  
–  Powiedz  tylko  słowo,  a  zostanę.  Możemy  razem  stawić  czoło 

twojemu ojcu.  

– Nie, lepiej będzie, gdy będę sama.  
Przez  moment  wydawało  się,  jakby  Jason  chciał  się  o  to  kłócić.  Ale 

potem pocałował ją i wypuścił z ramion.  

–  Gdybyś  mnie  potrzebowała,  będę  w  drugim  pokoju.  Taylor 

odczekała, aż zamkną się za nim drzwi łączące ich sypialnie i ruszyła na 
spotkanie Bossa.  

– Cześć, tato – powitała go.  
–  Taylor!  –  Rzucił  jej  krótkie  podejrzliwe  spojrzenie  i  wszedł  do 

pokoju.  Rozejrzał  się.  –  No,  całkiem  ładny  pokój  –  zwrócił  się  w  jej 
stronę. – Czy twój raport jest gotowy? 

Zamknęła  oczy.  Wiedziała,  że  ten  moment  nadejdzie  i  zaważy  to  na 

jej życiu.  

–  Chciałeś  się  dowiedzieć,  jak  optymalnie  powielić  „Raj  dla 

zakochanych” i mam dla ciebie odpowiedź.  

–  Zaraz,  zaraz  –  Boss  mruknął  z  niezadowoleniem.  –  Chyba 

powinnaś mi jeszcze o czymś powiedzieć.  

Taylor  nerwowo  przełknęła  ślinę.  Czyżby  to,  co  przeżyła  ostatniej 

nocy, było po niej aż tak widać? 

– O co ci chodzi? – Miała dość zabawy w kotka i myszkę.  
– O Jasona Richmonda.  
– O Jasona? – Spojrzała na niego w osłupieniu.  
– A więc go znasz! Przyznajesz się do tego? 
–  Oczywiście, że tak...  –  Zawahała  się,  nie  wiedząc  ciągle  do  czego 

zmierza.  –  Przecież  sama  go  zatrudniłam  do  pomocy  w  sporządzeniu 
raportu.  

– Ty go zatrudniłaś? – powtórzył z niedowierzaniem. – Ten człowiek 

jest  wart  fortunę!  Co  ty  właściwie  rozumiesz  przez  wyrażenie 
„zatrudniłam go”? 

– Wart fortunę? Chyba nie mówimy o tym samym człowieku... Jason 

nosi  dżinsy,  jeździ  harleyem,  mieszka  w  niewielkim  domku  w  kiepskiej 

background image

dzielnicy  Charlestonu...  –  Tym  razem  ona  nie  posiadała  się  ze 
zdziwienia.  

–  Być  może  nosi  dżinsy,  ale  ten  harley  to  bardzo  drogi,  klasyczny 

model.  Zaś  rezydencja  w  Murray  Boulevard  świadczy  o  dochodach, 
których  mało  kto  by  się  powstydził.  –  Boss  zacisnął  usta.  –  Nie 
wiedziałaś, kim on jest, prawda? 

–  On...  on  jest...  on  pochodzi  z  tej  wyspy  –  wyjąkała.  –  Potrafił  mi 

dostarczyć informacji, których potrzebowałam...  

–  Twój  ojciec  stara  ci  się  powiedzieć,  że  nazywam  się  Jason  Teach 

Richmond i jestem właścicielem firmy Teach Development.  

Taylor  powoli  odwróciła  się  w  stronę  Jasona.  Stał  w  drzwiach 

łączących  ich  pokoje.  Czy  to  ten  mężczyzna  jeszcze  niecałą  godzinę 
temu trzymał ją w ramionach? Czy to z nim kochała się dzisiejszej nocy? 
Wydawało jej się, że to jakiś obcy człowiek, którego widzi pierwszy raz w 
życiu.  

–  Ty  jesteś  właścicielem  Teach  Development?  –  wymamrotała 

zaskoczona.  

–  Oczywiście,  że  tak!  –  nie  wytrzymał  Boss.  –  Nie  wiem,  w  jaki 

sposób  się  z  nim  skontaktowałaś,  ale  dzień,  w  którym  wpadłaś  w  jego 
sidła, był z pewnością dla niego jednym ze szczęśliwszych! On miałby ci 
pomóc  w  zdobyciu  informacji?!  –  parsknął  Boss.  –  Przecież  on  to  od 
początku do końca sabotował! 

