background image

AGATHA CHRISTIE 

MORDERSTWO ODBĘDZIE SIĘ...

PRZEŁOŻYŁA: WANDA STAWINOWSKA-
DEHNEL
TYTUŁ ORYGINAŁU: A MURDER IS 
ANNOUNCED

ROZDZIAŁ PIERWSZY
MORDERSTWO ODBĘDZIE SIĘ...
1

Każdego dnia z wyjątkiem niedziel, pomiędzy 
godziną siódmą trzydzieści a ósmą trzydzieści 
rano, Johnnie Butt objeżdżał na rowerze osadę 
Chipping Cleghorn. Nieustannie gwizdał przez 
zęby i po kolei wpychał do skrzynek na listy 
takie dzienniki, jakie mieszkańcy 
zaprenumerowali w księgarni i składzie 
materiałów piśmiennych pana Totmana przy 
High Street. "Times" i "Daily Graphic" dla 
pułkownika Easterbrooka i jego żony, "Times" i 
"Daily Worker" dla pani Swettenham, "Daily 
Telegraph" i "News Chronicie" dla panien 
Hinchliffe i Murgatroyd, "Telegraph", 
"Times" i "Daily Maił" dla panny Blacklock.
Do domów wymienionych osób - lub ściślej, do 
prawie wszystkich domów w osadzie - trafiały 

background image

też co piątek egzemplarze lokalnego pisma 
"North Benham News and Chipping Cleghorn 
Gazette", zwanego potocznie "Gazetką".
A zatem co piątek, po pospiesznym rzucie oka 
na tytuły w takim czy innym dzienniku (Trudna 
sytuacja międzynarodowa! Dziś początek obrad 
Sesji Ogólnej ONZ! Psy policyjne na tropie 
zabójcy jasnowłosej stenotypistki! Trzy kopalnie 
węgla nieczynne! Dwadzieścia trzy śmiertelne 
ofiary zatrucia pokarmowego w nadmorskim 
hotelu! - itd., itd.) większość mieszkańców 
Chipping Cleghorn skwapliwie rozpościerała 
"Gazetkę", aby pogrążyć się w wertowaniu 
miejscowych nowin. Szybko załatwiano się z 
artykułami, w których lokalne spory znajdowały 
gwałtowny wyraz, następnie zaś dziewięciu na 
dziesięciu prenumeratorów zwracało wzrok ku 
rubrykom drobnych ogłoszeń. Były tu 
wiadomości o kupnie i sprzedaży 
najprzeróżniejszych rzeczy, rozpaczliwe wołania 
o pomoc domową, liczne ogłoszenia na temat 
psów, drobiu i sprzętu ogrodniczego oraz 
wszelkie informacje ważne dla szczupłej 
społeczności Chipping Geghorn.
Piątek, o którym mowa, dwudziesty dziewiąty 
października tysiąc dziewięćset czterdziestego 
piątego roku, nie odbiegał od reguły.

2

Pani Swettenham odgarnęła z czoła kunsztowne, 

background image

siwiejące loczki, rozłożyła "Timesa" i bez 
szczególnego zainteresowania przebiegła 
wzrokiem drugą stronę. Rychło osądziła, że jeśli 
nawet były jakieś ciekawe wiadomości, "Times", 
jak zawsze, potrafił je zakamuflować; przejrzała 
wzrokiem kolumnę zatytułowaną: "Narodziny. 
Małżeństwa. Zgony" (przede wszystkim zgony!) 
i dopełniwszy obowiązku, odłożyła dziennik, by 
sięgnąć po "Gazetkę".
Gdy jej syn, Edmund, wszedł w jakiś czas potem 
do jadalni, pani Swettenham była pogrążona w 
lekturze drobnych ogłoszeń.
- Dzień dobry, mój drogi - powiedziała. - 
Smedleyowie chcą sprzedać swojego daimlera. 
Model z trzydziestego piątego! Stary gruchot, 
nieprawdaż?
Syn burknął coś na powitanie, nalał sobie 
filiżankę kawy, nałożył na talerz dwa opiekane 
śledzie i rozpostarłszy "Daily Worker", wsparł 
gazetę o toster.
- "Szczenięta rasowe dogi..." - czytała pani 
Swettenham. - Nie wiem, jakim cudem ludzie 
żywią dziś takie ogromne psiska? Nie mam 
pojęcia, doprawdy! Oo... Selina Lawrence 
znowu szuka kucharki. Mogłabym ją zapewnić, 
że w obecnych czasach ogłoszenie to czysta 
strata czasu. Nie podaje adresu, tylko numer 
skrytki pocztowej. Także pomysł! Służba chce 
wiedzieć, dokąd ma się zgłosić. Ceni sobie dobry 
adres! "Kupuję sztuczne zęby. Płacę najwyższe 
ceny"... Nie mogę pojąć, czemu sztuczne zęby są 

background image

tak poszukiwane. "Cebulki kwiatowe. 
Najpiękniejszy wybór"... Hm... Nawet niedrogo. 
Jakaś młoda dziewczyna szuka odpowiedniego 
zajęcia. Chciałaby podróżować... Mój Boże! Kto 
by nie chciał?... "Jamniki"... Nie lubię 
jamników, nawet nie dlatego, że to psy 
niemieckie... Wojna już się przecież skończyła. 
Po prostu nigdy ich nie lubiłam... Co pani powie, 
pani Finch?
W szparze uchylonych drzwi pojawił się tors 
kobiety oraz głowa w starym aksamitnym 
berecie.
- Dzień dobry pani - przemówiła pani Finch. - 
Można już sprzątnąć ze stołu?
- Nie. Jeszcze nie po śniadaniu - odrzekła pani 
Swettenham i wnet dodała pojednawczo: - Za 
chwilkę kończymy.
Kobieta spojrzała złym okiem na Edmunda i 
"Daily Worker" i wycofała się, pociągnąwszy 
nosem.
- Ja dopiero co zacząłem - mruknął młody 
człowiek, a jego matka podchwyciła cierpko:
- Wolałabym, Edmundzie, żebyś nie czytał tej 
okropnej gazety. Pani Finch wcale się to nie 
podoba.
- Nie rozumiem, co panią Finch obchodzą moje 
zapatrywania polityczne.
- "Daily Worker"! - prychnęła matka. - 
Zupełnie jakbyś był robotnikiem. A ty przecież 
nic nie robisz.
- Nieprawda, mamo. Piszę książkę.

background image

- Miałam na myśli prawdziwą pracę - obruszyła 
się matka. - No i zależy nam na pani Finch. 
Jeżeli zrazi się do nas i odejdzie, kogo 
znajdziemy na jej miejsce?
- Można dać ogłoszenie do "Gazetki".
- Powiedziałam przed chwilą, że to czysta strata 
czasu. Mój Boże! W dzisiejszych ciężkich 
czasach człowiek jest w beznadziejnej sytuacji, 
jeżeli nie ma starej niani, która zgodzi się 
gotować i pełnie funkcję pomocy domowej do 
wszystkiego.
- Czemu więc nie mamy w domu takiej osoby? 
W odpowiednim czasie nie postarałaś się o 
nianię dla mnie. Karygodna krótkowzroczność!
- W odpowiednim czasie zamieszkiwaliśmy na 
Wschodzie i tobą opiekowała się ayah.
- Karygodna krótkowzroczność - powtórzył 
Edmund. Pani Swettenham wróciła do drobnych
ogłoszeń.
- "Sprzedam używaną kosiarkę do 
trawników"... Ależ cena! Słowo daję!... Znowu 
jamniki... "Napisz lub odezwij się jakoś! 
Zrozpaczony Woggles". Co za pseudonimy 
wymyślają sobie ludzie!... "Spaniele..." 
Pamiętasz, Edmundzie, kochaną Sussie? Była 
mądra jak człowiek. Rozumiała każde słowo... 
"Do sprzedania kredens. Antyk rodzinny. 
Autentyczny Sheraton. Lucas w Dayas Hali". Ta 
potrafi kłamać! Autentyczny Sheraton! Akurat! 
- prychnęła gniewnie i czytała dalej:
- "Omyłka, kochanie. Dozgonna miłość. W 

background image

piątek, jak zawsze. J." Sprzeczka zakochanych, 
co? A może szyfr włamywaczy? Jak sądzisz, 
Edmundzie?... Jeszcze raz jamniki!... Słowo 
daję! Ludzie dostają bzika na ich punkcie! Jak 
gdyby nie było innych psów! Stryj Simon 
hodował teriery ostrowłose. Urocze stworzenia! 
Ja tam wolę psy na solidnych nogach... "Z 
powodu wyjazdu za granicę sprzedam mało 
używany granatowy kostium damski..." Nie ma 
miary ani ceny... "Małżeństwo odbędzie się..." 
Nie! Morderstwo! Co to znaczy? Posłuchaj 
tylko! "Morderstwo odbędzie się w piątek, 29 
października, o godz. 6.30 wieczorem, w Little 
Paddocks. Osobne zaproszenia nie będą 
rozsyłane". Niebywałe! Słyszałeś, Edmundzie?
- Co takiego? - młody człowiek oderwał wzrok 
od lektury.
- Piątek, dwudziestego dziewiątego 
października... To dziś!
- Zaraz. Niech no sam spojrzę. - Edmund sięgnął 
po "Gazetkę".
- Co to ma znaczyć? - zapytała matka z 
niekłamanym zaciekawieniem.
Młody człowiek zrobił niepewną minę. Podrapał 
się wnoś.
- Co to może znaczyć? - powtórzył. - Pewno 
chodzi o jakąś grę towarzyską, w ofiarę i 
detektywa lub coś podobnego.
- Czy ja wiem?... Takie zaproszenie wygląda 
jakoś dziwnie. Anons w "Gazetce"! Coś nie w 
stylu Letycji Blacklock, osoby, jak mi się zdaje, 

background image

bardzo serio.
- Prawdopodobnie pomysł dwojga młodych, 
którzy mieszkają u niej.
- Tak nagle. I to dziś wieczorem! Sądzisz, że 
powinniśmy pójść?
- Napisano wyraźnie: "Osobne zaproszenia nie 
będą rozsyłane".
- Moim zdaniem nowomodne metody 
informowania przyjaciół o zebraniach 
towarzyskich są żenujące - orzekła stanowczo 
pani Swettenham.
- Przecież nie musisz tam iść, mamo.
- Nie muszę - przyznała. Nastąpiła krótka pauza.
- Czy zjesz, Edmundzie, tę ostatnią grzankę? 
Pośpiesz się.
- Sądziłbym, mamo, że stosowne odżywianie 
mojej osoby to sprawa ważniejsza niż sprzątanie 
ze stołu przez tę starą wiedźmę.
- Sza! Ciszej, mój drogi! Ona może usłyszeć!... 
Powiedz mi, jak wygląda zabawa w ofiarę i 
detektywa.
- Nie wiem dokładnie... Komuś przypina się 
kartkę... Nie! Raczej ciągnie się losy z 
kapelusza... Później ktoś jest ofiarą, ktoś inny 
detektywem. Gasną światła, ofiara czuje 
dotknięcie dłoni na ramieniu, wtedy krzyczy, 
kładzie się i udaje trupa.
- To interesujące, Edmundzie.
- Dla mnie śmiertelnie nudne. Nie wybieram się 
do Little Paddocks.
- Nie pleć, Edmundzie. Pójdę tam i ty pójdziesz 

background image

ze mną. Sprawa załatwiona.

3

- Archie, posłuchaj, proszę - powiedziała pani 
Easterbrook.
Pułkownik nie zareagował, bo pomrukiwał już 
gniewnie nad jakimś artykułem zamieszczonym 
w "Timesie".
- Chodzi o to - powiedział - że ci faceci nie mają 
pojęcia o Indiach. Zielonego pojęcia!
- Oczywiście, mój drogi!
- Gdyby mieli jakie takie pojęcie, nie 
wypisywaliby podobnych bredni.
- Oczywiście, mój drogi. Ale posłuchaj, proszę. 
"Morderstwo odbędzie się w piątek, 29 
października, o godz. 6.30 wieczorem, w Little 
Paddocks. Osobne zaproszenia nie będą 
rozsyłane".
Pani Easterbrook zrobiła efektowną pauzę. Mąż 
spojrzał na nią pobłażliwie, ale bez 
zainteresowania.
- Ofiara i detektyw - powiedział.
- Co takiego?
- Z całą pewnością. Bo widzisz - ciągnął, 
rozkrochmaliwszy się cokolwiek - to może być 
doskonała zabawa. Tyle że musi ją starannie 
zorganizować ktoś znający się na rzeczy. 
Wszyscy ciągną losy. Ktoś zostaje mordercą. 
Nikt nie wie kto. Światła gasną. Morderca 
wybiera ofiarę. Ofiara liczy do dwudziestu i 

background image

dopiero wtedy może krzyknąć. Później ktoś 
obrany detektywem rozpoczyna śledztwo. 
Przesłuchuje wszystkich. Wypytuje, gdzie każdy 
był i co robił. Stara się zdemaskować 
zbrodniarza. Tak... To doskonała zabawa, jeżeli 
oczywiście detektyw zna się chociaż trochę na 
policyjnej robocie.
- Jak ty, Archie! - podchwyciła. - Tyle 
ciekawych spraw sądziłeś w swoim okręgu!
Pułkownik uśmiechnął się łaskawie i rad z siebie 
podkręcił wąsa.
- Tak, Lauro - powiedział. - Na pewno mógłbym 
doradzić to i owo i tym razem. - Wyprostował 
się z pewną siebie miną.
- Panna Blacklock powinna zwrócić się do ciebie 
z prośbą o radę i pomoc.
- Po co? - prychnął gniewnie. - U panny 
Blacklock mieszka ten smarkacz. Jakiś 
siostrzeniec czy coś takiego. Z pewnością to jego 
pomysł. Cudacki pomysł, żeby o takim czymś 
pisać w "Gazetce".
- I to w rubryce drobnych ogłoszeń - 
podchwyciła pani Easterbrook. - Przecież 
mogliśmy wcale nie zauważyć. Jak sądzisz, 
Archie? Czy to ma być zaproszenie?
- Cudackie zaproszenie! Jedno mogę powiedzieć 
z pewnością. Na mnie niech nie liczą!
- Dlaczego, Archie?
- Zbyt krótki termin. Przecież mógłbym być 
zajęty.
- Ale nie jesteś zajęty, kochanie - powiedziała i 

background image

ciągnęła tonem łagodnej perswazji: - Moim 
zdaniem, Archie, powinieneś tam pójść, 
chociażby dlatego, by pomóc biednej pani 
Blacklock. Nie wątpię, że liczy na ciebie, 
spodziewa się, że zorganizujesz zabawę jak 
trzeba. Tak dużo wiesz o policyjnej robocie i 
całej procedurze obowiązującej w śledztwie. Bez 
twojego udziału, mój drogi, impreza musi zrobić 
klapę. Ostatecznie dobrosąsiedzkie stosunki 
zobowiązują do czegoś.
- Ha! Jeżeli tak sądzisz, Lauro...
- Doprawdy, Arenie, sądzę, że to twój święty 
obowiązek - przerwała mu z godnością.

4

"Gazetka" trafiła również do Boulders, 
posiadłości składającej się z połączonych trzech 
malowniczych, staroświeckich domków, 
zamieszkiwanej przez pannę Hinchliffe i pannę 
Murgatroyd.
- Hinch!
- Co, Murg?
- Gdzie jesteś?
- W kurniku. - Aha.
Brnąc ostrożnie przez wysoką, mokrą trawę, 
Amy Murgatroyd podeszła do przyjaciółki. 
Panna Hinchliffe ubrana w sztruksowe spodnie i 
wojskową bluzę polową sypała garście otrębów 
do dymiącej miski pełnej gotowanych obierzyn 
kartoflanych oraz głąbów kapusty i wszystko to 

background image

mieszała pracowicie. Podniosła krótko, prawie 
po męsku ostrzyżoną głowę i zwróciła ogorzałą 
twarz w stronę przyjaciółki.
Panna Murgatroyd - osoba pogodna i otyła - 
miała na sobie spódnicę z tweedu w kratkę oraz 
porozciągany jaskrawoszafirowy sweter. Była 
nieco zdyszana, a jej siwy koczek znajdował się 
w nieładzie.
- Ogłoszenie w "Gazetce" - sapnęła. - Posłuchaj, 
Hinch! Co to może znaczyć? "Morderstwo 
odbędzie się... w piątek... 29 października... o 
godz. 6.30 wieczorem... Osobne zaproszenia... 
nie będą rozsyłane".
Umilkła zasapana i spojrzała na przyjaciółkę 
tak, jak gdyby oczekiwała autorytatywnej 
opinii.
- Głupstwo! - powiedziała panna Hinchliffe.
- Tak. Ale co to może znaczyć?
- Okazja do wypicia.
- Myślisz, Hinch, że to ma być zaproszenie?
- Przekonamy się na miejscu w Little Paddocks. 
Spodziewam się kiepskiego wina. No i zeszłabyś 
lepiej z trawy, Murg. Twoje ranne pantofle do 
cna przemokły.
Panna Murgatroyd spojrzała na nogi.
- Rzeczywiście! - przyznała. - Ile dziś jajek?
- Siedem. Ta piekielna kura znów nie chce 
siedzieć. Trzeba ją wpędzić do kojca.
Panna Murgatroyd wróciła myślami do 
ogłoszenia w "Gazetce".
- Dziwnie wygląda tego rodzaju zaproszenie, 

background image

prawda?
- powiedziała nie bez żałosnej nuty w głosie.
Jednakże panna Hinchliffe - osoba bardziej 
stanowcza i zrównoważona - postanowiła 
przywołać do porządku niesforną kurę i od tego 
zamiaru nie mogło jej odwieść nawet 
najbardziej zagadkowe ogłoszenie.
Ciężkim krokiem przemierzyła błotniste 
podwórko i chwyciła dropiatą kwokę, która 
zagdakała donośnie i z oburzeniem.
- Stanowczo wolę kaczki - powiedziała panna 
Hinchliffe.
- Znacznie mniej z nimi kłopotu.

5

- A to heca! - zawołała pani Harmon, zwracając 
się przez stół do małżonka, wielebnego Juliana 
Harmona.
- U panny Blacklock odbędzie się morderstwo.
- Morderstwo? - powtórzył zdziwiony 
cokolwiek.
- Kiedy?
- Dziś po południu... Albo raczej wieczorem, o 
pół do siódmej. Co za pech, kochany, że o tej 
porze masz przygotowanie do konfirmacji! 
Straszna szkoda! Przecież uwielbiasz 
morderstwa!
- O czym ty mówisz, Bułeczko? Nic nie 
rozumiem. Pani Harmon otrzymała na chrzcie 
imię Diana, rychło jednak zyskała przydomek 

background image

Bułeczka, a to dzięki pucołowatej twarzy i 
krągłej figurze. Teraz wyciągnęła rękę nad 
stołem i podała mężowi "Gazetkę".
- Znajdziesz to wśród drobnych ogłoszeń o 
używanych pianinach i sztucznych zębach.
- Niebywała historia!
- Prawda? - podchwyciła radośnie. - Zdawałoby 
się,-że panna Blacklock nie interesuje się takimi 
rzeczami jak morderstwa czy w ogóle gry 
towarzyskie, no nie? Pewno podbechtali ją 
młodzi Simmonsowie, chociaż myślałam, że dla 
Julii morderstwo to coś zbyt brutalnego. W 
każdym razie odbędzie się jakieś morderstwo i 
moim zdaniem, Julianie, wielka szkoda, że nie 
możesz przy nim asystować. Ma się rozumieć, 
pójdę tam i wszystko opowiem ci dokładnie, 
chociaż, szczerze mówiąc, nie przepadam za 
zabawami, które odbywają się po ciemku. Boję 
się! Ale mam nadzieję, że nie zostanę ofiarą. 
Gdyby ktoś nagle położył mi dłoń na ramieniu i 
szepnął: "Już nie żyjesz"... Mój Boże! Tak bym 
się przeraziła, że chyba naprawdę bym umarła! 
Myślisz, kochanie, że coś takiego mogłoby się 
zdarzyć?
- Nie, Bułeczko! Myślę, że dożyjesz bardzo 
sędziwego wieku i zawsze będziemy razem.
- Tak! I umrzemy jednego dnia, i pochowają nas 
w jednym grobie! Cudownie będzie! - zawołała, 
cała rozpromieniona z powodu tak błogiej wizji.
- Jesteś bardzo szczęśliwa... Prawda, Bułeczko? - 
uśmiechnął się wielebny Julian Harmon.

background image

- Kto nie byłby bardzo szczęśliwy na moim 
miejscu? - zapytała ze zdziwieniem. - Mam 
przecież ciebie, Zuzannę, Edwarda i wszyscy 
kochacie mnie, i wcale wam nie
przeszkadza, że jestem głupia... I słońce świeci! I 
mieszkam w dużym, ślicznym domu!
Pastor rozejrzał się po obszernym, ponurym 
pokoju stołowym i przytaknął nie bez 
powątpiewania.
- Ktoś inny mógłby uważać, że mieszkanie w 
takiej ruderze to istny dopust boży. Duże, puste 
pokoje, wieczne przeciągi...
- Ja uwielbiam duże pokoje! - przerwała. - Miłe 
wiejskie zapachy przenikają do nich łatwo i 
zostają na długo. No i człowiek może być 
nieporządny, rzucać wszystko, gdzie popadnie, i 
nie potykać się o to.
- Nie mamy żadnych urządzeń ułatwiających 
prowadzenie gospodarstwa. Nie mamy 
centralnego ogrzewania. Przysparza ci to wiele 
pracy, moja mała.
- Nic podobnego, Julianie! Wstaję o pół do 
siódmej, rozpalam pod kuchnią i zaczynam 
uganiać się, sapiąc jak lokomotywa. No i na 
ósmą jestem gotowa. Dom utrzymuję w 
porządku, prawda? Woskowane podłogi. Meble 
lśniące od pasty. Wazony z jesiennymi liśćmi. 
Nie trudniej, słowo daję, posprzątać w dużym 
domu niż w małym. Ze szczotką i ścierką 
człowiek porusza się sprawniej, bo nie potrąca 
wciąż rozmaitych rzeczy, jak to się dzieje w 

background image

ciasnych klitkach. No i lubię sypiać w dużym, 
zimnym pokoju, bo to tak miło opatulić się 
dobrze i tylko czubkiem nosa węszyć, co się 
dzieje na zewnątrz. A bez względu na to, w jak 
wielkim mieszka się domu, trzeba obierać tyle 
samo ziemniaków i zmywać tyle samo talerzy. 
Pomyśl, jak to miło, że Edward i Zuzanna mogą 
bawić się w wielkich pokojach, rozstawiać, gdzie 
chcą, tory kolejowe albo urządzać przyjęcia dla 
lalek. I nigdy nie muszą sprzątać. No i dobrze 
mieć tyle miejsca, żeby móc wynajmować 
innym, prawda? Wyobraź sobie, że w innych 
warunkach Jimmy Symes i Johnnie Finch 
musieliby mieszkać u swoich teściów! A to nic 
przyjemnego, Julianie, mieszkać u teściów! 
Jesteś przywiązany do mojej matki, prawda? 
Ma się rozumieć, kochanie, ale nie życzyłbyś 
sobie, żebyśmy rozpoczynali nasze małżeńskie 
życie pod dachem jej i mojego ojca. Ja nie 
chciałabym także. Wciąż czułabym się wtedy 
małą dziewczynką.
- I tak, Bułeczko, jesteś wciąż małą dziewczynką 
- uśmiechnął się wielebny Julian Harmon.
On sam sprawiał wrażenie człowieka 
stworzonego na sześćdziesięciolatka, chociaż 
brakowało mu jeszcze jakieś dwadzieścia pięć 
lat, by spełnić to zamierzenie natury.
- Tak. Wiem, że jestem głupia...
- Nic podobnego, Bułeczko! Jesteś bardzo 
mądra.
- Ach nie! Skąd znowu! Nie ma we mnie nic z 

background image

intelektualistki, chociaż staram się i... I bardzo 
lubię, mój drogi, jak mówisz o książkach, o 
historii i takich różnych rzeczach. Może głośne 
czytanie mi wieczorami Gibbona nie było 
najlepszym pomysłem, bo kiedy na dworze wieje 
lodowaty wiatr, a w domu jest przytulnie i 
ciepło, Gibbon usposabia do snu.
Julian roześmiał się pogodnie.
- Ale, kochanie, strasznie lubię cię słuchać. 
Opowiedz, proszę, jak to stary proboszcz mówił 
kazanie o Ahaswerze.
- Na pamięć znasz tę anegdotę, Bułeczko.
- Ale opowiedz jeszcze raz. Proszę!
- To był stary Scrymgour - zaczął. - Pewnego 
dnia ktoś zajrzał do jego kościoła. Proboszcz 
wychylał się z kazalnicy i z ogniem przemawiał 
do dwu sprzątaczek w podeszłym wieku. 
Wygrażał im palcem i perorował: "Ha! Wiem, 
co myślicie. Myślicie, że Ahaswer Wielki z 
Pierwszej Lekcji to Artakserkses Drugi. Nie! To 
ma być Artakserkses Trzeci!"
Julian Harmon nie dostrzegał w tej anegdocie 
nic szczególnie komicznego, ale Bułeczka śmiała 
się zawsze do rozpuku. Teraz też parsknęła 
dźwięcznym śmiechem.
- Najdroższy! - zawołała. - Myślę, że ty kiedyś 
będziesz kubek w kubek podobny!
Pastor zrobił niepewną minę.
- Być może, Bułeczko - odrzekł skromnie. - 
Wiem, że nie bardzo umiem trafiać do prostych 
ludzi.

background image

- Nie szkodzi! - podchwyciła żywo i podniósłszy 
się, zaczęła zbierać na tacę naczynia. - Właśnie 
wczoraj mówiła mi pani Butt, że jej mąż, który 
był ateistą i dawniej nigdy nie chodził do 
kościoła, teraz chodzi każdej niedzieli, by 
słuchać twoich kazań.
Roześmiała się i powiedziała, naśladując 
doskonale afektowany ton pani Butt:
- "No i parę dni temu, proszę pani, mąż 
powiedział panu Timkinsowi z Little Worsdale, 
że tutaj, w Chipping Cleghorn, mamy 
prawdziwą kulturę. Całkiem inaczej niż u nich, 
w Little Worsdale, gdzie wielebny Goss mówi do 
parafian tak jak do małych dzieci. Prawdziwą 
kulturę - powiedział mąż panu Timkinsowi - 
mamy tu, w Chipping Cleghorn. Nasz proboszcz 
kształcił się w Oxfordzie, nie w Milchesterze, ma 
gruntowną wiedzę i nam ją przekazuje. Wie 
wszystko o Rzymianach i Grekach, a także o 
Babilonie i Asyrii. Ba! Nawet kot z probostwa 
nazywa się tak jak jeden król asyryjski!" Tak 
mówił Butt, więc chwała ci, Julianie! - zawołała 
Bułeczka i podjęła zaraz. - Mój Boże! Muszę 
zmykać z tą tacą, bo inaczej nigdy nie uporam 
się z robotą! Hej, Tiglat Pileser! Chodź, kotku! 
Kici-kici! Dostaniesz resztki śledzia!
Otworzyła drzwi i zręcznie przytrzymując je 
stopą, wyniosła z pokoju tacę ze stosem naczyń. 
Niebawem dobiegła z kuchni jej własna wersja 
znanej śpiewki:

background image

Nastał morderstw dzień uroczy,
Rozkoszny niby wonny maj,
Zmyły się z miasta wszystkie gliny...

Brzęk wrzucanych do zlewu naczyń zagłuszał 
dalszy ciąg, lecz wychodząc z domu, wielebny 
Julian Harmon usłyszał końcowy wiersz 
radosnej strofy:

A nam, mordercom, w to graj!

ROZDZIAŁ DRUGI
ŚNIADANIE W LITTLE PADDOCKS
1

Mieszkańcy Little Paddocks również byli przy 
śniadaniu.
U szczytu stołu zasiadała właścicielka domu, 
panna Blacklock, osoba sześćdziesięcioletnia, w 
sportowym kostiumie z tweedu i 
nieodpowiedniej raczej kolii z dużych 
sztucznych pereł, ciasno opinających szyję, niby 
obróżka. Panna Blacklock czytała "Daily Maił", 
Julia Simmons przeglądała niedbale 
"Telegraph", Patrick Simmons głowił się nad 
krzyżówką zamieszczoną w "Timesie". Panna 
Dora Bunner zatonęła w lokalnym czasopiśmie.
Panna Blacklock parsknęła ochrypłym 
śmiechem. Patrick Simmons zamamrotał do 
siebie:
- Naturalnie... Przecinka, nie przesieka... Tu 

background image

zrobiłem błąd...
Dora Bunner zagdakała nagle głośno, niby 
spłoszona kura:
- Letty! Letty! Widziałaś?... Co to właściwie 
znaczył
- Co takiego, Doro?
- Zdumiewające ogłoszenie! Wyraźnie mowa 
tam o Little Paddocks!... Ale co to właściwie 
znaczy?
- Gdybyś zechciała mi pokazać to ogłoszenie, 
kochana Doro...
Panna Bunner posłusznie wręczyła "Gazetkę" 
przyjaciółce i drżącym palcem wskazała 
odpowiednie miejsce.
- Spójrz tylko, Letty. Spójrz!
Panna Blacklock spojrzała. Zmarszczyła brwi. 
Później dociekliwym wzrokiem przebiegła 
wokół stołu i przeczytała na głos:
- "Morderstwo odbędzie się w piątek, 29 
października, o godz. 6.30 wieczorem, w Little 
Paddocks. Osobne zaproszenia nie będą 
rozsyłane". Patryk? Czy to twój koncept? - 
zapytała obcesowo.
- Nie, ciociu Letty. Skąd ci to przyszło na myśl? 
Dlaczego ja miałbym mieć z tym coś wspólnego? 
- zaprzeczył z całym spokojem Patryk Simmons.
- Hm... To wygląda na ciebie, Pat - odparła 
surowo.
- Pomyślałam, że to może być żart w twoim 
stylu.
- Żart? Nic podobnego, ciociu.

background image

- A może ty, Julio...
- Ja? Skąd znowu! - powiedziała Julia znudzona. 
Panna Bunner zerknęła w stronę pustego 
miejsca, na którym ktoś wcześniej jadł 
śniadanie.
- Nie sądzisz, Letty, że pani Haymes... - 
rozpoczęła niepewnie.
- Ach, nie! Naszej Filipie nie w głowie takie 
żarty! - zawołał żywo Patryk. - To osoba bardzo 
serio.
Julia ziewnęła, mówiąc bez zainteresowania:
- Ale cóż to za pomysł? Co ta cała historia 
znaczy?
- Moim zdaniem w grę wchodzi jakiś niemądry 
kawał - odpowiedziała z wolna panna Blacklock.
- Idiotyczny i w bardzo złym guście - 
podchwyciła Dora Bunner. - Dlaczego? Co w 
tym ma być zabawnego?
Jej pyzate policzki drgały nerwowo, oczy 
krótkowidza połyskiwały irytacją i oburzeniem.
Pani domu uśmiechnęła się do starej 
przyjaciółki.
- Nie przejmuj się, Bunny - powiedziała. - 
Widocznie ktoś ma takie poczucie humoru. Ale 
chciałabym wiedzieć kto.
- To ma być dzisiaj - podjęła Bunny. - Dzisiaj o 
pół do siódmej. Jak sądzisz? Co się zdarzy?
- Śmierć - orzekł Patryk grobowym tonem. - 
Rozkoszna Śmierć.
- Cicho bądź! - zgromiła go panna Blacklock, a 
jej przyjaciółka pisnęła cienko.

background image

- Miałem na myśli to wyborne ciasto, które 
wypieka Mitzi - usprawiedliwił się młody 
człowiek. - Rozkoszna Śmierć! Tak je przecież 
nazywamy.
Panna Blacklock uśmiechnęła się blado. Dora 
Bunner natarła raz jeszcze:
- Ależ, Letty. Co ty naprawdę sądzisz, bo... 
Przyjaciółka przerwała jej z krzepiącym 
spokojem:
- Sądzę, że o pół do siódmej będziemy mieli 
połowę Chipping Cleghorn. To pewne. No i 
wszyscy będą pękać z ciekawości. Teraz idę 
sprawdzić, czy w domu jest trochę kseresu.

2

- Jesteś zaniepokojona? Prawda, Lotty?
Panna Blacklock wzdrygnęła się nerwowo. 
Siedziała przy biurku i z roztargnieniem 
rysowała ryby na bibularzu. Podniosła wzrok. 
Spojrzała w zaniepokojoną twarz Bunny.
Nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć Dorze, bo 
nie należało jej niepokoić ani irytować. Milczała 
przez chwilę.
W szkole przyjaźniła się z Dora Bunner, która 
była wówczas łacina, błękitnooka, jasnowłosa i, 
trzeba przyznać, dosyć głupia. Jej głupota nie 
miała większego znaczenia, gdyż pogoda, 
wesołość i uroda czyniły z Dory bardzo 
przyjemną współtowarzyszkę. W swoim czasie - 
jak mawiały koleżanki - powinna wyjść za 

background image

jakiegoś sympatycznego oficera czy 
prowincjonalnego notariusza. Tyle miała zalet! 
Była wrażliwa, wierna w przyjaźni, poczciwa. 
Jednakże życie niełaskawie potraktowało Dorę 
Bunner. Musiała zarabiać na utrzymanie. 
Pracowała ciężko, ale czegokolwiek by się 
podjęła, nie szło jej to dobrze.
Koleżanki szkolne straciły się z oczu, lecz przed 
pół rokiem panna Blacklock otrzymała 
wzruszający, napisany z patosem list. Dora 
szwankowała na zdrowiu. Mieszkała w jednym 
pokoju i usiłowała wyżyć z emerytury. 
Próbowała dorabiać szyciem, niestety, palce 
miała sztywne od reumatyzmu. W liście 
odwoływała się do wspomnień szkolnych i 
pytała, czy stara przyjaciółka nie zechciałaby jej 
pomóc, chociaż los rozłączył je tak dawno.
Panna Blacklock zareagowała spontanicznie. 
Biedna Dora! Biedna, ładna, niemądra, 
trzpiotowata Dora! Niezwłocznie wybrała się do 
koleżanki szkolnej, wzięła ją ze sobą i 
zainstalowała w Little Paddocks pod 
pretekstem, że "całe gospodarstwo domowe to 
już zbyt dużo dla mnie; muszę mieć kogoś 
zaufanego do pomocy". Lekarze zapewnili 
pannę Blacklock, iż jej przyjaciółka nie pożyje 
długo, okazało się jednak, że biedna Dora bywa 
często nie lada utrapieniem. Wszędzie czyniła 
zamęt, drażniła bardzo nerwową cudzoziemkę 
zatrudnioną jako pomoc domowa, myliła się 
przy liczeniu bielizny do prania, gubiła rachunki 

background image

i listy, często przywodziła do rozpaczy zaradną i 
pedantyczną zawsze pannę Blacklock. Biedna, 
niemądra, stara Dora! Taka poczciwa, 
przywiązana, dumna i szczęśliwa, że przydaje 
się na coś, lecz, niestety, absolutnie 
nieobliczalna!
- Uważaj, Doro! - rzuciła cierpko panna 
Blacklock. - Prosiłam cię tyle razy!
- Mój Boże! - Dora zrobiła żałosną minę. - 
Uważam, Letty... Tylko zapomniałam. Ale 
zaniepokojona jesteś? Prawda?
- Zaniepokojona? Nie... Bynajmniej. Masz na 
myśli to głupie ogłoszenie?
- Aha... Może to i dowcip, lecz w każdym razie 
dowcip jadowity.
- Jadowity?
- Aha... Musi kryć w sobie coś złego... 
Powiedziałabym, że... moim zdaniem, nie jest to 
dowcip miły.
Panna Blacklock spojrzała na przyjaciółkę. 
Łagodne oczy, upór w wyrazie ust, nos 
cokolwiek zadarty. Biedna Dora! Irytująca, 
roztrzepana, pełna dobrych chęci i stwarzająca 
wciąż problemy. A przecież - dziwna rzecz - nie 
pozbawiona zdrowego rozsądku!
- Masz chyba słuszność, Doro. Nie może to być 
miły dowcip.
- Mnie się zupełnie nie podoba - podchwyciła 
Dora z nieoczekiwanym ogniem. - 
Przestraszyłam się, Letty. I ty jesteś 
przestraszona.

background image

- Ja? Także pomysł! - obruszyła się panna 
Blacklock.
- Jest w tym niebezpieczeństwo. Tak, Letycjo! 
Niebezpieczeństwo! Coś w stylu ludzi, którzy 
wysyłają pocztą paczki zawierające bomby 
zegarowe.
- Moja droga! Po prostu jakiś przygłupek chciał 
być dowcipny.
- Ale co w tym dowcipnego? Nic!
Słusznie! Co w tym dowcipnego? Twarz panny 
Blacklock zdradzała jej myśli, więc Dora 
zawołała tonem triumfu:
- A widzisz, Letty! Jesteś takiego samego zdania!
- Ależ, kochana Bunny...
Panna Blacklock umilkła raptownie. Do pokoju 
wtargnęła wzburzona młoda kobieta w 
jaskrawej spódnicy i dżersejowej bluzce, pod 
którą falował pełny biust. Miała przetłuszczone 
ciemne włosy, splecione w warkocz i upięte w 
koronę.
- Pomówić z panią? Można? Nie? Panna 
Blacklock westchnęła.
- Naturalnie, Mitzi. O co chodzi?
Czasami myślała, że wolałaby sama sprzątać i 
gotować, niż znosić ataki nerwowe tej 
imigrantki zatrudnionej jako pomoc domowa.
- To będzie w porządku, nie? Wymawiam, 
proszę pani! Odchodzę! Zaraz!
- Dlaczego, Mitzi? Ktoś cię zdenerwował?
- Tak! Jestem zdenerwowana! - padła 
dramatyczna odpowiedź. - Nie chcę umierać! 

background image

Nie! Już raz uniknęłam śmierci w Europie. Cała 
moja rodzina zginęła. Wymordowana! Matka, 
mały braciszek, moja siostrzeniczka, słodkie 
dziecko! Wszyscy wymordowani! Ja uciekłam. 
Ukryłam się i schroniłam w Anglii. Pracuję tak, 
jak nigdy nie pracowałabym we własnym kraju. 
Ja, proszę pani...
- Wiem. Znam to wszystko - przerwała panna 
Blacklock, która rzeczywiście znała na pamięć tę 
historię, bo Mitzi powtarzała ją ciągle. - Ale 
dlaczego chcesz odejść właśnie dzisiaj?
- Bo znowu przyjdą, żeby mnie zabić!
- Kto?
- Moi wrogowie. Hitlerowcy. A może teraz jacyś 
inni. Dowiedzieli się, że tu jestem. Przyjdą mnie 
zabić. Przeczytałam o tym. Sama! W tym 
piśmie!
- W "Gazetce"?
- Aha! W tym piśmie. Czarno na białym. O! 
Proszę popatrzeć, co tu napisane. Morderstwo, 
nie? W Little Paddocks! To tutaj, nie? Dziś 
wieczór, o pół do siódmej! Nie myślę czekać. Nie 
chcę, żeby mnie zamordowali. Nie chcę!
- Ale dlaczego odnosisz to do siebie? Naszym 
zdaniem w grę wchodzi żart.
- Żart! To żaden żart zabić kogoś!
- Żaden żart. Zgoda. Ale, drogie dziecko, gdyby 
wrogowie mieli zamiar cię zabić, nie ogłaszaliby 
tego w prasie.
- Nie ogłaszaliby? Myśli pani? - podchwyciła 
zbita nieco z tropu Mitzi. - Uważa pani, że nie 

background image

chcą zamordować nikogo? A może właśnie 
panią, proszę pani? Nie?
- Nie widzę powodu, dla którego ktokolwiek 
mógłby mi życzyć śmierci - odparła panna 
Blacklock spokojnie i beztrosko. - I słowo daję, 
Mitzi, nie widzę powodu, dla którego mógłby 
chcieć zabić ciebie. Dlaczego, Mitzi?
- Bo to źli ludzie. Bardzo źli! Mówiłam 
przecież... Matka i mały braciszek, i moja 
siostrzenica, takie słodkie dziecko...
- Tak! Wiem! - Panna Blacklock przerwała 
potok-słów Mitzi. - Ale nie wyobrażam sobie, 
czemu ktoś miałby dybać na twoje życie. Jeżeli 
chcesz odejść natychmiast, nie mogę oczywiście 
przeszkodzić temu. Ale, doprawdy, zrobiłabyś 
wielkie głupstwo - zakończyła i dodała 
stanowczym tonem, który najwidoczniej 
zachwiał postanowieniem Mitzi: - Rzeźnik 
przysłał dziś bardzo twardą wołowinę. Trzeba ją 
będzie udusić.
- Tak! Udusić! Zrobię państwu gulasz. Taki 
specjalny gulasz.
- Niech będzie gulasz. Zgoda. I z tego trochę 
uschniętego sera warto by zrobić paluszki. 
Spodziewam się kilku osób dziś wieczorem.
- Dziś wieczorem? Akurat dziś wieczorem?
- Aha. O pół do siódmej.
- Tak jak było w gazecie, nie? Czemu kilka osób 
miałoby przyjść o pół do siódmej?
- Bo ludzie lubią pogrzeby - powiedziała 
żartobliwie panna Blacklock. - Jestem zajęta, 

background image

Mitzi. Proszę pójść do swojej roboty - rzuciła 
stanowczo i dodała, gdy drzwi zamknęły się za 
cudzoziemką. - Klęska na razie zażegnana.
- Umiesz sobie radzić, Letty - pochwaliła ją 
panna Bunner.

ROZDZIAŁ TRZECI
O PÓŁ DO SIÓDMEJ
1

A więc wszystko gotowe - powiedziała panna 
Blacklock.
Nie bez uznania objęła spojrzeniem długi salon. 
Rypsowe obicia w deseń z róż, dwa wazony 
rdzawych chryzantem, mały bukiet fiołków i 
srebrna szkatułka z papierosami na stoliku pod 
ścianą, a na środkowym stole taca z napojami.
Little Paddocks - niewielki dom w stylu 
wczesnowiktoriariskim - był ozdobiony 
podłużną werandą i zielonymi żaluzjami w 
oknach. Długi salon, któremu dach werandy 
zabierał znaczną część światła, miał początkowo 
dwuskrzydłowe drzwi wiodące do małego 
pokoju z wykuszowym oknem. Poprzedni 
mieszkańcy usunęli te drzwi i zastąpili pluszową 
kotarą. Z kolei panna Blacklock pozbyła się 
kotary i oba pokoje połączyła w jeden. Były tam 
dwa kominki, a chociaż na żadnym z nich nie 
płonął ogień, w salonie panowało przyjemne 
ciepło.
- Oo! Centralne ogrzewanie działa - powiedział 

background image

Patryk.
- Aha! - pani domu przytaknęła skinieniem 
głowy. - Ostatnio było tak mglisto i deszczowo. 
W całym domu czuć wilgoć. Kazałam Evansowi 
napalić, zanim poszedł do domu.
- A co z bezcennym koksem? - zapytał drwiąco 
młody człowiek.
- Co z bezcennym, jak powiedziałeś, koksem? W 
przeciwnym razie musiałby się palić w 
kominkach równie bezcenny węgiel. Widzisz, 
mój drogi, władze odmawiają nam nawet 
należnej cotygodniowej odrobiny węgla, jeżeli 
nie dowiedziemy, że to jedyny opał, jaki służy do 
gotowania.
- Podobno dawniej każdy mógł kupować, ile 
chciał, węgla i koksu. Czy to prawda? - zapytała 
Julia takim tonem, jakby słuchała dziwnych 
opowieści o jakimś nieznanym kraju.
- Tak, i to tanio.
- Nie było ograniczeń? Można się było obejść 
bez rozmaitych podań i formularzy? Każdy 
mógł kupować koks i węgiel?
- W dowolnych ilościach i gatunkach. Nie sam 
łupek i kamień, jakie dziś dostajemy.
- To musiał być świat z bajki - westchnęła Julia.
- Prawda?
- Tak mi się zdaje, gdy ten świat wspominam - 
powiedziała z uśmiechem panna Blacklock. - Ale 
jestem stara, nic więc dziwnego, że bardziej 
podobają mi się dawne czasy. Wy, młodzi, nie 
powinniście tak myśleć.

background image

- Nie musiałabym wtedy pracować zarobkowo - 
podjęła dziewczyna. - Mogłabym po prostu 
siedzieć w domu, pielęgnować kwiaty, pisywać 
liściki... Po co pisywało się liściki? I do kogo?
- Do wszystkich tych, do których obecnie 
telefonujemy - wyjaśniła pogodnie panna 
Blacklock. - Myślę, Julio, że ty nie potrafiłabyś 
nawet pisać liścików.
- W każdym razie nie w stylu uroczego 
"Poradnika wszelkiej korespondencji", który 
znalazłam tu niedawno. Coś cudownego! 
Dowiedziałam się stamtąd, jak grzecznie 
odrzucić propozycję małżeństwa uczynioną 
przez wdowca!
- Wątpię, moja droga, czy przesiadywanie w 
domu odpowiadałoby ci tak bardzo, jak sądzisz. 
To pociągało za sobą różne obowiązki. Chociaż - 
ciągnęła pani domu oschłym tonem - niewiele mi 
o nich wiadomo. Bunny - czule spojrzała w 
stronę dawnej koleżanki - i ja wcześnie 
zaczęłyśmy pracować zarobkowo.
- Istotnie, Letty! Za wcześnie! - podchwyciła 
panna Bunner. - Ach, te nieznośne dzieci! Nigdy 
ich nie zapomnę! Naturalnie Letty była 
mądrzejsza ode mnie. Została urzędniczką, 
sekretarką wielkiego finansisty.
Drzwi otworzyły się i do salonu weszła Filipa 
Haymes - wysoka, jasnowłosa, chłodna i 
opanowana. Nie bez zdziwienia rozejrzała się 
wokół.
- Co to? Przyjęcie? Nikt mi nic nie mówił.

background image

- Nasza Filipa, ma się rozumieć, nic nie wie! - 
roześmiał się Patryk. - Trzymam zakład, że to 
jedyna w Chipping Cleghorn osoba nie 
uświadomiona.
Młoda kobieta rzuciła mu pytające spojrzenie.
- Rozejrzyj się dokoła, a zobaczysz miejsce 
przyszłego morderstwa! - odpowiedział i 
teatralnym gestem zatoczył szeroki łuk ręką.
Filipa Haymes zrobiła zdumioną minę.
- Oto - ciągnął młody człowiek, wskazując dwa 
wielkie pęki chryzantem - żałobne wieńce. A te 
salaterki paluszków z sera i oliwek symbolizują 
pieczone mięsiwa podawane zazwyczaj na 
stypie.
Filipa zwróciła wzrok w kierunku pani domu.
- Czy to żart? Jestem okropnie głupia, nigdy nie 
rozumiem żartów.
- Głupi żart i niesmaczny! - wybuchnęła Dora 
Bunner.
- Mnie się przynajmniej nie podoba.
- Pokażcie jej ogłoszenie - zabrała głos panna 
Blacklock. - Ja muszę zamknąć kaczki. Idę, bo 
już robi się ciemno. No i gości tylko patrzeć!
- Ja pójdę zamknąć kaczki - zaproponowała 
Filipa.
- Nie, moja droga - zaoponowała pani domu. - 
Zakończyłaś swój dzień pracy.
- Ja cię zastąpię, ciociu Letty - powiedział 
Patryk.
- Nic podobnego! - odmówiła energicznie. - 
Poprzednim razem nie zasunąłeś porządnie 

background image

rygla.
- Pozwól, kochana Letty, że ja to zrobię - 
wyrwała się panna Bunner. - Z całą 
przyjemnością. Naprawdę! Wezmę tylko kalosze 
i... Gdzie też podziałam żakiet?
Panna Blacklock uśmiechnęła się tylko i 
zniknęła z pokoju.
- Nic z tego, Bunny - odezwał się Patryk. - Ciocia 
Letty jest samodzielna, nie pozwoli się w niczym 
zastąpić. Stanowczo woli wszystko robić sama.
- Uwielbia pracę - dorzuciła Julia.
- Nie zauważyłam jednak, żebyś ty kwapiła się z 
pomocą - podchwycił jej brat, a dziewczyna 
uśmiechnęła się sennie.
- Dopiero co orzekłeś, że ciocia Letty nie pozwoli 
się w niczym zastąpić. A zresztą - wyciągnęła 
przed siebie kształtne nogi - jestem w swoich 
najlepszych pończochach.
- Śmierć w jedwabnych pończochach - 
zadeklamował Patryk.
- Jedwabnych? To nylony, głuptasie.
- Śmierć w nylonach? To już nie tak dobry tytuł 
kryminału.
- Może ktoś wytłumaczy mi wreszcie, skąd dziś 
tyle gadania o śmierci? - zapytała Filipa z nutą 
skargi w głosie.
Wszyscy naraz usiłowali jej wytłumaczyć, lecz 
nikt nie mógł znaleźć "Gazetki", gdyż Mitzi 
zabrała ją do kuchni. Pani domu wróciła po 
upływie kilku minut.
- Kaczki zamknięte - oznajmiła i spojrzała na 

background image

zegar.
- Dwadzieścia po szóstej. Zaraz zaczną się 
schodzić albo mój pogląd na sąsiadów jest 
absolutnie mylny.
- Nie rozumiem, dlaczego zaraz zaczną się 
schodzić
- bąknęła niepewnie Filipa.
- Nie rozumiesz? Zapewne... Ale widzisz, ludzie 
są na ogół bardziej wścibscy niż ty.
- Postawa życiowa Filipy to przede wszystkim 
brak zainteresowania - wtrąciła cierpko Julia.
Filipa powstrzymała się od odpowiedzi. Panna 
Blacklock spojrzała w stronę środkowego stołu, 
na którym Mitzi postawiła kseres i trzy salaterki 
z oliwkami, paluszkami z sera oraz drobnymi 
ciasteczkami własnego wypieku.
- Pat - zwróciła się do siostrzeńca - może 
zechciałbyś przestawić tę tacę lub cały stół, jeżeli 
wolisz, gdzieś dalej, na przykład pod wykuszowe 
okno? Ostatecznie nie wydaję przyjęcia i nie 
zapraszałam nikogo. Niech nie wygląda na to, że 
spodziewam się gości.
- Chcesz, ciociu Letty, zataić swoją bystrość w 
przewidywaniu?
- Ładnie to powiedziałeś. Dziękuję ci, chłopcze.
- Zainscenizujemy uroczy wieczór w ściśle 
domowym kółku - powiedziała Julia - i 
będziemy udawać zdziwienie, gdy ktoś się zjawi.
Panna Blacklock sięgnęła po butelkę kseresu, 
podniosła ją i zrobiła niezdecydowaną minę.
- Prawie połowa została - uspokoił ją Patryk. - 

background image

Powinno starczyć.
- Aha... Zapewne... - bąknęła z wahaniem i 
podjęła zaraz stanowczym tonem: - Pat! Bądź 
łaskaw przynieść świeżą butelkę. Jest w 
schowku kredensowym... Ta została otwarta 
dość dawno. Pamiętaj też o korkociągu.
Patryk wyszedł posłusznie, aby po chwili wrócić 
z butelką, którą odkorkował i postawił na tacy. 
Zerknął spod oka w kierunku pani domu.
- Jak widzę, ciociu Letty - powiedział cicho - 
sprawę traktujesz bardzo serio. Nie mylę się 
prawda?
- Nie wyobrażasz sobie chyba, Letty... - zaczęła 
Dora Bunner, lecz panna Blacklock przerwała 
jej szybko:
- Cicho! Ktoś dzwoni... Moje przewidywania 
znajdują potwierdzenie.

2

Mitzi otworzyła drzwi salonu i zaanonsowała na 
swój osobliwy, poufały sposób:
- Pan pułkownik i pani Easterbrook przyszli, 
proszę pani.
Pułkownik był bardzo pewien siebie i 
najwidoczniej próbował ukryć lekkie 
zmieszanie.
- Nie przeszkadzamy, prawda? - zaczaj, a Julia 
parsknęła stłumionym śmiechem. - Akurat 
przechodziliśmy tędy, więc... Nie 
przeszkadzamy, prawda? Mamy stosunkowo 

background image

ciepły wieczór... O! Działa centralne 
ogrzewanie!... Naszego jeszcze nie 
uruchomiliśmy.
- Prześliczne chryzantemy - zaszczebiotała pani 
Easterbrook. - Cudowne! Naprawdę!
- Ależ skąd, to wiechcie - rzuciła półgłosem 
Julia. Pani Easterbrook powitała Filipę Haymes 
trochę zbyt serdecznie. Widocznie chciała dać 
do zrozumienia, że nie uważa jej za osobę 
pracującą na roli zawodowo.
- Jak wygląda teraz ogród pani Lucas? - 
zapytała. - Będzie kiedyś w porządku? Podczas 
wojny został zupełnie zaniedbany, a teraz ten 
okropny staruch, Ashe, tylko zmiata liście i 
sadzi trochę kapusty.
- Już zaczyna być widać efekty - odpowiedziała 
Filipa - ale uporządkowanie go wymaga nieco 
czasu.
Mitzi otworzyła znów drzwi i oznajmiła:
- Te panie z Boulders!
- Dobry wieczór - powiedziała panna Hinchliffe i 
wkroczywszy do salonu, obdarzyła panią domu 
miażdżącym uściskiem dłoni. - 
Zaproponowałam Murg, żebyśmy tu wpadły na 
chwilę. Chciałam zapytać, jak niosą się pani 
kaczki.
- Wcześnie już się ściemnia, prawda? - zwróciła 
się do Patryka panna Murgatroyd. - Prześliczne 
chryzantemy!
- Wiechcie! - bąknęła Julia.
- Czemuś taka nastroszona? - skarcił ją szeptem 

background image

młody człowiek.
- O! Centralne działa! Tak wcześnie! - podjęła 
panna Hinchliffe karcącym tonem.
- Ten dom jest okropnie wilgotny jesienią - 
wyjaśniła panna Blacklock.
Patryk zapytał ją wzrokiem, czy czas na kseres, 
i tą samą drogą otrzymał odpowiedź, że za 
wcześnie.
- Dostanie pan w tym roku cebulki z Holandii? - 
zapytała panna Blacklock pułkownika.
Drzwi otwarły się znowu i do salonu wkroczyła 
zmieszana nieco pani Swettenham, za nią zaś 
posępny i zawstydzony Edmund.
- No i jesteśmy! - zaczęła wesoło dama, 
rozglądając się wokół z nietajonym 
zaciekawieniem. - Przyszło mi na myśl, żeby 
wstąpić tutaj... - ciągnęła zbita cokolwiek z 
tropu - i zapytać, czy nie zechciałaby pani wziąć 
kociątka? Nasza kotka właśnie...
- Spodziewa się potomstwa po rudym kocurze - 
podchwycił Edmund. - Należy sądzić, że będzie 
to potomstwo okropne. Proszę pamiętać, że 
została pani ostrzeżona.
- Nasza kotka jest wyjątkowo łowna - podjęła 
żywo pani Swettenham i dorzuciła zaraz: - 
Prześliczne chryzantemy!
- Jak widzę, centralne ogrzewanie działa - 
powiedział Edmund, nie siląc się na 
oryginalność.
- Jacy oni podobni do płyt gramofonowych - 
szepnęła Julia.

background image

- Nie podobają mi się dzisiejsze wiadomości. 
Bardzo nie podobają! - Pułkownik Easterbrook 
ujął Patryka za guzik. - Moim zdaniem wojna 
jest nieunikniona. Absolutnie nieunikniona!
- Nie czytuję nigdy agencyjnych doniesień - 
odrzekł młody człowiek.
Jeszcze raz otworzyły się drzwi i do salonu 
weszła pani Harmon.
Stary filcowy kapelusz miała zsunięty 
kokieteryjnie na tył głowy, a noszony zazwyczaj 
wyblakły sweter zastąpiła nieco zbyt obszerną 
bluzką z falbankami.
- Witam kochaną panią! Witam! - zawołała z 
promiennym uśmiechem. - I co? Nie spóźniłam 
się? Kiedy zacznie się morderstwo?

3

Szmer przyśpieszonych oddechów. Julia 
roześmiała się krótko, z uznaniem. Patryk zrobił 
niepocieszoną minę. Panna Blacklock 
uśmiechnęła się do pastorowej.
- Julian szaleje ze złości, że nie mógł przyjść - 
ciągnęła pani Harmon. - On uwielbia 
morderstwa! Właśnie dlatego wygłosił zeszłej 
niedzieli takie świetne kazanie... Ha! Pewno nie 
powinnam tak mówić, bo to przecież mój mąż, 
ale kazanie było rzeczywiście świetne. Prawda? 
A wszystko dzięki "Igraszkom śmierci". 
Panienka z księgarni specjalnie odłożyła dla 
mnie tę książkę. Czytali państwo? Wstrząsająca 

background image

historia! Naprawdę! Wydaje się, że już wszystko 
wiadomo i nagle to nie tak... Następuje seria 
wspaniałych morderstw! Cztery... Może nawet 
pięć! "Igraszki śmierci" zostawiłam w jego 
gabinecie, kiedy Julian zamknął się, żeby 
przygotować kazanie. No i sięgnął po książkę, a 
później nie mógł się od niej oderwać. Po prostu 
nie był w stanie! W rezultacie musiał się 
strasznie spieszyć z pisaniem kazania, więc to, co 
chciał powiedzieć, wyraził zwyczajnie, bez 
żadnych tam mądrości ani uczonych aluzji. 
Oczywiście kazanie wypadło znacznie lepiej. 
Słowo daję! Z pewnością za dużo gadam. No i 
co? Kiedy zacznie się morderstwo?
Panna Blacklock spojrzała w stronę zegara 
stojącego na półce nad kominkiem.
- Jeżeli rzeczywiście coś ma się zdarzyć, winno 
zdarzyć się niedługo - powiedziała. - Za minutę 
pół do siódmej. Tymczasem zaproponuję 
państwu kieliszek kseresu.
Patryk ruszył żwawo w kierunku wykuszowego 
okna. Panna Blacklock podeszła do stolika przy 
arkadzie, na którym znajdowała się szkatułka z 
papierosami.
- Z rozkoszą wypiję kieliszek! - zawołała pani 
Harmon. - Ale, proszę pani, co znaczy to 
"jeżeli"?
- Bo, droga pani, ja wiem nie więcej niż 
państwo. Najprawdopodobniej ...
Urwała i zwróciła wzrok ku małemu zegarowi 
nad kominkiem. Zegar zaczął dzwonić 

background image

melodyjnie, srebrzyście. Wydzwonił kwadrans, 
później pół godziny. Wszyscy patrzyli w tamtą 
stronę. Gdy przebrzmiała ostatnia nuta, zgasły 
światła.

4

W ciemnościach rozległy się stłumione okrzyki i 
kobiece piski pełne ukontentowania.
- Zaczyna się! - krzyknęła radośnie pani 
Harmon.
- Nie podoba mi się to! Wcale nie podoba! - 
zabrzmiał głos Dory Bunner.
Słychać też było inne głosy.
- Przerażająca historia.
- Napełniająca dreszczykiem grozy!
- Gdzie jesteś, Archie?
- Przepraszam! Zdaje się, nastąpiłem komuś na 
nogę. Drzwi otworzyły się z hałasem. Jasna 
smuga reflektora latarki elektrycznej omiotła 
pokój. Nosowy, zachrypnięty głos mężczyzny - 
przypominający zebranym miłe popołudnia 
spędzone w kinie na oglądaniu filmów 
kryminalnych - rzucił zwięzły rozkaz:
- Ręce do góry!
- Ręce do góry, mówię - warknął powtórnie ten 
sam głos.
Wszyscy podnieśli ręce chętnie, nawet z 
rozbawieniem.
- Coś wspaniałego! - powiedziała któraś z kobiet.
- Trzęsę się cała ze strachu!

background image

Nieoczekiwanie wystrzelił rewolwer. A potem 
jeszcze raz. Stuk pocisków o ścianę zwarzył 
przyjemny nastrój. W jednej chwili zabawa 
przestała być zabawą. Ktoś krzyknął trwożnie.
Postać stojąca w drzwiach odwróciła się 
raptownie, jak gdyby się zachwiała. Huknął 
trzeci wystrzał. Postać zgięła się wpół i runęła na 
podłogę. Latarka upadła i zgasła.
Znowu zrobiło się ciemno. Nie przytrzymywane 
drzwi wahadłowe skrzypnęły i pomału, jak 
gdyby z cichym pomrukiem protestu, zamknęły 
się same. Klamka szczęknęła głucho.

5

W salonie powstał piekielny zamęt. Odezwały się 
naraz wszystkie głosy.
- Światła!
- Gdzie tu wyłącznik?
- Nie ma kto zapalniczki?
- Nie podoba mi się to! Wcale nie podoba!
- Strzały były prawdziwe!
- I prawdziwy rewolwer!
- Czy to bandyta?
- Och, Archie! Ja chcę do domu!
- Na Boga! Nikt nie ma zapalniczki?
W tej chwili jednocześnie pstryknęły dwie 
zapalniczki. Paliły się jasnym, spokojnym 
płomieniem.
Zdumieni goście, jęli spoglądać jeden na 
drugiego. Pod ścianą, obok arkady łączącej dwie 

background image

części salonu, stała panna Blacklock. 
Przesłaniała twarz dłonią. Światło było za słabe, 
by widzieć coś więcej, niewątpliwie jednak 
pomiędzy jej palcami sączyła się ciemna ciecz.
Pułkownik Easterbrook odchrząknął i 
spróbował opanować sytuację.
- Swettenham! Proszę sprawdzić wyłączniki! - 
zakomenderował.
Edmund, który stał w pobliżu drzwi, posłusznie 
wykonał rozkaz.
- Poszły korki. Domowe. Albo na słupie - orzekł 
pułkownik. - Co to za piekielny rwetes?
Z holu dobiegł kobiecy krzyk, który wciąż 
przybierał na sile, a wtórowało mu bębnienie 
pięściami o drzwi.
- Mitzi... Ktoś morduje Mitzi... - wyjąkała Dora 
Bunner, chlipiąc cicho.
- To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe - 
mruknął półgłosem Patryk.
- Potrzebne są świece - odezwała się panna 
Blacklock.
- Bądź tak dobry, Patryku...
Pułkownik zdążył tymczasem otworzyć drzwi i 
razem z Edmundem, z zapalniczkami w 
uniesionych rękach, weszli do holu. Tam prawie 
potknęli się o rozciągniętą na podłodze postać 
ludzką.
- Ktoś go rozłożył - powiedział pułkownik 
Easterbrook.
- Gdzie ta kobieta robi taki diabelski hałas?
- W jadalni - wyjaśnił Edmund.

background image

Pokój stołowy znajdował się po przeciwnej 
stronie holu. Ktoś tłukł tam pięściami w drzwi, 
piszczał i krzyczał.
- Drzwi są zamknięte. - Edmund obrócił klucz w 
zamku i Mitzi wyskoczyła jak tygryska.
W jadalni paliły się światła. Widoczna na ich tle 
Mitzi była niczym uosobienie obłędnej paniki. 
Wrzeszczała nadal, a że zajęta była uprzednio 
czyszczeniem srebra, więc nadal trzymała w 
rękach sporą irchową ściereczkę i łopatkę do 
nakładania ryby, co wyglądało komicznie.
- Cicho bądź, Mitzi! - rzuciła panna Blacklock.
- Przestań wreszcie! - zawołał Edmund, a gdy 
dziewczyna nie zamierzała przestać, wymierzył 
jej tęgi policzek.
Dostała gwałtownej, krótkiej czkawki i umilkła.
- Trzeba przynieść świece - powiedziała panna 
Blacklock. - Są w kuchennym schowku. Wiesz, 
Pat, gdzie szukać korków?
- W sionce za pokojem kredensowym, prawda? 
Zaraz sprawdzę, co da się zrobić.
Pani domu postąpiła kilka kroków i znalazła się 
w padającej z jadalni smudze blasku. Dora 
Bunner zaszlochała głośniej, Mitzi wrzasnęła 
przeraźliwie.
- Krew! - wybełkotała. - Krew! Pani jest ranna! 
Wykrwawi się pani na śmierć!
- Głupia jesteś, Mitzi! - zirytowała się panna 
Blacklock. - To żadna rana. Kula drasnęła mi 
ucho.
- Ale krwawisz naprawdę, ciociu Letty - 

background image

szepnęła Julia. Istotnie biała bluzka, perły oraz 
dłoń panny Blacklock były lepkie od krwi.
- Uszy mocno krwawią - powiedziała ranna. - 
Przypominam sobie, że jako dziecko zemdlałam, 
kiedy fryzjer drasnął mnie w ucho. Zdawało mi 
się, że w jednej chwili krew wypełniła całą 
miednicę. I co ze światłem?
- Pójdę po świece - zaproponowała Mitzi.
Julia dotrzymała jej towarzystwa i niebawem 
wróciły, niosąc kilka świec poprzylepianych do 
spodków.
- Warto przypatrzyć się złoczyńcy - zabrał głos 
pułkownik Easterbrook. - Swettenham! Proszę 
przytrzymać mi tu nisko kilka świec.
- Ja stanę z drugiej strony - powiedziała Filipa i 
pewną dłonią ujęła dwa spodki.
Pułkownik Easterbrook przyklęknął.
Rozciągnięty na podłodze mężczyzna był ubrany 
w czarna pelerynę z kapturem. Twarz 
przesłaniała mu czarna maska. Dłonie były w 
czarnych bawełnianych rękawiczkach. Kaptur 
zsunął się i odsłonił jasne włosy w nieładzie.
Pułkownik odwrócił leżącego twarzą do góry, 
sprawdził puls, spróbował dotknąć serca i w tym 
momencie cofnął z obrzydzeniem rękę. Palce 
miał czerwone i lepkie.
- Postrzelił się - orzekł.
- Czy ciężko ranny? - zapytała panna Blacklock.
- Hm... Chyba nie żyje... Może popełnił 
samobójstwo, a może zaplątał się w pelerynę i, 
kiedy padał, rewolwer wypalił. Gdybym widział 

background image

go lepiej...
W tej chwili, jak gdyby za dotknięciem różdżki 
czarnoksięskiej, zajaśniały wszystkie światła.
Zgromadzeni w holu Little Paddocks 
mieszkańcy osady uprzytomnili sobie nagle, że 
stoją w obliczu nagłej i gwałtownej śmierci. 
Pułkownik Easterbrook miał czerwoną dłoń. 
Krew ściekała nadal po szyi, bluzce i żakiecie 
panny Blacklock, a u ich stóp spoczywało 
rozciągnięte groteskowo ciało napastnika.
- Okazało się, że tylko jeden korek... - zaczął 
Patryk, wchodząc do pokoju stołowego, i umilkł 
raptownie.
Pułkownik Easterbrook dotknął małej, czarnej 
maski.
- Należy sprawdzić, co to za jeden - powiedział. - 
Chociaż nie sądzę, by mógł to być ktoś ze 
znajomych...
Zdjął maskę z twarzy nieboszczyka. Ciekawie 
wyciągnęły się wszystkie szyje. Mitzi krzyknęła i 
znów dostała czkawki. Inni zachowali spokój.
- Taki młody - odezwała się panna Harmon z 
nutą współczucia.
- Letty! Spójrz, Letty! - zawołała nagle Dora 
Bunner. - To chłopiec z hotelu Royal w 
Medenham Wells! Ten, który przyszedł tu raz i 
prosił o pieniądze na powrót do Szwajcarii, a ty 
mu odmówiłaś. Pewno był to pretekst, żeby 
zapoznać się z rozkładem domu... Mój Boże! 
Niewiele brakowało, żeby ciebie zabił!
Panna Blacklock stanęła na wysokości zadania.

background image

- Filipo! - rzuciła stanowczo. - Weź Bunny do 
pokoju stołowego i daj jej pół kieliszka koniaku. 
Julio! Skocz do łazienki! Przynieś mi plaster z 
opatrunkiem. Znajdziesz go w apteczce. 
Nieprzyjemnie krwawić jak zarżnięte prosię. 
Pat! Zadzwoń na policję! Zaraz!

