background image

MEREDITH WEBBER  

 

Spotkanie w przestworzach 

(Wings of duty) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Przez ogród, który w tej spalonej słońcem okolicy był oazą kwiatów i zieleni, szedł w jej 

kierunku  młody,  szczupły  mężczyzna  w  spranych  niemal  do  białości  dżinsach  i  sportowej 
niebieskiej koszulce.  

–  Szuka  pan  może  informacji? Jeszcze  nieczynna.  Wystarczyło,  że  nieznajomy  spojrzał 

na  nią,  a  słowa  zamarły  Claudii  na  ustach.  Ten  błękit  oczu...  Nie  widziała  jeszcze  nigdy 
czegoś  podobnego.  W  romansach,  jakie  lubiła  czytać,  bohaterowie  mieli  oczy 
ciemnoniebieskie,  które  przybierały  czasem  odcień  granatu.  Oczy  tych,  którzy  nosili  szkła 

kontaktowe, nabierały niekiedy odcienia koloru fiołków.  

A  teraz  napotkała  rozsłoneczniony  błękit,  jaki  ma  niebo  w  pogodny,  zimowy  dzień.  W 

dodatku oczy te śmiały się.  

– Nie, nie... – odpowiedział z lekkim obcym akcentem. – Ale wiem, którędy iść.  
Nie spuszczał z niej wzroku, a ona czuła, jak się czerwieni. Niespodziewanie dla siebie 

samej zaczęła się zastanawiać nad swym strojem. Mogłam przecież była włożyć tę nową białą 
sukienkę,  którą  kupiłam  po  ostatniej  wypłacie!  Ciekawe,  jak  ja  wyglądam  w  tych  starych, 
żółtych szortach i koszuli we wzorki, myślała. Szybko jednak powróciła na ziemię.  

– O, to przepraszam – rzekła zakłopotana. – W każdym razie życzę panu miłego dnia.  
Minęła  go  pospiesznie  i  wpadła  do  budynku,  który  powitał  ją  chłodem,  jaki  dawała 

klimatyzacja.  

Skąd  właściwie  przyszło  mi  do  głowy,  że  to  był  ktoś  obcy?  Rainbow  Bay  to  przecież 

miasteczko i nie sposób znać wszystkich, którzy tu mieszkają.  

– Dzień dobry – usłyszała, gdy tylko znalazła się na chłodnym korytarzu.  
– Dzień dobry pani – odpowiedziała.  
Skierowała  się  w  stronę  półotwartych  drzwi,  na  których  widniała  tabliczka  z  napisem 

„Kierownik bazy”. Siedziała za nimi Leonie Cooper, przyjaciółka jej ciotki. To ona właśnie 
zaproponowała Claudii pracę w bazie Medycznej Służby Powietrznej w Rainbow Bay.  

Claudia  czuła  się  ostatnio  bardzo  samotna  i  była  trochę  zagubiona,  z  radością  więc 

przystała na propozycję pani Cooper, która była zdania, że praca w bazie zapewnić jej może 

dobry start.  

Trzy  miesiące  temu  zapadła  decyzja,  żeby  skomputeryzować  dane  pacjentów  i  Claudii 

zaoferowano  posadę  urzędniczki,  której  głównym  zadaniem  było  wprowadzanie  tych 
informacji do komputera.  

– Czy zasmakowało ci dorosłe życie? – spytała Leonie. Uśmiech wygładził jej przy tym 

zmarszczki, które tworzyły się, gdy marszczyła czoło.  

– Przyznam się, że to dziwne uczucie – odparła Claudia, zatrzymując się przy biurku pani 

Cooper.  –  Ogromnie  mi  się  tu  podoba.  Lubię  poznawać  nowych  ludzi,  ciocia  Stepha  jest 
naprawdę kochana, ale bardzo mi brak farmy. Tęsknię do taty i chłopaków, no i oczywiście 
ciągle się martwię o mamę...  

Przerwała, jakby zbierała myśli, by lepiej wyrazić, co czuje.  

background image

– Mama namawiała cię przecież, żebyś zaczęła pracować – przypomniała pani Cooper. – 

Uważała, że nie możesz całe życie siedzieć w domu – dodała z serdecznym uśmiechem.  

Claudia przytaknęła.  
– Wcale nie żałuję – zapewniła, starając się nie myśleć o tęsknocie za domem, która nie 

dawała jej spokoju nawet w biurze.  

–  Naprawdę  lubię  swoją  pracę,  wszyscy  są  tu  wspaniali,  nawet  doktor  Flint,  który  mi 

ciągle dogaduje...  

Drugi już raz tego ranka poczuła, że robi się czerwona.  
–  Porozmawiam  z  doktorem  Flintem  –  zapewniła  ją  pani  Cooper,  ale  zrobiła  to  takim 

tonem,  że  Claudia  pożałowała  od  razu,  że  powiedziała  cokolwiek.  –  Chyba  rozumiem, 
dlaczego  czujesz  się  taka  zagubiona  i  niepewna  –  ciągnęła  Leonie.  –  Większość  rodzin 
rozpada się, gdy dotyka  je jakaś tragedia.  U ciebie jest wręcz odwrotnie. Staliście się sobie 
bardziej bliscy. I chociaż czasem możesz mieć już tego wszystkiego dość, to przecież brak ci 
teraz ciepła, jakie daje miłość.  

Czyżby pani Cooper jej zazdrościła? 
Przytaknęła znowu. Dokładnie tak się właśnie czuła.  
– To znaczy nie martwię się przecież o mamę przez cały czas – powiedziała. – I wiem, że 

ma znakomitą opiekę, ale rzeczywiście myśl o domu nie pozwala mi cieszyć się tak naprawdę 
tym, że jestem tutaj.  

Na  pięknej  twarzy  pani  Cooper  pojawił  się  znowu  uśmiech.  Claudia  wzięła  z  biurka 

papiery,  którymi  miała  się  zająć  tego  ranka,  zastanawiając  się  przy  tym,  dlaczego  tak 
atrakcyjna kobieta nie wyszła po śmierci męża raz jeszcze za mąż.  

Może  kochała  go  tak  bardzo,  że  już  nie  była  w  stanie  obdarzyć  uczuciem  innego 

człowieka? 

Wyciągnęła szufladkę z segregatora i w tej samej chwili przypomniały jej się niebieskie 

oczy,  które  patrzyły  na  nią  przed  chwilą.  Co  za  nonsens,  skarciła  się  od  razu.  Przecież  nie 

wiem nawet dobrze, jak on wygląda! Pamiętam tylko te jego oczy.  

– Czy pani Cooper? Pamiętała też głos...  
Kosztowało ją więc teraz bardzo wiele, by nie odwrócić się i nie popatrzeć, kto wszedł do 

biura.  Pani  Cooper  prosiła  ją  już  pierwszego  dnia,  by  nie  zwracała  uwagi  na  interesantów  i 
zajmowała  się  swoją  pracą.  Uprzedziła  tylko,  że  poprosi  ją  o  zrobienie  w  kuchence  kawy, 
gdyby zaszła potrzeba porozmawiania z kimś na osobności.  

– Nazywam się Matthieu Laurant. Doktor Gregory prosił, żebym się z panią porozumiał.  
Matthieu Laurant, nowy lekarz! 
Przypomniała sobie od razu obco brzmiące nazwisko. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu 

wprowadzała przecież do komputera jego umowę o pracę. Był Francuzem, który odbył staż w 
jednym ze szpitali w Anglii. Serce biło jej jak oszalałe. Czuła, że zaraz wyskoczy jej z piersi.  

– Claudio, zrób nam, proszę, kawę.  
Minęło  z  pewnością  parę  sekund,  zanim  dotarł  do  niej  spokojny  głos  pani  Cooper. 

Odwróciła  się  powoli  od  papierów,  by  spojrzeć  znowu  na  człowieka,  z  którym  rozmawiała 
przed chwilą w ogrodzie.  

background image

Uśmiechał  się do niej porozumiewawczo.  Zauważyła, że ma krótko ostrzyżone, ciemne 

włosy i wygląda raczej na beztroskiego studenta medycyny niż statecznego lekarza.  

–  Pan  pozwoli  –  zwróciła  się  do  niego  pani  Cooper  –  że  przedstawię  panu  Claudię 

Delano. Pracuje w naszym biurze od niedawna, ale jestem z niej bardzo zadowolona.  

Claudia  poczuła  się  trochę  nieswojo,  zastanawiała  się  bowiem  nieraz,  czy  przypadkiem 

nie  zofiarowano  jej  tej  pracy  z  litości  czy  dobrego  serca.  Komplement  jednak  sprawił,  że 
poczuła się przez chwilę pełnowartościowym członkiem całego zespołu.  

– Pan Laurant przyszedł na miejsce Jamesa – oznajmiła pani Cooper.  
W  jej  głosie  pobrzmiewały  teraz  niechęć  i  dezaprobata.  James  porzucił  ich 

niespodziewanie,  dezorganizując  całą  pracę,  gdy  odkrył,  że  nie  sposób  prowadzić 

beztroskiego, pełnego atrakcji życia, będąc lekarzem w służbie powietrznej.  

– Miło mi panią poznać. – Podszedł do Claudii z wyciągniętą ręką. – Nie wiedziałem, że 

pani tu pracuje.  

Dopiero gdy poczuła uścisk jego dłoni, zdała sobie sprawę, że podała mu rękę.  
– Dzień dobry. Ja właściwie... dopiero od niedawna... – mówiła nieskładnie.  
– Idź już zrobić tę kawę.  
Szefowa wybawiła ją z kłopotu. Claudia wysunęła rękę z uścisku Matthieu i uciekła, ale 

spojrzenie błękitnych oczu sprawiło, że szła na nogach jak z waty.  

– Dzień dobry – powitała ją w kuchence pielęgniarka Susan Stone, która pracowała tu od 

samego początku, już blisko piętnaście lat. Stała teraz, niecierpliwie czekając, aż w czajniku 
zagotuje się woda.  

– Dzień dobry – odrzekła Claudia. – Wiesz, że jest już ten nowy? 
– Pewnie młody i przystojny? 
Po raz trzeci w przeciągu niespełna godziny Claudia poczuła, że się czerwieni. Żartobliwa 

uwaga  Susan  uprzytomniła  jej,  że  pewnie  widać,  jak  wielkie  wrażenie  wywarło  na  niej 
spotkanie z Matthieu Laurantem.  

Otworzyła  więc  szafkę  i  wsadziła  do  niej  głowę,  udając,  że  pilnie  szuka  najmniej 

wyszczerbionych kubków. Pragnęła ukryć swe zmieszanie. Nie należy przecież do osób, które 
czerwienią się bez powodu co chwila! 

– Ma piękne, niebieskie oczy – usłyszała swój głos, ale pojęcia nie miała, czy mówiła to 

do Susan, czy do siebie.  

– Z pewnością nie będziemy się teraz nudzić – zauważyła z ironią Susan.  
–  Co  to,  woda  się  jeszcze  nie  zagotowała?  Myślałem,  że  odbywasz  dziś  lot  sanitarny, 

Susan. Piękna moja, witam cię! 

Był to głos Petera.  
Claudia  momentalnie  zakończyła  swe  poszukiwania  i  wyjęła  z  szafki  pierwsze  lepsze 

kubki. Nie mogła dopuścić do tego, by Peter Flint zauważył jej zmieszanie. Nie byłoby wtedy 
końca jego docinkom.  

– Dzień dobry, panie doktorze – mruknęła chłodno.  
Spośród wszystkich pracowników bazy z nim tylko, nie licząc pani Cooper, nie była na 

ty. Tylko w ten sposób można było utrzymać na dystans podobnego flirciarza. Zrozumiała to 

background image

od  razu,  gdy  tylko  go  zobaczyła.  A  kobieciarz  był  z  niego  nie  lada!  Nie  przepuścił  żadnej 
kobiecie  poniżej  osiemdziesiątki,  która  znalazła  się  w  zasięgu  jego  wzroku.  Mało  to 
napatrzyła się na jego uwodzicielskie uśmiechy i nasłuchała pięknych słówek? 

Susan zaczęła opowiadać o chorobie jednego ze swoich bliźniaków. W dodatku jej mąż, 

Eddie,  który  był  pilotem,  miał  wyznaczony  lot  w  tym  samym  czasie.  Dzięki  Bogu  Christa 
zgodziła się ją zastąpić.  

–  Christa  zgłosiła  się  sama,  żeby  polecieć  do  Caltury?  To  ci  historia!  –  mówił  Peter.  – 

Pewnie ma tam narzeczonego.  

Narzeczonego w Calturze? Co on wygaduje, myślała Claudia. Przecież to dziura na końcu 

świata.  

–  Wyobraź  sobie,  że  ludzie  bywają  czasem  bezinteresowni  –  powiedziała  ze  złością 

Susan. – A tak na marginesie ci powiem, że gdybyś przestał się oglądać za każdą babą, jaka ci 
się nawinie, to może byś i znalazł szczęście, które na razie najwyraźniej cię omija.  

Claudia ze zdziwieniem dostrzegła, że Peter zmienił się na twarzy. Uwaga Susan musiała 

go dotknąć do żywego. Susari nigdy przecież ludziom nie docinała; Claudia nie widziała jej 
jeszcze  równie  wzburzonej.  Może  niepokoi  się  bardziej  o  chore  dziecko,  niż  to  okazuje?  A 
może,  jak  na  wszystkich  zresztą,  działa  na  nią  niekorzystnie  lepkie,  wilgotne,  gorące 
powietrze wczesnego lata? 

– Woda się zagotowała – zawołał Peter, rozładowując napięcie. – Kto był pierwszy? 
Claudia wskazała Susan, która cofnęła się jednak o krok, robiąc jej miejsce.  
– Zrób najpierw kawę szefowej. Ja sobie potem naleję – powiedziała. – Może będzie po 

kawie  w  dobrym  nastroju  i  łatwiej  mi  się  z  nią  będzie  rozmawiać.  Mam  jej  właśnie 
powiedzieć, że zostawiłam raport tygodniowy na stole w kuchni.  

Oficjalnie całą bazą medyczną zarządzał lekarz naczelny Jack Gregory, nikomu by jednak 

nie  przyszło  do  głowy,  by  odmówić  Leonie  Cooper  tytułu  szefowej,  którym  ją  obdarzała 
Susan.  Szefowa  pilnowała  z  całą  surowością  przestrzegania  przepisów  i  porządku,  a  jej 
spokój  i  zdecydowanie  zapewniały  sprawną  współpracę  ludzi  o  różnych,  często 
konfliktowych  usposobieniach.  Dzięki  niej  mieszkańcy  najodleglejszych  miejscowości  mieli 
zapewnioną opiekę na najwyższym poziomie, jaką tylko była w stanie dać dobra organizacja 
pracy, fachowość personelu i pieniądze.  

I o tym właśnie Leonie Cooper opowiadała Matthieu, gdy Claudia nadeszła niosąc kawę, 

mleko, cukier i ciasteczka na tacy.  

– Teren pod naszą opieką zaczyna się tutaj i ciągnie na zachód poprzez wzgórza, aż po 

farmy hodowlane o powierzchni takiej jak Anglia. Na obszarze tym znajduje się jedno duże 

miasto  górnicze,  siedemnaście  małych  kolonii,  cztery  zamieszkane  wysepki  niedaleko 
wybrzeża i flota poławiaczy krewetek, która pływa na północnym zachodzie. Opiekujemy się 
również  poszukiwaczami  przygód,  ludźmi,  którzy  wyruszyli  samochodem,  żeby  zwiedzić 
Australię...  

– Samochodem lub rowerem górskim! 
Claudia  stawiała  tacę  na  stole,  gdy  Matthieu  przerwał  Leonie.  Spojrzała  na  niego 

pytająco.  

background image

–  Rowerem  właśnie  zwiedzałem  Australię  –  zaczął  opowiadać.  –  To  była  niezwykła 

przygoda,  ale  muszę  przyznać,  że  odwagi  mi  dodawała  krótkofalówka,  którą  miałem  stale 

przy  sobie.  No  i  świadomość,  że  czuwa  nade  mną  Medyczna  Służba  Powietrzna,  choć 
znajduję  się  setki  kilometrów  od  najbliższego  ośrodka  cywilizacji.  To  tak,  jakby  opiekował 
się mną mój anioł stróż, zawieszony gdzieś w górze na rozgwieżdżonym niebie.  

– Widzę, że jest pan nie tylko poszukiwaczem przygód, ale i poetą – odezwała się Leonie.  
Claudia ze zdumieniem zauważyła, że w głosie szefowej była pobłażliwość, może nawet 

odcień sympatii, nie znalazła za to śladu dezaprobaty, tak częstej w rozmowach na przykład z 
doktorem Flintem.  

Wróciła do swych papierów. Ja z pewnością nie jestem poszukiwaczką przygód, myślała; 

raczej zaprzysięgłą domatorką. Miała już prawie dwadzieścia jeden lat, gdy po raz pierwszy 
odważyła  się  opuścić  dom  i  pojechać  do  miasta  odległego  jedynie  o  sto  pięćdziesiąt 
kilometrów! 

Podeszła do szafki, by schować ostatni raport z lotu Eddiego Stone’a, ale myślami była 

daleko stąd. Czy zdobyłaby się nawet na taką podróż, gdyby nie to, że Anthony domagał się, 
by  powiedziała  mu  „tak”  lub  „nie”,  bo  chciał  wreszcie  usłyszeć  od  niej  coś  konkretnego  na 
temat ich ewentualnej wspólnej przyszłości? 

Czy  przyjechałaby  tutaj,  gdyby  jego  rodzina  i  jej  bracia  nie  dawali  jej  ciągle  do 

zrozumienia, że czekają tylko na chwilę ogłoszenia zaręczyn? 

Czy znalazłaby się tutaj, gdyby jej niepełnosprawna matka nie powiedziała jej pewnego 

dnia:  „Musisz  stąd  wyjechać”,  znajdując  sobie  przedtem  opiekunkę  i  zwalniając  ją  tym 
samym z obowiązków, które przez lata wykonywała z miłością i oddaniem? 

– Claudia oprowadzi pana po bazie i przedstawi panu wszystkich – mówiła Leonie.  
Claudia spojrzała w stronę gościa.  
– Pan Laurant obejmie dyżur dopiero w czwartek – zwróciła się do niej szefowa. – Będzie 

miał czas, żeby się nauczyć udzielania porad przez radio i telefon. Bądź tak dobra i pokaż mu 
przez ten czas wszystko. Zaopiekuj się nim.  

Zdenerwowanie  i  podniecenie,  jakie  ją  ogarnęły,  nie  miały  chyba  wiele  wspólnego  z 

poczuciem  odpowiedzialności  za  wykonanie  polecenia,  jakie  otrzymała.  Układała  równo 
papiery, by ukryć swe zamieszanie.  

– Czy znalazł już pan mieszkanie? 
Słysząc  pytanie  Leonie,  spojrzała  na  lekarza.  Wyglądał  tak  sympatycznie.  Był  taki 

zadbany,  schludny i  przystojny.  Może sprawił  to  sposób,  w jaki był  ostrzyżony? Albo jasna 
cera? Był tylko lekko opalony, a mężczyźni w tropikach spaleni byli słońcem na brąz.  

– Mam małe mieszkanko na Lancaster Street. Przecież ona tam właśnie mieszka! 
– To świetnie – mówiła Leonie. – Będzie pan mógł tu przychodzić na piechotę. Claudia 

mieszka na tej samej ulicy, w narożnym domu ze swą ciotką, w każdej chwili będzie się więc 
pan  mógł  zwrócić  do  niej  o  pomoc.  Wprawdzie  jest  u  nas  dopiero  od  paru  miesięcy,  ale 
zdążyła się już zorientować, jak to wszystko działa.  

Raczej  jak  pani  to  wszystko  zorganizowała,  pomyślała  Claudia  i  uśmiechnęła  się  do 

siebie; uśmiech ten krył wiele sympatii do Leonie.  

background image

– Zajmij się więc teraz panem Laurantem, a ja nareszcie zabiorę się do pracy – ciągnęła z 

udaną powagą szefowa, zgadując najwyraźniej myśli Claudii.  

–  Czy  Matthieu  to  francuskie  imię?  –  spytała  Claudia,  gdy  wychodzili  z  biura,  i 

zawstydziła się natychmiast, że nie umie zacząć rozmowy ciekawiej.  

–  Tak,  ale  w  jednej  czwartej  jestem  Anglikiem  i  dlatego  proszę,  żeby  przyjaciele  i 

koledzy w pracy mówili do mnie Matt.  

Uśmiechnął się do niej ciepło, a ją przeniknął dziwny dreszcz.  
–  A  która  to  część  jest  angielska?  –  zapytała  i  zaczerwieniła  się,  bo  poczuła,  jak  źle 

sformułowała zdanie.  

Nie  zdążył  jej  odpowiedzieć,  bo  właśnie  rozległ  się  sygnał  „lotu  ratunkowego”. 

Przebiegła obok nich Susan, zmierzając w kierunku dyspozytorni ośrodka.  

–  Chodźmy  –  rzuciła  Claudia,  kierując  nowego  lekarza  w  stronę  tego  najważniejszego 

miejsca w budynku.  

– Ooo, jest pan tu – ucieszył się Jack Gregory, gdy spotkał Matta w drzwiach. – Proszę 

uważać! Zdaje się, że Leonie wyznaczyła pana na drugą połowę tygodnia. Niewykluczone, że 
gdy następnym razem usłyszymy alarm, będzie to właśnie pana kolej.  

Claudia  i  Matt  zatrzymali  się,  by  nie  uronić  nic  ze  słów  wysokiej  kobiety  o  długich, 

prostych włosach, która mówiła: 

– Spadł samolot bez ładunku. Samolot pocztowy zauważył szczątki. Joe porozumiał się z 

„Wetherby”, najbliższą farmą, i prosił, żeby na miejsce wypadku wysłali samochód terenowy. 
Okolica  jest  górzysta  i  nie  da  się  tam  lądować.  Joe  będzie  krążył  nad  miejscem  katastrofy, 
żeby naprowadzić samochód.  

Katie Watson była radiooficerem. Nosiła ten tytuł, mimo że radio na tym obszarze zostało 

już dawno zastąpione przez telefony satelitarne. Claudii imponował jej spokój i opanowanie. 
Katie  mawiała,  że  zdenerwowanie  może  tylko  zaszkodzić,  ale  gdy  tylko  rozlegał  się  sygnał 

alarmowy, Claudię zawsze ogarniał strach.  

– A co my mamy robić? – spytał szeptem Matt ze wzrokiem utkwionym w koniec pokoju, 

gdzie przy dużym stole kręciło się kilka osób.  

–  Na  razie  nic  nie  możemy  zrobić  –  odparła  Claudia.  Ona  sama  w  podobnej  sytuacji 

doczekać  się  nie  mogła,  aż  ekipa  zacznie  działać.  Pewnie  Matt  też  tylko  na  to  czeka, 
pomyślała.  –  Joe  jest  pilotem  samolotu  pocztowego.  Odezwie  się  do  Katie,  kiedy  tylko 
nawiąże znowu kontakt z ludźmi z „Wetherby”. Nie ma sensu wysyłać samolotu, dopóki nie 
dowiemy się czegoś konkretnego.  

Podeszła do nich Susan i przez chwilę słuchała objaśnień Claudii.  
– Zmarłym nic już nie pomoże – wtrąciła się, a Claudię przykro dotknęła jej brutalność. – 

Nie ma sensu lecieć tam, gdzie mogą być kłopoty z lądowaniem, skoro i tak niewiele można 
zrobić. W dodatku samolot może być w tym czasie potrzebny gdzie indziej.  

Matt kiwał głową, jakby trafiały do niego te argumenty, a Claudia pragnęła tylko, by nie 

pomyślał sobie, że obydwie są pozbawione wszelkich uczuć.  

– Lekarz dyżurny w bazie, a dzisiaj ma dyżur Jack, decyduje o kolejności lotów – zaczęła 

wyjaśniać.  –  Lot  alarmowy  oznacza,  że  trzeba  lecieć  natychmiast.  Pilny  oznacza,  że  jeśli 

background image

zmuszają do tego warunki, można opóźnić odlot w porozumieniu z wzywającym pomocy. Są 
jeszcze loty zwykłe. Można z nimi czekać, aż się uzbiera więcej spraw wdanym rejonie.  

Susan odeszła, by sprawdzić na wielkiej mapie, w którym miejscu wydarzył się wypadek.  
– To jaki teraz będzie lot? – spytał Matt. – Alarmowy czy pilny? – W głosie jego czuć 

było podniecenie.  

– Myślę, że Jack nie podejmie decyzji, dopóki nie otrzyma więcej danych. Z pewnością 

jednak zawiadomi pilota, który ma dziś dyżur. Gdyby nawet nie było go na lotnisku, pojawi 
się tu w ciągu pół godziny i przygotuje samolot do startu.  

Udzielała tych odpowiedzi jak automat, przez cały czas zastanawiając się, dlaczego ludzie 

są tak różni. Ją samą przepełniał strach, obawa i potworny niepokój o ofiary wypadku, które 
leżą  nie  wiadomo  gdzie,  cierpiąc  pewnie  straszliwie,  a  ten  tu  człowiek  obok  niej  jest 
podekscytowany, jakby to była po prostu jakaś przygoda! 

Matt wyczuł jej niepokój i coś kazało mu objąć ją, jakby zapragnął jej dodać otuchy.  
Nie bardzo to przystoi nowemu pracownikowi, który na dobrą sprawę nie podjął jeszcze 

swych obowiązków! 

Była  to  jednak  tylko  przelotna  myśl,  o  której  prędko  zapomniał,  gdyż  udzieliło  mu  się 

napięcie, jakie zaczęło  ogarniać wszystkich obecnych. On sam  jest tylko kibicem, cóż więc 
muszą odczuwać inni! 

Gdy  usłyszał  po  raz  pierwszy  o  tych  wszystkich  ludziach  z  Medycznej  Służby 

Powietrznej,  ogarnął  go  podziw  i  zachwyt.  Jakież  to  było  ekscytujące  i  romantyczne! 
Przemierzać przestworza, by ratować innych! Ale teraz znalazł się w zupełnie nowej sytuacji. 
Zostało  rzucone  konkretne  wyzwanie  i  pochłonęła  go  całkowicie  sprawa  zorganizowania 
wyprawy na ratunek rannym i  chorym, odległym o setki kilometrów stąd, w nadziei, że uda 
im się uratować życie.  

Rozejrzał  się  wokół.  Kobieta,  która  przed  chwilą  zdała  krótką  relację  z  wypadku, 

odwróciła  się  znowu  do  radia.  Jack  Gregory  patrzył  jej  przez  ramię.  Pielęgniarka  w 
niebieskiej  spódnicy  i  bluzce  w  kwiaty,  która  wyszła  na  chwilę,  była  już  z  powrotem  i 
sprawdzała stan podręcznej walizeczki z narzędziami i opatrunkami.  

Wszystko  było  doskonale  zorganizowane.  Każdy  spełniał  swe  obowiązki  w  sposób 

budzący zaufanie. Wszędzie panował spokój.  

Czy  nikt  z  tych  ludzi  nie  czuje  zdenerwowania?  Czy  nikt  nie  jest  podekscytowany  na 

myśl  o  tym,  co  ich  czeka?  Czy  wszystko,  co  robią,  jest  już  zwykłym,  rutynowym 
wykonywaniem obowiązków? 

–  Nazywam  się  Peter  Flint.  Pan  jest  nowym  lekarzem?  Stanął  przed  nim  wysoki, 

postawny, z pełnym rezerwy wyrazem twarzy mężczyzna, wyciągając rękę.  

– Ja w tym nie biorę udziału – dodał, ściskając Mattowi dłoń, gdy ten mu się przedstawił.  
–  Peter  chce  przez  to  powiedzieć,  że  dziś  nie  pracuje  i  że  zajrzał  tu  tylko  po  to,  żeby 

zobaczyć, co dzisiaj podają do herbaty – wytłumaczyła Claudia, nie potrafiąc ukryć niechęci 
w głosie.  

– Przecież byś do mnie zatęskniła, ślicznotko, gdybym nie wpadł na chwilę – zażartował 

Peter, pociągając ją za jeden z kruczoczarnych loków.  

background image

Cofnęła się i poczerwieniała, a jej ogromne, brązowe oczy błysnęły gniewem. Wszystko 

to sprawiło, że w jednej chwili Claudia zmieniła się w prawdziwą piękność.  

Matt  nie  zauważył  jednak  tego.  Zapomniał  nawet  na  chwilę,  co  działo  się  w  pokoju, 

ogarnęła go bowiem przemożna chęć, by wymierzyć Peterowi Flintowi policzek. Zdumiał się, 
bo taką ochotę odczuł po raz pierwszy w życiu.  

– Pójdę zobaczyć, co się tam dzieje – powiedział chłodno i odszedł, obawiając się, że nie 

będzie w stanie zapanować nad sobą.  

– Powinien pan pójść do domu i odpocząć – rzuciła Claudia. Zrobiło jej się przykro, że 

Matt od nich odszedł.  

– Kiedy czeka tam na mnie puste łóżko – mruknął Peter Flint i on także skierował się w 

stronę  stołu,  na  którym  stał  komputer  pokazujący  teraz  dokładnie  wypadek.  Postał  tam 
chwilkę, powiedział coś do Jacka i wyszedł.  

Miał  krok  człowieka  zmęczonego  gdy  otwierał  drzwi,  przygarbił  się  jeszcze  bardziej. 

Przypomniały jej się słowa Susan.  

Czy jego żarty, dowcipy i flirty są bronią, którą walczy ze swym nieszczęściem? Myśli jej 

przerwał donośny głos Jacka: 

– Lecimy! 
W pokoju zawrzało.  
– Czy chce pan z nami polecieć? 
Usłyszała pytanie Jacka i spostrzegła, jak twarz Matta rozjaśnia się.  
Nowa przygoda! Dla niego to po prostu nowa przygoda, pomyślała. Nie rozumiała tylko, 

dlaczego ją to tak obchodzi.  

Susan wręczyła mu torbę i wyprowadziła z pokoju przez drzwi wiodące na parking, który 

znajdował się za budynkiem. Wychodząc, odwrócił się, skinął do Claudii głową i uśmiechnął. 
Machnęła  do  niego  ręką  na  pożegnanie  i  poczuła,  jak  ogarnia  ją  pustka.  Wolnym  krokiem 
powróciła do swych papierów.  

– Nasz nowy doktor poleciał z nimi – odezwała się do Leonie, która kiwnęła głową, nie 

przerywając pracy. Monitor na jej biurku informował o przebiegu lotu, a Katie, która była w 
bezpośrednim kontakcie z załogą, miała udzielać wszelkiej pomocy ludziom z „Wetherby”.  

Claudia zasiadła do pracy, postanawiając nie myśleć ani chwili o Matcie.  
 
Lotnisko znajdowało się pięć minut jazdy od bazy. Matt rozglądał się z zainteresowaniem 

dokoła. Niewykluczone przecież, że będzie sam tędy jechał następnym razem.  

– Zarządca farmy „Wetherby”, Bill Wilson, dotarł z pomocnikiem na miejsce wypadku – 

tłumaczył Jack Mattowi. Wjeżdżali właśnie na lotnisko. – I pilot, i pasażer przeżyli, są jednak 
nieprzytomni  i  nie  sposób  ich  wydostać  z  samolotu.  Nie  czuć  zupełnie  paliwa,  więc  Bill 
posłał z powrotem chłopaka, żeby nas odebrał z lądowiska przy „Wetherby”, a sam próbuje 
ich jakoś uwolnić.  

– Dziwne to, bo dziś na ogół nikomu nie kończy się paliwo w czasie lotu.  
–  To  może  być  wadliwy  zawór  paliwa  albo  powolny  przeciek  –  oznajmił  Jack.  – 

Wszystko jest możliwe.  

background image

Jego  wyrozumiałość  zrobiła  na  Matcie  spore  wrażenie.  Zdawał  sobie  sprawę,  że  lekarz 

powinien zawsze zachować bezstronność, przychodziło mu to jednak czasem z prawdziwym 
trudem. Zwłaszcza wtedy, gdy pacjenci narażali nie tylko życie własne, ale też życie innych.  

Samochód zatrzymał się przy nowiutkim hangarze. Jack i Susan wysiedli pierwsi i biegli 

teraz  przez  pas  startowy  w  kierunku  małego  samolotu,  na  ogonie  którego  widniał  dumny 
napis: RFDS.  

Royal  Flying  Doctor  Service,  odczytał  szeptem  pełną  nazwę.  Królewska  Medyczna 

Służba Powietrzna.  Przywołał  w ten sposób  na powrót  czarodziejski, romantyczny świat, w 
którym przebywał już kiedyś, gdy tylko pierwszy raz usłyszał o lekarzach niosących pomoc 
samolotem.  

–  A  ja  do  nich  teraz  należę  –  wyszeptał,  z  trudem  usiłując  nie  dać  się  opanować 

nadmiernemu wzruszeniu.  

Chwycił  torbę,  którą  Susan  wręczyła  mu  przed  chwilą,  i  wygramolił  się  z  samochodu. 

Uderzył go żar bijący z rozgrzanego asfaltu. Pobiegł pędem do samolotu. Silnik już pracował. 
Susan podała mu rękę i  ledwie zdążył  wsiąść,  gdy drzwi się zamknęły i samolot  zaczął  się 
wolno oddalać od zabudowań lotniska.  

– Wszyscy wsiedli? 
Matt podniósł oczy znad klamry pasa, z którym starał się uporać. Nie wierzył własnym 

oczom.  Pilotem  była  filigranowa  brunetka.  W  dodatku,  o  ile  tylko  można  było  dobrze 

dostrzec  jej  twarz,  którą  przysłaniały  słuchawki  i  mikrofon,  była  to  niezwykle  przystojna 

dziewczyna.  

–  Mam  nadzieję,  że  nie  ma  pan  nic  przeciwko  kobietom  pilotom?  –  spytała  Susan  z 

uśmiechem.  

–  Absolutnie  nic  –  zapewnił,  rozglądając  się  wokół.  Jeszcze  bardziej  niż  kobieta  pilot 

zadziwiło go wyposażenie samolotu. Trudno to było właściwie nazwać samolotem. Wnętrze 
przypominało raczej gabinet zabiegowy w szpitalu. Po jednej stronie stały dwie pary noszy, a 
przy nich butle z tlenem. Nad nimi zawieszone były urządzenia monitorujące stan chorego. W 

razie  potrzeby  pacjent,  gdy  tylko  znalazł  się  w  samolocie,  mógł  zostać  podłączony  do 

najbardziej skomplikowanej aparatury.  

– Jeśli tylko uda nam się dotrzeć do miejsca wypadku w przeciągu godziny, mamy dużą 

szansę  uratowania  rannych  –  mówił  Jack,  który  siedział  z  przodu.  Najwyraźniej  zauważył 
zachwyt Matta. – Kiedy tylko będziemy w górze, możemy się zamienić miejscami. Stąd lepiej 
będzie pan wszystko widział.  

Rozległ się przeciągły gwizd silnika i samolot z lekkością oderwał się od ziemi.  
Matt wyjrzał przez okno i zmienił się z wrażenia na twarzy. Miasta nie było już widać, a 

przed oczami rozpościerała się błękitna zatoka, ograniczona półkolem białego piasku. W tej 
właśnie chwili znalazł się przy nim Jack.  

– Zamieniamy się – powiedział.  
Matt skierował  się do przodu, mijając Susan, która spokojnie czytała gazetę. Można by 

pomyśleć, że wraca po pracy pociągiem do domu.  

– Nazywam się Matt – powiedział, opadając na fotel obok pilotki.  

background image

– Nic nie słyszę – uśmiechnęła się, zdejmując hełmofon. – Byłam podłączona do wieży 

kontrolnej  w  zatoce.  Słuchałam  meldunków  z  bazy  i  z  „Wetherby”  lub  od  Joego.  Proszę 
powtórzyć.  

Uśmiechnął się i przedstawił jeszcze raz, choć jego uwaga zwrócona była teraz na widoki 

poniżej.  Ich  piękno  zapierało  dech...  Pofalowane  pola,  a  przed  nimi  porośnięte  roślinnością 
góry.  

– A ja nazywam się Allysha – przedstawiła się pilotka. – Naciesz się zielenią – dodała. – 

Jak  tylko  miniemy  góry,  krajobraz  zmieni  zupełnie  kolor.  Góry  są  tu  działem  wodnym. 
Chmury deszczowe stykając się z nimi oddają, w nadmiarze chyba, całą swą wilgoć po jednej 
stronie łańcucha górskiego. Dlatego druga strona to spalona ziemia.  

– Czy rzeczywiście tu nigdy nie pada deszcz? – zapytał, gdy tylko zauważył, że krajobraz 

zaczął się zmieniać.  

–  Trochę  deszczu  przynoszą  cyklony,  szalejące  czasem  nad  zatoką,  resztę  opadów 

powodują  niże,  które  przedostają  się  przez  łańcuchy  górskie  –  odpowiedziała,  podczas  gdy 
Matt  wpatrywał  się  przez  lornetkę  w  odległą  ziemię.  –  Na  prawo  przed  nami  widać  już 
lądowisko w „Wetherby” – oznajmiła chwilę potem Allysha.  

–  Ależ  tu  przecież  nie  da  się  lądować  –  zaniepokoił  się,  dostrzegając  w  dole  maleńkie 

poletko, oczyszczone z karłowatych drzewek.  

– Nie ma strachu – powiedziała, podchodząc do lądowania. – Właściciel farmy dostaje od 

nas zalecenia dotyczące rozmiarów lądowiska i do jego obowiązków należy utrzymanie go w 
należytym porządku.  

Koła dotknęły ziemi, samolot podskoczył, uniósł się, po czym opadł znowu i zatrzymał 

się na lądowisku.  

–  Nowoczesne  maszyny  nie  potrzebują  tak  długiego  pasa  jak  dawniej  –  zakończyła 

Allysha.  

Wycie silników zagłuszyło jej głos. Mówiła teraz coś do mikrofonu. Meldowała pewnie, 

że wylądowali. Matt rozejrzał się znowu. Wokół widać było tylko rudą ziemię, kępy wyschłej 
trawy, a nieco dalej skupisko karłowatych drzewek.  

Stamtąd  właśnie  zaczęły  się  unosić  w  ich  kierunku  tumany  brunatno-rudego  kurzu. 

Powoli wynurzył się z nich rozklekotany pojazd.  

–  Teraz  dopiero  się  zacznie  –  powiedział  Jack,  wysiadając  pospiesznie  z  samolotu. 

Powitał ich obezwładniający upał. – Andy prowadzi samochód podobnie jak Allysha lata, to 
znaczy pędzi przed siebie na złamanie karku. Dalszą podróż odbędziemy właśnie z nim.  

–  Niech  pan  to  załaduje  do  samochodu  –  poprosiła  Susan,  wręczając  mu  znowu  ciężką 

torbę.  –  Zabieram  lekarstwa  i  torby  z  szynami,  płynami  infuzyjnymi  i  opatrunkami.  Za 
drugim razem dam panu nosze, kołnierze i gorsety usztywniające.  

Matt  pospieszył  w  kierunku  zakurzonego  samochodu  i  podał  torbę  Jackowi,  który 

rozmawiał o wypadku z młodym kierowcą, po czym zawrócił po następny pakunek.  

– Niech Susan przyniesie z sobą monitor – krzyknął za nim Jack.  
Monitor?  –  zdziwił  się.  Czyżby  mieli  monitory  podłączane  do  akumulatorów?  W  tej 

samej  chwili  zauważył,  że  Susan  wynosi  właśnie  z  samolotu  mały  monitor,  ten  sam,  który 

background image

widział już przedtem.  

– Nosze leżą na ziemi – krzyknęła, gdy ją mijał. – Proszę tak szybko nie biegać w tym 

upale. Jeszcze się pan odwodni i nam zemdleje.  

– Pojedziesz z nami? – zapytał pilotkę, która siedziała w otwartych drzwiach samolotu, 

machając nogami.  

– Nie, dzisiaj nie – odpowiedziała. – W tej okolicy jest bardzo zły odbiór. Jesteśmy poza 

zasięgiem telefonu komórkowego. W samochodzie Billa jest radio CB, poczekam więc przy 
naszym  odbiorniku,  na  wypadek  gdyby  Jack  musiał  przekazać  wiadomości  do  bazy  albo 
gdyby chciał się połączyć z jakimś specjalistą w szpitalu.  

Pozbierał rozmaite, paczki, które Susan zostawiła na ziemi, i ruszył z nimi do samochodu. 

Jack wkładał właśnie jakiś stary, wyświechtany kapelusz na głowę.  

–  Tu  nie  wolno  chodzić  z  gołą  głową  –  zwrócił  się  do  Matta.  –  Ja  już  się  do  tego 

przyzwyczaiłem.  

Wskoczyli  do  land  rovera  i  ruszyli  przed  siebie  na  przełaj.  Samochód  podskakiwał  na 

nierównościach  terenu,  przebijał  się  przez  zwalone  kłody  i  głazy,  wpadał  w  dziury.  Matt 
próbował zachować równowagę, trzymając się kurczowo uchwytu.  

Gdzieś tam daleko czekają na nich ranni. Dwoje nieprzytomnych ludzi. Czy uda się ich 

uratować? 

