background image
background image

A

RTHUR 

C

ONAN 

D

OYLE

Z

NAK CZTERECH

P

RZEŁ

. K

RYSTYNA 

J

URASZ

–D

ĄMBSKA

T

HE 

S

IGN OF 

F

OUR

background image

I. 

S

ZTUKA DEDUKCJI

Sherlock Holmes zdjął z kominka flaszką, a potem z malej walizeczki wyciągnął strzykawkĊ. 

RĊką o długich, nerwowych palcach osadził cienką igłĊ i podwinął lewy mankiet koszuli. Przez 
chwilĊ  spoglądał  w  zamyĞleniu  na  muskularne  ramiĊ,  pokryte  niezliczoną  iloĞcią  znaków  po 
ukłuciach,  wbił  igłĊ,  nacisnął  tłok  strzykawki  i  wreszcie  z  westchnieniem  ulgi  zatopił  siĊ  z 
powrotem w pluszowym fotelu. 

JuĪ od wielu miesiĊcy trzy razy dziennie byłem Ğwiadkiem takiego zabiegu, a mimo to wciąĪ

jeszcze  nie  mogłem  siĊ  z  tym  pogodziü.  Przeciwnie,  co  dzieĔ  bardziej  denerwował  mnie  ten 
widok, a potem wieczorem sumienie nie dawało mi spokoju, Īe znów nie zdobyłem siĊ na ostry 
protest.  Ciągle  postanawiałem,  Īe  muszĊ  powiedzieü  szczerze,  co  o  tym  myĞlĊ,  ale  chłodne, 
nonszalanckie zachowanie mojego towarzysza nie zachĊcało bynajmniej do wtrącania siĊ w jego 
sprawy. 

Znałem  jego  zdolnoĞci  i  władczą  pewnoĞü  siebie  i  tyle  juĪ  razy  przekonałem  siĊ  o  jego 

niezwykłych przymiotach, Īe nie Ğmiałem mu siĊ przeciwstawiü. 

Tym  razem  jednak  —  nie  wiem,  czy  pod  wpływem  francuskiego  wina,  które  piłem  przy 

lunchu, czy moĪe zdenerwowany wyraĨną ostentacją jego postĊpowania, poczułem nagle, Īe nie 
zdołam juĪ milczeü dłuĪej. 

— I cóĪ to było dzisiaj? — zapytałem. — Morfina czy kokaina? 
Powoli podniósł wzrok znad otwartego właĞnie starego tomiska. 
— To?  Kokaina,  roztwór  siedmioprocentowy  —  odparł.  —  MoĪe  chciałbyĞ  spróbowaü, 

doktorze? 

— O nie — rzuciłem szorstko. — Nie doszedłem jeszcze do siebie po wojnie w Afganistanie. 

Nie mogĊ sobie pozwoliü na Īadne dodatkowe wysiłki. 

UĞmiechnął siĊ słysząc, jak gwałtownie oponujĊ. 
— MoĪe  masz  racjĊ,  Watsonie  —  rzekł.  —  I  mnie  siĊ  wydaje,  Īe  działanie  kokainy  na 

organizm  jest  ujemne,  ale  tylko  w  sensie  fizycznym.  Bo  jeĪeli  idzie  o  stronĊ  psychiczną,  to, 
moim zdaniem, wpływa na umysł niezwykle podniecająco i rozjaĞniająco, dlatego teĪ wszelkie 
jej uboczne działania niewiele mnie obchodzą. 

— AleĪ  pomyĞl  tylko  —  zacząłem  z  powagą.  —  Oblicz,  jakim  kosztem  twój  umysł  osiąga 

stan, o którym mówisz. PrzecieĪ to efekt patologicznego i chorobliwego procesu, który polega na 
spotĊgowanej przemianie tkanek i  moĪe pozostawiü w  efekcie trwałe osłabienie.  Wiesz zresztą
sam, jak ciĊĪko płacisz potem za te przelotne chwile przyjemnoĞci. I dla nich to ryzykujesz utratĊ
ogromnych  zdolnoĞci,  którymi  tak  szczodrze  zostałeĞ  obdarowany.  ZaprawdĊ  —  gra  niewarta 
Ğwieczki. PamiĊtaj, Īe przemawiam nie jako przyjaciel, lecz takĪe jako lekarz do człowieka, za 
którego zdrowie do pewnego stopnia czujĊ siĊ odpowiedzialny. 

Nie  wydawał  siĊ  dotkniĊty  moimi  słowy.  WrĊcz  przeciwnie;  opierając  łokcie  na  porĊczach 

fotela splótł palce obu rąk gestem, który wskazywał na wyraĨną chĊü rozmowy. 

— Mój  umysł  buntuje  siĊ  przeciw  bezczynnoĞci  —  rzekł.  —  Gdy  mam  przed  sobą  jakąĞ

pracĊ,  jakiĞ  problem,  najbardziej  zawiły  szyfr  czy  ogromnie  skomplikowaną  analizĊ,  jestem  w 
swoim  Īywiole  i  nie  potrzebujĊ  sztucznych  podniet.  Lecz  nuda  codziennej  egzystencji  mnie 
przeraĪa. TĊskniĊ za jakąĞ umysłową podnietą i dlatego wybrałem właĞnie swój zawód, a raczej 
stworzyłem go, bo takich jak ja specjalistów nie ma wiĊcej na Ğwiecie. 

— CzyĪby? Jedyny prywatny detektyw? — spytałem unosząc brwi. 

background image

— Jedyny  prywatny  detektyw  —  doradca  —  odparł.  —  W  sprawach  detektywistycznych 

jestem ostatnią, najpowaĪniejszą instancją. I Gregson, i Lestrade, i Athelney Jones, ilekroü są juĪ
zupełnie bezradni — to zresztą ich stan chroniczny — z kaĪdą trudnoĞcią przychodzą do mnie. Ja 
zaĞ, jako rzeczoznawca, rozpatrujĊ wszystkie dane i wypowiadam opiniĊ. W takich sprawach nie 
oczekujĊ  uznania,  moje  nazwisko  nie  pojawia  siĊ  w  Īadnej  gazecie.  Sama  praca,  sama 
satysfakcja,  Īe  mam  pole  do  wykazania  swych  szczególnych  zdolnoĞci,  to  moja  najwiĊksza 
nagroda. Lecz i ty sam, doktorze, poznałeĞ moją metodĊ pracy w trakcie sprawy Jeffersona Hope. 

— To prawda — potwierdziłem gorąco. — Nigdy w Īyciu nie widziałem czegoĞ podobnego. 

Opisałem to potem w małej broszurce o trochĊ dziwacznym tytule „Studium w szkarłacie”. 

Ze smutkiem potrząsnął głową. 
— Tak, przejrzałem to. I mówiąc szczerze, nie bardzo mogĊ ci gratulowaü tego dzieła. Nauka 

detektywistyczna  jest,  wzglĊdnie  byü  powinna,  nauką Ğcisłą  i  tak  jak  do  kaĪdej  nauki  Ğcisłej, 
powinno  siĊ  do  niej  podchodziü  chłodno  i  nieemocjonalnie.  Ty,  doktorze,  chciałeĞ  te  sprawy 
zabarwiü romantyzmem, co daje efekt taki, jak byĞ próbował włączyü w piąty aksjomat Euklidesa 
jakąĞ przygodĊ miłosną czy ucieczkĊ młodej dziewczyny z kochankiem. 

— AleĪ to było romantyczne! — zaoponowałem. — Nie mogłem przecieĪ zmieniaü faktów! 
— Pewne  fakty  naleĪało  pominąü  lub  przynajmniej  potraktowaü  z  wyraĨnym  poczuciem 

proporcji.  Jedynym  godnym  wzmianki  punktem  było  ciekawe  rozumowanie  analityczne  ze 
skutków  o  przyczynach,  rozumowanie,  dziĊki  któremu  udało  mi  siĊ  wyjaĞniü  tĊ  sprawĊ.  Nie 
bardzo  mi  siĊ  podobała  krytyka  ksiąĪki,  którą  pisałem  specjalnie,  by  zrobiü  mu  przyjemnoĞü. 
Zirytował mnie teĪ egotyzm przyjaciela domagający siĊ widocznie, aby kaĪda linijka omawiała 
tylko  jego  wyczyny.  Niejednokrotnie  juĪ,  odkąd  zamieszkaliĞmy  razem  na  Baker  Street, 
zdołałem  zaobserwowaü,  Īe  pod  pokrywką  spokojnego  i  dydaktycznego  zachowania  mego 
towarzysza  chowa  siĊ  trochĊ  próĪnoĞci.  Zmilczałem  jednak  i  zwróciłem  uwagĊ  na  chorą  nogĊ. 
Przestrzelono  mi  ją  niedawno  i  chociaĪ  mogłem  juĪ  chodziü,  odczuwałem  dotkliwe  bóle  przy 
kaĪdej zmianie pogody. 

— Moja praktyka rozszerzyła siĊ ostatnio na kontynent — rzekł po chwili Holmes nabijając 

starą fajkĊ z korzenia głogu. — W zeszłym tygodniu zasiĊgał mojej porady Francois le Villard, 
który  jak  ci  zapewne  wiadomo,  wysunął  siĊ  obecnie  na  czoło  francuskiej  policji  kryminalnej. 
Posiada  on  wprawdzie  celtycką  intuicjĊ,  ale  brak  mu  wszechstronnoĞci  naukowej,  tego 
zasadniczego  warunku  rozwoju  w  jego  zawodzie.  Chodziło  o  jakiĞ  testament  i  sprawa  miała 
pewne  niejasne  punkty.  Przypomniałem  mu  dwa  podobne  przypadki  —  jeden  w  roku  1857  w 
Rydze, drugi zaĞ w 1871 w St. Louis — i to mu nasunĊło właĞciwe rozwiązanie. O, dziĞ dostałem 
ten list z podziĊkowaniem za pomoc. 

