background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

 

 

ROZDZIAŁ XVII

 

Za to jedynie 

I choćby za to jedynie mszczę się na Śmierci 

Gniewem, który buduje się w mym sercu: 

Rozdzieliła nas tak bardzo 

że nie słyszymy już siebie. 

1

 

– ALFRED, LORD TENNYSON, IN MEMORIAM A. H. H. 

 

Tessa  stała  nad  przepaścią  w  okolicy,  której  nie  znała.  Wzgórza  dookoła  były  zielone  

i  opadały  ostro  w  stronę  niebieskiego  morza.  Krakające  morskie  ptaki  krążyły  wokół  niej,  
a szara ścieżka wiła się jak wąż wzdłuż krawędzi klifu. Naprzeciw siebie na owej ścieżce widziała 
Willa.  

Miał na sobie czarny strój bojowy, a na nim czarny płaszcz opryskany błotem, jakby chłopak 

wrócił właśnie z długiej wędrówki. Był bez czapki i rękawiczek, a jego czarne włosy splątał wiatr. 
Tak  samo  uczynił  z  włosami  Tessy,  pozostawiając  w  nich  zapach  soli  oraz  mokrych  roślin, 
rosnących na brzegu morza – zapach, który przypominał jej rejs Main

2

– Will! – krzyknęła. Było coś samotnego w jego postawie. Przypominał Tristana, patrzącego 

na Morze Irlandzkie w nadziei, iż ujrzy statek, na którego pokładzie Izolda miała do niego wrócić. 
Will  nie  odwrócił  się  na  dźwięk  jej  głosu,  podniósł  jedynie  ramiona,  pozwalając,  by  jego  płaszcz 
unosił się na wietrze jak skrzydła.  

W jej sercu pojawił się strach. Izolda wróciła do Tristana, ale wtedy było już za późno. Umarł 

on bowiem z żalu.  

– Will! – zawołała znowu, tym razem głośniej.  

A on zrobił krok do przodu, wychodząc poza urwisko. Tessa rzuciła się i spojrzała w dół, ale 

ujrzała jedynie szaroniebieską wodę i białą grzywę morskich fal. Każdy napływ wody wydawał się 
nieść do niej jego głos.  

– Obudź się, Tesso. Obudź się. 

                                                           

1

 tłumaczenie: windy dreams 

2

 Statek, którym Tessa przypłynęła do Londynu 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

– Proszę się obudzić, panno Gray. Panno Gray! 

Tessa  wyprostowała  się  gwałtownie.  Zasnęła  na  krześle  koło  kominka  w  swoim  małym 

więzieniu; była przykryta szorstkim, niebieskim kocem, choć nie mogła sobie przypomnieć, skąd 
go  ma.  Pokój oświetlały  jedynie  pochodnie i  ogień  z  kominka,  tak  więc stwierdzenie,  jaka  jest 
aktualnie pora dnia, było niemożliwe.  

Mortmain  stał  przed  Tessą,  a  za  nim  znajdował  się  automat.  Był  on  bardziej  ludzki  niż 

reszta  maszyn,  które  dotąd  widziała.  W  przeciwieństwie  do  pozostałych  miał  nawet  ubranie  
–  wojskową  tunikę  i  spodnie.  Sprawiło  to,  że  jego  głowa  wyglądała  jeszcze  bardziej 
niesamowicie z tymi zbyt gładkimi rysami i łysą,  metaliczną skórą  na niejA jego  oczy… Choć 
wiedziała,  
że  zrobiono  je  ze  szkła,  to  sposób,  w  jaki  ognistoczerwone  tęczówki  wydawały  się  ją 
przeszywać… 

– Zimno ci – stwierdził Mortmain.  

Tessa wypuściła powietrze, a jej oddech zmienił się w kłęby białej pary.  

– To, jak ciepło mnie przyjmujesz, pozostawia wiele do życzenia. 

– Zabawne – rzekł, a kąciki jego wąskich ust uniosły się lekko. Miał na sobie ciężki płaszcz, 

zrobiony z wełny karakułowej

3

, a pod nim szary garnitur, jak przystało  na człowieka biznesu.  

– Panno Gray, nie obudziłem pani bez powodu. Przyszedłem, ponieważ chcę, by pani zobaczyła, 
jak  pomoc  przy  wspomnieniach  mego  ojca  pozwoliła  mi  osiągnąć  mój  cel  –dodał  i  wskazał 
dumnie na automat stojący koło niego. 

– Kolejny robot? – zapytała Tessa bez cienia zainteresowania w głosie.  

– Och, jakże to niegrzecznie z mojej strony! – Oczy Mortmaina przeniosły się na kreaturę. – 

Przedstaw się. 

Usta metalicznego stworzenia otworzyły się; Tessa ujrzała błysk mosiądzu.  

–  Jestem  Armaros  –  przemówiło.  –  Przez  miliard  lat  dowodziłem  wiatrami  wielkich 

otchłani  między  światami.  Walczyłem  na  równinach  Brocelind  z  Nocnym  Łowcą  Jonathanem. 
Przez  ostatnie  tysiąc  lat  leżałem  zamknięty  w  Pyxis. Teraz,  kiedy  mój  Mistrz  mnie  uwolnił,  to 
jemu służę. 

