background image

 

 

 

PATRlCIA WILSON 

Słońce Andaluzji 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Trzy  spóźnienia  pod  rząd!  Maggie  stukała  niecierpliwie  w  kierownicę  i  centymetr  za 

centymetrem  posuwała  się  naprzód.  Miała  dziesięć  minut,  aby  wydostać  się  z  korka,  zaparkować  i 

dotrzeć do biura. Poniedziałkowe spóźnienie dało się usprawiedliwić - nieoczekiwane roboty drogowe. 

Do wtorku roboty nabrały rozmachu i chociaŜ wyruszyła z domu wcześniej, i tak się spóźniła. Dzisiaj 

najwyraźniej spóźni się jeszcze bardziej, a usprawiedliwienie przestanie być wiarygodne. Richie będzie 

warczał. Wzruszyła ramionami. Ona teŜ moŜe warknąć na niego, więc po co się martwić? 

Skręcając  na  parking,  stwierdziła,  Ŝe  jednak  nie  jest  tak  źle.  Jeśli  znajdzie  wolne  miejsce,  to 

zdąŜy na czas. Pochyliła się, by wziąć kwit. Miała na sobie ciepłe ubranie, mimo to drŜała na chłodnym 

wietrze. JuŜ kwiecień, a tak zimno, pomyślała. Ta zima chyba nigdy się nie skończy. 

Zamknęła okno i ruszyła przed siebie, szukając miejsca, które pomieściłoby jej golfa. Dostrzegła je 

na końcu rzędu i z zadowoleniem przyspieszyła. Ma jeszcze trzy minuty. Teraz biegiem do redakcji, która 

mieściła się tuŜ obok, w małej bocznej uliczce. 

Nagle  jaskrawoczerwony  porsche  nadjechał  bardzo  szybko  z  przeciwnej  strony,  pod  prąd, 

ignorując  znaki.  Była  pewna,  Ŝe  kierowca  ją  zauwaŜył.  Musiała  ostro  zahamować.  To  na  pewno 

męŜczyzna, tylko męŜczyźni mają czelność tak się zachowywać, pomyślała. 

Zdumienie  zmieniło  się  we  wściekłość,  kiedy  kierowca  zajął  puste  miejsce  -  jej  miejsce. 

Zareagowała  we  właściwy  sobie  sposób.  Natychmiast  wyskoczyła  z  samochodu,  zatrzasnęła  drzwi  i 

wściekła  zbliŜyła  się  do  kierowcy  porsche'a.  Właśnie  wysiadał,  mógł  więc  wsiąść  z  powrotem  i 

odjechać. 

-  To moje miejsce! - zawołała. 

Zamykał samochód, ale gdy się zbliŜyła, wyprostował się na całą imponującą wysokość. W jego 

ciemnych oczach malowało się zdumienie. MęŜczyźni, nawet wysocy i władczy, nigdy nie imponowali 

Maggie. Nie zmroziło jej nawet spojrzenie jego lśniących czarnych oczu. Płonęła z oburzenia. 

Stał bez ruchu, obserwując ją chłodno. Była ubrana w elegancki jasnobrunatny garnitur, spodnie 

wpuściła  w  wysokie  buty.  Włosy  miała  prawie  całkiem  ukryte  pod  kapeluszem  o  męskim  fasonie, 

dopasowanym do odcienia garnituru. 

-  Nie słyszał pan, co mówię? Wjechał pan jak wariat, pod prąd, i zajął moje miejsce! 

-  Słyszałem  -  przyznał  chłodno,  unosząc  czarną  brew.  -  Musiałbym  być  głuchy,  Ŝeby  nie 

zareagować na taki ton. 

-  Więc skoro nie jest pan głuchy, to proszę się stąd zabierać. To moje miejsce, a pan mi je zajął! 

Maggie  patrzyła  na  niego  groźnie,  ale  on  zamknął  samochód,  wsunął  kluczyki  do  kieszeni  i 

włoŜył  grubą,  skórzaną  kurtkę.  Gdyby nie miał ponad metr osiemdziesiąt, Maggie na pewno by   go 

background image

uderzyła. Najwyraźniej zamierzał po prostu odejść. Dziewczyna gwałtownie ruszyła do przodu. 

- Ani kroku dalej - ostrzegł ją cicho. - Nie puszczę tego płazem. 

 

Najwyraźniej odgadł jej zamiary. Maggie zamarła, czerwona z gniewu i ze wstydu. 

- Oczywiście - burknęła. - Mogę sobie łatwo wyobrazić, Ŝe ktoś taki uderzyłby kobietę. Gdybym 

była męŜczyzną, nie ośmieliłby się pan tego zrobić! 

-  Ale ja byłem przekonany, Ŝe pani jest męŜczyzną! - Przyjrzał się jej z ironicznym zdziwieniem, 

kształtne  wargi  wygięły  się  drwiąco.  -  Pani  ubranie  i  zachowanie  nie  pasują  do  kobiety.  Proszę 

wybaczyć moją pomyłkę. 

-  JakieŜ  to  zabawne!  Przez  pana  męski  egoizm  jestem  spóźniona.  Wszyscy  męŜczyźni  to 

dranie, a pan bije wszelkie rekordy! 

-  Proszę mnie zawiadomić, gdzie się zgłosić po nagrodę -   prychnął. - Na pewno zdoła pani 

wywalczyć inne miejsce na parkingu. Radzę szukać jakiegoś uprzejmego starszego pana. 

To  powiedziawszy,  odszedł,  a  Maggie  straciła  kolejne  minuty,  wpatrując  się  w  jego  plecy.  Przez 

głowę przelatywały jej mordercze myśli. Był wysoki, szeroki w ramionach i poruszał się jak wielki, czarny 

kot. Miał wystające kości policzkowe i stanowczy wyraz twarzy. 

Na  pewno  nie  był  Anglikiem.  Miał  zbyt  ciemną  karnację  -  granatowoczarne  włosy,  czarne  

oczy  i  śniadą  skórę.  Był  przystojny  i,  sądząc  z  jego  zachowania,  wiedział  o  tym.  Mówił 

z lekkim obcym akcentem. Cudzoziemiec zabrał jej miejsce na londyńskim parkingu! 

-  Co  się  wyprawia  na  tym  świecie?  -  StraŜnik  parkingowy  uśmiechnął  się  do  Maggie.  -  Nie 

moŜe pani tu stać, panno Howard. Znowu jest pani spóźniona, co? 

-  Wcale nie - zirytowała się. - Najpierw roboty drogowe, a potem ten maniak... 

-  Jest miejsce w następnym rzędzie - uspokoił ją. - Popilnuję go, póki pani nie dojedzie. 

Nadal wzburzona, Maggie wróciła do samochodu. Gdyby była męŜczyzną, nie musiałaby objeŜdŜać 

całego parkingu, bez skrupułów pojechałaby pod prąd i natychmiast dotarła na miejsce. Dlaczego straŜnik 

nie pojawił się na czas i nie powiedział zarozumiałemu cudzoziemcowi, Ŝe złamał przepisy? Najwyraźniej 

słyszał całą kłótnię. TeŜ jest przecieŜ męŜczyzną, stwierdziła. Oni zawsze trzymają razem. 

Zanim  zaparkowała,  jej  spóźnienie  wzrosło  do  dwudziestu  minut,  ale  przestała  się  tym 

przejmować. Ruszyła przez ulicę w kapeluszu mocno nasuniętym na głowę i z zaciśniętymi ustami. Co 

za wspaniały początek dnia! 

Maggie weszła przez szklane obrotowe drzwi i jak zwykle pierwszą rzeczą, którą zobaczyła, była 

tekturowa,  powiększona  okładka  czasopisma  z  nazwą  wypisaną  nieproporcjonalnie  wielkimi  literami: 

„ZAPYTANIA!" 

Ten powszechnie szanowany magazyn zajmował się kontrowersyjnymi sprawami, był zasadniczy 

jak  sama  Maggie.  Pisała  do  niego  od  dwóch  lat  i  mimo  zaledwie  ukończonego  dwudziestego  piątego 

background image

roku Ŝycia, zdobyła znaczną popularność. Najbezczelniejsi reporterzy schodzili z drogi Maggie Howard, 

chociaŜ co miesiąc pochłaniali pisane przez nią artykuły. Opisywała powszechnie bulwersujące sprawy. 

Robiła to bardzo rzetelnie, śaden temat jej nie przeraŜał, a kiedy go drąŜyła, z niezwykłą intuicją łączyła 

fakty.  Miała  fenomenalny  dar  dochodzenia  do  prawdy.  Pracowała  zawsze  z  tym  samym  fotografem. 

Teraz Bruce Mitchell czekał na nią w redakcji. 

Kiedy weszła i odłoŜyła torbę, wskazał na zegar. 

-  Prawie dwadzieścia pięć minut spóźnienia. Prędzej, Maggie, szef na nas czeka. 

-  MęŜczyźni!  -  Maggie  spojrzała  na  niego  groźnie  i  zdjęła  kapelusz,  potrząsając  głową.  Gęste 

włosy opadły jej na ramiona. Złociste, lśniące, lekko falujące. 

-  Co znaczy „męŜczyźni"? Ja jestem męŜczyzną! - spojrzał na nią z oburzeniem. 

Maggie skrzywiła się. 

-  Ty nie, Mitch. Dawno juŜ ci to wybaczyłam, ale ogólnie mówiąc, cała wasza płeć jest... 

-  Wymyślisz właściwe określenie, kiedy zobaczysz Richiego - roześmiał się Mitch. - Czeka od 

pół godziny. 

-  To  głupio  z  jego  strony  -  mruknęła  Maggie,  zdejmując  Ŝakiet.  -  Spóźniłam  się  tylko 

dwadzieścia pięć minut. 

-  Przyszedł wcześniej, Ŝeby nas złapać. 

Wygładziła brązową jedwabną bluzkę, potrząsnęła włosami i ruszyła w stronę pokoju redaktora 

naczelnego.  Idąc  za  nią,  Mitch podziwiał jej smukłą figurę. Nikt, naprawdę nikt nie śmiał komentować 

kształtnej sylwetki Maggie - chyba Ŝe nie bał się jej ostrej riposty. 

Praca  z  Maggie  Howard  była  zaszczytem.  Maggie  była  znakomita  w  swoim  zawodzie,  a  do  tego 

bardzo urodziwa - wysoka, smukła, o brzoskwiniowej cerze i cudownych włosach. Miała w sobie coś 

bardzo zmysłowego - co tym bardziej podniecało, Ŝe sama nie była tego świadoma. Pod maską rzeczowej, 

ostrej dziennikarki kryła się niewinność, którą dostrzegał i której pragnął kaŜdy męŜczyzna. Niestety, na ogół 

brakowało im odwagi. Maggie mogła zabić spojrzeniem z odległości sześćdziesięciu kroków. 

Richie Lowell podniósł głowę, gdy weszli. Spojrzał na Maggie i gestem kazał im usiąść. 

-  Nawet nie wspomnę, Ŝe znowu się spóźniłaś - warknął. 

-   Roboty drogowe - zapewnił go Mitch, siadając na krawędzi biurka. - Sam na nie natrafiłem. 

-  Ale dojechałeś na czas - zauwaŜył ostro Richie. 

-  Tak, bo mama wstała i zrobiła mi śniadanie - oznajmił odwaŜnie Mitch. 

-  W tym tygodniu będzie to pewnie jakaś blondynka, prawda? Złaź z mojego biurka! 

-  Skończyliście juŜ? - zapytała zimno Maggie. - Czego od nas chcesz? 

background image

-  To zadanie specjalne - zdradził Richie Lowell, nakładając okulary na nos. - Polecenie z góry. 

-  A  czego  sobie  Ŝyczy  "góra"?  -  westchnęła  Maggie,  bo  gdy  pan  Parnham,  właściciel 

czasopisma,  wtrącał  się  w  ich  pracę,  nie  wróŜyło  to  nic  dobrego.  Nie  podobało  jej  się  to,  chociaŜ 

jeszcze nie miała pojęcia, w czym rzecz. 

-  Chodzi  o  Hiszpanię  -  odparł  powaŜnie.  -  Powiem  ci  wstępnie, na czym to zadanie polega. - 

Maggie z Mitchem spojrzeli na siebie znacząco. Kiedy Richie Lowell odpuszczał spóźnienie, był chętny 

do  spokojnej  dyskusji  i  zniŜał  głos  do  szeptu,  trzeba  było  mieć  się  na  baczności.  -  Osoba,  o  którą 

chodzi, to hrabia Felipe de Santis - oznajmił Richie. - Trzydzieści sześć lat, niezwykle bogaty, dwa lata 

temu  odziedziczył  tytuł.  Przedtem  widywany  na  wszystkich  wybrzeŜach  Europy  w  luksusowych 

kurortach,  gdzie  zawijał  swoim  jachtem,  podejmował  sławnych  i  bogatych,  otaczał  się  pięknymi 

kobietami. 

-  Całkiem rozsądnie - mruknęła Maggie sarkastycznie. -Taka jego rola. 

-  To nie wszystko - dodał Richie pośpiesznie, by nie stracić uwagi słuchaczy. - On nagle zniknął. 

Bez Ŝadnej wiadomej przyczyny, niespodziewanie. Niemal z dnia na dzień. I długo nie było o nim nic 

wiadomo. 

-  CzyŜby potęŜny kac? - zasugerował Mitch. 

-  To naprawdę powaŜna sprawa! - huknął Richie. 

-  Robi się ciekawie - stwierdziła cicho Maggie. - Mów dalej. 

Była naprawdę zainteresowana, bo to nazwisko coś jej przypominało. Felipe de Santis? Gdzie 

mogła je usłyszeć? 

-  Wygląda na to - ciągnął Richie, ignorując Mitcha – Ŝe zaszył się w Andaluzji. Ma ogromną 

posiadłość w Sierra Nevada, wielką hacjendę czy coś w tym rodzaju. Hoduje konie i najwyraźniej to 

mu wystarcza do szczęścia. 

-  No i co? - spytała Maggie. - Zmienił się. I bardzo dobrze. Nie zamierzam go szpiegować, więc 

jeśli miałeś taki pomysł, zapomnij o tym. 

-  Nie o to chodzi - zaprzeczył szybko Richie. - Zgodził się, Ŝebyśmy wydrukowali tekst o jego 

posiadłości.  To  zaszczyt.  Zwykle  nie  wpuszcza  gości.  -  Wziął  głęboki  oddech  i  popatrzył  na  Maggie, 

której  szare  oczy  z  kaŜdym  jego  słowem  stawały  się  większe  i  bardziej  lodowate.  -  Pojedziesz  do 

Hiszpanii i napiszesz artykuł o okolicy, wspaniałej hacjendzie i hodowanych tam koniach. Mitch zrobi 

zdjęcia. 

-  Chyba  Ŝartujesz!  -  wykrzyknęła  Maggie  z  niedowierzaniem  i  wściekłością.  -  Piszę  o  polityce 

albo sprawach wagi państwowej. Nie zajmuję się turystycznymi kawałkami. A poza tym - dodała, zanim 

Richie zdąŜył otworzyć usta - „Zapytania" to powaŜne pismo, a nie babski magazyn! 

-  Nie  Ŝartuję,  Maggie.  -  Richie  był  chyba  nieco  zawstydzony  bezpośrednim  atakiem.  -  To 

polecenie  samej  góry.  Stary  Parnham  zna  hrabiego  z  dawnych  lat  i  parę  dni  temu  jedli  razem 

background image

kolację. Wtedy wymyślili ten artykuł, a kiedy padło twoje nazwisko, Santis się zgodził. Zdaje się, Ŝe 

chodzi nie tyle o wspaniałą opinię o tobie, ale o fakt, Ŝe jesteś kobietą. 

-  CzyŜby? - spytała Maggie sztywno. - Nudzi mu się w rodowej siedzibie? Daj spokój! 

-  Nie  byłabyś  tam  z  nim  sama,  Maggie.  On  ma  siostrę,  a  poza  tym  Mitch  będzie  z  tobą  - 

wymamrotał zaczerwieniony Richie. - Mówiłem ci, to zarządzenie odgórne. Chodzi nie tylko o to, Ŝe pan 

Parnham  zna  hrabiego.  Mówi,  Ŝe  juŜ  dawno  wpadł  na  ten  pomysł.  UwaŜa,  Ŝe  raz  na  jakiś  czas 

powinniśmy drukować coś lŜejszego, łagodniejszego. 

-  Ale dlaczego padło na mnie? - zdenerwowała się Maggie. 

- Ja nie jestem łagodna! 

-  To będzie miła odmiana - namawiał Richie. – PokaŜesz się z całkiem nowej strony. Mitch 

zrobi wspaniałe zdjęcia. 

Fotograf spojrzał nerwowo na Maggie. Ze zdumieniem spostrzegł, Ŝe dziwnie znieruchomiała. 

Skojarzyła  sobie  wreszcie  to  nazwisko.  Konie  -  lśniące,  wspaniałe.  Gdy  miała  trzynaście  lat, 

długo nie kładła się spać, by obejrzeć jednego, jedynego człowieka. Cały kraj wstrzymywał oddech i bił 

brawo, kiedy młody Hiszpan, przystojny i dumny, demonstrował niezwykłe umiejętności jeździeckie. 

Felipe de Santis! Felipe Wspaniały! To na pewno on. Hodował konie - niemoŜliwe, Ŝeby był to 

zbieg  okoliczności.  Maggie  poczuła  dziwne  podniecenie.  Pewnie  nie  uda  jej  się  napisać  tego  artykułu. 

Bez  wątpienia  ten  Hiszpan  jest  arogancki.  JuŜ  wtedy  wyglądał  na  takiego.  Wtedy  jej  to  imponowało, 

teraz  pewnie  ją  rozwścieczy.  A  ona  nie  zdoła  utrzymać  w  ryzach  swego  temperamentu.  Szanse  były 

naprawdę niewielkie, ale chciała pojechać. Zdyscyplinowany umysł brzydził się takim dziecinnym roman-

tyzmem, jednak wspomnienia wywoływały dziwne podniecenie, z którego dawno powinna wyrosnąć, i 

tłumiły obawy. 

-  No, dobra. Kiedy mamy jechać? - Richiemu najwyraźniej ogromnie ulŜyło, chociaŜ zerkał na 

nią podejrzliwie. 

-  Najpierw  musicie  się  z  nim  spotkać.  Dziś  wieczorem,  w  hotelu.  Idźcie  oboje,  chociaŜ  on 

jeszcze nie wie o Mitchu. Nie było mowy o zdjęciach. 

-  śadnych zdjęć w tekście o zwierzętach i pięknym kraju? - zdenerwował się Mitch. - A jak on 

sobie to wyobraŜa? PoŜyczy nam rodzinny album? 

-  Nie martw się, pojedziesz - uspokajał go Richie. - Idź z Maggie na spotkanie, juŜ ona go 

oczaruje. 

Mitch uniósł brwi. Co za niezwykły poranek. Najpierw Maggie przyjmuje "łagodne" zlecenie, a 

teraz jest wysyłana do oczarowywania. Dziewczyna wstała i ruszyła do drzwi. 

background image

-  Dobrze - powiedziała cicho. 

Za  jej  plecami  Mitch  zerknął  na  szefa.  Richie  uśmiechnął  się,  patrząc  na  sylwetkę  dziewczyny. 

Uniósł oczy do nieba i przesłał jej pocałunek. Na nieszczęście Maggie to dostrzegła. 

-  Powinieneś schudnąć, Richie - mruknęła słodko. - Siedząca praca ci nie słuŜy. 

-  A ty powinnaś trzymać język za zębami, Margaret Howard - odciął się Richie groźnie. Trafiła 

w jego najczulszy punkt. 

-  Wiesz,  co  znaczy  to  imię?  „Jak  perła".  A  ty  jesteś  raczej  jak  brzytwa.  Masz  oczarować 

hrabiego, to rozkaz Parnhama. 

Maggie uśmiechnęła się tylko i wyszła z pokoju. Richie spojrzał groźnie takŜe na Mitcha. 

-  Dlaczego ona jest taka? - spytał z irytacją. - Wszystkie kobiety lubią być podziwiane. 

-  Ale Maggie nie podziwia męŜczyzn - wyjaśnił ostroŜnie Mitch. - Pewnie się taka urodziła. 

Maggie  usłyszała  to  i  skrzywiła  się.  Nie,  nie  urodziła  się  taka.  Nauczyła  się  tego  w 

najboleśniejszy  sposób  i  teraz  zawsze  była  czujna.  WciąŜ  miała  blizny  po  bitwie,  którą  niemal 

przegrała. Teraz nie potrzebowała juŜ niczyjej pomocy. Miała twardą skorupę, jak ostryga. Tylko tyle 

miała wspólnego z perłami. 

Mitch  stał  w  holu  luksusowego  hotelu  i  z  rozpaczą  potrząsał  głową.  Ona  naprawdę  robiła  to 

specjalnie. Jak zwykle, włoŜyła spodnie, chociaŜ mogli zostać zaproszeni na kolację z hrabią. Jedynym 

ustępstwem  było  to,  Ŝe  miała  na  sobie  jedwab  -  zielony  jedwabny  garnitur  i  czarną  bluzeczkę.  I  tak 

dobrze,  Ŝe  nie  włoŜyła  tych  wysokich  butów,  za  to  włosy  znowu  zniknęły  pod  okropnym,  filcowym 

czarnym kapeluszem, który chyba dostała w spadku po ojcu. Płaszcz zostawiła w szatni, ale kapelusz za-

trzymała. Musiał jednak przyznać, Ŝe mimo wszystko wyglądała  ponętniej niŜ kaŜda znana mu kobieta, 

łącznie z aktualną przyjaciółką. 

-  Widziałeś  go  juŜ?  -  Maggie  przerzuciła  przez  ramię  czarną  torebkę.  Torebka  była  za  duŜa  i 

okropnie wypchana, na pewno notatnikami i długopisami. 

Mitch spoglądał na Maggie okiem fotografa, z kaŜdą chwilą bardziej zniechęcony. 

-  Nie.  Pewnie  obserwuje  nas  zza  kolumny.  Chcesz  go  wkurzyć,  Ŝeby  odstąpili  od  całego 

pomysłu, prawda? - podsumował, patrząc na nią z uśmiechem. 

-  Chyba  nie  -  odparła  powaŜnie.  -  Dobrze  mnie  znasz.  Rzeczywiście,  miałam  taki  zamiar. 

Opisywanie posiadłości i Ŝycia hiszpańskich hrabiów i ich sióstr nie jest w moim stylu. Lepiej się czuję 

w roli łowcy dyktatorów, ty teŜ. Ale im dłuŜej się zastanawiam, tym bardziej pociąga mnie perspektywa 

wspaniałych wakacji w Andaluzji. I to za darmo. 

-  PowaŜnie? - zapytał Mitch, szczerze zdumiony. 

-  Prawie powaŜnie - uśmiechnęła się. - MoŜe znajdę coś podejrzanego, kto wie? 

Mitch  teŜ  się  uśmiechnął.  To  było  bardziej  podobne  do  Maggie.  Niecierpliwie  zerknęła  na 

background image

zegarek. Czy to demonstracja arogancji hrabiego? KaŜe im czekać, jako osobom zupełnie niewaŜnym? 

-  Gdzie jest ten facet? - mruknęła. - JuŜ wpół do ósmej. 

Podszedł  kelner,  przyjrzał  im  się  uwaŜnie  i  zapytał,  czy  czekają  na  hrabiego  Felipe  de  Santisa. 

Nie  miał  Ŝadnych  wątpliwości.  Maggie  uznała,  Ŝe  wyglądają  zbyt  skromnie,  by  mogli  uchodzić  tu  za 

gości. Mitch z kolei przypuszczał, Ŝe to przez ten okropny kapelusz Maggie. Kelner oznajmił, Ŝe hrabia 

ich oczekuje, i wskazał męŜczyznę, stojącego na drugim końcu korytarza. 

Kiedy nieznajomy zrobił parę kroków, Maggie zobaczyła go dokładniej. Dumna twarz była trochę 

starsza,  bardziej  chmurna,  ale  był  to  ten  sam  człowiek,  o  którym  śniła  jako  nastolatka.  Tym  razem  nie 

nosił czarnej kurtki i haftowanych srebrem czarnych spodni. Nie miał czarnego, płaskiego hiszpańskiego 

kapelusza, ale to był na pewno on. Maggie poczuła nagle gorzkie rozczarowanie, tak silne, Ŝe ją samą 

to zaskoczyło. 

Tak,  był  to  Felipe  de  Santis,  jakiego  zapamiętała,  ale  był  to  równieŜ  kierowca  czerwonego 

porsche'a.  Nie  rozpoznała  wcześniej  swojego  bohatera,  bo  ujrzała  go  takim,  jaki  był  naprawdę. 

Dziewczęce  marzenia  rozwiały  się  i  szybko  wróciła  do  rzeczywistości.  Przejrzała  go  na  wskroś  - 

arogancki i pełen pychy jak szatan, zimny jak lód, po prostu przeciwnik. 

Był w stroju wieczorowym i miała świadomość, Ŝe ona i Mitch nie będą zaproszeni na kolację. 

W  jego  spojrzeniu  moŜna  było  wyraźnie  dostrzec,  Ŝe  w  hierarchii  społecznej  stoją  dla  niego  bardzo 

nisko. Maggie usiłowała opanować gniew i to idiotyczne, potęgujące się uczucie zawodu. 

Hrabia nagle zesztywniał, a jego czarne oczy zwęziły się. Gra skończona. On teŜ ją poznał. 

-  Nici z wyjazdu - mruknęła do Mitcha. - JuŜ go spotkałam. Prawie się pobiliśmy. Widzisz, jak 

na mnie patrzy? 

-  Pewnie  się  przestraszył  -  odparł  cicho  Mitch.  -  Zdejmij  ten przeklęty kapelusz, nawet mnie 

wystraszyłaś. 

Jej  temperament  i  doświadczenie  nie  na  wiele  się  teraz  zdały.  Jak  zahipnotyzowana  zdjęła 

kapelusz i lśniące, złote włosy opadły na ramiona, całkowicie zmieniając jej wygląd. 

Przez  sekundę  hrabia  stał  bez  ruchu,  po  czym  podszedł  powoli,  nie  odrywając  spojrzenia  od 

Maggie.  Wpatrywał  się  w  nią  z  napięciem,  wodząc  wzrokiem  po  długich,  lśniących włosach, skupiając 

się na twarzy, na której niechęć mieszała się z fascynacją. Maggie pierwszy raz w Ŝyciu odjęło mowę. 

Obudziły się w niej dawno zapomniane marzenia, ale jednocześnie czyhała groźna rzeczywistość. Teraz 

nie mogła pojąć, w jata sposób rano zdołała go rozwścieczyć. 

-  Proszę o pani legitymację prasową. - Królewskim gestem uniósł rękę i Maggie stwierdziła, Ŝe 

grzebie  gorączkowo  w  torebce  jak  jakaś  początkująca  reporterka,  chcąc  mu  podać  legitymację,  zanim 

niecierpliwie pstryknie palcami. Szybko obejrzał dokument. 

-  Margaret  Howard  -  stwierdził  chłodno.  Spojrzał  na  nią  szyderczo.  -  Po  hiszpańsku  to 

Margarita, brzmi duŜo lepiej, bardziej kobieco, nie sądzi pani? 

background image

Niedwuznaczne  przypomnienie  jej  agresywnego  zachowania  otrzeźwiło  Maggie.  Otworzyła  usta, 

ale Mitch chwycił ją mocno za ramię i podał hrabiemu swoją legitymację. 

-  Bruce Mitchell - przedstawił się. - Fotograf. Pracuję z panną Howard. 

Hrabia rzucił mu twarde, zimne spojrzenie. 

-  Rozmowę odbędziemy w moim apartamencie. Proszę za mną - rozkazał. 

W Maggie aŜ się zagotowało. Śmierć bohatera, narodziny  wroga. Była przekonana, Ŝe hrabia 

natychmiast  po  zamknięciu  drzwi  apartamentu  poinformuje  ją,  Ŝe  nie  Ŝyczy  sobie  jej  obecności  w 

swoim domu. Zaskoczył ją jednak. 

-  Spędziłem  popołudnie  na  czytaniu  pani  artykułów  -  powiedział  lodowato,  obserwując  jej 

widoczną  irytację  i  kompletnie  ignorując  Mitcha.  -  Bardzo  mi  zaimponowały.  Zna  się  pani  na  swojej 

pracy, nawet ma pani talent. 

-  Dziękuję  -  wykrztusiła  Maggie.  Jego  arogancja  tak  jej  działała  na  nerwy,  Ŝe  miała  ochotę 

trzasnąć  drzwiami.  Niech  sobie  pan  Parnham  sam  radzi!  Przelotne  zauroczenie  minęło.  Tylko  myśl  o 

tym, co z przyjemnością odpowie de Santisowi, gdy powiadomi ich, Ŝe nie Ŝyczy sobie ich obecności w 

Hiszpanii, pozwalała jej usiedzieć spokojnie. 

-  MoŜe  pani  napisać  ten  artykuł  -  oznajmił,  znowu  ją  zaskakując.  -  Umie  pani  dostrzegać 

szczegóły na szerokim tle. - Zerknął na Mitcha i zmarszczył czoło. - Jednak nie mogę się zgodzić na 

obecność pana Mitchella. 

-  To  mój  fotograf  -  oznajmiła  kategorycznie  Maggie,  zanim  Mitch  zdąŜył  otworzyć  usta.  - 

Pracujemy razem. 

-  MoŜe  pani  przywieźć  fotografa  kobietę-  stwierdził  zimno  Felipe  de  Santis,  odwracając  się 

znowu do niej, wyraźnie zdumiony, Ŝe ośmiela się mu przeciwstawić. 

W Maggie aŜ zawrzało. 

-  Albo  będę  pracować  z  panem  Mitchellem,  albo  nie  przyjmę  tego  zlecenia  -  warknęła.  Jego 

upór, by przyjechały same kobiety, wzbudził jej podejrzenia. Nie miała pojęcia, o co mu chodzi, ale nie 

pozwoli sobą manipulować. 

-  Seńorowi  Parnhamowi  bardzo  zaleŜy  na  tym  artykule  -ostrzegł  groźnie.  -  ZaleŜy  mu  takŜe, 

aby napisała go właśnie pani. Przypominam, Ŝe jest on właścicielem pisma. MoŜe pani stracić pracę. 

-  Trudno  -  odparła  Maggie  lekcewaŜąco.  -  Nic  nie  szkodzi,  mam  niezłą  opinię  w  środowisku, 

którą  mocno  naraŜę,  pisząc  długi  tekst  o  słonecznej  Hiszpanii.  Nie  zajmuję  się  turystyką,  seńor.  Nie 

jestem szczególnie zainteresowana tym tematem. Oczywiście, jeśli odejdę, pan Mitchell odejdzie razem 

ze  mną.  Tworzymy  zespół,  a  on  jest  najlepszym  fotografem  w  branŜy.  Wszędzie  nas  wezmą  z 

pocałowaniem ręki. Nie sądzę, Ŝebyśmy mieli kłopoty. 

Popatrzyła  drwiąco  na  de  Santisa.  Właśnie  miała  wstać  i  wyjść,  kiedy  z  drugiego  pokoju 

dobiegł hałas, jakby coś upadło. Hrabia zerwał się natychmiast. 

background image

-  Momento! - gestem nakazał, aby zostali, i ruszył do drzwi. Maggie zauwaŜyła, Ŝe zamknął je 

za  sobą  bardzo  dokładnie.  Usłyszeli  kobiecy  głos  i  słowa  hrabiego.  Przemawiał  w  łagodny  sposób. 

Wkrótce wrócił, miał zmieniony wyraz twarzy. Wydawał  się  zmartwiony,  niemal zmęczony. Jego oczy 

natychmiast odnalazły Maggie. 

-  Zgadzam  się  -  oznajmił  szorstko.  Po  raz  pierwszy  przyjrzał  się  Mitchowi  uwaŜniej.  -  Jest  pan 

najlepszy, a nam, oczywiście, zaleŜy na najlepszych. Tym bardziej, Ŝe senorita Howard nie chce jechać bez 

pana.  Jednak  ostrzegam,  Ŝe  hacjenda  to  moje  królestwo.  Waszym  celem  będzie  opisać  to  miejsce  i  je 

sfotografować. Nic innego nie powinno was interesować, proszę o tym pamiętać. 

-  Dano nam do zrozumienia, Ŝe to panu zaleŜy na tym artykule. - Maggie spojrzała na niego 

ironicznie. 

-  Nie  zaleŜy.  Namówiono  mnie.  Zechcę  go  takŜe  przeczytać,  zanim  opuścicie  Hiszpanię.  I 

obejrzę kaŜde zdjęcie - ostrzegł groźnie. - Tak się umówiłem z senorem Parnhamem. Cenię prywatność i 

jestem  gotów  jej  bronić  za  wszelką  cenę.  Okazuję  wam  sporo  zaufania.  Proszę  go  nie  zawieść. 

Niebezpiecznie robić sobie ze mnie wroga. 

-  Kiedy mamy się zjawić? - Maggie zignorowała groźby i przyglądała mu się spokojnie. Nie 

pozwoli,  by  jakikolwiek  męŜczyzna  ją  zastraszył.  Niech  ten  pyszałek  od  razu  przyjmie  to  do 

wiadomości. 

-  Za dwa dni. Ja wracam do Hiszpanii jutro. 

-  Jeśli hacjenda jest połoŜona na odludziu, to gdzie mamy mieszkać? - zapytała chłodno Maggie, 

patrząc śmiało w ciemne, władcze oczy. 

-  U  mnie,  senorita  -  odparł  cicho.  Po  jego  twarzy  przemknął  ostrzegawczy  uśmieszek.  - 

Samochód odbierze was z lotniska i przywiezie do hacjendy de Nieve. Od tej chwili będziecie na moim 

terenie. - Ta myśl wyraźnie sprawiała mu satysfakcję. 

-  Dobrze.  -  Maggie  nie  ustępowała.  -  To  wygodniej,  niŜ  podróŜować  do  hotelu.  Będę  miała 

więcej sposobności, by zebrać materiał. Nie mogę pisać, nie mając informacji. Zdaje pan sobie  z tego 

sprawę, senor? 

-  Owszem, seńorita Howard. - W ciemnych oczach błysnęła iskierka podziwu, Ŝe nieustraszenie 

stawiała mu czoło. Nie podobało mu się to, ale doceniał jej odwagę. 

-  A zatem adiós. Do zobaczenia za dwa dni. 

Gdy wyszli, Mitch odetchnął z ulgą. 

-  Lepiej  opowiedz,  gdzie  go  spotkałaś,  i  wyjaśnij,  jak  mamy  tam  wytrzymać  bez  rozlewu  krwi. 

Zachowywaliście się jak gladiatorzy. Nawiasem mówiąc, była tam kobieta. 

-  Wiem. - Maggie spojrzała na niego z namysłem. - Słyszałeś, co mówił? 

-  Doskonale. Ale nie zrozumiałem ani słowa. 

-  A  ja  tak.  Powiedział:  „Zostań  tutaj,  potem  to  sprzątnę".  I  jeszcze:  „Nie,  nie  moŜesz  wyjść. 

background image

Zaraz  się  ich  pozbędę".  Mogłaby  to  być  seksowna  dziewczyna,  ale  nie  wskazywał  na  to  jego  ton. 

Moim zdaniem, to siostrzyczka. 

Mitch zamyślił się na chwilę. 

-  Dlaczego mu nie powiedziałaś, Ŝe znasz hiszpański? 

-  Miałam zrezygnować z przewagi? Mowy nie ma. Ą poza tym nie mówię płynnie. Uznajmy, Ŝe 

umiem się porozumiewać w tym języku. To się moŜe przydać. Ani słowa o tym. 

-  Nie  ma  sprawy  -  westchnął  Mitch.  -  On  i  tak  się  do  mnie  nie  odezwie,  a  ty  nie  lubisz 

męŜczyzn. Jak myślisz, czy hrabia nie lubi obu płci, czy chodzi mu tylko o nas dwoje? 

Pewnie to ostatnie, pomyślała Maggie. Co za ironia - ktoś, kto tak ją zauroczył w dzieciństwie i 

pozostał  w  jej  marzeniach  przez  lata,  okazał  się  nieczułym  arogantem.  CóŜ,  stwierdziła  ze  smutkiem, 

prawie kaŜdy bohater przy bliŜszym poznaniu okazuje się kolosem na glinianych nogach. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Tej  nocy  Maggie  miała  sen,  który  nie  śnił  jej  się  od  ponad  dwóch lat. Obudziła się spocona, w 

uszach  wciąŜ  dźwięczał  jej  własny  krzyk:  Pomocy!  Pod  powiekami  tkwił  obraz  Ŝelaznych  sztachet 

ogrodzenia parku, odblask światła na mokrym chodniku. Walczyła i została pokonana, a ból i ciemność w 

koszmarze  sennym  były  równie  realne,  jak  w  rzeczywistości.  Wstała,  by  zrobić  sobie  herbaty.  Była 

blada i spięta. 

To Felipe de Santis sprawił, Ŝe ten sen powrócił. To ta jego arogancka męskość. Nie dało się nim 

zwyczajnie pogardzać. MoŜna było tylko bać się go lub walczyć z nim, a ona juŜ dawno zdecydowała się 

na walkę. Koszmar wrócił, bo przy tym męŜczyźnie czuła coś więcej niŜ zwykłą złość. JuŜ od dawna, 

odkąd  zaczęła  pracę  w  czasopiśmie,  nie  dręczył  jej  ten  sen.  Gdy  spotkała  Felipe  de  Santisa,  wszystko 

zaczęło się na nowo. 

Uniosła  brzeg  koszuli  nocnej  i  obejrzała  bliznę  na  udzie.  Robiła  to  czasem,  by  wzmocnić 

nienawiść, by nie zapomnieć. 

Czy  Felipe  de  Santis  uderzyłby  kobietę,  pobił,  zranił?  Intuicja  podpowiadała  jej,  Ŝe  nie.  Był 

uosobieniem arogancji i siły, ale nie uŜywał przemocy. 

Czy  była  tam  kobieta,  która  z  nim  sypia?  A  moŜe  to  jego  siostra?  Dlaczego  jej  ich  nie 

przedstawił, skoro na pewno spotkają ją w hacjendzie? Było w tym coś podejrzanego. 

Wróciła do łóŜka, ale długo nie mogła zasnąć. Zapomniała o śnie, rozmyślała teraz o Hiszpanii. 

Nikomu  się  do  tego  nie  przyznała,  ale  jej  wielkim  marzeniem  było  zobaczyć  Hiszpanię,  prawdziwą 

background image

Hiszpanię. Takie marzenia nie pasowały do jej wizerunku i przez lata tłumiła je, ale tkwiły w głębi serca 

i słowo „Andaluzja" natychmiast je oŜywiło. 

Przed  oczami  pojawiała  się  śniada,  piękna  twarz,  męŜczyzna  z  dziewczęcych  marzeń.  Wtedy  z 

zapałem  szukała  wiadomości  o  Andaluzji,  bo  on  stamtąd  pochodził  -  z  południa  Hiszpanii, 

największego, najbardziej fascynującego regionu, z kraju gitar i kastanietów, falbaniastych sukienek i 

tancerzy  flamenco,  wystukujących  rytm  obcasami.  Wynajdywała  ilustracje  i  dodawała  nowe  obrazy  do 

swych  marzeń  -  tańczące  Cyganki,  osiołki  w  wąskich  uliczkach,  oślepiająco  białe  domy  i  chłodne 

patia, całe w kwiatach. 

Jakoś  nie  mogła  tam  dotrzeć,  chociaŜ  na  studiach  zapisała  się  na  fakultet  z  hiszpańskiego. 

Pochłonęło  ją  Ŝycie,  praca,  problemy,  a  marzenie  pozostało  w  ukryciu  -  Andaluzja  i  wspaniały, 

przystojny  męŜczyzna  w  siodle,  tajemne  ogrody  i  bramy  z  kutego  Ŝelaza,  walki  z  bykami  i  piękne 

konie. MęŜczyzna wrósł w jej marzenia tak bardzo, Ŝe nawet poznanie jego prawdziwego oblicza nie do 

końca zniszczyło romantyczny obraz. 

Co  za  idiotyzm!  PrzecieŜ  nie  róŜnił  się  od  pozostałych  przedstawicieli  swojej  płci  -  przeciętny 

męŜczyzna  z  męską  Ŝądzą  dominacji.  Będą  kłopoty,  była  tego  pewna.  Koniec  z marzeniami,  potrzebny 

jej teraz zdrowy rozsądek. 

Następnego ranka Maggie została wezwana do pana Parnhama. Właściciel czasopisma był zwykle 

absolutnie  niedostępny.  Nie  widywał  się  ani  z  dziennikarzami  innych  gazet,  ani  z  pracownikami 

własnego pisma. 

- Pewnie chodzi o Hiszpanię - szepnął Mitch. - KaŜe ci nie denerwować swego starego kumpla. 

Ale  Maggie  przemyślała  wszystko  i  zaczęła  podejrzewać,  Ŝe  w  tej  wycieczce  do  Hiszpanii 

naprawdę chodzi o coś innego, o czym Richie pewnie nie ma pojęcia. Pismo zajmowało się jedynie 

istotnymi  wydarzeniami  i  publikowało  ostre  artykuły  trafiające  w  samo  sedno.  Nie  mogła  uwierzyć  w 

wersję  o  „złagodzeniu".  Charakter  Parnhama  nie  róŜnił  się  ponoć  od  charakteru  jego  gazety.  On  ją 

stworzył i prowadził. 

Maggie weszła do luksusowego apartamentu z oknami wychodzącymi na rzekę. Właściciel stał 

odwrócony plecami do ognia huczącego w kominku i obserwował ją oczami bystrymi jak u młodzieńca. 

Devlin Parnham miał ponad siedemdziesiąt lat, ale wskazywały na to tylko przerzedzone włosy i lekko 

przygarbione plecy. 

-  Panno Howard... - Ze zdumieniem dostrzegła w stalowych oczach wesołe iskierki. - Mówią do 

pani Maggie, prawda? 

-  Eee...  tak.  -  Nie  bardzo  wiedziała,  co  powiedzieć,  stojąc  twarzą w twarz z legendą. Jakoś nie 

pasował do wizerunku ogólnie znienawidzonej płci męskiej, ale na pewno kiedyś nie odbiegał od normy. 

Teraz podeszły wiek dawał mu fory. 

-  Proszę usiąść i zdjąć kapelusz. Nie lubię kobiet w kapeluszach. 

background image

Usiadła,  zbyt  zdumiona,  by  się  rozzłościć.  Po  kilku  sekundach  uwaŜnej  obserwacji  Devlin 

Parnham takŜe usiadł. 

-  Richie przekazał mi, Ŝe zgodziła się pani jechać do Hiszpanii - stwierdził, nie odrywając od 

niej  bacznego  spojrzenia.  -  Martwi  go  to.  UwaŜa,  Ŝe  jest  pani  twarda  i  nie  przekonuje  go  ta  łatwa 

kapitulacja. 

Przyznała w duchu, Ŝe ta szczerość nieco pomieszała jej szyki. Starszemu panu wyraźnie się to 

podobało. 

-  Czytam wszystko, co pani pisze - wyznał. - Jest pani w tym dobra, panno Howard. Dlatego 

chcę, Ŝeby pojechała pani do Andaluzji. Sprawa nie jest tak prosta, jak mówiłem Richiemu. 

-  Nie rozumiem - patrzyła na niego z zainteresowaniem. Skinął głową, widząc, Ŝe śledzi jego 

słowa z uwagą. 

-  Dlatego  jest  pani  tutaj.  Zaraz  wyjaśnię.  -  Wpatrzył  się  w  sufit,  jakby  zapominając  o  jej 

istnieniu. Maggie miała ochotę cichutko wyjść. - Pewnie pani nie pamięta Felipe de Santisa - odezwał 

się 

nagle, 

znowu 

przyglądając 

się 

jej 

uwaŜnie. 

Był 

sławny jakiś czas temu. 

-  Pamiętam - przyznała Maggie. - Miałam trzynaście lat. Nie naleŜałam do wielbicielek koni, 

ale on był nie tylko jeźdźcem, był kimś więcej. 

-  Tak.  -  Zamyślony  skinął  głową.  -  Jego  matka  teŜ  była  niezwykła.  DuŜo  dla  mnie  znaczyła. 

Jestem ojcem chrzestnym Felipe. 

-  Naprawdę? 

-  Tak. ChociaŜ niewiele miałem okazji, by coś dla niego zrobić. Po pierwsze, jest bogaty, a po 

drugie,  nigdy  nie  Ŝyłem  w  przyjaźni  z  jego  ojcem.  Po  śmierci  matki  Felipe  nie  zapraszano  mnie  tam. 

Stary hrabia był oziębłym człowiekiem, do tego zdarzały mu się wybuchy wściekłości. Zmarł dwa lata 

temu  na  zawał  serca.  -  Spojrzał  na  Maggie.  -  W  moim  wieku  mogę  pozwolić  sobie  na  szczerość  i 

przyznaję, Ŝe nie czułem Ŝalu. Felipe zyskał kontrolę nad swoim Ŝyciem bez ciągłej walki. 

-  Westchnął głęboko. - Ma jednak powaŜny problem i tu zaczyna się pani rola. 

-  Nie rozumiem, co mogę... 

-  Jest  pani  sprytna  -  zauwaŜył.  -  Poza  tym  uparta  i  zawsze  dociera do prawdy. A mnie chodzi 

właśnie o prawdę. Mam teŜ chrześniaczkę, Anę, siostrę Felipe. To miła dziewczyna i mimo ogromnych 

pieniędzy niewiele dobrego zaznała w Ŝyciu. Ana to właśnie problem Felipe. Jest niewidoma. 