Wpadli w olbrzymią dziurę i opanowana zwykle Susan wydała okrzyk przerażenia. Matt 

poczuł, jak krew szybciej krąży mu w żyłach. Los rzucił mu wielkie wyzwanie. Był gotów się 
z nim zmierzyć.  

Trudno  o  większą  przygodę,  pomyślał,  podekscytowany  tym,  co  ich  jeszcze  czeka.  Ale 

gdy  samochód  szarpnął  i  przechylił  się  niebezpiecznie  na  bok,  zaczął  się  zastanawiać,  jak 
często trzeba wysyłać pomoc dla takich jak oni. Dla ludzi, którzy sami wyruszyli na ratunek.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

– To tam, za tymi drzewami – odezwał się Andy po pewnym czasie.  
Od chwili, gdy ruszyli, minęło dopiero dziesięć minut, lecz jazda w tych warunkach dała 

im  się  tak  bardzo  we  znaki,  że  dawno  stracili  rachubę  czasu.  Matt  dostrzegł  od  razu  wrak 
samolotu. Widok był przerażający. Można by pomyśleć, że to połamana zabawka wyrzucona 
na śmietnik. Tyle że w zabawce tej są ludzie.  

–  To  chyba  cud,  ale  najwyraźniej  osiadł  na  ziemi  kołami  –  zauważył  Jack.  –  Pewnie 

dlatego kabina jest w jako takim stanie.  

–  A  potem  uderzył  w  drzewa.  Odpadło  wtedy  skrzydło  i  kadłub  wylądował  w  rowie  – 

dodał Andy.  

Prowadził  pojazd,  próbując  omijać  przeszkody.  W  końcu  zahamował,  wzbijając  wokół 

tumany kurzu.  

– Kurz to wymarzona rzecz dla otwartych ran – mruknęła Susan do Matta. – Jack zabrał 

już  torbę  z  tlenem,  urządzeniem  monitorującym,  kroplówkami  i  lekarstwami  –  dodała.  – 
Trzeba  jeszcze  wziąć  opatrunki,  nadmuchiwane  szyny  i  płachty  przeciwwstrząsowe.  Resztę 
niech pan na razie zostawi w tej izbie tortur, a my chodźmy zobaczyć, co się tam dzieje.  

Matt wziął torbę i ruszył za nią.  
–  Oswobodziłem  pasażerowi  nogi,  ale  zostawiłem  go  w  pozycji  siedzącej,  bo 

pomyślałem, że tak będzie mu wygodniej – tłumaczył farmer. – Wziąłem z apteczki morfinę i 
bandaże, ale nic mu nie dałem, bo był nieprzytomny. Uderzył pewnie głową w okno. Prawą 
nogę ma uszkodzoną. Kostka też nie wygląda najlepiej, ale nie zauważyłem dużo krwi. Ten 
drugi jęczał okropnie, więc dałem mu zastrzyk.  

Matt zmarszczył czoło.  
Dał mu zastrzyk? Z morfiny? Nie było czasu, by pytać o cokolwiek, ale nie mieściło mu 

się to wszystko w głowie. Jak zwykły farmer może mieć w ogóle dostęp do morfiny? 

Człowiek,  którego  Susan  przedstawiła  jako  Billa  Wilsona,  opowiadał  to  wszystko 

monotonnym  głosem, tak jakby w wydarzeniach tych nie było  nic niezwykłego. Jack badał 
tymczasem pilota.  

–  Krwawi,  ale  nie  z  tętnicy,  bo  wykrwawiłby  się  już  dawno  na  śmierć  –  powiedział 

wstając. – Czy da się umieścić nosze w twoim land roverze? – zwrócił się do Billa.  

Matt spojrzał na obskurny, brudny samochód. Jakim cudem? – pomyślał.  
–  Oczywiście  –  odparł  Bill.  –  Ale  pod  warunkiem,  że  ktoś  usiądzie  obok  i  będzie  je 

trzymał. Wyrzucę tylko trochę gratów i opuszczę tylne siedzenia.  

Odwrócił się, aby przerobić pojazd na karetkę pogotowia.  
– Niech Andy przyniesie tu nosze, a potem niech podjedzie pod sam samolot – zawołał do 

niego  Jack.  –  Jeżeli  się  nam  uda  odciągnąć  osłonę  silnika,  to  potem  za  pomocą  kołowrotka 
odciągniemy silnik i uwolnimy nogi tego faceta.  

Susan podeszła z drugiej strony samolotu, by zbadać pasażera. Matt nie bardzo wiedział, 

co robić. Chętnie by w czymś pomógł, ale właściwie był zadowolony, że może tylko patrzeć. 

background image

Ma  w  ten  sposób  czas,  by  poznać  atmosferę  pracy  i  działanie  fachowego  zespołu,  jaki 

stanowili Jack i Susan.  

– Najpierw trzeba spokojnie zbadać sytuację – odezwał się Jack, jakby czytając w jego 

myślach.  –  A  potem  wyznaczyć  kolejność  działań.  –  Pochylał  się  teraz  nad  pilotem, 
przywołując do siebie Matta ruchem ręki. – Tętno przyspieszone, ciśnienie niskie. Podam mu 
tlen i założę wenflon, żeby uzupełnić płyny – wyjaśnił spokojnie. – A teraz podłączymy go do 
monitora. Proszę go przypilnować, a ja z Andym spróbuję uwolnić mu nogi.  

Matt  zerknął  na  nieprzytomnego  człowieka  i  serce  podeszło  mu  z  wrażenia  do  gardła. 

Wszędzie krew. Bill miał rację, nie było jej dużo, ale tablica rozdzielcza leżała na kolanach 
pilota, przyciskając jego tułów do fotela.  

–  Niepokoi  mnie  głównie  to,  że  silnik  może  uciskać  któreś  z  uszkodzonych  naczyń 

krwionośnych,  nie  dopuszczając  do  krwotoku  –  wyjaśnił  Jack.  –  Niech  więc  pan  włoży 
rękawiczki  i  trzyma  w  pogotowiu  opatrunek  uciskowy  na  wypadek,  gdyby  tętnica  była 
przerwana.  

Matt  ucieszył  się,  że  może  się  na  coś  przydać.  Pilnując  pacjenta,  obserwował  z 

zainteresowaniem próby oswobodzenia jego nóg. Pokrywę silnika udało się zdjąć bez trudu.  

– Silnik jest nadal bardzo gorący – syknął Bill, machając rękaw powietrzu. Najwyraźniej 

oparzył się, przymocowując linę do silnika. – Joe musiał ich zauważyć wkrótce po wypadku.  

Matt  spróbował  wsunąć  rękę  pomiędzy  nogę  pilota  a  tablicę  rozdzielczą.  Usłyszał 

skrzypienie  kołowrotka,  a  potem  zgrzyt  i  to,  co  pozostało  jeszcze  z  małego,  zgrabnego 

samolotu, rozpadło się na części.  

Poczuł na ręce ciepłą krew. Jack ma rację. Silnik, wbijając się w udo pilota, przeciął skórę 

i  mięśnie  jak  nożem  chirurgicznym  i  w  górę  buchała  teraz  jasna  krew  tętnicza.  Nie 
zastanawiając się ani chwili, przycisnął opatrunek do rany, szukając jednocześnie drugą ręką 
tętnicy udowej w pachwinie, żeby zahamować krwotok.  

– Świetnie. Zaraz mu zawiążę ranę i sprawdzę, co z nogami.  
–  Jack  urwał  na  chwilę.  –  Możesz  zwolnić  ucisk;  nie  wygląda  na  to,  żeby  kość  udowa 

była złamana, ale z kolanem coś nie bardzo. Jak ciśnienie? 

Matt spojrzał na monitor. Ciśnienie skurczowe spadło do osiemdziesięciu.  
– Za niskie! Musimy go jak najszybciej stąd zabrać. Rozłóż nosze. Ustaw je jak najbliżej 

samolotu.  Ułożę  jego  nogę  na  szynie  w  zgiętej  pozycji,  unieruchomię  szyję  i  kręgosłup,  a 

potem przeniesiemy go na nosze i przymocujemy do nich.  

Z drugiej strony wraku dobiegał głos Susan. Dawała jakieś wskazówki Billowi. Ależ to 

zespół! Zupełnie ich nie doceniałem! 

–  pomyślał  Matt  i  wyprostował  się.  Jack  już  założył  kołnierz  usztywniający  na  szyję 

nieprzytomnego pilota, a potem wsunął mu gorset pod plecy.  

–  Powinno  wystarczyć  –  uznał.  –  Na  razie  odłączymy  kroplówkę,  żeby  go  łatwiej  było 

nieść, ale nie zamkniemy dopływu tlenu.  

Matt słuchał uważnie i starał się nie uronić ani słowa z objaśnień Jacka.  
– A jak twój pacjent? – zwrócił się Jack do Susan.  
Była  to  pierwsza  wymiana  zdań  między  nimi,  choć  Susan  już  przedtem  meldowała 

background image

głośno, jak pasażer się czuje i zdawała relację ze swoich czynności.  

– Przygotowuję go do transportu, ale boję się, czy to nie wstrząśnienie mózgu. Nad lewą 

skronią ma opuchliznę. Pewnie uderzył głową w okno. Poza tym jedna źrenica nie reaguje na 
światło, druga jest rozszerzona. Ale nie ma żadnych wycieków z nosa ani z ucha.  

Jack westchnął.  
– Uraz trzeciego nerwu czaszkowego,  a może uszkodzenie oka? Zabierajmy ich prędko 

do bazy, bo inaczej trzeba będzie przeprowadzić operację mózgu w samolocie.  

Matt  się  przeraził.  Po  chwili  dopiero  zrozumiał,  że  był  to  żart.  A  wszystko  po  to,  by 

rozładować atmosferę, gdyż sytuacja okazała się znacznie trudniejsza, niż przypuszczali.  

– Andy, zobacz proszę, czy da się otworzyć schowek na bagaż. Pewnie są tu gdzieś ich 

torby podróżne. Powinny  w nich być osobiste rzeczy albo  papiery, które mogą pomóc przy 
identyfikacji. A może za fotelem? A potem zanieś woreczek z płynem infuzyjnym.  

Pomagając sobie nawzajem, umieścili obydwie pary noszy w tyle samochodu, rozkładając 

przedtem stare plandeki na metalowej podłodze. Matt przypomniał sobie z przerażeniem, jak 
nimi rzucało w drodze na miejsce wypadku.  

– Niech pan tam siada i mocno trzyma górę noszy – powiedział Bill, wpuszczając go do 

samochodu przez tylne drzwi. – I proszę wziąć te torby.  

Matt  zabrał  małą  skórzaną  teczkę,  zapewne  z  mapami  i  dokumentami,  a  potem  wziął 

torby, które Andy znalazł w samolocie. Sięgnął wreszcie po woreczek z płynem infuzyjnym, 
który Andy trzymał wysoko nad pacjentem.  

– Jack, siadaj w tyle i trzymaj drugie nosze, a ty, Andy, idź za samochodem. Postaram się 

jechać jak najwolniej.  

Spokojny  głos,  którym  Bill  wydawał  polecenia,  uzmysłowił  Mattowi,  na  czym  polega 

prawdziwe współdziałanie w grupie, kiedy to kierownictwo obejmuje ten, kto w danej chwili 
najbardziej się do tego nadaje.  

Gdy  i  drugie  nosze  zostały  załadowane,  Matt  ustawił  monitor  obok  nieprzytomnego 

mężczyzny w taki sposób, by nie tylko on, ale i  Jack mógł widzieć ekran. Andy posłusznie 
zaakceptował  rolę  piechura  przytrzymującego  nosze.  Jack  umieścił  torby  na  przednim 
siedzeniu  i  posadził  na  nich  Susan,  a  potem  wcisnął  się  na  platformę  i  przykucnął  u 
wezgłowia noszy.  

–  Wszyscy  gotowi  –  zameldował  i  Bill  ruszył  powoli  w  drogę,  ostrożnie  przejeżdżając 

przez kłody drzewa, które poprzednio brali szturmem.  

Droga ciągnęła się niemiłosiernie, lecz gdy wydobyli się wreszcie z zarośli, okazało się, 

że  Bill  wiedział  doskonale,  którędy  jedzie.  Ich  oczom  ukazał  się  błyszczący  w  słońcu 
samolot. Allysha uruchamiała właśnie silnik.  

Przesiadka odbyła się nadzwyczaj sprawnie. Zręczność i szybkość, z jaką wstawili nosze 

do  samolotu,  zdradzała  duże  doświadczenie.  Zawiesili  woreczki  z  płynem  infuzyjnym  i 
sprawdzili dopływ tlenu.  

– Gotowi? – zapytała Allysha.  
–  Tak  –  odparł  Jack,  sadowiąc  się  obok  swojego  pacjenta,  sprawdziwszy  przedtem 

ciśnienie w nadmuchiwanej szynie rannego, którym zajmowała się Susan.  

background image

– Przed odlotem trzeba zawsze obniżyć ciśnienie w szynach – wyjaśnił Mattowi.  
Allysha  była  gotowa  do  lotu  i  po  chwili  samolot  łagodnie  wystartował.  Kiedy  byli  w 

powietrzu, przystąpili do działania.  

–  Musimy  się  teraz  dokładnie  przyjrzeć,  w  jakim  są  stanie  –  tłumaczył  Jack.  –  Temu 

unieruchomię nogę, a pan niech popatrzy, jak Susan zajmuje się tym drugim.  

Matt  podniósł  się  i  przecisnął  obok  Jacka.  Susan  szukała  na  głowie  i  twarzy  pacjenta 

siniaków i stłuczeń.  

– Znacznie łatwiej  jest badać w ten sposób  człowieka, który jest  przytomny – rzekła. – 

Przynajmniej powie, co go boli.  

Rozpoczęła teraz badanie całego ciała. Obmacywała, sprawdzała odruchy, badała reakcje, 

a potem notowała uwagi w specjalnym formularzu.  

– Nie ma chyba dla was rzeczy niemożliwych – powiedział Matt z podziwem. – Mogłoby 

się wydawać, że jesteśmy teraz w izbie przyjęć.  

– Mamy przecież spore doświadczenie – tłumaczyła Susan.  
–  Jack  jest  tu  od  siedmiu  lat,  a  ja  zaczęłam  tuż  po  otwarciu  bazy.  Mój  mąż  jest  tu 

głównym  pilotem.  –  Zaczerwieniła  się,  a  potem  uśmiechnęła.  –  To  był  romans  jak  w 
powieści.  

Matt  uśmiechnął  się  do  niej  serdecznie.  Widząc,  że  Jack  wraca  na  swoje  miejsce  i 

zaczyna wypełniać formularz, przysunął się bliżej.  

– Może by mu zdjąć buty i sprawdzić stawy skokowe? 
– Sam o tym myślałem, ale jeśli ma zmiażdżone kości, to buty trzymają je razem. Lepiej 

zaczekać z tym na ortopedę. Zaraz się połączę ze szpitalem. Proszę pilnować, żebym o czymś 
nie zapomniał.  

Podniósł  słuchawkę  zawieszoną  na  przedniej  ścianie  kabiny.  Odezwała  się  centrala 

szpitala w Rainbow Bay i połączyła go z izbą przyjęć. Jack krótko i zwięźle opisał stan obu 
pacjentów.  

– Czy będzie na nas czekać karetka? – zapytał Matt.  
– Oczywiście. Jesteśmy w kontakcie. Pilot przekazuje przez radio wiadomość do bazy, a 

radiooficer wzywa karetkę. Wprawdzie posługujemy się radiem coraz rzadziej, rozszerza się 
przecież sieć telefonów komórkowych, ale czasem działa siła przyzwyczajenia.  

Matt nie bardzo to wszystko rozumiał. Jack pochylił się nad pacjentem, a potem dodał: 
– Lekarze mają przy sobie telefony komórkowe, ale w czasie lotu często mają ręce pełne 

roboty i nie myślą o wzywaniu karetki. Po co więc zmieniać coś, co zdaje egzamin? 

Znowu coś zanotował, a potem otwierał po kolei bagaże, szukając czegoś, co by pomogło 

zidentyfikować rannych.  

Zmienił  się  wyraźnie  odgłos  pracy  silnika.  Matt  zajął  swoje  miejsce  akurat  wtedy,  gdy 

pokazały  się  lśniące  wody  zatoki.  Gdy  karetka  zabrała  rannych  i  odjechała,  poczuł,  jak 
ogarnia go wielka pustka.  

–  To  trochę  tak  jak  na  izbie  przyjęć  podczas  ostrego  dyżuru  –  uśmiechnął  się  Jack, 

zgadując jego myśli. – Pacjenci odjeżdżają na oddział, a człowiek zostaje sam.  

– No tak, ale u was to jest reguła – powiedział Matt. – Drugi raz już ich nie oglądacie.  

background image

– Proszę się nie bać, nie zabraknie panu stałych pacjentów – zapewnił  go Jack. – No a 

poza tym nikt panu nie będzie bronił odwiedzać w szpitalu chorych, których pan tu przywiózł. 
A teraz wracajmy do bazy. Trzeba coś zjeść, zanim nas znowu ktoś wezwie.  

Jechali do bazy szerokimi ulicami, a Matt starał się uporządkować wydarzenia tego dnia.  
–  A  więc  podstawą  postępowania  w  razie  wypadku  jest  jak  zawsze  konieczność 

zapewnienia  drożności  oddechowej,  oddychania  i  krążenia  –  zwrócił  się  do  Jacka.  –  Potem 
dopiero można zająć się resztą.  

Jack przytaknął.  
– Oczywiście. Trzeba się później dobrze przyjrzeć szczątkom rozbitego pojazdu. Może to 

pomóc  w  ustaleniu  urazów,  jakie  odniosła  ofiara.  W  razie  zderzenia  czołowego 
prawdopodobne  jest  strzaskanie  kości  kończyn  dolnych,  może  też  dojść  do  kontuzji  klatki 
piersiowej  na  skutek  uderzenia  w  kierownicę.  Należy  się  wtedy  liczyć  z  koniecznością 
uwolnienia  powietrza  z  opłucnej.  Jeśli  samochód  się  wywrócił,  należy  zawsze  podejrzewać 
urazy śledziony, nerek lub wątroby. Pasy może i ratują życie, bo nie pozwalają człowiekowi 
wylecieć przez okno, ale mogą być przyczyną innych powikłań.  

– Nie wolno też zapominać, że przy każdym wypadku samochodowym możliwe są urazy 

szyi – dodała Susan, a Matt kiwał głową, starając się zapamiętać wszystko, co słyszał.  

Zatrzymali się tuż za bazą. Matt spojrzał na zegarek. Wpół do trzeciej! A więc nie było 

ich pięć godzin, a jemu wydawało się, że dopiero wyjechali z parkingu.  

Ciekawe,  czy  Claudia  pracuje  na  całym  etacie?  –  pomyślał.  I  zaraz  uśmiechnął  się  do 

siebie. Skąd ta ciekawość? Chcę przecież żyć wolny jak ptak jeszcze przez parę lat.  

–  Najgorsze  dopiero  przed  nami  –  oznajmił  Jack.  –  Teraz  się  zacznie  kołowrotek 

papierkowy.  Można  oszaleć  albo  zapić  się  na  śmierć.  Wszystkie  sprawozdania  piszemy  w 

dwóch  egzemplarzach.  Jeden  dostaje  szpital,  a  kopia  zostaje  u  nas.  Z  naszego  egzemplarza 
możemy  się  zorientować,  co  pobraliśmy  z  zapasów  w  bazie,  a  co  z  samolotu,  a  następnie 
składamy zamówienie na rzeczy, których brakuje.  

– Po to, żeby komuś, kto po was zostanie wezwany do nagłego wypadku, nie zabrakło na 

przykład nadmuchiwanych szyn – zakończył za Jacka Matt.  

Był  pod  wrażeniem  znakomitej  organizacji  pracy,  jaką  tu  zastał,  i  dbałości  o 

najdrobniejsze szczegóły. W jednej chwili jednak zapomniał o tym wszystkim, bo w drugim 
końcu korytarza spostrzegł Claudię.  

–  Chodźmy  teraz  coś  zjeść  –  odezwał  się  Jack,  kierując  się  do  kuchenki,  która 

najwyraźniej pełniła także rolę pokoju dla personelu. Wokół kwadratowego, sosnowego stołu, 
na  którym  leżały  porozrzucane  tygodniki,  począwszy  od  medycznych,  a  skończywszy  na 
komiksach, stały drewniane krzesła.  

– Jak się mają wasi pacjenci? 
Matt  odwrócił  się.  W  głosie  Claudii  kryło  się  coś  nieuchwytnego,  coś,  co  z  trudem 

rozumiał,  jakaś  bezradność  i  nieśmiałość,  które  sprawiały,  że  miał  ochotę  jej  dotknąć  i 
uspokoić.  

– Obaj są już w szpitalu pod dobrą opieką – odparł Jack z miłym uśmiechem, jakby i on 

pragnął zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa.  

background image

Claudia odetchnęła z ulgą, a potem poruszyła się niespokojnie, gdy zauważyła, że Matt 

przygląda jej się z zaciekawieniem.  

–  Położyłam  ci  na  biurku  rozkład  dyżurów  na  najbliższe  dwa  tygodnie  –  powiedziała 

szybko do Jacka. Nie chciała, by Matt zauważył, że ucieszył ją jego powrót. – Czy... – zaczęła 
znowu i urwała. Nie wiedziała, jakiej formy ma użyć. Gdyby powiedziała „Matt”, mogłoby to 
zabrzmieć  zbyt...  poufale.  „Doktor  Laurant”  brzmiało  dla  odmiany  zbyt  oficjalnie.  –  Czy... 
nasz nowy lekarz... – brnęła rozpaczliwie – ma już biurko? – Odwróciła się teraz do Matta z 
uśmiechem. – Mówię o panu, bo i dla pana mam rozkład dyżurów.  

– Połóż te papiery na biurku Boba – rzekł Jack z uśmiechem.  
– Przecież on już kończy u nas pracę.  
Podszedł do lodówki, wyciągnął dwa opakowania z kanapkami i położył je na stole.  
– Proszę, może pan zje? Tu jest samoobsługa – wyjaśnił.  
– Woda w czajniku jest zawsze gorąca, filiżanki są w tej szafce, a kawa, herbata i cukier 

tam na stoliku. W lodówce jest zazwyczaj coś do zjedzenia.  

Matt  podszedł  do  szafki,  wziął  kubek  i  zaczął  nasypywać  do  niego  kawę.  Claudia  nie 

mogła oderwać od niego wzroku.  

– Jeżeli Leonie nie ma już dziś dla ciebie pilnej pracy, może mogłabyś zająć się Mattem? 

–  zwrócił  się  Jack  do  Claudii.  –  Pokazałabyś  mu  jego  biurko  i  oprowadziła  po  bazie.  Nie 
zapomnij  pokazać  mu,  gdzie  trzymamy  kartotekę  i  wszystkie  formularze.  Im  szybciej  się 
dowie, co go czeka, tym lepiej.  

– Kiedy ja nic nie mam przeciwko papierkowej robocie – roześmiał się Matt, a Claudia 

uzmysłowiła sobie, że powtarza w myślach jego zwykłe przecież słowa, zastanawiając się, co 
ją  tak  zafascynowało  w  tonie  jego  głosu.  –  Chociaż  muszę  przyznać,  że  spodziewałem  się 
mieć mniej pracy. Myślałem, że komputery załatwią za nas robotę.  

– I załatwiają – odparł Jack. – Tyle że są za głupie, żeby wziąć dane z powietrza i dlatego 

człowiek, czasem kompletnie wyczerpany, musi usiąść przy tych nierobach, żeby dostarczyć 
im informacji. Dzięki Bogu mamy tu Claudię, która umie ujarzmić te bestie. Potrafi rozgryźć 

wszystkie ich tajemnice. Jest naprawdę genialna i pomaga każdemu, kto ma trudności, bo nie 
siedział przy nich od dziecka.  

–  Kiedyś  bawiły  mnie  po  prostu  gry  komputerowe  –  tłumaczyła  Claudia  speszona.  – 

Pójdę teraz może do pani Cooper, powiem jej, co robię, i zaraz wrócę.  

Bardziej  jednak  niż  pochwały  Jacka  niepokoiło  ją  to,  co  odczuwała  na  widok  nowego 

lekarza.  Czyżby  mi  się  podobał?  –  Potrząsnęła  głową,  starając  się  więcej  o  tym  nie  myśleć. 
Przyjechał tu i przecież na krótko i niedługo, tak jak inni cudzoziemcy, pożegna [ się i wróci 
do siebie. Wiedziała dobrze, że szczęśliwa może być tylko ze swoją rodziną. W swym domu 

rodzinnym,  a  przynajmniej  bardzo  blisko  niego!  Zwłaszcza  po  tym  wypadku,  przez  który 
mama  stała  się  inwalidką.  Przełknęła  łzy,  które  napływały  jej  do  oczu  zawsze,  gdy 
przypominała  sobie  ten  straszny  wypadek,  i  weszła  do  biura  Leonie,  by  powiedzieć  jej  o 
prośbie Jacka.  

–  Dobrze  –  powiedziała  pani  Cooper.  –  Ale  nie  zasypuj  go  wszystkimi  informacjami 

naraz, bo go zamęczysz. Jeszcze przecież nie zaczął pracować! 

background image

– Oczywiście – obiecała Claudia, patrząc na uśmiechniętą twarz Leonie. Szła z powrotem 

powoli, choć miała wielką ochotę i skakać z radości.  

– To tyle z grubsza – oświadczyła dwie godziny później, zamykając drzwi wielkiej szafy 

ze sprzętem medycznym. – Większość wyposażenia jest na lotnisku, bo w czasie weekendów 
;  i  po  godzinach  pracy  personel  wezwany  do  nagłego  wypadku  nie  I  podjeżdża  do  bazy. 
Byłaby to strata czasu.  

–  Z  grubsza?!  –  zawołał.  –  Dobrze  będzie,  jeśli  zapamiętam  jedną  czwartą  tego,  co  mi 

pani mówiła! 

–  Za  parę  tygodni  będzie  pan  to  wszystko  znał  na  pamięć  –  zapewniła.  –  W  życiu  nie 

widziałem takich rzęs – powiedział nagle. Claudia zamarła na chwilę.  

– Szkoda, że pan nie zna mojego najstarszego brata – odparła szybko. – Ten to dopiero 

ma rzęsy! Jego żona mówi, że to niesprawiedliwe, żeby mężczyzna miał takie rzęsy. – Paplała 
tak  dalej,  przestraszona  tym,  co  się  zaczęło  między  nimi  rodzić.  Starała  się  opanować,  ale 
sama obecność Matta burzyła jej spokój. – Czas już iść do domu – oznajmiła w końcu. Wzięła 
swoją torebkę i zdjęła kapelusz z wieszaka przy drzwiach.  

– Czy mam się z kimś pożegnać przed wyjściem? – zapytał. Potrząsnęła przecząco głową.  
–  Jack  i  Susan  nadal  mają  dyżur.  Wyszli  przed  godziną,  ale  są  pod  telefonem.  Pani 

Cooper wychodzi zazwyczaj koło czwartej. Ma dwoje dzieci i musi się nimi zająć po szkole, 
więc zaczyna i kończy pracę nieco wcześniej.  

–  A  więc  zostaliśmy  tylko  ja  i  pani.  Jeżeli  dobrze  pamiętam,  mieszkamy  na  tej  samej 

ulicy. Możemy więc razem wrócić do domu.  

Wyraźnie  się  cieszył  z  tego  powodu.  Claudia  pomyślała  z  radością,  że  znalazła 

przyjaciela.  

Powitał ich ciepły, tropikalny zmierzch.  Zatoka  lśniła w świetle zachodzącego słońca  – 

czerwonej kuli, która chowała się właśnie za górami.  

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jak się dostać do szpitala? – dobiegł ją głos Matta. 

Ledwie go usłyszała, pogrążona w myślach.  

– Nie rozumiem? – Spojrzała na niego zdumiona.  
– Wiem, że to nie ma sensu i na pewno nie będę się tak martwił o każdego pacjenta, ale 

teraz chciałbym zobaczyć tych dwóch ludzi z rozbitego samolotu.  

Wcale jej to nie zdziwiło. Wszyscy lekarze byli tacy sami i w rezultacie musiała im ciągle 

dostarczać informacji o stanie zdrowia pacjentów.  

–  Jeżeli  się  panu  bardzo  nie  spieszy,  możemy  pójść  tam  razem  po  kolacji  – 

zaproponowała.  

– Pani też idzie do szpitala? – spytał zdziwiony. – Ma pani w szpitalu kogoś z rodziny? A 

może znajomego? 

– Nie, nie. To nikt z moich bliskich. Ale chodzę tam prawie co wieczór.  
Zawahała  się.  Chciała  mu  wszystko  wytłumaczyć,  ale  bała  się  trochę  nudzić  go 

opowieściami o sobie. Było jej z nim tak miło. Szkoda by było wszystko zepsuć.  

– Odwiedzam naszych pacjentów – powiedziała tylko.  
– Naszych pacjentów? – powtórzył przystając.  

background image

Claudia zatrzymała się także i spojrzała na niego.  
– Pierwszy raz poszłam wkrótce potem, jak zaczęłam tu pracować. Akurat przywieziono z 

farmy sześcioletniego Jimmy’ego z objawami zapalenia wyrostka robaczkowego. Wywiązało 
się  zapalenie  otrzewnej  i  zatrzymano  go  w  szpitalu  dłużej.  Jego  matka,  która  szalała  z 
rozpaczy  już  wtedy,  kiedy  musiała  go  samego  wysłać  samolotem,  sama  zachorowała,  gdy 
dowiedziała się, że syn zostanie w szpitalu dłużej.  

– To dlaczego nie przyjechała z nim? Czy lekarzowi nie wolno zabrać nikogo z rodziny? 
– Wolno, zwłaszcza jeśli pacjentem jest dziecko, ale je – F go matka nie mogła zostawić 

farmy. Była w tym roku klęska suszy...  

– Widziałem! – przytaknął.  
–  Zabrakło  paszy  i  James  Carew  zabrał  bydło  na  drogę,  próbując  karmić  zwierzęta 

wyschniętą trawą rosnącą na poboczach, a Mary musiała zostać w domu z trójką pozostałych 
dzieci. Nie miała jak wyjechać, a James nie mógł przecież wrócić.  

– Dlatego pani postanowiła opiekować się Jimmym? – zapytał. Patrzył na nią z wyraźną 

sympatią, a kto wie, może nawet z – Ależ to nic wielkiego – zapewniła. – Nie mam tu wiele 
roboty. A zresztą od razu go polubiłam, więc nawet gdyby miał mamę przy sobie, i tak bym 
go odwiedzała.  

Czuła na sobie jego ciepłe spojrzenie, zaczęła więc iść powoli w stronę domu ciotki.  
– Jimmy jest nadal w szpitalu? – spytał, podążając za nią. Spojrzała na niego i dostrzegła 

iskierki śmiechu w jego oczach.  

–  Ależ  nie!  –  odpowiedziała.  –  Tylko  że  takie  wizyty  to  prawdziwa  przyjemność.  A 

przecież  nasi  pacjenci  mają  daleko  domy  i  rodziny,  więc  pomyślałam,  że  trzeba  ich 
odwiedzać.  

–  Potrafi  pani  myśleć  o  ludziach  –  rzekł  w  zadumie.  –  Może  powinna  pani  zostać 

pielęgniarką albo lekarzem? 

Słowa jego zburzyły jej spokój, obudziły wiele wspomnień.  
–  Ależ  skąd!  –  zawołała  gwałtownie.  –  Nigdy  bym  tego  nie  potrafiła.  O,  tutaj  właśnie 

mieszkam.  

Pchnęła furtkę i w jednej chwili znalazła się za ogrodzeniem, jakby pragnęła się schronić 

w twierdzy, jaką stanowił ten dom.  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Zanim Matt się pojawił, Claudia czekała na werandzie od dobrych dziesięciu minut. Była 

z  siebie  niezadowolona.  Wspomniała  ciotce  o  nowym  lekarzu,  ale  nie  zdobyła  się  na  to,  by 
powiedzieć jej, że wybiera się z nim do szpitala. Można by odnieść wrażenie, że robi z tego 
tajemnicę. Nonsens! Chce po prostu  pokazać nowemu  lekarzowi drogę do szpitala, lecz nie 
ma  przy  tym  najmniejszej  ochoty,  by  jej  ciekawska  ciotka  zaczęła  się  czegoś  w  tym 
doszukiwać.  

Gdy  tylko  usłyszała  skrzypnięcie  furtki,  zbiegła  szybko  po  schodach.  Muszą  stąd  jak 

najszybciej odejść.  

– No więc kogo teraz będzie pani odwiedzać? – zapytał po chwili, gdy szli obok siebie 

wąską ścieżką.  

– Najpierw idę zawsze do Carol Benson – odparła, próbując całą uwagę skoncentrować 

na niej właśnie. Tylko że zupełnie się jej to nie udawało. Był tak blisko... – Ona prowadzi z 
mężem małą kopalnię cyny; to stąd mniej więcej godzina lotu.  

– Kopalnię cyny? I z tego żyją? 
Uśmiechnęła się, słysząc niedowierzanie w jego głosie, on tymczasem dodał: 
– Czy wy tu wszystkie odległości mierzycie godzinami lotu? 
–  Albo  lotu,  albo  jazdy  samochodem.  Co  z  tego,  że  jakaś  miejscowość  znajduje  się, 

powiedzmy,  tylko  kilkaset  kilometrów  stąd,  jeśli  nie  ma  dobrej  drogi  i  podróż  zabiera  cały 
dzień. A co do tej kopalni, to oni naprawdę wydobywają cynę i można z tego I żyć, tyle że 
takie kopalnie znajdują się na ogół w trudno dostępnych miejscach.  

–  No  i  wracamy  z  powrotem  do  sprawy  pani  Benson  –  za

1

  żartował,  a  Claudia 

uśmiechnęła się do niego.  

Zwolnili  nieco,  bo  odwrócił  się  twarzą  w  jej  stronę.  Jego  oczy  śmiały  się  do  niej, 

zapadający zmrok przyciemnił nieco ich błękit, ale nie był w stanie ukryć zachwytu, z jakim 
na nią patrzył. Serce Claudii biło jak oszalałe.  

– Carol jest w ciąży – wykrztusiła, pragnąc za wszelką cenę się uspokoić. – W zeszłym 

tygodniu  była  w  przychodni  w  Wooli  i  pielęgniarka,  która  przyleciała  samolotem, 
powiedziała jej, że ma podwyższone ciśnienie.  

–  Też  bym  miał  podwyższone  ciśnienie,  gdyby  mi  ktoś  kazał  bez  przerwy  pokonywać 

takie wertepy jak u Billa – skomentował Matt.  

– Podróż z pewnością jej nie pomogła, ale nie tylko ciśnienie było nie w porządku. Miała 

okropnie  spuchnięte  nogi  w  kostkach,  a  analiza  krwi  wykazała  białkomocz...  –  Urwała,  bo 
przypomniała  sobie,  że  rozmawia  przecież  z  lekarzem.  –  Znam  tylko  te  dane,  które 
wprowadzam do komputera, no i wiem jeszcze to, co mi opowiadają pacjenci.  

– Jest pani doskonale zorientowana – pochwalił ją. – W którym ona jest miesiącu ciąży? 

Czy lekarze podejrzewają nadciśnienie czy stan przedrzucawkowy? 

–  To  już  chyba  szósty  miesiąc  –  odpowiedziała,  ale  myślała  zupełnie  o  czym  innym:  o 

tym, jak pięknie brzmią słowa w jego ustach. Mówił miękkim głosem, miał dziwny akcent.  

background image

–  Czy  nie  miała  przedtem  innych  objawów  nadciśnienia?  Typowy  lekarz!  Ja  tu 

rozmyślam o jego intonacji, a on zajmuje się chorobą pacjentki, której nie widział na oczy.  

– Specjalista, który ją badał, mówi, że to łagodny stan przedrzucawkowy – wyjaśniła. – 

Jestem pewna, że gdyby tu mieszkała i miała lekarza pod nosem, kazaliby jej wrócić do domu 
i tylko zgłaszać się na kontrolę.  

–  Gdyby  mieszkała  w  mieście,  na  pewno  przeszłaby  bardziej  szczegółowe  badania. 

Położnik zaleciłby jej wykonanie pełnego obrazu krwi, ustalenie poziomu kwasu moczowego, 
elektrolitów  i  kreatyniny,  a  także  badanie  funkcji  wątroby,  pełną  analizę  moczu  i  badanie 
dobowego wydalania białka z moczu.  

Wysłuchała go cierpliwie, rozumiejąc, że sprawdza sam siebie, jakby chciał się upewnić, 

że pamięta wszystko, czego nauczył się jako student.  

– Monitorowanie płodu jest oczywiście znacznie łatwiejsze w szpitalu – dodał po chwili, 

a  potem  zmarszczył  czoło,  jakby  czegoś  jeszcze  mu  brakowało,  by  móc  postawić  pełną 
diagnozę pacjentce,  o której  przed chwilą usłyszał. –  I  jeszcze coś – mruknął. Widziała, że 
stara się sobie coś przypomnieć. – Chodzi o rzadkie zaburzenie, które może okazać się fatalne 
w  skutkach,  jeśli  nie  zostanie  postawiona  właściwa  diagnoza.  Może  się  to  z  pewnością 
objawić jako stan przedrzucawkowy...  

Zwolnili kroku.  
–  Muszę  to  jeszcze  sprawdzić  –  dodał  z  uśmiechem,  który  sprawił,  że  serce  znowu 

zaczęło jej bić gwałtownie.  

–  Czy  już  panu  mówiłam,  że  ona  będzie  mieć  bliźniaki?  –  spytała,  pragnąc  sprawić 

wrażenie osoby równie zainteresowanej sprawami medycznymi co on.  

Gwizdnął przeciągle.  
– No to trudno się dziwić, że ją wzięli do szpitala. Nie tylko zrobią wszystkie badania, ale 

też będą mogli podjąć niezbędne działania, gdyby doszło do rzucawki.  

Szli teraz w milczeniu. Po chwili zobaczyli przed sobą jasno oświetlony szpital na małym 

wzgórzu.  

– A gdy już urodzi te bliźniaki? – spytał.  
Claudia nie od razu odpowiedziała, bo nie rozumiała, co miał na myśli. Patrzyła na jego 

ładny profil na tle jaśniejących przed nimi świateł.  

– Przecież nie zabierze z sobą dzieci do domu odległego od świata o godzinę lotu? Jak 

sobie poradzi z dwojgiem niemowląt? Co będzie, gdy zachorują? 

Claudia uśmiechnęła się wyrozumiale.  
–  Przecież  nasza  służba  powietrzna  jest  właśnie  dla  takich  ludzi  jak  Bensonowie  – 

wyjaśniła.  –  Do  Wooli,  które  jest  osadą  aborygenów,  jadą  samochodem  tylko  godzinę.  Jest 
tam  szpitalik,  w  którym  pracuje  pielęgniarka  i  felczer.  W  krytycznej  sytuacji  samolot  może 
dolecieć do Wooli w tym samym czasie, co Carol dojedzie samochodem.  

– W pani ustach to wszystko wydaje się takie proste – odezwał się cicho – ale przecież 

godzina dla matki, która drży o swoje dziecko, to wieczność.  

–  Często  to  samo  spotyka  matki,  które  czekają  godzinami  w  przychodniach 

przyszpitalnych – zauważyła z przekąsem. – A zresztą Carol ma w domu apteczkę i radio. W 

background image

każdej chwili może się połączyć z bazą i poradzić lekarza, ale tego nasze kobiety zazwyczaj 
nie robią. Nauczyły się radzić sobie na długo przedtem, zanim wynaleziono radio i pomyślano 
o wysyłaniu lekarzy samolotami na pomoc.  

Był najwyraźniej zdumiony, a ona uśmiechnęła się do niego serdecznie, odkładając dalsze 

wyjaśnienia na później.  

– Musimy się pospieszyć, bo zaraz kończą się wizyty. Ruszyła naprzód szybkim krokiem. 

Pokonali bez trudu niewielkie wzniesienie i wkrótce ogarnął ich szum i gwar szpitala.  

– Czy to pani jedyna pacjentka? – zapytał, gdy czekali w recepcji na wiadomość, gdzie 

leżą pasażerowie rozbitego samolotu.  

– Ależ nie, mam ich teraz troje, ale z Carol spędzam zawsze najwięcej czasu. Ona się tu 

fatalnie czuje i bardzo chce wrócić do domu, chociaż w głębi serca z pewnością zdaje sobie 
sprawę, że będzie tu musiała zostać aż do porodu.  

Matt kiwał głową. W jasnym świetle szpitalnego holu mógł nareszcie dobrze przyjrzeć się 

swojej  towarzyszce.  Musiał  przyznać,  że  wygląda  ślicznie.  Biała  sukienka  podkreślała  jej 
złocistą  opaleniznę,  a  ciemne  włosy,  odsunięte  z  czoła  białą  opaską,  opadały  falami  na 
ramiona.  Delikatnie  zarysowane  brwi  podkreślały  głębię  ciemnych,  błyszczących  oczu.  Tak 
bardzo chciał jej dotknąć...  

Ktoś najwyraźniej coś do nich mówił, ale on widział przed sobą jedynie wargi Claudii. I 

był pewien, że nawet się nie poruszyły.  