Tessa  podniosła  się,  a  koc  ześlizgnął  się  z  jej  nóg,  na  co  nie  zwróciła  uwagi.  Robot 

przyglądał się jej. Jego oczy… Oczy tego pełne były inteligencji i świadomości, której nie posiadał 
żaden wcześniejszy automat. 

– Co to jest? – wyszeptała. 

–  Automat  wypełniony  duszą  demona.  Podziemni  mają  swoje  sposoby  na  uchwycenie 

demonicznej energii i jej używanie. Ja użyłem owej energii, by dać siłę robotom, które widziałaś 

                                                           

3

 Karakuł – azjatycka owca tłustoogoniasta 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

już  wcześniej.  Ale  Armaros i  jego  bracia są inni. To  opancerzone  demony. Mają  rozum  i mogą 
myśleć. Nie tak łatwo je przechytrzyć. I bardzo trudno zabić.  

Armaros  poruszył  się;  Tessa  zauważyła,  że  robi  to  płynnie  i  gładko,  bez  zakłóceń  i 

szarpnięć. Że rusza się jak człowiek. Automat wyciągnął miecz wiszący u jego boku i podał go 
Mortmainowi. Ostrze pokryto runami, z którymi Tessa zdążyła się dobrze zaznajomić – takimi, 
jakie  zdobiły  oręż  wszystkich  Nocnych  Łowców.  Runami,  które  sprawiały,  że  była  to  broń 
Nefilim. Runami, które były zabójcze dla demonów. Armaros nie powinien nawet móc spojrzeć 
na ostrze, a tym bardziej go dotknąć.  

Żołądek Tessy zacisnął się. Demon podał miecz Mortmainowi, który trzymał go z precyzją 

wieloletniego oficera marynarki wojennej. Obrócił ostrze i wbił je w pierś demona.  

Tessa  usłyszała  dźwięk  rozdzieranego  metalu.  Była  przyzwyczajona  do  widoku 

przewracających  się  automatów  czy  tryskającej  czarnej  mazi.  Jednak  demon,  niewzruszony, 
dalej  stał  nieruchomo  niczym  jaszczurka  na  słońcu.  Mortmain  brutalnie  przekręcił  rękojeść  
i wyciągnął broń. 

Ostrze spopieliło się jak kłoda wrzucona do ognia.  

–  Widzisz  –  zaczął  Mortmain.  –  Ta  armia  została  stworzona,  by  zniszczyć  Nocnych 

Łowców.  

Tessa nigdy wcześniej nie widziała uśmiechających się automatów, Armaros był pierwszy; 

nie wiedziała nawet, że jego twarz jest do czegoś takiego przystosowana.  

–  Oni  zabili  wielu  moich  pobratymców.  Zniszczyć  ich  wszystkich  –  to  będzie  dla  mnie 

prawdziwa przyjemność.  

Tessa przełknęła ślinę, starając się, by Mistrz tego nie zobaczył. Jego wzrok przenosił się z 

Tessy  na  automat  i  z  powrotem,  więc  trudno  było  stwierdzić,  na  kogo  patrzy  z  większym 
zachwytem.  Dziewczyna  chciała  krzyczeć,  rzucić  się  na  niego  i  podrapać  mu  twarz.  Jednak 
pomiędzy  nimi  znajdowała  się  połyskująca,  niewidzialna  ściana,  przez  którą  i  tak  by  się  nie 
przedarła.  

Och, będziesz czymś więcej niż tylko jego żoną, panno Gray, powiedziała kiedyś pani Black, 

Będziesz zagładą Nefilim. Do tego zostałaś stworzona. 

–  Nie  tak  łatwo  zabić  Nocnych  Łowców  –  rzekła  Tessa.  –  Widziałam,  jak  rozcinali  twoje 

automaty.  Być może  te  tutaj  nie mogą  zostać  powalone  za  pomocą  run,  ale  praktycznie  każde 
ostrze może zarysować metal i przeciąć przewody. 

Mortmain wzruszył ramionami.  

–  Nocni  Łowcy  nie  są  przyzwyczajeni  do  walki  przeciw  stworzeniom,  którym  nie  może 

zaszkodzić  broń  z  runami.  To  ich  spowolni.  Poza  tym,  mam  niezliczoną  ilość  automatów.  To 
będzie  jak  próba  odparcia  fali.  –  Przechylił  głowę na  bok.  –  Czy  teraz  widzisz  geniusz mojego 
wynalazku?  Jednak  podziękowania  należą  się  również  pani,  panno  Gray,  za  ostatni  element 
układanki. Myślałem, że może będziesz nawet… podziwiać to, co razem stworzyliśmy.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Podziwiać?  Spojrzała  mu  w  oczy,  myśląc,  że  z  niej  kpi,  jednak  ujrzała  w  nich  szczere 

pytanie,  ciekawość  połączoną  z  oziębłością.  Tessa  pomyślała  o  tym,  jak  wiele  czasu  musiało 
minąć od ostatniej pochwały, którą usłyszał od innego człowieka i wzięła głęboki oddech. 

– Jesteś wielkim wynalazcą, nie ma co do tego wątpliwości – powiedziała. 

Mortmain uśmiechnął się usatysfakcjonowany.  