-  Och. Tak mi przykro. Czy... czy od urodzenia? - Maggie naprawdę było przykro. Nie mogła sobie 

wyobrazić nic gorszego. 

-  Nie. Oślepła po śmierci ojca. Stało się to nagle. Była juŜ u wszystkich specjalistów świata. Z 

jej  wzrokiem  wszystko  jest  w  porządku.  Nie  wiadomo,  dlaczego  nie  widzi.  Ale  jakiś  powód  musi 

przecieŜ być i dlatego jest mi pani potrzebna, panno Howard. - Wpatrywał się w nią intensywnie. - Jest 

background image

pani bardzo inteligentna. Proszę się dowiedzieć! 

-  Czy... czy pan... to znaczy... czy senor de Santis chce, Ŝebym tam pojechała? - dopytywała się 

zdenerwowana Maggie, przypominając sobie wczorajszy wieczór. 

-  Nie. To ja chcę, Ŝeby pani pojechała! Felipe jest absolutnie przeciwny. Wykorzystałem autorytet 

ojca chrzestnego i jego poczucie winy. 

-  Dlaczego miałby czuć się winny? - zapytała podejrzliwie Maggie. 

-  Bo go tam wtedy nie było! Przebywał w Maladze, a kiedy wrócił, ojciec juŜ nie Ŝył, a siostra 

straciła  wzrok.  Nie  powinien  czuć  się  winny,  ale  jednak...  Dlatego  zgodził  się  na  ten  artykuł  o 

hacjendzie. 

-  A zatem wie, jaki jest prawdziwy cel mej wizyty? 

-  No...  nie  do  końca.  -  Uśmiechnął  się  przebiegle.  -  Autorytet  ojca  chrzestnego  ma  swoje 

granice.  Nie  podobało  mu  się,  Ŝe  obcy  będą  kręcić  się  po  domu.  Andaluzyjczycy  są  dumni.  Sądzi,  Ŝe 

ma  pani  po  prostu  napisać  artykuł.  Powiedziałem,  Ŝe  chcemy  trochę  złagodzić  profil  pisma.  Reszta 

zaleŜy od pani. 

Wielkie  dzięki,  pomyślała  Maggie,  patrząc  na  niego  jeszcze  bardziej  podejrzliwie.  Wysyła  ją  do 

domu wrogo nastawionego męŜczyzny, i to jako szpiega - a tej roli zawsze stanowczo odmawiała. 

-  A jak on się dowie? 

-  Proszę go oczarować! PrzecieŜ to kobietom wychodzi najlepiej, prawda? 

Maggie zdołała nad sobą zapanować. Wiek wcale nie usprawiedliwia męskiego szowinizmu! Ale 

gdyby dała mu w zęby, opinia publiczna stanęłaby po jego stronie. Uśmiechnęła się więc z przymusem 

i poŜegnała. Wpadła z deszczu pod rynnę. 

Teraz miała jedynie wywieść w pole Felipe de Santisa i złamać wszystkie swoje zasady. 

Czuła,  Ŝe  powinna  odrzucić  to  zlecenie  albo  wręcz  wypowiedzieć  pracę,  ale  ku  jej  wściekłości 

wciąŜ miała przed oczami dumną postać na koniu i słyszała gorący aplauz. Pragnęła zobaczyć mantylki, 

wachlarze, koronki i ceramikę; spoglądać przez bramy z kutego Ŝelaza na ukwiecone patia. 

A najbardziej chciała zobaczyć tę tajemniczą hacjendę w górach. Uspokoiła sumienie i zachowała 

treść rozmowy dla siebie. Mitch nie był zbyt dyskretny. Po godzinie wszystko by wypaplał, a Felipe de 

Santis natychmiast wyrzuciłby ich z domu. 

W  Maladze  panował  upał,  chociaŜ  był  dopiero  kwiecień.  Na  lotnisku  kłębili  się  turyści 

spragnieni plaŜy i słońca. 

-    Oby  pamiętał,  Ŝe  miał  wysłać  po  nas  samochód  -  mruknęła  Maggie,  rozglądając  się 

niecierpliwie. - Mam tego dość. 

-  Wspaniała wakacyjna atmosfera - zaprotestował Mitch. 

-  Ale  nie  z  aparatem  tych  rozmiarów  na  ramieniu  -  zauwaŜyła  Maggie.  -  Ja  tam  wolę  duŜe, 

background image

otwarte przestrzenie. 

-  Powinnaś zostać myśliwym, Maggie. 

-  Jestem  myśliwym  -  odparła  cicho.  -  Polowaliśmy  na  wiele  osób,  Mitch,  i  mam  wraŜenie,  Ŝe 

hrabia  jest w pewien sposób niebezpieczny. To taki rodzaj zwierzyny, który zaczyna polować na  ciebie, 

jeśli tylko zrobisz fałszywy krok. UwaŜaj. 

-  Będę tuŜ za tobą, szefowo. - Uśmiechnął się do niej, zadowolony, Ŝe była bez kapelusza. Ale 

i tak związała włosy i ciasno je upięła. Gdyby nie kilka niesfornych kosmyków, które się wymknęły, jej 

piękna twarz wyglądałaby wręcz odpychająco. 

ZauwaŜył,  Ŝe  ponuro  zaciskała  usta  i  była  jak  zwykle  w  spodniach,  tym  razem  w  białych 

dŜinsach i białej, pasiastej bluzeczce, na którą włoŜyła nieodłączną koszulę, jakby wstydziła się odsłonić 

kształtne piersi. 

Pewnego  dnia  odkryje  tajemnicę  Maggie,  chociaŜ  w  tym  celu  musiałby  ją  upić,  a  ona  patrzyła 

nieufnie  nawet  na  kieliszek  wina.  Nieustannie  się  pilnowała.  Stanowiła  dla  niego  tajemnicę,  chociaŜ 

mieli  za  sobą  długą,  owocną  znajomość.  Czuł  się  zaszczycony,  Ŝe  go  wybrała.  Przy  Maggie  bardzo 

uwaŜał na to, co mówi. 

Zdyszany  męŜczyzna  przepchnął  się  wśród  oczekujących  i  podniósł  tabliczkę  z  napisem 

"senorita  Howard".  Niemal  natychmiast  ją  wypatrzył,  a  Maggie  odniosła  niemiłe  wraŜenie,  Ŝe  otrzymał 

jej  niezbyt  pochlebny  opis.  Trochę  ją  to  ubodło,  a  przecieŜ  opinia  de  Santisa  nie  powinna  jej  wcale 

obchodzić.  Po  rozmowie  z  Parnhamem  lepiej  rozumiała  zachowanie  hrabiego  w  hotelu.  Nie  był 

zachwycony,  Ŝe  narzucono  mu  wizytę  dziennikarzy.  Wolała  nie  wyobraŜać  sobie,  jak  zareagowałby  na 

wiadomość, Ŝe ktoś wtrąca się w jego sprawy. 

-  Ja  być  Jorge,  seńorita  -  wysapał  męŜczyzna  łamanym  angielskim.  -  Mam  was  zabrać  do 

hrabiego. Nie potrwa długo, dziesięć minut, nie więcej. ZaleŜeć od ruchu. 

 Maggie  i  Mitch  wymienili  zdziwione  spojrzenia,  a  męŜczyzna  wziął  ich  wózek  z  bagaŜem  i 

ruszył energicznym krokiem. 

-  Dziesięć minut? - mruknęła Maggie. - A podobno mieszka w górach, w kompletnej izolacji. 

O co tu chodzi? 

-  MoŜe wraca do dawnego trybu Ŝycia? - zasugerował Mitch. - Albo raczej czeka w jakimś 

hotelu, Ŝeby przeszukać nam bagaŜe, zanim wpuści nas do domu. - Maggie przyznała, Ŝe wcale by jej 

to nie zdziwiło. 

-  Jest  pan  kierowcą?  -  zapytał  Mitch,  pomagając  Hiszpanowi  załadować  bagaŜe  do  wielkiego 

mercedesa. 

-  Robię wiele rzeczy, senor. -  Jorge uśmiechnął się do niego. Maggie nic nie mówiła. Zerkał na 

nią  ostroŜnie,  jakby  ostrzeŜono  go,  by  miał  się  stale  na  baczności.  -  Cała  słuŜba  w  hacjendzie  jest  u 

hrabiego od lat, niektórzy pamiętają go jako dziecko. 

background image

Maggie zauwaŜyła, Ŝe starannie unikał wzmianki o siostrze. W hotelu hrabia równieŜ powiedział, 

Ŝ

e będą mieszkać u niego, a nie u niego i jego siostry. 

-  Czy siostra hrabiego jest w hacjendzie? - spytała wprost, udając brak zainteresowania. 

MęŜczyzna natychmiast zesztywniał i rzucił jej uwaŜne spojrzenie. 

-  Si, seńorita. Myślę, Ŝe państwo będą mogli ją poznać. Seńorita Ana zawsze tam jest. - Miał 

tak  nieszczęśliwą  minę,  Ŝe  nie  wypytywała  więcej.  Skoro  mają  mieszkać  u  hrabiego, 

byłoby mu raczej trudno utrzymać siostrę w zamknięciu. 

PodróŜ potrwała nieco więcej niŜ dziesięć minut, ze względu na korki. Właściwie to do małego, 

dokładnie strzeŜonego pasa startowego mogli dojść pieszo. Mercedes podjechał wprost do niewielkiego 

czerwonobiałego samolotu. 

-  A  więc  to  tak  Ŝyją  bogaci  -  szepnął  Mitch.  -  CóŜ,  nie  będę  się  skarŜyć.  Niespecjalnie  mnie 

pociągała jazda górskimi drogami. 

Maggie nie podzielała jego entuzjazmu. Miała wraŜenie, Ŝe wywiozą ją w miejsce pozbawione 

jakiegokolwiek  kontaktu  z  cywilizacją  i  nie  ma  juŜ  od  tego  odwrotu.  Będą  zdani  tylko  na  łaskę 

hrabiego. 

Felipe  de  Santis  wyszedł  zza  samolotu.  Wydawał  jej  się  jeszcze wyŜszy. Szeroki w ramionach, 

wąski  w  biodrach,  zachował  atletyczną  sylwetkę,  która  go  kiedyś  tak  wyróŜniała.  W  promieniach 

hiszpańskiego  słońca  jego  skóra  wydawała  się  ciemniejsza,  bardziej  opalona.  Nie  trzeba  było 

przypominać sobie o jego tytule. El conde wprost emanował pychą. 

Miał ciemne dŜinsy i miękką jasnobłękitną koszulkę, na pewno bardzo drogą. Promieniowała z 

niego  siła,  pociągająca,  a  zarazem  przeraŜająca.  Serce  Maggie  podskoczyło,  kiedy  spojrzał  na  nich 

ciemnymi  oczami  -  nie,  na  nią!  Znowu  ignorował  Mitcha.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  czyta  w  jej  myślach. 

Będzie musiała postępować z tym męŜczyzną bardzo ostroŜnie, bo plan się nie powiedzie. 

-  Mieliście  dobrą  podróŜ?  -  Przyglądał  się  Maggie  płonącymi  czarnymi  oczami.  Uniósł 

ironicznie  jedną  brew  na  widok  jej  spodni  i  męskiej  koszuli  z  podwiniętymi  rękawami,  wspaniałych 

włosów upiętych bezlitośnie na czubku głowy. 

-  Tak,  dziękuję.  Najwyraźniej  czeka  nas  kolejny  lot?  -  Maggie  patrzyła  prosto  na  niego,  nie 

usiłując się uśmiechać. On teŜ tego nie zrobił. Był jak kamienna rzeźba - piękny, zimny i niebezpieczny. 

-  PodróŜ  do  hacjendy  samochodem  jest  trudna  i  dość  męcząca.  Szkoda  czasu  na  kręte  górskie 

drogi. Nie lubię przebywać tak długo poza domem. - Machnął ręką i jakiś człowiek wyszedł z budynków 

stojących obok pasa startowego. Okazało się, Ŝe przyszedł po samochód. Jorge leciał bowiem z nimi. 

-  Samochód zostaje tutaj? - odwaŜył się zapytać Mitch. Najwyraźniej miał dość traktowania go 

jak powietrze. 

   - Ostatnio rzadko bywa uŜywany-  odparł krótko Felipe de Santis. 

Ta  odpowiedź  i  wyraz  jego  twarzy  duŜo  Maggie  powiedziały.  Nie  lubił  długo  przebywać  poza 

background image

hacjendą.  Musiał  się  opiekować  niewidomą  siostrą.  Poczuła  przypływ  współczucia,  ale  stłumiła  je. 

Hrabia  zachowywał  się  przecieŜ  równie  lodowato  wyniośle,  jak  podczas  ich  poprzednich  dwóch 

spotkań. 

Zerknęła  na  niego  ukradkiem,  ale  był  zajęty  sprawdzaniem  samolotu.  Najwyraźniej  zapomniał 

juŜ o wymianie zdań z Mi-tchem. Kiedy wreszcie oznajmił, Ŝe mogą ruszać, odetchnęła z ulgą. 

Niestety,  musiała  usiąść  obok  niego.  Zapewne  chciał  ją  rozdzielić  z  Mitchem,  przy  którym 

posadził Jorge. Ujął ramię Maggie i pańskim gestem wskazał fotel. Usiadła pośpiesznie, by uwolnić się 

od twardego uścisku. 

Nie zamierzała poddawać się jego władzy. Poza tym jego dotyk wywołał nieoczekiwaną reakcję. 

ś

ałowała,  Ŝe  podwinęła  rękawy  koszuli.  Poczuła  mrowienie,  a  twarz  zarumieniła  się  nie  wiadomo 

dlaczego. Zazwyczaj patrzyła na męŜczyzn z lekcewaŜeniem, ignorowała ich. Gdy było trzeba, osadzała 

bezlitośnie. Ale przy Felipe de Santisie odczuwała niepokój i starannie się kontrolowała. 

Nikt się nie odzywał, póki nie znaleźli się w powietrzu i nie zostawili Malagi za sobą. Potem, ku 

zaskoczeniu Maggie, hrabia odwrócił lekko głowę i odezwał się do Mitcha. 

-  Lubi  pan  robić  zdjęcia  z  samolotu?  Zaraz  będą  niezwykłe  widoki.  Jeśli  ma  pan  odpowiedni 

obiektyw, wzniesiemy się wyŜej. 

-  Super! - Mitch zaczął grzebać w torbie z zestawem obiektywów. 

-  Zawsze jest pan przygotowany? - zapytał Felipe de Santis z lekkim zainteresowaniem. 

-  Oczywiście.  Z  tego  Ŝyję.  MoŜe  zdołam  zrobić  dobre  zdjęcie  na  początek  artykułu,  zanim 

dolecimy  do  hacjendy.  Jak  pan  zauwaŜył  w  Londynie,  Maggie  lubi  szerokie  tło.  Spodziewam  się,  Ŝe 

będzie chciała duŜo zobaczyć. 

Felipe  de  Santis  rzucił  Maggie  ironiczne  spojrzenie.  Obserwowała  go  uwaŜnie,  szukając 

jakichkolwiek  oznak,  Ŝe  ma  wątpliwości  co  do  ich  zadania.  Miał.  Poza  tym  wydawało  jej  się,  Ŝe  ją 

przejrzał, chociaŜ jeszcze nie zaczęła gry. 

-  Maggie? - mruknął, unosząc pytająco czarne brwi. 

-  To skrót od Margaret. Lubię go. 

Skinął głową, jakby tego się spodziewał. 

-  Ja  wolałbym  Margarita,  ale  przecieŜ  pani  nie  jest  Hiszpanką,  lecz  twardą,  trzeźwo  myślącą 

Angielką, es verdad? 

Tak, to prawda, pomyślała Maggie z goryczą. Jest twarda, musi taka być. Zwłaszcza przy nim. 

Zagroziła,  Ŝe  odrzuci  zlecenie,  jeśli  nie  pojedzie  z  nią  Mitch,  i  de  Santis  ustąpił.  Wiedziała,  Ŝe teraz 

groźby niewiele zdziałają. Zastanawiała się, dlaczego on się w ogóle na to zgodził. MoŜe dla świętego 

spokoju, Ŝeby pan Parnham się wreszcie odczepił. 

Musiała  przyznać, Ŝe hrabia bardzo ją niepokoił. Ciągle był jakby o krok przed nią, jak wtedy, 

kiedy  ukradł  jej  miejsce  na  parkingu.  Znał  pana  Parnhama  lepiej  niŜ  ona  i  nie  wyglądał  na 

background image

łatwowiernego. Po co dała się w to wpakować? 

Widoki były rzeczywiście niezwykłe. Otaczały ich góry, sierras, coraz wyŜsze i wyŜsze. Co jakiś 

czas widzieli małe, odcięte od świata wioski, niczym białe kwiaty rzucone niedbale na skalisty pejzaŜ. 

Majestat  gór  całkowicie  urzekł  Maggie.  Wysoko  wciąŜ  leŜał  śnieg,  ale  doliny  były  suche  i  spalone 

słońcem. OśnieŜone szczyty i maleńkie białe domki jaśniały w słonecznych promieniach. 

Był  to  inny  świat,  jaki  spodziewała  się  ujrzeć.  Wioski  były  odległe  od  siebie  i  coraz  rzadsze. 

Sceneria zmieniała się szybko i zaskakująco - raz widzieli wysokie góry, a po chwili spokojne głębokie 

doliny, lesiste i tajemnicze. Pojawiały się teŜ obszary równin, a po nich znowu ściany gór.     

- Ta dolina! - Mitch wrzasnął w ucho hrabiego. 

Samolot  natychmiast  przechylił  się  i  pomknął  w  dół.  Maggie  miała  wraŜenie,  Ŝe  jej  Ŝołądek 

podskoczył do gardła. Niespokojnie ściskała brzeg fotela. 

Dopiero  kiedy  wyrównali  lot,  dopuściła  do  siebie  myśl  o  doŜyciu  spokojnej  starości.  Nad  nagim 

dnem  doliny  wznosiły  się  czerwonobrązowe  granie.  Maggie  zadrŜała  na  myśl,  Ŝe  musieliby  tu  lądować. 

Często marzyła o Hiszpanii, ale wyobraźnia nigdy nie podsuwała jej takich obrazów. Zerknęła jeszcze raz 

na męŜczyznę, który spokojnie trzymał kurs, podczas gdy Mitch robił zdjęcia. 

Felipe  de  Santis  był  jak  ta  ziemia  -  dumny,  niepokonany  i  obcy.  Poczuła,  Ŝe  jego  wzrok 

przesuwa się powoli po jej twarzy. 

-  Bała się pani? - zapytał na tyle cicho, na ile pozwalał hałas silników. 

-  Nigdy  się  nie  boję  -  zapewniła  go  stanowczo,  ale  zarumieniła  się,  gdy  spojrzał  na  jej  dłonie, 

wciąŜ ściskające brzeg fotela. Puściła go natychmiast, ale za późno. 

Spojrzał na nią z satysfakcją w ciemnych oczach. 

-  A więc jest jednak w pani kobieta - mruknął. – Naprawdę zaczynałem w to wątpić. 

Maggie  nie  zaszczyciła  go  odpowiedzią.  Nie  zamierzała  wdawać  się  w  kłótnie  z  hrabią.  Miała 

niemiłą świadomość, Ŝe kaŜda jej kąśliwa uwaga spowoduje natychmiastową reakcję, prawdopodobnie 

powietrzne akrobacje, po których musiałaby krzyczeć i przyznać się do grzechu kobiecości. 

-  Proszę  się  nie  martwić  -  uspokoił  ją  cicho.  -  Todo  esta  bien.  JuŜ  niedługo.  Hacjenda  de 

Nieve jest tuŜ za górami. 

Ale za którymi? zastanawiała się Maggie, rozglądając się wokół. Samolot nabierał wysokości, a 

Mitch starannie pakował aparat. Góry otaczały ich zewsząd i zaczęła odczuwać izolację od świata. 

-  Czy  tu  są  same  góry?  -  zaniepokoiła  się,  chociaŜ  dobrze  znała  odpowiedź.  Ku  swemu 

zdumieniu nie panowała nad nerwami. 

-  Pyta  pani  o  Andaluzję?  -  Spojrzał  na  nią  drwiąco.  -  Seńorita,  Andaluzja  ma  ponad 

osiemdziesiąt siedem tysięcy kilometrów kwadratowych. Ciągnie się od plaŜ Costa del Sol i Costa de 

la Luz po ośnieŜone szczyty sierras i wielkie równiny, gdzie pasą się byki. Andaluzja ma wszystko, jest 

wszystkim. Nazywano ją kwiatem Hiszpanii. 

background image

-  Proszę wybaczyć moją niewiedzę - mruknęła Maggie, zdenerwowana jego wyniosłym tonem. - 

Spędzam sporo czasu w dŜunglach i miastach ogarniętych wojną. 

-  Wiem.  Czytałem  pani  teksty  -  odparł  cicho.  –  Dlatego  zastanawiam się, dlaczego właśnie 

panią wybrano do tak nudnego zadania. MoŜe potrzeba pani trochę odpoczynku? 

-  Naprawdę, nie mam pojęcia - skłamała szybko Maggie. 

-  Mam uwierzyć, Ŝe ośmielili się nie wyjaśnić dokładnie całej  sprawy, senorita! Muszą być 

odwaŜni. 

Maggie  doskonale  zrozumiała  subtelną  ironię.  Była  zimną  Angielką,  bez  krzty  kobiecości, 

gotową atakować kaŜdego, kto stanie na jej drodze. Przejrzał swojego ojca chrzestnego i ją teŜ. To strata 

czasu. Po wylądowaniu kaŜe im wracać na piechotę. 

Widok  hacjendy  kompletnie  ich  zaskoczył.  W  jednej  sekundzie  lecieli  nad  górami,  a  w  drugiej 

zniŜali  się  nad  długą,  Ŝyzną  doliną,  niepodobną  do  widzianych  wcześniej  -  prawie  pozbawionych 

roślinności,  jałowych.  Była  piękna  i  zielona,  z  bujną  roślinnością,  otoczona  górami  o  ośnieŜonych 

szczytach. 

Na  zboczach  Maggie  zobaczyła  wodospady,  a  w  głębi  jezioro.  Z  góry  widać  było  całą  dolinę  - 

ukrytą w górach, całkowicie odciętą od świata - ale jej rozmiarów mogła się tylko domyślać. Owszem, 

dostrzegła drogi wśród gór, ale nawet z tej wysokości nie wyglądały na bezpieczne. Idealna kryjówka.   - 

Mój dom - oznajmił cicho Felipe de Santis, a Maggie dostrzegła najpiękniejszy dom, jaki widziała w 

Ŝ

yciu. Hacjenda stała dumnie na tle ciemnych gór, samotna, majestatyczna i niedostępna. 

Była  ogromna,  z  czerwonym  dachem  i  białymi  ścianami.  Główny  budynek  wystawał 

nieznacznie  ponad  otaczający  go  wysoki  mur.  Wielką  bramę  zdobił  mauretański  łuk.  Skrzydła  z 

kutego Ŝelaza były otwarte, gotowe zamknąć się za nimi. 

Serce  Maggie  zabiło  niespokojnie.  Stąd  nie  da  się  wymknąć  ani  nie  moŜna  się  tam  ukryć. 

Zmierzy  się  z  tym  męŜczyzną  na  jego  warunkach  i  nie  będzie  to  łatwe.  Do  tej  pory  zawsze  w  pracy 

mogła robić, co chciała. Teraz miała wkroczyć do twierdzy, a to był świat hrabiego, jego królestwo w 

górach. Satysfakcja malująca się na jego twarzy oznaczała, Ŝe on teŜ zdaje sobie z tego sprawę. 

- Wspaniała posiadłość! - Maggie uznała, Ŝe musi coś powiedzieć. 

Jej słowa natychmiast zwróciły uwagę hrabiego. Spojrzał na nią z wymownym zaskoczeniem. 

-  Wygłosiła  pani  komentarz  z  własnej  woli,  senorita  Howard?  WraŜenie  musi  być  naprawdę 

piorunujące.  Proponuję  krótkie  zwiedzanie  z  powietrza  -  dodał,  kiedy  otwierała  usta, 

by uraczyć go suchą odpowiedzią. 

Samolot  wzniósł  się  znowu i okrąŜył ogromny kompleks hacjendy de Nieve. Główny budynek 

otaczały  mniejsze,  wszystkie  miały  białe  ściany  i  czerwone  dachy.  RóŜnej  wielkości  budynki tworzyły 

harmonijną całość, intrygowały rozmaitością kolorów i kształtów. 

-  Mieszkania dla słuŜby, stajnie, magazyny i tak dalej - objaśniał Felipe de Santis. 

background image

-  A tam? - Maggie wskazała budynek prawie tak duŜy, jak główny dom. 

-  Tam  tresujemy  konie.  -  Nie  powiedział  nic  więcej  i  Maggie  posłała  mu  zaciekawione 

spojrzenie.  Czy  tam  trenował  jako  młodzieniec?  Wpatrywała  się  w  jego  profil,  usiłując  rozpoznać 

bohatera z dzieciństwa. Poczuł jej wzrok i spojrzał na nią zaintrygowany. Szybko odwróciła oczy. 

-  Basen!  -  Kiedy  przelatywali  nad  barwnymi  ogrodami,  dostrzegła  sporych  rozmiarów  basen, 

lśniący zielonkawo w słońcu, otoczony donicami geranium. - Skąd bierzecie wodę? 

-  Jesteśmy  odizolowani  od  świata,  ale  całkowicie  cywilizowani  -  zapewnił  sucho.  -  Woda 

pochodzi z licznych studni i pomp, uzdatniamy ją na miejscu. ChociaŜ i tak moŜna ją pić bez szkody 

dla zdrowia. Górski śnieg uzupełnia zapasy. Basen jest nagrzewany agregatem słonecznym. 

A ja nie mam kostiumu! zmartwiła się Maggie. Od lat nie kupowała kostiumów kąpielowych. 

Przyglądała  się  siwym  koniom  na  zielonych  pastwiskach.  Będzie  musiała  tam  pójść.  Trzeba 

starannie  wybrać  moment.  Felipe  de  Santis  na  pewno  będzie  ich  miał  na  oku.  Dał  się  namówić  na 

wpuszczenie ich do domu, ale nie dopuści, by sprawiali problemy. 

W  końcu  wylądowali.  Pas  startowy  był  dość  daleko  od  domu,  ale  zanim  zdąŜyli  podejść  do 

lądowania, juŜ wyjechał po nich samochód. 

De  Santis  opuścił  swój  niewielki,  drogi  samolot  i  poprowadził  ich  do  samochodu.  Maggie 

zauwaŜyła,  Ŝe siostra nie wyjechała na spotkanie. No cóŜ, niedługo wszystko się wyjaśni. Znalazła się 

teraz w strefie walk. Zaniepokoiła się, Ŝe znowu posadzono ją obok hrabiego. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Dom  miał  kształt  prostokąta  z  wewnętrznym  dziedzińcem.  Maggie  trochę  się  ociągała,  gdy  do 

niego  wchodzili.  Widać  było,  Ŝe  dbano  o  budynek,  który  z  bliska  zdradzał  swój  podeszły  wiek. 

Kolumnowe  arkady  otaczały  wewnętrzny  dziedziniec.  Takie  same  arkady  tworzyły  na  piętrze  elegancki 

balkon.  Sypialnie  miały  balkonowe  okna,  wszystkie  były  otwarte,  a  białe  firanki  falowały  poruszane 

słabym wietrzykiem. 

Wszędzie  znajdowało  się  mnóstwo  kwiatów.  Balkony  zdobiły  wiszące  kosze  z  róŜnobarwnymi 

pelargoniami,  a  sam  dziedziniec  zamieniono  we  wspaniały  ogród,  ustawiając  na  nim  donice.  Na 

zamkniętym  dziedzińcu  upał  dawał  się  we  znaki,  a zapach roślin i kwiatów wręcz odurzał. W środku 

melodyjnie szemrała mała fontanna. Woda była kryształowo czysta. Maggie po raz pierwszy od wielu lat 

poczuła się oczarowana. 

-  Dlaczego nie zbudowaliście basenu w tym miejscu? - spytała niemal bez zastanowienia. 

background image

-  Zrujnować  tak  wspaniałą  architekturę?  -  zdziwił  się  pogardliwie  Felipe  de  Santis.  -  Nie 

rozumiem  tego  pytania,  najwyraźniej  wszystko  budzi  tu  pani  podziw.  CzyŜby  słowa  padały  bez 

przemyślenia, senorita? Znowu wyraziła pani opinię, której nie trzeba było z pani wyciągać. 

To  prawda,  przyznała  w  duchu,  zaciskając  wargi.  Musi  uwaŜać.  Atakował  jak  wytrawny 

szermierz i zawsze trafiał. U kaŜdego znajdował słaby punkt, a sam chyba nie miał Ŝadnego. 

-  Zmusiła się pani do milczenia? - zapytał ironicznie. - Todo es normal? 

Miała przemoŜną chęć, by odpowiedzieć po hiszpańsku, ale po pierwsze, nie czuła się na siłach, 

a  po  drugie,  wolała  zachować  znajomość  języka  w  tajemnicy.  Taka  przewaga  moŜe  się  przydać. 

Wyraźnie  lubił  prowokować.  Nie  chciała  Ŝadnych  kłopotów,  tylko  zdobyć  informacje  i  natychmiast 

wyjechać. 

Mitch  był zajęty pstrykaniem zdjęć. Maggie powstrzymała się od uwagi, by nie marnował filmu. 

Było tu bardzo pięknie, poza tym artykuł powinien być bogato ilustrowany. Fotografowanie stanowiło dobry 

kamuflaŜ, bardzo przydamy przy Felipe de Santisie. 

Wnętrze domu równieŜ jej nie rozczarowało - imponujące, przestronne i bardzo hiszpańskie. Z 

wielkiego holu korytarze i stare dębowe drzwi prowadziły do innych części domu, a na wprost wejścia 

znajdowały  się  szerokie  schody.  Hrabia  poprowadził  ich  do  pięknego  salonu.  Po  chwili  przyniesiono 

napoje. 

-  BagaŜ  zostanie  dostarczony  do  waszych  pokoi  –  oznajmił  chłodno  Felipe  de  Santis, 

zapraszając,  by  usiedli.  –  Proponuję  krótki  odpoczynek  przed  kolacją.  Na  pracę  będzie  czas  jutro. 

Gdy się zdecydujecie, słuŜba wskaŜe wam pokoje. 

Wyglądało  na  to,  Ŝe  po  prostu  zostawi  ich  i  odejdzie.  Maggie  poczuła  ulgę.  Zaczęło  ją  męczyć 

uparte,  badawcze  spojrzenie  ciemnych  oczu.  Przekonywała  siebie  stanowczo,  Ŝe  on  niczego  nie 

podejrzewa,  ale  popatrzył  na  nią  przenikliwie  i  znów  straciła  tę  pewność.  Kiedy  na  nią  tak  spoglądał, 

zaczynała mieć obawy, czy zadanie będzie łatwe. 

W holu rozległy się lekkie kroki, drzwi otworzyły się nagle i stanęła w nich młoda dziewczyna, 

uśmiechnięta  radośnie.  Była  prześliczna  -  miała  wielkie,  ciemne  oczy  i  drobną,  wyrazistą  twarz.  Jej 

włosy  były  czarne  jak  węgiel,  proste  i  cięŜkie.  Krótka  sukienka  podkreślała  smukłą  figurę,  a  ręce 

wyciągnięte w stronę Felipe de Santisa były drobne i delikatne jak u tancerki. 

-  Wróciłeś! - zawołała po hiszpańsku, przechylając przy tym głowę tak, by najlepiej słyszeć. 

Maggie  zerknęła  szybko  na  gospodarza.  Sroga,  piękna  twarz  złagodniała,  wargi  wygięły  się  w 

uśmiechu. 

-  Si, wróciłem bardzo szybko, prawda? Przywiozłem gości. Musisz mówić po angielsku, bo nic 

nie rozumieją. 

Uśmiech  znikał  powoli  z  twarzy  dziewczyny.  Zrobiła  mały  krok  do  przodu  i  zatrzymała  się, 

zwrócona w stronę hrabiego. 

background image

 -  Felipe? 

-  Wszystko  w  porządku,  Ano  -  zapewnił  ją  łagodnie.  –  Nic  nie  stoi  na  twojej  drodze.  -  Nie 

ruszył  się,  czekał,  aŜ  do  niego  podejdzie.  Kiedy  to  zrobiła,  objął  ją  ramieniem,  szybko  i  opiekuńczo. 

Maggie usłyszała, jak Mitch gwałtownie wciąga powietrze. Felipe spojrzał na nich uwaŜnie. 

-  Moja siostra, Ana - przedstawił ją cichym głosem. Dziewczyna odwróciła głowę i uśmiech 

zaraz wrócił na jej 

twarz.  Przy  bracie  była  bezpieczna,  ale  Maggie  zrozumiała,  jak  wielki  jest  to  cięŜar.  Mitch 

wyglądał na oszołomionego, a ona poczuła się winna, Ŝe nie powiedziała mu o ślepocie dziewczyny. 

Ana de Santis miała około dziewiętnastu lat. Piękne oczy były równie ciemne i głębokie, jak u brata, 

ale  bez  tego  ostrego,  badawczego  spojrzenia.  Niczego  nie  dostrzegały.  Jej  uroda  wydawała  się  prawie  bez 

skazy. Maggie była wstrząśnięta tragedią dziewczyny. 

Sama do niej podeszła i przedstawiła się. 

- Witam. Jestem Maggie Howard. - Ujęła drobną dłoń i uścisnęła. - Jestem dziennikarką. 

- Maggie? - Ana de Santis zrobiła zdziwioną minę i przechyliła głowę. Maggie uśmiechnęła się 

do siebie. To chyba u nich rodzinne. 

- Skrót od Margaret - wyjaśniła, dodając z leciutką ironią: - 

 Po hiszpańsku to Margarita. 

-  Ach!  Rozumiem.  -  Ana  znowu  obdarzyła  ją  ślicznym  uśmiechem,  a  Felipe  spojrzał 

uwaŜnie na Maggie. Na jego wargach teŜ pojawił się lekki uśmiech. 

-  A to jest seńor Mitchell - przedstawił Mitcha, który podszedł, nie odrywając wzroku od twarzy 

dziewczyny. - Jest fotografem i pracuje z seńoritą Howard. 

-  Witam  -  odezwał  się  cicho  Mitch.  Chyba  zauwaŜył,  Ŝe  Maggie  była  mniej  zaskoczona  niŜ 

on. 

-  Seńor  Mitchell  -  powtórzyła  Ana.  Wyraz  jej  twarzy  stał  się  uprzejmy  i  dojrzalszy.  W 

młodziutkiej dziewczynie ujrzeli siostrę hrabiego. 

-  Mam napisać o tym pięknym domu, senorita - powiedziała Maggie. - Potrzebny mi fotograf i 

pracuję z seńorem Mitchellem. Jest najlepszy. Nie będziemy tu długo i postaramy się nie przeszkadzać. 

-  Och! To mi nie przeszkadza, seńorita Howard. Nie chciałam wydać się niegościnna. Czasami 

trudno jest poznawać nowych ludzi. 

-  Nie  wydała  się  pani  niegościnna  -  zaprzeczyła  stanowczo  Maggie.  -  Oboje  jesteśmy  pod 

wraŜeniem pani urody. I proszę mówić do mnie po imieniu. 

-  Maggie - powtórzyła dziewczyna - Dziwne. 

Maggie teŜ czuła się dziwnie. To jak spacer po polu minowym. Jeden fałszywy krok i de Santis 

rzuci się na nią. 

-  Seńora  Mitchella  wszyscy  nazywają  Mitch.  Naprawdę  ma  na  imię  Bruce,  ale  na  to  nie 

reaguje. - Rzuciła Mitchowi niecierpliwe spojrzenie. Stał z głupią miną i nie pomagał w rozmowie. - Jest 

background image

nieszkodliwy i boi się mnie. 

Wszyscy  trochę  się  odpręŜyli,  co  zaskoczyło  Maggie.  Niespodziewanie  odkryła  u  siebie  talenty 

towarzyskie. Ana de Santis była uroczą dziewczyną, do której musiała się zbliŜyć, jeśli miała wykonać 

zadanie. Gniew hrabiego jej nie pomoŜe. Najwyraźniej nie uprzedził siostry, Ŝe będą mieli gości. 

Maggie  miała  pewność,  Ŝe  dziewczyna  była  w  hotelu  w  Londynie.  I  nie  dowiedziała  się,  z  kim 

rozmawiał brat. Wszystko było dla niej niespodzianką. Jeśli w ten sposób hrabia chciał pomagać siostrze, to 

Maggie  tego  nie  pochwalała.  Rzuciła  mu  karcące  spojrzenie  i  odkryła,  Ŝe  jak  zwykle  obserwował  ją 

bacznie. 

-  MoŜe  chcielibyście  obejrzeć  pokoje  i  rozpakować  się  -  mruknął,  a  Maggie  niecierpliwie 

skinęła głową. - Zaraz wskaŜą wam drogę - dodał, sięgając w stronę dzwonka. 

-  Zobaczymy  się  przy  kolacji  -  oznajmiła  Ana,  zwracając  ku  nim  piękne,  niewidzące  oczy. 

Uśmiechnęła się nieśmiało i niepewnie, a potem odwróciła się i wyszła z pokoju krokiem tak pewnym 

i pełnym gracji, jakby widziała nie gorzej niŜ pozostali. 

W drzwiach stanął Jorge. 

-  Zaprowadź seńora Mitchella do jego pokoju – rozkazał Felipe de Santis. Kiedy Maggie takŜe 

ruszyła  do  drzwi,  zatrzymał  ją.  -  Chciałbym  zamienić  z  panią  kilka  słów,  seńorita  Ho 

ward - rzucił stanowczo. - Jorge wróci po panią, gdy odprowadzi seńora Mitchella. 

Maggie  nie  miała  wyjścia,  musiała  zaczekać,  aŜ  zamkną  się  drzwi.  Hrabia  zwrócił  się  w  jej 

stronę i spojrzał chłodno. 

-  Proszę usiąść, seńorita Howard. Chyba przyszedł dobry moment na wyznania. 

Opadła  na  fotel,  z  którego  przed  chwilą  wstała.  De  Santis  przeszedł  kilka  kroków  i  znowu 

odwrócił się, patrząc teraz z wściekłością. 

-  Niech pani mi opowie o swoim zadaniu - rozkazał surowo. - I proszę niczego nie ukrywać - 

dodał,  zanim  zdołała  otworzyć  usta.  -  Znam  Devlina  trochę  lepiej,  niŜ  on  przypuszcza,  i  wcale  nie 

dałem się nabrać na ten „łagodny" artykuł. 

-  To dlaczego pan się zgodził? - Maggie spoglądała na niego buntowniczo. 

Niecierpliwie zmarszczył brwi. 

-  Proszę nie igrać ze mną - warknął. - Chcę wiedzieć, co pani tu robi. Nic wątpię, Ŝe w gazecie 

ukaŜe  się  znakomity  tekst,  ale  teŜ  nie  dam  sobie  wmówić,  Ŝe  osoba  o  pani  talentach  dostała  zadanie 

napisania  czegoś  takiego  i  przystała  na  to  bez  oporu.  A  zatem  jest  tu  pani  z  powodu  Any.  Innymi 

słowy, seńorita, przysłał panią Devlin Parnham. W jakim celu? 

-  Mam  odkryć,  dlaczego  Ana  straciła  wzrok.  -  Po  co  zaprzeczać?  Wpatrywał  się  w  nią, 

zaciskając groźnie usta. 

-  Ma  pani  o  sobie  bardzo  wysokie  mniemanie.  Ana  odwiedziła  wszystkich  liczących  się 

specjalistów w Hiszpanii. Wyjazd do Londynu był ostatnią próbą. Była u bardzo znanego specjalisty, na 

background image

próŜno. Dowiedziałem się tylko tego, co i tak wiem od dwóch lat: nie ma Ŝadnej realnej przyczyny tej 

ś

lepoty. Nie widzi, bo nie chce widzieć. Jak rozumiem, to się zdarza. WyobraŜa sobie pani, Ŝe osiągnie 

coś, co nie udało się ekspertom? Ona była u okulistów i psychiatrów! 

-  To nie był mój pomysł - przypomniała chłodno Maggie. - A skoro najwyraźniej domyślił się 

pan wszystkiego od razu, dlaczego zgodził się pan na nasz przyjazd? 

-  MoŜe chwytam się ostatniej deski ratunku? MoŜe jestem gotów czekać na cud? Miałem zamiar 

odmówić, ale potem przeczytałem pani artykuły. Nie przypomina pani Ŝadnej znanej mi kobiety. 

-  Pamiętam, Ŝe miał pan pewne wątpliwości co do mojej  płci - wtrąciła sucho. 

    Rzucił jej pełne irytacji spojrzenie. 

-  Jest  pani  kobietą  -  warknął.  -  Nie  mam  co  do  tego  Ŝadnych  wątpliwości,  inaczej  nie 

denerwowałaby mnie pani tak często. - Zerwał się i znów zaczął chodzić po pokoju. – MoŜe zdoła pani 

jakoś pomóc. Ma pani analityczny umysł. Umie dąŜyć do prawdy. MoŜe Ana zwierzy się pani ze spraw, 

z których nigdy nie zwierzyłaby się mnie. Dlatego się zgodziłem. Jestem gotów zaryzykować. 

-  Proszę nie mówić nic Anie - powiedziała Maggie. Znowu spojrzał na nią groźnie. 

-  Czy wyglądam na idiotę? 

-  Zrobię, co będę mogła - zapewniła zmartwiona. - To wszystko. 

-  KaŜdy robi, co moŜe - odparł powaŜnie. - Czy seńor Mitchell wie o tym tajnym zadaniu? 

-  Jeszcze nie, ale moŜe będę musiała mu powiedzieć. 

-  Jak pani chce - mruknął. - Ale tak czy inaczej proszę trzymać go z dala od mojej siostry. 

-  Co właściwie pan sugeruje? - zapytała ze złością Maggie, zrywając się na równe nogi. - Jeśli 

usiłuje pan... 

-  Niczego  nie  usiłuję,  seńorita!  Wydałem  tylko  polecenie.  Nie  mam  wątpliwości,  dlaczego 

nalegała pani na jego obecność. Proszę tylko pilnować, Ŝeby nie zbliŜał się do Any. 

-  Chciałabym  pójść  juŜ  do  swojego  pokoju,  seńor  de  Santis.  -  Maggie  odwróciła  się 

wzburzona. 

-  PomoŜe  mi  pani?  -  zapytał  rzeczowo,  bez  Ŝadnej  chęci  przeprosin.  Maggie  rozzłościła  się 

jeszcze bardziej. 

-  Panu? Na pewno nie! - Odwróciła się do niego z wściekłością. - Chętnie pomogę pana siostrze, 

jeśli tylko zdołam, ale nie panu. Mam artykuł do napisania. JeŜeli w trakcie zbierania materiałów natrafię 

na moŜliwość pomocy Anie, wykorzystam ją. Ze względu na jej dobro, nie pańskie. JeŜeli taka okazja 

się nie pojawi, wyjadę. Nigdy nie zajmowałam się medycyną. 

W  drzwiach  stanął  Jorge  i  Maggie  nie  czekała  na  odpowiedź  hrabiego.  Wyszła  z  pokoju, 

zarzucając torbę na ramię. Była pewna, Ŝe tym razem wygrała starcie. 

W pokoju wychodzącym na pachnący dziedziniec Maggie podsumowała sytuację. Ana de Santis 

straciła  wzrok  bez  określonych  przyczyn.  Jej  brat  potrzebował  kogoś,  kto  by  się  do  niej  zbliŜył.  Był 

background image

gotów znosić obecność Maggie i Mitcha, byle tylko dotrzeć do sedna problemu. 

Wyszła  na  balkon  i  spojrzała  na  góry.  Nie  ufała  hrabiemu,  chociaŜ  musiała  przyznać,  Ŝe  ją 

intrygował.  Wiele  tu  było  sekretów,  on  teŜ  miał  swoje.  Jakie  Ŝycie  prowadziła  jego  siostra  w  takiej 

izolacji?  Była  mu  najwyraźniej  oddana,  nie  obawiała  się  go.  Dwa  lata  temu  wydarzyło  się  coś  tak 

strasznego, Ŝe straciła wzrok. Czy miało to coś wspólnego ze śmiercią ojca? 

Maggie zaczęła się rozpakowywać, usiłując przy tym poukładać sobie wszystko w głowie. Słysząc 

pukanie  do  drzwi,  otworzyła  bez  wahania,  myślami  błądząc  gdzie  indziej.  Widok  Felipe  de  Santisa 

natychmiast  sprowadził  ją  na  ziemię.  Patrzyła  na  niego  przez  chwilę,  zanim  zaprosiła  go  do  środka. 

Najwyraźniej miał jej jeszcze coś do powiedzenia, więc czy nie lepiej załatwić to od razu? 

-  Chciał pan ze mną porozmawiać, seńor Proszę wejść. 

-  Rozmowa  nie  skończyła  się  dla  mnie  zadowalająco  -  zawiadomił  ją  sztywno,  zamykając  za 

sobą drzwi. - Chciałem pani uświadomić, Ŝe zasady ustalone w Londynie wciąŜ obowiązują. Jesteście tu, 

by opisać hacjendę de Nieve, okolicę i konie. To, Ŝe potrzebuję pomocy, nie znaczy, Ŝe zamierzam być 

bardziej ustępliwy bądź mniej czujny. 

-  Naturalnie - przyznała sarkastycznie. - Nie spodziewałam się niczego innego. 

-  Nie pojmuję - stwierdził. - Ale skoro komentarz ten pochodzi od pani, na pewno nie jest miły. 

