background image

F KWIECIE

Ń

-MAJ 1990

Jarosław J. Grz

ę

dowicz

Urodził si

ę

 w 1965 r. we Wrocławiu. Jeden rok studiował biologi

ę

;

obecnie Jest na trzecim roku psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. 
Debiut w 1982 r. w łódzkich "Odgłosach" opowiadaniem "Azyl dla 
starych pilotów" (pó

ź

nej ukazały si

ę

 tam jeszcze m.in. "Ruleta" l 

"Twierdza Trzech Studni"); ponadto druk opowiada

ń

 w wydawnictwach 

klubowych. J.J.G. był członkiem-zało

ż

ycielem gło

ś

nego TRUSTU, 

ostatnio Jest współpracownikiem "Klubu Twórców" funkcjonuj

ą

cego przy 

warszawskiej Stodole.
(mp)

Jarosław J. Grz

ę

dowicz

Rozkaz kocha

ć

ż

yciu ka

ż

dego człowieka nast

ę

puje moment, kiedy staje si

ę

 zupełnie 

kim

ś

 innym. Bezczelny gaduła, czy wyszczekana dusza towarzystwa 

zamienia si

ę

 w nie

ś

miałego gamonia, zdeklarowani cynicy staj

ą

 si

ę

 

romantycznymi kretynami o duszach poetów i wra

ż

liwymi jak dmuchawce, 

twardzi, oporni faceci przeistaczaj

ą

 si

ę

 w potulne pieszczoszki, jak 

dogi scharakteryzowane na pudle-miniaturki. 

Ż

ałosne.

Przynajmniej tego zdania był Kris Random, kiedy pewnego popołudnia 
posadził kuter eksploracyjny po

ś

rodku przygn

ę

biaj

ą

cego, stepowego 

pustkowia. Zwolnił osłony termiczne i patrzył na strugi drobnego 
deszczu tocz

ą

ce si

ę

 lirycznie po obiektywach zewn

ę

trznych skanerów. 

Random był bowiem beznadziejnie i straszliwie zakochany. Nie 
przypominał pudla-miniaturki. Stanowił dziewi

ęć

dziesi

ę

ciokilogramowy 

komplet wytrenowanych mi

ęś

ni rozpi

ę

tych na szkielecie długo

ś

ci prawie 

dwóch metrów i powinien, zwłaszcza przy pracy, mie

ć

 w sobie nie 

wi

ę

cej wra

ż

liwo

ś

ci ni

ż

 sprawna gilotyna.

Jednak w tym momencie czuł si

ę

 mały i bezbronny - mimo 

ż

e dysponował 

arsenałem, który wystarczyłby na eksterminacj

ę

 du

ż

ego i wojowniczego 

plemienia. Patrzył w ekrany i my

ś

lał ponuro, 

ż

e widok za oknem 

znakomicie odpowiada jego nastrojowi. Pole szarofioletowych krzaczków 
ci

ą

gn

ę

ło si

ę

 sm

ę

tnie ku spłaszczonym pagórkom, a zimny wiatr gnał po 

nim długie fale. Gór

ą

 ci

ą

gn

ę

ły niepowstrzymanie pos

ę

pne, ołowiane 

chmury. Si

ą

pił jesienny deszczyk. Brakowało tylko uschni

ę

tej olchy, 

ż

eby si

ę

 na niej powiesi

ć

 i dopełni

ć

 tego beznadziejnego pejza

ż

u.

To był standardowy zwiad. Taki sam, jak dziewi

ęć

dziesi

ą

t trzy 

poprzednie, w jakich Random brał udział i jak kilkadziesi

ą

podobnych, które miały miejsce na tej planecie w ci

ą

gu ostatniego 

miesi

ą

ca. Najpierw zasypywano planet

ę

 dziesi

ą

tkami automatycznych 

sond, a potem, je

ż

eli zaklasyfikowano j

ą

 jako nadaj

ą

c

ą

 si

ę

 do 

kolonizacji, olbrzymi statek planetologiczny ustawiał si

ę

 na orbicie 

stacjonarnej i na powierzchni

ę

 wysyłano zespoły badawcze. W skład 

ka

ż

dego wchodziły dwie osoby. Badacz i obstawa. Taka obstawa to 

absolutna konieczno

ść

. Naukowiec przy pracy to osoba zaj

ę

ta, która 

nie mo

ż

e mie

ć

 oczu dookoła głowy i blastera w ka

ż

dym r

ę

ku, poza tym 

wybitne zdolno

ś

ci w jakiej

ś

 dziedzinie wcale nie 

ś

wiadcz

ą

 o rozs

ą

dku 

i wyobra

ź

ni w 

ż

yciu codziennym.

Random był obstaw

ą

. Praca jak ka

ż

da inna, tyle 

ż

e dobrze płatna. Na 

ogół była to praca m

ę

cz

ą

ca, czasem nudna, cz

ęś

ciej irytuj

ą

ca, zawsze 

niebezpieczna.
Stał za plecami naukowców najró

ż

niejszych ma

ś

ci, strzelał do zwierz

ą

najró

ż

niejszych wielko

ś

ci i najkoszmamiejszych kształtów, naprawiał 

urz

ą

dzenia i chronił ludzi przed po

ż

arciem, rozszarpaniem, wyssaniem, 

wchłoni

ę

ciem, pora

ż

eniem, zło

ż

eniem w nich jaj i zara

ż

eniem, a oni 

mieli go za kretyna. To był cały problem. Wi

ę

kszo

ść

 naukowców fakt, 

'

ż

e kto

ś

 musi ich chroni

ć

, uwa

ż

ała za osobist

ą

 obraz

ę

, za

ś

 samego 

ochroniarza za co

ś

 w rodzaju tresowanej małpy albo wyuczonego debila.

Mówili do niego gło

ś

no i wyra

ź

nie unikaj

ą

c trudnych wyrazów, albo nie 

mówili w ogóle, dawali do potrzymania tylko solidne przedmioty i 

background image

traktowali jak zb

ę

dny ci

ęż

ar. Na ogół 

ś

miał si

ę

 z tego, ale tym razem 

wcale nie było mu do 

ś

miechu. Tym razem, wyj

ą

tkowo, nie chciał by

ć

 

traktowany jak uzbrojona małpa.
Cała historia zacz

ę

ła si

ę

 w czasie odprawy, jeszcze na pokładzie 

"Konkwistadora". Siedział w fotelu słuchaj

ą

c gl

ę

dzenia szefa 

departamentu ochrony. Przedramiona sw

ę

działy go od jakich

ś

 

zastrzyków, którymi nafaszerowali go faceci z medycznego, a po 
przestrzennej mapie sektora badawczego pełzła przerywana linia 
marszruty. Nie spodziewał si

ę

 niczego nadzwyczajnego. Rutynowy zwiad 

- rozpoznanie obszaru desantu i rekonesans, porównanie siedlisk, 
badania takie, badania siakie, wszystko było na ostatni

ą

 chwil

ę

, jego 

wspólnik doktor Rosita Savonen spó

ź

niała si

ę

. W umy

ś

le zwykły chaos, 

jak to przed desantem - odebra

ć

 bielizn

ę

, dopilnowa

ć

ż

eby wymienili 

wirnik alternatora w prawym p

ę

dniku, wydusi

ć

 pieni

ą

dze od Milandera, 

który leci pojutrze, szef terkotał chaotycznie, w dane oczywi

ś

cie 

wprowadzili poprawki i nagle otworzyły si

ę

 drzwi sali i wszystko 

przestało istnie

ć

.

To było jak piorun. Jak błysk.
W jednej chwili oszalał.
Rosita Savonen przeszła obok niego z kocim wdzi

ę

kiem, usiadła w 

fotelu i u

ś

miechn

ę

ła si

ę

 przepraszaj

ą

co. Była, szczupł

ą

, smagł

ą

 

brunetk

ą

 o miodowych oczach, w których zobaczył podzwrotnikowe 

sło

ń

ce, pla

żę

 i gał

ę

zie pinii na tle rozpalonego nieba. Usłyszał 

muzyk

ę

, poczuł zapach maciejki i smak ananasów. Przed chwila był 

pogodnym, niezale

ż

nym facetem. Teraz stał si

ę

 niewolnikiem. Miał 

lecie

ć

 z ni

ą

 i to j

ą

 miał chroni

ć

. Wiedział, 

ż

e j

ą

 ochrom. Za ka

ż

d

ą

 

cen

ę

. To ju

ż

 nie była kwestia pracy. To ju

ż

 była misja. Włos nie ma 

prawa spa

ść

 jej z głowy. Je

ż

eli straci nogi, to b

ę

dzie si

ę

 czołgał. 

Rozogni

ę

 r

ę

kami rozpalone kraty, zagryzie tygrysa, ale przywiezie j

ą

 

ż

yw

ą

 z powrotem..

Teraz byli sami. We dwoje, na pustej cz

ęś

ci kontynentu. Była skazana 

na jego towarzystwo przez trzy dni. Trzy dni. To do

ść

 czasu, 

ż

eby 

pozna

ć

 kobiet

ę

. Do

ść

 czasu, 

ż

eby si

ę

 zaprzyja

ź

ni

ć

. Do

ść

ż

eby 

przespa

ć

 si

ę

 z sze

ś

cioma cichodajkami na urlopie. O wiele za mało, 

ż

eby zdoby

ć

 Rosit

ę

 Savonen. Zdoby

ć

 miło

ść

 pani doktor Savonen, 

zwłaszcza je

ż

eli si

ę

 jest uzbrojon

ą

 małp

ą

. Postanowił si

ę

 

zaprzyja

ź

ni

ć

. By

ć

 uroczym, inteligentnym, wesołym i m

ę

skim 

wspornikiem. Przyjacielem. Nic prostszego. Postara

ć

 si

ę

 nie 

czerwieni

ć

, nie skuba

ć

 kołnierzyka i nie obgryza

ć

 paznokci. Zachowa

ć

 

spokój i dystans do tego wszystkiego. Zabra

ć

 si

ę

 do roboty.

Przestawił tokamaki na bieg jałowy i odblokował układy transportera. 
Szcz

ę

kn

ę

ły klamry pasów, fotele zahurkotały na plastykowych 

prowadnicach, wizgn

ę

ła pneumatyka luku zej

ś

ciówki.

- Zawsze jeste

ś

 taki mno

żą

cy? - zapytała z drwin

ą

 w głosie.

- Tylko kiedy staram si

ę

 wygl

ą

da

ć

 inteligentnie. - Gdzie si

ę

 podziały 

jego dowcipne od

ż

ywki? - Rosiła d

ź

wign

ę

ła si

ę

 z fotela i przecisn

ę

ła 

na tył kokpitu.
- Transporter jest na dole?
- O ile go zapakowali

ś

my, to jest. - Wcisn

ą

ł si

ę

 za ni

ą

 do luku i 

zsun

ą

ł do wn

ę

trza transportera nie staj

ą

c na szczeblach.  ,

Zdawkowe rozmowy. Gdyby tak mo

ż

na było rozlu

ź

ni

ć

 atmosfer

ę

. To 

atrakcyjna kobieta. Pewnie bez przerwy si

ę

 do niej dostawiaj

ą

. Je

ż

eli 

nie chciał by

ć

 uznany za jeszcze jednego podrywacza, musiał zrobi

ć

 

co

ś

 innego. Najlepszym sposobem zdobycia takiej kobiety jest 

niereagowanie na jej urod

ę

. Podobno. Trzeba udawa

ć

 oboj

ę

tno

ść

. Bo

ż

e, 

jaka ona 

ś

liczna.

