background image

Rozdział IX

Sobotnie popołudnie było inne niż w ostatnich tygodniach. Słońce wysoko świeciło, miło 

grzało. Carol patrzyła przez okno z niewielkiej kuchni swojej babci. Czekała, aż Maria usiądzie 
obok i wspólnie wypiją kawę. Chciała opowiedzieć o wszystkim, co jej się ostatnio przytrafiło.

Maria siedziała i czule spoglądała na lekko przerażoną wnuczkę. Milczała, słuchała ją z 

wielką   uwagę   oraz   skupieniem.   Carol   najpierw   opowiedziała   o   Damianie,   rodzinie   Blacków   i 
Streigh'ów. Potem, jak wpakowała się w dziwne zlecenie połączone z fałszywymi zaręczynami. 
Przeszła do opowiedzenia o dziwnym napadzie swoje przyjaciółki, odwiedzinach detektywów. Nie 
wspomniała o anonimowym liście, nie chciała martwić starszej kobiety. Na koniec opowiedziała o 
otwarciu klubu i śnie jaki miała dzisiejszej nocy. Nie wspomniała o przedstawieniu jej gościom, 
jako narzeczonej Damiana, ani jak jego bracia ją całowali. Nie potrafiła tego wyznać, wstydziła się. 
Gdy skończyła opowiadać, dostrzegła że jej ręce lekko drżą. Głos także był drżący. Przytuliła się do 
Marii, płakała. Starsza kobieta pogłaskała wnuczkę po głowie, przytulała ją mocno. Nie pocieszała 
jej jednak, co Carol trochę zaskoczyło.

− 

Carol w coś ty się wpakowała? A miałam te przeczucia. Dlaczego kłamałaś? - z pretensją w 

głosie dopytywała się Maria.

− 

Babuniu, a co miałam zrobić. - powiedziała roztrzęsiona dziewczyna. - Klient zażyczył sobie, 

by niczego nie ujawniać. Wiesz, że jeśli tego żąda, nas to obowiązuje.  Nie mogłam nawet mu 
odmówić zlecenia.

− 

Wiem   kochanie   –   pocieszyła   wnuczkę.   -  Ale   nie   wiele   możemy   zrobić.   Natomiast   mogę 

postawić ci karty.

− 

To nie najlepszy pomysł. - odparła Carol. - Wiesz, że nie lubię kart. Nie po tym, gdy w nich 

widziałam śmierć Davida. - Rzekła ze smutkiem w głosie, obwiniała siebie za to, iż nie zrobiła 
więcej, aby go chronić.

− 

Wiem, ale tak tobie je postawię. Poczekaj, pójdę po nie. - Po czym skierowała się do salonu po 

karty.

 

Carol obserwowała, jak babunia rozkłada zwykłe karty na stole. Widziała, iż nie wywróżą 

one nic dobrego. Karty nigdy nie były dla niej życzliwe.

− 

Carol, nie jest dobrze. Widzę w nich czarny kwiat. - spojrzała na wnuczkę ze zmartwioną minął. 

- Ponownie gdzieś uciekasz. Ale nie widzę, kto cię goni kochanie.

− 

Wiem babuniu, też to widzę – odparła zdenerwowana dziewczyna.

− 

Carol, nie musisz brać dosłownie tej przepowiedni. To tylko wróżba, może ostrzegać przed 

niebezpieczeństwami. A co do tego znaku w postaci czarnego kwiatu. Hm... - zamyśliła się.

− 

Tak babciu? - słowa kobiety zaciekawiły Carol.