– Oddział czwarty – ciągnął ten sam głos, wyrywając go tym razem z zamyślenia.  
Zobaczył, że Claudia odchodzi. Czy to  możliwe, by to  o nim przed chwilą rozmyślała? 

Nie  wyobrażaj  sobie  za  dużo,  stary,  skarcił  sam  siebie.  Jesteś  dla  niej  zupełnie  obcym 
człowiekiem.  

–  Tam  jest  winda  –  powiedziała,  torując  drogę  wśród  spieszących  we  wszystkie  strony 

ludzi.  

Mówiąc  to,  zaczerwieniła  się,  a  on  miał  ochotę dotknąć  aksamitnego  policzka  i  poczuć 

ciepło jej skóry. Szedł potem za nią i podniósł rękę, jakby chciał pogładzić jej czarne włosy, 
ale  zabrakło  mu  odwagi.  Instynkt  podpowiadał  mu,  że  wystarczy  jeden  niezręczny  krok,  a 
Claudia się spłoszy. Było w niej coś, co nakazywało szacunek.  

– Pana pacjenci są na czwartym piętrze – odezwała się, gdy doszli do windy. – Ja wysiądę 

na trzecim. Niech pan zapyta w pokoju pielęgniarek, jak do nich trafić.  

Weszli  do  windy.  Claudia  upewniła  się,  czy  wciśnięte  zostały  właściwe  przyciski,  a 

potem zwróciła się do Matta.  

– Na ogół jestem tu jakieś dwie godziny – powiedziała cicho, patrząc mu w oczy. – Czy 

trafi pan sam do domu? 

Spojrzał na nią z rozbawieniem w oczach.  
–  Jakoś  wytrzymam  te  dwie  godziny  –  powiedział.  –  Kiedy  przyjechałem  do  Australii, 

pracowałem przez trzy  miesiące w Perth,  żeby  zarobić na wycieczkę rowerową, ale to  było 
dawno. Pochodzę sobie po korytarzu, żeby przesiąknąć znowu szpitalną atmosferą.  

Uśmiechnął się, a jej serce znów zaczęło bić niespokojnie.  
– Przejechała pani  swoje piętro! Co teraz będzie? Claudia zaczerwieniła się. Jak mogła 

background image

być tak roztrzepana? 

Przecisnęła  się  do  drzwi,  gdy  stanęli  na  czwartym  piętrze,  i  wyskoczyła  z  windy.  W 

ostatniej chwili wpadła do drugiej windy, zjeżdżającej właśnie w dół.  

Co się ze mną dzieje? W drodze do Carol gorączkowo szukała odpowiedzi, ale zupełnie 

nie umiała sobie tego wszystkiego wytłumaczyć. Przecież się chyba nie zakochała. Kochała 
kiedyś Daniela i strasznie przeżyła jego śmierć, ale mieli wtedy tylko piętnaście lat! Całowali 
się parę razy. Znała go poza tym od niepamiętnych czasów, a Matt dopiero się tu pojawił! 

Kochała rodziców i braci, czasem też wydawało jej się, że kocha Anthony’ego. Był taki 

miły, dobry i wyrozumiały. Ale nigdy jeszcze w jego obecności serce nie biło jej jak oszalałe 
ani też nie robiło jej się raz zimno, a raz gorąco. Nigdy też nie traciła w jego obecności głowy 
do tego stopnia, żeby nie móc normalnie rozmawiać.  

– Ależ ci się oczy błyszczą! 
Natychmiast oprzytomniała. Carol siedziała na łóżku z kpiącym wyrazem twarzy.  
– Oczy mi się błyszczą? – powtórzyła Claudia przerażona.  
– I to jak! – potwierdziła Carol. – Już nie wspomnę o czerwonych policzkach. Tylko nie 

zacznij mi opowiadać, że to wszystko przez ten upał.  

Posunęła się, robiąc jej miejsce na łóżku.  
–  A  może  spotkałaś  jakiegoś  przystojnego  lekarza  w  windzie?  A  może  ktoś  się  chciał 

umówić z tobą na randkę? Trzeba się było zgodzić. Z pewnością twoja mama nie przysłała cię 

tutaj  ;  po  to,  żebyś  co  wieczór  przychodziła  odwiedzać  ludzi  w  szpitalu. 

Miała  pewnie 

nadzieję, że się trochę rozerwiesz, poznasz kogoś! 

Claudia  uśmiechnęła  się.  Zaletą  wizyt  u  Carol  było  to,  że  prawie  cały  czas  mówiła.  W 

domu  mogła  rozmawiać  tylko  z  mężem,  czy  więc  korzystała  teraz  z  okazji,  mając  więcej 
rozmówców? A może zawsze lubiła tak gadać bez przerwy? 

–  No  więc  poszłam  kiedyś,  jak  to  ty  nazywasz,  rozerwać  się  –  zaczęła  Claudia.  – 

Wybraliśmy  się  z  moim  kuzynem  do  dyskoteki.  Chłopak,  z  którym  tańczyłam,  zemdlał, 
nabawiłam  się  migreny  od  tych  migoczących  świateł,  a  przez  całą  drogę  do  domu 
towarzyszyło  nam  kilku  podpitych  wyrostków,  którzy  nie  żałowali  sobie  niecenzuralnych 
słów.  

– Może wybraliście nieodpowiednie miejsce? – spytała Carol. – A może trzeba było pójść 

innego dnia? Koniecznie wybierz się jeszcze raz, poszukajcie tylko spokojniejszego lokalu.  

– Pewnie się kiedyś wybierzemy – odparła z westchnieniem.  
– Ale powiedz mi, co mówi lekarz.  
Claudia wiedziała, co robi. Przez następne pół godziny Carol będzie teraz opowiadała o 

swym  zdrowiu,  a  relacja  jej  będzie  przeplatana  złośliwymi  uwagami  pod  adresem  lekarzy  i 
pielęgniarek.  

–  ...  no  więc  we  wtorek  będę  się  mogła  przenieść  do  pensjonatu.  Bill  wprawdzie 

przyjedzie tu na ostatnie sześć tygodni, na wypadek, i gdyby te nieznośne dzieciaki wybierały 
się urodzić wcześniej – i mam nadzieję, że to zrobią – no ale tak czy owak zostaje mi jeszcze 
parę miesięcy samotnego obijania się po tym mieście.  

– Przecież będę cię odwiedzała, i w dodatku ty będziesz mogła teraz do mnie przychodzić 

background image

–  zawołała  Claudia.  –  A  pensjonat  jest  tuż  obok  szpitala.  Może  nawet  zechcesz  sama 
odwiedzać innych? 

– Tak jak ty? – spytała Carol z zainteresowaniem.  
– Oczywiście!  I  jeszcze  mi przy tym  pomożesz. Namawiasz mnie na różne rozrywki, a 

przecież  nie  mam  na  to  czasu,  kiedy  tu  jest  tylu  ludzi,  którzy  nie  mają  ani  rodziny,  ani 
przyjaciół i trzeba im pomóc.  

– To może być całkiem fajne! – uznała Carol, a Claudii przyszło w tej samej chwili do 

głowy,  że  wcale  nie  wiadomo,  czy  wszystkim  będzie  odpowiadać  gadatliwość  Carol.  – 
Zawsze mogą przecież udawać, że śpią, jeśli nie będą mieli ochoty na  rozmowę – ciągnęła 
Carol,  a  Claudii  zrobiło  się  głupio  na  myśl,  że  przyjaciółka  mogła  wyczuć  wahanie  w  jej 
głosie.  

–  Ludzie  na  ogół  są  bardzo  spragnieni  towarzystwa  i  wolą,  gdy  się  do  nich  mówi  – 

powiedziała  szybko.  –  Zobaczymy  się  przed  wtorkiem,  a  teraz  pójdę  porozmawiać  z 
pacjentami, których dziś przywieźliśmy. Zapytam, czy będą chcieli, żebyś ich odwiedziła.  

Szybko  się  potem  pożegnała  i  pojechała  na  piąte  piętro  do  Lydii,  starszej  kobiety  z 

dalekiego północnego zachodu, aborygenki, która walczyła z rakiem.  

– Jest coraz słabsza – poinformowała ją szeptem siostra, gdy Claudia weszła na oddział. – 

Nawet  nie  zaprotestowała,  gdy  lekarz  powiedział,  że  pewnie  będzie  jej  teraz  wygodniej  w 
łóżku.  

– To zły znak – westchnęła Claudia i wyszła z pokoju pielęgniarek na korytarz. Po chwili 

znalazła się w jednoosobowym pokoju, którego okna wychodziły na pokryte zielenią góry.  

– Dzień dobry – powiedziała cicho.  
Podeszła do łóżka, by ująć wyciągniętą do niej rękę. Przez cienką skórę wyczuwała kości 

jak u ptaka. Ręka uczepiła się jej ostatnim wysiłkiem woli.  

–  Śliczny  mamy  dziś  dzień  –  oznajmiła  Claudia  z  uśmiechem.  –  Jest  gorąco,  ale  nie 

parno, jak to zwykle po burzy.  

Chude palce chorej zacisnęły się przez chwilę na jej dłoni.  
Lydia porozumiewała się z nią teraz w ten sposób. Wyciągała rękę na powitanie, a potem 

czasem ściskała dłoń.  

Claudia  usiadła  na  łóżku  i  opowiadała  cicho  o  Carol,  o  wypadku  samolotowym  i  o 

nowym  lekarzu.  Nigdy  nie  wiedziała,  co  Lydię  może  najbardziej  zainteresować,  więc 
donosiła jej jo wszystkim, co wydarzyło się w ciągu dnia. Dziś jednak odniosła wrażenie, że 
Lydia jej w ogóle nie słucha.  

– Może mogłabym w czymś pomóc? – zapytała w końcu. Niepokój chorej kobiety zaczął 

jej się udzielać coraz bardziej. – Może chcesz się z kimś zobaczyć? 

Patrzyła  na  pomarszczoną,  wykrzywioną  grymasem  bólu  twarz  i  zapadnięte  głęboko 

oczy. Głowa chorej poruszyła się niespokojnie.  

– Mam może o coś poprosić pielęgniarkę? – zgadywała Claudia.  
Chora ponownie zaprzeczyła ruchem głowy.  
– A może lekarza? 
„Tym razem dłoń chorej zacisnęła się prawie do bólu.  

background image

– Zawołać lekarza? 
Oczy  Lydii  napełniły  się  łzami.  Musiała  być  bardzo  nieszczęśliwa,  nie  mogąc  się 

porozumieć. Wysunęła rękę spod kołdry i przyciągnęła Claudię do siebie.  

– Do domu! – szepnęła chrapliwym, nabrzmiałym rozpaczą głosem.  
–  Do  Coorawalli?  –  spytała  Claudia  przez  ściśnięte  gardło.  Na  twarzy  Lydii  zagościł 

spokój.  

– Porozmawiam jutro z doktorem Gregorym – obiecała Claudia. – W środy zawsze jest 

lot, bo jest przecież dyżur w przychodni, ale oczywiście nie mogę ci nic obiecać...  

Zwykle  zabierano  pacjentów  z  powrotem  do  domu  wtedy,  kiedy  było  miejsce.  Lydia 

poruszyła głową na znak, że rozumie ji zamknęła oczy. Uspokoiła się i Claudia wymknęła się 
cicho z pokoju.  

Jeszcze tylko jedna wizyta i będzie wolna. Ciekawa była, jak się miewają pacjenci Matta. 

Może w przyszłości ich też trzeba będzie odwiedzać? 

Skierowała się teraz na oddział męski, gdzie odwiedzała Gilberta Grace’a, poszukiwacza 

złota. Ten stary dziwak był prawdziwą udręką dla pacjentów i personelu.  

–  Już  myślałem,  żeś  o  mnie  zapomniała  –  burknął  pod  nosem  na  jej  widok.  –  Musisz 

zawsze najpierw odwiedzić te wszystkie babska, a ja to się w ogóle nie liczę.  

Claudia podeszła do łóżka. Gilbert zawsze narzekał, miała więc już dawno przygotowaną 

odpowiedź.  

– Przychodzę do ciebie na końcu, żeby móc dłużej posiedzieć – rzekła z uśmiechem. – A 

poza tym wolę dostać całusa na dobranoc od ciebie, a nie od jakiegoś babska! 

Usiadła na łóżku i otworzyła szufladkę w stoliku nocnym. Przyniosła mu kiedyś książkę o 

kamieniach szlachetnych. Miała nadzieję, że zainteresuje go historia procesów geologicznych; 
one przecież ukształtowały minerały, które zbierał.  

– A po co mi to! – warknął wtedy. – Czytanie to tylko strata czasu! 
Patrzył  jednak  na  książkę  z  nie  ukrywanym  zainteresowaniem,  a  jego  powykrzywiane 

palce zdawały się gładzić z czułością ametysty i topazy z kolorowych fotografii.  

–  Jeśli  chcesz,  mogę  ci  poczytać  –  zaproponowała  wtedy,  no  i  byli  już  na  czterdziestej 

siódmej stronie, bo co wieczór czytali po parę kartek.  

–  Ten  smarkacz  uważa,  że  mogę  w  piątek  wracać  do  buszu.  Przerwał  jej  w 

najciekawszym  miejscu,  zrozumiała  więc,  że  sprawa  jest  poważna.  Odłożyła  książkę, 
próbując odgadnąć, czy odebrał to jako dobrą, czy złą wiadomość.  

„Smarkacz”  był  bardzo  zdolnym  lekarzem,  który  razem  ze  specjalistą  próbował  ustalić 

przyczynę  powiększonej  śledziony  Gilberta.  Gilbert  stale  korzystał  z  pomocy  służby 
powietrznej, za każdym razem pojawiał się w innej przychodni. Jak twierdził, przychodził do 

nich po to, by spotkać jakaś ludzką istotę, gdy miał już dosyć przemawiania do drzew.  

– Czy powiedział, że zakończył badania? – zaczęła ostrożnie, modląc się w duchu, by jej 

pytanie nie wywołało w Gilbercie ataku złości, skierowanego zwykle pod adresem lekarzy i 
medycyny,  Ostatnim  razem  pojawił  się  w  przychodni  ze  zranioną  nogą.  Wywiązało  się 
zakażenie,  a  Jacka  zaniepokoiło  obfite  krwawię  –  nie  z  rany.  Przeprowadził  badania,  które 
wykryły  powiększenie  śledziony,  a  to  z  kolei  wymagało  następnych  badań  i  w  rezultacie 

background image

skończyło się na przywiezieniu Gilberta do szpitala. Głośno wówczas protestował, ale czuł się 
najwyraźniej na tyle źle, że dał za wygraną.  

– Mówi, że to nie malaria, wie też na pewno, że to nie dwadzieścia innych dziwacznych 

choróbsk.  Powiedział  jeszcze,  I  że  jak  będę  połykał  te  jego  pigułki  i  częściej  odwiedzał  te 
wasze różne przychodnie, to nic mi nie będzie.  

Mówił  to  wszystko  przenikliwym  szeptem,  który  słychać  było  z  pewnością  w 

najodleglejszych zakątkach szpitala.  

– Powiedziałem mu, że Pan Bóg dał mi śledzionę nie po to, żeby on miał mi ją usuwać.  
Uśmiechnęła się.  
– Skończymy książkę do piątku – obiecała i nachyliła się, by pocałować go w policzek.  
Uśmiechała się jeszcze w drodze do windy, ale przypomniała jej się Lydia i posmutniała.  
–  To  wygląda  tak,  jakby  chciała  umrzeć  –  opowiadała  Mattowi,  gdy  wracali  do  domu 

ciemnymi ulicami.  

Czekał  na  nią  w  drzwiach  szpitala  i  od  razu  zdała  sobie  sprawę,  że  uśmiechnęła  się  do 

niego zbyt radośnie i że zbyt szybko do niego podbiegła. Postanowiła więc teraz prowadzić 
rzeczową  rozmowę  i  nie  zwracać  uwagi  na  przedziwne  poczucie  lekkości,  jakie  nią 
zawładnęło.  

– Kiedy sześć tygodni temu lekarze zalecili jej chemioterapię, zjawiła się w szpitalu pełna 

energii.  Zrzuciła  od  razu  z  łóżka  materac  i  wysłała  do  domu  wszystkich  zdenerwowanych  i 
zawodzących krewnych. Powiedziała, że ma tu „ważną sprawę” do załatwienia i żeby jej nie 
zawracali  głowy.  Za  każdym  razem,  gdy  ją  odwiedzałam,  musiałam  jej  opowiadać  o 
pogodzie. Zupełnie jakby gorący monsun miał jej jakoś pomóc.  

– Zrzuciła z łóżka materac? – zainteresował się Matt, zwracając uwagę na to, co Claudia 

uznała za najmniej ważne.  

– Wielu starych aborygenów woli spać na podłodze – odparła. – Ale dziś materac był z 

powrotem na łóżku.  

Wyczuł w jej głosie smutek i strach, dotknął więc delikatnie jej ramienia. Na nic więcej 

nie mógł sobie na razie pozwolić.  

–  Przychodzi  czasem  taka  chwila,  gdy  ludzie  uznają,  że  nadszedł  już  czas  i  zaprzestają 

walki. Jestem lekarzem, więc nie chcę uwierzyć, że człowiek może umrzeć, jeśli tylko bardzo 

tego pragnie, ale widziałem już ludzi, którzy się po prostu poddawali. Jakby przyjmowali do 
wiadomości, że taka jest kolej rzeczy i oni akceptują po prostu porządek tego świata.  

–  To  tak  –  rzekła  w  zadumie  –  jakby  każdy  z  nas  miał  wyznaczony  na  ziemi  pewien 

określony czas, po upływie którego należy po prostu odejść? 

W  jej  głosie  kryło  się  niedowierzanie  i  chyba  jeszcze  napięcie,  które  zauważył  już 

przedtem, gdy rozmawiali o pracy lekarza.  

– Czy lekarz może się z tym pogodzić? – zażartował, pragnąc rozwiać jej smutek, którego 

nie  rozumiał.  –  Przecież  po  to  my,  lekarze,  tu  jesteśmy,  żeby  ratować  zgodnie  z  prawem 
boskim i ludzkim powierzone nam życie! 

Zatrzymał się i spojrzał na nią.  
– No a poza tym, czy godzi się prowadzić takie smutne rozmowy w tak piękny wieczór, 

background image

gdy niebo roziskrzone jest gwiazdami, a fale cicho uderzają o brzeg? – Spoważniał. – Śmierć 
będzie  dla  Lydii  nie  tylko  końcem  cierpień,  ale  też  początkiem  i  nowego  życia.  Sama  pani 
przecież mówi, że jest teraz spokojna  I i  pogodzona z losem. A gdy jeszcze znajdzie się w 
domu...  

W świetle księżyca dostrzegł jej zniewalający uśmiech.  
–  Ma  pan  oczywiście  rację  –  wyszeptała.  –  Ona  chyba  uznała  na  początku,  że  trzeba 

zaufać wiedzy białego człowieka. Dowiedziałam się dzisiaj, że dwa tygodnie temu skończyli 
drugą turę chemioterapii. I pewnie, gdy zobaczyła, że wcale jej nie jest ; lepiej, postanowiła 
wrócić do swojego świata i swoich ludzi.  

– Na pewno tak właśnie jest – szepnął. – I na pewno jest pani prześliczna! 
Zapomniał na chwilę o swym postanowieniu, podniósł rękę i dotknął palcem jej nosa, a 

potem opuścił nieco rękę i musnął jej wargi.  

Wysiłkiem  woli  próbowała  opanować  niepokój  i  wzburzenie,  które  w  niej  narastały. 

Miała ochotę płakać, a on wtedy cofnął dłoń.  

– Trzeba chyba już iść – powiedział, biorąc ją pod rękę i ruszając szybkim krokiem.  
Chyba czekałam, aż mnie pocałuje, pomyślała, wydłużając i krok, by za nim nadążyć.  
– Przecież nie musimy aż tak pędzić – zaprotestowała po chwili.  
–  Przepraszam.  Nie  wiem,  co  się  dziś  ze  mną  dzieje.  Może  to  wina  tropikalnego 

powietrza albo zmęczenia po pierwszym dniu pracy. Naprawdę nigdy się tak nie zachowuję.  

Aha!  Więc  to  nie  ma  ze  mną  nic  wspólnego,  pomyślała.  Szli  w  milczeniu,  a  jej  było 

właściwie wszystko  jedno, dlaczego czuła się tak dziwnie, a przy tym  tak wspaniale u jego 
boku. Z pewnością nie powiem mu, że to wszystko przez niego, postanowiła. W każdym razie 

nie teraz.  

– Czy nie minęliśmy już pana domu? – spytała, gdy przystanęli przy furtce ogrodu ciotki 

Stephy.  –  Przecież  nie  musi  mnie  pan  odprowadzać  pod  same  drzwi.  Tutaj  jest  całkiem 

bezpiecznie. Rainbow Bay to właściwie wioska rybacka, tyle że się trochę rozbudowała.  

–  Kiedy  mi  to  sprawiło  przyjemność  –  zapewnił  ją.  –  A  zresztą mieszkam  przecież  tuż 

obok. Pod sześćdziesiątym czwartym, cztery domy bliżej do bazy niż pani.  

Zwróciła  znowu  uwagę  na  jego  cudzoziemski  akcent.  Tak  wiele  rzeczy  chciałaby 

wiedzieć!  O  tyle  spraw  go  zapytać!  O  jego  dom,  rodzinę,  przyjaciół.  Jakie  ma  plany  na 
przyszłość i jakie... marzenia.  

– Zobaczymy się jutro – powiedziała, walcząc z chęcią zaproszenia go na kawę.  
Mieszkała już u ciotki cztery miesiące i nigdy jeszcze nikogo nie zaprosiła. Musiałaby się 

tłumaczyć i odpowiadać na pytania, a za wszelką cenę chciała tego uniknąć! 

– Z samego rana – powiedział z naciskiem w głosie i zanim zorientowała się, uniósł jej 

rękę do góry i pocałował.  

Poczuła, że dzieje się z nią coś niesamowitego. Przez chwilę zdawało jej się, że jego usta 

wznieciły płomień, a potem zaczęła drżeć na całym ciele.  

– A demain – odezwał się po chwili i ten zwrot, tak dobrze znany ze szkolnych czytanek, 

przyprawił ją o zawrót głowy.  

– A demain – odpowiedziała, odwróciła się i pobiegła szybko do domu.  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Następnego  ranka  Claudia  szła  wolno  ulicą,  starając  się  nie  okazywać  zbytniego 

zainteresowania,  gdy  mijała  dom  pod  numerem  sześćdziesiątym  czwartym.  Miała  mnóstwo 

czasu, bo wyszła za wcześnie. Jeżeli Matt jeszcze jest w domu, będzie ją mógł dogonić.  

Poranek był piękny, ale upał zaczynał się później, z przyjemnością więc wystawiała twarz 

na promienie słońca.  

Czuła się wspaniale.  
Nie  miało  to  oczywiście  żadnego  związku  z  Mattem  Laurantem.  I  oczywiście  było  jej 

najzupełniej obojętne, czy ją zdąży dogonić, czy nie. Przyjechał tu tylko  na rok i być może 
szuka  przyjaciółki,  ale  jej  chyba  nie  odpowiadają  przygodne  znajomości  ani  przyjaźnie 
zawierane na dwanaście miesięcy.  

– A jakie ma pani plany na dziś? 
Słysząc  jego  głos,  zatrzymała  się  od  razu.  Jego  interesuje  najwyraźniej  praca,  a  ona 

rozmyśla o uczuciach! Przyspieszyła kroku, by mu dorównać.  

– Będę musiała porozmawiać z Jackiem o Lydii – odparła. – Nasz inny pacjent, Gilbert 

Grace,  też  wybiera  się  do  domu,  ale  jego  podróżą  zajmie  się  szpital.  A  Lydia  z  pewnością 

nikomu nie mówiła, że chce wracać, no i Jack będzie musiał się tym zająć.  

– Więc nie traci się z pacjentem kontaktu po przywiezieniu go do szpitala.  
Zdawało  jej  się,  że  pod  wpływem  jego  uśmiechu  wszystko  dokoła  pojaśniało.  Nawet 

niebo było teraz bardziej błękitne.  

– Oczywiście, że nie.  
Najwyraźniej  był  z  tego  zadowolony,  a  ona  znów  odczuła  radość.  A  więc  nie  jest  mu 

obojętne, co dzieje się z ludźmi, którzy trafiali do szpitala. Najwyraźniej służba w ich bazie 
nie jest dla niego tylko okazją do przeżycia przygody.  

– Bardzo różnie to bywa – tłumaczyła. – Wielu pacjentów trafia do nas przypadkowo, bo 

przejeżdżali akurat przez teren, który nam podlega. Kiedy ich stan się poprawia, przewozi ich 
się  na  ogół  do  szpitali  bliżej  domu,  ale  dla  wielu  ludzi  pochodzących  z  różnych  odludnych 
okolic  nasi  lekarze  są  jednocześnie  ich  lekarzami  domowymi.  I  dlatego  musimy  zawsze 
wiedzieć  o  wypisaniu  chorego  ze  szpitala,  a  nasi  lekarze  współpracują  z  personelem 
szpitalnym, żeby zapewnić dalsze leczenie.  

– Bardzo to pani przeżywa – zauważył.  
–  Kiedyś...  –  powiedziała  i  zawahała  się  na  chwilę.  –  Kiedyś...  –  powtórzyła,  stając  i 

patrząc  mu  w  oczy,  jakby  starała  się  zmusić  go,  by  zrozumiał,  co  ma  na  myśli.  –  No  więc 
kiedyś myślałam, że poświęcę się tej pracy. To było moje marzenie. To było nasze marzenie – 
poprawiła się.  

Nasze marzenie? Claudii i jej chłopaka? 
– Kiedyś mi pani pewnie o tym opowie – powiedział zduszonym  głosem i ruszył przed 

siebie.  

–  Tak,  może  kiedyś  panu  opowiem  –  zgodziła  się,  ale  powiedziała  to  zupełnie  bez 

przekonania.  

background image

– Dzień dobry! Słyszeliście już? 
Byli  już  w  ogrodzie  otaczającym  bazę,  a  Susan  zatrzaskiwała  właśnie  drzwiczki 

samochodu.  

– Co się stało? – spytała z niepokojem Claudia.  
– Znowu jakiś wypadek? – Matt nie umiał ukryć zainteresowania.  
– Na trawlerze wybuchł pożar. Dwóch członków załogi próbowało go ugasić i poparzyli 

się. Kiedy wybuchł zbiornik paliwa, podmuch wyrzucił ich do wody. Nie tylko że omal nie 
utonęli, to jeszcze znaleźli się w stanie hipotermii.  

Claudia uśmiechnęła się. Gdy Susan opowiadała o wypadkach, w jej głosie zwykle kryło 

się rozdrażnienie, jakby podejrzewała, że wszyscy mają tylko zamiar narazić na kłopoty ich 
bazę.  Ale  były  to  tylko  pozory.  Susan  była  przecież  najbardziej  lubianą  przez  wszystkich 
pielęgniarką.  

– I co teraz? – dopytywał się Matt. – Gdzie oni są? Zbliżali się do drzwi wejściowych.  
– Zaraz będą w szpitalu – odparła Susan. – Wyłowili ich rybacy z innego kutra i zawieźli 

do Coorawalli. Eddie z Bobem znajdowali się najbliżej, więc Eddie zmienił kurs, poleciał tam 

i od razu ich zabrali. Mieli tu wylądować pół godziny temu.  

– A czy Eddie poleci teraz dalej do przychodni, do której odbywał lot? 
–  Ależ  skąd!  Jemu  już  nie  wolno!  –  zaprotestowała  Susan.  –  Allysha  odwiezie  Boba  z 

powrotem do Caltury, zabiorą stamtąd Christę i polecą potem do pozostałych przychodni.  

– Nie rozumiem. Dlaczego Eddie nie może wrócić do Caltury, a Bobowi wolno? 
– Personel medyczny nie ma ograniczonego czasu pracy – wtrąciła Claudia, przychodząc 

Susan z pomocą. – Dyżury trwają dwadzieścia cztery godziny, więc nawet jeśli mieli przez 
całą noc nagłe wypadki, mogą zostać potem wezwani ponownie w dzień. Sam pan zobaczy, 
jak to jest. Nauczy się pan spać na stojąco.  

– Nauczyłem się tego podczas pierwszych dwóch lat w szpitalu. Szybko sobie przypomnę 

– zapewnił z uśmiechem. – A jak z pilotami? 

– Pilotom wolno latać jedynie przez dwanaście godzin w ciągu doby. Eddie z pewnością 

wyczerpał limit, a w każdym razie musiał być bardzo blisko. Odbył przecież drogę z Rainbow 
Bay do Caltury, potem do Coorawalli i z powrotem do Rainbow Bay.  

– Czy to ma znaczyć, że w bazie zmieni się plan dyżurów? – zapytał.  
– Nie sądzę – odpowiedziała. – Gdyby Bob nie był w stanie z jakiegoś powodu wrócić na 

czas, zastąpiłby go następny lekarz z listy dyżurujących. – Spojrzała na niego ciepło. – Pana 
pierwszy dyżur wypada w czwartek.  

– Niech mi pani o tym nie przypomina. Ciarki mnie przechodzą na samą myśl o tym – 

zażartował.  

Claudia wyczuła jednak niepokój w jego słowach. Wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego 

ramienia.  

– Susan panu pomoże – pocieszyła go. – Ona chyba potrafi sobie poradzić sama jedna w 

przychodni.  Wy,  lekarze,  tak  naprawdę  jesteście  potrzebni  tylko  do  wypisywania  recept!  – 
Uśmiechnęli  się  do  siebie  serdecznie.  –  To  na  razie  –  szepnęła,  wchodząc  pospiesznie  do 
gabinetu Leonie.  

background image

A on został sam, nie mogąc oderwać oczu od drzwi, za którymi zniknęła.  
– Może mógłby pan wyręczyć dziś Claudię i zadzwonić do szpitala, żeby dowiedzieć się 

o stan tych ludzi, których wczoraj przywieźliśmy. Chciałbym znać wyniki badań.  

Głos  Jacka  Gregory’ego  sprowadził  Matta  na  ziemię.  Dopiero  teraz  zorientował  się,  że 

stoi pośrodku holu jak zawalidroga.  

– Z przyjemnością – odrzekł. – Byłem tam wczoraj wieczorem, ale nie zastałem lekarzy, 

którzy ich przyjmowali.  

–  Claudia  stale  odwiedza  naszych  pacjentów  –  dodał  Jack,  a  Matt  odniósł  wrażenie,  że 

oczy starszego pana rozjaśniły się przy tych słowach.  

– Byłem z nią wczoraj – powiedział Matt obojętnie, nie chcąc, by Jack myślał, że ma coś 

do ukrycia. – Ma najwyraźniej dobre serce, skoro to robi – dodał.  

– Nie da się zaprzeczyć – zgodził się Jack. – Na pewno więc i panu pomoże. Proszę ją 

zapytać,  gdzie  trzymamy  karty  hospitalizowanych  pacjentów.  Potem  będzie  pan  mógł  się 
zająć  innymi  przypadkami.  Wyrobi  pan  sobie  w  ten  sposób  pojęcie,  na  czym  polega  nasza 
praca.  

Matt  skinął  głową  i  podszedł  do  biurka,  które  mu  przydzielono.  Niedawno  należało  do 

Boba. Przed Bobem do Jamesa. A jeszcze przedtem? Hu jeszcze lekarzy tu zasiadało, czując 
tak  jak  on  niepewność,  samotność,  a  jednocześnie  podniecenie  i  radość  na  myśl,  że  biorą 
udział w czymś tak niezwykłym? 

– Jack prosił, żebym przyniosła panu karty choroby. Może nie jestem tutaj tak zupełnie 

samotny, pomyślał, widząc przed sobą uśmiechniętą buzię Claudii.  

–  Nie  ma  tu  tylko  karty  Lydii  –  mówiła.  –  Powiedziałam  Jackowi,  że  chce  wracać  do 

domu, zabrał więc jej dokumenty i będzie rozmawiał z lekarzem, który ją prowadzi. Z tego, 

co  Jack  mówi,  wynika,  że  to  nie  będzie  wcale  taka  łatwa  sprawa  z  jej  wypisaniem.  –  Była 
wyraźnie  zaskoczona  i  zmartwiona.  –  A  co  pan  o  tym  myśli?  Przecież  jeżeli  chory 
jednoznacznie wyrazi swoje życzenie, nie powinno być żadnych kłopotów? 

Odsunął karty na bok i spojrzał na nią.  
– Tak powinno być – odrzekł cicho. – Ale widzi pani, lekarze są tylko ludźmi, zwykłymi 

ludźmi.  W  każdym  zawodzie  można  spotkać  takich,  którym  się  wydaje,  że  pozjadali 
wszystkie rozumy. No i niektórym lekarzom też się niestety wydaje, że znają odpowiedzi na 

wszystkie pytania. A inni bywają tak zazdrośni o swoich pacjentów jak o żony. Taka już jest 

ludzka natura.  

– Ależ to straszna głupota! – oburzyła się Claudia. – Od lekarzy powinno się wymagać, 

żeby byli inteligentni i wykształceni. I zawsze powinni na pierwszym miejscu stawiać dobro 
pacjenta.  

– No i większość taka z pewnością jest – zapewnił. – Tylko że ten lekarz, z którym Jack 

będzie  rozmawiał  o  Lydii,  może  być  innego  zdania  i  wysunąć  niepodważalne  racje,  które 
przemawiają za zatrzymaniem chorej w szpitalu.  

Boże,  jak  ja  lubię  ten  jego  uśmiech!  –  pomyślała  i  zaczerwieniła  się,  po  czym  bąknęła 

kilka słów o kartach pacjentów i szybko uciekła.  

Muszę się wreszcie wziąć w garść, nakazała sobie, biegnąc do kuchni, by nalać  Leonie 

background image

filiżankę kawy. Jeśli mi się to nie uda, doktor Flint na pewno zauważy, co się ze mną dzieje, i 
zadręczy mnie na śmierć. A jak Mattowi byłoby głupio! 

Gdy odchodziła, Matt sięgnął od razu po karty pacjentów. Starał się nie myśleć o Claudii, 

ale stawała mu stale przed oczami. Czuł ją przy sobie, widział jej delikatność, jej wdzięk.  

Pamiętaj! – powtarzał w duchu. To nie jest dziewczyna, której wolno zawrócić w głowie, 

rozkochać w sobie, a potem porzucić.  

Pilot,  którego  udało  się  wyciągnąć  z  samolotu,  nazywał  się  Karl  Roberts.  Gdy  Matt 

przyszedł do szpitala, Roberts spał, ale jedno spojrzenie na historię choroby potwierdziło, że 
pilot miał uraz kolana, złamanie piszczeli i goleni, tak jak Jack podejrzewał, a nadto zerwanie 
ścięgna w kostkach obydwu nóg.  

Matt podniósł słuchawkę i nakręcił numer. Udało mu się od razu połączyć z ortopedą.  
– Musieliśmy operować kolano Robertsa – mówił ortopeda. – Dyżurny chirurg wraz ze 

specjalistą  od  chirurgii  naczyń  zajęli  się  raną  nogi.  Uszkodzenie  tętnicy  jest  tak  duże,  że 
trzeba  było  założyć  protezę  naczyniową.  Oczywiście  obawiamy  się  zatoru  tłuszczowego. 
Stracił  wiele  krwi,  ale  szybko  doszedł  do  siebie  po  transfuzji.  Jeszcze  dziś  prześlemy  panu 
faksem jego kartę choroby.  

– A co z pasażerem? 
Matt otworzył następną kartę. Alana Wilmotta widział poprzedniego wieczoru i nawet z 

nim rozmawiał. Wilmott leżał na wyciągu i skarżył się na nieznośny ból, lecz jego stan nie 
był ciężki.  

–  Wasze  przypuszczenia  potwierdziły  się.  To  wstrząśnienie  mózgu,  trzeba  go  więc 

zatrzymać  na  obserwację.  Jest  teraz  przytomny,  ale  nie  pamięta  żadnych  wydarzeń  sprzed 
wypadku.  Musiał  uderzyć  się  w  głowę,  gdy  lądowali,  a  nie  wtedy,  gdy  samolot  wpadł  do 

rowu, jak to opisywał Jack w sprawozdaniu.  

W  sprawozdaniu?  Matt  przerzucił  papiery  i  znalazł  kartkę  tak  właśnie  zatytułowaną. 

Czytał ją pobieżnie, słuchając jednocześnie ortopedy.  

– No więc on przypomina sobie, jak lecieli, mając wokół siebie błękit nieba, a następnie 

pamięta  to,  że  obudził  się  w  szpitalu.  Chłopcy  z  komisji  wypadkowej  nie  będą  tym 
zachwyceni.  

– A więc będzie dochodzenie? 
Cóż  to  musi  być  za  praca,  pomyślał  Matt.  Odszukiwanie  odległych  miejsc,  w  których 

rozbił  się  samolot,  a  potem  odczytywanie  z  drobnych,  niepozornych  śladów  i  znaków 
przyczyn katastrofy.  

–  Oczywiście,  że  tak.  Pilotów  i  samoloty  obowiązuje  większy  reżim  niż  lekarzy  – 

wyjaśnił ortopeda. Niemal dokładnie to samo mówiła niedawno Susan i Claudia.  

– Czy potrzebuje pan jeszcze jakichś informacji? Może połączyć pana z oddziałem? 
Matt podziękował. Postanowił najpierw przeczytać dokładnie historię choroby pacjentów, 

a  potem  dopiero  rozmawiać  z  opiekującym  się  nimi  personelem.  Zabrał  się  najpierw  do 
lektury karty Carol Benson. O ileż łatwiej czyta się zapiski wprowadzone najwyraźniej przez 
Claudię od nieczytelnych uwag lekarza na górze strony! 

Claudia! 

background image

Znowu  oczami  wyobraźni  ujrzał  jej  ciemne,  lśniące  włosy,  wyraziste,  ogromne  oczy, 

nieśmiały,  choć  zalotny  zarazem  uśmiech.  Przymknął  na  chwilę  oczy,  chcąc  zebrać 
rozproszone myśli i zabrać się do pracy.  

W historii choroby Carol Benson znalazł to wszystko, co mu już opowiedziała Claudia, 

ale  też  zapis:  „barwiak  chromochłonny”.  Uśmiechnął  się  do  siebie.  Wiedział,  że  jest  to 

rzadkie schorzenie, które może objawiać się jako stan przedrzucawkowy! Połączył się więc z 
oddziałem położniczym.  

– Jej ciśnienie osiągało niebezpiecznie wysoki poziom, gdy przyszła do nas. Czułam, że 

muszę  podać  środek  przeciwciśnieniowy  i  zdecydowałam  się  na  methyldopę  –  usłyszał 
spokojny kobiecy głos.  

Nie  posiadał  się  ze  zdumienia.  Rzadko  spotykało  się  kobiety,  które  miały  specjalizację 

zarówno w ginekologii, jak i w położnictwie.  

–  To  jeden  z  najlepiej  sprawdzonych  leków.  Nie  są  znane  żadne  powikłania  u  dzieci  – 

mówiła  kobieta  pewnym  głosem.  –  Przekazałam  Claudii  wszystkie  szczegóły  dotyczące 
kuracji. Wprowadziła je do historii choroby.  

– A kto będzie sprawował nad nią opiekę po wypisaniu ze szpitala? 
–  Będzie  miała  wyznaczone  regularne  wizyty.  Pracuję  w  przychodni  przyszpitalnej,  a 

pensjonat,  w  którym  zamieszka  Carol,  jest  tuż obok  szpitala,  będzie  więc  nadal  pod  opieką. 
Niech pan nas odwiedzi któregoś dnia – dodała.  

– Z wielką przyjemnością – obiecał i poprosił o połączenie z oddziałem męskim.  
–  Bardzo  mi  przykro,  ale  doktor  Evans  i  przełożona  pielęgniarek  są  na  obchodzie  – 

usłyszał  młody  głos.  Pielęgniarka,  która  odebrała  telefon,  dała  mu  do  zrozumienia,  że  nie 
zawoła  teraz  lekarza  za  żadne  skarby  świata.  –  Słyszałam,  że  pan  Grace  będzie  wypisany. 
Doktor Evans zadzwoni do was, żeby uzgodnić sprawy transportu – zapewniła. – Zrobi to z 
pewnością niedługo.  

Matt podziękował i pożegnał się. Miał szczęście, ponieważ w ciągu jednego dnia udało 

mu się dowiedzieć czegoś o dwóch spośród trojga pacjentów. Mógł sobie teraz pozwolić na 
chwilę odpoczynku.  

A może ona wcale nie ma przyjaciela? 
– Czy skończył już pan? – usłyszał nad sobą męski głos.  
–  Jeżeli  tak,  proszę  zostawić  te  papierzyska.  Muszę  opowiedzieć  panu  o  naszych 

przychodniach.  

Uniósł  głowę  do  góry  i  zobaczył  przystojnego  mężczyznę,  który  przedstawił  mu  się 

poprzedniego dnia jako Peter Flint.  