Ze zło

ś

ci

ą

 zatrzasn

ą

ł pasy i wł

ą

czył tablic

ę

 rozdzielcz

ą

. Z j

ę

kiem 

otworzyły si

ę

 wrota 

ś

luzy i rami

ę

 wci

ą

garki opu

ś

ciło transporter na 

wypalon

ą

 ziemi

ę

, mi

ę

dzy rozło

ż

yste podpory kutra. Zwolnił sprz

ę

gło i 

pojazd wystrzelił z rykiem silnika, rozgarniaj

ą

c mask

ą

: fioletowe, 

niskopienne krzaczki. Padało. Wł

ą

czył dmuchaw

ę

, zmiataj

ą

c rzadkie 

krople z obiektywów. Z tym dochodził cichy wizg turbin. Nie 
rozmawiali.
Pandom czuł si

ę

 niepewnie. Zupełnie jakby stał na scenie. Było to 

background image

idiotyczne uczucie. Nie wiedział, co ma mówi

ć

. Nie wiedział, czy ma 

mówi

ć

. Nie wiedział o czym mówi

ć

. W ta-' kich chwilach codzienne, 

niezauwa

ż

alne odruchy znikaj

ą

 bezpowrotnie, a ka

ż

dy, cho

ć

by 

najbardziej rutynowy gest trzeba wykonywa

ć

 tak; jak pierwszy raz. W 

takich chwilach mo

ż

na zało

ż

y

ć

 kapelusz do góry nogami, albo ogoli

ć

 

si

ę

 lusterkiem. Nic nie jest pewne.

Kobiety nigdy go nie onie

ś

mielały i nigdy nie przywi

ą

zywał do nich 

wi

ę

kszej wagi. Ta, czy inna, co za ró

ż

nica? Dopóki b

ę

dzie miał 

naszywk

ę

 Administracji Astronautycznej i odznak

ę

 Departamentu Ochrony 

Zwiadu zawsze b

ę

d

ą

 si

ę

 koło niego kr

ę

ciły. B

ę

d

ą

 przychodzi

ć

 i 

odchodzi

ć

 szybko, i bez problemów. B

ę

dzie pami

ę

tał je jako epizody i 

znaki szczególne. Bez imion i osobowo

ś

ci, i zawsze b

ę

dzie wolny i 

samotny.
Teraz chciał Rosity Savonen. Na zawsze. Chciał mie

ć

 

ź

 ni

ą

 dzieci. 

Chciał j

ą

 nosi

ć

 na r

ę

kach.

Wzi

ą

ł si

ę

 w gar

ść

 i zacz

ą

ł odstawia

ć

 oboj

ę

tnego fachowca przy pracy. 

ą

czył panoramiczny ekran. Podniósł zawieszenie wozu. Wy

ś

wietlił 

tras

ę

 marszruty. Podkr

ę

cił klimatyzacj

ę

. Ukradkiem spojrzał w bok i 

nadział si

ę

 na spojrzenie miodowych oczu. Badawcze i ironiczne. 

Mrukn

ą

ł pod nosem i odwrócił wzrok. Miał ochot

ę

 sprawdzi

ć

 bro

ń

, ale 

si

ę

 wstydził. Pitekantrop z karabinem.

Zablokował stery, rozpi

ą

ł suwak kurtki i wydobył pudełko papierosów. 

Potrz

ą

sn

ą

ł nim, wysuwaj

ą

c ustnik na zewn

ą

trz i uniósł do ust.

- Nie pocz

ę

stujesz mnie? - spytała. Podsun

ą

ł jej pudełko.

- Nie wiedziałem, 

ż

e palisz - powiedział. Wzi

ę

ła papierosa i trzymała 

czekaj

ą

c na ogie

ń

. Wyci

ą

gn

ą

ł zapalniczk

ę

.

- Co za kurtuazja - zakpiła. Dalej patrzyła w ten sam sposób. Jakby 
wiedziała i jakby j

ą

 to bawiło.

- Do usług - powiedział. - Jestem u

ż

yteczny. Prowadz

ę

 transporter, 

przypalam papierosy, podaj

ę

 kaw

ę

 do łó

ż

ka i ta

ń

cz

ę

 kaczucz

ę

.

- I mordujesz straszliwe potwory. Jeste

ś

 moim prywatnym, bł

ę

dnym 

rycerzem płatnym od godziny. Wzruszaj

ą

ce.

- Odrzuciła głow

ę

 i wypu

ś

ciła z ust stru

ż

k

ę

 dymu. Nie odpowiedział. 

Transporter trzymał Si

ę

 trasy pokonuj

ą

c łagodne wzgórza.

- Na ilu planetach byłe

ś

? - spytała.

- Na dwudziestu dwóch. A ty?
- Na czterech. Robi

ę

 doktorat.

- Ja nie.
Roze

ś

miała si

ę

, jakby to był znakomity dowcip. Miała niski, przyjemny 

ś

miech.

- Z jakimi naukowcami pracowałe

ś

?

- Z ró

ż

nymi. Z geologami, planetologami, ksenologami...

- A z biologami?
- Te

ż

. Sam w jakim

ś

 sensie jestem biologiem. Bardzo w

ą

sko 

specjalizowanym.
- Biologiem od zabijania?
- Zwierz

ą

t. Zabijam zwierz

ę

ta, 

ż

eby nie zabijały ludzi.

- Bardzo szlachetne^
- Nie jestem szlachetny. Jestem skuteczny.
- Mam nadziej

ę

.

Kiedy dotarli na miejsce, deszcz ustał. Transporter stał w

ś

ród skał i 

kamieni na dnie małego w

ą

wozu, wokół rosły szarozielone ro

ś

liny z 

pióropuszami włochatych li

ś

ci. Panowała cisza. Pandom wł

ą

czył 

wykrywacz masy, który niczego nie wykrył. Du

ż

ych zwierz

ą

t nie było w 

pobli

ż

u. Odpi

ą

ł pas i wstał. Posila zrobiła to samo i poprawiła 

włosy. Zrobiło mu si

ę

 gor

ą

co. Zacisn

ą

ł, szcz

ę

ki i podszedł do bakisty 

z broni

ą

. Kiedy otworzył drzwiczki, zachichotała.

- Wybierasz si

ę

 na wojn

ę

? - spytała. - My

ś

lałam, 

ż

e b

ę

dziesz si

ę

 

posługiwał maczug

ą

.

- Zgin

ę

ła mi w zeszłym tygodniu - wycedził - musiałem to po

ż

yczy

ć

. - 

Zdj

ą

ł z haków obwieszon

ą

 kaburami parcian

ą

 uprz

ąż

 i zacz

ą

ł si

ę

 

ubiera

ć

.

- Po pierwsze, nie oddalaj si

ę

 ode mnie poza zasi

ę

g wzroku. To jest 

bardzo aktywna biologicznie obca planeta. Je

ż

eli napotkasz zwierz

ę

background image

nie ruszaj si

ę

. Je

ż

eli ono ruszy w twoj

ą

 stron

ę

, spojrzy, je

ż

eli 

zrobi cokolwiek, co nie b

ę

dzie ucieczk

ą

, padnij na ziemi

ę

, albo 

przynajmniej zejd

ź

 z linii strzału, je

ż

eli na niej b

ę

dziesz i nie 

wchod

ź

 na ni

ą

, je

ż

eli na niej nie b

ę

dziesz.

- A mog

ę

 sobie nazrywa

ć

 kwiatków?

- Mo

ż

esz sobie nazrywa

ć

 czego chcesz. Tylko uwa

ż

aj. -Wyci

ą

gn

ą

ł 

pistolet impulsowy, otworzył i zamkn

ą

ł z trzaskiem komor

ę

 odpalania. 

Zabezpieczył bro

ń

 i wetkn

ą

ł do olstra.

Planeta przywitała ich mokrym zapachem niedawnego deszczu i 
rozlicznymi obcymi odgłosami kipi

ą

cej wokół aktywno

ś

ci biologicznej. 

Rosita Savonen kroczyła beztrosko, kr

ę

c

ą

c kr

ą

głe, opi

ę

t

ą

 polowym 

kombinezonem pup

ą

, całkowicie spokojna i nie

ś

wiadoma czyhaj

ą

cych 

wokół zagro

ż

e

ń

.

Random szedł z tyłu, z opuszczon

ą

 i rozlu

ź

nion

ą

 praw

ą

 r

ę

k

ą

odbieraj

ą

c całym ciałem sygnały z otoczenia. Ka

ż

dy kamie

ń

 i ka

ż

dy 

krzak i ka

ż

da k

ę

pa ostrej, niebieskawej trawy mogły w ka

ż

dym ułamku 

sekundy eksplodowa

ć

 gejzerem 

ś

lepej, jadowitej furii, sycz

ą

cej i 

kłapi

ą

cej szcz

ę

kami,- pluj

ą

cej jadem, pora

ż

aj

ą

ce) pr

ą

dem, wbijaj

ą

cej 

żą

dło. Ka

ż

dy kamie

ń

, ro

ś

lina i pagórek mógł by

ć

 kamufla

ż

em 

drapie

ż

nika, który czeka na swoj

ą

 kolej. Co

ś

 zatrzeszczało i z 

ci

ęż

kim furkotem skrzydeł wystartowało z kamienistej kału

ż

y pod 

nogami. Pandom odetchn

ą

ł i opu

ś

cił karabinek. Wydawało si

ę

ż

e łoskot 

jego serca odbija si

ę

 echem od 

ś

cian w

ą

wozu. Rozlu

ź

nił mi

ęś

nie 

szcz

ę

ka

Jak tak dalej pójdzie, Sto puszcz

ą

 mi nerwy - pomy

ś

lał.

Gdyby było tak jak dawniej, to siedziałby sobie na kamieniach, palił 
papierosa i raz na jaki

ś

 czas spojrzał dookoła. W tej chwili był 

maszyn

ą

 bojow

ą

 - Zlokalizowa

ć

 - Namierzy

ć

 -Zniszczy

ć

. Kris Pandom - 

ę

dny rycerz płatny od godziny.

Rosita nie zwracała na niego uwagi. Pomocniczy zasobnik sun

ą

ł za ni

ą

 

posłusznie, kołysz

ą

c si

ę

 pól metra nad ziemi

ą

, słuchawka detektora 

masy nasuni

ę

ta na prawe ucho Randoma milczała. Panował spokój.

Zatrzymali si

ę

. Rosita otworzyła drzwiczki pojemnika, zmontowała 

jakie

ś

 skomplikowane urz

ą

dzenie i przyst

ą

piła do pobierania próbek.

Próby wody, zwierz

ę

ta wodne, plankton, drobne owady, ro

ś

liny 

charakterystyczne dla siedliska-widział to dziesi

ą

tki razy. Niedobrze 

si

ę

 od tego robiło. Ekologia.

Uniósł lekko karabinek i zacz

ą

ł si

ę

: koncentrowa

ć

 na otoczeniu. Dno 

w

ą

wozu, na którym stali, pokrywały drobne kamienie i rosły na nim 

dziwaczne ro

ś

liny z pierzastymi pióropuszami. Co

ś

 mogło siedzie

ć

 w 

ich koronach. Mogło si

ę

 czai

ć

 na dole pomi

ę

dzy gigantycznymi 

okr

ą

głymi li

ść

mi pokrytymi nalotem srebrzystych włosków. Co

ś

 mogło 

tkwi

ć

 w tych oczkach wodnych, w których zatapiała sond

ę

.

I tkwiło. Na kamienistym dnie co

ś

 si

ę

 zakotłowało i wystrzeliło ku 

jej nogom dwoma rzutami w

ęż

owego ciała jak purpurowa błyskawica. 

Karabinek zaterkotał sucho, znacz

ą

c powierzchni

ę

 wody 

ś

ciegiem małych 

fontann. 

