background image

ROBERT GRAVES

CÓRKA HOMERA

Homer’s Daughter

Tłumaczył Wacław Niepokólczycki

Wydanie polskie: 1994

background image

PROLOG

Kiedy dzieciństwo moje upłynęło, a dni już przestały wydawać się wieczne, ale skurczyły się

do   dwunastu   lub   mniej   godzin,   zaczęłam   poważnie   przemyśliwać   nad   śmiercią.   To   pochód
pogrzebowy mojej babki, w którym szła połowa kobiet z Drepanon, lamentujących jak kuliki,
uświadomił mi własną śmiertelność. Wkrótce wyjdę za mąż, urodzę dzieci, zrobię się gruba, stara
i brzydka  — lub chuda, stara i brzydka —  i niebawem umrę. Co zostawiając po sobie? Nic.
Czego oczekując? Gorzej niż niczego: wieczystej półciemności, w której duchy moich antenatów
i antenatek wałęsają się po niewyraźnej równinie szeleszcząc niczym nietoperze; posiadając całą
wiedzę o tym, co było i będzie, a jednak bez możności wykorzystania jej; ciągle obdarzone
ludzkimi   namiętnościami   jak   zazdrość,   żądza,   nienawiść   i   żarłoczność,   ale   w   niemocy   ich
zaspokojenia. Jak długi jest dzień, gdy jest się umarłym?

W  parę   nocy  później   ukazała   mi   się   babka.  Trzy  razy  próbowałam   ją  uściskać,   lecz   za

każdym razem usuwała się na bok. Głęboko urażona zapytałam:

— Babciu, czemu nie stoisz spokojnie, kiedy chcę ciebie pocałować?
— Kochanie — odrzekła — wszyscy śmiertelnicy są tacy po śmierci. Ścięgna już nie krępują

ich   ciała   ani   kości,   które   znikają   w  okrutnym   ogniu   stosu   całopalnego,   a   dusza   ulatuje   jak
marzenie. Nie sądź, że mniej cię kocham: ja tylko nie mam ciała.

Nasi  kapłani  zapewniają,  że   niektórzy  bohaterowie   i  bohaterki,  dzieci   bogów,  cieszą   się

godną   pozazdroszczenia   nieśmiertelnością   na   Wyspach   Błogosławionych;   wymysł,   w   który
nawet opowiadający nie wierzą. Jednego jestem pewna: że nie istnieje żadne prawdziwe życie
poza tym, które znamy, a mianowicie poza życiem pod słońcem, księżycem, gwiazdami. Umarli
są umarłymi, chociaż składamy ich duchom obiaty z krwi mając nadzieję, że da im to złudę
doczesnego odrodzenia. A jednak...

A jednak istnieją pieśni Homera. Homer umarł dwieście lat temu czy więcej, a mówimy o

nim jak o kimś żywym. Mówimy, że Homer opiewa, nie opiewał takie to a takie wydarzenie.
Żyje   on   dalece   prawdziwiej   nawet   niż  Agamemnon   i  Achilles,  Ajas   i   Kasandra,   Helena   i
Klitajmestra oraz inni, o których napisał w swym poemacie o wojnie trojańskiej. Oni są tylko

background image

cieniami przyobleczonymi w ciało poprzez jego pieśni, i pieśni jedynie zachowują siłę życia, moc
kojenia, wzruszania czy wyciskania łez. Homer jest teraz i będzie wtedy, gdy moi współcześni
poumierają i pójdą w niepamięć: słyszałam nawet takie nieświątobliwe proroctwo, że przeżyje
samego ojca Zeusa, chociaż Mojry nie.

Rozmyślając   nad   tymi   rzeczami   w   wieku   lat   piętnastu,   stałam   się   melancholijna   i

wyrzucałam bogom, że  nie  zrobili  mnie  nieśmiertelną. I zazdrościłam Homerowi. Było  to z
pewnością dziwne u dziewczyny i nasza klucznica, Eurykleja, często kiwała nade mną głową,
gdy snułam się po pałacu z nasępioną, opuszczoną twarzą zamiast zabawiać się jak inne w moim
wieku. Nigdy jej nie odpowiadałam, lecz myślałam sobie: „A ciebie, kochana Euryklejo, nic już
nie   czeka   oprócz   dziesięciu   czy   dwudziestu   co   najwyżej   lat,   w   których   siły  twe   stopniowo
zwiotczeją, a dolegliwości reumatyczne będą się wzmagać, i cóż dalej? Jak długi jest dzień, gdy
się jest umarłym?”

Te moje rozważania o śmierci tłumaczą lub przynajmniej rzucają pewne światło na tę wysoce

niezwykłą decyzję, którą ostatnio powzięłam — zapewnić sobie pośmiertne życie pod płaszczem
Homera.  Niechaj  bogowie,  którzy wszystko  widzą,  a  których  ja nigdy nie  zaniedbuję  czcić,
udzielą   mi   powodzenia   w   tym   usiłowaniu   i   ukryją   me   oszustwo.   Femios,   pieśniarz,   złożył
przysięgę nie do złamania, że puści w obieg mój poemat — w ten sposób spłacając dług, który
zaciągnął w owo krwawe popołudnie, kiedy z narażeniem życia ocaliłam go od miecza o dwóch
ostrzach.

Co się tyczy mojej pozycji i pochodzenia  —  jestem księżniczką Elymów, mieszanej rasy

zamieszkującej Eryks i jego okolicę. Eryks jest uczęszczaną przez pszczoły górą, która dominuje
nad wysuniętym ku zachodowi rogiem trójbocznej Sycylii, a nazwę swą wywodzi od wrzosu,
którym   karmią   się   niezliczone   roje   pszczół.   My,   Elymowie,   chlubimy   się,   że   jesteśmy
najodleglejszym   narodem   cywilizowanego   świata  —  z   pominięciem   pewnych   kwitnących
greckich kolonii założonych w Hiszpanii i Mauretanii, lecz przypisaliśmy sobie tę chlubę po raz
pierwszy, kiedy ich jeszcze nie było; i nie wymieniając Fenicjan, którzy, choć nie są Grekami i
składają barbarzyńskie ofiary z ludzi, mają pewne podstawy do tytułu cywilizowanych i zapuścili
mocno korzenie w Kartaginie i na całym afrykańskim wybrzeżu.

Muszę teraz pokrótce powiedzieć o naszym pochodzeniu. Ojciec mój wywodzi swój ród w

prostej męskiej linii od herosa Egestosa. Egestos urodził się na Sycylii, jako syn rzecznego boga
Krimissosa i trojańskiej wygnanki szlacheckiego rodu, Egesty, lecz, jak powiadają, popłynął do
Troi na prośbę króla Priama, gdy król Agamemnon z Myken obległ gród. Troi jednakże było
sądzone ulec, a Egestos miał szczęście uniknąć śmierci pośród achajskich włóczni. Obudzony ze
snu przez swego krewniaka Eneasza Dardana, kiedy wróg wtargnąwszy do Troi zaczął rzeź jej
zaspanych mieszkańców, wyprowadził grupę Trojan przez Skajską bramę do Abydos; Abydos
było   grodem   warownym   nad   Hellespontem,   gdzie   (jak   mówią)   mając   w   pamięci   wieszcze

background image

ostrzeżenie, udzielone mu przez matkę, trzymał w gotowości trzy dobrze zaopatrzone okręty.
Eneasz   również   uszedł.   Przebiwszy   się   przez   achajskie   oddziały   na   górę   Ida,   poczynił
przygotowania, by załadować swych poddanych Dardanów na flotyllę, która stała wyciągnięta na
brzeg która w Perkote, i niebawem ruszył w ślad za Egestosem.

Świeży wiatr uniósł Egestosa na południowy zachód przez Morze Egejskie, obok Cytery,

wyspy Afodyty; i na zachód, przez Morze Sykańskie, aż ujrzał Etnę, wiecznie płonącą górę, która
wznosi się na przeciwnym od nas wybrzeżu Sycylii. Tu przybił do brzegu i nabrał wody do picia
dla swej floty, zanim posterował na południe omijając przylądek Peloros. W pięć dni później
wyłoniły się w polu widzenia Wyspy Egackie i z wdzięcznością w sercu wyciągnął swe okręty na
piasek  w  otoczonej   lądem  zatoce  Rejtron,  którą  ocieniała  góra Eryks,  gdzie  się  był   urodził.
Niebieski zimorodek przemknął nad sterami okrętów i na ten znak łaskawości bogini Tetydy,
która ucisza morza, Egestos spalił swoją flotę ku jej czci; najpierw jednak roztropnie wyjął z
okrętów cały ładunek, liny, żagle, metal i inne przedmioty, które mogły mu się przydać na lądzie.
By upamiętnić tę ofiarę złożoną około czterystu lat temu, moi rodzice nazwali mnie Nauzykaa,
co znaczy „palenie okrętów”.

Jak dotychczas żadni inni po grecku mówiący koloniści nie osiedlili się w zachodniej Sycylii.

Cała   wyspa,   z   pominięciem   kilku   kreteńskich  osiedli,   była   wtedy   zamieszkana   przez
Sykańczyków, rasę iberyjską, a wielu z nich zawarło przyjaźń z Egestosem i jego matką, którzy
mieszkali w mocnym grodzie umieszczonym na kolanach góry. Egestos zwrócił się do ich króla,
swego   opiekuna,   i   złożywszy   mu   wspaniałe   dary   z   kotłów,   trójnogów   i   spiżowej   broni
przywiezionej z Troi wstawił się u niego za trojańskimi uciekinierami; a choć będąc z natury
posępną i zarozumiałą rasą Sykańczycy z Eryksu nie ukrywali swej podejrzliwości, król w końcu
nakłonił radę, by pozwoliła Egestosowi pobudować gród niemal u szczytu góry. Egestos nazwał
go Hypereja,  „wyższe miasto”; potem kupił jeszcze od Sykańczyków dużą ilość owiec, kóz,
bydła i wieprzy. Wkrótce zdążając od Lacjum przypłynął Eneasz z sześcioma okrętami i dał
wyraz swej przyjaźni, pomagając Egestosowi ukończyć budowę murów miasta. Wzniósł również
świątynię Afrodyty na szczycie góry — instytucję, o której mam mało dobrego do powiedzenia,
jakkolwiek   dzieło   to   było   ze   strony   Eneasza   świątobliwe,   bo  Afrodyta   była   jego   matką.   Z
początku lud Hyperei żył na dobrosąsiedzkiej stopie z mieszkańcami Eryksu, którzy pokazali mu
wszystkie bogactwa góry, a w zamian uczyli się tajników rzemiosła kowalskiego i ciesielskiego,
poza   tym   sztuki   łowienia   tuńczyków   i   mieczyków   harpunem   z   platformy   umieszczonej   w
połowie wysokości masztu. Oba te narody łączył kult sykańskiej górskiej bogini Elymy — którą
nasi ludzie utożsamiali z Afrodytą, chociaż daleko więcej przypominała ona boginię Alfito z
Arkadii  —  obecnie zaś jesteśmy znani jako Elymowie. Homerydzi tłumaczą to podobieństwo
mówiąc, że Herakles przywiózł z sobą po skończeniu dziesiątej pracy jedną z kapłanek Elymy i
umieścił w Arkadii.

background image

W jakieś siedem pokoleń później do uformowanego w ten sposób narodu został dodany

nowy   element,   Fokajczycy;   a   do   tego   czasu   dumne   achajskie   miasta   na   Peloponezie,   które
uplanowały   zburzenie   Troi,   legły   w   gruzach.   Barbarzyńscy   Dorowie,   tak   zwani   Heraklidzi,
władający żelazną bronią i z żelaznymi sercami, wpadli przesmykiem korynckim paląc warownię
za warownią i wygnali Achajów z bogatych pastwisk i pól w górzyste okolice północy; żyją tam
do   dziś   skarlali   i   niesławni.   Jednak   dawniejsi   mieszkańcy   Grecji  —   Pelazgowie,   Jonowie   i
Ajolowie — wszyscy, którzy kochali wolność a posiadali okręty, zebrali pośpiesznie swe skarby i
podnieśli żagle, by znaleźć sobie nowe schronienie za morzami, zwłaszcza w Azji Mniejszej,
dokąd   przedtem   często   udawali   się   w   celach   handlowych.   Wśród   tych   emigrantów   byli
Fokajczycy z góry Parnas, potomkowie Filokteta łucznika, którego strzały zabiły księcia Parysa
pod Troją; lecz wiedli ich dwaj ateńscy mężowie szlachetnego rodu. Ich nowe miasto, Fokaja,
pobudowane na lądzie stałym za Chios, zasłynęło z kupieckich galer o pięćdziesięciu wiosłach,
które odważnie przemierzały całe Morze Śródziemne wzdłuż i wszerz — na zachód aż do słupów
Heraklesa, a  na północ  do ujścia rzeki Po. Gerion, król  Tartessos w południowej  Hiszpanii,
upodobał sobie pewnych uczciwych fokajskich kupców, zaprosił ich, aby się osiedlili w jego
kraju, i obiecał wybudować im miasto. Zgodzili się z radością i popłynęli do domu po swoje
żony, dzieci, dobytek i świętości, pewni, że zastaną już wzniesione mury miasta, gotowe na ich
przyjęcie, gdy przyjadą następnego lata.

Bogowie jednak zarządzili co innego. Kolonistów jadących w konwoju, z dziobami okrętów

uwieńczonymi   mirtem,   północno-wschodni   wiatr   zdmuchnął   z   kursu   i   rzucił   na   brzeg   Libii
pomiędzy karmiących się lotosem Nasamonów. Choć ocalili pięć z siedmiu okrętów, okazało się,
że tak mało nadają się one do żeglugi, iż wykorzystując rześki powiew południowego wiatru
posterowali do Sycylii, najbliższego lądu, gdzie można by je ponaprawiać. Bezpiecznie dojechali
do podnóża góry Eryks i wyciągnęli flotyllę na piasek w zatoce Rejtron, nie utraciwszy ani
jednego człowieka, choć dna wszystkich okrętów były wysoko zalane wodą i zepsuły się zapasy.
Wierząc, że Posejdon przeznaczył im, aby się osiedlili w tych okolicach, a nie w Tartessos —
mirt na dziobach okrętów nie pozwalał im powrócić — przyszli jako błagalnicy do króla Hyperei,
który   wielkodusznie   przebaczył   im   zło   uczynione   przez   ich   przodków   Trojanom.   Niemniej
jednak powiadają, że kapitan i załoga jednego okrętu usiłowali odpłynąć z powrotem do Azji
Mniejszej, ale ledwie przepłynęli z półtorej mili, Posejdon zmienił ich w skałę; skała ta wciąż
pruje fale na pokaz całemu światu. Nazywają ją Skałą Złej Rady, dodając, że Posejdon zagroził
zwaleniem wierzchołka Eryksu na głowy następnych dezerterów.

Otóż Hyperejczycy wybudowali wieś na południowej stronie podnóża Eryksu i nazwali ją

Egesta  —  imieniem  kobiety,   od   której   pochodzili.   Nazwali   też   dwa   płynące   tam  strumienie
Simois i Skamander, tak jak trojańskie rzeki wymienione przez Homera. Tutaj, z pozwoleniem
króla Eryksu, wybudowali świątynię dla ducha herosa Anchizesa Dardana, ojca Eneasza, który,

background image

jak   powiadają,   zmarł   przy   budowie   Hyperei.   Fokajczycy   najęli   Sykańczyków   i   wkrótce   na
sykańską modłę rozbudowali tę wieś do wielkości miasta, nad którym powierzono władzę księciu
z Hyperei. Jednakże dzicy Sykańczycy, oburzeni tym nowym wtargnięciem na teren ich pastwisk
i  polowań,  nie   wahali   się  wciągać  w  zasadzki   i  zabijać   nowo  przybyłych;   zaś  Eurymedont,
sykański król Eryksu, odmówił swej interwencji w tej sprawie oświadczając, że nigdy nie dawał
Fokajczykom   swej   zgody  na   objęcie   w   posiadanie   Egesty.   Udzielał   nawet   swoim   ziomkom
tajemnej pomocy, a to naturalnie przyśpieszyło kłótnię pomiędzy Eryksem i Hypereją. Zbrojne
utarczki   doprowadziły   do   wojny,   w   której   Eurymedont   został   doszczętnie   pokonany.
Hyperejczycy zagarnęli Eryks, ogłosili własnego króla  „Ojcem Ligi Elymejskiej” — Eryksu,
Hyperei i Egesty —  i rozkazali, aby rady miejskie popierały mieszane małżeństwa tych trzech
plemion. Nasza krew jest przeto mieszana, jednakże językiem panującym została jońska greka z
lekkim odcieniem ajolskiej; a choć żyjemy w oddaleniu, jesteśmy pod każdym względem daleko
lepsi od Dorów z Peloponezu, którzy koczują niechlujnie wśród poczerniałych ruin pięknych
miast uczczonych w Homerowych pieśniach.

Dobra jest ta nasza wyspa, a morza ją otaczające pełne ryb — zwłaszcza tuńczyków, których

twarde mięso było zawsze naszym podstawowym pożywieniem; jeśli możemy się na coś skarżyć,
to na to, że większa część Sykańczyków z uporem odmawia przyłączenia się do naszej Ligi
Elymejskiej. Ci Sykańczycy są dzicy, wysocy, krzepcy, nieokrzesani, wytatuowani, niegościnni i
płodni. Nie szanują ani podróżnych, ani błagalników i żyją jak zwierzęta w górskich jaskiniach,
każda rodzina oddzielnie, razem ze swymi stadami. Nie uznają żadnego króla i żadnego bóstwa z
wyjątkiem   bogini   Elymy,   czczonej   jako  płodna   przewidująca   Maciora,   i  nie   uznają   żadnego
prawa oprócz własnych skłonności; ponadto nie pędzą napitków, nie używają ani spiżowej, ani
żelaznej broni, nigdy nie wypuszczają się na morze, nie mają placów targowych, a w pewnych
okresach   nie   wzdragają   się   przed   zakosztowaniem   ludzkiego   mięsa.   Z   tymi   wstrętnymi
dzikusami  —  wstyd  mi zaliczyć  ich do kuzynów  — nie jesteśmy ani na pokojowej, ani na
wojennej stopie; jednakże mądrzy podróżni przemierzają ich kraj tylko w dobrze uzbrojonym
towarzystwie,   puszczając   przodem   psy,   by   podniosły   wrzawę,   gdyby   w   lesie   lub   wąskim
wąwozie była przygotowana zasadzka.

Mieliśmy   wreszcie   szczęście,   że   nie   mieszkaliśmy   na   drodze   sykulskiej   inwazji,   która

nastąpiła tuż przed przybyciem Fokajczyków. Sykulowie są Illiryjczykami z zupełnie innego pnia
niż Sykańczycy, którzy przeprawili się przez Cieśninę Messyńską na tratwach, a że są ruchliwi i
liczni, zawładnęli wkrótce środkową i południową Sycylią, pochłaniając osiedla pozakładane
przez Kreteńczyków i Achajów. Jednak wszystkie wojownicze bandy wyruszające na zwiady w
naszym kierunku ponosiły ciężkie straty  —  nie są oni tak mocno zbudowani ani tak groźni w
walce jak Sykańczycy  —  i odtąd na podstawie cichego porozumienia Sykulowie Trzymają się
swoich granic i nie zaczepiają nas. Handlują głównie z Grekami z Eubei i Koryntu. Małe fenickie

background image

placówki kupieckie na przylądkach i wysepkach przy północnym wybrzeżu nie przyczyniały nam
jak dotychczas kłopotu, ponieważ, jak mówi mój ojciec, „handel rodzi handel”. Obecnie zakłada
się greckie kolonie na wschód od nas i na palcach italskiej nogi, co nam się bardzo podoba.

Co się tyczy nowszych czasów, mój pradziadek, król Nauzytoos, syn córki Eurymedonta,

zwołał radę wszystkich Elymów, żeby rozważyć widzenie, które miał we śnie. Zobaczył, jak
orzeł   opadł   w   ślizgu   ze   szczytu   Eryksu   aż   nad   samo   morze;   orłu   towarzyszyło   stado
białoskrzydłych mew, jedne z prawej strony, a drugie z lewej. Wizję tę wróżbiarze wyjaśnili jako
boski nakaz, by porzucił Hypereję i odtąd zaczął żyć z morza, zamieszkując na cyplu między
dwoma zatokami. Pozostawiwszy do obrony przed sykańskimi bandytami silny oddział swych
wolarzy,   pasterzy   owiec   i   świnopasów,   Nauzytoos   sprowadził   większość   Hyperejczyków   na
półwysep w kształcie sierpa, o dwie mile od zatoki Rejtron, gdzie wybudował miasto Drepanon.
Zgodnie z miejscową tradycją to tutaj dawny bóg Kronos cisnął w morze diamentowy sierp,
którym wykastrował  swego ojca Uranosa; a  starzy ludzie szepcą  czasem ponuro:  „Przyjdzie
dzień,   że   wyłowią   sierp   w   sieci;  Apollonowi   jest   pisane,   by   go   użył   przeciw   swemu   ojcu,
Zeusowi”.

Miasto   Nauzytoosa  było  położone  bardzo   dogodnie.  Zwężenia   półwyspu  strzegł  przeciw

sykańskim najazdom mur, a z dwóch przystani wymienionych w wyroczni jedna chroniła okręty
przed   północno-zachodnimi   wiatrami,   a   druga   przed   południowo-wschodnimi.   Ponieważ   zaś
Fokajczycy z Egesty, których Nauzytoos poprosił, by się przyłączyli do niego, nie zapomnieli
swej biegłości na morzu, zaczął niebawem wysyłać galery o pięćdziesięciu wiosłach na długie
wyprawy   we   wszystkich   kierunkach.   Głównymi   przedmiotami   elymejskiego   handlu   były,
zarówno wówczas jak i teraz, wino, sery, miód, wełna, suszone na słońcu tuńczyki i mieczyki
oraz inne produkty żywnościowe; poza tym składane łóżka z drzewa cyprysowego, w których
wyrobie   celujemy,   haftowane   szaty   z   najlepszej   wełny   i   sól   z   naszych   solanek.   Towary   te
wymieniano na cypryjski spiż, hiszpańską cynę, chalibejskie żelazo, kreteńskie wino, korynckie
wyroby malowane, afrykańskie gąbki i kość słoniową, i wiele innych zbytkownych przedmiotów.
Nasze dwie przystanie okazały się bardzo dogodne, bo jeśli tylko pogoda ma się zmienić, można
przyholować okręty z jednej do drugiej i umieścić poza zasięgiem fal. Krótko mówiąc zaczęliśmy
prosperować i bogacić się, i wszystkie narody, z którymi handlujemy jak ludzie uczciwi, a nie
piraci, zawsze nas mile widzą. Rzadko jednak obecnie używa się Rejtronu jako przystani, gdyż
jest niezdatny do obrony przed najazdami, a ostatnio zamulony;  ale składamy tam doroczne
ofiary Afrodycie i Posejdonowi i pasiemy bydło na sąsiedniej równinie.

Mój ojciec, król Alfejdes, poślubił córkę sprzymierzeńca, pana Hiery, która jest największą z

Wysp Egackich. Urodziła mu czterech synów i jedną córkę, to jest mnie. W czasie, w którym ta
opowieść się zaczyna, Laodamas, mój najstarszy brat, był już ożeniony z Ktimeną z Bucynny,
innej   wyspy   Egackiego  Archipelagu;   Halios,   drugi   podług   starszeństwa,   wypędzony   z   kraju

background image

gniewem ojca zamieszkał pośród Sykulów z Minoi; Klitoneos, trzeci, po raz pierwszy zgolił
męski zarost i otrzymał broń. Ja jestem o trzy lata starsza od Klitoneosa i niezamężna — ale z
własnej chęci, nie z braku starających się o mnie, choć wyznam, że nie jestem ani wysoka, ani
specjalnie  piękna.  Czwarty mój   brat, Telegonos, urodzony,  kiedy matka  była  już w średnim
wieku,   wciąż   jeszcze   mieszka   w   kobiecej   części   domu,   tacza   po   ziemi   orzechy,   jeździ   na
jabłkowitym   koniu   na   biegunach   i   straszą   go   okropnym   królem   Echetosem,   kiedy   jest
niegrzeczny. W poemacie epickim, który właśnie, ukończyłam, moi rodzice występują jako król
Alkinoos i królowa Arete z Drepane — królewska para, która przyjęła Jazona i Medeę w „Pieśni
o Złotym Runie”. Wybrałam te imiona częściowo dlatego, że „Alkinoos” znaczy „tępogłowy”, a
ojciec najwięcej się chlubi swoją tęgą głową; częściowo dlatego, że Arete (jeżeli skrócić pierwsze
„e”) znaczy „wierność”, co jest naczelną cnotą mojej matki; a częściowo z tej przyczyny, że w
punkcie przełomowym mojego dramatu musiałam grać rolę Medei.

Tyle na razie.

background image

BURSZTYNOWY NASZYJNIK

W   pewien   nieszczęśliwy   wieczór   przed   trzema   laty,   wkrótce   po   ślubie   mojego   brata

Laodamasa, zaczął dąć południowy wiatr zwany syroko i olbrzymia chmura usiadła ciężko na
ramionach góry Eryks. Skutek jak zwykle był taki, że w ogrodzie powiędły rośliny, rozkręciły mi
się loki i wszyscy stali się kłótliwi i opryskliwi  —  a moja bratowa, Ktimena, nie gorzej od
innych. Tej nocy, skoro tylko znalazła się sama z Laodamasem w swojej dusznej sypialni na
piętrze   górującym   nad   dziedzińcem   biesiadnym,   zaczęła   wyrzucać   mu   bezczynność   i   brak
przedsiębiorczości.   Rozwodziła   się   szeroko   nad   wartością   swojego   posagu   i   spytała,   czy
Laodamasowi nie wstyd spędzać dni na polowaniu i rybołówstwie, miast zdobywać bogactwa w
śmiałych zamorskich wyprawach.

Laodamas roześmiał się i rzekł beztrosko, że siebie tylko winna za to ganić — to jej uroda

trzyma go w domu.

— Gdy mi się znudzi twe rozkoszne ciało, żono, na pewno odpłynę, dokąd tylko mnie okręt

poniesie: do kraju Kolchów i do Stajen Słońca, jeśli zajdzie potrzeba. Ale ten czas nie nadszedł
jeszcze.

Ktimena powiedziała rozzłoszczona:
— Tak, sądząc po tym, jak dokuczasz mi nocnymi umizgami, nie wydaje się, by moje uściski

miały ci się prędko sprzykrzyć. Ale ledwie pasmo brzasku się ukaże, już odchodzisz, skory
jedynie do swojej psiarni, łuku i włóczni na dzika. Nie widzę cię później aż do wieczora, kiedy to
jesz jak wilk, żłopiesz jak delfin, grasz parę lisich partii warcabów i znowu walisz się do łóżka,
by mnie zasypać gorącymi niedźwiedzimi pieszczotami.

—  Nie   bardzo   byś   mnie   ceniła,   jeślibym   zawiódł   w   wypełnianiu   moich   mężowskich

powinności.

— Mężowskie powinności spełnia się nie tylko na pościeli.
Było to jak w walce, kiedy pięściarzowi udaje się ciosami z lewej utrzymać na odległość

swego mniejszego przeciwnika, póki ów w końcu nie wśliźnie się pod ramię wysokiego i nie
uderzy pod serce. Laodamas rozgniewał się, ale pokazał, że on także nie jest nowicjuszem w

background image

zwarciu.

—  Chciałabyś,   żebym   cały   dzień   gnuśniał   w   domu   i   opowiadał   ci   powiastki,   a   kiedy

przędziesz, motał wełnę i biegał na twoje posyłki? Mam zamiar pozostać w Drepanon, pokąd nie
stwierdzę z przyjemnością, żeś brzemienna (o ile nie jesteś bezpłodna, jak twoja ciotka albo
starsza siostra). Ale póki tu przebywam, wolę polować na dziki albo dzikie kozy, co jest na
pewno odpowiedniejszą rozrywką dla mężczyzny niż zabijanie czasu od śniadania do kolacji, tak
jak to robią młodzi ludzie mego wieku i pozycji: piją, grają w kości, tańczą, plotkują na placu
targowym, łowią z nabrzeża ryby na wędkę, haczyk i spławik i rzucają krążki na dziedzińcu.
Może wolałabyś, żebym prządł i tkał, jak Herakles w Lidii, gdy uległ czarom królowej Omfali?

—  Chcę   naszyjnika  —  rzekła   nagle   Ktimena.   —  Chcę   mieć   piękny   naszyjnik   z

hiperborejskiego  bursztynu   przetkanego   paciorkami   ze  złota  i   ze  złotą  klamerką   w kształcie
dwóch węży sczepionych ogonami.

— Ach, tak? A gdzie taki skarb można dostać?
—  Ma go już matka Eurymacha, a kapitan Dymant obiecał drugi swojej  córce, Prokne,

przyjaciółce Nauzykai, za powrotem z następnej podróży z piaszczystego Pylos.

—  Czy   może   chcesz,   żebym   zaczaił   się   na   jego   okręt,   gdy   w   drodze   do   domu   będzie

przepływał obok Motii... na sposób bucyniański?

— Wypraszam sobie wszelkie żarty na temat mojej wyspy, jeśli to miał być żart. Nie, nie

całuj  mnie! Ten wiatr jest okrutny i głowa mnie boli. Odejdź, idź sobie spać gdzie indziej.
Spodziewam się, że świt cię zastanie bardziej rozsądnie usposobionym.

— Nie wolno mi pocałować swojej żony na dobranoc, tak? Uważaj, żebym cię nie odesłał z

powrotem do ojca, razem z posagiem!

— Z posagiem? To nie będzie łatwe. Z dwustu sztab spiżu i dwudziestu bel płótna ocalonych

z sydoriskiego statku, który niosła woda, bez załogi, znalezionego przez mojego ojca w pobliżu
Bucynny...

—  Który   niosła   woda,   mówisz?   On   wymordował   calutką   załogę   w   tradycyjnym

bucyniańskim stylu, o czym dobrze wiedzą na wszystkich placach targowych Sycylii.

— ...z dwustu, sztab spiżu i dwudziestu bel płótna, powtarzam, ulokowałeś blisko połowę w

libijskich spekulacjach. Miało to być wymienione na kadzidło, złoty piasek i na jaja strusie, lecz
wątpię, czy je zobaczysz. 

—  Trudno   kobiecie   uwierzyć,   że,   skoro   okręt   raz   podniósł   kotwicę   i   rozpostarł   żagle,

kiedykolwiek zawinie do portu.

—  Nie powątpiewam w żeglowność okrętu, ale w uczciwość jego kapitana, któremu tak

głupio zaufałeś za poradą przyjaciela, Eurymacha. Nie pierwszy to raz Libijczyk nie dotrzymałby
swych   zobowiązań.   Uwierzę,   jeśli   mi   kto   powie,   że   Eurymach   ma   obiecany   procent   z   tej
transakcji.

background image

—  Słuchaj, ta sprzeczka bardzo niewiele ci pomoże na ból głowy  —  rzekł Laodamas.  —

Przyniosę ci czarę wody i miękką szmatkę, żebyś przemyła sobie skronie. Syroko jest zabójcze
dla nas wszystkich.

Co on zamierzał zrobić z dobroci, ona wzięła za ironię. Leżała cicho i nieruchomo, póki nie

przyniósł jej do łóżka srebrnej czary, wtedy nagle usiadła, wyrwała mu ją i oblała go wodą.

— Na ostudzenie twoich gorących lędźwi, ty Priapie! — wrzasnęła.
Laodamas nie przestał panować nad sobą i nie złapał jej za gardło,  jakby uczynił niejeden

mężczyzna.   Nigdy   nie   słyszałam,   żeby   uderzył   kobietę,   ani   nawet,   by   wychłostał   krnąbrną
niewolnicę. Cisnął tylko na Ktimenę złe spojrzenie i powiedział:

— A więc dobrze, będziesz miała swój naszyjnik i oby ściągnął on mniej strapień na nasz

dom niż naszyjnik tebańskiej Eryfili w homeryckiej pieśni!

Podszedł   do   nabijanej   gwoździami   drewnianej   skrzyni,   rozwarł   ją   i   wyjął   kilka   swoich

osobistych rzeczy — złoty kubek, hełm z kitą strusich piór, sprzączkę ze srebra i lapis-lazuli, parę
nowych   szkarłatnych   pantofli,   trzy   chitony,   sztylet   z   rękojeścią   wysadzaną   klejnotami,   w
pochwie z kości słoniowej rzeźbionej w lwy ścigające królewskiego jelenia, i piękną osełkę z
Serifos. Włożył hełm na głowę, na podłodze rozpostarł gruby płaszcz z prążkowanej wełny i
poukładał na nim swe skarby. Potem zamknął skrzynię, powiesił klucz na gwoździu w głowach
łóżka, chwycił zawiniątko i ręką namacał skobel.

— Gdzie się z tym wybierasz? Żądam wyjaśnienia. Połóż to zaraz z powrotem! Muszę ci coś

powiedzieć.

Laodamas nie zwrócił na nią uwagi i wyszedł z zawiniątkiem na plecach.
— Idź więc między kruki, szaleńcze! — wrzasnęła Ktimena.
Rozmowa   ta   odbyła   się   około   północy.   Moja   sypialnia   mieści   się   obok,   a   mając   słuch

niezwykle wyostrzony przez lekką gorączkę usłyszałam każde słowo. Narzuciwszy pośpiesznie
koszulę wybiegłam za Laodamasem i złapałam go za rękaw.

— Dokąd idziesz, bracie? — zapytałam.
Spojrzał   na   mnie   tępo.   Tego   wieczora   pił   słodkie   ciemne   wino   i   chociaż   szedł   równo,

widziałam, że wcale nie był sobą.

—  Idę  między kruki,  siostrzyczko  —  odrzekł  smutno.  —  Ktimena  powierzyła   mnie  ich

pieczy.

— Proszę cię, nie zwracaj uwagi na to, co ci żona mówiła dziś w nocy — błagałam. — Dmie

syroko i o tej porze miesiąca ona zawsze czuje się nie najlepiej.

— Żąda bursztynowego naszyjnika z paciorkami z grudek złota i klamerką ze sczepionych

złotych węży. Ma to być blady hiperborejski bursztyn; nasza własna, ciemniejsza odmiana nie
zadowala jej, choć jest na niej  śliczny pobłysk purpury,  jaki się nie zdarza w innych. Chcę
przywieźć jej ten naszyjnik na dowód, że nie jestem próżniakiem ani tchórzem.

background image

— Skąd? Od kruków?
—  Albo kawek... Nie mogę jej pozwolić, by mnie lżyła tak jak dziś. Wszystkie służebne

musiały słyszeć i wkrótce się rozniesie po mieście. Jak dojdzie do Eurymacha i jego przyjaciół,
nazwą mnie głupcem, że nie sprawiłem jej lania.

— Jeszcze nigdy lanie nie wyleczyło złośnicy ani kobiety chorej.
— Zgoda, choć gdybym kochał Ktimenę inaczej, może bym nie tak myślał. Opuszczam ją,

żeby powstrzymać swe ręce od gwałtu.

— Na długo?
— Póki nie będę mógł jej przywieźć naszyjnika. Paromiesięczna rozłąka dobrze zrobi nam

obojgu.

—  Wspomniałeś o naszyjniku Eryfili, słyszałam, a były to słowa złowróżbne. Jeżeli nie

złożysz ofiar bogini naszego ogniska i Afrodycie, całość tego domostwa będzie zagrożona. Nie
odchodź postawiwszy zrazu zły krok, Zatrzymaj się i włóż te rzeczy z powrotem do skrzyni.

— I proś Ktimenę o przebaczenie, co? Nie, nie mogę już zawrócić. Jakiś bóg przynagla mnie

w drogę. Dobranoc, siostro! Spotkamy się, gdy się spotkamy.

Opowieść o Eryfili należy do słynnego tebańskiego cyklu, który recytują Synowie Homera.

Nienawistna ta kobieta była żoną Amfiarajosa, króla argiwskiego, lecz dla naszyjnika Afrodyty,
który darzył tę, co go nosiła, nieodpartym urokiem, wysłała męża na śmierć pod Teby. Laodamas
stąpał powoli po schodach, słyszałam, jak burknął do odźwiernego, by odryglował frontową
bramę. Wyjrzałam z okna i zobaczyłam go w świetle księżyca idącego ku nabrzeżu, gdzie stał
uwiązany wielki rodyjski okręt. Chciałam obudzić ojca, ale ponieważ wiedziałam, że po trzech
dniach febry zapadł w głęboki, krzepiący sen, nie ośmieliłam się  niepokoić go tym, co mogło
okazać się błahostką. Sama Ktimena nie przywiązywała do tego zajścia wielkiej wagi. Laodamas,
mówiła sobie, nie zechciałby cofnąć obraźliwych uwag o jej ojcu ani słuchać, gdyby spróbowała
usprawiedliwić się, że to wszystko wynikło ze zdenerwowania. Odwróciła się więc do ściany i
wkrótce z czystym sumieniem twardo zasnęła.

Leżałam nie śpiąc w świetle księżyca, póki nie usłyszałam, jak gdzieś w dali buchnął śpiew,

jakby tłum mężczyzn wyległ z jakiegoś pomieszczenia, a w chórze pijackiego śmiechu, który
zabrzmiał później, rozpoznałam gdaczący głos Eurymacha.

Wszystko w porządku — pomyślałam znużona. — Eurymach jest jeszcze na nogach. Jakże ja

go nie  cierpię;  ale  przynajmniej   zapobiegnie  głupiemu  i nierozważnemu  postępkowi  mojego
brata.

background image

PAŁAC

Kiedy   nazajutrz   przekonaliśmy   się,   że   rodyjski   okręt   zniknął   wyzyskując   nagłą   zmianę

wiatru,   a   także   nie   było   Laodamasa,   udałam   się   pośpiesznie   do   świątyni   Posejdona,   gdzie
niebawem Eurymach miał złożyć comiesięczną ofiarę z czerwonego byka. Chciałam zapytać, co
Eurymachowi wiadomo w tej sprawie.

—  Nic   a   nic,   droga   księżniczko.   Skądżeby?  —  odrzekł   flegmatycznie,   wsparty  o   topór

ofiarny, patrząc mi prosto w oczy, jakby mnie chciał zmieszać.

—  Skąd? Bo ubiegłej nocy byłeś razem z Laodamasem na wale nabrzeżnym; nie próbuj

zaprzeczać.   Słyszałam   twój   piskliwy   śmiech,   kiedy   Rodyjczycy   wyśpiewywali   tę   sprośną
śpiewkę o swoim antenacie Hermesie i śliskim bukłaku z koźlej skóry.

— To musiało być na chwilę przed moim odejściem.
— Czemuś się o niego nie zatroszczył jak trzeba? Był pijany i nieszczęśliwy. Należało to do

twoich obowiązków kompana.

— On dał mi dowód niezbyt wielkiej łaskawości, a jak to mówią, dwóch trzeba do kompanii,

lecz   jednego   do   jej   rozwiązania.   Niepowodzenie   libijskiego   przedsięwzięcia   pomieszało   mu
rozum.  Zeszłej   nocy oskarżał   mnie   zajadle,   że  uknułem  spisek  z  kapitanem,   by  ukraść  spiż
Ktimeny i płótno, a potem udać, że okręt się rozbił opodal Syrt. Gdy wspomniałem na naszą starą
przyjaźń i powiedziałem: „Chyba cię kto zamroczył, że mówisz takie bzdury” — zrobił się nie do
zniesienia obelżywy. Miast go jednak zachęcić, by użył swych pięści, i rozkwasić mu nos (jestem
daleko   lepszym   od   niego   pięściarzem,   nawet   gdy  jest   trzeźwy),   odwróciłem   się   na   pięcie   i
poszedłem spać, rad ze swej powściągliwości. Tego ranka ze zdumieniem się dowiedziałem, że
rodyjscy sprzedawcy purpury odpłynęli. Sądzisz, że Laodamas przyłączył się do nich?

Eurymach nigdy nie był ze mną szczery. Myślałam sobie wówczas: „Nie chce przedwcześnie

odkryć mi swych wad, jest bowiem jednym z moich zalotników, w dodatku tym, którego mój
ojciec  najbardziej  chciałby  mieć  za   zięcia,  z  zastrzeżeniem,   że  złoży należyty  dar”.  Zawsze
nienawidziłam ludzi, którzy próbując ukryć fałszywe zamiary pod miodnym uśmiechem są na
tyle próżni, iż sądzą, że ja ich nie przejrzę.

background image

—  Jeżeli   odpłynął  —  odparłam   ostro  —  mój   ojciec   nie   będzie   miał  przez   to   lepszego

mniemania o tobie.

—  Nie, ale jak mu wytłumaczę, co zaszło między nami, tymi samymi słowami, co tobie,

niewątpliwie   znajdę   u   niego   większe   zrozumienie.  —  Kiedy   to   mówił,   jeden   z   naszych
domowych   niewolników   przyniósł   wiadomość   od   mojego   ojca,   iż   gorączka   minęła   i   byłby
ogromnie zobowiązany, gdyby Eurymach mógł porozumieć się z nim w sprawie dwóch nocnych
stróżów, jak tylko złoży ofiarę.

— Jakich stróżów? — spytałam niewolnika.
—  Z zarannej zmiany na wale nabrzeżnym  —  odrzekł.  — Ci, którzy  mieli ich zluzować,

donieśli przed chwilą, że sztucznie uśpieni leżą za szopą na żagle. Brakuje dwóch żagli i trzech
zwojów najlepszej liny z Byblos.

— I co ty na to, Eurymachu? — powiedziałam.
Badałam pilnie jego twarz, lecz była bez wyrazu.
—  Wieść   to   chyba   bardzo   niezwykła?  —  naciskałam.  —  Rodyjczycy   słyną   z   surowej

uczciwości w handlu i trudno mi zrozumieć, by którykolwiek z ich wielkich okrętów miał tę
opinię narażać na szwank dla dwóch żagli i paru zwojów liny.

Odrzekł mi gładko:
— Coś w tym jest, śliczna Nauzykao. Być może, potrzebowali takielunku bezzwłocznie i nie

mogli czekać na posłuchanie u władz portu; przeto sami sobie poradzili, uśpili straż, aby nie
narobiła hałasu, i odpłynęli.

— W takim razie zostawiliby należytą zapłatę w winie lub metalu.
— Jeśli Laodamas odpłynął z nimi i przyrzekł uregulować ten dług po powrocie, jako zapłatę

za przejazd, to nie. Oto już idzie czerwony byczek z przepaską na łbie. Wybacz mi mój pośpiech.
Niewolniku, odpowiedz królowi, że uradowała mnie wieść o polepszeniu jego zdrowia i omówię
wypadek ze stróżami, skoro tylko złożę tę ofiarę i przejrzę wnętrzności.

— Pomyślnej rozmowy — rzuciłam za nim, gdy się bezczelnie obrócił plecami.
Wyjazd Laodamasa nie wydał się zrazu sprawą poważną, jakkolwiek wróżby uzyskane z

wnętrzności byczka były bardzo groźne  —  zwierzę wyglądało zdrowo, lecz miało psujące się
trzewia. Władze portowe zgodziły się po namyśle, że rodyjski kapitan, który już raz odwiedził
Drepanon przed trzema laty jako oficer na innym okręcie tego samego kupca, był uczciwym i
zdatnym żeglarzem. Zapłata za żagle i liny niewątpliwie kiedyś nastąpi, a stróże niekoniecznie
musieli być uśpieni przez kapitana czy któregoś z członków jego załogi. Bardzo możliwe, że to
jakiś elymejski kompan wypłatał im figla. Laodamas znajduje się w bezpiecznych rękach, a
ponieważ jest kwiecień, więc powinien wrócić najpóźniej w lipcu, przywożąc Ktimenie obiecany
bursztynowy naszyjnik.

Mój ojciec, choć gniewny, że najstarszy syn nagle odjechał nie żegnając się ani nie czekając,

background image

aż minie jego gorączka — wygnanie mojego brata Haliosa przed pięciu laty wciąż mu jątrzyło
serce  —  poprzestał   na   powiedzeniu   Ktimenie,   że   powinno   to   być   dla   niej   nauczką,   aby   w
przyszłości nie dokuczała dobremu mężowi ponad miarę. Ktimena usprawiedliwiała się, że wina
była po stronie Laodamasa, który drwił z jej bólu głowy, zelżył szlachetny lud Bucynny i swoim
pijackim gadaniem zmuszał ją do czuwania, gdy pragnęła tylko zasnąć złożywszy mu głowę na
piersi.

Chociaż ta wersja kłótni była nieuczciwie jednostronna, nie starałam się jej przeczyć.  A

Fitalos, stary ojciec mojej matki, co zrzekł się panowania nad Hierą na korzyść swojego zięcia, a
teraz wałęsał się po naszych dobrach jako honorowy rządca, utrzymywał, że Ktimena miała
słuszność potępiając bezczynność Laodamasa.

—  W cywilizowanym kraju —  gderał  —  poluje się tylko po to, by dzikie zwierzęta nie

pustoszyły   pól   ani   winnic,   mięso   zaś   jest   kwestią   uboczną.  Ale   nasze   pola   są   tak   dobrze
ogrodzone, a zwierz w okolicy tak nieliczny, że Laodamas musiał przeszukiwać odległe lasy,
rzadko przynosząc do domu choćby zająca. Nie wygląda na to, aby w pałacu tak rozpaczliwie
potrzeba było dziczyzny; czyż brak nam kiedy tłustych wieprzy lub smakowitych wołów? Z
drugiej zaś strony, jeśli chłopiec potrzebuje przygód, niech jedzie robić obławy na niewolników
na italskiej Daunii czy Sardynii, jak ja w jego wieku.

Moja  matka  nigdy nie  zabiera głosu, póki sytuacja  jest niejasna, ponieważ zaś nie  było

jeszcze   pewne,   czy   Laodamas   wszedł   na   pokład   rodyjskiego   okrętu,   więc   i   teraz   się   nie
odzywała. Klitoneos jednak ofiarował Ojcu Zeusowi modlitwę za bezpieczny powrót brata, a
następnie poprosił Ktimenę o pozwolenie ćwiczenia Argosa i Lajlapsa, psów Laodamasa, na co
zgodziła się z kwaśnym uśmiechem.

— On z pewnością musiał odpłynąć — powiedział jej Klitoneos — bo gdyby poszedł gdzieś

w góry, na polowanie, za nic by nie zostawił swoich psów.

W   miesiąc   później   tajemnica   pogłębiła   się,   kiedy   kapitan   pewnego   okrętu   doniósł,   iż

rozmawiał z Rodyjczykami opodal wyspy Skiros, która była jego portem macierzystym. Jednak
Laodamasa nie było na pokładzie, a w każdym razie Rodyjczycy nic o nim nie mówili. Możliwe,
że wysadzili go na brzeg w Akragas, gdzie się znajduje słynna świątynia Afrodyty, lub w jakimś
innym porcie po drodze. Wtedy matka Eurymacha przypomniała sobie nagle, że o brzasku dnia, o
którym mowa, gdy rodyjski okręt był jeszcze przycumowany w przystani Drepanon, postrzegła
galerę o dwudziestu wiosłach, fenicką z budowy oraz takielunku, stojącą w zatoce południowej.
Może Laodamas powiosłował do niej i ugodził się o przyjazd? Z kolei i inna kobieta, służąca
Ktimeny, Melanto, która wówczas spała na dachu, potwierdziła, że widziała ten okręt z łódką na
holu. Skoro ją jednak przyciśnięto, aby wyjaśniła, czemu nie wspomniała wcześniej o tak ważnej
sprawie, mówiła tylko powtarzając w kółko: — Nie chciałam powodować zamieszania, milczenie
jest złotem.  —  Wieści te znów wznieciły mnóstwo bezowocnych  rozważań,  nikt jednak nie

background image

niepokoił się poważnie o Laodamasa aż do czasu, kiedy z końcem października pogoda zepsuła
się, a nasze wyciągnięte przed zimą na piasek okręty powlekano jak co roku warstwą smoły.

Musiałam znosić ciężar gwałtownych żalów Ktimeny i jej litości nad samą sobą. Byłyśmy

złączone   domowymi   zajęciami,   a   Ktimena   utrzymywała,   że   nie   może   wywnętrzać   się   przed
służącymi nie ściągając na siebie oskarżenia o porywcze potraktowanie Laodamasa — co byłoby
niesprawiedliwe, lub nie obwiniając go — co znowu byłoby nieładne. Powiedziała, że ja jedna
znam owe okoliczności, a ponadto czuła się usprawiedliwiona czyniąc ze mnie powiernicę swego
tajemnego smutku, bowiem zniknięcie Laodamasa było w dużej części moją winą.

— No, wiesz! — krzyknęłam, szeroko otwierając oczy. — Jak to rozumiesz, bratowo?
—  Gdybyś siedziała cicho w swoim pokoju, karmiłby się on nadzieją, że nasza rozmowa

uwięzia w grzechocie okiennic i drzwi targanych przez syroko; to twoje natrętne współczucie
posłało go w drogę. A gdybyś wówczas obudziła któregoś z odźwiernych, kazała śledzić swego
brata i donieść o jego krokach wujaszkowi Mentorowi lub komuś innemu odpowiedzialnemu, nie
wypłakiwałabym teraz oczu w beznadziejnej tęsknocie.

Chociaż mruknęłam łagodnie:  —  Tak, wszystkich nas należy winić  —  wiedziałam bardzo

dobrze, że owej nocy dziewczęta śpiące w korytarzu blisko drzwi sypialni nie tylko słyszały tyleż
z kłótni co i ja, lecz zostały później całkowicie przez nią wtajemniczone. Jednakże ze względu na
Laodamasa znosiłam Ktimenę. Nie była całkiem złą kobietą, zawyrokowałam; zdrowie jej nie
dopisywało, a czyż przy rzadkich okazjach, gdy sama popadam w chorobę, nie zachowuję się
równie   nierozumnie?   Wieczne   skargi   Ktimeny   sprawiły,   że   jeszcze   mniej   kwapiłam   się   do
małżeństwa niż przedtem i przebywałam poza domem tak wiele, jak tylko pozwalała mi na to
przyzwoitość, biorąc ze sobą robótkę do ogrodu, gdzie Ktimena rzadko mi towarzyszyła, bo bała
się pająków. Nie ruszałam się zaś na krok bez kobiet służebnych, ilekroć pogoda zmuszała mnie
do pozostania w domu.

Tutaj opiszę nasz pałac. Dla celów mojego eposu wyposażyłam go o wiele wspanialej, niż się

rzecz miała w istocie: dałam mu próg spiżowy, drzwi złote, srebrne odrzwia i dwa złote psy, aby
trzymały straż po obu stronach; a także ściany ze spiżu zdobne fryzem z lapis-lazuli i złote posągi
chłopców ze zwiniętymi dłońmi, w które wtykano pochodnie z żywicznego rdzenia sosny; i wiele
innych rzeczy. Takie upiększenie nie kosztuje nic, nic także nie kosztuje przedstawienie siebie
samej jako wysokiej, pięknej pani o miękkim głosie albo powiększenie ilości naszej domowej
służby z  dwudziestu   na  pięćdziesiąt  niewiast.  Wszelako   na  ogół  przestrzegałam  prawdy,   nie
będąc bowiem łgarzem z urodzenia, uważam próżne wymysły za niegodne, jakkolwiek chwilami
przesadzam   jak   wszyscy   i   muszę   przerabiać,   przeinaczać,   pomniejszać   i   rozdmuchiwać
wydarzenia,   by  dostosować   je   do   wymogów   tradycji   epickiej.  Właściwie   trzymałam   się   jak
najbliżej swych doświadczeń, a kiedy postawiony temat zmuszał mnie do opisu nie znanych mi
rzeczy, to albo przechodziłam lekko ponad nimi, albo dawałam w to miejsce opis tego, co znam

background image

dobrze.  Na przykład  odnośnie  do  Itaki,  Dzakyntos,  Same  i  innych  wysp  tej  grupy,   które  są
główną sceną mego poematu  — nie zwiedziwszy ich nigdy ani  nie mogąc uzyskać opisu ich
położenia czy wyglądu, obywałam się Wyspami Egackimi, które są o wiele mniejsze, ale za to
gruntownie mi znane. Itaka jest naprawdę Hierą, która, choć niewidzialna z Drepanon (bowiem
Bucynna — nazywam ją Same — zasłania widok na nią), ze szczytu góry Eryks jest doskonale
widoczna   na   horyzoncie.   Egusę   nazywam   Dzakyntos,   a   co   się   tyczy   pozostałych   wysp
wymienionych w  Iliadzie —  Neriton, Krokileja, Ajgilips —  pominęłam je, bo są tylko cztery
Egaty,   a   czwarta,   Motja,   nisko   położona,   bogata   w   zboże,   jest   mi   potrzebna   do   zastąpienia
Dulichionu.   Nie   może   to   mieć   wielkiego   znaczenia.   Ci,   którzy   słuchając   mego   poematu
stwierdzą, że to nie zgadza się z ich znajomością geografii, uszanują sławę Homera i będą sądzili,
że albo trzęsienie ziemi musiało zmienić konfigurację Same, Itaki i innych wysp, albo że nazwy
zostały zmienione.

Jak mówiłam, nasz pałac jest mniej więcej taki, jak opisałam w moim poemacie, aczkolwiek

frontowe drzwi do głównego budynku są w rzeczywistości dębowe, nabijane spiżem, odrzwia z
kamienia ciosanego, a próg jesionowy. Do pochodni mamy tylko jeden posąg chłopca, z cyprysu,
kryty źle wtartą pozłotą; i psy u drzwi są z czerwonego egipskiego marmuru, i ściany z płytek z
drzewa   oliwnego   z   karmazynowym   fryzem.   Nasz   pałac   składa   się   z   trzech   części.   Główny
budynek   ma   piętro   osłonięte   dwuspadowym   dachem   i   ścieki   z   dachówek,   co   odprowadzają
zimowe   deszcze   do   studni   mieszczącej   się   w   rogu   dziedzińca   biesiadnego;   woda,   która   z
łoskotem wlewa się do głębokiej cembrowanej studni, szumi wspaniale, skoro ustanie letnia pora
suszy. Sala tronowa mego ojca i inne podobne pokoje są na parterze, na górze mieszczą się nasze
sypialnie, zaś główne drzwi prowadzą na dziedziniec biesiadny. Z tyłu, za salą tronową, pod
kuchnią   jest   duża,   chłodna   piwnica   używana   jako   skład.   Moja   matka   nosi   klucz   od   jej
masywnych drzwi umocowany na kółku do przepaski, lecz Eurykleja, klucznica, ma drugi.

Dziedziniec   biesiadny   otaczają   brukowane   i   kryte   krużganki,   a   na   obszernej   przestrzeni

środkowej jest ubita ziemia. Tu podejmujemy gości, usadzając ich na stołkach i ławach wokół
stołów wspartych na kozłach. Stąd wiodą wrota do dziedzińca zewnętrznego czyli ofiarnego, o
podobnych krużgankach i z górującym nad nim ołtarzem poświęconym Zeusowi oraz innym
mieszkańcom Olimpu. W zachodnim końcu tego dziedzińca ojciec pobudował okrągłą sklepioną
komorę na zaciszne uchronienie dla siebie; we wschodniej zaś stronie główna brama z pokojem
dla gości na górze wiedzie na ulicę, a jest ona pod nadzorem wysokiej wieży strażniczej, która
wznosi się między dwoma dziedzińcami. Drzwi w murze koło sklepionej komory wychodzą na
wąski korytarz biegnący wzdłuż pałacu i zaopatrzony w boczne wejście na dziedziniec biesiadny,
drugie   do   sieni   dla   służby   i   kilkoro   innych   drzwi   prowadzących   do   sadu.   Nasz   sad   jest
najbujniejszy   na   całej   Sycylii,   kilkuakrowy,   wznoszący   się   łagodnie   tarasami,   grodzony
ciernistym żywopłotem. Są w nim takie owoce, jak gruszki, morwy, wiśnie, pigwy, jarzębina,

background image

mącznice, granaty i kilka odmian winorośli oraz fig dojrzewających w różnych porach. Nie ma u
nas   oczywiście   całorocznego   sezonu   winobrania,   jak   utrzymuję   w   swoim   poemacie   i   jak
zazwyczaj twierdzi mój wuj Mentor, gdy sobie podpije. Mamy także poletko melonów, lasek
leszczynowy   oraz   ogródek   warzywny:   kapustę,   koper,   rzepę,   rzodkiewkę,   marchew,   arum,
pasternak, selery, brukiew, cykorię, majeranek, miętę, koper i szparagi. (Widzę, że wymieniłam
koper dwa razy, ale to bardzo przydatna roślina.) Dwa źródła tryskają w górze ogrodu; jedno z
nich służy do nawadniania. Drugie przechodzi pod dziedzińcem ofiarnym i wypływa tuż przy
głównej bramie; jest to główne zaopatrzenie w wodę do picia dla mieszkańców miasta, którzy
dzień cały schodzą się tu tłumnie z dzbanami i kubłami. Za domem stoją stajnie i chlewy, za nimi
zaś rośnie oliwnik zajmujący około akra.

Wyspa   Hiera   jest   mniej   więcej   nasza,   chociaż   nominalnie   rządzi   nią   ród   mojej   matki;

hodujemy tam piękną rasę czerwonego bydła. Pasiemy też duże trzody wieprzy i wołów na górze
Eryks razem z licznymi stadami owiec; i niezliczone pszczoły z naszych pasiek także korzystają
z tych pastwisk. Zimą znosimy ule do Drepanon, żeby pszczołom było ciepło. Toteż, co do
produktów ziemi i morza, nasi niewolnicy lepiej jedzą niż wielu królewskich synów na jałowych
wyspach Morza Egejskiego. (Tam podstawowym pożywieniem jest pieczony korzeń złotogłowca
lub malwy, z braku pszenicy i jęczmienia, a w sezonie ryby i figi, i odrobina oliwy, i kozie
mięso.)

Nie dziwota, że wrogowie zazdroszczą nam szczęścia, i nie dziw, że gdy spadło na nas

nieszczęście wywołane niewczesnym żądaniem Ktimeny, buntowniczy poddani ojca okazali tak
niewiele lojalności i miłości dla naszego domu i zeszli się całym mrowiem, aby nas pożreć.

Ojciec mój ma reputację sknery, co jest niesłuszne. Bogowie na pewno nie mogą uskarżać

się, że im skąpi ofiar, ani domownicy, że chodzą niedokarmieni lub źle odziani. Ojciec jest
pracowity i energiczny, potępia rozrzutność, ocenia ubóstwo jako karę bogów za nieprzezorność i
gardzi   człowiekiem,   który   daje   znakomite   dary   obcym   raczej   dla   popisu   niż   w   nadziei
ewentualnego zysku. On to pierwszy zaprowadził w zachodniej Sycylii uprawę lnu i założył
warsztaty tkackie nie opodal głównej bramy.  Chlubimy się ścisłością tej tkaniny  —  jeśli się
mocno naciągnie sztukę naszego płótna i nachyli pod kątem, kropelki oliwy mogą się toczyć
poprzez   całą   jego   długość,   żadna   nie   przesiąknie   przez   materię.   Ojciec   nie   znosi   lenistwa
zarówno u mężczyzn jak i u kobiet, zawsze wynajduje robotę niewolnikom, nawet gdy deszcz
pada, i wierzy, że wczesne małżeństwa są podnietą do pracowitości.

To   przywodzi   mnie   do   kwestii   moich   zalotników.   Gdy  tylko   skończyłam   szesnaście   lat,

ojciec   obwieścił   w   Radzie   Elymejskiej  —   która   jest   zorganizowana   na   zasadzie
dwunastorodowego systemu — że będzie teraz przyjmował prośby o moją rękę, ale że zaszczyt
aliansu z królewskim domem może być okupiony tylko taką to a taką podstawową ceną. W
odpowiedzi Ajgyptios, jeden z fokajskich radnych, nadmienił, iż zazwyczaj elymejska panna

background image

młoda wnosi do rodziny męża posag, który gwarantuje traktowanie jej z szacunkiem, i że ten
posag   ma   daleko   większą   wartość   niźli   jakiekolwiek   grzeczne   podarunki,   którymi   zalotnik
mógłby uważać za stosowne obdarzyć ojca panny młodej. Niewątpliwie, rzekł, wysunięta tutaj
innowacja, która odwraca role panny i pana młodego, była w tym wypadku usprawiedliwiona
korzyściami,   o   jakich   napomknął   mój   ojciec.  Ale   czy  nie   prowadziłoby  to,   gdyby   stało   się
powszechnie   naśladowane,   do   zrównania   młodych   kobiet   z   wyższych   sfer   z   pospolitymi
nałożnicami kupowanymi za tyle to a tyle głów bydła lub równowartość w bitej miedzi, a tym
samym do pozbawienia ich wszelkich praw i przywilejów prócz tytułu żony?

Sykański radny imieniem Antifos zauważył wówczas, iż moja bratowa, Ktimena, wniosła z

sobą posag, tak samo moja matka. Czyż  nie byłoby logiczniej i wspaniałomyślniej, zapytał,
jeśliby król rozciągnął ten obyczaj na omawiany przypadek?

Ojciec odparł, że nie stwierdza braku logiki czy wspaniałomyślności w swojej propozycji.

Zwyczaje   ślubne   są   zmienne,   powiedział,   i   jeszcze   nie   tak   dawno   człowiek   nie   mógł
rozporządzać własną córką, bo to był przywilej jej wuja — przywilej, przy którym Sykańczycy z
Wysp Egackich upierają się do dziś. Posagi są kłopotliwym reliktem przestarzałego systemu i nie
istniały w naszej patriarchalnej gospodarce. Nie, nie, młodzieniec z dobrego rodu, który woli
ubiegać się o moją rękę niż o rękę córki uboższego i mniej wpływowego domu, przekona się,
jakie odniesie korzyści wydatkując na ten cel pokaźny skarb i traktując mnie z najwyższym
szacunkiem, kiedy zostanę jego żoną.

— Czy nie zechciałbyś, mój panie królu, powiedzieć szerzej o tych korzyściach? — spytał

wysoki,  kpiarski  książę  Antinoos.  —  Nauzykaa   nie   dziedziczy z   własnego  tytułu;  ma   nadto
czterech braci, a co najmniej pośród trzech z nich rozdzielisz swoją własność.

—  Odmawiam   wyjaśnień   w   tej   sprawie  —  krzyknął   ojciec   tupiąc   nogą.  —  Korzyści

związane z poślubieniem księżniczki zapowiadają się rzetelnie, chociaż nie są bezpośrednie.

Eupejtes, ojciec Antinoosa, zamknął dyskusję sugerując, że jak będę o rok starsza, o piędź

wyższa i zaokrąglą mi się kształty, piękność już teraz zapowiadana ściągnie do mnie mnóstwo
zalotników współzawodniczących między sobą hojnymi darami. Do owego czasu dyskusja nad
moją przyszłością wydaje mu się cokolwiek przedwczesna.

Ojca mego rozzłościł taki efekt jego obwieszczenia, ja zaś czułam się jak przyniesiona na

targ chuda ryba, za którą nikt nie chce zaofiarować zapłaty. Rozlega się okrzyk: „Wrzućcie ją z
powrotem do morza, niechaj potłuścieje”. A niektóre towarzyszki moich zabaw dokuczały mi
nazajutrz okrutnie. Jedna z nich poprosiła, żebym powiedziała, ile kosztuję. Jeślibym była tania,
uda jej się może skłonić rodziców, żeby kupili mnie dla pastucha. Moja matka, jak widziałam,
żałowała, że tę sprawę roztrząsano publicznie, ale była nazbyt lojalna, by się do tego przyznać.
Zaręczyła w każdym razie, że spytają mnie o zdanie, zanim ostatecznie wybiorą dla mnie męża, i
będę miała prawo odrzucić kandydata, jeżeli zdołam uzasadnić niechęć do proponowanej partii.

background image

Ona  tymczasem weźmie się  do tkania  weselnej  szaty z morskiej  purpury,  którą będę  mogła
zdobić w wyszywane złotem i szkarłatem wzorki na dowód, że jestem posłuszną córką swojego
ojca.   Dostarczyła   mi   szaty,   jak   przyrzekła,   ale   ja   pracowałam   nad   wzorkami   okropnie
niepracowicie, a na każde trzy ukończone, jeden co najmniej prułam w tajemnicy, kiedy nikt nie
widział.

Wkrótce Drepanon dowiedziało się, co ojciec rozumiał przez  „niebezpośrednie korzyści”.

Kiedy pod koniec roku Eurymach wystąpił z prośbą o pozwolenie starania się o mnie, przyznano
mu wolne właśnie miejsce młodszego kapłana Posejdona, co przynosiło pokaźne dochody, oraz
obiecano,   że   w   razie   zawarcia   małżeństwa   otrzyma   prawo   wyłączności   przewozu   pomiędzy
wyspami.  Antinoos,   Mulios   i   Ktesippos,   inni   zalotnicy,   albo   otrzymali,   albo   mieli   obiecane
podobne względy. Żaden z nich nie wyznał, że mnie kocha, a wszyscy się po trosze bali ciętości
mojego języka, której nie szczędziłam im, gdy ojciec nie słyszał. Wcale sobie nie upodobałam,
ba, nawet nie poważałam żadnego z tej czwórki.