Będę obserwował was uwaŜnie i chcę przeczytać wszystko, co ma iść do druku. 

-  To pan chce przysługi! - przypomniała mu ze złością Maggie. 

-  A pani dostała polecenie od seńora Parnhama - odparował gładko. - Zresztą i tak pani teraz nie 

zrezygnuje.  Jest  pani  znana  z  nieustępliwości,  gdy  juŜ  się  pani  do  czegoś  weźmie,  i  będzie  pani 

zachwycona, mogąc odkryć, Ŝe to ja jestem przyczyną ślepoty Any. Rozumiem panią, seńorita. 

-  Wątpię.  -  Odwróciła  się  i  otworzyła  kolejną  walizkę.  Jeśli  on  sobie  zaraz  nie  pójdzie,  chyba 

wybuchnie. W jednej sprawie się nie mylił - byłaby bardzo szczęśliwa, mogąc go upokorzyć. 

-  Dlaczego tak dziwnie się pani czesze? - zapytał nagle. Zaskoczył ją kompletnie. 

-  Nie  pański  interes!  -  Maggie  odwróciła  się  na  pięcie  i  wlepiła  w  niego  wzrok.  -  Jeśli  rozumie 

mnie pan tak dobrze, to wie pan, co sądzę o opiniach męŜczyzn. 

Wstał  i  przez  chwilę  omiatał  pogardliwym  wzrokiem  jej  piękną,  zagniewaną  twarz,  szeroko 

otwarte  szare  oczy  i  wysoką,  smukłą  sylwetkę,  skutecznie  maskowaną  strojem.  Podszedł  do  drzwi  i 

posłał jej znaczące spojrzenie. 

-  Pani teŜ ma problem - mruknął. - MoŜe zanim pomoŜe pani mojej siostrze, powinna pani 

pomóc sobie. 

Maggie  wpatrywała  się  w  zamknięte  drzwi.  Za  kogo  on  się  uwaŜa?  Pośpiesznie  powtarzała 

sobie wszystkie jego błędy. Chciał pomocy, ale nie zamierzał ustąpić ani o krok w Ŝadnej sprawie. Nie 

ufał  jej  ani  trochę  i  uwaŜał,  Ŝe  ma  romans  z  Mitchem.  Miał  czelność  robić  niemiłe  przytyki  i  nie 

uznawać  negatywnych  reakcji.  Och,  pobyt  tutaj  zapowiada  się  cudownie.  MoŜe  po  prostu  zaczai  się  w 

background image

korytarzu i walnie go czymś cięŜkim! 

Miał teŜ sporą przewagę. Najwyraźniej Devlin Parnham gotów był zgodzić się na wszystko, byle 

tylko hrabia ich przyjął. Dzięki temu Felipe de Santis dostał wszystkie asy. Mógł rozkazywać i ustalać 

zasady. 

Maggie wybrała najskromniejszy strój, by pokazać mu, co myśli o jego przekonaniach. WłoŜyła 

czarny  jedwabny  kostium  ze  spodniami  i  luźnym  Ŝakietem  sięgającym  bioder.  Zapięła  go  prawie  pod 

szyję, odsłaniając tylko fragmencik białej koronkowej bluzeczki. Sporo czasu poświęciła upięciu włosów 

w ciasny kok  na  czubku  głowy,  upewniając  się,  Ŝe  ani  jeden  kosmyk  się  nie wysuwa. Darowała sobie 

staranny  makijaŜ,  tylko  pomalowała  lekko  powieki  cieniem,  a  usta  błyszczykiem.  Z  zadowoleniem 

spojrzała w lustro. Nie wyglądała pociągająco. Zeszła na dół w bojowym nastroju. O jaki problem mu 

chodziło? Wieki temu poradziła sobie ze swoimi problemami. 

Kiedy  Maggie  weszła,  wszyscy  byli  juŜ  w  salonie.  Czuła,  Ŝe  przynajmniej  jedna  para  oczu  nie 

przygląda  jej  się  ironicznie.  Ana  wyglądała  ślicznie.  Miała  jasnoróŜową  sukienkę,  falującą  wokół 

smukłych nóg, a jej włosy przytrzymywała dobrana kolorem opaska. Wysunęła się naprzód, gdy Maggie 

weszła  dc  pokoju  -  najwyraźniej  nie  dopuszczała  myśli,  by  ślepota  uniemoŜliwiała  jej  wypełnianie 

obowiązków gospodyni. 

-  Seńorita  Howard?  Czy  napije  się  pani  czegoś?  Maggie  miała  właśnie  odmówić,  gdy 

dostrzegła spojrzenie hrabiego i zmieniła zdanie. 

-  Dziękuję. Proszę o wytrawne sherry. 

 - To komplement dla Hiszpanii czy najmniej ryzykowny ruch, seńorita? - spytał zaczepnie. - 

Sherry  to  stuprocentowo  hiszpański  napój.  Nawet  nazwa  jest  zniekształconym  po  angielsku  słowem 

jerez. 

-  Raczej chodzi mi o unikanie ryzyka, seńor - odparła Maggie sztywno. - Zazwyczaj nie piję. 

-  Na wszelki wypadek? - spytał. - Mam nadzieję, Ŝe wypije pani wino do posiłku. Jeśli zostanie 

pani przy sherry, a potem przejdzie na mocniejsze aloroso, to nas czeka interesujący wieczór,  a  panią 

ból głowy. 

Maggie  miała  ogromną  ochotę  kazać  mu  się  zamknąć,  ale  powstrzymała  się  i  obdarzyła  go 

kwaśnym uśmiechem. Odetchnęła, gdy podeszła do niej Ana. 

-  Pięknie wyglądasz - szepnęła, a Ana zarumieniła się z zadowolenia. 

-  Tak?  Naprawdę?  Nie  mogę  siebie  zobaczyć.  Mam  słuŜącą,  która  pomaga  mi  się  ubrać,  ale 

zawsze się zastanawiam, czy mówi prawdę, czy stara' się być miła. 

-  Mówi prawdę - zapewniła ją Maggie. - RóŜowy pasuje do twojej śniadej cery. Nie mogłabyś 

wybrać lepiej. 

W  tej  chwili  hrabia  podszedł  z  kieliszkiem  dla  Maggie  i  rozmowa  ucichła,  ale  był  to  dobry 

początek. Dziewczyna potrzebowała kobiecego towarzystwa, a na twarzy jej brata satysfakcja walczyła z 

background image

irytacją. 

Kolacja  była  wspaniała.  Najpierw  podano  pyszną,  zimną  zupę  z  tostones  -  małymi 

grzaneczkami, siekanym pieprzem tureckim i siekanymi ogórkami. 

-  To  gazpacho  andaluz  -  poinformowała  Ana.  -  Teraz  jada  się  je  w  całej  Hiszpanii,  bo  jest 

takie dobre. 

Głównym  daniem  była  pato  con  peras  -  kaczka  z  gruszkami  -  a  po  niej  świeŜe  owoce  i  flan 

karmelowy.  Maggie  ostroŜnie  popijała  wino,  cały  czas  czując  na  sobie  ironiczne  spojrzenie 

ciemnych  oczu.  Nie  było  łatwo  prowadzić  rozmowę.  Starała  się,  jak  mogła,  bo  Mitch  zupełnie  nie 

przypominał  normalnego,  czarującego  kompana.  Był  markotny,  domyślała  się,  dlaczego. 

Trzeba go będzie wtajemniczyć. 

W końcu cierpliwość Maggie wyczerpała się. 

-  Czym  się  tu  zajmujesz?  -  zapytała  Anę  wprost.  –  Czym  wypełniasz  dni?  Nie  brakuje  ci 

miejskiego Ŝycia? 

Złośliwe  rozbawienie  Felipe  zniknęło  natychmiast,  ale  Ana  po  chwili  milczenia  odpowiedziała 

bez zakłopotania: 

-  Pływam, jeŜdŜę konno, uczę się pisma Braille'a. Całkiem dobrze wypełniam sobie czas. 

-  A pływanie i jazda konna nie są dla ciebie niebezpieczne? -  spytał szybko Mitch, porzucając 

urazę. 

Ś

liczna twarz zwróciła się ku niemu. Ana uśmiechnęła się. 

-  Basen  znam  dobrze,  a  umiejętności  pływania  się  nie  zapomina.  Wzrok  do  tego  niepotrzebny. 

Konno jeŜdŜę, gdy Felipe jest blisko. Czy sfotografuje pan nasze konie, seńor Mitchell? 

-  Mam  taki  zamiar.  -  Mitch  zaczął  uczestniczyć  w  rozmowie.  Maggie  miała  nadzieję,  Ŝe  nie 

poprosi Any o pokazanie mu koni brata. Skończyłoby się to kolejnym atakiem furii i podejrzeń. Mitch 

jednak nie poruszył tego tematu. 

ZauwaŜyła,  Ŝe  od  tej  chwili  Felipe  de  Santis  pogodził  się  z  obecnością  Mitcha,  chociaŜ 

odnosił się do niego w sposób sztywny i formalny. Przez resztę kolacji Maggie rozmawiała z Aną i 

uznała, Ŝe poczyniła postępy, chociaŜ nadal nie była pewna, co dalej. 

Daleko  było  stąd  do  wielkomiejskich  slumsów  i  przestępczych  środowisk,  które  opisywała,  a 

jeszcze  dalej  do  ponurych  Ŝołnierzy,  którzy  strzegli  jej  podczas  poprzedniego  zadania.  Nie  była  pewna, 

jak długo tu wytrzyma. UmoŜliwiało to tylko kalectwo Any - i skrywana chęć pokazania el conde, gdzie 

raki zimują. 

Po posiłku wymknęła się jak najszybciej i poszła z Mitchem na górę. Postanowiła wtajemniczyć 

go od razu w całą sprawę. 

-  Wejdź na chwilę - zaproponowała, gdy dotarli do jej  drzwi. - Wszystko ci wyjaśnię. 

Maggie od razu przeszła do sedna. 

background image

-  Naprawdę hrabia teŜ poprosił cię o pomoc? - spytał Mitch, gdy opowiedziała mu o rozmowie z 

Devlinem Parnhamem. -Czy to się uda? 

-  Nie  ma  Ŝadnej  wyraźnej  przyczyny,  która  spowodowała  u  niej  utratę  wzroku  -  wyjaśniła 

Maggie.  Rzuciła  się  na  łóŜko  i  opowiedziała  mu  całą  historię.  -  Ana  odwiedziła  wielu  specjalistów  i 

wszyscy są zgodni: jest ślepa, bo nie chce widzieć. 

-  Czy to moŜliwe? 

-  Tak.  Słyszałam  o  tym.  Są  przypadki,  Ŝe  ludzie  przestają  mówić,  ale  zawsze  zaczyna  się  od 

jakiegoś strasznego przeŜycia. Hrabia twierdzi, Ŝe nie ma pojęcia, co się stało. 

-  A ty mu nie wierzysz? 

-  Właściwie tak. - Maggie pokręciła głową i zamyśliła się. 

-  Poprosił, Ŝebym się do niej zbliŜyła i jakoś to wybadała. Sądzi, Ŝe moŜe kobiecie uda się do 

niej dotrzeć. 

-  Jest taka słodka i naturalna, prawda? 

-  Tak.  -  Maggie  rzuciła  mu  szybkie  spojrzenie.  -  Ale  ty  nie  zbliŜaj  się  do  niej  za  bardzo,  kolego.  

Braciszek ma na wszystko oko. 

-  Nie mam zamiaru - zapewnił ją Mitch z oburzeniem. - 

PrzecieŜ to nastolatka! 

-  Ma dziewiętnaście lat. 

-  No  właśnie.  -  Popatrzył  na  Maggie  ze  złością,  ale  zaraz  się  uspokoił.  -  W  takim  razie 

powinniśmy mieć trochę więcej swobody. 

-  Mowy  nie  ma  -  zawiadomiła  go  kwaśno.  -  Obowiązują  zasady,  które  przedstawił  nam  w 

Londynie. śadnego wtrącania się, grzebania w śmieciach. Stary Parnham się na to zgodził. 

-  I on chce twojej pomocy? 

-  Hrabia postępuje wyłącznie według własnych reguł. Niezbyt go obchodzą cudze uczucia czy 

Ŝ

yczenia. 

-  No  cóŜ.  Jutro  bierzemy  się  do  roboty  -  stwierdził  Mitch,  kierując  się  do  drzwi.  -  Będziesz 

musiała zostać „ciocią Maggie", jeśli zdołasz. Nawiasem mówiąc - dodał, stojąc w otwartych drzwiach - 

wyglądasz dzisiaj bardzo seksownie. 

-  Co? - Maggie zerwała się na równe nogi i gapiła się na niego zdumiona. W tej samej chwili 

Felipe  de  Santis  przeszedł  obok  jej  pokoju.  Ciemne  oczy objęły wszystko jednym spojrzeniem  -  to,  Ŝe 

Mitch  wychodził,  rumieniec  na  twarzy  Maggie  i  zmięte  nakrycie  łóŜka,  na  którym  leŜała,  gdy 

rozmawiali.  Jasne  było,  jakie  wyciągnął  wnioski,  i  policzki  Maggie  poczerwieniały  jeszcze  bardziej. 

Oczywiście z wściekłości, ale on pewnie uznał to za objaw poczucia winy. Nie odezwał się, a Mitch, 

skoro puszczono mu płazem ostatnią uwagę, teŜ zniknął. 

Maggie  patrzyła  na  swoje  odbicie  w  lustrze.  Wygląda  seksownie?  Raczej  jak  surowa  przełoŜona 

pielęgniarek, sam lód. Przebrała się do snu i nie spojrzała na siebie więcej, ale trudno jej było się skupić na 

background image

problemach  Any  i  tajemnicy  hacjendy.  WciąŜ  przypominała  sobie  skupione,  pogardliwe  spojrzenie 

ciemnych oczu. 

Podczas  następnych kilku dni Maggie zbliŜała się powoli do Any  de  Santis.  Nie  było  to  trudne. 

Dziewczynie  najwyraźniej  brakowało  towarzystwa  młodej  kobiety.  W  domu  były  wszelkie  wygody  i 

luksusy  i  Maggie  przyzwyczaiła  się  do  swojego  pięknego  pokoju.  Mogła  spacerować  po  całej 

posiadłości, a Mitch towarzyszył jej, powiększając zbiór zdjęć. 

Jak  na  razie,  nie  wyszli  ani  razu  za  wysoki  mur.  Często  chodziła  z  nimi  Ana  -  zostało  to 

zaakceptowane, kiedy Felipe dostrzegł opiekuńczość Maggie i delikatność, z jaką Mitch się odnosił do 

Any. Jednak wciąŜ obserwował ich jak jastrząb i Maggie miała świadomość, Ŝe nie moŜe zrobić ani 

jednego fałszywego kroku, mimo przysługi, jakiej od niej oczekiwał. 

Ana, wyraźnie spragniona towarzystwa, zaczęła przychodzić do pokoju Maggie, by porozmawiać. 

Nigdy nie mówiła o swojej ślepocie, a Maggie nie pytała. Na to było jeszcze za wcześnie. 

-  Jak wygląda seńor Mitchell? - spytała Ana któregoś popołudnia, kiedy siedziały z Maggie na 

zacienionym balkonie. 

-  Ma bardzo jasne włosy - odparła Maggie. - Niebieskie oczy. Jest przystojny i wysoki, chociaŜ 

niŜszy od twojego brata. 

-  Czy jest miły? 

-  Moim  zdaniem,  tak.  Pracuję  z  nim  od  ponad  dwóch  lat.  Bywaliśmy  w  niebezpieczeństwie. 

Zawsze mogłam na nim polegać. Stara się mnie chronić, nawet kiedy tego nie oczekuję. 

-  Dlaczego nie potrzebujesz opieki? - spytała Ana, a Maggie uśmiechnęła się do siebie. 

-  Jestem twarda. Nie chcesz wiedzieć, jak wyglądam? 

Odpowiedź poruszyła Maggie do głębi. 

-  O, nie. JuŜ wiem, jak wyglądasz. Felipe mi opisał. Ale i tak Ŝałuję, Ŝe sama nie mogę cię 

zobaczyć. 

-  Niewiele tracisz - skrzywiła się Maggie, pewna, Ŝe de Santis nie Ŝałował słów krytyki. 

-  Felipe mówił co innego. śe jesteś bardzo piękna. Masz włosy jak promienie słońca. I skórę jak 

biały kwiat, i oczy tak szare i czyste, Ŝe widzą w głębi duszy. Opisał mi ciebie bardzo starannie. 

Maggie zarumieniła się mocno, zadowolona, Ŝe Ana nie widzi jej w tej chwili. 

-  Jest dla ciebie dobry, oszczędza ci prawdy. 

-  O,  nie!  Opowiedział  wszystko  bardzo  szczegółowo.  Mówił  jeszcze,  Ŝe  atakujesz  jak 

znakomicie wyszkolony pies obronny. I Ŝe nie ustępujesz ani na krok. Według Felipe jako męŜczyzna 

byłabyś znakomitym towarzyszem w walce. 

CzyŜby?  Małe  szanse,  by  Maggie  kiedykolwiek  znalazła  się  po  jego  stronie.  Przy  kolacji  wciąŜ 

była wściekła i Mitch zerkał na nią niepewnie, wyraźnie zadowolony, Ŝe ma okazję porozmawiać z Aną. 

background image

Felipe  spoglądał  na  Maggie  sceptycznie  i  starał  się  nie  odzywać.  Wiedziała  juŜ,  Ŝe  nie  jest  zbyt 

rozmowny.  Jednak  jego  nieliczne  uwagi  na  jej  temat  były  zawsze  pogardliwe.  Nie  zachowywał  się  jak 

ktoś, kto oczekuje przysługi, i gdyby nie Ana, Ŝadnej by się nie doczekał. Bez wątpienia powiedział, Ŝe 

jest piękna, tylko po to, by Ana chciała się z nią zaprzyjaźnić. 

Kiedy Maggie nazajutrz zeszła na dół, był juŜ w holu. Na jej widok podszedł do schodów. Patrzył 

z taką złością, Ŝe zamarła w połowie drogi i zaczęła się zastanawiać, czym mu się tak bardzo naraziła. 

-  Nie masz nóg?! - wykrzyknął, opierając dłonie na biodrach. - PrzecieŜ w tych męskich spodniach 

muszą być normalne kobiece nogi? Wszyscy je mają, na czymś w końcu musisz stać! 

Maggie  szeroko  otworzyła  usta.  Nikt  jeszcze  nie  ośmielił  się  tak  do  niej  odezwać.  Ten 

męŜczyzna albo był niewiarygodnie bezczelny, albo szalony. 

-  Jak śmiesz robić mi uwagi? - rozzłościła się. - Nie masz prawa... 

-  Owszem, nie mam - przerwał jej sucho. - Własna odwaga mnie zdumiewa, a to wszystko przez 

głupie domysły. Oczywiście, nie masz nóg. Uznałabyś je za oznakę słabości! 

Odszedł, a Maggie była tak wściekła, Ŝe wróciła do pokoju i nie zjadła śniadania. Ana szybko 

wyczuła napięcie i trzymała się blisko Mitcha, śmiejąc się z jego Ŝartów. Co jakiś czas zwracała głowę w 

stronę Maggie. 

-  Czy obraziłam cię czymś? - zapytała cicho, gdy Mitch musiał się gdzieś wdrapać, by zrobić 

zdjęcie. 

-  Oczywiście, Ŝe nie - zapewniła ją Maggie. - Tylko Ŝe... no... twój brat mnie zdenerwował. 

-  Ach! Ma okropny charakter - poinformowała ją Ana, śmiejąc się, najwyraźniej uspokojona. 

- Felipe umie się wściekać jak tormenta. Nie jest jak seńor Mitchell, łagodny i miły. 

Maggie spojrzała na nią ze zdumieniem. Tak mogą się zaczynać duŜe, naprawdę duŜe kłopoty. 

-  Jest bardzo lubiany - ucięła stanowczo. - Nie masz Ŝadnych przyjaciół? 

-  Mam ich wielu i czasem mnie odwiedzają. Felipe zabiera mnie na wybrzeŜe, ale teraz, kiedy nie 

widzę, to trochę trudne. Na wybrzeŜu nie jest łatwo, tyle samochodów i ludzi. 

-  Tak,  wyobraŜam  sobie.  -  Maggie  zamyśliła  się.  Wyglądało  na  to,  Ŝe  zdobywa  zaufanie  Any, 

ale  Felipe  juŜ  to zaufanie  miał, a nadal nie poznał przyczyn ślepoty. Rola terapeuty nie jest łatwa, a 

ona nie miała uzdolnień w tym kierunku. 

ZbliŜała  się  kolacja,  a  Maggie  wciąŜ  z  oburzeniem  myślała  o uwagach Felipe. Znalazła się w 

bardzo niewygodnej sytuacji. Jeśli zejdzie w spodniach, pośle jej jeden z tych ironicznych uśmiechów. A 

jeśli włoŜy spódnicę, on uzna, Ŝe obchodzi ją jego opinia. Na coś jednak musiała się zdecydować. Głupio 

było tak siedzieć bez kolacji i się dąsać. 

Po  przemyśleniu  sprawy  postanowiła  zaprezentować  drugą  skrajność.  Wzięła  sukienki  w  razie 

zmiennej  pogody.  Obie  miały  dwa  lata  i  Ŝadnej  nigdy  nie  włoŜyła  -  kupiła  je,  zanim  los  zmienił  ją  z 

ufnej, szczęśliwej osoby w istotę przygotowaną do obrony. Wyjęła je i uwaŜnie obejrzała. 

background image

W końcu postanowiła włoŜyć szyfonową sukienkę w niebieskie i złote kwiaty. Była powiewna i 

bardzo kobieca, kupiła ją z myślą o przyjęciu, na które nigdy nie dotarła. Kiedy ją włoŜyła, dostrzegła 

niebezpieczeństwo. Widok swego odbicia w lustrze, siebie sprzed lat, wywołał silny wstrząs. 

Spojrzała  na  dłonie,  które  drŜały  przez  chwilę,  i  rozwaŜała  zdjęcie  sukienki  i  zapomnienie  o 

całej sprawie. Co się z nią stało? Czy zamknęła się w więzieniu jak Ana? Czy Felipe miał rację, Ŝe się 

ukrywa? Czy jej zachowanie i ubiór były zasłoną, za którą się schowała? 

Przyszedł  czas  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Pozostanie  sobą,  niezaleŜnie  od  stroju. 

Wyszczotkowała włosy, aŜ lśniły. WłoŜyła eleganckie sandały i zeszła na kolację. Jeśli zdoła stawić czoło 

Felipe de Santisowi, moŜe stanąć twarzą w twarz z kaŜdym męŜczyzną. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Felipe  nie  było  na  dole  i  Maggie  odczuła  ogromną,  tchórzliwą  ulgę.  Mitch  aŜ  jęknął  na  jej 

widok, więc Ana odwróciła się w stronę drzwi. 

-  Maggie, nawet jeśli się na mnie rzucisz z pięściami, to i tak powiem, Ŝe wyglądasz pięknie - 

oświadczył z taką powagą, Ŝe Maggie nie wiedziała, jak zareagować. Poza tym bardzo się denerwowała 

na myśl o spotkaniu z Felipe. 

-  Jak wygląda? - Po raz pierwszy Ana okazała frustrację, Ŝe nie widzi. - Powiedz mi dokładnie. 

Tak dobrze opisujesz. Opisz mi Maggie, a ja zrobię drinka. 

Maggie  od  dwóch  lat  nie  czuła  się  tak  bezbronna.  Nie  miała  nawet  odwagi  spojrzeć  groźnie  na 

Mitcha. Jeśli nie przywoła go do porządku, będzie miała kłopoty po powrocie do Londynu. 

W  tej  chwili  Felipe  stanął  w  drzwiach.  Jego  wzrok  zatrzymywał  się  na  jej  nogach,  smukłych 

ramionach i długich, rozpuszczonych włosach. W ciemnych oczach pojawił się błysk, ale hrabia tylko się 

skrzywił. Maggie domyśliła się, Ŝe zaraz powie coś obraźliwego. 

-  Niech pan nic nie mówi! - syknęła z nadzieją, Ŝe nikt poza nim nie usłyszy. 

-  Nie wolno mi powiedzieć buenas tardes? - Zatrzymał się przed nią i spojrzał z wysokości, 

która w tej chwili wydawała się ogromna. - Nie zamierzałem mówić nic więcej. 

Zamierzał! Nie dała się zwieść. 

background image

-  Sądzi pan pewnie, Ŝe się przejęłam jego słowami! - powiedziała Maggie, rumieniąc się. 

-  Nie potrafi pani czytać w moich myślach - odpowiedział cicho, jakby spiskowali we dwoje, i 

to  teŜ  ją  deprymowało.  -  Pewnie  pani  się  tak  ubrała,  bo  jest  gorąco  albo  nie  ma  czystych  spodni.  - 

Wzruszył ramionami. - Kobieta nie musi tłumaczyć, dlaczego robi róŜne rzeczy. To jedna z zalet bycia 

kobietą.  Proszę  o  tym  pamiętać,  senorita.  -  Spojrzał  na  pozostałą  dwójkę.  Śmiali  się  i  wcale  się  nie 

ś

pieszyli z drinkiem dla Maggie. 

-  Ana  lepiej  się  czuje,  jest  odpręŜona  -  zauwaŜył,  zmieniając  nagle  temat.  -  DuŜo  o  sobie 

mówi. 

-  Ale  nie  o  swoich  problemach.  -  Co  za  ulga,  Ŝe  te  ciemne  oczy  zwróciły  się  w  inną  stronę. 

Jednak lekcewaŜący komentarz na temat jej stroju zirytował ją. 

-  Za wcześnie na to. Problem tkwi zbyt głęboko. Ale jest jeszcze mnóstwo czasu. 

-  AleŜ skąd! - Pobyt tutaj zmieniał takŜe ją. - Nie moŜemy tu tkwić bez końca. Mam napisać 

artykuł, nie ksiąŜkę. 

-  Mamy dość czasu - mruknął. Nie odrywał wzroku od siostry. - Jest pani bardziej potrzebna tu 

niŜ tam. Senor Parnham wpadł na ten pomysł i zgodzi się na prawie wszystko, o co go poproszę. 

Odszedł,  a  Maggie  patrzyła  za  nim  ze  zmartwioną  miną.  Jego  wypowiedź  jasno  dowodziła,  Ŝe 

pozwala jej na zabawę w psychiatrę, by zadowolić ojca chrzestnego. Poza tym goście chyba działali mu 

na nerwy. Z przykrością uświadomiła sobie, Ŝe gra według jego reguł. Wszystko było tak, jak on chciał. 

Ona na nic nie miała wpływu. 

Na drugi dzień Maggie postanowiła wybrać się na samotny spacer, by przemyśleć całą sytuację. 

Po śniadaniu długo stała na balkonie, patrząc na góry. Być w Hiszpanii i nie widzieć takiego piękna. Nie 

miała zamiaru zabierać na ten spacer Mitcha. Samotnie opuściła hacjendę. 

Wyjście stamtąd stało się śmiesznie łatwe. Felipe nie było w pobliŜu, a słuŜba zignorowała to, 

Ŝ

e  Maggie  spokojnie  idzie  w  stronę  wielkiej  bramy.  MoŜe  uznali,  Ŝe  po  prostu  ogląda  teren.  Miała  na 

sobie ciemne dŜinsy i koszulkę, nieodłączną luźną koszulę,  zarzuconą  na  ramiona,  a na nogach białe 

tenisówki. 

Od chwili przybycia tutaj była bardzo spięta i znała tego przyczynę - el conde! Nie mogła nawet 

na  niego  spojrzeć  bez  drŜenia.  Nie  usiłował  być  sympatyczny.  Chyba  miał  tylko  trzy  wyrazy  twarzy  - 

ironiczny, pogardliwy i wściekły. Na swój sposób był równie trudny w obejściu, jak niejeden dyktator, z 

którym  przeprowadzała  wywiad.  Ale  w  końcu  on  teŜ  był  dyktatorem.  Jak  dobrze  choć  na  chwilę 

stamtąd uciec. 

Wydawało  jej  się,  Ŝe  z  hacjendy  blisko  było  do  gór.  Idąc  pieszo,  odkryła,  Ŝe  w  tym 

zdumiewającym  świetle  wszystko  wydaje  się  duŜo  bliŜsze  niŜ  w  rzeczywistości.  Przeszła  spory 

odcinek, a jednak do podnóŜy gór było jeszcze daleko. 

background image

Niebo  miało  intensywnie  błękitną  barwę.  Maggie  poczuła  nagle  ogromny  spokój,  jakby  była 

częścią  tej  ziemi,  jakby tu tkwiły  jej  korzenie.  Ale  pojawił  się  teŜ  dziwny  smutek.  Od  bardzo dawna 

nie  miała  poczucia  przynaleŜności  do  jakiegoś  określonego  miejsca.  Miała  pracę,  którą  lubiła,  ale 

naprawdę nigdy nie czuła się odpręŜona, nie traciła czujności. 

Słabo pamiętała rodziców, dom. Potem opiekował się nią dziadek. Studia, praca i mieszkanie. Po 

raz  pierwszy  szczerze  oceniała  swoje  Ŝycie.  Wzywały  ją  góry,  a  ciepły  wiatr  rozwiewał  jej  włosy. 

Szumiał, zagłuszając wszelkie inne dźwięki. 

Przeleciał  orzeł,  zachwycając  ją  swym  dostojeństwem.  PogrąŜyła  się  w  nieznanym  świecie. 

Piękno przyrody, oszałamiający majestat gór i ciepło Hiszpanii zawładnęły jej myślami. 

Landrower  był  juŜ  bardzo  blisko,  gdy  usłyszała  warkot  silnika.  Odwróciła  się,  trochę 

oszołomiona. Cywilizacja wdarła się w jej marzenia i bardzo jej się to nie podobało. Złość wzrosła, gdy 

rozpoznała  kierowcę.  Felipe  de  Santis  patrzył  na  nią  z  irytacją,  zbliŜając  się  wyboistą  drogą.  Za 

samochodem unosiła się chmura pyłu. 

Maggie  wiedziała,  Ŝe  przyjechał po nią. Była wściekła. On teŜ wyglądał na rozgniewanego. Jego 

czarne włosy rozwiewał wiatr, zsuwając kosmyki na czoło. Ściskał kierownicę bardzo mocno. Wydawało 

się, Ŝe z podobną siłą chętnie ścisnąłby jej szyję. 

Zahamował  gwałtownie,  a  cisza,  która  zapanowała,  nie  wróŜyła  nic  dobrego.  Wyskoczył  z 

samochodu. 

-  A dokąd to się pani wybiera? - spoglądał na nią groźnie, opierając ręce na biodrach.  Znowu 

przybrał dyktatorską pozę. 

Maggie odwaŜnie patrzyła mu w oczy. 

-  Na  spacer!  - Nie miała zamiaru się tłumaczyć, ale był tak wściekły,  Ŝe  nie  ośmieliła  się  go 

zignorować. 

-  Na  spacer?  W  góry?  -  Nie  odwrócił  wzroku,  a  w  jego  głosie zabrzmiała pogarda. - Nie ma 

pani ani wody, ani porządnych butów. Sierras to nie angielskie pagórki! A Mitchella pewnie pani ze sobą 

zawsze  zabiera,  Ŝeby  nosił bagaŜe i wyciągał panią z kłopotów. Do tej pory nie domyślałem się, Ŝe ma 

więcej niŜ jedno zadanie. Jako kochanek nie jest godzien zaufania, senorita. Nadal interesują go inne 

kobiety. 

Maggie prawie dostała szału. 

-  Jak pan śmie sugerować, Ŝe Mitch i ja... 

-  Mam dobry wzrok - przerwał jej brutalnie. - Nie muszę widzieć dwóch osób w jednej sypialni, 

Ŝ

eby zrozumieć, o co chodzi. Pamiętam, jak się upierałaś, by zabrać go do Hiszpanii. 

-  To  mój  fotograf!  -  wrzasnęła  Maggie,  ze  złością  odgarniając  kosmyki  włosów  z  twarzy.  -  A 

poza tym, kiedy pana zobaczyłam, uznałam, Ŝe lepiej będzie mieć kogoś przy sobie. Hiszpański maniak 

moŜe być niebezpieczny! 

background image

Wydawało  się,  Ŝe  zaraz  się  na  nią  rzuci.  Jednak  tylko  pogardliwie  wykrzywił  wargi.  Wyniosła 

twarz znieruchomiała na moment, a potem niespodziewanie roześmiał się cicho. Była kompletnie zbita z 

tropu. 

-  Wsiadać. - Chwycił ją za ramię. 

Jednak Maggie nie zamierzała dać się zawieźć do hacjendy jak schwytany zbieg. 

-  Idę w góry i nie waŜ się ze mną szarpać! - ostrzegła. 

Rozbawiło go to jeszcze bardziej. Wyrwała mu się. 

-  Nie zamierzam cię zatrzymywać. Podwiozę cię i dopilnuję, Ŝebyś wróciła bezpiecznie. 

-  Wolę być sama! 

Jego  spojrzenie  sugerowało,  Ŝe  znowu  myślał  o Mitchu. Maggie zaniemówiła. Nie będzie nic 

wyjaśniać temu aroganckiemu Hiszpanowi. Nie dał jej zresztą okazji. Pociągnął ją stanowczo w stronę 

samochodu. 

-  Jesteś moim gościem i odpowiadam za twoje bezpieczeństwo. Chcesz zobaczyć góry z bliska? 

Muy  bien!  Zabiorę  cię.  Będziesz  miała  więcej  czasu,  dalej  dotrzesz  i  więcej  zobaczysz. 

I będziesz bezpieczna. 

Wątpiła,  czy  była  bezpieczna  przy  de  Santisie.  Wydawało  jej  się,  Ŝe  miał  zamiar  wrzucić  ją  do 

samochodu. Niechętnie wsiadła, a on spytał z ironią: 

-  Chcesz prowadzić? 

-  Oczywiście, Ŝe nie! - fuknęła. 

Uśmiechnął się, zadowolony z siebie. 

-  Więc proszę się przesunąć, por favor. W Hiszpanii jeździmy prawą stroną. - Wtedy zdała 

sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe  siedzi  za  kierownicą,  i  przesunęła  się  z  trudem.  Znowu  wygrał. 

Siedziała  sztywno,  patrząc  przed  siebie.  Niedawne  uczucie  za  chwytu  uleciało,  znowu  zawładnął  nią 

bezsilny gniew. 

Jechał wolno, ale i tak mocno trzęsło. Chciała zaŜądać, by ją wysadził, gdy nagle skręcił w drogę, 

której  z  daleka  nie  zauwaŜyła.  Mógł  się  na  niej  zmieścić  tylko  jeden  samochód.  Maggie  zrobiła  kilka 

głębokich wdechów, by opanować złość. Nie będzie się do niego odzywać, postanowiła. 

Zadowolona  ze  swej  decyzji  usadowiła  się  wygodniej  i  rozejrzała  wokół.  Szybko  wjeŜdŜali 

coraz  wyŜej  i  to  ją  zaniepokoiło.  Chodzenie  po  górach  było  przyjemne,  ale  jeŜdŜenie  po  nich 

samochodem nie wydawało się bezpieczne. Z jednej strony otwierała  się  przepaść  -  z  jej  strony!  Stok 

opadał  pionowo,  a  gdy  spojrzała  przed  siebie,  zamarło  w  niej  serce.  Droga  prowadziła  prosto  do 

nieba! 

Za nic by się nie przyznała, Ŝe była przeraŜona. Nie przywykła do gór, a wysokość przeraŜa ludzi 

z wyobraźnią. Zdesperowana, złamała śluby milczenia juŜ po kilku minutach. 

-  WjeŜdŜamy na górę? 

background image

-  Si. Ze szczytu widok jest przepiękny. 

-  Ja... nie zamierzałam dotrzeć aŜ tak wysoko. 

-  I bardzo dobrze. Landrowerem moŜemy wjechać tak daleko, jak chcesz. 

Maggie  miała  ochotę  krzyknąć,  Ŝe  chce  wracać,  najlepiej  pieszo.  Najwidoczniej  na  nim  taka 

szybka  jazda  po  górskiej  drodze  nie  robiła  wraŜenia.  Kamienie  potrącone  przez  koła  spadały  w  dół  i 

Maggie była pewna, Ŝe i ją to zaraz spotka. 

-  Czy moŜemy zawrócić? - poprosiła drŜącym głosem, a on spojrzał na nią ze zdumieniem. 

-  Coś  nie  tak?  Que  hay?  -  Ku  jej  uldze  zatrzymał  samochód.  Poczuła  się  odrobinę 

bezpieczniej.  Spojrzał  na  jej  nagle  pobladłą  twarz,  zauwaŜając  krople  potu  na  czole.  -  Masz  lęk 

wysokości? 

-  Raczej  nie.  Ale...  -  Spojrzała  na  drogę  przed  nimi.  Zdawała  się  biec  w  górę  pod 

niebezpiecznym kątem. Ręce jej drŜały. Zdumiała się, Ŝe właśnie jej coś takiego się przytrafiło! 

-  Zawrócę.  -  Miał  właśnie  przekręcić  kluczyk  w  stacyjce,  gdy  śmiertelnie  przeraŜona  Maggie 

chwyciła go za ramię. 

-  Jest tam miejsce, Ŝeby zawrócić? 

-  Droga biegnie na sam szczyt. Mogę zawrócić tutaj. 

-  Nie! - Zawrócić na tej wąskiej drodze? Na pewno spadną. 

-  Nic  nam  nie  grozi.  -  Spojrzał  powaŜnie,  a  ona  uznała,  Ŝe  stara  się  dodać  jej  odwagi.  -  To 

uczęszczana droga. Nie przypominam sobie, by zdarzył się tu jakiś wypadek. Ale zrobię, jak zechcesz. 

-  To... jedźmy dalej - zadecydowała bez przekonania, zamykając oczy. 

Silnik  zawarczał  i  ruszyli.  Tym  razem  samochód  jechał  wolniej,  ale  Maggie  i  tak  nie  otwierała 

oczu.  Od  dawna  nie  czuła  takiego  strachu.  Nie  ściskała  nawet  fotela  -  za  bardzo  drŜały  jej  ręce.  Gdy 

dotarli na górę, była bliska płaczu. 

Felipe  zatrzymał  samochód  i  Maggie  zmusiła  się,  by  otworzyć  oczy.  Stali  na  przełęczy,  skąd 

rozciągał się widok na przepiękną dolinę. 

Hrabia wysiadł i otworzył drzwi od jej strony. 

-  Wyjdź na powietrze - doradził cicho. - Tutaj droga jest szeroka. - Podał jej butelkę z wodą, 

napiła się z radością. 

-  Chodź,  popatrz.  -  Ujął  ją  pod  ramię.  Maggie  ruszyła  powoli.  Jej  nogi  wciąŜ  drŜały,  ale 

dochodziła do siebie. Przyznała w duchu, Ŝe przydała się jego dyskretna pomoc. 

Widok  był  wspaniały  -  zielona  dolina  ze  wszystkich  stron  otoczona  górami.  Ujrzała  domy  i 

kościółek.  Na  trawiastych  zboczach  pasły  się  owce,  a  wokół  nich  biegał  pies.  Sielskość  tej  sceny 

podziałała na nią kojąco. 

-  Vamonos! - Felipe znów ujął jej ramię. 

Znowu  wsiedli  do  samochodu  i  pojechali  do  wioski.  Niedaleko  kościoła  był  mały  bar.  Felipe 

background image

zaprosił ją do środka. 

-  Czas  na  tapas.  -  Znała  upodobanie  Hiszpanów  do  małych  przekąsek.  Idąc  ulicą,  z  lekkim 

zdumieniem odkryła, Ŝe śledzi ją sporo par oczu. Sięgnęła po koszulę, ale Felipe chwycił ją i wrzucił 

na tylne siedzenie. - Za gorąco. Chodź. Nic ci się nie stanie. Oni po prostu są ciekawi. Rzadko zjawiają 

się tu goście. 

-  To nie na ciebie się gapią - mruknęła, a on uśmiechnął się nieoczekiwanie. 

-  Mam  czarne  włosy  i  ciemne  oczy  jak  tubylcy.  Jestem  Andaluzyjczykiem.  A  poza  tym  znają 

mnie.  -  No  pewnie!  Był  przecieŜ  el  conde.  Zerknęła  na  niego  i  odkryła, Ŝe wpatruje się w jej twarz. - 

Masz złociste włosy i szare oczy, jesteś inna. Ale uwaŜaj, nie złość się, bo ich rozczarujesz. 

Maggie  nie  była  w  stanie  się  spierać.  Poszła  za  nim  do  małej,  ciemnej  knajpki.  Wewnątrz  byli 

sami  męŜczyźni,  zawahała  się  przy  wejściu.  Powitały  ją  jednak  uśmiechy  i  zapraszające  gesty.  Felipe 

znalazł dla niej krzesło, gdy juŜ wybrała sobie jedną z potraw. 

Zamówiła tortilla a la espańola, hiszpański omlet. Serwowano tu kilka jego rodzajów: z cebulą, 

szynką,  szparagami,  szpinakiem  i  grzybami.  Maggie  patrzyła  na  nie  z  apetytem.  Od  niezbyt  obfitego, 

hiszpańskiego śniadania minęło sporo czasu. W końcu Felipe nałoŜył jej po trochu wszystkiego. 

-  Spróbuj  calamares  -  zaproponował,  wskazując  na  kółeczka  smaŜone  w  cieście.  Maggie  omal 

się nie wzdrygnęła. Wiedziała, co to jest calamares - kalmary podobne do ośmiornicy! 

-  Nie, dziękuję - odparła pośpiesznie. - Mam juŜ pełny talerz. A poza tym ja... nie mam na to 

ochoty. 

Zerknął na nią z rozbawieniem. 

W  barze  za  długą  ladą  wisiały  szynki,  których  zapach  mieszał  się  z  innymi  aromatami  tego 

miejsca. Wydawało się, Ŝe jest tu bardzo ciemno, ale było teŜ chłodno. 

Nie mogła oderwać wzroku od Felipe. Teraz, po niedawnych przejściach, nie czuła juŜ do niego 

wrogości.  Wyglądał  równie  wspaniale,  jak  w  czasach,  kiedy  była  dzieckiem.  Wysoki,  przystojny,  o 

hiszpańskiej  urodzie.  U  tutejszych  mieszkańców  wciąŜ  było  widoczne  mauretańskie  pochodzenie  -  w 

sposobie trzymania  głowy,  w  kształcie  ust  -  i  musiała  przyznać,  Ŝe  Felipe  de  Santis  wyglądał  wśród 

nich jak ksiąŜę. 

ChociaŜ w tym miejscu wcale nie zachowywał się jak ksiąŜę. Stał przy barze i rozmawiał z grupką 

roześmianych męŜczyzn, którzy co jakiś czas zerkali na nią ciekawie. 

-  Su mujer es muy guapa, senor conde - powiedział jeden z uśmiechem. - Una paloma. 

Felipe zerknął na nią, ale Maggie bardzo się starała wyglądać tak, jakby nic nie zrozumiała. 

- Co on powiedział? - zapytała, gdy de Santis usiadł przy niej. 

-  Najwyraźniej zauwaŜył twoje szare oczy. Jak na razie jeszcze nie zmieniły się w lód. Nazwał 

cię gołębicą - una paloma. - I dodał z lekką ironią: - Nie oburzaj się. To cywilizowani ludzie. To miał 

być komplement. 

background image

MęŜczyzna powiedział więcej. śe jest piękna i nazwał ją kobietą Felipe. Ale hrabia najwyraźniej 

nie  zamierzał  tego  tłumaczyć,  a  skoro  ona  nie  chciała  ujawnić  swej  znajomości  hiszpańskiego,  musiała 

dać spokój. A mógł przecieŜ poinformować zebranych, Ŝe była gościem w hacjendzie. 

Chłodny  napój  i  bardzo  smaczny  posiłek  dodały  jej  energii.  Trzeba  było  wracać.  Felipe 

uprzejmie odsunął jej krzesło i powiedział adiós do ciągle zaintrygowanych Hiszpanów. 

-  Jest inna droga powrotna - odezwał się cicho, gdy Maggie podeszła do landrowera i zerknęła 

nerwowo na przełęcz. 

-  Och! Dziękuję! - powiedziała bezwiednie, a on zatrzymał się i spojrzał w jej uniesioną twarz. 

-  Nie  jestem  okrutnikiem,  seńorita.  -  Jego  śniada  dłoń  dotknęła  jej  twarzy.  -  Nie  lubię 

przeraŜenia  w  oczach  kobiety,  zwłaszcza  tej,  która  tak  sobie  ceni  równość.  Będziemy  walczyć  na 

bezpiecznym, neutralnym gruncie, si? 

-  Hacjenda nie jest taka znowu neutralna - zauwaŜyła Mag-gie. Znowu poczuła się dziwnie, kiedy 

jej dotykał, i nie podobało jej się to. Głupio byłoby odsunąć się gwałtownie i patrzeć groźnie, kiedy był 

dla niej taki miły. - Rządzisz tam niepodzielnie i mnie nie lubisz. 

-  CzyŜby? - Czarne brwi uniosły się pytająco. - PrzecieŜ musisz zdawać sobie sprawę ze swojej 

siły, seńorita? Potrzebuję twojej pomocy. 

-  Nie wierzę - zaprotestowała. - Wystarczyłaby do tego zadania pierwsza lepsza kobieta. 

Uśmiechnął się i dopiero wtedy dotarło do niej znaczenie wypowiedzianych przez nią słów. 

-  Bardzo  dwuznaczne  stwierdzenie  -  mruknął  z  rozbawieniem.  -  Musisz  być  nadal  w  szoku. 