− 

Dawno temu  był  kiedyś  tzw.  zakon czarnej  róży.  Zajmował  się on zabijaniem złych  ludzi, 

mówiono wówczas opętanych demonem. Podobno po dziś dzień, jego członkowie chronią zwykłe 
osoby. Nie wiem czy to prawda, to stara historia. - dodała. - Myślę, że ten tatuaż, o którym mówisz 
nie ma związku z zakonem. O ile mi wiadomo, członkowie tej organizacji mieli wytatuowany 

background image

znak   czarnej   róży,   tylko   bez   znaku   krzyża   w   środku   -   widząc   sceptyczną   minę   wnuczki, 
kontynuowała - Kochanie każdy może sobie taki zrobić, nawet David. Możliwe, iż to zwykły 
zbieg okoliczności.

− 

Może... - w zamyśleniu odpowiedziała Carol. Myślami zaczęła być już daleko. Przypomniało 

się jej coś. - Pamiętasz, jak dałaś mi ten medalion? Przed czym on chroni?

− 

Przed złymi mocami, urokami. Każda kobieta w naszej rodzinie taki nosiła. Moja babka, ja, 

twoja matka a teraz ty. Coś się stało z tym medalionem?

− 

Nie. Pytam się z ciekawości. Kiedy była u klienta, rozmawiałyśmy przez telefon. Powiedziałaś, 

abym go nie zdejmowała. Dlaczego?- dopytywała się Carol.

− 

Miałam złe przeczucie. Jednak nic się nie stało. Po prostu zrób przyjemność starszej kobiecie i 

go nie zdejmuj. Proszę.

− 

W porządku, nie zdejmę go. - obiecała. Nie była zadowolona z odpowiedzi swojej babki. 

− 

Carol, musisz zerwać to zlecenie – raptownie powiedziała Maria – nie podobają mi się osoby, 

które cię otaczają.

− 

Rozumiem. Myślę, że umowa jest już zakończona. Miałam dla niego pracować do otwarcia 

klubu. Wczoraj było otwarcie, więc już koniec. Tylko zastanawia mnie jedna rzecz.

− 

Jaka kochania? - zapytała Maria.

− 

Te kobiety w toalecie wspomniały o tym, że są przekąską dla gości z jakiś klanów. Nie bardzo 

wiem, co mogły mieć na myśli. - powiedziała.

− 

Carol może nic istotnego. Możliwe, iż mówiły o mało przyzwoitych rzeczach. Przestań się 

zamartwiać. Denerwujesz się ciągle o tym myśląc. - rzekła stanowczym głosem do wnuczki.

− 

Może masz racje – zgodziła się Carol.

− 

Mam rację, zobaczysz. Masz tylko na siebie uważać. Obiecaj mi to – poprosiła swoją ukochaną 

wnuczkę.

♠♠♠

Damian Black nie odzywał się do Caroline od tygodnia. Poprosił o przekazanie kart pamięci 

ze zdjęciami poprzez kuriera. Zrobiła tak, jak chciał. Nawet ucieszyła się, iż nie musi się z nim 
spotykać, nie po tym co było w piątek. Często wracała myślami do tamtej nocy, kiedy każdy z braci 
ją pocałował. Z jednej strony podobała się jej ta adoracja, z drugiej natomiast miała wrażenie, jakby 
każdy z nich chciał jakoś ją naznaczyć, jakby była ich własnością. Właśnie to skojarzenie jej się nie 
podobało. Nie spotkała żadnego z nich, nie chciała. Wciąż odczuwała zażenowanie. Z błądzenia 
myślami sprzed tygodniowej imprezy, wyrwał ją głos Ann.

− 

Carol   pieniądze   od   Black'   a   wpłynęły   na   konto.   -   powiadomiła   pełny   radości   głosem 

przyjaciółkę.

− 

Wiem,   dzwonił   księgowy.   -  po   sekundzie   dodała   –   Emma   na  pewno   się   ucieszy.  Właśnie, 

rozmawiałaś z nią ostatnio?

− 

Rozmawiałam z Markiem. Nie jest dobrze Carol. Emma dziwnie się zachowuje, przynajmniej 

mówi tak jej mąż. Lekarze też nie mają dobrych wieści. 

− 

O czym ty mówisz? Ann? - zapytała zaniepokojona Carol.