— Lepiej jednak nie być zbyt namiętnie przywiązaną do męża — mówiła mi moja matka. —

Mąż   nigdy   nie   powinien   być   zbyt   pewien   uczuć   swojej   żony,   ufnie   polegając   tylko   na   jej
wierności małżeńskiemu łożu. Ja, na przykład, zdawałam sobie sprawę, kiedy twój ojciec kupił
Eurymeduzę  „Z Apejry”, że korci go, by zrobić z niej nałożnicę, bo handlarze niewolników
zażądali nadmiernie wysokiej ceny — dwudziestu sykli zamiast czterech — a on zapłacił nieomal
bez targu. Nie śmiejąc jednak ryzykować ograniczał się do tego, że poklepywał ją czasami po
policzku   albo   po   ramionach.   Nie,   dziecino,   kto   się   zakochał   w   swoim   mężu,   ten   przepadł.
Pomyśl, co zaszło między Ktimeną a Laodamasem: straciła dla niego głowę i stała się zazdrosna
o dzikie kozy i świnie, na które polował całymi dniami. On jej nigdy nie kochał — małżeństwo
zaprojektował ojciec — ale jest za dobrze wychowany, by się do tego przyznać. Toteż zaczęła się
złościć; najpierw na siebie, a potem na niego. Gdybyż mogło być odwrotnie, gdybyż to jego
namiętność była silniejsza niż jej!

background image

„WYJAZD ODYSSA”

Minęła zima, zbierano i tłoczono oliwki, kociły się owce, parkociły kozy, rozpoczął się sezon

wyrabiania serów, z Libii przyleciały jaskółki, przepiórki i kukułki, bogini miłości wstąpiła na
swą górę, pszczoły obsiadły chmarą nasze owocowe drzewa, młodzieńcy wyprawiali się łodziami
łapać na harpun tuńczyki i mieczyki, zawitał pierwszy kupiecki okręt. Z ufnością wyglądaliśmy
Laodamasa albo pewnej wiadomości od niego, albo w ogóle jakiejś wieści o nim, ale przez
miesiąc czy nawet dłużej nie nadeszło ani słowo, choć wszystkie porty Sycylii słyszały o naszej
trosce. Potem przybył kupiec z italskiej Hyrii licząc, że sprzeda nam wazy rzeźbione w kamieniu
i biżuterię dedalską, której sztuka wyrabiania ciągle kwitnie w jego mieście, dawnej kolonii
kreteńskiej. Był pękaty jak beczka, nalany i lśniący, ale miał suknie wyszywane w kwiaty w stylu
knossańskim i loczek na czole, który pobudzał moje dziewczęta do chichotów. Zszedłszy na ląd
zaraz poprosił, by go zaprowadzono do pałacu, gdzie tłumiąc podniecenie pozdrowił ojca, zaś po
obiedzie — uważa się bowiem, że złe to maniery, jeśli gość i gospodarz mówią co innego niźli
komplementy, nim obiad się skończy — przemówił w te słowa:

—  Oto   dobra   wieść   dla   ciebie,   panie   mój,   królu,   o   twoim   zaginionym   synu,   księciu

Laodamasie. Spotkałem go jesienią u Tesprotów z Epiru, w doskonałym zdrowiu, bogom niech
będzie chwała! Okazuje się, iż fenicki okręt, którym wypłynął z Drepanon, osiadł podczas burzy
na mieliźnie opodal skalistej Korkyry; on jednak zdołał umknąć czarnej śmierci. Urwała się
stępka i trzymała go na wodzie, przywartego do niej mocno, pokąd nie opadły białogrzywe fale i
mógł   powiosłować   rękami   do   brzegu.   Władca   Korkyry   przyjął   twego   syna   po   królewsku,
wołając, że jest on widocznie ulubieńcem bogini Tetydy, a wkrótce odkrył, że mieli wspólnego
przodka —  Dzakyntosa, dawnego króla Troi, pradziada księżniczki Egesty. Nie tylko obsypał
Laodamasa   skarbami,   ale   dał   mu   list   polecający  do  innego   powinowatego,   króla  Tesprotów,
Fejdona, który okazał się nie mniej hojny. W rezultacie syn twój nagromadził wielką obfitość
złota i srebra, bursztynu, zbroi, cacek z kości słoniowej, czar, kotłów i trójnogów — dość, można
powiedzieć, aby wzbogacić swych potomnych po dziesiąte pokolenie. Kiedy spotkaliśmy się,
zasięgnął właśnie porady gołębiej wyroczni Zeusa u Dębów Dodony. Poczęstowałem go winem,

background image

on   zaś   polecił   mnie   tobie,   panie,   zapewniając,   że   u   twych   elymejskich   poddanych   znajdę
chętnych   nabywców   na   moje   towary.   Obiecuje   on   sobie   powrócić   mniej   więcej   w   sezonie
pierwszych fig, ale nie wcześniej, bowiem wyrocznia — któż zgadnie czemu? — ostrzegła go, by
się nie spieszył do domu. Nie, panie, z rozbicia okrętu nie ocalił nawet odzieży — miał na sobie
jedynie przepaskę wokół bioder i koralowy amulet na szyi, kiedy gościnny lud Korkyry znalazł
go półżywego na piasku wybrzeża, z włosami pokrytymi skorupą soli.

Możecie sobie wyobrazić, co za ulgę sprawiła ta wieść ojcu, który klaskał w dłonie jak

dziecko. Klitoneos ukrył głowę w czarze wina i pił, póki go nie zamroczyło. Wezwano mnie
pośpiesznie i kazano zanieść radosną wiadomość Ktimenie, która już prawie nic nie jadła i nie
piła.   Większość   czasu   spędzała   w   łóżku   w   napadach   histerycznych   łkań.   Rzadko   kiedy
podejmowałam   się   zlecenia   z   większą   ochotą   i   rzadko   spotykały   mnie   bardziej   porywcze
podziękowania — nigdy też nie miałam tak małej wiary w prawdziwość wiadomości.

Nie było takiej rzeczy, którą uznalibyśmy za zbyt dobrą dla hyryjskiego kupca; ojciec zwołał

Wszechelymejską Radę i obwieścił, że wieczorem na dziedzińcu biesiadnym odbędzie się uczta
na cześć dobroczyńcy. Każdy z dwunastu szczepów ma przysłać po kilku przedstawicieli Tuzin
owiec, osiem wieprzy i dwa byczki złoży się w ofierze, wino i chleb będą bez ograniczenia, a
Demodokos, najsławniejszy poeta Sycylii, ślepy Syn Ślepego Homera, zgodził się śpiewać o
wojnie trojańskiej.

Co najmniej stu ludzi przybyło na ucztę, wszyscy w odświętnych szatach. Zabrzmiały hymny

radosne   do   Zeusa,   gdy   na   dziedzińcu   ofiarnym   rżnięto,   oprawiano   i   pieczono   zwierzęta.
Demodok,   który  był   nie   tylko   ślepy,   ale   w   dodatku   bezzębny,   zasiadł   w   krześle   nabijanym
srebrem pod jednym ze słupów krużganka, a jego siedmiostruna forminga wisiała na kołku w
zasięgu ręki. Obok na inkrustowanym stole Pontonnos, podczaszy, postawił mu kubek wina i
kosz chleba, by krzepił się w przerwach między pieśniami. W odpowiedniej odległości od starca
ustawiono półkolem na kozłach ze dwadzieścia stołów z drzewa bukowego, woskowanych i
błyszczących, a każdy dźwigał ogromną misę z dobrze wyszorowanego spiżu, na której leżały
parujące ćwierci baraniny, wieprzowiny, wołowiny. Znowu pomyślałam sobie, jak wstrętnie jedzą
mężczyźni — odcinają paski mięsa sztyletami i pchają do ust, aż sok cieknie po rękach i brodzie!
Tylko nieliczni używają chleba do otarcia, reszta nie troszczy się o to. Pontonoos lał wino, jego
bystre oko postrzegało każdy odstawiany kubek czy puchar. Były to nasze najlepsze puchary.
Boimy się zawsze, żeby kto bezmyślnie nie wyniósł jakiegoś po skończeniu biesiady, chociaż
wszystkie mają odciśnięty albo ryty pałacowy znak (pies myśliwski szarpiący jelonka), toteż
łatwo je odnaleźć. Jedne są srebrne, drugie złote, inne zaś rzezane w alabastrze albo liparycie,
kilka jest wyrobu egipskiego.

Kupiec   hyryjski,   który  wywodził   swoje   pochodzenie   od   brata   króla   Minosa,   Sarpedona,

otrzymał   zaszczytną   porcję  —  całą   wołową   polędwicę   i   łyk   najlepszego   ciemnego   wina   w

background image

pucharze   z  kryształu.  Wlawszy w  siebie   kwaterkę  tego   wyśmienitego  napoju,  umiarkowanie
zmieszanego z wodą, huknął się w pierś, postukał w czoło i wykrzyknął, że zapomniał przekazać
wyrazy miłości od Laodamasa dla jego żony, rodziców i braci, i najprzedniejszych obywateli
Drepanon. Przekazał je wśród uniżonej ciszy i choć frazesy te nie były charakterystyczne dla
Laodamasa, sprawiły przyjemność. Powiedział też, że Laodamas zamierza wypłynąć do kraju z
piaszczystego Pylos w Elidzie.

Powiadomiono nas, kobiety,  że i nasza uczta jest gotowa, podreptałyśmy więc na dół, do

jadalni.  Mężczyźni  chlubią  się  zjadaniem  olbrzymich  ilości  przy  wszystkich  okazjach,  jakby
umierali z głodu. My, kobiety, obywamy się połową ich jedzenia i picia, a jesteśmy nie mniej
krzepkie.   Osobiście   nie   cierpię,   kiedy   dobrze   urodzona   panna,   choćby   nie   wiem   jak   była
żarłoczna, rozlewa wino i tłuszcz na suknie; a jeśli złapię którąś ze służących z ryjem w korycie,
jak to się mówi, posyłam ją do mielenia zboża na najcięższych naszych żarnach, gdy ogłoszą
następną porę jedzenia.

Kiedy  mężczyźni   uznali   się   za   pokonanych   mnogością   jadła,   przyszli   niewolnicy  niosąc

ręczniki, gąbki i miednice z ciepłą wodą  — do której wlano nieco octu —  by gościom umyć
dłonie.   Inni   tymczasem   zbierali   ze   stołów   i   wynosili   napoczęte   mięsa   wyczekującej   ciżbie
zgromadzonej  na   dziedzińcu   ofiarnym.   Następnie   jął   śpiewać   Demodok,   a   wybraną   przezeń
pieśnią był  „Wyjazd Odyssa pod Troję”, dla uczczenia Fokajczyków, bowiem pradziad Odysa,
Autolikos, ich przodek, żył pono na fokidzkim Parnasie, gdzie stoją Delfy, wieszcza siedziba
Apolla. Wezwawszy Muzy, które Apollon sprowadził z zimnej północnej dziczy i przyjął na swe
górne delfickie pokoje, Demodokos opisał przybycie zalotników królowej Heleny do Sparty.

Demodok   opowiadał,   a   dwie   akrobatki,   które   przywiódł   ze   sobą,   wykonywały   sztuki

karkołomne w takt muzyki i ilustrowały epizody dramatyczne w bezsłownych mimach.

Kiedy dorosła piękna córa Ledy, Helena, do pałacu opiekuna jej, Tyndareosa, zjechali się z

darami bogatymi albo przysłali swoich krewnych jako przedstawicieli wszyscy książęta Grecji.
Był   tam  Argiwczyk   Diomedes,   świeżo   po   zwycięstwie   pod  Tebami,   z  Ajakidami,  Ajasem   i
Teukrem, był Idomeneus król Krety; Patroklos kuzyn Achilla, Menesteus Ateńczyk oraz wielu
innych. Przyjechał też Odys z Itaki, wnuk Autolikosa, lecz z próżnymi dłońmi, wiedział bowiem,
że nie ma najmniejszej szansy  —  bo chociaż Kastor i Polideukes, bracia Heleny, chcieli, by
poślubiła   Menesteosa   z  Aten,   i   tak   będzie   oddana   księciu   Menelaosowi,   najbogatszemu   z
Achajów, którego reprezentował potężny zięć Tyndareosa, Agamemnon.

Król   Tyndareos   nie   odesłał   żadnego   z   zalotników,   ale   też   i   nie   przyjął   ani   jednego   z

ofiarowywanych darów, obawiał się bowiem, że jeśliby opowiedział się po stronie któregoś z
książąt, poróżniłby się z innymi. Kiedyś Odys spytał go:

—  Jeśli   ci   powiem,   jak   uniknąć   kłótni,   to   czy   w   zamian   pomożesz   mi   zaślubić   twoją

siostrzenicę, Penelopę, córkę pana Ikariosa?

background image

— Zrobione! — krzyknął Tyndareos.
— Oto więc moja rada — ciągnął Odys. — Nalegaj, niechaj wszyscy zalotnicy przysięgną

bronić wybrańca przed każdym, kto zaweźmie się na jego szczęsny los.

Tyndareos przyznał, że to roztropna droga. Złożywszy więc w ofierze konia i rozebrawszy go

na   ćwierci,   kazał   zalotnikom   stanąć   na   skrwawionych   cząstkach   i   wyrzec   przysięgę,   którą
sformułował Odys ćwierci te spalono w miejscu do dziś zwanym Grobowcem Konia.

Nie wiadomo, czy Tyndareos sam wyznaczył męża dla Heleny, czy też ona oznajmiła swój

wybór przez włożenie mu wieńca na skronie. W każdym razie poślubiła Menelaosa, który stał się
królem Sparty po  śmierci Tyndareosa i podniesieniu do godności boskiej Dioskurów. Jednak
małżeństwo ich było skazane na niepowodzenie: przed laty, składając bogom ofiary, Tyndareos
głupio   przeoczył   Afrodytę,   która   zemściła   się   klątwą,   że   wszystkie   trzy   jego   córki  —
Klitajmestra, Tymandra i Helena — zasłyną z cudzołóstwa.

—  Czemu   —  pytał   Demodok  —  Zeus   i   jego   ciotka  Temida  Tytanka   uplanowali   wojnę

trojańską? Czy po to, by rozsławić Helenę wprowadzeniem swarów między Europą i Azją? A
może po to, aby wywyższyć rasę półbogów, a zarazem przerzedzić ludne szczepy, które uciskały
powłokę Matki Ziemi? Niestety, przyczyna musi na zawsze pozostać niejasna, ale decyzja była
podjęta już wtedy, gdy Eris w czasie wesela Peleusa i Tetydy rzuciła złote jabłko z napisem: „Dla
Najpiękniejszej!” Wszechmocny Zeus odmówił rozstrzygnięcia sprzeczki między Ateną, Herą i
Afrodytą,  z  których   każda   pretendowała   do  jabłka,  kazał  natomiast   Hermesowi  zaprowadzić
boginie na górę Ida, gdzie z dawna zagubiony syn Priama, Parys, będzie sędzią sporu.

Parys pasł bydło na Gargaros, najwyższym szczycie góry Ida, kiedy zjawił się przed nim

Hermes w otoczeniu Hery, Ateny i Afrodyty. Hermes wręczył Parysowi złote jabłko niezgody i
przekazał polecenie Zeusa:  — Parysie, ponieważ jesteś równie mądry w sprawach serca jak
przystojny, Zeus ci rozkazuje, byś osądził, która z tych bogiń jest najpiękniejsza, i przyznał jej tę
złotą nagrodę.

Parys przyjął jabłko pełen wątpliwości. — Czy taki jak ja prosty pastuch może być arbitrem

boskiego piękna? — zawołał. — Rozdzielę owoc równo między wszystkie trzy.

—  Nie, nie, nie możesz nie posłuchać wszechmocnego Zeusa!  —  wykrzyknął Hermes.  —

Mnie zaś nie upoważniono, bym ci udzielił rady. Posłuż się wrodzoną inteligencją!

— Niech już będzie — westchnął Parys. — Ale najpierw upraszam się przegranych, żeby się

na   mnie   nie   zezłościły.   Jestem   tylko   człowiekiem,   skłonnym   do   popełniania   najgłupszych
omyłek.

Boginie zgodziły się przyjąć jego wyrok.
— Czy sądzić je tak jak stoją? — spytał Parys Hermesa. — Czy mają być gołe?
—  Zasady   współzawodnictwa   zależą   od   twojej   decyzji  —  odparł   Hermes   z   oględnym

uśmieszkiem.

background image

— No to niech się rozbiorą.
Hermes powtórzył to boginiom i grzecznie odwrócił się tyłem.
Afrodyta była wkrótce gotowa, lecz Atena uparła się, że powinna ona zdjąć jeszcze słynną

magiczną przepaskę, która dawała właścicielce tę przewagę, że wszyscy tracili dla niej głowę.

—  Bardzo dobrze —  rzekła zawistnie Afrodyta.  —  Zdejmę, ale pod warunkiem, że i ty

zdejmiesz swój hełm — wyglądasz bez niego potwornie.

— Jeśli wolno — oznajmił Parys klaszcząc w dłonie, aby przywołać boginie do porządku —

będę oceniał współzawodniczące po kolei i w ten sposób unikniemy niepotrzebnych sporów.
Chodź no tutaj, boska Hero! Bardzo proszę, by inne boginie zostawiły nas na chwilę samych.

— Sumiennie mnie badaj — powiedziała Hera, wolno obracając się wokoło i prezentując mu

swą wspaniałą postać — a pamiętaj, jeśli osądzisz, żem najpiękniejsza, uczynię cię panem całej
Azji i najbogatszym z żyjących.

— Ja się nie dam przekupić, droga pani... Aha, no tak, dziękuję. Zobaczyłem wszystko, co mi

było trzeba. Chodź, boska Ateno!

— Jestem —  rzekła Atena przybliżając się zdecydowanym, posuwistym krokiem, ale, nie

mniej skromna jak dziewicza, kryła, ile się dało, pod Egidą. — Słuchaj, Parysie — powiedziała
—  jeśliś na tyle roztropny, by mnie przyznać nagrodę, uczynię cię zwycięskim we wszystkich
bojach, nadto będziesz najmądrzejszy na świecie.

— Jestem skromnym pastuchem, nie żołnierzem — odparł Parys, którego zmęczyła obecność

Egidy: — Wiesz dobrze, że w całej Lidii i Frygii panuje spokój, a suwerenności króla Priama nikt
nie kwestionuje. Ale obiecuję uczciwie rozważyć twoje pretensje do jabłka. Możesz już włożyć
hełm i szaty. Czy Afrodyta gotowa?

Afrodyta podeszła boczkiem do Parysa, który spiekł raka, bowiem przysunęła się tak blisko,

że się niemal stykali. Pachniała nardem i różami.

— Przyjrzyj się, proszę, dokładnie, nie omiń niczego... Nawiasem mówiąc, skoro tylko ciebie

zobaczyłam,   powiedziałam   do   Hermesa:  „Słowo   daję,   oto   najprzystojniejszy   mężczyzna   we
Frygii! Czemu marnuje się tu w głuszy, pasąc głupie bydło?... No, bo i czemu, Parysie? Czemu
nie masz się przenieść do miasta, aby wieść żywot cywilizowany? Co stracisz żeniąc się na
przykład z Heleną ze Sparty, która jest niemal równa mnie pięknością i nie mniej namiętna?
Jestem przekonana, że jak tylko się spotkacie, porzuci dom, rodzinę, wszystko, by zostać twoją
kochanką. Pewnie słyszałeś o Helenie?

— Nie, pani. Byłbym ogromnie wdzięczny, gdybyś mi ją opisała.
—  Jest jasna i ma delikatną cerę, bo wykluła się z łabędziego jaja. Może podawać się za

córkę Zeusa; rozmiłowana w polowaniach i zapasach, spowodowała jedną wojnę będąc jeszcze
dzieckiem  —  a  kiedy  doszła  do pełnoletności,  wszyscy książęta  Grecji  byli   jej  zalotnikami.
Obecnie jest żoną Menelaosa, brata Agamemnona, ale to nie ma znaczenia — możesz ją mieć,

background image

jeśli chcesz.

— Jak to, przecie zamężna?
— Nieba! Aleś ty niewinny! Czy nigdy nie słyszałeś, że załatwianie takich spraw jest moją

boską powinnością? Proponuję, byś udał się w podróż po Grecji, biorąc za przewodnika mojego
syna, Erosa. Już on to sprawi, że jak przyjedziesz do Sparty, Helena zakocha się w tobie po uszy.

— Przysięgasz? — spytał Parys w podnieceniu.
Afrodyta złożyła solenną przysięgę na rzekę Styks, a Parys bez namysłu dał jej złote jabłko.
Wyrokiem tym ściągnął na siebie nieukojoną zawziętość Hery i Ateny, które trzymając się

pod rękę odeszły, by uknuć zburzenie Troi; tymczasem Afrodyta, z psotnym uśmieszkiem na
niezrównanej twarzy, stała rozmyślając, jak najlepiej dotrzymać obietnicy.

— Elymowie z góry Eryks — zawołał Demodok — żadna bogini wszechświata nie jest tak

potężna jak nasza Afrodyta!

Nie podobało mi się to skrajnie stronnicze twierdzenie. Współzawodnictwo dotyczyło tylko

tego, kto był najpiękniejszy, a nie najmądrzejszy czy najpotężniejszy; Homer zaś opowiada, że
kiedyś, gdy Afrodyta  odważyła  się  stanąć do walki na równinie  pod Troją, musiała  uciekać
zraniona przez zwykłego śmiertelnika.

Demodokos   powiesił   formingę   na   kołku   i   zaczął   mamlać   chleb   i   siorbać   wino.   Ojciec

zakaszlał dostojnie.

—  Bardzo   ładna   historyjka  —  rzekł  —  i   pięknie   opowiedziana,   czcigodny   Demodoku.

Bogowie, którzy pozbawili cię zarówno oczu jak i wszystkich trzydziestu dwóch zębów, dali ci
za to wspaniały głos i niewyczerpaną pamięć. Lecz, wyznaj, czy to cała prawda? Niełatwo mi
uwierzyć, że ucieczka czterdziestego ósmego czy dziewiątego syna Priama z królową Sparty
wywołała wojnę trojańską, która objęła niemal wszystkie miasta w Grecji i Azji Mniejszej i w
taki czy inny sposób musiała spowodować co najmniej ze sto tysięcy strat. Nie wyglądało nawet
na to, żeby Parys próbował zagarnąć tron Sparty. Powiedz, jaką wartość  w bydle lub metalu
dałbyś żonie, która po dziewięciu latach małżeństwa nie potrafiła urodzić Menelaosowi syna i
pochodziła z rodu słynącego cudzołóstwem? Najwyżej dziesięć lub dwadzieścia funtów złota
mogło świetnie wyrównać stratę jego praw małżeńskich.

— Powtarzam opowieść tak, jak nam ją przekazano od naszego przodka, boskiego Homera

— rzekł Demodok zwięźle.

— Kobiety, rzecz jasna — obstawał ojciec przy swoim — mogą powodować poważne spory

rodzinne, zwłaszcza gdy są spadkobierczyniami i gdy małżeństwo z nimi pociąga przeniesienie
praw własności; ale nie mogę uwierzyć ani w to, by zalotnicy Heleny mieli angażować się w
zamorską wojnę dla dobra Menelaosa, ani w to, że ojciec Parysa i bracia woleli przez dziesięć lat
bronić Troi niż oddać Helenę.

—  Wszystkie   wojny   domowe   są   wojnami   dynastycznymi,   panie   mój,   królu,   wszystkie

background image

zamorskie wojny są wojnami kupieckimi  —  przyznał otyły Hyryjczyk.  —  A Troja, założona
wspólnie   przez   naszych   kreteńskich   przodków,   pewnych   miejscowych   Frygijczyków   i   grupę
Ajakidów ze wschodniej Grecji, była swego czasu najważniejszym miastem Azji. Troja władała
Hellespontem, sprawowała więc kontrolę nad bogatym handlem, towarami Morza Czarnego i
dalszych   okolic  —  złotem,   srebrem,   żelazem,   cynobrem,   budulcem   okrętowym,   płótnem,
konopiami, suszonymi rybami, oliwą i chińskim nefrytem. Na równinie Skamandra odbywały się
doroczne wielkie targi, na które zbierali się kupcy całego świata; wszyscy przynosili bogate dary
królowi Troi, który w zamian osłaniał ich w czas trwania targów i zaopatrywał w jadło i wodę do
picia. Jednakże królowie Troi, pochodzący z Frygijskiego pnia, nie chcieli pozwolić ani Grekom,
ani Kreteńczykom na bezpośredni handel z czarnomorskimi narodami. W poprzednim pokoleniu
ojciec Priama, Laomedont, starał się nie dopuścić, by minojski okręt Argo przepłynął po złote
runo złożone w świątyni na Kolchidzie, lecz okręt się jakoś przemknął; a Synowie Homera
opowiadają,   jak   to   Herakles,   który  był   członkiem   załogi,   zszedł   później   na   ląd   we   Frygii   i
zebrawszy kilku sprzymierzeńców wziął szturmem Troję i ukarał Laomedonta za jego chciwość i
upór.

— Właśnie! — krzyknął ojciec. — Historia jest jasna jak ta wypucowana gałka u drzwi! Ci

Kreteńczycy i Ajakidzi, współbudowniczowie Troi, która była przeznaczona do zabezpieczenia
ich interesów handlowych na Morzu Czarnym, zastali wjazd do Hellespontu zagrodzony, król
Priam   wzniósł   mocne   fortece   w   Sestos   i  Abydos,   by   mieć   kontrole   nad   cieśninami.   Kiedy
założony protest nie dał wyników, zwrócili się do swych achajskich sprzymierzeńców o pomoc w
podjęciu sankcji karnych i obiecali, jeśli wyprawa przybierze szczęśliwy obrót, podzielić się z
nimi łupami. Agamemnon, król Myken, zgodził się przewodzić wyprawie i namówił Odysa, aby
wziął w niej udział, bo Odyseusz był królem Wysp Jońskich, kraju mojego przodka, Dzakyntosa,
jednego z kreteńskich założycieli Troi. Zatem na naradzie w świątyni spartańskiej bogini Helle
złożyli jej ofiarę z konia i przysięgli na jego poćwiartowanych szczątkach. Przysięgli udostępnić
greckiej żegludze cieśniny uczczone jej imieniem — mam na myśli Hellespont. Nie wyobrażam
sobie, aby człowiek doświadczony mógł zakwestionować mój  wywód. Teraz  zaś proszę cię,
Demodoku, śpiewaj dalej, skoroś już dobrze przepłukał swe dziąsła i gardło. Demodok odrzekł
na to:

—  Królu Alfejdesie, ponieważ gardzisz moją opowieścią o wizycie Parysa na spartańskim

dworze i wynikłych z niej czynach jego w Fenicji, pozwól, że opuszczę dziś tę pieśń i przejdę do
mniej oklepanego opisu wyjazdu Odyssa pod Troję.

— Nie, nie! — zawołał ojciec. — Błagam, nie opuszczaj ani wiersza jedynie przez wzgląd na

mnie. Twierdzę, oczywiście, że powiastka o tym, jak Parys zachował się w Sparcie, nie jest
szczególnie pouczająca ani też osobliwie budująca  —  jak to umizgał się do Heleny głośnym
wzdychaniem i rozkochanymi spojrzeniami, często przykładając usta do tegoż miejsca na brzegu

background image

pucharu, co ona. Mężczyźni i kobiety nie powinni nigdy jadać razem, z wyjątkiem rodzinnych
okazji,   zgodzicie   się?   I   jak   nabazgrał   winem   rozlanym   na   stole:  „Kocham   Helenę!”,   i   jak
Afrodyta zaślepiła oczy Menelaosowi na to bezwstydne widowisko. Czyż taką opowieść można
śpiewać w obecności młodych, wrażliwych kobiet? Nie wygląda nawet na to, by występki Parysa
spotkały się z karą. Cieszył się dziesięć lat Heleną  —  póki nie zwiędła jej piękność, co jest
nieuniknione,   kiedy   kobieta   dobiega   czterdziestki  —  a   potem   zyskał   nieśmiertelną   sławę
zabiwszy  Achillesa,   największego   szermierza   pośród   żywych;   a   gdy   zginął   w   walce,   został
pochowany  z   honorami,   jak   bohater.   Nie,   nie!   Myślmy   rozsądnie,   moi   królowie   i   panowie.
Pozwólcie, że wygłoszę swe głęboko przemyślane zdanie: Helena nigdy do Troi nie jeździła.

Ojciec   jest   prostodusznym,   praktycznym   człowiekiem,   a   moja   matka   sto   razy   się   już

przekonała, że nie ma co z nim dyskutować, kiedy jest w jednym ze swoich prowokujących
nastrojów. Miałam chętkę wejść tam  na dziedziniec biesiadny i powiedzieć:  „Ojcze, teraz nie
czas na słowo: rozsądek. Zrozum, proszę, że pieśń homerycka śpiewana jest przy dźwiękach
formingi, a więc przeznaczona dla rozrywki, i to wszystko. Co innego historyczne i moralne
pouczenia  —  udzielają   ich   kapłani   oraz   starzy   radni   młodym   ludziom,   którzy   pod   wieczór
zbierają się dokoła nich po dziennej zabawie. Wtedy nie brzęka forminga, nie zachowuje się
pobożnej   ciszy,   młodzi   zadają   roztropne   pytania   i   takoż   im   się   odpowiada.   Chyba   Synowie
Homera wiedzą, czego się od nich wymaga? Byli zawodowymi pieśniarzami co najmniej parę
setek lat i zgoła nieliczne ich opowieści są obojętne na nieszczęścia, które niesie miłość. Tego
właśnie ich słuchacze oczekują — pieśni o miłości i pieśni o wojnie. Ładną rozrywką byłby epos
o wojnie kupieckiej!

Głoś, muzo kupiecka, urodę miedzi,

Skór końskich powab, blask barwnych sajetów,

Dla których król Priam gniew Sparty wzniecił,

Zbyt chciwych żądając z handlu procentów...

*

Powstrzymywał mnie jednak wstyd, a zresztą moja wymówka trafiłaby na głuche uszy.
Zapadło niezręczne milczenie i po chwili Demodok, trochę dotknięty,  przeskoczył  około

tysiąca pięciuset wierszy i zaczął recytować „Wezwanie Odyssa”.

Oto co nam opowiedział:
Król   Odys   z   Itaki   poślubił   córkę   Ikariosa,   Penelopę,   wygrawszy  bieg   zalotników,   który

odbywał się wzdłuż jednej ze spartańskich ulic zwanej Afeta. Ikarios krzyknął: — Raz, dwa, trzy!
— a potem ostro klasnął w dłonie, zamiast wrzasnąć: „Goń!” — na co wszyscy zalotnicy oprócz

* Przekład Stanisława Grochowiaka

background image

Odysa   porwali,   się   do   biegu   i   z   miejsca   ich   zdyskwalifikowano.   Odys   bowiem,   z   góry
uprzedzony,   nie   ruszył   się,   póki   nie   padło   słowo:  „Goń!”  —  za   czym   będąc   jedynym
zawodnikiem uzyskał nagrodę bez wysiłku, choć miał krzywe nogi. Ikarios prosił, aby Odys w
zamian   za   przysługę   pozostał   z   nim   w   Sparcie,   a   gdy  ten   odmówił,   ścigał   rydwan,   którym
odjeżdżała   para   nowożeńców,   błagając   ich,   by   zawrócili.   Odys,   który   dotąd   zachował
cierpliwość,   odwrócił   się   do   Penelopy   i   powiedział:  —  Albo  jedziesz   do   Itaki   z   własnej   i
nieprzymuszonej woli, albo złaź, jeżeli wolisz swego ojca, a ja sam pojadę!  —  Penelopa w
odpowiedzi spuściła zasłonę. Zdając sobie sprawę, że Odys postępuje zgodnie z prawem, Ikarios
puścił córkę i w miejscu, gdzie zaszło to wydarzenie, w odległości jakichś czterech mil od Sparty,
postawił posąg Powściągliwości, który do dziś pokazują.

Otóż wyrocznia ostrzegła Odysa: — Jeśli popłyniesz do Troi, nie wrócisz przed dwudziestu

laty,   a   i   to   samotny   i   opuszczony.   Wymienił   więc   królewskie   szaty   na   brudne   łachmany   i
Agamemnon, Menelaos i Palamedes zastali go w jajowatej filcowanej czapce, jak orał w osła
sprzężonego w jednym jarzmie z wołem, a idąc sypał sól przez ramię. Kiedy udał, że nie poznaje
znamienitych gości, Palamedes porwał z ramion Penelopy Telemacha i położył niemowlę przed
posuwającym się zaprzęgiem, który miał zacząć orać dziesiątą skibę. Odys pośpiesznie ściągnął
lejce, aby nie zabić swego jedynego syna, i kiedy przypomniano mu przysięgę, którą złożył na
skrwawionych szczątkach konia, musiał przyłączyć się do wyprawy.

— Mam nadzieję, że ta opowieść podoba ci się — odezwał się Demodok nadąsanym tonem,

kiedy go gromko oklaskiwano.

—  Głos masz zachwycający, ale nie mogę się powstrzymać, by nie wytknąć, że i ta część

cyklu   jest   mało   przekonująca.   Jeżli   Odys   chciał   udać   szaleństwo,   aby   się   wykręcić   od
przyrzeczonego  udziału  w  wyprawie,  co   jest  jedynym  sensem,  jakiego   się  dorozumiewam  z
twojej opowieści, to czemu nie działał bardziej nieodpowiedzialnie? Ostatnio zbiedniali rolnicy
bardzo często zaprzęgają wołu z osłem w jedno jarzmo —  sam widziałem, jak Sykańczyk w
potrzebie orał własną żoną zaprzężoną w jedno jarzmo z wołem — zaś filcowe czapki są bardzo
rozsądnym ubiorem dla oraczy, gdy wieje z północnego wschodu. Otóż, jeślibym ja był Odysem,
wybrałbym sobie świnię i kozę do zaprzęgu, a przyodziałbym się dziwacznie w sowie pióra, złotą
tiarę i nagolenniki z wężowej skóry — cha, cha, cha!

Trzęsłam się ze wstydu słysząc, że do czcigodnego Demodoka zwracają się tym kapryśnym i

poniżającym tonem.

—  Trudno  także  nazwać  obłąkaniem,   że  ktoś  orze   dziesięć  prostych  skib  —  czemu  nie

popędził wściekle zaprzęgu po spirali? Byłoby to bardziej przekonywające i wielce by ulepszyło
twoją opowieść, która nie jest tak śmieszna, jakby się należało spodziewać po Synu Homera.

— Mój panie królu — rzekł Demodok z uśmiechem, który na tyle był bliski szyderstwa, na

ile mu śmiałość pozwoliła — czyś aby nie zabłąkał się na manowce? Mój chlubny antenat, który

background image

ułożył tę pieśń, nigdzie nie napomyka nawet, że Odys udawał szaleństwo. Odys był ubrany w
filcową   czapkę   mistagoga,   aby   pokazać,   że   prorokuje,   przeto   wszystkie   jego   czyny   są
symboliczne. Wół i osioł oznaczają Zeusa i Kronosa lub, jeżeli wolisz, lato i zimę, a każda skiba
zasiana solą — zmarnowany rok. Ukazywał on bezowocność wojny, na którą został pozwany, ale
Palainedes mający wyższą moc proroczą chwycił Telemacha i zatrzymał pług przy dziesiątej
skibie, ukazując w ten sposób, że bój decydujący, gdyż to znaczy imię „Telemachos”, odbędzie
się w dziesiątym roku, jak było istotnie.

Śmiech i oklaski przywitały tę porażkę mego ojca. Zaczerwienił się po same uszy i okazał

swój  rozsądek,  odkrawając spory kawał wieprzowiny,  bardzo ładnie  podpieczonej, którą  paź
zaniósł   do   rąk   Demodoka;   nadto   obiecał   mu   dać   nowy  kij   ze   świdwiny  ze   złotą   gałką,   by
prowadziła   jego   kroki   oraz   przydawała   mu   dystynkcji.   Chociaż   jednak   Demodok   przyjął
wieprzowinę, nigdy już więcej nie grał ani nie śpiewał w pałacu; honor mu tego wzbraniał.
Niektórzy z mieszkańców miasta przypisywali nasze dalsze niedole jego nieżyczliwości, Apollo
bowiem nadał wszystkim Synom Homera moc przeklinania; ale nie sądzę, by Demodok miał nas
przekląć   przyjąwszy  dar   ofiarowany   mu   na   znak   przeprosin.   Został   nam   Femios,   pomocnik
Demodoka, który przed kilku laty przybył z Delos i ciągle jeszcze doskonalił swój repertuar u
kolan starca; to on nauczył mnie czytać i pisać chalcydejskie litery. Jak dotąd wzrok Femiosa jest
nie zachmurzony; ta boleść rodzinna nie dościga Homerowego Syna, póki jego włosy nie zaczną
okrywać się siwizną i, jak powiadają, soki w nim nie wyschną.

Co się zaś tyczy Hyryjczyka, ojciec wymógł, by każdy z dwunastu klanów ofiarował mu coś

wartościowego  —  kocioł,   trójnóg   albo   bogatą   szatę;   następnie   podjął   się,   kiedy   zebrano
podarunki, dostarczyć skrzynię z drzewa cedrowego, by je zapakować, oraz złoty puchar dla
zaznaczenia osobistej wdzięczności. Będąc królem Elymów miał pełne prawo stawiać te żądania
wodzom   rodów,   jako   zapłatę   za   opiekę,   którą   nad   nimi   sprawował,   i   za   wymierzanie
sprawiedliwości. Chociaż zazdrościli mu władzy, zawsze go słuchali, on zaś zachęcał ich, aby
odbijali sobie poniesione straty na powszechnej daninie od prostego ludu.

Po trzech dniach Hyryjczyk odpłynął zadowolony ze swojej wizyty (chociaż ojciec jakoś

zapomniał o pucharze). Wyzbył się ze znacznym zyskiem swoich waz i dedalskiej biżuterii na
placu targowym i rozśmieszył wszystkich kupców mową pożegnalną:  „Oby Królowa Niebios
oblała was deszczem łask i obyście nadal zaspokajali pragnienia swoich żon i córek!” Nigdy go
już nie widzieliśmy. Należy powiedzieć, że my z matką byłyśmy jedynymi osobami w Drepanon,
które   nie   dały   wiary   jego   opowieści,   lecz   nie   mówiłyśmy   nic,   żeby   nie   zrażać   Ktimeny.
Odzyskała ona niebawem apetyt i dobry humor i ze śpiewem uwijała się po domu.

— Ciekawe, czy długi będzie mój naszyjnik — powiedziała memu bratu, Klitoneosowi. —

Czy myślisz, że taki, jak nosi matka Eurymacha?

— Czcigodna bratowo — odparł Klitoneos ze złością — choćby był i na trzy łokcie, smutek i

background image

niepokój wywołany twym żądaniem ograbi go w moich oczach ze wszelkiego piękna! Gdybym
był   na twoim  miejscu, poświęciłbym  go Apollonowi,  który  zgodził  się  strzec  nienawistnego
naszyjnika Eryfili, by zapobiec dalszym nieszczęściom, jakie mógłby poczynić wśród próżnych
kobiet.

— Co to, to nie — krzyknęła Ktimena. — Laodamas poczytałby to za niewdzięczność.
Rozmyślając nad zwycięstwem Afrodyty doszłam do przekonania, że jej moc jest ślepa i

złośliwa, że ośmiesza swe ofiary i pozbawia je wszelkiego wstydu. Ułożyłam dla własnej zabawy
opowiastkę,   opierając   ją   na   skandalicznym   wydarzeniu   z   wczesnomałżeńskiego   życia   matki
Eurymacha — o tym, jak niegdyś bogini rzekła do męża, boga-kowala Hefajstosa, że odjeżdża w
odwiedziny do swojej świątyni w cypryjskim Pafos. „Dobrze, żono, ja zaś skorzystam z okazji i
odwiedzę   swoją   świątynię   na   Lemnos”   —  odparł   Hefajst.   Znając   jednak   żonę   jako
niepoprawnego łgarza wrócił pośpiesznie tej samej nocy i zastał ją w łóżku z trackim bogiem
wojny, Aresem. Pokulawszy do swej kuźni wykuł dwie twarde jak diament sieci, cieńsze niźli
pajęczyna i zupełnie niewidzialne. Umocował jedną z nich pod łóżkiem, drugą zawiesił u krokwi,
a następnie zebrał i złączył po cichu ich skraje, czyniąc w ten sposób klatkę nie do skruszenia
wokół   śpiącej   pary.   Potem   zwołał   głośno   towarzyszy-bogów,   aby   przyświadczyli   temu
sromotnemu cudzołóstwu, i nalegał, aby Zeus dał mu rozwód. Afrodyta, choć cała w rumieńcach,
skrycie była rada, że Hermes i Posejdon zobaczyli, jak pięknie wygląda nie mając na sobie nawet
bielizny i jak ochoczo zdradza swego męża. Hera i Atena odwróciły  się z niesmakiem, kiedy
wieść dotarła do nich, i nie chciały wziąć udziału w sprośnym podglądaniu; ale Afrodyta z gęstą
miną wyjaśniła, że sprawiać, aby ludzie się kochali, i kochać się samej jest boskim zadaniem
wyznaczonym  jej   przez  Mojry  —  któż  więc  może  ją  ganić?  Wkrótce  przyjaciółki  Afrodyty,
Charyty, wykąpały ją i namaściły pachnącym olejkiem, nałożyły miękkie, na wpół przezroczyste
szaty i przybrały wieńcem z róż jej głowę. Stała się tak czarująca, że nie tylko Hefajst z miejsca
jej przebaczył, ale Hermes i Posejdon odtąd odwiedzali ją co drugi dzień, gdy mąż był zajęty w
kuźni. Napotkawszy Afrodytę w korytarzu na Olimpie Atena przezwała ją leniwą flądrą, na co, w
wybuchu   gniewu,  Afrodyta   pobiegła,   usiadła   przy  krosnach  Ateny  i   spróbowała   tkać.  Atena
złapała ją przy tej robocie, a ponieważ tkactwo było boskim zadaniem jej wyznaczonym przez
Mojry,   zapytała   w   oburzeniu:  „A  co   byś   sobie   pomyślała,   gdybym   ja   potajemnie   zaczęła
pracować w twoim haniebnym fachu? Bardzo dobrze, droga koleżanko, tkaj sobie dalej! Ja już
nawet palcem nie ruszę przy krosnach. A spodziewam się, że i ciebie znudzą do ostatnich granic”.

Potem zastanawiałam się, czy takie żarty z Olimpijczyków są dopuszczalne. Zdecydowałam,

że   tylko   wtedy,   gdy   bóg   lub   bogini   są   czczeni   w   sposób   obrażający   przyzwoitość   i   dobre
obyczaje: kiedy cudzołóstwa Afrodyty, kradzieże i łgarstwa Hermesa i krwiożerczość Aresa są
uwieńczone w kultach tych bóstw i przytaczane przez głupich śmiertelnych na wytłumaczenie ich
własnego   znieprawienia.   Homer   posuwa   się   dalej   w   swojej   wzgardzie   dla   Olimpijczyków,

background image

niżbym ja się ośmieliła; oni u niego wymierzają kary lub darzą ludzkość opieką dla lada kaprysu
— a nie aby odpowiednio wynagrodzić zasługi moralne — i skandalicznie kłócą się między sobą.
Nadto w  Iliadzie  Zeus zsyła sen na Agamemnona, by go okpić, choć Agamemnon zawsze był
pobożny wobec niego; także Atena, za podszeptem boskiego zgromadzenia, nakłania Pandarosa,
aby popełnił zdradę; Hera zaś wdzięczy się do Zeusa, żeby odwrócić jego uwagę od bitwy o
Troję; a wszyscy Olimpijczycy szydzą bezlitośnie z boga-kowala, że chromy od czasu pełnej
poświęcenia walki w obronie matki, Hery, przed niegodziwą brutalnością ojczyma.

Poczytując  takie  anegdoty za jawnie bezbożne, zatykam uszy i odwracam myśli, gdy je

deklamują w pałacu. Ojciec wyśmiał mnie i objaśnił, że Homerowi daleko do bezbożnictwa:
przeciwnie, w  Iliadzie  ośmieszył nową teologię doryckich barbarzyńców. Bowiem ci Synowie
Heraklesa po zdetronizowaniu wielkiej bogini Rei — niegdyś uznanej za władczynię świata —
wręczyli   jej   berło   bogowi   nieba,   Zeusowi,   i  uczynili   go   głową   rodziny  złożonej   z   bóstw,   a
mianowicie z Hery z Argos, Posejdona z Eubei, Ateny z Aten, Apollona z Fokidy, Hermesa z
Arkadii i innych, którym hołdowały podległe im szczepy. Homer, wyjaśniał mój ojciec, czcił
potajemnie poprzednią boginię i karykaturując wodzów doryckich w osobach bezwstydnych,
zdradzieckich, rozpustnych, chełpliwych przywódców greckich, bolał nad moralną gmatwaniną
wywołaną przez zburzenie ośrodków kultu Rei.

Historycznie mój ojciec może i ma słuszność, tak jak wtedy, kiedy krytykował homerycką

wersję  ucieczki  Heleny  do Troi.  Jednakże  Zeus,  Hera, Posejdon, Atena  i  Apollo,  których  ja
wielbię w sercu, a on czci u ołtarza ofiarnego, to bóstwa szlachetne, sprawiedliwe i zasługujące
na zaufanie. Dla mnie Hermes jest dzielnym posłańcem i przewodnikiem dusz — nie złodziejem,
Ares walczy w obronie jedynie spraw dobrych, Afrodyta...

Tak, przyznam, że  z Afrodytą  ciężka sprawa. Uznaję jej  straszną potęgę, tak  jak uznaję

potęgę   Hadesa,   króla   świata   podziemnego.  Ale   czyż   nie   powinnam   raczej   potępić   Heleny,
Klitajmestry oraz Penelopy za to, że skalały ślubne łoża swoich małżonków i przyniosły wstyd
swej   płci  —  zamiast   się   uśmiechnąć   i   powiedzieć:  „Były   lojalnymi   czcicielkami  Afrodyty,
gardziły więzami małżeństwa i domu, aby tym lepiej oddawać jej cześć”? Nasamonowie z Libii,
Mosynojkowie z Pontos, Gimnezjowie z Wysp Balearskich i podobne ludy, u których rządzi
nieład, mogą ją wielbić z moralną rzetelnością; nie może tego czynić żaden posłuszny prawom
Grek.

Niemniej   jednak   nazajutrz  ofiarowałam   Afrodycie   młodą   kózkę,   spalając   jej   udźce   na

jałowcu,   i   ślubowałam   zanieść   ofiarę   do   świątyni,   gdy   będę   miała   po   temu   okazję.   Bogini
rezyduje tam od przylotu przepiórek z wiosną do sezonu winobrania, a ponieważ jej szczyt górski
jest zimny i chmurny przez większą część zimy, odlatuje później, jak mówi, do Libii na rydwanie
zaprzężonym w białe gołębie. Jej kapłanki i eunuchowie zstępują wówczas na równinę, niosąc z
sobą   wizerunek   Afrodyty   zamknięty   w   cedrowej   skrzyni,   złoty   plaster   miodowy,   jakoby

background image

ofiarowany   Pani   Elymejskiej   przez   samego   Dedala,   i   święte   gołębniki;   tam   też   jako   służki
Artemidy lub Ateny żyją przez sześć miesięcy w czystości. Coroczne wejście bogini na Eryks i
jej   zstąpienie   są   znaczone   scenami   dzikiego  poddania   się   jej   mocy,   zwłaszcza   wśród
Sykańczyków.   Ojciec   robił,   co   mógł,   aby   stłumić   te   hulanki,   których   skutkiem   są   liczne
wątpliwości co do ojcostwa, ale bez powodzenia. Jedynie jeśli zimową porą jakieś nieszczęście
dotknie cały naród, bogini na nowo wstępuje na górę przywodząc z powrotem swoje kapłanki,
eunuchów, wizerunek, plaster miodu i gołębie. Wtedy ludzie przejednują ją cennymi ofiarami, a
eunuchowie, wyjąc ekstatycznie, okładają się batami do krwi. Nienawidzę tego widowiska.

background image

CÓRKA SWOJEGO OJCA

Niedługo   potem   ojciec   wybrał   się   dziesięciowiosłową   galerą   na   przegląd   naszego

czerwonego bydła na wyspie Hierze, ale przepłynął zaledwie pół mili, kiedy zobaczył rodyjski
okręt   nadpływający   od   zachodu.   Morze   było   spokojne   i   żeglarze   wiosłowali   długimi
pociągnięciami   w   takt   żałosnego   zawodzenia   sternika.   Ojciec   pozdrowił   kapitana   i   skoro
przekonali się wzajem, że żaden nie jest piratem — w obecnych czasach nie można być nazbyt
ostrożnym — popłynęli obok siebie wymieniając podarki i komplementy. Rodyjski okręt podążał
z   mieszanym   ładunkiem   na   Sardynię,   a   w   piaszczystym   Pylos,   ostatnim   porcie   greckim,   w
którym się zatrzymał, weszło na pokład dwóch statecznych kupców, aby przyłączyć się do tej
wyprawy.   Zachwycony   spotkaniem   Pylijczyków   ojciec   rozpytywał   niespokojnie   o   wieści   o
Laodamasie. Potrząsali głowami.

— Gdyby taka ważna osobistość odwiedziła ubiegłej jesieni nasze miasto — oświadczyli —

z pewnością byśmy słyszeli.

Kiedy zaś ojciec przytoczył relację hyryjskiego kapitana, przyznali, że zetknęli się z tym

jegomościem w piaszczystym Pylos i urobili sobie bardzo złą opinię co do jego charakteru.

—  Śliski jak sepia  — powiedzieli —  i fałszywy jak leryjski niewolnik. Jego wino było

rozwodnione, wazy ze skazami, a sztaby srebra miały ołów w środku.

Był to wielki wstrząs dla mojego ojca. Nie pojechał już na Hierę i wróciwszy do domu,

przybity na duchu jak nigdy, zastał Ktimenę znowu w jednym z jej czarnych nastrojów, gryzącą
paznokcie i pojękującą wciąż w koło popularną piosenkę: „Czemu mój ukochany zwleka? Czyż
nie ma zmiłowania nad mą samotnością?”  Wycofał się do swojej sklepionej komnaty, gdzie
wybudował niegdyś osobliwe łoże wykładane złotem, srebrem i kością słoniową, zużytkowawszy
rosnącą tam oliwkę jako jego nogę. Teoretycznie pokój był grobowcem, a raz na rok, w środku
zimy,   w   Dzień   Przekazania  Tronu,   ojciec   goli   sobie   głowę,   wchodzi   tam,   spożywa   pokarm
umarłych i udaje zabitego. Leży z godnością pod szkarłatną kołdrą, a tymczasem Młody Król,
wybrany z naszego plemienia, tańczy Balet Miesięcy i przejmuje berło na ten dzień. Teraz ojciec
zamknął drzwi i najpierw chodził od ściany do ściany zacisnąwszy pięści, a potem rzucił się w

background image

rozpaczy na łóżko i zamknął oczy. Poprosiłam jedną ze służebnych, żeby od czasu do czasu
zaglądała przez okno i donosiła mi o jego poruszeniach, które uważałam za wielce złowróżbne,
aczkolwiek nie powiedziałam jej tego.

Po kilku godzinach wyszedł, udał się do swojej pracowni i kazał przywołać mnie.
—  Nauzykao —  rzekł  —  co robić? Ty bywasz czasami najrozumniejszą osobą w rodzinie

(wyłączając oczywiście twoją drogą matkę) i czuję... hm... może jakiś bóg cię natchnął, byś mi
udzieliła rady?

Następnie opisał spotkanie z pylijskimi kupcami i czekał, co powiem.
Westchnęłam głęboko, nim odrzekłam:
—  Ojcze, ta wieść mnie nie dziwi. Twój bezwstydny gość hyryjski kłamał, mogłam to już

wówczas powiedzieć. Tak samo matka — może nawet ci to mówiła. Porzućmy całą tę opowieść
jako twór fantazji obliczony na zyski handlowe, a myślmy jedynie o losie, jaki mógł spotkać
Laodamasa. Jedno jest pewne: Laodamas nie był nawet na pokładzie rodyjskiego statku.

—  Nie zgadzam się. Jak słusznie twierdzi Eurymach, Rodyjczyk nie narażałby na szwank

swojej reputacji wyjeżdżając z naszymi żaglami i liną, gdyby Laodamas nie dał mu w moim
imieniu pozwolenia.

— Jeśli miał pozwolenie Laodamasa, to po co usypiał straż?
Ojciec machnął na to niecierpliwie ręką, jak na muchę, która by chciała mu przy śniadaniu

usiąść na kromce chleba z miodem, niemniej jednak zmienił stanowisko.

—  No, więc dobrze, a sydoński okręt, który widziały kobiety? Laodamas mógł do niego

powiosłować.

— To czemu w takim razie nie brakowało żadnej łódki na nabrzeżu.
— Mógł tam dotrzeć wpław. Jest dzielnym pływakiem.
—  Ojcze,   posłuż   się   rozsądkiem,   którym   tak   słusznie   się   chełpisz!   Czy   mógł   płynąć   z

płaszczem pełnym skarbów związanym na plecach?

Ojciec milczał, ja mówiłam dalej:
— Pierwsze powiadomienie o tajemniczym sydońskim okręcie przyszło w miesiąc albo dwa

po zniknięciu Laodamasa.

— Czy sugerujesz, że matka Eurymacha też kłamała? Czemu by miała kłamać? Czemu by

miała kłamać Melanto? Jest służką samej Ktimeny, bardzo oddaną naszemu domowi.

Wzruszyłam ramionami.
— Żebym to wiedziała, ojcze! Ale serce mi mówi, że one są w zmowie.
— Co chcesz powiedzieć? — spytał srogo.
Patrzyłam nań bez zmrużenia powiek.
— Że Laodamas nigdzie nie popłynął — odrzekłam.
— Nie żartuj, dziecko. Każdy wie, że popłynął.

background image

—  Każdy wie, że Helena uciekła z Parysem do Troi, każdy, tylko nie ty. To, że sam tylko

wiesz, co wiesz, nie dowodzi, że się mylisz, jak nie dowodziło, że się mylił Laokoon mówiąc nie
dowierzającym Trojanom, że drewniany koń jest pełen uzbrojonych wrogów.

To go zaszachowało.
— Ach, więc Laodamas wyruszył gdzieś lądem? Może pomiędzy Sykulów, aby połączyć się

z twoim buntowniczym bratem, Haliosem? To możliwe, ale nieprawdopodobne. Czemu nikt go
nie spotkał w drodze?

Znowu wzruszyłam ramionami.
—  Pozwól, ojcze, że ci powiem, jaką myśl włożyła mi do głowy boska Atena: Laodamas

wcale nie wyjechał z Drepanon.

Ojciec przyjrzał mi się badawczo, jak gdyby bał się o mój rozum, i wyszedł trzasnąwszy

drzwiami. Zza framugi oderwał się kawałek tynku — miał kształt sztyletu.

Właśnie do naszej północnej przystani wpłynął okręt  —  tafijski, o trzydziestu wiosłach, z

ładunkiem chalibijskiego żelaza  —  zdążający do temezyjskich kopalń miedzi na południowym
zachodzie   Italii.   Jego   kapitan,   powinowaty   tafijskiego   króla,   przyszedł   do   pałacu,   a   gdy  go
ugoszczono w sposób należny jego godności, ojciec jak zwykle spytał, czy nie przywozi wieści o
Laodamasie.

Wieści nie przywiózł, ale okazał się hojny w radzie.
— Panie mój, królu, jego nieobecność tak ci serce zżera, jak mysz jeden z tych wybornych

elymeńskich   serów,   zatem   widzę   tylko   jedno,   co   możesz   uczynić.   Najpierw   wyślij   kogoś
solidnego do Pylos, dokąd z pewnością udał się twój syn — jako do ośrodka handlu bursztynami
—  by kupić naszyjnik. Jeśli Pylijczycy nic nie wiedzą, opłacz go i wznieś grobowiec godzien
jego sławy. Potem odeślij swą zrzędną synową do domu ojca, razem z wianem; niechaj jeszcze
raz wyda się za mąż. Po co ją tu trzymać, królu, ciągle płaczącą i wiecznie w żałobie? Człowiek
na wpół ślepy by zobaczył, że pani Ktimena przygnębia ciebie i twoje godne podziwu sługi.

— Tak — zgodził się ojciec — ona mi nawet nie rodzi wnuków.
— No więc — ciągnął Tafijczyk żwawo — kto może pojechać do piaszczystego Pylos? Twój

syn   Klitoneos?   Jest   bystry,   choć   młody.  A  jeśli   nie   on,   to   może   twój   uzdolniony   szwagier,
Mentor?

—  Nie wierzę, by ktokolwiek inny, oprócz mnie, potrafił dobrze to załatwić  —  odrzekł

ojciec. — Ale czyż ja mogę jechać?

— Każdy król sądzi, że jego obecność jest nieodzowna; lecz krótki urlop dobrze mu robi, zaś

ludowi nie przyniesie szkody. Czemu nie miałbyś towarzyszyć nam, kiedy za dwadzieścia dni co
najwyżej   pożeglujemy   z  Tenezy   do   domu?  Wolę,   rozumiesz,   wracać   dłuższą   trasą   omijając
Cieśninę   Messyńską,   która   jest   zarówno   niebezpieczna   w   żeglowaniu   jak   słynna   z   częstej
bytności piratów. Moglibyśmy wysadzić cię na ląd w piaszczystym Pylos nie później jak za

background image

miesiąc. Co ty na to?

Zmuszano ojca do powzięcia nagłego postanowienia: zostawi królestwo pod regencją wuja

Mentora   i   pożegluje   do   piaszczystego   Pylos.   Wbrew   moim   przestrogom   ciągle   wierzył   w
pierwszą część opowieści hyryjskiego kupca  —  która, przyznaję, była dosyć szczegółowa  —  i
doszedł do wniosku, że Laodamas musiał dostać się do Tesprocji przez Korkyrę. Cóż jednak
zdarzyło się później? Czy spotkała go jakaś niespodziewana niedola? Czy król Fejdon ograbił go
z bogactw? Może zaprzedał w niewolę?

— Jeśli zawiodą wszystkie inne źródła informacji — rzekł ojciec do Tafijczyka — odwiedzę

Delfy i poradzę się wyroczni Apollona. A może Zeusowa w Dodonie byłaby pewniejsza...

Jakkolwiek małą pokładał wiarę w dary prorocze boskich kapłanek, wiedział dobrze, iż Delfy

i Dodona były ośrodkami informacji i plotek całej Grecji i że dowie się od rzeźników ofiarnych
albo od zgrai bystrych posłańców, co wiadomo o miejscu pobytu Laodamasa. Wezwał moją
matkę, Klitoneosa, wujaszka Mentora, dziadka Fitalosa i mnie na rodzinną naradę; nie wezwał
tylko Ktimeny.

—  Powiem wam prawdę  — zwierzył się.  —  Rzecz w tym, że mam  już dosyć wiecznej

boleści   Ktimeny   i   jej   niepokoju.   Ona   to   sprawia,   że   nawet   ściany   pałacu   płaczą   i   drżą   ze
współczucia. Często użalam się nad jej życiem, ale częściej się złoszczę i korci mnie, żeby
odesłać ją z powrotem na Bucynnę razem z wianem, które wniosła... lub jego równoważnikiem w
kapłańskich   i   handlowych   przywilejach.   Nie   uczynię   tego   jednak,   bo   boję   się   narazić
Laodamasowi, kiedy powróci  —  zwróćcie uwagę, że nie podzielam waszego pesymizmu i nie
mówię: „jeżeli powróci”.

Po piętnastu dniach Tafijczyk znów zawitał, tym razem z ładunkiem spiżu, do którego ojciec

dodał cenną partię płótna, miodu i składanych łóżek i wkroczył wesoło na pokład, Niemal całe
miasto życzyło mu pomyślnej drogi, składając ofiary wszystkim bóstwom, które rządzą morzem
lub strzegą podróżnych. Wspięłam się z Klitoneosem na zbocze góry Eryks, żeby przyjrzeć się,
jak żagiel okrętu, wydęty ostrym zachodnim podmuchem, niknie za wyspą Motją, o jakieś osiem
mil na południe. Kiedy wróciliśmy do pałacu, matka odciągnęła mnie na bok i powiedziała:

— Dziecko, twój ojciec powiedział mi, co Atena włożyła ci w usta, mianowicie, że musimy

opłakać Laodamasa jako umarłego. Nie była to kłamliwa wyrocznia. Ja sama widziałam go we
śnie onegdajszej nocy, przyszedł ociekający krwią i morską wodą, z nożem między łopatkami i
stanął przede mną żałośnie. Potem wskazał na dziedziniec biesiadny i zawołał: „Niechaj oni mnie
pomszczą,   matko!   Niechaj   mnie   pomszczą   łukiem   Filokteta!”   „Jakże   mam   poznać,   żeś   ty
naprawdę mój syn?” — spytałam go. Odpowiedział: „Droga matko, gdy jutro się zbudzisz, wlecę
jednym oknem, a wylecę drugim, przybrawszy kształt białego gołębia”. I tak też uczynił. Nie
mów o tym nikomu, nawet memu bratu Mentorowi ani nawet Klitoneosowi. Ale bądź odważna w
odszukiwaniu morderców, a wywrzemy przykładną zemstę. Ty jedna z moich dzieci masz lepszą

background image

głowę niż serce.

— Jeśliś naprawdę uwierzyła w swoje widzenie, matko — powiedziałam niezbyt rada z tej

uwagi o mojej zdolności do delikatnych uczuć — to czemu pozwoliłaś ojcu płynąć nadaremnie
do piaszczystego Pylos?

Spoważniała.
—  On jest samowolny i chociaż (odkąd się ze mną ożenił) zdążył się nauczyć, że zawsze

mówię prawdę, nie cierpi przyznawać mi, że mogę wiedzieć coś lepiej niż on. Poza tym nigdy nie
zwiedzał  stałego  lądu  Grecji, a  może  to być  dla  niego  ostatnia  okazja,  przekroczył  bowiem
wiosnę swego życia. Powiedziałam mu o widzeniu, ale ponieważ ty samodzielnie doszłaś do
bardzo podobnego wniosku, a on nie widział gołębia na własne oczy, oskarżył mnie o udział w
spisku, żeby zatrzymać go w domu. „No to jedź — powiedziałam — a im wcześniej powrócisz,
mój panie, tym dłużej wszyscy będziemy żyli.”  Córko, jesteśmy u progu niebezpieczeństwa.
Ufam, że nie uczynisz nic głupiego; niech się Ktimena tymczasem krzepi wszelkimi bursztynami
nadziei, które zdoła jeszcze zgarnąć.

Minęły   trzy   dni,   a   zdałam   sobie   sprawę   z   subtelnej,   lecz   wyraźnej   zmiany   ogólnych

nastrojów: nie pośród zwykłych ludzi ani nielicznych moich prawdziwych przyjaciół, takich jak
Prokne, córka kapitana Dymanta, czy kuzyni z Hiery; a także nie wśród naszych wiernych służek
z Eurykleją na czele, która była niegdyś moją piastunką, a obecnie jest klucznicą. Najlepiej
określę   to   mianem   pogardliwej   rezerwy,   z   jaką   mnie   pozdrawiały   niektóre   córki   znacznych
rodów, i nadmiernej wylewności w zachowaniu ich ojców i braci, jakby wiedzieli coś, co przede
mną ukrywano. Każdego lata elymejskie dzieci bawią się w  „Skarb Byka”, grę polegającą na
tym,   że  wszyscy  idą  szukać  chłopca  zwanego  „Bykiem”  ukrytego  w  jakiejś rozpadlinie  czy
jaskini. Kto go znajdzie, zostaje, aby zebrać tajemniczy skarb, nie rozgłaszając o tym odkryciu
towarzyszom zabawy; ale wkrótce drugi i trzeci odnajdują kryjówkę Byka, aż wreszcie wszyscy
są w schowku prócz jednego nieszczęśliwca, który błąka się niepocieszenie po opustoszałym
zboczu, samotny i zakłopotany. Tak właśnie ja się teraz czułam.

Kiedy   jestem   zła,   rozweselają   mnie   odwiedziny   w   naszej   tkalni,   gdzie   widok   kobiet

spokojnie pracujących przy wysokich krosnach działa kojąco na moją duszę; jednakże tutaj też
rozpleniła   się   atmosfera   obcości.   Kilka   kobiet   porzuciło   pracę   i   zebrało   się   w   grupce   pod
drzwiami, rozprawiając podnieconym szeptem, ale gdy tylko zobaczyły mnie, jak wyszłam zza
rogu, rozbiegły się do krosien i udawały, że tkają pilnie. Czółenka ich fruwały tędy i siędy jak
trzepocące się na wietrze liście osiki.

—  Dzień   dobry,   pracowite   tkaczki  —  wyśpiewałam   ironicznym   tonem.  —  Jak   sądzę,

rozprawiałyście o rybie z ludzką głową, którą dzisiaj rano wyciągnięto w sieciach na barweny?
Sama widziałam tego dziwolągu: miał ramiona zamiast płetw i mówił po fenicku — w każdym
razie wszyscy myśleli, że to po fenicku, bo nikt z nas, nawet ja, nie mógł pojąć ani słowa. Leżał

background image

bełkocząc i gestykulując, gestykulując i bełkocząc, aż wreszcie zrobił się siny na twarzy; więc
pogroziłam   mu   rzemieniem   i   krzyknęłam,   że   spodziewam   się,   iż   fenicka   ryba   i   tkaczki
elymejskie   będą   trzymały   usta   na   kłódkę,   gdy   ja   się   pojawię   na   widoku.   Potwór   miał   tyle
rozsądku, że posłuchał.

Nastąpiła martwa cisza. Nasze kobiety boją się mnie, bo wierzą, że często przemawia przeze

mnie   jakieś   bóstwo.   Jest   to   strach   być   może   uzasadniony,   który  wyzyskuję   opowiadając   im
podobne   bzdury.   Poczciwe   z   nich   niewiasty,   ale   byle   głupstwo   wprowadza   wśród   nich
zamieszanie i praca ich cierpi zarówno na ilości, jak i na jakości; tak jest z mlecznością, gdy lis
przeleci poprzez stado dojnych owiec albo pies urwie się z łańcucha i goni za nimi.

—  Gdzie   jest   Eurymeduza?   —  spytałam.   Eurymeduza,   przystojna   młoda   zarządczyni,

wymierzała len, dbała o wygodę tkaczek, odpowiadała za stan krosien i pilnie baczyła na wzory
tkaniny. Nastawiamy zawsze wszystkie krosna na jeden powtarzający się wzór — któryś z tych,
na jakie jest stałe zapotrzebowanie u Italczyków i Libijczyków — żeby łatwiej było Eurymeduzie
dostrzegać błędy i zachęcać guzdralskie. W owym czasie wprowadziła ona prostą kratkę, gdzie
pięć   purpurowych   i   dwie   szkarłatne   nici   powtarzają   się   co   sto   białych.   Moja   matka   dała
Eurymeduzie   przydomek  „Z   Apejry”,   co   znaczy   „niewydarzona”,   ale   chociaż   opieszale
poznawała ona swoje obowiązki, w tkalni jest lubiana.

Nie, nie było nic dziwnego w nieobecności Eurymeduzy — wyszła jedynie zaczerpnąć dzban

wody do picia, dzień bowiem był parny.

— Zmieszaj ją z odrobiną wina, Eurymeduzo — powiedziałam, gdy wróciła — i rozdaj po

kwaterce   tym   niemowom.   Sprowadź   potem   Gorgo,   gęsiarkę,   niechaj   im   opowie   którąś   ze
staromodnych sykańskich powiastek, żeby odwrócić ich uwagę od fenickiej ryby z ludzką głową,
która dzisiaj rano wywołała tyle strachu.

Eurymeduza przyniosła bukłak z winem i zrobiła, jak kazałam. Piły wszystkie grzecznie

moje zdrowie i uśmiechały się, ale w ich oczach wciąż widziałam zafrasowanie.

Gdy   białowłosa   Gorgo   przykulała,   siadłam   na   stołku   i   słuchałam.   Opowiedziała   nam   o

naszym przodku Egestosie i jego przybyciu z Troi na Sycylię. Dobiwszy do brzegu nie opodal
góry Etny, by zaopatrzyć swą flotyllę w świeżą wodę, wszedł w ciemną jaskinię, gdzie go porwał
Polifem, Kiklop, jeden z nieśmiertelnych kowali zamieszkujących te okolice, i zaniósł do samego
wnętrza gorejącej góry. Wyglądało na to, że Polifemówi oraz jego współplemieńcom trzeba było
ludzkiej krwi, aby zahartować piorun, który kuli dla Zeusa. Jednakże chytry Egestos spoił ich
winem pramnejskim i zdjąwszy im buty (Kiklopi znani są z delikatności stóp) powbijał w nie
pełno gwoździ. Potem uciekł, a kiedy kowale wciągnęli buty i spróbowali puścić się za nim, ból
zmusił ich do zaniechania pogoni. Egestos więc powrócił bezpiecznie na okręt i popłynął dalej na
zachód, aż do zatoki Rejtron. Wycie Kiklopów brzmiało w jego uszach niczym muzyka.

