background image

Janusz Meissner 

L-59 

Wydawnictwo Literackie Kraków 

1974 

background image

Nudny obiad u generała dobiegał końca. Podano kawę i dowódca korpusu zapalił cygaro, 

ostatnie  z  zapasu,  którym  rozporządzał.  Rozmowa,  rwąca  się  co  chwila,  ustała  zupełnie. 
Wszyscy  siedzieli  zamyśleni  i  nawet  kapitan  Ziemke  nie  starał  się  opowiedzieć  żadnej  ze 
starych anegdotek, które powtarzał od trzech lat przy podobnych okazjach. 

Było  parno  i  bardzo  gorąco.  Chmury  odpłynęły  na  południe,  słońce  piło  wilgoć  z 

rozgrzanej  ziemi.  Z  baraków  koszarowych  dolatywały  smętne,  usypiające  tony  sygnałowej 
trąbki.  Przed  obszerną  werandą  domu  generała  kury  grzebały  w  piasku  i  pogruchiwały 
gołębie. 

Generał  patrzył  w  przestrzeń  ponad  głowami  swoich  oficerów  i  bodaj  po  raz  pierwszy 

myślał o tym, jaki los czeka ich w niedalekiej przyszłości. 

Dotychczas  byli  dlań  tylko  współpracownikami  w  dziele  tej  dziwacznej  wojny, 

improwizowanej  w  warunkach  .zupełnie  odmiennych,  niż  to  przewidywał  sztab  generalny 
cesarza.  Byli  narzędziami  i  wykonawcami  zamierzeń  dowódcy  korpusu  ;  narzędziami 
precyzyjnymi, przyznawał to chętnie. Znał naturalnie ich wartość jako żołnierzy, ale nigdy nie 
przychodziło mu na myśl, co dzieje się w ich umysłach i sercach. Wiedział, co każdy z nich 
zrobi w danej sytuacji, lecz dopiero teraz, po trzyletniej kampanii, zadał sobie pytanie, co oni 
czują,  jak  myślą,  jacy  są,  jeśli  odrzucić  te  wszystkie  elementy  składające  się  na  osobowość 
oficera:  dyscyplinę,  wiedzę  fachową,  wychowanie  w  wojskowej  szkole,  nawyki  służbowe, 
mundur... 

Nie znał ich właściwie. Nie zbliżył się do nich. Wystarczało mu, że orientuje się, jak i na 

jakich stanowiskach można ich użyć. 

Poza tym... poza tym dostatecznie był pewien ich honoru, patriotyzmu, karności i odwagi, 

aby  nie  zawracać  sobie  głowy  analizowaniem  głębszej  treści  leżącej  poza  sferą  walorów 
wojskowych. 

Mógł  liczyć  na  nich,  tak.  Mógł  być  z  nich  dumny  jako  dowódca  w  tej  wyczerpującej 

wojnie,  w  tym  strasznym  kraju,  gdzie  tylko  najdzielniejsze  jednostki  nie  ulegały 
demoralizacji. Nigdy nie zdarzyło się nic takiego, co mogłoby podkopać to zaufanie. 

Ale czy nie zdarzy się aż do końca?... Spojrzał po ich postaciach dokoła stołu. Zmęczone 

gorączką  oczy,  zapadłe  policzki  albo  twarze  nalane,  blade,  o  ziemistej  cerze.  Wytarte, 
połatane mundury. Gorzka rezygnacja bez rozpaczy. Obowiązek? Nie, raczej nałóg trwania na 
straconym posterunku. 

Kampania  była  przegrana.  Wszyscy  wiedzieli  o  tym  już  od  dawna,  lecz  dopiero  dziś 

padły te słowa z ust dowódcy. To była pieczęć i podpis na losach białych oficerów i czarnych 
żołnierzy korpusu kolonialnego. 

background image

Kampania  była  przegrana,  a  mimo  to  należało  walczyć  dalej.  Bronić  do  ostatka 

zamorskiego bastionu Niemiec

1

, póki choć jeden z ich przedstawicieli mógł utrzymać karabin 

w ręku. 

Kiedy się to wszystko zaczęło telegraficznym rozkazem z Berlina, porwali się do czynu. 

Zaraz w pierwszych dniach wojny angielski desant pod Tanga został udaremniony. Ofensywa 
Anglików,  wspieranych  na  prawym  skrzydle  przez  korpus  portugalski  z  Mozambiku, 
załamała  się  na  linii  kolei  Dar  es-Salaam  —  Tabora.  Można  było  wówczas  zepchnąć 
przeciwnika w febryczne doliny rzek, w bagna i puszcze Bangweolo i Lunkanga. Można było 
wtargnąć do Rodezji, rozniecając powstanie wśród tubylców... 

Stało  się  inaczej:  armia  niemiecka  została  odcięta  od  reszty  świata,  zablokowana  przez 

nieprzyjacielską  flotę,  pozbawiona  dopływu  rezerw  i  zapasów.  Zawiodły  transporty  broni  i 
amunicji, a cały plan runął, zmieniając nagle sytuację szczupłego korpusu. 

Anglikom tymczasem przybywały posiłki, na Niemców zaś rzuciła się febra. 
Padły kolejno porty Tanga, Bagamojo i Dar es-Salaam zbombardowane przez krążowniki 

brytyjskie.  Opuszczone  zostały  fortece  Bismarcksburg  nad  jeziorem  Tanganika  i  Wiedhafen 
nad jeziorem Niasa. 

Z  bogatych  prowincji  na  zachodzie  i  północy  niedobitki  niemieckiego  korpusu  przebiły 

się przez żelazny pierścień nowocześnie uzbrojonych angielskich Somalijczyków i Masajów 
na  południe  i  oparły  się  na  granicy  Mozambiku  u  brzegów  rzeki  Ruwumy.  Główne  siły 
stanęły załogą w Newali, wydzieliwszy grupy operacyjne do naturalnych ośrodków oporu w 
górach Uhehe i wokół miejscowości Kilwa Kiwindże. 

Grupa Uhehe w kilka tygodni później przestała właściwie istnieć. Niespodziewany wypad 

angielskiego  korpusu  posiłkowego  z  północnej  Rodezji  zmniejszył  jej  siły  w  rozpaczliwych 
bitwach  do  rozmiarów  oddziału  partyzanckiego  bez  znaczenia.  Tylko  dzięki  niedostępności 
zajmowanego terytorium oddział ten trzymał się jeszcze na południowym cyplu gór Wyżyny 
Langeburskiej, nieustannie zagrożony odcięciem od głównych sił niemieckich. 

Trzeba  było  odstąpić  od  dawnej  taktyki  i  w  ogóle  zmienić  zasady  walki,  na  których 

kształcili się dotychczas oficerowie cesarskiej armii. Teraz można było tylko improwizować. 
Ta wojna była tak różna od wszystkiego, do czego przygotowywały studia fachowe, manewry 
i  praktyka  w  Europie!  Partyzantka  bez  nadziei  zwycięstwa,  nieustanna  gmatwanina 
obustronnych  oskrzydleń  luźnych  oddziałów,  wojna  ruchoma,  rzezie  w  zasadzkach  i 
uderzenia w próżnię, oto w kilka słów ujęte dzieje tej kampanii, prowadzonej w ciągu dwóch i 
pół lat od wybuchu konfliktu. 

Zabójczy  klimat,  brak  dróg  komunikacyjnych,  trudności  transportowe,  głód,  brak 

środków  lekarskich,  amunicji,  broni  i  rezerw  oficerów  dziesiątkowały  czarny  korpus 
niemiecki.  Murzyni  padali  z  wycieńczenia  i  umierali  w  marszu,  a  ekspedycje  wysyłane  po 
rekruta i po żywność napotykały bierny opór. Tse-tse wyniszczyła bydło, muły i konie. Febra 
szalała w szeregach, zapas chininy był na wyczerpaniu... 

Generał,  Żelazny  Generał,  jak  go  nazywano  po  obu  stronach  frontu,  walczył  dalej. 

Szybko zorientował się w nowych warunkach i nie myślał o kapitulacji. 

Powierzono mu obronę tego kraju i dopóki rozporządzał choć jednym batalionem, dopóki 

stał  na  terytorium  niemieckiej  kolonii,  musiał  jej  bronić,  jak  mu  nakazywał  żołnierski 
obowiązek. 

To  było  proste  i  zrozumiałe;  nie  wymagało  żadnych  wyjaśnień.  Tak  samo  przecież 

musieli myśleć wszyscy jego oficerowie. 

                                                 

1

  Z a m o r s k i   b a s t i o n   N i e m i e c  — Niemiecka Afryka Wschodnia (terytorium Tanganiki, między 

jeziorami Wiktorii, Tanganika i Niasa), dziś: kontynentalna część Zjednoczonej Republiki Tanzanii, która w 
roku 1964 powstała jako niepodległe państwo obejmujące Zanzibar, Pembę i Tanganikę. 

background image

Wszyscy  byli  tu  od  samego  początku.  Walczyli  ze  strasznym,  wysuszającym  tkanki 

upałem,  przemierzając  pieszo  na  czele  swych  ludzi  spalone  słońcem  stepy,  pełne  trujących 
wyziewów  bagna  i  podzwrotnikowe  łasy.  Bili  się  jak  bohaterowie,  pożerani  malaryczną 
gorączką, odzyskując przytomność między jednym atakiem febry a drugim; uśmierzali bunty 
własnych oddziałów, staczali potyczki, odcięci od ojczyzny, skazani na obcowanie z dziczą i 
asymilowani przez tę dzicz wbrew ich woli. 

Tak być powinno — pomyślał  generał, otrząsając popiół cygara. —  Ich  przyszłość?  Ich 

przyszłość związana jest tylko z przyszłością Niemiec. 

Zapewne każdy z nich chował głęboko w sercu tęsknotę do domu, do swoich. Choćby to 

nawet nie byli bliscy, choćby tylko mówili tym samym językiem; choćby tylko mieszkali tam 
daleko,  w  Saksonii,  w  Bawarii,  w  Prusach...  Tam  gdzie  człowiek  nie  czuje  się  jak  zwierz 
zagnany w pułapkę; gdzie wolno mu mieć nadzieję, że coś się zmieni na lepsze; gdzie są biali 
żołnierze, całe masy, setki tysięcy, miliony białych; gdzie mrok nie wdziera się przemocą do 
duszy; gdzie minęło już dwadzieścia wieków cywilizacji, podczas gdy tu... 

Zapewne, musiało im być ciężko. 
Generał  patrzył  na  nich  przenosząc  wzrok  z  jednego  na  drugiego.  Dłużej  zatrzymał  się 

przy kapitanie Ziemke. 

Typowy  pruski  oficer.  Może  trochę  za  ostry  w  stosunku  do  szeregowców,  ale  za  to 

odważny  aż  do  głupoty,  posłuszny  ślepo,  choć  pewien  siebie.  Nieskomplikowany, 
pozbawiony  wyobraźni,  nie  wdający  się  w  politykę,  niezdolny  do  żadnych  kompromisów. 
Takimi ludźmi podbija się obce narody i państwa, zwycięża się je, ale nie rządzi się nimi. To 
ludzie wojny. 

Porucznik  Richter:  sentymentalny,  dokładny  i  spokojny.  Byłby  doskonałym  oficerem 

instruktorem  w  wojskowej  szkole  albo  dowódcą  kompanii  w  małym  garnizonie.  Tu  brzydzi 
się Murzynkami i nie dowierza swoim szeregowcom. Na pewno ma narzeczoną, jakąś Mizzi 
czy Lotti, do której pisze co tydzień list i odkłada go do pudełka po sucharach, ponieważ nie 
ma sposobu wysłać go do Europy. 

Major Berger: uosobienie przeciętności i patriotyzmu; solidny, dobry żołnierz, który ceni 

swoją karierę i awansuje automatycznie, równie automatycznie spełniając swoje obowiązki. 

Porucznik  Wiese,  Stoltzman  i  ci  wszyscy  inni  z  gatunku  już  wymienionych...  Ludzie, 

którzy trwają na posterunku, oddają najlepsze lata, zdrowie, krew i życie na rozkaz generała, 
za cesarza i ojczyznę... 

Myślą  podobnie,  czują  podobnie  i  wszyscy  urobieni  są  na  jedną  miarę  przez  doskonały 

regulamin niemieckiej organizacji i dyscypliny duchowej. 

—  Tak,  tak,  moi  panowie,  znamy  się  dość  dobrze  nawzajem,  aby  otwarcie  spojrzeć  w 

oczy przyszłości — powiedział utwierdzony w swoim mniemaniu. — Mimo to wytrwamy do 
końca. Wiem, że myślicie tak samo. Rozumiemy się, nieprawdaż? 

Sakramentalne: „Tak jest, ekscelencjo!" było jedyną odpowiedzią, jakiej oczekiwał. 
Tylko  doktor  Knoll  myślał  o  czymś  innym  i  milczał.  Wszyscy  mimo  woli  spojrzeli  na 

jego  chudą,  kościstą  postać,  jakby  szukając  po  raz  nie  wiadomo  który  rozwiązania  zagadki, 
jaką był dla nich. 

Nikt  nie  pamiętał,  kiedy  tu  przybył.  Każdy  z  nich  zastał  go  już  w  sztabie  korpusu. 

Wiadomo  było,  że  nigdy  nie  chorował.  To  stanowiło  jego  siłę:  mogło  się  zdawać,  że  ciało 
jego  składa  się  wyłącznie  ze  ścięgien  i  kości,  że  choroba  nie  może  wedrzeć  się  do  jego 
organizmu  i  nie  znajduje  w  nim  siedliska,  które  mogłaby  strawić.  Poza  tym  osobę  lekarza, 
jego życie i jego myśli okrywała jakaś tajemnica. Jaka? Nie wiedziano. 

Zachowywał  się  „bez  zarzutu",  według  wyrażenia  generała.  Był  dobrym  lekarzem.  W 

potrzebie bił się odważnie. 

background image

Przy tym znał kraj na wylot, lepiej niż miejscowi przewodnicy. Opowiadano, że dawniej, 

zanim  wstąpił  do  służby  wojskowej,  zajmował  się  eksploatacją  kości  słoniowej  i  handlem. 
Byli tacy, którzy utrzymywali, że zrobił na tym wielki majątek. 

Murzyni  odczuwali  dla  niego  coś  w  rodzaju  czci.  Nie  wiadomo,  czy  na  skutek  jego 

wiedzy fachowej, czy też z innych jakichś powodów. I znów narzucało się pytanie: z jakich? 

Pewien arabski kupiec, handlujący z Bahutu w głębi kraju, którego wojna zaskoczyła na 

granicy półpodległego królestwa Ruandy, przybywszy do obozu Żelaznego Generała w roku 
1915,  dostał  napadu  rozpaczliwego  strachu  ujrzawszy  tam  doktora  Knolla.  Gdyby  go 
wówczas nie schwytano, utonąłby zapewne w bagnistej rzece, do której rzucił się z brzegu w 
panicznej ucieczce, pozostawiając resztki swej wycieńczonej karawany przy drodze na skraju 
puszczy. 

Ludzie Bergera wyłowili go z gęstej, zielonej wody i zaprowadzili do kwatery dowódcy. 

Ale  nic  nie  zdołano  zeń  wyciągnąć:  trząsł  się,  blady  i  ociekający  błotem,  powtarzał  wyrazy 
bez związku i jęczał, ilekroć posłyszał glos Knolla, który oświadczył, że nigdy w życiu go nie 
widział. 

Później,  kiedy  doktor  odszedł,  jeden  z  oficerów  na  własną  rękę  starał  się'  czegoś 

dowiedzieć od przerażonego handlarza. I ten jednak dał wreszcie pokój. 

„Zabiją mnie, panie. On mnie każe zabić" — szeptał Arab drżąc na całym ciele. 
Potem  zaczął  coś  bredzić  o  czarach,  o  uroczystościach  czarnych  i  o  pewnym  białym, 

który jakoby brał w tym udział. 

A potem mówił o kości słoniowej, pożądliwie mlaskając wargami, póki znów nie doszedł 

do osoby Knolla. Nie wymienił zresztą jego nazwiska. Zaledwie odważył się wskazać oczyma 
kierunek,  w  którym  doktor  odszedł.  Mieszał  wyrazy  arabskie  z  niemieckimi,  chwilami  zaś 
mówił narzeczem Bahutu lub Batusi, jakich oficer nie rozumiał. 

Najdziwniejsze  było  nieoczekiwane  zakończenie  tej  niezrozumiałej  historii.  Nad  ranem 

znaleziono  arabskiego  kupca  przygwożdżonego  bagnetem  do  ziemi.  Czarny  żołnierz,  który 
miał go pilnować, uciekł do lasu. 

Murzyna  schwytano  tego  samego  dnia  i  powieszono,  a  Knoll,  dowiedziawszy  się  o 

wypadku, nie rzekł ani słowa, tylko uśmiechnął się gorzko. 

Jego uśmiech zawsze zresztą miał pewien nieuchwytny odcień gorzkiej ironii lub drwiny. 

I  teraz,  gdy  po  słowach  generała  nastąpiło  chwilowe  ożywienie,  on  jeden  uśmiechał  się 
podobnie jak wówczas i milczał. 

Nie  było  to  milczenie  wrogie;  nie  zawierało  krytyki  i  nie  stanowiło  wyrazu  opozycji. 

Doktor czuł się raczej skrępowany i jakby zawstydzony, ilekroć generał zwracał się wprost do 
niego. 

Wiedział,  że  dokoła  jego  osoby  przewija  się  coś  niewyraźnego,  czego  nikt  nie  może 

zrozumieć. Sam nie potrafił usunąć tej przegrody. 

Cóż  miałby  do  powiedzenia?  O  czym  starałby  się  przekonać  tych  ludzi?  Dlaczego 

usprawiedliwiałby się i z jakich mianowicie zarzutów? 

Że  nie  zawsze  stosował  się  do  pojęć  i  praw  europejskich  tu,  na  Czarnym  Lądzie?  Że 

dawniej bywał niebezpieczny dla wchodzących mu w drogę? Że zdobył posłuch i uwielbienie 
wśród Murzynów? 

Z drugiej strony zdawał sobie sprawę, że jeśli dowódca korpusu wyróżniał kogokolwiek, 

to właśnie jego. 

Nie można było tak twierdzić z całą pewnością i nie wskazywały na to żadne realne fakty, 

ale dawało się to odczuć do pewnego stopnia. 

Czasami  generał  zapytywał  oficerów  o  zdanie  przed  powzięciem  jakiejś  decyzji  i  gdy 

kolejno się wypowiadali, raz na zawsze przyjętym zwyczajem, najpierw młodsi, potem starsi, 

background image

wtedy,  gdy  mówił  Knoll,  wzrok  Żelaznego  Generała  wracał  z  przestrzeni  ponad  głowami 
sztabu na twarz mówiącego. 

Patrzyli  sobie  w  oczy  uporczywie  i  długo.  „Więc  pan  tak  zrobiłby  na  moim  miejscu?" 

pytał dowódca. 

„Tak jest, ekscelencjo". 
Mogło się zdawać, i doktor zawsze oczekiwał tego, że z kolei generał zapyta: 
„A jak by pan sam postąpił? Jaką pan obrałby drogę? Pan, doktorze Knoll? Nie kapitan, 

nie oficer armii niemieckiej, tylko pan, człowiek? Jak panu każe pańskie sumienie i to, co w 
panu jest niezrozumiałego; czego nie mogę przeniknąć do samej głębi, do dna?"... 

Ale generał milczał. Pytał tylko wzrokiem. Nie, nie pytał właściwie: patrzył, ważył coś, 

czegoś domyślał się może... Potem jego wzrok wracał w przestrzeń. „Pan, kapitanie Ziemke?" 

Może  to  był  zbieg  okoliczności,  ale  najczęściej  decyzja  dowódcy  pokrywała  się  ze 

zdaniem lekarza. 

Major Berger przy pomocy Ziemkego opracowywał ją następnie w formie rozkazu. Inni 

wykonywali ten rozkaz. Knoll uśmiechał się gorzko lub z zażenowaniem. 

Ci dwaj — pomyślał generał o nim i o Ziemkem — uzupełniają się nawzajem. 
Wstał i skłonił się sztywno. 
— Kapitan Ziemke i doktor Knoll będą mi zaraz potrzebni. Dziękuję panom. 

Konferencja dotyczyła między innymi sytuacji politycznej, ale głównym jej tematem były 

sprawy  taktyczne  związane  z  porą  deszczową,  która  od  kilku  tygodni  unieruchomiła  prawie 
zupełnie obie walczące strony, zamieniając wysychające strumyki i kałuże w szeroko rozlane 
rzeki  i  ogromne,  łączące  się  ze  sobą  niemal  nieprzerwanie  bagna.  Stwarzało  to  trzy-  lub 
czteromiesięczną przerwę w działaniach wojennych. Przerwę, którą nieprzyjaciel z pewnością 
wyzyska celem przygotowania się do ostatecznego ciosu. 

Dla  Niemców  ten  okres  przymusowej  bezczynności  bynajmniej  nie  był  dogodny.  Czas 

działał  przeciw  nim:  febra  i  śpiączka  przerzedzały  szeregi;  głód  i  brak  chininy  dopełniały 
miary  klęski.  Wśród  Murzynów  zaczynało  się  wrzenie,  a  z  grupy  operacyjnej  Uhehe,  która 
miała  wykonać  dywersję  na  tyłach  prawego  skrzydła  armii  brytyjskiej,  aby  sparaliżować  jej 
spodziewaną ofensywę, nie było wiadomości. 

—  M'Baya  znów  pojawił  się  tutaj  —  powiedział  generał  omówiwszy  najważniejsze 

sprawy zaopatrzenia i wysłuchawszy sprawozdań obu oficerów. — Kim on właściwie jest? 

—  Należałoby  go  powiesić  —  mruknął  Ziemke.  —  Podburza  czarnych.  Jest  czymś  w 

rodzaju  proroka,  czarownika,  przywódcy  ruchu  przeciw  białym.  Myślę,  że  teraz  jest  także 
angielskim szpiegiem. 

— Co pan wie o nim, doktorze? Pan go zna lepiej. 
... — Wiem, że przybył tu wczoraj. Prosił mnie o chininę. Niestety, chininy zostało nam 

zaledwie, na sześć lub osiem tygodni dla białych. 

—  Dla  białych!  —  przerwał  Ziemke.  —  Pan  to  mówi  niemal  z  wyrzutem.  Myślę,  że 

chętnie ofiarowałby pan cały zapas Murzynom ze swego ambulansu. 

—  Ten  ambulans  jest  raczej  domem  przedpogrzebowym  niż  szpitalem  —  powiedział 

Knoll.  —  Co  do  M'Bai,  to  istotnie  odgrywa  rolę  trybuna  ludowego,  ale  nie  słyszałem 
dotychczas, aby zachęcał czarnych do buntu przeciw władzom wojskowym. Jego mowy mają 

background image

podłoże religijne. Mówi zresztą bardzo niejasno i wątpię, czy ktokolwiek z jego słuchaczy go 
rozumie. Mówi o zjednoczeniu wszystkich szczepów murzyńskich we wspólnej wierze, którą 
ogłasza jako nową naukę. Jest raczej mistykiem. 

—  Ten  pański  mistyk  występuje  przeciw  wszystkim  białym  w  Afryce.  Wiem,  że  przed 

wojną Anglicy właśnie za to chcieli go powiesić — przerwał znów Ziemke. 

— To nie świadczyłoby na jego niekorzyść — zauważył generał. — Czy nawracał i pana, 

doktorze? — zapytał z uśmiechem. 

— M'Baya często rozmawia ze mną — powiedział Knoll wymijająco. — Wie, że jestem 

lekarzem. Żyjemy w pewnej przyjaźni. 

Ziemke z irytacją wzruszył ramionami. 
—  Uważa  pana  zapewne  za  kolegę  po  fachu  —  mruknął.  —  Nazywa  się  przecież 

szatanem-szatanem; plemiona Bantu tak tytułują swoich znachorów. 

—  Niektórzy  z  nich  rzeczywiście  posiadają  pewną  wiedzę  medyczną  —  odrzekł 

spokojnie doktor. 

Generał patrzył w przestrzeń ponad nim. 
—  Czy  uważa  pan  jego  działalność  za  niebezpieczną?  Knoll  zawahał  się  i  w  tej  chwili 

wzrok generała przeniósł się niżej i stopił się z jego spojrzeniem. 

—  Nie  —  odpowiedział.  —  Nie  teraz  przynajmniej.  Generał  czuł,  że  Knoll  wie  o  tej 

sprawie więcej, niż chce powiedzieć, ale nie nalegał. 

— Niech pan  go ma na  oku. Niech pan na niego uważa. Pan może do pewnego stopnia 

wykorzystać dla nas jego wpływ na czarnych. Chciałbym, żeby mnie pan dobrze zrozumiał. 

Ziemke wybałuszył oczy. Więc jest aż tak źle, że dowódca korpusu zamierza korzystać z 

pomocy czarnego szarlatana?! 

— Panu — zwrócił się do niego generał — polecam dopilnować, aby żołnierze nie brali 

udziału  w  zebraniach  urządzanych  przez  M'Bayę.  Co  do  samych  zebrań,  hm,  należałoby 
porozumieć  się  z  administracją  cywilną.  Nie  stawiam  kategorycznego  zakazu.  Proszę  mnie 
informować o tych sprawach od czasu do czasu. 

Ziemke  i  Knoll  wyszli  razem  i  rozstali  się  przed  koszarami.  Doktor  poszedł  do 

ambulansu; Ziemke — na patrol do wsi otaczających garnizon. 

Było  już  ciemno.  Świeciły  wielkie  gwiazdy  jak  wielokaratowe  brylanty.  Niebo  zdawało 

się uginać pod ich ciężarem. Knoll patrzył na nie, stojąc u wejścia do szopy przeznaczonej na 
szpital i rozmyślał o dziwnym człowieku noszącym często spotykane imię M'Baya. 

Mijało już dziesięć lat od chwili, kiedy spotkał go po raz pierwszy. Był wówczas u kresu 

sił,  wycieńczony  febrą  i  na  pół  żywy  z  pragnienia.  Takim  zastał  go  M'Baya  w  obozie 
opuszczonym  przez  resztę  zdrowych  jeszcze  Murzynów,  wśród  spalonej  na  popiół  trawy 
brusy. 

Kilka przykucniętych w krzakach postaci z żebrami sterczącymi spod obwisłej skóry, to 

byli  chorzy  na  śpiączkę.  Niektórzy  poumierali  już  i  ciała  ich  schły  teraz  jak  mumie  w 
słonecznym  żarze.  Czasem  któryś  z  żywych  zrywał  się  i  w  ataku  szaleństwa  pędził  przed 
siebie,  póki  nie  padł  gdzieś  dalej,  aby  stać  się  żerem  dzikich  bestii  i  sępów  krążących  w 
pobliżu. 

W  chwilach  przytomności  Knoll  podsycał  ogień.  Poza  tym  konał.  Lecz  raz,  ocknąwszy 

się znowu, zobaczył na  wprost siebie ascetyczną twarz z trzema upiększającymi ją bliznami 
na każdym policzku. Prosty, wydatny, zgoła nie-murzyński nos, gorejące oczy, zapadłe usta. 

Z  początku  myślał,  że  majaczy.  Dopiero  później,  oprzytomniawszy  całkowicie, 

stwierdził,  że  ma  do  czynienia  z  prawdziwą  ludzką  istotą.  A  potem  wypił  podany  przez  nią 
jakiś płyn i usnął. 

background image

Kiedy  się  obudził,  był  już  o  wiele  silniejszy  i  mógł  mówić.  Przybysz  mówił  także.  Nie 

odszedł przez cały dzień i noc, i przez wiele dni następnych. 

Knoll szybko wracał do zdrowia pod działaniem tajemniczych leków. Zaczął polować, a 

M'Baya przyrządzał mu  posiłki i sam z iście murzyńską żarłocznością pochłaniał całe masy 
mięsa. 

Prócz  tego  mówił.  Mówił  o  rzeczach  dziwnych,  często  niezrozumiałych.  Knoll  miał 

wrażenie,  że  te  zwierzenia,  wyznania  i  wykłady  wciągają  go  przemocą  w  otchłań,  wloką 
poprzez  poprzednie  istnienia,  cofają  aż  do  najpierwszych,  na  pół  świadomych  wzruszeń 
pradawnej egzystencji. 

To była magia zadziwiająca swoją sugestywnością. 
M'Baya wtajemniczał go z wolna w tę wiedzę, nie mówiąc nigdy, dlaczego to robi. 
Jego znajomość toksykologii budziła podziw. Podobnie — jego zdolności hipnotyzerskie 

i dar „widzenia na odległość". M'Baya nauczył  Knolla przyrządzania odwarów z niektórych 
roślin  i  ziół  mających  własności  nie  znane  europejskiej  medycynie.  Wkrótce  cała  wiedza 
lekarska  czarnych,  jakże  nie  doceniana  przez  Europejczyków!  stanęła  otworem  przed 
zaciekawionym lekarzem. 

Trwało to długo, Knoll stracił rachubę dni i tygodni, ale spostrzegł wreszcie, że musiało 

upłynąć  kilka  miesięcy  od  przybycia  M'Bai,  bo  pamiętał,  że  wyruszył  ze  swą  karawaną  na 
początku pory suchej, a oto nadchodził już okres deszczów. Niespodzianie zapragnął wrócić. 

M'Baya nie sprzeciwiał mu się. 
Rozmawiali  tej  nocy  po  raz  ostatni  przed  rozstaniem.  Wtedy  to  szatan-szatan  rozwinął 

pewien  plan  przed  zdumionym  Europejczykiem:  szalony  pomysł  o  niezwykłych 
perspektywach. 

Knoll  wysłuchał  go  do  końca  i  jakkolwiek  realizacja  tego  wielkiego  przedsięwzięcia 

wydała mu się o wiele trudniejsza, niż ją sobie wyobrażał M'Baya, obiecał swą pomoc, gdy 
nadejdzie właściwy czas działania. 

Już  wówczas  rozporządzał  wielkimi  wpływami  wśród  wielu  szczepów  nie  tylko  we 

wschodniej  Afryce  niemieckiej,  lecz  również  w  posiadłościach  brytyjskich  na  południu  i  w 
Kongo.  Łączyły  go  pewne  stosunki  handlowe  i  polityczne  z  Abisynią;  jego  wyprawy 
handlowe docierały do jeziora Czad i do brzegów Nigru. Posiadał rzekomo wielki majątek, o 
którego  rozmiarach  krążyły  fantastyczne  pogłoski  wśród  dyrektorów  europejskich  kampanii 
dla eksploatacji kości słoniowej i złota. Opowiadano sobie b zakopanych skarbach, na których 
ciążyła  krew  białych  dowódców  zaginionych  karawan,  o  tajnych  sojuszach  murzyńskich 
władców,  o  buntach  i  rzeziach  organizowanych  przez  tego  Niemca  zagarniającego  łupy 
białych kolonizatorów. 

Trudno było dociec, ile prawdy mieści się w tych plotkach, lecz nie ulegało wątpliwości, 

że tam, gdzie „gospodarował" Knoll, inni biali awanturnicy i przedsiębiorcy nie mieli już po 
co przyjeżdżać. 

Projekt  M'Bai  opanował  na  pewien  czas  niepodzielnie  myśli  Knolla.  Pociągała  go  rola 

przywódcy  i  organizatora  powszechnego  powstania  ludów  Afryki,  marzyła  mu  się  potężna 
federacja  niepodległych  państw  murzyńskich.  Im  dłużej  rozmyślał  o  przyrzeczeniu  danym 
czarnemu kapłanowi, tym bardziej się zapalał do jego spełnienia, jakkolwiek teraz już jasno 
zdawał  sobie  sprawę,  jakie  to  szczególnie  pomyślne  okoliczności  mogłyby  zapewnić 
powodzenie tego przedsięwzięcia. 

Szczególnie  pomyślne  okoliczności...  To  znaczy  jakiś  olbrzymi  wstrząs,  przewrót 

polityczny i społeczny w Europie; może nawet na całym świecie! 

background image

Czy można było tego oczekiwać w niedalekiej przyszłości? A jeśli nie, to czy rozpętanie 

otwartego  buntu  przeciw  całej  potędze  świata  cywilizowanego  miało  jakiś  sens?  Czy  taka 
walka miała jakiekolwiek widoki powodzenia? Czy nie byłaby walką z góry przegraną? 

Kto wie — myślał. — Kto wie... Tutaj nawet klęska nie mogłaby już niczego pogorszyć. 
Przyszło  mu  na  myśl,  że  nawet  po  klęskach  wszystkich  powstań  i  rewolucji  za  falą 

mściwej reakcji następowały fale postępu. 

Mimo  to  zwlekał  z  decyzją,  a  tymczasem  zaczął  gromadzić  materialne  środki  do 

osiągnięcia  tego  odległego  celu  i  rozwijać  działalność  dyplomatyczną  wśród 
dotychczasowych  sojuszników,  nie  odkrywając  im  nawet  w  części  swych  zamierzeń  na 
przyszłość.  Przegrupowywał  siły,  zmieniał  front,  przystosowywał  sieć  własnej  organizacji 
handlowej do nowych zadań, jeszcze niezupełnie skrystalizowanych, jeszcze nie konkretnych, 
lecz już zarysowujących się w jego umyśle na miarę wielkich dziejowych przeobrażeń. 

Niejednokrotnie  później  spotykali  się  z  czarnym  prorokiem  w  przeróżnych 

okolicznościach,  ale  aż  do  wybuchu  wojny  M'Baya  nie  wspominał  o  otrzymanej  obietnicy. 
Dopiero  po  odwrocie  niemieckiego  korpusu  zaczął  przeć  do  realizacji  owych  zamierzeń. 
Jednocześnie  jednak  zmienił  się  jego  stosunek  do  Knolla.  M'Baya  zmalał;  z  mistrza  i 
towarzysza przedzierzgnął się w podwładnego, usunął się na drugi plan, skrył się w skorupie 
zewnętrznych obrządków zwykłego czarownika czy kapłana, rozumiejąc zapewne, że jedynie 
Knoll  zdołałby  zorganizować  i  wprowadzić  w  czyn  ogromne  dzieło  wyzwolenia  i 
zjednoczenia Afryki. 

Mimo  to  starał  się  coraz  usilniej  obudzić  w  Knollu  chęć  rozpoczęcia  bliżej  nie 

określonych działań, przedsięwzięcia jakiejś akcji, którą ukazywał mu w mglistych zarysach. 
Ale  Knoll  nie  uważał  wcale,  aby  obecna  chwila  była  odpowiednia  do  działania,  a  jeśli 
zawahał  się  przed  stanowczą  odpowiedzią  na  pytanie  generała,  to  między  innymi  także 
dlatego,  że  nie  był  pewien,  czy  i  jak  dalece  zamierzenia  M'Bai  krzyżują  się  z  interesami 
niemieckiego  dowództwa.  Ufał  natomiast,  że  znajdzie  dość  sił,  aby  przeciwstawić  się,  na 
razie  przynajmniej,  działalności  proroka,  jeśliby  ta  działalność  miała  spowodować 
przedwczesny wybuch powstania lub choćby tylko zagrażać istnieniu niemieckiego korpusu. 

Teraz  ogarnął  go  niepokój  na  myśl  o  tym,  co  zdarzyć  by  się  mogło,  gdyby  istotnie 

M'Baya zamierzał postawić go wobec faktu dokonanego; gdyby już zaczął działać na własną 
rękę,  aby  go  zmusić  do  wyboru  między  służbą  w  szeregach  armii  a  skokiem  w  przepaść, 
której nie zgłębił jeszcze nikt z białych. 

Wśród  tej  rozterki  i  niepewności  postanowił  nie  wstępować  wcale  do  ambulansu,  lecz 

natychmiast odszukać czarownika i przekonać się o jego intencjach. 

Oglądając  się  na  wszystkie  strony  i  klucząc  jak  tropiony  przestępca  wśród  ciasnych 

zaułków  i  murów  z  gliny  zmieszanej  z  sieczką,  poszedł  w  kierunku  opuszczonych, 
rozsypujących się budowli na skraju puszczy. 

Z okien domu  generała  patrzyły za nim czyjeś bystre oczy. Potem zgasło światło i dom 

pogrążył się w ciemności. 

M'Baya  mówił  w  mrok,  przykucnąwszy  pod  rumowiskiem  na  pół  rozmytych  deszczami 

cegieł  z  nie  wypalonej  gliny.  Dokoła  sterczały  krzywe,  walące  się  ganki  i  ściany  z 
czerniejącymi wysoko otworami okien. Kamienne ozdoby i stopnie, popękane i wygładzone 
przez czas, walały się między porastającą je dżunglą, która wdzierała się tu swobodna, dzika, 
zwycięska. 

background image

Mogło się zdawać, że M'Baya mówi sam do siebie. Jego głos ścichał czasem do szeptu, 

by  potem  poderwać  się,  urosnąć  w  namiętnej  swadzie,  rozpaść  się  w  dramatycznych 
przerwach,  wybuchnąć  krzykiem  protestu  i  znów  popłynąć  rytmicznie  w  strofach  niemal 
poetyckiego eposu. 

Mówił  o  Songhoi  i  Ghanie,  potężnych  państwach  murzyńskich  dawnych  czasów, 

opowiadał ich historię, mieszając fakty z podaniami i legendami. Wspomniał rozkwit dynastii 
Mandemg, której podlegały wszystkie ludy Bantu, póki nie przyszli z północy biali najeźdźcy. 
A potem długo jeszcze  mówił o tym, jak wyludniają się miasta, znikają  kraale i  giną  czarni 
ich  mieszkańcy  od  coraz  innych  chorób,  które  zjawiły  się  wówczas,  gdy  pierwsze  partie 
niewolników zakute w żelaza ruszyły ku wybrzeżom. 

Coraz  mniej  zrozumiała  była  ta  mowa  i  coraz  cichszy  głos  płynący  z  cienia.  Słowa  o 

wojnie,  o  wyzwoleniu,  o  nowym  władcy,  niepojętym  i  przebywającym  jeszcze  gdzieś  w 
nieokreślonej stronie, o jakiejś wielkiej zmianie, o tworzeniu się, wzroście, zbliżaniu się ery 
zwycięskiej walki z uciskiem, ze śmiercią, z wrogami Czarnego Lądu... Słowa na pozór bez 
związku, słowa omijające z daleka treść, dziwne słowa, budzące niepokój, nadzieję, gniew... 

Kłębiły się cienie, rozpełzały się dokoła ruchliwe, gasnące raz po raz błyski oczu. Mrok 

drżał,  szeleścił.  Cienie  pomykały  wzdłuż  ścian  unikając  światła  księżyca,  sunęły  w  trawie  i 
prześlizgiwały  się  przez  zwaliska.  Nieruchomiały  nagle,  zlewając  się  z  ciemnością  nocy, 
wsiąkały  w  czarne  tło.  Tkwiły  w  nim,  powiewały  cichym  oddechem.  Było  ich  wiele: 
czarnych, żywych, milczących. 

Był tam również jeden biały. 
To,  co  usłyszał,  obudziło  znów  w  jego  sercu  wahanie  i  niepewność.  Długo  w  nocy 

chodził wzdłuż murów fortu i nikt nie wiedział, jaka walka toczy się w jego duszy. 

Wreszcie, gdy już świt zaczął rozpraszać ciemności na wschodzie, stanął i oparł czoło o 

zimne, pokryte rosą kamienie. 

— Jeszcze nie teraz — szepnął. — Jeszcze nie teraz. 
Doktor był roztargniony i spiesznie przechodził między chorymi, zatrzymując się tylko na 

chwilę tu i ówdzie, fotem wszedł do kancelarii, aby podpisać jakieś raporty. 

Czekał  tam  na  niego  Lapto,  wspaniały  Murzyn  z  rybackiego  szczepu  Dolnej  Ruwumy, 

pełniący funkcję uniwersalnego pomocnika, służącego, asystenta i pisarza. 

Kapitan Knolł zamknął za sobą drzwi i położył dłoń na muskularnym ramieniu czarnego. 
— Niedobrze, Lapto — powiedział po chwili. Murzyn błysnął błękitnawą emalią białek. 
— Ty, Lapto, pójść prędko-prędko do M'Baya. Ciebie nikt nie widzieć. Ty podejść cicho 

i powiedzieć mondela Knoll, on słyszeć wszystko. M'Baya malobali maku. Niteria minge we

2

— Tak — szepnął Lapto i znikł w cieniu krzaków pod otwartym oknem szopy, cichy jak 

kuguar. 

Czy zdołam ich powstrzymać? — pomyślał doktor niepewnie. 
Miał uczucie, że dopuszcza się jakiejś nieuczciwości. 
— Powinni mi ufać — powiedział szeptem, jakby bronił się przed niejasnymi zarzutami. 
Z  jednej  strony  (to  było  jak  ciężki  obowiązek,  przemocą  losu  wtłoczony  na  jego  barki) 

honor żołnierza, dyscyplina, całe wieki cywilizacji, Europa, ojczyzna... 

Ojczyzna? 
Okręgi  fabryczne  pokryte  warstwą  sadzy,  zadymione,  smutne;  nudne  małe  miasteczka, 

wszystkie podobne do siebie: pan burmistrz, pan aptekarz, pan radca, pan pastor, .ochotnicza 
straż  ogniowa  i  orkiestra  w  niedzielę;  ogródkowe  restauracje  z  niezliczonymi  kuflami  piwa; 
mieszczańskie rodziny: ojciec z cygarem, matka cerująca skarpetki, tłuste różowe dzieciaki w 
                                                 

2

  M'Baya za wiele mówi. Z tego może wyniknąć coś złego. 

background image

długich  spodniach  i  w  kretonowych  sukienkach;  ręczniki  z  haftowanymi  zdaniami:  „Dbaj  o 
czystą  kuchnię  —  pozyskasz  wierność  męża";  policjanci  na  rogach,  równy,  twardy  rytm 
wojskowych parademarszów; Wacht am Rhein; Schwarz Weiss Rot i pruski czarny orzeł. 

Czy to była ojczyzna? 
Nie  zdawał  sobie  dokładnie  sprawy  ze  swoich  uczuć  dla  tego  dalekiego  kraju 

opuszczonego  tak  dawno,  że  stał  się  tylko  wspomnieniem  lub  raczej  szeregiem  oderwanych 
fragmentów wspomnień i obrazów tkwiących w atmosferze melancholijnej przeszłości pełnej 
szarego  smętku,  sennej  i  bardzo  odległej.  Nie  widział  tam  dla  siebie  drogi,  nie  pragnął 
powrotu. Ale coś łączyło go przecież z tym krajem. 

Szacunek?  Sentyment?  Może  tylko  instynkt,  może  odziedziczona  od  wieków 

konwencjonalna  tradycja;  może  poczucie  przynależności  rasowej,  za  którą  chcąc  nie  chcąc 
jest się odpowiedzialnym? W każdym razie nie serce. 

Serce doktora Knolla należało do tej drugiej strony; do, tych, którzy mu zaufali. 
To  była  miłość  nie  tylko  do  ziemi  żyznej,  namiętnej  i  płodnej.  I  nie  tylko  przyjaźń  dla 

czarnych, pięknych w swej pierwotności ludzi. 

Miłość obudziła cel. Jeszcze niezupełnie jasny, niekonkretny, ale już przeradzający się w 

zamiar, ambitny, śmiały, zdumiewający! To była misja, niemal posłannictwo dziejowe. 

Czasami  doktor  odczuwał  przerażenie  na  myśl,  że  to,  właśnie  on.  Ale  nie  mógł  się  już 

cofnąć  i  tylko  z  niepokojem  zadawał  sobie  pytanie,  czy  zdoła  wytrwać  do  chwili,  kiedy 
można będzie zacząć działać. Czy nie oszaleje? 

Ci  ludzie,  ci  „dzicy",  na  których  miał  prawie  nieograniczony  wpływ,  ufali  mu  bez 

zastrzeżeń. To stwarzało olbrzymią odpowiedzialność. Był im winien wszystko. Miał; stać się 
ich zbawcą, ich mesjaszem. 

Jaką  należało  wybrać  drogę?  Nie  wiedział.  Czekał  na  dalszy  rozwój  wypadków  w 

Europie, na jakieś objawienie, na cud, tymczasem zaś działał i myślał jak człowiek biały, jak 
oficer niemieckiej armii: była przecież wojna... 

A  cud  nadchodził.  Tylko,  jak  zawsze,  gdy  dzieją  się  cuda,  ci,  którzy  patrzą  na  ich 

powstanie, i ci, których opatrzność używa jako narzędzi, nie wiedzieli o tym wcale. 

W  samo  południe  do  sztabu  korpusu  przybył  posłaniec  z  okręgu  Uhehe.  Wyglądał  jak 

szkielet  obciągnięty  szorstką,  czarną  skórą.  Bryzgi  błota,  sięgające  powyżej  bioder  i  aż  do 
piersi,  wyschły  już  na  jego  ciele  od  piekielnego  żaru  słońca,  które  lało  na  ziemię  ciężki, 
duszny  upał.  Nogi  z  powbijanymi  kolcami  akacji  i  zdartym  naskórkiem,  skrwawione  stopy, 
oczy  wyłażące  z  orbit  i  wydatna  grdyka  w  nieustannym  spazmie  pragnienia  wskazywały  na 
straszny  wysiłek  długiego  biegu.  Dyszał  ciężko  leżąc  na  stopniach  werandy  i  pil  chciwie, 
oblizując białym językiem skorupę spieczonych warg. 

— Dajcie mu jeść — powiedział generał. 
Ale Murzyn przecząco potrząsnął głową, choć oczy błysnęły mu pożądliwie: przybywał z 

ważnymi wiadomościami. 

— Jak się nazywasz? — spytał dowódca. 

background image

— Bambara-Biegacz — wytchnął chrapliwym szeptem. — Bambara wyruszyć dwa dni z 

Uhehe. Piroga i sześć wioślarz-pagaj płynąć mito jedną noc i dzień. Potem biec brusa i wielki 
miti. Ale brusa minge we: tam być żołnierze m'putu

3

— Anglicy? 
— Tak. Mnóstwo m'putu. 
— I cóż, nie złapali cię? 
— Bambara biegać szybko-szybko i mieć gri-gri — pokazał z uśmiechem zawieszone u 

pasa amulety. — Bambara uciec do wielki miti. Potem iść wielki las całą noc i znów płynąć 
piroga, i znów biec, aż przybyć tu. 

Odwiązał  skórzany  woreczek  ukryty  pod  pachą  i  wyjął  zeń  ćwiartkę  przepoconego 

papieru. 

— Ten papier mówić — oświadczył podając list generałowi. 
Wiadomość  pochodziła  od  majora  dowodzącego  szczupłym  oddziałem  na  północnym 

zachodzie.  Nowiny  były  niepomyślne:  major  stracił  trzech  oficerów,  którzy  zmarli  bądź  na 
febrę,  bądź  od  ran  otrzymanych  w  utarczkach  z  napierającymi  Anglikami.  Sam  był  chory  i 
przeważnie nieprzytomny wskutek gorączki. Resztkami oddziału dowodził biały podoficer. 

W  jakiejś  chwili  przytomności  major  zdobył  się  na  napisanie  tych  kilku  słów.  Prosił  o 

przysłanie oficerów i chininy. Bambara miał służyć za przewodnika. 

Sprawa była pilna. Generał wezwał swój sztab na odprawę. Myślał o wysłaniu porucznika 

Richtera,  ale  okazało  się,  że  Richter  ma  atak  febry  i  w  ciągu  najbliższej  doby  nie  będzie 
zdatny do żadnej służby. 

— A więc kapitan Ziemke. 
Ziemke powiedział: 
— Rozkaz, ekscelencjo — i odszedł przygotować się do podróży. 
Miał wyruszyć dopiero o świcie, ponieważ Bambara spal teraz kamiennym snem na pół 

zaszczutego zwierzęcia, któremu udało się ujść pogoni i dopaść bezpiecznej kryjówki. Zanim 
jednak usnął, pożarł miskę sorgo i kawał nadpsutego mięsa hipopotama. 

Śmiertelne skutki tego obfitego posiłku pokrzyżowały plany dowódcy i zadecydowały o 

wszystkich dalszych wypadkach. 

                                                 

3

  M i t o  — w języku suahili: rzeka. 

M i t i

 — las. 

M ' p u t u  

— biali ludzie. 

background image

Doktor  Knoll  znalazłszy  się  już  w  Berlinie,  dokąd  przybył  drogą  przez  Włochy  i 

Szwajcarię po storpedowaniu parowca Syria, wspominał zawsze ten wypadek jako właściwy 
początek łańcucha zdarzeń splatających się z jego losem i z celem, do którego dążył. To był 
właśnie początek „cudu" lub raczej następujących po sobie takich zbiegów okoliczności, jak: 

Przerzucenie  brytyjskiego  oddziału  strzelców  południowoafrykańskich  wraz  z  partią 

jeńców wojennych, w których liczbie znalazł się również Knoll, na wschodnie wybrzeże; brak 
lekarza  na  pokładzie  Syrii  i  przychylne  stanowisko  gubernatora  w  sprawie  powierzenia  tej 
funkcji  niemieckiemu  doktorowi;  storpedowanie  Syrii  przez  okręt  podwodny  u  wybrzeży 
Sycylii;  wreszcie  pełna  przygód  i  niebezpieczeństw  przeprawa  przez  zieloną  granicę  przy 
pomocy austriackiego wywiadu. 

Tak, niewątpliwie skręt kiszek, który nastąpił u Murzyna Bambary wskutek przejedzenia 

po  czterdziestoośmiogodzinnej  głodówce  i  wyczerpaniu,  stał  się  pierwszą  przyczyną  tych 
wszystkich nadzwyczajności. 

Ale wówczas jeszcze ani doktor Knoll, ani żaden biały ze sztabu Żelaznego Generała nie 

zdawali sobie sprawy z wagi tego wypadku. 

Tylko  szatan-szatan  M'Baya,  który  nadszedł  właśnie  w  chwili,  gdy  Bambara-Biegacz 

odchodził do kraju, gdzie czarne jest białym, a noc — dniem i gdzie chodzi się tyłem, jak to 
czyni skorpion, zrozumiał do pewnego stopnia, że śmierć Murzyna oznacza wolę duchów, by 
spełniło  się  przeznaczenie.  M'Baya  poznał  to  po  wywróconych  białkach  oczu  trupa  i  po 
innych sobie tylko wiadomych znakach. 

Powiedział o tym Knollowi, lecz ubrał swą myśl w formę tak niejasną i zagmatwaną, że 

kapitan nie zwrócił uwagi na jego słowa. 

W  sztabie  powstała  konsternacja:  jedyny  pewny  przewodnik  do  gór  Uhehe  skonał,  nie 

podawszy  nawet  w  przybliżeniu  ani  miejsca,  gdzie  obecnie  znajdowała  się  tamtejsza  grupa 
operacyjna, ani też jaką drogą można się było do niej dostać. 

Z jego opowiadania wynikało, że w brusie na zachód od rzeki Marangandu znajdują się 

jakieś  luźne  oddziały  nieprzyjaciela,  co  wyglądało  bardzo  prawdopodobnie,  ponieważ 
łączność z grupą była od miesiąca zerwana. 

Mówił, że płynął rzeką  cały dzień i całą noc, ale przez Uhehe płynęło  wiele rzeczułek i 

strumieni, które w porze deszczowej zmieniały się w wielkie rzeki. 

Jedyną pożyteczną wskazówkę mogła stanowić rzeka, którą posłaniec płynął zboczywszy 

z  brusy  w  puszczę,  a  która  zaprowadziła  go  zapewne  do  bagien  na  południowy  wschód  od 
kraju Songa, skąd znów biegł aż do obozu kwatery głównej. 

—  To  była  zapewne  Luwegu  —  odpowiedział  doktor  na  pytanie  dowódcy.  —  Znam  tę 

błotnistą  strugę.  Nawet  w  porze  suchej  można  się  po  niej  przepchnąć  lekką  pirogą.  Teraz 
mógłby tamtędy przepłynąć parowiec. 

background image

Wtedy  generał  zdecydował  się.  Nie  było  innego  wyjścia.  Knoll  znał  kraj  i  wszystkie 

narzecza  Bantu.  A  poza  tym  (generał  usunął  jakieś  niepotrzebne  wątpliwości:  przecież  ten 
dziwny człowiek był zawsze lojalny i nie ma powodu mu nie ufać!) a poza tym: 

— Pan ma wpływ na czarnych. Pan najprędzej da sobie z nimi radę. Niech pan idzie. 
— Rozkaz, ekscelencjo! — powiedział Knoll. 

Wielki Las zaczynał się zaraz za plantacjami ryżu i bawełny, bez żadnego przejścia, jak 

morze  zaczyna  się  tuż  przy  lądzie.  Tam,  gdzie  kończyły  się  uprawne  pola  mil

4

,  wyrastała 

ściana  ciemnej  zieleni  na  niewidocznych  z  zewnątrz  pniach.  Całe  tony  pnączy  o  chwytnych 
kolcach,  kłujących  haczykach,  wąsach  i  pędach  chlusnęły  z  puszczy  na  słońce,  walcząc  o 
każdy  centymetr  powierzchni  od  koron  drzew  aż  po  ich  korzenie.  Liany  poskręcane  w 
powrozy, kłębowiska roślin--pasożytów, gmatwanina zielonych wężów, łodyg, liści, festonów 
i kwiatów. 

W tej żywej zasłonie, która nie przepuszcza światła, kryjąc wnętrze puszczy w zielonym 

półmroku, był tylko jeden niski otwór głęboki jak tunel. Wpełzała tam wąska ścieżka, która 
gubiła się wśród potwornie powyginanych, sterczących wysoko nad ziemią korzeni i krętym 
szlakiem przeciskała w głąb Wielkiego Lasu. 

Tą ścieżką wydeptaną przez szympansy, dziki i krajowców posuwał się doktor Knoll na 

czele swojej szczupłej karawany. Przed nim szedł Lapto niosąc jego karabin i worek nabojów 
oraz  manierkę  z  filtrowaną  wodą  i  polową  lornetę.  Z  tyłu  posuwało  się  trzech  żołnierzy  z 
bagażami na głowach., a czarny kapral zamykał pochód. 

Ścieżka  tylko  z  początku  wiła  się  samotnie  w  gąszczu.  Wkrótce  odłączyła  się  od  niej 

druga, trzecia, dziesiąta. Rozwidlały się i łączyły znowu, biegły na prawo, na lewo, w dół, w 
górę. 

Całe mnóstwo ścieżek wdeptanych głęboko w miękki, podbiegający wodą grunt, w lepkie 

błoto, w suchą, zapadającą się pod stopami próchnicę, w elastyczną jak korek, brunatną masę. 
Cała  sieć  ścieżek  ledwie  widocznych  na  rozprażonych  pagórkach,  skąd  las  uciekał  nagle  od 
walących  obuchem  żaru  kamiennych  łysin  i  wyniosłości  pokrytych  odłamkami  kwarcu,  bez 
odrobiny  cienia,  gdzie  na  wszystkie  strony  smykały  nakrapiane  jaszczurki  albo  unosząc 
głowy syczały zaniepokojone węże. 

A potem znów ścieżki wśród wypalonych traw  łamiących się z chrzęstem jak zwęglony 

papier i ścieżki wśród traw sięgających do pasa, do ramion, zakrywających widok. 

I znów las. 
Jeziorka zielonego błota, gęstego jak konfitura, kałuże wody rudej albo czerwonoliliowej 

jak krwawa ropa. 

Mrok  czarny,  gorący  i  wilgotny;  jaśniejsze  zielone  plamy  witrażowego  blasku; 

pojedyncze, ostre jak włócznie promienie, tnące cień grotami rozpalonego do białości słońca. 

Nieprawdopodobne  wonie  przynoszone  lekkimi  falami  powiewu,  którego  nie  można 

wyczuć na skórze okrytej kroplistym potem: wanilia? apteka? kościół przesycony zapachem 
kadzidła? olbrzymi plaster miodu?... 

Potężne pnie, obumarłe i zgniłe od dołu, nie mogły upaść trzymane w uwięzi zielonego 

sklepienia.  Pochylały  się  próchniały  w  powietrzu,  żarłocznie  zagarniane  przez  liany,  mchy? 

                                                 

4

  Odmiana prosa. 

background image

porosty  i  grzyby,  póki  jakaś  szalejąca  burza  lub  nadmierny  ciężar  toczącej  je  pasożytniczej 
roślinności  nie  ułamały  nadwątlonej,  suchej  korony.  Wtedy  obrośnięta  kłoda  waliła  się 
między  żywe  drzewa  i  z  wolna  rozsypywała  się  w  proch.  Rzucały  się  na  nią  paprocie  i 
okrywały ją puszystą zielenią. 

W  górze,  wysoko,  na  prostych  kolumnach,  wpartych  potwornymi  łapami  korzeni  w 

miękką  glebę,  o  kilkadziesiąt  metrów  nad  głową  doktora  wisiało  sklepienie  liści,  konarów, 
pierzastych mietlic palm powiązanych matnią pnączy.   

Rano i wieczorem jak gęsta ulewa dźwięków, gwizdów, ciurkań, chrapliwych okrzyków i 

gruchań opadał stamtąd wrzask ptaków. Małpy skakały w gęstwinie wyprzedzając karawanę i 
oszczekiwały ją uporczywie. Brzęczały owady.   

W  południe  nadciągała  cisza.  Knoll  słyszał  tylko  miarowy  tupot  pięciu  par  bosych  stóp 

swoich ludzi. 

O  zmroku  wzdłuż  ścieżek  pomykały  jakieś  płowe  cienie,  odzywały  się  stłumione  ryki  i 

wycia. 

Czasem,  najczęściej  nocą,  dudniły  dalekie  tam-tamy.  Ich  pociągający,  wymowny,  dziki 

rytm wznosił się i opadał; przed czymś ostrzegał, o coś pytał i czekał odpowiedzi, zapowiadał 
coś, nakazywał, naglił... 

Księżyc wyparowywał wysoko nad rzadko odkrywającymi się polankami, ciężki i oleisty 

od wilgotnej tęczy; jak mętne pijackie ślepia otwierały się gwiazdy między chmurami. 

Raz  natknęli  się  na  rozwleczone  kości  ludzkiego  szkieletu  dokładnie  oczyszczone  przez 

mrówki.  Obok  leżała  pusta  tykwa  na  wodę  i  poszarpana  przepaska  bila  ze  sczerniałymi 
plamami krwi. 

Mijali  opustoszałe  dżidżi

5

  z  rozsypującymi  się  okrągłymi  chatami  temba  z  plecionych 

mat i trawy, dokoła których zachłanna puszcza wdzierała się już na ubogie pólka prosa. 

Co  skłoniło  mieszkańców  do  opuszczenia  ich  siedzib?  Dokąd  poszli?  Nie  sposób  było 

odgadnąć. 

W  pobliżu  domostw  walały  się  porzucone  naczynia,  gliniane  kana,  daba  —  motyki  do 

uprawy roli i zardzewiałe szere do ścinania trawy. 

Porzucili  wieś  nagle,  pośród  dnia,  wygnani  jakąś  nieprzewidzianą  klęską,  która  mogła 

równie dobrze spaść na nich ze strony m'putu, jak z wyroku złych duchów, które upodobały 
sobie ten zakątek, albo z jakichś innych, tylko dla Murzynów zrozumiałych przyczyn. 

Tak  samo  opuszczali  nędzne  chaty  dawniej,  przed  wojną,  która  w  głębi  kraju  dawała  o 

sobie znać brakiem soli, perkalu i europejskiej tandety rozwożonej po murzyńskich osiedlach 
przez handlarzy skupujących albo raczej rabujących kość słoniową, orzechy kola i kauczuk. 

W  pasie  działań  wojennych  wsie  płonęły  i  „niemieccy"  Murzyni  ginęli  od  ognia 

angielskich  i  portugalskich  karabinów  maszynowych,  nie  wiedząc  o  tym  wcale,  że  stali  się 
nagie  wrogami  europejskich  metropolii.  Angielskie  krążowniki  bombardowały  wybrzeże  od 
Mozambiku po Zanzibar, obrzucając szrapnelami niewidzialne osiedla w promieniu działania 
swych baterii. 

To była wojna. 
Nagle  zjawiające  się  ekspedycje  brały  rekruta  i  odchodziły,  a  uprzedzone  głosem 

tam-tamów sąsiednie wsie wyludniały się jak po zarazie i za karę płonęły również. 

To też była wojna. 
Władze  wydały  zakaz  posiadania  broni  palnej  przez  tubylców,  skazując  plemiona 

myśliwskie  na  głód,  i  wieszały  opornych  wraz  z  tymi,  którzy  nie  wiedzieli  w  ogóle,  o  co 
chodzi, bo nie doszły ich rozkazy gubernatorów. 

                                                 

5

  D ż i d ż i   — wioski. 

background image

Dawniej  czarni  padali  z  wycieńczenia  i  od  śpiączki  w  bagnach  poto-poto  i  w  suchych 

brusach,  niosąc  na  głowach  bele  bawełny  i  worki  ryżu;  teraz  umierali  w  ten  sam  sposób, 
transportując amunicję lub ścinając drzewa do bu-owy dróg strategicznych. 

I to była różnica między pokojem a wojną białych. 
Doktor  Knoll  wiedział  o  tych  sprawach  dostatecznie  wiele,  aby  niczemu  się  już  nie 

dziwić.  Zacisnąwszy  szczęki  patrzył  na  wyludnione  dżidżi  i  porastające  dżunglą  luandy

6

Milcząc, skinieniem ręki zarządzał krótkie postoje, podczas których Lapto gotował posiłki, po 
czym ruszali dalej. 

Wreszcie po dwudziestu czterech godzinach marszu ukazała się rzeka i tu po raz pierwszy 

zdziwienie  odbiło  się  na  twarzy  kapitana:  znad  brzegu  unosił  się  dym;  wioślarze,  którzy 
przybyli z biegaczem Bambara, oczekiwali przy rozłożonym ognisku. 

Wiedzieli, że ktoś przybędzie. 
Knoll  nie  mógł  z  nich  wyciągnąć  nic  więcej:  uśmiechali  się  uprzejmie  i  powtarzali  w 

kółko to jedno zdanie. 

—  Skąd  macie  drugą  pirogę?  —  zapytał,  widząc  dwie  łodzie  złączone  lekkim 

bambusowym  pomostem,  na  którym  przygotowali  dla  niego  rodzaj  namiotu  z  plecionych 
seko. 