− 

Lekarze podejrzewają, że Em przechodzi załamanie nerwowe. - w końcu powiedziała Ann pod 

background image

naciskiem przyjaciółki.

− 

Jak to? Przecież wszystko było w porządku. Emma zaczynała się lepiej czuć. Prawda?

− 

Prawda, ale w pewnym momencie, kiedy Em wróciła do domu przestała się dobrze czuć. Mark 

mówi,   że   wszystkiego   się   boi,   nie   chce   wyjść   z   domu.   Z   nikim   nie   chce   się   widzieć.   -   ze 
zmartwioną miną rzekła. - Ona nie chce nas widzieć, Carol.

− 

Cholera... Co ten przestępca jej zrobił? - zapytała się głośno. Nie oczekiwała odpowiedzi. - 

Policja coś mówiła na ten temat Ann?

− 

Mark nic o tym nie wspomniał. - po czym dodała – On chce Emmę zabrać na tydzień, może 

dwa w góry do rodziny. Uważam, że to dobry pomysł. 

− 

Też tak uważam – odpowiedziała zamyślona. Zastanawiała się, czy inne ofiary również się 

zachowywały podobnie, jak Em.

− 

O czym myślisz? - zapytała zaciekawiona koleżanka. - Carol?!

− 

A... sorry. - westchnęła – Zastanawiałam się, czy inne ofiary, które przeżyły też miały takie 

problemy. Myślę, iż pora porozmawiać z policją, dowiedzieć się czegoś więcej.

− 

Umówić ich, by przyjechali do nas?

− 

Nie. - odparła Carol. - Nie kłopocz się, sama się z nimi skontaktuję. Jak coś o wszystkim ci 

opowiem.

− 

Carol, co kombinujesz? - zapytała Ann. Znała przyjaciółkę na tyle dobrze, by wiedzieć że coś 

ona wymyśliła.

− 

Nic Ann. - uśmiechnęła się. - Muszę wyjść do państwa Rosenthan. Poradzisz sobie?

− 

Tak – odparła. Wciąż nie chciała uwierzyć Carol. Wiedziała już na pewno, przyjaciółka coś 

zaplanowała.

Wracając   popołudniu   z   pracy   zadzwoniła   do   detektywa   Browna.   Zdecydowała   się 

skorzystać z numeru telefonu, który otrzymała. Ku jej szczęściu obaj detektywi mieli czas pod 
wieczór, obiecali przyjechać do jej domu. Uważała, że tak będzie bezpieczniej. Chciała przy okazji 
nastraszyć obserwatora. Mimo zakończenia zlecenia z panem Blackiem, wciąż czuła na plecach 
czyjś wzrok. Nie potrafiła znaleźć tego, który ją śledzi.

− 

Dobry wieczór detektywie Close, detektywie Brown – powitała uprzejmie obu panów. - Proszę 

wejść.

− 

Dobry wieczór pani Blank. Nie spodziewaliśmy się, że ze chce pani z nami się spotkać.

Caroline zaprosiła mężczyzn do stołu. Przygotowała im oraz sobie po dużym kubku gorącej 

kawy. Na blacie dużego stołu ustawiona została patera z ciastkami.

− 

Czym możemy pani służyć? – zapytał rzeczowym tonem Brown.

− 

Chciałam się dowiedzieć, czy panowie poczynili jakieś postępy w sprawie mojej przyjaciółki, 

Emmy Davwood.

− 

Cóż pani Blank, nie wiele. - odparł Close – Ponownie miało zajście napaści, ale skończyło się 

zabójstwem.

− 

Jak to? - zapytał z przejęciem Carol.

− 

Tydzień temu w sobotę nad ranem znaleziono dwa ciała młodych kobiet niedaleko niejakiego 

klubu „Red Hall”. Schemat działania mordercy był taki sam, jak w poprzednich przypadkach. - 
Carol zbladła. Mężczyźni uważnie się jej przyglądali. - Czy coś się stało pani Blank?

background image

− 

Boże... w piątkową noc było otarcie tego klubu, byłam tam. - detektywi spojrzeli na siebie. 