Mówiąc  to  rzucił  mi  pognieciony  arkusik  zagranicznego  papieru  listowego,  z  którego 

odczytałem całą litaniĊ najróĪnorodniejszych zachwytów w rodzaju „coup de maître”, „tour de 
force
” i „magnifique” Ğwiadczących o uwielbieniu Francuza. 

— Pisze jak uczeĔ do mistrza! — zauwaĪyłem. 
— O, przecenia trochĊ moją pomoc — odpowiedział Sherlock Holmes niedbale. — Sam jest 

człowiekiem bardzo utalentowanym. Posiada dwa z trzech warunków na idealnego detektywa, a 
mianowicie: dar obserwacji i dedukcji. Brak mu tylko wiedzy, ale to przyjdzie z czasem. Teraz 
tłumaczy na francuski moje pomniejsze prace. 

— Twoje prace? 
— Co, nie wiedziałeĞ? — zawołał ze Ğmiechem. — Owszem, owszem, mam na sumieniu kilka 

monografii. Wszystkie traktują o sprawach technicznych. Na przykład w tej: „O róĪnicy miĊdzy 
popiołami  rozmaitych  gatunków  tytoniu”,  wymieniam  sto  czterdzieĞci  najróĪniejszych  typów 
tytoniu cygar, papierosów i fajek i dodajĊ kilka kolorowych tablic ilustrujących róĪnice miĊdzy 

background image

nimi.  Te  rzeczy  zawsze  wypływają  w  procesach  kryminalnych,  a  niekiedy  posiadają  kapitalne 
wprost  znaczenie  poszlakowe.  JeĪeli,  na  przykład,  moĪna  z  całą  pewnoĞcią  stwierdziü,  Īe 
morderstwo  popełnił  człowiek  palący  indyjską hookah,  to  znacznie  zawĊĪa  pole  działania.  Dla 
doĞwiadczonego  oka  róĪnica  miĊdzy  czarnym  popiołem  po  tytoniu  „trichinopoly”  a  białym 
pyłkiem z „ptasiego oczka” jest równie jaskrawa, jak dla kogoĞ innego róĪnica miĊdzy kapustą a 
kartoflem. 

— JesteĞ zaiste geniuszem w takich drobiazgach. 
— Doceniam  po  prostu  ich  znaczenie.  A  oto  moja  monografia  na  temat  Ğladów  stóp 

zaopatrzona  w  pewne  uwagi  odnoĞnie  utrwalenia  odcisków  za  pomocą  zwykłego  gipsu.  Tutaj 
znowu  widzisz  ciekawą  rozprawkĊ  o  wpływie  zawodu  człowieka  na  kształt  jego  rĊki,  z 
ilustracjami  rąk  kamieniarzy,  marynarzy,  Ğcinaczy  korka,  kompozytorów,  tkaczy  i  szlifierzy 
diamentów.  Dla  detektywa–naukowca  rzeczy  te  posiadają  wielkie  zastosowanie  praktyczne, 
zwłaszcza  jeĪeli  idzie  o  ciała  nie  rozpoznane  albo  o  fakty  poprzedzające  morderstwo.  Ale 
dosiadłem juĪ ulubionego konika i zanudzam ciĊ moimi wywodami. 

— AleĪ broĔ BoĪe — zaprzeczyłem gorąco. — Przeciwnie, bardzo Īywo to mnie interesuje, 

zwłaszcza  odkąd  miałem  okazjĊ Ğledziü  praktyczne  stosowanie  tych  metod  przez  ciebie. 
WspomniałeĞ jednak o zmyĞle obserwacji i dedukcji. OtóĪ wydaje mi siĊ, Īe w pewnym stopniu 
jedno wypływa z drugiego. 

— Nic podobnego — odpowiedział wyciągając siĊ w fotelu i puszczając gĊste kłĊby dymu z 

fajki. — Na przykład zmysł obserwacji powiada mi, Īe dzisiaj rano byłeĞ w urzĊdzie pocztowym 
na Wigmore Street, umiejĊtnoĞü dedukcji natomiast, Īe wysyłałeĞ stamtąd telegram. 

— Racja! — zawołałem. — W obu wypadkach racja. PrzyznajĊ jednak, Īe nie mam pojĊcia, 

jak  na  to  wpadłeĞ.  Poszedłem  tam  pod  wpływem  nagłego  impulsu,  tak  Īe  nikomu  nie 
wspominałem nawet o tym zamiarze. 

— Nic  prostszego  —  odpowiedział  Ğmiejąc  siĊ  na  widok  mego  zdumienia.  —  To  tak 

absurdalnie  proste,  Īe  nieomal  nie  wymaga  wyjaĞnieĔ,  choü  moĪe  ułatwiü  oznaczenie  granicy 
miĊdzy  obserwacją  i  dedukcją.  Zmysł  obserwacji  podszeptuje  mi,  Īe  do  twojej  podeszwy 
przyczepiła  siĊ  mała  czerwona  grudka  ziemi.  Akurat  naprzeciwko  urzĊdu  pocztowego  przy 
Wigmore  Street  rozkopano  jezdniĊ  i  wyrzucona  ziemia  leĪy  w  taki  sposób,  Īe  po  prostu 
niepodobna jej ominąü. 

Ziemia  w  tym  miejscu  posiada  właĞnie  ów  specyficzny  czerwonawy  kolor,  jakiego  nie 

znajdziemy nigdzie w okolicy. Tyle mówi mi mój zmysł obserwacji. A teraz dedukcja…

— Ale jakim sposobem wydedukowałeĞ, Īe wysyłałem depeszĊ? 
— No,  widziałem  przecieĪ  doskonale,  Īe  nie  pisałeĞ  dzisiaj  listu,  bo  całe  przedpołudnie 

siedziałem  naprzeciwko  ciebie.  Widzą  takĪe  teraz  w  otwartej  szufladzie  twego  biurka  arkusik 
znaczków i gruby plik kartek pocztowych. Po cóĪ wiĊc chodziłeĞ na pocztĊ, jeĪeli nie po to, by 
wysłaü telegram? Wyeliminuj wszystkie inne moĪliwoĞci, a to, co ci zostanie, bĊdzie prawdą. 

— W  danym  przypadku  jest  tak  istotnie  —  odpowiedziałem  po  krótkiej  chwili  namysłu.  — 

JednakĪe,  jak  sam  stwierdziłeĞ,  zagadnienie  naleĪy  do  najprostszych.  Czy  uwaĪałbyĞ  mnie  za 
bardzo bezczelnego, gdybym chciał wypróbowaü twoje zdolnoĞci jakimĞ powaĪniejszym testem? 

— Wprost  przeciwnie.  Uchroni  mnie  to  bowiem  przed  drugą  dawką  kokainy.  BĊdĊ

zachwycony kaĪdym problemem, jaki ci siĊ tylko nasunie. 

— MówiłeĞ kiedyĞ, Īe człowiek musi pozostawiü na kaĪdym przedmiocie codziennego uĪytku 

swoje  indywidualne  piĊtno,  które  oko  doĞwiadczonego  obserwatora  potrafi  odczytaü.  Popatrz 
wiĊc, oto zegarek, który dopiero niedawno przeszedł w moje posiadanie. Czy zechciałbyĞ opisaü
mi charakter i przyzwyczajenia jego ostatniego właĞciciela? 

background image

WrĊczyłem mu zegarek z lekkim uczuciem rozbawienia, poniewaĪ uwaĪałem, Īe z pewnoĞcią

nie  potrafi  odpowiedzieü  na  pytanie,  i  zamierzałem  w  ten  sposób  oduczyü  go  owego  z  lekka 
dogmatycznego  tonu,  jaki  niekiedy  przyjmował.  Sherlock  chwilĊ  kołysał  zegarek  w  dłoni, 
popatrzył uwaĪnie na tarczĊ, otworzył tylną kopertĊ i zbadał werk — najpierw gołym okiem, a 
nastĊpnie  przez  szkło  powiĊkszające.  Ledwie  mogłem  siĊ  powstrzymaü  od  Ğmiechu  na  widok 
jego zgnĊbionej miny, gdy w koĔcu zatrzasnął kopertĊ i oddał mi zegarek. 

— Nie ma na nim prawie Īadnych danych — zauwaĪył. — Zegarek był ostatnio czyszczony, 

co pozbawia mnie najbardziej przekonywających argumentów. 

— Masz racjĊ — odpowiedziałem. — Oczyszczono go przed wysłaniem do mnie. 
W  głĊbi  duszy  jednak  uznałem,  Īe  mój  towarzysz  w  bardzo  niezrĊczny  i  niezadowalający 

sposób stara siĊ usprawiedliwiü swoją nieudolnoĞü. JakieĪ bowiem wnioski mógłby wyciągnąü z 
nie oczyszczonego zegarka? 

— Moje badania, choü niecałkowicie zadowalające, nie były jednak tak zupełnie bezowocne 

—  zauwaĪył  po  chwili  Sherlock  wpatrując  siĊ  rozmarzonymi,  pozbawionymi  blasku  oczami  w 
sufit. — Z zastrzeĪeniem sobie poprawek z twojej strony odwaĪyłbym siĊ twierdziü, Īe zegarek 
naleĪał do twego starszego brata, który z kolei odziedziczył go po ojcu. 