Gorgo, mała, szczupła, ruchliwa jak ptaszek, opowiedziała nam tę powiastkę tak zręcznie —

background image

zniżając   głos   w   momentach   niepewności,   to   znów   unosząc   go   do   krzyku   w   momentach
dramatycznych i naśladując bohaterów opowieści  —  że zachwycone tkaczki wołały o jeszcze.
Spojrzała niepewnie, ale gdy skinęłam głową na znak zgody, zaczęła opowieść o swoim przodku
Sykanosie i jego przygodach w jaskini jednookiego Konturanosa — olbrzyma tak wysokiego, że
mógł wybić kijem dziurę w niebie. Z brzuchem opartym  o szczyt  góry Eryks i ogromnymi
nogami wyciągniętymi na naszej równinie, zanurzał swoje wielkie dłonie w Morzu Egestańskim i
czerpał tuńczyki całymi setkami. Pewien gościnnego przyjęcia Sykanos wstąpił do jaskini, a szło
z nim dwunastu druhów, ale Konturanos rozbijał im po kolei głowy i zjadał — wyjście z jaskini
było zaparte głazem, który tylko on potrafił ruszyć z miejsca. Odtaczał ten niezmiernie wielki
głaz dwa razy na dzień: o brzasku, żeby wyprowadzić stado na pastwiska, i o zmierzchu, by
wpuścić je z powrotem. Na trzecią noc Sykanos oślepił Konturana jego własną laską opaloną w
ogniu na ostro, a następnie zbiegł przywarłszy do wełny pod brzuchem tryka, gdy nazajutrz
wczesnym rankiem Konturanos wypuszczał swe stada na paszę. Konturanos miotał się wściekle i
gdy Sykanos odpływał ku Hierze, cisnął w niego niecelnie dwie ogromne skały.

Do dziś pokazuje się te skały wystające z morza o trzy mile na południowy zachód od

Drepanon; a potężna jaskinia obecnie zajmowana przez naszych sykańskich pasterzy, do której
chodzimy czasem na pikniki, nazywa się jaskinią Konturanosa. Gdy jedna z niewiast zapytała,
jak taki olbrzym dał radę zamieszkać w jaskini nie większej niż nasz pałac, Gorgo wyjaśniła, że
miał on magiczną moc zmniejszania się do woli po spożyciu pewnego grzyba.

Potem Eurymeduza powiedziała:
— Gorgo, porywasz nas! Że też Homer nie ma córek, tak jak Synów! Gdyby je miał i jeśliby

one przełożyły twoje opowieści w poematy i śpiewały je pod dźwięk formingi, jaka by to była
zachwycająca rozrywka!

„W   rzeczy   samej,   niestety!”   —  pomyślałam.   Synowie   Homera   są   tacy   zazdrośni   o

przywileje, że pozwalają jedynie swoim plemiennikom deklamować wobec książąt. Nikt też nie
śmie stanąć z nimi o lepsze. A jednak, jeśli mężczyźni śpiewają mężczyznom, dlaczego kobiety
nie miałyby śpiewać kobietom? Atena, która wynalazła całą sztukę rozumowania, jest kobietą.
Tak samo Muzy, co dają natchnienie wszelkiej pieśni. A i Pytia, która prorokuje niezapomnianym
wierszem, jest kobietą.

„O, Muzy — modliłam się cichutko — wstąpcie do serca waszej służki, Nauzykai, i nauczcie

ją układać zręczne heksametry!

Wierzcie albo nie, moja niezwykła modlitwa została od razu wysłuchana! Bo oto usłyszałam

własne słowa:

Wiedz, Eurymeduzo, że będzie jeszcze w Delos

background image

Dzień, w którym niewieścią laur przystroi formingę.

*

Był to ważny przełom w moim życiu, może najważniejszy, chociaż nikt z obecnych nie zdał

sobie sprawy, że mówiłam wierszem, a zarazem prorokowałam. Zwykli ludzie nie mają w tych
sprawach rozeznania. Gdyby bogini Atena miała dziś przejść przez dziedziniec ofiarny w hełmie
na głowie i z wystawioną Egidą, czy myślicie, że porwaliby się przejednywać ją? Nic podobnego.
Wyobrażam sobie, jak mówiliby:  „Któż to, u licha, jest ta sroga na obliczu młoda kobieta we
frędzlastym  fartuchu  z  koziej   skóry?  I  czemu  ma  przypiętą  do  ramienia  tę   okrągłą   tarczę   z
wizerunkiem paskudnej twarzy? Bezczelna, nosi hełm z piórami, jakby była mężczyzną! Musi
być  jedną z tych dzikich, jurnych Amazonek z Libii  —  jaki okręt ją przywiózł?  Czy komu
wiadomo? Ufajmy, że to dziwadło nie wywoła skandalu na placu targowym”.

Westchnęłam z niesmakiem, obróciłam się na pięcie i wyszłam poszukać Klitoneosa. Nie

było go nigdzie w domu ani w sadzie, powędrowałam więc głęboko zamyślona w stronę miasta i
napotkałam go, jak sadził wielkimi krokami z Argosem i Lajlapsem przy nodze.

—  Poszedłem drogą na Eryks  —  rzekł.  —  Wiesz, Argos wypłoszył zająca i zmusił go do

kołowania i kluczenia pośród pól. Lajlaps gnał o parę kroków z tyłu. Trafiły na grunt porosły
głogiem   i   janowcem   i   tam  zgubiły   trop.   Potem   z   tej   samej   gęstwiny   śmignęła   lisica   i
poprowadziła za sobą wspaniałą pogoń, ale wpadła do nory w kamieniołomach. Nie mieliśmy
szczęścia, choć psy i tak cieszyły się z tej gonitwy — rzadko mają teraz dosyć ruchu.

—  Powiedz   mi,   Klitoneosie   —  odezwałam   się   zniżonym   głosem,   bo   nadciągała   grupka

wieśniaków — czy zauważyłeś jakąś zmianę w zachowaniu ludzi, odkąd odpłynął nasz ojciec?

Zatrzymał się nagle.
—  Tak, jeśli już o tym nadmieniasz  —  odrzekł.  — Pewną rezerwę graniczącą niemal z

niechęcią. Zupełnie naturalne, że niektórych ludzi kusi, by nie przejmować się różnymi rzeczami
w czasie nieobecności króla i zaniedbywać swoje obowiązki. Wuj Mentor jest przychylny dla
naszego domu, ale że jest niżej urodzony niż kilku innych członków Rady, nie może zasiadać z
odpowiednią pewnością siebie na tronie państwa. Ponadto ma on trochę za miękkie serce i jego
objazdy inspekcyjne nie są ani w połowie tak gruntowne jak ojca. Zdarzyło mi  się wczoraj
słyszeć, jak bardzo niegrzecznie odpowiadał mu Melantios, kiedy on mu podsunął, że należałoby
jakoś powstrzymać kozy od ogryzania młodych topoli. Wuj Mentor odszedł z grzecznym  „do
widzenia”,   na   co   Melantios   odpowiedział   nieledwie   chrząknięciem;   ale   ja   podszedłem   i
przyłożyłem zuchwalcowi drzewcem włóczni po plecach radząc, by się poprawił.

— I co on na to?
—  Mruczał coś pod nosem, że to Agelaos, będąc najstarszym z książąt trojańskich, którzy

* Przekład Stanisława Grochowiaka

background image

pozostali w Drepanon, a są w odpowiednim wieku, by dowodzić wojskami Elymów, powinien
był otrzymać regencję i że nasz ojciec postąpił źle, pomijając go z powodu jakiejś prywatnej
sprzeczki. Przyłoiłem więc durniowi jeszcze raz. Och, gdybym to ja był o parę lat starszy...

W dalszym ciągu naciskałam Klitoneosa.
— Czy nie czujesz jakiegoś niebezpieczeństwa zagrażającego naszemu domowi?
— Jakiego niebezpieczeństwa?
— Właśnie tego chcę się dowiedzieć. W szorstkości Melantiosa widzę zły znak, jest bowiem

zbyt tchórzliwy, żeby w ten sposób mówić bez mocnego poparcia. Jakkolwiek wydaje się, że nic
nie zdoła obalić naszej dynastii, całe miasto pachnie rebelią.

— Rebelią? A kto ją wznieca?
—  Książę Antinoos. On, a nie jego stary ojciec, Eupejtes, jest rzeczywistym przywódcą

Fokajczyków, którzy zawsze burzyli się przeciw trojańskiemu domowi Egestosa. Ale, jak się
okazuje, jego kuzyn Eurymachos jest mózgiem tego ruchu. Za nimi dwoma, chcąc nie chcąc, stoi
tłum pomniejszych, a nawet kilku Trojan  —  na przykład taki Agelaos. Ja nie ufam żadnemu,
chyba tylko synom Halitersesa. No, a co ty powiesz?

— Że przesadna uprzejmość, z jaką się teraz do mnie odnoszą ci twoi zalotnicy, każe mi się

domyślać jakiegoś spisku.

— Mój Klitoneosie, bogini Atena często wyraźnie mnie ostrzegała, co mam zrobić lub czego

nie robić. Właśnie przyszła przebrana za córkę naszego pasterza Filojtiosa i rzekła: „Pani, jutro
mają być łowy na kalidońskiego dzika. Przewiduję żałobę”.

— Wytłumacz mi, proszę, związek.
— Bierzesz udział w jutrzejszych łowach na dzika?
— Tak, właśnie zaprosił mnie Amfinomos, bardzo uczciwy jegomość.
— Masz na myśli kuzyna Eurymachosa?
— Tak.
— Eurymachos na pewno zrobił sobie z niego parawanik.
— Daruj mi moją głupotę, Nauzykao, i powiedz jeszcze jaśniej.
—  Podsuwam   ci   myśl,   że   podczas   polowania,   na   które   będzie   zaproszony   Eurymach,

Antinoos i wszyscy inni wysoko urodzeni Fokajczycy, oszczep ciśnięty w dzika przeszyje ciebie,
jak to się zdarzyło niejakiemu Eurytionowi podczas słynnych kalidońskich łowów. Peleus, który
rzucił oszczep, zaklinał się potem, że mierzył w dzika; ale Peleus był zawsze niebezpiecznym
towarzyszem.   Zabił   przypadkowo   krążkiem   swojego   brata,   Fokosa...   jeśli   istotnie   był   to
przypadek.

Klitoneos podrapał się w głowę.
— Więc powinienem odrzucić zaproszenie? Powiedzieć, że mam gorączkę?
—  Taka   jest   moja   rada:   idź   śmiało   do  Amfinomosa   i   powiedz   mu   w   obecności   jego

background image

krewnych: „Przyjacielu Amfinomosie, wieszczka mnie ostrzegła, bym jutro nie polował, chyba
że oddam się pod twoją ochronę. Stwierdziła, że dzień ten będzie dla mnie niefortunny. Czy
przysięgniesz,   że   jeśli   zostanę   przeszyty  źle   skierowanym   oszczepem,   to   pomścisz   mnie   na
rodzie człowieka, który go cisnął?” A kiedy będziesz mówił, patrz pilnie w ich twarze.

Chociaż   Klitoneos   był   niedoświadczony   i   nie   bardzo   pewny   siebie  w   publicznych

wystąpieniach, to jednak nigdy nie wzdragał się przed trudnymi zadaniami. Wziął się tedy na
odwagę i ruszył na dziedziniec Amfinomosa, jakby miał cisnąć włócznię w święte wizerunki, a
jego prośba brzmiała jak wypowiedzenie wojny. Amfinomos, który nie zdradził żadnych oznak
winy, napomknął spokojnie, że byłoby szaleństwem zlekceważyć radę wieszczki, skoro zaś dzień
jutrzejszy miał być dlań nieszczęśliwy, niechaj za żadną cenę nie wychodzi z domu i złoży ofiary
przebłagalne   bóstwom   podziemi.   Ale   Antinoos   unikał   wzroku   mego   brata,   Eurymach   zaś
poglądał zaczepnie.

—  Zapobiegłaś   spiskowi   na   moje   życie  —  powiedział   mi   później   Klitoneos.  —  Muszę

odpłacić Atenie ofiarami dziękczynnymi za przestrogę, a także ułagodzić bogów podziemi.

— Atena zasługuje na wdzięczność — rzekłam. — Miej się dalej na baczności. Póki ojciec

nie wróci, bądź na tyle mądry, żeby nie polować w pojedynkę, i nie przyjmuj zaproszeń na
obiady. Bób przeżarty przez czerwie, jak wiadomo, powoduje upadek sił. Zdarzają się też burdy,
w których miotane nieznanymi dłońmi puchary i stołki latają niebacznie i zabijają niewinnych
widzów.

Klitoneos spytał:
— Nie sądzisz przecież, że taki wypadek mógłby się zdarzyć w pałacu? Chyba można ufać

służbie?

— Z małymi wyjątkami. To mnie kłopocze, że skoro Halios zamieszkał z Sykulami, między

tobą a tronem stoją tylko dwa żywoty, Laodamasa i naszego ojca. Czy wobec tego konspiratorzy
wiedzą, iż Laodamas został bezpiecznie usunięty z drogi — ufajmy, że nie zabity, ale sprzedany
fenickim handlarzom niewolników — i z nadzieją oczekują, że ojciec ulegnie wypadkowi ledwie
postawiwszy nogę na naszym brzegu?

— On nie powinien był odpływać. Może należało go przestrzec?
— Piaszczyste Pylos jest daleko, a wiatry zmienne —  przypomniałam Klitoneosowi.  —

Nadto ojciec zamierza rozpytywać się na dworze króla Tesprotów Fejdona. Miej cierpliwość,
bracie, bądź ostrożny i zaufaj bogom.

Wróciliśmy wolno do pałacu i rozeszliśmy się przy bramie, spojrzawszy na siebie z miłością,

Klitoneos poszedł wziąć ciepłą kąpiel, którą przygotowała Eurykleja, ja zaś wypiłam pół kubka
wina, żeby wzmocnić się przed jeszcze jedną nieszczęsną wizytą u łoża Ktimeny. Och, słuchać
po raz setny tych samych zwierzeń, skarg i wyrzutów wymawianych płaskim, skowyczącym
głosem!...

background image

PRANIE

Nie   mogłam   spać.   Mimo   że   ubiegłej   nocy  przeszła   nad  morzem  wspaniała   burza,   która

zmusiła   flotyllę   rybacką   do   pozostania   w   porcie,   powietrze   wciąż   było   ciężkie   od   gromów.
Znowu syroko, po raz trzeci czy czwarty w tym miesiącu, wzbierało wolno już od popołudnia i
teraz rozmiatało wszystko w drzazgi, trzaskając drzwiami, ogołacając drzewa z zielonych jeszcze
owoców i porywając dachówki. Mogliśmy się spodziewać ulewy nad ranem, choć nie dość ostrej,
by  wynagrodzić   zniszczenia,   których   dokonał   wiatr.   Nasze   syroko   bywa   dwojakie:   gorące   i
zimne. Zimne wydaje się bardziej znośne, ale równie bezlitośnie niszczy kwiaty i jarzyny.

Zaczęłam obliczać nasze szanse, gdyby Antinoos i Eurymach wzniecili zbrojne powstanie —

czy  wesprze   ich  Agelaos   urażony  pominięciem   go   przez   ojca?   Czy  zdołamy  utrzymać   nasz
kraniec  półwyspu,  nawet uprzedzeni o ataku i  wzmocnieni  wyspiarzami  z Hiery i Bucynny,
pasterzami z Hyperei i rozproszonymi lojalistami z Eryksu, Egesty i Drepanon? Wydawało się to
niemożliwe.   Skoro   wróg   sięgnie   pałacu,   nasza   główna   brama   zaraz   się   zawali   pod   ciosami
wielkiej kłody drzewa, a strzały ogniste dosięgną poddaszy, które są takie łatwopalne. Zgoda,
prości ludzie są po naszej stronie, ojciec bowiem równo wymierzał sprawiedliwość, strzegł ich
swobód i nieraz dowiódł, że jest dbałym monarchą. Ale prości ludzie są znani z powolności w
czynie, a mając za broń jedynie maczugi, drewniane widły od siana i inne podobne rzeczy, dają
się łatwo nastraszyć ludziom o szerokich puklerzach, długopiórych hełmach i śmiertelnie ostrym
orężu wojennym. Czy moje służebne będą gwałcone? Te rzeczy zdarzają się w prawdziwym
życiu, nie tylko w starych baśniach. Na dobrą sprawę parę miesięcy temu roztrząsałyśmy ten
temat z Prokne. Ja twierdziłam, że to prawie niemożliwe, żeby mężczyzna zgwałcił gotową na
wszystko kobietę wbrew jej woli, póki nie padnie bez czucia pod jego ciosami. Z pięćdziesięciu
synów  Ajgiptosa,   którym   ojciec   kazał   zgwałcić   Danaidy,   przypomniałam   wtedy,   tylko   jeden
dożył świtu, ten, co był na tyle mądry, że uszanował dziewictwo swojej panny młodej. Lecz teraz
moje twierdzenie nie brzmiało dla mnie tak przekonywająco jak wówczas.

Około północy coś, co uderzyło w stołek koło mego łóżka, zbudziło mnie z niemiłego snu.

Wiatr ustał i słyszałam ryk fal łamiących, się na cyplu. Dobrze było się przebudzić, bo śniło mi

background image

się właśnie, że na gęsi, które Gorgo dla mnie chowa w szałasie i karmi mieszanką, spadł orzeł;
rozszarpał je na moich oczach. Wyskoczyłam z łóżka i rzuciłam się ku oknu, które otwierało się
na ogród. Ktoś najwidoczniej próbował ściągnąć moją uwagę. Czy mógł to być jakiś pijany
zalotnik? Nikt się jednak nie pokazał, tylko drzewa owocowe kąpały się w księżycowym świetle.

Na   podłodze   znalazłam   pasek   koziej   skóry   nawinięty   na   kamyk   i   pokryty   obrazkami

wyrysowanymi atramentem z sepii. Kobieta podpalająca okręt i szepcząca do niej jaskółka. W
jasnym   słońcu   wóz   i   rząd   praczek;   a   także   trzy   naradzające   się   skorpiony,   nad   nimi   topór
kreteński. W nietrudnym odczytaniu brzmiało to: Prokne (jaskółka) proponowała, żebym zabrała
niewiasty   służebne   i   poszła   prać   odzież.   Ona   spotka   się   ze   mną,   Nauzykaą   (podpalaczką
okrętów), u źródeł Periboi — wóz wskazywał, że spotkamy się w pewnej odległości od miasta.
— gdzie ona powie mi o spisku uknutym przez trzech zbrodniarzy, to jest skorpionów, w celu
uzurpowania   władzy   królewskiej.   Prokne   nie   umiała   pisać,   ale   potrafiła   dobrze   przekazać
wiadomość. Wyglądało na to, że nie byłam daleka od prawdy w ocenie sytuacji!

Nagły podmuch chłodnego powietrza. Od północy podniosła się ciemna chmura, zamazała

księżyc i ciężkie krople dżdżu zaczęły uderzać w zakurzone liście sadu. Wkrótce zasnęłam.

O   świcie   umyłam   twarz   i   zeszłam   na   dół,   na   śniadanie,   które   składało   się   z   chleba

jęczmiennego, oliwy, marynowanego kopru morskiego, kiełbasy wieprzowej, grzanego wina i
ciasta z miodem. Moja matka siedziała z wrzecionem w dłoni pośród sennych kobiet służebnych i
żwawo przędła purpurową wełnę długimi białymi palcami.

— Dzień dobry, matko. Czy widziałaś wujaszka Mentora?
— Widziałam, dziecko, jest teraz w drodze na specjalne zebranie Rady Drepanońskiej. Może

go dogonisz, jeśli będziesz biegła.

Dogoniłam go bez trudu. Powolność jego kulawego kroku nasuwała myśl, że nie cieszył się

na to zebranie.

—  Wujaszku! —  powiedziałam,  —  Czy mógłbyś mi dziś dać wóz i muły? Zapowiada się

ładna pogoda, a całe sterty brudnej bielizny czekają na pranie. Jeżeli teraz o tym nie pomyślimy,
nie będziemy mieli nic przyzwoitego do włożenia. Cały miesiąc chodziłeś w tym samym chitonie
—  poznaję plamy z wina na obrębku  —  a Klitoneos skarży się, że mu wstyd pokazywać się
publicznie w brudnym odzieniu. My, Elymowie, zawsze słynęliśmy z zamiłowania do czystego
płótna.

— Kto dozoruje prania?
—  Jest to wprawdzie zajęcie Ktimeny, lecz ona spędza tak dużą część nocy we łzach, że

nigdy nie jest w stanie zacząć pracy, zanim słońce przejdzie trzecią część swojej drogi po niebie.
Jeżeli ja nie pojadę do źródeł, to kto?

— Ależ dziewczęta dadzą sobie same radę z praniem! Wolę, żebyś była koło domu i miała na

oku tkalnię i mleczarnię.

background image

—  Nie,   wujaszku.   Nie   mogę   powierzyć   dziewczętom   ubrań,   z   których   wiele   jest   z

najcieńszej   wełny;   zrobią   więcej   szkód   jednego   ranka,   niżby   się   dało   naprawić   przez   rok.
Niektóre z naszych ślicznych starych kap na łóżka uniknęły prania przez dobrych parę lat, a są
brudne od pyłu paleniska i dymu z łuczywa. Poza tym jest jeszcze całe mnóstwo szat, które mój
ojciec odłożył na ślubne dary, kiedy wyjdę za mąż — jeżeli w ogóle wyjdę za mąż. Będą to dość
liche prezenty, jeśli się nie poceruje podartego haftu; ale czyż mogę dobrać kolory, zanim się je
wypierze?

Westchnął.
— Dobrze. Powiedz pachołkom, żeby porządnie wyszorowali wóz — ostatnio woził nawóz

—  i niech zaprzęgną muły. Potrzebny ci woźnica, czy sama potrafisz kierować zwierzętami?
Brak nam ludzi na polach.

— Dziękuję ci, wujaszku, umiem powozić.
— No, to do widzenia, i niech ci się szczęści w pracy!
— Do widzenia, i oby zebranie Rady odbyło się spokojnie!
Zrobił komicznie kwaśną minę. Ucałowałam go w oba policzki i pobiegłam prosić matkę,

żeby mi wypożyczyła sześć kobiet służebnych, które chciałam zabrać oprócz moich własnych.

—  Możesz zabrać trzy, resztę musisz wziąć z tkalni; nie przypuszczam, by Eurymeduza

miała coś przeciwko temu. Jestem ci wdzięczna, że podjęłaś się tej roboty, choć wątpię, czy
zdajesz   sobie   sprawę,   jakie  to   jest   okropne.   Powiedz   Euryklei,   niech   ci   przyszykuje   kosz   z
jedzeniem i napełni winem bukłak. Masz, weź tę butelkę z pachnącą oliwą. Myślę że zechcecie
wykąpać się u przystani, a potem namaścić.

Podziękowałam jej i odszukałam Eurykleję.
—  Zapakuj nam szybko kosz, najdroższa nianiu  —  powiedziałam.  —  Chleb, mięso, ser,

pikle, owoce i sałatę z ogrodu — nie, sałatę mogę wybrać sama... I koźli bukłak tego ciemnego
wina rodzynkowego. Jedziemy do źródeł Periboi!

Źródła nazywają się od imienia mojej sykańskiej prababki, której synem był Nauzytoos.

Wypływają one za Rejtronem, a woda ich jest niezwykle miękka. Większość naszego prania
odbywa   się   w   ogromnych   kamiennych   korytach,   w   które   skierowano   strumień.   Nacieramy
najpierw bieliznę mieszaniną z popiołu drzewnego, szlamu foluszniczego i uryny, aby usunąć
plamy; następnie skaczemy po nich jak przy deptaniu winnych gron w stągwi. Uporczywe plamy
tłuczemy   płaskimi   kijankami,   rozłożywszy   ubranie   na   gładkich   kamiennych   płytach.
Delikatniejsze wełenki pierzemy w ciepłej, lekko osolonej wodzie, by się nie zbiegły i żeby
utrwalić kolory. Miejscem do suszenia jest kamienisty brzeg, który chwyta w siebie cały żar
słońca. Dni prania są całkiem przyjemne, jeśli pogoda dopisze. Gdyby zaś nadchodziła burza,
możemy uciec do pobliskiej jaskini nazywanej Grotą Najad; w głębi są stalaktyty oraz stalagmity
wyglądające  niby  krosna  i  szereg  kamiennych  naczyń,  które  Sykańczycy napełniają  czasami

background image

jadłem i napojem dla Najad.

— Oho! — krzyknęła Eurykleja biegnąc do składu. — Jedziesz więc do Źródeł Periboi? Tu

cię boli! Coś mi się widzi, że przywieziesz dziecko z zarośli.

Uznawszy   to   za   niezbyt   smaczny   żart,   nie   odpowiedziałam.   Eurykleja   nawiązywała   do

powiastki o tym, jak bezdzietna królowa Periboja, przywiódłszy niegdyś praczki nad strumień nie
opodal   korynckiego   brzegu,   znalazła   przypadkowo   ośmiodniowe   dziecię   w   skrzyni,   którą
wyrzuciła woda. Odeszła więc w gęstwinę, a potem powiedziała służkom, że właśnie powiła
dziecko. Nazwała je, jak mówią Koryntczycy, Ojdipais, „dziecię wezbranej fali” — aczkolwiek
Synowie Homera zmieniają to imię na Ojdipus, „człowiek o spuchniętych nogach”. Ów Ojdipais
zdobył później Teby. Mówią o nim niektórzy, że zabił swego ojca i poślubił własną matkę  —
bezwstydna i nieprawdopodobna historia.

Zebrałam   służebne,   wspięłam   się   na   wóz  —  gdzie   był   pieczołowicie  upakowany   kosz,

butelka oliwy, kijanki i brudy — dotknęłam muły batem i wóz zaturkotał. Służebne biegły obok
ze śmiechem i śpiewaniem. Na niebie nie było ni chmurki, a w powietrzu chłód po spadłym
deszczu.

Rejtron jest zatoką otoczoną lądem, ćwierć mili szeroką, a długą ponad milę; za nią ciągną

się łąki poznaczone kępami drzew oliwnych, dogodnymi na pikniki. Obok wypływają należące
do pałacu Źródła Periboi, które uchodzą u przystani. Wyprzęgłam muły i puściłam je na paszę —
dadzą się zwabić wieczorem kawałkiem  chleba —  a służącym kazałam nazbierać patyków i
rozpalić duży ogień, by nagrzać kamienie. Przywiozłyśmy z sobą w tym celu garnek gorących
węgli. Niewiele zmarnowałyśmy czasu na drugie śniadanie złożone z chleba, zimnego mięsiwa,
oliwek i cebuli; skoro tylko kamienie rozpaliły się do czerwoności, rzucono je w płytkie koryto,
żeby ogrzać wodę na wełenki. Przy nich i przy delikatniejszych sztukach pracowałyśmy dobre
dwie godziny, jeżeli nie dłużej.

Niebawem usłyszałam dźwięk swego imienia i zobaczyłam nadbiegającą ku nam Prokne.
—  Co za niespodzianka! —  zawołała.  —  Nie miałam pojęcia, że wyjechałyście dziś prać.

Mój ojciec ujeżdża źrebaka obok Góry Najad. Chcesz zobaczyć? Każe mu kłusować w koło na
końcu powroza, ale źrebię wciąż bryka i opiera się.

—  Nie mogę pójść, póki nie skończą się wełenki; ale to niedługo. Pomóż nam, kochanie,

dobrze?

— Z największą ochotą — odrzekła Prokne i przez chwilę prałyśmy nic nie mówiąc. Potem

kazałam służącym wziąć się do prześcieradeł, zwykłych chitonów i białych chlajn do wyjścia, a
my z Prokne odeszłyśmy. Skoro znalazłyśmy się poza zasięgiem słyszenia, spytałam:

— Kochana, czy pozwolisz mi zgadywać imiona twoich trzech skorpionów?
—  Będę zachwycona. W razie czego wyprę się później pod przysięgą, że je kiedykolwiek

wymówiłam — wystarczy, jak skinę albo potrząsnę głową, gdy mnie zapytasz.

background image

— Dobrze, więc zgaduję. Antinoos, Eurymachos i ten cymbał Ktesippos z krzywymi ustami.
Prokne żywo pokiwała głową.
— Czy Agelaos należy do spisku?
Pomachała ręką i wysunęła dolną wargę, co oznaczało: „niezupełnie”.
— Od kogo masz tę wiadomość?
—  Usłyszałam ją przypadkiem. Zbierając pasemka  wełny z krzaków  głogu i ciernistych

drzew — lubię mieć jakieś usprawiedliwienie spaceru — stanęłam przypadkiem za gęstwiną, gdy
nadszedł drugi i trzeci skorpion i położyli się w trawie po drugiej stronie. Nie zauważyłam ich
przybycia, póki nie zaczęli mówić, a wtedy już było za późno na ucieczkę. Stałam więc cichutko
wrośnięta w ziemię niczym drzewo. Słyszałam, jak Eurymach  —  powinnam była powiedzieć:
drugi skorpion — rozwodził się, że wreszcie przyszła chwila, by zemścić się na twoim drogim
ojcu.

—  Och, Prokne, czemu osładzasz gorzkie słowa Eurymacha. On musiał przecież obrzucać

króla wyzwiskami.

Prokne zaczerwieniła się.
—  Tak.   „Skąpiec”,   „sknera”   i   „krwiopijca”  znajdowały   się   wśród   mniej   pochlebnych.

Eurymach poddał też myśl, że skoro król poprosił wszystkich godnych kawalerów, aby starali się
o twoją rękę, a sam odpłynął do Grecji w bezecnym pośpiechu, czyniąc regentem twojego wuja
Mentora  —   któremu  nie   są   winni   posłuszeństwa  —  miast   powierzyć   berło   elymejskie,   jak
przystało, Agelaosowi... Jak on to wymownie zaczął? Zapomniałam. W każdym razie Eurymach
poddał myśl, że owi kawalerowie powinni wyrazić swoje niezadowolenie ze sposobu traktowania
plemion przez króla. Na przykład z tego, że zmuszano je, aby złożyły kupcowi hyryjskiemu dary
w dowód uznania za prywatną przysługę — jeśli bezczelne łgarstwa można uważać za przysługę
— a pozbawiono nawet satysfakcji oglądania obiecanego złotego pucharu, który miał być dodany
do stosu. Skarżył się także, że król nie zgodził się wydzielić ci tradycyjnego posagu z bydła,
trójnogów,   kotłów,   zdobionych   mieczy,   pochew   w   złoto   oprawnych,   srebrnych   kraterów   i
podobnych rzeczy, proponując w zamian przywileje handlowe, kapłaństwa i inne nieuchwytne
dobra.

— W jaki sposób mają członkowie rodów okazać swoje niezadowolenie?
— Eurymach i Antinoos podsuwają, że będzie bardzo wesoło, jeśli całe towarzystwo zbierze

się w pałacu i ogłosi za twych zalotników. Mają zamiar użyć sobie do woli na pałacowych
stadach, trzodach i winie, biwakować na obu dziedzińcach i zmusić pana Mentora, by darzył ich
gościnnością należną ich pozycji.

— I co dalej?
— Dalej, jak wnoszę, spodziewają się, że twój brat Klitoneos da się sprowokować do gwałtu,

jest bowiem drażliwy i zacięty, i będzie zabity, ledwie sięgnie miecza. Mały Telegonos umrze

background image

przypadkowo — jakaś łódka się przewróci i wtrąci go w burzliwą wodę. Potem Antinoos ożeni
się z tobą i zażąda świetnego posagu, Eurymach zaś otrzyma Ktimenę wraz z Laodamasowym
dziedzictwem. Twego ojca w drodze powrotnej z piaszczystego Pylos napadnie okręt zaczajony
w cieśninie Motoii. Jego bogate ziemie zostaną z braku dziedzica podzielone i sprzedane temu,
kto więcej zapłaci. Uplanowali wszystko na własną korzyść.

— Rozumiem. A kogo zrobią przyszłym królem Elymów?
—  Obiecali berło Agelaosowi, pod warunkiem, że nie będzie zwalczał ich niegodziwego

spisku.

— Prokne, jesteś prawdziwą przyjaciółką! Nie mówiłaś tego nikomu prócz mnie?
— Nie, nawet rodzonej matce.
—  Och,   gdybym   tylko   mogła   zdecydować   się,   co   robić?   Gdybym   miała   jakiegoś

niezawodnego przyjaciela w odpowiednim do walki wieku! Wuj Mentor to człowiek pokoju,
dziadek Fitalos jest za stary, Klitoneos za młody... A twój ojciec odpływa za pięć dni na Elbę,
tak?

— Choć jest lojalny wobec was, cóż mógłby uczynić, jeśliby pozostał?
— A ty, Prokne?
— Czy trzeba o to pytać, Nauzykao? Kocham cię jak nikogo innego na świecie! Ufaj mi do

ostatniej kropli krwi.

— To właśnie chciałam usłyszeć, chociaż słyszałam już wcześniej. Może teraz, jeśli Atena mi

podszepnie jakiś niebywale chytry plan...

— Mój ojciec macha ręką. Muszę natychmiast iść! Żegnaj, najlepsza przyjaciółko.
Patrzyłam, jak biegnie poprzez koniczynę, a potem wolno zawróciłam do piorących kobiet.

Było popołudnie, ale przy odrobinie wysiłku powinnyśmy skończyć za godzinę. Ojciec zawsze
twierdził, że jedyny znany sposób, by służące dobrze pracowały, jeśli się nie chce używać gróźb,
to   pracować   u   ich   boku   i   świecić   im   przykładem.   Toteż   w   chwilę   potem   skakałam   po
prześcieradłach   w   korycie   albo   grzmociłam   je   kijanką;   mimo   to   jednak   gawędy   służby
przepływały   koło   moich   uszu   tak   jak   woda   koło   stóp,   kiedy   błagałam   po   cichu  Atenę   o
niezawodny znak jej przychylności.

Znak nadszedł. Nad okruszynami chleba, które wytrzęsłyśmy z kosza po śniadaniu, zebrała

się gromadka kłótliwych ptaszków. I nagle spadł jastrząb, rozpędził nieproszonych gości i uniósł
jednego w szponach, aby go rozszarpać w spokoju. Serce mi drgnęło, zaczęłam śpiewać hymn
pochwalny bogini, który podjęły moje dziewczęta; i bardzo pięknie brzmiały nasze głosy.

Przejrzałam   wyprane   już   prześcieradła   i   chitony,   odłożyłam  parę   na   bok   do  ponownego

przepłukania i pomogłam służącym rozłożyć resztę na wybrzeżu; do wieczora słońce je wysuszy.
Potem klasnęłam w dłonie.

— Dziewczęta! — krzyknęłam. — Ponieważ, zdaje się, jesteśmy same, możemy wykąpać się

background image

nago w Rejtronie, a potem pobiegać, by wyzbyć się sztywności w grzbietach i nabrać apetytu
przed   obiadem.   Napracowałyście   się   wszystkie   niemało,   a   nie   musimy   wracać   do   domu
wcześniej niż przed samym zachodem słońca.

Wprawiło to wszystkie w dobry humor. Zeszłyśmy z brzegu, na którym było rozłożone nasze

pranie, i bacznie rozejrzawszy się na wszystkie strony rozwiązałyśmy chusty, zrzuciły suknie i
dalej pluskać się w chłodnej wodzie.

— Och, jaka ty się zrobiłaś gruba, Glauke — zawołała jedna z moich dziewczyn pokazując

opasły brzuch tkaczki.  —  Wstydź się, do wesela daleko! Czy to ci się przydarzyło podczas
wstąpienia Afrodyty?

—  Utopię cię za to!  —  odparła Glauke.  —  Nie możesz odróżnić uczciwego tłuszczu od

nieuczciwego? Mam w środku tylko bób, dobry chleb i figi.

—  Czekaj,   daj   mi   dotknąć!   Nie,   dziecinko,   nie   oszukasz   mnie!   Masz   tu   więcej,   niż   ci

przeszło ustami! Któż jest szczęśliwym ojcem?

Mocowały się, piszczały, ciągnęły za włosy i śmiały jak szalone. Wkrótce Glauke wcisnęła

przeciwniczkę pod wodę i przytrzymała za ramiona.

— To ty myślisz, że ja zachowuję się jak twoja przyjaciółka Melanto? — zawyła. — Tak?
— Puść ją, Glauke — rozkazałam. — Ten żart zaszedł już dość daleko.
Wynurzyła się moja dziewczyna krztusząc się i bełkocząc, udała  całkowicie pokonaną; ale

niebawem, gdy Glauke się zagapiła, pchnęła ją tyłem w głębinę. Były tylko rozdokazywane i nie
miały wobec siebie złej woli. Odwołałam jednak Glauke i spytałam:

— Co ty powiedziałaś przed chwilą?
— Nic, pani.
— Glauke, to nieprawda. Wpadłaś w złość i powiedziałaś więcej, niżbyś chciała. Wiem, bo

rozejrzałaś się z poczuciem winy, czy nie dosłyszałam.

— Nie mam żadnej urazy do Melanto.
I wtedy bogini Atena włożyła mi w usta te słowa:
— A jednak to o Melanto plotkowałyście, kiedy wczoraj rankiem odwiedziłam tkalnię.
— Ja nie plotkowałam, pani.
— Glauke, mów prawdę, bo jak wezmę kijankę i zdzielę cię po głowie, to rodzona matka na

twój widok spyta: „Kto to może być?”

— Klnę się na wszystkich bogów, że nie plotkowałam! Ja tylko słuchałam.
— Bardzo dobrze, no a co słyszałaś?
—  Doprawdy same kłamstwa. Z pewnością kłamstwa. Wiesz, jak się obmawia na placu

targowym.

— O, wiem. Ale musisz mi powiedzieć, jak w tym wypadku obmawiano! Melanto jest córką

Melantiosa, rządcy trzód, a także służką pani Ktimeny; jestem zobowiązana bronić jej dobrego

background image

imienia.

Strachem wydobyłam prawdę. W pewien upalny dzień, zdaje się w czas sjesty, zobaczono,

jak Melanto wymykała się ukradkiem z szopy na łodzie na drugim brzegu południowej przystani,
a chociaż nikt nie wiedział, czy była tam w czyimś towarzystwie, po trzech dniach zaczęła nosić
cenną złotą bransoletę. Utrzymywała, że znalazła ją na grzędzie warzywnej za swoją chatą, gdy
poszła rwać sałatę, i że Melantios pozwolił jej zatrzymać ją sobie.

Spytałam Glauke:
— Czyja jest ta szopa?
— Nie wiem na pewno.
— No, a mówią, że czyja? Bajeczki z placu targowego są zawsze szczegółowe.
— Daruj mi, pani...
— Mam kijankę pod ręką, co powiesz?
— Że twój zalotnik, pan mój Eurymach, jest właścicielem szopy.
— Dobrze, Glauke. Nie wierzę tej bajdzie, jak i ty, ale zawsze najlepiej wiedzieć, co ludzie

gadają.

Zmusiłam się do wesołego śmiechu i krzyknęłam:
—  Teraz wyjdźcie, dziewczęta! Spłuczcie z siebie morską wodę w źródle i namaśćcie się.

Mam tu olejek, a muszle mięczaków zdadzą się na skrobaczki.

Powróciłyśmy do Źródeł, gdzie obmyłyśmy się, namaściły i natarły,  uczesałyśmy włosy i

nakryły   do   obiadu.   Wino   było   mocne   i   chociaż   dobrze   je   rozprowadziłam,   dziewczęta
podochociły   sobie   i   zaraz   po   jedzeniu   zechciały   tańczyć   jak   rozbrykane   klacze   na   polu
koniczyny.

—  Nie   teraz   —  powiedziałam.  —  Jak   odpoczniecie.  A  jeśli   mi   obiecacie,   że   będziecie

zachowywać   się   spokojnie,   póki   cień   tego   kija   nie   sięgnie   krawędzi   tamtego   kamienia,   to
zatańczę razem z wami taniec z piłką.

Pokładły się wszystkie posłusznie i drzemały. Ja czuwałam i patrząc, jak cień pełznie powoli

do   kamienia,   porządkowałam   myśli.   Więc   Melanto   prowadziła   potajemny   romans   z
Eurymachem,  tak?  Musiał  on  trwać  już  kilka  miesięcy,  jeśli  Eurymach  przekupił  ją, co  jest
oczywiste, by opowiedziała tę bajeczkę o sydońskim okręcie. Ale po co? Co zyskałby na tym
kłamstwie?   I   czemu   by   jego   matka   miała   go   w   tym   popierać?   Odgadłam   już   wcześniej
odpowiedź.   Stawić   czoło   niebezpiecznej   a   nieznośnej   sytuacji  —  oto   nie   cierpiące   zwłoki
zadanie.   Raz   jeszcze   pomodliłam   się   po   cichu   do   bogini,   wstałam   pokrzepiona   i   zbudziłam
służki.

Znowu   pobiegłyśmy   na   wybrzeże,   narysowałyśmy  labiryntowy  wzór   na   gładkim   białym

piasku i rozpoczęłyśmy sławny trojański taniec z piłką, w którym wykonujemy skomplikowane
ruchy, zwijając się szeregiem i rozwijając z ślimacznicy, i rzucamy jedna drugiej piłkę przy

background image

każdej zmianie melodii. Wszystko szło doskonale, póki nie rzuciłam piłki tej okropnej Glauke,
która podskoczyła za wysoko i kciukiem wybiła ją do wody.

Rejtron posiada prąd, częściowo wytworzony zasilającym go strumieniem, częściowo zaś

przez   przypływ   księżycowy;   różnica   głębokości   pomiędzy   przypływem   a   odpływem   wynosi
blisko trzy stopy. Patrzyłyśmy, jak prąd niesie piłkę na głęboką wodę, a dziewczęta krzyczały w
strachu, bo żadna nie umiała pływać.

Ja pływam wcale nieźle i już miałam zrzucić chiton, żeby odzyskać piłkę (zrobioną z korka

obszytego białą skórą pomalowaną w czerwone kręgi), aż tu nagle wrzaski zamieniły się w
ogólny   pisk   i   służki   umknęły   w   popłochu.   Została   tylko   Glauke,   cisnąc   się   do   mnie   z
przerażeniem.  Odwróciłam  się  i ku  swojemu  zdumieniu  ujrzałam nagiego  młodzieńca,  który
słaniając się szedł do nas brzegiem; jedną ręką osłaniał gałęzią oliwki wstydliwe części swego
ciała, drugą wyciągnął, dłonią w górę, gestem błagalnika. Musiał ukrywać się w gęstwinie obok
miejsca, gdzie obiadowałyśmy.

Nastąpiła krótkotrwała cisza, którą przerwał chichot Glauke i jej drżący okrzyk:
—  Pani,   oto   idzie   twoje   dziecię!   Chłopiec,   którego   zgodnie   z   przepowiednią   Euryklei

przyprowadzisz z nadmorskiej gęstwiny.

Mogłabym ją udusić, głuptaka.
Młody człowiek wydawał się opadać z sił, w każdym zaś razie nie potrzebowałyśmy się

bardzo bać; dziesięć krzepkich kobiet uzbrojonych w kijanki to siła, której nie wolno lekceważyć
w walce. Stałam więc spokojnie i pozwoliłam mu się zbliżyć, pełznącemu poprzez piach, aby
mnie podjąć za kolana obyczajem błagałników. Zatrzymał się jednak w przyzwoitej odległości i
wsparłszy głowę na dłoniach wpatrzył się we mnie uporczywie.

„Kogóż to u licha Atena mi przysyła?” — dziwiłam się.

background image

NAGI KRETEŃCZYK

Trudno o coś poprawniejszego nad przemowę nagiego młodzieńca.
— Wybacz mi, pani! — rzekł, z obca, ale melodyjnie wymawiając greckie słowa. — Mając

oczy zaćmione zarówno z wyczerpania jak i od morskiej wody, nie mogę zdać się na nie, by mnie
oświeciły, czyś ty bogini, czy śmiertelna. Jeśliś bogini, możesz być tylko Łowczynią Artemidą;
ciało twe tak smukłe, silne, tak królewskie. Lecz jeśliś śmiertelna, jakże zazdroszczę rodzicom
posiadania takiego wzoru doskonałości! Przyglądałem się tobie z zarośli, jak tańczyłaś, a każde
poruszenie, każdy twój gest był niezrównany —  zaćmiewałaś swoje towarzyszki, jak księżyc
zaćmiewa gwiazdy. A bezgranicznie więcej niż twoi rodzice będzie godzien zazdrości mąż, który
ich  zdoła  nakłonić  hojnymi  darami,  by  go przyjęli  na  zięcia!  Sama  myśl  o  takim szczęściu
pogłębia   niedolę   mego   położenia.   Patrz!   uboższy   jestem   niż   jednodniowe   dziecię;   ono   ma
przynajmniej własną kolebkę oraz ciepłe powijaki, na których kochające krewne wyhaftowały
jego znak plemienny. Ja nie mam nawet przepaski na lędźwie, by ukryć swoją nagość; chciwe
morze obrało mnie ze wszystkiego prócz męstwa i tych oto silnych dłoni.

Urwał, aby zbadać, jaki skutek wywarły na mnie te słowa. Obdarzyłam go półuśmiechem,

gdyż język i maniery wskazywały, że pochodził ze znakomitego rodu. Ponadto, chociaż ciało
jego było potłuczone, pocięte i okryte warstwą soli, miał uda i barki atlety i kędzierzawe złote
włosy lekko zabarwione czerwienią, w czym przypominał Apollona na freskach świątyni.

—  Morze   pozostawiło   ci   też   wymowny   język  —  zaznaczyłam  —   czym   wcale   nie

pogardzam.

Spuszczając oczy mówił dalej:
—  Niech ci więc wyznam bez obawy wywołania twego gniewu, że  gdy tak czołgam się

przed tobą, przenika mnie jakoby zbożny lęk. Nigdy nie widziałem nic tak pięknego, jak twoja
smukła figura i prosta postawa. Tak musi wyglądać Artemida, gdy tańczy z dziewczętami na
górze Erymantu, choć przyjrzeć się jej znaczy umrzeć. Człowiekowi oszołomionemu głodem
trudno wyrazić uczucia; pozwól jednakże, niech cię przyrównam do młodej palmy w Delos, co
prosta i wysoka wznosi się obok ołtarza Apollona — ołtarza, który sam bóg zbudował wyłącznie

background image

z rogów dzikich kóz — tam powiew morski trąca delikatnie listki palmy, tak jak tu porusza twoje
piękne długie włosy.

— Zwiedziłeś więc Delos? — spytałam bardzo rozbawiona. — Czy też jest to komplement

zapożyczony od któregoś z Synów Homera, którzy uczynili ze świętej wyspy Apollona swoją
główną kwaterę? — Nigdy mnie nikt nie porównywał do młodej palmy; pewnie dlatego, że nie
jestem ani wysoka, ani szczupła, a choć mam długie włosy, nie są one w żadnym razie moją
największą chlubą. Ten obcy wcale nie był głupcem. Zalotnicy stali zawsze na bezpiecznym w
swym mniemaniu gruncie, podziwiając moje zęby, nos i czoło, kostki nóg oraz palce; wszystko
to, pochlebiam sobie, przedstawia się jako tako.

—  Oczywiście, byłem w Delos, za dni pomyślniejszych poświęcając łup zdobyty w boju

boskim bliźniętom Latony. Gdy po raz pierwszy wzrok mój padł na świętą palmę, upuściłem
srebro i złoto na ziemię i stałem zachwycony, w niemym podziwie nad jej pięknem. Zdała mi się
czymś   tak   odległym   od   rzeczy   śmiertelnych,   obarczonym   taką   bezgraniczną   mocą,   że   nie
śmiałem dotknąć jej pnia, aby nie upaść bez zmysłów z samego zachwytu. Takie uczucie i teraz
mnie przenika; dlatego mam śmiałość podjąć cię za kolana, chociaż przedstawiam ci się jako
błagalnik twój i niewolnik.

— Co cię przywiodło na Sycylię?
Wzruszył ramionami.
— Sami bogowie wiedzą, czemu z dzielnego okrętu, który się rozbił, ocalili tylko jednego

człowieka i cisnęli go na brzeg, pod twoje stopy, bardziej umarłego niż żywego. Czyżby umyślili
jakieś heroiczne dzieło, którego mam dokonać dla twojego dobra?

Znowu   skoczyło   we   mnie   serce,   lecz   odpowiedziałam,   jak   tylko   mogłam   obojętnie   i   z

rezerwą:

— Kto wie? Nie jestem jeszcze nawet pewna, czy ci udzielić opieki. Długo ukrywasz się w

tej gęstwie?

— Od świtu. Dwie noce temu, mniej więcej milę od wybrzeża w okręt uderzył piorun.
— Ty byłeś jego właścicielem?
—  Łatwo by udać, że nim byłem, ale nieszczęście chyba nie usprawiedliwia chełpliwego

łgarstwa. Nie, to był obszerny, dobrze przysposobiony okręt koryncki, który podążał z Libii do
swojej przystani; a jak doszło do tego, że znalazłem się na jego pokładzie, to bolesna historia.
Dość będzie ci powiedzieć, pani, że burza gwałtowna, choć niedługa, przyszła nieoczekiwanie
wkrótce po zapadnięciu zmroku. Sama musiałaś ją widzieć. Spałem wówczas w śródokręciu.
Nagle ogłuszył mnie grom, silny zapach siarki uderzył mi w nozdrza, a zimna morska woda
zmoczyła obnażone ciało. Skoczyłem za burtę i szybko, jak tylko mogłem, odpłynąłem, by wrak,
co niemal zaraz zaczął tonąć, nie wessał mnie w głębinę. W blasku nie kończących się błyskawic
widać było pełno głów  — jak kaczek na stawie —  zanurzających się raz po raz. Nagle spadł

background image

deszcz syczący i przez chwilę wiosłowałem dziko rękami, przerażony zdławionym krzykiem
moich tonących towarzyszy. Pamiętam, jak wołałem do Posejdona: „Ocal mnie, ziemią trzęsący,
a będę ci składał ofiarę za ofiarą, najkosztowniejsze, jakie tylko są, chociażbym musiał użyć
gwałtu, by cię ułagodzić!” Słowa te przerwał mi szarpiący ból w żebrach, który mnie zupełnie
pozbawił tchu, i pomyślałem, że już przyszedł koniec: kraby dostaną moje ciało, a morska głębia
kości.   Gdy   jednak   tonąc   sięgnąłem   rozpaczliwie   ponad   głowę,   chwyciłem   coś   krągłego   i
twardego — był to maszt okrętu, a raczej jego czterosążniowy ułamek z przytwierdzonymi doń
linami, sczerniały od gromu. Niebu jedynie wiadomo, jak zdołałem wsiąść na tę cudownie mi
zesłaną belkę; trzymała mnie jednak na wodzie aż do świtu, kiedy ujrzałem pustą beczkę płynącą
opodal, a tuż przy niej drabinkę okrętową. Liny umożliwiły mi związanie beczki z masztem, z
drabinki zaś zrobiłem pokład, na którym mogłem się położyć na wpół zanurzony w wodzie. Nie
mając   z   czego   zrobić   żagla,   starałem   się   wiosłować   do   odległego   brzegu   dłońmi   i   nogami.
Delfiny igrały dokoła, obok przemknął kormoran — mocząc pióra nurkował za rybą; ale żaden
statek nie podpłynął dość blisko, bym mógł nań zawołać, toteż nieszczęsny unosiłem się na
wodzie od świtu do zachodu słońca.

Skinęłam głową.
— A ubiegłej nocy chwycił cię wiatr południowy.
—  Tak było w istocie. Posłyszałem, jak ogromne zwały wody tłuką w skalisty brzeg, a za

każdym razem, gdy mój maszt wznosił się na grzbiet fali, linia kipiących wód, śmiertelnie biała
w księżycowym świetle, podpełzała jakby wciąż bliżej i bliżej. Na nowo wzniosłem błagania do
Posejdona.  Jednak  olbrzymi   bałwan,  największy  z  największych,  nadpłynął  w  pędzie,  zniósł
beczkę i drabinkę i porwał je z wirem. Ciśnięty naprzód, w kipiące wody, porzuciłem maszt, aby
chwycić wystający cypel skały i wydrapać się na brzeg, lecz kiedy zacisnąłem uchwyt dłoni,
ściągnęła mnie odpływająca fala. Czułem się jak sepia w marcu, którą rybak bezlitośnie bierze za
kark i wyrywa z jamy w skale razem z kamykami przylgniętymi do macek. Wielki płat skóry
zdarłem sobie z prawej dłoni — patrz! — ale nie bacząc na ból wywalczyłem sobie drogę znów
na morze, daleko od zębatych skał, wypatrując z grzbietu każdej fali, na którą się wspinałem,
wyrwy   w   śmiertelnej   linii   natarcia   kipieli.  Wreszcie   dojrzałem   i   popłynąłem   ku   niej.  Woda
wydała się zimniejsza, jakby to było ujście rzeki. Rozpaczliwymi ruchami dotarłem do wyrwy i
znalazłem się w spokojnej, ochronnej przystani. Już ani metra nie mógłbym przepłynąć, chociaż
od tego zależało drogie życie, ale tonąc wyczułem piasek pod stopami i zamroczony stanąłem
chwiejnie, kaszląc i rzygając morską wodą. Dostałem się do tego brzegu i cal po calu wpełzałem
nań, aż trafiłem w gęstwinę, a był tam osłonięty kącik między szlachetną a dziką oliwką, które
wyrastały  z   tego   samego   pnia.   Rozgarnąłem   spadłe   liście,   położyłem   się   i   obsypałem   nimi.
Niemal natychmiast zasnąłem i obudziłem się dopiero przed chwilą.

Niegrzecznie jest pytać błagalnika o imię, ród i ojczyznę, póki się go nie podejmie, jak

background image

nakazują prawa gościnności.

— Jesteś wśród nas bezpieczny — zapewniłam go — i dostaniesz jeść i pić bez zwłoki.
W uniesieniu podjął mnie za kolana, zasypując bezładnymi słowami wdzięczności, a potem

błagał:

—  Jeślim   powiedział   coś   od   rzeczy,   bogini,   niech   wiatr   północno-wschodni   rozmiecie

obraźliwe słowa na zatracenie.

Służebne   podeszły   bliżej   i   teraz,   skoro   już   postanowiłam   ulitować   się   nad   obcym,   jęły

wydawać okrzyki współczucia i pokrzepienia.

Puścił moje kolana i odwracając głowę rzekł siląc się na uśmiech:
— Pani, aczkolwiek cenię waszą dobroć i dręczy mnie głód i pragnienie, nie śmiem obrazić

waszej skromności. Czuję się i tak zawstydzony, świecąc publicznie nagimi pośladkami; gdybym
wstał,   byłoby   gorzej.   Może   tamten   stary   wór,   w   którym   przywiozłyście   brudną   bieliznę
posłużyłby za okrycie mojej nagości?

Któraś z dziewcząt podała mu wór, a on, nim wstał, owinął go sobie dyskretnie wokół bioder.
— Dziewczęta — powiedziałam żywo — zaprowadźcie błagalnika do Źródła, żeby się umył,

i wybierzcie dla niego chlajnę i chiton, z tych lepszych. Wszystkie już powysychały. Poszukajcie
także butelki z oliwą i skrobaczki i przyprowadźcie go z powrotem, kiedy już będzie odziany
przyzwoicie.

Wziął sobie za punkt honoru poprosić je, aby odeszły, gdy będzie się kąpał — co dowodziło

delikatności jego uczuć — a gdy ponownie się ukazał, ubrany w jeden z haftowanych chitonów
ojca i szkarłatną chlajnę Laodamasa, pomyślałam, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam kogoś
o   tak   żołnierskiej   postawie,   aczkolwiek   nogi   miał   kapinkę   za   krótkie   w   stosunku   do
muskularnego   ciała.   Jednak,   oczywiście,   człowiek   może   być   piękny   jak   bóg,   a   mimo   to
podstępny albo niespełna rozumu.

Postawiłyśmy przed nim jedzenie: pieczoną wołowinę, chleb i wino — mnóstwo go zostało

—  i, och, jak chciwie szarpał mięso białymi zębami, i jak w jego gardle pod brązową gładką
skórą szyi gulgotało wino!

Zapytałam go, gdy skończył:
— Kto jesteś, mój panie (musisz być bowiem szlachetnego urodzenia), i jaki twój kraj? By

uniknąć jakiej bądź niezręczności, dobrze byłoby, żebyś mi zaraz powiedział, czyś kiedy nie
popadł w kolizję z moim ludem, Elymami?

— Nigdy, na szczęście — odrzekł. — Tak się składa, że ty i twoje dobrze wyćwiczone służki

jesteście pierwszymi z narodu Elymów, które miałem zaszczyt spotkać. Ale wiem, żeście jednym
z   najbardziej   na   zachód   wysuniętych   cywilizowanych   ludów   świata.   Jestem   Kreteńczykiem,
nazywam się Ajton syn Kastora — prawdziwym Kreteńczykiem z zachodu i wygnańcem zabójcą.
Zabiłem   w   samoobronie   zdradliwego   syna   króla   Tany   i   Rada   skazała   mnie   na   osiem   lat

background image

wygnania; z tego siedem odbyłem włócząc się z kraju do kraju. Czy z kolei wolno mi zapytać
ciebie o imię, dobrodziejko?

— Jestem Nauzykaa —  odpowiedziałam  —  jedyna córka elymejskiego króla i królowej.

Najstarszy z mych braci, Laodamas, zginął na morzu, jak się obawiamy, ojciec zaś niedawno
odpłynął do piaszczystego Pylos w nadziei, że uzyska jakąś wieść o synu. W domu jest wujaszek
Mentor,   obecnie   regent,   jest   mój   brat   dorosły   Klitoneos,   który   ledwie   wyszedł   z   wieku
młodzieńczego, i mały braciszek Telegonos, wciąż jeszcze pod opieką kobiet. Słuchaj! Jeśli się
zaopiekuję tobą, to tylko pod warunkiem, że jak długo tutaj pozostaniesz, będziesz mi całkowicie
posłuszny.

—  Czyż   trzeba   to  mówić?  —  rzekł  Ajton.  —  Ocaliłaś  mi   życie,   którym  teraz  będziesz

kierowała, jak długo zechcesz. Jakie masz dla mnie rozkazy?

Nie od razu mu odpowiedziałam, on zaś schylił głowę z rezygnacją — wyczuwał widocznie,

że musiałam stawić czoła trudnej sytuacji.

—  Po   pierwsze   —  rzekłam  —  nie   wolno   ci   iść   z   nami,   musisz   postępować   z   tyłu,   w

roztropnej odległości, nie tracąc z oczu wozu, póki nie dojedziemy do umocnionego muru, który
przebiega w poprzek tamtego przylądka. Miasto Drepanon leży z drugiej strony, między dwoma
przystaniami, a nie opodal bram wznosi się świątynia Posejdona, naprzeciw placu targowego,
przy którym z obu stron są doki i stocznie, fabryka wioseł, składy żeglarskie, dwa miejsca do
skręcania lin, wiele ruchu i plotek. Tych właśnie plotek nade wszystko chcę uniknąć. Nie sądź, że
wstydzę   się   pokazać   w  twoim  towarzystwie,   panie  Ajtonie   lecz   moja   pozycja   jest  już   i  tak
niezmiernie drażliwa. Wielu młodych  Elymów  prosiło ojca  o  moją rękę,  a mówiąc  szczerze
żywię   silną   niechęć   wobec   nich,   chociaż   jak   dotąd   nie   czuję   skłonności   do   nikogo   innego.
Gdybym przywiodła cię do miasta, sensacja wywołana tym zdarzeniem zakłopotałaby i ciebie, i
mnie. Powroźnik krzyczałby do naprawiacza sieci: „Patrz, patrz! Kto to jest ten wysoki urodziwy
nieznajomy z księżniczką Nauzykaą?” A potem mówiliby dalej: „Skąd ona go wzięła? Czy ktoś
go już widział? Albo bóg zstąpił z Olimpu w odpowiedzi na jej modły (każdy wie, że ona uważa
się za zbyt dobrą na żonę dla zwykłego śmiertelnika) lub, co bardziej prawdopodobne, ocaliła
jakiegoś rozbitka i pożyczyła mu odzienie z tego wozu, a teraz prowadzi do matki i wuja. »To
jest mój przyszły mąż — oznajmi. — Właśnie oddałam mu swoje pilnie strzeżone dziewictwo,
bowiem miłuję go z całego serca.«  Ładny kawał pod nieobecność ojca, co?”  Nie, Ajtonie, nie
czerwień się, ja też nie będę. Musisz zrozumieć, że w tych okolicach właśnie tak rozumują
prostackie   umysły.   Nienawidzę   tego.  A  nie   myśl   sobie,   proszę,   że   pochwalam   nierozważne
zachowanie. Czystość młodej kobiety jest jej najwyższą wartością, ja zaś zawsze starałam się
mieć nienaganną reputację; nadto, jeśli będę kiedyś na tyle szczęśliwa, że urodzę córkę, będzie
ona musiała czynić to samo lub stracić moją miłość. 

Ajton uśmiechnął się.

background image

— Oby tak było, księżniczko — rzekł. — Wydaj mi dalsze rozkazy. Czy mam zasiąść u bram

miasta skarżąc się, że zbóje zdzielili mnie maczugą w głowę i odtąd zapomniałem wszystkiego o
sobie? Że muszę błąkać się w poszukiwaniu przyjaciela, który mi powie, jak się nazywam i skąd
pochodzę?

— To nie jest zła myśl — odpowiedziałam — lecz może wnieść niepożądane komplikacje.

Jakiś łajdacki kapitan cudzoziemiec mógłby powiedzieć, że jesteś zbiegłym niewolnikiem, a któż
mu zaprzeczy? Nie ty, na pewno, jeśli stwierdzisz, że nie pamiętasz nawet własnego imienia. Nie,
słuchaj:   niedaleko   miasta   będziemy   przechodzili   przez   lasek   topolowy   poświęcony   boskiej
Atenie  (jestem  jej  kapłanka).  Rośnie  on w środku  parku, znajdziesz  w  nim  studnię,  sznur i
dębowy ceber, dalej jest grzęda cieciorki i wyki. Park należy do króla i nikt nie ośmieli się
niepokoić kogoś, kto przyszedł modlić się tam. Czekaj więc przy studni, póki nie osądzisz, że
doszłyśmy już do pałacu, który się mieści u końca przylądka. Wtedy idź śmiało do straży przy
bramach i oznajmij, że masz poufną wiadomość dla królowej. Każde dziecko zaprowadzi cię do
pałacu, nie może się z nim bowiem równać wielkością i wspaniałością żaden dom w mieście.
Mój   dziadek   wybudował   go   z   kamienia   ciosanego,   natomiast   wszystkie   inne   domy,   nawet
świątynia   Posejdona,  są  z  drzewa,   o  tynkowanych  ścianach,  w  stylu  sykańskim.  Wkrocz   na
dziedziniec ofiarny, jakbyś go znał od dawna, potem na biesiadny, a wszedłszy w drzwi między
dwoma psami z czerwonego marmuru znajdziesz się w sali tronowej. Te szaty są dość dobre, by
cię ustrzec przed zaczepką niewolników. Mój wuj, pan Mentor, będzie niewątpliwie siedział na
tronie królewskim popijając wino. Skłoń mu się z szacunkiem, lecz idź prosto do matki. Jej
wysoki tron z kości słoniowej, z podnóżkiem, stoi przy kolumnie tuż obok ogniska, przy nim
kosz na kółkach z robótką. Będzie przędła purpurę morską albo pięknie haftowała. Podejm ją za
kolana  i  przemów  tak  jak do  mnie.  W jej  współczuciu  leży  najlepsza  nadzieja  powodzenia.
Zadręczyłabym się, jeślibyś miał popaść w szpony Rady miasta, niezbyt litościwego zespołu —
chyba że jest ojciec i sprawuje nad nimi kontrolę  —  i po licytacji stać się niewolnikiem tego,
który najwięcej zapłaci.

— Jeszcze mi się nie zdarzyło być przedmiotem licytacji. Oby z woli Zeusa nigdy się to nie

stało. Dobrodziejko, uczynię, jak mówisz, i niech patronka twoja, Atena, ma mnie w swojej
opiece!

Ustanowiwszy powyższe kazałam służkom poskładać schludnie bieliznę, złożyć ją na wozie

wysypanym  trawą i  pozbierać  wszystko, co  do nas należy  —  piłkę zniosło  na drugą stronę
Rejtronu i Glauke wyłowiła ją przy ujściu długą gałęzią dzikiej oliwki — po czym Ajton pomógł
nam złapać i zaprząc muły. Wspięłam się na wóz i trzasnęłam z bata  —  potoczył się po łące
podskakując, póki nie trafiliśmy znowu na przybrzeżną drogę.

Spojrzawszy nieśmiało na Ajtona pomyślałam:  „Co za osobliwy dzień... pełen dziwów i

znaków... Ateno, pani droga, dziękuję ci po tysiąc razy, żeś wysłuchała mego błagania! Czy Ajton

background image

może być człowiekiem, któregoś mi przeznaczyła na małżonka? Jestem już teraz na wpół w nim
zakochana — ale może jedynie dlatego, że to mój osobisty błagalnik i że mi ufa... (W ten sposób
Laodamas kochał swego psa Argosa, który łasił się i płaszczył, kiedy pan nadchodził, jak gdyby
przed bogiem.) I czy przysłałaś go, aby wybawił nasz dom od klęski?”

Nowy dziwny wypadek: muły nagle nie wiadomo czemu zaparły się nogami i choć śmigałam

po nich batem, cofnęły się przynajmniej ze dwadzieścia kroków i stanęły dygocząc. Kazałam
Auge przytrzymać je, gdy ja zejdę z wozu, by zobaczyć, co je przeraziło. Nic. Droga puściuteńka,
nie było na niej nawet białego kamienia czy powiewającej szmaty, która mogłaby je spłoszyć —
jeśli nie wzięły za czatującego psa tej porzuconej w rowie starej brudnej sakwy z koźlej skóry.

Ku   zdziwieniu   niewiast   stałam   przez   chwilę   spokojnie,   z   rękami   wyciągniętymi   jak   w

modlitwie. Następnie przyzwałam je i grzecznie, ale ostro powiedziałam:

— Wierne służki, miłe towarzyszki zabaw! Muły zaparły się nogami na widok bogini Ateny,

która się pojawiła świetlista u drogi, widzialna tylko dla swojej kapłanki. Przemówiła do mnie
wyrocznym  wierszem, którego treść jest taka:  „Księżniczko Nauzykao, jeżeli która z twoich
niewiast   wypaple   bodaj   jedno   słowo   swej   rodzinie,   przyjaciołom   czy   znajomym   o   tym
kreteńskim zapaśniku, którego ja zesłałam ci w potrzebie, oślepię ścierkę, a jej górną wargę
pokryję gęstym czarnym włosem! A nieznajomemu, moje dziecko, powiedz z łaski swojej, że
odwołałam   twoje   polecenia  —  niechaj   nie   idzie   ani   kroku   dalej   do   budowanego   miasta
Drepanon, lecz niech zawróci w głąb kraju, póki jeszcze jasno, i uda  się drogą, która obrzeża
miasto  Eryks  i  wije  się pod  górę  od wschodu. Przy  Kruczej  Skale,  pośród dębów  dających
pożywienie,   gdzie   tłuścieją   wielkie   trzody   świń,   znajdzie   on   pasterza   twego   ojca;   a   ja
przykazałam temu uczciwemu słudze, by go ochraniał. Niech Ajton odda mu się pod opiekę i
zamieszka w jego domu, póki nie poślesz mu jakiegoś polecenia, które ja ci włożę w usta.
Najpierw jednakże musi on zdjąć te wspaniałe szaty, które królowa pozna od razu jako pałacową
własność i wywnioskuje, że albo zostały ukradzione, albo ofiarowane w miłosnym podarku.
Potem niech pomaże swoje piękne ciało krowim łajnem i niech owinie się tym starym worem, o
który prosił za moim podszeptem. Nie wolno mu także wyjawić swego imienia i kraju żadnemu
ze świnopasów. Właśnie jako bezimiennego nieszczęśliwego żebraka wprowadzę go do pałacu
królów elymejskich.”

Ajton   był   zdziwiony   tym   nagłym   boskim   rozkazem,   lecz   przyjął   go   nie   pytając   o   nic.