Tu  sprawa  wyjaśniła  się  wreszcie:  przygotowanie  drugiej  łodzi  i  nadbudówki  polecił 

czarnym tam-tam ze wschodu. 

M'Baya — pomyślał doktor. 
— Czy wiecie, że Bambara umarł? — zagadnął głośno. 
Wiedzieli. Śmiali się, uderzając dłońmi po udach, z uciechy, że biały wabuana

7

  zadał im 

to pytanie: przyjemnie jest zwrócić na siebie uwagę białego. 

Knołl  postanowił  płynąć  natychmiast  i  pirogi  zepchnięte  na  mętną,  brunatną  od 

cuchnącego iłu wodę ruszyły pod prąd przewijający się leniwie szerokim korytem. 

Pagaje uderzały w takt jednostajnej, czterotonowej melodii, którą nucili wioślarze. 

Belongi — musala, oli! 
Ben — da! Ben — da!   
Imene musala, oh! 
Ben — da! Ben — da!   
Mafuta musala,   
Belongi musala,   
Ben — da! Ben — da!   
Ben - da! Ben - da!8 

U brzegów, w ciepłym błocie leżały wielkie krokodyle jak nieruchome pniaki. Czasem za 

nieoczekiwanym  zakrętem  ukazywały  się  z  daleka  niezgrabne,  wystające  z  wody  cielska 
hipopotamów  i  znikały  z  zadziwiającą  szybkością,  tworząc  na  powierzchni  rzeki  szeroko 
rozchodzące się kręgi.  W dżungli galopowały żyrafy, postękiwały wracające od wodopojów 
nosorożce,  naszczekiwały  małpy.  Raz  w  grupie  krzaków  i  trzcin  zakotłowało  się  coś 
straszliwie i wypadła , stamtąd pantera unosząc w paszczy drobne jakieś stworzonko. 

Potem znów las zagarnął rzekę, zwisając z obu jej stron nisko nad wodą, jakby chciał się 

w  niej  przejrzeć.  Miliony  drzew  o  grubych,  prostych,  nieprawdopodobnie  wysokich  pniach 

                                                 

6

  L u a n d a  — pole uprawne, plantacja 

7

  . 

W a b u a n a

 — pan. 

8

  * Okrzyk „Ben — da!" powtarza się niemal przy każdej pracy, której towarzyszy zazwyczaj śpiew Murzynów. 

W większości narzeczy Bantu znaczy on tyle, co „ciągnij" lub „pchaj". 

background image

zdawały się podpierać niebo, po którym pełzły leniwe białe obłoki tak nasycone blaskiem, że 
aż oczy bolały, gdy się na nie patrzyło. 

Drzewa i drzewa. Przygniatająca kolumnada bez końca, monotonna aż do zawrotu głowy, 

napełniona  dusznym,  oranżeryjnym  roztworem  wyziewów  bujnej  roślinności  w  parującej 
wilgoci bagna. 

Powietrze,  ciężkie  i  nieruchome  jak  śpiące  jezioro,  nie  drgało  ani  na  centymetr.  Głos 

zamierał w nim, nie mogąc poruszyć tej gęstej, lepkiej substancji, którą trzeba było oddychać. 

Mijały godziny. Pagaje wciąż jednakowo przegarniały wodę u burt łodzi. 
Słońce stanęło w zenicie, pochyliło się ku zachodowi i utonęło za ścianą puszczy. 
„Ben — da! Ben — da!" skandowali wioślarze. 
Chmary  boleśnie  kłujących,  natrętnych  mut-mut  cieniutko  jęczały  nad  głową  Knolla. 

Spod liści, z sitowia, z cienia wyleciały moskity. Na dziobach łodzi zatliły się suszone huby, 
których ostry dym spowił pirogi i wlókł się za nimi jak błękitny welon. 

Zapadł  krótki  zmrok,  szybko  przechodzący  w  zupełną  ciemność,  a  wraz  z  nim  milkły 

głosy dnia, by ustąpić miejsca niepokojącym, tajemniczym szmerom podzwrotnikowej nocy. 

Coś  zaszeleściło  w  krzewach,  poruszyły  się  liście  nadbrzeżnych  zarośli,  zatrzeszczały 

gałęzie. Mroki ożyły, pobiegły, wyjrzały z brzegów, zaszeptały. . Nagle ustało skandowanie 
pagajów. 

Knoll ocknął się z ogarniającej go drzemki, spojrzał na czarną rzekę i na nieruchomych, 

zastygłych w oczekiwaniu wioślarzy. 

Ktoś z lewej łodzi zawołał: 
„Anise!" 
„N'in je"

9

  odezwało się z brzegu, po czym umilkło wszystko, a cienie znikły. 

Pagaje zgodnym ruchem zagarnęli wodę. 
Ben — da! Ben — da!... 
Mogło się zdawać, że nic nie zaszło. Można było zwątpić w rzeczywistość i uznać ją za 

majak podnieconej gorączką wyobraźni. Doktor nie był pewien, czy naprawdę coś słyszał. 

To  zapewne  przemówił  duch  mroku  —  snuło  mu  się  po  rozpalonej  głowie.  —  Istota 

mroku... istota... 

Wychylała się z ciemności, nieodgadniona, ciemna jak one, kusząca. Wzywała go. 
Trzeba wylądować — pomyślał. — Do licha, mam gorączkę. 
Zakręt. Prąd spycha łodzie pod prawy brzeg. 
„Ben — da! Ben — da!" jak przez watę w uszach. 
A przecież tam na lewo wyraźnie słychać ciche stąpania. 
O sto metrów? Niemożliwe! Znów zakręt. 
Trzeba  wylądować  —  myśli  kapitan.  —  Za  tą  kłodą.  Za  tą  kępką  krzaków.  Nie:  za 

następnym zakrętem. 

Ciemność pochłania wszystko. Na brzegu zaś czai się tajemnica. 
Cicho. Pirogi suną po gładkiej, czarnej wodzie. 
I  nagle  spoza  trzcin  kryjących  płytką  zatokę  bucha  rozsadzający  ciszę  wrzask,  zgiełk, 

tumult! 

Płoną ognie. W ich blasku widać nisko przykucnięte chaty z trawy i rozwieszone sieci. A 

między  nimi  tłum  czarnych,  wrzeszczący,  wyrzucający  w  górę  długie  ramiona,  potrząsający 

                                                 

9

  A 1 1 i s e  — przyjazny okrzyk, wyrażający pozdrowienie lub powitanie. 

N ' i n   j e

 — dosłownie: widzę 

was (rozumiem). 

background image

oszczepami, miotający się w paroksyzmie szału, radości, strachu, gniewu czy może rozpaczy, 
któż to odgadnie? 

Doktor Knoll staje przed swym namiotem na bambusowym pomoście i milczy wskazując 

wyciągniętą ręką brzeg. 

Dzioby złączonych czółen zarywają się w miękki ił. 
Wtedy  wszystko  zamiera  w  bezruchu.  Nawet  ogień  zdaje  się  przygasać,  a  wielki  wódz 

m'putu w nocy wychodzi z rzeki, właśnie tak, jak o tym mówiły dawne przepowiednie. 

Walą się przed nim na twarz, zakrywają dłońmi oczy, płaczą ze wzruszenia. A on idzie z 

ręką wzniesioną, jak stał, kiedy go ujrzeli w mroku. 

Koło  zacieśnia  się,  drga,  pulsuje.  Coraz  spieszniej,  coraz  gęściej  dudnią  bębny  pod 

dłońmi czarowników, odpowiadając na każdy sposób uderzenia inaczej. Coraz wyżej podnosi 
się nosowy falset balafonów, coraz ostrzej, głębiej ranią piszczałki i flety. Żelazne kastaniety 
przywiązane  skrzyżowanymi  łańcuszkami  do  dłoni  popędzają  rytm,  przesadzają  takt,  dwa 
takty,  wpadają  weń  znowu,  cwałują  obok,  zostają  na  chwilę  w  tyle  i  znów  klaskają 
dźwięcznie, podkreślając dumm-damm! tam-tamów. 

Muzyka przenika do ciał, tętni w nerwach i zmusza do tańca. 
„Oh! — Oh! — Oh! — Oh!" wyrywa się z tłumu i po każdym okrzyku maleje średnica 

kręgu. 

Płonące,  nabiegłe  krwią  oczy  przylepione  spojrzeniem  do  ciał  miotanych  konwulsjami 

tańca.  Szybkie,  spazmatyczne  oddechy.  Spocone,  wilgotne  ramiona  i  lędźwie,  grzbiety, 
brzuchy,  boki,  stłoczone,  przylegające  ciasno  do  siebie.  Ostra,  doprowadzająca  do  zawrotu 
głowy  woń  tłumu  czarnych.  Rozsadzone  nozdrza,  błyskające  zęby,  migoty  blasku  ognia  na 
sprężonych mięśniach. Rytm pulsującej krwi, gęstej, gorącej, lepkiej. 

„Oh! - Oh!" 
Prędzej!  Prędzej!  Stopy  przebierają  w  miejscu,  grzebią  w  piasku,  drgają,  wybiegają 

naprzód wyrywając nowych tancerzy z kręgu widzów. Potem, szeroko rozstawione, wrastają 
w ziemię. Rozkołysane kolana porywają za sobą uda, biodra, brzuch. Głowy nieruchomieją; 
tylko wysunięte szczęki kłapią lśniącymi zębami, póki nie zatną się w histerycznym skurczu. 

Wtedy zaczyna tańczyć sam korpus. Zdaje się nie mieć kości: wije się jak wąż, kurczy się 

i rozkurcza, rzuca się na boki, skręca się jak przydeptany robak, szaleje. 

Nagle  porwane  tym  szaleństwem  ramiona  wylatują  w  przestrzeń.  Są  wszędzie; 

uwielokrotniają się, podskakują, uciekają, gonią się nawzajem i omijają; są raz nad głową, raz 
między kolanami, krążą dokoła bioder, lecą w górę, giną gdzieś i odnajdują się znowu. 

W gardłach gotuje się, rzęzi, rośnie wrzask zduszony skurczem krtani. 
Szaleństwo  cwałuje  po  żyłach,  rozsadza  serca,  huraganem  wali  przez  mózgi,  a  dokoła 

popędzają, gonią, naglą tam-tamy i piszczałki. 

„Oh! - Oh! - Oh! Oh!" 
Nie  można  przez  dłuższy  czas  bezkarnie  tego  słuchać  i  patrzeć  na  to  stojąc  z  rękoma 

opartymi  na  zgiętych  kolanach,  jeśli  choć  raz  poddało  się  dobrowolnie  działaniu  magii. 
Szaleństwo jest zaraźliwe: wdziera się przemocą do nerwów, opanowuje umysł, przenika do 
krwi i zagarnia w swą władzę instynkt. 

Knoll wiedział o tym, ale nie znalazł dość sił, aby się bronić: patrzył. 
Z  wolna,  w  miarę  jak  rytm  tańca  opanowywał  jego  odruchy,  tracił  poczucie 

rzeczywistości. Zapomniał, skąd się tu wziął i kim jest. W głowie miał pustkę huczącą tylko 
falami  dźwięków,  które  przelewały  mu  się  przez  mózg  coraz  potężniejszym,  nieodpartym 
pragnieniem  rytmicznego  ruchu,  w  oczach  zaś  skłębiony  obraz  płomieni  ognisk,  czarnych 
drgających ciał, rozlatanych rąk i nóg, które płynęły kipiącym wirem. 

background image

W jakimś błysku chwilowego ocknienia usłyszał swój własny krzyk i zdał sobie sprawę, 

że bierze udział w tej orgii, ale to przerażające wrażenie rozpłynęło się natychmiast w nowej 
fali szaleństwa. 

Był złączony potężnym prądem z czeredą opętanych Murzynów. Uległ mu i teraz, gdy już 

w to został wciągnięty, jego umysł ogarnął mrok zapomnienia. Mięśnie działały bez woli, z 
gardła dobywał się ryk, a w piersi wstawał pierwotny, rozpierający żebra spazm szczęśliwej, 
wyzwolonej bestii. 

Musiał  teraz  tańczyć  i  krzyczeć.  Nie  mógł.  nie  miał  siły  wyłamać  się  z  magicznego 

rytmu,  który  opanował  go  całkowicie,  zamknął  się  dokoła  niego,  sparaliżował  mu  wolę  i 
władzę  na  sobą  samym.  Czuł  tylko  pierwotną  potrzebę  uniesienia,  ekstazy,  szału.  Zapadł  w 
mrok, zanurzył się w tę otchłań i trwał w niej aż do zupełnego omdlenia. 

Obudził  się  z  głową  ciężką  i  hukiem  tysiąca  młotów  w  uszach.  Był  na  pół  żywy  z 

wyczerpania i z trudem starał się sklecić rozbite myśli, które snuły się w tumanach obłędnego 
czadu. Jak przez gęstą mgłę widział siedzące dokoła postacie i rozmawiał z nimi jak we śnie, 
pijąc cotha

10

, aby się otrzeźwić. 

Nigdy  potem  nie  był  zupełnie  pewien,  czy  to  nie  był  tylko  męczący,  dziwaczny  sen. 

Nigdy  nie  zdołał  sobie  przypomnieć,  jak  dalece  zaangażował  swój  honor  w  te  sprawy,  ile 
obiecał wodzom Bantu i czy rzeczywiście przyznał, że jest tym, którego oczekują. 

Wielka  Rada  Władców,  w  której  brał  udział,  stanowiła  w  jego  wspomnieniach 

zakończenie czegoś potwornego, co działo się przedtem. Wynikała stąd konieczność pewnych 
przyrzeczeń, przyjęcia na siebie zobowiązań i natychmiastowego działania. 

Wszystko  to  w  umyśle  doktora  pozostawiło  tylko  mętny,  zaćmiony  obraz  oderwanych 

sytuacji, słów i niedomówień, które łączyły się -ciągle z imieniem M'Bai; nabierając przez to 
samo szczególnego znaczenia. 

Nie  chodziło  tu  o  zwykły  hazard,  w  którym  można  stracić  życie,  lecz  raczej  o 

przedsięwzięcie grożące utratą honoru. Właściwie nic nie zmuszało Knolla do wdawania się 
w  tę  awanturę:  ryzyko  (ryzyko  honoru,  a  nie  życia)  było  tego  rodzaju,  że  dzielny  człowiek 
mógł go nie podejmować, nie narażając się przy tym na zarzut tchórzostwa. 

Pamięć Knolla z całą jasnością sięgała dopiero chwili, w której nastąpił nagły popłoch po 

pierwszych strzałach z angielskiej szalupy. 

Dwa  pociski  małego  działa  rozerwały  się  nad  chatami  wioski,  po  czym  zapanowała 

krótka chwila milczącego zdumienia, aby rozpaść się w nagłym wrzasku trwogi. 

Od strony rzeki długimi seriami krztusił się karabin maszynowy, cyknęły w piasek kule i 

posypały się z krzaków  liście. Chmara ludzi wyroiła się z chat, z zarośli, spomiędzy drzew. 
Biegali krzycząc i padali na ziemię brocząc krwią. 

Potem w nieopisanym popłochu uciekli w głąb puszczy skacząc jak małpy, czepiając się 

zwisających lian i nurkując w trawie. 

U dogasającego ogniska został tylko Knoll, sam jeden. Wieś paliła się w świetle poranka i 

dudnił bas działka z szalupy. 

Nieco  później  doktor  zobaczył  mundur  angielskiego  oficera  na  tle  nisko  ścielących  się 

dymów pogorzeliska i wreszcie zaczął myśleć i rozumować normalnie. 

                                                 

10

  Cotha — gorzki wywar zawierający kokainę. 

background image

Na obronę było za późno; oddział wojsk angielskich minął zgliszcza wioski przecinając 

odwrót,  a  dwaj  oficerowie  zbliżali  się  do  Knolla  z  krótkimi  karabinami  w  ręku.  Zresztą  był 
tak rozbity fizycznie, że nie mógłby ani stawić jakiegokolwiek oporu, ani też próbować uciec. 

Wstał  więc  tylko  i  z  truciem  trzymając  się  na  nogach  oczekiwał  na  zdumionych  tym 

spotkaniem Anglików. 

Potem,  odmówiwszy  stanowczo  wszelkich  wyjaśnień  co  do  przyczyn,  jakie  go  tu 

sprowadziły,  oświadczył,  że  jest  niemieckim  lekarzem  wojskowym  i  wymienił  swoje 
nazwisko. Pozwolił zaprowadzić się do szalupy i usnął natychmiast, gdy tylko pozwolono mu 
się położyć. 

Był tak otępiały i zrezygnowany, że nawet nie pomyślał o tym, jakie skutki dla niego i dla 

dalszych  losów  grupy  operacyjnej,  do  której  go  wysłano,  będzie  miał  fakt  wzięcia  go  do 
niewoli. Dopiero o wiele później zaczął się zastanawiać nad swoją odpowiedzialnością za to, 
co się stało. 

Wówczas znów doznał uczucia  rozdwojenia;  znów  uświadomił  sobie  konflikt  pomiędzy 

tym, do czego zmierzało jego przeznaczenie, a tym, co narzucała mu przynależność rasowa i 
kulturalna.  Przewidywał,  że  nadejdzie  chwila,  w  której  będzie  musiał  wybrać  między  tymi 
dwoma czynnikami, związując się na zawsze z jednym z nich. Wiedział, że ten wybór będzie 
oznaczał  zerwanie  ze  światem  białych  albo  wyrzeczenie  się  pociągających  marzeń  i  planów 
wraz z utratą własnej godności i wiary w siebie, w swoją wartość, w swój honor, w cel życia. 

background image

Wczesny październikowy zmierzch zapadał nad prostymi ulicami przedmieścia i gęstniał 

szybko,  zatapiając  w  chłodnym,  szarym  błękicie  ostatnie,  jednopiętrowe  domki  z  czerwonej 
cegły. Dalej czerniała brama z żelaznych prętów i ogrodzenie z kolczastego drutu okalające 
wielką  przestrzeń  warsztatów,  stoczni,  składów  i  hangarów.  Przy  bramie  świeciła  samotna 
żółta  żarówka,  a  mdły  blask  przesączał  się  z  okna  wartowni,  wyławiając  z  cienia 
czteroramienny kołowrót przejścia. 

Jeszcze  dalej,  za  kolczastym  drutem,  sterczał  wysoki,  dymiący  obficie  komin  z 

czerwonym  punkcikiem  ostrzegawczej  lampki  na  szczycie  i  zdawał  się  patrzeć  z  góry  na 
wygięte  dachy  fabrycznych  hal,  dudniących  stłumionym  łomotem  i  zgiełkiem  udręczonego 
metalu,  na  szeregi  źle  oświetlonych  okien  z  małymi,  okopconymi  szybkami,  na  długie 
budynki biur i pracowni. 

Na bocznicy kolejowej o połyskliwych wypolerowanych szynach stały wagony towarowe 

ziejące  pustką  spoza  rozsuniętych  drzwi  i  cichutko  syczał  stary  parowóz,  obojętnie  patrząc 
karbidowymi reflektorami na zawaloną pakami rampę. 

Gdzieś  w  mroku  pojękiwał  arkusz  zardzewiałej  falistej  blachy,  wyrwany  wiatrem  ze 

ściany baraku. Migotały rzędy lamp na drewnianych słupach. 

Wtem nad jedną z hal warsztatowych ukazał się wykrzyknik białej pary i rozległ się ryk 

syreny. Trwał długo, a potem zgasł nagle, zostawiając po sobie dźwięczący w uszach odgłos, 
niby ślad rozwiewający się w stłumionym zgiełku pracy. 

Nic się jednak nie zmieniło za kolczastym drutem. Jak przedtem syczał  parowóz, jęczał 

płat blachy i jednostajnym stukiem, zgrzytem i warczeniem skarżył się metal w zamkniętych 
wnętrzach warsztatów. Sygnał nie był przeznaczony dla robotników zza ogrodzenia: wzywał 
drugą zmianę roboczych brygad z miasta. 

Tymczasem  ulica  między  ceglanymi  domkami  była  nadal  prawie  pusta.  Tylko  jeden 

człowiek szedł spiesznie w stronę żelaznej bramy, dopalając po drodze papierosa. Rzucił go 
przed wejściem i starannie zadeptał żarzącą się iskrę. 

Nie  był  robotnikiem.  W  mdłym  świetle  wartowni  ukazała  się  jego  wysoka,  niezwykle 

chuda postać w mundurze oficerskim z naszywkami lekarza. 

Stojący na posterunku żołnierz sprawdził przepustkę: 
„Kapitan dr Henryk Knoll ma prawo wstępu na teren warsztatów o każdej porze. Podpis. 

Pieczęć. Data: 10 VIII 1917". 

,,W porządku" zasalutował wartownik. 
Doktor Knoll minął bramę i skierował się w głąb zabudowań, w tę stronę, gdzie u skraju 

lotniska  stały  jeden  obok  drugiego  wielkie,  rozkraczone  doki  stoczni  sterowcowych  i 
sterczały pękate czopy ukrytych pod ziemią zbiorników wodoru okolone barierą. 

Na  wszystkich  budynkach  czerniały  napisy:  „Palenie  surowo  wzbronione.  Ostrożnie  z 

ogniem". 

background image

Doktor Knoll otworzył drzwiczki jednego z hangarów i wszedł do środka. 
Mimo  zapalonych  lamp  panował  tam  półmrok,  w  którym  trudno  było  zrazu  rozróżnić 

cokolwiek. 

Doktor stanął za progiem i rozejrzał się. 
Na środku hali montażowej, wypełniając w trzech czwartych jej wnętrze, stał na niskich 

platformach  olbrzymi  szkielet  sterowca.  Jego  potężny  kil  długości  dwustu  metrów  wyglądał 
jak  most  wiszący  o  trójkątnej  podstawie.  Biegnący  przez  jego  środek  pokład  z  blachy 
aluminiowej potęgował jeszcze to wrażenie. 

Po  obu  stronach,  przytulone  do  spodu  olbrzyma,  wisiały  cztery  gondole  jak  wielkie 

torpedy lśniące świeżym lakierem. Ich luki wyjściowe łączyły się z pomostem kilku wąskimi 
trapami, obok których zaczynały się klatki drabin do górnej platformy. 

Piąta, nieco większa gondola, stanowiąca zakończenie kręgosłupa całej konstrukcji, kryła 

się  tuż  pod  rufą  sterowca  i  połączona  była  z  kabiną  ręcznego  mechanizmu  sterowego 
umieszczoną wewnątrz pionowego statecznika. 

każdej 

gondoli 

szczerzył 

zagięte 

dół 

wyloty 

rur 

wydechowych 

dwustuczterdziestokonny silnik i czerniało z tyłu nieruchome śmigło. 

Tylko wielka  gondola nawigacyjna nie była zaopatrzona w motor. Przez jej połyskujące 

szyby  widać  było;  koło  sterowe  i  tablice  przyrządów  oraz  zasuwane  drzwi  małych  kajut  w 
tyle.  Pod  spodem  sterczał  guz  amortyzatora  z  brzuchatym  pneumatykiem  koła  do  połowy 
ukrytego wewnątrz. 

Nad  kilem,  wspierając  się  na  nim  jak  na  potężnym  dźwigarze,  aż  pod  wysoki  jak  w 

katedrze strop doku wyrastała dwudziestoczterokątna konstrukcja kadłuba: szesnaście komór 
gazowych ogólnej objętości sześćdziesiąt osiem i pół tysiąca metrów sześciennych. 

Na  spłaszczonym  grzbiecie  potwora,  w  obramowaniu  niskich  galeryjek,  leżały  górne 

platformy obronne z czterema obrotnicami do karabinów maszynowych. 

Tu i ówdzie, poprzyczepiani do rur i ścięgien stalowych powietrznego okrętu jak muchy 

do  wielkiego  kosza,  pracowali  ludzie.  Spawacze  w  ciemnych  okularach  wodzili  po  żebrach 
sterowca żądłami płonącego tlenu; nitownicy opukiwali złącza młotkami; ślusarze wygładzali 
szwy; monterzy dokręcali gwinty, regulowali ściągacze i zabezpieczali sworznie, na których 
później werkmistrze zawieszali trójkątne blaszki z wyciśniętą datą i rozpoznawczym znakiem 
brygady roboczej. 

Wszędzie świeciły przenośne lampy na długich kablach. Wszędzie kręcili się mechanicy, 

stolarze, tapicerzy, szwaczki, malarki, kowale, ślusarze, spawacze. Przesuwali się w dole i w 
górze  wzdłuż  rusztowania  otaczającego  sterowiec  z  obu  stron,  zawisali  wewnątrz  na 
dźwigarach  i  zastrzałach,  pracowali  pod  kilem,  wychylali  się  z  luków  gondoli,  biegali  po 
pomostach,  krążyli  na  górnych  platformach  z  błędnymi  ognikami  żarówek  u  pasa  jak 
świętojańskie robaczki. 

Pod  ich  rękami  olbrzymim  szkieletem  balonu  zdawał  się  wstrząsać  dreszcz.  Skrzyp, 

jazgot,  zgrzyt  żelaza,  chrobot  duralu,  jękliwy  werbel  młotków,  stękanie  nitowanych  złączy, 
syk płonącego tlenu, wypryski ognia, iskry, ciężki kurz opiłków, pisk wiercących świdrów i 
gwar głosów bijący pod wysoki strop! Zgiełk szybkiej, gorączkowej pracy. 

Knoll  stał  i  patrzył  w  górę.  Zaledwie  mógł  uwierzyć,  że  ten  kolos  już  wkrótce  zdoła 

unieść  się  w  powietrze,  aby  pożeglować  w  daleką  drogę  na  południe.  Myślał,  co  zastanie  u 
celu  tej  wyprawy:  czy  go  tam  jeszcze  oczekują?  Nie  w  sztabie  Czarnego  Korpusu,  lecz  w 
niezliczonych  wioskach  murzyńskich,  nad  brzegami  niedostępnych  rzek,  wśród  puszczy,  na 
plantacjach,  w  kopalniach,  w  miastach  i  w  portach,  gdzie  rozprzestrzeniały  się  jego  dawne 
wpływy i gdzie pozostawił zaufanych ludzi. 

Wtem z zamyślenia wyrwał go czyjś bliski głos. 

background image

—  Dobry  wieczór,  doktorze.  Dobrze,  że  pan  przyszedł  teraz.  Za  kwadrans  będzie 

przerwa. 

Knoll uścisnął szeroko rozwartą dłoń. 
— Dobry wieczór, komendancie. 
Komandor  podporucznik  Eckholt  wydał  mu  się  niezwykle  poruszony.  Jego  twarz  o 

regularnych, męskich rysach i ciemnoszarych oczach rozjaśniał uśmiech. Doktor uśmiechnął 
się także. 

— Zdaje mi się, że otrzymał pan jakąś pomyślną wiadomość — powiedział. 
Eckholt twierdząco skinął głową. 
— Zgadł pan: przyszła moja nominacja. Knoll ucieszył się szczerze. 
— Gratuluję — powiedział. — Serdecznie gratuluję! Komendant ujął go pod ramię. Stał 

się  rozmowny  jak  nigdy  przedtem;  niemal  wylewny.  Mówił  oczywiście  o  sterowcu,  którym 
już  na  pewno  miał  dowodzić.  Obliczał,  co  jeszcze  pozostało  do  wykonania  i  jak  długo 
potrwają roboty wykończeniowe. 

Szkielet miał być gotów ostatecznie za tydzień. Balonety leżały już w magazynie stoczni, 

a  ich  zawieszenie  w  komorach  gazowych  mogło  nastąpić  w  ciągu  trzech  zmian  roboczych 
jednej  doby.  Potem  obciągnięcie,  sklejenie  i  zamocowanie  powłoki  zewnętrznej.  Wreszcie 
napełnienie balonetów gazem, próby na szczelność i loty próbne. 

—  To  nie  powinno  potrwać  dłużej  niż  trzy  tygodnie  —  oświadczył.  —  Za  miesiąc 

będziemy już w drodze. 

Od  samego  początku  miał  wielką  ochotę  wziąć  udział  w  tej  wyprawie;  cóż  dopiero  nią 

dowodzić!  Śmiałość  przedsięwzięcia  zapalała  jego  wyobraźnię:  osiem  tysięcy  kilometrów 
lotu,  ponad  trzy  doby  w  powietrzu!  W  porównaniu  z  takim  rejsem  wypady  bombowe  nad 
Londyn zaiste mogły się wydać zwykłą przejażdżką. 

—  Gdy  droga  zostanie  przez  nas  utorowana,  naczelne  dowództwo  z  pewnością  wyśle 

dalszą pomoc — myślał głośno. — To może odwrócić sytuację w Afryce. Odsiecz z Niemiec 
drogą powietrzną! Wyobrażam sobie, jakie miny zrobią Anglicy, gdy pewnego pięknego dnia 
Czarny Korpus ruszy do generalnego natarcia, a potem wkroczy na ich własne terytoria ! 

Doktor  słuchał  w  milczeniu.  Wydawał  się  roztargniony  czy  też  pogrążony  we  własnych 

myślach. 

—  Nie  podziela  pan  mego...  hm...  zapału  —  zauważył  Eckholt  —  czy  też  jest  pan  dziś 

szczególnie opanowany? Przecież to pańskie dzieło ta wyprawa. Niech pan się nie dziwi, że 
mnie  trochę  ponosi  —  dodał  spoglądając  z  ukosa  na  Knolla.  —  Z  panem  mogę  mówić 
otwarcie. 

— Zupełnie — potwierdził Knoll. 
—  Widzi  pan,  wiem,  że  to  będzie  moje  ostatnie  dowództwo  w  tej  wojnie,  bo  L-59  po 

wylądowaniu w Afryce nigdy więcej nie poleci. A jednak, no, nie zamieniłbym się z nikim! 

— Nie o tym myślałem — odrzekł Knoll. — Pan nie wie, nie może pan wiedzieć, jak tam 

jest.  Nie  zna  pan  tych  ludzi,  którym  chcę  pomóc,  których  chciałbym  uratować.  Może  nie 
włożyłby pan tyle energii, tyle pracy w tę sprawę, gdyby pan wiedział... 

— Przecież nasi oficerowie... — zaczął Eckholt, ale Knoll mu przerwał: 
—  Mówię  o  Murzynach.  Zresztą  sam  ich  pan  zobaczy  i  może  pan  też  zrozumie,  jaka 

odpowiedzialność ciąży na mnie, na nas — poprawił się. 

Eckholt  niezbyt  jasno  pojmował,  o  co  mu  właściwie  chodzi.  Chciał  o  coś  zapytać,  ale 

odłożył  to  na  później,  bo  właśnie  od  strony  biura  ruchu  szedł  ku  nim  inżynier  Ludwig  ze 
zwojem niebieskiej kalki pociętej siecią białych linii i upstrzonej kolumnami cyfr. 

background image

Zaczęli  omawiać  jakieś  sprawy  techniczne,  które  wymagały  jeszcze  wyjaśnień.  Doktor 

przyłączył  się  do  nich  i  poszli  razem  wzdłuż  rusztowań  doku,  aby  obejrzeć  szczegóły  na 
miejscu. 

Chodziło o kabinę we wnętrzu statecznika pionowego. Była tam klitka z pokładem, dwa 

na  trzy  metry,  zwężająca  się  ku  górze,  ale  bardzo  wysoka.  Mieścił  się  w  niej  ręczny 
mechanizm sterowy na wypadek uszkodzenia głównego steru kardanowego

11

Nie zajmowało to wiele miejsca i Eckholt już dawniej wyraził życzenie, aby wbudować 

po  obu  stronach  tego  pomieszczenia  karabiny  maszynowe,  które  znakomicie  mogłyby 
osłaniać sterowiec z tyłu. 

Ludwig  dowodził,  że  nie  można  tego  zrobić,  ponieważ  wodór,  spływający  podczas  lotu 

sterowca z jego powierzchni, właśnie dokoła pionowego statecznika tworzy najbardziej gęstą, 
łatwo zapalną strugę opływu. Eckholt natomiast upierał się przy swoim żądaniu. 

— Angielskie sterówce mają karabin maszynowy tak właśnie umieszczony. 
Dyskutowali przez dłuższy czas. Próbowali rozwiązać tę sprawę za pomocą dodatkowych 

odwietrzników, ale okazało się, że ich skonstruowanie i wypróbowanie zajęłoby jeszcze kilka 
dni, tak że wreszcie postanowili nie uzbrajać kabiny. 

—  Mam  dla  pana  prezent,  doktorze  —  powiedział  potem  Eckholt.  —  Sto  pięćdziesiąt 

kilogramów obciążenia i osiem metrów sześciennych przestrzeni w tej kabinie. Może pan tu 
sobie załadować, co pan zechce. 

To była dobra wiadomość. Knoll natychmiast oświadczył, że pomieści tam lekkie środki 

opatrunkowe. Inżynier skrzywił się niechętnie. 

— Można by przecież sprzęt wojskowy... Zresztą, jak pan chce. 
W tej chwili przeraźliwy gwizd syreny obwieścił przerwę; druga zmiana skończyła pracę. 
Przez otwarte wrota napływali robotnicy. Mijali się w przejściach i przystając zamieniali 

po  kilka  słów.  Szli  po  dwóch  i  po  trzech,  jeden  za  drugim,  wspinali  się  na  rusztowania  i 
schodki,  wjeżdżali  windami  pod  strop,  na  górną  platformę,  rozpełzali  się  po  kratownicach, 
ginęli w ogromie hali jak mrówki w dębowej karpie. Wszyscy byli podobni do siebie, właśnie 
jak mrówki. 

Doktor wraz z Eckholtem wyszli z doku. Ogarnęła ich ciemność przełknięta tu i ówdzie 

nikłym światłem żarówek kołyszących się na wysokich słupach w podmuchach wiatru. Szli w 
milczeniu aż do bramy, gdzie znów sprawdzono ich przepustki. 

W długiej, pustej ulicy doktor wyjął papierośnicę. 
— Nie palę — powiedział Eckholt, uprzedzając jego ruch. — I pan nie będzie mógł palić 

w powietrzu: wodór. 

— Wiem — odrzekł Knoll. 
Jego  chuda  twarz  z  zapadniętymi  policzkami  zdawała  się  cofać  w  noc  i  znów 

występować,  w  miarę  jak  pociągał  dym  z  żarzącego  się  papierosa.  Szedł,  lekko  powłócząc 
jedną nogą, nieco przygarbiony, duży, kościsty. 

Co  on  znów  mówił  o  Murzynach?  —  usiłował  przypomnieć  sobie  Eckholt.  —  Jakieś 

sentymentalne teorie o człowieczeństwie czarnych? Wywalanie otwartych drzwi — wzruszył 
ramionami.  —  Przecież  od  dawna  zniesiono  handel  niewolnikami.  Później,  kiedy  się  ich 
ucywilizuje, będzie o czym dyskutować. Ale dziś? W czasie wojny? 

Mijali jakąś piekarnię, pod którą już teraz tworzyła się kolejka bladych, smutnych kobiet i 

starców w oczekiwaniu na jutrzejszy chleb. Ludzie siedzieli pod murem, drzemiąc. Niektórzy 
podnosili  głowy  na  odgłos  kroków  i  tępo  albo  nawet  wrogo  patrzyli  na  idących  oficerów. 

                                                 

11

  S t e r   k a r d a n o w y  — koło sterowe, którego obroty przenoszone są za pomocą kardami, walu. 

przegubowego, zwanego także przegubem krzyżowym. 

background image

Kobiety  miały  przy  sobie  małe  dzieci  poowijane  w  łachmany.  Eckholt  spojrzał  na  nie 
przelotnie. 

— Myślę — powiedział w związku z poprzednimi refleksjami — myślę, że ci biedacy są 

nam chyba bliżsi niż Murzyni w Tanganice. 

Doktor wykonał gest zniecierpliwienia. 
— Te kobiety — ciągnął komandor — posłały swoich mężów na front. Ci starcy oddali 

ojczyźnie  synów,  a  dzieci  straciły  ojców.  Teraz  cierpią  głód.  Całe  Niemcy  są  głodne, 
wycieńczone, ociekające własną krwią. A przecież walczą. Przecież zwyciężają. Na nas i na 
tamtych,  którym  mamy  pomóc,  ciąży  twardy  obowiązek:  zachować  dla  Niemiec  ten  szmat 
bogatego  kraju;  nie  dać  go  sobie  wydrzeć.  Tylko  wtedy  te  ofiary  mają  sens.  Tylko  wtedy 
warto przelewać krew, bronić się, zwyciężać. Dla nich, dla tych, którzy zostaną. 

Knoll rzucił niedopałek papierosa. 
— Widzi pan, tu nie o to chodzi — powiedział wolno. — Zapewne, cały sens wojny, o ile 

ta  wojna  ma  jakiś  sens,  leży  w  przyszłości  narodu,  w  szczęściu  przyszłych  pokoleń.  Ale  ja 
osobiście  nie  wierzę  w  szczęście  Niemiec  zdobyte  takimi  środkami.  Przypuszczam,  że 
większość  tych  głodnych  wdów  i  sierot  też  przestała  już  dawno  w  to  wierzyć.  Zresztą  brak 
wiary w zwycięstwo, przepraszam: w lepszą przyszłość, zbliża ich do moich Murzynów. Ale, 
jak  powiedziałem,  nie  o  to  idzie.  Nasi  żołnierze  wyruszając  na  wojnę  szli  zdobywać  świat. 
Niemcy miały się stać władcą Europy. Niemcy miały do wypełnienia „misję kulturalną", tak 
głosiły  odezwy.  Teraz  nikt  w  to  nie  wierzy,  ale  pozostała  wiara  w  konieczność  obrony. 
Walczymy  o  całość  naszych  granic,  o  prawo  do  życia,  o  nasze  własne  miejsce  wśród 
narodów, o to wszystko, co możemy stracić. To stanowi ideę. To może nam dać zwycięstwo 
lub  honorowy  pokój.  To  daje  siły  do  wytrwania  zmęczonym  żołnierzom  w  okopach  i 
głodnym kobietom w kraju. 

A  tam?  Czy  sądzi  pan,  że  Murzyn  Bantu  poszedłby  do  kraju  Wahidi,  aby  nad  nim 

panować? Gzy Somalijczycy daliby się ż własnej woli wyrzynać w pień za Anglików góralom 
z Usambara albo niepodlegli Makonde umieraliby tysiącami na febrę za Niemców, gdyby ich 
do tego nie zmuszono? Czy sądzi pan, że bodaj jeden na stu rozumie, o co chodzi? Niechże 
mi pan nie mówi, że to dla ich dobra. Niech pan nie wytacza znów artylerii nabitej ślepymi 
ładunkami  argumentów  o  misji  kulturalnej.  Kultura?  Nasza  kultura  dla  dzikich  znad 
Rowumy?  Sądzi  pan,  że  to  dobrodziejstwo?  Te  prawa,  których  nie  rozumieją,  te  nowe 
pojęcia:  przestępca,  zbrodniarz,  sąd,  kara,  więzienie  i  wojna,  wojna  toczona  przez  białych 
przeciw białym rękami, ciałami, krwią Murzynów! Im jest wszystko jedno czy Europejczyk, 
który łupi ich kraj, mówi po angielsku, po portugalsku czy po niemiecku.  Ich szczęście, ich 
lepsza przyszłość leży w wolności, nie w perkału po dziesięć fenigów metr. 

— Ależ w takim razie... — zaczął Eckholt oszołomiony tym potokiem słów. 
— W takim razie po co  ja tam jadę? — przerwał doktor. — Widzi pan przecież: wiozę 

lekarstwa.  Jestem  lekarzem.  Broń,  amunicja,  te  specjalnie  skonstruowane  lekkie  karabiny 
maszynowe, te tony pocisków to jest ładunek, który biorę, aby mi wolno było zabrać środki 
lekarskie. Broń i amunicja to sprawa białych. A poza tym — machnął ręką. — Jest tyle, tyle 
rzeczy  poza  tym.  Zobaczy  je  pan  sam,  dojrzeje  pan  zapewne.  Nie  wiem  tylko,  czy  je  pan 
zrozumie, tak jak ja. Czy zechce je pan zrozumieć. 

Mijali rynek oświetlony lepiej od innych ulic i komendant zwolnił kroku. Zaczynał mżyć 

zimny  deszczyk  zacinany  północnym  wiatrem.  W  bramie  po  drugiej  stronie  stało  kilku 
żołnierzy przed afiszem kina. Szumiały drzewa ogołocone już z liści i w cieniu przemykali się 
nieliczni przechodnie. 

Smutek  ubogiego  jesiennego  wieczora  opadł  na  senne,  zmęczone  ulice,  wałęsał  się  u 

zamkniętych  bram  i  z  rzadka  oświetlonych  okien.  Gdzieś  z  sąsiedniej  przecznicy  wyjechał 
rząd  wojskowych  wozów  turkoczących  po  nierównym  bruku.  Naprzeciw  wolno  szedł  patrol 

background image

sprawdzający  legitymacje  szeregowych.  W  restauracji  na  rogu  ryczał  ochrypły  gramofon, 
niosło stamtąd zapachem piwa i przypalonego tłuszczu. 

—  Zajdź  pan  do  mnie,  doktorze  —  powiedział  Eckholt.  —  Dopiero  dziesiąta.  Mam  w 

domu butelkę koniaku i prawdziwą kawę. 

Knoll zgodził się. Przeszli przez środek rynku i zanurzyli się w otchłani czarnej bramy. 
— To tu — powiedział komandor zatrzymując się przed drzwiami na pierwszym piętrze. 

— Mieszkam sam. 

Kiedy  usiedli  w  świetle  lampy  przy  otwartych  drzwiczkach  pieca,  w  którym  płonęły 

rozżarzone brykiety, Knoll znów zaczął mówić. Nikt, nawet on sam nie mógłby powiedzieć z 
całą  pewnością,  do  jakiego  stopnia  to,  co  mówił,  było  szczere  i  ile  przebiegłej  gry 
dyplomatycznej  zawierało.  W  każdym  razie  miał  się  na  baczności,  aby  nie  powiedzieć  za 
wiele: nie można było ufać białym — oto do jakiego wniosku doszedł po łatach pobytu wśród 
Murzynów i po miesiącach obecności w Niemczech. 

— Nie, nie jestem rewolucjonistą — mówił, t— Nie należę do żadnej partii. Jestem tylko 

lekarzem,  wojskowym  lekarzem.  Byłem  długo  w  koloniach  i  znam  ciężkie  życie,  jakie  tam 
wiodą  nasi  osadnicy,  kupcy,  urzędnicy.  Ale  znam  również  Murzynów,  może  znam  ich  zbyt 
dobrze.  Może  już  nigdy  nie  będę  mógł  na  nich  patrzeć  tak,  jak  pan  spojrzy  na  nich  za 
pierwszym razem. To wciąga, niech mi pan wierzy. Można stracić grunt pod nogami i wtedy 
zapada  się  w  głąb,  w  głąb  wieków.  Powraca  się  przez  całe  tysiąclecia,  cofa  się  z  taką 
łatwością  przez  olbrzymi  dystans  kultury  i  cywilizacji,  błądzi  się  po  omacku  w  czymś 
okropnym,  jakże  dziwnym  i  zdumiewającym,  i  wreszcie  odnajduje  się  coś  znajomego,  coś, 
co, wiemy, drzemało w nas zawsze tam, na samym dnie odczuć i wzruszeń. Czy widział pan, 
czy pan słyszał kiedy wyjący tłum czarnych w tańcu dokoła ogniska? Nie, naturalnie nie mógł 
pan tego widzieć. Mój Boże, te wspomnienia zaćmiewają umysł. A może to pański koniak?... 
Prosit! 

— Niech pan mówi, doktorze. To ciekawe. 
—  Ciekawe,  powiada  pan?  Zobaczy  pan  to  wszystko,  jeśli  pan  zechce,  oczywiście.  Nie 

każdy ma na to ochotę, ale pan... Wiem, że bił się pan, jak tylko może bić się człowiek, który 
wierzy  w  ideę,  i  myślę,  że  nie  stracił  pan  tej  wiary.  To  dobrze.  Tylko  taki  człowiek  może 
dowodzić naszym sterowcem. Ufam, że doprowadzi go pan do celu. Potem pokażę panu, co 
jest  do  zrobienia,  jeśli  chodzi  o  Murzynów.  Ile  można  zrobić,  jeżeli  nie  ma  się  na  widoku 
wyłącznie  perkalu  po  dziesięć  fenigów  metr  i  miedzianego  drutu  albo  kości  słoniowej  i 
kauczuku. 

— Cóż można zrobić? — zapytał Eckholt. 
—  Bardzo  wiele.  Trzeba  ich  tylko  zrozumieć  i  zdobyć  ich  zaufanie.  Kto  tego  sam  nie 

widział i nie zgłębił, nigdy nie zdoła pojąć, jak straszne jest życie tych pierwotnych ludzi w 
bezustannej obawie przed fetyszami, duchami i szatanami, które według ich wierzeń mogą w 
każdej  chwili  obrócić  się  przeciw  nim.  Jeśli  ktoś  potrafi  obalić  tę  wiarę,  jeśli  zdoła  ich 
przekonać,  że  sam  jest  silniejszym  fetyszem  i  że  nie  chce  przy  tym  ich  zguby  —  może 
pozyskać  ich  sobie  na  zawsze.  Czy  pan  zdaje  sobie  sprawę  z  olbrzymiego  wpływu,  jaki 
można  mieć  na  ich  umysły?  Pyta  pan,  co  można  osiągnąć  tym  wpływem?  Można  ich 
poprowadzić do walki o wyzwolenie całej Afryki! 

— I pan to zamierza uczynić? — poddał Eckholt. Knoll zawahał się przez chwilę. 
—  Czasami  mam  na  to  wielką  ochotę  —  odrzekł  zupełnie  innym  tonem,  a  Eckholt  nie 

wiedział, czy była to odpowiedź serio, czy ironiczny żart. 

W  stosunkach  z  doktorem  Knollem  doznawał  często  uczucia  takiej  niepewności.  Ten 

dziwny człowiek nie wypowiadał swoich myśli do końca, i teraz także pozostawił go jedynie 
wśród przypuszczeń. Po  wyjściu doktora kapitan  siedział jeszcze przez chwilę i zastanawiał 

background image

się nad jego słowami. Z niedomówień Knolla można było wnosić, że nie tylko troska o losy 
Czarnego Korpusu skłoniła go do energicznej akcji na rzecz odsieczy, jakkolwiek tak właśnie 
musiał  tę  sprawę  przedstawiać  w  Ministerstwie  Wojny.  Fakt,  że  wbrew  wszelkim 
przeciwnościom, 

obecnej 

jakże 

trudnej 

sytuacji 

wojennej 

doprowadził 

do 

urzeczywistnienia swego pomysłu, wydawał się po prostu niewiarygodny. 

Musi tam mieć kolosalne wpływy — pomyślał Eckholt. — Chyba nie mniejsze niż wśród 

Murzynów w Afryce — uśmiechnął się ubawiony tym przypuszczeniem. 

Straciwszy wcześnie ojca, który był marynarzem, Eckholt jako młody chłopiec znalazł się 

w  szkole  marynarki  wojennej,  ale  jej  nie  ukończył.  Jego  matka,  kobieta  zimna  ambitna, 
wyszła powtórnie za mąż za bogatego Amerykanina i niewiele troszczyła się o losy syna. Nie 
znał  jej  prawie,  gdyż  zawsze  prowadziła  życie  światowe,  a  po  śmierci  pierwszego  męża 
wyjechała do Stanów Zjednoczonych. 

Chłopiec,  odziedziczywszy  po  ojcu  bujny  temperament,  nie  potrafił  zrazu  nagiąć  się  do 

twardych,  surowych  przepisów  wojskowej  dyscypliny  i  przy  pierwszej  okazji  uciekł  na 
morze. 

Pływał  na  handlowych  statkach  holenderskich  i  angielskich,  najpierw  jako  chłopiec 

okrętowy, następnie zaś jako spirant. 

W nowym środowisku uznającym realne wartości wybił się szybko. Zdążył zaznać głodu 

teoretycznej  wiedzy  fachowej,  zanim  nadszedł  termin  jego  służby  wojskowej  i  w  czasie  jej 
trwania jako ekstern pozdawał egzaminy uzyskując stopień oficera rezerwy. 

Wtedy  przypomniano  sobie  zasługi  jego  ojca.  Został  aktywowany  i  jakiś  czas  był 

młodszym oficerem na torpedowcu Floty Bałtyckiej. 

Gdy w roku 1909 zakłady Zeppelina dostarczyły marynarce wojennej pierwszy sterowiec 

morski LZ-5, Eckholt został na własną prośbę przeniesiony do aeronautyki. 

Dopiero  tu  w  całej  pełni  okazał  się  właściwym  człowiekiem  na  właściwym  miejscu. 

Własną  zasługą  zdobył  w  ciągu  pięciu  lat  stopień  komandora  podporucznika

12

  i  pierwsze 

dowództwo,  a  później,  w  czasie  wojny  —  najwyższe  odznaczenia  i  uznanie,  a  nawet  dość 
dużą sławę. 

Przez ten czas nauczył się ostrożności i przyswoił sobie pewien sceptycyzm w stosunkach 

z ludźmi. Traktował ich chłodno, bez szczególnego szacunku i pogardy. Nie przyjaźnił się z 
nikim,  był  raczej  zamknięty  w  sobie  i  skryty.  Mimo  to  łatwo  było  dostrzec  jego  wielkie 
umiłowanie zawodu i prosty, nieskomplikowany patriotyzm. 

Knoll, najniezwyklejszy człowiek, jakiego spotkał w życiu, zainteresował go szczególnie 

swoją wybitną indywidualnością, bardziej skomplikowaną niż u ludzi, z jakimi dotąd miał do 
czynienia. Połączenie romantyzmu, energii i uporu z wielką ambicją osobistą, o którą Eckholt 
go podejrzewał, czyniły postać Knolla pociągającą. 

Komendant odczuwał dla doktora rodzaj powściągliwej sympatii z domieszką nieufności. 

Z  tego,  co  wiedział  o  przybyszu  ze  wschodniej  Afryki,  mogło  wynikać,  że  był  on  tam  nie 
tylko  lekarzem  wojskowym.  Te  niejasności  i  plotki  otaczające  jego  postać  budziły 
podejrzenia  natury  moralnej,  co  w  oczach  niemieckiego  oficera  było  nie  najlepszą 
rekomendacją. Bądź co bądź jednak Knoll, pierwszy z ludzi, miał niejakie dane, aby przebić 
się przez pancerz obojętności Eckholta. 

Najbardziej  zastanawiającą  cechą  doktora  była  nadzwyczajna  przenikliwość,  a  także 

zdolność osiągania zamierzeń. Posiadał dar zjednywania sobie ludzi, na których mu zależało, 
czego  komandor  doświadczył  już  zresztą  na  sobie.  Jakże  więc  łatwo  ten  człowiek  mógł 
opanowywać mniej sceptyczne natury. 

                                                 

12

  S t o p i e ń   k o m a n d o r a   p o d p o r u c z n i k a  w marynarce wojennej jest odpowiednikiem stopnia 

majora w armii lądowej. 

background image

Eckholt  trzeźwo  zapatrywał  się  na  sprawy  wojny  i  bynajmniej  nie  łudził  się  co  do 

skuteczności  odsieczy,  którą  miał  dowodzić.  Jego  zapał  dla  całego  przedsięwzięcia  powstał 
raczej na skutek imponującej śmiałości tej wyprawy, która wydawała mu się eksperymentem 
raczej w dziedzinie technicznej niż strategicznej. 

Nawet  w  najszczęśliwszym  wypadku  zapasy  broni  i  amunicji  oraz  całe  wyposażenie 

sterowca  nie  zdołałyby  przecież  zapewnić  afrykańskiemu  korpusowi  nic  więcej  poza 
nieznaczną  ulgą  w  jego  rozpaczliwym  położeniu.  O  jakiejś  akcji  zaczepnej,  o  odzyskaniu 
utraconych  terytoriów  nie  mogło  być  mowy  i  Eckholt  nie  myślał  o  tym  na  serio  nawet 
wówczas, gdy dzielił się z Knollem wiadomością o swojej nominacji na komendanta. 

Chyba  że  wypraw  takich  zorganizowano  by  kilkadziesiąt.  Ale  to  wydawało  się  mało 

prawdopodobne:  bombardowanie  Londynu  i  akcja  lotnicza  na  wszystkich  frontach 
europejskich  stwarzały  coraz  gwałtowniejsze  zapotrzebowanie  na  sterówce;  zapasy 
wyczerpywały  się  i  brak  było  środków  technicznych  do  prowadzenia  wojny  tu,  w  Europie, 
tym bardziej więc trudno by je było znaleźć dla kolonii. 

Cóż mogło zresztą znaczyć w obecnej sytuacji wojennej życie kilkuset białych oficerów i 

kilku  tysięcy  Murzynów?  Jaką  wartość  przedstawiała  ta  odległa  kolonia,  jeszcze  nie 
zorganizowana,  na  wpół  tylko  podbita,  a  całkowicie  odcięta  od  Niemiec  przez  blokadę 
nieprzyjacielską? 

Losy  wojny  były  niepewne.  Jeśli  przyszłoby  walczyć  w  obronie  całości  granic,  każdy 

karabin, każdy nabój powinien zostać w kraju. Jeśli zaś los Niemcom da zwycięstwo, Anglia i 
tak będzie musiała zwrócić opanowane terytoria w Afryce. 

Tym  bardziej  właśnie  Eckholt  podziwiał  zdolności  doktora  Knolla.  Niejednokrotnie  już 

zastanawiał się, jakich argumentów użył ten człowiek, aby postawić na swoim. Czym zdołał 
przekonać  sztab  generalny  nie  liczący  się  ani  z  romantycznymi  marzeniami,  ani  z  życiem 
jednostek, kiedy ginęły miliony, ani też z utratą pozostałego skrawka afrykańskiej ziemi, gdy 
można było stracić całe prowincje w Europie? 

Czyżby  na  decyzję  wpłynąć  miały  wyłącznie  uczucia  humanitarne  dla  garstki  żołnierzy 

walczących pod czarno-biało-czerwonym sztandarem? Czy sam fakt, że zabrakło im chininy, 
że skazani są na powolną śmierć w ziejących malarią bagnach, był wystarczającą przyczyną 
tego nowego wysiłku wielkiej ich ojczyzny? Czyżby działo się to wyłącznie dla nich? 

Trudno było uwierzyć w podobną możliwość: minął już trzeci rok wojny i wszyscy mieli 

dość czasu, aby zahartować serca na kamień. 

Więc? 
Eckholt nie mógł znaleźć odpowiedzi na te pytania. 
Dziwny  człowiek  —  pomyślał  o  Knollu.  —  Albo  jest  zręcznym  szarlatanem,  albo 

przyszłym bohaterem. 

W rzeczywistości Knoll próbował i używał różnych dróg, nieraz całkowicie rozbieżnych, 

aby  zapewnić  sobie  pomoc  i  współdziałanie  także  i  tych  czynników,  które  mogły  dojść  do 
głosu  w  chwili  zakończenia  wojny.  Rozmawiał  zarówno  z  kierownikami  stronnictw 
prorządowych, jak z przywódcami opozycji; bywał nawet potajemnie na zebraniach pewnych 
ludzi,  którzy  podlegali  nadzorowi  policyjnemu  z powodu  swych  rewolucyjnych  przekonań  i 
poczynań.  Przewidywał,  że  na  wypadek  klęski  militarnej  Niemiec  oni  odegrają  decydującą 
rolę,  a  wówczas  mógłby  liczyć  tylko  na  ich  pomoc  i  w  tym  celu  prowadził  z  nimi  bardzo 
poufne  układy.  Jednak  na  razie  musiał  uzyskać  zgodę  na  najbliższe  plany  od  naczelnego 
dowództwa,  od  osób  zgoła  innego  pokroju.  Osiągnął  to  drogą  dość  okrężną,  za 
pośrednictwem  kilku  kapitalistów  i  przemysłowców,  z  którymi  łączyły  go  dawne  interesy 
handlowe.  Jego  plan,  zmodyfikowany  najpierw  przez  radę  zainteresowanych  banków,  a 
następnie uzupełniony przez szefa jednego z departamentów sztabu generalnego, poszedł do 
Ministerstwa Kolonii, został tam przepracowany, zanalizowany szczegółowo i zatwierdzony, 

background image

z wieloma zresztą zastrzeżeniami co do sposobów i możliwości jego wykonania, by wreszcie 
znaleźć się na biurku Wielkiego Człowieka, który miał zadecydować ostatecznie. 

Jeszcze  przed  zapadnięciem  tej  decyzji  Knoll  otrzymał  kopię  tak  spreparowanego 

projektu. Przeczytał ją z niejakim zdumieniem, ponieważ z jego własnych pomysłów niewiele 
tam  zostało,  ale  nawet  nie  próbował  o  to  się  upominać.  Okoliczności  narzucały  mu  taktykę 
ugodową; nie wątpił, że w przyszłości będzie mógł ją zmienić. 

Tymczasem na licznych konferencjach zyskał sobie opinię znawcy czarnych autochtonów 

przyszłego państwa murzyńskiego i terytoriów, które miały wejść w skład tego nowego tworu 
polityki kolonialnej Rzeszy. 

Wzywano  go kolejno do wielu wysokich urzędników, wysłuchano kilku jego referatów, 

wreszcie polecono mu przemawiać na Radzie Ministrów. 

Konferencje,  na  których  bywał,  nie  dotyczyły  planów  wojennych  i  pośrednio  tylko 

zahaczały  o  projekt  pomocy  dla  ginącego  korpusu.  Mówiło  się  tam  o  kauczuku,  o  uprawie 
kawy,  bawełny,  bananów  i  kakao,  o  hodowli  bydła  i  owiec,  o  budowie  dróg 
komunikacyjnych, o możliwościach eksportu przemysłowego z Niemiec, o kości słoniowej, o 
złocie... 

Potem, gdy już zdecydowano się na wysłanie ekspedycji, wynikły nowe trudności: biuro 

konstrukcyjne  stoczni,  otrzymawszy  przybliżone  obliczenia  tonażu,  który  miał  być 
przetransportowany  do  Afryki,  oświadczyło,  że  żaden  z  istniejących  sterowców  nie  ma 
dostatecznej  siły  nośnej  do  tego  celu.  Można  by  wprawdzie  zbudować  specjalny  balon,  o 
większej pojemności, ale potrwałoby to co najmniej kilka miesięcy. 

Knoll nie chciał czekać; postanowił raczej zmniejszyć ładunek. 
Wraz z Eckholtem i z dwoma inżynierami stoczni zaczął nową kalkulację. 
Wyniki jej były rozpaczliwe: największy sterowiec wojenny L-57 brał pięćdziesiąt osiem 

tysięcy metrów sześciennych gazu, co zapewniało mu przy normalnym uzbrojeniu i prędkości 
około  dziewięćdziesięciu  kilometrów  na  godzinę  zasięg  niewiele  większy  niż  odległość  z 
Niemiec  do  Tanganiki.  Ale  materiały  pędne  i  smary,  które  należałoby  zabrać  na  ten 
gigantyczny przelot, pochłonęłyby cały udźwig. 

— Trzeba go rozbroić — powiedział wówczas Knoll. Eckholt wzruszył ramionami: 
— Pierwszy lepszy samolot nieprzyjacielski, który go spotka w drodze, załatwi się z nim 

w ciągu dwóch minut. 

Obaj inżynierowie uśmiechnęli się potakująco. 
—  Można  jeszcze  zdjąć  podstawy  do  aparatów  fotograficznych,  wyrzucić  celowniki  do 

bombardowania i radiostację nadawczą — zaproponował jeden z nich. 

— Razem trzysta kilogramów — cierpko zauważył Eckholt. — Doktor Knoll żąda akurat 

pięćdziesiąt razy tyle. 

Problem  wydawał  się  nie  do  rozwiązania.  Knoll  jednak  nie  tracił  jeszcze  nadziei. 

Poruszył wszystkie sprężyny, odbył kilka nowych konferencji z konstruktorami fabryk broni 
samoczynnej i raz uzyskawszy wstęp do ministerstw, nachodził uparcie szefów i referentów, 
którzy bali się go teraz jak ognia. 

Po  kilku  dniach  tych  starań  zatelefonował  do  Eckholta,  że  chce  się  z  nim  zobaczyć  i 

rozmówić raz jeszcze w sprawie sterowca. 

Spotkali się w biurze stoczni. Doktor był w nastroju optymistycznym. 
—  Za dwa tygodnie będę miał specjalne lekkie  karabiny maszynowe — oświadczył. — 

Będą  ważyły  trzecią  część  tego,  co  obecnie  używane.  Będę  miał  również  do  nich  tyle 
amunicji, ile zażądam. 

Eckholt poruszył się zaciekawiony tą sprawą. 

background image

— No, no! Potrafił pan natchnąć władze swoim zapałem — powiedział wolno. — Lekkie 

karabiny  specjalnie  dla  pana?  To  już  jest  coś.  Widocznie  oni  tam  na  serio  myślą  o  tej 
wyprawie. 

— Pan tak nie myśli, komandorze? — spytał Knoll sucho. 
Eckholt natychmiast zmienił ton. 
—  Ja  tylko  nie  dowierzam  ministerialnej  machinie.  Ale  skoro  pan  potrafił  puścić  ją  w 

ruch...  Niech  pan  posłucha:  głowiłem,  się  sam  nad  powiększeniem  siły  nośnej  L-57  i 
wreszcie... — zawahał się. 

— No? — powiedział Knoll zachęcająco. 
— Wreszcie znalazłem. 
— Co pan znalazł? 
—  Rozmawiałem  już  o  tym  z  dyrekcją  stoczni.  Chodźmy,  pokażę  panu  szkice  tego 

rozwiązania. 

Przeszli razem do biura konstrukcyjnego i Eckholt zaczął objaśniać: 
— Tu są ogólne rysunki całej konstrukcji szkieletu. Jak pan widzi, całość wspiera się na 

kilu,  podobnie  jak  konstrukcja  okrętu.  Całkowita  długość  tego  kilu  wynosi  sto 
dziewięćdziesiąt  sześć  i  pół  metra,  a  średnica  sterowca  dwadzieścia  cztery  metry.  Przy 
czternastu  komorach  gazowych  daje  to  objętość  pięćdziesiąt  osiem  tysięcy  metrów 
sześciennych  gazu.  Otóż,  po  powierzchownych  obliczeniach,  które  robiliśmy  wczoraj  z 
inżynierem Ludwigiem, okazało się, że będzie można bez wielkiego ryzyka przedłużyć kil o 
trzydzieści  metrów.  Innymi  słowy,  możliwe  jest  wstawienie  w  środek  szkieletu  dodatkowej 
cylindrycznej  komory  o  pojemności  około  jedenastu  tysięcy  metrów  sześciennych  wodoru. 
Jeżeli  do  tego  dodamy  zmianę  uzbrojenia  i  zysk  na  usunięciu  wszelkich  niepotrzebnych 
instrumentów,  to  w  sumie  otrzymamy  około  piętnastu  tysięcy  kilogramów  dodatkowego 
udźwigu. 

