background image
background image

VICKI LEVIS THOMPSON

Szalony weekend

It Happened One Weekend

Tłumaczyła: Maria Wanat

background image

ROZDZIAŁ 1

Adrienne Burnham sączyła powoli wódkę z tonikiem, przygotowując się 

do wejścia do salonu. Beverly, jej przyjaciółka i gospodyni przyjęcia, była zajęta 
w  kuchni.  Adrienne  musiała  samotnie  stawić  czoło  grupie  nie  znanych  sobie 
gości.  Właściwie  nawet  jej  to  odpowiadało.  Być  może  dzięki  temu  nikt  nie 
zorientuje  się,  że  Beverly  zorganizowała  to  towarzyskie  spotkanie  właśnie  dla 
niej.

Dotknęła jednego z guzików przy czarnej sukience. Wybrała modną, ale 

spokojną kreację, idealną dla młodej kobiety pracującej jako makler giełdowy w 
Tucson,  w  Arizonie,  w  znanej  firmie  C.  D.  Girard  and  Sons.  Adrienne  miała 
nadzieję,  że  Beverly  nie  myliła  się,  sądząc,  że  poznanie  odpowiednich  ludzi 
ułatwi jej karierę zawodową.

Adrienne przyglądała się gościom zebranym w salonie. W pewnej chwili 

zatrzymała  wzrok  na  barczystej  sylwetce  mężczyzny,  odwróconego  do  niej 
tyłem.  Spojrzała  jeszcze  raz,  jakby  nie  wierząc  własnym  oczom.  Stwierdziła 
zaskoczona,  że  szare  spodnie  mężczyzny  były  rozprute  i,  o  zgrozo,  przez 
pęknięcie prześwitywały czerwone majtki.

Adrienne zastanawiała się, jak powinna postąpić. Miała nadzieję, że ktoś 

inny  też  to  zauważy  i  dyskretnie  zwróci  nieznajomemu  uwagę.  Mężczyzna 
roześmiał się i przeniósł ciężar ciała z nogi na nogę, co sprawiło, że pęknięcie 
stało się jeszcze bardziej widoczne. Adrienne wciąż jeszcze czekała, ale nic się 
nie  wydarzyło.  W  końcu  odstawiła  szklankę  na  półkę,  przeszła  przez  salon  i 
dotknęła ramienia mężczyzny.

–  Przepraszam  –  powiedziała  cicho.  Mężczyzna  odwrócił  się  do  niej  z 

uśmiechem, przerywając rozmowę w pól słowa.  – Beverly prosi o pomoc, coś 
się  stało  w  kuchni  –  poinformowała  Adrienne.  Przyjrzała  się  z  bliska 
nieznajomemu  i  stwierdziła,  że  ma  do  czynienia  z  bardzo  atrakcyjnym 
mężczyzną.

– Już idę – odparł zaskoczony.
– Znasz drogę. Idź przodem – poleciła Adrienne.
– Dobrze – nie oponował i ruszył w stronę kuchni. Adrienne szła tuż za 

nim.  Odważyła  się  interweniować  i  postanowiła  działać  konsekwentnie  do 
szczęśliwego finału.

Kiedy znaleźli się w holu, Adrienne rzuciła cicho:
– Idziemy prosto do sypialni Beverly.
–  Posłuchaj...  –  Nieznajomy  stanął  jak  wryty.  –  To  bardzo  interesująca 

propozycja, ale...

– Idź  szybko. Wcale nie  chodzi o  to, co  masz na  myśli  – wpadła mu w 

słowo Adrienne.

background image

– A o co?
– Nie mam zamiaru cię uwodzić – rzuciła gniewnie dziewczyna. – Pękły 

ci spodnie w pewnym miejscu.

Mężczyzna  odwrócił  się  gwałtownie,  oblewając  siebie  i  Adrienne 

zawartością  trzymanej  w  ręku  szklanki.  Zaczerwienił  się,  nerwowym  ruchem 
zakrył spodnie z tyłu i oparł się o ścianę.

– Masz rację.
–  Inaczej  nie  zawracałabym  ci  głowy.  –  Adrienne  otarła  ręką  przód 

sukienki.

– Przepraszam. – Mężczyzna zerknął na swoją koszulę i mokrą sukienkę 

kobiety. – Na szczęście to głównie woda.

– Czy ty przypadkiem nie masz w życiu pecha?
– Na to wygląda – westchnął. – Gdzie jest ta sypialnia?
– Tu obok. – Adrienne wskazała na otwarte drzwi.
– Czy mogłabyś mi pomóc? Nie mam pojęcia, co robić.
– Spodziewałam się tego. – Rzuciła okiem w kierunku salonu. Nikt chyba 

nie zwrócił uwagi, że wyszli. – Zostawiłam na łóżku w sypialni torebkę, mam w 
niej igłę i nici.

–  Ratujesz  mi  życie.  –  Mężczyzna  wszedł  tyłem  do  pokoju.  Adrienne 

natychmiast starannie zamknęła drzwi.

– Jesteś bezpieczny.
– Myślisz, że ktoś to zauważył? – westchnął zażenowany.
–  Miałam  nadzieję,  że  ktoś  się  zorientuje  –  przyznała  Adrienne.  –  Nie 

musiałabym się tobą zajmować. Pęknięcie było jednak coraz bardziej widoczne, 
a te czerwone... – zawahała się czując, że się rumieni.

– Cholera! Zapomniałem je  zmienić.  To naprawdę okropne. To chyba  –

spojrzał  na  nią  i  zaczął  się  uśmiechać  –  najzabawniejsza  rzecz,  jaka  mi  się 
kiedykolwiek w życiu przytrafiła. – Roześmiał się. – Stary Matt Kirkland świeci 
majtkami na eleganckim przyjęciu!

Adrienne rozpogodziła się. Nieczęsto zdarzało jej się spotykać mężczyzn, 

którzy potrafili śmiać się z samych siebie.

– Zapomniałeś dodać, że te majtki są czerwone.
–  Właśnie.  A  na  dokładkę  nie  mógł  tego  zauważyć  żaden  facet,  tylko 

ładna  blondynka,  na  której  chciałbym  zrobić  jak  najlepsze  wrażenie.  –
Zachichotał potrząsając głową. – Typowe.

– Aha! A więc jednak jesteś pechowcem – stwierdziła. W duchu ucieszyła 

się  z  komplementu.  Podobały  jej  się  orzechowe,  duże  oczy  mężczyzny  i 
mimiczne zmarszczki, które się wokół nich pojawiały, kiedy się śmiał. Wyglądał 
na jakieś trzydzieści lat.

–  Muszę  przyznać,  że  jestem  znany  z  tego,  że  przytrafiają  się  mi  różne 

przygody, ale jak do tej pory kończyły się dobrze.

background image

Niezły  tupet,  pomyślała  Adrienne,  uzupełniając  w  myśli  ocenę  nowego 

znajomego.

– A jakie korzyści wyniosłeś z tej przygody?
– Poznałem ciebie. To znaczy prawie poznałem. Nie powiedziałaś mi, jak 

masz na imię.

– Adrienne Burnham.
– A więc to ty jesteś Adrienne!
– Co to znaczy?
– Ależ nic szczególnego.
– Czy coś już o mnie słyszałeś?
– Beverly mówiła mi, że jesteś bardzo miła i sympatyczna – odparł Matt, 

siadając na łóżku.

– Kiedy? – spytała nagle zaniepokojona Adrienne.
– Wspomniała, że zawsze jesteś miła.
–  Nie,  chodzi  mi  o  to,  kiedy  ci  to  powiedziała?  –  Adrienne  wyobraziła 

sobie  Beverly,  namawiającą  wszystkich  gości,  żeby  byli  uprzejmi  dla  jej 
przyjaciółki, która rozpaczliwie potrzebuje nowych klientów.

– W zeszłym tygodniu, kiedy mnie tu zapraszała.
– I pewnie zaproponowała ci, żebyś kupił ode mnie trochę akcji i innych 

papierów wartościowych. Koniecznie muszę się wybić jako makler, a chwilowo 
mam z tym problemy, tak? – Adrienne się zaczerwieniła.

– Nie. – Nie?
– Do tej chwili nie wiedziałem, czym się zajmujesz.
–  Hmm  –  odchrząknęła.  –  Chyba  przesadziłam.  Bardzo  byłabym  ci 

wdzięczna, gdybyś zachował to, co powiedziałam, tylko do własnej wiadomości. 
Beverly  zorganizowała  tę  imprezę,  abym  mogła  poznać  nowych  ludzi, 
potencjalnych klientów. Naprawdę jest mi trudno, ale miałam  nadzieję, że uda 
mi się postępować bardziej taktownie.

–  Nie  przejmuj  się.  Uratowałaś  mnie  z  opresji,  więc  chętnie  ci  się 

zrewanżuję,  dotrzymując  tajemnicy.  Ale  co  ja  mam  właściwie  zrobić  z  tymi 
portkami?

Zawahała  się  przez  chwilę.  Dopiero  teraz  zdała  sobie  w  pełni  sprawę  z 

kłopotliwej sytuacji.

– Musisz je zdjąć.
–  Oczywiście.  Nie  mam  już  przed  tobą  żadnych  sekretów,  skoro  wiesz 

wszystko o czerwonych majtkach.

–  To prawda. – Adrienne starała się zachowywać równie swobodnie jak 

Matt. Zdarzało się jej przecież widywać mężczyzn w samej bieliźnie. Mimo to, 
kiedy zrzucił buty i  wstał, by rozpiąć  pasek, usiadła po  drugiej stronie  łóżka i 
udawała, że jest niezwykle zajęta szukaniem igły i nitki. – Mam nadzieję, że nikt 
nie zauważył, gdy razem opuściliśmy salon.

background image

–  W  razie  czego  będę  szczęśliwy,  mogąc  bronić  twego  honoru.  –

Adrienne usłyszała zgrzyt rozsuwanego rozporka. Serce waliło jej jak młotem, a 
w ustach nagle poczuła suchość. Tłumaczyła sobie w duchu, że nie jest bardziej 
rozebrany, niż gdyby, na przykład, wypoczywali na plaży. Ale teraz znajdowali 
się w sypialni za zamkniętymi drzwiami. Nareszcie odszukała igłę.

Matt  podszedł  do  Adrienne  i  podał  jej  spodnie.  Na  moment  podniosła 

głowę. Ta króciutka chwila wystarczyła, by dostrzec muskularne uda mężczyzny 
i nieszczęsne czerwone majtki, wystające spod koszuli. Zmieszana zastanawiała 
się, czy w ogóle uda się jej nawlec igłę.

– Igła z nitką w damskiej torebce. – Matt usiadł obok Adrienne na łóżku. 

– To robi na mnie wrażenie. Wyglądasz na bardzo dobrze zorganizowaną młodą 
kobietę.

–  Właściwie...  tak,  ja...  –  Adrienne  próbowała  nawlec  igłę  drżącymi 

rękoma. – Mój zawód wymaga... dobrej organizacji.

– Jestem gotów założyć się, że jesteś świetnym maklerem. Szkoda, że nie 

mogę  zostać  twoim  klientem,  ale  właśnie  wydałem  wszystkie  pieniądze  na 
zakup samolotu. Jestem spłukany.

–  To  niedobrze.  –  Adrienne  pośliniła  nitkę,  zdecydowana  tym  razem 

zapanować nad drżeniem rąk.

– Nie, to dobrze. Kupiłem małą cessnę. Otwieram własną szkołę pilotażu. 

– Przyjrzał się jej uważnie. – Czy to od nadmiaru kawy tak ci się trzęsą ręce?

– Chyba tak – skłamała.
– Może ci pomóc?
–  Nie,  poradzę  sobie.  –  Wreszcie  udało  się  jej  trafić  nitką  w  ucho  igły. 

Wzięła spodnie do ręki. – Jesteś pilotem? – spytała, wbijając igłę w materiał.

–  Tak,  jestem  instruktorem.  Latam  na  małych  samolotach.  Do  tej  pory 

pracowałem  na  wypożyczonych  maszynach.  Teraz  mam  swoją  cessnę  i  to  za 
nieduże  pieniądze.  Doskonały  samolot,  ale  pozbyłem  się  wszystkich 
oszczędności.

Adrienne  próbowała skupić  się  na  tym, co  przed  chwilą  usłyszała.  Matt 

wydał  ostatnie  pieniądze,  żeby  kupić  samolot.  Nie  była  to  najrozsądniejsza 
decyzja finansowa. Ten człowiek z łatwością zburzył jej opanowanie i wywołał 
ukryte  emocje,  ale  z  całą  pewnością  nie  potrafił  mądrze  obracać  pieniędzmi. 
Aleks...  Adrienne  naprawdę  podziwiała  jego  umiejętności  lokowania 
oszczędności  tak,  by  były bezpieczne  i  przynosiły zyski.  Ale  zapach  wody po 
goleniu,  której  używał  Aleks,  nigdy  nie  wywołał  u  Adrienne  gęsiej  skórki. 
Doprawdy, świeżo poznany mężczyzna wywierał na niej niezwykłe wrażenie.

– Adrienne?
– Co? – Drgnęła i wbiła sobie igłę w palec.
– Zamyśliłaś się troszeczkę.
– Wcale nie – zaprotestowała, ssąc bolący palec.

background image

– To dlaczego nie odpowiedziałaś na moje pytanie?
– Jakie pytanie?
– Pytałem, czy latałaś już kiedyś małym samolotem.
Odwróciła się w jego stronę. W głowie czuła kompletną pustkę. Zamiast 

wymyślić jakąś odpowiedź, wyobraziła sobie jedwabiste włosy koloru ciemnej, 
mocnej  kawy  w  swoich  dłoniach.  Usta  mężczyzny  były  bardzo  piękne  i 
zmysłowe.  Kiedy  tak  przyglądała  się  im  w  milczeniu,  rozciągnęły  się  w 
ujmującym uśmiechu.

– Wiesz co, coś się tu chyba dzieje. – W głosie Matta zabrzmiało czułe 

rozbawienie, jakby Matt zauważył jej oczarowanie i dawał do zrozumienia,  że 
sam też uległ podobnemu wrażeniu.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – wyjąkała. – Ja... Nagle ktoś zastukał do 

drzwi sypialni.

– Adrienne? Jesteś tu?
Adrienne zamarła, słysząc głos Beverly.
– Adrienne? – Beverly otworzyła drzwi i stanęła jak wryta.
–  Spodnie  Matta...  rozdarły  się...  –  wyjąkała  Adrienne,  niezdarnie 

próbując wyjaśnić sytuację. – Obiecałam, że mu...

–  Uratowała  mnie  –  powiedział  Matt.  –  Miałaś  rację,  Beverly.  Ona  jest 

fantastyczna.

–  Adrienne  jest  fantastyczna,  to  prawda  –  przyznała  Beverly,  powoli 

otrząsając  się  z  zaskoczenia.  –  Cieszę  się,  że  się  poznaliście.  Przepraszam,  że 
przeszkadzam,  ale  właśnie  dzwoni  współlokatorka  Adrienne.  Mówi,  że  to 
bardzo pilne. – Beverly wskazała głową na telefon stojący przy łóżku. – Możesz 
rozmawiać stąd – dodała i wyszła, zamykając za sobą drzwi.

–  Beverly  chciała  nas  wyswatać,  prawda?  A  więc  o  to  chodziło!  To 

dlatego  mówiła,  że  jestem  miła  i  sympatyczna.  –  Adrienne  zwróciła  się  do 
Matta.

– Lepiej odbierz telefon. – Uśmiechnął się.
– Nawet mnie nie uprzedziła! I to ma być przyjaciółka!
– Uprzedziła, że to pilny telefon – przypomniał Matt.
–  Masz  rację.  Później o  tym pomówimy.  –  Adrienne odłożyła spodnie i 

wzięła do ręki słuchawkę telefonu. – Margaret?

–  Strasznie  mi  przykro,  Adrienne,  twoja  mama  właśnie  dzwoniła  ze 

smutną nowiną.

– Czy coś się stało ojcu? – Adrienne chwyciła słuchawkę w obie dłonie.
– Nie, nie ojciec. Chodzi o twoją klacz, Granny* 

[*Granny – z ang. pieszczotliwie: 

babunia]

. Jest bardzo chora. Nie są pewni, czy dożyje do rana. Chcieli, żebyś o tym 

wiedziała.

–  O  Boże.  –  Adrienne  poczuła łzy pod  powiekami. –Muszę  tam jechać, 

muszę ją zobaczyć, zanim... – Przed oczami stanął jej obraz ukochanej klaczy, 

background image

która zawsze z radością czekała przy bramie na jej powrót ze szkoły, gotowa do 
codziennej przejażdżki. Adrienne o mały włos nie rozpłakała się w głos.

–  Twoja  mama  powiedziała,  że  pewnie  będziesz  chciała  przyjechać,  ale 

wiadomo,  jak  trudno  jest  teraz  o  miejsce  w  samolocie.  Prosiła,  żebyś  do  niej 
zadzwoniła  i  powiadomiła  ją,  co  zamierzasz  zrobić.  Czy  mogę  ci  w  czymś 
pomóc?

–  Nie, chyba nie. – Adrienne z trudem wydobyła głos. – Poradzę sobie. 

Jeśli są jeszcze wolne miejsca, to pojadę prosto na lotnisko. Powinnam wrócić 
do Tucson w niedzielę wieczorem.

– Rozumiem. Przykro mi, kochanie.
–  Nie  powinnam  tak  się  rozklejać,  ale  ona  tyle  dla  mnie  znaczy. 

Myślałam... myślałam, że będzie żyła wiecznie.

– Wiem. Bądź dzielna.
–  Postaram  się,  Margaret.  Na  razie.  –  Adrienne  odłożyła  słuchawkę, 

starając się opanować.

–  Co  się  stało?  –  spytał  cicho  Matt.  Głos  mężczyzny  zaskoczył  ją.  Z 

przejęcia niemal zapomniała o jego obecności.

– Granny jest umierająca.
– Tak mi przykro. Gdzie ona jest?
– U moich rodziców, w Utah. To małe miasteczko na północ od Salt Lake 

City. Muszę się tam dostać jak najszybciej. Jeśli uda mi się złapać samolot do 
Salt Lake City, to tam wynajmę samochód i...

– Czy jest tam w pobliżu lotnisko?
– W pobliżu miasteczka? – Adrienne odwróciła się do Matta, wycierając 

łzy.

– Tak. Cokolwiek, na przykład małe lądowisko dla samolotów rolniczych 

albo sportowych.

– Poleciałbyś?
– Oczywiście.
– To bardzo ładnie z twojej strony. – Adrienne uśmiechnęła się. – Ale ja 

naprawdę nie mogę tak cię wykorzystywać.

–  Ze  mną  dostaniesz  się  szybciej  niż  zwykłym  samolotem.  No  i  nie 

musiałabyś wynajmować samochodu.

–  Ale  ty  jesteś...  –  zawahała się.  –  Sam mówiłeś,  że  jesteś pechowcem. 

Nie sądzę, żeby...

–  Hej,  nie  martw  się  –  powiedział,  biorąc  jej  rękę  w  swoje  dłonie.  –

Jestem cholernie dobrym pilotem. Zresztą spytaj Beverly.

Dłoń ją paliła. W uszach dzwoniło. Dlaczego tak racjonalne rozwiązanie 

wydało jej się aż tak bezsensowne? Adrienne pomyślała o Granny. Liczyła się 
każda chwila, a Matt proponował jej podróż najszybszą z możliwych. – Słuchaj, 
nie  miej  mi  tego  za  złe,  ale  rzeczywiście  chciałabym  najpierw  pomówić  z 

background image

Beverly.

– Jasne.
– Zaraz wrócę. – Adrienne podniosła się i ruszyła do drzwi.
– Ale...
– Zszyję te spodnie, obiecuję. – Zanim zdążył zaprotestować, jej już nie 

było w pokoju. Nie chciała, żeby słyszał jej rozmowę z Beverly. Bez spodni nie 
odważy się wyjść z sypialni.

– Czy coś się stało? – Beverly podniosła głowę znad tacy z ciasteczkami.
– Granny, moja ukochana klacz, na której startowałam w wyścigach, jest 

umierająca.

– Tak mi przykro. – Beverly żywo zwróciła się w jej stronę.
– Ona jest dla mnie jak członek rodziny. Muszę jechać.
– Teraz?
– Tak, a Matt zaproponował, że zabierze mnie swoim samolotem.
–  To  świetnie.  –  W  oczach  Beverly  pojawiły  się  figlarne  iskierki.  –

Miałam nadzieję, że...

–  Jak  wrócę,  porozmawiamy  o  twoich  planach  matrymonialnych  w 

stosunku do mnie, droga Beverly, ale w tej chwili chcę tylko wiedzieć, czy on 
jest dobrym pilotem.

– To instruktor, Adrienne. Ma pilotaż w małym palcu.
– Chciałabym tylko wiedzieć, czy ty byś z nim poleciała.
– Oczywiście – odparła Beverly. – W szkole wszystkie dziewczęta szalały 

za  nim.  Jest  nie  tylko  przystojny,  ale  i  opiekuńczy.  Na  pewno  w  jego 
towarzystwie będziesz bezpieczna. Właściwie to dlatego myślałam...

–  Zostawmy  to  na  razie,  Beverly.  Chciałam  się  tylko  upewnić,  czy  nie 

polecę  z  jakimś  wariatem.  W  końcu  odkąd  się  znamy,  zdążył  podrzeć  sobie 
spodnie  i  oblać  mnie martini. Nie  chciałabym,  żeby  to  był  początek  pechowej 
serii.

–  Matt  często  pakuje  się  w  tarapaty,  ale  unika  poważnych  kłopotów. 

Można na niego liczyć. Zawsze.

–  W  porządku,  więc  skorzystam  z  jego  propozycji.  I  przestań  się  tak 

głupkowato  uśmiechać,  Beverly.  Robię  to  tylko  dla  Granny.  Matt  nie  jest  w 
moim typie.

Adrienne  odwróciła  się  i  wyszła  z  kuchni.  Chciała  uniknąć  dalszej 

rozmowy.  W  sypialni  zastała  Matta  pochłoniętego  zszywaniem  spodni.  Kiedy 
pojawiła się w progu, podniósł głowę i wbił sobie niechcący igłę w palec.

– Do diabła! – zawołał, wyciągając igłę.
– Przypuszczałeś, że nie wrócę?
–  Po  prostu  nie  miałem  ochoty  bezczynnie  siedzieć  i  czekać.  Jestem 

człowiekiem czynu.

– A więc, człowieku czynu, przyjmuję twoją propozycję. No i dziękuję.

background image

– Czy Beverly udzieliła mi dobrych rekomendacji?
– Doskonałych.
–  Dobra,  stara  Beverly.  –  Podniósł  spodnie  z  łóżka.  –  W  takim  razie 

musisz je zszyć bardzo dokładnie. Nigdy nie wiadomo, na czym się wyląduje.

– Czy mógłbyś nie robić sobie na ten temat żartów?
–  Dobrze.  –  Podał  jej  spodnie.  –  Nigdy  nie  leciałaś  jednosilnikowym 

samolotem, prawda?

– Nie.
– Boisz się?
– Oczywiście, że nie – odparła Adrienne, myśląc o Granny, o jej ciepłym, 

wiernym spojrzeniu. – Nie – powtórzyła, kończąc zszywanie i podając spodnie 
Mattowi. – Ty się ubieraj, a ja zadzwonię do rodziców.

– Świetnie. I nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze.
–  Nie  wątpię.  –  Adrienne  podniosła  słuchawkę,  odwracając  się,  by  nie 

widzieć jego męskiej i atrakcyjnej sylwetki.

Matt  zaparkował  starą  corvettę  na  płycie  małego,  prywatnego  lotniska. 

Adrienne  wysiadła  z  samochodu  i  podeszła  do  cessny,  pomalowanej  na 
pomarańczowo i biało. Spojrzała w górę, ale na wygwieżdżonym niebie nie było 
ani jednej chmurki.

– Jaka jest prognoza?
–  Sprawdzałem.  Powinno  być  w  porządku.  Adrienne  przyglądała  się 

uważnie  jednosilnikowemu  samolotowi,  który  za  chwilę  miał  ją  unieść  w 
ciemne niebo.

– Nie jest bardzo duży, prawda?
– Przeznaczony dla czwórki pasażerów. Nie było mnie stać na większy –

powiedział Matt, odczepiając zabezpieczające cumy z prawego skrzydła. – Czy 
możesz zająć się drugą stroną?

– Jasne. – Adrienne obeszła samolot dookoła i odczepiła linę z drugiego 

haka,  łamiąc  sobie  przy  okazji  paznokieć.  Matt  podszedł  do  niej  i  otworzył 
drzwi kabiny.

– Wsiadaj, lecimy – stwierdził krótko.
Adrienne z trudem wspięła się na wysoki stopień. Matt pomógł jej wsiąść, 

potem zamknął drzwi i wdrapał się do samolotu z drugiej strony.

–  Możesz  położyć  torebkę  na  tylnym  siedzeniu  –  doradził,  widząc,  że 

ściska ją w ręku jak koło ratunkowe.

– Dlaczego?
–  Żebyś  miała  wolne  ręce  na  wypadek...  –  Sięgnął  do  kieszeni  kurtki  i 

wyjął z niej papierową torbę. – Wziąłem to od Beverly. Skoro to twój pierwszy 
raz...

– Och. – Adrienne rzuciła torebkę na tylne siedzenie.

background image

–  Sam też  tam  zwykle  kładę  swoje  rzeczy  –  powiedział,  unosząc się  na 

siedzeniu  i  wyjmując  portfel  z  tylnej  kieszeni  spodni.  –  Kiedy  prowadzę 
samochód albo samolot, nie lubię, żeby mnie coś uwierało.

–  Wrażliwa  pupa?  –  zażartowała  Adrienne  i  natychmiast  pożałowała 

swoich słów.

–  Tak  jest  – przytaknął Matt,  patrząc  na  nią  z  rozbawieniem.  Przekręcił 

wyłącznik zapłonu i silnik cessny zaczął pracować. Potem dodał gazu i spojrzał 
na tablicę przyrządów.

– Czy coś się stało? – spytała, przekrzykując huk.
– Nie.
– Dlaczego nie ruszamy z miejsca?
– Rozgrzewam silnik.
W końcu samolot potoczył się w kierunku pasa startowego. Matt założył 

słuchawki i rozmawiał z wieżą kontrolną. Samolot zatoczył pół koła, ustawił się 
pod wiatr i znieruchomiał.

Adrienne spojrzała na Matta z niemym pytaniem w oczach.
–  Wszystko  w  porządku  –  uspokoił  ją  łagodnym  tonem.  –  Dostaliśmy 

pozwolenie na start. Nie miej takiej przerażonej miny.

Miał  zamiar  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  zamiast  tego  potrząsnął  głową, 

pochylił się nad Adrienne i pocałował ją w usta.

– A to po co? – spytała zaskoczona.
– Żebyś miała czym zająć myśli. Trzymaj się, Adrienne!

background image

ROZDZIAŁ 2

Mały samolocik toczył się wzdłuż pasa startowego, trzęsąc się i hałasując 

niemiłosiernie.  Adrienne  trzymała  się  co  prawda  kurczowo  siedzenia,  ale 
zapomniała  o  strachu.  Pocałował  ją!  Jedynym  mężczyzną,  który  kiedykolwiek 
się  ośmielił  to  zrobić,  był  Kenny  Christopherson.  Dla  ścisłości  trzeba  by 
powiedzieć  –  jedynym  chłopcem.  Był  bowiem  uczniem  drugiej  klasy  liceum. 
Zrzuciła  go  wtedy  ze  schodów,  aby  ukarać  go  za  bezczelność.  Mężczyźni,  z 
Aleksem  włącznie,  zawsze  mówili,  że  czują  się  przy  niej  onieśmieleni. 
Najwyraźniej Matt Kirkland nie należał do nieśmiałych. Zwilżyła  usta.  To był 
ich pierwszy i z całą pewnością ostatni pocałunek. Ten bezczelny, pewny siebie 
pilot zdecydowanie nie jest w jej typie.

Nagle zdała sobie sprawę z tego, że Matt przygląda się jej z uśmiechem. 

Dopiero  teraz  zorientowała  się,  że  samolot  wzniósł  się  w  powietrze.  Płyta 
lotniska stawała się z każdą chwilą mniejsza i bardziej odległa, a na horyzoncie 
migotało miasto.

–  To  nie  było  takie  straszne,  prawda?  –  spytał,  przekrzykując  hałas 

silnika.

– Czy w ten sposób uspokajasz wszystkie swoje pasażerki? – zapytała w 

odpowiedzi niepewna, czy ją usłyszy.

– Powiedz mi najpierw, czy mój sposób okazał się skuteczny – roześmiał 

się.

Spojrzała na niego wzrokiem, który ciskał gromy.
– Rozumiem, że odpowiedź jest twierdząca – powiedział i z zadowoloną 

miną zajął się studiowaniem wskazań zegarów.

Adrienne  ogarnął  niepokój.  Matt  miał  na  nią  zadziwiający  wpływ. 

Odpowiedzialny, poważny i stateczny Aleks nie wywoływał w jej duszy takiego 
zamieszania i swoją obecnością nie przyprawiał Adrienne o przyspieszone bicie 
serca.  To  dziwne,  że  nawet  nie  przyszło  jej  do  głowy  powiadomić  go  o 
wyjeździe.  Zupełnie  o  nim  zapomniała.  Może  zrobi  to  Beverly  albo  Margaret 
Prawdę  mówiąc,  nie  ma  jednak  na  co  liczyć,  ponieważ  nie  przepadały  za 
Aleksem.  Beverly  wyraźnie  zastrzegła,  żeby  nie  zabierała  go  ze  sobą  na 
przyjęcie. Uważała, że  skoro  ma ono  służyć pozyskaniu nowych klientów,  nie 
należy  zapraszać  konkurencji.  Adrienne  podejrzewała,  że  Beverly  kierowały 
także inne motywy.

Adrienne  pomyślała,  że  niepotrzebnie  czuje  się  winna.  Może  przecież 

zadzwonić  do  Aleksa  z  Utah.  Miejmy  nadzieję,  że  będzie  pamiętać.  Jedno 
spojrzenie Matta wywoływało taki popłoch w jej sercu! W towarzystwie Aleksa 
nigdy  to  się  jej  nie  przydarzyło.  Oczywiście,  jest  wolną  kobietą.  Nie  jest  z 
Aleksem  zaręczona,  nigdy  się  z  nim  nawet  nie  przespała.  Ale  on  wciąż 

background image

cierpliwie  czeka.  Wprawdzie  wspomniał  ostatnio,  że  po  trzech  miesiącach 
znajomości jej opory wydają mu się nieuzasadnione, lecz Adrienne miała swoją 
receptę  na  udane  małżeństwo:  długi  okres  narzeczeństwa.  Jej  dwie  starsze 
siostry  zbyt  szybko  podjęły  decyzję  i  obie  były  już  rozwiedzione.  Adrienne 
postanowiła nie powielać ich błędów.

– Widzisz? – Dźwięk głosu Matta wyrwał ją gwałtownie z rozmyślań. –

To wcale nie takie straszne – dodał, zsuwając słuchawki z uszu.

Daleko na horyzoncie pokazała się błyskawica, a w kilka sekund później 

rozległ się grzmot.

–  Burza!  –  zawołała  Adrienne,  pochylając  się  do  przodu,  żeby  lepiej 

widzieć. – Tam jest burza!

–  Na  to  wygląda  –  stwierdził  spokojnie  Matt,  zakładając  ponownie 

słuchawki.  –  Czasami  zmiany  pogody  nadchodzą  całkiem  nieoczekiwanie  –
dodał, zamieniwszy kilka słów z wieżą kontrolną.

Adrienne  ujrzała  następną  błyskawicę  i  policzyła  sekundy  do  grzmotu. 

Burza najwyraźniej się do nich zbliżała.

– Co teraz zrobimy?
– Będziemy obserwować. Jeśli okaże się to konieczne, zmienimy kurs.
– Zmienimy kurs?
– Pewnie. To łatwe.
– Czy ty mi na pewno mówisz całą prawdę?
– Co jeszcze chciałabyś wiedzieć? – spytał z uśmiechem.
– Chcę wiedzieć, czy zaraz rozbijemy się i zginiemy – odparła, nieudolnie 

naśladując jego spokojny, opanowany ton głosu.

– Dziękuję ci bardzo za zaufanie. Odpowiedź brzmi: nie.
– Przepraszam – szepnęła zawstydzona Adrienne.
W  końcu  Matt  zaproponował  jej  pomoc  i  nie  zasługuje  na  takie 

traktowanie.

– Boisz się, prawda?
–  To  jest...  takie  groźne.  –  Adrienne  zadrżała,  widząc  jak  błyskawica 

rozświetliła ciemne chmury.

– Może podać ci trochę danych statystycznych? – zaproponował Matt. –

Co  roku  więcej  ludzi  ginie  w  wypadkach  samochodowych  niż  w  katastrofach 
lotniczych. Jesteś tu bezpieczniejsza niż na autostradzie.

– Już gdzieś o tym słyszałam.
– Nie wierzysz mi?
–  Werzę.  Ale  teraz,  kiedy  niebo  jest  całe  naładowane  elektrycznością, 

ziemia daleko,  a  my nie  mamy  nawet  spadochronów, dane  statystyczne nie  są 
żadną pociechą.

– Chyba nadszedł czas, żebyś się trochę zrelaksowała – powiedział Matt, 

spoglądając na nią z ukosa.

background image

– Ani mi się waż puszczać stery!
– Spokojnie – odparł Matt – Nie takie rozrywki  miałem na  myśli. Masz 

chłopaka?

Adrienne zawahała się.
– No, powiedz. Nie mogę z tobą dyskutować o akcjach i obligacjach, a ty 

przecież  nie  opowiesz  mi  żadnej  dykteryjki  z  życia  pilotów,  więc  pozostały 
sprawy osobiste.

– Tak ci się tylko wydaje.
– Czy dla ciebie chłopcy nie są ciekawym tematem? Jestem zaskoczony. 

Myślałem, że musisz się od nich oganiać jak od natrętnych much. Czyje serce 
złamałaś w ostatnim tygodniu? – zaśmiał się.

– Naprawdę uważam, że to nie twoja sprawa.
– No, dobrze. Ja opowiem ci coś pierwszy. – Matt znów się roześmiał. –

Moją pierwszą miłością była Tina. Oboje mieliśmy po pięć lat i bawiliśmy się 
przez  cały  czas  w  doktora,  dopóki  nie  wkroczyła  mama  Tiny.  Potem 
przeszedłem  przez  ten  okres  w  życiu  każdego  chłopaka,  kiedy  nienawidzi  się 
wszystkich  dziewcząt.  Gdy  miałem  dwanaście  łat,  poznałem  szesnastoletnią 
kobietę i ona właśnie...

– Matt, ja naprawdę wcale nie chcę tego słuchać.
– Za mało ciekawe jak na twój gust? No, dobrze. Najdłuższą i najbardziej 

podniecającą  znajomość  przeżyłem  z  dziewczyną,  którą  poznałem  w  szkole 
średniej. To był prawdziwy dynamit. Żadnych zahamowań. Była gotowa robić 
to w dowolnym miejscu – w wannie, w gondoli balonu, na rowerze...

– Na rowerze?
–  Tak.  Oczywiście  musiałem  przez  cały  czas  pedałować,  no  i  było  mi 

trochę trudno utrzymać kierownicę, bo...

–  Przestań.  –  Adrienne  zaczerwieniła  się  i  wyjrzała  przez  okno  na 

przetaczające się wokół zwały ciemnych chmur.

– Nie chcesz, żebym ci o tym opowiedział?
– Nie. – Zacisnęła szczęki i starała się zapanować nad wyobraźnią, która 

podsuwała zmysłowe obrazy. – Myślę, że opowiadanie szczegółów ze swojego 
życia seksualnego jest wysoce niewłaściwe.

–  Chyba  za  dużo  sobie  wyobrażasz.  –  Spojrzał  na  nią  z  krzywym 

uśmieszkiem.

–  Jesteś  aroganckim  chwalipiętą,  któremu  sprawia  przyjemność 

odsłanianie najbardziej intymnych stron osobistego życia obcej w gruncie rzeczy 
osobie.

–  Zakładasz,  że  to,  co  ci  opowiedziałem,  to  prawda.  Potrafię  doskonale 

zmyślać.

– Ty... ty to wszystko zmyśliłeś? – Spojrzała na niego ostrożnie.
–  Nie  wszystko.  Opowiadanie o  Tinie  i  o  szesnastoletniej kobiecie  było 

background image

prawdziwe.  Ale  myślę,  że  w  kochanie  się  na  rowerze  nie  powinnaś  była 
uwierzyć.

– Skłamałeś? – Adrienne wciągnęła głęboko powietrze.
– Wymyśliłem na poczekaniu zabawną historyjkę. Sama przyznaj. Nawet 

ty nadstawiłaś ucha.

To  chyba  za  słabe  określenie,  pomyślała  Adrienne.  Nie  chciała,  by 

spostrzegł,  jak  na  nią  działa.  Taki  człowiek  jak  Matt  natychmiast  by  to 
wykorzystał.  Mogła  sobie  to  z  łatwością  wyobrazić.  Przystojny  samotny 
mężczyzna,  do  tego  nie  pozbawiony  uroku  osobistego,  z  pewnością  nie  mógł 
narzekać na brak miłosnych propozycji. Nie, lepiej wcale o tym nie myśleć.

Błyskawica znów rozdarła czerń nieba i Adrienne zadrżała. Matt sprawił, 

że  przez  chwilę  zapomniała,  gdzie  się  znajduje,  i  przestała  się  bać.  Musiała 
przyznać, że jego metody są rzeczywiście skuteczne.

–  Teraz  twoja  kolej  –  odezwał  się  po  chwili,  bez  wysiłku  kierując

samolotem zagubionym w ciemnościach nocy. – Kto to jest Aleks?

– A więc i o nim opowiadała ci Beverly?
–  Nie  musisz  tak  się  złościć.  Wspomniała  mi,  że  chodzisz  z  nudnym 

facetem, który ma na imię Aleks, no i że mogłabyś znacznie lepiej spożytkować 
swoje wdzięki.

–  Kiedy  wrócimy  do  Tucson,  będę  musiała  z  nią  pomówić.  Zupełnie 

niepotrzebnie miesza się do mojego życia. – Adrienne zacisnęła mocno usta.

– Przecież znasz Beverly. Nie miała nic złego na myśli.
–  A  właśnie,  od  jak  dawna  znasz  Beverly?  Chodziłeś  do  szkoły  w 

Tucson?

–  Tak.  Mój  ojciec  służył  w  lotnictwie.  Wyjechaliśmy,  kiedy  miałem 

szesnaście lat, ale zawsze chciałem tu wrócić. Poza tym to świetne miejsce do 
latania. Przyjechałem kilka miesięcy temu i któregoś dnia spotkałem Beverly w 
sklepie.

– A ona zaprosiła cię na przyjęcie, żebyś mnie poznał.
– Właśnie. Sądziła, że możemy przypaść sobie nawzajem do gustu. – Matt 

spojrzał na nią pytająco.

– Gdzie jesteśmy? – spytała Adrienne, nie wiedząc, co odpowiedzieć.
– Na północ od Phoenix. Lecimy właśnie nad płaskowyżem. Niedługo... 

O, do diabła!

–  Słucham?  –  Spojrzała  na  niego  pytająco,  ale  Matt  nie  odpowiedział, 

tylko założył słuchawki.

Po  chwili  Adrienne  sama  zrozumiała,  co  się  stało.  Nawet  jej 

niewyszkolone uszy zarejestrowały nagłą zmianę w dźwięku silnika, który teraz 
chrypiał  i  jęczał.  Z  zachowania Matta  Adrienne wywnioskowała,  że  dzieje  się 
naprawdę  coś  złego.  Mówił,  próbując  porozumieć  się  z  kontrolą  lotów,  ale 
nadaremnie. Silnik wciąż się krztusił.

background image

– Lądujemy – powiedział, rzucając jej krótkie spojrzenie.
– Lądujemy? – Serce Adrienne waliło jak młotem. – Gdzie? Czy tu jest 

jakieś lotnisko?

– Może uda mi się znaleźć miejsce na autostradzie.
–  Na  autostradzie?  –  Adrienne  nieomal  wpadła  w  panikę.  –  Matt,  nie 

możesz wylądować na autostradzie!

–  Chyba  masz  rację.  –  Przechylił  samolot  na  jedno  skrzydło  i  wyjrzał 

przez zasnute szronem okno. Zaklął pod nosem.

– Co? Co się stało?
– Nie starczy dla nas miejsca. Jest za duży ruch.
– Więc co zrobimy?
– Musimy znaleźć inne miejsce.
– W tych skałach?
–  Słuchaj,  nie  mamy  wyboru  –  rzucił  zniecierpliwiony  przez  zaciśnięte 

zęby. – A teraz zamknij się i rób, co ci każę.

–  Matt  –  wymamrotała,  czując,  że  braknie  jej  tchu.  –  Czy  my  się 

rozbijemy?

– Może uda mi się temu zapobiec.
–  O,  Boże!  –  Adrienne  zamknęła  oczy.  Miała  ochotę  się  rozpłakać. 

Czemu zgodziła się na ten głupi pomysł? Ale z niej idiotka! A teraz...

Silnik  zakasłał  raz  jeszcze  i  zamilkł.  Cisza  była  przerażająca.  Zaczęli 

stromo schodzić w dół. Adrienne zamarła.

– Pochyl się jak najbardziej do przodu i schowaj głowę między kolanami 

– rzucił Matt rozkazującym tonem.

Adrienne  posłuchała,  przysięgając  sobie  w  duchu,  że  jeśli  ujdzie  z 

życiem, to nigdy więcej nie podejmie pochopnie decyzji. Nigdy.

– Trzymaj się. Teraz.
Siła  uderzenia  wbiła  ją  w  fotel.  Samolot  podskoczył  i  znów  uderzył  w 

ziemię. Adrienne poczuła w ustach smak krwi.

Samolot sunął wśród kamienistych pagórków. Matt na przemian krzyczał 

niezrozumiale i przeklinał:

– Zatrzymaj się, stój, do jasnej cholery!
Nareszcie maszyna zaczęła zwalniać i Adrienne zaczęła mieć nadzieję, że 

chyba  jednak  się  nie  zabiją.  Przynajmniej  nie  w  tej  chwili.  Przed  nimi  widać 
było kamienistą ziemię, a dalej... dalej rozciągała się pustka.

– Co to jest? – spytała ochryple. – Jezioro?
– Nie. Rozepnij pas, może będziemy musieli skakać. I módl się, żeby ten 

samolot zechciał się wreszcie zatrzymać.

Adrienne zaczęła się modlić. Brzeg przepaści był coraz bliżej. Spadną. Na 

pewno...

Samolot znieruchomiał. Przed nimi rozciągała się czarna otchłań.

background image

–  Chyba  jesteśmy  na  samym  brzegu  –  powiedział  Matt  cicho,  jakby 

najlżejszy  dźwięk  mógł  naruszyć  równowagę  samolotu  i  zepchnąć  ich  do 
przepaści. – Otwórz drzwi, ale pamiętaj, musisz to zrobić bardzo ostrożnie.

Będę tu siedział, aż znajdziesz się na zewnątrz.
– Ale...
– Teraz nie dyskutuj. Wychodź.
Zastanawiała się, czy jej się to uda. Ręka obsunęła się po klamce.
–  Spokojnie,  Adrienne.  Spokojnie.  Powoli.  Dobrze.  W  każdej  chwili 

mogą znaleźć się na dnie kanionu. Powoli. Krok po kroczku. Spokojnie.

Wreszcie  drzwi  ustąpiły.  Pchnęła  je  delikatnie,  wstrzymując  oddech. 

Samolot  zakołysał  się  i  zaskrzypiał  przeraźliwie.  Starała  się  nie  myśleć  o 
znajdującej się pod nimi przepaści ani o tym, co się stanie, jeśli uda jej się wyjść 
z tego cało, a Mattowi nie.

– Wyskakuj ze mną – wyszeptała.
– Dopiero kiedy będziesz na zewnątrz.
– Możemy wyskoczyć jednocześnie.
– Adrienne, wynoś się, do licha, z tego samolotu. Już!
–  Dobrze.  –  Adrienne  przełknęła  ślinę,  zacisnęła  zęby  i  wysunęła  się  z 

fotela.  Samolot  zaskrzypiał,  ale  nie  poruszył  się.  Kiedy  postawiła  stopę  na 
pierwszym  metalowym  stopniu,  błyskawica  rozdarła  niebo,  oświetlając  leżący 
pod nimi kanion, który przypominał otwartą paszczę potwora.

– No, już.
Wzięła  głęboki  oddech,  stanęła  na  stopniu  całym  ciężarem  i  zaczęła 

zsuwać stopę po pokrywie podwozia. Samolot zatrząsł się.

–  Właśnie  tak  –  zachęcał  ją  Matt.  –  Po  prostu  zejdź  w  dół.  Jak  tylko 

znajdziesz  się  na  ziemi,  będę  skakał,  więc  na  wszelki  wypadek  odejdź  jak 
najdalej od samolotu.