– Czy to prawda? – Zwróciła się do Jasona. – Czy te informacje, które 

mi podawałeś to były same kłamstwa? 

– Nie wszystkie.  
–  Więc  wystarczy,  że  popracujemy  nad  oddzieleniem  prawdy  od 

fałszu  i  możemy  skorzystać  z  tych  danych?  –  spytał  z  ironią  Boss.  – 
Sprytnie, panie Richmond, bardzo sprytnie. Nie ma po co dłużej ukrywać, 
o co panu chodziło. Doprowadziłem kiedyś do upadku pana firmę i teraz 
próbuje się pan odegrać i zniszczyć moją! 

–  Nie  to  było  moim  zamiarem  –  odpowiedział  spokojnie  Jason.  –  To 

pan jest specjalistą od niszczenia ludzi. Ja po prostu chciałem ochronić 
wyspę przed panem.  

–  Wydaje  się  panu,  że  właśnie  to  pan  zrobił?  –  W  głosie  Bossa 

zabrzmiało rozbawienie. – Sądzi pan, że skoro ogłupił pan moją córkę i 
wcisnął  jej  fałszywe  informacje,  to  to  już  wystarczy,  by  mnie 
powstrzymać? 

Taylor zamknęła oczy. Nie mogła uwierzyć w to, co słyszy. To się nie 

mogło  zdarzyć.  Mężczyzna,  którego  kochała,  któremu  oddała  duszę  i 
ciało, oszukiwał ją od samego początku! 

–  A  więc  nie  podda  się  pan?  –  zapytał  Bossa  Jason.  –  Mogę  się 

background image

domyślić,  jaki  jest  pański  plan.  O  ile  dobrze  pamiętam  pana  metody,  to 
najpierw  zrobi  pan  wszystko,  by  doprowadzić  do  bankructwa  „Raj  dla 
zakochanych”, a potem odkupi go pan za bezcen i opanuje całą wyspę.  

–  Gratuluję  przenikliwości  –  odparł  Boss  z  aż  nazbyt  czytelnym 

przekąsem.  

– Ale to się panu nie uda! 
–  Czas  pokaże.  Jestem  przekonany,  że  mimo  pańskiej  „pomocy”, 

Taylor  udało  się  zebrać  całkiem  sporo  danych.  Z  pewnością  wykryła 
słabe punkty tego ośrodka.  

– Jak zamierzasz rywalizować z „Rajem dla zakochanych”? – spytała 

Taylor, choć wiedziała, że to mało „polityczne” pytanie w tej chwili.  

–  Łatwo  się  tego  domyślić  –  odpowiedział  zamiast  Bossa  Jason.  – 

Zapewne  to  Daniels  Investment  jest  właścicielem  tego  wielkiego 
prywatnego terenu z piękną, wielką rezydencją. Oglądaliśmy ją razem. – 
Przez sekundę zatrzymał wzrok na Taylor.  

– Brawo, panie Richmond. Widzę, że przed laty popełniłem błąd, nie 

powinienem  doprowadzać  pańskiej  firmy  do  bankructwa,  lecz  zatrudnić 
pana u siebie! – powiedział z ironicznym rozbawieniem Boss.  

– Z pobudek etycznych nigdy bym się nie zgodził na pracę w Daniels 

Investment – odparł chłodno Jason.  

–  Ale  widzę,  że  pobudki  etyczne  nie  przeszkodziły  panu  oszukiwać 

mojej  córki  –  odciął  się  Boss.  –  Ciekawe,  jak  udało  się  panu  tak  ją 
omamić,  że  nie  zorientowała  się,  kim  pan  jest?  Zazwyczaj  jest  bardzo 
spostrzegawcza.  Pańska  etyka  nie  przeszkodziła  panu  również  w 
uwodzeniu...  

– Przestańcie! – krzyknęła Taylor i zatkała sobie uszy dłońmi. – W tej 

chwili przestańcie! Myślałam, że jesteś inny – zwróciła się do Jasona.  

–  To  człowiek  interesu,  Taylor  –  przerwał  jej  Boss.  –  Bezwzględny, 

jeśli idzie o ochronę firmy. Gdybyś nie mieszała do swego osądu emocji, 
zauważyłabyś to z pewnością. Znasz przecież taki typ ludzi...  

