background image

LEIGH MICHAELS

Wielbicielka

Tłumaczyła: Anna Koszur

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Lauren   pochyliła   się   nad   wystawą   i   rozprostowała   zgniecione 

arkusze   czerwonej   bibuły,   którą   była   wyłożona.   Jeżeli   wygładzi   ten 

kawałek w rogu, będzie tam świetne miejsce na małe aksamitne pudełko. 

Przechodząc każdy zauważy rubinowy pierścionek, który tam umieści. A 

poza tym... Czy powinna położyć obok tę srebrną bransoletkę, z zapięciem 

w kształcie serca, czy może lepiej, jeżeli na wystawie będzie tylko złoto?

Odchyliła   się,   żeby   ocenić   efekt.   Z   miejsca,   w   którym   stała,   z 

wnętrza   sklepu,   trudno   było   zobaczyć,   jak   prezentuje   się   wystawa   z 

zewnątrz i stwierdzić, czy wspaniały diament w naszyjniku, stanowiącym 

centralny   punkt   dekoracji,   odbija   promienie   światła.   Może   sprawiał 

wrażenie   zwykłego   kawałka   szkła?   Wyjrzała   na   ulicę,   a   potem   rzuciła 

zamyślone spojrzenie na dziewczynę, która ustawiała tace z brylantowymi, 

zaręczynowymi pierścionkami w gablocie, po drugiej stronie sklepu.

– Kim... – zaczęła – czy mogłabyś mi pomóc przy tej wystawie?

– Jeżeli chcesz mi zaproponować, żebym stała na ulicy i za pomocą 

języka migowego dawała ci znaki, pod jakim kątem ustawić każdą rzecz – 

nie licz na to, że ci pomogę. – Kim nawet nie spojrzała w jej stronę.

– Ja nie... Właściwie... – Lauren zaśmiała się.

–   Całe   szczęście,   bo   nie   zamierzam   wychodzić   na   zewnątrz.   Nie 

widzisz, jak okropnie pada?

Kim miała rację. Zerwał się przenikliwy, styczniowy wiatr i grudki 

zamrożonego deszczu uderzały w szybę. Lauren przeszedł zimny dreszcz.

–   Chciałabym,   żebyś   mi   pomogła   tutaj   –   powiedziała.   –   Czy 

mogłabyś mi podać te rzeczy. Nie mogę ich dosięgnąć.

background image

–   Dlaczego   nie   chcesz   się   czołgać   po   wystawie?   To   na   pewno 

przyciągnęłoby   tłumy.   –   Kim   zamknęła   gablotę   z   zaręczynowymi 

pierścionkami i przeszła przez sklep.

– Podaj mi tę białą skórzaną rękawiczkę i rabinowy pierścionek – 

Lauren skrzywiła się. – Nie, nie ten. Taki bardzo egzotyczny, z podłużnym 

kamieniem.

Kim podniosła rękawiczkę i aksamitne pudełko ze stosu ułożonego 

na gablocie i zamyślona spojrzała przez okno:

– Mogłabym już nigdy nie wychodzić na zewnątrz. W każdym razie 

do wiosny.

–   Skoro   już   nigdzie   nie   wychodzisz   –   z   zaplecza   odezwał   się 

właściciel sklepu – może mogłabyś zająć się jakąś poważną pracą, zamiast 

opierać się o ladę i robić dobre wrażenie?

Kim wzruszyła ramionami.

–   Nie   mogę   sprzedawać,   jeżeli   nie   ma   klientów,   panie   Baines   – 

zauważyła   niewinnie.   W   momencie,   kiedy   właściciel   znikł   w   swoim 

biurze,   pociągnęła   Lauren   mocno   za   rękaw.   –   Myślałam,   że   już   nigdy 

sobie nie pójdzie – powiedziała szybko. – W każdej chwili może wrócić, a 

ja od chwili, kiedy rano weszłam do sklepu, powstrzymuję się, żeby cię o 

coś nie zapytać. Ward na pewno zdobył dla ciebie bilety, prawda? Jak 

możesz być taka spokojna?

Dłoń Lauren zadrżała lekko, gdy wkładała pierścionek na właściwy 

palec białej rękawiczki. Wyglądało to jak omdlewająca biała ręka ducha, 

ułożona   na   białym   materiale.   Ale   jej   głos   był   całkowicie   spokojny. 

Oczywiście   spodziewała   się   tego   pytania   i   już   dawno   wymyśliła,   co 

odpowie.

background image

– Nie – mruknęła. – Nie zdobył.

Kim szeroko otworzyła oczy ze zdziwienia.

–   Ale   przecież   ci   powiedział...   –   zabrzmiało   to   jak   skarga.   –   A 

urodziny!   Myślałam,   że   Ward   obiecał   ci,   że   to   będzie   specjalna 

uroczystość.

– Obiecał. I była. Spędziliśmy u niego bardzo miły wieczór. Zrobił 

kolację, i...

– Nawet nie zaprosił cię do jakiejś restauracji?

– ...dostałam od niego książkę, którą od dawna chciałam przeczytać, 

i...

Kim skwitowała to jednym, prawie nieprzyzwoitym gestem.

– Jakie to niezwykle romantyczne! – rzekła ironicznie. – Liczyłaś na 

te bilety, Lauren. To musiało być dla ciebie okropne. Nie jesteś na niego 

wściekła?

Lauren musiała się powstrzymać, żeby nie przyznać Kim racji, ale to 

tylko sprowokowałoby dalszą rozmowę. Nie była pewna, czy jej duma 

zniosłaby to.

Gdyby   chociaż   Ward   nie   powiedział   jej,   że   planuje   jakąś 

niespodziankę   na   „bardzo   specjalną   uroczystość”,   jaką   miały   być   te 

urodziny, może nie liczyłaby na nic. To głupie, ale po tej zapowiedzi nie 

mogła   opanować   uczucia   rozczarowania,   gdy   zrobił   dla   niej   zwykłą 

kolację   i   dostała   zwykłą   książkę.   Jedzenie   było   naprawdę   świetne   i 

szczerze   ucieszyłaby   się   książką,   ale   trudno   to   porównać   z   tak 

upragnionymi biletami na koncert Huntera Dixa.

Najgorsze   u   Warda   jest   to,   że   nie   ma   w   nim   nawet   odrobiny 

romantyzmu,   pomyślała.   Gdyby   było   inaczej,   lubiłby   przecież   muzykę 

background image

Huntera   Dixa   –   najwspanialsze   piosenki   miłosne,   jakie   ktokolwiek   na 

świecie śpiewał. I nie trzeba by mu było wyjaśniać, dlaczego dzisiejszy 

koncert ma tak duże znaczenie.

– Wiedział, że marzysz o tym, żeby tam pójść – jęknęła Kim. – Jak 

mógł nie zdobyć dla ciebie tych biletów?

Lauren   już   dawno   wymyśliła   odpowiedź   na   to   pytanie   i   zdanie 

zabrzmiało dość naturalnie.

– Tak samo, jak nam się to nie udało. Biletów jest po prostu za mało 

dla wszystkich i zostały wykupione przez uczniów szkoły sponsorującej 

całą tę imprezę.

–   To   niezbyt  ładnie   z   ich   strony,   tak   uważam  –   stwierdziła   Kim 

bezlitośnie. – To, że nie jesteśmy uczniami college’u nie znaczy jeszcze, 

że mogą traktować nas gorzej. Powinni dać też zwykłym ludziom szansę 

kupienia   tych   biletów.   Ale   Ward   zna   przecież   masę   ludzi   stamtąd.   Na 

pewno mógł poprosić kogoś ze swoich przyjaciół o dwa bilety.

–  Widocznie   nie  mógł.   Bilety,  nie  wykupione  przez   fanów,  są   w 

rękach koników, a oni będą za nie chcieli fortunę. Nie mogę mieć pretensji 

do Warda o to, że nie chce wydać tylu pieniędzy na jeden wieczór.

Kim nie  uwierzyła w ani jedno jej słowo i Lauren sama  musiała 

przyznać, że nie zabrzmiało to przekonywająco. Ale jak miała przekonać 

Kim, jeżeli sama nie wierzyła w to, co mówiła? Kim miała rację. Ward 

rzeczywiście bardzo ją rozzłościł. Gotowa była zrobić prawie wszystko, 

żeby pójść na ten koncert. A ponieważ tak się złożyło, że on nie lubił 

Huntera Dixa i jego muzyki, nie przyszło mu do głowy, żeby załatwić 

bilety przez któregoś ze swoich znajomych. Nawet tego nie mógł dla niej 

zrobić...

background image

– Ward jest zwykłym draniem – powiedziała Kim bardzo cicho. Ta 

uwaga podziałała na Lauren jak kubeł zimnej wody.

– To nieprawda – odparła spokojnie. – Jest to bardzo fajny facet, 

który po prostu nie potrafi zrozumieć, że ten koncert to dla mnie jedyna 

okazja, żeby zobaczyć Huntera Dixa... – nagle zamilkła i przygryzła wargi. 

–   Jedyna   szansa,   żeby   osobiście   zobaczyć   i   usłyszeć   najlepszego 

piosenkarza na świecie.

–   Zastanów   się   dobrze,   zanim   zdecydujesz   się   wyjść   za   niego   – 

radziła Kim – bo rzadko będziesz miała okazję pójść gdziekolwiek albo 

spotkać się z kimś.

– Kto powiedział, że zamierzam wyjść za niego za mąż? – Lauren 

spojrzała na nią zdziwiona.

– Wszyscy w okolicy są przekonani, że jesteście właściwie zaręczeni 

–   Kim   wzruszyła   ramionami.   –   A   na   pewno   zachowujecie   się   tak, 

jakbyście byli. Nie spotykasz się przecież z nikim innym.

Była   to   prawda   i   Lauren   zastanawiała   się   nad   tym   kończąc 

dekorowanie   wystawy   –   wkładając   różowe   serduszka   i   jedwabne   róże 

między biżuterię. Zaczęła się spotykać z Wardem już kilka miesięcy temu 

i stopniowo przestała umawiać się z kimkolwiek innym. Prawie tego nie 

zauważyła, bo Ward wypełniał jej czas. Czuła się w jego towarzystwie 

lepiej niż z resztą swoich znajomych. Jeszcze wczoraj nie miałaby  nic 

przeciwko   temu,   żeby   wszyscy   uważali,   że   kiedyś   się   pobiorą.   Dziś 

jednak... zaczęło jej to przeszkadzać.

Zmrok zaczął zapadać bardzo wcześnie. Wiatr był coraz silniejszy i 

marznący deszcz zmienił się w gęsty śnieg. Małe płatki boleśnie uderzały 

background image

w twarz, kiedy Lauren wolno szła w kierunku apteki. Właściwie to wcale 

nie miała ochoty tam iść, ale bar przy aptece był jedynym miejscem w tej 

handlowej dzielnicy, gdzie można było zjeść lunch albo wypić filiżankę 

kawy. Nic nie mogła na to poradzić, że właścicielem apteki był Ward. Nie 

chciała go przecież unikać.

Alma, miła, sympatyczna kobieta, stojąca za kontuarem, miała już 

przygotowaną filiżankę.

– Co dziś pijesz Lauren, kawę czy herbatę? – spytała. – A może 

gorącą czekoladę? Ward zaraz przyjdzie. Uprzedziłam go, że tu jesteś.

– Dziękuję – powiedziała Lauren sucho. Słyszała te słowa prawie 

codziennie,   ale   nigdy   nie   denerwowały   jej   tak   jak   dziś.   –   Poproszę   o 

herbatę.

Usiadła   i   zaczęła   mieszać   płyn,   patrząc   bezmyślnie   przed   siebie. 

Więc jednak Kim miała rację. Wszyscy dookoła byli przekonani, że ona i 

Ward mają wspólne plany na przyszłość.

A   przecież   nie   była   to   prawda.   Do   dzisiejszego   dnia   jakoś   nie 

myślała o tym, ale teraz, kiedy zaczęła się zastanawiać, poczuła się jakoś 

niepewnie. Przecież gdyby Ward miał jakieś poważne zamiary wobec niej, 

to coś by o tym wspomniał. Może niekonkretnie, ale jakoś dałby jej to do 

zrozumienia. Czy to, że nie zrobił tego dotąd, przez te wszystkie miesiące, 

kiedy się spotykali, oznaczało, że chciał się zatrzymać na tym etapie, do 

którego   doszli?   Czy   urodzinowe   kolacje,   kino,   niedzielne   wycieczki 

samochodem miały trwać w nieskończoność?

Nagle duża męska dłoń delikatnie pogłaskała ją po głowie. Było to 

typowe dla Warda powitanie. W miejscach publicznych uśmiechał się do 

niej ciepło, głaskał ją, ale nigdy nie całował. To śmieszne, przemknęło jej 

background image

przez głowę, że nigdy wcześniej o tym nie pomyślała. A przecież Ward nie 

unikał wcale fizycznego kontaktu. Poprzedniego wieczora, na przykład, 

kiedy przyszła do jego mieszkania, całowali się tak długo i głęboko, że 

prawie nie mogła złapać tchu. Czym więc była spowodowana ta rezerwa 

teraz? Czy chodziło tylko o to, że nie chciał narazić się na plotki?

– Przepraszam – powiedział Ward krótko, siadając obok niej. – Ale 

chyba   całe   miasto   ma   tę   okropną   grypę.   Nie   mogę   nadążyć   z 

przygotowaniem leków. Nie miałem nawet czasu na kawę.

–   Za   to   interes   idzie   bardzo   dobrze.   –   Nie   podniosła   oczu   znad 

filiżanki.

– Tak, ale gdyby to ode mnie zależało... Lauren, co chcesz zobaczyć 

w tej filiżance? – spytał śmiejąc się cicho. – Lauren...

Podniosła wzrok i spojrzała na niego. Miał głęboko osadzone oczy w 

ślicznym brązowym kolorze, co widać było szczególnie, gdy się uśmiechał 

– tak jak w tej chwili – i najdłuższe na świecie rzęsy. Była to miła twarz, 

właściwie nie tyle ładna, ile bardzo proporcjonalna. Miał kształtny nos, 

szerokie   usta,   trochę   zbyt   duże   uszy   –   chociaż   może   wyglądały   tak   z 

powodu tej klasycznej, niemodnej fryzury?

Kiedyś   dokuczała   mu   na   ten   temat,   ale   Ward   powiedział,   że 

poprzedni właściciel apteki ostrzegał go: ludzie nie będą mieli zaufania do 

kogoś, kto wygląda zbyt młodo, niezależnie od jego kwalifikacji.

– Nie mogę dorobić sobie zmarszczek – stwierdził Ward – ale mogę 

uważać na swoją fryzurę, sposób ubierania się, mówienia czy zachowania. 

Sprawiać   wrażenie   osoby   godnej   zaufania,   a   nie   jakiegoś   młodego, 

roztrzepanego chłopca.

Lauren słuchała, z nieruchomą twarzą, a potem na serio poradziła, 

background image

żeby Ward kazał sobie usunąć połowę włosów, a resztę ufarbował na siwo. 

Wtedy też, po raz pierwszy, zauważyła mały dołek, kryjący się w jego 

policzku, widoczny, gdy się uśmiechał. Zafascynowana tym odkryciem, 

szybko zapomniała o fryzurze Warda. To niesłychane, pomyślała wtedy, 

że   nigdy   dotąd   nie   spostrzegła   upartego   kształtu   jego   brody   i   tej 

stanowczej szczęki. Ale przecież dwoje ludzi nie może zgadzać się we 

wszystkim. Gdyby tak było, życie stałoby się bardzo nudne.

Jednak... Ward chyba nawet nie wiedział, jak bardzo liczyła na te 

bilety. Pomimo wszystkich aluzji nie zdawał sobie sprawy, jak duże miało 

to dla niej znaczenie. Najwyraźniej nie chciał tego zauważyć. Zastanawiała 

się, jak by zareagował, gdyby powiedziała mu wprost, jak bardzo zależy 

jej   na   tym  koncercie.   Teraz   patrzył   na   nią,   a   w   jego   oczach   czaił   się 

uśmiech.

– Jak na starszą kobietę, całkiem nieźle się trzymasz – stwierdził 

żartobliwie.

–   Ward   –   zdecydowała   się   nagle.   –   Czy   mógłbyś   jeszcze   raz 

spróbować zdobyć dwa bilety?

– Czy znowu mówisz o tym... jak-on-się-nazywa?

– Nie martw się – powiedziała ironicznie. – Nie proszę cię, żebyś mi 

towarzyszył... Bilety byłyby dla mnie i Kim.

– Lauren, ale ich już po prostu nie ma.

–   Jeżeli   się   wystarczająco   dużo   zapłaci,   na   pewno   ktoś   odstąpi. 

Przecież znasz wielu ludzi, którzy mają bilety. Nie przejmuj się ceną. Ja za 

nie zapłacę.

– Więc to dla ciebie aż takie ważne – powiedział cicho. Nie było to 

pytanie, ale mimo wszystko skinęła głową.

background image

– Ward, proszę cię – mówiła prawie niesłyszalnym szeptem.

– Dobrze – odrzekł cichym, spokojnym głosem – spróbuję, ale...

– Dziękuję – odpowiedziała chłodno.

– Chyba lepiej wrócę do pracy – Ward wstał ze stołka – bo i tak mam 

masę zaległości. – Znowu dotknął ręką jej włosów i nagle zauważył błysk 

brylancików w uszach. – Nowe kolczyki? – spytał obojętnie.

Lauren skinęła głową.

Odgarnął   pasmo   jej   jasnych   włosów   i   starannie   obejrzał   długie, 

wiszące kolczyki z pół-karatowymi kamieniami.

– Ładne. Powiem ci, jeśli się czegoś dowiem.

– Będę w sklepie do szóstej.

Nie patrzyła, jak odchodził. Alma podeszła, żeby sprzątnąć ze stołu i 

wskazując na kolczyki stwierdziła:

– Chyba bałabym się nosić coś takiego. Cały czas myślałabym tylko 

o tym, że mogę je zgubić.

– Nie ma obawy. Są ubezpieczone. – Lauren zapłaciła za herbatę i 

wróciła   do   pracy.   Nie   miała   wielkiej   nadziei   na   bilety,   ale   z   czystym 

sumieniem mogła powiedzieć, że zrobiła wszystko, co było możliwe, żeby 

je zdobyć.

Pan   Baines   układał   właśnie   nową   kolekcję   pereł   w   wykładanej 

aksamitem skrzynce.

–   Czy   ktoś   zauważył   kolczyki?   –   spytał   od   razu.   Lauren 

potwierdziła. – Masz bardzo ładne uszy. Wiedziałem, że to dobry pomysł, 

żebyś   je   nosiła.   To   świetna   reklama.   Oddasz   mi   je   za   jakiś   tydzień, 

dobrze? – Nie czekając na odpowiedź wyszedł na zaplecze, pogwizdując.

–   Bardzo   ładne   uszy   –   powtórzyła   Kim,   która   właśnie   wróciła   z 

background image

przerwy obiadowej. – Masz też śliczne ręce, długie i szczupłe, idealne do 

prezentowania pierścionków. I ta szyja... Szkoda, że natura nie wszystkich 

tak hojnie obdarowała.

– Myślałam, że miałaś zamiar już nigdy nie wychodzić na dwór – 

Lauren skrzywiła się.

Płaszcz Kim zsunął się z ramion na podłogę. Kopnęła go na bok.

– Na razie nigdzie się nie wybieram.

Lauren ze zdziwieniem spojrzała na rzucone ubranie.

Kim   zazwyczaj   bardzo   szanowała   swoje   rzeczy.   Ale   teraz, 

niezadowolona, patrzyła przez okno w milczeniu. Lauren wyjrzała i nagle 

spostrzegła   długi,   biały   samochód,   który   zatrzymał   się   właśnie   przed 

sklepem. – Co to jest?

– Dobre pytanie – stwierdziła Kim. – To, kochanie, jest limuzyna. 

Cadillac.

– Wiem, przecież widziałam już coś takiego... – głos Lauren zamarł. 

– Ale czy znasz kogoś, kto mógłby jeździć takim samochodem po naszym 

mieście?

Z samochodu wyszedł mężczyzna w ciemnym, służbowym ubraniu i 

czapce, i otworzył pasażerom tylne drzwi.

– To jest Hunter Dix – szepnęła Lauren, widząc doskonale znany 

profil. – On tu idzie.

Kierowca w liberii wsiadł z powrotem do samochodu, a Hunter Dix 

skierował się do sklepu. Towarzyszyło mu dwóch potężnych mężczyzn w 

ciemnych okularach.

Co   za   szpan,   pomyślała   Lauren.   Przed   czym   oni   się   chronią? 

background image

Przecież słońca nie ma, na dworze jest prawie ciemno.

Jeden z mężczyzn wszedł, rozejrzał się po sklepie i skinął głową 

drugiemu, który przytrzymał drzwi i przepuścił Huntera Dixa.

No   tak,   pomyślała   Lauren.   To   na   pewno   jego   ochrona.   Dzięki 

ciemnym okularom nie widać, w którą stronę patrzą.

Ochrona – nigdy przedtem nie zastanawiała się, czy może to być 

naprawdę potrzebne. Prawdopodobnie Hunter Dix nie mógł się bez nich 

ruszyć, z obawy przed tłumem wielbicieli.