– Dobrze. – W uszach słyszała tylko tępy łomot swojego serca. Musi zejść 

i musi wierzyć, że Mattowi też się to uda. Popatrzyła pod nogi. Pokrywa koła 
znajdowała się zaledwie o metr od przepaści, a przód samolotu wraz ze śmigłem 
wystawały nad jej krawędzią.

– W porządku – zawołała. – Stawiam nogę na ziemi. Matt, wychodź.
– Postaw tam drugą nogę i uciekaj.
– Jestem na ziemi! – zawołała, gdy podmuch wiatru gwałtownie uderzył 

w bok samolotu. Uciekała, potykając się o nierówności terenu. Wysoki obcas jej 
wieczorowych  pantofli  zaklinował  się  miedzy  kamieniami  i  Adrienne  upadła, 
kalecząc sobie boleśnie dłonie i kolana.

Za plecami usłyszała krzyk Matta. Podniosła głowę, w chwili gdy samolot 

pikował  w  głąb  kanionu.  Wycie  wiatru  zagłuszyło  huk  rozbijającego  się 
samolotu.  Adrienne  chciała  krzyczeć,  ale  z  jej  gardła  nie  wydobył  się  żaden 
dźwięk. Nagle zapadła cisza, w której słyszała tylko bicie własnego serca.

background image

– Matt? – wyszeptała.
Następna  błyskawica  oświetliła  płaskowyż.  Adrienne  wytężyła  wzrok. 

Tak, to był Matt! Bogu dzięki, leżał o kilka metrów dalej. Zdążył wyskoczyć z 
samolotu,  zanim  ten  runął  w  przepaść.  Podbiegła  do  mężczyzny  z  okrzykiem 
ulgi.

Matt  usiadł  i  ogłupiałym  wzrokiem wpatrywał  się  w  miejsce,  w  którym 

jeszcze kilka sekund wcześniej stał  jego samolot. Potem spojrzał na  Adrienne, 
jakby starał się przypomnieć sobie, kim ona jest.

– Nie ma go – powiedział nieprzytomnie.
–  Ale  ty  jesteś.  –  Upadła  na  kolana  i  skrzywiła  się  z  bólu.  –  Matt,  ty 

żyjesz. Oboje żyjemy. Udało się.

–  Nie  ma  mojego  samolotu  –  powtórzył  tym  samym,  pełnym 

niedowierzania tonem.

– Samolot można odkupić – powiedziała, chwytając w dłonie jego twarz. 

–  A  ludzi  nie.  Matt,  ryzykowałeś  życie,  żeby  mnie  ocalić.  Byłeś...  –  Łzy 
potoczyły się jej po policzku. – Byłeś wspaniały. Nie potrafię powiedzieć, jak...

–  Nie  płacz  –  poprosił,  choć  sam  wyglądał,  jakby  zaraz  miał  się

rozpłakać.

– Ale o mało co nie zginęliśmy. A ty kazałeś mi pierwszej wyjść. Nawet 

mnie nie znasz, a byłeś taki dzielny. – Rozszlochała się na dobre.

–  Nie  płacz  –  powtórzył,  obejmując  ją  mocno.  Szlochała,  czując,  jak 

uchodzi z niej napięcie. Matt gładził włosy Adrienne i coś cicho do niej mówił, 
żeby ją uspokoić. W końcu ucichła, ale wciąż wtulała twarz w szeroką, męską 
pierś.

–  Muszę...  muszę  wytrzeć  nos  –  wymamrotała  w  końcu.  Odsunął  się 

odrobinę, wyjmując z kieszeni chusteczkę.

– Dzięki. – Wyprostowała się i wytarła nos. – Ale co teraz zrobimy?
Jak  na  zawołanie  lunęło  niczym  z  cebra.  –  Musiałaś  się  o  to  postarać, 

prawda? – Matt uśmiechnął się do niej z trudem.

– Nie patrz tak na mnie. To nie mnie prześladuje pech.
– Adrienne, nie zaczynaj. – Matt natychmiast oprzytomniał.
–  Przepraszam  –  powiedziała  szybko  zmieszana.  Matt  utracił  przecież 

ukochany samolot – Czy... czy sądzisz, że już po nim?

– Dobre pytanie. – Matt podniósł się z trudem. – Może coś będzie widać.
–  Proszę,  nie  podchodź  za  blisko  –  ostrzegła  Adrienne,  ale  Matt  nie 

zwrócił na jej słowa najmniejszej uwagi.

–  Nie  przypominam  sobie,  żebym  słyszał  wybuch  –  stwierdził, 

podchodząc do krawędzi. Brzegi przepaści porośnięte były rzadkimi krzewami.

–  Matt,  proszę,  uważaj.  –  Adrienne  zatrzymała  się.  Nie  była  w  stanie 

zmusić się, żeby podejść do ziejącej otchłani. Sama myśl  sprawiła,  że poczuła 
nieprzyjemne  mrowienie  w  całym  ciele.  Nie  miała  pojęcia,  jak  udało  jej  się 

background image

wyjść  z  samolotu.  Zazwyczaj  wystarczało  przecież,  że  wyjrzała  przez  okno 
wieżowca i natychmiast kręciło jej się w głowie.

– Nie widzę go – powiedział Matt. – Po ciemku i w tym deszczu nic nie 

można dostrzec, ale nie było pożaru. To dobry znak.

– Więc może wróciłbyś tutaj, zamiast tam zaglądać?
– Masz lęk przestrzeni, prawda?
– Chyba tak – przyznała niechętnie. – Matt, proszę, wróć.
–  Chyba  nic  mi  innego  nie  pozostaje.  Tam  w  dole  nic  nie  widać.  Ale 

skoro nie było pożaru, może uda się uratować samolot. Jeśli nie cały, to może 
jakieś  części.  Może  nie  wszystko  stracone  –  powiedział  Matt  z  nadzieją  w 
głosie, wracając do Adrienne.

– A ubezpieczenie?
– Jakie ubezpieczenie?
– Ubezpieczenie, które pozwoli ci odkupić samolot.
– Nie mam ubezpieczenia.
– Co? Czy nie wymagają tego przepisy?
–  Nie,  jeśli  latam  własnym  samolotem.  Muszę  mieć  ubezpieczenie  od 

odpowiedzialności cywilnej za pasażerów, ale nie było mnie na razie stać na nic 
więcej.

– To niewiarygodne! Wydajesz na samolot wszystkie oszczędności i nie 

płacisz ubezpieczenia? – Adrienne opuściła ręce.

– Miałem zamiar to zrobić, jak tylko zgromadzę trochę więcej pieniędzy.
–  Matt,  to  bez  sensu!  Nie  pozostawia  się  bez  ochrony  całego  swojego 

majątku! Naprawdę...

– Słuchaj – zwrócił się do Adrienne – możesz zachować ten wykład dla 

swoich  klientów.  Wystarczająco  źle  się  czuję.  Nie  chcę  słuchać  o 
odpowiedzialności  finansowej  w  środku  nocy,  w  ulewnym  deszczu,  i  to  od 
kobiety, której – na swój nieudolny sposób – próbowałem pomóc.

– Ja tylko...
– Zamknij się!
–  Dobrze  –  nie  dawała  za  wygraną  –  ale  mam  jeszcze  jedno  maleńkie 

pytanie.

– Jakie?
– Co teraz zrobimy?
– Będziemy czekać.
– Jak to?
– Zostaniemy przy wraku.
– Chyba o czymś zapomniałeś. – Adrienne pomału traciła cierpliwość. –

Nie możemy się nawet do niego dostać. Być może nikt nigdy go już więcej nie 
ujrzy.

– Nieprawda – skrzywił się Matt – Skąd wiesz?

background image

– Ja to czuję.
–  Och,  zapomniałam  o  męskiej  miłości  do  samochodów  i  wszelkich 

innych  tego  typu  pojazdów.  Jak  widać,  także  do  samolotów.  Być  może  ty 
uważasz, że musisz zostać ze swoim samolotem, ale ja jestem innego zdania. Idę 
poszukać jakiejś drogi. – Adrienne wyrzuciła ręce do góry w geście desperacji.

–  To  czysta  głupota.  Wszystkie  nasze  pieniądze  i  karty  kredytowe  są  w 

samolocie.  Masz  na  sobie  tylko  wieczorową  sukienkę.  Nawet  jeśli  uda  ci  się 
dojść do szosy, nikt nie zechce zabrać ubłoconej nieznajomej kobiety z mokrymi 
włosami, poobcieranymi kolanami, w rozdartej spódnicy...

– Jest rozdarta? – Adrienne spojrzała w dół i zorientowała się, że spódnica 

odkrywa jej nogę aż do biodra. Chwyciła materiał i ściągnęła go, zasłaniając się.

– Myślę, ze nie musimy tracić czasu na fałszywą skromność. Jeśli sądzisz, 

że na widok twojej gołej nogi rzucę się na ciebie w tym błocie i na kamieniach, 
to przeceniasz siłę mojego popędu seksualnego.

– Jesteś okropny. – Spojrzała na niego gniewnie.
– No, no, a jeszcze parę minut temu mówiłaś mi, że jestem wspaniały. Co 

się stało?

Adrienne stała i czuła, jak jej wysokie obcasy powoli grzęzną w gęstym 

błocie.  Sukienka  i  pończochy  były  zupełnie  zniszczone,  a  rozmazany  tusz  do 
rzęs szczypał ją w oczy. Za kilka godzin rodzice zaczną się poważnie niepokoić. 
Nie uda się jej zdążyć na czas, żeby zobaczyć Granny.

–  Chyba nie jestem  w najlepszej formie – powiedziała, odwracając się i 

brnąc naprzód po kostki w błocie.

– Dokąd  idziesz?
– Poszukać szosy.
– Adrienne, bądź rozsądna.
–  Rozsądna,  to  znaczy  jaka?  Mam  postąpić  tak,  jak  ty  sobie  życzysz? 

Zostać tu i pilnować tego twojego ukochanego samolotu? Ale ja muszę myśleć o 
moich  rodzicach,  którzy  za  parę  godzin  zaczną  szaleć  z  niepokoju.  Jeśli 
dostaniemy się do autostrady, może ktoś podwiezie nas do telefonu.

– Właśnie, jeżeli uda nam się dostać do autostrady.
–  Chciałam powiedzieć, kiedy dojdziemy do  autostrady.  Idę,  i  wszystko 

mi jedno, co ty zrobisz. – Odwróciła się i ruszyła naprzód, krzywiąc się z bólu. 
Przez  cienkie  podeszwy  pantofli  czuła  ostre  kamienie,  które  zalegały 
powierzchnię ziemi.

–  Powinienem  po  prostu  pozwolić  ci  iść!  –  zawołał.  –  Jeśli  tak  bardzo 

chcesz być niezależna, powinienem ci na tę niezależność pozwolić!

Adrienne  szła  nie  odwracając  się.  Wolałaby,  żeby  Matt  jej  towarzyszył, 

ale skoro on nie uważał tego za słuszne, będzie musiała sama odnaleźć szosę. W 
końcu niedawno przelatywali nad autostradą. Wystarczy iść w tamtym kierunku.

Wytężała  słuch  w  nadziei,  że  usłyszy  za  sobą  kroki  mężczyzny.  Nagle 

background image

pośliznęła się i żeby nie upaść, chwyciła się gałęzi krzewu. Ostre kolce boleśnie 
wbiły się w dłoń.

Ruszyła  w  dalszą  drogę,  starając  się  iść  bardziej  ostrożnie.  Znalezienie 

drogi  wśród  gęstych  zarośli  nie  było  wcale  łatwe.  Podeszwy  wieczorowych 
pantofli ślizgały się po kamieniach, a błotniste kałuże wydawały się miejscami 
nie  do  przebycia. Adrienne  patrzyła pod  nogi,  starając  się  osłonić  twarz przed 
ostrym, zacinającym deszczem.

Nagle podniosła głowę i zaczęła przeraźliwie krzyczeć. Na wprost niej z 

ciemności wyłoniła się groźna postać.

background image

ROZDZIAŁ 3

–  Adrienne,  idziesz  w  złym  kierunku.  –  Groźna  postać  przemówiła 

głosem Matta.

– Jak mogłeś tak mnie przestraszyć! – zawołała Adrienne.
– Gdybym szedł za tobą i wołał, czy byś się zatrzymała? Obawiam się, że 

nie. – Matt podszedł o krok bliżej. Jego kurtka była kompletnie przemoczona, a 
kosmyki włosów opadały na czoło.

– Być może nie natychmiast, ale nie powinieneś mnie straszyć tylko po to, 

żeby zwrócić na siebie uwagę.

– A co miałem zrobić? Złapać cię za rękę? Wtedy na pewno dostałbym w 

głowę.

– Wcale nie! Ja...
– Wszystko jedno. – Matt z rezygnacją machnął ręką.
– Jeżeli chcesz znaleźć drogę, lepiej idź w tę stronę. – Wskazał na prawo.
– A więc wiedziałeś, gdzie jest szosa! Wiedziałeś i nie powiedziałeś mi –

wykrzyknęła coraz bardziej wściekła.

– Wiedziałem, z której strony należy jej szukać – sprostował. – Ale nikt 

nie wie, co znajduje się między nami a autostradą, ani jak długo trzeba będzie 
iść, zanim dotrzemy do celu. Poza tym nawet jeśli tam się wreszcie znajdziemy,
na pewno nikt nie będzie nas chciał zabrać do samochodu.

– Powiedziałeś nas? Idziesz ze mną?
–  Nie  mam  wyboru.  Jeśli  puszczę  cię  samą,  boję  się,  że  skończy  się  to 

tragicznie.

–  Szłam  w  stronę,  z  której  przylecieliśmy  –  zwróciła  mu  uwagę, 

podnosząc dumnie głowę.

– Obawiam się, że nie.
– Właśnie, że tak.
–  Nie  mogę  pozwolić,  żebyś  błąkała  się  sama.  Nie  masz  zupełnie 

orientacji w terenie.

– A co cię to obchodzi? – Adrienne poczuła, że po policzkach płyną jej 

łzy.

– Czasami sam się nad tym zastanawiam. – Popatrzył na nią badawczo. –

Ruszajmy  wreszcie.  –  Odwrócił  się  na  pięcie  i  zaczął  iść  we  wskazanym 
kierunku.

Adrienne  powlokła  się  za  Mattem.  Była  przemoczona  i  zziębnięta. 

Poruszała się z trudem po wyboistej i śliskiej ziemi, ale duma nie pozwalała jej 
poprosić go o pomoc. Myślałby kto, mądrala, doświadczony pilot, a nie zapłacił 
nawet ubezpieczenia za samolot! Niewiarygodne! Dobrze mu tak, ten wypadek 
to kara za bezmyślność.

background image

– Przed nami jest strumień – zawołał Matt, spoglądając przez ramię.
–  Można  go  jakoś  obejść?  –  Adrienne  miała  poważne  wątpliwości,  czy 

uda jej się przejść przez rwący potok. Z trudem trzymała się na nogach.

– Trudno powiedzieć, w tych ciemnościach i deszczu nic nie widać!
Podeszli  razem  do  brzegu.  Woda  pieniła  się  wokół  ostrych  kamieni,  a 

przy wystających gałęziach tworzyły się wiry. Pokonanie tej przeszkody będzie 
wymagać wiele wysiłku, pomyślała Adrienne, ale innego wyjścia nie ma.

– Chodźmy – powiedziała i pomału zaczęła schodzić z brzegu.
– Zaczekaj. – Matt złapał ją za rękę. – Przeniosę cię.
–  To nie jest konieczne – odparła najbardziej wyniosłym tonem, na  jaki 

było ją stać. Matt zaklął pod nosem.

–  Wulgarne  słowa  nie...  –  zaczęła  Adrienne,  ale  nie  dane  jej  było 

skończyć.  Dłoń  Matta  zacisnęła  się  na  jej  ramieniu.  Bez  dalszej  dyskusji 
przerzucił  ją  sobie  przez  ramię,  głową  w  dół.  –  Matt,  przestań!  Sama  sobie 
poradzę!

– No pewnie! Ale ja muszę ci dowieść mojej dzielności.
– Właśnie! – Adrienne zaczęło szumieć w uszach i kręcić się w głowie. 

Ta  pozycja  z  pewnością  nie  należała  do  jej  ulubionych.  –  O  to  właśnie  mi 
chodzi!  To  męskie  dążenie  do  rządzenia,  do  władzy.  Ty...  –  z  trudem 
przekrzykiwała szum rwącej wody.

– Zamknij się wreszcie, Adrienne. – Matt dyszał ciężko, ale udało mu się 

roześmiać.  –  Naprawdę  jesteś  niezwykła.  Nawet  z  tyłkiem  w  górze  jesteś  w 
stanie dyskutować o równouprawnieniu kobiet.

– Panie Kirkland, byłabym panu wdzięczna, gdyby był pan uprzejmy nie 

wyrażać się w ten sposób o moim ciele.

Mężczyzna znów się roześmiał.
– Z czego się śmiejesz?
– Nie mogę ci powiedzieć, bo musiałbym użyć określeń, które ci się nie 

podobają. – Klepnął Adrienne po pośladku.

– Jak śmiesz! – zawołała oburzona Adrienne. Matt chwycił ją mocniej.
– Przestań się szarpać – rzucił ostro, zirytowany nie na żarty. Przesunął ją 

na ramieniu tak, że oparł policzek o jej biodro. – Zaraz oboje się skąpiemy.

– Wygląda na to, że świetnie się bawisz.
–  Nie  przypuszczałem,  że  to  zauważysz,  ale  niektóre  rzeczy  istotnie 

sprawiają mi przyjemność.

– Matt, żądam, abyś...
– Hopsa! – zawołał Matt, stawiając Adrienne na drugim brzegu.
Adrienne  obciągnęła  poszarpaną  spódnicę,  unikając  jego  spojrzenia. 

Wciąż czuła na skórze dotyk rąk Matta.

– Wydaje mi się, że deszcz ustaje.
– Chyba.

background image

Ton  głosu  Matta  sprawił,  że  popatrzyła  na  niego  z  niepokojem.  Matt 

przyglądał jej się z założonymi ramionami.

–  Powiedz  mi,  czy  kiedykolwiek  przyszło  ci  do  głowy,  żeby  pójść  na 

całość, przestać przejmować się drobiazgami?

–  Nawet  jeśli  tak  by  się  miało  kiedyś  stać,  to  na  pewno  nie  z  tobą.  –

Adrienne rzuciła Mattowi gniewne spojrzenie.

–  Nawet  jeśli  tak  by  się  miało  stać?  Czy  to  znaczy,  że  nigdy  ci  się  nic 

takiego nie przydarzyło?

– To nie twoja sprawa.
– Dużo tracisz, Adrienne. Każdy ma tylko jedno życie. Może być nudne, 

ale może też okazać się ciekawe i ekscytujące.

– Czy chodzi ci na przykład o wspaniały lot niesprawnym samolotem w 

samym  środku  nocy,  podczas  burzy,  bez  ubezpieczenia,  w  wieczorowych 
strojach?

–  Musisz  przyznać,  że  przynajmniej  się  nie  nudzisz.  –  Matt  zrobił 

ironiczną minę.

– Jak możesz żartować w tej sytuacji?
– Jak możesz być taka poważna? – Mężczyzna roześmiał się i potrząsnął 

głową. – Chodź no tu bliżej.

–  Coo...  –  Zanim  się  spostrzegła,  znalazła  się  w  jego  ramionach.  Matt 

zamknął  jej  usta  czułym  pocałunkiem.  Po  dłuższej  chwili  uniósł  głowę  i 
uśmiechnął się. – Ja tylko sprawdzam.

Adrienne nie zdobyła się na odpowiedź. Pocałunek był tak nieoczekiwany 

i... tak namiętny! Wreszcie oprzytomniała i odepchnęła Matta.

– Niby co sprawdzasz? – spytała, starając się, by w jej głosie zabrzmiało 

szczere  oburzenie.  Nie  było  to  łatwe,  gdyż  pocałunek  sprawił  jej  prawdziwą 
przyjemność. Najwyraźniej Matt znał się na rzeczy.

– Sprawdzałem, czy mam rację – wyjaśnił. – I rzeczywiście, nie myliłem 

się.

– Jak to?
– Twój pocałunek jest o niebo słodszy niż to, co słyszę z twoich ust.
Miała szczerą ochotę rzucić się na niego z pięściami.
– Byłabym wdzięczna, gdybyś był uprzejmy zachować te uwagi dla siebie 

– rzuciła z wyniosłą miną. – Tak samo, jak i te twoje cholerne pocałunki.

– Ależ z ciebie zgorzkniała młoda osoba! Czy chodzi tylko o  mnie, czy 

traktujesz w ten sposób wszystkich mężczyzn?

– To nie jest miejsce ani pora, żeby omawiać...
– Powiedz krótko. Tyle, żeby zaspokoić moją ciekawość.
– No, dobrze, sam się o to prosiłeś. Nie traktuję tak wszystkich mężczyzn, 

tylko takich jak ty.

– To znaczy?

background image

–  Takich,  którzy  gdy  chcą  mieć  własny  samolot,  nie  przejmują  się  tak 

przyziemnymi  rzeczami  jak  ubezpieczenie.  Takich,  którzy  jeżdżą  sportowymi 
samochodami i uważają, że wszystko wiedzą najlepiej. Takich, którzy nie liczą 
się z innymi, a szczególnie z kobietami, uważając je za istoty gorsze i głupsze. 
Takich, którzy uznają seks za najlepsze lekarstwo.

– Seks? Co ma do tego seks?
– Pocałowałeś mnie! Dwa razy!
– Moja miła, jeżeli dwa pocałunki to dla ciebie seks, to znaczy, że Aleks 

bardzo cię zaniedbuje. – Matt uśmiechnął się nie bez odrobiny złośliwości.

– O to mi właśnie chodziło – odparowała. – Nie dość, że jesteś porywczy i 

nieodpowiedzialny, to do tego wszystkiego jesteś jeszcze bezczelny.

–  Masz  rację  z  tym  ubezpieczeniem  –  przyznał  nieoczekiwanie,  patrząc 

jej w oczy. – To była czysta głupota. Trzeba było się ubezpieczyć, nawet jeśli 
musiałbym pożyczyć od kogoś pieniądze.

– Tak... tak, masz rację – wyjąkała Adrienne, którą ostatnie słowa Matta 

zupełnie  zbiły  z  tropu.  Zmiana  w  jego  zachowaniu  była  całkowicie 
niespodziewana.  Teraz,  gdy  znalazła  poważny  argument  przeciwko  niemu,  on 
nagle się z nią zgadza!

–  Jeśli  chodzi  o  porywczy  temperament,  twoja  ocena  też  chyba  jest 

słuszna.  A  jeśli  mowa  o  bezczelności  –  przerwał  i  obrzucił  Adrienne 
spojrzeniem  od  stóp  do  głów  –  żeby  móc  to  ocenić,  musiałabyś  mnie  lepiej 
poznać. Być może jestem po prostu pewny siebie.

– Ha! – Adrienne poczuła mrowienie na całym ciele. – Nie potrzebuję cię 

lepiej poznawać. I wcale nie chcę.

Matt uśmiechnął się z powątpiewaniem.
–  Widzisz,  sam  widzisz,  co  mam  na  myśli  –  powiedziała.  –  Jesteś  po 

prostu bezczelny.

– Nieprawda – odparł łagodnym tonem.
Starała się popatrzyć na niego z naganą, ale poczuła, jak wbrew jej woli 

krew  zaczyna  szybciej  krążyć.  Postanowiła  przeciwstawić  się  aurze 
zmysłowości i nigdy jej się nie poddać.

– Poszukajmy lepiej drogi – powiedziała w końcu. Matt wyciągnął rękę. 

Adrienne zignorowała ten gest i ruszyła przed siebie. Szli w milczeniu. Ciągle 
padał  deszcz,  ale  zdecydowanie  mniej  ulewny.  Adrienne  pierwsza  dostrzegła 
błotniste koleiny pomiędzy drzewami.

– Udało się. – Adrienne spojrzała na Matta z tryumfem.
–  To  tylko  polna  droga.  Miasteczko  jest  pewnie  jakieś  czterdzieści 

kilometrów stąd.

Adrienne poczuła, że siły ją opuszczają. Czterdzieści kilometrów! Nie uda 

się  tam dojść!  Droga nie  wyglądała na uczęszczaną. Może  Matt miał rację, że 
nikt już dzisiaj nie będzie tędy jechał. Wyglądało na to, że znaleźli się w sytuacji 

background image

bez wyjścia.

–  Idziemy czy czekamy?  – spytał Matt, podnosząc kołnierz, aby osłonić 

się przed przenikającym do szpiku kości wiatrem.

Adrienne zatrzęsła się z zimna. Dopóki znajdowała się w ruchu, było jej 

w miarę ciepło.

– Nie wiem, co robić – westchnęła wyczerpana.
–  Słaniasz  się  na  nogach.  –  Matt  uważnie  przyjrzał  się  Adrienne. 

Dziewczyna z trudem dokuśtykała do pobocza i osunęła się na ziemię. Zasłoniła 
twarz  dłońmi,  żeby  ukryć  łzy,  które  płynęły  teraz  niepowstrzymanym 
strumieniem. – Masz.

– Co? – spytała, nie odsłaniając oczu.
–  Jest  wilgotna,  ale  lepszy  rydz  niż  nic.  –  Adrienne  poczuła,  że  Matt 

wkłada jej na ramiona swoją sportową kurtkę. Podniosła głowę i otarła oczy.

– Nie, Matt, ty jej potrzebujesz.
– Tobie jest bardziej potrzebna.
Adrienne popatrzyła na niego, gotowa przyznać, że głupotą było upieranie 

się przy szukaniu drogi w taką pogodę.

– Matt, ja... – przerwała na widok dwu jasnych punkcików, które pojawiły 

się w oddali. – Samochód! – zawołała. Zerwała się na równe nogi i natychmiast 
zapomniała o zmęczeniu. – To samochód!

– Masz rację. Miejmy nadzieję, że zechce się zatrzymać.
–  Oczywiście,  że  się  zatrzyma.  To  pewnie  sympatyczne,  starsze 

małżeństwo, wracające do domu po miłej kolacji w mieście. Jestem pewna, że...

–  Wracają  do  domu,  to  prawda.  To  musiał  być  niezły  wieczór.  Popatrz 

tylko, ten samochód jedzie zygzakiem!

– Pijany?
– Prowadzący albo jest pijany, albo zasnął przy kierownicy.
– To niemożliwe!
–  Ale  cieszę  się,  że  przynajmniej  odzyskałaś  siły  i  werwę  –  stwierdził 

Matt, przyglądając się jej z uśmiechem. – Przez moment naprawdę się o ciebie 
martwiłem. Wyglądało na to, że się poddasz.

–  Ale  teraz  już  nie  mam takiego  zamiaru. –  Adrienne  wyszła na  środek 

drogi i zaczęła machać rękoma.

– Hej! – Matt odciągnął ją na pobocze. – Oni gotowi cię przejechać. W tej 

ciemnej sukience mogą cię nawet nie zauważyć.

– Ale musimy ich jakoś zatrzymać.
– Stój tutaj. Ja się tym zajmę.
– Ach, stary, dzielny Matt, wydający wszystkim rozkazy.
–  Moja  koszula  jest  przynajmniej  biała.  –  Wyszedł  na  środek  drogi,  a 

potem  znów  się  do  niej  odwrócił.  –  Chyba  że  wolisz  zdjąć  sukienkę  i  nią 
wymachiwać – dodał złośliwie. – To byłoby jeszcze skuteczniejsze.

background image

– No pewnie – odburknęła Adrienne.
Światła przybliżyły się i Matt zamachał ramionami.
– To chyba ciężarówka – powiedział. – Jedzie powoli, więc nawet gdyby 

się nie zatrzymała, mamy szanse wskoczyć na tył skrzyni.

– Nie wiem, Matt, ja nigdy...
– Cicho – rozkazał Matt, podnosząc rękę do góry. – A to co za hałas?
– Ktoś śpiewa – zauważyła Adrienne.
– Nie podoba mi się to. Ten facet jest zalany w pestkę. – Matt zamachał 

nad  głową  kurtką  i  krzyknął  głośno.  Światła  omiotły  najpierw  prawe,  potem 
lewe pobocze drogi.

– Matt, bądź ostrożny.
– Boisz się o mnie? – spytał, spoglądając w jej kierunku.
– Nigdy w życiu.
– Tak też myślałem. – Matt znów pomachał kurtką.
–  Matt,  uważaj!  –  krzyknęła  Adrienne  widząc,  że  ciężarówka  jedzie 

prosto  na  niego.  Matt  usunął  się  w  ostatniej  chwili.  Zapiszczały  hamulce  i 
ciężarówka zatrzymała się tuż obok niego.

– Chcesz się zabić? – pytał ktoś chrapliwym, pijackim głosem.
–  Potrzebujemy  kogoś,  kto  by  nas  podwiózł  –  odparł  Matt,  powoli 

zbliżając się do kabiny kierowcy.

– Jacy my?
Adrienne przeszła przez szosę i stanęła obok Matta.
Kierowca  ciężarówki  musiał  niedawno  przekroczyć  sześćdziesiątkę. 

Twarz  pokrywał  dwudniowy  szary  zarost.  W  ustach  obracał  kawałek  tytoniu. 
Śmierdział niczym cała gorzelnia.

–  Ja  i  moja  towarzyszka  –  odrzekł  Matt,  wskazując  na  Adrienne.  Stary 

mężczyzna wpatrywał się w nich, z trudem usiłując skupić spojrzenie na jednym 
punkcie.

– To was jest tylko dwoje? Ja widzę co najmniej sześcioro.
–  No  pewnie  –  wyszeptała  Adrienne.  –  Matt,  może  on  pozwoli  ci 

prowadzić samochód.

–  Mieliśmy  wypadek  –  wyjaśnił  Matt.  Musimy  dostać  się  do  telefonu. 

Wygląda pan na zmęczonego, panie...

– Mów mi po prostu Archie.
–  W  porządku,  Archie.  Może  pozwoliłbyś  mi  poprowadzić  samochód. 

Chcemy jechać do miasta, żeby zadzwonić.

Adrienne ścisnęła mocno kciuki.
– Zadzwonić? Mam telefon w domu. Bliżej niż do miasta. Możecie jechać 

ze mną. Gdzie wasz samochód?

– Samolot.
–  Mieliście  wypadek  samolotowy?  –  zachrypiał  mężczyzna.  –  Ale  nie 

background image

jesteście duchami, co?

– Nie, nie jesteśmy duchami – odparł z uśmiechem Matt – Słuchaj, może 

ja nas wszystkich zawiozę do twojego domu.

– Nawet lubię duchy, ale wolę wiedzieć, kiedy mam z nimi do czynienia –

wtrącił Archie. – Moja żona jest teraz duchem.

– Nie podoba mi się to – wyszeptała Adrienne.
– Nie mamy wyboru – odpowiedział Matt półgłosem. Znowu zwrócił się 

do  mężczyzny:  –  No  więc,  czy  chciałbyś,  żeby  dziś  zawiózł  cię  do  domu 
pierwszorzędny kierowca?

–  Nikt oprócz  mnie nie  kieruje Bessie. Wszyscy o  tym  wiedzą  – odparł 

Archie. – Wsiadajcie.

– Aleja chętnie...
– Wsiadacie czy nie? Ja jadę. – Archie dodał gazu, a silnik zaryczał jak 

ranione zwierzę.

– Wsiadamy – powiedział Matt, gestem nakazując Adrienne, żeby obeszła 

z nim ciężarówkę od tyłu. Kiedy podchodzili do kabiny, wyszeptał: – Ja usiądę 
obok niego na wszelki wypadek. Jakby co, zdążę złapać za kierownicę.

– Dobrze. Uważaj tylko, żebyś się nie zatruł oparami alkoholu. Ten facet 

cuchnie na kilometr.

– Nie wybrzydzaj. I tak mieliśmy niesamowite szczęście.
Wsiedli  do  ciężarówki.  Wystające  z  oparcia  sprężyny  wbijały  się 

Adrienne  w  bok  za  każdym  razem,  gdy  samochód  podskakiwał  na  wybojach. 
Matt  obserwował  drogę  i  Archiego,  gotów  w  każdej  chwili  chwycić  za 
kierownicę.

– Śpiewacie? – spytał Archie.
– Nie – odparli zgodnie Matt i Adrienne.
– No pewnie, frajerzy z miasta. Więc ja zaśpiewam.
Archie  zaczął  wyśpiewywać  na  całe  gardło  jakąś  pijacką  piosenkę  i 

skierował  ciężarówkę  w  stronę  skraju  szosy.  Matt  był  już  gotów  uchwycić 
kierownicę,  gdy  Archie  skorygował  kurs  i  ruszył  po  przekątnej  ku 
przeciwległemu skrajowi drogi.

Jechali  zygzakiem  pośród  kompletnych  ciemności.  Adrienne  trzymała 

przy życiu myśl o telefonie, który czekał na nią na końcu tej szalonej podróży. 
Zerknęła na zegarek. Była prawie druga nad ranem. Rodzice na pewno już się 
niepokoją, ale może nie powiadomili jeszcze policji.

Wreszcie  Archie  skręcił  gwałtownie  w  prawo,  kierując  ciężarówkę  w 

stronę majaczącego w oddali, ciemnego budynku.

–  Pewnie  nie  ma  prądu  –  wyjaśnił  Archie.  –  Ale  mam  świeczki.  Znów 

będę musiał nastawiać ten diabelny zegar.

–  Potrzebujemy  tylko  telefonu  –  powiedziała  Adrienne,  z  trudem 

gramoląc się z szoferki. – Gdzie on jest?

background image

– Tam, gdzie  zawsze był, panieneczko.  – Archie zatoczył się, potykając 

się podszedł do drzwi i otworzył je kopnięciem. – Nigdy nie zamykam na klucz 
– wyjaśnił, manipulując przy wyłączniku światła. – Nie ma prądu – powtórzył i 
wtoczył się do pokoju, obijając się o meble.

Adrienne  zajrzała  do  środka  i  czekała,  aż  jej  oczy  przyzwyczają  się  do 

ciemności. W mroku majaczyły zarysy półek z książkami, które zajmowały całą 
ścianę.

– Widzisz telefon? – spytał Matt.
– Nie, a on nie chce mi powiedzieć, gdzie go szukać. Zaraz, zaraz... tam! 

– zawołała, starając się znaleźć drogę wśród mebli. – Na ścianie.

Telefon  wisiał  na  ścianie  obok  drzwi  do  kuchni,  w  której  Archie  z 

łoskotem przeszukiwał szuflady kredensu.

– Nie mogę uwierzyć, że to już wreszcie koniec tej koszmarnej eskapady 

–  stwierdziła  Adrienne.  –  Może  znajdziemy  kogoś,  kto  zabierze  nas  stąd  do 
miasta.

– Może. Jeśli uda nam się dowiedzieć, gdzie właściwie jesteśmy.
– Masz rację. – Adrienne podniosła słuchawkę. – Dzięki Bogu, że istnieją 

takie wynalazki, jak telefon. – Na chwilę zamilkła, a potem nerwowym ruchem 
Postukała w widełki. Aparat milczał jak zaklęty. Odwróciła się w stronę Matta, 
czując,  że  siły  znowu  ją  opuszczają.  –  To  niemożliwe  –  powiedziała  słabo.  –
Ten telefon nie działa.

background image

ROZDZIAŁ 4

– Daj, może ja spróbuję. – Matt sięgnął po słuchawkę.
– Wiem, jak wygląda zepsuty telefon! – Adrienne wyrwała mu słuchawkę 

z ręki i rzuciła na widełki.

– Jeśli nawet nie był zepsuty, teraz już na pewno jest – powiedział Matt. –

I  nie  krzycz  na  mnie.  To  nie  ja  obiecywałem  ci,  że  będziesz  mogła  stąd 
zadzwonić. Spytaj naszego przyjaciela Archiego.

– Niech się stanie światłość! – zawołał Archie, wtaczając się do pokoju i 

trzymając w ręku świeczkę wetkniętą w szyjkę butelki. Podniósł ją do góry, tak 
by  oświetliła  twarze  Matta  i  Adrienne,  i  popatrzył  na  nich  przekrwionymi 
oczami. – Chyba nie najlepiej się bawicie.

–  Dlaczego  nie  powiedziałeś  nam,  że  telefon  nie  działa?  –  westchnęła 

Adrienne z rozpaczą.

– Nie działa? – Archie przechylił głowę na bok. – No pewnie, nigdy nie 

działa, kiedy pada. Gdzieś coś przecieka. Ściana przemaka i telefon nie działa. –
Zamyślił  się  na  moment,  potem  odsłonił  w  uśmiechu  pożółkłe  zęby.  –  Ale 
będzie działał, kiedy ściana wyschnie. Do rana powinna być sucha.

–  To będzie odrobinę za późno  –  powiedziała słabym głosem Adrienne, 

odwracając głowę, żeby ani  Matt, ani Archie nie dostrzegli łez. Zaczęła trząść 
się  z  zimna.  Granny  na  pewno  umrze  dziś  w  nocy.  Rodzice  będą  szaleć  z 
niepokoju, jeśli nie porozumie się z nimi.

–  Archie,  to  bardzo  ważne.  Adrienne  musi  zawiadomić  rodziców  –

oznajmił  Matt  –  Gdybyś  pożyczył  nam  swoją  ciężarówkę,  pojechalibyśmy  do 
miasta...

– Nie ma benzyny – oświadczył Archie i głośno czknął.
–  Może  jednak  trochę  zostało.  –  Adrienne odwróciła  się  znów  w  stronę 

Archiego. – Chociaż tyle, żebyśmy mogli dojechać do miasta. Zapłacimy ci... –
zamilkła, widząc ostrzegawcze spojrzenie Matta. Nie mieli przecież ani grosza. 
– Zapłacimy ci, kiedy uda nam się wydostać portfele z samolotu.

–  Nie  ma  benzyny  –  powtórzył  Archie,  kręcąc  głową.  –  Strzałka  stoi 

dokładnie na zerze.

– Gdzie masz kluczyki? – spytał Matt. – Mogę to jeszcze raz sprawdzić?
Archie dotknął kieszeni wytartych dżinsów. Świeca przechyliła się i wosk 

skapnął na dłoń.

– Do diabła – zaklął i potarł dłoń. – Pewnie zostawiłem je w Bessie. Idź 

sprawdzić.

– Zaraz wrócę – zapowiedział Matt i zniknął za drzwiami.
–  Nie  śpiesz  się  –  rzucił  ze  śmiechem  Archie  i  mrugnął 

porozumiewawczo do Adrienne. – Napijesz się?

background image

– Nie, dzięki. – Zatarła dłonie. Drżała z zimna i zmęczenia.
–  Ale  ja  chętnie.  –  Archie  wziął  świecę  i  chwiejnym  krokiem 

pomaszerował  w  stronę  szafki  pod  oknem.  –  Dorothy  nazywała  to  barkiem  –
powiedział,  otwierając  drzwiczki.  –  Była  bardzo  wyrafinowaną  damą.  Ja 
nazywam  to  szafką  na  flaszki.  –  Wyjął  ze  środka  dwulitrową  butelkę  whisky, 
odkręcił ją i pociągnął spory łyk.

– Zawsze tyle pijesz? – spytała Adrienne, szczękając zębami z zimna.
– Przeważnie – odparł, ocierając usta rękawem.
– Dlaczego?
Pytanie  zaskoczyło  Archiego.  Po  dłuższym  namyśle  odpowiedział 

wreszcie:

– Bo lubię.
Adrienne  zastanawiała  się,  czy  to  alkohol  sprawia,  że  Archie  nie  czuje 

wcale  zimna.  Zerknęła  na  drzwi,  licząc  na  to,  że  Matt  wróci  z  dobrymi 
nowinami. Niestety, kiedy wszedł do środka i spojrzał na nią, wiedziała już, że 
nadzieje były płonne. Oparła się bezwładnie o framugę drzwi.

–  Archie,  czy  masz  tu  może  centralne  ogrzewanie?  –  spytał  Matt, 

rozglądając się dookoła.

– O, nie. – Archie wskazał ręką. – Ale mam kominek.
– A drewno?
– Na dworze – odparł Archie. – Pewnie zamokło.
– Raczej tak – przytaknął Matt, spoglądając przez okno. – Ale na wszelki 

wypadek sprawdzę. Może na dole stosu znajdzie się kilka suchych polan.

–  W  stajni  są  stare  deski  –  oznajmił  Archie,  podchodząc  ku  nim 

niepewnym krokiem. – Świetnie się palą.

– Doskonale. – Matt zatarł dłonie. – Masz latarkę?
– Jest świeczka.
– Dobrze. – Matt podszedł do stołu.
–  Idę  z  tobą  –  odezwała  się  Adrienne.  –  Nie  możesz  trzymać  na  raz  i 

drewna, i świecy, a poza tym wiatr mógłby zdmuchnąć płomień.

–  Na  dworze jest  naprawdę mnóstwo błota  –  zauważył Matt, patrząc  na 

nią z namysłem.

–  Nie  żartuj  sobie  –  odparła  Adrienne,  spoglądając  na  swoje  ubłocone 

pantofle i ruszyła w stronę drzwi.

Natychmiast pożałowała swojej decyzji, kiedy znaleźli się na dworze. W 

domku  było  wprawdzie  zimno,  ale  na  zewnątrz  chłód  przenikał  aż  do  szpiku 
kości.  Matt  wcale  nie  przesadzał,  mówiąc  o  błocie.  Wydeptana  ścieżka 
prowadząca  z  domu  do  stajni  była  pełna  kałuż.  Obcasy  wieczorowych 
pantofelków Adrienne zapadły się w brunatną maź z głośnym mlaśnięciem.

– To gorsze, niż przypuszczałam – oświadczyła zdyszanym głosem.
– Weź mnie za rękę.

background image

Tym  razem  Adrienne  nie  protestowała.  Uścisk  dłoni  Matta  podziałał  na 

nią uspokajająco. Świeczka zachwiała się, ale na szczęście nie zgasła. Wreszcie 
dotarli do budynku, który Archie nazywał stajnią. Adrienne wyglądało to raczej 
na szopę.

– Wszystko w porządku? – odezwał się Matt.
– Czemu pytasz?
– Trzymasz  mnie  kurczowo  –  odparł,  unosząc  do  góry  ich  splecione 

mocno dłonie.

– Och, przepraszam. – Adrienne spróbowała zabrać rękę.
– Daj spokój. – Matt mocniej splótł palce z jej palcami.
Adrienne  przestała  się  wyrywać,  napawając  się  poczuciem 

bezpieczeństwa. Kiedy dotarli do stajni, Matt oddał jej świecę, a sam otworzył 
zamknięte na skobel drzwi. Uderzył ich zapach świeżej słomy. Adrienne uniosła 
świecę  i  razem  weszli  do  środka.  Zaskoczyła  ich  czystość  i  porządek.  Na 
ścianach  nie  było  widać  żadnych  zacieków,  mimo  że  wciąż  padał  ulewny 
deszcz. Podłoga była czysto wymieciona. Dostrzegli dwa puste boksy oraz półki 
uginające się pod ciężarem narzędzi i  zapasów. Jeden z boksów był wyłożony 
świeżą  słomą.  Niektóre  spróchniałe  deski  wymieniono  ostatnio  na  nowe  i  w
powietrzu unosił się przyjemny zapach sosnowej żywicy.

–  Wygląda  na  to,  że  Archie  spodziewa  się  czworonogiego  gościa  –

powiedziała Adrienne, wskazując dłonią na świeżo przygotowaną zagrodę.

–  Ponieważ,  jak  widać,  Archie  zgromadził  łopaty  i  kilofy,  zgaduję,  że 

będzie  to  osioł  albo  muł,  zwierzę  przydatne  przy  poszukiwaniu  złota  –  dodał 
Matt.

– To prawdziwy traper. – Adrienne uniosła świecę wyżej. – Patrz, lampa 

naftowa.

–  Znając  nasze  parszywe  szczęście,  nie  ma  w  niej  na  pewno  ani  kropli 

nafty.  –  Matt  potrząsnął  skorodowaną  lampą.  Usłyszeli  chlupot  płynu.  –  A 
jednak pech na chwilę nas opuścił. – Matt zdjął szklany klosz. – Jest nawet knot.

Adrienne podała mu świecę i po chwili wnętrze wypełniło łagodne, jasne 

światło.

– Tak jest o wiele lepiej – westchnęła Adrienne. – Wydaje się nawet, że 

nie jest już tak zimno.

– Bo tu jest cieplej.
Matt uniósł lampę tak, że oświetliła twarz Adrienne.
– Wiesz co, wyglądasz fatalnie – oznajmił szczerze.
–  Jak  miło  z  twojej  strony,  że  mi  to  mówisz.  Ty  też  nie  wyglądasz 

szczególnie kwitnąco.

– Pewnie nie – odparł, śmiejąc się cicho – ale ja przynajmniej nie używam 

tuszu do rzęs, więc nie wyglądam, jakby mi ktoś podbił oczy.

–  A  więc  sądzisz,  że  mój rozmazany  makijaż  wygląda śmiesznie,  co?  –

background image

najeżyła się Adrienne.

– Noo.
–  I  te  uwagi  słyszę  od  tego  samego  faceta,  który  świecił  czerwonymi 

majtkami w salonie pełnym ludzi?