Nie  sądzę,  Ŝe  kaŜda  kobieta  byłaby  odpowiednia  dla  Any.  A  zresztą,  i  tak  na  razie  jestem 

skazany na ciebie, es verdad? 

W  oczach  Maggie  pojawiły  się  iskierki,  znak  wzbierającej  złości.  Jego  dłoń  zsunęła  się  z  jej 

twarzy  na  ramię.  Spojrzał  na  bar  -  męŜczyźni  wyszli  ze  szklankami  na  zewnątrz,  by  obejrzeć  finał 

niezwykłego wydarzenia. 

-  Chodźmy,  seńorita  -  poradził  cicho  Felipe.  -  Jak  na  razie  są  zachwyceni  twoją  urodą  i 

wdziękiem.  Lepiej  jedźmy,  póki  panujesz  nad  swoim  temperamentem.  Niech  uwaŜają,  Ŝe  jesteś 

jak una paloma. Kiedy wrócimy do domu, moŜesz znowu stać się ziejącym ogniem smokiem. 

Nie  odpowiedziała.  Po  pierwsze,  miała  przed  sobą  drogę  powrotną,  a  po  drugie,  nie  lubiła 

publicznie robić scen. Odjechali wśród poŜegnalnych okrzyków, ale Maggie juŜ się nie uśmiechała. Nie 

zamierzała potwierdzać ich oczywistego przekonania, Ŝe hrabia znalazł sobie nową kobietę. 

W drodze powrotnej mogła oglądać krajobrazy. Felipe prowadził w milczeniu. Szybko dojechali 

do domu, czego nawet trochę Ŝałowała. Podczas podróŜy prawie zupełnie wrócił jej poprzedni spokój, a 

obecność Felipe, o dziwo, pomogła. 

Maggie  odkryła,  Ŝe  czuje  się  przy  nim  bezpiecznie.  Mimo  arogancji,  obraźliwych  uwag  i 

ironicznych spojrzeń był z natury uprzejmy i godzien zaufania. Ze zdumieniem odkryła, Ŝe wcale nie jest 

background image

późno,  dopiero  zbliŜała  się  pora  obiadu.  Jeszcze  bardziej  zdziwiło  ją,  Ŝe  Felipe  po  prostu  poinformował 

pozostałą dwójkę, Ŝe byli na przejaŜdŜce w górach. Nie wspomniał nic o swoim pościgu ani o jej strachu. 

Nawet na nią nie patrzył. W ogóle nie zwracał na nią uwagi. 

Poprzednie  ujmujące  zachowanie  znikło  bez  śladu.  Dziwny  człowiek,  uznała,  i  bardzo 

denerwujący.  Zresztą,  czego  się  właściwie  spodziewała?  Przyznał,  Ŝe  jest  na  nią skazany. Postanowiła 

więc od razu zabrać się do pisania artykułu. Musi się stąd wydostać jak najszybciej... 

Następnego  ranka  Maggie  znalazła  Anę  w  basenie.  Woda  była  tak  przyjemnie  chłodna,  Ŝe 

Maggie bardzo poŜałowała, Ŝe nie ma kostiumu. Ana była od niej drobniejsza i niŜsza, nie mogłaby od 

niej poŜyczyć stroju do pływania. Pozostawały zakupy. Maggie zdumiała własna determinacja. Dawniej 

wzruszyłaby ramionami i dała sobie spokój. A przede wszystkim w ogóle by o tym nie myślała. 

PoniewaŜ  był  tylko  jeden  sposób  na  wydostanie  się  z  hacjen-dy,  poszła  do  Felipe.  Wiedziała, 

gdzie  go  szukać  po  śniadaniu.  Będzie  przy  koniach  -  na  którymś  z  pastwisk  albo  w  jednej  ze  stajni. 

Miała nadzieję, Ŝe nie poszedł gdzieś dalej. 

Dostrzegła  go  z  oddali.  Był  z  końmi  na  pastwisku.  Andaluzyjskie  konie  były  piękne,  a  Ana, 

która najwyraźniej czuła się ekspertem w tej dziedzinie, dała jej dłuŜszy wykład na ich temat. 

Były  to  lekkie  konie  pod  wierzch,  łagodne,  mimo  Ŝywego  temperamentu.  Większość  miała  siwą 

maść  i  wielkie,  lśniące  oczy.  Długie  grzywy  i  ogony  były  niczym  jedwab.  Konie  poruszały  się 

elegancko i dostojnie. 

Gdy  podeszła,  Felipe  prowadził  właśnie  jednego  z  nich,  nie  zatrzymał  się.  Popatrzył  na  nią, 

skinął uprzejmie głową i poszedł dalej. Maggie poczuła, Ŝe znów się rumieni. Rano stoczyła pojedynek 

sama ze sobą i odłoŜyła kryjącą kształty koszulę. Miała na sobie dŜinsy i dość obcisłą Ŝółtą koszulkę. 

Czuła się jak nastolatka, ubrana wyzywająco, a do tego bardzo bezbronna. 

-  Muszę z tobą pomówić - oznajmiła stanowczo, ledwo za nim nadąŜając. 

-  Muy bien. Słucham. - Wprowadził konia do jednej ze stajni. 

Mrok  panujący  wewnątrz  oślepił  Maggie.  Gdy  jej  oczy  przywykły  do  półmroku,  zobaczyła,  Ŝe 

zwierzę stoi spokojnie w boksie, a Felipe wprawnie je czyści. Nawet na nią nie spojrzał. Nie wątpiła, Ŝe 

robił to specjalnie. 

-  Chcę pojechać do miasta. Jakiegokolwiek - oznajmiła z determinacją. - Nie musi być duŜe, 

wystarczy, Ŝeby miało jeden dobry sklep albo dwa. 

-  Tak?  -  Nie  oderwał  wzroku  od  konia,  a  jego  silne,  śniade  ręce  pracowały  metodycznie.  - 

Pewnie  musi  teŜ  mieć  automat  telefoniczny,  z  którego  moŜna  skorzystać  na  osobności,  i  pocztę,  Ŝeby 

wysłać list? Znasz zasady. śadne z was stąd nie wyjedzie, dopóki nie zobaczę zdjęć i tekstu. 

-  Gdybyśmy mieli bliŜej do miasta, nawet bym cię nie zawiadomiła - odparła spokojnie Maggie, 

czując  nagle  chęć  dokuczenia  mu.  -  Wezwałabym  po  prostu  taksówkę.  Niestety,  nie  mam  Ŝadnej 

background image

moŜliwości transportu. 

Oparła  się  o  ścianę  i  spojrzała  na  niego  wyzywająco.  Ton  jej  głosu  spowodował,  Ŝe  podniósł 

głowę. 

-  A co takiego jest w mieście, czego nie ma w hacjendzie? 

Odwaga zaczęła ją opuszczać, gdy te śmiałe oczy wpatrywały się w nią uwaŜnie, podejrzliwie, ale i z 

zainteresowaniem. Kiedy zaczęły badać jej sylwetkę, pewność siebie całkiem ją opuściła. 

-  Chcę kupić kostium kąpielowy. Nie przewidziałam, Ŝe będzie tu basen. Mogłabym popływać z 

Aną. Jorge moŜe mnie zawieźć - skończyła pośpiesznie, gdy jego spojrzenie zatrzymało  się  zbyt  długo 

na jej piersiach. 

-  Nie. - Ponownie zaczął czesać konia. 

-  Co to znaczy? Nie zamierzam być więźniem! 

-  Jorge nie moŜe cię zawieźć. Sam cię zabiorę. Jutro. 

-  Chcę jechać teraz! 

Gdy  tylko  to  powiedziała,  poczuła  się  jak  rozkapryszone  dziecko.  Spojrzał  z  ironią,  odłoŜył 

zgrzebło i podszedł do niej. Miał podwinięte rękawy, a ciemne włosy opadły mu na czoło. Maggie nagle 

pojęła,  Ŝe.  do  wszystkich    innych.  zagroŜeń.,  jakie  reprezentował,  naleŜy  dodać  teŜ  niebezpieczną 

atrakcyjność. 

-  Powiedziałaś  to  jak  rozpieszczona  dziewczynka,  wcale  nie  jak  zimna  dziennikarka.  -  Oparł 

ręce o ścianę po obu jej stronach. - Pobyt w Hiszpanii juŜ cię zmienił. 

Patrzył na nią, a Maggie zaczęła czuć się nieswojo. JuŜ dawno nie była tak blisko męŜczyzny. Nie 

miała  pojęcia,  co  robić.  Byłoby  głupio,  gdyby  wpadła  w  panikę  i  zaczęła  się  wyrywać.  Pewnie 

zareagowałby śmiechem. 

-  Boisz się być kobietą. - Jedną ręką uniósł jej twarz. 

-  Niczego się nie boję! - zapewniła go, gorączkowo usiłując przybrać swój zwykły ton. 

-  Boisz  się  mnie.  -  Wpatrywał  się  w  nią  uparcie,  a  Maggie  starała  się  zachować  spokój.  Ale 

przegrywała bitwę. 

-  Wcale nie! - Nawet w jej własnych uszach nie zabrzmiało to przekonująco. 

Uśmiechnął się ponuro. 

-  Zobaczymy. 

 

 

 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Zanim  Maggie  zdołała  się  poruszyć,  dłoń  Felipe  wsunęła  się  pod  jej  włosy.  Pochylił  głowę, 

zdecydowanie  przyciskając  wargi  do  jej  ust.  Była  zbyt  przeraŜona,  by  walczyć.  Łatwo  jest  pobić 

męŜczyznę w słownym pojedynku. Teraz nie mogła się nawet ruszyć, chociaŜ nie próbował jej mocno 

trzymać. 

Nikt  jej  nie  całował  od  ponad  dwóch  lat.  Czuła  się  jak  zaczarowana.  Nie  obudziły  się  w  niej 

wspomnienia,  bo  tamte  pocałunki  były  zupełnie  inne.  Nie  chciała  uciekać.  Wydawało  jej  się,  jakby 

słońce wstało po długiej nocy. 

Felipe podniósł głowę i spojrzał na nią. 

-  Jesteś taka niewinna - mruknął szyderczo. - A jednak tak zmysłowa, jak kobieta. 

-  Ty... nic o mnie nie wiesz. - Głos Maggie drŜał. 

-  Jestem  męŜczyzną.  Twoje  oczy  są  bardzo  wymowne,  równieŜ  reakcja.  Jesteś  kobietą  w 

kaŜdym calu. 

-  Nie miałeś prawa tego robić - szepnęła, wciąŜ nie mogąc odzyskać panowania nad sobą. - I nie 

masz prawa tak mówić. Ja... wyjadę. 

-  W jaki sposób wyjedziesz, jeśli na to nie pozwolę? - Spojrzał na nią władczo. - CzyŜby to nie 

był tylko eksperyment? Twoja reakcja nie była taka niewinna, mimo zawziętej miny. 

-  Jestem  gościem.  Nie  miałeś  prawa  mnie...  mnie  całować.  -  Maggie  z  kaŜdą  sekundą  coraz 

bardziej  wpadała  w  panikę.  Dokładnie  wiedziała,  jak  zareagowała,  i  nie  miała  na  to  Ŝadnego 

wytłumaczenia, nawet dla siebie samej. 

-  Nie całowałem cię - zaprzeczył cicho. - Uciszałem tylko rozkapryszone dziecko. To dopiero 

będzie pocałunek, senorita. 

Tym  razem  otoczył  ją  ramionami,  przyciskając  do  swego  ciepłego  ciała.  Wargi,  wcześniej  tak 

delikatne, stały się teraz natarczywe, język dotknął jej ust, rozchylając je. 

Maggie jęknęła, ugięły się pod nią kolana. Zalała ją fala gorąca, jej ręce opadły bezwładnie. Nie 

mogła oceniać, wspominać, czuła tylko rosnący głód, wzbierający ból, jakiego nigdy jeszcze nie zaznała. 

Jej piersi nabrzmiały boleśnie, a on przytulił ją mocniej, jakby to wyczuwał. 

Koń nagle prychnął i Felipe podniósł głowę. 

-  Chyba jest zazdrosna, jak to kobieta - stwierdził. Dotknął zarumienionego policzka Maggie. - 

Skończę za dziesięć minut. Przejedź się ze mną konno. 

-  Nie! - Maggie odzyskała władzę w nogach i odskoczyła w bok. 

-  Nie umiesz jeździć? Nie szkodzi. Te konie nie są złośliwe. 

-  To nie konia się boję - warknęła, odzyskując dawną bojowość. 

-  Myślisz, Ŝe cię uwiodę? - Z pogardliwym uśmiechem wrócił do przerwanego zajęcia. - Anę 

background image

teŜ  zamierzam  zabrać  na  tę  przejaŜdŜkę.  Nie  planowałem  znaleźć  cichego  ustronia,  by  kontynuować 

lekcję z tobą. 

-  To nie była lekcja, to niewybaczalny postępek! 

-  Gdybym  nie  przerwał...  -  Spojrzał  na  jej  zarumienioną  twarz  i  szeroko  otwarte  oczy.  Nie 

umiała  ukryć  szybkiego  falowania  piersi.  -  Najwyraźniej  nie  przebywasz  dość  często  z  senorem 

Mitchellem.  Trzeba  ci  kochanka.  Nie  zgłaszam  się  na  ochotnika.  Ja  jestem  tylko  twoim  psychiatrą, 

senorita. - ZłoŜył jej ironiczny ukłon. 

Maggie uciekła, ignorując końcowe polecenie, by włoŜyć dobre buty i zawiadomić Anę. Jeszcze 

czego!  Pobiegła  do  swojego  pokoju,  zapominając  o  kostiumie.  Niepojęte!  Nie  tylko  to,  co  zrobił,  ale 

równieŜ  to,  Ŝe  mu  pozwoliła.  WyobraŜał  sobie,  Ŝe  mu  wolno.  Nikt  do  tej  pory  nie  ośmielił  się  tak  jej 

potraktować. Jej, Maggie Howard. 

Usiadła,  by  złościć  się  w  ciszy,  ale  mimo  starań  wściekłość  jakoś  nie  przychodziła.  W  końcu 

uczciwość zmusiła ją do stawienia czoła faktom. Niezwykła moc zmiaŜdŜyła jej skorupę. Wewnątrz nie 

było  Ŝadnej  perły,  twardej  i  cennej.  Była  słabym  stworzeniem,  wraŜliwym  jak  kaŜda  kobieta,  i 

spragnionym uczucia. Ale skąd on miałby to wiedzieć? Jego ostatnie słowa to kłamstwo. Wcale nie 

jest zmysłowa. 

Dwadzieścia minut później Ana przyszła do jej pokoju w stroju do konnej jazdy. 

-  Felipe  kazał  powtórzyć,  Ŝe  czekamy  -  powiedziała.  -  Mówi,  Ŝe  przejaŜdŜka  na  pewno 

pomoŜe ci na ból głowy. 

Maggie  nadąsała  się.  Przewidział  jej  wymówkę.  Chciał  pokazać,  kto  tu  rządzi.  Dobrze, 

pojedzie. 

-  Mitch teŜ jedzie? 

-  Tak.  Zrobi  trochę  zdjęć.  Sfotografuje  mnie  na  koniu  i  da  mi  to  zdjęcie  na  pamiątkę.  Tak 

powiedział. 

Maggie  była  pewna,  Ŝe  nie  skłamał.  A  miał  robić  zdjęcia  do gazety, nie dla Any. Bez wątpienia 

inne  jej  zdjęcia  znajdą  się  na  stoliku  przy  jego  łóŜku.  Gdyby  Felipe  poświęcał  siostrze  trochę  więcej 

uwagi, zobaczyłby, co się święci. Komplikacje mnoŜyły się, a ona nie posunęła się ani o krok. Nie miała 

pojęcia, dlaczego Ana nie widzi, artykuł teŜ nadal nie powstał. Nie zrobiła nawet notatek, a większość 

zdjęć Mitch wykonał dla zabawy. 

Znalazła  najodpowiedniejsze  buty  i  przygotowała  się  do  wyjścia.  W  ostatniej  chwili  wróciła  po 

koszulę.  Wolała  być  zgrzana  niŜ  rozebrana.  Jedyny  problem,  jaki  miała,  to  spotkanie  z  Felipe.  On  z 

pewnością nie okaŜe zaŜenowania. I ona teŜ nie zamierzała go okazywać. 

De Santis spojrzał na nią z rozbawieniem. Pozostali siedzieli juŜ w siodłach. Maggie poczuła, Ŝe 

drŜy, gdy podszedł, by pomóc jej wsiąść. 

-  Tranquilo - doradził sucho. - To całkiem normalne, Ŝe komuś podobają się pocałunki. 

background image

-  Wcale mi się nie podobały! - prychnęła przestraszona, Ŝe inni mogą usłyszeć, i Ŝałując, Ŝe w 

ogóle się odezwała. 

-  Owszem, tak. Mnie teŜ. - Spojrzał w górę, gdy juŜ dosiadła  łagodnego  siwka.  -  Nie  walcz  z 

kobiecością.  Jesteś  piękna  i  pociągająca.  Masz  w  sobie  namiętność.  Ta  koszula  wcale  nie  zasłania 

twego ciała, ale zwraca uwagę na skrywane tajemnice. Wygodniej będzie pozostać sobą. 

-  Jestem wysoko opłacaną, szanowaną dziennikarką. Wiem, kim jestem! - burknęła cicho Maggie, 

zarumieniona. 

-  Ja teŜ - odparł drwiąco. - Dlatego cię pocałowałem, senorita. 

Otworzyła  usta,  by  zaŜądać  wyjaśnienia,  ale  on  juŜ  odszedł  i  bez  trudu  wskoczył  na  siodło. 

Maggie  zmusiła  się,  by  oderwać od  niego  oczy.  Mimo  wściekłości  musiała  przyznać,  Ŝe  bardzo  się  jej 

podoba.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  obudziła  się  z  koszmarnego  snu  i  odkryła,  Ŝe  na  jawie  teŜ  nie  jest 

bezpiecznie. 

Ana  ku  zdziwieniu  Maggie  okazała  się  znakomitą  amazonką,  a  Mitch  teŜ  wydawał  się  niezłym 

jeźdźcem.  O  swoim  koniu  Maggie  nawet  nie  myślała.  Jakby  się  do  niej  przystosował.  A  pewnie 

nawet  by  nie  zauwaŜyła,  gdyby  siedziała  na  Ŝyrafie.  Była  oszołomiona.  Tempo  zachodzących  w  niej 

przemian  przeraŜało  ją.  W  głębi  ducha  czuła,  Ŝe  powinna  jak  najszybciej  wrócić  do  Anglii,  zanim 

zupełnie straci głowę. 

El conde obserwował swoje królestwo niczym orzeł, bystry i wyniosły. Gotów w razie potrzeby 

błyskawicznie  zaatakować.  W  tym  pięknym,  spokojnym  miejscu  przestała  być  czujna  i  spotkała  ją 

kara. Jak tak dalej pójdzie, nigdy juŜ nie będzie sobą. Znowu inni dostrzegą, Ŝe moŜna ją skrzywdzić. 

Felipe ściągnął wodze i zbliŜył się do niej nachmurzony. 

-  Zabiorę cię jutro na zakupy, senorita - oznajmił ponuro. 

-  Obiecałem.  MoŜe  w  zamian  mogłabyś  przypomnieć  swojemu  towarzyszowi,  Ŝe  ma  Anę 

zostawić  w  spokoju  i  nie  usiłować...  się  zaprzyjaźniać.  Nie  podoba  mi  się  to,  Ŝe  będę  musiał  zostawić 

ich samych na tak długo. 

Maggie  posmutniała.  A  więc  dostrzegł,  Ŝe  Mitch  i  Ana  zbliŜyli  się  do  siebie.  Nie  dało  się  tego 

ukryć. Sama teŜ to zauwaŜyła, a uwagi Felipe de Santisa nic nie mogło umknąć. 

-  Ona chyba teŜ będzie chciała z nami pojechać? 

-  Bardzo się mylisz - mruknął, oglądając się na siostrę i Mitcha, którzy jechali obok siebie, 

pogrąŜeni w rozmowie. 

-  Moja siostra nie jest tak potulna, jak ci się wydaje. Odmówiła kategorycznie i bez wahania. Nie 

mam wątpliwości, dlaczego. 

-  Jorge moŜe mnie zawieźć - powtórzyła Maggie, czując zawstydzające rozczarowanie na myśl, Ŝe 

Felipe mógłby nie jechać. 

-  Nie! - zaprotestował stanowczo. - Sam cię zawiozę. Nie chcę spuszczać cię z oczu. 

background image

Irytacja Maggie rosła. Jak śmiał ją tak ograniczać! 

-  Nie ma najmniejszego sensu powtarzać ci, Ŝe Mitch jest godny zaufania, prawda? - zapytała ze 

złością.  Myślał  o  Mitchu  jak  najgorzej  i  najwyraźniej  był  przekonany,  Ŝe  gdy  ją  spuści  z  oczu,  ona 

natychmiast zadzwoni do Londynu. Najpierw rozbrajał ją, potem atakował. 

-  Nie.  On  wyraźnie  ma  zamiar  zabawić  się  z  dwiema  kobietami.  Albo  celowo  usiłuje  zdobyć 

zaufanie Any. 

-  Po co? - Maggie popatrzyła na niego groźnie, a on odwzajemnił spojrzenie. 

-  śeby  wtrącać  się  w  nasze  Ŝycie,  senorita.  Jorge  łatwo  byłoby  oszukać.  JuŜ  i  tak  jest  tobą 

zachwycony.  Jeden  telefon  do  Londynu  i  mielibyśmy  pod  bramą  stado  dziennikarzy  z  gotowymi 

nagłówkami: „Ana de Santis niewidoma". 

-  Sądzisz mnie według siebie! - zarzuciła mu ze złością Maggie. - Lubię Anę. Sam widzisz, jak 

delikatny jest Mitch wobec niej. TeŜ ją lubi, nic więcej. Gdyby przyjechali dziennikarze, wyszlibyśmy 

oboje na ich spotkanie ze strzelbami. I jeszcze jedno - dodała, zanim zdąŜył odpowiedzieć: - Nie mam 

pojęcia,  dlaczego  Ana  miałaby  tak  interesować  prasę.  Musisz  mieć  przesadną  opinię  o  własnej 

waŜności. 

-  Wiesz, kim jestem - odparł z irytacją. - Nie wyobraŜałbym sobie nawet przez chwilę, Ŝe ktoś z 

twoimi talentami przyjechałby tutaj, nie dowiadując się o mnie wszystkiego. DuŜo czasu upłynęło, ale 

niejedną gazetę zainteresowałoby, czy nie moŜna tego połączyć z historią Any. 

-  PrzecieŜ kazano mi tu przyjechać! Jest to ostatnie miejsce na świecie, w którym chciałabym 

tkwić,  i  wcale  mnie  nie  obchodzi  twoja  przeszłość.  Wiadomości  szybko  się  starzeją.  Byłam 

dzieckiem, kiedy stałeś się sławny, czyli to juŜ prehistoria. 

-  Tak nie będzie, jeśli zdołają wygrzebać coś o Anie! 

-  Posłuchaj, to zbyt zawiłe. - Maggie przesadnie westchnęła. - Skończmy z tym. Poradzę sobie 

bez kostiumu. To był dziecinny kaprys. 

-  Potrzeba  posiadania  kostiumu  kąpielowego  to  nie  kaprys  -  zaprzeczył,  nagle  rozbawiony.  - 

MoŜe  dziecinne  było  domaganie  się  go  natychmiast.  Zaryzykuję.  W  końcu  jest  tu  słuŜba.  Ana  nie 

zostanie z nim sama. 

-  Mitch nie jest nieodpowiedzialnym Romeo! - upierała się Maggie. - Skończ z tym wreszcie! 

-  Jutro jedziemy. 

Maggie rzuciła mu zniecierpliwione spojrzenie. Zmieniał zdanie z podejrzaną łatwością, a poza 

tym nie tolerowała takiego traktowania. UwaŜał ją za więźnia? 

-  Chyba masz świadomość, Ŝe nie moŜesz nas tu trzymać  bez końca, czekając na cud. Moje 

Ŝ

ycie wypełnia praca, a przedłuŜanie pobytu tutaj mocno je dezorganizuje. 

-  Wysłano was tu z konkretnym zadaniem - przypomniał jej chłodno. - Nie chciałem tego i nie 

pozwolę, Ŝeby Anie jeszcze bardziej komplikowano Ŝycie. 

background image

-  To  kaŜ  nam  wracać!  -  krzyknęła.  -  Wsadź  nas  do  samolotu  i  pozbądź  się  wszystkich 

komplikacji! 

-  On  moŜe  jechać,  kiedy  tylko  zechce  -  oznajmił  twardo  Felipe. - Ty jesteś potrzebna. Ana cię 

lubi, zdobądź jej zaufanie, aby ci się zwierzyła. Jeśli chcesz wyjechać, rozwiąŜ zagadkę, senorita. 

-  Na  litość  boską,  mów  do  mnie  Maggie!  -  zaŜądała.  -  Jestem  uwięziona,  znudzona  i  do  tego 

duszę się w konwenansach. 

Spodziewała się furii, ale niesłusznie. Felipe zapatrzył się na góry z posępną miną. 

-  Mnie  teŜ  męczą  -  wyznał.  -  Większość  Ŝycia  spędziłem  w  hacjendzie  de  Nieve  i  było  ono 

podporządkowane  sztywnym  konwenansom.  Zanim  umarł  ojciec,  porzuciłem  je.  śyłem  tak, 

jak chciałem. Ale wróciłem tu i stare nawyki znowu biorą nade mną górę. 

Zrozumiała,  Ŝe  Devlin  Parnham  miał  rację,  Felipe  obwiniał  się  za  ślepotę  Any  i  cierpiał  na 

swój sposób. 

-  Ana  ma  się  lepiej  z  dnia  na  dzień  -  szybko  zmieniła  temat.  -  Wygląda  na  szczęśliwą.  Jest 

urocza. 

-  Zawsze była urocza, moja mała siostrzyczka - szepnął. 

Dołączyła  do  nich  Ana,  co  Felipe  najwyraźniej  uznał  za  dobry  znak.  Zajął  miejsce  koło 

Mitcha. Maggie miała nadzieję, Ŝe go nie wystraszy. Atmosfera była i tak dość napięta. 

-  Podoba  ci  się  przejaŜdŜka,  Maggie?  -  zapytała  cicho  Ana.  Maggie  starała  się,  by  jej  głos 

zabrzmiał radośnie. 

-  Jest cudownie! 

To była prawda. Przejechali spory kawałek i znaleźli się obok  jeziora, które widziała z samolotu. 

Ś

cieŜka prowadziła dość wysoko nad wodą, ale Maggie się nie bała. Przepaść nie była tak głęboka, jak ta 

widziana podczas jazdy landrowerem. Jednak miała nadzieję, Ŝe Ana nie przyjeŜdŜa tu sama. 

Powiedziała jej o swoim niepokoju. Dziewczyna roześmiała się. 

-  Nie odwaŜyłabym się. Jezioro jest bardzo głębokie, nawet przy brzegu. PrzyjeŜdŜam tu z Felipe. 

Przy nim nie ma się czego bać, chociaŜ i tak pamiętam, jaki tu wysoki brzeg. Felipe wspaniale jeździ. 

-  Wiem  -  odparła  Maggie  cicho.  -  Pamiętam  go  sprzed  lat.  Felipe  de  Santis  z  Hiszpanii.  Jak 

moŜna go zapomnieć! Musiał uwielbiać tę cudowną hiszpańską sztukę jazdy. 

-  Uwielbiać?  Nie  jestem  pewna.  MoŜliwe,  ale  na  początku  chodziło  tylko  o  zwycięstwo  nad 

ojcem. - Coś w głosie Any kazało Maggie milczeć. Miała wraŜenie, Ŝe dziewczyna mówi niemal wbrew 

własnej woli, jakby słowa wyduszano z niej siłą. Twarz Any była blada i spięta. Maggie nie odzywała się, 

ale ku jej zdziwieniu Ana kontynuowała bez dalszej zachęty: - Nasz ojciec był bardzo surowy, hiszpański 

arystokrata w najgorszym wydaniu. Mamy duŜo posiadłości, sporo ziemi, róŜne przedsiębiorstwa. Felipe 

musiał  cały  czas  cięŜko  pracować.  Ale  był  młody i miał własne ambicje. Był wspaniałym jeźdźcem, a 

wtedy  mieliśmy  duŜo  więcej  koni,  słynną  hodowlę.  Chciał  brać  udział  w  zawodach,  reprezentować 

background image

swój  kraj.  Ojciec  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Hiszpańscy  arystokraci  nie  walczą  o  medale.  Zawody  w 

ujeŜdŜaniu były dobre dla nowobogackich i ich córek. Ale Haute Ecole była wyjątkiem. Kiedyś królowie 

i  ksiąŜęta  Europy  musieli  uczyć  się  tej  sztuki  jazdy  i  trzeba  było  ćwiczyć  konie,  by  nabrały  siły  i 

umiejętności. Ojciec zaakceptował to zajęcie, gdyŜ wymagało cięŜkiej pracy. Był pewien, Ŝe Felipe nie 

wytrzyma.  Ale  on  wytrzymał.  Zrobił  coś,  czego  ojciec  nie  mógł  mu  zakazać.  Nie  zdobył  Ŝadnego 

medalu, ale przypomniał wszystkim o Hiszpanii. Stał się sławny i występował na całym świecie. 

-  No, to chyba wszystko potoczyło się jak najlepiej - powiedziała Maggie ostroŜnie. Wiedziała 

od  Devlina  Parnhama,  Ŝe  stary  hrabia  nie  miał  łatwego  charakteru.  Podejrzewała  takŜe,  Ŝe  był 

okrutnikiem. - Wasz ojciec musiał być z niego bardzo dumny. 

-  Nie  uznawał  jego  sukcesów  -  stwierdziła  Ana  z  goryczą.  -  Odmawiał  oglądania  jego 

występów. Cały świat go oklaskiwał, ale ojciec to ignorował. 

-  A ty widziałaś pokaz? 

-  Tylko  raz,  w  Madrycie.  Nie  pozwolono  mi  oglądać  tych  przedstawień.  Wysłano  mnie  do 

internatu...  -  Z  gniewem  machnęła ręką. - Och, nie za karę. To było zaplanowane wcześniej. Felipe  nie 

chciał,  Ŝebym  tam  jechała,  ale  ojciec  nikogo  nie  słuchał.  W  szkole  traktowano  nas  zbyt  sztywno,  za 

surowo. Nie mieli  nawet  telewizora,  więc  nie  mogłam  oglądać  Felipe.  A w czasie wakacji w domu 

teŜ mi na to nie pozwolono. 

Była w niej wielka gorycz, ale teŜ coś więcej. Wydawało się, Ŝe Ana, taka słodka i naturalna, jest 

na granicy histerii. Maggie zerknęła z niepokojem na Felipe. Jechał w milczeniu obok Mitcha. Wszystko 

zaleŜało teraz od niej. 

-  CóŜ, to było dawno. Teraz chyba nikt juŜ nie traktuje cię surowo. - Odwróciła się do Any z 

uśmiechem, dbając, by jej głos brzmiał uspokajająco. 

Popełniła  jednak  błąd.  Koń  nagle  podskoczył.  Zrozumiała,  Ŝe  niechcący  trąciła  piętami  jego 

boki  i  znalazła  się  niebezpiecznie  blisko  skraju  ścieŜki.  Zaabsorbowana  Aną  nie  zauwaŜyła  zwęŜenia 

ś

cieŜki.  Koń  Maggie  zachwiał  się  i  zaczął  gorączkowo  szukać  pewniejszego  oparcia  dla  kopyt.  Na 

próŜno. Maggie krzyknęła ze strachu, gdy poczuła, Ŝe zsuwają się w stronę jeziora. 

Jakoś zdołała utrzymać się w siodle. Był to po prostu szczęśliwy traf. Usłyszała, jak Ana woła ją po 

imieniu, ale wszystko działo się zbyt szybko. Koń nadal desperacko poszukiwał stabilnego miejsca. Maggie 

poczuła wstrząs, gdy kopyta wreszcie znalazły skalny występ. Wierzchowiec drŜał ze strachu, ale wiedział, 

Ŝ

e nie powinien się ruszać. Maggie zsunęła się z siodła, trzymając wodze i nie odrywając oczu od stromej 

ś

ciany  i  jeziora.  Byli  niemal  w  połowie  Wysokości  zbocza,  ale  do  powierzchni  wody  ciągle  było  daleko. 

Magie przytuliła się do skały. 

-  Nie ruszaj się! - Podniosła wzrok i zobaczyła Felipe na skraju krawędzi. Dołączył do niego 

Mitch.  -  Nic  ci  nie  jest?  -  Felipe  starał  się  mówić  jak  najciszej,  wiedziała,  dlaczego.  Jej  nieszczęsny 

wierzchowiec był wystarczająco przeraŜony. Pokręciła głową, patrząc w górę. 

background image

-  Puść wodze - rozkazał Felipe. 

-  On... jest tak blisko krawędzi - odpowiedziała cicho. 

-  I jeŜeli spadnie, pociągnie i ciebie. Puść wodze i odsuń się bardzo ostroŜnie. 

Posłuchała polecenia i odsunęła się od drŜącego zwierzęcia najdalej, jak się dało. 

-  Muy bien! Wyciągnę cię - powiedział Felipe. 

Zastanawiała się w panice, jak zamierzał to zrobić. Na półce skalnej nie było dość miejsca dla 

dwojga  ludzi  i  konia.  Z  niepokojem patrzyła w górę. Felipe znowu się pojawił. Był obwiązany  w  pasie 

sznurem i powoli zsuwał się w dół. Koń tupnął niespokojnie i spadło kilka małych kamieni. Felipe po 

chwili znalazł się koło Maggie i oboje przywarli do skały. 

-  Nic ci nie jest? - zapytał znowu, wpatrując się w nią uwaŜnie. 

-  Nie... tylko bardzo się zdenerwowałam. Nie wiem, jak to się mogło stać. 

-  No  importa.  Obejmij  mnie  za  szyję.  -  Otoczył  ją  mocno  ramieniem. Z góry patrzył na nich 

Mitch. - Gotowe! - oznajmił Felipe i lina napięła się. Powoli Felipe zaczął wspinać się z powrotem. 

-  Nie  dasz  rady!  -  zawołała  z  niepokojem  Maggie,  ale  nie  odpowiedział.  Jego  ramię 

obejmowało  ją  Ŝelaznym  uściskiem.  Mogła  tylko  starać  się  mu  pomóc.  Wciągano  ich  powoli.  Kiedy 

dotarli do krawędzi urwiska, Felipe pomógł Maggie podciągnąć się na górę. 

-  O BoŜe! Maggie, myślałem, Ŝe juŜ po tobie. - Mitch ukląkł przy niej, kiedy połoŜyła się na 

ziemi, by odpocząć. - Ana krzyknęła, a kiedy się obejrzałem, zniknęłaś. 

-  To, co zrobiłam, było idiotyczne - wyznała Maggie. 

Felipe, patrząc na nią uwaŜnie, pokręcił głową. 

-  To ja popełniłem błąd. Pozwoliłem ci jechać samej, a nie znam twoich umiejętności. Byłaś blisko 

krawędzi - dodał ponuro. 

-  Nie  chciałam,  Ŝeby  Ana  jechała  po  tej  stronie,  a  poza  tym  i  tak  zapomniałam  o  urwisku. 

Rozmawiałyśmy i... 

Na  wiadomość,  Ŝe  Maggie  chroniła  Anę,  oczy  Felipe  rozbłysły  na  chwilę,  ale  twarz  nie 

złagodniała. Pomógł jej wstać. 

-  Chyba nie odniosłaś obraŜeń - mruknął. - To dla mnie ulga. Nigdy jeszcze Ŝadnemu z moich 

gości nie zdarzył się taki wypadek. 

Wściekłość Maggie nieco stłumił fakt, Ŝe jednak Felipe ją uratował. Podeszła do Any, która siedziała 

na ziemi i wyglądała na roztrzęsioną. Felipe w ogóle nie zwracał uwagi na siostrę, więc Maggie musiała 

pocieszyć ją i zapewnić, Ŝe nic się nie stało. 

Na  razie  Mitch  był  zbyt  zajęły  liną  i  mógł  tylko  zerknąć  w  jej  stronę.  Zorientowała  się,  Ŝe 

wyciągnął ich na górę jeden z koni. Zorganizowano wszystko bardzo sprawnie i nie miała wątpliwości, 

kto wydawał rozkazy. 

Felipe  stanął  przy  krawędzi,  patrząc  w  dół.  Maggie  poczuła  się  winna,  bo  poniewczasie 

background image

przypomniała sobie o koniu. 

-  Wyciągniecie go? - zapytała z niepokojem, kiedy Felipe w milczeniu oceniał sytuację. 

-  Chyba  nie.  Musielibyśmy  ściągnąć  specjalną  kołyskę,  a  nie  mam  pojęcia,  czy  on  nie 

wpadnie w panikę. Opuść mnie do niego - rozkazał, zwracając się do Mitcha. 

Lina  została  znowu  umocowana  do  drzewa  i  do  siodła  konia  Felipe,  a  Maggie  połoŜyła  się  na 

skraju  przepaści,  by  obserwować  jego  kolejną  niebezpieczną  wyprawę  w  dół.  Odwiązał linę i obejrzał 

konia, badając starannie kaŜdą nogę. Cały czas przemawiał do niego spokojnie. 

-  Rany boskie! - wykrztusił Mitch, a Maggie znieruchomiała. Ku ich zdumieniu Felipe ostroŜnie 

wsiadł na konia. - Co on, u diabła, zamierza zrobić? 

-  Co się dzieje? - Ana podeszła na skraj urwiska, a Mitch mocno chwycił ją w talii. 

-  Nie ruszaj się! - rozkazał. - Nie chcemy, Ŝebyś teŜ się tam znalazła. On tylko ogląda konia - 

dodał, zerkając na Maggie. 

Maggie ledwo mogła oddychać. Nie miała pojęcia, co Felipe chce zrobić, ale z pewnością będzie 

to  niebezpieczne.  Jej  serce  biło  jak  szalone.  MęŜczyzna  ujął  wodze,  wciąŜ  łagodnie  przemawiając  do 

zwierzęcia. 

Nagle  odwrócił  głowę  konia,  uderzył  mocno  drŜący  bok,  a  Maggie  poczuła,  jak  z  głowy 

odpływa jej krew. Koń skoczył do jeziora, z Felipe w siodle. Pamiętała, jak Ana mówiła, Ŝe woda jest 

głęboka przy brzegu, i modliła się, by była to prawda. Uderzenie o powierzchnię wody jest wystarczająco 

ryzykowne. Jeśli jezioro nie jest głębokie, Felipe zginie. 

Jakoś  zdołał  utrzymać  kontrolę  nad  koniem  i  uspokoić  go.  Na  chwilę  zniknęli  pod  wodą.  Miała 

niebieską barwę, odbijała czyste niebo. Kiedy wypłynęli, Maggie odzyskała oddech, a łzy napłynęły jej do 

oczu. To wszystko z powodu jej nieuwagi. Czuła się winna. 

-  W Ŝyciu nie widziałem czegoś takiego - oznajmił zdumiony Mitch. - Mogłem zrobić genialne 

zdjęcie,  a  stałem  tu  jak  idiota.  Chodźcie  -  dodał  niecierpliwie  -  płyną  do  brzegu.  PrzejaŜdŜka  chyba 

dobiegła końca. 

Maggie  cieszyła  się  z  tego.  Nogi  jej  drŜały  i  nie  dbała  o  to,  Ŝe  Mitch  zobaczy  łzy  na  jej 

policzkach. 

-  Co on zrobił? - zapytała cicho Ana. 

-  Wszystko w porządku, kochanie - odpowiedział Mitch uspokajająco, prowadząc je w stronę koni. 

- Po prostu wsiadł na konia i skoczył. Wylądował w jeziorze i teraz płyną do brzegu. 

Ana westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się. 

-  To do niego podobne. Niczego się nie boi. Mówili, Ŝe pod nim koń potrafi nawet fruwać. 

-  Właśnie fruwał - mruknął Mitch. - A ja stałem jak idiota z rozdziawioną gębą, dwa metry 

od aparatu. 

Ana roześmiała się, a Mitch rzucił jej zdziwione spojrzenie, po czym sam zaśmiał się i uściskał 

background image

ją. 

-  Diablątko z ciebie - stwierdził pogodnie. - A twój brat to szaleniec. 

-  Wcale  nie  jest  szalony  -  zaprotestowała  wesoło.  -  Jest  Hiszpanem.  -  Była  dumna  z  Felipe  i 

bardzo zadowolona. 

Mitch śmiał się, a Maggie patrzyła na nich smutno. Wszyscy poszaleli. Płakała cicho, nie mogła 

się powstrzymać. Felipe wydostał się juŜ z wody i czekał na nich w miejscu, gdzie ścieŜka schodziła nad 

brzeg jeziora. 

-  Brawo! - zawołała Ana radośnie, słysząc go. 

-  Znakomicie! - zawtórował jej Mitch, w jego głosie wciąŜ słychać było podziw. 

Maggie  w  ogóle  się  nie  odezwała.  Trzymała  się  z  tyłu  i  usiłowała  opanować  nerwy.  Podniosła 

głowę dopiero wtedy, gdy Felipe podjechał do niej. 

-  Ja... siedzę na twoim koniu - powiedziała drŜącym głosem, ocierając oczy wierzchem dłoni. 

-  On nie ma nic przeciwko i ja teŜ nie - odparł cicho. Jechał obok niej w milczeniu. Musiała coś 

powiedzieć albo wybuchnąć płaczem. 

-  Omal cię nie zabiłam przez swoją głupotę! - wybuchnęła nagle. 

-  Bzdura.  Nie  było  za  wysoko,  Ŝeby  skakać,  a  znam  kaŜdy  centymetr  tego  jeziora.  To  łatwy 

sposób na uratowanie zwierzęcia. Nic mu nie jest. 

-  Łatwy? To było przeraŜające! - Maggie patrzyła na niego oczami pełnymi łez. 

Wzruszył ramionami, rzucając jej spojrzenie, które mówiło wszystko. 

-  To było podniecające. Od lat tak nie ryzykowałem. Jestem mokry, ale poza tym nic mi się nie 

stało i dobrze się bawiłem. 

-  Jesteś  szalony!  -  oburzyła  się Maggie. DrŜała jak liść, a on siedział  na  koniu,  zadowolony  z 

siebie. - Nie, zapomniałam - dodała jadowicie. - Ana miała rację. Nie jesteś szalony, jesteś Hiszpanem! 

Roześmiał  się  tylko  cicho,  co  doprowadziło  ją  do  furii  i  nie  zaszczyciła  go  juŜ  ani  jednym 

spojrzeniem. 

Po  powrocie  do  hacjendy  uciekła  do  swojego  pokoju.  Wiedziała,  Ŝe  Felipe  będzie  chciał 

dokładnie obejrzeć konia po tej przygodzie, i nie chciała być w pobliŜu, by znowu nie płakać. 

Długi prysznic pomógł, ale nie do końca. Siedziała na łóŜku w szlafroku i energicznie wycierała 

włosy.  Co  za  katastrofa!  Nie  pamiętała  nawet,  kiedy  płakała  po  raz  ostatni  -  od  tej  okropnej  nocy  tak 

dawno temu. Rozsypała się po prostu, i to z własnej winy. Złość na Felipe wzięła się z faktu, Ŝe była 

wstrząśnięta i przeraŜona jego skokiem. 

Nie poznawała samej siebie. Jak tak dalej pójdzie, wróci do Londynu jako wrak i będzie musiała 

zrezygnować  z  pracy.  Zarzuciła  ręcznik  na  głowę  i  znowu  sobie  popłakała  -  tym  razem  porządnie, 

Ŝ

eby wszystko z siebie wyrzucić. 

-  Tranquilo.  Nic  strasznego  się  nie  stało.  Poza  tym  juŜ  po  wszystkim.  -  Nie  słyszała,  by ktoś 

background image

wchodził,  i  nikogo  się  nie  spodziewała.  A  juŜ  na  pewno  nie  Felipe.  Łzy  od  razu  przestały 

płynąć. - Przyniosłem ci brandy - dodał, gdy siedziała bez ruchu z ręcznikiem na głowie. 

Maggie wyjrzała spod ręcznika. Długie włosy zakrywały jej pół twarzy. Felipe uśmiechnął się. 

-  Maggie  Howard,  jesteś  jedyna  w  swoim  rodzaju  -  oznajmił  wesoło.  -  Przy  tobie  trzeba  być 

przygotowanym na niespodzianki. Wyjdź z kryjówki i wypij brandy. 

-  Nie piję - zapewniła drŜącym głosem. 

-  Ale  teraz  wypijesz.  -  Postawił  ją  na  nogi,  zsunął  ręcznik  na  ramiona  i  wcisnął  kieliszek  w 

rękę.  -  Do  dna  -  dodał  stanowczo,  kiedy  łyknęła  trochę  i  skrzywiła  się.  -  Przywróci  cię  do 

wypełnionego złością Ŝycia.  

-  Nic  mi  nie  jest  -  mruknęła  Maggie,  odwracając  się.  Chwycił  ją  za  ramiona  i  obrócił  z 

powrotem w swoją stronę. 

-  Masz  to  wypić.  Nie ruszę się stąd, dopóki nie skończysz. Ta groźba wystarczyła, by Maggie 

szybko połknęła trunek. 

Uderzył jej do głowy. Felipe wziął pusty kieliszek. Zachwiała się, więc chwycił ją w talii. 

-  PołóŜ  się  na  chwilę  -  doradził,  znowu  uśmiechając  się  szeroko.  -  Do  kolacji  dojdziesz  do 

siebie i wszystko wróci do normy. 