– Czym mogę panu służyć... panie Dix? – w drugim końcu sklepu 

Kim nerwowo poprawiała okulary.

Spojrzał na zaręczynowe pierścionki i obrączki, przy których stała, i 

powiedział z kwaśnym uśmiechem:

– Obawiam się, że nic z tych rzeczy mnie nie interesuje.

Jego głos wydał się Lauren cieplejszy niż oczekiwała, ale przecież 

dotąd słyszała go tylko na płytach. W rzeczywistości był jakby bardziej 

serdeczny. Miała wrażenie, że otacza ją stopniowo i łaskocze w uszach.

Odwrócił się w jej kierunku.

– Tak, tego właśnie szukam – powiedział cicho i przeszedł przez 

sklep, patrząc Lauren prosto w twarz. Jego duże, chłodne, niebieskie oczy 

miały w sobie jakąś magnetyczną siłę.

Lauren z trudem przełknęła ślinę. Myślała, że jest znacznie wyższy, 

nie   był   nawet   wzrostu   Warda.   Miał   na   sobie   duży,   luźny   płaszcz,   nie 

zapięty, tylko ściągnięty paskiem. Wydawał się przez to szczuplejszy, niż 

przypuszczała.   Włosy  miał   trochę  dłuższe   niż  na  większości  fotografii, 

lekko falujące. Sięgały z tyłu do kołnierzyka koszuli. Także jego twarz 

wydawała się inna, żadne zdjęcie nie mogło oddać wyrazu oczu i tego 

background image

czarującego uśmiechu, kiedy patrzył na nią...

–   Tak,   to   jest   to,   czego   szukam   –   powtórzył   miękko   i   dodał 

spokojnie: – Chodzi mi o złoty łańcuszek.

Lauren odwróciła się do szafki i otworzyła ją.

– Proszę – powiedziała. – Czy coś jeszcze?

–   A   więc   na   tobie   nie   wywarłem   takiego   wrażenia,   prawda?   – 

zaśmiał się nagle. Było to raczej stwierdzenie, niż pytanie.

–   Wrażenia?   –   Kim   odzyskała   nie   tylko   mowę,   ale   i   zdolność 

poruszania się. – Oczywiście, że pozostaje pod pańskim wrażeniem. Jest 

pan przecież jej idolem.

Lauren zignorowała uwagę Kim i zaczęła wyjmować łańcuszki na 

ladę.

– Czy woli pan czyste złoto, czy może coś mniej szlachetnego, ale 

trwalszego? To ma być dla pana czy na prezent?

– Dla mnie – wyjaśnił. Wyciągnął rękę i wziął cienki złoty łańcuszek 

z brylancikami.

– Więc to prawda? – Kim oparła się łokciami o ladę. – To, co piszą 

w gazetach, że pana opuściła. To znaczy ta aktorka.

Najwyraźniej   nie   zrażony   tak   natrętną   ciekawością   Hunter 

uśmiechnął się gorzko.

– Nie przypominaj mi o tym. Tym razem rzeczywiście mieli rację.

– Złamała panu serce – Kim westchnęła. – Naprawdę bardzo panu 

współczuję i strasznie mi przykro z tego powodu.

Spojrzał  na  nią  zaskoczony,  a  potem w  jego  oczach  pojawiło  się 

rozbawienie.

– Tak?... To miłe. A co na to twoja nieśmiała przyjaciółka, hmm? – 

background image

poruszył łańcuszkiem i obserwował, jak odbija się w nim światło. Potem 

odłożył go, oparł się o ladę i spojrzał Lauren w oczy. – A więc jestem 

twoim idolem? Jak masz na imię? Dziś wieczorem zaśpiewam piosenkę 

specjalnie dla ciebie.

Lauren nie mogła złapać oddechu. Bliskość piosenkarza sprawiła, że 

czuła   jakby   zaciskające   się   żelazne   obręcze.   Myśl   o   tym,   że   mógłby 

zaśpiewać coś specjalnie dla niej...

– Oba... obawiam się, że nie będę na koncercie. Nie udało mi się 

dostać biletów.

Zmarszczył brwi. Puścił łańcuszek, którym się bawił, i dał znak ręką.

– Dwie wejściówki – powiedział nie podnosząc nawet wzroku. Jeden 

z ludzi z ochrony wyciągnął kopertę z wewnętrznej kieszeni marynarki.

Kim   krzyknęła   głośno   i   szybko   zatkała   usta   ręką.   Natychmiast 

pojawił się pan Baines, przerażony tym hałasem. Miał otwarte usta, a w 

jednym jego oku ciągle tkwiła lupa. Wyglądał jak jakaś dziwna ryba.

– Czy coś się stało? – zapytał.

Lauren pomyślała, że panu Baines prawdopodobnie wydaje się, że 

jego głos brzmi groźnie, tymczasem było akurat odwrotnie.

– Wszystko jest w porządku – odpowiedziała. – Myślę, że pan Dix 

znalazł już łańcuszek, o jaki mu chodziło.

Hunter   Dix   złapał   za   ramię   jednego   z   goryli,   który   trzymał 

wejściówki.

– Zajmij się tym – powiedział. – Wezmę ten... Ten... i jeszcze ten... i 

ten – Goryl brał po kolei wybrane łańcuszki z zaskakującą delikatnością, 

aż jego dłoń była prawie pełna.

– Ale ceny... – powiedziała Lauren bezradnie, widząc poczynione 

background image

spustoszenie. – Nie powiedziałam nawet, ile to wszystko kosztuje!

– Nienawidzę zajmować się takimi sprawami – rzekł cicho Hunter 

Dix. – Wolałbym się dowiedzieć, jak masz na imię.

Ale   zanim   Lauren   zdążyła   się   odezwać,   Kim   chętnie   udzieliła 

wszelkich   informacji.   Piosenkarz   własnoręcznie   wypełnił   wejściówki   i 

złożył na nich swój podpis.

– Dzięki temu będziecie też mogły wejść za kulisy. Przyjdźcie się ze 

mną przywitać. Dla każdej z was zaśpiewam dziś specjalną piosenkę – 

obiecał   wspaniałomyślnie   podając   Kim   jej   wejściówkę.   Kiedy   jednak 

Lauren sięgnęła po swoją, podniósł jej rękę do ust i pocałował delikatnie 

każdy palec.

Pan   Baines   wypisywał   właśnie   rachunek   i   wyglądał   już   prawie 

normalnie. Goryl podniósł jeden z łańcuszków i powiedział:

– To zaszczyt dla ciebie, że Hunter Dix będzie nosił twój towar. 

Kupuje tak dużo, że mógłbyś mu zaproponować jakąś specjalną cenę.

– Alec – syknął Hunter Dix przez zaciśnięte zęby. – Ty idioto, nie 

tutaj! – uśmiechnął się do Lauren i cicho powiedział: – Jak rzadko siła 

idzie w parze z rozumem...

Goryl spojrzał ponuro, zaczął rozwijać pokaźny zwitek banknotów i 

podawać je panu Baines. Potem Hunter Dix i jego świta wyszli i stali się 

tylko   pięknym   wspomnieniem.   Jedynym   dowodem   ich   obecności   były 

dwa kawałki papieru, którymi Kim wymachiwała nad głową, tańcząc z 

radości po sklepie.

Więc   to   zdarzyło   się   naprawdę,   pomyślała   Lauren   nagle   dziwnie 

zobojętniała.   I   naprawdę   idę   na   ten   koncert.   Świetnie   się   składa,   to 

powinno być dobrą nauczką dla Warda.

background image

Reszta popołudnia była, jeżeli chodzi o pracę, całkowicie stracona. 

Za   każdym  razem,   kiedy   Kim   i   Lauren   spojrzały   na   siebie,   zaczynały 

radośnie   chichotać.   Pan   Baines   na   próżno   zwracał   im   uwagę   na 

niewłaściwy   stosunek   do   pracy,   Zresztą   on   też   nie   mógł   być 

niezadowolony, biorąc   pod  uwagę  sumę,  jaką  zostawił  w kasie   Hunter 

Dix, kupując złote łańcuszki. Tak więc w końcu wycofał się na zaplecze, 

pozostawiając je same.

Kim właśnie opierała się o gablotę, oglądając rękę, której dotknął 

piosenkarz,   kiedy   weszła   jedna   ze   stałych   klientek.   Chciała,   żeby   pan 

Baines wprawił jej zgubiony kamień do brylantowego pierścionka.

– Już nigdy nie będę myła tej ręki – stwierdziła Kim, kiedy Lauren 

wróciła z zaplecza z naprawionym pierścionkiem. – Nigdy, przysięgam.

– Śmiesznie będziesz wyglądała z jedną ręką brudną – powiedziała 

klientka. – Ale i tak macie szczęście w porównaniu z resztą jego fanów. 

Szkoda tego koncertu, prawda?...

Nic nie mogło zabić radości brzmiącej w głosie Lauren, ale pytanie z 

trudem przeszło jej przez gardło.

– Co pani ma na myśli?

– Nie słyszałyście jeszcze? Koncert został odwołany. Wiatr jest tak 

silny, że zamknięto lotnisko, i zespół, który miał towarzyszyć Hunterowi 

Dixowi, nie może przylecieć z Chicago. W tym cały problem.

Przez chwilę Lauren miała wrażenie, że podłoga, na której stoi, nagle 

się zapada.

– W sumie to śmieszne – mówiła dalej klientka beztroskim głosem. – 

Całe   to   zamieszanie   związane   z   tym   wyjątkowym   koncertem.   Ta 

background image

zarozumiała elita. Wykształceni ludzie z college’u i nie pomyśleli o tym, 

żeby wyznaczyć termin koncertu na jakąś bardziej sprzyjającą porę, a nie 

na koniec stycznia. Powinni byli wiedzieć, że Matka Natura nie będzie dla 

nich robiła wyjątku. – Włożyła pierścionek na zniszczoną rękę i podniosła 

torby pełne zakupów.

Lauren   wychyliła   się   przez   okno   i   obserwowała   oddalającą   się 

postać. Kobieta miała rację. Wiatr był tak silny, że szła prawie zgięta w 

pół.

– Chyba się zabiję – stwierdziła Kim. – Diament tak łatwo przecina 

szkło, ciekawe, czy przetnie moje nadgarstki.

Lauren nawet nie odpowiedziała, miała kompletnie ściśnięte gardło. 

Mogłaby przeżyć bez tego koncertu, ale mieć tę cholerną wejściówkę i 

jeszcze   możliwość   wejścia   za   kulisy!   –   i   widzieć,   jak   wszystko   nagle 

pryska... To było nie do zniesienia.

Bezmyślnie, automatycznie wykonała wszystkie rutynowe czynności 

związane   z   zamykaniem   sklepu:   schowała   najcenniejsze   rzeczy   do 

ogromnego,   podwójnie   zamykanego   sejfu,   zamknęła   kasę,   włożyła 

rachunki do koperty przeznaczonej dla banku, którą miała oddać po drodze 

do   domu.   Gdyby   jednak   ktoś   spytał   ją,   czy   to   wszystko   zrobiła,   nie 

potrafiłaby odpowiedzieć.

Nie   była   zaskoczona,   kiedy   przy   bankowym   okienku   pojawił   się 

Ward. Aptekę też zamykano o szóstej i często spotykali się w tym właśnie 

miejscu.   Właściwie   to   tu   zobaczyli   się   po   raz   pierwszy.   Pewnego 

wieczora, w lecie zeszłego roku, zapomniała zakleić kopertę, która upadła 

i monety z brzękiem rozsypały się, wpadając między płyty chodnika, a 

czeki zaczęły fruwać w powietrzu. Wtedy Ward pomógł jej pozbierać to 

background image

wszystko...

Jednak tego wieczora nie chciała o tym myśleć, powiedziała więc 

raczej chłodno:

– Spodziewam się, że nie miałeś zbyt dużo kłopotu próbując zdobyć 

bilety.

– Słyszałem, że sama sobie świetnie poradziłaś. Przecież cala ulica 

mówiła dziś tylko o wizycie w waszym sklepie. – Jego głos zabrzmiał 

jakoś dziwnie. Czy miało to być ostrzeżenie?

Wiedziała, że nie ma sensu złościć się na Warda. To nie jego wina, 

że pogoda się popsuła. Ale usłyszała swój głos:

– Przypuszczam, że jesteś bardzo zadowolony z tego, że odwołano 

koncert!

– Och! Lauren, oczywiście, że nie jestem zadowolony. Naprawdę 

zrobiłem wszystko, co mogłem. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że 

bardzo ci na tym zależało.

Nie odpowiedziała.

– Na pewno jest za zimno, żeby tak tu stać – dodał po chwili. – Ja w 

każdym   razie   muszę   jeszcze   wrócić   do   apteki.   Mam   masę   recept   do 

przygotowania, zanim przyjedzie samochód, żeby odebrać lekarstwa. A co 

robisz później? Chciałabyś pójść do kina?

W milczeniu pokręciła głową. Ward uniósł brwi.

– Rozumiem – powiedział cicho. – Wolisz pójść do domu i tam, w 

samotności, rozczulać się nad sobą.

Lauren nie czuła już zimna, ogarnęła ją złość.

– To najbardziej niemiła rzecz, jaką ktokolwiek, kiedykolwiek mi 

powiedział!

background image

– Przykro mi Lauren – jego głos brzmiał bardzo spokojnie. – Masz 

prawo czuć się rozczarowana. A więc do zobaczenia jutro.

Odwrócił się i długim krokiem odszedł w stronę apteki. Po chwili 

jego sylwetka prawie zniknęła we mgle. Gdyby nie to, że był wysoki i 

miał szerokie ramiona, w ogóle nie można by go było dostrzec.

Przez chwilę chciała go zawołać, ale powstrzymała się i odeszła w 

stronę parkingu. Nie miała już dziś ochoty na pouczenia i uwagi, tego była 

pewna. A nawet jeżeli chciała pójść do domu, siąść przy kominku i myśleć 

o tym, co mogłoby się zdarzyć, nie była to sprawa Warda.

Usłyszała limuzynę dopiero wtedy, gdy samochód zatrzymał się przy 

niej i przyciemniona szyba otworzyła się.

–   Lauren   Hodges   –   powiedział   tak   doskonale   znany   głos   i   serce 

zaczęło jej mocniej bić. – Nie masz pojęcia, jak się cieszę, że cię widzę. 

Czy   zlitujesz   się   nad   nieznajomym   –   bezrobotnym   nieznajomym   –   i 

pozwolisz się zaprosić na kolację?

Te   pięć   sekund,   kiedy   się   zastanawiała,   trwało   strasznie   długo. 

Kolacja z Hunterem Dixem to szansa, która trafia się tylko raz w życiu, ale 

jak sam powiedział – był dla niej nieznajomym. Rozsądna dziewczyna nie 

wsiada do samochodu obcego faceta. Ward byłby absolutnie zaszokowany 

tym   pomysłem,   przyszło   jej   na   myśl.   Przeszła   przez   zaspę   leżącą   na 

brzegu chodnika i, niewiele myśląc, wsiadła do limuzyny.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Była lekko rozczarowana wnętrzem samochodu, chociaż właściwie 

nie   potrafiłaby   powiedzieć,   dlaczego.   Między   siedzeniami   wyłożonymi 

ładną,   mięciutką,   czarną   skórą,   stał   telewizor,   magnetofon,   telefon   i 

lodówka.

Czego   w   końcu   więcej   może   oczekiwać?   –   zadała   sobie   Lauren 

ironiczne pytanie. – Świetnie wyposażonego baru i przystojnego barmana 

czy może małej wanny napełnionej gorącą wodą, w której kąpałyby się 

piękne dziewczyny? Zresztą gdyby tak było, Hunter Dix nie wyglądałby 

przez okno!

– W hotelu polecono Marconiego – powiedział. – Więc jeżeli nie 

masz lepszej propozycji...

Siedziała   obok   niego,   ludzie   z   ochrony   zajmowali   fotele 

naprzeciwko.

– To najlepsza restauracja w mieście – w tym momencie, odrobinę za 

późno,   zauważyła   jego   modnie   podarte   dżinsy   i   zmieszała   się   trochę. 

Restauracja Marconiego cieszyła się bardzo dobrą opinią i obowiązywał 

tam   określony   styl.   Ale   przecież,   niezależnie   od   wszystkiego,   nie 

wyrzuciliby chyba Huntera Dixa.

Kierownik   sali   spojrzał  pytającym  wzrokiem  na   sławnego   gościa. 

Ale podarte dżinsy, brak krawata i marynarki jakoś przestały być ważne, 

kiedy   jeden   z   goryli   szepnął   mu   do   ucha   parę   słów,   wkładając 

jednocześnie coś do kieszeni. Sądząc po uśmiechu, jaki pojawił się nagle 

na twarzy kierownika, musiał to być jakiś grubszy banknot.

Kierownik   przysunął   jej   krzesło,   Hunter   Dix   siadł   naprzeciwko. 

background image

Lauren spojrzała na ludzi z ochrony, siedzących trzy stoliki dalej, i uniosła 

brwi.

– Ci biedni chłopcy muszą mieć dosyć ciągłego patrzenia na mnie – 

powiedział   piosenkarz   i   znajomy,   czarujący   uśmiech   rozświetlił   jego 

twarz.   Lauren   zrobiło   się   ciepło   na   sercu   i   odprężyła   się.   Właściwie, 

dlaczego tak przejmowała się jego strojem? Teraz, kiedy dżinsów nie było 

widać spod stołu, w jego wyglądzie nic specjalnie nie raziło. A poza tym, 

cóż właściwie warte są zasady? Hunter Dix najwyraźniej nie przejmował 

się nimi.

Wardowi nawet nie przeszłoby przez myśl, że można wkroczyć do 

Marconiego   w  podartych   dżinsach.   Brakowało   mu   tej   pewności   siebie, 

którą ma Hunter Dix, pomyślała Lauren uśmiechając się do siebie. – Ward 

prawdopodobnie   w   ogóle   nigdy   nie   miał   ani   jednej   pary   podartych 

dżinsów.   Na   jesieni   pomagał   jej   uprzątnąć   trawnik   przed   domem   i 

przygotować go na zimę. Nawet po całym dniu pracy w ogrodzie, kopaniu 

grządek   i   strzyżeniu   trawnika   wyglądał   porządnie,   schludnie   i   prawie 

czysto.   Korciło   ją   strasznie,   żeby   wepchnąć   go   w   kupę   kompostu,   po 

prostu   po   to,   żeby   zobaczyć,   jak   będzie   wyglądać.   Tylko   że 

prawdopodobnie on wciągnąłby ją za sobą.

– Jesteś piękną dziewczyną – wyszeptał Hunter Dix. Znowu poczuła 

jakby stalowe obręcze, które przeszkadzały jej oddychać.

– Panie Dix...

– Dla moich przyjaciół jestem Hunter – sięgnął po jej rękę i przytulił 

ją do policzka. – Twoje włosy wyglądają jak zrobione ze światła gwiazd – 

mają taki niesamowity srebrny połysk.

Ward powiedział jej kiedyś, że przy pewnym oświetleniu jej włosy 

background image

wyglądają jak pokryte kurzem. Cholera, nie mam zamiaru więcej o nim 

myśleć!

– Powiedz mi, o co chodziło dziś po południu, kiedy ten starszy facet 

wybiegł z zaplecza sklepu?

Nagłe pojawił się kelner z butelką szampana, co jakoś zaskoczyło 

Lauren.   Nie   zauważała,   żeby   w   ogóle   ktoś   coś   zamawiał.   Hunter 

spróbował odrobinę i potrząsnął głową. Kelner bez słowa zabrał butelkę.

– Co się stało temu starszemu facetowi? – zapytał znowu Hunter. 

Jednocześnie gładził palcami wierzch jej dłoni i Lauren z trudem udało się 

skupić na odpowiedzi.

–   Pan   Baines?   –   powiedziała.   –   No   pomyśl   sam.   To   jego   sklep. 

Słyszy nagle krzyk jednej ze sprzedawczyń i pierwsza rzecz, jaką widzi, to 

dwóch wielkich facetów w ciemnych okularach, którzy wyglądają, jakby 

chcieli wynieść sejf, nie mówiąc już o rzeczach rozłożonych w gablotach.

Hunter   przekładał   jej   dłoń   z   jednej   swojej   ręki   do   drugiej. 

Zmarszczył lekko brwi, jakby był pochłonięty czymś innym.

– To znaczy, właściwie... – Lauren zawahała się. – Ja sama przez 

chwilę zastanawiałam się, czy twoi ludzie nie mają zamiaru obrabować 

sklepu.

– Chyba tak już się przyzwyczaiłem, że cały czas są obok mnie – 

uśmiechnął się – że nie myślę, jak mogą reagować inni.

Przyniesiono   drugą   butelkę   szampana,   ta   wreszcie   zadowoliła 

Huntera i kelner właśnie napełniał kieliszki, kiedy jakaś kilkunastoletnia 

dziewczynka podbiegła do ich stołu, prosząc o autograf. Zanim zdążyła 

powiedzieć, o co jej chodzi, pojawił się jeden z goryli i delikatnie zmusił 

ją do odejścia. Lauren miała  ochotę kopnąć go w łydkę. Dziewczynka 

background image

wyglądała na bardzo rozczarowaną, a przecież spełnienie jej prośby było 

tak proste. Nie wymagało ani czasu, ani wysiłku.