— Zapewne domyĞliłeĞ siĊ tego z liter H.W. wyrytych na odwrocie. 
— OczywiĞcie.  Litera  W.  sugeruje  twe  własne  nazwisko.  Zegarek  wykonany  został  przed 

piĊüdziesiĊciu  prawie  laty,  a  inicjały  są  równie  stare.  Zegarek  naleĪał  wiĊc  do  kogoĞ  z 
poprzedniej  generacji.  BiĪuteria  przechodzi  przewaĪnie  na  najstarszego  syna,  który  najczĊĞciej 
nosi imiĊ ojca. O ile sobie przypominam, ojciec twój nie Īyje juĪ od wielu lat, zatem zegarek był 
w rĊkach twego najstarszego brata. 

— Jak dotąd, wszystko siĊ zgadza. MoĪe jeszcze coĞ? 
— Był  to  człowiek  nieporządny  —  bardzo  nieporządny  i  niedbały.  Rozpoczął  karierĊ  pod 

bardzo dobrymi auspicjami, nie wykorzystał jednak nadarzających siĊ sposobnoĞci, przez długi 
czas  Īył  w  biedzie,  choü  jeszcze  kilka  razy  przelotnie  uĞmiechnĊła  siĊ  do  niego  fortuna,  a 
wreszcie, rozpiwszy siĊ, umarł. To wszystko, co mogłem wyczytaü. 

Z sercem przepełnionym goryczą zerwałem siĊ z krzesła i zacząłem kuĞtykaü po pokoju. 
— To  niegodne  ciebie,  Holmesie  —  wykrzyknąłem.  —  Nigdy  bym  nie  przypuszczał,  Īe 

zniĪysz siĊ do czegoĞ podobnego. Znasz skądĞ historiĊ mojego biednego brata, a teraz udajesz, Īe 
wydedukowałeĞ to wszystko w jakiĞ tajemniczy sposób. Bo nie bĊdziesz mi chyba wmawiał, Īe 
to wszystko wyczytałeĞ z jego starego zegarka? To doprawdy nieładnie i jeĪeli mam byü szczery, 
zakrawa na szarlataneriĊ. 

— Mój drogi doktorze — odpowiedział łagodnie  — bardzo ciĊ przepraszam. Rozpatrując tĊ

całą sprawĊ na płaszczyĨnie abstrakcyjnej, zupełnie zapomniałem, jak bardzo osobiste i przykre 
moĪe to byü dla ciebie. 

Zapewniam  ciĊ  jednak,  Īe  nie  wiedziałem  nawet  o  istnieniu  twego  brata,  dopóki  nie 

zobaczyłem tego zegarka. 

— Jakim wiĊc niesamowitym sposobem odgadłeĞ te fakty? Bo wszystko zgadza siĊ co do joty. 
— No, po prostu odrobina szczĊĞcia. Wyraziłem jedynie moje przypuszczenia, nie oczekując 

wcale, Īe bĊdą słuszne. 

— PrzecieĪ nie były to tylko czcze domysły? 
— Ach,  nie,  nie.  Nigdy  nie  zgadujĊ.  To  obrzydliwe  przyzwyczajenie,  destrukcyjne  dla 

zdolnoĞci logicznego myĞlenia. JeĪeli ci siĊ to wydaje dziwne, to jedynie dlatego, Īe nie podąĪasz 
Ğladem moich myĞli i nie obserwujesz drobnych faktów, od których bardzo wiele moĪe zaleĪeü. I 
tak, na przykład, zacząłem od  stwierdzenia, Īe twój brat był człowiekiem niedbałym.  Przyjrzyj 
siĊ uwaĪnie dolnej czĊĞci koperty, a zauwaĪysz, Īe nie tylko jest wgnieciona w dwu miejscach, 

background image

ale takĪe pociĊta i porysowana przez monety czy klucze, które brat twój miał zwyczaj nosiü w tej 
samej  kieszeni.  Stąd  juĪ  niewielki  krok  do  wniosku,  Īe  jeĞli  człowiek  tak  obchodzi  siĊ  z 
zegarkiem wartym około piĊüdziesiĊciu gwinei — musi byü niedbały. Łatwo teĪ wywnioskowaü, 
Īe ktoĞ, kto odziedziczył tak wartoĞciowy przedmiot, musiał byü w ogóle dobrze sytuowany. 

Skinąłem głową na znak, Īe podąĪam za jego rozumowaniem. 
— CóĪ  dalej?  W  lombardach  angielskich,  przyjmując  w  zastaw  zegarek,  mają  zwyczaj 

wydrapywaü szpilką numer kwitu wewnątrz zegarka. To wygodniejsze od kartek przywieszanych 
na zewnątrz, poniewaĪ taki numer ani siĊ nie zagubi, ani nie zaplącze do innego przedmiotu. Za 
pomocą szkła powiĊkszającego wykryłem w zegarku aĪ cztery podobne numerki. Stąd wniosek, 
Īe  brat  twój  czĊsto  znajdował  siĊ  pod  wozem.  Wtórny  wniosek:  musiał  mieü  czasem  i  okresy 
powodzenia, inaczej bowiem nie byłby w stanie wykupiü zastawu. Wreszcie zechciej spojrzeü na 
wewnĊtrzną kopertĊ, w której jest otwór na kluczyk. ZauwaĪ niezliczone zadrapania dokoła. Są
to  znaki,  Īe  kluczyk  nie  trafił  do  dziurki.  Jaki  trzeĨwy  człowiek  zrobiłby  coĞ  podobnego? 
Natomiast  zegarki  pijaków  zawsze  mają  te  Ğlady.  Pijak  nakrĊca  zegarek  w  nocy  i  pozostawia 
takie Ğlady niepewnej rĊki. I jakaĪ tu tajemnica? 

— To  jasne  jak  słoĔce  —  odpowiedziałem.  —  Przepraszam  ciĊ  za  niesprawiedliwe 

oskarĪenie.  Powinienem  był  bardziej  ufaü  twoim  cudownym  zdolnoĞciom.  Powiedz,  czy  masz 
teraz na warsztacie jakąĞ ciekawą sprawĊ? 

— ĩadnej,  stąd  kokaina.  Nie  mogĊ  po  prostu  Īyü  bez  łamigłówek  umysłowych.  Bo  po  cóĪ

innego  warto  Īyü?  StaĔ  przy  oknie  i  powiedz,  czy  widziałeĞ  kiedy  podobnie  posĊpny, 
pochmurny,  beznadziejny  Ğwiat.  Popatrz  na  tĊ Īółtą  mgłĊ  rozsnuwającą  siĊ  wzdłuĪ  ulic  i 
wpełzającą  miĊdzy  szare  domy.  CóĪ  znajdziesz  bardziej  beznadziejnego,  prozaicznego  i 
materialnego?  I  cóĪ  stąd,  Īe  człowiek  posiada  jakąĞ  siłĊ,  doktorze,  jeĪeli  nie  ma  jej  gdzie 
wyładowaü. Zbrodnia jest banałem, całe nasze Īycie jest banałem i nic innego nie rządzi Ğwiatem 
jak banał. 

Nim  otworzyłem  usta,  by  mu  odpowiedzieü,  rozległo  siĊ  energiczne  pukanie  i  weszła  nasza 

gospodyni niosąc na tacy bilet wizytowy. 

— JakaĞ młoda dama do pana — rzekła do mego towarzysza. 
— Mary  Morstan  —  przeczytał.  —  Hm…  nie  przypominam  sobie  takiego  nazwiska.  Niech 

pani poprosi tĊ młodą damĊ tutaj, pani Hudson. Nie odchodĨ, doktorze. WolĊ, ĪebyĞ został. 

background image

II. 

S

TAN SPRAWY

Panna Morstan weszła  zdecydowanym  krokiem,  nie zdradzając na pozór  Īadnego niepokoju 

czy  zdenerwowania.  Była  to  drobna,  młoda  blondynka,  kulturalna  i  bardzo  dobrze  ubrana. 
JednakĪe pewna prostota i skromnoĞü jej stroju Ğwiadczyła, Īe nie rozporządza nieograniczonymi 
Ğrodkami.  SukniĊ  miała  ciemną,  szarobrązową,  niczym  nie  ozdobioną,  główkĊ  zaĞ  przykrywał 
mały  turbanik  w  tym  samym  kolorze,  oĪywiony  tylko  z  boku  dyskretnym  białym  piórkiem. 
Twarz  nie  odznaczała  siĊ  ani  specjalną  regularnoĞcią  rysów,  ani  delikatną  karnacją,  wyraz  jej 
jednak był pełen słodyczy i wdziĊku, a ogromne niebieskie oczy dziwnie uduchowione. Miałem 
wiele  okazji  poznaü  kobiety  róĪnych  narodowoĞci  i  trzech  róĪnych  kontynentów,  lecz  muszĊ
przyznaü,  iĪ  nigdy  nie  zdarzyło  mi  siĊ  spotkaü  kogoĞ  równie  delikatnego  i  wraĪliwego. 
ZauwaĪyłem takĪe,  kiedy  siadała na  krzeĞle podsuniĊtym przez  Sherlocka Holmesa, Īe  wargi  i 
rĊce jej drĪą, a cała postaü zdradza wielkie wewnĊtrzne wzburzenie. 

— Zwracam siĊ do pana, panie Holmes — zaczĊła — poniewaĪ niegdyĞ dopomógł pan mojej 

chlebodawczyni,  pani  Forrester,  rozwiązaü  jej  trudne  domowe  problemy.  PaĔska  dobroü  i 
inteligencja zrobiły na niej wówczas wielkie wraĪenie. 

