background image


 

 

 

 

Wróg publiczny numer jeden 

 

 

 

Piotr Zychowicz: Jest pan antysemitą? 

 

Krzysztof Jasiewicz: Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Okazało 
się bowiem, że nie wiem, co to jest antysemityzm. Publicznie 
przyznaję się do tej niewiedzy. Podczas nagonki na mnie, gdy 
próbowałem analizować stawiane mi zarzuty, okazało się, że wiele 
osób pod pojęciem "antysemityzm" rozumie wygłaszanie 
jakichkolwiek krytycznych uwag wobec Żydów. A także mówienie o 
faktach, które stawiają Żydów w niekomfortowym położeniu. Innymi 
słowy - antysemitą jest nie ten, kto nie lubi Żydów, tylko ten, kogo nie 
lubią Żydzi. 

 

Tytuł głośnego wywiadu, którego udzielił pan "Focusowi Historia" - 
"Żydzi byli sami sobie winni" - jest jednak skandaliczny.
 

 

Zgadzam się w pełni. Takie sformułowanie jest skandaliczne i 
obrzydliwe. 

 

background image


 

 

To dlaczego powiedział pan coś takiego? 

 

Nigdy tego nie powiedziałem i nigdy tego nie napisałem. To wymysł 
redakcji. Tytuł nadał magazyn "Focus Historia". Przypuszczam, że 
dziennikarz przeprowadzający wywiad - Jerzy Diatłowicki. 

 

W wywiadzie mówi pan jednak, że "na Holokaust pracowały przez 
wieki całe pokolenia Żydów". Czy to nie wychodzi na to samo?
 

 

Przyznaję, że to niefortunny skrót myślowy. Chodziło mi o to, że Żydzi 
przez wiele lat zdawali się nie dostrzegać rosnącej wobec nich 
niechęci. I jej źródeł szukali zupełnie nie tam, gdzie trzeba. Na 
przykład w działalności i doktrynie Kościoła katolickiego. Tymczasem 
ta niechęć była konsekwencją głębokich, wielowiekowych konfliktów, 
w których obie strony nie były bez winy. Były to konflikty głównie 
natury ekonomicznej. Na przykładzie Polski szczególnie było to widać 
w latach 30., w trakcie wielkiego kryzysu. 

 

Jakby się pan czuł, gdyby ktoś powiedział, że na ludobójstwo na 
Wołyniu pracowały pokolenia Polaków?
 

 

Na pewno nie oskarżałbym go o zoologiczny antypolonizm, nie 
pisałbym listów otwartych i nie biegałbym z donosem do prokuratury. 
Spokojnie podjąłbym z taką osobą dyskusję, wysłuchałbym jej 
argumentów. W przypadku Wołynia taki pogląd jest zresztą dość 
rozpowszechniony. Wielu historyków wskazuje, że źródłem rzezi na 
Wołyniu były wieloletnie napięcia na linii polski dwór - ukraińska 
wieś, że oliwy do ognia dolała zdecydowana antyukraińska polityka 

background image


 

 

ostatniego rządu II RP, choćby faworyzowanie Polaków przez aparat 
państwowy czy palenie cerkwi. Z tym poglądem można się zgadzać 
lub nie. Ale nikt na poziomie nie rozdziera szat, gdy słyszy coś takiego. 
Tymczasem każde słowo krytyczne wobec Żydów natychmiast 
wywołuje dziką histerię.  

 

Wielu ludzi mogło się jednak poczuć zszokowanych, gdy przeczytało 
pańskie słowa, że "bez aktywnego udziału Żydów Holokaust byłby 
niemożliwy"

 

W takim razie osoby te powinny być również zszokowane książkami 
historyków i intelektualistów żydowskiego pochodzenia. Pisała o tym 
między innymi Hannah Arendt, pisał o tym ostatnio w "Gazecie 
Wyborczej" Adam Michnik. W tekście "Żydowski problem z pamięcią" 
(29 kwietnia 2013 r.) z aprobatą ocenił badania Raula Hilberga, który 
jako pierwszy zaczął głośno mówić o roli, jaką w Zagładzie odegrały 
judenraty i żydowska policja w gettach. 