ROZDZIAŁ CZWARTY
HOTEL ROYAL
1

Pułkownik George Rydesdale, komendant 
policji hrabstwa Middle, był człowiekiem 
milczącym i spokojnym. Średniego wzrostu, o 
bystrych oczach pod krzaczastymi brwiami, 
zwykł raczej słuchać, niż mówić. Później 
matowym głosem wydawał zwięzły rozkaz - i 
rozkaz wykonywano posłusznie.
W tej chwili pułkownik słuchał z uwagą tego, co 
mówił inspektor-detektyw Dermont Craddock, 
któremu formalnie powierzono dochodzenie. 
Poprzedniego wieczora Rydesdale odwołał go z 
Liverpoolu, gdzie został wysłany celem zebrania 
informacji w innej sprawie. Rydesdale był o nim 
dobrego zdania. Sądził, że Craddock ma nie 
tylko rozum i wyobraźnię, lecz również - co 
komendant cenił jeszcze wyżej - dyscyplinę 
wewnętrzną, dzięki której powoli, ale 
skrupulatnie badał najdrobniejsze fakty i miał 
otwartą głowę do końca każdego śledztwa.
- Posterunkowy Legg przyjął telefon - mówił 

background image

inspektor - i, panie pułkowniku, zadziałał jak 
należy. Szybko. Z przytomnością umysłu. 
Zadanie miał niełatwe. Co najmniej dziesięć 
osób usiłowało mówić naraz, a jedna z nich, 
uciekinierka z kontynentu, popadła w histerię 
na sam widok policyjnego munduru. Trzeba ją 
było zamknąć na klucz w pokoju, no i cały dom 
aż się trząsł od jej krzyków.
- Stwierdzono tożsamość denata?
- Tak jest, panie pułkowniku. Rudi Scherz. 
Obywatel szwajcarski. Zatrudniony w recepcji 
hotelu Royal w Medenham Wells. Jeżeli pan 
pułkownik pozwoli, zajmę się później ludźmi z 
Chipping Cleghorn, a Royal wezmę na pierwszy 
ogień. Jest już tam sierżant Fletcher. Ma 
pomówić z obsługą autobusu, no i zajrzeć do 
tego hotelu.
Rydesdale przytaknął skinieniem głowy i w tejże 
chwili podniósł wzrok, bo drzwi się otworzyły.
- Proszę, Henry, proszę - powiedział. - Mamy tu 
coś, co odbiega trochę od przeciętności.
Sir Henry Clithering, emerytowany komisarz 
Scotland Yardu, wszedł do pokoju z lekko 
uniesionymi brwiami. Był to starszy pan, wysoki 
i dystyngowany.
- Sądzę, że to przemówi nawet do kogoś tak jak 
ty zblazowanego - ciągnął pułkownik.
- Nigdy nie byłem zblazowany - obruszył się 
tamten.
- Widzisz, Henry, najnowszy pomysł to 
ogłaszanie w prasie o mającym się odbyć 

background image

morderstwie. Craddock! Proszę pokazać 
ogłoszenie panu komisarzowi.
- "North Benham News and Chipping Cleghorn 
Gazette". Smaczny kąsek - powiedział sir Henry 
i dodał, przebiegłszy szybko wzrokiem wskazane 
mu palcem przez inspektora linijki druku. - 
Tak... Rzeczywiście niecodzienne.
- Czy wiadomo, kto zamieścił ogłoszenie? - 
zapytał Rydesdale.
- Z zeznań wynika, panie pułkowniku, że 
przyniósł je do redakcji sam Rudi Scherz. W 
środę.
- Nikt nie zakwestionował treści? Osoba 
przyjmująca ogłoszenie nie zauważyła w tym nic 
szczególnego?
- Wygląda na to, panie pułkowniku, że 
przyjmująca ogłoszenia anemiczna blondynka 
jest niezdolna do myślenia. Liczy słowa, 
przyjmuje pieniądze i tyle.
- Jaki sens jest w tym wszystkim? - zapytał sir 
Henry.
- Pewno chodziło o to, by w jednym miejscu i o 
jednej porze zgromadzić sporą grupę 
miejscowych ciekawskich, sterroryzować ich i 
ogołocić z gotówki oraz kosztowności. Pomysł 
wcale niezły i, trzeba przyznać, oryginalny.
- Jaka to miejscowość Chipping Cleghorn? - 
zapytał znów sir Henry.
- Spora, malowniczo położona osada. Sklep 
mięsny, piekarnia, sklep spożywczo-kolonialny, 
nieźle zaopatrzony sklep z antykami, dwie 

background image

herbaciarnie. Miejscowość odwiedzana przez 
turystów, zwłaszcza zmotoryzowanych, no i 
zamieszkana przez specyficzne środowisko. 
Domki, zajmowane dawnymi czasy przez 
rolników, poprzerabiano dla rozmaitych starych 
panien czy małżeńskich par na emeryturze. Jest 
także kilka willi w stylu wczesnowiktoriariskim.
- Już wiem! - podchwycił komisarz. - Grono 
starych panien z towarzystwa i pułkowników w 
stanie spoczynku. Oczywiście! Po przeczytaniu 
ogłoszenia wszyscy musieli zgromadzić się o pół 
do siódmej, aby zobaczyć, co się stanie. Na 
Boga! Chciałbym mieć tutaj moją własną, 
niezawodną starą pannę. Chętnie przyłożyłaby 
do tego palec. Historia akurat w jej guście.
- Co to za twoja własna, niezawodna stara 
panna? Ciotka?
- Nie. Nikt z rodziny, lecz najdoskonalszy 
detektyw z bożej łaski. Rozumiesz? Wrodzony 
talent, który wyrósł na sprzyjającej glebie. Nie 
lekceważ, mój chłopcze, starych panien z twojej 
mieściny - zwrócił się sir Henry do Craddocka. - 
Gdyby ta sprawa miała okazać się pogmatwaną 
zagadką, czego oczywiście nie podejrzewam, 
pamiętaj o wiekowej, niezamężnej damie, która 
zajmuje się robótkami na drutach i pielęgnuje 
swój ogródek, ale niepomiernie góruje nad 
każdym inspektorem-detektywem. Ona łatwo ci 
powie, co mogło się zdarzyć, co powinno się 
zdarzyć... Ba! Powie nawet, co zdarzyło się 
rzeczywiście! Dowiesz się od niej także, dlaczego 

background image

to coś się zdarzyło!
- Tak jest, panie komisarzu! Będę pamiętał - 
odrzekł inspektor tak służbowo, że nikt by nie 
odgadł, iż Dermont Craddock jest 
chrześniakiem sir Henry'ego i z ojcem 
chrzestnym pozostaje w zażyłych stosunkach.
Rydesdale naszkicował zwięźle przebieg 
wydarzeń.
- Nie ulegało wątpliwości - ciągnął - że tamci 
zbiegną się o pół do siódmej. Dla nas to pewne, 
ale czy mógł o tym wiedzieć ów młody 
Szwajcar? I jeszcze jedno! Czy goście panny 
Blacklock mogli mieć przy sobie tyle, by gra 
warta była świeczki?
- Hm... Parę staroświeckich broszek - podjął 
tonem zastanowienia komisarz - sznurek 
hodowlanych pereł, trochę bilonu... może jeden 
czy drugi banknot. Nic więcej. A panna 
Blacklock trzyma w domu większe pieniądze?
- Twierdzi, że nie, panie komisarzu. Jakieś pięć 
funtów. To wszystko.
- Słaba pokusa - dorzucił Rydesdale.
- Wskazywałoby to, waszym zdaniem - 
powiedział sir Henry - że temu facetowi chodziło 
nie o grabież, lecz o specjalny występ w postaci 
napadu rabunkowego. Coś z kina, hę? Bardzo 
być może. Ale jakim sposobem się zastrzelił?
Rydesdale podsunął mu arkusik papieru.
- Protokół wstępnych oględzin zwłok. Strzał 
rewolwerowy oddany z małej odległości... hm... 
nic nie wskazuje, czy to był wypadek, czy 

background image

samobójstwo. Rudi Scherz mógł zastrzelić się 
rozmyślnie, mógł też potknąć się i upaść, a 
rewolwer, który trzymał blisko siebie, akurat 
wypalił. Bardziej prawdopodobna wydaje się 
druga wersja - spojrzał na Craddocka. - Trzeba 
będzie starannie przesłuchać świadków. Niech 
opowiedzą drobiazgowo o wszystkim, co 
widzieli.
- Z pewnością każdy z nich widział coś zupełnie 
innego - westchnął inspektor.
- Zawsze interesowało mnie szczególnie to - 
powiedział sir Henry - co ludzie widzą w chwili 
wielkiego podniecenia, napięcia nerwowego. W 
takim momencie ważne bywa wszystko, co kto 
widział, a czasami jeszcze ważniejsze to, czego 
nie widział.
- Jakie są informacje o rewolwerze?
- Wyrób zagraniczny, dawniej 
rozpowszechniony w całej Europie... Scherz nie 
miał pozwolenia na broń i na granicy nie 
zadeklarował, że posiada rewolwer.
- Podejrzany facet - mruknął sir Henry.
- Nad wyraz podejrzany - zgodził się Rydesdale.
- Cóż, Craddock, niech pan jedzie do hotelu 
Royal i na miejscu sprawdzi, co wiadomo o tym 
Szwajcarze.

2

W hotelu Royal inspektor Craddock został 
skierowany prosto do dyrektorskiego gabinetu, 

background image

gdzie powitał go wylewnie pan Rowlandson, 
dyrektor przedsiębiorstwa - wysoki, zażywny 
mężczyzna, o wylewnym sposobie bycia.
- Z największą przyjemnością, panie 
inspektorze, pośpieszę z wszelką możliwą 
pomocą - rozpoczął. - Zdumiewająca historia. 
Doprawdy zdumiewająca! Nigdy nie przyszłoby 
mi do głowy coś podobnego. Scherz wydawał się 
bardzo przeciętnym, raczej sympatycznym 
chłopcem. Zupełnie nie tak wyobrażałem sobie 
gangstera.
- Długo pracował u pana?
- Sprawdziłem to, nim pan inspektor przyjechał. 
Dłużej niż trzy miesiące. Miał zadowalające 
świadectwa i wymagane w takich razach 
zezwolenie naszych władz. Wszystko było w 
porządku.
- Sprawował się nienagannie?
Craddock nie zdradził tego po sobie, ale zwrócił 
uwagę na króciutką pauzę, jaką dyrektor zrobił, 
nim odpowiedział.
- Tak... Nienagannie.
Detektyw uciekł się do chwytu, jaki stosował 
nieraz i na ogół z powodzeniem.
- Nie, nie, dyrektorze - powiedział, kręcąc głową. 
- Nie całkiem tak to wyglądało.
- No... może... - Pan Rowlandson był nieco zbity 
z tropu.
- Śmiało dyrektorze! Słucham! Coś nie było w 
porządku. Co mianowicie?
- No... może... Nie wiadomo mi nic konkretnego.

background image

- Ale ma pan pewne podejrzenia. Prawda?
- Tak... Zapewne... Ale to nic konkretnego. Nie 
chciałbym snuć domysłów, które będą 
zanotowane i mogą zostać przytoczone w czasie 
rozprawy sądowej.
Craddock uśmiechnął się życzliwie.
- Aha! Rozumiem, do czego pan zmierza. Proszę 
się nie obawiać. Chodzi tylko o to, że muszę 
wyrobić sobie jaki taki pogląd na osobę Scherza. 
O coś go pan podejrzewał. O co?
- Otóż, panie inspektorze - odpowiedział 
Rowlandson raczej niechętnie - kilka razy były 
kłopoty z rachunkami. Trafiały do nich pozycje, 
które... które nie powinny tam figurować.
- To znaczy, Scherz podawał czasami w 
rachunkach pozycje, które nie figurowały w 
hotelowych księgach, a pieniądze przywłaszczał 
sobie. O to go pan podejrzewał, prawda?
- Mniej więcej, panie inspektorze... W 
najlepszym razie mogłoby to być karygodne 
niedbalstwo z jego strony. Parę razy w grę 
wchodziły stosunkowo wysokie kwoty. Otwarcie 
mówiąc, zacząłem podejrzewać, że to niepewny 
pracownik, więc poleciłem naszemu 
księgowemu, by przeprowadził kontrolę. Wyszły 
na jaw rozmaite omyłki i niedokładności, ale 
stan kasy nie wykazał manka. Wobec tego, panie 
inspektorze, doszedłem do wniosku, że moje 
podejrzenia były bezpodstawne.
- A jeżeli miały podstawę? Przypuśćmy, że 
Scherz przywłaszczał sobie czasami niewielkie 

background image

sumki. Mógłby to ukryć, jak sądzę, zwracając w 
porę niedobory?
- Tak. Gdyby miał pieniądze. Ale ktoś, kto, jak 
wyraził się pan inspektor, przywłaszcza sobie 
czasami niewielkie sumki, odczuwa zazwyczaj 
dotkliwy brak pieniędzy, więc natychmiast je 
wydaje.
- Gdyby zatem Scherz chciał zwrócić w porę 
niedobory, musiałby zdobyć pieniądze w taki 
czy inny sposób... Być może dzięki napadowi 
rabunkowemu?
- Tak... Ciekaw jestem, czy to była jego pierwsza 
próba...
- To prawdopodobne. Robota była bardzo 
dyletancka. Czy jest w hotelu ktoś, od kogo 
Scherz mógłby dostać pieniądze? Wie pan o 
jakiejś kobiecie w jego życiu?
- Tak. To kelnerka z baru. Nazywa się Myrna 
Harris.
- Chciałbym z nią porozmawiać.

3

Myrna Harris - ładna dziewczyna o bujnych 
rudych włosach i lekko zadartym nosku - była 
zaniepokojona, przygnębiona i, jak się zdawać 
mogło, boleśnie odczuła upokorzenie policyjnej 
indagacji.
- Nic nie wiem, proszę pana - mówiła. - 
Absolutnie nic! Gdybym się domyślała, jakie z 
niego ziółko, nigdy, za nic nie chodziłabym z 

background image

Rudim. Ale on pracował w recepcji, więc byłam 
pewna, że to chłopak na miejscu. Zrozumiałe, 
prawda? Teraz myślę, że dyrekcja hotelu 
powinna ostrożniej dobierać personel. 
Zwłaszcza jeśli chodzi o cudzoziemców. Może 
Rudi należał do jakiegoś gangu, jednego z tych, 
o których czyta się w gazetach?
- Naszym zdaniem działał zupełnie samodzielnie 
- powiedział Craddock.
- Dziwna rzecz! Taki spokojny, dobrze 
wychowany chłopiec. Kto by pomyślał! 
Chociaż... Teraz przypominam sobie, że w 
hotelu ginęły różne drobiazgi. Broszka z 
brylantem... Jakiś złoty medalionik... Ale w 
głowie mi nie postało, że Rudi...
- Nic dziwnego, proszę pani, każdego mogła 
skusić okazja. Znała go pani dobrze?
- Dobrze? Tego nie powiedziałabym, proszę 
pana.
- Ale byliście zaprzyjaźnieni, prawda?
- Zaprzyjaźnieni? Tak! Byliśmy zaprzyjaźnieni. 
Nic więcej. Sprawy bardziej serio nie mogły 
wchodzić w rachubę. Z cudzoziemcami zawsze 
jestem ostrożna, bo to, proszę pana, taki ma 
wielkie tony, ale naprawdę nigdy nic nie 
wiadomo. Jacy bywali niektórzy żołnierze 
podczas wojny! Okazywało się, że są żonaci, jak 
już było za późno. Rudi chwalił się i dużo gadał, 
ale nie bardzo mu wierzyłam.
Craddock podchwycił ostatnie zdanie 
dziewczyny.

background image

- Chwalił się? Naprawdę? To bardzo 
interesujące, panno Myrno. Widzę, że pani w 
niejednym nam pomoże. I dużo gadał... Co 
takiego?
- Że niby jego rodzina w Szwajcarii to bogacze i 
jacyś ważniacy. Ale to mi nie pasowało, bo Rudi 
wciąż nie miał pieniędzy. Mówił, że z powodu 
obowiązujących w Szwajcarii ograniczeń nie 
może dostawać stamtąd przekazów. To 
prawdopodobne, no nie? Ale jego rzeczy... 
znaczy się garderoba... nie były drogie ani 
eleganckie. Nie wierzyłam mu, no i myślałam, że 
rozmaite historie, które opowiada, to także 
blaga. Mówił, że w Alpach uprawiał wspinaczkę 
i ratował ludzi uwięzionych przez lodowiec. A 
raz na skałkach w naszym wąwozie Boulter 
dostał porządnego zawrotu głowy! Wspinaczka 
w Alpach! Dobre sobie!
- Czy często wychodziliście gdzieś razem?
- Tak... O tak, panie inspektorze! Był dobrze 
wychowany i... i wiedział, jak postępować z 
dziewczyną. Zawsze mieliśmy najlepsze miejsca 
w kinie, a czasem nawet kupował mi kwiaty. No 
i tańczył bosko! Naprawdę bosko!
- Mówił coś kiedyś o pannie Blacklock?
- Tej, co przyjeżdża tu czasem na obiad, a raz 
nawet mieszkała w hotelu? Nie... Rudi nigdy o 
niej nie mówił. Nie wiem, czy ją w ogóle znał.
- A o Chipping Cleghorn mówił? - zapytał 
Craddock. Odniósł wrażenie, że w oczach 
Myrny Harris dostrzegł wyraz niepokoju, lecz 

background image

nie był tego pewien.
- Nie... Nie sądzę... Raz pytał mnie, kiedy 
odchodzą autobusy do jakiejś miejscowości. Nie 
pamiętam, czy chodziło wtedy o Chipping 
Cleghorn. W każdym razie to było dawno.
Nic więcej nie dało się wydobyć z dziewczyny. 
Rudi zachowywał się ostatnio zupełnie 
normalnie. Nie widziała go poprzedniego 
wieczora. Nigdy nie przypuszczała (ani przez 
moment, powtarzała to kilkakrotnie i z 
naciskiem), że ten Scherz jest bandytą.
"I chyba mówi prawdę" - pomyślał inspektor-
detektyw Craddock.

ROZDZIAŁ PIĄTY
PANNA BLACKLOCK I PANNA BUNNER

Dom panny Blacklock wyglądał mniej więcej 
tak, jak wyobrażał go sobie inspektor Craddock. 
Po schludnej niegdyś rabacie chodziły kury i 
kaczki. Ostatnie marcinki stały w glorii 
jesiennych fioletów. Trawnik oraz ścieżki 
świadczyły o zaniedbaniu.
Detektyw podsumował w myśli wynik 
wstępnych obserwacji. Brak pieniędzy na 
ogrodnika. Zamiłowanie do kwiatów. 
Umiejętność dobrego planowania rabat i 
klombów. Dom wymaga odnowienia, jak 
obecnie niemal wszystkie domy. Ogólnie biorąc, 
przyjemna, skromna siedziba.
Zatrzymał wóz przed frontowymi drzwiami 

background image

Little Paddocks i w tejże chwili wyszedł zza 
domu sierżant Fletcher - mężczyzna o 
wojskowej postawie, dorodny niczym 
gwardzista królewski.
- Aha. Pan tutaj, Fletcher.
- Tak jest, panie inspektorze.
- Co nowego?
- Skończyliśmy przetrząsać dom, panie 
inspektorze. Wygląda na to, ze Scherz nie 
pozostawił nigdzie odcisków palców. Oczywiście 
był w rękawiczkach. Przy drzwiach frontowych 
i oknach nie stwierdziliśmy śladów włamania. 
Scherz przyjechał z Medenham autobusem, 
który jest tutaj o szóstej. Podobno boczne drzwi 
domu zostały zamknięte na klucz o pół godziny 
wcześniej. Musiał chyba wejść frontowymi 
drzwiami. Panna Blacklock podaje, że te drzwi 
rygluje się zazwyczaj dopiero na noc. Natomiast 
służąca twierdzi, że tamtego popołudnia były 
przez cały czas zaryglowane. Ale ona może 
twierdzić wszystko. Strasznie nerwowa. Jakaś 
uciekinierka z Europy Środkowej.
- Trudno z nią idzie, co?
- Tak jest, panie inspektorze - powiedział 
sierżant z przekonaniem.
Craddock uśmiechnął się. Fletcher kontynuował 
meldunek:
- Oświetlenie elektryczne jest w porządku. 
Wszędzie. Nie wiadomo jeszcze, jak Scherz 
manipulował, by światła zgasły. Wyłączył tylko 
jeden obwód obejmujący hol i salon. Ma się 

background image

rozumieć, teraz kinkiety i lampy stojące nie 
byłyby na jednym przewodzie, ale tu instalacja 
jest staroświecka. Nie rozumiem, w jaki sposób 
Scherz mógł dostać się do korków, bo skrzynka 
z nimi jest w sionce przy pokoju kredensowym, 
musiałby przejść przez kuchnię i służąca 
widziałaby go na pewno.
- Jeżeli, oczywiście, sama nie była w zmowie - 
wtrącił Craddock.
- To możliwe. Obydwoje są cudzoziemcami i tej 
dziewczynie nie wierzyłbym ani trochę. Ani 
trochę, panie inspektorze!
W oknie sąsiadującym z frontowymi drzwiami 
domu pojawiła się para przerażonych, 
ogromnych czarnych oczu. Twarz, przylepiona 
do szyby, była ledwie widoczna. Craddock 
zwrócił uwagę na te oczy.
- To ona, co?
- Tak jest, panie inspektorze.
Twarz zniknęła. Craddock nacisnął guzik 
dzwonka. Po dobrej chwili oczekiwania drzwi 
otworzyła przystojna młoda kobieta o 
kasztanowych włosach i znudzonym wyrazie 
twarzy.
- Detektyw-inspektor Craddock.
Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem bardzo 
ładnych piwnych oczu.
- Proszę - powiedziała. - Panna Blacklock 
oczekuje pana. Inspektor zanotował w pamięci, 
że hol jest wąski, długi i wyposażony w 
zadziwiającą liczbę drzwi.

background image

Młoda kobieta otworzyła jedne z nich po lewej 
stronie i powiedziała:
- Inspektor Craddock, ciociu Letty. Mitzi nie 
chciała go wpuścić. Teraz zamknęła się w 
kuchni. Jęczy i popłakuje. Obawiam się, że nie 
będzie dziś obiadu. Mitzi nie cierpi policji - 
wyjaśniła, zwracając się do inspektora, po czym 
wyszła z pokoju i zamknęła za sobą drzwi.
Craddock postąpił krok, by powitać właścicielkę 
Little Paddocks. Miał przed sobą wysoką, mniej 
więcej sześćdziesięcioletnią kobietę o wyglądzie 
osoby energicznej i zaradnej. Jej szpakowate, 
falujące naturalnie włosy stanowiły ładną 
oprawę dla inteligentnej, stanowczej twarzy. 
Szare oczy patrzyły bystro, a wydatny 
podbródek świadczył o sile charakteru. Panna 
Blacklock miała opatrunek na uchu, a ubrana 
była w dobrze skrojony kostium i sweter. Z tym 
strojem kolidował wiktoriański naszyjnik z 
kamei - jedyny chyba akcent świadczący o 
sentymentalnym usposobieniu właścicielki.
Obok niej siedziała kobieta w tym samym mniej 
więcej wieku, z wyrazem podniecenia na 
okrągłej twarzy i niedbale upiętymi włosami, 
które wymykały się spod siatki. Craddock 
domyślił się łatwo, że jest to "Dora Bunner - 
dama do towarzystwa", z notatek 
posterunkowego Legga, który uzupełnił 
informację nieoficjalną uwagą na marginesie: 
"Roztrzepana!"
Panna Blacklock odezwała się przyjemnym 

background image

głosem osoby o nienagannej dykcji:
- Dzień dobry, panie inspektorze. To moja 
przyjaciółka, panna Bunner, która pomaga mi 
w gospodarstwie. Zechce pan usiąść... Mogę 
służyć papierosem?
- Dziękuję, proszę pani. Nie palę na służbie.
- Jaka szkoda!
Craddock rozejrzał się po typowo 
wiktoriańskim salonie, złożonym z dwu części 
połączonych arkadą. W większym pokoju dwa 
szerokie okna, w mniejszym jedno, wykuszowe. 
Krzesła... Kanapa... Na środkowym stole duży 
wazon chryzantem... Drugi na jednym z okien... 
Wszystko to miłe, świeże, bez pretensji do 
oryginalności. Jedyny dysonans stanowił bukiet 
zwiędniętych fiołków w małym srebrnym 
wazonie, stojącym na stoliku obok arkady, w 
mniejszej części pokoju. Inspektor nie 
wyobrażał sobie, by panna Blacklock mogła 
tolerować zwiędnięte kwiaty, poczytał je więc za 
wskazówkę, że w tym domu rozegrało się 
ostatnio coś niezwykłego.
- Rozumiem proszę pani, że to się zdarzyło... w 
tym salonie? - powiedział.
- Tak.
- A żeby pan widział ten salon wczoraj 
wieczorem! Był w ruinie! - zawołała panna 
Bunner. - Przewrócono dwa stoliki, a jeden z 
nich miał nawet złamaną nogę! Wszyscy 
wpadali na siebie! A ktoś był tak nieuważny, że 
zapalonego papierosa położył na jednym z 

background image

najładniejszych mebli! Ludzie... zwłaszcza 
młodzi ludzie nic a nic nie troszczą się o takie 
rzeczy! Chwała Bogu, nie stłukło się nic z 
porcelany i...
- Doro! - przerwała pani domu łagodnie, lecz 
stanowczo. - Takie drobiazgi może są przykre, 
ale nie mają żadnego znaczenia. Powinnyśmy 
raczej odpowiadać na zadawane pytania.
- Bardzo pani dziękuję. Wkrótce przejdę do 
wydarzeń wczorajszego wieczoru. Przede 
wszystkim jednak chciałbym usłyszeć, kiedy 
widziała pani po raz pierwszy denata. Czy Rudi 
Scherz był pani znany?
- Rudi Scherz? Tak się nazywał? - zapytała 
panna Błacklock, jak gdyby trochę zdziwiona. - 
Zdawało mi się... Mniejsza zresztą o to. Pierwszy 
raz spotkałam go... zaraz... jakieś trzy tygodnie 
temu. Wybrałam się wtedy po zakupy do 
Medenham Wells. Jadłam... Jadłyśmy z panną 
Bunner obiad w hotelu Royal. Kiedy 
wychodziłyśmy przez hol, usłyszałam swoje 
nazwisko. Młody człowiek z recepcji powiedział: 
"Panna Blacklock, o ile się nie mylę?". Dodał 
zaraz, że pewnie go nie pamiętam, lecz jest 
synem właściciela Hotelu Alpejskiego w 
Montreux, gdzie podczas wojny blisko rok 
mieszkałam z siostrą.
- Hotel Alpejski w Montreux - powtórzył i 
zanotował Craddock. - Przypomniała sobie pani 
tego młodego człowieka?
- Nie, panie inspektorze. Raczej jestem pewna, 

background image

że nie widziałam go nigdy. Wszyscy chłopcy z 
hotelowych recepcji są tak bardzo podobni do 
siebie. W Montreux spędzałyśmy czas miło, a 
właściciel Hotelu Alpejskiego traktował nas 
wyjątkowo życzliwie. Wobec tego chciałam być 
uprzejma dla jego syna. Zapytałam, czy dobrze 
czuje się w Anglii. Powiedział, że tak, i dodał, że 
ojciec wyprawił go tutaj na praktykę w 
angielskim hotelu. Wszystko to wydało mi się 
zupełnie naturalne.
- Widziała go pani później?
- Tak... Po jakichś dziesięciu dniach przyszedł tu 
nieoczekiwanie. Byłam zdziwiona, zaskoczona. 
Przeprosił za kłopot, jaki sprawia, i powiedział, 
że jestem jedyną znaną mu w Anglii osobą. A 
więc zwraca się do mnie, bo jego matka ciężko 
zachorowała i niezwłocznie trzeba mu pieniędzy 
na powrót do Szwajcarii.
- Ale nie dostał nic od Letty! - zawołała Dora 
Bunner.
- Historyjka wyglądała bardzo mętnie - 
podchwyciła żywo panna Blacklock. - Nie 
miałam już wątpliwości, że ten młody człowiek 
to podejrzany typ. Pieniądze na powrót do 
Szwajcarii! Nonsens! Jego ojciec mógł to 
załatwić telegraficznie bez najmniejszego 
kłopotu. Wszyscy hotelarze trzymają ze sobą. 
Przyszło mi na myśl, że sprzeniewierzył jakieś 
pieniądze. Może uzna mnie pan za osobę bez 
serca - podjęła sucho po krótkiej pauzie - ale, 
widzi pan, przez długie lata byłam sekretarką 

background image

wielkiego finansisty, więc jestem uczulona na 
prośby o wsparcie. Znam przeróżne bajki o 
trudnościach życiowych. Zdziwiłam się tylko, że 
petent zrezygnował tak łatwo. Odszedł zaraz, 
jak gdyby przewidywał, że nic nie wskóra.
- Czy teraz, po późniejszych wydarzeniach, nie 
sądzi pani, że Scherz przyszedł pod pierwszym 
lepszym pretekstem, aby rozpoznać teren?
Panna Blacklock przytaknęła energicznym 
skinieniem głowy.
- Oczywiście! Jestem dokładnie tego zdania. 
Kiedy odprowadzałam go do drzwi, interesował 
się rozkładem domu. "Ma pani śliczną 
jadalnię" - powiedział, gdy przechodząc zajrzał 
do stołowego pokoju, który w rzeczywistości jest 
ciemny i ciasny. Później wyprzedził mnie i sam 
otworzył drzwi frontowe. Prawdopodobnie 
chciał obejrzeć zamek. Zresztą, jak jest tutaj w 
zwyczaju, drzwi zamykałam na klucz dopiero 
przed nocą. Praktycznie biorąc, wcześniej do 
domu może wejść każdy.
- A boczne drzwi? Podobno są tu boczne drzwi 
wiodące do ogrodu?
- Tak. Tamtędy wyszłam, żeby zamknąć kaczki. 
Wkrótce potem zaczęli schodzić się goście.
- Były zamknięte na klucz, kiedy pani 
wychodziła? Panna Blacklock zmarszczyła brwi.
- Nie przypominam sobie... Chyba tak. Ale na 
pewno zamknęłam je, wracając.
- Kwadrans po szóstej, prawda?
- Coś koło tego.

background image

- A drzwi od frontu?
- Te zamykamy później.
- Więc Rudi Scherz łatwo mógł wejść tamtędy. 
Albo mógł zakraść się bocznymi drzwiami, w 
czasie gdy pani była przy kaczkach. Uprzednio 
przeprowadził rozpoznanie terenu i przy okazji 
obrał sobie kryjówkę w jakimś schowku. Tak! 
To wszystko przedstawia się całkiem jasno.
- Bardzo przepraszam - podchwyciła panna 
Blacklock - lecz moim zdaniem nie wszystko jest 
takie jasne. Czemu, u licha, ktoś miałby robić 
tyle skomplikowanych przygotowań, żeby 
urządzić ten głupi niby-napad akurat tutaj?
- Czy przechowuje pani w domu dużo 
pieniędzy?
- Mam jakieś pięć funtów w szufladzie biurka i 
nie więcej niż dwa funty w portmonetce.
- A biżuteria?
- Parę pierścionków, broszek i kamee, które 
teraz noszę. Przyzna pan chyba, inspektorze, że 
w całej tej historii nie widać sensu?
- To nie był napad rabunkowy! - wybuchnęła 
znowu Dora Bunner. - Wciąż powtarzam, Letty, 
że w grę wchodziła zemsta. Zemsta! Nie dałaś 
mu pieniędzy i dlatego dwa razy strzelił do 
ciebie. Z premedytacją.
- Zatem przejdziemy teraz do wczorajszego 
wieczora - podjął Craddock. - Co się działo, 
proszę pani? - zwrócił się do panny Blacklock. - 
Zechce pani opowiedzieć własnymi słowami 
wszystko, co zachowała pani w pamięci.

background image

- Zaczął bić zegar... Ten na półce nad 
kominkiem - podjęła pani domu po krótkim 
namyśle. - Powiedziałam wtedy, o ile sobie 
przypominam, że jeżeli rzeczywiście ma się coś 
zacząć, winno zdarzyć się rychło. Wtedy właśnie 
odezwał się zegar. W milczeniu słuchaliśmy 
wszyscy. Wydzwonił dwa kwadranse i nagle 
zgasły światła.
- Które?
- Kinkiety tutaj i w tamtej drugiej, mniejszej 
części salonu. Lampa stojąca na podłodze i dwie 
małe lampki do czytania nie były zapalone.
- Czy kiedy światła zgasły, zauważyła pani 
najpierw błysk, czy odgłos?
- Nie przypominam sobie.
- Ja jestem pewna, że był błysk! - wtrąciła panna 
Bunner. - Tak! Błysk i taki dziwny trzask. To 
bardzo niebezpieczne!
- Co dalej, proszę pani? - zwrócił się Craddock 
do właścicielki Little Paddocks.
- Co dalej? Drzwi otworzyły się...
- Które? W salonie jest ich dwoje.
- Te, tutaj, inspektorze. Drugie w mniejszym 
pokoju są ślepe. A więc drzwi otworzyły się i 
stanął w nich mężczyzna... Zamaskowany... Z 
rewolwerem w ręku. Cała historia wyglądała na 
urojenie senne, lecz oczywiście byłam wówczas 
przekonana, że to czyjś niemądry dowcip. 
Mężczyzna powiedział... Zapomniałam, co 
powiedział...
- Ręce do góry, bo strzelam - zasuflerowała Dora 

background image

Bunner dramatycznym tonem.
- Coś w tym rodzaju.
- I wszyscy podnieśli ręce?
- O tak! Wszyscy! Myśleliśmy, że jest to jeden z 
punktów zabawy - wykrzyknęła znów Dora 
Bunner. - Wszyscy podnieśliśmy ręce!
- Ja nie - podchwyciła cierpko panna Blacklock. 
- Pomyślałam, że to idiotyczny pomysł. Byłam 
zirytowana.
- Co dalej?
- Oślepiło mnie światło latarki skierowanej 
prosto w oczy. Później przeraziłam się, gdy 
pocisk gwizdnął mi koło ucha i uderzył w ścianę 
tuż nad moją głową. Ktoś krzyknął. Poczułam 
piekący ból ucha i usłyszałam drugi wystrzał.
- Przerażające! - krzyknęła Dora Bunner.
- A później?
- Trudno mi powiedzieć... Byłam oszołomiona. 
Czarna postać odwróciła się raptownie i jak 
gdyby potknęła. Huknął trzeci wystrzał. 
Latarka zgasła. Wszyscy zaczęli się szamotać, 
wpadać na siebie, krzyczeć.
- A pani gdzie stała? - zapytał inspektor pannę 
Blacklock.
- Stała tam! Przy stoliku! - zawołała panna 
Bunner.
- Trzymała w ręku wazonik z fiołkami.
- Tu stałam - podchwyciła panna Blacklock, 
zbliżywszy się do stolika przy arkadzie łączącej 
dwie części salonu.
- W ręku trzymałam nie wazonik, lecz szkatułkę 

background image

z papierosami.
Inspektor Craddock obejrzał ścianę w tym 
miejscu. Dwa otwory po pociskach były 
wyraźnie widoczne. Same pociski wydobyto, by 
je porównać z kulami wystrzelonymi z 
rewolweru.
- O włos uniknęła pani śmierci - zwrócił się 
półgłosem do pani domu.
- On chciał ją zabić! Z premedytacją! Sama 
widziałam. Najpierw omiótł wszystkich smugą 
światła, a jak zobaczył Letty, smuga 
znieruchomiała i padły strzały. On chciał zabić 
ciebie, Letty!
- Kochana Doro! Wbiłaś sobie do głowy to 
wszystko, bo nieustannie myślisz o tej całej 
historii.
- On chciał cię zabić - powtórzyła z uporem. - Do 
ciebie mierzył, a jak spudłował, sam się 
zastrzelił. Tak było. Jestem pewna!
- Nigdy nie uwierzę, że się z rozmysłem zastrzelił 
- powiedziała panna Blacklock - Nie sprawiał 
wrażenia człowieka takiego pokroju.
- Wspomniała pani - zwrócił się do niej 
inspektor - że do momentu kiedy rozległy się 
strzały, sądziła pani, że to czyjś niemądry 
dowcip.
- Ma się rozumieć. Cóż innego mogłam sądzić?
- A kogo podejrzewała pani o autorstwo?
- Z początku myślałaś, że to Patryk - 
zasuflerowała raz jeszcze Dora Bunner.
- Patryk? - zapytał detektyw.

background image

- Mój krewny, Patryk Simmons - odpowiedziała 
pani domu, wyraźnie niezadowolona z 
przyjaciółki. - Kiedy przeczytałam ogłoszenie, 
przyszło mi na myśl, że mogą to być żarty. Ale 
Patryk zaprzeczył stanowczo.
- No i byłaś zaniepokojona, Letty. Nie przecz! 
Byłaś zaniepokojona, jakkolwiek udawałaś, że 
wszystko w porządku. I niepokoiłaś się słusznie! 
"Morderstwo odbędzie się...", tak było w 
ogłoszeniu. I rzeczywiście! Miało zdarzyć się 
morderstwo. Byłoby po tobie, gdyby nie 
spudłował. A co stałoby się wtedy z nami 
wszystkimi?
Dora Bunner mocno dygotała. Twarz miała 
wykrzywioną i zdawało się, że lada chwila 
wybuchnie płaczem. Przyjaciółka pogłaskała ją 
po ramieniu.
- Doro, kochana Doro! Nie denerwuj się, proszę. 
Już wszystko dobrze. Przeżyłyśmy straszne 
rzeczy, ale to minęło. Przez wzgląd na mnie - 
zmieniła ton - musisz wziąć się w garść, Doro. 
Tylko na ciebie liczę w naszych gospodarskich 
kłopotach. Czy to nie dziś przyjadą z pralni?
- Mój Boże! W samą porę przypomniałaś mi, 
Letty! Ciekawa rzecz, czy zwrócą brakującą 
powłoczkę. Muszę wpisać notatkę o tym do 
książki. Już lecę, moja droga! Trzeba się tym 
zająć.
- I zabierz te fiołki - powiedziała panna 
Blacklock. - Nie cierpię zwiędłych kwiatów.
- Jaka szkoda! Wczoraj zerwałam świeżuteńkie. 

background image

Takie nietrwałe kwiatki... Mój Boże! Na pewno 
zapomniałam nalać im wody. Ta moja głowa! 
Zawsze o wszystkim zapominam. No, lecę już 
zająć się bielizną. Ci z pralni mogą nadjechać w 
każdej chwili - zakończyła Dora Bunner i, 
kontenta już z życia i siebie, szybko opuściła 
pokój.
- Biedna Dora jest słabego zdrowia i nie 
powinna się denerwować - westchnęła panna 
Blacklock. - Ma pan jeszcze pytania, 
inspektorze?
- Tak. Chciałbym usłyszeć, jakich ma pani 
domowników, i dowiedzieć się czegoś o nich.
- Rozumiem. Oprócz mnie i Dory Bunner 
mieszka tu dwoje moich młodszych krewnych, 
Julia i Patryk Simmonsowie.
- Siostrzeniec i siostrzenica?
- Nie. Nazywają mnie ciocią Letty, ale to dalecy 
krewni. Dzieci mojej kuzynki.
- Od dawna są u pani?
- Nie. Od dwu miesięcy. Przed wojną mieszkali 
w południowej Francji. Później Patryk 
zaciągnął się do marynarki wojennej, a Julia, o 
ile mi wiadomo, pracowała w biurze jednego z 
ministerstw. Mieszkała wtedy w Llandudno. Po 
wojnie ich matka napisała do mnie, pytając, czy 
mogliby przyjechać tutaj w charakterze 
płatnych gości. Obecnie Julia odbywa praktykę 
aptekarską w szpitalu miejskim w Milchester, a 
jej brat studiuje inżynierię na tamtejszym 
uniwersytecie. Jak panu wiadomo, do 

background image

Milchester jedzie się autobusem tylko 
pięćdziesiąt minut, a ja jestem zadowolona, że 
mam ich tutaj. Dom jest dla mnie stanowczo za 
duży. Płacą mi coś za mieszkanie i wyżywienie i 
chyba wszystkim nam z tym dobrze - 
uśmiechnęła się przyjemnie. - Lubię mieć 
młodzież w domu.
- Słyszałem, że trzecią młodą osobą w pani domu 
jest pani Haymes. To się zgadza?
- Tak. Filipa Haymes pracuje jako pomocnica 
ogrodnika w Dayas Hall, posiadłości pani Lucas. 
Domek odźwiernego zajmuje tam stary 
ogrodnik z żoną, więc pani Lucas prosiła mnie o 
pokój dla Filipy w Little Paddock. To bardzo 
sympatyczna młoda osoba. Jej mąż poległ we 
Włoszech, a ośmioletni synek jest w szkole z 
internatem i, za moją zgodą, spędza tu wakacje i 
święta.
- A służba, proszę pani?
- Ogrodnik przychodzi we wtorki i piątki. 
Sprzątaczka, zamieszkała w tej osadzie, pani 
Huggins, pracuje tutaj pięć razy w tygodniu 
przed południem. Na stałe mam do pomocy w 
kuchni cudzoziemkę o nazwisku niemożliwym 
do wymówienia. To uciekinierka z Europy 
Środkowej. Sądzę, że Mitzi nastręczy panu 
sporo kłopotu. Biedaczka cierpi na coś w 
rodzaju manii prześladowczej.
Craddock ze zrozumieniem skinął głową. 
Przypomniał sobie nieocenione informacje 
posterunkowego Legga, który nazwisko Dory 

background image

Bunner opatrzył uwagą "Roztrzepana", pannę 
Blacklock scharakteryzował zwrotem "Na 
poziomie", a personalia Mitzi uzupełnił jednym 
słowem: "Kłamie".
- Niech pan nie uprzedza się, inspektorze, do 
niej tylko dlatego, że biedaczka kłamie - 
powiedziała właścicielka Little Paddocks, 
zupełnie jak gdyby czytała w myślach 
detektywa. - Myślę, że jak to się często zdarza, w 
każdym kłamstwie kryje się odrobina prawdy. Z 
pewnością jej opowieści o rozmaitych 
okrucieństwach urastały z biegiem czasu i 
biedna Mitzi przypisuje teraz sobie i swojej 
rodzinie wszystko, o czym czytała lub słyszała. 
Niewątpliwie jednak przeżyła wiele i 
przynajmniej jedna bliska jej osoba została 
zabita w jej obecności. Zapewne liczni uchodźcy 
z kontynentu sądzą... najprawdopodobniej 
słusznie... że tym więcej zyskają naszej sympatii, 
im srożej byli prześladowani. Otwarcie mówiąc - 
ciągnęła panna Blacklock - Mitzi jest nieznośna. 
Drażni i denerwuje nas wszystkich. Opryskliwa, 
skora do podejrzeń, wciąż urażona i patrzy 
tylko, kto i jak jej ubliży. Ale żal mi jej mimo 
wszystko. Mitzi, jeżeli chce, gotuje znakomicie - 
zakończyła z uśmiechem.
- Spróbuję, proszę pani, możliwie najmniej ją 
męczyć - powiedział Craddock uspokajającym 
tonem. - Czy to panna Julia Simmons otworzyła 
drzwi, kiedy tu przyszedłem?
- Tak. Chce pan z nią teraz mówić? Patryka nie 

background image

ma w domu. Filipę Haymes zastanie pan w 
Dayas Hali.
- Bardzo dziękuję. Chętnie pomówię teraz z 
panną Simmons, jeżeli pani pozwoli.

ROZDZIAŁ SZÓSTY
JULIA, MITZI I PATRYK
1

Kiedy Julia weszła do salonu i usiadła na tym 
samym krześle, na którym siedziała przed 
chwilą Letycja Blacklock, Craddock stwierdził, 
że jej chłodne opanowanie dziwnie go drażni. 
Spojrzeniem przylgnęła do jego twarzy. 
Oczekiwała pytań.
Panna Blacklock wycofała się taktownie.
- Zechce pani opowiedzieć mi o wczorajszym 
wieczorze?
- Późnym wieczorem zasnęliśmy wszyscy 
kamiennym snem - odpowiedziała. - Zapewne 
była to reakcja.
- Chodzi mi o wcześniejszy wieczór, od szóstej.
- Aha, rozumiem. Po szóstej przyszło wiele 
nudnych osób...
- A mianowicie? - przerwał. Rzuciła mu znów 
pogodne spojrzenie.
- To pan już wie, prawda?
- Pozwoli pani, że ja będę zadawał pytania? - 
uśmiechnął się Craddock.
- Przepraszam... Powtarzanie nudzi mnie 
okropnie. Pana widać nie nudzi... Otóż przyszli 

background image

pułkownik Easterbrook z żoną, panna 
Hinchliffe i panna Murgatroyd, pani 
Swettenham z synem Edmundem i pani 
Harmon, żona proboszcza. Przychodzili w takim 
właśnie porządku. Może życzy pan sobie 
wiedzieć, co mówili? Wszyscy powtarzali jedno i 
to samo. "O! Centralne ogrzewanie działa!" i 
"Prześliczne chryzantemy!"
Craddock przygryzł wargi. Dziewczyna miała 
talent naśladowczy.
- Wyjątek stanowiła pani Harmon. Urocza 
babka! Przybiegła w kapeluszu na bakier, z 
rozwiązanymi sznurowadłami i prosto z mostu 
zapytała, kiedy zacznie się morderstwo. Ma się 
rozumieć, speszyła całe towarzystwo, bo inni 
udawali, że wstąpili przy jakiejś tam okazji. 
Ciocia Letty odpowiedziała na swój oschły 
sposób, że zapewne wkrótce. Zegar począł 
dzwonić, a jak skończył, zgasło światło, drzwi 
otworzyły się raptownie i postać w masce 
zawołała: "Ręce do góry!" czy coś w podobnym 
sensie. Przypominało to kiepski film i, słowo 
daję, było śmieszne. Później huknęły dwa 
strzały, wymierzone w ciocię Letty, i historia 
przestała być śmieszna.
- Gdzie znajdowały się poszczególne osoby, 
kiedy to nastąpiło?
- Kiedy zgasło światło? Cóż, stali tu i ówdzie. 
Pani Harmon siedziała na kanapie. Hinch... to 
znaczy panna Hinchliffe, zajęła godne jej, 
męskie miejsce przed kominkiem.

background image

- Wszyscy byli w tej części pokoju czy też w 
drugiej, mniejszej?
- Głównie w tej, jak mi się zdaje. Za arkadą był 
Patryk, bo zamierzał podać kseres. Sądzę, że 
pułkownik Easterbrook poszedł za nim, ale nie 
jestem pewna. Inni, jak powiedziałam już, stali 
tu i ówdzie.
- A pani?
- O ile przypominam sobie, byłam tu, przy 
oknie. Ciocia Letty sięgała po papierosy.
- Stała przy stoliku koło arkady?
- Tak... Nagle światło zgasło i rozpoczął się 
kiepski film.
- Napastnik miał silną latarkę. Co z nią robił?
- Świecił nam prosto w twarze. Aż oczy bolały.
- Teraz, proszę pani, zależy mi na bardzo 
dokładnej odpowiedzi. Czy ten człowiek świecił 
latarką w jedno miejsce, czy też przesuwał 
smugę światła?
Julia zastanawiała się przez chwilę. 
Niewątpliwie nie była już teraz tak obojętna i 
znudzona.
- Nie, nie oświetlał jednego miejsca. Poruszał 
nią, tak że światło przesuwało się po wszystkich, 
jak na dancingu. No i padły strzały. Dwa strzały.
- Co dalej?
- Napastnik szybko się odwrócił, Mitzi zaczęła 
gdzieś ryczeć jak syrena alarmowa. Latarka 
zgasła i usłyszałam jeden strzał. Wtedy drzwi 
zamknęły się wolno, z nieprzyjemnym zgrzytem. 
Znowu znaleźliśmy się w ciemnościach i nikt nie 

background image

wiedział, co robić. Biedna Bunny beczała jak 
ranny królik, a od strony holu dobiegały 
wrzaski Mitzi.
- Czy, pani zdaniem, ten Scherz popełnił 
samobójstwo, czy też potknął się i rewolwer sam 
wypalił?
- Nie mam pojęcia. Wszystko wyglądało całkiem 
teatralnie. Szczerze mówiąc, myślałam, że to 
głupi dowcip, póki nie zobaczyłam krwi 
cieknącej z ucha Letty. Bo gdyby ktoś dla żartu 
wystrzelił z rewolweru, aby całej hecy nadać 
bardziej realny charakter, mierzyłby przecież w 
górę, nad głowami, prawda?
- Niewątpliwie. Czy, pani zdaniem, Scherz mógł 
widzieć, do kogo mierzy? Czy sylwetka panny 
Blacklock rysowała się wyraźnie w smudze 
światła?
- Nie wiem. Patrzyłam na napastnika, nie na nią.
- Chodzi mi o to, czy sądzi pani, że ten człowiek 
rozmyślnie i celowo strzelał do panny 
Blacklock?
- Do Letty? - Julia była jak gdyby zdziwiona. - 
Nie... Nie zdaje mi się. Gdyby chciał ją 
zastrzelić, mógł znaleźć sto bardziej dogodnych 
sposobności. W jakim celu gromadziłby 
znajomych i sąsiadów, by tym sposobem 
utrudnić sobie zadanie? Każdego dnia mógłby 
na stary, wypróbowany sposób oddać strzał zza 
żywopłotu i najprawdopodobniej ujść cało.
"Oto wyczerpująca odpowiedź na gadaninę 
Dory Bunner o zamachu na życie panny 

background image

Blacklock" - pomyślał Craddock.
- Bardzo pani dziękuję - powiedział z 
westchnieniem. - Teraz chciałbym porozmawiać 
z Mitzi.
- Proszę uważać, żeby nie wydrapała panu oczu 
- przestrzegła go Julia. - To dzika kocica!

2

Craddock wraz z Fletcherem udali się do Mitzi 
do kuchni. Gdy weszli, była zajęta wałkowaniem 
ciasta. Spojrzała na Craddocka bardzo 
podejrzliwie. Minę miała ponurą, czarne włosy 
spadały jej na oczy, a purpurowa bluzka i 
jaskrawozielona spódnica nie pasowały do jej 
ziemistej cery.
- Po co tu w mojej kuchni, panie policjancie? 
Jesteście z policji, no nie? Wszędzie 
prześladujecie ludzi. Zawsze! Ha! Powinnam do 
tego przywyknąć. Mówią, że w Anglii jest 
inaczej. Gdzie tam! Całkiem tak samo! Pan 
przyszedł, żeby mnie torturować, wymuszać 
zeznania, no nie? Nic z tego! Ja nic nie powiem. 
Będzie mi pan wyrywał paznokcie, co? I 
przykładał do skóry płonące zapałki. I jeszcze 
gorzej, no nie? Ale ja nic nie powiem. Słyszy 
pan? Nic! Absolutnie! A pan wyśle mnie do 
obozu koncentracyjnego, co? Mniejsza o to!
Craddock przypatrywał się jej z uwagą. 
Obmyślał najbardziej skuteczną metodę ataku.
- W porządku. Proszę ubrać się w płaszcz i 

background image

kapelusz.
- Co takiego? - zapytała zdziwiona.
- Proszę wziąć płaszcz i kapelusz. Pójdzie pani z 
nami. Nie mam przy sobie aparatu do 
wyrywania paznokci ani torby z podobnymi 
przyrządami. Takie rzeczy trzymamy na 
posterunku. Fletcher! Ma pan przy sobie 
kajdanki?
- Tak jest, panie inspektorze! - odrzekł Fletcher 
z uznaniem.
- Ja nie pójdę! - krzyknęła Mitzi, cofając się 
szybko. - Nie chcę!
- W takim razie proszę odpowiadać uprzejmie 
na uprzejme pytania. Życzy sobie pani, by 
obecny był adwokat?
- Prawnik? Nie! Nie wierzę prawnikom.
Odłożyła wałek do ciasta, wytarła ręce ścierką i 
usiadła.
- Co pan chce wiedzieć? - zapytała posępnie.
- Chcę usłyszeć od pani, co działo się wczoraj 
wieczorem.
- Dobrze pan wie, co się działo.
- Ale chodzi mi o pani relację.
- Chciałam odejść. Ona powiedziała panu, że 
chciałam odejść? Jak w gazecie przeczytałam o 
morderstwie, zaraz chciałam odejść. Nie puściła 
mnie. Jest niedobra, bez litości. Kazała mi 
zostać. Ale wiedziałam, co się stanie. Dobrze 
wiedziałam, że mnie zamordują.
- Ale nie zamordowali, prawda?
- Prawda - przyznała niechętnie.

background image

- Słucham. Jak to wszystko wyglądało?
- Byłam zdenerwowana. Tak! Byłam strasznie 
zdenerwowana. Przez cały wieczór. Słyszałam 
hałasy, jak gdyby ktoś chodził po domu. Raz 
zdawało mi się, że zakradł się do holu, ale była 
to tylko ta pani Haymes. Wróciła z pracy 
drzwiami od ogrodu. Często tamtędy wraca, bo, 
jak powiada, nie chce zadeptywać frontowych 
schodów i ganku. Właśnie! Dużo to taką 
obchodzi! To hitlerówka, no nie? Ma takie jasne 
włosy i niebieskie oczy, a na mnie patrzy z góry, 
jak na jakiś śmieć. No i...
- Zostawmy w spokoju panią Haymes.
- No i co sobie taka myśli? Że jest kim? Czy tak 
jak ja ma za sobą kosztowne studia 
uniwersyteckie? Czy ma stopień naukowy z 
ekonomii? Nie! Jest pomocnicą ogrodnika. 
Kopie, strzyże trawę i za to dostaje ileś tam 
każdej soboty. Czemu udaje damę? Kim niby 
jest?
- Zostawmy w spokoju panią Haymes. Słucham 
dalej.
- Do salonu zaniosłam kseres, kieliszki i 
ciasteczka, co je sama upiekłam. Później 
zabrzęczał dzwonek, więc poszłam otworzyć. 
Otwierałam drzwi raz po raz. To poniżające 
zajęcie, ale trudno. Później wróciłam do pokoju 
kredensowego i zaczęłam czyścić srebro. 
Myślałam nawet, że to się dobrze składa, bo jak 
ktoś przyjdzie, żeby mnie zabić, będę miała pod 
ręką taki duży nóż do krajania mięsa. Bardzo 

background image

ostry!
- Jest pani przewidująca - wtrącił inspektor.
- Później usłyszałam strzały. Pomyślałam: 
"Stało się! Załatwione!". No i wbiegłam do 
pokoju stołowego, nasłuchiwałam przez chwilę. 
Później był jeszcze jeden strzał i łoskot... Jakby 
upadło w holu coś ciężkiego. Nacisnęłam 
klamkę, ale drzwi nie chciały się otworzyć. Były 
zamknięte z tamtej strony. Ja też byłam 
zamknięta. Jak szczur w pułapce. Oszalałam ze 
strachu. Krzyczałam i krzyczałam, i tłukłam w 
drzwi pięściami. Nareszcie, proszę pana, ktoś 
obrócił klucz w zamku i mnie wypuścił. Wtedy 
przyniosłam świece. Dużo świec. Bardzo dużo. I 
zapaliło się znów światło. I zobaczyłam krew. 
Krew! Ach, Gott in Himmel! Zobaczyłam krew! 
Nie pierwszy raz! Mój mały braciszek... Zabili 
go na moich oczach! Widziałam krew na ulicy... 
ludzi rannych... umierających... Widziałam...
- Rozumiem. Bardzo pani dziękuję.
- A teraz - podjęła tragicznie Mitzi - możecie 
aresztować mnie, zabrać do więzienia.
- Nie dzisiaj, proszę pani - uśmiechnął się 
inspektor.

3

Craddock z Fletcherem minęli hol, podeszli do 
frontowych drzwi domu i omal nie zderzyli się z 
wysokim, przystojnym młodym mężczyzną, 
który właśnie wchodził.

background image

- Łapsy, jak pragnę zdrowia! - zawołał.
- Pan Patryk Simmons?
- Zgadza się, inspektorze. Pan jest inspektorem, 
prawda? A pański towarzysz to sierżant?
- Odgadł pan trafnie. Mógłbym zamienić z 
panem kilka słów?
- Jestem niewinny, inspektorze! Przysięgam!
- Proszę nie dowcipkować, panie Simmons. 
Pozostało mi do przesłuchania sporo osób, 
wolałbym zatem nie marnować czasu. Co to za 
pokój? Moglibyśmy z niego skorzystać?
- Nazywa się pracownia, chociaż nikt w nim nie 
pracuje.
- Słyszałem, że jest pan studentem - zaczął 
Craddock.
- Tak. Ale dziś nie mogłem skoncentrować się na 
matematyce, więc wróciłem do domu.
Craddock zadał formalne pytania o imię i 
nazwisko, wiek i stosunek do służby wojskowej.
- A teraz, proszę pana, zechce pan opowiedzieć, 
jak wyglądał wczorajszy wieczór.
- Zabiliśmy tucznego cielca, inspektorze. To 
znaczy, Mitzi specjalnie upiekła smakowite 
ciasteczka, ciocia Letty odkorkowała świeżą 
butelkę kseresu...
- Świeżą? Więc była inna?
- Tak. Tylko połowa. Ale czemuś nie spodobała 
się cioci.
- Czy panna Blacklock była wtedy 
zaniepokojona?
- Nie... Nie sądzę, inspektorze. To osoba 

background image

niezwykle zrównoważona. Niespokojna była 
stara Bunny. Przejęła się ogłoszeniem i od rana 
prorokowała katastrofę.
- Bała się?
- Niewątpliwie! I strach smakowała z gustem.
- Potraktowała serio to ogłoszenie?
- Tak. Przeraziło ją śmiertelnie.
- Słyszałem, że panna Blacklock po przeczytaniu 
ogłoszenia, o którym mowa, podejrzewała zrazu, 
że to pańska sprawka. Dlaczego tak sądziła?
- Dlaczego? Bo w tym domu ja zawsze bywam 
winien wszystkiemu!
- Ale pan nie miał z tym nic wspólnego?
- Ja? Absolutnie nic.
- A ten Rudi Scherz. Widział go pan kiedyś? 
Rozmawiał z nim?
- Nigdy w życiu.
- Ale to żart w pana stylu, prawda?
- Skąd pan wie? Może dlatego, że raz włożyłem 
ciasto z jabłkami do łóżka panny Bunny, no i 
przysłałem Mitzi kartkę pocztową z 
wiadomością, że gestapo jest na jej tropie?
- Zechce pan opowiedzieć o wczorajszych 
wydarzeniach.
- Akurat wyszedłem do najmniejszego salonu po 
tacę z poczęstunkiem i wtedy... Stoliczku, nakryj 
się! Wtedy zgasły światła. Odwróciłem się 
szybko i zobaczyłem w drzwiach faceta, który 
powiedział głośno: "Ręce do góry!". Więc 
wszyscy przestraszyli się i zaczęli krzyczeć. 
Zastanawiałem się właśnie, czy zdołam go 

background image

obezwładnić, gdy facet zaczął strzelać z 
rewolweru i gruchnął na podłogę, a jego latarka 
zgasła. Zrobiło się ciemno i pułkownik 
Easterbrook zaczął komenderować w naprawdę 
koszarowym stylu. "Światło!" - wołał i 
dopytywał się, czy moja zapalniczka działa. Nie 
działała. Nie działała jak zawsze. To diabelski 
wynalazek!
- Sądzi pan, że napastnik mierzył z rozmysłem 
do panny Blacklock?
- Czy ja wiem? Powiedziałbym raczej, że dla 
kawału strzelał na chybił trafił. Może później 
uprzytomnił Sobie, że posunął się za daleko. - I 
zastrzelił się?
- Być może. Kiedy zobaczyłem jego twarz, 
pomyślałem, że facet wygląda na drobnego 
złodziejaszka, więc łatwo mógł stracić głowę.
- Na pewno nigdy wcześniej pan go nie widział?
- Nigdy. Z całą pewnością.
- Bardzo dziękuję. Teraz chciałbym pomówić ze 
wszystkimi osobami, które były tu wczoraj 
wieczorem. Jaka kolejność byłaby 
najdogodniejsza?
- Aha... Nasza Filipa... to znaczy pani Haymes... 
pracuje w Dayas Hali, prawie naprzeciwko tego 
domu. Potem najbliżej będzie do 
Swettenhamów. Każdy wskaże panu drogę.

ROZDZIAŁ SIÓDMY
NAOCZNI ŚWIADKOWIE
1

background image

Posiadłość Dayas Hall ucierpiała poważnie w 
latach wojny. To nie budziło wątpliwości. Perz 
zarastał to, co musiało niegdyś być 
szparagarnią. Krzyżownica, powój oraz inne 
chwasty ogrodowe pieniły się bujnie. Jedynie 
część ogrodu warzywnego była utrzymywana w 
porządku i tam właśnie Craddock zastał starego 
mężczyznę o zgorzkniałej minie, który wsparty 
na szpadlu stał pogrążony w myślach.
- Aha! Szuka pan pani Haymes, co? Nie wiem, 
gdzie ją można znaleźć. Ona robi tylko to, co 
sama zechce. Aha! Tylko to, proszę pana! Nie 
chce nikogo słuchać. A mógłbym dużo ją 
nauczyć. Co z tego? Dzisiejsze młode panie są 
samowolne, no nie? Myślą, że wszystkie rozumy 
pozjadały, bo poprzebierały się w portki i 
umieją prowadzić ciągnik. Tu trzeba fachowej 
ogrodniczej roboty, a tego dzisiaj nikt nie uczy. 
Aha! Trzeba fachowej ogrodniczej roboty!
- Rzeczywiście. Na to wygląda - przyznał 
Craddock.
Starowina potraktował te słowa jako przytyk.
- Co ja, proszę pana, mogę zrobić sam w takim 
dużym ogrodzie? Dawniej pracowało tu trzech 
mężczyzn i jeden chłopiec. I tylu potrzeba, no 
nie? Mało kto potrafiłby sam zrobić tyle, ile ja 
robię. Czasem pracuję do ósmej wieczór, proszę 
pana! Do ósmej!
- Przy jakim świetle? Lampy naftowej?
- Ma się rozumieć, nie mówię o tej porze roku. 

background image

Ma się rozumieć! Mówię o letnich wieczorach.
- Rozumiem. Pójdę teraz poszukać pani Haymes 
- powiedział inspektor.
Stary zaciekawił się.
- Na co ona panu? Pan z policji, hę? Coś z nią 
nie w porządku? A może chodzi o to, co było w 
Little Paddocks? Podobno zamaskowani 
bandyci wdarli się i rewolwerem sterroryzowali 
pokój pełen ludzi. Takie rzeczy nie trafiały się 
przed wojną. Nigdy! Teraz dezerterzy włóczą się 
po całym kraju. Czemu nie biorą się za niech 
władze wojskowe?
- Tego nie wiem - odrzekł Craddock. - Myślę, że 
dużo się tu mówi o tym napadzie. Prawda?
- Pewno, że prawda! Bo co to się teraz wyrabia! 
Ned Barker powiada, że jest tyle zła z ciągłego 
chodzenia do kina. A znów Tom Riley, że pęta 
się za dużo cudzoziemców. I na pewno, powiada, 
w zmowie była ta, co jest za kucharkę u panny 
Blacklock, okropna sekutnica. To anarchistka, 
powiada, może jeszcze gorzej. Takich nam tu nie 
trzeba. Znowu Marlena, bufetowa z baru, mówi, 
że w domu panny Blacklock było na pewno coś 
cennego. Chociaż wcale na to nie wygląda, bo, 
mówi Marlena, panna Blacklock chodzi zawsze 
marnie ubrana i tylko nosi na szyi swoje duże 
fałszywe perły. Ale, powiada, jakby były 
prawdziwe! Znów Flora, córka starej Bellamy, 
powiada, że to głupie gadanie, bo taka biżuteria 
nazywa się teatralna. Nieprawda! Moja stara 
była za pokojową u jednej wielkiej pani, więc 

background image

wie, jak to się nazywa. Tak czy inaczej, zawsze 
to szkło i tyle! Coś podobnego nosi też młoda 
panna Simmons. Złote liście bluszczu, pieski, 
takie rzeczy. Ha! Rzadko się teraz widzi 
prawdziwe złoto. Nawet obrączki ślubne robią z 
jakiejś tam platyny! Nieeleganckie to, kosztuje 
Bóg wie ile!
Stary Ashe urwał, by nabrać tchu, i dalej mówił 
swoje:
- Panna Blacklock nie trzyma w domu 
większych pieniędzy. Jim Huggins powiada, że 
wie na pewno. Musi wiedzieć, no nie? Jego żona 
chodzi na posługi do Little Paddocks, a ona 
wszystko spenetruje. Baba ma dobre oko, 
rozumie pan? I wszędzie nos wetknie.
- Czy Huggins mówił, co jego żona myśli o tym 
wszystkim?
- A mówił! Wiadomo! Ona myśli, że w zmowie 
była ta Mitzi. Straszna z niej sekutnica. I jakie 
przybiera tony! Jednego dnia w oczy nazwała 
panią Huggins wyrobnicą!
Craddock milczał przez chwilę. Porządkował w 
myślach wynurzenia starego ogrodnika. Dawały 
mu obraz poglądów prostych ludzi z Chipping 
Cleghorn, nie sądził jednak, by mogły wnieść coś 
konkretnego do śledztwa. Odwrócił się i ruszył z 
miejsca, a stary zawołał w ślad za nim.
- Pewno znajdzie pan ją przy jabłonkach. Jest 
młodsza ode mnie. Łatwiej jej zdejmować owoc 
z drzewa.
Rzeczywiście, Craddock znalazł Filipę Haymes 

background image

przy jabłonkach. Najpierw zobaczył parę 
smukłych nóg ubranych w spodnie zsuwającą 
się zręcznie po pniu drzewa. Chwilę później 
stała przed nim Filipa o zaróżowionej twarzy i 
jasnych włosach potarganych przez gałęzie.
"Dobra byłaby z niej Rozalinda" - pomyślał 
zrazu inspektor, który był wielbicielem 
Szekspira i z powodzeniem grał rolę 
melancholijnego Jakuba w "Jak wam się 
podoba", gdy teatr amatorski wystawiał tę 
sztukę na rzecz Domu dla Sierot po 
Funkcjonariuszach Policji.
Niebawem jednak zmienił zdanie. Filipa - zbyt 
sztywna na Rozalindę - choć była bardzo 
angielska w swojej jasnowłosej urodzie i 
bierności, ale angielska w stylu dwudziestego 
raczej niż szesnastego wieku. Dobrze 
wychowana, opanowana Angielka, bez śladu 
swawolności.
- Dzień dobry pani i przepraszam za najście. 
Inspektor-detektyw Craddock z policji 
hrabstwa Middle. Chciałbym zamienić z panią 
kilka słów.
- Na temat wczorajszego wieczoru?
- Tak.
- To długo potrwa? Może... Niepewnie 
rozejrzała się dokoła. Inspektor wskazał leżący 
opodal pień drzewa.
- Tam rozmowa będzie miała nieoficjalny 
charakter - uśmiechnął się. - No i oderwę panią 
od pracy, ale tylko na tak długo, jak się to okaże 

background image

konieczne.
- Bardzo dziękuję.
- Chodzi o formalne dane do protokołu. 
Wczoraj wieczorem wróciła pani stąd do domu. 
O której?
- Jakieś dwadzieścia po piątej. Zostałam o te 
dwadzieścia minut dłużej, ponieważ musiałam 
skończyć podlewanie w cieplarni.
- Którymi drzwiami pani weszła?
- Bocznymi. Jest krótsza droga obok kurnika. 
Nie trzeba wtedy okrążać domu, no i nie lubię 
zadeptywać ganku od frontu. Czasami bywam 
strasznie ubłocona.
- Zawsze wchodzi para do domu tamtędy?
- Tak.
- Drzwi nie były zamknięte na klucz?
- Nie były. Latem są przeważnie szeroko 
otwarte. O tej porze roku zamyka się je, ale nie 
na klucz. Często z nich wszyscy korzystamy. 
Wczoraj wieczorem ja przekręciłam klucz w 
zamku.
- Zawsze pani to robi?
- Mniej więcej od tygodnia, tak. O szóstej już się 
ściemnia. Panna Blacklock często zamyka 
wieczorem kaczki albo kury. Ale przeważnie 
korzysta z drzwi kuchennych.
- Jest pani pewna, że wczoraj wieczorem 
zamknęła pani na klucz boczne drzwi?
- Tak, jestem pewna.
- A w domu co pani robiła?
- Zrzuciłam ubłocone buty, poszłam na piętro, 

background image

wykąpałam się i przebrałam. Kiedy wróciłam na 
dół, spostrzegłam, że szykuje się przyjęcie. Nic 
oczywiście nie wiedziałam o tym niemądrym 
ogłoszeniu.
- Zechce teraz pani opisać przebieg napadu?
- Nagle zgasło światło...
- Gdzie pani wtedy była?
- Przy kominku. Szukałam zapalniczki, bo 
zdawało mi się, że położyłam ją tam na półce. 
Więc światło zgasło i wszyscy zaczęli się śmiać, 
coś mówić. Raptem drzwi otwarły się z hałasem. 
Jakiś człowiek oświetlił nas latarką, po czym 
zaczął wywijać rewolwerem i kazał nam 
podnieść ręce.
- Posłuchała go pani?
- Nie. Myślałam, że to tylko żarty, poza tym 
byłam zmęczona. Uważałam, że zabawa uda się i 
bez mojego udziału.
- Innymi słowy nudziło to panią, prawda?
- Raczej tak. Później wystrzelił rewolwer. Huk 
był ogłuszający i rzeczywiście mnie wystraszył. 
Latarka zakreśliła łuk w powietrzu, upadła, 
zgasła. Wtedy Mitzi zaczęła wrzeszczeć. 
Kwiczała jak zarzynane prosię.
- Czy blask latarki wydał się pani oślepiający?
- Niespecjalnie. Ale to był silny reflektor. Przez 
moment oświetlał pannę Bunner. Wyglądała jak 
upiór: trupio blada z rozdziawionymi ustami i 
oczyma wysadzonymi z orbit.
- Napastnik poruszał latarką?
- O tak! Wodził smugą światła po całym pokoju.

background image

- Jak gdyby kogoś szukał?
- Nie powiedziałabym. Raczej tak sobie, na 
chybił trafił.
- Co dalej, proszę pani? Filipa zmarszczyła 
brwi.
- Zrobił się straszny zamęt. Edmund 
Swettenham i Patryk Simmons zapalili 
zapalniczki i wyszli z holu, a my wszyscy 
pośpieszyliśmy za nimi. Ktoś otworzył drzwi 
jadalni... Tam było widno, Edmund Swettenham 
uderzył w twarz Mitzi i przerwał jej histeryczne 
krzyki. Wtedy poczuliśmy się trochę lepiej.
- Widziała pani zwłoki tego człowieka?
- Tak.
- Znała go pani? Widziała kiedykolwiek?
- Nigdy.
- Jak pani sądzi? Czy to był przypadek, czy 
Rudi Scherz zastrzelił się świadomie?
- Nie mam pojęcia, panie inspektorze.
- Nie widziała go pani, kiedy uprzednio 
przyszedł do Little Paddocks?
- Nie. Podobno przyszedł około południa. O tej 
porze nie bywam w domu. Pracuję nieomal cały 
dzień.
- Dziękuję pani... Aha! Jeszcze jedno. Ma pani 
cenną biżuterię, pierścionki, bransolety, coś 
takiego?
Zaprzeczyła poruszeniem głowy.
- Pierścionek zaręczynowy... dwie broszki...
- I o ile pani wiadomo, nikt nie przechowuje w 
domu rzeczy szczególnie wartościowych?

background image

- Nie... Jest tam trochę ładnego srebra, ale to nic 
szczególnie wartościowego.
- Jeszcze raz bardzo dziękuję.