– Taylor... – Jason postąpił krok w jej stronę.  
– Przestań! – odsunęła się.  
–  Chodźmy,  Taylor.  –  Boss  objął  ją  ramieniem.  –  Poproszę,  by 

spakowano  twoje  rzeczy  i  odesłano  je  do  Charlestonu.  Na  dole  czeka 
samochód.  

– Idź sam. – Potrząsnęła głową. – Muszę porozmawiać z Jasonem w 

cztery oczy.  

– To bezcelowe – mruknął Boss.  
–  Mimo  wszystko  zostanę.  Poczekaj  na  mnie  w  samochodzie.  Nie 

zajmie mi to dużo czasu.  

Na  szczęście  Boss  nie  protestował  już  dłużej  i  wyszedł.  Gdy  tylko 

background image

drzwi się za nim zamknęły, odwróciła się do Jasona.  

–  A  więc  nazywasz  się  Jason  Teach?  –  zapytała,  jakby  jeszcze 

niedowierzając. – Czy Shadroe jest twoim krewnym? 

– Tak, to mój wuj. Wychowywał mnie po śmierci rodziców.  
–  A  więc  Shadroe,  Jermainowie,  sędzia  Bradshaw  i  wszyscy 

pracownicy wiedzieli... – Zacisnęła dłonie, by powstrzymać ich drżenie. – 
Wiedzieli,  kim  jestem  i  że  naprawdę  nie  jesteśmy  zaręczeni?  – 
zakończyła z wysiłkiem.  

– Wiedzieli o tym od samego początku – przyznał chłodno.  
–  Dlaczego?  Dlaczego  tak  mnie  oszukałeś?  –  Nie  potrafiła  dłużej 

powstrzymać łez.  

–  Wiesz  dlaczego.  Chciałem  ochronić  wyspę  przed  Bossem.  – 

Przeczesał ręką włosy. – Nie kłamałem. Jestem właścicielem domku, w 
którym się spotkaliśmy. Kupiłem go tuż po wyjeździe z wyspy.  

– Zanim stałeś się właścicielem Teach Development? To firma, którą 

założyłeś po tym, jak mój ojciec...  

–  ...  zniszczył  moją  poprzednią  firmę  –  skończył  za  nią.  –  Nie 

kłamałem  również  w  sprawie  mojej  tożsamości.  Nigdy  nie  spytałaś,  ani 
sama nie sprawdziłaś, co znaczy literka „T” w moim nazwisku.  

To  prawda.  Nie  przyszło  jej  do  głowy,  że  pan  Jason  T.  Richmond 

może mieć cokolwiek wspólnego z Teach Development. Nie sprawdziła, 
do kogo skierowała ją Linda, jej sekretarka. Dla niej ważne było tylko to, 
że potrafi zdobyć potrzebne jej informacje.  

–  Obiecałeś,  że  nikomu  nie  powiesz,  kim  jestem...  tego  się  już  nie 

wyprzesz! 

–  Obiecałem  to  zrobić  tylko  pod  warunkiem,  że  plany  Daniels 

Investment  nie  będą  zagrażały  przyszłości  wyspy.  A  tak  nie  jest,  chyba 
teraz  to  przyznasz?  I  wiesz  co,  Księżniczko,  zrobiłbym  to  jeszcze  raz, 
gdybym musiał chronić wyspę i jej mieszkańców przed zakusami takiego 
człowieka jak twój ojciec! 

–  Możesz  mi  wierzyć  lub  nie,  ale  nie  mam  o  to  do  ciebie  pretensji. 

Gdybym  znała  prawdziwe  plany  mojego  ojca,  nie  podjęłabym  się  tego 
zadania, nawet za cenę wiceprezesury. Ale czy musiałeś... – Głos jej się 
załamał.  –  Czy  musiałeś  robić  z  tego  coś  tak  osobistego?  Mogłeś 
podtykać mi fałszywe informacje, bez... – Potrząsnęła głową. Nie była w 
stanie skończyć.  

–  Bez  kochania się  z tobą?  –  Położył  ręce  na  jej  ramionach  i  powoli 

przyciągnął  do  siebie.  –  Nie,  nie  mogłem.  Gdy  tylko  cię  ujrzałem, 
wiedziałem,  że  muszę  cię  mieć.  Cała  reszta  była  w  tym  momencie 
nieważna.  