Ś

ciana w

ą

wozu odpowiedziała t

ę

pym łomotem serii. Rosita 

stała pochylona z pobladł

ą

 twarz

ą

, stworzenie skr

ę

cało si

ę

 u jej nóg 

w konwulsyjnych splotach purpurowego cielska, z którego sterczały 
pokracznie zredukowane łapki. Zapadła cisza; a potem rozskrzeczały 
si

ę

 ptaki. Pandom wypu

ś

cił powietrze z płuc i podszedł. Stworzenie 

przestało si

ę

 wi

ć

 i tylko krótkie ko

ń

czyny uczepione do walcowatego 

ciała drgały konwulsyjnie.
- Masz refleks - powiedziała doktor Savonen i z bulgotem zanurzyła 
próbnik w wodzie.
Zmierzchało, kiedy wrócili do transportera. Rosita otworzyła zasobnik 
i wyj

ę

ła próby zakr

ę

cone szczelnie w plastykowych pojemniczkach. 

Wygl

ą

dało na to, 

ż

e sp

ę

dziła udany dzie

ń

.

Wojna nerwów trwała. Rosita nie zwracała uwagi na Randoma. Pandom 
udawał, 

ż

e nie zwraca uwagi na Rosit

ę

. Pomału zacz

ą

ł w

ą

tpi

ć

 w swoj

ą

 

taktyk

ę

, tylko 

ż

e w ko

ń

cu nic innego nie mógł zrobi

ć

.

Stan

ą

ł przy baki

ś

cie z broni

ą

 i rozpi

ą

ł sprz

ą

czki pasów. Rosita 

kl

ę

czała na tle odsuni

ę

tego włazu przekładaj

ą

c swoje próby do 

plastykowych pudeł. Wyjrzało zachodz

ą

ce sło

ń

ce i Pandom mógł 

background image

ukradkiem obserwowa

ć

 plamy ciepłego, złotego 

ś

wiatła kład

ą

ce si

ę

 na 

jej szyi i barkach. Miała mocny profil, podkre

ś

lony lekko orlim 

nosem, odrobin

ę

 za długim, wyra

ź

ne brwi i zmysłowe usta. Ciekawe, kto 

mógł je całowa

ć

? Pandom westchn

ą

ł. Zdj

ą

ł uprz

ąż

 i powiesił na 

zaczepach karabinek. Tego dnia zabił jeszcze jedno zwierz

ę

. Paskudn

ą

 

krzy

ż

ówk

ę

 kota z hien

ą

 o gibkich ruchach i długim pysku, który 

otwierał si

ę

 niemo

ż

liwie Szeroko, pokazuj

ą

c szeregi ko

ś

lawych z

ę

bów. 

To była jeszcze gorsza kl

ę

ska ni

ż

 za pierwszym razem. Kiedy zwierz

ę

 

zacz

ę

ło skaka

ć

 po skałach w ich kierunku, nawet si

ę

 nie 

przestraszyła. Wyprostowała si

ę

 tylko i spojrzała. Zacz

ą

ł strzela

ć

 

ledwo złapał je w celownik krótk

ą

 seri

ą

 z bezpiecznego dystansu. 

Pociski trafiły stworzenie poni

ż

ej szyi rozrywaj

ą

c mi

ęś

nie i rzucaj

ą

nim o skał

ę

. Sturlało si

ę

 na dół jak drgaj

ą

cy łachman i legło na 

piargu przebieraj

ą

c nogami. Rosita odwróciła si

ę

 i odeszła. Nie 

okazywała pogardy. Po prostu, nic j

ą

 to nie obchodziło. Nie oczekiwał 

oklasków, ale mogłaby si

ę

 przynajmniej u

ś

miechn

ąć

. W ko

ń

cu to jej 

bronił.
Zamkn

ą

ł bakist

ę

 i odwróciwszy fotel usiadł niedbale przewieszaj

ą

nog

ę

 przez por

ę

cz.

- Pomóc ci w czym

ś

? - zagadn

ą

ł. Rosita potrz

ą

sn

ę

ła głow

ą

 i odgarn

ę

ła 

z twarzy włosy.
- Dzi

ę

kuj

ę

. Tu nie m

ą

 do czego strzela

ć

. - Podniosła pudło z próbami 

i zaniosła do ładowni. Pandom wzruszył ramionami. Rosita szurała i 
łomotała czym

ś

 w ciasnym przedziale ładowni, a w ko

ń

cu wyszła, prosto 

w pomara

ń

czow

ą

 plam

ę

 zachodz

ą

cego sło

ń

ca i u

ś

miechn

ę

ła si

ę

. Wygl

ą

dała 

prze

ś

licznie i Pandom oszalał jeszcze bardziej.

- Zjedzmy co

ś

. - Wcisn

ę

ła przycisk i luk zasun

ą

ł si

ę

 z łomotem. Potem 

podeszła do wn

ę

ki kuchennej i zacz

ę

ła wy

ś

wietla

ć

 jadłospis na 

ekranie.
-Co chcesz?,
- Wszystko jedno. To co ty. - Stała tyłem, wi

ę

c mógł z cał

ą

 swobod

ą

 

wodzi

ć

 za ni

ą

 rozpromienionym wzrokiem. Po

ż

era

ć

 j

ą

 oczyma. Rozbiera

ć

 

j

ą

 oczyma. Kocha

ć

 j

ą

 oczyma. Patrze

ć

 jak si

ę

 krz

ą

ta, taka szczupła i 

pi

ę

kna, przygotowuj

ą

ca kolacj

ę

 dla niego. Dla nich obojga. Jakby była 

jego 

ż

on

ą

. Jakby robiła kolacj

ę

 w ich domu. O Jezu!

Co prawda, nie było przy tym zbyt wiele roboty. Wydobyła z bakist 
kilka puszek i plastykowych pudełeczek, wdusiła kilka przycisków. 
Zd

ąż

ył odchyli

ć

 od 

ś

ciany stół i zło

ż

y

ć

 siedzenia naprzeciwko siebie, 

kiedy podeszła z dwoma tackami i usiadła.
"Kolacja we dwoje" - pomy

ś

lał. - Gdyby tylko wiedział. - Mie

ć

 wino, 

kryształowe kieliszki, jakie

ś

 

ś

wiece - to by zrobiło wra

ż

enie. 

Mogłaby wło

ż

y

ć

 sukienk

ę

. Na. przykład ten wzorzysty, jedwabny sarong, 

w którym widział j

ą

 po raz pierwszy. Teraz miała na sobie zielonkawe 

polowe portki i szaro-oliwkow

ą

 podkoszulk

ę

. Jedynym kobiecym 

szczegółem stroju był cienki złoty ła

ń

cuszek na smukłej, opalonej 

szyi. Patrzył z przyjemno

ś

ci

ą

 jak 

ż

uła, energicznymi ruchami szcz

ę

ki, 

popijaj

ą

c wielkimi łykami. Zdecydowana kobieta, która wie czego chce 

i nie traci czasu najedzenie. Złowiła jego spojrzenie i u

ś

miechn

ę

ła 

si

ę

. Nie do niego. Do siebie. Jakby wiedziała.

- Dziwny facet z ciebie - powiedziała.
- Dlaczego?
- Tak sobie. Jak to si

ę

 stało, 

ż

e zacz

ą

łe

ś

 tu pracowa

ć

?

- Lubi

ę

 ryzyko. Lubi

ę

 prac

ę

, w której co

ś

 si

ę

 dzieje. Lubi

ę

 kosmos, 

nowe 

ś

wiaty, wszystko dzikie i nietkni

ę

te. Lubi

ę

 walczy

ć

, strzela

ć

budzi

ć

 si

ę

 w nowych miejscach i polega

ć

 na swoim sprycie, sprz

ę

cie i 

wyszkoleniu. Przygody, twarde 

ż

ycie... to ciekawe zaj

ę

cie dla-

m

ęż

czyzny. Robiłem ju

ż

 ró

ż

ne rzeczy, ale to mnie nudziło. Nic nie 

robi

ć

 na dłu

ż

sze met

ę

 te

ż

 nie potrafi

ę

. W ko

ń

cu trafiłem tutaj. 

Dobrze płac

ą

... nie wiem, spodziewała

ś

 si

ę

 specjalnych motywacji?

- Tak tylko. Dlaczego na przykład nie poszedłe

ś

 do wojska? Do 

komandosów?
- Do wojska? A co wojsko ma do roboty? Szkoli

ć

 si

ę

 latami, 

ż

eby raz 

by

ć

 u

ż

ytym przeciw jakim

ś

 terrorystom? 

Ż

eby raz na pi

ęć

 lat bra

ć

 

udział w drobnym konflikcie granicznym? Zreszt

ą

 nie mam ochoty 

background image

zabija

ć

 ludzi. Poza tym, tutaj działam na własn

ą

 r

ę

k

ę

. Nie znosz

ę

 

szar

ż

y i rozkazów - tu jestem wolny i niezale

ż

ny. - Zacz

ę

ła si

ę

 

ś

mia

ć

. Nagle i gwałtownie. Tak, jakby opowiedział znakomity dowcip.

- Przepraszam. To me z ciebie, tylko tak, co

ś

 mi si

ę

 skojarzyło. - 

Napiła si

ę

 kawy i odsun

ę

ła od siebie tack

ę

. Zamilkł i siedział 

speszony 

ż

uj

ą

c peklowan

ą

 wołowin

ę

 jak skrawek papieru.

- Nie przejmuj si

ę

 tak. Wygl

ą

dasz jak gladiator, a peszysz si

ę

 jak 

panienka. Masz kogo

ś

?

- Kogo

ś

?

- Kobiet

ę

, narzeczon

ą

, dziewczyn

ę

?

- Na stałe nie.
- Tylko dziesi

ą

tki chwilowych, co?

- Słuchaj, to nie jest tak... - zacz

ą

ł. Znowu zacz

ę

ła si

ę

 

ś

mia

ć

.

- Co ty? B

ę

dziesz si

ę

 tłumaczył? Stary! Przecie

ż

 wiem, jak jest. Nie 

jestem zazdrosna: W ko

ń

cu tylko mnie bronisz przed smokami. Powiedz, 

co by

ś

 zrobił, gdyby mnie co

ś

 ze

ż

arło? Pom

ś

ciłby

ś

 mnie? - Wzruszył 

ramionami. Kpiła sobie z niego. Czy

ż

by to a

ż

 tak było wida

ć

? Pewnie 

zachowywał si

ę

 jak idiota.

- Nie wysilaj si

ę

 - powiedział - to dla mnie po prostu praca.

Dlaczego na pokładzie nie ma alkoholu? Jak mógł nie wzi

ąć

 

ż

adnego 

alkoholu? Upi

ć

 j

ą

. W ostateczno

ś

ci samemu si

ę

 upi

ć

. Królestwo za 

butelk

ę

 jałowcówki. Zapalił papierosa.

- Powiedz mi co

ś

 o sobie - zaproponował - masz m

ęż

a? Dzieci?

- Nie mam m

ęż

a ani dzieci. Nie mam na to czasu. Mo

ż

e pó

ź

niej. Nigdzie 

mi s4 nie 

ś

pieszy. Ale nie jestem samotna. I nie jestem do wzi

ę

cia. 

Sama wybieram sobie m

ęż

czyzn. Tarzanie.        '

- Nie robiłem ci 

ż

adnych propozycji.

- Bo tobie si

ę

 wydaje, 

ż

e ju

ż

 mnie kupiłe

ś

. Siedz

ę

 w twoim 

transporterze, wozisz omie, ochraniasz, jeste

ś

my sami. Zdaje ci si

ę

ż

e jak jeste

ś

 takim wspaniałym samcem, obwieszonym armatami, to mi od 

razu stanik p

ę

knie?