Pozostaje  teraz  jeszcze  kwestia  materiałów  pędnych  —  mówił  dalej,  powstrzymując 

gestem  doktora,  który  chciał  coś  powiedzieć.  —  Mimo  wszystko  nie  moglibyśmy  zabrać 
dostatecznego ich zapasu na przelot ośmiu lub dziewięciu tysięcy kilometrów... 

— Zmniejszymy ładunek — zaczął Knoll, gotów do ustępstw. 
Eckholt przecząco poruszył głową: 
—  Nie,  nie  zmniejszymy  ładunku.  Nie  musimy  przecież  po  starcie  lecieć  wprost  do 

Afryki.  Możemy  tu  wziąć  tyle  benzyny,  ile  jej  potrzeba  do  przebycia  pierwszego  etapu 
podróży. Rozporządzamy lotniskami w Bułgarii i w Turcji; stamtąd zostaje sześć, może sześć 
i pół tysiąca kilometrów. 

Doktor zmarszczył brwi. 
—  Przecież  o  tym  musiał  pan  wiedzieć  i  przedtem.  Więc  dlaczego...  Czy  dopiero  teraz 

przyszło to panu do głowy? 

Eckholt  zaprzeczył.  Od  początku  myślał  o  jakimś  południowym  porcie  lotniczym, 

rozpatrując  ogólnie  możliwości  wyprawy.  Lecz  dotąd  powątpiewał  w  jej  realizację:  to  było 
zbyt śmiałe. Zbyt fantastyczne, jak się wyraził. 

Skoro  jednak  tam,  w  sztabie  generalnym,  postanowili  wykonać  dla  tej  wyprawy 

specjalnie  przystosowane  karabiny,  skoro  decydują  się  stracić  sterowiec,  który  przecież  nie 
będzie mógł powrócić, skoro przedsięwzięcie to ma aż tak doniosłe znaczenie, musi znaleźć 
się sposób, aby je ruszyć z miejsca. 

— Pan, doktorze, zna lepiej ode mnie powody, dla których organizuje się tę ekspedycję. 

Dlatego  może  wydaje  się  panu,  że  ja,  że  my  wszyscy,  którzy  mamy  panu  pomóc,  nie  dość 
chętnie bierzemy się do dzieła. Co do mnie, jest pan w błędzie: nawet nie znając gruntownie 
myśli  przewodniej,  która  kieruje  pańskimi  poczynaniami,  gotów  byłbym  w  każdej  chwili 

background image

wziąć udział w tym locie, właśnie jako lotnik. To jest zadanie, które naprawdę pociąga. Pan 
nawet nie zdaje sobie sprawy z jego uroku i triumfu, jaki czeka komendanta sterowca w razie 
pomyślnego doprowadzenia statku do celu. 

Zapalił się. Chłodne, szare oczy nabrały blasku. Pionowa zmarszczka wśród zbiegających 

się  brwi  nadawała  jego  twarzy  wyraz  zdecydowanej,  spokojnej  odwagi,  którą  niewątpliwie 
był obdarzony. Szczęki zwierały się twardo, a słowa padały jak rozkazy. 

Knoll  po  raz  pierwszy  widział  go  takim.  Odczuł  rosnący  przypływ  sympatii  do  tego 

dzielnego żołnierza. Wiedziony tym uczuciem, instynktownie zbliżył się o krok do Eckholta i 
dotknął jego ramienia. 

Komandor zamilkł na chwilę i spojrzał doktorowi w oczy. Potem dopiero mówił dalej. 
Wysławiał się zwięźle i jasno. Nie lekceważył niebezpieczeństwa, ale czuło się, że potrafi 

mu  stawić  czoło.  Znał  swój  zawód.  Rozważał  wszystkie  możliwości,  przewidywał  różne 
warianty  trasy,  wszelkie  sprzyjające  i  nieprzyjazne  okoliczności.  Co  najważniejsze  zaś, 
wierzył w zwycięstwo. 

To był właśnie człowiek, jakiego Knoll potrzebował. 
Od  tego  dnia  sytuacja  zmieniła  się  gruntownie.  Po  odbyciu  jeszcze  jednej  konferencji 

międzyministerialnej,  przeróbka  L-57  została  ostatecznie  postanowiona  i  niezwłocznie 
przystąpiono do jej wykonania. 

Knoll  otrzymał  polecenie  zgromadzenia  środków  lekarskich  i  objął  kierownictwo 

zaopatrzenia  wyprawy  w  najbardziej  nowoczesne  wyposażenie  sanitarne.  Eckholt 
współpracował  ze  sztabem  generalnym  przy  układaniu  trasy  przelotu.  Do  niego  również 
należało  zaopatrzenie  w  broń  i  amunicję.  Wreszcie  inżynier  Ludwig  kierował  budową 
dodatkowego zbiornika gazu i zmianami konstrukcyjnymi sterowca. 

Praca posuwała się naprzód szybko i w ścisłej tajemnicy. Wyznaczono specjalne brygady 

majstrów  i  robotników,  które  otrzymały  surowe  instrukcje  w  tym  względzie.  Ustalono 
specjalny nadzór nad dokiem, podwojono zwykłe środki ostrożności. 

Knoll,  osiągnąwszy  tyle,  bynajmniej  nie  zaprzestał  dalszych  starań  i  zabiegów,  które 

pochłaniały go całkowicie. Nie miał czasu zastanawiać się nad sobą, a jego przeżycia z tego 
okresu cechowała jedynie gorączkowa troska o jak najśpieszniejsze ukończenie przygotowań. 
Natomiast  sam  ceł  wyprawy,  dalsze  jej  losy  i  własne  projekty  na  przyszłość  pokrywała  w 
umyśle doktora jakby zasłona, poza którą rzadko zaglądał. 

Czasem  tylko  w  rozmowach  z  Eckholtem  mimo  woli  myśl  jego  wybiegała  naprzód, 

łącząc  minione  wypadki  z  tym,  co  miało  nastąpić.  Ale  nie  były  to  ani  konkretne  plany,  ani 
przewidywania. Może raczej tęsknota do gorącej krainy wilgotnych puszcz i suchych stepów, 
którą  opuścił  lak  niespodzianie  w  chwili,  gdy  los  jego  zdawał  się  związywać  z  nią  już  na 
zawsze. 

To, co się z nim działo od chwili wzięcia go do niewoli przez oddział brytyjskich wojsk 

kolonialnych, wydawało mu się raczej męczącym snem niż rzeczywistością. Nagły powrót do 
Europy,  zupełna  zmiana  warunków  i  otoczenia,  od  których  odwykł  przez  lat  kilkanaście, 
początkowo  wytrąciła  go  z  równowagi.  Czuł  się  źle  wśród  tylu  białych  naraz;  oszołomił  go 
wartki prąd życia, huk miast, zalew mnóstwa ludzi. 

Ponad wszystko przygnębiał go nastrój wytworzony przez wojnę i jej sprawy. Cokolwiek 

działo  się  dokoła,  z  czymkolwiek  się  zetknął,  gdziekolwiek  się  ruszył,  wszędzie  napotykał 
słowo  wojna,  oznaczające  w  Niemczech  i  wytężoną  produkcję  przemysłową,  i  głód,  i 
dudniące  na  żelaznych  obręczach  ciężarowe  samochody,  i  koleje  zapchane  wojskiem, 
posuniętą  aż  do  nędzy  oszczędność,  wydawaną  na  kartki  żywność,  brak  surowców,  chleba, 
tłuszczów,  brak  wszystkiego  na  każdym  kroku,  w  atmosferze  wysiłku  zmierzającego  do 
zapewnienia walczącej armii żywotnych soków. 

background image

Doznawał  wrażenia,  że  to,  co  się  dokoła  dzieje,  stanowi  istotną  treść  życia  Europy.  Że 

trwać  tak  będzie  zawsze.  Że  nigdy  nie  skończy  się  ten  potworny  pęd  zazębiających  się 
wzajem  trybów  olbrzymiej  machiny  wojennej  miażdżącej  w  swych  walcach  coraz  nowe 
istnienia,  dopasowującej  do  swych  łożysk  wszystko  i  wszystkich,  by  wyrzucać  niejako 
automatycznie  tę  masę  w  piekło  bitew,  na  ponure,  stratowane  pola,  między  linie  okopów  i 
kolczastych zasieków. 

Nie  mógł  pojąć  ani  istoty,  ani  źródeł  tego  obłędu,  tak  różnego  od  fizycznej  pasji 

przypadkowego  szaleństwa  ciał  i  nerwów,  którego  doznał  niegdyś,  zdawało  mu  się,  że  w 
czasach bardzo odległych, pośród płonących ognisk w afrykańskiej puszczy. 

Tamto było bezpośrednim wyrazem pierwotnej swobody, namiętności fermentującej pod 

wpływem  gorącego  słońca.  Przychodziło  i  przemijało,  pozostawiając  na  pewien  czas  tylko 
jakiś ciężki osad w mózgu. Tu obłęd miał cechy trwałego staczania się po równi pochyłej w 
jakąś smutną, rozpaczliwie nudną melancholię śmierci, wysysającą wszystkie siły, niszczącą 
wszystkie dążenia, szeregującą wszystkich jak jednakowe niskie krzyże polowych cmentarzy, 
na których leżą zepsute narzędzia wojny, nie różniące się już niczym od siebie. 

Kiedy takie myśli nachodziły Knolla, starał się uciec przed nimi jak najszybciej: czuł, że 

ta  atmosfera  mogłaby  w  końcu  doprowadzić  go  do  stanu  depresji  i  apatii,  a  przecież 
przygotowania do wyprawy afrykańskiej wymagały jeszcze wiele energii i wielu wysiłków. 

Trudności  i  przeszkody  zjawiały  się  niemal  codziennie.  Co  dnia  okazywała  się 

konieczność nowych przeróbek, poprawek, zmian i uzupełnień w różnych dziedzinach. 

Próby laboratoryjne ze środkami aptecznymi zadecydowały o potrzebie wodoszczelnego 

ich  opakowania,  zmiana  typu  i  ciężaru  karabinów  maszynowych  wymagała  zastosowania 
nowych  podstaw  do  ich  umocowania.  Trzeba  było  także  na  nowo  rozplanować  komory 
ładunkowe,  poprzenosić  pomieszczenia  załogi,  zmienić  system  rur  głosowych,  obniżyć 
gondole i w związku tym inaczej umieścić silniki. 

Wreszcie  na  podstawie  ostatecznych  obliczeń  biura  konstrukcyjnego  inżyniera  Ludwiga 

wyłoniła  się  sprawa  przerobienia  sterów,  które  po  przedłużeniu  L-57  o  trzydzieści  metrów 
miały za małą powierzchnię do zapewnienia mu równowagi. Zwłaszcza stateczniki poziome 
budziły  wiele  obaw  i  zastrzeżeń.  Zmieniono  je  na  większe,  ale  po  tej  zmianie  Ludwig 
przewidywał  trudności  ze  sterowaniem,  zwłaszcza  pod  silny  wiatr,  kiedy  balon  sztywny 
zawsze ma tendencję wznoszenia się łbem do góry. 

Gdyby nie jego długość, nieproporcjonalna do średnicy — uzasadniał naczelny inżynier 

swoje obawy w czasie dyskusji z Eckholtem — można by zrównoważyć to skośne pochylenie 
w  locie  samym  działaniem  steru  głębokości,  jak  to  się  robi  na  samolotach.  Ale  mając  do 
czynienia z dwustumetrową osią, nie sposób wykonać ster dostatecznie mocny do pokonania 
siły wyporu wspomaganej przez tak wielkie ramię: moment tej siły wyrwałby każdy możliwy 
płat steru lub wygiąłby dźwigary statku. 

Wady  tej  nie  dało  się  usunąć  całkowicie:  mimo  zastosowania  regulatora  poziomu 

statecznika  i  automatycznych  zaworów  do  przelewania  balastu  wzdłuż  kilu,  sprawność 
manewrowania sterowcem pod wiatr nadal stała pod znakiem zapytania. 

Podobnie  budziła  wątpliwości  kwestia  startu  i  lądowania  w  mniej  sprzyjających 

warunkach  atmosferycznych.  Tylko  bardzo  wytrawny  pilot  i  doskonale  wyszkolona  obsługa 
mogliby  dać sobie radę  z olbrzymem w najniebezpieczniejszych dla niego chwilach tuż nad 
ziemią,  kiedy  każda  sekunda  decyduje  o  sile  i  szybkości  zetknięcia  się  z  powierzchnią 
lotniska. 

Przewidując te trudności,  Ludwig zastosował przy  wszystkich sześciu gondolach balonu 

dodatkowe  amortyzatory  własnego  pomysłu  i  wzmocnił  okucia  łączące  kil  z  resztą 
konstrukcji, aby uchronić ją od możliwych uszkodzeń przy uderzeniu. 

background image

Po wszystkich tych zmianach i ulepszeniach L-57 przekształcił się w sterowiec zupełnie 

odmienny od swego pierwowzoru i otrzymał nowy znak fabryczny: L-59. 

Przebudowa jego trwała  niespełna dwa miesiące,  ale Knollowi wydawało  się, że minęły 

już lata od czasu jej rozpoczęcia. 

Eckholt,  który  od  dłuższego  czasu  spodziewał  się  nominacji  na  komendanta  wyprawy, 

lecz mimo to żył w ciągłej niepewności, czy w ostatniej chwili nie mianują kogo innego na tę 
funkcję,  również  tracił  już  zwykły  spokój  i  cierpliwość.  Za  jego  sprawą  w  ostatnich 
tygodniach przygotowań robota w stoczni prowadzona była na trzy zmiany. 

— Czy nie będzie za późno? — zapytał raz doktora, kiedy  wynikła jakaś nowa zwłoka. 

—  Czy  w  Tanganice  istnieje  dotychczas  jakiś  korpus  niemiecki,  któremu  mamy  przyjść  z 
pomocą? 

Doktor  spojrzał  na  niego  uderzony  tą  myślą.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  zdobył  się  na 

odpowiedź. 

—  Newala  nie  jest  ostatnią  pozycją  obronną.  Żelazny  Generał  rozporządza  jeszcze 

pewnym obszarem na południowy wschód od tego fortu, a w ostateczności pozostaje odwrót 
na terytorium portugalskie. Taki człowiek jak on nie poddaje się. 

Mimo  tych  zapewnień  Knoll  niepokoił  się.  Wprawdzie  gdyby  w  Afryce  nastąpiła 

kapitulacja wojsk niemieckich, sprzymierzeni nie omieszkaliby rozgłosić tej wiadomości, ale 
choć to jeszcze dotychczas nie nastąpiło, mogło przecież nastąpić za tydzień, za kilka dni albo 
nawet za kilka godzin. 

Od  chwili  gdy  doktor  wyruszył  z  obozu  generała  do  grupy  operacyjnej  Uhehe,  minęło 

więcej niż pół roku. Już wówczas położenie korpusu było niemal rozpaczliwe, a od tego czasu 
mogło  się  tylko  pogorszyć.  Pojawienie  się  oddziału  brytyjskiego,  który  wziął  doktora  do 
niewoli w okolicach Luwegu, zdawało się potwierdzać tylko te obawy. 

Knoll zdawał sobie sprawę z tej napiętej sytuacji; wiedział, że całe przedsięwzięcie może 

obrócić  się  wniwecz,  jeżeli  nie  zostanie  na  czas doprowadzone  do  końca.  Miał  przy  tym  na 
myśli  nie  tylko  akcję  na  rzecz  nieszczęsnej  armii  kolonialnej,  która  ginęła  w  Tanganice,  ale 
również  inne,  dalsze  cele  i  dążenia,  których  realizacja  ściśle  teraz  zależała  od  powodzenia 
wyprawy. 

Wprawdzie prędzej czy później Knoll mógłby sam wrócić do Tanganiki, ale po pierwsze 

nie  chciał  tam  wracać  z  pustymi  rękami,  po  wtóre  wątpił,  czy  kiedykolwiek  zajdą  tak 
sprzyjające okoliczności dla osiągnięcia jego celów, jak obecnie. 

Chwila ukończenia działań wojennych powinna była zastać go już zupełnie gotowego do 

zdecydowanych wystąpień. 

Wówczas  właśnie,  mając  do  czynienia  z  wyczerpaną  przez  wojnę  Europą,  mógłby 

osiągnąć najwięcej. Aby wygrać swoje atuty, musiał być tam, na miejscu, i to jak najprędzej. 

Tak oto myśli Knolla znów zostały skierowane ku zagadnieniu, które niejako usuwało się 

w cień pod nawałem aktualnych problemów technicznych. Tym silniej odczuwał tęsknotę do 
kraju, któremu oddał swą miłość i którego szczęścia pragnął. Doszedł do przeświadczenia, że 
tylko tam czul się dobrze; tylko tam był naprawdę u siebie. 

Podczas jakiejś rozmowy z Eckholtem, na krótko przed pierwszą próbą L-59 w locie, już 

w październiku, powiedział do komendanta: 

— Człowiek powinien mieć prawo wyboru, jeśli chodzi o kraj, który ma nazywać swoją 

ojczyzną.  Fakt,  że  rodzimy  się  w  jakimś  państwie,  że  rodzice  nasi  są  jego  obywatelami,  że 
kształcimy  się  w  państwowych  szkołach  i  otrzymujemy  dyplomy  naukowe,  nie  może 
stanowić istotnej przyczyny trwałego stosunku naszego do tego państwa, jako jego obywateli 
winnych mu przywiązanie, szacunek i nawet życie. 

— Jaką więc rekompensatę dałby pan państwu za wszystko to, co pan z niego czerpie? 

background image

— Płacę przecież podatki. 
— I to wszystko? 
—  Naturalnie.  Przywiązanie,  miłość  i  życie  powinny  należeć  do  kraju,  który  wybiorę 

sobie za ojczyznę. 

—  Pan  jest  kosmopolitą,  doktorze.  Nie  zrozumiemy  się  nigdy  pod  tym  względem.  Ale, 

wracając do prawa wyboru obywatelstwa, ma je pan przecież. Może pan zostać obywatelem 
każdego państwa pod pewnymi warunkami, rzecz prosta. 

— Nie myślałem bynajmniej o przyjmowaniu obcego obywatelstwa — powiedział Knoll. 

— Żadnego obywatelstwa w ogóle. Poza tym nie jestem bynajmniej kosmopolitą. Zdaję sobie 
sprawę, że jeszcze bardzo wiele nici łączy mnie z Niemcami. Współczuję im zresztą. Ale ich 
nie kocham. 

— Domyślam się, że krajem, który pana pociąga najbardziej, jest wschodnia Afryka? — 

zapytał Eckholt. 

— Może — odparł Knoll. — W każdym razie wiele jej jestem winien. 
Eckholt powstrzymał gest zniecierpliwienia. 
— Niech mi pan wreszcie powie, co znaczą te pańskie niedomówienia i aluzje. Co to za 

tajemnica? Jakie to zobowiązania? Kim są dla pana ci ludzie, ci dzicy tam, w tym kraju bez 
cywilizacji? 

—  Ci  ludzie?  Niektórzy  są  moimi  przyjaciółmi.  Jednemu  z  nich  zawdzięczam  życie  i 

wiele  innych  rzeczy,  których  na  razie  nie  mógłby  pan  pojąć,  a  ja  nie  umiałbym  panu  o  tym 
nawet powiedzieć. Wierzyli mi bez zastrzeżeń. Uwierzyli mi nawet wówczas, kiedy mówiłem 
do  nich  będąc  w  mundurze  niemieckiego  oficera.  Wtedy  wymogłem  ich  przychylną 
neutralność  dla  naszych  wojsk.  W  zamian  dałem  im  pewną  obietnicę.  Przypuszczam,  że 
dotrzymali słowa. Jakże ja mógłbym nie dotrzymać swego? 

—  Widzi  pan  —  mówił  po  chwili  dalej.  —  To  są  ludzie  młodsi  od  nas  o  jakieś 

dwadzieścia lub trzydzieści wieków. Mimo to posiadają szlachetne serca. Otacza ich przyroda 
równie pierwotna jak oni; przyroda, którą przeciętny Europejczyk nazwałby dziką i okrutną, 
nie dostrzegając jej swobodnego piękna. Dostosowani są do niej i jej praw nie wypaczonych 
jeszcze przez cywilizację. Jeśli zna się ich dobrze, łatwo jest uczynić ich szczęśliwymi. Czy 
nie pociągałaby pana możność uszczęśliwienia całego narodu, więcej — całej rasy? 

—  Powoli,  doktorze  —  uśmiechnął  się  Eckholt.  —  O  ile  wiem,  „uszczęśliwianie" 

Murzynów przez nas ma u nich bardzo złą sławę. 

—  Niestety,  wiem  o  tym  lepiej,  niż  może  pan  przypuszczać,  toteż  nie  zamierzam 

stosować  żadnej  z  dotychczasowych  metod.  Żadnej  z  metod  europejskich.  Nie,  nie  miałem 
wcale  na  myśli  zaszczepienia  naszej  cywilizacji  wśród  tych  miłujących  wolność  ludów. 
Chciałbym właśnie obronić Murzynów przed Europą; przed systemem stosowanym dotąd w 
koloniach,  który  dezorganizuje  ich  życie,  odbiera  im  wszystko  to,  do  czego  przywykli,  nie 
dając w zamian nic poza tandetą nie mającą zbytu na innych rynkach. Mówiąc: tandeta, myślę 
nie tylko o eksporcie przemysłowym do Afryki, ale również o eksporcie ludzi, praw, urządzeń 
społecznych,  idei,  o  eksporcie  bezwartościowym,  nie  dostosowanym  do  istotnych  potrzeb, 
których  Murzyn  ma  zresztą  stosunkowo  niewiele.  Europa  albo  mazgai  się  zgorszona 
okrucieństwami  murzyńskich  władców  i  przykłada  do  tych  ran  społecznych  angielskie 
plasterki misji religijnych, albo wzrusza się do łez istniejącym po dziś dzień niewolnictwem i 
nie  robi  nic,  aby  je  wyplenić,  albo  wreszcie  sama  bierze  udział  w  wyniszczaniu  ludności 
krajów,  które  wysysa  nielitościwie,  pasożytując  na  nich  w  sposób  urągający  wszelkim 
ludzkim uczuciom. Europejczycy, a w szczególności my, Niemcy, przedstawiamy typ ludzi o 
wzorowo  dla  nas  dopasowanej  organizacji  i  kulturze,  nie  chcę  w  tej  chwili  sprzeczać  się: 
płytkiej czy głębokiej, lecz zasklepionej, ramowej, że tak powiem. Jesteśmy dumni zarówno z 

background image

tej kultury, jak z organizacji społecznej i usiłujemy wtłoczyć w te same ramy, uszeregować w 
te  same  wzory  każdy  ujarzmiony  naród,  każdą  zwyciężoną  przez  nas  nację  czy  rasę,  nie 
zważając  na  to,  jakie  wartości  bezwzględne  przedstawia  jej  własna  kultura,  sztuka  i 
umysłowość.  Fakt,  że  jakiś  inny  naród  ulega  nam  pod  względem  organizacji  politycznej, 
utożsamiamy z jego niższością pod każdym innym względem. Nie dopuszczamy do dalszego 
swobodnego  rozwoju  tych  wartości,  które  w  naszym,  jakże  ograniczonym,  pojęciu  nie  mają 
żadnego znaczenia. Jesteśmy praktycznymi barbarzyńcami. Jesteśmy tamą dla różnorodności. 
Jesteśmy  czcicielami  banalnych  schematów  i  uważamy  za  głupców  tych,  którzy  cenią  coś 
więcej poza osławionym niemieckim porządkiem i niemiecką dyscypliną. 

— Natomiast Murzyni?... — złośliwie poddał Eckholt. 
—  Wie  pan  równie  dobrze  jak  ja,  że  nie  miałem  zamiaru  przeciwstawić  Murzynów 

Niemcom.  Powtarzam  raz  jeszcze:  są  młodsi  od  nas  o  dwadzieścia  wieków.  To,  co 
powiedziałem  o  Niemcach,  da  się  zastosować  w  różnych  stopniach  i  wariantach  do  wielu 
innych  narodów  europejskich;  do  wszystkich  narodów  zaborczych.  Niszczą  obce  sobie 
kultury,  nie  znając  lub  nie  rozumiejąc  ich  wartości.  Czasem  tylko  ślady  zniweczonej 
cywilizacji,  sztuki  i  wiedzy  przechowują  w  muzeach,  nie  próbując  nawet  odgadnąć,  jak 
wyglądałby świat rządzony przez inteligencję rozkwitłą w ciągu wieków na ich podłożu. 

—  Kochany  doktorze  —  odpowiedział  Eckholt.  —  Jest  pan  niepoprawnym  idealistą  i 

marzycielem.  Światem  rządzą  silni  i  dobrze  zorganizowani.  Tej  sile,  tej  organizacji 
zawdzięczać  pan  będzie,  poza  własną  zasługą  naturalnie,  realizację  swego  fantastycznego 
projektu, przynajmniej jeżeli chodzi o pierwszą jego część. Co stanie się dalej, nie wiem i nie 
silę się odgadnąć. Jednak do mego umysłu przemawia raczej rzeczywistość niż utopia; choćby 
nawet najpiękniejsza utopia. Jeżeli zamierza pan bronić czarnych przed Europejczykami, czy 
nawet  Afrykę  przed  Europą,  to  zadanie  takie  wymaga  po  pierwsze  siły,  po  drugie  zaś 
organizacji. Dwóch czynników społecznych, o które trudno wśród dzikich. Sam, bez pomocy 
Niemiec,  nie  zdoła  pan  uczynić  nic.  Dlatego  w  przyszłości  raczej  tu,  w  kraju,  należałoby, 
moim zdaniem, rozwinąć działalność w kierunku racjonalnej polityki kolonialnej. Być może, 
gdyby  w  Ministerstwie  Kolonii  więcej  było  ludzi  myślących  podobnie  jak  pan  i  jak  pan 
znających  miejscowe  warunki,  być  może  wtedy  dałoby  się  osiągnąć  pewien  kompromis 
między  interesami  metropolii  a  poprawą  bytu  ludności  w  dominiach.  Oto  cel  realny  i 
usprawiedliwiający  zamiar  tworzenia  wielkiego  mandatu  niemieckiego  w  Afryce,  jeśli  się 
chce traktować tę sprawę z wrodzoną panu szlachetnością. 

Knoll zawahał się przez chwilę, jakby rozważał, jak dalece może posunąć swą szczerość 

wobec Eckholta. 

—  Pan  rozumuje  europejskimi  kategoriami,  komandorze  —  powiedział  wreszcie  —  i  z 

tego punktu widzenia zapewne ma pan rację, choć istnieją siły potężniejsze od siły militarnej, 
a także hasła, które mogą zastąpić dyscyplinę, jednocząc nie zorganizowane masy gotowe na 
wszystko.  Niech  pan  pomyśli,  że  istnieje  jakaś  idea  wspólna  dla  wszystkich  plemion  i  dla 
wszystkich ich wodzów. Jakaś nowa wiara, nowa religia, za którą każdy Murzyn gotów jest 
umrzeć. Czy wyobraża pan sobie tę potęgę? Czy wyobraża pan sobie już nie otwartą walkę, 
ale,  powiedzmy,  strajk  generalny,  bierny  opór,  sabotaż,  który  wybucha  nagle  wśród 
kilkudziesięciu  milionów  Murzynów  wyzwolonych  przez  tę  nową  ideę  spod  przewagi 
białych?  Prócz  tego  klimat,  przyroda  i  teren  odgrywają  również  swoją  rolę.  Żaden 
Europejczyk  nie  zdoła  pracować  fizycznie  pod  zwrotnikami.  Jeśli  zaś  nagle  porzucą  pracę 
Murzyni,  co  się  wówczas  stanie?  Kompromis,  o  którym  pan  mówi,  nie  jest  możliwy  do 
przyjęcia na stałe ani dla mnie, ani dla tych, o których tu chodzi. Dlatego pomoc obecna nie 
będzie  mnie  obowiązywała  do  niczego.  To  jest  pomoc  dla  korpusu  niemieckiej  armii 
kolonialnej, nie dla mnie. Ja polecę do Tanganiki jako lekarz. Ale ukończywszy tę misję będę 
wolny i może wtedy znajdę jakieś rozwiązanie pozostałych zagadnień. 

background image

Rozmowy  takie  zdarzały  się  coraz  częściej,  ale  Knoll  nigdy  nie  wyjawiał  w  nich 

całkowicie swoich planów na dalszą metę. Nie mógł przewidzieć, że w najbliższej przyszłości 
spadnie nań cios, który omal nie zniweczy wszystkich jego projektów. 

background image

Zaczęło  się  wszystko  zupełnie  dobrze  i  nic  nie  wróżyło  tragicznego  zakończenia  tej 

pierwszej  próby.  L-59  został  obciążony  balastem,  przejrzany  przez  komisję  i  sprawdzony  z 
drobiazgową dokładnością. 

Był  najwspanialszym  okrętem  powietrznym  niemieckiej  aeronautyki  wojennej.  Był 

chlubą i dumą stoczni. Któż mógł przewidzieć, że jego istnienie potrwa tak krótko?... 

Tego  dnia,  siódmego  października  roku  1917,  po  mglistym  ranku  nastała  pogoda 

słoneczna  i  cicha.  W  powietrzu  panował  spokój.  Z  dalekich,  opustoszałych  pól  i  od 
pożółkłych  brzozowych  lasów  ciągnął  zapach  wilgotnej  ziemi  zmieszany  z  wonią 
umierających  liści.  Było  ciepło.  Nisko  nad  łąkami  brzęczały  owady.  Na  szosie  okalającej 
wielkim łukiem lotnisko dudniły samochody ciężarowe wznosząc tumany kurzu, który wisiał 
w powietrzu, wlókł się wolno między budynkami stoczni i osiadał na rozgrzanych słońcem, 
świeżo  pociągniętych  smołą  dachach.  Nad  miastem  błąkały  się  dymy  z  kominów  fabryk, 
Dochodził stamtąd zgiełk i stłumiony szmer codziennej pracy. 

Wtem  z  oddali  rozległ  się  charakterystyczny,  trzytonowy  sygnał  jakiegoś  samochodu. 

Szara limuzyna przewinęła się na zakręcie między furgonami wojskowego trenu, zatrajkotała 
nagle  otwartym  tłumikiem  i  pędem  przemknęła  wzdłuż  ostatnich  domów  przedmieścia 
zasłaniając  je  kłębami  pyłu-  Nad  jej  błotnikiem  łopotała  niewielka,  czarno-biało-czerwona 
flaga z czarnym orłem i równoramiennym krzyżem pośrodku. 

Wartownik u wejścia spiesznie otworzył bramę i sprezentował broń. Samochód zwolnił, 

minął  go  i  skręcił  w  kierunku  doków.  Za  szybą  mignęły  mundury  wyższych  oficerów 
admiralicji. 

Brama zatrzasnęła się z głuchym szczękiem. Zachrobotał żwir pod pneumatykami kół. 
Zakręt,  przejazd  przez  tor  kolejowy,  znów  zakręt  i  gładki  beton  podjazdu  wzdłuż 

potężnych, piętrzących się wysoko belkowań doków. Pisnęły hamulce. 

W tej samej chwili drgnęły ogromne wrota hangaru i wolno zaczęły sunąć w dwie strony, 

ukazując rozszerzającą się ciemną szczelinę wejścia. 

Knoll, który wysiadł z samochodu ostatni, machinalnie uścisnął dłoń Ludwiga i Eckholta. 
Admirał patrzył na niego z lekką ironią. 
— Ma pan minę jak na nabożeństwie za cesarza — powiedział. 
Doktor spojrzał na niego w sposób, który admirałowi wydał się impertynencki. 
— To będzie mój pierwszy lot, ekscelencjo — powiedział. 
Admirał  poczuł  się  dotknięty.  W  oczach  lekarza  była  spokojna,  zimna  pogarda.  Nie  był 

człowiekiem, z którego można drwić. Nie zmieszał się nawet. Natomiast admirał stracił nagle 
humor. Odwrócił się zirytowany i patrzył na wielki, szary blok hangaru. 

Wrota przesuwały się na rolkach, aż otwarte na całą szerokość podskoczyły z trzaskiem i 

stanęły  w  miejscu.  W  półmroku  wnętrza  lśnił  nowym,  nieskazitelnym  lakierem  olbrzymi 
kadłub sterowca zwrócony przodem do wylotu doku. 

background image

Na  gładkiej  powłoce  czerniał  znak  fabryczny:  L-59.  Wzdłuż  każdej  gondoli  stały  dwa 

szeregi żołnierzy w roboczych mundurach, trzymając liny. Pozostała część obsługi skupiła się 
dokoła stojących na szynach platform, na których spoczywał kil olbrzyma. 

Eckholt  zameldował,  że  wszystko  gotowe.  —  Wyprowadzać  —  powiedział  admirał. 

Padły słowa komendy. Platformy drgnęły i sterowiec zaczął wolno sunąć naprzód. 

Wynurzał  się  z  cienia  wielki,  długi,  błyszczący,  wspaniały.  Dopóki  stał  w  doku,  nie 

można było ocenić całego jego ogromu. Dopiero teraz, gdy ostatnia platforma ukazała się na 
zewnątrz,  za  nią  zaś  na  wysokości  dwunastu  metrów  nad  ziemią  jak  płetwy  fantastycznego 
potwora wychynęły na słońce potężne stery i stateczniki ogona; gdy stu pięćdziesięciu łudzi 
znikło pod kilem wspartym na sześciokołowych platformach; gdy szara limuzyna admiralicji 
wyglądała wobec niego niby dziecinna zabawka, teraz dopiero widać było, jaki wielki jest w 
istocie. 

Wyglądał  groźnie  jak  potężny  krążownik,  choć  nie  miał  stalowych  blach  pancernych  i 

wież obrotowych ze strzelnicami, a zamiast paszcz armatnich sterczały z jego  gondoli tylko 
wąskie pyszczki karabinów maszynowych. 

Na  sterach  i  statecznikach  oraz  po  obu  stronach  kadłuba  z  przodu  czerniały  wielkie, 

równoramienne  krzyże.  Wzdłuż  kilu  tkwiącego  w  uchwytach  platform  ziewały  szeroko 
otwory spustowe balastu. Potężne śmigła jak napięte do szerokiego zamachu mięśnie zdawały 
się  prężyć  w  oczekiwaniu  na  pierwszy  impuls  silników,  które  drzemały  nieruchomo  pod 
szarym  cielskiem  sterowca,  za  poręczami  otaczających  je  galeryjek.  Gondola  nawigacyjna, 
jak  wielka  ryba  przyrosła  grzbietem  do  brzucha  powietrznego  okrętu,  patrzyła  szklanym 
wzrokiem  szyb  w  jasność  dnia.  Niby  ukryte  macki  sterczały  między  gondolami  stalowe 
maszty anten. 

Na uboczu wyciągnięta  w równym szeregu stała załoga: porucznicy Massendorf i Grass 

oraz osiemnastu podoficerów-specjalistów. 

Knoll  znał  ich  wszystkich  z  widzenia,  ponieważ  zostali  odkomenderowani  do  stoczni 

zaraz pierwszego dnia, gdy zaczęto przeróbkę sterowca. Spojrzał teraz po ich twarzach, jakby 
pragnął odgadnąć, jakimi się okażą w służbie podczas tej wyprawy. 

Najsympatyczniejszy wydał mu się pilot Feldbach, niski, krępy brunet z wesołymi oczami 

i szramą idącą skośnie przez nos i usta. 

Werkmistrz  Heine  był  gruby  i  powolny.  Knoll  wiedział,  że  nie  lubiano  go  za  jego 

opryskliwość,  ale  Eckholt  cenił  Heinego  i  mówił  o  nim  z  uznaniem  jako  o  zdolnym 
mechaniku i szefie, który potrafi utrzymać dyscyplinę wśród załogi. 

Bosman  Sachs,  szczupły,  wysoki,  rudy  i  piegowaty,  miał  opinię  zawadiaki,  ale  posiadał 

Żelazny Krzyż i jego też komendant wyróżniał. 

Na ogól Eckholt zadowolony był z załogi, którą mu przydzielono, a Knoll w zupełności 

polegał na jego zdaniu w tej sprawie. 

Z  dwóch  oficerów  wolał  milczącego  mechanika  Massendorfa  niż  Grassa,  który  dopiero 

od  niedawna  był  pilotem.  Grass  odnosił  się  lekceważąco  do  wszystkich,  nie  wyłączając 
doktora, i tylko wobec Eckholta starał się być uprzedzający i służbisty. 

Jego  zarozumiałość  miała  swe  źródło  w  bliskim  pokrewieństwie  z  jednym  spośród 

wyższych generałów, wzrosła zaś niepomiernie wskutek opinii zdolnego pilota, którą wyniósł 
ze szkoły wojskowej. 

Podoficerowie  nie  lubili  go  i  drwili  z  niego  za  jego  plecami.  Massendorf  w  ogóle  nie 

zwracał uwagi na tego kolegę wyznaczonego mu przez los i tylko komendant ustosunkował 
się do niego bezstronnie, jak do wszystkich. 

Największą  sympatią  załogi  cieszył  się  Massendorf.  Mówił  do  nich  „ty",  klął  i  rzadko 

kiedy się uśmiechał. Ale umiał pracować jak prosty mechanik, zawsze był umazany smarem, 

background image

zawsze miał czarne paznokcie i pościerane knykcie, jak oni, a znał się na silnikach lepiej od 
werkmistrza. 

Czasem,  gdy  był  w  dobrym  humorze,  wyjmował  z  kieszeni  cygaro  i  dawał  któremuś  z 

mechaników.  Było  to  wielkim  wyróżnieniem.  Często  przysłuchiwał  się  rozmowom 
podoficerów i wtrącał swoje uwagi albo rzucał krótkie pytania o rodzinę i stosunki domowe, o 
życie w cywilu. Słuchał patrząc w bok, jakby roztargniony, ale gdy się odzywał, okazywało 
się,  że  doskonale  pamięta  i  wie,  o  co  chodzi.  Szanowali  go  i  pracowali  chętnie  pod  jego 
kierownictwem, choć był bardzo wymagający. 

Do  Knolla  większość  załogi  odniosła  się  obojętnie.  Na  razie  nie  interesował  ich  wcale. 

Nie  należał  do  ludzi  powietrza;  był  „szczurem  lądowym",  pasażerem,  a  więc  istotą  nie 
zasługującą na uwagę. Wiedzieli tylko, że jest jakąś ważną osobistością i że u kresu wyprawy, 
która ich czeka, ma odegrać wielką rolę. 

Na  rozkaz  Eckholta  zajęli  stanowiska  manewrowe  —  Grass  przy  kole  steru  wysokości, 

Feldbach przy kole steru kierunkowego w gondoli nawigacyjnej; Massendorf w tylnej gondoli 
silnikowej; czterej pozostali bosmani-mechanicy wraz z pomocnikami przy swoich silnikach; 
telegrafista  w  kabinie  radia;  strzelcy  sterowcowi,  elektryk  i  inni  specjaliści  na  posterunkach 
pogotowia, wzdłuż kilu. 

Ostatni weszli do gondoli Knoll i Eckholt. 
Doktor  usiadł  obok  stolika  nawigacyjnego,  na  wprost  schodni  wiodącej  do  korytarza 

kilowego. Mógł stąd widzieć, co się dzieje w punkcie dowódczym statku, częściowo zaś i to, 
co kryje w sobie wnętrze sterowca. 

Tymczasem komendant obchodził wszystkie stanowiska. 
— Gotowe — powiedział schodząc do gondoli. 
— Gotowe — powtórzył porucznik Grass nie odwracając głowy. 
Eckholt  przesunął  dźwignię  zaworów  balastu,  aby  zmniejszyć  obciążenie  do  stanu 

równowagi  statycznej.  Woda  chlusnęła  na  platformy  podtrzymujące  sterowiec.  Żółta 
wskazówka  manometru  hydraulicznego  leniwie  mijała  cyfry.  Gdy  doszła  do  dwóch  i  pół 
tysiąca kilogramów, sterowiec lekko drgnął i jednocześnie Eckholt zamknął odpływ. 

„Naprzód!" zawołał w tubę zewnętrznego megafonu. 
L-59 dźwignięty na ramionach żołnierzy oddzielił się po raz pierwszy od swego łoża. 
Znów  popłynęły  cienkie  strumyki  wody  ze  wszystkich  zaworów.  Eckholt  ostrożnie, 

wolno  zmniejszał  obciążenie,  póki  oficer  kierujący  obsługą  pod  kilem  nie  dał  sygnału 
gwizdkiem, że sterowiec trzyma się sam w powietrzu. 

Potem  olbrzym  zaczął  pełznąć  na  start.  Sunął  skośnie  w  stosunku  do  swej  osi, 

przytrzymywany za czop kotwiczny i za tylną  gondolę linami startowymi nisko nad ziemią, 
wykręcając coraz bardziej pod wiatr, którego lekki powiew zaciągał teraz od północy. 

Stanął wreszcie i tylko podrygiwał elastycznie w miejscu. 
Eckholt kazał zapuszczać silniki. Pięć czerwonych tarcz sprawdzających, sterowanych z 

gondol  motorowych,  powtórzyło  rozkaz  na  tablicy  orientacyjnej.  Zachrobotały  rozruszniki  i 
zaczęły jęczeć coraz wyższym tonem, jakby zanosząc się żałosnym łkaniem. 

Wtem szarpnęło jedno śmigło; przerzuciło dwie czy trzy kompresje; silnik zachłysnął się 

i  warknął,  bluzgając  dymem.  Tuż  po  nim  ruszyły  dwa  inne,  potem  znów  jeden.  Ostatni,  w 
lewej  przedniej  gondoli  motorowej  opierał  się  najdłużej:  trzeba  było  powtórnie  włączać 
rozrusznik,  żeby  go  wyrwać  z  bezwładu.  Wreszcie  i  on  zatrajkotał  równymi  wybuchami, 
zmiatając kępki siwego dymu z paszcz rur wydechowych daleko w tył, pod kadłub. 

Teraz  cały  sterowiec  drżał  jednostajnym,  drobnym  rytmem  pracy  trzydziestu  cylindrów. 

Szyby  gondoli  nawigacyjnej  podzwaniały  do  taktu  wibrującym  wskazówkom  zegarów  i 

background image

manometrów,  rezonowały  dźwigary  i  ściany,  stłumione  werble  bębniły  po  napiętych 
ściągaczach i taśmach wiązań wewnętrznych. 

Pięć dwustuczterdziestokonnych silników grało uwerturę pierwszego lotu. 
„Odciążyć przód!" — zakomenderował Eckholt. 
Mat  Winter  obsługujący  balast  pierwszych  czterech  komór  gazowych  powtórzył: 

„Odciążyć przód!" i otworzył zawory wypustowe. 

Woda chlusnęła z góry, oblewając najbliżej stojących żołnierzy przy linach. 
L-59 z wolna uniósł łeb i stanął skośnie. 
Wszystko  szło  sprawnie,  szybko,  jakby  załoga  zgrana  była  od  dawna.  Ludzie  pracowali 

spokojnie i pewnie. Nikt się nie mylił i nie denerwował. 

Eckholt był skupiony i przejęty, ale głos jego nie drżał i widać było, że jest pewien siebie. 
„Puścić wszystko!" rzucił w tubę zewnętrzną, nie spuszczając oczu z chyłomierza, który 

wykazał w tej chwili piętnaście stopni. „Pełny gaz!" 

„Pełny  gaz!"  wróciło  jak  echo  z  gondoli  silnikowej  Massendorfa,  a  strzałki  na  tarczach 

sygnałowych wykonały obrót w lewo, na „Start". 

Jednocześnie  pięć  silników  zagrzmiało  na  pełnym  gazie.  Ten  ich  akord  potężniał 

stopniowo, urósł do szczytowego napięcia i trwał wypełniając sobą całą przestrzeń. 

L-59 ruszył naprzód. Spód tylnej gondoli dotknął ziemi, zachrobotał po nierównościach i 

wlókł się po lotnisku. Łeb sterowca uniósł się jeszcze o parę stopni. 

— Na dół ster, Grass — powiedział Eckholt. — Tak trzymać. 
Ulżyło.  Tylna  gondola  nagle  przestała  chrobotać  i  wszyscy  poczuli,  że  sterowiec  leci 

zwiększając prędkość. 

Grass  puścił  w  ruch  koło  sterowe.  Uchwyty  jego  pobiegły  w  prawo,  jakby  goniąc  się 

wzajemnie. Pokład pochylił się znowu i balon szedł teraz w górę, prawie nie tracąc prędkości. 
Pilot obejrzał się i spotkawszy wzrok komendanta pokazał zęby w uśmiechu. Eckholt lekko 
skinął  głową  i  uśmiechnął  się  także.  Właściwie  nie  był  to  uśmiech:  tylko  napięcie  brwi, 
schodzących  się  nad  bladą  twarzą,  zelżało  i  cień  rumieńca  pojawił  się  na  policzkach,  jak 
pierwsza pochwała dla sterowca. Dobrze brał wysokość. 

Na lewo, pod promieniami słońca rozpuszczonymi w resztkach mętnej mgły, ukazało się 

jezioro  i  dwa  czy  trzy  żagle.  Z  tyłu  na  dnie  przydymionej  przestrzeni  leżało  zielono-rude 
lotnisko  obramione  z  dwóch  stron  czarnymi  blokami  hangarów  i  doków.  Grupka  oficerów 
stała przy samochodzie. Popielata szosa wymykała się cieniom budynków fabrycznych, które 
przylgnęły  ciasno  do  jej  zakrętów,  i  biegła  ku  miastu,  gdzie  spomiędzy  dachów  sterczały 
wysokie zakopcone kominy buchając kłębami dymu. 

Eckholt spojrzał na wysokościomierz. Mieli dwieście metrów. 
— Zmniejszyć obroty — powiedział. Tarcze sygnałowe skoczyły na „Pół gazu". 
— Ster na lewo, Feldbach. Zakręt 180 stopni, tylko powoli. 
— 180 na lewo — powtórzył bosman wypuszczając koło szprycha za szprychą. 
L-59  legł  w  trawers,  uniósł  łeb  w  górę  i  wykręcał  ogonem  w  prawo.  Czuło  się,  że  jego 

wiązania wytrzymują coraz większe naprężenie skupione w połowie długości kadłuba, który 
niosło  bokiem,  wpierając  płaszczyznę  statecznika  w  zagęszczone  pędem  powietrze.  Lekko 
zwolniona  powłoka  po  lewej  stronie  bębniła  o  dźwigary,  podczas  gdy  z  prawej  napięła  się 
mocno. 

Grass zneutralizował wzniesienie łba sterem wysokości i czekał. Eckholt wpatrywał się w 

pływak  busoli,  który  zmienił  kurs  o  45  stopni  i  zawahawszy  się  stanął  nieruchomo.  Balon 
nadal szedł trawersem, skośnie do kursu, ale nie zakręcał już wcale. 

background image

Fełdbach  odwrócił  pytająco  głowę.  —  Jeszcze  —  powiedział  Eckholt.  Szprychy  koła 

sterowego pobiegły w lewo. „Trochę gazu, Massendorf". 

„Tysiąc pięćset obrotów" odpowiedziano z tylnej gondoli. 
Napór wiatru z prawej strony dzwonił szybami. Przez pokład powiał przeciąg. Sterowiec 

pochylił się w prawo. Grass znów przerzucił kilka obrotów koła, zgniatając zadzierający się 
łeb w dół, i pływak busoli drgnął wreszcie, obracając się stopień po stopniu. 

Eckholt zakomenderował kolejno: „Prosto ster", „Na prawo ster", i czekał. 
Mijały sekundy. L-59 zakręcał nadal. Gdy obrót jego przekroczył 180 stopni, komendant 

kazał zwiększyć obroly wszystkich silników. 

Dopiero  wtedy  wyszli  z  trawersu.  Jednocześnie  łeb  pochylił  się  w  dół,  mimo  że  Grass 

natychmiast wyrównał. 

Przy  zakręcie  w  prawo  powtórzyło  się  niemal  to  samo:  sterowiec  kładł  się  łatwo  w 

trawers, szedł bokiem, ale zakręcać nie chciał. Zadzierał łeb, narowił się, a później, zmuszony 
do zwrotu, znów nie słuchał steru kończącego manewr. 

—  Jest  bardzo  długi  —  powiedział  Eckholt  do  doktora.  ,—  Jest  o  trzydzieści  metrów 

dłuższy  od  największego  z  naszych  sterowców.  Dlatego  trudno  nim  kierować.  Nie  dało  się 
dokładnie  obliczyć  oporu  w  zakręcie;  to  rzecz  eksperymentu:  każdy  nowy  typ  jest  do 
pewnego  stopnia  eksperymentem  i  nigdy  nie  wiadomo,  jak  się  zachowa  w  locie.  No,  ale 
dowodziłem  już  gorszymi.  Ten  przynajmniej  idzie  w  górę;  latałem  na  takich,  które  przy 
zakręcie  szły  w  dół.  A  mieliśmy  i  takie,  którym  pękały  ścięgna  i  dźwigary  w  wirażu  o  90 
stopni... 

Skierowali się teraz na północny wschód, pozostawiając za sobą jezioro błyszczące wąską 

smugą u stóp błękitnych gór po drugiej stronie. 

Doktor  patrzył  w  dół.  Ziemia  sunęła  wolno  pod  gondolą,  wyłaniając  się  zza  burty  i 

znikając  u  krawędzi  opuszczonej  szyby:  skróty  ścian  szarych  domów,  pochyłe  dachy 
oświetlone z jednej strony słońcem, z drugiej zaś ciemne; wydłużone prostokąty brązowych, 
brunatnych  i  zielonych  pól,  jak  pluszowe  poduszki  w  wagonach  drugiej  klasy;  nieregularne 
wieloboki  lasów,  ciemnozielone,  poplamione  rdzawo,  żółto  i  liliowo,  z  biegnącymi 
równolegle  albo  promieniście  liniami  przesięków;  aksamitne  pastwiska  z  ciemniejącymi 
zalewami wody, która nagle znalazłszy się pod kątem odbicia słońca migotała oślepiająco, by 
zaraz potem wstrząsnąć się dreszczem złotej łuski zarzuconej przez wiatr na jej powierzchnię; 
drzewa  przydrożne  wyciągające  ku  niebu  ramiona  gałęzi  z  resztą  liści  przerzedzonych  już  i 
pożółkłych;  wzgórza  i  głęboko  zaklęsłe  wąwozy  o  nagich,  osypujących  się,  gliniastych 
ścianach. 

Potem  z  prawej  strony  błysnął  jak  srebrny  drucik  tor  kolejowy  i  w  gładkich,  łagodnych 

skrętach ułożył się wygodnie między wzdętymi brzuchami pagórków dążąc gdzieś na północ 
w mleczną dal horyzontu. 

Silniki  mruczały  teraz  jednostajnie  i  równo.  Pęd  pogwizdywał  u  ram  okiennych, 

głaszcząc  lakierowany  kadłub  sterowca.  Pokład  z  drobno  karbowanej  blachy  drżał  lekko  i 
pulsowały zegary na tablicy nad stolikiem nawigacyjnym. 

Eckholt,  porównawszy  kurs  busoli  z  loksodromą  wykreśloną  na  mapie,  wyjrzał  przez 

opuszczoną szybę. Wicher uderzył go w oczy, wyszarpnął czarny krawat spod munduru. 

Cofnął się do wnętrza i podniósł szybę. 
— Kurs trzydzieści jeden stopni — powiedział do bosmana. 
Feldbach  powtórzył  przepisowo:  „Trzydzieści  jeden",  spojrzał  na  busolę  i  wolno 

przerzucał szprychy wyrównując nieznaczne zboczenia. 

Sterowiec  leciał  z  prędkością  sześćdziesięciu  pięciu  kilometrów  na  godzinę  pod  lewy 

czołowy wiatr, który wzmógł się nieco na wysokości siedmiuset metrów. 

background image

Po kwadransie z lewej strony ukazały się wille, hotele i zakład kuracyjny Rawensburga, a 

komendant szybko obliczywszy poprawkę podał nowy kurs z uwzględnieniem derywacji. 

W  godzinę  potem  Knoll  zobaczył  jasną,  tu  i  ówdzie  poprzerywaną  zakrętami  wstęgę 

Dunaju.  Z  prawej  strony  przyczołgała  się  szosa,  przeszła  pod  sterowcem  i  przeskoczywszy 
jakąś mniejszą rzekę skręciła w lewo podążając ku miastu. 

Błyszczący, wypolerowany tor kolejowy rzucił się za nią w pogoń, złapał ją przed samym 

brzegiem Dunaju i wraz z nią zabłądził między domami przedmieścia, aż za wielkim mostem, 
co żelaznymi szczękami ściskał rzekę, odnalazł się na dymiącym dworcu kolejowym. 

— To Ulm — powiedział Eckholt do doktora. Ulm leżał pod czapą dymu grubą na jakie 

trzysta  metrów.  Nie  było  widać  jego  wąskich  ulic  i  dopiero  kiedy  sterowiec  wykręcił  nad 
miasto, ukazały się w pionowym rzucie, wciśnięte głęboko między ściany domów. 

L-59  zatoczył  koło,  przeleciał  nad  liniami  kolejowymi  i  znów  popłynął  na  północny 

wschód. 

Na prawo ukazały się teraz wyższe góry pokryte ciemnym kożuchem lasów. Wznosiły się 

i  opadały  jak  potężne  fale  ziemi  zbałwanionej  nagle,  wytrąconej  ze  spokojnego  bezwładu, 
zbuntowanej  przeciw  odwiecznemu  spoczynkowi.  Pęczniały  groźnie,  dźwigały  się  wzwyż  i 
spływały w dół, by znów wyrosnąć z dolin w potężne grzbiety. 

Sterowiec  sunął  nad  nimi,  mruczał  obojętnie  i  zostawiał  za  sobą  przejrzysty,  ledwie 

widoczny ślad brudnobłękitnych spalin. Wiatr wzmagał się i nacierał z boku. Czuło się jego 
uderzenia hamujące chwilami prędkość i spychające z kursu. 

Koło  sterowe  w  rękach  Feldbacha  coraz  częściej  biegło  w  lewo  i  w  prawo,  migając 

szprychami. Kardan steru kierunkowego warczał głucho pod kilem, a statek szedł zakosami, 
wymykając się tęgim podmuchom. 

Grass  też  nie  stał  bezczynnie:  gdy  sterowiec  wracał  na  kurs  po  większych  zmianach 

kierunku, przód wznosił się ostro i trzeba było doprowadzać go do poziomu, po czym znów 
podciągać w górę, bo natychmiast próbował nurkować. 

Trudno  było  znaleźć  miarę  wychyleń  i  ustalić  zależny  od  nich  czas  reakcji  sterów. 

Dopiero  dłuższa  praktyka  i  dokładne  zapoznanie  się  z  właściwościami  balonu  mogły  dać 
pilotom  nieomylność  ruchów,  tę  finezję  sterowania,  która  pozwala  przeczuwać,  uprzedzać 
niemal  każde  drgnienie  powietrznego  okrętu  w  niewidzialnych,  krzyżujących  się  prądach 
wiatru,  w  kapryśnych  nurtach  pełnych  przepaści,  skrętów,  wygarbień  i  progów 
przelewających się w oceanie przestrzeni. 

Knoll,  stojąc  bezczynnie  u  burty,  czuł  się  bezradny  w  porównaniu  z  ludźmi,  którym 

wystarczało  jedno  spojrzenie,  aby  porozumieć  i  podzielić  się  spostrzeżeniami  o  żegludze 
kryjącej dla niego same tajemnice. Widział, że doświadczają jakichś nieuchwytnych dla niego 
wrażeń,  że  dostrzegają  mnóstwo  zjawisk,  których  nawet  nie  umiałby  określić,  które 
wymykały  się  jego  zmysłom.  Nie  rozumiejąc,  co  się  dzieje  ze  sterowcem,  zdawał  sobie 
sprawę, że wszyscy inni zespoleni są z tym statkiem, jakby stanowili z nim jeden organizm. 
Ta  nieświadomość  stawała  się  coraz  przykrzejsza.  Była  upokarzająca  i  drażniąca:  czuł  się 
tylko balastem; nie brał udziału w akcji; stał obok, patrząc i nie rozumiejąc, o co chodzi. 

Wyrwała go z tego przykrego nastroju propozycja Eckholta, aby pójść na rufę i zobaczyć 

po drodze, co się dzieje w gondolach silnikowych i na górnych platformach. 

Po niskim trapie dostali się do mrocznego, cuchnącego gazem korytarza głównej galerii i 

szli dalej omijając ostrożnie pokrzyżowane dźwigary i ażurowe belki pierścieni usztywnione 
stalowymi ścięgnami. 

Wyglądało  tu  jak  na  wielkim  strychu  z  rozwieszonymi  sznurami  do  suszenia  bielizny. 

Raz  po  raz  zawiewał  wiatr  przez  otwarte  odwietrzniki  i  hulał  pomiędzy  przegrodami  z 
cienkiej blachy i azbestu. 

background image

Wzdłuż  galerii  biegły  przewody  głosowe,  kolorowe  kable,  niebieskie,  białe  i  czerwone 

rurki  o  gumowych  złączach,  rury  ocynkowane  z  kranami  i  manometrami,  cała  gmatwanina 
wężów, drutów i cewek, w której nie sposób było się zorientować. Co parę metrów wysuwały 
się  pionowo  w  dół  na  zewnątrz  kadłuba  gardziele  zbiorników  balastowych,  zwisały  grube 
kichy  spustowe  balonetów,  po  bokach  czerwieniły  się  rzędy  zbiorników  benzyny,  nad  nimi 
zaś z obu stron ciągnęły się wodoszczelne, hermetycznie zamknięte kamery ładunkowe pełne 
materiałów  sanitarnych,  specyfików,  lekarstw  i  środków  chemicznych.  Pod  kilem,  w 
najniższej  części  sterowca,  mieściły  się  magazyny  broni  i  amunicji  oddzielone  od  pomostu 
przegrodą przeciwogniową. 

Komendant  z  Knollem  doszli  do  pierwszej  galerii  poprzecznej  i  skręcili  na  prawo,  po 

czym  zaczęli  wspinać  się  po  wąskiej  drabince  w  górę.  Trzeba  było  schylić  się  nisko  w 
ciasnym tunelu, aby nie uderzyć głową o wiązania i duralowe belki. 

Stłumiony  pomruk  silników  stawał  się  coraz  głośniejszy,  nabierał  mocy,  grzmiał  w 

uszach coraz głębszym basem, rezonując z napiętymi ścięgnami, które drżały jak struny. Pęd 
wichru  zataczał  się  w  przejściu,  wirował  szarpiąc  poły  mundurów.  Czuć  było  zapach 
rozgrzanego smaru i spalin. 

Szczeble skończyły się i Knoll stanął obok komendanta na wąskim pokładzie sterczącym 

nad przepaścią. 

Tu dopiero wiało! Pęd tamował oddech i ciął w oczy wyciskając łzy mimo zmrużonych 

powiek. 

— Niech się pan trzyma bariery, doktorze, bo pana zdmuchnie! — wrzasnął Eckholt. 
Słowa  doszły  Knolla  postrzępione  i  ledwie  zrozumiałe:  tuż  obok  ryczał 

dwustuczterdziestokonny  silnik  z  połyskliwym  kręgiem  obrotu  furczącego  śmigła  przed 
tępym  pyskiem.  Nad  nim,  zgięty  w  czujnej  postawie,  pochylał  się  mechanik  wsparty  o  rurę 
chłodnicy.  Pod  pokładem  z  cienkiej  blachy  otwierała  się  przepaść.  Błyszczały  w  słońcu 
zbryzgane smarem boki gondoli i grała naciągnięta tkanina powłoki balonu. 

—  Za  dużo  oleju!  —  krzyczał  Eckholt,  wskazując  tłuste  zacieki  na  masce.  —  Nie 

uważaliście przy nalewaniu? 

Mechanik zaprzeczył ruchem głowy. 
—  Napełniłem  według  miary!  —  wołał  pochylając  się  do  ucha  Eckholta.  —  Według 

miary fabrycznej! Ale wyrzuca! Trzeba dać inną uszczelkę! 

Z  tyłu,  poniżej  widać  było  drugą  gondolę  silnikową  częściowo  zasłoniętą  przez 

wypukłość kadłuba. 

—  Teraz  pójdziemy  tam!  —  ryknął  Eckholt  do  Knolla.  Zajrzeli  na  chwilę  do  drugiej 

gondoli zawieszonej niżej niż pierwsza. 

Przy  jej  silniku  dyżurował  werkmistrz  Heine.  Zastali  go  u  wylotu  bocznego  korytarza. 

Zameldował się i ruszył przodem, ledwie mieszcząc się w ciasnym przejściu. 

Stanął na pokładzie gondoli nie trzymając się poręczy, jakby wcale nie było wiatru. Jego 

wielka,  gruba  postać  zdawała  się  jakby  przyrosła  do  wąskiego  metalowego  chodnika.  Sapał 
wydymając mięsiste policzki i zacinał się mówiąc. 

Nie,  jego  silnik  nie  chlapał.  Jakże  nowy  silnik  może  chlapać?  Pierścienie  ma  przecież 

szczelne. W przedniej gondoli chlapie? Już on z tym zrobi porządek! 

W tej chwili sterowiec poniosło leniwym trawersem. Silnik zawarczał głośniej i gondola 

zadrżała,  jakby  miała  się  urwać  z  trzymających  ją  dźwigarów.  Wichura  uderzyła  z  boku 
rzucając Eckholta wraz z doktorem na poręcz. Tylko Heine stał jak na pewnym, nieruchomym 
gruncie. 

W  następnej  sekundzie  statek  wyrównał  i  na  okamgnienie  wiatr  zgasł,  by  zaraz  potem 

wpaść na otwartą gondolę ze zdwojoną furią. 

background image

Balon stęknął pod tym ciosem, a jego powłoka poddała się lekko i odprężyła z głośnym 

klaśnięciem. 