Pouczyłam go, jak iść do Kruczej Skały, radząc mu, by sobie wyciął tęgi kij do obrony przed
dzikimi brytanami Eumajosa i żeby zabrał porzuconą sakwę. Włożyliśmy do niej kilka kawałków
chleba, okrawki sera i suchą część nogi baraniej, tak że teraz wyglądał na prawdziwego żebraka.

Nikt inny nie był świadkiem tego przeobrażenia i niebawem nędzny włóczęga z kijem w ręku

szedł z trudem przez wierzbinę i machał nam ręką na pożegnanie. Niechętnie wysyłałam Ajtona
na długą wspinaczkę w takim osłabieniu, ale był młody i śmiały, dobrze najedzony, a ja musiałam

background image

działać ostrożnie. Gdyby Eurymach i towarzysze dowiedzieli się, że jest wygnańcem z Krety,
zacnego   rodu,   na   domiar   zaś   zabójcą,   który  nie   zawaha   się   przed   niczym,   aby  pokazać,   że
zasługuje na opiekę, życie jego byłoby niewiele warte.  „Będzie dużo lepiej  —  myślałam  —
trzymać go w odwodzie jako niepodejrzanego sprzymierzeńca”. A niewiastom można było ufać.
Wierzyły one, że posiadam tajemnicze moce jako ktoś, kto pertraktuje z bogami. Żadna z nich nie
zechce narazić się paplaniem na ślepotę i sumiaste wąsy.

Poklepywałam i cackałam się z mułami, póki znów nie ruszyły z miejsca; prowadziłam je

rączo, ale nie za szybko dla moich służebnic. Kiedy minęłyśmy krajem lasek Ateny, straż u
bramy wpuściła nas do miasta. Nasze przejście przez plac targowy nie wzbudziło wielkiego
zainteresowania; zatrzymałam wóz przed pałacem, klasnęłam w dłonie na pachołka i wbiegłam
do wewnątrz, by się dowiedzieć, co zaszło w ciągu dnia.

Wujaszek   Mentor,   który   czekał   nachmurzony   siedząc   na   ławie   w   sali   tronowej,   zaczął

szlochać na mój widok.

—  Co   się   stało?  —  wykrzyknęłam.  —   Chyba   nikt   nie   umarł   ani   zachorował?   Czyżby

Sykulowie najechali nasz kraj? Wujaszku, czemu nie siedzisz na tronie?

—  Złe   wieści,   siostrzenico!   Chociaż   z   łaski  Artemidy   nie   doniesiono   o   śmierci   ani   o

chorobie, żadni Sykulowie ani Fenicjanie czy inni obcy nie zagrozili nam, jest bardzo źle. Wróg
działa od wewnątrz. Będąc dziś na Radzie Drepanon spotkałem złe spojrzenia i okrutne słowa.
Przywódcy plemion rozkazali, abym ustąpił z regencji, a to na tej podstawie, że pod nieobecność
króla   berło   Elymów   przechodzi   zawsze   w   ręce   najgodniejszego   z   jego   rodu.   Odmówiłem
posłuszeństwa, póki nie zmusi mnie do tego ogólnoelymejskie zgromadzenie; bądź co bądź sam
król uczynił mnie regentem. A potem, kiedy wychodziłem z Sali Rady, Antinoos zwrócił uwagę,
że zgodnie z życzeniami twego ojca on i inni twoi zalotnicy złożą niebawem wizytę w pałacu;
spodziewają się tam zastać przygotowane dla siebie w dziedzińcu biesiadnym pieczone mięsiwa i
wina do woli i że to przyjęcie ma ciągnąć się z dnia na dzień, przez miesiąc lub dwa albo nawet
więcej, póki któryś z nich nie będzie wybrany. Powiedział też, że zgodnie z elymejskim prawem
wolno mi dokonać wyboru, ponieważ matka twoja i ja pochodzimy z Egackiego pnia, a jak król
sam przyznał, na naszych wyspach wuj rozporządza swoją siostrzenicą. Moja droga, może należę
do   takich,   co   nie   lubią   się   przejmować,   ale   są   sprawy,   w   których   nie   ustąpię.   Otwarcie
odmówiłem wybrania dla ciebie męża bez zgody twego ojca.

— Jestem ci wdzięczna, wujaszku Mentorze. Czy Antinoos mówił coś w sprawie Ktimeny?
— Tak. Poprosił mnie impertynencko, bym uznał Laodamasa za umarłego i odesłał ją do ojca

na   Bucynnę.   Znów   odpowiedziałem,   że   tego   nie   zrobię.   Ktimena   bowiem   zdecydowała   się
pozostać i zasiadła już przy ognisku naszego domu jako błagalnica. Wygnać ją teraz to ściągnąć
na   ten   dom   przekleństwo;   poza   tym,   co   ich   obchodzi,   co   będzie   z   Ktimeną,   zostanie   czy
odejdzie? Dziwne, że Eurymach mnie poparł i Antinoos ustąpił. Ale to ciebie wcale nie dziwi,

background image

Nauzykao?

— Niemało trzeba, aby mnie zdziwić ostatnimi czasy, wujaszku. No, a co zamierzasz zrobić?
— Powiedz mi najpierw, zdecydowałaś się na któregoś z nich?
— Nie. Najmniej nierozgarnięci z nich są najwstrętniejsi i przeciwnie, najmniej wstrętni są

najbardziej nierozgarnięci. Jeżeli wolno mi będzie poślubić kogoś z miłości, mój wybór padnie z
musu na obcego.

— Wobec tego jestem zdecydowany trzymać berło, póki mi go siłą nie wydrą. Gdy twoi

zalotnicy   wkroczą   do   tego   domu,   poczęstuję   ich   lekkimi   przekąskami,   potem   zaś   poproszę
grzecznie, żeby się wynieśli; jeśli stawią opór, złożę sprawę w ręce nieśmiertelnych.

—  Mam pewność, wujaszku  —  powiedziałam  —  że nieśmiertelni już i tak troszczą się o

nasze losy i gdy będziemy uważali, by ich nie obrazić słowem lub uczynkiem, otoczy nas mur
niewidocznych tarcz nie do skruszenia.

Spojrzał na mnie przenikliwie, ale moje oczy były bez wyrazu.
— Spodziewam się, że masz słuszność, dziecko, bo czuję krew i dym płonących krokwi. Ale

nie   uprzedzajmy   najbliższych   kłopotów.   Jutro   wsiądę   na   najszybszy   rydwan   twego   ojca   i
odwiedzę starszyznę Egesty. Może oni będą innego zdania niż ci tutaj w Drepanon.

background image

ŻARŁOCZNI ZALOTNICY

Zaraz na drugi dzień moi zuchwali zalotnicy przysłali wiadomość, niby to od mojego wuja

Mentora,   naszemu   głównemu   pasterzowi   świń   Eumajosowi   pod   Kruczą   Skałę   i   Filojtiosowi
owczarzowi, który pasł stada w pobliżu Jaskini Konturanosa. Polecono im sprowadzić bez zwłoki
osiem   upasionych   wieprzy   i   z   tuzin   tłustych   baranów   na   rzeź.   Nie   podejrzewając   żadnego
oszustwa zacni słudzy przysłali, czego od nich żądano, a Melantios, wolarz, dodał z własnej
ochoty parę młodych byczków. Właśnie dozorowałam grupę niewiast służebnych przy pracy na
dziedzińcu   ofiarnym,   gdy   te   zwierzęta   przyszły   do   pałacu.   Zdarzyło   się,   że   był   to   dzień
przerabiania materacy. Raz w roku wyciągamy zbitą wełnę z płóciennych poszew i sieczemy
żółtawobiały  stos   długimi   trzcinami,   aż   staje   się   puszysty;   następnie   zaś   napełniamy  znowu
poszwy rozkładając garście wełny równiutko, tak że cała powierzchnia robi się gładka, miękka i
sprężysta, i zszywamy końce, zręcznie zawijając do środka obrąbki. Nie jest to przyjemna praca.
Pył z wełny dostaje się do nozdrzy i człowiek kicha, a jeśli się zerwie wiatr, tak jak wówczas
było,   i   rozwiewa   wełnę   figlarnie   po   całym   dziedzińcu,   cierpliwość   się   szybko   wyczerpuje.
Kazałam, by zaryglowano bramę, póki nie skończymy,  ale niebawem usłyszałam gwałtowne
stukanie i ochrypłe krzyki: Otwórzcie, otwórzcie w imieniu pana Mentora!

Westchnęłam   i   pomachałam   ręką   do   odźwiernego.   Odryglował   bramę   i   do   wewnątrz

wtargnął zmieszany tłum ludzi i zwierząt: Melantios z byczkami, syn Eumajosa z wieprzkami,
kuzyn Filojtiosa z baranami, a za nimi bezładna gromada sług domowych  —  żaden z nich nie
nosił pałacowego znaku  —  którzy śmiali się i wyśpiewywali nader nieobyczajnie, gapili się
wkoło i wykrzykiwali rubaszne żarciki do moich niewiast.  Wściekły powiew wiatru wpadł na
dziedziniec, rozmiótł wełnę na wszystkie strony i utworzył białą zamieć przed ołtarzem.

—  Zamknij tę przeklętą bramę!  —  wrzasnęłam. Odźwierny trzymał ją otworem, bowiem

jeden wieprzek przestraszył się i wyrwał na zewnątrz.

—  Kto odpowiada za tę hałastrę?  —  krzyczałam dalej.  —  Melantiosie! Co robisz z tymi

byczkami? Czyś stracił rozum? Święto Apollona będzie dopiero za kilka dni. Zaryglować mi
zaraz tę bramę, odźwierny! Mniejsza o tego kapryśnego wieprzka. Czy ci rozum odjęło? Popatrz,

background image

jaka strata dobrej wełny!

Melantios   wymknął   się,   niby   po   to,   żeby   złapać   wieprzka;   ale   syn   Eumajosa   wystąpił

naprzód, dotknął kędziora u czoła i bardzo przyzwoicie przeprosił za wpuszczenie bezwstydnego
wiatru, nad którym, jak zauważył, nawet Ojciec Zeus nie ma władzy, a tylko trzy głuche Mojry.

— Po jakie licho twój czcigodny ojciec przysłał nam te wieprzki? — spytałam już łagodniej.

My, Elymowie, zawsze nazywamy sykańskich świnopasów  „czcigodnymi”, bo wyrokują oni z
zachowania swoich świń, a choć Eumajos jest z pochodzenia Jończykiem, to stał się bardziej
Sykańczykiem niż sami Sykańczycy.

—  Przyszedł   posłaniec   od   mojego   pana,   Mentora  —  odrzekł  —  domagając   się   sześciu

naszych   najtłustszych   tuczników.   Ponieważ   mój   czcigodny   ojciec   jest   w   Egeście,   chciałem
dowiedzieć się, co za dobra wieść ma być święcona  —  czy przybyło poselstwo z sąsiedniego
miasta z hojnymi darami? Czy może niespodziewanie przypłynął król z księciem Laodamasem?
Ale posłaniec wytłumaczył mi, że zwierzęta są potrzebne na twoją ucztę weselną. Posłuchałem
więc. Temu tutaj, kuzynowi Filojtiosa, powiedziano to samo.

—  Ktoś zakpił z was obu, przyjaciele. Zrobilibyście mądrzej gnając wieprzki z powrotem,

jak tylko wypoczniecie. Tymczasem wyprowadźcie je przed bramę i uwiążcie za tylne nogi do
palików.   Tyle   z   tego,   że   straciły   na   wadze   przez   tę   drogę!   Dotyczy   to   także   byczków.
Wyprowadźcie je natychmiast! Zapaskudzą świeżo zamieciony dziedziniec.

Następnie zwróciłam się do bezpańskich sług:
— A wy, chłopaczkowie, jaki macie tu interes? Czy i z was ktoś tak idiotycznie zażartował?

Nie, nie wychodzę za mąż ani dziś, ani w następnych dniach przed powrotem króla. Ja sama to
mówię, a chyba powinnam wiedzieć? I uważajcie  —  niektórzy z was zachowują się, jakby to
była świątynia Afrodyty i jakby moje czyste i obyczajne dziewczęta były  prostytutkami w tej
świątyni. Pamiętajcie, że wasze prostactwo przynosi ujmę panom, którym służycie, i wynoście
mi się stąd wszyscy —  prócz was dwóch, z oznakami pana mego, Agelaosa! Wy obaj, proszę,
zostańcie  tutaj,  a   gdy  dziedziniec   będzie  pusty i  brama  zaryglowana,  zbierzcie  wełnę,   którą
rozwiało wasze brutalne wtargnięcie.

Syn Eumajosa po raz drugi dotknął kędziora u czoła.
—  Przebacz mi, pani, ale boję się, że mój czcigodny ojciec złoi mi plecy najcięższą swą

pałką, jeśli przywiodę tuczniki do domu bez wyraźnego rozkazu pana mojego, Mentora. Nie
chciałabyś na pewno, pani, żeby mnie obito.

— Mój wuj wyjechał, nie będzie go do jutra. Podobnie jak twój czcigodny ojciec udał się do

Egesty. To powinno być wystarczającym dowodem, że zlecenia nie wyszły od niego. A jeśli
wątpisz w moje słowa, to może wolisz poradzić się królowej?

Chłopiec przestępował z nogi na nogę: wyglądał na niezadowolonego.
—  Jeśli wolno, pani, chciałbym poradzić się księcia Klitoneosa. Mój czcigodny ojciec i ja

background image

czcimy twoją matkę nad wszystkie kobiety, a ciebie chyba nie mniej, ale zlecenia co do naszych
wieprzy zawsze wychodzą od mężów twego szlachetnego domu... nie zamierzając ci uchybić.

— Bynajmniej nie czuję się urażona — powiedziałam. — Zostaw komuś pod opiekę stado i

pójdź do komnaty na wieży. Zastaniesz tam księcia Klitoneosa pociągającego pędzlem dewizę na
którejś z pałacowych tarcz (chociaż trudno mi powiedzieć, czemu nie może powierzyć tej pracy
biegłemu malarzowi).

Znowu zwróciłam się do natrętnych sług:
— Na co czekacie? Powiedziałam, żebyście się wynosili.
Wysoki   mężczyzna   o   kędzierzawej   brodzie,   noszący   oznakę   księcia  Antinoosa,   odrzekł

śmiele:

— Kazano nam przygotować tutaj ucztę dla naszych panów. — Poklepał ostry nóż ofiarny

umocowany u pasa.

— Ach tak, doprawdy? Za to ja wam każę wynosić się stąd, i to szybko! Przeszkadzacie nam

w porannej pracy!

Służący patrzyli po sobie niepewnie, a ja klasnęłam w dłonie na odźwiernego.
—  Odźwierny  —  powiedziałam  —  przywołaj  Medona,  herolda,  i   poproś,  żeby  opróżnił

dziedziniec. Jeśli ci głupcy nie chcą słuchać mnie, to posłuchają jego.

Niektórzy słudzy wtargnęli na stos drzewa i wywlekali już wiązki chrustu. Byłoby to tylko

pogorszyło sprawę, gdybym zainterweniowała, więc nie zwracałam uwagi na to, co robią, i nadal
kierowałam trzepaniem wełny, póki nie wrócił syn Eumajosa z Klitoneosem. Klitoneos miał ręce
poplamione cynobrowoczerwoną farbą, a w świetle jego pierwszych słów przypadek ten uderzył
mnie mile jako wróżebny.

— Ostrzegam was, hultaje, którzy włamaliście się do pałacu z nożami rzeźnickimi, że gdy

nadejdzie pora, moi ludzie i ja, nie wy i nie wasi panowie, urządzimy jatki!

Wówczas   wkroczył   Medon   łypiąc   oczami   i   ziewając,   właśnie   bowiem   przerwano   mu

drzemkę,  jego  ulubioną  rozrywkę.  Uniósł  białą  pałeczkę,  która  podobnie  jak jego sandały z
piórami   wskazywała,   iż   jest   nietykalny,   i   wygłosił   długą   płynną   mowę.   Rozpoczął   wstępem
wychwalającym lud Elymów — ich męstwo, uczciwość, wytrwałość, łagodność i dobre obyczaje,
czyny  ich   przodków,   łaskę,   którą   bogowie   darzą   nasz   naród,   mądrość   władców,   solidarność
rodów, piękność naszych księżniczek, niezmierną rzadkość kłótni czy burd na placu targowym.
Następnie   rozwodził   się   nad   własną   pozycją   jako   królewskiego   herolda,   nad   świętym
obowiązkiem utrzymania pokoju nałożonym na niego i zdziwieniem, którego doznał na wieść, że
pewne zwierzęta ofiarne poddają swe głowy pod nóż...

„Czy on wreszcie przystąpi do rzeczy?” — zastanawiałam się, ale wkrótce pojęłam, że nie

ma najmniejszego bodaj zamiaru  —  grał na zwłokę. Niebawem przybędą panowie tych sług i
spór wejdzie w nowe i bardziej interesujące stadium.

background image

Poprosiłam więc Medona, żeby przestał, i po raz ostatni przemówiłam sama do tych ludzi.
— Chłopcy — powiedziałam — jeśli opuścicie teraz ten dziedziniec, wasi panowie zbiją was

za nieposłuszeństwo ich rozkazom. Jeśli go nie opuścicie, to, jak mi na imię Nauzykaa, Erynie
będą was goniły swoimi biczami z brązu i zaszczują na śmierć, chociażby który uciekał tysiąc
mil. Jestem kapłanką ogniska królewskiego i gdy zawezwę te córki Uranosa, przybędą do mnie
tłumem.  —  Tu wzięłam białą pałeczkę z rąk Medona i ruszyłam wolno, lecz zdecydowanie
naprzód rzucając często spojrzeniem za siebie i uśmiechając się zachęcająco do niewidzialnych
Erynii. Brodaty służący Antinoosa założył ręce i nie ustępował z pola, ale uderzyłam go po
głowie i mocno kopnęłam w pachwinę. Wrzasnął: — Och! Och! — i pokulał zgięty wpół z bólu.
Zaczął się zgodny pęd do bramy, przez którą syn Eumajosa i kuzyn Filojtiosa wyprowadzili już
zwierzęta. Dwa tłuste byczki przestraszyły się i pognały za nimi rycząc, co przydało jeszcze
uciechy;   ale   było   to   na   chwilę   przedtem,   nim   opróżniłam   dziedziniec   i   własnoręcznie
zaryglowałam bramę.

—  Drogie   towarzyszki,   pozbierajmy   rozrzuconą   wełnę  —  rozkazałam   raźno.   Tłumiąc

wesołość posłuchały wszystkie prócz Melanto, która siedziała na ławce i spoglądała spode łba,
jakby mnie nie rozumiała. Była wysoka, dobrze zbudowana i chodziła jak księżniczka — czego
ja nie robię. Ów piękny chód rozbudził w niej ambicje, ale brakło jej rozumu, by uczynić je
dobrymi.

—   Nieszczęśliwie   skończysz,   córko  —  przepowiedziałam   jej.  —  Jak   to   mówią,   co   się

zaczyna w szopie na łodzie, kończy się w głębokiej wodzie.  — „Jak to mówią”  nadało temu
pozór   przysłowia   i   udałam,   że   mnie   zaskoczył   chichot   pozostałych   dziewcząt.  —  Skąd   ta
wesołość? — spytałam ostro. Melanto pochyliła się, by złowić wirujące pasmo wełny, ale z jej
oczu wyczytałam nienawiść i strach.

Odciągnęłam Klitoneosa na bok.
—  Nasi wrogowie rozpoczynają wreszcie działać otwarcie, drogi bracie, ale ufam ci, że

ochronisz cześć moją i domu. Musisz teraz zastąpić naszego ojca, bo coś mi się zdaje, że wuja
Mentora zatrzymają w Egeście, jesteś więc jedynym mężczyzną w pałacu — nie licząc dziadka,
który jest głuchy i pamięć go zawodzi.

Klitoneos objął mnie czule i wróciłam do pracy przy wełnie, gdy tuż za mną rozległ się

znowu gromki głos Medona:

— Pani, pozwól przedstawić sobie znamienitych zalotników, których twoja piękność i często

powtarzane przez króla zaproszenia ściągnęły tu ze wszystkich plemion naszej nacji. Przyszli tu
w nadziei na hojną gościnność oraz w wierze, że, po dokładnym przeglądzie zalet każdego z
nich, jednego wybierzesz i uwieńczysz, by dzielił z tobą łoże.

Stali w zbitej grupie, uśmiechając się jak niegrzeczne dzieci, które wtargnęły do spiżarni i

znalazły się twarzą w twarz ze stateczną klucznicą.

background image

Melantios wprowadził ich ogrodową furtą, a było ich stu dwunastu, ani jednego mniej  —

pięćdziesięciu sześciu Fokajczyków, dwudziestu czterech Sykańczyków, dwudziestu z plemion
mieszanych i dwunastu Trojańczyków.

Powitałam ich niedostrzegalnym ruchem głowy i skinęłam na Klitoneosa.
— Bracie — powiedziałam — jako ten, który pełni funkcje głowy królewskiego domu, bądź

tak   dobry   powiadomić   tych   popędliwych   młodzieńców   zacnego   rodu,   że   choć   przybyli   bez
uprzedzenia,   mogą   zasiąść   do   wspólnego   jadła   przy   pałacowym   stole,   a   mianowicie:   piwa
jodłowego, chleba, sera i oliwek, które zostaną im należycie podane, jeśli będą mieli cierpliwość
poczekać chwileczkę.

— Słowa mojej siostry są moimi słowami — krzyknął Klitoneos nie uchylając spojrzenia.
—  Księżniczko  —  wycedził Antinoos z uśmieszkiem wyższości  —  czy jesteś tak młoda i

nieświadoma,   że  nie   wiesz,  czego   się  od  ciebie   oczekuje?  Kiedy starający  się  o  twoją  rękę
przybywają tak pochlebnie wielkim towarzystwem, powinnaś zaproponować im pieczone mięso i
najlepsze wino.

— Nie wydano poleceń naszym pasterzom świń, wolarzom ani owczarzom; wobec tego nie

ma mięsa do pieczenia, a gdyby nawet było mi wolno zlać dla was dobre wino, zmarnowałoby
się tylko przy zakąsce z chleba i sera. Piwo jodłowe jest zdrowym napojem, a także oszczędnym.

— Ale jeżeli mnie oczy nie mylą, zauważyłem ponad tuzin tłustych zwierząt uwiązanych do

palików przed bramą.

— Ach, te! One nie są przeznaczone na ofiarę.
— Jesteś nieodrodną córką swego ojca! — wykrzyknął Antinoos.
— Tak zawsze twierdziła królowa, a że mądre to dziecko, które zna własnego ojca, nie będę

jej zniesławiała podając w wątpliwość swoje prawe pochodzenie. Muszę was zatem poprosić,
abyście odeszli. Król dał mi solenną obietnicę, czego królowa była świadkiem, że w sprawie
zalotników moje chęci będą rozważane tak sumiennie, jak gdybym była wyrocznią. Odpłynął on
tymczasem   na   wschód,   w   sprawach   rodzinnych,   a   nawet   gdyby   tu   był,   wasza   wizyta   nie
usprawiedliwiłaby kosztów bankietu, byłabym bowiem zmuszona wyznać, że pobieżny przegląd
waszych   twarzy   odstręcza   mnie   od   was   wszystkich.   One   nie   wyrażają   niczego   prócz
zuchwalstwa, próżności, chciwości, szyderstwa i buntowniczości. Jednak ponieważ jestem, jak
powiadasz, nieodrodną córką swego ojca i Klitoneos jest synem swego ojca, żadne z nas nie
może się uchylić od wymogów gościnności. Jeśli jesteście na tyle głodni, że starczy wam to, na
co zasługujecie, idźcie na dziedziniec biesiadny i siądźcie do stołów w krużgankach  —  gdy
skończę wypychać materace, zatroszczę się o was. Klitoneosie, poszukaj Euryklei i zapytaj, czy
ma dostateczną ilość sera dla ponad stu korpulentnych młodzianów. I może Femios zgodzi się im
zaśpiewać.

Odwróciłam się tyłem do całego towarzystwa i zaczęłam pracować dalej.

background image

— Ależ z niej zapalczywiec! — zawołał Ktesippos nawet nie troszcząc się o to, żeby zniżyć

głos.  —  I pomyśleć, że jest tu nas więcej niż setka współzawodniczących między sobą o tę
przyjemność, by mieć policzki podrapane jej długimi pazurkami!

—  Cała przyjemność po mojej stronie  —  rzuciłam przez ramię, kiedy przechodzili obok

mnie całą gromadą do dziedzińca biesiadnego.

Zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy zbyt słabi, by móc się uporać z najeźdźcami, lecz duma

mi  nie  pozwalała  okazać,  że   zdaję  sobie  z   tego  sprawę.  Gdy  Melantios  podszedł   do  bramy
wejściowej, odryglował ją i zawołał na służbę, podbiegłam i zamknęłam zasuwę.

—  Skoro,   Melantiosie   —  powiedziałam  —  lekceważysz   mój   rozkaz   wprowadzając   tu

tuczniki, pamiętaj, że kiedy król wróci, wypatroszy ciebie bez wahania, a odciąwszy ci kończyny
ciśnie je psom na pożarcie.

—  Działam   z   rozkazu   księcia   Agelaosa  —  odrzekł   mi   natychmiast  —  którego   Rada

Drepanon obrała regentem.

— Czyżby? Więc przyprowadź go do mnie, jeśli nie chcesz być zbity za kłamstwo.
Melantios odszedł pośpiesznie i niebawem przywiódł Agelaosa, małego nadętego mężczyznę

o   ciemnej   twarzy,   który   prócz   swego   urodzenia,   obfitej   czupryny   i   pewnej   zręczności   w
kottabosie nie mógł się niczym pochwalić. Kottabos jest grą dla ucztujących: każdy po kolei
chlusta winem, które zostało w kielichu, na miniaturowe srebrne kubeczki pływające w miednicy
w odległości dziesięciu kroków; kto zatopi najwięcej kubeczków, jest zwycięzcą. Ojciec jednakże
nikomu nie pozwala grać w kottabosa w pałacu — czy to książę, czy gość, sługa czy niewolnik
— bo opryskuje się odzienie i ściany i marnuje dobre wino.

Powitałam go słowami:
—  Cóż   to,   krewniaku!   Przyszedłeś   grać   w   kottabosa   pod   nieobecność   króla?   Jak   długo

będziesz używał piwa jodłowego i trzymał się środka dziedzińca, masz na to moje specjalne
pozwolenie. Najpierw jednak powiedz temu szelmie Melantiosowi, że zwierzęta uwiązane za
bramą muszą tam pozostać, póki nie wypoczną, i będą zagnane z powrotem na pastwiska, skąd je
przez omyłkę sprowadzono.

Agelaos poczerwieniał.
— Ani mi się śni! Tamte zwierzęta są przeznaczone na ofiarę; a kiedy tłuszcz i udźce zostaną

już ofiarowane bogom, obiecujemy sobie spożyć ich pieczone mięso. I zważ, że gdy ja gram w
kottabosa, to tylko najlepszym winem.

— Któż, jeśli wolno spytać, jest tym „my”?
— Twoi zalotnicy, księżniczko.
—  Uważaj, Agelaosie  —  powiedziałam.  —  Pretensja o jakąś urojoną zniewagę zaćmiła ci

rozum. Skoro tylko ojciec przybije do Drepanon, zaraz cię znajdzie i utnie ci głowę...

— Jeżeli w ogóle przybije — wtrącił Agelaos.

background image

—  A   jeśli   nie,   krewniaku,   wątpię,   czy   twoja   pozycja   poprawi   się   pod   jakimkolwiek

względem. Antinoos i Eurymach już porozumieli się, żeby cię zdradzić. Co będzie, jeśli oszczep
przeznaczony   dla   Klitoneosa   na   łowach   na   dzika   wbije   się   ze   świstem   w   twoje   plecy,   a
Fokajczycy   przywłaszczą   sobie   berło,   które   sam   Zeus   złożył   w   ręce   naszego   trojańskiego
przodka Egestosa? Odwołaj swoich buntowniczych współplemieńców, póki nie jest za późno!

— Ty, jak widać, dużo wiesz — zadrwił.
— Boska Atena była łaskawa uczynić ze mnie swoją powiernicę — odpowiedziałam.
Agelaos pomilczał niezdecydowany, a potem krzyknął: 
— Melantiosie! —  tonem, który w jego zamierzeniu miał brzmieć po królewsku.  —  Każ

służbie przygotować ofiarę!

— Bardzo dobrze, krewniaku — powiedziałam. — Jak wybrałeś, tak wybrałeś. Ale kradzież

u trojańskiego księcia jest nie mniej karygodna niż u najlichszego sykulskiego niewolnika.

Służba weszła szumnie ze zwierzętami. Lejodes, kapłan Zeusa, jeden z moich zalotników,

poświęcił byczki Piorunnemu i Posejdonowi, a resztę zwierząt Herze, Apollonowi, Afrodycie,
Hermesowi i innym — uszczypliwie jednak ominął Atenę, jakby w pogardzie dla mojej ufności,
którą   w   niej   pokładam.   Dało   mi   to   głębokie   zadowolenie,   bowiem  Atena   jest   najlepszym
sprzymierzeńcem, jakiego można wymyślić, a łatwo się obraża. Zeus, chociaż jest silniejszy,
może być zajęty czymś innym albo opieszały i, jak mówią, jego żarna mielą wolno.

Zszyłyśmy ostatnie materace w pośpiechu i zamieszaniu, bo dziedziniec napełnił się wkrótce

wirującym dymem płonących kłód i krzątaniną. Poszłam szukać Klitoneosa.

—  Zrobiłem, co mogłem, siostro  —  powiedział.  —  Za radą naszej matki zawiadomiłem

pisarza Rady Drepanon, że ma zwołać zgromadzenie ponownie jutro rano. Jestem jeszcze za
młody, by kandydować na członka, ale Haliterses mówi, że każdy książę krwi może zwołać Radę
pod nieobecność króla lub upoważnionego przez niego regenta. Zaprotestuję ostro przeciw temu
najazdowi na nasz pałac. Tymczasem ci łotrzy wymogli strachem od Pontonoosa, podczaszego,
żeby im przyniósł wina, chociaż wyraźnie go ostrzegłem, żeby słuchał tylko moich rozkazów.
Posłałem   Eumajosowi   zlecenie   przez   syna,   a   Filojtiosowi   przez   kuzyna,   żeby  nie   przysyłali
więcej zwierząt, chyba że dostaną pisemne zapotrzebowanie opatrzone odciskiem mojej pieczęci.

—  Niewiele więcej możemy teraz zrobić. Pytanie tylko, czy Rada odmieni swój sąd. Ale

bądź co bądź musisz ogłosić sprzeciw, choćby tylko po to, żeby ojciec był zadowolony.

— Pssst, Femios dobiera dźwięków. Ma to być „Powrót Odyssa”, ostatnia pieśń cyklu.
Femiosowe wykonanie nie było ani tak dramatyczne, ani tak zniewalające jak Demodoka.

Miał on jednak głos młodszy i bardziej donośny i nie stracił jeszcze ani jednego przedniego zęba,
dzięki czemu wymawiał wyraźnie; jego pewność siebie rosła z każdym wykonaniem. Jestem
zdania, że będzie on kiedyś najsławniejszy z swojej braci, i po części właśnie z tej przyczyny
powierzyłam mu swój poemat.

background image

Po konwencjonalnym wezwaniu do Muz przedstawił streszczenie opowieści  —  o tym, jak

gniew, który żywiła Afrodyta ku greckim wodzom, co napadli i spalili święty gród Troję i przez
zabicie jej ulubieńca, Parysa, zadali cios wszystkim oddanym kochankom na całym świecie,
znalazł wyraz w szczególnie okrutnym potraktowaniu Odysa. Będąc zarówno boginią morza jak i
miłości chętnie rozbijała, w kilku wypadkach, okręty swoich wrogów, a ich samych topiła, jak
utopiła Ajasa; innych wiatrami przeciwnymi gnała do odległych lądów, z których powracali po
latach, jak spartański Menelaos; jeszcze innych tak dręczyła niepogodą, że stracili już nadzieję na
ujrzenie żon i dzieci i zostali, by zakładać miasta na brzegach obcych rzek, jak to uczynił Guneos
w Libii i Elfenor w Epirze. Zwykła jej zemsta polegała jednak na tym, że zwycięski szermierz
docierał do domu po to tylko, aby się przekonać, iż małżonka osadziła swojego kochanka na
tronie, jak to się zdarzyło Argiwowi Agamemnonowi i Idomeneosowi z Krety, współprzywódcom
greckiej wyprawy. Na Diomedesa i Odysa, którzy dokonali więcej niż ktokolwiek inny spośród
Greków, by zaskarbić sobie jej nienawiść, włożyła podwójną karę — nużący powrót z rozbiciem
okrętu i podobnymi niebezpieczeństwami, następnie zaś odkrycie, że żony ich zdradzały. Jednak
cierpienia Odysa były daleko sroższe i bardziej przewlekłe niż Diomedesa i podczas gdy żona
Diomedesa, Ajgialeja, wzięła sobie tylko jednego kochanka, Penelopa, jak się Odys przekonał,
taka niby wierna łożu małżeńskiemu, żyła w hulaszczych i bezładnych miłostkach z przynajmniej
pięćdziesięcioma jego poddanymi; a syn, Telemachos, został sprzedany w niewolę nie wiadomo
gdzie. Femios zatrzymał się, by przepłukać sobie gardło, a Klitoneos przyklasnął.

—  Dobrze   odśpiewane,   Femiosie  —  zawołał  —  najlepszy   z   pieśniarzy   po   czcigodnym

Demodoku! Spodziewam się, że rozwiniesz szeroko opowieść o tych łajdackich jegomościach,
którzy rozłożyli się obozem w pałacu Odysa i kazali świnopasom i owczarzom zarzynać jego
tuczniki. Czy ich niecne imiona przetrwały ku wstydowi ich potomnych? I czy to oni, chcąc
odwrócić miłość mieszkańców Itaki od ich prawego księcia, uknuli spisek, aby go sprzedać na
sydońskim rynku niewolników?

Antinoos porwał się z miejsca z przekleństwem, ale Eurymach go powstrzymał.
—  Pytanie Klitoneosa jest bardzo stosowne —  wyszczerzył zęby.  —  Posłuchajmy, jak mu

Femios odpowie.

Femios przełknął ślinę. Sprawiał wrażenie skrępowanego, ale rozsądek i bystrość umysłu nie

opuściły go.

—  Mój   antenat   Homer   niewiele   nam   przekazał   w   tym   względzie  —  rzekł   tonem

usprawiedliwienia.  —  Ale   powinniście,   jak   sądzę,   pamiętać,   że   każdy   z   pięćdziesięciu
kochanków Penelopy, czołowych obywateli wysp, którymi Odys władał, był zaczarowany przez
Afrodytę, która użyczyła Penelopie swojej przepaski nieodpartego uroku. Chociaż Penelopa była
już wówczas tłusta, niekształtna i dobrze przekroczyła wiek, w którym  kobieta może rodzić
dzieci, nie mogli się pohamować. Wszyscy czekali wezwania do jej łoża, siedząc w kręgu jak

background image

psy, kiedy suka się grzeje. Obecność Telemacha krępowała ich. Ranieni jego docinkami, które
żywo odczuwali, a nie chcąc stać się mordercami, błagali go, aby odpłynął. Potem, ponieważ nie
chciał ani wyjechać, ani siedzieć cicho, sprzedali go handlarzowi niewolników, który podjął się
wyszukać mu wyrozumiałego pana. Lepiej byłoby, gdyby Telemach nie zważał na sytuację w
pałacu, która musiała być przykra dla tak śmiałego księcia, i spędzał czas na polowaniach. Teraz,
jeśli wolno, będę ciągnął dalej.

— Dobrze, dobrze, Femiosie! — mruknął Klitoneos. — Skoroś przeszedł na stronę wrogów

naszego domu, twoja różdżka i sandały z piórami nie będą cię chroniły wiecznie.

Femios opowiedział znajomą historię podróży Odysa: — O tym, jak przypłynął on do Tracji,

kraju, który dostarczył królowi Priamowi odważnych sprzymierzeńców, i złupił gród Ismaros.
Jego głupia załoga nie chciała pośpieszyć na okręty ze złupionym złotem, srebrem i brankami;
marudzili   na  brzegu  rżnąc  owce  i   tuczne   zwierzęta  i   pijąc   mocne   wino.  Ze  wzgórz  zlecieli
chmarą pieszo i na rydwanach inni Trakowie, by wesprzeć w niedoli sąsiadów, i przełamali
greckie zastępy. Miał szczęście Odys, że udało mu się zabrać swych ludzi na pokład — brzuchy
mieli pełne, ale puste dłonie. Wkrótce potem burza rozszarpała mu wszystkie żagle na strzępy i
zapędziła go pod Maleję, która leżała na jego kursie; burza jednak nie zelżała, póki po dziewięciu
dniach nie zobaczył brzegów Libii, gdzie zamieszkują żywiący się lotosem Nazamonowie. Tam
kilku jego ludzi chciało zbiec, gdy wysłał ich w głąb lądu po wodę; okuł ich w żelazo i zaraz
wypłynął z powrotem na morze. Potem Afrodyta zesłała burzę, która rozbiła całą jego flotę. Odys
jedynie zdołał dopłynąć do brzegu odludnej wyspy Pantellarii lub Kossyry — w pogodny dzień
można   ją   zobaczyć   ze   szczytu   góry   Eryks,   daleko   na   południu  —  i   spędził   tam   siedem
następnych lat żywiąc się ostrygami, korzeniami złotogłowca i jajkami ptaków morskich. Dzień
w dzień przesiadywał na brzegu, z brodą wspartą na kolanach, wpatrując się w pusty horyzont;
żaden jednak z nielicznych przepływających okrętów nie zważał na jego zapamiętałe sygnały.
Wreszcie zawitał tafijski okręt o trzydziestu wiosłach, nie w celach handlowych, bo wyspa była
nie   zamieszkana;   nie   dla   naczerpania   wody,   bo   wyspa   była   bezwodna,   jeśli   nie   liczyć
przypadkowych kałuż po deszczu; lecz po to, by osadzić na niej jednego z załogi, który, jak
orzekli, był nienawistny bogom. Zgodzili się zatrudnić Odysa na miejsce owego żeglarza udając,
że   współczują   jego   niedolom;   powieźli   go   minąwszy   Italię   do   końca  Adriatyku  —   gdzie
kupowali hiperborejski bursztyn —  i zdradziecko sprzedali kapłance bogini Kirke, która miała
pieczę nad wyrocznią Ajolosa na Ajai. Zmusiła go ona, by był jej służącym do wszystkiego i
dzielił z nią łoże, co wkrótce uznał za równie niemiłe, jak samotne uwięzienie na Pantellarii —
kapłanka bowiem była szpetna i nienasycona.

Wreszcie przesłał potajemnie wieść do kapłana Zeusa w Dodonie, który zarządził uwolnienie

go, a tesprocki okręt zabrał go stamtąd, na pół umarłego z wyczerpania. W Dodonie otrzymał
radę,   by  ułagodził  Afrodytę   przez   rozszerzenie   jej   imperium,   wziął   więc   na   ramię   wiosło   i

background image

powlókł się w głąb kraju, aż przyszedł do wsi, której mieszkańcy nie słysząc nigdy o słonej
wodzie, wzięli wiosło za łopatę do przesiewania zboża. Opowiedział miejscowym pasterzom o
narodzinach Afrodyty  z piany morskiej,  publicznie  złożył   jej  ofiary,   błagał  o  przebaczenie  i
otrzymał pomyślną wróżbę z widoku parzących się wróbli. Stamtąd pośpieszył do domu, do
Itaki,   gdzie   wywarł   zemstę   na   kochankach   Penelopy,   zabijając   w   sprzeczce   małżeńskiej
wszystkich pięćdziesięciu z łuku, który należał niegdyś do Apollona. Odesłał ją w hańbie do
swojego   teścia,   króla   Ikariosa.   Kiedyś   wieszczbiarz   Tejrezjasz   przepowiedział,   że   śmierć
przyjdzie na Odysa z morza, i tak się też stało. Wrócił bez ostrzeżenia Telemach, który zbiegł z
niewoli i zjeździł odległe kraje w poszukiwaniu ojca. Dobiwszy do brzegu przy świetle księżyca
wziął Odysa za kochanka Penelopy. Tam to, na kamienistym brzegu, przeszył go włócznią o
zatrutym ostrzu.

Femiosowa relacja z rzezi gachów była krótka i nieszczegółowa. Ja wolałabym usłyszeć, jak

Odys zdołał zastrzelić jednego po drugim pięćdziesięciu ludzi zbrojnych w miecze. Napięcie łuku
i wypuszczenie wymierzonej strzały zajmuje trochę czasu. Choćby i zabił czterech albo pięciu
swoich wrogów, to co tymczasem robili ich towarzysze? Jeśli byli dzielni, mogliby go otoczyć i
pokonać dzięki przewadze liczebnej, nawet nie uzbrojeni; jeśli tchórze, co najmniej trzydziestu
lub   czterdziestu   mogłoby   z   powodzeniem   uciec.   Nie   wystarcza   powiedzieć,   że   Odys   był
najpodstępniejszym   z   ludzi   i   najlepszym   łucznikiem;   taka   sława   wymaga   dokładnego
uzasadnienia.

Tego wieczora rozmawialiśmy z Klitoneosem o łuku Odysa, a nasze wnioski poddały mi

myśl, którą gorączkowo zapragnęłam wprowadzić w czyn. My też mieliśmy słynny łuk w pałacu.
Celowo dotąd o nim nie wspominałam, ale rzecz ma się tak, że kiedy Fokajczycy budowali
Egestę, jak to opisano na początku opowieści, z italskiej Krimisy przybyła grupa ich krewnych.
Mieli   oni   ten   sam   łuk,   który   Herakles   umierając   na   górze   Ojte   przekazał   ich   przodkowi
Filoktetowi   i   z   którego   Parys   został   śmiertelnie   raniony,   tuż   przed   upadkiem   Troi.   Filoktet
bowiem wygnany z własnego grodu Meliboi w Tesalii, przypuszczam, że przez kochanka żony
—  wszystkie   te   powiastki   przebiegają   według   tego   samego   wzoru,   ale   dlaczego   Filoktet   z
miejsca   go   nie   zastrzelił?  —  popłynął   do   południowej   Italii   i   założył   Petelię   i   Krimisę.
Krimisyjczycy przywieźli łuk do Egesty i podarowali go mojemu przodkowi królowi Hyperei
jako oznakę hołdu. Wisiał od owego czasu w naszym składzie.

background image

ZEBRANIE RADY

Biesiada zakończyła się z nastaniem nocy i moi zalotnicy odeszli na chwiejnych nogach,

obżarci,   opici   i   zachlapani   niecelnymi   chluśnięciami   w   kottabosie.   Na   dziedzińcu   ofiarnym
szarpnęłam Antinoosa za rękaw. Zrozumiał to jako przymilanie się, ale zaraz wyprowadziłam go
z błędu mówiąc:

—  Panie mój, Antinoosie, zwracam się do ciebie jako herszta tych spitych szlachetnych

młodzieńców oraz sprawcy bezczelnego spisku przeciwko domowi królewskiemu. Skoro, jak
słyszę,   masz   zamiar   przychodzić   tu   co   dnia,   żeby   obżerać   się   na   naszym   dworze,   muszę
spróbować wyjaśnić ci dwie rzeczy, chociaż w obecnym stanie trudno ci będzie zrozumieć bodaj
najprostsze greckie zdanie. Pierwsze to, że starannie liczymy tuczne zwierzęta, które zjadacie, i
galony wina, które wypijacie, i że prawo elymejskie wymaga, by zwrócić skradzioną rzecz w
ilości poczwórnej  — powtarzam: nie raz, ale cztery razy. Drugie, że kazano służbie pałacowej
odmawiać wam najmniejszych usług, a zatem oczekuje się, że wasi służący sprzątną po was
plugastwa. Zleć im, to proszę, zanim pomogą ci dotrzeć do łóżka.

Czknął. Plunęłam mu w twarz, ale taka furia jarzyła się w moich oczach, że nie śmiał mnie

uderzyć.   Próbując   czknąć   jeszcze   raz,   wyrzygał   z   kwaterkę   wina   i   kilka   kawałków   nie
strawionego mięsa.

— A co z tym będzie? — spytałam ze wstrętem wskazując splugawiony próg.
— Możesz to sobie zatrzymać — odbiło mu się. — Odpisz z rachunku.
Wróciłam   do   sali   tronowej,   gdzie   ze   zwykłą   niewzruszalnością   siedziała   przy   krosnach

matka.

— Nauzykao droga — powiedziała — chciałabym, żebyś poszła na górę pocieszyć Ktimenę.

Była przy oknie i słuchała Femiosowej pieśni, a kiedy on opisał, jak Odys siedział wsparłszy
brodę na kolanach i wpatrywał się w niezmącony horyzont, załamała się i zaczęła targać włosy i
drapać policzki. Jest teraz przekonana, że podobny los spotkał Laodamasa. Mówi, żeby wysłać
okręt, który by odwiedził wszystkie bezludne wyspy od Troi po Tartessos w nadziei odszukania
go.

background image

—  Powiedz mi, mamo, czy myślisz, że wujaszkowi Mentorowi mogło przytrafić się coś

poważnego?

—  Skądże znowu! Widocznie zatrzymano go na drodze do Egesty, by uniemożliwić mu

wywołanie   kłótni   pomiędzy   rodami   tych   dwu   miast.   Jest   teraz   zapewne   jeńcem   w   rękach
Eurymacha — nie zakuty w kajdany, nie narażony na zniewagi, a tylko zatrzymany — z obawy,
żeby się nie zdenerwował i nie pobudził lojalistów do zbrojnego oporu. Twój wujaszek jest
człowiekiem cierpliwym, ale każdy wie, że gdy się przekona o niemożliwości zasięgnięcia rady u
starszych Egesty, jego gniew wybuchnie równie siarczyście i dwa razy tak morderczo, jak u
twojego niecierpliwego ojczulka. Tak, córko, zdaję ja sobie sprawę z grozy sytuacji, jednakże
nasi wrogowie zwlekają z postawieniem sprawy na ostrzu noża. Zamierzają najpierw nas złupić i
upokorzyć.   Przy  sposobności,   chociaż   nie   widzę   żadnego   powodu,   byś   ty,   jako   pretekst   ich
obecności tutaj, miała traktować ich inaczej jak złodziei i intruzów, poradziłam Klitoneosowi,
żeby nie wyciągał miecza na żadnego z nich ani nie obrażał ich bezpośrednio. Wiem, trudno jest
chłopcu z charakterem nie chwytać za rękojeść, ale skoro sięgnie miecza, koniec z nim: będą
utrzymywali, że zabili go w samoobronie. Bądź cierpliwa, bogowie nas osłaniają. A teraz idź,
proszę do Ktimeny.

Zrobiłam dla swojej nieszczęsnej bratowej, co mogłam, powiedziałam jej, że gdy Laodamas

wróci, będzie zawiedziony widząc ją taką chudą, bladą, z rozoranymi policzkami i podkrążonymi
oczyma.

— Będzie to wyglądało jak przyznanie, że nie miałaś racji owej nocy — podsunęłam chytrze.

—  Gdy tymczasem, jeśli zastanie cię pulchną, wesołą i z suchymi oczami, będzie ciebie za to
poważał i wystrzegał się dalszych prowokacji. Nie sądzę, by jego przygody z dala od domu były
takie znowu przyjemne.

Zachwycona tym objęła mnie kurczowo.
— Więc zmieniłaś zdanie i zgadzasz się, że to on nie miał racji? — zapytała.
—  Odmawiam opowiedzenia się po czyjejkolwiek stronie w sprzeczce między mężem a

żoną, tym bardziej gdy chodzi o moją najbliższą rodzinę — odrzekłam. — Lecz jest jasne, że on
ciebie nie rozumiał, nawet po tylu miesiącach małżeństwa.

To jej wystarczyło, a ja wstrzymałam się od powiedzenia, że sama rozumiem ją aż nadto.

Wiedziałam, że jest leniwa, małoduszna i histeryczka; a właśnie mówiłam Klitoneosowi, że cały
z niej pożytek na tym świecie leżałby w rodzeniu dzieci — gdyby była zdolna zajść w ciążę, na
co   nie   wyglądało  —  a   potem   przekazywaniu   ich   mojej   matce,   by  wychowała   je   należycie.
Pragnęłam gorąco, żeby wróciła na Bucynnę, choćby na krótko; dość mieliśmy kłopotów na
głowie i bez jej wiecznego skomlenia.

Klitoneos powiedział mi, że radni Drepanon zgodzili się zebrać — dobra oznaka w pewnym

względzie,   choć   nie   mógł   się   chyba   spodziewać,   że   mu   dadzą   zadośćuczynienie.   Miejscem

background image

zgromadzenia   miała   być   jak   zwykle   świątynia   Posejdona,   obszerna   pobielana   budowla   z
rzeźbionymi kolumnami. Ławy w Sali Rady były z polerowanego kamienia, a freski na ścianach
odmalowywały główne sceny z naszej historii narodowej — od urodzenia Egestosa do założenia
Drepanon. W zadymionym wnętrzu świątyni stoi posąg Posejdona z drzewa figowego: twarz ma
malowaną   na   cynobrowoczerwono,   tułów   najpierw  polakierowany  a   potem   skropiony  pyłem
lapis-lazuli, dłonie pozłacane. Dzierży on topór o podwójnym ostrzu, a na głowie ma siwą perukę
z długim włosem. Na zewnątrz świątyni znajduje się Podwórzec Sprawiedliwości, gdzie ojciec
mój spędza większą część dnia, rozstrzygając sporne sprawy, po czym przeważnie późno wraca
do domu na obiad, zły i zmęczony.

Zebrało   się   już   około   czterdziestu   radnych   różnego   wieku,   kiedy   wszedł   Klitoneos   w

łachmanach błagalnika, ukazując gałązkę oliwną i siadł na pierwszej od drzwi ławie. Przewodził
Ajgyptios   Fokajczyk,   starzec   z   górą   osiemdziesięcioletni.   Był   on   jako   dziecko   świadkiem
budowy świątyni, a my uważaliśmy go za dobrego przyjaciela naszego domu, choć jeden z jego
trzech wnuków znajdował się wśród mych zalotników. Przywitał Klitoneosa słabym uśmiechem.

—  Otóż, mój chłopcze  —  rzekł  — pierwszy to wypadek w naszej kronice, że taki młody

książę zwołuje Radę; czyn ten jest jednak najzupełniej zgodny z przepisami, toteż oddaję cześć
twemu obywatelskiemu duchowi. Może przynosisz nam dobrą wieść o swoim przedsiębiorczym
bracie, Laodamasie? Czy też nasz dostojny król przerwał podróż i skierował dziób okrętu w
nasze strony, niby orzeł, który wraca do swojego gniazda ze śmiałego lotu ku źrenicy słońca?
Nie? Niewiele masz radości w twarzy i odziany jesteś jak błagalnik. No cóż, pewnie zamierzasz
podnieść   jakąś   inną   sprawę   tyczącą   się   ogółu.   Cokolwiek   to   jest,   mój   kochany   książę,   oby
bogowie spełnili życzenie twego serca!

Klitoneos wstał i postąpił ku środkowi sali. Pejsenor, herold miasta, który wywodzi swoje

pochodzenie od Hermesa, podał mu białą pałeczkę na znak, że może przedstawić swą prośbę bez
obawy, iż mu przerwą, za czym Klitoneos skłonił się starszym z szacunkiem i począł mówić
donośnym, przenikliwym głosem.

—  Czcigodny   panie  Ajgyptiosie,   wypróbowany   sprzymierzeńcze   królewskiego   domu  —

rzekł  —  nie będę marnował twego czasu swą zapewne lichą wymową. Sprawa moja będzie
sprawą tyczącą się ogółu jedynie w tym wypadku, jeśli ty wyrazisz zgodę, aby ją za taką uznać; o
to się do ciebie zwracam, stąd moje łachmany i ta gałązka oliwna. Spadły na nas dwa strapienia,
a   przynajmniej   co   do   pierwszego   ze   współczuciem   okazałeś,   że   je   znasz.   Ojciec   mój,   król,
popłynął do piaszczystego Pylos w nadziei ustalenia miejsca pobytu mojego brata, Laodamasa,
który rok temu przepadł tajemniczo. Jakby nie dosyć było nam tej troski, banda próżniaczych
młodych ludzi wykorzystała nieobecność króla, aby naprzykrzać się mej siostrze nieproszonymi
grzecznościami   oraz   znieważać   pana   Mentora,   regenta.   Przybyli   wczoraj   wielkim,
rozpychającym się tłumem i nie chcąc uznać odmowy ani przyjąć prostego jadła gościnnie im

background image

podanego, jako nieoczekiwanym gościom, porżnęli nasze byczki, wieprze i barany, wzięli sobie
naszego   wina,   spędzili   hulaszcze   popołudnie   na   naszym   dziedzińcu   ofiarnym   i   odeszli   po
omacku, kiedy noc zapadła, nie uprzątnąwszy nawet rozlanego wina i wymiotów. Teraz także
zniknął mój wuj Mentor jadąc do Egesty, gdzie zamierzał zasięgnąć rady u ojców miasta co do
pewnego problemu prawnego wynikłego z decyzji, do jakiej doszła przed dwoma dniami ta tutaj
czcigodna Rada. Mój pogląd jest taki, że został on zatrzymany przez członka lub członków tej
właśnie Rady.

—  Drogi chłopcze, czy możesz dowieść któregoś z tych szalonych twierdzeń?  —  spytał

Ajgyptios. — Czy poważnie podsuwasz myśl, że Mentor został uprowadzony i uwięziony przez
któregoś   z   nas?   Słyszałem   coś   zgoła   innego   o   uczcie,   która   się   odbyła   zeszłej   nocy.   Moi
czcigodni koledzy, Antinoos i Eurymachos — dla obu winieneś żywić najwyższy szacunek, skoro
sam król przyjął ich jako zalotników twojej siostry i udzielił im niezwykłych przywilejów  —
wytłumaczyli mi wszystkie okoliczności. Zapewniają oni, że twój królewski ojciec wylewał łzy
żalu, kiedy się z nimi żegnał, całując ich raz po raz i błagając, by używali sobie do woli u jego
stołu.  „Zgodnie z pradawnym egackim zwyczajem —  rzekł  — powierzam swemu  drogiemu
szwagrowi, Mentorowi, wydanie za mąż księżniczki Nauzykai. Nie będę też krępował swobody
jego   wyboru   okazywaniem   któremukolwiek   z   zalotników,   nawet   wam   dwom,   szlachetnie
urodzeni, większych niż innym względów. Niechaj więc godni kawalerowie Drepanon, Eryksu,
Egesty, Halikii i wszystkich mniejszych osiedli królestwa zejdą się w pałacu na zaloty; niech
jedzą tam i piją, co jest najlepszego, jeden z nich będzie wybrany, co, ufam, nastąpi prędko.
Cokolwiek Mentor zdecyduje, ja z góry pochwalam.”

— Panie mój, Ajgyptiosie — zaprotestował Klitoneos — jeśli istotnie mój ojciec zwrócił się

w   te   słowa   do   osób,   które   wymieniłeś,   z   całą   pewnością   zupełnie   inaczej   mówił   do   mej
szanownej matki, mojej dziewiczej siostry, szlachetnego wuja Mentora i mojej niegodnej osoby.
Doradził nam, byśmy oszczędzali w czas jego nieobecności, podejmowali gości nie więcej, niż
nakazuje przyzwoitość, i odkładali wszelkie ważne decyzje.

— Ach, lecz tam, gdzie człowiek pozostawia sprzeczne polecenia, ważne wobec prawa jest

ostatnie. A mamy tu dwu świadków gotowych przysiąc, że zmienił on zdanie, nim okręt podniósł
kotwicę.

Klitoneos   czuł   się   jak   młody   dzik   w   pułapce,   gdy   wokół   ujadają   psy,   a   myśliwi   z

połyskującymi oszczepami zacieśniają krąg. Nie stracił jednak ani dworności, ani odwagi.

— Pozwól więc, że ci powiem, panie mój, Ajgyptiosie — rzekł Klitoneos — że owi ludzie

nie uszanowali sędziwej siwizny twych włosów i oszukali cię bezwstydnie. Mój wuj Mentor,
którego   zniknięcia   nie   próbujesz   wytłumaczyć,   moja   szanowna   matka,   siostra,   bratowa   i   ja
byliśmy wszyscy przy odjeździe króla. Nikt z nas nie widział, jak odprowadza na bok Antinoosa i
Eurymacha, by ich całować i szeptać do ucha. Nie widział ich także nikt inny, obaj bowiem

background image

szlachetni panowie trzymali się wyraźnie z dala od płaczącego tłumu na wale nabrzeżnym. Och,
gdyby mój ojciec był znów między nami! To dla naszego domu zniewaga nie do zniesienia, a i
was,  moi  panowie,  winna  oburzać  jako sromotna.  Czyż  nie  ma  w  was  bojaźni  przed  boską
zemstą, kiedy sprawa ta zwróci na siebie uwagę mieszkańców Olimpu? Zaklinam was w imię
Zeusa   wszechmocnego   i   jego   ciotki,   bogini  Temidy,   co   zbiera   i   rozwiązuje   rady   po   całym
cywilizowanym świecie: wkroczcie w tę sprawę i przyjmijcie do wiadomości, jaka jest prawda!
Gdyby to Rada była odpowiedzialna za spustoszenia, tak jak była odpowiedzialna za odebranie
regencji   memu   wujowi   Mentorowi,   czułbym   się   swobodniejszy.   Sprawa   wymagałaby
publicznego   załatwienia;   nie   omieszkalibyście   w   końcu   wynagrodzić   mi   strat,   bobyśmy   się
odwołali do zgromadzenia Elymów i wyliczyli każdą stratę i szkodę. Tak jak jest teraz, ulegamy
prywatnym   rabusiom,   co   zjawiają   się   w   sile   nie   do   odparcia   i   choć   tak   się   zdarza,   że   ich
hersztowie są członkami tej oto Rady, nie należą do żadnej organizacji, którą możemy zaskarżyć.
Wybacz zrozumiałą gorycz!

Wybuchnął łzami, a biała pałeczka spadła z klekotem na podłogę.
Większość Rady była najoczywiściej poruszona i podniósł się pomruk współczucia, lecz nikt

nie odważył się zabrać głosu, aż wreszcie wystąpił Antinoos i podniósł pałeczkę.

— Przyjm moje powinszowania, Klitoneosie! — rzekł. — Jesteś urodzonym krasomówcą i

szkoda, że występujesz w złej sprawie opartej na zwykłej złości. Twój udany żal zmylił kilku
mych czułego serca kolegów. Czy należy nas winić, jeśli twoja siostra uparcie nie chce wyjawić,
którego z nas, zalotników, woli? Nie może się skarżyć, że zaofiarowano jej zbyt mały wybór.
Sam   pan   Mentor,   znudzony   całą   tą   sprawą   a   niezdolny   wpoić   w   nią   poczucie   obowiązku,
odpłynął na swoją wyspę, Hierę, klnąc się, że nie wróci, póki ona nie poweźmie oczekiwanej od
niej decyzji. Powiedz mi prawdę, Klitoneosie: czy księżniczka Nauzykaa nie obiecała twojej
szanownej matce, że obierze męża, skoro tylko skończy purpurową szatę ślubną? A czy to nie
fakt, że na każde trzy ozdoby, które wyhaftowała, jak tylko można najwolniej, dwie pruła, a
obecnie w ogóle przestała pracować?

Klitoneos podskoczył wykrzykując:
— Od kogo uzyskałeś tę domową wiadomość, panie mój, Antinoosie? Czy od Eurymacha? A

Eurymach od ciemnookiej Melanto w szopie na łodzie?

Zerwały się okrzyki: — Och! Och! — i wszystkie spojrzenia utkwiły w Eurymachu, który

czuł się w obowiązku zabrać głos.

— Nie mam pojęcia, kto może być tą ciemnooką Melanto — powiedział łagodnym tonem —

chyba że jest ona, jak wskazuje jej imię, córka, waszego pasterza trzód, Melantiosa. On to,
istotnie, był źródłem wiadomości, którą, jak już zgadłeś, przekazałem swemu koledze. Nie było
jednak wcale mowy o szopie na łodzie. Czy jego córka łata może żagle?

Po  tym  Ajgyptios  przywołał  Klitoneosa   do  porządku  ostrzegając  go,  że   pokąd Antinoos

background image

trzyma pałeczkę, ma prawo mówić bez przeszkód.

Klitoneos przeprosił, a Antinoos zaczął mówić dalej:
— Panie mój, okaż, błagam, pobłażliwość temu młodzieńcowi, który jest jeszcze nieświadom

procedury,   a   nie   lepiej   panuje   nad   sobą,   niż   pamięta   fakty.   Pozwól   mi   powtórzyć,   że   my,
zalotnicy, złożyliśmy wizytę w pałacu na wyraźne zaproszenie króla i zamierzamy bywać tam co
dnia, póki księżniczka Nauzykaa nie da długo wyczekiwanej odpowiedzi — choć z konieczności
musi   ona   rozczarować   stu   jedenastu   ze   stu   dwunastu   kawalerów.   Lepiej   więc   niech   nie
wypróbowuje   nadal   naszej   cierpliwości   i   niechaj   nie   będzie   taka   bardzo   zadufana   w   swoje
znakomite talenty, które zlała na nią bogini Atena — takie jak piękność, inteligencja, biegłość w
rękodzielnictwie i niezwykły spryt w postępowaniu według własnej woli mimo sprzeciwu ze
strony jej krewnych. Żadna legendarna kapłanka nie zaćmiewa jej w tym względzie: ani Tyro,
panna młoda Posejdona, ani Alkmena, oblubienica Zeusa. Niemniej jednak ta uderzająco sprytna
dziewczyna   przesoliła  —  jak   długo   będzie   nas   zwodzić   swoim  „lada   dzień”,   tak   długo   my
będziemy korzystać z gościnności, którą obiecał nam jej ojciec, kiedy na pożegnanie całował
mnie i Eurymacha; to zaś oznacza duży i niepotrzebny wydatek.

Klitoneos skinął, by mu podano pałeczkę, i odzyskawszy już w pełni władzę nad swoimi

uczuciami przemówił wolno i ze spokojem:

— Nie tylko moja siostra nie chce zgodzić się na wymuszone małżeństwo; nie zgadza się na

nie także moja matka, królowa, której winienem posłuszeństwo w takich jak ta sprawach i która
ma prawo wiedzieć lepiej o zamiarach króla niż ktokolwiek inny w Drepanon; nie zgadza się też
mój wuj Mentor, regent, którego stanowisko mylnie przedstawił Antinoos; nie zgadzam się ja.
Wszyscy   uważamy   ten   spisek   za   haniebny   i   nie   damy   się.   Błagam   was,   moi   panowie,
zakonotujcie sobie nasz pogląd, aby mój ojciec mógł się z nim zapoznać za swoim powrotem:
mianowicie, że postępek fałszywych zalotników mojej siostry  — w  części niegodziwców, w
części   żarłoków,   w   części   głupców,   a   w   części   jedynie   bezmyślnych   jak   wnuk   pana   mego
Ajgyptiosa  — jest czystym rabunkiem, za  który prawo elymejskie domaga się poczwórnego
zwrotu. Antinoos i jego kamrat Eurymachos — którzy przed trzema dniami sprzysięgli się pod
cisem,   co   usłyszała   siedząca   na   gałęzi   jedna   z   sów  Ateny  —  są   we   własnym   mniemaniu
sprytniejsi   niż   moja   siostra   Nauzykaa.   Oni   to   jednak,   a   nie   ona,   przesolili!   Ich   błazeństwa
(chociaż   wydają   się   dziś   śmieszne)   będą   w   danym   wypadku   więcej   ich   kosztowały,   niż
ktokolwiek z tej Rady podejrzewa.

Panie Antinoosie, panie Eurymachu, a i ty, panie Ktesipposie, jeżeli macie chociaż odrobinę

wstydu   w   sercach   albo   poważanie   wobec   bogów,   strońcie   od   pałacu,   ucztujcie   sobie   gdzie
indziej, grajcie w kottabosa swoim własnym słodkim ciemnym winem i rzygajcie tym, co się w
opuchłych brzuchach nie chce zmieścić, na jakąś inną podłogę! Lecz jeśli nie ma w was ani
wstydu, ani poważania dla bogów, to jedzcie i pijcie do syta, jak sobie chcecie, ja zaś będę błagał

background image

Zeusa, którego czczę, żeby przybliżył dzień porachunku — dzień, w którym wszyscy wrogowie
naszego   odwiecznego   rodu   będą   wygubieni   do   szczętu.   Panowie,   jak   wyłożycie   tę
przepowiednię?  Wczoraj,   kiedy   księżniczka   Nauzykaa   dozorowała   praczki   u   Źródeł   Periboi,
spadł orzeł na wyląg bezczelnych wróbli, co ucztowały na pałacowym chlebie. Wszyscy obecni
widzieli ten znak i dziwili się.

Stary Haliterses wstał i ujął pałeczkę.
— Ludu Drepanon, jeśli ten znak istotnie był widziany (a łatwo będzie sprawdzić tę relację),

bez wątpienia może istnieć jedno tylko jego odczytanie. Wróble są zalotnikami, którzy się bawią
na   koszt   króla.   Należy   ich   powściągnąć  —  znaki   te   bowiem   są   ostrzeżeniami   raczej   niż
przepowiedniami i ludzie doświadczeni mogą w odpowiednim czasie odwrócić klęskę — zanim
spadnie orzeł i uczyni wśród nich spustoszenie. Nigdy nie należy lekceważyć znaków. Pewnego
wieczora w ubiegłym roku ujrzałem dziwny widok: młode koźlę runęło ze skały w morze i
rozpaczliwie szamotało się w potężnie rozhuśtanych falach, żeby dotrzeć do brzegu. Uważa się
powszechnie, że kozy zbyt pewnie trzymają się na nogach, by w ogóle móc upaść, ale może
nieprzerwane deszcze obluzowały część skały, która się osunęła — i smuciło się moje serce, że
nie   mogłem   ocalić   biednego   stworzenia,   bo   jestem   wiekowy,   a   morze   było   nieprzyjazne.
Zadumałem się przeto i pytałem sam siebie: „Jaki to młodzian znajduje się w niebezpieczeństwie
utraty życia?” O świcie znikł książę Laodamas!

Odpowiedział Eurymachos:
— Panie mój, Halitersesie, jak wszyscy augurowie dostrzegasz z pół setki znaków dziennie,

a te, które możesz wpleść w przepowiednie na całe miesiące czy lata później, wysuwasz na
dowód   swej   przedwiedzy,   o   pozostałych   zapominasz   bez   kłopotu.   Ptaki   zawsze   błaznują
próżniaczo w powietrzu albo na drzewach i wiele z nich jest drapieżnych. Jeślibym musiał za
każdym razem, gdy skowronek zatrzepocze skrzydełkami albo orzeł zje wróbla, zastanawiać się
przez   miesiąc,   jakie   to   wróży   strapienia,   życie   stałoby   się   niemożliwe.  A  do   tego   jeszcze
zachowanie łasic, zajęcy, lisów czy kóz — nie ma kresu wróżbiarskim studiom nad zwierzętami.
Ot, masz, spójrz tam, na te dwa psy, które się niewłaściwie zachowują za kolumną! Leć do domu,
staruszku, to ostrzeżenie dla ciebie; upewnij się, czy twoi wnukowie nie nabawiają się jakiegoś
kłopotu! Pozwól jednak, że najpierw cię ostrzegę, żebyś lepiej nie podjudzał tego samowolnego
koziołka, księcia Klitoneosa, do gwałtu, w nadziei na sowity dar od królewskiej rodziny. Jeżeli
on się pokusi o użycie swych wykłuwających się rożków na nas, gości króla, zastosujemy siłę, ty
zaś otrzymasz nakaz zapłacenia grzywny, co serce druzgoce, za podżeganie do morderstwa...
Tymczasem, im więcej będziesz nam prawił nauk, tym mniej będziemy ciebie poważali; to tak,
jakbyś   karcił   północno-wschodni   wiatr.  Antinoos   i   ja   mamy   zamiar   cieszyć   się   królewską
gościnnością i nic nas nie może powstrzymać: ani chłopięce pogróżki tego księcia, ani twoje
nudne przepowiednie!

background image

Klitoneos po raz ostatni wziął białą pałeczkę.
—  Panowie —  rzekł.  — Wyraziwszy swój błagalny protest wobec bogów i wobec ludu

Drepanon, czekam na rozważny wyrok, do którego, skoro jeszcze nie należę do waszego grona,
nie potrzeba wam mojego głosu. Jeśli odmówicie swego wystąpienia w tej sprawie, odwołam się
do   zgromadzenia   Elymów.   Pozwólcie   jednak,   że   najpierw   raz   jeszcze   punkt   za   punktem
wyłuszczę sprawę...