2

W powrotnej drodze przez ogród warzywny 
Craddock spotkał postawną damę o rumianej 
twarzy, mocno ściśniętą gorsetem.
- Dzień dobry! - zagadnęła go wojowniczym 
tonem. - Co pan tu robi?
- Pani Lucas, prawda? Jestem inspektor-
detektyw Craddock.
- Aha, to pan. Przepraszam. Nie znoszę 
intruzów, którzy wchodzą tu i zajmują czas 
moim ogrodnikom. Rozumiem jednak, że pan 
pełni obowiązki służbowe.
- Tak, proszę pani.
- Wolno zapytać, czy policja przewiduje dalsze 
napady, takie jak ten u panny Blacklock? Czy 
działa jakiś gang?
- Nie, proszę pani. Jesteśmy przekonani, że 
napad nie był robotą gangu.
- Okropnie dużo teraz rabunków. Policja robi 
się opieszała - podjęła dama, a że Craddock 
milczał, dodała po pauzie: - Rozmawiał pan z 
Filipa Haymes, prawda?
- Potrzebne mi są jej zeznania jako naocznego 
świadka.
- A nie mógł pan zaczekać do pierwszej? 
Ostatecznie przyzwoicie byłoby rozmawiać z 

background image

Filipa, jak ma przerwę, nie w godzinach, za 
które ja płacę.
- Spieszę się, proszę pani, do komendy policji.
- Właśnie... Trudno wymagać dziś ludzkich 
względów, a także rzetelnego dnia pracy. 
Przychodzi się późno, marudzi przez pół 
godziny. Później o dziesiątej przerwa na 
herbatę, no i koniec z robotą, gdy deszcz 
zaczyna kropić. Jak trzeba strzyc trawnik, 
kosiarka z reguły szwankuje. A do domu 
wychodzi się pięć albo dziesięć minut przed 
czasem.
- Słyszałem, że pani Haymes zakończyła wczoraj 
pracę dwadzieścia po piątej, zamiast 
punktualnie o piątej.
- Tak, tak... To prawda. Pani Haymes, żeby jej 
oddać sprawiedliwość, jest na ogół pilna, chociaż 
zdarza się czasami, że wychodzę do ogrodu i 
nigdzie nie mogę jej znaleźć. Jest osobą z 
towarzystwa, inspektorze, i oczywiście wszyscy 
czujemy się w obowiązku, aby pomagać tym 
biednym młodym wdowom wojennym. Ale 
niekiedy bywa to bardzo niedogodne. Wakacje 
szkolne trwają długo, a zgodnie z umową pani 
Haymes wykorzystuje wtedy urlop. Wciąż jej 
tłumaczę, że obecnie istnieją doskonale 
prowadzone obozy, na których dzieciom jest 
dużo lepiej niż z rodzicami. Dlatego nie widzę 
potrzeby, by dzieci zjeżdżały na wakacje do 
domu.
- A pani Haymes jest odmiennego zdania?

background image

- To dziewczyna uparta jak osioł. Bierze urlop 
akurat w czasie, kiedy co do dnia trzeba 
wałować i oznaczać kort tenisowy. A stary Ashe 
wykreśla linie zupełnie krzywo. Ale co ją 
obchodzi moja wygoda?
- Zapewne pani Haymes dostaje pensję niższą od 
normalnie obowiązującej?
- Ma się rozumieć! Na cóż innego mogłaby 
liczyć?
- Oczywiście, proszę pani! Na cóż innego 
mogłaby liczyć? Pozwolę sobie pożegnać panią - 
zakończył rozmowę Craddock.

3

- To było straszne! - mówiła radośnie 
podniecona pani Swettenham. - Straszne! 
Przerażające! Moim zdaniem w redakcji 
"Gazetki" powinni być bardziej ostrożni przy 
przyjmowaniu ogłoszeń. To ogłoszenie wydało 
mi się bardzo dziwne, kiedy je przeczytałam. I 
powiedziałam coś w tym sensie. Prawda, 
Edmundzie?
- Pamięta pani, gdzie pani była, kiedy zgasło 
światło?
- Ha! Przypomniał mi pan moją starą nianię! 
"Gdzie był Mojżesz, kiedy światło zgasło?" 
Odpowiedź brzmiała rzecz jasna: "W 
ciemnościach". Pasuje to do wczorajszego 
wieczoru. Wszyscy stali i czekali, co się stanie. A 
później ten dreszczyk, kiedy zrobiło się ciemno! 

background image

Drzwi otwarły się i stanął w nich mężczyzna z 
rewolwerem. Oślepiający blask latarki i słowa 
wypowiedziane tonem groźby: "Pieniądze albo 
życie!". Nigdy nie bawiłam się tak dobrze! 
Później, w jakąś minutę później, zrobiło się 
rzeczywiście strasznie! Prawdziwe kule 
gwizdnęły nam nad głowami! Czuliśmy się jak 
komandosi w akcji.
- Gdzie pani wtedy była?
- Zaraz... zaraz... Niech no sobie przypomnę... Z 
kim mogłam wtedy rozmawiać, Edmundzie?
- Nie mam pojęcia, mamo.
- Hm... Może to wtedy panna Hinchliffe pytała 
mnie, czy podczas chłodów należy dawać kurom 
tran? Albo pani Harmon... Nie! Pani Harmon 
dopiero co przyszła. Chyba pułkownik 
Easterbrook mówił, że ośrodek badań 
jądrowych na terenie Anglii stwarza poważne 
zagrożenie. Łatwo może wyzwolić się energia 
radioaktywna, więc takie coś należałoby 
ulokować na odległej bezludnej wyspie.
- Nie przypomina sobie pani, czy wtedy pani 
stała, czy siedziała?
- Czy to takie ważne, inspektorze? Byłam gdzieś 
niedaleko okna... Nie! Raczej przy kominku, bo 
wiem na pewno, że znajdowałam się blisko 
zegara, kiedy zaczął bić. Wstrząsająca chwila! 
Przeszył mnie dreszcz oczekiwania na coś, co ma 
nastąpić!
- Wspomniała pani o oślepiającym blasku 
latarki. Czy smuga światła była skierowana na 

background image

panią?
- Tak! Prosto w oczy! Zupełnie mnie oślepiło.
- A napastnik trzymał latarkę spokojnie czy też 
przesuwał nią po wszystkich osobach?
- Nie pamiętam doprawdy... Jak to wyglądało, 
Edmundzie?
- Smuga światła poruszała się wolno i kolejno 
obejmowała nas wszystkich. Może ten człowiek 
sprawdzał, czy ktoś nie zamierza rzucić się na 
niego - zabrał głos Edmund.
- Gdzie pan się wówczas znajdował? W którym 
miejscu w salonie? - zwrócił się doń inspektor.
- Rozmawiałem z Julią Simmons. Staliśmy 
pośrodku pokoju... tego większego.
- Wszyscy inni byli również w tej części salonu? 
Może ktoś znajdował się w drugiej?
- Chyba poszła tam Filipa Haymes. Tak! Stała 
przy kominku. Zdaje mi się, że szukała czegoś 
na półce.
- A trzeci wystrzał? Czy napastnik celowo 
strzelił do siebie, czy też był to przypadek? Jak 
pan sądzi?
- Nie mam pojęcia. Odniosłem wrażenie, że ten 
człowiek odwrócił się raptownie, zgiął wpół i 
upadł. Ale wszystko odbywało się w zamęcie i 
nie sposób było coś zauważyć. Później kucharka 
panny Blacklock zaczęła krzyczeć.
- Słyszałem, że to pan otworzył drzwi pokoju 
stołowego i wypuścił tę dziewczynę.
- Tak.
- Czy drzwi na pewno były zamknięte na klucz? 

background image

- zapytał Craddock.
Edmund spojrzał nań podejrzliwie.
- Z całą pewnością. Nie wyobraża pan sobie 
chyba...
- Po prostu gromadzę i zestawiam fakty. Bardzo 
panu dziękuję.

4

Inspektor Craddock spędził niemało czasu w 
domu państwa Easterbrooków. Musiał 
wysłuchać rozwlekłych wywodów o 
psychologicznym aspekcie sprawy.
- Podejście psychologiczne, inspektorze, to w 
naszych czasach jedynie słuszna metoda - 
pouczał go pułkownik. - Winien pan trafnie 
zrozumieć przestępcę. Otóż cała tutejsza 
historia jest zupełnie przejrzysta dla kogoś o 
doświadczeniu tak rozległym jak moje. Czemu 
ten człowiek zamieścił ogłoszenie w "Gazetce"? 
Oczywiście z pobudek psychologicznych. 
Pragnął rozgłosu. Chciał skupić na sobie 
powszechne zainteresowanie. Pracownicy hotelu 
Royal zapewne lekceważyli go jako 
cudzoziemca; może nim pomiatali. Albo puściła 
go kantem jakaś dziewczyna. Być może właśnie 
jej chciał zaimponować. Kto jest bożyszczem 
współczesnej kinematografii? Gangster! Zuch 
pierwszej klasy! I co? Facet chciał zabłysnąć w 
roli zucha pierwszej klasy. Rabunek z 
włamaniem? Czarna maska? Rewolwer? Ma się 

background image

rozumieć, potrzebna mu jest widownia. Musi 
mieć widownię. No i stara się o nią. Później, w 
kulminacyjnym momencie, ponosi go rola. Jest 
więcej niż włamywaczem. Jest zabójcą. Zaczyna 
strzelać... Strzela na oślep...
- Na oślep! - podchwycił szybko Craddock. - Pan 
pułkownik użył tego zwrotu. Sądzi pan, że 
Scherz nie strzelał do określonej osoby? 
Wyrażając się ściślej, do panny Blacklock?
- Nie, nie! Strzelał, jak powiedziałem, na oślep. I 
dlatego właśnie w końcu się opamiętał. 
Uprzytomnił sobie, że kogoś trafił. Było to tylko 
zadraśnięcie, ale on nie mógł o tym wiedzieć. 
Doznał gwałtownego wstrząsu. Przedstawienie 
zmieniło się nagle w rzeczywistość. Ktoś został 
ranny, może zabity. Zrozumiał to i pod 
wpływem szalonej paniki oddał strzał do siebie.
Pułkownik zrobił pauzę, odchrząknął i podjął 
tonem uznania dla siebie:
- Proste to, prawda? Proste jak drut.
- W cudowny sposób przedstawiłeś to wszystko, 
Archie! - zawołała pani Easterbrook z nutą 
uwielbienia i podziwu.
Inspektor pomyślał, że sposób przedstawienia 
tego wszystkiego był istotnie cudowny, lecz 
uwielbienia ani podziwu nie odczuwał.
- W którym miejscu znajdował się pan 
pułkownik, kiedy zaczęła się strzelanina?
- Stałem z żoną w pobliżu środkowego stołu, na 
którym był wazon z jakimiś kwiatami.
- Chwyciłam cię za ramię! Prawda, Archie? 

background image

Zlękłam się okropnie i musiałam... po prostu 
musiałam w tobie znaleźć podporę!
- Biedne małe kociątko - uśmiechnął się Archie.

5

Inspektor zastał pannę Hinchliffe obok 
chlewika.
- Świnki to sympatyczne stworzenia - rzekła, 
drapiąc pofałdowany różowy grzbiet. -Ta 
dobrze rośnie, co? Na Boże Narodzenie będzie z 
niej świetny bekon. Ale dlaczego chce pan 
rozmawiać ze mną? Wczoraj wieczorem 
powiedziałam pańskim ludziom, że nie mam 
pojęcia, co to był za jeden. Nigdy nie 
zauważyłam, żeby myszkował w sąsiedztwie czy 
coś takiego. Nasza pani Mopp mówi, że 
pracował w jakimś hotelu, w Medenham Wells. 
Czemu tam nie spróbował kogoś zabić'? Z 
pewnością mógłby liczyć na większy łup.
Craddock pomyślał, że to bardzo trafna uwaga:
- Gdzie pani była, kiedy zdarzył się ten 
incydent? - spytał.
- Ha! Incydent! Przypomina mi to moją służbę 
w Cywilnej Obronie Przeciwlotniczej. 
Zapewniam pana, że przywykłam wtedy do 
rozmaitych "incydentów". Gdzie byłam, kiedy 
zaczęła się strzelanina? To pan chce wiedzieć'?
- Tak.
- Stałam przed kominkiem i marzyłam, by ktoś 
zaproponował mi coś do wypicia.

background image

- Sądzi pani, że ten człowiek strzelał na oślep czy 
też mierzył z rozmysłem do jednej osoby?
- Do Letty Blacklock, co? Skądże, u diabła, ja 
mam to wiedzieć'? Kiedy jest po wszystkim, 
piekielnie trudno odtworzyć wrażenia i 
przypomnieć sobie, co się naprawdę działo. Tyle 
wiem, że światła zgasły i oślepiło nas światło 
latarki. Później, jak gruchnęły strzały, 
pomyślałam: "Jeżeli ten młody osioł, Patryk 
Simmons, bawi się naładowanym rewolwerem, 
ktoś może oberwać".
- Podejrzewała pani, że to był Patryk Simmons?
- Oczywiście. Edmund Swettenham jest 
intelektualistą i pisuje książki, więc nie w głowie 
mu podobnie głupie żarty. Stary pułkownik 
Easterbrook nie widziałby w takiej historii nic 
śmiesznego. Ale Patryk to inna sprawa. 
Postrzelony chłopak. Cóż? Winnam mu 
przeprosiny za niesłuszne podejrzenie.
- A pani przyjaciółka też podejrzewała pana 
Simmonsa?
- Murg? Najlepiej niech pan sam z nią pogada. 
Nie usłyszy pan zresztą nic mądrego. Jest teraz 
w sadzie. Chce pan, to ją zawołam.
Podniosła stentorowy głos i huknęła potężnie:
- Hop, hop! Hej! Murg!
- Idę!... - nadbiegł z oddali piskliwy głosik.
- Prę-dzej!. Po-li-cja!
Panna Murgatroyd nadbiegła żwawym 
truchtem. Była mocno zasapana. Spódnicę miała 
wystrzępioną przy obrębie, jej włosy wymykały 

background image

się spod źle dopasowanej siatki, a poczciwa, 
okrągła twarz promieniała.
- Scotland Yard, co? - zapytała bez tchu. - Nie 
spodziewałam się. Inaczej nie wyszłabym z 
domu.
- Nie zwróciliśmy się jeszcze do Scotland Yardu. 
Pozwoli pani, że się przedstawię. Inspektor 
Craddock z Milchester.
- Bardzo dobrze, inspektorze... Bardzo dobrze... 
- odpowiedziała niepewnie. - Są już panowie na 
tropie?
- Inspektor chce się dowiedzieć, gdzie byłaś, 
Murg, w krytycznej chwili - zabrała głos panna 
Hinchliffe i spoglądając na Craddocka, 
mrugnęła porozumiewawczo.
- Mój Boże! Oczywiście. Tego należało się 
spodziewać. Chodzi o alibi, prawda? Zaraz... 
Niech no pomyślę... Byłam... Naturalnie... Byłam 
z całym towarzystwem.
- Ze mną nie byłaś - sprostowała przyjaciółka.
- Mój Boże! Nie byłam z tobą, Hinch? Masz 
rację! Podziwiałam chryzantemy, bardzo 
nędzne, prawdę mówiąc. Później zaczęło się, 
inspektorze... Tylko ja nie wiedziałam, że dzieje 
się coś rzeczywiście. Nie wyobrażałam sobie, że 
rewolwer może być prawdziwy i... I w 
ciemnościach wszystko przedstawiało się 
mętnie... I te okropne krzyki! Wszystko 
rozumiałam na opak. Myślałam, że to ją ktoś 
morduje... tę cudzoziemkę, co pracuje u panny 
Blacklock. Myślałam, że ktoś poderżnął jej 

background image

gardło. Nie przypuszczałam, że to on został 
zabity... To znaczy... Nie wiedziałam nawet, że 
pojawił się jakiś mężczyzna. Słyszałam tylko 
słowa: "Ręce do góry, proszę państwa".
- "Ręce do góry" - poprawiła panna Hinchliffe. - 
Nie było mowy o "proszę państwa".
- Strach pomyśleć, że naprawdę bawiłam się 
wybornie do czasu, kiedy ta Mitzi zaczęła 
krzyczeć. Tyle że po ciemku czułam się dziwnie i 
ktoś uraził mnie w odcisk. Strasznie mnie 
zabolało. Życzy pan sobie, inspektorze, usłyszeć 
coś więcej?
- Nie. Bardzo pani dziękuję - odrzekł, 
przypatrując się jej z wyrazem zastanowienia w 
oczach.
Krótki śmiech panny Hinchliffe zabrzmiał jak 
szczeknięcie.
- Na wskroś cię przejrzał, Murg!
- Ależ, Hinch! - obruszyła się tamta. - Z 
przyjemnością, z całą przyjemnością 
powiedziałabym panu inspektorowi wszystko, co 
wiem.
- Tylko pan inspektor tego nie chce - burknęła 
panna Hinchliffe i zwróciła się do Craddocka: - 
Jeżeli załatwia pan sprawy w układzie 
geograficznym, następne będzie zapewne 
probostwo. Może tam pan się czegoś dowie. Pani 
Harmon sprawia wrażenie osoby mocno 
roztargnionej, ale, jak utrzymują niektórzy, ma 
głowę na karku. W każdym razie coś ma w tej 
głowie!

background image

Panie spoglądały przez chwilę śladem 
oddalającego się Craddocka i Fletchera. Później 
Amy Murgatroyd podjęła zdławionym głosem:
- Ach, Hinch! Byłam chyba okropna, co? 
Wszystko zupełnie mi się poplątało.
- Nic podobnego. Ogólnie biorąc, Murg, spisałaś 
się na medal.

6

Inspektor Craddock rozejrzał się nie bez 
przyjemności po dużym, raczej bardzo 
skromnym pokoju, który przypominał mu 
trochę własny dom rodzinny w Cumberland. 
Obicia z wyblakłego rypsu, ciężkie, odrapane 
fotele, trochę kwiatów, rozrzucone wszędzie 
książki, spaniel drzemiący w koszyku. Sama 
pani Harmon, co prawda roztargniona i niezbyt 
starannie ubrana, ale z wyrazem ożywienia na 
twarzy, wydała mu się sympatyczna.
- Nic panu nie pomogę - oznajmiła z miejsca i 
szczerze. - Oczy miałam zamknięte, bo oślepił 
mnie blask latarki, a później, kiedy huknęły 
strzały, zacisnęłam powieki jeszcze mocniej. No i 
żałowałam, okropnie żałowałam, proszę pana, że 
to nie ciche morderstwo. Strasznie nie lubię 
huku!
- Rozumiem... Nic pani nie widziała. Ale słyszała 
coś pani, prawda?
- O tak! Słyszałam niemało. Drzwi otwierały się i 
zamykały, ludzie pokrzykiwali, pletli rozmaite 

background image

głupstwa, Mitzi wyła niczym syrena alarmowa, 
biedna Bunny popiskiwała jak królik w 
potrzasku. Wszyscy zderzali się, potykali jedni o 
drugich. Później pomyślałam, że już nie będzie 
więcej strzałów, więc otworzyłam oczy. Wszyscy 
byli w holu, ze świecami. Później zapaliły się 
światła i zaraz zrobiło się zwyczajnie... To 
znaczy... Nie tak zupełnie zwyczajnie, ale 
staliśmy się znowu zwykłymi ludźmi, a nie 
ludźmi z mroku... Rozumie pan? Ludzie w 
mroku zachowują się zupełnie inaczej.
- Tak... Chyba rozumiem, co pani ma na myśli - 
powiedział Craddock.
Pani Harmon uśmiechnęła się do niego.
- No i ten człowiek - podjęła - taki cudzoziemiec 
o szczurzej, rumianej twarzy i zdziwionej minie, 
leżał na podłodze martwy, a obok niego 
rewolwer. Mój Boże! To wszystko nie miało 
sensu. Absolutnie!
Zdaniem inspektora to wszystko rzeczywiście 
nie miało sensu i stanowiło twardy orzech do 
zgryzienia.

ROZDZIAŁ ÓSMY
WKRACZA PANNA MARPLE
1

Craddock położył przed komendantem policji 
hrabstwa kilka napisanych na maszynie 
sprawozdań z przeprowadzonych rozmów. 
Rydesdale skończył właśnie czytać telegram, 

background image

który właśnie nadszedł ze Szwajcarii.
- Hm!... Nasz nieboszczyk figuruje w 
policyjnych kartotekach - powiedział. - Tego 
należało się spodziewać.
- Oczywiście, panie pułkowniku.
- Biżuteria... Ta-ak... Lipne pozycje w 
rachunkach... I czeki... Facet zdecydowanie 
nieuczciwy.
- Złodziejaszek na małą skalę.
- Zgoda! Ale małe rzeczy wiodą do większych.
- Bo ja wiem, panie pułkowniku. Rydesdale 
spojrzał nań bystro.
- Niezadowolony pan, Craddock?
- Tak jest, panie pułkowniku.
- Czemu? To prosta historia. A może pan jest 
innego zdania? Zobaczę, co mieli do 
powiedzenia ci wszyscy, z którymi pan 
rozmawiał.
Sięgnął do sprawozdania i szybko przebiegł je 
wzrokiem.
- Jak zwykle... Pełno nieścisłości i sprzecznych 
zeznań. Relacje nigdy się nie pokrywają. Tutaj 
ogólny obraz widać stosunkowo jasno.
- Zapewne, panie pułkowniku, ale... Ale to obraz 
nieprzekonujący... Błędny, jak mi się zdaje.
- Najpierw rozpatrzmy fakty. Rudi Scherz 
wyjechał z Medenham Wells autobusem o piątej 
dwadzieścia i w Chipping Cięgnom był punkt o 
szóstej. Potwierdzają to zeznania konduktora i 
dwu pasażerów. Z przystanku autobusowego 
ruszył w kierunku Little Paddocks. Do domu 

background image

wszedł bez specjalnych trudności, 
najprawdopodobniej przez drzwi od frontu. 
Rewolwerem sterroryzował zgromadzone w 
salonie towarzystwo, oddał dwa strzały, z 
których jeden zranił lekko pannę Blacklock, a 
trzecim sam się zabił. Oczywiście brak danych, 
czy w grę wchodził przypadek, czy też 
samobójstwo. Całkiem niejasno przedstawiają 
się jego pobudki, przyznaję. Nie do nas jednak 
należy ocena tych pobudek. Ława przysięgłych 
może orzec po rozprawie śledczej, że to było 
samobójstwo bądź przypadek. Nam wszystko 
jedno. Bez względu na werdykt będziemy mogli 
napisać: "Finis".
- Czyli poprzestaniemy na psychologicznym 
aspekcie pułkownika Easterbrooka - wtrącił 
posępnie Craddock.
- Ostatecznie - uśmiechnął się Rydesdale - 
pułkownik ma zapewne wiele doświadczenia. 
Nie cierpię psychologicznego żargonu, jakim 
dziś wszyscy posługują się przy każdej możliwej 
okazji. Nie można jednak kompletnie pomijać 
takich rzeczy.
- Mnie wciąż się zdaje, że mamy błędny obraz. 
Zupełnie błędny, panie pułkowniku.
- Są podstawy do podejrzeń, że ktoś z tego 
towarzystwa okłamuje pana?
- Myślę - odrzekł z wahaniem Craddock - że ta 
cudzoziemka nie powiedziała wszystkiego.
- Sądzi pan, że mogła być wspólniczką Scherza? 
Że podmówiła go, wpuściła do domu?

background image

- Nie wykluczam tego, ale... Ale, panie 
pułkowniku, świadczyłoby to, że w domu 
znajdowało się coś cennego. Biżuteria, 
pieniądze... A tak chyba nie było. Panna 
Blacklock zaprzecza stanowczo, również inni. 
Należałoby wysnuć stąd wniosek, że w domu 
znajdowało się coś wartościowego, o czym nikt 
nie wiedział...
- Intryga godna świetnej powieści kryminalnej.
- Zgadzam się, panie pułkowniku. To śmieszny 
pomysł. Alternatywą byłoby stanowcze 
twierdzenie panny Bunner, że Scherz 
przygotował zamach na życie panny Blacklock.
- Z tego, co pan mówił, i z jej własnych zeznań 
widać, że ta panna Bunner...
- Oczywiście, panie pułkowniku! - podchwycił 
żywo Craddock. - Jest z całą pewnością 
świadkiem nie zasługującym na zaufanie. Łatwo 
ulega sugestiom. Każdy może jej wszystko 
wmówić. Ale, rzecz interesująca, ona sama 
stworzyła teorię, o której mowa. Nikt jej nic nie 
podpowiadał. Cała reszta jest przeciwnego 
zdania. Tym razem panna Bunner nie płynie z 
prądem. Opiera się na własnych wrażeniach.
- Dlaczego Rudi Scherz miałby dybać na życie 
panny Blacklock?
- Pan pułkownik utrafił w sedno. Nie wiem. 
Panna Blacklock też nie wie, chyba że kłamie 
jak z nut. Nikt nie wie. A zatem 
najprawdopodobniej i ta teoria jest mylna - 
zakończył inspektor i westchnął.

background image

- Uszy do góry, Craddock - podjął komendant 
policji. - Zapraszam pana dziś na obiad, będzie 
także sir Henry. Najbardziej wystawny obiad, 
na jaki stać hotel Royal w Medenham Wells.
- Dziękuję, panie pułkowniku - odparł trochę 
zdziwiony Craddock.
- Widzi pan, nadszedł list... - urwał raptownie, 
gdyż sir Henry wszedł do pokoju. - Aa... Jesteś, 
Henry!
- Jak się masz, Dermont - powitał Craddocka 
komisarz, tym razem nieoficjalnie.
- Mam coś dla ciebie, Henry - powiedział 
Rydesdale.
- Co takiego?
- Autentyczny list starej panny. Mieszka w 
hotelu Royal i sądzi, że moglibyśmy od niej 
dowiedzieć się czegoś, co zapewne ma związek z 
wydarzeniem w Chipping Cleghorn.
- A nie mówiłem! Stare panny słyszą wszystko. 
Stare panny widzą wszystko. I wbrew 
przysłowiu, milczenie nie jest dla nich złotem. 
Co takiego wywęszyła ta twoja?
Rydesdale przebiegł wzrokiem list.
- Pisze mniej więcej tak jak moja babka. 
Pajęczyna kanciastych liter. Częste 
podkreślenia. Rozwlekle wyraża nadzieję, że 
choć jej pomoc mogłaby nam się przydać w 
pewnym stopniu, to jednak nie chciałaby 
zajmować naszego cennego czasu... I tak dalej, i 
tak dalej... Jakże się nazywa? Jane... chyba 
Murple... Nie! Marple. Jane Marple.

background image

- Panie na wysokościach! - zawołał sir Henry. - 
Nie może być! George, napisała do ciebie moja 
własna, jedyna w swoim rodzaju, 
pięciogwiazdkowa stara panna! O tej porze 
roku powinna siedzieć spokojnie w domu, w 
Saint Mary Mead. Ale nie! Zdołała jakoś w porę 
przyjechać do Medenham Wells i wplątać się 
raz jeszcze w sprawę zagadkowego morderstwa! 
Morderstwo odbyło się znów ku chwale i 
rozrywce panny Marple.
- Z prawdziwą przyjemnością, Henry, zobaczę 
to cudo - powiedział Rydesdale z nutą ironii. - W 
drogę! Zjemy obiad w Royalu i pogawędzimy z 
twoją protegowaną. Craddock wygląda na nie 
przekonanego.
- Bynajmniej, panie pułkowniku - zaprotestował 
uprzejmie inspektor, pomyślał jednak, że jego 
ojciec chrzestny posuwa się czasami trochę za 
daleko.

2

Panna Jane Marple wyglądała w przybliżeniu 
tak, jak przewidywał inspektor Craddock. 
Miała śnieżnobiałe włosy, zoraną zmarszczkami 
twarz o różowej cerze i porcelanowobłękitne 
oczy. Jednakże była znacznie bardziej 
dobroduszna, niż sobie wyobrażał, i dużo, dużo 
starsza. Sprawiała wrażenie zgrzybiałej 
staruszki. I cała była spowita w wełnianą 
ażurową pelerynkę zarzuconą na ramiona i 

background image

omotana włóczką, z której, jak się okazało, 
robiła na drutach szalik dla niemowlęcia.
Z prawdziwą radością powitała dawnego 
znajomego ze Scotland Yardu, lecz speszyła się 
nieco, gdy ten przedstawił jej komendanta 
policji hrabstwa oraz inspektora-detektywa.
- Doprawdy, drogi panie, jakże mi miło... Jakże 
niewypowiedzianie miło. Od tak dawna nie 
miałam przyjemności widzieć drogiego pana... 
Ach, ten mój reumatyzm! Mocno dokucza mi 
ostatnio. Naturalnie nie mogłabym sobie 
pozwolić na ten hotel... Liczą tu teraz 
fantastyczne, naprawdę fantastyczne ceny... Ale 
mój siostrzeniec Raymond... Raymond West... 
Przypomina go pan sobie?
- Każdy zna to nazwisko.
- Właśnie! Kochany chłopiec odnosi sukces po 
sukcesie. Pisze okropnie mądre książki i chwali 
się, że jak żyje, nie obrał przyjemnego tematu. 
Ten właśnie kochany chłopiec uparł się, że 
pokryje koszty mojego pobytu w Medenham 
Wells. Jego żona, poczciwa dziewczyna, także 
zdobywa sławę jako malarka. Jej obrazy to 
przeważnie dzbany z więdnącymi kwiatami i 
okruchy chleba na okiennych parapetach. Za 
nic nie powiedziałabym jej tego, ale ja uważam 
nadal, że prawdziwi mistrzowie to tacy jak Blair 
Leighton czy Alma Tadema. Ale gadam i 
gadam, a pan komendant policji hrabstwa... 
doprawdy, to wielki zaszczyt dla mnie... traci 
czas z powodu mojej gadaniny.

background image

"Kompletnie zdziecinniała" - pomyślał 
rozczarowany Craddock.
- Przejdźmy do gabinetu dyrektora - 
zaproponował Rydesdale. - Tam porozmawiamy 
swobodniej.
Panna Marple wyplątała się ze zwojów wełny, 
pozbierała zapasowe druty i mocno przejęta, 
podreptała w asyście panów do wygodnego 
pokoju pana Rowlandsona.
- Teraz, proszę pani, chętnie usłyszymy to, co 
pani ma nam do powiedzenia - zagaił rozmowę 
Rydesdale.
Panna Marple przeszła do sedna sprawy 
nadspodziewanie szybko i zwięźle:
- Chodzi o czek. On sfałszował czek.
- On? Kto taki?
- Młody człowiek z tutejszej recepcji. Ten, który 
podobno zainscenizował napad rabunkowy i 
zastrzelił się.
- Sfałszował czek? Przytaknęła skinieniem 
głowy.
- Tak... Jest tutaj. - Wydobyła czek z torebki i 
położyła na stole. - Dziś rano przyszedł z banku 
z plikiem innych moich czeków. Opiewał na 
siedem funtów. On przerobił to na siedemnaście. 
Widzą panowie? Kreska przed siódemką, 
"naście" dopisane do "słownie siedem" i 
artystyczny kleks zniekształcający cały wyraz. 
Wcale niezła robota. Świadczy, że tak powiem, o 
pewnej wprawie. Atrament, naturalnie, ten sam, 
bo czek wypisywałam na ladzie recepcji. Myślę, 

background image

że on już dawniej robił podobne sztuczki.
- Tym razem wybrał bardzo niewłaściwą osobę - 
powiedział sir Henry.
Panna Marple skinęła głową.
- Tak. Wydaje mi się, że nie zaszedłby daleko w 
przestępczym fachu. Wybrał zupełnie 
niewłaściwą osobę. Odpowiednia byłaby jakaś 
zaaferowana mężatka albo dziewczyna, która 
ma interesujący romans. Takie osoby 
wypełniają czeki na rozmaite kwoty i oczywiście 
zwrotów nie porównują z grzbietem książeczki. 
Ale stara kobieta, która liczy się z każdym 
pensem i w ciągu lat nabrała pewnych 
przyzwyczajeń... Nie! Wytypował zdecydowanie 
niewłaściwą osobę! Ja nie wystawiam nigdy 
czeku na siedemnaście funtów. Dwadzieścia to 
okrągła suma pokrywająca pensję służącej i 
rachunki dostawców. Na wydatki osobiste 
przeznaczam zawsze siedem funtów. Dawniej 
wystarczało pięć, ostatnio jednak wszystko 
wciąż drożeje.
- Może ten młody człowiek przypomniał pani 
kogoś? - zapytał sir Henry, spoglądając na nią 
spod oka.
- Spryciarz z drogiego pana! - uśmiechnęła się i 
znacząco pokręciła głową. - Nie lada spryciarz! 
Tak! Przypomniał mi się Fred Tyler ze sklepu 
rybnego. Ten z reguły dopisywał jedynkę w 
rubryce szylingów. Zjadamy teraz mnóstwo ryb, 
więc rachunki są zazwyczaj długie i mało kto 
traci czas na sumowanie. Dziesięć szylingów za 

background image

każdym razem to niewiele, ale wystarczy na 
parę krawatów i kino z Jessie Spragge, 
sprzedawczynią ze sklepu bławatnego. Właśnie 
coś takiego wyczyniał nasz młody człowiek. Już 
po pierwszym tygodniu w Royalu spostrzegłam 
błąd w przedstawionym mi rachunku. 
Powiedziałam mu, że się omylił, więc przeprosił 
mnie grzecznie i był okropnie zmieszany. Ale 
pomyślałam sobie: "Masz chytre oczy, mój 
chłopcze". Chytre oczy - ciągnęła - to, proszę 
panów, takie, które spoglądają prosto w czyjąś 
twarz i nigdy nie mrugają ani nie umykają na 
boki.
Craddock z uznaniem kiwnął głową. "Jim Kelly, 
jak żywy!" - pomyślał, przypominając sobie 
notorycznego oszusta, który za jego sprawą 
trafił niedawno za kraty.
- Rudi Scherz to zdecydowanie ciemny typ - 
zabrał głos Rydesdale. - Figuruje w kartotekach 
policji szwajcarskiej.
- W kraju było mu za gorąco, jak sądzę, więc 
wybrał się tutaj. Z podrobionymi papierami. 
Prawda? - powiedziała.
- Oczywiście.
- Asystował tu młodej, rudowłosej kelnerce z 
jadalni - podjęła panna Marple. - Nie sądzę, by 
była w nim zakochana. Na szczęście! Po prostu 
chciała mieć kogoś trochę innego. No i Rudi 
Scherz dawał jej kwiaty i czekoladki, czego 
zazwyczaj nie robią angielscy chłopcy. 
Powiedziała panu wszystko, co jej wiadomo? - 

background image

zwróciła się do Craddocka. - A może jeszcze nie 
wszystko?
- Tego nie jestem pewien - odpowiedział z 
rezerwą.
- Myślę, że ta mała ma trochę więcej do 
powiedzenia. Jest smutna i roztargniona. Dziś 
przy śniadaniu podała mi opiekanego śledzia 
zamiast wędzonego. A normalnie pracuje bez 
zarzutu. Coś, inspektorze, ją gnębi. Obawiam 
się, że zataja jakieś szczegóły. Ale pan, 
inspektorze - z iście niewieścim wdziękiem 
objęła wzrokiem męską, ujmującą postać 
Craddocka - pan chyba potrafi ją skłonić do 
wyznania wszystkiego, co miałaby do 
powiedzenia.
Craddock zarumienił się, sir Henry roześmiał 
się krótko.
- A może to być ważne - podjęła panna Marple. - 
On mógł jej powiedzieć, co to za jeden.
- Kto? - Rydesdale spojrzał na nią ze 
zdziwieniem.
- Niejasno się wyrażam. Osoba, która posłużyła 
się Scherzem.
- Więc pani sądzi, że ktoś się nim posłużył? 
Szeroko otworzyła oczy.
- Oczywiście! Z całą pewnością! Kim był 
Scherz? Przystojnym chłopcem, pozwalał sobie 
czasami na to i owo. Fałszował drobne czeki, 
może podbierał pozostawioną tu czy tam 
biżuterię, poszukiwał pieniędzy w nie 
zamkniętych szufladach... Krótko mówiąc, był 

background image

drobnym złodziejaszkiem. Czerpał z tych źródeł 
dosyć pieniędzy, by ubierać się przyzwoicie i 
asystować dziewczynom z fasonem. I taki 
ptaszek zdobywa się nagle na napad rabunkowy 
z bronią w ręku! Rewolwerem terroryzuje pokój 
pełen ludzi! Strzela do kogoś! Nie! Nigdy nie 
zrobiłby czegoś podobnego. Nigdy! To inny typ 
przestępcy. Nie ma w tym sensu!
Craddock odetchnął głęboko. Coś podobnego 
mówiła panna Blacklock. I pani Harmon, żona 
pastora. On sam coraz bardziej to odczuwał. Nie 
ma w tym sensu! Dzisiaj mówi to samo stara 
panna, którą sir Henry wynosi pod niebiosa. 
Mówi słabiutkim, starczym głosem, z głębokim 
przekonaniem.
- Czy w takim razie potrafi nam pani wyjaśnić, 
co się właściwie stało? - zapytał obcesowo.
Panna Marple spojrzała nań ze zdziwieniem.
- Skąd miałabym to wiedzieć! Była relacja w 
gazetach... Skąpa relacja. Oczywiście wolno mi 
snuć domysły, ale wyczerpujących danych nie 
mam.
- George - odezwał się sir Henry - czy bardzo 
zlekceważymy przepisy, jeżeli pokażemy pannie 
Marple sprawozdania z rozmów, jakie 
Craddock przeprowadził w Chipping Cleghorn?
- Zapewne będzie to wbrew przepisom - odrzekł 
Rydesdale - ale nie zaszedłbym daleko, gdybym 
zawsze trzymał się ich ściśle. Zgoda. Niech 
panna Marple przeczyta te notatki. Rad 
posłucham, co później powie.

background image

Panna Marple była zakłopotana.
- Obawiam się, że pan przywiązuje zbyt wielką 
wagę do tego, co mówi sir Henry. Sir Henry jest 
dla mnie zbyt łaskawy. Przecenia skromne 
uwagi, które niekiedy wynikają z moich 
obserwacji. Nie mam żadnych szczególnych 
uzdolnień... Absolutnie żadnych! Tylko że może 
znam cokolwiek naturę ludzką. Wydaje mi się, 
że na ogół ludzie bywają zbyt łatwowierni. 
Natomiast ja jestem skłonna podejrzewać 
zawsze najgorsze. To niemiły rys charakteru, 
prawda? Ale często znajduje potwierdzenie w 
rozwoju wydarzeń.
- Zechce pani to przeczytać - powiedział 
Rydesdale, wręczając jej arkusiki maszynopisu. 
- Niewiele straci pani czasu. Ostatecznie 
Craddock rozmawiał z ludźmi z pani sfery. Z 
pewnością zna pani wiele takich właśnie osób. 
Może dostrzeże pani coś, na co my nie 
zwrócilibyśmy uwagi. Śledztwo dobiega końca. 
Chętnie więc wysłuchamy pani opinii przed 
odłożeniem akt do archiwum. Mogę jeszcze 
dodać, że inspektor Craddock nie jest 
zadowolony. Twierdzi, podobnie jak pani, że w 
tym wszystkim nie ma sensu. Zapanowało 
milczenie. Panna Marple czytała przez pewien 
czas. Wreszcie odłożyła papiery.
- Interesujące - westchnęła. - Bardzo 
interesujące. Jak różnie ludzie mówią i myślą. 
Ile widzieli albo wydaje im się, że widzieli. 
Wszystko jest zawikłane i na pozór bez 

background image

znaczenia. A jeżeli jakiś szczegół ma znaczenie, 
strasznie trudno go znaleźć. Jak igłę w stogu 
siana.
Craddock odczuł znów rozczarowanie. Przez 
krótką chwilę sądził, że, być może, sir Henry 
właściwie ocenia tę oryginalną starszą damę. 
Może panna Marple potrafi coś zdziałać? 
Ludzie w podeszłym wieku bywają nieraz 
bardzo przenikliwi. Na przykład on sam nigdy 
nie potrafił ukryć nic przed swoją cioteczną 
babką Emmą. Wreszcie powiedziała mu, że gdy 
zamierza skłamać, nos drga mu w szczególny 
sposób.
I co? Niepowtarzalna stara panna sir Henry'ego 
ledwie zdobyła się na parę ogólników. Craddock 
był zły na nią, więc zaczął raczej szorstko:
- Chodzi o to, że fakty są bezsporne. Szczegóły 
podawane przez tych ludzi mogą być sprzeczne, 
nie ulega jednak wątpliwości, że wszyscy 
widzieli to samo. Widzieli, że zamaskowany 
mężczyzna z latarką i rewolwerem otworzył 
drzwi i sterroryzował obecnych. Mylą się im 
zwroty związane z napadami, takie jak "ręce do 
góry" czy "pieniądze albo życie". Niewątpliwie 
jednak wszyscy napastnika widzieli.
- Ależ nie - zaprzeczyła łagodnie. - Ci ludzie nic 
nie mogli widzieć.
Craddock poczuł, że traci dech. Tak! Utrafiła w 
sedno! Jest bystra, przenikliwa! Próbował 
wystawić ją na próbę, lecz nie przyjęła jego słów 
za dobrą monetę. Nie wpływa to na stan 

background image

faktyczny i przebieg wydarzeń, ale panna 
Marple zrozumiała - tak jak i on zrozumiał - że 
ci, którzy rzekomo widzieli napastnika w masce 
i z rewolwerem, naprawdę nie mogli go widzieć.
- Jeżeli zrozumiałam trafnie - podjęła panna 
Marple, której twarz poróżowiała mocniej, a 
jasne oczy były teraz radosne jak oczy dziecka - 
w holu nie było światła ani też na podeście 
schodów?
- Tak. To się zgadza - przyznał Craddock.
- Jeżeli zatem ktoś stanął w drzwiach i skierował 
na pokój mocny strumień światła, nikt nie mógł 
widzieć nic z wyjątkiem latarki. Nie mylę się, 
prawda?
- Prawda. Sam przeprowadziłem próbę.
- A więc ci, co mówią, że widzieli napastnika w 
masce i z rewolwerem, nie zdają sobie sprawy, 
że mają na myśli to, co zobaczyli potem, gdy 
zajaśniały znów światła. To pasuje znakomicie 
do założenia, że Rudi Scherz został zrobiony w 
konia. - Rydesdale spojrzał na nią z takim 
zdumieniem, że twarz panny Marple 
poróżowiała jeszcze mocniej. - Nie znam się na 
żargonie świata przestępczego, ale chyba tak się 
mówi. To wyrażenie znalazłam w jakimś 
opowiadaniu kryminalnym. "Zrobić w konia" 
to znaczy celowo przylepić komuś zbrodnię 
popełnioną przez kogoś innego. Rudi Scherz 
znakomicie pasowałby do takiej roli. 
Głupkowaty, chciwy i, jak należy się domyślać, 
wyjątkowo łatwowierny.

background image

Rydesdale uśmiechnął się z pobłażaniem.
- Sądzi pani, że za czyjąś namową wtargnął do 
cudzego domu i zaczął strzelać w pokoju pełnym 
ludzi? Mało prawdopodobne!
- Sądzę, iż był przekonany, że w grę wchodzą 
żarty - odparła. - Oczywiście miał otrzymać 
zapłatę za to, że umieści ogłoszenie w tym 
pisemku, przeprowadzi rozpoznanie terenu w 
Little Paddocks i najbliższym sąsiedztwie, a 
następnie, w umówiony wieczór, zakradnie się 
do domu, otworzy drzwi salonu i wymachując 
latarką, zawoła: "Ręce do góry!"
- I wystrzeli z rewolweru?
- Nie! Nic podobnego! - zaprzeczyła żywo. - On 
nigdy nie miał rewolweru.
- Przecież wszyscy twierdzą... zaczął niepewnie 
Rydesdale.
- Wiem - przerwała żywo. - Chodzi o to, że nikt 
nie mógłby widzieć rewolweru, gdyby nawet 
miał go ten Rudi Scherz. Moim zdaniem nie 
miał. Moim zdaniem w chwili, kiedy zawołał 
"Ręce do góry!", ktoś cicho i niepostrzeżenie 
stanął za nim i nad jego ramieniem oddał dwa 
pierwsze strzały. Rudi Scherz przeraził się, 
odwrócił raptownie i wtedy tamta osoba 
zastrzeliła go, a rewolwer rzuciła na podłogę 
obok niego.
Trzej panowie spojrzeli na pannę Marple.
- Teoria prawdopodobna - powiedział 
stłumionym głosem sir Henry.
- Ale kim mógł być ten X, który zjawił się w 

background image

ciemności? - zapytał Rydesdale.
- Należy dowiedzieć się od panny Blacklock, kto 
mógłby chcieć ją zabić - powiedziała panna 
Marple i odchrząknęła.
"Jeden zero dla starej Dory Bunner - pomyślał 
inspektor. - Instynkt przeciwko rozumowi. 
Często tak bywa".
- Więc według pani ktoś przygotował zamach na 
życie panny Blacklock? - zapytał Rydesdale.
- Na to wygląda - odrzekła. - Chociaż nasuwają 
się pewne wątpliwości. Ale najważniejsza 
kwestia to stwierdzenie, czy nie da się odnaleźć 
krótszej drogi. Jestem przekonana, że ten ktoś, 
kto pertraktował z Scherzem, kazał mu trzymać 
język za zębami i najprawdopodobniej Scherz 
milczał. Jeżeli jednak wygadał się przed kimś, to 
najprawdopodobniej przed tą kelnerką, Myrną 
Harris. Nie wykluczam... nie wykluczam, że 
napomknął coś o swoim mocodawcy.
- Zaraz z nią pomówię - oznajmił Craddock, 
wstając z miejsca.
- Słusznie. - Panna Marple z przekonaniem 
skinęła głową. - Im prędzej, tym lepiej. Po tej 
rozmowie Myrna Harris będzie czuła się 
bezpieczniej.
- Bezpieczniej?... Aha! Rozumiem.
Inspektor wyszedł z pokoju, a jego zwierzchnik 
zwrócił się do panny Marple taktownie, lecz nie 
bez powątpiewania:
- Należy przyznać, że podsunęła nam pani myśl 
godną głębokiej rozwagi.

background image

3

- Przykro mi proszę pana. Słowo daję - mówiła 
Myrna Harris. - Bardzo pan dobry, że wcale się 
pan nie gniewa. Dziękuję! Ale, widzi pan, moja 
mama to taka osoba, że we wszystko się wtrąca i 
wszystko ma za złe. No i tak mogłoby wyglądać, 
że wiedziałam o przestępstwie i nie próbowałam 
przeciwdziałać - ciągnęła gładko. - To karalne, 
prawda? No i strach mi było, że pan nie uwierzy 
mi na słowo. A ja naprawdę myślałam, że to 
tylko żarty.
Inspektor Craddock powtórzył pełne otuchy 
słowa, którymi przełamał pierwszy opór Myrny.
- Już powiem, proszę pana. Wszystko powiem. 
Ale niech pan zachowa to w sekrecie. Przez 
wzgląd na moją mamę. Zaczęło się od tego, że 
Rudi sprawił mi zawód. Tamtego wieczoru 
mieliśmy pójść do kina, a on powiedział, że nie 
może, więc byłam zła, bo przecież Rudi sam mi 
zaproponował kino i ostatecznie nic 
przyjemnego, jak taki cudzoziemiec wystawia 
człowieka do wiatru. Tłumaczył się, że to nie 
jego wina, a ja na to, żeby nie zawracał głowy. 
Wtedy powiedział, że na wieczór szykuje mu się 
robota, która przyniesie sporo forsy, i czy nie 
chciałabym zegarka na rękę. "Jaka tam znowu 
robota?" - zawołałam, bo byłam zła. On na to, 
żebym nikomu nic nie mówiła, ale w jednym 
domu będzie przyjęcie i on ma udać dla zgrywy 

background image

napad rabunkowy. No i pokazał mi ogłoszenie, 
które zaniósł do "Gazetki". Więc uśmiałam się z 
tego. On traktował całą sprawę pogardliwie. 
Zabawa akurat dla małych dzieci! Tak 
powiedział. I że Anglicy są już tacy. 
Rozzłościłam się znowu, że niby źle o nas mówi, 
ale przeprosił mnie i pogodziliśmy się prędko. 
Rozumie pan, prawda? Rozumie pan, że jak 
później przeczytałam w gazecie o tym napadzie i 
okazało się, że to wcale nie żarty, bo Rudi 
postrzelił kogoś i sam się zastrzelił... Rozumie 
pan, że całkiem nie wiedziałam, co robić'? 
Myślałam, że jak powiem to, co wiem, posądzą 
mnie o udział w zbrodni. Ale naprawdę byłam 
pewna, że to żarty, jak Rudi rozmawiał ze mną. 
Przysięgłabym, że nie kłamie. No i nawet nie 
wiedziałam, że on ma rewolwer. Nigdy słowa nie 
pisnął o rewolwerze.
Craddock spojrzał jej w oczy i zadał 
najważniejsze pytanie:
- Mówił, kto urządza tę zabawę? Tu trafił w 
próżnię.
- Nie. Nic nie mówił, kto mu to zaproponował. 
Myślę, że tak naprawdę nikt. On sam 
wykombinował całą hecę. Tak mi się zdaje.
- Nie wymieniał jakiegoś nazwiska? Może 
powiedział "on" albo "ona"?
- Nie! Nie! Powiedział tylko, że napędzi ludziom 
strachu... "Będę się śmiał, jak zobaczę ich 
miny!" To wszystko.
Craddock pomyślał, że na śmiech zostało mu 

background image

niewiele czasu.

4

- To jedynie teoria - mówił Rydesdale w drodze 
powrotnej do Milchester. - Nie ma na nią 
konkretnego potwierdzenia. I co? Uznać ją za 
staropanieńską gadaninę?
- Wolałbym nie, panie pułkowniku.
- Wszystko przedstawia się nieprawdopodobnie. 
Jakiś tajemniczy X staje w ciemności za plecami 
naszego Szwajcara. Kto to? Skąd przyszedł? Co 
się z nim stało?
- Mógł użyć bocznych drzwi, jak to zrobił 
Scherz - odrzekł inspektor i dodał zaraz: - Albo 
przyjść z kuchni.
- Mogła przyjść z kuchni. To miał pan na myśli?
- Tak, panie pułkowniku. To jedna z możliwości, 
Mitzi wydaje mi się podejrzana. Jej 
histeryzowanie i wrzaski mogły służyć za dymną 
zasłonę. Mogła dogadać się z tym łobuzem, 
wpuścić go do domu w odpowiedniej chwili, 
później zastrzelić i, czmychnąwszy do jadalni, 
chwycić prędko ów srebrny sztuciec i ściereczkę 
z irchy.
- Przeczy temu fakt ustalony. Ten... Jakże się 
nazywa! Aha! Edmund Swettenham zeznał, że 
drzwi pokoju stołowego były zamknięte od 
strony holu; że on obrócił klucz w zamku i tę 
dziewczynę uwolnił. Są jakieś inne drzwi w tej 
części domu?

background image

- Tak, panie pułkowniku. Pod głównymi 
schodami są drzwi do sionki między kuchnią a 
schodami dla służby. Ale klamka od nich urwała 
się podobno trzy tygodnie temu i uszkodzenia 
nie naprawiono. Istotnie znalazłem dwie klamki 
i szyldzik w holu, na półce obok tych drzwi. 
Pokrywała je gruba warstwa kurzu, naturalnie 
jednak fachowy włamywacz otworzyłby takie 
drzwi bez trudności.
- Cóż, trzeba zająć się tą służącą, sprawdzić, czy 
ma papiery w porządku. Ale tak czy inaczej, 
wydaje mi się, że to czysta teoria - podjął 
Rydesdale i bystro spojrzał na Craddocka, który 
odpowiedział z całym spokojem:
- Zapewne, panie pułkowniku, i jeżeli pan jest 
zdania, że śledztwo należy zakończyć, zostanie 
zakończone. Ale byłbym wdzięczny, gdyby 
wolno mi było popracować nad tą sprawą 
jeszcze trochę.
Ku jego zdziwieniu pułkownik odpowiedział 
spokojnie i z uznaniem:
- Kochany chłopak!
- Trzeba zająć się rewolwerem. Jeżeli ta teoria 
jest słuszna, nie należał do Scherza. A nikt dotąd 
nie twierdził, że Scherz miał rewolwer.
- To broń niemiecka.
- Wiem, ale nic stąd nie wynika. Anglia jest 
pełna broni, i to nie tylko niemieckiej. 
Amerykanie zabierali ją "na pamiątkę". I nasi 
żołnierze także.
- Słusznie. Co więcej, Craddock?

background image

- Chodzi o motyw zbrodni. Jeżeli przyjmiemy 
naszą teorię, nasuwa się wniosek, że ta piątkowa 
historia nie mogła być żartem ani zwykłym 
napadem. Musiało to być usiłowanie 
morderstwa z premedytacją. Ktoś chciał 
uśmiercić pannę Blacklock. Ale dlaczego? 
Myślę, że najprawdopodobniej sama niedoszła 
ofiara potrafi odpowiedzieć na to pytanie.
- O ile pamiętam, odrzuciła tę koncepcję.
- Odrzuciła koncepcję, że to Rudi Scherz 
zorganizował zamach na jej życie. I miała 
słuszność. Jest jeszcze jedno, panie pułkowniku.
- Co takiego?
- Ktoś może podjąć drugą próbę.
- To z całą pewnością dowiodłoby słuszności 
teorii, o której mowa. Aha! Niech pan ma na 
oku pannę Marple.
- Pannę Marple? Dlaczego?
- Słyszałem, że zamieszka na probostwie w 
Chipping Cleghorn i dwa razy w tygodniu 
będzie jeździć na zabiegi do Medenham Wells. 
Podobno żona pastora jest córką jej dawnej 
przyjaciółki. Widzi pan, starowinie nie brak 
sportowego ducha. Zapewne miała mało wrażeń, 
więc podnieca ją tropienie osób podejrzanych o 
morderstwo.
- Wolałbym, żeby trzymała się z dala od 
Chipping Cleghorn.
- Bo może psuć panu szyki?
- Nie, panie pułkowniku. To sympatyczna, 
poczciwa starsza pani. Zmartwiłbym się, gdyby 

background image

spotkało ją coś złego... Ma się rozumieć, jeśli 
przyjmiemy, że jej teoria może się okazać 
zgodna ze stanem faktycznym.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
KWESTIA JEDNYCH DRZWI
1

Bardzo przepraszam, że jeszcze raz ośmielam 
się trudzić panią - zwrócił się Craddock do 
panny Blacklock.
- Nie szkodzi. Rozprawa śledcza została 
odroczona na tydzień, sądzę więc, że gromadzi 
pan dodatkowe informacje. Nie mylę się, 
prawda?
Craddock twierdząco skinął głową.
- Zacznę od tego, że Rudi Scherz nie był synem 
właściciela Hotelu Alpejskiego w Montreux. 
Karierę, zdaje się, rozpoczął jako posługacz w 
pewnym szpitalu w Bernie. Wielu pacjentom 
ginęła tam drobna biżuteria. Później, pod innym 
nazwiskiem, był kelnerem w jednym z 
niewielkich ośrodków sportów zimowych i 
wyspecjalizował się w podrabianiu rachunków 
restauracyjnych. Rozumie pani? W jednym 
egzemplarzu figurowały pozycje, które nie 
figurowały w drugim. Różnice wędrowały, rzecz 
jasna, do jego kieszeni. Następnie pracował w 
Zurychu, w domu towarowym, gdzie za jego 
czasów straty z powodu kradzieży były wyższe 
niż przeciętnie. Prawdopodobnie odpowiedzialni 

background image

za to byli nie tylko klienci.
- Innymi słowy Rudi Scherz to drobny 
złodziejaszek - odparła sucho panna Blacklock. - 
Słusznie sądziłam, że nigdy go dawniej nie 
widziałam.
- Najzupełniej słusznie. Z pewnością ktoś w 
Royalu wskazał mu panią, a on potem udał, że 
jest dawnym znajomym. W Szwajcarii policja 
deptała mu po piętach, więc przyjechał tu z 
solidnym kompletem sfałszowanych 
dokumentów i postarał się o pracę w Royalu.
- Znalazł dobry teren łowiecki - powiedziała 
chłodno.
- To drogi hotel i bywają w nim ludzie bardzo 
bogaci. Wielu z nich nie zawraca sobie głowy 
rachunkami.
- Tak. Rudi Scherz miał prawo liczyć na złote 
żniwa. Panna Blacklock zmarszczyła brwi z 
wyrazem zastanowienia.
- Wszystko to jasne - podjęła. - Po co jednak 
wybrał się do Chipping Cleghorn? Jakim cudem 
mógł spodziewać się, że tutaj znajdzie coś 
lepszego niż w przeznaczonym dla bogaczy 
hotelu Royal?
- Obstaje pani przy poprzednim zeznaniu, że w 
tym domu nie ma nic szczególnie 
wartościowego?
- Nie ma. Oczywiście! Przecież musiałabym o 
tym wiedzieć. Nie przechowujemy, zapewniam, 
żadnego Rembrandta dotąd nie rozpoznanego 
ani nic w tym rodzaju.

background image

- Wygląda na to, że słuszność jest po stronie 
pani przyjaciółki, panny Bunner. Rudi Scherz 
przyszedł tutaj, by zabić panią.
- A nie mówiłam, Letty?
- Nonsens, Bunny!
- Czy aby nonsens? - podchwycił Craddock. - 
Moim zdaniem to prawda, z której pani 
powinna zdawać sobie sprawę.
Panna Blacklock zmierzyła go surowym 
wzrokiem.
- Zaraz. Wyjaśnimy wszystko po kolei. Pan 
naprawdę sądzi, że Rudi Scherz przyszedł tu, 
postarawszy się, by o tej właśnie porze 
zgromadził się u mnie tłum ludzi pękających z 
ciekawości...
- Przecież on mógł zaplanować, że wszystko 
będzie wyglądało zupełnie inaczej - przerwała z 
ogniem panna Bunner. - Mógł uważać to za coś 
w rodzaju potwornego ostrzeżenia dla ciebie. 
Tak to odczytałam, jak tylko zauważyłam 
ogłoszenie... "Morderstwo odbędzie się..." 
Odczułam, że jest w tym coś przerażającego. 
Gdyby wszystko poszło po jego myśli, ten 
straszny człowiek zastrzeliłby cię, uciekł i nikt 
nie dowiedziałby się nigdy, kto to zrobił.
- Zapewne, ale... - zaczęła panna Blacklock.
- Ja od razu wiedziałam, że tamto ogłoszenie to 
nie żarty. Mówiłam tak, Letty! Mówiłam, 
prawda? I przypomnij sobie Mitzi. Ona też była 
przerażona.
- Właśnie! Mitzi - wtrącił zręcznie Craddock. - 

background image

Chciałbym dowiedzieć się więcej o tej młodej 
osobie.
- Zezwolenie na podjęcie pracy i różne inne 
papiery ma w zupełnym porządku.
- Nie wątpię - powiedział Craddock. - Ale 
papiery Scherza były też na pozór w porządku.
- Dlaczego jednak ów Rudi Scherz miałby dybać 
na moje życie? Tego nie próbuje pan nawet 
wyjaśnić, inspektorze...
- Ktoś mógł stać za jego plecami. Brała to pani 
pod rozwagę? - powiedział Craddock i nagle 
uprzytomnił sobie, że jeżeli teoria panny Marple 
jest słuszna, słowa, którymi posłużył się w 
formie przenośni, mają także sens bezpośredni.
W każdym razie panna Blacklock zachowała 
sceptycyzm i podjęła z całym spokojem:
- Sedno sprawy pozostaje wciąż takie samo. 
Czemu ktokolwiek miałby dybać na moje życie?
- Nie tracę nadziei, że właśnie pani udzieli mi 
odpowiedzi na to pytanie.
- Nie mogę, inspektorze. Sprawa jest oczywista. 
Nie mam wrogów. Wydaje mi się, że z sąsiadami 
utrzymywałam zawsze poprawne stosunki. Nie 
znam niczyich wstydliwych sekretów. Cały 
pomysł wygląda niedorzecznie! A pańskie aluzje 
o możliwym współuczestnictwie Mitzi też 
zakrawają na absurd. Słyszał pan przecież od 
panny Bunner, że Mitzi przeraziła się 
śmiertelnie, gdy zobaczyła to ogłoszenie w 
"Gazetce". Chciała spakować manatki i odejść z 
miejsca.

background image

- Mogło to być przebiegłe posunięcie z jej strony. 
Przecież miała prawo liczyć, że pani spróbuje ją 
zatrzymać.
- Cóż, jeżeli obrać taką linię, znajdzie pan 
odpowiedź na wszystko. Gdyby jednak Mitzi 
znienawidziła mnie z jakiegoś niezrozumiałego 
dla mnie powodu, mogłaby przecież podać mi 
truciznę w jedzeniu. Ale z pewnością nie 
posunęłaby się do tak zawikłanej łamigłówki. 
Niedorzeczny pomysł! Policja popadła widać w 
kompleks antycudzoziemski. Mitzi kłamie. 
Zgoda! Ale to nie typ wyrachowanego 
mordercy. Wolno panu dręczyć ją nadal, skoro 
tak trzeba. Jeżeli jednak odejdzie zła i 
wystraszona albo zamknie się w swoim pokoju i 
zacznie wrzeszczeć, chyba będę musiała do 
gotowania obiadu zaangażować pana. Dziś 
przyjdzie na podwieczorek pani Harmon z jakąś 
starszą panią, która przyjechała do niej w 
odwiedziny. Chciałam, żeby Mitzi upiekła na tę 
okazję ciasteczka, widzę jednak, że zupełnie ją 
pan wytrąci z równowagi. Nie mógłby pan tak 
zwrócić swoich podejrzeń w jakąś inną stronę?