 

Jaka to była rola?  

 

Ta policja wyciągała ludzi z domów. To ona spędzała ich na place i 
upychała ludzi do wagonów. Często używając przy tym pałek i 
stosując kopniaki. W samych obozach Zagłady też działały złożone z 
Żydów sonderkommanda, które odbierały transporty na miejscu. 
Gdyby nie pomoc tych ludzi, Niemcy w samej Polsce zamordowaliby 
co najmniej kilkaset tysięcy Żydów mniej. Po prostu nie zdążyliby 
przed końcem wojny dokonać tak olbrzymiego ludobójstwa. Takie są 
fakty i jako historyk mam obowiązek o nich mówić. 

 

background image


 

 

Ci policjanci i działacze judenratów też byli ofiarami Niemców. 
Gdyby nie oni, nie robiliby takich rzeczy.
 

 

To sztandarowy argument historyków żydowskich. Ale przecież gdyby 
nie okupacja, polscy szmalcownicy nie wydawaliby Żydów, nie 
doszłoby do zbrodni w Jedwabnem, polscy chłopi nie zabijaliby 
uciekinierów z gett. To Niemcy stworzyli warunki do tej podłości. 
Mimo to, dla tych nielicznych Polaków, którzy robili takie straszne 
rzeczy, żydowscy historycy nie mają żadnego usprawiedliwienia. Nie 
nazywają ich ofiarami Hitlera. Wprost przeciwnie - każą nam się za 
nich kajać i ich potępiać. Twierdzą, że musimy rozdrapywać nasze 
rany, by nie zarosły błoną podłości. A gdy polski historyk ośmielił się 
powiedzieć o żydowskich ranach, natychmiast został wdeptany w 
ziemię jako antysemita. 

 

Jak pan tłumaczy tę różnicę? 

 

Wobec Polaków i Żydów stosuje się zupełnie inne standardy. Proszę 
sobie wyobrazić sytuację, że to Polaków, Ukraińców albo 
Białorusinów zmuszono by do stworzenia policji służącej do 
wyłapywania ludzi w gettach. Hańba, jaka ciążyłaby na tych narodach, 
miałaby wówczas charakter wieczny. Nic by ich nie rozgrzeszało - 
obecność Niemców, przymus czy jakiekolwiek inne okoliczności. 
Żydowscy historycy nie mieliby żadnych wątpliwości, że była to 
najgorsza możliwa podłość. Okazuje się więc, że Żydzi są jakimś 
lepszym gatunkiem człowieka, któremu wolno więcej. Ja na to, jako 
Polak, nie mogę się zgodzić. 

 

background image


 

 

Użył pan słowa "podłości" w kontekście zachowań Żydów wobec 
Polaków na ziemiach wschodnich po 17 września. Taki mocny język 
jest uzasadniony?
 

 

Nie można inaczej nazwać tego, co się działo wówczas na Kresach. 
Fakty są bezwzględne. Jak Kresy długie i szerokie, Żydzi masowo witali 
wkraczającą Armię Czerwoną. Szydzili z Polaków, profanowali polskie 
godło państwowe i flagi. Potem weszli w skład milicji i prześladowali 
Polaków. Grabili ich, wspierali represje NKWD. Opisy tych zachowań 
znajdujemy w niemal wszystkich relacjach Polaków, którzy wówczas 
byli na wschodzie kraju. Historycy żydowscy mają na to prostą 
odpowiedź... Ci Polacy byli antysemitami i wszystko sobie wymyślili. 
Jednocześnie zaś podważanie wiarygodności żydowskich relacji jest 
traktowane niemal jako zbrodnia. To jakiś obłęd.  

 

Często można jednak usłyszeć, że w 1939 r. Żydzi witali 
bolszewików, bo cieszyli się, iż nie wpadli w łapska Niemców. 
Słyszymy, że bali się komór gazowych. 
 