Knoll  mimo  woli  spojrzał  z  obawą  na  potężny  bok  sterowca.  Heine  patrzył  spode  łba, 

ironicznie. 

Komendant pokręcił głową: 
— Rzuca — mruknął. — Chodźmy. 
Werkmistrz usunął się, żeby ich przepuścić. Podtrzymał Knolla za łokieć. 
— Powłoka jest mocna! — krzyknął mu do ucha. — Nie takie — — — głupstwa potrafi 

przetrwać; nie ma się — — czego bać! 

— Toteż nie bójcie się — powiedział doktor. — Dziękuję. Poszli teraz na rufę, ku tylnej 

gondoli, gdzie dyżurował Massendorf. 

Sterowiec trawersował coraz silniej, raz w prawo, raz na lewo, zataczając się nieustannie. 

Eckholt  i  Knoll  musieli  trzymać  się  poręczy,  aby  nie  stracić  równowagi  i  nie  spaść  między 
metalowe żebra kilu. 

Do gondoli prowadził krótki, pionowo w dół opuszczony trap zaczynający się pod klapą z 

falistej  blachy.  Wiało  tam  przeraźliwie;  gdy  doktor  opuszczał  nogę,  aby  namacać  następny 
szczebel, pęd usiłował oderwać go od trapu, szarpał za ubranie i nie pozwalał stanąć. Dopiero 
za osłoną gondoli można było stać jako tako spokojnie i bez większego wysiłku. 

Massendorf  siedział  na  pokładzie  tyłem  do  silnika,  opuściwszy  nogi  za  chodnik.  Obok 

niego  stał  pomocnik  Brock  i  patrzył  na  dobrze  widoczną  płetwę  sterową,  która  wolno 
wychylała się w lewo i w prawo. 

Tu  najbardziej  dawały  się  odczuć  wszelkie  zboczenia  statku  i  Knoll  teraz  dopiero 

dostrzegł,  jakim  torem  porusza  się  L-59  w  powietrzu.  Sterowiec  sunął  po  linii  wężowej, 
zarywał skośnie, wspinał się na niewidzialne fale i opadał, ślizgał się, tonął i znów wypływał 
na wierzch nurtu. 

Eckholt kazał Massendorfowi skontrolować prawe gondole silnikowe i ściągnąć załogę ze 

stanowisk startowych przy silnikach. 

—  Polecimy  do  Norymbergi  —  powiedział,  kiedy  razem  weszli  do  głównej  galerii.  — 

Tymczasem  wszystko  jest  w  porządku.  W  drodze  powrotnej  trzeba  będzie  wypróbować 
manewrowanie dwoma i trzema silnikami przed lądowaniem. 

—  Tak  jest  —  mruknął  starszy  mechanik  i  odszedł  w  głąb  korytarza  pozostawiając 

komendanta z doktorem u schodni tylnej platformy. 

Weszli na górę, skąd widać było niemal cały kadłub i oba stery. 
Stały tu jeden za drugim dwa karabiny maszynowe w ceratowych pokrowcach, dalej zaś 

ku przodowi jeszcze dwa na przedniej platformie. 

Broniły  sterowca  od  góry.  Tkwiły  w  stalowych  pałąkach  obrotnic,  pośrodku  pustych, 

nagich  platform,  po  których  hulał  wiatr  rozdzierając  się  z  bolesnym  jękiem  o  ostre  kanty 
żelaza. 

Knoll  zadawał  sobie  pytanie,  jakich  uczuć  muszą  doświadczać  strzelcy,  którzy  tu  się 

znajdują podczas ataku samolotów. Nigdzie żadnej osłony, żadnego ukrycia przed pociskami 
nieprzyjaciela; zimny, świszczący pędem pokład, po którym dzwonią kule; nieustanna groźba 
pożaru  olbrzymiego  kadłuba  napełnionego  gazem  i  surowa,  przygnębiająca  samotność 
pośrodku gładkiej platformy. 

Był odważny i nieraz zaglądał w oczy śmierci. Potrafił przy tym zachować zimną krew i 

jasny umysł. Ale te stanowiska ogniowe wydały mu się nie do utrzymania choćby przez kilka 
minut. 

— Jak na patelni, psiakrew! — powiedział głośno. 

background image

— Co? — spytał Eckholt. 
— Zdaje mi się, że nikt nie zdoła wyjść żywy spod ognia na tych stanowiskach. 
—  Myli  się  pan.  Nie  są  bardziej  niebezpieczne  niż  inne.  Za  to  łatwiejsze  do  obsługi;  z 

gondoli  trudniej  jest  strzelać  i  w  ogóle  trudniej  obronić  spód  sterowca  niż  wierzch.  Tylko 
psychiczne wrażenie ataku jest tu trudniejsze do opanowania. Dlatego służbę na platformach 
pełnią  nasi  najdzielniejsi  ludzie:  Sachs,  Daune,  Kohlenberg  i  Schulman.  Trzej  spośród  nich 
mają  Żelazne  Krzyże  za  zestrzelenie  angielskich  samolotów.  Wszyscy  brali  udział  w 
wyprawach  na  Londyn  i  Paryż.  Myślę,  że  o  wiele  większe  niebezpieczeństwo  grozić  będzie 
samolotowi, który poważy się zaatakować nas z góry, niż tym czterem strzelcom. 

Podeszli  do  karabinów  i  Eckholt  spróbował  obrócić  je  kolejno.  Ślizgały  się  łatwo  w 

dobrze nasmarowanych łożyskach. 

— Mam nadzieję, że nie będziemy zmuszeni użyć ich powietrzu — powiedział Knoll. 
—  Miejmy  nadzieję  —  odparł  komandor.  Zamilkli.  Komendant  rozejrzał  się  uważnie 

dokoła. W tyle świeciło jeszcze blade słońce, jak zza matowej brudnoblękitnej szyby, ale od 
północy większa część nieba zaciągnięta już była chmurami, które na wschodzie opuszczały 
się nisko, przytłaczając horyzont ciężkim nawisem. 

Marynarz stojący  na punkcie obserwacyjnym przedniej platformy  dostrzegł w tej  chwili 

Eckholta, zameldował się i odwrócił się znowu. 

Jakiś  mały  obłoczek  znalazł  się  na  kursie  i  zasłonił  na  chwilę  widok.  Wionęło  zimną, 

wilgotną  parą,  na  której  zarysowały  się  cienie  obu  oficerów  i  przepadły  jak  mgliste  zjawy. 
L-59  zakołysał  się  wolno  poprzecznym  ruchem,  przeszedł  przez  jakiś  próg  powietrzny, 
zarzucił rufą w prawo i znów się wyprostował. 

Wiatr chłostał Knolla po twarzy, nieznacznie zmieniał kierunek i powracał w dawne łoże. 
Wspaniały,  lśniący  sterowiec  parł  naprzód  mrucząc  łagodnie  i  jednostajnie,  jak  potężny 

potwór  zrodzony  w  odmętach  oceanu  przestrzeni,  obojętny  na  swawolę  wichru,  spokojny, 
pewny siebie, majestatyczny. 

Powstał za moją sprawą — pomyślał o nim Knoll. — Zaczął służbę dla mnie, dla moich 

planów. 

Poprzednie uczucie pewnego skrępowania znikło pod wpływem tej myśli. 
Gdy wracał z Eckholtem przez główną  galerię do gondoli nawigacyjnej, już tylko jedna 

wachta  dyżurowała  na  stanowiskach.  Ludzie  wolni  od  służby  rozkładali  swój  bagaż  w 
pomieszczeniu podoficerskim. Panował tu nieznośny huk i warkot dwóch przednich silników, 
dla  których  kabina  położona  między  gondolami  poniżej  ich  poziomu  była  doskonałym 
pudłem  rezonacyjnym.  Knoll  zajrzał  tam  tylko  na  chwilę,  po  czym  oddalił  się  do  swojej 
kajuty w tyle gondoli nawigacyjnej i rozłożywszy na stoliku mapy otrzymane z wojskowego 
instytutu kartograficznego zaczął je przeglądać. 

Były bardzo niedokładne: plany i szkice poprawek, sporządzone na miejscu w Tanganice 

tuż przed wybuchem wojny, nie dotarły już do sztabu generalnego w Berlinie. 

Prace  topograficzne  przerwano  w  roku  1914  i  nie  zdołano  zużytkować  ich  wyników. 

Sztab  oddał  do  dyspozycji  Eckholta  mapy  stare,  pełne  błędów  i  braków.  Trzeba  było 
doprowadzić je do porządku. 

Tymczasem  L-59 minął  Weissenburg i zbliżał się do Norymbergi pod coraz silniejszym 

północno-wschodnim wiatrem. 

Utrzymanie  równowagi  stawało  się  teraz  trudne:  oba  koła  sterowe  nieustannie  były  w 

ruchu. Balon, atakowany od czoła i z prawej burty, zadzierał łeb i zbaczał na północ pomimo 
wysiłków obu pilotów. Trzeba było raz po raz przelewać balast do przednich zbiorników, aby 
przywrócić poziome położenie kadłuba. Zaraz po tym rufa leciała w górę i znów nie starczało 
sterów,  aby  ją  opuścić  do  linii  lotu.  Sterowiec  kołysał  się  wzdłuż,  wykręcał  narowiście  i 

background image

dryfował. Prędkość spadła do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Grass klął, ale gdy jeden 
z pilotów przyszedł go zmienić, machnął niecierpliwie ręką. 

— Będę prowadził dalej — powiedział. — Zastąpicie mnie- w drodze powrotnej. 
W cztery godziny po starcie, około pół do pierwszej, ukazała się Norymberga rozdzielona 

korytem  Pegnicy  i  Kanałem  Ludwigowskim,  jak  dwoma  cięciami  szabli.  Nad  nią,  na 
wzgórzu,  niby  głowa  potężnego  sępa  sterczała  czarna  wieża  zamku.  Zębate,  grube  mury 
otaczały zwartym łańcuchem starą średniowieczną budowlę panującą miastu, które pokornie 
tuliło się do jej stóp. 

Sterowiec przeszedł nad Schwabach i Furth, wykonał zakręt w prawo i okrążył wzgórze 

zamkowe na zmniejszonych obrotach silników. 

Wtedy to właśnie doktor Knoll zauważył pierwsze gęste obłoki, które przyćmiły światło 

w jego kabinie i osiadły rosą na szybach iluminatorów. Jednocześnie odczuł zakręt i domyślił 
się, że L-59 zawraca. 

Silników  prawie  nie  było  słychać  i  tylko  nieustanne  lekkie  drżenie  udzielające  się 

wszystkim przedmiotom w kabinie dowodziło, że śmigła pracują nadal. 

Doktor  wstał  i  chciał  wyjrzeć  przez  iluminator,  ale  zroszona  szyba  zasłaniała  widok. 

Przeszedł więc do kabiny nawigacyjnej i stanął obok Feldbacha. Tu odwietrzniki opuszczone 
były do połowy i w gondoli hulał wiatr. Raz po raz nurzali się w chmurach. 

— Na dół ster! — powiedział Eckholt. 
Grass  wypuścił  kilka  szprych  koła.  Pokład  pochylił  się  w  dół.  Tumany  pary  pędzącej 

dokoła  sterowca  zrzedły,  uciekły  w  górę.  Krajobraz  nabrał  ostrości,  wypłynął  z  mętnej, 
matowej toni i sunął wolno, obracając się jak na osi. 

—  Kurs  220  —  rzucił  komendant.  „Tysiąc  czterysta  obrotów!"  huknął  w  tubę  do 

silników. 

— Wracamy? — zapytał Knoll. 
— Zdaje się — odrzekł Feldbach. 
Silniki zawarczały głośniej. Szosy, linie kolejowe i prostokąty pól przestały się obracać i 

zostawały coraz bardziej w tyle, za rufą. 

Eckholt podszedł do steru, aby zastąpić Feldbacha. 
—  Niech  pan  też  odpocznie  —  powiedział  do  Grassa.  —  Będziemy  mieli  trudne 

lądowanie, zdaje się. Wiatr rośnie. 

Drugi oficer oświadczył, że nie jest zmęczony, ale po chwili zawołał podoficera i oddał 

mu ster. 

— Sterować ostrożnie — warknął odchodząc. Jakiś czas panowało milczenie. 
Knoll patrzył w dół. Ze wszystkich dróg wiatr podnosił tumany kurzu i miótł je na pola. 

Szybko kręciły się śmigi czarnych wiatraków. Drzewa wyciągały gałęzie i siały liśćmi. Woda 
w stawach pieniła się u brzegów. 

Przyszedł Massendorf i nic nie mówiąc zabrał się do jedzenia. 
—  Może  by  pan  też  co  zjadł,  doktorze?  —  zapytał  Eckholt.  —  Bufet  jest  w  szafce  na 

prawo. 

Podczas  gdy  Knoll  przygotowywał  sobie  porcję  mięsa  i  krajał  chleb,  pierwszy  oficer, 

który  spacerował  tam  i  z  powrotem  wzdłuż  pokładu,  stanął  za  nim  i  żując  potężny  kęs 
wieprzowiny powiedział: 

— Niech pan je. Będzie huśtało. Lepiej mieć wtedy pełny żołądek. 
Knoll uśmiechnął się. 
— Nie jestem skłonny do choroby morskiej — odrzekł. 
— Był pan marynarzem? 

background image

— Nie. Ale pływałem trochę. 
Massendorf przez chwilę zatrzymał na nim krytyczne spojrzenie, po czym kiwnął głową. 

Tak, powierzchowność tego człowieka sprawiała dobre wrażenie. Był wprawdzie przeraźliwie 
chudy, ale bynajmniej nie słabowity. Do długich piszczeli gładko przylegały twarde mięśnie. 
Z uścisku dłoni można było wnosić o ich sile. Ruchy miał śmiałe, elastyczne, czasami trochę 
gwałtowne. Na twarzy, od dużego, lekko garbatego nosa do kącików ust biegły dwie głębokie 
bruzdy  kończące  się  aż  na  wysuniętej  w  przód  brodzie.  Ciemne  oczy  patrzyły  spokojnie  i 
pewnie  spod  gładkiego,  białego  czoła.  Łatwo  się  uśmiechały  i  wtedy  w  ich  kątach  i  na 
skroniach  rysowały  się  promieniste  zmarszczki.  Ale  te  oczy  równie  łatwo  mogły  zapłonąć 
gniewem; wówczas zapewne stawały się groźne. 

Massendorf  pomyślał,  że  doktor  Knoll  stanowczo  nie  należy  do  kategorii  nieporadnych 

pasażerów, choć nie pełni żadnej określonej funkcji na sterowcu. 

Obawiał  się  z  początku,  że  ten  niezwykły  człowiek,  którego  widywał  często  w 

towarzystwie generałów i ministrów, który miał otwarty wstęp do sztabu generalnego i jeździł 
samochodami najwyższych władz wojskowych, będzie się wtrącał do dowodzenia sterowcem 
i  wtykał  nos  do  wszystkiego.  I  że  on,  Massendorf,  pierwszy  oficer-mechanik  nagada  mu 
głupstw przy takiej okazji. 

Tymczasem Knoll niewiele sobie robił z dygnitarzy i traktował ich z chłodem, który od 

razu zdobył mu sympatię Massendorfa. 

Massendorf obserwował go ciekawie, nie odzywając się więcej. Knoll skończywszy jeść 

podszedł  znów  do  steru  i  rozmawiał  z  Eckholtem,  podczas  gdy  L-59  przeciskał  się  przez 
bruzdy powietrzne i walczył z wichurą walącą nań coraz gwałtowniejszymi atakami z lewej 
burty. 

Rodzice Massendorfa mieli dziesięcioro dzieci, z których troje umarło. Hans Massendorf 

był najmłodszy. 

Przyszedł  na  świat  wówczas,  gdy  w  domu  panował  jeszcze  względny  dobrobyt 

przejawiający  się  w  postaci  kawy  z  mlekiem  na  śniadanie  i  dwóch  mięsnych  obiadów  w 
tygodniu. 

Stary  Massendorf  był  urzędnikiem  wielkiej  huty  żelaza  i  pragnął  wykształcić  wszystkie 

swoje  dzieci  na  inteligentów.  Z  czterech  starszych  synów  jeden  został  duchownym,  dwaj 
lekarzami,  jeden  zaś  nauczycielem.  Córki  powychodziły  za  mąż  za  przyzwoitych  ludzi  z 
podobnego środowiska. 

Beniaminek  Hans  miał  wstąpić  na  politechnikę  i  zdobyć  tytuł  inżyniera.  Ale  stało  się 

inaczej: ojciec zachorował i ostatnie kilka lat życia spędził w łóżku, na pół sparaliżowany; nie 
mógł  pokierować  wychowaniem  chłopca  tak,  jak  tego  chciał.  Hans  natomiast  zaraz  na 
pierwszym semestrze uwikłał się w konspirację anarchistyczną i został aresztowany. 

Wprawdzie utopia anarchistów wkrótce przestała go pociągać, ale z powodu niezręcznej 

obrony  sądowej  stracił  prawo  do  wyższych  studiów  w  kraju.  W  rezultacie  ukończył  średnią 
szkołę techniczną i został majstrem. 

Mógłby zapewne i tak zrobić karierę życiową dzięki swym zdolnościom i wynalazkom w 

dziedzinie silników spalinowych, gdyby nie nieszczęśliwa miłość do trzeciorzędnej tancerki z 
wędrownej  trupy  cyrkowej,  która  wykoleiła  go  na  czas  dłuższy  i  doprowadziła  do  skrajnej 
nędzy. 

background image

Wyciągnął  go  z  tego  położenia,  graniczącego  z  zupełnym  upadkiem,  dawny  kolega, 

tokarz zakładów Maybach. Massendorf zaczął pracować w fabryce i powoli dźwignął się na 
stanowisko  technika  specjalisty  silników  lotniczych.  Nie  uchroniło  go  to  zresztą  od 
prześladowań  ze  strony  policji.  W  kartotece  policyjnej  pozostał  nadal  wywrotowcem  i 
człowiekiem  niepewnym  politycznie,  zwłaszcza  że  teraz  jawnie  należał  do  partii 
socjalistycznej. 

Stał  się  milczący  i  opryskliwy,  ale  w  gruncie  rzeczy  dostępny  był  najszlachetniejszym 

uczuciom ludzkim. 

Był dumny ze swej przynależności do klasy robotniczej, która mu dopomagała w dniach 

nieszczęść, miał szczerych przyjaciół wśród jej przedstawicieli, a jako człowiek dojrzały tym 
razem świadomie dokonał wyboru, stając po stronie świata pracy w walce z kapitalizmem. 

O  Knollu  usłyszał  po  raz  pierwszy,  zanim  jeszcze  otrzyma!  przydział  do  załogi  L-59. 

Udzielił  mu  tych  informacji  delegat  partyjny  z  Berlina  przybyły  na  jakieś  zebranie  do 
Friedrichshafen, a gdy zdziwiony Massendorf zapytał, w jaki sposób dotyczy to jego własnej 
osoby, dowiedział się, że być może weźmie udział w wyprawie do Afryki. 

Nie  próbował  dociekać  ani  skomplikowanych  zakulisowych  powiązań  Knolla  z 

komitetem centralnym partii, ani też nici, za których pociągnięciem można było wpłynąć na 
skład  osobowy  załogi  sterowca.  Powierzone  zadanie  przyjął  bez  komentarzy,  jak  karny 
żołnierz przyjmuje rozkazy dowódcy. 

Nie żądano zresztą od niego wiele: miał tylko patrzeć i słuchać, ograniczając się do roli 

obserwatora wypadków, tak aby w razie potrzeby mógł zdać z nich sprawę w sposób zupełnie 
obiektywny. 

Otrzymawszy takie polecenie, domyślał się, że między Knollem a Eckholtem może dojść 

do jakiegoś konfliktu i usiłował już teraz ocenić, który z nich zwycięży. Tymczasem jednak 
nie  zanosiło  się  na  żaden  konflikt.  Przeciwnie:  między  komendantem  L-59  a  kierownikiem 
wyprawy  zawiązywała  się  raczej  nić  sympatii  czy  może  tylko  wzajemnego  szacunku,  i 
Massendorf  nie  zauważył  nic  takiego  w  ich  zachowaniu  się,  co  mogłoby  potwierdzać  jego 
domysły  i  przewidywania.  Obserwował  ich  nadal,  oni  zaś  nawet  nie  domyślali  się,  jakie 
zainteresowanie  budzą  w  tym  obowiązkowym  oficerze  i  zdolnym  mechaniku,  którego 
zdawało się nie obchodzić nic poza silnikami sterowca i ich obsługą. 

Sterowiec  zaś  w  tej  chwili  wibrował,  jęczał  napiętymi  ścięgnami,  poddawał  się  wzdętej 

piersi  wiatru,  wykręcał  ogonem  i  podparty  nagle  falą  powietrza  zarzucał  łeb  na  barki  nurtu 
albo zapadał w zdradzieckie wiry. 

Silniki  dwu  przednich  gondol  ryczały  wówczas  wściekle,  furczały  śmigła  nie  znajdując 

oporu i trzęsły dźwigarami, jakby miały rozerwać za chwilę spojenia duralowych pierścieni. 

Po  upływie  sekundy  nowy  poryw  chwytał  grzmiące  śmigła,  wkręcał  się  między  ich 

ramiona  hamując  pęd,  a  szarżujące  za  nim  podmuchy  waliły  niby  tarany  w  stery  i  boki 
kadłuba. 

Oszalały wiatr rzucał się na balon z tyłu, grzmocił w powłokę, zadawał ciosy gondolom, 

wieszał się u ich ścięgien i zastrzałów wyjąc przeciągle, targając blachami masek, szamocząc 
się we wściekłym wysiłku. 

Balon  pracował  całym  szkieletem,  ściskany  i  rozciągany,  skręcany,  rozrywany  i  bity 

ciosami  sztormu.  Rzucony  w  dół,  wolno  wygrzebywał  się  z  odmętu  i  nagle  porywał  się  w 

background image

górę pod działaniem gwałtownego szkwału. Zepchnięty w bok, pracowicie powracał na kurs. 
Kołysał się wzdłuż i w poprzek, zamiatał rufą, kręcił łbem, dryfował i znów parł naprzód pod 
wichurą siedzącą mu okrakiem na grzbiecie. 

Szprychy  kół  sterowych  bezustannie  biegały  tam  i  z  powrotem  w  dłoniach  pilotów. 

Charczały kardany sterów i nerwowo skakał w lewo i w prawo rozdygotany pływak busoli. 

Tak mijały kwadranse. 
Eckholt,  spojrzawszy  w  pewnej  chwili  na  zegarek,  połączył  się  z  kabiną 

radiotelegraficzną  i  kazał  nadać  trzecią  z.  rzędu  depeszę.  Podyktował  krótki  meldunek 
zawierający pozycję sterowca, czas i warunki lotu. 

— Co nowego? — spytał następnie. 
— Ostrzeżenie o burzy z Berlina — powiedział telegrafista. — I z Wrocławia — dodał. 
— Dlaczego nie zawiadomiliście wcześniej? 
— Otrzymane w tej chwili — zameldował Grass wchodząc. — Sam odbierałem. 
— A na południu? 
— Nie ma wiadomości, ale wydaje mi się, że tam jest spokojniej — powiedział Grass. — 

Burza  idzie  z  północnego  wschodu.  Ogarnia  duży  front:  co  najmniej  trzysta  albo  czterysta 
kilometrów. 

Wszyscy patrzyli na kapitana. Czekali na jego decyzję: wielki przywilej dowodzenia jego 

jednego  tylko  obciążał  odpowiedzialnością  za  całość  sterowca  i  życie  załogi.  On  musiał 
decydować. 

W  tej  chwili  w  jednostajny,  wytężony  warkot  silników  i  cienki  świst  wiatru  wplótł  się 

pierwszy, daleki jeszcze, stłumiony pomruk grzmotu. Błysnęło raz i drugi. 

—  Można  by  uciec  do  Strasburga  —  ośmielił  się  wtrącić  Grass.  —  Na  tamtejszym 

lotnisku... 

— Niech pan zapyta nasz port o warunki atmosferyczne — przerwał mu Eckholt. — Do 

ucieczki nie ma powodu, dopóki sterowiec jest nie uszkodzony i można nim kierować. 

Grass odszedł, lekko wzruszając ramionami. Ciekawe, jak będziemy uciekać, kiedy nam 

połamie dźwigary albo uszkodzi ster — pomyślał z irytacją. 

— Niepotrzebnie wzrusza pan ramionami, Grass — powiedział spokojnie Eckholt. — Do 

Strasburga  musielibyśmy  lecieć  przez  Schwarzwald.  To  jest  tysiąc  metrów.  Wie  pan,  ile 
wynosi pułap? Sześćset. 

Grass, zaczerwieniony po same uszy, stał na progu. 
— Ja nie wzruszałem ramionami, panie kapitanie — rzekł z wysiłkiem. 
—  Nie?  Zdawało  mi  się  —  odpowiedział  Eckholt  sucho.  Jego  twarz  była  obojętna, 

opanowana. 

— Ile mamy benzyny, poruczniku? — zapytał Massendorfa. 
— Sprawdzę — mruknął pierwszy oficer i wyszedł w ślad za Grassem. 
Okazało  się,  że  benzyny  wystarczy  na  cztery  godziny,  gdyż  przed  lotem  wlano  do 

zbiorników tylko dwa tysiące czterysta litrów, jak zwykłe na próbną podróż. 

L-59  przelatywał  nad  coraz  wyższymi  wzgórzami,  o  których  szczyty  tu  i  ówdzie 

rozdzierały  się  białe  obłoki.  Gdzieś  na  lewo  zostawał  Dunaj,  niewidoczny  teraz  pod  ciężką 
opończą chmur. 

Spokojna, jeszcze zielona dolina norymberska dawno została w tyle. Pod naporem wiatru 

sterowiec  zdryfował  na  zachód  i  mijał  już  Ulm,  sunąc  przeważnie  bokiem,  spychany  w 
kierunku Wyżyny Szwabskiej. 

Eckholt skierował go bardziej jeszcze na lewo, aby z powrotem osiągnąć dolinę Dunaju i 

Rissu i nie narażać się na ślepy lot w chmurach nad niebezpiecznym terenem. 

background image

Tymczasem wrócił Grass. 
—  Stacja  portowa  nie  odpowiada  —  zameldował.  —  Próbowałem  połączyć  się  także  z 

Monachium  i  ze  Strasburgiem,  ale  nic  nie  można  zrozumieć:  trzeszczy  i  przerywa. 
Zwinęliśmy antenę. 

— Dobrze — powiedział Eckholt. — Niech pan zawoła kogoś do steru. 
Po chwili zameldował się pilot. Komendant ustąpił mu miejsca, a sam podszedł do stolika 

nawigacyjnego  i  spojrzawszy  na  mapę  naznaczył  ołówkiem  miejsce  przelotu.  Potem  zaczął 
obliczać  prędkość  lotu  nie  zważając  na  gwałtowne  rzuty  balonu.  Wyjrzał  przez  szybę, 
porównał kurs z poprzednim i znów wrócił do mapy; Zmierzył odległość. 

— Sto trzydzieści na godzinę — powiedział do Knolla. — To znaczy, że wiatr ma kolo 

dwudziestu metrów na sekundę. 

— Co pan zamierza zrobić? — spytał doktor. 
—  Lądować  w  porcie.  Nic  innego  nam  nie  pozostaje.  Może  uda  się  ominąć  to 

paskudztwo, jeżeli nie sięga zbyt daleko na południe.  Lecimy na czole burzy, która idzie za 
nami i ogarnia nas od wschodu, więc może zdążymy wymknąć się jej albo jeszcze bardziej ją 
wyprzedzić.  Jeżeli  nie  będzie  silniejszego  wiatru  przy  lądowaniu,  damy  sobie  radę.  Jeżeli 
złapie  nas  wcześniej,  spróbujemy  przeczekać  ją  w  powietrzu.  Za  trzy  kwadranse  będziemy 
nad lotniskiem i zostanie nam paliwa na trzy godziny. Zobaczymy. 

Stanął  u  lewej  burty  i  patrzył  w  kłębowisko  czarnych  chmur,  które  zdawały  się  trwać 

nieruchomo  na  wschodzie.  Nie  zbliżały  się  i  nie  oddalały,  tylko,  jakby  rozpierało  je  od 
środka, puchły na niebie, pozostawiając coraz węższy jasny pas na południowym zachodzie. 

Od  północy  śladem  sterowca  pędziła  czarna  groza  zwisając  jednym  skrzydłem  aż  do 

ziemi,  podczas  gdy  drugie  zdawało  się  ginąć  pod  zasłoną  pękatych,  sinych  chmur  zoranych 
wiatrem na długie skiby. 

Ciemność  gnała  niewstrzymanie,  szybciej  od  wichury,  szarpana  raz  po  raz  zębami 

błyskawic i wyprzedzana dudnieniem grzmotów. 

Wszyscy  czuli  niebezpieczeństwo  czające  się  w  tej  stronie.  Serca  załogi  przenikał 

niepokój wyglądający z rozszerzonych mrokiem źrenic. Coraz częściej spojrzenia skupiały się 
na twarzy komendanta, ale jej wyraz był nadal nieprzenikniony i spokojny, jakby wszystko z 
góry już zostało przewidziane i ustalone. 

Knoll,  miotany  obawą  nie  tyle  o  życie  własne,  i  załogi,  ile  o  los  balonu,  zadawał  sobie 

pytanie,  czy  Eckholt  istotnie  jest  tak  pewien  siebie,  jak  stara  się  to  okazać,  czy  też  posiada 
tylko zbyt mało wyobraźni, aby z góry powziąć decyzję i czeka na dalsze wypadki, zdając się 
na swą rutynę doświadczonego lotnika, który przeszedł zapewne niejedną burzę. 

Jak zachowa się w decydującej chwili? Czy poświęci sterowiec, aby ratować ludzi? Czy 

zdoła go ocalić? Czy ten kamienny spokój ma swoje źródło w fatalistycznym przekonaniu, że 
stanie się, co się ma stać, czy też jest to pewność zwycięstwa? 

Knoll  nie  doświadczał  dotychczas  tego  rodzaju  uczuć.  Zwykłe  w  chwilach 

niebezpieczeństwa  odczuwał  tylko  silne  napięcie  nerwów  opadające  natychmiast  po 
wyjaśnieniu  sytuacji.  Zresztą  był  przekonany,  że  raczej  sam  może  być  niebezpieczny,  niż 
niebezpieczeństwom podlegać. 

To,  z  czym  się  dotychczas  stykał,  ustępowało  przed  jego  przewagą.  Bywał  najczęściej 

górą. Miał do stracenia tylko własne życie i wiedział, że potrafi je obronić. 

L-59  był  pierwszym  obiektem,  na  którego  istnieniu  zależało  mu  stokroć  więcej  niż  na 

czymkolwiek. Był dla niego jedynym środkiem do osiągnięcia upragnionego celu. 

Knoll bez wahania poświęciłby wszystkich i wszystko, byle uratować balon. Drżał o jego 

całość.  Doświadczał  uczucia  bolesnej  bezradności  i  obawy  oczekując  z  minuty  na  minutę 

background image

nieuniknionej,  jak  mu  się  zdawało,  katastrofy  w  powietrzu  lub  czegoś,  co  stanie  się  ze 
sterowcem za godzinę, może za dwie lub trzy przy próbie lądowania. 

W dodatku sam nawet w najmniejszym stopniu nie mógł wpłynąć na bieg wypadków. Był 

skazany  na  rolę  widza  w  sprawie  najbliżej  go  obchodzącej  i  choć  nie  ponosił  żadnej 
odpowiedzialności  za  to,  co  się  stać  miało,  doświadczał  udręki  gorszej  niż  ci,  którzy  mogli 
działać. 

Miotany obawą i niepewnością, mimo woli ustosunkował się podejrzliwie do całej załogi. 

Zdawało  mu  się,  że  tylko  Eckholt  sam  jeden  stoi  po  stronie  sterowca  w  walce  z  burzą.  Ale 
Eckholt musiał ratować nie tylko sterowiec: odpowiadał również za życie swych ludzi. A ci 
ludzie... 

Wszyscy inni, mając do wyboru własne ocalenie za cenę istnienia sterowca lub śmierć w 

jego obronie, wybraliby to pierwsze, gdyby nie przymus wykonania rozkazu, o ile taki rozkaz 
zostanie wydany. 

Nie  mają  wyboru  —  pomyślał.  —  Każdy  z  nich  musi  słuchać  rozkazów.  Każdy 

odpowiada  tylko  za  wyznaczone  funkcje.  Pilot  bocznego  steru  —  za  utrzymanie  kierunku; 
pilot steru poziomego — za utrzymanie nakazanej wysokości; mechanicy — każdy za obroty 
swego  silnika.  I  wszystko  pod  warunkiem,  że  ster  nie  zostanie  urwany,  że  nie  zaoliwią  się 
świece, że powłoka nie pójdzie w strzępy. Mogą i muszą robić tylko to, co im nakazano. Nie 
mają wyboru. 

Eckholt natomiast miał to prawo. Mógł uczynić tak lub inaczej. Skazać na zagładę balon, 

narazić na śmierć lub kalectwo załogę w jego obronie; rozkazywać. Za to ponosił wielki, zbyt 
wielki  dla  innych,  ciężar  odpowiedzialności.  Dlatego  musiał  posiadać  prócz  wszystkich 
wiadomości, jakich wymaga się od komendanta sterowca, także odwagę  czynu,  własną moc 
wytrwania w raz powziętym zamiarze i zdolność oceny wypadków, od których zależał sposób 
natychmiastowego działania. 

On  jeden  wydawał  się  Knollowi  bohaterem.  Eckholt  nie  zastanawiał  się  nad  tymi 

sprawami  ani  przez  chwilę.  Nie  mogło  mu  to  przyjść  do  głowy,  bo  nie  analizował 
niebezpiecznych  sytuacji  w  ten  sposób,  żyjąc  wśród  nich  i  niejako  zastawszy  je  w  kręgu 
swego  istnienia,  jak  człowiek  przychodzący  na  świat  zastaje  powietrze,  niebo  i  słońce.  To 
rozumiało się samo przez się: gdy był młodszym oficerem, robił, co do niego należało, choć 
nie zawsze zgadzał się w duchu z rozkazami swoich przełożonych; ale to była ich sprawa, a 
krytyka  ich  zarządzeń  była  rzeczą  wyższych  władz.  Później,  kiedy  otrzymał  pierwsze 
dowództwo,  nie  pytał  nikogo  o  zdanie,  ponieważ  z  kolei  sam  tylko  mógł  się  tłumaczyć  ze 
swego  postępowania  przed  tymi  władzami,  które  dawniej  nic  go  nie  obchodziły.  Teraz 
uważał,  że  nie  powinny  one  obchodzić  nikogo  z  jego  załogi.  Sam  musiał  decydować  i  nie 
przyszło mu na myśl, że mogłoby być inaczej. 

Nie  znaczy  to  bynajmniej,  aby  nie  uświadamiał  sobie  ciężaru  odpowiedzialności,  jaki 

pociągnie  za  sobą  taka  czy  inna  jego  decyzja.  Ale  właśnie  dlatego  myślał  wyłącznie  o 
rozstrzygnięciu  swych  wątpliwości  co  do  sposobu  działania,  nie  zastanawiając  się  zupełnie 
nad przeżyciami załogi. Rozważał kolejno kilka możliwości, które wchodziły w rachubę. 

Z  góry  odrzucił  myśl  poddaną  przez  Grassa,  aby  skierować  L-59  do  Strasburga.  Przede 

wszystkim musieliby przelecieć w chmurach nad hadeńskim Schwarzwaldem i zaryzykować 
przebicie się w dół przez obłoki już po ciemku w dolinie Renu. Groziło to rozbiciem sterowca 
w górach, jeśli zbyt wcześnie zaczęliby się obniżać. Przy tym lotnisko w Strasburgu nie było 
przygotowane  na  przyjęcie  balonu,  nie  posiadało  ani  oświetlenia  do  nocnych  lądowań,  ani 
wyszkolonej obsługi, ani odpowiedniego hangaru. Jedynym argumentem przemawiającym na 
korzyść  tego  pomysłu,  argumentem  zresztą  dość  problematycznej  wartości,  było 
przypuszczenie,  że  burza  nie  obejmie  Strasburga  łub  że  zdołaliby  tam  dolecieć  o  tyle 
wcześniej, iż lądowanie odbyłoby się przy niezbyt silnym wietrze. 

background image

O  tym,  aby  dotrzeć  do  innego  portu  sterowcowego  poza  Strasburgiem  lub 

Friedrichshafen, nie mogło być mowy, ponieważ nie starczyłoby paliwa. 

Pozostawało  tylko  lotnisko  stoczni,  jako  najlepiej  urządzone  miejsce  lądowania,  w 

którym  oczekiwano  na  powrót  sterowca.  Eckholt  nie  wiedział,  czy  nadchodząca  burza 
zawadzi o ten port i jak długo będzie trwała. Sądząc z siły i gwałtowności wiatru na jej czole, 
przypuszczał,  że  znajduje  się  raczej  w  środku  jej  frontu  niż  na  skrzydle;  ponieważ  zaś 
północny  zasięg  tego  frontu  obejmował  Berlin,  doszedł  do  wniosku,  że  ma  do  czynienia  z 
nawałnicą o rozpiętości sześciuset łub nawet ośmiuset kilometrów. 

Nieco później przyszło mu na myśl, że przecież niekoniecznie musi to być jedna i ta sama 

burza.  Zaczął  wówczas  przypuszczać,  że  na  północnym  wschodzie  Europy  tłucze  się 
wszędzie  szczególnie  zła  pogoda  przejawiająca  się  pod  postacią  idących  jeden  za  drugim  i 
równolegle obok siebie gwałtownych sztormów, między którymi mogą istnieć przerwy. 

Opierając  się  na  tym  przypuszczeniu,  postanowił  przede  wszystkim  dolecieć  do  portu 

macierzystego,  a  jeśli  w  drodze  lub  nad  lotniskiem  złapałaby  go  burza,  ustawić  sterowiec 
czołem  do  wiatru  i  przeczekać  ją  trwając  w  miejscu  i  przeciwstawiając  wichurze  ciąg 
silników. 

Balon  dobrze  sterowany,  stojąc  łbem  w  kierunku  wiatru,  stwarza  opór  stosunkowo 

niewielki. Eckholt sądził więc, że zdoła go utrzymać i nie zostanie zepchnięty na południowy 
zachód. 

Co prawda w tym ostatnim wypadku, który też należało wziąć w rachubę, L-59 znalazłby 

się  nad  terytorium  Szwajcarii  i  co  gorsze  zostałby  wpędzony  między  wyniosłości  podnóża 
Alp.  Ale  nie  znajdując  lepszego  wyjścia  Eckholt  zdecydował  się  obrać  stanowisko  na 
przeczekanie  burzy  tak,  aby  w  razie  niemożności  oparcia  się  sile  wiatru  dryfować  nad 
lotniskiem i w ostateczności zakotwiczyć balon, co pozwoliłoby załodze opuścić go po linie. 
To samo uczyniłby w wypadku wyczerpania się benzyny przed nadejściem przerwy lub przed 
końcem burzy. 

Żeby  tylko  ci  z  admiralicji  nie  wymyślili  czegoś,  co  ich  zdaniem  byłoby  lepsze  — 

pomyślał, zdecydowawszy się ostatecznie. — Jeżeli stracę balon... 

Przygryzł wargi. Nie wolno mu było myśleć o tym: musiał go ocalić. 
Trzymając się poręczy przeszedł przez korytarz i wspiął się na drabinkę górnej platformy. 

Rzucało nim, jakby sterowiec chciał strząsnąć go z trapu. Z trudem trafiał stopami na żelazne 
szczeble. 

Podniósł  klapę  w  pokładzie  i  stanął  na  zewnątrz.  Wichura  wpadła  na  niego  tamując  mu 

oddech. Drobny, przelotny deszcz kłuł po twarzy. Pokład platformy wraz z kadłubem zataczał 
się jak pijany, pląsał, podjeżdżał w górę i nagle uciekał spod nóg. 

Wicher miotał się i wył. Niebo w górze było szare, ruchliwe od pomykających raz po raz 

cienkich welonów dżdżu i poszarpanych strzępów rudawych obłoków, które przewiewały po 
samej powierzchni sterowca wilgotnymi, lepkimi tumanami. 

Marynarz  pełniący  służbę  miał  nos  siny  od  zimna  i  oczy  zaczerwienione  mimo 

ochronnych  okularów.  Zameldował,  że  „nic  ważnego  nie  zaszło",  wykrzykując  z  całych  sił 
oddzielne  słowa.  Doszły  one  Eckholta  jak  głos  człowieka  mówiącego  z  przeciwległego 
brzegu rzeki, choć marynarz stał o parę kroków od niego. 

Skinął  głową  i  czepiając  się  obu  rękami  galeryjki  brnął,  przez  gęsty  prąd  naprzód. 

Obszedł w ten sposób całą platformę dokoła i stwierdził, o ile mógł to uczynić z tego miejsca, 
że powłoka trzyma się doskonale oraz że stery nie drgają nadmiernie. 

Potem objął wzrokiem horyzont na południu i potrząsnął głową: daleko majaczyła ledwie 

widoczna na szarozielonej ziemi srebrna smuga jeziora. 

background image

Z zachodu, nad mętnym zlewiskiem nieba i lądu, których nie sposób było rozróżnić, tak 

zacierały  się  ich  granice,  strzelał  spomiędzy  popielatego  kremu  jaśniejących  obłoków  jeden 
jedyny  promień  słońca  i  na  pół  rozpuszczony  w  mlecznej  przestrzeni  kładł  się  matowym 
światłem  na  wzgórze  porosłe  bezlistnymi  już  drzewami.  Widać  było,  jak  przesuwa  się  po 
zboczu i nagle wyławia z szarzyzny białe ściany i czerwone dachy miasteczka. 

Heiligenberg  —  pomyślał  Eckholt.  —  Dolatujemy.  Zszedł  na  dół  i  znalazłszy  się  w 

gondoli nawigacyjnej stanął u jej burty obok doktora. 

Przy sterach stali Grass i Feldbach; Massendorf odszedł do silników. 
—  Lewy  przedni  traci  obroty  —  powiedział  drugi  oficer.  Komandor  spojrzał  na  niego  i 

podszedł do tuby telefonu pokładowego. 

„Co tam?" zapytał. 
  „Iskrownik — odezwał się stłumiony głos Massendorfa. — Będę musiał wyłączyć". 
— W porę — mruknął Grass na pół ironicznie, na pół z obawą. 
Eckholt zastanawiał się przez chwilę. 
„Ile panu potrzeba czasu na naprawę?" zapytał znów komendant. 
„Będziemy się śpieszyć" warknęło ze słuchawki. 
Jednocześnie  silnik  zamilkł  i  natychmiast  oba  koła  sterowe  sparowały  odskok  sterowca, 

któremu  zabrakło  ciągu  jednego  śmigła.  Mimo  tego  manewru  niosło  ich  teraz  prawą  burtą; 
przeciwdziałanie sterów nie wystarczało. 

„Wyłączyć  prawy  przedni  —  rozkazał  Eckholt.  —  Za  dziesięć  minut  musi  pan  być 

gotów" dodał zwracając się do Massendorfa przez telefon pokładowy. 

Wszyscy oczekiwali w napięciu odpowiedzi. Ale odpowiedź nie nadeszła: lewa przednia 

gondola jakby zaniemówiła po tym rozkazie. 

L-59  wyrównał,  lecz  chwiejba  wzmogła  się  jeszcze.  Poddawał  się  teraz  przechyłom 

wolniej,  ale  głębiej,  pozbawiony  częściowo  siły  ciągu.  Reagował  z  opóźnieniem  na  ruchy 
sterów  i  mijało  nieraz  po  kilkanaście  sekund,  zanim  wytrącony  z  równowagi  ciosem  wiatru 
dźwigał się z powrotem do linii lotu. 

Minuty  spływały  wolno  jedna  za  drugą.  Obie  wolne  wachty  oczekiwały  bezczynnie  w 

ciemnym wnętrzu sterowca. Widać było zarysy szarych postaci w głębi galerii i blade twarze 
wyłaniające się spomiędzy kratownic, dźwigarów i wiązań. 

Sterowiec  gnał  nisko  nad  ziemią  zamiataną  wiatrem  i  mroczną  od  nadciągającej  burzy. 

Domki  Heiligenbergu  wraz  z  mokrymi  od  deszczu  ulicami  weszły  pod  gondolę  i  znikły  za 
rufą.  Na  czarnym  torze  kolejowym  pełzał  pociąg  z  odgarniętym  skośnie  w  przód  ogonem 
białawego dymu i pary. Pod granatowymi kłębami chmur na południowym wschodzie bielało 
spienione jezioro. W mglistej ciemności sterczały kominy fabryk i wynurzały się rozmazane, 
jeszcze bardzo niewyraźne wskutek oddalenia, budynki. 

Ku nim właśnie zmierzał L-59 sieczony raz po raz przelotnymi mietlicami dżdżów. 
Eckholt znów zapytał: 
„Co słychać, Massendorf?" 
Ale  Massendorf  i  tym  razem  nie  odpowiedział.  W  przestrzeni  przetoczył  się  grzmot  i 

zwalił  się  ciężko  gdzieś  za  rufą,  a  w  chwilę  potem  załopotały  milczące  rozczapierzone 
błyskawice i nagle stęknął piorun. 

— Pójdę zobaczyć — powiedział Knoll i wyszedł. 
Na wąskim pokładzie gondoli silnikowej hulał wiatr zacinając deszczem. 
Bosman Heine siedział tyłem do kierunku lotu i  wykręcał świece.  Oglądał każdą z nich 

pod światło, dmuchał do środka i odkładał na bok. 

background image

Massendorf leżał na wznak i usiłował wcisnąć na miejsce tarczę iskrownika. Dłonie miał 

przemarznięte; między strzępkami pościeranego naskórka występowała krew. 

Jeszcze  jeden  mechanik,  przewieszony  przez  poręcz  po  zewnętrznej  stronie  silnika, 

majstrował coś przy kablach wysokiego napięcia. 

Wiatr szamotał się u nieruchomego, jakby zwichniętego śmigła i wył jednostajnie. 
Wtem  ebonitowa  tarcza  wśliznęła  się  na  swoje  miejsce  i  Massendorf  powstając  ujrzał 

doktora. 

Przez  chwilę  odbiło  się  w  jego  oczach  zdziwienie.  Potem  chwycił  Knolla  porywczo  za 

szyję i przyciągnął ku sobie. — Powiedz pan komendantowi, że zaraz będziemy  gotowi! — 
ryknął mu w ucho. 

Puścił go równie nagle, aż doktor zachwiał się na nogach, sam zaś zaczął wkręcać nowe 

świece, które wyjmował z kieszeni zatłuszczonej skórzanej kurtki. 

Widać było, że śpieszy się na łeb na szyję. W pewnej chwili okraczył barierkę, zwisł na 

zgiętej  nodze  poza  gondolą  i  w  tej  pozycji  oburącz  dociągał  gwint,  nic  sobie  nie  robiąc  z 
przechyłów pokładu i z wichru, który siekł po twarzy. 

On spadnie — pomyślał Knoll i spojrzał w dół na ziemię. 
Lecieli  nad  dworcem  kolejowym,  mijając  splątane  jelita  szyn  zapchane  towarowymi 

wagonami.  Widać  było  lotnisko  i  olbrzymie  w  porównaniu  z  innymi  budynkami  bloki 
hangarów. 

Potem  szare  ulice,  tu  i  ówdzie  już  oświetlone  żółtymi  latarniami  gazowymi,  zaczęły  się 

odkładać  jedna  po  drugiej  w  poprzek  drogi  balonu,  ukazując  głębokie  studnie  podwórzy  i 
pochyłe dachy naszpikowane klockami kominów. 

Potem  szosa  wytknęła  giętką,  długą  szyję  spośród  ostatnich  domków  i  pierwszy  z 

nieruchomo warujących bloków zgarbił się nad nią, powiewając oszalałym w popłochu przed 
wichurą płóciennym rękawem. 

Massendorf jeszcze nie skończył. Krzyczał coś do Heinego wskazując ręką ziemię. Knoll 

dosłyszał tylko dwa oderwane słowa: 

— ... mijamy lotnisko... 
Zaraz  potem  zauważył,  że  sterowiec  zarzuca  rufą  w  prawo  i  z  przerażeniem  poczuł,  że 

pokład unosi się w górę jak równia pochyła. 

Przez  chwilę  mogło  się  zdawać,  że  nadszedł  już  koniec.  Pęd  osłabł,  zwiotczał,  stopniał. 

Tylko z tyłu pełnym gazem młóciły trzy silniki. 

Balon stał dęba, jakby się wahał: śliznąć się w tył na ogon, prosto ku ziemi, czy śmignąć 

w  chmury.  Ale  Knoll  wiedział,  że  to  drugie  jest  niemożliwe  i  że  jeżeli  Eckholt  nie  zdoła 
natychmiast  wyrównać,  to  z  pewnością  zwalą  się  bez  ratunku  w  dół.  Rozszerzonymi 
źrenicami  śledził  jakiś  zakręt  drogi,  który  tkwił  nieruchomo  między  skrzyżowanymi 
ścięgnami  gondoli.  Wtem  dostrzegł,  że  ten  nieruchomy  punkt  oddala  się,  wypływa  poza 
skrzyżowania stalowych taśm i wchodzi pod kadłub. 

L-59 prostował się, choć potężna siła wichru wlokła go tyłem i bokiem, spychając w dryf 

aż nad brzeg jeziora. Wreszcie, gdy już pod pokładem gondoli pieniły się czarne, migotliwe 
fale,  zwrot  został  ukończony.  Zza  lekko  wzniesionego  łba  wypadła  wichura  i  rozpruła  się  z 
wyciem o milczący silnik. 

Sterowiec cofał się nadal pod jej naporem, ale już zwrócony do niej przodem i jako tako 

zachowując  równowagę.  Brzeg  bardzo  powoli  usuwał  się  spod  pokładu,  jakby  niechętnie 
wpuszczając  balon  nad  wodę.  W  kierunku  rufy  widać  było  tylko  bezmiar  jeziora  nieco 
jaśniejszy w oddali, nie wiadomo gdzie zlewający się z niskim, ciężkim niebem. 

Jakiś stłumiony, ale silny głos wołał stamtąd, rzekłbyś wprost z chmur, Massendorfa. 

background image

Doktor, ogarnięty zdumieniem, dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, że głos dobywa się 

z przewodu akustycznego i należy do Eckholta. 

Odkrzyknął,  że  już  kończą,  i  dopiero  teraz  uprzytomnił  sobie,  że  Massendorf  ani  na 

chwilę  nie  przerwał  pracy  i  nie  zmienił  pozycji  podczas  niebezpiecznego  manewru,  kiedy 
groziła im wszystkim zagłada. 

Heine  wkręcił  właśnie  ostatnią  świecę  i  zakładał  kable  po  stronie  wewnętrznej,  a  drugi 

mechanik pomagał Massendorf owi wgramolić się z powrotem na pokład, gdy burza uderzyła 
na nich całą mocą. 

Odczuli  to  jak  wybuch  zbiornika  wypełnionego  huraganem.  Podniosło  ich  w  górę  niby 

garść  słomy  i  odrzuciło  w  tył,  a  potem  parło  przed  sobą,  tratowało,  przewalało  i  zmiatało 
wśród nieprzeniknionej, dotykalnej niemal ciemności. 

Miasto, lotnisko, hangary, brzeg, wszystko to znikło jak starte z powierzchni ziemi potęgą 

burzy,  która  tarzała  się  po  oszalałych  falach  jeziora  i  rwała  naprzód  na  oślep,  pogrążając  w 
mroku i zgrozie samotny sterowiec na próżno usiłujący stawić jej czoło. 

Ciemność,  darta  błyskawicami,  dudniła  nieustannym  grzmotem.  Pękały  pioruny,  jakby 

niebo  sypało  się  na  ziemię,  i  cwałowały  jedna  za  drugą  szarże  ulewy  zmieniające  dno  tego 
czarnego piekła w war rozpylonego srebra i popiołu. 

Knoll, oślepiany wielekroć, ogłuchły od wichru i piorunów, nie mógł odnaleźć wzrokiem 

Massendorfa  i  już  zaczął  przypuszczać,  że  porucznik  został  porwany  za  burtę,  gdy  nagle 
zobaczył  jego  mokrą  twarz  tuż  przy  swojej  i  usłyszał  coś  pośredniego  między  odległym 
szeptem a wrzaskiem wydzierającym się ze ściśniętego gardła: 

— Gotowe!... Powiedzieć Eckholtowi... Gotowe! 
Pochylił się do wylotu tuby i sam z kolei wrzeszczał zachłystując się wichrem. 
Jednocześnie  w  świetle  kilku  następujących  po  sobie  błyskawic  ujrzał  zarys  jakiegoś 

przerażającego kształtu, który leciał z boku na gondolę niby olbrzymi, połyskliwy garb skały 
oderwany od podstawy i uniesiony niezrozumiałym sposobem w powietrze. 

Nie miał nawet czasu uświadomić sobie, że na coś patrzy, nie zdołał właściwie jeszcze, 

zobaczyć,  gdy  już  zjawisko  znikło,  rozpłynęło  się  w  mroku,  pozostawiając  wrażenie  czegoś 
nierealnego i strasznego zarazem, co mogło przywidzieć się wśród skłębionych chmur. 

Przyszło mu do głowy, że może zawlokło ich już na drugi brzeg jeziora i że to, co minęli, 

było szczytem górskim, jednym z tych, o które L-59 roztrzaska się za chwilę. 

Ta  myśl  opanowała  go  do  tego  stopnia,  że  przez  dłuższy  czas  nie  ruszał  się  z  miejsca 

czekając  na  uderzenie,  na  łoskot  i  trzask  łamanego  kadłuba,  na  cios,  który  wyrzuci  go  z 
pokładu w przepaść. 

Nic  takiego  zresztą  nie  nastąpiło.  Natomiast  nagłe,  bez  żadnej  widocznej  przyczyny, 

blisko,  tuż  u  nóg  doktora,  zagdakał  silnik,  pykając  czerwonobłękitnym  płomieniem  z  rur 
wydechowych,  i  zaraz  zawarczał  jędrnie,  zagęścił  rytm  wybuchów  aż  do  niskiego, 
jednostajnego ryku pełnej mocy. 

Ktoś,  zapewne  Massendorf  pociągnął  Knolla  za  ramię  i  doktor  zrozumiał,  że  powinien 

teraz  wrócić  do  gondoli  nawigacyjnej.  Spojrzał  raz  jeszcze  w  stronę,  gdzie  pokazała  się 
niesamowita zjawa skalna, i minąwszy Heinego zszedł za porucznikiem do głównej galerii. 

Okazało się, że grzbiet górski, który tak blisko ujrzał przy błysku piorunów, bynajmniej 

nie był wytworem jego wyobraźni: L-59 istotnie minął skalisty szczyt Meersberg, wznoszący 
się  na  przylądku  u  północnego  wybrzeża,  wzdłuż  którego  dryfowali  pod  wiatrem 
wykręcającym teraz na zachód. 

Po  pierwszym  ataku  burza  zdawała  się  tracić  na  sile,  bo  sterowiec  na  pełnych  obrotach 

wszystkich pięciu silników przebijał się przez nią teraz bez większego trudu. 

background image

Na wschodzie, dokąd dążyli odbywając tę samą drogę, którą burza wlokła ich tyłem przed 

półgodziną,  przejaśniło  się  nieco.  Deszcz  padał  jeszcze  i  chmury  kłębiły  się  groźnie,  ale 
widać w nich było jakby sklepioną bramę czy też głęboką wnękę różowawej jasności, u której 
stóp majaczyło miasto. 

Wprawdzie  dalej  i  po  obu  stronach  tej  przerwy  gromadziły  się  ciężkie,  zupełnie  już 

czarne  chmury,  ale  sam  .widok  lotniska  rozpłaszczonego  na  wysokim  brzegu  podziałał 
ożywczo na wszystkich, a Knoll doznał niewypowiedzianej ulgi ujrzawszy w twarzach załogi 
wyraz nadziei. 

Musieli  przeżyć  ciężkie  chwile,  podczas  gdy  nie  wiadomo  było,  co  się  dzieje  w 

gondolach silnikowych i czy Massendorf zdoła na czas usunąć defekt motoru. 

—  Grzebaliście  się  jak  muchy  w  smole  —  powiedział  Grass,  gdy  pierwszy  oficer 

zameldował się komendantowi. — Omal nas nie wpakowało na skały. Przez ten czas można 
było wymienić cały blok albo wał korbowy. 

—  Gada  pan  głupstwa  —  mruknął  Massendorf  i  dodał  coś  o  kapuścianych  głowach 

młodszych oficerów, którzy potrafią tylko kręcić kołem sterowym, nie bardzo nawet wiedząc, 
jak działa jego przekładnia. 

Tymczasem L-59 dotarł do brzegu jeziora i wyszedł z ostatniej fali dżdżu. 
Ziemia  leżała  zmyta,  ciemna  niewyraźna  w  półmroku.  Hangary  stoczni  wznosiły  się  z 

niej jak czarne cienie. 

Trudno  było  określić,  na  jakiej  wysokości  znajduje  się  sterowiec.  Tam  w  dole  nie  było 

jeszcze świateł. 

Eckholt kazał zmniejszyć obroty wszystkich silników i wydał zarządzenia do lądowania. 
Potem nabił rakietnicę, a kilka rakiet wsunął do bocznej kieszeni. Po chwili trzy czerwone 

gwiazdy śmignęły daleko w przód i spłynęły miękkimi łukami w dół, oświetlając grupę ludzi 
na  środku  lotniska.  Zaraz  po  tym  zabłysły  żółtawe  punkty  latarń  rozsiane  po  budynkach  i 
uszeregowane  wzdłuż  ulic.  U  szczytów  hangarów  i  kominów  zakwitły  ostrzegawcze 
czerwone żarówki. Schemat świetlny portu wystąpił w lekkim skrócie, jakby unosząc się nad 
ziemią niczym z nią nie związany. 

Wtem z ciemności trysnęła w górę zielona, jarząca kula, rozpadła się u szczytu paraboli i 

pękła  na  kilka  drobniejszych  gwiazd,  które  wolno  opadały  gasnąc  po  drodze.  Zanim  zgasła 
ostatnia,  spod  czarnego  doku  mrugnęły  dwa  reflektory  i  rozcięły  mrok  ostrymi  nożycami 
oślepiająco białego światła. 

— Kurs na przecięcie promieni — powiedział Eckholt. — Na dół ster. 
Piloci  wykonali  rozkaz  jak  dwa  automaty.  L-59  pochylił  się  w  dół  i  szedł  wolno  w 

słabnących podmuchach wiatru. 

„Dziewięćset obrotów — przeleciało przez tubę. — Tylna gondola stop!" 
„Stop!" powtórzył sygnał na tarczy. 
Grass  i  Feldbach  stali  z  oczyma  utkwionymi  w  ciemność,  zaciskając  chwyt  dłoni  na 

szprychach kół sterowych. 

— Uwaga — szepnął porucznik. Bosman drgnął i zaprzeczył ruchem głowy. 
— Jeszcze daleko — powiedział. 
— Załoga do lin! — rozległ się donośny głos Eckholta. — Do lądowania! 
Skrzyżowane nożyce światła zbliżały się. Knoll ulegał złudzeniu, że sterowiec już opada 

na lotnisko pomiędzy nimi, że za sekundę, za pół sekundy uderzy o ziemię, która wydawała 
się całkiem bliska. 

Wtem jakiś nieoczekiwany boczny prąd wiatru targnął sterem i balon skręcił gwałtownie, 

zanim Grass zdążył zareagować. Światła uciekły w lewo, jedno ich ostrze skróciło się nagle 

background image

obejmując oślepiającym blaskiem biegnących na ziemi żołnierzy, drugie zaś wydłużyło się i 
zbladło. 

— W lewo ster —- rzucił szybko Eckholt. I zaraz potem: 
— W prawo ster! Stop! 
„Stop!  —  powtórzył  głośno  w  tubę.  —  Wszystko  stop!"  Tarcze  sygnałowe  kolejno 

skoczyły  na  „Stop",  nagła  cisza  przejęta  szumem  wiatru  objęła  sterowiec  i  w  tej  chwili 
Feldbach gwałtownie przerzucił szprychy steru. 

Kardan zamamrotał głośno, Eckholt nachylił się do tuby i powiedział: „Liny na dół!", a 

potem wychylił się na zewnątrz i wolał coś do ludzi biegnących pod kadłubem. 

Wreszcie cofnął się gwałtownie do wnętrza gondoli i spoj-zał na tablicę sygnałową. 
— Odciążyć przód! — krzyknął. — Prędko! 
Wszyscy stali w miejscu jak porażeni, tylko Feldbach puścił z rozmachem swoje koło w 

prawo i sięgając na całą długość ramienia przed nosem porucznika Grassa szarpnął dźwignię 
spustową. 

Wtedy  Knoll  zobaczył  ziemię  wprost  przed  sobą.  Wynurzyła  się  z  czerni,  leciała  ku 

szybom  gondoli  milcząca,  obojętna,  potężna.  Zdawało  się,  że  żadna  siła  nie  potrafi 
przeszkodzić zderzeniu. Że nic nie powstrzyma ciężko opadającego balonu od starcia się z tą 
ciemną masą wyrastającą tuż przed jego pochylonym łbem. 

Lecz oto światła reflektorów znów błysły na wprost, uniosły się nieco, stanęły w miejscu. 
Woda  szorowała  ze  spustów,  rozległy  się  okrzyki,  liny  dźwięcznie  uderzyły  o  powłokę, 

szarpnęły, pokład zakołysał się, uciekł spod nóg i nagle spód uderzył o coś twardo. 

Grass zamocował tymczasem oba koła sterowe i namyślał się właśnie, co ma powiedzieć 

temu bezczelnemu Feldbachowi, który widocznie zapomina, że jest podoficerem, gdy za jego 
plecami rozległ się surowy głos Eckhołta. 

— Poruczniku Grass! 
— Słucham, panie kapitanie — powiedział stukając obcasami. 
— Niech pan poświęca trochę więcej uwagi manewrom, które należą do pana — wyrzekł 

Eckholt z naciskiem. — Trzeba teraz dopilnować zakotwiczenia sterowca. 

— Tak jest — mruknął Grass obrażony. 
Eckholt szedł wzdłuż gondoli ku wejściu do głównej galerii; po drodze dostrzegł wysoką, 

chudą postać Knolla. Zatrzymał się i dotknął jego ramienia. 