–  Bystra  jesteś,  panno  Burnham.  –  Matt  roześmiał  się  głośno.  –  Jednak 

traktujesz  życie  zbyt  serio.  Lepiej  poszukajmy  tych  desek,  o  których  mówił 
Archie.

Zanim  wrócili  do  domu,  Matt  z  naręczem  desek,  Adrienne  z  lampą  w 

dłoni,  Archie  zapalił  już  drugą  świeczkę,  tym  razem  zatkniętą  w  butelkę  po 
tanim  winie.  Półleżał  rozparty  w  starym  skórzanym  fotelu,  czule  obejmując 
butelkę whisky.

–  Widzę,  że  znaleźliście dechy.  Oderwałem je,  kiedy  przygotowywałem 

boks  dla  mojego  nowego  osła.  Jutro  mają  mi  go  przyprowadzić.  Będzie  się 
nazywał  Dorothy Trzecia.  Moja  żona  miała na  imię  Dorothy,  to  była  Dorothy 
Pierwsza,  mój  stary  osioł  to  Dorothy  Druga,  więc  ten  nowy  będzie  Dorothy 
Trzecią.

– Aha – mruknęła Adrienne, zastanawiając się, co też pomyślałaby żona 

Archiego,  gdyby  wiedziała,  że  jej  imię  otrzymują  kolejne  osły.  –  Znaleźliśmy 
twoją lampę – dodała, odsuwając na bok stos starych gazet i stawiając lampę na 
drewnianym stoliku.

–  Lepiej  nie  marnować  nafty.  Może  mi  być  potrzebna  do  poszukiwań 

złota, gdy wreszcie dostanę nowego osła.

–  Odkupimy  ci  ją  –  zapewniła  Adrienne  w  obawie,  że  Archie  zabierze 

lampę. – Jak tylko będziemy mogli – dodała, przypominając sobie, że wszystkie 
ich pieniądze oraz karty kredytowe spoczywają gdzieś na dnie kanionu.

Matt  położył  naręcze  drewna  obok  dużego,  kamiennego  kominka  i 

podszedł do stolika.

– Mogę użyć tych gazet, żeby rozpalić ogień, Archie? – spytał.
– Pewnie, że nie.
– Nie? – spytał Matt zaskoczony.
– To gazety Dorothy, Dorothy Pierwszej.
– Ale czy Dorothy nie jest...
–  Duchem?  –  dokończył  Archie.  –  Oczywiście.  Ale  to  są  jej  gazety,  z 

krzyżówkami. Nie pozwolę, żeby ktoś palił jej rzeczy.

– Dobrze. W takim razie czego mogę użyć?
– Ja rozpalę. Mam na to sposób.
Matt  wzruszył  ramionami  i  odwrócił  się  do  paleniska.  Ułożył  drewno  i 

otworzył szyber.

– Odejdź – rozkazał Archie i wstał z butelką w ręku. Podszedł do stołu, 

odsunął szufladę, wysypał na dłoń trochę białego proszku z metalowego pudełka 
i podszedł do paleniska.

background image

–  Czy  mogę  napić  się  twojej  whisky?  –  spytał  Matt,  który  obserwował 

uważnie wszystkie poczynania Archiego.

–  Matt,  może  poczekasz,  aż...  –  zaczęła  przerażona  Adrienne,  która 

wyobraziła sobie, że teraz będzie miała do czynienia nie z jednym, ale z dwoma 
pijanymi mężczyznami.

– Masz, pij – powiedział Archie, podając Mattowi butelkę.
Matt chwycił whisky, potem złapał Adrienne za rękę i popchnął ją w kąt 

pokoju, jak najdalej od kominka.

–  Co  ty,  do  cholery,  wyprawiasz?  –  syknęła  wściekła,  usiłując  mu  się 

wyrwać. – Jeśli masz zamiar zacząć pić i przystawiać się do mnie, to ostrzegam, 
że tego pożałujesz.

– Siedź spokojnie – rzucił stanowczym tonem Matt, trzymając mocno jej 

ramię. – On będzie rozpalał ogień używając prochu strzelniczego.

–  Prochu?  – wyjąkała,  patrząc  na  Matta  rozszerzonymi  z  przerażenia 

oczami.

– Mhm. Chcesz może sobie łyknąć? – spytał, podając jej butelkę.
W  tej  samej  chwili  Archie  rzucił  zapałkę na  palenisko.  Buchnął wysoki 

płomień. Archie cofnął się o krok.

– Do diaska. Chyba przesadziłem – wymruczał, chwiejąc się na nogach.
Na szczęście ogień szybko przygasł i płonął teraz równo i spokojnie.
–  To  stara  traperska  sztuczka  –  wyjaśnił  Matt.  –  Nie  jest  zbyt 

niebezpieczna, oczywiście o ile masz pojęcie o tym, co robisz, no i nie trzymasz 
w garści flaszki z wódką.

–  A  ja  myślałam,  że  zamierzasz  przyłączyć  się  do  Archiego  i  zacząć 

pijaństwo – powiedziała Adrienne wzdychając. – Znowu mnie uratowałeś, Matt. 
Myślę, że nawet wybaczę ci te niewybredne żarty o podbitych oczach.

–  Ciągle  wyglądają  na  podbite  –  stwierdził,  delikatnie  ściskając  ją  za 

ramię.

– Da się temu szybko zaradzić. – Adrienne wysunęła się z ramion Matta i 

oglądając się na  kominek podeszła do Archiego. – Chciałam spytać  – zaczęła, 
patrząc na niego z obawą – czy mogłabym skorzystać z łazienki. Chciałabym się 
umyć.

Archie odwrócił się i przyjrzał jej się od stóp do głów.
– To chyba nie wystarczy – orzekł, żując tytoń. – Wyglądasz jak strach na 

wróble.

– Wszystkie moje rzeczy zostały w samolocie. – Adrienne skrzywiła się, 

słysząc  ten  kolejny  komplement.  Od  takiego  nadmiaru  męskiego  podziwu 
mogłoby jej się chyba przewrócić w głowie. – Mogę się więc co najwyżej umyć. 
Archie przyglądał jej się przez dłuższą chwilę.

– Zaraz, zaraz, moja panno – odezwał się w końcu. – Lepiej doprowadź 

się naprawdę do porządku. Ale musisz mi obiecać, że będziesz uważać.

background image

– Tak, oczywiście... ja...
– I że niczego nie podrzesz.
– Ale czego?
–  Rzeczy  Dorothy.  Pozwolę  ci  przebrać  się  w  jej  ciuchy,  ale  musisz 

obiecać, że będziesz ostrożna.

–  Jak  mogłabym  pożyczać  od  ciebie  jej  ubrania?  –  zaprotestowała 

Adrienne, chociaż myśl o suchym ubraniu była niezwykle kusząca.

– Tak, zaraz ci je dam. – Archie odwrócił się w stronę Matta. – Ty też nie 

wyglądasz  najlepiej  –  ocenił.  –  Kiedy  z  nią  skończę  –  powiedział,  wskazując
głową Adrienne – poszukam czegoś dla ciebie.

– Nie zawracaj sobie głowy – odparł Matt. – To nie jest konieczne.
– Cicho – rzucił krótko Archie, zaciskając dłoń na nadgarstku Adrienne. –

I  popilnuj  mojej  whisky,  kiedy  będę  szukał  czegoś  dla  twojej  narzeczonej.  –
Wziął do ręki lampę i pomaszerował w stronę drzwi, ciągnąc Adrienne za sobą.

–  Wcale  nie  jestem  jego  narzeczoną  –  zaprotestowała  Adrienne. 

Zauważyła, że Matt się uśmiecha. – Matt, powiedz mu, że nie jestem.

Matt stał milcząc. Adrienne zaskoczył wyraz jego twarzy. Patrzył na nią z 

czułością, a przecież znali się zaledwie od kilku godzin.

–  Zostawiłem  rzeczy  Dorothy  tak,  jak  były  –  powiedział  Archie, 

prowadząc Adrienne do sypialni, gdzie stała duża, mahoniowa szafa. – Tutaj –
wskazał, puszczając jej nadgarstek. – Wszystko, czego możesz potrzebować.

Pokój  napełnił  się  zapachem  fiołków.  Adrienne  zajrzała  do  szafy,  gdzie 

wisiały trzy wyblakłe sukienki w kwiatki, kraciasty niebieski szlafrok, flanelowa 
koszula  nocna,  dwie  pary  znoszonych  dżinsów,  błękitna  spódnica  i  trzy 
koszulowe bluzki. Garderoba była więcej niż skromna, ale Archie pokazywał ją 
z taką dumą, jakby była to ostatnia kolekcja Diora.

–  To  lubiła  najbardziej  –  powiedział  Archie,  zdejmując  z  wieszaka 

szeroką, błękitną spódnicę. – Widzisz?

– Bardzo ładna – przytaknęła Adrienne.
–  Masz.  –  Archie  rzucił  spódnicę  w  jej  stronę.  –  Ciekawe,  gdzie  jest  ta 

bluzeczka? – Pochylił się i odsunął jedną z szuflad u dołu szafy. – Tak, to jest 
bluzeczka  do  tej  spódnicy.  –  Wyjął  z  szuflady  białą  haftowaną bluzkę  i  przez 
dłuższą chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu. – Bardzo ją kochałeś, prawda? 
– odważyła się spytać Adrienne.

–  Tę  bezczelną,  zarozumiałą  kobietę?  –  Archie  wzruszył  ramionami.  –

Zawsze mnie tylko pouczała i poprawiała. Z trudem ją znosiłem, to wszystko.

Adrienne  milczała.  Nie  wierzyła  w  ani  jedno  słowo.  Archie  po  prostu 

wstydził się przyznać, jak bardzo kochał swoją żonę i jak bardzo mu jej brak.

– Weź to – powiedział, podając jej bluzkę. – Pasuje do spódnicy.
–  Nie wiem, czy powinnam... Widzę, że nikt nie ruszał rzeczy  Dorothy, 

odkąd...

background image

– Na pewno chciałaby, żebym ci  dał  to ubranie. – Archie przyglądał  jej 

się  przekrwionymi  oczami.  –  Wystarczająco  trudno  było  mi  wytrzymać  z  nią, 
póki żyła. Nie chcę, żeby teraz zaczął mnie prześladować jej duch.

– Ja... ja dziękuję.
–  Tu  są  różne  damskie  szmatki  –  stwierdził  Archie,  otwierając  szufladę 

pełną bielizny. – I zdejmij wreszcie te pantofle – dodał, sięgając w głąb szafy i 
wyciągając  parę  miękkich  mokasynów.  –  Łazienka  jest  tam.  Prysznic, 
umywalka...  wszystko.  Zostawiam  ci  lampę  –  dodał  i  wytoczył  się  z  sypialni, 
mamrocząc pod nosem, że stanowczo za długo pozostawił whisky bez właściwej 
opieki.

Adrienne  zajrzała  do  szuflady  z  bielizną.  Wyglądało  na  to,  że  Dorothy 

była  naprawdę  świetnie  zaopatrzona.  Dostosowała  stroje  do  surowych 
warunków  życia,  ale  pod  skromnymi  bluzkami  i  dżinsami  kryły  się  jedwabne 
koszulki  i  majteczki  w  pastelowych  kolorach.  W  rogu  szuflady  tkwił  katalog 
domu wysyłkowego, zajmującego się sprzedażą bielizny. Adrienne zastanawiała 
się, ile też lat mogła mieć Dorothy. Archie wyglądał staro, ale mogło to wynikać 
z ciężkiej pracy i nadużywania whisky.

Adrienne wybrała koszulkę i majtki koloru kości słoniowej i wyruszyła na 

poszukiwanie  łazienki.  Zaskoczyła  ją  panująca  tam  czystość.  Archie  nie 
wyglądał  na  kogoś,  kto  traci  czas  na  szorowanie  umywalki.  Adrienne  zdjęła 
sukienkę i rzuciła ją na podłogę. Po dzisiejszym dniu nadawała się co najwyżej 
na szmaty.

Westchnęła  z  rozkoszy,  gdy  weszła  pod  gorący  prysznic.  Na  wiszącej 

obok  plastykowej  półeczce  znalazła  mydło  i  szampon.  Nie  tracąc  czasu 
namydliła się i szybko spłukała, starając się zużyć jak najmniej wody. W domu 
stojącym w samym środku pustkowia zapasy wody były zapewne ograniczone. 
Chciała,  aby  i  Matt  skorzystał  z  kąpieli.  Adrienne  zakręciła  kran  i  wytarła  się 
dość zużytym, ale czyściutkim, różowym ręcznikiem. Dopiero wtedy spojrzała 
na swoje odbicie w lusterku.

Oczy nie wyglądały już jak podbite. Zniknęła resztka makijażu. Z lustra 

patrzyła  na  nią  blondynka  z  jasnymi  rzęsami  i  kremową  skórą.  Adrienne 
uważała  mocny  makijaż  za  niezbędny,  szczególnie  w  pracy.  Teraz  jednak  w 
niczym nie przypominała tej kobiety, która zjawiła się na przyjęciu u Beverly.

Wróciła  do  sypialni.  Spódnica  była  odrobinę  za  szeroka,  ale  całość 

prezentowała  się  nieźle.  Założyła  mokasyny  i  podeszła  do  stojącej  w  kącie 
pokoju toaletki, na której leżał oprawny w srebro grzebień i szczotka.

Zauważyła oprawione w srebrną ramkę duże zdjęcie. Adrienne wzięła je 

w  rękę  i  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Pośrodku  stał  Archie,  trzymając  za  uzdę 
brązowego osła. Obejmował za ramiona kobietę, która wyglądała na co najmniej 
dwadzieścia  lat  młodszą  od  niego.  Miała  jasnobrązowe  krótkie  włosy  i  pełną 
słodyczy, uśmiechniętą twarz. Była ubrana w tę samą niebieską spódnicę i białą, 

background image

koronkową bluzkę. A więc to była Dorothy. Z całą pewnością nie wyglądała na 
osobę zarozumiałą.

Adrienne trudno było wyobrazić sobie wspólne życie Dorothy i Archiego, 

a jednak najwyraźniej łączył ich jakiś szczególny rodzaj miłości.

Zawahała się przed sięgnięciem po szczotkę, ale w końcu uczesała włosy. 

Na toaletce stał też flakonik fiołkowych perfum. Tak, Dorothy z całą pewnością 
była w duchu niepoprawną romantyczką.

Adrienne  zwinęła  w  kłębek  przemoczone,  podarte  ubranie  i  otworzyła 

drzwi.  Z  salonu  dobiegał  ochrypły  głos  Archiego,  który  opowiadał  Mattowi  o 
poszukiwaniu  złota.  Adrienne  cichutko  podeszła  bliżej.  Obaj  mężczyźni 
siedzieli wygodnie rozparci w fotelach przed kominkiem. Wyglądali jak starzy, 
dobrzy  przyjaciele.  Matt  upił  duży  łyk  z  butelki,  którą  podał  mu  Archie. 
Adrienne zaczęła żałować, że tak bardzo śpieszyła się. Najwyraźniej Matt czuje 
się  świetnie,  popijając  whisky  w  towarzystwie  Archiego.  Za  godzinę  obaj  z 
Archiem będą prawdopodobnie spali kamiennym snem, a ona zostanie sama ze 
swoimi kłopotami i obawami.

– Łazienka wolna – powiedziała głośniej, niż zamierzała.
Matt odwrócił się w jej stronę. Adrienne spodziewała się, że orzeknie, iż 

bez  makijażu  wygląda  na  dwanaście  lat.  Jednak  Matt  milczał,  a  na  ustach 
pojawił mu się uśmiech. Adrienne stwierdziła, że musi być pijany.

–  Całkiem  nieźle  –  ocenił  Archie,  wyciągając  z  kieszeni  puszkę  z 

tytoniem. – Nie tak jak Dorothy, ale nieźle.

– Dziękuję za ubranie – odezwała się zmieszana Adrienne. Podniosła do 

góry  zawiniątko  ze  zniszczonymi  rzeczami.  –  Już  po  nich  –  powiedziała  i 
patrząc na Matta dodała: – Myślę, że tobie też przyda się kąpiel.

–  Co?  – spytał,  nagle wyrwany z zadumy. – Aha, no  tak.  Masz rację. –

Podniósł się szybko, wcale nie jak pijany.

Adrienne  zupełnie  nie  rozumiała,  co  się  z  nim  dzieje.  W  każdym  razie 

Matt zachowywał się, jakby stracił do reszty rozum.

– Znajdę ci jakieś ubranie – powiedział Archie, wstając z fotela. – Mam 

trochę rzeczy, z których wyrosłem – dodał, klepiąc się po brzuchu.

– Usiądź tutaj. – Matt wskazał Adrienne miejsce. – Ogrzejesz się trochę.
–  Dziękuję.  –  Przechodząc  obok  niego  przyjrzała  się  wyrazowi  jego 

twarzy. Znów ten dziwny półuśmiech... Nie było wątpliwości, Matt zwariował.

Archie  i  Matt  przeszli  do  sypialni,  a  Adrienne  rozparła  się  wygodnie  w 

skórzanym  fotelu  i  zastanawiała  się,  czemu  czuje  się  taka  szczęśliwa  i, 
przynajmniej  w  tej  chwili,  bezpieczna  w  tym  małym domku  razem  z  Mattem. 
Przeciągnęła się leniwie.

Skarciła się za to w duchu. Powinna przecież intensywnie myśleć, jak się 

stąd  wydostać.  Jednak  ciepło  bijące  z  kominka  sprawiło,  że  ułożyła  się 
wygodnie, oparła głowę o poduszkę, zamknęła oczy...

background image

Obudził ją niezwykły odgłos. Poderwała się przerażona na równe nogi.
–  Wszystko  w  porządku  –  powiedział  Matt  uspokajającym  tonem.  –  To 

tylko Archie chrapie. Śpij.

Adrienne rzuciła okiem na drugi fotel. Archie spał z otwartymi  ustami i 

odchyloną do tyłu głową. Dźwięki, jakie wydawał z siebie, przypominały turkot 
wagonów przetaczanych na bocznicy.

– Mój ojciec też tak chrapie – roześmiał się cicho Matt. – Cały dom się 

trzęsie. Mama mówi, że spać z nim to gorsze niż mieszkać na pasie startowym. 
Sypia z zatyczkami w uszach.

–  Nie  sądzę,  żeby  zatyczki  cokolwiek  tu  pomogły  –  powiedziała 

Adrienne,  odwracając  się  w  stronę  Matta. Ubranie,  z  którego „wyrósł”  Archie 
leżało na nim jak ulał. Matt miał na sobie czarną kowbojską koszulę, której krój 
podkreślał  jego  szerokie  ramiona.  Dopasowane  dżinsy  zaznaczały  smukłość 
wąskich bioder.

– Czemu się uśmiechasz? – spytał. – Nigdy nie widziałaś kowboja?
– Pewnie, że tak. Ale nie wyobrażałam sobie ciebie jako jednego z nich –

odparła Adrienne, zastanawiając się, czy jej uśmiech jest podobny do tego, który 
niedawno widziała na twarzy Matta.

–  Ja  też  nie  wyobrażałem  sobie  ciebie  jako  wiejskiej  dziewczyny  –

oznajmił Matt – a jednak...

Adrienne  spojrzała  mu  w  oczy.  Nie  miała  już  żadnych  wątpliwości. 

Powróciły  te  same  uczucia,  które  ogarnęły  ją,  kiedy  Matt  pocałował  ją  nad 
strumieniem.  Z  tą  tylko  różnicą,  że  teraz  nie  zagrażało  im  żadne 
niebezpieczeństwo.  Matt  podszedł  o  krok  bliżej,  ale  zatrzymał  się  na  dźwięk 
kolejnego chrapnięcia.

–  A  oto  i  cały  Archie  –  powiedziała  Adrienne,  uświadamiając  sobie 

znowu, gdzie się znajdują. – Która godzina?

– Parę minut po trzeciej – odparł Matt, spoglądając na zegarek.
–  Moi  rodzice  na  pewno  zawiadomili  już  policję  –  stwierdziła  z 

przerażeniem. – To straszne, że nie mogę się z nimi skontaktować. Masz może 
jakiś pomysł?

– Niestety nie. Kiedy spałaś, próbowałem coś wymyślić. Ale bez telefonu 

i bez benzyny nic się nie da zrobić. Utknęliśmy tu na dobre.

–  Czemu Archie  wraca do domu  z  pustym  bakiem?  – spytała Adrienne, 

spoglądając na sąsiedni fotel.

– Pytałem go o to. Jedzie do miasta, upija się do nieprzytomności, a kiedy 

w  końcu  decyduje się  wracać,  jedyna stacja benzynowa w  Saddlehorn jest  już 
zamknięta. To jedna z przyczyn, dla których kupuje osła.

– Saddlehorn? Czy tak nazywa się to miasteczko?
– Tak, to jakaś dziura.

background image

– Ale pewnie jest telefon. Gdyby udało nam się tam dostać...
–  Gdyby, gdyby...  –  Popatrzył na  nią  uważnie.  –  Przykro  mi, Adrienne. 

Powinienem był pozwolić ci lecieć zwykłym samolotem rejsowym. W tej chwili 
byłabyś już na miejscu.

– To nie twoja wina, więc nie miej do siebie pretensji. Nie pozwolę na to, 

szczególnie  teraz,  kiedy  twój  samolot  leży  na  dnie  kanionu.  Nie  mieliśmy 
szczęścia, to wszystko. Ale czuję się taka bezradna.

–  Ja  też.  Próbowałem  coś  poradzić,  ale  nic  nie  mogę  wymyślić.  Może 

powinniśmy wziąć przykład z Archiego i trochę się przespać.

Donośne chrapanie stało się jeszcze głośniejsze.
–  Musiałabym  chyba  wypić  całą  butelkę  whisky,  żeby  zasnąć  w 

towarzystwie Archiego – stwierdziła Adrienne.

– Może przenieś się do sypialni – zaproponował Matt.
– Proszę cię bardzo, jeśli chcesz, możesz sam spróbować – oświadczyła 

Adrienne.  –  Ja  idę  do  stajni.  Świeżo  wyłożony  słomą  boks  i  jakiś  koc  w 
zupełności mi wystarczą.

– Myślałem o tym samym. – Matt uśmiechnął się krzywo.
– Ale ty jesteś przyzwyczajony do chrapania. Sam mówiłeś.
– Wcale nie. To moją matka do tego przywykła. Kiedy miałem jedenaście 

lat, wyłożyłem ściany swojego pokoju dźwiękoszczelnymi płytkami.

– Rzućmy monetę – podsunęła Adrienne.
– A może – powiedział Matt, opierając się o półeczkę nad kominkiem, tak 

że  światło  wydobyło  z  półmroku  zarys  szczupłego  ciała  –  oboje  moglibyśmy 
spać w stajni.

background image

ROZDZIAŁ 5

– Sądzę, że to nie jest najlepszy pomysł, Matt. – Adrienne poruszyła się 

niepewnie w fotelu i odwróciła wzrok.

– Nie spodziewałem się innej odpowiedzi.
– Poznaliśmy się zaledwie kilka godzin temu. Nie wydaje mi się właściwe 

spędzenie z tobą nocy pod jednym dachem.

–  Tak,  to  wysoce  niewłaściwe  –  przyznał  Matt,  wpatrując  się  w  nią 

wyzywającym wzrokiem. – A więc zostaniesz tutaj?

– To ty mógłbyś zostać, a ja pójdę do stajni.
– Obawiam się, że to niemożliwe. Ja nie mam nic przeciwko dzieleniu z 

tobą koca, to ty nie chcesz spać razem ze mną.

–  To  nie  jest  tak.  Ja  też  nie  mam  nic  przeciwko  temu,  ale  uważam,  że 

byłoby  to  nierozsądne.  Przecież  ledwie  się  poznaliśmy  –  odparła  Adrienne.  –
Och,  Matt,  przez  ciebie  to,  co  mówię,  brzmi  tak  okropnie  pruderyjnie.  A 
przecież ja wcale taka nie jestem!

– Poszukam koca – rzucił Matt i zniknął za drzwiami. Adrienne podniosła 

się z fotela. Nie uśmiechało się jej słuchać przez całą noc chrapania Archiego. 
Prawdę  mówiąc,  wolałaby  być  blisko  Matta.  W  jego  towarzystwie  czuła  się 
zdecydowanie  bezpieczniej.  Tylko  jeden  powód  powstrzymywał  ją  od 
wyrażenia zgody na spędzenie nocy wspólnie w stajni.

Była przekonana, że Matt nie będzie jej się narzucać. Nie, to nie byłoby w 

jego  stylu.  Za  to  z  całą  pewnością  potrafi  być  bardzo  przekonujący.  Adrienne 
nie  była  pewna,  czy  potrafi  mu  się  oprzeć.  Zwłaszcza  po  tym,  czego  razem 
ostatnio doświadczyli. Na domiar złego Matt w dżinsach i kowbojskiej koszuli 
wyglądał niezwykle pociągająco.

Adrienne nie należała jednak do typu kobiet, które ulegałyby mężczyźnie 

poznanemu zaledwie kilka godzin wcześniej. To byłoby wbrew jej mniemaniu o 
sobie samej, wbrew jej zasadom. Nie było w tym jednak nic z pruderii. Właśnie 
to bezskutecznie próbowała wytłumaczyć Mattowi, kiedy uśmiechał się do niej 
w irytujący, wyzywający sposób.

Matt wrócił niosąc dwa koce. Wziął ze stołu lampę i podszedł do drzwi.
– Do jutra – powiedział.
– Matt...
Odwrócił  się.  Archie  nagle  zachrapał  tak  głośno,  że  nieomal  ściany  się 

zatrzęsły.  Adrienne  wstała  i  podeszła  do  Matta.  Światło  lampy  naftowej 
wydobywało  z  mroku  zarys  jego  ust,  ale  oczy  pozostawały  wciąż  w  cieniu. 
Wyglądał tajemniczo i zdecydowanie zbyt kusząco.

– Mam nadzieję, że jest to jasne, iż jeśli pójdę z tobą, to tylko dlatego, aby 

uciec od tego hałasu.

background image

–  Oczywiście  –  przytaknął,  ale  na  jego  ustach  znowu  pojawił  się  lekki 

uśmieszek.

–  To  dobrze  –  powiedziała  Adrienne.  –  Najważniejsze,  żebyśmy  się 

rozumieli.

– Rozumiemy się.
– Świetnie.
– Lepiej załóż kratę na palenisko, szkoda byłoby puścić dom Archiego z 

dymem – stwierdził Matt.

Adrienne musiała w duchu przyznać, że Matt nie traci głowy w trudnych 

sytuacjach  i  pamięta  o  istotnych  szczegółach.  Zapomniała,  że  trzeba 
zabezpieczyć  palenisko.  Postępowanie  Matta  budziło  jej  zaufanie  i  podziw. 
Ufała mu we wszystkim... prócz jednego.

–  Owiń  się  tym kocem  –  poradził,  kiedy  podeszła  do  drzwi,  gotowa  do 

wyjścia. – Nie warto marznąć bardziej, niż to konieczne.

Adrienne  otuliła  się  szczelnie  wełnianym  kocem  i  wyszła  na  ganek. 

Deszcz ustał, a wśród chmur widać było gwiazdy.

–  Już  po  burzy.  –  Matt  zszedł  po  drewnianych  schodkach.  –  Do  diabła, 

zapomniałem o błocie! Trzymaj – rozkazał, podając Adrienne lampę.

– Dlaczego?
– Nie możesz taplać się w kałużach, mając na nogach mokasyny Dorothy.
– Ale... – Zanim zdążyła zaprotestować, Matt podniósł ją do góry. – To 

zaczyna się robić irytujące – powiedziała, obejmując go za szyję. Powoli ruszyli 
przez podwórze.

–  Nie  robię  tego  dla  ciebie  –  zapewnił  ją  Matt.  –  Archie  okazał  ci 

zaufanie, pożyczając ubrania Dorothy. Nie mogę pozwolić, żebyś je zniszczyła.

Adrienne  musiała  przyznać,  że  Matt  znowu  ma  rację.  Jednak  bliskość 

mężczyzny  uniemożliwiała  zachowanie  dystansu.  Jego  włosy  pachniały 
szamponem, policzki płynem po goleniu. Starała się nie zastanawiać, dlaczego 
Matt zadbał o toaletę. To były niebezpieczne myśli.

– Tu jest już prawie sucho – powiedział Matt, delikatnie stawiając ją na 

ziemi. – Pani pozwoli. – Ukłonił się, wskazując dłonią drzwi stajni.

Adrienne  nie  mogła  pozbyć  się  wrażenia,  że  przyszła  na  potajemną 

schadzkę.  Serce  zabiło  jej  żywiej  z  niepokoju  i  słodkiego  oczekiwania,  kiedy 
Matt zamknął drzwi.

– Ten koc jest bardzo ciężki, więc położymy go na spód. Przykryjemy się 

tym drugim, jest bardziej miękki.

– A lampa? Mam ją zgasić?
– Tu nie ma okien, więc jeśli ją zgasisz, nic nie będziemy widzieć. – Matt 

przykucnął, wygładził koc, a potem rozejrzał się dookoła. – Lepiej postaw ją na 
środku  cementowej  podłogi  i  przykręć  płomień.  To  bardzo  nieprzyjemne 
obudzić się w obcym miejscu bez odrobiny światła.

background image

– Nie sądziłam, że ty się czegokolwiek boisz.
– Naprawdę myślisz, że ze mnie taki chojrak? – spytał, podchodząc bliżej.
– A nie jesteś? – odpowiedziała pytaniem, spoglądając mu w oczy.
–  Nie  aż  tak  bardzo,  jak  sobie  wyobrażasz.  Ale  uważam,  że  nie  należy 

przegapiać  okazji, gdy  można przeżyć  coś naprawdę  ciekawego. Życie byłoby
okropnie nudne, gdybyśmy zawsze postępowali zgodnie z normami i zasadami.

–  Ich  łamanie  może  zniweczyć  spokój  i  zrujnować  życie  –  odparła 

Adrienne, starając się nie poddawać urokowi chwili. Silne ramiona mężczyzny 
czekają, aby ją przytulić, usta pragną scałować z jej twarzy obawy i lęk.

Wszystko to Adrienne czytała w błyszczących brązowych oczach Matta.
– Jak myślisz, dlaczego Beverly sądziła, że możemy się ze sobą dogadać? 

– spytał, przyglądając się jej uważnie.

–  Beverly?  –  Adrienne  zupełnie  zapomniała  o  przyjaciółce,  która 

niechcący  przyczyniła  się  do  jej  kłopotów.  To  Beverly  zaprosiła  Matta  na 
przyjęcie i z czystym sumieniem poleciła go jako doskonałego pilota.

–  Nie  mam  pojęcia.  Ona  wie,  że  ja  jestem  ostrożna,  a  ty  uwielbiasz 

ryzyko. Trudno byłoby znaleźć dwie osoby tak bardzo się różniące.

– Żałujesz?
Zastanowiła się przez chwilę. Gdyby zdecydowała się wtedy polecieć do 

Utah zwykłym, rejsowym samolotem, teraz zapewne byłaby już na miejscu. Ale 
nie  uczestniczyłaby  w  tych  niezwykłych  wydarzeniach.  Chociaż  czuła  się 
bardzo zagubiona i nieszczęśliwa, sprostanie przeciwnościom sprawiało jej nie 
znaną dotąd satysfakcję.

–  Wiem, czego  możesz żałować – domyślił się  Matt. –  Nie udało  ci  się 

dotrzeć do domu, a na tym ci szczególnie zależało.

– Chyba rzeczywiście się nie udało. – Adrienne zawstydziła się,  widząc 

smutek  w  jego  oczach.  –  Ale  nie  żałuję,  że  cię  poznałam.  Przeżyliśmy  razem 
kilka trudnych chwil, ale udało nam się je przetrwać. Czuję się teraz silniejsza, 
bardziej  pewna  siebie.  Może  właśnie  dlatego  ludzie  robią  różne  niecodzienne 
rzeczy, na przykład skaczą ze spadochronem...

– No, to mi się podoba! – zawołał Matt z entuzjazmem.
– Oczywiście ja sama bym się nie odważyła – dodała szybko.
– Dobrze. Na razie z tym poczekamy – roześmiał się Matt. – Podobasz mi 

się w tym stroju. To naprawdę wielka odmiana w porównaniu z wyrafinowaną, 
elegancką damą, którą spotkałem na przyjęciu. Wyglądasz bardziej naturalnie.

–  Nie  da  się  już  wyglądać  bardziej  naturalnie  –  stwierdziła.  –  Bez 

makijażu, bez biżuterii, bez...

– Bezpretensjonalnie  –  dokończył  za  nią  Matt.  –  I  chyba  o  to  właśnie 

chodzi. Wróciliśmy do rzeczy podstawowych, z dala od gierek, które podejmują 
mężczyźni i kobiety, strojąc się w świecidełka i robiąc wszystko, żeby wywrzeć 
na  sobie  nawzajem  jak  największe  wrażenie.  Musieliśmy  przetrwać.  Nie  było 

background image

czasu na kłamstwa i intrygi.

– Te kłamstewka i intrygi służą czasami jako ochrona przed kimś takim 

jak...

–  To  całkiem  niepotrzebne  –  zwrócił  się  do  niej  łagodnie,  wyciągając 

ręce.

–  Zaraz,  zaraz.  –  Serce  zabiło  jej  mocno,  gdy  Matt  przyciągnął  ją  do 

siebie  i  wziął  w  ramiona.  –  Jeszcze  przed  chwilą  powiedziałeś,  że  się 
rozumiemy.

– To prawda. Rozumiemy się. – Wplótł palce w jej włosy i przyjrzał się 

uważnie.

–  Więc  powinieneś  rozumieć,  że  ja  tego  nie  chcę.  Uśmiechnął  się  i 

pochylił głowę ku jej twarzy.

– Matt, nie chcę, żebyś mnie całował.
–  Pamiętaj,  tylko  ryzyko  pozwala  ci  poczuć,  że  żyjesz.  A  to  jest 

bezpieczniejsze niż skoki ze spadochronem – powiedział, patrząc jej w oczy.

–  Przez  te  kilka  godzin  ryzykowałam  tyle  razy,  że  wystarczy  mi  to  na 

wiele lat.

– Więc powiedz nie – szepnął, zbliżając usta do jej warg.
Spróbowała. Otworzyła usta, ale z gardła nie wydobył się żaden dźwięk.
– Niech żyje ryzyko – powiedział Matt i ujął jej głowę w dłonie.
Gdy  wargi  Matta  dotknęły  jej  ust,  Adrienne  westchnęła  głęboko. 

Wiedziała, że to nieuchronnie nastąpi, od momentu gdy Matt zamknął za nimi 
drzwi.

Przytulił ją do siebie mocno, tak że czuła każdy mięsień jego ciała. Uczył 

ją, jak poruszać się zgodnie z jego ruchami. Adrienne objęła fala gorąca. Matt 
pieścił jej plecy i pośladki, przytulał coraz gwałtowniej.

– Połóż się ze mną – wyszeptał.
Nie umiała mu się oprzeć, gdy delikatnie poprowadził ją i ułożył na kocu. 

Namiętność  mężczyzny  rozbudziła  jej  pożądanie.  Patrzył  jej  w  oczy,  powoli 
rozpinając  guziki  haftowanej  bluzki.  Adrienne  zauważyła, że  spojrzenie  Matta 
zsunęło  się  niżej,  na  jej  piersi  sterczące  pod  materiałem  jedwabnej  koszulki. 
Zaczerwieniła się, wiedząc, że jej podniecenie jest wyraźnie widoczne.

Matt popatrzył jej w oczy i dotknął policzka.
– Nie ma się czego wstydzić – zamruczał.
– Ale to... to takie do mnie niepodobne.
– Skąd wiesz? – Przesunął dłonią po koniuszkach jej piersi, wciąż patrząc 

głęboko w oczy. – Czy wiesz o sobie wszystko?

– Już nie – przyznała.
– To dobrze. – Matt pocałował ją tak, że zaparło jej dech w piersiach.
Adrienne  wygięła  ciało  w  łuk,  rozkoszując  się  dotykiem  męskiej  dłoni 

obejmującej  jej  pierś  i  rozchyliła  wargi.  Nie  umiała  już  powstrzymać  ruchów 

background image

ciała,  które  świadczyły  o  tym,  jak  bardzo  go  pragnie.  Nie  potrafiła  też 
powstrzymać  miłosnego  okrzyku,  który  bezwiednie  wyrwał  się  jej  z  ust. 
Zapomniała  o  początkowym  zawstydzeniu.  Zawładnęło  nią  pożądanie. 
Szarpnęła kowbojską koszulę Matta, obnażając jego pierś. Matt uniósł głowę i 
roześmiał się ochryple.

–  Spokojnie –  rzucił zdyszany. –  Nie  zamierzasz  chyba  podrzeć  koszuli 

Archiego.

– Co się ze mną dzieje? – Adrienne opuściła ręce. – Nigdy nie byłam tak 

agresywna wobec mężczyzny.

– To dlatego, że znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. – Matt pieścił jej 

pierś, aż zamknęła oczy z rozkoszy. – Zagrożenie wyostrza zmysły.

– Ale ja nie lubię niebezpieczeństwa.
– A to lubisz? – Matt uniósł jej koszulkę i pocałował nagą skórę.
Gdy usta dotknęły koniuszka piersi, z gardła Adrienne wyrwał się znowu 

miłosny  okrzyk.  Poczuła,  że  ogarnia  ją  namiętność,  której  do  tej  pory  nie 
doświadczyła.

–  O  to  mi  właśnie  chodziło,  Adrienne.  Rozluźnij  się,  poddaj  się  magii 

zmysłów – szepnął, unosząc głowę. Popatrzył jej głęboko w oczy.

– Nie mogę nic na to poradzić – wyszeptała.
– Po co? Jesteśmy sami. Możemy robić to, co nam się podoba, co sprawia 

przyjemność.  –  Matt  zsunął  Adrienne  spódnicę  i  zaczął  pieścić  uda.  Adrienne 
przeszył dreszcz oczekiwania.

– Pragnę cię – powiedziała zduszonym głosem.
–  Wiem  –  odparł.  Dobiegł  ją  dźwięk  rozsuwanego  suwaka  i  szelest 

rozrywanego opakowania.

–  Będziemy  się  przepięknie  kochać  –  wyszeptał  z  ustami  tuż  przy  jej 

wargach i zaczął delikatnie całować jej twarz.

–  Tak.  –  Oszołomiona  odwzajemniła  jego  namiętny  pocałunek.  Matt 

zsunął  Adrienne  majteczki,  które  dziewczyna  odrzuciła  jednym  ruchem.  –
Kochaj mnie, Matt – wyszeptała, rozchylając uda i unosząc biodra.

Miłosne  okrzyki  wypełniły  powietrze.  Ciała  poruszały  się  w  coraz 

bardziej  szalonym  rytmie.  Matt  umiejętnie  dozował  pieszczoty,  niespiesznie 
prowadząc  Adrienne  do  ekstazy.  Oboje  dali  się  ponieść  namiętności.  Niemal 
zapomnieli  o  otaczającej  ich  rzeczywistości.  Nagle  do  uszu  Adrienne  dotarł 
dziwny dźwięk.

Powoli uświadomiła sobie, że ten dźwięk nie zrodził się w jej wyobraźni. 

Matt wciąż był na wpółubrany i nie zdjął butów. Poruszając się kopnął nogą w 
coś metalowego.

– Co to było? – zamruczała.
– Nie wiem, nieważne. – Pocałował zagłębienie u nasady jej szyi. – Nie 

myśl o niczym. Chcę, żebyś czuła to, co ja.

background image

– Proszę, sprawdź.
–  Na  miłość  boską...  no,  dobrze.  –  Matt  spojrzał  za  siebie.  –  To  tylko 

kanister na benzynę – powiedział, wodząc językiem po  jej wargach.  – Pocałuj 
mnie. Nigdy nie dotykałem ust tak wspaniałych jak twoje.

– Kanister na benzynę – szepnęła. –  Tylko... zaraz, czy powiedziałeś na 

benzynę?

– Wiem, że Archie nie powinien był go zostawiać w stajni pełnej słomy, 

ale  lampa stoi  wystarczająco daleko. –  Matt pogładził  jej biodro.  –  Zresztą na 
pewno i tak jest pusty. Adrienne, rozluźnij się. Tak nam razem dobrze. Zostań ze 
mną. Pozwól mi smakować...

– Matt, kanister na benzynę – powtórzyła z naciskiem Adrienne. – Może 

coś w nim jest! Musimy to sprawdzić.

– Za chwilę, Adrienne. Jesteś tak rozpalona, tak...
–  Czy  ty  nie  rozumiesz?  –  Odepchnęła  go  od  siebie.  –  Jeżeli  tam  jest 

benzyna, możemy pojechać do miasteczka!

– Kanister! – Matt wcisnął twarz w koc.
– Tak. – Adrienne przesunęła się do miejsca, gdzie but Matta natrafił na 

zardzewiały  pojemnik.  Podniosła  go  do  góry  i  potrząsnęła.  W  środku 
zachlupotało.  –  Jest!  –  oznajmiła  głośno,  podnosząc  z  posłania  majtki  i 
zakładając je w pośpiechu. – Chodźmy. – Spojrzała na Matta, który wciąż leżał 
z twarzą wciśniętą w posłanie. – Chodźmy! – powtórzyła, zapinając bluzkę.

– Daj mi trochę czasu – zabrzmiał stłumiony głos Matta.
– Matt, liczy się każda minuta!
– Myślisz, że o tym nie wiem? – Podniósł się odwrócony do niej plecami. 

Westchnął  i  zaczął  zapinać  kolejno  zatrzaski  koszuli.  Potem  powoli  włożył 
koszulę w spodnie.

– Matt, proszę, czy mógłbyś się pośpieszyć?
–  Jak  na  człowieka  w  moim  stanie,  śpieszę  się  jak  mogę.  –  Dźwięk 

podciąganego suwaka zagłuszył wymamrotane pod nosem przekleństwo. Potem 
Matt odwrócił się w jej stronę.

– Musiałem zająć się paroma rzeczami – powiedział, a pożądanie wciąż 

płonęło w jego oczach.

– Och, oczywiście. – Policzki zaczęły ją piec ze wstydu. – Przepraszam, 

że tak cię popędzałam. Czy...

–  Wszystko  w  porządku.  Teraz  zawiń  się  w  koc  i  weź  ten  kanister. 

Zaniosę cię do ciężarówki.

– Dobrze.
– Potem wrócę, odniosę lampę do domu i napiszę kartkę do Archiego. Nie 

chcę, żeby pomyślał, iż przywłaszczyliśmy sobie ciężarówkę.

– Oczywiście. Masz rację. – Adrienne owinęła się kocem. Było jej wstyd. 

Jak mogła być tak nietaktowna?

background image

Matt złożył drugi koc, podszedł do drzwi, otworzył je i wciągnął głęboko 

powietrze.

– Gotowa? – spytał, odwracając się do Adrienne.
– Pewnie – odparła, podchodząc bliżej. Bez dalszych ceregieli podniósł ją 

do góry. Bliskość Matta na nowo ją oszołomiła.

– Matt, przepraszam – powtórzyła.
– Mhm.
– A właściwie skąd wziąłeś prezerwatywę?
– Archie mi dał.
– Archie? – Adrienne otwarła usta ze zdumienia.
– Pamiętaj, że uważa nas za kochanków.
– No, dobrze, ale wciąż nie rozumiem, po co Archie miałby... to znaczy, 

po co zaopatrzył się w nie teraz, zaraz po śmierci żony?

– Nie. To nie tak. Używał ich, kiedy był z Dorothy. Była od niego dużo 

młodsza i mogła zajść w ciążę. Nie mogli pozwolić sobie na dziecko, bo miała 
wrodzoną wadę serca. Uważali, że mogłaby nie wytrzymać ciąży i porodu.

– Ale nie to ją zabiło, prawda?
– Nie. Mimo całej ostrożności i tak umarła na zawał.
Miała zaledwie czterdzieści dwa lata.
– Jakież to smutne.
–  Koniec  był  smutny,  ale  małżeństwo  musiało  być  wspaniałe.  Chociaż 

Archie  bez  przerwy  na  nią  narzeka,  wygląda  na  to,  że  świata  poza  nią  nie 
widział.

–  Tak,  to  naprawdę  cudowne,  że  tak  bardzo  się  kocha  –  li.  –  Adrienne 

dopiero  teraz  zauważyła,  że  Matt  stoi  już  przy  ciężarówce.  Trzymał  ją  wciąż 
mocno  w  ramionach, jak  gdyby  nie  miał  zamiaru  wypuścić  z  objęć.  Spojrzała 
mu  w  oczy.  Nawet  w  mroku  nocy  dostrzegła  w  nich  pożądanie.  –  Otworzę 
drzwi, ale postaw mnie już na ziemi.

– Wcale nie chcę cię stawiać. Chcę...
–  Wiem  –  powiedziała,  przykładając  palec  do  jego  ust.  –  Ale  musimy 

jechać.  Naprawdę  –  dodała,  walcząc  z  własnymi  emocjami.  Starała  się 
przywołać obraz rodziców i Granny.

– No, tak. – Jeszcze przez chwilę patrzył jej głęboko w oczy. – Dobrze. 

Otwórz drzwi.