– Dzisiaj też pan pracuje? – spytał Matt. Peter uśmiechnął się.  
– Jak pan widzi, ale za to nie ma dziś Jacka – wytłumaczył.  
– Co nie oznacza, że Jack spędza wolny czas w domu. To prawdziwy pracoholik. Niech 

pan uważa, żeby się pan nie upodobnił do niego. Zaraz panu pokażę mapę naszego terenu i 
opowiem, jak działają przychodnie, a potem na dowód, jakie mam dobre serce, zabiorę pana 

do szpitala na lunch. To dobry sposób, żeby poznać personel, z którym będzie pan prowadził 

rozmowy przez telefon, no i spotkać najpiękniejsze pielęgniarki pod słońcem.  

background image

Mattowi udzielił się nieco beztroski nastrój Petera. Podejrzewał przy tym, że doktor Flint 

nie tyle jest wylewny z natury, co przybiera taką pozę.  

Poszli prosto  do Katie,  która na ich widok odwróciła głowę od komputera.  Powitała ich 

uśmiechem i natychmiast zadzwonił telefon.  

– Najlepiej widać wszystko tu – oznajmił Peter, rozkładając mapę północnej części stanu. 

–  Każdy  dzień  oznaczony  jest  innym  kolorem.  Linie  kropkowane  wyznaczają  loty  do 
przychodni  odbywane  co  dwa  tygodnie,  linią  ciągłą  oznaczone  są  loty  cotygodniowe,  a 
przerywanymi niebieskimi kreskami loty piątkowe, które odbywają się raz na miesiąc.  

Matt  z  zainteresowaniem  słuchał  entuzjastycznej  opowieści  Petera.  Był  tym  tak 

pochłonięty, że gdy Peter nagle skończył, spojrzał na niego zaskoczony.  

– No, na dziś wystarczy! – oświadczył. – A teraz chodźmy. Pojedziemy do szpitala i zaraz 

pan  zobaczy,  ile  kobiet  z  Rainbow  Bay  nie  może  się  wprost  doczekać  spotkania  z 

przystojnym, młodym, francuskim lekarzem.  

Wyszli  na  zalany  słońcem  parking.  Peter  otworzył  drzwi  czerwonego  sportowego 

samochodu, wpuszczając Matta do środka. Ze wszystkich stron ogarnęło go duszne, nagrzane 
słońcem powietrze.  

Siadając,  poczuł  wyrzuty  sumienia.  Dlaczego  nie  powiedział  Claudii,  gdzie  jedzie? 

Dlaczego nie pożegnał się z Katie? 

Claudia  widziała  ich  z  okna  kuchenki  i  zrobiło  jej  się  smutno.  Ogarnęła  ją  przy  tym 

zazdrość.  Wiedziała  dobrze,  czym  się  taka  wyprawa  zakończy.  Wiadomo  było,  że  Peter 
przedstawiał  zawsze  nowym  pracownikom  najładniejsze  pielęgniarki  w  szpitalu.  Taki  już 
miał zwyczaj i tak będzie na pewno i tym razem.  

– Nie sądzę, żeby kierowała nim zwykła życzliwość wobec Matta – odezwała się Katie, 

która  właśnie  nadeszła  i  stanęła  za  Claudią  –  czy  też  chęć  zrobienia  mu  przyjemności.  Dla 
niego to po prostu okazja do poznania samemu „nowych twarzy” w szpitalu.  

– Jak możesz tak mówić! – zaprotestowała Claudia. Katie uśmiechnęła się tylko.  
– Czasami mi się wydaje, że nie wiesz, na jakim świecie żyjesz – skonstatowała, a potem 

dodała: – Peter Flint ciągle z ciebie kpi albo robi nieprzystojne uwagi pod twoim adresem, a 
ty go bronisz.  

– A może on jest po prostu bardzo nieszczęśliwy i dlatego ciągle wszystko obraca w żart? 

Może te jego flirty i dowcipy biorą się stąd, że sam nie bardzo wie, czego mu potrzeba, za 
czym goni? 

– Ależ z ciebie prawdziwe dziecko we mgle! – zakpiła Katie. – Chciałabym, żeby było 

tak, jak mówisz, ale obawiam się, że Peter to jeden z tych ludzi, którzy przechodzą beztrosko 
przez  życie  z  przekonaniem  o  swojej  doskonałości  i  są  przy  tym  niewrażliwi  na  to,  co  się 
dzieje wokół.  

Skończywszy  swą  gorzką  tyradę,  Katie  wyszła  z  kuchenki,  zostawiając  oniemiałą 

Claudię.  

– Nie, to nie może być prawda – powiedziała głośno, choć nikogo przy niej nie było.  
Zrobiła  sobie  filiżankę  kawy  i  usiadła  przy  stole,  żeby  zjeść  kanapki,  starając  się  nie 

myśleć ani o nowym lekarzu, ani o towarzyszących mu teraz zapewne pięknych blondynkach.  

background image

To  przecież  zupełnie  zrozumiałe,  że  Matt  ma  ochotę  poznać  różnych  młodych  ludzi, 

zamierza tu przecież spędzić cały rok. Musi mieć więc jakichś przyjaciół, do których mógłby 
wpaść, znajomych, z którymi mógłby spędzić wolny czas. Jakąś dziewczynę...  

Dziewczynę? Claudia wzdrygnęła się na samą myśl o tej jakiejś dziewczynie.  
Wokół Petera kręciła się zawsze masa różnych dziewczyn. Dzwoniły do niego do pracy, 

prowadziły jego samochód, otaczały go na różnych przyjęciach. A Matt był przecież również 
bardzo przystojny. Choć był przy tym zupełnie do Petera niepodobny.  

– W środę zabieramy twoją Lydię do domu – rozległ się głos Jacka, który wszedł właśnie 

na kawę. Podszedł do szafki, by wyciągnąć swój ulubiony kubek. – A tak jej przecież zależało 
na tej kuracji, gdy znalazła się w szpitalu – dodał w zamyśleniu.  

Widać było, że nie wie, co myśleć o tej sprawie.  
Claudia spojrzała na niego zdumiona. Jack, który nie jest pewien swego, był zjawiskiem 

równie niesamowitym jak Peter, który by spędzał wolny czas bez dziewczyny u boku.  

–  Bardzo  jej  zależało  –  potwierdziła,  gdy  usiadł  naprzeciwko  niej  z  kanapkami,  które 

wziął z lodówki. – Niektórzy pacjenci są zachwyceni, gdy trafiają po raz pierwszy do szpitala, 
bo wtedy, często po raz pierwszy w ich życiu, ktoś o nich zaczyna dbać – mówiła dalej. – Ale 
z  Lydią  od  początku  było  inaczej.  Uchodzi  wśród  swoich  za  mądrą  kobietę,  zna  się  na 
medycynie naturalnej i wie dużo o różnych lekach. Wydaje mi się, że chemioterapia stanowiła 
dla niej rodzaj wyzwania. Pewnie powiedziała sobie: „Zobaczymy, co potrafi biały człowiek”.  

Jack uśmiechnął się.  
– Dziękuję – powiedział i popatrzył na nią ciepło. – Takie spojrzenie z zewnątrz bardzo 

wiele  dla  mnie  znaczy.  Widzisz,  czasem  się  obawiam,  że  my  może  zmuszamy  bezwiednie 

ludzi do przyjazdu do miasta.  

W tej chwili Claudia usłyszała skrzypnięcie drzwi. Odwróciła się i zobaczyła Susan.  
– Zmuszamy? – powtórzyła Susan, włączając się bez chwili wahania do rozmowy w sobie 

tylko  właściwy  sposób.  –  Na  ogół  ludzie  zagrożeni  chorobą  nie  mają  nic  przeciwko  temu, 
żeby zajął się nimi lekarz. Mam zwykle więcej kłopotów, żeby wytłumaczyć tym, którzy nie 
muszą jechać do szpitala, żeby zostali w domu, niż skłonić naprawdę chorych do leczenia.  

– Dziękuję – powiedział Jack, zwijając opakowanie po kanapkach w kulkę i wrzucając ją 

do kosza. –  Dziękuję, Susan,  i  za twoją opinię. Widać nie jest  jeszcze tak źle, ale myślę, że 
nie  służy  mi  odpoczynek.  Wystarczy  jeden  dzień  bez  lotów  i  już  wysiadają  mi  nerwy. 
Potrzebny mi jest chyba ruch i dużo pracy. Najgorzej jest, kiedy nic się nie dzieje.  

– Żebyś tylko nie wymówił tego w złą godzinę! – przeraziła się Susan. – Już widzę, jak 

Katie dzwoni na alarm, a my pędzimy do jej pokoju i wszystko zaczyna się od początku.  

– Pędzicie – poprawił ją Jack. – Dziś Peter ma dyżur, a w nocy jest pod telefonem. On to 

uwielbia. Gdy tylko coś się dzieje, jest w siódmym niebie.  

Podniósł się i poszedł w kierunku drzwi. Przechodząc koło Claudii, dotknął delikatnie jej 

głowy.  

– Mądra z ciebie dziewczyna – mruknął i wyszedł.  
– Rzeczywiście, prawdziwy okaz mądrości – odezwała się z nie skrywaną złością Susan, 

gdy  tylko  za  Jackiem  zamknęły  się  drzwi.  –  Dlaczego  pozwoliłaś  Peterowi,  żeby  zabrał 

background image

twojego  chłopaka  do  szpitala?  Sama  chyba  wiesz,  że  on  go  przedstawi  wszystkim 
dziewczynom, które są do wzięcia! 

Claudia czuła, że robi jej się gorąco.  
–  Przecież  to  nie  jest  mój  chłopak!  –  zaprotestowała,  starając  się  mówić  obojętnym 

głosem. – Jestem przecież zaręczona z Anthonym.  

–  Nie  słyszałam  jeszcze,  żeby  ktoś,  kto  jest  „zaręczony”,  spędzał  wolny  czas  gotując 

ciotce i odwiedzając obcych ludzi w szpitalu. Jeśli jesteś zaręczona z Anthonym, to dlaczego 
zostawiłaś  go  w  domu?  Dlaczego  on  cię  tu  nigdy  nie  odwiedza?  Nie  spędza  z  tobą 
weekendów? Nie dotrzymuje ci towarzystwa? 

Claudia  czuła,  jak  jej  pałają  policzki.  Najchętniej  zapadłaby  się  pod  ziemię.  Nie  miała 

pojęcia, co odpowiedzieć Susan.  

– Razem się wychowywaliśmy – wydusiła w końcu. – To znaczy on, jego brat Daniel, i 

ja...  –  Przerwała  na  chwilę.  Nie  była  jeszcze  w  stanie  mówić  o  Danielu.  –  Tak  to  się  jakoś 
stało nie wiadomo kiedy, że zaczęliśmy z sobą chodzić... To nie tyle może nawet zaręczyny, 
co plany na przyszłość, nadzieja, że...  

–  Nadzieja,  że  może  któregoś  dnia,  tak  ni  stąd,  ni  zowąd  zakochacie  się  w  sobie? 

Otrząśnij się, Claudio, i zacznij chodzić wreszcie po ziemi! Jeżeli nie zakochałaś się w nim do 
tej pory, dlaczego masz zakochać się właśnie teraz, kiedy go w ogóle nie widujesz? Zacznij 
się spotykać z Mattem! Ciesz się życiem! 

– Ale on przecież przyjechał tylko na rok! A potem wróci do Francji.  
–  Byłam  we  Francji  –  roześmiała  się  Susan.  –  Zapewniam  cię,  że  to  zupełnie 

cywilizowany kraj, a Francuzi poczuliby się urażeni, słysząc, że przyjazd do ich kraju byłby 

dla ciebie zesłaniem.  

– Przecież nie to mam na myśli – zaprotestowała Claudia. – Chodziło mi tylko o to, że on 

tu będzie za krótko, żeby nasza przyjaźń mogła zamienić się w coś trwałego.  

– Co ty w ogóle opowiadasz! Zastanów się tylko! Czasem wystarczy nawet tydzień, nie 

mówiąc już o roku.  Gdybym  miała córkę,  cieszyłabym  się,  gdyby poznała kogoś  choćby w 
połowie tak sympatycznego jak ten Francuz. Wydaje się całkiem rozsądny, jest do tego miły i 
dobrze wychowany, no i całkiem przystojny.  

– Prawda, że jest przystojny? – ucieszyła się Claudia, ale zaraz oprzytomniała. – Przecież 

on mnie nigdzie jeszcze nie zaprosił i w dodatku nie widzę najmniejszego powodu, dlaczego 
miałby to zrobić...  

Susan  milczała.  Śmiejąc  się,  kiwała  tylko  głową,  jakby  chciała  powiedzieć  koleżance: 

„Oj, dzieciaku, dzieciaku”, po czym zabrała kawę i wyszła.  

Claudia  została  sama.  Przez  chwilę  siedziała  i  rozmyślała,  jak  powinna  się  zachować, 

gdyby  Matt  rzeczywiście  chciał  ją  gdzieś  zaprosić.  Rozważała  różne  odpowiedzi,  ale  nic w 
końcu nie postanowiła. Sprzątnęła starannie po sobie i wróciła do pracy.  

–  Pakujesz  pewnie  teraz  dokumentację  do  Coorawalli?  –  odezwała  się  Leonie, 

przypominając w ten sposób delikatnie Claudii, że do jej obowiązków należy dopilnowanie, 
by wszystkie potrzebne papiery były o oznaczonej porze w samolocie przygotowywanym do 
lotu do przychodni.  

background image

– Tak. Jane robi szczepienia, prosiła mnie więc o sprawdzenie dat urodzenia wszystkich 

dzieci, żeby wiedzieć, które dziecko należy na co zaszczepić.  

Leonie pokiwała głową z aprobatą.  
–  Jack  doradził  jej,  żeby  zrobiła  także  szczepienia  przeciw  tężcowi  –  powiedziała.  – 

Niewielu dorosłym przychodzi do głowy, żeby wziąć dawkę przypominającą, aż się skaleczą, 
a wtedy może być kłopot. Dawki przypominające należy brać co dziesięć lat.  

–  Może  więc  przejrzę  karty  pacjentów  i  sporządzę  dla  Jane  listę  tych,  którzy  nie  mieli 

ostatnio dawek przypominających? Tylko jak ich potem ściągnąć do przychodni? Przychodzą 
przecież tylko ci, którym coś dolega.  

– Tym razem będzie inaczej – uśmiechnęła się Leonie. – Przecież Lydia wraca do domu, 

więc  w  Coorawalli  będzie  wielkie  święto.  Dlatego  właśnie  Jack  prosił, żeby  wziąć  większą 
ilość szczepionki.  

Tym  razem  uśmiechnęła  się  Claudia.  Widziała  już  tłumy  ludzi  zbiegające  się  na 

powitanie  samolotu  przywożącego  Lydię,  a  zaraz  potem  Petera  i  Jane  ustawiających  ich  w 
długą kolejkę do szczepienia. Ułożyła na biurku karty chorych z Coorawalli i zabrała się do 
pracy.  

Gotową  listę  musiała  potem  oddać  Jane,  która  miała  ją  przejrzeć  dokładnie,  by  znaleźć 

nazwiska  pacjentów  przechodzących  różne  kuracje.  Należało  zabrać  dla  nich  rozmaite 

lekarstwa, a także sprawdzić,  czy nie zasięgali porad przez radio  już po  ostatniej  wizycie w 

przychodni.  

Na  zakończenie  lista  miała  trafić  do  lekarza,  który  wybierał  się  tym  razem  na  dyżur. 

Zwykle czytał ją z nią w samolocie, poznając w ten sposób pacjentów, których miał wkrótce 
badać.  

Komuś postronnemu mogłoby się wydawać, że wszystko to jest bardzo skomplikowane i 

nieskuteczne.  Claudia  jednak  dobrze  wiedziała,  że  system  ten  zdawał  egzamin.  W  dodatku 

doskonale.  

Jak to oceni Matt, gdy już sam zacznie latać? 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Matt  spędził  całe  popołudnie  z  Peterem,  który  udzielał  porad  przez  telefon.  Było  to 

bardzo ważne i odpowiedzialne zadanie.  

– Gdybyś przyniósł teraz z magazynu podręczną apteczkę, łatwiej ci będzie zrozumieć, o 

czym rozmawiam z pacjentami – odezwał się w pewnej chwili Peter.  

Na korytarzu Matt spotkał Claudię. Uśmiechnęła się do niego nieśmiało. Miał ogromną 

ochotę  porozmawiać  z  nią  chwilę,  zobaczyć  na  jej  twarzy  radosny  uśmiech,  przy  którym 
rozbłysłyby jej oczy.  

– Peter wysłał mnie po apteczkę – powiedział, starając się za wszelką cenę nie myśleć o 

jej oczach.  

– Pokażę panu, gdzie ona jest – odrzekła cicho i skierowała się do magazynu.  
Znajdowała się tak blisko Matta, że czuł delikatny zapach jej perfum i miał wielką ochotę 

pogładzić  jej  włosy.  Ciągnęła  go  do  niej  jakaś  nieprzeparta  siła.  Cóż  wobec  niej  znaczyły 
ładne buzie pielęgniarek, które poznał w szpitalu! 

–  To  tutaj  –  odezwała  się  zmienionym  głosem.  Można  by  sądzić,  że  ich  spotkanie 

oddziałuje na nią równie silnie jak na niego.  

–  Dziękuję  –  szepnął  i  patrząc  na  jej  delikatne,  lekko  różowe  wargi,  wysiłkiem  woli 

powstrzymał się, by jej nie pocałować.  

Siła woli jednak nie wystarczyła i pochylił głowę. Wstrzymał oddech, a potem jego usta 

dotknęły  delikatnie  jej  warg.  Gdy  po  chwili  odsunął  się  od  niej,  spojrzała  na  niego  z 
wahaniem,  a  potem  słyszał  już  tylko  echo  jej  kroków  na  korytarzu.  Jęknął  cicho  i  oparł 
rozpaloną głowę o metalową półkę.  

– Ty idioto! – powiedział do siebie. – Pracujesz tu dopiero drugi dzień, a już zawracasz 

dziewczynie w głowie.  

Zdjął pudło z półki i zaniósł je do pokoju radiooperatora. Postanowił zająć się pracą i nie 

myśleć w ogóle o Claudii.  

Powoli  oglądał  zawartość  apteczki.  Było  tu  chyba  wszystko  –  począwszy  od  bandaży  i 

agrafek  po  lekarstwa  wydawane  na  recepty.  Teraz  dopiero  zrozumiał,  skąd  Bill  mógł  mieć 
morfinę dla rannego pilota. Można ją podać domięśniowo lub podskórnie, w razie więc nagłej 
potrzeby wstrzyknąć ją mógł praktycznie każdy.  

Studiując spis leków i  środków pierwszej  pomocy, który znajdował  się  w górnej  części 

apteczki,  nie  mógł  się  nadziwić  zapobiegliwości  i  troskliwości,  z  jaką  dbano,  by  ludzie 
zamieszkujący  odległe  tereny  mieli  możliwość  ratowania  życia.  Nagle  usłyszał  głos  Petera. 
Witał  się  właśnie  z  kimś  przez  telefon.  Mówił  pewnie  i  spokojnie,  najwyraźniej  dodając 
komuś  otuchy.  Jego  głos  wywarł  na  Matcie  wielkie  wrażenie.  Czyżby  to  był  ten  sam 
ekscentryczny playboy, z którym parę godzin temu był na lunchu w szpitalu? 

–  A  co  pan  Cranston  robił  dziś  rano?  –  zapytał  Peter,  przerywając  pani  Cranston  całą 

litanię dolegliwości, którą Matt doskonale słyszał ze swego miejsca.  

Słuchając rozmówczyni, Peter wprowadził nazwisko pacjenta do komputera i przeglądał 

background image

historię choroby.  

– Pracował w szopie? 
Peter trzymał słuchawkę z daleka od ucha, tak, by Matt mógł wszystko słyszeć.  
– Muszę wiedzieć, co robił w tej szopie – tłumaczył. – Jeśli na przykład przygotowywał 

chemikalia  do  oprysków,  mogło  mu  coś  prysnąć  do  oka,  a  jeżeli  uruchomił  szlifierkę,  mógł 

mu  do  oka  wpaść  opiłek  metalu.  Czy  mogłaby  pani  odłożyć  słuchawkę  i  pójść  do  niego? 
Proszę  go  zapytać,  co  robił  w  szopie.  –  Gdy  Peter  usłyszał  odgłos  odkładanej  słuchawki, 
zwrócił się do Matta: 

– Co o tym myślisz? 
– Mam na tyle oleju w głowie, żeby nic nie myśleć, zanim nie poznam szczegółów. Czy 

on przepłukał to oko wodą? 

–  To  była  pierwsza  rzecz,  jaką  zrobił  po  przyjściu  do  domu  na  lunch.  Tak  ona 

przynajmniej  mówi.  Włożył  sobie  głowę  pod  kran  i  lał  wodę  przez  dziesięć  minut,  a  ona 
dawała właśnie dzieciom jeść i piekła ciasto, i nie przyszło jej do głowy, żeby go zapytać, co 
się stało.  

–  Ale  dlaczego  dopiero  teraz  zadzwoniła,  skoro  oko  bolało  go  w  południe?  Przecież 

dochodzi czwarta.  

Peter uśmiechnął się.  
– Wcale nie wiadomo, czy go wtedy coś bolało – odparł.  
–  Pewne  jest  tylko,  że  w  południe  coś  mu  się  stało.  Po  lunchu  poszedł  się  przespać  i 

obudził go straszny ból. Słyszałem wyraźnie dochodzący z oddali jęk.  

Matt  spojrzał  na Petera.  Był  przekonany,  że  postawił  już  diagnozę.  Po  chwili  usłyszeli, 

jak pani Cranston podnosi słuchawkę.  

– Spawał rano nową bramkę w ogrodzeniu na pastwisku – powiedziała, a Peter pokiwał 

głową z uśmiechem.  

– To zapalenie spojówek, proszę pani. Nie włożył pewnie maski albo odsunął ją na chwilę 

na bok, żeby na coś popatrzeć, i tak doszło do oparzenia. Czy drugie oko jest w porządku? 

Matt  nie  dosłyszał  odpowiedzi,  ale  zauważył,  że  Peter  przesunął  palcem  po  niebieskim 

wykresie, który leżał przed nim na biurku.  

–  Potrzebny  będzie  pani  lek  numer  164  –  oznajmił.  –  Jest  na  tacce  A.  Powinien  być 

trzymany w niskiej temperaturze. Czy przechowuje go pani w lodówce? 

Musiała odpowiedzieć twierdząco, bo Peter robił wrażenie zadowolonego.  
–  Świetnie  –  stwierdził.  –  W  każdym  pojemniku  znajduje  się  jedna  dawka.  Stosować 

należy tak jak zwykłe krople do oczu, a więc musi pani odciągnąć powiekę w dół i wpuścić 
lekarstwo. Krople znieczulą oko i na jakiś czas uśmierzą ból.  

Zamilkł na chwilę. Pani Cranston zapisywała teraz najpewniej jego polecenia.  
–  Proszę  teraz  spojrzeć  na  tackę  A,  pozycja  204.  Znajdzie  tam  pani  opaski  na  oko.  Po 

zakropieniu  lekarstwa  proszę  ją  przyłożyć  i  podać  mężowi  panadeinę  lub  inny  środek 
przeciwbólowy. Krople będą działać od pół godziny do godziny. Niech go pani zapewni, że 

tak ostry ból już nie powróci, ale gdyby za godzinę dawał mu się jeszcze we znaki, proszę do 
mnie zadzwonić. Damy mu wtedy coś innego.  

background image

Znowu  zamilkł,  ale  tym  razem  notował  swe  polecenia  na  karcie  choroby,  a  potem 

wprowadził do komputera datę, godzinę i sposób leczenia.  

–  A  teraz  dobrze  by  było,  żeby  powtórzyła  pani  wszystko,  co  powiedziałem  –  odezwał 

się. – Zobaczymy, czy o czymś nie zapomnieliśmy.  

Matt zachwycony był sposobem, w jaki Peter rozmawiał z panią Cranston. Nie traktował 

jej z góry, uspokajał, pomagał we właściwym zrozumieniu swoich poleceń.  

– Wszystko się zgadza – potwierdził. – Bardzo proszę, niech pani zatelefonuje do mnie za 

godzinę,  bez  względu  na  to,  jak  mąż  będzie  się  czuł.  Na  pewno  wszystko  będzie  dobrze  – 
dodał i odłożył słuchawkę. – Jak widzisz, to wcale nie takie trudne – zwrócił się do Matta z 
uśmiechem.  

–  Może  i  nie,  ale  pod  warunkiem,  że  zna  się  ludzi.  Zapalenie  spojówek  wywołane 

spawarką  elektryczną?  Nie  powiesz  chyba,  że  to  często  spotykana  przypadłość  w  praktyce 
lekarza domowego? 

– Ależ tak! Zdarza się tutaj dość często. To tak, jak oparzenie powierzchowne rogówki – 

tłumaczył Peter. – Trzeba się z nim liczyć, gdy ból występuje od sześciu do dwunastu godzin 
po  wypadku.  Większość  tych  nieszczęśników  nie  zdaje  sobie  sprawy,  że  stało  się  coś 

poważnego, dopóki nie obudzi ich koszmarny ból o drugiej nad ranem. I nic na to nie można 
poradzić poza podaniem środków przeciwbólowych.  

– A ta cała papierkowa dłubanina i praca przy komputerze? – spytał Matt, zastanawiając 

się  nie  po  raz  pierwszy  zresztą,  w  jakim  właściwie  celu  należy  notować  najdrobniejsze 
szczegóły dotyczące każdej choroby.  

– Czasem wydaje mi się, że to wszystko tylko po to, żebyśmy stale musieli coś robić – 

jęknął  Peter.  –  Musimy  zanotować  w  dzienniku  wszystkie  porady,  jakich  udzielamy. 
Prowadzimy  karty  choroby  wszystkich  stałych  pacjentów,  żeby  wiedzieć  o  alergiach,  stale 
przyjmowanych lekach i ogólnym stanie pacjentów.  

– I w ten sposób uporczywy kaszel u dziecka, które nigdy nie przechodziło astmy, będzie 

jedynie  uporczywym  kaszlem,  podczas  gdy  taki  sam  kaszel  u  astmatyka  zapowiadać  może 
poważny atak? 

–  No  właśnie  –  potwierdził  Peter.  –  W  karcie  choroby  zapisujemy  też  wszystkie  dane 

dotyczące kuracji, a potem stanu pochorobowego.  

Matt pokiwał głową.  
– No a komputer? – zapytał. – Przecież to tylko podwójna praca. Wprowadzasz do niego 

to, co zapisałeś już w karcie.  

– Uważasz, że to podwójna praca? – zawołał Peter. – To jest poczwórna praca! – dodał ze 

złością.  –  Ale  muszę  przyznać,  że  właściwie  zupełnie  się  nie  znam  na  komputerze  i  że 
komputer mnie przeraża! Potrafię wykonać jedynie najprostsze czynności. Wszyscy tu o tym 
wiedzą  i  gdy  tylko  coś  zacznie  działać  nie  tak,  okazuje  się  potem,  że  to  moja  wina.  A 
przysięgam  ci,  że  najchętniej  bym  się  do  niego  nawet  nie  zbliżał,  gdyby  to  tylko  było 
możliwe.  

– No to po co go w ogóle używać? – spytał Matt, z trudem powstrzymując śmiech.  
– Musimy – odparł Peter. – Mówiąc szczerze, wiem nawet  dlaczego.  Zamiast  opasłych 

background image

tomów  z  historiami  chorób  będziemy  w  torbach  wozić  dyskietki.  W  przychodniach  za 
pomocą  modemów  będziemy  mogli  uzyskać  każdą  niezbędną  informację,  która  do  tej  pory 
zaśmiecała nasze mózgi.  

–  To  wszystko  prawda  –  przytaknął  Matt.  –  Zgadzam  się,  że  mogą  być  w  wielu 

wypadkach  pomocne.  Czy  jednak  zawsze  można  na  nich  polegać?  Czy  rzeczywiście 
nadejdzie kiedyś taki czas, że można im będzie zaufać bez reszty i pozbyć się zapisów historii 
choroby? Co na przykład zrobić, jeśli bateria w komputerze się wyczerpie? 

Peter był wyraźnie zadowolony.  
– Będę o tym pamiętał w czasie rozmowy z Jackiem. Naprawdę cieszę się, chłopie, że tu 

jesteś. Trochę mnie zawiodłeś podczas lunchu, kiedy nie doceniałeś moich starań, ale teraz, 
kiedy wiem, że tak jak ja nie masz ochoty na to,  żeby komputery zaczęły rządzić światem i 
ludźmi, czuję, że zostaniemy przyjaciółmi.  

Poklepał Matta po ramieniu i znowu podniósł słuchawkę telefonu, który właśnie odezwał 

się  na  biurku.  Tym  razem  dzwoniła  zdenerwowana  młoda  mama.  Jej  synek  nie  miał 
wypróżnienia i Peter uspokajał ją, jak mógł, że maleństwu nic zapewne nie dolega.  

– Co by te kobiety zrobiły, gdyby nie mogły zasięgnąć porady przez telefon! – zauważył 

Matt.  

– To wcale nie jest takie jednoznaczne – odparł Peter. – Wszystko ma dobre i złe strony. 

Kiedyś, gdy łączność była tylko radiowa, ta młoda kobieta już dawno podzieliłaby się swoim 
niepokojem  ze  wszystkimi  wokół  i  zewsząd  byłaby  zasypywana  radami.  Dziesiątki  kobiet 
zwierzałyby  się  ze  swoich  przeżyć,  opowiadając,  co  one  robiły,  gdy  ich  niemowlęta  miały 
zaparcia. A teraz otrzymuje jedynie fachową poradę ode mnie. Nikt nie podsuwa jej babskich 
środków, jak wtedy, gdy łączność była radiowa.  

– Z tego, co mówisz, wynika, że radio było dla tych kobiet swego rodzaju oknem na świat 

i pełniło rolę poczekalni w przychodni czy sklepu, gdzie kobiety zwykle wymieniają poglądy.  

Peter pokiwał głową.  
– Zgadza się. Radio dawało im możliwość kontaktowania się z sąsiadkami, plotkowania 

„przez płot”, choć ten płot mógł być bardzo daleko.  

Jak ten człowiek potrafi zrozumieć swoje pacjentki! Wczuć się w sytuację kobiety! Matt 

nie  potrafił  tego  pojąć.  Przecież  ten  sam  człowiek  odgrywał  zarazem  rolę  beztroskiego 
uwodziciela. Był w towarzystwie kobiet czarujący, ale Matt odnosił wrażenie, że traktował je 

jak  zabawki,  istoty,  którym  można  prawić  komplementy,  z  którymi  dobrze  jest  flirtować,  a 
nawet pójść do łóżka, ale których nie traktowało się poważnie.  

I oto teraz Peter był innym człowiekiem.  
– Jakaś młoda kobieta zgłasza się przez radio. – Głos Katie wyrwał Matta z zamyślenia. – 

Odbywa  właśnie  podróż  mikrobusem  w  towarzystwie  sześciu  innych  osób  na  północny 
zachód. Skarży  się,  z oczywistym  zakłopotaniem, wydając z siebie przy tym różne  „achy” i 
„ochy”, na piekący ból przy oddawaniu moczu.  

Katie podniosła się z krzesła.  
– Podejdź, proszę, tylko nie rób sobie z niej żartów. Biedactwo odchodzi od zmysłów z 

rozpaczy, że musi o tym publicznie opowiadać. Nie utrudniaj jej wszystkiego.  

background image

Peter  zmarszczył  czoło,  podchodząc  do  Katie.  Czy  jej  uwagi  sprawiły  mu  przykrość? 

Katie  jest  chyba  dla  niego  zbyt  surowa.  Claudia  mówiła  przecież,  że  pracują  z  sobą  od  lat. 
Powinna go więc lepiej znać.  

Peter  przedstawił  się  chorej  kobiecie,  a  potem  zapytał  ją  o  imię,  nazwisko,  adres  i 

aktualne miejsce pobytu.  

–  Proszę,  niech  pani  teraz  uważa  –  ciągnął.  –  Będę  zadawał  pytania,  a  pani  będzie 

odpowiadać tylko tak lub nie. A może poprosi pani towarzyszy podróży, żeby usiedli trochę 
dalej od pani? Łatwiej będzie nam chyba wtedy rozmawiać.  

– Cóż za człowiek z tego Petera! – mruknęła Katie. – Dopiero kiedy wpadam w furię i mu 

wymyślam, potrafi się zachować – dodała, wychodząc z pokoju.  

Peter  podawał  kolejno  symptomy  zapalenia  pęcherza,  czekając  na  odpowiedzi 

roztrzęsionej  kobiety.  Ciekawe,  czy  i  podróżni  zabierają  z  sobą  podręczne  apteczki, 
zastanawiał się Matt. A jeśli nie, w jaki sposób Peter udzieli jej pomocy? 

– W porządku – powiedział w końcu Peter. – Teraz pani kolej. Jakie antybiotyki znajdują 

się w waszej apteczce? 

Zapadła cisza. Dziewczyna prosiła pewnie kogoś, by sprawdził.  
– Bactrim, eryc, augmentin i amoksil – powtórzył Peter. – To całkiem duży wybór.  
– Każdy z nas był przed wyjazdem u swojego lekarza domowego – tłumaczyła kobieta. – 

I każdy dostał inne leki.  

– A pani co dostała? 
– Amoksil – odpowiedziała tak głośno, że Matt usłyszał bez trudu.  
– Czy to znaczy, że przyjmowała pani już amoksil przedtem? Czy mogę mieć pewność, 

że nie jest pani na niego uczulona? 

– dopytywał się Peter.  
–  Ależ  tak  –  odparła,  opowiadając  dokładnie  o  przebytych  infekcjach,  które  jej  lekarz 

zwalczał właśnie amoksilem.  

– To świetnie. Proszę więc natychmiast przyjąć pierwszą tabletkę. He miligramów mają 

te kapsułki? 

– Dwieście pięćdziesiąt miligramów – odparła.  
– Proszę przyjmować jedną tabletkę co osiem godzin – polecił, a potem dodał: – Niech 

pani  pamięta,  że  to  ma  być  rzeczywiście  co  osiem  godzin,  choćby  się  miała  pani  budzić  w 
środku  nocy.  Proszę  nastawić  budzik.  To  bardzo  ważne.  –  Zamilkł  na  chwilę,  a  potem 
zapytał: – Czy nie macie przypadkiem wody sodowej lub jakiejś innej wody gazowanej? 

– Czy nie mamy wody sodowej? Używamy jej teraz do wszystkiego – odezwał się męski 

głos. – Nazywam się George Wallace, jestem mężem Stelli. Ona musiała na chwilę odejść.  

Matt  i  Peter  uśmiechnęli  się  jednocześnie,  słuchając  George^,  ale  był  to  uśmiech  pełen 

sympatii i współczucia dla Stelli.  

–  Proszę  ją  namówić,  żeby  piła  rozcieńczoną  wodę  sodową.  Może  sobie  do  tego  dolać 

soku lub dosypać cukru. Pomoże to zalkalizować mocz i złagodzić uczucie pieczenia, zanim 
antybiotyk zacznie działać. Dokąd jedziecie? 

–  Chcieliśmy  dojechać  jutro  wieczorem  do  maleńkiej  miejscowości,  która  się  nazywa 

background image

Castleford  –  odparł  George  Wallace.  –  Może  powinniśmy  się  pospieszyć?  Czy  znajdziemy 
tam jakąś pomoc? 

– Nie ma takiej potrzeby, chyba że pani Wallace gorzej się poczuje. Ale i wtedy lepiej nie 

spieszyć się na tych drogach. W Castleford jest mały szpital prowadzony przez siostrę Jensen. 
Zawiadomię  ją  o  waszym  przyjeździe.  Zrobi  analizę  moczu  i  z  pewnością  potwierdzi  moją 
diagnozę. Gdyby jednak uznała, że konieczna jest pomoc lekarska, wezwie nas albo skieruje 
was do najbliższej przychodni.  

– Woda sodowa? – spytał ze zdziwieniem Matt. – Czy to jeden ze środków stosowanych 

przez ludową medycynę? 

Peter zakończył właśnie rozmowę.  
– A jak myślisz? – spytał z uśmiechem. – Co zawierają te wszystkie musujące miksturki, 

które zwykle przepisujemy? Właśnie wodę sodową z domieszką kwasku cytrynowego. Musi 
w tym coś być, skoro stosowane jest z dobrym skutkiem od lat! 

Matt  uśmiechnął  się  do  Petera  z  sympatią  i  przypomniał  sobie,  że  podczas  pierwszego 

spotkania był wobec niego nastawiony sceptycznie. Skąd się to wzięło, ten brak zaufania? 

W tej samej chwili uprzytomnił sobie, że Claudia traktowała Petera z dystansem. I jak się 

zaczerwieniła pierwszego dnia ich znajomości, gdy w pokoju pojawił się Peter Flint.  

Claudia! Ogarnął go wstyd i poczucie winy. Musi zaraz się z nią spotkać i przeprosić za 

ten pocałunek. Spojrzał na zegarek. Minęła piąta! Pewnie Claudia poszła do domu.  

– Już patrzysz na zegarek? – zapytał z udaną surowością Peter. – Bierz przykład z Katie. 

Miała  prawo  wyjść  stąd  punkt  piąta,  powinna  była  nawet  to  zrobić,  gdyby  chciała 
przestrzegać umów wywalczonych przez związki zawodowe, a ona siedziała do końca mojej 
rozmowy z panią Wallace. Dopiero teraz przekaże stanowisko dyżurnemu.  

Słysząc  swoje  imię,  Katie  rozejrzała  się  wokół.  Oczy  jej  ciskały  błyskawice,  potem 

jednak odwróciła się z powrotem do swego biurka, a fala włosów zakryła jej oczy.  

Coś musiało kiedyś między nimi zajść, pomyślał Matt. Czy nadal coś ich łączy? Szybko 

jednak powrócił myślami do Claudii. Każda chwila oddalała ją od niego coraz bardziej.  

Pozbierał  naprędce  zawartość  apteczki  i  odniósł  ją  do  magazynu.  Gdy  wyszedł,  na 

korytarzu czekał na niego Peter.  

–  Zostanę  tu  jeszcze  –  powiedział.  –  Mam  dziś  dyżur  telefoniczny  i  zawsze  człowiek 

zalega z papierkową robotą.  

Matt uśmiechnął się i w głębi ducha odetchnął z ulgą. Obawiał się, że Peter zaproponuje 

znowu wspólne spędzenie wieczoru.  

A on spieszył się do Claudii.  
Trudno  by  było  wymyślić  jakąś  rozsądną  wymówkę,  skoro  mieszka  w  tym  mieście 

dopiero  od  kilku  dni.  Pożegnał  się,  a  potem  przeszedł  szybko  przez  puste  pomieszczenia  i 

korytarze,  sprawdzając,  czy  nie  ma  gdzieś  Claudii.  Musi  się  z  nią  zobaczyć,  czy  jednak 
wypada mu pójść do domu jej ciotki? 

W  czasie  pobytu  w  Australii  poznał  wiele  dziewczyn  i  wszystkie  zapraszały  go  do 

domów  rodzinnych,  gdzie  go  serdecznie  przyjmowano.  Wszyscy  Australijczycy  okazywali 
życzliwość  przybyszowi  z  dalekiego  kraju,  ale  jak  zachowa  się  Claudia?  Coś  ją  wyróżnia 

background image

spośród innych dziewczyn, a on czuł, że nie wolno mu zrobić fałszywego kroku. Czy jednak 
ten  nieprzemyślany  pocałunek,  któremu  nie  umiał  się  oprzeć,  nie  był  właśnie  takim 
fałszywym krokiem? 

 
Claudia wróciła pospiesznie do domu, starając się nie myśleć o Matcie. A jednak czuła na 

ustach jego wargi, a dom ciotki Stephy nie był najlepszym miejscem, gdzie można by ukoić 
znękaną duszę.  

Wzięła więc prysznic i przebrała się. Dobierała starannie każdy szczegół garderoby, choć 

Matt  nie  umawiał  się  z  nią  przecież  ani  nie  prosił  o  spotkanie!  Wczoraj  odwiedził  swoich 
pacjentów, nie było więc powodu, by miał dzisiaj iść znowu do szpitala.  

– Jakiś młody człowiek do ciebie.  
Głos ciotki Stephy odbił się echem od ścian starego domostwa, a serce Claudii zamarło. 

Odwróciła się od lustra, przestraszona swoim wyglądem. Z trudem siebie poznawała. Z lustra 
patrzyła  twarz  dziewczyny  o  nieprzytomnych,  błyszczących  oczach  i  czerwonych, 
rozgorączkowanych policzkach. Zmusiła się do powolnego, spokojnego kroku.  

– Ależ musi pan zostać u nas na kolacji – usłyszała głos ciotki i wstrząsnął nią paniczny 

strach,  zanim  jeszcze  zdążyła  zastanowić  się  nad  sytuacją.  –  Doktor  Laurant  chciałby 
towarzyszyć  ci  do  szpitala  –  oznajmiła  ciotka  Stepha,  gdy  Claudia  dotarła  do  werandy  – 
zaprosiłam go więc na kolację.  

– Bardzo proszę, niech mi pani mówi po imieniu! 
Jego  dźwięczny  głos  zagłuszył  jej  cichutkie  „dobry  wieczór”  i  zaraz  potem  zaciągnięci 

zostali  przez  pełną  energii,  jowialną  panią  do  dużej  kuchni,  w  której  toczyło  się  życie 
domowników.  