- Nie nosisz stanika - rzekł Pandom. - A ja nie lubi

ę

 dyskutowa

ć

 z 

feministkami. S

ą

 nudne i fanatyczne: Zreszt

ą

 wi

ę

kszo

ść

 z nich to 

lesbijki.
- Nie jestem feministk

ę

. Po prostu wiem o tobie wi

ę

cej, ni

ż

 ci si

ę

 

zdaje. Wiem nawet wi

ę

cej, ni

ż

 ty sam wiesz.

- Troch

ę

 ci si

ę

 to wszystko popl

ą

tało, ale i tak - imponuj

ą

ce.

- Co?
- To, 

ż

e tyle o mnie wiesz. Sk

ą

d?

- Mniejsza z tym. Kiedy

ś

 ci powiem. 

Ż

al mi ci

ę

.

Ż

al?! Mnie?!

- Tak. Zreszt

ą

 powiedziałam za du

ż

o. Posłuchaj. - Dotkn

ę

ła jego r

ę

ki. 

Miała delikatne, ciepłe palce. - Wiele rzeczy w 

ż

yciu okazuje si

ę

 

pozorem. Jeste

ś

 sympatycznym chłopakiem i wiele rzeczy mogłoby 

wygl

ą

da

ć

 inaczej. Ale to nie twoja wina.

- Dziewczyno, o czym ty mówisz?!
- Niewa

ż

ne. Sama ju

ż

 nie wiem, co mówi

ę

. - U

ś

cisn

ę

ła lekko jego dło

ń

 

i wstała zabieraj

ą

c tacki i kubki. Znikn

ę

ła w kuchennej wn

ę

ce, zawył 

młynek do 

ś

mieci, a ona zacz

ę

ła mówi

ć

 o jutrzejszym dniu, o badaniach 

i pogodzie. Random nie słuchał. Co

ś

 nie zostało dopowiedziane, a 

Random nie znosił niedomówie

ń

. Ona wiedziała. To jasne. Wiedziała od 

samego pocz

ą

tku. Tylko o co, u diabła, chodzi w tej całej gadce?

Wstał i otworzył swoj

ą

 osobist

ą

 bakist

ę

. Miał tam ksi

ąż

ki, bielizn

ę

papierosy, karty, kasety, przewracał to wszystko nerwowo szurgaj

ą

przedmiotami. Na kutrze co

ś

 by si

ę

 znalazło, ale tutaj... Wstał i 

kopniakiem zatrzasn

ą

ł drzwiczki. To jest kl

ę

ska. Ona wie, i ma to 

gdzie

ś

. Bez wzgl

ę

du na to, co tam miała na my

ś

li, to jest kl

ę

ska. Z 

jakich

ś

 niejasnych kobiecych powodów - niewa

ż

ne. Zaraz. W kuchni? 

Nie. Ostatnio latał z tym geologiem Hansenem. Facet był regularnym... 
gdzie on spał? Na trzeciej hundce. Kucn

ą

ł przy trzeciej hundkoi, 

podniósł 

ż

aluzj

ę

, wysun

ą

ł materac i wsadził r

ę

k

ę

 gł

ę

boko w podr

ę

czn

ą

 

nisz

ę

 na drobiazgi. Jest! Jak rany, jest! Wiwat stary oliwa Hansen! 

Alkoholiczny 

ś

wi

ę

ty Mikołaj. Potrz

ą

sn

ą

ł piersiówka, niewiele tego, 

ale zawsze. Zbierze si

ę

 ponad 

ć

wiartka.

background image

Random usiadł przy stoliku, wydłubał papierosa z pudełka i otworzył 
butelk

ę

. Zapalił i poci

ą

gn

ą

ł łyk. Taki bez przesady. Na pocz

ą

tek. 

Rosita wyszła z kuchni z foliowym opakowaniem sze

ś

ciu puszek 

lemoniady. Szurn

ę

ła je po blacie i usiadła naprzeciwko.

- Napijesz si

ę

? - Skin

ę

ła głow

ą

. - Przynios

ę

 jakie

ś

 szklanki.

- Daj spokój - powiedziała. - Nie latam od wczoraj.
Wzi

ę

ła od niego butelk

ę

 i poci

ą

gn

ę

ła spory łyk. Skrzywiła si

ę

, oddała 

butelk

ę

 i rozerwała foli

ę

, wzi

ę

ła sobie puszk

ę

. Random otworzył 

drug

ą

.

- Słuchaj - zacz

ą

ł niepewnie. - O co ci chodziło przed chwil

ą

? M

ę

czy 

mnie to. - Pokr

ę

ciła przecz

ą

co głow

ą

 i odgarn

ę

ła włosy.

- Nic. I nie mówmy o tym. Dowiedziałam si

ę

 czego

ś

. Czego

ś

, czego nie 

powinnam si

ę

 była dowiedzie

ć

.

- Czego

ś

 o mnie?

- Tak i nie. Zreszt

ą

, sam si

ę

 kiedy

ś

 dowiesz. Nie pytaj wi

ę

cej. Chc

ę

 

o tym zapomnie

ć

. Gdybym potrafiła, wszystko by było inaczej.

- Wszystko?
- To, co ci

ę

 m

ę

czy. Nie chc

ę

 o tym mówi

ć

. Nie chc

ę

, rozumiesz! Daj 

butelk

ę

. - Podał jej butelk

ę

. Wypiła i bardzo szybko popiła 

lemoniad

ą

. Wzdrygn

ę

ła si

ę

. - Nie chc

ę

 ju

ż

 pi

ć

. Nie umiem. Wolałabym 

si

ę

 upi

ć

.

- Dlaczego?
- Dlatego. Przesta

ń

 mnie m

ę

czy

ć

. Nic ci

ę

 to nie obchodzi.

- Dobra. Przepraszam. Nie powinienem był pyta

ć

.

- Nie powiniene

ś

. Gdzie mam spa

ć

?

- Mo

ż

esz w mojej sypialni, ja si

ę

 prze

ś

pi

ę

 na kanapie w salonie.

- Och, nie zgrywaj si

ę

.

- W tym transporterze jest sze

ść

 hundkoi. Jedna jest zaj

ę

ta, ale 

wszystkie s

ą

 do twojej dyspozycji.

- Ju

ż

 mówiłam, 

ż

e sama o tym decyduj

ę

.

- Masz wolny wybór. - Poci

ą

gn

ą

ł tyk 

ż

ytniówki, a potem, papierosa. 

Rosita wstała i podeszła do otwartej koi Hansena.
- To twoja?
- Strzał w dziesi

ą

tk

ę

 - to nie moja. - Wydobyła z bakisty swój 

ś

piwór 

i rozwin

ę

ła go na materacu, potem znalazła kosmetyczk

ę

 i poszła do 

łazienki. Random te

ż

 wstał od stołu, wzi

ą

ł butelk

ę

, wlał przyzwoit

ą

 

doz

ę

 do na wpół pustej puszki, zabrał papierosa, zapalniczk

ę

 i 

kołysz

ą

c płynem w pojemniczku ruszył do wyj

ś

cia. Przeszedł ciasny 

korytarz mi

ę

dzy ładowni

ą

 i łazienk

ą

 i skr

ę

cił do 

ś

luzy. Właz odsun

ą

ł 

si

ę

 ze 

ś

wistem pneumatyki ukazuj

ą

c pochmurn

ą

 noc, czarn

ą

 jak smoła.

Random usiadł na schodkach trapezu, usiłuj

ą

c dojrze

ć

 gwiazdy. Znowu 

m

ż

yło. Gdzie

ś

 w gł

ę

bi nocy zwierz

ę

ta rozmawiały obcymi głosami. Co

ś

 

post

ę

kiwało, gwizdało, tupało, szele

ś

ciło krzakami.

Co

ś

 si

ę

 dzieje. No wi

ę

c, dowiedziała si

ę

 czego

ś

. M

ę

tne aluzje, 

ż

mo

ż

e chciałaby, gdyby nie to co

ś

, czego si

ę

 dowiedziała. O co, do 

jasnej cholery, chodzi? Nic z tego wszystkiego nie b

ę

dzie. Do diabła 

z tym. Poci

ą

gn

ą

ł łyk i zapatrzył si

ę

 w noc, ale widział tylko j

ą

Widział, jak si

ę

 u

ś

miecha, pokazuj

ą

c ładne, białe z

ę

by, jak odgarnia 

włosy z twarzy, jak trzyma go za r

ę

k

ę

.

Po co si

ę

 m

ę

czy

ć

. Dopił resztk

ę

. W ciemno

ś

ci, poza plam

ą

 

ś

wiatła 

padaj

ą

cego z włazu zapłon

ę

ło troje purpurowych oczu. Rzucił w nie 

puszk

ą

. Zaklekotała o kamienie i oczy zgasły. Wyrzucił papierosa, 

wstał i poszedł do kuchni. Otworzył wn

ę

k

ę

 medyczn

ą

, a potem apteczk

ę

Znalazł buteleczk

ę

 i wyrzucił czerwon

ą

 kapsułk

ę

 na dło

ń

. Libidan. 

Daj

ą

 to wojsku. Daj

ą

 to astronautom. Jedna kapsułka i spokój z 

kobietami na dziesi

ęć

 godzin. Tylko, 

ż

e to załatwia tylko fizyczn

ą

 

stron

ę

 problemu. Znalazł kubek, nalał wody, po czym trzasn

ą

ł kapsułk

ę

 

do zlewu i wylał wod

ę

.

Szcz

ę

kn

ę

ły drzwi do łazienki, potem wizgn

ą

ł zamykany właz wej

ś

ciowy. 

Rosiła przeszła przez kabin

ę

 naga, ubrana tylko w trójk

ą

t sk

ą

pych, 

niebieskich majtek i podeszła do bakisty. Random poczuł na całym 
ciele lodowate ciarki. Kr

ą

głe, drobne piersi kołysały si

ę

 kiedy szła, 

potem kiedy nachylała si

ę

 przy bala

ś

cie. Poczuł, 

ż

e krew uderza mu do 

twarzy. Niemal usłyszał szelest napełniaj

ą

cych si

ę

 naczy

ń

 

background image

krwiono

ś

nych.

- Rosiła - prawie wyszeptał. Małe dłonie, smukłe uda i płaski brzuch. 
Ciemne włosy opadały jej na twarz. Odgarn

ę

ła je i wtedy co

ś

 w nim 

p

ę

kło. Podszedł i wzi

ą

ł j

ą

 w ramiona. Przywarła do niego całym 

ciałem, poczuł jej dłonie na plecach, na karku. Odrzuciła głow

ę

 w 

tył, poczuł na wargach gor

ą

cy oddech, po czym zesztywniała i jej usta 

uciekły na bok. Odwróciła głow

ę

 i odepchn

ę

ła go lekko.

- Nie - szepn

ę

ła - nie mog

ę

 tak. Nie mog

ę

. Pu

ść

 mnie.

- Co si

ę

 stało? - zapytał ze 

ś

ci

ś

ni

ę

tym gardłem.

- Nic. Przepraszam. Naprawd

ę

. Uwierz mi, 

ż

e nie mog

ę

. To nie fair 

wobec ciebie.
- Znowu to co

ś

?

- Tak. Pu

ść

 mnie, Kris. Przepraszam ci

ę

. - Pu

ś

cił j

ą

 z poczuciem 

zupełnej bezradno

ś

ci. Odwróciła si

ę

, ukazuj

ą

c szczupłe plecy i 

ramiona okryte ciemnymi włosami. Wydobyła 

ś

wie

żą

 podkoszulk

ę

 i 

wci

ą

gn

ę

ła j

ą

 przez głow

ę

. Random usiadł i zapalił nast

ę

pnego 

papierosa-
Tej nocy wzi

ą

ł kapsułk

ę

 i udało mu si

ę

 zasn

ąć

.