–  Nie  oszukuj  mnie!  Nic  cię  nie  obchodziłam!  Dla  ciebie  ważna  była 

background image

tylko  ta  wyspa!  Jesteś  tak  samo  bezwzględny  jak  Boss,  niszczysz 
wszystkich, którzy stoją ci na drodze do osiągnięcia celu.  

–  Jeśli  w  to  uwierzyłaś,  to  znaczy,  że  w  ogóle  mnie  nie  znasz!  –  W 

jego oczach błysnęła złość.  

–  Nie  znam?  –  Wpatrywała  się  intensywnie  w  jego  twarz,  jakby 

chciała  wyczytać  z  niej  prawdę.  Ale  teraz  jego  twarz  była  tak  samo 
nieprzenikniona jak twarz Bossa – Wykorzystałeś mnie! Uwodziłeś mnie, 
a potem kochałeś się ze mną po to, by odciągnąć moją uwagę od pracy, 
żebym się nie zorientowała, co tu jest grane! 

– A czyż nie był to właśnie twój plan? Pamiętasz, co powiedziałaś po 

tym,  jak  się  pierwszy  raz  pocałowaliśmy?  –  Odsunął  ją  od  siebie.  – 
Powiedziałaś, że zrobisz wszystko, żeby zdobyć te informacje, łącznie z 
uwiedzeniem pracownika.  

– I ty w to uwierzyłeś? 
–  Dlaczego  nie?  Ty  przecież  wierzysz,  że  ja  zrobiłem  coś  takiego. 

Wierzysz w to, prawda? 

Nie  była  tego  pewna.  Miała  mętlik  w  głowie.  Jedno  wiedziała  na 

pewno: musi poznać prawdę.  

–  Czy  ostatnia  noc  była  tylko  biznesową  zagrywką?  Proszę,  Jason, 

powiedz mi...  

–  Sama  musisz  sobie  na  to  odpowiedzieć.  –  Potrząsnął  głową.  – 

Dobrze się zastanów, a na pewno rozwiążesz tę zagadkę.  

– Już nie wiem, w co mam wierzyć! – krzyknęła rozpaczliwie.  
– W takim razie, powiedzieliśmy sobie wszystko.  
– Proszę cię, Jason. – Chwyciła go za rękę.  
– Już ci powiedziałem, nie mogę ci pomóc, nie mogę się też obronić 

przed oskarżeniami Bossa. Sama musisz zdecydować, czy wierzysz mi, 
czy nie.  

– Chcesz, żebym wybrała między tobą a moim ojcem. – Wiedziała, że 

ta chwila kiedyś nadejdzie, że ten wybór jest nieunikniony, ale nadal nie 
była na to gotowa.  

– Tak.  
– Nie potrafię... – szepnęła, bezradnie rozkładając ręce.  
Odwróciła  się  i  bez  słowa  wyszła  z  pokoju.  Jak  automat  zeszła  po 

schodach.  Nie  rozglądając  się,  przeszła  przez  hol  i  wyszła  z  hotelu. 
Wsiadła do limuzyny, w której czekał na nią ojciec.  

–  Wszystko  w  porządku?  –  spytał  Boss  nieoczekiwanie  miękkim 

głosem.  

– Nie – odpowiedziała szczerze, nie miała już siły kłamać.  
– Jesteś w nim zakochana, prawda? .  
–  Tak.  –  Chwyciła  głęboki  oddech.  –  Tylko  nie  proś  mnie,  żebym 

background image

podała  racjonalne  wytłumaczenie  mojego  uczucia.  Czasem  logika  nie 
wystarcza...  

No  cóż,  nie  pozostaje  mi  nic  innego,  jak  uwierzyć  ci  na słowo.  Choć 

sam nigdy nie byłem w takiej sytuacji – westchnął Boss.  

–  Dlaczego  nie  wyjawiłeś  mi  prawdziwego  celu  mojej  wizyty  na 

wyspie? – spytała z wyrzutem.  

–  Nie  pojechałabyś  wtedy.  Chciałem  później  ci  o  tym  powiedzieć,  a 

potem, jak wiesz, wyjechałem. – Ścisnął ją za rękę.  

–  Przepraszam,  nie  przypuszczałem,  że  zostaniesz  tak  zraniona. 

Chciałbym,  żebyśmy  teraz  pojechali  obejrzeć  miejsce,  w  którym  ma 
stanąć hotel.  