–  A  więc  jest  pan  na  poły  Francuzem,  na  poły  Anglikiem.  A  w  nas  płynie  krew 

australijska  i  włoska  –  podsumowała  ciotka  Stepha,  gdy  już  skończyła  wypytywać  Matta  o 
jego koligacje rodzinne.  

Kolacja  upływała  w  miłym  nastroju,  a  potrawy,  którymi  częstowała  starsza  pani,  były 

naprawdę wyśmienite. Matt odsunął od siebie pusty talerz.  

– Szukanie żony za kanałem La Manche to niemal obyczaj w mojej rodzinie – opowiadał 

z uśmiechem. – Mój dziadek, który był Francuzem, wyjechał jako młody człowiek do pracy w 
Anglii. Poznał tam moją babkę. Ojciec postąpił dokładnie na odwrót: wyjechał do Francji na 

studia, spotkał moją matkę, zakochał się i już tam został. Odwiedzał jednak regularnie rodzinę 
i ja uczyłem się w Anglii. Teraz dziadkowie już nie żyją, więc moje siostry kończą naukę we 
Francji. Ojciec zawsze mówi, że czuje się przede wszystkim Francuzem, bez względu na to, 
ile jakiej krwi płynie w jego żyłach.  

Claudia uśmiechnęła się. Matt najwyraźniej bardzo kochał swoją rodzinę. Mówiły o tym 

jego  oczy,  pełne  ciepła  i  tkliwości,  a  także  głos,  który  zmieniał  się,  gdy  wspominał  swych 

bliskich.  

Rozumiała go doskonale. Ona przecież także kochała swoją rodzinę.  
– No a jakie są twoje plany? – dopytywała się ciotka. – Czy pójdziesz w ślady mężczyzn 

ze swojej rodziny? Może tu spotkasz jakąś dziewczynę, ożenisz się i osiądziesz na stałe? 

background image

Claudia  wstrzymała  oddech.  Jak  ciotka  może  zadawać  podobne  pytania?  Czyżby  nie 

zdawała sobie sprawy, że podobne rozważania są dla niej krępujące? 

Spojrzała  na  Matta  z  przerażeniem,  on  jednak  chyba  nie  uważał  tego  pytania  za 

niestosowne, bo uśmiechał się tylko, potrząsając przecząco głową.  

–  Francja  znajduje  się  nieco  dalej  od  Australii  niż  od  Anglii  –  zauważył.  –  A  zresztą, 

muszę przecież myśleć o dalszej pracy.  

– Zamilkł na chwilę i  zwrócił się w stronę Claudii. – Zawsze pragnąłem  pójść w ślady 

ojca. Dyplom uzyskałem w Anglii, gdzie ojciec studiował, a specjalizację chciałbym, tak jak 

on, zrobić we Francji. W ten sposób tworzymy własną, rodzinną tradycję.  

– Jaką specjalizację? – spytała Claudia, która starała się ukryć zmieszanie.  
Uśmiechnął  się  znowu.  Był  to  promienny,  słoneczny  uśmiech  człowieka,  który 

zaplanował już swoją przyszłość i wierzy, że uda mu się wszystko pomyślnie zrealizować.  

– Chciałbym się specjalizować w okulistyce – odparł. – To domena mojego ojca. Trudno 

się  chyba  dziwić,  że  to  właśnie  wybrałem,  bo  chowałem  się  pośród  modeli  i  rycin 
przedstawiających  oczy.  To  były  moje  zabawki.  Ojciec  przyjechał  do  Francji  na  staż  w 
paryskim szpitalu i wtedy właśnie poznał moją matkę.  

A  więc  nawet  gdyby  zakochał  się  w  Australii,  nie  zmieni  planów  i  nie  zostanie  tutaj, 

pomyślała  Claudia.  W  głosie  Matta  łatwo  było  wyczuć  ogromny  zapał  i  stanowczość,  gdy 
mówił o swej przyszłości.  

Gdyby zakochał się w Australii czy we mnie? – zastanowiła się znowu. Chodzi ci chyba o 

to drugie, zakpiła sama z siebie.  

– Claudio, zdecyduj się na coś – przerwała jej ciotka. – Czy będziesz dalej tak siedzieć, 

marząc nie wiadomo o czym, czy też zabierzesz Matta do szpitala, żeby mu pokazać swoich 
ukochanych pacjentów? 

Zrobiła się znowu czerwona. Myślami była daleko stąd, a gdy dojrzała uśmiech na jego 

twarzy, krew uderzyła jej do głowy.  

–  Sprzątniemy  najpierw  ze  stołu  –  powiedziała,  wstając  z  krzesła.  Starała  się  ukryć 

zmieszanie, udając bardzo zajętą.  

–  Idźcie  już,  idźcie!  –  nalegała  ciotka,  wymachując  przy  tym  rękami  tak,  jak  to  robiła, 

wyganiając  kurczęta  z  ogrodu.  –  Przyprowadź  potem  Matta  na  kawę  –  nakazała  Claudii.  – 
Jestem pewna, że będąc na poły Francuzem, doceni moją kawę.  

Po co ciotka to wszystko mówi? 
Przecież ona mnie właściwie swata! 
Matt powiedział wyraźnie, że nie ma zamiaru zostać w Australii. A wiadomo przecież, że 

ja  nigdy,  przenigdy  stąd  nie  wyjadę.  I  ciotka  wie  o  tym  doskonale!  Poczuła,  że  nie  potrafi 
dłużej  zachowywać  się  tak,  jakby  nic  się  nie  stało.  Wybąkała  jakieś  usprawiedliwienie  i 
pobiegła do swego pokoju.  

Gdy  po  chwili  wyszła,  Matt  siedział  na  górnym  stopniu  schodów  werandy.  Wstał,  gdy 

tylko  usłyszał  stukot  jej sandałków na drewnianej  podłodze. Wyciągnął  rękę i  ujął jej dłoń. 
Przytrzymał ją mocno, jakby potrzebowała pomocy przy zejściu na dół.  

– Przepraszam za moje najście – powiedział. – Wcale nie miałem zamiaru składać wizyt 

background image

bez zaproszenia – dodał, puszczając jej rękę.  

Podszedł  do  furtki  i  otworzył  ją,  robiąc  Claudii  przejście.  Gdy  go  mijała,  zauważyła  w 

jego oczach niepokój i zakłopotanie. Dodało jej to odwagi.  

–  Jeszcze  się  taki  nie  znalazł,  kto  by  potrafił  odmówić  mojej  ciotce,  zwłaszcza  gdy 

ogarnia ją przypływ energii – pocieszyła go. – A poza tym...  

Chciała mu powiedzieć, że było jej bardzo miło gościć go u siebie, ale jej oczy spoczęły 

bezwiednie na jego ustach.  

Przypomniała  sobie,  co  czuła,  gdy  ją  całował...  Dotyk  jego  skóry...  Bijąca  z  niego 

stanowczość i siła. Fale gorąca, które ją ogarniały.  

I słowa zamarły jej na ustach.  
Stali  tak  przy  otwartej  furtce,  a  wokół  panowała  cisza  i  spokój.  Urzekający  zapach 

uroczynu czerwonego mieszał się z zapachem morza. Słychać było szelest traw poruszanych 
przez  skaczące  żaby,  czasem  pisk  nietoperza  gdzieś  nad  głową.  Cała  przyroda  zamarła  w 
oczekiwaniu. Oni też oczekiwali czegoś...  

Gdy . w końcu się odezwał, głos jego był ledwo słyszalny. Czyżby odczuwał to samo co 

ona? Czyżby i on obawiał się, że urok, pod którego mocą obydwoje się znajdują, zniknie bez 
śladu? 

–  Wtedy,  kiedy  byliśmy  w  magazynie,  wcale  nie  miałem  zamiaru  cię  pocałować,  ale 

teraz, gdy powinienem cię za to przeprosić, pragnę pocałować cię znowu.  

Nie  poruszyła  się.  Wyciągnęła  tylko  rękę  przed  siebie,  by  przytrzymać  się  bramy. 

Pochylił się i jego usta jeszcze raz dotknęły jej warg. Zimne z początku, rozpaliły się ogniem, 
który  ogarnął  ich  gwałtownym  płomieniem.  Claudia  trzymała  się  kurczowo  ogrodzenia, 
zaciskając mocno palce.  

– Ciekawe, co powiedzą twoi pacjenci.  
Wyszeptał  jej  to  do  ucha,  a  ona  próbowała  zrozumieć  jego  słowa,  lecz  bezskutecznie. 

Kłębiące się myśli rozsadzały jej czaszkę. Nadal trzymała się kurczowo furtki, tak jak tonący 
marynarz  pasa  ratunkowego.  Uniósł  w  końcu  głowę,  a  wtedy  ona  otworzyła  oczy  i  ujrzała 
jego profil na tle fioletoworóżowego nieba... Objął ją mocno i przytulił do siebie, a drugą ręką 
zdjął palce z ogrodzenia.  

–  Czy  warto  się  bać  miłości?  –  zapytał,  prowadząc  ją  w  kierunku  ścieżki  wiodącej  do 

szpitala.  

Spojrzała na niego, nie mogąc uwierzyć, że odgadł jej najtajniejsze myśli. Co powinnam 

teraz odpowiedzieć? – zastanawiała się. Czy ja w ogóle wiem cokolwiek o miłości? 

Nie mogła sobie w żaden sposób przypomnieć, co czuła, gdy parę razy pocałowali się z 

Danielem,  ale  pamiętała  dobrze,  że  gdy  Anthony  pocałował  ją  raz  czy  dwa,  nie  straciła 

spokoju  ducha,  nogi  się  pod  nią  nie  uginały  i  przez  cały  czas  jej  umysł  funkcjonował  bez 
zakłóceń.  

– Moi rodzice zakochali się, gdy mieli siedemnaście lat i nadal kochają się, mimo że było 

to trzydzieści siedem lat temu – oznajmiła.  

Nie miała przy tym pojęcia, dlaczego właściwie to powiedziała, nie mówiąc już o tym, że 

wcale nie była pewna, czy ma to jakikolwiek związek z tym, co się z nimi teraz działo.  

background image

Roześmiał się cicho.  
– Czyli miłość prowadzi do ślubu, a potem młoda para żyje długo i szczęśliwie. Mnie też 

wydaje się to słuszne, kochanie – szeptał jej do ucha. – Nie należy się więc w miłość tylko 
bawić albo kochać się tylko dlatego, że to przyjemność? 

Wiedziała,  że  Matt  żartuje,  ale  czy  przypadkiem  w  tonie  jego  głosu  nie  kryło  się 

powątpiewanie?  Szła  przed  siebie,  bo  prowadził  ją,  ale  robiła  to  automatycznie.  Jej  myśli 
zajęte były zupełnie czymś innym. Pocałunek tego mężczyzny postawił przed nią wyzwanie.  

– Nie bardzo wiem, co znaczy kochanie się dla przyjemności, ale coś mi się wydaje, że to 

podobne do przygody miłosnej.  

Roześmiał się i przytulił ją mocniej.  
– Chyba tak – przyznał. – I coś mi się nie wydaje, żeby to było w twoim stylu.  
Byli  właśnie  w  połowie  drogi  do  szpitala.  Zdjął  rękę  z  jej  ramienia,  a  ona  zwróciła  do 

niego twarz. Wszystko było teraz zupełnie jasne.  

– Nigdy nie przeżyłam żadnej przygody miłosnej – wyznała.  
– I chyba masz rację, że to nie dla mnie.  
Lepiej będzie, gdy pomyśli sobie, że moim celem jest małżeństwo, zadecydowała. Bała 

się jednak kontaktów z Mattem z innego powodu. Dokładnie po upływie roku ich cudowna 
przygoda miłosna dobiec by musiała końca. Powiedzieliby sobie po prostu do widzenia, bo on 
przecież chce wyjechać z Australii.  

Byłoby  to  kolejne  rozstanie,  kolejna  utrata  bliskiej  osoby,  a  tego  nie  chciała  więcej 

przeżywać. Nie wytrzymałoby już jej serce, tyle razy ranione przez okrutny los! 

Milczał, a ona czuła, jak rośnie w niej niepokój. Odezwała się więc znowu, by zagłuszyć 

ciszę: 

–  Zdaję  sobie  teraz  sprawę,  że  moi  rodzice  mieli  na  mnie  zawsze  duży  wpływ,  a 

wychowanie,  jakie  otrzymałam,  do  tej  pory  decyduje  o  moim  zachowaniu,  ale  nawet  gdyby 

nie to, nie wyobrażam sobie, żebym mogła pochwalać krótki romans z lekarzem, choćby nie 
wiem jak dobrze całował.  

Z trudem wymawiała te słowa, zdając sobie sprawę, że jej argumenty mogą się mu wydać 

pruderyjne i świętoszkowate. Nie spuszczał z niej wzroku. Był skupiony i chłonął każde jej 
słowo.  

– Nie ośmieliłbym się zaproponować ci przygody miłosnej – powiedział poważnie. – W 

samym  już  słowie  „przygoda”  kryje  się  zapowiedź  końca,  choćby  nic  jeszcze  się  naprawdę 
nie zaczęło. To coś między nami warte jest, jak myślę, lepszego losu.  

Starała się zrozumieć wszystko, co mówił, zmarszczyła brwi, a wtedy poczuła jego wargi 

na czole. Pocałował ją delikatnie powyżej nosa, jak zwykła to czynić jej mama, gdy starała się 

ukoić ból lub zmartwienie.  

– Wszystko sobie jeszcze wyjaśnimy – obiecał – ale później! 
Kiedy już pożegnasz się z Lydią, poczytasz Gilbertowi i poznasz mnie z Carol, która chce 

wrócić z bliźniakami do buszu, żeby dalej prowadzić kopalnię cyny.  

Mogła  mu  już  teraz  tylko  dotrzymać  kroku.  Zbyt  była  oszołomiona,  by  zdobyć  się  na 

cokolwiek  innego.  Głos  wewnętrzny,  który  jeszcze  przed  chwilą  kpił  sobie  z  jej 

background image

pompatycznych stwierdzeń, doradzał teraz roztropność.  

Łatwo można dać się porwać uczuciu do tego człowieka i stracić dla niego głowę. Tylko 

że  nie  byłoby  wtedy  szansy  na  wspólne,  długie  i  szczęśliwe  życie.  Czekałaby  ją  wówczas 
jedynie samotność i kolejny bolesny zawód.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

I  tak,  zdawałoby  się  niepostrzeżenie,  Matt  stał  się  nieodłączną  częścią  jej  życia.  Minęły 

zaledwie  dwa  tygodnie,  a  Claudii  trudno  było  wyobrazić  sobie,  że  kiedyś,  nie  tak  dawno 
przecież, wcale go nie znała.  

–  Matt  dzisiaj  wraca?  –  spytała  ją  ciotka  przy  śniadaniu.  Kiwnęła  głową,  starając  się 

zachować obojętność, co było trudne, bo wystarczyło, by ktoś wymówił przy niej jego imię, a 
ręce zaczynały jej drżeć i serce biło jak oszalałe.  

–  Nie  gotuj  tylko  żadnych  powitalnych  kolacji  –  ostrzegła.  –  Samoloty  przywożące 

personel z przychodni rzadko przybywają na czas.  

Matt odbywał właśnie pierwszą dwudniową praktykę w przychodni i poprzedniego dnia, 

po raz pierwszy, odkąd przybył do bazy, nie spotkali się wieczorem.  

Widywali  się  do  tej  pory  codziennie,  ale  nie  działo  się  przy  tym  właściwie  nic 

specjalnego. Trudno by to było nawet nazwać wspólnym „bywaniem” czy „wychodzeniem”. 

Szli  co  rano  razem  do  pracy,  chyba  że  Matt  miał  dyżur  telefoniczny,  wracali  też  razem  do 

domu, jeśli tylko kończyli pracę o tej samej porze.  

Podczas  weekendów  zabierała  go  na  plażę.  Wspólnie  też  zwiedzali  miasto.  Claudii 

zdawało się czasem, że widzi je po raz pierwszy, gdy na znajome ulice patrzyła oczami Matta.  

Wieczory  tylko  bywały  inne.  Najpierw  był  spacer  do  szpitala,  a  potem  po  powrocie 

całowali się długo w cienistym ogrodzie lub na werandzie. Gdy Matt pracował dłużej, wracała 
do domu sama, by znaleźć go potem na schodach. Siedział tam i czekał, by jej opowiedzieć, 
co robił przez cały dzień, by wziąć ją za rękę i pocałować.  

–  Zabierzesz  go  do  domu,  żeby  pokazać  rodzinie?  Kolejne  pytanie  ciotki  wyrwało  ją  z 

zamyślenia.  

– Sama przecież wiesz, że to nie ma sensu – odparła ostrzejszym, niż zamierzała, tonem. 

–  Nie  mamy  żadnych  planów  na  przyszłość,  więc  przyjeżdżanie  z  nim  do  domu 
zdenerwowałoby  tylko  mamę,  która  mnie  prosiła,  żebym  nie  wracała  na  farmę  przed 
upływem  pół  roku.  Pewnie  by  to  też  sprawiło  przykrość  Anthony’emu  i  jego  rodzinie,  nie 
mówiąc już o tym, że i Matt czułby się dziwnie. Pamiętaj, że jesteśmy tylko przyjaciółmi – 
przypomniała ciotce i wyszła do kuchni, chcąc ukryć zakłopotanie.  

 
Gdy  wieczorem  wróciła  ze  szpitala  i  otworzyła  furtkę,  Matt  siedział  na  schodkach. 

Zauważyła w nim jakąś zmianę.  

–  Jak  się  udała  podróż?  –  spytała,  podając  mu  rękę.  A  on  przyciągnął  ją  do  siebie  i 

posadził obok.  

Nie odpowiedział od razu, lecz przytulił się, chowając twarz w jej włosach, jakby szukał 

schronienia.  

–  Nie  bardzo  –  wyznał  w  końcu.  –  Byłem  na  Herd  Island  i  w  Cabbage  Tree,  gdzie 

mieszkają  aborygeni,  więc  wiedziałem,  czego  się  można  spodziewać,  ale  Caltura!  Teraz 
rozumiem, dlaczego przyjęcia w przychodni trwają tam cały dzień.  

background image

Claudia  próbowała  sobie  przypomnieć,  co  słyszała  o  Calturze.  Wiedziała,  że  z  tym 

miejscem związany był jakiś problem, nie mogła sobie jednak przypomnieć jaki...  

– W miejscowościach, w których nie ma szpitala, jest zwykle pracownik służby zdrowia, 

który ma się orientować w potrzebach mieszkańców – mówił dalej Matt. – Przyprowadza on 
pacjentów  do  przychodni,  a  my  ich  przyjmujemy  według  sporządzonej  uprzednio  listy. 
Choroby  są  najrozmaitsze,  począwszy  od  grypy  i  dolegliwości  żołądkowych,  poprzez 
kontuzje odniesione w czasie bójek młodzieży, choroby wrzodowe czy problemy z oczami.  

Claudia już wiedziała, co jej niedawno opowiadano.  
– Były tam chyba ostatnio jakieś kłopoty z takim właśnie pracownikiem – powiedziała. – 

Przez dłuższy czas nie mieli nikogo odpowiedniego.  

– No właśnie – westchnął. – A teraz pojawił się jakiś człowiek, nie wiem nawet, czy ma 

kwalifikacje,  choćby  kurs  udzielania  pierwszej  pomocy,  jest  za  to  pełen  energii  i  obiecuje 
wszystko zorganizować, ale musi zaczynać praktycznie od zera.  

Nie  była  pewna,  czy  zrozumiała,  co  miał  na  myśli,  ale  nie  pytała  go  więcej  o  nic. 

Wiedziała, że opowie jej wszystko dokładnie, jeśli tylko zechce, teraz jednak liczyło się tylko 
to,  że  trzyma  ją  w  ramionach.  Nad  ich  głowami  błyszczały  srebrzyste  gwiazdy,  a  z  ogrodu 
dobiegały tajemnicze dźwięki i zapachy.  

– Czy wiesz coś o życiu aborygenów? – zapytał po chwili. Gdy potrząsnęła głową, ciężko 

westchnął.  

– Caltura pozostaje tak daleko w tyle za innymi miejscowościami, które odwiedzałem, że 

zaczynam  się  zastanawiać,  czy  jej  mieszkańcy  przypadkiem  nie  starali  się  naumyślnie 
lekceważyć  i  bojkotować  wszelkich  zarządzeń  i  poleceń  człowieka,  którego  nie  znosili.  A 
może odczuli ciągłe zmiany lekarzy? – zastanawiał się dalej. – Najpierw zajmował się nimi 
jakiś lekarz, którego nazwiska nawet nie pamiętam, bardzo krótko był James, po nim Bob i 
wreszcie ja. No i w rezultacie, a może także dlatego, że nie było na miejscu nikogo, kto by im 
przypomniał o profilaktyce, doszło do sytuacji, nad którą trudno jest zapanować.  

–  Ale  przecież  dyżury  w  przychodni  odbywają  się  regularnie  co  dwa  tygodnie!  – 

zaprotestowała Claudia.  

–  Skoro  za  każdym  niemal  razem  przylatuje  inny  lekarz,  trudno  jest  mówić  o 

systematycznej  obserwacji  pacjentów.  A  zresztą  co  za  sens  mają  nasze  wizyty,  jeśli  nie 
przychodzą do nas pacjenci? Sprawdziłem dokładnie karty chorób. Nasi ludzie udzielili porad 
kilku kobietom w ciąży, zaszczepili dzieci w szkole, opatrywali rany, leczyli przeziębienie i 
kaszel, a także skaleczenia.  

– Czy to nie wystarczy? – zapytała, zaskoczona jego niepokojem.  
–  Nie,  to  nie  wystarczy!  –  zawołał.  –  Ten  nowy  pracownik,  Andrew  Welsh,  jest  tam 

dopiero od dwóch tygodni. Tyra niemal za trzech. Dotarł już wszędzie,  odwiedził wszystkie 

rodziny. Namówił ludzi, którzy nie pokazywali się w przychodni od miesięcy, żeby przyszli 
na  kontrolę,  a  właściwie  zebrał  ich  i  sam  przyprowadził,  żeby  w  ostatniej  chwili  się  nie 
rozmyślili.  

–  I  dlatego  jesteś  przepracowany  –  zauważyła,  rozczarowana  nieco,  że  to  stało  się 

powodem jego zdenerwowania.  

background image

– Nie przeszkadza mi wcale przepracowanie – wybuchnął, odsunął ją od siebie i spojrzał 

w oczy. – Sto razy bardziej wolę być przepracowany, niż kończyć pracę z wybiciem zegara, a 
potem się dręczyć, że czegoś nie zrobiłem.  

Zacisnął  ręce  na  jej  ramionach  i  potrząsnął  nią,  jakby  chciał  w  ten  sposób  wyładować 

swój gniew.  

– Wytrąciły mnie z równowagi skutki zaniedbania. Nie jestem w stanie patrzeć spokojnie 

na  przypadki,  które  mogły  zostać  wyleczone,  gdyby  ktoś  w  porę  się  nimi  zajął.  Musiałem 
wysłać  do  miasta  człowieka  na  amputację  stopy,  a  obeszłoby  się  bez  tego,  gdyby  ktoś 
sprawdził, czy był na kontroli albo czy przestrzega diety. Jaglica znowu szaleje, tak że połowa 
pacjentów,  których  oglądałem,  straciła  niemal  wzrok  z  tego  powodu,  a  przynajmniej  w 
sześciu przypadkach trzeba się będzie uciec do chirurgii powiek.  

–  Czy  trzeba  ich  będzie  wysłać  do  miasta?  –  zapytała,  usiłując  wyobrazić  sobie  skalę 

problemu, z którym się zetknął.  

Nie  trzymał  jej  już  tak  mocno;  delikatnie  masował  teraz  miejsce,  które  przed  chwilą 

kurczowo ściskał.  

– Dzięki Bogu, nie. Rozmawiałem wczoraj z Jackiem. Załatwi im specjalistę na przyszły 

tydzień.  Uda  się  zapewne  zawieźć  go  tam  razem  z  pielęgniarką  jednego  dnia,  a  zabrać  z 
powrotem  następnego.  Jeżeli  zajdzie  potrzeba,  wrócę  tam  jeszcze. Jack  będzie  musiał  tylko 
zmienić  harmonogram  dyżurów.  Zacząłem  leczenie  wszystkich  przypadków  jaglicy 
antybiotykami  i  kroplami  sulfonamidowymi,  ale  infekcja  będzie  się  dalej  rozprzestrzeniać, 
jeśli ci, którzy nie są jeszcze zarażeni, nie będą ściśle przestrzegać higieny.  

Słysząc determinację w jego głosie, uśmiechnęła się.  
–  Widzę,  że  odbierasz  to  jako  osobiste  wyzwanie  –  zażartowała  i  zobaczyła,  że  w  tej 

samej chwili się odprężył.  

Zniknęło gdzieś napięcie, na twarzy pojawił się uśmiech. Odsunął włosy z jej czoła, jakby 

chciał przyjrzeć jej się dokładniej.  

–  Bo  zawsze  interesowała  mnie  najbardziej  okulistyka.  –  Zamyślił  się,  szukając 

odpowiednich słów. – A jaglicy łatwo jest zapobiec – ciągnął po chwili. – Rokowania są także 
pomyślne.  Na  dobrą  sprawę  mogłoby  jej  już  w  ogóle  nie  być.  A  jednak  atakuje  ciągle 
najsłabszych i doprowadza do ślepoty, jeśli nie rozpocznie się kuracji we właściwym czasie.  

Wyczuwała wyraźnie, jak bardzo przejmował się losem tych najsłabszych, i za to właśnie 

go kochała.  

–  A  do  tego  wszystkiego  jest  co  najmniej  pięciu  pacjentów,  których  podejrzewam  o 

nagminne zapalenie wątroby, które także może wywołać epidemię. Dochodzi do tego około 
dziesięciu  przypadków  chorób wenerycznych, mnóstwo wrzodów tropikalnych i  wcale bym 
się  nie  zdziwił,  gdyby  jakieś  nieznane  bliżej  pasożyty  zakaziły  pozostałych  kilkunastu.  Są 
jeszcze dzieci z zapaleniem ucha, grzybicami i liszajcem. Zrobiłem prawie wszystkim analizy 

krwi. Wydaje się, że ci wszyscy ludzie cierpią na ogólne osłabienie organizmu. Nigdy jeszcze 
nie widziałem czegoś podobnego.  

Zdawał się tak przygnębiony, że zarzuciła mu ręce na szyję i mocno przytuliła.  
–  Jakoś  to  opanujesz  –  szepnęła.  –  Jestem  pewna,  że  potrafisz  to  zrobić.  Zwłaszcza  że 

background image

pomoże ci ten nowy pracownik.  

Musnął  wargami  jej  szyję  i  wtedy  wstrząsnął  nią  dreszcz.  Matt  nie  myślał  jednak  o 

pocałunkach, myślami był gdzie indziej.  

–  Tak,  Andrew  może  tam  dużo  zrobić  –  przytaknął.  –  To  twardy  facet,  a  przy  tym 

tajemniczy  człowiek.  Wydaje  się,  że  wziął  sobie  do  serca  losy  mieszkańców  Caltury  i 
postanowił nauczyć ich pilnowania własnych interesów.  

– Czy będą go słuchali? – spytała.  
– Sądzę, że sobie z nimi poradzi – odparł i uniósł jej głowę do góry.  
A potem usta ich się spotkały i przestali rozmawiać.  
Rano  nie  widzieli  się.  Claudia  przyszła  sama  do  bazy.  Sądziła,  że  Matta  wywołano 

wcześniej.  

– Tylko kawa może mnie uratować – powitał ją od progu Jack, który wyglądał na bardzo 

zmęczonego.  Musiał  siedzieć  przy  biurku  od  wielu  godzin.  –  Chętnie  bym  też  coś  zjadł  – 
dodał. – Mieliśmy okropną noc.  

–  Na  Ruthven  Road  był  wypadek  –  poinformowała  ją  Christa,  gdy  przyszła  zrobić 

Jackowi  kawę.  –  Mikrobus  pełen  turystów  skręcił  gwałtownie,  żeby  wyminąć  kangura,  i 
wpadł na drzewo.  

–  Jak  ich  znaleziono?  –  spytała  Claudia,  wiedząc,  że  w  całej  okolicy  nie  było  równie 

rzadko uczęszczanej drogi.  

– Mieli po prostu szczęście! – oznajmiła Christa. – Zauważyła ich inna grupa turystów. 

Zatrzymała  ich  awaria  silnika,  chcieli  potem  nadrobić  opóźnienie,  jechali  nocą  i  dostrzegli 
mikrobus w świetle reflektorów. Zawiadomili bazę przez radio, a my wysłaliśmy od razu dwa 
samoloty.  

– Dwa samoloty?! – Claudia zbladła z wrażenia.  
– Co ci jest? – zaniepokoiła się Christa.  
– Już nic – rzekła Claudia. – Wszystko  w porządku. Dużym  wysiłkiem woli  starała się 

odegnać  wspomnienia  z  przeszłości,  do  których  nie  chciała  wracać.  Szybko  przygotowała 
kawę, ale gdy stawiała tacę na biurku Jacka, ręce jej się nadal trzęsły. Kiedy spojrzał na nią, w 
jego wzroku spostrzegła zrozumienie.  

–  Tak  to  jest,  dziecko  –  powiedział  starszy  pan.  –  Nigdy  się  do  tego  nie  można 

przyzwyczaić. – Wziął ją za rękę i  trzymał  dopóty, dopóki  się nie uspokoiła. – Oczywiście 
najlepszym lekarstwem jest jak zawsze praca, a ja właśnie mam dla ciebie zajęcie! 

Wywrócił przy tym oczami do góry w tak śmieszny sposób, że mimo woli roześmiała się.  
– Wydaje się, że w Calturze są poważne kłopoty – poinformował ją. – Powinienem był 

przewidzieć, że tak będzie. – W oczach jego krył  się prawdziwy żal. –  Leonie zwolniła cię 
dzisiaj  z  obowiązków,  chciałbym  więc,  żebyś  wzięła  wszystkie  historie  chorób  z  Caltury  i 
dokładnie je przejrzała. Sam  właściwie nie wiem, czego szukam,  ale jestem  przekonany, że 
nam  to  wiele  wyjaśni.  Czy  mogłabyś  zrobić  wykres,  który  by  pokazywał,  jak  często  dana 
osoba zgłaszała się do przychodni? 

–  Oczywiście  posługując  się  komputerem?  –  upewniła  się,  zadowolona  z  wyzwania, 

któremu miała sprostać. – Czy zaznaczyć także powody, dla których pacjenci zgłaszali się do 

background image

przychodni?  Mogłabym  to  zrobić,  a  potem,  gdybyś  potrzebował  danych  dotyczących  na 
przykład jaglicy, łatwo by je było uzyskać.  

–  Naprawdę?  –  spytał,  uśmiechając  się  niewyraźnie.  Przypomniała  sobie,  że  Jack  także 

nie dowierzał komputerom, przedkładając nad nie dokumenty pisane.  

– Chętnie ci w tym pomogę – oświadczyła. – Czy mogę usiąść w pokoju radiooperatora? 
Były tam wielkie stoły i więcej monitorów niż w innych pokojach, tam więc zazwyczaj 

wprowadzano karty chorób do komputera.  

– Oczywiście – odrzekł z roztargnieniem, pochylony już nad górą papierów. Gdy zbierała 

się do wyjścia, uniósł jednak głowę i uśmiechnął się do niej. – Tak się cieszę, że zaczęłaś u 
nas pracować. – Urwał, po czym dodał: – Matt wróci pewnie koło jedenastej.  

Krew uderzyła jej do głowy. Pilnowali się bardzo, by nikt w pracy nic nie zauważył. Cóż 

można by zresztą zauważyć? Są po prostu dobrymi przyjaciółmi. No, gdyby nie te wieczorne 
pocałunki! 

– Widziałem was na plaży w niedzielę, ale nie puściłem nawet pary z ust, pamiętając, że 

żyjemy w wylęgarni plotek – wyjaśnił, zauważywszy jej pytający wzrok.  

–  Ależ  my  się  po  prostu  przyjaźnimy...  To  przecież  zwykły  kolega  z  pracy  –  zaczęła 

mówić  trochę  nieskładnie.  –  Nie  zna  tu  nikogo,  a  w  dodatku  jest  moim  bliskim  sąsiadem. 
Pokazywałam mu miasto...  

Jack uśmiechnął się do niej ciepło.  
– Pamiętaj, że to naprawdę dobry człowiek – powiedział, a potem znowu pochylił się nad 

papierami.  

Stanęła  w  korytarzu  i  trzy  razy  głęboko  zaczerpnęła  powietrza.  Jej  mama  zwalczała 

zawsze w ten sposób strach, zdenerwowanie, lęk i niepokój. Nic jej tym razem nie pomogło, 
ale  stojąc  tak  uświadomiła  sobie,  że  czekają  masa  pracy.  Szybkim  krokiem  poszła  więc  po 
potrzebną dokumentację.  

Jeden  rzut  oka  wystarczył  jej,  by  dojść  do  przekonania,  że  najprościej  będzie 

zaktualizować  karty  chorobowe  wszystkich  pacjentów  z  Caltury,  a  potem  ustalić  program, 
który by wybierał potrzebne informacje i ukazywał je w różny sposób.  

Czuła, że jest na dobrej drodze. Ucieszyło ją to tak bardzo, że poczuła przypływ energii i 

zabrała się od razu do pracy. Przypomniała sobie, jak mocno Matt przeżył wizytę w Calturze, 
a jednak postanowił zrobić wszystko, by sytuację poprawić. A ona może teraz pomóc w jego 
staraniach.  Stanowiło  to  dodatkowe  wyzwanie  i  niosło  z  sobą  radość  spotkania  przy 

wykonywaniu wspólnej pracy.  

– Obydwa samoloty wylądowały. Personel na służbie wraca do bazy. Personel, który ma 

dyżur telefoniczny, jedzie do domu odpocząć.  

Była  tak  zajęta  pracą,  że  słowa  radiooficera  przekazującego  komuś  dobre  wiadomości 

niemalże przeszły jej koło uszu. Kiedy odwróciła głowę od komputera, dostrzegła w pokoju 
Leonie.  Uśmiechnęła  się  do  niej.  Leonie  z  pewnością  wie,  skąd  ten  uśmiech.  Musi  przecież 
wiedzieć  wszystko,  co  wie  Jack,  ale  dzięki  Bogu  można  być  pewnym,  że  ani  on,  ani  ona 
nigdy nie zdradzą żadnego sekretu.  

Pani Cooper i Jack? 

background image

Co mnie tak zaskoczyło w tym zestawieniu? 
Co za głupi pomysł! – żachnęła się.  
Wzruszyła ramionami, zła na siebie, i powróciła do pracy. Po chwili usłyszała w pobliżu 

kroki i głosy. Personel medyczny wracał do bazy. Matt z pewnością poszedł prosto do domu. 
Przeczucie mówiło jej jednak, że to nieprawda.  

Pierwsza weszła do pokoju Susan. Twarz miała szarą z wyczerpania. Zaraz za nią wszedł 

Peter.  Oczy  miał  podkrążone,  twarz  spiętą  ze  zdenerwowania.  Na  końcu  szedł  Matt.  Robił 
wrażenie mniej zmęczonego, biło jednak od niego tak wielkie napięcie i zdenerwowanie, że 
Claudia miała wielką ochotę podejść i wziąć go za rękę.  

– Przynieś, proszę, coś do picia i do jedzenia – zwrócił się do niej Jack.  
Wiedziała  dobrze,  że  wysyła  ją,  by  nie  słyszała  makabrycznych  opowieści  o  wypadku. 

Poskładała starannie papiery i wyszła.  

– Pomogę ci.  
Usłyszała  głos  Marta  już  w  drzwiach,  a  potem  rozległy  się  za  nią  jego  szybkie  kroki. 

Czekała na niego w kuchence. Gdy wszedł, zamknęła drzwi i rzuciła się w jego wyciągnięte 
ramiona, tuląc go do siebie w milczeniu, jakby chciała przelać na niego swoją energię i ogrzać 

go, by powróciły mu siły.  

– Musiałem cię zobaczyć, dlatego tu  jestem,  ale pójdę się teraz trochę przespać. Potem 

przyjdę do szpitala. To byli wszystko młodzi turyści z Francji i Niemiec. Może się przydam 
jako tłumacz albo pomogę im nawiązać kontakt z rodzinami. Nie wiem sam, do czego będę 
potrzebny, ale czuję, że muszę tam iść.  

–  Oczywiście  –  zgodziła  się  –  tylko  się  przedtem  trochę  prześpij.  A  potem  może  byś 

przyszedł  na  kolację,  kiedy  uznasz,  że  można  ich  już  zostawić?  Ciotka  Stepha  chciała  cię 
zaprosić.  

Przytulił ją mocniej.  
– Zobaczymy się więc na kolacji – powiedział cicho i wypuścił ją z objęć.  
Podeszła do lodówki, wyjęła kanapki i ustawiła filiżanki na tacy. Matt nasypał kawę do 

dzbanka.  

– To... był straszny wypadek? – spytała.  
–  Dwóch  młodych  ludzi  znajdzie  się  na  oddziale  intensywnej  terapii,  jeżeli  oczywiście 

przeżyją  operację  –  odparł,  kiwając  w  zadumie  głową.  –  Obydwaj  odnieśli  urazy  głowy  i 
obrażenia wewnętrzne. Nie wiadomo jeszcze dokładnie jakie. Dwie dziewczyny, które spały 
w  czasie  wypadku,  odniosły  tylko  lekkie  obrażenia.  Jedna  z  nich  ma  złamany  obojczyk, 
przypuszczalnie też ramię i nadgarstek, druga doznała wstrząśnienia mózgu i jest pokaleczona 
szkłem.  

–  Czyli  obydwie  miały  szczęście?  –  Claudia  nalała  wrzątku  do  dzbanka,  czekając  na 

dalsze słowa Matta.  

– Tak, miały szczęście – powtórzył i z tacą skierował się do drzwi. – Pozostała dwójka, 

która siedziała pośrodku mikrobusu, ucierpiała najbardziej. Jeden ma uszkodzony kręgosłup, 
jest też podejrzenie złamania dolnej części klatki piersiowej i możliwe obrażenia wewnętrzne, 
a drugi ma złamanie kości udowej, a także ciężkie wstrząśnienie mózgu.  

background image

Otworzyła przed nim drzwi do pokoju, a potem weszła sama. Zorientowała się po chwili, 

że zebrani omawiają stan pacjenta z uszkodzeniem kręgosłupa.  

–  Masz  zamiar  tu  zostać  i  słuchać  tego  wszystkiego?  –  spytał  Jack.  –  Zrobisz,  jak 

zechcesz, ale może zostaniesz, skoro siedzisz teraz przy komputerze.  

Przyglądał jej się badawczo, a ona wiedziała, że próbuje się w ten sposób dowiedzieć, czy 

jest  już  na  tyle  silna,  by  zapomnieć  o  własnych  tragicznych  przeżyciach.  No  właśnie, 
pomyślała. Czy jestem już na to dosyć silna? Wiedziała, że musi odpowiedzieć od razu, zanim 
obecni dostrzegą w jej głosie wahanie.  

–  Zostanę...  –  mruknęła  i  zasiadła  przy  swoim  stole.  Matt  nalewał  kawę  i  częstował 

kanapkami.  

–  Ciekaw  jestem,  czy  są  jakieś  nowe  metody  unieruchamiania  pacjentów  z  urazem 

kręgosłupa, zanim się ich nie wydobędzie z pojazdu, w którym ulegli wypadkowi? – zapytał 
Peter. – Jestem przekonany, że można wtedy zmniejszyć ryzyko dalszych uszkodzeń.  

Susan opisała dokładnie, jak wyjmowali poszkodowanego, a Claudia pomyślała, że wiele 

by  dała  za  to,  by  się  dowiedzieć,  czy  tak  właśnie  wyjmowano  jej  matkę  z  rozbitego 

samochodu.  

–  W  Stanach  Zjednoczonych,  jeszcze  w  tym  roku,  ma  się  odbyć  konferencja  na  temat 

opieki nad pacjentem bezpośrednio po wypadku – zwrócił się Jack do Petera. – Wydaje mi 
się, że ktoś z nas powinien wziąć w niej udział. Co o tym myślisz? Staramy się wprawdzie 
zawsze śledzić, co się dzieje w tej dziedzinie i mamy też najnowszy sprzęt, ale udział w takiej 
konferencji  może  dostarczyć  najświeższych  informacji  i  umożliwić  porównanie  z 
osiągnięciami innych ośrodków.  

Peter  potakiwał  z  zainteresowaniem,  a  Susan  zaczęła  rozmowę  o  następnym  pacjencie. 

Gdy  skończyli,  Matt  wstał  i  wyszedł,  uśmiechając  się  do  Claudii  na  pożegnanie.  Ona  zaś 
rozłożyła znowu dokumentację z Caltury i zabrała się do pracy. Wychodząc, Jack przystanął 
na chwilę przy jej stole i dotknął delikatnie jej ramienia.  

– Czy wszystko w porządku? – zapytał cicho, a ona uśmiechnęła się do niego przez łzy, 

które niespodziewanie napłynęły jej do oczu.  

Mama  ma  rację!  –  powiedziała  sobie  stanowczo.  Już  czas,  by  zapomnieć  o  przeszłości. 

Najlepszym na to dowodem są moje głupie łzy.  