− 

Ofiary w swoich rzeczach miały zaproszenie do tego klubu. - powiedział Brown.

− 

A czy one miały jakieś bransoletki na rękach? - zapytała Carol.

− 

Tak. A dlaczego pani pyta? - zaciekawił się Brown.

− 

Niektórzy   z   gości   mieli   na   nadgarstku   zieloną   lub   żółtą   bransoletkę.   -   odparła   po   chwili 

namysłu. - Pozostali mieli założony pierścień ze szlachetnym kamieniem. Pracownicy klubu nosili 
srebrne z czarnym kamieniem.

− 

Ciekawe.   -  powiedział   zamyślony  Brown.  Masując  brodę   spoglądał   na   siedzącą   przed   nim 

kobietę. - Dlaczego pani była w tym klubie?

− 

Cóż. Trochę to złożona sprawa. - odpowiedziała wymijająco.

− 

Proszę powiedzieć pani Blank, to może być bardzo istotne dla śledztwa.

− 

Byłam w tym klubie jako fotograf. Damian Black wynajął mnie do zrobienia zdjęć imprezy, aby 

umieścić je folderze reklamowym – skłamała. Nie chciała im mówić całej prawdy.

− 

Rozumiem – powiedział Brown. - Czy zauważyła pani coś dziwnego w zachowaniu gości „Red 

Hall”?

− 

Raczej nie, większość gości to elity. Nie wiele osób wpuszczono bez zaproszenia.

− 

Aha. - pokiwał głową detektyw Close.

− 

A rozmawiali panowie z właścicielem klubu? - zapytała.

− 

Tak.   Powiedział,   że   nie   pamięta   tych   kobiet,   było   dużo   ludzi   w   lokalu.   -   rzekł   Brown   – 

powiedziała pani, że robiła zdjęcia. Czy ma pani je?

− 

Przykro mi, ale wszystkie jakie miałam oddał klientowi. Zastrzegł sobie, iż chce mieć oryginały. 

− 

Rozumiem. - przytaknął Brown notując w notesie.

− 

Hm... - zamyśliła się Carol. Zastanawiała się, czy wspomnieć detektywom o Stregh'ach. - Była 

tam rodzina Streigh. - Obaj detektywi utkwili w niej spojrzenie. - Jamesa i Rovera poznałam 
poprzez mojego klienta. Czy to istotne? - zapytała się.

− 

Możliwe – odparł Brown. - Czy zauważyła pani coś jeszcze?

− 

No   cóż...   Kiedy   robiłam   zdjęcia   spostrzegłam,   iż   osoby   z   wyższych   sfer   pili   tylko   wino, 

pozostali goście drinki. Czy to ważne?

− 

Dziwne... - rzekł w zamyśleniu Close. - Streigh w klubie, w którym były ofiary. Wino osób z 

elity. Trochę to dziwne, nie sądzisz Michael?

− 

Racja. A czy słyszała pani jakieś nietypowe rozmowy? - dopytywał się Brown.

− 

Jedną w toalecie – spojrzała na ich zaciekawione miny. Kontynuowała – W toalecie rozmawiały 

dwie   kobiety  o   jakiś   przedstawicielach   klanów   i   znaku   czarnej   róży.   -   Brown   zmrużył   oczy. 
Spoglądał na nią nieprzyjaznym wzrokiem. Zaczęła się go bać. - Czy coś nie tak powiedziałam?

− 

A jednak kogoś już wysłali, Michael – powiedział Close do kolegi starając się go uspokoić.

− 

Wiem. Cholera Nathaniel, to się wymyka. - mówił poirytowanym głosem detektyw.