Ledwie   rozpocząwszy   objaśnienie   zauważył   poruszenie   i   szmer   na   ławach.  Wszedł   wuj

Mentor, pokłonił się Radzie i zajął swoje zwykłe miejsce. Jego obecność dodała siły i otuchy
Klitoneosowi,   przemawiał   zatem   z   większą   swadą.   Kiedy   skończył,   Mentor   skinął,   aby   mu
podano białą pałeczkę, i przemówił w te słowa:

— Moi panowie, niektórzy z was są może zaskoczeni, że mnie tu oglądają. Wczoraj jechałem

królewskim rydwanem do Egesty, kiedy zatrzymał mnie jakiś posłaniec mówiąc, że jestem pilnie
potrzebny na mojej wyspie, Hierze, gdzie na bydło spadła choroba powodująca konwulsje, i że
łódź o sześciu wiosłach czeka nie opodal u brzegu, aby natychmiast mnie tam zawieźć. Nie
podejrzewając   żadnego   oszustwa   przerwałem   podróż   i   wgramoliłem   się   do   łodzi.  Ale   kiedy
wysiadłszy na Hierze pobiegłem do domu mojego szwagra i spytałem z niepokojem, ile krów
padło, odrzekł uśmiechając się, że wszystkie zwierzęta są zdrowe. Jednakże uprzedzono go  —
nie mogłem odkryć, kto to zrobił — żeby się spodziewał mojego przybycia: miałem jakoby uciec
z Drepanon ostrzeżony, że grozi mi śmierć, jeśli pozostanę w mieście! Wróciwszy tą samą drogą
na brzeg stwierdziłem, że łódź, której załoga nosiła oznaki domu pana Eurymacha, zniknęła.
Żaden   też   z   miejscowych   rybaków   nie   chciał,   nawet   za   wysoką   cenę,   przewieźć   mnie   z
powrotem   do   Drepanon,   z   powodu   krążących   pogróżek,   że   zginę,   jeśli   opuszczę   Hierę.
Spędziłem noc u szwagra, ale gdy nastał świt, postanowiłem wrócić, gdzie mój obowiązek. Mam
własną   łódkę   na   Hierze,   więc   ją   spuściłem   po   okrąglakach   na   wodę,   osadziłem   maszt,
wciągnąłem żagiel i przeprawiłem się w niecałe dwie godziny.

Moi panowie, zwróćcie, proszę, baczną uwagę. Choć nie jestem już regentem w waszych

oczach, wciąż nim pozostaję w oczach wszystkich uczciwych Elymów, którzy szanują króla i są
mu posłuszni, a jeśli postanowię odwiedzić Egestę, źle będzie z człowiekiem, który spróbuje
zatrzymać mnie siłą, kiedy podstęp zawiódł. Poproszę mieszkańców Egesty, by was spytali w
moim imieniu, dlaczego nie zakwestionowaliście wybrania mnie na regenta w ów ranek wyjazdu
króla, gdy zostało to publicznie obwieszczone, i czemu poparliście spisek w celu odosobnienia
mnie   na   Hierze.   Co   się   tyczy   sprawy   zalotników   poruszonej   przez   mojego   siostrzeńca,
Klitoneosa,   jestem   za   nim   całą   duszą.   Nie   oznacza   to,   że   chcę   walczyć   z   tak   zwanymi
„zalotnikami” mojej siostrzenicy. Poproszę ich tylko jeszcze raz, by poszli precz, i ostrzegę, że
lekceważenie mnie może znaczyć śmierć, gdy król powróci, żart bowiem zaszedł za daleko. To są
młodzi weseli kawalerowie i tylko nieliczni z nich zdają sobie sprawę z powagi swych uczynków.

background image

To jednak nie tyczy się was, starsi, ojców rodzin, którzy patrzycie przez palce na ten brutalny
najazd   na   pałac   króla,   na   kradzież   jego   mienia,   na   znieważanie   jego   rodziny.   Czy  podczas
przemowy   Klitoneosa   wyrwał   się   z   czyichś   ust   bodaj   jeden   wyraz   współczucia?   Czy
którykolwiek z was ośmielił się potępić czyn zalotników za to, czym jest w istocie — rabunkiem
w biały dzień, zdradą i buntem?

—  No, no, panie Mentorze —  powiedział Ajgyptios.  —  To są mocne słowa. Niewątpliwie

jesteś rozżalony, ponieważ godność, którą piastowałeś kilka dni, okazała się nadana nielegalnie,
ale nie gmatwaj wynikłych z tego skutków. Trudno by ta Rada przyjmowała do wiadomości
figiel, który wypłatała ci jakaś nieznana osoba — przypuszczam, że u jego podłoża leży myśl, iż
skoro pochodzisz z Hiery, Hiera jest w obecnej chwili najlepszym dla ciebie polem do działania.
Nadto zalotnicy, wśród nich — przyznaję — jeden z moich wnuków (a pragnąłbym, by okazał się
zwycięskim kandydatem), mają całkowicie po swej stronie prawo. Zostało ustalone przez dwóch
radnych, wobec których wykazujesz nagle nieubłaganą nienawiść, że w ranek swego odjazdu
król zaprosił...

Ponieważ   zalotników   było   wielu   i   ściągnęli   niemal   ze   wszystkich   rodzin   w   Drepanon,

zebranie   przyjęło   oczekiwany   bieg.   Starsi   radni   nie   chcieli   robić   sobie   wrogów   ze   swoich
krewnych i rozstrzygnęli, że jeśli aż stu dwunastu młodych ludzi wzięło udział w uczcie, musieli
mieć dobre do tego podstawy. Lejokritos, inny mój zalotnik, zakończył dyskusję:

—  Dość już tego! Ależ burzę wzniecono z powodu jednej kolacji! Król mógłby wydawać

podobne   uczty   codziennie   przez   rok   i   niewielkie   spustoszenie   dałoby   się   zauważyć   w   jego
niezmierzonych trzodach i stadach; a jednak, będąc najskąpszym człowiekiem na świecie, prosi
córkę,   żeby   częstowała   ludzi   chlebem,   serem   i   piwem   jodłowym,   a   jednocześnie   wymaga
niezmierzonego   wiana   od   szczęśliwego   zalotnika.   Zamknij   to   zebranie,   panie  Ajgyptiosie,   i
niechaj każdy zajmie się swoimi sprawami! Jeżeli Klitoneos upiera się, że obecność jego ojca jest
niezbędna przy zawarciu małżeństwa, dość wziąć okręt i przywieźć go z piaszczystego Pylos.
Panowie moi, Mentor i Haliterses, mogą uzgodnić tę sprawę między sobą, choć bardzo wątpię,
czy   Klitoneos   mimo   swych   przechwałek   będzie   miał   odwagę   opuścić   Drepanon.   Chodź,
Antinoosie,   chodźcie,   Eurymachu   i   Ktesipposie,   czas   iść   na   dzisiejszą   ucztę   w   pałacu.
Uprzedzono królewskich pasterzy, że mają przysłać zwierzęta.

Klitoneos   zszedł   chmurnie   na   brzeg   morza,   obmył   dłonie   w   pianie   i   błagał   Atenę   o

przewodnictwo.   Atena   jak   i   przedtem   szybko   pomogła.   Kiedy   odwrócił   się,   zobaczył
nadchodzącego Mentora, którego wysłała, aby go odszukał:

— Mój siostrzeńcze — wykrzyknął Mentor — przyszedłem powiedzieć ci, że jestem dumny,

ponieważ, jak się zawsze spodziewałem, nie jesteś ani tchórzem, ani głupcem i odziedziczyłeś
zarówno   tęgą   głowę  po   ojcu,   jak   i   matczyną   miłość   sprawiedliwości   oraz   przyzwoitości.
Zapomnij więc o zalotnikach, o ich chciwości i nieuczciwości; to są głupcy prowadzeni przez

background image

łotrów i bogowie ich zniszczą. Postępuj tak, jakbyś się godził na Lejokritosową radę: idź do
pałacu, zgromadź prowiant niby na podróż do Grecji — wino, jęczmień, ser i tak dalej — a ja
zrobię, co będę mógł, żeby zaciągnąć dla ciebie załogę spośród prostych ludzi, którzy pozostali
wierni   twojemu   ojcu   i   mnie.   Dalsze   pozostawanie   w   Drepanon,   nawet   w   pałacu,   byłoby
niebezpieczne, ponieważ zelżyłeś nieprzyjaciół.

Klitoneos spytał:
— Czemu „niby na podróż do Grecji”? Myślisz, że nie powinienem jechać do piaszczystego

Pylos?

— Właśnie.
— Dokąd więc? Nie chcesz mi chyba podszepnąć, żebym opuścił rodzinę?
—  Nie. Chcę, żebyś poszukał natychmiastowej zbrojnej pomocy. A pozostaje tylko jeden

kierunek, w którym można mieć nadzieję, że się ją znajdzie, bowiem, jak słyszę, zalotnicy posłali
swoich ludzi do Egesty i Eryksu i wlali w dusze obywateli tych miast jad przeciwko nam; w
Eryksie już orzeczono, że moja regencja jest sprzeczna z konstytucją. Musisz zwrócić się do
swego brata Haliosa, który został obrany wodzem wojennym Sykulów z Minoi, i odwołać się do
niego o obronę. Nawet pretensja o dawny srogi czyn twojego ojca nie powstrzyma Haliosa od
przybieżenia z pomocą ukochanej matce i siostrze Nauzykai. On nosił Nauzykaę na plecach, gdy
była małą dziewczynką, i płakał gorzkimi łzami opuszczając ją.

— A ty, wujaszku? Czy lekceważysz ich groźby? Wszak nie mniej otwarcie ich zelżyłeś niż

ja.

Mentor wzruszył ramionami.
— Myślę, że znam swoją powinność wobec króla — rzekł twardo.

background image

KLITONEOS ODPŁYWA

Klitoneos wrócił z ciężkim sercem do pałacu, gdzie zastał zalotników uradowanych koleją

wydarzeń,   wielu   z   nich   bowiem   obawiało   się,   że   Rada   zdecydowanie   zainterweniuje.
Próżniaczyli się pod arkadami zewnętrznego dziedzińca, rzucając małymi krążkami albo grając w
kości,   gdy  tymczasem   ich   służący  łupili   ze   skóry  koźlęta   i   przypiekali   tłuste   wieprzki   przy
wielkim ołtarzu. Antinoos podszedł do Klitoneosa z wesołym uśmiechem i uścisnął mu rękę.

— Drogi książę — zawołał promieniejący — jakże się cieszę, że przyszedłeś do nas! Wrzałeś

i podskakiwałeś jak rynka z duszonką tam, w świątyni Posejdona, lecz teraz, gdy Rada odrzuciła
protest jako rzecz błahą, musisz być rozsądny i zrozumieć, że jesteśmy tutaj nie w złej sprawie.
Otóż to: publiczne przemawianie wyczerpuje, jeżeli człowiek nie ćwiczy się w nim całe życie, i
czujesz się, powiedziałbym, trochę głodny. Zaraz podadzą obiad, a ja dopilnuję, żeby wydzielono
ci   najwyborniejsze   kąski.   Przy  sposobności:   nie   jestem   zdziwiony  słysząc,   że   odpływasz   na
poszukiwanie króla. Choć przyzna on niezawodnie, że słuszność jest po naszej stronie, wrażenie
nowości   w   podróży   oderwie   cię   od   rozmyślania,   a   jeśli   masz   trudności   w   wynalezieniu
odpowiedniego okrętu, przyjdź, proszę, do mnie — pewnie będę mógł ci go dostarczyć.

Klitoneos wyrwał rękę z dłoni Antinoosa.
— Jeżeli myślisz — powiedział z uporem — że mam choćby najmniejszy zamiar jeść i pić w

waszym towarzystwie, co oznaczałoby tolerowanie bezwstydnych złodziejstw w domu mojego
ojca, to bardzo się mylisz. Rada wcale nie wypowiedziała ostatniego słowa i ty dobrze o tym
wiesz. Nadto możesz być pewien, że jak dopłynę do piaszczystego Pylos, nie wyjdzie ci na dobre
to, co powiem królowi; jeślibym natomiast miał trudności w zdobyciu okrętu, ty byłbyś ostatni,
do kogo bym się zwrócił o pomoc lub poradę.

—  Jeśli chcesz się kłócić  —  rzekł Antinoos  —  miło mi będzie zaspokoić twe pragnienie.

Odtrącając moją rękę nie poprawiłeś swoich szans na długie życie.

Inni zalotnicy zaczęli drwić z Klitoneosa. Ktesippos krzyknął:
—  Gada odważnie o jeździe do Pylos, ale mnie się coś wydaje, że zamyśla inną podróż.

Pewnie jego celem jest Korynt, gdzie królowa Medea zostawiła swoją słynną szafkę z lekami:

background image

zamierza   przywieźć   pęcherz   śmiertelnej   trucizny   i   wycisnąć   zawartość   do   krateru,   kiedy
będziemy zbyt pijani, by to zauważyć.

Lejokritos przyklasnął:
— Słusznie, na Hermesa! Ale jaka by to była szkoda, gdyby Klitoneos już nigdy nie wrócił,

tak jak Laodamas! Musielibyśmy wtedy wysłać najmłodszego berbecia na poszukiwania i tylko
kobiety rządziłyby pałacem. Gdyby zaś berbeć wypadł za burtę, bylibyśmy zmuszeni pokrajać
cały majątek i rzucać kości o udziały. Ja mam na oku sad, bo służy dwom celom: jako zapas
owoców i teren sportowy. Na Heraklesa, książę, te twoje źrebice to doskonałe skoczki. Czy sam
je ujeżdżasz?

Żarty Lejokritosa umocniły moje obawy, że zalotnicy będą próbowali zabić ojca w drodze

powrotnej i wygubić wszystkich mężczyzn naszego rodu.

Nie odpowiadając Klitoneos wszedł do domu i odwołał Eurykleję na bok.
— Nianiu — powiedział — trzeba mi dwunastu dzbanów wina, nie najlepszego, ale dobrego,

i dwunastu mocnych skórzanych worów tłuczonego jęczmienia — po dwanaście miar w każdym.
Za radą wuja Mentora jadę wezwać ojca z piaszczystego Pylos. I zrozum: póki nie wypłynę z
przystani, nie wolno puścić o tym pary z ust, nikomu, nawet matce.

Eurykleja wybuchnęła płaczem.
—  Dziecko moje najdroższe, ty także?  —  beczała.  —  Zostawiasz nas całkiem bezbronne?

Któż   powstrzyma   tych   bezwstydnych   młodych   panów   od   wymordowania   nas   w   łóżkach   i
splądrowania pałacu?

— Będzie was tu strzegł wujaszek Mentor. On jest radnym i bratem królowej, a któż ośmieli

się   was   skrzywdzić,   kiedy   on   zarządza   domostwem?  Włości   pewnie   ucierpią,   ale   może   ich
pilnować dziadek, a pracownicy są lojalni. Tak samo główni pasterze z wyjątkiem Melantiosa.

— Ach, ten hultaj Melantios! —  krzyknęła.  —  Dziś rano musiałam go wziąć za kark i

wyrzucić kopniakiem ze składu. A jego córunia Melanto to dopiero nierządnica! Najgorsze, że za
jej   przykładem   poszło   kilku   innych   dziewczyn.   Wczoraj   piły   pod   arkadami  —  trzymały
mężczyzn za ręce, dawały się całować i kopały nogami pod stołem. Podglądałam je przez okno.
Po pewnym czasie wymknęły się przez boczną furtkę do ogrodu i dalej gzić się z zalotnikami w
bujnej trawie. Ładne zachowanie, słowo daję, jak na szlachetnych młodzieńców, którzy niby to
starają się o rękę  twojej  siostry:  łajdaczą się z  jej  służącymi!  A kto będzie chował  bękarty,
których napłodzą? Powiedziałam o tym królowej, a ona na to: „Biedaczki, krótkotrwałą wybrały
sobie przyjemność. Afrodyta jest potężną boginią i któż może się jej oprzeć? Te dziewczęta nie są
już dziećmi, wiedzą, że źle robią. Teraz już późno. Zniszczone dziewictwo nie da się naprawić”.
Oj, moje dziecko, robisz bardzo niemądrze, że nie mówisz matce, dokąd jedziesz.

— Obiecałem wujowi nie mówić nikomu, nawet jej.
Weszłam w tym momencie, bo dotąd słuchałam pod drzwiami.

background image

—  Klitoneosie —  powiedziałam  —  postępujmy wobec siebie uczciwie. Skoro żadne z nas

nie   może   samo   podołać   tym   kłopotom,   jedno   musi   przypuścić   do   tajemnicy   drugie.   Miła
Euryklejo, zostaw nas samych. Nie chciałabym, żebyś słuchała sekretów, które prędzej by ci
serce rozsadziły, niżbyś je potrafiła zataić.

Eurykleja wyszła pociągając nosem, a ja nacisnęłam na Klitoneosa:
—  Bracie, czy naprawdę odjeżdżasz do piaszczystego Pylos, jak wieść głosi? Jeżeli tak,

czynisz bardzo głupio. Lecz jeśli płyniesz gdziekolwiek indziej, musisz mi powiedzieć  —  gdy
ręka rękę myję, obie są czyste.

— A powiesz mi za to jakąś poufną wiadomość?
Skrzywiłam się.
— Nie jesteśmy kupcami, którzy się targują — powiedziałam. — Jesteśmy bratem i siostrą,

którzy zetknęli się z groźną przewagą. Jeśli nie zaufamy sobie całkowicie, będziemy zgubieni.
Odpowiedz mi, co zaszłoby w Mykenach, gdyby Orestes i jego siostra Elektra każde na własną
rękę sposobili się do zakatrupienia uzurpatora Ajgistosa? Jeśli uważasz mnie za tchórzliwą czy
głupią albo myślisz, że nie potrafię dochować sekretu, powiedz tak od razu, a będę wiedziała, na
jakim stoję gruncie.

Klitoneos zaczął się usprawiedliwiać.
— Oczywiście wierzę w twoją dyskrecję — zawołał — rzecz jasna miałem zamiar powierzyć

ci swoje sekrety. W tej chwili chodziło mi o to, żeby Eurykleja nie mogła przypuścić, że wolę
zwierzyć się tobie niż matce, której nie śmiem powiedzieć, że odwołuję się do Haliosa. Jeden
Halios nam pozostał, bo ani wuj Mentor, ani ja nie możemy wymyślić nikogo innego.

— Ja sama zastanawiałam się, czy nie zwrócić się do Haliosa — rzekłam — ale tylko jako

ostatniej   deski   ratunku.   Spraszanie   tu   obcych   żołnierzy,   a   zwłaszcza   Sykulów,   wydaje   się
niebezpiecznym precedensem. Nawet jeśli wszystko się powiedzie, stworzy to wrażenie, że nasza
dynastia   rządzi   Elymami   na   zasadzie   siły,   nie   miłości;   umocniłoby   to   Fokajczyków   w   ich
buntowniczym spisku. Ponadto, chociaż tęsknię za tym, by znowu móc uściskać Haliosa, i choć z
miłości jest on winien naszej matce posłuszeństwo, to na pewno nie zapomniał przekleństwa
rzuconego   za   nim,   gdy   odchodził.   Co   pogarsza   jeszcze   sytuację:   nie   on   był   winien
barbarzyńskiego   zamordowania   rybaka.   Ktesippos   zabił   tego   biedaczynę,   jak   przypadkowo
odkryłam przed paroma miesiącami.

— Naprawdę? Czemuś nic nie mówiła?
— Próbowałam, ale jak tylko wymieniłam imię Haliosa, ojciec wpadł w taką wściekłość, że

nie mogłam wyrzec ani słowa. Powiedziałam sobie:  „Po co wcierać sól w na wpół zaleczone
rany?   Halios   to   już   nie   bezdomny   włóczęga,   poślubił   córkę   minojskiego   króla   i   będzie
przypuszczalnie spadkobiercą tronu. Jest niewątpliwie szczęśliwy i musi już do tej pory myśleć i
działać jak Sykul, a nie jeden z Elymów”. Brakło mi także niezbitego dowodu, że Ktesippos

background image

zamordował rybaka. Miałam tylko wyznanie umierającej kobiety, którą, jak się zdaje, Ktesippas
przekupił, by świadczyła przeciw Haliosowi. Powiedziałam wszystko, co wiedziałam, matce, a
ona zgadza się, że nic nie można robić, żeby naprawić niesprawiedliwość.

— Sądzisz więc, że nie powinienem jechać?
— Ile czasu ci zajmie podróż do Minoi?
—  Jeżeli   wiatr   się   nie   zmieni,   dwa   dni   o   wiosłach   i   żaglach.   Musimy   zrobić   jakieś

osiemdziesiąt   do   dziewięćdziesięciu   mil.   Powrót   zajmie   o   wiele   więcej   czasu,   skoro   mamy
borykać się z przeciwnym wiatrem.

— Ponieważ jest nieprawdopodobne, żeby Halios mógł zaopatrzyć cię w eskadrę okrętów w

tak krótkim terminie, wracaj lepiej lądem. Twoje pojawienie się musi być niespodzianką. Halios
odstawi   cię   niezawodnie   do   granicy,   gdybyś   zaś   wracał   morzem,   załoga   mogłaby   złożyć
przeciwko tobie oskarżenie w Radzie o pertraktacje z wrogiem. Będę oczekiwała cię w domu za
siedem dni, ufając w dalszą łaskawość Ateny. Idź drogą wiodącą środkiem kraju, spotkamy się na
Eumajosowej   świńskiej   farmie.   Jeżeli   nie   będzie   mnie   nigdzie   w   okolicy,   płacz  —  wiedz
wówczas, że na pewno albo nie żyję, albo mnie uprowadzono.

— Co chcesz, żebym ci przywiózł z Minoi?
— Groźbę najazdu Sykulów, jeśli zalotnicy nie opuszczą bezzwłocznie pałacu i w pełni nie

wynagrodzą nam strat.

— Ale jeżeli Halios odmówi takiej groźby?
— Nie odmówi.
—  A jeśli uda nam się pożyczyć okręt, co nie jest wcale pewne, jakie rozkazy mam dać

załodze, gdy dopłyniemy do Minoi?

— To pozostawiam tobie, ale muszą trzymać się z dala od Drepanon co najmniej jeszcze dwa

do trzech dni po twoim powrocie.

Klitoneos, chociaż jest uparty, daje się urobić. Nie mając własnych pomysłów a tylko pałając

oburzeniem, przekonał się, że mój plan zgadza się z planem Mentora, i był gotów robić, co mu
podsunęłam. Bezpośrednie zadania: gdzie pożyczyć okręt i skąd zdobyć załogę, komu można
powierzyć Argosa i Lajlapsa na czas jego nieobecności  —  pochłaniały go tak bez reszty, że
zapomniał zapytać mnie, dlaczego mam tyle wiary w powodzenie albo jak zamierzam spędzić
czas między jego powrotem a powrotem okrętu. Ale postanowiłam działać uczciwie — Klitoneos
pozna Ajtona Kreteńczyka dostatecznie prędko. Aż do tego czasu wydawało mi się bezcelowe
obciążanie jego głowy zamysłami, które nawet w mojej nie rysowały się wyraźnie.

Klitoneos miał nieoczekiwane szczęście. Zdarzyło się, że pewien szlachetny młodzieniec,

członek naszego plemienia, imieniem Noemon, mógł udostępnić mu okręt. Ten długonogi blady
chłopiec zakochał się we mnie, a przyszło mu na myśl, że pożyczając Klitoneosowi okręt, który
leżał wciągnięty na brzeg w opuszczonej części południowej przystani, oraz kryjąc całą sprawę

background image

przed Antinoosem i Eurymachem będzie mógł wyrazić swoją lojalność wobec naszego domu i
wobec mnie i być z nami na dobrej stopie, gdy skończą się te kłopoty. Na swoje nieszczęście
zlekceważył   jednak   moje   ostrzeżenie,   by   omijał   pałac;   chociaż   powiedział   poufnie   wujowi
Mentorowi, że jest gotów zapłacić za wszystko, co zjadł i wypił, a przyszedł tam tylko w nadziei
choćby przelotnego ujrzenia mnie w oknie.

Czułam   pewien   żal   a   zarazem   wdzięczność   wobec   Noemona,   który  miał   ogromne,

wyłupiaste,   zajęcze   oczy,   ale   nie   mógł   on   już   nigdy   zostać   moim   mężem.   Poprzysięgłam
uroczyście na boginię podziemi, Hekate, przed którą sam Zeus czuje grozę, że nie poślubię
żadnego mężczyzny, co wszedł w nasz dom nie proszony i nadużył naszej gościnności.

No, więc dobrze: mieliśmy potrzebny okręt. Eurykleja zaopatrzyła go w prowiant; wujaszek

Mentor zaciągnął załogę; a tak pieczołowicie dochowano tajemnicy, że po kilku godzinach, kiedy
zalotnicy   hulali   pod   arkadami,   Klitoneos   wymknął   się   z   pałacu   przez   furtkę   ogrodową,
pośpieszył do przystani, wszedł nie nagabywany przez nikogo na pokład i niebawem dziarsko
pomykał o wiosłach i żaglu na południowy wschód. Nasi wrogowie dostrzegli jego nieobecność,
kiedy już było za późno, a przyprawiła ich ona o nie lada zmartwienie. Antinoos i Eurymach
pysznili się, że nikt nie ośmieliłby się pożyczyć Klitoneosowi nawet czterowiosłowej łodzi albo
że przynajmniej potrafią zatrzymać okręt w porcie strasząc załogę. Bynajmniej nie pragnęli, żeby
doszło   do   króla,   jak   się   rzeczy   mają   w   domu:   cóż,   gdyby   zwerbował   zbrojną   pomoc   w
piaszczystym   Pylos   i   przypłynął   z   karzącymi   oddziałami?   Zamierzali   go   zabić,   gdy   nie
podejrzewając niczego postawi nogę na nabrzeżu. Teraz muszą zmienić plany. Nie mogli jednak
otwarcie   obwiniać   Noemona   nie   zdradzając   się   przy   tym,   a   dla   większości   zalotników   to
beztroskie   grabienie   nas   z   bydła   i   wina   było   wciąż   jedynie   żartem  —  na   koszt   nadmiernie
oszczędnego króla, który wydał zaproszenie i zapomniał go odwołać przed wyjazdem. Tak to
Noemon pozostał nieświadom, że zadał dotkliwy cios naszym wrogom. Postanowili oni wystawić
posterunki   wzdłuż   całego   brzegu,   żeby   dały   znać   sygnałami   dymnymi   o   zbliżaniu   się
królewskiego okrętu — można go było rozpoznać po dziobie w kształcie konia morskiego i po
żaglu w purpurowe pasy. Pośpieszą wówczas na okrętach, by się zaczaić na niego opodal Motji.

Nazajutrz moja matka przywitała mnie z ironią i zwolniwszy służebne spytała:
— Kto namówił Klitoneosa na tę wyprawę? Ty czy Mentor? A może oboje?
Ponieważ nigdy nie udało mi się zwieść mojej matki, powiedziałam:
— Wuj Mentor to ułożył i kazał Klitoneosowi przyrzec, że nikomu nie powie. Nawet tobie

ani mnie.

— Nawet, jak przypuszczam, Euryklei?
— Eurykleja musiała go zaopatrzyć w jęczmień i wino.
Westchnęła.
— Ale, oczywiście, nie jedzie do piaszczystego Pylos?

background image

— Dlaczego mówisz „oczywiście”?
— Czy ośmieliłby się stanąć przed ojcem nie przynosząc ode mnie wieści? Prócz tego moje

dochodzenia   wykazują,   że   sternik,   którego   Mentor   najął,   jest   biegły   tylko   w   żegludze
przybrzeżnej; Klitoneos nie ryzykowałby płynięcia przez Zatokę Jońską ze sternikiem, który jej
przedtem nie przepłynął co najmniej tuzin razy. Zaś jego obawa przed zwierzeniem się mnie
znaczy, że nie chce sprawić mi kłopotu prośbą, bym zezwoliła na pewne czyny, których ojciec by
zakazał. W rzeczy samej pojechał do Minoi — mam rację?

Skinęłam głową.
— No — westchnęła — jedynie lojalność wobec twego ojca nie pozwala mi pochwalić jego

męstwa.

Wujowi Mentorowi nie powiedziała nic. Chadzał on teraz ze strażą przyboczną złożoną z

dwóch zbrojnych w rzeźnickie noże sykulskich niewolników, którzy bardzo przywiązali się do
niego. Zalotnicy pilnowali się, żeby go nie znieważać, gdy Sykulowie mogli słyszeć, ale po paru
dniach Agelaos podbechtany przez Eurymacha ważył się wejść do sali tronowej, sięgnąć po
królewskie berło i usiąść na tronie. Moja matka podskoczyła zza swych krosien i krzyknęła ostro:
— Zejdź mi natychmiast z tronu, chłopcze! To nie jest zwykłe krzesło. Niech no ja cię jeszcze raz
przyłapię!...

Podbiegła do niego, dała mu po uszach i ściągnęła na ziemię za nogi. Nie widząc nigdy

przedtem mojej łagodnej, królewskiej, pięknej matki w gniewie, Agelaos był tak zaskoczony, że
kiedy się znalazł na marmurowej podłodze, z potłuczonym grzbietem, dźwignął się na nogi i
wyszedł błędnym krokiem. Wstyd mu nie pozwolił opowiedzieć tej przygody przyjaciołom, ale
od tej pory tron wydawał mu się nie mniej straszny niż ogniste krzesło oplecione wężami, na
którym Tezeusz (inny zuchwały uzurpator) znosi wieczne męki nałożone nań przez Persefonę,
królową Piekieł.

Był to dla zalotników dzień łowów na dzika. Doniesiono, że w górskiej gęstwinie o jakieś

dwie   mile   od   Drepanon   jest   wielkokływy   odyniec,   i   zalotnicy   wyruszyli   wcześnie,   by   go
wytropić. Nie będę opowiadała szczegółów polowania, wspomnę tylko tyle, że biedny Lajlaps —
Antinoos bowiem wypożyczył  sobie na tę okazję Argosa i Lajlapsa  — chwyciwszy  dzielnie
odyńca   za   ryj,   padł   z   rozprutym   brzuchem...   niechby   to   się   było   przydarzyło  Antinoosowi!
Ponieważ zaś, niezdary, w zbyt wielkim pośpiechu obstawili gęstwinę, dzik zemknął i poczynił
znaczne szkody w zbożach i winnicach — na szczęście nie na pałacowej ziemi! — aż dopiero
nasz   owczarz   Filojtios   spotkawszy   go   przypadkiem   w   wąskiej   alejce   zdobył   sobie   chwałę
bystrym rzutem oszczepu.

Służba   zalotników   przygotowywała   tymczasem   zwykły   ogromny   posiłek   na   dziedzińcu

ofiarnym. Wywnioskowałam z podsłuchanych strzępów rozmowy, że ponieważ Eumajos ostatnio
nie chciał już dawać wieprzków, kazano brać je od niego siłą; że tego ranka doszło do bójki z,

background image

Filojtiosem, który otwarcie odmówił dalszej dostawy owiec i kóz, i że jego kuzyn został ciężko
ranny w głowę. Nie słyszałam żadnych wieści o żebraku mieszkającym na Eumajosowej farmie,
ale byłam pewna, że Ajton przestrzegał mych wskazówek i rozsądnie trzymał się na uboczu. Był
on   bowiem   urodzonym   zapaśnikiem,   szermierzem,   który   mógłby   rozpędzić   tę   hałastrę   sług
zwykłą wiązką chrustu, jeśliby miał po temu ochotę. Jego pewne oko i muskularne ramiona...
Ostrożnie   wybadawszy   samą   siebie   rozstrzygnęłam,   że   musiałam   się   niekiepsko   i   szczerze
zakochać, bo inaczej czemu bym pokładała taką ufność w siłę Ajtona i jego męstwo? Czułam się
troszeczkę dziwnie: nie niepewna siebie, tylko zmieszana. Odkąd życie i honor Ajtona zaczęły
dla mnie ważyć tyle, co moje własne, miałam (że się tak cudacznie wyrażę) zarówno wewnętrzną
jak i zewnętrzną duszę. Dobrze więc było pamiętać, że potraktowałam go twardo, co muszę i
dalej czynić, to później, gdyby Atena dała nam zwycięstwo nad wrogami, a ja zgodziłabym się
zostać   jego  żoną,   nigdy  by  mną   nie   pomiatał,   choćbym   nie   wiem   jak   otwarcie   go   kochała.
Wkrótce znowu się spotkamy, jeśli wszystko pójdzie dobrze, i wtedy będę mogła się przekonać,
czy pierwsza korzystna ocena jego zalet nie była pomyłką...

Rozmyślanie   moje   przerwały   wrzaski   z   dziedzińca   ofiarnego  —  to   wpadli   myśliwi.

Schroniłam   się   na   wieży,   żeby  ich   uniknąć.   Eurymach   stąpnął   w   błotnistą   kałużę,   w   której
wytarzał   się   odyniec,   a   teraz   wtargnął   brutalnie   z   brudnymi   nogami   do   mieszkania   kobiet
służebnych żądając, aby go umyto. Moja matka znajdowała się w sadzie i wydawała polecenia
ogrodnikowi, wuj Mentor wyszedł na ulicę i oglądał zaprzęg mułów wystawionych na sprzedaż;
nie było więc w domu nikogo z rodziny oprócz Ktimeny. Ja bym przegoniła Eurymacha, ale ona,
widocznie wdzięczna, że wstawiał się za nią, kazała Euryklei przynieść gorącej wody i obsłużyć
go.   Eurykleja   zna   swoje   miejsce   i   nie   sprzeciwiła   się   rozkazowi,   jednakże   posłuchała   go   z
jawnym   niesmakiem.   Nalała   cebrzyk   zimnej   wody   do   dużej   miedzianej   miednicy   i   posłała
dziewczynę do kuchni po gorącą. Kiedy wszystko było przygotowane, Eurymach usadowił się na
stołku i wsadził obie stopy do miednicy.

— Jesteś bardzo milcząca, stara damo — szydził.
— Mało mam do powiedzenia, szlachetny młodzieńcze.
— A także nadąsana.
— Ganisz mnie? — Eurykleja wzięła szczotkę, chwyciła go za nogę i zaczęła szorować brud.
— Ojoj! — wrzasnął. — Przestań! Czy chcesz mnie żywcem obedrzeć ze skóry? Co to za

szczotka?

— Twarda szczotka do czyszczenia wieprzy. Czy spodziewałeś się, że wezmę gąbkę mojej

pani?

Nagle krzyknęła, puściła nogę, ucapiła brzeg jego chitonu i palcem oskarżająco wskazała

schludną cerę. Pięta Eurymacha uderzyła w brzeg miednicy, która się przewróciła i zalała pokój
brudną wodą.

background image

Złapał ją za gardło.
— Jeśli się ośmielisz!... — wymamrotał krwiożerczo.
Ktimena, która stała przy oknie, nie zrozumiała, co się stało.
—  A to co takiego, Euryklejo! —  zawołała.  —  Czyś ty zwariowała? To tak się przyjmuje

człowieka szlachetnego rodu? Najpierw szorujesz mu stopy niemal obdzierając ze skóry, a potem
puszczasz jego nogę i przewracasz miednicę? Uważaj, bo każę cię wychłostać, chociaż masz
siwe włosy!

— A jak nie będziesz trzymać swojej bezzębnej gęby na kłódkę — krzyknął Eurymach —

możesz dostać coś gorszego niż chłostę, możesz zadyndać na sznurze pod krokwią!

— Panie mój, będę na przyszłość bardzo ostrożna — wyjąkała Eurykleja udając straszliwie

przerażoną. — Będę milczała jak kamień albo bryła żelaza.

—  Możesz liczyć na jej zupełne oddanie, panie Eurymachu  —  zawtórowała Ktimena.  —

Przynieś no mi zaraz więcej ciepłej wody, Euryklejo, i miękką tkaninę!

Rzecz w tym, że Eurykleja rozpoznała cerę jako swoje własne dzieło, a chiton jako jeden z

trzech, które wziął Laodamas przed swoim zniknięciem. Ale skąd znalazł się u Eurymacha?
Morderstwo?

Skoro wymuszona obietnica nie jest obietnicą, Eurykleja bezzwłocznie mi o tym doniosła i

spytała, czy moja matka i Ktimena powinny się także dowiedzieć.

—  Ktimenie nie wolno powierzać sekretu  —  rzekłam.  —  A będzie może najlepiej, jeśli

zaczekamy na powrót Klitoneosa, zanim powiemy cokolwiek matce. Musimy złagodzić ten cios.

— Sądzisz więc, że Laodamas?...
Przytaknęłam zgnębiona.
— Niech no Eurymach poprosi jeszcze raz o umycie! — zawołała. — Wezmę sieć i topór i

zarąbię go, jak Klitajmestra Agamemnona. Serce mi w piersi warczy jak suka ze szczeniętami,
gdy zbliża się ktoś obcy.

— Nie, kochana Euryklejo, krwawa zemsta należy do Klitoneosa i do mnie. Jeśli będziemy

zwlekali, duch mojego brata będzie nas bezlitośnie dręczył; w istocie, to na pewno on wniósł do
pałacu wszystkie ostatnie nieszczęścia. Poprosimy cię, gdy będą nam potrzebne twe usługi.

background image

STARA BIAŁA MACIORA

W lecie, jak przypomniałam wujaszkowi Mentorowi, najlepszą porą, żeby się wymknąć z

pałacu   niepostrzeżenie,   jest   godzina   po   północy,   kiedy   wszyscy   oprócz   odźwiernego   śpią,   i
godzina po obiedzie, gdy wszyscy, z odźwiernym włącznie, zażywają sjesty. Wybraliśmy czas
sjesty. Powiedziałam matce, dokąd się udajemy i po co. Ucałowała mnie czule, ale powiedziała
tylko:

— Trzeba będzie wmówić w Ktimenę, że leżysz z niebezpieczną gorączką.
—  Żebyż to Halios nam pomógł!  —  wymamrotał wujaszek, kiedy przechodziliśmy koło

stajni trzymając się pod osłoną oliwek. Mieliśmy oboje mocne buty i odzienie używane przy
cięższych   robotach:   ciemnawą   baję   nie   ozdobioną   żadnym   obszyciem,   które   świeci   lub
połyskuje. On wziął z sobą miecz i torbę z prowiantem, ja miałam sztylet ukryty pod suknią.

Zdołaliśmy dotrzeć do naszej prywatnej przystani nie zauważeni. Łódka była przygotowana i

powiosłowaliśmy   w   niej   przez   południową   zatokę   do   odleglejszego   brzegu,   omijając   w   ten
sposób bramy miejskie. Potem udaliśmy się w głąb kraju i dzięki łasce Ateny nie napotkaliśmy
ani żywej duszy w drodze przez bagna. Niebawem po naszej lewej ręce zostało miasto Eryks i
znaleźliśmy się na łagodnie wznoszącym się trakcie do Hyperei a dalej do świątyni Afrodyty.
Słońce doskwierało upalnie, lecz była to wędrówka, z której nie mogliśmy zawrócić, chociaż pot
spływał mi z czoła i ciekł strumyczkami po zakurzonych policzkach.

— Wujaszku — powiedziałam w końcu — kiedy byliśmy z Klitoneosem mali i szliśmy na

piknik, podtrzymywałeś nas w drodze powiastkami. Moja ulubiona była o tym królu, który nie
chciał umrzeć. Opowiedz mi ją jeszcze raz.

— W tym skwarze i pod górę? Zdyszany jak pies po gonitwie?
—  Wezmę od ciebie torbę, jeżeli się zgodzisz. Chcę sobie przypomnieć czasy, gdy nic w

świecie mnie nie kłopotało.

—  No, już dobrze. Nie, kochanie, poradzę sobie również z torbą. Wkrótce znajdziemy się

wśród sosen słodko pachnących i może wtedy... Tak, król zwał się Ulisses. Mówią, że Ulisses był
wnukiem Autolikosa i przodkiem Fokajczyków.

background image

— Jak Odys.
— Jak Odys —  przyznał wuj  —  i dlatego niektórzy mieszają Odysa z Ulissesem. To jest

opowieść, jaką słyszałem od mistagogów z Egesty na wytłumaczenie baletu tańczonego tam u
szczytu nasilenia lata.

Autolikos   z   Fokidy   był   mistrzem   nad   mistrze   w   złodziejstwach.   Hermes   dał   mu   moc

przemieniania każdego zwierzęcia, które skradł, z rogatego w nierogate lub z czarnego w białe i
na  odwrót.  Chociaż  więc  Syzyf,  król  Koryntu,  jego  sąsiad,  zauważył,   że  stada  stale  mu  się
zmniejszają,   zaś  Autolikosowe   powiększają,   przez   całe   miesiące   nie   mógł   zaskarżyć   go   o
przestępstwo; wziął tedy pewnego dnia i wyrył pod kopytami wszystkich swoich bydląt znak w,
czy  też,   jak   niektórzy  mówią,   skrót   napisu:  „Skradzione   przez  Autolikosa”.  Tej   samej   nocy
Autolikos jak zwykle ukradł kilka zwierząt, a rankiem odbicia kopyt na drodze dały Syzyfowi
dostateczny   dowód,   aby   wezwać   świadków   kradzieży.   Zaszedł   do   stajen   Autolikosa,
zidentyfikował   skradzione   zwierzęta   za   pomocą   oznaczonych   kopyt   i   zostawiwszy   swoich
popleczników, by się kłócili ze złodziejem, popędził na drugą stronę domu, wszedł przez portal i,
gdy na zewnątrz gorzał zaciekły spór, uwiódł Autolikosową córkę, Antikleję, żonę Argiwczyka
Laertesa. Urodziła mu ona Ulissesa, a sposób jego poczęcia jest źródłem chytrości, którą zwykle
przejawiał, i przydomku „Hypsipylon”, co oznacza „z wysokiego portalu”.

Otóż kiedyś Zeus zakochał się w Ajginie, córce boga rzek, Asoposa, i przyjąwszy postać

achajskiego księcia uprowadził ją tajemnie. Asopos w żalu udał się na poszukiwanie Ajginy, a
najpierw odwiedziwszy Korynt zapytał Syzyfa, czy nie wie, gdzie ona przebywa.  „Wiem —
odrzekł Syzyf — lecz musisz zapłacić za tę informację zaopatrzeniem mojej warowni w wieczne
źródło”. Zgodził się Asopos na to i sprawił, że za świątynią Afrodyty zaczęło bulgotać źródło
Pejrene. „Znajdziesz swą córkę w objęciach Zeusa, w lesie, o pięć mil na zachód — rzekł Syzyf
— a powiem ci przy sposobności, że zapomniał zabrać ze sobą swojej wszechpotężnej broni.”

Asopos   ruszył   w   pościg,   zdybał   Zeusa   na   gorącym   uczynku   i   zmusił   go   do   sromotnej

ucieczki. Zeus jednak, gdy tylko znikł mu z oczu, przemienił się w głaz i stał nieruchomo, póki
Asopos nie przebiegł dalej. Wkradł się wówczas z powrotem na Olimp i zza osłony jego wałów
obsypał Asoposa piorunami. Biedaczysko dotychczas jeszcze kuleje od zadanych ran, a z łożyska
jego rzeki często można wydobyć kawałki węgla. Następnie Zeus kazał swemu bratu Hadesowi,
by   zabrał   Syzyfa   do   Piekła   i   tam   ukarał   go   na   wieki   za   zdradę   boskich   tajemnic.   Jednak
nieposkromiony Syzyf samemu Hadesowi nałożył kajdanki  —  namówił Hadesa, żeby wyjaśnił
mu sposób ich użycia, a wtedy zatrzasnął je szybko. W ten sposób Hades był więźniem w domu
Syzyfa spory kawał czasu — śmieszna sytuacja, bo nikt na świecie nie mógł umrzeć, nawet gdy
mu ścięto głowę albo rozszarpano na kawałki. Wreszcie Ares, bóg wojny, zagrożony w swoich
interesach, przybył pośpiesznie, uwolnił Hadesa i oddał mu w łapy Syzyfa.

Syzyf miał jednak jeszcze jedną sztuczkę w zanadrzu. Przed zejściem w Podziemia zabronił

background image

swojej żonie, Merope, pogrzebać ciało i przybywszy do Hadesowego pałacu udał się prosto do
Persefony ze skargami, że jako osoba nie pogrzebana nie ma prawa przebywać w jej dominium
—  powinien był zostać po tamtej stronie Styksu.  „Pozwól mi wrócić do wyższego świata  —
prosił — by załatwić sprawę pogrzebu i pomścić okazane mi lekceważenie. Moja obecność tutaj
jest wbrew prawu. Za trzy dni będę na twoje usługi”. Persefona dała się oszukać i uległa prośbie,
lecz skoro Syzyf znalazł się znów na słońcu, wyparł się swej obietnicy. W końcu poproszono
Hermesa, żeby zawlókł go w Podziemia.

— Ulisses dowiódł, że jest nieodrodnym synem Syzyfa — bo nie chciał umrzeć mimo stałej

wrogości wszystkich bogów i ludzi, których jego ojciec oszukał. Apollo pod postacią dzika natarł
na niego, kiedy polował na górze Parnas, i rozpruł mu udo tak jak Adonisowi. Ale choć Ulisses
nosił bliznę aż do śmierci i w rzeczy samej zdobył dzięki niej swe imię  — „Ulisses” bowiem
znaczy „zranione udo” — wyleczył się ziołem moly darowanym mu przez pradziadka Hermesa,
który jeden jedyny go ochraniał. Za radą Hermesa zwerbował bandę wygnańców i awanturników,
wziął okręt i uciekł z Grecji w nadziei założenia kolonii w strefie, nad którą Olimpijczycy nie
mają mocy. Zwiedzili wiele wysp: najpierw Ogigię, w której królowa Kalipso zwabiła Ulissesa
do ogromnej jaskini i zaofiarowała mu jabłko nieśmiertelności w zamian za to, że się  z nią
prześpi,   co   też   uczynił.   Nie  dał   się   jednak   oszukać   i   zjadłszy  jabłko  zjadł   też   trochę   moly,
przeciwdziałając   w   ten   sposób   śmiertelnemu   czarowi.   Stamtąd   popłynęli   do   Wyspy
Kimeryjczyków na krańcu Północy, gdzie noc i dzień spotykają się w półmroku, a masywne
lodowce,   jak   je   nazywają,   unoszą   się   na   morzu   otoczonym   mgłą   druzgocąc   okręty.   Rzucili
kotwice w przystani u Dalekich Bram, gdzie Charybda, córka króla ludożercy, zaprosiła go do
swego łoża; i byłaby wyssała jego krew i zjadła go na surowo owego wieczora, lecz miał w
oddechu zapach moly, więc zaniechała.

—  Stamtąd  pożeglowali  do Wyspy  Płaczu,  której   królowa,  Kirke, dobrze  go  przyjęła,  a

potem uderzyła różdżką, aby zamienić w prosię; ale jej czary nie miały mocy przeciw moly. A
stamtąd do Wyspy Syren, gdzie kobiety-ptaki słodko śpiewają pośród kości umarłych; on jednak
zakleił sobie i towarzyszom uszy woskiem. I na wyspę Ajolosa, gdzie wiatrami są ludzkie dusze;
królowa, która go przyjęła, próbowała ukraść mu duszę i uwięzić w skórzanym worze, ale znów
moly go zachowało. I do Wyspy Psów, gdzie śliczna Skylla przyjąwszy go za kochanka zmieniła
się nagle w sześć białych skowyczących psów z czerwonymi uszami. Psy gnały za nim z pianą na
pyskach, lecz moly sprawiło, że straciły trop. W końcu to samo ziele zachowało go od Białej
Bogini Ino, która usiadła na krawędzi pokładu jego okrętu przebrana za uroczą wodnicę, a potem
zarzuciła nań przepaskę i pociągnęła do pieczary w głębinę morza; mając moly w ustach Ulisses
nie   utonął.   Siedem   razy   w   swej   podróży   uniknął   śmierci   i   za   każdym   razem   składał   Ojcu
Zeusowi   ofiarę   przebłagalną   z   kozy.   Dotarł   do   Ogigii   na   dalekim   zachodzie,   gdzie   Nimfa
Lampetia pasie święte bydło Słońca. Ukradł je, jak to poprzednio uczynił Herakles, i odpłynął

background image

bezpiecznie, chociaż Nimfa Lampetia przywiązała go we śnie za włosy do wezgłowia łóżka i
wezwała swego brata Eurytiona, by mu uciął głowę. Lecz włosy rozwiązały się z węzłów, moly
bowiem   było   wszechmocne.   Wówczas   bogowie,   w   podziwie   dla   Ulissesa,   który   ofiarował
wszystkim   im   razem   ukradzione   bydło,   zaprosili   go,   by   zamieszkał   na   Olimpie,   bo   było
przeznaczone, że nigdy nie umrze.

Słuchając   jeszcze   raz   tej   opowieści   byłam   zaskoczona,   jak   moja   dziecięca   wyobraźnia

przeobraziła   ją,   mieszając   wypadki   i   wiążąc   je   ze   znanymi   widokami.   Dalekie   Bramy,   na
przykład, były przystanią i warownią Kefalojdion, w górę brzegu od Egesty, dokąd dawno temu
ojciec zabrał mnie w czasie jednego ze swych królewskich objazdów. Pałac Kirke to  był nasz
własny, ale jakoś umieszczony w środku Eumajosowej zagrody dla świń, a święte bydło słońca
było   cętkowaną   trzodą,   bardzo   cenioną   przez   ojca,   którą   piracka   załoga   próbowała   niegdyś
uprowadzić   znad   Rejtronu.   Wyspą   Ajolosa   była   Osteodes   leżąca   samotnie   na   północnym
zachodzie a widoczna przy dobrej pogodzie ze szczytu góry Eryks; ponieważ jest bezwodna,
nadaje się jedynie na polowanie na foki i łowienie homarów. A wyspą Kalipso była Pantellaria,
którą można dostrzec w wyjątkowo jasne dni, daleko od południa, w pół drogi do Libii.

— Co to jest moly? — zapytałam.
— Rodzaj czosnku z żółtym kwiatem.
— A ja sobie zawsze wyobrażałam, że jest śnieżnobiałe i pachnie jak kwietniowy cyklamen!

Czemu to takie sławne w magii?

— Zapewne dlatego, że ma złotawą barwę, nie tak jak inne rośliny, i rośnie szybciej, kiedy

ubywa księżyca, opierając się czarom rozmaitych podstępnych boginek, z którymi spotkał się
Ulisses. Sardela, również nie ulegająca działaniu księżyca, ma podobną zaletę, jej wątroba jest
więc doskonała przeciw złemu oku i czarownicom.

— Czy jesteś pewien, że opowiadałeś mi tę powiastkę dokładnie tak samo jak teraz?
— Z całą pewnością. I gdybym miał ją opowiadać dziesięć lat, ciągle bym nie zmieniał ani

słowa. To jest raczej mit niż babskie bajanie, jak o Konturanosie.

— Nie rozumiem.
—  Otóż mitografowie wyjaśniają, że jeden z korynckich królów nie chciał się zgodzić na

śmierć, kiedy skończyło się jego panowanie. W dawnych czasach wyznaczano króla na początku
roku, a pod koniec kastrowano go kłem dzika i czyniono zeń ofiarę Herze, bogini księżyca.
Jednak koryncki Ulisses stawił opór tradycji i panował bez przerwy osiem lat. On to ustanowił
doroczne Przekazanie Tronu, tak jak u nas, kiedy twój ojciec leży przez jeden dzień niby umarły i
składa Zeusowi w ofierze kozę a bóstwom Podziemi  wieprze. Odwiedziny siedmiu wysp są
alegoryczne,   oznaczają   jego   siedem   ucieczek   od   śmierci.   U   schyłku   ósmego   roku   Ulisses
powinien był zejść do świata podziemnego jak jego ojciec, Syzyf, ale z boskiego zrządzenia
pozwolono mu dożyć naturalnej śmierci. Mówiło się więc, że bogowie dali mu nieśmiertelność.

background image

Co dziewięć lat jednakże, by upamiętnić dawny zwyczaj, ofiarowywał Zeusowi cętkowanego
wołu zamiast kozy, co również czyni twój ojciec.

Wolałabym, niewdzięczna, żeby nie psuł opowieści wyjaśnieniami.
— Nie cierpię alegorii i symbolów. Ale, ale, wujaszku, co będzie, jeżeli król nie pojawi się na

Przekazanie Tronu?

—  Jego   miejsce   zajmie   regent,   choć   jest   to   uważane   za   zły   znak.   Możemy   się   więc

spodziewać, że twój ojciec wróci najdalej za trzydzieści dni, chyba że...

— Chyba że co?
— Och, Nauzykao, czasami myślę, że nikt z nas nie przeżyje tej próby!
Szliśmy z trudem pod górę, często przystając, bo podejście miało chyba nie mniej niż trzy

tysiące stóp. Ja rzadko zażywam wspinaczki, a wuj Mentor miał okaleczoną nogę  —  skutek
wypadku na rydwanie. Nie napotkaliśmy jednak nikogo, a widok stąd był wspaniały: wyspy
leżały przed nami rozpostarte niby te, które odwiedził Ulisses — Hiera, jadąca przed chwilą na
grzbiecie Ajgussy, odczepiła się nareszcie od niej i wyraźnie rysowała się na horyzoncie od
zachodu. Napiliśmy się z przydrożnego źródła i zjedliśmy trochę, i niebawem zobaczyliśmy
Hypereję znalazłszy się po zachodniej stronie szczytu, który, choć jest otoczony murem i zalicza
się do grodów, zamieszkuje obecnie niewiele rodzin. Paręset stóp niżej leży Krucza Skała, Źródło
Aretuzy i Eumąjosowa zagroda dla świń, do której się idzie niezmiernie wyboistą ścieżką. Och,
jakim strasznym szczekaniem powitały nas cztery dzikie psy Eumajosa! Wuj zawołał na niego,
żeby je odgonił; potem, gdy ruszyły ku nam dziko, cisnął laskę na ziemię i zmusił mnie, żebym
usiadła obok niego na skale.

— Bądź nieruchoma jak posąg — powiedział — bo cię rozszarpią na strzępy.
Na   szczęście   Eumajos   poznał   głos   wujaszka.   Wycinał   właśnie   dwa   podłużne   płaty

wyprawionej świńskiej skóry i wiercił dziury po rogach, by zrobić sobie sandały; cisnął jednak
skórę i puścił się pędem przez wrota za psami, złorzecząc i miotając w nie kamieniami. Chociaż
łasząc, się przybiegły mu do nogi, byłam bardzo przerażona! Bo, rozumiecie, Eumajosa co dzień
odwiedzali posłańcy od zalotników, z tym że nie bronił on psom traktować ich niczym sykulskich
bandytów,   zaś   każda   z   czterech   bestii   była   wielka   jak   cielak   i   uzębiona   niczym   wilk.
Usprawiedliwił się niezgrabnie i gdy kazał psom nas obwąchać, żeby wiedziały, że jesteśmy
przyjaciółmi, przyjęły od nas jedzenie, które mieliśmy w torbie, i zaczęły merdać ogonami.

Zagroda była przestronna. Jeden z jej kamiennych murów biegł wzdłuż pionowej przepaści;

inne miały z wierzchu palisadę z gałęzi dzikiej gruszy i były osłonięte zewnętrznym płotem z
dębowych sztachet ściśle z sobą powiązanych. Wewnątrz tego podwórza Eumajos wybudował
tuzin obszernych chlewów, gdzie w nocy spały maciory z prosiętami, a wieprze zapędzał do
przestrzeni między dębowym płotem a kamiennym murem. Kiedy zaprosił nas do swojej chaty,
serce zaczęło mi nagle łomotać w nadziei zobaczenia Ajtona i z obawy, że już go tu nie ma.

background image

Chata była ciemna, cuchnąca, bez okien, a zawierała tylko stół na kozłach, stołek i dwie duże

skrzynie na podłodze, przysypane słomą i służące za łóżka. Żona Eumajosa zmarła po urodzeniu
jedynego syna — tego chłopca, który przypędzał do nas wieprzki. Nie znać było w tym domu
kobiecej ręki. Przyszło mi na myśl, że grecki obóz pod Troją musiał być w nie lada brudzie
dziesiątego roku, o ile kobiety, branki zdobyte w podjazdach, nie wzięły się do porządków  —
uprzątając   odpadki,   które   zwabiają   pchły,   sadząc   kwiaty   i   krzewy   pachnące   wokół   chat,
czyszcząc   metalowe   rzeczy,   zamiatając   podłogi,   wprawiając   ramy   okienne   i   obciągając   je
pomazanym oliwą welinem, aby wpuszczały światło, a zatrzymywały wiatr. Ci pasterze świń
ubierali się tylko w skóry, w zimna używając owczych kubraków i takichże kołder; jedli jak
wieprze, spali jak wieprze i raczej chrząkali niż mówili; posiadali jednak prostą, przenikliwą
mądrość i byli o wiele bardziej ludzcy niż szlachetnie urodzeni panowie z Drepanon.

Eumajos czynił mi honory jako córce króla, aż tu ktoś stanął za mną w mroku i z trzaskiem

upuścił na ziemię ładunek chrustu. Skoczyłam chyba o stopę w powietrze, ale odwróciwszy się
poznałam Eumajosowego syna, który zebrał teraz naręcz słomy z jednego z łóżek, wymościł nią
rzucone wiązki chrustu, nakrył wszystko starą, wyleniałą kozią skórą i poprosił, bym usiadła.
Zrobiłam to z wielką przyjemnością, choć pchły już i tak żywcem mnie zżerały, a księżniczce nie
wypadało się drapać.

—  No, no —  rzekł Eumajos trąc zrogowaciałe dłonie.  —  Może posililibyście się z nami

wieprzowiną, chlebem i winem?

— Obiad jest niezły w obiadowej porze — roześmiał się wuj.
— Ale, na Kerdo, o włos uszliście moim psom! Szybko by załatwiły się z tobą, panie, i naszą

małą księżniczką, gdybyście potracili głowy: wtedy na mnie spadłaby odpowiedzialność. Jakbym
to ja nie miał i tak dosyć zmartwień: król wyruszył na poszukiwanie księcia Laodamasa, a książę
Klitoneos na poszukiwanie króla, a ci przeklęci szlachetni panowie zamierzają zrobić zasadzkę i
zabić ich obu w powrotnej drodze...

— Skąd ty o tym wiesz? — spytał ostro mój wuj.
— Powiedziała mi o tym stara biała maciora kilka dni temu — odrzekł Eumajos. — A potem

łotrzy   żądają   w   twoim   imieniu   najlepszych   wieprzy   i   grożą,   że   mi   poderżną   gardło,   jeżeli
odmówię. Wystarczy tego, by osiwieć. Uknuli także twoją śmierć, mój panie!

— Skąd o tym wiesz? — spytał mój wuj ponownie.
—  Dowiedziałem się od starej białej maciory. Pozwól, że ci teraz powiem coś naprawdę

godnego uwagi. Onegdaj przyszedł tu żebrak, psy nie szczekały — wiedząc, jak przypuszczam,
że jest przyjacielem, choć psy to głupie stworzenia; a stara biała maciora wstała na jego widok z
legowiska w błocie i podsunęła mu kark, żeby ją podrapał.  „Pani —  powiedziałem do niej po
sykańsku,   co   ona   uważa   za   należne   sobie  —  kimże   jest   ten   żebrak,   którego   tak   serdecznie
kochasz?” Ona zaś odparła na swój sposób: „Zabójca, dziki człowiek, mój wybrany szermierz!”

background image

— Czy ten żebrak jest tu jeszcze?
— Pasie wieprze pod dębami — rzekł Eumajos — a co lepsze, wymyślił sobie formingę z

żółwiej skorupy i kiszek zdechłego gronostaja i gra im pięknie, i śpiewa w obcym języku. Nie
chce powiedzieć, jak mu na imię i jak się zwie jego kraj, ponieważ zaś mam podejrzenie, że jest
jakimś bóstwem — Hermesem, a może Apollonem — nie śmiem go naciskać, aby to wyjawił.

—  Co stara biała maciora mówi o nim teraz?  —  spytał wuj, gdy Eumajos ruszył po koźli

bukłak z winem, krater z bluszczu i bukowe czarki.

— To samo, co na początku, panie.
— Czy zaprosisz go, by wziął z nami udział w tej znakomitej uczcie?
— Posłałem już swojego syna z tym zleceniem, panie.
Rzadko bywałam taka podniecona. Wróżby z ptaków, z wnętrzności byków, wykładane przez

kapłanów ze szlachetnych rodów i o długim doświadczeniu — wszystko to jest bardzo dobre, ale
ja mam krew sykańską, a Sykańczycy mówią:  „Stara biała maciora wie, w którą stronę wiatr
będzie wiał, a nigdy się nie myli”.

Usłyszeliśmy   odległe   brząkanie   formingi   i   słodką,   tęskną   melodię   z   wieloma

niespodziewanymi   ozdobnikami.   Choć   znałam   tyleż   języka   kreteńskiego,   co   moje   służebne
Greczynki   z   Sycylii,   rozpoznałam,   że   to   pieśń   miłosna,   i   zagryzłam   wargę,   by   stłumić
wzruszenie.  „Nauzykao —  rzekłam do siebie  —  bądź ostrożna! Nie zdradzaj się. Pokój jest
ciemny i odchyliwszy się do tyłu możesz schować twarz w cieniu, lecz panuj przynajmniej nad
głosem.”

Ajton  wszedł   i  okazał  tyle  zdrowego  rozsądku,   że  tylko   dwornie   skłonił   głowę  w  moją

stronę,   nim   pozdrowił   wuja.   Nosił   teraz   brudny,   podarty,   osmolony   chiton   pożyczony   od
Eumajosa i kubrak z nie wyprawionej skóry jeleniej.

— Mówi mi syn Eumajosa, panie — rzekł Ajton — że mam zaszczyt zwracać się do regenta

Drepanon, sławnego Mentora z Hiery. Te proste suknie, które noszę, niechaj cię nie zwodzą co do
mej pozycji: jestem w swym kraju osobą znaczną, a choć w obecnej chwili bogowie mnie karzą
za to, że wiodłem zbyt szczęśliwy żywot, ufam, iż niedługo zdejmą ze mnie przekleństwo i
powrócą na krzesło z kości słoniowej, z którego zostałem strącony.

Wuj podał Ajtonowi prawą dłoń i przedstawił go mnie. Skłonił się głęboko, a ja ledwo-ledwo

i w tym momencie Eumajos przeprosił i wyszedł, by wziąć się na nowo do sandałów. Nie chciał
drażnić wuja słuchaniem rozmowy lepszych od siebie.

Ajton uznał za stosowne powiedzieć prawdę o sobie.
— Nazywam się Ajton, syn Kastora — rzekł. — Jestem Kreteńczykiem z Tarry. Moja matka

była nałożnicą kupioną za wysoką cenę od piratów — mieszkanką Hiery i ze szlachetnego rodu.
Nazywa się Erynna, a mój ojciec kochał ją więcej niż swą prawnie poślubioną małżonkę...

Wuj Mentor wstał i uroczyście uściskał Ajtona.

background image

—  Czy   to  możliwe?  —  zawołał.  —  Żyje   ona   jeszcze,   moja   kuzyneczka   Erynna,   którą

sydońscy piraci ukradli, kiedy bawiła się piłką na wybrzeżu?

Tak, żyła i cieszyła się dobrym zdrowiem, gdy Ajton ostatni raz o niej słyszał, przed kilkoma

miesiącami.

Wszystko się pięknie składało, prócz tego, że już nie mogłam uważać Ajtona, który mnie

zawdzięczał życie i nadzieję bezpieczeństwa, za swoją osobistą własność. Był on teraz uznanym
krewnym i bałam się, że wuj odbierze mi podopiecznego.

— Opowiedz nam więcej, kuzynie Ajtonie — poprosiłam trochę pewniej.
— Ojciec mój poważał mnie na równi ze swymi prawowitymi synami, jednakże gdy umarł,

podzielili oni włości i rzucali losy o udziały, zaś dla mnie i matki wyznaczyli parę poletek i
zrujnowaną   chałupę.   Ja   jednak   zdobyłem   sobie   zręcznością   w   pięściarstwie,   zapaśnictwie   i
łucznictwie bogatą żonę i wkrótce mogłem spozierać z góry na swoich przyrodnich braci, jako
uboższych i  mniej  znacznych. Gdy żona przy przedwczesnym porodzie umarła zaczarowana
przez   szwagierkę,  ruszyłem  w  smutku  na  morze  i  zacząłem  najeżdżać   wybrzeża  Fenicji,   by
pomścić krzywdy mojej matki. Z trzech podróży wyszedłem bezpiecznie z potężnym zbiorem
skarbów i chociaż handel niewolnikami był mi wstrętny, nie wahałem się przed porywaniem
bogatych kobiet (które traktowałem dwornie) i zatrzymywaniem ich dla okupu. Pewnego dnia
syn króla Tarry zaprosił mnie, bym wziął udział w szeroko zakrojonym napadzie na Askalon. Na
nieszczęście zostaliśmy wyparci z miasta przez przeważające siły i przywieźliśmy do domu tuzin
rannych   towarzyszy,   zostawiwszy   jeszcze   taką   samą   liczbę   w   więzach.   Kiedy   król   Tarry
spróbował uczynić mnie odpowiedzialnym za tę klęskę, śmiało przemówiłem i oskarżyłem jego
syna, że obraził Askalończyków gwałceniem ich żon i córek, a także Heraklesa: grabieżą jego
skarbca. Zarzuciłem mu również, że nie wystawił straży na okrętach, nie zabronił surowo picia
wina na służbie — te wszystkie środki ostrożności ja zastosowałem. „Okręty znajdujące się pod
moją komendą — powiedziałem — nie straciły ani jednego człowieka z załogi i przywieźliśmy
do domu wiele sztab spiżu, sard i malachit”.

Wszyscy kapitanowie mnie poparli, a syn króla zaskarbił sobie królewską niełaskę. Owej

nocy napadł mnie w ciemnej alejce. Wydarłem mu miecz i wbiłem w brzuch. Ponieważ nikt nie
był świadkiem tego wydarzenia, oskarżono mnie o napaść.

Rada zaś nie chciała urazić króla, chociaż była przychylnie do mnie nastawiona. Zostałem

więc na osiem lat wygnany.