–  Liczba  pacjentów  spadła,  zanim  James  zaczął  pracować  –  powiedziała  opanowanym 

głosem. Chciała pokazać Jackowi, że ma do czynienia z zupełnie inną Claudią.  

– Przecież wystarczyłoby obejrzeć rejestr pacjentów na dany dzień. Widać, że zapisałaś 

zaledwie pół strony, gdy normalnie wypełniasz całą, a nawet zaczynasz następną.  

– To wcale nie jest takie proste! Zobacz! 
Leonie podeszła do nich i stanęła przy Jacku. Razem wpatrywali się w ekran.  
– Spójrzcie na te nazwiska. To ostatnia wizyta w Calturze tego lekarza, który pracował 

przed  Jamesem.  –  Claudia  weszła  do  rejestru  pacjentów  zapisanych  w  dniu  jego  wizyty  i 
podkreśliła  ponad  połowę  nazwisk.  –  Ci  ludzie  nie  są  mieszkańcami  Caltury.  Byli  w 
przychodni po raz pierwszy i chociaż mamy historie ich choroby na twardym dysku, nie ma 
po nich śladu w komputerze.  

background image

–  To  znaczy,  że  byli  to  turyści  –  oświadczył  Jack,  wpatrując  się  w  ekran,  jakby 

spodziewał się jeszcze czegoś dowiedzieć. – Nie tak dawno odbywał się w Calturze festiwal 
tańca. Z pewnością były tam wtedy setki turystów, a wśród nich zapewne znalazło się sporo 
pacjentów.  

Claudia znowu nacisnęła kilka klawiszy.  
– A tak było w tydzień potem – powiedziała, pokazując jeszcze krótszą listę. – To była 

pierwsza  wizyta  Jamesa,  a  podczas  pierwszej  wizyty  bywa  zwykle  mniej  pacjentów.  Przy 
następnej wizycie lista powiększa się wprawdzie do pełnej strony, ale wystarczy wykreślić te 
oto  nazwiska  i  znowu  liczba  pacjentów  maleje.  A  te  nazwiska  to  lista  dzieci,  które 
przyjechały na wycieczkę i uległy zatruciu pokarmowemu.  

Jack  wyprostował  się  i  pokiwał  głową.  Wyglądał  na  zmęczonego  i  był  najwyraźniej 

zdenerwowany. Claudia domyśliła się, że czuje się winny.  

–  Przecież  nie  ponosisz  odpowiedzialności  za  ciągłe  zmiany  lekarzy  –  tłumaczyła  mu 

Leonie.  –  Robisz,  co  możesz,  żeby  zapewnić  tego  samego  lekarza  w  danej  przychodni, 
właśnie dlatego, żeby nic podobnego się nie wydarzyło.  

–  Tak,  ale  wiele  zależy  jeszcze  od  naszych  pomocników  –  odparł.  –  Muszą  pilnować 

stałych  pacjentów,  żeby  zgłaszali  się  do  przychodni,  ale  ich  najważniejsze  obowiązki  to 
sprawdzanie, czy biorą leki i czy przestrzegają zasad higieny. Zdaję sobie oczywiście sprawę, 
że  nie  mogą  dokonać  cudów,  ale  większość  z  nich  jest  w  stanie  dopilnować  zażywania 
lekarstw.  

– O świcie i gdy zapada zmierzch! – wtrąciła Leonie z uśmiechem, a Claudia spojrzała na 

nią zdziwiona.  

– Ona sobie ze mnie kpi – wyjaśnił Jack. – Kiedy byłem świeżo upieczonym lekarzem i 

odbyłem jedną z pierwszych wizyt w jakiejś dalekiej osadzie, myślałem, że zegary i zegarki, 
które wszędzie widziałem, pełnią taką samą funkcję jak w naszej kulturze.  

– No właśnie – przerwała mu Leonie. – I przepisywał wobec tego pigułki, które należało 

brać  co  cztery  lub  co  sześć  godzin,  albo  trzy  razy  dziennie.  A  gdy  już  to  zrobił,  odlatywał 
sobie, bardzo z siebie zadowolony.  

Claudia nadal nie rozumiała.  
– Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że to zupełnie inna kultura, inny świat – tłumaczył Jack. 

– W dodatku światem tym z pewnością nie rządzi zegar. Zegary na ścianie pełnią inną rolę niż 
u  nas.  Mają  one  jedynie  świadczyć  o  zamożności  właściciela.  Podobnie  z  zegarkami,  które 
ludzie  tu  noszą  jak  biżuterię.  Mają  też  zupełnie  inne  poczucie  czasu.  W  ich  świadomości 
istnieje jedynie świt i zmierzch.  

Westchnął, a potem uśmiechnął się.  
– Ale nawet wtedy, gdy już znalazłem inne pigułki i mikstury, które można zażywać dwa 

razy dziennie, okazało się, że nie ma żadnej pewności, że ci ludzie je przyjmą.  

Przerzucił stos papierów na stole.  
– Przygotuj mi, proszę, listę pacjentów, którzy przychodzili do lekarza w przychodni co 

dwa  tygodnie,  zanim  się  zaczęła  ta  cała  historia,  a  także  listę  tych,  którzy  przychodzili  co 
miesiąc.  

background image

Zwrócił się potem do Leonie: 
–  Czy  można  by  zmienić  plan  dyżurów  tak,  żeby  Mart  mógł  tam  polecieć  znowu  w 

przyszły poniedziałek? Tylko na jeden dzień? Nawiązałem kontakt z okulistą, który chętnie z 
nim pojedzie.  

Wychodząc  razem  z  Leonie  z  pokoju,  podziękował  Claudii,  klepiąc  ją  przyjaźnie  po 

ramieniu, i odwrócił się jeszcze do Katie, która siedziała w kącie pokoju.  

– Kiedy już Claudia sporządzi te listy, połącz mnie, proszę, z Andrew Welshem z Caltury. 

Chciałbym z nim porozmawiać.  

Claudia zasiadła znowu przy komputerze. Wprowadzała teraz informacje, które miały jej 

pozwolić  na  sporządzenie  list,  o  jakie  prosił  Jack.  Nigdy  jeszcze  nie  czuła  się  tak  bardzo 
związana  z  pracą  jak  teraz.  A  przecież  nie  pierwszy  raz  zajmowała  się  wprowadzaniem  do 
komputera medycznych informacji.  

W pewnej chwili wydało jej się, że na ekranie pojawiła się zmęczona twarz Matta. Czy 

dlatego, że wykonywała pracę bezpośrednio z nim związaną? 

Pracować razem! I latać razem! 
O tym przecież marzyli z Danielem, gdy bawili się w dzieciństwie, wypatrując na niebie 

samolotów służby zdrowia. On miał być lekarzem, a ona pielęgniarką. Tak mówił jej, gdy ona 
nie  bardzo  jeszcze  wiedziała,  co  to  jest  pielęgniarka.  On  sam  dowiedział  się  o  powietrznej 
służbie  medycznej  od  wuja,  który  służył  w  niej  w  latach  młodości  i  opowiadał,  jak  się 
lądowało gdzieś na odludziu, w miejscu, które wyznaczało światło naftowych lamp.  

Na ekranie pojawiać się zaczęły poszukiwane nazwiska, a ją ogarnął żal. Po raz pierwszy 

jednak w żalu tym nie krył się ból, który tak długo nosiła w sercu. Daniel należał do świata jej 
dzieciństwa. Mieszkali blisko siebie, był więc jej najlepszym przyjacielem. Potem stopniowo 
zrodziła  się  z  tego  miłość.  Ich  pierwsza  miłość,  której  towarzyszyły  pierwsze  nieśmiałe 
pocałunki pod drzewami mango.  

– Czy to są te listy, na które czeka Jack? – spytała Katie, słysząc stukot drukarki.  
Claudia  przytaknęła.  Gdy  zbliżała  się  do  drukarki,  zadzwonił  telefon.  Katie  podniosła 

słuchawkę.  

– Czy Matt poszedł do domu? – spytała Katie.  
Claudia kiwnęła potakująco głową, a jej serce ścisnęło się.  
Miała ochotę krzyknąć, by go nie budzono. Przecież po takiej nocy musi się teraz wyspać. 

Katie zanotowała coś na kartce papieru.  

–  Jeden  z  pacjentów  chciałby  z  Mattem  porozmawiać  –  wyjaśniła  –  ale  można  z  tym 

poczekać – dodała.  

Claudia  uśmiechnęła  się  z  wdzięcznością.  Katie,  tak  zresztą  jak  cały  personel  w  bazie, 

uważała, że do jej obowiązków należy oszczędzanie lekarzy, by mogli jak najlepiej wypełniać 
swe obowiązki.  

Wzięła  obydwie  listy  i  skierowała  się  do  pokoju  Jacka.  Myślami  jednak  była  gdzie 

indziej.  

Pożegnała  się  ostatecznie  z  Danielem.  Czy  wpłynie  to  w  jakikolwiek  sposób  na  jej 

stosunek  do  Matta?  Wzruszyła  ramionami.  A  dlaczego  by  miało  tak  być?  Nic  się  przecież 

background image

właściwie  nie  zmieniło.  Matka  była  i  jest  inwalidką  poruszającą  się  na  wózku.  Claudia 
zgodziła się wprawdzie spędzić na jej prośbę najbliższy rok w mieście, ale nadal uważała, że 
opieka nad matką do niej właśnie należy.  

Co z tego, że jest Australijką już w czwartym pokoleniu? Jej włoskie korzenie są na tyle 

silne, że rozumiała, iż będąc jedyną córką w rodzinie, musi zapewnić matce opiekę.  

Westchnęła i zaraz się poprawiła. To nie jest tylko poczucie obowiązku, to jest miłość! 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Przechodząc  w  drodze  do  szpitala  koło  domu  ciotki  Stephy,  Matt  uśmiechnął  się.  Tak 

szybko  został  niemal  członkiem  rodziny.  Ciotka  Claudii  uznała  go  za  swego  przybranego 
siostrzeńca, a on polubił ją za zdrowy rozsądek i bezpośredniość.  

Ani się obejrzałem, pomyślał, jak polubiłem Claudię. Czy też pokochałem Claudię? 
Jeszcze do wczoraj był przekonany, że czuje do niej po prostu wielką sympatię, ale dziś 

rano ogarnęła  go niespodziewanie przemożna chęć zobaczenia jej za wszelką cenę. Poszedł 
więc do bazy, mimo że powinien był wrócić do domu, by się przespać.  

I usłyszał, jak Jack pyta ją, czy zechce być obecna, gdy oni będą rozmawiać o wypadku. 

A  pytał  w  taki  sposób,  że  Matt  poczuł,  jak  ściska  mu  się  serce.  Zrozumiał  bowiem,  że  w 
przeszłości Claudii kryje się jakaś tragedia.  

Przyspieszył  kroku,  starając  się  odegnać  od  siebie  te  myśli.  Nawet  gdyby  się  zakochał, 

cóż  by  to  zmieniło?  Claudia  związana  jest  z  Australią,  a  on  zaplanował  swe  życie  tak 
dokładnie, że trudno byłoby mu zboczyć z obranej drogi.  

Młoda kobieta pracująca w recepcji musiała już na niego czekać od dawna.  
– Pan doktor Laurant? – spytała, gdy tylko wszedł do holu i nie czekając na odpowiedź, 

dodała:  –  Siostra  Cleeves  prosiła,  żebym  skierowała  pana  od  razu  na  oddział  intensywnej 
terapii.  

Coś się musiało stać jednemu z najciężej rannych? 
Podziękował  i  poszedł  w  kierunku  windy.  Znał  dobrze  drogę,  bywał  tu  przecież  z 

Claudią.  Pierwszy  raz  jednak  był  na  tym  piętrze.  Oddział  intensywnej  terapii  wydał  mu  się 
znajomy, bo we wszystkich szpitalach są na tych oddziałach takie same monitory, separatki o 
przeszklonych  ścianach,  a  wreszcie  pielęgniarki  wpatrzone  w  ekrany,  czuwające  nad 
bezpieczeństwem pacjentów.  

Na znak dany przez pielęgniarkę wszedł do jednej z separatek. Znalazł się w oazie ciszy i 

spokoju. Monitory były na swoim miejscu, ale pracowały wyjątkowo cicho. Śmiertelnie blady 
kierowca  mikrobusu  leżał  nieruchomo  na  łóżku,  a  skomplikowane  mechanizmy  zajmowały 
się  dostarczeniem  powietrza  jego  płucom,  podtrzymywały  pracę  serca,  przetaczały  płyny  i 
lekarstwa do żył i kontrolowały funkcjonowanie mózgu.  

–  Nastąpiło  zahamowanie  wytwarzania  moczu  –  poinformowała  go  pielęgniarka.  – 

Doktor  Warren  zlecił  infuzję  płynów,  a  następnie  wlew  dożylny  lasiksu,  ale  nie  dało  to 
rezultatu. Zaraz tu przyjdzie, ale krzywa elektrokardiogramu zmieniła się w równą kreskę.  

Matt poznał w niej jedną z pielęgniarek, którą przedstawił mu Peter podczas lunchu. Nie 

było jednak teraz czasu na towarzyskie rozmowy. Monitory dawały znać, że młody człowiek 
przegrywa walkę ze śmiercią.  

– Dziewczyna z urazami kręgosłupa jest na oddziale czwartym A – mówiła pospiesznie 

pielęgniarka. – Dostała dużą ilość leków uspokajających, ale to nie pomaga. To narzeczona 
tego chłopaka. Czy mógłby pan do niej pójść? Może trzeba z nią porozmawiać? Wolno panu 
powiedzieć, że go pan widział, ale nic więcej – ostrzegła.  

background image

Janet  Cleeves!  Dopiero  teraz  przypomniał  sobie  nazwisko  i  imię  pielęgniarki.  Nie  znał 

jednak nazwiska rannego kierowcy.  

Poszedł więc na oddział czwarty A, gdzie leżała dziewczyna o długich, jasnych włosach, 

wodząc dookoła nie widzącymi oczami koloru bławatków. Jej ręce niespokojnie poruszały się 
na kołdrze, jakby czegoś szukały.  

– Chcę go zobaczyć – szepnęła.  
Matt wziął ją za rękę i usiadł przy łóżku.  
–  Widziałem  go  przed  chwilą  –  powiedział  cicho.  Dziewczyna  mówiła  po  niemiecku, 

więc  i  on  odezwał  się  w  tym  języku,  mając  nadzieję,  że  dziewczyna  go  zrozumie.  –  Jest 
naprawdę pod dobrą opieką – zapewnił.  

Kłamstwo przychodziło mu z trudem, ale widział, że dziewczyna nie jest przytomna i że 

nie będzie nic pamiętała, gdy dojdzie do siebie. Trzeba ją teraz uspokoić, by zapadła w sen.  

–  Jak  tu  spokojnie  –  mówił  cicho,  gładząc  delikatnie  jej  rękę.  –  Oddziały  intensywnej 

terapii  są  na  ogół  hałaśliwe,  pełne  ruchu  i  gwaru.  Tutejszy  personel  zrozumiał  jednak,  że 
bywa to nie do zniesienia dla pacjentów. Światła są przyćmione, we wszystkich urządzeniach 
pozakładano tłumiki, zupełnie nie słychać ich pracy.  

Ręce  chorej  znieruchomiały.  On  jednak  mówił  dalej,  świadomie  nie  wykraczając  poza 

sprawy techniczne, gdyż bał się jakimś nieopatrznym słowem wzbudzić jej niepokój. Odniósł 
w końcu wrażenie, że zasnęła, gdy jednak spróbował wyswobodzić rękę, jej palce zacisnęły 
się kurczowo na jego dłoni.  

–  Pracowałem  kiedyś  w  szpitalu  w  Hamburgu  –  ciągnął  więc.  –  Teraz,  gdy  wszystko 

zostało odbudowane, to naprawdę piękne miasto.  

Wspomnienia z Hamburga przerwało mu wejście siostry, która stanęła koło łóżka.  
– Pan jest jej znajomym? – spytała zdziwiona i wzięła dziewczynę za rękę, by zbadać jej 

tętno.  

–  Jestem  lekarzem  –  odparł  –  ale  nie  przyszedłem  tu  jako  lekarz.  Znam  po  prostu 

francuski i niemiecki i myślałem, że uda mi się w czymś pomóc.  

–  Z  pewnością  się  panu  udało  –  odrzekła  kobieta.  –  Ona  była  w  takim  stanie,  że 

myśleliśmy o zwiększeniu dawki środków uspokajających. Doktor się jednak sprzeciwił, bo 
miała wstrząs mózgu.  

Rozmowa nie przeszkadzała jej w wykonywaniu zwykłych czynności. Mierzyła ciśnienie, 

uzupełniała dane na karcie.  

– Pan jest nowym lekarzem w służbie powietrznej? – spytała. – Mówiono mi niedawno, 

że dla odmiany zaczął u nich pracować Francuz.  

– Dla odmiany? – zdziwił się Matt.  
–  Zawsze  mieli  lekarzy  z  Anglii  i  Irlandii,  nigdy  jednak  nie  słyszałam  o  Francuzie  – 

odparła  z  powątpiewaniem  w  głosie,  tak  jakby  uprawnienia  lekarza  francuskiego  nie 
wzbudzały w niej zaufania.  

– Studiowałem w Anglii wyłącznie z powodów rodzinnych – zapewnił – a nie dlatego, że 

studia  we  Francji  są  na  niższym  poziomie.  Od  lat  już  istnieje  porozumienie  pomiędzy 
Zjednoczonym Królestwem i Australią w sprawie wymiany lekarzy.  Lekarze innych krajów 

background image

czekają  jednak  bardzo  długo  na  pozwolenie  wykonywania  zawodu  w  Australii,  może  więc 
dlatego tak niewielu europejskich lekarzy pracuje w służbie powietrznej.  

Pielęgniarkę zadowoliła ta odpowiedź, bo pokiwała ze zrozumieniem głową.  
–  Na  naszym  oddziale  leżą  jeszcze  dwie  dziewczyny,  które  przywieźliście  z  tego 

wypadku – powiedziała. – Czy zechce je pan zobaczyć? 

Spojrzał  na  zegarek.  Ciotka  Stepha  podawała  kolację  punktualnie  o  wpół  do  siódmej, 

chcąc dostosować się do Claudii, która spieszyła się do szpitala.  

Claudia! Przecież nie mogę teraz o niej myśleć! 
–  Dobrze  –  zgodził  się.  –  Wpadnę  do  nich  na  chwilkę,  a  potem  przyjdę  jeszcze  raz  w 

godzinach normalnych wizyt.  

Szczupła, ciemnowłosa dziewczyna, którą pomagał wydobyć z wraku samochodu, miała 

rękę  w  gipsie  od  łokcia  po  nadgarstek.  Podejrzewano  pęknięcie  obojczyka,  a  ponieważ 
dziewczyna spała, ręka została przymocowana do ciała, by zapobiec jakimkolwiek ruchom.  

Poczuł na sobie wzrok trzeciej dziewczyny, która leżała w sąsiednim łóżku. Odwrócił się 

i dojrzał plątaninę szwów na jej twarzy przykrytej cienką gazą.  

– Nazywam się Matt Laurant – przedstawił się po niemiecku, wyciągając do niej rękę. – 

Jak się pani czuje? 

W jasnobrązowych oczach młodej  kobiety zalśniły łzy. Opuchnięte powieki  mówiły, że 

płakała od dłuższego czasu. Ta dziewczyna najmniej ucierpiała w wypadku, z pewnością więc 
zdaje  sobie  sprawę  ze  stanu,  w  jakim  znajdują  się  jej  przyjaciele,  i  nie  potrafi  ukryć 
zdenerwowania, pomyślał ze współczuciem.  

–  Niech  pan  na  mnie  tylko  popatrzy!  –  zawołała  histerycznie.  Mówiła  po  niemiecku  z 

wyraźnym obcym akcentem. – Niech pan się przyjrzy mojej twarzy! 

Udał, że nie zauważył jej rozpaczy i zapytał: 
– Czy pani jest Francuzką? Mówiono mi, że w waszej grupie są Niemcy i Francuzi.  
–  Jestem  Szwajcarką  –  burknęła.  –  Ale  niech  pan  lepiej  spojrzy  na  mnie!  Niech  pan 

zobaczy,  co  zrobili  ze  mną  w  tym  koszmarnym  szpitalu.  –  Mówiła  teraz  po  francusku. 
Wyrzucała z siebie słowa z nienawiścią, która wprawiła go w osłupienie. – Nie mieli prawa 
mnie tutaj operować! – krzyczała. – Powinni mnie byli od razu odesłać do domu. Zapłaciłby 
za  to  mój  ojciec  albo  ubezpieczenie.  A  tak  dobrali  się  do  mnie  jacyś  rzeźnicy  ze  szpitala  w 

buszu.  

Matt  starał  się  opanować,  ciesząc  się  przy  tym,  że  kobieta  nie  jest  Francuzką,  zaraz 

jednak powiedział sobie, że w każdym kraju bywają ludzie o podobnie trudnych charakterach. 
Nie pomogło to jednak wiele i czuł, jak wzbiera w nim złość.  

Pamiętał,  jak  badał  ją  po  wydobyciu  z  rozbitego  samochodu  i  jak  dziękował  Bogu,  że 

chociaż jedna osoba wyszła z wypadku obronną ręką, gdyż nie groziło jej kalectwo. A Peter, 
zajęty tymi, którzy naprawdę potrzebowali pomocy, poprosił Allyshę, by położyła na twarzy 
dziewczyny nawilgocone opatrunki, które miały ułatwić przyszłe leczenie uszkodzonej skóry.  

Zdając sobie sprawę, czym będą dla młodej kobiety blizny na twarzy, Peter robił potem 

co  mógł  podczas  operacji,  by  zostawić  jak  najmniejsze  ślady,  i  zastanawiał  się  już  nad 
przyszłym zabiegiem, którego dokona chirurg plastyczny.  

background image

A tymczasem Matt miał przed sobą kobietę, która skarżyła się głośno na fatalną opiekę.  
–  Chirurdzy,  których  tu  spotkałem,  są  równie  biegli  jak  ich  koledzy,  z  którymi 

pracowałem w innych krajach – powiedział stanowczo, nie zdradzając przy tym, że sam nie 
był  specjalistą  w  dziedzinie  chirurgii  plastycznej.  –  Oczywiście  teraz  widać  okaleczenie  na 
pani  twarzy –  dodał. –  Za parę dni  będzie to  wyglądało  jeszcze gorzej, pojawią się przecież 
ślady  potłuczenia,  żółte  i  czerwone  plamy...  –  Mówił  to  z  prawdziwą  przyjemnością,  chcąc 
dociąć  rozkapryszonej  dziewczynie.  –  Ale  potem  blizny  znikną,  rany  są  bowiem 
powierzchowne.  

–  A  skąd  pan  to  wie?  –  spytała.  –  Omal  się  nie  wykrwawiłam  na  śmierć  podczas 

wypadku, ale ludzie, którzy przyjechali, nie zwrócili nawet na mnie uwagi – poskarżyła się.  

– Czy rozmawiała pani z nimi? – spytał zdumiony, bo gdy przyjechał, była nieprzytomna 

i jęczała.  

–  Oczywiście!  Prosiłam,  żeby  mi  pomogli  wyjść.  Musiała  więc  poruszać  nogami, 

pomyślał.  Turyści,  którzy  znaleźli  rozbity  samochód,  stosowali  się  do  ogólnie  znanych 
zaleceń  zakazujących  ruszania  rannych  z  obrażeniami  kręgosłupa.  Pozostawili  więc  ofiary 
wypadku na ich miejscach, przypięte pasami. Pilnowali tylko, by nikt nie zmarzł i czekając na 

pomoc, starali się powstrzymać krwawienie ran.  

– Przyjdę tu jeszcze – obiecał dziewczynie, która do tej pory mu się nie przedstawiła. – 

Może coś pani przynieść? Gazetę? 

– Telefon komórkowy – odparła. – Miałam go z sobą, ale skąd mogę wiedzieć, gdzie są 

teraz moje rzeczy? Jeżeli mi coś zginęło, dam znać na policję. Słyszałam już o kradzieżach na 
miejscu wypadku – dodała. – Łatwo będzie znaleźć złodzieja. To mógł być tylko ktoś z tych 

ludzi, którzy nas znaleźli, albo ktoś z pogotowia.  

Gdy  usłyszał  uwagę  na  temat  nieuczciwości  personelu  medycznego,  z  najwyższym 

trudem się pohamował, by nie przywołać jej do porządku.  

–  Może  uda  mi  się  czegoś  dowiedzieć  o  losach  pani  bagażu  –  powiedział  i  szybko 

wyszedł z pokoju, zastanawiając się, jak można wytrzymać z podobną kobietą.  

Starał sieją jednak usprawiedliwić. Niewykluczone przecież, że jej zachowanie może być 

rezultatem wstrząsu. W tej samej jednak chwili uprzytomnił sobie, że ani razu nie zapytała o 
stan zdrowia swoich towarzyszy, i poczuł do niej jeszcze większą niechęć.  

Zastanawiał  się,  czy  dziewczyna  nie  ma  przypadkiem  krwiaka  nadtwardówkowego. 

Powiedział  o  tym  w  pokoju  sióstr,  dodając,  że  po  wypadku  była  chwila,  gdy  była  zupełnie 
przytomna.  

–  Wszystkie  kobiety  są  pod  stałą  obserwacją  –  zapewniły  go  siostry.  –  Ona  jest 

przytomna od pierwszej chwili, gdy tylko ją do nas przywieziono.  

Mówiły  o  tym  takim  tonem,  że  wydało  mu  się  nawet,  iż  jedna  z  nich  wtrąciła  słowo 

„niestety”.  

– Mówi całkiem dobrze po angielsku i skarżyła się już na wszystko: wygląd, zaginięcie 

bagażu, ból twarzy i fatalną obsługę – wyjaśniła siostra przełożona. – Nic jednak nie mówiła 
o bólu głowy.  

Jak się okazało, bagaż przywieziony przez personel służby powietrznej znajdował się na 

background image

policji.  Trzy  kobiety  i  jeden  z  mężczyzn  zostali  zidentyfikowani  dzięki  znalezionym 

paszportom. Jak mówiły pielęgniarki, nie udało się tylko ustalić tożsamości dwóch mężczyzn, 

którzy zajmowali przednie siedzenia. Obydwaj znajdowali się na oddziale intensywnej terapii.  

–  Oby  się  to  dobrze  dla  nich  skończyło  –  powiedział  cicho,  wychodząc  z  oddziału. 

Spieszył  się  bardzo.  Chciał  na  chwilę  zapomnieć  o  troskach  innych  ludzi  i  spędzić  czas  z 
Claudią.  

 
Usłyszała jego kroki na schodach i pobiegła zobaczyć, czy doszedł do siebie po ostatnich 

przeżyciach. Spotkali się na werandzie i przytulili do siebie. Claudia nie opierała się wcale. 
Ich usta spotkały się znowu, zapewniając o uczuciu i przyjaźni.  

Czy również o miłości? 
– Wyspałeś się troszkę? Byłeś już w szpitalu? Dzwoniłam tam i powiedziano mi, że jeden 

z pacjentów z intensywnej terapii pewnie umrze.  

Wysunęła się lekko z jego objęć, ale była nadal blisko, trzymając ręce na jego biodrach. 

W jej głowie huczało, nie mogła pozbierać myśli, miała ochotę płakać. Wszystko przyszło tak 
nagle:  przyjazd  Matta,  pojawienie  się  nie  znanych  jej  dotąd  uczuć,  a  teraz  ten  straszny 

wypadek. Przeszłość zdawała się odchodzić w niepamięć, ale wypadek rzucał cień na radość 

spotkania z Mattem.  

Przyciągnął ją bliżej do siebie, a ona zastanawiała się, czy mógł poznać po głosie, co się z 

nią dzieje.  

–  Pomyśl  tylko  –  powiedział.  – Jeśli  udało  nam  się  uratować  pięć  osób,  to  oznacza,  że 

oszczędziliśmy pięciu rodzinom bólu i rozpaczy.  

Patrzył  na  nią.  Próbowała  się  uśmiechnąć  i  udawała,  że  wszystko  jest  w  porządku,  on 

jednak  domyślił  się,  że  to  nieprawda.  Odgarnął  jej  włosy  z  czoła  i  dotknął  palcem  długiej 
blizny, biegnącej ponad lewą skronią w kierunku ucha.  

–  To  był  wypadek  samochodowy?  –  zapytał,  a  ona  przytaknęła.  –  Możesz  mi  o  nim 

opowiedzieć? 

– Jeszcze nie teraz – szepnęła. – Chodźmy na kolację. Muszę przecież jeszcze odbyć moje 

wizyty. Ty już masz to za sobą.  

Mówiła  to  wszystko  niefrasobliwym  tonem,  ale  przypatrywała  mu  się  bardzo  uważnie. 

Zastanawiała  się,  czy  nie  jest  zmęczony  tym  wszystkim:  cały  dzień  w  pracy,  a  potem 
wieczorne wizyty w szpitalu.  

–  Pójdę  z  tobą  –  powiedział.  Jego  głos  podziałał  na  nią  jak  balsam.  Czuła  się  tak,  jak 

wtedy, gdy ją całował. – Chcę ich jeszcze zobaczyć.  

Coś ją zaniepokoiło w jego głosie. Czy wszystko wygląda gorzej, niż myślała? W drodze 

do kuchni trzymała go za rękę. Dodawała mu w ten sposób otuchy, której nie była w stanie 
przekazać słowami.  

–  Masz  w  tym  tygodniu  dyżur,  czy  jesteś  tylko  pod  telefonem?  –  zapytała  ciotka,  gdy 

zasiedli do stołu.  

– Pod telefonem – odparł. – Dlaczego pytasz, ciociu? 
–  Mam  dwa  bilety  do  teatru  –  oznajmiła,  przystępując  swoim  zwyczajem  od  razu  do 

background image

rzeczy. – Na sobotę wieczorem. Może się wybierzesz z Claudią? Dyżur pod telefonem można 
sprawować wszędzie, nawet w teatrze.  

Zanim  Claudia  zebrała  się  na  odwagę,  by  zaprotestować  przeciw  urządzaniu  jej  życia, 

Matt spytał: 

– Co to za teatr? 
– To właściwie amfiteatr, daleko od plaży. Był tam stary kamieniołom, aż wreszcie gmina 

wpadła  na  pomysł,  żeby  coś  z  tym  zrobić.  No  i  zbudowali  teatr  pod  otwartym  niebem. 
Oczywiście  najlepiej  zdaje  to  egzamin  w  zimie,  gdy  tak  często  nie  pada,  ale  uważam,  że 
huragan  czy  deszcz  mogą  tylko  dodać  realistycznych  efektów  takim  sztukom  jak  „Makbet” 
czy „Burza”.  

– Ciocia zajmowała się planowaniem krajobrazu całego nabrzeża – odezwała się Claudia.  
–  To  wspaniały  pomysł.  Chętnie  pójdę  –  podziękował  Matt,  przekonany,  że  Claudia 

podziela jego entuzjazm.  

Uśmiechnęła  się  także.  Miło  będzie  wybrać  się  gdzieś  z  Mattem,  pomyślała.  On  zaś 

zwrócił się do ciotki, wypytując o planowanie krajobrazu. Potem cały zamienił się w słuch. 
Nie mogła oderwać od niego oczu. Opalił się trochę, pojaśniały mu też włosy i brwi.  

Przypomniała sobie dotyk jego policzka. Dziś rano, gdy był nie ogolony, czuła wyraźnie 

szorstki  zarost.  Przed  chwilą  jego  twarz  była  miękka  i  delikatna.  Tak  bardzo  chciała  znów 
dotknąć jego skóry, jednocześnie jednak ogarnął ją wstyd. Starała się więc odegnać od siebie 
te  myśli.  Wystarczyło  jednak,  że  znowu  spojrzała  na  niego,  by  wróciły.  Ciekawe,  czy  on 
myśli o mnie w ten sam sposób? 

– Lepiej już chodźmy.  
Słysząc  jego  głos,  zerwała  się  na  równe  nogi.  Dotarło  do  niej,  że  siedziała  przy  stole 

nieobecna duchem, nie wiedząc, co dzieje się wokół.  

Gdy  wracali  potem  ze  szpitala,  powiedział  jej  o  śmierci  młodego  kierowcy  i  rozpaczy 

dziewczyny, która go kochała.  

Nadeszła  pora,  by  opowiedzieć  mu  wszystko.  O  wypadku  i  o  Danielu,  o  matce  i  o 

Anthonym.  Zastanawiała  się,  jak  zacząć,  ale  nic  nie  przychodziło  jej  do  głowy.  Trzymała 
więc go mocno za rękę, a gdy weszli na werandę i zaczął ją całować, oddawała mu pocałunki 
z zapamiętaniem i determinacją, o jakie się nawet nie podejrzewała.  

Ogarnęło  ich  gwałtowne,  niepohamowane  pożądanie.  Stali  przytuleni  do  siebie, 

obejmując się mocno. Muskał delikatnie wargami jej policzki, oczy i brodę, a ona tuliła twarz 
do  jego  piersi.  Rozchyliła  wargi,  gdy  zaczął  ją  całować.  Jej  ręce  zacisnęły  się  zaborczym 

ruchem  na  jego  plecach.  Trzymała  go,  jakby  się  bała,  że  może  gdzieś  zniknąć,  a  tylko  on 
mógł przecież zaprowadzić ją do krainy, w której jeszcze nigdy nie była.  

Coś  w  ich  stosunkach  uległo  zmianie  –  coś,  od  czego  nie  było  odwrotu.  I  obydwoje 

przestali  panować  nad  sobą.  Czuła,  jak  nabrzmiewają  jej  bólem  piersi,  oparła  się  więc 
mocniej o niego, jakby szukała tam ratunku. Nie wiadomo kiedy znaleźli siew rogu werandy. 
Oparła się ciężko o ścianę, a Matt szeptał do niej czułe słowa, rozgarniając i burząc jej włosy, 
i pieszcząc palcami szyję. Czy zdawał sobie sprawę, co się z nią dzieje? 

– Proszę cię – szepnęła, choć sama nie wiedziała, o co właściwie go prosi.  

background image

Po  raz  pierwszy  ciało  jej  żyło  własnym  życiem,  zupełnie  niezależnie  od  jej  rozkazów, 

podporządkowane całkowicie Mattowi. Jego rękom i ustom. Wyprostował się nagle, patrząc 
jej głęboko w oczy.  

– Nie jesteś dziewczyną, z którą chciałbym przeżyć przygodę – przypomniał jej. – Ty nie 

należysz  do  dziewczyn,  które  miewają  przygody.  –  Wydawał  się  zawstydzony  swym 
postępowaniem. – I nie chciałbym, żebyśmy stracili nad sobą panowanie.  

– A czy już nie straciliśmy? – zapytała nieśmiało, lekko się uśmiechając, gdy usłyszała w 

jego głosie zażenowanie.  

– Straciliśmy – odpowiedział.  
– A dlaczego nie mielibyśmy przeżyć miłosnej przygody? 
– dopytywała się, zapominając o swych zasadach, czując się trochę jak dziecko, któremu 

odmówiono wymarzonego deseru. – Większość dziewczyn w moim wieku miała już niejedną 
przygodę! 

Uśmiechnął się, a ona poczuła nagły przypływ miłości do tego człowieka, którego bardzo 

kochała, choć znała go przecież od niedawna.  

–  Bo  ty  jesteś  inna  –  odpowiedział.  –  Jesteśmy  w  sobie  trochę  zakochani  i  coś  nas  do 

siebie ciągnie. Gdybyśmy poszli dalej, nietrudno zgadnąć, czym by się to zakończyło.  

Mówił poważnie, a ona starała się uważnie go słuchać, choć skupienie przychodziło jej z 

trudem.  

– No więc mogłoby się okazać, że kryje się za tym wyłącznie seks i po paru miesiącach 

rozstalibyśmy się po prostu jak dobrzy przyjaciele.  

Nie brzmiało to w jego ustach przekonująco. Odniosła wrażenie, że on sam nie wierzy w 

swoje słowa.  

– I co jeszcze mogłoby się wydarzyć? – dociekała. Przytulił ją mocniej.  
– Moglibyśmy również dojść do przekonania, że to, co jest między nami, nie słabnie, a 

wręcz przeciwnie, potęguje się jeszcze i rozwija.  

„tym  razem  mówił  niepewnie,  dobierając  z  trudem  słowa,  jakby  nagle  mówienie  po 

angielsku zaczęło mu sprawiać kłopot.  

–  Szczerze  mówiąc,  nie  mam  pojęcia,  jak  by  się  to  skończyło  –  dodał  po  chwili  z 

uśmiechem.  –  Wiem  tylko,  że  nigdy  jeszcze  nic  podobnego  nie  przeżywałem.  Nie  miałem 
wprawdzie wielu przygód, ale zawsze do tej pory wiedziałem, czego się mogę spodziewać i 
czego oczekuję, „tym razem wydaje mi się, że chcę czegoś więcej i przyznam się, kochanie, 
że bardzo się tego boję.  

Zamilkł, a ona wodziła palcami po jego twarzy, jakby się chciała upewnić, że jest jeszcze 

przy niej.  

– Boję się! – szepnęła i serce ścisnęło jej się na myśl o rozstaniu, choć przecież rok, który 

miał tu spędzić, dopiero się rozpoczął.  

– Chyba żebyś... – zaczął, ale nie dokończył.  
Chyba żebym? 
W przyćmionym świetle długo wpatrywał się w jej twarz, jakby czekał na odpowiedź.  
– Chyba żebyś zdecydowała się na wyjazd do Francji. Nie musisz mi teraz odpowiadać, 

background image

chciałbym tylko wiedzieć, czy istnieje w ogóle taka możliwość. Chciałbym mieć pewność, że 
jeśli jest to miłość, nie będziemy musieli o niej zapomnieć, gdy skończę tu pracę i wrócę do 
domu.  

W  głowie  miała  chaos.  To  chyba  coś  w  rodzaju  oświadczyn,  pomyślała.  Chce,  żebym 

obiecała,  że  z  nim  pojadę,  jeśli  tylko  wszystko  przybierze  taki  właśnie  obrót.  Chce,  żebym 
obiecała coś, czego nie będę w stanie dotrzymać! 

Zrobiło  jej  się  zimno  z  przerażenia.  Ogarnął  ją  przenikliwy  chłód,  który  ziębił  serce, 

paraliżował  oddech.  Nie  mogę  przecież  powiedzieć  po  prostu  „nie”,  nie  próbując  mu 
wszystkiego wytłumaczyć.  

– Może napijesz się kawy? – zapytała.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– A więc masz matkę, ojca i czterech znacznie starszych braci, którzy są żonaci i dawno 

wyprowadzili się z domu – podsumował Matt.  

Claudia  postawiła  właśnie  przed  nim  filiżankę  cappuccino  i  usiadła  po  drugiej  stronie 

stołu.  

– Ale matka jest unieruchomiona w wózku inwalidzkim – rzekła z naciskiem.  
– Przez ten wypadek – odezwał się cicho, ujmując jej rękę. Skinęła potakująco głową.  
–  Jack  ładnie  się  dzisiaj  zachował,  gdy  pytał,  czy  zechcesz  wziąć  udział  w  naszych 

rozmowach o wypadku.  

– On i pani Cooper wszystko o mnie wiedzą – wyjaśniła, po czym wysunęła rękę z jego 

dłoni  i  zaczęła  kreślić  palcem  na  stole  esy-floresy.  –  Urodziłam  się  sześć  lat  po  moim 
najmłodszym bracie, zawsze mnie więc wszyscy traktowali jak dziecko. Kiedy miałam cztery 
lata,  na  farmie  zaczęła  pracować  nowa  rodzina.  –  Zamilkła  na  chwilę,  czując  wzrok  Matta, 
który  spoglądał  na  nią  pełen  zatroskania.  –  Czy  mówiłam  ci,  że  ojciec  uprawia  trzcinę 
cukrową? 

Przytaknął, a ona dalej opowiadała. Siedziała teraz wyprostowana. Patrzyła na niego, bo 

chciała widzieć reakcję na jego twarzy.  

–  Ci  ludzie  mieli  syna  Daniela.  Był  w  moim  wieku,  obchodziliśmy  razem  urodziny. 

Bawiliśmy się razem, zostaliśmy potem przyjaciółmi, a wreszcie...  

Nie spuszczała z niego wzroku, tak bardzo chciała, by wszystko zrozumiał. Łzy dusiły ją 

w gardle.  

– Gdy już podrośliśmy, został moją pierwszą sympatią – szepnęła. – Pocałowaliśmy się 

pierwszy raz... Wiedzieliśmy od pierwszej  chwili, że pozostaniemy na wieki  przyjaciółmi, a 
potem  mówiliśmy  o  małżeństwie,  o  miłości...  –  Uśmiechnęła  się  do  Matta,  ocierając 
ukradkiem łzy. – Daniel był  bardzo inteligentny, miał  dużą wyobraźnię, zawsze przewodził 
wszystkim zabawom. Mieliśmy wspólne plany. Przede wszystkim on je układał.  

–  Plany  związane  ze  służbą  powietrzną?  –  zapytał,  a  Claudia  otworzyła  oczy  ze 

zdumienia. Czyżby już mu o tym mówiła? 