 

W 1939 r. jeszcze nikomu nie śniły sie komory gazowe. Niemcy 
stosowali represje wobec Żydów, ale ograniczały się one do 
rasistowskiego ustawodawstwa i wybijania szyb w sklepach. Próby 
tłumaczenia karygodnych zachowań Żydów wobec Polaków strachem 
przed Hitlerem są niepoważne. Dlaczego Żydzi ze strachu przed 
Hitlerem mieliby pluć na Orła Białego czy łupić domy Polaków z 
kosztowności? Dlaczego mieliby pomagać NKWD? Można to 
tłumaczyć sympatią dla bolszewizmu, zwykłą ludzką podłością, która 
wychodzi na jaw, gdy bliźni znajduje się w trudnej sytuacji, czy też 
chciwością. Przyczyn może być wiele. Ale na pewno nie miało to nic 
wspólnego z Niemcami. Gdyby ktoś powiedział, że polscy chłopi 

background image


 

 

mordowali Żydów ukrywających się po lasach ze strachu przed 
bolszewikami, zostałby uznany za człowieka niepoważnego. 

 

W wywiadzie poruszył pan sprawę udziału Żydów w komunistycznej 
bezpiece. Zarówno w trakcie wojny, jak i po niej. Jest to rzecz dość 
znana. Ale znowu sformułowanie przez pana użyte jest niezwykle 
mocne - "Żydów zaślepiała nienawiść i chęć odwetu".
 

 

Dowodów wskazujących na taką motywację jest niestety sporo. Także 
w dokumentach i relacjach samych funkcjonariuszy. Wspomnę 
choćby o głośnych wspomnieniach Franka Blaichmana, w których 
pisze on, że AK była bandą antysemitów, a posady w UB były... 
jedynymi, jakie były dostępne dla Żydów. Wielu Żydów w UB 
odreagowało wojenne upokorzenia. Niestety na Polakach, a nie na 
Niemcach. To nie przypadek, że żołnierzy NSZ bito najdotkliwiej. 

 

Po co udzielił pan tego nieszczęsnego wywiadu "Focusowi"? 

 

To mój protest jako Polaka i katolika, przeciw językowi używanemu 
wobec mojego narodu przez żydowskich historyków. Postanowiłem 
mówić o Żydach dokładnie takim samym językiem, jakim żydowscy 
historycy mówią o Polakach. Przecież podobne określenia pod 
naszym adresem, ba - nawet znacznie ostrzejsze, słyszymy niemal na 
co dzień. Traktuje się nas arogancko, oskarża o najstraszniejsze 
grzechy. Wmawia się nam, że nie tylko nie wolno nam protestować, 
ale jeszcze mamy za to dziękować i bić się w piersi. Nie zrobiłem więc 
niczego, czego Żydzi nie robiliby wobec nas. To druga strona 
wyznaczyła te standardy. Większość polskich historyków, choć widzi 
ten absurd, boi się cokolwiek powiedzieć, potulnie kładzie uszy po 
sobie i daje się upokarzać. Ja nie mam zamiaru tego znosić.  

background image


 

 

 

Nie żałuje pan tego wywiadu? 

 

Oczywiście, że żałuję. Mam nauczkę, żeby nie rozmawiać z takimi 
ludźmi. Moje wypowiedzi zostały bowiem wyjęte z kontekstu, wiele 
istotnych elementów zostało pominiętych. Cały ten wywiad miał na 
celu ośmieszenie mnie. W Internecie Diatłowicki przyznał się de facto, 
że cała sprawa była prowokacją. 

 

Po publikacji wywiadu stał się pan... 

 

...wrogiem publicznym numer jeden. Przyznam, że mocno mną to 
wstrząsnęło. Skala nagonki na moją osobę jest wręcz niebywała. Mało 
tego, "Gazeta Wyborcza" napisała, że moja sprawa obnażyła skalę i 
głębię polskiego antysemityzmu. Chodzi o to, że otrzymałem 
olbrzymie wsparcie od internautów, którzy bezwzględnie rozprawili 
sie z "argumentami" moich adwersarzy. Efekt całej sprawy jest więc 
zaskakujący. Nie spodziewałem się takich ataków, ale nie 
spodziewałem sie też takiego wsparcia. Chyba mamy do czynienia z 
sytuacją podobną do tej, gdy banda chuliganów kopie na ulicy 
przechodnia. Oczywiste jest, że ludzie solidaryzują się z leżącym, a nie 
z tymi kopiącymi.  