—  Trzeba  się  przygotować  do  zejścia  na  ziemię,  doktorze.  Jak  tylko  otworzą  luk 

wyjściowy, tam w przodzie. 

Knoll skinął głową. Chciał coś powiedzieć, ale kapitan go uprzedził. 
—  Teraz  czeka  nas  najgorsze  —  rzekł  zniżając  głos.  Ścisnął  jego  ramię  lekko  powyżej 

łokcia, jakby chcąc dodać mu odwagi, i wspiął się w górę po szczeblach trapu. 

Knoll  nie  zdołał  jeszcze  uświadomić  sobie,  co  teraz  może  im  grozić,  gdy  ciężki  huk 

grzmotu  wstrząsnął  powietrzem,  a  jednocześnie  wicher  przyczajony  dotychczas  gdzieś  pod 
chmurami urwał się im i runął z furią na sterowiec kładąc go na boku. 

— Wszyscy na ziemię! — wolał z góry Eckholt. 
W  tej  chwili  zgasło  światło  i  wnętrze  gondoli  zalała  ciemność.  Ludzie  potrącali  się 

nawzajem szukając po omacku wyjścia, trzaskały gdzieś rozsuwane drzwi, w galerii dudniły 
czyjeś spieszne kroki, z ziemi rozlegały się gwizdki sygnałowe, a od strony hangarów biegli 
żołnierze, mechanicy i robotnicy wezwani do pomocy. 

Wiatr  cwałował  po  lotnisku,  wykręcał  w  nagłych  porywach,  cichł  i  ruszał  do  nowej 

szarży.  Balon  miotał  się  na  cumach  trzymających  go  u  łba  i  u  rufy,  a  ludzie  przy  linach 
tłoczyli się zbitą ciżbą, wleczeni to naprzód, to w tył w miarę jego przechyłów. 

background image

Knoll,  przerzucany  od  burty  do  burty,  dotarł  wreszcie  na  czworakach  do  luku 

wyjściowego, opuścił się na rękach i zwolniwszy chwyt dłoni opadł na ziemię. Podniósł się 
natychmiast i usłyszał, że Eckholt go woła, więc poszedł w tamtą stronę i stanął opodal. 

Marynarze  z  obsługi  portu  wbijali  żelazne  drągi  kotwiczne,  do  których  następnie 

uwiązywano  liny.  Komendant  lotniska  zarządził  narzucenie  sieci  na  kadłub  sterowca  i  teraz 
sam wraz z innymi wbijał pale dokoła, aby ją zamocować. 

Mimo  to  wzmagający  się  wiatr  szarpał  kadłubem  i  gondole  tłukły  głucho  po  twardym 

gruncie. 

—  Połamią  się  —  rzekł  Eckholt  do  Knolla.  —  Nic  na  to  nie  poradzimy.  Nie  można  go 

wprowadzić pod dach. Niestety, nie ma hangaru z wylotem na północny wschód. Widzi pan, 
co  się  dzieje?  W  czasie  zwrotu  żadna  siła  nie  utrzymałaby  go  w  miejscu.  Trzeba  to 
przeczekać. 

Główna  masa  chmur  już  nadlatywała  od  wschodu.  To,  przez  co  przeszli  nad  jeziorem, 

wydawało się w porównaniu z nią zaledwie potyczką z przednią strażą orkanu. 

Wiatr  gęstniał  i  potężniał,  cwałując  na  przełaj  przez  lotnisko  w  coraz  gwałtowniejszych 

porywach.  Kanonada  piorunów  zdawała  się  rozsadzać  przestrzeń.  Grzmoty  toczyły  się  po 
wybojach burzy coraz niżej, tuż nad ziemią zamarłą ze zgrozy. 

W pewnej chwili z łoskotem przypominającym szum wezbranej rzeki, która rzuca się w 

dół po obrywie wodospadu, lunęła ulewa. 

Wśród tego zamętu oszalałych żywiołów dwa obojętne, zimne lustra reflektorów z wolna 

obróciły się na osiach oświetliły balon. 

Liny jak rozwścieczone węże wiły się po rozmokłej ziemi, ogromny kadłub szamotał się, 

podrywał w górę i, szarpnięty nagle uwięzia cum, uderzył twardo kilem. 

Z  gondoli  pozostały  drzazgi.  Dokoła  wbijano  ciągłe  pale  i  kotwy  żelazne,  aby 

unieruchomić  przód,  który  podnosił  po  dwudziestu  ludzi  uczepionych  do  sieci  i  rzucał  nimi 
jak pęczkiem warzywa. Wycie wiatru zdawało się dochodzić do zenitu. Trudno było utrzymać 
się na nogach. 

Nagle  z  jakiegoś  budynku  zerwało  dach  z  okropnym  trzaskiem  i  poniosło  tuż  nad 

głowami ludzi. Wtedy właśnie puściły dwie główne cumy kotwiczne, a przerażeni marynarze 
rozbiegli się w popłochu. Eckholt skoczył naprzód, aby ich zatrzymać, ale jego głos zginął w 
wyciu wichury. 

Zanim  zrozumieli  co  zaszło,  było  już  za  późno.  Dwie  kotwice  wyrwane  z  głębokości 

półtora  metra  przeleciały  nad  całym  kadłubem.  Przód  balonu,  uwolniony  nagle  z  tych 
najtęższych  więźb,  poddał  się  natarciu  huraganu,  szarpnął  raz  jeszcze  pozostałymi  linami, 
które skoczyły w górę wyłuskując wbite w ziemię pale, i skręcił w bok obracając cały kadłub 
na rufie jak na osi. 

Wprawdzie  Eckholt  i  Knoll  na  czele  pozostałych  ludzi  rzucili  się  na  ratunek  i  po 

rozpaczliwych  wysiłkach  zdołali  ponownie  zakotwiczyć  cumy,  ale  teraz  położenie  balonu, 
bokiem do wiatru, było już zupełnie beznadziejne. 

Nawet  przybyła  samochodami  kompania  piechoty  nie  zdołała  utrzymać  w  miejscu 

uszkodzonego  kadłuba,  który  wlókł  za  sobą  ludzi,  wyrywał  kotwy  i  pale  i  z  wolna,  lecz 
uporczywie zbliżał się ku dokom. 

Huragan  trwał  już  od  dwóch  godzin  i  zdawał  się  wciąż  zyskiwać  na  gwałtowności. 

Eckholt, który aż do zerwania kotwic nie tracił nadziei, że burza wkrótce minie, teraz musiał 
uznać się za pokonanego. W świetle reflektorów widać było poszarpaną powłokę i sterczące z 
niej  połamane  i  pogięte  dźwigary.  Ludzie  opadali  z  sił.  To  mogło  trwać  jeszcze  kwadrans, 
jeszcze pół godziny. Potem... 

Do Eckholta podszedł komendant portu i nie patrząc mu w oczy powiedział: 

background image

—  Nie  mogę  pozwolić,  żeby  ten  wrak  zburzył  halę.  Prędzej  czy  później  urwie  się  i 

wpadnie na ścianę. 

Tak,  to  było  jasne,  ale  Eckholt  nie  mógł  się  zdobyć  na  żadną  odpowiedź.  Rozpaczliwie 

szukał w myśli jakiegoś sposobu uratowania szczątków sterowca. Jeszcze przez chwilę łudził 
się nadzieją, że atak burzy minie. 

Wreszcie uległ. 
— Niech pan robi, co pan uważa za konieczne — powiedział i odwrócił się. 
Komendant  portu  wydał  jakiś  rozkaz  trzem  swoim  podoficerom,  którzy  natychmiast 

zabrali się do jego wykonania. 

Rozległy się okrzyki: 
— Zakotwiczyć wszystkie liny! 
Eckholt stał z twarzą trupiobladą i oczami utkwionymi w sterowiec. 
— Teraz niech wszyscy odejdą na bok! — zawołał komendant portu. 
Gdy już nikogo nie było przy linach, sam ruszył naprzód kierując się na środek kadłuba 

oświetlony reflektorami jak na scenie upiornego teatru. Szedł wolno trzymając w każdej ręce 
ciężką rakietnicę, aż o dziesięć kroków od sterowca zatrzymał się. 

— Co on chce zrobić? — zapytał Knoll zwracając się do Grassa. 
Było to pierwsze pytanie, jakie zadał od dwóch godzin. Własny głos wydał mu się obcy i 

dziki,  podobny  do  gardłowego  bełkotu  —  może  wskutek  skurczu  w  szczękach,  jakiego 
doznawał zaciskając je nieświadomie aż do bólu. 

Grass wzruszył ramionami, lecz nagle chwycił go za rękę, sam zdumiony i poruszony do 

najwyższego stopnia. — Patrz pan, ten człowiek... On chyba oszalał! Komendant portu wolno 
uniósł prawe ramię i celował. Krótka, gruba lufa rakietnicy połyskiwała złowrogo w świetle 
reflektora. Rozległ się huk i zapalający pocisk przebił powłokę sterowca. 

Przez chwilę panowało głuche milczenie, ale zanim padł drugi strzał, nad grupą widzów 

przeleciał szmer głosów jak stłumiony jęk trwogi. 

Knoll  obejrzał  się  na  Eckholta,  jakby  chciał  wezwać  jego  pomocy  przeciw  temu 

morderstwu. Ale kapitan stał jak skamieniały, w pozie pełnej rezygnacji, z pobladłą twarzą i 
ramionami bezwładnie opuszczonymi w dół. 

Poddał się — pomyślał doktor. 
Wtem buchnął ogień. Z początku tylko jednym wąskim jęzorem polizał ciemność zawisłą 

nad prostymi pasami elektrycznego światła: potem nagłym skokiem wzbił się wysoko w górę 
rozrywając  trzewia  obezwładnionego  sterowca,  a  potem,  w  miarę  jak  komendant  portu 
strzelał jedną rakietę po drugiej, rozpruł cały kadłub i zawładnął nim od łba do rufy. 

Wodór zmieszany z powietrzem palił się gwałtownie. Wiatr niósł płomienie jak ogromne, 

blękitnobiałe ptaki to zrywające się z ognistej czeluści i odlatujące z łupem w noc, to znów 
powracające z rozwiniętymi skrzydłami, aby na chwilę przysiąść na skraju gorejącej powłoki. 

Pożar  huczał  basem,  ryczał,  grzmiał  targany  przez  burzę  za  włosy,  wył,  miotał  się  jak 

olbrzymi smok w uwięzi stalowych lin i kotwic. 

Jeżeli  nie  strawi  powłoki,  zanim  popękają  liny,  cała  stocznia  pójdzie  z  dymem  — 

pomyślał Knoll. 

Lecz  liny  i  kotwice  trzymały.  Wiatr  hulał  między  obnażonymi  żebrami  szkieletu,  nie 

napotykając  już  takiego  oporu  jak  poprzednio.  Długie  strumienie  ognia  kładły  się  na  ziemi, 
rwały aż pod chmury, chwytały wymykające się obłoki gazu i z trzaskiem rozpryskiwały się 
w ich wybuchach. Gdy dobrały się do zbiorników z benzyną, płomień poczerwieniał, a niskie 
miedziane  niebo  roztrzęsione  kanonadą  piorunów  i  stratowane  huraganem  zdawało  się 
uciekać  w  górę,  przerażone  obrazem  tego,  co  spełniało  się  na  dnie  przestrzeni.  Stalowa 

background image

ciemność  drgała  rozstępując  się  przed  blaskiem,  deszcz  jak  krew  tryskająca  podczas  jakiejś 
potwornej rzezi zalewał oczy i tylko zezujące ślepia reflektorów patrzyły obojętnym, zimnym 
spojrzeniem, które nie docierało cło wnętrza żaru. 

Wkrótce jednak ogień zaczął przygasać. Pomiędzy zamierającymi płachciami i skrętami 

jego  płomieni  widać  było  rozprażone,  pogięte,  pokurczone,,  na  pół  stopione  dźwigary  i 
pierścienie  głównych  wiązań.  Żarzyły  się  jeszcze  nie  całkiem  strawione  części  gondoli  i 
czarnym żałobnym kopciem falowały zbiorniki smaru. 

Potem  trup  wspaniałego  sterowca  sczerniał  i  tylko  gdzieniegdzie  brudny  płomień  pełzał 

pomiędzy  jego  szczątkami.  Krople  deszczu  syczały  na  rozgrzanym  metalu,  zamieniając  się 
natychmiast  w  parę,  którą  świszczący  wiatr  zwiewał,  jak  duszę  uchodzącą  ze  zwęglonego 
ciała. 

background image

—  To  prawda  —  powiedział  pułkownik  Michajłow.  —  To  prawda:  nie  byliśmy  pewni, 

czy Rumunia wypowie nam wojnę, czy też stanie po naszej stronie. Ale dobrze się stało, że 
walczy przeciw nam: o wiele mniej sił zużywamy na północnym froncie przeciw niej, gdy jest 
naszym wrogiem, niż musielibyśmy zużyć, aby ją ratować jako sojuszniczkę. 

Uśmiechnął się i zaczął znów pociągać dym z długiego cybucha fajki, patrząc w okno. 
Knoll nic nie odrzekł. Położenie polityczne tego kraju nie obchodziło go właściwie wcale, 

a  jeżeli  rozmawiał  z  pułkownikiem,  to  bynajmniej  nie  dlatego,  aby  wyrobić  sobie  jakieś 
zdanie  o  jego  ojczyźnie  i  armii,  która  z  nie  znanych  mu  powodów  nie  połączyła  się  ze 
słowiańską potęgą Rosji. 

Doktora  uderzył  w  Bułgarii  tylko  jaskrawy  kontrast  pomiędzy  rozpaczliwą  sytuacją 

państwa otoczonego ze wszech stron przez wrogów a względnym dobrobytem wewnętrznym. 
Pomiędzy  romantycznym  zamiłowaniem  do  wojny,  wyrażającym  się  narodową  dumą  z 
długotrwałości walki i bitności wojsk, a spokojem leniwego nurtu życia tam, dokąd odgłosy 
walk nie docierały. 

Mimo  braku  uporządkowanych  po  niemiecku  przepisów  dyscypliny  społecznej,  mimo 

błędów  organizacyjnych,  które  niewątpliwie  w  Niemczech  zachwiałyby  gmachem 
państwowym, tu wszystko trwało i odbywało się prawie normalnie, jakby wojna była w tym 
kraju zjawiskiem odwiecznym, nieprzemijającym. 

Ta trwałość zbrojnej zawieruchy złagodziła widocznie jej objawy poza frontem: nie było 

pól leżących odłogiem, nie było ograniczeń żywnościowych, nie odczuwało się wzmożonego 
wysiłku narodu, aby podołać krwawym daninom na polach bitew. 

Knoll, wyrażając bardziej ogólnie myśl pułkownika Michajłowa, powiedział wreszcie: 
— Nie macie godnych siebie przeciwników, a los oszczędził wam słabych przyjaciół. 
Za oknami smęciły się deszcze. Nic się nie zmieniało i można było myśleć, że nic się nie 

dzieje w tym kraju, który spoczywał w spokoju, podczas gdy jego armie walczyły na trzech 
frontach. 

Deszcz padał, nad szarymi wodami Tundży włóczyły się mgły, a Knoll od trzech tygodni 

na  próżno  czekał  na  pogodę,  skracając  sobie  czas  rozmowami  z  komendantem  garnizonu  w 
Jamboli. 

Pod  pozorami  spokoju  i  opanowania  nurtowała  go  niecierpliwość.  Niejednokrotnie 

zdawało  mu  się,  że  jest  bliski  szaleństwa,  gdy  dzień  rozpoczynał  się  mgliście  i  deszcz  ze 
śniegiem zaczynał padać w południe, aby nie ustawać już do wieczora. 

Stary,  drewniany  hangar  zaciekał  mimo  remontu,  który  jakoby  został  przeprowadzony 

przed  przybyciem  wyprawy,  i  L-59  nasiąkał  wilgocią  w  swym  „chwilowym"  schronieniu. 
Można  było  obawiać  się,  czasem  doktor  przewidywał  to  z  rozpaczliwą  pewnością,  że  ten 
nowy  sterowiec  nigdy  już  nie  poleci.  Że  zbutwieje  w  porcie,  zginie  śmiercią  niesławną,  o 
wiele gorszą niż śmierć w płomieniach, która przypadła w udziale jego prototypowi. Tylko że 
teraz już zapewne nikomu nie udałoby się dźwignąć go jak Feniksa z popiołów po raz drugi. 

background image

Wśród ludzi wtajemniczonych w dzieje afrykańskiej ekspedycji sterowcowej przeważało 

zdanie,  że  nie  dojdzie  ona  do  skutku.  Jakieś  fatum  zawisło  nad  tym  śmiałym 
przedsięwzięciem i od samego początku stanęło w poprzek jego drogi. 

Knoll w swym awanturniczym życiu był świadkiem upadku niejednego przedsięwzięcia, 

które powstało z równym nakładem energii jak niemiecka ekspedycja do Afryki Wschodniej. 
Przeszedł niejeden zawód i uległ niejednemu niepowodzeniu. 

Widział porzucone kopalnie i niszczejące zapasy sprzętu sprowadzonego z trudem w głąb 

Czarnego Lądu z Europy do budowy zakładów przemysłowych, dróg żelaznych i elektrowni, 
które  nigdy  nie  miały  powstać.  Widział  ogromne  inwestycje  przedsiębiorstw  plantatorskich, 
które po upływie dwóch lat znów pochłaniała dżungla. Widział farmy hodowlane, wyrastające 
jak grzyby po deszczu, i pozostałe po nich ślady w postaci rozwleczonych dokoła szkieletów 
bydła,  które  padło  od  straszliwej  naga-na,  jak  plemiona  Bantu  nazywają  muchę  tse-tse.  W 
roku  1905  był  zamieszany  w  powstanie  Watusi  i  Bahutu  w  Piuandzie  i  stracił  przy  tym 
wszystko,  co  posiadał.  Brał  udział  w  rewolucjach  Urundi,  osadzając  nowych  władców  na 
tronach, by potem kryć się jak ścigany zwierz przed prześladowaniem ich przeciwników, gdy 
po  triumfach  następowały  klęski.  Patrzył  na  pogrzebane  nadzieje,  bronił  straconych 
posterunków i spraw zaprzepaszczonych, walczył z przemocą i nieraz doznawał porażek. 

Ale  wszystko  to  działo  się  wśród  ludzi  pierwotnych,  z  dala  od  cywilizacji,  jak  na  innej 

planecie. 

« 122 » 
Natomiast tu, w świecie białych, do których chcąc nie chcąc należał, tu w Europie każde 

wrażenie z niepojętych przyczyn wyolbrzymiało się do rozmiarów kataklizmu. 

Dusza  tego  człowieka,  który  nie  pamiętał  bodaj  swego  dzieciństwa  spędzonego  w 

Niemczech,  a  z  wrażeń  młodości  zachował  zaledwie  kilka  mglistych  obrazów,  reagowała 
nadzwyczaj żywo i silnie na wszystko, co działo się dokoła niego po powrocie do kraju. 

Ruiny ludzkich zamierzeń i widome ślady klęsk pod zwrotnikami wydawały mu się błahe 

w  porównaniu  z  opuszczeniem  sterowca  w  rozpadającym  się  hangarze,  z  powolnym 
butwieniem  nędznych  zabudowań  lotniska,  z  apatią  załogi,  z  nastrojem  beznadziejnego 
oczekiwania na coś, co zdawało się nigdy nie nastąpi... 

Knoll  nie  znał  Bułgarii,  podobnie  zresztą  jak  Niemiec.  Bez  żadnej  przesady  można  by 

powiedzieć,  że  o  wiele  lepiej  orientował  się  w  stosunkach  nad  jeziorem  Czad  lub  w  Angoli 
niż w Berlinie czy w Sofii. 

Często  ze  zdumieniem  odkrywcy  uświadamiał  sobie  najzwyklejsze  fakty  codziennego 

życia  i  myślał  wówczas:  „Tak  postępowałbym  zapewne  zawsze,  gdybym  pozostał  w  tym 
kraju". 

Spotykając różnych ludzi w czasie swych zabiegów u władz wojskowych, w gabinetach 

ministerialnych  i  w  urzędach,  wreszcie  w  prywatnym  życiu,  powstrzymywał  odruch 
zdziwienia  na  myśl,  że  mógłby  być  jednym  z  nich,  myśleć  jak  oni,  zajmować  podobne 
stanowiska. 

Wydawało mu się to czymś dziwacznym, czymś nie do Wiary. Mówił sobie wówczas, że 

jest „dzikusem", lecz mówił to pewną przechwałką, bo jednak... 

Gdy dnia siódmego października w dwie godziny po pożarze pierwszego balonu inżynier 

Ludwig  zawiadomił  Knolla  i  Eckholta,  że  z  Berlina  przyszedł  telegraficzny  rozkaz 
natychmiastowego przygotowania następnego z serii sterowca L-59 do podróży afrykańskiej, 
doktor zaniemówił ze wzruszenia. 

Wiadomość  zastała  go  w  chwili  ostatecznego  przygnębienia  i  ten  nagły  przeskok  od 

skrajnej prostracji do pewności, że jego sprawa nie tylko nie została przegrana, ale już znów 

background image

posuwa  się  naprzód  i  to  bez  żadnego  wysiłku  z  jego  strony  (do  którego  zresztą  nie  byłby 
wówczas zdolny), ten przeskok niespodziewany wstrząsnął nim głęboko. 

Wśród uczuć, które w tej pamiętnej chwili miotały jego sercem, obok łatwo zrozumiałego 

wybuchu  uniesienia  i  radości,  po  raz  pierwszy  zrodził  się  podziw  dla  niemieckiej  potęgi  i 
odporności. A w ślad za nim obawa przed tą potęgą, z którą kiedyś być  może trzeba będzie 
walczyć jakże szczupłymi środkami. 

Jednocześnie ogarnięty zdumieniem nad szybkością odbudowy swego dzieła przez ludzi, 

których z takim trudem udało mu się przekonać, że dzieło to należy podjąć, doznał duchowej 
rozterki: wybrał sobie przecież „inną ojczyznę", inną organizację społeczną, inny świat pojęć; 
a gdy pomyślał, że w jego żyłach płynie krew niemiecka, musiał bronić  się przed uczuciem 
dumy. 

Odłożywszy  na  później  analizę  tych  swoich  wewnętrznych  konfliktów,  zaczął 

natychmiast  działać.  Lecz  prawie  równocześnie  z  nim  zaczęło  działać  owo  fatum  stające  w 
poprzek ludzkich zamierzeń. 

Zaledwie  rozpoczęta  budowa  drugiego  z  rzędu  sterowca  L-59  została  nagle  przerwana 

wskutek zawalenia się stropu hali montażowej. 

Pogięty i połamany szkielet kadłuba, na pół wykończoną gondolę i dwa silniki wyrzucono 

do starego składu jako złom. 

Wtedy  warsztaty  w  Staaken  otrzymały  pilne  zamówienie  na  budowę  trzeciego  sterowca 

L-59 i pracując na trzy zmiany, wykończyły go w rekordowym czasie dwóch tygodni. 

Niemiecka organizacja raz jeszcze zatriumfowała. 
Gorzej  było  co  prawda  z  zebraniem  odpowiednich  zapasów  sanitarnych  i  medycznych; 

brak surowców już wówczas bardzo dotkliwie dawał się odczuwać w Niemczech. Niektórych 
środków lekarskich w ogóle nie można było dostać. Za to broń i amunicja zostały dostarczone 
na czas w ilości i wykonaniu jak najlepszym. 

Trzeciego  listopada  L-59  pod  dowództwem  komandora  Eckholta  i  z  całą  dawną  załogą 

wystartował  ze  swego  macierzystego  portu  Staaken,  przeleciał  przy  dobrej  pogodzie  nad 
Śląskiem  i  Czechami,  minął  Budapeszt  i  nad  doliną  Dunaju  dotarł  do  Swisztowa,  po  czym 
wykręcił  na  południe,  wzbił  się  na  wysokość  dwóch  tysięcy  metrów  i  przeleciawszy  nad 
szczytami gór, opuścił się w dolinę Tundży. 

Po dwudziestu sześciu godzinach lotu załoga ujrzała lotnisko w Jamboli przykryte lekką 

pierzyną  śniegu  i  czarny  drewniany  hangar,  który  miał  się  stać  schronieniem  sterowca  na 
krótki okres czasu przed dalszą podróżą. 

L-59  wylądował  niemal  bez  pomocy  z  ziemi,  ponieważ  nie  spodziewano  się  go  tak 

wcześnie. Tylko dzięki przypadkowej obecności pułkownika Michajłowa na lotnisku zdołano 
na czas zebrać kilkudziesięciu żołnierzy, którzy pod kierunkiem Grassa wprowadzili balon do 
hangaru. 

Kilka  dni  następnych  zeszło  na  przygotowaniach  do  wielkiego  przelotu.  Eckholt 

uzupełniał  zapasy  benzyny  i  smarów,  przeprowadzał  inspekcje  i  drobne  naprawy, 
kompletował mapy i studiował komunikaty meteorologiczne. 

Te ostatnie były bardzo niepewne i trudne do zdobycia: sieć stacji meteorologicznych w 

Bułgarii  właściwie  nie  istniała.  Posterunki  nie  były  wyposażone  w  odpowiednie  przyrządy, 
wydawały  komunikaty  opóźnione  i  często  mylne.  Trudno  było  porozumieć  się  z  władzami, 
które bynajmniej nie zdradzały gorliwości w spełnianiu poleceń niemieckiej kwatery głównej 
i robiły nieuzasadnione trudności. 

Tylko  ze  strony  Micliajłowa  mogli  liczyć  na  pomoc  i  poparcie.  Pułkownik  nudził  się  w 

małym garnizonie; przybycie sterowca stało się dla niego źródłem rozrywek. 

background image

Woził  Knolla  swoim  rozklekotanym  samochodem  po  okolicy,  a  ilekroć  zachodziła 

potrzeba  osobiście  interweniował  w  urzędach,  składach  i  u  władz  administracyjnych.  Był 
niesłychanie gościnny, lubił wypić i wtedy stawał się wylewny i serdeczny. 

Gdy już wszystko było gotowe i tylko przewlekły okres niepogody trzymał załogę i balon 

na miejscu, Knoll stał się codziennym gościem pułkownika. Starał się oszukać czas w długich 
rozmowach  ze  starym  żołnierzem  i  niewielkim  wysiłkiem  podsycał  dyskusję,  która  zwykłe 
przechodziła w końcu w monolog Michajłowa na temat wojny. 

Doktor  słuchał  albo  raczej  udawał,  że  słucha  i  zatapiał  się  we  własnych  myślach. 

Wyrywało  go  z  nich  nagłe  przypomnienie  o  chwili  obecnej  i  wtedy  biegł  na  lotnisko 
zdenerwowany  i  niecierpliwy,  z  zawodną  nadzieją,  że  może  wreszcie  dziś  w  nocy,  może  o 
świcie odlecą na południe... Tak mijały dni. 

Hangar zaciekał nieustannie, mgły włóczyły się nad rzeką i po rozkisłych drogach między 

polami. Massendorf spał jak niedźwiedź, Grass zalecał się do córki burmistrza, Eckholt klął, 
podoficerowie  grali  w  karty  lub  naprawiali  nie  dający  się  uszczelnić  dach  hangaru.  Knoll, 
który przedtem nigdy nie chorował, z wyjątkiem tego jednego wypadku kiedy poznał M'Bayę, 
teraz miał uczucie, że kona po długiej niemocy, bez żadnej nadziei wyzdrowienia. 

W  takich  warunkach  trzynastego  listopada  Eckholt  zarządził  wyprowadzenie  sterowca  z 

hali wśród gęstej mgły i śniegu prószącego ospale od wczesnego rana. 

Komunikat z Burgas zapowiadał nad Morzem Czarnym wyż baryczny i pogodę na trasie 

w kierunku morza Marmara i Turcji. 

Silniki  były  już  w  ruchu.  Eckholt  kazał  odciążyć  przód,  następnie  zaś  równomiernie 

wylewać część balastu, aby startować niemal pionowo i przebić się od razu przez mgłę, gdy 
wskutek  nieostrożności  Grassa  i  złej  obsługi,  na  ziemi  tylna  gondola  silnikowa  uderzyła  o 
powierzchnię lotniska, zginając zastrzały i rwąc stalowe taśmy usztywniające. 

Trzeba było zaniechać startu i wprowadzić sterowiec z powrotem do hangaru. 
Eckholt  i  Massendorf  ze  wszystkimi  mechanikami  zabrali  się  gorączkowo  do  naprawy 

uszkodzenia.  Grass  z  Knollem  przy  pomocy  Michajłowa  szukali  części  zamiennych  łub 
warsztatu, który mógłby je wykonać na zamówienie. 

Okazało się, że czegoś podobnego nie ma ani w Burgas, ani w Warnie, ani nawet w Sofii 

i że trzeba będzie sprowadzić nowe zastrzały z Niemiec. 

— To potrwa ze dwa tygodnie — oświadczył pułkownik. 
Przez  cztery  następne  dni  pogoda  była  słoneczna  i  ciepła.  Massendorf  w  tym  czasie 

harował jak wól: zakładał niewielką fabrykę w Jamboli. Jego ludzie robili odlewy z duralu i 
dźwigary z nitowanej blachy. Warczała stara, zardzewiała tokarnia sprowadzona aż ze Sliwna 
i kuły młoty w kuźni miejscowego kowala. 

Siedemnastego o świcie po całonocnym montażu gondola była gotowa. 
Pogoda  jeszcze  trwała,  choć  na  południu  przeciągały  chmury  i  zrywał  się  wiatr.  L-59 

wyłonił  się  z  hangaru  obciążony  pełną  miarą  balastu  i  paliwa,  z  odsłoniętymi  karabinami 
maszynowymi  i  opuszczonymi  szybami  gondoli  nawigacyjnej.  Powłoka  jego  była  sucha, 
dobrze naciągnięta i lśniąca nowością, jakby przed chwilą dopiero opuścił stocznię. 

Start odbył się normalnie. 
Michajłow  stał  pod  masztem  portu  na  czele  kompanii  wojska  i  salutował  odlatujących. 

Żołnierze prezentowali broń. Na maszt wspięła się biało-zielono-czerwona flaga i łopotała na 
wietrze. 

L-59  wziął  kurs  88  stopni  i  poszybował  w  kierunku  Burgas,  mając  wiatr  południowy  z 

prawej burty. 

Wkrótce  minęli  Wzgórze  Zbawiciela  wyrastające  samotnie  z  gładkiej,  opadającej  ku 

wschodowi równiny i ciągle nabierając wysokości ujrzeli ciemną linię morza. 

background image

Okrążyli miasto i port od południa i weszli nad  płaszczyznę  wody, lecąc równolegle do 

brzegu. 

W  ten  sposób,  zataczając  wielki  łuk,  aby  ominąć  Morze  Egejskie  i  ukryte  w  jego 

północnej  stronie  eskadry  nieprzyjacielskich  samolotów,  dotarli  do  wybrzeża  Tracjj, 
przelecieli  nad  wąskim  pasem  lądu  i  znaleźli  się  po  drugiej  jego  stronie  nad  morzem 
Marmara. 

Było  pół  do  jedenastej,  gdy  Eckholt  zmienił  kurs  na  210  stopni,  kierując  się  wprost  ku 

Pandermie. Ociepliło się znacznie i od brzegów małoazjatyckich zaczęły ciągnąć nad gładkim 
morzem obłoki, coraz większe i coraz niższe. 

L-59 sunął ponad nimi skąpany w blasku słońca, ale po upływie mniej więcej pół godziny 

wprost  na  drodze  balonu  pojawiła  się  druga  warstwa  chmur  leżąca  nad  pierwszą.  Ta  była 
jednolita,  gęsta  i  gruba;  sięgała  zapewne  trzech  albo  czterech  tysięcy  metrów,  podczas  gdy 
dolna jej powierzchnia tworząca brudnoszary pułap opadała do tysiąca pięciuset. 

Sterowiec wleciał pod tę pokrywę skłębionej pary i stopniowo opuszczał się coraz niżej w 

zacieśniającej się przestrzeni. 

Nad Pandermą wysokościomierz wskazywał siedemset metrów. Niższe obłoki skończyły 

się nagle jakby wessane przez niebo, które było brudne jak zadymiony sufit i tak bliskie, że 
grzbiet sterowca zdawał się orać w nim płytką bruzdę. 

Wtedy zaczął padać deszcz. Siekł po szybach gondoli i każda jego kropla rozpryskiwała 

się  na  szkle  jak  maleńki,  wybuchający  pocisk.  Gnał  poziomymi  falami,  zacinał  z  boków, 
zależnie od lekkich trawersów balonu raz z lewej strony, raz z prawej. Osiadał zimnym potem 
na  całej  powierzchni  sterowca,  spływał  drżącymi  strumykami  ku  rufie,  z  pomocą  nurtu 
owiewającego  powłokę  przedostawał  się  ciężkimi,  obfitymi  bryzgami  na  stery  i  porywany 
wiatrem tworzył u ich krawędzi przezroczyste grzebienie, warkocze i smugi wody. 

Eckholt,  stosownie  do  wskazówek  bułgarskiego  wywiadu,  nie  chciał  pokazywać  się  na 

zachodnim  wybrzeżu  Azji  Mniejszej,  gdzie  nieprzyjaciel  skoncentrował  kilka  eskadr 
wodnosamolotów  i  okręty  zaopatrzone  w  szybkostrzelne  działa  przeciwlotnicze.  Dlatego 
mimo  coraz  gorszej  pogody  i  przy  coraz  słabszej  widoczności  postanowił  lecieć  nadal  nad 
terytorium tureckim w głąb lądu, by dopiero w pobliżu Zatoki Smyrneńskiej wyjść nad morze 
i wziąć kurs na Samos i Rodos. 

Orientację na trasie ułatwiał tor kolejowy wiodący z Pandermy wąskimi dolinami rzek i 

przesmykami wśród gór aż do Smyrny. W tę ciasną gardziel, na której dnie wiły się szyny i 
do  której  otwierały  się  liczne  wyloty  jarów,  wąwozów  i  rozpadlin,  wpełzł  ostrożnie  L-59 
szumiąc pięcioma silnikami na zmniejszonych obrotach. 

Powietrzna cieśnina zwężała się raz po raz i Knoll stojąc u burty gondoli nawigacyjnej z 

niepokojem  śledził  grzbiety  górskie,  które  zdawały  się  zamykać  na  każdym  jej  zakręcie, 
zbiegając się ku sobie, jakby chciały zmiażdżyć boki sterowca. 

Nagle  przed  jednym  z  takich  zakrętów,  podczas  gdy  Eckholt  kazał  zmniejszyć  do 

minimum  obroty  śmigieł,  gdzieś  z  dołu,  spomiędzy  nędznych  zabudowań  wioski  huknęły 
strzały karabinowe. Usłyszeli je wszyscy, a Knoll, wychylony za burtę, dojrzał kępki dymu i 
zauważył postacie żołnierzy przemykające się między skałami. 

Eckholt zakomenderował: „Pełny gaz!" i „W górę!" Silniki zawarczały głośno; nic już nie 

było słychać prócz ich wytężonej pracy i szumu pędu za iluminatorami. 

Ale  niewątpliwie  z  ziemi  strzelano  nadal,  co  gorsza  zaś  strzelano  dosyć  celnie,  bo  z 

wnętrza  balonu  przyszedł  meldunek,  że  kule  podziurawiły  przepony  komór  gazowych  i  że 
czuć uchodzący gaz. 

background image

Tymczasem L-59 zanurzył się w chmury i znikł w ich osłonie. Gęsta, lepka i zimna mgła 

wdarła się do gondoli, przeniknęła do głównej galerii, otoczyła cały balon matową szarością, 
w której nie było nic widać. 

W  korytarzu  kilowym,  jak  we  wnętrzu  olbrzymiego  strychu,  wśród  krzyżujących  się 

belek  majaczyły  ciemne  sylwetki  mechaników  szukających  otworów  od  kul  w  powłokach. 
Światło żarówek rozpuszczało się w kłębach pary nie docierając do pokładu i tylko u samej 
góry omywało z mroku niewyraźne fragmenty nitowanych pierścieni i ścięgien. 

Na  zewnątrz  świat  zatkany  był  chmurami  jak  watą.  Pole  widzenia  nie  sięgało  zapewne 

nawet  kilku  metrów  i  dalszy  lot  w  tych  warunkach  stawał  się  w  górach  oczywistym 
szaleństwem. 

Po  upływie  długich  jak  wieczność  dziesięciu  minut  komendant  kazał  zmniejszyć  obroty 

silników,  tak  aby  ciąg  śmigieł  ustał  zupełnie,  i  rozstawiwszy  posterunki  alarmowe  na 
wszystkie strony, pozwolił wolno opadać w dół balonowi, aby wyjść z chmur poniżej pułapu. 

Sam stanął u dźwigni spustowych balastu i czekał. 
Knoll czuł, jak wiatr omiatający przełęcze i szczyty kołysze statkiem znosząc go tyłem i 

wykręcając w tę i ową stronę. 

Grass,  rozkraczywszy  nogi  i  wyciągając  chudą  jak  u  podskubanego  indyka  szyję,  stał 

przy  kole  steru  wysokości  gotów  do  gwałtownego  manewru  w  dół  lub  w  górę.  Obok  niego 
Feldbach  wspierał  się  na  uchwytach  koła  steru  kierunkowego  w  postawie  pełnej  swobody  i 
wdzięku,  które  cechowały  go  zazwyczaj  i  nie  opuszczały  nawet  w  chwilach  największego 
napięcia. Ta swoboda i pewna niedbałość mogła się wydać lekceważeniem sytuacji, ale Knoll 
wiedział,  jak  szybko  i  niezawodnie  bosman  potrafi  działać,  gdy  nagłe  niebezpieczeństwo 
wprawi w ruch ukryte sprężyny jego czuwającej świadomości. 

Massendorf  sapał  w  tubę  głównego  przewodu  akustycznego  i  ukradkiem  spoglądał  na 

pięć czerwonych tarcz tablicy sygnałowej, gotów na pierwszy alarm wesprzeć sterowiec siłą 
jego tysiąca dwustu koni mechanicznych. 

Reszta załogi skupiła się u luku wyjściowego. Widać było ich blade twarze i białka oczu 

błyskające w mroku galerii wypełnionej parą. 

L-59  opadał  z  wolna,  popychany  i  potrącany  prądami  wiatru  jak  potulny  przechodzień 

łokciami  sąsiadów  w  tłumie.  Strzałka  wysokościomierza  leniwie  chyliła  się  ku  najbliższej 
kresce podziałki, drgając lekko. 

— Siedemset metrów — mruknął Massendorf, gdy jej dotknęła. 
Chmury  kłębiły  się  miękko  i  łagodnie.  Wtem  odskoczyły,  wygięły  się  w  popłochu  nie 

nadążając nagłemu prądowi i wraz z uderzeniem wichru wpadły na gondolę. 

Wiatr  wymknął  się  z  jakiegoś  jaru  i  oszalały  swobodą  wyrżnął  na  oślep  w  lewą  burtę 

sterowca. Balon osunął się w odmęt powietrznej rzedzi, wyłonił się na okamgnienie z chmur i 
jak jeździec na siodło dźwignął się na powierzchnię nurtu. 

W  tej  samej  chwili  ktoś  krzyknął:  „Skała!"  Massendorf  nabrał  w  płuca  powietrza  i 

znieruchomiał czekając na rozkaz komendanta, Grass drgnął nerwowo i obejrzał się, a tylko 
Eckholt i Feldbach stali spokojnie, zorientowawszy się od razu, że alarm jest fałszywy. 

Balon z powrotem znalazł się w fałdach obłoków, które przyjęły go jak swoją własność 

upuszczoną przypadkiem i ukryły natychmiast zazdrośnie w puszystej, matowej bieli. 

Jednak  przez  ów  krótki  moment  Eckholt  zdołał  dojrzeć  na  wprost  obszerną  dolinę,  na 

której dnie płynęła rzeka i ciemniał las. Postanowił tam właśnie skierować balon, który coraz 
bardziej poddawał się wirom i podmuchom hulającym pomiędzy grzbietami gór. 

Padły  krótkie  rozkazy,  silniki  zawarczały  połową  mocy  i  przed  szybami  gondoli 

nawigacyjnej  na  wszystkie  strony  zaczęły  uciekać  welony  coraz  ciemniejszych,  mętnych 
oparów. 

background image

Po chwili można już było rozróżnić kontury lasu i przesuwających się opodal szczytów. 

Balon  szedł  pochylony  w  kierunku  wąskiego  wylotu  doliny  i  opadał  wciąż  niżej.  Deszcz 
rozpylał  się  na  szybach,  wiatr  wypadał  znienacka,  uderzał  wściekle,  mącił  równy  prąd 
płynący  z  południa  i  urywał  się  nagle,  pozostawiając  po  sobie  wiry  i  wądoły,  w  które  L-59 
zapadł ociężale, jakby już więcej nie miał z nich wypłynąć. 

Na pięciuset metrach Eckholt kazał otworzyć zawory balastów, aby powstrzymać dalsze 

opadanie  statku.  Na  razie  pomogło  to  o  tyle,  że  balon  wzniósł  się  nieco  i  można  go  było 
utrzymać  na  poziomie  samym  sterem.  Ale  gaz  uchodził  nadal  przez  prowizorycznie 
przyklejone  łaty  i  przez  otwory,  do  których  ludzie  nie  mogli  się  dostać.  Trzeba  było  znów 
otworzyć  krany  spustowe,  aby  woda  wolno  ciekła  ze  zbiorników,  przynajmniej  tak  długo, 
póki nie ustanie deszcz obciążający powłokę. 

Knoll z niepokojem myślał, że od chwili startu przebyli zaledwie czterysta osiemdziesiąt 

kilometrów,  a  sterowiec  stracił  już  znaczną  część  balastu  i  doznał  uszkodzeń,  które  groziły 
zupełnym  uniemożliwieniem  dalszego  lotu,  jeśli  pogoda  nie  polepszy  się  i  powłoka  nie 
wyschnie.  Przeklinał  turecki  oddział  wojska,  który  zapewne  przez  pomyłkę  ostrzelał  ich  w 
drodze. Na domiar złego wiatr wzmagał się i hamował prędkość rzucając ociężałym, statkiem, 
jak wartki prąd górskiej rzeki rzuca kłodą drzewa w wirach i skrętach nurtu. 

Koła  sterowe  biegały  w  lewo  i  w  prawo  między  dłońmi  pilotów  i  raz  po raz  przez  rury 

akustyczne szły rozkazy do silników lub do obsługi balastu na rufie. 

O drugiej po południu pod nieustannym deszczem balon osiągnął północny stok wyżyny 

Ak-Hissar  i  skierował  się  wprost  na  południowy  wschód,  ku  Smyrnie.  Jednak  nie  było  mu 
sądzone dotrzeć nawet do miasta Ak-Hissar tym razem. 

Pomiędzy  coraz  niższym  niebem  a  urastającą  w  dole  ziemią  robiło  się  ciasno. 

Wysokościomierz  wskazywał  wprawdzie  sześćset  pięćdziesiąt  metrów,  ale  było  to  sześćset 
pięćdziesiąt metrów nad poziomem lotniska w Jambołi, podczas gdy tu ciągle wznosząca się 
powierzchnia ziemi płynęła tuż pod gondolą. 

Eckholt obliczał, że od Ak-Hissar dzieli ich trzydzieści pięć do czterdziestu kilometrów, z 

wyniosłościami  sięgającymi  około  tysiąca  dwustu  metrów.  Przebywszy  je  mogliby  się 
opuścić  w  szeroką  dolinę  Gedz  Hal  spływającą  łagodnie  aż  ku  morzu.  Postanowił 
zaryzykować  i  przebić  się  tą  najkrótszą  drogą  przez  chmury,  poświęcając  prawie  połowę 
balastu. 

L-59  wypluwał  wodę  wszystkimi  spustami  i  parł  naprzód  całą  mocą,  zadzierając  łeb  ku 

górze.  Mimo  to  wznosił  się  bardzo  powoli.  Widocznie  strata  gazu  była  większa,  niż  to 
wykazywały niedokładne manometry. Grzbiety wzgórz zdawały się ocierać o spód gondoli, a 
statek  orał  brzuchem  przestrzeń  i  nie  znajdował  w  niej  dostatecznego  oparcia,  aby 
wydźwignąć się wyżej. 

Wreszcie  pozostało  zaledwie  tyle  balastu,  ile  go  trzeba  do  zrównoważenia  balonu  przy 

lądowaniu. Eckholt liczył wprawdzie na odciążenie w dalszej drodze przez ubytek benzyny i 
smarów,  ale  na  razie  nie  miał  już  nic  do  dyspozycji.  Góry  przed  nim  ginęły  w  obłokach, 
rosnąc nieustannie, i nieprawdopodobieństwem było przebyć je z tym obciążeniem, jakie miał 
na pokładzie, więc wreszcie z ciężkim sercem zdecydował się zawrócić. 

Wtedy  właśnie  nastąpiło  to,  czego  nie  mógł  przewidzieć  nie  mając  żadnych  danych 

meteorologicznych o Ak-Hissar i nie znając diabelskich właściwości wiatrów wśród tej grupy 
wysokich wzgórz, pociętych wąskimi jarami o stromych ścianach. Ani na chwilę zresztą nie 
stracił  głowy;  zaskoczony  znienacka,  natychmiast  zareagował  w  sposób  najwłaściwszy,  a 
doktor  Knoll  biorąc  po  raz  pierwszy  bezpośredni  udział  w  akcji  dowiódł,  że  bystrością 
orientacji i szybkością działania potrafi mu dorównać. 

background image

Tylko  oni  dwaj  zdawali  sobie  w  zupełności  sprawę,  jak  się  to  odbyło,  wszyscy  inni 

natomiast  przypuszczali,  że  sterowiec  uległ  rozbiciu,  a  jego  silnikowe  gondole  zupełnemu 
zmiażdżeniu. 

Tak więc w chwili kiedy Eckholt zdecydował się wydać rozkaz do zwrotu o 180 stopni w 

prawo,  z  jakiejś  bezdennej,  jak  się  zdawało,  otchłani  między  dwoma  nachylonymi  ku  sobie 
garbami gór wypadł wicher. Nie był to zwykły wiatr ani nawet wiatr sztormowy, który znają 
dobrze  wszyscy  lotnicy.  Przypominał  raczej  zaporę  wybuchających  pocisków  armatnich 
skoncentrowanych  na  krętym  szlaku,  który  tworzył  jego  łożysko.  Tylko  że  te  wybuchy  nie 
były tak głośne, jak eksplozje granatów, choć równie gwałtowne. 

Ten iście piekielny wicher wpadł na sterowiec z lewej burty i od razu wykręcił go rufą na 

północ, po czym porwał go z sobą w taniec. Wybuchał pod nim, pękał z boku, uderzał z góry, 
wodził go za nos i urwawszy się nagle strzelał znów jak bomba między sterami. 

Balon siadał na ogonie, stawał na łbie, tarzał się po kipiącym odmęcie powietrza jak pusta 

skrzynia  od  gwoździ  po  wzburzonych  falach  morza.  Trzeszczał,  zgrzytał  i  stękał  niby  wrak 
rozbijany  na  skałach  podwodnych,  rzygając  wodą  i  niemal  ocierając  się  o  ziemię,  by  zaraz 
potem wylecieć w chmury jak piłka kopnięta przez bramkarza. 

Załoga  trwała  w  nieustannym  wysiłku,  aby  nie  dać  zbić  się  z  nóg.  Ludzie  czepiali  się 

występów ścian, poręczy i klamer. Massendorf, niespokojny o silniki, usiłował przepełznąć na 
czworakach  do  tylnej  gondoli  i  zrulował  natychmiast  gdzieś  w  głąb  głównego  korytarza,  a 
Grass patrzył ogłupiałym wzrokiem na koło sterowe, które kręciło się samo raz w lewo, raz w 
prawo. Miał olbrzymiego guza na czole i rozcięty policzek. Eckholt usunął go na bok i sam 
ujął ster. Knoll chciał otworzyć podręczną szafkę apteczną, aby opatrzyć rannego, gdy nagły 
przechył pokładu rzucił go w tył. Szafka oderwała się od ściany i poleciała za nim, wysypując 
swą zawartość. 

W tej samej chwili wicher skonał i pod sterowcem otwarła się milcząca próżnia, w którą 

osunął się jak opadająca w dół winda. 

Silniki  zakrztusiły  się  i  zaczęły  pracować  nierówno,  kaszląc  i  przerywając.  Balonety 

stęknęły boleśnie, gdzieś rozdarła się tkanina z dreszczem zgrozy i zabulgotały ostrzegawczo 
zbiorniki. 

Nagle nastąpił wstrząs. Rufa gruchnęła o coś i odbiła się w górę, a przód pochylił się w 

dół. 

Knoll, który właśnie usiłował powstać, zatoczył się naprzód i wpadł na Feldbacha. Jakiś 

podoficer stojący przy luku wyjściowym runął na nich, pośliznąwszy się przez całą długość 
gondoli nawigacyjnej. Wewnątrz sterowca coś łamało się i trzeszczało. 

Potem  nastąpiło  drugie  uderzenie  i  łoskot,  który  większość  załogi  wzięła  za  odgłos 

miażdżonej gondoli silnikowej. 

Eckholt  zdołał  krzyknąć  w  tubę:  „Wszystko  stop!"  Knoll  zaś  strząsnął  z  siebie  obu 

leżących na nim podoficerów i stanął na równe nogi. 

Dopiero  przy  następnym  uderzeniu,  kiedy  Eckholt  zawołał:  „Zbiorniki  z  benzyną! 

Prędko,  zbiorniki!",  skoczył  do  luku,  aby  wykonać  jego  myśl  przy  pomocy  ludzi  z  wolnej 
wachty. 

Wbiegając  po  krótkim  trapie  usłyszał  jeszcze,  jak  komendant  woła:  „Nie  zwijać  tam 

anteny!" i wtedy pojął, że na razie przynajmniej gondola silnikowa nie została zgnieciona i że 
zdoła ją uratować, jeśli będzie działał dość szybko. 

Tymczasem silniki ścichły, pokład uniósł się nieco i balansował pochylony ku przodowi 

już tylko o jakie dwadzieścia stopni w stosunku do normalnego położenia. Ale rufa raz po raz 
uderzała o coś, czyniąc nieprawdopodobny hałas, a cały balon trząsł się od tych ciosów jak w 
śmiertelnych drgawkach. 

background image

Knoll  śpieszył  się.  W  pomieszczeniu  załogi  zastał  dziesięciu  ludzi  w  pogoni  za 

kuferkami, które wypadły z szafek i przetaczały się od grodzi do grodzi, wśród nieopisanego 
zgiełku  i  łoskotu,  rozsypując  swą  zawartość  na  wszystkie  strony.  Między  innymi 
przedmiotami  i  drobiazgami  dostrzegł  błyszczący  niklowany  gwizdek,  który  utknął  pod 
progiem. Schylił się, podniósł gwizdek i przyłożył do ust. 

Ostry,  przeszywający  trel  podziałał  natychmiast:  ludzie  ruszyli  za  Knollem, 

pozostawiając uporządkowanie tego rozgardiaszu na później. 

Zapasowe zbiorniki benzyny spadały przez otwór w rozciętej nożem powłoce i rozbijały 

się jak jajka o kilkanaście metrów niżej na skalistym stoku. Knoll zaczął od przedniej baterii 
rozumując  słusznie,  że  gdyby  odciążył  najpierw  rufę,  balon  mógłby  stracić  równowagę  i 
ześliznąć się na łeb nie mając żadnego oparcia, gdy tymczasem teraz wsparł się tylko mocniej 
na ogonie i nadal uderzał nim o skałę. 

Kiedy  dotarli  z  kolei  do  tylnej  grupy  zbiorników,  zastali  tam  już  Massendorfa,  któremu 

Eckholt wytłumaczył telefonicznie, o co chodzi. 

Przez  rozdartą  powłokę  widać  było  pogięty  i  obluzowany  maszt  anteny,  który  dziobał 

głazy na szczycie wzgórza, oplątując krzaki i zarośla całą siecią drutów. 

Massendorf  pracował  z  dwoma  mechanikami  i  klął  głośno,  krztusząc  się  od  mdłości. 

Galeria była pełna ulatującego gazu, a pomoc przybywała w samą porę, bo tamci trzej dusili 
się już z braku powietrza i nie mieli dość sił, aby zepchnąć ciężkie, blaszane beczki z łożysk. 

Połamany i poskręcany  maszt ledwie się trzymał szarpiąc powłokę i  gnąc okucia.  Lacla 

chwila mógł złamać się u samej nasady, wówczas zaś z tylnej gondoli silnikowej pozostałyby 
tylko strzępy. 

Gdy wreszcie dwa zbiorniki jeden po drugim stoczyły się w przepaść, rufa oddzieliła się 

od ziemi i wlokąc za sobą cały pęk splątanych gałęzi wykręciła z wiatrem. 

W  niespełna  cztery  godziny  później,  a  dokładnie  w  jedenaście  godzin  po  opuszczeniu 

lotniska, L-59 powrócił do Jamboli. 

Nikt  nie  spodziewał  się  jego  przybycia  i  port  tonął  w  zupełnych  ciemnościach.  Załoga 

balonu  ujrzała  tylko  światła  miasteczka  migoczące  w  mroku  jak  iskierki  w  popiele 
wypalonego ogniska. 

Wskutek uszkodzenia radiostacji i zerwania anteny Eckholt nie mógł zawczasu uprzedzić 

komendanta  garnizonu,  by  przygotował  obsługę  na  przyjęcie  statku.  Nie  chciał  również 
uczynić  tego  po  drodze,  zrzucając  meldunek  bądź  w  Konstantynopolu,  nad  którym 
przelatywał bardzo wysoko, bądź w Burgas, gdzie było już ciemno. 

Cel  wyprawy  i  postój  w  Bułgarii  miały  pozostać  w  granicach  możliwości  tajemnicą. 

Nawet  wojskowe  władze  tureckie  nie  były  uprzedzone  o  szczegółach  przelotu.  Zapewne 
dlatego L-59 został ostrzelany w pobliżu linii kolejowej Panderma—Ak-Hissar przez oddział 
tureckich żołnierzy. 

Dopiero przybywszy nad port lotniczy w Jamboli Eckholt zdecydował się porozumieć z 

ziemią  i  odpowiedział  na  gorączkowe  sygnały  świetlne  Michajłowa.  Nie  zamierzał  lądować 
przed  świtem  i  krążył  w  ciemności  nad  lotniskiem,  przeprowadzany  promieniem  jedynego 
reflektora, jaki tam się znajdował. 

Nad  ranem  Michajłow  sprowadził  kompanię  piechoty  i  sam  przyjechał,  aby  dowiedzieć 

się bliższych szczegółów o nieudanej wyprawie. 

background image

Zobaczył  sterowiec  pod  wiatrem  południowym,  nad  rzeką,  na  wysokości  stu 

pięćdziesięciu  metrów,  i  od  razu  zauważył,  że  L-59  musi  być  uszkodzony.  Powłoka 
marszczyła  się  i  falowała  na  całym  szkielecie,  powiewając  wielkimi  strzępami  w  kilku 
miejscach  u  spodu.  Jakiś  wiecheć  splątany  z  pogiętym  masztem  radiostacji  wlókł  się  wśród 
pajęczyn anteny za rufą. Balon płynął w powietrzu wolno, zadarłszy łeb w górę. Miał wygląd 
żałosny i zmęczony. 

Opuścił się na lotnisko, uderzył przednim amortyzatorem o ziemię i jęknął odbijając się 

ciężko, zanim żołnierze zdołali pochwycić jego liny i klamry. 

Potem wolno wpełzł do hangaru, drewniane drzwi zasunęły się za nim trzaskając głucho i 

Michajłow mimo woli pomyślał, że ten odgłos przypomina łoskot zamykanej trumny. 

Eckholt stał jeszcze przez chwilę przed hangarem na czele swoich ludzi, przemarzniętych 

i  śmiertelnie  zmęczonych.  Milczał  utkwiwszy  wzrok  w  ziemię  i  wysunąwszy  dolną  wargę. 
Wreszcie zaklął pod nosem i odwrócił się. 

— Niech pan zwolni na dziś całą załogę — powiedział do Massendorfa. 
Ludzie  rozeszli  się.  Massendorf  z  Knollem  i  Michajłowem  pojechali  na  poszukiwanie 

odpowiednio grubej ocynkowanej blachy do zrobienia nowych zbiorników, Grass ogolił się i 
podążył  w  kierunku  domu  burmistrza,  Eckholt  zaś  został  sam  na  sam  ze  sterowcem  i  aż  do 
południa nie opuszczał hangaru. 

Powrót do Jamboli nie wywarł większego wrażenia na większości załogi. Przyzwyczaili 

się  już  do  tego  portu  i  skłonni  byli  uwierzyć,  że  raczej  pozostaną  tu  na  zawsze,  niż  dolecą 
kiedykolwiek do owej Tanganiki, tak bardzo odległej, że prawie nierealnej i nieosiągalnej. 

Wprawdzie  nadal  uważali  L-59  za  sterowiec  lepszy  od  innych,  lecz  zadanie,  jakie  mu 

przypadło w udziale, wydawało im się po prostu niewykonalne. Zbutwiały drewniany hangar, 
lotnisko  z  jego  małymi  domkami  pomalowanymi  na  ochronny  kolor  „feldgrau"  i  wszystko 
dokoła  zdawało  się  stanowić  jedyne  właściwe  otoczenie  dla  balonu  skazanego  na  powolną 
agonię wśród tych przedmiotów chylących się ku upadkowi. 

Ogarnęło ich zniechęcenie i apatia. Przestali się spodziewać czegokolwiek i tylko postać 

Knolla,  pojawiająca  się  w  hangarze  lub  na  lotnisku  jak  chude  widmo  chybionego  czynu, 
budziła  w  nich  przelotny  niepokój,  zaprawiony  instynktowną  niechęcią  do  podejmowania 
nowych daremnych wysiłków, których ten człowiek był przyczyną. 

Eckholt, zdawszy naprawę uszkodzeń na Massendorfa, zamknął się w swojej kwaterze i 

na  pozór  przestał  w  ogóle  interesować  się  czymkolwiek.  Ale  Knoll,  który  potrafił  łamać 
wszelkie  zapory,  po  kilku  dniach  miał  możność  stwierdzić  naocznie,  że  kapitan  bynajmniej 
nie próżnuje: stosy map, wykresów i biuletynów piętrzyły się na stole w jego pokoju; siedział 
wśród nich i robił notatki. 

— Tym razem dolecimy — powiedział twardo, kiedy Knoll zapytał wprost o dalsze losy 

wyprawy. 

To  oświadczenie  na  jakiś  czas  natchnęło  doktora  otuchą.  Nie  był  sam:  mrukliwy 

Massendorf i komendant stali po jego strome w walce z losem. 

Ale przed wieczorem znów zaczął padać deszcz i Knoll, który już nic nie miał do roboty, 

zaczął  ulegać  nawrotowi  niecierpliwości,  która  nurtowała  go  od  dawna.  Czuł,  że  jest  Miski 
jakiegoś wybuchu i, aby się uspokoić, jak zwykle poszedł do Michajłowa. 

Siedzieli przy flaszce wina do późnego wieczora. Pułkownik, wygłosiwszy swoje zdanie 

o wartości Rumunii jako przeciwnika w toczącej się wojnie, zapadł w drzemkę i zapewne nie 
dosłyszał już ostatnich słów doktora, bo nic nie odrzekł. 

Knoll  siedział  wyciągnąwszy  nogi  daleko  przed  siebie  na  puszysty  dywan  i  wolno 

pociągał dym z cygara, którego koniec żarzył się w ciemności. 

background image

Zegar tykał miarowo, a przyczajona cisza zdawała się zapowiadać coś, co ma się stać za 

chwilę,  co  nadchodzi  nie  wiadomo  skąd,  niepowstrzymanie  i  nieodparcie,  co  czyha  na 
pierwszy szmer, aby nagle zacząć się dziać w niespodzianym zamęcie. 

Ta  pełna  oczekiwania,  napięta  cisza  nabierała  w  uszach  Knolla  coraz  wyraźniejszego 

rytmu. Grało w niej coś dawno znajomego, czego jeszcze na razie nie można było zrozumieć 
może  wskutek  odwyknięcia  od  sposobu  słuchania.  Ale  już  w  podświadomości  budziło  się 
wspomnienie. 

Ciemność  zdawała  się  drgać.  To  z  jej  głębi  szedł  ów  dudniący,  jednostajny  odgłos, 

wyznaczając coraz wyraźniej rytm głuchych uderzeń: 

Raz! — dwa, trzy! — raz! — dwa, trzy! 
Wezwanie — pomyślał Knoll. 
Reszta  przytomności  buntowała  się  w  nim  przeciw  przywidzeniom,  nie  mającym  nic 

wspólnego z otoczeniem i sytuacją. Ale wspomnienie ogarniało go coraz silniej, mącąc myśli. 
Pozwolił mu się unieść. 

Wydało  mu  się,  że  w  ciemności  majaczy  wysoka  nieruchoma  trawa  między  prostymi, 

gładkimi pniami drzew, które księżyc znaczy strzałami srebra rzucanymi poprzez gęstwinę i 
wbijanymi  w  mrok,  a  cisza  faluje,  gnąc  się  raz  po  raz  regularnym  upartym  dudnieniem 
tam-tamu. 

Gdy wśród nocy czarnej jak sadza lub zalanej rtęcią księżycowego blasku dobiegnie cię 

ten głos, czy jesteś sam, czy też otaczają cię towarzysze, wytężasz słuch, stajesz w pół kroku, 
zatrzymujesz  się  w  połowie  gestu  i  trwasz  nieruchomo,  póki  nie  przebrzmi  daleka  mowa 
bębnów. 

Czasami  nie  zapowiada  ona  nic  konkretnego:  jest  tylko  wyrazem  tęsknoty,  smutku  lub 

radości.  Czasem  stanowi  ostrzeżenie  o  grożącym  niebezpieczeństwie.  Czasem  staje  się 
hałasem  wojennej  wyprawy,  głosi  zwycięstwa  lub  klęski.  Czasem  opowiada  o  jakimś 
niezwykłym zdarzeniu lub uprzedza o zamierzeniach. Czasem wzywa pomocy. Czasem grozi. 
Czasem  wreszcie  niepodobna  jej  zrozumieć;  wówczas  z  pewnością  przeznaczona  jest  tylko 
dla jednych uszu. 