–  Tak  –  potwierdziła.  Na  jej  twarzy  zagościł  teraz  uśmiech  na  wspomnienie  wydarzeń, 

które  tak  długo  ukrywała  przed  wszystkimi.  –  O  niczym  innym  nie  potrafił  mówić.  Chciał 
zostać lekarzem, a ja miałam być pielęgniarką. Mieliśmy pracować w jakiejś niewielkiej bazie 
i oczywiście codziennie ratować życie innych ludzi.  

– No i... ? 
–  Mieliśmy  po  piętnaście  lat,  gdy  jego  rodzice  zdecydowali,  że  na  ostatnie  dwa  lata 

powinien  się  przenieść  do  szkoły  z  internatem,  żeby  mieć  większe  szanse  dostania  się  na 
medycynę. Narobiliśmy wtedy takiego gwałtu, że rodzice zgodzili się, żebym i ja pojechała. 
Pierwszy  raz  miałam  lecieć  samolotem.  Nie  wyobrażasz  sobie,  co  to  było  dla  nas  za 
przeżycie. – Spojrzała mu  znowu w oczy,  jakby  chciała, by razem  z nią wszystko  od nowa 
przeszedł.  –  Mieliśmy  lecieć  na  południe  z  Rainbow  Bay.  Do  miasta  odwoził  nas  ojciec 

background image

Daniela i moja mama.  

Matta przeniknął dreszcz. Domyślał się, co było dalej.  
– Nic nie pamiętam z tego, co się stało – szepnęła. – Mogę ci tylko opowiedzieć to, co 

słyszałam od innych.  

Milkła  co  chwilę,  szukała  słów,  a  wyobraźnia  i  życiowe  doświadczenie  pozwoliły  mu 

domyślić się wszystkiego.  

–  Ponieważ  samochód  zawisł  w  połowie  nad  przepaścią  i  jeden  nieopatrzny  ruch  mógł 

spuścić  go  w  dół,  wydobycie  nas  zabrało  sporo  czasu.  Wiem,  że  najpierw  wydobyto  moją 
mamę, potem ojca Daniela, któremu trzeba było amputować lewą nogę. Ze mną i z Danielem 
był  największy  kłopot.  Siedzieliśmy  z  tyłu  i  wyciągnęli  nas  dopiero  po  wycięciu  dachu 
samochodu. Trzymaliśmy się za ręce, ale on zginął podobno na miejscu.  

Widział,  jak  cierpiała,  ale  wiedział  też,  że  nadszedł  już  czas,  gdy  musiała  podzielić  się 

swoim  cierpieniem.  Ścierał  łzy  z  jej  policzków,  gładził  włosy,  które  skrywały  bliznę  na 

skroni.  

–  Przez  dłuższy  czas  leżałam  nieprzytomna  –  mówiła  dalej.  –  Byłam  w  szpitalu  przez 

wiele miesięcy, potem wypisano mnie i... musiałam na nowo uczyć się chodzić.  

Wstrząs pourazowy! To musiał być wstrząs pourazowy. Słyszał już o porażeniu kończyn 

dolnych bez wyraźnej przyczyny.  

Przyjrzał  się  wystygniętej  kawie,  która  stała  przed  nim,  i  wstał.  Podszedł  do  Claudii  i 

uniósł ją w ramionach. Usiadł, trzymając ją teraz na kolanach.  

– I udało ci się – szepnął, starając się rozproszyć jej smutne wspomnienia. – A co się stało 

twojej matce? Czy to był uraz kręgosłupa? 

– Razem byłyśmy w szpitalu i pewnego dnia, gdy przywieziono mnie do niej na wózku, 

lekarz powiedział jej właśnie, że nie będzie chodzić. – Mówiła szeptem, a on bał się poruszyć, 
by nie przerwać jej myśli. – Pamiętam, jak powiedziała wtedy lekarzowi, że zostanie w takim 
razie  w  szpitalu  na  zawsze,  bo  jej  mąż  i  synowie  zajmują  się  farmą  i  nie  mają  czasu  na 
opiekowanie się inwalidką.  

Poruszyła się niespokojnie i odsunęła lekko od niego. Patrzyła mu teraz prosto w twarz. 

Oczy miała zaczerwienione, a po policzkach spływały wolno łzy.  

– Kiedy to usłyszałam, zrozumiałam, że znowu muszę zacząć chodzić. No i zaczęłam.  
W  kącikach  jej  ust  pojawił  się  nieśmiały  uśmiech.  Matt  uśmiechnął  się  także,  choć 

wzruszenie ściskało mu gardło.  

– Ciągle się zastanawiam, czy nie powiedziała tego wtedy celowo – wyznała, patrząc na 

niego  rozjaśnionymi  oczami.  Biła  z  nich  miłość  i  przywiązanie  do  matki.  –  Kiedy  już 
zaczęłam chodzić, a jej stan się poprawił, wróciłyśmy do domu. Musiałam się nią opiekować i 
to mnie trzymało przy życiu. A ona nie dawała mi spokoju i prosiła, żebym wróciła między 
ludzi. No i w końcu zdobyłam się na odwagę i poszłam do szkoły. To była ta sama szkoła, do 
której chodziliśmy z Danielem, ale nie zastałam już dawnych przyjaciół, bo straciłam przecież 
dwa lata.  

Kiedy skończyłam szkołę, namawiała mnie na studia, ale nie miałam na nie najmniejszej 

ochoty.  Nie  czułam  potrzeby  usamodzielnienia  się,  nie  miałam  żadnych  ambicji  ani  nie 

background image

marzyłam o przygodach. Zostałam więc w domu i byłam całkiem z tego zadowolona. Aż w 
tym roku mama kazała mi wyjechać do miasta i „pożyć troszeczkę”. Powiedziała, że ptaki też 
wyrzucają z gniazda świeżo opierzone pisklęta, żeby nauczyły się żyć.  

Ale chcę do niej potem wrócić – mówiła dalej. – Zamieszkać gdzieś w pobliżu, żeby jej 

pomagać. I wcale nie dlatego, że uważam to za swój obowiązek, ani nie dlatego, że ona tego 
ode  mnie  wymaga,  tylko  dlatego,  że  ja  tego  chcę  –  powiedziała  z  determinacją  w  głosie.  – 

Czy rozumiesz mnie? – spytała z niepokojem.  

– Rozumiem – szepnął.  
Wiedział  też,  że  jego  miłość  do  niej  stawała  się  coraz  głębsza.  Siedzieli  w  milczeniu, 

przytuleni do siebie.  

Rozumiał  ją  doskonale. Pragnął  jej  przy  tym  tak  bardzo,  jak  jeszcze  nigdy  w  życiu  nie 

pragnął  żadnej  kobiety.  Ale  jednocześnie  jakiś  głos  wewnętrzny  radził  mu  zerwać  z  nią 
wszelkie kontakty. I to od razu! 

Wystarczyło  przecież  posunąć  się  o  krok  dalej,  a  pozna  wtedy  miłość,  o  jakiej  mu  się 

jeszcze  nie  śniło,  i  dozna  rozkoszy,  o  której  nawet  nie  marzył,  a  za  rok  przyjdzie  mu  to 
wszystko porzucić.  

– Czas spać – szepnął jej do ucha. – Jutro porozmawiamy.  
– I pojutrze? I popojutrze? – pytała.  
–  Na  pewno  –  obiecał.  –  Przynajmniej  tak  jak  dobrzy  przyjaciele.  Nie  umiałbym  już 

inaczej, choć może to oznaczać trudne chwile. – Delikatnie pocałował ją w usta. – Jutro mam 
wolny  dzień  –  powiedział.  –  Rano  pójdę  do  szpitala,  a  potem  może  mógłbym  cię  zabrać  o 
szóstej do restauracji? 

Pójdą więc gdzieś razem! Ucieszyła się bardzo. Będą chodzić ze sobą, może więc jednak 

coś z tego będzie? 

– Bardzo chętnie – odrzekła trochę oficjalnym tonem, jakby się obawiała trochę tego, co 

wydarzyło się przed chwilą, gdy zrozumiała, co kryje się za powiedzeniem, żeby nie igrać z 
ogniem.  

Pocałunek, którym ją pożegnał, był równie wstrzemięźliwy jak jej słowa. Jednak dłonie, 

które trzymał na jej ramionach, mówiły wyraźnie, że spokój i opanowanie narzucił sobie tylko 
wysiłkiem woli.  

– Jutro porozmawiamy – powtórzył.  
Czuła, jak jej ręce, kierowane jakąś niewidzialną siłą, wyciągają się w jego kierunku. Z 

najwyższym  trudem  zapanowała  nad  sobą,  a  gdy  opadły  posłusznie  wzdłuż  ciała,  zacisnęła 
pięści, byle tylko więcej go nie dotknąć.  

Przez  całą  drogę  Matt  myślał  o  tym,  co  powiedziała  mu  Claudia,  do  chwili,  gdy  z 

rozmyślań wyrwał go dzwonek telefonu komórkowego. Szybkim krokiem, już po raz drugi tej 
doby, ruszył do bazy.  

W  zasadzie  nie  miał  dyżuru.  Dyżury  pod  telefonem  trwały  od  szóstej  wieczorem  do  tej 

samej  godziny  następnego  dnia.  Przypomniał  sobie  jednak,  że  to  samo  spotkało  wczoraj 
Petera. Czyżby nowy alarm wymagający skompletowania personelu do dwóch samolotów? A 
może odwołano gdzieś Jacka? 

background image

W bazie paliły się wszystkie światła i Christa już na niego czekała. Zetknął się z nią w 

Calturze. Zwracała uwagę jej fachowość i opanowanie.  

– Musimy polecieć do pani James – wyjaśniła. – Trzy tygodnie temu odwieźliśmy ją do 

domu  po  drugiej  chemioterapii.  Ma  raka  piersi,  ale  po  mastektomii  i  kuracji  nastąpiło 
cofnięcie  objawów.  Przed  trzema  miesiącami  była  tu  na  kontroli  i  okazało  się  wtedy,  że 
nastąpiły  przerzuty  do  mózgu  i  wątroby.  Zatrzymaliśmy  ją  więc  na  dziewięć  tygodni  w 
szpitalu. Eddie Stone poleci z nami, a ty jesteś zamiast Jacka, który w tej chwili przechodzi 
operację. Wyobraź sobie, dostał ataku wyrostka! 

Matt  nie  mógł  się  otrząsnąć  ze  zdziwienia.  Czy  wszyscy  Australijczycy  przypominają 

ludzi,  jakich  poznał  w  bazie?  Wszystko  przyjmowali  ze  wzruszeniem  ramion  i  spokojnym 
stwierdzeniem: Jakoś to będzie! Za każdym razem zdumiewało go to ogromnie.  

Wychodząc,  zatrzymał  się  przy  półce  i  wyciągnął  książkę,  którą  już  widział  przedtem. 

Urazy  u  pacjentów  chorych  na  raka.  Będzie  to  doskonała  lektura,  razem  oczywiście  z  kartą 

choroby pani James.  

–  Pani  James  przewróciła  się  –  tłumaczyła  mu  Christa,  gdy  wyszli.  – Jak  to  zwykle  na 

wsi, chodzi wcześnie spać i wcześnie wstaje. Jej mąż przypuszcza, że wstała z łóżka i poszła 
do  łazienki,  nie  ma  tylko  pojęcia,  o  której  to  mogło  być.  Gdy  jednak  sam  obudził  się  koło 
dziesiątej  i  zobaczył,  że  jej  miejsce  jest  puste,  zaczął  jej  szukać  i  znalazł  ją  na  podłodze  w 
holu. 

(

 

– Na pewno od razu chciał jej pomóc wrócić do łóżka – mruknął pod nosem, a Christa 

spojrzała na niego ze zdziwieniem.  

– Chyba tak – odparła. – Ale trudno przecież, żeby podejrzewał uraz kręgosłupa, skoro 

przewróciła się we własnym domu.  

–  Jeżeli  była  naświetlana  –  zauważył  –  lub  gdy  przerzuty  dotarły  również  do  szkieletu 

kostnego, najzwyklejszy upadek może grozić złamaniem.  

– Jej mąż opowiadał Katie, że żona strasznie cierpi, ma takie bóle, że nie można się z nią 

w ogóle z nią dogadać. Ciągle coś próbuje powiedzieć, ale nic z tego nie można zrozumieć. 
Najwyraźniej znajduje się w szoku i do tego niemal bez przerwy wymiotuje.  

Gdy dotarli do lotniska, puścili się biegiem do samolotu.  
– Zabierze nam to trzy kwadranse – powiedział Eddie, gdy ruszyli pasem startowym.  
Matt skinął głową i zabrał się do lektury.  
–  Powinniśmy  ją  zabrać  z  powrotem  do  szpitala  –  odezwał  się  po  chwili  do  Christy.  – 

Jeżeli nastąpiło krwawienie wewnętrzne lub zewnętrzne, należałoby podać krew, a o tym nie 
może  być  mowy  bez  uprzedniej  analizy  dotychczasowych  sposobów  leczenia.  Reakcje 
immunologiczne mogą być wywołane przez tak rozmaite czynniki, że o wszystkim powinien 
decydować jej onkolog.  

Gdy lądowali, czekał już na nich pan James.  
–  Napijmy  się  herbaty,  a  przez  ten  czas  oni  zbadają  chorą  –  zaproponował  Eddie 

gospodarzowi,  gdy  ten  dowiózł  ich  na  farmę.  Chciał  pewnie  uspokoić  przerażonego 
mężczyznę, a zarazem ułatwić badanie pacjentki.  

Pochylając  się  nad  łóżkiem  chorej,  Matt  zrozumiał  zdenerwowanie  jej  męża.  Kobieta 

background image

leżała  jęcząc,  a  jej  ciałem  wstrząsały  dreszcze.  Na  czole  perliły  się  krople  potu,  a  po 
zapadniętych  policzkach  płynęły  łzy.  W  wychudłych  palcach  trzymała  koronkową 
chusteczkę, którą co chwila przytykała do ust, chcąc stłumić jęk.  

Skończyła chemioterapię cztery tygodnie temu, tak więc minął już moment największego 

zahamowania  liczby  krwinek.  Matt  badał  ją  dokładnie.  Miała  posiniaczone  pośladki,  lecz 
zaniepokoiły go zwłaszcza sińce wokół miednicy, nie był bowiem pewien, czy wybroczyny 
powstały wskutek upadku, czy są symptomem jakichś groźnych powikłań.  

Przez cały czas starał się z nią rozmawiać, ona jednak nie była w stanie odpowiedzieć na 

żadne z jego pytań. Drgnęła, gdy nacisnął lekko staw biodrowy, ale zareagowała w podobny 
sposób,  gdy  Christa  mierzyła  jej  tętno.  Gdy  Christa  oznajmiła,  że  tętno  i  ciśnienie  są  w 

normie, a odruchy dolnych kończyn prawidłowe, obydwoje uśmiechnęli się do siebie z ulgą.  

–  Nie  będę  szukał  nowej  żyły  –  powiedział.  –  Wiadomo  przecież,  że  żyły  po 

chemioterapii często  pękają. Dokonam  infuzji płynu. Ona może mieć hiperkalcemię, wobec 
tego mogę podać dużą ilość płynu.  

Nachylił się nad chorą, a w tej chwili w drzwiach pojawił się Eddie w towarzystwie już 

spokojniejszego pana Jamesa. Gdy kroplówka została podłączona, Matt spróbował jeszcze raz 
porozumieć się z panią James.  

– Boję się, że uszkodzony jest staw biodrowy lub miednica – powiedział. – Musimy teraz 

przenieść panią ostrożnie na nosze, unieruchamiając nogi.  

Eddie przyniósł do pokoju ortopedyczne nosze, Matt umieścił je na łóżku obok chorej, a 

potem poprosił obydwu mężczyzn, by unieśli panią James do góry. On sam starał się przez 
ten czas unieruchomić miednicę. Gdy chora znalazła się na noszach, zapiął pasy i dał znać, że 
wszystko  jest  gotowe  do  odjazdu.  Kobieta  jęczała  jednak  coraz  głośniej  i  zdradzała  objawy 
krańcowego wyczerpania.  

– Czekajcie! – krzyknął nagle Matt. – Co za idiota ze mnie – burknął do siebie. – Przecież 

to może być reakcja na wycofanie leku.  

Otworzył ponownie kartę choroby. By zapobiec bólowi, chora dostawała morfinę powoli 

uwalnianą w ustroju. Wysokość dawki przeraziła go jednak.  

– Gdzie są lekarstwa żony? – zapytał pana Jamesa.  
Może zapomniała wziąć leki i dlatego wstała w nocy? A może...  
Gospodarz  poprowadził  Matta  do  łazienki.  Gdy  zapalił  światło,  oczom  ich  ukazała  się 

półka zastawiona lekarstwami.  

– Nie mam pojęcia, co ona brała – powiedział.  
Matt  przeglądał  gorączkowo  butelki  i  słoiczki.  Wreszcie  znalazł  butelkę  z  roxanolem, 

ukrytą za dwoma innymi opakowaniami. Czyżby pani James chowała lekarstwa sama przed 
sobą? 

Odkręcił pokrywkę i wysypał zawartość. W buteleczce była jedna tylko pastylka. Żaden 

ze środków uśmierzających ból, jakie miał przy sobie, nie mógł spełnić swej roli, zważywszy 
na to, że pani James nie tylko cierpiała na skutki wycofania leku, ale też miała silne bóle.  

Zdecydował, że najlepiej  jednak będzie podać pozajelitowy środek przeciwbólowy.  Nie 

warto było w tej sytuacji podejmować dodatkowego ryzyka.  

background image

Po pół godzinie byli znowu w powietrzu. Podczas każdej wyprawy wydawało mu się, że 

czas  staje,  gdy  są  na  ziemi.  Badania  pacjentów  i  szykowanie  ich  do  podróży  zdawały  się 
zawsze ciągnąć w nieskończoność, ale gdy po starcie w drodze powrotnej patrzył na zegarek, 
okazywało się zawsze, że wszystko odbyło się w mgnieniu oka.  

Przyglądał się teraz kobiecie. Uspokoiła się wyraźnie, gdy tylko podał jej morfinę. A on 

martwił się, co będzie dalej. Czy zatrzymają ją w szpitalu, jeśli okaże się, że nie ma żadnego 
złamania? Czy będą próbowali odzwyczaić ją od uzależnienia od morfiny, czy też zgodzą się, 
by szukała ulgi w cierpieniach przez ten krótki okres, jaki pozostał jej jeszcze do przeżycia? 

Odetchnął z ulgą, że to nie on będzie musiał podejmować te decyzje. Nagle przypomniał 

sobie o Claudii.  

Zrozumiał już, że na nic się nie zda przekonywanie samego siebie, że wcale się w niej nie 

zakochał. Kochał ją tak jak jego ojciec kochał matkę.  

A więc? 
–  Lądujemy  za  pięć  minut  –  rozległ  się  głos  Eddiego.  Trzeba  było  zapiąć  pasy  i  cała 

uwaga Matta skupiła się teraz na pacjentce.  

– Pojadę z nią – powiedział, gdy wylądowali.  
–  To  dobrze  –  ucieszyła  się  Christa.  Widziała,  że  Matt  nie  uzupełnił  karty  choroby,  w 

której musiałby podzielić się swymi podejrzeniami. – Pewnych rzeczy lepiej nie zapisywać.  

Zanim  wyszedł  ze  szpitala,  minęła  druga.  Postanowił  jeszcze  odwiedzić  „swoich” 

pacjentów. Karen, której narzeczony zmarł, usnęła po dużej dawce środków uspokajających. 
Gdy patrzył na nią, przed oczami znowu stanęła mu Claudia.  

A  potem,  gdy  mijał  uśpiony  dom  ciotki  Stephy,  przesłał  jej  pocałunek.  Był  zbyt 

zmęczony, by móc się teraz nad czymkolwiek zastanawiać, ale wierzył, że uda mu się znaleźć 
jakieś rozwiązanie.  

–  Może  to  los  tak  chce,  żebyśmy  się  rzadko  widywali  –  szepnęła  Claudia,  gdy  po 

przyjściu do pracy dowiedziała się, że Jack jest w szpitalu, a Matt odbył w nocy dodatkowy 
lot.  

Nie miała już potem czasu na rozmyślania, po chwili bowiem zaczęły się telefony. Jeden 

po  drugim.  Peter  poleciał  na  dyżur  do  przychodni,  Matt  musiał  więc  udzielać  porad  przez 

telefon.  Przyniosła  mu  kawę,  a  on  podziękował  jej  ciepłym  uśmiechem.  Nie  było  jednak 
oczywiście mowy o żadnych rozmowach.  

– Udało mi się znaleźć zastępcę – oznajmiła Leonie, gdy Claudia weszła po potrzebną jej 

kartę. – Zgodził się udzielać porad przez telefon i przez radio, loty nie wchodzą jednak w grę.  

– A kiedy zaczyna? – zapytała Claudia, mając nadzieję, że Matt będzie mógł nareszcie się 

wyspać.  

– Jutro – odpowiedziała. – Tak się zastanawiam, czy odwołać lot Marta do Caltury...  
W  tej  chwili  zadzwonił  telefon.  Leonie  podniosła  słuchawkę  i  uśmiechnęła  się. 

Zasłaniając mikrofon, szepnęła do Claudii: 

– To Jack. – A potem mówiła już do słuchawki. – Ależ tak... Nie, nie ma mowy. Jutro 

przyjdzie Frank Wiley, więc sobie jakoś poradzimy. Myślę, że nie powinienieś przychodzić w 
poniedziałek.  Frank  Wiley  zostanie  z  nami  przez  cały  tydzień.  –  Odkładając  słuchawkę, 

background image

uśmiechnęła  się.  –  Powinien  jeszcze  poprosić,  żeby  mu  przełączano  do  szpitala  wszystkie 
telefony pacjentów! 

– Pewnie mu to po prostu nie przyszło do głowy – roześmiała się Claudia.  
– Dzwonił, żeby powiedzieć, że lot do Caltury musi się odbyć za wszelką cenę – dodała 

Leonie.  

W  drodze  powrotnej  Claudia  napotkała  w  holu  małżeństwo  w  średnim  wieku.  Widać 

było, że są zmęczeni i zdenerwowani.  

– W czym można państwu pomóc? – spytała.  
– Nazywam się Schubert – odparł mężczyzna, ściskając mocno jej rękę. – A to jest moja 

żona. Chciałbym porozmawiać z lekarzem.  

Przypomniała sobie, że któryś z autostopowiczów nosił właśnie nazwisko Schubert.  
– Państwo pozwolą – rzekła i wprowadziła ich do pokoju Leonie.  
Na  terenie  bazy  obowiązywało  niepisane  prawo,  które  nakazywało  chronić  personel 

latający przed gośćmi z zewnątrz, którzy zakłócali rytm pracy. Pacjenci często przychodzili, 
by  podziękować  za  ratunek,  rodziny  zmarłych  pragnęły  poznać  szczegóły  śmierci  swych 
bliskich,  a reporterzy szukali sensacji. Personel  medyczny nie zawsze zaś  mógł  oderwać się 
od  swych  zajęć.  Claudia  przygotowała  gościom  kawę  i  wróciła  do  pokoju  Leonie,  która 
właśnie opowiadała państwu Schubert, co lekarze zastali na miejscu wypadku.  

–  Ależ  proszę  pani  –  tłumaczył  mężczyzna,  gwałtownie  gestykulując.  –  My  chcemy 

rozmawiać z lekarzem, który był wtedy na miejscu, a nie z panią.  

Cóż za źle wychowany człowiek, pomyślała Claudia.  
–  Jeden  z  naszych  lekarzy  wróci  z  przychodni  dopiero  jutro  wieczorem  –  tłumaczyła 

spokojnie  Leonie.  –  Podam  doktorowi  Laurantowi  nazwę  hotelu,  w  którym  państwo 
zamieszkają. Z pewnością zadzwoni, jeśli tylko będzie mógł. Mamy teraz trudny okres, gdyż 
jeden z lekarzy zachorował, a doktor Laurant był wzywany do nagłych wypadków przez dwie 
noce z rzędu i musi trochę odpocząć – skończyła z uśmiechem.  

Claudia podziwiała jej cierpliwość i  takt.  Leonie skierowała  właśnie rozmowę na temat 

córki Schubertów, pytając, czy już ją odwiedzili.  

– Zabierzemy ją stąd –  powiedział pan Schubert. –  Im  szybciej obejrzą ją jacyś dobrzy 

specjaliści, tym lepiej.  

–  Na  pewno  się  ucieszy  z  powrotu  do  domu  –  skomentowała  Leonie.  Widać  było,  że 

miała wielką ochotę powiedzieć im coś przykrego.  

Claudia odprowadziła gości do drzwi.  
–  Czy  powiesz  o  nich  Mattowi?  –  zapytała.  –  Po  co  on  ma  tracić  czas  dla  podobnych 

ludzi? 

–  Przecież  oni  są  zupełnie  wytrąceni  z  równowagi  –  odparła  Leonie.  –  Pomyśl  sobie 

tylko:  córka  jest  ranna,  jeden  z  jej  przyjaciół  stracił  życie,  znaleźli  się  w  obcym  kraju. 

Przyjechali  tu  tak  szybko,  że  musieli  chyba  wsiąść  do  samolotu,  gdy  tylko  policja 
zawiadomiła  ich  o  wypadku.  Lecieli  ze  trzydzieści  godzin  i  z  pewnością  mają  uczucie,  że 
znaleźli się na końcu świata! 

– Za dobra jesteś! – wyrzuciła z siebie Claudia. – Matt zresztą nie jest inny. Na pewno 

background image

pójdzie ich odwiedzić w hotelu, a oni będą się na nim wyładowywać.  

– Chyba powinien sam o tym zadecydować – rzekła spokojnie Leonie, a Claudii zrobiło 

się głupio.  

Zebrała pospiesznie swoje papiery i wróciła do komputera, ale trudno jej było zabrać się 

do pracy. Tęskniła do Matta.  

Pytał ją wczoraj, czy pojechałaby z nim do Francji, gdyby okazało się, że to, co ich łączy, 

to  prawdziwa  miłość.  A  ona  powiedziała  „nie”.  Nie  wymówiła  wprawdzie  tego  słowa,  ale 
wynikało to przecież z jej opowieści.  

A on był tak smutny, gdy odchodził. Z pewnością przygnębiła go historia jej życia, lecz 

musiał też cierpieć na myśl o tym, co tracili, nie decydując się na bycie razem.  

Nie  była  w  stanie  przystać  na  jego  propozycję,  by  zostali  po  prostu  przyjaciółmi,  choć 

przecież sama zapowiedziała mu, że  nie zgodzi się na romans z lekarzem, który ma zamiar 
zabawić tu tylko rok.  

I on to zaakceptował. Lecz chęć znalezienia się przy jego boku okazała się silniejsza od 

postanowień  czy  wstydu.  Raz  już  przecież  cierpiałam,  myślała,  i  wyszłam  z  tego  obronną 
ręką. Dam sobie radę i tym razem. Wytrzymam jeszcze raz ból rozstania.  

Byleby tylko teraz być z Mattem.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

– Właśnie dzwonił Matt – oznajmiła ciotka Stepha, witając Claudię. – Powiedział, że nie 

może  pójść  z  tobą  dziś  do  restauracji,  bo  musi  się  spotkać  z  rodzicami  pacjentki,  którzy 
właśnie przyjechali.  

– Mógł mi to sam powiedzieć – mruknęła opryskliwie. – Wcale nie musi spotykać się z 

tymi ludźmi.  

– Może tak będzie nawet lepiej – zauważyła ciotka. – Wyglądasz na zmęczoną, wyśpisz 

się chociaż.  

– No właśnie, a Matt? Dwie noce z rzędu go wzywali, dziś był cały dzień w pracy, miał 

dyżur  telefoniczny,  a  teraz,  kiedy  mógłby  nareszcie  odpocząć,  musi  spotykać  się  z  ludźmi, 
którzy mu będą ciosać kołki na głowie i wybrzydzać na szpital.  

Przerwała, słysząc śmiech ciotki.  
– A cóż w tym takiego śmiesznego? – zapytała, czując, że ogarnia ją coraz większa złość.  
– Pomyśl chwilkę. – Ciotka była wyraźnie ubawiona. – I zdecyduj się, czy jesteś zła, bo 

dziś  nie  spotkasz  się  z  Mattem,  czy  też  martwisz  się,  że  będzie  niewyspany?  Gdybyście 
wyszli wieczorem, z pewnością by się przecież nie wyspał.  

– Idę się wykąpać – oznajmiła Claudia, zbita z tropu.  
– Nie szykuj się w każdym razie do szpitala – zawołała za nią ciotka. – Odbyłam już za 

ciebie wszystkie wizyty.  

Claudia odwróciła się zdziwiona.  
– Odbyłaś za mnie wizyty? 
– Tak.  
– Dlaczego? 
Ciotka podeszła do niej i położyła jej ręce na ramionach.  
–  Przez  jakiś  czas  będzie  tu  Matt.  Naciesz  się  nim  –  powiedziała.  –  Jesteś  poza  tym 

młoda, musisz się trochę rozerwać. Zupełnie wystarczy, jak pójdziesz do szpitala raz czy dwa 
razy  w  tygodniu.  A  zresztą  –  ciągnęła  –  muszę  ci  się  przyznać,  że  ta  wizyta  sprawiła  mi 
prawdziwą  przyjemność.  Odwiedziłam  najpierw  Carol,  a  ona  potem  oprowadziła  mnie  po 
wszystkich oddziałach.  

– To znaczy, że widziałaś ofiary tego ostatniego wypadku? 
– O, tak – odparła ciotka. – Najdłużej siedziałam przy tej ślicznej blondynce Karen. Ona 

zupełnie  nie  może  dojść  do  siebie  po  śmierci  swojego  chłopaka,  więc  opowiedziałam  jej  o 
tobie  i  o  Danielu,  i  jak  potem  ni  stąd,  ni  zowąd  pojawił  się  Matt  i  wszystko  się  dobrze 
skończyło.  

– Ty jej to powiedziałaś? 
Claudia zaniemówiła na chwilę z wrażenia. Więc wszyscy znają jej najtajniejsze myśli! A 

ciotka w dodatku opowiada o tym obcym.  

–  Tak  –  odrzekła  ciotka  całkiem  zadowolona  z siebie.  –  I  to  jej  najwyraźniej  pomogło. 

Jutro wybiorę się do niej znowu. A teraz wykąp się szybko, bo zaraz będzie kolacja, a przed 

background image

spaniem obejrzymy sobie film w telewizji.  

Claudia posłusznie poszła do łazienki, próbując zebrać myśli. Za dużo jest ostatnio zmian 

i nowych wydarzeń w jej życiu! Powiedziała Mattowi, że nie może wyjechać z Australii. Co 
będzie, jeśli nie zechce więcej się z nią spotykać? Co będzie teraz robić wieczorami? Ciotka 
postanowiła przecież sama odwiedzać samotnych pacjentów.  

Zadzwonił  do  drzwi  wtedy  właśnie,  gdy  stała  w  swojej  sypialni  owinięta  w  ręcznik  i 

patrzyła przez okno na bujną zieleń ogrodu.  

Na dźwięk jego głosu zadrżała. Czy to miłość, czy tylko pożądanie? – zastanawiała się w 

chwilę potem, gdy tłumaczył się, przepraszając ją za zawód.  

–  Ależ  Karen  to  ta  blondynka,  której  chłopak  właśnie  umarł  –  powiedziała,  gdy  zaczął 

opowiadać  o  ofiarach  wypadku.  –  To  przecież  nie  jej  rodzice  przyjechali,  tylko  rodzice 
Lucilli.  

–  Rodzice  Karen  także  przyjechali  –  tłumaczył,  a  w  jego  głosie  brzmiało  z  trudem 

ukrywane zmęczenie. – Zgodziłem się na krótkie spotkanie z nimi wszystkimi.  

Zamilkł,  a  ona  czekała,  nie  odważając  się  nawet  w  myślach  żywić  nadziei,  że  może 

jednak  spędzą  ten  wieczór  razem.  Czuła  wyrzuty  sumienia,  że  myśl  o  wspólnym  wyjściu  w 
ogóle przychodzi jej do głowy w podobnej sytuacji. A jednak...  

– Potem muszę się trochę przespać – zakończył. A ona czuła, jak bardzo jest zmęczony. – 

Tak mi przykro! 

– Nie masz za co przepraszać – rzuciła szorstko. – Przede wszystkim musisz się wyspać. 

Tylko szkoda, że musisz przedtem spotykać jeszcze tych ludzi. – Zawahała się przez chwilę, a 
potem  dodała:  –  Ale  doskonale  cię  rozumiem.  Nie  byłbyś  –  już  miała  powiedzieć 
„człowiekiem, którego kocham”, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język i powiedziała: – 
sobą, gdybyś zachował się inaczej.  

W następnym tygodniu Peter i Matt pełnili dyżury telefoniczne przez całą dobę. Nie było 

mowy o żadnych wolnych dniach.  

– Strasznie do ciebie tęsknię – szepnął jej pewnego ranka, gdy spotkali się przypadkiem 

w małej kuchence. Wyglądał na bardzo zmęczonego, był nie ogolony i oczy miał czerwone z 
niewyspania.  

Miała wielką ochotę mocno przytulić go do siebie, by dodać mu trochę otuchy, przekazać 

trochę własnej energii i sił. Zamiast tego uśmiechnęła się tylko.  

– W ogóle nie kładłeś się spać? 
–  Już  kolejną  noc  –  uśmiechnął  się  blado.  –  W  Calturze  wybuchła  epidemia  zapalenia 

żołądka  i  jelit.  Andrew  Walsh  natychmiast  zorganizował  szpitalik  dla  dzieci  i  niemowląt  w 
budynku starej szkoły. Opiekuje się nimi od sześciu godzin zgodnie z moimi instrukcjami.  

– Czyli przekazał ci wiadomość o wybuchu epidemii już o trzeciej nad ranem? – spytała, 

z trudem hamując gniew, który ogarniał ją zawsze, gdy widziała, jak pracuje ponad siły.  

Mimo zmęczenia uśmiechnął się.  
–  Rozmawiałem  z  nim  jeszcze  wcześniej.  Okazało  się,  że  apteczka  została  już 

opróżniona.  Mógł  więc  jedynie  zagotować  wodę,  dosypać  do  niej  odrobinę  soli  i  cukru  i 
podając  ją,  próbować  uzupełnić  niedobór  płynów.  O  trzeciej  skontaktowałem  się  z  nim 

background image

ponownie.  Powiedział  mi  wtedy,  że  miał  właśnie  zamiar  przekazać  nam  drogą  radiową 
wiadomość o niepokojącym stanie dwojga dzieci.  

Serce  wezbrało  jej  dumą.  Tak  bardzo  chciała  go  uściskać  i  podziękować  za  to,  że  taki 

właśnie jest.  

– To co teraz będzie? 
– Christa już tam wyruszyła. Zabrała leki, żeby uzupełnić apteczkę i założyć magazyn z 

lekarstwami.  Wiezie  także  płyny  dożylne.  Zabierze  z  powrotem  dzieci,  które  wymagają 

hospitalizacji.  

– No a ty? Czy będziesz mógł wreszcie pójść do domu? – spytała. – Kto ma dziś dyżur? 
– Peter poleciał do przychodni, a Frank przychodzi  o dziesiątej i zaraz potem pójdę się 

trochę przespać.  

Uniosła głowę i napotkała jego wzrok. Przez chwilę wydało jej się, że w jego błękitnych 

oczach dostrzegła jak w lustrzanym odbiciu swoje własne odczucia. Nie bądź śmieszna! To 
przecież niepoważne, powiedziała sama do siebie.  

– Ale przez cały czas będziesz pod telefonem? 
Pokiwał głową.  
– Przyznasz, że to koszmarny tydzień – powiedział.  
– I nie zanosi się, żeby było lepiej – westchnęła.  
–  Dobrze  chociaż,  że  mój  pierwszy  tydzień  tutaj  wyglądał  inaczej.  Trudno  by  było 

sprostać temu wszystkiemu po długich wakacjach.  

Uśmiechnęła się, zadowolona, że nie opuszcza go poczucie humoru.  
–  Chcesz  kawy?  Robię  już  drugą  filiżankę  dla  Leonie.  Potrząsnął  głową  i  delikatnie 

dotknął jej ramienia. Podziałało to na nią jak prąd.  

–  Zanim  pójdę  do  domu,  muszę  jeszcze  napisać  sprawozdanie  –  powiedział  cicho.  – 

Zobaczyłem przypadkiem, że tu idziesz, więc wpadłem na chwilę, żeby cię zobaczyć.  

Czuła,  że  mówi  prawdę  i  zalała  ją  fala  szczęścia.  Wszystko  będzie  dobrze!  Musi  być 

dobrze! 

– Wpadnij może wieczorem, jeśli będziesz miał siły, no i oczywiście jeśli cię przedtem 

gdzieś nie wezwą – zaproponowała. – Dziś albo innego dnia – dodała od razu. Nie chciała, by 
czuł się do tej wizyty zobowiązany.  

– Postaram się – obiecał i wyszedł, a Claudia znowu nie mogła pozbierać myśli.  
Wystarczyło, by usłyszał jej głos lub by mignęła mu gdzieś jej drobna postać, a czuł, jak 

ogarnia go tęsknota. I nie było to wcale fizyczne pożądanie. Dręczyło go przedziwne uczucie, 
jakiego jeszcze nigdy nie doznawał, świadomość, że Claudia należy do niego. Czy to miłość? 

–  Przepraszam  cię  –  rozległ  się  w  słuchawce  zdenerwowany  głos  Katie.  –  To  znowu 

Andrew.  Tym  razem  mówi  o  człowieku,  który  ma  atak  serca  i  któremu  w  dodatku 
zachorowały dzieci.  

– Już idę – zapewnił ją i pospieszył do pokoju radiowego.  
– Niech mi pan poda dokładne objawy – powiedział, gdy tylko usłyszał głos Andrew.  
– Jest zlany potem, szary na twarzy i ma dreszcze – relacjonował Andrew. – Mówi, że ma 

straszne  bóle  w  klatce  piersiowej  i  że  z  pewnością  umrze,  a  w  tej  chwili  zbiera  mu  się  na 

background image

wymioty.  

Tak właśnie wyglądają objawy zawału serca, pomyślał Matt.  
– Zaraz wyląduje samolot – zapewnił. – Proszę go teraz położyć i czymś przykryć. Niech 

mu pan da dwie aspiryny i go uspokoi. Spróbuję się porozumieć z Christa i powiem jej o tym. 

Jest szansa, że da się go uratować. Christa da mu zaraz nitroglicerynę pod język. A pan niech 
nie zapomni przygotować dzieci do podróży.  

– Trzeba jak najszybciej go stąd zabrać – powiedział Andrew.  
– No właśnie. Christa podłączy mu kroplówkę, a jeśli ból się nie zmniejszy, poda morfinę 

i  zrobi  dożylnie  wlew  nitroglicerynowy.  Ratunkiem  w  takich  przypadkach  jest  terapia 
trombolityczna podjęta w ciągu sześciu godzin.  

Przerwał na chwilę, gdyż Andrew zaczął z kimś rozmawiać.  
– Mam tu trzech pomocników – przeprosił po chwili. – Właśnie wydawałem im polecenia 

w sprawie aspiryny.  

Matt uśmiechnął się, zadowolony, że w trudnych chwilach Andrew nie traci humoru.  
–  Proszę,  niech  się  pan  rozejrzy,  czy  nie  ma  tam  gdzieś  duplikatu  jego  karty  choroby. 

Christa  zechce  z  pewnością  zadać  wiele  pytań.  Terapia  trombolityczna  może  spowodować 
krwawienie, jeżeli więc miał ostatnio jakąś operację, uraz głowy czy też cierpi na zaburzenia 
czynności wątroby, niech pan o tym zawiadomi Christę.  

–  Znalazłem  większość  kart  chorób,  więc  z  tym  nie  powinno  być  problemu  –  odparł 

Andrew. – W każdym razie, odkąd ja tu jestem, operacji żadnej nie miał. Wygląda poza tym 
całkiem dobrze, ma pięćdziesiąt lat, pracuje na farmie przy bydle.  

–  A  więc  prognozy  są  dobre  –  powiedział  Matt.  –  W  im  lepszej  był  kondycji  przed 

zawałem, tym większe ma szanse na wyleczenie.  

–  Widzę  samolot!  –  zawołał  Andre  w.  –  Dziękuję,  chłopie,  za  wszystko  –  powiedział, 

kończąc rozmowę.  

Mattowi  zrobiło  się  bardzo  miło.  Mówiąc  do  niego  „chłopie”,  Andrew  dał  wyraz  swej 

przyjaźni. Frank Wiley nadszedł wkrótce potem.  

–  Idźże  już,  młody  człowieku,  do  domu  i  prześpij  się  trochę  –  rozkazał,  widząc,  że 

Mattowi kleją się oczy.  

– Jedną chwilkę, powiem tylko, jaka jest sytuacja. Opowiedział dokładnie, co działo się 

ostatnio w Calturze i zawiadomił, że samolot właśnie ląduje.  

–  Telefon  komórkowy  tam  nie  działa,  jeśli  więc  Christa  nie  odezwie  się  za  jakieś  trzy 

kwadranse, powinien pan porozumieć się z nią i zobaczyć, czy wszystko jest w porządku.  

Frank pokiwał głową i uśmiechnął się do Matta.  
– Niech pan już idzie do domu – powtórzył. – Zajmowałem się takimi sprawami, kiedy 

pana jeszcze na świecie nie było. Mimo że jestem na emeryturze, niczego nie zapomniałem i 
pilnie śledzę wszystkie najnowsze wynalazki. Mogę się zawsze na coś przydać.  