Sięgnęła  ręką  i  pociągnęła  za  zimną  klamkę.  Drzwi  otwarły  się  głośno 

skrzypiąc. Matt posadził ją na siedzeniu obok kierowcy.

–  Daj  mi  kanister  –  polecił.  –  Poszukam  lejka.  Zatrzasnął  drzwi 

ciężarówki. Adrienne owinęła się ciasno kocem i dopiero teraz poczuła, jak jest 
zimno. Patrzyła, jak Matt brnie w błocie do stajni, bierze lampę i zamyka drzwi.

Zapragnęła  znaleźć  się  z  powrotem  w  zacisznym  wnętrzu,  w  objęciach 

Matta,  poczuć  na  sobie  dotyk  jego  dłoni.  Ale  o  czym  też  ona  myśli!  Przecież 

background image

prawie  wcale  nie  zna  tego  mężczyzny.  To  zachowanie  przypomina... 
przypomina postępowanie jej sióstr!

Adrienne  zadrżała,  ale  tym  razem  nie  z  powodu  chłodu.  Uświadomiła 

sobie, że jej postępowaniem kierowała teraz ta sama siła, która skłoniła siostry 
do pochopnej decyzji. Miała wprawdzie na swoje usprawiedliwienie niezwykłe 
wypadki tego wieczoru, ale prawdą było, że dała się ponieść uczuciom.

–  Wszystko gotowe  –  powiedział  Matt,  wsiadając  do  kabiny  ciężarówki 

od strony kierowcy.

– Już wlałeś benzynę?
– A nie słyszałaś?
– Nie... zamyśliłam się.
–  To  brzmi  niepokojąco  –  stwierdził,  przekręcając  kluczyk  w  stacyjce. 

Silnik zaskoczył powoli. – Czy mogę spytać, o czym tak myślałaś?

– O moich siostrach.
– Słucham?
– Obie są rozwiedzione.
– To bardzo przykre, ale  wciąż nie wiem,  jaki to  ma związek z nami. –

Matt wyprowadził ciężarówkę na wyboistą drogę.

–  Rozwiodły  się,  bo  dały  się  ponieść  emocjom  i  związały  z  ludźmi, 

którzy...  –  zawahała  się,  nie  chcąc  niepotrzebnie  obrażać  mężczyzny,  który 
wiózł  ją  teraz  do  miasteczka,  dokąd  tak  bardzo  chciała  się  dostać  –  ...których 
nigdy  nie  powinny  były  poślubić  –  zakończyła  desperacko.  Ciężarówka 
podskoczyła  na  wybojach  i  Adrienne  poczuła  ukłucie  wystającej  z  siedzenia 
sprężyny.

– Zaczynam rozumieć. Czujesz, że straciłaś nad sobą kontrolę. W dodatku 

w towarzystwie człowieka, który nie nadaje się na twojego męża.

– No, oczywiście to nie to samo...
– Tylko że tu nie było nawet mowy o ślubie – rzucił Matt przez zaciśnięte 

zęby. – Poza tym nie znasz mnie na tyle dobrze, aby mnie ocenić.

– To prawda, masz rację. Ale nie wiem o tobie wystarczająco dużo, żeby 

się z tobą kochać, chociaż właśnie przed chwilą to robiłam.

–  Nie  kochasz  się  z  facetem,  jeżeli  uważasz,  że  nie  mogłabyś  wyjść  za 

niego za mąż?

– To brzmi trochę staroświecko, prawda?
–  Powiedzmy,  że  po  tym,  co  się  stało  w  stajni,  czuję  się  odrobinę 

zaskoczony – powiedział po chwili milczenia.

–  Właśnie  o  to  mi  chodzi.  To  nie  było  w  moim  stylu.  Nie  wiem,  co 

sprawiło,  że  tak  się  zachowałam.  Może,  jak  mówiłeś,  była  to  reakcja  po 
przeżyciach związanych z wypadkiem. Ale sytuacja wraca do normy i uznajmy 
sprawę za zakończoną.

– Bo nie jestem dobrym materiałem na męża?

background image

–  Nie  określiłabym  tego  w  taki  sposób,  ale  to  prawda  –  skrzywiła  się 

Adrienne.

–  Nie  zamierzam  prosić  o  rękę  kogoś  tak  nadętego  jak  ty,  ale  ciekaw 

jestem, co budzi w tobie aż takie obiekcje?

–  Na  przykład  ta  uwaga.  –  Adrienne  pociągnęła  nosem.  –  Nie  jestem 

wcale nadęta. Jestem ostrożna i uważająca, a tobie tych cech brakuje.

– Naprawdę? A kto miał prezerwatywy?
–  Ty  powinieneś  był  je  mieć  –  odparła,  podnosząc  głos.  –  Wszystko 

ukartowałeś tylko po to, żeby mnie uwieść!

– Jeśli chcesz wiedzieć, nie napracowałem się za bardzo. Szkoda, że nie 

mogłaś  widzieć  wyrazu  swojej  twarzy,  kiedy  się  obudziłaś.  Czy  nie  możesz 
przyznać się do tego, że chciałaś pójść ze mną do stajni? Czy nie masz odwagi 
powiedzieć, że pragnęłaś mnie tak samo mocno, jak ja ciebie?

–  Tak,  pragnęłam  ciebie!  –  Adrienne  chwyciła  się  oparcia  fotela,  kiedy 

ciężarówka  podskoczyła  na  wybojach.  –  Ale  nie  stałoby  się  tak,  gdybyś  nie 
rozbił samolotu na pustkowiu, i nie wytrącił mnie zupełnie z równowagi!

– No, tak, uprzejmie jaśnie panią za to przepraszam!
– I, do jasnej cholery, przestań celowo wjeżdżać w te dziury!
W  odpowiedzi  na  te  słowa  Matt  wjechał  na  pełnym  gazie  prosto  w 

głęboką  kałużę.  Jedyną  pociechą dla  Adrienne była  myśl,  że  fotel  Matta  ma z 
pewnością równie dużo połamanych sprężyn, co jej.

–  Wypuść  mnie  –  powiedziała  przez  zaciśnięte  zęby.  –  Nie  muszę  tego 

znosić.

– Z przyjemnością. – Matt zahamował z piskiem opon, wyciągnął rękę i 

otworzył drzwi po jej stronie.

background image

ROZDZIAŁ 6

Zimne  powietrze  zaparło  Adrienne  oddech.  Nie  zauważyła,  że  Matt 

włączył  ogrzewanie  i  że  w  kabinie  ciężarówki  było  o  wiele  cieplej  niż  na 
dworze.

– No i? – spytał, patrząc na nią gniewnie.
Owinęła  się  szczelniej  kocem  i  spojrzała  w  zimną  ciemność.  Gdyby 

próbowała dojść do miasteczka pieszo, ubrana w tę bluzeczkę i mokasyny, ani 
chybi  zamarzłaby  na  śmierć.  Jej  wybuch  gniewu  był  po  prostu  dziecinny, 
chociaż  myślała,  że  jest  osobą  rozsądną.  Matt  budził  w  niej  tak  sprzeczne 
uczucia, że nie mogła przy nim spokojnie zebrać myśli.

Pochylił się nad nią i zamknął drzwi.
–  Nie  wierzyłem,  że  to  zrobisz  –  powiedział.  Nacisnął  pedał  gazu,  ale 

Adrienne zauważyła, że tym razem ominął najbliższą dziurę na drodze.

– Wypuściłbyś mnie, gdybym się na to zdecydowała?
I zostawiłbyś mnie tam samą? – spytała po długiej chwili milczenia.
–  Sama  sobie  odpowiedz  na  te  pytania.  Znasz  przecież  mój  charakter 

lepiej niż ja sam – powiedział Matt, spoglądając na nią z ukosa.

– Myślę, że nie zrobiłbyś tego. Do końca dbasz o moje bezpieczeństwo. 

Tak jak mówiła Beverly.

– Beverly powiedziała ci, że taki jestem?
– Tak, i miała rację. Bardzo doceniam twoją troskę o mnie, Matt.
– Akurat.
– Właśnie, że tak. – powtórzyła z uporem. – Tyle tylko  że patrzymy na 

świat  w  różny  sposób.  Sam  to  powiedziałeś  dziś  wieczorem,  kiedy 
wędrowaliśmy w ulewnym deszczu, a ty wyśmiewałeś się, że nie umiem cieszyć 
się grzesznymi rozkoszami. Masz rację. To, co stało się z życiem moich sióstr, 
świadczy, jak wysoką cenę płaci się za takie przyjemności.

– A ja myślę, że za dużo się nad tym zastanawiasz – powiedział Matt. –

Zmieńmy temat, co? Nie pasujemy do siebie. Dobrze, że kopnąłem ten kanister, 
bo dało nam to okazję oprzytomnieć.

– Słusznie – zgodziła się Adrienne. Spojrzała na niego i zobaczyła twarde 

linie gniewu, rysujące się wokół jego ust. Oczywiście, ma rację. Ale czemu ona, 
Adrienne,  czuje  w  tej  chwili  taki  smutek  i  nagłą  pustkę?  Matt  w  końcu 
powiedział tylko to, co sama próbowała wyrazić.

Teraz,  kiedy  oboje  zrozumieli,  jak  wyglądają  ich  wzajemne  stosunki, 

mogą  zapomnieć  o  tym  incydencie  i  rozstać  się  chłodno  i  kulturalnie. 
Przerywając  te  zaloty  zachowała  się  dorośle  i  dojrzale.  Powinna  być  z  siebie 
dumna.  Jednak  przez  całą  resztę  długiej  drogi  do  miasteczka  na  próżno 
usiłowała rozbudzić w sobie uczucie dumy z tego powodu.

background image

W końcu w oddali pojawiły się światła.
– Myślisz, że to jest właśnie Saddlehorn? – spytała.
– Mhm.
– Nie jest zbyt duże.
– Nie.
– Ale chyba mają tu telefon, jak sądzisz?
– Mhm.
– Matt, naprawdę, przestań. Przykro mi, że nie układa nam się razem, ale 

możemy chyba ze sobą normalnie rozmawiać?

– Nie.
– Tylko dlatego, że nie chcę z tobą więcej pójść do łóżka, ty... – Adrienne 

westchnęła.

– To nie tak. Nie chodzi o  to, czy pójdziemy razem do  łóżka. Chodzi o 

przedwczesne  i  nieuzasadnione  wydawanie  sądów  o  moim  charakterze. 
Pozwoliłaś,  żeby  doświadczenia  twoich  sióstr  zmieniły  cię  w  wyrachowaną 
kobietę z gotową listą wymagań co do potencjalnego partnera. Mam gdzieś takie 
przykładanie gotowej miarki do mojej osoby po to tylko, żeby stwierdzić, że się 
nie nadaję.

Tym razem Matt nie podniósł głosu, ale jego słowa zraniły ją do żywego. 

Wyrachowana.  Cóż  za  okropne  określenie!  Możliwe,  że  jej  ocena  była  nieco 
pochopna, ale wypadki tej nocy potoczyły się tak szybko, że nie było czasu do 
namysłu. Przed chwilą wcale go nie znała, a zaraz potem musiała zdecydować, 
czy zostaną kochankami.

– Chyba powinnam cię zapytać... dlaczego chciałeś się ze mną kochać? –

powiedziała Adrienne, przełykając ślinę.

– Bo myślałem, że  masz w sobie odwagę. Podziwiam odważnych ludzi. 

Wygląda na to, że się myliłem.

– Odwagę? Ja? Bałam się nawet wsiąść do samolotu, mam lęk wysokości, 

ja...

– Ale jednak poleciałaś tym samolotem, a potem pomimo ulewy samotnie 

wyruszyłaś  szukać  drogi,  byłaś  gotowa  przejść  przez  wezbrany  strumień  na 
wysokich obcasach, byle tylko dostać się na drugą stronę – spojrzał na nią. – No 
i miałaś odwagę, żeby powiedzieć całkiem obcemu facetowi, że rozpruły mu się 
spodnie na tyłku.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Opisał kobietę, której zupełnie nie 

poznawała, ale jednak rzeczywiście to ona zrobiła te wszystkie rzeczy. Poczuła 
się  speszona.  To,  co  mówił,  sprawiło,  że  zaczynała  wątpić  we  własne  sądy  o 
sobie.

–  Obok  tego  baru  jest  automat.  Jeżeli  nie  działa,  możemy  spróbować 

zadzwonić ze środka – powiedział Matt, kiedy wjechali do słabo oświetlonego 
miasteczka.

background image

Adrienne  zauważyła,  że  droga  stała  się  równiejsza.  Jechali  główną, 

brukowaną  ulicą  Saddlehorn.  Po  lewej  stronie  minęli  zamkniętą  stację 
benzynową i trzy budynki, mieszczące salon fryzjerski, aptekę i pocztę.

Po  prawej  stronie  ulicy  był  sklep  spożywczy  i  bar.  Nad  obdrapanymi 

drzwiami  migał  czerwony  neon.  Ze  środka  dobiegały  dźwięki  bardzo  głośnej 
muzyki country. Przed barem stały dwie poobijane ciężarówki.

W oknach niektórych domów świeciły się jeszcze światła. Jeżeli będzie to 

konieczne,  Adrienne  jest  gotowa  tak  długo  chodzić  od  domu  do  domu,  aż 
znajdzie wreszcie czynny telefon. Nagle uświadomiła sobie, że takie zachowanie 
niezupełnie  odpowiada  charakterowi  ostrożnej  i  powściągliwej  pracowniczki 
biura maklerskiego. Nic dziwnego, że Matt widzi ją w nieco innym świetle niż 
ona  sama,  ale  ten  weekend  jest  po  prostu  szalony.  Nie  znając  jej  wcześniej, 
wyobraził sobie, że Adrienne postępuje tak zawsze.

Matt  zaparkował  ciężarówkę  obok  budki  telefonicznej,  która  wyglądała 

na jedyny czysty i nowoczesny obiekt w Saddlehorn. Adrienne otworzyła drzwi 
i zaczęła wysiadać.

– Chcesz drobne? – spytał. Adrienne uświadomiła sobie, że nie ma przy 

sobie ani grosza. Raz jeszcze Matt pomyślał za nią. Gdyby nie on, nie mogłaby 
skorzystać z automatu.

– Tak, proszę, jeśli coś masz.
Matt uniósł się na siedzeniu i sięgnął do kieszeni spodni.
–  Nie  ma  tego  wiele  –  powiedział,  przyglądając  się  monetom.  Lepiej 

zadzwoń przez centralę i poproś, żeby rodzice zgodzili się zapłacić za rozmowę.

– Masz rację – wzięła pieniądze z jego ręki. – Dziękuję.
–  Podziękujesz  mi,  jak  już  sprawdzisz,  czy  ten  telefon  działa.  Jeśli  nie, 

będziemy musieli wejść do środka – dodał, wskazując głową w kierunku baru. –
A wygląda na to, że w środku bawi się banda ochlapusów.

Adrienne  zeskoczyła  na  ziemię,  owijając  się  kocem.  Miała  nadzieję,  że 

nie  będą  zmuszeni  wchodzić  do  hałaśliwego  baru.  Przez  muzykę  przedzierały 
się co jakiś czas głosy pijanych mężczyzn. Bez wątpienia wszyscy mieli zdrowo 
w  czubie.  Adrienne  pomyślała,  że  mieli  szczęście.  Archie  zdecydował  się 
zostawić swoich koleżków i wcześniej jechać do domu. Dzięki temu spotkali go 
na drodze.

Zamknęła drzwi budki telefonicznej i podniosła słuchawkę. Miała ochotę 

krzyczeć  ze  szczęścia,  kiedy  usłyszała  sygnał.  Drżącymi  palcami  wykręciła 
numer kierunkowy. Nareszcie będzie  mogła porozmawiać  z rodzicami, spytać, 
jak się czuje Granny, nareszcie...

Nagle  rozległ  się  krzyk  Matta.  Adrienne  odwróciła  się  w  stronę 

ciężarówki.  Dwóch  krzepkich,  przysadzistych  mężczyzn  w  kowbojskich 
kapeluszach  wyciągało  Matta  z  kabiny  ciężarówki.  Rzuciła  słuchawkę  i 
otworzyła drzwi. Biegła tak szybko, że koc spadł jej z ramion.

background image

–  Co  wy  wyrabiacie?  –  zawołała,  chwytając  jednego  z  mężczyzn  za 

ramię. Poczuła od niego ostry zapach alkoholu. – Zostawcie go w spokoju!

–  Spadaj, panienko. – Mężczyzna odepchnął ją bez trudu, nie przestając 

szarpać się z Mattem, który wyrywał się z całych sił. – To przestępca!

– Puść go! – Adrienne rzuciła się znowu na mężczyznę, rozdzierając mu 

skórzaną kamizelkę i strącając kapelusz. – On nic złego nie zrobił!

–  Ma wóz Archiego –  wybełkotał mężczyzna. –  Ma  ciuchy  Archiego. –

Znowu ją odtrącił. – Jef, łap go z drugiej strony.

– Nic nie rozumiesz! – krzyknęła Adrienne, widząc, że jest za słaba, by 

sprostać któremukolwiek z napastników. – Archie nam te rzeczy pożyczył.

– Nam? – Mężczyzna wykręcił Mattowi rękę do tyłu i odwrócił się w jej 

stronę. – Do diabła, ona ma na sobie ciuchy Dorothy! Jef, trzymaj go sam. Ja się 
zajmę tą ślicznotką.

– Nie ruszaj jej – ostrzegł Matt.
–  Przestań  się  wyrywać,  to  nie  zrobimy  jej  nic  złego  –  krzyknął 

mężczyzna zwany Jefem. – Dobrze mówię, Curtis?

Curtis  podniósł  z  ziemi  kapelusz,  otrzepał  i  włożył  na  głowę.  Potem 

poprawił kamizelkę i popatrzył ponuro na Matta i Adrienne.

– Nie podobają mi się – odezwał się.
–  Słuchaj,  ja  się  stąd  nie  ruszę  –  obiecał  Matt  –  ale  ją  zostawcie  w 

spokoju.

Adrienne poczuła wyrzuty sumienia. Nie była dla Matta szczególnie miła, 

a on nadal się o nią troszczy.

– No, dobra, jak chcesz stać spokojnie, możesz zrobić to przy ciężarówce 

Curtisa – oświadczył Jef, wskazując ruchem głowy pordzewiały, zielony ford z 
wgniecionym zderzakiem.

–  Dobra  myśl.  –  Curtis  chwycił  Adrienne  za  ramię.  –  Chodźmy, 

panieneczko.

– Powiedziałem, żebyś ją zostawił w spokoju! – warknął Matt.
– Tylko nie próbuj żadnych sztuczek – wybełkotał Curtis, puszczając rękę 

Adrienne.

– Nie będę – przyrzekła Adrienne. – Słuchajcie, nasz samolot rozbił się w 

katastrofie. Udało nam się dojść do drogi. Trafiliśmy przypadkowo na Archiego, 
ale  jego telefon nie działa,  więc przyjechaliśmy tu,  do miasteczka, bo musimy 
zadzwonić  do  moich  rodziców.  Jeśli  pozwolicie  mi  do  nich  zatelefonować, 
możecie  sami  z  nimi  porozmawiać.  Oni  potwierdzą,  że  to,  co  mówię,  jest 
prawdą.

– A skąd niby mamy wiedzieć, do kogo ty zadzwonisz, panienko? – spytał 

Curtis. – A jak to będzie ktoś z waszej szajki?

–  Z  szajki?  –  powtórzyła  Adrienne.  –  Na  miłość  boską,  nie  jesteśmy  z 

żadnej szajki, jesteśmy...

background image

– Powiesz może, że Archie pozwolił wam wziąć Bessie?
– Co?
– Ciężarówkę. Archie wam ją pożyczył?
–  No, tak jakby. Co  prawda spał,  kiedy znaleźliśmy  kanister,  ale  jestem 

pewna, że chciałby, żebyśmy dostali się do telefonu.

– Bujda. Archie nigdy nikomu nie pożycza wozu – warknął Curtis.
–  Hej,  Curtis  –  zawołał  Jef,  gdy  dotarli  do  ciężarówki.  –  Daj  no  tu  ten 

drobiazg, co jest w środku, dobra? Ja mam zajęte ręce.

– Robi się. Wiedziałem, że o to ci chodzi. – Curtis otworzył drzwi.
Światło w kabinie ciężarówki nie działało, więc Adrienne nie widziała, co 

robi Curtis, aż do chwili gdy zobaczyła wycelowaną w nich dubeltówkę.

–  Ty  draniu.  –  Matt  zaklął  cicho.  –  Odłóż  to,  zanim  kogoś  niechcący 

postrzelisz.

– Ja sobie myślę,  że ktoś inny mógł już wcześniej zostać postrzelony. –

Jef puścił Matta i podszedł do Curtisa. – Gadaj, co zrobiliście z Archiem?

–  Archie  czuje  się  świetnie  –  odparł  Matt.  –  Trochę  za  dużo  wypił,  ale 

ogólnie  miewa  się  doskonale.  Próbowałem  go  obudzić,  nim  ruszyliśmy  do 
miasta, ale nie mogłem, bo był zupełnie pijany.

– No, pewnie – odezwał się drwiąco Jef. – Biłeś go do nieprzytomności, 

tak było. Albo jeszcze co gorszego. Curtis ma rację. Archie nikomu nie pożycza 
wozu.

–  Tak,  zresztą  popatrz,  ona  ma  na  sobie  odświętne  ciuchy  Dorothy  –

zauważył Curtis, machając dubeltówką w stronę Adrienne.

–  Odłóż  wreszcie  tę  cholerną  strzelbę!  –  krzyknął  Matt  –  Jef,  możesz 

sobie wyobrazić, żeby Archie pożyczył komuś najlepsze ubranie Dorothy?

– Nigdy w życiu.
Adrienne zauważyła, że obaj mężczyźni chwieją się na nogach. Byli tak 

samo  pijani  jak  Archie,  kiedy  jechał  ciężarówką  do  domu.  Nagle  wpadła  na 
pomysł.

–  Wszystko  da  się  wyjaśnić,  jeśli  usiądziemy  gdzieś  i  pogadamy  w 

spokoju.  Tu  jest  strasznie  zimno.  Wejdźmy  do  środka  i  razem się  napijmy. Ja 
stawiam. Jestem pewna, że się dogadamy.

Matt spojrzał na nią, podnosząc w górę brew. Adrienne uśmiechnęła się, 

jakby znakomicie panowała nad całą sytuacją.

– To prawda, tu jest zimno – potwierdził Curtis, spoglądając na Jefa.
– Zamknij się, Curtis. Ona próbuje nas wykiwać.
– Jak to?
– Nie wiem dokładnie jak, ale mam takie przeczucie. Jest niby ubrana jak 

nasze  dziewczyny,  ale  na  moje  oko  wygląda  na  jedną  z  tych  podstępnych 
miejskich bab.

– Więc co mamy z nimi zrobić, Jef?

background image

– Obszukamy ich – zdecydował Jef, drapiąc się po głowie. – Trzymaj ich 

na muszce, a ja ich obszukam.

– To niesprawiedliwe – poskarżył się Curtis, obserwując poczynania Jefa. 

– Ja chcę obszukać dziewczynę.

–  Chciałbyś,  co?  –  zachichotał  Jef.  –  Od  kiedy  Francine  wyjechała  z 

miasta, brakuje ci kobiety, nie?

Adrienne zdrętwiała. Spojrzała na Matta i zdumiała się na widok wyrazu 

jego twarzy.

– Jeśli ją który dotknie – rzucił Matt, nie spuszczając Curtisa z oka – to, 

jak mi Bóg miły, zmienię mu głosik z basu na sopran.

– Zapomniałeś chyba, że mamy broń – odparł Curtis szyderczym tonem.
–  Nic  nie  szkodzi  –  warknął  Matt.  Adrienne  nie  bardzo  mogła  sobie 

wyobrazić, w jaki sposób Matt mógłby poradzić sobie z uzbrojonym mężczyzną, 
ale było w jego głosie coś bardzo przekonującego. Curtis chyba także uwierzył 
w tę pogróżkę, bo wzruszył ramionami i odwrócił wzrok.

– Ona i tak nie jest w moim typie – powiedział w końcu.
–  To  pewne  jak  dwa  i  dwa  cztery  –  odrzekł  Matt  i  puścił  oko  do 

zdumionej Adrienne. Niespodziewanie odzyskała nadzieję, że uda im się jakoś 
wydostać z tarapatów. Wciąż byli w kiepskim położeniu, ale porozumiewawcze 
mrugnięcie  Matta  ją  uspokoiło.  Jeżeli  Matt  wierzy,  że  wyjdą  szczęśliwie  z 
opresji, to widać ma po temu powody.

Jef  podszedł  do  Adrienne.  Zamarła  w  bezruchu.  Spojrzał  na  nią, 

zaczerwienił się i odszedł.

– Ona nic nie ma.
– Nie sprawdziłeś! – zaprotestował Curtis.
– To jakoś nie w porządku obmacywać kobietę.
– Tchórz cię obleciał i tyle.
–  Uważaj,  co  mówisz –  powiedział Jef,  patrząc  gniewnie  na  mężczyznę 

trzymającego broń.

–  Nie  miałem  nic  złego  na  myśli  –  wymamrotał  Curtis.  Potem  znów 

zamachał bronią. – No i co z nimi zrobimy?

–  Zabierzemy  ich  do  Archiego.  Na  miejscu  przekonamy  się,  co  z  nim 

zrobili – zdecydował Jef, drapiąc się w brodę.

– Pozwólcie mi zadzwonić do rodziców – poprosiła Adrienne. – Możecie 

stać obok i słuchać całej rozmowy. Bardzo proszę, powiem im tylko, że u mnie 
wszystko w porządku.

– Nie będziemy tracić czasu – warknął Jef.
– Pięć minut nie zrobi aż takiej różnicy – powiedział Matt – Pozwól jej 

zadzwonić.

– Nie – odparł Jef. – Jedziemy. Już.
–  W  baku  ciężarówki  Archiego  nie  ma  paliwa,  a  stacja  benzynowa  jest 

background image

zamknięta.

– Nie szkodzi. Curtis, pilnuj ich, a ja przeleję benzynę z twojego baku –

orzekł Jef i poszedł w kierunku drugiej ciężarówki.

– Czy nie mogłabym teraz zadzwonić do rodziców? – spytała Adrienne.
– Nie – odparł Curtis, przecząco kręcąc głową. – Jeśli Jef powiedział, że 

nie, to znaczy, że nie.

– Aleja...
– Zamknij gębę, bo inaczej ja ci ją przymknę.
– Licz się ze słowami – zagroził Matt, postępując krok do przodu.
–  Szukasz  zaczepki?  –  Curtis  wymierzył  lufę  dubeltówki  prosto  w  jego 

pierś.

– Daj spokój – wymamrotała Adrienne. – Nie warto dać się postrzelić z 

powodu złych manier.

–  Powiedziałaś  to  tak,  jakby  ci  na  mnie  troszeczkę  zależało  –  odrzekł 

Matt, obrzucając ją spojrzeniem.

– Oczywiście, że mi zależy – odparła szybko Adrienne. – Ja tylko...
– Tylko co? – spytał łagodnym głosem, patrząc jej w oczy.
Powrót Jefa przerwał rozmowę.
– No, to benzyna już jest – oznajmił, wycierając ręce o spodnie. – Curtis, 

daj  mi  strzelbę  i  zabierz  dziewczynę  do  swojego  wozu.  On  będzie  prowadził 
Bessie. Będę go trzymał na muszce, żeby nie próbował żadnych sztuczek.

– Zaraz, zaraz – zaprotestował Matt. – Pojadę z Curtisem. Ty zabierz ją –

zażądał, wskazując palcem na Adrienne.

–  Nikt  prócz  mnie  nie  będzie  prowadził  mojej  ciężarówki  –  oświadczył 

Curtis. – A nie mogę jednocześnie prowadzić i trzymać broni.

– Właśnie – przytaknął Jef, trąc zarost na brodzie. – Nie, musi być tak, jak 

powiedziałem.

–  Akurat.  –  Matt  zgiął  ręce  i  zrobił  krok  naprzód.  Jef  błyskawicznie 

wyrwał dubeltówkę z rąk Curtisa i wymierzył ją w Matta.

– Chcesz podyskutować? Zawsze możemy cię zastrzelić i przysięgać, że 

próbowałeś  uciec  skradzioną  ciężarówką.  Nie  masz  nawet  dokumentów.  No  i 
nie podobasz mi się. Gdybym cię zastrzelił, wszystko byłoby znacznie prostsze.

Adrienne ogarnął paraliżujący strach. Nie wiedziała, do czego naprawdę 

są zdolni ci pijani mężczyźni. Zdrętwiała na myśl o tym, że Mattowi mogłoby 
przytrafić się coś złego.

–  On  ma  rację,  Matt.  Nie  mamy  żadnego  dowodu  na  to,  że  Archie 

pozwolił nam wziąć ciężarówkę. Proszę cię, bądź ostrożny.

–  Najlepiej  posłuchaj  się  kobiety  –  poradził  Jef.  –  Nie  masz  zresztą 

wielkiego wyboru. A teraz wsiadaj do ciężarówki Archiego.

–  Czas  na  nas,  panienko – stwierdził  Curtis, patrząc  na  nią  przeciągłym 

spojrzeniem.

background image

–  My  pojedziemy  przodem  –  powiedział  Jef,  wsiadając  do  samochodu. 

Odbezpieczoną  dubeltówkę  położył  sobie  na  kolanach,  tak  że  wylot  lufy 
znajdował się o kilka centymetrów od rozporka Matta.

–  Droga  jest  wyboista  –  powiedział  Matt,  przekręcając  kluczyk  w 

stacyjce. – Dubeltówka może wystrzelić.

–  To  by  było  całkiem  niezłe  –  zarechotał  Jef.  –  Taki  z  ciebie  ognisty 

ogier.

– Czy mógłbyś uwierzyć mi na słowo, że nie będę próbował nic zrobić, i

skierować lufę w inną stronę?

– Nie ma mowy.
–  Tak  myślałem.  –  Matt  zawrócił  powoli,  przez  cały  czas  nerwowo 

zerkając  na  oparty  na  spuście  palec  Jefa.  Jedna  dziura  i  będzie  po  nim.  A 
wszystko  to  dlatego,  że  pochopnie  zaoferował  Adrienne  pomoc.  Pan  pilot-
dżentelmen zawsze gotów wybawić damę z opresji. W rezultacie rozbił samolot, 
wpadł  w  tarapaty,  pokłócił  się  z  Adrienne,  a  teraz,  na  dokładkę,  ten  podpity 
świrus może go postrzelić.

– Muszę zwilżyć gardło – powiedział Jef, wyciągając z kieszeni butelkę.
– Wolałbym, żebyś nie robił tego z palcem na spuście.
– Denerwujesz się? – roześmiał się złośliwie Jef.
–  Chciałbym  zobaczyć  twoją  minę,  gdybyś  to  ty  jechał  z  jakimś 

sukinkotem ze spluwą – wymamrotał Matt.

– Trzeba było o tym pomyśleć, zanim ukradłeś ciężarówkę – powiedział 

Jef i pociągnął z butelki.

– Nie ukradłem jej – odparł Matt Niepokoiła go myśl o tym, że Archie był 

bardzo  pijany. Może  już  wcale nie pamięta o  tym, że  zabrał  z szosy do  domu 
dwójkę  przemoczonych  ludzi  i  dał  im  własne  ubranie.  W  dodatku  Adrienne 
miała w gruncie rzeczy rację. Archie wcale nie pożyczył im ciężarówki. Nawet 
jeśli znalazł kartkę, to i tak może być wściekły, że pojechali bez pytania.

– Zawsze używacie samolotu, kiedy chcecie kogoś obrobić? – spytał Jef.
– Nie zawsze.
– Chodziły pogłoski, że Archie i Dorothy mają kupę złota. Słyszałeś coś o 

tym?

– Nie – odpowiedział Matt i spojrzał w lusterko. Wolał mieć Curtisa na 

oku, w razie gdyby ten zaczaj na swój prostacki sposób zalecać się do Adrienne.

– Nie chcesz mówić, co? – nagabywał Jef i znowu pociągnął z butelki. –

Nie  szkodzi.  Jak  tylko  dowiemy  się,  co  zrobiłeś  z  Archiem,  zmusimy  cię  do 
gadania. Nie będziemy tak od razu niepokoić szeryfa.

Pot  zrosił  czoło  Matta.  Przyśpieszył  odrobinę,  znalazł  kawałek  równej 

drogi i jeszcze raz spojrzał w lusterko.

Na  szczęście  Curtis  zostawił  Adrienne  w  spokoju.  Starał  się  jechać  jak 

najwolniej i omijać wszystkie wertepy.

background image

Zaczynało  już  świtać,  gdy  dotarli  do  domu  Archiego.  Mattowi  zdawało 

się,  że  w  ciągu  tych  kilku  godzin  postarzał  się  o  dwadzieścia  lat  Może  teraz 
wreszcie  skończy  się  ten  koszmar.  Jeżeli  Archie  potwierdzi  prawdziwość  ich 
opowieści, to ci dwaj szaleni faceci wreszcie się od nich odczepią. Kiedy słońce 
wzejdzie,  kable  telefoniczne  wyschną  i  Adrienne  będzie  mogła  zadzwonić  do 
rodziców.

Zaparkował  ciężarówkę  dokładnie  w  tym  samym  miejscu,  w  którym 

zostawił ją Archie. Curtis zatrzymał się tuż za nim.

–  Wysiadaj,  ale  powoli  –  rozkazał  Jef  z  lufą  wymierzoną  w  Matta.  –  I 

nawet nie próbuj uciekać. Mogę nie trafić w ciebie, ale nie spudłuję do twojej 
dziewczyny.

–  Nie  będę  uciekał,  nie  ma  po  co.  Archie  wszystko  wam  wytłumaczy  i 

nigdy więcej nie będę już musiał oglądać waszych obrzydliwych facjat. – Matt z 
trudnością utrzymywał się na nogach. Po pełnej napięcia jeździe był sztywny i 
obolały.

Adrienne  wysiadła  z  ciężarówki  i  podbiegła  do  niego,  nie  zważając  na 

Curtisa, który krzyczał, żeby się natychmiast zatrzymała.

– Wszystko w porządku? – spytała.
– W pewnym sensie tak. Wciąż jestem kompletny. – Matt uśmiechnął się 

krzywo.

–  Tak  się  bałam,  że  on  niechcący  pociągnie  za  spust  –  powiedziała 

Adrienne, patrząc na Jefa.

–  Też  się  tego  obawiałem  –  odparł  Matt  –  Chodźmy  do  środka,  ty  się 

przecież cała trzęsiesz.

Matt  kazał  Adrienne  iść  przodem,  w  razie  gdyby  Jef  potknął  się  i 

niechcący wystrzelił z dubeltówki. Drzwi do domu Archiego nie były zamknięte 
na klucz.

Weszli do środka. Curtis rozejrzał się i zaczął wołać Archiego.
–  Pewnie  dalej  śpi  w  fotelu  przy  kominku,  gdzie  go  zostawiliśmy  –

zauważył Matt.

– Nie, tam go nie ma – odparł Curtis.
– Może poszedł do łóżka – podsunęła Adrienne, idąc w kierunku sypialni.
–  Ty  zostaniesz  tutaj  –  zdecydował  Jef.  –  Curtis,  sprawdź  sypialnię  i 

łazienkę.

Po chwili Curtis wrócił z informacją, że tam również nie ma Archiego.
–  W  takim  razie  pewnie  w  stajni  –  zasugerował  Matt,  czując  coraz 

większy niepokój. Gdzież ten Archie, do licha, się podziewa?

– Sprawdź w stajni – polecił Jef Curtisowi.
–  Założę  się,  że  tam  właśnie  jest  –  stwierdziła  Adrienne,  kiedy  Curtis 

wyszedł.  –  Matt,  pamiętasz?  Dzisiaj  mieli  mu  przyprowadzić  osła,  więc  na 
pewno poszedł sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

background image

– Tak, Archie na pewno jest w stajni i porządkuje boks dla osła. – Matt 

spojrzał  na  nią,  zastanawiając  się,  czy  myśli  o  tym  samym,  co  on.  O  tym,  co 
robili  w  stajni  zaledwie  kilka  godzin  wcześniej.  Policzki  Adrienne  zaróżowiły 
się leciutko. Odwróciła głowę.

Dla  Matta  chwile, kiedy  trzymał  ją  w  ramionach  i  całował  jej delikatną 

skórę,  były  jedynymi  jasnymi  momentami  w  ciągu  całej  tej  koszmarnej  nocy, 
chyba najgorszej w jego dotychczasowym życiu.

Curtis wrócił do domu, bardzo przejęty i zaaferowany.
– Sprawdziłem wszystko, Jef. Nie ma go nigdzie. – Stanął w rozkroku i 

popatrzył  na  Matta  i  Adrienne.  –  Moim  zdaniem  jest  tak,  jak  myśleliśmy.  Te 
dwa ptaszki zrobiły Archiemu coś złego.

background image

ROZDZIAŁ 7

Adrienne przełknęła ślinę i popatrzyła na Matta.
–  Musi  być  na  to  jakieś  wytłumaczenie  –  powiedziała.  –  Może  ktoś  do 

niego przyszedł i...

– Nie ma co zmyślać – powiedział Jef. – Curtis ma rację. Teraz musimy 

znaleźć zwłoki.

–  Jakie  zwłoki?!  –  zaprotestował  gwałtownie  Matt.  –  Dajcie  spokój, 

chłopaki, naoglądaliście się za dużo gangsterskich filmów.

– Kiedy stąd wyjeżdżaliśmy, spał w fotelu – zapewniła Adrienne.
– To dlaczego teraz go tu nie ma?
– Nie wiem. – Adrienne rozejrzała się po pokoju, jak gdyby liczyła na to, 

że Archie schował się gdzieś w kącie i że go po prostu dotąd nie zauważyli.

– Słyszałem, że niektórzy tną zwłoki na kawałki, zanim się ich pozbędą –

odezwał się Jef. – Może oni też tak zrobili. Sprawdź, czy w wannie nie ma krwi.

Curtis ponownie wyszedł z kuchni.
– To przecież głupota – stwierdził Matt. – Czy my naprawdę wyglądamy 

na ludzi, którzy byliby w stanie zabić i poćwiartować człowieka?

– Jasne, że tak – rzucił ponuro Jef, patrząc na niego spode łba.
– No, dobrze, więc wyglądamy na okrutnych morderców. Ale co z tego? 

Po co mielibyśmy zabijać Archiego?

– Bo ma złoto.
–  Nic  nie  wiemy  o  żadnym  złocie.  Zresztą  przecież  mielibyśmy  je  przy 

sobie, kiedy rewidowaliście nas w miasteczku – zaprotestowała Adrienne.

– Gdzieś je schowaliście.
– Och, na miłość Boską...
– Archie nie ma wanny – powiedział Curtis wracając.
– To co zabrało ci tyle czasu?
– Rozglądałem się. Nie ma krwi ani pod prysznicem, ani w umywalce, ani 

w koszu na śmieci.

–  No,  dobra!  –  Jef  zbliżył  się  do  Adrienne  i  wycelował  w  nią  broń.  –

Powiesz nam, co z nim zrobiliście?

Adrienne  miała  dosyć  tych  dwóch  ponurych  facetów  z  dubeltówką. 

Poczuła,  że  ogarnia  ją  znużenie.  Nie  była  w  stanie  dłużej  znosić  ich 
nonsensownych podejrzeń.

– Nie wiemy, gdzie on jest – odparła, odpychając od siebie zimną lufę.
– Adrienne – powiedział ostrzegawczo Matt – uważaj, oni...
– Jestem zmęczona – przerwała mu w pół słowa. – A ci idioci zadają w 

kółko  te  same  głupie  pytania.  Mam  tego  dosyć.  Nie  wiemy,  gdzie  on  jest!  –
krzyknęła, odwracając się w stronę Jefa. – Czy to nie dociera do waszych tępych 

background image

łbów? Nie wiemy!

–  Przynieś  ze  stajni  kawałek  sznura  –  zwrócił  się  Jef  do  Curtisa, 

odsuwając się od niej o krok.

– Sznur? – Zmęczenie Adrienne zniknęło jak ręką odjął. Prawie poczuła, 

jak lina zaciska się wokół jej szyi. – Słuchajcie, nie macie żadnych dowodów. 
Jeśli  nas  tu  powiesicie,  pójdziecie  do  więzienia,  a  może  nawet  na  krzesło 
elektryczne!

– Mam zamiar cię związać, a nie powiesić – oznajmił Jef, nie patrząc na 

nią.  –  Żeby Curtis  mógł was oboje upilnować, kiedy ja  pójdę rozejrzeć się  po 
okolicy.

Ulga,  którą  poczuła  Adrienne,  rozpłynęła  się  natychmiast,  gdy  tylko 

zrozumiała, że zostaną w domku sami z Curtisem, który nienawidzi Matta i ma 
na nią ochotę.

– Na twoim miejscu nie ufałbym zanadto Curtisowi – wtrącił się Matt.
– Świetnie was dopilnuje. Nie jestem pewien, czy równie świetnie szuka 

dowodów rzeczowych, więc sam to zrobię.

– Pilnowanie wymaga więcej inteligencji niż szukanie – powiedział Matt 

–  a  na  pierwszy  rzut  oka  widać,  że  jesteś  bystrzejszy  od  Curtisa.  Na  twoim 
miejscu pozwoliłbym Curtisowi zdrowo się zmachać przy szukaniu Archiego, a 
sam  zatrzymałbym  dla  siebie  odpowiedzialne  zadanie  pilnowania  więźniów. 
Moglibyśmy namówić Curtisa, żeby nas wypuścił, ale ciebie nigdy nie udałoby 
nam się do tego skłonić.

– Racja. – Jefowi ta ocena bardzo pochlebiła. – Mnie nie da się oszukać.
–  To  wyślij  Curtisa  na  poszukiwania  –  poradził  Matt,  a  Adrienne 

wstrzymała oddech.

–  Nie.  Dam  mu  tylko  wskazówki,  jak  was  pilnować.  Curtis  się  mnie 

słucha.

–  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  się  podział  ten  Archie  –  szepnęła  Adrienne, 

spoglądając na Matta. W jej głosie zabrzmiała nutka desperacji.

– Znajdzie się – pocieszył ją cicho Matt. – Nie martw się.
Adrienne  patrzyła  na  niego  przez  długą  chwilę.  Ostre  słowa,  które 

powiedziała  podczas  jazdy  ciężarówką  wróciły  teraz  do  niej  jak  szyderstwo. 
„Nie do przyjęcia jako partner.” Nie do przyjęcia? Przez całą tę długą noc bez 
przerwy stara się ochronić ją od niebezpieczeństw i podtrzymać na duchu. Aleks 
w podobnej sytuacji dawno by się już załamał.

Przyszła jej do głowy jeszcze jedna myśl: być może ta noc, a szczególnie 

utrata  samolotu  nauczyły  Matta  paru  rzeczy. Może  teraz  trochę się  zmieni,  po 
tych  przeżyciach  nie  może  przecież  zostać  taki,  jaki  był  –  bezczelny  i 
impulsywny. Zaczęła poważnie zastanawiać się, czy nie dać mu jeszcze jednej 
szansy, oczywiście, o ile on sam będzie jeszcze chciał mieć z nią cokolwiek do 
czynienia.

background image

–  Znalazłem  –  oznajmił  tryumfalnie  Curtis,  wtaczając  się  do  pokoju  ze 

zwojem liny.

– Dobra – powiedział Jef. – Przynieś z kuchni dwa krzesła.
Curtis rzucił linę na podłogę i poszedł do kuchni. Po chwili wrócił, niosąc 

dwa masywne krzesła.

– Jedno tu – rozkazał Jef, wskazując w jeden kąt pokoju – a drugie tam. 

Twarzą do siebie.

– Czy nie łatwiej byłoby nas pilnować, gdybyśmy siedzieli obok siebie? –

spytał niewinnie Matt.

– Zamknij się wreszcie, dobrze? – wrzasnął Jef, machając dubeltówką w 

jego stronę. – Mam już dosyć twoich rad. Siadaj.

Widząc, że Matt się waha, przystawił mu lufę do piersi.
– Dobrze, jeśli aż tak ci na tym zależy – zgodził się Matt i usiadł.
– Zwiąż go najpierw – rozkazał Jef i Curtis zbliżył się do Matta niosąc w 

ręku linę.

–  A  ty  siadaj  tam  –  powiedział  Jef  do  Adrienne,  wskazując  na  krzesło 

stojące koło półki z książkami.

Adrienne  usiadła,  obserwując  Curtisa,  który  wiązał  ręce  Matta  z  tyłu 

krzesła.  Potem owinął  sznur  wokół  nóg  swojego  więźnia.  Widać  było,  że  lina 
wpija  się  mocno  w  ciało,  ale  Matt  nawet  się  nie  skrzywił.  Patrzył  na  nią  tak 
spokojnie, jak gdyby siedział sobie na ławce w parku.

Potem  Curtis  podszedł  do  niej  i  wyraz  twarzy  Matta  nagle  się  zmienił. 