2

Craddock pośpieszył do kuchni, gdzie zadał 
Mitzi takie jak uprzednio pytania i otrzymał 
identyczne odpowiedzi.
Tak. Drzwi od frontu zamknęła niedługo po 
czwartej. Nie. Zwykle nie robi tego, ale wtedy 

background image

była zdenerwowana z powodu "okropnego 
ogłoszenia". Nie było po co ryglować bocznych 
drzwi, bo tamtędy panna Blacklock i panna 
Bunner chodzą zamykać kaczki albo karmić 
kury, a pani Haymes zwykle wraca z pracy.
- Pani Haymes twierdzi, że zamknęła na klucz 
tamte drzwi, kiedy przyszła do domu około pół 
do szóstej.
- Aha... I pan wierzy... Wierzy jej, co?
- A pani jest zdania, że nie powinienem wierzyć?
- Co tam znaczy moje zdanie. Mnie pan i tak nie 
uwierzy.
- Może jednak zrobi pani próbę? Myśli pani, że 
pani Haymes nie zamknęła na klucz tamtych 
drzwi?
- Myślę, że bardzo jej zależało, by nie były 
zamknięte.
- Dlaczego?
- Bo tamten młody człowiek nie sam załatwiał 
robotę. O nie! Wiedział, którędy wejść. 
Wiedział, że drzwi zastanie otwarte. Bardzo 
dogodnie dla siebie otwarte.
- Zaraz! Do czego pani zmierza?
- Do czego zmierzam? Czy to ważne? I tak nie 
będzie pan słuchał. Bo kto ja jestem? Biedna 
uciekinierka, która tylko kłamie i kłamie. Powie 
pan, że ona, taka jasnowłosa angielska dama, 
nie może kłamać... O nie! Jest taka bardzo 
brytyjska... Taka uczciwa! No i jej pan uwierzy, 
nie mnie. A ja mogłabym coś powiedzieć. Aha! 
Mogłabym!

background image

Z łoskotem postawiła rondel na płycie 
kuchennej. Craddock nie był pewien, czy za 
tymi słowami kryło się coś więcej niż tylko 
niechęć.
- My bierzemy pod uwagę wszystko, co nam 
ludzie mówią - powiedział.
- Ja nic nie powiem. Po co? Wszyscy jesteście 
tacy sami. Prześladujecie biednych uchodźców, 
lekceważycie. Jeżeli powiem, że tak z tydzień 
temu, jak ten młody człowiek przyszedł prosić 
pannę Blacklock o pieniądze, a ona odesłała go z 
kwitkiem, jeżeli powiem, że później słyszałam, 
jak on rozmawiał z panią Haymes... Aha! 
Rozmawiał z nią w altanie! Jeżeli powiem, pan 
pomyśli, że sama wszystko wykombinowałam.
 "Bo najprawdopodobniej wykombinowałaś" - 
pomyślał Craddock, lecz podjął na głos:
- Nie mogła pani słyszeć rozmowy prowadzonej 
w altanie.
- Właśnie, że mogłam! - obruszyła się Mitzi. - 
Mogłam! Aha! - dodała tonem triumfu. - 
Wyszłam do ogrodu po młode pokrzywy. Robię 
z nich smaczną jarzynę. Tak! Oni o tym nie 
wiedzą, ale ja nic nie mówię i z pokrzywy robię 
smaczną jarzynę. Wtedy usłyszałam, że 
rozmawiają. "Ale gdzie się schowam?" - 
powiada on, a ona na to: "Zaraz się dowiesz" - 
no a później jeszcze: "Pamiętaj... Kwadrans po 
szóstej". No to pomyślałam: "Aha! to taka ty 
jesteś, elegancka damo! Wracasz z pracy i zaraz 
spotykasz się z chłopem! Wpuszczasz go do 

background image

domu! Panna Blacklock nie byłaby zadowolona. 
Przepędziłaby cię, no nie? Popatrzę - myślałam - 
posłucham, a później powiem pannie 
Blacklock". Teraz rozumiem, że się myliłam: jej 
nie chodziło o romans z tym chłopcem. 
Przygotowywała rabunek i morderstwo. Ale pan 
powie, że zła, głupia Mitzi zmyśla. Zabierze 
mnie pan do więzienia.
Inspektor zastanowił się poważnie. Mitzi 
najprawdopodobniej zmyśla. Oczywiście! Ale 
może i nie zmyślać.
- Jest pani pewna, że to Rudi Scherz rozmawiał 
z panią Haymes? - zapytał ostrożnie.
- Ma się rozumieć! Dopiero co wyszedł z domu i 
widziałam, że z podjazdu skręcił w stronę 
altany. No i zaraz wyszłam, żeby poszukać 
trochę ładnych zielonych pokrzyw.
"Ładne zielone pokrzywy w końcu 
października?" - pomyślał Craddock z 
powątpiewaniem. Zrozumiał jednak, że Mitzi 
musiała znaleźć szybko jakiś pretekst 
usprawiedliwiający zwyczajne podsłuchiwanie.
- Powtórzyła mi pani wszystko, co tamci mówili?
- Panna Bunner, ta, co to we wszystko nos 
wtyka, zaczęła wołać mnie i wołać. Mitzi! Mitzi! 
No to musiałam odejść. Panna Bunner jest 
irytująca. Jaka irytująca! Wciąż się tylko we 
wszystko wtrąca. Powiada, że nauczy mnie 
gotować! Ona! Wszystko, co ugotuje, jest 
strasznie wodniste!
- Czemu nie powiedziała mi pani o tej rozmowie 

background image

poprzednim razem? - zapytał surowo inspektor.
- Bo zapomniałam... Nie myślałam, że to ważne. 
Dopiero później zrozumiałam, że napad był 
wtedy zaplanowany. Zaplanowany z nią!
- Jest pani pewna, że to była pani Haymes?
- O tak! Jestem pewna! To złodziejka, ta pani 
Haymes. Złodziejka i wspólniczka złodziei. Ile 
zarabia w ogrodzie? Mało! Tyle co nic dla takiej 
eleganckiej damy. Chciała ograbić pannę 
Blacklock, która była dla niej taka dobra. To zła 
kobieta! Bardzo zła!
- A gdyby tak - podjął Craddock, spoglądając 
bystro na Mitzi - gdyby tak ktoś powiedział, że 
Rudi Scherz rozmawiał z panią?
Efekt był mniejszy, niż należałoby oczekiwać. 
Mitzi parsknęła tylko i podniosła głowę.
- Gdyby powiedział, że Rudi Scherz rozmawiał 
ze mną, to powiedziałby kłamstwo. Kłamstwo! 
Kłamstwo! - powtórzyła z pogardą. - Oczernić 
kogoś łatwo, no nie? Ale w Anglii trzeba dowieść 
tego, co się powiedziało. Tak mówiła mi panna 
Blacklock i myślę, że mówiła prawdę. No nie? Ja 
nie rozmawiam z mordercami ani złodziejami. 
Nie powie mi tak żaden angielski policjant! No, 
a jak ja ugotuję obiad, kiedy pan będzie tu 
siedział i nic tylko gadał i gadał? Proszę wyjść z 
mojej kuchni! Muszę przyrządzić sos.
Craddock posłusznie wyniósł się z kuchni, 
zachwiany nieco w podejrzeniach wobec Mitzi. 
O Filipie Haymes mówiła z mocnym 
przekonaniem. Miała skłonności do kłamstwa - 

background image

na to wyglądało - ale w tej opowieści mogło być 
trochę prawdy. Osądził, że warto porozmawiać 
z Filipa. Podczas pierwszego przesłuchania 
odniósł wrażenie, że to spokojna, dobrze 
wychowana młoda osoba. Nie podejrzewał jej. 
Absolutnie nie podejrzewał.
Do holu wyszedł tak zamyślony, że chciał 
otworzyć niewłaściwe drzwi. Panna Bunner, 
która znajdowała się właśnie na schodach, 
przywołała go do porządku.
- Nie tędy, inspektorze! - zawołała. - Te drzwi się 
nie otwierają. Następne po lewej stronie. Tyle tu 
mamy drzwi. Łatwo o pomyłkę.
- Rzeczywiście - przyznał Craddock, rozglądając 
się po holu. - Drzwi tutaj nie brakuje.
Panna Bunner wyliczyła je uprzejmie.
- Pierwsze do gospodarskiego schowka, następne 
do szafy na wierzchnie okrycia i do pokoju 
stołowego. A po drugiej stronie te ślepe, które 
pan usiłował otworzyć, drzwi do salonu i pokoju 
kredensowego i jeszcze jednego pokoju, a na 
ostatku boczne drzwi wyjściowe, wiodące do 
ogrodu. Łatwo o pomyłkę, prawda? Zwłaszcza 
jeżeli chodzi o te ślepe drzwi i drugie do salonu. 
Sama się nieraz myliłam. Dawniej stół zasłaniał 
ślepe drzwi, ale przestawiliśmy go dalej, pod 
ścianę.
Craddock spostrzegł już uprzednio niewyraźną 
linię poziomą przekreślającą filongi ślepych 
drzwi. Obecnie uprzytomnił sobie, że to ślad po 
stole. Coś zaczęło mu świtać w głowie.

background image

- Aha... Stół został przestawiony. Dawno, proszę 
pani?
W rozmowie z Dorą Bunner nie trzeba było 
wyjaśniać, czemu stawia się takie lub inne 
pytanie. Każde uważała za naturalne, gdyż była 
gadatliwa i z przyjemnością udzielała informacji 
w najbardziej nawet błahych sprawach.
- Zaraz... Niech no pomyślę... Niedawno... 
Bardzo niedawno... Jakieś dziesięć dni temu. 
Może dwa tygodnie.
- Dlaczego stół przestawiono?
- Dlaczego? Nie przypominam sobie dokładnie. 
Chyba chodziło o jakieś kwiaty... O duży 
bukiet... Aha! Filipa Haymes prześlicznie układa 
kwiaty, jesienne liście, gałązki we wszystkich 
kolorach. Wtedy zrobiła ogromny bukiet, taki, 
że jak się przechodziło, zaczepiało się włosami. 
No więc Filipa powiedziała: "Najlepiej 
przesuńmy stół. Zresztą bukiet będzie 
prezentował się lepiej na tle gołej ściany niż na 
tle drzwi". Dlatego właśnie trzeba było zdjąć 
Wellingtona pod Waterloo. Nigdy nie lubiłam 
tej ryciny. Teraz leży w schowku pod schodami.
- Tak naprawdę to nie są ślepe drzwi, proszę 
pani? - zapytał inspektor, spoglądając na nie.
- Skąd znowu, inspektorze! Całkiem normalne. 
W swoim czasie prowadziły do małego salonu, 
ale jak dwa pokoje połączono w jeden... Po co 
komu dwoje drzwi do jednego pokoju? Wtedy 
zostały zabite na głucho.
- Zabite? Gwoździami, proszę pani? - dopytywał 

background image

dalej ciekawie. - Może tylko zamknięte na 
klucz?
- Zamknięte na klucz i chyba zaryglowane. 
Craddock spostrzegł rygiel u szczytu drzwi. 
Spróbował go odsunąć. Ustąpił łatwo. Aż nazbyt 
łatwo.
- Kiedy te drzwi ostatnio otwierano? - zwrócił 
się do panny Bunner.
- Czy ja wiem? Chyba wiele lat temu. Odkąd tu 
jestem, nikt ich nie otwierał. Z całą pewnością.
- Nie wie pani, gdzie może być klucz od nich?
- W holu, w tamtej szufladzie, jest cały stos 
kluczy. Prawdopodobnie znajdzie go pan 
między nimi.
Craddock pośpieszył za Dorą Bunner i spojrzał 
z ciekawością w głąb szuflady. Przetrząsnął 
klucze i wybrał jeden, wyglądający inaczej niż 
cała reszta. Klucz pasował i gładko obracał się w 
zamku. Craddock pchnął ślepe drzwi, które 
ustąpiły łatwo i bezszelestnie.
- Ostrożnie! - przestrzegła go panna Bunner. - 
Coś może stać przed drzwiami po przeciwnej 
stronie. Nie otwieramy ich nigdy.
- Naprawdę? - zdziwił się i zaraz podjął 
poważnie i z naciskiem. - Ktoś, proszę pani, 
niedawno otwierał te drzwi. Zamek i zawiasy są 
dobrze naoliwione.
Spojrzała nań z niemądrym zdziwieniem.
- Któż mógłby to zrobić? - zapytała.
- Tego właśnie chcę się dowiedzieć - odrzekł 
pochmurnie i pomyślał: "X z zewnątrz? Nie! X 

background image

był w tym domu. Piątkowego wieczoru był w 
salonie!".

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
FIP I EMMA
1

Tym razem panna Blacklock słuchała z większą 
uwagą. Craddock zdawał sobie sprawę, że to 
kobieta inteligentna, która w sposób właściwy 
ocenia każde jego słowo.
- Tak - powiedziała spokojnie. - To zmienia 
postać rzeczy. Nikt nie miał prawa manipulować 
przy ślepych drzwiach. Nikt nie zrobił tego za 
moją wiedzą.
- Rozumie pani, co to znaczy? Ktoś z obecnych 
w salonie piątkowego wieczora mógł wymknąć 
się tamtymi drzwiami, stanąć za napastnikiem i 
wystrzelić do pani.
- Niepostrzeżenie, niedosłyszalnie, nie zwracając 
niczyjej uwagi?
- Niepostrzeżenie, niedosłyszalnie, nie zwracając 
niczyjej uwagi. Proszę pamiętać, że kiedy 
światło zgasło, wszyscy krzyczeli, poruszali się, 
wpadali jedni na drugich. No i widać było 
jedynie oślepiający blask latarki elektrycznej.
- Rzeczywiście podejrzewa pan - podjęła z wolna 
panna Blacklock - że któraś z tych osób, ktoś z 
moich poczciwych, bardzo tuzinkowych 
sąsiadów cichaczem opuścił salon i usiłował 
mnie zamordować? Mnie? Ale dlaczego? Na 

background image

miłosierdzie boskie, dlaczego?
- Wydaje mi się, że odpowiedź na to pytanie 
winna znać pani.
- Nie znam inspektorze. Zapewniam pana, że nie 
znam.
- Zaczniemy od początku. Kto dziedziczy pani 
majątek w wypadku śmierci?
- Patryk i Julia - odrzekła dosyć opornie. - 
Meble i skromną rentę dożywotnią zapisałam 
Bunny. Prawdę mówiąc, spadek po mnie będzie 
niewielki. Miałam papiery wartościowe 
niemieckie i włoskie, które straciły wszelką 
wartość. No i podatki, niższe teraz 
oprocentowanie kapitału... Nie! Stanowczo nie 
jestem warta morderstwa. Mniej więcej rok 
temu ulokowałam znaczną część moich 
pieniędzy w rencie dożywotniej.
- Ale coś niecoś ma pani nadal i siostrzenica oraz 
siostrzeniec mogliby wejść w posiadanie tego.
- Patryk i Julia mieliby zaplanować 
morderstwo? Nie! Nie mogę uwierzyć. Zresztą 
nie mają złych warunków materialnych.
- Wie to pani na pewno?
- Nie. Opieram się tylko na tym, co od nich 
słyszałam. Ale nie chcę, nie mogę ich 
podejrzewać. Kiedyś może będę warta 
morderstwa. Kiedyś, nie dzisiaj.
- Co pani przez to rozumie, proszę pani? - 
podchwycił skwapliwie Craddock.
- Rozumiem przez to, że kiedyś, może nawet 
niedługo, mogę zostać osobą bardzo majętną.

background image

- Ciekawe... Zechce pani wyjaśnić to dokładniej?
- Oczywiście. Pewno pan nie wie, że przez 
dwadzieścia lat z górą byłam sekretarką i 
zaufaną współpracownicą Randalla Goedlera.
Inspektor żywo się zainteresował. Randall 
Goedler. Nazwisko głośne niegdyś w świecie 
wielkich finansów. Jego śmiałe operacje i trochę 
teatralna reklama, jaką zwykł się otaczać, 
pozostały nadal w pamięci ludzkiej. Umarł 
chyba w 1937 albo w 1938 roku.
- Słyszał pan może o nim, chociaż to dawne 
czasy? - podjęła panna Blacklock.
- Słyszałem. To był milioner.
- Multimilioner - poprawiła. - Ale jego majątek 
ulegał ciągłym zmianom. To, co zarobił w jednej 
operacji, ryzykował w następnej. - Mówiła teraz 
z większym ożywieniem, a jej oczy błyszczały 
pod wpływem wspomnień. - W każdym razie 
umarł jako człowiek bardzo bogaty. Nie miał 
dzieci. Cały majątek zostawił w dożywocie żonie, 
pod zarządem powierniczym. Po jej śmierci 
wszystko miało przypaść mnie: na własność i 
bez ograniczeń.
Inspektor przypomniał sobie niby przez mgłę: 
tytuł nagłówka w gazecie: "Zaufana sekretarka 
ma odziedziczyć kolosalną fortunę".
- W ciągu ostatnich dwunastu lat - podjęła 
panna Blacklock z żywym błyskiem w oczach - 
miałam wspaniały motyw, by zamordować 
panią Goedler... Ale to chyba nie przyda się 
panu, prawda?

background image

- Bardzo przepraszam za następne pytanie, ale... 
Ale czy dla pani Goedler nie było to bolesne, że 
jej mąż tak zadysponował majątkiem?
- Zbyteczna delikatność, inspektorze. Chciałby 
pan wiedzieć, czy Randall Goedler był moim 
kochankiem? Nie. Nie był. Nie sądzę, by 
kiedykolwiek myślał o mnie w taki sposób, a 
mnie z pewnością nie interesował. Kochał Bellę, 
swoją żonę, i był w niej zakochany do śmierci. 
Jestem przekonana, że sporządził taki właśnie 
testament z prostej wdzięczności. Widzi pan, 
inspektorze, niegdyś na początku kariery, kiedy 
nie stał jeszcze na pewnych nogach, Randall był 
bardzo bliski katastrofy. Chodziło zaledwie o 
kilka tysięcy funtów, a była to wielka gra, jak 
zawsze u niego, wielka i pasjonująca. Omal nie 
rozbiło się wszystko o brak nieznacznej kwoty w 
gotówce. Ja pośpieszyłam mu z pomocą. Miałam 
trochę pieniędzy, a w Randalla wierzyłam. 
Wyprzedałam wszystkie walory i gotówkę 
oddałam jemu. To zadecydowało o powodzeniu. 
W tydzień później Randall Goedler został 
prawdziwym bogaczem. Od tej pory, 
inspektorze, traktował mnie prawie jak 
wspólniczkę. Tak! To były pasjonujące dni! - 
zawołała i westchnęła. - Czułam się wtedy jak 
ryba w wodzie! Później umarł nasz ojciec i 
zostałam sama z ciężko chorą siostrą. Musiałam 
zając się nią i oczywiście zrezygnować z pracy. 
Randall umarł w dwa lata później. W czasie 
naszej współpracy zbiłam moc pieniędzy i, 

background image

prawdę mówiąc, nie liczyłam na żaden spadek. 
Ale byłam wzruszona... tak!... wzruszona i 
dumna, że odziedziczę całą jego fortunę, jeżeli 
Bella umrze wcześniej. A była to istota słaba, 
chorowita, której od dawna wszyscy wróżyli 
rychłą śmierć. Myślę, że tak naprawdę 
biedaczek nie bardzo wiedział, kogo obdarować. 
Bella to poczciwa, urocza istota i z testamentu 
męża była chyba zadowolona. Obecnie mieszka 
w Szkocji. Od lat jej nie widziałam. Wysyłamy 
sobie tylko życzenia noworoczne. Widzi pan, 
inspektorze, krótko przed wybuchem wojny 
pojechałam z siostrą do sanatorium w 
Szwajcarii. Tam umarła na gruźlicę.
Panna Blacklock umilkła na chwilę. Później 
dodała:
- Do Anglii wróciłam mniej więcej rok temu.
- Nadmieniła pani, że rychło może zostać osobą 
bardzo majętną. Jak szybko?
- Wiem od pielęgniarki, która opiekuje się Bella 
Goedler, że stan jej pogarsza się szybko... Może 
to być kwestia... Powiedzmy, paru tygodni - 
powiedziała panna Blacklock i dodała zaraz z 
nutą smutku: - Teraz pieniądze nie będą miały 
dla mnie większego znaczenia. Na swoje 
skromne potrzeby mam i tak aż nadto. Kiedyś 
bawiłaby mnie gra na giełdzie, ale obecnie... 
Cóż? Człowiek się starzeje. W każdym razie 
przyzna pan chyba, inspektorze, że gdyby 
Patryk i Julia chcieli mnie zamordować z chęci 
zysku, byliby szaleńcami, nie czekając jeszcze 

background image

tych kilku tygodni?
- Naturalnie - zgodził się Craddock. - Ale co 
stałoby się, gdyby pani wyprzedziła panią 
Goedler? Kto dostałby wtedy pieniądze?
- Wie pan co? Nie zastanawiałam się nad tym 
nigdy. Zapewne Fip i Emma - powiedziała z 
uśmiechem, a Craddock spojrzał na nią bystro. - 
Może to brzmi niedorzecznie - ciągnęła - ale 
gdybym wyprzedziła Bellę, spadek dostałby się 
legalnemu potomstwu (tak brzmi prawniczy 
termin, prawda?) Soni, jedynej siostry 
Randalla. Randall zerwał z nią kontakty, bo 
wyszła za człowieka, którego on uważał za 
hochsztaplera i łajdaka.
- A był łajdakiem?
- Niewątpliwie. Ale, jak sądzę, musiał podobać 
się kobietom. To jakiś Grek czy Rumun. 
Nazywał się... Jakże to? Aha! Stamfordis. 
Dymitr Stamfordis.
- I Randall wydziedziczył siostrę, kiedy zawarła 
ten związek małżeński?
- Sonia miała własny, pokaźny majątek. Ponadto 
Randall zaopatrywał ją w kieszonkowe pod 
warunkiem, że mąż nie będzie mógł tknąć tych 
pieniędzy. Myślę, że przy sporządzaniu 
testamentu prawnicy domagali się, żeby 
wyznaczył spadkobierców na wypadek, gdybym 
ja umarła wcześniej niż Bella. Wtedy zapewne 
niechętnie wymienił potomstwo Soni. Widzi pan, 
nie miał nikogo innego, a nie należał do łudzi, 
którzy przeznaczają majątek na cele 

background image

dobroczynne.
- Były dzieci z tego małżeństwa?
- Tak, Fip i Emma - roześmiała się panna 
Blacklock. - To brzmi śmiesznie, prawda? Ale 
wiem tylko tyle, że w jakiś czas po zawarciu 
małżeństwa Sonia napisała do Belli z prośbą, by 
powiedziała Randallowi, że ona jest bardzo 
szczęśliwa i właśnie urodziła bliźnięta, którym 
dała imiona Fip i Emma. O ile mi wiadomo, 
Sonia już się później nigdy nie odezwała. Ale, 
rzecz jasna, Bella mogłaby powiedzieć panu 
więcej.
Wyglądało na to, że panna Blacklock ożywiła się 
własną opowieścią. Inspektor Craddock nie miał 
wesołej miny.
- Wynika stąd - powiedział - że są co najmniej 
dwie osoby, które weszłyby w posiadanie 
olbrzymiej fortuny, gdyby pani została 
zamordowana w piątkowy wieczór. Myli się 
pani, twierdząc, że nikomu pod słońcem nie 
mogłoby zależeć na pani śmierci. Co najmniej 
dwie osoby odniosłyby wówczas korzyść. W 
jakim wieku może być to rodzeństwo?
Panna Blacklock zmarszczyła czoło.
- Zaraz... tysiąc dziewięćset dwudziesty drugi 
rok... Trudno przypomnieć sobie dokładnie. 
Brat i siostra mają teraz jakieś dwadzieścia 
pięć... dwadzieścia sześć lat. Ale... - twarz jej 
spoważniała - ale nie sądzi pan przecież...
- Sadzę - przerwał - że ktoś strzelał do pani i 
chciał panią zabić. Sądzę, że ta sama osoba bądź 

background image

te same osoby mogą podjąć następną próbę. 
Byłbym rad, proszę pani, gdyby pani zechciała 
być bardzo ostrożna. Jedno morderstwo, 
starannie zaplanowane, nie udało się. Obawiam 
się, że może nastąpić druga próba, i to wkrótce.

2

Filipa Haymes wyprostowała się i z wilgotnego 
czoła odgarnęła kosmyk włosów. Zajęta była 
pieleniem rabatki kwiatowej.
- Słucham pana, inspektorze?
Zmierzyła go pytającym wzrokiem, on zaś 
przyjrzał się tym razem uważniej niż 
poprzednio. Tak, to ładna dziewczyna, typ na 
wskroś angielski, o popielatoblond włosach i 
pociągłej twarzy. Zarys ust i podbródka 
znamionujący upór. Powściągliwa, stanowcza. 
Błękitne oczy spoglądają śmiało i nic z nich 
wyczytać nie sposób. "Taka dziewczyna - 
pomyślał Craddock - umiałaby dochować 
tajemnicy".
- Przykro mi - powiedział - że znów 
naprzykrzam się pani przy pracy, wolałem 
jednak nie czekać do przerwy obiadowej. 
Zresztą wydaje mi się, że łatwiej i swobodniej 
porozmawiamy tutaj, z dala od Little Paddocks.
- Słucham pana, inspektorze? - powtórzyła 
spokojnie, nie wykazując zbytniego 
zainteresowania.
"Ale czy w jej głosie nie zabrzmiał niepokój? - 

background image

pomyślał Craddock. - Bo ja wiem? Może to 
tylko złudzenie?"
- Dziś z rana złożono zeznanie, które dotyczy 
pani. Filipa lekko uniosła brwi.
- Powiedziała mi pani, że Rudi Scherz był jej 
zupełnie nieznany.
- Tak.
- Powiedziała mi pani, że pierwszy raz zobaczyła 
go pani, gdy już nie żył. Czy to się zgadza?
- Oczywiście. Nigdy przedtem go nie widziałam.
- A nie rozmawiała z nim pani w Little 
Paddocks, w altanie?
- W altanie? - powtórzyła. Craddock był prawie 
pewien, że w jej głosie dosłyszał ton przestrachu.
- Tak, proszę pani.
- Kto to powiedział?
- Powiedziano mi, że rozmawiała pani z tym 
człowiekiem. Rudi Scherz pytał, gdzie mógłby 
się ukryć. Pani obiecała, że mu pokaże. Była 
mowa o porze, o godzinie kwadrans po szóstej. 
W dniu napadu Rudi Scherz wysiadł z autobusu 
w Chipping Cleghorn właśnie kwadrans po 
szóstej.
Przez chwilę panowało milczenie. Później Filipa 
roześmiała się krótko, pogardliwie. Wyraz 
twarzy miała rozbawiony.
- Nie wiem, kto powiedział to panu, ale mogę się 
domyślić. To głupia, niezdarnie sklecona bajka, 
powodowana, ma się rozumieć, złością. Nie 
wiem, z jakiego powodu, ale Mitzi nie cierpi 
mnie jeszcze bardziej niż innych domowników.

background image

- Zaprzecza pani?
- Oczywiście. To kłamstwo... Nie znałam tego 
człowieka, nigdy w życiu go nie widziałam i nie 
było mnie wtedy w Littłe Paddocks. Pracowałam 
tamtego rana.
- Jakiego rana? - podchwycił łagodnie.
Nastąpiła krótka pauza. Filipa zatrzepotała 
powiekami.
- Codziennie rano pracuję tutaj. Na przerwę 
obiadową wychodzę dopiero o pierwszej - 
odparła i dorzuciła zaraz z nutą lekceważenia. - 
Nie warto słuchać tego, co opowiada Mitzi. 
Kłamie jak najęta.
- I co? - powiedział Craddock, gdy odchodził w 
towarzystwie sierżanta Fletchera. - Mamy 
całkowicie sprzeczne zeznania dwu młodych 
kobiet. Której wierzyć?
- Wszyscy utrzymują zgodnie, że ta 
cudzoziemka kłamie - odrzekł Fletcher. - Mam 
pewne doświadczenia z cudzoziemcami i wiem, 
że kłamstwo przychodzi im łatwiej niż mówienie 
prawdy. No i nie ulega wątpliwości, że ta Mitzi 
żywi jakieś urazy do pani Haymes.
- Więc, na moim miejscu, uwierzyłby pan pani 
Haymes?
- Tak jest, inspektorze. Gdyby nie było 
konkretnych przeciwwskazań.
W gruncie rzeczy Craddock nie widział 
przeciwwskazań... Może tylko wspomnienie zbyt 
nieruchomych błękitnych oczu i gładko 
wypowiedziane słowa "tamtego rana". Był 

background image

absolutnie pewien, że nie wymienił pory dnia, 
kiedy została podsłuchana rozmowa w altanie.
Jednakże panna Blacklock - a jeżeli nie ona, to 
panna Bunner - mogły przecież wspomnieć o 
wizycie młodego cudzoziemca, który chciał 
wyszachrować pieniądze na powrót do 
Szwajcarii. W rezultacie Filipa Haymes miała 
prawo sądzić, że rozmowa w altanie odbyła się 
właśnie tamtego rana. To prawdopodobne, lecz 
Craddock był nadal przekonany, że w głosie 
Filipy dźwięczał strach, gdy zapytała: "W 
altanie?"
Uznał, że warto się jeszcze nad tym zastanowić.

3

W ogrodzie na probostwie było przyjemnie. 
Anglię nawiedziła jesienna fala ciepła, urocze 
babie lato, a jednocześnie denerwujące, jak 
ocenił inspektor Craddock. Siedział na leżaku, 
który przyniosła dla niego zaradna Bułeczka, 
nim wyszła na zebranie Koła Chrześcijańskich 
Matek, a obok, spowita w szale i z grubym 
pledem na kolanach, siedziała panna Marple, 
zajęta robótką na drutach. Blask słońca, spokój, 
miarowe postukiwanie drutów panny Marple - 
wszystko to usposabiało Craddocka sennie. A 
jednocześnie opanował go jakiś koszmarny 
nastrój. Często bywa tak w marzeniach sennych 
- utajony lęk systematycznie przybiera na sile i 
ostatecznie uczucie błogości przemienia się w 

background image

grozę.
- Nie powinna pani tutaj przebywać - odezwał 
się nieoczekiwanie.
Druty przestały postukiwać. Spokojne 
porcelanowobłękitne oczy spojrzały nań z 
zainteresowaniem.
- Wiem, do czego pan zmierza, dobry, troskliwy 
chłopcze. Ale wszystko w porządku. Ojciec 
Bułeczki, proboszcz naszej parafii, duchowny 
głębokiej wiedzy, i jej matka, kobieta wybitna o 
niebywałej wprost sile charakteru, to moi starzy 
przyjaciele, inspektorze. Kuruję się w 
Medenham, jest więc całkiem naturalne, że 
przyjechałam tutaj, by spędzić pewien czas u 
państwa Harmon.
- Tak... Zapewne... Ale niech pani nie zajmuje 
się cudzymi sprawami. Jestem przekonany, 
głęboko przekonany, że to może być 
niebezpieczne.
- Cóż, my, starsze panie, stale zajmujemy się 
cudzymi sprawami. Wyglądałoby dziwnie i 
jeszcze bardziej podejrzanie, gdybym teraz tego 
zaniechała. Rozumie pan? Pytania o licznych 
wspólnych znajomych w rozmaitych częściach 
świata, pytanie, czy ludzie pamiętają takiego a 
takiego albo czy może przypominają sobie, kogo 
w swoim czasie poślubiła córka lady jakiejś 
tam? To wszystko może być pomocne, prawda?
- Pomocne? - zdziwił się Craddock.
- Tak. Może być pomocne przy sprawdzaniu, 
czy ludzie są rzeczywiście tymi, za których się 

background image

podają - wyjaśniła i podjęła żywo: - Bo takie 
właśnie sprawy trapią pana, prawda? Pod tym 
względem świat zmienił się od czasu wojny. 
Weźmy na przykład taką miejscowość jak 
Chipping Cleghorn. Jest bardzo podobna do 
Saint Mary Mead, gdzie mieszkam. Piętnaście 
lat temu wiedziano tam dokładnie wszystko o 
wszystkich. Państwo Bantry z pałacu, państwo 
Hartnell i Price-Ridley, i Weatherby to ludzie, 
których rodzice, dziadkowie lub przynajmniej 
wujowie i ciotki zamieszkiwali przed nimi w 
Saint Mary Mead. Jeżeli sprowadzał się ktoś 
nowy, był zaopatrzony w listy polecające lub też 
okazywało się rychło, że służył w tym samym 
pułku bądź na tym samym okręcie co ktoś z 
dawniejszych mieszkańców. Jeżeli pojawiał się 
ktoś obcy, naprawdę obcy, wszyscy stronili od 
niego i węszyli, póki nie dowiedzieli się, co to 
naprawdę za jeden.
Panna Marple pokręciła głową.
- Po wojnie czasy się zmieniły - podjęła. - Teraz 
w każdej osadzie, każdym prowincjonalnym 
miasteczku mieszkają ludzie, którzy nie mają 
żadnych związków z tym miejscem i jego 
przeszłością. Kupują pałacowe rezydencje, małe 
domki przystosowują do swoich potrzeb i 
wymagań, a wiadomo o nich tyle, ile sami o 
sobie opowiadają. Pozjeżdżali się, rozumie pan, 
z całego świata, z Indii, z Chin, Hongkongu, a 
wśród nich trafiają się i tacy, którzy dawnymi 
czasy rezydowali w różnych takich 

background image

uzdrowiskach Francji lub na jakichś dziwnych 
wyspach albo uciułali jaki taki mająteczek i stać 
ich na to, żeby nie pracować. Ale nikt dzisiaj nie 
wie, kim są ci przybysze naprawdę. Mogą mieć 
w domach indyjskie brązy i posługiwać się 
anglo-hinduskim żargonem. Mogą dekorować 
ściany widokami Taorminy i mówić o 
tamtejszym kościele angielskim oraz angielskiej 
bibliotece, jak panna Hinchliffe i panna 
Murgatroyd. Być może przyjechali z 
południowej Francji lub całe życie spędzili na 
Wschodzie. Ludzie przyjmują ich na słowo i nie 
czekają, aż przyjdzie list od przyjaciół z 
wiadomością, że tacy to a tacy są uroczą 
rodziną, znaną im od wieków.
To właśnie niepokoiło Craddocka. Irytował się, 
że nic nie wie. Oto ma do czynienia z 
osobnikami zaopatrzonymi w kartki 
żywnościowe i dowody tożsamości - nowiutkie, 
schludne dowody tożsamości z numerami, lecz 
bez fotografii i odcisków palców. Każdy może 
postarać się o dogodny dla siebie dowód 
tożsamości i może po części dlatego zanikają 
stopniowo subtelne związki, jakie łączyły 
dawniej angielską społeczność prowincjonalną. 
W wielkim mieście na ogół nie zna się sąsiadów. 
Dziś nie zna się ich również na prowincji, choć 
niektórym wydaje się inaczej.
Z powodu naoliwionych drzwi Craddock 
wiedział na pewno, że piątkowego wieczoru w 
salonie Letycji Blacklock znalazł się ktoś, kto nie 

background image

był miłym, życzliwym sąsiadem, za jakiego 
uchodził. Dlatego właśnie obawiał się o pannę 
Marple - osobę starszą, kruchą i obdarzoną 
wyczulonym zmysłem spostrzegawczości.
- Takich ludzi możemy w pewnym sensie 
skontrolować - powiedział, lecz orientował się, 
naturalnie, że to niełatwa sprawa.
Indie, Chiny, Hongkong, południowa Francja... 
Trudniej przedstawia się to dziś niż przed 
piętnastoma laty. Nie brak przecież w kraju 
osób poruszających się swobodnie z cudzymi 
kartami tożsamości, "pożyczonymi" od ludzi, 
których spotkała gwałtowna śmierć w wielkich 
miastach. Istnieją organizacje, setki 
przestępczych organizacji zajmujących się 
skupowaniem lub fałszowaniem dowodów 
tożsamości i kartek żywnościowych. Prawie 
każdego da się skontrolować. Oczywiście. Ale 
kontrola wymaga czasu, którego właśnie 
brakowało inspektorowi, gdyż wdowa po 
Randallu Goedlerze była bliska, bardzo bliska 
śmierci.
Wówczas - zatroskany i zmęczony, rozmarzony 
słonecznym blaskiem i ciepłem - powiedział 
pannie Marple o dawnym szefie Letycji 
Blacklock, o Fipie i Emmie.
- Dwa imiona - ciągnął - lub raczej dwa 
zdrobnienia. Ta para może nie żyć. A może 
mieszkać gdzieś w Europie, otoczona 
szacunkiem. Albo jedno z nich czy obydwoje 
mogą znajdować się teraz tutaj, w Chipping 

background image

Cleghorn. Mają około dwudziestu pięciu lat... - 
mówił dalej, jak gdyby myślał na głos. - Kto 
pasuje do tego wieku?... Siostrzenica i 
siostrzeniec czy też para młodych kuzynów?... 
Ciekawe, kiedy ich ostatnio widziała?
- Tego dowiem się dla pana - podchwyciła cicho 
panna Marple.
- Nie! Bardzo panią proszę...
- Proszę się nie obawiać, inspektorze. To prosta 
sprawa. Bardzo prosta. Nikt nawet się nie 
spostrzeże, bo, rozumie pan, będzie 
przeprowadzona nieoficjalnie. Jeżeli coś jest nie 
w porządku, pan nie obudzi ich czujności.
"Fip i Emma - pomyślał Craddock. - Fip i 
Etruria?" Miał już obsesję na punkcie tej pary. 
Przystojny, zadzierzysty młody człowiek i ładna 
dziewczyna o lodowatym spojrzeniu...
- Zapewne dowiem się więcej w ciągu 
najbliższych czterdziestu ośmiu godzin - 
powiedział. - Jadę do Szkocji. Pani Goedler 
chyba wie o nich coś niecoś... Jeżeli, oczywiście, 
będzie w stanie mówić.
- To rozumne posunięcie... - Panna Marple 
zawahała się na moment. - Mam nadzieję, że 
zalecił pan pannie Blacklock, by była bardzo 
ostrożna?
- Tak. Oczywiście. I zostawię tu człowieka, który 
dyskretnie będzie wszystko obserwował.
Nie miał odwagi spojrzeć w oczy pannie Marple, 
która musiała być zdania, że policjant, 
obserwujący wszystko dyskretnie, nie na wiele 

background image

się przyda, gdy rzecz dzieje się w rodzinnym 
kręgu.
- No i proszę pamiętać, że ostrożność zaleciłem 
również pani - powiedział, zwracając się w jej 
stronę.
- Zapewniam, inspektorze - odparła - że potrafię 
dbać o siebie.

ROZDZIAŁ JEDENASTY
PANNA MARPLE PRZYCHODZI NA 
PODWIECZOREK

Panna Blacklock czuła się trochę nieswojo, gdy 
na podwieczorek przyszła pani Harmon ze 
swoim gościem, ale ów gość - panna Marple - nie 
mógł tego zauważyć, bo widział pannę Blacklock 
po raz pierwszy.
Starsza pani była urocza i sprawiała wrażenie, 
że lubi niezłośliwe plotki. Od razu ujawniła się 
jako osoba żywo zainteresowana kwestią 
włamań oraz włamywaczy.
- Potrafią dostać się wszędzie, droga pani - 
mówiła, zwracając się do gospodyni. - 
Absolutnie wszędzie! Tyle teraz tych nowych, 
amerykańskich metod. Osobiście mam zaufanie 
do bardzo staroświeckiego urządzenia, do 
zwyczajnego, mocnego haczyka. Włamywacz 
łatwo poradzi sobie z zamkiem, odsunie rygiel, 
ale z haczykiem nie da sobie rady. Próbowała 
pani kiedy haczyka?
- Nie bardzo znamy się tu na zamkach - 

background image

uśmiechnęła się panna Blacklock. - Prawdę 
mówiąc, nie mamy nic, co mogłoby skusić 
włamywacza.
- Dobry jest także łańcuch przy drzwiach - 
radziła dalej starsza pani. - Wtedy służąca robi 
tylko małą szparę, widzi, kto stoi po przeciwnej 
stronie drzwi, a napastnik nie może wedrzeć się 
siłą.
- Mitzi, nasza uciekinierka z kontynentu, byłaby 
zachwycona czymś takim.
- Przerażający musiał być ten napad, o którym 
Bułeczka tyle mi opowiadała - podjęła panna 
Marple.
- Śmiertelnie się wystraszyłam! - podchwyciła 
Bułeczka.
- Istotnie. Zdarzenie było okropne - przyznała 
pani domu.
- Łaska boska, doprawdy, że ten człowiek 
potknął się i zastrzelił. Włamywacze są dzisiaj 
bardzo groźni. Ale jak on dostał się do domu?
- My, proszę pani, nie bardzo dbamy o 
zamykanie drzwi.
- Ach, Letty! - zawołała panna Bunner. - 
Zapomniałam ci powiedzieć, że dziś z rana 
inspektor był jakiś dziwny. Koniecznie chciał 
otworzyć ślepe drzwi... O te, z których nigdy nie 
korzystamy. Wszędzie szukał klucza i 
ostatecznie powiedział, że drzwi zostały 
naoliwione. Ale nie wyobrażam sobie, czemu 
ktoś miałby... - urwała nagle i zastygła z 
otwartymi ustami, bo zbyt późno dostrzegła 

background image

alarmujące znaki panny Blacklock.
- Ach, Letty, przykro mi... Letty, strasznie cię 
przepraszam! ... Jaka ja jestem głupia!
- Nic wielkiego - powiedziała panna Blacklock, 
lecz najwyraźniej była rozdrażniona. - Wydaje 
mi się tylko, że inspektor Craddock nie życzyłby 
sobie rozgłosu na ten temat. Nie wiedziałam, że 
byłaś z nim, Doro. Pani to chyba rozumie? - 
zwróciła się do pani Harmon.
- O tak! Słówka nie piśniemy nikomu! Prawda, 
ciociu Jane? Ale zastanawia mnie, czemu ten 
czło... - umilkła i pogrążyła się w myślach.
- Mój Boże! - wybuchnęła panna Bunner, nadal 
zdenerwowana i przygnębiona. - Ja zawsze, 
zawsze mówię nie to, co trzeba! Masz tylko 
kłopot ze mną, Letty!
- Nic podobnego - odparła spokojnie panna 
Blacklock.
- Jesteś dla mnie, Doro, wielką pociechą i 
podporą. A zresztą, w takiej dziurze jak 
Chipping Cleghorn i tak nie utrzyma się 
sekretu.
- Właśnie! - podchwyciła panna Marple. - To 
święta prawda. Wszelkie wiadomości 
przedostają się w sposób rzeczywiście 
zadziwiający. Ma się rozumieć, przyczynia się 
do tego służba, ale nie tylko ona, bo kto dziś 
trzyma służbę? A przychodnie sprzątaczki są 
chyba jeszcze gorsze, bo chodzą do różnych 
domów i skwapliwie rozpowszechniają plotki.
- Mam! - zawołała niespodziewanie pani 

background image

Harmon. - Jeżeli dało się otworzyć te ślepe 
drzwi, ktoś mógł po ciemku wyjść z salonu i 
zainscenizować napad... Ale, oczywiście, nikt tak 
nie postąpił, bo był to przecież jakiś człowiek z 
hotelu Royal. Czy aby on?... Tak czy inaczej, nie 
rozumiem... - urwała znów i zmarszczyła czoło.
- Czy w tym pokoju rozegrała się ta scena? - 
zapytała panna Marple i tonem 
usprawiedliwienia zwróciła się do pani domu: - 
Pewno uzna mnie pani za ciekawską, ale to 
rzeczywiście niezwykła historia. O czymś takim 
czytuje się nieraz w prasie, ale żeby miało 
przytrafić się komuś znajomemu! Chciałabym 
zatem...
Wysłuchała obszernego, chociaż mętnego 
sprawozdania Bułeczki oraz panny Bunner - z 
drobnymi poprawkami i sprostowaniami pani 
domu.
W trakcie tej rozmowy nadszedł Patryk, wziął w 
niej czynny udział, a nawet posunął się tak 
daleko, że z powodzeniem odegrał rolę, w której 
pierwotnie wystąpił Rudi Scherz.
- A ciocia Letty - mówił - była tam, w rogu, pod 
arkadą. Pójdź, stań tam, ciociu.
Panna Blacklock wykonała polecenie i wówczas 
pokazano pannie Marple dziury po wydobytych 
pociskach.
- Cudowne ocalenie - westchnęła. - Widzę w tym 
palec Opatrzności!
- Właśnie chciałam poczęstować gości 
papierosami - wyjaśniła panna Blacklock i 

background image

wskazała dużą srebrną szkatułkę stojącą na 
stoliku.
- Wszyscy palą teraz tak nieuważnie - 
powiedziała Dora Bunner tonem przygany. - Nic 
nie szanują przyzwoitych mebli jak dawniej. O! 
Proszę spojrzeć na ten śliczny stolik. Ktoś 
okropnie przypalił go papierosem. Wstyd, słowo 
daję!
Pani domu westchnęła.
- Niekiedy przywiązujemy zbyt wiele wagi do 
swoich mebli.
- Ale to taki śliczny stolik, Letty.
Panna Bunner troszczyła się o rzeczy 
przyjaciółki, tak jak gdyby należały do niej. 
Bułeczka była zdania, że taki brak zazdrości to 
ujmująca cecha charakteru.
- Istotnie śliczny stolik - przyznała uprzejmie 
panna Marple. -1 jaka piękna lampa z 
porcelany!
Panna Bunner przyjęła pochwałę tak, jak gdyby 
to ona była właścicielką lampy.
- Urocza, prawda? Stare Drezno. Mamy dwie 
takie. Druga jest chyba w gościnnym pokoju.
- Ty, Doro, wiesz zawsze, gdzie czego szukać w 
tym domu - powiedziała wesoło panna 
Blacklock. - Albo wydaje ci się, że wiesz. A 
dbasz o moją własność bardziej niż ja sama.
- Bo lubię ładne rzeczy - odpowiedziała 
zarumieniona Dora z żalem i urazą w głosie.
- Przyznaję szczerze - zabrała głos panna 
Marple - że bardzo jestem przywiązana do kilku 

background image

moich skromnych drobiazgów. Łączy się z nimi 
mnóstwo wspomnień. Albo fotografie, prawda? 
Ludzie mało sobie dziś cenią rodzinne 
fotografie. Ja skrzętnie przechowuję zdjęcia 
wszystkich moich siostrzeńców i siostrzenic w 
rozmaitym wieku, od niemowlęcego.
- Aha! Także moje! - podchwyciła Bułeczka. - 
Okropne! Miałam wtedy trzy lata. Zezuję i 
trzymam w objęciach foksteriera.
- Myślę, że ciocia - zwróciła się panna Marple do 
Patryka - ma wiele pańskich fotografii?
- Cóż... My jesteśmy bardzo daleko 
spokrewnieni - odpowiedział.
- Zdaje mi się, Pat, że Elinor przysłała mi raz 
twoje zdjęcie jako niemowlęcia - uśmiechnęła się 
panna Blacklock.
- Ale nie zachowałam go chyba. Prawdę mówiąc, 
nie pamiętam nawet, ile dzieci miała Elinor i 
jakie im dała imiona. Dowiedziałam się tego, 
kiedy napisała mi, że jesteście w Anglii.
- Jeszcze jeden znak naszych czasów - 
powiedziała panna Marple. - Często nie zna się 
dzisiaj wcale młodszego pokolenia krewniaków. 
Byłoby to niepodobieństwem dawniej, gdy 
urządzano wielkie zjazdy familijne.
- Matkę Pata i Julii widziałam ostatni raz przed 
trzydziestu laty, na jej weselu. Ładna była z niej 
wtedy dziewczyna - powiedziała pani domu.
- Dlatego też ma takie ładne dzieci - uśmiechnął 
się Patryk.
- Ciociu! - zawołała Julia. - Przecież ty masz 

background image

wspaniały stary album! Pamiętasz? Oglądaliśmy 
go któregoś dnia. Ach, te kapelusze!
- A uważałyśmy się wówczas za elegantki - 
westchnęła panna Blacklock.
- Nic dziwnego, ciociu Letty - roześmiał się 
Patryk. - Za jakieś trzydzieści lat Julia natknie 
się na swoje zdjęcie i również powie, że 
wyglądała jak czupiradło.
- Czy poruszyłaś, ciociu, temat celowo? - 
zapytała Bułeczka, gdy z panną Marple wracały 
na probostwo. - Mam na myśli całą tę rozmowę 
o fotografiach.
- Widzisz, moja droga, dzięki temu zdobyłam 
interesującą wiadomość, że panna Blacklock do 
niedawna wcale nie znała siostrzenicy ani 
siostrzeńca... Tak... Sądzę, że inspektor 
Craddock także będzie tym bardzo 
zainteresowany.

ROZDZIAŁ DWUNASTY
PRZEDPOŁUDNIOWE GODZINY W 
CHIPPING CLEGHORN
1

Edmund Swettenham niepewnie usiadł na walcu 
ogrodowym.
- Dzień dobry, Filipo.
- Dzień dobry.
- Pracujesz ciężko?
- Umiarkowanie.
- A co robisz?

background image

- Nie widzisz?
- Nie widzę. Nie jestem ogrodnikiem. Dłubiesz w 
ziemi i tyle.
- Przepikowuję sałatę.
- Przepikowujesz? Dziwaczne wyrażenie!
- Życzysz sobie czegoś? - zapytała chłodno.
- Naturalnie! Życzę sobie patrzeć na ciebie. 
Spojrzała nań z ukosa.
- Wolałabym, żebyś tutaj nie przychodził. Pani 
Lucas będzie niezadowolona.
- Jest przeciwna twoim wielbicielom?
- Nie pleć głupstw!
- Wielbiciel to właściwe określenie. Wiernie 
oddaje moją sytuację. Uwielbienie na 
przyzwoitą odległość, ale z uporem.
- Idź sobie! Proszę cię, Edmundzie. Nie masz tu 
nic do roboty.
- Omyłka - podchwycił z nutą triumfu. - Mam tu 
coś do roboty! Dziś z rana pani Lucas 
zatelefonowała do mojej mamy i powiedziała, że 
ma mnóstwo dyń.
- Tak. Całe stosy.
- I że za słoik miodu może dać ich parę.
- O! To nieuczciwa zamiana. Obecnie trudno 
znaleźć nabywców na dynie. Wszyscy sami mają 
ich mnóstwo.
- Ma się rozumieć. Właśnie dlatego pani Lucas 
telefonowała. Poprzednim razem proponowała 
zbierane mleko... Uważasz? Zbierane!... Za 
sałatę! A był to początek sezonu i jedna główka 
sałaty kosztowała szylinga.

background image

Filipa nic nie powiedziała. Edmund wyciągnął z 
kieszeni słoik miodu.
- Spójrz - powiedział. - To moje alibi, 
najoczywistsze, nieodparte. Jeżeli pojawi się tu 
wydatny biust pani Lucas, powiem, oczywiście, 
że przyszedłem po te dynie. O chęć flirtu 
niepodobna mnie będzie posądzić.
- Aha... Rozumiem.
- Och, Filipo, dlaczego jesteś taka? - wybuchnął 
nagle. - Co kryją twoje piękne, regularne rysy? 
Co myślisz? Co czujesz? Jesteś szczęśliwa, 
zrozpaczona, pełna lęku? Jaka? Coś musi dziać 
się w tobie.
- Jest to wyłącznie moja sprawa.
- I moja także. Chcę, abyś coś mówiła. Chcę 
zgłębić myśli w tej twojej spokojnej głowie. 
Mam prawo wiedzieć. Słowo daję! Nie chciałem 
zakochać się w tobie. Chciałem siedzieć 
spokojnie i pisać książkę o tym, jak podły jest 
świat. Diablo łatwo się mądrzyć na temat 
podłości wszystkich i wszystkiego. To zresztą 
kwestia przyzwyczajenia. Wszystko jest kwestią 
przyzwyczajenia i mody. Po tamtej wojnie 
ludzie zbzikowali na punkcie seksu. Teraz 
przyszła kolej na frustrację. To wychodzi na 
jedno. Ale czemu o tym wszystkim gadamy? 
Zacząłem mówić o nas dwojgu. No i zbiłaś mnie 
z tropu. Nie pośpieszyłaś z pomocą.
- Czego ty chcesz ode mnie? Co miałam zrobić?
- Mówić! Mówić o wszystkim. Co z twoim 
mężem? Wielbisz go, a on nie żyje, więc 

background image

zamknęłaś się niby ostryga? Czy tak? Niech 
będzie! Wielbisz go, a on nie żyje. Mężowie 
innych dziewczyn, bardzo wielu dziewczyn, 
także nie żyją, a niektóre naprawdę ich kochały. 
No i opowiadają o tym w barach, popłakują 
trochę, jak się zaleją, a później idą z kimś do 
łóżka, dla poprawy samopoczucia. To jeden ze 
sposobów przełamania impasu. I ty, Filipo, 
musisz jakoś swój impas przełamać. Jesteś 
młoda. Jesteś ładna i ja kocham cię, jak wszyscy 
diabli! Mów o tym swoim mężu, powiedz mi o 
nim wszystko.
- Nie mam nic do powiedzenia. Poznaliśmy się i 
pobraliśmy.
- Musiałaś być bardzo młoda?
- Z pewnością za młoda.
- Aha! Nie byłaś z nim szczęśliwa? Powiedz mi 
coś więcej, Filipo!
- Nic więcej nie mam do powiedzenia. 
Pobraliśmy się i chyba byliśmy szczęśliwi, jak 
większość małżeństw. Urodził się Harry. Ronald 
został wysłany do Włoch i tam... i tam poległ.
- A obecnie jest Harry?
- A obecnie jest Harry.
- Lubię go. To naprawdę miły dzieciak. On mnie 
też lubi. Doskonale się zgadzamy. I co, Filipo? 
Zostaniesz moją żoną? Możesz dalej pracować 
w ogrodzie, ja zajmę się moją książką, a w czasie 
wolnym od pracy będziemy się cieszyć sobą. 
Przy zastosowaniu odpowiedniej taktyki może 
uda nam się nie mieszkać z moją mamą. A ona 

background image

potrząśnie trochę kabzą, by pomóc ukochanemu 
syneczkowi. Lubię pasożytować, pisuję kiepskie 
książki, mam krótki wzrok i jestem piekielnie 
gadatliwy. Oto moje złe strony. Popróbujesz? - 
zapytał Edmund.
Filipa zmierzyła go spojrzeniem. Wysoki, raczej 
poważny młody mężczyzna w dużych okularach 
i o dość niespokojnym wyrazie twarzy. Jasną 
czuprynę miał w nieładzie, a na jego twarzy 
widniał uśmiech życzliwej zachęty.
- Nie - odpowiedziała.
- Stanowczo nie?
- Stanowczo.
- Dlaczego?
- Nic o mnie nie wiesz.
- Innych przeszkód nie ma?
- Są. Ty w ogóle nic nie wiesz. O niczym.
- Hm... Może masz rację - odrzekł po krótkim 
namyśle. - Ale czy ktokolwiek coś w ogóle wie? 
Filipo! Ukochana...
Urwał nagle na dźwięk zbliżającego się 
przeraźliwego szczekania.
- Pani Lucas będzie...
- Bodaj ją licho! Daj tę przeklętą dynię.

2

Sierżant Fletcher gospodarował samodzielnie w 
Little Paddocks.
Mitzi miała wolny dzień i przy takich okazjach 
wyjeżdżała zawsze do Medenham Wells 

background image

autobusem o jedenastej. Panna Blacklock 
pozostawiła sierżantowi wolną rękę i wyszła z 
domu z panną Bunner.
Fletcher pracował szybko. Ktoś naoliwił ślepe 
drzwi. Oczywiście nie wiadomo kto, lecz bez 
wątpienia po to, by po zgaśnięciu światła opuście 
ukradkiem salon. Mitzi nie wchodzi w rachubę, 
gdyż ona nie musiałaby korzystać z tych drzwi.
Kto zatem pozostaje? Sąsiedzi - medytował 
sierżant - też właściwie nie wchodzą w rachubę. 
Jakim cudem mogłaby się im trafić sposobność 
naoliwienia ślepych drzwi? Pozostają Patryk i 
Julia Simmonsowie, Filipa Haymes i 
ewentualnie Dora Bunner.
Tego ranka młodzi Simmonsowie byli w 
Milchester, Filipa Haymes pracowała w 
ogrodzie. Sierżant Fletcher mógł zgłębiać 
wszelkie tajemnice domu. Jednakże dom 
sprawiał zawód na każdym kroku - absolutnie 
nie budził podejrzeń. Fletcher - specjalista od 
elektryczności - nie potrafił znaleźć w sieci nic, 
co wskazywałoby na przyczynę krótkiego 
spięcia. Szybko przetrząsnął pokoje 
domowników i zastał wszędzie irytującą 
normalność. W sypialni Filipy Haymes były 
fotografie chłopca o poważnych oczach, jego 
zdjęcia jako małego dziecka, plik uczniowskich 
listów, parę programów teatralnych. Julia miała 
pełną szufladę amatorskich zdjęć z południowej 
Francji - fotografie z plaży, jakaś willa pośród 
kwitnącej mimozy. Patryk przechowywał różne 

background image

pamiątki z czasów służby na morzu, a Dora 
Bunner kilka nie budzących podejrzeń 
drobiazgów osobistych.
"A przecież ktoś z domowników musiał naoliwić 
drzwi" - pomyślał sierżant.
Rozmyślania przerwały mu jakieś odgłosy 
dobiegające z parteru. Szybko wyszedł na 
podest schodów i spojrzał w dół.
W holu stała pani Swettenham. Niosła koszyk 
przewieszony przez rękę. Zajrzała do salonu, 
cofnęła się, wróciła do holu i, zniknąwszy w 
pokoju stołowym, wyszła stamtąd bez koszyka.
Nagle deska skrzypnęła, być może pod nogą 
sierżanta, więc odwróciła głowę i zawołała:
- Czy to panna Blacklock?
- Nie, proszę pani. To ja.
Pani Swettenham wydała cichy okrzyk:
- Och! Jakże mnie pan przestraszył. 
Pomyślałam, że to następny włamywacz.
Fletcher zszedł na dół.
- Jak widać, dom jest słabo zabezpieczony - 
powiedział. - Czy zawsze każdy może wchodzić i 
wychodzić, kiedy zechce?
- Przyniosłam trochę pigwy - wyjaśniła. - Tu jej 
nie mają, a panna Blacklock chce zrobić 
pigwową galaretkę. Koszyk zostawiłam w 
jadalni.
Uśmiechnęła się do sierżanta.
- Aha... Rozumiem. Zastanawia się pan, jak 
weszłam, prawda? Po prostu bocznymi 
drzwiami. Wszyscy odwiedzamy sąsiadów, kiedy 

background image

chcemy. Nikomu nie przychodzi do głowy, aby 
ryglować drzwi przed zmierzchem. Widzi pan, 
byłoby niewygodnie, jakby człowiek przyniósł 
coś i nie mógł tego zostawić. To nie dawne czasy! 
Wtedy dzwoniło się i ktoś ze służby zawsze 
otwierał - zrobiła krótką pauzę i westchnęła. - W 
Indiach, dobrze pamiętam, mieliśmy osiemnastu 
służących! Nie licząc niani, która tam nazywa 
się ayah. Nie było w tym nic dziwnego. W domu 
moich rodziców też była trójka służby, a matka 
uważała zawsze, że to okropna nędza, jeśli nie 
można sobie pozwolić na podkuchenną. Muszę 
przyznać, sierżancie, że życie w obecnych 
czasach wydaje mi się bardzo dziwne, chociaż 
wiem, że nie należy narzekać. Górnikom jest 
przecież jeszcze gorzej, bo wciąż zapadają na 
pylicę, czy jak to tam się nazywa, no i 
opuściwszy kopalnię, zostają ogrodnikami, choć 
nie mają pojęcia o tej robocie. Ale nie zajmuję 
panu czasu - ciągnęła, ruszając w kierunku 
wyjścia. - Pewno pan strasznie zapracowany, 
sierżancie? I co? Nie zdarzy się nic więcej?
- Czemu miałoby się coś zdarzyć, proszę pani?
- Jak zobaczyłam pana, przyszło mi do głowy, że 
być może działa tu jakiś gang. Powie pan pannie 
Blacklock, że przyniosłam trochę pigwy?
Wyszła, a Fletcher doznał nagłego olśnienia. 
Mylnie, jak się okazało, zakładał, że naoliwić 
drzwi musiał jeden z domowników. Teraz 
widział swój błąd. Każdy z zewnątrz mógł to 
zrobić, gdy autobus Mitzi odjechał, a panna 

background image

Blacklock i panna Bunner wyszły z domu. O 
podobną sposobność było z pewnością łatwo. A 
zatem nie sposób wykluczyć żadnej z osób, które 
piątkowego wieczora znajdowały się w salonie.

3

- Murg.
- Co powiesz, Hinch?
- Zastanawiam się głęboko.
- Naprawdę, Hinch?
- Tak. Mój bystry mózg pracuje. I wiesz, Murg? 
Cała piątkowa historia wydaje mi się mocno 
podejrzana.
- Podejrzana?
- Aha. Odgarnij no włosy z czoła i weź tę grackę. 
Udawaj, że to rewolwer.
- Ojej! - przestraszyła się panna Murgatroyd.
- Nie bój się. Na pewno cię nie ugryzie. Chodź ze 
mną do kuchni. Staniesz w drzwiach i odegrasz 
rolę napastnika. O, tutaj staniesz! Teraz 
wejdziesz do kuchni i sterroryzujesz gromadę 
idiotów. Weź latarkę elektryczną. Włącz.
- Przecież to biały dzień!
- Puść w ruch wyobraźnię, Murg! Włączże 
latarkę. Panna Murgatroyd wykonała polecenie 
nader nieudolnie. Włączając latarkę, wsunęła 
pod ramię grackę.
- Śmiało! - zachęciła ją przyjaciółka. - Do 
roboty! Przypomnij sobie, że niegdyś w naszej 
szkole grałaś Hermie w "Śnie nocy letniej"! 

background image

Graj teraz! Wykorzystaj wszelkie uzdolnienia! 
"Ręce do góry!" - oto twoja kwestia. I nie 
popsuj wszystkiego, dodając: "Proszę państwa".
Panna Murgatroyd była posłuszna. Uniosła 
latarkę, zatoczyła szeroki łuk gracką i ruszyła w 
stronę drzwi kuchennych. Przerzuciwszy latarkę 
do lewej ręki, nacisnęła klamkę, pchnęła drzwi i 
znów ujęła latarkę prawą dłonią.
- Ręce do góry! - zawołała groźnie i dodała w 
tejże chwili: - Hinch! To diablo trudna sprawa.
- Dlaczego?
- Bo te drzwi... Są wahadłowe i wciąż się 
zamykają, a ja mam obie ręce zajęte.
- Otóż to! - podchwyciła panna Hinchliffe. - 
Drzwi salonu w Little Paddocks też musiały się 
wciąż zamykać. Nie są wprawdzie wahadłowe, 
ale mimo to niepodobna, żeby je otworzyć i tak 
zostawić. Dlatego właśnie Letty Blacklock 
kupiła u Elliota z High Street tę prześliczną 
podporę z ciężkiego szkła. Nigdy jej nie 
wybaczę, że mnie tak paskudnie podkupiła. 
Targowałam się ze starym kutwą zawzięcie i z 
dobrym skutkiem. Z ośmiu gwinei zjechał na 
sześć funtów i dziesięć szylingów, no i akurat 
wtedy zjawiła się panna Blacklock i tę przeklętą 
podporę do drzwi kupiła! Jak żyję, nie 
widziałam równie pięknej sztuki z tak dużymi 
bańkami powietrza w grubym szkle.
- Może napastnik posłużył się podporą, by 
przytrzymać drzwi? Co ty na to, Hinch?
- Zdobądź się na zdrowy rozsądek. Jak by to 

background image

wyglądało? Facet otwiera drzwi z łoskotem, 
mówi: "Momencik, proszę państwa", nachyla 
się i kładzie podporę jak trzeba, co? I dopiero 
wtedy przystępuje do właściwej roboty, wołając: 
"Ręce do góry!" Spróbuj, Murg, przytrzymać 
drzwi ramieniem.
- To też trudna sprawa.
- Właśnie! Rewolwer, latarka i mocowanie się z 
drzwiami. Trochę za dużo, prawda? Jaki stąd 
wniosek?
Panna Murgatroyd nie pokusiła się o wyciąganie 
wniosku. Z podziwem przypatrywała się swojej 
mądrej przyjaciółce, oczekując wyjaśnień.
- Ten Scherz miał rewolwer, bo strzelał - podjęła 
panna Hinchliffe. - Miał też latarkę, bo 
widzieliśmy ją wszyscy, ale nie ulegliśmy 
przecież zbiorowej hipnozie, niby przy sztuczce 
z liną w Indiach. Ach! Jak okropnie nudne są 
opowieści starego Easterbrooka o Indiach! 
Chodzi o to, Murg, że ktoś mógł pomóc 
włamywaczowi i przytrzymać drzwi.
- Ale kto?
- Na przykład ty. O ile mnie pamięć nie zawodzi, 
stałaś tuż obok drzwi, gdy światło zgasło. - 
Panna Hinchliffe roześmiała się serdecznie. - 
Diablo podejrzany typ z ciebie! Ale komu 
przyjdzie do głowy coś podobnego! Daj mi tę 
grackę. Dzięki Bogu to nie prawdziwy rewolwer, 
bo w przeciwnym razie zastrzeliłabyś się już 
dawno.

background image

3

- Zdumiewająca historia - wymamrotał 
pułkownik Easterbrook. - Doprawdy 
zdumiewająca, Lauro.
- Co, kochanie?
- Chodź na chwilę do mojego pokoju.
- Co się stało Archie?
Pani Easterbrook stanęła w otwartych 
drzwiach.
- Pamiętasz, że raz pokazywałam ci rewolwer?
- O tak, Archie! Taki paskudny, czarny!
- Aha. To pamiątka. Broń zdobyta na szkopach. 
Był w szufladzie, prawda?
- Był. Oczywiście.
- A teraz go nie ma.
- Zdumiewająca historia, Archie!
- Nie brałaś go stąd, Lauro?
- Skąd znowu! Bałabym się dotknąć czegoś 
takiego!
- A może ta stara? Jakże się ona nazywa?
- Nie. Nie zdaje mi się. Pani Butt nigdy nie 
pozwoliłaby sobie na coś podobnego. Mam ją 
zapytać?
- Nie... Lepiej nie... Zaraz zaczęłyby krążyć 
plotki. Po co? Powiedz, Lauro, czy 
przypominasz sobie, kiedy pokazywałem ci ten 
rewolwer?
- Jakiś tydzień temu. Mamrotałeś coś o swoich 
kołnierzykach i pralni, otworzyłeś szufladę, no i 
w głębi leżał rewolwer, a ja zapytałam cię, co to.

background image

- Zgadza się. Jakiś tydzień temu. Nie 
przypominasz sobie, kiedy to było dokładnie?
Pani Easterbrook zastanowiła się poważnie, 
przymknęła oczy. Widać było, że jej sprytny 
umysł pracuje.
- W sobotę. Oczywiście - powiedziała wreszcie. - 
Wtedy mieliśmy pójść do kina, ale nie poszliśmy.
- Hm... Pewna jesteś, że nie wcześniej ? Może to 
był wtorek, może środa? Albo nawet któryś 
dzień poprzedniego tygodnia?
- Nie, Archie! Pamiętam dokładnie. To była 
sobota, trzydziesty. Wydaje się dawno, bo w tym 
czasie zdarzyło się tak wiele. Chcesz, to powiem 
ci, czemu datę pamiętam tak dokładnie. To 
musiało być po napadzie w Little Paddocks, bo 
kiedy zobaczyłam rewolwer, zaraz 
przypomniałam sobie strzelaninę z 
poprzedniego wieczora.
- Aha... No to zdjęłaś mi kamień z serca.
- Dlaczego, Archie?
- Bo gdyby mój rewolwer zginął przed piątkową 
strzelaniną, mógłby go zwędzić ten Szwajcar.
- Skąd wiedziałby, Archie, że ty masz rewolwer?
- Gangi przestępcze mają znakomity wywiad. 
Muszą wiedzieć wszystko o każdym domu i jego 
mieszkańcach.
- Ach, Archie! To ty wiesz wszystko o 
wszystkim!
- Aha... Zapewne... Widziałem w życiu to i owo. 
Ale sprawa wyjaśniona, skoro przypominasz 
sobie dokładnie, że rewolwer widziałaś po 

background image

napadzie. Broń, którą posłużył się Szwajcar, nie 
mogła być moją bronią.
- Nie mogła, Archie. Oczywiście.
- To znaczna ulga. Musiałbym zameldować o 
tym policji i odpowiadać na moc kłopotliwych 
pytań. A prawdę mówiąc, nigdy nie starałem się 
o pozwolenie na ten rewolwer. Po wojnie 
człowiek łatwo zapomina o rozmaitych 
pokojowych przepisach. Zresztą rewolwer 
uważałem raczej za pamiątkę z placu boju.
- Rozumiem, Archie. Oczywiście.
- Ale, Lauro, co mogło się stać z tym przeklętym 
rewolwerem?
- Może wzięła go pani Butt? Sprawia wrażenie 
kobiety uczciwej, ale po napadzie mogła 
wystraszyć się i pomyśleć... Mogła pomyśleć, 
Archie, że dobrze będzie mieć w domu coś 
takiego. Naturalnie za nic nie przyzna się do 
tego. Nawet jej nie zapytam. Dotknęłoby ją takie 
pytanie i... I co zrobilibyśmy wtedy? To taki 
duży dom, a ja po prostu nie mam...
- Słusznie - przerwał jej małżonek. - Najlepiej 
będzie nic nie mówić.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY
PRZEDPOŁUDNIOWE GODZINY W 
CHIPPING CLEGHORN (CD.)