Parę minut później zatrzymali się przed wielką rezydencją, którą kilka 

dni  wcześniej  podziwiała  z  Jasonem.  Powiedział  wtedy,  że  to  miejsce 
należy do jakiejś wielkiej korporacji. Teraz wszystko już było wiadomo.  

– Czy jesteś też właścicielem lasu? 
–  Tak  i  kilku  domków  niedaleko  portu.  Jak  myślisz,  czy  to  dobre 

miejsce na luksusowy hotel? – spytał Boss.  

– Nie obchodzi cię, co myślę. Nie sądzę, żebyś chciał zmienić swoje 

plany – odparła z pełną smutku determinacją.  

Przechylił głowę i przyglądał jej się uważnie.  
– Twoja opinia jest zawsze dla mnie ważna.  
– Wysłałeś tu jeszcze kogoś prócz mnie, prawda? 
– No, widzę, że wraca ci jasność myślenia! Jak na to wpadłaś? 
– Pracuję już dla ciebie jakiś czas. Byłam tu tylko jako przykrywka dla 

działalności  tego  kogoś?  –  Bała  się,  że  za  chwilę  straci  nad  sobą 
panowanie.  

– Czujesz się urażona? To był bardzo chytry pomysł i szczęśliwy, jak 

się  okazało.  Mój  informator  rozpoznał  Jasona,  zauważył  też,  że  coś 
was...  łączy.  Przyjechałem  natychmiast,  gdy  tylko  się  o  tym 
dowiedziałem, ale chyba i tak za późno...  

– Tak. Przyjechałeś za późno, tato – potwierdziła jego obawy.  
– Pozwolisz, że przejdę się chwilkę. Muszę zebrać myśli.  
– Chcesz odejść z Daniels Investment? – zapytał, gdy wróciła.  
– Obawiam się, że tak.  
– Do diabła z tym Richmondem! 
– To nie jego wina.  
–  W  każdym  razie  pozwól,  że  odwiozę  cię  do  domu.  Mam  nadzieję, 

że jeszcze zmienisz zdanie.  

–  Zostanę  tu  jeszcze  trochę.  Wrócę  następnym  promem.  Masz 

zapasowy  klucz  do  tej  rezydencji?  Chętnie  bym  ją  obejrzała,  zanim... 
zanim ją przebudujesz.  

background image

– Tak, oczywiście. – Podał jej klucze.  
– Przykro mi, że cię zawiodłam.  
– Nie zawiodłaś mnie. Najważniejsze jest dla mnie twoje szczęście.  
– Widzę, że nie przekreśliłeś moich szans w biznesie po tej wpadce, 

ale ja już nie chcę się tym zajmować. – Łzy trysnęły jej z oczu.  

– Będę musiał się z tym pogodzić. Kocham cię i nie chcę, żebyś miała 

do mnie pretensję. Gdybym miał wybierać między tobą a biznesem, bez 
wahania wybrałbym ciebie.  

–  Ja  też  cię  kocham,  tato.  –  Łzy  płynęły  jej  po  policzkach.  Boss 

przytulił ją. To było niesamowite, nie robił tego od lat! 

Potem pożegnał się, wsiadł do limuzyny i odjechał.  
Taylor ruszyła do rezydencji. To była wspaniała budowla. Stanęła na 

tarasie i patrzyła na ocean. Zastanawiała się nad tym, co się wydarzyło. 
Myślała  o Jasonie,  a  także,  jak  ważna  jest  dla niej  akceptacja  ojca.  Nie 
spodziewała się po nim takiej wyrozumiałości.  

Patrząc, jak fale biją o brzeg, uświadomiła sobie, że Jason ją kocha. 

Ostatnia noc była tego dowodem. Gdyby było inaczej, nie kochałby się z 
nią.  Lecz tak  naprawdę  to  niczego nie  zmieniało. Wkrótce  firma jej  ojca 
miała  wbić  klin  między  nich.  Chyba  że...  chyba  że  wymyśliłaby  coś,  co 
uchroniłoby wyspę i zarazem było do przyjęcia dla Daniels Investment.  

Zamknęła  rezydencję  na  klucz  i  ruszyła  w  stronę  portu.  Miała  przed 

sobą długą drogę. Szła przez las. I właśnie wtedy przyszedł jej do głowy 
pomysł  na  rozwiązanie  tego  dylematu!  Zanim  znalazła  się  na  promie, 
miała gotowy plan.  