Jeden rok spędziłem w achajskim osiedlu u ujścia rzeki, która oddziela Królestwo Żydów od

Egiptu, i udawałem, że pochodzę z Cypru. Później pojmano mnie do niewoli w granicznej wojnie
z Egiptem i zostałem najemnym oficerem w armii faraona. W sześć lat później zgodziłem się
dowodzić   fenickim   okrętem   kupieckim,   który   podążał   do   Libii.   Skoro   tylko   okręt   ruszył,
właściciel   zasłyszawszy,   że   jestem   tym   samym  Ajtonem,   który   niegdyś   najechał  Askalon   i

background image

zrabował jego sztaby spiżu, rozebrał mnie z pięknych szat, dał mi zamiast nich łachmany i
wcisnął   wiosło   w   dłonie.   Dowiedziałem   się,   że   zamierzył   sprzedać   mnie   w   niewolę.
Przepłynęliśmy wzdłuż południowych wybrzeży Krety, daleko za rufą zostawiliśmy Tarrę  —
jakże mnie serce bolało na widok zarysu ukochanych wzgórz!  —  ale w cieśninach pomiędzy
Sycylią   i  Afryką   trafiliśmy   na   rozkołysane   morze   i   burzliwą   pogodę.   Grot   pękł,   a   kiedy
szamotaliśmy się, by zawrócić okręt dziobem do wiatru, targnęła nim potężna fala i zaczęliśmy
nabierać   wody   szybciej   niż   mogliśmy   ją   wyczerpywać.   Straciłem   już   wszelką   nadzieję   na
uratowanie życia, gdy raptem nadpłynął szybki koryncki okręt i stanął o pięćdziesiąt metrów po
stronie   nawietrznej,   nie   śmiąc   przybliżyć   się   do   nas   z   obawy  przed   zderzeniem.  „Toniemy,
toniemy!” — wrzeszczeli Fenicjanie we własnym języku. „Czy jest tam jaki grecki żeglarz? —
krzyknął koryncki kapitan.  —  Jeżeli jest, to niechaj skoczy w morze i chwyci się tej liny!”
Umocował koniec długiej liny przy podstawie masztu i cisnął ją z wiatrem. Skoczyłem przez
burtę,   śmiało   podpłynąłem,   chwyciłem   się   liny   ratowniczej   i   wyciągnięto   mnie   na   pokład.
Wówczas Koryntczyk zawrócił opuszczając Fenicjan, by się potopili.

Oczekiwałam, że Ajton opowie resztę wydarzeń tak, jak ja je słyszałam — że w okręt uderzył

piorun, a jego wyniosła woda na brzeg przy Rejtronie. Wiedział on jednak, że nie chciałabym, by
wuj zaczął zadawać kłopotliwe pytania, wymyślił więc powiastkę o tym, jak koryncki kapitan
również postanowił sprzedać go w niewolę; jak w połowie wybrzeża w kierunku Motji dobili do
brzegu, żeby nabrać wody, zostawiwszy go mocno skrępowanego pod ławkami.

— Udało mi się rozwiązać silnymi zębami — rzekł Ajton — popłynąłem na brzeg i ruszyłem

ku wzgórzom. Bogowie skierowali moje stopy wyboistą drogą, aż doszedłem do chaty tego
szlachetnego   świniopasa.   Panie   mój,   Mentorze,   byłem   niegdyś   bogaty,   a   chociaż   teraz
zubożałem,   może   potrafisz   domyślić   się   plonów  przejrzawszy  ścierniska.   Uniknąłem   czarnej
śmierci w morzu i niewoli, która gorsza jest niż śmierć, i oto jestem, dobry kuzyn, na twoje
rozkazy. Jeśli odważne serce, mocne ramię do miecza i celne oko mogą przydać się na coś tobie i
mojej   kuzynce,   księżniczce   Nauzykai,   w   waszych   obecnych   nieszczęściach,   wiedz,   na   kim
możesz   polegać.   Eumajos   opowiedział   mi   o   okrutnych   łotrach,   którzy   knują   zburzenie
królewskiego domu.

Wuj powziął nagłą decyzję.
— Ajtonie — rzekł — twoje zalety są zaletami naszego plemiona: twoje męstwo jest naszym

męstwem,   duma   naszą   dumą.   Za   pozwoleniem   twoim   i   mojej   siostrzenicy   mam   zamiar
powiadomić zalotników, że mój  szwagier, król, przysłał cię z piaszczystego Pylos, abyś został
małżonkiem   Nauzykai;   że   ona   się   na   to   zgadza;   że   ja   się   zgadzam;   i   że   oni   nie   mają   już
wymówki, aby koczować na naszych dziedzińcach. Oświadczenie to, rozumiesz, będzie tylko z
konieczności. Choć byłbym naprawdę szczęśliwy, gdyby król cię przyjął na zięcia, nie mogę
ręczyć za nic w tym rodzaju. Nadto obiecał on mej siostrzenicy, że jej nie będzie zmuszał do

background image

wybrania   męża,   wobec   którego   czułaby   niechęć,   a   kto   wie,   czy   ona   podziela   moje   wielkie
wyobrażenie o tobie? Dodam więc, że posłałeś po wiano na Kretę i że ślub tymczasem nie może
być   dopełniony.  Umożliwi  nam  to, jeśli  tylko  pójdzie  dobrze,  odsunięcie  na  czas  jakiś tych
wszystkich kłopotów. Teraz muszę już iść, zostawiając Nauzykaę pod twoją opieką, póki mój
siostrzeniec Klitoneos nie zjawi się tu na umówione spotkanie, co może nastąpić dziś w nocy.
Popłynął on do Minoi w nadziei, że uzyska zbrojną pomoc od swego brata Haliosa.

— Przyjmuję to zadanie z ochotą. Jakie są dla mnie zlecenia?
— Jeśli zalotnicy zrobią, jak poproszę, przyślę tu haftowane szaty i piękne czerwone obuwie,

byś zrobił dobre wrażenie, gdy się pojawisz. Jeżeli nie, trwaj tutaj w ukryciu, póki zamiast szat
nie przyślę broni i zbroi. Kiedy zaś będziesz mu towarzyszyła, Nauzykao, wepnij lepiej we włosy
moly, a nie róże, i natrzyj mu tym zielem ręce, aby go Hermes strzegł. Ale bez względu na to,
jaką przyślę wieść, dajcie mi jak najprędzej znać, co Klitoneos przyniósł od Haliosa. Wypiszcie
to nożem na kawałku kory i dajcie synowi Eumajosa, by ukrył w swej sakwie pod chlebem i
serem. Ufajmy bogom!

— Czekaj, odpocznij. Zapominasz o obiedzie.
— Nie mogę czekać. Jest jeszcze jedzenie w torbie, zjem sobie w drodze, a nie czuję już w

nogach zmęczenia — poniosą mnie z góry niby obute w skrzydlate sandały Hermesa.

Pocałował   mnie   czule,   uścisnął   dłoń  Ajtona   i   poszedł   powiedzieć   Eumajosowi,   że   ze

względów bezpieczeństwa pozostanę w jego chacie i nikt oprócz domowników nie śmie wiedzieć
o mojej tu obecności.

Patrzyłam za nim, póki nie zniknął, i westchnęłam lekko. Kiedy wróciłam do chaty, Eumajos

płakał, lecz nie chciał powiedzieć czemu.

background image

STRZAŁY OD HALIOSA

Tego wieczora, po zapędzeniu macior i prosiąt, chrząkających posępnie i kwiczących, do

rozlicznych chlewów a wieprzy do zagrody, Eumajos, jego syn, Ajton i ja siedzieliśmy razem
pijąc wino w chacie na godzinę przed kolacją, gdy tymczasem zwierzęta stopniowo przestały
hałasować i umościły się na noc. Kolacja była wyśmienita, bo na moją cześć Eumajos wybrał pod
nóż najlepszego wieprzka, który kwiczał, że aż za serce rwało. Przywleczono zwierzę do ogniska,
gdzie płonął już wielki stos suchego drzewa. Eumajos wystrzygł i rzucił w ogień kępkę szczeci,
modląc   się   przy   tym   do   nieśmiertelnych   o   szybkie   połączenie   naszej   rodziny   i   szczęśliwe
zakończenie  —  jak to rzekł oględnie  — „kłótni o zamążpójście księżniczki”. Wywinął potem
wiązką drzewa i wyrżnął nią w podstawę czaszki wieprza powalając go bez czucia, za czym jego
syn poderżnąwszy gardło zwierzęciu osmalił je, obdarł ze skóry i biegle oprawił. Na podściółce
tłuszczu położono po plasterku mięsa z każdej ćwierci, posypano mąką jęczmienną i rzucono w
płomienie na ofiarę bogini Kerdo. Gdy mięso zostało pocięte na małe kwadratowe kawałki na
pniu do rąbania — pionowo ustawionej sosnowej kłodzie — usiedliśmy wszyscy w kucki wokół
ognia z drewnianymi szpikulcami w dłoniach i piekliśmy soczyste kęski. Eumajos opowiedział
wówczas Ajtonowi dzieje swego życia, które znałam dotąd tylko we fragmentach.

— Będąc z pewnością nie gorzej urodzonym niż ty, panie — zaczął — wywołałem zazdrość

bogów jeszcze za młodu. Ktezjos, mój ojciec, rządził w dwóch jońskich miasteczkach, Syrako i
Ortygii, z których drugie jest pobudowane nad wielką przystanią na wschodzie Sycylii, pierwsze
zaś na lądzie stałym, nie opodal. Jest to kraj bardzo zdrowy, bogaty w stada i trzody, jęczmień i
winne grona. Nie miałem jeszcze sześciu lat, kiedy feniccy kupcy przywieźli do Ortygii ładunek
ślicznych   rzeczy   z   Egiptu,   a   moja   niańka,   fenicka   niewolnica,   zakochała   się   w   żeglarzu.
Uwiódłszy to piękne stworzenie żeglarz postanowił wziąć ją z sobą do Sydonu i poślubić, jeśli
będzie mogła wnieść mu dostateczny posag. Toteż pewnego wieczoru, kiedy on i moja matka
targowali   się   o   naszyjnik   ze   złota   i   bursztynu,   który   ją   zachwycił,   a   wszystkie   służebne
przysłuchiwały się im z uciechą, moja bezlitosna niańka porwała mnie za rękę i wymknęła się z
pałacu. Na dziedzińcu biesiadnym przeszła obok stołów zastawionych napoczętym mięsiwem,

background image

gdyż odbywała się tam uczta. Ojciec i biesiadnicy byli w Sali Rady, chwyciła więc trzy cenne
puchary, ukryła je w zanadrzu i pognała mnie do przystani obiecując, że mi pokaże fenicki okręt,
jeśli będę cicho. Biegłem radośnie przy jej boku, ale jak tylko weszliśmy na pokład, a moją
uwagę odwrócono śliczną zabaweczką  —  konikiem wysadzanym klejnotami, co miał głowę i
ogon ruchome — okręt podniósł kotwicę i zobaczyłem, że jestem jeńcem. Nawet zakneblowali
mi usta, żebym nie krzyczał, a niańka, która dotychczas zawsze mnie traktowała z przesadną
miłością, chlasnęła mnie po twarzy i powiedziała: „Teraz ty, zepsuty, kapryśny bębnie, poznasz
gorycz służalczości, jak ja ją poznałam”. Choć byłem zwykłym dzieckiem, dość byłem mądry,
żeby odpowiedzieć:  „Nianiu, ja cię nigdy nie skrzywdziłem, niech mnie bogowie pomszczą!”
Zbiła mnie za to tak bezlitośnie, że kapitan ujął się za mną i wziął pod własną opiekę. Byliśmy
ledwie siedem dni na morzu, kiedy ta niegodziwa kobieta straciła równowagę przy przechyle
okrętu na wietrze i padając skręciła kark.

Zostałem   wówczas   sam,   a   sydoński   kapitan   sprzedał   mnie   rodyjskiemu   kupcowi,   który

następnego roku przywiózł mnie z powrotem do Ortygii pewny wielkiej nagrody, byłem bowiem
jedynym dzieckiem swego ojca. Tymczasem jednak ojciec umarł, tron przeszedł na mego kuzyna,
a ten bezbożny łajdak przysiągł, że ja nie jestem zaginionym księciem, i odmówił matce bez
ogródek pozwolenia na wejście na okręt. Wówczas Rodyjczyk sprzedał mnie za bardzo skromną
cenę   królowi   Drepanon,   dziadkowi   księżniczki   Nauzykai,   który   traktował   mnie   łaskawie   i
wychowywał w pałacu razem z własnymi dziećmi. Będąc niewolnikiem nie mogłem wynosić się
ponad   swój   stan  —  choć   kochałem   serdecznie   najstarszą   księżniczkę   a   ona   mnie  —  i   gdy
dorosłem, aby móc zarobić na utrzymanie, zamiast próżniaczyć się w pięknej chlajnie i chitonie,
z parą psów u nogi, z wymuskanymi i pachnącymi włosami, musiałem włożyć robocze ubranie,
zapomnieć   o   delikatnym   wychowaniu   i   uczyć   się   zawodu   świniarza,   jako   terminator   u
Sykańczyka, królewskiego świnopasa. Dobre życie na swój sposób, nie ma co, i mogłem zawsze
liczyć na przyjaźń starego króla i królowej. Poślubiwszy córkę głównego świnopasa — teraz, już
dawno   w   grobie  —  odziedziczyłem   po   nim   stanowisko.   Wspominam   jednak   czasem,   że
urodziłem się księciem, i marzę o wielkich czynach dokonanych z mieczem i tarczą w ręku.
Zanim się tu osiedliłem, wykonywałem wojenne ćwiczenia w towarzystwie znakomitego ojca
Nauzykai   i   może   jeszcze   teraz   posiadam   biegłość   i   siłę,   żeby   zabłysnąć   w   bitwie.   Jednak
zeszłego   roku   znikła   ostatecznie   ta   resztka   nadziei,   którą   miałem,   że   odzyskam   ojcowe
dziedzictwo.   Koryntyjczycy   wykorzystując   spory   dynastyczne   zagrabili   Syrako   i   Ortygię   i
założyli na tym miejscu nowe pyszne miasto, Syrakuzy, którego strzeże trzydzieści wojennych
galer.

— Starcze — rzekł Ajton — cios, jaki zadałeś temu wieprzkowi, równie szybko posłałby do

Hadesu męża ubranego w hełm.

Gdy   zdjęto   upieczone   mięso   ze   szpikulców,   Eumajos   wyjął   siedem   bukowych   mis   i

background image

wszystkie kopiasto napełnił. Pierwszą dla mnie, drugą dla Ajtona, trzecią dla siebie, czwartą dla
syna, a piątą dla Mezauliosa, sykulskiego niewolnika, którego kupił od węglarza bardzo tanio, bo
wydawało   się,   że   jest   umierający,   lecz   wkrótce   wyzdrowiał   na   górskich   ziołach   i   dobrym
jedzeniu. Szósty i siódmy talerz zachowano dla górskich nimf i pasterskiego Hermesa, którzy
wspólnie odbywają orgie w gajach Hyperei w każde wiosenne zrównanie dnia z nocą. Mezaulios
rozdzielił   porcje   chleba   jęczmiennego   i   gdyby   nie   pchły,   nie   mogłabym   pragnąć   lepszego
posiłku.   One   jednak   zjadały   mnie   żywcem,   a   perspektywa   spędzenia   całej   nocy   w   chacie
przerażała mnie. Widziałam, że Ajton cierpiał tak samo jak ja, co mnie trochę pocieszało. W
końcu Mezaulios zebrał ze stołu, a Eumajos obwieścił, że nadszedł czas pójścia na spoczynek.
Choć   była   zimna,   wietrzna   pogoda   i   deszcz   kropił   przez   dymnik   sycząc   na   rozżarzonych
węglach, zawyrokował, że byłoby niewłaściwe, gdyby ktokolwiek z mężczyzn pozostawał w
moim   towarzystwie,   nawet   przy   założonej   zasłonie.   Ofiarował   mi   swoje   łóżko   i   najlepszą
sukienną   chlajnę   zamiast   koca,   pokazał,   jak  zaryglować   drzwi   przed   nieproszonymi   gośćmi,
uroczyście życzył mi dobrego snu i wyprowadził swoich towarzyszy, zostawiając mnie sam na
sam z ogniem i pchłami. Poszli do schronu pod nawis skalny przy bramie, gdzie narzucali kupę
słomy   na   podściółkę   z   gałęzi.   Każdy   na   zmianę   stróżował,   bo   mogli   kręcić   się   w   pobliżu
sykańscy  bandyci;   chociaż   i   tak   psy   Eumajosa   podniosłyby   alarm.   Zazdrościłam  Ajtonowi!
Bliskość ognia przyciąga pchły, a jeśli nie zabrał jakiej z chaty, musiało mu być wygodnie spać.
Eumajos i jego ludzie już nie czuli ukąszeń pcheł, bo ich krew była przyzwyczajona do jadu albo
mieli za twardą skórę, żeby insekty mogły ją przebić.

Nie mogłam zmrużyć oka, tylko siedziałam na stołku przy ogniu drapiąc się i zdejmując to

czarne   utrapienie   z   białego   ciała.   Dziwne,   moją   głowę   zalała   powódź   pięknych,   gładko
biegnących heksametrów  —  opowieść o tym, jak Odyseusz przybył na Ajaję i spotkał się z
Ateną, która ofiarowała mu moly; rzecz jasna, upodobniłam je do cyklamenu, a nie czosnku.
„Łatwo jest być poetą — myślałam. — Mogłabym skomponować całą pieśń w przeciągu jednej
nocy.”  Zatrzymałam się jednak po sześćdziesięciu wersetach i utrwaliłam je sobie w pamięci;
gdybym   pokusiła   się   o   więcej,   zapomniałabym   pewnie   wszystkich.   Był   to   początek   mojego
wielkiego poematu epicznego, choć jeszcze nie przybrał on kształtu w moim umyśle. Eumajos,
któremu później powiedziałam o swoim przeżyciu, widział w nim zasługę bogini Kerdo, która
nie tylko strzeże pasterzy, lecz darzy natchnieniem poezję i wyroczne wypowiedzi; ja jednak
dziękowałam pchłom, że mi nie dawały spać.

Z pierwszym brzaskiem odryglowałam zasuwę, wyszłam na chłodne podwórze i wspięłam

się na mur, żeby wypatrywać Klitoneosa, który niebawem powinien nadejść krętą zachodnią
drogą od Halikii. Czekałam zaledwie chwilę, gdy zaskoczył mnie dźwięk mego imienia — tuż
przy mnie stał Klitoneos. Psy, znając go dobrze, nie obwieściły jego nadejścia zwykłym krew
mrożącym   harmiderem.   Eumajos   już   wołał   do   Mezauliosa   o   wino,   chleb   i   misę   zimnego

background image

mięsiwa. Weszliśmy do chaty, roznieciliśmy ogień i zjedliśmy śniadanie, ale ponieważ Klitoneos
ani   słowem   nie   napomknął   o   swojej   podróży,   prócz   tego,   że   schronił   się   przed   burzą   w
przydrożnej świątyni, ja o nic nie pytałam, choć aż płonęłam z ciekawości. Eumajos wyszedł i
zajął się wieprzami.

— Dobre wieści? — spytałam zamykając drzwi.
— Dobre — odrzekł Klitoneos z niewielkim entuzjazmem. — Widziałem Haliosa; obiecuje

pomoc. Powiem ci, co się zdarzyło. Zaraz za Przylądkiem Lilybajon wiatr zaczął nam dąć prosto
od   rufy  i   następnego   dnia   po   południu   znaleźliśmy   się   w   Minoi.   Naturalnie   sykulska   straż
portowa zachowała się podejrzliwie  —  musiał to być pierwszy od pięciu lat elymejski okręt,
który tam dobił  —  lecz słysząc, że mam pilne zlecenie do Haliosa, zmienili postawę. Halios
wybudował był królowi pałac w greckim stylu, podobny do naszego, tylko że mniejszy, i kiedy
przyszedłem, piękne młode niewolnice wykąpały mnie, natarły oliwą i przyniosły czystą bieliznę.
Potem do polerowanego stołu przystawiono krzesło i te same dziewczęta przyniosły najróżniejsze
potrawy z ryb i dziczyzny, wołową polędwicę, sosy i słodycze, i wino w złotym kielichu. Przy
okazji rogi jałówki, którąśmy jedli, pozłocono na cześć sykulskiej bogini księżyca Kardo, która
jest bardzo podobna do Eumajosowej Kerdo. W końcu pokazał się Halios i usiadł naprzeciwko
udając, że mnie nie poznaje, i nazbyt grzeczny, by powiedzieć chociaż słowo, nim skończę jeść;
tylko pilnie mi się przypatrywał. Wygląda dobrze i kwitnąco, a Minojczycy, jak się zdaje, żywią
wobec  niego  większą  cześć,  niż  jakikolwiek  Grek  może  sobie  zaskarbić  we własnym  kraju.
Posiłek skończył się, dziewczyna przyniosła srebrny dzban ciepłej wody, obmyła mi zatłuszczone
dłonie i wytarła je lnianym ręcznikiem.

Wówczas   Halios   zapytał   ostrożnie:  „Kim   jesteś,   panie?   Ten   płaszcz   wskazuje,   żeś

królewskiego rodu, a także twoja zbroja. Domyślam się, że masz do mnie jakieś zlecenie, lecz
jeszcze nie znam imienia tego, kto cię przysłał.”

„Kochany  Haliosie,   nie   poznajesz   mnie?   —  krzyknąłem.   Ja   jestem   twój   brat   Klitoneos,

przychodzę   tu  od  twojej  matki  i   siostry  Nauzykai”.  Twarz  jego  przybrała   wyraz  tkliwości   i
zaciągnął purpurowy faros na oczy, żeby ukryć łzy. Potem wypytywał się o wasze zdrowie.
Muszę ci powiedzieć przy okazji, że Halios tak się zsykulizował, iż nikt nie wziąłby go za Elyma,
gdyby  nie   wielkość   postaci.   Miał   nadzwyczajne   szczęście,   gdy  tylko   tam   przybył.   Królowi,
rozumiesz, Rada kazała wybrać zięcia i spadkobiercę tronu podczas dorocznych igrzysk ku czci
założyciela Minoi. Z dwóch jednak kandydatów, którzy wysunęli się na czoło, jeden miał wybite
podczas zapasów oko, drugi zaś odcięte w walce na miecze ucho. Przy tym wyrocznia Kardo
obwieściła, że nie jeden, a wszyscy mężowie muszą rządzić w Minoi i że następca tronu obrany
przez boginię nadciąga spiesznie od zachodu, z gniewem w sercu, który musi być za wszelką
cenę uśmierzony. Kapłanka miała na myśli Haliosa i według niego opierała się raczej na swej
boskiej wiedzy niż na dobrze uporządkowanym systemie rozumowania.

background image

—  Gdyby twoja wieść była taka dobra, jak twierdzisz  —  mruknęłam zostawiłbyś  mniej

ważną część opowiadania na sam koniec. Co Halios powiedział lub obiecał?

—  Kiedy powiedziałem mu o twoich lojalnych próbach obrony jego sprawy i o tym, że

ojciec nie chciał cię wysłuchać, odrzekł z głębokim westchnieniem: „Ojciec uwierzył, że jestem
nie   tylko   zdolny   do   barbarzyńskiej   zbrodni,   ale   także   i   do   krzywoprzysięstwa,   przysiągłem
bowiem na Zeusa i Temidę, żem niewinny. A przeklinając, wypędził mnie z domu. Póki więc nie
przyjdzie tu osobiście, nie zdejmie ze mnie przekleństwa i nie wynagrodzi mi szkody — jakież
mam wobec niego obowiązki? Dla was żywię głębokie uczucie, a za matkę i siostrę oddałbym
życie z ochotą”. Wyrzekłszy to wezwał swego namiestnika i kazał mu przynieść sto dwanaście
strzał o nowych grotach ze spiżu, w wojennych kołczanach, po osiem w każdym. Wręczył mi je
uroczyście i rzekł:  „Ostrzeż zalotników poprzez sykulskie strzały, po jednej na każde serce, że
jeśli natychmiast nie opuszczą pałacu i nie zwrócą swych kradzieży poczwórnie, żaden z nich nie
ujdzie z życiem. Popłynę przeciwko nim osobiście”. Przysłał ci też podarek: tu oto grzebień z
kości słoniowej, z Karii — spójrz na te czerwone sfinksy na nim. A to rzeźbione lustro dla naszej
matki. Ja dostałem haftowane koce, srebrny krater i włócznię na dzika; zostawiłem to na okręcie.
Halios podwiózł mnie swoim rydwanem aż do granic Halikii.

— Jak silną flotę zamierza przywieźć nam na pomoc?
—  Kiedy   zadałem   mu   to   pytanie,   wyznał   szczerze,   że   jego   pogróżki   są   czcze:   żadne

sykulskie   okręty   nie   stawią   czoła   naszym   drepanońskim   trzydziestowiosłowym,   chyba   że   w
dwukrotnej  przewadze na ich korzyść. Nie może też zwerbować floty bez odwołania się do
swych przybrzeżnych sprzymierzeńców i obiecania im udziału w łupach Drepanon, kiedy je
splądrują — czego bynajmniej nie pragnę.

— Innymi słowy sytuacja się nie zmieniła.
— Tak wygląda; chyba że zalotnicy zlękną się jego gróźb, co jest możliwe.
— Klitoneosie, podczas twej nieobecności zaszło coś bardzo doniosłego. Może ci się wyda

aż tak doniosłe, że nie powiesz zalotnikom o tych strzałach. Jutro w porze obiadu wuj obwieści,
że jestem już wydana za kuzyna ze strony matki, który przybył tu nieoczekiwanie z piaszczystego
Pylos.

Patrzył   na   mnie   bez   wyrazu,   ale   niedowierzanie   zmieniło   się   w   pilne  zainteresowanie,

zainteresowanie zaś w podniecenie, kiedy usłyszał o Ajtonie i o mnie — nie opowiedziałam mu
jednak o naszym pierwszym spotkaniu nad Rejtronem, choćby dlatego, że Ajton zdał cokolwiek
inaczej sprawozdanie ze swoich przygód wujowi, a nie chciałam podkopywać wiary w jego
prawdomówność.

— Być może podzielę wysokie zdanie o tym Kreteńczyku — powiedział w końcu Klitoneos.

— Ale co będzie, jeżeli on się sprzymierzy z Antinoosem i Eurymachem? Co będzie, jeśli opłaci
swój powrót do kraju zrzeczeniem się roszczeń do twojej ręki?

background image

—  On jest pod dębami  —  odparłam.  —  Pójdź i sam osądź, czy to obłudnik. Stara biała

maciora ma o nim nie byle jakie mniemanie.

Klitoneos wrócił po pewnym czasie, żeby mi powiedzieć, jak szczerze pragnie, żeby nasze

małżeństwo nie okazało się jedynie wykrętem: nigdy nie spotkał człowieka, którego by bardziej
polubił od pierwszego wejrzenia.

To mnie zakłopotało. Czym prędzej powiedziałam:
—  Tak,   on   jest   bardzo   ujmujący,   lecz   czy   mogłeś   oczekiwać,   żeby   był   inny   w   takich

okolicznościach? Żebrak w łachmanach, bez przyjaciół, uciekinier z okrętu niewolników, sam w
obcym kraju, a oto dwóch bogatych mężów szlachetnego urodzenia wita go jako kuzyna! Czy to
możliwe, by odkrył swe defekty, jakie by one nie były: złe uosobienie, lenistwo, okrucieństwo
czy zazdrość? Jak mam w takich okolicznościach orzec, czy może być moim mężem? No, no,
Klitoneosie, pomyśl  realnie! Nie jest chciwy ani zdradziecki, to ci przyznaję, i jeślibym tak
myślała, na pewno nie pozwoliłabym wujowi Mentorowi wykorzystać go w ten sposób. Zgadzam
się też, że może uchodzić za przystojnego i dobrze zbudowanego. Ale wyłączając niektórych
członków naszej rodziny — z naszym ojcem na czele — czy znasz kogoś przystojnego, kto nie
jest ani głupi, ani próżny? Stój no, braciszku! Ten plan został powzięty jedynie dla zyskania na
czasie, nie po to, żeby znaleźć mi męża, który byłby godzien twego poważania. Ajton to sam
rozumie. Nie ma co, stara maciora wyrażała się o nim bardzo pochlebnie.

— W zamian za to Ajton wyrażał się o tobie bardzo pochlebnie.
— Wprawia się do swojej roli. A sądzę, że i ja muszę udać, że niejako odwzajemniam mu

czułość.

— Czujesz więc niechęć wobec niego?
—  Na wszystkich bogów, nie daj mu powodów do takich podejrzeń! Choć może, gdybyś

nawet wyrwał się z tym, on by ci nie uwierzył. Mężczyzna taki jak Ajton spodziewa się, że nawet
jeżeli śmierdzi chlewem i słoma mu sterczy w rozczochranych włosach. — każda kobieta w nim
się zakocha.

— Chciałabym go zobaczyć odpowiednio ubranego i z bronią. Musi wyglądać wspaniale.
— Miejmy nadzieję, że wkrótce będzie miał sposobność stanąć w całej okazałości na nasze

usługi.

— Uważasz, że można zaufać Eumajosowi i jego synowi?
— Do ostatka. Gdy wuj nam doniesie, jaką zalotnicy dali mu odpowiedź, wtajemniczę mniej

więcej   Eumajosa.   On   naturalnie   jest   zaintrygowany   naszym   spotkaniem   tutaj   i   całym   tym
ruchem.

— Jakie są nasze szanse, że zalotnicy przyjmą Ajtona jako twojego przyszłego męża?
—  Nie   wątpię,   że   niektórzy   pójdą   do   domu,   ale   większość   pozostanie  —  Eurymach,

Antinoos, Ktesippos i ich stronnicy za bardzo się w to zaangażowali, żeby ustąpić. A najbliższy

background image

problem, najdroższy Klitoneosie, nie jest łatwy: musisz zabić Eurymacha nie wdając się w walkę
z przytłaczającą przemocą.

—  Dlaczego   właśnie   Eurymacha?   Czemu   nie   tego   łotra   Ktesipposa,   którego   kłamstwa

wygnały Haliosa z kraju?

— Bo Eurymach zamordował Laodamasa!
Kiedy opowiedziałam o zacerowanym chitonie, z trudem udało mi się zatrzymać Klitoneosa,

żeby nie pobiegł natychmiast wywrzeć zemstę. Zabrałam go więc na spokojną przechadzkę do
dębów   i   Źródła  Aretuzy   nalegając,   by   ukrył   gniew,   bo   jeszcze  Ajton   mógłby   pomyśleć,   że
powiedziałam o nim coś nieprzychylnego. Klitoneos był na tyle dobry, że zadowolił mój kaprys, i
niebawem tańczyliśmy przy dźwiękach liry, bo Ajton nauczył się naszych narodowych melodii
od swojej matki, jednak nie znał kroków tańca. Następnie obaj z Klitoneosem rzucali oszczepami
do celu, a potem złapaliśmy trzy żuki z czarnymi grzbietami i kazaliśmy im się ścigać. Żółtawe
bielinki   i   czerwone   admirały   bujały   nad   nami,   jaszczurki   zażywały   słonecznej   kąpieli   na
nagrzanych skałach, a dzień był taki piękny, że daleko, daleko na południu widniała wyraźnie
wyspa boginki Kalipso. Spędziliśmy bardzo szczęśliwy ranek, a psy na straży wokół dębiny
nastawiając uszy, czy nie nadchodzi jaki intruz, dawały nam poczucie bezpieczeństwa.

Dopłynęło do nas dalekie nawoływanie:
— Polecenie pana mego, Mentora! Sześć tłustych wieprzy potrzebne natychmiast!
Eumajos odkrzyknął:
— Chodźcie i weźcie!
— Boimy się twoich przeklętych psów!
Pobiegłam zainterweniować.
—  Eumajosie   —  powiedziałam  —  lepiej   nie   pozwalaj   tym   ludziom   podchodzić   bliżej.

Uwierz raz jeden, że wuj istotnie zamówił te wieprzki. Twój syn spędzi je na dół i zaniesie mu tę
wiadomość. Masz, musi ją schować w swojej sakwie.

Wręczyłam mu kawałek kory, na której wydrapałam:  „Pomoc obiecana”. Zniechęciłabym

wuja, gdybym napisała więcej.

Eumajos więc, krzyknąwszy: — Zaczekajcie, przyślę wam wieprze — poszedł wybrać sześć

najmarniejszych z trzody.

Zaczęłam wyrzynać swoje nocne wiersze na miękkiej korze wierzbowych polan, które Ajton

dla mnie rąbał, po cztery wersety na każdym, poprawiając w toku pisania — a mogę powiedzieć,
że wywołało to nie lada sensację wśród przyglądających się pastuchów, którzy mnie brali za
czarownicę. Zaledwie skończyłam i już, już miałam uciąć sobie drzemkę pod drzewem, kiedy
niespodziewanie wrócił syn Eumajosa, pozdrowił mnie drżącymi ustami i oddał z powrotem
wiadomość, którą miał doręczyć.

Obejrzałam pasek kory, ale nie znalazłam na nim nic.

background image

— Jaką ci dał odpowiedź pan Mentor? — spytałam.
Potrząsał głową i beczał ocierając łzy brudnym kułakiem.
Eumajos zaczął go wypytywać szybko po sykańsku. Potem powiedział mi ze smutkiem:
— Księżniczko Nauzykao, płakałem minionej nocy, gdy mnie wyrocznia ostrzegła, że już nie

ujrzę twego szlachetnego wuja żywym. Wrogowie jego zaczaili się w zasadzce u stóp góry, gdzie
słodko pachną sosny. Oszczep rzucony zza skały przebił szerokie barki, a Hermes uniósł jego
duszę ledwie dotykając zbocza góry pierzastymi sandałami. Antinoos jest zabójcą, chociaż jego
zwolennicy przysięgają, że jadł jeszcze w domu śniadanie, gdy Melantios znalazł ciało.

Kiedy z Ajtonem i Klitoneosem spoglądaliśmy na siebie niemo, każde z nas uczyniło to samo

postanowienie krwawej zemsty.

background image

UCZTA POGRZEBOWA

Komu mogliśmy zaufać? I na czyją zbrojną pomoc liczyć, skoro zawiodły pokojowe środki?

Ajton, Klitoneos, Eumajos, syn Eumajosa — ale ten ostatni umiał tylko biegle wywijać maczugą
— i Filojtios, który zaprawiony do broni za młodu powinien wciąż być przydatnym żołnierzem.
Pięciu przeciwko stu dwunastu zalotnikom i ze dwudziestu ich służby. Nie wydawało się to dużo.

— Niewielką mielibyśmy szansę, zgadzam się — rzekł Ajton chłodno — gdybyśmy walczyli

w   regularnej   bitwie.  Ale   całkiem   inna   sprawa   z   masakrą.   Moglibyśmy   pozabijać   i   kilkuset,
chociaż   powtarzający   się   wysiłek   fizyczny   przy   ucinaniu   głów   lub   wyciąganiu   włóczni   z
przebitego   ciała   daje   się   po   pewnym   czasie   we   znaki.   Tak,   na   przykład,   tego   popołudnia
(niedługo   przed   pojmaniem   mnie   w   niewolę),   kiedy   zabiłem   ponad   czterdziestu   Egipcjan,
goniliśmy   rozproszoną   kolumnę   uciekinierów   po   peluzjańskim   trakcie   i   musiałem   tylko
przykładać ostrze miecza do ich karków. Jednakże ręka mnie rozbolała, nim skończyłem. I może
trudno będzie odnieść tak znaczne zwycięstwo, jeśli nie przyłapiemy wroga niespodziewanie w
zamkniętej   przestrzeni,   z   której   nie   ma   ucieczki.   Drodzy  krewni,   ponieważ   nikt   inny  z   nas
pięciorga nie posiada tego rodzaju doświadczenia, błagam was, zróbcie mnie swoim przywódcą i
pozwólcie   ułożyć   tę   kampanię   w   dokładnych   szczegółach.   Trzeba   mi   będzie   usług   was
wszystkich  —  zwłaszcza twoich, księżniczko Nauzykao  — ale musicie  pozwolić mi wydawać
rozkazy,   których   będziecie   bezwzględnie   słuchali;   inaczej   nie   mogę   obiecać   całkowitego
powodzenia.

Wahałam się chwilę, kiedy usłyszałam, jak Ajton — wdzięczny mi niewolnik, niemy pionek,

ochocze narzędzie — z ufnością proponował swoją osobę na mego pana, mojego wybawiciela,
surowego dyktatora. Zmiana wydała mi się zbyt gwałtowna, by mogła wyjść nam na zdrowie,
ale, oczywiście, był on teraz uznanym krewnym Mentora, zobowiązanym do żądania krwi za
krew   równie   bezwzględnie   jak   Klitoneos.  A  chociaż   sama   potrafię   zorganizować   większość
imprez, od pikników nad brzegiem morza do wielkich uroczystości na cześć bogini Ateny, której
jestem kapłanką, wojowanie nie jest moim rzemiosłem  —  o czym Hektor musiał przypomnieć
żonie   w  wigilię   swej   śmierci.   Nie   widziałam  żadnej   innej   drogi,   trzeba   było   zgodzić   się;   a

background image

Klitoneos przystał na to z entuzjazmem. Wówczas wezwaliśmy Eumajosa i przypuściliśmy go do
tajemnicy. Ja mu ją wyjawiłam.

— Eumajosie — rzekłam — bliski jest czas, gdy będziesz zadawał twarde ciosy, jakimi się

chlubisz.   Musisz   być   jednak   ostrożny   jak   czajka   i   posłuszny   jak   twój   własny   pies.   Książę
Klitoneos   i   ja   zamierzamy   podjąć   walkę   dla   pomszczenia   całego   bezprawia   wobec   nas,
począwszy od zabójstwa naszego brata Laodamasa — a skończywszy na zamordowaniu naszego
ukochanego wujaszka. Królewskie siły poprowadzi obecny tu pan Ajton, mój krewny ze strony
matki, którego przysłałam tu do ciebie w przebraniu w tym właśnie celu...

Klitoneos,   wciąż   nieświadom,   że   byłam   opiekunką   Ajtona   od   chwili   jego   przybycia,

wytrzeszczył na mnie oczy. Ciągnęłam dalej:

— ... i po to, by mu się nic złego nie stało, póki nie będzie nam potrzebna jego silna prawica.

My z Klitoneosem ufamy panu Ajtonowi, że uczyni, co potrzeba, lepiej niż ktokolwiek inny na
Sycylii, i przedstawiamy ci go jako twego przywódcę. Bądź cicho i nic nie mów, kiedy on będzie
opracowywał plan akcji, którą wszyscy razem doprowadzimy do skutku. Teraz wymagam od
ciebie przysięgi w imię Kerdo, że będziesz mężny, wierny i nieznużony w boju.

W niczyich oczach dotąd nie widziałam takiej uroczystej radości. Eumajos mocnym głosem

wyrzekł  przysięgę  i  złożył   bogini  w  ofierze   młodego   warchlaka,   spalając  każdy  kawałeczek
mięsa, by zdobyć jej przychylność. Przypatrywaliśmy się temu z ponurą aprobatą.

Potem   Klitoneos   opowiedział  Ajtonowi   o   swych   odwiedzinach   w   Minoi   i   pokazał   mu

kołczany. Ajton wyciągnął strzałę, zważył ją na czubkach palców, zbadał układ piór i jakość
zadziornego grotu.

—  Sykul,   który   opierzył   i   uzbroił   te   strzały,   znał   swój   fach  —  wyrzekł.   Potem   spytał

Klitoneosa: — Czy ciągle jeszcze masz zamiar zagrozić wrogom w imieniu Haliosa?

— Tak obiecałem.
—  Dotrzymasz obietnicy, co nam wyjdzie bardzo na korzyść. Bo jeśli pokażesz te strzały

jedynie na znak groźby, zalotnicy zlekceważą je znając słabość Haliosa na morzu i wcale nie
będą się zastanawiali, że wraz z łukiem i cięciwą mogą one zadać natychmiastową śmierć.

Roześmiałam się radośnie.
— Ajtonie — powiedziałam — twój plan tak pasuje do mojego jak dwie połówki rozciętej

gruszki. Słuchając onegdaj „Powrotu Odyssa” dziwiłam się, jak pozbył się tak wielu zalotników
jednym   łukiem.  Ale   omówiłam   tę   sprawę   z   Klitoneosem   (prawda,   bracie?)   i   bogini  Atena
udzieliła mi wizji rzezi.

Kiedy powiedziałam o łuku Filokteta i wyjaśniłam, na jaki chciałam go przeznaczyć użytek,

odrzekł mi po prostu:

—  Wydaje się, że bogowie są równie czynni w tej sprawie jak i my. Musimy przyjąć z

wdzięcznością każdą pomoc, której nam użyczają, zwłaszcza Atena. Ona zawsze ma przewagę

background image

nad bogiem wojny Aresem, bowiem Ares ufa brutalnej sile, a gardzi fortelami... Czemu nie
miałabyś   pójść   do   Drepanon   przed   nami,   księżniczko,   i   powiedzieć   matce,   że   Klitoneos
powrócił? Syn Eumajosa może cię eskortować. A potem poślij po Filojtiosa i wyjawiwszy mu,
jeśli  uważasz  za  stosowne,  co  wyjawiłaś  Eumajosowi,  oddaj   go pod  moje  rozkazy.   Pogrzeb
odbędzie się niewątpliwie jeszcze dzisiaj, bo duch zamordowanego człowieka domaga się, by
spalono bez zwłoki jego ciało, tak jak duch Patroklosa w Iliadzie. Toteż gdy zobaczę daleki słup
dymu wznoszący się ze stosu —  głęboko zasmucony, że nie jestem obecny przy obrządkach
pożegnalnych — będę wiedział, iż nazajutrz mogę zejść z góry, zbadać sytuację, ułożyć plany i
porozumieć  się z  tobą  potajemnie.  Na trzeci  dzień,  gdy ty  i  ja  porobimy wszelkie  możliwe
przygotowania, niechaj Klitoneos z towarzyszącym mu Eumajosem zaniosą te piękne strzały w
wyznaczone miejsce; wówczas można rozpocząć rzeź.

— Nie tak prędko, krewniaku — powiedziałam. — Klitoneos musi najpierw pokazać strzały

i ostrzec zalotników. Musi zażądać od tych, którym jeszcze pozostało trochę wstydu i bojaźni
nieśmiertelnych bogów, by poprowadzili Eurymacha i Ktesipposa w więzach przed Radę jako
oskarżonych o morderstwo. Jeżeli posłuchają, powinien obiecać w imieniu króla, że daruje ich
szaleństwa. Jeżeli odmówią i w ten sposób jawnie opowiedzą się po stronie zbrodniarzy, to już
będzie   inna   sprawa.   Wówczas   można   puścić   między   nich   strzały   śmierci.   Potraktowaniem
młodych głupców uczciwie i łagodnie przypodobamy się bogom...

— I stracimy przewagę zaskoczenia — przerwał mi Klitoneos. — Wszyscy oni bez wyjątku

zawinili.

Ajton podzielał mój pogląd.
—  Nie, nie, krewniaku! —  zawołał.  —  Są różne stopnie winy i jeśli możemy namówić

porządniejszych spośród naszych wrogów, aby stanęli po naszej stronie przeciwko mordercom i
buntownikom, to tym lepiej. Co się zaś tyczy przewagi zaskoczenia, ani księżniczka Nauzykaa,
ani ja nie mamy zamiaru jej zaprzepaścić. Pokaż im strzały, a będą myśleli tylko  o  groźbie
sykulskiej inwazji, nie o ataku z naszej strony, którego siły z pewnością nie docenią. Tymczasem
chciałbym sobie zrobić plan pałacu, układając go z kamyków na murawie, póki nie poznam
wszystkich drzwi i okien jak swoich własnych. Opisz mi swych wrogów wszystkich po kolei,
żebym mógł poznać każdego nawet po ciemku. Spisz mi wszystkie zasoby pałacu. Tak to się
wygrywa bitwy, nim się je jeszcze zacznie. Pójdę przebrany za kulawego żebraka, by zalotnicy
pogardzali mną jako istotą nie mniej próżniaczą i leniwą niż oni sami.

Wkrótce   przekonaliśmy   Klitoneosa,   że   się   mylił,   i   w   godzinę   później   syn   Eumajosa

odprowadził mnie do Drepanon tą samą drogą, którą przyszłam. Łódka ciągle jeszcze była na
brzegu.   Syn   Eumajosa   przewiózł   mnie   do   odosobnionej   przystani   i   z   łaski  Ateny   nikt   nie
zauważył naszego przybycia.

Monotonne zawodzenie, chwilami wznoszące się do krzyku, dochodziło od strony pałacu.

background image

Weszłam przez drzwiczki od ogrodu i kiedy w przejściu spotkałam Ktimenę, udałam, że właśnie
wstałam z łóżka.

—  Czuję się teraz dość dobrze  —  powiedziałam  —  zażyłam środek nasenny i gorączka

minęła.

Ktimena zaczęła szlochać i spytała:
— Czy nie słyszałaś zawodzenia!
—  Słyszałam.   Ono   mnie   zbudziło  —  odrzekłam.  —  Kto   umarł?  Tuszę,   że   nie   żaden   z

naszych przyjaciół czy krewnych?

—   Twój   wujaszek   Mentor   —  wykrzyknęła   głuchym   głosem  —   zabity   przypadkowo

rzuconym oszczepem w połowie drogi na Eryks. Jego ciało leży złożone na marach przed główną
bramą. Obmyłyśmy je już i namaściły.

— Daruj mi — powiedziałam wyrywając garść włosów z głowy i rozdrapując policzki, jak

wypadało — muszę odnaleźć królową i złożyć jej swoje ubolewania.

Moja matka, choć bledsza niż zazwyczaj, była spokojna jak zawsze. Skinęła, żebym podeszła

bliżej, i obdarzyła mnie jednym ze swych nieczęstych pocałunków, który przyprawił mnie o
szloch. Moje łzy są jeszcze rzadsze niż te pocałunki.

—  Jak   twoja   gorączka,   kochanie?  —  spytała.  —  Spodziewam   się,   że   dobrze   zrobiłam

zostawiając cię od południa do południa samą?

— Tego mi właśnie było potrzeba, mamo — odparłam. — A jak widzisz, chociaż nogi mi się

trochę trzęsą, już dobrze się czuję.

Ponieważ   dziewczęta   słuchały,   nie   mogłam   napomknąć   o   powrocie   Klitoneosa,   ale   gdy

zapewniłam ją, że wkrótce zemsta dosięgnie nieznanego mordercę mego wuja, wiedziała, że
wieści muszą być dobre.

—  Zasłabłam głupio podczas opłakiwania brata  —  powiedziała  —  i przyszłam tu, żeby

powrócić do siebie. Wyjdę znowu za chwilę. Lepiej pójdź i odbądź swoją kolej w zawodzeniu,
jeśli dość dobrze się czujesz, bo ludzie będą gadali. Ktimena użyła już sobie do woli.

Zrobiłam, jak mówiła. Ciało ubrano w haftowaną szatę i wieniec z niebieskiego barwinku.

Dokoła   mar   stały  ozdobne   dzbany  z  winem   i  oliwą,  które   miały  być   złożone   w  grobowcu,
dostrzegłam też placek z miodem dla ułagodzenia trzygłowego Cerbera. Obszerny stos drzewa
był od dawna ułożony u końca cypla i gdy już zawodziłam blisko godzinę, ruszył pochód mijając
tkalnię. Główni żałobnicy  —  mężczyźni  —  poszli przodem, za nimi poszłyśmy my, kobiety,
śpiewając pieśń pogrzebową w takt fletni. Ośmiu krzepkich niewolników niosło mary mego
wuja.   Postawili   je   na   płaskim   wierzchołku   stosu.   Obok   mar   położono   zwierzęta   ofiarne  —
koguta, czarne jagnię i ulubionego psa — także broń, zbroję i inkrustowaną szachownicę, bo wuj
był   mistrzem   Drepanon   w   warcabach.   Mój   stary,   głuchy   dziadek   Fitalos   wymówił   słabym,
beczącym głosem słowa pożegnania. Powiedział o wspaniałomyślności i męstwie swego syna, i o

background image

strasznej   nagłości   śmierci;   nie   żądał   zemsty  na   anonimowych   mordercach,   nie   pojął   jeszcze
bowiem, co zaszło. Wówczas Haliterses przyłożył do stosu pochodnię, którą uprzednio zmoczono
w oliwie, ja zaś rzuciłam w ogień kłębek wyrwanych włosów i płakałam bez wstydu. Musieliśmy
odstąpić o trzydzieści kroków przed gorącem, tak silny wiatr od morza rozbuzował płomienie.
Skoro tylko ciało się spaliło, oblaliśmy miednicami wody gorejący żar, wygrabiliśmy z popiołów
kości, obmyliśmy je w winie i oliwie i włożyli do dużej urny ze spiżu. Przekazaliśmy urnę
dziadkowi, który przyjął dar jak oślepiony; miała być zawieziona na Hierę i tam pogrzebana.
Potem wróciliśmy smutni do pałacu, ciągle śpiewając, żeby się oczyścić. Żaden z zalotników nie
był na tyle zuchwały, by wziąć udział w uczcie pogrzebowej nie proszony, a zaprosiliśmy jedynie
starszych członków Rady. Kiedy przybyli, przejednaliśmy bóstwa Podziemi ofiarami ogniska
domowego, a ze wszystkich stron padały wyrazy smutku nad bezlitosnym losem, który przeciął
tak szlachetny żywot.

—  Nad   wyraz   szkoda   —  powiedział  Ajgyptios  —  że   jak   dotąd   nie   dało   się   wytropić

właściciela oszczepu. Powinniśmy może ustanowić publiczne dochodzenie.

—  Póki   łotr   nie   zostanie   ujęty  —   zamruczał   Haliterses  —  duch   zmarłego   dotknie

nieszczęściem całe Drepanon od przystani do przystani. Panowie, radzę wam działać szybko.

—  To była na pewno robota jakiegoś sykańskiego bandyty albo mściwego niewolnika  —

mówił   dalej  Ajgyptios.  —  Żaden   z   Elymów   nie   mógłby   popełnić   umyślnie   tak   haniebnego
morderstwa, a jeśli to był przypadek, nie wahałby się tego wyznać.

— Panie mój, Ajgyptiosie — rzekł Haliterses. — Zazdroszczę ci niewinności serca. Widzę

jednakże oczyma duszy całe rzeki krwi płynące, by ułagodzić tego ducha. Oby żaden z twoich
krewnych nie był przy tym, kiedy zaczną latać strzały!

—  Skrzeczysz   jak  żaba  na   wiosnę  —  odrzekł  Ajgyptios.  —  Każ,  proszę,  podczaszemu,

niechaj napełni nam kielichy. On na wpół śpi.

Zaczęli omawiać igrzyska pogrzebowe, które miały się odbyć nazajutrz. Agelaos, obecnie

niewątpliwy regent, zaproponował zorganizowanie ich w pobliżu Lasku Ateny  —  bieg, skok
wzwyż, podnoszenie ciężarów, pięściarstwo i zapaśnictwo. Spodziewano się, że mój dziadek
ofiaruje cenne nagrody.

Sam na sam z  matką w jej sypialni opowiedziałam o wyprawie Klitoneosa i Haliosowych

pogróżkach. Ona mi jednak przerwała:

— Córko, nie chcę o tym słyszeć. Przed laty ojciec wydał wyrok na mego ukochanego syna.

Przysięgłam, że nigdy już nie wymówię jego imienia, a jestem kobietą, która dotrzymuje słowa.
Jeśli,   jak   powiadasz.,   głównodowodzący   Minojczyków   zechciał   przysłać   podarek   królowej
Elymów, to ona mu zań dziękuje i na tym cała sprawa musi się zakończyć.

Po chwili dodała:
— Córko, a jeśli groźba zostanie zlekceważona, czy on może ją spełnić z powodzeniem? Czy

background image

nie mądrzej byś postąpiła pozwalając zalotnikom jeszcze przez jakiś czas jeść naszą wieprzowinę
i wołowinę, niż niecywilizowanym Sykulom spalić i ograbić nasz pałac? Ponieważ ta możliwość
nie mogła ujść twojej uwadze, z tego wynika, że zaangażowałaś się w jakiś inny z możliwych
planów. W kim pokładasz ufność?  Musi to  być  człowiek  dzielny i doświadczony  —  mąż  z
mężów. Ty jesteś tylko kobietą, Nauzykao, a Klitoneos zaledwie chłopcem, Zaś mój biedny stary
ojciec jest już jedną nogą w grobie — w rzeczy samej, tkam dla niego potajemnie całun, bo nie
spodziewam się, że przeżyje zimę. Gdyby kto inny miał nas obronić, już dawno dałby się poznać.
Mimo   to   siedzisz   tutaj   tłumiąc   podniecenie,   zupełnie   jakby   nagle   pojawił   się   mój   kochany
Laodamas; to jednak, niestety, nie może się nigdy stać. Eurykleja na próżno usiłowała zataić tę
sprawę   przede   mną:   wiem   już   teraz,   że   go   zamordowano.   Wiem   także,   że   płoniesz   chęcią
pomszczenia jego i drogiego Mentora. I wiem coś jeszcze, bo chociaż siedzę tu przędąc i tkając,
wciąż w pełni władam swoimi pięcioma zmysłami: że po raz pierwszy zakochałaś się, mimo
przysięgi, że nie weźmiesz żadnego z zalotników, którzy najechali nasz dom. Toteż, ponieważ
jesteś dziewczyną, co nie pozwala sobie ulegać pokusie szaleństwa albo siedzieć jednocześnie na
dwóch stołkach, taki z tego wyciągam wniosek, że człowiek, którego kochasz, człowiek, który
podjął się wprowadzić w życie ten twój drugi plan, nie jest mi znany. Może wkrótce będziesz tak
dobra przedstawić mi tego dzielnego nieznajomego?

Nie ma co robić tajemnicy przed moją matką; mały paluszek o wszystkim jej powie.
— Dobrze, mamo — powiedziałam — oczekuj go jutro. Jak wiesz, nie mogłabym poślubić

człowieka, którego ty byś nie pochwalała.

Spojrzała na mnie badawczo.
— Ale czy on może ofiarować wiano, które by zadowoliło ojca?
Popatrzyłam jej w oczy.
— Tak, mamo, choć jest żebrakiem, da nam to wiano: ocali nasz dom.
Krótki   moment   niepewności:   czy   nie   zakochałam   się   w   jakimś   sykańskim   przywódcy

bandytów albo w kimś równie nieodpowiednim? Zaraz jednak odzyskała wiarę we mnie i szybko
odpowiedziała:

— To może wystarczyć, z zastrzeżeniem, że on jest szlachetnie urodzony.
— Jako twój bliski krewny, mamo, powinien być odpowiedni. Wybacz mi teraz, proszę, ale

gdy mój żebrak przybędzie, pamiętaj, że twój brat, Mentor, byłby go już przedstawił tobie i
zalotnikom jako poślubionego mi męża, gdyby nie przeszkodziła czarna śmierć.

Matka wzruszyła ramionami.
— Skoro dokładnie ustaliliście te rzeczy — powiedziała — pozostawię je w waszych rękach

bez dalszych pytań. Jeżeli będzie wam potrzebna moja pomoc, przyjdziecie do mnie. Obiecuję
zrobić dla was wszystko, co będę mogła bez narażania się na niełaskę twojego ojca. Chodź, to cię
pocałuję. Jesteś dobrym dzieckiem i dziękuję bogom, że oprócz synów, przyczyny wielu utrapień

background image

i smutku, urodziłam także córkę, z której postępowania czerpię prawie wyłącznie radość.

Kiedy  przedtem   matka   powiedziała   bodaj   jedno   słowo   na   moją   pochwałę?   Była   równie

roztropna jak wspaniałomyślna: zwiększyła pokładane we mnie nadzieje i uwolniła od niepokoju,
który  wciąż   mnie   gnębił  —  od   obawy,   że   czułaby  się   urażona   stwierdziwszy,   iż   podejmuję
ryzykowne zamierzenia nie radząc się jej. By dowieść swego zaufania, nie zapytała mnie nawet o
imię  tajemniczego nieznajomego, któremu powierzałam obronę naszego domu, ani o stopień
łączącego   ją   z   nim   pokrewieństwa.   Musiała   jednak   głowić   się   nad   tym   problemem   całymi
godzinami.

Powiedziałam jeszcze:
— Mamo, Eumajos i jego syn przysięgli walczyć za nas do ostatniej kropli krwi. Czy możesz

odebrać od Filojtiosa taką samą przysięgę? On już musi się domyślać, co się święci, a takie
żądanie lepiej będzie wyglądało, gdy wyjdzie od ciebie niż od Klitoneosa albo ode mnie, skoro
już nie ma wśród nas kochanego wujaszka.

— Mogę przepowiedzieć, co on na to odrzecze: „Pozwólcie mi tylko zabić Melantiosa, by

uratować honor sług pałacu, a złożę przysięgę z radością”.

I tak właśnie Filojtios powiedział.
Nazajutrz  odbyły się  igrzyska.  Dla  uszanowania  zmarłego  poszłyśmy się  im przyjrzeć  z

Ktimeną. Ktimena była w dziwnym nastroju. Powiedziała mi zupełnie wesoło:

—  Nauzykao kochana, doszłam do wniosku, że jeśli król nie przywiezie żadnych wieści o

moim mężu, najlepiej będzie uznać go za umarłego. Co ty na to? Uczcimy go wspaniałymi
pożegnalnymi   obrządkami  i   wzniesiemy   mu   grobowiec,   a   potem   będę   mogła   z   czystym
sumieniem otrzeć łzy. Rok żałoby wystarczy, a ubiegłej nocy usiadła na poręczy mego łóżka
Syrena o ptasiej głowie i powiedziała mi: „Ktimeno, nie ma już Laodamasa. Jesteś jeszcze młoda.
Oddaj, co mu się należy, i wyjdź ponownie za mąż”. Niechaj król zwróci mi cały posag, a ja
zgodzę się wówczas odjechać do ojca na Bucynnę.

—  A  skąd   ta   nagła   odmiana,   Ktimeno?   Czy   nasze   nowe   strapienie   nie   ma   z   tym   nic

wspólnego? — spytałam.

Poczerwieniała i wybuchnęła: Szczerze mówiąc, to tak! Widzę, jak nieżyczliwość bogów

powoduje, że wasze domostwo z wolna się rozpada. Halios zostaje wygnany. Mój umiłowany
mąż   Laodamas   znika   bez   śladu.   Król   odpływa   do   piaszczystego   Pylos,   a   po   mieście   krążą
pogłoski, że nie jest mu pisany powrót. Za nim jedzie Klitoneos, młodzian samowolny, który nie
waha się obrażać czołowych Elymów na publicznej naradzie. Twego wuja składają z regencji i
schodzi   do   Hadesu   dosiężony   dłonią   jakiegoś   boga.   Przekleństwo   wisi   nad   pałacem,   a   i   ty
odmawiając wybrania sobie męża nie poprawiłaś naszego losu.

Zachowanie   Ktimeny   było   takie   obelżywe,   że   wywołało   we   mnie   jedynie   zdziwienie.

Zawyrokowałam, że widocznie musiało zajść coś nowego. Ponieważ jednak Ktimena zawsze

background image

była na tyle głupia, że jeśli jej pozwolić mówić, zaraz wyda swoją tajemnicę, odpowiedziałam
ostrożnie:

—  Tak, Ktimeno, może i masz rację. Ja także już nie wierzę w powrót naszego drogiego

Laodamasa.  A  bardzo   to   żałosne,   kiedy   taka   młoda   i   piękna   kobieta   jak   ty,   która   już   raz
doświadczyła   rozkoszy  małżeństwa,  musi   być   wierna  podwójnemu  łożu   ochłodzonemu  teraz
zimnym dotknięciem śmierci. Ze mną jest inaczej — nie będąc nigdy żoną pozostanę zupełnie
zadowolona ze swojego wąskiego łóżka, póki nie spotkam szlachetnego człowieka, którego mogę
pokochać   i   poważać   tak,   jak   ty   kochałaś   i   poważałaś   Laodamasa.   Ale   patrz,   sędziowie
przygotowują trasę wyścigów.

Wszystkie wyścigi wyglądają jednakowo. Dziewięciu sędziów ustawia się w dużym kole, a

biegacze, jedynie w przepaskach na lędźwiach, muszą biec po zewnętrznej stronie koła, bo w
innym razie grozi im dyskwalifikacja. Zazwyczaj, po kilku falstartach, pędzą do mety, jakby im
indyjski tygrys deptał po piętach, któryś wygrywa, następuje wiele protestów i kłótni, wreszcie
przyznaje się nagrodę. To były jednak niezwykłe wyścigi. Nieliczni zawodnicy byli wszyscy
moimi zalotnikami, a leniwy żywot, który wiedli, uczynił ich niezdolnymi do szybkiego biegu.
Całe ich zachowanie było zniewagą wobec zmarłego i hańbą dla miasta. Około tuzina ich, nawet
nie   zadawszy  sobie  fatygi,   żeby  zrzucić   płaszcze,   puściło   się   wolnym   kłusem   wzdłuż   trasy,
płatając dziecinne figle  —  poszturchiwali się, podstawiali nogi, wrzeszczeli, brali się za ręce i
cięli hołubce. Przy ósmym sędzi przykucnęli w kole, by pokpiwając i chichocząc ciągnąć losy z
hełmu. Potem zwycięzca poszedł spacerowym krokiem do mety i zażądał nagrody, pięknego
kotła ze spiżu.

Następny   był   skok   w   dal.   Mój   zapalony   zalotnik,   Noemon,   wyspecjalizował   się   w   tej

dyscyplinie i mógł pokonać swego najbliższego przeciwnika o dobre trzy kroki; ale Antinoos
sędziował i za każdym razem, kiedy Noemon odbijał się od ziemi, krzyczał:

—  Spalony!   Postawiłeś   nogę   za   linią   wybicia!  —  Nagroda   dostała   się   wobec   tego

Ktesipposowi.

Potem było podnoszenie ciężarów, do czego  wzięto  się poważniej, bo w tej  dyscyplinie

sportu obfite jedzenie raczej pomagało, niż zniechęcało. Wśród przyglądających się dojrzałam
Ajtona w żebraczych łachmanach. Uniósł jeden z ciężarów i postawił go na powrót potrząsając
głową  —  co nie znaczyło  jednak: „Och, jacy silni muszą być zalotnicy, co dźwigają kamienie
tych rozmiarów!”, ale: „Na Krecie nasze ciężary są trzy razy większe”. Warto było przyjrzeć się
jego   twarzy,   kiedy   śledził   zapasy  —  jeszcze   jeden   skandal.   Eurymach   wyzwał   do   walki
młodzieńca, który zwał się Demoptolemos, i udawał, że jest w nim zakochany,  gardząc zaś
przyzwoitą   walką   dał   z   siebie   bezwstydnie   sprośne   widowisko  —  starając   się   pocałować
Demoptolemosa, ugryźć go miłośnie w ucho i usiąść na nim okrakiem. Odwróciłam się tyłem z
niesmakiem i odeszłam na bok, Ktimena jednak zaśmiewała się do łez.

background image

Zawody pięściarskie były jedynym wydarzeniem godnym oglądania, bo Ktesippos stracił

panowanie  nad  sobą  i  zaczął  grzmocić  swego przeciwnika  Polibosa,  spokojnego  młodzieńca
sykańskiego.

— Stój! — krzyknął nagle Polibos. — To jest sport, nie bójka! — Kiedy zaś Ktesippos nie

przestał   walczyć   brutalnie,   Polibos   ostro   podciągnął   kolano   i   rąbnął   go   w   pachwinę,   co
zakończyło to spotkanie, lecz wywołało bójkę pomiędzy Fokajczykami a Sykańczykami, którzy
porobili zakłady o wynik.

Wreszcie sędziowie oczyścili równy teren i obwieścili taniec pogrzebowy ku czci Mentora.

Nadszedł chwiejnym krokiem stary Demodok z formingą i grupa chłopców, co ledwie wyszli z
wieku   dziecięcego,   przedstawiła   nam   zawiły   taniec,   który   wyraża   nadzieję   na
zmartwychpowstanie człowieka. Cudowna dokładność ich kroków i wdzięk ich postaci uratowały
moją zranioną dumę obywatelską. Przyznaję, że my, Elymowie, chociaż najlepsi w żeglarstwie,
nie jesteśmy atletami, a gdyby Laodamas i Halios mogli wykonać nasz słynny taniec z piłką, w
którym nie ma im równych, lekkość ich skoków i zwrotów zachwyciłaby Ajtona.

Co się tyczy Ktimeny, wyraźnie ktoś jej zaproponował małżeństwo; jasne też, kto musiał być

tym mężczyzną  — Eurymachos. Skoro Klitoneos i mój ojciec zostaliby usunięci, a Antinoos
poślubiłby mnie i zabrał trzecią część majętności, Eurymach byłby w bardzo dogodnej pozycji
jako   mąż   wdowy   po   Laodamasie,   żeby   zażądać   trzeciej   części   dla   siebie.   Pozostała   część
przeszłaby na Agelaosa jako regenta zastępującego mojego najmłodszego braciszka Telegonosa,
następcę tronu — dopóki nie postanowiono by go utopić. Nie dziwota, że Ktimena tak głośno się
śmiała z Eurymachowych zapasów!

Poddałam swoją teorię próbie.
— Czy nie uważasz, że Eurymachos jest najzabawniejszy? — spytałam. — Przy okazji, zdaje

się, że zmieniłaś zdanie. W zeszłym roku oskarżałaś go o wzięcie prowizji od libijskiego kupca,
który okpił cię na dużą sumę pieniędzy.

—  Och, ale Eurymach udowodnił mi, że nie miał nic wspólnego z libijskim krachem, i

obiecał pomóc odzyskać cały mój posag. Teraz myślę o nim zupełnie inaczej.

— Jaki on jest przystojny — powiedziałam — a jaki sprytny!
— Ale nie zamyślasz czasem wziąć go sobie za męża? — spytała w nagłym popłochu.
Oj, Ktimeno, Ktimeno! Takie kobiety jak Ktimena są przyczyną nieszczęść świata.

background image

AJTON ŻEBRZE

Tego   ranka,   pędząc   pół   tuzina   wieprzy   na   ofiarę,   Eumajos   i  Ajton   zatrzymali   się   przy

słynnym   skrzyżowaniu   dróg   u   podnóża   góry,   gdzie   w   kamiennym   basenie   rozpryskuje   się
wodospad. Basen ten, ze swoimi trzema ołtarzami i starymi olchami, które go otaczają, był przez
naszego przodka Egestosa poświęcony nimfom. Podróżnicy nie omieszkują nigdy zostawić tu
jakiegoś podarku, choćby to miały być tylko kwiaty lub dzikie owoce. Eumajos przejednał nimfy
spalając   na   ogniu   z   chrustu   parę   świńskich   ryjów.   Nieprzystojne   klątwy   Melantiosa,   który
nadciągnął z równą ilością tłustych kóz, przerwały mu modlitwy.

— Phi — zawołał Melantios — ale smród! Cóż to, czy zawsze, ilekroć pędzę kozy tą drogą,

ma mi się trafiać nieszczęście spotkania ciebie i twoich paskudnych, chrząkających i zapchlonych
towarzyszy właśnie na tym skrzyżowaniu dróg?

— Jest na to jedno lekarstwo —  odparł Eumajos nie odwracając się nawet  —  wcześniej

wstawaj. Twoja zagroda leży niedaleko stąd, a wyruszywszy o tej samej porze co ja, byłbyś się ze
mną rozminął o dwie godziny albo więcej.

— Któż jest to smrodliwe kulejące dwunogie zwierzę? — spytał wojowniczo Melantios.
— Żebrak, którego spotkałem na górze. Pokazuję mu drogę do miasta.
— Cymbał wiedzie cymbała, a za brudem idzie brud. Takie jest boskie prawo. Ale chyba nie

wprowadzisz tego próżniaczego obżartucha do pałacu, co?