Panna Marple wyszła furtką z ogrodu przy 
probostwie i wąską alejką ruszyła w stronę 
głównej ulicy.

background image

Szła stosunkowo szybko, podpierając się grubą, 
klonową laską, należącą do wielebnego Juliana 
Harmona.
Minęła bar Pod Czerwoną Krową i sklep 
rzeżniczy, a następnie przystanęła na chwilę 
przed wystawą magazynu osobliwości pana 
Elliota. Firma ta została przemyślnie ulokowana 
tuż obok herbaciarni i kawiarni Pod 
Bławatkiem, aby bogaci zmotoryzowani turyści, 
pokrzepiwszy się herbatą i tak zwanymi 
ciasteczkami domowego wypieku o 
szafranowożółtej barwie, tym łatwiej ulegli 
pokusom, jakie roztaczała sprytnie 
udekorowana witryna.
Pan Elliot apelował do wszelkich gustów. Dwie 
sztuki szkła z Waterford spoczywały na 
niepokalanie nowym wiaderku do mrożenia 
wina. Orzechową sekreterę z urozmaiconą 
intarsją zdobił napis "Niebywała okazja", a na 
stoliku tuż za szybą widać było kolekcję tanich 
kołatek, dziwacznych figurek przedstawiających 
lokalne gnomy, kilka sztuk saskiej porcelany, 
dwa mizernie prezentujące się naszyjniki z 
paciorków, kufel z napisem "Pamiątka z 
Tunbridge Wells" oraz kilkanaście 
pojedynczych sztuk wiktoriańskiego srebra.
Panna Marple oglądała przez krótki czas tę 
wystawę, a pan Elliot - stary, bezwstydny pająk 
- wychylił się ze swojej sieci, by oszacować, czy 
ta mucha stanie się jego łupem.
Jednakże w chwili gdy kupiec doszedł do 

background image

wniosku, że urok "Pamiątki z Tunbrigde 
Wells" nie znęci starszej pani, która bawi w 
odwiedzinach na probostwie (o czym, rzecz 
jasna, wiedział równie dobrze jak cała osada), 
panna Marple dostrzegła kącikiem oka, że Dora 
Bunner wchodzi do kawiarni Pod Bławatkiem. 
Wobec tego zadecydowała momentalnie, iż 
filiżanka kawy będzie najlepszym środkiem 
przeciwdziałającym skutkom zimnego wiatru.
Siedziało tam już kilka pań, które w ten sposób 
uprzyjemniały sobie poranne zakupy. W 
mrocznym wnętrzu panna Marple straciła 
orientację i po mistrzowsku udawała 
niepewność i wahanie. Z bardzo bliska powitał 
ją głos Dory Bunner:
- Dzień dobry! Witam drogą panią! Proszę tutaj, 
do mnie. Jestem zupełnie sama.
- Bardzo pani dziękuję.
Serdecznie wdzięczna Dorze usiadła na jednym 
z kanciastych, błękitno lakierowanych fotelików, 
w jakie wyposażona była kawiarnia i 
herbaciarnia Pod Bławatkiem.
- Straszny dziś wiatr - zaczęła - a ja nie mogę 
chodzie prędko. Dokucza mi reumatyzm w 
nodze.
- Znam to doskonale. W swoim czasie 
cierpiałam z powodu ischiasu. Blisko rok trwała 
ta męka.
Przez pewien czas panie gawędziły z przejęciem 
o reumatyzmie, ischiasie, nerwobólach. Posępna 
młoda kelnerka w różowym fartuszku, 

background image

ozdobionym wiązanką bławatków, z 
ziewnięciem i niebywale znudzoną miną przyjęła 
zamówienie na kawę i ciasteczka domowego 
wypieku.
- Ciastka - szepnęła konspiracyjnie panna 
Bunner - są tutaj naprawdę wyśmienite.
- Bardzo zainteresowała mnie ta śliczna 
dziewczyna, którą spotkałyśmy wczoraj, 
wychodząc z Little Paddocks po podwieczorku - 
powiedziała panna Marple. - Podobno pracuje 
gdzieś w ogrodzie?... A może na roli? Nazywa się 
chyba Hynes?
- Aha! Filipa Haymes! Nasza, jak ją nazywamy, 
lokatorka. Sympatyczna, spokojna młoda osoba. 
Prawdziwa, rozumie droga pani, dama!
- Znałam niegdyś pułkownika indyjskiej 
kawalerii. Nazywał się Haymes. Może to jej 
ojciec?
- Filipa nazywa się po mężu Haymes, jest 
wdową. Jej mąż poległ na Sycylii czy we 
Włoszech. Oczywiście ten pułkownik mógłby 
być jego ojcem.
- Ciekawa jestem, czy łączy ją jakiś romans z 
tym wysokim młodym człowiekiem? - zapytała z 
szelmowskim uśmieszkiem panna Marple.
- Z Patrykiem? Nie sądzę, aby...
- Nie, nie! Miałam na myśli wysokiego młodego 
człowieka w okularach. Spotkałam go tu parę 
razy.
- Aa... To Edmund Swettenham... Ale, szaaa! 
Jego matka siedzi tam w kąciku. Nie wiem. 

background image

Naprawdę nie wiem. Sądzi pani, że jest 
wielbicielem Filipy? To dziwny chłopiec. Mówi 
czasem tak, że nic nie można zrozumieć. 
Podobno jest bardzo inteligentny! - zakończyła 
panna Bunner z wyraźną nutą dezaprobaty.
- Inteligencja to jeszcze nie wszystko. - Panna 
Marple pokręciła głową. - O! Jest nasza kawa.
Posępna kelnerka postawiła tacę z łoskotem. 
Panie jęły nawzajem podsuwać sobie ciasteczka.
- Z wielkim zainteresowaniem dowiedziałam się, 
że pani przyjaźniła się w szkole z panną 
Blacklock. To znajomość stara co się zowie!
- Tak. Rzeczywiście - westchnęła Dora Bunner. - 
I mało kto potrafiłby odnieść się do starej 
przyjaciółki tak lojalnie jak ona. Mój Boże! 
Jakie to dawne czasy. Taka była z niej śliczna 
dziewczyna. I pełna radości życia. Smutne to 
wszystko, doprawdy bardzo smutne.
Panna Marple nie miała pojęcia, co jest 
"doprawdy bardzo smutne", westchnęła jednak 
i ze zrozumieniem pokiwała głową.
- Życie jest ciężkie - szepnęła. - Istotnie.
- I trzeba mężnie znosić ciężki dopust - podjęła 
panna Bunner z oczyma pełnymi łez. - Często 
przypominają mi się te słowa... Tyle prawdziwej 
cierpliwości, prawdziwego pogodzenia się z 
losem. Odwaga i wytrwanie powinny znaleźć 
nagrodę. Wciąż to powtarzam. Dlatego uważam, 
że nic nie jest zbyt dobre dla kochanej, zacnej 
panny Blacklock, a wszystko, co przypadło jej w 
udziale... Wszystko! Było rzetelnie zasłużone.

background image

- Pieniądze znakomicie ułatwiają życie - wtrąciła 
panna Marple, przekonana, że aluzje tamtej 
odnoszą się do widoków przyjaciółki na wielką 
schedę.
Ale te słowa skierowały pannę Bunner na 
zupełnie inny tor myśli.
- Pieniądze! - zawołała z goryczą. - Pani 
zapewne nie wie, że tylko ktoś, kto odczuł to na 
własnej skórze, naprawdę zdaje sobie sprawę, 
ile znaczą pieniądze, albo raczej, co to znaczy, 
kiedy ich brakuje.
Panna Marple pokiwała znowu siwą głową ze 
zrozumieniem i współczuciem.
- Ludzie powiadają nieraz - podjęła tamta żywo, 
z rozpłomienioną twarzą - "Wolę kwiaty na 
stole niż suty posiłek bez kwiatów". Ilu jednak 
sutych posiłków musieli sobie odmawiać tacy 
ludzie? Nie wiedzą, nie wie nikt, kto tego nie 
zaznał, co to jest prawdziwy głód. Chleb, 
rozumie pani, słoik pasty mięsnej, maleńki 
skrawek margaryny. Tak dzień po dniu! I jak 
człowiek marzy o solidnej porcji mięsa z 
jarzynami! No i nędzne ubranie! Naprawia je, 
ceruje i wciąż się łudzi, że tego nie widać. A 
kiedy szuka pracy, nieustannie słyszy jedną 
odpowiedź, że jest za stary! Traci siły, traci 
nadzieję i raz po raz wraca do punktu wyjścia, 
którym jest komorne. Komorne trzeba płacić. 
Płacić albo wylądować na ulicy. A kiedy się 
zapłaci, pozostaje mało, bardzo mało. Z 
emerytury nie sposób żyć dostatnio.

background image

- Tak. Rozumiem - powiedziała cicho panna 
Marple i współczującym wzrokiem objęła 
rozdygotaną Dorę Bunner.
- Napisałam do Letty. Przypadkowo znalazłam 
w gazecie jej nazwisko. Była to wzmianka o 
jakimś lunchu, z którego dochód był 
przeznaczony na szpital w Milchester. 
Zobaczyłam czarno na białym: "panna Letycja 
Blacklock". Przypomniały mi się dawne czasy, 
bo od lat, od długich lat nic o niej nie słyszałam. 
Niegdyś pracowała jako sekretarka u tego 
bogacza Goedlera. Zawsze była z niej 
inteligentna, zaradna dziewczyna. Z takich, co 
to potrafią radzić sobie w życiu. Niezbyt ładna, 
ale rozumie pani, z charakterem. Cóż, 
pomyślałam, może mnie jeszcze pamięta, a to 
przecież jedyna na świecie osoba, którą mogę 
poprosić o skromną pomoc. Ktoś, widzi pani, 
kogo się zna od wczesnej młodości, z kim 
kolegowało się w szkole, nie posądzi dawnej 
przyjaciółki o to, że... że zawodowo pisuje 
żebrackie listy.
Łzy napełniły znowu oczy Dory Bunner.
- Wtedy Letty przyjechała, zabrała mnie do 
siebie... Mówiła, że bardzo jej się przyda moja 
pomoc w domu. Oczywiście byłam zdumiona... 
zaskoczona, ale w gazetach często zdarzają się 
nawet gorsze omyłki. A jaka była dobra! Pełna 
współczucia. I dawne lata pamiętała doskonale... 
Wszystko zrobiłabym dla niej! Doprawdy 
wszystko! No i staram się, proszę pani, ale 

background image

nieraz popłaczę jedno z drugim, bo... Bo to już 
nie ta głowa co dawniej. Popełniam różne błędy i 
zapominam albo mówię głupstwa. Ale ona jest 
bardzo cierpliwa. Wyrozumiała. I zawsze udaje, 
że jestem jej przydatna, naprawdę przydatna. 
To, proszę pani, chyba najmilsza, najpoczciwsza 
cecha jej charakteru. Dobroć w każdym calu, 
prawda?
- Tak. To prawdziwa dobroć - przyznała ze 
wzruszeniem panna Marple.
- I jeszcze jedno, droga pani. Od początku, jak 
tylko zamieszkałam w Little Paddocks, 
niepokoiła mnie myśl, co by się ze mną stało, 
gdyby coś złego spotkało pannę Blacklock. Czy 
to kiedy co wiadomo? Tyle zdarza się 
wypadków. Kierowcy samochodów są dzisiaj 
tak nieostrożni. Oczywiście nic o tym nie 
mówiłam, ale ona musiała domyślić się sama. 
Pewnego dnia, nie pytana o nic, powiedziała, że 
w testamencie zapisała mi niewielką dożywotnią 
pensję, a także coś, co cenię dużo wyżej. Całe 
piękne umeblowanie i urządzenie swojego 
domu! Byłam przejęta, wzruszona... A ona 
powiedziała, że tych rzeczy nikt lepiej niż ja nie 
uszanuje. Tak. Ja naprawdę dbam o jej rzeczy. 
Serce mi się kraje, kiedy ktoś stłucze jakąś 
śliczną sztukę porcelany albo na blacie stołu 
postawi mokrą szklankę... A ludzie, zwłaszcza 
młodzi ludzie, bywają często bardzo 
nieostrożni... Ba! Gorzej niż nieostrożni! Ja, 
droga pani, nie jestem aż taka głupia, na jaką 

background image

wyglądam - ciągnęła z wzruszającą prostotą.
- Od razu widzę, jeżeli ktoś wykorzystuje Letty. 
A niektórzy. .. nie wymienię nazwisk... 
wykorzystują ją, ciągną z niej korzyści. 
Kochana Letty, widzi pani, bywa czasami 
troszkę, troszeczkę zbyt ufna.
- To wielki błąd - wtrąciła panna Marple.
- Słusznie! To wielki błąd. My dwie, droga pani, 
znamy ten świat, prawda? Tymczasem kochana 
panna Blacklock... - urwała i bezradnie 
rozłożyła ręce.
Panna Marple pomyślała, że również Letycja 
Blacklock, była sekretarka potentata 
finansowego, powinna znać świat. Być może 
jednak Dora Bunner zmierzała do tego, że jej 
przyjaciółka zawsze żyła w dostatku, a więc 
obce jej są najgłębsze otchłanie natury ludzkiej.
- Ten Patryk! - wybuchnęła Dora z pasją tak 
nieoczekiwaną, że jej słuchaczka wzdrygnęła się 
nerwowo. - Wiem, wiem na pewno, że 
przynajmniej dwa razy wyłudził od niej 
pieniądze. Twierdził, że ma kłopoty, popadł w 
długi, takie rzeczy. Ona jest zbyt hojna, a jak 
napomknęłam coś o tym, powiedziała tylko: "To 
młody chłopak, Doro. A młodość musi się 
wyszumieć".
- Hm... To poniekąd prawda. Młody chłopak... I 
bardzo przystojny.
- Może i przystojny, ale co z tego? Chętnie robi 
ludziom głupie kawały i, pewna jestem, za 
bardzo ugania się za dziewczętami. A we mnie 

background image

widzi wszystko, co najkomiczniejsze. Nie 
rozumie chyba, że każdy ma jakieś swoje 
uczucia.
- Zazwyczaj młodzież bywa beztroska pod tym 
względem - powiedziała panna Marple.
Dora Bunner pochyliła się do przodu i podjęła 
półgłosem, z wielce tajemniczą miną.
- Droga pani nie piśnie o tym słówka? Nikomu, 
prawda? Otóż ja nie mogę pozbyć się wrażenia, 
że on maczał palce w tej okropnej sprawie. 
Pewno znał tamtego młodego Szwajcara. Albo 
może Julia go znała, co? Nie odważyłam się 
napomknąć o tym kochanej Letty, lub, prawdę 
mówiąc, napomknęłam raz, a ona porządnie 
zmyła mi głowę. Rozumiem, oczywiście, że jej 
nieprzyjemnie, bo to przecież jej siostrzeniec... 
w każdym razie jakiś kuzyn... skoro więc tamten 
młody Szwajcar się zastrzelił, on mógłby być za 
to moralnie odpowiedzialny... Mógłby, prawda? 
Jeżeli, naturalnie, podmówił go do całej hecy. 
Bardzo mnie to wszystko niepokoi, bo, droga 
pani, robi się tyle hałasu z powodu naoliwienia 
ślepych drzwi... A ja widziałam...
Nastąpiła kolejna pauza. Panna Marple 
zastanawiała się przez chwilę nad doborem 
odpowiedniego zdania.
- Tak, sytuacja pani jest niełatwa - powiedziała 
wreszcie. - Ma się rozumieć, nie życzy sobie 
pani, by o czymkolwiek dowiedziała się policja.
- Właśnie! - zawołała z przejęciem tamta. - Taka 
jestem strapiona, że po nocach spać nie mogę. 

background image

Bo, widzi pani, bardzo niedawno przydybałam 
Patryka w zaroślach. Szukałam jaj, bo jedna 
kura niesie się, gdzie popadnie, a on był tam w 
zaroślach i trzymał w ręku piórko oraz słoik... 
Zatłuszczony słoik... Jak mnie zobaczył, to 
wystraszył się tak, że aż podskoczył. I powiada 
zaraz: "Zachodzę właśnie w głowę, skąd mogły 
wziąć się tu te rzeczy". Cóż, on ma szybki 
refleks. Musiał wymyślić to zdanie, jak tylko 
mnie zobaczył. Ale w jaki sposób mógłby 
natknąć się w zaroślach na piórko i zatłuszczony 
słoik, gdyby nie szukał ich, nie wiedział, że tam 
się znajdują? Ma się rozumieć, nic mu nie 
powiedziałam.
- Słusznie - podchwyciła panna Marple. - Nic nie 
należało mówić.
- Ale zmierzyłam go spojrzeniem! Rozumie 
pani? Panna Bunner wyciągnęła rękę i 
odruchowo zaczęła chrupać niezbyt apetyczne 
ciastko łososiowego koloru.
- Innego dnia - podjęła - słyszałam bardzo 
dziwną rozmowę między nim a Julią. Wyglądało 
to na sprzeczkę. Patryk mówił: "Gdybym 
wiedział, że możesz mieć coś wspólnego z tą 
historią!". A ona, taka spokojna i opanowana 
jak zawsze: "To co, miły braciszku? Co 
zrobiłbyś wtedy?" Niestety, zauważyli mnie w 
tej chwili, bo nastąpiłam na deskę w podłodze, 
która zawsze trzeszczy. Powiedziałam: "Aha! 
Dzieci się kłócą, co?" A Patryk na to: "Tak. 
Przestrzegam Julię, by dała spokój z tym 

background image

handlem na czarnym rynku". Pomysłowy 
wykręt, co? Ale z pewnością wcale nie było 
mowy o czarnym rynku! Z całą pewnością. A 
jeżeli droga pani chce wiedzieć, to jestem 
przekonana, że on zmajstrował coś przy lampie, 
aby zgasła. Bo, proszę pani, doskonale 
pamiętam, że wtedy to była pasterka, nie 
pasterz, a następnego dnia...
Dora Bunner urwała raptownie, jej twarz 
poczerwieniała. Panna Marple podniosła wzrok 
i zobaczyła pannę Blacklock, która musiała 
wejść przed chwilą, a teraz stała obok ich 
stolika.
- Kawka i ploteczki? Co, Bunny? - zaczęła 
panna Blacklock w tonie łagodnej przygany. - 
Dzień dobry pani - zwróciła się do panny 
Marple. - Zimno dziś, prawda?
- Tak gawędziłyśmy sobie - podchwyciła 
spiesznie Bunny. - Tyle obowiązuje dziś 
rozmaitych przepisów i ograniczeń, że człowiek 
nie wie, na jakim żyje świecie.
Drzwi otworzyły się z łoskotem i do kawiarni 
weszła szybko pani Harmon.
- Dzień dobry paniom! - zawołała. - Chyba już 
trochę za późno na kawę?
- Nie, drogie dziecko - odparła panna Marple. - 
Siadaj, wypij filiżaneczkę.
- My śpieszymy się do domu - powiedziała 
Letycja. - Załatwiłaś wszystkie sprawunki, 
Bunny?
Ton jej głosu był pobłażliwy, przyjemny, lecz 

background image

wzrok wyrażał nadal łagodną wymówkę.
- Tak, Letty... Tak, dziękuj ę. Tylko po drodze 
wpadnę do apteki po aspirynę i plaster na 
odciski.
Drzwi kawiarni zamknęły się za nimi i w tejże 
chwili Bułeczka zapytała:
- O czym mówiłyście?
Starsza pani nie odpowiedziała od razu. 
Poczekała, aż pani Harmon zamówi kawę, i 
dopiero wówczas zabrała głos:
- Solidarność rodzinna to mocna więź. 
Wyjątkowo mocna. Pamiętasz głośny niegdyś 
proces?... Nie mogę przypomnieć sobie 
nazwiska... Mąż był oskarżony o zabójstwo 
żony. Miał podać jej truciznę w kieliszku wina. 
Na rozprawie sądowej córka zeznała, że wypiła 
połowę zawartości nalanego dla matki kieliszka. 
Ma się rozumieć, położyła w ten sposób cały akt 
oskarżenia. Później chodziły słuchy... Cóż, 
mogły to być bezpodstawne plotki... Chodziły 
słuchy, że ta dziewczyna wyniosła się z domu 
ojca i nigdy nie przemówiła doń słowem. 
Oczywiście co innego ojciec, a co innego 
siostrzeniec czy jakiś daleki kuzyn. Jednak nikt 
nie ma ochoty, by ktoś z jego krewnych zawisnął 
na szubienicy.
- Tak - zgodziła się Bułeczka po krótkim 
namyśle. - Na to nikt nie może mieć ochoty.
Panna Marple zasiadła wygodniej i podjęła 
półgłosem:
- Ludzie bywają bardzo podobni do siebie.

background image

- A kogo ja ci przypominam, ciociu Jane?
- Siebie samą, przede wszystkim siebie samą. 
Więcej, zdaje się, nikogo, z wyjątkiem może...
- Cała się zamieniam w słuch! - wtrąciła 
Bułeczka.
- Miałam na myśli, kochanie, jedną moją 
pokojówkę.
- Pokojówkę? Fatalna byłaby ze mnie 
pokojówka.
- Z niej także. Nie umiała podawać do stołu. 
Wszystko stawiała krzywo, noże stołowe myliła z 
kuchennymi, a czepeczek... To były bardzo 
dawne czasy, Bułeczko... Czepeczek nigdy nie 
leżał prosto na głowie.
Pani Harmon odruchowo poprawiła kapelusz. - 
I co jeszcze? - zapytała ciekawie.
- Nie odprawiałam jej, bo była bardzo 
sympatyczna i często pobudzała mnie do 
śmiechu. Lubiłam, jak mówiła o wszystkim 
prosto z mostu. Pewnego dnia przyszła do mnie i 
powiedziała: Ja tam, proszę pani, nic nie wiem, 
ale Flora, proszę pani, siada całkiem tak jak 
kobieta zamężna".
I rzeczywiście! Biedna Flora znalazła się w 
tarapatach z winy szykownego pomocnika 
fryzjerskiego. Na szczęście zdążyłam w porę i po 
mojej rozmowie z tym chłopcem młoda para 
wyprawiła huczne wesele i byli nawet całkiem 
szczęśliwym małżeństwem. Flora była 
przyzwoitą dziewczyną, tyle że miała słabość do 
szykownych młodych ludzi o dżentelmeńskich 

background image

manierach.
- Ale morderstwa nie popełniła, prawda? 
Znaczy, ciociu Jane, ta pokojówka.
- Skąd znowu, moja droga! Wyszła za 
duchownego, baptystę, i ma pięcioro dzieci.
- Jak ja! Chociaż na razie poprzestałam na 
Edwardzie i Zuzi - powiedziała Bułeczka i 
dodała po chwili: - O kim myślisz teraz, ciociu?
- O różnych ludziach, Bułeczko, o bardzo wielu 
ludziach.
- Z Saint Mary Mead?
- Przeważnie... Prawdę mówiąc, myślałam o 
pielęgniarce Ellerton, kobiecie nieprzeciętnych 
zalet. Opiekowała się pewną starszą panią i 
wyglądało na to, że jest bardzo przywiązana do 
pacjentki. Starsza pani umarła. Pielęgniarka 
Ellerton dostała pod opiekę drugą i ta również 
umarła. Przyczyną była morfina. Wszystko 
wyszło na jaw. I, co najgorsze, nie była w stanie 
zrozumieć, że popełniała zbrodnie. Mówiła, że 
jej ofiary i tak nie mogłyby żyć długo, a jedna z 
nich miała raka i cierpiała okropnie.
- Myślisz, ciociu Jane, że to były zabójstwa z 
litości?
- Nie, nie! Nic podobnego! One zapisywały jej 
pieniądze. Pielęgniarka Ellerton, rozumiesz, 
bardzo lubiła pieniądze. Był też jeden młody 
człowiek, marynarz z żeglugi pasażerskiej, 
siostrzeniec pani Pusey, właścicielki sklepu 
papierniczego. Znosił do domu rozmaite 
kradzione rzeczy i prosił ciotkę, by je 

background image

sprzedawała. Mówił, że kupuje to wszystko za 
granicą. Uwierzyła. A później, kiedy policja 
przyszła i rozpoczęła dochodzenie, usiłował 
rozbić głowę pani Pusey, żeby go nie wsypała. 
Podły chłopak, co? A taki przystojny! Kochały 
się w nim dwie dziewczyny. Na jedną trwonił 
moc pieniędzy.
- Pewno na tę gorszą - wtrąciła pani Harmon.
- Naturalnie, moja droga. Pani Cray, ta ze 
sklepu z włóczką, bardzo kochała swojego syna i 
psuła go oczywiście. Chłopiec popadł w złe 
towarzystwo. Pamiętasz Joan Croft, Bułeczko?
- Chyba nie.
- Myślałam, że może zwróciłaś na nią uwagę, 
kiedy byłaś u mnie z wizytą. Miała zwyczaj 
chodzić po ulicach z cygarem albo fajką w 
ustach. Przypadkiem była w naszym banku, 
kiedy urządzono tam napad. Znokautowała tego 
syna pani Cray i odebrała mu rewolwer. Sąd 
wyraził jej uznanie za odwagę.
Bułeczka słuchała pilnie, jak gdyby uczyła się na 
pamięć.
- I co? - przynaglała starszą panią.
- Jednego lata była w Saint Jean des Collis 
bardzo sympatyczna młoda osoba. Wyjątkowo 
spokojna... Może nawet nie tyle spokojna, ile 
milcząca. Podobała się nam wszystkim, chociaż 
właściwie nikt nie znał jej bliżej... Później 
dowiedzieliśmy się, że jej mąż był fałszerzem 
pieniędzy. Wiedziała o tym i czuła się 
wyobcowana, rozumiesz? Podobno nawet 

background image

cierpiała na zaburzenia umysłowe. Czasem tak 
bywa od zmartwień.
- A może wiesz coś, ciociu Jane, o pułkownikach, 
którzy służyli w Indiach?
- Ma się rozumieć, kochanie! Był taki major 
Vaughan, a także pułkownik Wright. O nich nie 
mogę powiedzieć nic złego. Pamiętam jednak, że 
pan Hodgson, dyrektor banku, wybrał się w 
podróż morską i gdzieś za granicą poślubił 
młodą osobę, która mogłaby być jego córką. 
Rzecz oczywista, tylko tyle o niej wiedział, ile 
powiedziała mu sama.
- A to nie była prawda?
- Nie, moja droga. To nie była prawda.
- Niezłe historyjki! - powiedziała Bułeczka i jęła 
liczyć ludzi na palcach. - Tu mamy wierną Dorę, 
przystojnego Patryka, panią Swettenham z jej 
Edmundem i Filipę Haymes, i pułkownika 
Easterbrooka z małżonką... Jeżeli zapytasz 
mnie, ciociu Jane, to powiem, że twoja aluzja do 
niej była absolutnie trafna... Tyle że nie widzę 
powodu, dla którego chciałaby uśmiercić 
Letycję Blacklock.
- Panna Blacklock mogłaby oczywiście wiedzieć 
o niej coś, co, jej zdaniem, nie powinno ujrzeć 
światła dziennego.
- Nie! To dęta historia w stylu staroświeckiego 
romansidła.
- Niezupełnie. Ty, Bułeczko, należysz do osób nie 
dbających o to, co myślą o nich inni.
- Rozumiem, ciociu Jane, do czego zmierzasz. 

background image

Jeżeli komuś było źle, a potem ten ktoś, jak 
bezpański kot, znalazł przytulny dom i ciepłą 
rękę, co głaszcze, i śmietankę, i mówi się do 
niego "śliczne kociątko"... Cóż, taki ktoś gotów 
byłby na wszystko, aby stan ten utrzymać... 
Muszę powiedzieć, ciociu, że zaprezentowałaś mi 
pełną galerię typów ludzkich.
- Chyba niezupełnie pełną, Bułeczko.
- Naprawdę?... Kogo brakowało? Aha, Julii! 
Dobra wiara Julii też budzi wątpliwości?
- Trzy szylingi sześć pensów - zabrzmiał głos 
posępnej kelnerki, która wyłoniła się nagle z 
mroku.
- I, proszę pani - podjęła dziewczyna, a jej biust 
zafalował pod girlandą bławatków - chciałabym 
wiedzieć, czemu to pani pastorowa powiedziała, 
że moja dobra wiara budzi wątpliwości. Mam 
ciotkę, która przystała do jednej takiej sekty, ale 
sama byłam zawsze wierząca i należę do 
kościoła anglikańskiego. Mógłby to potwierdzić 
nieboszczyk proboszcz, wielebny Hopkinson.
- Bardzo mi przykro - powiedziała pani Harmon 
- że dotknęłam panią. Ale mówiłam o kimś 
zupełnie innym. Nie wiedziałam nawet, że pani 
też na imię Julia.
- Ha! Zbieg okoliczności! - Posępna kelnerka 
rozpogodziła się trochę. - Przepraszam, ale jak 
uchwyciłam swoje imię, zaczęłam słuchać. To 
całkiem zgodne z ludzką naturą, prawda? 
Słuchać, kiedy inni mówią coś o człowieku?
Zainkasowała należność wraz z napiwkiem i 

background image

odeszła.
- Ciociu Jane, czemu jesteś taka przygnębiona? 
Powiedz - odezwała się po chwili Bułeczka.
- Nie... To niepodobieństwo. To nie miałoby 
sensu...
- Co, ciociu Jane?
- Mniejsza o to, kochanie.
- Czy wiesz na pewno, czy też wydaje ci się, że 
wiesz, kto popełnił morderstwo. Kto to, ciociu?
- Nie mam pojęcia - odrzekła panna Marple. - 
Coś zaświtało mi w głowie, ale wnet umknęło. 
Nie, moja droga. Nie wiem, kto to. A chciałabym 
wiedzieć. Czas nagli, straszliwie nagli.
- Czas nagli? Jak to?
- Starsza dama ze Szkocji może umrzeć każdej 
chwili. Bułeczka szeroko otworzyła oczy.
- Więc ty naprawdę wierzysz w Fipa i Emmę? 
Sądzisz, że to oni, że mogą podjąć następną 
próbę?
- Oczywiście. Podejmą następną próbę, jeżeli to 
oni próbowali po raz pierwszy. Skoro ktoś 
decyduje się na morderstwo, nie daje zwykle za 
wygraną tylko dlatego, że nie powiodło mu się 
na początku. Zwłaszcza gdy ten ktoś ma 
logiczne przesłanki, by sądzić, że nie jest 
podejrzany.
- Jeżeli jednak działają Fip i Emma - 
powiedziała Bułeczka - mogą być nimi tylko 
dwie osoby. Patryk i Julia! Są rodzeństwem i 
tylko oni odpowiadają wiekiem tamtym 
bliźniętom.

background image

- Zechciej zrozumieć, moja droga, że sprawa nie 
przedstawia się aż tak prosto. Bywają przeróżne 
powiązania. Może to być żona Fipa czy też mąż 
Emmy. Ich matkę można również uważać za 
stronę zainteresowaną, jakkolwiek nie 
dziedziczy nic bezpośrednio. Letty Blacklock nie 
poznałaby obecnie tej Soni. Wszystkie panie w 
starszym wieku są do siebie podobne. Słyszałaś 
może o pani Wotherspoon, która odbierała 
emeryturę własną i pani Bartlett, chociaż pani 
Bartlett od lat nie żyła? Zresztą panna 
Blacklock jest krótkowzroczna. Zauważyłaś 
chyba, jak mruży oczy, kiedy patrzy na ludzi? 
Żyje również ojciec Fipa i Emmy, podobno jakiś 
szubrawiec.
- Przecież to cudzoziemiec!
- Z pochodzenia. Nie ma powodu mniemać, że 
mówi łamaną angielszczyzną i zamaszyście 
gestykuluje rękami... Sądzę, że nie gorzej niż 
ktokolwiek inny potrafiłby odgrywać rolę 
emerytowanego pułkownika z Indii.
- Myślisz, ciociu Jane, że to on?
- Nie. Wcale nie myślę. Biorę tylko pod rozwagę, 
że w grę wchodzą grube pieniądze, bardzo 
grube pieniądze. I wiem, niestety, do czego 
zdolni są ludzie, gdy chodzi o grube pieniądze.
- Tak... Zapewne... Ale takie pieniądze nie 
przynoszą im szczęścia, prawda?
- Słusznie. Zazwyczaj jednak nie zdają sobie z 
tego sprawy.
Bułeczka uśmiechnęła się na swój sposób - 

background image

poczciwie i trochę po szelmowsku.
- Rozumiem ciociu, do czego zmierzasz... Każdy 
spośród tych ludzi liczy, że z nim będzie zupełnie 
inaczej. I ja czuję coś podobnego nawet w 
odniesieniu do samej siebie. Człowiek zaczyna 
wmawiać sobie, że za zdobyte pieniądze uczyni 
wiele dobrego... Fundacje dobroczynne, domy 
dla sierot czy opuszczonych matek... Urocza 
siedziba dla starych kobiet, które ciężko 
pracowały, założona gdzieś za granicą.
Twarz pani Harmon spochmurniała. Jej ciemne 
oczy przybrały tragiczny wyraz.
- Wiem, co myślisz teraz, ciociu Jane - podjęła. - 
Myślisz, że ze mnie byłaby najgorsza 
zbrodniarka, bo potrafiłabym okłamywać samą 
siebie. Jeżeli ktoś pragnie pieniędzy dla 
samolubnych celów, to chociaż wie, jaki jest 
naprawdę. Jeżeli jednak ktoś zacznie w siebie 
wmawiać, że pragnie ich dla dobra innych, może 
wyciągnąć ostateczny wniosek, że w gruncie 
rzeczy morderstwo to nic złego. Ale ja - zawołała 
i wzrok jej pojaśniał - ja za nic nie zabiłabym 
nikogo. Nawet gdyby to był ktoś bardzo stary 
lub beznadziejnie chory, lub taki, co wyrządza 
wiele krzywd innym. Nie zabiłabym szantażysty 
ani najbardziej krwiożerczej bestii. - Troskliwie 
wyłowiła muchę z fusów po kawie i ułożyła ją na 
stoliku, by obeschła. - Bo, ciociu, ludzie pragną 
żyć, prawda? Tak samo muchy. Każdy ceni 
sobie życie... i zgrzybiały, i cierpiący, i taki, co 
porusza się z trudem. Julian powiada, że tacy 

background image

boją się śmierci jeszcze bardziej niż młodzi i w 
pełni sił. Trudniej im umierać - powiada Julian - 
gdyż cięższą toczą walkę o życie. Ja także 
kocham życie, nie dlatego nawet, by być 
szczęśliwą, radować się, bawić. Po prostu, ciociu 
Jane, chcę chodzić, poruszać się, myśleć, 
odczuwać wszystko, co mnie otacza.
Ostrożnie dmuchnęła na muchę, która 
poruszyła nóżkami i odleciała, zataczając się jak 
pijana.
- Nie martw się, kochana ciociu - powiedziała. - 
Ja nigdy nikogo nie zabiję.

ROZDZIAŁ CZTERNASTY
WYCIECZKA W CZAS PRZESZŁY

Po nocy w pociągu inspektor Craddock wysiadł 
na małej stacyjce w górzystej części Szkocji.
W pierwszej chwili był nieco zdziwiony, że 
bogata i ciężko chora pani Goedler wybrała ten 
szkocki partykularz, mając do dyspozycji dom 
w eleganckiej dzielnicy Londynu, posiadłość 
ziemską w hrabstwie Hamp bądź willę na 
południu Francji. Niewątpliwie jest tu odcięta 
od znajomych i rozrywek. Musi odczuwać 
samotność, jeżeli nie jest aż tak chora, że nie 
zdaje sobie sprawy z tego, co się wokół: dzieje. 
Przed budynkiem stacyjnym oczekiwał 
samochód - ogromny staroświecki daimler z 
kierowcą w podeszłym wieku. Ranek był piękny, 
słoneczny, więc inspektor delektował się 

background image

trzydziestokilometrową przejażdżką, ale przez 
cały czas nie mógł się nadziwić, że można 
gustować w takim odosobnieniu. Sprawę 
wyjaśniła zdawkowa rozmowa z kierowcą.
- To jest jej dom rodzinny z lat dziecinnych. Bo 
widzi pan, pani Goedler jest ostatnia z rodu. I 
ona, i pan Goedler czuli się tutaj dobrze, lepiej 
niż gdzie indziej. Tyle że on nieczęsto mógł 
wyrwać się z Londynu. Ale jak już tutaj 
przyjechali, byli weseli i szczęśliwi jak dzieci.
Na widok szarych murów starego dworu 
Craddock pomyślał, że czas szybko umyka. 
Został powitany przez wiekowego kamerdynera, 
a następnie - ogolony i wykąpany -zszedł do 
pokoju, gdzie na ogromnym kominku płonął 
ogień i nakryte było do śniadania.
Gdy skończył jeść, weszła do pokoju kobieta w 
średnim wieku, o sympatycznej 
powierzchowności i pewnym siebie sposobie 
bycia. Miała na sobie ubiór pielęgniarki i 
przedstawiła się jako siostra McClelland.
- Przygotowałam pacjentkę na pańskie 
przybycie, inspektorze, i właśnie pana oczekuje.
- Zrobię wszystko, by jej zbytnio nie zmęczyć - 
obiecał.
- Winnam uprzedzić pana, jak będzie wyglądała 
rozmowa. Zobaczy pan panią Goedler w stanie 
na pozór normalnym. Będzie mówić z 
przyjemnością i swadą, a później, 
nieoczekiwanie, opuszczą ją siły. Wtedy musi 
pan zaraz odejść i posłać po mnie. Pani Goedłer 

background image

pozostaje stale pod wpływem morfiny i 
przeważnie drzemie. Przed pańską wizytą 
podałam jej silnie działający środek 
pobudzający. Gdy minie jego działanie, nastąpi 
reakcja i pacjentka popadnie znowu w stan 
półświadomości.
- Rozumiem, siostro, i dziękuję. Czy nie 
naruszając tajemnicy zawodowej, może mi pani 
powiedzieć, jak właściwie przedstawia się stan 
zdrowia pani Goedler?
- To, panie inspektorze, kobieta umierająca. 
Przy życiu da się ją utrzymać nie dłużej niż parę 
tygodni. Zapewne zdziwi się pan, gdy powiem, 
że powinna umrzeć przed wieloma laty, ale tak 
jest naprawdę, panie inspektorze. Nie zgasła 
dotąd tylko dzięki niezwykłemu umiłowaniu i 
radości życia. To również brzmi dziwnie w 
odniesieniu do osoby, która od niepamiętnych 
czasów jest ciężko chora, a w ciągu ostatnich 
piętnastu lat nie opuszczała domu. Ale i to jest 
prawdą, inspektorze. Pani Goedler zawsze była 
słabowita, lecz wolę życia zachowała w 
niezwykłym stopniu - powiedziała siostra i zaraz 
dodała z uśmiechem: - Przekona się pan, że to 
pełna uroku starsza pani.
Craddock został wprowadzony do przestronnej 
sypialni, gdzie na kominku płonął suty ogień, a 
na wielkim łożu z baldachimem spoczywała 
sędziwa dama. Była tylko o siedem lub osiem lat 
starsza od Letycji Blacklock, lecz była tak 
drobna i tak wymizerowana, że wyglądała na 

background image

zgrzybiałą staruszkę.
Siwe włosy miała starannie ułożone, a lizeska z 
blado-niebieskiej wełny otulała jej ramiona. 
Twarz poorana zmarszczkami miała wyraz 
bólu, ale także łagodności i słodyczy, a w 
wyblakłych błękitnych oczach Craddock 
dostrzegł, ku swemu zdumieniu, figlarne ogniki.
- Interesujące wydarzenie - rozpoczęła. - 
Nieczęsto miewam wizyty policji. Podobno 
Letycja Blacklock nie poniosła większego 
szwanku przy tym zamachu na jej życie. Jakże 
się miewa moja kochana Blackie?
- Zupełnie dobrze, proszę pani. Przesyła pani 
wiele serdeczności.
- Dawno jej nie widziałam... Od wielu lat 
poprzestajemy na życzeniach noworocznych. 
Kiedy wróciła do Anglii po śmierci Charlotty, 
prosiłam, aby mnie odwiedziła. Odpowiedziała, 
że po tak wielu latach spotkanie byłoby 
bolesne... Cóż, chyba miała rację. Nigdy nie 
brakowało jej zdrowego rozsądku. Mniej więcej 
rok temu złożyła mi wizytę dawna koleżanka 
szkolna i... mój Boże! - uśmiechnęła się pogodnie 
- śmiertelnie zanudzałyśmy się nawzajem. Po 
wyczerpaniu wszystkich "Czy pamiętasz?" nie 
było nic więcej do powiedzenia. Kłopotliwa 
sytuacja, prawda?
Craddock pozwolił, by chora mówiła, i na razie 
nie zadawał pytań. Chciał cofnąć się w czas 
przeszły, zrozumieć charakter związków między 
Goedlerami a Letycja Blacklock.

background image

- Przypuszczam - ciągnęła domyślnie Bella - że 
zechce mnie pan zapytać o pieniądze. Otóż 
Randall zostawił dożywocie mnie, a po mojej 
śmierci cały majątek Blackie. Oczywiście w 
głowie mu nie postało, że mogę go przeżyć. Taki 
był silny, zdrowy. Ni dnia nie chorował! A ja? 
Istny zlepek bólów, dolegliwości, utyskiwań! No 
i lekarze wciąż kiwali nade mną głowami, robili 
żałosne miny.
- Sądzę, proszę pani, że utyskiwania to 
niewłaściwe słowo - powiedział Craddock.
Starsza dama parsknęła śmiechem.
- Nie miałam na myśli żadnego biadolenia. 
Nigdy nie rozczulałam się zbytnio nad sobą. Ale 
wydawało się oczywiste, że taki jak ja słabeusz 
musi wyprzedzić Randalla. No i stało się 
inaczej...
- Dlaczego pani małżonek rozporządził 
majątkiem w taki właśnie sposób?
- Dlaczego Blackie uczynił spadkobierczynią? O 
to panu chodzi? Nie z przyczyn, jakie pan 
zapewne podejrzewa. - Figlarne ogniki w oczach 
Belli zabłysły szczególnie wyraźnie. - Jakie 
robaczywe myśli miewacie wy, policjanci! 
Randall nie romansował nigdy z Letycją, a jej 
również nie były w głowie takie rzeczy. To 
naprawdę męski umysł, wolny od kobiecej 
czułostkowości, kobiecych słabostek. Wątpię, 
czy kiedykolwiek była w nim zakochana. Nigdy 
nie odznaczała się urodą, a o stroje kompletnie 
nie dbała. Malowała się trochę, ulegając 

background image

powszechnie przyjętemu zwyczajowi. Nie 
dlatego, by wyglądać ładniej. Nigdy nie 
wiedziała, jak to miło i zabawnie być kobietą - 
dodała pani Goedler tonem życzliwego 
współczucia.
Craddock spojrzał ciekawie na wątłą postać w 
olbrzymim łożu. "Bella Goedler - pomyślał - z 
pewnością wiedziała, wie dotąd, jak to miło i 
zabawnie być kobietą".
Spojrzała nań figlarnie.
- Być mężczyzną to straszna nuda. Tak mi się 
zawsze wydawało. Po chwili zastanowienia 
dodała: - Randall widział w Blackie jak gdyby 
młodszego wspólnika. Polegał na jej sądach. Z 
reguły słusznych sądach. Widzi pan, ona 
niejednokrotnie ratowała go z opałów.
- Wiem od panny Blacklock, że raz pomogła 
finansowo pani małżonkowi.
- Tak. Ale nie tylko to mam na myśli. Teraz, po 
tylu latach, wolno już mówić prawdę. Randall 
nie dostrzegał różnic między uczciwością a 
nieuczciwością. Miał mało wrażliwe sumienie. 
Kochane biedaczysko nie rozumiał, co to jest 
spryt, a co zwyczajne szelmostwo. Blackie 
prostowała jego ścieżki. Bo ona była zawsze 
absolutnie i bez kompromisu prostolinijna. Za 
nic nie popełniłaby czegoś w swoim pojęciu 
nieuczciwego. To szlachetny charakter, 
inspektorze. Zawsze ją podziwiałam. Blackie i 
jej siostra miały straszne dzieciństwo... I 
wczesną młodość. Ich ojciec - prowincjonalny 

background image

lekarz starej daty, tępy i zacofany - był tyranem 
domowym w ścisłym tego słowa znaczeniu. 
Letycją wyzwoliła się jakoś. Przyjechała do 
Londynu i tam ukończyła kursy dla księgowych. 
Druga siostra była ciężko chora. Miała jakieś 
widoczne kalectwo, więc nie oglądała ludzi i 
prawie nie wychodziła z domu. Dlatego właśnie 
zaraz po śmierci ojca Letycją rzuciła wszystko, 
by wrócić do rodzinnego domu i zaopiekować się 
Charlottą. Randall szalał ze złości, ale to nie 
zdało się na nic. Letycją musiała uczynić to, co 
poczytywała za swój obowiązek. Nie sposób było 
na nią wpłynąć.
- Jak dawno przed śmiercią pani małżonka 
nastąpiło to rozstanie?
- Jakieś dwa lata. Randall sporządził testament 
wcześniej i nie zmienił go nigdy. Powiedział mi 
wtedy... Kiedy, rozumie pan, była mowa o jego 
ostatniej woli... "Nie mamy nikogo na świecie... 
Nasz synek umarł w drugim roku życia... Nie 
mamy nikogo na świecie, więc po naszej śmierci 
niech Blackie dostanie pieniądze. Będzie grać na 
giełdzie i w jej rękach majątek nie pójdzie na 
marne". Bo widzi pan - ciągnęła - dla niego 
robienie pieniędzy było grą, za którą przepadał. 
Nie tyle zależało mu na samych pieniądzach, ile 
na przygodzie, ryzyku, hazardzie. Blackie 
przepadała za tym również. I ona miała 
awanturniczego ducha i podobne zamiłowania. 
Biedaczka nigdy nie zaznała prawdziwych 
uciech... Nie kochała się, nie wodziła za nos 

background image

mężczyzn, nie drażniła ich, nie miała własnego 
domu i dzieci.
Dziwne wydało się Craddockowi to szczere 
współczucie i pobłażliwa wzgarda starej kobiety, 
która chorowała przez całe życie, straciła jedyne 
dziecko, straciła męża, w samotności spędza 
wdowieństwo i od lat jest przykuta do łóżka.
Uśmiechnęła się doń i pokiwała głową.
- Wiem, co pan myśli - rzekła. - Ja miałam 
wszystko, dla czego warto żyć. Utraciłam to, 
prawda, ale w swoim czasie miałam. Jako młoda 
dziewczyna byłam ładna i wesoła. Poślubiłam 
ukochanego mężczyznę, który kochał mnie czule 
do końca swojego życia. Mój synek umarł, ale 
miałam go przecież przez dwa bezcenne lata. 
Często cierpiałam fizycznie, ale, widzi pan, ktoś, 
kto tak cierpi, wie, jak cenić cudowne godziny, 
w czasie których bóle ustępują. No i zawsze, 
zawsze wszyscy odnosili się do mnie bardzo 
życzliwie. Tak! W gruncie rzeczy byłam i jestem 
kobietą naprawdę szczęśliwą.
Inspektor skorzystał z pauzy i powrócił do 
poprzednio poruszonej kwestii.
- Wspomniała pani przed chwilą - powiedział - 
że małżonek pani zapisał cały majątek pannie 
Blacklock, ponieważ nie miał nikogo bliskiego. 
To niezupełnie zgadza się z prawdą. Miał 
przecież siostrę.
- Tak, miał siostrę, Sonię. Ale poróżnili się przed 
wieloma laty i nastąpiło kompletne zerwanie.
- Pan Goedler był przeciwnikiem małżeństwa 

background image

siostry?
- Tak, Sonia wyszła za... Jakże on się nazywał?
- Stamfordis.
- Aha! Dymitr Stamfordis. Randall uważał go od 
początku za szubrawca. Nie znosili się, patrzeć 
na siebie nie mogli. Ale Sonia była na śmierć 
zakochana i nic nie mogło jej odwieść od 
małżeństwa. Nigdy nie mogłam zrozumieć, 
przyznaję otwarcie, pretensji do niej z tego 
powodu. Mężczyźni hołdują cudacznym 
poglądom w tych kwestiach. Sonia nie była 
przecież podlotkiem. Miała dwadzieścia pięć lat 
i dobrze wiedziała, czego chce i co robi. On był 
szubrawcem. Tak! Rzeczywiście był 
szubrawcem. Podobno figurował w policyjnych 
rejestrach, a Randall twierdził, że Stamfordis to 
jego przybrane nazwisko. Sonia wiedziała o tym 
wszystkim. Ma się rozumieć, Randall nie 
potrafił dostrzec sedna sprawy. Otóż Dymitr był 
mężczyzną niesłychanie pociągającym dla 
kobiet, no i kochał Sonię tak samo po wariacku, 
jak ona jego. Tymczasem Randall uparcie 
dowodził, że z jego strony to związek dla 
pieniędzy, co oczywiście nie zgadzało się z 
prawdą. Sonia, widzi pan, była naprawdę 
bardzo ładna i miała ogromny temperament. 
Gdyby małżeństwo było nieudane, gdyby 
Dymitr zdradzał ją lub niedobrze traktował, 
odeszłaby od niego i całą historię spisała na 
straty. Była bogata, więc mogła urządzić sobie 
życie tak, jak chciała.

background image

- Rodzeństwo nie pogodziło się później?
- Nie. Sonia i Randall nigdy nie zgadzali się 
najlepiej. Ona odczuła boleśnie sprzeciw brata 
wobec jej małżeństwa. Powiedziała: 
"Doskonale! Z tobą niepodobna wytrzymać. 
Koniec! Więcej nie odezwę się do ciebie".
- Ale odezwała się do pani, prawda?
- Tak - odpowiedziała Bella z uśmiechem. - 
Napisała do mnie w jakieś półtora roku po 
ślubie. List był wysłany z Budapesztu, lecz Sonia 
nie podała swojego adresu. Prosiła, abym 
poinformowała Randalla, że jest bardzo 
szczęśliwa i niedawno na świat wydała bliźnięta.
- Wymieniła ich imiona?
- Tak - uśmiechnęła się znowu. - Pisała, że poród 
odbył się o północy, a dzieciom chce dać imiona 
Fip i Emma. Oczywiście mógł to być tylko żart.
- Później nic pani o niej nie słyszała?
- W liście z Budapesztu pisała, że z mężem i 
bliźniętami wybiera się na krótki pobyt do 
Ameryki. Więcej nie dała znaku życia.
- Zapewne nie zachowała pani tamtego listu?
- Nie... Chyba nie... Przeczytałam go mężowi, a 
on burknął tylko: "Pożałuje kiedyś, że wydała 
się za takiego łajdaka". Później nie wracaliśmy 
do tej sprawy. Po prostu zapomnieliśmy o Soni. 
Zniknęła z naszego życia.
- Mimo to jednak pan Goedler zapisał cały 
majątek jej potomstwu, w razie gdyby panna 
Blacklock zmarła wcześniej niż pani.
- Sama skłoniłam go do tego. Zawiadomił mnie o 

background image

projektowanej treści swojego testamentu, ja zaś 
powiedziałam: "A przypuśćmy, że Blackie 
umrze wcześniej niż ja?". Zrobił zdumioną 
minę, więc mówiłam dalej: "Oczywiście! Wiem, 
co myślisz. Blackie jest zdrowa jak koń, a ja 
nieustannie kwękam. Ale widzisz, zdarzają się 
nieszczęśliwe wypadki, a także... Znasz 
powiedzonko o skrzypiącym drzewie?". A on na 
to: "Nie widzę nikogo, absolutnie nikogo". Jest 
Sonia" - doradziłam. "Tak! żeby ten szubrawiec 
położył łapę na pieniądzach! Niedoczekanie 
jego!" Powiedziałam wtedy: "Są dzieci, Fip i 
Emma, a obecnie może być ich znacznie więcej". 
Zżymał się trochę, ale postąpił tak, jak sobie 
życzyłam.
- Od tamtej pory do dziś dnia nie miała pani 
żadnych wiadomości o szwagierce czy też jej 
dzieciach?
- Nie... Mogą już nie żyć... Mogą być w różnych 
miejscach...
"Na przykład w Chipping Cleghorn" - pomyślał 
Craddock.
Wydać się mogło, że Bella Goedler czyta w jego 
myślach, gdyż spojrzała nań z przestrachem.
- Byle tylko nie skrzywdzili Blackie - 
powiedziała. - Pan nie pozwoli... Prawda?... 
Blackie jest dobra, naprawdę dobra, niechaj 
nie...
Głos jej się załamał. Dokoła oczu i ust pojawiły 
się nagle szare cienie.
- Jest pani zmęczona - szepnął inspektor. - Już 

background image

pójdę.
Skinęła głową.
- Zmęczona?... Tak... I proszę przysłać siostrę. - 
Z wysiłkiem poruszyła ręką. - Niech pan pilnuje 
Blackie... Nic złego nie powinno jej spotkać... 
Niech pan pilnuje...
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy - odrzekł. - 
Zapewniam panią.
Wstał i ruszył w kierunku drzwi, a nikły głos 
podążył jego śladem.
- Już niedługo... Póki nie umrę... Grozi 
niebezpieczeństwo... Niech pan pilnuje...
W drzwiach minął się z siostrą McClelland.
- Mam nadzieję, że nie zaszkodziła jej rozmowa 
ze mną - powiedział niepewnie.
- O nie! Przecież uprzedziłam pana, że ona 
osłabnie nagle.
- O jedno nie zdążyłem zapytać pani Goedler - 
powiedział Craddock, rozmawiając później z 
pielęgniarką. - Czy ma jakieś stare fotografie? 
Jeżeli tak, to zapewne...
- Obawiam się - przerwała mu - że nic takiego 
nie ma. Na początku wojny wszystkie jej 
osobiste papiery zostały oddane na 
przechowanie wraz z całym umeblowaniem i 
urządzeniem londyńskiego domu. W tym czasie 
pani Goedler była chora, wydawało się, że 
beznadziejnie. Później magazyn został 
zbombardowany. Pani Goedler martwiła się 
bardzo z powodu utraty wielu cennych 
pamiątek i rodzinnych dokumentów. Obawiam 

background image

się, że nic z tych rzeczy nie ocalało.
"A więc nic z tego" - pomyślał inspektor.
Jednakże czuł, że jego podróż nie poszła na 
marne. Okazało się, że bliźniaki - Fip i Emma - 
nie są jedynie widmami.
Mamy brata i siostrę, którzy dorastali gdzieś w 
Europie - medytował - Sonia Goedler była 
bogata w tym czasie, kiedy wychodziła za mąż. 
Ale pieniądze w Europie... W czasie wojny 
mogły stać się z nimi różne rzeczy. Fip i Emma, 
dzieci ojca z kryminalną przeszłością? A gdyby 
tak przyjechali do Anglii, jak to się mawia, bez 
pensa? Jakie podjęli by kroki? Zaczęliby 
zbierać wiadomości o bogatych krewnych. Ich 
wuj, milioner, już nie żył. Zapewne więc 
chcieliby sprawdzić, jak wygląda jego ostatnia 
wola. Może coś niecoś przypada w udziale im 
bądź ich matce? Wobec tego poszliby do 
archiwum akt notarialnych w Somerset Hause, 
zapoznaliby się z treścią testamentu i wtedy 
najprawdopodobniej dowiedzieliby się o 
istnieniu Letycji Blacklock. Później zdobyliby 
zapewne informacje na temat wdowy po 
Randallu Goedlerze. Jakie byłyby to 
informacje? Jest ciężko chora, mieszka w 
szkockiej samotni, ma przed sobą niewiele 
miesięcy życia. Jeżeli Letycja Blacklock umrze 
przed Bellą Goedler, im, nie komu innemu, 
przypadnie kolosalny majątek. Co dalej? 
Oczywiście nie pojechaliby do Szkocji, lecz 
wybadali, gdzie zamieszkuje obecnie Letycja 

background image

Blacklock. Tam się wybiorą, ma się rozumieć, 
jednak nie jako Fip i Emma. Mogą być razem... 
Może być tylko jedno z nich... Emma? 
Zadziwiająca historia... Fip i Emma... Niech 
mnie kule biją, jeżeli nie ma obecnie w Chipping 
Cleghorn brata lub siostry, czy też obydwojga 
naraz!

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZKOSZNA ŚMIERĆ
1

W kuchni Little Paddock panna Blacklock 
wydawała polecenia Mitzi.
- Będą kanapki z sardynkami, a także z 
pomidorami. I te ciasteczka, które pieczesz tak 
wybornie. Chciałabym również mieć ten 
specjalny rodzaj ciasta...
- O, tyle tego! Będzie przyjęcie, co?
- Urodzinowe przyjęcie panny Bunner. Należy 
się spodziewać kilku osób.
- W tym wieku nie powinna wyprawiać urodzin. 
Lepiej zapomnieć o takiej dacie.
- Panna Bunner nie chce zapomnieć. Kilkoro 
przyjaciół wystąpiło już z prezentami. Wypada 
podjąć ich i... I z pewnością będzie bardzo miło.
- Coś podobnego mówiła pani tamtym razem... I 
co się stało?
- Dzisiaj nic się nie stanie.
- Skąd pani wie? W tym domu wszystko 
możliwe. Ja za dnia trzęsę się wciąż ze strachu, a 

background image

wieczorem zamykam na klucz drzwi mojego 
pokoju i zaglądam do szafy, czy tam się ktoś 
przypadkiem nie schował.
- Więc powinnaś czuć się pewnie i bezpiecznie - 
rzuciła chłodno panna Blacklock.
- Czy pani chce, żebym zrobiła ten... - Mitzi 
wydała dźwięk, który dla angielskiego ucha pani 
domu zabrzmiał mniej więcej jak "szwistbrz", a 
jednocześnie miał w sobie coś z prychania 
zagniewanych kotów.
- Tak. Dobre ciasto, z różnymi dodatkami.
- Aha! Dobre! Z różnymi dodatkami! Ale ja nic 
z tego nie mam. Nic na to nie poradzę, proszę 
pani. Potrzebne byłyby rodzynki i czekolada, i 
cukier, i dużo, dużo masła.
- Mamy puszkę masła przysłaną z Ameryki. 
Trochę rodzynek, które chowaliśmy na Boże 
Narodzenie. A oto tabliczka czekolady i funt 
cukru.
Mitzi uśmiechnęła się promiennie.
- Oo! Zrobię dobre ciasto. Z dodatkami! W 
ustach się będzie rozpływać! - zawołała radośnie 
Mitzi. - Przybiorę to czekoladowym lukrem... 
Umiem robić czekoladowy lukier! Będzie też 
napis: "Najlepsze życzenia" Ha! Ci Anglicy, co 
pieką ciastka jak piasek, nigdy, nigdy nie 
kosztowali czegoś podobnego! Rozkoszne... będą 
mówili... Rozkoszne...
Twarz Mitzi spochmurniała nagle.
- Pan Patryk nazywa moje specjalne ciasto 
Rozkoszna Śmierć. Nie chcę! Nie chcę, żeby tak 

background image

to nazywać.
- Przecież to wyraz uznania - powiedziała panna 
Blacklock. - To znaczy, że po zjedzeniu takich 
delicji można bez żalu umrzeć.
Mitzi spojrzała na nią podejrzliwie.
- Wcale nie podoba mi się sam wyraz "śmierć". 
Nikt nie umrze dlatego, że jadł moje ciasto. Nie! 
Każdy musi się czuć po nim lepiej.
- Jestem pewna, że wszyscy będziemy się czuli 
doskonale.
Z tymi słowy pani domu odwróciła się i z 
westchnieniem ulgi wyszła z kuchni. Powiodło 
się! A przecież z Mitzi nigdy nic nie wiadomo.
Tuż za drzwiami natknęła się na Dorę.
- O, Letty, chcesz, żebym poszła do kuchni i 
pokazała Mitzi, jak przygotowuje się kanapki?
- Nie - odparła Letty i stanowczym gestem 
skierowała przyjaciółkę do holu. - Mitzi jest w 
dobrym humorze. Nie trzeba jej denerwować.
- Mogłabym jej pokazać...
- Nic nie pokażesz... Proszę cię, daj spokój, 
Doro. Cudzoziemcy nie cierpią, by im cokolwiek 
pokazywać. Rozumiesz?
Dora spojrzała podejrzliwie na przyjaciółkę. 
Później rozpromieniła się nieoczekiwanie.
- Dopiero co dzwonił Edmund Swettenham. Z 
okazji urodzin życzył mi wszystkiego 
najlepszego i obiecał, że po południu przyniesie 
mi prezent. Słoik miodu! Jaki miły, prawda? Ale 
skąd on wie, że to dziś moje urodziny?
- Chyba wszyscy wiedzą. Musiałaś, Doro, dużo 

background image

mówić na ten temat.
- Cóż... Napomknęłam tylko, że dzisiaj kończę 
pięćdziesiąt dziewięć lat, więc...
- Kończysz sześćdziesiąt cztery - skorygowała z 
uśmiechem przyjaciółka.
- A panna Hinchliffe powiedziała - ciągnęła 
Bunny - że wcale nie wyglądam na tyle. "A ile ja 
mam lat? Jak pani się zdaje?" - zapytała później 
i to było bardzo kłopotliwe pytanie. Panna 
Hinchliffe wygląda zawsze tak cudacznie, że... 
Że może być w każdym wieku! Aha! Mówiła też, 
że przyniesie mi kilka jajek, bo powiedziałam 
jej, że nasze kury ostatnio niosą się słabo.
- Nieźle wychodzimy na twoich urodzinach, 
Bunny! Miód, jaja, wspaniałe pudło czekoladek 
od Julii.
- Nie mam pojęcia, gdzie Julia kupuje takie 
rzeczy.
- Lepiej nie pytać. Jej metody muszą być 
niezgodne z prawem.
- A od ciebie, Letty, cudowna broszka! - 
zawołała panna Bunner i spojrzała z dumą na 
swój biust, udekorowany złotym listkiem z 
brylancikami.
- Podoba ci się? To dobrze. Ja nie dbam nigdy o 
błyskotki.
- Jestem zachwycona!
- To dobrze. A teraz chodźmy nakarmić kaczki.

2

background image

- Ha! - zawołał Patryk dramatycznym tonem, 
gdy goście zasiedli przy okrągłym stole w 
jadalni. - Co ja widzę? To Rozkoszna Śmierć!
- Ciszej! Mitzi może usłyszeć! - skarciła go 
panna Blacklock. - Bardzo jej się nie podoba ta 
twoja nazwa.
- Ale to przecież Rozkoszna Śmierć. Urodzinowy 
tort Bunny.
- Tak! O tak! - zawołała Dora Bunner. - Mam 
dziś wspaniałe urodziny! Cudowne!
Była rozpromieniona, zachwycona - zwłaszcza 
od chwili gdy pułkownik Easterbrook wręczył 
jej pudełko cukierków ze słowami:
- Oto słodycze dla uosobienia słodyczy!
W tym momencie Julia spiesznie odwróciła 
głowę, a ciocia Letty zgromiła ją wzrokiem.
Całe towarzystwo oddało sprawiedliwość 
licznym smakołykom i po paru toastach wstało 
od stołu.
- Trochę niedobrze mi po tym cieście - 
powiedziała Julia. - Tak samo czułam się 
poprzednim razem.
- Warto było! - podchwycił Patryk.
- Ma pani nowego ogrodnika? - zapytała 
gospodynię panna Hinchliffe, kiedy wszyscy 
wrócili do salonu.
- Nie. Czemu pani pyta?
- Widziałam mężczyznę kręcącego się koło 
domu. Całkiem przyjemnie wyglądał. Po 
wojskowemu.
- Aha! - wtrąciła Julia. - To nasz detektyw. Pani 

background image

Easterbrook upuściła torebkę.
- Detektyw? Po co państwu detektyw?
- Nie wiem - odpowiedziała Julia. Węszy dokoła 
i podobno ma na oku dom. Zapewne czuwa nad 
bezpieczeństwem cioci Letty.
- Nonsens! - obruszyła się panna Blacklock. - 
Sama potrafię czuwać nad swoim 
bezpieczeństwem.
- Jest już przecież po wszystkim! - zawołała pani 
Easterbrook. - Chociaż chciałam właśnie 
zapytać panią, czemu odroczono rozprawę 
śledczą?
- Policja nie jest zadowolona - odpowiedział 
pułkownik. - O to właśnie chodzi.
- Ale dlaczego policja nie jest zadowolona?
Pułkownik Easterbrook pokiwał głową z miną 
człowieka, który mógłby powiedzieć znacznie 
więcej, gdyby zechciał. Edmund Swettenham, 
który nie lubił starego wojaka, skorzystał ze 
sposobności.
- Bo szczerze mówiąc, wszyscy jesteśmy 
podejrzani - powiedział.
- Podejrzani? Ale o co? - zapytała znów pani 
Easterbrook.
- Mniejsza z tym, kociątko - podchwycił jej 
małżonek.
- O to - zabrał głos Edmund - że myszkujemy w 
określonym celu. A naszym celem jest 
morderstwo przy pierwszej nadarzającej się 
okazji.
- Proszę nie opowiadać takich rzeczy! - Dora 

background image

Bunner była bliska płaczu. - Jestem pewna, 
absolutnie pewna, że nikt z nas nie chce zabić 
ukochanej, dobrej Letty!
Nastąpiła chwila przykrego zakłopotania. 
Edmund Swettenham zarumienił się mocno, 
wybąkał:
- Ja... To przecież żarty.
Filipa powiedziała czystym, dźwięcznym głosem, 
że dochodzi szósta, więc warto by posłuchać 
dziennika radiowego. Propozycja została 
skwapliwie przyjęta, a Patryk szepnął Julii:
- Brak tylko pani Harmon. Zaraz rąbnęłaby 
prosto z mostu: "A mnie się jednak zdaje, że 
ktoś nadal szuka sposobności, by zamordować 
pannę Blacklock".
- Zadowolona jestem, że ona i ta jej panna 
Marple nie skorzystały z zaproszenia - 
powiedziała Julia. - Ta stara wszędzie wtyka 
swój nos i ma okropnie robaczywe myśli. 
Typowa kumoszka z epoki wiktoriańskiej.
Wysłuchano dziennika radiowego, który 
sprowokował miłą pogawędkę o okropnościach 
wojny atomowej. Następnie towarzystwo 
rozeszło się, obsypując gospodynie serdecznymi 
podziękowaniami.
- Kontenta jesteś, Bunny? Bawiłaś się dobrze? - 
zapytała panna Blacklock po wyprawieniu 
ostatniego gościa.
- Cudownie! Doskonale! Tylko mam okropną 
migrenę. Pewno to z podniecenia.
- Albo z powodu wspaniałego ciasta - powiedział 

background image

Patryk. - Sam czuję trochę wątrobę. No i, 
Bunny, od rana chrupie pani czekoladki.
- Pójdę już chyba się położyć - podjęła Bunny. - 
Połknę dwie aspiryny i wyśpię się solidnie.
- Doskonały pomysł! - orzekła przyjaciółka. 
Panna Bunner powędrowała na piętro.
- Zamknąć kaczki, ciociu Letty?
Pani domu zmierzyła Patryka surowym 
spojrzeniem.
- Jeżeli dokładnie zasuniesz rygiel.
- Najdokładniej! Przysięgam!
- Wypij, ciociu, kieliszek kseresu - 
zaproponowała Julia. - Jak mawiała moja stara 
niania: "To uładzi ci żołądek". Obrzydliwe 
zdanie, lecz dziś na czasie.
- Chyba masz rację... Rzecz w tym, że 
odzwyczailiśmy się wszyscy od ciężkich potraw... 
Bunny! Jakże mnie przestraszyłaś! Co się stało?
- Nie mogę znaleźć swojej aspiryny - poskarżyła 
się panna Bunner.
- Weź moją, kochanie, jest na stoliku przy łóżku.
- Na mojej toaletce też stoi słoiczek - dorzuciła 
Filipa.
- Dziękuję, stokrotnie wam dziękuję... Nie mogę 
swojej znaleźć, a przecież gdzieś musi być. 
Kupiłam nowy słoiczek! Gdzie ja go mogłam 
zapodziać?
- W łazience jest pełno aspiryny - powiedziała 
Julia. - Cały dom pęka od niej w szwach.
- Denerwuje mnie, że jestem taka roztrzepana i 
wszystko chowam, nie wiadomo gdzie - 

background image

powiedziała Dora i wycofała się w kierunku 
schodów.
- Biedna, stara Bunny - westchnęła Julia. - Może 
by dać jej łyk kseresu?
- Lepiej nie - zaoponowała panna Blacklock. -1 
tak miała moc wrażeń, a to jej raczej nie służy. 
Obawiam się, że jutro będzie niedysponowana. 
Ale z pewnością jest naprawdę kontenta.
- Była oczarowana! - przytaknęła Filipa.
- Trzeba poczęstować Mitzi kieliszkiem kseresu 
- zaproponowała Julia. - Hej, Pat! - zawołała, 
posłyszawszy kroki Patryka. - Sprowadź tu 
Mitzi.
Mitzi została sprowadzona i Julia napełniła dla 
niej kieliszek.
- Zdrowie najlepszej w świecie kucharki - 
wzniósł toast Patryk.
Mitzi była zadowolona, lecz uważała za swój 
obowiązek sprostować.
- Nie, nie! - powiedziała. - Ja nie jestem tak 
naprawdę kucharką. W swoim kraju 
pracowałam umysłowo.
- Marnowała się pani! - zawołał młody człowiek. 
- Co to znaczy praca umysłowa w porównaniu z 
takimi arcydziełami jak Rozkoszna Śmierć!
- Oo... Mówiłam, że ja nie lubię...
- Nie chodzi o to, co pani lubi - przerwał. - To 
moja nazwa dla tych delicji. Pijmy więc zdrowie 
Rozkosznej Śmierci i niech szlag trafi skutki 
obżarstwa.

background image

3

- Filipo! Chciałabym pomówić z tobą, moje 
dziecko - powiedziała panna Blacklock.
- Tak? Bardzo proszę! - Filipa spojrzała na nią 
ze zdziwieniem.
- Ty chyba się czymś martwisz? Może masz 
jakiś kłopot?
- Jaki kłopot?
- Zauważyłam, że ostatnio bywasz 
przygnębiona. Stało się coś złego?
- Nie. Skąd znowu, proszę pani.
- Cóż... Zastanawiam się, że może ty i Patryk...
- Patryk? - Filipa była naprawdę zdziwiona.
- A więc nie on... Bardzo przepraszam, że się 
wtrącam, ale wiele przebywacie razem, a 
Patryk, chociaż to mój daleki kuzyn, nie jest, 
moim zdaniem, odpowiednim kandydatem na 
męża. Może w późniejszym wieku, ale nie teraz.
Twarz pani Haymes zlodowaciała.
- Ja nie wyjdę za mąż powtórnie.
- Wyjdziesz, moje dziecko, w swoim czasie 
wyjdziesz. Jesteś młoda. Ale nie o tym chciałam 
z tobą porozmawiać. Nie masz innych kłopotów? 
Na przykład finansowych?
- Nie. Jakoś sobie radzę.
- Wiem, że niepokoją cię czasami przyszłe 
koszty edukacji twojego synka. Dlatego właśnie 
muszę ci coś powiedzieć. Dziś z rana wybrałam 
się do Milchesteru i u mojego notariusza, pana 
Beddingfelda, sporządziłam testament. Widzisz, 

background image

chciałam to zrobić na... na wszelki wypadek, bo 
ostatnio dzieją się różne dziwne rzeczy. Oprócz 
legatu dla Bunny wszystko zapisałam, Filipo, 
tobie.
Filipa wzdrygnęła się nerwowo. Jej szeroko 
otwarte oczy miały wyraz zaniepokojenia, nawet 
przestrachu.
- Nie chcę... Naprawdę nie chcę tego... No i 
dlaczego? Dlaczego właśnie mnie?
- Może dlatego - odparła panna Blacklock 
jakimś szczególnym tonem - że nie mam innego 
spadkobiercy.
- Są przecież Patryk i Julia.
- Oo... Bardzo dalecy krewni. Nic im się ode 
mnie nie należy.
- Mnie również! - podchwyciła Filipa. - 
Dlaczego? Nie wiem, czym się pani kierowała... 
Ja nie potrzebuję pieniędzy!
Jej wzrok wyrażał raczej niechęć niż 
wdzięczność, a sposób bycia zdradzał 
przestrach.
- Wiem, co robię, Filipo. Polubiłam cię bardzo 
i... I masz synka. Gdybym umarła teraz, 
dostaniesz niewiele. Ale za parę tygodni sytuacja 
może ulec całkowitej zmianie.
Bystro spojrzała w twarz młodej kobiety, która 
zawołała:
- Ale pani nie umrze!
- Jeżeli dzięki właściwym środkom ostrożności 
uniknę śmierci.
- Dzięki właściwym środkom ostrożności?

background image

- Tak... Zastanów się nad tą sprawą... No i nie 
martw się, drogie dziecko.
Szybko opuściła salon i Filipa usłyszała, że 
panna Blacklock rozmawia z Julią w holu.
Po chwili Julia weszła do pokoju. W jej oczach 
lśniły lodowato zimne błyski.
- I co? Świetnie rozegrałaś partię, prawda, 
Filipo? Widzę, że jesteś z tych spokojnych... 
bardzo spokojnych cwaniaków.
- Słyszałaś...
- Oczywiście. Jej na tym zależało, abym słyszała. 
Jestem pewna.
- Jak to?
- Nasza Letty ma głowę na karku... Mniejsza z 
nią! Świetnie urządziłaś się, Filipo. Mocno teraz 
siedzisz w siodle!
- Julio, przecież ja nie chcę... Nigdy nie 
myślałam...
- Czyżby? Powiem ci, że myślałaś. Dobrze to 
rozegrałaś. Miałaś kłopoty finansowe, co? Ale, 
zapamiętaj sobie, jeżeli teraz ktoś zakatrupi 
ciocię Letty, ty będziesz pierwszą podejrzaną.
- Ja? Przecież idiotyzmem byłoby zabójstwo 
teraz, bo jeśli poczekam...
- Aha! Więc wiesz także o starej, schorowanej 
pani... jakże jej tam, która dogorywa w Szkocji? 
Ciekawa historia! I jeszcze jedno muszę ci 
powiedzieć, Filipo. Większa z ciebie cwaniara, 
niżby się wydawało.
- Nie chcę pozbawiać czegokolwiek ciebie ani 
Patryka.

background image

- Nie chcesz, moja miła? Wybacz, ale wcale ci 
nie wierzę.