 

Pańska macierzysta instytucja - Polska Akademia Nauk - wydała 
jednak potępiające pana oświadczenia.
 

 

background image


 

 

Oświadczenie prezydium PAN ma mniej więcej taki sens, jak 
oświadczenie, że nie życzymy sobie, by ktoś mówił, że woda wrze w 
temperaturze 100 st. C., a zamarza w temperaturze 0 st. C. "Fakty" 
mogą być bowiem prawdziwe albo nieprawdziwe. Nie mogą być 
jednak antysemickie. W oświadczeniu Rady Naukowej mojego 
Instytutu Studiów Politycznych PAN stwierdzono zaś, że przenoszę 
winę ze sprawców na ofiary. To niedorzeczność. Nigdy nie 
zaprzeczałem, że Niemcy byli głównymi sprawcami Holokaustu. 
Powiedziałem tylko, że gdyby Żydzi nie stworzyli w gettach milicji, 
Niemcom nie udałoby się zamordować tylu z nich. 

 

Język użyty przez pana profesora zupełnie jednak nie pasował do 
opisywania tak delikatnych, bolesnych spraw.
 

 

Używając mocnych słów, chciałem pokazać środowisku żydowskiemu, 
że wszystkie narody na świecie mają swoją wrażliwość. Nie tylko ich 
własny. Chciałem, żeby poczuli się choć przez chwilę tak, jak Polacy. 
Żydowscy historycy nie przejmują się tym, że dla nas problem 
szmalcownictwa też jest bardzo delikatny oraz bolesny i biją w nas jak 
w bęben. Używają niezwykle ostrego języka. To, co zrobiłem, 
zrobiłem świadomie i jestem gotowy zapłacić za to każdą cenę. Mam 
jednak prawo do obrony. 

 

Nikt go chyba panu nie odbiera. Dowodem na to jest choćby ten 
wywiad.
 

 

Stosowane są wobec mnie chwyty poniżej pasa. Towarzystwo 
Dziennikarskie Seweryna Blumsztajna złożyło już na mnie donos do 
prokuratury. Gdyby Polacy mieli składać podobne pozwy, ilekroć 
poczują się urażeni, Jan Tomasz Gross nie wychodziłby z sali sądowej. 

background image


 

 

Trzeba byłoby utworzyć nowy pion sądów. Po prostu nie może być 
tak, że jedna grupa obywateli wyznacza drugiej grupie obywateli 
granice wolności słowa. Mówi jej, co wolno, a czego nie wolno 
mówić. Nie może być tak, że jedni ludzie mogą drugich obrażać, a 
sami znajdują się pod parasolem ochronnym. Nazywanie kogoś 
antysemitą powinno być karane tak samo, jak okrzyki "Żydzi do gazu". 

 

Pańska sprawa nabrała wymiaru międzynarodowego. Centrum 
Szymona Wiesenthala wezwało do skazania pana na "intelektualne 
wygnanie".
 

 

To przejaw niebywałej wręcz nietolerancji i jednocześnie tupetu. 
Zagraniczna organizacja nie powinna rościć sobie prawa do 
obsadzania stanowisk na polskich uczelniach. Znowu spróbujmy to 
odwrócić. Gdyby na przykład IPN zażądał wylania z pracy 
żydowskiego historyka za krytyczne słowa wobec Polaków, zostałby 
po prostu wyśmiany. Takie wystąpienie uznano by za szczyt polskiego 
antysemityzmu i bezczelności. Za próbę zrzucenia z siebie 
odpowiedzialności. zresztą to rozważania akademickie, bo IPN na coś 
takiego by się nie odważył. Symbolem tego, co się ostatnio stało z tą 
instytucją jest fakt, że prezes Łukasz Kamiński gorliwie podpisał list 
historyków potępiających moją osobę. List ten został przygotowany 
przez związanych z Janem Tomaszem Grossem badaczy z Centrum 
Zagłady Żydów PAN. Ludzie, którzy - mówiąc oględnie - wykazują 
olbrzymi krytycyzm wobec własnego narodu, a są całkowicie 
bezkrytyczni wobec Żydów. 