—  Czemu nie? Tylu się tam zebrało jeszcze bardziej rozpróżniaczonych obżartuchów, że

jeden więcej nie stanowi różnicy. I mają wszyscy własne spiżarnie, dobrze zaopatrzone w ser i
tuńczyki, co nie tłumaczy faktu, że co dzień muszą jadać na obiad pieczone mięso na koszt
naszego pana; tymczasem mój biedny towarzysz jest głodny, kulawy i bezdomny.

— Ośmielasz się porównywać tego stwora z kwiatem naszej elymejskiej szlachty?! Jeśli chce

roboty, to niech przyjdzie do mnie, u mnie zawsze brak rąk do pracy, a mógłby zarobić od czasu
do   czasu   misę   serwatki   tnąc   trawę   dla   koźląt,   zamiatając   przegrody  i   spełniając   różne   inne
posługi. Ale taki cymbał boi się pracy niemal gorzej niż śmierci: włóczy się po wybrzeżu, ociera
plugawe barki o wszystkie odrzwia i trzeba mu płacić strawą za to, żeby sobie poszedł. Znam ja

background image

takich: jak zapuka do drzwi, a w domu nie ma nikogo, bierze sobie ubrania i obuwie albo jeszcze
lepsze rzeczy. Ja cię ostrzegam — jeżeli przyprowadzisz go do pałacu, zaczną fruwać podnóżki, a
będzie szczęśliwy, jak ucieknie z paroma połamanymi żebrami.

Mówiąc to Melantios zamierzył się na Ajtona kopniakiem i ugodził go w biodro. Ajton miał

na tyle przytomności umysłu, że mu nie oddał, stękał tylko, opatrywał siniec i gderał pod nosem
jak prawdziwy żebrak, a Eumajos zwracając się do nimf wykrzyknął:

—  Córki Zeusowe, jeśli mój pan, król, palił kiedyś udźce obficie otoczone w tłuszczu na

waszych ołtarzach, dajcie mu szybki powrót i uwolnijcie mnie od tyranii obcych i obelg równych
mi sług!

Melantios odparł:
— Zanim on wróci, będzie można zobaczyć wiele ulepszeń w Drepanon. Jego włości będą

podzielone   między   godniejszych   niż   on,   jego   tron   zajęty,   rodzina   zgładzona.   Co   do   ciebie,
zgryźliwy świnopasie, zażądam, by mi cię dali na niewolnika, w zapłatę za wierną służbę moim
nowym panom, a po wyszorowaniu i uczesaniu twych zmierzwionych włosów ubiorę ciebie w
czystą białą przepaskę na biodra i sprzedam sydońskim handlarzom niewolników za tyle, ile mi
dadzą. Zawsze się znajdzie głupiec, żeby kupił głupca, i im większy głupiec — tym większego
głupca kupi. Tymczasem dbaj o swoją skórę, choćby przez wzgląd na mnie.

Eumajos nie raczył mu  odpowiedzieć. Stara biała maciora już go pocieszyła wieścią, że

wkrótce Melantios umrze straszną śmiercią. Melantios popędził pośpiesznie kozy do pałacu, zaś
Eumajos i Ajton ruszyli wolniejszym krokiem. Przypatrywali się igrzyskom, jak to już opisałam,
a później włączyli się w powracający tłum, co umożliwiło Ajtonowi przejście z wieprzami przez
bramy miasta bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy zbliżyli się do pałacu, Eumajos spytał:

— Chcesz pójść pierwszy, czy mam ich przygotować na twoje przybycie?
— Nie mogę narażać się na to, że mnie wyrzucą — odrzekł Ajton — ponieważ zaś Melantios

widział   mnie   w   twoim   towarzystwie,   bądź   lepiej   moim   poręczycielem,   chociaż   boję   się,   że
napytasz sobie kłopotu.

—  Najpierw pozbądźmy się wieprzy  —  powiedział Eumajos  — a potem czyńmy, co nam

bogini podpowie.

Przechodząc obok kupy gnoju Ajton rzekł:
— Jaki piękny pies! Musi być z niego świetny myśliwy. Ale dlaczego pozwala mu się leżeć i

drapać się na gnojowisku?

— Biedny Argos! Nikt go nie ćwiczy, odkąd książę Klitoneos odjechał. Nie ma stworzenia

bardziej osamotnionego niż bezpański pies, chyba tylko dziecko, które nie posiada ojca.

W tej właśnie chwili Argos nastawił ucho, szczeknął radośnie i pomknął. Odwrócili się i

zobaczyli  spieszącego ku nim, choć pies mu  zagradzał drogę swymi skokami i czułościami,
Klitoneosa z włócznią w dłoni. Mijając ich mruknął do Eumajosa:

background image

— Mam wieści o królu. Zaczekaj tu, póki nie przyślę po ciebie.
Wejście Klitoneosa na dziedziniec biesiadny z Argosem przy nodze wznieciło sensację, ale

on utorował sobie drogę łokciami poprzez tłum zalotników i zatrzymał się tylko po to, żeby
pozdrowić   Halitersesa,   który   zgodził   się   mieć   pieczę   nad   sprawami   pałacu   podczas   jego
nieobecności.

—  Cóż   to,   chłopcze  —  zawołał   Haliterses  —  już   wróciłeś?   Czy   spotkałeś   swego

królewskiego ojca?

—  Nie dojechaliśmy do piaszczystego Pylos  —  odrzekł Klitoneos.  —  Jutro opowiem ci

wszystko, bo dziś jestem znużony i zasmucony śmiercią mego kochanego wuja. Wybacz mi,
szlachetny Halitersesie!

Wszedł do domu i pocałował matkę, która zaprowadziła go do swojej sypialni.
— No i co? — zapytała.
—  Król jest już niedaleko. Miał naprawę okrętu w Syrakuzach i powinien wrócić w ciągu

czterech dni. Wiadomość ta doszła do mnie z Minoi zaraz po odejściu Nauzykai. Antinoos jednak
ustawił czujki wzdłuż, całego wybrzeża aż do sykulskiej granicy, a okręt o trzydziestu wiosłach
czeka, by nań napaść w cieśninach Motii, nie mamy więc czasu do stracenia. Wieczorem, jak
dziedziniec się opróżni, przyślę do ciebie Ajtona... I, och, mamo, serce mi pęka z żalu za twym
zamordowanym bratem, a przysięgłem na Kerdo, że go pomszczę. 

Spytała łagodnie:
— Pochwalasz ty tego... jak on się nazywa, Ajton? Nie sądzisz, że on jest zbyt dziki na to,

żeby być mężem Nauzykai?

— To nie jest chyba sytuacja, która wymaga łagodności.
—  Obawiam się, że masz rację. Zmykaj  teraz i poproś, żeby Eurykleja przygotowała ci

gorącą kąpiel i poszukała czystej bielizny.

Wykąpał   się,   posłał   dziewczynę   po   Eumajosa   i   znów   usiadł   na   swoim   miejscu   obok

Halitersesa. Podszedł Noemon, by zapytać, gdzie stoi okręt.

— Wyciągnięty na brzeg Motii — odrzekł Klitoneos — łatają mu dziurę. Będzie tu jutro albo

pojutrze. Jestem ci głęboko wdzięczny, żeś mi go pożyczył.

Potem Haliterses wygłosił proroctwo, jednakże wśród rozgwaru usłyszał je tylko Klitoneos.
— Mam dziwną wizję łani, która cieli się w jaskini nieobecnego lwa. Widzę, jak lew wraca z

bezowocnej wyprawy nieświadom, co ujrzą jego głodne oczy po powrocie...

—  Byłoby dobrze dla twojego lwa, gdyby myśliwi nie zastawili na niego sideł w pobliżu

jaskini — powiedział Klitoneos smutnie.

— Ten lew rozerwie wszystkie sidła.
— Oby to Atena przemawiała przez twe usta, panie mój, Halitersesie!
Potem  wszedł  Eumajos  i  Klitoneos  skinął   na  niego,  żeby  usiadł   przy  nim,   jednocześnie

background image

służący wniósł misę z mięsem i koszyk chleba. Tuż za Eumajosem przykulał Ajton, lecz nie
ważąc się iść dalej niż do jesionowego progu, który łączy oba dziedzińce, usiadł oparłszy się
plecami o kolumnę. Klitoneos wziął cały bochen chleba i plaster wołowiny i podał Eumajosowi.

— Daj to swojemu nieszczęśliwemu towarzyszowi — rzekł — I skłoń go, żeby obszedł całe

towarzystwo i użebrał więcej.

— Będąc żebrakiem tylko przez nieszczęście, a nie z zawodu, będzie się może wstydził.
— Powiedz mu, że żebrakowi nie przystoi wstyd.
Ajton  przyjął   dar   i   począł   jeść   niby  wygłodniały,   a  tymczasem   Femios  śpiewał   o   królu

Menelaosie ze Sparty. O tym, jak udał się on po poradę do Proteusza, prorokującego starca, który
włada piaszczystą wyspą Faros, i o tym, jak położył się spać pośród fok owinięty w foczą skórę.
Przysłuchiwałam się temu z okna wieży, kiedy Ktesippos, już pijany, przerwał pieśń krzycząc do
mnie ochrypłym głosem:

— Hej, pani, powiedz nam, czy nie chciałabyś też położyć się spać wśród fok? — Należy

wyjaśnić, że Fokajczycy zwą siebie „Fokami”. Femios odłożył na bok formingę i wszystkie oczy
zwróciły się na mnie, kiedy wolno i wyraźnie odpowiedziałam:

—  Nie   mam   na   to   ochoty,   panie   mój,   Ktesipposie.   W   porównaniu   z   nimi   cały   chlew

sykańskich wieprzy pachnie słodko i postępuje świątobliwie. A choć tkanina nasycona silnymi
wonnościami mogłaby zabić fetor fok, nie ochroniłaby mnie ona ani przed ich wszeteczeństwem,
ani przed ich gwałtownością.

Owego dnia naszą umówioną taktyką było podżeganie niesnasek w szeregach wrogów, a ten

mój docinek osiągnął dobry rezultat. Sykańczycy śmiali się do rozpuku z Fokajczyków. Kiedy
Femios mógł wreszcie dokończyć swoją pieśń — bowiem Synowie Homera brali sobie za punkt
honoru nigdy nie śpiewać w zgiełku i rozgwarze — Ajton zaczął obchodzić wkoło dziedziniec,
żebrząc   u   zalotników   o   kęsy   jedzenia.   Niektórzy   czynili   daremne   domysły   co   do   jego
pochodzenia, aż wtrącił się Melantios:

— Moi panowie, pewnie świnopas, który przyprowadził tutaj tego psowacza wesela, może

wam coś o nim powiedzieć.

Antinoos zapytał Eumajosa:
— Po coś to zrobił? Czy chcesz nam zatruć całą uciechę? Czy tylko usłużnie próbujesz nam

pomóc wyjeść do czysta królewską spiżarnię? Nie trzeba nam pomocy, dziękujemy. A w ogóle
kto on jest?

— Panie mój, możesz być wysoko urodzony — odrzekł Eumajos śmiało — ale musieli cię

źle wychować, bo wiedziałbyś w przeciwnym razie, że to nie zaleta, gdy się dopomaga bogatym i
szczęśliwym, którzy i tak znajdują przyjęcie, gdziekolwiek się udadzą. Ich gospodarze oczekują
w zamian jakiegoś daru albo usług. Ale przed żebrakiem nie zaryglowane są jedynie drzwi ludzi
o królewskim sercu. Przyprowadziłem tego kupca, który ocalał z rozbitego statku, ufając, że

background image

książę Klitoneos użali się nad nim. A jakie ty masz prawo krytykować wielkoduszność księcia
albo domagać się wyjawienia imion jego gości?

Wtrącił się Klitoneos:
— Uspokój się, czcigodny świnopasie, nie zwracaj uwagi na jego cierpkie żarty! A jeśli ty,

Antinoosie, odkroisz temu żebrakowi kawałek chleba i mięsa, poproszę ojca, by ci to odliczył z
twojego rachunku.

— Ani mi się śni.
— Takiej odpowiedzi oczekiwałem — rzekł Klitoneos. — Wszyscy Fokajczycy są tacy sami:

choćby nawet byli obżarci i opici do niemożliwości, a żebrak poprosiłby ich o resztki z talerza,
woleliby umrzeć z przejedzenia wciskając jeszcze kawał mięsa w gardło, niż uratować biedaka
od głodu.

— Uważaj, Klitoneosie — warknął Antinoos — bo jeślibym mu dał tyle, ile chcę, począwszy

od tego  —  tu wyłowił podnóżek spod stołu i pomachał nim groźnie  —  nie ruszyłby się co
najmniej trzy miesiące.

Jednak   trojańscy   i   sykańscy   zalotnicy   napełnili   wkrótce  Ajtonową   sakwę   i   mógłby   już

powrócić   bezpiecznie   na   swoje   miejsce,   gdyby  Atena   nie   podszepnęła   mu,   by   raz   jeszcze
wypróbował Antinoosa.

—  Daj —  prosił  —  niemożliwe, żebyś ty jeden był człowiekiem niskim w tym wielkim

zgromadzeniu. Twoje szaty i postawa mówią, żeś tu jednym z najbogatszych, i oczekiwałem od
ciebie   dwa   razy   tyle,   co   od   twych   sąsiadów.   Panie   mój,   jestem   Cypryjczykiem   wysokiego
urodzenia. Siedem lat temu miałem mnóstwo niewolników i korzystałem ze wszystkich rozkoszy,
jakich można zapragnąć. W owych czasach żebracy schodzili się gromadnie do mych bram, a
nigdy żaden nie został wyrzucony. Podobało się jednak Zeusowi wysłać mnie na wyprawę na
południowe wody i nim miesiąc upłynął, zostałem jeńcem w egipskim Kanopos, skąd po latach,
po wielu okrutnych cierpieniach, ruszyłem do kraju; ale Gromowładny, by mnie jeszcze bardziej
upokorzyć, sprawił, że wiatr mnie zmiótł z kursu, okręt mi się rozbił na waszym wybrzeżu, a ja,
okaleczały, musiałem pójść od progu do progu na żebry.

Antinoos krzyknął gniewnie:
—  Czy Zeus naprawdę przysłał tutaj tę zarazę, żeby nas stąd wykurzyć? Precz, psie, ja ci

dam Egipt i Cypr!

Ajton odstąpił powoli.
—  Wybacz mi, panie, jeśli ze świetności twoich szat wyciągnąłem złe wnioski co do twej

hojności.   Zawodowy   żebrak,   zwykły   czytać   z   twarzy,   nie   mógłby   chyba   zrobić   tej   omyłki.
Poznałby   on,   że   nigdy   nie   dałeś   ani   szczypty   soli   ponad   potrzebę   żadnemu   ze   swoich
niewolników. Ja jestem początkujący w tym nędznym fachu.

Antinoos, ukłuty do żywego, porwał podnóżek i cisnął nim w Ajtona. Ugodził w ramię, lecz

background image

on   otrząsnął   się   tylko,   jakby   zganiając   muchę,   i   zajął   swoje   miejsce   na   progu.   Stamtąd
przemówił:

— Posłuchajcie mnie, przesławni Elymowie! Człowiek oczekuje, że dostanie kilka ciosów,

kiedy broni swego mienia lub najeżdża wrogie miasto. To jest zwyczajna rzecz! Lecz nigdy
jeszcze nie poniżono mnie tak jak dzisiaj. Człowiekowi szlachetnego rodu, który niegdyś cieszył
się dobrobytem, dość już jest nienawistne żebranie o chleb, nawet bez dodatkowych obelg i
napaści. Jeśli jest jakiś bóg na Olimpie, co raczy pomścić żebraka, jego teraz przyzywam!

—  Siedź   i   jedz   cicho,   ty   łotrze!  —  wrzasnął   Antinoos  —  jeżeli   nie   chcesz,   by   cię

wywleczono za nogi z pałacu i żywcem odarto ze skóry!

Pomruk   sprzeciwu   powitał   tę   nieprzystojną   groźbę   i   młody   Trojańczyk   imieniem

Amfinomos, ten, który zapraszał Klitoneosa na łowy na dzika, przeszedł przez dziedziniec i
powiedział Antinoosowi prosto w oczy:

— Panie mój, źle uczyniłeś rzucając tym podnóżkiem w gościa. A gdyby się miało okazać, że

to bóg przebrany? Mówią, że bogowie wędrują po ziemi, żeby zobaczyć, czy ludzie porządnie się
zachowują  —  sam   Zeus   odwiedził   niegdyś   Arkadię,   by   sprawdzić   pewne   pogłoski   o
ludożerstwie, które do niego doszły; przekonał się, że nie są przesadzone, i spuścił potop za karę.

— Inny potop zaleje ten dziedziniec, moi panowie — wykrzyknął Haliterses — potop krwi,

jeśli nie zmienicie swego postępowania!

Kiedy zaś moja matka usłyszała, że reputacja domu została podważona tą nieuzasadnioną

napaścią na żebraka, zawołała z odrazą:

— Ach, gdyby moje modły zostały wysłuchane, niewielu z nich dożyłoby tej godziny jutra!
Potem wysłała sprytne zlecenie do Eumajosa, które niewolnik przekazał mu publicznie.
— Czcigodny świnopasie, wielce obyty w świecie żebrak, z którym się zaprzyjaźniłeś, został

okrutnie   potraktowany   przez   jednego   z   naszych   gości.   Może   słyszał   on   coś   o   moim   synu
Laodamasie. Niech wejdzie do sali tronowej, to go wypytam. — Była to zarówno wymówka do
porozmawiania na osobności z Ajtonem (odgadła, że żebrakiem tym musi być właśnie on) jak i
chęć złudzenia Eurymacha, że Eurykleja nie puściła pary z ust o morderstwie.

Eumajos przekazał zlecenie Ajtonowi.
— Królowa na pewno da ci ciepły chiton i chlajnę — dodał — nawet jeżeli nie masz dla niej

dobrych wieści. U niej w pałacu zawsze są mile widziani ludzie dobrego rodu, w jakim by nie
byli nieszczęściu.

— A wiesz — rzekł Ajton podchwytując ton — że istotnie słyszałem pogłoskę, jakoby gdzieś

na środkowej Krecie widziano Laodamasa. Królowa osądzi, czy to prawda, czy nie, bo ja sam
nigdy nie spotkałem młodego księcia. Błagam cię, poproś, by pohamowała swoją niecierpliwość.
Odwiedziny   u   niej   przyniosą   mi   zaszczyt,   ale   po   bankiecie.   Tymczasem   bowiem   czuję   się
bezpieczniej   na   tym   progu.   Jeśli   odważę   się   przejść   przez   ten   dziedziniec,   kto   wie   czy   ci

background image

szlachetni   panowie   nie   zaatakują   mnie   mieczami,   nie   stołkami?   Tutaj   nie   jestem   ani   na
dziedzińcu, ani poza nim.

— Jak sobie życzysz — rzekł Eumajos. — Moja pani na pewno wybaczy ci tę zwłokę. —

Potem zwrócił się do Klitoneosa.  —  Książę, muszę wracać do świń. Dobrze uważaj na siebie.
Czy jeszcze masz mi coś do rozkazania?

Odpowiadając Klitoneos podniósł głos:
— Tak, czcigodny świnopasie. Wczesnym rankiem masz przypędzić najtłuściejsze wieprze,

jakie ci jeszcze pozostały w stadzie, jutro bowiem siostra moja, Nauzykaa, uwieńczy człowieka,
którego zamierza poślubić. Będzie to dzień nad dniami. Och, i przejdź obok domu Filojtiosa. Każ
mu przyprowadzić osiem tłustych baranów. Niechaj bogowie ci towarzyszą!

To   ogłoszenie,   które   uzgodniłam   z   Klitoneosem,   wywołało   niezmierne   poruszenie   w

towarzystwie, lecz on siedział nieczuły i na gwar pytań do niego kierowanych odpowiedział
jedynie:

— Któż wie, którego z was wszystkich moja siostra wybierze? Spędzi ona noc na zasięganiu

porad u bogini, której służy.

Choć   do   zmroku   została   niespełna   godzina,   a   zalotnicy   zwykli   wychodzić   z   nastaniem

ciemności, nikt nie myślał o zakończeniu uczty.

W Drepanon osiadł na stałe pewien żebrak imieniem Arnajos, Koryntyjczyk z pochodzenia.

Podawał   się   za   człowieka   do   wszystkiego   i   wałęsał   się   po   placu   targowym   szukając
najłatwiejszych   sposobów   napchania   brzucha.   Pilnował,   żeby   świnie   nie   zabłąkały   się   do
świątyni, strzegł psów i koni, nosił listy miłosne, udawał, że pomaga przy wyładunku, kiedy
łodzie   rybackie   wpływały   do   przystani,   najgłośniej   klaskał,   gdy   ktoś   odznaczył   się   czymś
publicznie  —  choćby to było tylko celne splunięcie albo puszczenie wiatru (darujcie mi!) z
silnym hukiem. Przezwano go Irosem, co jest męską formą od Iris, „tęcza”, a znaczy posłaniec
bogów, i stał się miejskim pośmiewiskiem. Antinoos posłał teraz dla żartu swego służącego, żeby
powiedział temu Irosowi, iż inny żebrak zebrał nie byle torbę jadła w pałacu i zalotnicy bardzo
go poważają. Przyszedł ociężale (był wielkim mężczyzną, choć otyłym i nalanym) z zamiarem
przegnania Ajtona.

—  Złaź z tego progu, próżniaczy hultaju  —  wrzasnął.  —  Wszystkim tu dokuczyła twoja

obecność. Nie możesz się domyślić, dlaczego pan mój, Antinoos, odmówił ci jadła? To dlatego,
że popiera mnie, którego zna i któremu wierzy, nie ciebie.

Ajton odpowiedział:
—  Nie obraziłem ciebie, obcy człowieku, ani nie zazdroszczę jałmużny, jaką ktokolwiek

zechce ci rzucić, jeśli jesteś nieszczęśliwcem jako ja. Starczy miejsca na tym progu dla nas
dwóch. I siedź lepiej cicho, bo dostaniesz.

Iros wrzasnął falsetem:

background image

— Ja dostanę? Ciekaw jestem, kto mi co zrobi. Przyjrzyj się mojej pięści i strzeż się jej, jak

chcesz mieć te białe zęby w gębie! Co, przyjmujesz wyzwanie? Zakasz łachmany i chodź przed
bramę, pobijemy się.

— Jestem gotów cię zabić, jeśli tak mało kochasz życie — rzekł Ajton znużony.
Antinoos był zachwycony widowiskiem, które zaaranżował.
— Chodźcie, przyjaciele, biją się, biją się! To przechodzi wszystko! Bogowie urządzili nam

osobliwe interludium dla zabawy. Cypryjczyk i Iros wezwali się wzajem do walki na pięści.
Gwarantuję,   że   ta   bójka   będzie   więcej   warta   oglądania   niż   ranne   zawody.   Utwórzcie   koło,
szybko!

Jego fokajscy poplecznicy podskoczyli i otoczyli żebraków. Antinoos powiedział:
— Teraz co do nagrody. Ja proponuję jeden z tych kozich żołądków przysmażających się na

ogniu i wyłączne prawo żebrania na tym dziedzińcu.

Wszyscy pochwalili tę myśl, lecz Ajton krzyknął:
—  Moi   panowie,   choć   człowiek   pokoju,   gotów   jestem   na   wiele   dla   zdobycia   żołądka.

Dobrze, przyjmuję. Tylko pan mój, Antinoos, musi przysiąc, że walka będzie uczciwa. Nie chcę,
by któryś z jego popleczników podstawił mi nogę lub kopnął, gdy będę się rozprawiał z tym
worem słoniny.

— Przysięgam ci na Zeusa — uśmiechnął się Antinoos — że jeśli któryś z moich towarzyszy

przeszkodzi w zabawie Irosa, stłukę go na kwaśne jabłko.

Wtrącił się Klitoneos:
—  Tak samo licz na mnie, obcy człowieku. Ja jestem tutaj gospodarzem i co ja mówię,

obowiązuje.

Związując łachmany Ajton stanął w postawie pięściarza przed Irosem, który tak się przeraził,

że słudzy musieli go siłą wciągnąć w krąg. Ajton rozważał, czy lepiej zabić go jednym ciosem,
czy tylko powalić na ziemię bez czucia. Zdecydował się na to drugie (z uwagi na kłopot i
wydatek, jaki pociąga za sobą zabójstwo bez względu na godność ofiary). Zrobił pół obrotu w
prawo, wyrżnął Irosa w kąt szczęki i zwalił jak zarzynanego wołu. Ten wypluł zęby i krew i
zaczął bić piętami o ziemię w agonii. Ajton przeciągnął go przez próg i oparł o najbliższy mur
drugiego dziedzińca.

— Teraz siedź tu i odganiaj psy i świnie — rzekł. — I dość udawania króla żebraków, bo

stłukę ci gębę także z drugiej strony.

Kiedy   wśród   ironicznych   okrzyków   pokulał,   by   wziąć   z   rąk   Antinoosa   kozi   żołądek,

Amfinomos pogratulował mu szczerze i wypił jego zdrowie ze złotej czary.

— Za twoje powodzenie, obcy człowieku — zawołał — i zmianę zawodu.
Dał czarę Ajtonowi, który popatrzył na niego z żalem i rzekł cicho:
— A ja tobie, mój panie, życzę zmiany towarzystwa. Masz szczerą twarz i życzliwe serce.

background image

Krótko pożyjesz, jeśli moje życzenie się nie spełni.

— Jesteś prorokiem?
— Jestem człowiekiem doświadczonym, co prawie na jedno wychodzi, a słyszałem pogłoskę

na igrzyskach, że król jest już w drodze do domu.

— Lecz jutro księżniczka Nauzykaa obwieści swój wybór.
— Jutro może być za późno. Co się stanie, jeśli król przybędzie dziś w nocy?
Ajton wychylił złotą czarę i ulał nieco wina na obiatę duchowi wuja Mentora. Amfinomos

odszedł, trzęsąc w zasępieniu głową,  i Ajton wierzył,  że okaże  się na tyle  rozsądny,  by się
dostosować do jego wskazówek.

Nagle dał się słyszeć szmer i całe towarzystwo porwało się na nogi. W głównych drzwiach

ukazała się moja matka i stanęła z ręką wzniesioną do góry, prosząc o ciszę. Każdy albo ją kocha,
albo się boi mojej matki. Większość się jej boi. Mówi ona mało i działa rzadko, ale gdy działa i
mówi, najmądrzej jest uważać.

—  Moi panowie —  odezwała się.  —  Jestem znana z cierpliwości i pobłażliwości. Dotąd

myślałam o was jak o nieodpowiedzialnych chłopcach, tolerując wasze dzikie zachowanie, ufna,
że zapewne naprawicie szkody, które powodujecie. Nie mogę jednak zezwolić na złe uczynki. Na
przykład, nie mogę pozwolić, byście bili żebraka, który przychodzi do pałacu w poszukiwaniu
jadła. Klitoneosie, czemu nie wyrzuciłeś męża, który cisnął stołkiem?

— Nie miałem na to dość siły i mocy, matko — usprawiedliwiał się Klitoneos. — Nikt by

mnie tutaj nie wspomógł.

—  Bogowie by to uczynili, dziecko —  odrzekła.  —  Z pewnością, wiesz o tym. I jeszcze

jedno,   moi   panowie.   Córka   moja   postanowiła   wskazać   jutro   człowieka,   którego   zamierza
poślubić, a jeśli sądzicie, że od was się niczego nie oczekuje, to bardzo się mylicie. Jako matka
Nauzykai muszę dopatrzyć, by się z nią szlachetnie obchodzono. Zwyczaj każe, by zalotnicy
przyprowadzali z sobą własne wieprze, owce i bydło do domu swego przyszłego teścia, a nie
wymagali dzień po dniu darmowych posiłków. Powinni również składać cenne dary; poślijcie
więc natychmiast służących po wasze dary; a kto przyszedł bez służącego, niech sam idzie i
przyniesie.   Pokażę   później   dary   i   spis   tych,   którzy   je   dali,   mojej   córce.   Stan   nadmiernego
podniecenia, w jakim się znajdujecie, i zniewagi, które ją spotkały, gdy pojawiła się przed chwilą
w oknie wieży, odjęły jej ochotę, by się wam teraz pokazać.

Sarkając   po   cichu   posłuchali   wszyscy   i   w   pół   godziny   potem   moja   matka   zebrała

najpiękniejszą, jaką sobie można wyobrazić, kolekcję ślubnych darów. Antinoos przyniósł długą
haftowaną szatę ze szkarłatnej tkaniny z dwunastu złotymi broszami, a na każdej był wyobrażony
inny ptak lub zwierzę; Eurymachowym darem był naszyjnik z bursztynu i złota, którego pożądała
Ktimena;   były   także   kolczyki   z   pereł,   grzebienie   z   kości   słoniowej,   złote   diademy,   srebrne
bransolety   wysadzane   agatem   i   osobliwy   pas   z   łuskami   jak   u   węża   ofiarowany   przez

background image

Amfinomosa. Matka podziękowała im poważnie i weszła do domu, po czym zalotnicy zaczęli
grać w kottabosa.

Noc ich zastała przy tej grze. Klitoneos kazał ustawić naczynia na trójnogach, które służące

wniosły na środek dziedzińca i roznieciły im nich ogień z drzazg suchej sosny, strojąc żarty i
śmiejąc się.

— To nie jest miejsce dla młodych kobiet — rzekł Ajton, przykulawszy ku nim. — Wróćcie

do swej pani na górę.

Jedną z dziewczyn była Melanto.
— Ty mnie będziesz uczył, wstrętny żebraku? — wrzasnęła. — Wino musiało uderzyć ci do

głowy. Wynoś się stąd zaraz i zrób miejsce dla lepszych od siebie.

—  Czy   mam   donieść   o   tym   królowej,   gdy   pójdę   do   niej?  —  spytał   Ajton.   Melanto

przestraszyła się i umknęła z dziewczynami, co zezłościło Eurymacha, bo zamierzał pójść z nią
do ogrodu.

—  Hej człowieku  —  powiedział.  —  Przypuśćmy, że nająłbym cię do pracy przy kopaniu

rowów i sadzeniu młodych drzewek. Co ty na to? Wyglądasz na dosyć silnego do pracy na polu.
A może żebraniem łatwiej zarobić na życie?

— Panie mój, Eurymachu — odparł Ajton. — Byłbym rad wyzwać cię kiedyś do zawodów

przy żniwach lub orce; wiem dobrze, kto by się pierwszy zmęczył. Albo, skoro o tym mowa,
walczyć z tobą ramię przy ramieniu przeciw oddziałowi fenickiej gwardii, a potem policzyć
trupy;   wiem   dobrze,   kto   zabiłby   więcej.   Chwalisz   się   i   znęcasz   nad   słabszymi,   panie   mój,
Eurymachu, uważasz siebie za wielkiego tylko z tej przyczyny, że twoje męstwo nigdy nie było
poddane próbie.

Eurymachos wrzasnął:
— A ty, zdaje się, sądzisz, że jak powaliłeś samochwała Irosa, możesz do mnie mówić jak do

niewolnika. A masz!

Rzucił podnóżkiem Ajtonowi w głowę. Ajton odsunął się i pocisk ugodził w Pontonoosa,

podczaszego, w chwili gdy napełniał czarę Amfinomosa. Pontonoos upadł jęcząc i wypuścił
dzban z ręki, a Sykańczycy i Trojanie głośno lżyli Eurymacha, że im psuje zabawę. Ajton dobrze
się   spisał,   ośmieszając   obu   przywódców   spisku   i   niszcząc   jednomyślność   pozostałych
zalotników.

Klitoneos zastukał końcem włóczni o podłogę i wykrzyknął:
— Dość tego, moi panowie! To zgromadzenie nie panuje już nad sobą. Proponuję, żebyście

poszli do domów i aby sen wywietrzył wam z głów opary wina. Jutro jest dzień nad dniami,
musimy być wypoczęci.

—  Bardzo  rozsądna myśl  —  zgodził  się Amfinomos.  —  Proponuję wznieść  kielichy na

rozstanie. Wypijmy na przyjaźń i strząśnijmy obiatę dla ducha wspaniałego, lecz nieszczęśliwego

background image

wuja księcia Klitoneosa.

Po czym zalotnicy odeszli, zataczając się w ciemnej ulicy.

background image

BEZ KWIATÓW I FLETNI

Klitoneos i Ajton zostali na ciemniejącym dziedzińcu sami.
—  Chodź, kuzynie  —  powiedział Ajton  —  musimy zdjąć ze ścian tę broń. Nie możemy

zapobiec,   by   zalotnicy   przynieśli   miecze,   lecz   mieczów   używa   się   tylko   w   starciu,   a   mam
nadzieję, że unikniemy walki wręcz. Jeśli oni chwycą za oszczepy, włócznie i tarcze, stracimy
całą przewagę zaskoczenia.

— A co z hełmami?
— Trzeba je też usunąć. Gdyby zostały same hełmy, wzbudziłoby to podejrzenia.
— Podejrzenia i tak powstaną, chyba że obwieszczę, iż zabrano broń na rozkaz mojej matki

„jako   środek   ostrożności   przed   rozlewem   krwi,   jeśliby   wybór   Nauzykai   miał   wywołać
zrozumiałą zazdrość”.

— Ta bajeczka może i wystarczy, ale będzie jeszcze lepiej, jeśli parę niewiast zacznie jutro

wczesnym rankiem bielić ściany, niby w przygotowaniu do wesela. Zbroje zawsze się zdejmuje
ze ścian, kiedy zaczyna się bielenie.

— Zaraz wydam polecenia Euryklei.
Kiedy na dziedziniec weszła Eurykleja, Klitoneos powiedział:
—  Nianiu,   chcę,   by   pobielono   te   krużganki   przed   weselem,   musimy   zatem   zdjąć   broń.

Należy się jej gruntowne czyszczenie, a w każdym razie najlepiej, żeby nie było jej pod ręką:
zalotnicy mojej siostry mogliby się znów pokłócić tak jak dziś wieczór i użyć jej przeciwko
sobie.

— A niechby tam, wstrętne potwory! Ale nie zaczynaj przestawiać rzeczy o tej porze nocy.

Przyślę ci dziewczęta do pomocy.

— Dziewczęta? Nie, nie można im powierzyć cennej broni. Kiedy dałem Melanto swój hełm

do oczyszczenia, wypuściła go z ręki i porysował się. Poza tym nie cierpię, jak służące kręcą się
w pobliżu, gdy robię to, co powinny one zrobić, chcę więc, żeby drzwi od pomieszczeń dla
służby były zaryglowane, jak będę nosił broń do składu.

— Ciemno jest w przejściu.

background image

— Ten żebrak poświeci mi łuczywem. Powinien odsłużyć jedzenie, które mu dałem. Daj mi

klucz do składu.

— Pamiętaj, zwróć mi go, moje dziecko.
Kiedy   zaryglowała   drzwi   dziewcząt,   Ajton   i   Klitoneos   zdjęli   ze   ścian   całą   kolekcję

oszczepów, włóczni, tarcz i hełmów i znieśli je przez korytarz do składu, co było żmudną pracą,
bo trzymaliśmy dosyć broni w pogotowiu, aby w razie najazdu piratów móc uzbroić wszystkich
domowników. Eurykleja czekała, póki nie skończyli, a Klitoneos poszedł zamknąć Argosa na
noc.  Wówczas   odryglowawszy  drzwi   zawołała   dziewczęta   na   dziedziniec   i   kazała   uprzątnąć
pozostałości po uczcie, zamieść podłogę i zetrzeć stoły. Moja matka nigdy nie pozwalała, żeby
bałagan zostawał aż do rana, choćby goście wyszli nie wiem jak późno. Przyszła sama doglądać
sprzątania i kazała ustawić sobie krzesło w zwykłym miejscu, tam, gdzie przedtem smażyły się
żołądki.

Z jej rozkazu Eurykleja sprawdziła ilość czar i odkryła, że brak dwóch najlepszych kielichów

ze złota — tych, które stały przed Ktesipposem i Lejokritosem. Matka uśmiechnęła się słabo.

—  Lejokritos i Ktesippos, zdaje się, zdecydowali, że żaden prawdopodobnie nie zostanie

wybrany na mojego zięcia. Zachowają te kielichy w zakład za zwrot swoich ślubnych darów. Co
za ostrożni ludzie!

Melanto zauważyła Ajtona zajętego wygarnianiem popiołu z paleniska i podsycaniem żaru.

Schwyciwszy płonącą pochodnię zaczęła mu wykrzykiwać pogróżki:

— Ty jeszcze tutaj, żeby nas dręczyć i znieważać? Zmiataj stąd, łajdaku, bo zaraz znajdziesz

się na ulicy z przypalonym zadkiem!

Moja matka odwróciła się i powiedziała gniewnie:
—  W tej chwili rzuć pochodnię, ty flądro, bo sama będziesz miała osmalony zadek. —  A

potem spytała Ajtona:  —  Czy to ty jesteś tym człowiekiem, który przynosi mi wieść o moim
zagubionym synu?

—  Jedynie  pogłoski, królowo  —  odrzekł Ajton pokornie  —  i tylko  dla twego  ucha. Te

dziewczęta mogłyby je zanieść w upiększonej formie do twojej synowej, a ja nigdy bym sobie
nie wybaczył, gdyby jej nadzieje miały wzrosnąć niepotrzebnie. Niechaj nikt mnie nie bierze za
człowieka, który zmyśla historyjki w nadziei zysku. Nawet gdybym umierał z głodu...

— Chodź no, Euryklejo — przerwała mu matka — przynieś ławkę i przykryj ją owczą skórą

dla mego rozważnego gościa. Potem zawołaj księżniczkę Nauzykaę, a także księcia Klitoneosa.
Chciałabym, by usłyszeli te pogłoski i zawyrokowali, czy jest w nich jakaś prawda. Ale nikogo
innego.  —   Niebawem   powiedziała:  —  Zdaje   się,   że   dziewczęta   już   skończyły.   Dobranoc,
uciekajcie do łóżek! Dobranoc, Euryklejo!

Wkrótce   czworo   nas   siedziało   razem   przy  ognisku.   Rzadko   czułam   się   tak   skrępowana.

Czekaliśmy, aż matka przemówi; po chwili spytała Ajtona:

background image

— Nie masz więc żadnych wieści o moim synu Laodamasie?
— Żadnych, królowo, oprócz tego, co zebrałem od twego syna i córki. Błagam, wybacz mi

mój podstęp, by mówić z tobą poufnie, i pozwól wyrazić ubolewanie, jako twemu krewnemu.

— Kto ty jesteś?
— Ojciec mój był szlachetnie urodzonym Kreteńczykiem z Tarry, matka — twoją kuzynką,

Erynną, którą porwali piraci.

Obejrzała go od stóp do głów i w końcu podała mu rękę.
—  Masz rodzinną dolną wargę  —  powiedziała.  —  Moja córka, Nauzykaa, ma taką samą.

Może dlatego ciebie kocha: widząc w twojej własną twarz, podziwia ją, co jest naturalne. Skoro
zaś   ten   rys   znamionuje   spokojną   wytrwałość,   miejmy   nadzieję,   że   nie   jesteś   przeciwny
poślubieniu jej.

Ajton zaczerwienił się jak rozpłatany owoc granatu. Ja, sądzę, pobladłam. Nagłość tych słów

była okropna. Gdyby to był ktokolwiek inny w świecie, a nie moja matka, rzuciłabym się na nią z
zębami i pazurami. Przełknąwszy parę razy ślinę Ajton odpowiedział:

—  Królowo,   krewna,   prorokini.   Jeśli   nie   stroisz   sobie   ze   mnie   żartów,   jakże   mam   ci

dziękować? Istotnie, podobne mamy wargi, sercem nie ustępujemy sobie; nierówne są jedynie
nasze majątki. Odkąd po raz pierwszy wzrok mój padł na piękną Nauzykaę, myślałem niemal
tylko o tym, jak zapełnić różnicę między jej bogactwem i moimi łachmanami.

— Ajtonie — powiedziała matka miękko — możesz liczyć na moją nieustającą przychylność

i poparcie. Żądam od ciebie tylko, byś pomścił Laodamasa i Mentora.

— Są oni moimi krewnymi — odrzekł — a ja walczę w krwawych sporach aż do ostatka,

gdyż tak mnie wychowano na Krecie.

Opowiedział nam o Krecie  —  najwspanialszej wyspie na całym morzu, gęsto zaludnionej.

Jest na niej dziewięćdziesiąt miast i pięć oddzielnych plemion, każde mówiące innym dialektem;
Achajowie, Pelasgowie, Kydonowie z Fenicji, Dorowie dzielący się na trzy szczepy, z których
jeden   czci   Demeter,   drugi  Apollona,   a   trzeci   Heraklesa,   i   prawdziwi   Kreteńczycy   z   Tarry.
Drepanon, powiedział Ajton, przypomina mu nieodparcie Tarrę ze względu na swe zachodnie
położenie, chlubę zyskaną na morzu, wysokie mury i żyzne wybrzeże. To do Tarry, pysznił się,
przyszedł Apollo z Artemidą, żeby się oczyścić po zabiciu węża Pytona, który zagrażał ich matce
Latonie;   na   cześć   tych   bóstw   Tarryjczycy   od   wieków   uprawiali   łucznictwo,   w   którym   są
uznanymi mistrzami.

— A ty? — spytała matka.
— Stałem się sługą Apollona, kiedy wyrosłem z wieku dziecięcego — rzekł. — Mistagodzy

oczyścili mnie owocami tarniny i wykonali pewne rytuały, a potem włożyli mi w dłonie rogowy
łuk.  Najpierw  mnie   nauczono  strzelać   pomiędzy  zakrzywionymi  ostrzami  dwunastu  toporów
ustawionych w rzędzie, a potem przeszywać gardło pełznącego węża. Jedno i drugie wydaje się

background image

niemożliwe, a jednak wtajemniczony dokonywa tego w imię Apollona.

Zauważywszy zdziwienie Klitoneosa Ajton wytłumaczył:
—  Nie wtajemniczony łucznik polega na swym rozumie. Uwzględnia on siłę łuku, ciężar

strzały, wiatr, psoty wyrządzane przez światło, które oszukuje oko, gdy mierzy ono odległość,
szybkość i kierunek posuwania się celu; tymczasem biegły łucznik nie posługuje się przy tym
rozumem, jest bowiem natchniony przez nieśmiertelnego Apollona.

— Ciągle jeszcze nie rozumiem.
— Czy nie rzuciłeś nigdy, ze strachu, kamieniem we wściekłego psa, który pędził za tobą, i

nie trafiłeś go w samą mordę? Jeżeli tak, to jakiś bóg tobą pokierował... Kiedyś, w pobliżu Gazy,
dwudziestu Filistynów spróbowało obiec nasz oddział, by nas oskrzydlić. Mój pośpiech sprawił,
że   chybiłem   ich   wodza,   ale   wezwawszy   Apollona   zastrzeliłem   pozostałych   dziewiętnastu,
jednego po drugim; a biegnący, w zbroję odziany człowiek nie jest łatwym celem.

Gdy wpatrywaliśmy się w niego niedowierzająco, nie wydał się tym zmieszany.
— Choć mówi się, że wszyscy Kreteńczycy to łgarze — powiedział — kto się kiedykolwiek

ośmielił zaprzeczać naszym pretensjom do mistrzostwa w łucznictwie?

Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwała matka mówiąc:
— Czas iść spać, dzieci. Nie chcę słuchać, co wy sobie we troje uknuliście; tylko niechaj to

będzie   ku   czci   tego   domu   i   zadowoleniu   naszych   ukochanych   duchów.  Ajtonie,   przyślę   ci
składane łóżko, koce, prześcieradła i puchową poduszkę.

—  Dziękuję ci, królowo, ale ja przyzwyczaiłem się do spania bez wygód, a każda taka

dbałość o mnie spowodowałaby komentarze.

— Zgódź się przynajmniej, by ci umyto nogi.
— Gdyby Eurykleja zechciała to uczynić...
— Eurykleja zrobi, co jej się każe. Dobranoc. Chodź, Nauzykao!
Weszłyśmy do domu, a Eurykleja poświeciła świecą Klitoneosowi,  gdy się kładł do łóżka,

złożyła jego chiton i wróciła, żeby umyć nogi Ajtonowi. Rozmawiali o mnie niespełna godzinę i
Ajton podbił jej serce. Wpadła do mojej sypialni w wielkim podnieceniu:

—  Kochanie,   Ajton   wcale   nie   jest   żebrakiem.   On   jest   przebranym   Kreteńczykiem

szlachetnego rodu, i to bardzo dzielnym. Z intymnych pytań, które mi zadawał, wygląda, że ten
zacny człowiek szalenie cię kocha. Ach, żebyż on był jednym z twoich uznanych zalotników!
Obawiam się, że król nigdy by się nie zgodził na ten związek, gdyby nawet twoje uczucia... —
Urwała i uśmiechała się do mnie z przyjazną dociekliwością.

Już   i   tak   było   niedobrze,   kiedy   Klitoneos   i   wuj   Mentor   postanowili   skojarzyć   mnie   z

Ajtonem; jeszcze gorzej, gdy moja matka zdała sobie sprawę, że ja jego kocham, i publicznie to
wypowiedziała; ale jak Eurykleja zaczęła na tę samą nutę, dławiąc się z wściekłości wypaliłam:

— Ufam, że dawałaś temu kreteńskiemu poszukiwaczowi przygód wymijające odpowiedzi,

background image

nianiu?  Wygląda   na  to,   że   zapominasz   o  swoim   stanowisku. Wolno   niewolnikom  roztrząsać
między sobą sprawy ich właścicieli — kto im może zabronić? — ale zdradzanie zaufania wobec
obcych to czysta niegodziwość!

—  Kochanie, czy w ten sposób mówi się do staruszki, która niańczyła ciebie na kolanach,

ocierała łzy, kiedy stłukłaś sobie nosek, i uczyła, jak wić wianki ze stokrotek? Nie powiedziałam
Kreteńczykowi   niczego,   co   chciałabyś   przed   nim   zataić.   Ponadto,   kiedy   myłam   mu   stopy,
poznałam od razu, że jest z rodziny twojej matki. Oni wszyscy mają wysokie podbicie i taki długi
drugi palec. Pomyśl tylko, okazuje się, że on jest synem biednej Erynny! Często ci opowiadałam,
jak ją ukradziono. Lata całe nie mogłam przyjść do siebie z żalu i wstrząsu. Ajton jest twoim
kuzynem, dziecko. Spójrz tylko na jego dolną wargę.

—  A niech kruki pożrą jego dolną wargę!  —  krzyknęłam. Potem widząc, że zraniłam jej

uczucia, objęłam ją i zaczęłam szlochać.  — Och, nianiu, jestem taka nieszczęśliwa. Czy mogę
kiedykolwiek wyjść za niego za mąż? By zaspokoić zalotników i ocalić nasz dom od zagłady,
obiecałam wskazać, który będzie moim mężem. Nalegają, by wesele odbyło się jutro wieczorem.
Jeżeli za boskim wstawiennictwem ojciec przedtem nie powróci, jak zaspokoję pragnienie mego
serca?

Eurykleja klepała mnie po plecach i gładziła włosy.
— Czemu nie obwieścisz, że zgodziłaś się poślubić właśnie jego?
— Nie mów głupstw. Oni by nigdy na to nie przystali.
— No więc, kochanie, musisz zrobić w Drepanon, co Medea zrobiła w Drepane.
Zmarszczyłam czoło.
—  Demodok   śpiewał   nam   o  „Złotym   Runie”   przed   dwoma   laty   —  podpowiedziała

Eurykleja. — Na pewno przypominasz sobie?

—  Och,   nianiu   najdroższa,   bogini   mówi   przez   twe   zwiędłe   usta.   Przecież   tak   będzie

najlepiej!

Opowieść brzmiała mniej więcej tak: Medea, zbiegłszy z Kolchidy w towarzystwie Jazona,

schroniła się w Drepane, gdzie królował Alkinoos. Kiedy kolchidzki admirał wysłany w pościg
zażądał   wydania   jej   i   Złotego   Runa,   które   Jazon   ukradł,  Alkinoos   odłożył   odpowiedź   do
następnego dnia. Na to królowa Arete, litując się nad Medeą, uprosiła go, by zważył, jaka okrutna
śmierć czeka uciekinierkę, gdy ją zawiozą do domu. Alkinoos odparł, że nic nie obiecuje, ale
zobaczy, co się da zrobić. Arete jednakże namówiła go, by jej wyjaśnił konsekwencje prawne
ucieczki Medei, które można tak streścić: „Jeśli Medea jest jeszcze dziewicą, musi powrócić do
Kolchidy; jeżeli nie, ma prawo pozostać z Jazonem”. Arete pośpiesznie urządziła kochankom
ślub   w   Jaskini   Makris   i   kiedy  nazajutrz  Alkinoos   wydał   swój   sąd,   byli   już   mężem   i   żoną.
Kolchowie odpłynęli więc obrażeni, a Jazon i Medea udali się do Koryntu, gdzie zostali królem i
królową.

background image

Szept i cichy odgłos bosych stóp na korytarzu. Eurykleja wstała rozzłoszczona.
— Co to? — zapytałam.
— Melanto i jej towarzyszki-nierządnice idą, jak sądzę, na spotkanie z kochankami. Kiedy ty

poszłaś   spać,   słyszałam   odgłos   ukradkiem   odryglowywanych   drzwi   frontowych.   Umkną   do
ogrodu przez dziedziniec biesiadny, boczną furtką, którą nie tylko zarygluję, ale jeszcze zamknę
na klucz.

— Co chcesz zrobić?
— Złapię je! I poproszę królową, żeby mi pozwoliła wychłostać je jutro bykowcem.
— Nie, zostaw to mnie, Euryklejo. Mogłyby na ciebie napaść.
Wykradłam się z sypialni i idąc za nimi w bezpiecznej odległości po schodach, doszłam do

dziedzińca   biesiadnego   w   chwili,   gdy  ostatnia   ze   służących   zniknęła   w   ogrodzie.  Wówczas
zamknęłam i zaryglowałam drzwi. Nagle zajaśniało światło. To Ajton cisnął w ogień trochę
suchych wiórów i parę smolnych szczap sosnowych.

—  Stój i nie ruszaj się  —  mruknął  —  jeśli chcesz mieć całą głowę.  —  Skoczył ku mnie

machając ciężkim polanem. 

Roześmiałam się. Ajton także się śmiał i wziął obie moje dłonie w swoje.
— Jakże jesteś piękna przy blasku ogniska — rzekł.
—  Tak,   światło   ogniska   jest   litościwsze   niż   słońce  —  przyznałam.  —  Lecz   po   co   mi

przypominasz moją bladą cerę i nieregularne rysy?

—  Silne cienie, które rzuca ogień  —  wytłumaczył wcale nie zbity  z tropu —  podkreślają

śliczne ukształtowanie twego nosa i kości policzkowych...

— Które tak silnie przypominają twoje własne — powiedziałam uwalniając dłonie.
— Żeby zmienić temat, kto wyszedł tymi drzwiami? — spytał.
—  Grupa głupich kobiet z Melanto na czele, tą, która była niegrzeczna wobec ciebie. Ich

kochankowie   czekają  pod  drzewami.  Nie   rozumiem,  czego   one  dla   siebie  oczekują  za  takie
zachowanie. Może kochankowie obiecali, że uznają je za swoje nałożnice i dadzą im coś w
zapisie, gdy nasze włości zostaną sprzedane? Albo że umieszczą je jako uświęcone prostytutki w
świątyni Afrodyty, jeśli okażą się ochoczymi uczennicami w sztuce miłości? Jest to zaszczytny i
podniecający   zawód   dla   początkujących,   bez   wątpienia;   lecz   w   miarę   upływania   miesięcy
zatęsknią prawdopodobnie do krosien, kądzieli i szczotki do szorowania.

— Nie mogłem zasnąć, obracałem się na swym posłaniu z wołowych skór, jak kozi żołądek

przypiekany na ogniu.

— Niepokoi cię jutrzejszy dzień? Myślałam, że jesteś doświadczonym żołnierzem?
—  Myślisz   o   jutrzejszej   bitwie?   Nie,   nie!   Skoro   plan   uderzenia   został   ustalony,   nie

poświęciłem   tej   sprawie   ani   jednej   myśli,   choć   bogowie   tylko   wiedzą,   co   zrobimy,   gdy
osiągniemy zwycięstwo  —  bo wygląda na to, że będziemy musieli albo zbiec z kraju, albo

background image

wyzwać   do   walki   całą   elymejską   armię.  Ale  co   się   przejmować?   Księżniczko,   to   ty  mi   nie
dawałaś zasnąć. Mogłaś sądzić, że to, co mówiłem nad Rejtronem, gdy wychwalałem twoją
piękność, było jedynie retoryką, choć istotnie było wówczas w mojej mowie coś sztucznego,
bowiem   krasomówstwo   zawsze   ma   charakter   mało   intymny.   A  jednak   była   to   miłość   od
pierwszego wejrzenia; tylko obecność twych panien służebnych i strach, że się zniecierpliwisz,
wstrzymały mnie od wypowiedzenia tego tak porywczo, jak mówię teraz. Najdroższa, ty jesteś
światłem moich oczu, krwią w moich żyłach, oddechem moich piersi.

Objął mnie silnymi ramionami, ale odepchnęłam go dając do zrozumienia, że nie żartuję.
— Ja nie nazywam się Melanto — powiedziałam dysząc ciężko. — Nazywam się Nauzykaa.
— Jestem na twoje rozkazy.
— Pójdź więc tymi schodami do pokoju na wieży, gdzie śpi Klitoneos. Przyprowadź go tutaj.
— Po co?
— Przyprowadź go tu!
Wkrótce   wszedł   Klitoneos   chwiejąc   się,   po   dziecinnemu   przecierając   oczy,   wyraźnie

niezadowolony, że go obudzono po tak ciężkim dniu. Chłopcy w jego wieku mogą spać, ile się
da.

—  Bracie —  powiedziałam  —  dziś w nocy zawieramy ślub z Ajtonem. Czy oddasz mnie

jemu?

Klitoneos wyglądał na zgorszonego.
— W takim pośpiechu, siostro?
— W takim pośpiechu. Nie, on mnie jeszcze nie uwiódł, jeśli to masz na myśli.
— Ale co z zaręczynami, co z wianem?
— Niechaj on ci da swoją sakwę z ciepłym jeszcze żołądkiem kozim. To jest wszystko, co

posiada; zalotnik nie może dać więcej niż wszystko, co ma.

— A strój ślubny?
— Niech włoży najlepsze szaty zmarłego. Są w sam raz na niego, a duch będzie się czuł

pochlebiony. No, bracie, dość sprzeciwów. Jedynym możliwym do przyjęcia powodem, aby nie
wybrać   żadnego   z   zalotników,   jest   to,   że   jestem   już   zaślubiona;   zbraknie   im   wymówki  do
przebywania u nas.

— Co, jak myślisz, powie na to ojciec?
—  Jeżeli Ajton sprawi, że zwyciężymy, ojciec go przyjmie z radością. Jeśli zawiedzie  —

nikomu z nas nie będzie można czynić wyrzutów za odbycie ceremonii ślubnych, bo wszyscy
będziemy martwi: ty i Ajton zginiecie z rąk zalotników, a ja ze swych własnych.

— A nasza matka? Czy jesteś pewna jej zgody? Chociaż niczego bardziej nie pragnę nad to,

by ujrzeć ciebie jako żonę Ajtona, nie śmiem się jej sprzeciwiać.

—  Nie   może   odmówić   swojej   zgody,   kiedy  Ajton   w   zamian   za   natychmiastowy   ślub

background image

ofiarowuje uratowanie królestwa.

Tymczasem matka stała cichutko z Eurykleją w drzwiach i słyszała większą część rozmowy.
— Klitoneosie — rozkazała — obudź ludzi na dziedzińcu ofiarnym. Każ im przynieść ofiary

przebłagalne Herze, Artemidzie i Mojrom. Nie trzeba im mówić, po co są potrzebne zwierzęta.
Pochodnie z drzewa cierniowego — mamy ich kilka na wieży. Kwiaty i fletnie? Nie, szacunek
dla zmarłego wzbrania ich, jeśli nie minęły trzy dni od śmierci. Pigwa w cukrze; jest tego jeszcze
całe pudełko w spiżarni. Chciałabym zaczerpnąć wody oczyszczającej ze Źródła Nimf. Zresztą
głupstwo, możemy ułagodzić je kiedy indziej; nasze własne źródło wystarczy.

— A Ktimena? — spytał Klitoneos.
Wiecznie ta Ktimena. Tak, jej nie można powierzać sekretu. Ale czy nie zbudzi jej ruch, kwik

świń zarzynanych na ofiarę Mojrom i chór głosów śpiewających Hymenajos, choćbyśmy nie
wiem jak cicho to robili?

W końcu postanowiliśmy wezwać ją na świadka zrękowin i wbiegłszy na górę zapukałam do

drzwi jej sypialni. Nie odpowiedziała. Weszłam i zawołałam: — Ktimeno! Ktimeno! — Wciąż
brak   odpowiedzi.   Ostrożnie   przysunęłam   się   do   łóżka   i   wyciągnęłam   rękę,   by   dotknąć   jej
ramienia. Posłanie było jeszcze ciepłe, a łóżko puste; kiedy zaś wróciłam na dół, jedyne choć
sromotne wyjaśnienie, do jakiegośmy doszli, było, że wyszła ze służebnymi do ogrodu w tej
samej co i one sprawie. Nie mieliśmy jednak czasu na próżne rozmyślania.

Przyrzekliśmy sobie   wierność  u  stóp  tronu  ojca,  w  obecności   mojej   matki,  Klitoneosa  i

Euryklei,   Ajton   zaś   uroczyście   wręczył   Klitoneosowi,  jako   wiano,   starą   wytartą   sakwę
zawierającą   kozi   żołądek.   Służebne   i   służący   stali   dokoła   nas   z   wybałuszonymi   oczyma.
Przysięgli   milczeć   i   nie   złamaliby   przysięgi,   choćby   mieli   umrzeć.   Zostaliśmy   z  Ajtonem
ceremonialnie umyci przez naszą świtę, każde z osobna, w krynicznej wodzie ze źródła spod
bramy; potem nas ubrano w weselne stroje i uwieńczono liśćmi. Co mi tam, że mojej szacie
ślubnej brakło z tyłu haftu! Klitoneos szybko pozarzynał zwierzęta  —  kwik świń przechodnie
mogli   sobie   tłumaczyć   jako   odgłosy   ofiar   przebłagalnych   składanych   Mentorowi  —  a   ja
wrzuciłam   jeszcze   jeden   kosmyk   włosów   w   ogień   na   pożegnanie   z  Ateną,   której   dziewiczą
kapłanką   już   nie   mogłam   być,   choć   do   dziś   ją   wielbię.   Potem   podzieliłam   się   z  Ajtonem
plasterkiem pigwy w cukrze, który się zjada w imię Afrodyty, zapaliliśmy od trójnogów z ogniem
pochodnie z drzewa cierniowego i rozdawaliśmy słodycze, gdy tymczasem nasza świta śpiewała
Hymenajos  —  ale łagodnie, cichutko, żeby wrzawa nie doszła do ogrodu. Piliśmy też wino z
miodem. W końcu służebne zaprowadziły mnie przy świetle pochodni na dziedziniec biesiadny,
wycałowały i odeszły na palcach.

Przyszedł Ajton ze świecą w ręku i znalazł mnie drżącą obok trójnogu z ogniem. Rozwiązał

mi przepaskę i unosząc w górę położył nagą na skórze białego wołu przykrytej owczymi, które
były jego posłaniem.

background image

Żadne z nas nie wymówiło ani słowa, a nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak przemożnie

gwałtowna jest bogini Afrodyta. Doprowadza ona do szaleństwa swych czcicieli, mieszając ból z
przyjemnością,   miłość   i   nienawiść,   radość   i   wściekłość   w   całopalnej   ofierze   namiętności,
wyzbywa całego wstydu, całej pamięci rzeczy minionych, wszelkiej troski o przyszłość. Jednak
walczyłam   przeciw   bogini;   wspomniawszy   biedną,   głupią   Ktimenę   postanowiłam   zachować
swoją kobiecą dumę. Nie wolno mi pozwolić, by Ajton dowiedział się, że kocham go więcej niż
cały świat, więcej niż siebie samą, więcej niż cokolwiek istniejącego, oprócz bogini Ateny, którą
przyzywałam w milczeniu, by dała mi siłę.

O szarym świcie zostawiłam Ajtona i poszłam do domu zbudzić Eurykleję, która pośpieszyła

uprzątnąć ślubny strój Ajtona, zwęglone resztki pochodni cierniowych i inne ślady uroczystości.
Kiedy to zrobiła, kazała służącym bielić krużganki, jak było uzgodnione, a ja spałam na swoim
wąskim łóżku aż do białego dnia, śniąc o Złotym Runie. Ajton zaś pozostał w naszym łożu
małżeńskim i śnił o mnie.

background image

DZIEŃ ZEMSTY

Był to ciężki ranek. Kiedy świst pędzli do bielenia zrobionych z oślej trawy i cichy śmiech

kobiet zbudziły Ajtona, poszedł na dziedziniec ofiarny i modlił się cicho do kreteńskiego Zeusa:
„Panie, jest to dzień nad dniami, po nocy nad nocami. Udziel mi dwóch łask: szczęśliwych słów
od pierwszej spotkanej osoby i szczęśliwego znaku z nieba!”

Czy   uwierzylibyście?   Zaledwie   skończył   mówić,   a   tu   odległy   grzmot   potoczył   się   po

błękitnym   i   bezchmurnym   niebie;   zaś   na   ten   dźwięk   jedna   z   naszych   sykulskich   niewolnic
spojrzała   znad   ciężkich   żaren,   w   których   mełła   pszenicę   zmieszaną   z   jęczmieniem,   i
wypowiedziała te szczęśliwe dla Ajtona słowa.

Powinnam wyjaśnić, że mając słabe płuca kobieta ta była ostatnią z sześciu, którym zadano

tę robotę jeszcze przed świtem. Inne wśliznęły się już z powrotem na swoje słomiane sienniki,
żeby się zdrzemnąć. Wszystkie nasze dziewczęta muszą od czasu do czasu odbyć swoją kolej
przy żarnach: to dobre ćwiczenie. Jak powiada mój ojciec: „Niewolnik, który nie pozbywa się w
codziennym pocie złych humorów swego ciała, jest ponury i z pewnością zachoruje”. Ale, jak
powiadają kapłani Apollona: „Wszystko w miarę”, a nadzwyczajne spożycie chleba, odkąd moi
zalotnicy zaczęli nas dręczyć, spowodowało, że praca przy żarnach stała się dziesięć razy dłuższa
i bardziej nużąca niż dotychczas.

Te szczęśliwe słowa były następujące: „Ojcze Zeusie, komuż tak zgodę wyrażasz piorunem?

I to z jasnego nieba! Czy jakiś strapiony mąż szlachetny wzniósł do ciebie modły i zastał cię w
dobrym humorze? Jeśli tak, to proszę, wysłuchaj biednej niewolnicy i spełń również jej życzenie!
Litościwy Zeusie, niech dzień dzisiejszy ujrzy kres bezczelnych ucztowań! Te żarna ścierają mi
życie i druzgocą plecy. Niechaj żarłoczni zalotnicy nigdy już nie jedzą mąki, co się z nich sypie!”

Ajtonowi serce skoczyło w piersi i głośno pomodlił się do Apollona:
— Łuczniku Apollonie, którego jestem sługą, sprzyjaj mi w dniu święta twojej zemsty! —

Była to bowiem rocznica zwycięstwa boga nad Pytonem, a wybraliśmy ją, by stała się także
dniem naszej zemsty.

Tymczasem   Klitoneos   wziął   włócznię   ze   stojaka   i   poszedł   z  Argosem   przy   nodze   na

background image

publiczne składanie ofiar Apollonowi. Eurykleja pilnowała, by dziewczęta bieliły pracowicie, a
gdy skończyły jedną ścianę, kazała im naczerpać wody, założyć na ławy purpurowe narzuty,
poustawiać na stołach kielichy, czary dwuuszne i misy i usłać podłogę świeżo ściętym jałowcem.
Niezadługo Eumajos przypędził trzy wspaniałe wieprze, a spotkawszy Filojtiosa, który przywiódł
jałówkę i parę tłustych kóz przewiezionych z Hiery, pozdrowił go:

— Zacny przyjacielu, królowa pragnie cię zobaczyć.
Kiedy Filojtios wrócił, zastał Melantiosa znów obrażającego Ajtona.
— Ty jeszcze tu, zawalidrogo? — pieklił się. — Mało jadła zebrałeś wczoraj, że jeszcze dziś

chcesz żebrać? Gdzieś je wpakował? Nie mów mi, że zjadłeś przez jedną noc cały kozi żołądek i
te inne resztki! Uważaj no, bratku! Jak mi spłatasz jakiegoś figla, to się pobijemy. A sądzę, że
potrafię troszkę mocniej bić niż Iros.

Ale wtrącił się Filojtios.
— Ten człowiek jest pod opieką królowej — powiedział — bo uradował ją wieścią o księciu

Laodamasie. Jeśli okaże się ona prawdziwa, skończą się wkrótce kłopoty. Król i książę Laodamas
wygonią tych przeklętych łotrów na zbity łeb, a ty, zdrajco, dostaniesz, na co zasłużyłeś!

Potem podszedł do Ajtona, uścisnął mu dłoń i powiedział:
— Nazywam się Filojtios, jestem na twoje usługi.
Melantios usunął się  z dziedzińca.  Filojtios nie  należał do ludzi, z którymi  chciałby się

kłócić.

Mniej więcej po godzinie wszedł do pałacu Klitoneos, a za nim zalotnicy, którzy zrzucili

chlajny na ławy i nie tracąc czasu jęli składać ofiary ze zwierząt dostarczonych przez Eumajosa i
Filojtiosa. Ponieważ byli głodni, kazali swym służącym upiec wątróbki, nerki, móżdżki i tym
podobne rzeczy na olbrzymim ruszcie i zażądali wina i dużej ilości chleba. Bulgotały też na
ogniu dwa ogromne kotły zawierające świńskie nóżki, krowie kopyta, ozór i flaki, do których
dodano   jęczmień,   bób   oraz   jarzyny.  Reszta   mięsa   piekła   się  na   rożnach   z   drzewa   granatu   i
pięciozębnych widelcach. Eumajos, Filojtios i Melantios podawali do stołów, bo inni służący
jeszcze pracowali w stajniach i w ogrodzie; nie była to pora obiadu. Klitoneos zawołał do Ajtona:

—  Żebraku, chodź, usiądź ze mną przy tym stole!  —  Stół był ustawiony na progu, tuż za

frontowymi drzwiami, gdzie trzymały straż dwa psy z czerwonego kamienia. Klitoneos napełnił
pozłacany kielich dla Ajtona i głośno powiedział: — Cypryjczyku, możesz polegać na mnie, że
będę cię osłaniał od zniewag i ataków, chociaż ci nieproszeni goście często zapominają, iż są w
pałacu, a nie w wiejskiej karczmie, i tak się też zachowują. Słyszycie, panowie?  —  Skinął na
Eumajosa, a ten podał Ajtonowi (wcześniej niż komu innemu) misę z parującym mięsem.

Podniósł  się  pogardliwy  szmer  przerwany  przez Antinoosa,  który  już  przyszedł  zupełnie

pijany.

— No — rzekł — musimy jeszcze jakiś czas znosić przechwałki księcia Klitoneosa, bo nie

background image

sądzę, żeby Mojry odmierzyły mu bardzo długie życie.