ROZDZIAŁ SZESNASTY
POWRÓT INSPEKTORA CRADDOCKA

Inspektor Craddock miał niedobrą noc w 
wagonie podczas drogi powrotnej. Trapiły go 
koszmarne sny. Wciąż uganiał się szarymi 
korytarzami jakiegoś zamku i daremnie 
usiłował trafić dokądś bądź też w porę czemuś 
zapobiec. Wreszcie obudził się w tym śnie i 
doznał niebywałej ulgi. Ale w tej chwili drzwi 
przedziału uchyliły się z wolna i stanęła w nich 
Letycja Blacklock z twarzą ociekającą krwią. 
Spojrzała nań z wyrzutem i przemówiła: 
"Czemu mnie nie ocaliłeś? Mógłbyś, gdybyś 
tylko spróbował". Wtedy obudził się naprawdę.
Był szczęśliwy, gdy wysiadł wreszcie w 
Milchesterze i poszedł prosto do komendy 
policji, aby złożyć meldunek, którego Rydesdale 
wysłuchał z całą uwagą.
- Posunęliśmy się nieznacznie - powiedział - bądź 
co bądź jednak zeznania panny Blacklock 
znalazły potwierdzenie. Fip i Emma... Zachodzę 
w głowę, czy...
- Patryk i Julia Simmonsowie, panie 
pułkowniku, są w odpowiednim wieku. Gdyby 
udało się stwierdzić, że panna Blacklock nie 
widziała ich od wczesnego dzieciństwa...
Rydesdale parsknął śmiechem.

background image

- Nasza sojuszniczka, panna Marple, już to za 
nas ustaliła. Dowiedziała się, że przed dwoma 
miesiącami panna Blacklock zobaczyła tę parę 
pierwszy raz w życiu.
- Więc z całą pewnością...
- Nie takie to proste, Craddock. Zebraliśmy 
informacje, z których wynika, że Julia i Patryk 
stanowczo nie wchodzą w rachubę. On 
rzeczywiście służył w Marynarce Wojennej i ma 
tam dobrą opinię. Była tylko mowa o lekkiej 
skłonności do niesubordynacji. Zrobiliśmy 
rekonesans w Cannes, gdzie oburzona pani 
Simmons powiedziała, że jej dzieci są oczywiście 
w Chapping Geghorn, u dalekiej krewnej, 
Letycji Blacklock. A więc wszystko w porządku.
- A pani Simmons jest naprawdę panią 
Simmons?
- Mogę tylko powiedzieć, że od bardzo dawna 
nosi to nazwisko - odparł sucho Rydesdale.
- Rzeczywiście. Kwestia wyjaśniona - zgodził się 
inspektor. - Tylko tych dwoje pasowało. Wiek 
odpowiedni. Ciotka nie znała ich uprzednio. 
Mieliśmy Fipa i Emmę.
Rydesdale w zamyśleniu pokiwał głową. Później 
podsunął inspektorowi kartkę.
- Dokopaliśmy się czegoś na temat pani 
Easterbrook - powiedział.
Craddock przeczytał raport, uniósł brwi.
- Interesująca historia - powiedział. - Sprytnie 
złapała starego osła, co? Ale to nie może mieć 
nic wspólnego z naszą sprawą.

background image

- Nie może. Absolutnie nic. A oto kilka słów 
tyczących pani Haymes.
Craddock przeczytał i znowu uniósł brwi.
- Cóż, muszę jeszcze raz pomówić z tą panią - 
powiedział.
- Myśli pan, że ta wiadomość może mieć 
znaczenie?
- Nie wykluczam tego. Byłaby to bardzo okrężna 
droga, ale...
Umilkli na chwilę.
- Jak radzi sobie Fletcher, panie pułkowniku? - 
podjął Craddock.
- Był bardzo czynny. W porozumieniu z panną 
Blacklock przeprowadził dyskretną rewizję w 
jej domu, lecz nic ciekawego nie znalazł. Później 
dociekał skrupulatnie, kto miał sposobność, by 
tamte drzwi naoliwić. Zaczął od sprawdzenia, 
kto mógł przychodzić do Little Paddocks, kiedy 
ta cudzoziemka miała wolne. Sprawa 
skomplikowała się poważnie, gdyż Mitzi 
wychodzi na spacer prawie każdego popołudnia 
i pije filiżankę kawy Pod Bławatkiem. W tym 
samym czasie panna Blacklock i panna Burtner 
też zazwyczaj wychodzą. Załatwiają sprawunki 
na czarnym rynku. A zatem ktoś, kto chciałby 
naoliwić drzwi, miał ku temu wiele sposobności.
- A dom jest stale otwarty?
- Był. Sądzę, że się to ostatnio zmieniło.
- Co wypenetrował Fletcher? O kim w rezultacie 
wiadomo, że był w Little Paddocks podczas 
nieobecności domowników?

background image

- Właściwie byli tam wszyscy. - Rydesdale 
przebiegł wzrokiem arkusz maszynopisu. - 
Panna Murgatroyd przyniosła kurę, która 
chciała siedzieć. Brzmi to osobliwie, ale sama 
tak określiła cel swojej wizyty. Mówi mętnie i 
raz po raz przeczy sobie, ale Fletcher sądzi, że to 
skutek jej usposobienia, nie poczucia winy.
- Zapewne - uśmiechnął się Craddock. - Jest 
zupełnie niepozbierana.
- Pani Swettenham przyszła po koninę, którą 
panna Blacklock zostawiła dla niej na 
kuchennym stole. Panna Blacklock była tamtego 
dnia w Milchesterze, skąd zawsze przywozi 
koninę dla pani Swettenham. Widzi pan w tym 
sens, Craddock?
Inspektor zastanawiał się przez chwilę.
- Dlaczego - powiedział - panna Blacklock nie 
zostawiła mięsa w domu pani Swettenham, 
skoro wracając samochodem z Milchesteru, 
musiała tamtędy przejeżdżać?
- Nie wiem dlaczego, ale nie zostawiła. Pani 
Swettenham mówi, że ona (panna B.) zawsze 
zostawia koninę na kuchennym stole w Little 
Paddocks, a ona (pani S.) chętnie przychodzi 
wtedy, kiedy nie ma Mitzi, bo ta cudzoziemka 
potrafi być strasznie opryskliwa.
- To trzyma się kupy. Co dalej, panie 
pułkowniku? ,
- Panna Hinchliffe powiada, że ostatnio nie była 
sama w Little Paddocks. Ale była. Mitzi widziała 
ją, gdy wychodziła bocznymi drzwiami. 

background image

Potwierdza to niejaka pani Butt, mieszkanka tej 
osady. Ostatecznie panna H. przyznała, że 
mogła tam być, tylko zapomniała. Mówi, że 
zapewne tak sobie wstąpiła na momencik.
- To trochę dziwne.
- Dziwne też jest zachowanie panny Hinchliffe. 
Następna osoba to pani Easterbrook. Była w 
tamtej okolicy na spacerze z psami. Do Little 
Paddocks zajrzała, aby zapytać pannę 
Blacklock, czy może od niej pożyczyć wzór do 
roboty na drutach. Nie zastała panny Blacklock, 
więc przez krótką chwilę czekała na nią.
- Aha. Mogła w tym krótkim czasie myszkować 
albo zająć się naoliwieniem drzwi. A 
pułkownik?
- Był tam jednego dnia z książką o Indiach, 
którą Letycja Blacklock koniecznie chciała 
przeczytać.
- Naprawdę chciała?
- Twierdzi, że próbowała się wykręcić, ale jej 
starania zawiodły.
- To prawdopodobne - powiedział Craddock. - 
Gdy ktoś się uprze i rzeczywiście zechce 
pożyczyć człowiekowi książkę, na nic wszelkie 
wykręty!
- Nie wiadomo, czy Edmund Swettenham 
zaglądał do Little Paddocks. Mówi mętnie, że 
bywa tam czasem z polecenia matki, ale ostatnio 
chyba nie był.
- To wszystko razem wzięte nie wnosi jednak nic 
konkretnego.

background image

- Ma się rozumieć, Craddock. - Rydesdale 
umilkł na chwilę, później dodał z uśmiechem: - 
Panna Marple też działa. Fletcher melduje, że 
była na porannej kawie Pod Bławatkiem, na 
kieliszku kseresu w Boulders, na podwieczorku 
w Little Paddocks. Podziwiała ogród pani 
Swettenham, a do pułkownika Easterbrooka 
wpadła, żeby obejrzeć jego zbiór indyjskich 
osobliwości.
- Panna Marple zna się na ludziach. Może nam 
powiedzieć, czy to jest autentyczny pułkownik z 
Indii.
- Już powiedziała. Twierdzi, że Easterbrook nie 
budzi podejrzeń. Dla pewności sprawdzi się to u 
władz wojskowych na Dalekim Wschodzie.
- A tymczasem... - Craddock urwał raptownie. - 
Jak pan pułkownik sądzi? Czy panna Blacklock 
zechciałaby wyjechać?
- Wyjechać? Z Chipping Cleghorn?
- Tak. Wziąć ze sobą wierną Bunner i udać się w 
niewiadomym kierunku. Mogłaby na przykład 
wybrać Szkocję, pobyć pewien czas u Belli 
Goedler. To, panie pułkowniku, ładne i trudno 
dostępne miejsce.
- Siedzieć tam i oczekiwać śmierci pani domu? 
Nie przypadnie jej do gustu. Na coś takiego nie 
zgodziłaby się żadna subtelna kobieta.
- Jeżeli dzięki temu uratować by miała życie...
- Nie, nie Craddock... Uśmiercenie człowieka to 
nie taka prosta sprawa, jak się panu wydaje.
- Czyżby, panie pułkowniku?

background image

- Widzi pan... Z jednej strony prosta. Znamy 
bardzo wiele metod. Środki chwastobójcze. Cios 
w tył głowy, gdy ofiara zamyka lub karmi drób. 
Celny strzał zza żywopłotu. Wszystko to bardzo 
proste. Ale sprzątnąć kogoś i uniknąć 
podejrzeń?... Historia bardziej skomplikowana, 
prawda? No i obecnie całe towarzystwo z 
Chipping Cleghorn musi zdawać sobie sprawę, 
że jest pod obserwacją. Pierwszy przemyślny 
plan zawiódł. Nasz nieznany morderca musi 
wykombinować coś innego.
- Rozumiem, panie pułkowniku. Ale trzeba też 
brać pod uwagę czynnik czasu. Pani Goedler 
dogasa i każdej chwili może zamknąć oczy. A 
zatem naszego nieznanego mordercy nie stać na 
zwłokę. I jeszcze jedno, panie pułkowniku. On, 
czy też ona, wie, że o wszystkich zbieramy 
informacje.
- I to wymaga czasu - westchnął Rydesdale. - 
Daleki Wschód, Indie, uciążliwa robota.
- A więc jeszcze jeden powód, aby się spieszyć. Z 
całą pewnością niebezpieczeństwo staje się 
realne, panie pułkowniku. Gra idzie o wielką 
stawkę. Jeżeli Bella Goedler umrze... - urwał, 
gdyż do pokoju wszedł policjant.
- Posterunkowy Legg na linii z Chapping 
Cleghorn, panie pułkowniku.
- Połączyć.
Craddock obserwował przełożonego, którego 
twarz posępniała, stawała się coraz bardziej 
surowa.

background image

- Dziękuję - powiedział Rydesdale. - Inspektor 
Craddock wyjedzie niezwłocznie.
Odłożył słuchawkę.
- Czy to... - Craddock urwał raptownie.
- Nie. Tym razem Dora Bunner. Szukała 
aspiryny. Najprawdopodobniej wzięła ją ze 
słoika, który stał przy łóżku Letycji Blacklock. 
Były tam tylko trzy tabletki. Zażyła dwie. Jedna 
została. Lekarz zabrał tę jedną i posłał do 
analizy. Stanowczo twierdzi, że to nie aspiryna.
- Dora Bunner nie żyje?
- Tak. Rano znaleziono ją w łóżku. Umarła we 
śnie, jak mówi lekarz. Nie zdaje mu się, że to 
śmierć naturalna, jakkolwiek zmarła była 
słabego zdrowia. Podejrzewa zatrucie 
narkotykiem. Sekcja wyznaczona na dzisiejszy 
wieczór.
- Aspiryna przy łóżku Letycji Blacklock - 
powiedział Craddock. - Przebiegły, wyjątkowo 
przebiegły zbrodniarz. Wiem od Patryka, że 
panna Blacklock wyrzuciła otwartą i do połowy 
tylko wypitą butelkę kseresu. Słoik z aspiryną 
nie przyszedł jej na myśl. Kto był ostatnio w 
Little Paddocks? Wczoraj?... Przedwczoraj... 
Tabletki nie mogły leżeć długo.
- Całe towarzystwo bawiło tam wczoraj - odparł 
Rydesdale - na przyjęciu z okazji urodzin Dory 
Bunner. Każdy z gości mógł wymknąć się na 
piętro i dokonać zamiany. Ale i każdy 
domownik mógł to zrobić w dowolnej porze.

background image

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ALBUM

Panna Marple, ciepło ubrana, zatrzymała się 
przed furtką do ogrodu probostwa i wzięła list, 
który podała jej pani Harmon.
- Powiedz, ciociu Jane, pannie Blacklock, że 
Julian nie może stawić się osobiście, chociaż mu 
niezmiernie przykro. Ktoś z jego parafian 
umiera w Locke Hamlet. Przyjedzie po 
południu, jeśli panna Blacklock będzie sobie 
życzyć. List jest w sprawie pogrzebu. Julian 
proponuje środę, skoro rozprawa śledcza ma 
odbyć się we wtorek. Biedna, stara Bunny. Jakie 
to typowe dla niej, prawda? Zażyła truciznę 
przeznaczoną dla kogoś innego! Do widzenia, 
kochanie! Myślę, że nie zmęczy cię krótki 
spacer. Niestety, śpieszę się, bo natychmiast 
muszę zawieźć do szpitala chore dziecko.
Panna Marple odrzekła, że na pewno nie zmęczy 
jej krótki spacer, a Bułeczka odjechała szybko.
Czekając na panią domu, panna Marple 
rozglądała się po salonie i zastanawiała się, co 
Dora Bunner mogła mieć na myśli, gdy mówiła 
Pod Bławatkiem, że, jej zdaniem, Patryk 
zmajstrował coś przy lampie, aby zgasła. Przy 
jakiej lampie? Co "zmajstrował"?
"Niewątpliwie - myślała - chodziło o małą 
lampę, stojącą na stoliku przy arkadzie". Dora 
Bunner mówiła coś o pasterce i pasterzu, a ta 
lampa to właśnie delikatna saska porcelana, 

background image

pasterz w błękitnym kaftanie i różowych 
spodniach. W ręku trzyma lichtarz, który został 
potem przerobiony na lampę elektryczną. 
Abażur z gładkiego pergaminu jest trochę za 
duży i prawie przesłania figurkę. Co więcej 
powiedziała Dora Bunner? "Doskonale 
pamiętam, że wtedy to była pasterka, a nie 
pasterz, a następnego dnia..." Tym razem jest to 
pasterz. Nie ulega wątpliwości.
Panna Marple pamiętała, że podczas 
podwieczorku w Little Paddocks Dora Bunner 
napomknęła coś o dwóch lampach. Oczywiście! 
Pasterz i pasterka... W ów piątkowy wieczór na 
stoliku musiała znajdować się pasterka, a 
następnego dnia była druga lampa - pasterz, 
który obecnie tu stoi. Ktoś zamienił je w nocy. A 
Dora Bunner miała powód do podejrzeń (czy też 
podejrzewała bez powodu), że zrobił to Patryk.
Dlaczego? Bo gdyby zbadać stojącą tam w czasie 
napadu lampę, wyszłoby na jaw, co Patryk 
"zmajstrował, aby zgasła". Panna Marple 
spojrzała z zainteresowaniem na lampę. Sznur 
włączony do kontaktu w ścianie leżał z boku na 
blacie stolika. Pośrodku miał wyłącznik w 
kształcie gruszki. Niewiele to mówiło starszej 
pani, która nie miała pojęcia o elektryczności.
"Gdzie może być pasterka? - medytowała 
głęboko. - W jakimś schowku? A może 
wyrzucona? I gdzie to Dora Bunner przyłapała 
Patryka z zatłuszczonym słoikiem? W 
zaroślach?" Panna Marple postanowiła, że 

background image

porozmawia o tym wszystkim z inspektorem 
Craddockiem.
Z początku panna Blacklock podejrzewała, że to 
jej siostrzeniec, Patryk, zamieścił ogłoszenie w 
"Gazetce". Takie instynktowne odczucia często 
znajdują potwierdzenie. Bo jeżeli zna się dobrze 
człowieka, wiadomo, na co go stać.
Patryk Simmons...
Przystojny, ujmujący chłopiec. W guście kobiet 
- zarówno młodych, jak starszych. Zapewne 
nieco w typie mężczyzny, którego poślubiła 
siostra Randalla Goedlera. Czy Patryk Simmons 
mógłby być Fipem? Nie! Podczas wojny służył w 
marynarce. Policja to sprawdziła.
Chociaż niekiedy zdarzały się jeszcze bardziej 
dziwne wcielenia... Przy odpowiednim tupecie 
można daleko zajechać.
Drzwi otwarły się i do salonu weszła panna 
Blacklock. Panna Marple pomyślała o niej, że 
ogromnie się postarzała, jak gdyby utraciła całą 
energię i witalność.
- Stokrotnie przepraszam, że zakłócam pani 
spokój - szepnęła. - Niestety, pastor musi być 
przy konającym parafianinie, a Bułeczka musi 
zawieść do szpitala chore dziecko. Pastor napisał 
do pani kilka słów.
Podała jej list. Panna Blacklock rozdarła 
kopertę.
- Zechce pani usiąść. Bardzo proszę. Dziękuję za 
życzliwość - powiedziała panna Blacklock i 
przebiegła wzrokiem kartkę.

background image

- Proboszcz jest delikatny i rozumny - 
powiedziała spokojnie. - Nie występuje z 
kondolencjami. Zechce mu pani powtórzyć, że 
propozycję przyjmuję... - głos załamał się jej 
nagle - przyjmuję z podziękowaniem.
- Jestem osobą obcą - powiedziała cicho panna 
Marple - ale szczerze, gorąco pani współczuję.
W przystępie nagłej, nieposkromionej rozpaczy 
Letycja Blacklock rozpłakała się żałośnie, 
beznadziejnie. Panna Marple nie usiłowała jej 
pocieszać. Milczała. Po chwili tamta uspokoiła 
się trochę, podniosła twarz obrzmiałą, wilgotną 
od łez.
- Przepraszam... - szepnęła. - Tak to mnie 
napadło. Ona... Bunny, rozumie pani, była 
ostatnim ogniwem łączącym mnie z 
przeszłością... Była jedyną osobą, która... która 
pamiętała. Teraz, kiedy odeszła, zostałam 
zupełnie sama.
- Dobrze panią rozumiem... Człowiek pozostaje 
zupełnie sam, gdy odchodzi ktoś ostatni, kto 
pamięta. Ja mam siostrzeńców, siostrzenice, 
kochanych przyjaciół, ale nie pozostał już nikt z 
odległej przeszłości, kto by pamiętał mnie jako 
młodą dziewczynę. Od bardzo dawna, droga 
paru, jestem zupełnie sama.
Obydwie umilkły na chwilę.
- Pani rozumie to doskonale - podjęła Letycja 
Blacklock, zmierzając w stronę biurka. - Muszę 
napisać kilka słów do proboszcza. - Pióro 
trzymała niezręcznie, poruszała nim wolno. - 

background image

Artretyzm - wyjaśniła. - Czasami wcale nie 
mogę pisać. Pani będzie łaskawa... - urwała, 
posłyszawszy odgłos męskich kroków w holu. - 
To pewnie inspektor Craddock.
Podeszła do lustra nad kominkiem i małym 
puszkiem upudrowała twarz.
Craddock wszedł do pokoju przygnębiony i 
zdenerwowany. Niechętnie spojrzał na pannę 
Marple.
- Oo!... Pani tutaj - powiedział.
Pani domu żywo odwróciła się od lustra.
- Panna Marple była tak dobra, że przyniosła mi 
list od pastora - wyjaśniła.
Panna Marple była wyraźnie zakłopotana.
- Już idę, inspektorze... Już idę... Nie chciałabym 
przeszkadzać panu... Bynajmniej.
- Była pani tu wczoraj na przyjęciu?
- Nie, nie! - odpowiedziała nerwowo. - Nie 
byłam... Pani Harmon zawiozła mnie do swoich 
przyjaciół.
- A więc od pani niczego się nie dowiem. 
Craddock wstał i wymownie otworzył drzwi, a 
starsza pani podreptała w ich stronę z miną 
wyraźnie zakłopotaną.
- Starsze kobiety są strasznie wścibskie - 
powiedział inspektor.
- Jest pan dla niej niesprawiedliwy - obruszyła 
się pani domu. - Naprawdę przyniosła mi list od 
pana Harmona.
- Oczywiście! W to nie wątpię.
- Nie sądzę, by powodowała nią tylko ciekawość.

background image

- Zapewne ma pani słuszność... Osobiście jednak 
jestem zdecydowanie przeciwny wścibskim 
starszym paniom, które wszędzie lubią wtykać 
swój nos.
- To nieszkodliwa, poczciwa staruszka - 
zaoponowała panna Blacklock.
- Niebezpieczna jak żmija, jeżeli pani chce 
wiedzieć! - wybuchnął inspektor.
Nie kwapił się do dalszych zwierzeń. Wiedział 
przecież, że morderca grasuje gdzieś w pobliżu, 
był więc zdania, że im mniej będzie powiedziane, 
tym lepiej. Nie życzył sobie, by kolejną ofiarą 
miała zostać Jane Marple.
Morderca grasuje... Gdzieś w pobliżu?... Gdzie?
- Nie będę tracił czasu na wyrazy współczucia - 
podjął.
- Prawdę mówiąc, śmierć panny Bunner 
dotknęła mnie boleśnie. Powinniśmy byli temu 
zapobiec, proszę pani.
- Nie rozumiem, co policja mogłaby zrobić.
- Hm... Sprawa nie byłaby łatwa. Naturalnie. 
Ale teraz musimy działać szybko. Kto jest 
sprawcą, proszę pani? Kto dwukrotnie dybał na 
pani życie i niewątpliwie podejmie wkrótce 
trzecią próbę, jeżeli nie przeszkodzimy mu w 
porę?
Letycja Blacklock wzdrygnęła się nerwowo.
- Niewierni... Skąd ja mogłabym wiedzieć, 
inspektorze?
- Odwiedziłem panią Goedler. Chciała mi być 
pomocna, proszę pani, ale sama wie bardzo 

background image

niewiele. W każdym razie jest kilka osób, 
którym pani śmierć bezspornie przyniosłaby 
korzyść. Przede wszystkim to Fip i Emma. 
Patryk i Julia Simmonsowie są w odpowiednim 
wieku, ale ich przeszłość nie nastręcza 
wątpliwości. Zresztą nie wolno poświęcać całej 
uwagi tylko tej parze. Proszę pani! Czy obecnie 
poznałaby pani Sonię Goedler?
- Sonię? Oczywiś... - urwała nagle. - Nie... Chyba 
nie, inspektorze. To tak strasznie dawno. 
Trzydzieści lat. Sonia musi być teraz starą 
kobietą.
- A jak wyglądała w dawnych czasach?
- Sonia?... - Panna Blacklock zastanawiała się 
przez moment. - Była niewysoka... 
Ciemnowłosa... Śniada.
- Miała może jakieś cechy szczególne? Coś 
zwracającego uwagę w sposobie bycia?
- Nie... Nie wydaje mi się. Była wesoła. 
Naprawdę bardzo wesoła.
- Dziś mogłaby nie być wesoła - podchwycił 
inspektor.
- Ma pani jakieś jej fotografie?
- Soni? Zaraz... Niech no sobie przypomnę. 
Dobrej fotografii nie miałam nigdy. Ale... Mam 
jakieś stare zdjęcia w albumie... W każdym 
razie powinno tam być chociaż jedno jej zdjęcie.
- Mógłbym je obejrzeć?
- Oczywiście. Tylko gdzie może być ten album?
- Proszę pani! Czy pani uważa za możliwe... za 
niewykluczone, że pani Swettenham mogłaby 

background image

być Sonia Goedler? - zapytał Craddock.
- Pani Swettenham! - Letycja Blacklock 
spojrzała nań z niekłamanym zdumieniem. - 
Przecież jej maż był urzędnikiem państwowym 
w Indiach, a później, zdaje się, w Hongkongu.
- O czym - podchwycił - wie pani tylko od pani 
Swettenham, nie z autopsji, jak się to mówi 
według terminologii sądowniczej?
- Skoro... Skoro tak pan to formułuje... Ale pani 
Swettenham? Nie! To niedorzeczność.
- Czy Sonia Goedler miała zdolności aktorskie? 
Występowała kiedyś w przedstawieniach 
amatorskich?
- Tak. Nawet była bardzo dobra.
- Właśnie! I jeszcze jedno. Pani Swettenham 
nosi perukę. Lub raczej - poprawił się spiesznie - 
tak twierdzi pani Harmon.
- Cóż... Bardzo możliwe... Te jej drobne, siwe 
loczki. Ale nie. To niedorzeczność. To bardzo 
sympatyczna pani, chociaż czasami śmieszy nas 
wszystkich.
- Pozostają panna Hinchliffe i panna 
Murgatroyd. Czy jedna z nich mogła być Sonią 
Goedler?
- Panna Hinchliffe jest za wysoka. Ma wzrost 
mężczyzny.
- A panna Murgatroyd?
- Nie! Z pewnością nie!
- Pani ma nie najlepszy wzrok, prawda?
- Tak. Jestem krótkowidzem.
- Aha. Bardzo chciałbym, proszę pani, obejrzeć 

background image

zdjęcie Soni Goedler. Niech sobie nawet będzie 
bardzo dawne i mało podobne do oryginału. My 
potrafimy wykrywać podobieństwa nieuchwytne 
dla wzroku niefachowców.
- Postaram się je odszukać.
- Zaraz?
- Dlaczego zaraz?
- Wolałbym tak, proszę pani.
- Dobrze, panie inspektorze. Niech no sobie 
przypomnę... Album widziałam, kiedy 
uprzątałyśmy stare książki ze schowka. 
Pomagała mi Julia. Śmiała się wtedy ze strojów, 
jakie nosiłyśmy w tamtych czasach. Część 
książek przeniosłyśmy na regał do salonu... 
Gdzie upchnęłyśmy albumy i oprawne roczniki 
czasopism? Stanowczo tracę pamięć. Może Julia 
będzie pamiętała. Jest dzisiaj w domu.
- Poszukam jej - zaproponował Craddock i 
wyszedł. Nie znalazł Julii w żadnym z pokoi na 
parterze, a Mitzi, zapytana, gdzie może być 
panna Simmons, odburknęła gniewnie, że to nie 
jej sprawa.
- Ja nie wychodzę z kuchni i zajmuję się tylko 
gotowaniem. I nie jem nic, czego sama nie 
przyrządzę. Nic! Słyszy pan?
- Panno Simmons! - zawołał inspektor w holu, a 
nie doczekawszy się odpowiedzi, poszedł na 
piętro.
Z Julią spotkał się twarzą w twarz przy zakręcie 
podestu. Ukazała się w drzwiach, za którymi 
widać było ciąg kręconych schodów.

background image

- Byłam na poddaszu - oznajmiła. - O co chodzi? 
Inspektor Craddock wyjaśnił.
- A, te stare albumy z fotografiami? Doskonale 
je sobie przypominam. Chyba schowaliśmy je do 
dużej szafy w pracowni. Zaraz poszukam.
Razem z inspektorem zeszła na parter i pchnęła 
drzwi pracowni. Obok okna stała tam duża 
szafa. Julia otworzyła ją i odsłoniła cały skład 
przeróżnych przedmiotów.
- Rupiecie - powiedziała. - Same rupiecie. Ale 
starsi ludzie nie lubią nic wyrzucać.
Craddock przyklęknął i z najniższej półki 
wydobył dwa staroświeckie albumy.
- To te?
- Tak - odpowiedziała Julia.
Do pokoju weszła panna Blacklock.
- Aha... Znaleźli państwo albumy. Właśnie 
przypomniałam sobie, gdzie zostały schowane.
Inspektor ułożył je na stole i począł przewracać 
karty. Kobiety w ogromnych kapeluszach. 
Kobiety w długich sukniach tak wąskich u dołu, 
że prawie uniemożliwiały chodzenie. Fotografie 
z wyblakłymi kaligrafowanymi podpisami.
- Zdjęcia Soni będą w tym albumie - powiedziała 
panna Blacklock. - Na drugiej, może trzeciej 
stronie. Drugi jest późniejszy, już po jej 
zamążpójściu i wyjeździe. - Odwróciła następną 
kartę. - O tutaj... - urwała nagle.
Na tej stronie było kilka pustych miejsc. 
Craddock pochylił się, odcyfrował zblakłe 
podpisy. "Sonia... ja... R.G." "Sonia i Bella na 

background image

plaży". Spojrzał na następną kartę, 
"Charlotta... ja... Sonia... R.G." Wyprostował 
się. Gniewnie przygryzł wargi.
- Ktoś usunął te fotografie - powiedział. - Z całą 
pewnością niedawno.
- Nie było pustych miejsc, kiedy poprzednim 
razem przeglądałyśmy albumy. Prawda, Julio? - 
zapytała panna Blacklock.
- Nie pamiętam dokładnie, bo zwracałam uwagę 
tylko na stroje. Ale tak! Masz rację, ciociu. Nie 
było pustych miejsc.
Craddock zrobił minę jeszcze bardziej poważną.
- Ktoś usunął z albumu wszystkie zdjęcia Soni 
Goedler.

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
LISTY
1

Przykro mi, że znów muszę niepokoić panią.
- Nie szkodzi - odrzekła chłodno Filipa.
- Czy wejdziemy do tego pokoju?
- Do pracowni? Jak pan sobie życzy, 
inspektorze. Ale tam jest bardzo zimno. Nie pali 
się w kominku.
- Nie szkodzi - powiedział tym razem Craddock. 
- Nasza rozmowa będzie krótka. I przynajmniej 
nikt nas nie podsłucha.
- To takie ważne?
- Dla mnie nie. Zapewne dla pani.
- Jak to?

background image

- Zdaje się, mówiła mi pani, że mąż poległ we 
Włoszech?
- Mówiłam. I co?
- Lepiej byłoby chyba powiedzieć prawdę, że 
zdezerterował ze swojego pułku.
Twarz Filipy pobladła, dłonie zacisnęły się w 
pięści i rozprostowały.
- Czy wy musicie wszystko odgrzebywać'? - 
zapytała z goryczą.
- Musimy. I spodziewamy się, że ludzie powiedzą 
nam prawdę o sobie - odrzekł sucho.
Filipa milczała przez chwilę.
- Co dalej? - zapytała wreszcie.
- Jak to co dalej?
- Co pan chce teraz zrobić'? Rozgłosić to? Czy 
to potrzebne... uczciwe... ludzkie?
- Nikt o tym nie wie?
- Tutaj nikt. Harry - głos jej się zmienił - mój 
syn także nie wie. I nie chcę, żeby się dowiedział. 
Nigdy!
- Pozwolę sobie zauważyć, proszę pani, że 
podejmuje pani wielkie ryzyko. Lepiej niech 
pani powie chłopcu prawdę, gdy będzie trochę 
starszy i potrafi zrozumieć. Jeżeli sam dowie się 
kiedyś, przeżyje wielki wstrząs. Będzie go pani 
karmić opowiadaniami o bohaterskim ojcu, 
który poległ na polu chwały i...
- Tego nie robię! - przerwała Filipa. - Nie jestem 
z gruntu nieuczciwa. Po prostu nic nie mówię. 
Ojciec zginął na... wojnie. Ostatecznie dla nas na 
jedno wychodzi.

background image

- Ale pani mąż żyje?
- Skąd mogę wiedzieć?
- Kiedy widziała go pani ostatni raz?
- Od lat go nie widziałam - odpowiedziała 
szybko.
- Od lat? Nie, na przykład, jakieś dwa tygodnie 
temu?
- Co pan ma na myśli?
- Od początku uważałem to za mało 
prawdopodobne, by Rudi Scherz rozmawiał z 
panią w altanie. Ale Mitzi stanowczo przy tym 
obstaje. Sądzę, że tamtego rana opuściła pani 
pracę, żeby spotkać się ze swoim mężem.
- Z nikim nie spotykałam się w altanie.
- Może był w ciężkich tarapatach finansowych i 
dała mu pani trochę pieniędzy?
- Nie widziałam go, powtarzam. Z nikim nie 
spotykałam się w altanie.
- Nierzadko dezerterzy bywają gotowi na 
wszystko. Nierzadko, widzi pani, biorą udział w 
napadach rabunkowych. No i zazwyczaj mają 
zagraniczne rewolwery przemycone do kraju.
- Nie wiem, gdzie może być mój mąż. Od lat go 
nie widziałam.
- Czy to ostatnie pani słowo?
- Nic więcej nie mam do powiedzenia.

2

Inspektor Craddock był zły i przygnębiony po 
rozmowie z Filipa Haymes.

background image

- Uparta niczym muł - mamrotał do siebie. Był 
pewien, że Filipa kłamie, lecz nie potrafił 
przełamać jej oporu. Chętnie dowiedziałby się 
więcej o byłym kapitanie. Informacje miał nader 
skąpe. Zła opinia w wojsku, lecz nic nie 
wskazywało na to, że mógł zejść na drogę 
przestępstwa. No i całkiem niepodobna, aby 
Haymes naoliwił drzwi. Musiał to zrobić ktoś z 
domowników lub ktoś, kto miał łatwy dostęp.
Przystanął w holu, spojrzał ku schodom i nagle 
zadał sobie pytanie, co Julia robiła na poddaszu. 
"Strych - pomyślał - to całkiem niewłaściwe 
miejsce dla tak eleganckiej, młodej osoby. Po co 
tam poszła?"
Pobiegł na piętro, a nie widząc nikogo w 
pobliżu, otworzył drzwi, z których wyłoniła się 
Julia, i po kręconych schodach wspiął się na 
strych.
Zobaczył stare kufry, walizy, rozmaite 
połamane meble, krzesło bez jednej nogi, 
stłuczoną porcelanową lampę, pojedyncze sztuki 
obiadowego serwisu.
Zainteresował się kuframi, jeden otworzył. W 
środku były ubrania. Staromodna damska 
garderoba w dobrym gatunku. Mogła należeć do 
panny Blacklock albo do jej nieżyjącej siostry. 
Otworzył drugi kufer. Firanki. Portiery. Sięgnął 
po niewielką walizkę. Zawierała papiery i listy. 
Bardzo stare, pożółkłe listy. Spojrzał na wieczko 
opatrzone inicjałami C.L.B. i wywnioskował, że 
walizka musiała należeć do siostry Letycji, 

background image

Charlotty. Rozwinął jeden z listów. Zaczął 
czytać. "Najdroższa Charlotto! Wczoraj Bella 
czuła się tak dobrze, że mogła wybrać się na 
piknik. R.G. też zrobił sobie wolny dzień. Akcje 
Asvogeł znakomicie zwyżkowały. R.G. jest 
bardzo kontent". Craddock darował sobie 
resztę listu i spojrzał na podpis: "Kochająca cię 
siostra, Letycja".
Sięgnął po następny arkusik: "Najdroższa 
Charlotto! Gorąco pragnę, żebyś zdecydowała 
się wreszcie na widywanie ludzi od czasu do 
czasu. Stanowczo przesadzasz. To nie 
przedstawia się aż tak źle, jak sobie wyobrażasz. 
Na takie rzeczy nikt nie zwraca uwagi. Nie jest 
to przecież tak widoczne zniekształcenie".
Craddock przypomniał sobie, że Bella Goedler 
mówiła o jakimś kalectwie czy zniekształceniu 
Charlotty. Letycja rzuciła wszystko, aby 
zaopiekować się ciężko chorą siostrą. Te listy 
dowodzą miłości, serdecznej troski. Relacjonują 
bieżące wydarzenia, najdrobniejsze szczegóły 
dni powszednich, po to zapewne, by 
zainteresować, rozerwać żyjącą w odosobnieniu 
kalekę. No i Charlotta zachowała te listy. Do 
niektórych załączono stare zdjęcia amatorskie...
Craddock odczuł nagle podniecenie. W tych 
listach może tkwić klucz do zagadki, jakiś 
znamienny szczegół, zapomniany przez Letycję 
Blacklock! Szczegółowe relacje z przeszłości 
mogą zawierać coś, co przyczyni się do odkrycia 
niewiadomej! I fotografie!

background image

A może znajdzie się pomiędzy nimi jakieś 
zdjęcie Soni Goedler, o którym nie wiedział ktoś, 
kto jej podobizny usunął z albumu!
Starannie ułożył listy, zamknął walizkę i zaczął 
schodzić na dół. Na podeście spotkał Letycję 
Blacklock, która spojrzała nań ze zdziwieniem.
- To pan był na strychu? Słyszałam kroki i 
właśnie zastanawiałam się, kto...
- Proszę pani! - przerwał. - Znalazłem listy, 
które pani pisywała przed laty do swojej siostry, 
Charlotty. Pozwoli pani, że zabiorę je i 
przeczytam?
- Czy to konieczne? - obruszyła się gniewnie. - 
Dlaczego? Co takie listy mogą panu dać?
- Mogą dać mi jakiś obraz Soni Goedler... jej 
sposobu bycia, charakteru. Mogą tam być 
aluzje, opisy zdarzeń, które okażą się pomocne.
- To prywatna korespondencja, inspektorze.
- Wiem, proszę pani.
- Sądzę, że i tak weźmie pan listy... Ma pan do 
tego prawo, albo... albo łatwo je uzyska. Proszę 
je zabrać... Tak! Proszę je zabrać. Niewiele 
dowie się pan o Soni. Wyszła za mąż i odjechała 
w niespełna dwa lata po rozpoczęciu przeze 
mnie pracy u Randalla Goedlera.
- W każdym razie może coś w nich znajdę - 
powiedział stanowczo i dodał zaraz: - Musimy 
próbować wszystkiego. Niebezpieczeństwo jest 
bardzo realne.
Panna Blacklock przygryzła wargi.
- Tak. Bunny nie żyje. Zamiast aspiryny zażyła 

background image

truciznę przeznaczoną dla mnie i umarła. Kto 
będzie następny? Patryk? Julia? Może Filipa 
Haymes albo Mitzi? Ktoś młody, kto ma przed 
sobą długie życie? Ktoś, kto wypije 
przeznaczony dla mnie kieliszek wina albo zje 
podarowaną mi czekoladkę... Tak! Proszę 
zabrać te listy. Przeczytać, a później spalić. Nie 
mają żadnego znaczenia dla nikogo z wyjątkiem 
mnie i Charlotty.
Wszystko minęło... Przeszło... Nikt już nie 
pamięta.
Podniosła dłoń do swojej kolii ze sztucznych 
pereł, która, zdaniem inspektora, nie pasowała 
absolutnie do sportowych tweedów.
- Tak. Proszę zabrać te listy - powtórzyła.

3

Mimo niepogody i wiatru następnego dnia po 
południu inspektor Craddock przyszedł na 
probostwo.
Panna Marple siedziała koło kominka, na 
którym płonął ogień i pracowicie robiła na 
drutach. Pani Harmon, klęcząc, kroiła na 
podłodze materiał według wykroju.
Wyprostowała się i odgarnąwszy włosy z czoła, 
spojrzała na detektywa z wyrazem oczekiwania.
- Może to będzie nadużycie zaufania - 
powiedział, zwracając się do panny Marple - 
chciałbym jednak, by pani rzuciła okiem na ten 
list.

background image

Wyjaśnił okoliczności, w jakich dokonał 
odkrycia, i mówił dalej:
- To, proszę pani, wzruszająca seria listów. 
Panna Blacklock pisała o wszystkim, co, jak 
sądziła, może obudzić zainteresowanie życiem i 
wpłynąć korzystnie na stan zdrowia siostry. W 
dalszym planie dokładnie widać obraz ojca, 
starego doktora Blacklocka. To prawdziwy 
tyran o zakutej głowie, uparty i święcie 
przekonany, że wszystko, co myśli albo mówi, 
jest absolutnie słuszne. Musiał wyprawić na 
tamten świat tysiące pacjentów, bo był zaciętym 
wrogiem wszelkich nowych poglądów i metod.
- Nie wiem, czy osobiście miałabym mu to za złe 
- powiedziała panna Marple. - Wydaje mi się, że 
młodzi lekarze są zbyt skorzy do 
eksperymentowania. Doprawdy, wolę 
staroświeckie leki w dużych ciemnych 
butelkach. Przynajmniej można je wylać do 
zlewu i nikomu to nie zaszkodzi.
Sięgnęła po list, który podawał jej Craddock.
- Chciałbym - powiedział - by pani to 
przeczytała, ponieważ lepiej niż ja rozumie pani 
ludzi z tamtego pokolenia. Ja nie bardzo 
pojmuję, jakim torem szło ich rozumowanie.
Panna Marple rozprostowała kruchy arkusik.

Nadroższa Charlotto!
Przez dwa dni nie pisałam, gdyż wyniknęły 
okropne komplikacje domowe. Siostra 
Randalla, Sonia... (Przypominasz ją sobie, 

background image

prawda? Raz zabrała cię na przejażdżkę 
samochodem. Ach! Jak bym chciała, abyś 
wychodziła z domu!). Otóż siostra Randalla, 
Sonia, oznajmiła, że zamierza wyjść za 
niejakiego Dymitra Stamfordisa. Widziałam go 
tylko jeden raz. Bardzo interesujący i 
przystojny, ale, że się tak wyrażę, na zaufanie 
nie zasługuje. R.C. pieni się i powiada, że to 
skończony nicpoń i oszust. Bella, kochana Bella! 
Leżąc na sofie, tylko się uśmiecha. Sonia, taka 
opanowana na pozór, to nie lada złośnica. 
Wścieka się na R.G. Wczoraj myślałam, że go 
chyba zamorduje! Robiłam, co mogłam. 
Rozmawiałam z Sonią, rozmawiałam z RC., 
obydwoje przywiodłam do jakiego takiego 
rozsądku, ale następnego dnia, kiedy się znów 
spotkali, wszystko wybuchło od nowa! Nie 
wyobrażasz sobie nawet, jakie to przykre! RG. 
zebrał informacje i rzeczywiście ten Stamfordis 
wygląda na konkurenta w najwyższym stopniu 
nieodpowiedniego.
Tymczasem sprawy handlowe są oczywiście 
zaniedbywane. Sama radzę sobie w biurze i 
nawet bawię się doskonale, bo R.G. pozostawia 
mi wolną rękę. Wczoraj powiedział: "Chwała 
Bogu, pozostała mi na świecie jedna osoba przy 
zdrowych zmysłach. Ty nigdy nie zakochasz się 
w szubrawcu. Prawda, Blackie?". 
Odpowiedziałam, że najprawdopodobniej nigdy 
nie zakocham się w nikim, a on na to: "Cóż, 
Blackie, wytniemy jakąś nową sztukę w City, 

background image

dobrze?". Straszny z niego ryzykant i czasami 
zanadto puszcza wodze własnym fantazjom. 
Powiada: "Ty, Blackie, mocno postanowiłaś 
trzymać mnie na prostej i wąskiej ścieżce, 
prawda?". Tak! Z całą pewnością! Nie 
rozumiem, jak można nie wiedzieć, że to czy owo
jest nieuczciwe, ale R.G. rzeczywiście nie zdaje 
sobie z tego sprawy. Dostrzega tylko, że coś stoi 
w wyraźnej kolizji z prawem. Bella śmieje się z 
całej tej historii. Zamęt wokół afery sercowej 
Soni uważa za czysty nonsens. Sonia ma własny 
majątek - powiada. - Czemu nie miałaby 
poślubić kogoś, kogo chce? Powiedziałam, że to 
małżeństwo może okazać się fatalną omyłką, a 
ona na to: "Związek z kimś, kogo chce się za 
męża, nigdy nie może być omyłką, jeżeli nawet 
żałuje się tego później".
Mówi też, że Sonia nie życzy sobie zupełnego 
zerwania z Randallem przez wzgląd na jego 
pieniądze. Zdaniem Belli Sonia bardzo lubi 
pieniądze.
Ale starczy na ten temat Jak się czuje ojciec? 
Nie proszę, abyś przekazała mu ode mnie czułe 
pozdrowienia, ale możesz to zrobić, jeżeli 
sądzisz, że tak będzie lepiej. Czy częściej 
widujesz ludzi? Doprawdy, kochanie, nie 
powinnaś tak bardzo poddawać się chorobie. 
Sonia prosi, by pozdrowić cię od niej. Przyszła 
właśnie i zaciska pięści, a później rozprostowuje 
palce, niby zagniewana kotka ostrząca pazury. 
Myślę, że ma za sobą nową kłótnię z R.G.

background image

Tak! Sonia potrafi być nad wyraz irytująca, 
kiedy mierzy kogoś tym swoim pogardliwym, 
lodowatym spojrzeniem.
Tysiące ucałowań, moja najdroższa, i uszy do 
goryl Kuracja jodowa może posłużyć ci 
doskonale. Dowiadywałam się i wygląda na to, 
że wyniki były naprawdę dobre.
Kochająca cię siostra - Letycja.

Panna Marple złożyła list i oddała inspektorowi. 
Najwyraźniej była zamyślona.
- I co pani powie? - zapytał Craddock. - Jaki to 
daje obraz?
- Soni? Trudno, widzi pan, dojrzeć coś za 
pośrednictwem cudzych myśli. Miała silną wolę, 
to pewne. I stawiała na lepszy z dwu światów.
- "Zaciska pięści, a później rozprostowuje palce 
niby zagniewana kotka..." - bąknął. - Kogoś mi 
to przypomina...
Z wyrazem zastanowienia zmarszczył czoło.
- "R.G. zebrał informacje..." podjęła panna 
Marpłe.
- Ach, żeby tak można było poznać treść tych 
informacji - westchnął inspektor.
- Ciociu Jane, czy ten list przypomina ci coś z 
Saint Mary Mead? - zapytała pani Harmon 
niewyraźnie, ponieważ usta miała pełne szpilek.
- Bo ja wiem, Bułeczko... Może doktor Blacklock 
jest nieco podobny do pana Curtissa, pastora 
metodystów. Tamten nie pozwalał swojemu 
dziecku nosić aparatu prostującego uzębienie. 

background image

Powiadał, że wolą boską jest, by te zęby 
sterczały do przodu. Powiedziałam mu raz: "A 
przecież pan przystrzyga brodę i obcina włosy. 
Czy nie jest wolą boską, by pańskie uwłosienie 
rosło swobodnie?". Prawdziwie po męsku 
odrzekł, że to zupełnie inna sprawa. Cóż, ta 
analogia nie pomoże nam w rozwikłaniu 
zagadki.
- Nie wpadliśmy na ślad rewolweru. Wiemy 
tylko, że Rudi Scherz nie był jego właścicielem. 
Gdybym wiedział, kto w Chipping Cleghorn 
miał rewolwer...
- Pułkownik Easterbrook! - podchwyciła 
Bułeczka.
- Trzyma rewolwer w szufladzie na kołnierzyki.
- Skąd pani wie?
- Od pani Butt. To moja pomoc domowa na 
przychodne. Powiedziała mi, że pułkownik, jako 
były wojskowy, ma rewolwer. To całkiem 
naturalne - jak mówiła - i pożyteczne w razie 
włamania.
- Kiedy to powiedziała?
- O, przed wiekami! Jakieś pół roku temu.
- Hm... Pułkownik Easterbrook? - zamamrotał 
Craddock.
- Coś jak w jarmarcznej ruletce fantowej, 
prawda?
- podjęła Bułeczka z ustami nadal pełnymi 
szpilek. - Strzałka kręci się i wskazuje za 
każdym razem inny numer.
- Mnie to pani mówi?!

background image

- Któregoś dnia pułkownik był w Little 
Paddocks i przyniósł książkę. Mógł wtedy 
naoliwić drzwi. Otwarcie mówił o swoich tam 
odwiedzinach. Nie mętnie, jak panna Hinchliffe.
Panna Marple zakasłała dyskretnie.
- Należy, inspektorze, brać poprawkę na czasy, 
w jakich żyjemy.
Craddock spojrzał na nią ze zdziwieniem.
- Ostatecznie pan jest z policji, prawda? Ludzie 
nie mogą dziś mówić policji wszystkiego, co 
mieliby do powiedzenia.
- Nie rozumiem czemu, jeżeli nie mają do 
ukrycia jakiegoś przestępczego czynu?
- Ciocia Jane ma na myśli masło - zabrała głos 
Bułeczka, która pełzała właśnie na czworakach 
dokoła nogi od stołu, aby pochwycić zabłąkany 
kawałek wykroju. - Masło albo poślad dla 
drobiu... Czasami może to być śmietanka lub 
nawet połeć bekonu.
- Pokaż inspektorowi, Bułeczko, te kilka słów 
skreślonych przez pannę Blacklock. Napisane 
zostały dawno, ale brzmią jak z powieści 
kryminalnej.
- Co ja z tym mogłam zrobić... Aha! Mam!... O 
tę karteczkę ci chodziło, ciociu Jane?
Panna Marple spojrzała na arkusik papieru i 
przytaknąwszy skinieniem głowy, podała go 
Craddockowi.
"Mam wiadomości. Czwartek będzie właściwym 
dniem. O każdej porze po trzeciej po południu. 
Jeżeli będzie coś dla mnie, proszę zostawić w 

background image

zwykłym miejscu".
Pani Harmon wyjęła szpilki i parsknęła 
śmiechem. Panna Marple przyglądała się 
ciekawie twarzy inspektora.
Bułeczka pośpieszyła z wyjaśnieniami:
- W czwartek jeden z okolicznych farmerów 
robi zazwyczaj masło. Każdemu z odbiorców 
sprzedaje trochę. Po towar zgłasza się 
najczęściej panna Hinchliffe. Ona ma kontakty z 
farmerami, pewno dlatego, że hoduje świnie. Ale 
to, rozumie pan, są sprawy wstydliwe. Sprawy 
lokalnego czarnego rynku i handlu wymiennego. 
Ktoś otrzymuje masło, a daje za nie na przykład 
ogórki albo trochę mięsa nielegalnie ubitej 
świni, od czasu do czasu jakiemuś zwierzęciu 
zdarza się wypadek i trzeba je spiesznie dobić. 
Takie, inspektorze, rozmaite drobiazgi, z 
których, rzecz jasna, niezręcznie zwierzać się 
policji. Bo to transakcje przeważnie nielegalne, 
prawda? Niewątpliwie Hinch miała przyjść 
ukradkiem do Little Paddocks i pozostawić "w 
zwykłym miejscu" masło. Nawiasem mówiąc, to 
puszka na mąkę. Puszka, w której nigdy nie 
było mąki.
- Cieszę się - powiedział Craddock - że 
wybrałem się tutaj porozmawiać z paniami.
- Albo kupony odzieżowe - ciągnęła pani 
Harmon. - Nie kupuje się ich zazwyczaj. To 
uchodzi za nieuczciwość. Pieniądze nie 
przechodzą z rąk do rąk. Ale takiej pani Butt, 
Finch lub Higgins podoba się prawie nowe 

background image

zimowe palto albo sukienka z dobrej wełny, więc 
jedna z tych pań kupuje to i płaci kuponami 
odzieżowymi zamiast pieniędzy.
- Lepiej niech pani nie opowiada mi więcej - 
powiedział Craddock.
- To wszystko jest sprzeczne z obowiązującymi 
przepisami.
- Nie powinno być równie głupich przepisów - 
podchwyciła Bułeczka. - Ja nie mam z tym nic 
wspólnego, bo Julian nie pozwala. Ale wiem 
oczywiście, co dzieje się dokoła.
Inspektor poczuł, że ogarnia go bezsilna 
wściekłość.
- Takie rzeczy wydają się zabawne, zwyczajne, a 
tu ofiarą mordercy padło dwoje ludzi, a trzecia 
osoba może zginąć, zanim wpadniemy na 
jakikolwiek trop. Chwilowo przestałem głowić 
się nad Fipem i Fjnmą. Interesuje mnie Sonia. 
Chciałbym dowiedzieć się, jak wyglądała. W 
paczce listów znalazłem kilka zdjęć 
amatorskich, ale jej nie ma na żadnym.
- Skąd pan wie? Ma pan jej rysopis?
- Była drobna, ciemnowłosa i śniada. To wiem 
od panny Blacklock.
- Naprawdę? Bardzo interesujące... Bardzo - 
bąknęła panna Marple.
- Jedno zdjęcie kogoś mi przypomina. Młoda, 
wysoka blondynka z wysoko upiętymi włosami. 
Nie mam pojęcia kto to, ale na pewno nie Sonia. 
Sądzi pani - zwrócił się do pastorowej - że w 
młodych latach pani Swettenham mogła być 

background image

brunetką?
- Może raczej szatynką - powiedziała Bułeczka. - 
Ma niebieskie oczy.
- Liczyłem, że znajdę fotografię Dymitra 
Stamfordisa, ale chyba to były zbyt wybujałe 
nadzieje... Cóż... - złożył list. - Szkoda, że nic tu 
pani nie znalazła - zwrócił się do panny Marple.
- Ależ znalazłam, inspektorze! Znalazłam to i 
owo. Radzę jeszcze raz przeczytać ten list z 
uwagą.
Craddock spojrzał na nią ze zdziwieniem i w tej 
chwili zadzwonił telefon. Pani Harmon 
dźwignęła się z klęczek i wyszła do holu, gdzie - 
zgodnie z najlepszymi wiktoriańskimi 
tradycjami - zainstalowano niegdyś aparat i tak 
już pozostało.
- Do pana, inspektorze - powiedziała, wróciwszy 
do ba-wialni.
Zdziwiony nieco Craddock spiesznie opuścił 
pokój i przezornie zamknął drzwi za sobą.
- Craddock? Tu Rydesdale.
- Słucham, panie pułkowniku.
- Przejrzałem pański meldunek. Jak wynika z 
niego, Filipa Haymes twierdzi z uporem, że od 
dawna nie widziała męża. To się zgadza, 
prawda?
- Tak jest, panie pułkowniku. Twierdzi 
stanowczo. Ale moim zdaniem, nie mówi 
prawdy.
- Ma pan rację, Craddock. Pamięta pan 
wypadek drogowy sprzed jakichś dziesięciu dni? 

background image

Mężczyzna potrącony przez ciężarówkę został 
zabrany do szpitala w Milchesterze. Wstrząs 
mózgu i zmiażdżenie miednicy.
- Ten, który wyciągnął dziecko prawie spod kół i 
sam został przejechany?
- Ten sam. Nie miał przy sobie żadnych 
dokumentów i nie zgłosił się nikt, kto mógłby go 
rozpoznać. Sprawiał wrażenie włóczęgi. 
Wczoraj w nocy umarł, nie odzyskawszy 
przytomności. Został już zidentyfikowany. To 
dezerter, były kapitan Ronald Haymes.
- Mąż Filipy?
- Oczywiście. Miał przy sobie bilet autobusowy 
do Chipping Cleghorn i trochę pieniędzy.
- Ma się rozumieć, dostał je od żony. Od 
początku podejrzewałem, że właśnie on był tym 
mężczyzną, który, według zeznań Mitzi, 
rozmawiał w altanie z Filipa Haymes. Ona 
zaprzecza wszystkiemu, ale... Panie pułkowniku! 
Ten wypadek miał chyba miej sce przed...
- Tak - podchwycił Rydesdale. - Haymes znalazł 
się w szpitalu dwudziestego ósmego 
października. Napad w Little Paddocks miał 
miejsce następnego dnia. Ale Filipa Haymes o 
wypadku drogowym nie wiedziała, więc mogła 
myśleć, że miał coś wspólnego z napadem. No i, 
rzecz jasna, trzymała język za zębami. 
Ostatecznie chodziło o jej męża.
- To był waleczny czyn. Prawda, panie 
pułkowniku?
- Uratowanie dziecka spod kół samochodu? 

background image

Oczywiście. Czyn godny najwyższej pochwały. 
Nie sądzę, by Haymes zdezerterował przez 
tchórzostwo. Ha! Należy to już do przeszłości. 
Piękna to śmierć dla kogoś, kto uprzednio 
zszargał sobie opinię.
- Jestem zadowolony - powiedział inspektor - ze 
względu na nią i na ich synka.
- Tak. Chłopiec nie będzie musiał wstydzić się 
ojca, a ta młoda kobieta wyjdzie ponownie za 
mąż, jeżeli zechce.
- Myślałem o tym, panie pułkowniku - podjął 
tonem zastanowienia Craddock. - To otwiera 
pewne możliwości.
- Jest pan na miejscu, Craddock, więc proszę ją 
zawiadomić o... o wypadku.
- Tak jest, panie pułkowniku. Zaraz pojadę... 
Albo raczej zaczekam na jej powrót do Little 
Paddocks. Może doznać wstrząsu, a zresztą 
chciałbym wcześniej zamienić kilka słów jeszcze 
z kimś innym.

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
REKONSTRUKCJA ZBRODNI
1

Przestawię lampę bliżej ciebie, ciociu Jane - 
powiedziała pani Harmon. - Strasznie dziś 
ciemno. Z pewnością zanosi się na burzę.
Przestawiła małą lampkę na drugi koniec stołu, 
tak by oświetlała robótkę, którą zajęta była 
panna Marple, siedząca w głębokim fotelu z 

background image

wysokim oparciem.
Gdy przeciągała przez stół sznur, kot, Tiglat 
Pileser, rzucił się i począł go szarpać pazurami.
- A psik! Nie wolno!... Obrzydliwe kocisko!... 
Spójrz, ciociu, jak wystrzępił izolację! Prawie do 
drutu! Nie rozumiesz, głupi kocie, że mógłby 
porazić cię prąd?
- Dziękuję, Bułeczko - powiedziała panna 
Marple i wyciągnęła rękę, by włączyć światło.
- Nie! Nie tutaj się zapala. Trzeba nacisnąć ten 
wyłącznik w połowie sznura. Chwileczkę, ciociu. 
Uprzątnę tylko kwiaty.
Sięgnęła po stojący na stole wazon z 
nieśmiertelnikami. Kot uniósł w górę ogon i z 
rozmachem uderzył łapą w ramię Bułeczki. 
Trochę wody prysnęło prosto na uszkodzone 
miejsce sznura, a także na Tiglata Pilesera, 
który prychnął gniewnie i zeskoczył na podłogę.
Panna Marple nacisnęła wyłącznik kształtu 
małej gruszki. Rozległ się trzask i błysnęło tam, 
gdzie na wystrzępioną izolację prysnęła woda.
- Mój Boże! - zawołała Bułeczka. - Krótkie 
spięcie! Pewno wszystkie światła poszły. - 
Sprawdziła najbliższy wyłącznik. - Ma się 
rozumieć. To nonsens mieć tylko jedną parę 
korków! Przypalił się też blat stołu. To twoja 
wina, nieznośny kocie! Co się stało, ciociu Jane? 
Czyżbym cię przestraszyła?
- Nie... Nie, Bułeczko. Nagle dostrzegłam coś, co 
powinnam widzieć od dawna.
- Zaraz naprawię korki i przyniosę ci lampę z 

background image

gabinetu Juliana.
- Nie zaprzątaj sobie tym głowy, kochanie. 
Spóźnisz się na autobus. Nie potrzeba mi 
światła. Chcę posiedzieć spokojnie, zastanowić 
się nad czymś. Pośpiesz się, bo ci autobus 
ucieknie.
Po odejściu Bułeczki panna Marple siedziała bez 
ruchu przez parę minut. W bawialni powietrze 
było ciężkie przed nadciągającą burzą.
Panna Marple sięgnęła po arkusik papieru. 
Napisała: "Lampa?" - i podkreśliła grubą linią. 
Po chwili wahania napisała jeszcze jeden wyraz.
Następnie u dołu kartki zaczęła kreślić zwięzłe, 
zagadkowe notatki.

2

W bawialni w Boulders - pokoju raczej 
ciemnym z powodu niskiego sufitu i okien o 
małych szybkach w ołowianej oprawie - 
sprzeczały się panna Hinchliffe i panna 
Murgatroyd.
- Nie chcesz popróbować, Murg - powiedziała 
panna Hinchliffe - i to całe zmartwienie.
- Przecież mówię ci, Hinch, że nic nie mogę sobie 
przypomnieć.
- Zaraz, Murg, zaraz! Przystępujemy do 
konstruktywnego myślenia. Dotychczas nie 
zabłysłyśmy w roli detektywów. W sprawie 
drzwi myliłam się zasadniczo. Nie 
przytrzymywałaś ich, żeby ułatwić robotę 

background image

mordercy. Jesteś oczyszczona z zarzutu!
Panna Murgatroyd uśmiechnęła się niemrawo.
- Takie już nasze szczęście - ciągnęła jej 
przyjaciółka - że mamy jedyną w Chapping 
Cleghorn małomówną pomoc domową. W 
normalnych warunkach dziękuję za to Bogu, ale 
tym razem jej małomówność naprowadziła nas 
na fałszywy trop. Cała osada wie od dawna, że 
ktoś wykorzystał tamte drugie drzwi, a my 
usłyszałyśmy o tym dopiero wczoraj.
- 1 tak nie rozumiem, w jaki sposób...
- W zupełnie prosty! - przerwała panna 
Hinchliffe.
- Nasze założenie wstępne było całkiem 
prawidłowe. Nie sposób jednocześnie 
przytrzymywać skrzydła drzwi, wymachiwać 
latarką elektryczną i strzelać z rewolweru. 
Wobec tego pozostawiłyśmy rewolwer i latarkę, 
a wyeliminowałyśmy drzwi. Tu tkwi błąd. 
Należało wyeliminować rewolwer.
- Przecież na własne oczy widziałam rewolwer. 
Leżał obok niego na podłodze.
- Tak. Ale Rudi Scherz już nie żył. Nie on 
strzelał z rewolweru...
- A więc kto?
- To właśnie zamierzamy wykryć. W każdym 
razie osoba, która wówczas strzelała, podrzuciła 
także zatrutą aspirynę na stolik nocny Letty 
Blacklock i tym sposobem wyprawiła na tamten 
świat biedną Dorę Bunner. Nie mógł to być Rudi 
Scherz, ponieważ sam już nie żył. Zrobił to ktoś, 

background image

kto uczestniczył w przyjęciu urodzinowym i 
najprawdopodobniej był również w salonie 
tamtego piątkowego wieczoru. Jedyna osoba nie 
wchodząca w rachubę to pani Harmon.
- Myślisz, Hinch, że ktoś podrzucił aspirynę w 
czasie przyjęcia urodzinowego?
- Oczywiście.
- Ale w jaki sposób?
- Wszyscy wychodziliśmy do toalety, prawda? - 
Podjęła szorstko panna Hinchliffe. - Ja myłam w 
łazience ręce umazane tym tłustym ciastem. 
Ślicznotka pułkownika Easterbrooka pudrowała 
nosek w sypialnym pokoju Letty Blacklock.
- Hinch! Podejrzewasz, że ona...
- Nie wiem. Chyba nie, bo byłoby to zbyt 
widoczne. Gdyby chciała podrzucie zatrutą 
aspirynę, mijałaby z dala sypialnię przyszłej 
ofiary. Ale wszyscy mieliśmy wiele sposobności.
- Mężczyźni nie chodzili na piętro - wtrąciła 
Amy Murgatroyd.
- Są boczne schody. A zresztą, gdy mężczyzna 
ulatnia się z pokoju, nie śpieszysz za nim, aby 
sprawdzić, czy rzeczywiście idzie tam, dokąd 
twoim zdaniem iść powinien. To byłoby 
niedelikatne. No i nie kłóć się ze mną, Murg! 
Chcę wrócić do pierwszego zamachu na życie 
Letty Blacklock. Na początek mocno wbij sobie 
do głowy fakty związane z tą historią, bo 
wszystko zależy od ciebie.
Panna Murgatroyd zrobiła wystraszoną minę.
- Ach, Hinch! - westchnęła. - Przecież wiesz, 

background image

jaka ja jestem niemądra.
- Nie chodzi przecież o pracę mózgu czy też 
szarej galarety, która u ciebie za mózg uchodzi. 
Potrzebne mi są twoje oczy. Chodzi o to, co 
widziałaś.
- Ależ ja nic nie mogłam widzieć!
- Powtarzam to, co przed chwilą powiedziałam. 
Całe zmartwienie w tym, że nie chcesz 
popróbować. Słuchaj teraz uważnie.
Co się wówczas działo? Ktoś, kto czyhał na życie 
Letty Blacklock, był piątkowego wieczora w 
tamtym pokoju. On... Mówię "on" dla 
ułatwienia, ale nie musiał to być mężczyzna... 
Tyle chyba, że wszyscy mężczyźni to łajdacy i 
świntuchy! Otóż on poprzednio naoliwił drugie 
drzwi wiodące do salonu, które uchodziły za 
ślepe, zabite gwoździami czy coś takiego.
Nie pytaj mnie, kiedy to zrobił, wprowadzisz 
niepotrzebny zamęt. Gdybym zechciała, 
mogłabym o stosownej porze zakraść się do 
jakiegokolwiek domu w Chipping Cleghorn i 
niepostrzeżenie robić przez pół godziny albo 
dłużej wszystko, co by mi się podobało.
Musiałabym tylko sprawdzić, w jakie dni nie 
przychodzi pomoc domowa, a także dokąd i na 
jak długo wychodzą domownicy. To zadanie 
całkiem proste. Ale idziemy dalej. On naoliwił 
drugie drzwi po to, by otwierały się 
bezszelestnie. Przychodzi moment napadu. 
Gasną światła. Drzwi "A" (te normalnie 
używane) otwierają się z trzaskiem. Latarka 

background image

elektryczna. Okrzyk: "Ręce do góry!" 
Tymczasem kiedy wszyscy gapimy się na 
napastnika, X (to chyba będzie najwłaściwsze 
określenie) cichaczem wymyka się do ciemnego 
holu, korzystając z drzwi "B". Staje za plecami 
tego idioty, strzela dwa razy do Letty Blacklock, 
a trzecim strzałem kładzie samego Szwajcara. 
Rzuca rewolwer tak, by tępaki twojego pokroju 
uznały, że strzelać musiał Rudi Scherz, 
następnie zaś wraca ukradkiem do salonu, 
zanim ktokolwiek zdążył poświecić zapalniczką. 
Rozumiesz, Murg?
- Aha... Rozumiem... Ale kto to był?
- Tego nikt nie wie, jeżeli ty nie wiesz.
- Ja? - przeraziła się panna Murgatroyd. Ja nic 
nie wiem. Absolutnie nic. Naprawdę, Hinch!
- Ruszże tą swoją galaretą, którą nazywasz 
mózgiem! Na początek powiedz, gdzie kto się 
znajdował, kiedy zgasło światło?
- Nie wiem.
- Wiesz! Wiesz! Zwariować z tobą można! 
Wiesz, gdzie byłaś, prawda? Obok drzwi, co?
- Tak... Tak! Kiedy on je pchnął, drzwi uraziły 
mnie w odcisk.
- Czemu nie pójdziesz do pedikiurzystki, 
zamiast samej grzebać przy swoich stopach? 
Nabawisz się kiedyś zakażenia krwi. Zobaczysz! 
Jedziemy dalej! Ty byłaś za otwartym 
skrzydłem drzwi. Ja stałam przed kominkiem i 
język wysychał mi z pragnienia. Marzyłam o 
czymś mocniejszym. Letty Blacklock 

background image

znajdowała się przy stoliku pod arkadą; sięgała 
po papierosy. Patryk Simmons wyszedł do tej 
drugiej części salonu, bo tam była taca z butelką 
i kieliszkami. Zgadza się?
- Tak. To wszystko sobie przypominam.
- Świetnie! I jeszcze ktoś wyszedł za Patrykiem 
albo ruszył się, by pójść jego śladem. 
Mężczyzna. Do licha! Nie pamiętam, czy to był 
Easterbrook, czy może Edmund Swettenham. 
Ty nie przypominasz sobie?
- Nie, Hinch.
- No właśnie, Murg! I jeszcze ktoś wszedł wtedy 
do mniejszego pokoju... Oczywiście! Filipa 
Haymes. Dobrze pamiętam, bo spojrzałam na 
jej proste, smukłe plecy i pomyślałam, że ta 
świetnie wyglądałaby na koniu. Patrzyłam na 
nią i właśnie tak sobie myślałam. Podeszła do 
kominka w tamtej części salonu. Nie wiem, 
czego szukała, bo w tym momencie zgasło 
światło.
Jak więc przedstawia się sytuacja? W 
mniejszym pokoju są Patryk Simmons, Filipa 
Haymes i albo pułkownik Easterbrook, albo 
Edmund Swettenham; tego nie wiemy. Uważaj 
teraz, Murg. Zbrodni dokonała 
najprawdopodobniej jedna z tych trzech osób. 
Naturalnym rzeczy porządkiem ktoś, kto 
zamierzał skorzystać z rzekomo ślepych drzwi, 
starałby się być blisko nich w chwili, kiedy zrobi 
się ciemno. Jak powiedziałam zatem, 
najprawdopodobniej winowajcą jest ktoś z tej 

background image

trójki. W takim razie, Murg, ty absolutnie nic 
nie możesz wiedzieć.
Amy Murgatroyd rozpogodziła się wyraźnie.
- Z drugiej strony istnieje możliwość, że nie był 
to nikt z nich. I tu zaczyna się twoja rola.
- Ale skąd ja miałabym coś wiedzieć?
- Jak powiedziałam już, nikt nic nie wie, jeżeli ty 
nie wiesz.
- Dlaczego? Ja nic nie wiem. Przecież nic nie 
mogłam wiedzieć.
- Mogłaś. Na pewno mogłaś. Ty jedna, 
Murgatroyd. Stałaś za skrzydłem otwartych 
drzwi. Nie mogłaś patrzeć na latarkę, bo to 
skrzydło drzwi znajdowało się między nią a 
tobą. Oczy miałaś zwrócone w kierunku smugi 
reflektora. Nas wszystkich blask oślepiał. Ale 
ciebie, Murg, nie oślepiał.
- Tak... mnie nie oślepiał. Nic jednak nie 
widziałam... Smuga światła przesuwała się...
- I wskazywała ci co? Ludzkie twarze, prawda? 
Stoły? Krzesła?
- Tak... Tak! Panna Bunner miała usta szeroko 
otwarte...
Wytrzeszczała oczy, mrugała...
- Nareszcie! - Panna Hinchliffe westchnęła z 
ulgą. - Cała trudność polega na uruchomieniu 
tej twojej szarej galarety! Co dalej?
- Nic więcej nie widziałam. Naprawdę!
- Twierdzisz, że pokój był pusty? Nikt nigdzie 
nie stał? Nie siedział?
- Nie, nie! Skąd znowu! Panna Bunner miała 

background image

usta szeroko otwarte. Pani Harmon siedziała na 
poręczy fotela. Zamknęła oczy i uniosła do 
twarzy zaciśnięte pięści, jak przestraszone 
dziecko.
- Doskonale! Mamy już panią Harmon i pannę 
Bunner. Nie rozumiesz, do czego zmierzam? 
Moja trudność polega na tym, że nie chcę wbijać 
ci do głowy własnych myśli. Skoro ustaliłyśmy, 
kogo widziałaś, wolno nam zadać sobie bardzo 
ważne pytanie, czy może kogoś nie widziałaś. 
Rozumiesz? Oprócz stołów, krzeseł, 
chryzantem, różnych przedmiotów znajdowało 
się w pokoju kilka osób: Julia Simmons, pani 
Swettenham, pani Easterbrook, jej mąż albo też 
Edmund Swettenham, Dora Bunner, Bułeczka 
Harmon. W porządku. Ty widziałaś Bułeczkę i 
Dorę Bunner. Te dwie wykreślamy. Teraz 
pomyśl, Murg, pomyśl spokojnie. Czy 
przypominasz sobie, że kogoś z wymienionych 
osób na pewno nie było w salonie?
Panna Murgatroyd wzdrygnęła się nerwowo, 
gdyż gałąź uderzyła w otwarte okno. Zamknęła 
oczy. Jęła mamrotać do siebie.
- Kwiaty... Kwiaty na stoliku... Duży, głęboki 
fotel... Smuga światła przesuwa się... Ciebie, 
Hinch, nie dosięgła... Pani Harmon...
Zadzwonił telefon. Panna Hinch pośpieszyła do 
aparatu.
- Halo! Kto? Posterunek policji?
Posłuszna panna Murgatroyd miała oczy 
zamknięte. Przeżywała ponownie wieczór 

background image

dwudziestego dziewiątego października. Smuga 
reflektora przesuwa się powoli... Grupa kilku 
osób... Okna... Kanapa... Ściana...
Stolik, a na nim lampa... Arkada... Nagły 
wystrzał z rewolweru.
- To zdumiewające! - powiedziała.
- Co takiego? - krzyczała do telefonu panna 
Hinchliffe. - Jest u was od rana? Od której? I, 
do stu diabłów, dzwonicie do mnie dopiero 
teraz! Teraz! Napuszczę na was Towarzystwo 
Ochrony Zwierząt! Niedopatrzenie? Ładna 
historia! Nic więcej nie macie do powiedzenia?
Z łoskotem rzuciła słuchawkę.
- Pies, powiadają! - zawołała. - Rudy seter! Jest 
na posterunku od rana! Od ósmej rano! Bez 
kropli wody! Idioci! Dopiero teraz dzwonią! Już 
tam jadę, Murg!
Wybiegła z pokoju, a przyjaciółka krzyknęła 
piskliwie jej śladem:
- Hinch! Hej, Hinch! Posłuchaj! Coś 
zdumiewającego!
Nic nie rozumiem, ale...
Panna Hinchliffe pędziła w kierunku szopy, 
która służyła za garaż.
- Pogadamy, jak wrócę! - zawołała. - Nie mogę 
wziąć cię z sobą. Jesteś w rannych pantoflach, 
jak zawsze.
Nacisnęła rozrusznik wozu i po gwałtownym 
szarpnięciu wycofała go z szopy. Panna 
Murgatroyd zdążyła uskoczyć w porę.
- Ale Hinch... Muszę ci powiedzieć, że...

background image

- Jak wrócę!
Za odjeżdżającym szybko samochodem pogonił 
słaby głos dźwięczący nutą wielkiego 
podniecenia:
- Ale, Hinch! Tam jej nie było!