Zacisnął  szczęki  i  zmrużył  oczy,  widząc,  jak  Curtis  związuje  jej  ręce  z  tyłu 
krzesła. W tej pozycji piersi Adrienne zarysowały się wyraźnie pod haftowaną 
bluzką.  Lubieżny  uśmieszek  Curtisa,  który  schylił  się,  żeby  związać  jej  nogi, 
mówił jasno, że on również to zauważył.

Curtis dotykał jej łydek znacznie częściej, niż było to konieczne, żeby je 

skrępować. Adrienne zauważyła, że Matt zaczyna się wyrywać. Nareszcie Curtis 
skończył i odszedł na bok.

–  Wychodzę  na  poszukiwania  –  oświadczył  Jef  i  wyszedł  z  domu  nie 

oglądając się za siebie.

– Teraz ja tu rządzę – oznajmił Curtis, patrząc na przemian na Matta i na 

Adrienne.

– Jak to miło – powiedział Matt.
–  Tak.  Miło.  –  Curtis odwrócił się  ku  Adrienne. –  Bardzo miło  – dodał 

innym już tonem.

– Nawet o tym nie myśl – ostrzegł go Matt.
– W twoim położeniu nie będziesz mówił mi, co mam robić – stwierdził 

lekceważąco Curtis i zbliżył się do Adrienne.

Odwróciła  głowę,  gdy  wpatrywał  się  w  jej  piersi.  Z  kuchni  dobiegł  ją 

szum. Spojrzała w tamtą stronę z nadzieją, że ktoś stamtąd wyjdzie i ją uratuje. 

background image

Uświadomiła  sobie  nagle,  że  to  tylko  szum  pracującej  lodówki.  Prąd  został 
włączony. Telefon najprawdopodobniej również już działa, tyle tylko że ona nie 
może się do niego dostać. Curtis pochylił się nad nią. Doleciał ją kwaśny smród 
potu i brudu. Dotknął palcem guziczka u bluzki.

– Ładna z ciebie laleczka.
Nim  zdążył  powiedzieć  coś  więcej,  drzwi  otwarły  się  z  hukiem  i  do 

środka wpadł Archie, z dzikim wyrazem twarzy i zmierzwionymi włosami.

– Co tu się dzieje, do jasnej cholery! – zawołał.
–  Dzięki  Bogu,  że  jesteś,  Archie.  –  Adrienne  opadła  na  oparcie.  –  Ci 

wariaci myśleli, że cię zabiliśmy.

–  Widzę  tylko  jednego  wariata,  który  związał  moich  przyjaciół  –

wykrzyknął Archie. – Curtis, zamknij gębę, odłóż dubeltówkę i natychmiast ich 
uwolnij. Ale już!

–  Jef  i  ja  myśleliśmy,  że  nie  żyjesz  –  wyjaśnił  Curtis  z  głupkowatym 

wyrazem twarzy. Posłusznie odłożył broń i zabrał się do rozplątywania liny. –
Spotkaliśmy  ich  w  miasteczku,  przyjechali  twoją  ciężarówką,  ubrani  w  twoje 
ciuchy.  Przywieźliśmy  ich  tu  z  powrotem,  ale  ciebie  nie  było.  Myśleliśmy,  że 
cię poćwiartowali i schowali w wannie.

– Nie mam żadnej wanny – wymamrotał Archie, mocując się z węzłami 

wokół dłoni Adrienne.

– Wiem – powiedział Curtis.
– Gdzie jest Jef?
– Poszedł szukać twoich zwłok.
Archie  wymamrotał  kilka  słów,  z  których  Adrienne  wyłowiła  tylko: 

„cholerni  głupcy”  i  „zwariowani  idioci”.  Kiedy  rozplątał  linkę,  potrząsnęła 
dłońmi,  żeby  przywrócić  im  czucie,  a  potem  przyjrzała  się  nadgarstkom,  z 
których sznur zdarł skórę do żywego.

– Dam ci na to maść – oświadczył Archie, schylając się, żeby rozwiązać 

sznur z jej nóg – jak tylko wtłukę Curtisowi trochę rozumu do głowy.

–  Wszystko  w  porządku,  Archie.  Powiedz  mu  tylko,  że  nie  ukradliśmy 

twojej  ciężarówki  ani  twoich  rzeczy,  niech  sobie  wreszcie  pójdzie.  Nie  chcę, 
żebyś się z nim bil.

Archie odwinął sznur z jej nóg  i znów spojrzał na jej nadgarstki. Zaklął 

pod nosem, potem przeprosił i dodał:

–  Nie  mogę  znieść,  jak  ktoś  znęca  się  nad  kobietą  –  stwierdził,  stając 

przed Curtisem. – Jesteś durniem, Curtis, tak samo jak Jef. Tym miłym ludziom 
rozbił się w pobliżu samolot i potrzebowali gościny, której im udzieliłem, a wy 
związaliście ich jak jakichś zbrodniarzy.

–  Samolot?  To  oni  mówili  prawdę?  –  Curtisowi  zaświeciły  się  oczy.  –

Gdzie on jest? Może moglibyśmy pomóc go naprawić?

– Nie wiem gdzie, ale nie potrzeba, żebyście się przy nim kręcili – orzekł 

background image

Archie.

– Może mogliby nam pomóc – powiedział spokojnie Matt, spoglądając na 

Adrienne.

Adrienne  popatrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem.  Nie  zamierza  chyba 

zatrudniać  Jefa  i  Curtisa  przy  wyciąganiu  samolotu  z  przepaści.  Poza  tym  jej 
torebka i jego portfel wciąż są w samolocie. Jeśli Curtis i Jef tam się dostaną, z 
całą pewnością ukradną, co się tylko da. Spojrzenie Matta nakazywało jej jednak 
milczenie.  Nie  odezwała  się.  Po  tym  wszystkim,  co  dla  niej  zrobił,  musi  mu 
zaufać.

Podał  przybliżone  położenie  samolotu,  choć  stojący  obok  niego  Archie 

potrząsał z dezaprobatą głową. Curtis szybko ich opuścił, mówiąc, że odnajdzie 
Jefa i natychmiast wyruszą na poszukiwania.

– Na twoim miejscu nie mówiłbym im, gdzie to jest – powiedział Archie, 

kiedy za Curtisem zamknęły się drzwi.

– Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś – dodała Adrienne.
– Wcale tego nie zrobiłem. – Matt odwrócił się w jej stronę. – Podałem im 

fałszywe  dane.  W  przeciwnym  wypadku  gotowi  byli  trafić  na  wrak  całkiem 
przypadkowo,  a  tak  będą  bezskutecznie  przeszukiwać  miejsce,  w  którym  na 
pewno go nie znajdą.

–  Dobrze  zrobiłeś  –  pochwalił  Archie,  a  oczy  mu  zabłysły.  –  Zasłużyli 

sobie na to. – Skinął ręką w stronę Adrienne i dodał: – Obtarli jej, dranie, skórę. 
Już idę po tę maść.

– Najpierw chciałabym zadzwonić – stwierdziła Adrienne, podchodząc do 

telefonu. – Może kable zdążyły już wyschnąć.

–  Oczywiście,  dzwoń  –  powiedział  Archie.  –  A  ja  muszę  nastawić  ten 

szkaradny zegar.

Adrienne spojrzała na elektryczny zegar, wiszący nad półką z książkami. 

Archie  miał  całkowitą  rację:  był  przeraźliwie  brzydki.  Tarczę  otaczała 
wytłoczona  w  tandetnym  plastyku  martwa  natura:  butelka  wina  w  koszyku, 
grono winogron i kawałki sera w tak jaskrawym odcieniu żółtego, jakiego nigdy 
w  życiu  nie  widziała  w  naturze.  Adrienne  podniosła  słuchawkę.  Archie 
przystawił  do  ściany  jedno  z  krzeseł  i  wspiął  się  na  nie,  by  nastawić  zegar. 
Nagle  Adrienne  uświadomiła  sobie,  że  w  słuchawce  rozbrzmiewa  sygnał  i 
straciła z oczu wszystko, co się wokół niej działo.

Zadzwoniła  do  centrali.  Wykręcanie  numeru  zdawało  się  trwać 

wieczność,  ale  w  końcu  odezwał  się  głos  telefonistki.  Adrienne  podała  numer 
swoich rodziców.

– Halo? – odezwał się niski głos ojca. Podniósł słuchawkę natychmiast i 

Adrienne pomyślała, że prawdopodobnie czekał na jej telefon, nie oddalając się 
na krok od aparatu.

– Tato, to...

background image

– Czy zgadza się pan pokryć koszty połączenia z Adrienne Burnham? –

przerwała im telefonistka.

– Oczywiście, tak! – wykrzyknął ojciec. – Adrienne?
– Wszystko w porządku, tatusiu, naprawdę w porządku.
–  Dzięki  Bogu  –  powiedział  z  ulgą,  wypuszczając  powoli  powietrze.  –

Zaczekaj chwilę, zawołam mamę.

Adrienne poczuła, że za chwilę się rozpłacze. Przygryzła wargę i przetarła 

dłonią oczy. Po chwili usłyszała głos matki.

– Dobrze się czujesz?
– Tak, mamo – zapewniła Adrienne, z trudem walcząc z napływającymi 

do  oczu  łzami.  Nie  chciała,  żeby  rodzice  zorientowali  się,  jak  bardzo  jest 
zdenerwowana. Kiedyś opowie im całą historię, ale w tej chwili nie czuła się na 
siłach.  –  Mieliśmy  trochę  kłopotów  z  samolotem  i  nie  mogłam  dostać  się  do 
telefonu.

– Gdzie jesteś? – spytał ojciec, włączając się do rozmowy.
– W Saddlehorn, w Arizonie.
–  Nigdy  w  życiu  nie  słyszałem  o  takiej  miejscowości.  Mam  po  ciebie 

przyjechać?

– Nie, to za daleko i już za późno. Muszę wracać do Tucson, do pracy.
–  Kochanie – powiedziała matka, której głos  łamał  się  ze wzruszenia.  –

Tak  się  o  ciebie  baliśmy.  Na  policji  oświadczyli  nam,  że  nie  mogą  rozpocząć 
poszukiwań, dopóki się  nie  rozwidni, więc całą  noc  siedzieliśmy  i  modliliśmy 
się za ciebie. Tak się cieszę... – nagle zamilkła i Adrienne zrozumiała, że stara 
się opanować łzy.

– Tak bardzo mi przykro, że się niepokoiliście. A tak bardzo chciałabym z 

wami być – powiedziała, przełykając dławiącą ją w gardle kulę. – A Granny... 
czy ona...?

– Około czwartej nad ranem – odparł cicho ojciec. – Zdechła spokojnie i 

bez cierpień.

– Och. – Łzy popłynęły po policzkach Adrienne. – Powinnam była przy 

niej być.

– Wiem, że chciałaś, kochanie, ale nie wszystko i nie zawsze układa się 

po naszej myśli. Ale jesteś cała i zdrowa. To naprawdę najważniejsze.

– Tak, ale bardzo chciałam ją zobaczyć po raz ostatni.
– Wiem.
– Byliśmy z nią, kochanie – zapewniła matka, wpadając ojcu w słowo. –

Zabraliśmy do stajni przenośny telefon, w razie gdybyś zadzwoniła, i zostaliśmy 
przy niej do końca.

–  Dziękuję,  mamo.  –  Adrienne  stłumiła  szloch.  –  Muszę  już  kończyć. 

Mamy  z  Mattem  parę  spraw  do  załatwienia,  zanim  stąd  będziemy  mogli 
wyjechać.

background image

Poczuła,  że  szloch  zaraz  zmieni  się  w  histeryczny  śmiech.  Pewnie,  że 

mieli  do  załatwienia  parę  spraw.  Na  przykład  wydobycie  pieniędzy  i 
dokumentów  z  dna  kanionu.  O  tym  jednak  nie  mogła  opowiedzieć  rodzicom. 
Najważniejsze, że nie będą się już o nią niepokoić.

–  Czy  to  znaczy,  że  samolot  miał  awarię  i  musieliście  wylądować  w 

Saddlehorn? – zapytał ojciec.

– Właśnie tak było – przytaknęła bez wahania.
– Nie da się go naprawić?
–  Nie  jestem  pewna  –  powiedziała,  starając  się  za  wszelką  cenę 

powstrzymać śmiech. – Ale jeśli nie, jeżdżą stąd autobusy.

– Zadzwoń, gdyby były jakieś kłopoty.
– Oczywiście.
– Uważaj na siebie, kochanie. Trzymaj się dzielnie.
– Oczywiście. Całuję was oboje bardzo mocno. Odezwę się. – Adrienne 

powoli odłożyła słuchawkę na widełki. Potem schowała twarz w dłoniach, żeby 
stłumić łzy.

Poczuła,  jak  obejmuje  ją  silne  ramię.  Matt  odwrócił  ją  ostrożnie  i 

troskliwie  wziął  w  objęcia.  Szlochała  już  bez  zażenowania,  zlewając 
strumieniami łez jego czarną, kowbojską koszulę. W końcu płacz trochę ucichł, 
ale  Adrienne  wciąż  nie  chciała  jeszcze  opuszczać  bezpiecznego  i  pewnego 
zacisza  ramion  Matta.  Wreszcie  odsunęła  się,  słysząc  zbliżające  się  kroki 
Archiego, który przyniósł jej całą paczkę chusteczek do nosa.

– Granny umarła, prawda? – spytał cichym głosem Matt.
–  O  czwartej  nad  ranem  –  potwierdziła,  sięgając  po  przyniesione  przez 

Archiego chusteczki i wycierając nos. Potem spojrzała w górę na Matta.

– Tak mi przykro.
– Mnie też – zapewnił Archie.
– Musimy znaleźć ci jakiś autobus, żebyś zdążyła na pogrzeb.
– Jaki pogrzeb? – spytała zaskoczona Adrienne.
– Och, może w twojej rodzinie nie urządza się pogrzebów – powiedział 

zmieszany Matt.

–  Nie  sądzę,  żeby  wielu  ludzi  urządzało  pogrzeby  koniom  –  odparła 

Adrienne,  wciąż  nic  nie  rozumiejąc.  –  Chociaż  w  przypadku  Granny  może 
byłoby to i słuszne. Ale nie mogę narażać rodziców na takie kłopoty i wydatki.

–  Zaraz,  czekaj.  –  Oczy  Matta  zwęziły  się  niepokojąco.  –  Czy  ty 

powiedziałaś koniom?

background image

ROZDZIAŁ 8

Adrienne nie mogła zrozumieć, co tak bardzo poruszyło Matta.
– Tak, powiedziałam koniom. Dlaczego pytasz?
– Chcesz powiedzieć, że Granny była koniem?
– Oczywiście, że tak. Przecież ci mówiłam.
– Wcale nie.
–  Na  pewno  mówiłam.  Może  nie  słuchałeś  –  warknęła  Adrienne,  której 

nie spodobał się wyraz jego twarzy, zaciśnięte szczęki i zły błysk w oku.

–  Teraz  mi  to  dopiero  mówisz!  –  Matt  krzyczał  na  cały  głos.  –  Kiedy 

rozbiłem samolot, ryzykowałem życie i o mały włos nie straciłem istotnej części 
mojego  ciała,  którą  ten  idiota  chciał  mi  odstrzelić!  A  wszystko  to  dla  jakiejś 
głupiej chabety!

–  To  nie  żadna  głupia  chabeta!  –  Adrienne  odsunęła  jego  wskazujący 

palec, oskarżycielsko wymierzony w jej twarz. – Ona jest, to znaczy była, moim 
najbliższym przyjacielem!

–  Ale  dlaczego  nie  nazwałaś  jej  żabcią  albo  kwiatuszkiem?  Kto  przy 

zdrowych zmysłach nazywa konia babunią?

– Matt, posłuchaj – zaczął Archie. – Imiona zwierząt to osobista sprawa. 

Nie ma o co się wściekać.

–  Z  całą  pewnością  jest  się  o  co  wściekać  –  wrzeszczał  Matt,  kierując 

swój gniew na Archiego. – Ona nazywa konia Granny, a potem rozpowiada na 
prawo i lewo, że Granny jest konająca i że musi przy niej być. Ciekaw jestem, 
jak ty byś to zrozumiał?

– Tak, ale myślę, że...
–  Wyjaśnię  ci,  dlaczego  tak  ją  nazwałam  –  powiedziała  Adrienne, 

opierając ręce na biodrach. – Kiedy ją dostałam, miała już dwanaście lat i była 
naprawdę babcią. I co ty na to?

– Świetnie. Ale gdybyś była uprzejma wytłumaczyć mi to, kiedy jeszcze 

byliśmy w domu Beverly, wszystkie te przygody mogłyby nas ominąć.

–  Bo  nie  poleciałbyś  ze  mną,  tylko  dlatego  że  muszę  zaopiekować  się 

konającym koniem, tak?

– Nie wiem, ale zasługiwałem chyba na to, żeby wiedzieć, o co toczy się 

gra!

– Ale dla mnie stawka była bardzo wysoka! Nie żebym spodziewała się 

po kimś, kto darzy nabożną czcią zimne, martwe przedmioty, takie jak samoloty, 
żeby zrozumiał, jak kochana, wspaniała, śliczna... delikatna... – Znów rozpłakała 
się, szlochając niepohamowanie.

– Do diabła.
–  Mam  pomysł  –  powiedział  Archie,  odkładając  chusteczki  na  stół.  –

background image

Przez tę noc wiele przeszliście i dlatego zachowujecie się, jakbyście nie byli za 
bardzo dorośli.

Zanim  rozszarpiecie  się  nawzajem  na  kawałki,  powinniście  się  chyba 

trochę przespać.

– Nie... nie w tym samym pokoju, co on, nie chcę – wykrztusiła Adrienne 

wśród szlochu. Złapała następną chusteczkę i głośno wytarła nos.

–  To  idź  do  sypialni,  a  on  pójdzie  do  stajni  –  zdecydował  Archie.  –

Dorothy będzie tu dopiero za kilka godzin.

– Dorothy? Twoja żona? – spytała zaskoczona Adrienne.
– Mój osioł. Dorothy Trzecia.
– Aha. No, tak.
– Więc teraz wynoście się stąd, oboje. Wszystko będzie wyglądało lepiej, 

jak się trochę zdrzemniecie.

–  Ale,  ale  –  zaczął  Matt  –  zapomniałem  spytać,  gdzie  byłeś,  kiedy 

przyjechaliśmy  tu  z  Jefem  i  Curtisem?  Kiedy  wyjeżdżaliśmy,  chrapałeś  w 
najlepsze przy kominku.

– Poszedłem odwiedzić Dorothy.
– Twojego osła? – spytał Matt – Moją pyskatą żonę.
– Ale mówiłeś, że ona nie żyje.
–  Leży  pod  ziemią,  jeżeli  o  to  ci  chodzi.  Na  pagórku,  o  kilometr  drogi 

stąd.  Codziennie  razem  oglądamy  wschód  słońca,  ja  i  Dorothy.  Czasami 
rozmawiamy. Czasami nie.

–  To  naprawdę  piękne  –  odezwała  się  Adrienne,  wzruszona  tym 

wyznaniem.

– Może i piękne, ale o mały włos nie zapłaciliśmy za to życiem – orzekł 

Matt.

–  Nie  spodziewam  się,  żebyś  potrafił  zrozumieć  związek  Archiego  i 

Dorothy – powiedziała i odwróciwszy się na pięcie pomaszerowała do sypialni.

–  Przynajmniej  w  tym  przypadku  idzie  o  dwoje  ludzi  –  zawołał  za  nią 

Matt – Żadne z nich nie chodzi na czterech nogach i nie ma ogona!

– No już, dosyć – powiedział Archie. – Idź do stajni, dam ci koc. Możesz 

położyć się na świeżym sianie. Jesteś miejskim chłopakiem, założę się, że nigdy 
w życiu tego nie robiłeś.

Adrienne zatrzymała się, żeby usłyszeć, co Matt odpowie.
– Raz – powiedział – ale nie bardzo mi się podobało.
– No pewnie! – zawołała i z trzaskiem zamknęła drzwi do sypialni.

Adrienne  obudziła  się  przykryta  wzorzystą  kołdrą.  Przez chwilę leżała  i 

zastanawiała  się,  gdzie  się  właściwie  znajduje.  Powoli  zaczęła  sobie 
przypominać wydarzenia ubiegłej nocy, ale  wciąż nie miała pojęcia, jak długo 
spała.  Pamiętała, że zasnęła  natychmiast,  niczym się  nie  przykrywając.  Archie 

background image

na pewno narzucił na nią kołdrę.

Usiadła  na  łóżku  i  założyła  mokasyny.  W  całym  domu  panowała  cisza. 

Weszła do dużego pokoju i spojrzała na brzydki, plastykowy zegar.  Kwadrans 
po  trzeciej.  Promienie  słońca  wpadały  radośnie  przez  okno.  Adrienne 
zauważyła,  że  pusta  butelka  po  whisky  zniknęła  sprzed  kominka,  a  palenisko 
zostało do czysta wymiecione.

Stare gazety wciąż znajdowały się na stoliku, ale ktoś je poukładał, tak że 

leżały  w  równym  stosiku.  Adrienne  dopiero  teraz  zrozumiała,  o  co  chodziło 
Archiemu. Sam wprawdzie nie czyta gazet ani książek, ale robiła to Dorothy. W 
tych gazetach były ostatnie krzyżówki, które przed śmiercią rozwiązała.

Adrienne przyjrzała się swojemu ubraniu. Wciąż nie mogła uwierzyć, że 

Archie zdecydował się pożyczyć jej rzeczy Dorothy. Z tak wielkim szacunkiem 
odnosił się do wszystkiego, co wiązało się z jego zmarłą żoną. Ubranie Matta we 
własne  spodnie  to  drobiazg,  ale  pożyczenie  ubrań  Dorothy  to  coś  całkiem 
innego.

Te  rozmyślania  przywiodły  jej  na  myśl  wczorajszą  kłótnię  z  Mattem. 

Próbowała  sobie  przypomnieć,  czy  rzeczywiście  powiedziała  mu  w  domu 
Beverly, że Granny to koń. Była pewna, że tak. Z drugiej strony, jego pęknięte 
spodnie,  informacja,  że  Beverly  celowo  zaplanowała  ich  spotkanie,  i  ten 
nieoczekiwany telefon od rodziców wytrąciły ją bardzo z równowagi. Być może 
zapomniała wytłumaczyć, kim, a raczej czym, była Granny.

Jeśli  rzeczywiście  tak  było,  czy  Matt  miał  prawo  tak  się  rozzłościć? 

Adrienne  pomyślała  o  jego  wszystkich,  niczym  nie  zasłużonych  cierpieniach. 
Jedynym  niedopatrzeniem  z  jego  strony  było  to,  że  nie  ubezpieczył  samolotu, 
ale nawet najlepsze ubezpieczenie nie zmieniłoby biegu wypadków. Matt i tak 
musiałby  wędrować  po  deszczu  i  błocie,  jechać  samochodem  z  pijanym 
kierowcą,  stawić  czoło  dwójce  pijanych  zabijaków,  którzy  grozili  mu  bronią  i 
przywiązali do krzesła.

Zniósł to wszystko z niezwykłym wdziękiem, jeśli dodać do tego jeszcze, 

że Adrienne odrzuciła go jako partnera w miłości i poinformowała, że jest zbyt 
impulsywny  i  niezorganizowany,  żeby  mogła  o  nim  poważnie  pomyśleć.  A 
potem na domiar złego dowiedział się, że pędzili na złamanie karku po to, żeby 
zdążyła pożegnać konającego konia, a nie umierającą babcię.

Adrienne  zawstydziła  się.  Wstydowi  towarzyszyło  jednak  również  inne 

uczucie  –  uczucie  ciepłej  sympatii  do  Matta,  które  wzięło  górę  nad  tym,  co 
przedtem sądziła o jego charakterze. Poza tym wypadek z pewnością nauczy go 
zachowywania pewnych zasad bezpieczeństwa.

A więc, czegóż niby brakuje Mattowi Kirklandowi? Powinna cieszyć się, 

że taki mężczyzna zechciał się nią zainteresować, a nie ciągle od niego uciekać.

Wróciła  do  sypialni,  żeby  się  trochę  odświeżyć.  Kilka  pociągnięć 

szczotką, odrobina pasty do zębów, zimna woda do opłukania twarzy i już była 

background image

gotowa stanąć przed Mattem i przeprosić go. Przy odrobinie szczęścia Matt być 
może przyjmie przeprosiny i przestanie się na nią gniewać.

Błoto wyschło na tyle, że bez trudu doszła do stajni. Ciężarówka zniknęła 

z podwórza i Adrienne ucieszyła się, że będzie mogła pomówić z Mattem sam 
na sam. Drzwi stajni były uchylone, a z wnętrza dobiegał szelest siana. Dźwięk 
obudził w niej wspomnienia poprzedniej nocy. Siano tak samo szeleściło, kiedy 
Matt się z nią kochał. Poczuła, że rodzi się w niej pożądanie. Otworzyła drzwi 
szerzej i wsunęła się do środka.

–  Matt  –  zaczęła,  podchodząc  do  boksu.  –  Czy...  –  przerwała,  widząc 

Archiego, który rozkładał siano w boksie.

– No, proszę! Nareszcie się obudziłaś, co?
–  Czy  Matt  pojechał  ciężarówką?  –  spytała  Adrienne,  starając  się  nie 

okazać rozczarowania.

–  No  pewnie.  Ale  najpierw  nakarmiłem  go  kanapkami  z  masłem 

orzechowym. Nic lepiej nie stawia człowieka na nogi, niż masło z orzeszków.

– Dokąd pojechał? – Adrienne pomyślała, że ze złości na nią Matt mógł 

zostawić ją tutaj, żeby sama wróciła do domu.

– Do kanionu – powiedział Archie, przeżuwając prymkę tytoniu. – Zabrał 

ze sobą liny, będzie próbował dostać się do swojego samolotu.

– Sam? – Adrienne poczuła ukłucie strachu w sercu.
– Mhm. Niedługo przyprowadzą mi Dorothy Trzecią, więc nie mogłem z 

nim pojechać. Ty spałaś jak zabita, zatem wyruszył sam.

– Muszę mu pomóc – stwierdziła Adrienne bez namysłu. – W jaki sposób 

mogę się tam dostać?

–  Prawdę  mówiąc,  to  nie  wiem  jak  –  odparł  Archie,  zdejmując 

zdefasonowany  kapelusz  i  ocierając  czoło  rękawem.  –  Matt  zabrał  wóz,  a 
Dorothy Trzeciej jeszcze  tu nie  ma. Nie  ma żadnego  innego środka transportu 
oprócz...  –  przerwał  i  splunął  do  wiadra,  stojącego  w  kącie  stajni.  – No,  jest 
jeszcze rower Dorothy.

– To wystarczy. Gdzie on jest?
Archie podniósł głowę do góry. Adrienne poszła za jego przykładem. Na 

belce  zawieszony  był  fioletowy,  poobijany  rower  z  mocnymi  oponami, 
doskonały dojazdy po nierównym terenie.

– Świetnie – powiedziała Adrienne. Spojrzała na swoją spódnicę. – Tylko 

że w tym nie mogę jechać.

– Ściągnę rower na dół, a ty idź i weź sobie dżinsy Dorothy i jakąś mniej 

elegancką bluzkę – zdecydował Archie.

–  Czy  jesteś  pewien,  że  mogę  to  zrobić?  –  Adrienne  zawahała  się.  –

Wiem,  jak  bardzo  kochałeś  Dorothy  i  nie  czuję  się  dobrze,  grzebiąc  w  jej 
rzeczach.

– Jesteś do niej bardzo podobna – powiedział Archie, odwracając głowę. 

background image

–  Jakoś  pasuje,  żebyś  nosiła  jej  rzeczy.  A  teraz  idź  już,  musisz  złapać  Matta, 
zanim się tam zabije.

Wystarczyło,  że  wspomniał  o  niebezpieczeństwie,  w  jakim  znalazł  się 

Matt, żeby Adrienne popędziła do domu co sił w nogach. Ledwie zdążyła ubrać 
się w dżinsy i koszulę, kiedy do drzwi zastukał Archie.

–  Jesteś  gotowa?  –  spytał.  –  Zrobiłem  ci  kilka  kanapek  z  masłem 

orzechowym. Możesz je zabrać ze sobą.

– Świetnie! – zawołała i otworzyła drzwi.
–  Naprawdę  przypominasz  mi  Dorothy  –  oznajmił  przyjrzawszy  jej  się 

uważnie i  podał  jej paczuszkę  z  kanapkami.  –  Szczególnie  kiedy się  kłócisz  z 
Mattem. Zawsze tak się kłóciliśmy z Dorothy, ale... zresztą to nieważne.

– Chciałeś powiedzieć, że się kochaliście – dokończyła Adrienne.
– Pewnie tak – przyznał, patrząc w bok.
–  Nie  ma  się  czego  wstydzić,  Archie.  Uważam  to  za  wspaniałe,  że  tak 

bardzo ją kochałeś i dalej kochasz.

– Powinnaś złapać tego swojego Matta i zawsze powinniście trzymać się 

razem. Życie jest krótkie – stwierdził Archie, wzdychając głęboko.

– Zaczynam wierzyć, że masz rację.
– Straciliśmy z Dorothy za dużo czasu, walcząc ze sobą, tak jak ty i Matt 

Ja narzekałem, że ona czyta za dużo książek, ona, że nie jestem ani trochę, jak to 
się  mówi,  kulturalny.  –  Popatrzył  na  nią  wilgotnymi  oczami.  –  Dlaczego  nie 
potrafiliśmy przyjąć siebie takimi, jakimi jesteśmy?

–  To  chyba  leży  w  ludzkiej  naturze,  żeby  próbować  zmienić  innych  –

powiedziała  Adrienne.  –  Jestem  pewna,  że  Dorothy  wiedziała,  że  ją  kochasz, 
Archie. I ona też cię kochała pomimo narzekań, że brak ci ogłady.

–  Ale  ona  miała  rację!  Nie  mam  za  grosz  kultury.  Moim  ulubionym 

jedzeniem jest masło z orzeszków ziemnych. Żuję tytoń i piję whisky. Mnóstwo 
whisky.  Poza  tym  popatrz  na  ten  paskudny  zegar.  –  Archie  wskazał  ręką  na 
ścianę,  gdzie  wisiała  kompozycja  plastykowych  winogron,  sera  i  butelki  z 
winem. – To był mój prezent ślubny dla Dorothy. Szybko się dowiedziałem, co 
o nim myśli. Nie cierpiała go.

– Jeżeli tak, to czemu go nie zdjęła ze ściany?
–  Niech  mnie  piorun  strzeli,  nie  wiem.  Tyle  razy  mówiłem  jej,  żeby  to 

zrobiła.

– A dlaczego ty go teraz nie zdjąłeś?
– Nie wiem. Jakoś nie wypada.
– Dlatego że to był prezent ślubny od ciebie dla twojej żony. Myślę, że go 

uwielbiała tylko i wyłącznie dlatego, że to ty jej go podarowałeś.

– Nieee. Nienawidziła go.
– Lepiej pójdę już, Archie – oświadczyła Adrienne, spoglądając na zegar. 

Była za dwadzieścia czwarta. – Robi się późno – dodała, starając się nie urazić 

background image

go  tym,  że  przerywa  jego  zwierzenia.  Życie  Matta  mogło  być  w 
niebezpieczeństwie.

–  Oczywiście.  Jedź.  –  Archie  stał  bez  ruchu,  pogrążony  we 

wspomnieniach.

Adrienne podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę.
– Zaczekaj. Mam ci jeszcze coś do powiedzenia. Adrienne zatrzymała się, 

próbując nie okazać zniecierpliwienia.

–  Jesteś  kobietą,  i  to  podobną  do  Dorothy,  więc  może  uda  ci  się  to 

zrozumieć.  Zaczekaj  –  powtórzył  i  wszedł  do  sypialni.  Adrienne  czuła,  że  z 
każdą chwilą jest coraz bardziej zdenerwowana. Winna była jednak Archiemu tę 
odrobinę  cierpliwości.  Po  kilku  minutach  wrócił  do  pokoju,  niosąc  w  ręku 
kawałek papieru, który podał jej w milczeniu.

– Możesz coś z tego zrozumieć? – spytał po chwili. Adrienne spojrzała na 

kartkę, na której kobiecym pismem napisane były słowa:

Łabędziątko jest brzydkie w oczach wszystkich innych prócz matki. Ona 

jedna widzi w nim to, co najpiękniejsze: wierne serce i miłość do ludzi.

– To chyba poezja – powiedziała Adrienne.
– To jest zagadka. Zagadka Dorothy.
– I o co w niej chodzi? – Adrienne ponownie przeczytała wiersz.
–  Bardzo  się  wtedy  pokłóciliśmy.  Nie  pamiętam  już,  o  co  poszło,  ale 

Dorothy  była  naprawdę  wściekła.  Zabrała  całe  moje  złoto  i  je  schowała  –
wyjaśnił Archie, szurając nogą.

Adrienne drgnęła. Jef i Curtis mówili coś o złocie, ale nie zwróciła wtedy 

na to uwagi.

– Ta zagadka to ma być wskazówka – wyjaśnił Archie – ale nic z niej nie 

rozumiem.

– A Dorothy nigdy ci nie powiedziała?
– Pewnie by powiedziała, wcześniej czy później, ale miała zawał. Była tu, 

a w minutę później już jej nie było. Umarła z żalem do mnie w sercu. I to mnie 
najbardziej gnębi.

–  Tak  mi  przykro,  Archie  –  powiedziała  Adrienne,  kładąc  mu  dłoń  na 

ramieniu.

– Tak – westchnął głęboko. – Co się stało, to się nie odstanie. Myślisz, że 

uda ci się to rozwiązać?

– Spróbuję. – Adrienne przeczytała tekst raz jeszcze, starając się nauczyć 

go na pamięć.

–  Nigdy  tego  nikomu  nie  pokazywałem.  Nie  mam  do  nikogo  tutaj 

zaufania. Ale ty i Matt jesteście jak Dorothy i ja.

– Nic nikomu nie powiem – obiecała Adrienne.
–  Wiem. Dlatego  ci  to  pokazałem.  Ale  możesz porozmawiać z  Mattem. 

Jeśli uda wam się to rozwiązać, połowa jest wasza.

background image

– Połowa złota? – Adrienne popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
– Tak. Połowa. I tak mi niepotrzebne.
– Nie moglibyśmy go przyjąć, Archie. To twoje złoto.
–  Lepiej  nie  decyduj  za  innych.  Czy  to  nie  Matta  samolot  leży  na  dnie 

kanionu?

Adrienne uświadomiła sobie, że propozycja Archiego to dla Matta szansa 

odzyskania samolotu. Nie będzie więc mówiła w jego imieniu. Jeżeli ktokolwiek 
zasługuje na to złoto, tym kimś jest z pewnością Matt.

– Lepiej już pojadę – stwierdziła. – Po drodze o tym pomyślę.
–  Trzymaj  się  kolein,  a  znajdziesz  go  bez  trudu  –  doradził  Archie.  –

Rower  ma  bezdętkowe  opony,  więc  nie  powinnaś  mieć  kłopotów  nawet  na 
ostrych kamieniach.

– Dziękuję, Archie. Jesteś hojny.
– Dorothy tak by sobie życzyła.
–  Dorothy  była  wspaniałą  osobą,  prawda?  –  Adrienne  zastanawiała  się, 

czy Archie znowu zacznie nazywać swoją żonę zarozumiałą.

– Tak – przytaknął Archie. – Diabelnie wspaniałą.
–  Wrócimy  jak  się  da  najszybciej  –  powiedziała,  widząc,  że  Archie 

walczy z emocjami silniejszymi od siebie. Archie oczyścił rower z kurzu i oparł 
go  o  ścianę  ganku.  Z  tyłu  był  mały  bagażnik,  do  którego  Adrienne 
przymocowała  torebkę  z  kanapkami.  Potem  wskoczyła  na  siodełko  i  ruszyła 
naprzód.

Główna  droga  była  stosunkowo  sucha  i  równa,  więc  szybko  dotarła  do 

miejsca,  w  którym Matt  skręcił  z  niej  w  stronę  kanionu.  Na szczęście  koleiny 
były  dosyć  wyraźne,  więc  nie  bała  się,  że  się  zgubi  pomiędzy  skałami  i 
kaktusami.

Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama droga, którą przemierzyli w nocy. 

W  wygodnym  ubraniu,  na  rowerze,  w  promieniach  popołudniowego  słońca, 
Adrienne  rozkoszowała  się  każdą  chwilą  przejażdżki.  Nawet  rwący  strumień, 
który skłonił Matta do przerzucenia jej sobie przez ramię i przeniesienia wbrew 
jej  woli  na  drugą  stronę,  teraz  zmienił  się  w  mały  potoczek,  dający  się 
przejechać bez trudu.

Zbliżając  się  do  kanionu  ujrzała  ciężarówkę  Archiego,  zaparkowaną tuż 

nad  krawędzią.  Poznała  pokrzywione  drzewo,  znaczące  miejsce,  z  którego 
samolot  zanurkował  w  głąb  przepaści.  Matta  nie  było  jednak  nigdzie  widać. 
Adrienne  uprzytomniła  sobie,  że  gdyby  chciała  go  znaleźć,  będzie  zmuszona 
podejść do samej krawędzi przepaści. Poczuła nagły skurcz żołądka. Wyruszając 
na  ratunek,  nie  wzięła  pod  uwagę  swojego  lęku  przestrzeni.  Troska  o  życie 
Matta  raz  jeszcze  wzięła  górę  nad  zdrowym  rozsądkiem.  Oparła  rower  o 
ciężarówkę i  odczepiła z bagażnika torebkę. Powoli i ostrożnie zbliżyła się do 
skarłowaciałego drzewa.

background image

– Matt? – zawołała. Odpowiedzi nie było. Wokół pnia okręcona była lina, 

której koniec zwisał swobodnie przez krawędź kanionu.

– Matt, jesteś tam? – zawołała ponownie. Jedyną odpowiedzią był szum 

wiatru.  Nad  głową  Adrienne  zaczął  krążyć  jakiś  ptak.  Po  krótkiej  obserwacji 
stwierdziła, że to chyba sęp. Przebiegł ją zimny dreszcz.

Ostatecznie pogodziła się  z tym, że  będzie  musiała podejść do drzewa  i 

pociągnąć za linę. Być może Matt właśnie teraz na niej wisi, a wiatr zagłusza jej 
wołanie. Śmiało zaczęła iść w tamtą stronę, ale w połowie drogi skapitulowała, 
wzięła torbę z kanapkami w zęby i opadła na czworaki.

Starała  się  nie  patrzyć  na  nic  prócz  kamienistej  ziemi  pod  rękami. 

Podnosząc  odrobinę  spojrzenie,  zobaczyła  drzewo,  którego  powykręcane 
korzenie, jak palce starej czarownicy, kurczowo trzymały się skraju kanionu.

Nim do niego dotarła, leżała już płasko na brzuchu. Nos i usta miała pełne 

pyłu i modliła się, żeby tylko nie natknąć się na jakiegoś węża. Zamknęła oczy, 
wyciągnęła  rękę  i  pociągnęła  za  linę.  Nie  stawiała  najmniejszego  oporu. 
Adrienne  położyła  torbę  z  kanapkami  u  swojego  boku  i  ponownie  zawołała 
Matta.

Odpowiedzi nie było. Zdawało się, że kanion pochłonął go tak samo, jak 

przedtem połknął samolot.  Starała się nie myśleć, że Matt może teraz leżeć na 
dnie wąwozu z pogruchotanymi kośćmi. O, Boże, musi go odnaleźć! Nie będzie 
go  pewnie  w  stanie  stamtąd  wydostać,  ale  może  udzielić  pierwszej  pomocy  i 
wezwać Archiego. Zabierze ze sobą kanapki, Matt może ich potrzebować.

Podczołgała się bliżej drzewa i objęła jego pień, pokryty korą podobną do 

skóry  aligatora.  Stąd  na  pewno  widać  już  dno  kanionu.  Z  całych  sił  nie 
dopuszczała do siebie myśli, co będzie, jeśli drzewo nie utrzyma jej ciężaru. W 
końcu rośnie tu już od lat. Z pewnością wytrzyma jeszcze trochę i uchroni ją od 
upadku w dół.

Wstrzymała  oddech  i  wyjrzała  zza  kępy  suchej  trawy,  która  zasłaniała 

widok.

background image

ROZDZIAŁ 9

Adrienne spodziewała się ujrzeć samolot, leżący jak rozbita zabawka na 

dnie  kanionu.  Zamiast  tego  oczom  jej  ukazała  się  znajdująca  się  o  jakieś  trzy 
piętra  poniżej  krawędzi  skalna  półka,  na  której  tkwił  przechylony  na  bok 
samolot. Jedno skrzydło oderwało się od kadłuba i leżało obok. Ogon był nieco 
pokiereszowany, ale poza tym samolot wyglądał na nie uszkodzony.

Najwyraźniej maszyna przekoziołkowała, nim wylądowała na najszerszej 

części  występu,  nosem  w  stronę  kanionu.  Jeżeli  uda  się  wyciągnąć  samolot  z 
przepaści,  Matt  będzie  mógł  go  naprawić.  Adrienne  nie  mogła  uwierzyć  w 
szczęście Matta. Ale gdzież on się podziewa?

Zawołała jeszcze raz, bez skutku. Na skalnej półce, gdzie leżał samolot, 

nie  pozostawało  tyle  wolnego  miejsca,  żeby  Matt  mógł  się  ukryć  przed  jej 
wzrokiem.  Głos  niósł  się  echem  po  kanionie.  Żeby  jej  nie  usłyszeć,  musiałby 
być głuchy. Głuchy albo...

Adrienne  odsunęła  od  siebie  natrętną  myśl.  Spojrzała  na  zwisającą  linę. 

Będzie musiała się jakoś opuścić na dół. To jedyny sposób, by przekonać się, co 
stało się z Mattem.

Uniosła  się  ostrożnie,  podniosła  torebkę  z  kanapkami  i  schowała  ją  za 

pazuchę. Pewnie się pogniotą, ale zawsze lepsze to niż nic.

Koncentrując wszystkie myśli na osobie Matta, wstała i chwyciła za linę. 

Zawsze serdecznie nienawidziła wchodzenia po linie na zajęciach wychowania 
fizycznego.  Wtedy  lina  była  jednak  grubsza,  a  pod  nią  leżał  gruby,  miękki 
materac.  Teraz  Adrienne  starała  się  wmówić  sobie,  że  skalna  półka  też  jest 
wyłożona takim materacem.

Przypomniała  sobie  filmy,  na  których  widziała  ludzi  uprawiających 

wspinaczkę. Trzymali linę mocno napiętą i odchylali się do tyłu. Tak, ta metoda 
będzie najlepsza. Dzięki temu nie będzie musiała patrzyć w dół.

Pode  mną  leżą  grube,  puszyste,  miękkie materace,  powtarzała w  duchu, 

szukając obutą w miękki mokasyn nogą występu, na którym mogłaby się oprzeć. 
Serce  jej  łomotało.  Znalazła  pierwszy  występ,  potem  drugi.  Zaczęły  ją  boleć 
palce, a przecież posunęła się o kilka zaledwie centymetrów.

Jeszcze trochę. I jeszcze. Twarz Adrienne znalazła się już poniżej skraju 

kanionu.  Przed  oczami  miała  tylko  spękaną  skałę.  Strach  zostawiał  w  ustach 
metaliczny posmak.

Schodziła w dół, centymetr po centymetrze, trzymając linę ścierpniętymi 

z  wysiłku  palcami.  Bolały  ją  ramiona,  czuła,  jakby  ktoś  wyrywał  jej  ręce  ze 
stawów.

Przed  nosem przebiegła  jej duża  brązowa ropucha  i  Adrienne krzyknęła 

głośno,  bardziej  z  zaskoczenia  niż  ze  strachu.  Nagły  ruch  sprawił,  że  straciła 

background image

oparcie  i  uderzyła  o  skałę,  obcierając  sobie  policzek  do  krwi.  Dysząc  z 
przerażenia,  zaczęła  nerwowo  szukać  oparcia  dla  nogi.  Jeden  z  mokasynów  z 
głuchym  klapnięciem  wylądował  na  skalnej  półce,  przypominając  jej  o 
odległości, jaka dzieliła ją od bezpiecznego podłoża.

Pode mną leżą grube, puszyste, miękkie materace, powtórzyła znowu, ale 

teraz  nie  umiała  już  w  to  uwierzyć.  Poniżej  znajdowała  się  skalista  półka,  w 
dodatku  całkiem  wąska.  Gdyby  spadła,  wątpliwe,  czy  udałoby  jej  się  na  niej 
zatrzymać, mogłaby przecież łatwo stoczyć się w dół kanionu. A gdyby nawet 
udało  jej  się  zejść  cało  w  dół,  nigdy  w  życiu  nie  będzie  w  stanie  wdrapać się 
znowu na górę.  Matt może potrzebować pomocy, a  jej pomoc  niewiele będzie 
warta.

Dłonie  piekły  ją  od  szorstkiej  liny,  nogi  trzęsły  się  coraz  bardziej,  ale 

odległość  od  górnego  skraju  stawała  się  coraz  większa.  W  końcu  Adrienne 
odważyła się spojrzeć w dół i stwierdziła, że półka jest zaledwie trzy metry pod 
nią.  Wciąż  jednak nie  mogła  ryzykować, upadek  nawet  z  tej  wysokości  byłby 
bardzo niebezpieczny.