–  Być  może  faktycznie  po  ojcu  odziedziczyłam  trochę  uporu  i 

zdecydowania – powiedziała na głos i uśmiechnęła się do siebie.  

 
Sfinalizowanie  planu  zajęło  jej  cztery  tygodnie.  Cztery  długie, 

samotne  tygodnie.  Jason  dzwonił  kilka  razy  dziennie,  ale  odmawiała 
rozmowy  z  nim.  Nie  chciała  mu  nic  mówić  przed  doprowadzeniem 
projektu do końca. Bała się, że nie starczy mu sił, by na nią poczekać, że 
się zniechęci, zanim będzie mu mogła udowodnić, jak bardzo go kocha.  

W  dniu,  w  którym  zaplanowała  powrót  na  Jermain,  zadzwoniła  do 

Jasona  i  poprosiła,  by  wyszedł  po  nią.  Przyjechała  z  dwoma 
pracownikami niewielkim odkrytym samochodem. Gdy go tylko ujrzała, w 
pierwszym  odruchu  chciała  mu  się  rzucić  w  ramiona,  ale  powstrzymała 
się, najpierw postanowiła wypełnić swoją misję.  

Uśmiechnęła  się  chłodno  na  przywitanie,  po  czym  wskazała 

pracownikom  miejsce  do  zaparkowania.  Było  to  niedaleko  portu, 
naprzeciw miejsca, gdzie stała część domków należących do Bossa.  

– Gdzie mamy postawić znak? – spytał jeden z robotników. Pokazała 

background image

im  miejsce.  Zabrali  się  do  pracy.  Wokół  zebrała  się  grupka  gapiów, 
którzy  wrogo  im  się  przyglądali.  Jason  stanął  między  nią  a  tymi  ludźmi. 
Ciekawe, żeby ją ochronić, czy żeby ich na nią napuścić? – zastanawiała 
się. Po dwudziestu minutach, gdy pracownicy skończyli wkopywać znak, 
zerwała osłaniające go płótno.  

– Co to znaczy? – spytała kobieta z niemowlęciem na ręku.  
– Co tam jest napisane? – dopytywał się mały chłopczyk.  
–  „Tu  stanie  pierwsza  szkoła  na  wyspie  założona  przez  Elizabeth 

Jermain” – odczytała głośno.  

– O co chodzi, Taylor? – zapytał Jason.  
– Powiedziałeś mi, żebym wybrała i zrobiłam to – odparła.  
– Następny znak postawcie tam. – Wskazała robotnikom miejsce nie 

opodal lasu.  

Niezauważenie zgromadził się tłum. Wieści na wyspie rozchodzą się 

niczym  pożar  w  buszu,  pomyślała.  Znów  zerwała  płótno  okrywające 
znak.  

–  „W  tym  miejscu  powstanie  Rezerwat  Przyrody  założony  przez 

Bossa Danielsa” – odczytał jeden z wyspiarzy.  

– Czy Boss o tym wie? – zdziwił się inny.  
– Oczywiście, że tak. Będzie jego sponsorem – odparła spokojnie.  
– Gdzie postawić ostatni znak, panno Daniels? – spytał robotnik.  
– Przed rezydencją.  
Upłynęło kolejne dwadzieścia minut, po czym odsłonięto znak.  
– Przeczytaj, Jason – poprosiła Taylor.  
– „Przyszła siedziba Jasona T. Richmonda i Taylor Daniels” 
– odczytał Jason.  
Pod  spodem  było  dopisane  mniejszymi  literami:  .  Jeśli  Jason  nadal 

tego chce”.  

–  Przepraszam  państwa,  ale  musimy  omówić  pewne  szczegóły.  – 

Wziął ją pod ramię i poprowadził w stronę domu.  

Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, puścił ją, ale przyglądał jej się 

bardzo intensywnie, jakby chciał ją przejrzeć na wylot.  

– Co to wszystko znaczy, Księżniczko? – spytał łagodnie. Skoro mówi 

do mnie „Księżniczko”, to być może jest jeszcze dla nas jakaś nadzieja, 
pomyślała.  Podniosła  wzrok  i  popatrzyła  mu  prosto  w  oczy.  Czy  nadal 
mu na niej zależy, czy też popełniła największą pomyłkę w swoim życiu? 