− 

Co się wymyka? Czy panowie mogą mi powiedzieć, co się dzieje? - zaczęła się dopytywać, na 

jej twarzy wypłynęło napięcie. - Czy coś mi grozi? 

− 

Dlaczego tak pani sądzi? - zapytał Brown, patrząc jej w oczy.

− 

Hm... tydzień temu, po rozmowie z panami otrzymałam anonimowy list. Pisało w nim: Jesteś 

obserwowana.

− 

Cholera! - Brown wstał i podszedł do kobiety. Był zły. - Dlaczego dopiero teraz nam pani o tym 

background image

mówi?!

− 

Czy to ważne? - zapytała zaniepokojona bliskością policjanta.

− 

Jeżeli życie pani miłe, to tak – odparł mówiąc jej to do ucha. Widziała w jego wzroku, że mówi 

prawdę. Zachowywał się śmiertelnie poważnie. Zaczęła się bać.

− 

To znacz? - zapytała drżącym głosem – Czy dostanę jakieś wyjaśnienia?

− 

Proszę podać nam numer pani klienta, musimy go przesłuchać. - rzekł detektyw Close. Michael 

Brown wciąż stał za plecami kobiety, czuła jego obecność. 

− 

Czy   mogą   mi   panowie   wyjaśnić,   co   się   dzieje?   -   zapytała   coraz   mocniej   zaniepokojona 

milczeniem mężczyzn. - Czy coś mi grozi?

− 

Nie możemy pani tego wyjaśnić. Najlepiej pani zrobi zamieszkując z kimś bliskim. - powiedział 

Close spoglądając na partnera.

− 

Ale dlaczego? - nie dawała za wygraną. - Proszę mi powiedzieć.

− 

Nie. - usłyszała za sobą głos Browna. - Nie możemy ujawniać szczegółów śledztwa. Proszę 

zrobić to, o co prosimy pani Blank. - Caroline przytaknęła na słowa detektywa.

Carol nie dowiedziała się już nic więcej od policjantów. Zaniepokojona rozmową pożegnała 

detektywów. Została sama, mogła przemyśleć parę spraw. Pierwszą rzeczą jaką musiała wykonać to 
telefon   do   Damiana.   Czuła,   że   powinna   go   uprzedzić.   Kilka   razy   próbowała   się   do   niego 
dodzwonić, za każdym razem odzywała się poczta. W końcu zostawiła mu wiadomość:  Damian 
była u mnie policja. Oddzwoń.

Głośne pukanie zakłócało ciszę panującą w mieszkaniu. Zaspana Carol wstała sprawdzić, 

kto się dobija do drzwi. Idąc w stronę holu spojrzała na zegarek, było kilka minut po północy. Nie 
spodziewała   się   gości   o   tak   późnej   porze.   W   wizjerze   dostrzegła   mężczyznę,   stał   odwrócony 
plecami do drzwi. W pierwszej chwili nie rozpoznała go. Co on tutaj robi o tej porze? – pomyślała. 
Otworzyła drzwi.

− 

Co tutaj robisz? - zapytała zaskoczona jego widokiem. Ubrany był na czarno, spodnie, koszula i 

rozpięty długi płaszcz. Patrzył na nią. Po chwili uśmiechnął się złośliwie.

− 

Zaprosisz mnie do środka Carol? - zapytał rozbawiony jej widokiem. Carol stała przed nim w 

samej cienkiej piżamie, nie pomyślała, żeby za nim otworzy drzwi powinna założyć szlafrok.

− 

Proszę, wejdź. - Zaprosiła go ruchem ręki. - Rozgość się, idę coś na siebie włożyć. - dodała 

znikając w sypialni. Kiedy wróciła Sariel nie zdjął płaszcza, stał przy oknie. Wpatrywał się w 
panujący mrok. 

− 

Zapytam ponownie. Co tutaj robisz? 

− 

Damian mnie przysłał. - powiedział patrząc na stojącą kobietę.