3

Na niebie zbierały się chmury - ciężkie, 
granatowe. Pierwsze krople deszczu spadły, gdy 
panna Murgatroyd patrzyła na oddalający się 
wóz.
Szybko ruszyła w stronę sznura, na którym 
rozwiesiła przed kilkoma godzinami dwie 
wyprane bluzki z dzianiny oraz ciepłą wełnianą 
koszulkę.
- To zdumiewające... Doprawdy - mamrotała do 
siebie. - No i nie zdążę zdjąć... A pranie było 
prawie suche.
Zaczęła mocować się z klamerkami. Po chwili 
odwróciła głowę, gdyż usłyszała odgłos 
zbliżających się kroków.
- Dobry wieczór - uśmiechnęła się życzliwie. - 
Strasznie leje... Proszę wejść do domu.
- Pomogę pani.
- Dziękuję... To przykre, jak wszystko zmoknie i 
robota pójdzie na marne... Powinnam była zdjąć 
cały sznurek, ale myślałam, że jakoś sobie 
poradzę...
- To pani szalik, prawda? Założyć go pani na 
szyję?

background image

- Tak... Dziękuję... Nie mogę dosięgnąć tej 
klamerki... Wełniany szalik okręca szyję, 
zaciska się niespodziewanie mocno.
Panna Murgatroyd szeroko otwiera usta, lecz 
nie dobywa z nich artykułowanego dźwięku, 
tylko zdławione charczenie.

4

Szalik zaciska się coraz mocniej...
W powrotnej drodze z posterunku panna 
Hinchliffe zahamowała raptownie, by zaprosić 
do wozu pannę Marple, która szybko szła ulicą.
- Proszę pani! - zawołała. - Przemoknie pani do 
nitki! Proszę do nas na herbatkę. Widziałam 
Bułeczkę czekającą na autobus, więc w domu 
byłaby pani całkiem sama. Proszę do nas. 
Bawiłyśmy się z Murg w rekonstrukcję zbrodni i 
chyba doszłyśmy do czegoś. Niech pani uważa 
na psa. Biedna suczka jest zdenerwowana.
- Śliczna!
- Udana, co? Kretyni trzymali ją na posterunku 
od rana i nie dali mi znać. Powiedziałam, co o 
nich myślę, tym skurw... Stokrotnie 
przepraszam! Ale w domu, w Irlandii, 
wychowywali mnie stajenni.
Mały samochód wziął ostry zakręt i wjechał na 
podwórko Boulders. Stadko rozkrzyczanych kur 
i kaczek otoczyło wysiadające panie.
- Niech licho porwie Murg! - powiedziała panna 
Hinchliffe.

background image

- Nie dała im pośladu!
- Trudno teraz o poślad? - zapytała panna 
Marple. Panna Hinchliffe zrobiła do niej 
filuterne oko.
- Nie mnie. Jestem za pan brat z wieloma 
farmerami. - Odpędzając drób, powiodła gościa 
w stronę domu.
- Chyba bardzo pani nie zmokła, co?
- Nie, to doskonały płaszcz nieprzemakalny.
- Rozpalę ogień na kominku, jeżeli Murg tego 
jeszcze nie zrobiła. Hej, Murg! Gdzie się 
podziała? No i suczka znowu zginęła.
Rozległo się przeciągłe, żałosne wycie.
- Głupia suka! Bodaj ją licho! - Panna Hinchliffe 
pomaszerowała w stronę drzwi, otworzyła je i 
krzyknęła. - Cutie! Choć tu! Do nogi! Cutie!
Rudy seter obwąchiwał coś leżącego pod 
sznurem, na którym powiewało parę sztuk 
garderoby.
- Murg nie pomyślała nawet o zdjęciu prania! 
No i gdzie się podziewa?
Cutie obwąchiwała nadal coś przypominającego 
kupkę odzieży.
Później zadarła głowę i znów zawyła.
- Cóż się temu psu stało?
Panna Hinchliffe ruszyła zamaszyście przez 
trawę. Panna Marple podreptała za nią - 
szybko, lękliwie. Wśród ulewnego deszczu 
przystanęły obok siebie i starsza kobieta objęła 
ramieniem młodszą, która, cała zesztywniała, 
stała pochylona, spoglądając na siną, obrzękłą 

background image

twarz trupa i język wystający z otwartych ust.
- Zabiję! - odezwała się panna Hinchliffe, 
zdławionym głosem. - Zabiję, jeżeli dostanę ją w 
swoje ręce!
- Ją? - zapytała ze zdziwieniem panna Marple.
- Tak... Prawie wiem, kto to zrobił... Wchodzi w 
rachubę jedna z trzech osób - odrzekła panna 
Hinchliffe.
Przez chwilę spoglądała na zwłoki przyjaciółki. 
Później odwróciła się i ruszyła w kierunku 
domu. Głos miała opanowany, suchy.
- Trzeba zawiadomić policję. Zaczekamy na nią, 
a tymczasem powiem pani wszystko. To moja 
wina, że Murg tam leży. Urządziłam zabawę, a... 
a morderstwo to nie żarty.
- Tak - przyznała panna Marple. - Morderstwo 
to nie żarty.
- Pani wie coś niecoś o takich sprawach, 
prawda? Podniosła słuchawkę i wykręciwszy 
numer, zameldowała zwięźle o zdarzeniu.
- Przyjadą za kilka minut - rzekła. - Tak, 
słyszałam, że pani wie coś niecoś o takich 
sprawach. Mówił mi o tym... chyba Edmund 
Swettenham. Ciekawa pani, co robiłyśmy tutaj, 
Murg i ja?
Zwięźle streściła rozmowę, która odbyła się 
przed jej odjazdem na posterunek policji.
- Kiedy już ruszyłam - ciągnęła - Murg zawołała 
za mną. Stąd wiem, że to była kobieta, nie 
mężczyzna.
Ach, gdybym zaczekała! Gdybym wysłuchała do 

background image

końca! Do licha! Suka mogła zostać tam 
kwadrans dłużej!
- Proszę nie winić siebie, droga pani. To nic nie 
pomoże. Nie sposób przewidzieć wszystkiego.
- Tak. Nie sposób. Przypominam sobie, że coś 
stuknęło w szybę. Może to ona stała za oknem... 
Tak! Z pewnością...
Musiała stać za oknem! Szła do nas, a Murg i ja 
krzyczałyśmy na całe gardło... Podsłuchała nas! 
Podsłuchała wszystko.
- Nie dowiedziałam się jeszcze, co zawołała pani 
przyjaciółka.
- Jedno krótkie zdanie: "Tam jej nie było".
- Panna Hinchliffe zrobiła krótką pauzę. - 
Rozumie pani? Nie wyeliminowałyśmy trzech 
kobiet, pani Swettenham, pani Easterbrook i 
Julii Simmons. Jednej z nich "tam nie było". 
Nie było jej w salonie, ponieważ wymknęła się 
drugimi drzwiami i oczywiście działała w holu.
- Tak - powiedziała panna Marple. - Rozumiem.
- Zbrodniarką jest jedna z tych trzech kobiet. 
Nie wiem która. Ale dowiem się tego.
- Bardzo przepraszam, ale czy ona... czy panna 
Murg wymówiła to zdanie dokładnie tak, jak 
wymówiła je pani?
- Jak to?... Dokładnie tak, jak ja je wymówiłam?
- Mój Boże! Trudno to wyjaśnić. Pani 
powiedziała "Tam jej nie było" bez 
szczególnego nacisku na żadnym z wyrazów. Są 
inne dwa sposoby wymówienia tego samego 
zdania. "Tam jej nie było" - z akcentem na 

background image

osobę - albo "Tam jej nie było", z akcentem na 
miejsce, co mogłoby potwierdzić istniejące już 
podejrzenia wobec kogoś.
- Czy ja wiem? - Panna Hinchliffe bezradnie 
rozłożyła ręce. - Nie pamiętam dokładnie... 
Jednakże, u diabła, mogłabym coś takiego 
zapamiętać? Wydaje mi się... Tak! Na pewno 
ona położyła nacisk na miejsce. "Tam jej nie 
było!" - powiedziała. To chyba najbardziej 
naturalny sposób wymówienia tego zdania. Ale 
czy to robi jaką różnicę?
- Tak... Tak, droga pani - odrzekła panna 
Marple tonem zastanowienia. - To bardzo słaba 
wskazówka, ale bądź co bądź wskazówka... 
Tak... To robi niemałą różnicę.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
PANNA MARPLE ZAGINĘŁA
1

Ku wielkiemu swojemu niezadowoleniu, 
listonosz z Chipping Cleghorn dostał ostatnio 
polecenie, by doręczać pocztę nie tylko w 
godzinach porannych, lecz również po południu.
W popołudnie, o którym mowa, dokładnie 
dziesięć minut po piątej, zostawił w Little 
Paddocks trzy listy.
Jeden, zaadresowany uczniowskim charakterem 
pisma, był przeznaczony dla Filipy Haymes, 
dwa pozostałe dla panny Blacklock. Otworzyła 
je podczas podwieczorku, który jadła razem z 

background image

Filipa. Z powodu ulewnego deszczu ogrodniczka 
z Dayas Hali zakończyła wcześniej dzień pracy, 
gdyż po zamknięciu szklarni nic więcej nie miała 
już do roboty.
Panna Blacklock rozdarła pierwszą kopertę i 
dobyła z niej rachunek za naprawę kuchennego 
bojlera. Prychnęła gniewnie.
- Dymond liczy zbójeckie ceny. Doprawdy 
zbójeckie! Ale myślę, że inni rzemieślnicy nie są 
lepsi. - Sięgnęła po drugą kopertę, 
zaadresowaną zupełnie jej nie znanym 
charakterem pisma. List brzmiał, jak następuje:

Droga Kuzynko Letty!
Spodziewam się, że nie sprawię kłopotu, jeżeli 
przyjadę w czwartek? Dwa dni temu pisałam do 
Patryka, lecz nie dostałam odpowiedzi. Wobec 
tego przyjmuję, że wszystko w porządku. Mama 
wybiera się do Anglii w przyszłym miesiącu i ma 
nadzieję, że wtedy zobaczy się z Tobą.
Mój pociąg przybywa do Chipping Cleghorn 
kwadrans po szóstej po pohidniu, co zapewne 
będńe dla wszystkich dogodne.
Szczerze oddana-Julia Simmons.

Panna Blacklock przeczytała list - po raz 
pierwszy tylko ze zdziwieniem, po raz drugi z 
wyrazem irytacji. Spojrzała na Filipę, która z 
uśmiechem czytała list od swojego synka.
- Nie wiesz, czy Julia i Patryk już wrócili? Filipa 
podniosła wzrok.

background image

- Tak. Wrócili wkrótce po mnie. Poszli na piętro, 
żeby się przebrać. Przemokli obydwoje do 
suchej nitki.
- Zechcesz poprosić ich do mnie?
- Naturalnie, proszę pani.
- Chwileczkę... Może byś to najpierw 
przeczytała. Filipa wykonała polecenie i ze 
zdziwieniem zmarszczyła czoło.
- Nic nie rozumiem...
- Ja również. A najwyższy czas, abym 
zrozumiała. Zawołaj Patryka i Julię, Filipo.
- Patryku! Julio! - krzyknęła pani Haymes u 
stóp schodów. - Ciocia Letty was prosi!
Patryk zbiegł po schodach i wszedł do pokoju.
- Nie odchodź, Filipo - poprosiła panna 
Blacklock.
- Dobry wieczór, ciociu - zaczął pogodnie 
Patryk. - Potrzebny ci jestem?
- Tak. Bardzo. Zechcesz wyjaśnić łaskawie sens 
tego listu?
Młody człowiek zaczął czytać. Jego twarz 
przybrała wyraz niemal komicznego 
przestrachu.
- Miałem zadepeszować do niej! Ależ osioł ze 
mnie!
- Przypuszczam, mój drogi, że ten list napisała 
twoja siostra Julia?
- Tak... Tak... Julia.
- Wolno zatem zapytać, kim jest młoda osoba, 
którą sprowadziłeś tutaj jako Julię Simmons, 
twoją siostrę, a moją kuzynkę?

background image

- Otóż... ciociu Letty... Rzeczywiście to być 
może... Wszystko postaram się wytłumaczyć... 
Nie powinienem tak postąpić, ale uważałem, że 
to będzie wyśmienity kawał... Pozwól, ciociu 
Letty, że wyjaśnię...
- Czekam na wyjaśnienia! - przerwała szorstko 
panna Blacklock. - Kim jest ta młoda osoba?
- Poznałem ją na jednym przyjęciu... To było 
niedługo po tym, jak zostałem zdemobilizowany. 
Powiedziałem, że wybieram się do Chipping 
Cleghorn, no i... I obydwojgu nam się wydało, że 
zrobimy wyborny kawał, jeżeli przyjedziemy tu 
razem... Widzisz, ciociu Letty, Julia... 
prawdziwa Julia ma od dawna kręćka na 
punkcie sceny, co mamę przyprawiło o siedem 
ataków nerwowych. Otóż Julii nadarzyła się 
sposobność wypróbowania swoich sił i zdolności 
w dobrym stałym teatrze w Perth czy gdzieś tam 
indziej w Szkocji... Ale pomyśleliśmy, że mama 
będzie znacznie spokojniejsza, jeżeli jej się 
wmówi, że Julia bawi tutaj i, jak grzeczna 
panienka, uczy się czegoś przyzwoitego i 
pożytecznego.
- Chciałabym jednak wiedzieć, kim jest ta młoda 
osoba? Patryk odetchnął z ulgą, gdy Julia - 
chłodna i wyniosła jak zawsze - weszła do 
pokoju.
- Bomba pękła! - oznajmił.
Julia ściągnęła brwi, po czym - opanowana 
nadal - postąpiła kilka kroków i usiadła.
- Trudno! - powiedziała. - Stało się. Pani musi 

background image

być strasznie zła, prawda? - Obojętnie, bez 
szczególnego zainteresowania spojrzała prosto w 
twarz panny Blacklock. - Ja także byłabym zła 
na pani miejscu.
- Ale kim jesteś? Julia westchnęła.
- Nadeszła chwila szczerych wynurzeń. Stało się! 
Jestem połówką tandemu Fip i Emma. A 
wyrażając się ściślej, noszę nazwisko Emma 
Jocelyn Stamfordis. Tyle że ojciec pozbył się 
dawno nazwiska Stamfordis i teraz, o ile mi 
wiadomo, działa jako de Courcy.
- Pozwolę sobie dodać - ciągnęła - że małżeństwo 
rodziców rozleciało się, kiedy Fip i ja mieliśmy 
po jakieś trzy lata. Każde z nich poszło własną 
drogą i nas podzielili między siebie. Ja 
przypadłam w udziale ojcu, który był nawet 
uroczy, ale jako opiekun całkiem 
nieodpowiedzialny. Od czasu do czasu bywałam 
porzucana przez niego, gdy nie miał pieniędzy 
albo szykował się do jakiegoś szczególnie 
szelmowskiego zagrania. Edukował mnie wtedy 
w rozmaitych klasztorach. Przybierając górne 
tony, wpłacał pierwszą ratę za pobyt i naukę, a 
później znikał i na rok albo dwa pozostawiał 
mnie w rękach zakonnic. W przerwach między 
takimi okresami żyliśmy obydwoje dostatnio i 
obracaliśmy się w kosmopolitycznym 
towarzystwie. Wojna rozłączyła nas na dobre. 
Nie mam pojęcia, co stało się z ojcem. Ja miałam 
różne przygody. Przez pewien czas 
współpracowałam z francuskim ruchem oporu. 

background image

To było życie! Nie jestem gadułą, wiec powiem 
tylko, że ostatecznie wylądowałam w Londynie i 
zaczęłam myśleć poważnie o swojej przyszłości. 
Wiedziałam, że brat matki, z którym pokłóciła 
się niegdyś i zerwała wszelkie stosunki, umarł i 
pozostawił olbrzymi majątek. Przejrzałam jego 
testament, by sprawdzić, czy czegoś mi nie 
zapisał. Nie zapisał. W każdym razie nie zapisał 
bezpośrednio. Zebrałam informacje o wdowie 
po nim i dowiedziałam się, że zupełnie 
zdziecinniała i pod stałym działaniem środków 
uśmierzających powoli umiera. Otwarcie 
mówiąc, doszłam do przekonania, że 
najwłaściwiej będzie postawić na panią. 
Wyglądało na to, że wkrótce dojdzie pani do 
grubych pieniędzy, których nie będzie pani 
miała na kogo wydawać. Będę zupełnie szczera. 
Rozumowałam, że gdybyśmy poznały się i 
zaprzyjaźniły, gdybym potrafiła zyskać pani 
względy... Ostatecznie warunki zmieniły się od 
czasu śmierci wuja Randalla. Kataklizm w 
Europie pochłonął pieniądze, które mieliśmy 
przed wojną. Myślałam, że być może pani zlituje 
się nad biedną, młodą dziewczyną, sierotą bez 
bliskiej duszy na świecie i zechce mnie trochę 
wspomóc.
- Aha! Tak myślałaś, powiadasz?
- Tak. Oczywiście nie znałam wtedy pani, więc 
obmyśliłam różne chytre sposoby zbliżenia... 
Nagle, jak gdyby cudownym zrządzeniem losu, 
spotkałam przypadkowo Patryka, który okazał 

background image

się pani siostrzeńcem, kuzynem, w każdym razie 
jakimś krewnym. Poczytałam to za okazję 
jedyną w swoim rodzaju. Ostro wzięłam się do 
Patryka, no i zainteresowałam go sobą, tak jak 
chciałam. Prawdziwa Julia miała niezłego bzika 
na punkcie sceny, więc szybko udało mi się ją 
przekonać, że obowiązek wobec Sztuki (przez 
duże "S") nakazuje jej osiąść w jakimś nędznym 
mieszkaniu w Perth, uczyć się i w przyszłości 
zostać drugą Sara Bernhardt. Nie należy winić 
zanadto Patryka. Serdecznie litował się nad 
biedną dziewczyną, samą jedną na świecie, więc 
nietrudno było mu wmówić, że to genialny 
pomysł, abym przyjechała tu w roli jego siostry i 
załatwiła jakoś gładko swoje sprawy.
- Pochwalał również kłamstwa, jakie 
opowiadałaś policji.
- Zastanów się, ciociu Letty! Kiedy zdarzył się 
ten operetkowy napad... lub raczej po nim, 
zaczęłam obawiać się, że jestem w matni. 
Przecież miałam wyborny motyw, by panią 
sprzątnąć. Nawet teraz przeczyć temu mogą 
tylko moje słowa. Trudno wymagać, abym z 
własnej woli składała policji obciążające mnie 
zeznania. Od czasu do czasu sam Patryk miał 
wobec mnie paskudne podejrzenia. A jeżeli 
nawet on był zdolny do tego, jakież myśli 
mogłyby zrodzić się w policyjnych głowach? Ten 
inspektor wydawał mi się człowiekiem bardzo 
wnikliwym. Doszłam zatem do wniosku, że 
najrozsądniej będzie grać nadal rolę Julii i 

background image

zniknąć bez śladu, kiedy całe zamieszanie się 
skończy.
- Skąd mogłam wiedzieć - podjęła po krótkiej 
pauzie - że Julia, prawdziwa Julia, pokłóci się z 
reżyserem i w przystępie histerii rzuci do diabła 
całą zabawę? Napisała do Patryka, by zapytać, 
czy może przyjechać, a on zamiast odpowiedzieć 
"Nie przyjeżdżaj", puścił w niepamięć całą 
sprawę i nic nie zrobił. - Rzuciła Patrykowi 
gniewne spojrzenie.
- Skończony idiota! - Westchnęła ciężko.
- Nie ma pani pojęcia, jakie udręki przeżywałam 
w Milchesterze! Oczywiście nie miałam po co 
chodzić do szpitala, ale musiałam coś ze sobą 
zrobić. Długie godziny trawiłam w kinach na 
oglądaniu raz po raz wciąż tych samych 
potwornych filmów!
- Fip i Emma - szepnęła panna Blacklock. - 
Wbrew wszystkiemu, co mówił mi inspektor 
Craddock, nigdy nie uważałam ich za osoby 
realne. - Spojrzała na Julię przenikliwie. - Ty 
jesteś Emma, a gdzie Fip? - zapytała.
Dziewczyna spojrzała jej w oczy niewinnie, 
szczerze.
- Nie wiem. Nie mam pojęcia.
- Pewno znów kłamiesz? Kiedy ostatni raz go 
widziałaś? Julia jak gdyby wahała się przez 
chwilę. Później odpowiedziała dobitnie czystym 
głosem:
- Nie widziałam Fipa od czasu, kiedy mieliśmy 
po trzy lata i zabrała go matka. Później nie 

background image

spotkałam nigdy ani jego, ani matki. Nie wiem, 
gdzie mogą być teraz.
- To wszystko, co masz do powiedzenia? Julia 
westchnęła znowu.
- Mogłabym dodać, że jest mi bardzo przykro. 
Ale i to byłoby kłamstwem, bo drugi raz 
postąpiłabym tak samo... Ma się rozumieć, tylko 
wtedy, gdyby nie wchodziły w grę morderstwa.
- Julio! - zabrała głos panna Blacklock. - 
Nazywam cię tak z przyzwyczajenia. Julio, 
mówiłaś, że byłaś we francuskim ruchu oporu?
- Tak. Przez półtora roku.
- Sądzę więc, że tam nauczyłaś się strzelać? 
Chłodne, błękitne oczy spojrzały w twarz 
starszej pani.
- Tak. Dobrze strzelam. Byłam strzelcem 
wyborowym. Ale do pani nie strzelałam, chociaż 
potwierdzić to mogą tylko moje słowa. Mogę 
powiedzieć jeszcze jedno. Gdybym ja miała 
wtedy rewolwer w ręku, nie chybiłabym z całą 
pewnością.

2

Nastrój napięcia prysnął, gdy przed domem 
zahamował samochód.
- Kto to może być? - zapytała panna Blacklock.
Mitzi wsunęła do pokoju głowę z warkoczem 
upiętym w koronę. Białka jej oczu połyskiwały.
- Znowu policja! - oznajmiła. - To jest 
prześladowanie! Czemu nie dają nam spokoju? 

background image

Nie zniosę tego. Napiszę do premiera waszego 
rządu. Napiszę do waszego króla!
Craddock odsunął ją z drogi stanowczo i niezbyt 
uprzejmie. Wszedł do pokoju z twarzą tak 
ponurą, że lęk ogarnął wszystkich.
To był nowy, zupełnie inny inspektor Craddock.
- Panna Murgatroyd została zamordowana - 
przemówił surowo. - Ktoś udusił ją niespełna 
godzinę temu. - Przywarł spojrzeniem do Julii. - 
Pani gdzie była przez cały dzień?
- W Milchesterze - odrzekła spokojnie. - Dopiero 
co wróciłam.
- Pan również? - przeniósł wzrok na Patryka.
- Tak.
- Przyjechali tu państwo razem?
- Tak... Oczywiście - odparł Patryk.
- Nie! - podchwyciła Julia. - Szkoda słów, 
Patryku. To kłamstwo, które musi wyjść na jaw. 
Dobrze nas znają obsługi autobusów. Wróciłam, 
inspektorze, wcześniejszym autobusem, 
przychodzącym tutaj o czwartej.
- I co pani robiła?
- Poszłam na spacer.
- W kierunku Boulders?
- Nie. Na przełaj przez pola.
Inspektor wpatrywał się w nią przenikliwie. 
Julia była bardzo blada, usta miała zaciśnięte, 
lecz nie spuszczała wzroku.
Telefon zabrzęczał, nim ktokolwiek zdążył się 
odezwać. Panna Blacklock spojrzała pytająco na 
Craddocka i sięgnęła po słuchawkę.

background image

- Słucham... Kto mówi?... Aa... Bułeczka. Co 
takiego? Nie... Nie było jej tutaj... Nie mam 
pojęcia... Tak. Jest u nas. - Opuściła rękę ze 
słuchawką. - Pani Harmon chce mówić z panem, 
inspektorze. Jest bardzo niespokojna, bo panna 
Marple nie wróciła do domu.
Inspektor zrobił dwa długie kroki w stronę 
aparatu.
- Tu Craddock. Słucham.
Głos Bułeczki drżał nutą dziecięcego 
przestrachu.
- Martwię się, panie inspektorze. Ciocia Jane 
wyszła... nie wiem dokąd. I podobno ktoś 
zamordował pannę Murgatroyd. Czy to 
prawda?
- Prawda, proszę pani. Panna Marple była w 
Boulders. Ona i panna Hinchliffe znalazły 
zwłoki.
- Aa... więc jest w Boulders - powiedziała pani 
Harmon z wyraźną ulgą.
- Nie ma jej tam, niestety. Wyszła... zaraz... 
wyszła z Boulders jakieś pół godziny temu. Do 
domu nie wróciła?
- Nie... A to dziesięć minut drogi stąd. Co się z 
nią stało?
- Może wstąpiła do kogoś z sąsiadów?
- Dzwoniłam do sąsiadów... Do wszystkich! 
Nigdzie jej nie ma. Boję się o nią, inspektorze!
"Ja również" - pomyślał Craddock i 
odpowiedział spiesznie:
- Jadę do pani. Zaraz.

background image

- Dziękuję... Bardzo proszę... Ona napisała coś, 
nim wyszła z domu. Nic nie mogę zrozumieć i 
wygląda mi to na brednie.
Craddock odłożył słuchawkę. Panna Blacklock 
zapytała z niepokojem:
- Czy stało się coś pannie Marple? Mam 
nadzieję, że nic złego.
- Ja też mam taką nadzieję - odrzekł inspektor. 
Twarz miał pełną powagi, wargi zaciśnięte.
- Taka jest stara, wątła.
- Istotnie, proszę pani.
Panna Blacklock stała, szarpiąc nerwowo 
palcami swój naszyjnik z pereł.
- Jest coraz gorzej - podjęła zdławionym głosem.
- Ktoś, kto robi to wszystko, inspektorze, musi 
być obłąkany... kompletnie obłąkany.
- Czy ja wiem?
Pod nerwowymi palcami zerwała się kolia z 
pereł. Gładkie białe kuleczki posypały się na 
podłogę. Letycja Blacklock krzyknęła żałośnie:
- Moje perły! Moje perły!
Jej głos zabrzmiał nutą tak wielkiej rozpaczy, że 
wszyscy spojrzeli na nią ze zdziwieniem. 
Odwróciła się, dłonią zasłoniła szyję i szlochając 
wybiegła z pokoju.
Filipa zaczęła zbierać perły.
- Nigdy nie widziałam jej w takim stanie - 
powiedziała. - Zawsze nosiła ten naszyjnik... 
Cóż? Może to prezent od kogoś szczególnie 
bliskiego? Jak pan sądzi, inspektorze? Na 
przykład od Randalla Goedlera?

background image

- To prawdopodobne - odrzekł z wolna 
Craddock.
Filipa klęczała nadal. Pracowicie zbierała 
lśniące kuleczki.
- Przecież te perły nie są... nie mogą być 
prawdziwe? - zapytała. - W żadnym wypadku, 
prawda?
Inspektor wziął w palce jeden paciorek i 
zamierzał odpowiedzieć lekceważąco: 
"Prawdziwe? Skąd znowu!", lecz słowa uwięzły 
mu w gardle.
Czy rzeczywiście te perły nie mogą być 
prawdziwe? Są tak duże, równe, że ich 
fałszywość wydaje się oczywista. Jednakże 
Craddock przypomniał sobie figurujące w 
policyjnych rejestrach zdarzenie, kiedy to sznur 
prawdziwych pereł został sprzedany w 
lombardzie za kilka szylingów.
Letycja Blacklock zapewniała go 
niejednokrotnie, że nie ma w domu cennej 
biżuterii. Gdyby jednak te perły byty 
prawdziwe, ich wartość sięgałaby bajecznej 
sumy! Ostatecznie prezent od Randalla 
Goedlera mógłby kosztować każdą sumę!
Perły wyglądają na fałszywe, muszą być 
fałszywe, ale gdyby przypadkiem okazało się, że 
są prawdziwe?
To niewykluczone. Sama panna Blacklock 
mogła nie zdawać sobie sprawy z ich wartości. 
Albo też chroniła prawdziwy skarb, traktując go 
niby świecidełko za co najwyżej dwie gwinee. 

background image

Jaka mogłaby być faktyczna wartość takiej 
kolii? Bajeczna! W każdym razie godna 
popełnienia morderstwa przez kogoś, kto byłby 
tego świadomy.
Inspektor z trudem oderwał się od tych 
rozważań. Panna Marple zaginęła. Bez zwłoki 
trzeba jechać na probostwo!

3

Państwo Harmonowie oczekiwali inspektora. 
Twarze mieli zatroskane, posępne.
- Nie wróciła jeszcze - powiedziała Bułeczka.
- Czy wychodząc z Boulders mówiła, że wybiera 
się do domu? - zapytał pastor.
- Właściwie nie mówiła - odrzekł z wolna 
Craddock, przypominając sobie moment, w 
którym ostatni raz widział pannę Marple.
Usta miała zaciśnięte, surowe błyski w 
łagodnych zazwyczaj błękitnych oczach... Był to 
stanowczy wyraz nieodwołalnego postanowienia, 
żeby... Co robić? Dokąd
- Kiedy widziałam ją po raz ostatni - rzekł - 
rozmawiała przy furtce z sierżantem 
Fletcherem. Później wyszła z ogrodu. Nie 
podejrzewałem, by mogła pójść gdzie indziej, a 
nie do domu. Powinienem odesłać ją 
samochodem, ale miałem mnóstwo spraw na 
głowie, a ona wymknęła się cicho. Może Fletcher 
coś wie. Gdzie jest Fletcher?
Zatelefonował do Boulders i usłyszał, że sierżant 

background image

wyszedł, ale nie powiedział, gdzie go należy 
szukać. Craddock pomyślał, że jego podwładny 
mógł wrócić po coś do Milchesteru. Wobec tego 
połączył się z komendą policji, ale i tam nie 
uzyskał żadnych wiadomości o sierżancie. 
Wtedy przypomniał sobie rozmowę telefoniczną 
z Bułeczką i zwrócił się do niej:
- Gdzie jest ten papier? Mówiła mi pani, że 
panna Marple napisała coś przed wyjściem z 
domu.
Pani Harmon podała mu arkusik, a gdy rozłożył 
go na stole, pochyliła się nad ramieniem 
inspektora, aby razem z nim czytać na głos.
Pismo starszej pani było chwiejne, niełatwe do 
odcyfrowania.
"Lampa".
Nieco niżej: "Fiołki".
Odstęp i pytanie: "Gdzie fiolka aspiryny?"
Kolejny punkt dziwnego rejestru był szczególnie 
trudny do odczytania.
- "Rozkoszna Śmierć" - powiedziała wreszcie 
Bułeczka. - Tak. To ciasto, które piecze Mitzi. - 
A dalej? "Ciężki dopust znoszony pogodnie i z 
odwagą..." Co to znaczy, u licha?
- "Kuracja jodowa" - przeczytał Craddock.
- I "Perły"... Aha! Perły.
- Dalej... "Lotty"... Nie, "Letty". Jej "e" 
wygląda czasami jak "o".
- I "Berno"... A to co? "Emerytura".
Inspektor i pani Harmon wymienili zdziwione 
spojrzenia. Następnie on powtórzył szybko 

background image

wszystkie punkty.
- Lampa. Fiołki. Gdzie fiolka z aspiryną? 
Rozkoszna Śmierć. Ciężki dopust znoszony 
pogodnie i z odwagą. Kuracja jodowa. Perły, 
Letty, Berno. Zapomoga starcza.
- Co to wszystko znaczy? - zapytała Bułeczka. - 
Chyba nic. Ja nie widzę żadnego sensu!
- Mnie zaczyna coś świtać... powiedział tonem 
zastanowienia inspektor. - Ale sensu nie widzę 
jasno. To ciekawe... "Perły". Czemu ona to 
napisała?
- O perłach? - podchwyciła pani Harmon. - To 
ma jakieś znaczenie?
- Czy panna Blacklock zawsze nosi trzy sznurki 
pereł przypominające obróżkę?
- Tak. Zawsze. Śmiejemy się z niej czasami. Bo 
tak bardzo widać, że są fałszywe. Podobno ona 
uważa je za eleganckie.
- Może być inny powód.
- Nie powie pan chyba, że są prawdziwe? To 
wykluczone, prawda?
- Często zdarza się pani oglądać prawdziwe 
perły takich rozmiarów? - zapytał Craddock.
- Te są tak szkliste! Inspektor wzruszył 
ramionami.
- Mniejsza o to. Obecnie chodzi o pannę Marple. 
Trzeba ją koniecznie odszukać.
Tak. Trzeba ją odszukać, póki nie jest za późno. 
A może już jest za późno? Skreślone ołówkiem 
słowa dowodzą, że była na tropie. Ale to 
niebezpieczna historia, piekielnie niebezpieczna. 

background image

I gdzie, u wszystkich diabłów, podziewa się 
Fletcher?
Craddock wyszedł z probostwa i wielkimi 
krokami pomaszerował w stronę swojego 
samochodu. Szukać! Jedno, co może teraz 
zrobić, to szukać. Nagle dobiegł go głos spoza 
ociekającego deszczem laurowego żywopłotu.
- Panie inspektorze! - odezwał się żarliwym 
szeptem sierżant Fletcher. - Panie inspektorze...

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
TRZY KOBIETY

W Little Paddocks skończono kolację, podczas 
której wszyscy milczeli i byli zażenowani.
Jedynie Patryk, który rzecz jasna zdawał sobie 
sprawę, że jest w niełasce, usiłował 
podtrzymywać rozmowę, ale jego starania nie 
odnosiły zamierzonego skutku. Filipa Haymes 
była roztargniona i milcząca, a panna Blacklock 
przestała udawać, że jest pogodna i pełna 
spokoju. Przebrała się na wieczór i zeszła w 
naszyjniku z kamei, lecz po raz pierwszy w jej 
podkrążonych oczach widać było strach i ręce 
jej drżały.
Jedynie Julia potrafiła zachować przez cały 
wieczór właściwą j ej cyniczną wyniosłość.
- Bardzo mi przykro, proszę pani - zwróciła się 
do panny Blacklock - że nie mogę spakować się 
zaraz i wynieść. Policja na pewno nie 
pozwoliłaby na to. Spodziewam się jednak, że 

background image

niedługo będę kalać pani dom... Czy jak to się 
tam mówi w takich przypadkach? Lada chwila 
winien tu być inspektor Craddock z nakazem 
aresztowania i kajdankami. Otwarcie mówiąc, 
nie rozumiem, czemu tego dotąd nie zrobiono.
- On szuka teraz tej starszej pani... tej panny 
Marple - powiedziała Letycja Blacklock.
- Myślisz, ciociu Letty, że i ona padła ofiarą 
mordercy? - zapytał Patryk z czysto 
teoretycznym zainteresowaniem.
- Czemu, u licha? Co ona mogła odkryć?
- Nie wiem - odrzekła głucho panna Blacklock. - 
Może powiedziała jej coś panna Murgatroyd?
- Jeżeli ją też zamordowano - podjął Patryk - 
prosta logika wskazuje, że zrobić to mogła tylko 
jedna osoba.
- Kto?
- Oczywiście, Hinchliffe! Gdzie ostatni raz 
widziano pannę Marple żywą? W Boulders! 
Według mojej hipotezy wcale nie wyszła 
stamtąd.
Panna Blacklock ścisnęła palcami czoło.
- Głowa mnie boli - podjęła bezdźwięcznym 
głosem.
- Hinch miałaby zamordować pannę Marple? W 
jakim celu! To jest niedorzeczne!
- Byłoby dorzeczne, gdyby Hinch zamordowała 
uprzednio Murg - podchwycił Patryk 
triumfującym tonem.
- Ale Hinch nie zamordowała Murg - zabrała 
głos Filipa, która nagle ocknęła się z apatii.

background image

Patryk był skory do sprzeczki.
- Mogła to zrobić, jeżeli Murg wygadała się z 
czymś, co dowodziłoby, że Hinch jest 
poszukiwanym mordercą.
- Przecież Hinch była na posterunku policji, 
kiedy Murg została uduszona.
- Mogła udusić ją wcześniej, nim wyjechała z 
Boulders.
- Morderstwo - krzyknęła nagle Letycja 
Blacklock, czym zdumiała wszystkich. - 
Morderstwo! Morderstwo! Nie możecie mówić o 
niczym innym? Boję się. Rozumiecie? Boję się, a 
dotąd się nie bałam. Sądziłam, że potrafię 
upilnować samą siebie... Ale jak upilnować się 
wobec zabójcy, który czeka... podpatruje... liczy 
na sprzyjającą chwilę. Boże! Wielki Boże!
Pochyliła głowę i twarz ukryła w dłoniach, lecz 
wkrótce wyprostowała się i wyjaśniła sztywno:
- Przepraszam. Nerwy mnie poniosły.
- Nie martw się, ciociu Letty - powiedział z 
uczuciem Patryk. Ja będę cię pilnował.
- Ty?
Panna Blacklock nie dodała ani słowa więcej, 
lecz ton jej głosu powiedział wiele.
Działo się to tuż przed kolacją, a rozmowę 
przerwała Mitzi, która wtargnęła do pokoju i 
oznajmiła, że nie będzie gotować.
- W tym domu nic więcej nie zrobię! Idę do 
swojego pokoju. Zamknę drzwi na klucz i 
zostanę tam do rana. Boję się! Dokoła ktoś 
morduje ludzi. Zamordował pannę Murgatroyd 

background image

z tą jej głupią angielską twarzą. Kto mógł 
zamordować taką jak ona? Wariat! Tylko 
wariat! A wariatowi przecież wszystko jedno, 
kogo zabija. Nie chcę, żeby mnie zabił. Nie chcę! 
W kuchni przesuwają się jakieś cienie, słychać 
dziwne szmery. Raz zdaje mi się, że ktoś chodzi 
po podwórku, to znów widzę cień przy drzwiach 
do spiżarki i słyszę kroki. Idę teraz do mojego 
pokoju. Zamknę drzwi na klucz i chyba 
zastawię komodą. A rano powiem tym 
okrutnikom policjantom, że natychmiast 
odchodzę. Jeżeli mi nie pozwolą, to powiem: 
"Będę krzyczała, krzyczała, krzyczała, aż mnie 
wypuścicie!"
Wszyscy wzdrygnęli się nerwowo, gdyż dobrze 
pamiętali, do czego zdolna jest Mitzi, jeśli chodzi 
o krzyk.
- Idę teraz do mojego pokoju - powtórzyła i by 
nie pozostawić żadnych wątpliwości, zrzuciła 
szybko kretonowy fartuch, który miała na sobie. 
Dobranoc, proszę pani - zwróciła się do panny 
Blacklock. - Może jutro rano nie będzie pani 
żyła, więc na wszelki wypadek mówię także: 
Żegnam!
Wyszła żwawo, a drzwi, jak zwykle, zamknęły 
się za nią z żałosnym skrzypnięciem. Julia 
podniosła się z krzesła.
- Ja przygotuję kolację - oznajmiła rzeczowym 
tonem. - Nawet dobrze się składa, bo siedząc 
wciąż ze mną przy stole, byliście tylko 
zakłopotani. Patryk obwołał się opiekunem cioci 

background image

Letty, więc niech kosztuje tego, co będę 
podawała na stół. Nie życzyłabym sobie, by 
prócz innych zbrodni zarzucono mi jeszcze 
otrucie panny Blacklock.
W rezultacie Julia przygotowała i podała na stół 
bardzo smaczną kolację. Filipa pośpieszyła za 
nią do kuchni i zaoferowała swoją pomoc, ale 
spotkała się ze stanowczą odmową.
- Julio, chcę ci coś powiedzieć... zaczęła.
- Nie pora teraz na dziewczęce zwierzenia - 
przerwała szorstko Julia. - Wracaj do pokoju 
stołowego, Filipo.
Kolacja dobiegła końca. Całe towarzystwo 
znalazło się w salonie, gdzie na małym stoliku 
przed kominkiem postawiono kawę. Wyglądało 
na to, że nikt nie ma nic do powiedzenia. 
Wszyscy czekali. Po prostu czekali.
O pół do dziewiątej zatelefonował inspektor 
Craddock.
- Będę u pani za jakiś kwadrans - zapowiedział. 
- Przyprowadzę też państwa Easterbrooków i 
panią Swettenham z synem.
- Ależ panie inspektorze... Nie jestem dziś 
usposobiona do rozmów. Nie mogę... - Głos 
panny Blacklock świadczył, że jest u kresu 
wytrzymałości.
- Rozumiem, jak się pani czuje - przerwał 
inspektor. - Bardzo mi przykro, ale to pilna 
sprawa.
- Czy... Czy odnalazł pan pannę Marple?
- Nie - odpowiedział krótko i przerwał 

background image

połączenie. Julia odniosła do kuchni tacę z 
filiżankami po kawie i ku niemałemu zdziwieniu 
zastała tam Mitzi, która patrzyła na ułożony w 
zlewie stos naczyń kuchennych i zastawy 
stołowej.
- I co pani narobiła w mojej kuchni! - 
wybuchnęła Mitzi. - O, ta patelnia! Używam jej 
do omletów, tylko do omletów! A co pani na niej 
smażyła?
- Cebulę.
- Zniszczona! Całkiem do niczego. Trzeba ją 
będzie umyć, a ja nigdy, nigdy nie myję patelni 
do omletów. Wycieram tylko czystym 
kawałkiem papieru i koniec. Albo ten rondelek, 
co go używam do gotowania mleka...
- Nie wiem, Mitzi - przerwała gniewnie Julia - 
jakich patelni i rondelków używa pani do czego. 
Miała pani położyć się do łóżka, więc po jakie 
licho przyszła pani tutaj? Proszę się wynosić i 
dać mi pozmywać w spokoju.
- Nie! Pani nie ma nic do roboty w mojej kuchni.
- Trudno z panią wytrzymać, Mitzi!
Julia zirytowała się. Gdy wychodziła z kuchni, 
odezwał się dzwonek.
- Ja nie otworzę nikomu! - zawołała z kuchni 
Mitzi, więc Julia zaklęła półgłosem, ruszyła w 
stronę frontowych drzwi i do holu wpuściła 
pannę Hinchliffe.
- Dobry wieczór! Przepraszam za wizytę nie w 
porę. Inspektor chyba dzwonił, co?
- Nie mówił, że pani też przyjdzie - odrzekła 

background image

Julia, prowadząc niespodziewanego gościa do 
salonu.
- Powiedział mi, że mogę nie przyjść, jeżeli nie 
mam ochoty. Ale miałam ochotę.
Nikt nie pospieszył z kondolencjami. Nikt nie 
wspomniał słowem o śmierci panny 
Murgatroyd. Wymizerowana, zbolała twarz tej 
rosłej, pełnej życia kobiety zdawała się mówić, 
że wszelkiego rodzaju wyrazy współczucia 
zakrawałyby na impertynencję.
- Trzeba zapalić wszystkie światła - odezwała się 
panna Blacklock. - Dorzućcie węgla na kominek. 
Zimno mi... okropnie zimno. Proszę - zwróciła 
się do panny Hinchliffe. - Zechce pani usiąść 
tutaj, blisko ognia. Inspektor zapowiedział się za 
kwadrans. Chyba już zaraz będzie.
- Mitzi jest w kuchni - powiedziała Julia.
- Naprawdę? Często wydaje mi się, że ta 
dziewczyna jest szalona... Ale bo ja wiem? Może 
wszyscy jesteśmy szaleni?
- Nie rozumiem, czemu mówi się, że sprawcy 
zbrodni są szaleni! - warknęła panna Hinchliffe. 
- Nie zgadzam się! Przestępca musi być przy 
zdrowych zmysłach. Musi być przerażająco 
chytry i przy zdrowych zmysłach!
Przed domem zatrzymał się samochód i do 
salonu wkroczył Craddock w towarzystwie 
państwa Easterbrooków oraz pani Swettenham i 
Edmunda. Wszyscy byli przygnębieni, dziwnie 
pokorni.
- Ha! Piękny ogień - powiedział pułkownik 

background image

tonem, który zabrzmiał niczym odległe echo 
jego normalnego głosu.
Pani Easterbrook nie zdjęła futra i usadowiła się 
blisko męża. Jej twarz, ładną zazwyczaj i bez 
wyrazu, ściągał teraz bolesny skurcz. Edmund 
był zły i patrzył wilkiem na wszystkich. Jedna 
pani Swettenham z trudnością panowała nad 
sobą i, siląc się na pozorny spokój, sprawiała 
wrażenie własnej karykatury.
- To straszne, prawda? - rozpoczęła 
konwersację.
- Wszystko jest straszne. Wszystko, co dzieje się 
ostatnio. Więc im mniej o tym mówić, tym, 
oczywiście, lepiej. Bo, proszę państwa, właściwie 
nikt nie wie, na kogo przyjdzie kolej. Jak w 
czasie morowej zarazy. Droga, kochana pani - 
zwróciła się do panny Blacklock - myślę, że 
posłużyłby pani łyk koniaku... Tak pół kieliszka, 
co? Doprawdy, nie znam lepszego niż koniak 
środka uspokajającego i odżywczego. To 
nietakt... wielki nietakt, że wtargnęliśmy tutaj, 
ale inspektor tego zażądał. I jakie to okropne, że 
dotąd jej nie odnaleziono. Mówię naturalnie o 
tej starej biedulce z probostwa. Bułeczka 
Harmon jest bliska obłędu. Nikt nie ma pojęcia, 
dokąd poszła i dlaczego nie wróciła do domu. U 
nas nie była. Nawet jej dziś nie widziałam. Bo 
gdyby weszła, musiałabym ją widzieć... ja albo 
Edmund. Przez cały czas byłam w bawialni od 
podwórka, a on siedział w swojej pracowni, w 
pokoju od frontu. Mam nadzieję, że nic złego jej 

background image

nie spotkało, i gorąco modlę się o to. Taka z niej 
miła, urocza staruszka, taki bystry umysł i...
- Mamo! - podchwycił Edmund zbolałym 
głosem. - Nie mogłabyś umilknąć?
- Naturalnie, mój drogi. Słówka więcej nie pisnę 
- zgodziła się i usiadła na kanapie obok Julii.
Inspektor Craddock stał tuż przy drzwiach. 
Przed sobą, niemal w jednym szeregu, miał trzy 
kobiety. Julia i pani Swettenham siedziały na 
kanapie. Pani Easterbrook usadowiła się na 
poręczy fotela pułkownika. Nie on tak je 
rozmieścił, lecz mu to najzupełniej odpowiadało.
Panna Blacklock i panna Hinchliffe siedziały 
pochylone nad ogniem. Edmund stał w pobliżu 
nich. Filipa znajdowała się w cieniu, na dalszym 
planie.
Craddock przystąpił do rzeczy bez omówień i 
wstępu.
- Wszystkim państwu wiadomo, że panna 
Murgatroyd została zamordowana - rozpoczął. - 
Opierając się na pewnych wskazówkach, 
przyjmujemy, że tej zbrodni dokonała kobieta. 
Z innych, równie ważnych powodów wolno nam 
jeszcze bardziej zacieśnić krąg podejrzanych. 
Zamierzam zwrócić się do niektórych z 
obecnych tutaj pań z pytaniem, co robiły dziś po 
południu, między godziną czwartą a czwartą 
dwadzieścia. Można powiedzieć, że zeznanie 
złożyła już... złożyła młoda osoba, która 
uchodziła za pannę Julię Simmons. Poproszę ją 
o powtórzenie zeznania i oczywiście muszę 

background image

ostrzec panią, panno Simmons, że wolno pani 
nie udzielać odpowiedzi, które mogłyby być dla 
niej obciążające, a wszystko, co pani powie, 
zostanie zaprotokołowane przez 
posterunkowego Edwardsa i może być 
wykorzystane jako dowód dla sądu.
- Czy rzeczywiście musi pan to mówić - Julia 
była blada, wciąż jednak chłodna i opanowana. - 
Powtarzam, że między godziną czwartą a 
czwartą trzydzieści byłam sama na spacerze. 
Szłam na przełaj przez pola aż do strumyka i 
farmy Camtona. Wracałam stamtąd drogą 
wzdłuż pola, na którym rosną trzy topole. Nie 
przypominam sobie, abym kogoś spotkała. Nie 
byłam w pobliżu Boulders.
- Pani Swettenham?
- Czy obowiązek nakazuje panu ostrzegać nas 
wszystkich? - zapytał Edmund.
Inspektor spojrzał na niego.
- Nie. Na razie tylko pannę Simmons. Nie 
przypuszczam, proszę pana, by inne zeznania 
mogły być obciążające. Ma się rozumieć jednak, 
każdy z państwa może zażądać obecności 
swojego adwokata i tylko przy nim odpowiadać 
na pytania.
- Byłaby to niepotrzebna strata czasu - odrzekła 
pani Swettenham. - Od razu mogę powiedzieć 
dokładnie, co robiłam w tym czasie. O to panu 
chodzi? Prawda, inspektorze? Mam już 
rozpocząć?
- Bardzo proszę.

background image

- Zaraz... Niech no pomyślę trochę... - Pani 
Swettenham zamknęła i po chwili otworzyła 
oczy. - Oczywiście nie miałam nic wspólnego z 
zabójstwem panny Murgatroyd. Jestem pewna, 
że nikt z tu obecnych nie ma pod tym względem 
wątpliwości. Ale znam życie i wiem, że policja 
musi zadawać mnóstwo niepotrzebnych pytań i 
odpowiedzi notować starannie do... jak to się 
mówi?... do protokołu, prawda? - rzuciła 
pytanie zapracowanemu posterunkowemu 
Edwardsowi i dodała uprzejmie: - Mam 
nadzieję, że nie mówię zbyt prędko, proszę 
pana?
Policjant - biegły stenograf - był niezbyt obyty, 
więc zaczerwienił się po uszy i bąknął:
- Nie, proszę szanownej pani. Ale nie 
zaszkodziłoby trochę wolniej.
Pani Swettenham podjęła przemowę, robiąc 
stosowne pauzy w miejscach, gdzie jej zdaniem 
winny znajdować się przecinki bądź kropki.
- Ma się rozumieć, trudno mi być bardzo ścisłą, 
gdyż szczerze mówiąc, mam nie najlepsze 
poczucie czasu... No i od wojny połowa naszych 
zegarów stoi, a te, które chodzą, często spóźniają 
się albo śpieszą, albo zapominamy je nakręcić. - 
Pani Swettenham umilkła na chwilę, aby obecni 
mogli odczuć lepiej ten zamęt w czasie; później 
podjęła żywo: - Co ja robiłam o czwartej po 
południu? Aha! Zdaje mi się, że robiłam piętę u 
skarpety i sama nie wiem, czemu się pomyliłam i 
zamiast robić oczka prawe, zrobiłam lewe. A 

background image

jeżeli nie robiłam tego, to chyba byłam w 
ogrodzie i zrywałam uschnięte chryzantemy. 
Nie! Chryzantemy zrywałam wcześniej. Jeszcze 
przed deszczem.
- Deszcz zaczął padać dziesięć po czwartej - 
wtrącił inspektor.
- Naprawdę? To już sobie teraz przypominam. 
Poszłam na piętro, żeby ustawić w korytarzu 
miednicę, tam gdzie podczas deszczu dach 
zawsze przecieka. Tym razem woda kapała 
wyjątkowo szybko, więc pomyślałam, że rynna 
znów musiała się zatkać. Szybko zeszłam na dół 
po płaszcz nieprzemakalny i gumowe buty. Po 
drodze zawołałam Edmunda, ale nie 
odpowiedział, więc pomyślałam, że nie będę mu 
przeszkadzać, bo może akurat pisze coś bardzo 
ważnego w tej swojej powieści, a ja nieraz 
radziłam sobie sama w takich przypadkach. 
Posługiwałam się kijem od miotły 
przywiązanym do takiej długiej żerdki, którą 
otwiera się i zamyka oberlufty.
Craddock spojrzał na pełną zdziwienia twarz 
swojego podwładnego.
- To znaczy - powiedział - że pani czyściła 
rynnę?
- Tak. Była kompletnie zapchana liśćmi. Długo 
to trwało i przemokłam cała, ale wszystko 
doprowadziłam do porządku. Później wróciłam 
do domu, przebrałam się i umyłam, bo widzi 
pan, gnijące liście obrzydliwie cuchną. No i 
poszłam do kuchni, żeby postawić na ogniu 

background image

czajnik. Kuchenny zegar wskazywał kwadrans 
po szóstej.
Posterunkowy Edwards szeroko otworzył oczy.
- Co znaczy - wyjaśniła dobitnie pani 
Swettenham - że było dokładnie dwadzieścia 
minut przed piątą... Albo coś koło tego - dodała 
przezornie.
- Czy widział ktoś panią, kiedy była pani przed 
domem i czyściła rynnę?
- Nie. Gdyby ktoś mnie widział, poprosiłabym go 
o pomoc. Wcale nie tak łatwo samej czyścić 
rynnę.
- A zatem wtedy, kiedy padał deszcz, znajdowała 
się pani przed domem, ubrana w płaszcz 
nieprzemakalny i gumowe buty. Według 
własnych zeznań, czyściła pani rynnę, ale 
prawdy tych stów nikt potwierdzić nie może. 
Czy to się zgadza?
- Może pan obejrzeć rynnę. Jest czysta jak złoto.
- Słyszał pan, że matka pana wołała? - zapytał 
Craddock Edmunda.
- Nie. Spałem jak zabity.
- Edmundzie! - zawołała pani Swettenham. - A 
ja myślałam, że ty piszesz!
Inspektor zwrócił się do pani Easterbrook:
- Teraz pani będzie łaskawa...
- Byłam z mężem w gabinecie - odpowiedziała, 
robiąc do detektywa słodkie oczy. - Słuchaliśmy 
radia. Prawda, Archie?
Nastąpiła kłopotliwa pauza. Pułkownik mocno 
poczerwieniał, ujął rękę żony.

background image

- Nie znasz się na takich sprawach, kółeczku - 
zaczął.
- Cóż... Muszę powiedzieć, inspektorze, że pan... 
że pan nas zaskoczył. Moją żonę wyprowadziło 
to z równowagi... Strasznie się przejęła... Jest 
nerwowa, lękliwa i... i nie rozumie wagi, jaką 
należy przywiązywać do zeznań w takich 
przypadkach.
- Archie! - zawołała z wyrzutem pani 
Easterbrook.
- Chcesz powiedzieć, że nie byłeś ze mną?
- A czy byłem, moja droga? Cóż... W podobnych 
razach należy ściśle trzymać się faktów. To 
kwestia pierwszorzędnego znaczenia. 
Rozmawiałem z Lampsonem, farmerem z Croft 
End, na temat ogrodzenia siatką wybiegu dla 
drobiu. Była wtedy... plus minus za kwadrans 
czwarta. Do domu wróciłem już po deszczu... 
Krótko przed podwieczorkiem... mniej więcej za 
kwadrans piąta. Laura podsmażała wtedy 
grzanki.
- Czy pani wychodziła również? - zapytał 
inspektor. Ładna twarz skurczyła się jeszcze 
bardziej. Oczy przybrały zastraszony wyraz.
- Nie... Nie! W domu słuchałam radia. 
Wychodziłam wcześniej. Około pół do czwartej. 
Na krótki spacer. Nie byłam nigdzie daleko.
Umilkła i spojrzała na Craddocka tak, jak 
gdyby oczekiwała dalszych pytań.
- Bardzo pani dziękuję. Zeznania przepiszemy 
na maszynie i będzie pani mogła przeczytać je i 

background image

podpisać, jeżeli okażą się zgodne z prawdą.
Pani Easterbrook zirytowała się nagle.
- Czemu nie pyta pan innych, gdzie byli i co 
robili? - zawołała jadowicie. - Tej Haymes! Albo 
Edmunda Swettenhama? Skąd pan wie, że on 
spał w swoim pokoju? Przecież go nikt nie 
widział.
- Panna Murgatroyd nie żyje - odpowiedział z 
niezachwianym spokojem inspektor Craddock - 
ale przed śmiercią zdążyła przekazać bardzo 
istotną wiadomość. Podczas napadu nie widziała 
kogoś, kto powinien znajdować się w tym 
salonie. Najpierw wymieniła swojej przyjaciółce 
nazwiska osób, które widziała. Później, drogą 
eliminacji, dokonała odkrycia, że kogoś nie 
widziała.
- Nikt nie mógł nic widzieć - wtrąciła Julia.
- Murgatroyd mogła! - zahuczał nieoczekiwanie 
bas panny Hinchliffe. - Była za skrzydłem 
otwartych drzwi, tam gdzie obecnie stoi 
inspektor. Ona jedna mogła widzieć wszystko.
- Aha! Tak się wam wszystkim zdaje, co? - 
zapytała Mitzi. Do salonu wtargnęła gwałtownie, 
a drzwi pchnęła tak, że omal nie potrąciła 
Craddocka. Była w najwyższym stopniu 
podniecona.
- Mnie, Mitzi, nie poprosił pan tu z innymi! Nie 
poprosił pan, co? Jestem tylko Mitzi! Mitzi z 
kuchni! W kuchni powinnam siedzieć! Ale 
mówię panu, panie policjant, że Mitzi potrafi 
patrzeć równie dobrze jak każdy inny. Lepiej 

background image

niż każdy inny, no nie? Mitzi widuje różne 
rzeczy i coś widziała w ten dzień, kiedy tu było 
włamanie. Widziałam coś i oczom nie chciałam 
wierzyć, więc trzymałam język za zębami. Do 
dziś trzymałam język za zębami! Myślałam, że 
nie powiem, co widziałam. Nie powiem zaraz. 
Może później. Myślałam, że lepiej będzie 
zaczekać.
- I zażądać pieniędzy od pewnej osoby, kiedy 
cała historia przycichnie! - podchwycił 
Craddock. - Tak pani myślała, prawda?
Mitzi prychneła nań jak rozjuszona kotka:
- Czemu miałabym tak nie myśleć, co? Czemu 
pan na mnie krzyczy? To może źle wziąć 
pieniądze za to, że ktoś jest szlachetny i 
dochowuje sekretu? No bo tam miały być 
wkrótce pieniądze, grube pieniądze! Bardzo 
grube! O! Ja słyszę i widzę, co się dokoła dzieje. 
Wiem wszystko o tajnym związku Fipemmer, 
którego ona... - dramatycznym gestem wskazała 
Julię. - Ona jest agentką! Tak! Myślałam, że 
poczekam i zażądam pieniędzy, ale teraz się 
boję. Wolę być bezpieczna. Ktoś mógłby i mnie 
zabić, prawda? No to lepiej powiem wszystko, co 
mi wiadomo.
- Słusznie - podchwycił inspektor z nutą 
sceptycyzmu. - A co pani wiadomo?
- Zaraz pan usłyszy - podjęła z godnością. - 
Tamtego wieczora nie byłam w pokoju 
kredensowym i nie czyściłam srebra, chociaż tak 
mówiłam na początku. Byłam już w jadalni, 

background image

kiedy huknęfy strzały. Wyjrzałam przez dziurkę 
od klucza. W holu było ciemno, ale usłyszałam 
jeszcze jeden strzał, latarka upadła i odwróciła 
się tak, że zobaczyłam jedną osobę. Stała za 
tamtym człowiekiem. W ręku trzymała 
rewolwer. Widziałam ją! Pannę Blacklock!
- Mnie? - zapytała ze zdumieniem Letycja 
Blacklock. - Szalona jesteś, Mitzi?
- To wykluczone! - zawołał Edmund. - Mitzi nie 
mogła widzieć panny Blacklock, bo...
- Nie mogła? - podchwycił Craddock lodowato 
zimnym tonem. - A to czemu? Może dlatego, że 
to nie panna Blacklock stała z rewolwerem w 
ręku za tamtym człowiekiem, ale pan, panie 
Swettenham?
- Ja? Skąd, u diabła? Cóż to za nowy pomysł?
- Pan wziął rewolwer pułkownika Easterbrooka. 
Pan porozumiał się z tym Szwajcarem, 
wmówiwszy mu, że chodzi o świetny kawał. Pan 
poszedł za Patrykiem Simmonsem do tamtej 
części salonu, a kiedy światło zgasło, wymknął 
się pan przez rzekomo ślepe drzwi, które 
uprzednio pan starannie naoliwił. Dwukrotnie 
wystrzelił pan do panny Blacklock, a Rudi 
Scherz padł ofiarą trzeciego pańskiego strzału. 
W parę sekund później był pan znów w salonie i 
zaczął pan pstrykać zapalniczką.
W pierwszej chwili Edmund nie mógł dobyć 
głosu. Później wybuchnął:
- To szatański pomysł! Dlaczego ja? Jaki motyw 
mógłby mną kierować?

background image

- Proszę pamiętać, że gdyby panna Blacklock 
umarła przed panią Goedler, spadek 
odziedziczyłyby dwie osoby. Tych dwoje to Fip i 
Emma. Okazało się, że Julia Simmons jest 
Emmą...
- A ja Fipem? Tak to pan sobie wymyślił? - 
roześmiał się Edmund. - Fantastyczna historia! 
Absolutnie fantastyczna! Jestem mniej więcej w 
odpowiednim wieku. To wszystko! Łatwo 
dowiodę panu... że naprawdę jestem sobą. Mam 
metrykę urodzenia, świadectwa szkolne, 
uniwersyteckie... Wszystko!
- On nie jest Fipem - zabrzmiał głos z cienia i na 
środek salonu wystąpiła bardzo blada Filipa 
Haymes. - Fip to ja, inspektorze.
- Pani?
- Tak. Wszyscy byli przekonani, że Fip to 
chłopiec. Oczywiście Julia wie, że ma bliźniaczą 
siostrę... nie brata. Nie rozumiem, czemu nic 
dziś nie powiedziała...
- Przez solidarność rodzinną - podchwyciła 
Julia. - Dziś po południu uprzytomniłam sobie 
nagle, kim jesteś. Dotąd nie miałam pojęcia.
- Wpadłam na pomysł taki sam, jak ona - 
podjęła Filipa drżącym lekko głosem. - Kiedy 
mój mąż... Kiedy straciłam męża i skończyła się 
wojna, nie wiedziałam, co z sobą zrobić. Matka 
umarła przed wieloma laty. Zebrałam 
informacje o moich krewnych, Goedlerach. Pani 
Goedler była umierająca, a po jej śmierci cały 
majątek miał dostać się jakiejś pannie 

background image

Blacklock. Dowiedziałam się, gdzie ta panna 
Blacklock mieszka i... No i przyjechałam tutaj. 
Zaczęłam pracować u pani Lucas. Liczyłam, że 
panna Blacklock, starsza i samotna osoba, 
zechce... Być może zechce trochę pomóc. Nie 
mnie, bo mogę przecież pracować, ale pomóc w 
kształceniu mojego syna. Ostatecznie w grę 
wchodziły pieniądze Goedlera, a ona nie miała 
nikogo z bliskich, na kogo mogłaby je wydawać.
Filipa umilkła na chwilę, następnie zaś mówiła 
szybciej, jak gdyby pilno jej było teraz, gdy 
przełamała wreszcie długotrwałą 
powściągliwość.
- Później był ten napad i zaczęłam bać się na 
serio. Wydawało mi się, że ja jestem jedyną 
osobą, która może mieć powód, by zabić pannę 
Blacklock. Nie miałam pojęcia, kim może być 
Julia. Jesteśmy bliźniaczkami, ale mało do siebie 
podobnymi. Byłam pewna, że tylko na mnie 
może paść podejrzenie.
Zrobiła pauzę i odgarnęła z czoła jasne włosy. W 
tym momencie Craddock uprzytomnił sobie, że 
zblakłe zdjęcie amatorskie z paczki listów musi 
przedstawiać jej matkę. Podobieństwo było 
uderzające. Zrozumiał również, czemu miał 
mgliste skojarzenia ze znalezioną w liście Letycji 
Blacklock wzmianką o zaciskaniu pięści i 
rozprostowywaniu palców. Teraz robiła to 
Filipa!
- Panna Blacklock była dla mnie dobra... bardzo 
dobra. Nie usiłowałam jej zabić. Nigdy podobna 

background image

myśl w głowie mi nie postała. Ale Fip to ja, 
panie inspektorze, więc teraz nie może pan 
podejrzewać Edmunda.
- Nie mogę? Naprawdę? - głos Craddocka 
zabrzmiał znów lodowato. - Edmund 
Swettenham to młody człowiek, który bardzo 
lubi pieniądze. Być może ten młody człowiek z 
chęcią ożeniłby się bogato. Ale jego wybranka 
nie byłaby bogata, gdyby panna Blacklock nie 
umarła wcześniej niż pani Goedler. A ponieważ 
wyglądało na to, że pani Goedler musi umrzeć 
przed panną Blacklock... Cóż, trzeba było coś z 
tym fantem zrobić. Prawda, panie Swettenham?
- To nikczemne łgarstwo! - wybuchnął Edmund. 
W tej chwili dobiegł z kuchni krzyk - pełen 
grozy, rozdzierający krzyk przerażenia.
- To nie Mitzi! - zawołała Julia.
- Nie - odparł Craddock. To morderczyni trojga 
ludzi.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
PRAWDA

Kiedy inspektor zaatakował Edmunda 
Swettenhama, Mitzi cichaczem opuściła pokój i 
wróciła do kuchni. Zaczęła napełniać wodą 
zlewozmywak i w tejże chwili weszła panna 
Blacklock.
- Ależ kłamczucha z ciebie, Mitzi - powiedziała 
łagodnie. - No i nie tak się zmywa. Trzeba 
zacząć od sztućców, nie żałować wody.

background image

Mitzi posłusznie odkręciła kurki.
- Nie gniewa się pani na mnie? Prawda, proszę 
pani?
- Gdybym się miała gniewać za wszystkie 
kłamstwa, jakie pani opowiada, byłabym 
nieustannie zagniewana.
- Zaraz pójdę do inspektora i powiem, że 
wszystko zmyśliłam. Dobrze?
- Inspektor wie już o tym - odrzekła wesoło 
panna Blacklock.
Dziewczyna zaczęła zakręcać kurki i wówczas 
dwie dłonie uniosły się za jej plecami, chwyciły 
głowę Mitzi i siłą zanurzyły w pełnym po brzegi 
zlewie.
- Nareszcie! Tylko ja wiem, że powiedziałaś 
prawdę! - syknęła jadowicie panna Blacklock.
Mitzi szarpała się i wyrywała, lecz silne dłonie 
naciskały jej głowę i utrzymywały pod wodą.
Wtedy - tuż za panną Blacklock - rozbrzmiał 
donośny i płaczliwy głos Dory Bunner:
- Ach, Lotty!... Nie czyń tego, Lotty!
Panna Blacklock krzyknęła rozdzierająco i 
uniosła ręce, a chociaż w kuchni nie było nikogo, 
krzyczała nadal, gdy tymczasem Mitzi 
wyprostowała się, charcząc i prychając.
- Doro... Wybacz mi, Doro... Ja musiałam... 
Musiałam... Wreszcie podbiegła ku drzwiom 
pokoju kredensowego, lecz rosły sierżant 
Fletcher zatarasował jej drogę, a ze schowka na 
miotły wyłoniła się zgrzana i triumfująca panna 
Marple.

background image

- Zawsze umiałam naśladować ludzkie głosy - 
powiedziała.
- Pani pozwoli ze mną - odezwał się sierżant 
Fletcher. - Byłem świadkiem usiłowania 
morderstwa tej dziewczyny. Znajdą się także 
inne zarzuty. Uprzedzam panią, Letycjo 
Blacklock...
- Charlotto Blacklock - poprawiła panna 
Marple. - To jest, sierżancie, Charlotta 
Blacklock, nie Letycja. Pod naszyjnikiem, który 
zawsze nosi, znajdzie pan bliznę po operacji.
- Po operacji?
- Tak, tarczycy.
Morderczyni - spokojna już i opanowana - 
spojrzała na pannę Marple.
- Więc pani wie wszystko?
- Tak. I to od pewnego czasu.
Charlotta usiadła przy stole i wybuchneła 
płaczem.
- Nie powinna była pani tego robić. Nie powinna 
była pani naśladować głosu Dory. Ja kochałam 
Dorę. Kochałam ją naprawdę.
Inspektor Craddock i inni skupili się w 
drzwiach kuchni.
Posterunkowy Edwards, który niezależnie od 
swoich licznych umiejętności znał również 
zasady pierwszej pomocy i sztucznego 
oddychania, troskliwie zajął się niedoszłą ofiarą 
panny Blacklock. Mitzi wnet odzyskała mowę i 
jęła rozpływać się w lirycznych pochwałach 
samej siebie.

background image

- Dobrze się spisałam, no nie? Jestem sprytna! 
Jestem odważna! O tak! Jestem bardzo 
odważna. Omal mnie nie zamordowała, no nie? 
Ale byłam waleczna i zaryzykowałam!
Nagle panna Hinchliffe roztrąciła wszystkich 
gwałtownie i skoczyła ku Charlotcie Blacklock, 
która nadal szlochała przy stole.
Sierżant Fletcher musiał użyć całej swojej siły, 
by ją powstrzymać.
- Spokój, proszę pani... Spokój, jeśli łaska... 
Panna Hinchliffe rzuciła przez zaciśnięte zęby:
- Dajcie ją w moje ręce! Dajcie mi ją! To ona 
zabiła Amy Murgatroyd!
Charlotta Blacklock uniosła wzrok i żałośnie 
pociągnęła nosem.
- Nie chciałam jej zabić. Nie chciałam zabić 
nikogo. Musiałam! Najbardziej żal mi Dory... Po 
jej śmierci zostałam sama. Zupełnie sama, 
Doro... Ach, Doro! Doro!
Z tymi słowy zakryła twarz rękami i znowu 
wybuchnęła płaczem.