– Matt! – zawołała, zsuwając się w dół jak mogła najszybciej. – Matt! To 

ja!

Odpowiedzi  nie  było.  Adrienne  poczuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do 

gardła  ze  strachu.  Mogło  być  tylko  jedno  wytłumaczenie  milczenia  Matta.  O 
Boże! Przecież nie może go stracić. Byłoby to zbyt okrutne, teraz, kiedy zdała 
sobie  nareszcie  sprawę,  jak  bardzo  jest  jej  potrzebny.  Znajdzie  go  i  uratuje,  o 
ile... Ależ oczywiście, Matt na pewno żyje. Na pewno.

Bosą  stopą  dotknęła  ziemi.  Puściła  linę  i  z  rozmachem  usiadła  na 

kamieniach.  Przyglądała  się  obolałym,  zaczerwienionym  dłoniom,  czując,  że 
cała się trzęsie.

–  Udało  się  –  wyszeptała,  spoglądając  w  górę.  Zmęczenie  powoli 

ustępowało  uczuciu  tryumfu.  –  Udało  się!  –  zawołała  i  wstała  na  niepewnych 
nogach, szukając zgubionego buta.

Potem  odwróciła  się  w  stronę  samolotu.  W  kabinie  siedział  Matt,  ze 

słuchawkami  na  uszach,  i  najspokojniej  w  świecie  manipulował  przy  gałkach 
radia. Przebrał się wprawdzie w inną koszulę, ale był to z całą pewnością Matt 
Widziała dokładnie jego ciemne kręcone włosy i wyrazisty profil.

Żyje. Nic mu się nie stało. Nie słyszał jej, bo miał na uszach te cholerne 

słuchawki.

Oczywiście gdyby przyszło mu do głowy od czasu do czasu je zdjąć, na 

pewno  usłyszałby  jej  wołanie.  Nie  musiałaby  schodzić  po  linie.  Adrienne 
spojrzała na  swoje piekące,  krwawiące dłonie,  potem  na  samolot.  Ryzykowała 
życie bez żadnego powodu. Matt wcale jej nie potrzebował.

Podeszła do samolotu, otworzyła drzwi kabiny i pociągnęła go za rękaw. 

Kiedy ją zobaczył, podskoczył ze zdziwienia.

background image

– Skąd ty się tu do diabła wzięłaś? – zawołał. Adrienne wskazała dłonią 

na koniec liny. – Dlaczego?

– Bo się o ciebie bałam, ty durny głupku! Podeszłam do skraju i wołałam 

cię,  i  wołałam,  ale  ty  oczywiście  nie  odpowiadałeś,  bo  miałeś  na  głowie  to  –
Adrienne wskazała na słuchawki z obrzydzeniem. – Więc co miałam zrobić?

– No, właśnie – powiedział, wpatrując się w Adrienne. – Właśnie. A co

wystaje ci spod koszuli?

– Kanapki z masłem orzechowym! – krzyknęła, wyciągając je i ciskając 

mu w twarz. Matt złapał torebkę, jak gdyby była to piłka do rugby.

–  Panno  Burnham,  nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Boisz  się  wysokości  jak 

ognia i założę się, że nigdy w życiu nie schodziłaś ze skały po linie.

–  Dlatego  powinnam  była  wrócić  na  rowerze  Dorothy  do  domu  i  tam 

szukać pomocy.

– Przyjechałaś na rowerze? – Matt rzucił kanapki na sąsiednie siedzenie i 

wysiadł z kabiny.

–  Tak,  w  tym  mam  przynajmniej  jakie  takie  doświadczenie.  Ale 

schodzenie  po  tej  linie  to  była  najgłupsza  i  najbardziej  zbędna  rzecz,  jaką  w 
życiu zrobiłam. Obtarłam sobie ręce i...

– I policzek – stwierdził Matt, podnosząc jej twarz do góry.
– Pośliznęłam się i straciłam oparcie. To cud, że nie spadłam do kanionu, 

tak mało wiem o wspinaczce.

– A właściwie jak ty po tej linie schodziłaś?
– Trzymałam się i przesuwałam ręce w dół. A niby jak?
– Nie owinęłaś się nią w pasie?
– Nie. A powinnam?
–  O Boże, kobieto  –  jęknął Matt, obejmując ją  ramionami.  –  O, Boże  –

wymruczał, przytulając jej głowę do swojej piersi.

–  Następnym  razem  –  powiedziała  Adrienne  –  następnym  razem 

wolałabym,  żebyś  reagował  na  odgłosy  świata,  kiedy  jesteś  w  niebezpiecznej 
sytuacji.

–  Adrienne,  czy  ty  naprawdę  sądzisz,  że  będzie  jakiś  następny  raz?  –

spytał,  przytulając  policzek  do  jej  włosów.  –  Masz  zamiar  popaść  w  nałóg 
ratowania mnie z opresji?

– Oczywiście, że nie – powiedziała czując, że serce bije jej coraz szybciej. 

– Mam nadzieję, że nigdy więcej nie  będziesz potrzebował mojej pomocy. To 
się robi po prostu śmieszne.

–  Pewnie.  Ale  wiesz,  zastanawiam  się,  czemu  ryzykowałaś  życie  dla 

faceta, który nie jest dla ciebie odpowiedni.

–  Nigdy  nie  powinnam  była  tego  powiedzieć  –  wyznała  po  chwili 

wahania. Zastanawiała się, czy Matt jej wybaczy.

– Tak?

background image

– Ja... ja nie miałam prawa osądzać cię w ten sposób po wszystkim, co dla 

mnie zrobiłeś. A poza tym myślę, że się parę razy myliłam.

–  Może kilka tak – przyznał Matt, biorąc  głęboki oddech. Pochylił  się i 

pocałował  ją  w  policzek,  tuż  obok  skaleczonego  miejsca.  –  Ale  teraz  to 
nieważne. Przyszłaś, żeby mnie odnaleźć, szalona kobieto. – Odchylił jej głowę 
do tyłu, a jego usta musnęły delikatnie jej policzek.

– Nie mogłam cię tu zostawić samego.
– Dobrze to wiedzieć. – Delikatnie pocałował kącik jej ust.
– Bałam się, że... że ci się stało coś złego.
–  Nic  mi  się  złego  nie  stało  –  powiedział,  obwodząc  czubkiem  języka 

kontur jej ust – ale jeśli uda ci się na chwilę zamilknąć, może mi się przytrafić 
coś bardzo dobrego.

– Och, Matt – westchnęła. – Tak się cieszę, że żyjesz.
– Ja też – zapewnił i zamknął jej usta swoimi.
Wtuliła się w niego z czułą uległością, a kiedy ją całował, wiedziała, że 

wszystkie okropne rzeczy, które mu powiedziała, zostały wybaczone. Zaborcze 
ruchy jego  języka świadczyły o  tym, że  wciąż jej pragnie, tak jak poprzedniej 
nocy w stajni. Radośnie odpowiedziała na jego pieszczoty, mocniej przyciskając 
się  do  jego  smukłego,  silnego  ciała.  Dłonie  Matta  błądziły  po  jej  plecach, 
pieściły biodra i pośladki, potem prześlizgnęły się w górę, by dotknąć piersi.

– Naprawdę zmieniłaś o mnie zdanie? – spytał.
– Tak. – Wyraz jego orzechowych oczu zaparł jej dech w piersiach.
– Adrienne, może nam być razem tak dobrze.
– Teraz już wiem – odpowiedziała, patrząc mu w oczy.
– Pragnę ciebie. Teraz. Tutaj. – Matt potarł kciukiem koniuszek jej piersi. 

– Ale nic nie mamy. Ani zacisznej stajni, ani koca, ani siana, zupełnie nic.

– No i są węże – dodała Adrienne.
– Węże? – Matt znieruchomiał. – Nie pomyślałem o tym.
– Boisz się węży? – roześmiała się Adrienne.
– Powiedzmy, że nie zachwyca mnie pomysł zdjęcia z siebie ubrania, co 

jest niezbędne do tego, co mam na myśli, jeżeli miałbym się obawiać ukąszenia 
węża.

– Nie będziemy tu siedzieć wiecznie – stwierdziła Adrienne, tuląc się do 

niego.

– Masz rację. Powinniśmy wracać na górę. Radio nie działa. Zabierzemy 

z samolotu portfele i ruszymy do domu.

– Nie jestem pewna, czy mi się to uda, Matt Moje ręce...
– Wciągnę cię na górę. Wdrapię się pierwszy, a potem zrzucę ci pętlę z 

liny. – Wziął w dłonie jej rękę i przyjrzał się jej uważnie. – Nie mogę cię więcej 
narażać na takie przeżycia.

– Ale dużo się nauczyłam i jestem teraz odważniejsza.

background image

– Nie, wcale nie bardziej – oznajmił Matt z uśmiechem. – Zawsze byłaś 

odważna. Jesteś najodważniejszą kobietą, jaką znam.

– Matt, ja...
– Ciiicho. – Matt położył jej palec na ustach. – Słyszałaś?
Adrienne wytężyła słuch i złowiła słaby warkot silnika. Stawał się coraz 

głośniejszy, nagle umilkł. Drzwi otworzyły się i zatrzasnęły z hukiem. Spojrzała 
na Matta. Zmarszczył czoło.

– Hej, miejski chłopaczku!
–  No,  ładnie  –  powiedział  cicho  Matt.  –  Jef  i  Curtis  nas  tu  wytropili. 

Przytul się do ściany kanionu, może cię nie zauważą.

–  Jesteś  pewien,  że  tu  nie  zejdą?  –  spytała  szeptem,  otwierając  szeroko 

przerażone oczy.

– Curtis jest w stanie to zrobić, żeby ciebie dopaść – odparł Matt i dodał 

szybko: – Ale pewnie się nie zdobędzie, jest na to za tłusty i zbyt leniwy.

– Muszą być wściekli za to, że ich wysłałeś na drugi koniec płaskowyżu.
–  Na  pewno.  Myślałem,  że  zdążę  się  stąd  wydostać,  nim  się  w  tym 

połapią,  ale  rano  zaspałem.  –  Matt  puścił  do  niej  oko.  –  W  stajni  było  mi 
naprawdę wygodnie.

Adrienne uśmiechnęła się i zachichotała cicho.
– Hej, ty tam, w dole!
– Czego chcesz, Jef? – zawołał Matt, odsuwając się od Adrienne.
– Po pierwsze, lepszych wskazówek – odkrzyknął Jef.
– Przepraszam.
– No pewnie. Powiedz mi, co tu robi rower Dorothy? Adrienne wcisnęła 

się w ścianę kanionu.

–  Przywiozłem  go  ze  sobą  –  krzyknął  Matt  –  na  wszelki  wypadek.  Nie 

wiedziałem, czy uda mi się tu dojechać ciężarówką.

– Myślę, że kłamiesz. Myślę, że masz tam ze sobą tę dziewuszkę.
–  Chyba  sobie  żartujesz,  Jef.  Ją?  Masz  mnie  za  mięczaka,  ale  ciekaw 

jestem,  co  byś  powiedział,  gdybyś  ją  lepiej  poznał.  Ona  ma  lęk  wysokości. 
Nigdy w życiu nie zeszłaby po tej linie.

Adrienne wstrzymała oddech.
– Taak, chyba masz rację – przytaknął Jef. – Curtis myślał, że mogła tu za 

tobą  przyjechać,  ale  ja  mówiłem,  że  tego  nie  zrobi.  Miejskie  dziewuchy  nie 
nadają się do tych rzeczy.

– To prawda. – Matt uśmiechnął się krzywo do Adrienne. – Nie ma z nich 

wiele pożytku.

Adrienne popatrzyła na niego gniewnie, a uśmiech Matta stał się jeszcze 

szerszy.

–  Są  dobre  tylko  do  jednego  –  ryknął  Jef.  –  I  o  to  właśnie  chodzi 

Curtisowi. Gdzie ona jest?

background image

–  Zmyka  do  Tucson,  gdzie  jej  miejsce  –  odkrzyknął  Matt.  –  Jak  tylko 

kable wyschły, zadzwoniła do kogoś, żeby po nią przyjechał.

–  Aha.  No,  więc  jeśli  jesteś  tam  sam,  myślę,  że  możemy  cię  zostawić. 

Och, byłbym zapomniał.

Adrienne zobaczyła, jak wyraz twarzy Matta gwałtownie się zmienia.
– Ty sukinsynu! Zostaw linę w spokoju! – zawołał.
–  Może  następnym  razem  nie  będziesz  się  bawił  w  kotka  i  myszkę  z 

Jefem  i  Curtisem  –  zabrzmiała  odpowiedź  i  lina  upadła  u  stóp  Matta.  Byli  w 
pułapce.

Kiedy  dźwięk  silnika  umilkł  w  oddali,  Adrienne  zauważyła,  że  słońce 

niemal całkiem schowało się za krawędzią kanionu. Powoli podeszła do Matta, 
który wciąż wpatrywał się w leżącą u stóp linę.

– I co teraz? – spytała.
–  Źle  dobierasz  słowa  –  odparł,  spoglądając  na  nią.  –  Ostatnio  kiedy 

zadałaś to pytanie, zaczęło padać.

– To nam chyba teraz nie grozi – odrzekła Adrienne, patrząc na niebo –

ale o zmierzchu węże wypełzają z kryjówek.

– Może usiądziemy w samolocie.
– Czy to bezpieczne? On chyba może się znów zsunąć w dół.
– Wiesz, nawet się nad tym nie zastanawiałem – przyznał Matt, patrząc na 

nią z niepokojem. – Masz szczególny talent do przepowiadania nieszczęśliwych 
wypadków.

– Chcesz mi powiedzieć, że siedziałeś sobie w kabinie Bóg wie jak długo, 

bawiąc  się  radiem,  i  nawet  nie  przyszło  ci  na  myśl,  że  nagły  podmuch  wiatru 
może cię strącić z tej półki?

– Chyba tak właśnie było.
–  Nie  mam  ochoty  siedzieć  w  samolocie  –  powiedziała  Adrienne, 

przyglądając mu się podejrzliwie.

– A ja nie chcę spędzić nocy w towarzystwie węży.
– Nocy? Nie będziemy tu aż tak długo. Archie przyjedzie po nas, jeśli nie 

pokażemy się w domu przed zapadnięciem zmroku.

– A niby jak się tu dostanie? – spytał Matt. – Mamy jego ciężarówkę. I 

rower jego żony. Chyba że dostał osła i...

–  Nie  –  zaprzeczyła  Adrienne  ruchem  głowy.  –  Powiedział  mi, że  osioł 

nie jest przyuczony do jazdy.

– To może pójdziemy do samolotu?
– Nie – odmówiła Adrienne, przyjrzawszy się uważnie pozycji samolotu. 

Podwozie  znajdowało  się  zdecydowanie  zbyt  blisko  skraju  urwiska.  –  I 
wolałabym, żebyś ty też tam nie siedział.

– Dobrze – zgodził się Matt wzdychając. – Jesteś głodna?
– Tak. Nie miałam nic w ustach od czasu przyjęcia u Beverly.

background image

– Na szczęście mamy kanapki i butelkę wody, którą zabrałem ze sobą na 

żądanie  Archiego.  Wezmę  je  z  samolotu  i  możemy  usiąść  tutaj,  plecami  do 
skały. Będziemy widzieć, skąd nadpełzają węże.

–  Jest  prawie  jesień,  może  już  wszystkie  śpią  –  powiedziała  Adrienne, 

wzruszona, że Matt zgodził się siedzieć z nią tutaj, zamiast w samolocie, gdzie 
czuł się bezpieczniej.

– Miejmy nadzieję – rzucił w jej stronę, wracając z wodą i kanapkami.
Znaleźli gładki kawałek skały i oparli się o wciąż ciepłe kamienie.
–  Proszę.  –  Podał  jej  pajdę  chleba  z  masłem  orzechowym.  –  Prosto  z 

magla.

–  Nie  obrażaj  kanapek,  dla  których  przyniesienia  ryzykowałam  życie  –

powiedziała i ugryzła kanapkę. Smakowała wyśmienicie.

– Nie przypominaj mi o tym – uśmiechnął się Matt. – Prawdę mówiąc, w 

tym miejscu te kanapki to szczere złoto.

– Złoto! – Adrienne spojrzała na niego. – O mały włos zapomniałabym o 

złocie Archiego!

– Słucham?
–  Pamiętasz,  Curtis  i  Jef  oskarżali  nas,  że  szukamy  złota  Archiego.  To 

złoto  istnieje,  ale  je  Dorothy  schowała,  kiedy  się  pokłócili.  I  umarła,  nim 
zdążyła mu zdradzić, gdzie ono jest.

– Żartujesz.
– Wcale nie. Archie mi to powiedział.
– Jesteś pewna, że nie był pijany?
– Wyglądał na całkiem trzeźwego. Poza tym obiecał, że jeżeli pomożemy 

mu je znaleźć, da nam połowę.

– Teraz już całkiem nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego?
– Bo on... – Zauważyła, że coś pełznie za plecami Matta. – Nie ruszaj się 

– ostrzegła. – Po prostu się nie ruszaj.

– To wąż, prawda? Wiem, że to wąż – wyjąkał Matt zduszonym głosem.
– Tak, ale myślę, że sobie pójdzie, jeśli nie będziemy się ruszać.
– Czy jest blisko?
– Jakieś dwa metry od ciebie. Nie, nie odwracaj się.
– Proszę, powiedz mi, że to jest zwykły zaskroniec – błagał Matt, którego 

czoło pokrył kroplisty pot. Adrienne przyjrzała się wężowi. Był długi na półtora 
metra, a jego ogon zakończony był kilkoma paskami i grzechotką.

– Nie, to nie jest zaskroniec.
– Takie już moje zezowate szczęście. Czy on na mnie patrzy?
– Nie. Ale wysuwa język, to znaczy, że czuje ciepło twojego ciała.
– Cudownie. Jak możesz być taka spokojna? Jedno ukąszenie i możemy 

tu umrzeć, bez żadnej pomocy.

–  Nie  zaatakuje,  jeśli  będziemy  ostrożni.  Idzie  dalej.  Nie  rób  żadnych 

background image

gwałtownych ruchów, żeby nie poczuł się zagrożony.

– Świetnie. A co ze mną? To ja czuję się zagrożony.
– No, już – odetchnęła Adrienne. – Teraz możesz się odwrócić. Jest tam, 

obok samolotu.

–  Przecież  to  potwór!  –  wykrzyknął  Matt  na  widok  węża.  –  Co  to  za 

jeden?

– Grzechotnik. Założę się, że nigdy w życiu nie spotkałeś grzechotnika na 

wolności.

– A ty za to widywałaś je na pęczki, co?
– Kiedy się jeździ konno, spotyka się węże. Oczywiście, nie zawsze są to 

grzechotniki. Widzisz? Poszedł sobie – powiedziała, gdy wąż zsunął się w dół 
zbocza poniżej samolotu.

– Jesteś pewna, że nie wolałabyś usiąść w środku? – spytał Matt.
– Chyba wolę zostać tutaj. A teraz powiedz mi szczerze, czy to  było aż 

tak straszne?

– Tak.
– Nigdy nie przypuszczałam, że dożyję dnia, kiedy woja pewność siebie 

zniknie. – Adrienne uśmiechnęła się do Matta.

–  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  dożyję  dnia,  kiedy  rozluźnisz  się  i 

uspokoisz  na  tyle,  żeby  pozwolić  mi  kochać  się  z  sobą  –  odparował  Matt, 
wpatrując się w nią uważnie. Adrienne spojrzała mu w oczy i już nie mogła od 
nich oderwać wzroku.

– To niemożliwe – oświadczył, podnosząc się na kolana i pociągnął ją za 

sobą.  –  Być  może  będziemy  zmuszeni  spędzić  tu  całą  noc,  a  ja  skłamałbym, 
gdybym  powiedział,  że  uda  mi  się  doczekać  poranka  nie  biorąc  ciebie  w 
ramiona.  Chcę  wycałować  z  ciebie  całą  słodycz.  Nie  dotrwam  do  rana,  nie 
kochając się z tobą.

– A węże? – wyszeptała Adrienne.
– Do diabła z wężami – odparł, uśmiechając się krzywo. Objął dłońmi jej 

pośladki i przycisnął ją do swych bioder. – Cała naprzód.

background image

ROZDZIAŁ 10

Pokusa pocałunków o smaku masła z orzeszków ziemnych Odegnała od 

Matta  wszystkie  myśli  o  wężach.  Zamknął  oczy  i  poddał  się  dotykowi  jej 
delikatnych ust, które rozchyliły się leciutko, ramion, które go oplotły, jej ciała, 
wtapiającego się w jego ciało. Jej uległość podniecała go, ale to, co czuł, było o 
wiele  silniejsze  niż  samo  tylko  pożądanie.  Jest  dla  niej  tak  ważny,  że 
ryzykowała życie, żeby ocalić go przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem.

Jego  palce  drżały,  gdy  próbował  rozpiąć  guziczki  jej  bluzki.  Szczupła 

dłoń Adrienne nakryła jego niezdarną rękę.

– Pozwól – wyszeptała z ustami przy jego ustach. Odchyliła się i, patrząc 

mu głęboko w oczy, rozpięła guziki. Zdjęła bluzkę, potem koszulkę i rzuciła je 
na ziemię.

Niemal  przestał  oddychać.  Wtedy,  w  stajni,  był  zbyt  przejęty,  żeby 

dokładnie jej się przyjrzeć. Dotyk wiele mu powiedział, ale teraz na widok jej 
dumnych,  jędrnych  piersi  przysiągł  sobie,  że  nigdy  więcej  nie  będzie  się  tak 
śpieszył. Jej wzrok zapraszał go do pieszczoty, ale Matt powstrzymał się jeszcze 
przez chwilę.

– Jesteś przepiękna – wyznał.
Sięgnęła po jego dłonie i oparła je na swoich piersiach.
– Chcę, żebyś się ze mną kochał – wymruczała cicho.
– Wiem. To jest właśnie najwspanialsze. Spojrzała mu w oczy i rozchyliła 

usta.  Matt  czekał,  zastanawiając  się,  czy  Adrienne  odważy  się  powiedzieć  na 
głos to, co czyta w jej oczach. Zamiast tego zamknęła tylko powieki i odchyliła 
głowę do tyłu, a Matt delikatnie objął dłońmi jej piersi i potarł sutki kciukiem. 
Powoli stwardniały, jak mocno zamknięte pączki kwiatu pożądania.

Pochylił  się,  by  posmakować  jej  skóry,  najpierw  delikatnie  badając 

językiem. Oddech  Adrienne stał  się  szybszy.  Wtedy Matt  powoli  objął  ustami 
szczyt  piersi  i  jęknął,  rozkoszując  się  słodyczą  ciepłej,  pachnącej  skóry. 
Adrienne  wplątała  palce  w  jego  włosy  i  przyciągnęła  go  bliżej  siebie.  Matt 
pieścił zachłannie piersi czując, jak bicie serca przyśpiesza nagle pod naciskiem 
jego dłoni.

Podtrzymał ją ramieniem, a Adrienne wygięła się w łuk, gestem poddania, 

który  wzbudził  pożar  w  jego  sercu.  Żarłocznie  pieścił  jej  piersi,  ssąc  je  i 
pocierając,  aż  stały  się  różowe  i  gorące.  Podniecał  ją  do  utraty  tchu,  a  jego 
własne pożądanie rosło mocniej i gwałtowniej, niż kiedykolwiek przedtem.

– Proszę – wyszeptała.
Sięgnął ręką do metalowego guzika przy jej dżinsach. Potem zawahał się. 

Nie, nie tutaj, nie na ziemi. Lepiej będzie, jeśli staną przy ścianie kanionu. Czuł, 
że zaraz oszaleje, wyobrażając sobie, jak w nią wchodzi, kryje się w jej miękkim 

background image

ciele, raduje się jej miłością, która popychała ich do tego szalonego zespolenia.

–  Tam  –  powiedział  Matt,  unosząc  ją  za  łokcie  i  z  trudem  stając  na 

drżących nogach. – Tam – powtórzył, kierując ją w stronę skały. W półmroku 
znalazł  miejsce,  o  jakie  mu  chodziło:  nagrzany  słońcem,  gładki  fragment 
ciemnobrązowej  skały,  która  na  pewno  nie  zrani  delikatnej  skóry  Adrienne. 
Całując  jej  usta,  oczy,  szyję,  poprowadził  ją  w  upatrzone  miejsce.  Drugą  ręką 
rozpiął jej spodnie i rozsunął suwak.

Dłoń,  którą  wsunął  pod  jej  majteczki,  napotkała  słodką  wilgoć,  dowód 

tego, jak bardzo Adrienne go pragnie. Pocałował ją mocno, głęboko, wzmagając 
jej pożądanie rytmiczną pieszczotą. Matt i Adrienne zdawali się stanowić jedno 
z odgłosami nocy – świerszcze cykały w rytmie jego pieszczoty, szelest skrzydeł 
nietoperzy był jak echo jej westchnień, ryk osła... Matt znieruchomiał i podniósł 
głowę, żeby lepiej słyszeć. Ryk osła?

– Co to za hałas? – spytała Adrienne.
–  Nic  ważnego  –  szepnął  Matt,  pewny,  że  się  przesłyszał.  Nie  mógł 

czekać  ani  chwili  dłużej,  tak  bardzo  pragnął  doznać  rozkoszy.  –  Adrienne, 
potrzebuję  cię.  Jesteśmy  sobie  nawzajem  potrzebni.  –  Matt  rozpiął  guzik  u 
swoich spodni. Dziwny odgłos rozległ się ponownie.

– Matt, to był ryk jakiegoś zwierzęcia. Brzmi jak głos osła.
– To musi być złudzenie – powiedział Matt, szamocząc się rozpaczliwie z 

rozporkiem. – Adrienne...

– Matt, ktoś tam śpiewa.
Matt zdobył się na nieludzki wysiłek i wsłuchał się w noc. Ciszę zakłócił 

czyjś śpiew i ryk osła. Wzdychając poddał się i oparł czoło o głowę Adrienne.

– Tę melodię już gdzieś słyszałem.
– W nieco odmiennych warunkach.
– Można to i tak ująć.
– Przyjechał, żeby nas zabrać do domu, Matt – powiedziała Adrienne. Po 

chwili roześmiała się.

– Ma dobre serce, ale kiepskie wyczucie – westchnął Matt, któremu wcale 

nie było do śmiechu.

Dorothy Trzecia protestowała głośno, a jej ryk brzmiał tak, jakby ktoś lał 

wodę za pomocą zardzewiałej pompy.

– Może... może lepiej się ubierzmy – zaproponowała Adrienne łagodnie, 

wyjmując  jego  rękę  ze  swoich  majteczek. Matt  odwrócił się  do  skały i  ciężko 
westchnął. Archie właśnie zatrzasnął mu przed nosem drzwi do raju. Ryk osła 
rozległ się znowu.

– Dobrze. – Matt niechętnie pochylił się i podniósł jej koszulkę. – Masz 

ten swój jedwabny frymuśny fatałaszek.

– Wiesz, w końcu nie opowiedziałam ci do końca tej historii ze złotem –

przypomniała Adrienne ubierając się.

background image

–  Kogo  obchodzą  nudziarskie  historie  o  złocie,  skoro  jest  tyle  znacznie 

przyjemniejszych i ciekawszych rzeczy do roboty? Poza tym wcale nie wierzę, 
że to złoto w ogóle istnieje.

–  A  ja  wierzę  –  odparła  Adrienne.  –  Archie  pokazał  mi,  co  napisała 

Dorothy, żeby dać mu wskazówkę, gdzie szukać kryjówki.

– Naprawdę?
– Tak. Brzmi to tak:
Łabędziątko jest brzydkie w oczach wszystkich, prócz matki. Ona jedna 

widzi w nim to, co najpiękniejsze: wierne serce i miłość do ludzi.

– Łabędziątko? Tu w pobliżu nie ma nawet kurcząt, a co dopiero łabędzi.
– Nie wiem, co to znaczy, ale Archie chce tę zagadkę rozwiązać, i to nie 

tylko po to, żeby znaleźć złoto.

– Bo nie chce, żeby Dorothy miała ostatnie słowo?
– Pewnie chodzi mu również o to, ale zagadka to coś w rodzaju przesłania 

zza grobu. Archie chce wiedzieć, co chciała mu przekazać Dorothy.

– Teraz mnie naprawdę zaintrygowałaś.
– To dobrze, może po drodze do domu będziemy mogli...
– Hej sokole, co tam robisz w dole! – zawołał Archie, oświetlając lampą 

naftową  skraj  kanionu.  –  Właśnie  udało  mi  się  ułożyć  wierszyk.  Sokole,  co 
robisz w tym dole. Niezłe, nie?

– No, świetnie, znów jest pijany – powiedział Matt cicho. – Hej, Archie –

zawołał. – Nie podchodź zbyt blisko krawędzi!

–  To  ty,  Matt?  –  Nad  skrajem  przepaści  zamajaczyła  głowa  Archiego, 

podświetlona blaskiem lampy.

– To ja. I Adrienne. A teraz odsuń się stamtąd, zanim do nas tu dołączysz.
–  Spokojnie,  nie  spadnę  –  krzyknął  Archie,  a  osioł  znów  rozpaczliwie 

zaryczał. – Zaniknij się, Dorothy – zażądał stanowczo Archie. – Słyszałeś, Matt? 
Zupełnie jak moja przemądrzała żona, zawsze ma coś do powiedzenia. Zrzuciła 
mnie  trzy  razy.  Na  szczęście  łyknąłem  sobie  trochę  whisky  i  nie  bolało  za 
bardzo. Matt, robi się strasznie ciemno. Może byście stamtąd wyleźli?

– Jef i Curtis odcięli linę. Jesteśmy bez wyjścia.
– A to skunksy. Chcecie, spuszczę wam na linie butelkę, na pewno przyda 

wam się łyk czegoś mocniejszego.

– A masz linę?
– Pewnie. Obwiążę nią szyjkę i...
– Nie potrzebujemy butelki, tylko liny. Możesz ją przywiązać do drzewa i 

rzucić nam koniec?

– Jasne.
– A co będzie, jeśli ją źle przywiąże? Przecież jest na rauszu – spytała po 

cichu Adrienne.

– Musimy zaryzykować. Archie też jest w niebezpieczeństwie. To cud, że 

background image

w ogóle tu dotarł na tym nie ujeżdżonym ośle, ale nie sądzę, żeby udało mu się 
wrócić do domu cało i zdrowo.

– Pewnie masz rację – westchnęła zrezygnowana Adrienne.
– Ja pójdę pierwszy. – Matt podszedł do samolotu. – Potem wciągniemy 

cię na górę. Możesz przy okazji zabrać mój portfel.

– Matt, nie podoba mi się to. Martwię się o Archiego, ale ponad wszystko 

boję się o ciebie.

–  Nic  mi  się  nie  stanie  –  zapewnił  Matt,  przyciągając  ją  do  siebie  i 

całując.  –  Zostało  mi  parę  ważnych  rzeczy  do  zrobienia  na  tym  świecie,  a 
najważniejsza  z  nich  to  wreszcie,  bez  żadnych  przeszkód,  kochać  się  z  tobą 
przez całą cudowną noc.

– Rzucam linę! – zawołał Archie.
– Dobrze ją przywiązałeś? – spytał Matt, pociągając za wolny koniec.
– Jasne – brzmiała odpowiedź. Matt obwiązał się liną w pasie.
–  To  właśnie  miałaś  zrobić,  zanim  zaczęłaś  schodzić.  Wciąż  nie  mogę 

uwierzyć, że zeszłaś na dół bez żadnej asekuracji.

– To było bardzo głupie.
– Bardzo odważne. Kiedy dotrę na górę, zwiążę na tym końcu dwie pętle. 

Włożysz w nie nogi i wyciągniemy cię na górę.

– To mi się wcale nie podoba, Matt – powtórzyła Adrienne, spoglądając w 

górę, gdzie Archie przycupnął obok drzewa.

–  Mówiłem  ci  już,  mam  niezwykle  silną  motywację,  żeby  przeżyć  –

powiedział Matt, jeszcze raz pociągając za linę. – A teraz się odsuń.

– Dlaczego mam się odsunąć, skoro nie zamierzasz spadać?
– Zadajesz za dużo pytań, panno Burnham – zauważył, patrząc na nią z 

ukosa. – A teraz odejdź na bok, dobrze?

Adrienne odeszła kilka kroków czując, że serce wali jej w piersiach. Matt 

nie  był  pewien,  czy  lina  go  utrzyma,  ale  pomimo  to  postanowił  się  po  niej 
wspinać.

Wstrzymała oddech i przyglądała się, jak Matt chwyta mocno linę i opiera 

nogę na skale. Potem odepchnął się od ziemi i zaczął wspinać w górę, krok po 
kroku, aż stał się ciemną, niknącą sylwetką. Adrienne niemal przestała oddychać 
patrząc, jak Matt pnie się do góry.

Kocham  go,  pomyślała,  wytężając  wzrok.  Kocham  tego  mężczyznę. 

Proszę,  niech  będzie  bezpieczny.  Kiedy  ujrzała,  że  Matt  chwyta  za  korzeń 
drzewa, podciągając się na skraj przepaści, poczuła, że po policzkach spływają 
jej łzy ulgi.

– Adrienne! – zawołał, odwracając się w stronę kanionu. – Jesteś gotowa?
– Pewnie, że tak – odparła, czując, że wzruszenie dławi ją w gardle. – Na 

wszystko.

Usłyszała jego ciepły, głęboki śmiech, który rozległ się echem po całym 

background image

kanionie. Tak bardzo go kocha.

Podróż  w  górę  była  znacznie  łatwiejsza  niż  zejście  w  dół.  Mimo  to 

Adrienne czuła ściskanie w żołądku na samą myśl o tym, że wisi w powietrzu. 
Matt przywiązał linę do osi ciężarówki i kazał Archiemu powoli oddalać się od 
krawędzi,  ale  sam  stanął  na  skraju  i  uważnie  obserwował  linę,  w  razie  gdyby 
Archiemu przypadkiem pomyliły się pedały. Kiedy Adrienne dotarła w końcu na 
górę, Matt chwycił ją w ramiona i bardzo mocno przytulił.

– Zdawało mi się, że mówiłeś, że się nie boisz? – wymruczała, przytulając 

policzek do jego piersi, żeby słyszeć mocne uderzenia serca.

– Myślisz, że bym się przyznał? – spytał, całując jej włosy.
– A więc bałeś się.
– Okropnie.
– Teraz mi to dopiero mówisz.
– Teraz powiem ci wiele, wiele różnych rzeczy, Adrienne...
–  Nieźle  poszło  –  przyznał  Archie,  podchodząc  ku  nim  na  niepewnych 

nogach i spluwając z rozmachem. – Chcecie łyka?

–  Nie,  dzięki –  powiedział  Matt.  –  Lepiej...  –  nagle  przerwał. –  Archie, 

czy zaciągnąłeś hamulec ręczny?

– Dlaczego?
– Ciężarówka stacza się w stronę kanionu! – zawołał Matt, pędząc ku niej 

co sił w nogach.

Adrienne stała jak sparaliżowana. Z rozpaczliwą jasnością zrozumiała, co 

się  stanie,  jeżeli  Matt  nie  zdąży  zatrzymać  pojazdu.  Ciężarówka  spadnie  do 
przepaści, a ona, Adrienne, wciąż przywiązana liną do jej osi, też poleci w dół. 
Ciężarówka toczyła się powoli. Adrienne czekała w napięciu. Matt wskoczył do 
szoferki. Samochód przejechał jeszcze kilka metrów i zatrzymał się gwałtownie, 
kołysząc się na boki. Matt wysiadł i podszedł do niej powoli, jak w transie.

– Dzięki. Gdyby ci się nie udało, Ściągnęłaby mnie do przepaści.
– Może zdjęłabyś już tę linę – powiedział Matt, blady jak ściana.
– Dobry pomysł. – Adrienne zaczęła rozsupływać węzeł.
– Było groźnie – przyznał Archie, tak samo roztrzęsiony jak i oni oboje. –

Bardzo przepraszam.

– Lepiej jedźmy już wreszcie do domu – uciął Matt, przeczesując dłonią 

włosy. – Przywiążemy Dorothy do zderzaka i wrzucimy rower na tył ciężarówki 
– powiedział i, spoglądając na Archiego, dodał: – Ja poprowadzę.

– Jasne. – Archie przytaknął.
–  Naprawdę  mi  przykro,  że  zapomniałem  o  tym  hamulcu  –  powiedział, 

kiedy wyruszyli nareszcie w drogę do domu.  – Nie mógłbym  spojrzeć w oczy 
Dorothy, gdybyś...

–  Ale  jesteśmy  wszyscy  cali  i  zdrowi  –  przerwał  mu  Matt.  Z  tyłu  osioł 

zaryczał głośno. – Nawet Dorothy Trzecia.

background image

Adrienne  położyła dłoń  na  kolanie  Matta.  Musiała  go  dotknąć,  upewnić 

się, że jest obok niej. Sięgnął ręką i poprowadził jej dłoń na wysokość swojego 
biodra. Zaczerwieniła się, ale nie cofnęła ręki.

– Co to za zagadka o łabędziach, Archie? – spytał Matt.
–  Pojęcia  nie  mam,  o  co  chodzi.  Nie  ma  tu  żadnych  łabędzi.  Tu  jest 

pustkowie.

– Obrazki, zdjęcia łabędzi? – zasugerowała Adrienne.
–  Nie  ma,  nawet  w  książkach.  Patrzyłem.  –  Archie  potrząsnął  głową.  –

Zresztą żeby schować złoto w książkach, musiałaby wyciąć wszystkie kartki z 
któregoś z tych grubych tomów. Nie zrobiłaby tego. Dorothy kochała książki.

– To musi być masa złota! – Matt zagwizdał z podziwem.
– Daję wam połowę. To znaczy, jeśli uda wam się je znaleźć.
–  Nie  moglibyśmy  tego  przyjąć  –  odparł  Matt,  potrząsając  głową.  –

Ciężko pracowałeś, żeby je zdobyć.

–  To  nie  ma  znaczenia  –  powiedział  Archie.  –  Nie  potrzebuję  złota, 

chociaż  muszę  go  trochę  zatrzymać,  na  wypadek  gdybym  zachorował.  –
Popatrzył  przez  okno.  –  Oddałbym  je  całe,  gdyby  mogło  uratować  życie 
Dorothy.  Ale  ona  po  prostu  umarła,  nagle,  bez  ostrzeżenia.  Nie  było  czasu. 
Nawet złoto nic by tu nie pomogło.

– Miała chore serce – przypomniała Adrienne.
–  Zawsze to  mówiła. Nie chciała nawet poddać się operacji. W każdym 

razie chcę, żebyście wzięli sobie to diabelne złoto – dodał. – Dorothy by sobie 
tego życzyła.

– Zobaczymy – orzekł Matt, ściskając dłoń Adrienne. – Na razie jeszcze 

go nie znaleźliśmy.

– Myślę, że zagadka może mieć coś wspólnego z książkami – powiedziała 

Adrienne.  –  Kojarzy  mi  się  z  bajką  Andersena.  Czy  Dorothy  miała  książkę  z 
bajkami?

–  Możliwe –  przyznał  Archie  –  ale  przeszukałem  całą  biblioteczkę.  Nie 

ma tam złota.

–  A  może  to  taka  gra?  Może  w  książkach  jest  wskazówka, którą  trzeba 

znaleźć, żeby wiedzieć, gdzie jest kryjówka?

– To by było nawet podobne do mojej przemądrzałej żony – powiedział 

Archie. – Nigdy mi nie ułatwiała życia.

–  Jak  tylko  wrócimy,  poszukam  książki  z  bajkami  –  zdecydowała 

Adrienne. – Znajdziemy to złoto, ani się obejrzysz.

–  Miejmy  nadzieję  –  powiedział  cicho  Matt,  przyciskając  jej  dłoń  do 

swojego biodra. Adrienne w duchu przyznała mu rację. Poszukiwanie złota było 
niewątpliwie  bardzo  ekscytujące,  ale  nie  mniej  ciekawa  była  perspektywa 
spędzenia tej nocy razem.

Po  powrocie  do  domu  Archie  zajął  się  Dorothy  Trzecią,  zapędził  ją  do 

background image

stajni i dał jej owsa.

–  Chodź,  pomożesz  mi  znaleźć  książkę  z  bajkami  –  powiedziała 

Adrienne,  biorąc  Matta  za  rękę  i  prowadząc  go  do  środka.  Dziś  wieczorem 
lampy rozświetlały wnętrze, zmieniając dom w przytulne schronienie.

– Nie chciałbym spędzić całej nocy na poszukiwaniu czegoś, co być może 

nie  istnieje  –  stwierdził  Matt.  –  Wolałbym  raczej  pożyczyć  ciężarówkę  i 
poszukać miejsca, w którym moglibyśmy przenocować.

– Powiedzmy, że poszukamy przez jakąś godzinkę.
–  To bardzo długo  –  odparł Matt, uśmiechając się do niej.  – Możesz aż 

tyle czekać?

– Spójrz na to z innej strony: jeśli znajdziemy złoto, będziesz miał za co 

wyciągnąć samolot z przepaści i go naprawić.

– A ty? Archie zamierzał dać złoto nam, a nie tylko mnie.
–  To  w  pewnym  sensie  również  moja  wina,  że  samolot  jest  teraz  tam, 

gdzie jest.

– Gdybym miał ubezpieczenie, nie potrzebowałbym złota.
– Mimo wszystko jeżeli je znajdziemy, zrzekam się swojej części na rzecz 

kosztów  naprawy  samolotu.  Tyle  przynajmniej  mogę  zrobić  –  oświadczyła 
Adrienne, zastanawiając się, co sprawiło, że Matt porzucił swoją beztroską pozę.

–  Zobaczymy  –  orzekł  Matt.  –  Ja  zacznę  z  tego  końca,  a  ty  zajmij  się 

drugą stroną.

–  Dobrze.  –  Adrienne  przesunęła  palcem  po  grzbietach  książek.  Były 

ustawione  zgodnie  z  tematyką.  Po  swojej  stronie  znalazła  głównie  książki 
historyczne, przyrodnicze i kucharskie.

– To może być to – powiedział Matt, podając jej otwartą książkę, w której 

tkwiła nagryzmolona na karteczce notatka.

– Brzydkie kaczątko – przeczytała Adrienne, spoglądając na okładkę. – No 

pewnie, jest tu też nowa zagadka. Posłuchaj – powiedziała, biorąc karteczkę do 
ręki:  –  Wymowny  posłaniec  i  zdolny  mim,  miłość  aż  po  kraniec,  na  czas 
zdążysz z nim.

– Może chodzi o inną książkę? Książki są posłańcami.
– Tak, ale nie sądzę, żeby Dorothy aż tak się powtarzała.
– Zaczynasz ją całkiem nieźle poznawać, prawda? – uśmiechnął się Matt.
–  Archie  mówił,  że  jestem  do  niej  bardzo  podobna  –  przyznała.  –  Tak 

naprawdę jedną z przyczyn, dla których chce się z nami podzielić złotem jest to, 
że stosunki między nami dwojgiem układają się bardzo podobnie do jego życia z 
Dorothy.  W  pewien  sposób  dzięki  nam  przeżywa  na  nowo  swoją  miłość  do 
Dorothy.

– No, mój detektywie,  może rozwiążemy tę  zagadkę do końca. Jeśli nie 

książka jest posłańcem, to co?

– Posłaniec coś nam mówi. A mim daje wskazówki... – Powoli rozejrzała 

background image

się po pokoju. – Na czas zdążysz z nim... Zaraz, zaraz! Chodzi o ten szkaradny 
zegar! Założę się, że tak.

– Dlaczego akurat zegar?
– Bo jest zawsze na czas. Poza tym ten zegar to prezent ślubny Archiego 

dla Dorothy, wymowny posłaniec jego miłości. Powiedział mi, że nie cierpiała 
tego zegara, ale nigdy nie chciała go zdjąć ze ściany. To symbol ich wzajemnej 
miłości. Wszystko się zgadza! – wykrzyknęła Adrienne tryumfalnie. – Pierwsza 
zagadka  mówiła  o  docenianiu  brzydkiego  kaczątka,  którym  na  pewno  jest 
Archie.  Druga  mówi  o  tym,  że  pomimo  całej  swej  brzydoty  ten  zegar  wyraża 
jego miłość do niej, – Rzeczywiście jest szpetny – przyznał Matt.

– Teraz rozumiesz? Dorothy nauczyła się go coraz bardziej kochać i nie 

przeszkadzało  jej,  że  prezent  jest  brzydki,  bo  w  oczach  Archiego był  piękny  i 
dlatego go dla niej kupił. Tymi zagadkami starała się mu powiedzieć, jak bardzo 
go kocha, i że wie, jak silne jest jego uczucie.

– Jeżeli twoje rozumowanie jest słuszne, w zegarze powinna być jeszcze 

jedna karteczka.

–  Daj  krzesło  –  rozkazała  Adrienne.  –  Sprawdzimy.  Matt  przyniósł  z 

kuchni krzesło i właśnie wyciągał rękę w stronę zegara, kiedy do domu wszedł 
Archie.