— Zaraz…  pani  Forrester  —  powtórzył  w  zamyĞleniu.  —  Tak,  zdaje  siĊ,  Īe  oddałem  jej 

pewną  drobną  przysługĊ.  Ale  o  ile  sobie  przypominam,  cała  sprawa  była  bardzo  mało 
skomplikowana. 

— Pani  Forrester  jest  jednak  odmiennego  zdania.  W  kaĪdym  razie  nie  da  siĊ  tak  okreĞliü

sprawy, z którą teraz zwracam siĊ do pana. Trudno wprost wyobraziü sobie coĞ dziwniejszego, 
trudniejszego do wytłumaczenia niĪ sytuacja, w jakiej siĊ znalazłam. 

Holmes  zatarł  rĊce,  oczy  mu  nagle  rozbłysły.  Pochylił  siĊ  na  krzeĞle,  a  na  jego  wyrazistej, 

orlej twarzy pojawił siĊ wyraz niezwykłego skupienia. 

— ProszĊ opowiedzieü, o co chodzi — rzekł krótko, urzĊdowym tonem. 
Poczułem siĊ trochĊ nieswojo. 
— PaĔstwo wybaczą — rzekłem podnosząc siĊ z krzesła. 
Ku memu zdziwieniu młoda dama zatrzymała mnie gestem odzianej w rĊkawiczkĊ dłoni. 
— MoĪe  paĔski  przyjaciel  byłby  tak  uprzejmy  pozostaü…  —  rzekła.  —  Oddałby  mi  tym 

wielką przysługĊ. 

Opadłem na krzesło. 
— Pokrótce  —  ciągnĊła  dalej  —  sprawa  wygląda  nastĊpująco:  Ojciec  mój  był  oficerem  w 

jednym z pułków indyjskich i odesłał mnie do kraju, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem. Moja 
matka  zmarła  i  nie  miałam  w  Anglii  Īadnych  krewnych.  Umieszczono  mnie  na  bardzo  drogiej 
pensji  w  Edynburgu,  gdzie  przebywałam  do  siedemnastego  roku  Īycia.  W  roku  1878  ojciec, 
wówczas  starszy  kapitan,  otrzymał  roczny  urlop  i  przyjechał  do  Anglii.  Z  Londynu 
zatelegrafował  zaraz,  by  zawiadomiü  mnie  o  swym  szczĊĞliwym  przyjeĨdzie,  i  polecił  mi 
poĞpieszyü tam natychmiast do Hotelu Langham, gdzie siĊ zatrzymał. Przypominam sobie, Īe ze 
słów depeszy przebijała dobroü i miłoĞü. Przyjechałam do Londynu i udałam siĊ do wskazanego 
hotelu.  Poinformowano  mnie,  Īe  kapitan  Morstan  istotnie  tu  mieszka,  wyszedł  jednak 
poprzedniego  wieczora  i  dotychczas  nie  powrócił.  Czekałam  cały  dzieĔ,  ale  nie  otrzymałam 
Īadnej  wiadomoĞci  od  ojca.  TegoĪ  wieczoru  za  radą  dyrektora  hotelu  zawiadomiłam  policjĊ,  a 
nastĊpnego dnia rano daliĞmy ogłoszenia do wszystkich gazet. Poszukiwania nasze pozostały bez 
rezultatu  i  od  owego  dnia  do  dzisiaj  wszelki  słuch  zaginął  po  moim  nieszczĊĞliwym  ojcu. 

background image

Przyjechał  do  kraju  z  sercem  przepełnionym  nadzieją,  Īe  zaĪyje  trochĊ  spokoju,  wygody  —  a 
tymczasem…

Przy tych słowach podniosła rĊkĊ do piersi, gdyĪ krótki szloch nie pozwolił jej mówiü dalej. 
— Kiedy siĊ to stało? — zapytał Holmes otwierając notes. 
— Zaginął trzeciego grudnia 1878 roku, a wiĊc prawie dziesiĊü lat temu. 
— A jego bagaĪe? 
— Zostały  w  hotelu.  Nie  znaleziono  w  nich  absolutnie  nic,  co  by  mogło  posłuĪyü  za 

wskazówkĊ, ot, trochĊ ubraĔ, ksiąĪek i najróĪniejsze ciekawostki z Wysp AndamaĔskich. Ojciec 
był bowiem jednym z oficerów straĪy wiĊziennej na tych wyspach. 

— Czy miał jakichĞ przyjaciół w Londynie? 
— WiedzieliĞmy  tylko  o  jednym,  majorze  Sholto  z  tego  samego  pułku,  to  znaczy 

trzydziestego  czwartego  pułku  piechoty  bombajskiej.  Major  na  krótko  przedtem  został 
emerytowany i mieszkał w Upper Norwood. OczywiĞcie natychmiast siĊ z nim porozumieliĞmy, 
ale nie wiedział nawet, Īe jego towarzysz broni przybył do Anglii. 

— Szczególna sprawa — zauwaĪył Holmes. 
— Nie powiedziałam panu jeszcze najdziwniejszego. JakieĞ szeĞü lat temu, dokładnie mówiąc 

czwartego  maja  1882  roku,  Times  zamieĞcił  ogłoszenie,  Īe  ktoĞ  poszukuje  adresu  panny  Mary 
Morstan i podkreĞla jednoczeĞnie, iĪ ujawnienie siĊ leĪy w jej własnym interesie. W ogłoszeniu 
nie  podano  ani  nazwiska,  ani  Īadnego  adresu.  W  owym  czasie  zaczĊłam  pracowaü  jako 
guwernantka w domu pani  Forrester i za jej radą podałam w kolumnie drobnych ogłoszeĔ  mój 
adres. Tego samego dnia nadeszło pocztą niewielkie tekturowe pudełko, zaadresowane do mnie, 
zawierające  ogromną,  wspaniałą  perłĊ.  I  ani  słowa  wyjaĞnienia.  Od  tej  pory,  rok  w  rok,  mniej 
wiĊcej  o  tej  samej  porze,  nadchodziło  pod  moim  adresem  takie  samo  tekturowe  pudełko  z 
podobną  perłą  —  ale  nigdy  najmniejszej  wzmianki  o  nadawcy.  Rzeczoznawca  uznał  perły  za 
wyjątkowo piĊkne i cenne. Zresztą sami panowie mogą siĊ o tym przekonaü. Otworzyła płaskie 
pudełko  i  pokazała  nam  szeĞü  najpiĊkniejszych  pereł,  jakie  kiedykolwiek  zdarzyło  mi  siĊ
widzieü. 

— To  bardzo  ciekawe  —  zauwaĪył  Sherlock  Holmes.  —  A  czy  spotkało  panią  jeszcze  coĞ

szczególnego? 

— Owszem, i to nie dalej jak dzisiaj. Dlatego właĞnie przybiegłam do pana. Otrzymałam rano 

ten list. MoĪe zechce pan go przeczytaü. 

— DziĊkujĊ — rzekł Holmes. — PoproszĊ takĪe o kopertĊ. Znaczek ostemplowany: Londyn 

S. W. Siódmy lipiec. Hm… W rogu odcisk mĊskiego palca, prawdopodobnie listonosza. Papier 
wysokogatunkowy.  Koperta  zaĞ  po  szeĞü  pensów  paczka.  Człowiek  dziwnie  dobierający 
papeteriĊ. ĩadnego adresu. „ProszĊ byü dzisiaj o siódmej wieczorem pod trzecią kolumną licząc 
od lewej strony, przed Lyceum Theatre. JeĪeli pani brak zaufania, proszĊ przyprowadziü dwóch 
przyjaciół. Jest pani osobą pokrzywdzoną i sprawiedliwoĞci powinno staü siĊ zadoĞü. ProszĊ nie 
sprowadzaü  policji,  bo  jeĞli  pani  to  uczyni,  wszystko  przepadnie.  Nieznany  przyjaciel
”.  No,  no, 
doprawdy bardzo ładna maleĔka zagadka. I co pani zamierza uczyniü? 

— WłaĞnie chciałam pana o to zapytaü. 
— Wobec  tego,  oczywiĞcie,  tam  pójdziemy,  pani  i  ja…  no  i  doktor  Watson,  jako 

najodpowiedniejszy do tego celu. Korespondent pani wspomina o dwóch przyjaciołach. Doktor 
Watson i ja pracowaliĞmy juĪ wspólnie. 

— Ale czy zechce pójĞü? — spytała z odcieniem proĞby w głosie i wyrazie twarzy. 
— BĊdĊ  dumny  i  szczĊĞliwy  —  rzekłem  gorąco  —  jeĪeli  okaĪĊ  siĊ  pani  w  czymkolwiek 

pomocny. 

background image

— Panowie jesteĞcie bardzo dobrzy — odparła. — Prowadziłam samotny tryb Īycia i nie mam 

właĞciwie Īadnych przyjaciół, do których mogłabym siĊ zwróciü. Przypuszczam, Īe wystarczy, 
jeĪeli zjawiĊ siĊ tutaj o szóstej, prawda? 

— Ale  juĪ  nie  póĨniej  —  rzekł  Holmes.  —  Aha,  jeszcze  jedno!  Czy  charakter  pisma  na 

przesyłkach pereł jest identyczny z dzisiejszym listem? 

— Mam je przy sobie — odpowiedziała wyjmując z torebki kilka kawałków papieru. 
— MuszĊ  przyznaü,  iĪ  jest  pani  wzorem  klientki.  Posiada  pani  właĞciwą  intuicjĊ.  No,  ale 

popatrzmy. — Z tymi słowy rozłoĪył papierki na stole i zaczął je porównywaü. 