Tessa  czuła  na  sobie  wzrok  mechanicznego  demona,  czuła  jego  napięcie  i  gotowość 

bojową,  ale  jeszcze  bardziej  świadoma  była  obecności  Mortmaina.  Serce  biło  jej  szybciej. 
Wydawało  jej  się,  że  stoi  nad  przepaścią,  zupełnie  jak  we  śnie.  Taka  rozmowa  z  Mortmainem 
wydawała się ryzykowna i wolałaby spaść lub polecieć. Musiała jednak skorzystać z okazji.  

– Wiem, dlaczego mnie tu przyprowadziłeś – powiedziała. – Nie chodziło jedynie o sekrety 

twojego ojca. 

W jego oczach pojawiły się gniew oraz zmieszanie. Nie zachowywała się tak, jak on by tego 

oczekiwał.  

– Co masz na myśli? 

– Jesteś samotny – rzekła. – Otoczyłeś się stworzeniami, które nie są prawdziwe, które nie 

żyją. W oczach innych widzimy swoją duszę. Jak długo nie widziałeś swojej? 

Mortmain zmrużył oczy.  

–  Miałem  duszę.  Ale  została  wypalona  przez  to,  czemu  poświęciłem  swoje  życie,  przez 

dążenie do sprawiedliwości i rekompensaty.  

– Nie nazywaj zemsty sprawiedliwością.  

Demon zachichotał pogardliwie, jakby oglądał wybryki kociaka.  

–  Pozwolisz  jej  zwracać  się  do  ciebie  w  ten sposób,  Mistrzu?  –  zapytał.  – Mogę  uciąć  jej 

język, jeśli tego chcesz, uciszyć ją na wieki. 

–  Okaleczenie  jej  niczemu  by  się  nie  przysłużyło.  Ma  moce,  o  których  nie  masz  pojęcia  

– odpowiedział Mortmain, wciąż patrząc na Tessę. – Istnieje pewne stare, chińskie powiedzenie, 
być może twój narzeczony kiedyś o nim wspominał, które mówi „Człowiek nie może żyć pod tym 
samym Niebem, pod którym żyje zabójca jego ojca”. Muszę zlikwidować Nocnych Łowców spod 
mojego Nieba; nie będą dłużej stąpali po ziemi. Nie usiłuj odwoływać się do mojej dobrej strony, 
Tesso, gdyż nie mam takowej.  

Tessa  nie  mogła  się  powstrzymać  –  pomyślała  o  Opowieści  o  Dwóch  Miastach,  o  Lucie 

Manette,  próbującej  znaleźć  lepszą  stronę  Sydney’a  Cartona.  Zawsze  myślała  o  Willu  jako 
Sydney’u, pochłoniętym przez grzech i rozpacz pomimo tego, że pragnął czegoś zupełnie innego. 
Ale  Will  był  dobrym  człowiekiem,  dużo  lepszym  niż  Carton  kiedykolwiek  mógł  się  stać.  A 
Mortmain w ogóle ledwo był człowiekiem. Tessa nie tyle odwoływała się do jego lepszej natury, 
co  do  próżności:  niewątpliwie  każdy  mężczyzna  myślał  o  sobie  jako  o  kimś  dobrym.  Nikt  nie 
postrzega samego siebie jako czarny charakter.  

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

–  Z  pewnością  tak  nie  jest.  Na  pewno  możesz  być  poczciwy  i  dobry.  Spełniałeś  jedynie 

swoją powinność. Dałeś życie i inteligencję tym… Tym swoim Diabelskim Maszynom. Stworzyłeś 
coś,  co  może  zniszczyć  Nocnych  Łowców.  Poświęciłeś  temu  całe  swoje  życie,  bo  wierzyłeś,  że 
Nocni Łowcy są zepsuci i brutalni. Jeśli teraz odpuścisz, to wygrasz. Pokażesz, że jesteś lepszy niż 
oni – powiedziała Tessa i spojrzała na twarz Mortmaina. Pojawiło się na niej wahanie, jego usta 
nieznacznie drżały, a ramiona napięły się.  

Uśmiechnął się.  

– Więc myśli pani, że mogę stać się lepszy? Mam uwierzyć, że jeśli zrobię, co pani mi każe, 

że jeśli teraz odpuszczę, to zostanie pani ze mną i nie wróci do Nocnych Łowców? 

– Czemu nie, panie Mortmain. Przysięgam, że zostanę – rzekła Tessa, przełykając gorycz. 

Jeśli  ceną  za  ocalenie  Willa  i  Jema,  Charlotte,  Henry’ego  i  Sophie  miałoby  być  pozostanie  
z Mortmainem, zrobiłaby to. – Wierzę, że możesz znaleźć swoją lepszą stronę. Wierzę, że każdy 
może.  

Kąciki jego ust uniosły się lekko.  

–  Jest  już  południe,  panno  Gray  –  powiedział.  – Nie  chciałem  budzić  pani  wcześniej.  Ale 

teraz proszę ze mną, bo jest coś, co chciałbym pani pokazać.  

– Co takiego? – Tessa wyprostowała się. 

– Coś, na co czekałem bardzo długo – odpowiedział Mortmain z uśmiechem.  