Hunter zauważył spojrzenie Lauren i wzruszył ramionami.

– Jeżeli raz ustąpię – powiedział raczej smutno – zaraz ustawi się 

cała kolejka i nie będę nawet miał czasu na zjedzenie czegoś.

– No tak. Oczywiście – zmieszała się lekko. – Nie pomyślałam c 

tym.

Piosenkarz dał znak drugiemu człowiekowi z ochrony, żeby podszedł 

bliżej, i powiedział mu coś po cichu. Potem oparł się wygodnie, trzymając 

w palcach kieliszek szampana.

– Właśnie wychodziłbym na scenę – powiedział zamyślony.

– Czy żałujesz, że odwołano koncert?

– I stracić to?... Chyba żartujesz, Lauren Hodges! – lekko zmrużył 

oczy patrząc na nią. Znowu poczuła, że nie może normalnie oddychać.

–   A   w   ogóle,   to   jak   to   się   stało,   że   rozdzieliłeś   się   ze   swoim 

zespołem?

– Miałem do załatwienia jedną sprawę – wzruszył ramionami – a oni 

zostali o dzień dłużej w Chicago. Te cholerne loty czarterowe. Nigdy nie 

można na nie liczyć.

– Przecież to nie wina samolotu, że zerwała się taka burza.

Patrzył   na   nią   przez   długą   chwilę,   potem   roześmiał   się   ciepło   i 

wyciągnął dłoń, żeby odwrócić jej twarz w swoją stronę.

–   Jesteś   najpoważniejszym   małym   stworzeniem,   jakie   znam. 

Powiedz mi coś o sobie, słodka Lauren.

–   Jestem   pewna,   że   nie   ma   nic,   co   mógłbyś   chcieć   wiedzieć   – 

uśmiechnęła się i potrząsnęła głową.

background image

Okazało się jednak, że było bardzo dużo rzeczy, o których chciał 

usłyszeć, ona też zadawała masę pytań i ich spokojna kolacja dobiegła 

końca, zanim zdążyli sobie wszystko opowiedzieć. Wydawało się to wręcz 

niemożliwe, żeby rozmawiali tak długo i że Hunter Dix mógł interesować 

się takimi rzeczami jak to na przykład, że rok wcześniej straciła matkę. 

Rozmawiali też o tym, czy powinna zatrzymać dom, w którym spędziła 

dzieciństwo,   czy   sprzedać   go   i   kupić,   teraz   gdy   była   sama,   wygodne 

mieszkanie... Z nikim dotąd nie dzieliła się swoimi wątpliwościami na ten 

temat. Dzielenie się z Hunterem wszystkim, co ją nurtowało, wydawało się 

naturalne i nie wymagało żadnego wysiłku. To spotkanie nie przypominało 

żadnej pierwszej randki, jaką dotąd miała...

Chwileczkę,   powiedziała   sobie   trzeźwo.   Pierwsza   randka?   Lauren 

Hodges, nie bądź idiotką. Nie oczekuj niczego więcej, ciesz się tym, co 

masz. Nikt nie jest w stanie zabrać ci tego wieczoru, tych kilku godzin sam 

na sam z twoim idolem. Jedyne, na co mogłaś liczyć, to to, że będzie 

uprzejmie słuchał twojej gadaniny, starając się nie ziewać, a może nawet 

wcale cię nie słysząc!

Rozejrzała   się   wokół   siebie,   gdy   usłyszała   dźwięk   krzeseł, 

odsuwanych przez goryli. Była zaskoczona, widząc dookoła same puste 

stoliki.

– Jak spokojnie się nagle zrobiło – powiedziała troszkę nerwowo. – 

Nawet w czasie burzy nigdy nie widziałam, żeby u Marconiego było tak 

pusto.

– To dlatego, że wynająłem całą restaurację, żeby nie przeszkadzali 

ci łowcy autografów – Hunter lekko się uśmiechnął.

Ciepłe   uczucie   wdzięczności   wypełniło   jej   serce.   Mogła   się 

background image

domyślić, że nie był zwykłym człowiekiem, nie przyszło jej jednak do 

głowy, że mógłby...

– Nie powiedziałbym, że jedzenie było tego warte – Hunter mówił 

dalej – ale towarzystwo na pewno.

Szybko podniosła filiżankę kawy i wypiła ostatni łyk.

–   Nie   spiesz   się   –   mruknął.   –   Chłopcy   zajmą   się   rachunkiem   i 

podjadą tu samochodem. – Pochylił się w jej stronę i, obejmując delikatnie 

palcami twarz Lauren, całował ją długo i bardzo delikatnie. Jego usta były 

ciepłe i przyjazne.

To było jak wspaniałe dopełnienie, pomyślała. Idealne zakończenie 

idealnego wieczoru.

Podniósł głowę.

–   Przypuszczam,   że   nie   jesteś  dziewczyną,   która   przyjęłaby   teraz 

zaproszenie do hotelu?

W jej oczach pojawiło się zaskoczenie i prawie strach.

–   Przepraszam   –   roześmiał   się   cicho.   –   Chyba   mnie   jakoś 

zaczarowałaś, Lauren. Nigdy nie czułem czegoś takiego... No dobrze, po 

prostu zapomnij, że cokolwiek powiedziałem.

Nigdy,   pomyślała   sobie   Lauren.   Takiego   komplementu   nigdy   nie 

mogłabym zapomnieć...

Ludzie z ochrony dyskretnie odwrócili się, gdy odprowadzał ją do 

drzwi. Dotknął jej twarzy i pocałował namiętnie. Lauren musiała stoczyć 

wewnętrzną   walkę   między   opanowującym   ją   uczuciem,   a   resztkami 

zdrowego rozsądku.

Przecież nie można pójść do łóżka z mężczyzną, którego zna się tak 

krótko, pomyślała.

background image

Ale wydaje mi się, że znam go tak dobrze...

Jutro wyjedzie i już nigdy go nie zobaczę!

Tak właśnie się to skończy. Ale ten wieczór będę wspominać  do 

końca życia...

– Nie zapomnij mnie, moja słodka Lauren – wyszeptał.

–   Nie   potrafiłabym   cię   zapomnieć   –   próbowała   odpowiedzieć 

spokojnie.

– Nie pozwolę ci – uśmiechnął się szeroko. – A poza tym winien ci 

jestem koncert!

A potem odszedł, nic już nie mówiąc. Może nawet zawołał jakieś 

słowa pożegnania, ale jeżeli tak, to wiatr zagłuszył wszystko. Patrzyła na 

odjeżdżającą   szybko   białą   limuzynę,   błyszczącą   w   świetle   ulicznych 

latarni, nawet przez padający śnieg.

Kiedy samochód znikł jej z oczu i weszła do domu, pierwszą rzeczą, 

jaką zrobiła, było wyjęcie niepotrzebnego już biletu i wsadzenie go za 

ramę lustra. Nie była to jedyna pamiątka. Ten wieczór wart był więcej niż 

jakikolwiek koncert. Jak mogłaby kiedykolwiek zapomnieć choćby jeden 

szczegół dzisiejszego spotkania?

Winien ci jestem koncert! Co on miał na myśli, mówiąc to?

Ranek znowu był szary i pochmurny. Wiatr ucichł i przestał padać 

śnieg.   Ale   ten   dzień   wydawał   się   Lauren   jeszcze   bardziej   ponury   niż 

poprzedni, bo wiedziała, że znikło ciepło, które dawała jej świadomość 

obecności Huntera Dixa. Gdzieś indziej czekali na niego następni ludzie – 

nawet nie spytała go, dokąd jedzie.

W   sklepie   panowała   pustka,   bo   ulice   nie   zostały   jeszcze   całkiem 

background image

odśnieżone. Trudno było przejść. Co prawda większość lezącego śniegu 

już uprzątnięto, ale do chodnika przyklejał się marznący deszcz. Wszędzie 

było ślisko i chodzenie sprawiało jej poważne problemy. Lauren ostrożnie 

szła w górę Poplar Street, w kierunku apteki, żeby przynieść poranną kawę 

panu Baines. Właściciel sklepu stwierdził, że ponieważ dzień zapowiada 

się   spokojnie,   jest   to   świetna   okazja,   żeby   zająć   się   delikatnymi 

naprawami, które trudno było wykonać, kiedy ciągle przychodzili klienci. 

A   skoro   w   sklepie   nie   było   nic   do   roboty,   to   może   Lauren   mogłaby 

przynieść mu kawę...

Nie   bardzo   wypadało   odmówić.   Od   kilku   miesięcy   z   radością 

wykorzystywała   każdą   okazję,   żeby   wyjść,   bo   mogła   wtedy   spotkać 

Warda. A teraz, nagłe wcale nie zależało jej na tym, żeby go zobaczyć...

Nie miała wprawdzie żadnego powodu, żeby go unikać. Nie czuła się 

przecież winna. Spędzając wieczór z Hunterem Dixem, nie złamała żadnej 

obietnicy danej Wardowi, bo przecież nic mu nie obiecywała. Nie miała 

go za co przepraszać. I w sumie, gdyby się nad tym zastanowić, to nic się 

nie zmieniło. Spędziła miły wieczór, to wszystko. Nawet Ward nie mógł 

jej tego wypominać.

Ale   myśląc   o   tym,   zdawała   sobie   sprawę,   że   to   nieprawda.   Coś 

jednak się zmieniło – właśnie Lauren. Nie była już tą samą dziewczyną, co 

wczoraj. Odkryła, że istnieli na świecie ludzie, dla których romantyczność 

nie była niczym nienaturalnym. Ludzie, którzy znali przyjemności, jakie 

daje życie, i potrafili z nich korzystać.

Znała co najmniej jednego takiego człowieka.

Apteka   oczywiście   była   pełna,   mimo   wczorajszej   burzy.   Ludzie 

zawsze chorowali. Chociaż Ward miał pomocnika i zatrudniał parę osób, 

background image

większość pracy związanej z lekami należała do niego. Lauren wydawało 

się, że musiał to lubić. Mieszkał nawet nad apteką, jakby nie chciał się 

oddalać   od   swojej   pracy.   Gdyby   odczuwał   taką   potrzebę,   na   pewno 

mógłby zatrudnić jeszcze jednego farmaceutę, żeby mieć więcej wolnego 

czasu. Choćby po to, aby rozwijać jakieś zainteresowania, wziąć wolny 

dzień czy po prostu pójść na zimowy spacer.

Zastanawiała się właśnie, czy Hunter lubi spacerować po śniegu i 

uśmiechnęła się ciepło na myśl o tym, kiedy na rogu wpadła nagle na 

Warda i musiała bardzo się starać, żeby nie wylać pełnego kubka kawy na 

jego długi, nieskazitelnie biały fartuch.

–   Dziś   bierzesz   kawę   na   wynos?   –   zdziwił   się.   –   Czy   mam   to 

rozumieć jako aluzję?

Rozzłościła się. Czy był aż takim egoistą, żeby wszystko odbierać 

tak osobiście?

–   Żadnych   aluzji   –   powiedziała   sucho.   –   Nie   wiem,   dlaczego 

myślisz, że muszę się uciekać do takich metod.

Jego oczy pociemniały i uśmiech, czający się w kąciku ust, zniknął. 

Włożył ręce do kieszeni aptekarskiego fartucha.

–   Zaczynam   rozumieć   –   powiedział   spokojnie.   –   Wiesz,   jeden   z 

moich pracowników widział, jak wsiadałaś do limuzyny.

–   To   nie   twoja   sprawa!   –   stwierdziła   Lauren   stanowczo.   –   I 

oczywiście zauważył też, że twój samochód był na parkingu jeszcze dziś 

rano...

Lauren przygryzła dolną wargę i utkwiła wzrok w krawacie Warda, 

żeby   nie   musieć   patrzeć   mu   w   oczy.   Dziś   rano   specjalnie   kazała 

taksówkarzowi zatrzymać się na końcu ulicy, a nie przed samym sklepem, 

background image

uważając, że nie ma potrzeby rozgłaszania faktu, że nie wróciła wieczorem 

po samochód. A teraz Ward robi z tego aferę, podczas gdy ona wcale nie 

była winna. No ładnie...

– Musisz sobie zdawać sprawę, że rozpoczęłaś bardzo niebezpieczną 

grę – kontynuował Ward spokojnie. – Miejscowy fotograf próbował zrobić 

zdjęcie twojemu idolowi i jego aparat został rozbity na ulicy przez jednego 

z goryli.

– A jak myślisz, do czego służy ochrona? Jeżeli ten fotograf czymś 

mu groził...

– Robiąc zdjęcia? – zadrwił Ward. – Lauren, ty chyba nie zdajesz 

sobie sprawy z tego, co mówisz.

– Dla twojej informacji – skrzyżowała ramiona – ale bynajmniej nie 

traktuj tego jako tłumaczenie się, bo prawdę mówiąc, uważam, że...

– Hej, Lauren – przerwał jej Ward. – Jeżeli uspokoisz się na moment, 

to zauważysz może, że nie proszę cię o tłumaczenie mi niczego. Po prostu 

martwię się o ciebie, to wszystko. Jestem...

– Nie musisz. Hunter zaprosił mnie na kolację, a potem odwiózł do 

domu. To wszystko. Cały czas byliśmy w towarzystwie „goryli”, jak ty ich 

nazywasz, i nic się nie zdarzyło... i żałuję, że nie, ty nędzny, podejrzliwy 

plotkarzu! Ale to już skończone, więc nie musisz rozpowiadać o tym jako 

o przelotnej przygodzie, bo nic się nie stało. Mówię ci to tylko po to, żeby 

uniknąć niepotrzebnych plotek, które rozejdą się zaraz po całym mieście...

– Czy przestaniesz, żeby nabrać oddechu, czy będziesz tak mówiła 

przez cały ranek? – spytał Ward spokojnie.

Spojrzała na niego.

–   Dobrze   –   powiedział   szybko.   –   Winien   ci   jestem   przeprosiny. 

background image

Przyznaję, że... że podejrzewałem cię o najgorsze, a powinienem wiedzieć, 

że nie całkiem stracisz głowę. Jesteś na to zbyt rozsądna i wrażliwa.

Rozsądna!   Wrażliwa!   Była   wściekła.   Czy   Ward   uważał   to   za 

komplement?   Jeżeli   chodzi   o   jego   przeprosiny,   to   nie   należały   do 

najzręczniejszych, jakie zdarzyło jej się usłyszeć, ale nie spodziewała się 

przecież niczego innego. To Ward jest zbyt rozsądny i wrażliwy, żeby 

potrafić się przyznać do błędu. W milczeniu skinęła głową. Cóż zresztą 

mogła innego zrobić?

W oczach Warda pojawił się ciepły blask, ale nigdy nie dowiedziała 

się,   co   chciał   wtedy   powiedzieć.   Na   zapleczu   apteki   zrobiło   się   jakieś 

zamieszanie i ktoś go zawołał. Ward odszedł szybko nic już nie mówiąc.

Lauren   zajrzała   do   środka.   Zobaczyła   leżącego   na   podłodze 

mężczyznę i pochyloną nad nim przerażoną kobietę. Ward uklęknął obok i 

zasłonił wszystko.

– Czy ktoś wezwał karetkę? – zapytała Lauren. Kasjerka, która stała 

za nią, kiwnęła twierdząco głową.

– To uroczy starszy pan. Miał już jeden atak serca w zeszłym roku. 

Tak jak teraz. Ale Ward jest przy nim, więc wszystko będzie dobrze, na 

pewno.

–  O,  niewątpliwie   –  powiedziała  Lauren  sucho.   –  Tak  długo,   jak 

Ward jest obok, nic złego nie może się stać.

Kobieta przytaknęła.

Nie usłyszała nawet ironii w tym, co mówiłam, pomyślała Lauren. 

Co w nim takiego jest, zastanawiała się wracając do swojego sklepu, że 

jego pracownicy darzą go takim głębokim szacunkiem?

background image

Tego   wieczora   była   w   domu   mniej   więcej   od   kwadransa,   gdy 

przysłano   kwiaty.   Dwa   tuziny   wspaniałych,   kremowo-białych   róż,   do 

których dołączona była wizytówka Huntera. Musiał myśleć o niej tego 

ranka,   wyjeżdżając   z   miasta.   Zdała   sobie   z   tego   sprawę   i   jej   serce 

napełniło się radością.

Zamknęła nogą drzwi wejściowe i stała, trzymając wielkie pudło, tak 

szczęśliwa,   jakby   to   sam   Hunter   wrócił   do   niej.   Prawie   nie   mogła 

oddychać z radości. Róże – to przecież takie drogie kwiaty! A te były 

najpiękniejsze, jakie kiedykolwiek widziała. Ogromne paki wciąż jeszcze 

po – kryte kropelkami wody, delikatnie rozchylone, aksamitne płatki...

Wyjęła z bukietu jeden kwiat i zaczęła tańczyć po pokoju, jakby z 

jakimś   niewidzialnym   partnerem.   Potem   odłożyła   różę   i   dotknęła 

policzkiem zielonego materiału, którym wyłożone było pudło. Wąchała 

kwiaty, aż zakręciło jej się w głowie od ciężkiego, mocnego zapachu.

Zajęta układaniem róż w wazonie zupełnie zapomniała o tym, że jest 

głodna. Wypróbowywała różne kombinacje, robiąc bukiety do sypialni, do 

kuchni i do postawienia na kominku, gdy zadzwonił telefon.

– Dzień dobry, Lauren, kochanie – usłyszała gardłowy, czuły głos i o 

mało nie wypuściła słuchawki.

–   Hunter!   –   odwróciła   się,   żeby   spojrzeć   na   kuchenny   zegar.   – 

Przecież to już pora koncertu!

– Głuptasku – roześmiał się. – Na zachodnim wybrzeżu jest przecież 

o   dwie   godziny   wcześniej,   więc   właśnie   odpoczywam.   Ale   jakoś   nie 

mogłem   się   zdrzemnąć.   Za   każdym   razem,   kiedy   zamykam   oczy, 

zaczynam myśleć o tobie. Czy dostałaś róże? Mam nadzieję, że podobają 

ci się właśnie białe. Czerwone są ładniejsze, ale nie pasowałyby do ciebie.

background image

– Tak. Dziękuję. Są piękne. Nigdy jeszcze takich nie dostałam.

– Biedne dziecko! Czy nikt nigdy nie przysyłał ci żadnych kwiatów?

Zawahała się nagle. Czyżby z niej drwił? W jego głosie wyraźnie 

było słychać śmiech, a to, co mówiła, mogło brzmieć bardzo naiwnie.

– To znaczy, oczywiście, że dostaję kwiaty – powiedziała dumnie. – 

Po prostu nigdy tyle naraz. Nie bardzo wiem, co z nimi wszystkimi zrobić.

– Kochanie – roześmiał się – jesteś tak wspaniale niewinna i szczera. 

Nie próbuj tego ukrywać. Dlatego właśnie wysłałem ci białe róże. Pasują 

do   twojej   niewinności   i   prostoty.   Nigdy   jeszcze   nie   spotkałem   kogoś 

takiego.

Dłoń,   w   której   trzymała   słuchawkę,   nagle   stała   się   wilgotna   i 

zadrżała. Ze strachu? Ze zdziwienia? Z radości? To prawda, że ostatniej 

nocy dał jej do zrozumienia, że mu się podoba, nawet bardzo. Ale...

– Większość kobiet, które znam, to bardzo cyniczne osoby – mówił 

dalej cicho. – Wydaje im się, że to jedyna metoda, żeby zrobić wrażenie na 

mężczyźnie.   Nikt  nie   wysłałby   im   białych   róż,   w   każdym  razie   nie   w 

szczerych   zamiarach.   Ale   ty...   Nigdy   nie   myślałem,   że   będę   czuł   coś 

podobnego, Lauren, moja malutka.

Przełknęła   ślinę,   próbując   umieścić   swoje   serce   w   normalnym, 

anatomicznie   uzasadnionym   miejscu.   Wydawało   się,   że   już   na   zawsze 

pozostanie jej w gardle.

– Jesteś zaskoczona tym, co mówię? – niski, namiętny szept stał się 

głośniejszy. – Może na dzisiaj już starczy. Wrócimy do tego tematu w 

dzień św. Walentego.

– Dzień... – powiedziała niepewnie. – Co...

– Jak mogłem zapomnieć o najważniejszym! Ustaliłem wszystko z 

background image

moim impresario i przełożyliśmy wczorajszy koncert.

Na dzień św. Walentego? Znowu go zobaczę, śpiewało jej serce. I to 

już niedługo...

– To wspaniale! Ale jak to się stało, że miałeś wolny ten termin? To 

znaczy,   przecież   twoje   piosenki...   Każdy   chętnie   poszedłby   na   twój 

koncert w Dniu Zakochanych.

–   Dzień   Zakochanych?   –   usłyszała   śmiech   w   jego   głosie.   –   Tak, 

wiele osób przyszłoby na koncert. Ale trzymałem ten dzień wolny z myślą 

o... Nie będziemy rozmawiać o poprzedniej kobiecie mojego życia. To już 

skończone. A teraz mam nową wybrankę serca – w jego głosie znowu 

pojawił   się   ten   niski   ton.   –   Prawda,   malutka?   Przecież   to   niemożliwe, 

żebyś nie czuła tego, co ja.