— Charakter pisma jest zmieniony, z wyjątkiem listu — rzekł po chwili — nie moĪe jednak 

byü Īadnych  wątpliwoĞci  co  do  autorstwa.  ProszĊ  siĊ  przyjrzeü  temu  nieopanowanemu 
greckiemu „e”, jak ono wyskakuje! Albo ten zakrĊtas przy koĔcowym „s”. Niewątpliwie pisane 
są jedną i tą samą rĊką. Nie chcĊ budziü w pani płonnych nadziei, ale chciałbym wiedzieü, czy 
istnieje jakieĞ podobieĔstwo miĊdzy tym charakterem pisma a pismem pani ojca? 

— Ani cienia podobieĔstwa…
— Spodziewałem  siĊ  takiej  odpowiedzi.  BĊdziemy  zatem  oczekiwaü  pani  o  szóstej.  ProszĊ

pozwoliü,  bym  na  razie  zatrzymał  te  papiery.  BĊdĊ  mógł  siĊ  tymczasem  zapoznaü  trochĊ  ze 
sprawą. Jest dopiero pół do czwartej. WiĊc na razie do widzenia. 

— Do widzenia! 
Obdarzywszy nas obu jasnym, przyjacielskim spojrzeniem, panna Morstan ukryła z powrotem 

pudełeczko z perłami w zanadrzu i szybko wyszła z pokoju. Stojąc przy oknie odprowadzałem ją
wzrokiem,  gdy  szła  szparko  ulicą,  dopóki  jej  turbanik  z  białym  piórkiem  nie  stał  siĊ  maleĔką
plamką wĞród ciemnego tłumu. 

— CóĪ za czarująca osoba! — wykrzyknąłem odwracając siĊ do mego towarzysza. 
Holmes  tymczasem  znowu  zapalił  fajkĊ  i  przymknąwszy  powieki  odchylił  siĊ  na  oparcie 

fotela. 

— Tak sądzisz? — spytał leniwie. — Przyznam, Īe nie zauwaĪyłem. 
— E, bo ty doprawdy jesteĞ jak automat, maszyna do liczenia — wybuchnąłem. — Czasem 

wydaje mi siĊ, Īe jest w tobie coĞ zdecydowanie nieludzkiego. 

UĞmiechnął siĊ łagodnie. 
— NajwaĪniejsze  jest  —  powiedział  —  nie  pozwoliü,  aby  czyjekolwiek  zalety  osobiste 

wpływały  na  mój  sąd.  KaĪdy  klient  jest  dla  mnie  po  prostu  jednostką,  składową  czĊĞcią
problemu.  Czynniki  emocjonalne  Ĩle  wpływają  na  jasny  tok  rozumowania.  Wierzaj  mi, 
najbardziej czarująca kobieta, jaką spotkałem w Īyciu, została potem powieszona, bo otruła troje 
małych  dzieci,  aby  uzyskaü  po  nich  premiĊ  asekuracyjną,  zaĞ  najbardziej  odraĪający  z  moich 
znajomych  jest  zacnym  filantropem,  który  wydał  niemal  üwierü  miliona  funtów  na  biedaków 
londyĔskich. 

— W tym przypadku jednakĪe…
— ĩadnych  wyjątków!  Wyjątki  zaprzeczają  regule.  Czy  miałeĞ  kiedy  okazjĊ  studiowaü

charakter  człowieka  na  podstawie  jego  pisma?  Co  byĞ  powiedział,  na  przykład,  o  piĞmie  tego 
jegomoĞcia? 

— ĩe jest czytelne i regularne — odrzekłem. — To człowiek interesu o doĞü zdecydowanym 

charakterze. 

Holmes potrząsnął głową. 
— Przyjrzyj siĊ jego wysokim literom — powiedział. — Niewiele tylko  górują nad innymi. 

To  „d”  mogłoby  doskonale  ujĞü  za  „a”,  a  „l”,  za  „e”.  Ludzie  z  charakterem  zawsze  silnie 
wyróĪniają wysokie litery, chociaĪby pisali nie wiem jak nieczytelnie. Jest jakieĞ wahanie w jego 
„k”,  a  zarozumiałoĞü  w  duĪych  literach.  No,  ale  teraz  wychodzĊ.  MuszĊ  zebraü  jeszcze  trochĊ

background image

danych.  Polecam  ci  tĊ  ksiąĪkĊ,  jedną  z  najbardziej  interesujących,  jakie  znam,  „MĊczeĔstwo 
człowieka” Winwooda Reade. WrócĊ za godzinĊ. 

Zasiadłem  przy  oknie  z  ksiąĪką  w  rĊku,  myĞlami  jednak  błądziłem  daleko  od  Ğmiałych 

wywodów  autora.  Miałem  ustawicznie  przed  oczyma  naszego  goĞcia  —  jej  uĞmiech,  głĊbokie, 
bogate brzmienie głosu, dziwną tajemnicĊ, jaka oplatała jej Īycie. JeĪeli w chwili zaginiĊcia ojca 
miała lat siedemnaĞcie, teraz musi mieü dwadzieĞcia siedem. Uroczy wiek, gdy młodoĞü traci juĪ
swoją  pewnoĞü  siebie  i  spokojnieje  trochĊ  pod  wpływem  doĞwiadczenia.  W  trakcie  tych 
rozwaĪaĔ opadły mnie wreszcie tak niebezpieczne myĞli, Īe zerwałem siĊ i usiadłszy przy biurku 
zagłĊbiłem z furią w ostatni traktat o patologii. CóĪ sobą przedstawiałem? Chirurg wojskowy ze 
słabą  nogą  i  jeszcze  słabszym  rachunkiem  bankowym.  Jak  mogłem  odwaĪyü  siĊ  na  podobne 
myĞli? Ona była jednostką, składową czĊĞcią problemu — niczym wiĊcej. JeĪeli moja przyszłoĞü
rysuje siĊ czarno, to z pewnoĞcią lepiej jest patrzeü w nią Ğmiało, po mĊsku, aniĪeli staraü siĊ ją
rozjaĞniaü błĊdnymi ognikami wyobraĨni. 

background image

III. 

W

 POSZUKIWANIU KLUCZA ZAGADKI

Holmes  wrócił  dopiero  o  wpół  do  szóstej.  Był  rozpromieniony,  skory  do  czynu  i  w 

doskonałym  usposobieniu.  Nastrój  podobny  przychodził  u  niego  bardzo  czĊsto  po 
najczarniejszych okresach depresji. 

— Cała  ta  sprawa  nie  bardzo  jest  tajemnicza  —  oĞwiadczył  biorąc  z  mych  rąk  filiĪankĊ

herbaty. — Wszystkie fakty wskazują na jedno jedyne rozwiązanie. 

— Co takiego? CzyĪbyĞ juĪ je znalazł? 
— No, to moĪe za wiele powiedziane… Po prostu odkryłem pewien waĪny fakt. Fakt bardzo 

waĪny.  NaleĪy  jednak  dodaü  jeszcze  pewne  szczegóły.  Stwierdziłem  mianowicie,  przerzucając 
stare roczniki Timesa, Īe emerytowany major Sholto z Upper Norwood, stacjonowany ostatnio w 
34 pułku piechoty bombajskiej, zmarł 28 kwietnia 1882 roku. 

— Przepraszam bardzo, moĪe ci siĊ wydam tĊpy, ale doprawdy nie widzĊ, jaki związek…
— Nie  widzisz?  To  zadziwiające.  Popatrz  na  tĊ  sprawĊ  tak:  kapitan  Morstan  znika.  Jedyną

osobą, u której mógł byü z wizytą, jest major Sholto. Ów zaprzecza, jakoby wiedział o obecnoĞci 
Morstana  w  Londynie.  Po  czterech  latach  Sholto  umiera.  W  tydzieĔ  po  jego  Ğmierci  córka 
kapitana  otrzymuje  wartoĞciową  przesyłkĊ.  Przesyłki  takie  dostaje  rok  po  roku,  wreszcie 
nadchodzi punkt  kulminacyjny w postaci listu okreĞlającego ją jako istotĊ pokrzywdzoną. Jaka 
inna  krzywda  mogła  jej  siĊ  staü  poza  tym,  iĪ  została  pozbawiona  ojca?  I  dlaczego  podarunki 
zaczynają nadchodziü natychmiast po Ğmierci majora? Nie ma innego wytłumaczenia jak to, Īe 
jego  spadkobierca  wie  coĞ  o  tej  sprawie  i  pragnie  wynagrodziü  krzywdĊ.  Czy  masz  jakąĞ  inną
teoriĊ, która uwzglĊdniałaby te wszystkie okolicznoĞci? 

— Ale  cóĪ  za  dziwne  wynagradzanie  krzywd!  I  jak  niezwykle  realizowane!  A  poza  tym 

dlaczego  pisałby  list  teraz,  nie  szeĞü  lat  temu?  List  zawiera  teĪ  wzmiankĊ  o  wymierzeniu 
sprawiedliwoĞci.  JakaĪ  sprawiedliwoĞü  moĪe  jej  zostaü  wymierzona?  Trudno  przypuszczaü,  Īe 
jej ojciec jeszcze Īyje. Poza tym zaĞ nie widzĊ, jaka mogła ją spotkaü niesprawiedliwoĞü. 