-  JuŜ wróciło - zapewniła go, gdy pomógł jej podejść do łóŜka. 

-  Zaczynam w to wierzyć - zgodził się. W jego ciemnych oczach lśniły wesołe iskierki. - To był 

niezwykły dzień. MoŜe zatrzymam cię na stałe ze względu na wartość rozrywkową. 

Odrzucił  mokry  ręcznik  i  zaczął  rozplątywać  jej  włosy.  Pochylał  się  nad  nią  niczym  śniady 

bóg, a Maggie wiedziała, Ŝe powinna z nim walczyć. 

-  To nie jest śmieszne! - zaprotestowała niepewnie. 

-  Ale ty nie widzisz tego, co ja - zapewnił ją. - Prześpij się teraz i wszystko będzie dobrze. 

-  Upiłeś mnie! - zdołała jeszcze zawołać, gdy szedł w stronę drzwi. 

-  Podałem  ci  środek  znieczulający.  MoŜe  częściej  powinnaś  się  tak  zachowywać.  Nie 

wpadałabyś w kłopoty. 

-  Jesteś niemoŜliwy! - wykrzyknęła oszołomiona. - Arogancki szowinista i... 

-  Es verdad - zgodził się, odwracając się w drzwiach, by spojrzeć na nią ironicznie. Zamknęła 

oczy. - Spać, senorita. To dobre na kłopoty. 

Nieprawda,  pomyślała  Maggie.  Co  ona  tu  w  ogóle  robi?  Zasnęła,  zanim  pojawiła  się  jakaś 

odpowiedź. 

 

 

 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Następnego ranka Maggie była w drodze na zakupy. Kilka razy usiłowała odwołać wyprawę, ale 

Felipe  nie  chciał  o  tym  słyszeć.  Ana  i  Mitch  byli  zaintrygowani,  zwłaszcza  przy  kolacji,  kiedy  hrabia 

zwrócił się do Maggie po imieniu. Ana rozpromieniła się, a Mitcha zatkało, tym bardziej Ŝe Felipe omal 

się nie zakrztusił, gdy musiał powiedzieć „Mitch" i okazać obojgu gościom taką samą uprzejmość. 

Maggie, choć sama domagała się tej wycieczki, stała się bardzo niespokojna. 

-  Będziesz odpowiedzialny za Anę - ostrzegła Mitcha po śniadaniu. 

-  Cała przyjemność po mojej stronie - uśmiechnął się, a Maggie spojrzała na niego groźnie. 

-  śadna  przyjemność,  ale  odpowiedzialność.  Zapewniłam  hrabiego,  Ŝe  jesteś  niemal  ideałem. 

StrzeŜ Any z naraŜeniem Ŝycia! 

-  Cholera,  Maggie,  dobrze  wiesz,  Ŝe  tak  będzie!  -  odparł.  -  Jak  masz  ochotę  na  małą 

przejaŜdŜkę z Felipe de Santisem, nie musisz zaraz mieszać do tego mojego charakteru! 

-  Jesteś bezczelny i niesprawiedliwy! - wściekła się Maggie, rumieniąc się gwałtownie. 

-  Nigdy  nie  widziałem,  Ŝebyś  się  tak  zachowywała  w  obecności  innego  faceta.  Jestem 

zazdrosny. 

-  Nie bądź śmieszny! Nie zachowuję się... 

-  Atak z powodu uraŜonej dumy - zaśmiał się Mitch i śmiało pocałował ją w policzek. 

-  MoŜemy  jechać?  -  Chłodny  głos  hrabiego  i  jego  kamienna  twarz  uświadomiły  Maggie,  Ŝe 

widział całą scenkę. Teraz siedział obok niej z surową miną i podejrzewała, Ŝe się do niej nie odezwie 

przez całą drogę. 

-  Zabieram cię do Jaen - oznajmił w pewnej chwili. - Nie ma tyle uroku co Kordoba, ale leŜy 

bliŜej i teŜ jest tam wiele sklepów. 

-  Dziękuję. Spróbuję szybko to załatwić. 

-  Nie ma po co się śpieszyć - zapewnił ją zimno. - Jazda zajmie nam jakąś godzinę. Stan dróg 

pozostawia wiele do Ŝyczenia. Jednak nie martwię się juŜ tak bardzo, Ŝe moja siostra została z seńorem 

Mitchellem. Najwyraźniej, jak początkowo podejrzewałem, zainteresowany jest głównie tobą. Usiłuje ją 

oczarować, by zdobyć informacje. Będzie dobrze, jeŜeli dowie się czegokolwiek. Nawet mnie się to nie 

udało. 

Koniec  zawieszenia  broni,  pomyślała.  Podobał  jej  się  pomysł  bycia  z  nim  sam  na  sam,  ale  on 

najwyraźniej  zamierzał  zachowywać  cały  czas  uparte  milczenie.  Chęć  wstrząśnięcia  nim  i zdobycia 

paru punktów okazała się silniejsza niŜ ostroŜność. 

-  Skoro mam pomóc w sprawie Any - powiedziała cicho -to moŜe powinnam ci uświadomić, 

Ŝ

e moim zdaniem Mitch się w niej zakochuje. 

-  A całuje ciebie? - Pogardliwy ton oznaczał, Ŝe bomba nie wybuchła. Wybuchła za to Maggie. 

background image

-  Przelotne cmoknięcie w policzek to nie całowanie, senor! - oznajmiła ze złością. - Wiem to juŜ 

całkiem dobrze. Wczoraj rano wszystko mi pan wyjaśnił. 

-  No, to moŜe powinnaś przekazać lekcję senorowi Mitchellowi - odciął się. - A moŜe cnotliwy 

pocałunek w policzek to jednak wszystko, czego potrzebujesz od męŜczyzny? 

-  Niczego nie potrzebuję od męŜczyzny! - warknęła Maggie. 

-  Pobrecita - prychnął. - Za późno, by cię uratować. 

W ten sposób rozmowa się zakończyła i Maggie przez resztę drogi  milczała,  choć  aŜ  kipiała  ze 

złości. Znaleźli się z powrotem w punkcie wyjścia. 

Jaen  leŜy  w  środku  największego  obszaru,  gdzie  w  Hiszpanii  uprawia  się  oliwki.  W  pobliŜu 

Sierra Morena, Czarnych Gór. Felipe poinformował o tym Maggie dość niechętnie, gdy miasto pojawiło 

się na horyzoncie. Było jednym z pierwszych andaluzyjskich miast podbitych przez Arabów i zachowało 

mauretańską atmosferę. Dla Maggie najwaŜniejszymi jego elementami były ogromna katedra i skaliste 

zbocza gór. 

Kiedy  jechali  przez  miasto,  rozglądała  się  z  wielkim  zainteresowaniem,  ale  Felipe  wciąŜ  był 

milczący i nachmurzony. Zerknął na zegarek i postanowił znowu zaszczycić ją słowem. 

-  Zjemy obiad w Castillo de Santa Catalina - oznajmił stanowczo. - Proszę się nie denerwować, 

senorita. To teraz para-dor, hotel, a nie siedziba któregoś z moich przodków. 

-  Nawet  mi  to  nie  przyszło  do  głowy  -  mruknęła  Maggie.  Skłamała.  Zapomniała,  Ŝe  wiele 

zamków w Hiszpanii zamieniono na państwowe hotele. Ale i tak były wspaniałe i cieszyła się, Ŝe włoŜyła 

dzisiaj sukienkę. 

Ten  hotel  teŜ  wyglądał  imponująco.  Maggie  postanowiła  dobrze  się  bawić  i  ignorować 

nachmurzonego męŜczyznę u swego boku. Po obiedzie zabrał ją do sklepów w szerokich, wysadzanych drze-

wami alejach. Wprawdzie czasami była poza zasięgiem jego wzroku, ale wiedziała, Ŝe nadal jest przekonany, 

iŜ  przy  pierwszej  okazji  popędziłaby  do  telefonu,  by  przekazać  wiadomości  gazecie.  To  psuło  całą 

przyjemność i Maggie zaczęła się dąsać. 

-  Chodź  -  powiedział  cicho,  kiedy  trzymając  stos  paczek,  poinformowała  go,  Ŝe  skończyła 

zakupy. - ZauwaŜyłem, Ŝe podziwiałaś katedrę. MoŜemy obejrzeć ją dokładniej. 

-  Dobrze wiem, Ŝe chcesz juŜ wracać do hacjendy - odparła obojętnie. 

-  Wcale  nie  -  westchnął.  - Czasami czuję się tam jak więzień. Chodź, Maggie. Daj mi chwilę 

odpocząć. 

Nie wiedziała, co powiedzieć, więc stała w milczeniu, gdy brał od niej większość paczek. 

-  Sporo tych kostiumów - mruknął. 

-  No...  kupiłam  jeszcze  inne  rzeczy  -  przyznała  szybko.  -  Nie  wiedziałam,  Ŝe  będziemy  w 

Hiszpanii tak długo. 

-  Naprawdę juŜ się spodziewają waszego powrotu? - Nie patrzył na nią, ale w jego głosie było 

background image

zainteresowanie. 

-  Nie wyznaczyli daty - odparła ponuro. - Ale spodziewają się jakichś rezultatów, a ja na razie 

nic nie zrobiłam. 

-  Dlaczego? - Teraz na nią spojrzał. 

-  Nie  wiem  -  wyznała  niespokojnie.  -  Chyba  zbyt  się  zainteresowałam  Aną.  Jest  taka  słodka. 

Zrobiłabym wszystko, Ŝeby mogła znowu widzieć. 

Jej głos drŜał. Felipe ujął ją pod ramię - podeszli do wspaniałej fasady katedry. 

-  Posiedźmy  sobie  na  słońcu  i  popatrzmy  –  zaproponował  cicho.  -  Naprawdę  warto.  Budowa 

trwała  ponad  dwieście  lat.  W  środku  będzie  chłodno  i  ciemno,  a  tutaj  panuje  ruch.  PlaŜa 

de Santa Maria teŜ jest piękna. Lepiej być na słońcu. 

Siedzieli  i  patrzyli  na  cudowną  fasadę  katedry  i  na  przechodzących  ludzi.  Maggie  wolała 

odpoczywać na słońcu. Ciemności i tak było dość - ślepota Any, tajemnice Felipe i jej własne sekrety. 

-  Kupiłam  Anie  prezent  -  powiedziała,  odpędzając  złe  przeczucia.  -  PokaŜę  ci  -  dodała, 

rozwijając wysoką figurkę. 

Była to tancerka rzeźbiona z czarnego drewna, wypolerowana do połysku. Maggie w zachwycie 

przesunęła po niej ręką. 

-  Nie moŜe jej zobaczyć, ale moŜe dotknąć. Jest taka miła w dotyku. - Podała mu figurkę. 

Felipe posłał jej zdumione spojrzenie, przesuwając palcami po powierzchni drewna. Serce Maggie 

zaczęło bić szybciej, a jej policzki poczerwieniały, gdy na nią popatrzył. 

-  Będzie zachwycona. Ja nic jej nie kupiłem, i tak ją dość rozpieszczam. - Oddał figurkę, którą 

Maggie  zaczęła  z  powrotem  pośpiesznie  zawijać,  zawstydzona  swoim  rumieńcem.  -  Dotyk  to 

przyjemność, nie grzech - dodał cicho, widząc jej zmieszanie. Spojrzał jej w oczy, a Maggie niespokojnie 

oblizała wargi. Nagle wstał, zbierając paczki. 

-  Chyba  musimy  juŜ  ruszać  -  stwierdził  sucho.  -  Na  niektórych  fragmentach  tej  drogi  trzeba 

uwaŜać. 

Doskonale wiedziała, o co mu chodzi. Przez jedną szaloną chwilę chciała przysunąć się do niego 

i znowu poczuć dotyk jego warg. Spojrzała w czarne jak noc oczy i nagle przestało mieć znaczenie, 

Ŝ

e plac był wyjątkowo ruchliwym miejscem. 

Przez całą drogę powrotną w ogóle nie myślała o hacjendzie. Zastanawiała się nad zmianami we 

własnym charakterze. Felipe teŜ juŜ się nie dąsał. Znowu mówił do niej po imieniu. 

-  Dam Anie rzeźbę po kolacji, senor - powiedziała pośpiesznie, chowając się za konwenansami 

jak za tarczą. 

-  To  miło  -  mruknął  ironicznie.  -  Nie  uwaŜasz,  Ŝe  mogłabyś  trzymać  się  własnych  zasad  i 

porzucić sztywne formułki? Mam na imię Felipe. 

-  Ale jesteś hrabią! 

background image

-  Co nie robi na tobie wraŜenia - zauwaŜył sucho. - Mnie teŜ nigdy to nie imponowało, więc 

moŜesz udawać, Ŝe jestem „normalny" i mówić mi po imieniu. 

-  Zastanowię się - stwierdziła Maggie. - Chwilę potrwa, zanim się do tego przyzwyczaję. 

-  Jesteś mi to winna. Wczoraj zmusiłem się, Ŝeby mówić „Mitch" do twojego przyjaciela. 

-  Mogłeś zwracać się do niego "Bruce". 

-  To tak samo dziwnie brzmi. W przyszłości moŜesz ocenić mój nastrój po tym, jak się do niego 

zwracam. Nie podoba mi się, Ŝe kręci się blisko mojej siostry. 

-  Ale  chyba  wiesz,  Ŝe  woli  mnie.  -  W  Maggie  wstąpił  diabeł.  Ten  subtelny  pojedynek 

wywoływał dziwne podniecenie. 

-  To  teŜ  mi  się  nie  podoba  -  stwierdził  cicho.  -  Nie  draŜnij  się  ze  mną,  Maggie.  Droga  jest 

trudna, ale są miejsca na postój. 

Maggie  zamilkła,  a  Felipe  uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  Została  przywołana  do  porządku. 

Niestety, naprawdę drŜała, i to wcale nie ze strachu. 

Kiedy  Maggie  nazajutrz  zeszła  na  śniadanie,  Felipe  juŜ  nie  było.  Any  teŜ  nie  mogła  nigdzie 

znaleźć.  Poprzedniego  wieczora  wszystko  poszło  dobrze.  Ana  była  zachwycona  rzeźbą  -  Maggie  nie 

wytrzymała i wręczyła jej prezent długo przed kolacją. Ana przesuwała dłońmi po figurce, oglądając ją 

końcami  palców,  a  Felipe  patrzył  na  Maggie,  póki  nie  zaczerwieniła  się  jak  piwonia,  a  jej  serce  nie 

zaczęło bić jak szalone. Nie musiał nic mówić. Jego rozbawienie było i tak widoczne. 

Ana  opowiadała  im  z  przejęciem  o  tym,  jak  spędziła  dzień.  Mitch  opisywał  jej  Anglię.  Tak 

otwarcie mówiła o wszystkim, co robili, Ŝe Felipe uspokoił się i nawet był całkiem miły dla Mitcha. 

Maggie zjadła śniadanie, a Any wciąŜ nie było. Poszła więc jej szukać. Mitch teŜ nie wiedział, 

gdzie się podziała, i najwyraźniej uznał, Ŝe celowo go unika. Bardziej prawdopodobne było, Ŝe Felipe z 

nią  rozmawiał.  Mitch  poszedł  gdzieś  sam,  mocno  niezadowolony,  a  Maggie  kontynuowała  poszuki-

wania. Zaczynała rozumieć upór Felipe, by nie spuszczać Any z oka - sama zaczęła przejawiać podobne 

opiekuńcze odruchy. 

Za murami hacjendy rozciągało się pustkowie, niebezpieczne dla niewidomej dziewczyny. 

Maggie  nigdy  wcześniej  nie  wchodziła  do  wielkiej  stodoły,  która  z  powietrza  wyglądała  tak 

imponująco.  Stała  z  dala  od  pozostałych  budynków,  a  dzisiaj  rano  jej  brama  była  uchylona  -  Maggie 

ostroŜnie zajrzała do środka. 

To, co zobaczyła, zdumiało ją do granic. Pomieszczenie było ogromne, na podłodze leŜała słoma. 

Ś

wiatło  wpadało  przez  okna  w  dachu.  Na  białym  koniu,  wyprostowana,  z  uniesioną  głową,  siedziała 

Ana, jedną ręką ściskając wodze. 

Felipe stał przed nią jak pogromca lwów, z biczem w ręku. Przez sekundę Maggie poczuła strach. 

Miał ponurą, zaciętą minę. Podszedł, uderzając końcem bata w ziemię, a koń cofał się rytmicznie. Wyglądało 

background image

to jak taniec bez muzyki - oprócz cichych uderzeń i stukania kopyt w stodole nie rozlegał się Ŝaden dźwięk. 

-  Arriba! - Na ten rozkaz dłoń Any zacisnęła się, a koń stanął na tylnych nogach, przednimi 

młócąc powietrze. Bat uniósł się przed nim, nie pozwalał mu opaść. Nagle Ana przerwała ćwiczenie. 

-  Wystarczy,  Felipe!  Niedługo  zaczną  mi  krwawić  kolana,  o  ile  wcześniej  nie  odpadnie  mi 

ręka. 

-  Dobrze  wiesz,  Ŝe  trzeba  ćwiczyć!  -  warknął.  -  Nic  nie  osiągniesz,  snując  się  i  słuchając 

słodkich słówek Anglika. 

Maggie zobaczyła, Ŝe Ana rumieni się mocno. Z dumą usłyszała, Ŝe ostro się odgryza. 

-  Jesteś poganiaczem niewolników, Felipe, i nie masz pojęcia, o czym rozmawiamy! 

-  Ćwiczenia powinny zajmować ci cały czas! Chcesz brać udział w zawodach czy nie? - Obracał 

się, nie odrywając wzroku od siostry, która okrąŜała go z wprawą. 

-  Wiesz, Ŝe tak! 

-  To pracuj! - Nagle strzelił z bata, a koń podskoczył dziwnie, odrywając wszystkie cztery nogi 

od ziemi, jak spłoszony kot. 

Maggie jęknęła, ale Ana nieruchomo siedziała w siodle, wciąŜ trzymając wodze tylko jedną ręką. 

Wyglądała wspaniale, z miną pełną satysfakcji i buntu. Felipe uśmiechnął się z zadowoleniem. 

-  Dobrze, mała. Inny jeździec wylądowałby na głowie. Zrób jeszcze jedno kółko i kończymy na 

dzisiaj. Tym razem mogę ustąpić. 

Koń  Any  okrąŜał  stodołę  pięknym,  tanecznym  krokiem,  wysoko  unosząc  nogi.  Maggie  była  tak 

zauroczona  tym  widokiem,  Ŝe  nawet  nie  drgnęła.  Dopiero  kiedy  Ana  zbliŜyła  się  do  wyjścia,  Felipe 

dostrzegł Maggie i uśmiech zniknął z jego twarzy. 

-  Co tu robisz? - Sprawiał wraŜenie, Ŝe mógłby przyłoŜyć jej batem. Najwyraźniej poznała jakąś 

tajemnicę i Felipe wcale się to nie podobało. 

-  Szukałam Any - wyjaśniła niepewnie. 

Zanim zdąŜył podejść, Ana usłyszała jej głos i przygalopowała w tę stronę. 

-  Maggie? To ty? 

-  No pewnie, Ŝe ona - warknął Felipe. - Wszędzie jej pełno. To dziennikarka. 

-  Jest  wściekły,  bo  nie  chcę  pracować  całymi  dniami  -  wyjaśniła  Ana,  bez  trudu  zeskakując  z 

konia. - I niezbyt zadowolony, Ŝe byłam gotowa, kiedy strzelił z bata. To nie Ŝadna nauka, tylko wredny 

numer, który usiłował mi wykręcić. Nie udało się. Mam nadzieję, Ŝe to widziałaś, Maggie? 

Felipe patrzył groźnie, ale postanowiła go zlekcewaŜyć. 

-  Widziałam. Wyglądało to bardzo niebezpiecznie. 

-  Jestem w tym dobra - roześmiała się Ana, okazując pewność siebie, która zaskoczyła Maggie. 

- Pewnego dnia będę reprezentować Hiszpanię. Felipe mi to obiecał. 

background image

 Tanecznym  krokiem  wybiegła  na  słońce,  zostawiając  konia  bratu.  Felipe  patrzył  na  Maggie 

jeszcze przez chwilę, po czym chwycił wodze i ruszył do wyjścia. 

-  Powinienem był to przewidzieć - mruknął. - Nie ma tajemnic, kiedy Maggie Howard bierze się 

do roboty. Teraz wiesz trochę więcej. 

-  Cudownie by to wyglądało na zdjęciu - zauwaŜyła bezmyślnie i znowu go rozzłościła. 

-  Trzymaj go od tego z daleka! - warknął. - To miejsce jest zakazane dla was obojga. 

-  Mam pisać o koniach - zauwaŜyła stanowczo. - Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy. To 

jedyna ciekawa rzecz, jaka się tu wydarzyła. - Była to celowa prowokacja. 

Felipe rzucił jej zdziwione spojrzenie, a potem nieoczekiwanie się roześmiał. 

-  CzyŜby? Będę musiał wymyślić coś ciekawszego, seńorita. 

Oboje  wiedzieli,  o  czym  mówił,  ale  Maggie  natychmiast  porzuciła  ten  temat.  Przyznawała  w 

duchu, Ŝe tutaj on był znacznie sprawniejszym przeciwnikiem. 

-  Dlaczego  trenujesz  Anę?  -  zapytała  powaŜnie.  -  Naprawdę  ma  zamiar  brać  udział  w 

zawodach? 

-  Tak. Najpierw nie chciałem nawet o tym słyszeć, ale to jej daje zajęcie, w kaŜdym razie dawało, 

zanim się zjawiłaś z tym swoim przyjacielem. Cały czas się o nią boję, ale ona w siodle jest taka zwinna. 

Nic jej z niego nie wysadzi, ma talent. Jeśli nie odzyska wzroku - dodał z furią - przynajmniej będzie 

po-trafiła coś, co niewielu umie robić naprawdę dobrze. Sprawię, Ŝeby była najlepsza. 

-  Czy  ona  chce  być  najlepsza?  -  zapytała  Maggie  cicho,  a  on  zaśmiał  się  dziwnie, 

wyprowadzając konia i zamykając starannie bramę. 

-  Tak. Od bardzo dawna. Chce być taka jak ja, sławna. Nie uległbym temu pragnieniu, ale ona 

potrzebuje czegoś, co nadałoby sens jej Ŝyciu. 

Znowu w jego głosie zabrzmiał ból. Maggie połoŜyła rękę na silnym, opalonym ramieniu. Nie 

mogła się powstrzymać. 

-  Ona jest niezwykła - powiedziała łagodnie. - Piękna, odwaŜna i dumna. 

-  A ty chcesz o niej napisać. 

-  Mój  artykuł  tylko  zyskałby  na  tym,  pan  Parnham  byłby  zadowolony,  a  Ana  miałaby 

odpowiednią reklamę. 

Wstrzymała  oddech.  Najwyraźniej  gardził  jej  zawodem  i chciał chronić Anę, ale się na tym 

zastanawiał. Patrzył na nią zmruŜonymi oczami. 

-  To zaleŜy, czy ci zaufam, czy nie - mruknął. – Pomyślę o tym. 

Maggie  niezbyt  się  to  spodobało,  ale  wiedziała,  Ŝe  nie  naleŜy  protestować.  Doskonale  zdawała 

sobie sprawę, Ŝe jej nie ufał. Odszedł, prowadząc konia, a ona wróciła do domu rozgniewana. Zazwyczaj 

tak się kończyły ich rozmowy. 

Siedziała  przy  basenie,  rozkoszując  się  lenistwem  i  patrząc,  jak  Ana  pływa,  kiedy  pojawił  się 

background image

Mitch z bardzo niezadowoloną miną. 

-  Co  my  tu,  do  diabła,  robimy,  Maggie?  -  zapytał  ze  złością.  -  Przyjechaliśmy  przygotować 

artykuł,  ale  wątpię,  Ŝebyś  napisała  chociaŜ  słowo.  Ja  zachowuję  się  jak  turysta  z  drogim  aparatem. 

KaŜde  zdjęcie,  które  zrobiłem,  byłoby  całkiem  na  miejscu  w  rodzinnym  albumie.  JuŜ  widzę,  jak  nas 

oboje wywalają. 

-  Wiem.  -  Maggie  nie  otwierała  oczu.  -  Problem  w  tym,  Ŝe  oboje  jesteśmy  kompletnie  zajęci 

Aną. Muszę przyznać, Ŝe o redakcji jakoś rzadko myślę. 

-  ZałoŜę  się,  Ŝe  Richie  myśli  o  nas  -  mruknął  Mitch.  -  Przyzwyczaił  się,  Ŝe  wyjeŜdŜamy  na 

długie tygodnie i nie dajemy znaku Ŝycia, ale w końcu zawsze coś mamy. A tym razem nic. 

Pamiętaj,  Ŝe  on  wie,  gdzie  jesteśmy.  Jeśli  zadzwoni,  nie  będziemy  mu  mieli  wiele  do 

powiedzenia. 

-  Nic mnie to nie obchodzi, wiesz? - oznajmiła Maggie, siadając i patrząc na niego powaŜnie. - 

Wszystkie  te  ostrzeŜenia  jakoś  na  mnie  nie  działają.  Prawda  jest  taka,  Ŝe  zainteresowała  mnie  Ana. 

Niemal desperacko pragnę jej pomóc. To okropnie frustrujące, bo wiem, Ŝe jest coś, co naprowadziłoby 

mnie na ślad. Ale nikt nie chce mi nic powiedzieć. 

-  No, mnie Ana na pewno nie powie - stwierdził ponuro Mitch. - Cały ranek mnie unika. 

-  Dzisiaj miała do zrobienia coś szczególnego - powiedziała Maggie uspokajająco, świadoma, Ŝe 

znowu ma przed Mitchem sekrety. 

-  Co takiego? - zapytał od razu i Maggie zrozumiała, Ŝe niepotrzebnie zaczęła ten temat. 

-  Nie mogę ci powiedzieć. 

-  Co  to  jest?  Dzień  ostracyzmu  wobec  Mitchella?  Dlaczego  nie  moŜesz  mi  powiedzieć? 

Tworzymy zespół. 

-  No...  to  nie  jest  moja  tajemnica  -  wykręcała  się  Maggie,  zastanawiając  się,  czy  nie  byłoby 

dobrze wskoczyć do wody i odmówić wypłynięcia. 

W tej chwili Ana wyszła z basenu. Dobrze, Ŝe nic nie widziała, bo wtedy nie uśmiechałaby się 

tak radośnie. 

-  Mitch? - Spojrzała w jego stronę i zmarszczyła czoło. 

-  O, 

zdecydowałaś 

się 

do 

mnie 

odezwać, 

tak? 

prychnął. 

Ana natychmiast zmarkotniała, a Maggie miała ochotę go 

uderzyć. Nie zdąŜyła. Dziewczyna odwróciła się i szybko ruszyła przed siebie. Poślizgnęła się na 

kafelkach  i  krzyknęła.  Mitch  rzucił  się  niczym  błyskawica,  złapał  ją  i  mocno  przytulił.  W  tej  samej 

chwili Felipe wyłonił się zza rogu. 

-  Trzymaj łapy przy sobie! - wrzasnął.  

Mitch zareagował nie mniej gwałtownie. 

background image

-  Miałem pozwolić, by upadła i się potłukła? MoŜe powinieneś się nią lepiej opiekować. MoŜe 

jesteś zbyt zajęty zajmowaniem się Maggie? 

Maggie osłupiała. Ana krzyknęła coś, wyrwała się i uciekła do domu. 

-  Wyjaśnij, o co ci chodzi! - Felipe zbliŜał się do Mitcha, ale Maggie błyskawicznie skoczyła 

między nich. 

-  Przestańcie!  -  rozkazała  ze  złością.  -  Chciałam  zauwaŜyć,  Ŝe  zdenerwowaliście  Anę.  Ma  dość 

problemów i bez was. Poślizgnęła się, a Mitch ją złapał - poinformowała Felipe. - To właśnie zobaczyłeś. A 

ty - zwróciła się do Mitcha - co właściwie miałeś na myśli? Nie rób idiotycznych domysłów i nie krzycz 

na Anę! 

-  Mam to gdzieś, Maggie - odciął się, wściekły. - Mam oczy i widzę, Ŝe nie jesteś juŜ taka jak 

dawniej. Senor de Santis cię zmiękczył. 

-  Tak?  -  Maggie  zawrzała  gniewem.  Bez  wahania  wepchnęła  całkowicie  ubranego  Mitcha  do 

basenu. Wcale nie była zadowolona, kiedy Felipe ryknął śmiechem. Odeszła szybkim krokiem, ale kątem 

oka dostrzegła, jak Felipe, wciąŜ roześmiany, pomaga Mitchowi wyleźć z wody. 

Przy obiedzie atmosfera była napięta. Felipe nie był juŜ tak rozbawiony, Ana pojawiła się tylko 

przez uprzejmość. Siedziała w milczeniu, a Maggie miała ochotę przyłoŜyć i Mitchowi, i Felipe. 

-  Kończy  mi  się  ostatni  film  -  powiedział  Mitch  sztywno,  kiedy  posiłek  dobiegał  końca.  - 

Gdybym mógł poŜyczyć samochód, to kupiłbym rolki na zapas. 

Słysząc  jego  głos,  Ana  przeprosiła  wszystkich  i  wyszła  z  pokoju.  Felipe  spojrzał  na  Mitcha  z 

ironią. 

-  Dziwne,  Ŝe  nie  pomyślałeś  o  tym  wczoraj  -  skomentował.  -  Mogłeś  przecieŜ  pojechać  do 

Jaen. Nie ustaniecie w wysiłkach, póki jedno z was nie zdoła przekazać wieści? 

-  Jakich  wieści?  -  zapytał  Mitch  ze  złością.  Przepadł  jego  dawny  spokój.  -  Sfotografowałem 

wszystko  w  zasięgu  wzroku  i  nic  z  tego  nie  spodoba  się  czytelnikom  gazety,  nie  mówiąc  o 

redaktorze.  Maggie  nie  napisała  absolutnie  nic.  Jeśli  uwaŜasz,  Ŝe  mamy  cokolwiek  do  wysłania, 

poszukaj. Będę zachwycony, jeśli coś znajdziesz. MoŜe to uratuje moją posadę. 

-  Myślałem,  Ŝe  fotograf  będzie  miał  zapas  filmów  -  odparł  Felipe,  zły,  Ŝe  ktoś  się  do  niego 

zwraca w ten sposób. 

-  Zwykle nie marnuję ich na rodzinne zdjęcia - zapewnił kwaśno Mitch. 

Maggie wstała i spojrzała na nich obu zmęczonym wzrokiem. Oczywiście Mitch ją ignorował. 

-  Moim zdaniem czas zakończyć to zadanie - powiedziała cicho. - To prawda, nic nie zrobiłam, a 

bez  mojego  komentarza  zdjęcia  są  bezuŜyteczne,  chyba  Ŝe  Mitch  postanowi  sprzedać  je  innej  gazecie. 

Mogę cię jednak zapewnić - zwróciła się do Felipe - Ŝe zbyt nam zaleŜy na Anie, by zrobić coś takiego. 

-  O czym ty mówisz? - zapytał ze złością Mitch. 

-  Seńor de Santis boi się, Ŝe sprowadzimy tu reporterów tego mniej poŜądanego gatunku. 

background image

-  Po  moim  trupie!  -  Mitch  był  tak  wściekły,  Ŝe  Maggie  nie  miała  wątpliwości,  iŜ  był  gotów 

bronić Any jak lew i czuł niepokój, kiedy go unikała. 

-  Moim  zdaniem,  powinniśmy  wyjechać  -  dokończyła  mniej  pewnie,  czekając,  aŜ  Felipe 

zareaguje na zaborczą postawę Mitcha. 

-  Nie!  -  wykrzyknęli  obaj  jednakowo  głośno  i  Maggie  nie  wiedziała,  na  którego  spojrzeć. 

Popatrzyła na Felipe. Wyglądał na zamyślonego. 

-  Przepraszam  -  powiedział  cicho,  zerkając  na  Mitcha.  -Oboje  pomogliście  Anie,  o  co  nie 

miałem nawet prawa was prosić. Jorge zawiezie cię do miasta po te filmy - dodał. – Jeśli zamierzasz to 

załatwić  dzisiaj, lepiej  ruszyć natychmiast. Wcześnie się ściemnia, a droga nie jest najlepsza. 

-  Mogę  jechać.  -  Mitch  nie  okazał  wdzięczności.  -  Nic  innego  się  nie  dzieje.  -  Wyszedł,  a 

Felipe zadzwonił po Jorge.   

Maggie teŜ wstała, ale nie zdołała się wymknąć. 

-  To  nie  były  zwykłe  Ŝarty  -  powiedział  cicho  Felipe.  -  Naprawdę  mnie  ostrzegałaś.  Z  jakiegoś 

powodu  on  jest  wściekły  jak  chyba  nigdy  przedtem,  a  Ana  jest  nieszczęśliwa.  Mamy  dodatkowy 

problem, co, Maggie? 

-  Nie  wiem  -  odparła,  patrząc  na  niego  zimno.  -  Po  prostu  wydasz  dalsze  instrukcje.  Pewnie 

wyrzucisz stąd mnie i Mitcha. 

-  Chyba  Ŝe  opowiecie  o  Felipe  de  Santisie  i  jego  niewidomej  siostrze,  pisząc  o  hacjendzie  de 

Nieve - zauwaŜył sztywno. Całe jego ciepło zniknęło pod jej zimnym spojrzeniem. 

-  To  nie  pasowałoby  do  mojego  stylu  pisania  -  odparła  kwaśno.  -  Na  razie  nikogo  nie 

zastrzeliłeś, więc nie zainteresujesz czytelników Maggie Howard. - Wyszła, czując na sobie spojrzenie 

ciemnych  oczu.  Teraz  chciała  tylko  znaleźć  Anę  i  naprawić  jakoś  sytuację.  A  niech  to!  Powie  prawdę. 

Nigdy przedtem prawda jej tak nie martwiła. Jak Felipe to się nie podoba, nie powinien był zgadzać 

się na ich przyjazd i mieszać ich w swoje sprawy. 

Znalazła Anę w jej pokoju, leŜącym na tym samym piętrze, i od razu przeszła do rzeczy. 

-  Nie  siedź  tu  z  nieszczęśliwą  miną,  bo  ci  dwaj  faceci  się  o  ciebie  kłócą  -  oznajmiła 

energicznie. - NaleŜy wykorzystać ich słabości, a nie wpadać w rozpacz. 

-  Nie  kłócili  się  o  mnie,  Maggie  -  odpowiedziała  Ana.  -  Felipe  jest  wściekły,  Ŝe  Mitch  mnie 

dotknął, a ja go nie odepchnęłam od razu. Mitch starał się być miły, jak zwykle. A poza tym nie odzywał 

się do mnie cały dzień. 

-  Hmm! - mruknęła Maggie ponuro. - U męŜczyzn to normalne. Po prostu się obraził. Myśli, Ŝe 

go unikałaś. Nie wiedział dlaczego, więc uznał, Ŝe nie chcesz z nim rozmawiać. 

-  Och! - Ana zwróciła piękne oczy w stronę Maggie. -Przeszkadzało mu, Ŝe mnie nie było? 

-  Jasne - zapewniła ją Maggie. - Teraz jedzie do Jaen po filmy. Tobie zrobił najwięcej zdjęć. 

Jeśli zdarzy się sytuacja warta sfotografowania, będzie głupio, jeśli zabraknie mu filmu. 

background image

Twarz Any się rozpogodziła. Usłyszały, jak Mitch przechodzi przez dziedziniec, rozmawiając z 

Jorge. 

-  Jest na dziedzińcu? - zapytała Ana. - Co robi? 

-  Rozmawia  z  Jorge  i  patrzy  w  okno  twojego  pokoju  -poinformowała  Maggie  sucho, 

zastanawiając się, w jaki sposób Felipe by ją zamordował, gdyby się dowiedział o tym sabotaŜu. 

Ana wstała, podeszła do okna i pomachała z uśmiechem, po czym odwróciła się do Maggie. 

-  Widział mnie? 

Widział.  Zawahał  się  i  wyglądało  na  to,  Ŝe  chce  zrezygnować  z  wycieczki.  Uśmiechnął  się 

radośnie. 

-  W drogę, senor Mitchell! - zawołała Maggie. - I proszę wrócić w lepszym nastroju. 

Posłał jej za to znajomy kwaśny uśmiech. Usiadła, zadowolona, Ŝe wszystko dobrze poszło. Mitch 

był znowu sobą, a Ana wydawała się szczęśliwa. Usiadła rozpromieniona. 

-  Dobrze wyglądam, Maggie? - zapytała nieśmiało. - Naprawdę jestem piękna? 

-  Piękna jak anioł - zapewniła ją Maggie. - Zapomnij o wzroku, kieruj się uczuciami, ale nie 

mów o nich bratu. 

Felipe  nie  był  szczególnie  rozmowny  przy  kolacji.  Kiedy  Maggie  weszła  do  jadalni,  właśnie 

odkładał słuchawkę telefonu. 

-  Samochód się zepsuł - poinformował, patrząc na nią podejrzliwie. - Nie naprawią go do rana. 

-  Nie moja wina - oznajmiła stanowczo. - Nawet go nie dotykałam. Nie martw się, Mitch nie 

ucieknie. Wszystkie rolki są zapewne w jego pokoju, a poza tym zawsze sam wywołuje zdjęcia. 

-  Nie  przypuszczam,  Ŝeby  zamierzał  uciec  -  odparł  chłodno  Felipe.  -  Widziałem  go,  kiedy 

wyjeŜdŜał, i słyszałem twoją radę. Nie mam kłopotów ze słuchem, senorita Howard. 

-  Podsłuchiwanie to brzydki zwyczaj, senor de Santis - powiedziała, czując, Ŝe się rumieni. 

-  Zdrada teŜ - odparł cicho. 

-  Zdrada to dziwna sprawa - oznajmiła Maggie. - ZaleŜy, po której stronie się opowiadasz. Ja 

jestem zdecydowanie po stronie twojej siostry. - Umilkła, gdy do jadalni weszła uśmiechnięta Ana. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Maggie coś obudziło w nocy. Nie miała pojęcia, która jest godzina, ale gdy otworzyła oczy, była 

całkiem  przytomna.  Nie  raz  znajdowała  się  w  niebezpieczeństwie  i  wiedziała,  Ŝe  trzeba  być  czujnym. 

Ś

wiatła na dziedzińcu juŜ pogasły, ale księŜyc świecił jasno. Wyślizgnęła się z łóŜka i szybko podeszła 

background image

do drzwi balkonowych. 

Omal nie krzyknęła, zaskoczona widokiem Any idącej w białej koszuli przez dziedziniec, jakby we 

ś

nie. PodąŜała w stronę bramy. Zanim Magie zdąŜyła zareagować, dziewczyna zniknęła za rogiem. 

Maggie  wybiegła  z  pokoju,  nie  zatrzymując  się,  by  włoŜyć  pantofle  czy  szlafrok.  Od  razu 

zrozumiała, Ŝe Ana jest lunatyczką. Bała się, Ŝe dziewczyna wyjdzie za bramę i gdy się obudzi, nie będzie 

wiedziała, gdzie jest. To byłoby straszne dla osoby niewidomej, nie licząc innych niebezpieczeństw. 

W  kilka  sekund  znalazła  się  na  dziedzińcu,  nie  wołała  jednak  Any.  Wiedziała,  Ŝe  nie  naleŜy 

budzić lunatyków. Musi ją dogonić, zanim dziewczyna dotrze do bramy. Dzięki Bogu, księŜyc świecił 

jasno. 

Ana  szła  kamienistą  ścieŜką,  była  juŜ  blisko  bramy.  Wydawała  się  unosić  nad  ziemią.  Maggie 

była  zdumiona,  Ŝe  ból  zadawany  przez  ostre  kamienie  nie  obudził  jej.  Jej  własne  stopy  wydawały  się 

płonąć. Skrzywiła się z bólu, przyspieszyła desperacko i chwyciła Anę za ramię. 

Dziewczyna  stanęła  spokojnie,  odwracając  się  posłusznie,  gdy  Maggie  skierowała  ją  w  stronę 

domu. Ruszyła z powrotem, jej twarz była bez wyrazu. Maggie odczuła ogromną ulgę, gdy wprowadziła 

Anę do budynku. Nie padło ani jedno słowo. Jak dobrze pójdzie, dziewczyna o niczym się nie dowie. 

PołoŜyła  Anę  do  łóŜka.  Przypomniała  sobie  o  ostrych  kamieniach.  Zaryzykowała  zapalenie 

ś

wiatła  i  z  zadowoleniem  odkryła,  Ŝe  stopy  Any  nie  są  tak  pokaleczone,  jak  jej  własne.  MoŜe  ona 

naprawdę unosiła się w powietrzu? Maggie właśnie wracała z łazienki, niosąc wilgotny ręcznik, kiedy w 

drzwiach pokoju pojawił się Felipe. 

Gestem  nakazała  mu  milczenie,  zanim  zdąŜył  się  odezwać.  Obmyła  stopy  Any  najlepiej,  jak 

umiała. Właśnie je osuszała, gdy Ana otworzyła oczy. 

-  Maggie? Co tu robisz? Czy juŜ rano? 

-  Nie. Miałaś zły sen. Przykryję cię i śpij sobie dalej. Skąd wiedziałaś, Ŝe to ja? 

-  Masz ładne perfumy. Wolałabym, Ŝebyś nie gasiła światła.  

Serce Maggie podskoczyło gwałtownie. CzyŜby Ana widziała? Wracał jej wzrok? 

-  Skąd  wiesz,  Ŝe  jest  zapalone?  -  spytała  ostroŜnie.  Ana  ułoŜyła  się  wygodnie  i 

uśmiechnęła. 

-  Bo inaczej nic byś nie widziała.  

Maggie skrzywiła się, jej nadzieje prysły. 

-  Myślisz, Ŝe jesteś taka sprytna, co? - zaŜartowała, tłumiąc rozczarowanie. Ana zachichotała, a 

Maggie pocałowała ją w policzek. Nie mogła się powstrzymać. - Śpij juŜ, mądralo - rozkazała cicho. 

Ana zasnęła niemal natychmiast, a Maggie wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. 

-  O co tu chodzi? - Zaintrygowany Felipe szedł za nią do jej pokoju. Był wciąŜ ubrany. 

Maggie  zerknęła  na  zegarek.  Dopiero  minęła  północ.  Usiadła  na  łóŜku,  zmęczona  po  tej 

niepokojącej  nocnej  wycieczce.  Ana  chodziła  we  śnie  -  wyjaśniła  cichym  głosem.  -  Obudziłam  się  i 

background image

zobaczyłam  ją  na  dziedzińcu.  Nie  miałam  czasu  iść  po  ciebie,  bo  ona  zmierzała  w  stronę  bramy.  -  Ze 

zdumieniem odkryła, jak bardzo jest roztrzęsiona. W pracy nie raz znajdowała się w trudnych sytuacjach, 

ale to wydarzenie bardzo przeŜywała, bo lubiła Anę. - Bałam się, Ŝe wyjdzie za ogrodzenie, obudzi się 

i... 

-  Nigdy  czegoś  takiego  nie  robiła.  -  Zaniepokojony  Felipe  krąŜył  po  pokoju.  -  Muszę  mieć 

pewność, Ŝe to się nie powtórzy. Trzeba będzie jutro jej powiedzieć. Muszę załoŜyć na jej drzwiach 

jakąś zasuwę, której nie dosięgnie. 

-  Poczuje się jak w pułapce - zaprotestowała Maggie. Nagle zadrŜała. - Mogła wyjść na balkon. 

-  Nie  zadręczaj  się  -  rzekł  cicho,  podchodząc  bliŜej  i  patrząc na nią powaŜnie. - Czy lunatyk 

naśladuje to, co robi na jawie? - Nagle spojrzał na jej stopy. - Dlaczego myłaś jej nogi? 

-  Szła po kamieniach i bałam się, Ŝe się pokaleczyła. Ale nic się jej nie stało. 

-  A tobie? Nie szłaś po tych samych kamieniach? - spytał cicho. - Wybiegłaś bez butów. PokaŜ 

stopy. 

-  Nie! - Maggie nagle odzyskała energię. Zapomniała, Ŝe jest w koszuli nocnej, a Felipe na nią 

patrzy. Teraz zdała sobie z tego sprawę. - Ja... nic mi nie jest. 

-  Wątpię. Widziałem, jak utykałaś. Podejrzewam, Ŝe odniosłaś rany podczas tej przechadzki. 

Ujął jej stopę, zanim zdąŜyła go powstrzymać. Westchnął głośno i zrozumiała, Ŝe stopy nie tylko 

bardzo bolą, ale teŜ źle wyglądąją. Puścił ją i wstał. 

-  Nie ruszaj się - rozkazał. - Ani kroku. Mam w łazience apteczkę. 

-  Mogę zająć się sobą we własnej łazience - oznajmiła Maggie, patrząc na niego z niepokojem. 

-  I zakrwawić mi cały dywan? Siedź tutaj. 

Wrócił bardzo szybko. Ku jej zakłopotaniu ukląkł i ostroŜnie obmył  jej  stopy,  osuszył  i  nakleił 

plaster na niewielką ranę. Chciała zapaść się pod ziemię ze wstydu. Nie chodziło tylko o to, Ŝe ten 

arogancki  męŜczyzna  robi  dla  niej  coś  podobnego,  ale  takŜe  o  niezwykłą  przyjemność,  jaką  sprawiał 

jego dotyk. Był delikatny i zręczny, nic więcej, ale i tak musiała powstrzymywać chęć pogłaskania jego 

ciemnej głowy. Jego dłonie wywoływały w niej uczucia, które całkowicie tłumiły ból stóp. 