Do: Konsul Josiah Wayland 

Od: Inkwizytor Victor Whitelaw 

Josiahu,  wybacz  mi  nieformalny  charakter  tegoż  listu,  lecz  piszę  go  w  pośpiechu.  Jestem 

pewien, że nie będzie to jedyny list – prawdopodobnie nie jest on nawet pierwszy – który otrzymasz 
na ten temat. Ja bowiem otrzymałem już ich wiele. Każdy z nich dotyczy tego samego zagadnienia, 
tego samego pytania, które nie może opuścić mojej głowy: Czy informacje, które otrzymujemy od 
Charlotte Branwell, są zgodne z prawdą? Bo jeśli tak, to wydaje mi się, że szanse na to, iż Mistrz jest 
w  Walii,  są  więcej  niż  duże.  Wiem,  że  masz  wątpliwości  co  do  prawdomówności  Williama 
Herondale’a,  jednak  oboje  znaliśmy  jego  ojca.  Podejmował  decyzje  pochopnie  i  przez  pryzmat 
swych uczuć, a mimo to nie znalazłbyś uczciwszego człowieka. Nie sądzę, by młody Herondale był 
kłamcą.  Jednakowoż, wskutek  wiadomości  od Charlotte, Clave  pogrążyło  się w  chaosie. Myślę,  że 
powinniśmy  niezwłocznie  zwołać  Posiedzenie  Rady.  Jeśli  tego  nie  zrobimy,  zaufanie  Nocnych 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Łowców  do  ich  Konsula  oraz  Inkwizytora  zostanie  bezpowrotnie  stracone.  Ogłoszenie  spotkania 
pozostawiam Tobie, jednak pamiętaj, że nie jest to prośba. Zbierz Radę albo zrezygnuję ze swojego 
stanowiska, przy okazji informując wszystkich, dlaczego to robię. 

Victor Whitelaw 

Willa obudziły krzyki.  

Lata szkolenia przyczyniły się do niezwłocznej reakcji: kucał już na podłodze, choć nie był 

nawet  do  końca  rozbudzony.  Rozglądając  się,  zauważył,  że  mały  pokój  był  pusty,  a  meble  – 
wąskie łóżko i zwyczajny, ledwo widoczny w cieniu stół – nie zostały naruszone.  

Ciszę znów rozdarły krzyki, tym razem jeszcze głośniejsze. Dochodziły one zza okna. Will 

wstał, przeszedł bezgłośnie przez pokój, odsunął jedną z zasłon i wyjrzał na zewnątrz. 

Ledwie  pamiętał,  jak  wszedł  do  miasta,  prowadząc  za  sobą  wyczerpanego  Baliosa.  Małe 

walijskie miasteczko, podobnie jak wiele innych małych  walijskich  miasteczek, nie wyróżniało 
się  niczym  szczególnym.  Will  łatwo  znalazł  tawernę  i  oddał  Baliosa  pod  opiekę  stajennego, 
prosząc,  by  nakarmił  go  gorącymi  otrębami.  Fakt,  iż  Will  mówił  po  walijsku,  sprawił,  
że karczmarz nieco się rozluźnił i szybko zaprowadził go do pokoju, gdzie chłopak natychmiast 
rzucił się na łóżko i zasnął. 

Księżyc świecił jasno, a jego położenie wskazywało na to, że nie było jeszcze zbyt późno. 

Szara mgła zdawała się wisieć nad miastem. Jednak Will tylko przez chwilę myślał o tym jak o 
mgle, bo już w następnej uświadomił sobie, że to dym. Jasnoczerwone plamy oplatały miejskie 
domy.  Will  zmrużył  oczy.  Postacie  przemykały  tam  i  z  powrotem  w  cieniu.  Więcej  krzyków  – 
błysk, który mógł być tylko i wyłącznie błyskiem ostrza... 

Wybiegł z pokoju z na wpół zasznurowanymi butami i serafickim nożem w ręku. Zbiegł po 

schodach i wpadł do głównej sali karczmy. Było ciemno i zimno – nie palił się ogień, a kilka okien 
zostało rozbitych, wpuszczając do środka nocny chłód. Szkło pokrywało podłogę niczym kawałki 
lodu.  Drzwi  stały  otworem.  Przemknąwszy  przez  nie,  Will  zobaczył,  że  górne  zawiasy  zostały 
niemal wyrwane z futryny, jakby ktoś próbował je uwolnić. 

Wybiegł z tawerny i ruszył w stronę stajni. Dym stawał się tu gęstszy. Will rzucił się przed 

siebie  i  prawie  przewrócił  się  o  garbatą  postać  leżącą  na  ziemi.  To  był  stajenny  z  podciętym 
gardłem, ziemię pod nim pokrywała krew. Miał otwarte oczy, ale jego skóra była już zimna. Will 
przełknął gorycz i wyprostował się. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Ruszył  mechanicznie  w  stronę  stajni,  rozważając  różne  możliwości.  Atak  demonów?  

A jeśli natknął się w środku na coś, co wcale nie jest nadprzyrodzone, na jakiś spór mieszczan 
albo Bóg wie co innego? Nikt szczególnie go nie szukał, chociaż to było jasne. 

Wszedłszy do stajni, Will usłyszał niespokojne rżenie Baliosa. Okazało się jednak, że jest 

ona nienaruszona. Tej nocy na szczęśnie nie spały w niej żadne inne koni. W chwili, gdy drzwi 
boksu się otworzyły, Balios wystrzelił do przodu, niemal przewracając Willa. Will ledwo zdążył 
odskoczyć, zanim koń ruszył pędem w kierunku wyjścia. 