– Tak, też to czuję – wyszeptała. Zabrzmiało to prawie jak przysięga.

– Czy masz pod ręką jedną z tych róż? – jego głos zadrżał lekko.

– Tak, mam. Dlaczego?

– Pocałuj ją i wyobraź sobie, że to ja... – wyszeptał.

Następnego   ranka,   gdy   Lauren   powiedziała   o   przełożonym 

koncercie, Kim upuściła tacę z pierścionkami, którą właśnie wyjmowała z 

sejfu. Złoto i kamienie rozsypały się z brzękiem po podłodze.

Lauren przestała ścierać płyn do mycia szyb z gabloty i uklękła, żeby 

pomóc pozbierać pierścionki, zanim pan Baines zobaczy, co się stało.

Kiedy   wszystko   było   już   starannie   ułożone,   Kim   sprawiała   nadal 

wrażenie dosyć przejętej.

–   Lauren,   na   twoim   miejscu   chyba   nie   rozpowiadałabym   o   tym 

koncercie, zanim nie zostanie to oficjalnie ogłoszone – radziła. – Po co 

background image

wszyscy mają się ciebie pytać, skąd to wiesz.

–   Na   litość   Boską,   Kim,   przecież   chyba   nie   wierzysz   w   te 

nonsensowne plotki, które krążą po okolicy!

–   Oczywiście   nie   przypuszczam,   żebyś   spędziła   noc   z   Hunterem 

Dixem, ale ostrzegam cię, że wiele osób na pewno będzie tak myślało.

W   tym   momencie   do   sklepu   wszedł   klient   i   Kim   zaczęła   mu 

pokazywać kolczyki, które miały być prezentem dla jego dziewczyny na 

dzień św. Walentego.

Lauren złapała się na tym, że obgryza swoje starannie utrzymane 

paznokcie i wyjęła rękę z ust. Jaki obrzydliwy jest ten płyn do mycia szyb, 

pomyślała. A może to plotki, krążące po okolicy, pozostawiły taki gorzki 

smak?

Nie   skończyła   jeszcze   czyszczenia   gablot,   a   klient   Kim   oglądał 

którąś   z   kolei   parę   kolczyków   z   niezadowoleniem   potrząsając   głową, 

kiedy do sklepu wszedł Ward. Lauren zauważyła go, gdy starał się ominąć 

krople rozpuszczającego się śniegu spadające z dachu i pomyślała: tylko 

tego mi jeszcze dziś brakowało!

– Chyba nadchodzi wiosna – oświadczył z promiennym uśmiechem. 

– Przynajmniej tak się wydaje. Słońce świeci i śnieg zaczyna topnieć. – 

Postawił papierową torbę na gablocie, tuż przed Lauren. – Przyniosłem ci 

kawałek wiosny – Ward zaczął rozpinać swój wełniany płaszcz.

– Jeżeli rzeczywiście jest tak ładnie – powiedziała Lauren – po co 

brałeś płaszcz, przecież to blisko.

– Nie mówiłem wcale, że jest ciepło. Po prostu koniec stycznia, więc 

zostało jeszcze tylko sześć tygodni zimy.

– A gdybyś nie zauważył, że to koniec stycznia, to wiesz, co by się 

background image

okazało? Po prostu zostałoby nam jeszcze półtora miesiąca zimy. – Lauren 

oparła się łokciami o szklaną gablotę i położyła brodę na rękach.

– Jesteś dziś chyba w złym nastroju – stwierdził Ward. – Czy ktoś 

ukradł ci dziury z sera, który jadłaś na śniadanie?

Lauren nie mogła powstrzymać się od śmiechu.  Nawet gdyby się 

dowiedziała, że ma być jeszcze zimniej i że znów spadnie śnieg, i tak 

byłaby zadowolona z życia. Po tym wszystkim, co stało się wieczorem – 

telefon, róże, wiadomość o koncercie...

W oczach Warda pojawił się ciepły, prawie figlarny uśmiech.

–   A  tak   poza   tym  –   dodał  –   to   nie   musisz   już   dłużej   czekać   na 

wiosnę. – Popatrzył znacząco na papierową torbę.

Lauren otworzyła ją i spojrzała trochę niepewnie na małą glinianą 

doniczkę pełną cebulek krokusów. Błyszczące liście w biało-zielone paski 

były   już   całkiem   rozwinięte.   Małe   pączki   kwiatów   zaczynały   właśnie 

wyglądać z doniczki. Lauren wydawało się, że zobaczyła już fioletowy 

płatek.

– Wyglądają na bardzo dorodne – powiedziała. Skinął głową.

–   Zostały   dostarczone   do   sklepu   dziś   rano.   Oczywiście   jak   się 

ociepli, możesz je przesadzić do ogrodu. Będą kwitły co roku. – W jego 

głosie brzmiało zadowolenie z siebie.

To bardzo w stylu Warda, pomyślała. Jest tak praktyczny, że nawet, 

gdy daje dziewczynie kwiaty, to chce, żeby można je było wykorzystać 

kilka razy!

Nie,   to   nie   w   porządku   –   powiedziała   sobie.   Wiedział,   że   lubi 

krokusy. Przekonał się o tym na jesieni, gdy pomagał jej porządkować na 

zimę klomb za domem. Jego prezent może nie był bardzo kosztowny, ale 

background image

na pewno przemyślany.

Przygryzła wargę.

–   Wiesz,   Ward   –   powiedziała   miękko.   –   Nie   powinnam   ci   tego 

wszystkiego mówić wczoraj wieczorem. Nawet już nie pamiętam, jak cię 

nazwałam, ale to chyba nie było zbyt przyjemne...

Jego twarz lekko drgnęła.

–   Może   nie   starajmy   się   sobie   tego   przypominać,   dobrze? 

Przepraszam, że... tak nagle cię wczoraj zostawiłem i poszedłem sobie.

Lauren postawiła krokusy obok kasy i powiedziała obojętnie:

– Och, naprawdę, nic się nie stało. Miałeś co innego do roboty. Jak 

się miewa pacjent?

–   W   porządku   –   nie   rozwijał   tematu.   –   Posłuchaj,   Lauren,   grają 

jeszcze ten film. Nie miałabyś ochoty zobaczyć?

Nie chciała mu odmawiać, ale coś w środku powstrzymywało ją od 

przyjęcia   jakiegokolwiek   zaproszenia   z   jego   strony.   To   nie   byłoby 

uczciwe,   dawać   mu   w   tej   chwili   nadzieję.   A   poza   tym,   gdyby   Hunter 

znowu zadzwonił, a jej nie było w domu?...

– Oj, idzie pani Schuyler – powiedziała szybko. – Zajmie na pewno 

cały ranek, wiesz, jaka jest gadatliwa.

Ward zrozumiał chyba zmianę tematu jako odmowę.

– Lepiej wrócę do apteki, pewno już jest kolejka – poklepał ją po 

ręku i delikatnie przesunął pierścionek z szafirem, który miała na palcu 

tak, żeby kamień odbijał światło. Uśmiechnął się i wyszedł, ale zdążył 

jeszcze przytrzymać drzwi pani Schuyler.

Gdyby nosił kapelusz, pewno by go zdjął i się ukłonił, pomyślała 

Lauren.

background image

Było już prawie południe, gdy znowu zostały z Kim same. Lauren 

liczyła pieniądze w kasie, żeby odnieść je do banku w czasie przerwy 

obiadowej. Kim oglądała krokusy. Pod wpływem ciepła jeden zaczął się 

już rozwijać, tak jakby nie mógł się doczekać chwili, kiedy zobaczy, co się 

dookoła dzieje.

–  Biedny   Ward   –  powiedziała   Lauren,   patrząc   na   kwiatki.   –   Tak 

bardzo się stara i jakoś nigdy mu nie wychodzi.

Krokusy, pomyślała, Wardowi nigdy nie przyszłoby do głowy wydać 

pieniądze na dwa tuziny róż. Stwierdziłby, że to przesada kupować tyle 

naraz.

– A ja sądzę, że to strasznie miłe z jego strony – odparła Kim, nie 

patrząc na nią.

Lauren przestała na chwilę liczyć pieniądze.

– Czy mi się wydaje, czy to właśnie ty nazwałaś go podłym draniem? 

–   jej   palce   znowu   zaczęły   poruszać   się   szybko,   przekładając 

dwudziestodolarowe banknoty.

– Nie myślałam tego poważnie. Po prostu byłam rozczarowana, że 

nie zdobył biletów. Wiesz, że często mówię coś bez zastanowienia. Gdy 

wczoraj ten facet stracił przytomność w aptece – dodała nagle – Ward 

uratował mu życie. Wszyscy to potwierdzają.

– To wspaniałe. Ale jaki ma to związek z tymi krokusami?

– Chyba żaden – Kim wzruszyła ramionami – ale to świadczy na 

jego   korzyść.   Mógłby   chodzić   i   opowiadać   wszystkim,   jakim   jest 

bohaterem.

– Może zdaje sobie sprawę, że mówienie o tym nie zrobiłoby na 

mnie wrażenia.

background image

– Nie wydaje mi się, żeby on chciał zrobić na tobie wrażenie. Ward 

po   prostu   próbuje   wyciągnąć   cię   z   kłopotów.   Dlaczego   przyniósł   te 

kwiaty, jak myślisz? Wie, że wszyscy w okolicy cię obserwują i gdyby 

teraz odwrócił się od ciebie...

– Czy chcesz powiedzieć, że on próbuje naprawić moją zszarganą 

reputację? Jakie to miłe z jego strony! – odpowiedziała Lauren zimnym 

głosem.

–   Nie   o   to   mi   chodzi,   Lauren   –   Kim   odsunęła   doniczkę.   – 

Niezupełnie   o   to.   Po   prostu   jestem   nieprzyjemnie   zaskoczona   twoim 

zachowaniem. I dziwię ci się, prawdę mówiąc.

– Ponieważ jestem zbyt rozsądna i wrażliwa, żeby tak łatwo stracić 

głowę? Jeżeli o mnie chodzi, nie jest to komplement. – Lauren głośno 

zamknęła szufladę kasy. – Weź sobie te krokusy – powiedziała idąc do 

drzwi – ja w każdym razie ich nie chcę.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

Następne  dni byłyby cudowne, gdyby nie grypa, na którą Lauren 

zachorowała w czasie weekendu. Musiała ją złapać, biegnąc do banku bez 

płaszcza. Tamtego dnia była tak wściekła na Warda i Kim, że zupełnie nie 

czuła zimna. I teraz właśnie za to płaciła.

Hunterowi strasznie się podobał jej zachrypnięty glos. Żartował, że 

mówi teraz seksownym szeptem, gdy zadzwonił do niej, po koncercie w 

Honolulu. Obudził ją wtedy o trzeciej w nocy, gdy właśnie udało jej się 

zasnąć. Ale nie mogła długo być na niego zła. Opowiadał jej o licznych 

problemach   związanych   z   tym   tournee.   O   tym,   że   nieodpowiedzialni 

organizatorzy zarezerwowali na jego koncerty nieodpowiednie sale, musiał 

mieszkać   w   nie   najlepszych   hotelach,   nie   sposób   było   dostać   coś 

normalnego   do   jedzenia.   Tylko   jej   ciepły   głos   i   zdrowy   rozsądek 

utrzymywały go przy życiu, stwierdził.

– Gdyby nie to, że mam ciebie i mogę z tobą rozmawiać, Lauren, 

malutka, odwołałbym to tournee. To po prostu katastrofa. Ale przecież – 

dodał żartobliwie – my, artyści, musimy uszczęśliwiać lud.

On   zawsze,   niezależnie   od   tego   gdzie   się   znajdował,   musiał 

występować, pomyślała  ze smutkiem.  Zawsze otoczony  przez fanów, z 

których każdy chciałby, choć na chwilę, przyciągnąć jego uwagę i zdobyć 

kawałek jego serca.

Grypa była dobrą wymówką, żeby siedzieć w domu. W czasie tego 

weekendu prowadziła  raczej samotny  tryb życia, czekając cały czas na 

upragniony   dzwonek   telefonu.   Ward   wpadł   na   chwilę,   w   niedzielę   po 

południu. Przyniósł jej najnowszy numer ulubionego czasopisma i puzzle, 

background image

które razem ułożyli. Jego towarzystwo sprawiało jej przyjemność, mimo 

że za każdym razem, kiedy kichała, przypominała sobie, jak bardzo była 

na   niego   zła.   Próbuje   naprawić   jej   reputację,   cóż   za   uprzejmość. 

Szczególnie że ona nie zrobiła zupełnie nic, co mogłoby być źle widziane. 

Tak czy inaczej jego obecność była dużo lepsza niż samotność. Chociaż 

właściwie  jej  myśli  wracały  wciąż  do  Huntera.  Tego  popołudnia   leciał 

właśnie do Tokio.

Bardzo chciała pójść do pracy w poniedziałek, ale w nocy jej stan 

jeszcze   się   pogorszył.   Głęboki,   suchy   kaszel   prawie   rozrywał   płuca. 

Zamiast do pracy poszła więc do lekarza, który stwierdził, że ma bardzo 

poważne zapalenie oskrzeli.

– Proszę wrócić do domu i położyć się do łóżka – polecił lekarz. – 

Niech się pani nie martwi o lekarstwa. Powiem w aptece, żeby przysłano 

je pani jeszcze dziś.

Wróciła do domu, ale nie miała dość siły, żeby położyć się do łóżka. 

Usiadła na kanapie zmęczona i obudziła się dopiero wieczorem, gdy było 

już zupełnie ciemno. Od leżenia na oparciu tak bolała ją szyja, że miała 

wrażenie, że już nigdy nie będzie mogła ruszać głową.

Kiedy zadzwonił dzwonek, miała zamiar w ogóle nie wstawać i nie 

otwierać drzwi. Ale ktoś znowu zaczął się dobijać i przypomniała sobie o 

lekarstwach, które powinny być dostarczone z apteki. I tak już długo na 

nie czekała.

Nie był to jednak chłopiec rozwożący lekarstwa. Na małym ganku 

stał Ward z białą torbą w ręku, a wokół niego wirowały  wielkie białe 

płatki śniegu. Osiadały na ciemnych włosach, przyklejały się do płaszcza. 

Nawet   na   rzęsach   miał   ogromny,   prawie   przezroczysty,   płatek.   Ward 

background image

zamrugał   i   strząsnął   go   dłonią   w   rękawiczce,   właśnie   w   chwili,   gdy 

otworzyła drzwi.

To   niesprawiedliwe,   pomyślała   Lauren.   Zwykłemu   facetowi   nie 

powinno   się   pozwolić   na   posiadanie   najdłuższych   rzęs   na   świecie. 

Szczególnie takiemu, który zupełnie nie wie, jak ich używać.

–   Wejdź   –   próbowała   powiedzieć,   ale   zrezygnowała,   czekając   aż 

przejdzie jej atak kaszlu. Ward prawie wepchnął ją do środka, gdzie nie 

czuć było zimnego powiewu, i podtrzymał po przyjacielsku, dopóki nie 

skończyła kasłać.

– Usiądź – polecił. – Dam ci zaraz pierwszą dawkę. Powinnaś to 

dostać   już   kilka   godzin   temu,   ale   chłopiec,   który   zwykle   rozwozi 

lekarstwa, też zachorował i leży w łóżku.

Bezsilnie opadła na kanapę, osłabiona kaszlem. Ward przyniósł jej 

szklankę wody i położył na dłoni wielką czerwonobiałą pastylkę. Lauren 

przełknęła ją z trudnością – gardło też bardzo ją bolało – i spojrzała na 

Warda z uśmiechem pełnym wdzięczności.

– Zdejmij płaszcz – prosiła.

– Nie mogę – Ward potrząsnął głową. – Mam jeszcze pełno lekarstw 

do dostarczenia.

Opanowało   ją   nagle   uczucie   rozczarowania,   poczuła   się   całkiem 

opuszczona.   Nie   mogła   go   za   to   winić.   Był   zajęty   i   z   jakiego   zresztą 

powodu miałby koło niej skakać. Z czerwonym nosem, tłustymi włosami, 

zachrypnięta   i   rozsiewająca   wokół   siebie   zarazki,   nie   była   zbyt 

pociągająca. Położyła się na kanapie z cichym westchnieniem.

Z   tej   pozycji   Ward   wydawał   jej   się   strasznie   wysoki,   gdy   stał   i 

przyglądał się jej marszcząc brwi.

background image

– Lepiej ci? Odpoczniesz trochę? – spytał troskliwie.

– Tak, jestem w świetnej formie – łzy napłynęły jej do oczu. Nie 

mogła się nawet zdobyć na ironię.

Ward wygląda na bardzo zmęczonego, pomyślała. – Jemu chyba też 

przydałby   się   porządny   odpoczynek.   A   na   dodatek   musi   jeszcze   sam 

roznosić te wszystkie lekarstwa...

–   Syrop   na   kaszel   jest   w   torbie   –   powiedział.   –   Przyniosłem   też 

krople na katar, jeśli potrzebujesz. Nie wstawaj – sam wyjdę.

Poszedł i znów zapanowała cisza. Chłodna, nieprzyjemna, otaczająca 

ją ze wszystkich stron, cisza.

Masz dwie minuty, żeby przestać się nad sobą użalać – powiedziała 

Lauren głośno do siebie, a potem wstaniesz i zrobisz sobie coś do jedzenia. 

Wydaje ci się, że jesteś biedna, bo siedzisz tu sama cały dzień, a to nie jest 

miłe. Ale roztkliwianie się nad sobą na pewno ci nic nie pomoże. Więc 

masz wstać i zrobić coś, żeby poczuć się lepiej.

Ale nawet  stanowcza  rozmowa  ze  sobą  niewiele  pomogła.  Łatwo 

było pomyśleć o kubku gorącej zupy, ale wstać i zrobić go, gdy boli każdy 

mięsień, to zupełnie co innego. Zapadła w drzemkę. Śniło jej się, że Ward 

wrócił i przyniósł coś, co tak wspaniale pachniało – czy nawet we śnie 

cokolwiek mogło tak cudownie pachnieć? – i pochylił się, żeby pocałować 

ją w czoło. W kącikach jej oczu pojawiły się łzy...

– Przyniosłem ci rosół z kury  – powiedział Ward czule. Odsunął 

dłonią włosy, które spadły jej na twarz.

– Jednak wróciłeś! – dotknęła policzkiem jego dłoni. Była strasznie 

zimna w porównaniu z jej gorącą skórą.

Zobaczyła, jak jego oczy ciemnieją, i szybko usiadła.

background image

– To znaczy – wychrypiała – rozniosłeś już wszystkie lekarstwa?

To bez sensu, że czuję do niego taką wdzięczność tylko za to, że tu 

jest, pomyślała.

– Skończyłem, dzięki Bogu. Czy ty w ogóle coś dzisiaj jadłaś?

– Chyba nie – Lauren z trudem pokręciła głową. Powiedział cicho 

coś, co niedokładnie zrozumiała, bo uszy też miała zatkane, i wyszedł do 

kuchni. Lauren z ulgą położyła się z powrotem na kanapie.

Najpierw   przyniósł   wysoką   szklankę   zimnego   soku 

pomarańczowego z małymi kawałkami lodu, które wspaniale chłodziły jej 

obolałe gardło. Między jednym łykiem a drugim wychrypiała:

–   Nie   wiem,   po   co   ryzykujesz   spotkanie   z   tysiącami   moich 

zarazków.

Ward potrząsnął głową.

– Chyba muszę być na nie odporny. Już setki razy miałem okazję się 

zarazić.

– Muszę przyznać, że bardzo mi miło że tu jesteś. Przepraszam, że 

nie   mogę   ci   zaproponować   partyjki   remika,   chyba   że   bawi   cię   łatwe 

zwycięstwo.

–   Poczekam,   aż   wyzdrowiejesz   na   tyle,   żeby   być   równorzędnym 

przeciwnikiem – uśmiechnął się. – Przyniosłem jakiś film z wypożyczalni, 

gdyby ci się nudziło.

– Czy mi się wydawało, czy mówiłeś przed chwilą coś o rosole?

– Grzeje się. Nie ręczę za jego jakość, ale to była już resztka w 

delikatesach – przyniósł dwie miseczki na tacy. – Chyba robią na tym 

świetny interes.

–   Kupny   rosół   –   zażartowała.   –   To   znaczy,  że   nie   jest  domowej 

background image

roboty?

–   Chyba   powoli   zaczynasz   normalnie   reagować   –   znowu   się 

uśmiechnął.

Lauren   ostrożnie   usiadła   i   zamieszała   w   swojej   miseczce.   Zupa 

parowała lekko i pachniała wspaniale. Więc to jednak nie był sen.

– Już lepiej – stwierdziła. – Oprócz szyi. Chyba już nigdy jej nie 

rozprostuję.

– W którym miejscu cię boli? – Ward przysunął się bliżej i zaczął 

delikatnie masować jej kark.

– Dokładnie tu. Auu... – jęknęła, gdy stanowczym ruchem dotknął 

kciukiem opornego mięśnia. Ale za chwilę masaż zaczął ją rozgrzewać i 

przynosić   ulgę.   Po   paru   minutach   ból   ustąpił   i   Lauren   znowu   mogła 

normalnie   ruszać   szyją.   Odchyliła   głowę   i   spojrzała   na   niego   przez 

zmrużone powieki.