— Są trudnoĞci, oczywiĞcie, Īe są duĪe trudnoĞci — rzekł Sherlock zamyĞlony — ale nasza 

dzisiejsza wycieczka je usunie. Oho, widzĊ, Īe zajechała doroĪka panny Morstan. JesteĞ gotów? 
JeĪeli tak, to lepiej chodĨmy od razu, bo juĪ doĞü póĨno. 

Wziąłem  kapelusz  i  najgrubszą  z  moich  lasek,  zauwaĪyłem  jednak,  Īe  Holmes  wyjął  z 

szuflady  biurka  rewolwer  i  wsunął  go  do  kieszeni.  Spodziewał  siĊ  widaü  czegoĞ  powaĪnego. 
Panna Morstan siedziała otulona w ciemny płaszcz, a jej wraĪliwa twarz, chociaĪ blada, wyraĪała 
opanowanie. Musiała jako kobieta odczuwaü niepokój przed ową nocną wyprawą, lecz zdawała 
siĊ byü zupełnie spokojna i chĊtnie udzieliła Holmesowi wszelkich dodatkowych wyjaĞnieĔ. 

— Major Sholto był najbliĪszym przyjacielem mego ojca — rzekła. — Ojciec bardzo czĊsto 

wspominał o nim w listach. Dowodzili oddziałami na Wyspach AndamaĔskich, tak Īe siłą rzeczy 
wiele  ze  sobą  przebywali  Ale  zapomniałabym…  W  biurku  mego  ojca  znaleziono  jakiĞ  bardzo 
dziwny dokument, którego nikt nie mógł zrozumieü. Nie przypuszczam, Īeby miał jakiekolwiek 
znaczenie, ale pomyĞlałam, Īe moĪe zechce go pan zobaczyü, wiĊc na wszelki wypadek mam go 
ze  sobą.  Oto  on.  Holmes  rozłoĪył  papier  i  wyprostował  starannie  na  kolanie.  Potem  bardzo 
szczegółowo obejrzał przez podwójne szkło powiĊkszające. 

— Ten  papier  został  wyprodukowany  w  Indiach  —  zauwaĪył.  —  Przez  pewien  czas  był 

przybity  do  drewnianej  tablicy.  Rysunek  wygląda  na  plan  czĊĞci  jakiegoĞ  duĪego  budynku  o 
licznych  salach,  korytarzach  i  przejĞciach.  W  jednym  miejscu  widnieje  mały  krzyĪyk  zrobiony 

background image

czerwonym atramentem, a nad nim „3.37 od lewej” nakreĞlone wyblakłym ołówkiem. W lewym 
rogu widzĊ ciekawy hieroglif, przypominający cztery krzyĪyki w jednym rzĊdzie, które stykają
siĊ ramionami. Obok bardzo nieczytelnym i niewyrobionym charakterem napisane słowa „Znak 
Czterech — Jonathan Small, Mahomet Singh, Abdullah Khan i Dost Akbar”. Nie, przyznajĊ, Īe 
nie  mam  pojĊcia,  co  to  moĪe  mieü  za  związek  z  naszą  sprawą.  A  jednak  dokument  ten 
niewątpliwie posiada duĪe znaczenie. Przechowywano go starannie w portfelu, bo i jedna, i druga 
strona są jednakowo czyste. 

— Znaleziono go właĞnie w portfelu ojca. 
— Niech wiĊc go pani nadal starannie przechowuje, bo moĪe siĊ okazaü pomocny. Zaczynam 

podejrzewaü, Īe sprawa okaĪe siĊ powaĪniejsza i delikatniejsza, niĪ mi siĊ z początku wydawało. 
MuszĊ zrewidowaü moje dotychczasowe wnioski. 

Oparł siĊ wygodnie i z jego ĞciągniĊtych brwi i zapatrzonych w przestrzeĔ oczu widaü było, Īe 

nad czymĞ głĊboko myĞli. RozmawialiĞmy z panną Morstan półgłosem o dzisiejszej ekspedycji i 
jej ewentualnym wyniku, nasz towarzysz jednak zachował nieprzeniknioną rezerwĊ aĪ do koĔca 
jazdy. 

Zapadał  wczesny  wrzeĞniowy  wieczór,  ale  dzieĔ  był  juĪ  od  rana  posĊpny  i  nad  wielkim 

miastem  wisiała  gĊsta,  wilgotna  mgła.  Brudnoszare  chmury  wisiały  nad  brudnymi  ulicami.  Na 
Strandzie  latarnie,  słabo  rozĞwietlające  Ğliskie  chodniki,  wyglądały  jak  okrągłe  plamy 
rozproszonego Ğwiatła. ĩółty blask z okien sklepów wlewał siĊ smugami w wilgotne powietrze, 
ukazując w nikłym migotliwym Ğwietle tłum uliczny. Było, moim zdaniem, coĞ niesamowitego i 
zjawiskowego w tej nie koĔczącej siĊ procesji twarzy, co sunĊły w wąskich słupach Ğwiatła — 
smutne  i  wesołe,  wynĊdzniałe  i  pogodne.  Na  podobieĔstwo  całego  rodu  ludzkiego  uciekały  z 
ciemnoĞci  w  Ğwiatło  i  znowu  nikły  w  mroku.  Nie  ulegam  łatwo  nastrojom,  ale  ten  smutny, 
posĊpny  jakiĞ  wieczór,  z  perspektywą  niecodziennego  wydarzenia,  ku  któremu  zmierzaliĞmy, 
rozstroił mi nerwy  i przygnĊbił.  Sądząc z zachowania panny  Morstan i  w jej duszy  rodziły siĊ
podobne  uczucia.  Jeden  tylko  Holmes  mógł  siĊ  wznieĞü  ponad  takie  małostki.  Trzymał  na 
kolanach otwarty notatnik i od czasu do czasu coĞ w nim kreĞlił w Ğwietle latarki kieszonkowej. 

Ludzie gromadzili siĊ juĪ tłumnie przy bocznych wejĞciach Lyceum Theatre. Przed wejĞciem 

frontowym  przesuwał  siĊ  nieprzerwany  strumieĔ  pojazdów  i  doroĪek,  wyrzucając  co  chwila 
wyfraczonych  panów  i  ubrylantowane  damy.  Ledwie  zdołaliĞmy  podejĞü  do  trzeciej  kolumny, 
która  była  wyznaczonym  miejscem  spotkania,  kiedy  zbliĪył  siĊ  do  nas  drobny,  ciemnowłosy, 
Īwawy człowieczek w stroju woĨnicy. 

— Czy panowie towarzyszą pannie Morstan? — spytał. 
— Ja jestem panną Morstan, a ci dwaj panowie to moi przyjaciele — powiedziała. 
Wbił w nas przenikliwe, pytające spojrzenie. 
— Bardzo panią przepraszam — rzekł z uporem — polecono mi jednak wziąü od pani słowo, 

Īe Īaden z pani towarzyszy nie jest w policji. 

— DajĊ  panu  słowo  —  odpowiedziała.  Gwizdnął  przenikliwie,  a  po  chwili  jakiĞ  ulicznik 

podjechał karetą i otworzył nam drzwiczki. Człowiek, który z nami rozmawiał, wsiadł na kozioł, 
my  zaĞ  umieĞciliĞmy  siĊ  wewnątrz.  Ledwie  zasiedliĞmy,  woĨnica  zaciął  konia  i  ruszyliĞmy  w 
szalonym  tempie  przez  zasnute  mgłą  ulice.  Sytuacja  wyglądała  bardzo  dziwnie.  JechaliĞmy  w 
nieznane, w nieznanym celu. Albo chciano nas wywieĞü w pole — hipoteza nie do przyjĊcia — 
albo  teĪ  mieliĞmy  podstawĊ  przypuszczaü,  Īe  z  podróĪą  naszą  wiąĪą  siĊ  jakieĞ  doniosłe 
wydarzenia.  W  zachowaniu  panny  Morstan  nie  zaszły  Īadne  zmiany  —  była  nadal  rezolutna  i 
opanowana.  Usiłowałem  rozweseliü  ją  opowiadaniem  mych  przygód  w  Afganistanie,  jednak 
prawdĊ  powiedziawszy  sam  byłem  tak  podniecony  i  zaciekawiony  wynikiem  podróĪy,  Īe 
mówiłem trochĊ bez związku. Do dnia dzisiejszego panna  Morstan twierdzi, Īe opowiedziałem 

background image

jej wzruszającą historiĊ o tym, jak wĞród ciemnej nocy zajrzał do mego namiotu muszkiet i jak 
do  niego  wystrzeliłem  z  młodego,  dwulufowego  tygryska.  Początkowo  wiedziałem,  w  jakim 
kierunku  zdąĪamy,  wkrótce  jednak  —  biorąc  pod  uwagĊ  tempo  jazdy,  mgłĊ  i  moją  słabą
znajomoĞü  Londynu  —  straciłem  poczucie,  gdzie  jesteĞmy,  i  wiedziałem  tylko  tyle,  Īe  gdzieĞ
bardzo  daleko.  Sherlock  Holmes  za  to  ani  na  chwilĊ  nie  stracił  orientacji  i  wymieniał  cicho 
nazwy placów, ulic i krĊtych zaułków. 

— Rochester Row — powiedział — a teraz Vincent Square. Teraz wjechaliĞmy w Vauxhall 

Bridge Road. Zdaje siĊ, Īe zmierzamy ku Surrey. Tak, nie mylĊ siĊ. JuĪ jesteĞmy na moĞcie. Tam 
w dole widaü rzekĊ. 

RzeczywiĞcie dojrzeliĞmy  TamizĊ, a w jej szerokich, cichych wodach odbicia nadbrzeĪnych 

latarni. 