– Balios! – Will zaklął i wystartował za koniem, mijając karczmę i wybiegając na główną 

ulicę miasta.  

Will  zamarł.  Ulica  pogrążona  była  w  chaosie.  Na  poboczu  drogi,  jak  śmieci,  leżały 

powyginane  ciała.  Domy  miały  szeroko  otwarte  drzwi  i  rozbite  okna,  a  kilka  płonęło.  Ludzie 
wbiegali  i  wybiegali  z  cienia,  krzycząc  i  wołając  się  nawzajem.  Patrząc  na  ten  horror,  Will 
zauważył  rodzinę  wybiegającą  z  płonącego  domu  –  ojciec  w  koszuli  nocnej  dyszał  i  kaszlał, 
kobieta za nim trzymała za rękę małą dziewczynkę. 

Ledwo wytoczyli się na ulicę, tuż przed nimi z cienia wyłoniły się jakieś postacie. Światło 

księżycowe odbiło się od metalu. 

Automaty. 

Poruszały  się  płynnie,  bez  niepewności  czy  zakłóceń.  Nosiły  ubrania  –  pstrokatą 

mieszankę  wojskowych  mundurów,  z  których  niektóre  Will  rozpoznawał, inne  zaś  nie.  Jednak 
ich twarze miały metalowe, tak jak ręce trzymające miecze o długich ostrzach. Było ich trzech – 
jeden w poszarpanej tunice Armii Czerwonej szedł przed siebie, śmiejąc się  – śmiejąc się?  – a 
ojciec  rodziny  próbował  schować  za  sobą  żonę  i  córkę,  potykając  się  na  zakrwawionej  kostce 
brukowej. 

Wszystko to wydarzyło się w jednym momencie, tak szybko, że Will nawet nie zdążył się 

poruszyć. Błysnęły ostrza i do hałdy na ulicy dołączyły trzy kolejne ciała.  

 – To  jest to  – powiedział automat w poszarpanej tunice  – Spalić ich domy i wypalić ich 

wszystkich jak szczury. Zabijać ich podczas ucieczki... – Automat podniósł głowę i wydawało się, 
że spojrzał na Willa. Nawet przez dzielącą ich przestrzeń, Will poczuł siłę tego spojrzenia.  

– Nakir – uniósł seraficki nóż.  

Ostrze  zapłonęło  jasno,  oświetlając  ulicę.  Wiązka  białego  światła  pośród  czerwonych 

płomieni. Przez krew i ogień Will zobaczył, że automat w czerwonej tunice spokojnie kroczy w 
jego stronę. Metalowa ręka – wyraźnie zakrzywiona na rękojeści trzymanego noża – wyglądała 
jak ludzka. 

–  Nefilim  –  powiedziała  kreatura,  zatrzymując  się  zaledwie  kilka  stóp  od  Willa.  –  Nie 

spodziewaliśmy się tu takich jak ty. 

–  Bez  wątpienia  –  odparł  Will.  Zrobił  krok  do  przodu  i  wbił  seraficki  nóż  w  klatkę 

piersiową automatu. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Wydał on z siebie słaby, skwierczący dźwięk, przypominający smażenie boczku na patelni. 

Gdy  automat  spojrzał  w  dół  z  rozbawieniem,  Nakir  spopielił  się,  pozostawiając  rękę  Willa 
zaciśniętą na niewidocznej rękojeści.  

Automat  zachichotał  i  spojrzał  na  Willa.  W  jego  oczach  można  było  dojrzeć  życie  i 

inteligencję,  a  Will  zorientował  się,  że  patrzy  na  coś,  czego  nigdy  wcześniej  nie  widział  –  nie 
tylko na istotę, która mogła spopielić seraficki nóż, ale na rodzaj maszyny posiadający własną 
wolę, spryt i strategię – na maszynę, która mogła spalić wieś i wymordować jej mieszkańców. 

– I teraz widzisz – powiedział demon, bo to nim była istota przed nim stojąca. – Nefilim, te 

wszystkie lata, kiedy wysyłaliście nas precz z tego świata za pomocą waszych ostrzy z runami. 
Teraz mamy ciała, które sprawiają, że wasza broń jest do niczego. A ten świat będzie nasz. 

Will wciągnął powietrze, gdy demon uniósł miecz. Zrobił krok do tyłu i schylił się, a coś 

przebiegło drogą koło niego. Coś wielkiego i czarnego, co stanęło i kopnęło automat, odrzucając 
go w bok. 

Balios. 

Will chwycił po omacku jego grzywę. Demon podniósł się z błota i skoczył, ostrze błysnęło, 

a  Balios  zaczął  uciekać  z  Willem  kołyszącym  się  w  górę  i  w  dół  na  jego  grzbiecie.  Pędzili 
wspólnie  brukowaną  ulicą,  a  wiatr  rozwiewał  czarne  włosy  chłopaka  i  osuszał  wilgoć  z  jego 
twarzy – łzy bądź krew. 

Tessa siedziała na podłodze swojego pokoju w twierdzy Mortmaina, wpatrując się tępo w 

ogień. 