Noc  drga  czernią  i  srebrem,  pochyla  się  nisko  nad  puszczą  i  przeciąga  się  leniwie  nad 

stepem. Noc wypełnia kaniony, obsuwa się po tarasach, opada po skalistych zboczach wraz z 
bystrym  nurtem  rzek  i  słucha  ich  szumu,  gdy  rozbijają  się  na  kamiennych  progach.  Noc 
milczy patrząc przez zmrużone powieki, a rytm tam-tamu to słabnie, to wzmaga się, wnikliwy 
i uparty jak bicie pełnego tajemnic serca tej ziemi. 

Wtedy  bez  żadnego  uprzedzenia  odzywa  się  niespodzianie  jakiś  inny  bęben,  aby 

powtórzyć długie hasło. Po nim zaś jeszcze dwa dalsze i jeszcze trzy, i jeszcze dziesięć. 

Dudnią,  dalekie  i  bliskie,  roznosząc  dziwaczną  wieść  od  bagnistych  ujść  Rufidżi  i 

Ruwumy aż do Ruandy i Kenii; od Ugandy po Tanganikę i granice Konga. 

Tam-tamy  kacyków  i  kapłanów  ze  Wschodniego  Wybrzeża;  tam-tamy  czarowników 

Mrima  i  czarnych  chrześcijan  Wachuma  znad  Wielkich  Jezior;  półkoliste  bębny  Masajów  i 
Zulusów;  obciągnięte  skórami  gazeli,  puste  wewnątrz  pniaki  karłowatych  Batawana, 
plemienia z błotnistych puszcz Bangweolo... 

Raz!  —  dwa,  trzy!  —  raz!  —  dwa,  trzy!  —  jak  taneczny  krok  tysiąca  bosych  stóp  po 

ubitym klepisku; jak miarowy bas drewnianych cymbałów; jak werbel dzięciołów kujących w 
suche gałęzie. 

Dreszcz  przebiega  po  giętkich  kiściach  trzcin;  dreszcz  oczekiwania  wstrząsa  barkami 

zuluskiego  wojownika;  dreszcz  trwogi  opanowuje  kolana  przedsiębiorczego  Suahela, 
handlarza skór i kości słoniowej. 

background image

I nagie coś, na co zdawały się oczekiwać uprawne pola i plantacje, gaje palmowe i lasy 

mangrowców,  parujące  moczary  i  wyschłe  stepy,  przed  czym  drżały  zaczarowane  rozmową 
tam-tamów  stada  słoni,  ociężałe  nosorożce  u  wodopojów,  łagodne  hipopotamy,  żyrafy 
odpoczywające wśród akacji, lwy, pantery i bandy małp — coś przerażającego, co musiało się 
stać  i  już  rodziło  się  w  ciemności  nocy,  wybucha  piekielnym  wrzaskiem  w  przestrzeni. 
Wydaje  się,  że  niebo  pęka  na  części,  że  rozpada  się  ziemia  i  wszystkie  jej  głosy  naraz 
uderzają w noc, niwecząc porządek świata i burząc na zawsze wielką harmonię przyrody. 

A wezwanie tam-tamów nie ustaje. 
Raz!  —  dwa,  trzy!  —  raz!  —  dwa,  trzy!  —  warczą  bębny  między  wybuchami  ślepej 

burzy, która przeciąga nad Czarnym Lądem. 

Knoll otworzył oczy i od razu oprzytomniał. Wprawdzie dwa ostatnie uderzenia zegara, 

który  bił  siódmą,  wydały  mu  się  równie  hałaśliwe  jak  huk  grzmotów,  które  słyszał  przed 
chwilą,  lecz  jednocześnie  zacinający  się  rytm  wahadła  zgodny  z  werblem  tam-tamów 
dostatecznie wyjaśnił mu dźwiękową osnowę sennych majaczeń. 

Michajłow ziewnął głośno, przeciągnął się i wstał. 
— Zapomina pan o Serbii, doktorze — powiedział na pozór zupełnie bez związku, tak że 

Knoll dopiero po dłuższej chwili zrozumiał, iż zdanie to dotyczyło poprzedniej rozmowy na 
tematy polityczne. 

Starał  się  uporządkować  rozpierzchłe  myśli,  aby  dać  jakąś  rozsądną  odpowiedź,  gdy 

rozległo się pukanie do drzwi. 

— Wejść — powiedział pułkownik. 
W smudze światła na progu stanął Eckholt. 
— Czy jest tu kapitan Knoll? 
— Jestem — odpowiedziano mu w mroku. — Jest także pan pułkownik. 
Eckholt zdawał się nie zwracać uwagi na tę ostatnią informację. 
—  Niech  pan  idzie  ze  mną.  Niech  pan  zaraz  idzie  —  zwrócił  się  do  niewidocznego 

Knolla. 

Michajłow  wstał  i  zapalił  lampę.  Knoll  przy  blasku  zapałki  dojrzał  zaczerwienioną  od 

wiatru twarz i błyszczące gorączkowo oczy Eckholta. 

Coś się stało — pomyślał zaniepokojony. 
Komandor  z  roztargnieniem  usprawiedliwiał  swoje  nagłe  wtargnięcie  do  prywatnego 

mieszkania  i  naglił  do  pośpiechu.  Michajłow  z  wrodzoną  delikatnością  nie  pytał  o  nic,  nie 
próbował ich zatrzymać. 

—  Odeślę  panów  samochodem  —  powiedział  uprzejmie  i  wyszedł,  aby  wydać 

rozporządzenia. 

Eckholt chodził nerwowo tam i z powrotem. Knoll milczał, pełen niepokoju. 
— Dobra czy zła wiadomość? — zapytał wreszcie. 
— Zła i dobra: dwie — odrzekł kapitan. — Kurier z Berlina — dorzucił zatrzymując się 

nagle. — Jutro musimy odlecieć. Powiem panu wszystko na miejscu. 

Michajłow wrócił. Eckholt ani słowem nie wspomniał o zamierzonym starcie, więc Knoll 

na pytanie pułkownika, czy zobaczą się nazajutrz, odpowiedział twierdząco. 

—  Dobrze  pan  zrobił  —  szepnął  Eckholt,  gdy  siadali  do  samochodu,  —  Nikt  nie 

powinien o tym wiedzieć aż do ostatniej chwili. Najlepiej byłoby zniknąć stąd zaraz, zupełnie 
po cichu. 

Przybyli  na  lotnisko  około  dziewiątej  i  odesłali  samochód.  Eckholt  wpuścił  doktora 

przodem i zamknął drzwi na klucz. Nie zdejmując płaszcza i czapki otworzył żelazną kasetę i 
wyjął złożony we czworo arkusz zapisanego ołówkiem papieru. 

background image

— Odszyfrowałem to sam — rzekł, podając arkusz Knollowi. — Niech pan czyta. 
Pismo  zawierało  wiadomość,  że  cel  wyprawy  znany  już  jest  wywiadowi  angielskiemu. 

Flota  Śródziemnomorska  otrzymała  rozkaz  patrolowania  morza  między  Pireusem,  Kretą, 
Rodos,  Cyprem  i  Bejrutem.  Eskadry  lotnicze  w  Chios  czekają  w  pogotowiu.  Suez  i 
Aleksandria są pilnie strzeżone przez baterie nabrzeżne i przeciwlotnicze. 

Knoll  zasępił  się.  W  tych  warunkach  trudno  było  myśleć  o  dotarciu  do  brzegów  Afryki 

niepostrzeżenie,  tym  bardziej  że  właśnie  w  pierwszej  części  podróży  przeciążenie  sterowca 
uniemożliwiało lot na większych wysokościach, a spotkanie z nieprzyjacielem uzbrojonym w 
artylerię zenitową groziło zniszczeniem balonu. 

Mimo  tych  oczywistych  trudności,  które  na  pierwszy  rzut  oka  wydawały  się 

przeszkodami nie do przezwycięża, Eckholt uśmiechnął się triumfująco. 

— Droga wyjścia? - powtórzył pytanie Knolla. – Oto jest droga wyjścia! 
Rzucił na stół dwa czerwone zeszyty.   
- Radiotelegraficzny szyfr aliancki - wyjaśnił skandując każde słowo. 

background image

—  Trzydzieści  pięć  stopni  czterdzieści  minut  szerokości  północnej  i  dwadzieścia  sześć 

stopni jedna minuta długości wschodniej od Greenwich — zameldował podporucznik. 

—  Od  Greenwich,  od  Greenwich  —  powtórzył  z  grymasem  rudy  kapitan  o 

zaczerwienionych  oczach.  —  Myślałby  kto,  że  uczyli  pana  także  rachować  długość 
geograficzną od Pekinu albo od góry Ararat. 

Na  takie  przypuszczenie  młodziutki  oficer  nie  mógł  powstrzymać  się  od  ledwie 

dostrzegalnego uśmiechu. 

— Nie ma się z czego śmiać — zrzędził dalej jego zwierzchnik. — Nie rozumiem, co w 

tym może być śmiesznego. 35° 40' i 26° 1' powiada pan? 

— Tak jest, panie kapitanie. Ten ląd z bakbortu to wyspy Kamilonisi. 
— Wiem — uciął kapitan. — Trzeci raz od wczoraj. Przeszedł się kilka kroków tam i z 

powrotem po pokładzie. 

— I każą nam znów płynąć pełną mocą na wschód? 
— Tak jest, sir. 
Kapitan zaklął ze złością. Jego obwisłe policzki drgały od ruchu zwierających się szczęk. 
Zatrzymał  się  u  poręczy  i  patrzył  na  spokojne  morze  oświetlone  od  wschodu  niskim 

słońcem,  którego  bezpromienny,  wyblakły  dysk  widać  było  wyraźnie  przez  mętną  zasłonę 
oparów, jak przez przydymione szkło. 

Za  rufą  torpedowca  roztaczała  się  szeroka  bruzda  obrzeżona  pianą  i  gładka  pośrodku. 

Drobne fale odskakiwały od niej w popłochu, załamywały się na jej krawędziach i dopiero w 
oddali krzyżowały się z nią, przenikały przez jej; grzbiet, by wreszcie zwycięsko stratować i 
zatrzeć jej ślad tłumną inwazją. 

Po prawej stronie, w odległości półtorej mili widać było sylwetkę sąsiedniego torpedowca 

płynącego  w  tym  samym  kierunku.  Za  nim,  dalej  na  południe,  dymił  pierwszy  ze 
skrzydłowych okrętów liniowych eskadry. Na lewo, nieco w tyle, szły dwa lekkie krążowniki 
poprzedzające flagowy okręt admiralski. 

Było  chłodno.  Wiał  lekki  wietrzyk  ze  wschodu,  zamierał  raz  po  raz  i  wtedy  dym  z 

niskiego  komina  przewijał  się-wzdłuż  okrętu,  pozostawiając  za  rufą  ciemną  smugę  na  tle 
mlecznobłękitnego nieba. 

Podporucznik stał w postawie pełnej szacunku, oczekując na rozkaz dowódcy, i patrzył w 

stronę niewielkich wysepek wyłaniających się jedna za drugą daleko przed wąskim dziobem. 

Jego  zdaniem  dawno  należało  zmienić  kurs  i  płynąć-wzdłuż  ich  łańcucha,  jak  to  już 

dwukrotnie  tego  dnia  czynili,  kręcąc  się  w  pobliżu  archipelagu.  Ale  kapitan  ociągał  się-z 
wydaniem  tego  polecenia  i  przeżuwał  złość,  mrużąc  oczy  i  ruszając  szczękami,  co  było  u 
niego oznaką szczególnej: irytacji. 

background image

Niespodzianie zwrócił się do swego młodszego oficera-i zaczął mówić, a raczej mruczeć 

pod nosem, wysuwając brzuch naprzód. Wspinał się przy tym na palce, rozstawiwszy nogi, i 
opadał na pięty po każdym zdaniu. 

—  Nonsens,  oczywisty  nonsens!  Narażają  całą  flotę  dla  jakiegoś  głupiego  sterowca.  A 

niech sobie leci do wszystkich diabłów! Niewart jest jednej porządnej szalupy. Zresztą niech 
go  pilnują  na  lądzie.  To  błąkanie  się  między  polami  minowymi  albo  pod  nosem  okrętów 
podwodnych źle się skończy, jak mi Bóg miły. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby parę naszych 
pudel poszło na dno z dziurami pod linią wodną. Hę? 

— Tak jest, panie kapitanie — przyświadczył podporucznik. 
— Nie drzyj się pan. Nie jestem głuchy. Cała flota — monologował dalej nie patrząc na 

stropionego oficera — cała flota poruszona przez takie głupstwo! I gdzie u diabla go szukać? 
Hę? 

Tym razem podporucznik milczał z tej prostej przyczyny, że nie umiał odpowiedzieć na 

to pytanie. 

Kapitan  popatrzył  na  niego  zaczerwienionymi  oczyma  bez  rzęs  i  skrzywił  się 

pogardliwie. 

— Patrolowanie! — prychnął z ironią. — Trzydzieści mil, stop, zwrot, znów trzydzieści 

mil,  znów  zwrot  i  tak  w  kółko.  Naprzód,  w  tył  i  znowu  naprzód.  Niech  mnie  licho  porwie, 
jeżeli coś z tego rozumiem. Skąd ta depesza? 

—  Z  Condora,  panie  kapitanie.  Otrzymana  przed  kwadransem,  panie  kapitanie.  Czy 

zmienić kurs, panie... 

—  Do  pioruna!  —  wściekł  się  dowódca.  —  Przestań  pan  trzaskać  dziobem.  Zmień  pan 

kurs i niech to wszyscy diabli — dodał spokojniej. 

Podporucznik oddalił się. 
— Stary jest strasznie zły — poinformował drugiego oficera przy zmianie wachty. 
Płynęli  teraz  na  wschód,  blisko  brzegu,  w  szyku  torowym.  Torpedowiec,  opóźniwszy 

zwrot o kwadrans, znalazł się nieco w tyle i z boku od swojego właściwego miejsca w linii. 
Jego  maszyny  pracowały  na  pełnych  obrotach,  aby  nadrobić  czas  stracony.  Pokład  drżał 
lekko, a wąski dziób rozcinał morze z szumem i sykiem, odrzucając pieniste, chłodno lśniące 
grzebienie wody wysoko wzdłuż burt. 

Cała  eskadra  posuwała  się  w  milczeniu.  Obserwatorzy  wszystkich  okrętów  na  próżno 

przeszukiwali  niebo  w  nadziei  odkrycia  celu  dla  dział  i  karabinów  maszynowych.  Od 
dwudziestu czterech godzin okręty krążyły w pobliżu skalistych wysepek i brzegów. W nocy 
strefa patrolowania wyglądała jak olbrzymia granatowa kurtyna w srebrzyste pasy. To światła 
reflektorów  błądziły  po  niebie.  Przebijały  ciemność,  zaglądały  między  rzadkie  obłoki, 
zataczały koła, gasły i znów sięgały, w noc. 

Ale niebo było puste; nic nie wpadło w sieć świetlną, która przegarniała mroki. 
—  Stary  ma  rację  —  powiedział  drugi  oficer  z  namysłem.  .—  Od  czasu  zamknięcia 

Dardaneli niewiele mieliśmy do roboty, ale to zadanie może nas kosztować dosyć drogo. 

Potrząsnął  głową  i  przyczesawszy  dłonią  ciemną  czuprynę  poprawił  czapkę.  Dokoła  ust 

zwartych  stanowczo,  choć  dość  pełnych,  zarysował  się  na  jego  twarzy  wyraz  goryczy. 
Spojrzał  z  góry  na  podporucznika  (był  wysoki  i  rozrośnięty  w  barach;  przewyższał  go  o 
głowę) i mówił dalej półgłosem: 

—  W  dodatku  taki  sposób  patrolowania  do  niczego  nie  prowadzi.  Narażamy  się  tu 

bardziej na spotkanie min niż na pełnym morzu. A przyłapać sterowiec o wiele trudniej wśród 
wysp  niż  na  otwartej  przestrzeni.  Trudniej  też  manewrować  większymi  zgrupowaniami 
okrętów o różnej prędkości, niż po prostu rozstawić je łańcuchem. 

background image

— Pięknie, ale cóż ja temu jestem winien? — obruszył się podporucznik. — Wsiadł na 

mnie, jakbym był przyczyną tego wszystkiego. 

Jego starszy kolega uśmiechnął się pobłażliwie. 
—  On  już  taki  jest.  Nie  ma  ogłady  towarzyskiej  i  ujmującego  wyglądu,  ale  to  tęgi 

marynarz. Gdybyśmy służyli we Flocie Północnej, miałby okazję dowieść, ile jest wart. I my 
mielibyśmy też wiele okazji — dodał. 

Zamilkli,  bo  kapitan  nadchodził  właśnie  od  strony  rufy  swoim  charakterystycznym, 

szerokim  krokiem.  Wszedł  po  trapie  na  pomost,  rzucił  po  drodze  jakąś  uwagę  sternikowi, 
spojrzał  przelotnie  na  kompas  i  stanąwszy  opodal  zaczął  obserwować  przez  lunetę  horyzont 
na południu. 

W tej samej chwili z okrętu flagowego zasygnalizowano .„Baczność", a wkrótce potem z 

częścią  Floty  Śródziemnomorskiej  zaczęły  dziać  się  owe  niezrozumiałe  rzeczy,  wyjaśnione 
dopiero później dzięki przenikliwości rudego dowódcy torpedowca pierwszej linii. 

Flagowy  okręt  sygnalizował  w  dalszym  ciągu  i  drugi  oficer  mógł  sobie  powinszować 

zdolności  w  ocenie  sytuacji,  gdyż  zarządzenia  admirała  poszły  właśnie  po  myśli  jego 
wywodów wygłoszonych przed kilku minutami. 

Szyk miał być rozluźniony; powyznaczano stanowiska i rejony patrolowania: zarządzono 

łączność radiotelegraficzną, ponieważ odległości stały się zbyt duże, aby porozumiewać się za 
pomocą sygnałów optycznych. 

Następnie okręty zaczęły oddalać się od siebie i wkrótce znikły za horyzontem. 
Torpedowiec  płynął  z  wolna  dawnym  kursem,  aby  zająć  swoją  pozycję,  po  czym 

zastopował  i  kołysał  się  łagodnie  na  fali,  jak  drapieżnik  drzemiący  leniwie,  lecz  czujny  i 
gotów  rzucić  się  w  każdej  chwili  na  zdobycz.  Słońce  przygrzewało  coraz  mocniej.  Niebo, 
przetarte górnym południowym wiatrem, nabrało zwykłej szafirowej barwy. Dokoła panował 
spokój  przerwany  tylko  raz  dzwonem  okrętowym,  który  obwieścił  godzinę  dziesiątą  przed 
południem. 

Wtedy się zaczęło. Pierwszy sygnał radiotelegraficzny już sam przez się był dziwaczny: 

nakazywał  sformowanie  szyku  rozwiniętego  w  lewo,  ze  zmianą  kierunku  na 
północno-wschodni, na wysokości północnego cypla Karpathos. 

Kapitan, czerwony z irytacji, spiorunował radiotelegrafistę, ale sygnał został powtórzony 

w jego obecności. Nie mógł zrozumieć celu tego manewru, który ścieśniał pole widzenia całej 
eskadry  torpedowców  do  kilkunastu  mil  morskich  i  zwracał  ją  frontem  ku  wybrzeżu, 
wtłaczając między wyspy archipelagu Sporad, Rodos i Karpathos. 

Mimo  wszystko  należało  rozkaz  wykonać  i  torpedowiec  wykręcił  o  czterdzieści  pięć 

stopni na północ wraz z dwoma innymi, które zbliżyły się teraz znacznie. 

Wkrótce  na  prawo  i  na  lewo  wyłoniło  się  jeszcze  kilka  okrętów  zacieśniających  szyk. 

Wszystkie płynęły w kierunku nakazanej koncentracji. 

I oto nagle zahuczały brzęczyki wszystkich radiostacji gwałtownymi zapytaniami okrętu 

flagowego: 

„Dlaczego zmieniliście pozycję? Co się stało?" 
Podporucznik zrobił wielkie oczy: 
— Powariowali? 
Drugi oficer zapytał dowódcę o rozkazy. 
W  niesłychanym  zamieszaniu  nie  można  było  porozumieć  się  drogą  radiową.  W 

atmosferze zapanował chaos fal,, które pokrywały się wzajemnie i uniemożliwiały odbiór. 

— Przesygnalizować optycznie — warknął rudy kapitan. 
Meldunek poszedł w przestrzeń. 

background image

Po upływie kwadransa nadszedł nowy rozkaz: „Wrócić na swoje miejsca!" 
W ciągu następnej pół godziny panował względny spokój. Ale o jedenastej okazało się, że 

większość  okrętów  płynie  zupełnie  innym  kursem  niż  nakazany,  oraz  że  pozycje  ich 
bynajmniej nie zgadzają się z przewidywaniami dowództwa. 

Nie sposób było ustalić, jakie rozkazy wydano z okrętu flagowego, jakie zaś przyjęto na 

poszczególnych  jednostkach.  Nie  ulegało  już  jednak  wątpliwości,  że  między  patrolującymi 
okrętami  powstały  ogromne  luki,  przez  które  mógł  prześliznąć  się  nie  jeden  sterowiec,  lecz 
cała ich eskadra. 

Mniej  więcej  w  tym  samym  czasie  jeden  z  torpedowców  wyszedł  zupełnie  z  linii  i 

podpłynął  do  Condora  wywieszając  sygnał  z  żądaniem  osobistej  rozmowy  kapitana  z 
dowódcą eskadry. 

Zanim  mu  odpowiedziano,  nadeszła  z  Rodos  alarmująca  depesza,  że  widziano  tam 

sterowiec lecący w kierunku południowym na wysokości pięciu tysięcy metrów. 

Lecz  taka  sama  depesza  wysłana  została  z  Kato  Zakro  na  Krecie  przez  komendanta 

tamtejszej załogi. I tam widziano niemiecki sterowiec zdążający na południe. 

Gdy rudy kapitan torpedowca został przyjęty wśród tych niezwykłych okoliczności przez 

admirała,  sprzeczne  wiadomości  radiotelegraficzne  utwierdziły  go  tylko  w  powziętym 
podejrzeniu. Był zdaje się jedynym oficerem Floty Śródziemnomorskiej, który wówczas jasno 
zdawał sobie sprawę, jakim sposobem jeden i ten sam balon mógł w ciągu dziesięciu minut 
przelecieć nad dwiema miejscowościami odległymi od siebie o sto pięćdziesiąt mil. Nie miał 
wątpliwości,  że  był  to  tylko  jeden  sterowiec,  a  nie  dwa,  jak  początkowo  przypuszczano  w 
sztabie. 

Jego  wywody  zostały  natychmiast  potwierdzone:  radiostacja  z  Rodos  na  zapytanie 

Condora  kategorycznie  zaprzeczyła,  jakoby  miała  wysyłać  jakąkolwiek  depeszę  w  sprawie 
sterowca. 

Rudy  kapitan  o  szorstkim  obejściu  i  niewybrednych  manierach  mógł  teraz  liczyć  na 

awans.  To,  co  według  jego  teorii  dotyczyło  zdobycia  alianckich  szyfrów  przez  sztab 
nieprzyjacielski, znalazło swe uzasadnienie. 

Szyfr?  Ależ  naturalnie,  szyfr!  Od  paru  godzin  ten  sterowiec  nadaje  fałszywe  depesze  i 

rozkazy!  Siwowłosy  dowódca  eskadry  zawstydził  się,  że  zwykły  kapitan  z  torpedowca 
wyprzedził go w wypowiedzeniu tego domysłu, który wszystko wyjaśnił. 

— Winszuję panu przenikliwości, kapitanie — powiedział podając mu rękę. 
Ten  gest  znaczył:  „Może  pan  już  odejść",  ale  gburowaty  kapitan  zdawał  się  tego  nie 

rozumieć. 

—  Jeśli  mi  wolno  zameldować  —  zaczął  z  namysłem  wspinając  się  na  palce  i 

wystawiając brzuch w stronę admirała. — Jeśli mi wolno zameldować... 

Na twarzy dowódcy odbiło się zniecierpliwienie. Czas był drogi. Z Pireusu doniesiono, że 

niska  mgła  uniemożliwia  start  wodnosamolotów.  Sprawdzono  depeszę  z  Krety. 
Autentyczność  jej  nie  ulegała  kwestii.  Trzeba  było  wysłać  pogoń  za  wymykającym  się 
nieprzyjacielem, trzeba było coś przedsięwziąć, działać! 

Te  osły  —  admirał  niesprawiedliwie  myślał  tak  o  dowódcach  pancerników,  którzy 

wyprowadzeni w pole przez fałszywe depesze radiowe Niemców błąkali się gdzieś daleko na 
wschód od reszty eskadry — te osły przybędą tu najwcześniej za dwie godziny. 

Pozostawały do natychmiastowej dyspozycji dwa lekkie krążowniki i kilka torpedowców. 
—  Torpedowce!  —  żachnął  się.  —  Z  taką  artylerią  nie  ma  co  marzyć  o  dosięgnięciu 

sterowca... 

Kapitan milczał. Admirał obrzucił go przelotnym spojrzeniem. 
— A więc? 

background image

— Chciałbym powiedzieć to tylko waszej ekscelencji — wykrztusił. 
Adiutant pochwyciwszy ledwie dostrzegalny gest dowódcy ulotnił się. 
— Niech się pan streszcza, kapitanie — powiedział admirał. 
To nie było łatwe, choć  gadatliwość nie stanowiła największej wady rudego marynarza, 

który  poza  zwrotami  komendy  i  wybornym  repertuarem  przekleństw  nie  rozporządzał 
wielkim zapasem słów. Mimo to słuchano go z coraz większym zainteresowaniem. 

—  Zeppelin  przeleciał  koło  wschodniego  wybrzeża  Krety  —  zaczął  kapitan.  —  Ma  w 

górze wiatr przeciwny, ale i tak nikt go nie dogoni. Gdybyśmy mieli hydroplany... 

— Nie mamy ich — przerwał admirał. 
— Właśnie. Czy mógłbym wiedzieć, dokąd i po co on leci? 
Admirał zawahał się. 
—  Może  z  kolei  nabilibyśmy  ich  w  butelkę...  Chciałem  powiedzieć...  użylibyśmy 

podstępu — ciągnął dalej kapitan. — Nasz szyfr i tak jest już teraz bezużyteczny. Można by, 
hm... Ale muszę wiedzieć, po co go wysłano. 

—  Lecą do Wschodniej  Afryki Niemieckiej — odrzekł admirał po krótkim namyśle. — 

Jest  tam  niewielki  korpus  kolonialny,  na  pół  rozbity  i  zdezorganizowany.  Wiozą  zapewne 
broń i amunicję. Może rozkazy. Czy to panu wystarcza? 

Kapitan  ożywił  się.  Stanął  na  całych  stopach  i  pochylił  się  naprzód  tak,  że  jego  brzuch 

przestał celować w admirała. 

—  Odsiecz?  —  zapytał,  lecz  było  to  pytanie  retoryczne,  bo  natychmiast  sam 

odpowiedział sobie cichym gwizdnięciem. 

Jak  on  się  zachowuje!  —  pomyślał  z  niesmakiem  dowódca  eskadry,  ale  pominął 

milczeniem tę oznakę zrozumienia sytuacji. 

— Jeszcze jedno pytanie — wspiął się znów po swojemu na palce rudy wilk morski. — 

Jeszcze jedno pytanie: czy w Niemczech wiedzą, co się tam dzieje? Mam na myśli to, co się 
dzieje w owej kolonii, w Afryce. 

—  Coś  niecoś  zapewne  wiedzą.  Wiedzą,  że  ich  korpus  kolonialny  jest  poważnie 

zagrożony. 

— To dobrze. Nie dogonimy tego sterowca okrętami. Hydroplanów nie ma. Ale może go 

dogonić  depesza.  Nawet  nie  dogonić,  ale  przegonić.  Chcę  powiedzieć,  że  może  go  nawet 
spotkać. 

— Jak pan to rozumie? — spytał admirał. 
— Mam na myśli depeszę radiową — powiedział kapitan opadając na pięty. — Angielską 

albo francuską. Naturalnie szyfrowaną. 

— Zamierza pan nakazać załodze sterowca, aby zawróciła z drogi? — poddał ironicznie 

dowódca eskadry. — Tracę czas z tym bałwanem — pomyślał z irytacją. 

Ale rudy oficer odpowiedział zupełnie serio: 
—  Tak,  coś  w  tym  rodzaju,  ekscelencjo  —  i  to  naiwne  zdanie  rozbroiło  ekscelencję 

zupełnie. 

— Myśli pan, że zawrócą? — powiedział żartem. 
—  Przypuszczam.  Nie:  jestem  pewien,  że  zawrócą.  Było  coś  zastanawiającego  w  tej 

pewności  siebie,  z  jaką  przemówił  tym  razem.  Admirałowi  przez  chwilę  zaświtała  myśl,  że 
dowódca torpedowca zwariował ogarnięty nagle manią wielkości po dokonanym przez siebie 
odkryciu.  Potem  przyszło  mu  do  głowy,  że  nieokrzesany  marynarz  pozwala  sobie  na 
idiotyczny żart. Ale odrzucił zaraz oba te przypuszczenia. Nie, ten człowiek nie wyglądał ani 
na  szaleńca,  ani  na  bezczelnego  kpiarza.  Nie  był  też  głupcem;  dowiódł  tego  swą 
przenikliwością przy rozwiązaniu zagadki sprzecznych rozkazów podczas patrolowania. 

background image

No, no — powiedział sobie admirał — nie jest chyba także geniuszem? Ale czymże jest 

w takim razie?! 

—  Depeszę  taką  można  by  wysłać  na  przykład  z  Port  Saidu  albo  z  Suezu  —  ciągnął 

człowiek,  którego  nie  uważano  ani  za  głupca,  ani  za  geniusza.  —  Pewnie  lepiej  z  Suezu; 
powinni lecieć tamtędy. 

Dowódca floty nie mógł tego słuchać spokojnie. Zaczął spacerować tam i z powrotem. 
O  co  mu  właściwie  chodzi?  —  zadawał  sobie  pytanie.  —  Niezupełnie  pana  rozumiem, 

kapitanie — powiedział swobodnie. — Jaką depeszę chce pan wysłać z Suezu? 

—  Trzeba  ją  będzie  zredagować  tutaj.  Do  Port  Saidu  mamy  kable  telegraficzne  z  kilku 

portów.  Nie  trzeba  nawet,  czekać  na  nowy  szyfr:  żaden  szpieg  teraz  nie  może  zawiadomić 
sterowca, co się święci. Wystarczy dać rozkaz komendantowi garnizonu w Suezie, aby treść 
otrzymanej  depeszy  nadał  ze  swojej  radiostacji.  Dziewięćdziesiąt  na  sto,  że  sterowiec  ją 
złapie. 

— I zawróci? 
—  Zawróci.  Cóż  innego  mu  pozostanie?  Chyba  że  skapu...  chciałem  powiedzieć...  e... 

zwąchają, o co chodzi. Ale to mało prawdopodobne. 

— Przyznam się panu, że ja sam jeszcze nie wiem, o co chodzi. 
Kapitan  wytrzeszczył  oczy  w  niemym  zdumieniu.  Teraz  on  z  kolei  pomyślał,  że 

ekscelencja żartuje. 

— Jak to? — zapytał. 
—  Co  u  wszystkich  diabłów  może  ich  skłonić  do  odwrotu?!  —  ryknął  admirał  nie 

panując już nad sobą. 

Dowódca  torpedowca  stropił  się.  Nie  przywykł  do  tego,  aby  na  niego  krzyczano. 

Pośpiesznie  zrewidował  w  myśli  swój  plan  i  nie  znalazł  w  nim  nic  takiego,  co  mogłoby 
wydać się oburzająco  głupie. Widocznie pytanie admirała dotyczyło istoty  rzeczy i nie było 
wyrazem krytyki. 

Ośmielony  tym  wnioskiem  jął  raz  jeszcze  wszystko  wykładać  w  porządku,  jak  mu  się 

zdawało, najlogiczniejszym. Ale w głębi ducha pozwolił sobie zauważyć, że „tym wyższym 
oficerom z admiralicji każdą rzecz trzeba łopatą wkładać do głowy". 

—  To  jest  tak  —  mówił.  —  Gdy  idę  moim  torpedowcem,  dajmy  na  to  z  Londynu  do 

Calais  i  po  drodze  dowiaduję  się,  że  w  Calais  usadowiła  się  flota  niemiecka  i  że  port  jest 
zdobyty,  co  wtedy  robię?  Pytam  o  rozkazy.  Ale  jeśli  nie  mogę  zapytać,  bo  nie  mam  kogo? 
Zawracam.  Zawracam  do  Londynu,  naturalnie,  albo  do  najbliższego  własnego  portu.  A  ten 
sterowiec  ma  najbliższy  port  własny  bądź  co  bądź  w  Europie.  Więc  musi  biegać...  e...  chcę 
powiedzieć,  że  musi  lecieć  przez  Morze  Śródziemne  albo  ostatecznie  przez  Turcję.  W 
każdym razie zawróci. 

Admirał nagle doznał olśnienia. Więc to był ów podstęp! 
Patrzył teraz z podziwem na śmiesznie nadętą postać rudego kapitana i nie przerywał już 

jego mozolnej przemowy, gdy ten biedził się dalej, aby wyjaśnić do końca rzecz całą. 

—  Naturalnie  załoga  tego  choler...  tego  balonu,  co  nas  wodził  za  nos  po  całym  Morzu 

Kreteńskim  przez  trzy  godziny,  nie  da  się  tak  łatwo...  hm...  oszukać.  Wiadomość  musi  być 
całkiem all right. Poda się ją szyfrem, dajmy na to, z Suezu do jakiegoś naszego pancernika, 
który właśnie stanie na kotwicy u północnego wybrzeża Afryki. Że niby już po wszystkim i 
żeby się wstrzymał z odpłynięciem do Zanzibaru, dajmy na to. Wtedy co? Port zajęty; nie ma 
gdzie lądować i hajda z powrotem, no nie? 

Teraz  cały  plan  jasno  zarysował  się  w  umyśle  admirała.  Kwestia  wysłania  depeszy 

kablowej  z  instrukcjami  do  francuskich  i  angielskich  radiostacji  wojskowych  w  Afryce  nie 
nastręczała trudności. Nie można było wysłać jej drogą radiową, gdyż niewątpliwie zostałaby 

background image

przejęta  przez  załogę  balonu,  która  posiadała  klucz  szyfrowy.  Ale,  jak  słusznie  rozumował 
kapitan  torpedowca,  użycie  zwykłego  telegrafu  usuwało  tę  przeszkodę,  gwarantując  tajność 
instrukcji. 

Dalszy rozwój akcji narzucał się sam przez się. Niemiecki sterowiec z pewnością obierze 

trasę najbezpieczniejszą i nie będzie przelatywał nad żadnym z garnizonów afrykańskich. Nie 
będzie  jednak  również  zbytnio  nakładał  drogi.  Jego  stacja  odbiorcza  musi  być  cały  czas 
czynna,  aby  o  ile  możności  uprzedzić  załogę  o  niebezpieczeństwach  zasadzek  lub  pogoni, 
jeśli tego rodzaju rozkazy i wiadomości zostaną przesłane tą drogą w głąb lądu. 

I oto radiotelegrafista sterowca przejmuje depeszę wysłaną z dowództwa armii angielskiej 

lub  portugalskiej  we  Wschodniej  Afryce  Niemieckiej;  depeszę,  którą  kolejno  podają  sobie 
wszystkie radiostacje aliantów, że kolonialny korpus niemiecki został zlikwidowany. Depesza 
ta  nosi  wszelkie  znamiona  wiadomości  autentycznej:  skierowana  jest  do  Dowództwa  Floty 
aliantów w celu wstrzymania rzekomo zamierzonego desantu ich  wojsk w jednym z portów 
niemieckiej kolonii. 

Oczywiście,  komendantowi  sterowca  nie  pozostaje  nic  innego,  jak  zawrócić.  Nie  ma  on 

możności  porozumieć  się  z  kimkolwiek  i  sprawdzić,  czy  rzeczywiście  klęska  Niemców  jest 
zupełna. Zresztą depesza nie powinna obudzić żadnych jego wątpliwości. 

—  Dobrze  —  powiedział  głośno.  —  Zastanowię  się  nad  tym  projektem.  Nie  potrzebuję 

chyba dodawać, kapitanie, że nie powinien pan nikomu o nim wspominać. 

— Rozumiem — odparł kapitan i jego bezrzęsne oczy strzeliły chytrym błyskiem. 
Nie odchodził jeszcze. 
— Chciałbym prosić... — zaczął niepewnie. 
— Naturalnie, może pan wyrazić swoje życzenia. Zostaną spełnione w miarę możności. 

Jeśli chodzi o urlop lub coś w tym rodzaju, to mogę pana zapewnić... 

— Nie — przerwał rudy kapitan z odcieniem urazy. — Chciałem prosić, żeby mi wolno 

było  odwieźć  depeszę  do  miejsca,  skąd  zostanie  wysłana.  Mój  okręt  jest  szybki  i  może 
odpłynąć natychmiast. 

Tego samego dnia przed zachodem słońca torpedowiec wchodził do portu, a  L-59 mijał 

trzydziesty pierwszy równoleżnik, zbliżając się do północnego wybrzeża Afryki. 

Niebawem z okrętu rzucono trap na kamienne nabrzeże, a gruby kapitan o rzadkim rudym 

zaroście  z  niewiarygodną  szybkością  popędził  na  swych  krótkich  nogach  w  kierunku 
kapitanatu. 

Wylegitymowawszy  się  przed  władzami,  na  podstawie  pisemnego  rozkazu  Dowództwa 

Zjednoczonej  Floty  Śródziemnomorskiej  zażądał,  by  pozwolono  mu  nadać  osobiście  długą 
szyfrowaną depeszę kablową. 

Pełnomocnictwa, które posiadał, sprawiły, że natychmiast przerwano wszelkie połączenia 

i odłożono całą korespondencję telegraficzną, aby uczynić zadość temu żądaniu. 

Tajemnicza  depesza  poszła  przez  morza  i  nikt  nawet  nie  wiedział  dokładnie,  dokąd 

została skierowana. 

Tymczasem z pokładu sterowca dostrzeżono brzeg. 
Grass  zdążył  jeszcze  wziąć  jego  namiar  przy  niskim  słońcu,  którego  ognistą,  miedzianą 

tarczę lizały czubki fal morskich. Obliczył pozycję i zapisał ją w dzienniku nawigacyjnym, po 
czym,  ponieważ  skończył  tego  dnia  służbę,  demonstracyjnie  przeszedł  obok  Knolla  i 

background image

Eckholta,  którzy  stali  przy  burcie  patrząc  na  wyłaniającą  się  ziemię,  i  zamknął  się  w  swej 
kabinie. 

Nikt  nie  przejmował  się  jego  niezadowoleniem  i  brakiem  zainteresowania  dla 

afrykańskiego lądu, jeśli nie liczyć krótkiej uwagi Eckholta. 

— Ten smarkacz dąsa się na pana, doktorze. 
Istotnie  Grass  uważał  Knolla  za  główną  przyczynę  swych  zmartwień,  przypuszczał 

bowiem, że nagły odlot z Jamboli nastąpił za jego sprawą. 

Odlot  o  jedenastej  w  nocy.  Niesłychane!  I  musiało  się  to  zdarzyć  akurat  wówczas,  gdy 

był  już  pewien,  że  jego  uwodzicielskie  zabiegi  wobec  burmistrzówny  uwieńczone  zostaną 
pożądanym wynikiem. Właśnie tego wieczora! 

Był  wściekły  tym  bardziej,  że  otrzymał  rozkaz  na  krótko  przed  startem  i  że  nawet  nie 

przysłano  po  niego  samochodu.  Musiał  pojechać  na  rowerze  pożyczonym  od  gońca,  który 
doręczył  mu  kartkę  Eckholta  wzywającą  do  natychmiastowego  stawienia  się  na  statek. 
Uważał to sobie za ujmę. 

Wydawało  mu  się,  że  został  ośmieszony  przed  panną,  która  już  miała  ulec  jego 

osobistemu  czarowi.  Na  domiar  złego  nie  mógł  wytłumaczyć  jej,  o  co  chodzi,  bo  rozkaz 
wyraźnie podkreślał tajność odlotu. 

Pomyśli o mnie licho wie co — trapił się w duchu. — Wygląda to po prostu na ucieczkę. 

Posądzi mnie o brak męskości... 

To ostatnie przypuszczenie najbardziej go rozjątrzyło. 
Głupia gęś — myślał. — Po co opierała się tak długo?... 
Nagle zrobiło mu się jej żal. Nie wątpił ani na chwilę, że los ją skrzywdził wydzierając jej 

takiego  jak  on  mężczyznę,  zanim  stał  się  jej  kochankiem.  Wyobraził  sobie  z  łatwością,  jak 
bardzo rozpaczała po tej stracie. 

Sama sobie winna — pomyślał z żalem i znów porwała go złość na Knolla. 
Życzył mu jak najgorzej.  Zawiódł się na  całej tej głupiej  ekspedycji i teraz, gdy już nie 

mógł się z niej wycofać, robił sobie wyrzuty, że tak usilnie starał się o ten przydział. 

Wyobraźnia  wówczas  podsuwała  mu  nęcące  perspektywy:  przede  wszystkim  jeszcze 

przed  odlotem  z  Niemiec  mógł  uchodzić  za  bohatera,  wyruszającego  jak  argonauta  po  złote 
runo w niebezpieczną, pełną chwały podróż; następnie, dzięki stosunkom w kraju i wskutek 
braku oficerów w Afryce Wschodniej mógł liczyć na szybki awans. Po powrocie czekała go 
świetna kariera wojskowa... 

Od  samego  początku  spotkał  go  zawód:  ekspedycja  była  tajna.  Wiedział  wprawdzie  o 

tym, ale nie przypuszczał, aby kładziono na to zbyt wielki nacisk; tymczasem sam szef sztabu 
generalnego  upominał  go,  aby  się  z  niczym  nie  zdradził  nawet  wobec  najbliższych.  Grassa 
świerzbił  język,  ale  nie  śmiał  wyjawiać  szczegółów  i  celu  swej  misji.  Wspominał  tylko 
ogólnikowo  o  zadaniu,  jakie  ma  do  spełnienia,  zaopatrując  je  w  wielką  ilość  patetycznych 
przymiotników. Skutek tego był taki, że zaczęto uważać go za nudnego blagiera. Teraz zaś... 

Nie, nie mógł o tym myśleć spokojnie. 
Od  chwili  startu,  który  nastąpił  przy  jasnym  świetle  księżyca  jedynie  z  pomocą  ludzi 

stanowiących stałą obsługę lotniska, oczekiwał, że coś się przecież stanie, co zmusi sterowiec 
do powrotu. Wbrew tym przewidywaniom lot z Jamboli odbywał się pomyślnie przy zupełnej 
ciszy. 

L-59 skierował się wprost na południe, przeleciał nad Adrianopolem i wykręciwszy o 45° 

na wschód minął port Rodosto. 

Eckholt  prowadził  go  stąd,  podobnie  jak  za  pierwszym  razem,  przez  morze  Marmara, 

Pandemie i potem wzdłuż linii kolejowej w kierunku Smyrny. Przeleciawszy nad Ak-Hissar, 

background image

gdzie  przed  kilku  dniami  omal  nie  ulegli  katastrofie,  skręcił  znów  na  wschód  w  obszerną 
dolinę, minął Alaszehr i o wschodzie słońca znalazł się nad rzeką Menderes. 

Między  grzbietami gór o ostrych, skalistych szczytach leżała cienka mgła wpełzająca tu 

od  morza.  Słońce,  dziwnie  blade  i  chłodne,  nie  rumieniło  nieba,  tylko  rozjaśniało  je  jak 
matową  szybę.  Opar  w  dole  srebrzył  się  za  rufą  balonu,  który  płynął  teraz  kursem 
południowo-zachodnim. wprost ku zatoce Kos. 

Pustynne,  jałowe  góry  ustąpiły  miejsca  uprawnym  tarasom  opadającym  coraz  niżej  ku 

wybrzeżu.  Pojawiły  się  winnice  i  nawet  palmy.  Wreszcie  koło  godziny  ósmej  wyjrzał  zza 
horyzontu ciemny błękit morza. 

Teraz zaczynała się najniebezpieczniejsza część drogi. Eckholt nie wątpił, że wszystkich 

cieśnin  i  przejść  między  wyspami  strzegą  okręty  i  posterunki  alarmowe.  Co  do  pierwszych 
powziął  już  pewien  plan  działania,  o  drugich  nie  miał  jednak  żadnych  informacji  i  nie 
wiedział, jak się im wymknąć. 

Jeszcze przed startem z Jamboli rozważał, czy nie lepiej prześliznąć się wśród nich nocą, 

ale porzucił tę myśl, ponieważ wówczas sterowiec osiągnąłby wybrzeże Afryki za dnia, a tego 
Eckholt  pragnął  uniknąć  ze  względu  na  duże  prawdopodobieństwo  spotkania  samolotów  i 
okrętów. Nie mógł też zbyt długo czekać nad morzem, z dala od lądu, na zapadnięcie zmroku. 
Ostatecznie  więc  postanowił  zdać  się  na  los  szczęścia,  przypuszczając,  że  nieprzyjaciel  nie 
zdołał  obsadzić  wszystkich  wysp  i  nie  rozporządzał  dostateczną  ilością  okrętów,  aby 
utworzyć nieprzerwany łańcuch straży na przestrzeni kilkuset mil morskich. 

L-59 lecąc wzdłuż zatoki minął wyspę Kos, a około dziesiątej znalazł się na południowy 

zachód  od  wyspy  Safrana.  Wówczas  właśnie  Knoll  pierwszy  dostrzegł  dymy  patrolujących 
torpedowców. Ich długi łańcuch posuwał się z wolna ku wschodowi, aż po linię horyzontu, a 
właśnie takie uszykowanie zdawało się sprzyjać zamiarom Eckholta. 

Podczas  gdy  radiotelegrafista  sterowca  zaczął  nadawać  zaszyfrowane  sygnały 

przeznaczone  dla  zdumionych  dowódców  okrętów  Jego  Królewskiej  Mości,  L-59  zatoczył 
lekko  wygięty  łuk  i  na  pełnym  gazie  rzucił  się  w  kierunku  Krety.  Wkrótce  po  tym  okręty 
znikły z pola widzenia, a sterowiec zmienił kurs na południowy, idąc największą prędkością i 
zniżając się nieco, aby jeszcze ją powiększyć. 

Massendorf  z  twarzą  chlastaną  wiatrem  łaził  po  wąskich  galeryjkach  dokoła  silników 

nasłuchując ich basowego warkotu. Eckholt żądał, aby wytrzymały godzinę lub nawet nieco 
więcej na zwiększonych obrotach, więc trzeba było regulować dodatkowe chłodzenie wodą ze 
zbiorników balastowych, aby nie zatarły się przy takim wysiłku. 

Pierwszy  oficer  spoglądał  na  nie  z  dumą  i  obawą  zarazem,  jakby  chciał  je  zachęcić  do 

wytrwania.  Mogło  się  zdawać,  że  wszystkimi  nerwami  odczuwa  spieszny  rytm  pracujących 
tłoków;  że  widzi,  jak  ślizgają  się  w  dół  i  w  górę  po  gładkich  ścianach  cylindrów  ociekając 
żółtozielonym  smarem  i  jak  nurzają  korbowody  w  rozbełtanym  oleju  wewnątrz  kartem;  że 
słyszy,  jak  dokoła  dławic  w  gaźnikach  szumi  ich  głęboki  oddech,  jak  wibruje  metal 
okrywający  rozpędzone  wały  korbowe,  zęby  trybów,  klawisze  zaworów  i  wszystkie  te 
rozedrgane,  pulsujące  ogniem  organy,  od  których  sprawności  zależy  teraz  powodzenie  całej 
wyprawy. 

Liczył na ich wytrzymałość. Ufał im, jak zamiłowany jeździec ufa ulubionemu koniowi. 

Nie  potrzebował  spoglądać  na  manometry  i  zegary,  aby  wiedzieć  o  natężeniu  ich  pracy  i  o 
każdej  ich  potrzebie.  Umiał  natychmiast  zapobiec  nieprawidłowościom  i  niedomaganiom, 
umiał im dopomóc i ulżyć, gdy tylko pojawiły się oznaki ich zmęczenia. 

Mechanicy  mówili,  że  porucznik  Massendorf  kocha  swe  pięć  silników  i  że  dba  o  nie 

więcej niż o własne zdrowie. 

background image

Nie  zawiódł  się  na  nich:  L-59  lekko  pochylony  w  dół  leciał  z  prędkością  stu  czterech 

kilometrów na  godzinę,  wysyłając sygnały  radiowe, które  w ciągu czterdziestu pięciu minut 
paraliżowały rozkazy Dowództwa Floty Śródziemnomorskiej. 

Knoll odszyfrowywał te rozkazy natychmiast po ich przejęciu i wraz z Eckholtem układał 

własne,  które  następnie  szły  w  przestrzeń  i  dotarłszy  do  okrętów  alianckich  powodowały 
coraz większe zamieszanie. 

Wreszcie na południu ukazał się głęboko sięgający w morze przylądek Sideron, a za nim 

wyłoniły się szczyty gór, granatowe na tle błękitu nieba. 

Wówczas  Eckholt  kazał nadać  depeszę  datowaną  z  Rodos,  która  ostatecznie  utwierdziła 

później  rudego  kapitana  w  jego  słusznych  podejrzeniach,  a  wkrótce  potem  posterunek 
obserwacyjny  w  Kato  Zakro  zameldował  o  przelocie  zeppelina  w  pobliżu  wschodniego 
brzegu Krety. 

Gd tej chwili lot odbywał się bez żadnych wypadków godnych uwagi. Około czwartej po 

południu pilot Feldbach dostrzegł na morzu dwa statki transportowe eskortowane przez małą 
łódź  torpedową,  którą  początkowo  wziął  za  wodnosamolot;  omyłka  jednak  zaraz  została 
wyjaśniona, a z lekkiego ścigacza albo wcale nie zauważono balonu, albo też komendant jego 
nie  czuł  się  na  siłach  rozpoczynać  walki.  Później  jeszcze  dwukrotnie  ukazywały  się  na 
horyzoncie dymy okrętów, a przed wieczorem w odległości około czterdziestu mil morskich 
od  północnego  wybrzeża  Afryki  drogę  balonu  przeciął  elegancki  jacht  pod  neutralną  flagą. 
Wreszcie o zmroku ukazało się kilka kutrów rybackich i jakiś kliper żaglowy. 

Słońce  zanurzyło  się  wolno  w  fioletową  wodę,  która  natychmiast  rozpuściła  w  sobie 

ciemnoczerwoną  miedź  jego  tarczy  i  pałała  jej  żarem  od  linii  horyzontu  aż  po  grzbiety  fal 
wędrujących  poważnie  pod  gondolą  sterowca.  Daleki  brzeg  ciągnął  się  długim  wygiętym 
pasmem  i  tonął  już  w  zmroku,  który  zalewał  dno  przestrzeni  od  wschodu,  napełniając  je 
cieniem  urastającym  ku  górze.  Tylko  niebo  było  jeszcze  jasne;  tak  jasne,  że  pierwsze 
gwiazdy, zakwitające w zenicie, wydawały się dziwnym, nieprawdopodobnym zjawiskiem na 
jego bladym tle. 

Knoll,  patrząc  z  natężeniem  na  czarną  smugę  wybrzeża,  nie  zauważył  złego  humoru 

Grassa  i  nie  dosłyszał  zapewne  słów  Eckholta.  W  każdym  razie  pominął  milczeniem  jego 
uwagę, odnoszącą się do drugiego oficera. 

Silny, ciepły powiew, wpadający przez na pól opuszczoną szybę gondoli, rozwiewał mu 

włosy siwiejące już na skroniach. Mrużył przed nim oczy i patrzył. 

Eckholt,  stojąc  obok,  podziwiał  ostry,  nieco  drapieżny,  lecz  piękny  zarys  jego  profilu. 

Niezupełnie rozumiał uczucia, jakich musiał doświadczać ten człowiek. 

Nie  wygląda  na  to,  żeby  się  cieszył  —  pomyślał.  —  Afryka  —  powiedział  głośno.  — 

Najtrudniejsza część wyprawy jest już za nami, doktorze. 

—  Za  panem  tak.  Za  mną  nie  —  odrzekł  Knoll.  —  Afryka  —  powtórzył  po  chwili.  — 

Afryka!  —  uśmiechnął  się  i  w  głosie  jego  zadźwięczało  wzruszenie.  —  Pan,  komendancie, 
nie wie, jakie tajemne siły i ile namiętności kryje w sobie ten ląd. 

— Tęsknił pan za nim? 
—  To  nie  jest  tęsknota.  Gdybym  miał  użyć  porównania  (a  nie  potrafię  tego  wyjaśnić 

inaczej),  powiedziałbym,  że  uczucie  to  podobne  jest  raczej  do  pragnienia;  do  męczącego 
pragnienia  na  suchym  słonecznym  skwarze,  które  można  ugasić  tylko  przez  powrót  do  tego 
kraju. Trudno wyrazić, jak bardzo można pożądać takiego powrotu. Choćby się wiedziało, że 
wraca się, aby zginąć. Choćby się wiedziało, że źródło, z którego będzie się pić, jest zatrute. 

— Nie znam Afryki —  powiedział Eckholt. — Tylko raz, czy może dwa razy byłem w 

Dar  es-Salaam,  skąd  braliśmy  jakiś  ładunek.  Ale  pan  wie:  my,  marynarze,  poznajemy 
wyłącznie  porty,  które  zresztą  wszystkie  są  podobne.  Chciałbym  sobie  wyobrazić,  jak  tam 

background image

wygląda  wewnątrz.  Czy  na  przykład  można  będzie  na  miejscu  wykorzystać  sterowiec  do 
bezpośredniej walki, przynajmniej w pierwszych dniach, dopóki nie straci siły nośnej? 

Knoll nie spuszczał wzroku z coraz bardziej zacierających się kształtów brzegu. 
—  To  możliwe  —  odrzekł  po  chwili,  jakby  teraz  dopiero  zdołał  oderwać  się  od 

poprzednich myśli. — Tylko wątpię, czy znajdzie pan tam benzynę. 

—  Benzyny  będziemy  mieli  jeszcze  na  kilkadziesiąt  godzin,  sądząc  z  dotychczasowego 

zużycia. Chodzi mi o lotniska, o teren, o linie orientacyjne, o warunki miejscowe. 

—  Wybrzeże,  które  pan  zresztą  widział  będąc  w  Dar  es-Salaam,  krajowcy  nazywają 

Mrima — zaczął Knoll. — Jest to wąski pas nizinny o wilgotnym, niezdrowym klimacie. Sam 
brzeg  stanowią  rafy  koralowe  dość  stromo  opadające  w  morze  i  porosłe  bujnym  lasem, 
zaroślami  mangrowców  i  palmami.  Dalej  na  zachód  ciągną  się  sawanny  i  stepy  Serengeti  i 
Wembere,  które  jednak  w  porze  deszczów  miejscami  zamieniają  się  w  bagna.  Za  nimi  leżą 
kraje  Usangu,  Mahenge,  Ufipa  i  Uha.  Są  tam  pasma  górskie  Uhehe,  Usam-bara,  Uluguru, 
niezbyt  wysokie,  po  większej  części  pokryte  niedostępną  puszczą.  Ale  są  także  okolice 
uprawne, bardzo żyzne, gdzie rośnie bawełna, kawa, ryż, trzcina cukrowa i kukurydza. Tam 
również  zaczynają  się  rzeki  wysychające  w  porze  suchej.  Te,  które  płyną  przez  cały  rok,  są 
spławne tylko na krótkich odcinkach, bo liczne progi i uskoki uniemożliwiają pełną żeglugę. 
Za  to  inne  w  okresie  deszczów  rozlewają  się  w  bagna  i  trzęsawiska.  Wreszcie  najdalej  na 
zachód,  na  pograniczu  Konga  i  Rodezji,  ciągnie  się  rozległy  pagórkowaty  kraj  stepowy 
opadający  ku  Wielkim  Jeziorom.  To  królestwo  zwierzyny  i  dzięki  swemu  znacznemu 
wzniesieniu  okolica  wolna  od  muchy  tse-tse.  Hodują  tam  bydło,  z  wyjątkiem  szczególnie 
suchej  północnej  połaci,  która  jest  niemal  pustynią.  Na  południu,  między  jeziorami,  w 
głębokich  dolinach  rośnie  dżungla  i  bagniste  lasy,  miejscami  nie  do  przebycia.  Dróg 
właściwie  nie  ma.  Jest  wprawdzie  linia  kolejowa  łącząca  Udżidżi  nad  Tanganiką  z  Dar 
es-Salaam,  ale  to  wszystko.  Poza  tym  są  ścieżki  krajowców  i  paręset  kilometrów  „szos 
strategicznych",  które  już  dawno  zagarnęła  puszcza.  Nie  wiem  dokładnie,  gdzie  obecnie 
znajdują  się  nasze  główne  siły.  Mówiłem  już  panu,  że  ostatnio  zostaliśmy  zepchnięci  na 
południowy wschód... 

— Tak, tak — przerwał Eckholt. — To przecież ustalone: będziemy ich szukali według 

pańskich wskazówek i zgodnie z planem, który pan opracował. Co do reszty... 

— Co do reszty, zorientuje się pan na miejscu. Musimy przelecieć nad całym terytorium, 

zanim dostaniemy się nad Ruwumę, gdzie spodziewam się odnaleźć nasz korpus. Będę mógł 
panu opowiedzieć wszystko o każdym zakątku tego kraju; nikt nie zna go lepiej ode mnie. 

Umilkł i znów się zamyślił. Eckholt także milczał. 
Tymczasem  ciemność  wspięła  się  jeszcze  wyżej,  żar  słońca  wypalił  się  do  reszty  na 

morzu,  które  teraz  opadło  w  głąb  i  sczerniało.  Brzeg  za  to  stał  się  jaśniejszy,  jakby  świat 
został z wolna przeobrażony w fotograficzny negatyw na olbrzymiej kliszy. 

Gwiazdy  nabrały  blasku,  a  po  chwili  płat  księżyca  wysunął  się  na  niebo  jakby  przez 

wąską szparę wśród gęstego mroku. 

Teraz widać było dokładnie ląd obrzeżony srebrną koronką piany. Wydawał się bezludny. 

Pierzaste  głowy  palm  osadzone  na  zgiętych  kręgosłupach  rzucały  wydłużone  cienie. 
Pochylały  się  w  rzadko  rozsianych  grupach,  jakby  zwierzając  sobie  nawzajem  jakieś 
tajemnice. Biały piasek plaży koił westchnienia fal. W zaroślach gubiły się zarysy łagodnych 
wydm i płytkich zatok — uedów. 

— Dwie radiodepesze — zameldował mat Winter stając za plecami Knolla. 
—  Może  pan  je  odszyfruje,  doktorze  —  powiedział  Eckholt.  —  Szyfr  jest  w  pańskiej 

kajucie, zdaje się. Zajrzę tam do pana, jak tylko przyjdzie Massendorf. 

background image

Knoll wziął formularz od podoficera i odszedł do siebie. Komendant usiadł przy stoliku 

nawigacyjnym i włączywszy światło zaczął wykreślać kurs na oazy Farafra. 

L-59  płynął  wciąż  dalej  na  południe,  lecz  fatum,  które  go  ścigało  od  samego  początku, 

dosięgło już jego pokładu, choć nikt jeszcze o tym nie wiedział. 

background image

Koło  południa  jednostajny  widok  pustyni,  porosłej  tylko  tu  i  ówdzie  ostrą  trawą  i 

krzakami tamaryszków, zaczął się zmieniać. 

Z  początku  rozległa,  szara  równina  przybrała  odcień  zielonkawy,  a  nieco  dalej,  gdy 

sterowiec  minął  dwudziesty  trzeci  równoleżnik  i  według  obliczeń  Grassa  znalazł  się  pod 
trzydziestym  stopniem  długości  wschodniej,  mniej  więcej  na  wysokości  Drugiej  Katarakty, 
krajobraz  już  wyraźnie  nabrał  charakteru  stepowego.  Gdzieniegdzie  widać  było  pasące  się 
stada  owiec  i  wielbłądów,  a  raz  w  pobliżu  źródła  czy  też  na  pół  tylko  wyschłego  uedu 
podoficer wachtowy dostrzegł żółte w czarne pasy namioty i postacie jeźdźców na koniach. 

Z  ziemi  buchał  żar,  którego  nie  łagodził  nawet  pęd  lotu.  Prostopadłe  promienie  słońca 

zdawały  się  przenikać  powlokę  balonu  i  rozpłomieniać  duszne  powietrze  w  kabinach.  Gaz 
rozprężał  się  i  uchodził  wszystkimi  zaworami.  Pomimo  to  L-59  nie  tracił  wysokości,  lecz 
przeciwnie, wznosił się stale i o godzinie pierwszej osiągnął tysiąc dwieście metrów. 

Wówczas  Knoll,  który  od  rana  siedział  w  swojej  kajucie,  zobaczył  w  oddali  błękitną, 

połyskliwą smugę rzeki wśród żywej zieloności uprawnych pól i drzew otaczających ludzkie 
osiedla. 

Nil — pomyślał. 
Nil. Znaczyło to, że znów zbliżają się ku posterunkom brytyjskim. 
Eckholt  trzymał  się  ściśle  trasy  wyznaczonej  według  wskazówek  doktora  jeszcze  w 

Niemczech:  musieli  przeciąć  Nil  dwukrotnie,  aby  dolecieć  wprost  do  północnego  krańca 
Jeziora  Rudolfa,  które  krajowcy  nazywają  Basso  Narok,  a  stamtąd  przez  kraj  Masajów 
skierować się bardziej na południe aż do Uha i brzegów Ruwumy. 

Nie  było  powodu,  aby  teraz  zmieniać  tę  trasę.  Przynajmniej  nie  było  takiego  powodu, 

który Knoll mógłby podać, żeby usprawiedliwić zmianę. Nikt już nie mógł ich tu dosięgnąć. 
Ścigały  ich  tylko  nadal  depesze  alianckich  dowództw  i  sztabów,  nader  cenne  jako  źródło 
informacji o ruchach i zamiarach oddziałów nieprzyjaciela. 