-  Gotowe.  -  Wstał  i  wyszedł, aby wylać wodę z miseczki. Kiedy wrócił, wpatrywał się w nią 

uwaŜnie. śałowała, Ŝe włączyła lampę, bo teraz na pewno wiedział, co czuła. Te ciemne oczy wydawały 

się przenikać ją na wskroś. 

-  A teraz zastosuj się do rady, którą dałaś Anie. Śpij, Maggie. 

-  A jak znowu wyjdzie? - spytała niespokojnie. 

-  Postawię przy jej drzwiach krzesło, w korytarzu. Musiała by na nie wpaść. Ale wątpię, Ŝeby to 

się powtórzyło dziś w nocy. 

-  MoŜliwe - mruknęła Maggie, zagryzając wargę. Nie odrywał od niej oczu. 

-  Od  dawna  nikt  nie  opiekował  się  tobą  tak,  jak  ty  dzisiaj  Aną,  prawda?  -  zapytał  cicho, 

background image

unosząc dłonią jej pochyloną twarz. - A jednak musiał być męŜczyzna, który tego pragnął. Ukrywałaś 

się bardzo długo, Maggie, i wiele cię ominęło. 

-  śyłam  tak,  jak  chciałam  -  zapewniła,  nie  mogąc  odwrócić  wzroku.  Była  świadoma  swojego 

skąpego stroju. Zrobiło jej się gorąco. 

-  Ale nie jesteś juŜ taka sama. - Otoczył ją ramieniem. Poczuła dreszcz. - Wyszłaś z kryjówki, 

którą sama zbudowałaś. Jesteś kobietą i moŜna cię zranić. 

-  Wcale nie. - Usiłowała zaprzeczać, ale było to niemoŜliwe. Uśmiechnął się do niej. 

-  Och, Maggie. Przestań walczyć. 

  Pochylił głowę, a jego wargi delikatnie przesuwały się po jej twarzy. Zachwiała się, spragniona 

dalszych pieszczot, odwracając głowę tak, Ŝeby zetknęły się ich usta. Objął ją mocniej. 

-  Masz  w  sobie  coś,  co  w  męŜczyźnie  budzi  wszystkie  zmysły  -  szepnął.  -  Chyba  nawet  nie 

zdajesz sobie sprawy z niebezpieczeństwa, ku któremu zmierzasz. 

Maggie  kiedyś  wiedziała,  jak  się  bronić,  trzymać  wszystkich  na  dystans,  ale  teraz  była 

zachwycona, gdy Felipe jej dotykał. 

-  Nie  moŜesz  być  aŜ  tak  niewinna  -  powiedział  z  napięciem.  Delikatnie  ugryzł  ją  w  ucho. 

Sięgnął ręką do jej piersi i niecierpliwie pocałował kolejny raz w usta. 

Maggie  jęknęła,  zarzuciła  mu  ręce na szyję, wsuwając palce w ciemne włosy i z entuzjazmem 

zaczęła oddawać pocałunki. 

-  Por  Dios!  -  Porwał  ją  na ręce, oczy mu płonęły. – Jeśli nie umiesz chronić się sama, to ja 

muszę  cię  chronić.  Ryzykujesz  dla  mojej  siostry,  ignorujesz  swoją  pracę,  a  potem  padasz  mi 

w  ramiona.  Wiesz,  jak  wzbudzić  w  męŜczyźnie  głód,  i  myślę,  Ŝe  nie  zdajesz  sobie  sprawy  z 

konsekwencji. 

PołoŜył ją na łóŜku, przykrył kołdrą. Zebrał apteczkę i ruszył ddrzwi, nie oglądając się. 

-  Ja... przykro mi - wykrztusiła drŜącym głosem. 

-  Jeszcze  chwila  i  naprawdę  byłoby  ci  przykro  -  odparł.  -  MoŜe  niedługo  teŜ  będziesz 

potrzebowała  krzesła  przy  drzwiach,  senorita,  ale  w  środku.  -  Wyszedł  i  zamknął  za  sobą  drzwi,  a 

Maggie zgasiła lampę, zwinęła się w kłębek i czekała, aŜ jej serce przestanie łomotać. 

Nie mogła pojąć swego zachowania i wcale nie miała pretensji do Felipe. Zdumiewające. MoŜe 

było z nią coś nie tak? MoŜe była zamknięta w swoim dobrowolnym więzieniu tak długo, Ŝe teraz w 

ogóle nie umiała nad sobą panować. 

Ale  przecieŜ  nie  miała  najmniejszej  ochoty  rzucać  się  na  Mitcha.  Przynajmniej  to  przywróciło 

jej humor. Mitch pewnie by zemdlał z wraŜenia. Felipe nie wydawał się zaniepokojony. Po prostu wziął 

ją  w  ramiona.  WciąŜ  czuła  przyjemne  ciepło,  a  jej  policzki  płonęły,  gdy  zrozumiała,  Ŝe  gdyby  nie 

przerwał, ona sama nie powstrzymałaby go w Ŝaden sposób. 

background image

Kiedy rano zeszła na śniadanie, Felipe jeszcze siedział przy stole. Zaskoczyło ją to. Zazwyczaj o 

tej porze był juŜ przy koniach. 

-  Dobrze się czujesz po nocnych przygodach? - spytał cicho, odsuwając dla niej krzesło. 

-  Tak. JuŜ prawie o tym zapomniałam. Spojrzał na nią ponuro i poczuła się jeszcze orzej. 

-  Ja... przepraszam za... Byłam zdenerwowana i... 

-  To  jeszcze  pogorszyło  sprawę  -  przyznał  z  napięciem,  ściskając  filiŜankę  z  kawą.  -  ZbliŜasz 

się  do  Any  i  najwyraźniej  wzięłaś  na  siebie  duŜą  odpowiedzialność.  Nie  mam  prawa  o  to 

prosić. MoŜe powinnaś wrócić do Anglii i zapomnieć o nas... 

Maggie  poczuła,  Ŝe  ogarnia  ją  rozpacz.  Chciał,  Ŝeby  wyjechała,  a  ona  przestraszyła  się, 

uświadamiając  sobie,  Ŝe  wcale  nie  miała  na  to  ochoty.  Myśl  o  powrocie  do  dawnego  Ŝycia  była  wręcz 

przeraŜająca.  Tu,  z  Felipe  de  Santisem,  czuła  się  bezpiecznie  i  była  zrozpaczona,  Ŝe  chciał  się  jej 

pozbyć. 

-  Jeśli wolisz, Ŝebyśmy wyjechali... 

-  Nie powiedziałem tego! - zaprotestował gwałtownie, wpatrując się w nią intensywnie. - To, 

czego  ja  chcę,  nie  jest  i  nigdy  nie  było  istotne.  Zostałaś  zmuszona  do  przyjazdu  tutaj,  a  ja  jeszcze 

dołoŜyłem  swoje,  domagając  się  pomocy.  Dwa  razy  ryzykowałaś  dla  Any.  To  ja  jestem  za  nią 

odpowiedzialny  i  przypuszczam,  Ŝe  wolałabyś  wrócić  do  domu.  Nie  będę  się  sprzeciwiał.  Zajmę  się 

Devlinem Parnhamem. 

Maggie zgnębiona spoglądała na swój talerz. 

-  Nie chcę opuszczać Any - wyznała cicho. 

ZdąŜył  tylko  spojrzeć  na  nią,  bo  w  tej  chwili  do  pokoju  wkroczyła  Ana,  pogodna  i 

zdecydowana. 

-  Kiedy  senor  Mitchell  wróci,  chciałabym,  Ŝebyśmy  wybrali  się  wszyscy  na  miłą  wycieczkę  - 

oznajmiła z uśmiechem, siadając przy stole. 

-  MoŜe nasi goście nie mają ochoty na wycieczkę - rzekł sztywno. 

-  Są  w  hacjendzie  juŜ  długo  -  zauwaŜyła  Ana.  -  Wycieczka  byłaby  urozmaiceniem,  a  Mitch 

mógłby zrobić mnóstwo dobrych zdjęć. 

-  Najwyraźniej wszystko juŜ zaplanowałaś - zauwaŜył Fe-lipe. - O jaką wycieczkę ci chodzi? 

-  Pojedziemy do Granady - obwieściła Ana stanowczo. -Mitchowi na pewno się spodoba. 

-  A  co  z  seńoritą  Howard?  -  spytał  Felipe,  nie  patrząc  na  Maggie.  Znowu  zaczął  uŜywać 

sztywnych formułek. 

-  Jest pisarką, a Granada to cudowne miejsce. Chciałabyś pojechać, Maggie? 

-  Ee... tak. Bardzo - wykrztusiła, a Felipe spojrzał na nią z niedowierzaniem. Myślał, Ŝe chce 

tylko sprawić przyjemność Anie. 

-  Kiedy mamy jechać? - spytał, znowu gotów ustąpić siostrze. 

background image

-  Dzisiaj  -  oznajmiła  zdecydowanie.  -  Jak  tylko  Mitch  wróci.  MoŜemy  zostać  tam  na  noc. 

Zarezerwuj nasz hotel, Felipe. 

Nie skomentował tego, ale Maggie widziała, Ŝe uniósł czarne brwi. To nie było po prostu ustępstwo 

na rzecz siostry. Miał jeszcze inne powody. Podejrzane. Kiedy wyszła do holu, ruszył za nią. 

-  A  więc  chciałabyś  pojechać  do  Granady?  -  spytał  drwiąco.  -  Jesteś  gotowa  pozwolić  Anie 

sobą kierować? 

-  Tobą teŜ kieruje - przypomniała cicho Maggie. 

Władczym gestem uniósł jej podbródek. 

-  Wierzysz  w  to?  MoŜe  pozwalam  ci  znaleźć  się  trochę  bliŜej  cywilizacji,  seńorita.  Noc  w 

dobrym hotelu moŜe przywrócić ci rozsądek. MoŜe nie zechcesz wracać do hacjendy de Nieve? 

-  Nie  straciłam  rozsądku!  -  warknęła  Maggie.  -  A  zresztą  Ana  ma  rację.  W  Granadzie 

mogłabym  zrobić  notatki  do  artykułu,  a  Mitch  trochę  zdjęć.  Potem  wrócę  po  rzeczy  i  wyjadę.  Ana 

pewnie powiedziała mi juŜ wszystko. 

Kiedy odwróciła się, by iść, chwycił ją mocno za ramiona. 

-  Co ci powiedziała? 

-  Wystarczająco, Ŝeby się domyślić, Ŝe tuŜ przed śmiercią ojca była bardzo nieszczęśliwa. śe ten 

dom nie był najlepszym miejscem do Ŝycia, kiedy on tu był. Ana najwyraźniej czuła się uwięziona. Miała 

siedemnaście lat i Ŝadnej kontroli nad własnym Ŝyciem. 

-  Czyli  naprawdę  obwiniasz  mnie  o  jej  ślepotę  -  stwierdził  groźnie.  -  Przypuszczam,  Ŝe  nie 

zechcesz  wyjechać,  dopóki  nie  zdobędziesz  dowodu.  Co  za  wspaniały  artykuł  ukazałby  się  w 

gazecie! 

Odwrócił się i niemal wybiegł, a Maggie patrzyła za nim z niedowierzaniem. Nic takiego nie 

sugerowała. CzyŜby świadczyło to o poczuciu winy, o jakimś cięŜarze na jego sumieniu? NiemoŜliwe. 

Dlaczego nie mógł rozmawiać o tym spokojnie? Nikt nie mógł się zbliŜyć do takiego człowieka, jakim 

był Felipe de Santis, a ona nie chciała się przyznać nawet przed sobą, Ŝe miałaby na to ochotę. 

Mitch  wrócił.  Maggie  nie  widziała,  jak  Ana  go  powitała,  ale  wydawał  się  taki  jak  dawniej  - 

wesoły i bezpośredni. Cieszył się z wycieczki i było jasne, Ŝe Ana zaplanowała ją dla niego z jakichś 

tajemniczych powodów. 

Maggie  nie  była  zadowolona,  kiedy  ruszyli  do  Granady.  Felipe  zachowywał  ponure  milczenie. 

Ana  usadowiła  się  z  tyłu  obok  Mitcha,  a  wyciągnięcie  ich  stamtąd  wiązałoby  się  z  niemiłą  awanturą. 

Maggie ucieszyła się, Ŝe nie przyszła wcześniej do samochodu. Felipe nie mógł mieć do niej pretensji. 

-  MoŜe jednak ta wycieczka to dobry pomysł - mruknął, kiedy  niemal  jednocześnie  podeszli 

do auta. - Ona za często z nim przebywa. 

-  Najwyraźniej zaleŜy mu na niej, a jej na nim, czy ci się to podoba, czy nie - odparła Maggie. 

background image

-  Chyba  tylko  dlatego,  Ŝe  jest  jedynym  męŜczyzną  w  okolicy  i  przywykła  do  niego  -  uznał 

Felipe. - On nie naleŜy do naszego świata i Ana w końcu to zrozumie. 

-  Tak,  wiem.  -  Maggie  z  niejasnych  powodów  poczuła  się  uraŜona.  -  Bliskość.  Rzeczy  tracą 

właściwe proporcje, kiedy człowiek jest odizolowany w górach. Po powrocie do domu wszystko będzie 

się wydawać nam obojgu niewiarygodnym snem. Taka zabawna przerwa w normalnym Ŝyciu. 

Nie  miał  najmniejszych  wątpliwości,  o  co  jej  chodziło.  Mógł  sobie  siedzieć  z  chmurną  i  groźną 

miną, wiedząc, Ŝe siostra i tak tego nie widzi. 

Zgodnie  z  planem  dotarli  na  miejsce  wczesnym  wieczorem.  Dzień  był  pochmurny,  a  sezon 

turystyczny jeszcze się nie zaczął, więc nie było tłumów. Przez całą drogę Felipe zachowywał lodowate 

milczenie, za to Ana i Mitch gadali nieustannie. Maggie widziała, jak Felipe od czasu do czasu zerka 

na nich w lusterku. Gdy tylko wrócą, Mitch zostanie wyprawiony do domu, razem z nią. 

Gdy  zobaczyli  Granadę  z  daleka,  serce  Maggie  zabiło  szybciej.  Nigdy  nie  była  w  tym  słynnym 

mieście, które zdawało się wyłaniać prosto z marzeń. LeŜało na brzegu zielonej doliny, u stóp Sierra 

Nevada. Kiedy Mitch jęknął z zachwytu, Ana zorientowała się, Ŝe zbliŜają się do celu. 

-  Felipe,  stańmy  -  poprosiła.  -  Niech  Mitch  popatrzy  i  zrobi  trochę  zdjęć.  Maggie  teŜ  będzie 

chciała spojrzeć. 

W  promieniach  zachodzącego  słońca  Granada  lśniła  niczym  klejnot  zawieszony  między 

ośnieŜonymi szczytami Sierra Ne-vada i zielonymi gajami drzew pomarańczowych. Pałac Alhambra lśnił 

czerwono. Maggie była oczarowana. 

-  Dziękuję, Ŝe nas tu przywiozłeś - powiedziała cicho. Nie usłyszała uprzejmej odpowiedzi. 

-  To ostatnie miejsce na ziemi, dokąd chciałbym przywieźć moją siostrę - wyznał. 

-  Ale dlaczego? Ona chciała tu przyjechać. 

-  Dla  senora  Mitchella,  nie  dla  siebie.  To  taka  gra,  Ŝeby  dłuŜej  go  mieć  przy  sobie  i  Ŝeby 

sprawić mu przyjemność. 

-  MoŜe po prostu chciała tu przyjechać - protestowała Maggie. 

-  Chyba  w  to  nie  wierzysz,  seńorita.  Spójrz  na  zachód  słońca,  ośnieŜone  góry,  na  Alhambrę. 

Myślisz,  Ŝe  nie  chciałaby  tego  znowu  zobaczyć?  MoŜna  spędzić  w  Granadzie  całe  Ŝycie  i  nie  widzieć 

wszystkiego. A Ana nie widzi nic. Jeśli nie wierzysz, zacytuję ci stare powiedzenie: "Nie ma na świecie 

większego  cierpienia,  niŜ  ślepym  być  w  Granadzie".  Jeśli  chciała  tu  przyjechać,  będąc  niewidomą,  to 

teraz rozumiem, jak bardzo jest nim zauroczona. 

Maggie milczała. Nagle ujął ją za ramię. 

-  Chodź. To nie twoja wina. Ty jesteś tylko kobietą, która udaje, Ŝe jest twarda, a jednak kierują 

nią męŜczyźni. Ja dawałem ci polecenia, Devlin takŜe, nawet Ana zaciągnęła cię tutaj, Ŝeby zadowolić 

męŜczyznę. 

-  Chciałam  tu  przyjechać  -  mruknęła  Maggie,  zgadzając  się,  Ŝe  ona  wychodzi  na  tym 

background image

wszystkim najgorzej. 

-  CzyŜby? - Spojrzał na nią ironicznie. - Jedźmy więc dalej i korzystajmy, ile się da. Jest juŜ za 

późno na zwiedzanie. Jutro będziesz wykończona. - Odprowadził ją do samochodu. Odgłos włączonego 

silnika natychmiast sprowadził pozostałą dwójkę. Maggie wiedziała, Ŝe Ana dobrze się bawi, niezaleŜnie 

od  tego,  co  mówił  Felipe.  Była  tu  z  Mitchem,  a  to  dla  kobiety  było  duŜo  bardziej  ekscytujące  niŜ 

oglądanie  pięknego  miasta.  Maggie  siedziała  w  milczeniu,  zaszokowana,  Ŝe  coś  takiego  w  ogóle 

przyszło jej do głowy. Cieszyła się, Ŝe jest tu z Felipe, nawet jeśli się wściekał. 

-  Pałac  Alhambra  to  ósmy  cud  świata  i  jedyny  zachowany  arabski  pałac  średniowieczny. 

Maurowie  płakali,  opuszczając  Granadę,  i  wciąŜ  opłakują  tę  stratę  w  wieczornych  modlitwach. 

To  miejsce  wody  i  przestrzeni,  koloru  i  światła.  -  Słodki,  czysty  głos  Any  drŜał  od  śmiechu.  -  Wiem  to 

wszystko,  bo  byłam  tam  nie  raz.  Przewodnik  był  okropnie  nudny,  ale  zapamiętałam  bardziej  poetyckie 

fragmenty jego opowieści. 

Maggie zerknęła na Felipe i z radością zauwaŜyła, Ŝe uśmiecha się do siebie. 

-  Ona chyba nie wie, jakie to wszystko smutne - mruknął. 

-  MoŜe teŜ powinniśmy się rozweselić, paloma. – Popatrzył w jej czyste szare oczy. Maggie 

zarumieniła się, ale nagle poczuła się szczęśliwa. 

Z hotelu widać było Alhambrę. 

-  Zamówiłem pokoje, z których roztacza się widok na góry 

-  poinformował  Felipe.  -  Dzisiaj  księŜyc  będzie  jasno  świecił,  więc  z  balkonu  zobaczycie 

lodowiec. 

-  Pstryknę parę zdjęć - oznajmił z entuzjazmem Mitch, ale Felipe nawet na niego nie spojrzał. 

-  Myślałem, Ŝe seńorita Howard będzie na nie spoglądać i marzyć - odparł, rzucając Maggie 

ironiczne spojrzenie. -CzyŜ nie tak robią pisarze? 

-  Nie tacy jak Maggie - zapewnił Mitch. - Ona jest z tych ostrych, a nie rozmarzonych. 

-  MoŜe  się  mylę  -  powiedział  Felipe,  gdy  szli  do  windy  -  ale  on  chyba  nie  zna  cię  tak 

dobrze jak ja. 

-  Zna mnie od dawna - odparła Maggie desperacko, doskonale wiedząc, Ŝe jest prowokowana, i 

czując się trochę bezbronna. - Pracuję z nim. Pracowałam z nim w róŜnych niebezpiecznych miejscach. 

-  MoŜe.  Ale  wtedy  byłaś  twarda  Hiszpania  cię  zmieniła.  Zmienia  większość  ludzi.  Te  oczy 

zdradzają duszę romantyczki. 

Z  ulgą  umknęła  do  swojego  pokoju,  skoro  obiecał  jej  balkon  wychodzący  na  Sierra  Nevada. 

Słońce  lśniło  czerwono,  jego  promienie  oświetlały  lodowiec.  Było  tak  pięknie.  Maggie  z  rozpaczą 

pokręciła  głową.  Najwyraźniej  Felipe  znał  ją  lepiej  niŜ  ona  siebie.  W  tym  kraju  robiła  się  z  niej 

beznadziejna marzycielka. 

Kiedy wszyscy razem zeszli na kolację, dwie osoby szybko wstały ze swych miejsc i podeszły do 

background image

nich. Jedną z nich była piękna blondynka. Towarzyszący jej męŜczyzna był wysoki i jasnowłosy, tak 

jak  Mitch.  Wkrótce  dowiedziała  się,  Ŝe  są  Anglikami.  Poczuła  teŜ  dziwną  konsternację,  gdyŜ  kobieta 

rzuciła się Felipe na szyję i pocałowała go. 

Maggie  spodziewała  się,  Ŝe  to  go  zdenerwuje,  ale  nic  takiego  się  nie  stało.  Wyglądał  na  bardzo 

zadowolonego. Przedstawił parę Maggie i Mitchowi. 

-  Przyjaciele z Anglii - powiedział cicho. - Peter i Candace Rainford. - Maggie została dokładnie 

obejrzana przez dwie pary oczu. Spojrzenie Candace Rainford stwardniało, gdy studiowała twarz Maggie 

i jej lśniące jasne włosy. Zlustrowała jeszcze jej sukienkę i zacisnęła wargi. 

-  Moja  Ŝona jest chyba zbyt panią zachwycona, by się odezwać  -  oznajmił  Peter  Rainford.  Do 

niego  teŜ  mogło  się  to  odnieść.  WciąŜ  spoglądał  na  Maggie,  zawstydzoną  i  zaszokowaną.  śadne  nie 

zwróciło uwagi na Mitcha. 

- Wiesz, zaczynam się przyzwyczajać do bycia niewidzialnym - mruknął Mitch do Maggie, gdy 

wreszcie usiedli przy stoliku. - Zabawne, zanim przyjechałem do Hiszpanii, wszyscy mnie dostrzegali. 

Wiedziała,  o  co  mu  chodzi.  Nawet  teraz  Rainfordowie  na  nich  zerkali  znad  swojego  stolika. 

Maggie zarumieniła się od spojrzeń, którymi obdarzał ją Peter Rainford. Jego Ŝona tego nie dostrzegała. 

Była skupiona na Maggie i Felipe. To psuło całą przyjemność wycieczki. 

Została zepsuta jeszcze bardziej, gdy Anglicy przyłączyli się do nich w barze. Peter Rainford był 

natrętnie  nadskakujący,  ale  jego  Ŝona  wolała  towarzystwo  Felipe.  Maggie  była  niepocieszona,  gdy 

umówili  się  z  nimi  na  następny  dzień,  by  wspólnie  zwiedzać  Alhambrę.  Wolałaby  się  wycofać.  Było 

wyraźnie widać, Ŝe ta kobieta znała Felipe, kiedy jeszcze cieszył się Ŝyciem playboya, i najwyraźniej coś 

między nimi było. MoŜe to ten rodzaj małŜeństwa, w którym kaŜdy robi, na co ma ochotę? Poczuła się 

okropnie. 

A  później  czuła  się  jeszcze  gorzej,  bo  jak  tylko  dotarła  do  pokoju,  rozbolał  ją  ząb.  Nie  był  to 

nieznośny  ból,  ale  nie  ustępował  i  zrozumiała,  Ŝe  nie  zaśnie.  PoniewaŜ  rzadko  miewała  problemy  ze 

zdrowiem, nie woziła ze sobą środków przeciwbólowych. Zadzwoniła do recepcji, ale usłyszała, Ŝe hotel nie 

ma takich lekarstw. Maggie usiadła na łóŜku, trzymając się za obolały policzek. 

Zaczęła krąŜyć po pokoju, w końcu wyszła na balkon, by popatrzeć na góry i zapomnieć o bólu. 

Niebo  było  teraz  aksamitnie  czarne,  ale  po  chwili  ukazał  się  księŜyc  i  zmienił  jego  kolor,  rozpalił 

iskierki na lodzie i przygasił gwiazdy. 

Jednak Maggie nic nie cieszyło. Otulając się szlafrokiem, jęknęła z bólu. - Que pasa? 

Podniosła wzrok i zobaczyła Felipe stojącego na sąsiednim balkonie. Była tak zaskoczona jego 

bliskością, Ŝe nie odpowiedziała. 

-  Co się stało? - Podszedł i oświetliły go promienie księŜyca. Maggie z opóźnieniem odzyskała 

głos. 

-  Och, to nic. Trochę mnie boli ząb. 

background image

Ku  jej  zdumieniu  podszedł  do  barierki  i  po  prostu  przez  nią  przeszedł,  nie  przejmując  się 

wysokością. 

-  Spadniesz! - jęknęła, ale nie zwrócił na to uwagi i po chwili lekko wylądował obok niej. 

-  Nie spadłem. Po prostu dostałem się tu szybciej. 

-  Dziękuję, ale i tak nic na to nie poradzisz. 

-  Mogę ci znaleźć dentystę, nawet o tej porze. 

-  Nie  potrzebuję  dentysty.  Mogę  z  tym  zaczekać,  aŜ  wrócę  do  Londynu  -  powiedziała  szybko 

Maggie.  Nie  miała  zamiaru  iść  do  dentysty.  -  Chciałam  tylko  tabletkę  przeciwbólową,  ale  w recepcji 

nie mają. Nie mogłam nawet dostać herbaty. Powiedzieli, Ŝe nie dostarczają posiłków do pokoju. 

-  CzyŜby?  -  mruknął  Felipe  i  podszedł  do  telefonu.  Nie  rozumiała  szybkiej  hiszpańskiej 

przemowy, ale usłyszała odpowiedź. 

-  Si, el conde! Ahora mismo! 

Felipe odłoŜył słuchawkę, marszcząc czoło. 

-  Pięć minut - stwierdził ponuro. - Muszą kupić tabletki. 

-  Nie dotrą tu w pięć minut - wyliczyła Maggie, trzymając się za policzek. 

-  W  takim  razie  ja  dotrę  do  recepcji  -  odparł  spokojnie.  Jakieś  pięć  minut  później  połknęła 

tabletkę, a Felipe nalał jej herbaty. Spojrzała na niego z rozbawieniem. 

-  Pewnie teŜ mogłabym wywołać taki popłoch, gdybym była hrabią - zastanawiała się. 

-  Nie podałem swojego tytułu. 

-  Ale oni cię znają. 

Wzruszył ramionami i spojrzał na nią ze złośliwym uśmieszkiem. 

-  Wiedzą takŜe, Ŝe jestem w twoim pokoju, senorita. Dzwoniłem stąd i kelner mnie widział. 

-  Nic nie szkodzi - odparła zuchwale Maggie. - Gdybyś nie przyszedł, nie spałabym całą noc. 

-  Czyli  jednak  na  coś  się  przydaję?  -  Oparł  się  o  toaletkę  i  nie  okazywał  chęci  wyjścia. 

Maggie odwróciła wzrok, a jej pewność siebie nagle gdzieś przepadła. - Zaczynam się przyzwyczajać do 

opieki  nad  tobą  -  dodał  cicho.  -  Teraz,  kiedy  odrzuciłaś  męskie  przebranie,  chyba  potrzebujesz  sporo 

uwagi. 

-  Łatwo  wrócę  do  dawnego  przyzwyczajenia.  -  Odsunęła  się,  ale  chwycił  jej  rękę,  okręcił 

Maggie i chwycił w ramiona. 

-  Tak? Wątpię. - Delikatnie pogładził ją po policzku. - Jak się teraz czujesz? Ząb mniej boli? - 

Wiedziała, Ŝe mówi do niej, jakby była dzieckiem, ale straciła całą bojowość i tylko skinęła głową. 

Nie  odrywała  od  niego  wzroku,  a  on  wsunął  palce  w  jej  włosy,  przyglądając  się  złotym 

refleksom. Jego oczy, ciemne i tajemnicze, wpatrywały się w jej oczy, a w ich głębi lśniło światło. 

-  Chcesz, Ŝebym został, prawda? - spytał cicho, a Maggie pokręciła głową. Tylko w ten sposób 

mogła skłamać. 

background image

Uśmiechnął  się,  gdyŜ  rozpoznał  kłamstwo,  chociaŜ  nie  padły  Ŝadne  słowa.  Przesunął  wargami 

po jej rozpalonym policzku, zanim delikatnie pocałował ją w usta. 

Nie  próbowała  się  opierać,  nie  mogła.  Felipe  uniósł  głowę  i  spojrzał  na  Maggie  z 

rozbawieniem. Odsunął ją ostroŜnie i odwrócił się w stronę drzwi. 

-  PoniewaŜ wpadasz w panikę, gdy grozi mi minimalne niebezpieczeństwo - powiedział wesoło 

- wyjdę normalnym sposobem. W kaŜdym razie - dodał, odwracając się, by spojrzeć na nią - fakt, Ŝe o tej 

porze byłem w twoim pokoju, stanie się jutro znany w całym hotelu. 

-  Nie! -jęknęła Maggie. 

-  Tak. Hiszpanie lubią plotki. Jutro wszyscy kelnerzy będą mi zazdrościć. - Maggie wyglądała 

na wściekłą, ale w jego oczach czaił się śmiech. 

Gdy  wyszedł,  połoŜyła  się  do  łóŜka.  DraŜnił  się  z  nią,  jak  zwykle,  a  ona  była  zadowolona,  Ŝe 

zdołała zachować choć trochę samokontroli, gdy ją całował. 

Musiała przyznać, Ŝe pomogło jej w tym wspomnienie Can-dace Rainford. CóŜ, Felipe nie mógł 

do  niej  pójść,  bo  niezaleŜnie  od  sygnałów,  jakie  wysyłała,  była  z  męŜem.  Na  myśl  o  Peterze  Maggie 

wstała  i  starannie  zamknęła  drzwi  na  klucz.  Felipe  mógł  co  prawda  przejść  przez  balkon,  ale  to  jej  nie 

przeszkadzało, bo wiedziała, Ŝe tego nie zrobi. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

Wycieczka  do  Alhambry  nie  była  tak  wspaniała,  jak  Maggie  się  tego  spodziewała.  W  kaŜdym 

razie początek był zły, bo przy śniadaniu pojawili się Candace i Peter Rainfordowie. 

-  Nie mogliby zająć się czymś innym? - mruknęła Ana ze złością, ujmując Maggie pod ramię, 

gdy wychodzili z hotelu. 

-  Wcale ich nie lubię. Zawsze, kiedy są w Hiszpanii, przyjeŜdŜają do hacjendy. Felipe poznał 

ich  wieki  temu,  nie  chcą  się  odczepić.  Chciałam,  Ŝebyśmy  byli  tylko  we  czwórkę.  W  końcu 

sama to zaplanowałam! 

-  MoŜe sobie pójdą? - szepnęła Maggie z nadzieją. 

-  Nie miej złudzeń! - rzekła ponuro Ana. - Ta kobieta uwielbia Felipe. Ale nie mów mu o tym 

- dodała pośpiesznie. 

-  Nie byłby zadowolony. Ona jest męŜatką. 

Maggie widziała, jak Candace, uwieszona ramienia Felipe, śmieje się i trajkocze, jakby jej mąŜ 

nie istniał. Felipe nie miał nic przeciw temu. Przypomniało jej to o jego Ŝyciu w nadmorskich kurortach, 

background image

wśród luksusu i pięknych kobiet. Candace na pewno była piękna. Poranek stracił cały urok. 

A jednak, kiedy przybyli na miejsce, uległa czarowi otoczenia. Było wcześnie, dotarło tu jeszcze 

niewielu turystów, więc mogła poczuć atmosferę czasów ostatniego władcy Maurów. Rządzili Granadą 

ponad siedemset lat i to był ich pomnik -ogrody, w których wciąŜ śpiewały słowiki, i piękna Alhambra, 

„czerwona twierdza". 

Maggie  trzymała  się  Mitcha  i  Any.  Pomagała  Mitchowi  opisywać  kolorowe  kafelki  i  złociste 

mozaiki,  łuki  i  altany.  Ana  przypominała  sobie  rzeczy,  które  kiedyś  widziała.  Wydawało  się,  Ŝe 

budowle  niemal  wiszą  w  powietrzu.  Trudno  było  uwierzyć,  Ŝe  delikatne,  smukłe  kolumny  mogą 

utrzymać  ozdobne,  wręcz  koronkowe  łuki  i  kolorowe  sufity.  Wszędzie  towarzyszył  im  szmer  wody.  W 

końcu Ana powiedziała smutno: 

-  Por favor, pozwólcie mi posłuchać. 

Maggie  wspomniała  słowa  Felipe  i  zrozumiała,  dlaczego  niechętnie  przyjechał  tu  z  siostrą.  Ale 

Ana chyba znajdowała przyjemność w samym słuchaniu. Zwiedzili „dziedziniec mirtów" z basenem i 

pięknymi  łukami,  „dziedziniec  lwów"  z  fontanną  podtrzymywaną  przez  dwanaście  kamiennych  lwów, 

otoczoną  ponad  setką  wysmukłych  kolumn.  Ana  widziała,  Ŝe  Mitch  trzyma  dłoń  Any.  Poczuła  dziwny 

smutek. Pragnęła obecności Felipe, by razem z nim dzielić wraŜenia. 

Jej  wyobraźnia  pracowała,  zaludniając  pałac  kalifami  i  pięknymi  kobietami,  kryjącymi  swe 

twarze. WyobraŜała sobie dumnych rycerzy, strzegących czerwonych murów. Była to część przeszłości 

tego kraju. 

-  Jesteś jak zwykle sama. - Maggie aŜ podskoczyła, gdy nagle usłyszała głos Felipe. Rozejrzała 

się za jego nieodłączną towarzyszką i jej natrętnym męŜem. Nigdzie ich nie było. 

-  Odłączyłam się na chwilę - wyjaśniła niepewnie. 

-  Myślę, Ŝe w twoim przypadku takie odłączanie się nie jest wskazane. MoŜesz wpaść w kłopoty. 

Chodź ze mną. - Ujął jej rękę, ale Maggie zaprotestowała. 

-  A twoi goście? 

-  To nie są moi goście. Ty jesteś moim gościem i staram się być dla ciebie miły. Chcesz mi to 

utrudnić? 

-  Nie. - Spojrzała na niego zdezorientowana, a on uśmiechnął się, prowadząc ją dalej. 

-  Dokąd idziemy? — spytała niespokojnie. 

-  Do „komnaty tajemnic". Chodź, coś ci pokaŜę. Mam nadzieję, Ŝe nadal działa. - Wprowadził ją 

do  środka  i  zostawił  na  jednym  końcu  sali.  Sam  stanął,  odwrócony  ku  niej,  na  drugim  końcu  i  nagle 

szepnął: 

-  Maggie. 

Był to najcichszy szept, ale słyszała go wyraźnie i jej szare oczy otworzyły się szeroko. 

-  Och! Jak to zrobiłeś? 

background image

-  To akustyka. Ta komnata nazywa się „komnatą tajemnic", ale nie naleŜy ich tu sobie wyjawiać. 

KaŜdy najcichszy dźwięk słychać w całym pokoju. 

Felipe  nadal  szeptał,  ale  Maggie  słyszała  wyraźnie  kaŜde  jego  słowo  i  rozpromieniła  się  z 

zachwytu. 

-  Masz jakieś sekrety, paloma? - szepnął, skupiony na jej twarzy. 

-  śadnych, które mogłabym ci powierzyć - odpowiedziała głośno, a on roześmiał się. 

-  Wyjdźmy stąd, zanim mnie ogłuszysz - zaproponował. Celowo, bądź przez przypadek, zdołali 

zwiedzić zamek sami. 

Maggie wiedziała, Ŝe Ana jest bezpieczna z Mitchem, a Canda-ce Rainford nie miała ochoty na 

zwiedzanie. 

Przechadzali  się  po  przepięknych  ogrodach  Generalife.  Mieli  je  niemal  tylko  dla  siebie.  Gdy 

słuchali szumu płynącej wody, Maggie powiedziała: 

-  Tak tu pięknie. Muszę tu jeszcze kiedyś przyjechać. 

-  MoŜe będziesz przyjeŜdŜać tu często - odparł cicho, uśmiechając się do niej. - W tym kraju 

czujesz się jak u siebie. Prawda? 

Rzeczywiście tak było, ale nie zamierzała się do tego przyznawać. 

-  Nie mogę sobie na to pozwolić. 

-  Dlaczego? - Felipe odwrócił dłonią jej twarz ku sobie w dawny, władczy sposób, ale jego 

oczy nie patrzyły juŜ tak surowo. - Nie pokłóciliśmy się ani razu. 

-  To prawda. - Nagle uśmiechnęła się do niego. - Pewnie dzięki tutejszej atmosferze. 

-  Stworzyliśmy sobie własną - powiedział cicho. - Nikt nam nie przeszkadzał. 

Przeszkadzanie  zaczęło  się  natomiast  przy  kolacji.  Rainfor-dowie  bowiem  dołączyli  do  nich. 

Radosne rozmarzenie Maggie zniknęło,  gdyŜ  Candace  wręcz  osaczyła  Felipe, a Mitch był zajęty Aną, 

która  traktowała  przybyszów  ze  sztywną  uprzejmością.  Maggie  naprzykrzał  się  Peter  Rainford. 

Przysiadł się do niej i usiłował ją zabawiać. Nagle wpadła na pewien pomysł. 

-  Przepraszam - wymamrotała. - Muszę iść do pokoju. Boli mnie ząb. 

Zniknęła, zanim ktokolwiek zareagował. Humor psuła jej świadomość,  Ŝe  Felipe  jest  z  tamtą 

kobietą. 

Była zaskoczona, gdy po kilku minutach zapukał kelner, przynosząc filiŜankę herbaty i tabletkę 

przeciwbólową,  i  mruczał  coś  ze  współczuciem.  Dopiero  po  chwili  wszystko  zrozumiała  i  z  trudem 

powstrzymała śmiech. Oszukała nawet Felipe. Przysłał pomoc równie szybko, jak wczorajszej nocy. 

Kiedy pojawił się u niej w pokoju, z wdzięcznością piła herbatę, zostawiwszy tabletkę na tacy. 

-  Jak  się  czujesz?  -  zapytał  z  niepokojem,  więc  szybko  postarała  się  przybrać  odpowiednio 

zbolały wyraz twarzy. 

-  Ja... dobrze, dziękuję. 

background image

Ciemne oczy Felipe natychmiast zobaczyły tabletkę. ZmruŜył je badawczo. 

-  Przeszło ci? 

-  No, ja... - Maggie zrezygnowała z udawania i spojrzała na niego buntowniczo. - Nic mnie nie 

boli. To był tylko pretekst. 

-  Oczekuję od moich gości uprzejmego zachowania, senorita - oznajmił lodowato. 

-  Więc proszę o tym przypomnieć Peterowi Rainfordowi, senor! - odparowała, a jej oczy ciskały 

pioruny. - Jak mam jeść kolację, gdy ktoś mi się ciągle narzuca! 

-  Sądziłem, Ŝe sprawia ci to przyjemność. 

-  Nie - odparła słodko Maggie. - Ja nie toleruję awansów cudzych małŜonków. 

-  Sądzisz,  Ŝe  ja  toleruję  -  stwierdził  ze  złością.  -  Następnym  razem,  gdy  znajdziesz  się  w 

kłopotach, zostawię cię samej sobie. Nie pozwolę, by kobieta robiła ze mnie głupca! 

-  Jedna  na  pewno  się  stara  -  mruknęła,  odsuwając  się.  Przyciągnął  ją  z  powrotem. 

Spodziewała się surowej reprymendy, ale tylko spojrzał na nią wymownie. 

-  Proszę tak ostentacyjnie nie okazywać zazdrości, senorita. 

- Gdy czekała na jego pocałunek, puścił ją i ruszył do drzwi. 

- Nie wyrzucaj tabletki - ostrzegł. - Być moŜe zostaniesz ukarana bólem zęba. 

Rozzłościła  się,  ale  po  chwili  uśmiechnęła.  Od  lat  nikt  się  nią tak nie opiekował, Felipe miał 

rację.  Myśl,  Ŝe  przejął  się  jej  samopoczuciem,  przyniosła  miłe  zadowolenie  i  spokój.  Zasnęła  z 

uśmiechem, zapominając o Candace. Widziała tylko śniadą twarz Felipe, jego czarne oczy, słyszała jego 

ś

miech. Nie mylił się. Była w Hiszpanii szczęśliwa. Jej dawna osobowość tutaj się nie sprawdziła. 

Następnego ranka na twarzy Felipe nie było uśmiechu. BagaŜe zostały zabrane i Maggie zeszła 

do holu, gotowa do drogi. Felipe siedział sam. Zacisnął usta na widok Mitcha i Any wchodzących razem. 

Maggie  powiodła  wzrokiem  za  jego  pełnym  irytacji  spojrzeniem.  Dostrzegła  przyczynę  gniewu.  Ana  i 

Mitch trzymali się ze ręce. 

Maggie podeszła szybko do Felipe, usiłując wymyślić coś, by odwrócić jego uwagę. 

-  Wkrótce  będzie  sobie  musiała  poradzić  z  faktem,  Ŝe  senor  Mitchell  wyjedzie  -  powiedział 

lodowato. 

Maggie westchnęła, znaleźli się z powrotem w punkcie wyjścia. 

-  Nie zatrzymasz jej na zawsze - zauwaŜyła cicho. - Pewnego dnia zjawi się kolejny męŜczyzna. 

Wyrzucisz Mitcha, przybędzie inny. 

-  Zdaję sobie z tego sprawę - oznajmił zimno. - Nie strzegę jej z zazdrości. Ale moŜe nigdy nie 

odzyska wzroku... Jest młoda, piękna, rozbraja kaŜdego, nawet ciebie. Mam patrzeć spokojnie, jak ich 

znajomość pogłębia się, aŜ Ana zapragnie opuścić Hiszpanię i pojechać z Mitchellem? Mam pozwolić, 

by  znalazła  się  w  obcym  kraju  -  ślepa?  Jak  długo  będzie  mu  na  niej  zaleŜało?  Jak  długo  wytrzyma  z 

Ŝ

oną,  która  jest  niewidoma  i  bezradna?  MoŜe  pewnego  dnia  zapragnie  kobiety, która widzi i dzieli z 

background image

nim wszystko. Jesteśmy wychowani w róŜnych kulturach. Inaczej podchodzimy do Ŝycia. 

-  A jeśli miłość przezwycięŜy wszystko... - powiedziała cicho Maggie, czując jego ból. 

-  Nie  zaryzykuję.  1  Anie  teŜ  nie  pozwolę  ryzykować.  Pewnego  dnia  moŜe  znaleźć  się  sama, 

zapłakana, w zimnym, obcym mieście wśród ludzi, którym jest obojętna. 

Maggie nie odezwała się, bo sama nigdy tego nie doświadczyła. Ale nie była teŜ niewidoma. 

-  Nie masz Ŝadnej rady, senorita? śadnych pomysłów? 

-  Nie  -  odparła  z  goryczą.  -  Chyba  skończyły  się  nam  i  pomysły,  i  czas.  Pod  koniec  tygodnia 

wracamy do domu. Nic mnie nie obchodzi, czy panu Parnhamowi to się spodoba i czy wyleje nas oboje. 

Jak wiesz, cenią mnie w tym zawodzie, jakoś przeŜyję. 

 

-  Nadal jesteś twarda? - spytał szyderczo. 

-  PrzecieŜ nie o to chodziło, prawda? - spytała cicho. - Próbowałam pomóc w sprawie Any, ale 

nie zamierzałam zmieniać siebie. Wszyscy musimy jakoś przeŜyć. Ja sobie radzę sama. Jak powiedziałeś, 

Ŝ

yję w zimnym, szarym mieście, gdzie niewielu ludzi obchodzi mój los. 

Wyszła z hotelu i po raz ostatni z daleka podziwiała Alhambrę. Po jakimś czasie dołączyła do niej 

Ana. Mitch robił ostatnie zdjęcia pałacu. 

  - Jesteśmy gotowi? - spytała Maggie, ale dziewczyna ujęła ją pod ramię i pokręciła głową. 

-  Byliśmy, ale Felipe dopadła ta Rainford. Nie odczepi się, chociaŜ jest wściekły. 

-  Skąd wiesz, Ŝe jest wściekły?  

Ana uśmiechnęła się z goryczą. 

-  Och,  Maggie!  Wiem,  kiedy  jest  zły.  Nie  muszę  widzieć  jego  twarzy.  Teraz  stale  jest 

zagniewany. 

-  Bo kłóci się ze mną - zauwaŜyła Maggie, ale Ana pokręciła głową. 

-  Nie. Odkąd przyjechałaś, był weselszy niŜ kiedykolwiek przez ostatnie dwa lata. Wiem, Ŝe jest 

zadowolony z twojej obecności. Gniewa się na mnie. 

-  To chyba przez Mitcha - wtrąciła Maggie, ale Ana to zlekcewaŜyła. 

-  To na pewno jeszcze pogarsza sprawę, ale Felipe gniewa się na mnie od śmierci ojca. UwaŜa, 

Ŝ

e to moja wina. Staram się tym nie przejmować, ale tak jest. 

-  Ano! Na pewno się mylisz. - Maggie wyczuwała rozpacz dziewczyny. 

Podszedł do nich Mitch i Ana juŜ nic nie mówiła. A więc wciąŜ była przekonana o swej winie? 

Czy to wystarczyło, by straciła wzrok? Maggie zastanawiała się nad tym,  kiedy pojawił się Felipe. 