– Świetnie ci to idzie – powiedziała. – Gdzie się tego nauczyłeś? Czy 

pracowałeś jako masażysta w czasie letnich wakacji?

–   Obawiam   się,   że   nie   było   to   aż   tak   romantyczne,   jak   to   sobie 

wyobrażasz. – Ward roześmiał się.

Oczywiście,   że   nie.   Trudno   było   sobie   wyobrazić   Warda   w 

jakiejkolwiek romantycznej sytuacji.

Jego ręka leżała teraz na jej ramieniu. Zrobiło się ciepło, przyjemnie 

i Lauren było zbyt wygodnie, żeby się poruszyć. Poza tym, po co miała się 

ruszać. Zupa była jeszcze zbyt gorąca, żeby ją zjeść.

Pewnie jego matka lubiła masaż szyi, pomyślała.

– Nie martw się – powiedziała leniwie. – Nikomu nie zdradzę twojej 

słodkiej tajemnicy.

background image

Uśmiechnął się lekko i przyciągnął ją ostrożnie do siebie. Opuszkami 

palców   dalej   masował   delikatnie   mięśnie   w   zgięciu   jej   szyi,   powoli 

przysuwając się coraz bliżej.

Naprawdę, w tym momencie powinnam usiąść, pomyślała Lauren. 

To, co robiła, nie było uczciwe w stosunku do Warda. Co z tego, że dałaby 

mu   się   objąć   czy   całować,   jeżeli   w   tym   czasie   wciąż   myślałaby   o 

Hunterze. I udawała, że to on jest na miejscu Warda...

Ale w palcach Warda było coś prawie hipnotycznego i w końcu nie 

poruszyła się. Ostrzegła tylko ledwie dosłyszalnym szeptem:

– Ward, zarazisz się ode mnie.

– To nieważne – odpowiedział szybko.

A potem... nagle było już za późno, żeby się poruszyć, żeby usiąść, 

żeby   coś   powiedzieć.   Jego   wielka   dłoń   dotknęła   jej   twarzy.   Poczuła 

opuszki palców gładzące jej policzek i miękki dołek koło ucha. Ciepła 

dłoń zatrzymała się na jej szyi. Kciuk Warda na szyi był tak samo ciepły i 

delikatny   jak   jego   usta,   które   dotknęły   ust   Lauren.   Przypominało   to 

muśnięcie aksamitnego skrzydła motyla.

Ale   ta   zachęta   do   pieszczoty   nie   trwała   długo.   Nadal   wszystko 

odbywało się bardzo delikatnie – Ward nigdy nie zachowałby się inaczej – 

jednak teraz w jego pocałunku pojawiła się ufność, pewność i niewątpliwa 

wiedza.

Już prawie zapomniałam, jak wspaniale potrafi to robić, pomyślała 

Lauren. Jego pocałunki nigdy nie były niedelikatne, czy napastliwe, jak u 

innych mężczyzn. U Warda mogły trwać wiecznie, a kobieta nie czuła się 

znieważona czy wykorzystywana. Powodowały zachwyt, upojenie, aż do 

pełnego uniesienia...

background image

Jej powieki opadły, jak gdyby mózg wydał im polecenie, zamykając 

dopływ   jakichkolwiek   informacji,   które   mogłyby   przeszkodzić   w 

przeżywaniu   tych   wspaniałych   emocji.   Jej   myśli   przypominały   tylko 

pozbawiony sensu szmer.

Na   pewno   nigdy   nie   pocałowałby   mnie,   ani   nikogo   innego,   na 

oczach   ludzi.   Byłoby   to   niedelikatne   –   kobieta   powinna   mieć   czas   na 

odzyskanie,   choćby   częściowo,   równowagi   po   tak   niezwykle   silnych 

przeżyciach, zanim ktokolwiek ją zobaczy. A Ward przede wszystkim był 

dżentelmenem, bardzo wrażliwym i delikatnym człowiekiem...

Jakimś dodatkowym zmysłem wyczuła, jak mocno bije jego serce. 

Zdała sobie sprawę, że dotyka dłonią jego szyi w taki sposób, że może 

wyczuć puls – nie pamiętała nawet, że w ogóle go objęła.

Podniósł głowę i wyszeptał prawie bezgłośnie:

– Lauren...

Czekała, całkiem spokojna, co powie dalej. Nie była nawet w stanie 

odczuć zainteresowania. Wciąż pozostawała pod wpływem tego upojnego 

nastroju, który Ward tak; cudownie potrafił stworzyć.

Nagle usłyszała za plecami dzwonek telefonu. To może być Hunter, 

pomyślała. W ciągu jednej chwili nastrój prysł i znalazła się z powrotem w 

rzeczywistym   świecie.   Leżała   przytulona   do   Warda,   pozwalała   mu   się 

całować   i   nawet   przez   moment   nie   pomyślała   o   Hunterze.   Jak   mogła 

dopuścić   do   tego,   żeby   aż   tak   stracić   nad   sobą   kontrolę?   Była   to, 

oczywiście zasługa Warda – ale przecież nie mogła mu tego powiedzieć! 

Czując się winna, odsunęła się od niego i sięgnęła do telefonu.

–   Do   cholery,   Lauren,   niech   dzwoni   –   powiedział   Ward   lekko 

schrypniętym głosem, ale Lauren już podniosła słuchawkę.

background image

Pierwsza rzecz, jaką usłyszała, to było ciche przekleństwo.

– Znowu, prawda? – spytał Hunter niepewnym głosem. – Obudziłem 

cię w środku nocy? Nie mogłem sobie przypomnieć, ile godzin różnicy 

jest   między   Stanami,   a   tym   cholernym   Tokio.   Pomyślałem,   że   warto 

jednak spróbować...

Ward wstał nagle, wziął jej pustą szklankę po soku i znikł w kuchni.

– Nie, wcale mnie nie obudziłeś. Jest dopiero – Lauren spojrzała na 

zegar stojący na kominku – wpół do dziewiątej.

Próbowała   zajrzeć   do   kuchni.   Ward   chyba   nie   mógł   wyjść, 

stwierdziła. Jego płaszcz wciąż leżał rzucony na krześle.

– Mówisz tak, jakbyś właśnie wstała z łóżka – ciągnął Hunter. W 

jego głosie słychać było jakby niezadowolenie.

Lauren poczuła, że jej policzki rumienią się ze wstydu.

– Nie... to może dlatego, że jestem taka przeziębiona. Gorzej się dziś 

czuję. Chyba całkiem stracę głos.

–   Jeszcze   nie   wyzdrowiałaś?   –   spytał   Hunter.   –   Twój   specjalny 

koncert jest już za tydzień i do tego czasu masz być w dobrej formie.

Mój specjalny koncert, pomyślała, jak zwykle lekko podniecona, gdy 

sobie o tym przypominała. Koncert Huntera Dixa specjalnie dla mnie.

– Och, za nic nie straciłabym tego koncertu!

– No to postaraj się szybko wyleczyć, bo inaczej mnie zarazisz.

– Hunter!

–   Tylko   żartowałem   –   powiedział   szybko.   –   Lauren,   kochanie, 

przecież   nie   chciałabyś   chyba,   żebym   nie   mógł   śpiewać   na   twoim 

koncercie, prawda?

– Oczywiście wiem, że żartujesz – odprężyła się. – I obiecuję ci, że 

background image

do tego czasu wyzdrowieję, na pewno. Chyba już jutro pójdę do pracy – 

pochyliła się, nie myśląc nawet o tym, co robi, i dotknęła jednej z róż, 

stojących, obok, na niskim stoliku. Były to resztki z tych dwóch tuzinów i 

też   zaczynały   już   opadać.   Kremowo-białe   płatki   lekko   usychały, 

marszczyły się i brązowiały na brzegach. Wyglądają trochę podobnie do 

mnie,   pomyślała   ironicznie.   Już   więdnę,   powinno   się   mnie   włożyć   do 

grubej książki i zasuszyć na pamiątkę... Ale jutro na pewno będę się czuła 

lepiej...

–   Pisałem   właśnie   twoją   piosenkę   –   powiedział   nagle   Hunter 

nieśmiało.

– Moją piosenkę? Piszesz piosenkę specjalnie dla mnie?

– Przecież jesteś specjalną dziewczyną, prawda? A to będzie bardzo 

specjalny koncert. A poza tym obiecałem ci tę piosenkę.

– Ale tak... Specjalnie dla mnie? – była tak wzruszona, że prawie nie 

mogła oddychać. – Och, Hunter...

– Obudziłem się dziś strasznie wcześnie i ta piosenka chodziła mi po 

głowie, tak jak myśl o tobie.

– Zaśpiewaj mi kawałek, proszę cię!

– Nie... To nie byłoby uczciwe w stosunku do tej piosenki. Chcę, 

żebyś po raz pierwszy usłyszała ją w czasie koncertu. A nie przez telefon, 

wykonaną   przez   zmęczonego,   podstarzałego   piosenkarza,   który   jeszcze 

wciąż jest zachrypnięty po wczorajszym koncercie.

–   Podstarzały   piosenkarz!   –   powiedziała   z   oburzeniem.   –   Nie 

powinieneś tak o sobie mówić, Hunterze Dix!

– To właśnie moja słodka Lauren, zawsze konkretna i uczciwa – w 

jego głosie słychać było śmiech. – Nie chcesz, żebym ci opowiedział o 

background image

wczorajszym koncercie? Całe Tokio szalało. Chciałbym... – ton jego głosu 

zmienił się. – Chciałbym, żebyś mogła być tu ze mną i widzieć to.

Dzielić   z   nim   wszystko,   doświadczyć   uwielbienia   tłumu,   słuchać 

tych dobrze zasłużonych oklasków. Bardzo chciałaby tam być.

– To byłoby wspaniałe – powiedziała.

– Żałuję, że nie byłaś ze mną wczoraj po koncercie – kontynuował. – 

Nawet nie wiesz, jak bardzo potrzebowałem twojego ciepła.

– Po tych owacjach? Chyba nie brakowało ci wielbicieli?

– Nie chodzi mi o jednego wielbiciela więcej. Potrzebowałem ciebie, 

Lauren, kochanie. Owacje są wspaniałe, dopóki nie znajdziesz się sam, w 

domu   –   w   jego   głosie   słychać   było   drżenie,   które   bardzo   poruszyło 

Lauren.

– Hunter... – zaczęła niepewnie.

–   I   teraz   też   cię   potrzebuję   –   drżenie   ustąpiło   miejsca 

zniecierpliwieniu. – Mam przed sobą cały jutrzejszy dzień w samolocie, 

tylko   w   towarzystwie   mojego   zespołu   i   grupy   jakiś   wynajętych 

piosenkarzy.

– Ja też bardzo za tobą tęsknię...

– Do cholery, przecież wiesz, że to coś więcej. Pomyśl tylko, Lauren, 

malutka. W przyszłym tygodniu pojedziesz ze mną, co ty na to? – nagle 

zawiesił głos, jakby nie mógł już dłużej znieść czekania i niepewności.

– Jechać z tobą? Ja nie...

– Tak. Pojechać ze mną. Dzielić ze mną tę podróż. Nadać jej sens. 

Przecież wiesz, że tego chcę, że od tygodnia myślę tylko o tym. Jaki ja 

byłem głupi, że cię tak zostawiłem. Po prostu głupi.

Nikt nie potrafiłby znieść spokojnie takiego wyznania. Lauren miała 

background image

wrażenie, że jej serce pęka z nadmiaru szczęścia. Niewygody związane z 

występami,   o   których   jej   opowiadał   –   nie   najlepsze   hotele,   godziny 

spędzane   w   samolocie,   natrętni   wielbiciele,   niedoskonałe   umowy   – 

wszystko to byłoby do zniesienia, gdyby miał ją obok siebie.

Gdyby   miał   mnie,   pomyślała   z   niedowierzaniem,   mnie   –   zwykłą 

Lauren Hodges...

– W przyszłym miesiącu będziemy w Nowym Jorku – kusił. – Potem 

Londyn, jeszcze później Paryż...

Na chwilę powróciła do rzeczywistości.

– Przecież nie zawsze jest to Paryż – przypomniała mu.

– Jestem pewna, że pomiędzy tymi wspaniałymi przystankami będzie 

masę małych, nudnych miasteczek, jak moje.

Prawie   mogła   zobaczyć   jego   niedbały   ruch   ręką,   kiedy   próbował 

rozwiać jej wątpliwości.

– Tak, oczywiście, Ale z tobą nawet małe miasteczka nie będą takie 

złe. Więc zgadzasz się?

– Nie wiem – przeszedł ją dreszcz. – Usłyszała swój własny głos. – 

To wszystko dzieje się tak nagle.

– Do cholery, to wcale nie jest nagle – w jego głosie zabrzmiała 

twarda nuta. – Wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja. I wiedziałaś to już 

pierwszego dnia. Więc nie bój się tego!

– Hunter, tu jest wiele rzeczy, których nie mogę tak sobie, po prostu 

zostawić...

– Jakie rzeczy? Praca? Dom? Lauren, przecież nie jest ci to wcale 

potrzebne.

– Nie mogę tak wyjechać...

background image

– Właśnie, że możesz! Nie powinienem ci tego proponować w ten 

sposób,   przez   telefon.   Powinienem   poczekać,   aż   będę   mógł   cię   objąć, 

pocałować   i   przekonać.   Ale   Lauren,   kochanie,   jestem   na   to   zbyt 

niecierpliwy. Nie musisz mi odpowiadać w tej chwili. Możesz w ogóle nic 

nie mówić. Ja nie będę już poruszał tego tematu, bo nie ma o czym mówić. 

Po prostu  przygotuj się do wyjazdu ze mną  w dzień św. Walentego – 

przecież tego właśnie pragniesz. Tak samo mocno, jak ja.

Lauren   usłyszała   jeszcze   wyszeptane   pożegnanie   i   dźwięk 

odkładanej   słuchawki.   I   znowu   był   oddalony   o   tysiące   kilometrów, 

nieosiągalny.

Wolno odłożyła słuchawkę na miejsce. Hunter był jej tak absolutnie 

pewien, pomyślała, jakby nie mogła mieć żadnych wątpliwości, jakby nie 

istniały żadne bariery, które trzeba pokonać. Ale jednak nie bardzo jej się 

to podobało. Nie powinien tak lekceważyć jej pracy i domu  – a może 

właśnie   miał   do   tego   prawo?   Przecież   jeżeli   pojedzie   z   nim,   to 

rzeczywiście nie będzie musiała zarabiać na życie. A dom – właściwie i 

tak myślała o tym, żeby go sprzedać i Hunter o tym wiedział.

Był  tak   całkowicie   pewny   siebie...   ale   czy   jakakolwiek   normalna 

kobieta mogła odrzucić propozycję podróży do Nowego Jorku, Londynu, 

Paryża w towarzystwie Huntera Dixa? A nawet, jeżeli miałaby odwiedzać 

tylko   małe,   bezimienne   miasteczka,   to   nie   szkodzi,   przecież   wielkie, 

eleganckie stolice wcale nie pociągały Lauren. To Hunter Dix, mężczyzna, 

a   zarazem   mały,   zagubiony   chłopiec,   którego   poznała   pierwszego 

wieczora, w czasie obiadu u Marconiego, tak bardzo ją fascynował. Tak 

długo,   jak   z   nim   pozostanie,   będzie   najszczęśliwsza   na   świecie, 

niezależnie od tego, gdzie się znajdą.

background image

A jeśli nie wykorzysta teraz nadarzającej się okazji, może się już ona 

nigdy   nie   powtórzyć.   Kiedy   dzieliły   ich   tysiące   kilometrów,   tak   wiele 

rzeczy mogło ich skłócić, odciągnąć od siebie. Może już nigdy nie odnajdą 

tej idealnej harmonii, której zaznali tego wieczora, u Marconiego. Samo 

to, że mieli teraz tylko kontakt telefoniczny, źle wpływało na niego, a 

może także i na nią.

– Twoja zupa wystygła – zwrócił jej uwagę Ward.

– Och! – z trudem powróciła do rzeczywistości. Nawet nie usłyszała, 

kiedy wszedł do pokoju. – Nie szkodzi. Właściwie, to wcale nie byłam 

głodna.

Patrzył   na   nią,   z   rękami   w   kieszeniach.   Zauważyła   –   dlaczego 

dopiero   teraz?   –   że   wciąż   był  w  służbowym  ubraniu:   ciemne   spodnie, 

koszula w paski, krawat. Oczywiście zostawił w aptece swój długi, biały 

fartuch   i   rozluźnił   krawat,   ale   to   wszystko.   Czy   ten   człowiek   potrafił 

kiedykolwiek być na luzie?

Sprawiał   wrażenie,   jakby   chciał   jej   powiedzieć   wiele   rzeczy,   ale 

zamiast tego stwierdził tylko spokojnie:

– Włożę zupę do lodówki, może potem będziesz miała na nią ochotę.

– Świetnie. Dziękuję.

Oparła się plecami o poduszki. Kiedy Ward wrócił po paru minutach, 

miała zamknięte oczy.

– Wyglądasz na wyczerpaną – powiedział. – To musi być bardzo 

męczące, odgrywać takie przedstawienie, prawda?

– Co chcesz przez to powiedzieć? Jakie przedstawienie? – usiadła 

szybko.

–   Chodzi   mi   o   to,   że   w   momencie,   gdy   Hunter   zadzwonił, 

background image

zdecydowanie   odzyskałaś  siły   –   Ward   wzruszył  ramionami.   –  A   teraz, 

spójrz na siebie. Jesteś wyczerpana.

– Pomyśl o tym, co właśnie powiedziałeś, Ward. Przecież to chyba 

nietrudno zrozumieć – skrzywiła się pogardliwie.

– Nietrudno zrozumieć, że chciałaś na nim zrobić wrażenie. Zresztą 

nie bardzo wiem, po co. Czy według niego grypa jest dowodem jakiejś 

moralnej słabości, czy może Hunter z zasady nienawidzi wszystkiego, co 

mogłoby ci przeszkodzić w poświęcaniu mu całkowitej uwagi?

Lauren otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego.

–   Hunter   to   uroczy   człowiek,   który   w  tej   chwili   jest   pochłonięty 

męczącym tournee. Dziwne byłoby, gdyby nie czuł się czasem zmęczony 

czy   trochę   zdenerwowany.   Nie   chcę   obarczać   go   jeszcze   moimi 

problemami. To oczywiste, że stara się unikać wszelkich zaziębień. Głos 

jest   jego   narzędziem   pracy   i   nie   może   sobie   pozwolić   na   ryzyko   jego 

utraty.

– Oczywiście – powiedział ironicznie Ward.

– Nie oczekuję od ciebie, żebyś mu współczuł, ale w sumie to bardzo 

samotny człowiek, uwierz mi.

–   Samotny,   może.   Ale   też   samolubny,   zepsuty,   cyniczny, 

niedelikatny, pozbawiony własnego zdania...

Zaczynała mieć tego dosyć. Nie była zdziwiona, że Ward czuł się 

zazdrosny,   mimo   że   właściwie   nie   miał   do   tego   prawa.   Ale   ta 

zapalczywość była zupełnie nie w jego stylu. To nie takiego Warda znała. 

Na pewno nigdy nie przypominał Polyanny – widział również ciemniejsze 

strony życia – ale na ogół nie krytykował ludzi tak, bez przyczyny.

–   Co   się   z   tobą   dzieje?   –   zapytała.   –   To,   że   pozwoliłam   ci   się 

background image

pocałować, nie znaczy, że wolno ci się zachowywać w ten sposób!

W kąciku jego ust nie było już widać znajomego dołeczka. Mięśnie 

jego twarzy stężały.

– Najprawdopodobniej jest brutalny – kontynuował spokojnie – i na 

pewno...

– Już dosyć – podniosła się niepewnie. – Nie mam pojęcia, skąd to 

wszystko   wiesz,   ale   mylisz   się,   Ward.   Bardzo   się   mylisz.   Hunter 

przypomina wrażliwego, samotnego chłopca. Rozumiesz, o czym mówię? 

Posiada więcej niż inne dzieci, więc reszta próbuje się do niego zbliżyć i 

wykorzystać   go.   Nigdy   nie   jest   pewien,   kto   jest   jego   prawdziwym 

przyjacielem.

– Mali chłopcy z dużymi pieniędzmi, których znałem, nie byli tacy – 

Ward potrząsnął głową. – To oni wykorzystywali i lekceważyli innych. I 

wcale ich nie obchodziło, czy w ogóle mają jakiś przyjaciół.

–   Przestań   przekręcać   moje   słowa   –   podniosła   się.   –   To   jest   coś 

pięknego, a ty koniecznie chcesz wszystko zepsuć! Nie pozwolę ci na to! 

Wcale nie mam obowiązku cię słuchać!

Nastąpiła długa cisza. Lauren usiadła, czując że jej kolana zaczynają 

się trząść. Nagle poczuła zimno, jakby ktoś obłożył ją lodem.

– Ty naprawdę myślisz, że on cię kocha? – głos Warda złagodniał.

– Myślę, że lepiej to mogę ocenić niż ty – odpowiedziała z irytacją.