Cenne! Niewątpliwie — pomyślał Knoll z gorzkim szyderstwem. 
Gdy  poprzedniego  dnia  wieczorem  odszyfrował  dwa  komunikaty  nadane  przez 

radiostacje  angielskie  w  Suezie  i  Kairze,  pociemniało  mu  w  oczach  jak  od  uderzenia 
obuchem.  Przez  długą  chwilę  siedział  nieruchomo,  niezdolny  do  żadnej  myśli,  z  pustką  w 
mózgu i lodowatym zimnem w sercu. 

Był  tak  zaskoczony,  że  nawet  nie  uświadamiał  sobie  w  szczegółach  skutków,  jakie  ta 

wiadomość  pociągnie  za  sobą.  Pojął  tylko,  że  zdarzyła  się  katastrofa,  która  może  zburzyć 
wszystko, co przedsięwziął; że stało się coś o wiele gorszego niż pożar sterowca, coś, czego 
nie można w żaden sposób naprawić; czemu nie sposób zapobiec. Coś, co oznaczało już nie 
porażkę, lecz klęskę. 

— Koniec — wyszeptał. 
W  tej  chwili  Eckholt  zapukał  do  drzwi  i  zapytał  o  treść  depesz.  Jego  spokojny  głos 

wstrząsnął doktorem jak prąd elektryczny. 

background image

Knoll  poczuł  nagie  niechęć  do  tego  żołnierza,  który,  wiedział  o  tym  doskonale,  nie 

poświęciłby  ani  jednej  minuty  dalszego  lotu  bez  potrzeby,  nie  zawahałby  się  ani  przez 
sekundę wydając rozkaz odwrotu, aby zachować sterowiec, jego załogę i cenny ładunek dla 
niemieckiej marynarki wojennej. 

Gdyby  nie  był  taki  bezwzględny,  zimny  i  twardy  jak  skała,  gdyby  można  go  było 

pozyskać dla innych, piękniejszych celów niż te, które sobie stawiał jako oficer wychowany 
w  pruskiej  dyscyplinie  wojskowej,  to,  co  zaszło,  nie  miałoby  tak  ostatecznego  znaczenia. 
Knoll pomyślał, że byłby zdolny zabić go, jeśliby to mogło zapobiec odwrotowi wyprawy, ale 
wiedział, że taki czyn nie zda się na nic. 

Opanował  się  i  odpowiedział  głosem  niemal  zupełnie  naturalnym,  że  depesze  dotyczyły 

jakiegoś transportu żywności. 

— Nic ważnego? — zapytał komendant. 
— Nic, co mogłoby nas dotyczyć — rzekł Knoll ziewając. 
Eckholt  nie  spojrzał  nawet  na  rozszyfrowaną  depeszę,  której  doktor  nie  zdążył  wsunąć 

między inne papiery. 

— Dobranoc! — powiedział zamykając drzwi. Ale wrócił jeszcze. 
—  Może  mi  pan  da  szyfr,  doktorze.  W  nocy  mogą  nadejść  jakieś  wiadomości.  Nie 

chciałbym panu przeszkadzać. 

Knoll zaciął zęby, żeby nie zakląć. 
—  Proszę  —  powiedział  podając  zeszyty.  —  Jeżeli  zaszłoby  coś  nowego,  niech  pan 

będzie łaskaw mnie obudzić. Dobranoc! 

Eckholt  odszedł  i  dopiero  wtedy  Knoll  zaczął  rozważać,  jakie  skutki  może  za  sobą 

pociągnąć ukrycie prawdziwej treści depesz, które L-59 przejął przypadkowo tego wieczora. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  niemiecki  korpus  we  wschodniej  Afryce  został  ostatecznie 

rozbity i skapitulował już przed kilku dniami, bowiem musiał upłynąć pewien czas, zanim ta 
wiadomość dotarła do najbliższej radiostacji. Stamtąd zapewne przekazywano ją sobie drogą 
radiową, aby jak najprędzej zawiadomić sztaby europejskie. 

To,  co  rozszyfrował  Knoll,  dotyczyło  tylko  pośrednio  zwycięstwa  wojsk  brytyjskich  i 

portugalskich  i  miało  wyraźnie  charakter  informacji  dodatkowej,  wysłanej  już  w  ślad  za 
doniesieniem  o  zwycięstwie.  Depesza  skierowana  była  mianowicie  do  Dowództwa  Floty  z 
żądaniem,  aby  wstrzymano  transport  wojska  i  broni  mający  odpłynąć  do  Zanzibaru  celem 
uzupełnienia  sił  afrykańskich  korpusów  alianckich.  Pomoc  ta, jak  o  tym  donosił  szef  sztabu 
brytyjskiego, nie będzie już potrzebna, ponieważ niemiecka armia kolonialna przestała istnieć 
po  kapitulacji  ostatniego  ośrodka  oporu  z  Newali  i  wzięciu  do  niewoli  resztek  Czarnego 
Korpusu.  W  tym  stanie  rzeczy  z  punktu  widzenia  niemieckiej  kwatery  głównej  ekspedycja 
sterowcowa do Afryki Wschodniej stała się nieaktualna. 

Kampania była przegrana i nie istniała już żadna siła zbrojna, dla której odsiecz mogłaby 

być  potrzebna.  Jedynym  zadaniem,  które  pozostało  do  spełnienia  komendantowi  i  załodze 
L-59, stał się teraz odwrót i doprowadzenie sterowca wraz z jego ładunkiem do Niemiec. 

Wartość  bojowa  balonu,  jego  ogromny  udźwig  i  daleki  zasięg  stawiały  go  w  rzędzie 

najlepszych  okrętów  powietrznych  marynarki  wojennej.  Mógł  być  z  powodzeniem  użyty  do 
wypraw  bombowych  na  Paryż,  Londyn,  Bukareszt  lub  Rzym.  Zapasy  leków  i  materiałów 
sanitarnych,  o  które  teraz  było  coraz  trudniej,  również  stanowiły  poważną  pozycję  w  kraju 
wycieńczonym wojną i blokadą. 

Tak z pewnością postawiono by kwestię w Niemczech i lak myślałby Eckholt, gdyby znał 

prawdę. 

Knoll zataił ją niemal instynktownie, chcąc zyskać na czasie. Zaraz potem przyszło mu na 

myśl, że radiotelegrafista sterowca łada chwila może przejąć nową depeszę mającą związek z 

background image

kapitulacją  w  Newali  i  że  wówczas  zawrócą  już  nieodwołalnie,  ponieważ  rozszyfruje  ją 
Eckholt. 

Kilkakrotnie  zdawało  mu  się,  że  komendant  nadchodzi,  aby  go  o  tym  zawiadomić. 

Zrywał  się  i  nasłuchiwał  pod  drzwiami,  po  czym  znów  siadał  i  gorączkowo  szukał  w  myśli 
sposobu zapobieżenia wypadkom, które zdołał tylko opóźnić. 

Gdyby  udało  się  zniszczyć  szyfr  albo  tak  zmienić  trasę,  aby  uniemożliwić  odbiór 

dalszych wiadomości nadawanych przez stacje wojskowe o stosunkowo niewielkim zasięgu, 
wówczas pogrom niemieckiego korpusu pozostałby tajemnicą dla komendanta i załogi  L-59 
aż  do  osiągnięcia  Newali.  Wtedy  nie  mogliby  już  wrócić:  nie  wystarczyłoby  zapewne 
benzyny. 

Pomyślał o benzynie: czy nie udałoby się odkręcić kranów przy zbiornikach, tak aby nikt 

tego nie zauważył, i zostawić tylko tyle paliwa, ile go trzeba na przelot do Uha lub do Kenii? 

Wtedy zapewne Eckholt dałby się przekonać, że lepiej wzniecić na własną rękę powstanie 

wśród szczepów Bantu (powstanie równie groźne dla koalicji jak niegdyś pochód Mahdiego 
na czele wojującego islamu przeciw Anglikom), niż lądować w posiadłościach portugalskich 
czy francuskich po to, aby dostać się do niewoli. 

Wierzył,  że  zdołałby  teraz  rozpętać  walkę  o  wolność  Czarnego  Lądu  od  północnego 

Sudanu aż po kraj Beczuanów

13

  na południu i od Somali po zachodnie wybrzeża Kamerunu i 

Angoli.  Miał  przyjaciół  i  wpływy  u  chrześcijańskich  władców  półpodległych  państewek; 
wśród  kacyków,  cierpiących  jarzmo  europejskich  koncesji,  między  politykami  Ugandy  i 
Konga; przede  wszystkim zaś między czarownikami niezliczonych kraalów

14

  w puszczach i 

stepach, na bagnach, w nie znanych nikomu zatokach rzek i wszędzie, dokąd docierały werble 
tam-tamów  znad  Jezior  powtarzane  jak  echo  przez  czarnych  kapłanów  Makua,  Barotse, 
Owambo czy Baseke. 

Czekano  tam  na  niego.  Wierzono  mu.  Gdyby  zjawił  się  z  nieba,  uzbrojony  i  gotów  na 

wszystko,  sama  wieść  o  tym,  wieść  rozchodząca  się  z  niezrozumiałą  dla białych  szybkością 
przez  nieprzebyte  przestrzenie  równikowej  Afryki,  mogła  wstrząsnąć  koloniami  i 
protektoratami. 

Nic  nie  stało  teraz  na  przeszkodzie  takiej  akcji.  Czarny  Korpus  Żelaznego  Generała 

rdzewiał w niewoli; skończyły się obowiązki solidarności z niemiecką siłą zbrojną w Afryce. 
Pozostały  wprawdzie  Niemcy,  ale  powstanie  Murzynów  Bantu  przeciw  metropoliom 
europejskim nie było sprzeczne z interesami niemieckimi; przeciwnie, sprzyjało im. 

A jeśli w Berlinie wybuchnie rewolucja... — myślał dalej. — Jeżeli oni tam rzeczywiście 

dokonają przewrotu i połączą się z milionami robotników francuskich, rosyjskich, włoskich, 
czyż nie będzie to najlepszą sposobnością wyzwolenia Afryki?... 

—  Dosyć!  —  powiedział  głośno,  przecinając  tę  falę  przypuszczeń  i  spekulacji  zbyt 

odległych od chwili bieżącej. 

Wstał,  podszedł  do  iluminatora  i  spojrzał  w  dół.  Srebrna  noc  leżała  na  pustyni. 

Piaszczyste wydmy wolno ciągnęły na spotkanie sterowca, ukazując płowe grzbiety z jednej 
strony zalane światłem księżyca, a z drugiej zanurzone w mroku. Jak okiem sięgnąć nie było 
widać  nic  więcej.  Olbrzymia,  pofałdowana  płaszczyzna  ergu  ścieliła  się  w  nieskończoność 
pod niebem pełnym wspaniałych gwiazd. 

Gdyby  udało  się  zawładnąć  szyfrem  bez  wzbudzenia  podejrzeń  —  myślał  Knoll  — 

mógłbym jeszcze przez jakiś czas utrzymać wszystko w tajemnicy. 

                                                 

13

  K r a j   B e c z u a n ó w  (właśc. 

C z u a n ó w

) — terytorium Botswany i północnej części Republiki 

Południowej Afryki, zamieszkałe przez szczep murzyński należący również do ludów Bantu. 

14

  K r a a 1  — osada, osiedle. 

background image

Wydało mu się to stosunkowo łatwe. Nikt przecież nie podejrzewał go dotąd. Postanowił 

działać natychmiast. Otworzył drzwi i wszedł do kabiny nawigacyjnej z twarzą spokojną jak 
zwykle. 

Przy kołach sterowych stali Feldbach i jeden z pilotów drugiej kategorii. Eckholt zdawał 

się  drzemać  przy  stole  z  mapami,  lecz  gdy  Knoll  postąpił  parę  kroków  ku  niemu,  podniósł 
głowę. 

— Nie śpi pan? — zapytał. 
— Nie mogę usnąć — odpowiedział doktor. — Co nowego ? 
— Nic. Za jakieś dwie godziny dolecimy do grupy oaz Farafra. Wiatr nam sprzyja. 
— Czy nie było depesz? 
— Była jedna. 
— No i?... — nie mógł się powstrzymać od tego pytania. 
Eckholt  spojrzał  na  niego  trochę  zdziwiony.  Twarz  doktora  przez  chwilę  wyrażała 

najwyższe napięcie. Potem mięśnie jej rozluźniły się nieco i oczy przysłoniły się powiekami. 

— Nic ważnego? — bąknął zmieszany. 
— Podawali dokładny czas — rzekł Eckholt. — Jest teraz dwadzieścia minut po północy. 

Powinien pan odpocząć, doktorze — dodał. — Kiepsko pan wygląda. 

Knoll szukał wzrokiem szyfru na stole nawigacyjnym. Nie było go. 
Nie wiedział, jak zapytać o zeszyt. Wahał się. 
  —  Nie  będę  spał  —  rzekł  wreszcie  z  wysiłkiem.  —  Chciałem  panu  pomóc.  Mógłbym 

odszyfrowywać depesze... 

Eckholt grzecznie odmówił. Da sobie radę. Zresztą Grass wkrótce go zastąpi. 
—  Może  by  się  pan  przeszedł  po  górnej  platformie  —  powiedział  w  końcu.  —  Trochę 

ruchu dobrze panu zrobi. 

Knoll odszedł zawiedziony, ale postanowił skorzystać z tej rady, aby obejrzeć zbiorniki z 

benzyną. 

Przechodząc  słabo  oświetlonym  korytarzem  kilowym  zajrzał  do  pomieszczeń  załogi. 

Marynarze spali w płóciennych hamakach. Dyżurny podoficer czytał starą gazetę przy stoliku 
w głębi. Gdy doktor wszedł, zameldował się przepisowo, podając stan ludzi. 

Knoll wdał się z nim w rozmowę. 
Podoficer  nazywał  się  Sachs.  Bosman  Sachs,  strzelec  sterowcowy.  Pochodził  z  Berlina. 

Był  jeszcze  młody:  rocznik  1897.  Miał  Żelazny  Krzyż  za  odwagę,  ale  nie  cieszył  się  dobrą 
opinią. 

Dlaczego?  Różnie  tam  bywało.  Nieporozumienia  ze  starszymi  podoficerami,  jakieś 

drobne przekroczenia dyscypliny, dziewczęta, pan kapitan rozumie? 

Czy nie wolałby wrócić do Niemiec? 
O,  nie!  Podobała  mu  się  ta  awantura.  Od  dawna  chciał  wyrwać  się  w  szeroki  świat.  W 

kraju było okropnie: nudno, głód... 

— Tu przynajmniej futrują nas porządnie. , 
— A jak myślą inni? — zapytał Knoll. 
Sachs filuternie zmrużył oko. 
— Pan kapitan pyta służbowo? 
— Dlaczego? — zdziwił się doktor. 
— Służbowo musi być wszystko według rozkazu — odrzekł bosman. — Pytano mnie już 

nieraz, co myślę o tym i o owym. Jeżeli mówiłem szczerą prawdę, trafiałem zwykle do paki. 

background image

Niech  pan  kapitan  zapyta  Feldbacha  albo  Kohlenberga.  Daune  też  jest  morowy  chłop  i 
Schulman także. Trzymamy razem. 

—  Cóż  oni  myślą  o  tej  wyprawie?  —  zapytał  znów  Knoll.  —  Mówimy  naturalnie 

prywatnie — dodał z uśmiechem. 

—  Wiem  —  powiedział  Sachs  z  namysłem.  —  Pan,  panie  kapitanie  i  porucznik 

Massendorf traktujecie nas jak ludzi. 

— No, a komendant? — podsunął Knoll i poniewczasie ugryzł się w język, bo podoficer 

nagle zesztywniał i spojrzał na niego nieufnie. 

— Oh, komendant jest bardzo dzielnym człowiekiem — rzekł i zamilkł. 
Nic więcej się od niego nie dowiem — pomyślał doktor, przeklinając swą niezręczność. 
Zabierał się już do odejścia, gdy Sachs poprosił go o papierosa. 
— Palicie tu? — zdziwił się szczerze, sięgając do kieszeni. 
— Tu nie — szepnął bosman — ale na górnej platformie można. Porucznik Massendorf 

też tam czasem pali, jeżeli który z nas ma służbę. To nie jest wcale niebezpieczne. Chodzi o 
to,  że  gdyby  pozwolono  palić  na  platformie,  paliliby  i  tu.  Dlatego  zabroniono  w  ogóle.  Nie 
mamy tytoniu: rewidują. 

Knoll  miał  przy  sobie  papierośnicę.  Było  w  niej  tylko  pięć  papierosów,  ale  w  bagażu 

posiadał ich spory zapas, więc dał Sachsowi wszystkie. 

Czul jakiś niesmak po tej rozmowie, jakby dopuścił się czegoś haniebnego. 
Przewrażliwienie — pomyślał idąc korytarzem — Dawniej nie miałem takich skrupułów. 
Przyszły mu na myśl dawne historie: spiski, w których brał udział, intrygi, do których się 

uciekał dzierżąc w swych rękach losy czarnych królestw, nadając godności wodzów i kierując 
ich polityką. Był przecież człowiekiem, z którym liczyli się gubernatorowie i którego starali 
się  pozyskać  dyrektorzy  wielkich  koncesji.  Używał  przeciw  nim  podstępów,  posługiwał  się 
szpiegami i zdrajcami, nie doznając bynajmniej wyrzutów sumienia. 

Ale to nie było to samo — pomyślał. 
Nie zależał wówczas od nikogo. Nie był związany żadną umową odbywszy kontraktowy 

okres służby w koloniach i nie odnowiwszy kontraktu. Stał się romantycznym awanturnikiem 
i przeważnie miewał do czynienia z awanturnikami, co prawda pośledniejszego rodzaju. 

Teraz  co  krok  potykał  się  o  swoją  przynależność  do  białych,  choć  dawniej  wzgląd  na 

kolor  skóry  nie  powstrzymałby  go  od  działania  według  własnych  planów.  A  przecież 
niektórzy  biali  w  Europie  niewiele  różnili  się  od  białych  w  Afryce.  Byli  równie  drapieżni  i 
wyrachowani.  Mógł  sprzymierzać  się  z  nimi  na  jakiś  czas,  jakkolwiek  dążył  do  czegoś 
zupełnie innego niż oni. 

Przewrotna, fałszywa moralność cywilizacji — pomyślał. — Łatwiej ją sobie przyswoić, 

niż jej się pozbyć. 

Minął pierwszą baterię zbiorników i obejrzał się. Korytarz był pusty. Podszedł do bariery 

i wychyliwszy się połową ciała zajrzał między wielkie kadzie pomalowane czerwoną minią. 

Ich  krany  spustowe  były  zabezpieczone  drutem  i  zaplombowane.  Nie  mógł  ich  stąd 

dosięgnąć, więc zszedł po drabince pod baterię, stanął na ostatnim stopniu, zerwał najbliższą 
plombę i wyciągnął drut. 

Kurek  zaworu  opierał  się.  Nie  można  go  było  poruszyć,  bo  farba  zaschnięta  na  gwincie 

trzymała mocno. 

Muszę pójść po kleszcze — pomyślał. 
Wspiął  się  z  powrotem  na  górę  i  poszedł  w  kierunku  tylnej  gondoli  silnikowej,  gdzie 

znajdował się podręczny magazyn narzędzi. 

U wejścia spotkał się z werkmistrzem. 

background image

— Czy jest tu porucznik Massendorf? — spytał, aby jakoś upozorować swą obecność. 
Heine cofnął się i przepuścił go przed sobą. 
— Nie, nie ma — powiedział. 
Knoll udał, że nie słyszy. Warkot silnika usprawiedliwiał to w zupełności. 
— Mówcie głośniej! — zawołał, pochylając się ku mechanikowi. 
Jednocześnie wziął kleszcze z podstawki i schował je do kieszeni. 
Heine wrzasnął ponuro, że Massendorfa nie ma. 
Czego on się drze? — pomyślał Knoll. — Ach, prawda, pytałem o Massendorfa. 
—  Dobrze  —  powiedział  i  wszedł  na  schodnię.  Werkmistrz  patrzył  za  nim  nic  nie 

rozumiejąc.  Potem  ze  złością  wzruszył  ramionami  i  również  podążył  na  górę  do  głównego 
korytarza. 

Gdy doktor zatrzymał się nagle obok środkowej baterii, Heine omal na niego nie wpadł. 
Knoll, nie wiedząc że werkmistrz idzie za nim, odskoczył w bok i machinalnie sięgnął do 

pasa,  gdzie  niegdyś  nosił  nóż  zarówno  do  obrony  w  nagłych  wypadkach,  jak  do  torowania 
sobie drogi w gąszczach. Nie mógł się odzwyczaić od tego odruchu, tak bardzo dziwacznego 
tu, gdzie panował porządek i ład cywilizacji. 

Heine  przeraził  się  skokiem  kapitana  i  więcej  jeszcze  wyrazem  jego  twarzy.  Nie  mógł 

zrozumieć, o co chodzi i co zamierza ten szaleniec włóczący się po nocy z dziobu na rufę w 
poszukiwaniu  pierwszego  oficera,  który  dopiero  przed  dwiema  godzinami  odbył  wachtę  i 
poszedł  spać.  Dlaczego  wybucha  gniewem  lub  nagle  skacze  w  bok  z  miną  zabójcy  czy 
wariata? Dlaczego przygląda się spokojnemu mechanikowi, jakby zobaczył diabła? 

Knoll natomiast wnet pojął, że Heine bynajmniej go nie śledzi i nic nie może wiedzieć o 

jego zamiarach, jak to w pierwszej chwili przypuszczał. 

Sytuacja  wydała  mu  się  groteskowa.  Stali  naprzeciw  wybałuszywszy  na  siebie  oczy; 

oficer podejrzliwie, majster zaś zdumiony do najwyższego stopnia, z otwartymi ustami. 

Uprzytomniwszy  sobie  ten  obraz  doktor  roześmiał  się.  —  Nastraszyliście  mnie  — 

powiedział do werkmistrza. — Chodzicie lekko jak duch. 

Heine, tępy we wszystkim, co nie dotyczyło obsługi silników, znów nie zrozumiał, o co 

mu  chodzi  i  jeszcze  bardziej  się  zdumiał.  W  końcu  jednak  widząc,  że  Knoll  odchodzi  w 
kierunku  trapu  prowadzącego  na  górną  platformę,  musiał  widocznie  znaleźć  jakieś 
wytłumaczenie  dla  jego  dziwacznego  zachowania  się,  bo  spojrzawszy  raz  jeszcze  za  nim 
ruszył w swoją stronę. 

Knoll  postanowił  choć  na  chwilę  pokazać  się  na  górze.  Musiał  działać  ostrożnie,  aby 

uniknąć podejrzeń. 

Zatrzymawszy  się  w  połowie  schodni  na  małym  pomoście,  o  dziesięć  metrów  nad 

poziomem korytarza, dostrzegł w dole powracającego werkmistrza. Potem wspiął się wyżej i 
wreszcie stanął na tylnej platformie obronnej. 

Ukazanie się jego nie wywarło żadnego wrażenia na dyżurnym obserwatorze. Podoficer 

zasalutował  i  wykrzyczawszy  poprzez  pęd  wiatru  zwykłe:  „Na  posterunku  nic  nowego  nie 
zaszło!", odwrócił się znów twarzą w stronę rufy. 

Ogromna sylweta balonu zdawała się tkwić nieruchomo w powietrzu, omiatana równym 

jego nurtem. W górze błyszczały miliony  gwiazd tak jasnych, że niebo pomiędzy nimi było 
jak zasnute pajęczyną promieni. Księżyc, wypukły niczym szala srebrnej wagi, opuszczał się 
nisko i siał blaskiem po ziemi. 

Warczały  silniki,  platforma  drżała  podzwaniając  karbowanym  pokładem,  pogwizdywał 

pęd wichru w stojakach karabinów maszynowych i targał ich pokrowcami. 

background image

Knoll  z  rozkoszą  wciągał  w  płuca  chłodne,  suche  powietrze.  Z  układu  gwiezdnych 

konstelacji  poznał,  że  sterowiec  zwrócony  jest  łbem  na  południe,  i  ta  świadomość  sprawiła 
mu  niejaką  ulgę  w  rozterce.  Cel  z  każdą  minutą stawał  się  bliższy,  odwrót  zaś  trudniejszy  i 
mniej prawdopodobny. 

Jeszcze  dwie  doby  —  pomyślał.  —  Jeszcze  choćby  trzydzieści  sześć  godzin.  Potem  już 

nie będzie można zawrócić. 

Stał  tak  jeszcze  chwilę  oparty  o  barierę  platformy,  po  czym  zaczął  powoli  schodzić  do 

wnętrza balonu. 

W połowie drogi znów się zatrzymał, aby z góry objąć wzrokiem korytarz. Serce biło mu 

mocno. 

Schodził dalej, licząc szczeble. Było ich razem czterdzieści. 
Rozejrzał się. Nie było nikogo. Szybko zsunął się w dół, przebiegł kilkadziesiąt kroków 

dzielących go od środkowej grupy zbiorników i opuścił się pod kil. 

Chwycił szczypcami oporny kurek, przekręcił. 
Rura  spustowa  przechodziła  przez  mały  otwór  w  powłoce  i  wystawała  na  zewnątrz,  nie 

mógł więc widzieć, jak cieknie z niej benzyna.  Ale każdy ze zbiorników zaopatrzony był w 
zegar wskazujący poziom paliwa. 

Strzałką zaczęła opadać, minęła dwie czy trzy podziałki i zatrzymała się. Coś zatamowało 

odpływ. 

.Próbował przestawić kurek inaczej. Kręcił nim w różne strony, ale bezskutecznie. 
To  samo  powtórzyło  się  z  następnym  zbiornikiem  i  jeszcze  z  dwoma  innymi.  Wtedy 

przypomniał  sobie,  że  przed  opróżnieniem  zbiorników  trzeba  otworzyć  ich  górne  zawory 
powietrzne. Ale te zawory były sterowane z gondoli nawigacyjnej, a ich krany znajdowały się 
w zamkniętej szafce, od której klucz miał tylko Massendorf. 

Do  rana  nie  przejęto  żadnej  depeszy.  Knoll  spędził  resztę  nocy  między  kabiną 

radiotelegrafisty  a  stanowiskami  pilotów,  włócząc  się  po  gondoli  nawigacyjnej  jak 
niespokojny cień lub stojąc u burty i patrząc w przestrzeń za szybą. 

Tymczasem  L-59  minął  oazy  Farafra  rozrzucone  na  przestrzeni  prawie  trzech  tysięcy 

kilometrów  kwadratowych  i  przeleciał  nad  oazami  Dachel,  kilkakrotnie  zmieniając  kurs  w 
zależności od kierunku wiatru. 

O  wschodzie  słońca  radiotelegrafista  odebrał  kilka  sygnałów,  których  nie  udało  się 

odszyfrować, po czym z Asuanu nadano dokładny czas. 

Zaczęło  silnie  rzucać  w  nierówno  nagrzanym  powietrzu.  Temperatura  w  ciągu  pół 

godziny skoczyła z ośmiu stopni na dwadzieścia pięć. Balon szedł w górę i tracił gaz. Silniki 
warczały  zmiennym  rytmem:  perliście  i  dźwięcznie,  to  znów  chrapliwie,  ostro  jak  gęsto 
karbowany stalowy pilnik. Grzały się. 

Massendorf zmniejszył ich obroty i co godzinę wyłączał je na zmianę parami. 
O dziewiątej tylny silnik stanął na dobre. Przepaliły się zawory. Mechanicy demontowali 

rozrząd, a Heine wściekał się nie mogąc znaleźć swoich kleszczy, które w niewytłumaczony 
sposób zniknęły z podstawki do narzędzi w gondoli silnikowej. 

background image

Upał wisiał w powietrzu i owiewał ster owiec suchym żarem, jak z paleniska. L-59 wlókł 

się w nim, ciągnąc za sobą cuchnącą smugę źle oczyszczonego wodoru, jak zatrute tchnienie 
chorych płuc. Ludzie w środkowych pomieszczeniach dostawali mdłości. Nawet na górnych 
platformach  czuć  było  przykry  zapach  wydzielający  się  z  powłoki  na  całej  powierzchni. 
Tylko kabina nawigacyjna była od niego wolna. 

Około  godziny  drugiej  po  południu  przelecieli  nad  Nilem  i  znaleźli  się  po  jego  prawej 

stronie.  Mijali  rozległe  wsie  ciągnące  się  z  północy  na  południe  i  miasteczka  skupione  nad 
brzegami.  Widać  było  rolników  wybiegających  na  drogi  i  pola,  tłumy  ludzi  na  placach, 
żeglujące statki, barki i łodzie na rzece, karawany kupców i podróżnych. Wszyscy zadzierali 
głowy i pokazywali sobie sterowiec. 

Załoga  cisnęła  się  do  iluminatorów  i  na  platformy,  aby  zobaczyć  nieznany  kraj  kipiący 

życiem nawet o tej upalnej porze dnia, zielony bujną roślinnością wilgotnej doliny karmionej 
dwa razy do roku żyznym iłem wylewów Nilu. 

Eckholt  zauważył,  że  podoficerowie  z  wolnych  wacht  nie  odstępują  Knolla,  który 

rozmawia z nimi trochę zanadto poufale, jak mu się wydało. Słuchali go z widoczną sympatią, 
o coś go pytali, dyskutowali o czymś, co budziło powszechne zainteresowanie. 

Eckholt wiedział, że wszyscy lubili doktora; wiedział również, że okazywali mu zawsze 

szacunek i w służbie zachowywali formy wojskowej dyscypliny wobec jego stopnia. To było 
w  porządku;  aż  dotychczas  nic  nie  mógł  zarzucić  ani  Knollowi,  ani  swoim  podoficerom. 
Teraz  uderzyła  go  nie  tylko  owa  zbytnia  poufałość,  lecz  także  nagłe  milczenie,  które 
zapanowało, gdy się zbliżył. 

Zdobywa sobie popularność — pomyślał. 
— Proszę swobodnie — powiedział głośno, gdy wyprężyli się na baczność. 
Ich spojrzenia powróciły do osoby lekarza, ale milczenie trwało. Nawet wówczas gdy ich 

minął i zatrzymał się opodal, nikt nie przemówił ani słowa. 

Nie  byłoby  w  tym  ostatecznie  nic  tak  bardzo  zastanawiającego,  gdyby  nie  chodziło  o 

Knolla. Komendant nigdy  nie szukał osobistego  kontaktu z załogą i wiedział, że żadnemu z 
podoficerów  nie  przyszłoby  nawet  do  głowy  rozmawiać  z  nim  prywatnie  na  tematy  nie 
dotyczące  spraw  służbowych.  Jego  obecność  nie  sprzyjała  też  rozmowom  prywatnym 
pomiędzy nimi: milkli, ponieważ tak nakazywała dyscyplina. 

Była  jednak  pewna  różnica  pomiędzy  ich  stosunkiem  do  Knolla  i  na  przykład  do 

Massendorfa,  który  również  cieszył  się  ich  sympatią.  A  także  pomiędzy  milczeniem,  jakie 
zapadało, gdy Eckholt zastawał ich na pogawędce z pierwszym oficerem, a milczeniem, które 
trwało teraz. 

Ba, chodziło właśnie o Knolla! 
Massendorf był dobroduszny. Był im bliski zarówno przez koleje swego życia, jak przez 

środowisko, w którym się wychował. Natomiast Knoll... Postępowanie Knolla wydawało się 
Eckholtowi dziwne. 

Na co mu to jest potrzebne? — myślał. — Do czego zmierza? Co to za nowa polityka? 
Rzucił  nieufne  spojrzenie  na  milczącą  grupę  i  odszedł,  nie  sformułowawszy  żadnego 

domysłu, ale z cieniem niejasnych podejrzeń. 

Wszystko,  co  dotyczyło  tego  niezwykłego  człowieka,  było  niejasne  i  tajemnicze.  Jego 

osoba  budziła  sympatię,  w  niepojęty  sposób  zmieszaną  z  obawą,  że  prędzej  czy  później  za 
jego sprawą stanie się coś, czemu nie będzie można sprzeciwić się i zapobiec. 

To było niepokojące. 
Eckholt  zniecierpliwiony  tymi  myślami,  które  narzucały  mu  się  coraz  częściej,  szedł  w 

kierunku  gondoli  nawigacyjnej,  gdy  doktor  dogonił  go  i  zapytał,  czy  nie  ma  nowych 
wiadomości. 

background image

— Od paru godzin nasza radiostacja odbiera niezrozumiałe depesze. 
— Czy mógłbym je zobaczyć? — zapytał żywo. 
— Owszem. Ale niczego się pan z nich nie dowie. Musieli zmienić szyfr. 
— Ach, sądzi pan, że zmienili szyfr?! — Knoll aż przystanął i chwycił Eckholta za ramię. 
— Zapewne. Ale mniejsza o to. I tak już teraz nikt nie zdoła zawrócić nas z drogi. 
— Jak pan powiedział? — zapytał Knoll. — Ależ tak, naturalnie, ma pan zupełną rację — 

zaśmiał się krótko. 

Eckholt spojrzał na niego zdziwiony. Ten nieco ironiczny śmiech wydał mu się zupełnie 

niezrozumiały. 

L-59  z  każdą  godziną  zbliżał  się  do  celu.  O  zachodzie  słońca  tylko  tysiąc  siedemset 

kilometrów dzieliło go od północnej granicy Ugandy. 

Przeleciał powtórnie nad Nilem na wysokości Dongoli i płynął teraz nad stepami Sudanu 

wprost  na  południe,  mijając  coraz  rzadziej  rozsiane  oazy,  wysychające  łożyska  rzek 
sezonowych, duary

15

  i stada bydła i owiec koczujących Kababiszów. 

Pochłodniało  znacznie,  ale  dzięki  pracy  wszystkich  pięciu  silników  i  ubytkowi  benzyny 

można było bez trudu utrzymać balon na wysokości około tysiąca metrów, nie uszczuplając 
balastu. Od chwili startu minęły niemal dwie doby. Więcej niż połowa drogi została przebyta. 

Knoll  położył  się  koło  dziewiątej  i  zmęczony  denerwującym  czuwaniem  poprzedniej 

nocy zasnął natychmiast. 

Obudziło go gwałtowne kołatanie do drzwi. To Grass dobijał się już od dłuższej chwili. 
—  Co  się  stało?  —  zapytał  doktor  otwierając.  Grass  promieniał.  Nie  mógł  ukryć 

zadowolenia. 

— Wracamy — powiedział. — Komendant wzywa pana kapitana. 
Knoll milczał patrząc na niego rozszerzonymi źrenicami, jakby nie rozumiał. 
—  Wracamy  —  powtórzył  drugi  oficer  przyglądając  mu  się  ciekawie.  —  Wracamy  do 

Niemiec. 

Doktor czul lodowatą obręcz zaciskającą się na sercu. 
— Dlaczego? — zapytał. 
— Nasz korpus kolonialny skapitulował. 
— Skąd pan wie? 
—  Złapaliśmy  angielską  depeszę  z  Chartumu.  Niech  pan  zaraz  przyjdzie.  Komendant 

czeka. 

Cofnął się i zamknął drzwi. Knoll machinalnie spojrzał na zegarek. Była jedenasta przed 

północą. Musieli się znajdować gdzieś na zachód od Chartumu lub nieco dalej na południe. A 
może lecieli już z powrotem? 

Przeraził się. Szybko zapiął mundur i wyszedł. 
W  kabinie  nawigacyjnej  byli  tylko  dwaj  podoficerowie  piloci  przy  sterach.  Spojrzał  na 

busolę i przekonał się, że wskazywała kurs południowy. 

— Gdzie komendant? — zapytał. 

                                                 

15

  D u a r y  — obozowiska lub prowizoryczne osiedla koczowników. 

background image

—  U  siebie,  panie  kapitanie.  Oficerowie  już  tam  są.  Ledwie  mógł  utrzymać  się  na 

nogach.  Brakło  mu  oddechu.  Zimny  i  gorący  pot  występował  na  całym  ciele.  Serce  biło 
spiesznie, to znów jakby napotykając jakąś przeszkodę zatrzymywało się nagle. Zdawało mu 
się, że nie zdoła dojść do kabiny komendanta. Z trudem dowlókł się do niej, zapukał. 

,,Wejść!" rozległ się głos Eckholta. 
Trzy pary oczu spojrzały na doktora. Ale on patrzył tylko w twarz komandora. 
Była  blada.  Szczęki  mocno  zwarte.  Wąskie,  zaciśnięte  usta.  Oczy  badawcze,  ostre, 

spokojne. 

Nie ma co — pomyślał. — Nie przekonam go. 
— Tu jest ta depesza — powiedział Eckholt. — Niech pan przeczyta. 
Knoll pochylił się nad stołem. Czytał wolno, słowo po słowie. Nagle przerwał. 
— Skąd pan to ma? — zapytał chrapliwym szeptem. 
—  Z  Chartumu.  Przejęte  przed  półgodziną.  Zaczął  raz  jeszcze  od  początku.  Skończył  i 

czytał znowu. Co w tym jest? — myślał. — Co w tym jest? 

Jego umysł pracował szybko. Zestawiał fakty i daty. Obliczał. 
—  Nie  pozostaje  nam  nic  innego  jak  tylko  odwrót  —  powiedział  Eckholt  stłumionym 

głosem. 

Zdanie padło w ciszę i utkwiło w niej bez echa. 
Knoll zmarszczył brwi. Nie mógł przecież dopuścić do tej ostateczności. 
Teraz? Gdy byli tak blisko? Gdy pokonali wszystkie przeszkody? Właśnie teraz? 
Chwytał  rozpaczliwie  pierzchające  myśli,  jak  człowiek,  który  tonie,  chwyta  kurczowo 

pływające źdźbła słomy. 

Ratować wyprawę! Za wszelką cenę ratować! Nie dopuścić do tego, co już prawie zostało 

postanowione. 

—  Odwrót?  Nie,  to  niemożliwe!  —  powiedział  głośno.  Eckholt  zwrócił  ku  niemu 

kamienną, jak z granitu wykutą twarz i spojrzał zimnym, pytającym spojrzeniem. 

— Więc co? 
Knoll już ochłonął. Ucisk w krtani zelżał. 
Musiał  znaleźć  i  wyrazić  tę  rzecz,  która  błąkała  się  gdzieś  w  jego  umyśle  przy 

odczytywaniu depeszy. Wiedział, że tylko wówczas zdoła pochwycić szansę wygranej, jedną 
na  sto.  Musiał  argumentować  realnie.  Uczucia,  ideały,  porywy  zapału  nie  mogły  odgrywać 
żadnej roli w dyskusji z Eckholtem. Rozumiał to. Należało oprzeć się o rozkazy i obowiązki. 
Należało  brać  pod  uwagę  tylko  sprawę  odsieczy  dla  korpusu  wschodnioafrykańskiego. 
Wszystko inne chybiałoby celu. 

Pytający  wzrok  komendanta  przygasł  pod  ciężko  opuszczonymi  powiekami.  Wśród 

nieznośnego  milczenia  uparcie  podzwaniały  pióra  i  ołówki  na  podstawce  wstrząsanej 
dreszczem,  który  udzielał  się  całemu  sterowcowi  od  pracujących  silników.  Napięcie  tego 
milczenia potęgowało się z każdą chwilą. Nie mogło to trwać dłużej. 

Knoll  zaczął  mówić,  zanim  jeszcze  jego  myśl  przybrała  kształt  skończony  i  wyraźny. 

Spieszył się. Słowa wyprzedzały tę myśl, która gubiła się gdzieś ciągle. Ale odnajdywał ją i 
mówił dalej, z trudem formułując zdania. 

Muszę ich przekonać — postanowił z siłą rozpaczy. 
Czuł, że się nie myli. Przejrzał sam i przypuszczał, że potrafi swą przenikliwością olśnić 

pozostałych. 

— Przed dwudziestu czterema godzinami odszyfrowałem słowo w słowo dwie takie same 

depesze  —  powiedział.  —  Jedną  z  Kairu,  drugą  z  Suezu.  Zaraz,  panie  kapitanie  — 
powstrzymał gestem Eckholta — niech mi pan pozwoli dokończyć. 

background image

Kiedyż to było? — myślał gorączkowo. — I co... Ach, tak — przypomniał sobie. 
— Tak, to były te dwie depesze, które dał mi pan wczoraj wieczorem — mówił dalej. — 

Powiedziałem panu wtedy, że nie zawierają nic ważnego, i miałem rację, choć dopiero teraz 
mam na to dowód. Obie leżą w mojej kabinie. Może pan sprawdzić. Nadano je dwadzieścia 
cztery godziny temu do Dowództwa Floty Śródziemnomorskiej rzekomo w celu wstrzymania 
zamierzonego desantu w Zanzibarze. 

Zatrzymał się, aby odetchnąć. 
Pancernik, pancernik aliancki — kłębiło mu się w głowie. — Mówić dalej — pomyślał. 

Trzeba mówić dalej. 

Nagle zrozumiał wszystko i płonącym wzrokiem objął obecnych. 
—  Pancernik,  który  miał  ten  desant  wysadzić,  w  ogóle  nie  istnieje!  —  powiedział 

dobitnie.  —  Nie  istniał  również  zamiar  wykonania  desantu,  a  wiadomość  o  kapitulacji  w 
Newali jest fałszywa. 

Massendorf  i  Grass  patrzyli  na  niego  w  osłupieniu.  Eckholt  zadawał  sobie  pytanie,  czy 

ten  człowiek  nie  oszalał  pod  wpływem  nagłej  wiadomości,  która  zniweczyła  jego 
zamierzenia. 

— Na czym opiera pan to przypuszczenie? — zapytał spokojnie. 
— Na tym, że po raz trzeci przejmujemy depeszę tej samej treści — odparł Knoll siląc się 

również na spokój, który co chwila go opuszczał. — Niech pan nie myśli, że gadam dziecinne 
głupstwa,  aby  postawić  na  swoim  —  mówił  dalej.  —  Może  pan  polecić  porucznikowi 
Grassowi,  aby  przyniósł  z  mojej  kajuty  depesze.  Leżą  w  prawej  szufladzie  stołu.  Będę 
operował faktami — podniósł znów głos. — Musicie je mieć. Będziecie je mieli, do pioruna! 

Eckholt zawahał się, ale ton doktora był tak przekonywający, że skinął na Grassa, który 

wyszedł i wrócił po chwili niosąc obie depesze i kartkę z ich odszyfrowaną treścią. 

—  Zgadza  się  —  powiedział  komendant  porównawszy  wszystkie  trzy  notatki.  —  Nie 

wchodząc w pobudki pańskiego czynu, panie kapitanie, uprzedzam pana... 

—  Zaraz  —  przerwał  Knoll  niecierpliwie.  —  Mniejsza  o  to,  dlaczego  zataiłem  tę 

wiadomość.  Czy  nie  uderza  pana  jedna  rzecz:  depesze  z  Kairu  i  z  Suezu  wysłane  były 
niewątpliwie wcześniej niż depesza z Chartumu. I przecież musiały iść przez Chartum. Po co 
więc  Chartum  powtarza  tę  wiadomość?  Dlaczego  nadaje  to  samo,  co  przekazywał  już 
wczoraj? Dlaczego czyni to właśnie wtedy, gdy przelatujemy w pobliżu? Czy nie wydaje się 
panom, że ta depesza przeznaczona jest raczej dla nas niż dla Dowództwa Floty? 

Gestykulował żywo. Akcentował dobitnie zdania. Walczył odważnie, z determinacją, nie 

próbując  się  osłaniać  lub  ukrywać  tego,  co  uczynił.  Starał  się  wyjaśnić  fakty  i  kolejne 
wypadki,  które  z  jego  punktu  widzenia  były  aż  nadto  przejrzyste.  Odsłaniał  ich  właściwe 
znaczenie: źle, naiwnie zamaskowany podstęp. 

— Nad Nilem na przestrzeni paruset kilometrów widziano sterowiec lecący na południe. 

Niewątpliwie  miejscowe  władze  wojskowe  zostały  zaalarmowane  i  mogły  przypuszczać,  że 
nie przejęliśmy wczorajszych depesz z Kairu i Suezu. Dlatego Chartum powtórzył raz jeszcze 
fałszywą wiadomość, która miała zawrócić nas z drogi już nad Dolnym Egiptem. Wiadomość 
zmyśloną przez Anglików natychmiast potem, jak wymknęliśmy się ich okrętom. Musieli się 
domyślić, że posiadamy ich szyfr, i wykorzystali to bardzo sprytnie, a teraz czekają tylko na 
nasz odwrót, aby za jednym zamachem przeszkodzić odsieczy w Afryce i zniszczyć sterowiec 
w drodze powrotnej do Europy. 

Zapadło krótkie milczenie przerwane przez Massendorfa, który zrobił uwagę, że to brzmi 

prawdopodobnie. 

Eckholt spojrzał na niego przelotnie i pokręcił głową. 
— A jeżeli tak nie jest? — rzucił pytanie. 

background image

—  Dowództwo  Floty  lub  radiostacja  w  Kairze  mogła  przecież  zażądać  powtórzenia 

depeszy — odezwał się Grass. 

Knoll przygryzł  wargi. Szukał argumentów przekonywających. Musiał wygrać tę partię. 

Zwłaszcza teraz, gdy był pewien, że ma słuszność. Teraz zawrócenie z drogi wydało mu się 
potwornością. Gotów był absolutnie na wszystko, aby do niej nie dopuścić. 

— Dziś po południu mówił mi pan, panie kapitanie — zaczął powoli — że nasza stacja 

odbiera depesze, których nie można odszyfrować. 

— Tak, przejęliśmy kilka takich depesz — potwierdził Eckholt, 
—  Więc  musiały  one  być  zaszyfrowane  nowym  szyfrem!  —  stwierdził  Knoll  uderzając 

dłonią  w  stół.  —  To  zresztą  zupełnie  zrozumiałe:  gdyby  nawet  nieprzyjaciel  nie  odkrył 
wcześniej,  że  jego  szyfr  jest  w  naszym  posiadaniu,  to  łatwo  mógł  się  tego  domyśleć  ze 
sposobu,  w  jaki  wymknęliśmy  się  okrętom.  Nie  wiem,  ile  czasu  wymaga  zmiana  szyfru, 
zwłaszcza  na  taką  odległość,  ale  widocznie  wystarcza  na  to  kilkadziesiąt  godzin.  Tak  czy 
inaczej mamy dowody, że dziś od południa obowiązuje nowy szyfr. I nagle po szeregu depesz 
nie do odszyfrowania przejmujemy o jedenastej wieczorem jedną jedyną, która daje się łatwo 
odczytać.  Otrzymujemy  ją  w  chwili,  kiedy  nieprzyjaciel  przewiduje,  że  jesteśmy  najbliżej 
jego radiostacji. Dlaczego? 

Spojrzał po wszystkich trzech oficerach. 
Eckholt siedział pochylony nad depeszami, zmarszczywszy brwi. Massendorf zdawał się 

ważyć  prawdopodobieństwo  tego  dowodzenia.  Grass  ziewał,  widocznie  znudzony  i 
roztargniony, niezupełnie rozumiejąc, o co chodzi. 

Za  cienką  ścianą  kajuty  poświstywał  pęd.  Mruczały  silniki.  Ktoś  przeszedł  obok 

zamkniętych  drzwi  i  szybko  wbiegł  po  schodni,  po  czym  przez  chwilę  słychać  było 
oddalające się kroki w głównej galerii nad kilem. 

—  Widocznie  —  mówił  Knoll  dalej  —  nieprzyjacielowi  zależy  na  tym,  abyśmy 

zawrócili.  Co  za  tym  idzie,  klęska  w  Newali  jest  wymysłem  angielskiego  sztabu.  Gdyby 
istotnie niemiecki korpus w Afryce przestał istnieć, raczej starano by się to zataić przed nami, 
aby nas wziąć gołymi rękami tam na miejscu, wówczas, kiedy nasz zapas benzyny byłby tak 
mały, że już nie moglibyśmy wrócić. 

— To możliwe — powiedział Eckholt. — Możliwe i nawet wcale logiczne, ale niepewne. 

Po  pierwsze,  zmiana  szyfru.  To  tak  prędko  nie  idzie.  W  Chartumie  mogą  nie  mieć  nowego 
szyfru i po prostu dlatego używają starego. Mogą nie wiedzieć nawet o celu naszego lotu. Po 
wtóre,  wiadomość  nadana  przez  Kair  czy  Suez  niekoniecznie  musiała  też  dotrzeć  via 
Chartum,  a  obecnie,  skoro  Chartum  otrzymał  ją  inną  drogą,  nadaje  dalej,  jak  to  jest  jego 
obowiązkiem.  Po  trzecie,  kierunek  naszego  lotu  nad  Nilem  bynajmniej  nie  wskazywał,  że 
będziemy  tak  blisko  Chartumu  akurat  o  tej  porze.  Niech  pan  pamięta,  że  od  kilku  godzin 
lecimy  w  ciemności,  bez  świateł  pozycyjnych  i  że  jest  mało  prawdopodobne,  aby  nas  mógł 
ktoś śledzić. Pan opiera swoje podejrzenia na domysłach. A jeżeli one są błędne? Czy może 
pan wziąć odpowiedzialność za to, co się stanie, jeśli w Newali będą nas oczekiwali Anglicy i 
Portugalczycy zamiast Niemców? 

— Mogę — rzekł Knoll bez wahania. 
—  Ja  nie.  Nie  mam  upoważnienia  (i  pan  również  go  nie  ma)  do  wszczynania 

jakiejkolwiek  samodzielnej  akcji  w  Afryce  Wschodniej.  Uważam  natomiast,  że  mam 
dostateczne powody, by zawrócić, choćby w przyszłości okazało się, że pańskie hipotezy były 
słuszne. 

— Cofa się pan bez walki — rzucił Knoll. — Ucieka pan! 
— Moje postępowanie osądzą władze w Berlinie — odpowiedział Eckholt bardzo blady, 

ale nie tracąc panowania nad sobą. — To wszystko, co chciałem wyjaśnić. Teraz... 

background image

— Jeszcze nie — przerwał Knoll gwałtownie. — Jak to: zawrócić teraz? Tu pana tchórz 

obleciał?  Tu,  o  kilka  tysięcy  kilometrów  od  Berlina,  w  chwili  kiedy  ważą  się  losy  połowy 
Czarnego  Lądu,  pan,  komendant  L-59,  cofa  się?  Dla  jakichś  głupich  formalnych  skrupułów 
niewartych splunięcia? To podłość! — krzyknął. — Rozumie pan: podłość! Zdrada! 

Dyszał  ciężko  i  nacierał  na  Eckholta,  który  nie  spuszczał  z  niego  wzroku,  siedząc 

nieruchomo na swoim miejscu. 

Grass  zdumiony  i  przerażony  tym  wybuchem  stał  opodal  z  otwartymi  ustami  jak 

oniemiały.  Massendorf  patrzył  na  Knolla  ze  współczuciem,  nie  wychodząc  zresztą  ze  swej 
roli  biernego  świadka  wydarzeń.  Eckholt  milczał  w  swej  kamiennej  masce  spokoju.  Bladł 
tylko coraz bardziej, a kąciki jego wąskich sinych warg opadły w dół. 

Knoll, miotany rozpaczą, nie panował już nad sobą. 
—  Jesteście  bandą  tchórzów  —  powiedział  z  obrzydzeniem.  —  Wasze  frazesy,  wasze 

wyświechtane hasełka, wasze: ojczyzna, bohaterstwo, patriotyzm, wszystko to śmiecie, które 
rozwiewa  pierwsze  ryzyko.  Ryzyko  warte  ofiar.  Ryzyko  dla  idei,  dla  wielkości,  która  nie 
mieści  się  w  waszych  ucywilizowanych  europejskich  duszach,  nie  przenika  do  waszych 
mózgów  przywykłych  do  wyrachowania,  do  groszowych  interesów,  do  smrodu  waszej 
biurokracji  nazywanej  przez  was  szumnie  kulturą.  Nie  potraficie  zdobyć  się  na  nic,  co 
wybiega  poza  ramy  waszej  dyscypliny  i  waszych  regulaminów  stworzonych  przez  tępych 
kupczyków,  którzy  chleją  piwo  i żrą  wieprzowinę  z  kartoflami.  Bo  to  jest  zbyt  śmiałe,  zbyt 
samodzielne dla was, bo jest „niemoralne"! 

Twarz  jego  była  straszna.  Dzika  namiętność  głosu,  w  którym  rozpacz  mieszała  się  z 

bólem i pogardą, przenikała do głębi, paliła wstydem, smagała zniewagą. 

— Miał pan ratować niemiecki korpus od zguby — zwrócił się znów do Eckholta. — To 

był pański cel; wielki według waszych pojęć, szlachetny. Jakże ośmieli się pan spojrzeć teraz 
komukolwiek  w  oczy,  gdy  pozostawi  pan  tych  ludzi  na  łasce  losu?  Wbrew  wszelkim 
dowodom,  że  walczą.  Wbrew  logice.  Wbrew  pewności,  że  jeszcze  można  im  pomóc.  Pan, 
zwykły  oficer,  jakich  jest  tysiące,  może  zdobyć  nieśmiertelność.  Ma  pan  okazję,  która 
zapewne  nigdy  więcej  nie  powtórzy  się  w  historii  świata:  może  pan  przy  mojej  pomocy 
podbić pól Afryki, stworzyć nową potęgę. I cofa się pan, bo nie ma pan upoważnienia... Czy 
pan jest ślepy? Nie ma pan prawa wracać; nawet ze swego ciasnego punktu widzenia nie ma 
pan prawa. Osiem tysięcy ludzi czeka na odsiecz, ginie braku lekarstw, umiera od febry, a 
pan boi się poświęcić tych kilkunastu dla uratowania tamtych?! 

Mówił  bezładnie,  gorączkowo,  namiętnie,  z  gniewem,  to  znów  z  głębokim  smutkiem. 

Lżył,  rozkazywał  i  zniżał  się  do  prośby.  Widać  było,  że  walczy  rozpaczliwie  o  swoją  ideę, 
choć łączył z nią sprawę niemieckiego korpusu. Mieszał argumenty przeznaczone wyłącznie 
dla umysłowości tych niemieckich oficerów ze zdaniami, które mimo woli cisnęły mu się na 
usta, dyktowane jego własną racją, chociaż nie mogła mieć wpływu na ich decyzję. 

Odkrywał im swe plany, ukazywał im dalekie, lecz jakże wspaniałe perspektywy. Zmagał 

się  z  uporem  Eckholta,  zdobywał  się  z  ogromnym  wysiłkiem  na  spokój  i  znów  go  tracił 
miotany rozpaczą. 

Walczył  do  upadłego  i  mimo  wszystko  czuł,  że  przegrywa.  Natrafiał  na  coś,  czego  nie 

umiał pokonać. Tracił siły na próżno. Tonął. 

Ostateczne,  krótkie  i  stanowcze  „Nie!"  Eckholta  przecięło  tę  walkę  i  pogrążyło  go 

całkowicie. Został pobity. 

Wtedy  zgasło  w  nim  coś,  jak  płomień  wypalonej  lampy.  Wolno  odwrócił  się  i  ciężko 

szedł  ku  wyjściu,  zgarbiony,  jakby  przełamany  w  krzyżu.  Przechodząc  obok  stołu,  potrącił 
Grassa i zatoczył się. 

Potem, macając dokoła jak ślepiec, natrafił na drzwi. Obejrzał się jeszcze. 

background image

Trzej  oficerowie  patrzyli  za  nim:  Eckholt  zamyślony  i  blady  jak  przedtem;  Grass 

wściekły  po  obelgach,  które  usłyszał,  i  wzburzony  tym,  że  nie  zdążył  na  nie  zareagować; 
Massendorf — ze współczuciem, żalem i podziwem. 

Knoll minął próg, potknąwszy się lekko, i zamknął drzwi. 
— Należałoby go pilnować — zauważył Grass. — To niebezpieczny człowiek. 
—  Niech  pan  to  mnie  pozostawi  —  powiedział  Eckholt  chłodno.  —  Obejmie  pan  teraz 

swoją wachtę i weźmie pan kurs 270 stopni aż do dalszych rozkazów. Może pan odejść. Pan, 
poruczniku  Massendorf,  zajmie  się  ścisłym  sprawdzeniem  ilości  materiałów  pędnych  i 
balastu.  Niech  pan  zwróci  szczególną  uwagę  na  zachowanie  się  załogi.  Obawiam  się... 
obawiam  się,  że  mogą  zajść  jakieś  nieprzewidziane  wypadki.  Karność  musi  być  utrzymana. 
Pan mnie rozumie, mam nadzieję? 

— Tak, panie kapitanie. Droga powrotna nie będzie łatwa. 
— Trudniejsza niż każda inna. Ale musimy ją odbyć. Massendorf oddalił się. 
Komendant został sam. Ogarnęły go wątpliwości. Jak władze ocenią jego postępowanie? 

Czy  istotnie  powody  do  odwrotu  były  dostateczne?  Czy  przypuszczenia  Knolla  nie  były 
słuszne? 

Odwrót. To słowo może mieć różne znaczenie dla żołnierza. Często łączy się z pojęciem 

przegranej.  Czasem  znaczy  tyleż  co  klęska.  Czasem  pali  wstydem.  Czasem  przynosi  z  sobą 
chwilową  ulgę  po  krwawym  trudzie  nie  do  zniesienia.  Czasem  zapowiada  rychłe 
przeciwnatarcie.  Czasem  oznacza  tylko  manewr.  Prawie  zawsze  jednak  jest  następstwem 
bitwy.  Zawsze  poprzedza  go  próba  sił,  najwyższe  napięcie  woli  zwycięstwa,  wyładowanie 
nagromadzonej energii. 

Odwrót  sterowca  L-59  miał  nastąpić,  zanim  doszło  do  bitwy.  W  połowie  drogi.  Nie 

dlatego,  że  załoga  została  zwyciężona.  Nie  dlatego,  że  nie  mogła  sprostać  zadaniu.  I  nie  w 
tym celu, aby uderzyć ponownie. 

Spóźnili  się.  Może  o  miesiąc,  może  tylko  o  parę  dni,  może  tylko  wskutek 

nieporozumienia,  które  skierowało  karabiny  tureckich  żołnierzy  przeciw  balonowi  pod 
Ak-Hissar? A może... 

Eckholt  raz  jeszcze  roztrząsał  całą  tę  sprawę  i  nie  mógł  pozbyć  się  niepewności.  Myśli 

rozsadzały  mu  czaszkę  kłębiąc  się  w  mózgu,  walcząc  o  ukrytą  prawdę  i  przecząc  sobie 
nawzajem. 

Wtedy  zaczynał  na  nowo.  Porządkował  fakty  i  wnioski,  rozpatrywał  je  kolejno  z 

własnego punktu widzenia i z punktu widzenia nieprzyjaciela, skłaniał się ku hipotezie Knolla 
i odrzucił ją znowu jako zbyt naciągniętą. 

Nie mam prawa ryzykować — myślał. 
Ale  natychmiast  uświadamiał  sobie,  że  jeżeli  wiadomość  o  upadku  Newali  została  mu 

umyślnie  podsunięta  i  nie  jest  prawdziwa,  to  odwrót  połączony  będzie  z  ryzykiem  o  wiele 
większym  niż  lądowanie  we  wschodniej  Afryce,  nawet  z  perspektywą  angielskiej  lub 
portugalskiej niewoli. 

Z  drugiej  strony  wydanie  załogi  i  sterowca  z  jego  cennym  ładunkiem  wprost  w  ręce 

nieprzyjaciela  mimo  ostrzeżenia  o  rozbiciu  niemieckiego  korpusu  wydało  mu  się  straszliwą 
lekkomyślnością. 

Czy postąpię tak, czy inaczej — rozumował — uznają mnie winnym, jeśli nie odgadłem 

prawdy. Ale gdzie jest prawda? Gdzie leży interes Niemiec? 

Nie obejmował tego problemu, który przekraczał jego wiadomości i kompetencje. Mimo 

to ciążyła na nim odpowiedzialność za decyzję. 

background image

Mógł  ją  jeszcze  zmienić.  O  90  stopni  w  lewo  oczekiwał  go  Czarny  Korpus,  któremu 

śpieszył  z  pomocą,  lub  awantura,  w  której  mógł  wziąć  udział  według  fantastycznych 
projektów Knolla. Mógł zginąć na polu walki, dostać się do niewoli albo zdobyć sławę. 

O 90 stopni w prawo, nawet gdyby taki wybór był trafny, również czaiła się śmierć. Jeżeli 

ominąłby  ją,  jeśli  zdołałby  doprowadzić  swój  balon  do  Niemiec,  w  najlepszym  razie  mógł 
spodziewać  się  pochwały  w  rozkazie  i  nominacji  na  jakieś  odpowiadające  jego  stopniowi 
stanowisko. Gdyby jednak ten odwrót okazał się błędem, cóż czekało go wówczas? 

Z irytacją wzruszył ramionami. 
Jestem  żołnierzem  —  pomyślał.  —  Jestem  tylko  żołnierzem.  Tu  przecież  nie  idzie  o 

mnie. 

Tak,  był  tylko  żołnierzem.  Regulamin  zabraniał  mu  zajmować  się  polityką.  Otrzymał 

rozkaz i wykonywał go stosując się do wskazówek, których mu udzielono przed odlotem. Nie 
umiał  zdobyć  się  na  coś,  co  wymagało  aż  tak  wielkiej  inicjatywy  i  samodzielności.  Był 
komendantem sterowca, nie mężem stanu. Nie dorósł do roli, którą chciał mu narzucić Knoll, 
szaleniec  i  marzyciel  wyrzekający  się  Niemiec  dla  wielkiej  przygody,  dla  zaspokojenia 
wielkich ambicji czy też dla wielkiej idei. 

Przed samą północą L-59 jeszcze raz wykręcił o 90 stopni w prawo i położył się na kurs 

powrotny.

background image

Doktor Knoll został aresztowany o godzinie pierwszej po północy, to jest wkrótce po tym, 

jak sterowiec ostatecznie zmienił kurs na ściśle północny. 

Aresztowanie  nastąpiło  z  powodu  „usiłowania  wszczęcia  buntu  wśród  załogi  w  obliczu 

nieprzyjaciela", jak to zostało odnotowane w dzienniku pokładowym. 

Wprawdzie  nieprzyjaciela  nie  było  nigdzie  widać  (po  pierwsze,  z  powodu  zupełnych 

ciemności,  a  po  wtóre,  ponieważ  okolica  była  bezludna),  ale  lot  odbywał  się  nad 
nieprzyjacielskim terytorium, co przesądzało los aresztowanego. 