–  Powiedziałeś,  żebym  ci  zaufała  i  zrobiłam  to  –  odpowiedziała  w 

końcu. – Ufam ci, bo cię kocham. Chciałam ci pokazać, jak bardzo.  

– I to w taki sposób? 
– Tak.  
– Jak ci się udało zdobyć zgodę Bossa na ten pomysł? 

background image

–  Tyle  razy  mi  powtarzałeś,  że  jestem  uparta  i  twardo  dążę  do 

wytyczonego celu – uśmiechnęła się. – Nie wierzyłam w to, aż do chwili 
gdy  z  przerażeniem  stwierdziłam,  że  mogę  stracić  to,  na  czym  mi 
najbardziej w życiu zależy.  

– A na czym ci najbardziej zależy? 
–  Na  twojej  miłości.  Na  twoim  szacunku.  Gdy  po  naszej  ostatniej 

rozmowie  opuściłam  hotel,  ojciec  przywiózł  mnie  tutaj. Zostałam sama  i 
przemyślałam  wiele  rzeczy.  Gdy  się  trochę  uspokoiłam,  zdałam  sobie 
sprawę, że tak naprawdę nigdy mnie nie oszukałeś. Nie kochałbyś się ze 
mną, gdybyś... gdybyś...  

–  Ależ  tak!  Kocham  cię,  Księżniczko.  Czy  teraz  łatwiej  będzie  ci 

mówić? – Patrzył na nią czule.  

–  Ja  też  cię  kocham  –  szepnęła.  –  Ale  sama  miłość  nie  wystarcza. 

Bałam się, że to, co Boss chciał zrobić na wyspie, może nas rozdzielić. 
Wiedziałam,  że  muszę  temu  zapobiec.  Obiecałam  ci  to  przecież.  Gdy 
wracałam do portu przez las, zauważyłam coś interesującego.  

– Co takiego? 
–  Pamiętasz,  gdy  pierwszego  dnia  byliśmy  na  spacerze  w 

nadmorskim lesie? Pokazywałeś mi drzewa będące pod ścisłą ochroną. 
Powiedziałeś, że są chronione przez prawo, pod groźbą ostrych sankcji. 
Otóż  rozpoznałam  bardzo  wiele  takich  drzew  w  lesie  Bossa. 
Poinformowałam go o swoim odkryciu. Boss zna prawo. Na to nawet on 
nic nie mógł poradzić. Musiał zmienić swoje plany. – Uśmiechnęła się.  

– Jak to? 
– Gdyby zniszczył las, groziłoby mu za to więzienie. Ja go przed tym 

uchroniłam. W zamian ofiarował mi tę posiadłość na wyspie.  

– To nieprawdopodobne! 
–  Nie  dość,  że  to  zrobił,  to  jeszcze  obiecał  załatwić  ze  znajomymi 

politykami  wybudowanie  na  wyspie  szkoły.  Porozumiałam  się  w  tej 
sprawie z Elizabeth.  

– I dotrzyma słowa? 
–  Jestem  tego  pewna.  No  i  jak  się  panu  podoba  moja  oferta,  panie 

Richmond? 

– Wspaniała! – Objął ją. – Nie powiedziałaś mi jeszcze, co chciałabyś 

zrobić z tym domem? 

–  Być  może  nie  jest  bardzo  praktyczny,  ale  jest  za  to  piękny.  Poza 

tym, wydaje się taki pusty. – Spojrzała na Jasona z nadzieją w oczach.  

–  Potrzebuje  rodziny,  która  by  zamieszkała  w  nim  i  wypełniła  go 

życiem. Dzieci, które wniosłyby tu gwar i radość. Czy o tym myślałaś? 

– Tak – szepnęła.  
– Czy wyjdziesz za mnie, moja najdroższa? – Przyciągnął ją blisko do 

background image

siebie i delikatnie pogładził po policzku.  

–  Tak.  Elizabeth  miała  rację.  Najważniejsze  są  dla  mnie  rodzina  i 

dom.  Mój  ojciec  już  się  z  tym  pogodził.  Kto  wie,  może  kiedyś  potrafimy 
go  przekonać,  że  istnieje  coś,  co  jest  ważniejsze  niż  logika  i  zdrowy 
rozsądek.  

– Nasza miłość jest tego pięknym przykładem. – Jason pochylił się i 

czule pocałował ją w usta.  


Document Outline