– A teraz myślisz o tym, żeby z nim wyjechać, gdy znowu się tu 

zjawi!?

–  Tak  –  oznajmiła.  Jej  głos  brzmiał  bardzo  cicho,   jakby  bała   się 

jeszcze o tym mówić, mimo że słuchał jej tylko Ward, a nie Hunter. – 

Wyjeżdżam z nim.

background image

Zapanowała kompletna cisza.

–  Właściwie   nic   mnie   tu   nie   trzyma   –  powiedziała   w  końcu,   jak 

dziecko bezmyślnie powtarzające to, co usłyszało. – Nie mam rodziny. 

Dom to w końcu tylko miejsce do mieszkania. A praca – pan Baines nie 

przejmie się tym za bardzo, bo zaczyna się martwy sezon. Gdy skończy się 

ruch przed dniem św. Walentego, Kim poradzi sobie sama. Pan Baines 

będzie  prawdopodobnie  zadowolony, że  ma   o  jedną  osobę   do  płacenia 

mniej.   I   będzie   miał   masę   czasu   na   znalezienie   kogoś   nowego   przed 

początkiem sezonu, na jesieni.

– Kogo próbujesz przekonać, Lauren? Mnie? Pana Baines? Czy samą 

siebie?

– Proszę, niech ci się nie wydaje, że musisz tu zostać i pouczać mnie 

– odwróciła się. Jej głos pełen był lodowatej uprzejmości. – Jestem pewna, 

że masz wiele ważniejszych rzeczy do zrobienia.

– Lauren, nie bądź głupia.

– Nie masz prawa mnie oceniać.

Usłyszała jakiś odgłos. Gdy spojrzała przez ramię,  Ward zakładał 

właśnie płaszcz.

– Chyba faktycznie tak jest – powiedział cicho. – Kiedy przychodzi 

co do czego, okazuje się, że nie mam w ogóle żadnych praw. Jest mi 

bardzo przykro, że popsułem ci wieczór.

– Nie zapomnij kasety – przypomniała – chyba nie będę jej oglądać.

Wziął z jej ręki pudełko i schował do kieszeni.

–   Pewnie   będziesz   bardzo   zajęta   nuceniem   swojej   piosenki.   Tej, 

którą on dla ciebie napisał. Jeżeli mogę ci coś poradzić...

– Nie możesz!

background image

– ...powinnaś się jej nauczyć na pamięć i odmawiać zamiast pacierza. 

Może da ci to szczęście i rozgrzeje tej nocy, kiedy zdasz sobie sprawę, jak 

wielki błąd popełniłaś.

Zamknęła   za   nim   drzwi,   z   trudem   weszła   po   schodach   i   prawie 

upadła na łóżko, za bardzo zmęczona, żeby chociaż poprawić zgniecione 

prześcieradło.

Nie była zdziwiona, że to właśnie Ward prześladował ją w snach tej 

nocy. Jego zachowanie się wieczorem pasowało do sennego koszmaru. 

Kiedy poczuję się lepiej, znowu będę mogła śnić o Hunterze i cudownych 

dniach, które nadejdą, pomyślała.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Następnego dnia przyszedł kolejny transport kwiatów – znowu dwa 

tuziny długich, kremowo-białych róż. Musiały być wysłane w momencie, 

kiedy Hunter wylądował w Stanach. Lauren zanurzyła twarz w białych 

płatkach i pomyślała: Jeszcze tylko sześć dni i będę z nim. Zanim te róże 

zdążą zwiędnąć...

Potem odsunęła kwiaty  od siebie i spojrzała na nie ze smutkiem. 

Dwa   tuziny   wspaniałych   róż,   a   ona   nie   mogła   nawet   cieszyć   się   ich 

cudownym, ciężkim zapachem. Miała tak zatkany nos, że w ogóle nic nie 

czuła.

– Nie szkodzi – wyszeptała. – Powącham je później. Mogę poczekać 

–   jej   słowa   zabrzmiały   jak   przysięga   wypowiadana   w   pustej,   cichej 

katedrze.

Jeszcze sześć dni;..

Każda   godzina   dłużyła   się   w   nieskończoność.   Czas   płynął   tym 

wolniej, że Lauren nie miała z kim dzielić swojego podniecenia, swojego 

oczekiwania,   swojej   radości.   Postanowiła   nie   mówić   nikomu   o   swoich 

planach.

Zdawała sobie sprawę, że powinna uprzedzić chociaż pana Bainesa, 

ale   jakoś   nie   mogła   się   do   tego   zmusić.   Szczerość   zresztą   mogła 

przyczynić   jej   wielu   problemów.   Jeżeli   powiedziałaby,   że   wyjeżdża   za 

niecały tydzień, atmosfera w sklepie stałaby się bardzo nieprzyjemna, a po 

okolicy na pewno zaczęłyby krążyć plotki.

Ostra   reakcja   Warda   powstrzymała   ją   od   dawania   komukolwiek 

szansy komentowania jej decyzji. Prawie nikt nie zdobyłby się na to, żeby 

background image

powiedzieć Lauren prosto w twarz to, co usłyszała od Warda. Jednak w 

całej   okolicy   byłby   to   jedyny   temat   rozmów   i   niewiele   osób   by   ją 

rozumiało.  I tak będzie tematem plotek,  gdy  wyjedzie, tego  nie da się 

uniknąć.   Ale   stawiać   temu   czoła,   zachowywać   spokój,   zdając   sobie 

sprawę, że rozmowy milkną, gdy wchodzi do pokoju... Nie, tego chyba by 

nie zniosła.

Oczywiście Ward mógł nie dochować tajemnicy. Gdyby powiedział 

chociaż jedno słowo, wywołałoby to lawinę plotek. Ale temu  w żaden 

sposób   nie   mogła   zapobiec.   Nie   była   przecież   w   stanie   zmusić   go   do 

milczenia.   Jeżeli   chciał   uratować   swoją   męską   dumę,   robiąc   z   niej 

lekkomyślną panienkę, która dała się oczarować sławnemu piosenkarzowi, 

było to bardzo łatwe. Bez kłopotu przekonałby ludzi, że Lauren jest po 

prostu   przysłowiową   słodką   idiotką.   Nie   zrozumieliby   tej   idealnej 

harmonii,  jakiej zaznała z Hunterem.  Lauren  zdawała  sobie sprawę, że 

wszelkie próby tłumaczenia, że nie działa pod wpływem jakiejś chwilowej 

zachcianki,   tylko   trwałej   i   prawdziwej   miłości,   są   z   góry   skazane   na 

niepowodzenie.

Nadal   lekko   rumieniła   się   na   myśl  o   tej   cudownej   miłości,   którą 

przeżywała. Jak więc mogła przypuszczać, że wytłumaczy to komuś, kto 

naprawdę nie zna tego człowieka?

Tylko Kim wydawała się   cokolwiek  rozumieć,  ale  nawet  ona nie 

zawsze się z Lauren zgadzała. Może wynikało to z jej przyzwyczajenia do 

mówienia wprost tego, co myśli. Pewnego dnia jeden z klientów przyniósł 

najnowszą gazetę i ze złośliwym uśmiechem powiedział: „Na pewno już 

pani to widziała, bo na pierwszej stronie jest zdjęcie Huntera Dixa. Ale 

pomyślałam, że może przyda się pani jeszcze jeden egzemplarz”. Zaraz po 

background image

jego wyjściu Kim zagłębiła się w lekturze.

Lauren zerknęła tylko i wróciła do projektowania wystawy na dzień 

Św. Patryka. Co prawda już nie ona będzie ją układać, ale gdyby nie zajęła 

się tym, mogłoby to wzbudzić podejrzenia. Kim prawdopodobnie chętnie 

skorzysta z gotowego pomysłu.

– Dobrze się bawisz? – spytała w końcu Lauren.

– Może będziesz chciała sama to zobaczyć. – Kim przysunęła jej 

gazetę.

Zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Lauren spojrzała na pierwszą stronę. 

„Hunter   podbija   Honolulu!   –   głosił   wielki   napis.   –   Uwodzicielski 

piosenkarz zdobywa miasto po koncercie”...

Ogromne litery zajmowały pół strony, ale Lauren przestała czytać.

– Co za nonsens – stwierdziła. – Doskonale wiem, co robił po tym 

koncercie. Siedział w swoim pokoju i rozmawiał ze mną przez telefon.

– W środku są zdjęcia... – Kim sięgnęła po gazetę.

– Czy nigdy nie słyszałaś o fałszowanych fotografiach? Och, Kim, 

przecież wiesz, że dziennikarze gotowi są zrobić wszystko, żeby zdobyć 

jakieś pikantne nowinki. Sam Hunter powiedział, że nie zawsze można im 

wierzyć.

–   Przecież   powiedział   właśnie,   że   mieli   rację   pisząc,   że   jego 

przyjaciółka,   ta   aktorka,   rzeczywiście   go   opuściła   –   Kim   potrząsnęła 

głową.

– Tak, ale to trudno byłoby ukryć, nie uważasz? – Lauren odsunęła 

na   chwilę   swój   projekt   i   przyjrzała   mu   się.   –   Czy   mamy   jeszcze   na 

zapleczu te porcelanowe krasnoludki? Można by przymocować do nich 

woskiem pierścionki.

background image

– Pod warunkiem, że potem sama zmyjesz wosk – powiedziała Kim.

Lauren prawie się uśmiechnęła,  wiedząc, że na pewno nie będzie 

musiała się martwić o zmywanie wosku. Zawsze bardzo lubiła dekorować 

wystawy.   Wymyślać   nowe   projekty,   gdy   zmieniały   się   pory   roku,   za 

każdym razem udoskonalać je i szukać jakiś nowych pomysłów. A teraz... 

już nigdy nie będzie się tym zajmować. Nie będzie, jak dotąd, szperać po 

straganach   na   pchlim   targu   w   poszukiwaniu   małych,   pozornie 

bezużytecznych przedmiotów. Nie będzie grzebać w stosach świecidełek, 

które   mogły   się   przydać   do   dekorowania.   Miała   w   domu   pełne   pudła 

takich drobiazgów i co teraz z nimi zrobić?

Wyrzucić, stwierdziła stanowczo. Musi dziś, po powrocie do domu, 

wynieść je na śmietnik. Nie potrzebuje już takich rupieci. Teraz będzie się 

zajmowała   poważniejszymi   rzeczami   niż   ozdabianie   wystaw.   Nie 

wiedziała   jeszcze   dokładnie   czym,   ale   na   pewno   czymś   bardzo 

przyjemnym i ciekawym, bo będzie to dotyczyło Huntera. Zawsze miała 

łatwość zawierania nowych znajomości, może mogłaby...

– Lauren – Kim ciągle oglądała gazetę – myślę, że powinnaś chociaż 

obejrzeć te zdjęcia.

– Co? Nie, Kim, nie mam zamiaru patrzeć na te bzdury. Te fotografie 

muszą być retuszowane albo zmontowane tak, by sprawiać wrażenie, że 

przedstawieni   tam   ludzie   znajdowali   się   w   jakiś   kompromitujących 

sytuacjach.

– Skąd wiesz, że są kompromitujące? – spytała Kim spokojnie. – Ja 

tego nie powiedziałam.

– Zawsze tak jest. Z tego, co wiem, czasem nawet używają dublerów, 

kiedy   nie   mogą   znaleźć   nic   interesującego   w   rzeczywistych   faktach.   – 

background image

Lauren wzięła ostrożnie gazetę i wyrzuciła ją do śmieci.

–   Pewnie   masz   rację   –   zgodziła   się   Kim.   –   Dublerzy   mówisz? 

Jednak... – ale w tym momencie zamilkła i nic już więcej nie mówiła na 

ten temat.

W ogóle niewiele rozmawiały i Lauren poczuła ulgę, gdy nadeszła 

pora   na   popołudniową   przerwę.   Nawet   bar   przy   aptece   nie   mógł   być 

gorszy niż taka zupełna cisza.

Przynajmniej dotychczas nie był. Pierwszego dnia pracy po chorobie 

z   trudem   opanowała   zdenerwowanie.   A   jeżeli   Ward   pomyśli,   że   jej 

obecność w aptece jest zaproszeniem do kontynuowania rozmowy, którą 

przedtem przerwała?

Nie zrobi tego, powiedziała sobie. Nie w miejscu publicznym. Nie 

Ward, który tak zwracał uwagę na zachowywanie pozorów.

Ale dopiero gdy siadła nad kawą, uświadomiła sobie, że nie tylko 

kłótnia   może   zwrócić   powszechną   uwagę.   Jeżeli   Ward   zacznie   ją 

ignorować, będzie to tak samo podejrzane. Zdawała sobie sprawę, że to 

znacznie bardziej zaspokoi jego urażoną dumę niż bezpośrednie starcie. 

Jeżeli przestanie ją zauważać, będzie wyglądało, jakby to ona go śledziła. 

Jakby to on ją odrzucił, a nie odwrotnie.

Ale Ward oczywiście tego nie zrobił. Był przecież w każdym calu 

dżentelmenem.   Pierwszego  popołudnia  po  prostu  wyszedł  ze szklanego 

pomieszczenia na zapleczu apteki, żeby napełnić swoją filiżankę, tak jak 

zwykle. A kto mógł zauważyć, że gdy usiadł obok niej, rozmawiali tylko o 

pogodzie? Najwyraźniej był zajęty. To tłumaczyło, dlaczego tak krótko 

rozmawiali,   jak   również   fakt,   że   nawet   nie   dotknął   jej   włosów   i   nie 

zauważył wielkiego opala w nowym naszyjniku.

background image

Podobna sytuacja powtarzała się każdego kolejnego dnia. Czasami 

na chwilę  siadał  obok niej,  czasami  tylko  machał  jej ręką  i  wracał  do 

pracy. Była mu wdzięczna, że nie robił żadnych scen.

Alma napełniła filiżankę Lauren.

– Nie przejmuj się tym – stwierdziła.

Lauren była tak zaskoczona, że poparzyła sobie usta gorącą kawą.

– Chodzi mi o Warda. – Kobieta mówiła dalej. – Tylu ludzi teraz 

choruje i przychodzi do apteki, że on zupełnie nie wie, co się wokół niego 

dzieje. Nie masz się czym martwić, naprawdę, kochanie.

– Ma pani rację – udało się powiedzieć Lauren.

– Próbujesz udawać, że nic się nie dzieje? – Alma uśmiechnęła się 

lekko. – Rozumiem. Musi być teraz trochę zdenerwowany i niecierpliwy. 

Nie przejmuj się. Gdy tylko to zamieszanie się skończy, znowu będzie tym 

samym Wardem. Czy ty też miałeś tę straszną grypę?

Lauren przytaknęła i wyszła z apteki tak szybko, jak tylko mogła. 

Następnego dnia nie wróciła. Nie ma sensu jeszcze bardziej komplikować 

nam życia, powiedziała sobie.

Jednak   wydarzenie   to   trochę   popsuło   jej   humor.   Po   raz   pierwszy 

zdała sobie sprawę, w jakiej sytuacji znajdzie się po jej wyjeździe w dzień 

św.   Walentego.   Jeżeli   każdy   w   okolicy   będzie   dla   niego   tak   miły   i 

współczujący   jak   Alma   dla   niej,   stanie   się   to   trudne   do   wytrzymania. 

Szczególnie że wszyscy dowiedzą się, że zostawiła go dla Huntera Dixa. 

Prawdę mówiąc, dla kogoś takiego jak Ward, te wyrazy sympatii będą nie 

do zniesienia.

Dobrze, że chociaż znał prawdę, pomyślała. Nie będzie to dla niego 

taki szok jak dla innych. Nie mogła zrobić nic, żeby złagodzić jego ból i 

background image

czuła się winna, że sam będzie musiał stawić czoła szerzącym się plotkom.

Ward niewątpliwie nie zasłużył na taki cios. Ale wiedziała, że kiedyś 

poradzi sobie z tym i znowu odnajdzie szczęście. Na pewno spotka jakąś 

kobietę, którą pokocha i będzie dla niej wspaniałym mężem.  Powinien 

poszukać kogoś bardzo praktycznego, kto potrzebuje tego, co Ward może 

z siebie dać. Kobiety, która zaakceptuje go takim, jaki jest – z zimnym 

sokiem pomarańczowym, rosołem z kury i cebulkami krokusów. Kobiety, 

która nie szuka w życiu romantyzmu, nie tęskni za szampanem, kawiorem 

i białymi różami w dużych ilościach.

Lauren miała nadzieję, że stanie się to szybko. Nie chciała, żeby tak 

cierpiał, zdając sobie sprawę, że to ona jest przyczyną tego bólu.

Dzień   św.   Walentego   był   słoneczny   i   nadspodziewanie   ciepły. 

Lauren obudziła się, odczuwając tak wielką radość, jak czasem dzieci w 

dzień Bożego Narodzenia, kiedy nie mogą się doczekać, na prezenty od 

Świętego Mikołaja. Miała wrażenie, jakby jej serce przypominało balon 

wypełniony   gorącym   powietrzem,   który   próbuje   wydostać   się   z 

zamknięcia. Nawet rzeczy, które miała jeszcze do zrobienia, nie były w 

stanie   sprowadzić   jej   na   ziemię.   Gotowanie   ostatniego   śniadania, 

wyjmowanie resztek z lodówki, telefon do wydawnictwa, żeby odwołać 

prenumeratę   codziennej   gazety,   wizyta   u   sąsiadki,   która   zawsze 

opiekowała się domem, gdy Lauren wyjeżdżała – wszystko to, co zwykle 

robiła, opuszczając dom na tydzień lub dwa. Tak jakby wciąż do niej nie 

dotarło, że był to już naprawdę ostatni raz.

Włożyła jeszcze kilka rzeczy do walizek, które leżały w gościnnym 

pokoju, ale postanowiła ich nie zamykać. Hunter nie powiedział, jakie ma 

background image

plany na ten dzień, więc pomyślała, że prawdopodobnie wpadną po jej 

rzeczy już po koncercie. Nie ma sensu, żeby wszystko gniotło się dłużej, 

niż to konieczne. Mogła domknąć walizki w ostatniej chwili, gdy już będą 

wychodzili.

Zostało jeszcze kilka kartonów, z którymi coś trzeba było zrobić. 

Włożyła   tam   różne   pamiątki,   których   nie   chciała   wyrzucać.   Rodzinne 

albumy ze zdjęciami, dyplom swojego ojca, jej dziecinne rysunki i wiele 

podobnych rzeczy.

Kartony   trzeba   chyba   będzie   oddać   gdzieś   na   przechowanie, 

zdecydowała. Przecież nie można ich wozić ze sobą po całym świecie. 

Reszta – meble, naczynia i wszystko inne – może pójść na aukcję. Ludzie 

z agencji handlu nieruchomościami zajmą się tym, zanim wystawią dom 

na sprzedaż.

Ostatni raz przeszła się po domu. Zatrzymała się na chwilę w jadalni 

i dotknęła ręką dębowego kredensu matki, w którym stała cenna porcelana. 

Usiadła   na   chwilę   w   skórzanym   fotelu   ojca   przy   orzechowym   biurku. 

Spojrzała   na   książki,   ustawione   równo   na   półkach,   w   jego   dawnym 

gabinecie.

Nie, powiedziała sobie stanowczo. Musisz być rozsądna, Lauren. Nie 

możesz zabrać wszystkiego.

Mosiężny zegar, stojący na kominku, należący kiedyś do jej babki, 

przypomniał   jej,   że   musi   już   wyjść,   bo   inaczej   spóźni   się   do   pracy. 

Zakręciła kaloryfer i zaciągnęła zasłony w salonie. W przedpokoju stanęła 

na chwilę. To głupie, ale mogłaby przysiąc, że coś – może sam dom – 

żegnało ją. Panowała jakby pogrzebowa cisza.

Zebrała ze stołu swoje rzeczy – rękawiczki, torebkę i kopertę, którą 

background image

zostawi dziś wieczorem w sejfie, zawierającą jej rezygnację z pracy. Pan 

Baines znajdzie ją jutro rano, gdy Lauren będzie już daleko...

Jutro rozpocznie się dla niej zupełnie nowe życie, wspaniałe życie z 

Hunterem.

– Hunter – wyszeptała. – Mieć cię na zawsze! Czym zasłużyłam na 

takie szczęście?

Doniczka   krokusów  stała   wciąż  na  ladzie,   obok  kasy. Lauren  nie 

zajmowała się nimi, ale wiedziała, że Kim starannie je podlewa. Śliczne 

ciemnofioletowe, aksamitne pączki zaczynały się już rozwijać. Tego ranka 

nawet   zwykłe   krokusy   budziły   radość   Lauren.   Właśnie   wąchała   jeden, 

szczególnie ładny kwiatek, kiedy weszła Kim.

– Więc jednak przyszłaś? – w głosie Kim słychać było zaskoczenie. 

– Sądziłam, że czekasz już na Huntera na lotnisku.

– Nie – Lauren starała się dyskretnie odstawić doniczkę, co nie było 

łatwe, bo nos miała ubrudzony żółtym pyłkiem. – Prosił mnie, żebym tam 

nie   przyjeżdżała,   bo   wszędzie   będzie   masę   ludzi.   Zobaczy   się   ze   mną 

później, prywatnie.