Knoll  doskonale  zdawał  sobie  sprawę  ze  swego  położenia  i  nie  łudził  się,  że  może  ono 

ulec jakiejkolwiek zmianie. Gra była przegrana ostatecznie i całkowicie. 

Do ostatniej karty, jak to sam określił. 
Tą  ostatnią  kartą  była  właśnie  rozpaczliwa  próba  wywołania  wśród  podoficerów  buntu, 

który miałby na celu oddanie dowództwa w ręce doktora. 

Lecz  zamiast  działać  natychmiast,  przypuszczając  do  spisku  tylko  tych  kilku 

podoficerów, na których liczył, Knoll w ostatniej chwili zmienił zamiar i ufny w moc swojej 
wymowy  postanowił  za  jednym  zamachem  pozyskać  wszystkich,  a  potem  wciągnąć  jeszcze 
do sprzysiężenia pierwszego oficera. Ten plan zawiódł. 

Knoll  został  zdradzony  w  chwili,  kiedy  sam  dopuszczał  się  zdrady  wygłaszając 

płomienną przemowę w kabinie załogi. 

Widząc, że na ostry, przenikliwy sygnał  gwizdka wszyscy stanęli w szeregu, zrozumiał, 

że nie pójdą za nim. Patrzył bez gniewu na chmurne twarze tych ludzi, którzy go opuścili, oni 
zaś unikali teraz jego wzroku, podobnie zresztą jak spojrzenia Eckholta. 

Jeśli  nawet  myśleli  o  losie,  który  ich  czeka  w  Europie,  jeśli  widzieli  przyszłość  swoją  i 

swoich  rodzin  tak,  jak  ją  odmalował  Knoll  mówiąc  o  wojnie  europejskiej,  to  czuli  się 
bezradni  wobec  potęgi  dyscypliny  wpojonej  od  lat,  niewzruszonej  jak  prawa  rządzące 
światem. 

Kiedy Knoll mówił, ufali mu. Z czasem zapewne zrozumieliby, do czego dążył, i byliby 

gotowi na wszystko, czego by zażądał. Lecz skoro tylko spostrzegli, że sam ulega przemocy, 
stracili wiarę w jego słowa i w to, że mógłby stać się ich przywódcą. 

Jedno  krótkie  zdanie  Eckholta  otrzeźwiło  ich  jak  wiadro  zimnej  wody  wylane  na 

rozpalone głowy: ten człowiek przeciwstawiał się rozkazom, wyłamywał się spod dyscypliny 
w  imię  haseł,  które  były  dla  nich  nie  dość  zrozumiałe  albo  które  pojęli  opacznie.  Przerazili 
się; wiedzieli, czym to grozi na wojnie. Zrozumieli, że jest słaby i szuka ich pomocy. A wtedy 
sami  poczuli  się  słabi,  zdani  na  surowy  sąd  komendanta  z  winy  szaleńca,  który  chciał  ich 
uwieść, aby ratować swoją straconą sprawę. 

Patrzył  na  nich  teraz  i  milczał,  oni  zaś  czuli,  że  ten  spośród  nich,  który  doniósł 

komendantowi o wszystkim, ocalił ich od zguby. 

background image

Knoll  wszedł  do  swojej  kajuty  ze  spuszczoną  głową,  zupełnie  złamany.  Na  żądanie 

komendanta oddał mu broń i pas oficerski. 

— Nie wolno panu stąd wychodzić — powiedział Eckholt i drzwi zamknęły się za nim. 
Knoll rzucił się na łóżko i przeleżał nieruchomo do rana, utkwiwszy wzrok w suficie. Nie 

myślał. Nie rozpaczał. Nie zdawał sobie sprawy, co się z nim dzieje. Po prostu — nie był. 

Śniadanie przyniósł mu Grass. 
— Komendant pyta, czy nie brak panu czego — powiedział. 
— Nie — odrzekł doktor. — Dziękuję. 
Drugi oficer rozglądał się ciekawie dokoła. Dziwił go pozorny spokój tego człowieka. Na 

wszelki wypadek trzymał się z dala od niego, w kącie kabiny. 

— Minęliśmy dwudziesty równoleżnik — rzekł od niechcenia. 
Knoll nawet nie mrugnął okiem. 
—  Wracamy  trasą  równoległą,  ale  bardziej  na  zachód  —-ciągnął  dalej  Grass  tonem 

informacyjnym. — Nilu nie widzieliśmy wcale. 

Umilkł.  Knoll  milczał  również,  jakby  go  to  wszystko  nie  dotyczyło  i  Grass  poczuł  się 

dotknięty. 

— Widzę, że to pana nic nie obchodzi — powiedział. Ale Knoll zdawał się w ogóle go 

nie słyszeć. Wzruszył więc ramionami i wyszedł. 

W  południe  zjawił  się  znowu  i  zastał  doktora  w  tej  samej  pozycji  na  łóżku.  Śniadanie 

stało prawie nie tknięte. Knoll wypił tylko kawę. 

Grass zostawił tacę z obiadem, zabrał pustą szklankę i znikł za drzwiami. 
Podobna pantomima powtórzyła się wieczorem. 
Knoll  nie  ruszał  się.  Nieustanna  wibracja  sterowca  udzieliła  się  całemu  jego  ciału.  Miał 

wrażenie,  że  drgają  w  nim  wszystkie  nerwy  i  ścięgna.  W  uszach  czuł  przenikliwy  grzechot 
silników; pod powiekami wirowały mu czarno-białe migoty, twarz i ręce muskały nieustanne 
drobniutkie  dreszczyki  jak  kropie  suchego  dżdżu,  który  mżył  ze  wszystkich  stron 
jednocześnie.  Ściany  kabiny,  pokład  i  sprzęty  burczały  cicho,  podzwaniała  gruba  szyba 
iluminatora, trzęsła się zasłona przy łóżku na podtrzymującym ją pręcie. 

Na krótko przed zachodem słońca do tego wibrującego wnętrza zajrzał snop jaskrawych 

promieni.  Uderzył  w  lakierowane  drzwi  i  lunął  połyskliwym  odbiciem  prosto  w  zmęczone 
oczy doktora. Wędrował od łóżka do stołu, przystawał w pół drogi, cofał się, znów przeglądał 
się  w  drzwiach,  ześlizgiwał  się  z  nich,  jakby  zmywany  cieniem,  stosownie  do  trawersów 
balonu.  Stawał  się  coraz  czerwieńszy,  krwawił  ściany,  rozżarzał  metalowe  okucia  i  sunął 
coraz wyżej, aż wreszcie rozścielił się na białym suficie. Tam gasł wolno, ciemniał, popielą! i 
skonał w mroku. 

Wraz z jego skonem Knoll usnął. 

Gdy  się  obudził,  był  już  dzień.  Orzeźwiający,  chłodny  powiew  wpadał  do  kabiny  przez 

otwarty iluminator i szeleścił papierami na stoliku. 

Knoll wstał i wyjrzał na zewnątrz. 
Pod  sterowcem  leżała  olbrzymia,  stalowozielona,  nieco  wklęsła  tarcza  morza  w 

niebieskiej  oprawie  horyzontu.  Słońce  błyszczało  na  drobnych  karbach  fal  jak  na 
oksydowanym metalu. Gęsto bieliły się powyginane linie piany. 

background image

Morze Śródziemne — pomyślał. 
Ciężar  poniesionej  klęski  zwalił  się  na  niego  jak  głaz,  który  zawisł  u  samej  krawędzi 

świadomości,  przetrwał  nieruchomo  w  ciągu  wielu  godzin  zupełnej  apatii  i  teraz  poruszony 
przypomnieniem osunął się nagle. 

Patrzył  w  dół  i  nie  widział  już  morza,  tylko  otchłań  własnego  upadku.  Ogarnęło  go 

śmiertelne zmęczenie; zapragnął, aby to wszystko skończyło się wreszcie. 

Ale  wszystko  jeszcze  trwało:  L-59  leciał  na  północ,  zmierzając  ku  jakiemuś  brzegowi; 

warczały  silniki  i  delikatny  ślad  spalin  zostawał  za  rufą  balonu  w  cichym,  spokojnym 
powietrzu;  za  cienkim  przepierzeniem  słychać  było  kroki  i  głosy  zmieniającej  się  wachty, 
mamrotały  kardany  sterów,  odzywał  się  dzwon  sygnałowy,  a  na  zewnątrz  jednostajnie 
szumiał  pęd.  Sterowiec  bez  wstrząsów  i  przechyłów  płynął  z  prędkością  osiemdziesięciu 
kilometrów na godzinę, lekko tylko poddając się wątłym prądom lub przecinając ich skręty. 
Lśnił  w  słońcu  jakby  pyszniąc  się  doskonałością  swych  kształtów  i  gładkością  lakieru  na 
szarej  powłoce.  Jego  pięć  silników  dostrojonych  z  dokładnością  do  dziesięciu  obrotów  na 
sekundę  pracowało  jak  jeden;  jakby  dopiero  co  opuściły  hangar,  choć  od  startu  z  Jamboli 
upłynęło przeszło osiemdziesiąt godzin. 

Leciał do Niemiec. Wracał. Ale na jego drodze gładkiej i pogodnej czekało i teraz fatum, 

które od początku zawisło nad wyprawą. 

Pierwszy  sygnał  tego  nowego  nawrotu  losu,  sygnał  o  niebezpieczeństwie,  nadszedł  z 

górnej  platformy  obronnej.  Dyżurny  strzelec  zameldował  przez  przewód  akustyczny  do 
gondoli nawigacyjnej: 

„Patrol z trzech samolotów prosto na północ, na wysokości dwóch tysięcy metrów". 
Nie  było  w  tym  nic  nieoczekiwanego.  Im  bliżej  europejskich  brzegów,  tym  bardziej 

należało spodziewać się nieprzyjaciela zarówno w powietrzu, jak na morzu. 

Rozległy  się  gwizdki  podoficerów  wachtowych  i  tupot  nóg  marynarzy  biegnących  na 

stanowiska. Eckholt przeszedł spiesznie do głównej galerii i wspiął się na górę po pionowej 
schodni. 

Tymczasem samoloty znikły. Marynarz pełniący  służbę mógł tylko wskazać kierunek, z 

którego się ukazały i w którym ciągnęły, gdy stracił je z oczu. Nie można było dostrzec ich 
nawet przez lornetę. 

— Może się wam przywidziało? — zapytał komendant. Ale strzelec stanowczo twierdził, 

że widział patrol zupełnie wyraźnie. 

— Przelecieli o sześć albo siedem kilometrów od nas — dodał. 
Nie było powodu, aby mu nie wierzyć. Eckholt zszedł na dół i zarządził stałe pogotowie 

bojowe. 

Wydano  amunicję.  Sprawdzono  działanie  telefonów  i  instalacje  rur  głosowych.  Strzelcy 

zajęli stanowiska, karabiny zaszczekały krótkimi seriami próbnymi. 

Grzechot ognia zwrócił uwagę Knolla. 
Początek końca? — zadał sobie w myśli pytanie. 
W  tej  chwili  w  drzwiach  kabiny  ukazał  się  Massendorf,  który  właśnie  zdał  służbę 

Grassowi. Przyniósł śniadanie dla doktora i dla siebie. 

— Zjem tu, jeżeli pan pozwoli — powiedział nieco zmieszany i pierwszy podał Knollowi 

rękę. 

background image

Ten gest ujął i wzruszył doktora więcej, niż pragnął to okazać. 
— Nie uważa mnie pan za zdrajcę, Massendorf? Porucznik wzruszył ramionami. 
— Diabli wiedzą, czy pan nie miał racji — mruknął szorstko. — Będzie gorąco. 
— Gorąco? — powtórzył Knoll. — Bo co? 
— Czekają na nas. Już wiedzą, że tu jesteśmy. Słyszał pan? Próbowaliśmy karabiny. 
Zaczął jeść spoglądając raz po raz na Knolla. 
— Powinien pan także coś przekąsić — zauważył. — Będzie pan miał zapewne robotę: 

ranni. 

— Nie będę jadł — odrzekł Knoll opryskliwie, myśląc o czym innym. 
Massendorf  skinął  głową,  choć  sam  nie  umiał  wyobrazić  sobie  takich  okoliczności  i 

takiego stanu psychicznego, które przeszkodziłyby mu w posiłku, gdy było coś do zjedzenia. 
Wiedział, co to znaczy być głodnym przy pracy lub w czasie walki, i nie omijał sposobności 
napełnienia sobie żołądka, ale starał się być wyrozumiały dla tego niezwykłego człowieka. 

Knoll  budził  w  nim  jednocześnie  podziw  i  współczucie.  Chciał  mu  to  okazać  i  nie 

wiedział jak. Nie chciał go urazić. 

Doktor odczuł to i zmusił się do przełknięcia paru kęsów. 
Siedzieli jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Massendorf zaczął zbierać się do wyjścia, od 

progu jednak zawrócił. 

—  Chciałem  panu  powiedzieć  —  bąknął.  —  Hm,  no  może  to  dla  pana  nie  takie  znów 

ważne, ale  chciałem, żeby pan wiedział: komendant prowadzi dziennik pokładowy;  wie pan 
— takie są przepisy... 

— Wiem — rzekł Knoll. — Jest tam zapewne zapis o aresztowaniu mnie? 
— Był — poprawił pierwszy mechanik. — Widziałem, jak komendant wydarł tę kartę. 
Knoll zmarszczył brwi. 
— Za późno — powiedział. — Nic się przez to nie zmieni. 
Zaraz potem L-59 wziął kurs wschodni, kierując się wprost ku wybrzeżom Azji Mniejszej 

z prędkością przeszło stu kilometrów na godzinę. 

Niebo było nadal czyste i zupełnie puste. Ale na morzu ukazały się najpierw dwie lekkie 

łodzie torpedowe, a następnie jakiś duży okręt płynący całą parą z północy na południe, aby 
przeciąć drogę sterowca. 

Jego  artyleria  mogła  okazać  się  niebezpieczna,  więc  Eckholt  znów  zmienił  kurs  i 

manewrował  w  pierwszej  ćwiartce  róży  wiatrów.  Nie  chciał  wdawać  się  w  niepotrzebną 
bitwę,  której  wynik  był  niepewny.  Miał  wprawdzie  kilka  bomb,  ale  ani  jednego  celownika. 
Poza tym nadlatując nad okręt naraziłby poważnie sterowiec na pociski jego dział. Wolał nie 
ryzykować tym razem i zachować amunicję na wypadek, gdyby okoliczności zmusiły go do 
przyjęcia bitwy. 

W  jakiejś  chwili,  gdy  odległość  między  okrętem  a  balonem  była  najmniejsza,  pancerne 

wieże  artyleryjskie  obróciły  się  gładko  i  sprawnie  jak  precyzyjne  zabawki,  paszcze  dział 
spojrzały na sterowiec i plunęły dymem, po czym stłumiony huk targnął powietrzem. 

Eckholt, który przez szkła obserwował te manewry, uśmiechnął się ironicznie. 
— Bez pojęcia i talentu — mruknął do Grassa. 
— Szkoda amunicji — zgodził się porucznik, gdy pociski rozprysły się w kępkach dymu 

o paręset metrów za rufą. 

W tej chwili wyminęli z daleka okręt i wykręcili na wschód, oddalając się coraz bardziej. 
— Teraz mogą strzelać, ile chcą — powiedział znów Grass. 

background image

Krążownik wykręcił za nimi, ale jego artyleria zaprzestała ognia. Malał w oddali, podczas 

gdy oba ścigacze torpedowe znikły już zupełnie z pola widzenia. 

Nadszedł Massendorf. 
— Widział pan? — zagadnął go drugi oficer. - Już po wszystkim: wywinęliśmy się. 
— Zobaczymy — mruknął starszy mechanik bez przekonania. 
—  Niech  pan  utrzymuje  pełne  obroty  silników  —  powiedział  do  niego  Eckholt.  — 

Pójdziemy wyżej. 

Grass poczuł się mniej pewnie. Niebezpieczeństwo widocznie jeszcze nie minęło. Nie bał 

się, tylko zdał sobie sprawę, że bynajmniej nie orientuje się tak dobrze w sytuacji, jak mu się 
zdawało. 

Dalsze wypadki nie dały na siebie długo czekać. 
Po  upływie  godziny  zameldowano  z  platformy  dwa  patrole  samolotów  na  wysokości 

około  trzech  tysięcy  metrów  w  kierunku  zachodnim,  a  w  kilka  minut  później  jeszcze  trzy 
wodnosamoloty nadciągające z północnego wschodu, nieco poniżej ster owca. 

Grass,  który  nigdy  jeszcze  nie  brał  udziału  w  walce  powietrznej,  uległ  silnemu 

podnieceniu.  Paliła  go  ciekawość,  jak  się  to  wszystko  odbędzie,  lecz  ani  przez  chwilę  nie 
wątpił  w  przewagę  balonu;  cztery  karabiny  maszynowe  na  górnych  platformach,  po  dwa  u 
każdej  burty  gondoli  nawigacyjnej  i  dwa  w  tylnej  gondoli  silnikowej,  to  była  potężna  siła 
ogniowa. L-59 nie miał prawie wcale martwych kątów ostrzału i był niemal równie groźny od 
spodu, jak od góry i z boków dla nacierającego nieprzyjaciela. 

Lecz  Eckholt,  otrzymawszy  wiadomość  o  dziewięciu  samolotach  naraz,  zaniepokoił  się 

poważnie.  Dziewięć  maszyn  myśliwskich  to  wprawdzie  tylko  dziewięciu  ludzi,  ale  każdy  z 
nich  rozporządzał  dwoma  karabinami,  przy  czym  mieli  znaczną  przewagę  prędkości. 
Samoloty ich były zwrotne, a zmiana wysokości o dwieście, trzysta lub nawet pięćset metrów 
nie stanowiła dla nich żadnej trudności: mogły dokonać tego w kilka lub kilkanaście sekund. 
Jedyną ich wadą była mniejsza celność ognia i możność strzelania tylko w przód; z tyłu były 
bezbronne.  Za  to  sterowiec  przedstawiał  o  wiele  większą  powierzchnię  dla  skutecznego 
trafienia  niż  małe,  zwinne  samoloty.  W  sumie  warunki  bitwy  przedstawiały  się  dla  niego 
bardzo niekorzystnie. 

Atak rozpoczął bliższy z dwóch kluczy, nadlatujący z zachodu, podczas gdy drugi parł w 

górę  i  krążył  już  na  wysokości  około  siedmiuset  metrów  powyżej  balonu  jako  rezerwa 
ochronna. 

Trzy  dwupłatowce  o  trójbarwnych,  białych,  zielonych  i  czerwonych  znakach  gnały 

zwartym szykiem wprost na łeb sterowca od przodu, jakby zamiarem pilotów było zderzyć się 
z nim po prostu. 

Z  kabiny  nawigacyjnej  widać  było  lśniące  kręgi  śmigieł,  coraz  bliższe,  coraz  bardziej 

przejrzyste. 

Nagle zaterkotały karabiny i dwa czy trzy pociski rozłupały politurowane drewno tylnej 

ściany  w  kabinie.  Jednocześnie  w  górze  odezwały  się  karabiny  z  platformy  i  niemal  w  tym 
samym momencie samoloty prysnęły w dwie strony, przemykając jak cienie po obu bokach 
gondoli. 

Przez  cały  ten  czas  Feldbach,  który  stał  przy  sterze,  nawet  nie  mrugnął  okiem,  choć 

mogło się zdawać, że lotnicy mierzą wprost w niego. 

Drugi  pilot  przy  bocznym  kole  sterowym  przeżegnał  się  tylko,  po  czym  splunął  i  ze 

wzrokiem  wbitym  w  chyłomierz  wstrzymał  oddech,  póki  wściekle  wyjące  maszyny  nie 
śmignęły mu przed samą twarzą. 

Zaraz  potem  ukazały  się  wodnosamoloty,  które  zaatakowały  sterowiec  od  spodu.  Z 

gondoli  powitał  je  długi  trel  ognia  maszynowego,  widocznie  skuteczny,  bo  jeden 

background image

zwichnąwszy nagle łuk wirażu przewalił się przez skrzydło, błysnął długimi pływakami pod 
słońce i runął w dół. 

Bosman Sachs prowadził go wiązką pocisków, póki sylwetka maszyny nie została zakryta 

przez burtę. 

— Gotów? — zapytał Eckholt. Strzelec wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
— Zdaje się, panie komendancie. 
Wychylił się i zobaczył wielki, biały rozprysk na morzu. 
—  Gotów  —  powiedział,  po  czym  niespodziewanie  osunął  się  z  jękiem  na  tylce  swego 

karabinu. 

Krew  rzuciła  mu  się  ustami.  Wyprężył  się,  wierzgnął  nogą  i  schwyciwszy  kilkakroć 

dłońmi powietrze skonał z otwartymi szeroko oczyma i ściągniętymi boleśnie brwiami. 

Eckholt zaklął głośno. 
—  Najlepszy  strzelec.  Już  po  nim.  Zastąp  go  pan  tymczasem  —  powiedział  do  Grassa, 

który nie od razu pojął, co się stało. — Prędzej, pomogę panu. 

Wzięli  ciało  Sachsa  za  nogi  i  za  ramiona  i  usunęli  na  bok.  Grass,  pobladły  z  wrażenia, 

wyjął  chustkę  i  starannie  wytarł  krew  z  pokładu,  zanim  stanął  przy  karabinie.  Czuł,  że  za 
chwilę  sam  padnie.  Bał  się  teraz.  Nagłość  śmierci  i  pozorna  obojętność  komendanta 
zaskoczyły go. Nie tak to sobie wyobrażał. 

— Kurs 20 stopni! — zawołał za jego plecami Eckholt. 
— 20 stopni — powtórzył Fełdbach przerzucając szprychy. 
Wtem pociski z trzaskiem zastukały po przepierzeniach kabin. Zadzwonił metal okuć, w 

pokładzie  w  kilku  miejscach  naraz  ukazały  się  małe  otworki,  brzękło  szkło,  posypały  się 
jakieś strzępy i okruchy. 

Grass dostrzegł tylko spód i podwozie samolotu zwijającego się w gwałtownym zakręcie. 

Przerzucił karabin w lewo, zmierzył, nacisnął spust. 

Było  to  dziełem  jednej  sekundy.  Ale  karabin  milczał.  Porucznik  czuł  jego  stałą, 

nieruchomą twardość. 

Zacięcie — pomyślał. 
Dobił  dłonią  rączkę  zamkową.  Opadła  łatwo,  ale  samolotu  dawno  już  nie  było.  Za  to  z 

lewej burty ujadały teraz dwa karabiny maszynowe jednocześnie. 

— 45 stopni! — krzyknął Eckholt. 
—  45  —  odrzekł  Fełdbach  i  po  chwili:  —  Nie  słucha,  panie  komendancie.  Za  duże 

obroty. 

Grass czuł trawers balonu. Pokład lekko się pochylił, L-59 zadzierał łeb i kładł się na bok. 
„Tysiąc czterysta obrotów! Prawe silniki tysiąc dwieście obrotów!" wołał Eckholt w tubę 

przekaźniczą. 

Karabiny  u  lewej  burty  zamilkły,  natomiast  gdzieś  blisko  zawył  spazmujący,  wysoki 

falset  silnika  ciągniętego  na  pełnym  gazie  w  górę.  Nieco  na  prawo  spod  burty  wymknął  się 
grzbiet skrzydeł malowanych w nieregularne wielokąty. Samolot wspinał się do gwałtownego 
przerzutu jak koń na przeszkodzie. 

Teraz! — przeleciało Grassowi przez głowę. 
Machinalnie  wziął  poprawkę,  nacisnął  spust  wielkimi  palcami  obu  rąk.  Karabin  zaczął 

drgać gęstym ogniem, jakby kto końcem kija sunął po sztachetach. 

Wtem z góry wypadła inna maszyna i po kabinie nawigacyjnej znów zaterkotały pociski. 

Grass  instynktownie  usunął  się  w  bok.  Niemal  w  tej  samej  chwili,  w  miejscu  gdzie  stał 
poprzednio,  burta  została  podziurawiona  jak  tarka.  Metal,  poodwijany  dokoła  otworów  od 
kul, strzępił się ostro. 

background image

Jeden  z  barografów,  zerwany  z  wieszaka  nad  stołem  nawigacyjnym,  podskakiwał  na 

pokładzie  tocząc  się  ku  skrwawionej  głowie  strzelca.  Gdzieś  w  górze  zanosił  się  wysokim 
tonem  samolot  ściągnięty  do  zwrotu,  na  prawo  zaś  sąsiedni  karabin  maszynowy  pluł  raz  po 
raz krótkimi seriami. 

Na  stoliku  z  busolą  zadzwonił  telefon.  Eckholt  zdjął  słuchawkę  i  rozmawiał  z  górną 

platformą.  Tymczasem  weszli  dwaj  marynarze  z  noszami  i  zabrali  trupa.  Nadbiegł  także 
strzelec z trzeciej wachty, by zastąpić Grassa. 

Porucznik  puścił  go  na  swoje  miejsce,  a  sam  podszedł  do  Eckholta,  który  właśnie 

skończył rozmowę i oddzwonił. 

— Daune jest ranny — powiedział. — Niech pan tam pójdzie. Trzeba go znieść na dół do 

kajuty doktora. Zostanie pan na platformie, dopóki nie przyślę panu kogoś ze strzelców. 

Grass  skoczył  ku  schodni  i  biegł  wzdłuż  głównej  galerii,  gdy  z  luku  prowadzącego  do 

pomieszczeń załogi buchnął nań kłąb dymu. Wpadł tam bez namysłu i zobaczył, że drewniane 
oszalowanie  tli  się  w  kilku  miejscach  naraz.  Nie  tracąc  czasu  porwał  gaśnicę  wiszącą  u 
wejścia i stłumił ogień. 

Należałoby wyznaczyć patrol przeciwpożarowy — pomyślał biegnąc dalej. 
W  drugim  przedziale  podoficerskim  było  czterech  ludzi.  Wysłał  dwóch,  aby  sprawdzili, 

czy  w  innych  miejscach  nie  powstają  pożary  od  amunicji  fosforowej  nieprzyjaciela. 
Pozostałych dwóch zabrał z sobą. 

Wchodząc  po  szczeblach  trapu  na  górę  coraz  wyraźniej  słyszał  suche,  trzeszczące  trele 

karabinów maszynowych. Gdy wreszcie zdyszany wyjrzał na otwartą przestrzeń i poczuł pęd 
powietrza na twarzy, został ogłuszony nie milknącym ani na chwilę grzechotem ognia. 

Jeden z samolotów nurkował gwałtownie z tyłu wprost na rufę i prał z obu karabinów po 

gołej  platformie.  Szedł  w  dół  skośnie,  wyjąc  pędem,  jakby  miał  roztrzaskać  się  między 
obrotnicami mauserów. 

Grass zatrzymał się instynktownie. Musiał użyć całej siły woli, aby się nie cofnąć. Gdyby 

na platformie nie było podoficerów, uciekłby natychmiast. Mogło się wydawać, że żywa noga 
nie wyjdzie stąd po natarciu. Pociski bębniły po karbowanej blasze pokładu jak grad. 

Mimo to obaj strzelcy rufowi pozostali nietknięci. Na przedniej platformie strzelał tylko 

Kohlenberg,  zwrócony  przodem  do  samolotu.  Zgięty  we  dwoje,  przyczajony  jak  do  skoku, 
prowadził  go  w  ogniu  przez  chwilę,  ale  widocznie  źle  obliczył  poprawkę,  bo  maszyna 
wyrównała i przeszła tuż nad jego głową. 

Daune  z  pobladłą  twarzą  siedział  przy  swojej  obrotnicy  i  obu  rękami  ściskał  tylce 

mausera. Dokoła niego na pokładzie ciemniała kałuża krwi uchodzącej z rany w biodrze. Nie 
mógł obrócić się w stronę rufy i tylko słuchem rozróżniał ujadanie trzech mauserów sterowca 
i dwóch karabinów samolotu. Ale wystarczało mu to w zupełności: gdy nieprzyjacielski pilot 
przerwał  ogień,  Daune  wiedział,  że  właśnie  teraz  równa  samolot,  a  kiedy  pęd  wściekle 
wyjącej  maszyny  owiał  mu  pochylone  plecy,  gotów  był  do  strzału.  Śmietankowe  skrzydła 
samolotu  z  trójbarwnymi  tarczami  przeszły  nad  nim  i zarysowały  się  wyraźnie  na  tle  nieba, 
dmuchnęło  mu  w  twarz  odorem  spalin,  a  jednocześnie  obu  jego  dłońmi  zaciśniętymi  na 
tylcach karabinu zatargała długa seria. 

Mauser  miotał  się  jak  zły  pies  w  obroży,  dopóki  Daune  nie  osłabł  zupełnie.  Wtedy 

zamilkł, a ranny bezwładnie pochylił się na bok i uderzył głową o podstawę karabinu. 

Tymczasem samolot wyprysnął w górę, stracił prędkość, zachwiał się i jak liść wessany 

przez  wir  wodny  poszedł  w  korkociąg.  Grass  zdążył  jeszcze  dostrzec,  jak  pilot  rozkłada 
szeroko ramiona i otwiera usta do krzyku. Potem skrzydła zawirowały  w coraz ostrzejszych 
zwojach  i  długo  malały  pod  sterowcem,  aż  spadająca  maszyna  zapadła  w  morze 
pozostawiwszy na jego powierzchni szybko znikający biały ślad pienistego rozprysku. 

background image

Udało mu się — pomyślał Grass, lecz w tej samej chwili jego spojrzenie zatrzymało się 

na nieruchomej postaci strzelca. 

— Do diabła! — zaklął. 
Kazał odnieść Daunego na dół, a sam zajął jego miejsce przy karabinie. 
Tym  razem  nie  miał  czasu  na  usuwanie  krwawej  plamy  z  pokładu.  Nie  myślał  o  tym 

zresztą: cztery samoloty raz po raz gwałtownie atakowały sterowiec od rufy i od łba. 

Mimo woli rzucił okiem na strzelców: jak się zachowują? Nie mógł się pozbyć uczucia, 

że  podoficerowie  mniej  myślą  o  niebezpieczeństwie  niż  on.  Że  nie  boją  się  tak  bardzo. 
Wstydził  się  tego  i  starał  się  nadać  swej  twarzy  wyraz  kamiennego  spokoju.  Ale  nikt  nie 
zwracał na niego uwagi. 

L-59  pluł  ogniem  na  wszystkie  strony,  grzmiał  urywanymi  seriami  karabinów 

maszynowych i na pełnych obrotach silników parł na północny wschód, biorąc wysokość. 

Eckholt,  który  nie  opuszczał  kabiny  nawigacyjnej,  co  chwila  odbierał  meldunki  i 

spokojnym głosem wydawał rozkazy. 

Mimo  zestrzelenia  dwóch  samolotów  sytuacja  pogarszała  się  z  minuty  na  minutę.  Lada 

chwila mógł nastąpić pożar, wybuch gazu. 

Heine meldował, że jeden z silników został uszkodzony: pociski przebiły przewód oliwy. 

Podczas prowizorycznej naprawy Massendorf został lekko ranny. 

Prócz  Sachsa  zginęło  jeszcze  dwu  podoficerów,  a  wraz  z  Daunem  było  już  trzech 

rannych. 

Komendant kazał wyrzucać balast. Sam udał się do kabiny Knolla. 
Doktor pracował w białym, zakrwawionym fartuchu przy łóżku, na którym leżał Daune. 
—. Zaraz kończę — odrzekł na pytanie Eckholta. 
— Massendorf ma przestrzelone ramię — powiedział komendant. — Niech pan pójdzie 

do niego; jest w tylnej gondoli silnikowej. 

Wyszli razem. Odchodząc na rufę Knoll słyszał, jak ten zimny, nieugięty człowiek wołał 

przez rurę głosową, aby wyrzucać wszystko, co zbytecznie obciąża balon. 

„Zabitych także!" krzyknął gniewnie w odpowiedzi na czyjeś pytanie. 
Wznosili  się.  To  jedno  mogło  ocalić  sterowiec.  Pod  kilem  marynarze  zdzierali 

przepierzenia  magazynów  i  przez  otwory  w  powłoce  wyrzucali  skrzynie  z  materiałami 
aptecznymi. Demontowano przednią i tylną baterię zbiorników benzyny i oleju. 

Wtem znów zadzwonił telefon. 
„Porucznik Grass zabity" zameldował z góry kapral Kohlenberg. 
„Przyślę wam kogoś" powiedział Eckholt. 
Brakło już strzelców do obsługi karabinów maszynowych, ale najważniejsze stanowiska 

na  górnej  platformie  musiały  być  obsadzone.  Komendant  kazał  jednemu  z  podoficerów 
zastąpić  Grassa.  Sam  został  w  gondoli  nawigacyjnej  wraz  z  dwoma  pilotami  i  jednym 
mechanikiem. Strzelali na zmianę, póki Heine nie przysłał jeszcze jednego marynarza. Wtedy 
Eckholt  przypomniał  sobie  radiotelegrafistę.  Ale  z  kabiny  radiotelegraficznej  nikt  nie 
odpowiadał na wezwania. 

— Idźcie po niego, Feldbach — powiedział ujmując ster. 
Pilot przeszedł na drugi koniec gondoli i po chwili wrócił sam. 
— Nie żyje, panie kapitanie. 
Eckholt przygryzł wargi. Telefon dzwonił. To był znów Kohlenberg. 
„Znowu? — zapytał komendant. — Dajecie się zabijać jak kaczki"... 
Strzelec zaprzeczył: tym razem nikt nie zginął. 

background image

„Pięć samolotów od północy — zameldował. — Niżej od nas. Może to Austriacy. Jeszcze 

nie widać". 

W  słuchawce  warczały  krótkie  serie  karabinów.  Wtem  aparat  podskoczył  i  spadł  ze 

stolika. Jednocześnie z blatu sypnęły się drzazgi, a na stanowisku ogniowym u prawej burty 
zaszczekał mauser w odpowiedzi na celną serię nieprzyjaciela. 

— Trafiony! — krzyknął Feldbach. Wodnosamolot pomalowany w brunatne, niebieskie, 

czarne i białe wielokąty opadał w dół ze stojącym śmigłem. 

— Dostał po silniku — powiedział drugi pilot. 
— Wykończcie go! — zawołał Eckholt. 
Ale  przedni  lewy  karabin  zaciął  się  i  zanim  strzelec  zdołał  przebiec  do  tylnego, 

nieprzyjacielska maszyna znikła z pola ostrzału. 

Tymczasem  Knoll  dotarł  do  tylnej  gondoli  silnikowej.  Było  tu  ciasno  jak  w  blaszanym 

kotle.  Ryk  silnika  udzielał  się  podziurawionej  osłonie,  która  drżała  febrycznie  i  dzwoniła 
wszystkimi zaczepami. Massendorf siedział w podręcznym warsztacie oparty plecami o stół i 
co  chwila  spoglądał  na  obrotomierz,  którego  strzałka  wahała  się  niepokojąco.  Czuć  było 
zapach smaru i swąd przypalonej gumy. 

Rana pierwszego mechanika okazała się powierzchowna: kości były całe. Mógł poruszać 

ramieniem i ani myślał stąd odejść. Knoll nałożył mu opatrunek i pomógł wstać. Podeszli do 
jednego z karabinów bez obsługi. 

—  Strzelec  jest  ranny  —  powiedział  Massendorf.  —  Odnieśli  go  do  kabiny 

podoficerskiej. Widział go pan? 

— Nie — odrzekł Knoll. — Nic o tym nie wiedziałem. Zaraz tam pójdę. 
Massendorf skinął głową. 
—  Ja  tu  zostanę.  Mogę  strzelać.  Jeżeli  wytrzymamy  jeszcze  kwadrans,  może  uda  się 

ocalić balon. 

— Jakim cudem? — spytał Knoll. 
— Wyjdziemy na sześć, siedem tysięcy. Tam nas nie dopędzą. 
Jakiś  samolot  kładł  się  w  ostry  zakręt  w  odległości  stu  pięćdziesięciu  metrów.  Za  nim, 

wprost  spod  ulewy  słonecznych  promieni,  wypadły  jeszcze  dwa,  unosząc  w  górę  łby  okryte 
błyszczącymi  przyłbicami  masek.  Szły  trawersem,  tak  aby  dostać  się  za  rufę,  gdzie  nie 
dosięgłyby ich pociski ani z górnej platformy, ani z gondoli. 

Massendorf przerzucił karabin w ich stronę. 
— Niech pan powie komendantowi! — zawołał. — Niech pan powie! 
— Co takiego? — zaniepokoił się Knoll. 
— Wchodzą za ogon. Trzeba skręcić, prędko! 
Doktor  skoczył  ku  wylotowi  rury  głosowej.  Massendorf  strzelał,  prowadząc  karabin 

dokoła obrotnicy, póki nie oparł się o burtę gondoli. 

„Hallo! — krzyczał Knoll. — Hallo!" 
Nikt nie odpowiadał. 
—  Niech  pan  przestawi  tarczę  sygnałową  na  „Baczność"  —  powiedział  Massendorf.  — 

Tam — wskazał ku górze. 

Knoll spojrzał w górę. Tarcza była tuż nad jego głową. Chwycił rękojeść i szarpnął w dół. 

Potem znów krzyczał w tubę, aż ochrypł, ale ciągle na próżno. 

— Niech pan tam idzie! — zawołał Massendorf. — Coś się stało. 
W tej samej chwili poczuli wstrząs i usłyszeli huk. Sterowiec zachwiał się i gwałtownie 

skręcił. Trzy samoloty nagle znalazły się na linii lufy karabinu i Massendorf nacisnął spust. 
Jednocześnie  przez  gondolę  nad  ich  głowami  przeleciał  ostry  syk  i  szum  pocisków,  które 

background image

podziurawiły przeciwległą ścianę i wygięty sufit jak sito. Sypnęły się odpryski szkła, drewna i 
metalu.  Kilka  zegarów,  tarcza  sygnałowa  i  prędkościomierz  zostały  dosłownie  rozbite  na 
proszek. 

Lecz seria Massendorfa  też zrobiła swoje: trójka samolotów rzuciła się  w  górę. Słychać 

było  gwałtowny  ogień  karabinów  z  platformy,  gdzie  strzelcy  natychmiast  wyzyskali 
korzystny moment. 

— Co to było? — spytał Knoll mając na myśli wstrząs i nagły skręt sterowca. 
Massendorf zrozumiał, o co mu chodzi, lecz nie umiał dać żadnego wyjaśnienia. 
Wtem wpadł do nich Heine. 
—  Prawy  przedni  silnik  unieruchomiony!  —  zawołał  i  pobiegł  w  górę  po  trapie  ku 

głównej galerii. 

Wtedy  obaj  zauważyli,  że  z  balonem  dzieje  się  coś  dziwnego.  L-59  skręcał  w  prawo  i 

pochylał  się  w  tę  samą  stronę,  sunąc  bokiem.  Przestał  się  wznosić,  a  nawet  jakby  opadał 
nieznacznie. 

Groźna niepewność tego, co się stało, obezwładniła ich na chwilę. 
Czy  to  już  był  koniec?  Czy  warto  jeszcze  walczyć?  Strzelać?  Kiedy  spadnie  na  nich 

śmierć? I jaka? 

Chrapliwy głos z rury przekaźnikowej wyrwał ich z tego odrętwienia. Mówił Feldbach. 
„Komendant wzywa doktora Knolla". 
„Co się stało?" zapytał Knoll. 
„Komendant jest ciężko ranny. Niech pan kapitan zaraz przyjdzie". 
Doktor spojrzał na Massendorfa. 
— Słyszał pan? 
„Halo! — zachrypiał znów głos. — Halo, piąta gondola!" 
Tym razem był to Heine. Massendorf nie dosłyszał już, o co mu szło, bo za burtą warcząc 

i  gwiżdżąc  pędem  przemknął  jakiś  myśliwiec  i  osmagał  bok  sterowca  pociskami  ze  swych 
karabinów. Starszy mechanik wziął go na cel i szył gęstym ściegiem pocisków smugowych, 
póki samolot nie minął rufy. 

—  Heine  mówi,  że  wybuchła  amunicja  w  prawych  komorach  pod  kilem  —  powiedział 

Knoll.  —  Przednia  prawa  gondola  jest  poważnie  uszkodzona,  a  główna  galeria  częściowo 
zniszczona.  Ale  kil  został  cały.  Wyłączyli  przedni  lewy  silnik,  żeby  utrzymać  równowagę. 
Muszę już iść — dodał ciszej, wyciągając rękę. 

Massendorf  skinął  głową,  że  rozumie.  Uścisnęli  sobie  dłonie  tknięci  jedną  myślą,  że 

zapewne już się nie zobaczą. 

Knoll wszedł po trapie do wnętrza balonu. Z góry dochodził raz po raz jazgot mauserów. 

Trzy  pozostałe  silniki  warczały  głucho.  Po  galerii  błąkały  się  słabe  podmuchy  wiatru. 
Łopotały strzępy powłoki i stękały obluzowane balonety. Czuć było gaz. 

Gdy  mijał  czwarte  przęsło  głównych  dźwigarów  przed  lukami  bocznych  gondol 

silnikowych, nagle usłyszał nad głową jęk podobny do odgłosu pękających strun fortepianu. 
Spojrzał  w  górę  i  ujrzał,  jak  trzy  stalowe  ściągacze  taśmowe  zwijają  się  niby  przydepnięte 
węże. Gdzieś przeraźliwie zaskrzeczała rozdzierana tkanina i buchnął ciężki odór gazu. 

Zaraz  po  tym  jeden  z  pomocniczych  pierścieni  usztywniających  zaczął  wolno,  jakby  z 

wahaniem,  wyginać się  w ósemkę i wreszcie złamał się z piekielnym zgrzytem. Powłoka  w 
tym miejscu zwiotczała, zaszamotała się gwałtownie i głośno zasepleniła w tęgim przeciągu, 
który wtargnął z zewnątrz, pędząc przed sobą tuman gazu ku rufie. 

Knoll szedł dalej. 

background image

U  skrzyżowania  bocznych  korytarzy  wiodących  do  luków  tylnych  gondoli  silnikowych, 

które jeszcze pracowały, złapał go mat Winter. 

— Pięć angielskich wodnosamolotów atakuje od rufy, panie kapitanie — zameldował. — 

A tamte trzy, które poszły. od razu w górę, teraz wywaliły nam dziurę w powłoce. 

— No więc co? — spytał doktor. 
— Nic, tylko... 
— Zameldujcie to dowódcy. 
— Pan kapitan jest przecież dowódcą — powiedział podoficer. 
— Ja? — zdumiał się Knoll. 
— Komandor Eckholt jest ciężko ranny... — zaczął Winter. 
— Wiem. Ale skąd ja? 
—  Właśnie  komandor  Eckholt  telefonował,  że  zdaje  panu  kapitanowi  komendę,  bo 

porucznik Massendorf... 

—  Dobrze  —  przerwał  Knoll.  —  Chodźcie  ze  mną.  Pobiegli  korytarzem  ku  gondoli 

nawigacyjnej.  Lecz  na  wysokości  przednich  silników  korytarz  się  skończył.  Poszarpany, 
skręcony  pomost  zawisł  nad  wielką  dziurą,  przez  którą  widać  było  spienioną  powierzchnię 
morza.  Cały  boczny  korytarz  przestał  istnieć,  a  u  rozwartego  kadłuba  chwiała  się  na  dwóch 
zastrzałach  i  kilku  luźnych  ścięgnach  zdemolowana  prawa  gondola  silnikowa  z  kikutem 
ułamanego śmigła. Czarny przepalony smar wyciekał długimi soplami z rozwalonego karteru 
i powiewał na wietrze niby pasma tłustych, pozlepianych włosów. Żółty gryzący dym kłębił 
się w zasłoniętych od przeciągu miejscach. 

Trzej  mechanicy  i  Heine  naprędce  ściągali  taśmami  stalowymi  rozluźnione  przęsła  i 

usztywniali  pierścienie,  które  gięły  się  na  wszystkie  strony.  Tylko  główne  dźwigary  kilu 
ocalały i dzięki ich wytrzymałości L-59 nie został złamany na pół zaraz po wybuchu. 

Knoll  przeszedł  po  jednym  z  tych  dźwigarów  jak  po  wąskiej  kładce  nad  przepaścią  i 

dostał się na drugą stronę wyrwy. Było tu spokojniej niż na rufie: z rzadka tylko odzywały się 
mausery  z  górnej  platformy.  Raz  lub  dwa  zaszczekał  karabin  maszynowy  z  gondoli 
nawigacyjnej i umilkł. 

Ten względny spokój nie wróżył nic dobrego.  Wbrew zamiarom Eckholta sterowiec nie 

zdołał  osiągnąć  tak  wysokiego  pułapu,  na  którym  samoloty  nie  mogłyby  się  utrzymać  i 
sprostać jego prędkości. Opadał wciąż niżej, mimo że wypatroszono go już prawie z trzeciej 
części  ładunku.  Po  uszkodzeniu  jednego  i  po  zatrzymaniu  drugiego  przedniego  silnika 
prędkość  zmalała  do  siedemdziesięciu  kilometrów  na  godzinę.  Słaba  iskierka  nadziei  na 
pomoc pięciu wodnosamolotów okazała się zawodna: to nie byli Austriacy, lecz Anglicy. Ich 
pierwsze  natarcie  z  góry  spowodowało  właśnie  pęknięcie  pierścienia,  w  chwili  gdy  Knoll 
przechodził między rufą a tylnymi gondolami. 

Komendant był ciężko ranny, pierwszy mechanik zaledwie zdolny do prowadzenia ognia, 

drugi  oficer  zabity,  a  pozostała  przy  życiu  połowa  załogi  nie  mogła  wystarczyć  do  obsługi 
karabinów i manewrowania balonem. 

Knoll  obejmując  dowództwo  zdawał  sobie  sprawę  z  tej  rozpaczliwej  sytuacji.  Mimo  to 

przewinęła mu się przez głowę myśl, że gdyby zdołał doprowadzić sterowiec choćby do Adali 
i  gdyby  sam  uszedł  z  życiem,  to  zorganizowanie  jeszcze  jednej  wyprawy  do  wschodniej 
Afryki nie byłoby wykluczone. 

Samoloty  nieprzyjacielskie  miały  zapewne  swą  bazę  w  pobliżu  miasta  Rodos,  o  sto 

dwadzieścia  kilometrów  od  miejsca,  gdzie  rozgrywała  się  bitwa;  do  Adali  na  terytorium 
tureckim  było  ponad  dwieście.  Nieprzyjacielowi  mogło  zabraknąć  benzyny,  zanim  L-59 
zostałby  ostatecznie  zniszczony,  a  wtedy  zapewne  udałoby  się  utrzymać  go  w  powietrzu 
jeszcze przez trzy godziny. 

background image

Nadzieja  na  takie  zakończenie  bitwy  była  wprawdzie  słaba,  lecz  Knoll  nie  chciał  z  niej 

zrezygnować.  Los  mógł  się  jeszcze  odwrócić,  jak  to  już  nieraz  bywało.  Wahadło 
przeznaczenia dotarło być może do skrajnego punktu amplitudy; powinno teraz zatoczyć łuk 
w przeciwną stronę, w stronę powodzenia... Należało działać, nie poddawać się, wytrwać do 
końca. 

Luk  wejściowy  do  gondoli  nawigacyjnej  był  otwarty.  Knoll  zszedł  po  stopniach  i 

rozejrzał  się.  Niewielka  przestrzeń  pomiędzy  pomieszczeniami  oficerskimi  a  kabiną 
nawigacyjną była pusta. Tylko zza uchylonych drzwi przedziału radia wystawały czyjeś nogi 
wyciągnięte  w  poprzek  korytarza.  Były  to  nogi  radiotelegrafisty,  którego  zwłoki  przez 
zapomnienie  jeszcze  nie  zostały  wyrzucone  za  burtę.  Knoll  przekroczył  je  bez  namysłu  i 
znalazł się wreszcie na stanowisku dowódczym. 

Przy sterach stali Feldbach i jakiś marynarz, którego nazwiska nie pamiętał. Eckholta nie 

było. 

— Gdzie jest komendant? — zapytał zwracając się do pilotów. 
— W swojej kabinie, panie kapitanie — odrzekł Feldbach. 
Doktor odwrócił się i zobaczył Wintera, który stał za nim. 
— Zajmijcie się tymi karabinami, Winter — powiedział wskazując lewą burtę. 
Przeszedł do kabiny Eckholta i otworzył drzwi. 
Eckholt  leżał  na  łóżku,  wyprężony,  sztywny  jak  kłoda.  Mundur  miał  rozpięty,  koszulę 

skrwawioną i poszarpaną. Krew przesiąkła przez materac i kapała na podłogę. Nie żył już. 

Knoll patrzył na jego ostry profil i lekko przymrużone, zgasłe oczy. Nie wyrażały już nic. 

Wyglądał, jakby skonał przytomnie, lecz spokojnie. Śmierć niewiele zmieniła jego kamienne 
rysy. 

Doktor  ujął  zwisającą  dłoń  i  ułożył  ją  wzdłuż  ciała.  Wtedy  spomiędzy  zaciśniętych 

palców trupa wysunęła się kartka papieru. 

Nie  poddawać  się.  Ratować  L-59  do  ostatka.  Knoll  obejmie...  —  przeczytał  z  trudem 

nabazgrane słowa. Wyszedł szybko i wrócił do stanowisk pilotów. 

— Jak to było? — zapytał Feldbacha. 
Grzechot  ognia  przeszkodził  bosmanowi  w  odpowiedzi.  Słychać  było  zbliżający  się  ryk 

samolotu  i  spieszny  szept  pocisków  szyjących  na  wylot  powłokę  nad  gondolą.  Feldbach 
przeczekał serię, wyrównał lekkie wzniesienie łba sterowca. 

—  Komendant  stał  tam  —  odrzekł,  gdy  samolot  dał  nura  pod  spód  gondoli  —-  przy 

pierwszym  mauserze.  Właśnie  rozharatali  nam  prawy  silnik.  To  ten  na  wodnosamolocie  tak 
nas urządził. Wszedł pod spód od łba i wpakował całą serię prosto w komorę amunicyjną. Kto 
go  wie,  jak  to  zrobił:  powinien  był  wmeldować  się  w  nas,  ale  jakimś  cudem  się  wywinął  i 
zaraz po wybuchu wyrwał w lewo. Komandor wziął go na cel i ostrzelał, ale bezskutecznie. 
Tymczasem Włoch machnął taki przewrót, że tylko mignęło w powietrzu, i już prał prosto w 
niego.  Trafił  chyba  z  odległości  pięćdziesięciu  metrów  i  odszedł  w  górę.  Wtedy  nasi  z 
platformy dali mu radę: zwalił się w morze. 

Nowa seria zadygotała z lewej burty i ucichła. Do kabiny wpadł Heine. 
—  Pierścienie  połączone,  panie  kapitanie  —  zameldował.  —  Czy  wyrzucać  ładunek 

dalej? 

Knoll spojrzał na wysokościomierz. Stracili tysiąc pięćset metrów. 
— Wyrzucać, co tylko można — odrzekł. — Spieszcie się. Wszystko od tego zależy. 
— Wiem — mruknął werkmistrz i wybiegł z powrotem. 
— Potem — mówił dalej Feldbach — komendant dowlókł się do stołu i rozmawiał przez 

tubę  z  Winterem  i  z  Heinem.  Pytał  o  pana  kapitana.  Potem  upadł.  Zamocowaliśmy  stery  i 

background image

ułożyliśmy  go  na  koi.  Kazał  wyrzucić  się  za  burtę.  Ale  żył  jeszcze,  więc  nie  usłuchaliśmy. 
Kazał pana kapitana wezwać i wtedy ja mówiłem z panem kapitanem przez rurę głosową. 

— Już nie żyje  — powiedział Knoll. — Trzymajcie ten sam kurs: średnio 45 stopni. Ja 

będę na górnych platformach. Co się stało z telefonem? 

— Rozbity, panie kapitanie — odrzekł bosman. — Jest wprawdzie rura głosowa, ale stąd 

trudno wywołać kogoś na górze. Zdaje się, że tarcza sygnalizacyjna jest tam zniszczona. 

— Dobrze. Gdybym koniecznie był potrzebny tutaj, przyślijcie po mnie. 
Po raz ostatni objął wzrokiem wnętrze gondoli i wyszedł. Trap górnej platformy nie był 

uszkodzony  wybuchem.  Szybko  wydostał  się  po  nim  na  górę  i  stanął  oparty  o  barierę.  Z 
poręczy  podziurawionej  w  paru  miejscach  sterczały  strzępy  metalu.  W  pokładzie  czerniały 
małe  otwory,  tu  i  ówdzie  skupione  gęsto  jak  w  przetaku.  Cztery  karabiny  obsługiwali 
Kohlenberg i Schulman. Ten ostatni krwawił z zadraśnięcia na karku. 

—  Gdzie  inni?  —  zapytał  Knoll,  podnosząc  głos  do  krzyku,  bo  wicher  hulał  po  gołym 

pokładzie. 

— Tam — Kohlenberg wskazał na morze. — Daune jest ranny — dodał. 
W  tej  chwili  zza  rufy  wypadły  dwa  angielskie  wodnosamoloty.  Śmignęły  w  górę  w 

krótkim  przewrocie  przez  skrzydła  i  rzuciły  się  w  dół  pod  kadłub  sterowca.  Jednocześnie 
mausery obu strzelców rąbnęły krótkimi seriami i umilkły. 

— Ci umieją latać — mruknął z uznaniem Kohlenberg. — Nie można ich złapać. 
Istotnie  Anglicy  stosowali  lepszą  taktykę  niż  Włosi.  Żaden  z  ich  samolotów  nie 

pokazywał się nad platformą. Podchodzili umiejętnie pod rufę, gdzie żaden pocisk nie mógł 
ich dosięgnąć, i stamtąd ostrzeliwali spód balonu albo trzymali się z daleka. Tylko w czasie 
zawrotów  przez  krótką  chwilę  można  było  wziąć  ich  na  cel.  Sami  natomiast  bardzo 
skutecznie razili sterowiec w najczulszych jego punktach, bijąc po komorach amunicyjnych i 
gondolach. 

Knoll  przypomniał  sobie  chwilę,  kiedy  po  raz  pierwszy  stał  obok  Eckholta  na  górnej 

platformie podczas próbnego lotu do Norymbergi. Wydało mu się, że było to bardzo dawno, 
lecz wrażenie wówczas doznane wróciło teraz. Naga, zimna, zmiatana wichrem płaszczyzna 
niczym  nie  osłoniętego  pokładu,  niebo  jak  z  emalii,  ogromny  kadłub  sterowca  balansujący 
wolno  pod  nogami  i  cztery  obrotnice  z  karabinami  pośrodku  zakrwawionej  platformy 
wywoływały uczucie straszliwego osamotnienia. 

Ślady pocisków i plamy krwi na karbowanej blasze zdawały się świadczyć, że kto się tu 

znalazł,  skazany  jest  na  śmierć,  a  dwa  opuszczone  stanowiska  mauserów  potwierdzały  to 
jeszcze dobitniej. 

Doktor zajął jedno z nich i usiłował otrząsnąć się z tego ponurego nastroju. 
—  Panie  kapitanie!  —  usłyszał  nagle  okrzyk  Schulmana.  Obejrzał  się.  Strzelec  ręką 

wskazywał kierunek. 

W  oddali,  za  rufą  kładły  się  w  łagodny  zakręt  cztery  włoskie  maszyny.  Odlatywały  na 

północ, wycofawszy się z walki. Lakier ich skrzydeł połyskiwał w słońcu. 

« 220 » 
— Nie mają amunicji! — ryczał Schulman. — Anglikom też skończy się prędko i może... 
Jazgot  silnika  na  pełnych  obrotach  zagłuszył  dalsze  jego  słowa.  Angielski  samolot 

wyleciał  w  górę,  z  prawej  strony  sterowca  zwichnął  wiraż,  zawisł  przez  okamgnienie  na 
plecach i runął w dół, mierząc w środek platformy. 

Lufy  trzech  mauserów  prawie  jednocześnie  zwróciły  się  przeciw  niemu.  Ogłuszający 

werbel  ognia  rwał  i  szatkował  wszystkie  inne  odgłosy,  a  przez  pokład  szedł  dreszcz 
strzępiących  go  kul,  podczas  gdy  ciemna  masa  wodnosamolotu  rosła  z  niesłychaną 
prędkością. 

background image

Zderzy się z nami — pomyślał Knoll i zwolnił spust swego karabinu. 
Widział,  jak  strzelcy  skuleni  za  obrotnicami  prowadzą  spadającą  maszynę  celnymi 

wiązkami pocisków, stopniowo prostując zgięte kolana. 

Wszystko to razem trwało może trzy albo cztery sekundy. 
Skrzydła  Anglika  były  tuż  nad  platformą.  Kohlenberg  i  Schulman  pochylili  się,  aby 

uniknąć  ich  uderzenia,  i  w  tejże  chwili  pływaki  zawadziły  o  powłokę,  zdarły  ogromny  płat 
materii  i  rozleciały  się  w  dwie  strony,  urwane  z  całym  podwoziem.  Maszyna  przeszła  na 
plecy, uciekła w bok, zawróciła i nagle obsunęła się w głąb przestrzeni bezwładna jak kamień. 
Po chwili jedno jej skrzydło wyłoniło się spod kadłuba sterowca i polatując jak kartka papieru 
znikło daleko za rufą. 

Wstrząs, który nastąpił przy otarciu się samolotu o balon, zwalił Knolla z nóg i rzucił go 

na podstawę mausera. 

Kapitan  zerwał  się  prawie  natychmiast.  Pierwszym  wrażeniem,  jakie  dotarło  do  jego 

świadomości, było, że pokład wolno wraca do równowagi. 

Brawo, Feldbach — pomyślał. 
Dopiero potem usłyszał wzmożony, nerwowy gruchot karabinów maszynowych w dole i 

świst  pędu,  który  darł  się  na  ogołoconym  z  powłoki  szkielecie.  Spostrzegł,  że  obaj  strzelcy 
gdzieś znikli i domyślił się, że zmiotło ich z platformy. 

Został sam. 
Następną  jego  myślą  było,  że  trzeba  dowiedzieć  się,  jak  wygląda  uszkodzenie  od 

wewnątrz.  Obolały  po  upadku  powlókł  się  do  rury  głosowej.  Gdy  pochylił  się  nad  jej 
wylotem, spojrzenie jego padło na horyzont.  Z północnego wschodu ciągnęły półkolem trzy 
klucze  samolotów.  Były  już  niedaleko  i  na  pierwszy  rzut  oka  wydało  mu  się,  że  poznaje 
włoskie maszyny myśliwskie. 

A  więc  kres  nadchodził.  L-59  musiałby  teraz  walczyć  z  trzynastoma  przeciwnikami, 

licząc w tym czterech pozostałych Anglików. Był niemal obezwładniony: opadał w dół wśród 
potęgującego się odoru gazu, tracił prędkość, a jego siła ogniowa zmalała do jednej trzeciej. 
Powłoka  marszczyła  się  i  trzepotała  na  wietrze  jak  łachman.  Szkielet,  obluzowany  i 
nadwerężony  w  kilku  miejscach,  skręcał  się  i  rozszczepiał  w  spojeniach.  Na  pół  urwana 
prawa  gondola  silnikowa  ciążyła  jak  złamana  goleń.  Okaleczony,  dogorywający  wlókł  się 
naprzód rozpaczliwie, nie wiadomo po co, jak zwierz, który ma paść lada chwila i skonać. 

Nie pozwolę mu zginąć w odwrocie — pomyślał Knoll ze smutnym patosem. 
„Halo, Feldbach!" zawołał w tubę. 
„Jestem, panie kapitanie" zabrzmiał stłumiony głos pilota. 
„Czy możecie jeszcze wykonać zakręt o 180 stopni?" 
„To  będzie  ryzykowne,  panie  kapitanie  —  odrzekł  bosman  z  wahaniem.  —  Mamy 

dźwigary i pierścienie uszkodzone w wielu miejscach. Balon trzyma się tylko na kilu." 

„Więc dobrze, ryzykujcie: kurs prosto na południe!" 
„Tak jest, na południe, panie kapitanie". 
Po chwili Knoll odczuł zakręt. L-59 kładł się na prawą burtę i zadzierał łeb. Rufa sunęła 

trawersem. Pęd zmienił kierunek i dął z boku. 

Doktor  stał  przy  tylnym  karabinie,  twarzą  w  kierunku  lotu.  Słyszał  jeszcze  krótkie, 

urywane serie ognia maszynowego pod rufą. 

Massendorf — pomyślał. 
Ogarnął  go  podziw  dla  tego  dzielnego  człowieka.  Potem  jego  myśli  odbiegły  do  ludzi, 

których  pragnął  uszczęśliwić,  i  do  ich  olbrzymiego  kraju,  który  wybrał  sobie  za  nową 
ojczyznę. 

background image

L-59 wykręcał w tamtą stronę, na południe, a nadciągające klucze samolotów szły teraz 

trzy czwarte z lewej burty, za rufą. Zbliżały się. Knoll spojrzał ku nim i serce skoczyło mu do 
gardła. Na skrzydłach widać było czarne krzyże niemieckiego lotnictwa! 

Chciał krzyknąć, chciał podbiec do wylotu rury głosowej, by wydać rozkaz zmieniający 

kurs.  Nie  zdążył:  platforma  wygięła  się,  pękła  w  połowie  długości  i  z  ogromnym  zgrzytem 
dartej  blachy  rozeszła  się  tuż  przed  jego  nogami,  ukazując  ciemne  wnętrze  balonu. 
Czworokątne  ażurowe  dźwigary  wyskakiwały  ze  spojeń,  pryskały  ścięte  potężną  siłą  nity. 
L-59, przełamywany w pół, osiadał w powietrznej toni. 

Nagle  puściły  ścięgna  i  taśmy,  kil  złożył  się  w  dwoje,  przez  rozdartą  powłokę  wylazły 

żebra szkieletu, pękały z hukiem balonety. Potem wśród nie milknącego ryku trzech motorów 
rufa i łeb sterowca uniosły się ku  górze i największy statek powietrzny świata zsunął się na 
dno przestrzeni, w morze, które rozstąpiło się pod nim spienionym kręgiem fal. 

W  górze  niemiecka  eskadra  myśliwska  rozpoczynała  atak  na  rozproszone  samoloty, 

angielskie. 

Koniec