Ktesippos buchnął śmiechem, a potem krzyknął:
—  Towarzysze, nasz żebrak dostał już tyle jedzenia, że mogłoby ono nasycić całą kuźnię

kowali, a skoro książę Klitoneos okazał grzeczność wobec tak wybitnego obcokrajowca, nie
chciałbym i ja pozostać w tyle. Oto jest mój udział, jeśli zaś jest zbyt twardy do strawienia nawet
dla   jego   strusiego   żołądka,   niech   go   przekaże   Gorgo,   gęsiarce,   lub   jakiejś   innej   pokornej   a
zasługującej na to osobie.

Melantios przyniósł mu michę rosołu, a on, wyjąwszy jedno z krowich kopyt — ponieważ

było gorące, wziął je przez jedną z naszych najlepszych purpurowych narzut  —  cisnął nim w
Ajtona.   Z   uśmiechem   bezradosnym,   jak   na   posążkach   rogatych   mężczyzn   z   brązu,   które
sprowadza się z Sardynu, Ajton skłonił głowę i pocisk uderzył w ścianę.

Porywając włócznię Klitoneos wybuchnął:
— Szczęście, że kopyto nie trafiło w mego gościa, Ktesipposie! Gdyby nie uchylił na czas

głowy, byłbym cię przekłuł jak prosiaka. Moja cierpliwość też ma swój kres. Nie wątpię, że
postanowiliście mnie zabić, lecz strzeżcie się, pierwej zabiorę z sobą paru z was do Hadesu.
Panie mój, Agelaosie, jako najszlachetniej urodzony po mnie z obecnych tu Trojan, musisz mi
pomóc   utrzymać   porządek.   Czyż   Rada,   wybierając   cię   na   regenta   w   zastępstwie   króla,
upoważniła cię, byś spokojnie patrzył na publiczne obrażanie jego syna?

Agelaos odrzekł uśmiechając się:
— Ktesippos jest wesoło nastrojony. Nie zwracaj uwagi na jego figle, które odzwierciedlają

żywotną a szczodrą naturę. Musisz pamiętać, krewniaku, że odeszliśmy od miejskich obchodów
ku czci Apollona  — zaraz po wstępnych modłach i ofiarach  — na twoje osobiste zaproszenie.
Obiecałeś, że dzisiaj księżniczka Nauzykaa wyraźnie wskaże męża, którego zamierza poślubić,
do czego ją nakłaniano co najmniej parę lat. Skoro uczyni to, skończy się ciągłe ucztowanie i nie
będą musiały się powtarzać niemiłe sceny, nad którymi równie głęboko jak i ty boleję, lecz sądzę,
że ty jesteś za nie odpowiedzialny.

Tylko jeden z zalotników, Sykańczyk Teoklimenos, dostrzegł brak broni pod arkadami; nie

zwiodło   go   też   pobielenie   jednej   ściany.   Rzucił   bystry  pytający  wzrok   na   Klitoneosa,   który
ostrzegawczo uniósł lekko włócznię i wskazał boczne drzwi.

Teoklimenos wstał drżący ze stołka.
—  Oczy mi  ciemność zakryła  —  rzekł.  —  Widzę dziedziniec pełen duchów i słyszę w

powietrzu głos żałoby. Wybaczcie mi, towarzysze, że zostawię was i pójdę błagać Apollona na
placu targowym.

Biegiem przemknął przez dziedziniec.
Patrzyli na to wszyscy. Antinoos czknął:
—  Słowo   daję,   to   najzręczniejsza   wymówka,   jaką   kiedykolwiek   słyszałem!   By   pokryć

background image

zamieszanie, gdy go przycisnęło w brzuchu i narobił sobie wstydu... — Jazgot śmiechu zagłuszył
resztę tego obrzydliwego gadania.

Chodziłam przez chwilę tam i z powrotem po swojej sypialni. Dolios, ogrodnik, potknął się

na nieżywym ciele Ktimeny ukrytym w wysokiej trawie w rogu sadu przy grzędzie melonów.
Przykazałam mu, żeby nic nikomu nie mówił i zostawił ją tam, gdzie leży — tłumacząc, że nie
moglibyśmy wziąć udziału w obrządkach pogrzebowych, póki nie obwieszczę swojego wyboru.
Mogę też od razu powiedzieć, że nigdy nie odkryliśmy, kto zabił Ktimenę i dlaczego. Gardło
miała przecięte od ucha do ucha, a potem ktoś najwidoczniej przyciągnął ją do tego miejsca
ukrycia.  Mój  osobisty pogląd jest taki,  że podejrzewając Melanto o romans z  Eurymachem,
przyłączyła się do grupy dziewcząt, które w ciemności nie zdawały sobie sprawy, kim była.
Potem   poszła   za   Melanto   i   albo   poderżnęła   sobie   gardło,   gdy   podejrzenia   okazały   się
niebezpodstawne, albo może zrobił to Eurymach (który nigdy nie wahał się przed morderstwem).
Nieważne.   Przekleństwo   bursztynowego   naszyjnika   złączyło   Klimenę   z   mym   bratem
Laodamasem w bezmiłosnym Hadesie.

Wiadomość ta przepełniła mnie spokojnym gniewem. Weszłam do pustej sali tronowej i nie

zauważona usiadłam na krześle tuż za frontowymi drzwiami, skąd mogłam wszystko słyszeć.
Kiedy na odgłos pijackiego śmiechu — kazałam Pontonoosowi napełniać kielichy i czary aż po
brzegi — stało się wreszcie jasne, że nadeszła pora czynu, wymknęłam się znowu i przywołałam
Eurykleję.

— Euryklejo — powiedziałam — daj mi, proszę, klucz od składu!
Poszła ze mną i pamiętam, że kiedy odczepiwszy rzemień umocowany do klamki otworzyła

zamek i pchnęła drzwi, zawiasy wydały głośny, mściwy ryk, jak ryk świętego byka, który widzi,
że ktoś ośmiela się wkroczyć do okólnika. Widziałam w tym dobry znak. W dniach krytycznych
wypatruje się wszystkich możliwych znaków woli bogów; należy jednak uważać, aby nie dać się
zwieść dwuznaczności, w którą lubią oni spowijać swoje zamysły.

Wzięłam   czternaście   wypchanych   sykulskich   kołczanów,   które   tu   ukrył   Klitoneos,

odnalazłam skrzynkę spiżowych i żelaznych krążków używanych do gry, a potem sięgnęłam
drżącymi dłońmi tam, gdzie wisiało długie, rzeźbione, świecące złote puzdro ozdobione rytymi
obrazkami z dawnych czasów. Na szczęście moja kochana przyjaciółka Prokne zamieszkała w
pałacu, ponieważ ojciec jej popłynął na Elbę. Ona i Eurykleja zdołały dźwignąć dużą ciężką
skrzynkę z krążkami, ja zaś niosłam złote puzdro i naręcz kołczanów.

—  Chodźcie  —  powiedziałam i weszłyśmy gęsiego do cichej sali tronowej, a stamtąd na

zatłoczony dziedziniec biesiadny, powoli i nie rozglądając się na boki. Zatrzymałam się przy
głównej kolumnie, która podpiera arkady, i ku swemu zdumieniu byłam zupełnie opanowana.

Zalotnicy   zdziwieni   i   zadowoleni,   że   jestem   ubrana   w   ślubną   szatę   i   wieniec   świeżych

kwiatów — był to bowiem trzeci dzień po pogrzebie — zaczęli bić w stoły rękojeściami noży i

background image

podnieśli   głośny   okrzyk   radości.   Wyraziłam   uznanie   lekkim   skinieniem   głowy,   nim   jeszcze
położyłam swój ładunek i przemówiłam:

— Panowie moi, książę Klitoneos postanowił nie wybierać dla mnie męża, który mógłby się

okazać niemiły królowi i przezornie pozostawił decyzję mnie. Ponieważ może ona wywołać
zawiść, odwołałam się do bogini Ateny. Bogini ukazała mi się wczoraj we śnie i powiedziała, co
następuje:  „Dziecko,   wybierz   mężczyznę,   który   ma   najpewniejszą   rękę   i   najbystrzejsze   oko
spośród   wszystkich,   co   zasiadają   przy  stołach   bliższego   dziedzińca;   ponieważ   zaś   jutro   jest
święto Apollona Łucznika, pamiętaj o łuku Filokteta!” Co mogłoby być prostsze? Homer opisuje,
jak Izander i Hippolochos współubiegali się o królestwo Likii w zawodach łuczniczych; a tu,
chociaż   nagroda   jest   mniejsza,   zaciekle   wadzi   się   o   moją   miłość   ponad   stu   szlachetnie
urodzonych, namiętnych konkurentów. 

Smagnęłam ich tymi słowami jak biczem.
—  Byłoby   to   nie   tylko   nudne  —  ciągnęłam   dalej  —   dla   tak   wielu   konkurentów

współzawodniczyć w strzelaniu tym samym łukiem, ale także, obawiam się, spowodowałoby
kłótnie o pierwszeństwo. Przeto, by ograniczyć liczbę biorących udział, wyznaczyłam prościutką
próbę zręczności. Mój brat Klitoneos ustawi na dziedzińcu dwanaście palików w rzędzie jeden za
drugim i każdy z zalotników może rzucić tylko jeden krążek. Ci trzej, którzy trafią najdalsze
paliki, będą mogli wziąć udział w zawodach łuczniczych polegających na przeszyciu strzałą
głowic toporów. Łuk, którego im pożyczę, ma swoją historię; to łuk Filokteta, najsławniejsza
pamiątka   po   bohaterach   w   całej   Sycylii.   Należał   do   samego   Heraklesa,   który   przekazał   go
Filoktetowi, gdy wstąpił na stos całopalny na górze Eta. Tym to orężem Filoktet strzelił Parysowi
najpierw w dłoń, a potem w prawe oko, kończąc w ten sposób wojnę trojańską.

Moje przemówienie wywołało sporo zamieszania, oczekiwano bowiem, że wybiorę któregoś

z zalotników, których  pochwalał mój  ojciec. Jeżeliby całe towarzystwo  przyjęło  mój  sposób
rozstrzygnięcia sprawy, posiadający boskie zatwierdzenie, oni też będą musieli pogodzić się z
wynikiem i zmienić swoje plany. A ci młodzi ludzie, których dary nie były specjalnie piękne,
sądząc, iż oto nadarza się okazja polepszenia swej pozycji, dzikim wrzaskiem wyrazili zgodę.
Klitoneos wziął zaraz motykę i wykopał długą bruzdę na udeptanej ziemi dziedzińca; umocował
następnie kołki co trzy kroki, mocno ubijając wokół nich ziemię butem. Potem wyrysował linię,
spoza której zawodnicy mieli rzucać krążki.

— Możecie zaczynać, moi panowie — rzekł krocząc na swoje miejsce.
Chociaż Antinoos był pijany, wymyślił sprytny sprzeciw. Przypomniawszy nam, że Apollo

zabił niegdyś przypadkowo krążkiem Hiakyntosa, poddał myśl, że urządzenie publicznej gry w
krążki w dniu święta Apollona byłoby umizganiem się do śmierci.

— Jednego z nas musiałby spotkać los Hiakyntosa. Nie mogę się jednak zgodzić, że zawody

łucznicze będą nudne; co się zaś tyczy pierwszeństwa, możemy stawać po kolei, zaczynając od

background image

tego dzbana z winem i posuwając się z biegiem słońca, jak się podaje wino. Zdaje się, że jest
dosyć   strzał.   Celem   niechaj   będzie   krążek   wiszący   na   drzwiach...   tych,   które   prowadzą   na
dziedziniec ofiarny. — Znaczyło to, że on i wszyscy jego przyjaciele strzelaliby pierwsi, sądząc
zaś po wczorajszych igrzyskach, zawody przerodziłyby się w farsę.

Klitoneos jednakże, pomimo moich usilnych protestów; pozwolił mu przeprowadzić ten plan.

Wziął z moich rąk pozłacane puzdro, odpiął klamerki i ze czcią wyjął łuk. Tak się zdarzyło, że
nigdy go dotąd nie widziałam — straszna broń, wysoka na męża, a zrobiona niechybnie z pary
największych   rogów   kreteńskiej   dzikiej   kozy,   spojonych   kowanym   brązem.   Ajton   już   go
wcześniej obejrzał, kiedy był w składzie, i zaopatrzył w linkę ze skręconego lnu, cztery razy
mocniejszą niż zwykła cięciwa, z pętlami na obu końcach i o dokładnie odmierzonej długości.

Rogi żywej kozy posiadają pewną giętkość, z biegiem lat jednak troszeczkę tężeją, a po

upływie kilku stuleci robią się twarde jak rogi jelenie.

Pierwszy wystąpił Lejodes. Ponieważ był młodszym kapłanem Zeusa, przewodniczył  we

wszystkich ostatnich ofiarach, co zapewniło mu miejsce tuż obok olbrzymiego dzbana, z którego
rozlewano wino. Wziął on łuk i strzałę, a tymczasem Eumajos poszedł przybić krążek. Wówczas
Klitoneos krzyknął:

—  Hej tam, Filojtiosie, zarygluj drzwi od zewnątrz: mógłby ktoś wejść nieoczekiwanie i

zostać zraniony. — Filojtios obszedł dookoła przejście i zrobił, co mu kazano.

Stojąc   na   progu   Lejodes   zajął   się   łukiem,   który   usiłował   naciągnąć   obiema   rękami   i

kolanami, ale tylko sam zgiął się wpół.

—  Przyjaciele —  jęknął  —  nie dam rady tej twardej jak diament broni i stawiam dziesięć

przeciwko jednemu w winie albo mięsiwie, że nikt inny nie zdoła nią zawładnąć. Wysiłek do tego
potrzebny rozerwie najsilniejsze serce. Księżniczka Nauzykaa spłatała nam jeszcze jednego figla.

Oparł   łuk   o   drzwi,   postawił   obok   strzałę   i   usiadł   ze   smutkiem.   Antinoos   zaczął   mu

wymawiać:

— Co za bzdura! Jeśli Filoktet mógł go naciągnąć, to chyba jego potomkowie potrafią zrobić

to samo? Nigdy nie uznawałem przesądów, że dawniej ludzie byli silniejsi albo mężniejsi niż my.
Łuk troszkę zesztywniał i tyle; trzeba go przygrzać i nasmarować. Po prostu urodziłeś się w noc
bezksiężycową — wiń za to matkę — i jesteś dlatego słabeusz, bez siły w przegubach i barkach,
a ćwiczysz się tylko w grze w kości i kottabosie... Dobra, przyjmuję twój zakład: dwa byczki i
dwa dzbany wina przeciw dwudziestu, że podołam zadaniu! Melantiosie, postaw patelnię słoniny
na   ogień,   niech   się   zagrzeje;   kiedy  nasmarujemy  łuk   raz   koło   razu,   zobaczysz   wkrótce,   jak
odzyska swą sprężystość. Czas zamraża — tłuszcz roztapia.

Melantios posłuchał, po czym kilku z Antinoosowej grupy próbowało po kolei napiąć łuk,

lecz   bez   najmniejszego   skutku.   Powinnam   nadmienić,   że   Elymowie   nie   mają   talentu   do
łucznictwa;   większość   mych   zalotników   nigdy   nie   trzymała   w   rękach   wojennego   łuku.

background image

Tymczasem na umówiony znak Eumajos i Filojtios wyszli bocznymi drzwiami nie zwracając
niczyjej uwagi: Eumajos pobiegł do głównej bramy, gdzie czekał nań jego syn z grupą lojalnych
pachołków i ogrodników.  —  Gdy usłyszycie odgłos walki  —  rozkazał  —  zaatakujcie służbę
zalotników i wypędźcie ich z dziedzińca ofiarnego. Naróbcie szczęku i łoskotu, jakbyście byli
całym wojskiem, i krzyczcie groźby w imieniu króla.

Filojtios pobiegł powiedzieć Euryklei:
— Zamknij służące w pomieszczeniach i nie wypuszczaj.
Potem Eumajos wrócił przez te same drzwi, a Filojtios zamocował je z zewnątrz na zasuwę i

kawałek liny z Byblos i dopiero wtedy powrócił na dziedziniec przez salę tronową.

Teraz Eurymach wyrwał łuk z rąk Noemona. Chociaż go jednak obracał powoli w żarze

ogniska i obficie natłuścił, nie więcej zdziałał niż inni.

— A niech go Hades pochłonie! — krzyknął. — Lejodes miał słuszność. On złamie każde

serce i każdy grzbiet!

Antinoos roześmiał się.
— Po rozważeniu tej kwestii — wycedził — doszedłem do wniosku, że naciągnięcie łuku w

święto Apollona jest jeszcze większym błędem niż rzucanie krążków. Herakles używał tego łuku
w wielu niezwykłych czynach podczas swych prac: obaj jednak z Apollonem, jako konkurujący
łucznicy, wiecznie się kłócili. Mało tego, ich wrogość przeszła kiedyś w otwartą bijatykę, kiedy
Herakles wyciągnął trójnóg spod kapłanki Apollona, Herofili, i uniósł go z sobą, aby założyć
własną wyrocznię. Ojciec Zeus musiał ich rozdzielać piorunem. Sądzę, że sam Apollo usztywnił
ten łuk — może ze złości, żeśmy opuścili publiczne obchody jego święta. Odłóżmy więc tę próbę
do jutra i przebłagajmy boga ofiarami z tłustych kóz, które nam przypędził Filojtios. Jutro nie
będzie dniem tak osobliwego święta, i oby najlepszy zwyciężył!

Przyklaśnięto   Antinoosowi   za   ten   świątobliwy   i   dowcipny   pomysł.   Przypuszczam,   że

zamierzał zabrać ze sobą łuk, który teraz leżał na owczej skórze przy ogniu w pewnej odległości
od drzwi, i zastąpić go nazajutrz równie wielkim, ale dogodniejszym.

—  Apollonie, Apollonie, sprzyjaj nam! —  zawołał. Wszystkie czarki i puchary spiesznie

zostały napełnione i każdy zalotnik, zanim wysączył kielich aż do fusów, spełnił bogu obiatę.

W tym momencie Ajton pochylił się i podejmując Klitoneosa za kolana rzekł:
—  Łaski, mój książę! Gdy wrócę do domu na Cypr (oby to rychło nastąpiło!), przyjaciele

moi  i  krewni  spytają:  „Co zobaczyłeś?  Czego  dokonałeś?” A  wyliczywszy swe  przygody w
Egipcie, Palestynie i Libii pragnąłbym dodać: „Potem udałem się w podróż do Drepanon, gdzie
przechowują słynny łuk Filokteta Fokajczyka, który zakończył wojnę trojańską. Syn króla wyjął
to cudo z rzeźbionego, złoconego puzdra rytego w sceny prac Heraklesa i pozwolił mi wziąć go
do rąk.” Pozwól mi, błagam, ziścić tę nadzieję, choć niewątpliwie napiąć go nie zdołam, skoro
nie ma we mnie fokajskiej krwi, którą się szczyci wielu twych dzielnych przyjaciół.

background image

Było to hasłem do udanej zwady pomiędzy mną a Klitoneosem. Kiedy udzielił tej łaski

Ajtonowi, ja miałam natrzeć na niego mówiąc: „Co, pozwalasz żebrakowi profanować tę świętą
relikwię brudnymi palcami? Szukasz kłótni? Połóż no mi zaraz łuk do puzdra i zamknij go w
składzie”.

Klitoneos miał wrzasnąć: „Mam pełne prawo dać łuk, komu tylko zechcę, i nie wtrącaj się,

proszę. Idź teraz do swoich pokojów, zajmij się własną robotą i pilnuj służebnych. Twoje zadanie
na dziś już skończone i ja tu jestem panem. Eumajosie, przynieś mi łuk!”

Musieliśmy odegrać swoje role dość przekonywająco, bo podniósł się głośny śmiech, który

przeszedł w ryk, kiedy Eumajos z wahaniem podniósł łuk i przeniósł go przez dziedziniec do
Klitoneosa. Klitoneos z wyrazem udanej pogardy podał go Ajtonowi.

Tupnęłam nogą i wybiegłam trzasnąwszy za sobą niby w gniewie drzwiami.
— Ktoś będzie miał dziś wieczorem podrapaną twarz — szydził Ktesippos — na dowód, kto

jest panią w pałacu.

Ajton miłośnie trzymał łuk w dłoniach, ważył go i obracał, jakby podziwiając jego stary

wyrób. Modlił się skrycie do Apollona i Heraklesa, błagając, by zawiesili swój spór i razem
kierowali jego strzały. Zalotnicy poszturchiwali się łokciami i podśmiewali się:

—  Patrzcie go! Znawca łuków... Zbiera je niechybnie, stary włóczykij. A może sam by je

chciał wyrabiać?

Ajton odezwał się łagodnie:
—  Panowie,   co   za   cudowny   łuk,   nawet   nie   naciągnięty!  Ale   o   ileż   cudowniejszy,   gdy

naciągnięty! — Ujął lnianą linkę i nagłym władczym ruchem uchwycił róg, przegiął go wolno i
bez wysiłku, aż pętla weszła w nacięcie. Mógłby być muzykiem, który mocuje nowe jelito w
swej formindze, tak łatwo mu to przyszło. Potem usiadł ponownie, spróbował kciukiem cięciwy
wprawiając ją niby w jaskółczy świergot, sięgnął po strzałę i jakby od niechcenia wypuścił ją, ze
świstem szyjącą powietrze, w krążek przybity do drzwi. Ugodziła w sam środek celu, a grot jej
przeszył grubą dębową deskę.

Następnie, zwracając się do Klitoneosa ze swobodnym uśmiechem, rzekł:
— Książę, upieram się przy obietnicy twojej siostry. Napiąłem łuk, trafiłem w środek tarczy,

jestem więc mężem Nauzykai. Czy uznajesz moje roszczenia?

— Uznaję je publicznie.
— To dobrze. Teraz mam inny cel do ugodzenia. Pewien obecny tu mąż zabił zdradziecko

mego współplemieńca. Przyszedłem tu, by go pomścić, krew za krew. Antinoosie, przygotuj się
na spotkanie czarnej śmierci.

Antinoos właśnie wznosił do ust dwuuszną czarę, gdy strzała przeszyła mu równiutko grdykę

i wyszła karkiem. Runął bijąc kurczowo rękami i nogami, wywrócił stół i rozsypał po podłodze
chleb i mięso. Krew trysnęła nosem i ustami na całe dobre jadło.

background image

Okrzyk trwogi odbił się echem po krużgankach, lecz Ajton założył już drugą strzałę i siedział

gotów zastrzelić każdego, kto przeciw niemu wystąpi. Eurymach spojrzał dziko po ścianach
krużganka   i   spostrzegł   nagle,   że   nie   ma   na   nich   broni   i   tarcz.   Szybko   powziął   decyzję   i
wyskamlał:

—  Przyjaciele, ten Cypryjczyk jest mistrzem w łucznictwie. Zabije co najmniej pięciu lub

sześciu, nim go obezwładnimy. A miał prawo zabić  Antinoosa w odwet za krew; nie można
zaprzeczyć.   Ponadto,   jeśli   księżniczka   zgodzi   się   poślubić   tego   obcego,   nie   stójmy   jej   na
przeszkodzie,   ale   rozejdźmy   się   do   domów,   bowiem   sama   bogini  Atena   zrządziła   tę   próbę
zręczności.

Dały się słyszeć pomieszane okrzyki zgody i sprzeciwu. Potem przemówił Klitoneos:
— Panowie, posłuchajcie mnie, proszę. Antinoos umarł, ponieważ zabił mego wuja Mentora,

którego król wyznaczył na regenta podczas swej nieobecności. Jest jeszcze dwóch morderców
między   wami.   Pierwszy   to   Eurymach,   który   zasztyletował   mego   brata   Laodamasa   (co   dało
początek wszystkim tym kłopotom) i utopił jego ciało w morzu — tak bowiem duch Laodamasa
skarżył   się   królowej.   Następnie   Ktesippos,   gdyż   on   to,   a   nie   mój   niesłusznie   wygnany  brat
Halios, bestialsko zamordował rybaka. Choćby obaj ci zbrodniarze wyrzekli się całego swego
dziedzictwa,   jeszcze   by   to   nie   wystarczyło   jako   odpłata   za   zło,   które   wyrządzili   naszemu
domowi. Panowie moi, zwiążcie ich zaraz, zawleczcie przed Radę, a przez to uwolnicie się od
zarzutu   zbrodni,   który   spada   na   wszystkich,   co   się   tu   znaleźli.   No,  Agelaosie,   Lejodesie,
Amfinomosie — do was się zwracam, bo jesteście najlojalniejsi wobec mego ojca — co wy na
to?

Gdy nie odpowiadali, Eurymachos znów krzyknął:
— A więc dobrze, przyjaciele! On odmawia przyjęcia naszej propozycji, a oskarża o bunt, co

(jeśliby zostało udowodnione) stanowi główne wykroczenie. Zabijmy go więc i skończmy już z
tym! Za miecze! Stoły niechaj nam posłużą jako tarcze!

Skoczył na Ajtona z mieczem w dłoni, ale strzała ugodziła go w brodawkę piersi i zwalił się

przewracając stół i parę krzeseł.

— A teraz Ktesippos — zawył Klitoneos. — Jego śmiercią możemy położyć kres zabijaniu.
Było już za późno. Amfinomos, jako Eurymachowy brat stryjeczny, nie mógł się oprzeć

pragnieniu   zemsty.   Trzymając   się   blisko   ściany   skoczył   ku   Ajtonowi,   który   wypatrując
Ktesipposa odsłonił plecy. Dostrzegł go jednak Klitoneos i cisnął włócznią. Amfinomos padł, ale
Klitoneos zostawszy bez broni nie śmiał wybiec naprzód, by odzyskać włócznię, w obawie, że go
zasieką mieczami. Zwinął dłoń w trąbkę i szepnął do ucha Ajtonowi:

—  Odpieraj   ich,   póki   nie   przyniosę   włóczni,   tarcz   i   hełmów.  —  Pomknął   przez   drzwi

frontowe ciągnąc za sobą Eumajosa. Za nimi pobiegł Filojtios, przedarł się między stołami, gdzie
kłócili się zamroczeni zalotnicy, jedni nawołując do zgodnej napaści na Ajtona, drudzy zalecając

background image

poddanie się.

Ajton przekrzyczał wrzawę:
— Jeszcze ktoś do Hadesu? Jeszcze ktoś na Styks? Wychodźcie, wychodźcie, panowie. Oto

okazja   dla   głupców,   by  dać   się   zgładzić   na   zawsze.   Niech   jednak   ci,   którzy  kochają   życie,
trzymają się o dwadzieścia kroków od łuku. I strońcie od tych bocznych drzwi!

Zaczął   się   ogólny   odwrót   i   z   pewnością   doszłoby   do   poddania,   gdyby   syn   Eumajosa

pobudzony tym zgiełkiem do akcji nie zaatakował służby zalotników na dziedzińcu ofiarnym i
nie wrzasnął:

— Dobra wieść! Widać okręt króla. Zaraz dobije do brzegu i zemści się.
Noemon rozszalały z zazdrości, że Ajton napiął łuk i został uznany za mojego męża, skupił

swych towarzyszy.

— Jesteśmy zgubieni! — wykrzyknął. — Król nie będzie dochodził, kto jest winien, a kto

nie, i wszystkich nas powiesi jako buntowników. Szybko, musimy pokonać tego łucznika, nawet
jeśliby niektórzy z nas mieli paść od jego strzał. Potem zagrozimy, że spalimy pałac, jeżeli król
odmówi   nam   swojego   przebaczenia.   Chwyćcie   za   stoły   i   jak   powiem:  „Raz,   dwa,   trzy”,
atakujcie!

Noemon doliczył zaledwie do dwóch, gdy strzała wpadła mu w otwarte usta i uciszyła na

wieki. Wtedy wbiegł Klitoneos i Eumajos z włóczniami i tarczami i zajęli stanowiska po obu
stronach Ajtona; Filojtios zaś, w pełnym uzbrojeniu, pospieszył bronić dostępu do bocznych
drzwi.

Klitoneos zrobił szlachetny wysiłek, żeby uniknąć rzezi.
— Ostatnia dla was sposobność, moi panowie! — krzyczał. — Jeżeli ją przepuścicie, mamy

tu   czternaście   kołczanów   strzał   opierzonych   przekleństwami   mojego   brata   Haliosa,   by   was
wystrzelać jak psy. Podejdźcie tu do mnie pojedynczo, z rękami do góry, i dajcie się związać.
Przyrzekamy wolność wszystkim oprócz Ktesipposa.

— Nigdy! — krzyknął Ktesippos. Ale Lejodes uniósł swe delikatne dłonie i powiedział: —

Przyjaciele, walka jest nierówna i póki Ktesippos żyje, przechowujemy wśród siebie mordercę.
Zachęcam was do poddania; gdy bowiem umrzemy, skończy się miłość, zaszczyty i radości tego
świata.

Agelaos po cichu naradził się z Melantiosem, który zgodził się na ochotnika pójść i przynieść

broń, tak rozpaczliwie potrzebną. Wszedł na  wieżę, wyskoczył  oknem z pierwszego piętra i
pobiegł do kuchennego wejścia. Wpadłszy w nie przedostał się szeregiem korytarzy do składu, z
którego   jego   córka   i   jej   głupie   towarzyszki   pomogły  mu   przyciągnąć   całe   naręcza   włóczni,
oszczepów i tarcz. Pośpieszył z bronią do wieży, gdzie Agelaos wciągnął ją przez okno, by
rozdać swoim współplemieńcom. Wkrótce z okrzykiem:  —  Nie poddajemy się!  —  dwunastu
uzbrojonych Trojan uformowało się w linię, tarcza przy tarczy. Klitoneos uderzył się w piersi.

background image

— Zostawiłem klucz od składu w zamku — krzyknął. — Melantios musiał obejść dookoła.

Szybko, Eumajosie, nie daj mu wziąć więcej! Ty też biegnij, Filojtiosie! My z Ajtonem będziemy
bronili drzwi, póki nie wrócicie.

Filojtios z Eumajosem wybiegli i przyłapali Melantiosa, gdy po raz drugi wszedł do składu.

Skoczyli, obalili go na ziemię, skrępowali mu ręce i nogi i, przerzuciwszy drugi koniec liny przez
belkę u pułapu, podciągnęli go w górę. Potem zamocowali linę do kolumny, zamknęli drzwi,
schowali klucz w zanadrze i wrócili na dziedziniec, a Melantios kołysał się bezwładnie na linie.

Ajton zaczął się niepokoić. Liczył na to, że gdy zada tak dotkliwe straty nieprzyjaciołom —

będą musieli się poddać. Lecz oto Agelaos krzyknął:

—  Cypryjczyku, odłóż na bok łuk. Przysięgam, że jeśli się poddasz, darujemy ci życie i

odeślemy na Cypr z darami złotymi. Jeżeli będziesz nadal walczył, zginiesz.

Zaszła dziwna rzecz. Pod arkady przyfrunęła jaskółka, zatoczyła krąg nad Ajtonem i usiadła

świegocząc na obramowaniu drzwi ponad nim. Ajton, któremu przypadkowo dana była moc
rozumienia   ptasiego   języka,   rozpoznał   ducha   Mentora   obiecującego   mu   zwycięstwo   w   imię
Ateny.

Wrogowie ruszyli naprzód przez dziedziniec i Ajton szybko postrzelił trzech z nich w nogi —

wrzasnęli   z   bólu   i   puścili   broń   na   ziemię.   Niemniej   jednak   tłum   Fokajczyków   z   mieczami,
chroniących się za murem trojańskich tarcz, ruszył naprzód, a grad włóczni spadł na broniących
drzwi.   Wszystkie   chybiły   celu,   gdy   tymczasem   strzały  Ajtona   i   przeciwny   grad   dokładnie
wycelowanych włóczni dosięgły trzech wrogów włącznie z Demoptolemosem. Nie przełamano
jednak natarcia; pozostali parli naprzód. Filojtios miał szczęście zabić Ktesipposa pchnięciem
włóczni w brzuch.

— To za krowie kopyto! — wrzasnął.
W rozpaczliwej walce Ajton nagą pięścią roztrzaskał Agelaosowi czaszkę, Klitoneos przebił

Lejokritosa. Zachwiały się szeregi wroga. Ajton wzniósł kreteński okrzyk tryumfu i nieprzyjaciel
zaczął uciekać. Lejodes, który zachowywał się przyzwoiciej niż większość moich zalotników,
próbował się poddać podjąwszy Ajtona za kolana.

— Za późno — powiedział Ajton ucinając mu głowę mieczem, który upuścił Agelaos.
Gdyby nie było przy mnie Prokne, nie zniosłabym chyba tej niepewności; w potrzebie żadna

dziewczyna nie może się równać z Prokne. Cały ten czas wyciągałyśmy szyje przez okno mojego
pokoju. Dach arkad nie pozwalał nam widzieć Ajtona i Klitoneosa i nawet nie mogłyśmy mieć
pewności, czy oni jeszcze żyją, czy nie są ranni. Kiedy jednak nasi szermierze poszli w natarcie
przez dziedziniec i ukazali się naszym oczom, dziękowałyśmy obie z Prokne Atenie za całkowite
zwycięstwo. Przyglądałyśmy się im, jak bezlitośnie dobijają zalotników ich własnymi mieczami.

— Bez miłosierdzia! — krzyknął Ajton. Nagle serce mi zamarło, bowiem wśród dwudziestu

czy   trzydziestu   nieszczęsnych,   zamroczonych,   bezradnych   ludzi   rozróżniłam   Femiosa  —

background image

pieśniarza z formingą przewieszoną przez ramię — oszalały ze strachu łomotał w boczne drzwi.
Widocznie chciał uciec i schronić się przy Wielkim Ołtarzu. Nie znajdując jednak wyjścia ciskał
szaleńczo wzrokiem dookoła; wtem ujrzał mnie.

— Ocal mnie, księżniczko — wrzasnął. — Zabójstwo Syna Homera w dniu święta Apollona

obciążyłoby ten dom klęską aż po siódme pokolenie.

Miał   słuszność.   Krzyknęłam   do   Klitoneosa   i  Ajtona,   by   oszczędzili   Femiosa;   Klitoneos

skinął   głową   potakująco.  Ajton   nawet   nie   spojrzał   w   moją   stronę.   Zgramoliłam   się   z   okna,
ześliznęłam po dachu krużganka i zleciałam na dziedziniec. Potknęłam się na trupie Noemona i
upadłam. Poderwałam się, skoczyłam przed Femiosa i szeroko rozłożyłam ręce. Ajton przypadł
do nas w susach pijany żądzą krwi.

— Strzeż się, Ajtonie! — Tym razem mój wrzask wyrwał go z transu. Cisnął miecz i tarczę,

padł   mi   do   stóp   w   uwielbieniu,   jakbym   była   boginką;   tymczasem   pozostali   trzej   nadal
metodycznie łowili uciekinierów i dorzynali rannych.

background image

CÓRKA HOMERA

Szczęśliwym trafem nie tylko ocaliliśmy życie Femiosa, ale także uniknęliśmy hańby zabicia

Medona, herolda, co by nam zaskarbiło nigdy nie gasnącą nienawiść jego patrona, boga Hermesa.
Medon owinął się w skórę wołu, która służyła mnie i Ajtonowi za ślubne łoże, i leżał pod ruiną
inkrustowanej ławy. Klitoneos poznał sandały z piórami i wyswobodził Medona, który był jego
wychowawcą   i   zawsze   traktował   go   życzliwie.   Odeskortowano   więc   jego   i   Femiosa   na
dziedziniec   ofiarny,   gdzie   siedzieli   przycupnąwszy   ze   strachu   przy   Wielkim   Ołtarzu,   gdy
tymczasem my przeszukiwaliśmy arkady i wieżę, by znaleźć ukrytych zbiegów, ale nikogo nie
było. Ostatnim pozostałym przy życiu był Elpenor, który poszedł przespać się na wieży, żeby
otrzeźwieć. Słysząc krzyki naszych ludzi na schodach zerwał się w popłochu, runął przez mur na
wybrukowaną   ulicę   i   zabił   się.   Okazało   się   więc,   że   wytłukliśmy   wszystkich   zalotników,   z
wyjątkiem rozważnego Teoklimenosa; sprawdziliśmy to później policzywszy trupy. Pontonoos
też został zabity, bo trzymał stronę wrogów. Nasi ludzie byli zbryzgani krwią od hełmów po
sandały, aż trudno było uwierzyć, że nie odnieśli żadnych ran  —  jeśli nie liczyć stłuczonego
napięstka Klitoneosa i zadrapanego ramienia Eumajosa. Zabici leżeli kupami, jak ryby wysypane
z sieci na piasek, nawet już nie zipiące pod bezlitosnymi promieniami słońca.

— No cóż, byli ostrzeżeni — powiedziałam wysuwając swą egacką dolną wargę w grymasie.

— Byli ostrzegani raz po raz. — Cóż więcej można było rzec? A jednak moja matka użyła tych
samych   słów   zaledwie   wczoraj,   gdy   Telegonos   i   dwaj   jego   towarzysze   zabaw   za   bardzo
rozdrażnili Argosa i Argos capnął ich zębami za łydki. 

Roześmiałam się w głos z wieloznaczności słów. Klitoneos też zaczął się śmiać, Ajton nam

zawtórował   i   chichotaliśmy,   jak   chichoczą   histeryczne   dziewczęta,   powtarzając   z   żartobliwą
powagą: „No cóż, byli ostrzegani — raz po raz”. Popatrzyłam na dziedziniec — strzaskane stołki,
ławy i stoły, rozrzucone jadło, poplamione purpurowe narzuty, leżące trupy.

—  Musimy poprosić Eurykleję, żeby przysłała dziewczęta  —  powiedziałam.  —  Trzeba tu

posprzątać. — Na co znowu zaczęliśmy ryczeć, sapać i zanosić się od śmiechu.

—  Może powinniśmy się przyznać, że połamaliśmy parę sprzętów  —  dodał Klitoneos z

background image

trudem chwytając powietrze. To wydawało się wówczas najlepszym dowcipem ze wszystkich,
choć teraz brzmi nie bardzo śmiesznie.

Wreszcie zebrałam się do kupy i poszłam szukać matki. Wyjątkowo nie pracowała; po jej

policzkach toczyły się łzy.

—  Biedni, głupi chłopcy  —  powiedziała.  —  Nie umieli się zatrzymać w porę. A prawie

połowa ich była lojalna wobec naszego domu, i tu cała szkoda. Kłopot w tym, że nie byli dobrze
wychowani, ale w tych czasach mało kto jest dobrze wychowany. Należy za to winić ich matki.

— Co mamy zrobić z Melanto i innymi służebnymi, które przynosiły broń, mamo?
— Dowiedz się od Euryklei, które to są, a gdy oczyszczą arkady i wyszorują sprzęty, niechaj

Klitoneos gdzieś je wyprowadzi i posieka na kawałki. Nie widzę powodu, dlaczego miałyby
pozostać przy życiu.

— Na pewno moglibyśmy je sprzedać na fenickim rynku niewolników...
—  Tak właśnie powiedziałby twój kochany ojciec... kryjąc miękkie serce pod kupieckim

pragnieniem zysku. Nie, dziecko, zalotnicy zginęli, by zaspokoić duchy twego brata i wuja.
Służące   muszą   umrzeć,   aby   zaspokoić   ducha   Ktimeny.   Sprawujemy   tu   królewską
sprawiedliwość.

Eumajos i Filojtios poszli do składu, żeby spuścić na dół Melantiosa i zasiekać go nożami,

obrzynając mu najpierw nos, potem uszy,  dłonie i stopy, aż go oporządzili niby jabłonkę w
styczniu. Tymczasem Ajton, Klitoneos i ogrodnicy pod przewodnictwem Eumajosowego syna
wynosili trupy. Ponieważ zabici byli naszymi krajanami, nie łupiliśmy ich, tylko oparli równym
rzędem   o   portyk   głównej   bramy.   Nielicznych,   którzy,   jak   się   okazało,   jeszcze   dyszeli,
Eumajosowy syn tłukł pałką po głowach. Gdy weszła Eurykleja, żeby zobaczyć rzeź, podniosła
przejmujący okrzyk tryumfu. Ajton uciszył ją:

—  Radowanie się nad umarłymi nie przynosi szczęścia, staruszko, bez względu na to, jak

haniebne było ich zachowanie. Na tym dziedzińcu aż tłumno od duchów. Gdy oczyścimy go z
krwi, przynieś nieco siarki i spalimy ją na ogniu, aby wykadzić stąd duchy.

Dziewczęta, które zawiniły, przymaszerowały za Eurykleją strwożone, bo wyczytały swój los

w oczach Klitoneosa. Kazał im pomagać przy wynoszeniu nieżywych, a potem myć gąbkami
stoły, stołki i ławy, zetrzeć podłogę pod arkadami, włożyć purpurowe narzuty do basenu z wodą,
żeby namokły. Zalaną krwią ziemię dziedzińców zeskrobano łopatami i ogrodnicy wynieśli całe
jej   kosze.   Trzeba   było   następnie   oczyścić   dziedziniec   ofiarny  —  tam   syn   Eumajosa   i   jego
pomocnicy uderzeniami maczug pozabijali służbę zalotników, bojąc się, że uciekną i podniosą
alarm. Nic tak nie użyźnia jak krew — nigdy nie marnujemy zmywek z ołtarza ofiarnego — a
drzewa   granatu   i   pigwy,   które   owego   dnia   wypiły   całe   wiadra   ciemnoczerwonego   płynu,
wyraziły swe uznanie po trzech miesiącach obfitym plonem owoców.

Klitoneos  nie   mógł   podjąć   się   zarżnięcia   służebnych.   Ponieważ   był   jak   dotąd   niewinny,

background image

zachował naturalną cześć wobec ciała kobiecego, a nasze dziewczęta były bardzo ładne. Prócz
tego z kilkoma z nich był na żartobliwej stopie.

— Zabij je za mnie, Ajtonie! — błagał.
— Królowa tobie kazała to zrobić.
— Nie śmiem nie posłuchać matki, ale także nie mogę przelać krwi kobiet.
— No, to powieś je i powiedz, że uważałeś śmierć od miecza za nazbyt dla nich zaszczytną.
— Wolę przytoczyć na usprawiedliwienie swój stłuczony przegub ręki, który uniemożliwia

mi obracanie mieczem.

Klitoneos skrępował dziewczęta, wyprowadził je na zewnętrzny dziedziniec, zawiązał pętlę

na końcu okrętowej liny i zmuszał wszystkie po kolei, żeby wkładały w nią głowy.

Drugi koniec liny, natarty słoniną, przerzucił przez szczyt dachu sklepionej komnaty ojca. Na

znak Klitoneosa Eumajos, Filojtios i ich towarzysze mocno napinali linę ryjąc piętami piasek, aż
ofiara wolno unosiła się nad ziemię. Gdy twarz jej czerniała, spuszczano ją i następną poddawano
temu samemu losowi.

Brakło   mi   ciekawości   i   okrucieństwa,   by   się   przypatrywać   tej   scenie,  ale   widziałam

Klitoneosa, jak wychodził z ogrodu, gdzie właśnie zwymiotował cały obiad. Wciąż jeszcze miał
pobladłą twarz i mdliło go.

— Kopały nogami — wyszeptał — ale niedługo.
— Źle się czujesz?
— Nie, gdy przechodziłem przez dziedziniec biesiadny, dostałem mdłości od oparów siarki.
Dałam mu napić się wzmacniającego wina przyprawionego miętą, trochę suchego chleba do

pożucia i po porządnym umyciu się i zmianie chitonu poczuł się lepiej. Niebawem pokazał się
Ajton wyświeżony po kąpieli, ubrany w ślubny strój, niby nieśmiertelny bóg. Był na powrót
naturalny i wziął mnie z czułością pod ramię.

—  Poradźmy się królowej  — poddał myśl  —  przed dalszym prowadzeniem wojny. Ona

będzie wiedziała, co teraz robić.

Widząc nas matka uśmiechnęła się radośnie:
—  No,   dzieci   —  powiedziała  —  teraz,   kiedy   już   duchy   rodziny   napiły   się   dość   krwi,

możemy dokończyć wesela. Widzę, że oboje jesteście odpowiednio ubrani, a nie możemy się
narażać na złość Afrodyty ani drwić z opinii publicznej zaniedbując muzykę i tańce. Sprowadźcie
więc Femiosa i każcie nastroić formingę, a wszyscy niech będą w świątecznym odzieniu.

Klitoneos zaprotestował:
—  Nie, nie, mamo. Wieść o masakrze na pewno już dotarła do miasta i zaraz będziemy

musieli stoczyć jeszcze jedną bitwę.

Ale Eumajos wystawił straż przy drodze i za sadem, aby nie wpuścić ani nie wypuścić

nikogo z pałacu; nawet Teoklimenos został zatrzymany.

background image

Wykonaliśmy nasz weselny taniec, mężczyźni razem z kobietami, na dziedzińcu ofiarnym —

bardzo kontenci, że jest on znowu nasz. Eurymeduza i Prokne grały na fletniach, a Femios
brząkał na formindze, jak tylko mógł najgłośniej, aż dźwięki Hymenajos dotarły na plac targowy
i do doków. — Aha! — zauważył łatacz żagli do naprawiacza sieci — założymy się, że w końcu
poślubiła Antinoosa? Mówią, że on przyniósł najlepszy dar, a księżniczka Nauzykaa myśli tylko
o bogactwach, tak jak jej ojciec.

Gdy taniec się  skończył  i pokrzepiliśmy się winem i ciastem,  Klitoneos jeszcze usilniej

zaprotestował:

—  Krewni i przyjaciele, jeśli tu zostaniemy, będziemy musieli stawić czoła oblężeniu. Nie

zwodźmy samych siebie, walczyliśmy dziś zaskoczeniem i bogowie nas wspierali. Ale nie można
polegać na ich ciągłej przychylności, nie da się też obronić pałacu w tuzin osób przeciw całej
gwardii miejskiej. Prędko podpalą strzałami ognistymi główny budynek i wykurzą nas. Póki jest
jeszcze   czas,   uciekajmy   na   Eumajosową   farmę,   gdzie   możemy   ich   odpierać,   póki   król   nie
przybędzie nam z pomocą.

— Ja się stąd nie ruszę — powiedziała moja matka ostro — zabraniam komukolwiek mnie

opuścić.   Postępowaliśmy,   jak   przystoi,   od   chwili   wyjazdu   króla   i   nie   potrzebujemy
usprawiedliwiać się przed naszymi wrogami za to, co zaszło. Medonie, leć do miasta i zwołaj
Radę, powiedz, że książę Klitoneos ma pilną wiadomość do przekazania i idzie w ślad za tobą.

Klitoneosie, udaj się z Ajtonem do świątyni Posejdona i pozwól Medonowi, niech przemówi

za ciebie. Ma on obwieścić krótko, że ponieważ Rada nie podjęła akcji, musiałeś sam wyrzucić z
pałacu zalotników swojej siostry i że bardzo wielu z nich doznało ciężkich obrażeń, a niektórzy
są zabici, włącznie z nowym regentem, którego Rada wyznaczyła. Niechaj też doda, że twój
kuzyn Ajton Kreteńczyk, obecnie twój szwagier, zjawił się niespodziewanie i udzielił ci zbrojnej
pomocy. Pomyślą, że Ajton przybył z rozkazu twego ojca, na czele kreteńskich najemników.
Jeżeli   są   tacy  tchórzliwi,   jak   przypuszczam,   potraktują   cię   z   nieposzlakowaną   grzecznością.
Wówczas Medon może ich poprosić, by dopomnieli się o swoich zabitych, nie wspominając
jednak, że nikt nie pozostał przy życiu.

Posłuchano jej. Przemówienie Medona zatrwożyło i zdumiało wszystkich radnych oprócz

Halitersesa, który spytał: — Panowie, czy nie ostrzegałem was? — Ajton i Klitoneos wrócili nie
nagabywani do pałacu. Jednakże zaledwie wyszli, Eupejtes, ojciec Antinoosa, głosował za tym,
żeby   gwardia   miejska   natychmiast   się   uzbroiła   i   stanęła   w   szyku;   on   sam   ich   powiedzie
przeciwko kreteńskim najeźdźcom.

Przymaszerowała drogą gwardia w sile blisko trzystu ludzi, kiedy jednak doszła do głównej

bramy  i  zobaczyła   rozmiary rzezi,  podniósł  się  powszechny jęk i  gwardia  zatrzymała  się  w
popłochu.  Nasze  niewielkie  siły  stały  z rozkazu Ajtona  na  dziedzińcu  ofiarnym,   tarcza  przy
tarczy, nie ruszając się i nie odzywając, niczym jeden oddział jakiejś wielkiej armii.

background image

Kiedy Eupejtes poznał Antinoosowego trupa po bogatym ubiorze, wściekłość wykrzywiła mu

twarz. Potrząsnął mieczem i poprzysiągł wieczystą zemstę naszemu domowi. Przyglądałam się
temu z płaskiego dachu wieży, stojąc obok matki i dziadka Fitalosa, który, żeby nie pozostać w
tyle, wcisnął hełm na łysą głowę i wziął włócznię ze stojaka. Chociaż miał ponad siedemdziesiąt
lat i dręczył go reumatyzm, był niegdyś nie byle wojakiem. — Wielka Ateno, prowadź mój grot
—  pomodlił się i cisnął włócznię trzęsącym się ramieniem. Wieża jest wysoka na trzy piętra i
włócznia nabrała takiego rozpędu, zanim trafiła Eupejtesa w hełm z brązu, że przeszła mu przez
głowę i zabiła na miejscu.

Szkoda,   że   matka   nie   zauważyła   tego   chwalebnego   czynu   swego   starego   ojca.   Stała

wpatrując się w morze, a oczy świeciły jej jak gwiazdy.

—  Patrz,   dziecko!   —  zawołała   i  chwyciła   mnie   za   przegub   ręki.  —  Nieba   są  łaskawe,

jesteśmy ocaleni. Patrzcie, Elymowie! Tam, o dwie mile albo nawet bliżej! Nie poznajecie żagla
w pasy? To król powraca, żeby zaprowadzić porządek i pochwalić nasze poczynania.

Tak,   to   był   okręt   mego   ojca;   za   nim   płynął   elymejski   o   trzydziestu   wiosłach   i   drugi   o

pięćdziesięciu. Gwardia za  radą Medona  postanowiła nie zaczynać  bitwy z naszymi  niby to
niezmierzonymi siłami, ale zabrała zabitych i zaniosła ich w milczeniu do miasta, wykorzystując
włócznie jako nosze.

Okręt mojego ojca już niemal że przewinął się przez cieśninę Motii, kiedy został napadnięty

z zasadzki przez Antinoosowy o pięćdziesięciu wiosłach; zawrzała walka, aż tu nadpłynął z
wiatrem okręt o trzydziestu wiosłach i wpadł na nieprzyjaciela od tyłu. Był to okręt Noemona,
zatrzymany   przez   Haliosa   w   Minoi,   a   Halios   znajdował   się   osobiście   na   jego   pokładzie   z
wyborowymi sykulskimi żołnierzami. Nie mogę sobie przypomnieć szczegółów tej bitwy. Ojciec
mój otrzymał cios, który go powalił bez czucia w morze. Halios skoczył mu na ratunek.

—  Niechaj bogowie  nieśmiertelni ci błogosławią, obcy człowieku, kimkolwiek jesteś  —

wymamrotał ojciec, skoro tylko odzyskał przytomność, chwytając dłoń wodza sykulskiego, który
pochylił się nad nim zatroskany. Tak to nieświadomie cofnął niesprawiedliwe przekleństwo, które
rzucił na swego najstarszego syna. Wkrótce potem dobili do Motii i ramię przy ramieniu złożyli
ofiary Atenie Jednoczącej.

Kiedy wzdłuż nabrzeża nadciągały statki, przybiegł tłum prostych ludzi, by powitać mego

ojca   radosnymi   okrzykami,   ale   nikt   ze   szlachetnie   urodzonych   nie   pokazał   twarzy,   co   go
zdziwiło.   Nagle   podniósł   się   potężny   lament   zza   bram   miasta,   gdzie   znoszono   zabitych   na
wspólny stos całopalny. Ojciec przyszedł do pałacu głęboko zaniepokojony, nie mając  pojęcia,
czego oczekiwać. Dostrzegliśmy jednak z wieży, jak nadchodzi, i posłaliśmy mu na spotkanie
Klitoneosa i Ajtona, aby go uspokoili.

— Ojcze — powiedział Klitoneos — nie splamiliśmy honoru domu.
— Dobrze, chłopcze! A to kto? — spytał oglądając podejrzliwie Ajtona.

background image

— Mąż Nauzykai, pan Ajton z Tarry.
Pokraśniał z gniewu.
— Patrzcie no, a któż mu ją oddał bez mego pozwolenia?
— Ja — gdyż taka była konieczność. Królowa i regent gorąco to poparli.
— Ha! A dar ślubny?
— Kozi żołądek, ojcze. I kilka galonów krwi.
Podniósł dłoń, żeby go uderzyć, ale spojrzawszy na Haliosa zaniechał i rzekł opanowanym

głosem:

— Nie mogę rozwikłać tej zagadki, mój synu. Gdzie jest Mentor?
— Nie żyje.
— Nie żyje, powiadasz?
— Nie żyje, pochowany, krwawo pomszczony przez twojego zięcia.
Podeszła moja matka, przycisnęła Haliosa do piersi i poprowadziła  obu, ojca i Haliosa, na

przechadzkę   wyjaśniając   po   drodze   rzeczowo   wszystko,   co   zaszło.   Ponieważ   to   ona
opowiedziała, uwierzyli, choć wydawało się nie do wiary, by jeden mężczyzna, chłopiec i dwóch
siwowłosych służących zabili ponad stu młodych Elymów zbrojnych w miecze. Powinszowania
mego ojca dla mnie były krótkie i wspaniałomyślne:

—  Córko, dobrze zrobiłaś zwlekając z wyborem, skoro znalazłaś tak w mym mniemaniu

odpowiedniego męża.

Nigdy przedtem ojciec nie przyznał się, że nie miał racji, ja zaś wykorzystałam tę okazję i

spytałam:

— Mamo, czy powiedziałaś Haliosowi, że zaszczyt zabicia łotra, który fałszywie oskarżył go

o morderstwo, przypadł staremu Filojtiosowi?

Ojciec pocałował mnie.
—  Dziecko —  westchnął  —  gdybyś wiedziała, jak okrutnie ukarałem samego siebie przez

wygnanie twojego brata w imię, jak sądziłem, sprawiedliwości, nie robiłabyś mi wyrzutów.

Tej nocy przy kolacji powiedział:
—  Synu mój, i ty Ajtonie, nawarzyliście piwa tą rzezią mych buntowniczych poddanych.

Jeżeli ktoś zabije współobywatela, zostaje skazany na wieloletnią banicję i rzadko odważa się
powrócić. Ale wy dwaj wytłukliście razem stu jedenastu współobywateli. Albo banicja jest zbyt
lekką karą za te zbrodnię i przeto zasługujecie na śmierć jak złoczyńcy, albo należą się wam
wieńce oliwne za zaprowadzenie pokoju w rozpadającym się królestwie i umocnienie wiary w
sprawiedliwość bogów. Odłożę tę sprawę do jutra, jeśli pozwolicie, i rankiem wydam wyrok, jak
Alkinoos z Drepane, uczynił to w pieśni.

Ajton zwrócił się do matki:
— Królowo Arete — rzekł uśmiechając się — jeszcze raz spraw, by był dla nas łagodny!

background image

Dostali wieniec oliwny, a nie pętlę wisielca. A za podszeptem Haliosa ojciec zawarł z królem

Minoi przymierze obronne, które wielce umocniło jego rządy. By zaś nie wywoływać narzekań,
odesłał   dary   ślubne   rodzinom   zabitych   zalotników.   Nie   wymagał   też   poczwórnego
wynagrodzenia,   które   mu   się   należało   za   porznięte   zwierzęta   i   wypite   wino,   żądał   tylko
zwyczajnej zapłaty, zwierzę za zwierzę, kwarta za kwartę, oraz zwrotu zabranych czar i skarbów,
które   Eurymach   ukradł   z   Laodamasowego   tłumoka.   Znaleźliśmy   trupa   Laodamasa,   gdy
przeszukaliśmy niewodem przystań, i jak to duch jego powiedział matce, spomiędzy łopatek
wystawała   mu   rękojeść   miecza.   Był   owinięty  w   brakujące   żagle,   owiązany  brakującą   liną   i
obciążony kamieniami.

Gdy nasze dni potoczyły się zwykłą koleją, odwołałam Femiosa na bok.
—  Femiosie   —  spytałam  —  jaką   zapłatę   gotów   jesteś   ofiarować   za   życie,   które   mi

zawdzięczasz?

— Zastanawiałem się, kiedy wypadnie odrzec na to pytanie — rzekł. — Moja odpowiedź jest

taka: godzę się na każdą cenę, jaką mi wyznaczysz, choć boję się, że będzie wysoka.

— Za to znakomite życie musi być ona wyjątkowo wysoka. Zresztą twoje ocalenie mogłam

przypłacić życiem. No, więc słuchaj. Ponieważ jesteś Synem Homera, a jedynie wasz cech ma
przywilej występowania na dworach Grecji, żądam, abyś chwalił, śpiewał i puścił w obieg mój
poemat epicki, nad którym właśnie pracuję, a ukończę, jeśli Atena będzie mnie nadal darzyła
natchnieniem, za dwa lub trzy lata. Zaczyna się on pierwszymi wierszami „Powrotu Odyssa”, aż
do jego odwiedzin u Lotofagów. Potem opowieść będzie inna. Prawdopodobnie obejmie ona
przygody   Ulissesa   (którego   bierze   się   czasami   za   Odysa)   i   skończy   się   rzezią   zalotników
Penelopy. Teraz sobie całkiem nieźle wyobrażam, jak Odys sam jeden tego dokonał. Iliada, którą
się zachwycam, jest pomyślana przez mężczyznę dla mężczyzn, Odyseja będzie pomyślana przez
kobietę dla kobiet. Zrozum, że jestem najmłodszym dzieckiem Homera, jego Córką, i słuchaj
uważnie. Gdy skończę poemat i spiszę go na owczej skórze atramentem kałamarnicy, będziesz
musiał nauczyć się go na pamięć i (jeśli konieczne) poprawić język tam, gdzie kuleje lub jest
ciężki. Kiedyś odeślę cię z powrotem do Delos i powieziesz mój epos na wszystkie dwory Azji.
Kiedy książęta i księżniczki — a zwłaszcza księżniczki — będą go wychwalali i obsypywali cię
darami pytając: „Femiosie, złotousty pieśniarzu, gdzieżeś się nauczył tej chwalebnej opowieści?”
— musisz odrzec: „Pieśni mego antenata są wielce cenione przez Elymów, którzy mieszkają na
dalekiej   zachodniej   rubieży   cywilizowanego   świata.   To   właśnie   na   elymejskim   dworze
nauczyłem się Odysei. Będę uważała, żeby nie umieścić w utworze niczego, co mogłoby zdradzić
nazwę krainy, gdzie powstał, choć unieśmiertelnię w nim swe imię, a także Ajtona i twoje.

— A jeśli odmówię, księżniczko?
— To możesz oczekiwać gorszego losu niż Melantios. Bądź rozsądny: przysięgnij na Atenę i

Apollona.

background image

Przysiągł  —  może dlatego, że uważał mnie za niezdolną do wykończenia ogromnej pracy,

którą zamierzyłam. Tak jakbym to ja odstąpiła kiedykolwiek od swoich przedsięwzięć!

Muszę przyznać, że Femios zachował się bardzo stosownie, kiedy po paru latach dałam mu

rękopis ponad dwunastu tysięcy wierszy  —  napisanych nie na owczej skórze, ale na zwojach
egipskiego   papirusu,   które  Ajton   zdobył   w   chwalebnym   złupieniu   Kanopos.   Bądź   co   bądź
Femios jest zawodowym aojdem, ja zaś jedynie intruzem w tej dziedzinie i do tego kobietą.
Mieliśmy kilka poważnych sporów, kiedy układałam ten poemat. Ustępowałam jednak czasami
Femiosowi, gdy się zżymał, że ten czy ów wiersz jest wadliwy. Ale nie zawsze.

Nie cierpiał on, gdy zapożyczałam pewne ustępy z  Iliady  dla jego zdaniem niewłaściwych

kontekstów, a szalał stwierdziwszy, że wiersze Homera o grzaniu wody na umycie ciała zabitego
Patroklosa zostały teraz zastosowane w opisie gorącej kąpieli przygotowanej dla Odysa i że
włożyłam w usta Telemacha, gdy zakazuje matce wtrącać się w męskie sprawy, pożegnalną
mowę   Hektora   do   Andromachy.   Femios   powiedział,   że  jestem   bez   serca   obchodząc   się
niefrasobliwie z tak tragicznym urywkiem jak pierwszy czy tak wzruszającym jak drugi.

—  Jestem bez serca, co? —  odpaliłam z ogniem w oczach.  —  No to zachowuj się trochę

bardziej, jak na sługę przystoi, bo cię sprzedam rolnikowi z wyżyn. Wolisz żywić się papką
owsianą, zbieranym mlekiem i chodzić w łachmanach?

Schował swoje różki, które nie są bardzo srogie, i łzy spłynęły mu po pulchnych policzkach,

Była to śmieszna groźba, oczywiście, i gdybym ja uczyniła takiemu Demodokowi, roześmiałby
mi się w oczy.

Jestem pełna uznania dla Femiosa, gdyż pomógł mi wygładzić miejsca, przy których bogini

Atena była nieszczególnie pomocna. Nasz najbardziej zagorzały spór dotyczył przewagi kobiet w
moim   poemacie,   wszechobecności  Ateny  i   pierwszeństwa   danego   sławnym   kobietom,   kiedy
Odys  spotyka duchy zmarłych. Wymieniłam tylko Tyro, Antiope, Alkmene, Jokastę, Chloris,
Ledę,   Ifimedeję,   Fajdrę,   Prokris,  Ariadnę,   Majrę,   Klimenę   i   naturalnie   Eryfilę,   a   następnie
pozwoliłam, by Odys opisał je Alkinoosowi.

—  Droga księżniczko  —  rzekł Femios  —  jeśli rzeczywiście sądzisz, że możesz podać ten

poemat za dzieło mężczyzny, to się mylisz. Mężczyzna uczyniłby chlubą tego miejsca duchy
Agamemnona, Achillesa, Ajasa, starych kompanów Odyssa lub innych, dawniejszych herosów
jak Minosa, Oriona, Tytiosa, Salmoneusa, Tantalosa, Syzyfa i Heraklesa; wspomniałby i tylko
nawiasem, gdyby to w ogóle uczynił, o ich matkach i żonach i sprawiłby, żeby przynajmniej
jeden bóg pomógł w którejś partii Odysowi.

Uznałam siłę tego argumentu, co wyjaśnia, dlaczego w obecnej wersji Odys spotyka najpierw

kompana, który spadł z dachu domu Kirke — nazwałam go Elpenorem — i lekko żartuje z tego,
że   Elpenor   szybciej   zaszedł   do   Lasku   Persefony   lądem   niż   on   przez   morze.   Pozwalam   też

background image

Alkinoosowi zapytać o Agamemnona, Achillesa i pozostałych, Odyssowi zaś zaspokoić jego
ciekawość.   Ze   względu   na   Femiosa   pozwoliłam   Hermesowi   dostarczyć   moly   w   ustępach
przerobionych   z   opowiadania   wuja   Mentora   o   Ulissesie.   W   pierwotnej   wersji   powierzyłam
wszystko tylko Atenie.

Zmieniając  „Powrót Odyssa”, aby moi zalotnicy mogli posłużyć za kochanków Penelopy,

musiałam ustrzec się przed skandalem. Co by było, gdyby ktoś rozpoznał tę opowieść i pomyślał,
że ja, nienaganna Nauzykaa, odgrywałam rolę niewybrednej nierządnicy pod nieobecność ojca?
Toteż według mego poematu Penelopa musiała pozostać wierna Odysowi przez tych dwadzieścia
lat. Ponieważ zaś zmiana ta oznaczała, że Afrodyta nie wywarła swej tradycyjnej zemsty, byłam
zmuszona zrobić z Posejdona, a nie z niej, tego wroga, który opóźniał drogę powrotną Odysa po
upadku Troi. Musiałam więc opuścić opowieść o wygnaniu Penelopy i o wiośle, które wzięto za
łopatę do przesiewania zboża, i o śmierci Odysa od Telemachowej włóczni o zatrutym ostrzu.
Kiedy powiedziałam Femiosowi o tych postanowieniach, zwrócił uwagę, troszkę nieładnie, że
skoro Posejdon walczył po stronie Greków przeciw Trojanom, a Odys nigdy nie omieszkał oddać
mu czci, należy usprawiedliwić tę wrogość jakąś anegdotą.

—  Bardzo dobrze —  odrzekłam.  —  Odys oślepił Kiklopa, który, będąc synem Posejdona,

ubłagał go o zemstę.

—  Droga   księżniczko,   wszystkich   Kiklopów   w   kuźniach   Etny   urodziła   Uranosowi,

dziadkowi Posejdona, Matka Ziemia.

— Mój był wyjątkowym Kiklopem — odpaliłam. — Wywodził się od Posejdona i hodował

owce   w   sykańskiej   jaskini,   jak   Konturanos.   Nazwę   go   Polifemem,   to   jest  „sławnym”,   by
słuchacze myśleli, że jest ważniejszą postacią, niż był w istocie.

— Takie oszustwa gmatwają tkaninę poezji.
— Ale jeżeli przedstawię Penelopę jako świetlany przykład do naśladowania dla żon, gdy ich

mężowie są nieobecni, w dalekich podróżach — oszustwo będzie usprawiedliwione.

Przyznaję,  zrobiłam  parę  głupich  omyłek,  które   chciałabym   móc  poprawić:  na   przykład,

układając opowieść o ucieczce Odysa od Polifema, umieściłam ster zarówno u dziobu okrętu, jak
i u rufy. To dlatego, że w błąd wprowadzona żeglarskim określeniem „dziób na wodę”, sądziłam,
że   jest   ster   dziobowy,   którego   nigdy   nie   zauważyłam.   Odkryłam   też,   że   nie   można   ciąć
wysuszonego budulca z rosnącego drzewa, jak to czyni Odys na Ogigii, że jastrząb nie pożera
swych  ofiar   na  skrzydle   nawet  w  baśniach   i  że  trzeba   więcej   niż  trzech  ludzi,  by powiesić
równocześnie tuzin kobiet na tym samym sznurze. Niestety, wiersza raz wysłanego na wędrówkę
nie da się przychwycić ani odwołać, nie mogę też winić Femiosa, że mi nie wskazał tych błędów.
Wszystkie one występują w miejscach, które on z innych powodów krytykował, a ja groziłam mu
chlebem i wodą, jeśliby w nich zmienił bodaj słowo.

Popadłam   także   w   tarapaty,   gdyż   nazwałam   zrazu   Eurykleję  „Eurynome”,   potem   zaś

background image

zapomniałam o tym i używałam jej prawdziwego imienia, w końcu musiałam udawać, że było
ich dwie. Zapomniałam też w opisie rzezi, że kochankowie Penelopy mogli uzbroić się w tuzin
długich toporów, które Odys przestrzelił, zastosować je jako maczugi i roznieść go wraz z jego
ludźmi   na   strzępki.   Lecz   Homer   również   czasami   się   mylił,   a   pochlebiam   sobie,   że   moja
opowieść na tyle jest ciekawa, by zamknąć uszy słuchaczom Femiosa na swe usterki, nawet
gdyby był przeziębiony czy uczta źle przyrządzona czy też zabrakło ciemnego wina.