– Złaź! – zawołał gniewnie. – Co tam majstrujesz przy zegarze Dorothy?! 

Nikt oprócz mnie go nie dotyka.

– Znaleźliśmy następną wskazówkę – powiedział Matt, z trudem ratując 

się przed upadkiem. – Adrienne uważa, że trop prowadzi do zegara.

– Akurat. Dorothy nienawidziła tego szkaradzieństwa.
–  To  nieprawda  –  zaprzeczyła  Adrienne,  podchodząc  do  Archiego  i 

kładąc mu dłoń na ramieniu. – Posłuchaj tej nowej zagadki.

– I tak nic z tego nie rozumiem – odrzekł po chwili. – Dorothy wszystko 

komplikowała, żebym już się w niczym nie mógł połapać.

– Była bardzo wykształcona – przyznała Adrienne. – No i lubiła się z tobą 

drażnić, prawda?

– Jasne, że tak! Przemądrzała baba.
– Ale ona kochała wszystko to, o co się z tobą kłóciła. Kochała ten zegar. 

Nazywa go posłańcem twojej miłości.

– Skąd wyciągnęliście tę kartkę? – spytał Archie.
– Była w książce z bajkami, w Brzydkim kaczątku.
– No pewnie! Widziałem ją, ale myślałem, że to znowu jakiś przepisany 

wiersz.

– Dorothy napisała ją dla ciebie, Archie.
Archie  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  kartkę  papieru,  potem  odwrócił 

głowę i otarł oczy rękawem. Wreszcie wszedł na krzesło, zdjął zegar ze ściany i 
przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.

background image

– Myślisz, że ona go lubiła? – spytał z niedowierzaniem.
– Jestem tego pewna.
– Nie do wiary – powiedział. – Nie do wiary.
– Obejrzyj go dokładnie – zachęciła Adrienne.
– Nic tam nie ma – stwierdził Archie, odwracając zegar w rękach.
– Jesteś pewny? – Adrienne poczuła, że nadzieja ją opuszcza.
–  Tak.  Zaraz,  zaraz...  Tu  wystaje  rożek  jakiejś  kartki.  Tyle  razy 

nastawiałem  ten  diabelny  zegar,  a  nigdy  tego  nie  zauważyłem.  –  Archie 
wyciągnął  kartkę,  rozłożył  ją  i  przeczytał  po  cichu.  Potem  ostrożnie  odwiesił 
zegar na miejsce i zszedł z krzesła.

– No i? – spytał Matt.
– Teraz już wiem – powiedział Archie przytłumionym głosem. – Miałaś 

rację  –  dodał,  zwracając  się  do  Adrienne.  –  Teraz  wiem  już,  gdzie  Dorothy 
schowała to złoto.

background image

ROZDZIAŁ 11

Archie podał Adrienne kartkę wyjętą z zegara i wyszedł bez słowa.
–  Co  tam  jest  napisane?  –  spytał  Matt.  Adrienne  przeczytała  głośno 

zagadkę:

Imieniem niektórych  kobiet  nazywają  statki, innych  dzieci  niosą  chwałę 

przez wieki. Z osła śmieją się, że to hołd zbyt mały, ale od ciebie, moja miłości, 
był to największy dar świata.

Matt i Adrienne popatrzyli na siebie i bez słowa pobiegli do stajni. Drzwi 

były  otwarte,  a  ze  środka  dobiegały  rozpaczliwe  protesty  Dorothy  Trzeciej. 
Archie wrzeszczał na nią, żądając, żeby zamknęła się raz na zawsze.

Osioł  stał  przywiązany  do  belki,  z  dala  od  korytka  z  owsem.  W  boksie 

siano i słoma fruwały aż pod sufit.

–  Powinienem  był  wiedzieć,  że  wsadzi  je  w  takie  właśnie  miejsce  –

mamrotał  Archie  pod  nosem.  –  Powinienem  był  się  tego  spodziewać. 
Przemądrzała baba. Adrienne podeszła do osiołka i poklepała go po szyi.

–  Cicho,  spokojnie  –  powiedziała  miękkim  tonem.  –  Będziesz  miał 

mnóstwo owsa, jak tylko Archie z tym skończy. Nie ma się co tak awanturować.

– To zadziwiające – oświadczył Matt, opierając się o ścianę boksu. – Do 

tej pory nie mogłem sobie tego wyobrazić, jak wyglądałaś, kiedy byłaś zwykłą, 
wychowaną  na  wsi  dziewczyną  i  zapalonym  dżokejem.  Ten  obrazek  pomaga 
mojej wyobraźni.

– I jak?
–  Wyglądasz  pięknie.  No  i  odwołuję  wszystkie  paskudne  rzeczy,  które 

powiedziałem  o  twojej  Granny.  Jestem  pewien,  że  kochałaś  ją  nie  mniej  niż 
innych członków rodziny.

–  Dziękuję  –  powiedziała  Adrienne,  głaszcząc  uszy  Dorothy  Trzeciej.  –

Nie pomożesz Archiemu w demolowaniu stajni?

– Wolę przyglądać się tobie.
Adrienne  poczuła  niepokój  w  sercu.  Jeżeli  Archie  dokopie  się  do  złota, 

będą mogli wkrótce wyjechać. Rzucą się wreszcie sobie w objęcia. Niedługo...

– Matt, podaj mi, proszę, dłuto – zawołał Archie.
– Skąd wiesz, którą deskę wyłamać? – spytał Matt.
–  Ta  cholerna  kobieta  przynajmniej  jedno  zrobiła  tak,  jak  trzeba. 

Postawiła tu maleńki krzyżyk.

– To prawdziwe poszukiwanie skarbów! – roześmiał się Matt.
–  Tak  –  zgodził  się  Archie,  podważając  deskę.  –  To  zupełnie  w  stylu 

Dorothy. Ona uwielbiała zagadki.

I krzyżówki. Cała ona.
– Pomóc ci?

background image

–  Uprzejmie  dziękuję,  skoro  wy  odwaliliście  pracę  umysłową,  ja  mogę 

chociaż sam to odkopać. W tym przynajmniej jestem dobry.

–  Jesteś  dobry  w  wielu  rzeczach,  Archie  –  powiedziała  Adrienne, 

podchodząc bliżej. – Utrzymujesz cały dom we wspaniałym stanie od kiedy... od 
kiedy Dorothy odeszła.

–  Wcale  nie  odeszła.  Wiem,  gdzie  jest  –  odparł  Archie,  napierając  na 

dłuto.  Nacisnął  jeszcze  raz  i  deska  ustąpiła  z  głośnym  trzaskiem.  Zajrzał  do 
środka.  –  Taaak  –  powiedział  i  roześmiał  się.  –  To  na  pewno  tu.  Co  za 
przemądrzała baba. – Wyjął spod podłogi kawałek papieru, przeczytał go i podał 
Adrienne.

Adrienne  trzymała  karteczkę  tak,  by  Matt  mógł  także  odczytać  słowa 

Dorothy:

Twoje ziemskie skarby są schowane tu, pod podłogą, ale my nigdy więcej 

nie powinniśmy ukrywać przed sobą naszej miłości. Jesteś moim światem. Nie 
kłóćmy się więcej. Całuję Dorothy.

Archie pochylił głowę, wpatrując się tępo w podłogę.
– Ona naprawdę cię kochała – stwierdziła Adrienne.
–  Te  zagadki  o  tym  właśnie  świadczą.  Dorothy  myślała,  że  kiedy  je 

rozwiążesz, przekonasz się, jak bardzo jej na tobie zależy.

Archie powoli pokiwał głową.
Adrienne  zrozumiała,  że  zagadki Dorothy znaczyły  dla  Archiego więcej 

niż całe złoto. Przypomniała sobie jednak o ukrytym skarbie i wiedziona nagłym 
zaciekawieniem  zajrzała  do  otworu  w  podłodze.  Światło  lampy  oświetlało 
pokrywki  trzech  niewielkich  słoików  po  maśle  orzechowym.  Adrienne 
spodziewała się raczej zobaczyć skórzany worek.

– I tam jest złoto? – spytała.
–  Tak.  Trzeba  je  wyjąć  –  odrzekł  Archie,  wycierając  rękawem  czoło.  –

Ten  słoik  może  być  wasz,  twój  i  Matta,  ten  będzie  mój,  a  trzecim  się 
podzielimy.

Adrienne wzięła słój z rąk Archiego, ale kiedy przyjrzała się bliżej jego 

zawartości, poczuła ogromny zawód. Słój zawierał czarniawą mieszaninę piasku 
i  jakiś  drobnych  kamyczków.  Wyglądało  to  raczej  na  śmieci,  a  nie  na 
poszukiwany  skarb.  Archie  musiał  się  pomylić.  Z  całą  pewnością  nie  było  to 
złoto.

– Tak mi przykro – zwróciła się do Matta. – Miałam nadzieję, że uda ci 

się wydostać samolot.

– Na pewno mi się uda – oświadczył, wpatrując się w zawartość słoja.
– Ale to przecież nie może być złoto – wyszeptała.
– Jak sądzisz, ile te słoje są warte? – roześmiał się Matt – Nic, chyba że je 

sprzedasz po dwa centy w skupie szkła.

– A może pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt tysięcy?

background image

–  Dolarów?  –  zdumiała  się  Adrienne  i  spojrzała  na  Archiego,  który 

przyglądał jej się z kpiącym uśmieszkiem.

– Ona nie wierzy, że to jest złoto, prawda? – spytał.
–  Ale to  niemożliwe! –  zawołała Adrienne.  –  To  tylko piasek i  kawałki 

kamienia, no i nawet się nie błyszczy.

– Gdyby się błyszczało, nie byłoby warte zachodu i rozwiązywania tych 

zagadek – orzekł Archie, spluwając zamaszyście na bok. – W naturze to, co się 
świeci, rzadko jest prawdziwym skarbem.

–  Więc  to  jest  naprawdę  złoto?  Gdybyś  mi  tego  nie  powiedział, 

wyrzuciłabym te słoje do śmieci.

– Całe szczęście, że nie robiłaś tu porządków – roześmiał się Matt.
– W każdym razie jest twoje – oznajmiła Adrienne, podając mu słój.
–  Nie,  to  należy  do  Archiego  –  uciął  Matt,  biorąc  słój  z  jej  rąk.  –  To 

bardzo  hojny  gest,  Archie,  ale  nie  możemy  tak  po  prostu  zabrać  oszczędności 
całego twojego życia.

– Może wyraziłem się niejasno – powiedział Archie. – Każda młoda para 

potrzebuje  czegoś  na  początku  wspólnego  życia.  Dorothy  na  pewno  chciałaby 
wam pomóc. Jestem przekonany.

– To bardzo piękny uczynek, Archie – zawahał się Matt, spoglądając na 

Adrienne – ale Adrienne i ja... no więc, my niezupełnie...

–  Nie  ustaliliście  jeszcze  daty?  Nie  szkodzi,  to  nie  potrwa  długo.  Po 

cielęcym spojrzeniu, jakim się w siebie wpatrujecie, widać, że nie możecie się 
już doczekać chwili, kiedy wreszcie będziecie naprawdę razem.

Adrienne  zaczerwieniła  się,  tak  trafna  była  ocena,  którą  przedstawił 

Archie. Oczywiście, jest trochę staroświecki i uważa, że „bycie razem” oznacza 
małżeństwo,  że  planowali  ślub  i  potrzebują  pieniędzy  na  start.  Chciała,  żeby 
Matt dostał pieniądze na swój samolot, ale skoro on sam nie chciał ich przyjąć, 
rozumiała  to  doskonale.  Musi  się  w  końcu  znaleźć  inna  metoda  wydostania 
samolotu z przepaści.

– Matt ma rację, Archie – potwierdziła. – Nie czulibyśmy się w porządku, 

biorąc twoje złoto.

–  Do  diabła  –  rzucił  Archie  z  ponurą  i  rozczarowaną  miną  –  Dorothy 

zawsze mówiła mi, że nie mam pojęcia o prezentach. Powiedziała, że nie umiem 
ich dawać.

–  Ależ  wcale  nie  –  zawołała  Adrienne, kładąc  dłoń  na  jego  ramieniu.  –

Tyle tylko że... – Nie wiedziała, co powiedzieć. Matt czuł się równie zmieszany. 
Odmawiając przyjęcia złota, urazili uczucia Archiego.

– Nie mam wiele powodów do radości – powiedział Archie. – Od kiedy tu 

jesteście, sprawia mi dużą frajdę obserwowanie was, jak się kłócicie i jak się ze 
sobą  godzicie.  Tak bardzo przypomina mi  to  Dorothy,  że  czuję się,  jak gdyby 
ona sama do mnie wróciła. Ja po prostu...

background image

–  odwrócił  głowę  na  bok  –  ja  po  prostu  chcę  zatrzymać  tę  radość  na 

dłużej.  Jeżeli  weźmiecie  to  złoto,  w  jakiś sposób  będę  dalej  z  wami, stanę  się 
częścią waszej przyszłości, nawet gdybym nigdy więcej was nie zobaczył.

–  Dobrze,  Archie,  weźmiemy  połowę  –  zgodził  się  Matt,  podchodząc 

bliżej i  obejmując ich oboje  ramionami.  Głos  łamał  mu się  ze wzruszenia. –  I 
mówię ci, jeszcze się zobaczymy. Po tym wszystkim, co przeszliśmy, jesteśmy 
niemal jak rodzina, prawda?

–  Coś  w  tym  guście  –  przyznał  Archie,  patrząc  na  niego  wilgotnymi

oczami. – No to napijmy się za to, co?

Matt spojrzał pytająco na Adrienne, a kiedy skinęła przyzwalająco głową, 

powiedział:

– Świetnie.
–  Kiedy  Dorothy  jeszcze  żyła,  nie  piłem  aż  tak  dużo  –  wyznał  Archie. 

Popatrzył na dwa słoje, które trzymał rękach. – Może teraz też będę mniej pił. 
Wiem już, co czuła Dorothy, co czuła do mnie, i tak w ogóle...

– Rozumiemy cię – powiedziała Adrienne.
– Poza tym jeżeli będziecie mnie odwiedzać, pewnego dnia przywieziecie 

ze sobą dzieciaki, a przecież nie możecie im pokazać takiego starego pijaka.

– Ale... – żachnęła się Adrienne, odsuwając o krok.
–  Wszystko  w  swoim  czasie  –  powiedział  z  uśmiechem.  –  Na  razie  nie 

mieliście  nawet  czasu  wszystkiego  spokojnie  omówić.  Zawsze  ktoś  wam 
przeszkadzał:  albo  ja,  albo  Curtis  i  Jef.  Ale,  ale...  Mam  pewien  pomysł  –
zastanowił  się  Archie,  patrząc  na  Matta.  –  Pani  Potter,  moja  dobra  znajoma, 
prowadzi hotelik w Saddlehorn. O tej porze roku na pewno jest zupełnie pusty. –
Archie splunął i chytrze spojrzał na Matta. – Chciałbyś może wiedzieć, gdzie go 
znaleźć?

– Wskaż mi tylko właściwy kierunek – odrzekł Matt.

W  przeciągu  pół  godziny  Adrienne  zdążyła  się  pożegnać  z  Archiem  i 

jechała  z  Mattem  ciężarówką  w  stronę  Saddlehorn.  Uzgodnili,  że  następnego 
dnia rano Matt wsadzi ją do autobusu, jadącego do Tucson. Potem sam wróci do 
Archiego i spróbuje uratować to, co pozostało z samolotu.

Adrienne pociągnęła nosem, wspominając łzawe rozstanie z Archiem.
– Naprawdę go polubiłam – powiedziała.
–  Ja  też  –  przyznał  Matt,  obejmując  ją  ramieniem  i  przyciągając  bliżej 

siebie.

–  Skoro  zamierzasz  u  niego  zostać  przez  kilka  dni,  może  mógłbyś  mu 

wyjaśnić, na czym polega nasz związek, a raczej na czym on nie polega. Archie 
już teraz czeka na nasze dzieci!

–  Dobrze,  wyjaśnię  mu  wszystko  –  obiecał  Matt  z  dziwnym  wyrazem 

twarzy. Cofnął ramię i mocno oparł obie dłonie na kierownicy.

background image

– Co się stało? Czy znów powiedziałam coś nie tak?
– Powtórzyłaś to samo,  co  mówisz przez cały czas: że nie chcesz się ze 

mną trwale związać.

– Wcale nie o to mi chodziło! Właśnie, że chcę się z tobą związać!
– Taak? W jaki sposób?
– No więc, ja... – przerwała, nie wiedząc, co chce powiedzieć. – Myślę, że 

są  szanse  na  to,  że  będziemy  razem,  ale  w  końcu  znamy  się  tak  krótko, 
potrzebujemy jeszcze dużo czasu, żeby się nawzajem poznać, żeby...

– Bzdura.
– Słucham?
–  O,  Boże.  Teraz  wróciliśmy  do  uprzejmego,  chłodnego  zachowania  i 

dobrych manier. Po tym, co zdarzyło się przez ostatnią dobę, wszystko, czego o 
mnie  nie  wiesz,  jest  mało  istotne.  To  samo  odnosi  się  do  ciebie. 
Porozumiewaliśmy  się  na  podstawowym  poziomie  życia,  na  poziomie 
przetrwania.  Nauczyliśmy  się  razem  pracować,  kłócić,  godzić  i  kochać.  Do 
diaska! – Zahamował ostro. – Kocham cię! Co jeszcze oprócz tego się liczy?

–  Nigdy  mi  tego  nie  mówiłeś  –  zauważyła  Adrienne,  wpatrując  się  w 

niego, jakby go widziała po raz pierwszy w życiu.

–  Byłem  trochę  zajęty.  –  Wyłączył  silnik  i  odwrócił  się  w  jej  stronę.  –

Byłem  trochę  zajęty  rozbijaniem  samolotu,  rozpalaniem  ognia  przy  użyciu 
prochu, zadawaniem się z facetami z dubeltówką, wężami i linami, które mogą 
w  każdej  chwili  puścić,  no  i  szukaniem  złota  i  ratowaniem  twojego 
drogocennego tyłka!

– Ależ ja to doceniam!
– No więc dlaczego to ja mam przełamywać między nami lody? Dlaczego 

to  ja  mam  ci  to  powiedzieć  pierwszy?  Żebyś  się  potem  głowiła,  czemu  nie 
powiedziałem tego wcześniej?

– No, dobrze! Ja cię też kocham!
– No i świetnie! – Matt odwrócił się na siedzeniu i przekręcił kluczyk. –

Więc jedźmy.

Jechali  w  milczeniu.  Adrienne  wpatrywała  się  w  opustoszałą  drogę  i 

zastanawiała,  czy to  prawda,  że  właśnie przed  chwilą wyznali sobie  miłość. Z 
lewej strony dobiegł ją stłumiony odgłos. Adrienne uświadomiła sobie, że Matt 
się śmieje.

– Mówię ci, wciąż nie wiem dokładnie, co się między nami wydarzy, ale 

wiem jedno: nie będzie nudno. A teraz chodź tu bliżej mnie.

– Jesteś pewien, że do prowadzenia samochodu wystarczy ci jedna ręka?
–  Powinienem  się  był  spodziewać  tej  uwagi  –  powiedział  wzdychając 

Matt – Posłuchaj, prowadziłem ten samochód, kiedy Jef celował z dubeltówki w 
części mojego ciała niezbędne do przetrwania gatunku.

– Och, Matt, nie miałam o tym pojęcia!

background image

– Zamierzasz mi to wynagrodzić?
– Jeżeli tylko będę umiała. – Adrienne przesunęła dłonią po opinających 

mu biodra dżinsach.

– Jestem w pełni przekonany, że ci się to uda. Jechali teraz główną ulicą 

Saddlehorn.

– Pensjonat powinien być na końcu tej uliczki – orzekł Matt, skręcając w 

ciemny zaułek.

– Trudno uwierzyć, że takie miejsce w ogóle tu istnieje i że możemy...
–  Ależ tak,  Adrienne, nie  tylko  możemy,  ale  nawet  z całą  pewnością to 

zrobimy.

Adrienne  poczuła  słodki  dreszcz  oczekiwania. Przed  nimi  światło  paliło 

się  na  jednym  tylko  ganku.  Pani  Potter  zostawiała  zapaloną  lampę,  żeby  jej 
gościom łatwiej było trafić. Drzwi otworzyła im sympatyczna starsza pani.

– Czy pani Potter? – spytał Matt – Tak.
– Chcielibyśmy tu przenocować, o ile to możliwe.
–  Tak,  mam  wolny  pokój  –  powiedziała  kobieta,  przyglądając  się  im 

uważnie.

–  Skąd  jesteście?  –  spytała.  –  Wydaje  mi  się,  że  skądś  znam  tę 

ciężarówkę.

– Przysłał nas Archie.
– Aha! – To stwierdzenie przełamało wszelkie opory. – Wejdźcie, proszę, 

chodźcie. Macie jakiś bagaż?

– Nie – powiedziała Adrienne. – Nie zamierzaliśmy tu nocować, ale... ale 

mieliśmy trochę kłopotów.

–  Nic  nie  szkodzi  –  orzekła  pani  Potter.  –  Czy  mogę  wam  w  czymś 

jeszcze pomóc? Przyjaciele Archiego są moimi przyjaciółmi.

–  Chyba nic  nam  szczególnego nie trzeba –  odparła Adrienne.  –  Czy to 

prawda, że rano jeździ tędy autobus?

– Tak, kwadrans po dziesiątej. – Pani Potter popatrzyła na Adrienne. – Jak 

się miewa Archie? Bardzo się o niego martwię od czasu, gdy umarła Dorothy.

–  Myślę,  że  teraz  czuje  się  lepiej.  Kiedy  u  niego  byliśmy,  znalazł  list, 

który Dorothy napisała do niego tuż przed śmiercią.

–  To  wspaniale.  Wyobraźcie  sobie,  że  poznali  się  z  żoną  przypadkiem. 

Ona zatrzymała się na kawę w barze, a Archie właśnie tam siedział. Stracił dla 
niej  głowę  od  pierwszego  wejrzenia,  a  i  ona  bardzo  go  polubiła.  Chyba 
odpowiadało jej, że Archie jest starszy. Kiedyś powiedziała mi, że z jej słabym 
zdrowiem wiązanie się z młodym mężczyzną uważałaby za oszustwo.

– Bardzo się kochali, prawda? – spytała Adrienne.
– Tak, chociaż na pierwszy rzut oka nie było tego widać. Bez przerwy się 

kłócili.

– Słyszeliśmy o tym – wtrącił Matt.

background image

– Archie musi was bardzo lubić – ciągnęła pani Potter – skoro pożyczył 

wam  ciężarówkę.  Nieczęsto  to  robi.  Prawdę  mówiąc,  chyba  nigdy  nikomu 
jeszcze  jej  nie  pożyczył.  Ale  ja  tu  gadam,  a  wy  na  pewno  chcielibyście 
odpocząć.

– Tak – odparł Matt, nie patrząc na Adrienne.
– Zaraz pokażę wam pokój. Jak będziecie płacić?
– Ja zapłacę – powiedzieli chórem Adrienne i Matt i popatrzyli na siebie 

zaskoczeni.

– Słuchaj – zaczął Matt – pozwól mi zapłacić. Już i tak oddałaś mi całe... 

całą zawartość słoja.

–  Matt,  właśnie  w  ten  sposób  wpakowałeś  się  w  całą  tę  kabałę:  nie 

oszczędzając  własnych  zasobów  finansowych.  Każdy  grosz  może  ci  być 
potrzebny, żeby wyciągnąć ten samolot.

–  To  jest  równie  ważne,  jak  uratowanie  mojego  samolotu  –  rzucił 

podniesionym tonem Matt, patrząc na nią gniewnie.

– Chcecie może zapłacić każde osobno? – spytała pani Potter, która do tej 

pory w milczeniu przysłuchiwała się ich kłótni.

– Nie! – zawtórowali Adrienne i Matt.
– Proszę nam wybaczyć – powiedział  Matt z uśmiechem. – Musimy się 

szybko  naradzić  –  dodał,  odciągając  Adrienne  na  bok.  –  O  to  też  musimy  się 
kłócić? – spytał cicho.

–  Chociaż  nie  chodzi  o  dużą  kwotę  pieniędzy,  uważam,  że  powinieneś 

nauczyć  się  finansowej  odpowiedzialności,  która...  –  Matt  przerwał  wykład, 
przyciągając ją do siebie i mocno całując.

– Czy pozwolisz  mi zapłacić za tę noc grzesznych uciech  – wymruczał, 

patrząc jej głęboko w oczy – czy zamierzasz zmarnować cały czas na wykład z 
ekonomii?

–  Matt,  ale...  –  wyszeptała,  czując,  że  jej  ciało  pragnie  go,  a  puls 

przyśpiesza w rekordowym tempie.

– Przestaniesz się kłócić czy nie? – spytał, przyciskając ją mocniej.
– Tak, ale to nie jest metoda rozwiązywania sporów.
– Doprawdy? – Pocałował ją jeszcze raz, wypuścił z objęć i podszedł do 

pani  Potter.  –  Proszę  zapisać  rachunek  na  moją  kartę  –  powiedział.  –
Przepraszamy za zajmowanie pani czasu.

–  Zaczynam  rozumieć,  co  Archie  w  was  widzi  –  stwierdziła  kobieta, 

śmiejąc się i podchodząc do biurka. – Kłócicie się zupełnie tak samo, jak on i 
Dorothy.

Pani Potter zaprowadziła ich do pokoju i pozostawiła samych.
Pokój  był  najbardziej  ukwieconym  pomieszczeniem,  jakie  Adrienne 

kiedykolwiek  widziała.  Różyczki  wszystkich  kolorów,  kształtów  i  rozmiarów 
pokrywały  ściany,  dywan  i  narzutę  na  dużym  łóżku  z  kolumienkami  oraz 

background image

ręczniki.

–  Podejrzewam,  że  ci  się  tu  nie podoba  –  rzuciła  Adrienne, spoglądając 

niepewnie na Matta.

– Tak sobie tu stoję i myślę o wszystkich rzeczach, o które moglibyśmy 

się  pokłócić,  panno  Burnham  –  zaczął  Matt,  opierając  się  o  framugę.  –  Na 
przykład o te wzorki albo kto będzie spał z której strony łóżka, albo czy okno 
ma być zamknięte czy uchylone, albo w jaki sposób należy wyciskać pastę do 
zębów z tubki? Mam mówić dalej?

Adrienne  zachwycił  wygląd  Matta.  Wciąż  był  ubrany  w  kowbojską 

koszulę,  dżinsy  i  wysokie  buty,  pożyczone  od  Archiego.  Podziwiała  jego 
szerokie  ramiona  i  silne  dłonie,  które  przez  ostatnie  kilka  godzin  tak  często 
chroniły  ją  od  niebezpieczeństw.  Matt,  w  otoczeniu  koronek  i  różyczek, 
wyglądał jak przeniesiony żywcem z innej bajki.

– Mogę niby powiedzieć, że wszystko to nic mnie nie obchodzi, ale ty z 

pewnością  i  tak  wynajdziesz  nowe  rzeczy,  o  które  będziemy  się  spierać  –
uzupełnił, podchodząc bliżej.

Poczuła  teraz  delikatny  zapach  płynu  po  goleniu,  zmieszany  z  bardziej 

pierwotną, męską wonią.

– Mówisz, jakbym była taka strasznie kłótliwa i uparta.
– Ty? Ależ skąd! – Matt jednym szarpnięciem rozpiął koszulę. – Jestem 

pewien,  że  kiedy  się  urodziłaś,  od  razu  powiedziałaś  lekarzowi,  że  powinien 
podnieść swoje lekarskie kwalifikacje. Pewnie nawet poinstruowałaś go, w jaki 
sposób ma poklepać twój prześliczny nagi tyłeczek.

Nigdy przedtem nie widziała go w pełnym świetle. Pożądanie sprawiło, że 

nie  mogła  wykrztusić  ani  jednego  słowa.  Patrzyła  na  jego  muskularną  pierś  i 
brodawki na wpół ukryte wśród gęstych, ciemnych włosów. Nigdy przedtem nie 
pożądała  żadnego  mężczyzny  tak  bardzo,  jak  właśnie  teraz.  Na  myśl  o 
gwałtowności rządzących nią emocji ogarniało ją przerażenie.

– Podejrzewam, że wiesz również, w jaki sposób mam cię kochać – dodał, 

rzucając koszulę na podłogę – jak mam cię rozbierać i w jakiej kolejności mam 
całować  różne części twojego ciała? –  Stanął bardzo blisko  Adrienne. –  Jeżeli 
tak, lepiej powiedz mi teraz.

Adrienne zadrżała, gdy Matt zaczął rozpinać guziczki jej bluzki.
–  No,  słucham  –  ciągnął,  powoli  uwalniając  guzik  za  guzikiem.  –  No, 

powiedz mi, że robię to nie tak, jak trzeba, i jeśli chcesz, możemy się zaraz o to 
pokłócić.  Możemy  kłócić  się  aż  do  końca,  aż  do  szczytu  rozkoszy,  ale  chcę, 
żebyś wiedziała o jednym: tym razem ten moment naprawdę nadejdzie.

Adrienne zwilżyła spieczone usta językiem. Jej serce biło tak głośno, że 

Matt z pewnością bez trudu je słyszał.

Powoli, na pozór obojętnie, wyciągnął jej bluzkę z dżinsów.
–  Nic  mnie  nie  obchodzi,  że  nagle  do  drzwi  zacznie  dobijać  się 

background image

dwudziestu  zdesperowanych  maniaków  albo  że  nad  Saddlehorn  nadciągnie 
tornado,  albo  dom  stanie  cały  w  płomieniach.  Po  tym,  co  razem  przeszliśmy, 
wiem, że wszystko może się zdarzyć.

Adrienne spojrzała w orzechową głębię jego oczu. Nie drgnęłaby, nawet 

gdyby zależało od tego jej życie.

–  Chcę,  żebyś  wiedziała,  czego  się  spodziewać  –  powiedział  cicho 

miękkim  głosem.  –  Nic,  absolutnie  nic  nie  będzie  dziś  w  stanie  powstrzymać 
mnie od kochania cię aż do ostatniego tchu.

background image

ROZDZIAŁ 12

Adrienne wyciągnęła ręce i splotła je na szyi Matta.
– Zawsze wiedziałam, że jesteś bezczelnym typem – powiedziała głosem 

ochrypłym z przejęcia.

– Pewnym siebie.
– Więc udowodnij mi to, dzielny pilocie.
–  Pewnie,  że  ci  to  udowodnię  –  wymruczał,  przyciskając  ją  mocno  do 

siebie.

Wyszła naprzeciw jego pożądaniu, namiętnie się do niego przytulając się i 

ocierając  o  jego  ciało,  rozchylając  usta,  by  powitać  jego  język.  Kiedy  wsunął 
ręce pod jej koszulkę, uniosła ramiona do góry, żeby łatwiej było mu ją zdjąć. 
Wtedy  Matt  napełnił  dłonie  bujnością  jej  ciała  i  pochylił  się,  by  skosztować 
przysmaków, które trzymał w rękach.

Adrienne  odchyliła głowę i  na  moment  straciła  równowagę. Nie  patrząc 

uchwyciła się kolumienki łóżka, starając się utrzymać na nogach. Matt objął ją 
w talii ramieniem i delikatnie zdjął jej rękę ze słupka.

–  Adrienne,  zaufaj  mi  –  wyszeptał.  –  Nie  upadniesz.  Jesteś  ze  mną 

bezpieczna.

Adrienne zamknęła oczy i rozluźniła się w jego ramionach, wiedząc, że to 

prawda,  że  może  pozwolić,  by  tryumfowało  pożądanie,  bo  Matt  jest  tu  z  nią. 
Powoli poprowadził ją i ułożył na kwiecistych poduszkach. Klęcząc, zsunął jej 
ze stóp mokasyny. Otwarła oczy i przyglądała się, jak się nad nią pochyla.

– Kocham cię – powiedział czysto i wyraźnie. To wyznanie najwyraźniej 

miało zostać usłyszane.

– Wiem – szepnęła, dotykając jego policzka.
– Kocham cię bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić.
– O tym też wiem – przyznała. Nie mogła w to wątpić po wszystkim, co 

dla niej zrobił i zaryzykował.

–  Tak  bardzo  cię  pragnę  –  wyznał,  gładząc  wierzchem  dłoni  dolinkę 

pomiędzy jej piersiami. – Wydaje się, jakbym czekał na tę noc od wielu lat.

– To prawda. Oboje czekaliśmy na nią przez całe życie.
– Tak – odparł Matt, a oczy mu zabłysły.
–  Ja  też  cię  kocham  –  powiedziała  Adrienne,  przyciskając  jego  dłoń  do 

swojego mocno bijącego serca.

– Wiem. Czytam to w twoich pięknych brązowych oczach.
–  Kochaj  się  ze  mną,  Matt  –  wyszeptała.  –  Pragnę  ciebie.  Tak  samo 

mocno, jak ty mnie.

– Na ten temat moglibyśmy podyskutować – powiedział, uśmiechając się 

lekko i sięgając do zamka u jej dżinsów.

background image

– Ale nie będziemy.
– Nie – wyszeptał, pochylając się do jej ust. Delikatnie rozsunął zamek. 

Jego  pocałunki,  zaborcze  i  zarazem  pieszczotliwe,  tak  bez  reszty  pochłonęły 
zmysły  Adrienne,  że  ledwie  zauważyła,  że  Matt  zdjął  z  niej  resztę  ubrania. 
Kiedy odnalazły ją jego palce, mocno chwyciła jego ramiona. Za to dotknięcie, 
tam, w samym środku rozkoszy, oddałaby wszystko, co ma, i wciąż uważałaby, 
że dała za mało.

– Cieszę się, że przeszliśmy razem przez całe to piekło – powiedział Matt, 

patrząc  jej  w  oczy  i  pieszcząc,  aż  zaczęła  wić  się  z  rozkoszy.  –  Dzięki  temu 
nasza miłość ma w sobie więcej słodyczy.

– Tak – odparła Adrienne rwącym się głosem. – Och, Matt... – wygięła się 

w łuk, ocierając się o jego dłoń.

– A to dopiero początek – wymruczał, klękając u stóp łóżka i wsuwając 

się  między  jej  uda.  Całował  gładką  skórę  jej  brzucha,  w  dół,  aż  po  złociste 
kędziorki.  –  Czekałem  na  to,  tak  bardzo  czekałem  na  chwilę,  w  której 
zapragniesz mi się oddać.

Tak jakby miała jakiś wybór! Jego ciepły oddech na nagiej skórze obudził 

w  niej  taki  zryw  nieokiełznanej  namiętności,  że  nie  mogła  się  doczekać  tego 
cudownego,  najintymniejszego  pocałunku.  Kiedy  wreszcie  nadszedł  ten 
moment, krzyknęła głośno ze szczęścia i wplotła palce w jego włosy.

Pieścił  ją  tak  doskonale,  że  Adrienne  była  pewna,  że  zaraz  umrze  z 

rozkoszy. Powiedziała mu to łamiącym się głosem, a świat wokół nich wirował 
jak  kalejdoskop  z  płatków  róży.  Potem,  całując  ją  powoli  i  nieśpiesznie,  Matt 
odsunął  się  lekko  i  Adrienne  zauważyła  jak  przez  mgłę,  że  zdejmuje  z  siebie 
resztę ubrania. Usłyszała odgłos rozdzieranego pakiecika. Matt dbał o nią, o jej 
dobro.

Poczuła na twarzy jego ciepły oddech, ciężar jego ramion po obu stronach 

głowy. Otwarła oczy.

– Nikt nie dobija się do drzwi – wyszeptała z uśmiechem.
– Nie nadeszło tornado.
– Nic nas nie powstrzyma.
– Nic na świecie. – Jego orzechowe oczy rozbłysły.
– Więc chodź do mnie – powiedziała, wyginając się w łuk, by go powitać. 

Połączyli się, jak gdyby odnaleźli i włożyli na właściwe miejsce ostatni kawałek 
układanki,  jak  gdyby  odkryli  jedyne  doskonałe  zespolenie  na  całym  wielkim
świecie.

– Tak – szepnął Matt, zamykając oczy.
Tak, zawtórowało mu serce Adrienne. To jej mężczyzna, towarzysz życia, 

jedyny na całe życie. Nigdy nie wolno jej go utracić. Nigdy. Objęła go mocniej.

Otworzył oczy i popatrzył na nią, przyśpieszając rytm.
– Tak  dobrze,  tak  wspaniale  –  szeptał  zdyszany.  –  Wiedziałem,  że  tak 

background image

będzie. Wiedziałem... Adrienne, och, Adrienne, moje kochanie.

– Kocham cię – zawołała, czując jak napięcie narasta. Objęła go nogami, 

a Matt mruczał z rozkoszy, wchodząc w nią głębiej.

Gdy  rytm  jej  poruszeń  stał  się  silniejszy,  Matt  dostosował  się  do  jej 

tempa.

– Teraz – wykrzyknął. – Teraz! Teraz!
Adrienne  naparła  na  niego,  czując,  jak  fale  rozkoszy  spadają  na  nią 

kaskadami, w rytm jego ruchów. Powoli Matt rozluźnił się i oparł policzek na jej 
piersi. Przytuliła jego głowę i zamknęła oczy. Teraz, nareszcie, była już pewna.

Pozycja, w której się znajdowali była na dłuższą metę dość niewygodna, 

więc gdy ich oddechy trochę się uspokoiły, Matt poszedł do łazienki, a Adrienne 
zrzuciła  z  łóżka  narzutę  i  ozdobne  poduszeczki.  Łóżko  było  niezwykle 
wygodne.  Adrienne  westchnęła,  z  rozkoszą  wyciągając  się  i  przykrywając 
kołdrą. Matt wrócił do pokoju i podniósł z podłogi spodnie.

– Ubierasz się? – spytała, napawając się widokiem jego pięknego nagiego 

ciała.

–  Nie.  –  Matt  włożył  rękę  do  kieszeni  i  wyciągnął  z  niej  kilka  małych 

paczuszek. – Zaopatrzenie – wyjaśnił z uśmiechem.

– Myślisz, że moglibyśmy to powtórzyć? – spytała, czując, jak na myśl o 

tym przebiega ją dreszcz oczekiwania.

–  Myślę,  że  to  całkiem  możliwe  –  przyznał.  –  Jeżeli  uda  mi  się  cię 

znaleźć. Cała jesteś różowiutka, możesz mi się zgubić w tym różanym ogródku, 
który pani Potter nazywa sypialnią.

– Wiedziałam, że ci się nie spodoba – powiedziała Adrienne, opierając się 

na łokciu.

–  Mylisz  się.  Bardzo  mi  się  podoba.  Powinniśmy  chyba  w  ten  sposób 

ozdobić naszą sypialnię, na pamiątkę tej nocy.

– Naszą sypialnię? Nie mamy sypialni, Matt.
–  Jeszcze  nie.  –  Przyciągnął  ją  bliżej  i  pokrył  jej  twarz  delikatnymi 

pocałunkami. – Adrienne, wyjdź za mnie za mąż. Kochaj się ze mną do końca 
życia, w sypialni pełnej różyczek.

– Tak – westchnęła, przysuwając się bliżej. – Oczywiście, wyjdę za ciebie 

za mąż.

–  Naprawdę?  –  Wpatrywał  się  w  nią  zaskoczony.  –  Byłem  pewny,  że 

przynajmniej na początku się ze mną nie zgodzisz.

– A o czym tu niby dyskutować?
–  Wcale  nie  chciałem  dyskutować.  Myślałem  tylko,  znając  ciebie,  że 

zanim  podejmiesz  taką  ważną  decyzję,  będziesz  chciała  omówić  mnóstwo 
kwestii.

–  Nie,  nie  chcę.  –  Matt  zajmuje  w  jej  sercu  niepodważalne  miejsce. 

background image

Adrienne chciała poślubić tego mężczyznę. Była tego pewna, jak niczego dotąd 
w swoim życiu.

– Ale znasz mnie przecież od niedawna. – Matt wydawał się zagubiony. –

Zaraz, to ty powinnaś to powiedzieć, a nie ja!

–  Chyba  już  wiem  o  tobie  prawie  wszystko,  co  powinnam.  Te  kilka 

godzin mogłoby z powodzeniem zastąpić całe życie.

–  No... no, tak. – Matt zamyślił się na chwilę i  zmrużył  oczy. – A więc 

krótkie narzeczeństwo czy długie?

– Krótkie.
– Ślub wystawny czy kameralny?
– Kameralny.
– Naprawdę mnie zaskakujesz. Sam bym tak zadecydował.
–  Czy  jesteś  rozczarowany,  że  nie  mamy  się  o  co  pokłócić?  –  spytała 

śmiejąc się Adrienne.

– Powiedzmy, że jestem podejrzliwy. Przy tobie nic nie było do tej pory 

proste. – Opadł na poduszki.

– Może zaczynamy nowy rozdział w życiu i wszystko od tej pory będzie 

proste? – powiedziała, pieszcząc go pod kołdrą.

– Dotykaj mnie dalej w ten sposób – westchnął Matt, zamykając oczy – a 

uwierzę we wszystko, co tylko mi powiesz.

–  Więc  mi  uwierz:  kocham  cię  i  zamierzam  przeżyć  z  tobą  przepiękne 

życie. Wszystko się ułoży. Zobaczysz.

Matt przewrócił się na bok i wziął ją w ramiona.
–  Panno  Burnham,  ma  pani  niezwykły  dar  przekonywania.  Prawdę 

mówiąc,  jeżeli  tak  dalej  pójdzie,  możemy  nigdy  więcej  się  nie  pokłócić.  –
Pocałował ją i znów zaczął ją kochać.

Lekkie  pukanie  do  drzwi  sypialni  obudziło  Adrienne.  Matt  spał  obok, 

wtulony  w  ciepło  jej  ciała.  Promienie  słońca  przekradały  się  zza  kwiecistych 
firanek. Adrienne wygramoliła się z łóżka, owinęła się ciasno dużym ręcznikiem 
i podeszła do drzwi.

– Tak? – spytała cicho.
–  Przyniosłam  śniadanie  –  oznajmiła  pani  Potter.  –  Myślę,  że  czas 

wstawać, jeżeli ma pani złapać ten autobus.

– Dziękuję bardzo. Która jest godzina?
– Wpół do dziewiątej. Stawiam tacę przed drzwiami.
– Dziękuję. Dziękuję bardzo. – Adrienne odczekała, aż kroki na schodach 

ucichną, potem otworzyła drzwi i pochyliła się, żeby przysunąć tacę.

–  Ale  piękny  widok  –  usłyszała  za  plecami  głos  Matta.  Odwróciła  się 

gwałtownie i ręcznik spadł na podłogę.

– A teraz jeszcze lepszy. – Matt obserwował ją, oparłszy głowę na stercie 

background image

poduszek.

–  No,  tak  –  powiedziała  Adrienne,  zamykając  drzwi.  –  Robię  co  mogę, 

żeby ci podać śniadanie, a ty się ze mnie wyśmiewasz.

– Wcale się nie wyśmiewałem. To był wyraz najwyższego uznania. No, 

proszę. Chcę zobaczyć, jak się schylasz po tę tacę.

–  Doprawdy?  –  Adrienne  wróciła  do  łóżka  i  powoli  podczołgała  się  w 

jego  stronę.  Zauważyła,  że  Matt  wpatruje  się  w  jej  piersi.  Uśmiechnęła  się  z 
satysfakcją.

–  Myślę,  że  to  ja  chciałabym  dostać  śniadanie  do  łóżka  –  oświadczyła, 

pochylając się nad nim i pozwalając koniuszkom piersi ocierać się o jego ramię. 
– Możesz przynieść tacę?

– Nie w moim obecnym stanie.
–  Ale  możesz  przecież  użyć  ręcznika  –  wyszeptała,  delikatnie  skubiąc 

ustami jego dolną wargę.

– Mam go powiesić na tym naturalnym wieszaku? – spytał, przewracając 

ją na plecy. – Myślisz, że taka z ciebie mądrala?

– Tak – zaśmiała się Adrienne.
–  Ale  nie  jesteś  aż  taka  sprytna  –  powiedział  Matt,  odrzucając  na  bok 

kołdrę – bo twoje śniadanie będzie, niestety, zimne.

W jakiś czas później Matt założył dżinsy i przyniósł tacę. Świeże bułeczki 

wprawdzie ostygły, ale kawa w termosie była wciąż gorąca.

– Od dziś zostanę chyba zwolennikiem zimnych bułeczek na śniadanie –

powiedział  Matt,  oblizując  z  palców  resztki.  Siedzieli  przy  stoliku,  na  starych 
krzesłach  z  wysokim  oparciem:  Matt  miał  na  sobie  tylko  dżinsy,  a  Adrienne 
owinęła się kołdrą.

– Może nawet zechcesz zamieszkać na stałe w Saddlehorn?
– Tylko pod warunkiem, że Jef i Curtis stąd się wyniosą. Adrienne wzięła 

filiżankę w obie dłonie i popijała kawę powoli, wpatrując się w Matta.