Matt odwzajemnił się staremu lekarzowi uśmiechem i chciał go zapytać, jak to wszystko 

wyglądało przed laty, ale właśnie wtedy odezwał się telefon.  

Był jednak pewien, że przyjdzie jeszcze chwila, gdy będzie mógł spokojnie porozmawiać 

i dowiedzieć się, jakim sprzętem dawnej się posługiwano i jakimi samolotami latano. Czuł się 

background image

bowiem  już  członkiem  medycznej  służby  powietrznej  i  zaczęła  na  niego  oddziaływać 
atmosfera, jaka tam panowała.  

Szedł  korytarzem  i  zwolnił,  zbliżając  się  do  pokoju,  w  którym  była  Claudia.  Siedziała 

nachylona nad papierami i rozmawiała przez telefon. Mówiła coś cicho, szybko robiąc przy 
tym notatki.  

Miał wielką ochotę dotknąć jej włosów, pogładzić czarne loki opadające na ramiona, ale 

nie zrobił tego. Bo nie potrafiłby na tym poprzestać. Jeden taki gest sprowadziłby cierpienie. 
Nie wolno mi o tym zapomnieć, powiedział sobie, idąc w kierunku wyjścia.  

Nigdy  jeszcze  nie  czuł  podobnej  tęsknoty  jak  ta,  która  go  ogarniała  na  samą  myśl  o 

Claudii. I coś mu mówiło, że uczucia tego nie będzie nigdy w stanie zwalczyć.  

Otworzył drzwi i zewsząd ogarnęło go ciepłe powietrze. Ruszył przed siebie powolnym 

krokiem.  Gdy  doszedł  do  numeru  sześćdziesiątego  czwartego,  spojrzał  w  zadumie  na  dom 

ciotki Stephy.  

Trzeba będzie poznać trochę ludzi, pomyślał. Niech no się tylko wszystko ułoży w bazie. 

Umówię  się  z  Peterem  i  jego  przyjaciółmi.  Może  spotykając  inne  jeszcze  kobiety,  inaczej 
spojrzę na Claudię. Otworzył furtkę przed swoim domem, a potem zatrzasnął ją głośno.  

– Co ty za głupstwa wygadujesz! – warknął sam do siebie. – Jeżeli nawet będziesz miał 

kiedyś wolny czas, to przecież nie pomoże ci ani rozum, ani żadne rozmyślanie, tylko każdą 
wolną chwilę będziesz chciał spędzić z Claudią! 

Zdaje  się,  że  jestem  po  prostu  zakochany,  pomyślał  ponuro.  A  w  dodatku  Australię  i 

Francję oddzielają od siebie lądy i oceany, a nie jakiś tam wąski kanał.  

Wziął prysznic i rzucił się do łóżka. Wkrótce zasnął, ukołysany do snu obrazami ślicznej 

ciemnowłosej dziewczyny, którą miał stale przed oczami.  

Aż do soboty widywali się rzadko, i to w dodatku na ogół w obecności innych. Czasem 

tylko  udało  im  się  ukraść  dla  siebie  kilka  chwil,  gdy  Matt  wracał  późnym  wieczorem  po 
dyżurze w przychodni.  

Siedział  wówczas  na  schodach  prowadzących  na  werandę  i  brał  ją  w  ramiona.  Gładził 

czule  jej  włosy,  opowiadając,  co  robił  w  ciągu  dnia.  A  potem  na  pożegnanie  całował 
delikatnie  w  usta  i  odchodził  zmęczonym  krokiem,  by  odpocząć  przed  trudami  następnego 
dnia.  

Nade wszystko potrzebny mu był sen. Claudia wiedziała o tym i martwiła się stale o jego 

zdrowie.  Ciągle  jednak  pragnęła  czegoś  więcej  niż  tylko  rozmów  o  przypadkach  ciężkich 
zachorowań i cierpieniach innych.  

Do  teatru  wybrały  się  razem  z  ciotką.  Matt  w  tym  czasie  leciał  na  ratunek  ciężarnej 

kobiecie.  Nadchodził  właśnie  tropikalny  niż,  wiał  wiatr,  wokół  kłębiły  się  chmury  i  był  to 
wyścig z czasem. Czy zdążą przywieźć ją do szpitala, zanim pogoda uniemożliwi loty? 

W niedzielę, gdy Matt odsypiał ciężką noc, odbyła samotny spacer po plaży, a potem, gdy 

odlatywał do Castleford, gdzie podczas rodeo młody chłopak doznał uszkodzenia kręgosłupa, 
jadła z ciotką kolację.  

– W tym tygodniu będzie to samo – oznajmiła, gdy siedziały przy stole, jedząc pieczone 

ziemniaki,  które  rozpływały  się  w  ustach.  Wystarczyło  tylko  nadgryźć  chrupiącą, 

background image

złocistobrązową skórkę. – Będzie tu dwa dni, w środę ma dyżur, a na czwartek i piątek leci do 
przychodni.  

– Taką już ma pracę – zauważyła ciotka.  
– Wiem – westchnęła Claudia. – I do tego ją uwielbia.  
–  Gdyby  nie  wkładał  w  nią  serca,  byłby  zupełnie  innym  człowiekiem.  Czy  kochałabyś 

takiego Matta? 

–  Co  ja  właściwie  wiem  o  miłości?  –  odpowiedziała  z  westchnieniem.  –  Skąd  mam 

wiedzieć, czy go naprawdę kocham takim, jaki jest? Po co wyobrażać sobie, czy mogłabym 
go  kochać,  gdyby  był  inny?  Wszystko  to  jest  beznadziejne  –  dodała  po  chwili.  –  Kto  wie, 
może i lepiej by było, gdyby był ciągle zajęty do końca pobytu. Nie miałabym wtedy pokusy, 
żeby zrobić coś, czego będę potem żałowała.  

Powiedziała  to  bez  zastanowienia.  Przestraszyła  się  trochę  i  spojrzała  na  ciotkę,  by 

zobaczyć, jakie wrażenie wywarły na niej te słowa. Ciotka była uśmiechnięta. Przez chwilę 
Claudii  wydawało  się,  że  dostrzegła  smutek  w  jej  oczach,  a  uśmiech,  który  wygładził  jej 
zmarszczki, pozwolił dostrzec ślady dawnej urody.  

– Sama musisz podjąć decyzję – oznajmiła cicho. – Pamiętaj jednak, że żałować można 

nie tylko swych czynów. Czasem człowiek cierpi dlatego, że się na coś nie mógł zdecydować.  

Zapadła krótka cisza. Claudia nie mogła oderwać wzroku od ciotki. Pierwszy raz widziała 

cierpienie na jej twarzy.  

– Pamiętaj też – odezwała się znowu ciotka – że dobrze jest czasem nosić w sercu jakieś 

wspomnienia, żeby móc nimi potem żyć i mieć o czym rozmyślać w długie, samotne noce.  

– Ale kto... ? – zaczęła i urwała.  
Ciotka  Stepha  powoli  wstała  i  wyszła  do  kuchni,  nie  odzywając  się  więcej.  Claudia 

sprzątała ze stołu i myła naczynia, myśląc tylko o jednym: o tym, co usłyszała od ciotki.  

Ciotka, która zastępowała jej matkę, namawiała ją niemal, by odważyła się na przygodę z 

Mattem.  

Umyła ostatni talerz i rozejrzała się wokół. Z trudem zbierała myśli. A do tego tak bardzo 

żal  jej  było  ciotki...  Usiadła  potem  na  schodach  przed  domem  i  próbowała  uporządkować 
myśli. Podniosła się i zdecydowanym krokiem poszła do swego pokoju, skąd zadzwoniła do 
Anthony’ego. W chwilę potem rozmawiała już z matką.  

–  Anthony  widywał  się  czasem  z  Glorią,  jeszcze  zanim  wyjechałaś  –  powiedziała  pani 

Delano  Claudii,  zdumionej  reakcją  Anthony’ego  na  jej  telefon.  –  Między  innymi  dlatego 
chciałam, żebyś stąd wyjechała. Pocieszaliście się z Anthonym po śmierci Daniela, ale łączyła 
was tylko przyjaźń, a wy łudziliście się, że przyjaźń ta przerodzi się w miłość. I to był wasz 
wielki błąd.  

– Dokładnie to samo mówiła mi ciotka Stepha – przyznała Claudia. – Ale ja sądziłam, że 

pragniecie naszego małżeństwa.  

–  Jestem  pewna,  że  rodzice  Anthony’ego  pokochają  Glorię  tak,  jak  kochają  ciebie  – 

zauważyła dyplomatycznie pani Delano.  

Rozmawiały jeszcze ze dwadzieścia minut, a Claudia czuła, że wielki kamień spadł jej z 

serca. Zrobiła kolejny, mały krok na drodze do swej odsuwanej ciągle niezależności. Jutro po 

background image

pracy spotka się z Mattem i zrobi jeszcze jeden krok.  

W środę powrócił do pracy Jack. Był blady i osłabiony, lecz jego obecność rozwiała od 

razu atmosferę zdenerwowania i pośpiechu.  

–  Idź  już  do  domu  i  prześpij  się  –  zarządził  w  południe,  zwracając  się  do  Matta,  który 

siedział studiując dokumentację z Caltury.  

– Mam się przespać? Już dawno zapomniałem, jak się to robi.  
– Zmykaj stąd! – śmiał się Jack, szturchając go w ramię i zamykając rozłożone papiery.  
– No dobrze, dobrze – zgodził się Matt, unosząc do góry ręce. – Poddaję się.  
Jack  wyszedł  do  pokoju  radiowego,  a  Matt  zobaczył  Claudię,  która  słysząc  jego  głos, 

weszła do pokoju. Zbliżył się do niej i wziął ją w ramiona. Oparła się o niego, pchana jakąś 
potężną siłą, spragniona jego ciepła i bliskości.  

– Pójdę się teraz przespać, pierwszy raz od dawna bez telefonu komórkowego. Nastawię 

budzik  na  piątą,  wstanę,  wezmę  prysznic,  ogolę  się  i  przyjdę  punktualnie  o  szóstej.  Czy 
chcesz, żebyśmy gdzieś wyszli? W końcu należy się nam to po tylu odwołanych spotkaniach! 
A może wolisz spędzić wieczór tak jak zawsze? 

–  Zjedzmy  kolację  w  domu  –  szepnęła.  –  Pójdziemy  potem  do  szpitala i...  wrócimy  do 

domu, trzymając się za ręce.  

Nie  zastanawiała  się  nad  odpowiedzią.  Był  to  głos  serca,  który  mówił  jej,  że  należy 

wprowadzić  znowu  w  ich  życie  jakiś  porządek  i  spokój.  Przez  chwilę  tulił  ją  mocniej  do 
siebie, a potem pocałował lekko w policzek i wyszedł.  

Wrócił  punktualnie  o  szóstej.  Wyglądał  tak  jak  pierwszego  dnia,  gdy  spotkała  go  w 

ogrodzie przylegającym do biura. Był wypoczęty, a jego oczy śmiały się na jej widok.  

– Kupiłam sobie nową sukienkę, żeby uczcić twój powrót do prawie normalnego życia, a 

ciocia Stepha przygotowała wspaniałą kolację.  

Wzięła go za rękę, chcąc zaprowadzić do kuchni, i znowu dotyk jego sprawił, że poczuła 

przenikający ją dreszcz.  

–  W  środę  wysłałem  list  z  prośbą  o  informacje  dotyczące  możliwości  zrobienia  w 

Australii specjalizacji z okulistyki – oświadczył powoli, jakby ważył każde słowo.  

Ma więc zamiar zostać w Australii? Robi to dla niej? Były to najpiękniejsze słowa, jakie 

dane jej było usłyszeć. Nie mogła otrzymać cenniejszego prezentu.  

Co  ja  mu  mogę  w  zamian  ofiarować?  –  pytała  się  w  myślach,  „tylko  siebie  i  swoją 

miłość...  

Stanęła i spojrzała mu głęboko w oczy.  
– Przemyślałam już wszystko – szepnęła. – Będę twoja, kiedy tylko zechcesz.  

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Stali  naprzeciwko  siebie  bez  słowa,  trzymając  się  za  ręce,  aż  wołanie  ciotki  Stephy 

sprowadziło ich na ziemię.  

–  Potem  porozmawiamy  –  szepnął  zmienionym  głosem.  –  Pamiętaj,  że  nie  chcę  cię  do 

niczego zmuszać. Nie chciałbym, żebyś czegoś potem żałowała.  

Uśmiechnęła się tylko. Miała tak wielką ochotę opowiedzieć mu, co usłyszała od ciotki! 
– Potem porozmawiamy – zgodziła się i poszli do kuchni. Gdy próbowała sobie później 

przypomnieć  samą  kolację  czy  rozmowy,  jakie  wtedy  prowadzili,  czuła  pustkę  w  głowie. 
Pamiętała jedynie obecność Marta przy stole, a także uniesienie i radość, jakie czuła.  

Gdy szli do szpitala,  znowu trzymali  się za ręce,  mówili  jak zwykle o pracy i  sprawach 

codziennych,  odsuwając  chwilę,  w  której  padną  sobie  w  ramiona  i  nic  już  nie  stanie  na 

przeszkodzie pragnieniom, które owładnęły nimi bez reszty.  

– Czy chciałabyś, żebyśmy się zaręczyli? – zapytał. Zatrzymała się.  
–  Zupełnie  mi  na  tym  nie  zależy  –  odparła.  –  Sam  mówiłeś,  że  to,  co  w  tej  chwili 

czujemy, może się okazać tylko złudzeniem i że rozstaniemy się wtedy jak przyjaciele.  

Wpatrywała się gorączkowo w jego twarz, pragnąc za wszelką cenę dowiedzieć się, co on 

o tym myśli. Na próżno jednak. Twarz Matta. pozostała nieprzenikniona.  

–  A  jeśli  to  nie  złudzenie,  możesz  tu  zostać  i  robić  specjalizację.  Po  co  nam  więc 

zaręczyny? 

Nie wiedziała, czy przyjął to z ulgą, czy był zawiedziony. Ona sama nie zastanawiała się 

nad tym wiele. Czuła się po prostu nie przygotowana do roli, jaką miałaby odegrać. Wszystko 
było nowe, nieznane i chyba bała się trochę tego dorosłego życia.  

Uśmiechnął  się  w  końcu  i  pokiwał  głową,  a  jej  serce  podskoczyło  z  radości.  Wszystko 

będzie dobrze! Wszystko musi być dobrze! 

– Nie ma takiej rzeczy, której bym dla ciebie nie zrobił – szepnął cicho – a ty wymagasz 

tak mało.  

Objął ją i skierowali się do szpitala.  
– Pójdę odwiedzić Remiego – powiedział. Przypomniała sobie, że jest to drugi pacjent z 

intensywnej  terapii.  –  Leży  teraz  na  normalnym  oddziale,  a  jutro  zostanie  przewieziony  do 

domu.  

– Wszyscy poza nim już chyba powyjeżdżali – powiedziała. Przytaknął.  
– Tak. Lucilli oczywiście nie ma od dawna. Rodzice Karen załatwili powrót nie tylko jej, 

ale także Georgowi i Julie. Ich stan uległ poprawie szybciej, niż się spodziewaliśmy, ale na 
pewno było im okropnie przykro, że w ten sposób skończyła się ich wielka przygoda.  

–  Mając  z  sobą  Lucillę,  przeżywali  już  chyba  od  początku  przygodę  –  powiedziała  z 

przekąsem, a Matt się uśmiechnął.  

– Pójdę jeszcze do pani James. Czy byłaś u niej? 
– Tylko raz – odparła. – Chyba się rozleniwiłam, odkąd ciotka Stepha zaczęła chodzić do 

szpitala. Odwiedzam oczywiście Carol, ale innych...  

background image

– Może po prostu zajęta jesteś czymś innym – zażartował. Wchodzili właśnie do szpitala, 

puścił ją więc i musnął delikatnie wargami jej włosy.  

– Będę tu na ciebie czekał – obiecał.  
Ugięły się pod nią nogi. Czy stanie się to  tej nocy? Czy zabierze ją do  siebie? Wyczuł 

zapewne, co się z nią dzieje, bo wziął ją znowu za rękę. Wyszli ze szpitala i stanęli w cieniu 
rozłożystego drzewa.  

– Proszę cię, kochanie, pamiętaj, że nic się nie może stać, dopóki obydwoje nie będziemy 

tego  pragnęli  i  dopóki  ty  nie  uznasz,  że  nadszedł  na  to  czas.  A  ja  nie  będę  cię  nigdy  do 
niczego zmuszał.  

Pochylił  się  i  pocałował  ją  delikatnie  w  usta,  a  potem  wziął  ją  pod  rękę  i  wrócili  do 

szpitala. Uspokoiła się trochę. Teraz była pewna jego szacunku i zrozumienia.  

Wracali do domu skąpani w złocistym świetle księżyca. Cicha rozmowa, jaką prowadziły 

ich dłonie, kazała im przyspieszyć kroku i wkrótce znaleźli się w ogrodzie ciotki Stephy.  

Wystarczyło, że objął ją ramionami, a ogarnął ich spokój.  
Spokój  ten  jednak  trwał  tylko  małą  chwilę.  Zaczęło  się  od  pocałunków,  gorących  i 

gwałtownych.  Claudia  tuliła  się  do  niego  coraz  mocniej,  ogarnęło  ją  bowiem  przedziwne 
uczucie,  zbliżone  nieco  do  bólu,  rozsadzające  od  wewnątrz  jej  ciało.  Było  to  doznanie 
oszałamiające, którego nie pojmowała, a któremu bezwolnie się poddała.  

Wodził ręką po jej ciele i pieścił nagie ramiona, a ona nie umiała powstrzymać drżenia. 

Początkowo nieśmiało, a potem coraz odważniej dotykała jego pleców, przyciągała go bliżej, 
a  wtedy  on  dotknął  jej  piersi.  Westchnęła  z  rozkoszy.  Jak  to  możliwe,  by  delikatny  dotyk 
dłoni mógł sprawić, że... ? 

Jak  to  się  dzieje,  że  podobną  rozkosz  sprawia  każdy  jego  dotyk?  Co  zrobić,  by  i  on 

odczuwał  to  samo?  Myśli  przelatywały  jej  przez  głowę  jak  błyskawice,  a  ona  szukała 
podświadomie sposobu, by i on doznał rozkoszy.  

– Pójdziemy do ciebie? – spytała. Pragnęła tego bardzo, ale była jeszcze pełna wahania i 

niepewności.  

– Zostaniesz na noc? – spytał stłumionym głosem.  
– A ciotka? Jutro pracuję. Sama nie wiem...  
–  Nie  chcę,  żebyśmy  się  musieli  spieszyć  –  tłumaczył.  –  Chciałbym,  żebyś  tę  chwilę 

zapamiętała na zawsze. I żebyś się obudziła rano w moich ramionach, żeby się znowu ze mną 
kochać.  

Zgodziła się łatwo, choć odczuła zawód, że to nie ona podjęła decyzję.  
– Ten weekend mam wolny – szepnął. – Podobno niedaleko stąd są do wynajęcia domki 

na cudownej piaszczystej plaży w gaju palmowym, nad zatoką o krystalicznie czystej wodzie.  

Przechylił jej głowę tak, by mogła zobaczyć księżyc, który odzyskał już swą srebrzystą 

barwę.  

– Pojedziesz ze mną? Ten księżyc wart jest, żeby go jeszcze raz zobaczyć.  
Milczała przez chwilę, zdając sobie sprawę, że to, co za chwilę powie, odmieni na zawsze 

jej życie.  

– Pojadę z tobą – odpowiedziała i poczuła ulgę. Wiedziała, że nadszedł czas, by porzucić 

background image

cienie przeszłości, że trzeba zacząć gromadzić wspomnienia na dzień jutrzejszy.  

Zawiadomienie ciotki Stephy o wyjeździe było bez porównania łatwiejsze niż przeżycie 

dwóch  jeszcze  dni  w  pracy,  kiedy  musiała  udawać,  że  nic  specjalnego  się  w  jej  życiu  nie 
wydarzyło i w najbliższym czasie nie wydarzy.  

Matta  na  szczęście  nie  było.  Wyjechał  na  dwa  dni  do  przychodni.  Odleciał  o  świcie  w 

czwartek  rano,  a  wracał  w  piątek  wieczorem.  Przez  telefon  miał  się  zająć  wynajęciem 

samochodu. Umówili się na sobotę rano.  

Pytanie  tylko,  czy  sobota  kiedykolwiek  nadejdzie,  myślała  Claudia.  Parę  razy  już 

przepakowywała swą podróżną torbę, rumieniąc  się za każdym  razem  na myśl  o wspólnym 
wyjeździe.  

Sobota w końcu nadeszła, a ona była tak zdenerwowana, że w czasie jazdy nie odezwała 

się  nawet  słowem,  próbując  uciszyć  wewnętrzny  niepokój.  On  pewnie  też  się  cały  trzęsie, 
myślała.  

Byli już blisko celu. W dole ukazała się zatoka. Matt zjechał wtedy z drogi i zatrzymał 

samochód, po czym wyciągnął rękę i pogłaskał palcami jej dłoń.  

–  Aż  trudno  mi  mówić  ze  szczęścia  –  wyznał.  –  Pamiętaj  jednak,  że  ten  wyjazd  do 

niczego cię nie zobowiązuje.  

Głos miał tak niepewny, że przechyliła się, by go pocałować.  
– Widzisz... – szepnęła. – Ja po prostu nigdy tego nie robiłam... Mogę ci tylko sprawić 

zawód.  

Uśmiechnął się do niej jak umiał najtkliwiej.  
– Nie wyobrażam sobie, żebyś mi mogła sprawić zawód – szepnął jej do ucha.  
Zapalił silnik, włączył wsteczny bieg i wyjechał na drogę, zmierzając prosto w kierunku 

uzdrowiska.  Ich  domek  skryty  był  w  cieniu  palm,  a  wokół  roztaczała  się  złocista  plaża, 
otoczona  błękitno-seledynowym  morzem.  Matt  zamknął  drzwi  i  wziął  ją  w  ramiona, 
pocałunkami dodając odwagi.  

– Chodź – szepnął. – Pójdziemy na plażę, popływamy i poopalamy się. – Zaniósł ją do 

łazienki i podał torbę podróżną. – Przebierz się szybko, będę czekał na ciebie na plaży.  

Włożyła  nowe,  biało-czarne  bikini,  które  wczoraj  kupiła,  i  pobiegła  szybko  za  nim. 

Pływali potem i opalali się. Matt nawet zasnął i musiała go budzić, bała się bowiem, że może 
doznać  oparzenia.  A  potem  kąpali  się  i  bawili  w  wodzie  jak  dwoje  dzieci,  które  uciekły  ze 
szkoły na wagary. Całe napięcie i niepokój zniknęły bez śladu.  

–  Biegniemy  do  domku  –  krzyknął  nagle  Matt,  gdy  słońce  było  już  tak  wysoko,  że 

przebywanie na plaży robiło się niebezpieczne.  

– Kto pierwszy? 
Puściła  się  pędem  przed  siebie  po  rozgrzanym  piasku,  chwytając  po  drodze  ręcznik. 

Przegonił ją wkrótce, a ona, mimo że brakowało jej sił, przyspieszyła, chcąc go dogonić.  

Przeliczyła się jednak, zachwiała i upadłaby, gdyby w ostatniej chwili jej nie podtrzymał. 

Zaniósł ją do domku, by z czułością ułożyć na łóżku. Uklęknął nad nią i pocałował w usta, a 
potem wargi jego musnęły jej brodę, by zbliżyć się do piersi. Kiedy westchnęła z rozkoszy, 
położył  się  obok  i  budził  powoli  jej  ciało  do  życia.  Odsuwała  się  od  niego,  gdy  pożądanie 

background image

zaczynało  sprawiać jej fizyczny ból, lecz jego pocałunki sprawiały, że spragniona  rozkoszy 
tuliła się znowu, wiedziona tęsknotą, do jego ust i rąk.  

Nie  była  w  stanie  myśleć;  potrafiła  jedynie  poddać  się  jego  pieszczotom.  Gdy  się 

połączyli, odniosła wrażenie, że ulatuje gdzieś wysoko w górę, i przywarła do niego po to, by 
znaleźć się za chwilę w nie znanej jej zupełnie wspaniałej krainie, która była samą rozkoszą i 
pięknem.  

Krzyknęła znowu, bo czuła, jak ciało jej przestaje istnieć i stapia się z nim w jedną całość.  
Leżała w jego ramionach i marzyła tylko, by chwila ta trwała wiecznie, by nigdy już nie 

trzeba było wracać do świata, który opuścili przed chwilą.  

– Kocham cię – wyszeptał i przytulił ją jeszcze mocniej do siebie.  
Kochali się jeszcze nieraz, osiągając za każdym razem szczęście, o jakim nie mieli do tej 

pory wyobrażenia. A potem tuliły ją do snu jego ramiona.  

Gdy  wracali  do  domu,  patrzył  na  nią  z  miłością,  o  której  mówił  jej  wiele  razy  w  ciągu 

ostatnich czterdziestu ośmiu godzin.  

Na  miejscu  czekały  jednak  na  nich  normalne  troski  i  kłopoty.  Wkrótce  po  powrocie, 

jeszcze  tego  samego  wieczoru,  Matt  został  wezwany  do  bazy.  Miał  dyżur  telefoniczny  i 
musiał  udzielić  porady  przez  radio.  Claudia  czekała  do  dziesiątej,  nie  zadzwonił  jednak  do 
niej, wiedziała więc, że nie zobaczy go dzisiaj.  

W  poniedziałek  też  go  nie  spotkała.  Wyjechał,  zanim  przyszła  rano  do  pracy.  W 

poniedziałek odbywał bowiem zwykle lot do przychodni w Calturze.  

Czas, który spędzali teraz z sobą,  miał podwójną wartość.  Dzielili  go między przyjaźń i 

miłość. Siadywali u niego w mieszkaniu lub na werandzie u ciotki Stephy. Chcieli być sami, z 
daleka od świata i ludzi.  

Wyobrażała sobie, że nikt się nawet nie domyśla, co zaszło między nimi. Matta tak często 

nie  było,  pokazywali  się  więc  razem  bardzo  rzadko.  Zdumiała  się  więc,  gdy  któregoś  dnia 
zaczepił ją na korytarzu Peter.  

–  Z  pewnością  Matt  jutro  będzie  z  powrotem  –  powiedział  z  niezwykłą  jak  na  niego 

serdecznością w głosie.  

Spojrzała  na  niego  zdumiona,  zwłaszcza  że  myślami  była  tak  daleko  stąd.  Myślała 

przecież o Matcie! 

–  Oj,  ty  dzieciaku!  –  powiedział.  –  Co  ty  sobie  myślisz?  Że  nikt  nie  widzi,  jak  się 

czerwienicie na swój widok? I jak na siebie patrzycie? 

Była tak zmieszana, że oczywiście znowu się zaczerwieniła. A potem spojrzała na niego, 

nie będąc w stanie ani zaprzeczyć, ani potwierdzić.  

– Nie ma się czego wstydzić – oświadczył poważnie. – Nie kryj się ze swoim uczuciem. 

Miłość jest zawsze piękna, zwłaszcza ta pierwsza miłość i właśnie o nią należy szczególnie 
dbać.  Trzeba  ją  pielęgnować  jak  delikatną  roślinę.  A  żeby  przetrwała,  trzeba  nauczyć  się 
wszystkim dzielić, trzeba też dawać i być szczodrym, i trzeba umieć wybaczać.  

– Ależ ja tak właśnie czuję – wyszeptała zdumiona.  
Nie mogła uwierzyć, że to właśnie on, Peter Flint, rozumie tak dobrze sekrety miłości.  
– Miłość przypomina bajkę lub kolorową bańkę mydlaną – dodała w zadumie. – Jest zbyt 

background image

krucha, żeby trwać wiecznie i zbyt cenna, żeby mogła zawsze do mnie należeć.  

– Choćby i nie miała trwać wiecznie, ciesz się, że trwa teraz – powiedział, poklepał ją po 

ramieniu i wyszedł, a ona długo jeszcze myślała o tej rozmowie.  

Bańka  mydlana  rozprysła  się  i  rozwiała  bez  śladu  już  w  miesiąc  później.  Sprawił  to 

kapryśny los.  

Pozostały łzy i żal.  
Pewnego  dnia  odezwał  się  telefon.  Poszukiwano  Matta,  by  przekazać  mu  straszną 

wiadomość. Jack odebrał telefon i czekał potem w pokoju Leonie, by powiedzieć Mattowi o 
wszystkim.  Matt,  który  uratował  właśnie  cudze  życie,  miał  się  dowiedzieć,  że  nie  udało  się 
uratować życia, które tak wiele dla niego znaczyło.  

– Twojego ojca potrącił rozpędzony samochód – mówił Jack, a Claudia trzymała  go za 

rękę, próbując pocieszyć.  

Milczeli potem długo, czekając, aż się uspokoi. Wiele czasu jednak minęło, zanim był w 

stanie  wydobyć  z  siebie  głos.  Spoglądał  tylko  na  Jacka  pytającym  wzrokiem,  a  Jack 
opowiadał,  jak  ojciec  wyszedł  ze  szpitala,  a  potem  pielęgniarki  usłyszały  krzyk  i  w  minutę 
później znalazły go martwego na ulicy.  

– Zrobiono wszystko – powiedział Jack – nie było jednak ratunku. Samochód wyrzucił go 

w górę tak, że uderzył głową o krawężnik.  

Nie musiał mówić więcej. Matt potrafił wyobrazić sobie, co było dalej.  
– Muszę zadzwonić do domu – powiedział zmienionym głosem, którego Claudia jeszcze 

nie znała. – Moja matka... i siostry, a mnie tam nie ma... – wyszeptał po chwili.  

Jack  nakręcił  numer  i  podał  Mattowi  słuchawkę.  Chciała  odejść,  ale  nie  puścił  jej  ręki, 

posadziła go więc w fotelu i przyklęknęła obok, gładząc go po ręce.  

Jack odwiózł ich do domu ciotki Stephy, a Claudia zabrała go potem do swego pokoju. 

Rozebrała  go  i  położyła  do  łóżka.  Drżał  na  całym  ciele,  a  ona  wierzyła,  że  sen  potrafi 
złagodzić nieco ból.  

Leżała koło niego w nocy, trzymając mocno w ramionach. Na jej oczach ginęły powoli 

wszystkie  jej  marzenia.  Jutro  rano  Matt  odleci  na  południe,  myślała,  a  potem  pierwszym 
samolotem do Paryża.  

Zdawała sobie doskonale sprawę, że to koniec, że wkrótce nastąpi ostatnie pożegnanie.  
Matt ocknął się nad ranem i natychmiast stanęły mu przed oczami wydarzenia ostatnich 

godzin. Skrył się w jej ramionach i zapłakał. A gdy się trochę uspokoił, wyśliznął się z łóżka i 
poszedł do łazienki wziąć prysznic.  

Wrócił po chwili spokojny i opanowany. Odzyskał już siły, które potrzebne mu były w 

drodze  powrotnej  do  domu.  Usiadł  przy  Claudii  i  wziął  ją  za  ręce.  W  jego  oczach  kryła  się 
bezbrzeżna rozpacz.  

– Nie będę mógł tu wrócić – szepnął. – Moja matka... moje siostry... Ktoś się musi nimi 

zająć... O Boże! 

Cierpiała  podwójnie,  za  siebie  i  za  niego.  Przytuliła  się  do  niego,  łkając  rozpaczliwie. 

Wiedziała,  że  jego  miejsce  jest  w  Paryżu  z  rodziną,  która  go  potrzebowała,  przynajmniej 
dopóki  siostry  nie  skończą  szkoły  i  się  nie  usamodzielnią.  Któż  lepiej  niż  ona  rozumie 

background image

powinności rodzinne! 

– Wiem, że nie  możesz zostawić matki – mówił dalej. – Ale może... Ale na pewno się 

kiedyś spotkamy. – Uniósł głowę i spojrzał na nią rozgorączkowanym wzrokiem. – Przecież 
to niemożliwe, żeby taka miłość jak nasza mogła się skończyć na zawsze! 

Wstał i otulił ją kołdrą.  
– Muszę iść się spakować. Samolot odlatuje o jedenastej. Jack zawiezie mnie na lotnisko. 

Musimy się teraz pożegnać. Nie potrafiłbym powiedzieć ci do widzenia przy wszystkich.  

Kiwnęła głową. Z oczu płynęły jej łzy, a w gardle dusiło ją tak, że nie mogła wykrztusić 

słowa.  

– Kocham cię – szepnął.  
Słyszała jego kroki w holu i na werandzie; wydawało jej się nawet, że słyszy, jak idzie po 

schodach. Potem usiadła, krzyżując ręce na piersiach i kołysała się miarowo, próbując uciszyć 

ból, który ją rozsadzał.  

Po jakimś czasie znowu rozległy się kroki na werandzie. A potem jakieś głosy. To chyba 

niemożliwe, szepnęła do siebie. Czyżby to była mama? 

–  Claudio,  wstawaj!  –  rozległ  się  głos  pani  Delano.  Claudia  zerwała  się  z  łóżka  i 

szlochając, zbiegła na dół, by ukryć twarz w ramionach matki.  

–  No  już,  uspokój  się  –  mówiła  pani  Delano,  gładząc  Claudię  po  włosach  i  wycierając 

policzki z łez. – Wiem o śmierci ojca Matta. To smutna wiadomość, ale świat się przecież nie 
zawalił.  

Za  jej  plecami  stali  synowie,  a  ona  spoglądała  na  nich  niezadowolona,  jakby  pytała,  co 

robią w mieście, zamiast  pilnować farmy.  Bo przecież nie przyjechali chyba tutaj  po to, by 
dźwigać jej fotel po schodach! 

– A co ty tutaj robisz? – spytała Claudia. – Przyjechałaś do lekarza? 
Matka  pokręciła  przecząco  głową.  Też  coś!  –  zdawało  się  mówić  jej  spojrzenie.  Ja  do 

lekarza? 

– Przyjechaliśmy, żeby ci wlać trochę rozumu do głowy, no i mam nadzieję – dodała – 

żeby  cię  pożegnać.  Ciotka  zadzwoniła  i  opowiedziała  nam  o  nieszczęściu  twojego  Matta,  a 
potem dodała, że ty go w nieszczęściu opuszczasz.  

Claudia patrzyła na nią, nie rozumiejąc.  
–  Nigdy  bym  go  nie  opuściła  w  nieszczęściu,  gdybym  tylko  mogła  –  zaprotestowała.  – 

Ale on musi wracać do Francji i nie będzie mógł tu prędko wrócić.  

Głos  jej  się  załamał.  Mówiła  coś  potem  o  matce  i  siostrach,  ale  w  taki  sposób,  że  nie 

można jej było zupełnie zrozumieć.  

–  Jeżeli  go  kochasz,  to  powinnaś  z  nim  pojechać,  nawet  gdyby  jechał  do  Timbuktu  – 

powiedziała surowo pani Delano, a Claudia spojrzała na nią zdumiona.  

– Przecież nie mogę pojechać do Francji! – odparła płacząc.  
– Nie chce, żebyś z nim pojechała? 
– Ależ chce! – zawołała Claudia. – Ale wie, że nie mogę. Nie mogę przecież wyjechać i 

cię zostawić.  

–  O  Boże!  –  westchnęła  matka.  –  Czy  nie  mówiłam  ci,  że  musisz zacząć  żyć  własnym 

background image

życiem? Czy nie widzisz, że daję sobie radę bez ciebie? Oczywiście, będę do ciebie tęskniła, 
bo  jesteś  moją  ukochaną  córeczką,  ale  musisz  być  tam,  gdzie  los  ci  wyznaczył  miejsce. 
Francja nie jest w końcu tak daleko od Włoch, a czy twój ojciec nie obiecywał mi tyle razy, 
że  tam  pojedziemy,  żebym  zobaczyła  wioskę,  w  której  mieszkali  nasi  przodkowie  przed 
wyjazdem do Australii? 

– Ale Matt odlatuje o jedenastej! – zawołała Claudia.  
–  No  więc  się  pospiesz!  –  rzekła  spokojnie  pani  Delano.  –  Dlatego  właśnie  ojciec  i 

chłopcy przyjechali ze mną, żeby się z tobą pożegnać.  

–  Śniadanie!  Chodźcie  do  kuchni!  –  zawołała  ciotka  Stepha,  wchodząc  na  werandę.  – 

Zaraz  cię  spakuję  –  zwróciła  się  do  Claudii.  –  Zabierz  tylko  bieliznę  i  rzeczy  osobiste,  bo 
przecież tam i tak będziesz musiała kupić zimowe ubranie.  

Co się ze mną dzieje? – myślała gorączkowo Claudia. Czuła się jak ziarnko piasku, które 

porywają z brzegu potężne fale, nie pytając go przy tym o zdanie.  

Dała  się  jednak  zaprowadzić  do  kuchni  jednemu  z  braci  i  usiadła  przy  stole,  a  matka 

położyła przed nią paszport, odnawiany w zeszłym roku, gdy cała rodzina była na wycieczce 
w Nowej Zelandii.  

–  Ojciec  dzwonił  już  do  ambasady  francuskiej  w  Canberze,  Robert  już  wie,  co  trzeba 

zrobić i gdy tylko dolecicie do Brisbane, zabierze cię do konsulatu francuskiego po wizę.  

– Robert? – spytała, nie rozumiejąc.  
–  Robert  pojedzie  z  tobą  do  Brisbane  –  powiedziała  matka  tonem  nie  podlegającym 

dyskusji. – W końcu nasza córka nie może lecieć na drugi koniec świata ot tak sobie, sama jak 

palec! 

Claudia  przez  chwilę  zastanawiała  się,  co  o  tym  wszystkim  pomyśli  Matt.  Czy  będzie 

zadowolony, widząc, jak rodzina wysyła ją na siłę razem z nim? 

Ale w tej właśnie chwili do kuchni wpadł Matt, a za nim wszedł pan Delano i jego dwaj 

synowie, Robert i Michael. Matt podszedł do niej, a potem przyklęknął i wziął ją za rękę.  

–  Naprawdę  chcesz  ze  mną  pojechać?  –  spytał,  a  w  jego  oczach  ból  ustąpił  na  chwilę 

miejsca radości.  

– Ale czy ty chcesz? – szepnęła, gładząc delikatnie jego twarz.  
– Jak możesz nawet o to pytać? – zdumiał się. – Jestem taki szczęśliwy! Nie bój się! Jeśli 

tylko będzie ci źle, odwiozę cię z powrotem – obiecał.  

Oparł głowę na jej piersiach, tak jak ona zrobiła to przed chwilą, witając matkę. Spojrzała 

na twarze swoich najbliższych i w ich oczach dostrzegła łzy.  

– Pojadę z tobą – oznajmiła. Zostało im już niewiele czasu.  
Wzięła  szybko  prysznic  i  przebrała  się,  a  potem  ojciec  zawiózł  ją  do  bazy  i  musiał 

tłumaczyć, co się stało, gdyż na widok Leonie Claudia rozpłakała się i  długo nie mogła się 
uspokoić.  

–  Taka  jestem  szczęśliwa  –  łkała  w  objęciach  pani  Cooper.  –  Jestem  naprawdę  bardzo 

szczęśliwa.  Ale  śmierć  ojca  Matta  to  przecież  wielkie  nieszczęście,  i  w  dodatku  zostawiam 
was, ale ja chyba powinnam jechać? 

– Oczywiście – przytaknęła  Leonie. – Nie zapominaj  tylko o nas i  pamiętaj, że zawsze 

background image

nam się tu przyda okulista, który będzie jeździł do Caltury.  

– Jeszcze się nie żegnajmy – powiedziała po chwili. – Jack postanowił zostawić Katie, a 

my wszyscy mamy jechać na lotnisko, żeby się z wami pożegnać. Wiem, że to będzie bardzo 
smutny  wyjazd  dla  was  obojga,  ale  pamiętaj,  że  będzie  wam  towarzyszyć  nie  tylko  miłość 

twojej rodziny, ale także nasza przyjaźń.  

Claudia uspokoiła się i pokiwała głową.  
Wiedziała, że nadszedł czas, kiedy musi mieć siły za nich dwoje. I że nie wolno jej więcej 

płakać. Ruszała na podbój świata jak prawdziwy poszukiwacz przygód.  

Gdy  samolot  wzniósł  się  już  wysoko  ponad  zatokę,  wzięła  Matta  za  rękę.  W  dole 

zostawili przyjaciół i rodzinę, którzy machali do nich na pożegnanie.  

– Kocham cię – szepnął, a ona poczuła, że wszystko będzie dobrze.  
Miasto znikało im powoli z oczu. Niespodziewanie pojawił się tuż pod nimi mały samolot 

medycznej służby powietrznej, który wznosił się właśnie do góry.  

– Spojrzyj po raz ostatni na zatokę – szepnęła. – I na nasz samolot...  
– To Allysha w drodze do Cabbage Tree – oznajmił. – Miałem z nią lecieć.  
Mocno  uścisnął  jej  rękę,  jakby  chciał  się  upewnić,  że  ciągle  jest  przy  nim.  A  ona 

odpowiedziała mu uśmiechem pełnym miłości i oddania.