Rano prawie nie rozmawiali. Zjedli 

ś

niadanie, a potem ruszyli. Random 

usiadł przy sterach i poprowadził pojazd poprzez w

ą

wóz, lawiruj

ą

mi

ę

dzy głazami i przeje

ż

d

ż

aj

ą

c przez mniejsze kamienie. Było 

pochmurno.
W wapiennych 

ś

cianach w

ą

wozu pojawiły si

ę

 jaskinie, a sam kanion 

rozszerzył si

ę

 i ro

ś

linno

ść

 była tu znacznie g

ę

stsza. Random 

prowadził w milczeniu
Kiedy dojechali na miejsce, rozległ si

ę

 brz

ę

czyk trasera. Transporter 

stał kilkana

ś

cie metrów od niewielkiego stawu.

- To jest to jeziorko - odezwała si

ę

 Rosita z zadowoleniem. - Tam na 

górze, za w

ą

wozem znajduje si

ę

 step, a tu jest wodopój. Widzisz 

ś

cie

ż

ki?

- Widz

ę

 - powiedział Random. Wodopój oznacza ró

ż

ne zwierz

ę

ta. Bardzo 

ż

ne. Random wstał i przygotował bro

ń

. Obyło si

ę

 bez docinków.

Przy wodopoju panowała martwa cisza. Zwierz

ą

t nie było wida

ć

, je

ż

eli 

nie liczy

ć

 kilku wielkich ptaków, które na ich widok poderwały si

ę

 z 

ci

ęż

kim łopotem skrzydeł i zacz

ę

ły kr

ąż

y

ć

 w górze. Jak s

ę

py - 

pomy

ś

lał Random. Czuł niepokój. Rosita szła spokojnie, zasobnik ze 

sprz

ę

tem sun

ą

ł za ni

ą

 posłusznie, i nigdzie nie było 

ś

ladu 

najmniejszego zagro

ż

enia.

Czuł ucisk impulsowego karabinka zało

ż

onego na automatyczny podajnik 

zło

ż

ony wzdłu

ż

 pleców. Jeden ruch przedramienia i masz bro

ń

 w r

ę

ku. 

Dwie dziesi

ą

te sekundy. Jednak czuł niepokój. Nieokre

ś

lone przeczucie 

dławi

ą

ce gdzie

ś

 w dołku. Za gładko to wszystko szło.

Stan

ę

li nad brzegiem stawu i Rosita zacz

ę

ła montowa

ć

 swój sprz

ę

t.

- We

ź

miemy próby wody, potem poszukamy 

ś

ladów zwierz

ą

t, które z tego 

korzystaj

ą

 - mówiła - na noc zało

ż

ymy pułapk

ę

 fotograficzn

ą

 i po 

robocie. - Sonda z bulgotem zanurzyła si

ę

 w wodzie. Rosita 

przygotowała sobie rz

ą

d plastykowych pojemniczków, odwróciła si

ę

 i 

wydobyła próbnik. Po ciemnej powierzchni wody przesun

ę

ła si

ę

 

zmarszczka drobnych fal, ale nie było wiatru. Random podszedł do 
brzegu i spojrzał uwa

ż

niej.

Wszystko nie trwało nawet sekundy.
Tu

ż

 przed jej nachylon

ą

 twarz

ą

 woda wystrzeliła nagłym gejzerem. W 

rozprysku drobnych kropel zd

ąż

ył zauwa

ż

y

ć

 biały, obły łeb na gi

ę

tkiej 

członowanej szyi i dwa hakowate odnó

ż

a, które obj

ę

ły Rosit

ę

 i 

wci

ą

gn

ę

ły pod powierzchni

ę

. Zaklekotał podajnik i bro

ń

 wskoczyła 

Randomowi do r

ę

ki, ale nie było do czego strzela

ć

. Było po wszystkim. 

Powierzchnia wody uspokoiła si

ę

. Porzucony próbnik pływał przy 

brzegu, na którym le

ż

ały rozsypane pojemniki, jeden z nich z cichym 

bulgotem napełniał si

ę

 wod

ą

. Było po wszystkim. Spojrzał na rozsypany 

przy brzegu sprz

ę

t i w tym momencie eksplodował rozpacz

ą

 i bezsiln

ą

 

furi

ą

.

- Rosita! - rykn

ą

ł głosem dzikiego zwierz

ę

cia i run

ą

ł w wod

ę

Wiedział doskonale, 

ż

e idzie o sekundy. Rosita znajdowała si

ę

 pod 

background image

powierzchni

ą

 i walczyła z koszmarnym stworzeniem. W tej sytuacji, 

powietrza mogło jej wystarczy

ć

 najwy

ż

ej na dwadzie

ś

cia sekund.

Woda w bajorze była płytka - si

ę

gała mu do ramion, za

ś

 sam stawek 

miał nie wi

ę

cej ni

ż

 trzydzie

ś

ci metrów kwadratowych. 

Ż

adne du

ż

zwierz

ę

 nie mogło w nim mieszka

ć

 na stałe. Nabrał powietrza i 

zanurkował. Woda była m

ę

tna, ale nie tak, 

ż

eby nic nie było wida

ć

 - 

widoczno

ść

 si

ę

gała dwóch metrów. Cz

ęść

 mózgu, sparali

ż

owana 

przera

ż

eniem i rozpacz

ą

 została wył

ą

czona. Random stał si

ę

 bojow

ą

 

maszyn

ą

. Potrzebował kilku sekund, 

ż

eby spenetrowa

ć

 dno jeziorka. Nie 

było 

ż

adnych 

ś

ladów. Zapalił diodow

ą

 latark

ę

 przymocowan

ą

 do lufy 

karabinka i smuga 

ś

wiatła rozci

ę

ła brudnozielon

ą

 otchła

ń

. Dostrzegł 

pod nawisem 

ś

ciany w

ą

wozu czarn

ą

 szczelin

ę

 wysoko

ś

ci metra i wypłyn

ą

ł 

na powierzchni

ę

.

Umiał błyskawicznie kalkulowa

ć

 szans

ę

 - tego go nauczono.

Stworzenie nie rozszarpało jej natychmiast - w wodzie -czyli 
wci

ą

gn

ę

ło j

ą

 do tej jaskini. Tam, w gł

ę

bi musi by

ć

 wi

ę

cej miejsca - o 

ile kanał idzie do góry, ponad poziom lustra wody - jest szansa. 
Dziewczyna si

ę

 nie utopi, a on b

ę

dzie mógł działa

ć

.

Pi

ęć

 sekund na hiperwentylacj

ę

 płuc i pod wod

ę

. Złamał si

ę

 w pół i 

zanurkował stromo trzymaj

ą

c bro

ń

 przed sob

ą

. W szczelinie było du

ż

miejsca, co zrozumiałe - zwierz

ę

 było du

ż

e. Kanał prowadził uko

ś

nie w 

gór

ę

, a wi

ę

c do powietrza. Drobiny pyłu kołysały si

ę

 w 

ś

wietle 

latarki. Si

ę

gn

ą

ł po omacku do regulatora mocy karabinka i przesun

ą

ł 

go do przodu. Od tej chwili miniaturowe pociski jego broni uderz

ą

 w 

cel z wi

ę

ksz

ą

 pr

ę

dko

ś

ci

ą

 pocz

ą

tkow

ą

 i wytworz

ą

 w momencie trafienia 

pola siłowe o wi

ę

kszej 

ś

rednicy. Teraz miał w r

ę

kach niemal 

szybkostrzelne działko.
Krew zacz

ę

ła mu łomota

ć

 w skroni i stalowa obr

ę

cz 

ś

cisn

ę

ła płuca jak 

beczk

ę

. Po nast

ę

pnej sekundzie kamieniste dno, nad którym płyn

ą

ł 

uniosło si

ę

 jeszcze bardziej do góry i zobaczył przed twarz

ą

 faluj

ą

c

ą

 

lustrzan

ą

 powierzchni

ę

, w której odbijało si

ę

 o

ś

lepiaj

ą

ce 

ś

wiatło 

jego latarki.
Przebił j

ą

 głow

ą

 i wyskoczył nad wod

ę

 z broni

ą

 gotow

ą

 do strzału, 

chwytaj

ą

c powietrze mi

ę

dzy dziko wyszczerzonymi z

ę

bami. Korytarz 

wiódł dalej pod gór

ę

, W stropie znajdowało si

ę

 jeszcze odgał

ę

zienie, 

przez które wpadała odrobina bladego 

ś

wiatła - a wi

ę

c jest jeszcze 

jedno wyj

ś

cie. Zza zakr

ę

tu dobiegł grzmi

ą

cy jadowity syk i jej krzyk 

- krztusz

ą

cy si

ę

 wod

ą

 spó

ź

niony krzyk wstr

ę

tu i przera

ż

enia - jej 

głos. Random rzucił si

ę

 wzdłu

ż

 korytarza chlupi

ą

c wod

ą

 tryskaj

ą

c

ą

 z 

butów, klekoc

ą

c uwieszonym na pasach uzbrojeniem, z karabinem przy 

biodrze.
Wymin

ą

ł zakr

ę

t korytarza i wtedy 

ś

wiatło latarki wypełniło niewielk

ą

 

jaskini

ę

. Stworzenie było ogromne - miało ze trzy metry wysoko

ś

ci, 

obły, biały łeb pokryty białymi płytkami jak pancerz 

ż

ółwia, z 

dwojgiem owalnych oczu po bokach, długie odnó

ż

a zło

ż

one jak u 

modliszki wyrastały z pionowej cz

ęś

ci tułowia okrytej pancerzem. 

Ni

ż

ej zd

ąż

ył jeszcze dostrzec drug

ą

, owaln

ą

 jak beczka, z dwoma 

parami płetwowatych nóg.
Rosita le

ż

ała wci

ś

ni

ę

ta mi

ę

dzy kamienie pod 

ś

cian

ę

 komory i nie mogła 

si

ę

 ruszy

ć

, bo długi ogon stworzenia, opatrzony hakami przyduszał j

ą

 

do ziemi. Wokół niej kł

ę

biły si

ę

 ciała i ko

ń

czyny gromady małych 

potworów. Owalne głowy unosiły si

ę

 na gi

ę

tkich szyjach i z sykiem 

strzelały w jej kierunku. Rosita zasłaniała si

ę

 ramieniem i 

przesi

ą

kni

ę

ty krwi

ą

 r

ę

kaw kurtki wisiał ju

ż

 w strz

ę

pach. W pieczarze 

cuchn

ę

ło.

Lustracja trwała ułamki sekundy. Stworzenie błyskawicznym ruchem 
odwróciło si

ę

 do Randoma i sycz

ą

c jak krztusz

ą

ca si

ę

 spr

ęż

arka 

rozwarło paszcz

ę

 wysuwaj

ą

c l

ś

ni

ą

ce dzi

ą

sła naje

ż

one palisad

ą

 

hakowatych z

ę

bów. Masywny łeb z wysuni

ę

t

ą

 szcz

ę

k

ą

 i kolczaste 

ko

ń

czyny skoczyły w jego kierunku i wtedy otworzył ogie

ń

. Ogłuszaj

ą

ce 

staccato karabinka wypełniło pieczar

ę

. Zapanowało piekło. Łoskot 

ziej

ą

cej ogniem broni, nieziemski pisk, dym, trzepot ko

ń

czyn, 

rozpryskuj

ą

ce si

ę

 tkanki, w

ś

ciekły ryk Randoma. Stworzenie szarpn

ę

ło 

si

ę

 do tyłu szatkowane strumieniem pocisków i run

ę

ło pod 

ś

cian

ę

 

background image

miotaj

ą

c si

ę

 w konwulsjach. Pandom wskoczył do jaskini i przeci

ą

gn

ą

ł 

ogniem po potomstwie zwierz

ę

cia.