Płomienie odbijały się od jej rąk i niebieskiej sukienki, którą miała na sobie. Wszystko było 

we  krwi.  Nie  wiedziała,  jak  do  tego  doszło:  miała  obdartą  skórę  na  nadgarstku  i  ledwo 
przypominała  sobie  trzymający  ją  automat,  który  rozdzierał  jej  skórę  swoimi  ostrymi, 
metalowymi palcami. 

Nie  mogła  uwolnić  się  od  obrazów,  które  zawładnęły  jej  umysłem  –  wspomnienia  ze 

zniszczenia  wioski  w  dolinie.  Idąc  tam,  miała  zawiązane  oczy  i  prowadziły  ją  automaty,  które 
potem bezceremonialnie rzuciły ją na szary kamień, z którego idealnie widziała wioskę. 

 – Patrz – powiedział wtedy Mortmain, nie patrząc na nią, tylko napawając się widokiem.  

– Zobacz, panno Gray, a dopiero potem mów mi o odkupieniu. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Tessa była uwięziona – automat trzymał ją od tyłu, zasłaniając usta, a Mortmain wymieniał 

pod  nosem  rzeczy,  które  jej  zrobi,  jeśli  odważy  się  odwrócić  wzrok  od  wioski.  Patrzyła  więc 
bezradnie,  jak  automaty  wchodziły  do  miasta,  podcinając  gardła  niewinnym  mężczyznom  
i kobietom. Księżyc miał kolor czerwieni,  jak mechaniczna armia podpalająca dom za  domem, 
mordująca rodziny. 

A Mortmain jedynie się śmiał. 

 – Teraz widzisz – rzekł. – Te stworzenia, są zdolne do strategicznego myślenia i posiadają 

rozum.  Jak  ludzie.  Ale  w  przeciwieństwie  do  nich,  są  one  niezniszczalne.  Spójrz,  tam,  na  tego 
głupca z karabinem. 

Tessa  nie  chciała  na  to  patrzeć,  jednak  nie  miała  wyboru.  Przyglądała  się  więc  suchymi 

oczyma  i  z  ponurym  wyrazem  twarzy,  jak  oddalona  od  nich  postać  podnosi  karabin,  by  się 
obronić. Wybuchy uderzyły w kilka z automatów, ale nie zniszczyły ich. Roboty ruszyły w stronę 
mężczyzny, wyrwały mu karabin i popchnęły w dół ulicy. 

A potem rozdarły go na strzępy. 

 – Demony – wyszeptał Mortmain. – Są bezlitosne i uwielbiają siać zniszczenie.  

 – Proszę – wykrztusiła Tessa. – Proszę, niech pan przestanie. Będę robić, cokolwiek sobie 

pan zażyczy, ale proszę, oszczędzić wioskę. 

Mortmain zachichotał sucho.  

– Mechaniczne stworzenia nie mają serca, panno Gray – powiedział. – Nie znają litości, tak 

samo jak ogień czy woda. Równie dobrze mogłaby pani prosić powódź czy pożar, by przestały 
niszczyć. 

– Nie błagam ich – powiedziała. Kątem oka zauważyła czarnego jeźdźca na czarnym koniu. 

Może komuś uda się uniknąć rzezi. – Błagam pana. 

Zwrócił swoje zimne oczy na Tessę, a były one tak puste jak niebo.  

–  W  moim  sercu  również  nie  ma  litości.  Wcześniej  mozolnie  odwoływałaś  się  do  mojej 

lepszej  strony.  Przyprowadziłem  cię  tutaj,  aby  ukazać  ci  bezsens  takiego  działania.  Nie  mam 
lepszej strony, do której mogłabyś się odwoływać. Straciłem ją lata temu. 

 –  Ale  ja  zrobiłam  to,  o  co  mnie  pan  prosił  –  powiedziała  Tessa  desperacko  –  Nie  ma 

potrzeby, by robił pan to, żebym ja... 

 – Nie robię tego, żeby wykonywała pani moje rozkazy – przerwał jej, przenosząc wzrok z 

dala od niej. – Automaty muszą być wypróbowane, nim będę mógł wysłać je do walki. To prosta 
nauka. Mają teraz inteligencję. Myślą strategicznie. Nic nie może im przeszkodzić. 

– W takim razie kiedyś zwrócą się przeciwko tobie. 

–  Nie  zwrócą  się.  Ich  życie  jest  ściśle  powiązane  z  moim.  Jeśli  ja  umrę,  one  zostaną 

zniszczone.  Muszą  mnie  więc  chronić.  –  Jego  spojrzenie  było  zimne  i  odległe.  –  Dość. 
Przyprowadziłem cię tutaj, by pokazać, że jestem, jaki jestem, i że musisz to zaakceptować. Twój 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

mechaniczny anioł chroni twe życie, ale życia wielu innych niewinnych ludzi są teraz w moich 
rękach  –  w  twoich  rękach.  Nie  próbuj  mnie  testować,  a  nie  zniszczę  kolejnej  wioski.  Nie  chcę 
słyszeć więcej męczących protestów. 

Twój  mechaniczny  anioł  chroni  twe  życie.  Położyła  na  nim  rękę  i  poczuła  pod  palcami 

znajome tykanie. Zamknęła oczy, ale okropne obrazy utrzymywały się pod powiekami. Widziała 
w  swoim  umyśle  Nefilim  zabijanych  jak  mieszkańcy  wioski  przez  automaty,  widziała  Jema 
rozszarpanego przez mechaniczne potwory, Willa pchniętego metalicznym ostrzem, płonących 
Charlotte i Henry'ego... 