– Wyglądasz na szczęśliwą – powiedział Matt z uśmiechem.
– Jestem szczęśliwa.
– Wiem. Kochasz mnie dla mojego złota.
–  Nie.  –  Adrienne  roześmiała  się.  –  Ale  skoro  o  tym  już  mowa,  mam 

pewien pomysł. Powiedzmy, że twoja część złota Archiego jest przy ostrożnych 
szacunkach warta dwadzieścia pięć tysięcy dolarów.

– A czemu nie trzydzieści pięć, szacując to z rozmachem?
Adrienne spojrzała na niego surowo.
– Żartowałem – poddał się Matt, podnosząc ręce do góry. – Ale szkoda, 

że  nie  widziałaś  teraz  wyrazu  swojej  twarzy.  Kojarzył  mi  się  z  nożycami  do 
przycinania krzewów.

– Próbuję tylko z tobą poważnie porozmawiać.

background image

– To niełatwe, kiedy jesteś owinięta kwiecistą kołdrą.
– Wyobraź sobie, że jestem kompletnie ubrana i siedzę w biurze.
– Wolałbym wyobrażać sobie ciebie całkiem nagą w łóżku.
–  Matt,  przestań.  Jestem  z  wykształcenia  doradcą  finansowym.  Chcę  ci 

udzielić porady.

– W porządku – powiedział Matt, ale na jego twarzy pojawił się ostrożny, 

niepewny  wyraz.  Adrienne  zignorowała  to  ostrzeżenie.  Matt  na  pewno 
zrozumie, że jej rada jest słuszna.

– Ile pieniędzy potrzeba, żeby wydobyć samolot z kanionu i go naprawić?
– Sporo, szczególnie z takiego miejsca. Kadłub jest w niezłym stanie, ale 

silnik jest chyba poważnie uszkodzony.

– Tak z grubsza, ile? – nalegała Adrienne.
– Powiedzmy, że całe dwadzieścia pięć tysięcy.
–  Matt,  to  oznacza  powrót  do  punktu  wyjścia  –  oceniła  Adrienne, 

opierając łokcie na stole.

– Tak. Niezły ze mnie szczęściarz, no nie? – Matt uśmiechnął się do niej. 

– No, jestem niezupełnie w punkcie wyjścia – dodał, przesuwając palcem po jej 
nagim ramieniu. – Jeśli chodzi o najważniejsze kwestie, posunąłem się bardzo 
daleko naprzód.

–  Mógłbyś  posunąć  się  daleko  naprzód  we  wszystkich  kwestiach  –

stwierdziła Adrienne, splatając dłoń z jego dłonią.

– W jaki sposób? – spytał Matt.
– Sprzedaj samolot.
– Sprzedać samolot? Chyba żartujesz.
–  Znajdź  najtańszy  sposób  wyciągnięcia  części  z  kanionu,  sprzedaj  je  i 

zainwestuj  pieniądze,  które  dostałeś  od  Archiego.  W  piątek  otrzymałam 
informacje o akcjach, które na pewno...

–  Zaczekaj.  –  Matt  cofnął  dłoń.  –  Wtedy  nie  miałbym  samolotu.  Nie 

mógłbym zacząć ze swoją firmą.

– I tak nie powinieneś był tego robić. Miałeś za mały kapitał. Nie było cię 

stać na ubezpieczenie inwestycji. Ale teraz masz okazję to naprawić. Pozwól mi 
popracować  nad  twoim  majątkiem,  powiększyć  go.  Kiedy  będziesz  kupował 
następny samolot, twoje finanse zapewnią ci bezpieczeństwo.

– A ile to zajmie czasu? – Matt potrząsnął głową.
–  Nie  jestem  pewna.  Najpierw  musimy  zobaczyć,  ile  zarobisz  na 

sprzedaży samolotu, no i jaka jest sytuacja na rynku. Z inwestycjami nie można 
się zanadto spieszyć, ale z czasem...

– Tydzień? Miesiąc?
–  Oczywiście,  że  dłużej.  –  Adrienne  potrząsnęła  głową.  – Matt,  jestem 

pewna, że teraz już rozumiesz, jak duże podjąłeś ryzyko. Myślałam, że wypadek 
skłoni cię do ostrożności.

background image

– A ja myślałem, że ten weekend nauczy cię czegoś wręcz przeciwnego. –

Matt odstawił filiżankę i wstał od stołu.

– A cóż to ma niby oznaczać? – odcięła się bez zastanowienia Adrienne. 

Natychmiast  zapragnęła  odwołać  te  słowa,  zmienić  ton  głosu.  Zaczął  ją  boleć 
żołądek. Przedtem ich kłótnie były wyzwaniem, niemal przyjemnością, ale teraz 
wcale nie chciała walczyć z Mattem. Gra szła o zbyt wysoką stawkę.

– To znaczy, że życie trzeba łapać w locie – powiedział Matt, odwracając 

się w jej stronę i zaciskając pięści. – Bo nigdy nie wiadomo, co czeka cię jutro, 
ani  jak  długo  będzie  nam  dane  cieszyć  się  światłem  dnia.  Mój  Boże,  po  tym 
wszystkim,  co  przeszliśmy,  jak  możesz  mówić  mi  o  wybieraniu  bezpiecznej 
drogi?

–  Nie  rozumiem,  jak  możesz  myśleć  inaczej!  O  mały  włos  nie  straciłeś 

wszystkiego. I teraz nie chcesz zabezpieczyć się przed podobnym ryzykiem? –
Adrienne wstała, owijając się kołdrą.

– Wiem, że bezpieczeństwo to złuda. Wiem, że można stać na krawędzi 

katastrofy,  i  nagle  nadchodzi  cud,  wszystko  układa  się  pomyślnie.  Tak  było  z 
tym  złotem.  Tak  było  zawsze,  w  całym  moim  życiu!  Mam  talent  do 
wychodzenia cało z opresji. Mając połowę złota Archiego, byłbym kompletnym 
durniem,  gdybym  nie  naprawił  samolotu  i  nie  otworzył  szkoły  pilotażu.  Jak 
mógłbym zaprzepaścić taką szansę?!

Adrienne z trudem przełknęła ślinę. Matt nic się nie zmienił. Być może, 

gdyby  Archie  nie  dał  mu  złota,  Matt  zrozumiałby  nareszcie,  że  nie  można 
zawsze liczyć na łut szczęścia. Ale złoto jest, a Matt uważa je za dowód na to, że 
jego  osobiste  szczęście  nigdy  go  nie  opuści.  Adrienne  nie  wierzyła  w  cuda. 
Wierzyła za to w staranne planowanie.

Zaczęła dygotać z zimna.  Dwa razy rozpoczynała  zdanie, które boleśnie 

pulsowało w jej głowie. Wreszcie udało jej się wykrztusić:

– Nie mogę poślubić człowieka, który myśli w taki sposób.

background image

ROZDZIAŁ 13

Orzechowe oczy Matta zabłysły bólem. Na jego twarzy pojawił się wyraz 

rezygnacji.

– Przez cały czas oczekiwałem, że to właśnie powiesz. Bałem się, że cała 

ta słodycz i uległość nie są szczere.

– Po wszystkim, co się zdarzyło, myślałam, że się choć trochę zmieniłeś!
– A ja myślałem, że to ty się zmieniłaś! – krzyknął Matt – Chyba oboje 

spodziewaliśmy się cudu, tego, że jak w kinie każde z nas nagle stanie się taką 
osobą, jaką pragnie widzieć druga strona. Ale to jest życie, a nie film.

– Matt – błagała Adrienne. – Czy ty nie rozumiesz, że...
– Nie. Nie rozumiem – przerwał Matt ponurym głosem. – Nie wyobrażam 

sobie, że mógłbym żyć, postępując zgodnie z twoimi głupimi zasadami. A ty nie 
akceptujesz mojego sposobu życia, wiec jesteśmy kwita.

– Ale ja cię kocham.
–  Doprawdy?  Miłość  nie  każe  zmieniać  ludzi  na  swój  obraz  i 

podobieństwo.

–  Miłość  nie  pozwala  zachowywać  się  w  nieodpowiedzialny  sposób, 

jeżeli dotyczy to również innych!

–  Mówisz,  że  jestem  nieodpowiedzialny?  –  spytał  Matt  po  chwili 

milczenia. – Ty, osoba, która jeszcze kilka godzin temu zgodziła się zostać moją 
żoną, a teraz nagle zmieniła zdanie?

– Chyba zbyt długo z tobą przebywałam – powiedziała Adrienne, tłumiąc 

szloch.

– No, temu da się łatwo zaradzić – stwierdził Matt, odwracając się do niej 

tyłem.  Jego  rysy  zastygły  w  wyrazie  tępego  bólu.  –  Saddlehorn  nie  jest  zbyt 
dużym  miejscem  –  oświadczył,  zakładając  koszulę  i  buty.  –  Na  pewno  ktoś 
wskaże ci drogę na przystanek.

– Wyjeżdżasz? – Łzy płynęły jej po policzkach.
–  Czemu  nie.  –  Matt  założył  buty  i  wsunął  portfel  do  tylnej  kieszeni 

spodni. – Najwyraźniej wcale ci nie jestem potrzebny – powiedział i wyszedł z 
pokoju nie oglądając się za siebie.

Adrienne  przebyła  drogę  autobusem  do  Tucson  w  stanie  zupełnego 

otępienia. Jeszcze z Saddlehorn zadzwoniła do swojej współlokatorki, Margaret, 
która wyszła po nią na dworzec autobusowy, zawiozła do domu i zapakowała do 
łóżka.

Adrienne  opowiedziała  Margaret  całą  historię  dopiero  w  poniedziałek. 

Tego samego dnia zerwała z Aleksem.

Ten  wieczór  Adrienne  i  Margaret  spędziły  razem  w  domu.  Siedziały  w 

background image

kuchni i jadły pizzę.

–  Coś  mi się  tu  nie zgadza  – oznajmiła Margaret.  –  Jeżeli  Matt  jest  dla 

ciebie  zbyt  nieodpowiedzialny,  czemu  w  takim  razie  zerwałaś  z  Aleksem, 
najbardziej odpowiedzialnym facetem na świecie?

– Musiałam – wyznała Adrienne – bo dzisiaj dopadł mnie na korytarzu w 

pracy i próbował mnie pocałować.

– Pewnie za tobą tęsknił. Był bardzo smutny, kiedy wczoraj powiedziałam 

mu,  że  nie  może  się  z  tobą  natychmiast  zobaczyć.  Ale  masz  rację,  to  nie  jest 
całkiem w porządku, jeśli facet łapie cię nagle i w pracy bierze się do całowania.

– To, że byliśmy w pracy, wcale mi aż tak nie przeszkadzało. Najgorsze, 

że nie mogłam znieść myśli o pocałowaniu Aleksa. Nigdy w życiu.

– Aha – mruknęła Margaret, sięgając po następny kawałek pizzy.
– Czemu tak mi się dziwnie przyglądasz?
– Zazwyczaj kiedy nie mogę znieść, żeby mnie ktoś całował, szczególnie 

jeśli  jest  to  ktoś  przystojny  i  miły,  tak  jak  Aleks,  oznacza  to,  że  jestem  do 
szaleństwa zakochana w kimś innym. To efekt naszej wrodzonej skłonności do 
monogamii.

– Podejrzewam, że ze mną jest tak samo.
–  Przyznajesz,  że  jesteś  zakochana  w  facecie,  z  którym  spędziłaś  ten 

szalony weekend? W tym nieodpowiednim, nieodpowiedzialnym pilocie?

– Chyba tak – pokiwała głową Adrienne.
– I co zamierzasz zrobić?
– Nic. To mi musi przejść. Proste!

Oczekiwanie na to, że miłość do Matta jakoś jej przejdzie, nie było wcale 

takie proste. Adrienne zresztą nawet się tego nie spodziewała. Ale musi jej się to 
udać.  Nie  postąpi  przecież  tak  jak  jej  siostry.  Nie  pozwoli  sobie  na  luksus 
poślubienia kogoś w imię nieobliczalnych emocji, takich jak miłość, która czyni 
człowieka ślepym na realia życia.

Pierwszym  trudnym  zadaniem  było  odesłanie  Archiemu  ubrań  Dorothy. 

Adrienne  nie  czuła  się  na  siłach  rozmawiać  bezpośrednio  z  Archiem,  więc 
zadzwoniła  do  pani  Potter  i  zapytała,  jak  ma zaadresować  paczkę.  Pani  Potter 
opowiedziała  jej  ze  szczegółami  o  operacji  wyciągania  samolotu  z  kanionu, 
która  przykuwała  uwagę  całego  miasteczka.  Adrienne  skończyła  rozmowę  jak 
tylko  mogła  najszybciej,  zapakowała  uprane  rzeczy  i  skreśliła  do  Archiego 
krótki  liścik  z  podziękowaniami.  Napisała,  że  jest  bardzo  zajęta  pracą,  ale  za 
kilka miesięcy postara się go odwiedzić.

Drugi  problem  zrodził  się  w  tydzień  później,  kiedy  dostała  najeżony 

błędami  ortograficznymi  list  od  Archiego,  który  chciał  się  dowiedzieć,  co  się 
dzieje  z  Mattem.  „Matt  jest  ponury  i  zły  jak  zbity  szczeniak”  –  pisał  Archie. 
Adrienne  nie  odpowiedziała  na  ten  list,  ale  jakoś  nie  mogła  się  zdobyć  na  to, 

background image

żeby go wyrzucić.

Potem  nastąpiła  dłuższa  cisza.  Życie  Adrienne  weszło  w  stare,  znane 

koleiny  i  potoczyło  się  naprzód.  Jak  zwykle  pracowała  przy jednym  z  sześciu 
biurek,  ustawionych  pośrodku  biura  maklerskiego  C.  D.  Girard  and  Sons.  Od 
każdego  z  początkujących  pracowników  wymagano  codziennie  odbycia  co 
najmniej  pięćdziesięciu  rozmów  telefonicznych  z  potencjalnymi  klientami. 
Oprócz tego co sześć tygodni każdy z nich pracował jako szef biura, obsługując 
przychodzących tam interesantów.

Poza  Sharon,  recepcjonistką,  Adrienne  była  jedyną  kobietą  w  całym 

budynku.  Plotka,  że  zerwała  z  Aleksem,  rozniosła  się  po  biurze  lotem 
błyskawicy.  Większość  mężczyzn  zwarła  szeregi,  tworząc  nieprzebyty  front. 
Żarciki i przycinki, do tej pory łagodne, nagle stały się ostre i niewybredne.

Pomimo napięcia Adrienne wciąż uważała pracę za wspaniałe wyzwanie i 

pogrążyła się w niej po uszy. Zamiast telefonować do pięćdziesięciu klientów, 
starała  się  zadzwonić  do  stu.  Przychodziła  wcześnie  i  zostawała  do  późnego 
wieczora. Zawsze była w biurze w momencie zamknięcia nowojorskiej giełdy, o 
godzinie drugiej czasu lokalnego.

Ten tryb pracy zaczynał przynosić widoczne rezultaty, chociaż wiele osób 

wciąż  wolało,  żeby  w  kwestiach  finansowych  udzielał  im  porad  mężczyzna. 
Adrienne była już na to uodporniona i nauczyła się koncentrować na klientach, 
którzy pomimo wszystko chcieli z nią współpracować.

W pracy pomagała jej nowo zdobyta wiara we własne siły. Po pokonaniu 

tylu  przeszkód, które spiętrzyły się  przed nią  w  ciągu owych pamiętnych dwu 
dni,  zadzwonienie  do  setki  obcych  ludzi  dziennie  było  doprawdy  błahostką. 
Nawet przewidywanie zachowania rynku stało się  jakby zbyt  proste.  Adrienne 
wstyd było przyznać się nawet przed sobą samą, że zaczyna to być wręcz nudne.

Stanowczo broniła się przed myślą, że jej życie jest zbyt przewidywalne, 

zbyt spokojne i uporządkowane. Pewnego dnia jeden z klientów opowiedział jej 
o  wycieczkach  kajakowych  po  rwących  górskich  strumieniach,  a  Adrienne 
skwapliwie zapisała sobie nazwę firmy, która je organizowała.

Kiedy  lepiej  się  nad  tym  zastanowiła,  stwierdziła,  że  ryzyko  jako  takie 

wcale  jej  nie  pociąga,  ale  stanowi  sposób,  żeby  powróciły  uczucia,  których 
doświadczyła  u  boku  Matta:  podniecenie,  radość  i...  miłość.  Adrienne  podarła 
informację  o  spływie  kajakowym  na  drobne  kawałeczki.  Jej  uczucia  do  Matta 
kiedyś w końcu muszą osłabnąć, wyblaknąć i zniknąć jak letnia opalenizna.

Praca  pozostawała jej głównym zajęciem  i  źródłem pociechy  przez  cały 

deszczowy  listopad.  Adrienne  obiecała  sobie,  że  na  Święto  Dziękczynienia 
pojedzie  do  Utah,  do  rodziców,  zaraz  po  ogłoszeniu  wyników  osiągniętych 
przez  poszczególnych  maklerów  w  tym  miesiącu.  Tym  razem  udało  jej  się 
prześcignąć  nie  tylko  wszystkich  nowych  pracowników,  ale  również  kilku 
doświadczonych,  starszych  kolegów.  W  poniedziałek  i  wtorek  zdobyła  dwu 

background image

nowych klientów; jeśli środa będzie równie udana, z pewnością dopnie swego.

W  środę,  w  przeddzień  Święta  Dziękczynienia,  Adrienne  pracowała 

wytrwale,  dzwoniąc  do  osób  umieszczonych  na  jej  liście.  Tego  dnia  jednak 
większość  ludzi  zajęta  była  przygotowaniami  do  świąt,  sprzątaniem  i 
gotowaniem, i nikt nie miał głowy do rozmów o akcjach i kapitale.

W  południe  odsunęła  dolną  szufladę  biurka  i  wyjęła  z  niej  drugie 

śniadanie. Nagle uświadomiła sobie, że nie jest w stanie zjeść jeszcze jednego 
takiego  samego  posiłku.  Miała  już  dość  tego  zdrowego  jedzenia,  takiego 
samego,  niezmiennego  od  wielu,  wielu  dni.  Może  po  prostu  potrzebne  jej  są 
krótkie  wakacje,  pomyślała,  chowając  śniadanie  do  szuflady.  Postanowiła,  że 
wyjedzie  z  miasta  zaraz  po  zamknięciu  giełdy.  W  ten  sposób  znajdzie  się  w 
Utah już następnego dnia rano.

Z  radością  pomyślała  o  czekającej ją  podróży.  W  drodze  powrotnej być 

może  zatrzyma  się  w  Saddlehorn.  Może  pojedzie  na  rowerze  Dorothy  aż  nad 
kanion. Może...

–  Rozmarzyła  się  pani,  panno  Burnham?  –  Przy  jej biurku  stał  zastępca 

dyrektora, marszcząc groźnie brwi. – Spodziewałem się zastać panią przy pracy 
– powiedział, poprawiając krawat. – Nie przypuszczałem, że pozwoli pani sobie 
na zaniedbania teraz, kiedy ma pani tak dobre wyniki. A może obmyślała pani 
właśnie menu na jutrzejszy wystawny obiad?

–  Niestety,  nie  jestem  szczególnie  dobrą  kucharką,  panie  Dannenger  –

odpowiedziała zaciskając zęby. – Jadę do Utah.

– Ach tak, jedzie pani do rodziców. Czy wiedzą już, jaki z pani doskonały 

pracownik?

– Zanim zacznę się przechwalać, wolę poczekać na końcowe wyniki.
– Słusznie – powiedział Dannenger. – Bardzo słusznie.
– A więc, jeśli pan pozwoli, wrócę do mojej pracy.
– Świetnie.
Adrienne  podniosła  słuchawkę  i  spojrzała  na  listę  nazwisk.  Wcale  nie 

chciało jej się dzwonić do tych ludzi. Co gorsza, przestało jej właściwie zależeć 
na  pobiciu  rekordu wyników.  Dannenger zatrzymał  się  jeszcze na  chwilę przy 
jej biurku. Uśmiechnęła się do niego szeroko, ale gdy tylko wyszedł, ze złośliwą 
satysfakcją pokazała mu język.

Jej  gest  został  skwitowany  znajomym,  stłumionym  śmiechem.  Matt! 

Adrienne  odwróciła  się  błyskawicznie  i  zobaczyła  go,  jak  stoi  oparty  o  niskie 
biurowe przepierzenie. Poderwała się, ogarnięta nagłą radością.

–  Matt,  jak  ty...  –  Zawahała  się  nagle.  Ostatnie  słowa,  jakie  ze  sobą 

zamienili, nie były szczególnie przyjazne. Nie powinna cieszyć się, że go widzi. 
Ale jednak cieszyła się tak bardzo, że cała aż drżała z radosnego podniecenia. –
Co ty... to znaczy... Sharon nic mi nie mówiła... zaskoczyłeś mnie!

–  Przekonałem  Sharon,  że  jesteśmy  starymi  znajomymi  i  że  nie  ma 

background image

potrzeby uprzedzać cię o mojej obecności.

Adrienne stała w milczeniu, rozkoszując się widokiem Matta, ubranego w 

brązową, skórzaną kurtkę i jasne spodnie. Wręcz emanował seksem.

–  Rozumiem  –  powiedziała  Adrienne,  nie  wiedząc,  co  teraz  zrobić.  Z 

całego serca pragnęła, żeby Matt został z nią, choćby tylko przez krótką chwilę. 
Jego obecność, śmiech, który czaił się w orzechowych oczach, dodawały jej sił 
do życia.

– Może usiądziesz? – zaproponowała w końcu.
– Nie, dziękuję. Myślałem, że może zjemy razem lunch.
– Lunch? – Adrienne pomyślała o minie pana Dannengera. Ktoś musiałby 

ją tu zastąpić. W firmie nie było to zbyt dobrze widziane. Poza tym wychodząc, 
straci przynajmniej jedną godzinę pracy.

–  Bardzo  chętnie  –  odparła  po  chwili  wahania,  czując  nagły  przypływ 

podniecenia, które zawsze wiązało się w jej myślach z osobą Matta.

Zdjęła  płaszcz  z  wieszaka,  podniosła  torebkę  i  podeszła  do  kolegi, 

siedzącego przy sąsiednim biurku.

–  Thorndyke?  –  zawołała.  Sąsiad  podniósł  się  bez  chwili  zwłoki  i 

Adrienne uświadomiła sobie, że cały czas gorliwie podsłuchiwał ich rozmowę.

– Słucham? – spytał.
– Czy mógłbyś mnie zastąpić? Wychodzę na lunch.
– Na lunch, w ostatnim dniu miesiąca? – zdziwił się.
– Tak. Zrobisz to dla mnie? – spytała krótko Adrienne.
– Tylko pod warunkiem, że dasz mi zastępstwo do końca dnia.
– Dobrze. Powiem to Sharon.
– Taak, w porządku. – Potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Wciąż nie 

mogę w to uwierzyć. Przecież ty nigdy nie wychodzisz na lunch.

– Coś się mogło zmienić – powiedziała Adrienne, podchodząc do Matta. 

Wciągnęła głęboko powietrze, rozkoszując się silnym zapachem jego płynu po 
goleniu.

– Nigdy nie wychodzisz z biura? – spytał Matt, spoglądając na nią.
– Nie zaczynaj, dobrze? – poprosiła Adrienne. – Spróbujmy być dla siebie 

nawzajem mili. Chyba możemy zjeść lunch jak cywilizowani ludzie, nie kłócąc 
się?

– A kto się niby kłóci?
– Wiem, do czego zmierzałeś. Miałeś zamiar znowu zrobić mi wykład na 

temat tego, że niedobrze robię, unikając radości życia codziennego.

–  Może  gdybyś  wyszła  czasem  z  biura,  nie  musiałabyś  odreagowywać 

stresu, przedrzeźniając swojego szefa – roześmiał się Matt.

–  O  czym  ty  w  ogóle  mówisz?  –  spytała,  czerwieniąc  się  i  modląc  w 

duchu, żeby nikt nie usłyszał tej uwagi.

Sharon obserwowała ich z uśmieszkiem na ustach.

background image

–  Thorndyke  zgodził  się  mnie  zastąpić  do  końca  dzisiejszego  dnia  –

powiedziała Adrienne.

– Naprawdę? – spytała Sharon, z trudem usiłując ukryć zaskoczenie. – Już 

nie wracasz?

–  Oczywiście,  że  wrócę,  ale  zgodziliśmy  się,  że  tak  będzie  uczciwiej. 

Przysługa za przysługę.

–  A  jeśli  Adrienne  by  już  dzisiaj  nie  wróciła?  –  spytał  Matt,  stając 

odrobinę bliżej recepcjonistki.

–  Ja  na  pewno  wrócę  –  powiedziała  Adrienne,  nim  Sharon  zdążyła 

ochłonąć wystarczająco, by udzielić odpowiedzi. – Będę tu jak zwykle o drugiej, 
na zamknięcie giełdy.

– O drugiej? Czy to konieczne? – spytał Matt, spoglądając na zegarek. –

Teraz jest wpół do pierwszej.

– Muszę wrócić przed drugą. Mamy godzinę.
–  Dobrze  –  przystał  Matt,  najwyraźniej  siłą  powstrzymując  się  od 

dalszych uwag. – Godzina to godzina.

Wyszli przed budynek i Adrienne rozejrzała się, szukając wzrokiem jego 

czerwonej  corvetty.  Matt  wziął  ją  pod  ramię  i  poprowadził  do  małej, 
czterodrzwiowej hondy.

– Co się stało z twoim starym samochodem? – spytała Adrienne, starając 

się zachować spokój pomimo ciepłego dotyku jego dłoni na ramieniu.

– Teraz jeżdżę tym – odparł Matt – Och.
Otworzył  drzwi  z  prawej  strony  i  pomógł  jej  wsiąść.  Samochód  był 

wyposażony mniej niż skromnie. Matt wsiadł i uśmiechnął się do Adrienne.

– Podoba ci się?
A  co  tu  jest niby do  podobania, pomyślała  Adrienne. Samochód nie był 

zły, ale zupełnie nie pasował do tego mężczyzny.

– Na pewno jest bardzo oszczędny – powiedziała.
– Bardzo oszczędny – powtórzył Matt, kiwając głową.
– No i ma bardzo praktyczny kolor. – Adrienne zastanawiała się, czemu 

właściwie  czuje się  tak  bardzo  rozczarowana. Sprzedając swoją  corvettę,  Matt 
postąpił bardzo rozsądnie. Jako doradca finansowy, sama by mu to zaleciła. I z 
taką radą Matt z całą pewnością by się nie zgodził.

Matt jechał ostrożnie, respektując wszystkie ograniczenia prędkości. Nie 

próbował nawet zaczynać rozmowy.

– Jak się miewa Archie? – spytała wreszcie Adrienne.
– Dobrze. Przesyła ci pozdrowienia.
– Wiedział, że zamierzasz się ze mną spotkać?
– Tak.
Jeżeli  kiedykolwiek  marzyła  o  tym,  że  Matt  Kirkland  może  kiedyś 

powrócić do jej życia, z pewnością nie tak sobie to wyobrażała. Oczekiwałaby 

background image

raczej, że wpadnie jak burza i porwie ją ze sobą. Prawdę mówiąc, tego właśnie 
się spodziewała, kiedy go  dziś ujrzała. Być może zabiera  ją na lunch w jakieś 
szalenie ekscytujące, cudowne miejsce. Może chce ją zaskoczyć.

Samochód zatrzymał się przed tanią restauracją.
– I jak, może być? – spytał Matt, odwracając się w jej stronę.
– T... tak – wyjąkała. – Ceny tu są całkiem przystępne.
– Zgadza się – przytaknął Matt. – Sprawdzałem.
– Sprawdzałeś?
– Oczywiście. Nie mogę przekroczyć mojego budżetu.
– Budżetu?
Znów  się  do  niej  uśmiechnął,  tym  dziwnym,  pozbawionym  wyrazu 

uśmiechem, który zupełnie do niego nie pasował.

– Tak, budżetu – potwierdził. – Wejdziemy?
Skinęła głową, zupełnie nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć. Czy to 

możliwe, żeby czyjaś osobowość uległa tak drastycznym zmianom?

Kiedy  usiedli,  Adrienne  zamówiła  stek  z  mnóstwem  dodatków,  a  Matt 

sałatkę  z  tuńczyka.  Zupełnie  jakby  zamienili  się  rolami.  Adrienne  miała 
nadzieję,  że  Matt  zaproponuje  jej  wino.  Ponieważ  jednak  tego  nie  zrobił, 
zamówiła wodę mineralną. Matt poprosił o kawę. Bez kofeiny.

–  No,  dobrze  –  odezwała  się  w  końcu.  –  Dlaczego  przyszedłeś  dziś  do 

mojego biura?

– W interesach – odpowiedział, nie patrząc na nią.
Na  dźwięk  tego  beznamiętnego  stwierdzenia  nadzieja,  że  Matt  ma  na 

myśli coś niezwykle romantycznego, rozwiała się jak dym. Ale skoro on może 
udawać, że nigdy dla siebie nic nie znaczyli, ona, Adrienne, też potrafi świetnie 
zagrać swoją rolę.

– Jakie to interesy? – spytała.
– Skorzystałem z twojej rady i sprzedałem samolot komuś, kogo stać na 

naprawę i ubezpieczenie.

– Rozumiem – potaknęła Adrienne. Teraz miała naprawdę ochotę zacząć 

krzyczeć. A więc zrobił to. Teraz, kiedy było już za późno, kiedy najwyraźniej 
stracił do niej wszelkie uczucia. Zacisnęła dłonie na rogu serwetki, za wszelką 
cenę starając się zachować spokój.

–  No,  więc  mam  trochę  pieniędzy,  które  chciałbym  zainwestować.  To 

samo zresztą dotyczy Archiego. Chcielibyśmy, żebyś się tym zajęła.

– Dlaczego akurat ja?
– Obaj jesteśmy przekonani, że jesteś bardzo dobra w swoim zawodzie –

powiedział, patrząc na nią uważnie. Adrienne poczuła nagle, że zaraz wybuchnie 
histerycznym  śmiechem.  Wyobrażała  sobie,  że  lunch  z  Mattem  będzie  czymś 
nadzwyczajnym,  odmianą  w  codziennej rutynie,  ucieczką  od  monotonii  pracy. 
Teraz  okazało  się,  że  czy  tego  chce,  czy  nie,  jest  to  spotkanie  w  interesach. 

background image

Najwyraźniej szalone sytuacje nie były jej już pisane.

– O jaki rodzaj inwestycji chodzi? – spytała, zdecydowana robić to, co do 

niej należy, chociaż tak naprawdę miała ochotę natychmiast wstać i uciec.

– Coś, co nie podlega opodatkowaniu, no i z niezbyt wysokim ryzykiem. 

Chcę mieć pewność, że moje pieniądze są bezpieczne.

– Cooo? – Adrienne wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
– Słyszałaś, co powiedziałem. Jestem pewien, że wiesz, o co mi chodzi. 

Podejrzewam nawet, że specjalizujesz się w takim właśnie typie inwestycji.

Była to, niestety, prawda. Adrienne żałowała z całego serca, że nie może 

temu zaprzeczyć, choć ten jeden, jedyny raz.

–  Więc  możesz  znaleźć  taką  lokatę?  –  spytał  Matt  –  Chyba  tak  –

potwierdziła bez entuzjazmu.

– Dobrze. Ale pamiętaj, nie chcemy ryzykować.
– Co się z tobą stało, Matt – wybuchnęła Adrienne, nie mogąc dłużej tego 

wytrzymać.  –  Mężczyzna,  którego  znałam,  zażądałby  ode  mnie  lokaty  o 
najwyższym  stopniu  ryzyka,  która  dawałaby  szanse  największych,  szybkich 
zysków, czegoś, co będzie ekscytujące, choć można na tym stracić. Skąd nagle 
ta troska o bezpieczeństwo?

–  Być  może  czas  już,  żebym  spróbował  zachowywać  się  bardziej 

ostrożnie.  Myślałem  też  o  podwyższeniu  stawki  mojego  ubezpieczenia  i 
podjęciu  dodatkowej  pracy.  Słyszałem,  że  w  jednym  ze  sklepów  poszukują 
sprzedawcy do działu z butami.

– Ty chyba zwariowałeś!
– O co ci chodzi?
–  Ani  mi  się  waż  zaczynać  pracę  w  jakimś  głupim  sklepie!  Ani  mi  się 

waż!  Nie  wiem,  co  cię  opętało  z  tymi  pomysłami  co  do  inwestycji,  małym 
samochodem i pracą w sklepie, ale to, co mówisz, brzmi po prostu śmiesznie. Ty 
sprzedający  buty,  to  mniej  więcej  to  samo,  co  tygrys  zajmujący  się  haftem 
artystycznym.

– Ja myślałem... myślałem, że to pochwalisz – powiedział Matt urażony.
Adrienne  popatrzyła  na  talerz  i  zaczęła  nerwowo  bawić  się  widelcem. 

Zaskoczyła ją własna reakcja na plany Matta. W końcu sama radziła mu, żeby 
trochę spoważniał. Wtedy jednak nie miała pojęcia, jak będzie się czuła, widząc, 
jak  odchodzi  dawny  Matt,  wspaniały  człowiek,  którego  poznała  podczas 
pamiętnego weekendu.

– Czy nie o takim zachowaniu kiedyś mi mówiłaś?
–  Tak,  może  niektóre  z  twoich  decyzji  są  całkiem  sensowne  –

powiedziała,  nie  patrząc  na  niego.  –  Sprzedaż  samolotu  i  zainwestowanie 
pieniędzy jest słuszne, ale wydaje się, że straciłeś cały swój...

– Samochód się pali! – zawołał mężczyzna, wpadając do restauracji. – Na 

parkingu pali się czerwona corvetta! Czy jest tu może jej właściciel?

background image

–  Do  diabła!  –  Matt  zerwał  się  na  równe  nogi.  –  To  na  pewno  mój 

samochód – wymamrotał i wypadł na dwór co sił w nogach.

background image

ROZDZIAŁ 14

– Twój samochód? – zawołała Adrienne, zrywając się od stołu. – Ale ty 

masz  przecież  białą  hondę!  –  W  drzwiach  minął  ją  wysoki  blondyn,  który 
wyskoczył na dwór, wołając Matta po imieniu.

Adrienne  pobiegła  za  nim.  W  oddali  rozległo  się  wycie syreny.  Parking 

był pełny gryzącego dymu.

Wybiegając zza rogu, Adrienne ujrzała starą corvettę Matta, której przód 

zasłaniała  chmura  czarnego  dymu.  Spod  pokrywy silnika  wyskakiwały wesołe 
płomyczki.  Matt  i  blondyn,  którego  widziała  w  restauracji,  stali  o  dwa  metry 
dalej, machając rękami i krzycząc. Na parking wjechała straż pożarna. Adrienne 
gorączkowo usiłowała się w tym wszystkim połapać. Matt ma dwa samochody? 
Ale jeżeli nawet tak jest, czemu zaparkował obydwa przed tą samą restauracją? I 
kim  jest  ten  blondyn,  z  którym  Matt  się  teraz  kłóci?  Patrząc  na  płonący 
samochód, Adrienne zdała sobie sprawę, że całe to zamieszanie wydaje jej się 
dziwnie  znajome.  Czuła  się  teraz  bardziej naturalnie i  swobodnie, niż  podczas 
nudnego lunchu z Mattem.

Nareszcie  ogień  został  ugaszony  i  wóz  strażacki  opuścił  parking.  Gapie 

wrócili do restauracji i wkrótce Adrienne, Matt i tajemniczy blondyn pozostali 
na parkingu sami.

– Nic nie rozumiem – zdumiała się Adrienne, szczękając zębami z zimna.
–  Ten  samochód  nie  miał  się  zapalić  –  zawołał  Matt,  patrząc  na 

poczerniałą corvettę.

– To nie moja wina, Matt – usprawiedliwiał się blondyn.
– Tak – westchnął Matt.
– Słowo ci daję, wszystko było w porządku.
–  Na  pewno  masz  rację,  Jack.  –  Matt  położył  mu  dłoń  na  ramieniu.  –

Przepraszam, że się tak uniosłem. Ostatnio byłem trochę zdenerwowany.

Adrienne przyglądała się to jednemu, to drugiemu mężczyźnie. Wreszcie 

wyciągnęła rękę do Jacka.

– Dzień dobry, jestem Adrienne – przywitała się.
– Wiem – odparł blondyn.
– Cieszę się, że jest pan tak dobrze poinformowany – powiedziała czując, 

że  jej  cierpliwość  zaczyna  się  wyczerpywać.  –  Wszyscy,  oprócz  mnie, 
najwyraźniej doskonale wiedzą, o co tu chodzi.

–  Och,  Adrienne,  to  jest  Jack  –  przedstawił  Matt  –  Kupiłeś  samochód 

Matta? – spytała Adrienne.

– Nie – odparł Jack. – Ale pożyczyłem mu moją hondę. Ja przyjechałem 

corvettę, żeby mógł nią wrócić, ale teraz chyba mamy już tylko jeden samochód 
na spółkę. Może was gdzieś podwieźć?

background image

–  Przestań!  –  przerwała  mu  Adrienne.  –  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  Czy 

ktoś byłby uprzejmy mi wytłumaczyć, co tu się, do diabła, dzieje?

–  Zostawiłem  ciastko  i  kawę  na  stoliku  –  powiedział  Jack,  rzucając 

Mattowi niespokojne spojrzenie. – Może pójdę je dokończyć, a wy to sobie w 
tym czasie sami wyjaśnicie.

– Jesteś tchórzem, Jack – roześmiał się Matt.
– To ty powiedziałeś mi, że ta kobieta to dynamit.
– Co niby powiedziałeś? – Adrienne odwróciła się do Matta.
– To do zobaczenia – rzucił Jack, szybko się wycofując.
–  Dlaczego  mówiłeś  o  mnie  coś  takiego  swojemu  przyjacielowi?  –

zawołała Adrienne.

Matt  skrzyżował  ramiona  i  przyglądał  jej  się  z  ukosa,  tłumiąc  z  trudem 

uśmiech.

– Doprawdy nie wiem, jak też coś podobnego mogło mi w ogóle przyjść 

do głowy – odezwał się w końcu.

–  I  przestań  tak  na  mnie  patrzyć,  dobrze?  Mam  wszelkie  prawo  być 

zdenerwowana, przywlokłeś mnie tutaj pożyczonym samochodem, Bóg wie po 
co, a teraz...

–  Przywlokłeś?  Przecież  nie  mogłaś  już  doczekać  się  chwili,  w  której 

wreszcie  wydostaniesz  się  z tego  biura. Patrzyłaś na  mnie łakomie, jak  kot  na 
talerzyk śmietanki.

– Wcale nie! Ja tylko...
–  Chodź  tu  –  powiedział,  biorąc  ją  w  ramiona.  –  Tak,  teraz  lepiej. 

Całkiem jak za dawnych, dobrych czasów, znowu pięknie się kłócimy!

–  Za  złych  dawnych  czasów  –  poprawiła,  próbując  bez  przekonania 

wydostać się z jego ramion. Tak dobrze się czuła, stojąc blisko niego.

– Nie uważam, żeby były aż takie złe. – Przesunął dłonią po jej plecach i 

popatrzył głęboko w oczy. – Ten weekend to były najpiękniejsze dni w całym 
moim życiu.

– To było szaleństwo – powiedziała z bijącym mocno sercem.
–  Tak.  Wspaniałe  szaleństwo.  –  Objął  dłońmi  jej  pośladki  i  przytulił 

mocniej do siebie. – Powiedziałaś, że tego nie lubisz.

– To prawda. Nie lubię.
– Kłamczucha. Jak tylko zacząłem mówić o bezpiecznej lokacie kapitału, 

widziałem  wyraźnie,  jak  światełko  zainteresowania  gaśnie  w  twoich  pięknych 
brązowych oczach. Ale teraz to światełko znów się pali, Adrienne. Wystarczy ci 
jedna mała katastrofa, i już żyjesz pełnią życia, rozkoszując się każdą chwilą.

–  I  ty  myślisz,  że  ja  to  lubię?  Samoloty,  które  się  rozbijają,  mężczyzn 

wymachujących dubeltówką, płonące samochody?

– Myślę, że to uwielbiasz. Cała ta bajeczka o lokatach kapitału śmiertelnie 

cię znudziła. No, powiedz prawdę. Szczerze.

background image

–  Zaraz,  zaraz.  Bajeczka?  –  Odchyliła  się,  ale  tak  naprawdę  wcale  nie 

starała się wyrwać z jego silnych ramion.

–  Tak.  Jak  już  powiedział  ci  Jack,  pożyczyłem  samochód,  wybrałem  tę 

restaurację  i  obmyśliłem  całe  mnóstwo  nudnych  tematów  do  rozmowy,  żeby 
sprawdzić,  czy  to  ci  naprawdę  odpowiada.  To  było  cudowne  widzieć  jak  na 
dłoni,  że  nie  podoba  ci  się  taki  typ  mężczyzny.  Właśnie  mnie  za  to  chciałaś 
surowo skarcić, kiedy samochód się zapalił.

– Wszystko zmyśliłeś? – Adrienne poczuła panikę. Jeżeli Matt wciąż ma 

stary samolot,  jeżeli nie zmienił się ani na jotę, będzie musiała trzymać się na 
baczności.

– Nie wszystko.
– Więc co jest prawdą? – Adrienne odrobinę się rozluźniła.
– Sprzedałem samolot, jak tylko wyciągnęliśmy go z kanionu. Twoja rada 

była słuszna. Razem z Archiem chcemy ulokować te pieniądze, ale zależy nam 
na jak najwyższym zysku w jak najkrótszym czasie. Budujemy lądowisko, będę 
tam woził turystów, a Archie będzie ich zabierał na poszukiwanie złota.

W  oczach  Matta  błyszczało  znów  to  samo  podniecenie,  radość  życia, 

którą  tak  podziwiała  i  kochała.  Coś  się  jednak  zmieniło.  Adrienne  wzięła 
głęboki oddech.

– Czy... Czy corvetta była ubezpieczona?
– Tak. Wstyd przyznać, ale twoje uwagi miały zbawienny wpływ.
–  Ale  ty  mnie  oszukałeś!  –  zaprotestowała  Adrienne,  starając  się 

wzbudzić  w  sobie  szczere  oburzenie.  –  Biorąc  pod  uwagę  to,  jak  ukartowałeś 
nasze dzisiejsze spotkanie, powinnam...

– Powinnaś pozwolić mi się pocałować. Wiem, że tego właśnie pragniesz. 

–  Głos  Matta  stał  się  miękki  i  czuły.  –  Adrienne,  powiedz  mi,  szczerze.  Czy 
kiedykolwiek czułaś do kogoś to, co czuliśmy do siebie w tamten weekend?

– Taką złość? Nie, nigdy.
– I taką namiętność, i miłość?
Patrzyła  na  niego  w  milczeniu.  Nie,  nigdy  przedtem  nie  czuła  takiej 

miłości. I wciąż ją czuje.

–  Przez  ten  weekend  nauczyliśmy  się  nawzajem,  jak  bardzo  można 

kochać – powiedział. – Nie umiem tego  zapomnieć. Potrzebuję ciebie i jestem 
na tyle szalony, by sądzić, że ty też mnie potrzebujesz.

– Matt, ja nie wiem. Tak bardzo się różnimy.
–  Ale  to  jest  właśnie  najpiękniejsze.  Jesteśmy  do  siebie  podobni  w 

niektórych, najważniejszych rzeczach. Oboje jesteśmy odważni i lojalni. Oboje 
lubimy, żeby się wokół nas coś działo. Czy beze mnie nie było ci trochę nudno?

– Troszeczkę – przyznała Adrienne.
– A może trochę bardziej niż troszeczkę?
– No, dobrze, ale...

background image

–  To  tylko  chciałem  wiedzieć.  Słuchaj,  zarezerwowałem  pokój  w 

Sheratonie. Zamówiłem pościel w różyczki. Jedziemy tam. Teraz.

– Dokąd?
– Mamy spore zaległości. Musi nam być przy tym wygodnie.
–  Matt,  to  bardzo  kosztowne.  To  szaleństwo  –  Adrienne  poczuła,  że 

rozpala się w niej płomień pożądania.

– Właśnie. Ale na pewno ci się spodoba.
–  Ale  ja  muszę  wrócić  do  biura  –  powiedziała,  próbując  po  raz  ostatni 

zaprotestować. – Niedługo zamyka się giełda.

– Wcale cię nie obchodzi ani giełda, ani praca – oświadczył, patrząc jej 

głęboko w oczy. – Na pewno nie w tej chwili. Pragniesz dokładnie tego samego, 
co i ja.

– Wcale nie! – skłamała, wiedząc doskonale, że na pewno nie wróci dziś 

do biura ani nie pojedzie do Utah.

– Wcale... nie – powiedziała ciszej, gdy Matt pochylił głowę i przesunął 

wargami po jej ustach.

– Co powiedziałaś? – zamruczał.
– Tak – wyszeptała.
– Zapamiętaj to słowo – powiedział z ustami przy jej twarzy. – Będzie ci 

znowu potrzebne naprawdę niedługo.

–  Potem  pocałował  ją,  a  Adrienne  z  westchnieniem  odwzajemniła 

pocałunek,  oddając  mu  się  na  całe  życie,  życie  pełne  zaufania,  miłości...  oraz 
miliona grzesznych rozkoszy.