Rosita nadal le

ż

ała mi

ę

dzy kamieniami. Przyciskała do brzucha 

pokrwawion

ą

 r

ę

k

ę

 i dyszała trz

ę

s

ą

c si

ę

 jak w febrze. Szeroko rozwarte 

br

ą

zowe oczy nie widziały nic.

- Rosita... - szepn

ą

ł. Obj

ę

ła go za szyj

ę

. Podniósł j

ą

 na jednym r

ę

ku 

jak dziecko, drug

ą

 r

ę

k

ą

 podniósł bro

ń

 i ruszył do wyj

ś

cia. 

Przecisn

ę

li si

ę

 przez korytarz do rozgał

ę

zienia, potem Pandom 

w

ś

lizgn

ą

ł si

ę

 w górn

ą

 odnog

ę

 i wci

ą

gn

ą

ł j

ą

 za sob

ą

. Dała si

ę

 

prowadzi

ć

 zupełnie biernie i wci

ąż

 dygotała. Na ko

ń

cu korytarza wida

ć

 

było 

ś

wiatło.

Wyszli z pieczary w 

ś

cianie w

ą

wozu i zeszli po kamieniach. Jeziorko 

wygl

ą

dało tak samo jak przedtem i biały stela

ż

 próbnika wci

ąż

 pływał 

przy brzegu. Transporter stal nieruchomy w tym samym miejscu i 
niewiarygodnie bezpieczny. Wci

ąż

 było cicho i spokojnie. Kiedy zeszli 

na dół, Rosita wybuchn

ę

ła spazmatycznym płaczem. Płakała w jego 

ramionach, a on głaskał j

ą

 trz

ę

s

ą

cymi si

ę

 r

ę

kami, całował po włosach, 

sam znajduj

ą

c si

ę

 na granicy histerii. W tym stanie weszli do 

transportera.
Random otworzył wn

ę

k

ę

 medyczn

ą

, wysun

ą

ł kozetk

ę

 i wł

ą

czył układy 

diagnostatu. Rosita dr

ż

ała coraz gwałtowniej, spazmatycznie wci

ą

gaj

ą

powietrze. Przeraził si

ę

ż

e zwierz

ę

 było jadowite i 

ż

e ona umrze 

teraz, na jego r

ę

kach. Zdarł z niej ociekaj

ą

ce wod

ą

 ubranie i nag

ą

 

uło

ż

ył na kozetce. Zaci

ą

gn

ą

ł pasy i wł

ą

czył program ATAK 

NIEZIDENTYFIKOWANEGO ZWIERZ

Ę

CIA SZOK + OBRA

Ż

ENIA. Układy automatu 

o

ż

yły, rozległo si

ę

 miarowe popiskiwanie wska

ź

ników. Ultrad

ź

wi

ę

kowa 

ko

ń

cówka z ampułk

ą

 

ś

rodka uspokajaj

ą

cego dotkn

ę

ła jej ramienia i 

dr

ż

enie ustało.

Random sam zacz

ą

ł dygota

ć

. Wzi

ą

ł si

ę

 w gar

ść

. Zdj

ą

ł mokre ubranie i 

zało

ż

ył suche. Znalazł butelk

ę

 i wlał resztk

ę

 alkoholu do gardła. 

Pomogło. Kiedy zapalał papierosa, palce miał prawie spokojne.

Kiedy Rosita obudziła si

ę

, transporter sun

ą

ł w kierunku 

pozostawionego na stepie kutra, Random w tym czasie zawiadomił 
"Konkwistadora" o wypadku i otrzymał zezwolenie na przerwanie 
wyprawy.
Praw

ą

 r

ę

k

ę

 miała pokryt

ą

 

ś

nie

ż

nobiał

ą

 powłok

ą

 sterylnego opatrunku i 

zało

ż

on

ą

 na elastyczny temblak.

Nie spodziewał si

ę

 cudów, kiedy podchodził, 

ż

eby j

ą

 obj

ąć

.

Ale nie spodziewał si

ę

 te

ż

ż

e go odepchnie.

- Posłuchaj - powiedziała. Miała powa

ż

n

ą

, skupion

ą

 twarz. - 

Uratowałe

ś

 mi 

ż

ycie. Dzi

ę

kuj

ę

 - wiem, 

ż

e to brzmi głupio. - Miała 

zupełn

ą

 racj

ę

. - Wiem, 

ż

e powinnam zareagowa

ć

 inaczej - nie myliła 

si

ę

 ani o jot

ę

. - Nie mog

ę

 inaczej. To nic nie zmienia, ale nigdy ci

ę

 

nie zapomn

ę

. - To zabrzmiało jak po

ż

egnanie i dokładnie tym było.

Nie miał wielkiego wyboru.
- Kocham ci

ę

 - powiedział. 

Ś

wiat stan

ą

ł w miejscu.

- Wiem - odparła z rezygnacj

ą

 i smutkiem. Zapadła cisza, w której 

ś

wiat walił si

ę

 w gruzy. Sło

ń

ce zacz

ę

ło gasn

ąć

.

- Kochałem ci

ę

 od pocz

ą

tku. - Jeszcze jedna próba skazana na kl

ę

sk

ę

 w 

momencie rozpocz

ę

cia. - Tylko dlatego zdołałem ci

ę

 uratowa

ć

.

- Dokładnie o to chodziło. - Zmartwiał. Słyszał d

ź

wi

ę

ki, ale 

pozbawione sensu. Dokładnie o to chodziło. DOKŁADNIE O TO. - 
Wyst

ę

powaniu emocji towarzyszy wydzielanie mikroskopijnych ilo

ś

ci 

neurohormonów, które pobudzaj

ą

 struktury kory mózgowej. Je

ż

eli si

ę

 

umie w to ingerowa

ć

, mo

ż

na wywoła

ć

 ka

ż

de uczucie - tak

ż

e miło

ść

Robili ci jakie

ś

 zastrzyki, prawda? Tonie były zastrzyki. 

Przynajmniej niezupełnie. I nie te, o których ci mówili. Zostawili 
ci

ę

 samego? Wdychałe

ś

 z powietrzem feromony. Patrzyłe

ś

 na jaki

ś

 

ekran? Pokazali ci poklatkowo moje zdj

ę

cie. Prawie sugestia 

hipnotyczna. Nie miał

ęś

 

ż

adnych szans. Kochałe

ś

, zanim zobaczyłe

ś

 

mnie na oczy. - Zastrzyki. Ekran - migoc

ą

cy ekran bez obrazu. 

Powietrze. Przesycone chemikaliami powietrze w pustym pokoju o 
białych 

ś

cianach. Musiał j

ą

 kocha

ć

.

background image

- Na miło

ść

 bosk

ą

, dlaczego?

- Za du

ż

o było wypadków. Naukowiec to rzadkie i kosztowne zwierz

ę

Stałe

ś

 si

ę

 najlepsz

ą

 ochron

ą

 na 

ś

wiecie. Pr

ę

dzej by

ś

 zgin

ą

ł, ni

ż

 

dopu

ś

cił, 

ż

eby co

ś

 mi si

ę

 stało. Bo

ż

e, co za ohyda. Najbardziej 

cyniczne dra

ń

stwo na 

ś

wiecie. Gdybym nie wiedziała, albo t

ę

go nie 

było, mo

ż

e potrafiłabym ci

ę

 pokocha

ć

. Jeste

ś

 inny ni

ż

 reszta tych 

ochroniarzy. Tylko, 

ż

e wtedy nie kochałby

ś

 mnie. Nie chc

ę

 miło

ś

ci, 

któr

ą

 mo

ż

na wł

ą

czy

ć

 i wył

ą

czy

ć

 jak program. Teraz ci

ę

 odwarunkuj

ą

 i 

zapomnisz o mnie. Tak jest najlepiej.
Płakała. Te

ż

 chciał płaka

ć

, ale nie umiał. Umiał rozwali

ć

 pi

ęś

ci

ą

 

dwucalow

ą

 desk

ę

, ale tego nie umiał.

- Sk

ą

d wiedziała

ś

? - Miał głuchy, drewniany głos, jak wszystkie 

automaty.
- "Konkwistadorze nie jest taki wielki statek, jak si

ę

 wydaje. A 

biolodzy, to zupełnie małe miasteczko. Czego

ś

 takiego nie da si

ę

 

utrzyma

ć

 w zupełnej tajemnicy. Kto

ś

 co

ś

 b

ą

knie, inny chlapnie po 

pijaku i mo

ż

na sobie do

ś

piewa

ć

 reszt

ę

. Znam jednego biochemika z 

departamentu medycznego, paru fizjologów. Tego pytano o to, tamtego o 
tamto, łatwo to poł

ą

czy

ć

. Który

ś

 z nich zapowiedział, 

ż

e b

ę

d

ę

 miała 

ciekaw

ą

 wypraw

ę

 - bardzo go to bawiło. Zreszt

ą

 mnie te

ż

, z pocz

ą

tku. 

Wydawało mi si

ę

ż

e to nic wielkiego, nie wiedziałam, 

ż

e to b

ę

dzie 

tak.
Milczał. To nie mo

ż

e by

ć

 prawda. To niemo

ż

liwe. Milczał.

Transporter jechał przez mały, smutny 

ś

wiat zasnuty deszczem. 

Ś

wiat, 

w którym 

ż

yły małe cyniczne gnojki i łamały ludziom 

ż

ycie, bo tak im 

si

ę

 podobało.

Kochał j

ą

 nadal - sugestia hipnotyczna. Zastrzyki. Feromony. 

Neurohormony -biochemia. Pastylki. Miło

ść

.

Milczał. Kuter stał w

ś

ród fioletowych krzaczków, jak rozkraczony 

szkielet 

ż

aby. po kadłubie dreptały nastroszone, czerwone ptaki, 

teraz, podrywały si

ę

 wystraszone pojawieniem si

ę

 transportera. 

Wjechał mi

ę

dzy podpory i uruchomił wci

ą

gark

ę

, uchwyty pEd^ty 

transporter i z j

ę

kiem spr

ęż

arek uniosły go do ładowni. 'Nadal nie 

odzywali si

ę

 wychodz

ą

c przez luk zej

ś

ciówki i siadaj

ą

c w fotelach 

kokpitu.
Rosita starała si

ę

 na niego nie patrze

ć

. Utkwiła wzrok w 

rozkołysanym, fioletowym morzu obgryzaj

ą

c pilnie skórk

ę

 przy 

paznokciu kciuka. Siedzieli w milczeniu, jak skłócona para, wracaj

ą

ca 

z nieudanego przyj

ę

cia. Zupełnie, jakby ich cokolwiek ł

ą

czyło. Kuter 

schował podpory i z rozjarzonymi kr

ę

gami p

ę

dników grawitacyjnych 

wystartował w ołowiane niebo.
Kiedy znale

ź

li si

ę

 na orbicie i mo

ż

na było rozpi

ąć

 pasy i wsta

ć

korzystaj

ą

c ze sztucznej grawitacji, Rosiła wydobyte ze skrytki to 

samo pismo, które czytała na pocz

ą

tku wyprawy i zacz

ę

ła przewraca

ć

 

kartki.
Chciał rzuci

ć

 prac

ę

. Wyjecha

ć

, upi

ć

 si

ę

, uciec. Zaszy

ć

 w suchych 

li

ś

ciach. Za pół godziny b

ę

dzie po wszystkim. Dostanie zastrzyk, mo

ż

kto

ś

 strzeli palcami, albo kla

ś

nie w r

ę

ce, i wszystko si

ę

 sko

ń

czy. Za 

tydzie

ń

 nie b

ę

dzie ju

ż

 pami

ę

tał, jaki kolor miały jej włosy, kiedy 

gładziło je zachodz

ą

ce sło

ń

ce. Mo

ż

e dostanie dodatek do pensji?