Powiedziałaby mu o wszystkim od razu, ale nie był sam. Candace Rainford wisiała mu na ramieniu, a on 

wydawał się z tego zadowolony. Jej mąŜ wbił wzrok w Maggie, więc natychmiast ruszyła wściekła 

za  Mitchem  i  Aną.  Jeśli  Felipe  spodziewał  się,  Ŝe  ona  zajmie  się  Peterem,  podczas  gdy  on  będzie 

zabawiał Candace, to bardzo się mylił! Kiedy Ŝegnał się ze swymi przyjaciółmi, Maggie nawet się nie 

uśmiechnęła. Ana teŜ siedziała z ponurą miną, więc i Mitch, i Felipe nie mieli humoru. Mitcha trochę 

background image

szkoda, ale Felipe sobie na to zasłuŜył! 

Richie dopadł ich na drugi dzień. Maggie zawołano do telefonu tuŜ przed śniadaniem. Wiedziała, 

kto dzwoni, zanim jeszcze usłyszała australijski akcent. 

-  Mitch musi zaraz wracać - poinformował ją. 

-  To  znaczy,  Ŝe  mamy  natychmiast  lecieć  do  Anglii?  -  Nie  chciała  wyjeŜdŜać.  Ana  znowu 

zaczynała jej się zwierzać i trudno było rozstać się z Felipe. Zbyt wiele dla niej znaczył. 

-  Mitch  ma  wracać,  ale  nie  ty.  Stary  Parnham  dzwonił  jakieś  dziesięć  minut  temu.  Ty 

zostajesz, jak długo uznasz za stosowne. Maggie, wiem, Ŝe coś knujesz. To strasznie wkurzające. Nie 

wiem, o co chodzi, a podobno jestem naczelnym. 

-  Mitchowi to się nie spodoba. Sam mu powiesz? 

-  Na  pewno  nie!  -  prychnął.  -  Ty  tam  rządzisz.  Masz  jakieś  zadanie,  o  którym  nie  wiem.  Więc 

moŜesz mu, do diabła, sama powiedzieć! 

OdłoŜył słuchawkę, a Maggie spojrzała smutno na telefon. Ona  tu  nie  rządzi,  a  Mitch  będzie 

wściekły. 

Powiedziała  mu  przy  śniadaniu.  Nie  było  sensu  tego  odkładać,  a  Ana  teŜ  powinna  się  o  tym 

dowiedzieć. 

- Zadzwonił Richie - oznajmiła cicho. - Dopadł nas. 

-  I? - Mitch patrzył na nią spokojnie, a ona dostrzegła szyb-kie spojrzenie Felipe, rzucone w jej 

kierunku. 

-  PrzedłuŜono mi pobyt o dwa tygodnie, na razie. Ty musisz jutro  wracać  do  Londynu.  Richie 

ma coś dla ciebie. 

Ś

wiadomie skłamała. 

-  Nie jadę! - Mitch patrzył na nią, jakby to był jej pomysł. - Pracujemy razem. Dlaczego tylko 

ja? 

-  Pewnie  dlatego,  Ŝe  ja  piszę,  a  to  dłuŜej  trwa.  -  Maggie  wzruszyła  ramionami.  -  Nic  z  tego, 

Mitch. Musisz lecieć. 

Wydawało  się,  Ŝe  Mitch  zaraz  wybuchnie.  Ku  zaskoczeniu  Maggie  Felipe  interweniował. 

Wszyscy widzieli twarz Any. Źle to przyjęła. 

-  Nie śpiesz się - doradził Felipe cicho. - Jutro rano zabiorę cię samolotem. Po śniadaniu chodź 

ze  mną  i  z  Aną,  zobaczysz,  jak  szkoli  swojego  konia.  Jeśli  potrzebujecie  zdjęć  Any  de  Santis,  to 

pokaŜcie czytelnikom coś naprawdę godnego uwagi. 

Wszyscy  byli  tak  zdumieni,  Ŝe  nikt  nie  protestował.  Najbardziej  zaskoczyło  to  Maggie,  gdyŜ 

podejrzewała,  Ŝe  Felipe  nie  chce  ujawniać  tej  tajemnicy.  Dlatego  nic  nie  wspomniała  Mi-tchowi. 

Markotna Ana poszła się przebrać, a Mitch pobiegł po aparat. Maggie została z Felipe i popatrzyła na 

background image

niego śmiałym wzrokiem. 

-  Dlaczego? - Inne słowa nie były konieczne. 

Wstał, podszedł do okna i spojrzał na zalany słońcem dziedziniec. 

-  Nie  mogę  ci  zakazać  pisania  o  nas  -  przyznał.  -  Musisz  jakoś  uzasadnić  spędzony  tu  czas. 

Przyjechaliście dla Any i nawet, jeśli za wszystkim stoi Devlin, będą czekać na artykuł. 

-  Mogę napisać o hacjendzie, o górach, o Granadzie - zauwaŜyła Maggie. 

-  Nie.  -  Spojrzał  na  nią.  -  Przemyślałem  to.  Jeśli  ktoś  ma opowiedzieć historię Any de Santis, 

chcę, Ŝebyś to była ty. 

-  Dlaczego zmieniłeś zdanie? - spytała cicho. 

-  Przekonała  mnie  twoja  opinia.  Mówiłaś  o  reklamie  dla  Any.  ZaleŜy  ci  na  niej.  Zrobisz  to 

najlepiej. Będziesz ostroŜna? - dodał. W jego głosie usłyszała groźbę i zatrzymała się w drzwiach. 

-  Sam ocenisz - przypomniała. - ZaŜądałeś wglądu. 

-  Poddajesz się męskiej dominacji? - spytał sucho. 

-  Przy tobie chyba nie mam wyjścia. 

Przez sekundę wpatrywał się w nią intensywniej. 

-  Nie chcę widzieć ani zdjęć, ani artykułu - powiedział cicho. - Ufam ci. Pisz, co uwaŜasz za 

stosowne. 

-  Dziękuję. - Maggie czuła, jak jej serce bije mocniej. 

-  Chciałbym poznać twoje tajemnice - mruknął. 

-  Nie masz szans. Ja... wyjeŜdŜam za dwa tygodnie. 

-  Z radością? 

-  Jeśli zrobię to, co zaplanowałam - wykrztusiła Maggie. 

Pobiegła do pokoju, by dojść do siebie. Czy będzie zadowolona wyjeŜdŜając? O, nie! Im częściej 

widywała  Felipe,  tym  bardziej  chciała  być  przy  nim.  Wiedział,  co  czuła,  ale  w  Ŝaden  sposób  jej  nie 

zachęcał. Niedługo ujrzy go po raz ostatni. 

Po  obiedzie  Ana  i  Mitch  udali  się  na  konną  przejaŜdŜkę.  Wobec  rychłego  wyjazdu  Mitcha 

Felipe  trochę  złagodniał,  ale  Maggie  zauwaŜyła,  Ŝe  jeden  z  pracowników  dyskretnie  pojechał  za  nimi. 

Ana bez wątpienia przywykła do eskorty i konwenansów. 

Maggie  postanowiła  poszukać  Felipe.  Nie  powtórzyła  mu  jeszcze tego, co usłyszała od Any, a 

powinien o tym wiedzieć. Znalazła go w ujeŜdŜalni. Tym razem nie na widok Any zaparło jej dech. 

Zajrzała  ostroŜnie  do  środka  i  dosłownie  zamarła.  Nie  tylko  dlatego,  Ŝe  bała  się  zwrócić  jego 

uwagę.  Za  nic  w  świecie  nie  chciałaby przeszkodzić mu i stracić wspaniałe widowisko. Czuła podziw, 

zachwyt i przyjemność, które wyciskały łzy z oczu. 

Siedział  na  białym  koniu,  sztywno  wyprostowany,  w  bogato  zdobionym,  kosztownym 

background image

hiszpańskim siodle. 

Patrzyła  na  niego  oczarowana,  rozmarzona.  Wiedziała,  Ŝe  obserwuje  mistrza,  geniusza  przy 

pracy. Koń tańczył w ciszy, a Felipe wydawał się niepodobny do męŜczyzny, którego znała. 

Był uosobieniem starej Hiszpanii - arystokratyczny i surowy, o dumnym wyrazie twarzy. Kiedy 

koń stanął dęba, długo utrzymywał tę pozycję, a potem skoczył. Felipe powtórzył cały program, Maggie 

była zachwycona. 

Koń  został  zachęcony  do  kolejnego  skoku.  Wierzgnął  tylnymi  kopytami,  na  chwilę  zawisł  w 

powietrzu, a potem zrobił kilka kroków na tylnych nogach. Nie było słychać nic oprócz tupotu kopyt. 

Patrzyła, jak wierzchowiec z wdziękiem okrąŜa ujeŜdŜalnię, a jego jedwabisty ogon faluje rytmicznie. 

Okręcił  się,  wysoko  podnosząc  przednie  nogi,  i  skierował  się  w  drugą  stronę.  Ponownie  się 

obrócił. Maggie całkiem zapomniała, po co tu przyszła. Spontanicznie zaklaskała, a dźwięki odbiły się 

głośnym echem w wielkiej ujeŜdŜalni. 

Odwrócił się zdumiony, po czym skierował konia w jej stronę. Mógł się gniewać, ale to i tak nie 

stłumiłoby jej podziwu. 

-  Felipe de Santis z Hiszpanii! - oznajmiła głośno. 

Był coraz bliŜej. Maggie cofnęła się, zaniepokojona, i nagle przypomniała sobie, po co przyszła. 

Sądząc po jego minie, szanse na rozmowę były niewielkie. OstroŜnie obejrzała się na drzwi. 

-  Muszę z tobą porozmawiać. - Nie odpowiedział ani się nie zatrzymał. - Muszę ci o czymś 

powiedzieć  -  dodała  stanowczo.  Nie  reagował.  Niepokój  Maggie  rósł,  odwróciła  się, 

Ŝ

eby  wyjść.  Wtedy  popędził  konia,  odcinając  jej  drogę  ucieczki.  Koń  zagradzał  drogę,  skacząc 

naprzód, gdy usiłowała biec. Została zapędzona do rogu, a jeździec patrzył na nią wzrokiem, z którego 

nie mogła nic wyczytać. 

-  Zanim  tu  przyjechałaś,  miałem  spokój.  Teraz  wszędzie  ciebie  pełno.  Spodziewasz  się,  Ŝe 

wszystko ci wybaczę? 

-  Zaprosiłeś  mnie  do  Hiszpanii.  A  teraz  zobaczymy,  które  z  nas  się  pierwsze  zmęczy  - 

powiedziała Maggie impertynencko, okazując więcej odwagi, niŜ naprawdę miała. - Po prostu zostanę 

tutaj. 

-  Muy  bien.  Oboje  zostaniemy.  -  Zmienił  ton  jak  pod  wpływem  czarów.  Zsiadł  z  konia  tak 

szybko, Ŝe Maggie wpadła w panikę. 

-  Porozmawiamy w domu! - Wybiegła z ujeŜdŜalni i popędziła do domu, słysząc jego śmiech. 

Felipe  znalazł  ją  w  basenie.  WłoŜyła  jeden  z  nowych  kostiumów  -  bikini  w  kwiaty.  Basen 

wydawał  się  najbezpieczniejszym  miejscem.  W  ciemnych  oczach  dostrzegła  chęć  ukarania  jej  i 

domyślała się, jaka byłaby to kara. Postanowiła mocno kontrolować swoje uczucia. 

Opiekował  się  nią  od  chwili  jej  przyjazdu.  MoŜe  zachowywał  się  tak  wobec  kaŜdej  kobiety,  z 

hiszpańską kurtuazją. Na pewno był miły dla Candace Rainford. Ta myśl zepsuła jej nastrój. Unosiła się 

background image

w wodzie, pragnąc, by Ana juŜ wróciła. 

Była  w  głębszej  części  basenu,  kiedy  Felipe  nagle  wynurzył  się  obok  niej.  Wcześniej  go  nie 

zauwaŜyła. Patrzyła na niego z niepokojem. 

-  Nie masz w zwyczaju topić ludzi, co? - spytała, cofając się. 

-  Nie, jeśli panikują. - ZauwaŜył, Ŝe Maggie się boi, i nie ruszał się. - Myślałem o tym, ale dbasz 

o moją siostrę i oklaskujesz moje umiejętności. Byłaby to niewdzięczność. 

WciąŜ była niespokojna, więc odsunął się od niej. 

-  Płyń na płytszą wodę - polecił cicho. - I powiedz mi, dlaczego mnie szukałaś. 

Rzuciła mu jeszcze jedno niespokojne spojrzenie i popłynęła na drugi koniec basenu. Czekał tam 

na nią, kiedy dopłynęła. 

-  Jestem gotów - oznajmił, siadając na brzegu. 

-  Dowiedziałam się czegoś od Any, kiedy wyjeŜdŜaliśmy z Granady - zaczęła. 

-  Długo czekałaś, Ŝeby mi o tym powiedzieć. 

Nie  ukrywał  irytacji  i  poŜałowała,  Ŝe  od  razu  nie  odbyła  tej  rozmowy.  To  przez  obecność 

Candace. Zmarszczyła czoło, przyznając w duchu, Ŝe była zazdrosna. 

-  Ana uwaŜa, Ŝe bardzo się na nią gniewasz. 

Uniósł sceptycznie czarne brwi. 

-  I akurat teraz się nie myli. Zaniedbuje wszystko przez Mitchella. Nie zaimponowałaś mi jako 

detektyw, seńorita. 

Maggie  zaczęła  wpadać  w  złość.  Czy  do  tamtej  kobiety  mówił  senorita?  Nie,  zwracał  się  tak 

tylko do niej, a przecieŜ usiłowała pomóc. 

-  To nie ma nic wspólnego z Mitchem - stwierdziła obojętnie. 

-  Według  Any  rozgniewałeś  się  na  nią  przed  dwu  laty.  UwaŜa,  Ŝe  teraz  bywasz  milszy,  niŜ 

kiedykolwiek od śmierci ojca. 

-  Co? 

-  Powtarzam tylko jej słowa. - Maggie czuła satysfakcję. 

-  Posłuchaj - powiedziała powaŜnie, nie patrząc na smukłe, śniade ciało leŜące obok basenu. - 

To, co mówi, trzeba przeanalizować. Ślepota ma jakąś przyczynę. 

-  UwaŜasz, Ŝe nie widzi, bo myśli, Ŝe nadal jestem na nią rozgniewany? - zapytał schrypniętym 

głosem. 

-  Jasne,  Ŝe  nie!  -  odburknęła.  -  Coś  ją  dręczy,  ale  Ŝadne  z  nas  nie  wie,  co  to  takiego.  Jej 

samopoczucie pogorszy się, gdy Mitch wyjedzie, i musimy się na to przygotować. 

-  Jeśli to jakaś sztuczka, Ŝeby wymóc na mnie zgodę, by coś się między nimi rozwinęło... 

-  JuŜ  się  rozwinęło  -  przerwała  mu  Maggie.  -  Widzę,  jak  bardzo  mi  ufasz.  Po  co  w  ogóle 

zadaję sobie tyle trudu, usiłując ci pomóc? Proszę się nie niepokoić, senor de Santis. Mitch i ja znamy 

background image

swoje  miejsce.  Mamy  świadomość,  Ŝe  na  drabinie  społecznej  znajdujemy  się  znacznie  niŜej  od  twojej 

rodziny. Ale nie przyjmujesz do wiadomości, Ŝe pracuję dla gazety, nie dla ciebie. Mogę zaraz spakować 

się i wyjechać, skoro nie potrafisz nawet wysłuchać niczego spokojnie! 

Odwróciła  się  niecierpliwie,  zamierzając  odpłynąć  i  zostawić  go,  ale  ześlizgnął  się  do  wody  i 

chwycił ją za ramię. 

-  Znam cię. Nie mogłabyś po prostu wyjechać i zostawić Any. 

-  Mogłabym.  -  Spojrzała  groźnie.  -  Wcale  mnie  nie dziwi twoje zachowanie. Ja teŜ cię znam. 

Wiedz,  Ŝe  od  lat  mi  nie  rozkazywano,  nawet  w  pracy.  A  tutaj  ciągle:  proszę  zrobić  to,  seńorita,  zrób 

tamto, senorita! Jakbym była głupią nastolatką, która nie ma nic do roboty. Mogłabym zajmować się teraz 

jakimś ciekawym tematem! 

Patrzył  na  nią  ze  zdumieniem.  Potem  otoczył  ją  ramionami  i  przyciągnął  do  siebie  jak 

niegrzeczne dziecko. 

-  Opanuj się - mruknął. - Twój temperament mnie przeraŜa. 

-  Jesteś absolutnie nieznośny! -krzyknęła, szarpiąc się, gdy objął ją jeszcze mocniej. 

-  Wiem - odparł, uśmiechając się nagle i pochylając głowę, by dotknąć wargami jej szyi. - I juŜ 

taki pozostanę. 

Maggie  uniosła  ręce,  by  go  odepchnąć.  Jednak,  gdy  tylko  dotknęła  jego  skóry,  odmówiły  jej 

posłuszeństwa.  Dłonie  przesuwały  się  po  silnych  ramionach,  palce  wplątywały  się  w  kręcone  czarne 

włosy porastające jego pierś. 

-  Maggie! - zawołał, ale nie na wiele się to zdało. Spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, 

rozchyliła  lekko  wargi,  a  on  przyciągnął  jej  głowę.  -  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  jak  na  mnie 

patrzysz? - zapytał, a gdy pokręciła przecząco głową, zaczął szukać jej warg. 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Maggie skapitulowała, gdy tylko wargi Felipe zetknęły się z jej ustami, a dłonie zaczęły badać 

ciało.  Przycisnął  ją  do  brzegu  basenu  całym  cięŜarem.  Uczepiła  się  jego  ramion.  Kiedy  kolanem 

niecierpliwie rozsunął jej nogi, bezwiednie owinęła nogę wokół jego łydki. 

-  Dios!  -  wymamrotał  z  wargami  przy  jej  skórze.  –  Jesteś  jak  kotka,  czekasz,  aŜ  ktoś  cię 

pogłaszcze,  tęsknisz  za  moimi  dłońmi.  Zapomniałaś,  gdzie  jesteśmy.  A  jeśli  teraz  to  zrobimy, 

obudzisz się z tego dziwnego snu i doznasz szoku. 

Ugryzł  ją  delikatnie  w  ramię,  ale  tylko  jeszcze  mocniej  przytuliła  się  do  niego.  Przechylił  jej 

background image

głowę, wpijając się w nią płonącymi oczami. 

-  Opowiem ci coś o męŜczyznach, Maggie Howard - wydyszał. - śyłaś tak długo w tej swojej 

fortecy,  Ŝe  chyba  zapomniałaś,  Ŝe  męŜczyzna  moŜe  dojść  do  pewnego  punktu,  a  potem 

musi podjąć decyzję. Dotarłem do tego punktu w tej chwili. Masz dwie moŜliwości - uciekać przede 

mną albo naleŜeć do mnie. 

Spojrzała na niego, nie rozumiejąc, a on odsunął ją stanowczo. 

-  W takim razie ja dokonam wyboru. Trzymaj się ode mnie z daleka. Nie jesteś juŜ bezpieczna. 

- Odpłynął, a Maggie wy szła z basenu. 

DrŜała na całym ciele, zawstydzona, nie mogąc uwierzyć, Ŝe zachowała się w ten sposób. WciąŜ 

słyszała w uszach jego słowa, chociaŜ ich sens docierał do niej bardzo wolno. 

Nigdy  w  Ŝyciu  nie  reagowała  na  Ŝadnego  męŜczyznę  tak,  jak  na  Felipe.  Nie  mogła  tego  pojąć. 

Wypełniał jej myśli przez cały dzień. 

Miał rację. Nie była bezpieczna, zwłaszcza gdy znajdował się w pobliŜu. Powinna się cieszyć, 

Ŝ

e  był  dŜentelmenem.  Pod-jęła  przykrą  decyzję.  Musi  szybko  wyjechać.  Wróci  do  Anglii.  Nie  ma 

wpływu na los Any. 

Kiedy  wieczorem  weszła  do  jadalni,  Mitch  był  pogrąŜony  w  rozmowie  z  Aną.  Felipe  wszedł 

zaraz po niej i Maggie wy-korzystała tę chwilę na rozmowę w cztery oczy. 

- Postanowiłam wrócić do Anglii - powiedziała cicho, nie patrząc na niego. - Pojadę z Mitchem. 

Nie mogę pomóc Anie, jestem tylko jej przyjaciółką, a to za mało, jak zresztą sam zauwaŜyłeś. Mitch z 

kolei jest zbyt zaangaŜowany. Najlepiej, jeśli oboje wyjedziemy od razu. Wymyślę jakiś powód. 

Odeszła,  zanim  zdąŜył  się  odezwać,  i  do  momentu  podania  kolacji  trzymała  się  jak  najbliŜej 

pozostałej  dwójki.  Przy  stole  panował  ponury  nastrój.  Ana  była  bliska  łez,  a  Mitch  miał  nie-szczęśliwą 

minę. Maggie siedziała otępiała z Ŝalu, Felipe prawie się nie odzywał. Ile razy podniosła wzrok, patrzył 

na  nią.  Jej  zdolność  pozostawania  chłodną  i  obojętną  gdzieś  się  ulotniła.  Trafiła  na  męŜczyznę,  który 

znaczył  dla  niej  więcej  niŜ  ktokolwiek,  ale  on  naleŜał  do  innego  świata.  Jej  ochronna  skorupa  została 

rozbita, czekały ją dni wypełnione Ŝalem i smutkiem. 

Z  ulgą  uciekła  do  swego  pokoju.  Przebrała  się  do  snu  i  wyszła  na  balkon,  by  popatrzeć  na 

oświetlone  księŜycem  góry.  Byłoby  lepiej,  gdyby  nigdy  nie  przyjechała  do  Hiszpanii.  Czuła  się 

bezpiecznie  za  murem,  który  sobie  sama  zbudowała.  Poznanie  Felipe  wszystko  zmieniło,  powrót  do 

dawnego Ŝycia nie będzie moŜliwy. 

Niespodziewanie  wszedł  do  jej  pokoju,  zamknął  drzwi  i  podszedł  blisko.  Maggie  patrzyła  na 

niego ze zdumieniem, a on ujął ją za rękę i wyprowadził z balkonu. 

-  Nie  chcę,  Ŝebyś  wyjeŜdŜała!  Dlaczego  chcesz  to  zrobić?  -  zapytał  z  wściekłością,  mocno 

ś

ciskając jej ramiona. 

-  Ja... juŜ ci mówiłam. W sprawie Any nic nie poradzę, natomiast artykuł napiszę z łatwością z 

background image

materiałów, które mam i... 

-  Uciekasz, bo mnie pragniesz! - krzyknął, potrząsając nią. 

-  Wcale nie! To było szaleństwo... 

-  To poszalejmy jeszcze trochę. 

Przyciągnął ją do siebie i szybko przywarł wargami do jej ust. Pocałunek zdawał się trwać w 

nieskończoność. 

-  Och! - Podniósł głowę i spojrzał na Maggie. Jego twarz złagodniała. - Te ąuiero. Te quiero 

tambien. 

-  Nic  nie  mów!  Rozumiem  po  hiszpańsku.  -  Bezwiednie  połoŜyła  mu  palce  na  ustach,  a  on 

chwycił jej dłoń, całując gorączkowo. 

-  Wiem. Nie raz się zdradziłaś. Dlaczego chciałaś to utrzymać w tajemnicy? 

-  śeby mieć przewagę 

Roześmiał się. Pokrywał jej twarz gorącymi, pośpiesznymi pocałunkami. 

-  Nie da się ciebie zlekcewaŜyć, Maggie. 

-  To  juŜ  niewaŜne  -  westchnęła.  -  Muszę  jechać.  Moja  pomoc  w  dotarciu do problemów Any 

nie na wiele się zdała. Powinnam zostać przy tym, co robię najlepiej. - Stała nieruchomo. Dotyk jego ust 

był ukojeniem jej rozpaczy. Powoli zamknęła oczy. 

-  No  to  zostań  przy  tym,  co  robisz  najlepiej,  Maggie  -  szepnął.  -  Pocałuj  mnie.  -  Przytulił  ją 

mocno, a ona ukryła twarz na jego ramieniu, obejmując go w pasie. 

-  Kazałeś mi trzymać się od ciebie z daleka - szepnęła drŜącym głosem. - Twierdziłeś, Ŝe wtedy 

będę bezpieczna. 

-  Chcesz być bezpieczna? - Spojrzał na nią, a ona nie mogła oderwać wzroku od tych ciemnych, 

lśniących  oczu.  Powoli  pokręciła  głową  i  znów  zamknęła  oczy,  gdy  pocałował  ją  kolejny  raz.  Nie 

zaleŜało jej na bezpieczeństwie, jeśli to oznaczało rozłąkę z Felipe. Gdy jej dotykał, pragnęła więcej i 

więcej. 

-  A moŜe chcesz mnie? - Uniósł jej twarz, a Maggie objęła go za szyję szczupłymi ramionami. 

-  Ciebie - szepnęła. - Tylko ciebie. 

-  Mówisz bez zastanowienia. Jutro moŜesz zmienić zdanie - powiedział. 

-  Nic mnie to nie obchodzi! 

-  Ale  mnie  tak.  -  Popatrzył  jej  w  oczy.  -  W  tej  chwili  bujasz  w  obłokach.  Jutro  zadręczyłyby 

mnie wyrzuty sumienia. 

-  Niepotrzebnie - odparła. - Ty... ty jesteś jedynym człowiekiem, który... 

-  Dlaczego? - Oddychał nierówno, Maggie zarumieniła się mocno. 

-  Nie wiem. MoŜe coś się ze mną stało... 

-  Z nami obojgiem - odpowiedział cicho. - PołóŜ się i spróbuj zasnąć. - Pomógł jej się ułoŜyć i 

background image

stał, patrząc na nią. 

-  Chciałabym, Ŝebyś ze mną został - szepnęła ze swą zwykłą bezpośredniością, a on usiadł przy 

niej, gładząc jej twarz. 

-  A  ja  naprawdę  chciałbym  zostać.  Ale  oboje  mamy  duŜo  do  przemyślenia,  zwłaszcza  ja.  - 

Uśmiechnął  się  smutno.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  zdajesz  sobie  sprawę,  ile  kosztowało  mnie  to,  by  się 

opanować. Twoja niewinność połączona z poŜądaniem to za wiele, jak dla mnie. Mogę nie znaleźć juŜ 

dość siły, by się w porę pohamować. 

-  A  co  z  Aną?  Jest  nieszczęśliwa.  -  Maggie  uspokoiła  się  i  zarumieniona  usiłowała  nie 

patrzeć mu w oczy. 

 - Wszystko poczeka do jutra. Ale nigdzie nie pojedziesz. Nie wezmę cię do samolotu, nawet 

jeśli będę musiał zatrzymać Mitchella. - Zgasił światło i wyszedł cicho. 

Maggie leŜała w ciemnościach. Ogarnął ją niezwykły spokój. Teraz Felipe wydawał jej się takim 

ideałem  jak  wtedy,  kiedy  oglądała  jego  występy  jako  dziecko.  PoŜądał  jej,  nic  więcej.  I  usiłował 

przekonać,  by  została.  Dzieliło  ich  wszystko.  W  końcu  będzie  musiała  wyjechać,  ale  w  tej  chwili 

wypełniało  ją  uczucie  dziwnego  szczęścia;  wszelka  niechęć  znikła  bez  śladu.  Felipe  ją  uleczył.  Teraz 

miała juŜ tylko do rozwiązania tajemnicę Any. Jeśli zdoła tego dokonać, uczyni coś dla Felipe. 

Okazja nadarzyła się następnego ranka. Felipe poleciał z Mitchem na lotnisko, a po południu 

nadciągnęła burza. 

Ana  płakała  gorzko,  a  Mitch  podczas  poŜegnania  obiecał,  Ŝe  wróci.  To  wystarczyło,  by  Felipe 

zmarszczył czoło. Kiedy wychodzili, łzy Any stały się dla Mitcha nie do zniesienia. Chwycił ją w ramiona 

i pocałował delikatnie, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. 

Felipe  ruszył  ku  nim,  ale  Maggie  osadziła  go  w  miejscu  swoim  spojrzeniem.  Zrozumiał  jej 

nieme ostrzeŜenie, Ŝe jeśli teraz się wtrąci, Ana nie będzie chciała tu zostać. Poleci z Mitchem. 

-  Wrócę - powtarzał Mitch. - Teraz muszę załatwić pewną sprawę, ale wrócę. Wierz mi, Ano. 

-  Ja... wierzę. Będę czekała. 

Poszła do swojego pokoju, jakby zamierzała po prostu siedzieć tam i czekać, ile będzie trzeba. 

Kiedy samolot zniknął z pola widzenia, Maggie podąŜyła za nią. 

-  Czy  on  wróci?  -  Ana  od  razu  ją  rozpoznała.  Siedziała  na  balkonie,  nasłuchując  cichnącego 

warkotu silnika samolotu. 

-  Tak.  -  Maggie  usiadła  obok  niej.  -  Znam  go  dobrze  i  wiem,  kiedy  zamierza  dotrzymać 

słowa. 

-  Felipe mu nie pozwoli - powiedziała Ana Ŝałośnie. - Czego mogłabym się spodziewać? To 

kara dla mnie. 

-  Felipe  cię  kocha!  Nie  ma  cię  za  co  karać.  Nie  zrobiłaś  nic  złego. - Maggie starała się mówić 

background image

stanowczo. Wiedziała, co Felipe . myśli o przyszłości Any, ale nie zamierzała o tym wspominać. 

-  Nie  mówiłam  o  Felipe.  On  nie  musi  mnie  karać.  Ale  wie  o  wszystkim,  dlatego  jest  na 

mnie taki zły. 

-  Posłuchaj, Ano - zaczęła Maggie. - To bzdury. Felipe wcale się na ciebie nie gniewa. Martwi 

się tylko. Nie zna Mitcha : dość dobrze, by mieć pewność, Ŝe się tobą zaopiekuje. 

-  To coś więcej! - Ana odwróciła się, była bardzo blada. - Felipe wie, Ŝe zabiłam ojca! 

-  Przestań!  -  krzyknęła  Maggie.  Słyszała  w  głosie  dziewczyny  rosnącą  histerię,  a  Felipe  nie 

było  w  pobliŜu.  Gdy  potrzebowała  go  najbardziej  i  tak  musiała  poradzić  sobie  sama.  -  Twój  ojciec 

umarł na zawał. Wszyscy o tym wiedzą. 

-  Ale  ja  go  spowodowałam  -  szepnęła  Ana.  -  To  przeze  mnie.  Felipe  to  właśnie 

podejrzewa. 

Zamilkła i Maggie straciła nadzieję, Ŝe usłyszy coś więcej, ale Ana po chwili podjęła temat. 

-  Przyjechałam ze szkoły. Miałam tam wrócić po raz ostatni. Felipe nie było i dom wydawał się 

jak  wymarły.  Chciałam  pojechać  do  przyjaciółki  na  wybrzeŜe  i  dołączyć  do  Felipe.  MoŜna 

było  to  załatwić  przez  telefon.  Miałam  siedemnaście  lat  i  umiałam  sobie  radzić.  Mama  przyjaciółki 

zadzwoniłaby  z  zaproszeniem,  a  Felipe  miał  mnie  potem  odwieźć.  Wszystko  zostało 

ustalone, ale ojciec nie chciał się zgodzić. Pierwszy raz w Ŝyciu nie byłam mu posłuszna. Był bardzo 

zły.  Krzyczał  i  wściekał  się,  a  Felipe  nie  mógł  stanąć  w  mojej  obronie.  Wybiegłam  z  pokoju  i 

spakowałam  się.  Potem  wyślizgnęłam  się  z  domu  niepostrzeŜenie  i  wzięłam  samochód.  Felipe 

pozwalał mi jeździć po hacjendzie, ale nigdy nie mogłam wyjechać za bramę. - ZadrŜała i przytuliła się 

do Maggie. - Ojciec zauwaŜył mnie, gdy odjeŜdŜałam. Byłam przeraŜona. Umierałam ze strachu na 

myśl,  co  zrobi,  gdy  wrócę,  więc  jechałam  przed  siebie.  Miałam  wypadek  tuŜ  przy  bramie,  Jorge 

przybiegł na pomoc. Zraniłam się w głowę, leciała mi krew. Ojciec szalał ze złości. Maria przyszła na 

ratunek, ale ją odesłał. Strasznie krzyczał i zemdlałam. Kiedy się ocknęłam, bardzo bolała mnie głowa. 

Zobaczyłam,  Ŝe  ojciec  leŜy  niedaleko  i  nie  rusza  się.  Kiedy  się  ocknęłam  po  raz  drugi,  juŜ  nic  nie 

widziałam, byłam niewidoma, a Jorge powiedział, Ŝe ojciec nie Ŝyje. 

Maggie  trzymała  ją  w  ramionach  i  kołysała  łagodnie.  Rozumiała,  jaką  straszną  winą  obarczyła 

siebie Ana. Modliła się, by Felipe szybko wracał, bo tylko on potrafiłby przekonać siostrę, Ŝe  nie  była 

winna. 

-  Miał chore serce, Ano - tłumaczyła cicho. - Felipe teŜ często się z nim kłócił. 

-  Ale nie tak, jak ja - szlochała Ana. - Felipe po prostu uśmiechał się i robił to, co chciał. A jego 

argumenty były logiczne i niepodwaŜalne. Kiedy dorósł, ojciec się z nim liczył. A ja buntowałam się i 

złościłam. 

-  Byłaś młoda i samotna. 

-  To nie zwalnia mnie od odpowiedzialności. Zawiniłam.  

background image

Nie dała się przekonać. Maggie siedziała przy niej, aŜ wyczerpana dziewczyna zapadła w  sen. 

Czekała  na Felipe, rozmyślając. Dowiedziała się wreszcie wszystkiego - tak łatwo, tak szybko. 

Psychiczna  udręka,  uderzenie  w  głowę  i  ogromne  poczucie  winy.  To  wystarczyło,  Ŝeby  Ana  straciła 

wzrok.  Ale  nie  mogła  uciec  od  siebie  samej  i  jej  wyobraźnia  w  kaŜdym  przypadkowym  słowie, 

wypowiadanym  przez  Felipe,  słyszała  oskarŜenie.  Swej  urojonej  zbrodni  nie  była  w  stanie  wyznać 

ukochanemu i podziwianemu bratu, a oprócz niego nie miała nikogo. 

Maggie  wciąŜ  krąŜyła  po  salonie,  gdy  wrócił  Felipe.  Było  duŜo  później,  niŜ  myślała.  Burza 

zaczęła  się  na  dobre.  Pioruny  waliły  w  górach,  jakby  chciały  rozłupać  je  na  kawałki.  Nie  usłyszała 

lądującego samolotu. Felipe znienacka ukazał się w drzwiach. 

-  Och!  Martwiłam  się  o  ciebie!  -  zawołała.  Właśnie  rozpoczęła  się  ulewa  i  potęŜny  grzmot 

wstrząsnął domem. 

-  Boisz się burzy? 

-  Nie. Lubię burzę. Ale ty byłeś w samolocie i... 

-  Leciałem  w  jej  stronę.  Jeszcze  trochę,  a  miałbym  kłopoty  -  Nalał  sobie  drinka  i  usiadł.  - 

Czekałaś na mnie? 

-  Tak. Całe wieki. - Spojrzała na niego niespokojnie, zastanawiając się, jak mu to powiedzieć. 

Jego twarz złagodniała. Wyciągnął rękę. 

-  Usiądź  przy  mnie,  Maggie.  To  był  bardzo  męczący  dzień.  Cokolwiek  masz  do  powiedzenia, 

mów. Tylko jedno moŜe mnie wyprowadzić z równowagi - twoja chęć wyjazdu. 

-  Nie o to chodzi. - Stanęła przy nim, a on ujął jej dłoń i pociągnął ją na kanapę. 

-  Mogę odetchnąć spokojnie. - Uśmiechnął się. - Wydajesz się zdenerwowana,  więc  musisz  mieć 

coś waŜnego do powiedzenia. 

-  Właśnie.  -  Maggie  zagryzła  wargę,  szukając  odpowiednich  słów.  -  Chyba  wiem,  dlaczego 

Ana nie widzi. - Natychmiast odstawił drinka i obrócił ją twarzą do siebie. 

-  Czy to przeze mnie? - Wyglądał na zdruzgotanego. 

Maggie odruchowo pogładziła jego twarz, by go pocieszyć. 

-  Nie, Felipe, jak moŜesz tak myśleć? Nigdy mi to nie przyszło do głowy. 

-  No to mi powiedz. - Chwycił ją za rękę, zaciskając palce, gdy się zawahała. - Maggie! 

-  Ana  obwinia  się  za  śmierć ojca. Sądzi, Ŝe ją podejrzewasz. To  chyba  wystarczająco  tłumaczy 

jej zachowanie. 

Maggie  powtórzyła  mu  wszystko,  co  mówiła  Ana,  a  on  słuchał  w milczeniu. Nie odezwał się, 

kiedy skończyła. Siedział nieruchomo, patrząc przed siebie. 

-  Moja  biedna  Ana  -  szepnął.  -  Dwa  lata  dźwigała  ten  cięŜar.  Bez  ciebie  nigdy  bym  się  nie 

dowiedział. - Ujął w dłonie jej twarz. - A teraz powiedz mi, jak sobie z tym poradzić. 

-  Wydaje mi się, Ŝe balansujemy na cienkiej linie. 

background image

-  Rozwiązałaś problem - zapewnił, patrząc jej w oczy. -Nie zaprzeczaj, Maggie. 

-  Ona juŜ śpi. Idź, obudź ją i oznajmij, Ŝe wszystko wiesz. Musi uświadomić sobie, Ŝe śmierć 

ojca to nie jej wina. 

Rozległ się cichy dźwięk. W drzwiach stała Ana. Drobna i blada wyglądała na tak zagubioną, 

Ŝ

e Maggie aŜ ściskało się serce. Rzuciła Felipe szybkie spojrzenie. 

-  Nie mogę spać - szepnęła Ana. - Burza mnie obudziła. 

-  Nagle jej wargi zadrŜały. - Maggie! Zdradziłaś mu sekret! 

Gdy padło oskarŜenie, Maggie teŜ wyglądała na zagubioną, ale Felipe opanował sytuację. Wstał 

i podszedł do siostry. 

-  Tak.  Dwa  lata  udręki,  querida,  tylko  dlatego,  Ŝe  sama  mi  tego  nie  powiedziałaś.  Jak  długo 

zamierzałaś  cierpieć  tak  bezsensownie?  Czy  trwałoby to bez końca, gdyby inglesa nie pojawiła  się  w 

naszym Ŝyciu? 

-  Jak mogłam ci powiedzieć, Felipe? - wyszeptała Ana. 

-  Jak mogłam ci powiedzieć, Ŝe ojciec umarł przeze mnie? 

-  Wykluczone. To była tylko kwestia czasu, wiedziałem o tym. Dlatego starałem się panować 

nad  sobą,  ale  tak  jak ty, zachowałem  tę  wiedzę  dla  siebie.  -  Otoczył  ją  ramieniem  i wprowadził do 

pokoju. Maggie wstała, by wyjść. - Zostań, Maggie - rozkazał cicho, ale pokręciła głową. 

-  Nie. Teraz wszystko zaleŜy od was. Nie mogę się wtrącać. To sprawy rodzinne. 

Wszedł  Jorge  i  zapytał o kolację, więc Maggie się wymknęła. Dowiedziała się prawdy. Reszta 

zaleŜała od Felipe i lekarzy. Jednak było jej cięŜko. Nie miała juŜ powodu, by tu zostać. Nigdy więcej 

nie zobaczy Felipe. 

Po jakimś czasie zapukał do jej pokoju. Jego twarz była wciąŜ ściągnięta. 

-  Jak ona się czuje? - zapytała niespokojnie Maggie. 

-  Mam  nadzieję,  Ŝe  oswaja  się  z  prawdą.  -  Westchnął  znuŜony.  -  Zjadła  kolację,  a  teraz  śpi. 

Wyjaśniłem jej, Ŝe to się mogło stać w kaŜdej chwili. Ojciec był dla siebie najgorszym wrogiem. Nic go 

nie  wzruszało,  a  Anie  odbierał  całą  radość  Ŝycia.  Cierpiała  w dzieciństwie. Czas pokaŜe, czy odzyska 

wzrok. Kiedy dojdzie do siebie, zabiorę ją znowu do specjalistów, chociaŜ osiągnęłaś więcej niŜ wszyscy 

psychiatrzy, u których była. 

-  Taką winę trudno wyznać - powiedziała cicho Maggie. 

-  Tobie  ją  wyznała.  -  Uśmiechnął  się  smutno.  -  Pewnie  prędzej  czy  później  powiedziałaby 

Mitchellowi. 

-  Chyba później - stwierdziła rozbawiona Maggie. - Jednak ta awantura z Mitchem umoŜliwiła 

wyznanie. 

-  Czyli to wszystko wyszło na dobre? Wzruszyła ramionami i odwróciła się. 

background image

-  Maggie! - Chwycił ją w ramiona. - Bądź przy mnie. Muszę mieć cię blisko - 

wyszeptał. 

-  Wiele nas dzieli... 

Jego wargi chciwie przylgnęły do jej twarzy. 

-  Co  nas  dzieli,  Maggie?  Jest  w  nas  taki  sam  płomień.  Bywasz  ostra  i  wściekła,  ale  to  tylko 

maska  kryjąca  ufną  niewinność.  Nigdy  cię  nie  skrzywdzę.  Nie  musisz  się  przede  mną 

bronić. - Lekko ugryzł ją w ucho, a Maggie przywarła do niego bezwolnie. 

Przytulił  ją  i  pocałował  mocno,  zachłannie.  Czuła,  jak  wali  jej  serce.  PoŜądanie  odebrało 

zdolność myślenia. 

Nagle  pojawiło  się  wspomnienie  i  Maggie  zadrŜała,  bojąc  się,  Ŝe  tym  razem  nie  zniesie 

odrzucenia. 

-  Co się stało? - Natychmiast wyczuł zmianę jej nastroju. Jego dłonie mocno ujęły jej twarz. - 

Powiedz mi, Maggie. 

-  Jeśli odsuniesz się ode mnie i tym razem, to ja nie... 

-  Ja teŜ nie - odparł. - Wiem, czego ci trzeba, ąuerida. Ja teŜ tego chcę. - Całował delikatnie jej 

wygiętą szyję, póki nie dotarł  do  ciepłej,  pachnącej  doliny  między piersiami. - Nie odejdę,  chyba  Ŝe 

mi kaŜesz. 

Westchnęła, a potem z Ŝarliwością oddawała mu pocałunki. Jej opór malał, poddawała się. Jego 

dłoń sięgnęła niecierpliwie do zamka jej sukienki, ciągnąc suwak w dół, a podmuch chłodnego nocnego 

powietrza na skórze wywołał dreszcz. 

-  Zaraz cię ogrzeję, ąuerida. - Mówił z trudem i zrozumiała, Ŝe ogarnęła go namiętność i Ŝe juŜ 

się nie wycofa. Pozbył się jej sukienki i niósł Maggie w ramionach w stronę łóŜka. Cicho jęknęła. 

-  Nie  bój  się,  Maggie.  -  Rozebrał  ją  w  świetle  lampy,  a  jego  ciemne  oczy  patrzyły  na  nią 

zachłannie. Potem przykrył ją własnym ciałem, przyciskając do miękkiego łóŜka. - Nigdy wcześniej tego 

nie  czułaś?  -  Pokręciła  głową,  a  on  zamruczał  z  zadowoleniem.  Tym  razem  Maggie  nie  miała  nic 

przeciwko  męskiej  dominacji.  Za  tym  męŜczyzną  poszłaby  wszędzie,  wystarczył  tylko  jeden  jego 

uśmiech. 

Reagowała  intensywnie  na  jego  pieszczoty,  co  z  kolei  podsycało  jego  namiętność.  Wcześniejsza 

delikatność  znikła,  jego  wargi  zachłannie  objęły  w  posiadanie  jej  piersi,  a  jej  okrzyki  rozkoszy  tylko 

zwiększały jego Ŝądania. DrŜała w jego ramionach. 

-  Teraz! - Poczuła, jak wdziera się w nią i przyjęła tę inwazję bez lęku. Szepnął jej imię, gdy jej 

ciało zamknęło się wokół niego. Ogarnęła ją gorąca ciemność. 

Nie miała pojęcia, Ŝe będzie aŜ tak wyczerpana. Powoli otworzyła oczy, by odkryć, Ŝe Felipe 

na nią patrzy. Na jej policzkach lśniły łzy, które delikatnie ocierał. 

-  Zrobiłem  ci  krzywdę?  Dałem  się  ponieść  i  zapomniałem,  Ŝe  jesteś  taka  niewinna.  - 

background image

Uśmiechnął  się,  obserwując  jej  twarz.  -  To  przez  ciebie  zapomniałem,  zmysłowa  koteczko.  - 

Odsunął  się  i  chwycił  ją  w  ramiona,  delikatnie  głaszcząc  i  pieszcząc.  -  WyobraŜasz  sobie,  Ŝe 

pozwolę ci wrócić do Londynu? - spytał. - Zostaniesz w górach, aŜ wszyscy o tobie zapomną. 

-  Wiesz,  Ŝe  będę  musiała  wrócić  -  odpowiedziała  Maggie,  a  jej  ciało  wciąŜ  drŜało  na 

wspomnienie rozkoszy. 

-  Wiem 

tylko, 

czego 

chcę. 

Potrzebuję 

ciebie, 

ty 

mnie. 