Powóz jednak mknął dalej i niebawem znalazł siĊ w labiryncie ulic po drugiej stronie rzeki. 
— Wandsworth  Road  —  mówił  mój  towarzysz  —  Priory  Road,  Larkhall  Lane,  Stockwell 

Place, Robert Street, Coldharbour  Lane. Zdaje siĊ, Īe ta przygoda nie wiedzie nas w specjalnie 
wytworne dzielnice. 

Istotnie znaleĨliĞmy siĊ w okolicy nieprzyjemnej i mało zachĊcającej. Długie szeregi ponurych 

domów z cegły rozjaĞnione były jedynie mdłym Ğwiatłem naroĪnych gospód. Potem zaczĊły siĊ
rzĊdy  piĊtrowych  will  z  małymi  ogródkami,  a  dalej  znowu  nieskoĔczenie  długi  rząd  nowych 
ceglanych  budynków  —  potworne  macki,  wysuniĊte  przez  miasto  —  olbrzyma  na  prowincjĊ. 
Wreszcie powóz zajechał pod trzeci z wielkich nowych bloków. ĩaden z sąsiednich domów nie 
wyglądał  na  zamieszkany,  a  i  ten  był  równie  ciemny  jak  one,  z  wyjątkiem  nikłego  Ğwiatła 
sączącego siĊ z okna kuchennego. KiedyĞmy zastukali jednak, natychmiast otworzył nam drzwi 
hinduski słuĪący w Īółtym turbanie i luĨnej białej szacie, przepasanej Īółtą szarfą. Ta orientalna 
postaü  dziwnie  jakoĞ  nie  pasowała  do  zwykłej  klatki  schodowej  podrzĊdnego  podmiejskiego 
domu. 

— Sahib  oczekuje  paĔstwa  —  rzekł.  Nim  dokoĔczył  zdania,  z  wewnątrz  domu  rozległ  siĊ

wysoki, piskliwy głos: 

— WprowadĨ ich do mnie, khitmutgar — wołał — wprost tu do mnie. 

background image

IV. 

O

POWIADANIE ŁYSEGO CZŁOWIEKA

Hindus  prowadził  nas  nĊdznym,  zwykłym  korytarzem  Ĩle  oĞwietlonym  i  jeszcze  gorzej 

umeblowanym, aĪ  doszliĞmy do drzwi po prawej stronie,  które przed nami otworzył.  StrumieĔ
Īółtawego Ğwiatła padł na nas i w Ğrodku pokoju ujrzeliĞmy małego człowieczka o bardzo długiej 
głowie, otoczonej wianuszkiem rudych włosów tak, Īe naga błyszcząca czaszka wyrastała z nich 
jak szczyt góry spoĞród sosen. Stał zacierając rĊce, a rysy jego twarzy były w ustawicznym ruchu 
—  to  siĊ Ğmiał,  to  nachmurzał.  Natura  obdarzyła  go  obwisłą  wargą  i  zbyt  widocznym  rzĊdem 
Īółtych,  nieregularnych  zĊbów,  które  starał  siĊ  bez  powodzenia  ukryü  przesuwając  ciągle  dłoĔ
przed dolną czĊĞcią twarzy. Mimo prawie kompletnej łysiny robił wraĪenie człowieka młodego. I 
rzeczywiĞcie, rozpoczął dopiero trzydziesty rok Īycia. 

— Sługa  pani,  panno  Morstan  —  powtarzał  cienkim,  wysokim  głosem.  —  Sługa  panów… 

ProszĊ wejĞü do mojego małego przybytku. Niewielki to pokój, ale umeblowany według mego 
gustu. Oaza sztuki na pustyni południowego Londynu.

ZdumieliĞmy  siĊ  wszyscy  na  widok  apartamentu,  do  którego  nas  zapraszał.  Na  tle  tego 

smutnego  domu  wyglądał  on  równie  niezwykle,  jak  brylant  najczystszej  wody  oprawiony  w 
mosiądz. Najwspanialsze, najbogatsze zasłony i makaty rozwieszone na Ğcianach odsłaniały tu i 
ówdzie  piĊknie  oprawny  obraz  lub  wschodni  wazon.  Dywan  w  kolorze  bursztynowo–czarnym 
był tak miĊkki i puszysty, Īe nogi zagłĊbiały siĊ w nim jak w grubym mchu. Dwie tygrysie skóry 
rzucone na dywan podkreĞlały jeszcze wraĪenie wschodniego przepychu, podobnie jak olbrzymie 
nargile  stojące  na  macie  w  rogu  pokoju.  Srebrna  lampa  w  kształcie  gołĊbicy  na  prawie 
niewidocznym  złotym  drucie  zwisała  z  sufitu.  Paląc  siĊ,  napełniała  powietrze  subtelnym 
aromatem. 

— Nazywam  siĊ  Thaddeus  Sholto  —  rzekł  mały  człowieczek,  ciągle  w  podrygach  i 

uĞmiechach. — A pani, naturalnie, jest panną Morstan? Ci panowie zaĞ… 

— To jest pan Sherlock Holmes, a to doktor Watson. 
— Doktor, o! — wykrzyknął podniecony. — Ma pan moĪe ze sobą stetoskop? Czy mógłbym 

pana  poprosiü…  byłby  pan  moĪe  tak  uprzejmy?  Mam  powaĪne  obawy  co  do  moich  zastawek 
sercowych.  O  aortĊ  jestem  spokojny,  ale  pragnąłbym  posłyszeü  paĔską  opiniĊ  o  moich 
zastawkach. 

Wysłuchałem  jego  serca,  jak  o  to  prosił,  nie  mogłem  jednak  stwierdziü  nic  podejrzanego, 

prócz tego, Īe musiał byü w panicznym strachu, drĪał bowiem od stóp do głów. 

— Wszystko jest zupełnie normalne — orzekłem — nie ma Īadnych powodów do obaw. 
— ProszĊ darowaü mój niepokój — zwrócił siĊ do panny Morstan — ale bardzo cierpiĊ i juĪ

od  dawna  miałem  podejrzenie  co  do  tych  zastawek.  To  wspaniale,  Īe  moje  obawy  okazały  siĊ
płonne. Gdyby ojciec pani nie nadwerĊĪał tak serca, Īyłby do dzisiaj. 

Z  trudem  opanowałem  siĊ,  aby  nie  spoliczkowaü  tego  człowieka,  tak  byłem  oburzony  jego 

nietaktownym,  gruboskórnym  wrĊcz  odezwaniem  siĊ  w  sprawie  tak  niesłychanie  delikatnej. 
Panna Morstan usiadła z twarzą pobladłą jak papier. 

— Byłam przekonana, Īe mój ojciec nie Īyje — rzekła. 
— MogĊ  pani  udzieliü  wszelkich  informacji  —  powiedział  —  a  co  wiĊcej,  mogĊ  daü  pani 

zadoĞüuczynienie  i  zrobiĊ  to,  chociaĪby  mój  brat  Bartholomeus  miał  znowu  jakieĞ  sprzeciwy. 
Bardzo siĊ cieszĊ, Īe przyprowadziła pani przyjaciół jako eskortĊ, ale takĪe jako Ğwiadków tego, 
co  mam  zamiar  zrobiü  i  powiedzieü.  We  trzech  potrafimy  stawiü  czoło  memu  bratu 

background image

Bartholomeusowi.  Ale  nie  dopuszczajmy  Īadnych  postronnych  ludzi,  Īadnej  policji  czy 
urzĊdników.  Wszystko  moĪemy  załatwiü doskonale miĊdzy sobą, bez zewnĊtrznych ingerencji. 
Mój  brat  Bartholomeus  niczego  bardziej  nie  nienawidzi  niĪ  rozgłosu.  Dobrze?  Z  tymi  słowy 
usiadł na niskiej kanapce i spojrzał na nas pytająco słabymi, wodnistoniebieskimi oczami. 

— JeĪeli idzie o mnie — rzekł Holmes — cokolwiek by pan powiedział, zostanie tajemnicą. 
Skinąłem głową na znak, Īe podzielam jego zdanie. 
— No to doskonale! Doskonale! — powiedział. — Czy mogĊ poczĊstowaü panią szklaneczką

chianti, panno Morstan? Albo tokaju? Nie uznajĊ innych win. MogĊ otworzyü butelkĊ? Nie? No, 
ale  przypuszczam,  Īe  nie  bĊdą  paĔstwo  mieli  nic  przeciwko  balsamicznemu  zapachowi 
wschodniego  tytoniu?  Jestem  trochĊ  podenerwowany  i  uwaĪam,  Īe  moja  hookah  to 
nieporównany Ğrodek uspokajający. 

Po  tych  słowach  przyłoĪył  ĞwieczkĊ  do  wielkiej  lulki  i  przez  róĪaną  wodĊ  zaczął  wesoło 

bulgotaü  dym.  Wszyscy  troje  siedzieliĞmy  wokoło,  z  głowami  wysuniĊtymi  naprzód,  a 
podbródkami  opartymi  na  dłoniach,  podczas  gdy  w  Ğrodku  dziwny,  podrygujący  mały 
człowieczek o długiej, błyszczącej czaszce — niespokojnie pykał dym. 