Zabior

ą

 mu j

ą

. Nawet nie b

ę

dzie mógł jej kocha

ć

. Wiedział ju

ż

 co ma 

robi

ć

, kiedy mała zielona iskierka zawieszona w

ś

ród gwiazd zamieniła 

si

ę

 w 

ś

wiatła pozycyjne "Konkwistadora".

Wyznaczono mu dok, wleciał do 

ś

rodka i ustawił kuter na rozjarzonym 

prostok

ą

cie.

Wiedział doskonale, co musi robi

ć

ż

eby to wszystko nabrało sensu. 

Nie zabior

ą

 mu jego miło

ś

ci. W ko

ń

cu, niezale

ż

nie od wszystkiego, to 

była miło

ść

; a to znaczy, 

ż

e była autentyczna, bez wzgl

ę

du na to, 

sk

ą

d si

ę

 wzi

ę

ła. Dlatego musi j

ą

 zachowa

ć

.

Rosiła zbierała akurat swoje rzeczy, wi

ę

c nie zauwa

ż

yła, jak wyci

ą

gał 

z bakisty kabur

ę

 z paralizatorem i upychał w wewn

ę

trznej kieszeni 

kurtki.
Kiedy korytarz przej

ś

ciowy przyssał si

ę

 do ich włazu, zatrzymała si

ę

 

i pocałowała go w policzek. Prawie w policzek. Wła

ś

ciwie w k

ą

cik ust. 

background image

To przes

ą

dziło o wszystkim.

- Dzi

ę

kuj

ę

 za wszystko - powiedziała.

Rozdzielili ich natychmiast i bardzo sprawnie. Stało si

ę

 to w 

ś

luzie. 

Kiedy wyszli z korytarza, natychmiast otoczyli ich lekarze. Wszyscy 
bardzo du

ż

o mówili i szybko wyprowadzili j

ą

 z pomieszczenia. Na 

Randoma czekało tylko dwóch, i natychmiast, delikatnie, ale 
stanowczo, wprowadzili go do małego pokoju z białymi 

ś

cianami. Jeden 

z nich przygotował ultrad

ź

wi

ę

kow

ą

 strzykawk

ę

.

- No, bracie - powiedział wesoło - to nie b

ę

dzie bolało. -Delikatnie 

uj

ą

ł rami

ę

 Randoma nad łokciem. - R

ę

kaw - powiedział z u

ś

miechem.

- Ciach i po krzyku - zauwa

ż

ył rado

ś

nie pomocnik. Ran-dom te

ż

 si

ę

 

u

ś

miechn

ą

ł i grzmotn

ą

ł czołem uszcz

ęś

liwion

ą

 twarz sanitariusza i 

niemal równocze

ś

nie grzbietem pi

ęś

ci w podbródek drugiego, który 

nawet nie zd

ąż

ył spowa

ż

nie

ć

. Obydwaj zwalili si

ę

 na podłog

ę

, bez 

cienia 

ż

ycia i rado

ś

ci w twarzach. Pandom schylił si

ę

 i delikatnie 

podniósł z podłogi strzykawk

ę

. Rozładował komor

ę

 i wyj

ą

ł kapsułk

ę

Była nie-oznakowana. To nic, znajd

ą

 si

ę

 tacy, którzy j

ą

 

zidentyfikuj

ą

. Zawsze to dowód. Zamkn

ą

ł j

ą

 w małym, plastykowym 

pudełeczku i schował do kieszeni. Drzwi były zablokowane, wi

ę

c je 

wyłamał. Nie zako

ń

czył jeszcze swojej misji idealnego ochroniarza 

Rosiły Savonen. Miał zamiar nie ko

ń

czy

ć

 jej nigdy.

Pułkownik Raiser nie był 

ż

adnym pułkownikiem. Był szefem departamentu 

ochrony zwiadu, a tytuł pułkownika zachował z czasów słu

ż

by w 

desancie kosmicznym. Zawsze lubił, gdy si

ę

 tak do niego zwracano, 

poniewa

ż

 był zupakiem. Wygl

ą

dał na czterdzie

ś

ci lat, bo uwa

ż

ał, 

ż

e to 

odpowiedni wygl

ą

d dla kogo

ś

, kto ma by

ć

 dowódc

ą

. Miał ponad metr 

osiemdziesi

ą

t wzrostu, włosy ostrzy

ż

one na krótkiego, stalowego je

ż

a, 

koszulk

ę

, szorty i trampki koloru khaki i zginał nad głow

ą

 

gimnastyczn

ą

 spr

ęż

yn

ę

 z uchwytami, kiedy odwiedził go doktor 

Hiodwing. Hiodwing był absolutnym cywilem i przyszedł panikowa

ć

. Poza 

tym, był w departamencie ekspertem do spraw psychologu, i
- Pandom uciekł! - wykrzykn

ą

ł dramatycznie. Pułkownik przestał 

wygina

ć

 spr

ęż

yn

ę

. - Pobił lekarzy, którzy mieli go odwarunkowa

ć

 i 

znikn

ą

ł - kontynuował Hiodwing.

- Ucieczka tu - na statku? Dok

ą

d? - błysn

ą

ł intelektem Raiser.

- Nie wiem dok

ą

d - rzekł Hiodwing cierpliwie. Uspokoił si

ę

. Raiser 

zawsze go uspokajał, 'poniewa

ż

 go denerwował. Sam Hlodwing tłumaczył 

ten paradoks kompleksem ojca. -Trzeba go znale

źć

, zanim narobi 

bigosu. On jest nadal uwarunkowany i w tym stanie jest zdolny do 
wszystkiego.
- Ale dlaczego uciekł? On wiedział?
- Nie wiedział, ale najwyra

ź

niej si

ę

 dowiedział. Nie rozumiemy 

jeszcze dlaczego nie pozwolił si

ę

 odwarunkowa

ć

, ale prawdopodobnie 

jest to zwi

ą

zane z kompleksem ojca. Wa

ż

ne jest, 

ż

e jest w stanie 

szoku i prawdopodobnie uzbrojony.
- Uzbrojony?
- Tak. Na jego kutrze brakuje paralizatora. - Pułkownik odło

ż

ył 

spr

ęż

yn

ę

 i wyj

ą

ł z szuflady biurka masywny pistolet impulsowy. 

Zarepetował go i poło

ż

ył na klawiaturze komputera.

- Gdzie on mo

ż

e by

ć

? - spytał. - Tylko nie pieprz, 

ż

e szuka matki.

- Sk

ą

d mam wiedzie

ć

? Na tym statku s

ą

 cztery pokłady i ze 

siedemdziesi

ą

t kilometrów korytarzy. Tu pracuje i mieszka ponad 

tysi

ą

c ludzi. On mo

ż

e by

ć

 wsz

ę

dzie i mo

ż

e by

ć

 niebezpieczny. Na 

przykład, mo

ż

e chcie

ć

 si

ę

 m

ś

ci

ć

. Uwa

ż

am, 

ż

e trzeba zawiadomi

ć

 

policj

ę

.

- I wszyscy dowiedz

ą

 si

ę

 o tych zasranych eksperymentach? Chcesz, 

ż

eby

ś

my wyl

ą

dowali w pudle?

- Powiemy, 

ż

e oszalał w trakcie ekspedycji.

Ż

aden łaps na tym statku nie da rady go zaaresztowa

ć

. Ten człowiek 

jest wyszkolony w unikaniu i zwalczaniu niebezpiecze

ń

stw. Prawie nikt 

tutaj go nie powstrzyma. -Przybrał spi

ż

owy wyraz twarzy. -Przeciw 

wilkom, doktorze, potrzebne s

ą

 inne wilki. - Zastanowił si

ę

 - To 

cytat - dodał. -Wezwij wszystkich moich ludzi.

background image

Random siedział w małym barze obsługi doków startowych i s

ą

czył rum z 

col

ą

 trzymaj

ą

c na kolanach paralizator zawini

ę

ty w kurtk

ę

. Patrzył na 

drzwi. O tej porze w barze było tylko kilku techników popijaj

ą

cych 

przy szynkwasie.
Był pewien, 

ż

e departament nie wezwie policji, by go zatrzyma

ć

. Takie 

numery z pewno

ś

ci

ą

 s

ą

 nielegalne - eksperymenty na ludziach. Ciekawe, 

czy ju

ż

 wiedz

ą

ż

e uciekł. Na pewno. B

ę

d

ą

 czeka

ć

 przy jego kabinie, 

b

ę

d

ą

 łazi

ć

 po głównym korytarzu. B

ę

d

ą

 sprawdza

ć

 knajpy. Mo

ż

e obstawi

ą

 

Departament Informacji. Mógłby na przykład chcie

ć

 i

ść

 z tym do 

gazety. Trzeba rusza

ć

. Najwa

ż

niejsze to nie siedzie

ć

 w jednym 

miejscu. Dopił rum, zgasił papierosa i wyszedł przewieszaj

ą

c kurtk

ę

 z 

ukryt

ą

 broni

ą

 przez r

ę

k

ę

. Ciekawe, co powiedz

ą

 chłopcom? Pewnie, 

ż

mu odbiło. Uwierz

ą

. Ka

ż

dy by uwierzył. Przy takiej robocie musi odbi

ć

 

pr

ę

dzej, czy pó

ź

niej. Wyja

ś

ni

ą

 im, 

ż

e nie ma sensu robi

ć

 paniki i tak 

dalej.
Wszedł do kanału komunikacyjnego, przejechał na Pasa

ż

 Obwodowy i 

wtopił si

ę

 w tłum. Szedł wolno, wzdłu

ż

 migaj

ą

cych reklamami 

automatycznych sklepików i nie zwracał na siebie uwagi. Kilkadziesi

ą

metrów dalej znalazł automatyczn

ą

 kawiarni

ę

 z dancingiem i wszedł do 

ś

rodka. Wideofony znajdowały si

ę

 na 

ś

cianie przy wej

ś

ciu. Znalazł 

swoj

ą

 kart

ę

, wsun

ą

ł j

ą

 do aparatu i wystukał numer Sicherunga. Numer 

nie odpowiedział. To samo u Tonbye'ego i Connaughta. Ledohoskiego 
tak

ż

e nie było. Zacz

ę

ło si

ę

. Wystukał numer informacji i dowiedział 

si

ę

ż

e Rosita Savonen ma numer C-899 Kabina 899, pokład C. Za

żą

dał 

planu "Konkwistadora" i po chwili plastykowa mapka wysun

ę

ła si

ę

 ze 

szczeliny aparatu.
Na pokład C pojechał trzema ró

ż

nymi windami, klucz

ą

c po korytarzach, 

zmieniaj

ą

c kierunki, je

ż

d

żą

c kanałami komunikacyjnymi i miotaj

ą

c si

ę

 

jak kurczak bez głowy. Zatrzymał si

ę

 po drodze tylko raz, w 

ekskluzywnym sklepie dla pasa

ż

erów, gdzie za potworne pieni

ą

dze kupił 

jedn

ą

 

ż

yw

ą

, czerwon

ą

 ró

żę

.

Kajuta Rosiły znajdowała si

ę

 w kompleksie mieszkalnym "Flora", bardzo 

ładnie poło

ż

onym, na uboczu, w korytarzu przylegaj

ą

cym do oran

ż

erii. 

Nie spotkał nikogo - widocznie mieszkaj

ą

cy tu biologowie byli akurat 

w pracy. Było bardzo cicho, zgiełk głównego korytarza został gdzie

ś

 

za wahadłowymi prze

ź

roczystymi drzwiami z napisem "Hora Apartments". 