Trzymał ją mocno w ramionach, ale Maggie juŜ wracała do rzeczywistości. Tak bardzo go kochała, a 

Felipe  czuł  do  niej  tylko poŜądanie. Wydawało się jej, Ŝe chwilowy związek to najlepsze rozwiązanie. 

WyobraŜała  sobie,  Ŝe  wystarczą  jej  piękne  wspomnienia  namiętnych  uniesień.  Nie  przeczuwała,  Ŝe  za-

wsze będzie jej potrzebny. Teraz widziała przed sobą ponurą przyszłość. 

Mimo  lęków  ułoŜyła  się  w  jego  ramionach.  MoŜe  go  straci,  ale  teraz  on  był  tak  samo 

zniewolony  jak  ona.  Maggie  pieściła  go,  tak  jak  on  ją.  Powoli  okrywał  pocałunkami  całe  jej  ciało,  aŜ 

zatrzymał nagle dłoń na jej udzie. 

-  Co to jest? - Patrzył na bliznę biegnącą od biodra prawie do kolana. Nie szpeciła jej, dobrze o 

tym wiedziała, ale natychmiast wróciły złe wspomnienia. 

 - Wypadek. - Nawet jej głos brzmiał inaczej. Felipe oparł się na łokciu i spojrzał jej w twarz, 

widząc, Ŝe się zmieniła. 

-  Jaki  wypadek?  -  Patrzył  jej  w  oczy,  ale  odwróciła  wzrok.  Teraz  była  zawstydzona, 

onieśmielona. Naciągnął na nich oboje chłodne prześcieradła, ale nie zamierzał rezygnować z pytań. 

Ujął jej twarz w silne dłonie i zmusił, by na niego spojrzała.  

- Jaki wypadek? - powtórzył. 

-  Po prostu wypadek. Wiem, Ŝe to wygląda nieładnie. 

-  Nieprawda, nie udawaj. To równa biała blizna. Cała jesteś piękna, godna poŜądania i to nie był 

Ŝ

aden wypadek, ale operacja. 

-  No, tak. Ale... miałam wypadek i... 

-  Maggie! - Mocno trzymał jej twarz i w końcu spojrzała mu w oczy, zagryzając dolną wargę. 

-  To  było  dwóch  męŜczyzn.  Zaatakowali  mnie.  -  Chciała  to  z  siebie  wyrzucić,  mieć  to 

wreszcie za sobą. 

-  Dios! Musiałaś przeŜyć coś strasznego! Dlatego byłaś taka nieufna. Pozwoliłaś mi się kochać, 

oddałaś mi się, ale masz powody nienawidzić wszystkich męŜczyzn! 

-  To  nie  tak  -  zaprotestowała  drŜącym  głosem.  -  To  nie  to,  co  myślisz.  To  była  po  prostu 

bezmyślna,  bezsensowna  przemoc.  Stało  się  to  tuŜ  po  mym  przyjeździe  do  Londynu.  Kiedy  umarł 

dziadek,  zostałam  sama.  Pracowałam  wtedy  w  innej  gazecie.  Miałam  mieszkanie  i  pracę,  ale  nie 

zdąŜyłam  jeszcze  nawiązać  Ŝadnych  przyjaźni.  Któregoś  wieczoru  wracałam  do  domu,  nie  miałam 

powodu, by się bać. Lampy się paliły i byłam juŜ blisko mieszkania. Nagle z parku wyskoczyło dwóch 

background image

męŜczyzn.  Chcieli  tylko  zabrać  mi  torebkę  i  wyrwali  ją,  ale  potem  zaczęli  mnie  bić,  bez  powodu. 

Krzyczałam i walczyłam, jednak nikt się nie zjawił. W końcu zmęczyli się i uciekli. Potem ulicą przecho-

dziła  jakaś  para  i  wezwała  karetkę.  Byłam  powaŜnie  ranna,  zwłaszcza  w  nogę.  Kiedy  wyszłam  ze 

szpitala,  bałam  się  wystawić  nos  z  domu.  Kazałam  załoŜyć  nowe  zamki  i...  po  prostu  siedziałam  w 

mieszkaniu.  KoleŜanka  z  gazety  robiła  mi  zakupy.  Potem  jakoś  radziłam  sobie  sama.  Jeździłam 

taksówkami i umierałam ze strachu. 

Urwała, a Felipe przytulił ją mocno, gładząc po głowie. 

Otworzyła oczy, by odkryć, Ŝe Felipe na nią patrzy. Na jej policzkach lśniły łzy, które delikatnie 

ocierał. 

-  Zrobiłem  ci  krzywdę?  Dałem  się  ponieść  i  zapomniałem,  Ŝe  jesteś  taka  niewinna.  - 

Uśmiechnął  się,  obserwując  jej  twarz.  -  To  przez  ciebie  zapomniałem,  zmysłowa  kotecz-ko.  - 

Odsunął  się  i  chwycił  ją  w  ramiona,  delikatnie  głaszcząc  i  pieszcząc.  -  WyobraŜasz  sobie,  Ŝe 

pozwolę ci wrócić do Londynu? - spytał. - Zostaniesz w górach, aŜ wszyscy o tobie zapomną. 

-  Wiesz,  Ŝe  będę  musiała  wrócić  -  odpowiedziała  Maggie,  a  jej  ciało  wciąŜ  drŜało  na 

wspomnienie rozkoszy. 

-  Wiem  tylko,  czego  chcę.  Potrzebuję  ciebie,  a  ty  mnie.  Trzymał  ją  mocno  w  ramionach,  ale 

Maggie juŜ wracała do 

rzeczywistości. Tak bardzo go kochała, a Felipe czuł do niej tylko poŜądanie. Wydawało się jej, 

Ŝ

e chwilowy związek to najlepsze rozwiązanie. WyobraŜała sobie, Ŝe wystarczą jej piękne wspomnienia 

namiętnych uniesień. Nie przeczuwała, Ŝe zawsze będzie jej potrzebny. Teraz widziała przed sobą ponurą 

przyszłość. 

Mimo  lęków  ułoŜyła  się  w  jego  ramionach.  MoŜe  go  straci,  ale  teraz  on  był  tak  samo 

zniewolony  jak  ona.  Maggie  pieściła  go,  tak  jak  on  ją.  Powoli  okrywał  pocałunkami  całe  jej  ciało,  aŜ 

zatrzymał nagle dłoń na jej udzie. 

-  Co to jest? - Patrzył na bliznę biegnącą od biodra prawie do kolana. Nie szpeciła jej, dobrze o 

tym wiedziała, ale natychmiast wróciły złe wspomnienia. 

-  Wypadek. - Nawet jej głos brzmiał inaczej. 

Felipe oparł się na łokciu i spojrzał jej w twarz, widząc, Ŝe się zmieniła. 

-  Jaki  wypadek?  -  Patrzył  jej  w  oczy,  ale  odwróciła  wzrok.  Teraz  była  zawstydzona, 

onieśmielona. Naciągnął na nich oboje chłodne prześcieradła, ale nie zamierzał rezygnować z pytań. 

 Ujął jej twarz w silne dłonie i zmusił, by na niego spojrzała. - Jaki wypadek? - powtórzył. 

-  Po prostu wypadek. Wiem, Ŝe to wygląda nieładnie. 

-  Nieprawda, nie udawaj. To równa biała blizna. Cała jesteś piękna, godna poŜądania i to nie był 

Ŝ

aden wypadek, ale operacja. 

-  No, tak. Ale... miałam wypadek i... 

background image

-  Maggie! - Mocno trzymał jej twarz i w końcu spojrzała mu w oczy, zagryzając dolną wargę. 

-  To  było  dwóch  męŜczyzn.  Zaatakowali  mnie.  -  Chciała  to  z  siebie  wyrzucić,  mieć  to 

wreszcie za sobą. 

-  Dios\ Musiałaś przeŜyć coś strasznego! Dlatego byłaś taka nieufna. Pozwoliłaś mi się kochać, 

oddałaś mi się, ale masz powody nienawidzić wszystkich męŜczyzn! 

-  To  nie  tak  -  zaprotestowała  drŜącym  głosem  -  To  nie  to,  co  myślisz.  To  była  po  prostu 

bezmyślna,  bezsensowna  przemoc.  Stało  się  to  tuŜ  po  mym  przyjeździe  do  Londynu.  Kiedy  umarł 

dziadek,  zostałam  sama.  Pracowałam  wtedy  w  innej  gazecie.  Miałam  mieszkanie  i  pracę,  ale  nie 

zdąŜyłam  jeszcze  nawiązać  Ŝadnych  przyjaźni.  Któregoś  wieczoru  wracałam  do  domu,  nie  miałam 

powodu, by się bać. Lampy się paliły i byłam juŜ blisko mieszkania. Nagle z parku wyskoczyło dwóch 

męŜczyzn.  Chcieli  tylko  zabrać  mi  torebkę  i  wyrwali  ją,  ale  potem  zaczęli  mnie  bić,  bez  powodu. 

Krzyczałam i walczyłam, jednak nikt się nie zjawił. W końcu zmęczyli się i uciekli. Potem ulicą przecho-

dziła  jakaś  para  i  wezwała  karetkę.  Byłam  powaŜnie  ranna,  zwłaszcza  w  nogę.  Kiedy  wyszłam  ze 

szpitala,  bałam  się  wystawić  nos  z  domu.  Kazałam  załoŜyć  nowe  zamki  i...  po  prostu  siedziałam  w 

mieszkaniu.  KoleŜanka  z  gazety  robiła  mi  zakupy.  Potem  jakoś  radziłam  sobie  sama.  Jeździłam 

taksówkami i umierałam ze strachu. 

Urwała, a Felipe przytulił ją mocno, gładząc po głowie. 

-   Jak to przeŜyłaś, moja dzielna, piękna Maggie? - zapytał łagodnie. 

-  Dzięki  nienawiści.  W  końcu  zadałam  sobie  pytanie,  dlaczego  ja  mam  czuć  się  jak  w 

więzieniu,  a  oni  mogą  chodzić  wolno.  Zaczęłam  rysować  ich  z  pamięci.  Potem  niszczyłam  rysunki, 

czasami  darłam  je  na  maleńkie  kawałeczki,  a  czasami  paliłam.  Mściłam  się  na  nich  i  w  końcu  strach 

minął, ale została... paląca wściekłość. 

-  Na wszystkich męŜczyzn? - zapytał cicho. 

-  Tak. Mitch jakoś do mnie dotarł. Pewnie po prostu nie mogłam się go pozbyć. W końcu dodało 

mi to pewności siebie. Dostałam nową pracę. Radziłam sobie tak dobrze, bo byłam twarda. 

-  Nie  twarda,  Maggie  -  poprawił  cicho.  -  Tylko  zraniona.  - Spojrzał jej głęboko w oczy. - A 

dzisiaj? Znowu zostałaś zraniona? 

-  Nie. Jestem zdrowa, wyleczona. Zmieniłeś mnie, odkąd przyjechałam do Hiszpanii. - Ukryła 

twarz, bojąc się mówić dalej, Ŝeby nie odgadł, co czuła. 

Przytulił ją i zgasił lampę. 

-  Śpij, querida - szepnął. - Jesteś całkiem bezpieczna. 

-  Wracasz do swojego pokoju? - spytała szybko, pragnąc, by został. 

-  Oczywiście,  Ŝe  nie.  Jeśli  pójdę,  to  tylko  z  tobą,  a  to  łóŜko  jest  juŜ  ogrzane.  Śpij.  Wiem,  Ŝe 

jesteś zmęczona. Ja muszę przemyśleć pewne sprawy. 

-  Jakie? - Maggie ułoŜyła się wygodnie w jego ramionach i ziewnęła. 

background image

-  Dotyczące ciebie, Maggie Howard. W tej chwili nie umiem myśleć o niczym innym. 

  

 

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

Rano  Maggie  odkryła  nieobecność  Felipe,  co  ją  bardzo  zaniepokoiło. Nie miała pojęcia, jak się 

zachować, jak mu spojrzeć w oczy. Kiedy zeszła na dół, Ana jadła śniadanie. 

-  Jak się czujesz? - spytała cicho. 

-  Jestem trochę oszołomiona. Och, Maggie, tak mi przykro, Ŝe miałam do ciebie pretensje za to, 

Ŝ

e powiedziałaś o wszystkim Fełipe. Sama nigdy nie zdobyłabym się na to. 

-  Pomogło? - Maggie z ulgą zobaczyła uśmiech na twarzy Any. 

-  Tak. Felipe wyjaśnił mi tyle rzeczy, o których nie miałam pojęcia.  Ojciec  nigdy  nie próbował 

kontrolować napadów wściekłości, chociaŜ wiedział, Ŝe jest chory. 

-  A więc juŜ nie czujesz się winna? 

-  Nie.  Dzięki  tobie,  Maggie.  -  Nagle  Ana  zmarszczyła  czoło.  -  Miałam  być  dzisiaj  naprawdę 

szczęśliwa. Chciałam, Ŝebyś mi opowiedziała o Mitchu i Anglii, ale teraz to niemoŜliwe. 

-  Dlaczego? - roześmiała się Maggie. - Zawsze jestem gotowa z tobą pogadać. 

-  Chyba zmienisz zdanie - mruknęła Ana. - Felipe jest z Rainfordami. Przyjechali niedawno. 

Nie wiem, jak długo zostaną, ale zazwyczaj nie moŜna się ich pozbyć. 

Maggie  straciła  ochotę  do  śmiechu.  Poczuła  się  całkowicie  bezbronna.  WciąŜ  czuła  dotyk  rąk 

Felipe,  jej  ciało  pamiętało  jego  namiętność,  a  teraz  był  z  kobietą,  która  traktowała  go  jak  osobistą 

własność. Maggie chciała po prostu uciec. Co ma mu teraz powiedzieć? 

Rozwiązał ten problem, bo gdy wszedł w towarzystwie roześmianej Candace Rainford, podszedł 

prosto do Maggie. 

-  Długo spałaś. - Stanął za jej krzesłem i uśmiechnął się, gdy zadarła głowę. Kiedy nieśmiało 

przytaknęła,  połoŜył  ręce  na  jej  ramionach.  -  Mamy  dziś  towarzystwo  -  dodał,  a  Candace  zrobiła 

nadąsaną minę. 

-  Zazwyczaj  zostajemy  dłuŜej  niŜ  jeden  dzień,  Felipe  -  mruknęła,  nie  odrywając  wzroku  od  rąk 

gładzących ramiona Maggie. 

-  Zazwyczaj  wasza  dłuŜsza  wizyta  jest  mile  widziana  -  odpowiedział  cicho.  -  Ale  tym  razem 

przybyliście w trakcie poufnej, rodzinnej rozmowy. 

-  A panna Howard tu jest... - zauwaŜyła cierpko Candace. 

-  Jest tu od dawna i zostanie jeszcze dłuŜej - odparł spokojnie. - Naprawdę nie sądzę, bym sobie 

background image

poradził bez jej pomocy. 

Twarz Maggie pokryła się rumieńcem. Dobrze, Ŝe Ana jej nie widzi. Wcześniej posmutniała na 

wieść o gościach, ale teraz uśmiechała się szeroko. 

Po chwili, w holu, Maggie zaatakowała Felipe. 

-  Musiałeś się tak zachowywać? - spytała niezadowolona. - Ta kobieta najwyraźniej uwaŜa, 

Ŝ

e my... my... 

-  Jesteśmy kochankami? - podsunął. - Owszem. 

-  Jeśli chodzi tylko o powstrzymanie jej przed wieszaniem się na twojej szyi... 

-  Wcale tego nie robi - zapewnił spokojnie. - To prawo rezerwuję dla ciebie. - Przyciągnął ją i 

całował, póki nie straciła tchu. Mimo oszołomienia słyszała stukot wysokich obcasów Candace Rainford. 

Felipe teŜ go usłyszał i uniósł głowę, uśmiechając się do zarumienionej Maggie. 

-  Teraz  jest  pewna,  Ŝe  jesteśmy  kochankami.  -  I  odszedł,  śmiejąc  się.  Nie  miała  pojęcia,  co 

czuł. 

Musieli zająć się gośćmi i Felipe nie pozwolił Maggie się wykręcić. Najwyraźniej, z sobie tylko 

znanych  powodów,  chciał  mieć  pewność,  Ŝe  Candace  wie,  jak  sprawy  stoją.  WciąŜ  był  przy Maggie, 

nawet  Ana  o  tym  wiedziała.  Była  z  tego  wyraźnie  zadowolona,  czego  nie  dało  się  powiedzieć  o 

Candace. W jej oczach płonęła zazdrość, ale Felipe wolał ją ignorować. 

Dzięki  jego  zaborczości  Maggie  uwolniła  się  od  awansów  Petera  Rainforda.  Kiedy  Felipe 

zaproponował im pokaz jeździeckich umiejętności Any, Ŝadne nie wyglądało na zadowolone. 

-  Po raz pierwszy będzie miała publiczność - oznajmił stanowczo. - Dobrze jej to zrobi. 

-  Czy  jest  gotowa  do  publicznych  występów?  -  zapytała  nadąsana  Candace,  kiedy  Felipe 

poszedł osiodłać konia. - Podejrzewam, Ŝe juŜ widziałaś to przedstawienie - zwróciła się do Maggie. 

-  Nie raz - zapewniła radośnie Ana, ujmując ramię Maggie. - Ale, oczywiście, Maggie nie jest 

obiektywna. Dlatego wasze uwagi będą bardzo cenne. 

Maggie  skrzywiła  się  na  to  jawne  wyzwanie,  ale  Candace  nie  odpowiedziała.  Jej  mąŜ  miał  juŜ 

najwyraźniej dość i odszedł bez słowa. Nie interesowały go pokazy jeździeckie, a znał swoją Ŝonę na 

tyle, Ŝe wolał nie wchodzić jej w drogę, gdy była wściekła. 

Widok  Any  zawsze  budził  w  Maggie  ciepłe  uczucia,  nawet  wtedy,  gdy  nie  miała  dobrego 

nastroju. Kiedy Ana pozbyła się poczucia winy, jej talent rozwijał się z dnia na dzień, a zadowolenie na 

twarzy Felipe mówiło Maggie, Ŝe on teŜ to dostrzega. 

W drzwiach pojawił się Jorge. 

-  Telefono, senor. Inglaterra, seńor Parnham. Felipe spowaŜniał. 

-  Ćwicz dalej! - zawołał do Any. - Jeśli Devlin sobie wyobraŜa, Ŝe dostanie cię z powrotem - 

mruknął, mijając Maggie -  

to  zaraz  się  dowie,  jak  sprawy  stoją.  -  Wyszedł  na  słońce,  a  Maggie 

popatrzyła  na  Anę.  Ćwiczyła  te  niesamowite  skoki  w skupieniu, a obserwowanie jej było prawdziwą 

background image

przyjemnością. 

Nagle Candace Rainford ścisnęła ramię Maggie. 

-  Myślisz,  Ŝe  jesteś  taka  sprytna,  co?  -  syknęła.  –  Jesteś  nikim,  tylko  dziennikarką.  Pewnie 

sobie wyobraŜasz, Ŝe wkrótce zostaniesz hrabiną? 

Maggie zatkało, ale nie na długo. 

-  Pilnuj własnego nosa! - odparła. - Nic ci do tego, co postanowimy z Felipe. 

-  Nic? Między nami coś było, zanim się pojawiłaś, trzepocząc rzęsami! 

-  Jesteś męŜatką! - przypomniała Maggie z obrzydzeniem, ale poczuła ukłucie w sercu. 

-  Nigdy mu to nie przeszkadzało - prychnęła lekcewaŜąco Candace. 

Maggie  zapomniała,  Ŝe  Ana,  jako  niewidoma,  ma  bardzo  dobry  słuch.  Zanim  się  spostrzegły,  

obok stanął jej koń. 

-  Jak śmiesz?! - krzyknęła Ana. - Jak śmiesz mówić takie rzeczy o Felipe? 

-  A co ty wiesz, głupia dziewczyno? Nawet nie widzisz! 

-  Candace  ogarnęła  furia.  Na  oślep  zamachnęła  się  ręką.  Maggie  uskoczyła,  ale  koń, 

zaniepokojony  krzykiem,  stanął  dęba.  Ana  nie  zdołała  uspokoić  zwierzęcia,  spadła  na  ziemię.  Koń 

kopnął Maggie w ramię. Usiłowała dotrzeć do leŜącej Any, ale zemdlała. 

Kiedy Maggie się ocknęła, leŜała w łóŜku. W hacjendzie panowała cisza, pokój oświetlała tylko 

jedna lampa, a Felipe siedział obok na krześle. 

-  Felipe? 

Ujął jej dłoń. 

-  Wszystko  w  porządku.  Dałem ci coś na uspokojenie. Jesteś mocno  posiniaczona  i  przeŜyłaś 

szok. 

-  Ana? - Maggie spróbowała usiąść, ale jęknęła z bólu i chwyciła jego ramię. 

-  Nie ruszaj się. Nic jej nie jest. Zabrałem ją do Jaen i chcą ją zatrzymać w szpitalu co najmniej 

do jutra. Mocno uderzyła się w głowę. 

-  Rozgniewała się i nie panowała nad koniem, spłoszył się - powiedziała Maggie zmartwiona, 

opadając na poduszki i przypominając sobie, co wygadywała Candace. 

Skinął głową ze zrozumieniem. 

-  Wiem.  Powiedziała  mi,  kiedy  się  ocknęła.  -  Spojrzał  na  nią  uwaŜnie.  -  To  nieprawda, 

Maggie. Nigdy nie romansowałem z tą kobietą. Jej mąŜ zawsze był z nami, ale ich cięŜko się pozbyć 

w uprzejmy sposób. W Hiszpanii nie mieliśmy zwyczaju wyrzucać gości z domu. AŜ do dzisiaj - dodał 

ponuro. 

Twarz Maggie rozjaśniła się tak, Ŝe ujął jej dłoń i podniósł do warg, całując kaŜdy palec. 

-  Maggie, Ana widzi - oznajmił cicho. - Ty pomogłaś jej odzyskać spokój, a uderzenie w głowę 

background image

dokonało  reszty.  Wypełniłaś  swoje  zadanie.  Przyniosłaś  szczęście  domowi,  w  którym  nigdy  go 

naprawdę nie było. Dzięki tobie hacjenda de Nieve jest całkiem innym miejscem. 

-  Ana widzi? - Maggie napłynęły łzy do oczu. Poczuła ogromne szczęście. Pogładziła go po 

twarzy. - Dziwne, jak czasem wszystko dobrze się układa - szepnęła. 

-  Zwłaszcza przy tobie - dodał łagodnie, nie odrywając od niej spojrzenia. 

-  Anie nic nie będzie? 

-  Tak  twierdzą,  a  ja  im  wierzę.  Gdy  ją  opuszczałem,  była  szczęśliwa. Nawet silny ból głowy 

jej nie przeszkadzał. Przesyła ci ucałowania. 

-  Zostań ze mną - poprosiła Maggie. 

-  Zamierzam  zostać  przy  tobie  całą  noc.  Siedzę  tu,  odkąd  wróciłem  ze  szpitala,  a  wcześniej 

siedziała z tobą Maria. Śpij, Maggie, będę obok. 

Maggie uśmiechnęła się, a on pochylił głowę i pocałował ją. 

Maggie przyjechała z biura do domu. Nie zdołała stamtąd wyjść przed siódmą, a zanim przebiła 

się przez korki i dotarła do domu, była prawie ósma. Promieniała zadowoleniem, niemal triumfowała. Jej 

artykuł zdumiał Richiego, bo nie przypominał w niczym tych, które kiedyś pisała. 

-  Wspaniały!  -  stwierdził  ironicznie.  Odkąd  wróciła,  patrzył  na  nią  podejrzliwie.  Mitchell 

odmówił  pokazania  zdjęć  z  Hiszpanii przed powrotem Maggie. Teraz z kolei pojawiły się w cudowny 

sposób, chociaŜ Mitchella nie było w kraju. 

-  Musisz przyznać, Ŝe wszystko jest w porządku. Dobry artykuł o wyŜszych sferach. 

-  Dobry? O wyŜszych sferach? MoŜliwe - przyznał niechętnie, marszcząc się jeszcze bardziej. 

-  Kiedy  ty  coś  robisz,  nie  oczekuję,  Ŝe  będzie  tylko  w  porządku.  Spodziewam  się  jakichś  rewelacji, 

ujawnienia tajemnicy! 

-  Skoro potrzebowałeś czegoś takiego, trzeba było wysłać mnie gdzie indziej - uświadomiła mu 

Maggie. - Nie było Ŝadnych tajemnic do ujawniania, tylko piękno, spokój i niezwykły talent. Wszystko 

jest  opisane,  zdjęcia  Mitcha  są  fantastyczne,  masz  z  czego  wybierać.  A  co  do  rewelacji,  przetrzymaj 

trochę artykuł, a wkrótce zobaczysz, Ŝe ta dziewczyna będzie sensacją, tak jak kiedyś jej brat. 

Mierzyli  się  wzrokiem  tak  długo,  aŜ  się  poddał.  Artykuł  był  znakomity,  a  ona  pewnie  miała 

rację.  Jak  zawsze.  Zdjęcia  były  wspaniałe,  ale  zachowanie  Maggie  wzbudzało  podejrzenia.  Wyglądała 

inaczej,  moŜe  chowała  coś  w  zanadrzu.  Była  bystra.  Nawet gdyby sam tego nie wiedział, zachwycony 

Devlin Parn-ham przypominał mu o tym nieustannie. Richie miał wraŜenie, Ŝe coś przeoczył. 

Maggie wiedziała o jego niepokojach. Devlin Parnham lubił intrygi i Richie miał małe szanse na 

poznanie prawdziwego powodu wyjazdu Maggie do Hiszpanii. Bawiło ją to przez całą drogę, ale teraz 

uciekła myślami do Felipe. 

Napisała tekst o wspaniałej dziewczynie, która mimo dwóch lat ślepoty będzie kiedyś reprezentować 

background image

Hiszpanię w zawodach, tak jak jej niezapomniany brat. Napisała o pięknie Andaluzji, niebotycznych górach, 

wielkiej  hacjendzie.  O  Felipe,  o  jego  geniuszu,  i  była  bardzo  zadowolona  z  zakończenia  swojego 

artykułu: 

Pewnego dnia, juŜ niedługo, nazwisko de Santis znowu ucieszy i zaskoczy kaŜdego. W tej rodzinie 

znowu pojawił się wspaniały talent, ale tym razem jest to bardzo piękna, młoda kobieta, Ana. 

Felipe nie poprosił, by Maggie została z nim w Hiszpanii. Postanowiła więc wrócić do pracy. Nie 

ma  mowy,  by  Ŝądała  od  niego  czegokolwiek.  Pokochała  go  i  ponownie  stała  się  w  pełni  człowiekiem. 

Felipe jej tylko pragnął, a to nigdy nie trwa długo. Miała artykuł do napisania, czekały na nią w Londynie 

nowe sprawy. Dzielił ich cały świat, oboje o tym wiedzieli. Jej miłość do niego nie będzie burzyła mu 

Ŝ

ycia. 

Poza tym Felipe nie zdradził się z niczym. W Ŝaden sposób nie okazał, Ŝe chce, aby została, w 

jakimkolwiek  charakterze.  Pewnie  teŜ  widział  wielką  przepaść  między  nimi.  Pocałował  ją  na 

poŜegnanie i odprowadził do samolotu. 

-  Nie  rezygnuję  z  akceptacji  tego  artykułu,  Maggie  Howard  -  Ŝartował.  -  Zmieniłem  zdanie. 

Muszę wyrazić zgodę na kaŜde słowo albo zaskarŜę twoją gazetę. 

Trzymał ją za rękę. Zapowiedziano jej lot, co umoŜliwiło rozstanie bez łez. 

-  Nadal chcesz i mieć ciastko, i zjeść je? - spytała. 

-  Oczywiście. - Ucałował jej dłoń na poŜegnanie. 

ś

adnych łez, zamieszania, nawet nie okazała bólu. Ale cierpiała. śycie bez Felipe było samotne, 

trudne,  a miasto wydawało  się  szare  i  zimne,  chociaŜ  dni  były  długie  i  ciepłe.  Wszędzie  widziała  jego 

twarz. Zasypiała, myśląc o nim, śniła o nim i budziła się z policzkami mokrymi od łez. Wysłała mu 

artykuł  i  dołączyła  liścik  do  Any.  Ana  odpisała  z  entuzjazmem,  ale  Felipe  nawet  nie  przesłał 

pozdrowień. 

Upływ  czasu  potęgował  ból,  nie  łagodził.  Skręcając  w  swoją  ulicę,  była  juŜ  całkowicie 

opanowana. 

I bardzo dobrze. Ze zdumieniem uniosła brwi, widząc, Ŝe ktoś zajął jej miejsce do parkowania. 

Tylko  lokatorzy  mogli  tu  stawiać  swoje  samochody.  Obcym,  nie  posiadającym  pozwoleń,  groziły 

wysokie  mandaty.  A  teraz  wielki  czarny  samochód  z przyciemnionymi szybami zajmował nie tylko 

jej  miejsce,  ale  i  pół  sąsiedniego.  Zdołała  jakoś  zaparkować  i  wysiadła,  zdecydowana  przemówić 

intruzowi do rozumu. 

Ruch był za duŜy, Ŝeby mogła podejść od strony kierowcy, więc ze złością ruszyła chodnikiem 

w stronę drzwi pasaŜera. 

-  Nie wolno tu parkować - zaczęła energicznie. - To moje miejsce! 

Z samochodu wysunęło się długie ramię i zanim zdąŜyła krzyknąć lub odskoczyć, wciągnęło ją 

do środka. 

background image

-  Mogę  robić,  co  tylko  zechcę  -  zapewnił  ją  Felipe.  Spojrzał  na  jej  głowę  i  zerwał  kapelusz. 

Rzucił go na tylne siedzenie. - Cielos! Zdejmij ten przeklęty kapelusz! - Zobaczył jej zdumioną minę. 

- Widzę, Ŝe znowu nie mamy nóg, seńorita Howard. Wracamy do spodni, kapeluszy i ukrywanych 

włosów. 

-  Co tu robisz?! - wykrztusiła Maggie, wpatrując się w niego ze zdziwieniem i nie próbując go 

powstrzymać,  gdy  ściągnął  z  jej  włosów  krępującą  je  gumkę.  To  musiał  być  sen,  bo  Felipe 

de Santis nigdy nie przyjechałby za nią do Anglii. 

Obserwował, jak jej wspaniałe włosy opadają na ramiona, a potem spojrzał jej w oczy. 

-  Co ja tu robię? A radzisz sobie beze mnie? - zapytał cicho. 

-  Nie - wyszeptała. Wpatrywał się w nią uwaŜnie. 

-  Chyba to jest odpowiedź na moje pytanie. Jestem tutaj, bo nie moŜesz sobie poradzić beze mnie i 

ja o tym wiem. - Przyciągnął ją do siebie. - Znowu staniesz się lodowata, oschła i zapomnisz, jak Ŝyć. - Jego 

wargi musnęły jej usta. - Ja teŜ nie mogę sobie bez ciebie poradzić i dałem ci juŜ tyle czasu, ile zamierzałem 

-  wyszeptał  z  ustami  przy  jej  wargach.  -  Jestem  tutaj,  bo  naleŜysz  do  mnie.  -  Pocałował  ją.  -  Moje 

zmysłowe niewiniątko - szepnął. - Mało nie oszalałem, rozmyślając o tobie. 

-  Och, Felipe! 

-  Och,  Maggie!  -  powtórzył  z  rozbawieniem.  -  WyobraŜałaś  sobie  choć  przez  chwilę,  Ŝe 

pozwolę ci odejść? 

-  A jednak pozwoliłeś. 

-  Z wielu powodów. Ale głównie chciałem ci dać czas na porównanie. Chciałem, Ŝebyś mogła 

podjąć decyzję z dala od hacjendy. Sprawiłem, Ŝe oŜyłaś, i chciałem przekonać się, czy z twojej strony 

było to coś więcej niŜ tylko zauroczenie. 

-  Dałeś mi tak wiele - wyszeptała. 

-  Ty dałaś mi wszystko, moja piękna Maggie. Niestety, chcę mieć  wszystko  na  bardzo  długo... 

na zawsze. - Przytulił ją mocno, znowu całując. - Wracaj ze mną! 

Serce  Maggie  omal  nie  wyskoczyło  z  piersi.  Był  tu!  Przyjechał  do  niej!  Nie  miała  pojęcia,  co 

zamierzał, ale była gotowa pójść za nim, dokądkolwiek ją poprowadzi. 

-  Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam? - spytała, siedząc w samochodzie oddalającym się od jej 

domu. 

-  Na twoim liście do Any był adres - przypomniał jej. - ZauwaŜyłem, Ŝe nie było Ŝadnego listu 

dla mnie. 

-  Ja... nie sądziłam, Ŝe chciałbyś... 

-  Oczywiście,  Ŝe  tak  -  mruknął,  zerkając  na  nią.  -  Cały  czas.  -  Odwrócił  wzrok,  gdy  się 

zarumieniła. - No i pomógł Mitch. Narysował mi małą, ale dokładną mapę. 

-  Mitch? - Maggie patrzyła ze zdumieniem. - On przebywa w Niemczech! 

background image

-  Jest  w  Londynie  -  poprawił  Felipe.  -  Wrócił  dzisiaj  rano,  ale  miał  okręŜną  podróŜ. 

Najwyraźniej  konieczna  była  wizyta  w  Hiszpanii.  W  tej  chwili  przygotowuje  się,  by  zabrać  Anę  na 

kolację i do teatru, a potem odprowadzi ją do hotelu, do Marii. 

-  Przywiozłeś teŜ Marię? 

-  Naturalnie.  Nie  mogę  robić  dwóch  rzeczy  na  raz.  Nie  zamierzałem  spędzać  czasu  jako 

przyzwoitka mojej siostry. Przyjechałem do ciebie. 

-  Dokąd jedziemy? - spytała Maggie bez tchu. 

-  Do mojego hotelu. Zamówiłem kolację dla dwojga do pokoju. 

-  Mogę mieć przyzwoitkę? - spytała ironicznie, usiłując opanować drŜenie nóg. 

-  Nie! 

Po minucie Maggie odzyskała oddech i zapytała: 

-  No to dlaczego... dlaczego musiałam spakować torbę? Tylko na kolację... 

-  Bo  juŜ  nie  wracasz  -  powiedział  zdecydowanym  tonem.  -  Jutro  poszukamy  domu  do 

wynajęcia.  Przyjechałem  do  Londynu  dopiero  dziś  rano  i  nie  miałem  na  to  czasu.  Kiedy  znajdziemy 

dom, zabierzemy resztę twoich rzeczy. 

Maggie zamilkła. Nie wiedziała, co powiedzieć. Chciał wynająć dom i miała z nim zamieszkać. 

Przewidywała to, a jednak w głębi serca odczuwała ból. 

Zatrzymał  się  w  tym  samym  eleganckim  hotelu,  nawet  w  tym  samym  apartamencie.  Maggie 

odłoŜyła torbę, a Felipe zamknął drzwi. Weszła do saloniku zagubiona i lekko przeraŜona. 

-  Czy... czy zostajemy tutaj? 

-  Zamówiłem kolację, ale podadzą ją dopiero za godzinę. Masz ochotę na drinka? 

Zdołała tylko pokręcić głową. Przez całą drogę do hotelu milczał i obserwował ją uwaŜnie. Całe 

jej ciało wydawało się wsłuchiwać w niego. Nie wyobraŜała sobie, co zrobi, jeśli będzie musiała znowu 

go opuścić. 

-  Chcesz, Ŝebym... Ŝebym z tobą mieszkała, Felipe? - spytała cichutko. 

-  To naturalne - zapewnił. Był duŜo bliŜej, niŜ myślała, jego ramiona otoczyły ją z tyłu. - Przestań 

się bać, Maggie - uspokajał łagodnie. Odgarnął jej długie, gęste włosy, a jego wargi zaczęły przesuwać się 

po jej karku. Westchnęła cicho, opierając się o niego. 

-  Maggie! - Wyciągnął jej bluzkę zza paska spodni i poczuła jego ręce na skórze. 

-  Felipe!  -  jęknęła,  a  on  porwał  ją  w  ramiona,  zaniósł  do  sypialni  i  zaczął  szybko  rozbierać. 

Maggie  takŜe  niecierpliwie  ściągała  z  niego  ubranie,  chociaŜ  ledwo  zdawała  sobie  sprawę  z tego, co 

robi. Zarzuciła mu ręce na szyję, ochoczo przyjmując gorące pocałunki. W końcu podniósł ją i połoŜył na 

łóŜku, pochylając się nad nią. 

-  Chcę  poczuć  cię  w  moich  ramionach,  twoją  głowę  na  mojej  poduszce  -  powiedział.  -  Chcę 

mieć cię tylko dla siebie, posiąść twoją duszę, dać ci dzieci. Jesteś moja! 

background image

Te zmysłowe słowa odurzyły ją. Krzyknęła cicho, gdy posiadł ją nagle, głęboko, pocałunkiem 

uciszając słowa. 

-  Moja  kobieta  -  wyszeptał. - Jesteś moja, odkąd cię ujrzałem.  -  Podniósł  głowę  i  spojrzał  na 

nią, tuląc mocno do siebie. - Powiedz, Ŝe mnie kochasz - zaŜądał. - Powiedz! 

-  Kocham cię, Felipe! - Była w stanie tylko to wyszeptać, jej uczucia były zbyt silne. Podniecenie 

rosło, aŜ w końcu Ŝadne z nich nie zdawało sobie sprawy z istnienia świata poza nimi. Maggie wiedziała 

tylko,  Ŝe  ich  ciała  były  mocno  splecione.  Gdy  rozkosz  minęła,  Maggie  jęknęła  i  opadła  na  łóŜko. 

Rozpłakała się cicho. 

Felipe otoczył ją ramionami i pocałował delikatnie w policzek. 

-  Maggie! - Kiedy spojrzała na niego zapłakanymi oczyma, zobaczyła napięcie na jego twarzy i 

czułość w spojrzeniu. -Querida! - powiedział. - Kocham cię. Wyjdź za mnie. 

-  Wyjść za ciebie? - Wpatrywała się w niego, a łzy wciąŜ spływały po jej policzkach. 

-  Tak. - Delikatnie scałowywał łzy. - Nie mogę bez ciebie Ŝyć, mi amor. 

Było bardzo późno, kiedy wreszcie zjedli zamówioną przez Felipe kolację. Gdy zaczęło świtać, 

wciąŜ obejmowali się ramionami, zajęci rozmową. 

-  Wróć  ze  mną  do  domu,  dulce  amor  -  prosił  cicho  Felipe,  odgarniając  jej  z  twarzy  włosy.  - 

Wróć w góry. MoŜesz tam pisać i robić, co tylko zechcesz. Dzięki tobie zapanuje tam szczęście jak 

nigdy przedtem. 

-  Nie  chcę  być  z  dala  od  ciebie  -  wyznała  Maggie,  obejmując  go  za  szyję.  -  Mogę  pisać,  ale 

chyba będę bardzo zajęta tymi wszystkimi dziećmi, które chcesz mi dać. 

ś

artobliwe  słowa  miały  swoje  rozkoszne  skutki.  W  końcu  Felipe  westchnął  i  przytulił  ją 

mocniej. 

-  Będziesz  bardzo  zajęta  -  ostrzegł.  -  Ana  potrzebuje  szwagierki  o  silnym  charakterze.  Teraz, 

kiedy odzyskała wzrok, okazała się dość rozbrykana. 

-  I potrzeba ostrej Angielki, Ŝeby sobie z nią poradziła? 

-  zakpiła Maggie. 

-  Poradziłaś sobie ze mną - odparował, uśmiechając się do niej. 

-  Z 

Aną 

będzie 

łatwiej, 

ale 

skoro 

Mitch 

ma 

przyjeŜdŜać 

co 

drugi 

weekend, moŜe będziesz musiała wprowadzić pewne zasady. 

-  Nic jej się nie stanie - zapewniła go Maggie. - A co z jazdą? JuŜ o tym napisałam. Nie moŜe 

się teraz wykręcić. 

-  Nie ma mowy - uśmiechnął się. - Chyba Ŝe nauczyciel będzie zbyt zajęty swoją Ŝoną. 

Ana  z  niczego  się  nie  wykręciła.  Rok  później  Maggie  siedziała  u  boku  męŜa  i  czekała  z 

rosnącym podnieceniem na komunikat, który ogłoszono tłumom zebranym na Wembley. 

background image

-  A teraz nowa nadzieja Hiszpanii, radość dla oczu i serca. Panie i panowie, seńorita Ana de 

Santis! 

Maggie  ścisnęła  mocno  dłoń  Felipe,  gdy  Ana  wjechała  na  arenę  na  białym  koniu.  Ubrana  w 

czarno-biały  strój,  z  czarnymi  włosami  mocno  splecionymi  pod  czarnym  kapeluszem  z  Kor-doby,  była 

Ŝ

ywym  odbiciem  brata,  o  którym  Maggie  marzyła  przed  laty.  Była  w  niej  ta  sama  duma  -  ani  śladu 

psotnej  dziewczyny,  którą  się  stała.  Podczas  jej  występu  Maggie  spojrzała  na  twarz  męŜa  i  dostrzegła 

dumę i radość. 

-  Jest dobra, querida? - szepnął, czując jej spojrzenie. 

-  Prawie  tak  dobra  jak  ty,  kochanie.  -  Czule  uścisnął  jej  dłoń.  Oboje  się  uśmiechnęli,  kiedy 

Mitch, siedzący po drugiej stronie Maggie, wymamrotał: 

-  No, maleńka! Wiem, Ŝe potrafisz! 

I  potrafiła.  Jej  występ  oczarował  wszystkich.  Kiedy  wstali,  by  pójść  do  niej,  Maggie 

zauwaŜyła, Ŝe Mitcha z nimi nie ma. 

-  Wyprzedził  nas  -  zawiadomiła  Felipe  ze  złością,  kiedy  prowadził  ją  przez  tłum,  chroniąc 

przed  potrąceniami.  -  Typowe!  To  ty  powinieneś  pierwszy  jej  pogratulować.  PrzecieŜ  to  ty  się 

napracowałeś. 

-  Nie denerwuj się, kochanie - uspokajał ją z uśmiechem. - To naturalne. Kocha ją. 

-  NiemoŜliwe! - zakpiła Maggie. - Kto by pomyślał? 

-  Za  takie  Ŝarty  zawsze  jest  kara  -  mruknął  uwodzicielsko,  obejmując  ją  ramieniem.  -  Moim 

zdaniem robisz to specjalnie, Ŝeby zostać ukarana. 

Maggie zaczerwieniła się jak piwonia. Nie mogłaby Ŝyć bez kar, które Felipe uwaŜał za odpowiednie. 

WciąŜ była zarumieniona, gdy znaleźli Anę i Mitcha. Stali objęci, ale Ana podeszła, by ucałować Maggie i 

Felipe - Maggie pocałowała dość ostroŜnie. 

-  Jednak przyjechałaś. Ale to chyba trochę ryzykowne? 

-  Wcale  nie  -  uśmiechnęła  się  Maggie.  -  Czuję  się  znakomicie,  a  poza  tym  chciałam  tu  być 

osobiście, a nie oglądać cię w telewizji. Kazałam dziecku zaczekać. 

-  I czeka juŜ wystarczająco długo - stwierdził Felipe. - Zabieram cię do domu. Nie wypada, by 

nasze dziecko urodziło się wśród stada koni. 

-  Zjedzcie  z  nami  kolację  -  zaprosiła  Maggie,  patrząc  na  Mitcha  i  rozpromienioną  Anę.  -  To 

moŜe być moja ostatnia szansa na Ŝycie towarzyskie przez dłuŜszy czas. 

Kupili  dom  w  Londynie,  Ŝeby  spędzać  część  kaŜdego  roku  w  Anglii.  Teraz,  kiedy  dziecko 

miało się urodzić lada dzień, Felipe przywiózł tu Maggie. 

-  No  cóŜ  -  zaczął  Mitch  z  namysłem.  -  W  zasadzie  chcemy  być  dzisiaj  sami,  ale  skoro  mam 

niedługo zostać wujkiem... 

-  Wujkiem? - zdumiona Maggie patrzyła na niego, a Ana wyciągnęła rękę, pokazując im lśniący 

background image

pierścionek. 

-  Zaręczyłam się - oznajmiła radośnie. 

-  Eee... ja teŜ - dodał Mitch. 

-  Otworzymy  szampana  -  obiecał  Felipe,  kiedy  skończyli  im  gratulować,  -  Przyjedźcie 

niedługo. Maggie musi duŜo odpoczywać, za wiele wraŜeń moŜe jej zaszkodzić. - Potem zwrócił się do 

Maggie: - Jeśli się pośpieszymy, będę cię miał tylko dla siebie do czasu, gdy się zjawią. 

-  W takim razie - przytuliła się do niego, kiedy wsiedli do samochodu - nie będę się upierać. 

-  Oczywiście, Ŝe nie - oznajmił dumnie. - Oswoiłem cię. Ale nie za bardzo - dodał, biorąc ją w 

ramiona. - Uwielbiam nad tym pracować. 

Nagle zaprzestał Ŝartów i popatrzył na jej twarz, kiedy oparła mu głowę na ramieniu. 

-  Kocham cię, Maggie de Santis - powiedział. - Nie chcę się tobą dzielić absolutnie z nikim. - 

PołoŜył dłoń najej krągłym brzuchu. - Nawet z nim.  , 

-  Nigdy  nie  będziesz  musiał  się  mną  dzielić  -  szepnęła.  -  To  inny  rodzaj  miłości.  Tę  miłość 

będziemy dawać oboje. - Delikatnie pogładziła jego śniadą twarz. - A ten rodzaj miłości zachowamy dla 

siebie. 

-  Siempre - obiecał, kiedy ich wargi się zetknęły.