– Prywatnie? Czy to znaczy, że podjedzie pod sklep białą limuzyną, 

w otoczeniu goryli i tak dalej?

– Kim, co się z tobą dzieje? Myślałam, że go cenisz i podziwiasz!

– Już  sama  nie  wiem –  Kim wzruszyła ramionami.   – Inaczej  się 

czułam,   oglądając   go,   gdy   był   daleko,   nieosiągalny.   Wydawał   się   taki 

wielki i wspaniały. W niczym nie przypominał zwykłego człowieka. Ale 

kiedy okazało się, że jest zupełnie normalnym człowiekiem...

– To jest jeszcze wspanialsze – powiedziała Lauren.

– Chyba wolę oglądać swoich idoli z daleka, w pełni chwały – Kim 

background image

spojrzała na nią. – To wszystko.

–   To   jest   dla   nich   bardzo   trudne   –   żyć   tak,   żeby   sprostać 

wyobrażeniom,   jakie   mają   o   nich   wielbiciele   –   Lauren   ze   smutkiem 

potrząsnęła głową.

– W wyobrażeniach nie ma nic złego – stwierdziła Kim spokojnie – 

jeśli nie  miesza  się ich  z rzeczywistością.  – Po czym szybko zmieniła 

temat.

Lauren   bardzo   to   odpowiadało.   Przypuszczała,   że   Kim   musi   coś 

podejrzewać, a nie chciała się z nią kłócić czy nawet rozmawiać na ten 

temat. Dzisiejszy dzień miał się kojarzyć tylko z miłymi wspomnieniami.

Dlatego   prawie   jęknęła,   gdy   zobaczyła   późnym   popołudniem 

nadchodzącego Warda. Starała się, jak mogła, tak ułożyć sobie czas, żeby 

nie wychodzić na przerwę obiadową. Nie musiała więc iść na kawę do 

barku przy aptece, gdzie nie uniknęłaby spotkania z nim. A teraz Ward tu 

przyszedł   –   czy   chciał   po   raz   ostatni   przekonywać   ją?   Czy   tylko   się 

pożegnać? I jedno, i drugie było krępujące, Kim stała tuż obok, a pan 

Baines mógł wszystko słyszeć.

Ward oparł się o ladę i dotknął końcem palca jednego z aksamitnych, 

fioletowych płatków.

– Całkiem ładnie się rozwinęły, prawda? Trudno uwierzyć, że z tak 

niepozornej cebulki mogą wyrosnąć takie piękne kwiaty.

– Tak. Miałeś bardzo dobry pomysł – Lauren odpowiedziała trochę 

sztywno.

– Szkoda, że... – zaczął i nagle zmieszał  się lekko,  jak gdyby te 

słowa wymknęły mu się mimo woli.

Lauren wiedziała, o czym myślał – te krokusy nie przetrwają długo, 

background image

bo nigdy nie zostaną zasadzone w ogrodzie, tak jak chciał. Teraz, kiedy o 

tym myślała, też tego żałowała. Nie była to przecież wina kwiatków. Nie 

powinno się ich skazywać na śmierć.

– Myślę, że... – zabrzmiało to trochę niezręcznie. – Właściwie, to 

Kim się nimi zajmowała. Prawdę mówiąc, to jej się należą.

Kim spojrzała na nią dziwnie i otworzyła usta, jakby chciała zapytać, 

dlaczego Lauren o tym mówi dając Wardowi do zrozumienia, że oddała 

komuś kwiaty, które od niego dostała!

Lauren ciągnęła szybko:

–   Tam,   obok   latarni   jest   mały   kawałek   ziemi   –   pokazała   ręką.   – 

Może   tam   je   zasadzić   i   w   ten   sposób   upiększyć   ulicę   –   dotknęła 

delikatnego płatka i szybko schyliła się, żeby powąchać kwiaty. – Są zbyt 

ładne, żeby miały się tak zmarnować, a ten zapach... Dopiero teraz jestem 

w stanie go poczuć. To przez tę grypę.

Bredzisz,   powiedziała   sobie.   –   Dlaczego   nie   zamilkniesz   i   nie 

pozwolisz   Wardowi   wyjaśnić,   po   co   właściwie   przyszedł.   Zaraz   sobie 

pójdzie i zostawi cię samą. To już prawie koniec pracy...

A Hunter nie pojawił się – przypomniał zły chochlik – czający się 

gdzieś w jej głowie. – Jego samolot wylądował już parę godzin temu, ale 

nie dostała dotąd żadnych wiadomości.

Jakby w odpowiedzi, przed sklepem zatrzymała się biała limuzyna, 

blokując całą ulicę. Szofer nie wysiadł, otworzyły się tylko tylne drzwi. 

Pojawił się u nich jeden z goryli z jakimś pudłem w rękach.

Serce Lauren ścisnęło się nagle. Więc to nie Hunter. Dlaczego?

Człowiek z ochrony wszedł do sklepu, nie rozglądając się dookoła, i 

położył przed Lauren wielkie pudło.

background image

–   Pan   Dix   prosił   mnie   o   dostarczenie   tego,   panno   Hodges   – 

powiedział   monotonnym   głosem.   –   I   żebym   przekazał,   że   limuzyna 

przyjedzie po panie tutaj wieczorem, przed koncertem.

Lauren skinęła głową i, gdy posłaniec już znikł, spojrzała na pudło w 

kształcie serca, zapakowane w błyszczący celofan. Czekoladki, pomyślała 

zrezygnowana.

–   No   tak,   słodycze,   to   typowy   prezent   na   dzisiejszy   dzień   – 

powiedział Ward. – Szkoda tylko, że jesteś na nie uczulona. On tego nie 

wie, czy też go to nie obchodzi?

Lauren   przygryzła   wargę,   ale   postanowiła   nie   okazać   swojego 

rozczarowania.

–   Chyba   nigdy   o   tym   nie   rozmawialiśmy   –   powiedziała   cicho   i 

sięgnęła   po   nożyczki,   żeby   przeciąć   celofan.   A   kiedy   podniosła 

przykrywkę, ze środka wyleciały dwa podpisane zaproszenia na koncert. 

Jedno z nich podała Kim prawie ceremonialnym ruchem.

Pod   spodem   widać   było   pojedynczą   warstwę   wspaniałych 

czekoladek – każda z nich oddzielnie zapakowana, ślicznie udekorowana, 

w różnym kształcie i kolorze. Na pewno były bardzo dobre, ale cóż z tego? 

Gdyby choć spróbowała którąś, natychmiast zrobiłaby się czerwona, całe 

ciało   spuchłoby   jej   i   Ward   musiałby   szybko   iść   do   apteki   po   jakieś 

lekarstwo.

Dostaje  róże,   których  nie   mogę  wąchać  i czekoladki,  których  nie 

mogę jeść. Jednak nie była to przecież wina Huntera, że nie wiedział o tej 

idiotycznej alergii. Jak mógłby się tego domyślić? Wielu ludzi także nie 

pomyślałoby o jej katarze i różach.

– Spójrz na to! – zawołała nagle Kim. – Ciekawe, jakiej firmy są te 

background image

czekoladki. Chyba zawołam pana Bainesa. Może to upominek dołączony 

tak, jak do paczki płatków śniadaniowych.

Lauren popatrzyła na nią zdziwiona.

– Odsłoń  pudełko  i  pozwól mi  zobaczyć, co  tam jest,  co tak  cię 

podnieciło, Kim...

Był   to   pierścionek   wciśnięty   między   dwie   czekoladki   na   środku 

pudełka. Wpadł pod jedną z nich i dlatego Lauren nie zauważyła go od 

razu. Kamień był ubrudzony karmelem i tylko błyszczące złoto zwróciło 

uwagę Kim.

Lauren wyjęła pierścionek  z pudełka. Ozdobiony  był wielkim,  co 

najmniej   jednokaratowym   rubinem   w   kształcie   serca   i   dwoma   małymi 

brylancikami.

Lauren stała trzymając pierścionek i zastanawiała się, dlaczego czuje 

smutek. Nagle już wiedziała. Hunter obiecał jej, że kiedy wróci, wszystko 

będzie się odbywało bardzo romantycznie, a ona wyobraziła sobie wtedy 

miłą kameralną kolację przy świecach, z szampanem i kawiorem. Potem 

Hunter miał klęknąć przed nią, poprosić ją o rękę i wsunąć jej na palec ten 

bardzo specjalny pierścionek...

Ale   widać   po   prostu   nie   było   na   to   czasu,   powiedziała   sobie. 

Niektórych obowiązków nie można lekceważyć. Nie powinna złościć się 

na Huntera, że nie chciał czekać z ofiarowaniem jej pierścionka!

Poza   tym,   pomyślała,   niewiele   kobiet   może   się   poszczycić 

koncertem   w   dniu   zaręczyn.   Dziś   był   to   JEJ   koncert,   zadedykowany 

właśnie jej. O ile to bardziej romantyczne niż zwykła kolacja.

A   pierścionek   –   też   był   specjalny.   Trudno   znaleźć   coś   bardziej 

odpowiedniego niż rubin w kształcie serca. A to, że Hunter nie mógł sam 

background image

włożyć jej go na palec... Na pewno wynagrodzi to pocałunkiem.

– Piękny, prawda? – wsunęła pierścionek na lewą rękę. – Położyła 

dłoń na gablocie i patrzyła, jak światło odbija się w czerwonym kamieniu. 

Rubin w kształcie serca – niewiele takich widziała.

Ward dotknął kamienia koniuszkiem palca i przekręcił pierścionek 

do światła. Przesuwał się łatwo, był troszkę za duży na jej szczupły palec. 

Ale to łatwo można poprawić, nawet dziś po południu, gdyby pan Baines 

miał czas...

Ward bardzo się starał, żeby dotknąć tylko pierścionka i nie musnąć 

przypadkiem ręki Lauren. Stała bez ruchu, dłoń zesztywniała jej, jakby 

przymarzła do szyby, aż się nie odsunął.

– Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawiły na koncercie stulecia 

– powiedział, ale Lauren doskonale wiedziała, co miał na myśli.

Podeszła do okna i patrzyła, jak odchodził. Zatrzymał się na chwilę, 

żeby porozmawiać z jedną ze swoich klientek i jej synkiem. Powiedziała 

sobie,   że   to   głupie   martwić   się   tym,   że   właściwie   się   nie   pożegnali. 

Naprawdę bez sensu. Bo co w sumie mieli sobie powiedzieć?

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kim najwyraźniej zamierzała bawić się dobrze tego wieczora. Kiedy 

kierowca   zamknął   za   nimi   drzwi   limuzyny,   zaczęła   naciskać   po   kolei 

wszystkie guziki – włączać i wyłączać telewizor, bawić się telefonem i, 

ogólnie rzecz biorąc, doprowadzać Lauren do pasji. W końcu oparła się z 

zadowoleniem o skórzane siedzenie i spytała:

– Mogę jeszcze raz obejrzeć twój pierścionek?

– To zależy – powiedziała Lauren oschle. – Masz zamiar oglądać 

pierścionek, czy sprawdzać, czy mój palec już całkiem zzieleniał?

– Wiesz, że po obejrzeniu tej gazety zaczęłam się niepokoić. – Kim 

skrzywiła się. – Naprawdę myślałam, że Hunter tylko próbuje cię uwieść, i 

że jesteś głupia dając się na to nabrać. Nigdy nie przypuszczałam, że ma 

wobec   ciebie   poważne   zamiary   –   oglądała   rubin   przy   świetle   jednej   z 

lampek   do   czytania,   kiedy   Lauren   wyłączyła   ją.   –   Poczekaj   – 

zaprotestowała Kim. – Jeszcze nie skończyłam.

– Już jesteśmy koło sali koncertowej – zwróciła jej uwagę Lauren. – 

Zobacz, jaki tłum.

Prawdopodobnie zaczął się już występ pierwszego zespołu. Jednak 

na zewnątrz  wciąż  stało  masę  ludzi.   Blokowali  chodniki i  napierali  na 

barierki,   które   ustawiła   policja,   chcąc   umożliwić   dojazd   do   sali 

koncertowej.

Nawet siedząc w zamkniętym i wyciszonym samochodzie, Lauren i 

Kim   słyszały   krzyki,   które   wzmogły   się   jeszcze   na   widok   limuzyny. 

Ludzie   zaczęli   przewracać   barierki   tuż   obok   nich.   Lauren   poczuła,   że 

blednie. Nie był to strach przed tym, co mogą im zrobić, ale niepokój, że 

background image

jadący   szybko   samochód   może   kogoś   potrącić.   Jednak   ulica   zaraz   się 

skończyła i wjechali na ukryty, strzeżony parking za budynkiem.

Kim   siedziała   z   szeroko   otwartymi   oczami,   skulona   w   rogu 

siedzenia.

– Więc teraz tak będziesz żyła? Przypuszczam, że rzadko będzie ci 

się zdarzało chodzić samej do sklepu spożywczego, prawda?

Lauren roześmiała się nerwowo. Teoretycznie wiedziała, że tak to 

ma wyglądać, ale ostami epizod trochę zbił ją z tropu.

Może myśleli, że to Hunter siedzi w samochodzie i dlatego zrobiło 

się   takie   zamieszanie.   Na   pewno   z   czasem   się   do   tego   przyzwyczaję, 

powiedziała sobie.

Jeden   ze   strażników   podszedł   do   limuzyny   i   otworzył   im   drzwi. 

Potem szybko zaprowadził je schodami do głównego budynku.

–   Jest   dla   was   zarezerwowana   specjalna   loża,   tuż   przy   scenie   – 

powiedział. – Pójdziemy tam od razu. Koncert już się rozpoczął, a pan Dix 

przygotowuje się do wyjścia na scenę, więc zobaczy się z wami dopiero w 

czasie przerwy.

Ale   Lauren   nie   słuchała.   Udało   jej   się   wyjrzeć   znad   potężnego 

ramienia strażnika i w szerokim korytarzu zobaczyła Huntera. Stał oparty 

o   stertę   dziwnych   narzędzi   i   rozmawiał   z   jakimś   niższym   od   siebie   o 

głowę mężczyzną.

Wygląda zupełnie inaczej niż przedtem, pomyślała bezwiednie. To 

na pewno po tym tournee.

Był   szczuplejszy,   na   jego   twarzy   pojawiły   się   głębokie   bruzdy   i 

wydawał   się   strasznie   blady.   To   tylko   sceniczny   makijaż,   pomyślała 

Lauren.   To   musi   być   potworne   stać   tak   na   scenie,   cały   czas   w 

background image

oślepiającym blasku reflektorów.

Ale   trzeba   przyznać,   że   Hunter   wyglądał...   okropnie.   To   było 

właściwe określenie. Jak gdyby bardzo potrzebował odpoczynku.

Jego głos też był zmieniony. Nie słyszała dokładnie, co mówił, ale 

zrozumiała  mniej   więcej,  o  co  chodzi.  Oświadczył,  że  nienawidzi tych 

wszystkich głupich fanów, czekających na jego występ. Ma dosyć tego, że 

musi być na zawołanie każdej pryszczatej nastolatki, która zapłaciła za 

bilet..

– Hunter...  –  powiedziała   głosem tylko  odrobinę  głośniejszym  od 

szeptu.

Nie usłyszał jej, ale mężczyzna, z którym rozmawiał, dał mu znak, że 

ktoś na niego czeka. Hunter zmarszczył brwi, odwrócił się i zawołał:

– Lauren, kochanie! – podszedł do niej i objął ją ramionami. – Moja 

kochana dziewczynka. Jesteś zaskoczona tym, co powiedziałem, prawda?

– To brzmiało tak cynicznie... – wykrztusiła przez ściśnięte gardło.

–   Nie   możesz   się   tym   przejmować,   kochanie.   Oczywiście,   że 

naprawdę tak nie myślę. To tylko trema, rozumiesz. Zawsze tak robię, gdy 

mam stanąć przed tłumem, inaczej nigdy bym nie miał dość odwagi, żeby 

wyjść na scenę. Ale teraz ty będziesz mi dodawać siły... – sięgnął po jej 

dłonie i nagle, gdy na jej palcu zobaczył rubin, coś w jego twarzy się 

zmieniło. Zanim zdołała się poruszyć, objął ją mocno, poczuła jego usta na 

swoich i nagle prawie zabrakło jej tchu, czuła nieomal ból. Próbowała 

zaprotestować,   ale   jego   język   był   już   głęboko   w   jej   ustach,   pełen 

pragnienia i pożądania. Poczuła się prawie gwałcona przez ten tak bardzo 

nieskromny  pocałunek.  Musiała  stanowczo przekonać siebie,  że Hunter 

miał prawo być dziś wyjątkowo wylewny. Nie widział jej przecież dwa 

background image

tygodnie. Poza tym mężczyzna miał też prawo pocałować kobietę, którą 

kochał,   która   nosiła   jego   pierścionek.   Nawet   jeżeli   przekraczał   pewne 

granice, było to zrozumiałe, a nawet w pewien sposób pochlebiało jej.

A poza tym strażnik zachowywał się, jakby nic specjalnego się nie 

stało. Mężczyzna, z którym Hunter rozmawiał, po prostu odwrócił się i 

odszedł.

Kim   posłała   Lauren   długie   spojrzenie,   kiedy   już   znalazły   się   w 

prywatnej loży z boku sceny, ale też nic nie powiedziała. Zresztą trudno 

było rozmawiać, bo koncert już trwał.

Występ   pierwszego   zespołu   zakończył   ogłuszający   akord,   potem 

muzycy zabrali swoje instrumenty i z ukłonem opuścili scenę. Pojawili się 

organizatorzy. Biegali po scenie, z daleka przypominając krzątające się 

mrówki. W ciągu niecałych pięciu minut wszystko było gotowe, światła 

zmieniły   się,   organizatorzy   znikli   tak   samo   szybko,   jak   się   pojawili,   i 

atmosfera   oczekiwania   zaczęła   rosnąć.   Na   scenę   weszli   członkowie 

zespołu   Huntera   i   zaczęli   grać.   Rytmiczna   melodia   stawała   się   coraz 

głośniejsza, aż w końcu przeszła w burzę dźwięków. W tym momencie, 

gdy muzyka osiągnęła zenit, dwa reflektory oświetliły miejsce na środku 

sceny, gdzie stał Hunter. Tłum wstał i piosenkarz, wśród burzy oklasków, 

rozpoczął występ.

To makijaż tak go zmienił, pomyślała Lauren. Z jej miejsca wyglądał 

na wypoczętego i opalonego. Jeszcze jedno złudzenie.

Śpiewał   o   radości   powracania,   a   kiedy   skończył,   pozdrowił 

wszystkich swoich fanów. Potem mówił do „ludzi z ostatnich rzędów”, 

tych którzy wspięli się na rusztowania, prawie pod sam sufit, przekonując 

ich, jacy są dla niego ważni i jak bardzo się cieszy, że może dla nich 

background image

śpiewać.

To także, pomyślała Lauren, jest tylko złudzeniem. W głębi serca 

zdawała sobie sprawę, że to, co słyszała przed koncertem, było prawdą. 

Mówił to całkiem poważnie. Ten uroczy Hunter, tu i teraz – to była poza – 

a nie jego prawdziwy charakter, prawdziwe poglądy.

Ale   właściwie,   to   dlaczego   tak   ją   to   zaskoczyło?   Był   aktorem   – 

twórcą złudzeń. Ci ludzie po to tu przyszli i nie zawiedli się.

Jeśli   jednak   wszystko   to   było   tylko   grą,   zaczęła   się   nagle 

zastanawiać, jak wiele z tego, w co sama uwierzyła, mogło się spełnić, a 

co było... tylko złudzeniem?

Czuła się, jakby każdy jej nerw stał się niesłychanie wyczulony na 

najmniejszy   ślad   fałszu   –   słyszała   go   teraz   w   jego   głosie.   Nawet   w 

piosenkach, które od dawna uwielbiała i których teksty mogła cytować z 

pamięci. Dziś widziała w Hunterze człowieka, który uważa się za centrum 

wszechświata i nie widzi powodu, dla którego ktoś miałby sądzić inaczej.

Spojrzała   na   Kim,   która   siedziała   pochylona   do   przodu,   czasem 

nucąc, wpatrzona w scenę. Najwyraźniej nie słyszała tego egoistycznego 

brzmienia w ukochanym głosie.

A   może   jednak   przesadzam?   –   Lauren   zaczęła   się   zastanawiać. 

Każdy wykonawca – każda gwiazda – musi mieć wiarę w siebie. Nikt nie 

byłby w stanie stanąć na scenie i, w pewien sposób, obnażyć duszę, bez 

ufności w swoje siły. Czy nagle, po raz pierwszy, widzi go takim, jakim 

jest naprawdę, czy może na siłę doszukuje się w nim wad?

Próbowała oddalić od siebie wątpliwości i po prostu cieszyć się tym 

koncertem   –   jej   koncertem   –   ale   zdawała   sobie   sprawę,   że   zbliża   się 

przerwa, i że on będzie na nią czekał za kulisami.

background image

Nagle Kim pociągnęła ją za rękaw i uwaga Lauren znowu skupiła się 

na tym, co działo się na scenie.

– ...nową piosenkę – mówił Hunter – dla bardzo specjalnej osoby, na 

dzień św. Walentego, i to zakończy pierwszą część naszego wieczoru...