Pandom szedł powoli, słysz

ą

c alarmowy łomot serca, tłuk

ą

cego si

ę

 

bole

ś

nie pod mostkiem, szedł z owini

ę

t

ą

 szeleszcz

ą

c

ą

 foli

ą

 ró

żą

 w 

opuszczonym lewym r

ę

ku, z rozlu

ź

nion

ą

 praw

ą

, z paralizatorem tkwi

ą

cym 

pod kurtk

ą

 w kaburze, szedł do niej. Nie bał si

ę

 luf wymierzonych w 

jego głow

ę

, bał si

ę

 rozmowy, która go czekała za chwil

ę

. Nie mógł 

tylko pozwoli

ć

ż

eby dostali go teraz.

Prze

ś

lizgn

ą

ł wzrokiem po gładkich białych 

ś

cianach z syntetycznego 

marmuru, zapami

ę

tuj

ą

c miejsca, w których sam zastawiłby pułapk

ę

zlustrował kł

ę

by tropikalnych li

ś

ci za omywanym wod

ę

 szkliwem 

oran

ż

erii, zbyt cienkim, by powstrzyma

ć

 wi

ą

zk

ę

 paralizatora. Nie 

słyszał cichego szelestu ubrania, przełykanej 

ś

liny, oddechu, nie 

czuł potu zaczajonego człowieka z broni

ę

. Cicho szumiała woda w 

małej, marmurowej fontannie. Nikogo nie było.
Znalazł czarne eleganckie drzwi z mosi

ęż

nymi cyframi 899. Bał si

ę

 

tych drzwi.
Nacisn

ą

ł dzwonek.

Czekał bardzo długo, ale mały ekranik kontaktora pozostał cie

ń

my. 

Rosiły Savonen nie było w domu. Wszedł do oran

ż

erii i usiadł na ławce 

w najbardziej zaro

ś

ni

ę

tym kacie obserwuj

ą

c korytarz majacz

ą

cy za 

szyb

ę

. Pluskała woda, egzotyczne, kolorowe ptaki skrzeczały i 

ś

wiergotały nad jego głowa miotaj

ą

c si

ę

 w

ś

ród tropikalnych li

ś

ci.

Palił papierosa i czekał. Długo. Bardzo długo.
Rosiła nadeszła w ko

ń

cu. Przez spłukiwane potokami wody szyb

ę

 widział 

niewyra

ź

nie, ale poznał je natychmiast. Dał jej kilka minut, po czym 

ostro

ż

nie przeszedł przez korytarz i nacisn

ą

ł dzwonek. Drzwi 

otworzyły si

ę

 od razu. Rosita stała w progu i wygl

ą

dała prze

ś

licznie. 

Ciemne włosy spadały jej teraz na ramiona w długich, g

ę

stych lokach, 

background image

miała delikatny makija

ż

, jedwabna ciemnoczerwone tunik

ę

 w syjamskie 

wzory, pachniała delikatnie i tajemniczo. Uwielbiał ja.
- Co ty tu robisz?! - spytała. Z miodowych oczu wyzierała otchła

ń

 

zdumienia.
- Mog

ę

 wej

ść

? Cofn

ę

ła si

ę

.

- Wejd

ź

. - Podał jej ró

żę

. Folia rozsypała si

ę

 snopem t

ę

czowych 

iskier, zamieniaj

ą

c krople na płatkach w diamenty.

- To dla mnie? - spytała Rosiła cicho. Nagle rozzło

ś

ciła si

ę

 i czar 

prysn

ą

ł.

- Jak u diabła mnie znalazłe

ś

?! Dlaczego dajesz mi kwiaty?! Dlaczego 

nie zostawisz mnie w spokoju?!
Powiedział jej. A potem zacz

ą

ł mówi

ć

 o swojej miło

ś

ci. O jego 

własnej, najprawdziwszej w 

ś

wiecie miło

ś

ci.

- Zało

żę

 si

ę

ż

e on tam jest - powiedział doktor Hlodwing, wła

ś

ciwie 

nie dygoc

ą

c. Stali w korytarzu Flora Apartments. Zwiadowcy 

przebiegali wokół nich bezgło

ś

nie, ubrani w przeciwradiacyjne 

kamizelki. Pułkownik Raiser trzymał w jednym r

ę

ku pistolet impulsowy, 

a w drugim zło

ż

one kajdanki, na szyi miał krótkofalówk

ę

, a w z

ę

bach 

cuchn

ą

ce cygaro.

- Mam nadziej

ę

ż

e tym razem masz racj

ę

 - wycedził. Miało to 

zabrzmie

ć

 gro

ź

nie, ale zabrzmiało niewyra

ź

nie. Zwiadowcy rozbiegli 

si

ę

 po korytarzu, zajmuj

ą

c stanowiska. Zapanował wzgl

ę

dny spokój.

- Zmywajmy si

ę

 - powiedział Raiser wyjmuj

ą

c z ust cygaro. - Do 

oran

ż

erii. - Przykucn

ę

li za li

ść

mi ogromnego figowca, na białym 

ż

wirku i czekali. Raiser skin

ą

ł na jednego ze strzelców, który 

przygi

ę

ty jak pod ostrzałem podbiegł i przywarował obok, z 

paralizatorem w r

ę

ku i czapk

ą

 daszkiem do tym.

- Ledohoski - wysyczał pułkownik zion

ą

c cuchn

ą

cym dymem. - Przyczaisz 

si

ę

 za tamtymi krzakami. Sicherung odwróci jego uwag

ę

, a wtedy go 

trzepniesz - tak jak si

ę

 umawiali

ś

my.

- Tak jest, szefie.
- No, spływaj. Tylko uwa

ż

aj - on jest niebezpieczny. 

Ż

adnej fuszerki.

Strzelec zgi

ę

ty wpół pogalopował w egzotyczne krzaki i przyczaił si

ę

 

opieraj

ą

c luf

ę

 o konar palmy.

- Przecie

ż

 on to wiedział - zaprotestował Holdwing. -Dlaczego 

zawracasz mu głow

ę

?

- Cicho, czekamy. Zapadła cisza.
- Do ci

ęż

kiej cholery!

- Co si

ę

 stało?

- Ptak narobił mi na r

ę

kaw.

- Zamknij si

ę

! On zaraz wyjdzie.

Rosita milczała. - Nie kocham ci

ę

 - powiedziała w ko

ń

cu. - Ty te

ż

 

mnie nie kochasz, to tylko złudzenie. Nic na to nie poradz

ę

. Mam 

własne 

ż

ycie i nie ma w nim dla ciebie miejsca. Nie kocham ci

ę

Zrozum to. Zostaw mnie. Daj mi spokój. Nie pasujemy do siebie. Nie 
znamy si

ę

. Odejd

ź

 i nie wracaj wi

ę

cej. Nie dzwo

ń

. Nie przysyłaj mi 

kwiatów. ZOSTAW MNIE W SPOKOJU. Odejd

ź

. Daj si

ę

 odwarunkowa

ć

 i 

zapomnij o wszystkim. Tak b

ę

dzie najlepiej. Dla ciebie i dla mnie. 

Przepraszam ci

ę

 za wszystko i 

ż

egnaj. - Wstała. Pandom te

ż

 wstał.

Ż

egnaj. - U

ś

miechn

ą

ł si

ę

 z dna swojego piekła i wyszedł.

Szedł korytarzem ze 

ś

ci

ś

ni

ę

tym gardłem przez zgliszcza swojego 

ś

wiata. Czuł dookoła obecno

ść

 wielu ludzi przyczajonych w kryjówkach 

i szedł na nich z opuszczonymi r

ę

kami i t

ę

pym wzrokiem.

Ledohoski uniósł paralizator w obu r

ę

kach i zobaczył na ekranie głow

ę

 

Randoma przekre

ś

lon

ą

 krzy

ż

em celownika. Usłyszał zduszony syk Raisera 

i nacisn

ą

ł spust. Nic si

ę

 nie stało. Nie było 

ż

adnych błyskawic, 

huku, ognia, fontanny szkła, wybuchu krwi, nic, tylko Pandom 
wzdrygn

ą

ł si

ę

 usiłuj

ą

c złapa

ć

 za skronie i run

ą

ł na zielon

ą

 

wykładzin

ę

 kompleksu mieszkalnego Flora.

Natychmiast opadli go przewracaj

ą

c i szamoc

ą

c, wyrywaj

ą

c bro

ń

 z 

kabury, obmacuj

ą

c kieszenie i pozwalaj

ą

c, 

ż

eby przelewał im si

ę

 przez 

background image

r

ę

ce, jak szmaciana lalka.

Pułkownik Raiser podszedł, zwyci

ę

sko wypuszczaj

ą

c strumienie dymu z 

dziurek nosa i przewrócił go czubkiem buta.
- Dobra robota, chłopcy. Teraz schowa

ć

 bro

ń

, bierzcie go mi

ę

dzy 

siebie i zmywamy si

ę

 st

ą

d.

- Co to znaczy, 

ż

e nie mog

ę

 postawi

ć

 go pod s

ą

d polowy?! - ryczał 

Raiser, purpurowy na twarzy jak indyk.
- To znaczy, 

ż

e tu nie ma 

ż

adnego s

ą

du polowego - tłumaczył 

cierpliwie Hlodwing. - To jest statek cywilny, a Ran-dom nawet nie 
jest 

ż

ołnierzem. Ty zreszt

ą

 te

ż

 nie, wi

ę

c nie mo

ż

esz robi

ć

 tu s

ą

du 

polowego. - Pułkownik zachichotał histerycznie.
- Mog

ę

 go wyrzuci

ć

 z pracy!

- A za co?
- Jak to za co?! Za bunt! Jawny sabota

ż

!

- Nie ma czego

ś

 takiego jak bunt i sabota

ż

. Je

ś

li go wyrzucisz za 

bunt, a on powie dlaczego si

ę

 zbuntował, to ciebie wyrzuc

ą

 z pracy, 

nie jego. O ile na tym si

ę

 sko

ń

czy.

- To był twój pomysł!
- Za twoj

ą

 zgod

ą

. Zreszt

ą

 obław na ludzi te

ż

 nie mo

ż

esz robi

ć

. Jeste

ś

 

tu od ochrony ekspedycji, a nie wystawiania westernów.
- Czy ja nic nie mog

ę

 zrobi

ć

 temu niesubordynowanemu skurwysynowi?! - 

Pułkownik wygl

ą

dał rozdzieraj

ą

co.

- Mo

ż

esz zapomnie

ć

 o wszystkim i pozwoli

ć

 mu pracowa

ć

. - Pułkownik 

spojrzał na psychologa wzrokiem mordercy.
- Pozwol

ę

 mu pracowa

ć

 - wycedził w

ś

ciekle - ale nigdy nie zapominam, 

ż

e kto

ś

 zrobił ze mnie durnia. Zapami

ę

taj to sobie - nigdy!

- Marszruta wygl

ą

da tak - mówił pułkownik, a 

ś

wietlny punkcik latał 

po mapie sektora. Random siedział w sali odpraw i uprawiał letarg z 
otwartymi oczami. Do desantu pozostało sze

ść

 godzin, a on wci

ąż

 nie 

wiedział z kim leci. Drzwi rozsun

ę

ły si

ę

, a Raiser u

ś

miechn

ą

ł si

ę

 tak 

szeroko, jak model na konkursie dentystycznym.
- Panowie poznajcie si

ę

 - rzekł serdecznie. - Zwiadowca Pandom, 

profesor Rosmert.
Pandom u

ś

cisn

ą

ł siln

ą

, such

ą

 dło

ń

 geografa i poczuł błogie ciepło 

rozlewaj

ą

ce si

ę

 po ciele. Profesor miał takie m

ą

dre, szczere oczy. 

Kochał go.

Jarosław J. Grz

ę

dowicz