− 

Możesz jaśniej. - skrzyżowała ramiona, patrzyła na stojącego mężczyznę. Widziała, że w jego 

zachowaniu coś się zmieniło. - Nie mogło to poczekać do rana? Nie lubię być nachodzona w nocy 
przez rodzinę klienta.

− 

Hm... klienta powiadasz.- powiedział z przekąsem.

− 

Skoro Damian cię przysłał, spodziewam się, iż powiedział w końcu prawdę. - powiedziała 

poważnym tonem.

− 

Yhm – przytaknął. - A teraz spakuj się, musisz stąd wyjechać.

− 

E? - zdziwiła się.- Jak to mam się spakować i wyjechać? Po co? Gdzie? - miała dużo pytań do 

background image

Sariela, na które chciała poznać odpowiedzi. Jednak po jego spojrzeniem przenikliwych oczu 
zamilkła. Wiedziała, że nic od niego się nie dowie.

− 

Nie jesteś tu bezpieczna, musisz wyjechać. Potem wszystko ci wyjaśnimy.

− 

Sariel  powiedz,   co  się  dzieje.   Dlaczego   Damian  przesyła  cię  w   środku  nocy?   -  próbowała 

wyciągnąć jakieś informacje. Nic tym nie wskórała. - Daj mi pół godziny. 

Jechali znajomą drogą. Prowadziła do posiadłości rodziny Blacków. Sariel kierował swoim 

samochodem, swój musiała zastawić. Przyglądała się mu. Mężczyzna jechał bardzo szybko, przez 
całą   drogę   nie   spojrzał   na   nią.   Carol   wyrazie   widziała   jego   prawy   profil,   oprócz   oczu,   te 
przysłonięte były włosami. Domyśliła się, iż on równie, jak ona jest spięty. Ukazywała to jego 
mocno zaciśnięta szczęka oraz spojrzenie utkwione przed siebie. W samochodzie panowała cisza, 
zakłócana   głośnym   biciem   jej   serca.  Ani   razu   nie   przerwała   panującego   milczenia.   Bała   się 
pierwsza odezwać, odkąd opuściła swoje mieszkanie. Spakowała kilka najpotrzebniejszych rzeczy, 
trochę wygodnych ubrań oraz sprzęt do pracy. Nie była pewna na ile dni została zmuszona do 
wyjechania.   Ubrała   szary   dres,   związała   niedbale   włosy   w   koński   ogon.   Nie   zdążyła   zrobić 
makijażu, ani się wystroić. Nie miała wiele czasu na zadbanie o swój wygląd, Sariel wciąż ją 
popędzał. Czekał niecierpliwie, aż skończy się pakować. Nie miała za dużo dla siebie czasu.

Przed dużym budynkiem nikogo nie było. W oknach nie świeciły się żadne światła, panował 

mrok.   Sariel   wysiadł   pierwszy,   z   bagażnika   wyją   jej   torby.   Caroline   z  ciężkim   westchnieniem 
wysiadła, spojrzała na frontowe drzwi. Były otwarte. Stał tam Damian. Spoglądał na nią z pustym 
wyrazem twarzy. Nic nie mogła z niej wyczytać. Odetchnęła. 

− 

Jesteś tutaj bezpieczna. Jutro porozmawiamy, idź się prześpij. Twój pokój jest przygotowany. - 

powiedział delikatnie się do niej uśmiechając. Za nim skierowała się na górę objął ją w talii, 
pocałował czule w czoło. - Zaufaj mi.

− 

Nie   Damianie.   -   odparła   zmieszana   jego   zachowaniem.   -   Nigdzie   nie   pójdę   puki   mi   nie 

wyjaśnisz, co się dzieje.

− 

Jutro Caroline. - powiedział. Utkwił w niej swoje niesamowicie niebieskie oczy. Poczuła się 

nagle senna. Jak przez mgłę pamiętała, że ktoś niósł ją po schodach. Potem był niebyt.

By animk4


Document Outline