Tessa zacisnęła rękę brutalnie wokół aniołka i zerwała go z szyi, rzucając go na nierówną, 

pokrytą kamieniami ziemię. Czerwone iskry rozbłysły wokół niego jak wokół kłody wrzuconej 
do ognia. W ich świetle zobaczyła na swojej lewej ręce ledwo widoczne blizny, które powstały 
zaraz po tym jak powiedziała Willowi o tym, iż jest zaręczona z Jemem.  

Zupełnie tak jak wtedy, jej ręka powędrowała do pogrzebacza. Podniosła go, czując jego 

ciężar  w  dłoni.  Ogień  wspiął  się  wyżej.  Widziała  świat  przez  złotą  mgłę,  gdy  podnosiła 
pogrzebacz i kładła go na mechanicznym aniołku. 

Żelazny  pogrzebacz  zmienił  się  w  metaliczny  proszek,  wokół  niego  zawisła  chmura 

błyszczącego włókna, a mimo to mechaniczny anioł leżał przed jej kolanami nietknięty.  

I  wtedy  zaczął  się  przesuwać  i  zmieniać.  Jego  skrzydła  drżały,  zamknięte  powieki 

otworzyły  się  i  zaczęły  się  z  nich  wylewać  cienkie  wiązki  białego  światła.  Promieniował 
światłem jak obrazy przedstawiające Gwiazdę Betlejemską. Powoli zaczął przyjmować pewien 
kształt – postać anioła. 

Światło było tak jasne, że trudno było patrzeć wprost na nie. Tessa widziała, poprzez nie 

słaby zarys czegoś przypominającego człowieka. Mogła dostrzec oczy, które nie miały tęczówek 
ani  źrenic,  zastępowały  je  bowiem  kryształy,  błyszczące  w  blasku  ognia.  Anioł  miał  szerokie 
skrzydła, wychodzące z ramion, a każde pióro kończył kawałek błyszczącego metalu. Jego ręce 
spoczywały na rękojeści miecza. 

Puste,  świecące  oczy  anioła  spoczęły  na  Tessie.  Dlaczego  próbujesz  mnie  zniszczyć?  Jego 

głos był słodki, roznosił się w powietrzu jak muzyka. Ja cię chronię.  

Nagle  Tessa  pomyślała  o  bladym  Jemie,  opierającym  się  na  swym  łóżku.  Życie  to  coś 

znacznie więcej niż egzystencja. 

 – Nie ciebie chcę zniszczyć, lecz siebie. 

Dlaczego więc to robisz? Życie jest darem. 

–  Staram  się  robić  to,  co  słuszne  –  odpowiedziała.  –  Utrzymując  mnie  przy  życiu, 

pozwalasz istnieć ogromnemu złu.  

Zło. Melodyjny głos był zamyślony. Tak długo siedziałem w swoim mechanicznym więzieniu, 

że zapomniałem, co jest dobre, a co złe.  

 – Mechanicznym więzieniu? – wyszeptała Tessa. – Jak można uwięzić anioła? 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Uwięził  mnie  John  Thaddeus  Shade.  Rzucił  zaklęcie  na  moją  duszę  i  zamknął  ją  w  tym 

mechanicznym ciele.  

 – Jak w Pyxis – rzekła Tess. – Tylko że zamiast demona zamknięty został anioł.  

Jestem boskim aniołem, powiedział, unosząc się przed nią. Jestem bratem Sijila, Kurabiego, 

Zuraha, Fravashisa i Dakinisa.  

 – A... a to jest twoja prawdziwa forma? Czy właśnie tak wyglądasz? 

Widzisz  tylko fragment tego, czym jestem. W swojej prawdziwej postaci  jestem śmiertelną 

chwałą, Wolność Nieba była moja, nim zostałem uwięziony i związany z tobą.  

 – Przepraszam... – wyszeptała. 

Nie jesteś winna. Nie ty mnie uwięziłaś. Nasze dusze są związane, to prawda, ale nawet kiedy 

cię chroniłem, gdy byłaś w łonie matki, wiedziałem, że jesteś bez winy. 

 – Mój anioł stróż. 

Niewielu może ubiegać się o wyłączność na anioła, który ich strzeże. Ale ty możesz. 

 – Nie chcę się o ciebie ubiegać – odrzekła Tessa. – Chcę umrzeć na własnych warunkach, 

nie mam zamiaru żyć z Mortmainem. 

Nie mogę pozwolić ci umrzeć. Głos anioła był pełen smutku. Tessa pomyślała o skrzypcach 

Jema, o tym jak grał muzykę swego serca. Moim obowiązkiem jest cię chronić. 

Tessa  uniosła  głowę.  Blask  ognia  przeszedł  przez  anioła  jak  światło  słoneczne  przez 

kryształ, rzucając wielobarwny promień na ściany w jaskini.  

– Kiedy byłeś aniołem – zaczęła. – Jak miałeś na imię? 

Miałem na imię Ithuriel, powiedział anioł. 