 

Nie tylko Centrum Wiesenthala domagało się pańskiej dymisji. 
Postulat taki pojawił się także w "Gazecie Wyborczej". Czy miało to 
jakieś konsekwencje?
 

background image

10 
 

 

 

Zadzwonił do mnie szef Instytutu Studiów Politycznych PAN 
Eugeniusz Cezary Król i stwierdził, że po przemyśleniu sprawy, "bez 
żadnych nacisków", podjął "samodzielną decyzję" o tym, żeby 
pozbawić mnie stanowiska kierownika Zakładu Analiz Wschodnich. A 
więc zakładu, który sam stworzyłem. Zamierzam się od tej decyzji 
odwołać. Nawiasem mówiąc, rola prof. Króla w całej sprawie jest 
bardzo nieprzyjemna. 

 

Dlaczego? 

 

To on podkręcał atmosferę w mediach, porównywał mnie do 
propagandzisty z niemieckiego "Der Stürmera". Rozważam 
wystąpienie przeciw niemu na drogę prawną w obronie mojego 
dobrego imienia. To od tej jego wypowiedzi "Gazeta Wyborcza" i inne 
media zaczęły pisać o "faszystowskim profesorze". Dobrze by było, 
żeby raczej zajął się wspomnianym Centrum Badań nad Zagładą 
Żydów, które za polskie pieniądze zajmuje się przeczołgiwaniem 
Polaków. Książki wydawane przez tę instytucję z fachowego punktu 
widzenia pozostawiają wiele do życzenia. Mamy więc sytuację 
paradoksalną - w polskiej, publicznej instytucji toleruje się 
antypolonizm, a zwalcza rzekomy antysemityzm. 

 

Spotkał się pan z objawami poparcia w środowisku naukowym? 

 

Tak, odebrałem wiele telefonów od kadry profesorskiej. Koledzy 
podchodzili do mnie na korytarzu. Mówili mi, że nagonka na mnie 
mierzi ich jako sprzeczna z zasadami wolności słowa i wolności badań 
naukowych. Część z nich mówiła o tym publicznie, ale zdarzyli się i 

background image

11 
 

 

tacy, którzy powiedzieli mi wprost, że nie mogą mnie oficjalnie wziąć 
w obronę, bo się boją, że natychmiast zostaliby ogłoszeni 
antysemitami. Kojarzy się to z bardzo nieprzyjemnymi czasami. 

 

Panie profesorze, przed laty był pan znany z niezwykle 
filosemickiego nastawienia, któremu dał pan wyraz między innymi 
w książce "Pierwsi po diable", dotyczącej okupacji sowieckiej 1939-
1941. Zmienił pan poglądy pod wpływem Radia Maryja?
 

 

Nie, pod wpływem "Wyborczej". To pismo może każdego wyleczyć z 
filosemityzmu. Poważnie mówiąc - nauka nie jest rzeczą stałą, raz 
postawione tezy mogą ulec zmianie. Po napisaniu "Pierwszych po 
diable" dotarłem do nowych dokumentów, do nowych relacji. Rzuciły 
one nowe światło i zmusiły mnie do zmiany oceny postaw Żydów na 
ziemiach wschodnich w latach 1939-1941. Muszę powiedzieć, że sam 
byłem tymi relacjami zszokowany. Uważam jednak, że jako historyk 
powinienem pisać i mówić prawdę, a nie kierować się polityczną 
poprawnością. 

 

Powiedział pan w wywiadzie, że "szkoda czasu na dialog z Żydami". 
Może jednak warto rozmawiać?
 

 

Z tego stwierdzenia się wycofuję. Dialog jest konieczny. Ale na 
równych, partnerskich zasadach. Obecny dialog polsko-żydowski jest 
zaś karykaturą dialogu. Żydzi oskarżają nas o wszystko, co najgorsze, 
są wobec nas brutalni i aroganccy. Nam zaś nie wolno pisnąć choćby 
słówka. Nasza rola w tym "dialogu" ogranicza się do przepraszania. 
Na to nie może być zgody i ktoś to musiał wreszcie powiedzieć 
głośno. 

background image

12 
 

 

 

Źródło: "Do Rzeczy" (nr 18 / 27.V - 2.VI 2013)