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
WIECZÓR NA PROBOSTWIE

Panna Marple zasiadła w fotelu z wysokim 
oparciem. Naprzeciw niej Bułeczka przycupnęła 
na podłodze przed kominkiem, obejmując 
rękoma kolana.
Wielebny Julian Harmon stał pochylony i tym 
razem przypominał raczej zaciekawionego 

background image

uczniaka niż mężczyznę u schyłku wieku 
dojrzałego. Inspektor Craddock palił fajkę, 
popijał whisky z wodą sodową i najoczywiściej 
był wreszcie nie na służbie. Julia, Patryk, 
Edmund i Filipa stanowili zewnętrzny krąg 
zgromadzenia.
- Myślę, że to pani powinna wszystko 
opowiedzieć - zwrócił się Craddock do panny 
Marple.
- Nie, drogi chłopcze. Bynajmniej. Pomagałam 
tylko trochę tu i ówdzie. Panu powierzono 
śledztwo, pan je prowadził, wie pan tyle samo co 
i ja.
- No to opowiadajcie wspólnie! - zawołała 
niecierpliwie Bułeczka. - Ciocia Jane trochę. 
Pan inspektor trochę. Tylko niech ona zacznie, 
bo uwielbiam zawiłe drogi, jakimi wędrują jej 
myśli. Kiedy, ciociu, pierwszy raz zaświtało ci w 
głowie, że panna Blacklock wyreżyserowała tę 
całą historię?
- Trudno to sprecyzować, moja droga. 
Oczywiście wydawało mi się od samego 
początku, że idealna osoba lub raczej 
najbardziej rzucająca się w oczy osoba, która 
mogła zorganizować rzekomy napad, to sama 
panna Blacklock. Rudi Scherz miał kontakt 
jedynie z nią w całym gronie podejrzanych, no i 
podobną scenę znacznie łatwiej zainscenizować 
u siebie niż gdziekolwiek indziej. Na przykład 
kwestia centralnego ogrzewania. Nie rozpalono 
ognia na kominku, bo wówczas salon musiałby 

background image

być oświetlony. A przecież mogła to zarządzić 
tylko i wyłącznie pani domu. Nie znaczy to, że 
od początku podejrzewałam pannę Blacklock. 
Nic podobnego! Raczej ubolewałam w duchu, że 
sprawa nie wygląda aż tak prosto. Nie, nie! 
Dałam się nabrać jak wszyscy inni. Rzeczywiście 
sądziłam, że ktoś dybie na życie Letycji 
Blacklock.
- Najpierw warto by chyba wyjaśnić, co się 
właściwie działo od początku - zabrała głos pani 
Harmon. - Czy ten młody Szwajcar rzeczywiście 
ją znał?
- Tak. Pracował niegdyś... - Panna Marple 
zawahała się i spojrzała na inspektora.
- Pracował - podchwycił tamten - w klinice 
doktora Adolfa Kocha w Bernie. Koch był 
znanym w świecie specjalistą od chirurgii 
tarczycy. Charlotta Blacklock została 
powierzona jego pieczy, a Rudi Scherz pracował 
tam wówczas jako sanitariusz. Kiedy osiadł w 
Anglii, poznał w hotelu dawną pacjentkę 
doktora Kocha i zagadnął ją pod wpływem 
pierwszego wrażenia. Gdyby zastanowił się 
trochę, zapewne nie zrobiłby tego, bo posadę w 
klinice stracił w przykrych dla siebie 
okolicznościach. Jednakże stało się to znacznie 
później i o jego sprawkach Charlotta Blacklock 
nie mogła nic wiedzieć.
- Więc nie mówił jej nigdy o Montreux? Nie 
podawał się za syna właściciela hotelu?
- Oczywiście, że nie! Panna Blacklock zmyśliła 

background image

to, aby wytłumaczyć, czemu Rudi Scherz zwrócił
się do niej po nazwisku.
- Musiał to być dla niej wielki cios - powiedziała 
panna Marple po chwili zastanowienia. - Czuła 
się stosunkowo bezpiecznie, a tu nagle, w 
wyniku niewiarygodnego pecha, pojawia się 
ktoś, kto znał ją nie jako jedną z panien 
Blacklock (na to była przygotowana), lecz jako 
Charlottę Blacklock, pacjentkę, która w klinice 
doktora Kocha poddała się niegdyś operacji 
tarczycy. Ale życzyłaś sobie, Bułeczko, by 
wyjaśnić, co się działo od początku. Otóż sądzę, 
a inspektor Craddock przyzna mi zapewne 
rację, że początek nastąpił wówczas, gdy u 
Charlotty Blacklock, ładnej, pełnej życia, 
uczuciowej młodej dziewczyny, stwierdzono 
powiększenie tarczycy. To ją załamało, gdyż 
była bardzo wrażliwa, a ponadto przywiązywała 
dużą wagę do swojej powierzchowności. Nic 
dziwnego. Dziewczęta w tym wieku, poniżej 
dwudziestu lat, często bywają nader czułe na 
punkcie własnej urody. Gdyby miała matkę 
bądź rozsądnego ojca, nie popadłaby zapewne w 
stan tak rozpaczliwy i beznadziejny, jak to się 
stało. Niestety, nie było przy niej nikogo, kto 
oderwałby ją od ponurych myśli o chorobie i 
widocznym zniekształceniu, zmusił do 
widywania ludzi i prowadzenia normalnego 
życia. No i gdyby miała inne otoczenie, o wiele 
lat wcześniej zostałaby skierowana na operację.
Jednakże doktor Blacklock, staroświecki tyran 

background image

domowy o ciasnym umyśle, był, jak się zdaje, 
człowiekiem wyjątkowo upartym. Nie wierzył w 
tego rodzaju operacje. Musiał wmówić córce, że 
nic jej nie pomoże oprócz stosowania jodu i 
jeszcze jakichś innych leków. Charlotta wierzyła 
ojcu, a i Letycja ufała zapewne jego 
umiejętnościom lekarskim o wiele bardziej, niż 
należało. Charlotta była głupio i bezwolnie 
przywiązana do ojca. Nie wątpiła, że słuszność 
jest po jego stronie, ale jej gruczoł tarczycowy 
powiększał się i stawał coraz bardziej widoczny, 
więc zaczęła zamykać się w domu i 
zdecydowanie unikać kontaktów z ludźmi. W 
gruncie rzeczy była istotą łagodną i niesłychanie 
uczuciową.
- To dziwna charakterystyka morderczyni - 
wtrącił Edmund.
- Czy ja wiem? - podjęła panna Marple. - 
Łagodni ludzie o słabym charakterze często 
bywają nad wyraz zdradliwi. A jeżeli czują 
urazę do życia, łatwo tracą nawet tę odrobinę sił 
moralnych, jaką mogą mieć. Oczywiście, 
osobowość Letycji Blacklock przedstawiała się 
zupełnie inaczej. Podczas rozmowy z 
inspektorem Craddockiem Bella Goedler 
powiedziała o niej, że jest naprawdę dobra. Tak! 
Letycja Blacklock była dobra. Była kobietą 
wyjątkowej uczciwości i, według jej własnych 
słów, nie potrafiła zrozumieć, jak ludzie mogą 
nie dostrzegać, że coś jest nieuczciwe. Nawet 
przy największych pokusach nie byłaby zdolna 

background image

do popełnienia jakiegokolwiek przestępstwa.
- Letycja kochała siostrę - podjęła znowu panna 
Marple po krótkiej pauzie. - W bardzo długich 
listach opisywała jej rozmaite wydarzenia, nie 
szczędząc starań, by chora nie utraciła kontaktu 
z życiem. Martwił ją chorobliwy, beznadziejny 
stan, w jakim pogrążała się Charlotta. Wreszcie 
doktor Blacklock umarł. Letycja bez wahania 
rzuciła posadę u Randalla Goedlera i całkowicie 
poświęciła się siostrze. Zabrała ją do Szwajcarii, 
aby z tamtejszymi specjalistami rozważyć 
przeprowadzenie operacji. Było już bardzo 
późno, lecz, jak nam wiadomo, operacja 
przebiegła pomyślnie. Zeszpecenie zniknęło, a 
bliznę łatwo było ukrywać pod 
przypominającym obróżkę naszyjnikiem z pereł 
bądź paciorków. Wybuchła wojna. Powrót do 
Anglii był trudny, więc siostry pozostały w 
Szwajcarii, gdzie pracowały w Czerwonym 
Krzyżu i w innych instytucjach społecznych. 
Czy to się zgadza, inspektorze?
- Tak, proszę pani - powiedział Craddock.
- Od czasu do czasu otrzymywały wiadomości z 
kraju, a między innymi dowiedziały się 
zapewne, że dni Belli Goedler wydają się 
policzone. Niewątpliwie zgodne z ludzką naturą 
były rozmowy sióstr na ten temat i snucie 
planów na niedaleką przyszłość, kiedy 
przypadnie im w udziale olbrzymia fortuna. 
Moim zdaniem, należy sobie uprzytomnić, że 
takie plany były ważne zarówno dla Charlotty, 

background image

jak i dla Letycji. W tym czasie Charlotta po raz 
pierwszy w życiu mogła poruszać się swobodnie 
i być normalną kobietą, na którą nikt nie patrzy 
z odrazą czy też współczuciem. Nareszcie wolno 
jej było cieszyć się życiem, więc całą 
zmarnowaną przeszłość powinna wtłoczyć w 
niewiele pozostałych jej jeszcze lat. Podróże, 
dom w pięknym ogrodzie, wytworne stroje, 
biżuteria, teatry, koncerty, zaspokajanie 
wszelkich kaprysów - wszystko to stanowiło dla 
Charlotty coś w rodzaju zaczarowanego świata z 
baśni.
Nagle Letycja, zdrowa i silna Letycja, zapadła 
na grypę, później na zapalenie płuc i umarła w 
ciągu tygodnia. Charlotta nie tylko straciła 
siostrę, lecz również umknęła jej cała 
wymarzona przyszłość. Wydaje mi się, że 
musiała odczuwać do niej pewną urazę. Czemu 
umarła akurat teraz, w kilka dni po otrzymaniu 
wiadomości, że Bella Goedler nie pożyje długo? 
Jeszcze może miesiąc i pieniądze przypadłyby 
Letycji i jej. Tak! Gdyby Letycja nie umarła!
I tutaj właśnie, jak sądzić należy, objawiły się 
różnice charakterologiczne pomiędzy siostrami. 
Charlotta nie zdawała sobie sprawy, że pomysł, 
który raptownie przyszedł jej do głowy, był 
nieuczciwy. Naprawdę nieuczciwy. Przecież 
majątek miał przypaść w udziale Letycji i 
dostałby się jej w ciągu najbliższych miesięcy, a 
ona uważała Letycję i siebie niemal za jedną 
osobę. Być może w chwili gdy lekarz lub kto 

background image

inny zapytał ją o imię zmarłej siostry, Charlotta 
uprzytomniła sobie, że całe otoczenie uważa je 
za panny Blacklock, dwie dobrze wychowane, 
starszawe Angielki, które ubierają się zawsze 
jednakowo i łączy je wyraźne podobieństwo 
rodzinne. A, jak napomknęłam kiedyś w 
rozmowie z Bułeczką, kobiety w starszym wieku 
mało różnią się od siebie. Czemu zatem nie 
miałaby umrzeć Charlotta, a Letycja pozostać 
przy życiu? Było to zapewne posunięcie bardziej 
odruchowe niż z góry zaplanowane. W każdym 
razie Letycja została pochowana jako Charlotta. 
Charlotta zmarła, Letycja powróciła do Anglii. 
Cała wrodzona, lecz przez długie lata uśpiona 
energia i przedsiębiorczość teraz odezwały się w 
pełni. Charlotta, jako panna Blacklock, grała 
zawsze drugie skrzypce. Obecnie przyjmowała 
rozkazujące tony Letycji. Siostry, jak sądzę, nie 
różniły się specjalnie, jeśli chodzi o poziom 
umysłowy, lecz pod względem moralności 
dzieliła je przepaść.
Ma się rozumieć, Charlotta musiała zastosować 
różne oczywiste środki ostrożności. Kupiła dom 
w zupełnie innej części Anglii. Musiała unikać 
jedynie bardzo nielicznych osób, które widywały 
ją w jej rodzinnym miasteczku w 
Cumberlandzie, gdzie, pamiętać należy, pędziła 
żywot pustelniczy. I kogo więcej? Naturalnie 
Belli Goedler, która znała Letycję zbyt dobrze, 
by podszywanie się pod nią mogło wchodzić w 
rachubę. Zmieniony charakter pisma mogła 

background image

wytłumaczyć zreumatyzowanymi palcami, a 
cała sprawa była w gruncie rzeczy łatwa, gdyż 
mało kto rzeczywiście znał i mógł pamiętać 
Charlottę.
- A znajomi Letycji, z którymi groziły jej 
spotkania? - zapytała Bułeczka. - Przecież ci 
musieli być liczni, prawda?
- Tak, ale niezbyt groźni - odparła panna 
Marple. - Ktoś mógłby powiedzieć: "Wczoraj 
spotkałem Letycję Blacklock. Zmieniła się tak, 
że nie poznałem jej w pierwszej chwili". Kto 
podejrzewałby, że to nie Letycja? Ludzie 
naprawdę zmieniają się z upływem lat. Panna 
Blacklock mogła nie poznawać dawnych 
znajomych, bo łatwo było to przypisać jej 
słabemu wzrokowi. No i pamiętać należy, że 
Charlotta wiedziała o mnóstwie szczegółów z 
londyńskiego życia Letycji, o ludziach, których 
tamta widywała, a także miejscach, w których 
bywała. Mogła odwoływać się do listów siostry i 
szybko rozpraszać wątpliwości wzmianką o 
jakimś wydarzeniu lub pytaniem o kogoś ze 
wspólnych znajomych. Naprawdę obawiać się 
musiała jedynie rozpoznania jako Charlotta.
Zatem osiadła w Chipping Cleghorn, 
pozawierała znajomość z sąsiadami, a gdy 
otrzymała list z zapytaniem, czy droga Letycja 
nie zechciałaby przyjąć pary młodych kuzynów, 
których nigdy w życiu nie widziała, zgodziła się 
z przyjemnością. Naturalnie zdawała sobie 
sprawę, że w charakterze "cioci Letty" będzie 

background image

tym bardziej bezpieczna.
Wszystko szło jak z płatka, dopóki Charlotta 
Blacklock nie popełniła wielkiego błędu - i to 
jedynie z dobroci serca oraz wrodzonej 
wrażliwości. Otrzymała list od dawnej koleżanki 
szkolnej, znajdującej się w trudnych 
warunkach, i bez zastanowienia pośpieszyła z 
pomocą. Być może czuła się osamotniona, bo 
tajemnica separowała ją od ludzi, a ponadto 
naprawdę lubiła Dorę Bunner, która 
przypominała jej własne beztroskie i wesołe lata 
w szkole. Tak czy inaczej, uległa impulsowi i na 
list odpowiedziała wizytą. Jakże zdziwiona 
musiała być Dora! Przecież pisała do Letycji, a 
pojawiła się Charlotta! W tym wypadku nie 
mogło być mowy o udawaniu Letycji. Dora 
należała do tych nielicznych dawnych 
przyjaciółek, które widywały Charlottę podczas 
jej smutnych i samotnych dni.
Była przekonana, że Dora spojrzy na sprawę 
tak, jak ona spojrzała, więc zwierzyła się jej z 
sekretu. Dora aprobowała bez zastrzeżeń krok 
przyjaciółki. Na swój mętny, nieporadny sposób 
rozumowała, że kochana Lotty nie powinna 
utracić schedy w wyniku przedwczesnej śmierci 
Letty. Lotty winna przecież otrzymać nagrodę 
za tyle cierpień, które znosiła tak dzielnie i 
cierpliwie. Stałaby się niesprawiedliwość, gdyby 
te wielkie pieniądze miały przypaść w udziale 
komuś, o kim nikt nigdy nie słyszał.
Dora zrozumiała, że tajemnica nie może wyjść 

background image

na jaw. To coś niby funt masła z czarnego 
rynku. Nie mówi się o tym, chociaż w istocie 
rzeczy to nic złego. Więc Dora zjechała do Little 
Paddocks i w krótkim czasie Charlotta zaczęła 
uprzytamniać sobie, jak straszny popełniła błąd. 
Rzecz nie w tym, że Dora była roztargniona, 
nieporadna, myliła się nieustannie. To by 
Charlotta zniosła, ponieważ rzeczywiście była 
przywiązana do dawnej koleżanki, a ponadto 
wiedziała od lekarza, że Dora niedługo pożyje. 
Wkrótce jednak poczęło zagrażać prawdziwe 
niebezpieczeństwo. Letycja i Charlotta nazywały 
się wzajemnie pełnymi imionami, lecz Dora 
należała do osób, które chętnie używają 
zdrobnień. Dla niej siostry były zawsze Letty i 
Lotty i chociaż ćwiczyła się w mówieniu do 
przyjaciółki "Letty", dawne imię wymykało się 
jej czasami. Równie niepokojące były 
wspomnienia z przeszłości, toteż Charlotta 
wciąż musiała mieć się na baczności i wszelkie 
kłopotliwe aluzje unieszkodliwiać w porę. 
Wkrótce zaczęło to wszystko grać jej na 
nerwach.
Prawdę mówiąc, nikt nie zwracał szczególnej 
uwagi na omyłki i nieścisłości biednej Dory, ale, 
jak już wspomniałam, prawdziwy grom z 
jasnego nieba padł, gdy w hotelu Royal Rudi 
Scherz poznał Charlottę i zagadnął ją. Sądzę, że 
pieniądze, którymi wyrównywał niedobory w 
hotelu pochodziły od Charlotty Blacklock. 
Wydaje mi się jednak, a inspektor Craddock 

background image

podziela moje zdanie, że młody Szwajcar, 
prosząc dawną znajomą o pomoc, nie myślał w 
ogóle o możliwości szantażu.
- Nie miał pojęcia, że wie o czymś, co mogłoby 
stanowić przedmiot szantażu - przejął głos 
inspektor Craddock. - Po prostu zdawał sobie 
sprawę, że jest przystojnym chłopcem, a 
doświadczenie nauczyło go, że przystojny 
chłopiec zdoła czasem wyłudzić trochę pieniędzy 
od damy w starszym wieku, jeżeli 
przekonywająco opowie bajeczkę o nieszczęściu, 
jakie go spotkało. Ale Charlotta Blacklock 
mogła podejrzewać, że Rudi Scherz domyśla się 
czegoś i stosuje coś w rodzaju pośredniego 
szantażu, a gdy po śmierci Belli Goedler cała 
historia nabierze rozgłosu, uprzytomni sobie, że 
odkrył kopalnię złota.
A Charlotta Blacklock popełniła już 
przestępstwa. Wobec banku. Wobec Belli 
Goedler. Jedyną przeszkodę stanowił ten 
hotelowy urzędniczyna, Szwajcar o podejrzanej 
przeszłości i potencjalny szantażysta. Usunięcie 
go z drogi byłoby gwarancją bezpieczeństwa.
Z początku snuła zapewne tylko fantastyczne 
projekty. W jej życiu brakowało dotąd emocji i 
dramatycznych napięć, więc dla rozrywki 
obmyślała najdrobniejsze szczegóły 
oswobodzenia się od kłopotliwego młodego 
człowieka. Wreszcie opracowała cały plan i 
niebawem postanowiła go wprowadzić w czyn. 
Powiedziała Szwajcarowi, że dla zabawy 

background image

zamierza upozorować napad rabunkowy 
podczas przyjęcia. Wytłumaczyła, czemu życzy 
sobie, aby rolę "gangstera" odegrał ktoś 
zupełnie obcy, a za współpracę zaproponowała 
całkiem pokaźną sumkę. Rudi Scherz, niczego 
nie podejrzewając, przyjął propozycję, co 
oczywiście tylko świadczy o jego 
nieświadomości, że mógłby szantażować czymś 
pannę Blacklock. Uważał po prostu, że ma do 
czynienia z trochę postrzeloną starszą panią, 
która lubi szastać pieniędzmi. Charlotta kazała 
mu zamieścić ogłoszenie w "Gazetce", postarała 
się, by dla rozpoznania miejsca odwiedził Little 
Paddocks, wskazała, gdzie spotka go w 
umówiony wieczór i wpuści do domu. Ma się 
rozumieć, Dora Bunner nic o tym wszystkim nie 
wiedziała. Nadszedł dzień...
Inspektor Craddock urwał i spojrzał na pannę 
Marple, ta zaś podjęła cichym, łagodnym 
głosem:
- Nadszedł dzień niewątpliwie bardzo ciężki dla 
Charlotty. Nie było za późno. Mogła się jeszcze 
wycofać. Wiemy od Dory Bunner, że "Letty była 
tamtego dnia niespokojna". Tak! Była 
niespokojna. Bała się tego, co zamierza zrobić. 
Bała się, że cały plan może spalić na panewce. 
Ale nie był to aż tak wielki strach, by mógł ją w 
porę pohamować. Zabawą mogło być 
wyłowienie z szuflady na kołnierzyki rewolweru 
pułkownika Easterbrooka, myszkowanie po 
pustym domu, gdy zanosiła tam jaja czy 

background image

marmoladę. Zabawą mogło być naoliwienie 
drzwi, tak by otwierały się i zamykały 
bezszelestnie, i przesunięcie stołu pod pozorem, 
że bukiet ułożony przez Filipę zaprezentuje się 
lepiej na tle ściany. Jednakże to, co miało 
niebawem nastąpić, stanowczo nie zakrawało na 
zabawę. Tak! Dora Bunner miała słuszność. Jej 
przyjaciółka bała się, była niespokojna.
- Ale mimo wszystko dalej robiła swoje - 
podchwycił Craddock. - Wydarzenia rozwijały 
się zgodnie z planem. Parę minut po szóstej 
wyszła, żeby "zamknąć kaczki". Wtedy właśnie, 
wpuściwszy wspólnika do domu, dała mu 
maskę, pelerynę, rękawiczki i latarkę. O pół do 
siódmej, kiedy odezwał się zegar, była gotowa. 
Stała przy stoliku pod arkadą, z ręką na 
szkatułce z papierosami. Wszystko wyglądało 
najzupełniej naturalnie. Patryk grający rolę 
gospodarza poszedł po wino. Ona, gospodyni, 
zamierzała poczęstować zebranych papierosami. 
Trafnie przewidywała, że w chwili gdy zacznie 
bić godzina, wszyscy zwrócą wzrok ku zegarowi. 
Tak się też stało. Jedynie przywiązana, wierna 
Dora nie spuszczała oka z przyjaciółki. 
Początkowo powiedziała nam wszystko 
dokładnie, co robiła panna Blacklock. Według 
słów Dory, podniosła wazonik z fiołkami.
Uprzednio wystrzępiła sznur lampy tak, że 
przewody były prawie obnażone. Cała historia 
trwała nie dłużej niż sekundę. Wazonik, 
szkatułka z papierosami i wyłącznik znajdowały 

background image

się bardzo blisko siebie. Charlotta podniosła 
wazonik z fiołkami, polała wodą uszkodzone 
miejsce sznura, nacisnęła guzik wyłącznika. 
Woda jest dobrym przewodnikiem 
elektryczności. Musiało nastąpić i nastąpiło 
krótkie spięcie.
- Jak wtedy u nas, prawda? - zawołała Bułeczka. 
- Dlatego, ciociu Jane, taka byłaś wstrząśnięta?
- Tak, moja droga. Pomyślałam o świetle w 
Little Paddocks. Uprzytomniłam sobie, że są 
tam dwie lampy, para, że jedna znalazła się na 
miejscu drugiej... Najprawdopodobniej w ciągu 
nocy.
- Oczywiście - zabrał głos Craddock. - 
Następnego rana Fletcher oglądał lampę na tym 
stoliku. Była w porządku. Ani śladu 
wystrzępienia na sznurze. Ani śladu spalonych 
drutów.
- Zrozumiałam wówczas, co Dora miała na 
myśli, mówiąc, że poprzedniego wieczora była 
na stoliku pasterka - podjęła panna Marple. - 
Ale, jak ona, byłam w błędzie, podejrzewając, że 
Patryk maczał w tym palce. To ciekawe, moi 
drodzy, że Dora Bunner kompletnie nie 
zasługiwała na zaufanie, gdy powtarzała coś, o 
czym słyszała. Wtedy puszczała wodze 
wyobraźni i oczywiście wyolbrzymiała lub 
przeinaczała fakty. W podobny sposób 
wyciągała zazwyczaj błędne wnioski, a więc nie 
należało wierzyć temu, co myślała. Natomiast z 
dokładnością potrafiła przedstawiać widziane 

background image

obrazy. Widziała, że Letycja podnosiła fiołki.
- Widziała również błysk - wtrącił Craddock - 
błysk, któremu towarzyszyło trzaśnięcie.
- Ma się rozumieć - podjęła panna Marple - w 
chwili gdy Bułeczka wylała wodę z wazonu na 
sznur lampy, uprzytomniłam sobie, że jedynie 
panna Blacklock mogła spowodować krótkie 
spięcie, bo tylko ona była blisko tamtego stolika.
- Stanowczo zasłużyłem na baty - powiedział 
Craddock. - Dora Bunner paplała o 
przypalonym blacie stolika "w miejscu, gdzie 
ktoś nieuważny położył papierosa". A przecież 
nikt nie zaczął nawet palić! No i fiołki zwiędły z 
braku wody! To potknięcie Letycji. Powinna 
była ukradkiem napełnić wazonik. 
Prawdopodobnie jednak nie sądziła, by ktoś 
mógł zauważyć taki drobiazg. A zresztą sama 
Dora Bunner skłonna była uwierzyć, że to ona 
zapomniała o wodzie, układając kwiaty. Łatwo 
poddawała się sugestiom i panna Blacklock 
niejednokrotnie to wykorzystywała. Jestem 
przekonany, że to ona podszepneła Bunny 
podejrzenia wobec Patryka.
- Czemu właśnie mnie sobie upatrzyła? - zapytał 
Patryk z nutą urazy.
- Sądzę, że nie traktowała tego serio - odrzekł 
inspektor. - Chciała po prostu zmylić Bunny, 
uśpić jej prawdopodobne podejrzenia, że 
reżyserką całego widowiska mogła być sama 
Lotty. Co działo się później, wiemy wszyscy. 
Gdy światła zgasły, powstał zgiełk i zamęt, a 

background image

panna Blacklock wymknęła się cichaczem przez 
zawczasu naoliwione drzwi i stanęła za plecami 
rzekomego gangstera. Rudi Scherz wymachiwał 
latarką i niewątpliwie grał rolę z całym zapałem. 
Jak sądzę, w głowie mu nie postało, że ma za 
sobą pannę Blacklock w ogrodniczych 
rękawiczkach i z rewolwerem w dłoni. Charlotta 
czekała, by smuga blasku padła na obrane z 
góry miejsce, to jest na ścianę, pod którą 
zdaniem wszystkich ona winna się znajdować. 
Wtedy oddała błyskawicznie dwa strzały, a gdy 
zdumiony Scherz odwrócił się szybko, 
przyłożyła wylot lufy do jego czoła i wystrzeliła 
po raz trzeci. Później upuściła rewolwer tuż 
obok zwłok, rękawice rzuciła niedbale na stół w 
holu i tą samą drogą wróciła spiesznie tam, 
gdzie stała w momencie zgaśnięcia świateł. 
Skaleczyła się w ucho, nie wiem czym...
- Zapewne cążkami do paznokci - podchwyciła 
panna Marple. - Z zadraśniętej małżowiny 
usznej krew płynie obficie. Było to, oczywiście, 
dobre zagranie na psychologię. Okrwawiona 
biała bluzka przekonywała niezbicie, że panna 
Blacklock była celem strzałów i ledwie uszła z 
życiem.
- Wszystko powinno pójść doskonale - wtrącił 
inspektor Craddock. - Stanowcze twierdzenie 
Dory Bunner, że Rudi Scherz strzelał do panny 
Blacklock, zrobiło swoje. Nie zamierzając tego, 
Bunny sugerowała, że widziała moment, w 
którym jej przyjaciółka została ranna. 

background image

Wypadek, a może samobójstwo. Właśnie takiego 
werdyktu należało oczekiwać. Niewątpliwie 
śledztwo byłoby zamknięte, gdyby nie rozwinęła 
go panna Marple.
- Ach, nie! Nie! - zaprotestowała starsza pani. - 
Moje skromne starania były czysto 
przypadkowe. To pan był niezadowolony, 
inspektorze. Pan postarał się, by śledztwa nie 
zamknięto.
- Rzeczywiście. Byłem niezadowolony - przyznał 
Craddock. - Zdawałem sobie sprawę, że coś w 
tej historii nie gra, ale nie wiedziałem, w którym 
miejscu, póki pani mi tego nie wskazała. No i 
pannę Blacklock zaczął prześladować 
prawdziwy pech. Najpierw odkryłem 
przypadkowo, że ktoś majstrował przy drzwiach 
rzekomo ślepych. Poprzednio mogliśmy snuć 
domysły, opierając się jedynie na dogodnych 
teoriach. Ale te drzwi stanowiły już dowód, a 
odkrycia dokonałem całkiem przypadkowo: 
przez omyłkę ująłem niewłaściwą klamkę. No i 
polowanie rozpoczęło się od nowa, tym razem 
jednak na innej zasadzie. Jęliśmy szukać kogoś, 
kto miałby motyw, by zamordować Letycję 
Blacklock.
- Był ktoś taki i Charlotta Blacklock wiedziała o 
tej osobie - przejęła znowu głos panna Marple. - 
Sądzę, że Filipę poznała niezwłocznie, gdyż 
Sonia Goedler należała do bardzo nielicznych 
osób, które dopuszczono do Charlotty w okresie 
jej osamotnienia. A ludzie starzy... Pan jeszcze 

background image

nie zdaje sobie z tego sprawy, inspektorze... 
Ludzie starzy lepiej pamiętają twarze widywane 
przed wieloma laty niż twarze osób spotykanych 
bardzo niedawno. Obecnie Filipa jest mniej 
więcej w wieku swojej matki z czasów, gdy 
widywała ją Charlotta, i żywo matkę 
przypomina. Osobliwość całej sytuacji polega 
między innymi na tym, że rozpoznawszy Filipę, 
Charlotta była naprawdę zadowolona. Szczerze 
ją polubiła i podświadomie, jak mniemam, 
dzięki niej łagodziła wyrzuty sumienia, które 
zapewne odczuwała. Mówiła sobie, że gdy 
odziedziczy spadek, troskliwie zajmie się Filipą. 
Będzie ją traktowała jak córkę. Filipa i Harry 
zamieszkają u niej na stałe. Czuła się kobietą 
szczęśliwą i bardzo dobrą. Zaniepokoiła się 
dopiero, kiedy inspektor począł zadawać 
kłopotliwe pytania i dowiedział się o istnieniu 
Fipa i Emmy. Nie chciała zrobić z Filipy kozła 
ofiarnego. Plan jej polegał na napadzie 
zorganizowanym przez młodego kryminalistę i 
jego przypadkowej śmierci. Jednakże po 
stwierdzeniu, iż rzekomo ślepe drzwi zostały 
ostatnio naoliwione, sytuacja uległa całkowitej 
zmianie. Charlotta Blacklock absolutnie nie 
podejrzewała, kim może być Julia, a więc z 
wyjątkiem Filipy nie widziała nikogo, kto 
mógłby mieć najbardziej nawet 
nieprawdopodobny motyw, aby ją zabić. 
Gorliwie starała się osłaniać Filipę. Była 
wystarczająco bystra, by na pytanie inspektora 

background image

opisać Sonię Goedler jako osobę drobną, 
ciemnowłosą i śniadą. A usuwając z albumu 
fotografie Letycji, nie zapomniała również o 
zdjęciach Soni, by nikt nie zwrócił uwagi na 
podobieństwo córki do matki.
- A ja podejrzewałem, że Sonią Goedler może 
być pani Swettenham - westchnął żałośnie 
Craddock.
- Moja biedna mama! - powiedział półgłosem 
Edmund.
- Kobieta o nieskazitelnej przeszłości... W 
każdym razie zawsze tak uważałem.
- Ma się rozumieć jednak - podjęła panna 
Marple - prawdziwe zagrożenie stanowiła Dora 
Bunner. Z dnia na dzień była coraz bardziej 
roztargniona i coraz bardziej gadatliwa. 
Doskonale pamiętam, jak panna Blacklock 
popatrzyła na nią, kiedy z Bułeczką byłyśmy na 
podwieczorku w Little Paddocks. Wiecie 
dlaczego? Bo Dora jeszcze raz nazwała ją Lotty. 
Dla nas wyglądało to na nieszkodliwe 
przejęzyczenie, ale Charlottę przeraziło. Tak 
wciąż się działo. Biedna Dora nie panowała nad 
własną gadatliwością. W dniu kiedy 
spotkałyśmy się na kawie Pod Bławatkiem, 
odniosłam szczególne wrażenie, iż Dora mówi o 
dwu osobach, nie jednej. Oczywiście tak było. 
Raz jej przyjaciółka wyglądała na dziewczynę 
niezbyt urodziwą, lecz obdarzoną nie lada siłą 
charakteru, raz była ładna, wesoła, 
nieodpowiedzialna. Mówiła o Letty, jako o 

background image

osobie rozsądnej, której powiodło się w życiu, a 
niemal w tej samej chwili wspominała o jej 
cierpieniach i jak cierpliwe i odważnie znosiła 
swój dopust losu, co już całkiem nie pasowało do 
życiorysu Letycji Blacklock. Myślę, że Charlotta 
musiała słyszeć niemało, kiedy tamtego dnia 
weszła niepostrzeżenie do kawiarni. Na pewno 
usłyszała to, co Dora mówiła o lampach, o 
zamianie pasterki na pasterza. Wówczas 
uświadomiła sobie niewątpliwie, jak istotne i 
groźne niebezpieczeństwo stanowi dla niej 
poczciwa, przywiązana Dora Bunner.
- Obawiam się - ciągnęła panna Marple - że ta 
rozmowa ze mną przeprowadzona w kawiarni 
przypieczętowała los biednej Dory, jeżeli wolno 
posłużyć się tak patetycznym wyrażeniem. 
Najprawdopodobniej jednak ostateczny rezultat 
byłby w każdym przypadku jednakowy, 
ponieważ Charlotta Blacklock nie mogłaby czuć 
się bezpieczna, dopóki Dora Bunner żyje. 
Kochała Dorę, nie chciała jej zabić, ale z całą 
pewnością nie miała wyboru. Domyślam się 
zresztą, że, jak pielęgniarka Ellerton, o której 
mówiłam ci, Bułeczko, Charlotta wmówiła sobie, 
iż to zabójstwo będzie niemal dobrodziejstwem. 
Biedna Bunny nie mogła przecież pożyć długo i 
zapewne czekały ją dotkliwe cierpienia. 
Postarała się umilić kochanej Bunny ostatni 
dzień życia. Przyjęcie urodzinowe... Szczególnie 
smaczne ciasto...
- Rozkoszna Śmierć - wzdrygnęła się Filipa.

background image

- Tak... Coś w tym rodzaju... Pragnęła zapewnić 
przyjaciółce rozkoszną śmierć... Przyjęcie, 
ulubione smakołyki Dory, starania, by nie 
mówiono nic, co mogłoby ją zdenerwować. 
Później jakieś tabletki podrzucone zamiast 
aspiryny. .. Tabletki ze słoiczka przy łóżku 
Letycji, po które Bunny poszła sama, kiedy nie 
mogła znaleźć kupionego tegoż dnia zapasu. No i 
miało to wyglądać tak, że trucizna była 
przeznaczona dla panny Blacklock.
A zatem Bunny położyła się do łóżka szczęśliwa i 
spokojnie umarła we śnie, a Charlotta poczuła 
się znowu bezpieczna. Ale brakowało jej biednej 
Dory. Tęskniła do jej lojalności i przywiązania. 
Tęskniła do miłych pogawędek o dawnych 
czasach. Gorzko płakała, kiedy przyniosłam jej 
list od Juliana, a jej boleść była najzupełniej 
szczera. Zamordowała ukochaną przyjaciółkę...
- To straszne! - przerwała Bułeczka. - Naprawdę 
straszne!
- Ale bardzo ludzkie - wtrącił wielebny Julian 
Harmpn. - Zwykle zapominamy, jak ludzcy 
bywają mordercy.
- Tak. Ludzcy - przyznała panna Marple. - 
Często należy im współczuć. Ale są również 
bardzo niebezpieczni, zwłaszcza mordercy o 
dobrym sercu i chwiejnym charakterze. Jak 
Charlotta Blacklock! Bo człowiek takiego 
pokroju, przerażony rzeczywiście, staje się dziką 
bestią i przestaje nad sobą panować.
- A Murgatroyd? - zapytał pastor.

background image

- Właśnie. Biedna panna Murgatroyd. Charlotta 
przyszła niewątpliwie do Boulders i usłyszała, że 
odbywa się rekonstrukcja zbrodni. Stanęła za 
otwartym oknem i zaczęła podsłuchiwać. Nie 
spodziewała się, że jeszcze ktoś może zagrażać 
jej bezpieczeństwu. Panna Hinchliffe beształa 
przyjaciółkę, chciała, by tamta przypomniała 
sobie, co widziała. Był to wstrząs dla Charlotty, 
gdyż była przekonana, że nikt nie mógł nic 
widzieć. Nie wątpiła, że w krytycznym 
momencie Rudi Scherz musiał być celem 
wszystkich spojrzeń. Bez wątpienia 
wstrzymywała oddech, stojąc za oknem, i z całą 
uwagą słuchała. Jak to się skończy? Czy nic nie 
wyjdzie na jaw? Nagle, w momencie gdy panna 
Hinchliffe śpieszy na posterunek policji, jej 
przyjaciółka dochodzi do sedna sprawy, jest 
bliska prawdy. Woła za panną Hinchliffe: "Tam 
jej nie było!"... Widzi pan, inspektorze, 
wypytywałam później pannę Hinchliffe, czy jej 
przyjaciółka dokładnie tak wymówiła to zdanie. 
Bo gdyby zawołała: "Tam jej nie było", sens 
byłby zupełnie inny.
- To zbyt subtelne dla mnie - wtrącił Craddock. 
Panna Marple zwróciła ku niemu zaróżowioną 
od emocji twarz.
- Należy zastanowić się - podjęła - jak pracował 
wówczas umysł panny Murgatroyd. Człowiek, 
rozumie pan, widzi coś czasami i nie zdaje sobie 
sprawy, że to widzi. Przypominam sobie, że 
kiedyś, podczas wypadku kolejowego, 

background image

zwróciłam uwagę na duży odprysk farby na 
ścianie w przedziale. Zapamiętałam tę plamę, 
tak że dzisiaj mogłabym ją narysować. A kiedyś, 
w czasie nalotu bombowego, kiedy wszędzie 
wokół sypały się okruchy szkła i wszyscy byli 
przerażeni, najwyraźniej utkwił mi w pamięci 
obraz jakiejś kobiety, która stała przede mną i 
miała pończochy nie od pary, w jednej zaś 
wielką dziurę na łydce. Skoro więc panna 
Murgatroyd przestała rozumować i usiłowała 
przypomnieć sobie, co widziała, okazało się, że 
pamięta bardzo wiele.
Rozpoczęła, jak mi się zdaje, od kominka, bo 
najpierw tam musiał paść snop światła. 
Przypomniała sobie dwa okna i osoby, które 
znajdowały się między nią a oknami, na 
przykład panią Harmon zakrywającą oczy 
rękami. Potem ujrzała w wyobraźni Dorę 
Bunner z szeroko otwartymi ustami i 
wytrzeszczonymi oczyma i gołą ścianę, i stolik z 
lampą oraz szkatułkę na papierosy. Panna 
Murgatroyd usłyszała strzały, a gdy ów moment 
odtwarzała w pamięci, uprzytomniła sobie coś 
niezwykłego. Widziała ścianę, dwa ślady po 
pociskach, ścianę, pod którą Letty stała, kiedy 
została ranna; jednakże w chwili gdy rozległy się 
strzały i Letycja Blacklock została ranna, "tam 
jej nie było".
Teraz rozumie pan, inspektorze, do czego 
zmierzam? Panna Murgatroyd myślała o trzech 
kobietach, o których przyjaciółka kazała jej 

background image

myśleć. Gdyby nie zobaczyła jednej z nich, 
zafascynowałaby ją jej nieobecność. To ona! 
Tak pomyślałaby i powiedziała niezawodnie: 
"Tam jej nie było" - z akcentem na jej. Atoli 
zafascynowało ją miejsce, w którym ktoś być 
powinien, lecz nie był. Miejsce zostało, nie było 
wszakże zapełnione. Panna Murgatroyd nie 
mogła objąć od razu całej sytuacji. Powiedziała 
pannie Hinchliffe, że to nie do uwierzenia, no i 
dodała później: "Tam jej nie było". Co stąd 
wynika? Na myśli mogła mieć jedynie Letycję 
Blacklock.
- Ale wszystko wiedziałaś już dawniej. Prawda, 
ciociu Jane? - wtrąciła pani Harmon. - Od czasu 
kiedy u nas było krótkie spięcie, a ty pisałaś na 
ćwiartce papieru różne słowa?
- Tak, moja droga. Wtedy ogarnęłam całość. 
Luźne fragmenty ułożyły się w logiczny deseń.
Bułeczka zaczęła cytować półgłosem:
- "Lampa"? Rozumiem. "Fiołki". Tak. 
"Słoiczek z aspiryną". Chodziło ci o to, że 
Bunny kupiła tamtego dnia aspirynę, więc nie 
powinna była szukać tabletek w pokoju Letycji?
- Chyba - podchwyciła panna Marple - że ktoś 
zabrał lub schował ten świeżo kupiony słoiczek. 
Miało wyglądać na to, że i tym razem morderca 
dybał na życie panny Blacklock.
- Aha... Rozumiem... Następnie mamy 
Rozkoszną Śmierć. To ciasto, zarazem jednak 
dużo więcej niż ciasto. Całe przyjęcie 
urodzinowe. Radosny dla Bunny ostatni dzień 

background image

jej życia. Biedaczka została potraktowana jak 
pies, którego zamierza się uśmiercić. To chyba 
najstraszniejsze! Ta pozorna dobroć!
- Ona była przecież kobietą życzliwą i dobrą. W 
ostatniej chwili powiedziała w kuchni, że nie 
chciała nikogo zabić. To prawda! Chciała tylko 
pieniędzy, bardzo wielkich pieniędzy, które nie 
jej się należały. To pragnienie odsunęło wszelkie 
inne względy i przerodziło się w rodzaj obsesji, 
gdyż Charlotta sądziła, że majątek nagrodzi jej 
krzywdy, zadane uprzednio przez życie. Ludzie, 
którzy mają urazę do świata, bywają szczególnie 
niebezpieczni. Uważają, że wiele należy się im od 
życia. Cóż, znałam ludzi chorych, którzy 
bardziej cierpieli i byli bardziej osamotnieni niż 
Charlotta Blacklock, mimo to jednak potrafili 
być radośni i zadowoleni. Bo przecież szczęście 
bądź nieszczęście człowiek nosi w samym sobie. 
Ale, mój Boże, odbiegam od naszego wątku! Na 
czym to stanęliśmy, Bułeczko?
- Na twoim spisie, ciociu Jane. "Jednak 
cierpliwie i odważnie znosiła swój dopust losu". 
Aha! To Bunny powiedziała w kawiarni, a 
przecież żaden dopust nie dotknął Letycji. 
Kuracja jodowa. To naprowadziło cię, ciociu, na 
trop tarczycy, prawda?
- Tak, moje dziecko. Szwajcaria, widzisz i 
napomknienia panny Blacklock, że jej siostra 
umarła na gruźlicę. A pamiętałam przecież, że w 
Szwajcarii są najwybitniejsi specjaliści od 
niedomagań tarczycy i najbardziej zręczni 

background image

chirurdzy w tej dziedzinie. Skojarzyło mi się to z 
noszonym stale przez pannę Blacklock 
okropnym naszyjnikiem ze sztucznych pereł. 
Był absolutnie nie w jej stylu. Służył po prostu 
za osłonę blizny.
- Teraz rozumiem jej przerażenie, kiedy zerwała 
naszyjnik - powiedział Craddock. - Od razu 
uznałem je za całkiem nieproporcjonalne do 
straty.
- Następnie, ciociu Jane, napisałaś "Lotty", nie 
"Letty", jak nam się wydawało.
- Oczywiście. Wiedziałam, że zmarła siostra 
miała na imię Charlotta, a Dora Bunner 
kilkakrotnie zwracała się do panny Blacklock 
"Lotty" i za każdym razem była później 
wyraźnie zbita z tropu.
- A "Berno" i "Emerytura"?
- Rudi Scherz pracował jako posługacz w 
berneńskim szpitalu.
- Co znaczyć miała "Emerytura"?
- Bułeczko! W kawiarni Pod Bławatkiem 
opowiedziałam ci tę historię, jakkolwiek wtedy 
nie widziałam dla niej zastosowania. Pani 
Wotherspoon pobierała emeryturę własną i pani 
Bartlett, chociaż pani Bartlett od lat nie żyła. 
Bo, widzisz, kobiety w podeszłym wieku mało 
różnią się od siebie. Tak! Luźne fragmenty 
ułożyły mi się w logiczną całość, więc byłam tak 
przejęta, że na dworze chciałam trochę 
ochłonąć. Wtedy panna Hinchliffe zaprosiła 
mnie do samochodu i... i znalazłyśmy pannę 

background image

Murgatroyd...
Panna Marple umilkła, by wnet podjąć zupełnie 
innym tonem - bez ożywionego podniecenia, lecz 
rzeczowo, spokojnie.
- Wtedy uświadomiłam sobie, że coś trzeba 
przedsięwziąć. Natychmiast! Wciąż jednak 
brakowało nam dowodu. A zatem obmyśliłam 
pewien plan i przedyskutowałam go z 
sierżantem Fletcherem.
- Miałem za to na pieńku z Fletcherem - 
powiedział Craddock. - Nie wolno mu było 
aprobować pani planu bez uprzedniego 
zameldowania mi o tym.
- Miał poważne obiekcje - uśmiechnęła się panna 
Marple - ale namówiłam go jakoś. 
Podjechaliśmy do Little Paddocks, aby wziąć na 
warsztat Mitzi.
Julia westchnęła głęboko.
- Nie wyobrażam sobie, w jaki sposób powiodło 
się państwu wciągnąć do akcji Mitzi?
- Ciężko nad tym pracowałam - odrzekła panna 
Marple. - Mitzi zbyt wiele myśli o sobie, więc 
sądziłam, że wyjdzie jej tylko na dobre, jeżeli 
zrobi coś dla innych. Oczywiście schlebiałam jej, 
mówiąc, że gdyby podczas wojny była w 
rodzinnym kraju, z całą pewnością działałaby w 
ruchu oporu. Odpowiedziała twierdząco, a ja na 
to, że jej temperament predystynuje ją wyraźnie 
do czynów pełnych pomysłowości i męstwa. 
Wiem - mówiłam - że jest odważna, gotowa 
podjąć wszelkie ryzyko, zagrać każdą, 

background image

najtrudniejszą nawet rolę. Później 
opowiedziałam o bohaterstwach młodych kobiet 
z ruchu oporu... Bohaterstwach po części 
prawdziwych, po części wymyślonych przeze 
mnie na poczekaniu. Strasznie była tym 
przejęta!
- Coś niebywałego! - zawołał Patryk.
- W rezultacie nakłoniłam Mitzi do odegrania 
jej roli i przeprowadzałam próby, póki scena nie 
wypadła znakomicie. Następnie powiedziałam 
jej, by poszła do swojego pokoju i nie 
pokazywała się na parterze aż do przyjazdu 
inspektora Craddocka. Ludzie bardzo 
pobudliwi i nerwowi potrafią nieraz narobić nie 
lada kłopotu, bo zapaliwszy się, rozpoczynają za 
wcześnie i piękny plan niweczą w pół drogi.
- Mitzi spisała się doskonale - wtrąciła Julia.
- Przepraszam, ale nie bardzo rozumiem, na 
czym ten plan polegał - zabrała głos Bułeczka i 
dodała zaraz tonem usprawiedliwienia. - Ma się 
rozumieć nie byłam na miejscu, ale...
- Plan był skomplikowany i, powiem nawet, 
wielce ryzykowny. Chodziło o to, że Mitzi wyzna 
jak gdyby przypadkowo, że myślała o szantażu, 
ale pod wpływem strachu i wyrzutów sumienia 
zmieniła zdanie i gotowa jest powiedzieć 
prawdę. Oto przez dziurkę od klucza widziała z 
jadalni pannę Blacklock, która z rewolwerem w 
ręku stała w holu za plecami napastnika. 
Rzekomo miała widzieć to, co istotnie musiało 
się wydarzyć. Główne ryzyko polegało na tym, 

background image

że Charlotta Blacklock mogła uprzytomnić 
sobie, iż Mitzi z całą pewnością nie widziała nic 
przez dziurkę od klucza, ponieważ klucz tkwił w 
dziurce. Uznałam jednak, że ktoś, kto przed 
chwilą doznał wstrząsu, nie może myśleć o 
równie błahych kwestiach, więc postawiłam na 
tę kartę. Charlotta Blacklock, jak sądziłam, 
zrozumie tylko tyle, że Mitzi ją widziała.
W tym miejscu zabrał znowu głos Craddock:
- Tymczasem ja, co uważam za bardzo istotne, 
udawałem, że gadaninę Mitzi przyjmuję z 
niedowierzaniem i, jak gdybym wreszcie 
odkrywał karty, zaatakowałem osobę 
dotychczas nie podejrzewaną. Oskarżyłem pana 
Swettenhama...
- A ja wybornie odegrałem swoją rolę! - 
przerwał mu Edmund. - Pełen oburzenia 
stanowczo odrzuciłem zarzuty. Wszystko szło 
według planu, a tylko ty, droga Filipo, 
wprowadziłaś zamęt, kiedy nieoczekiwanie 
ujawniłaś się jako Fip. Ani inspektor, ani ja nie 
mieliśmy pojęcia, że to ty, kochanie! Ja miałem 
zostać Fipem. Twoje wystąpienie na chwilę zbiło 
nas z pantałyku, ale inspektor zrobił 
mistrzowskie posunięcie, gdy w obrzydliwy 
sposób zarzucił mi chęć zdobycia bogatej żony. 
Obawiam się, czy nie utkwi to w twojej 
podświadomości i nie wywoła kiedyś między 
nami nieodwracalnego nieporozumienia.
- Jaki cel miało to mistrzowskie posunięcie? Nie 
rozumiem.

background image

- Nie rozumiesz? Chodziło o to, że z punktu 
widzenia Charlotty Blacklock jedyną świadomą 
prawdy osobą była Mitzi. Policja zwracała 
podejrzenia w inną stronę i, na razie 
przynajmniej, uważała słowa Mitzi za 
zwyczajne kłamstwo. Gdyby jednak Mitzi 
obstawała przy swoim, w przyszłości mogłaby 
zostać potraktowana serio. A zatem trzeba raz 
na zawsze uciszyć niebezpiecznego świadka.
- Mitzi opuściła salon i poszła prosto do kuchni, 
tak jak jej poleciłam - przejęła znowu głos 
panna Marple. - Panna Blacklock niezwłocznie 
pośpieszyła za nią. Na pozór Mitzi była sama w 
kuchni. Sierżant Fletcher ukrywał się za 
drzwiami pokoju kredensowego. Ja stałam w 
schowku na miotły, bo, chwała Bogu, jestem 
bardzo szczupła.
Bułeczka objęła ją spojrzeniem.
- Na co liczyłaś, ciociu Jane? - zapytała.
- Na jedno z dwojga. Byłam przekonana, że 
Charlotta albo zaproponuje Mitzi pieniądze za 
milczenie i sierżant Fletcher będzie świadkiem 
tej oferty, albo... Albo też postara się ją zabić.
- Nie mogła przecież liczyć, że nie wyda się to 
zabójstwo. Od razu byłaby podejrzana.
- Moja droga! Charlotta przekroczyła wtedy 
granice logicznego rozumowania. Zachowywała 
się jak szczur wpędzony do pułapki. Pomyśl, 
jakie wydarzenia rozegrały się tamtego dnia. 
Scena pomiędzy panną Hinchliffe i panną 
Murgatroyd. Zastanów się! Panna Hinchliffe 

background image

śpieszy na posterunek policji. Gdy wróci 
stamtąd, dowie się, że w salonie nie było Letycji 
Blacklock. Pozostaje ledwie kilka minut i w tym 
krótkim czasie trzeba postarać się, by panna 
Murgatroyd nigdy więcej nic nie powiedziała. 
Nie było czasu na układanie planów, 
reżyserowanie odpowiedniej sceny. W grę mogło 
wchodzić jedynie najpospolitsze morderstwo...
Zatem Charlotta pozdrawia nieszczęsną ofiarę i 
dusi ją. Później biegnie do domu, przebiera się, 
zasiada przed kominkiem, by, gdy ktoś się zjawi, 
wywołać wrażenie, iż wcale nie wychodziła z 
domu.
Z kolei następuje rewelacja z Julią. Charlotta 
zrywa naszyjnik z pereł, doznaje nowego 
wstrząsu, jest przerażona, że blizna może ją 
zdradzić. Wreszcie inspektor telefonuje, iż z 
liczną asystą wybiera się wnet do littie 
Paddocks. Charlotta nie ma czasu, aby 
pomyśleć, odpocząć. Po uszy tkwi w 
najpospolitszym morderstwie. To już nie 
zabójstwo z litości, nie uprzątnięcie z drogi 
kłopotliwego młodego człowieka! Czy jest 
bezpieczna? Jak dotąd tak! Na koniec występuje 
Mitzi, stwarza jeszcze jedno zagrożenie. Trzeba 
zabić Mitzi, uciszyć ją raz na zawsze! Charlotta 
odchodzi od zmysłów ze strachu. Przestaje być 
ludzką istotą. Jest oszalałą bestią.
- Ale czemu ty, ciociu Jane, ulokowałaś się w 
schowku na miotły? - zapytała Bułeczka. - Nie 
mogłaś pozostawić całej sprawy sierżantowi 

background image

Fletcherowi?
- Pewniej było w dwie osoby, moja droga. A 
ponadto wiedziałam, że uda mi się naśladować 
głos Dory Bunner. To, jak oczekiwałam, winno 
załamać Charlottę Blacklock.
- I tak się stało!
- Istotnie. To ją załamało.
Zapadło długie milczenie. Wszyscy wracali 
myślami do wspomnień. Na koniec Julia 
odezwała się z udaną swobodą, by rozładować 
przygnębiającą atmosferę:
- Cała ta historia wybornie posłużyła Mitzi. 
Wczoraj oznajmiła mi, że znalazła pracę w 
okolicy Southampton - i dodała, świetnie 
naśladując głos Mitzi: - "Jadę tam, a jak 
powiedzą, że jestem cudzoziemką, więc muszę 
zarejestrować się w policji, odpowiem, że nie 
szkodzi, zarejestruję się, bo policja mnie zna. 
Współpracowałam z policją i bez mojej pomocy 
policja nie zaaresztowałaby groźnej 
przestępczyni. Narażałam życie, powiem, bo 
jestem dzielna, dzielna jak lew i nie boję się 
żadnego ryzyka. A policja na to: Mitzi, jesteś 
bohaterką, wspaniałą bohaterką. Dziękujemy ci, 
Mitzi! Tak mi powiedzą, a ja na to, że nie ma za 
co".
Julia umilkła na moment i dodała:
- Mówiła jeszcze dużo więcej.
- Myślę - podchwycił Edmund - że w przyszłości 
Mitzi będzie pomagać policji w stu sprawach, 
nie jednej.

background image

- W każdym razie wobec mnie zmiękła - 
powiedziała Filipa. - W charakterze prezentu 
ślubnego ofiarowała mi przepis na Rozkoszną 
Śmierć. Zastrzegła tylko, abym pod żadnym 
pozorem nie dała go Julii, bo Julia zniszczyła jej 
patelnię do smażenia omletów.
- A pani Lucas cacka się teraz z Filipą - zabrał 
głos Edmund - bo po śmierci Belli Goedler 
Filipa i Julia odziedziczą miliony Goedlerów. W 
podarunku ślubnym przysłała nam srebrne 
szczypce do szparagów. Z całą przyjemnością 
nie zaproszę jej na nasze wesele.
- A zatem - powiedział Patryk - od tej pory będą 
żyć długo i szczęśliwie Edmund z Filipa i... - 
dodał jak gdyby tytułem próby - i Julia z 
Patrykiem.
- Dziękuję! - podchwyciła Julia. - Żyj sobie 
długo i szczęśliwie, ale beze mnie. Uwaga, którą 
inspektor Crad-dock zaimprowizował pod 
adresem Edmunda, znajduje zastosowanie do 
ciebie. Ty, Patryku, rad znalazłbyś bogatą żonę. 
Nic z tego!
- To nazywa się ludzka wdzięczność! - zawołał 
Patryk. - A tyle dla tej dziewczyny zrobiłem!
- Rzeczywiście! Przez roztargnienie i brak 
pamięci omal nie wpakowałeś mnie do więzienia 
pod zarzutem morderstwa. Nigdy nie zapomnę 
wieczoru, kiedy nadszedł list od twojej siostry. 
Byłam przekonana, że wpadłam. Nie widziałam 
żadnej drogi wyjścia. Cóż... - dodała po chwili. - 
Myślę, że chyba pójdę na scenę.

background image

- Co? - jęknął Patryk. - Ty także?
- Aha. Wybiorę się do Perth i może zajmę w 
tamtejszym teatrze miejsce po twojej Julii. A 
jak wsiąknę w zawód i dostanę się do dyrekcji, 
będę wystawiać sztuki Edmunda.
- A ja myślałem, że pan pisze powieści - odezwał 
się wielebny Julian Harmon.
- Zgadza się. Zacząłem pisać powieść - odrzekł 
Edmund. - Nawet zapowiadała się dobrze. Całe 
strony o nieogolonym facecie, który wstaje z 
łóżka, o tym, jak cuchnie, i o szarych ulicach, i o 
chorej na wodną puchlinę, ohydnej starej babie, 
i o młodej dziewczynie lekkich obyczajów, 
której ślina ścieka po brodzie. No i te wszystkie 
osoby wiodą nieskończenie długie rozmowy na 
temat urządzenia nowego świata, a przy okazji 
zastanawiają się nieustannie, po co właściwie 
żyją. Cóż, sam też zacząłem się zastanawiać i... I 
wpadłem na komiczny sposób, zanotowałem go i 
w rezultacie napisałem zabawną scenkę... 
Wszystko to było bardzo zwyczajne, ale 
interesowało mnie i, sam nie wiem jak i kiedy, 
upitrasiłem farsę w trzech aktach.
- Jaki ma tytuł? - zapytał Patryk. - "Co widział 
kamerdyner"?
- Można by i tak. Jednak swój utwór 
zatytułowałem: "Słonie zapominają". A co 
więcej, farsa została dobrze przyjęta i będzie 
wystawiona.
- Co? - podchwyciła pani Harmon. - Zawsze 
myślałam, że słonie nie zapominają.

background image

EPILOG

Trzeba zamówić gazety - powiedział Edmund do 
Filipy w dniu, gdy z podróży poślubnej wrócili 
do Chipping Cleghorn. - Chodźmy, kochanie, do 
Totmana.
Pan Totman, starszy jegomość o krótkim 
oddechu i bardzo powolnych ruchach, przyjął 
ich życzliwie.
- Miło mi widzieć znowu szanownego pana. I 
szanowną panią.
- Chcielibyśmy zamówić gazety - powiedział 
Edmund.
- Służę szanownemu panu, służę. Mam nadzieję, 
że mamusia zdrowa? Czy na dobre osiedliła się 
już w Bournemouth?
- Na dobre i wybornie się tam czuje - odrzekł 
Edmund, który nie wiedział wprawdzie, jak się 
czuje, wolał jednak wierzyć, że wybornie, jak to 
często bywa w stosunkach między dziećmi a 
kochanymi, lecz niekiedy kłopotliwymi 
rodzicami.
- Bournemouth, proszę szanownego pana, to 
czarująca miejscowość. W zeszłym roku 
spędziliśmy tam urlop. Moja małżonka była 
zachwycona.
- To dobrze... A w kwestii gazet...
- Słyszałem, że sztuka szanownego pana teraz 
idzie w Londynie. Podobno bardzo zabawna.
- Aha! Idzie, nawet dobrze.

background image

- Nazywa się "Słonie zapominają". Stokrotnie 
szanownego pana przepraszam, ale zawsze 
myślałem, że słonie nie zapominają.
- Właśnie. Zaczynam obawiać się, że wybrałem 
niewłaściwy tytuł. Tyle ludzi mówi mi, że słonie 
nie zapominają.
- Bo to, o ile mi się zdaje, fakt naukowy z 
dziedziny historii naturalnej.
- Aha. Taki sam jak przekonanie, że samice 
skórka są idealnymi matkami.
- Naprawdę, szanowny panie? O tym nigdy nie 
słyszałem!
- A w kwestii gazet...
- Oczywiście "Times", proszę szanownego pana 
- podchwycił pan Totman i z ołówkiem w ręku 
oczekiwał dalszych zleceń.
- "Daily Worker" - powiedział stanowczo 
Edmund.
- I "Daily Telegraph" - dorzuciła Filipa.
- "New Statesman". -1 "Radio Times". 
-"TheSpectator".
- I "The Gardener's Chronicie". Obydwoje 
umilkli, by nabrać tchu.
- Bardzo państwu dziękuję - powiedział pan 
Totman. - Także "Gazetka", jak sądzę.
- Nie! - zaprotestował Edmund.
- Nie! - powtórzyła Filipa.
- Stokrotnie przepraszam... Szanowni państwo 
nie życzą sobie "Gazetki"?
- Nie!
- Nie! - powtórzyła znów Filipa.

background image

- Nie życzą sobie szanowni państwo "North 
Benham News and the Chipping Cleghorn 
Gazette"?
- Nie!
- Państwo nie chcą, bym ją co tydzień 
dostarczał?
- Nie! - rzucił Edmund. - Chyba to zupełnie 
jasne.
- Tak... Niewątpliwie, proszę szanownego pana.
Edmund i Filipa wyszli. Pan Totman poczłapał 
do pokoju za sklepem.
- Masz ołówek, mamo? - zwrócił się do żony. - 
Wypisało mi się wieczne pióro.
- Mam - odrzekła pani Totman, sięgając po 
książkę zamówień. - Sama zapiszę. Co sobie 
życzą?
Pan Totman wymienił tytuły gazet i czasopism. - 
I oczywiście "Gazetka" - dodała pani Totman, 
zanotowawszy wszystko pracowicie.
- "Gazetki" nie chcą.
- Co takiego?
- Nie chcą. Sami powiedzieli.
- Nonsens! - oburzyła się pani Totman. - 
Musiałeś źle usłyszeć. Nie obejdą się bez 
"Gazetki". To jasne. Wszystkim jest potrzebna. 
Skąd wiedzieliby bez "Gazetki", co się wokół 
dzieje.