Była   to   piękna   melodia   i   śliczny   wiersz,   mówiący   o   miłości 

powracającej do jego życia po okresie, kiedy myślał, że jego serce już na 

zawsze pozostanie puste.

To świetna piosenka, pomyślała Lauren – moja piosenka. Na pewno 

stanie się przebojem, typowym wyciskaczem łez. Kim płakała. Ja też bym 

płakała – gdybym jeszcze wierzyła. A jeśli to Kim miała rację?

„Wolę,   żeby   moi   idole   pozostawali   na   piedestale”   –   powiedziała 

kiedyś.   Może   Lauren   też   powinna   mieć   do   niego   takie   podejście   – 

nieosiągalny idol.

W czasie przerwy Kim została w loży, wciąż pociągając nosem i 

szukając chusteczki.

– Jesteś bardzo szczęśliwą dziewczyną – powiedziała powstrzymując 

łzy, kiedy jeden z porządkowych przyszedł po Lauren.

Lauren uścisnęła ją i uśmiechnęła się.

Tak, jestem, pomyślała. Teraz mogła bezbłędnie to ocenić. Ta piękna 

miłosna piosenka wcale nie była o niej, tylko o nim. Pisząc te słowa, nie 

dbał   o   jej   uczucia   i   pragnienia.   Rozumiała   teraz,   że   ten   pełen   pasji 

pocałunek też nie był dla niej, ale służył tylko zaspokojeniu jego potrzeby 

zdobywania. Tak, jak ten pośpiech i naleganie, by wyjechała z nim dziś 

wieczór.

Kiedy   raz   utracę   świat,   który   znam,   będę   całkowicie   zależała   od 

niego. Jest wiele kobiet, które mogłyby mu mnie zastąpić.

background image

Wszystko,  co   robił  i  mówił,   nie  wyrażało   jego  miłości,   ale  tylko 

egoizm. Teraz widziała liczne znaki, które wyraźnie na to wskazywały – 

telefony w porach, które jemu tylko odpowiadały, narzekanie na to, jak był 

traktowany   w   czasie   tournee,   sposób,   w   jaki   poniżał   ludzi   z   ochrony. 

Najwyraźniej wydawało mu się, że większość obowiązujących zasad – tak 

jak ubiór w restauracji – nie dotyczy go i że pieniądze są sposobem na 

załatwienie każdego problemu.

Dotąd   wybaczała   mu   to,   nic   nie   widziała,   koncentrując   się   na 

romantycznych   gestach:   szampan,   róże,   pierścionek.   Rzeczy,   które, 

prawdę   mówiąc,   były   bez   znaczenia.   Ile   wysiłku   kosztowało   go 

powiedzenie   gorylowi,   żeby   zamówił   dwa   tuziny   róż?   A   co   oznaczał 

pierścionek   dostarczony   bez   słowa   o   miłości,   czy   zaangażowaniu   – 

właściwie bez ani jednego słowa.

Nie była na niego zła za to, że ją zdradził, czy za rozmyślne uknucie 

całego planu. Właściwie sama tego chciała i z zapałem zaangażowała się 

w ten układ. Poza wszystkim – pomyślała, egocentryzm Huntera jest tak 

zupełny, że on sam nie zdaje sobie sprawy, kiedy wykorzystuje innych 

ludzi.

Nie, nie była wściekła. Miała tylko świadomość nagłej ulgi, którą 

odczuwała całą swoją istotą.

Za   kulisami   Hunter   chciał   przytulić   ją   i   znowu   pocałować,   ale 

odsunęła się od niego.

Spojrzał zdziwiony i powiedział:

– Rozumiem. Nie na oczach wszystkich? – i zaczął ją ciągnąć do 

garderoby obok.

– To niepotrzebne – Lauren potrząsnęła głową. – Przyszłam tu tylko, 

background image

żeby podziękować ci za mój koncert – zdjęła z ręki pierścionek i podała 

mu – i żeby zwrócić to. Nie wiem, co on miał symbolizować, ale na pewno 

nie był to zaręczynowy pierścionek, prawda?

Wciąż stał w milczeniu. Ciekawe zjawisko, pomyślała, Hunter Dix, 

który nic nie mówi! – Nagle podeszła do nich wysoka, ruda, starannie 

umalowana dziewczyna w bardzo krótkiej spódnicy i wsunęła rękę pod 

ramię Huntera.

– Jesteś w świetnej formie, kochanie – powiedziała cicho.

– Do cholery, kto cię wpuścił? – spytał Hunter szorstko.

– Chyba nie myślisz, że ci powiem. Natychmiast byś go zwolnił, 

biedaka – odpowiedziała dziewczyna nie patrząc na niego.

Obserwowała Lauren przez zmrużone powieki. Lauren rozpoznała ją. 

A więc gazety nie znały jednak całej prawdy o przyjaciółce Huntera i ich 

rozstaniu, skoro tu była...

– Kto to jest? – spytała dziewczyna. – Naprawdę, Hunter, czy to 

ostatnia zdobycz? Za każdym razem, kiedy jedziesz na tournee...

– Mną nie musisz się przejmować – wyjaśniła Lauren spokojnie. – 

Do widzenia, Hunter.

Za   kulisami   panowało   zamieszanie   i   łatwo   było   prześlizgnąć   się 

przez zatłoczone korytarze na ulicę. Na zewnątrz stało wciąż kilka osób. 

Między innymi dziewczyna trzymająca w ręku plakat i długopis, czekająca 

cierpliwie na swojego idola...

Okazało   się,   że   jest   to   dosyć   specjalny   idol,   pomyślała   Lauren. 

Zauważyła, że wciąż trzyma w ręku bilet i przez chwilę zastanawiała się, 

czy nie dać go dziewczynie. Jednak zgniotła bilet i wyrzuciła. Nie mogła 

przecież   świadomie   i   w   zgodzie   ze   swoim   sumieniem   umożliwiać 

background image

następnej osobie podziwiania takiego idola...

Było dosyć zimno, ale nie marzła, oddalając się od oświetlonej sali 

koncertowej.   Spojrzała   na   niebo   pełne   gwiazd.   Czuła   się   już   trochę 

spokojniejsza. Gdy zobaczyła pustą taksówkę, zamachała ręką. Wsiadła i 

podała  kierowcy  swój  adres.  Oparła  się  o  podarte   siedzenie   ze  skaju  i 

pomyślała   o   spokojnej   atmosferze   swojego   salonu   i   o   pracy,   która   ją 

czekała. Musiała rozpakować wszystko to, co przygotowała do wyjazdu. 

Wszystko, co stanowiło jej życie – ubrania, albumy ze zdjęciami, śmieszne 

pamiątki.

Przemknęła jej myśl, aby wpaść na chwilę do Warda. Jest już za 

późno,   powiedziała   sobie.   Była   taką   idiotką   –   źle   wychowaną, 

gruboskórną i głupią. Czy ktokolwiek potrafiłby  wybaczyć, że nazwała 

Warda nędznym, podejrzliwym plotkarzem? Nie mówiąc już o wszystkich 

innych rzeczach, które mu powiedziała, o tym jak się zachowywała, jaka 

była beznadziejnie głupia!

Jednak... Musiała spróbować. Mogła chociaż go przeprosić, uspokoić 

swoje sumienie, nawet jeżeli Ward nie będzie chciał jej przebaczyć.

Usiadła prosto i powiedziała szoferowi:

– Zmieniłam zdanie. Proszę na Poplar Street.

– O tej porze wszystko już jest zamknięte, proszę pani.

– Wiem – odrzekła. – Dlatego chcę tam jechać. Kierowca potrząsnął 

głową pobłażliwie, ale zawrócił. Gdy jechali po pustych ulicach, Lauren 

poczuła niepokój. Może to nie jest dobry pomysł, żeby odwiedzać Warda 

o tej porze.

Trudno – powiedziała sobie stanowczo – lepiej załatwić to w ten 

sposób, niż jutro zjawić się w aptece. Mógłby wtedy nic nie powiedzieć. A 

background image

ona nie przeprosiłaby go tak jak powinna, jeśli dookoła byłoby dużo ludzi. 

Pewnie i tak nie powie mu wszystkiego. Nie może przecież powiedzieć, że 

była   tak   głupia,   że   nie   potrafiła   rozpoznać   prawdziwej   miłości!   Ale 

właściwie dlaczego nie!

Lauren miała wrażenie, jakby obudziła się ze złego snu, zlana potem, 

i z ulgą stwierdziła, że ten koszmar to nierzeczywistość. Jakby nagle cały 

świat   stał   się   jaśniejszy   i   bardziej   przejrzysty   –   każdy   dźwięk,   każdy 

promień światła, każda myśl...

Zdała sobie sprawę, że była przedtem tak zaślepiona, że nie widziała, 

co dzieje się wokół niej. Dała się do tego stopnia omotać złudzeniom, że 

nie była w stanie rozpoznać prawdziwego uczucia, które znajdowało się w 

zasięgu ręki.

Kiedy   była   chora,   Ward   był   przy   niej,   robiąc   niepostrzeżenie   to, 

czego potrzebowała. Przyniósł jej jedzenie, został z nią nie myśląc o tym, 

że może  się zarazić. Dbał, by niczego jej nie brakowało. O ile łatwiej 

byłoby mu wrócić do domu, położyć się i telefonicznie zamówić dla niej 

bukiet kwiatów!

Romantyczność,   to   nie   tylko   słowa   myślała   Lauren,   to   sposób 

zachowania. To nie drogie, ale właśnie starannie wybrane prezenty. To nie 

kawior,   ale   czasami   rosół   z   kury.  Róże   są   piękne,   ale   krokusy   kwitną 

dłużej i odradzają się każdej wiosny.

Dlaczego nigdy Lauren nie potrafiła spojrzeć na prezenty Warda w 

ten sposób – jak na dowody prawdziwego uczucia? Ale czy to wszystko 

było prawdziwe, czy tylko ona chciałaby, żeby było?

Nie oszukuj sama siebie, Lauren, Ward nigdy nie powiedział ci, że 

cię kocha! A przecież miał na to mnóstwo czasu, zanim jeszcze pojawił się 

background image

Hunter. Poza tym nie zrobił dla ciebie nic, czego nie mógłby zrobić dla 

połowy swoich klientów.

W   oknach   jego   mieszkania,   nad   apteką,   widać   było   ciepły,   żółty 

blask. Przez chwilę patrzyła na to światło, potem zapłaciła taksówkarzowi 

i wysiadła.

To śmieszne, pomyślała idąc w stronę schodów, w czasie koncertu 

wcale nie wydawało jej się, że pali za sobą mosty. Zdała sobie z tego 

sprawę dopiero teraz. Co będzie, jeżeli wejdzie tam, powie Wardowi, że 

urodzinowe kolacje w domu, niedzielne przejażdżki i wyjścia do kina były 

dla   niej   bardzo   ważne   –   a   on   stwierdzi,   że   dla   niego   to   już   straciło 

znaczenie?

– Czemu zawdzięczam ten zaszczyt? – Ward uchylił drzwi i spojrzał 

na nią. W jego oczach nie było już ciepłego blasku.

Spuściła głowę.

Właściwie,   czego   innego   mogłam   się   spodziewać,   pomyślała 

smutno. – Serdecznego powitania z otwartymi ramionami? Traktowałam 

dotąd tego człowieka jak przedmiot.

– Przecież koncert jeszcze się nie skończył?

– Dla mnie tak – utkwiła wzrok w guziku jego koszuli. Nie poruszył 

się. Po chwili powiedział.

– A ponieważ nie chcesz być sama ze swoim smutkiem, przyszłaś tu 

po pocieszenie?

–   Nie.   Wcale   nie   –   spojrzała   na   niego   zdziwiona.   –   Przyszłam 

powiedzieć   ci,   że   przez   pewien   czas   byłam   inną   osobą   i   żeby   cię 

przeprosić.

Zamknął na chwilę oczy, jakby pod wpływem nagłego bólu. Serce 

background image

Lauren ścisnęło się. Jednak wie, jak używać tych niesamowitych rzęs! A 

może właśnie nie musi manipulować innymi ludźmi i po prostu ich nie 

używa...

Przepuścił ją i Lauren weszła do salonu pełnego książek i płyt. Na 

małym   stoliku   leżała   otwarta   książka,   jakby   odłożył   ją   szybko,   kiedy 

usłyszał dzwonek do drzwi.

Zdjęła płaszcz i przez chwilę nie bardzo wiedziała, co z nim zrobić. 

Ward nie wykonał ani jednego ruchu w jej kierunku. W końcu usiadła 

trzymając płaszcz w rękach, a Ward oparł się o poręcz krzesła stojącego 

obok.

–   Wiesz,   to   nie   on   mnie   odrzucił   –   powiedziała.   W   jej   głosie 

brzmiało prawie wyzwanie.

– Myślę, że czekasz, aż zapytam, co się stało? Jeżeli nie zrobi ci to 

różnicy, Lauren...

– Rozstałam się z nim – powiedziała wprost. – Powiedziałam mu, 

że...

Nie poruszył się, nie odpowiedział i oczy Lauren napełniły się łzami. 

Za późno, pomyślała. Nie mogła mieć o to do niego żalu, po tym, jak go 

potraktowała. Jeżeli kiedykolwiek ją kochał, to już minęło.

– Jestem z ciebie dumny – Ward wstał. – Dziękuję, że mi o tym 

powiedziałeś.   W   ten   sposób   nie   potraktuję   cię   jak   ducha,   gdy   jutro 

przyjdziesz na kawę.

–   Czy   musisz   być   taki   złośliwy   i   uparty?   –   spytała   Lauren   z 

wściekłością.   Potem   nagle   jej   złość   opadła   i   ustąpiła   uczuciu 

beznadziejności.   Wściekłość   nie   miała   sensu.   –   Widzę,   że   popełniłam 

błąd, przychodząc tutaj – powiedziała sztywno. – Czy mogę zadzwonić po 

background image

taksówkę?

Bez   słowa   wskazał   ręką   na   aparat,   a   Lauren   zaczęła   wertować 

książkę telefoniczną w poszukiwaniu właściwego numeru.

– Powiedziałeś kiedyś, że jestem głupia, przyszłam, żeby przyznać ci 

rację. Nawet więcej. Byłam po prostu idiotką. Wiesz, że on napisał dla 

mnie piosenkę?

– Lauren...

–   Pamiętasz   to   stare   opowiadanie   o   facecie,   który   zapraszał 

dziewczyny na swój jacht? „To jest bardzo specjalny jacht – mówił każdej 

z   nich.   –   Nazwałem  go   twoim  imieniem”.   –   A   kiedy   przychodziły   do 

portu, wierząc mu, na burcie łodzi mogły przeczytać „Twoje imię”. I taka 

właśnie   była   moja   piosenka.   Na   pewno   zostanie   przebojem.   Hunter 

wiedział, co robi. Każdej kobiecie będzie się wydawało, że to właśnie o 

niej.

– Lauren, bardzo ci współczuję – Ward wyjął jej z ręki słuchawkę i 

odłożył na widełki. Potem objął ją.

– Do cholery, czy nie widzisz, że nie chcę twojego współczucia? – 

jej słowa były prawie niezrozumiałe, przerywane łkaniem, ale to wszystko, 

na co mogła się zdobyć.

Zaprowadził ją na kanapę i przytulił, a Lauren wypłakiwała swoją 

złość, smutek,  strach i szczęście, zmieszane  razem.  Kiedy była w jego 

ramionach, nic złego nie mogło się stać. Nie wyrzucił jej. To już było coś.

Wytarł jej twarz swoją chusteczką.

– Lepiej? – spytał uśmiechając się do niej smutno. – Odwiozę cię do 

domu.

Więc to jest koniec. Więc wszystkie te wspaniałe rzeczy, które dla 

background image

niej robił, to była jednak tylko przyjaźń, pomyślała. Oszukiwała się. Teraz, 

gdy w końcu zdała sobie sprawę, że tego właśnie potrzebowała, że tylko 

jego kochała, Ward po prostu chciał się jej pozbyć.

– Nie – powiedziała z uczuciem beznadziejności – nie jest mi lepiej. 

– Jej duma nie była urażona, bo nie było już nic, co można by urazić.

– Lauren, czego ty ode mnie chcesz?

– Chcę, żeby cię to obchodziło, to wszystko – znowu zaczęły jej 

płynąć łzy, cicho i nieprzerwanie.

– Żeby mnie obchodziło, że cierpisz? Oczywiście, że...

– Nie. Żebym ja cię obchodziła – powiedziała to tak cicho, że musiał 

schylić głowę, żeby cokolwiek usłyszeć.

– Tak, obchodzisz mnie – jego głos brzmiał matowo. – Aż za bardzo. 

Nie wiesz nawet, co czułem, patrząc na ciebie przez ostatnie dwa tygodnie, 

zdając sobie sprawę, jak wielki popełniasz błąd i wiedząc, że nie mogę 

zrobić nic, żeby cię zatrzymać. Może gdybym zdobył się na rozmowę z 

tobą, zanim jeszcze on się pojawił, ale nie mogłem, więc...

– Nie mogłeś? – świetnie to ujął, rzeczywiście. Próbowała wytrzeć 

łzy z policzków. – Dlaczego nie mogłeś?

Przez chwilę myślała, że Ward w ogóle nic nie powie.

– Co mogłem ci ofiarować? – rzekł spokojnie. – Nie mówię już o 

pieniądzach, jakimi on dysponował... Ale o rzeczach, które już miałaś, a 

na które ja nigdy nie mógłbym sobie pozwolić. O tym, co zostawili ci 

rodzice. Ja jestem po uszy w długach po kupieniu tej apteki. Kiedyś to 

spłacę, ale teraz...

– Przecież... – zaczęła.

– Nie stać mnie na utrzymanie twojego domu – a nie mogę od ciebie 

background image

wymagać, żebyś z niego zrezygnowała. Za bardzo cię kocham, żeby móc 

cię prosić o coś takiego.

Może   jednak   nie   wszystko   było   stracone.   Przynajmniej   co   do 

jednego   miała   rację.   Był  strasznie   uparty.   A   właściwie   nie   uparty,   ale 

stanowczy  w swoich poglądach. Kobieta zawsze mogła  go być pewna, 

mogła się na nim oprzeć bez żadnych obaw i zaufać mu.

– Do cholery, kochanie – powiedział z żalem. – Szczerze mówiąc nie 

stać mnie nawet na kolczyki, które nosisz, a nie mogę żądać, byś wyrzekła 

się tych wszystkich ślicznych rzeczy. – Delikatnie odgarnął jej włosy do 

tyłu, żeby obejrzeć perły w złotej oprawie, które miała w uszach.

– Kosztowały dziesięć dolarów – powiedziała. – Z moją zniżką dla 

pracowników.

– A co się stało z tymi z brylantami?

– Te należą do sklepu. A ponieważ nie zamierzałam tam wrócić, 

zostawiłam   je   w   sejfie   dziś   wieczorem,   razem   z   naszyjnikiem   i 

pierścionkiem   z   szafirem.   Ward,   jak   mogłeś   myśleć,   że   to   wszystko 

należało do mnie? Przecież co tydzień nosiłam coś nowego.

– Wiem  – powiedział.  –  Podliczyłem to  i  jakoś nie  pasowało  do 

mojego budżetu. A że nie mogłem ci kupić pierścionka, odpowiedniego do 

całej reszty, więc...

–   Pierścionka?   –   spytała   z   wahaniem.   –   O   jakim   pierścionku 

mówisz?

Ale   potem   przez   długi   czas   nie   mówili   już   nic,   oprócz   słów 

szeptanych między pocałunkami. Lauren stwierdziła – w jednym z tych 

krótkich momentów, kiedy w ogóle mogła myśleć – że jeśli dałoby się 

przeliczyć na pieniądze umiejętność okazania kobiecie miłości, czułości i 

background image

uwielbienia, to Ward na pewno byłby bardzo bogaty...

Dopiero dużo później powiedziała z zakłopotanym uśmiechem:

–   Ojej,   zapomniałam   się   pożegnać   z   Kim.   Po   prostu   wyszłam   w 

czasie przerwy.

– Kim nic się nie stanie – stwierdził Ward spokojnie.

– Nie, właściwie nie martwię się o nią. I tak miała zamiar wrócić 

taksówką, bo nie chciałyśmy komplikować planów Huntera po koncercie. 

–   Potem,   zdając   sobie   nagle   sprawę,   że   wymienianie   imienia   Huntera 

mogło nie być najlepszym pomysłem, spojrzała z obawą na Warda.

– I tak ci się udało skomplikować mu plany – Ward uśmiechał się. – 

A Kim będzie jutro miała niespodziankę, i tyle. Pewnie się ucieszy. Myślę, 

że mam gdzieś butelkę szampana, jeżeli chciałabyś to uczcić.

–   Oczywiście,   że   chciałabym  –   zawahała   się.   –   Ale   może   raczej 

sokiem pomarańczowym.

– Sokiem pomarańczowym? Lauren, to jakiś szalony... Nie pozwoliła 

mu dalej mówić, kładąc palec na ustach, a potem całując go.

Kiedyś mu to wytłumaczę, pomyślała. Wiedziała, że Ward zrozumie 

– istnieją rzeczy, które są zbyt ważne, żeby czcić je zwykłym szampanem.