 – Ithuriel – szepnęła Tessa i wyciągnęła do niego rękę, jakby mogła go dotknąć lub w jakiś 

sposób  pocieszyć.  Ale  jej  palce  napotkały  jedynie  powietrze.  Anioł  zamigotał  i  zniknął, 
pozostawiając za sobą jedynie blask.  

Fala zimna uderzyła w Tessę, a ona poderwała się z szeroko otwartymi oczyma. Na wpół 

leżała na zimnej kamiennej podłodze, niedaleko wygasłego ognia. W pokoju było ciemno, żar z 
kominka ledwie oświetlał pomieszczenie.  Pogrzebacz leżał tam, gdzie wcześniej. Tessa szybko 
uniosła rękę do szyi i znalazła tam swojego mechanicznego aniołka. 

Sen.  Kamień  spadł  jej  z  serca.  Żadnego  anioła,  w  którego  świetle  miałaby  być  skąpana. 

Tylko  zimny  pokój,  wszechogarniająca  ciemność  i  mechaniczny  anioł,  odmierzający  czas  do 
końca świata. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

Will stał na szczycie Cadair Idris, trzymając konia za wodze.  

Jadąc przez Dolgellau

4

 zobaczył Cadair Idris, górującą nad ujściem Mawddach

5

 i westchnął. 

Był tu już kiedyś. Wspinał się na tę górę z ojcem, gdy był dzieckiem i wspomnienia towarzyszyły 
mu,  odkąd  zjechał  z  Dinad  Mawddy

6

i  na  grzbiecie Baliosa  (który  wydawał się  nadal  uciekać  z 

płonącej  wioski)  jechał  w  stronę  góry.  Kontynuowali  podróż  do  doliny  Nant  Cadair  przez 
zachwaszczony staw; w czasie drogi patrząc w jednym kierunku można było ujrzeć srebrzyste 
morze,  w  drugim  zaś  –  szczyt  Snowdon

7

.  Wieś  Dolgellau,  sporadycznie  mieniąca  się  jasnym 

światłem,  tworzyła  uroczy  krajobraz,  ale  Will  nie  miał  ochoty  podziwiać  widoków.  Runa 
nocnego widzenia pozwoliła mu na tropienie śladów mechanicznych stworzeń. Przeszło ich tędy 
tyle, że ziemia na ich drodze była rozdarta. Will szedł za nimi z bijącym sercem. 

Ich ślady doprowadziły go do masywnych głazów, Will przypomniał sobie, że nazywa się 

je  morenowymi.  Tworzyły  one  część  muru,  chroniącego  Cwm  Cau  –  małą  górską  dolinę  na 
szczycie  góry,  w  sercu  której  znajdowało  się  Llyn  Cau,  czyste  jezioro  polodowcowe.  Trop 
mechanicznej armii prowadził do brzegu jeziora i... 

Znikał.  

Will  i patrzył na zimną, czystą wodę. Przypomniał sobie, że w świetle dziennym ten widok 

jest wspaniały: Llyn Cau ma czysty, niebieski kolor, otoczone jest zieloną trawą, a słońce dotyka 
ostrych jak brzytwa krawędzi Mynydd Pencoed – urwisk taczających jezioro. Will czuł się, jakby 
znajdował się milion mil z dala od Londynu. 

Odbicie księżyca lśniło  w wodzie. Will westchnął. Woda falowała delikatnie przy brzegu 

jeziora,  ale  nie  mogła  zmyć  śladów  automatów.  Było  jasne,  skąd  przyszły.  Odwrócił  się  do 
Baliosa i poklepał go po szyi. 

 – Zaczekaj tu na mnie – powiedział. – A jeśli nie wrócę, idź do Instytutu. Wszyscy będą się 

cieszyć na twój widok, staruszku. 

Koń zarżał łagodnie, a Will wciągnął powietrze i wszedł do Llyn Cau. Zimna woda dotknęła 

jego butów, a potem zamoczyła spodnie. Jęknął.  

                                                           

4

 Miasteczko handlowe w północno–zachodniej Walii. 

5

 Rzeka przepływająca przez Dolgellau. 

6

 Nazwa jednej z ulic w Dolgellau. 

7

 Najwyższa góra w Walii. 

background image

SHADOWHUNTERSTRANSLATETEAM 

 

 

 

 

Tłumaczenie:

 

blackscarf

 

Korekta:

 

Feather 

 

 – Znów mokry – powiedział ponuro i zanurkował w lodowatym jeziorze. Wydawało się, że 

woda  go  wciąga  niczym  ruchome  piaski  –  ledwie  zdążył  wziąć  głęboki  wdech,  nim  został 
pochłonięty przez ciemność. 

Do: Charlotte Branwell 

Od: Konsul Waylans 

Pani Branwell,  

Jest Pani zwolniona ze stanowiska głowy Instytutu. Mógłbym powiedzieć coś o tym, jak się na 

Pani zawiodłem czy o zaufaniu, które było między nami, ale zostało złamane. Jednakże słowa  są 
daremnew obliczu tak wielkiej zdrady. Mam nadzieję, że gdy jutro pojawię się w Instytucie, Pani, 
Pani męża, ani Waszych rzeczy już tam nie będzie. Niespełnienie tego żądania będzie skutkowało 
najsurowszą spośród możliwych kar przewidzianych w Prawie. 

Josiah Wayland, Konsul Clave.