— Kiedy  po  raz  pierwszy  postanowiłem  udzieliü  pani  tych  informacji  —  rzekł  —  mogłem 

podaü swój adres, bałem siĊ jednak, Īe nie zastosuje siĊ pani do mej proĞby i przyprowadzi ze 
sobą  kogoĞ  niepoĪądanego.  Dlatego  pozwoliłem  sobie  tak  zaaranĪowaü  spotkanie,  Īeby  mój 
słuĪący,  Williams,  przedtem  panią  zobaczył.  Polegam  całkowicie  na  jego  zdaniu.  Miał  rozkaz 
przerwaü  od  razu  całą  sprawĊ,  o  ile  by  odniósł  niekorzystne  wraĪenie.  ProszĊ  mi  wybaczyü  tĊ
ostroĪnoĞü,  jestem  jednak  człowiekiem  o  spokojnych,  powiedzmy  nawet,  wyrafinowanych 
upodobaniach  i  uwaĪam,  Īe  nie  ma  nic  bardziej  nieestetycznego  niĪ  policjant.  Mam  jakąĞ
wrodzoną  odrazĊ  do  wszelkich  form  grubego  materializmu.  Bardzo  rzadko  stykam  siĊ  z 
pospolitym  tłumem.  Jak  paĔstwo  widzą,  ĪyjĊ  tu  w  atmosferze  pełnej  elegancji.  Mógłbym  siĊ
nazwaü nawet mecenasem sztuki. To  moja słaboĞü. Ten  krajobraz, na przykład, to autentyczny 
Corot, a chociaĪ jakiĞ rzeczoznawca mógłby zakwestionowaü mego Salvatora Rosa, to jednak nie 
moĪe byü Īadnych wątpliwoĞci, jeĪeli chodzi o tego Bouguereau. Mam słaboĞü do nowoczesnej 
szkoły francuskiej. 

— Bardzo  pana  przepraszam  —  wtrąciła  panna  Morstan  —  ale  przybyłam  tutaj  na  paĔską

proĞbĊ i miałam siĊ czegoĞ dowiedzieü. Jest juĪ bardzo póĨno i pragnĊłabym, aby to spotkanie 
moĪliwie jak najprĊdzej siĊ skoĔczyło. 

— W  najlepszym  nawet  wypadku  musi  nam  to  zabraü  trochĊ  czasu  —  odpowiedział  —  bo 

bezwzglĊdnie bĊdziemy musieli pojechaü do Norwood do mego brata Bartholomeusa. Wszyscy 
musimy tam pojechaü i staraü siĊ zwyciĊĪyü w rozgrywce z bratem Bartholomeusem. Bardzo jest 
zły na mnie, Īe poszedłem drogą, która moim zdaniem jest najwłaĞciwsza. Ostatniego wieczora 
dosłownie siĊ pokłóciliĞmy! Trudno sobie paĔstwu wyobraziü, jaki to okropny człowiek,  kiedy 
wpadnie w gniew. 

— JeĪeli  mamy  jechaü  do  Norwood,  to  byłoby  dobrze  gotowaü  siĊ  juĪ  do  drogi  — 

zauwaĪyłem niepewnie. 

Zaczął siĊ Ğmiaü tak, Īe aĪ uszy mu poczerwieniały. 
— Nie  na  wiele  by  siĊ  to  zdało  —  wykrzyknął  wreszcie.  —  Nie  mam  pojĊcia,  co  by 

powiedział,  gdybym  mu  tak  paĔstwa  nagle  sprowadził.  Nie,  nie,  muszĊ  was,  moi  paĔstwo, 
przedtem  przygotowaü,  uĞwiadomiü,  jak  wygląda  tło  całej  sprawy.  Przede  wszystkim  musicie 
wiedzieü,  Īe  w  całej  tej  historii  są  pewne  punkty  dla  mnie  samego  niejasne.  MogĊ  tylko 
zilustrowaü wam fakty, tak jak sam je widzĊ. 

Jak  siĊ  paĔstwo  zapewne  domyĞlają,  major  John  Sholto,  eks–oficer  Armii  Indyjskiej,  był 

moim ojcem. Przed mniej wiĊcej jedenastu laty podał siĊ do dymisji i zamieszkał w Pondicherry 

background image

Lodge w Upper Norwood. W Indiach mu powodziło siĊ bardzo dobrze, tak iĪ przywiózł ze sobą
znaczną kwotĊ w gotówce, duĪą kolekcjĊ zbiorów hinduskich i kilkoro słuĪby. NastĊpnie kupił 
dom i Īył w luksusie. Poza mną i moim bratem — bliĨniakiem, Bartholomeusem, nie miał wiĊcej 
dzieci.  Doskonale  pamiĊtam,  jakie  wraĪenie  wywołała  w  domu  wieĞü  o  znikniĊciu  kapitana 
Morstana.  CzytaliĞmy  o  tym  w  pismach,  a  wiedząc,  Īe  był  przyjacielem  ojca,  otwarcie 
dyskutowaliĞmy  nad  tym  w  jego  obecnoĞci.  CzĊsto  snuł  z  nami  domysły,  co  siĊ  mogło  staü  z 
kapitanem. Nigdy, na chwilĊ nawet, nie przyszło nam na myĞl, Īe nosi taką tajemnicĊ we własnej 
piersi i Īe on jeden na Ğwiecie  wie, jaki los spotkał Artura  Morstana.  WiedzieliĞmy jednak, Īe 
jakaĞ  tajemnica  otacza  naszego  ojca,  Īe  grozi  mu  jakieĞ  konkretne  niebezpieczeĔstwo.  Bał  siĊ
wychodziü  sam  i  jako  dozorców  w  Pondicherry  Lodge  zatrudniał  stale  dwu  byłych  bokserów. 
Williams, który paĔstwa tutaj przywiózł, jest właĞnie jednym z nich. To dawny mistrz Anglii w 
wadze lekkiej. Ojciec nigdy nie zdradził siĊ nam ze swych obaw, ale pamiĊtam, Īe miał bardzo 
wyraĨną  odrazĊ  do  ludzi  z  drewnianą  protezą  zamiast  nogi.  Pewnego  razu  postrzelił  nawet 
człowieka  o  drewnianej  nodze,  który  siĊ  potem  okazał  całkiem  niewinnym  domokrąĪcą
poszukującym  zarobku.  Trzeba  było  wówczas  zapłaciü  powaĪne  odszkodowanie,  Īeby 
zatuszowaü  sprawĊ.  Obaj  z  bratem  uwaĪaliĞmy  to  początkowo  tylko  za  jakieĞ  dziwactwo  ojca, 
wypadki póĨniejsze jednak przekonały nas, Īe rzecz miała siĊ inaczej. 

W początkach roku 1882 ojciec otrzymał list z Indii, który go ogromnie wzburzył. Czytając go 

przy  Ğniadaniu  omal  nie  zemdlał  i  od  tej  pory  chorował  juĪ  do  koĔca  Īycia.  Nigdy  nie 
dowiedzieliĞmy siĊ, co ten list zawierał, zdołałem tylko zauwaĪyü, gdy ojciec trzymał go w rĊku, 
Īe był krótki i zabazgrany. Ojciec cierpiał od wielu lat na powiĊkszenie Ğledziony, teraz jednak 
stan  jego  raptownie  siĊ  pogorszył  i  pod  koniec  kwietnia  lekarze  orzekli,  Īe  nie  ma  nadziei 
utrzymania go przy Īyciu. Wówczas oĞwiadczył, Īe pragnie zakomunikowaü nam swoje ostatnie 
polecenia. 

Kiedy  weszliĞmy  do  pokoju,  był  wsparty  o  poduszki  i  ciĊĪko  dyszał.  Polecił  nam  zamknąü

drzwi  na  klucz  i  stanąü  po  obu  stronach  łóĪka.  Wtedy,  pochwyciwszy  nas  za  rĊce,  głosem 
łamiącym  siĊ  ze  wzruszenia  i  bólu  uczynił  niezwykłe  wyznanie.  Postaram  siĊ  oddaü  jego 
słowami to, co nam wtedy powiedział: 

„Jeden tylko ciĊĪar mam na sumieniu w tej ostatniej chwili — zaczął. — To sposób, w jaki 

postąpiłem  z  sierotą  po  Morstanie.  PrzeklĊta  chciwoĞü,  którą  grzeszyłem  przez  całe  Īycie, 
spowodowała, Īe ukryłem przed nią naleĪny jej skarb, bo co najmniej połowa jej przypadała. A 
przecieĪ  sam  teĪ  nie  odniosłem  stąd  absolutnie  Īadnej  korzyĞci,  tak  przeklĊtą  rzeczą  jest 
skąpstwo!  JuĪ  samo  uczucie  posiadania  tak  mnie  upajało,  Īe  nie  mógłbym  podzieliü  siĊ  z 
kimkolwiek. Czy widzicie ten róĪaniec wysadzany perłami tam, obok butelki z chininą? Nawet z 
nim  nie  mogłem  siĊ  rozstaü,  choü  po  to  go  wyjąłem,  Īeby  jej  oddaü.  Tak,  wy,  moi  chłopcy, 
musicie  sierocie  zwróciü  naleĪną  jej  czĊĞü  skarbu  Agry.  Nie  czyĔcie  tego  jednak  teraz,  dopóki 
jeszcze  ĪyjĊ.  Bywało  przecieĪ,  Īe  ciĊĪszą  niĪ  ta  chorobĊ  ten  czy  ów  przeĪył.  Opowiem  wam 
teraz,  w  jaki  sposób  umarł  Morstan  —  ciągnął  ojciec.  —  Od  wielu  lat  cierpiał  na  serce,  ale 
ukrywał  to  przed  wszystkimi.  Ja  jeden  o  tym  wiedziałem.  Podczas  naszego  pobytu  w  Indiach, 
dziwnym splotem okolicznoĞci, weszliĞmy w posiadanie znacznego skarbu. Przewiozłem go do 
Anglii i tego samego wieczora, kiedy Morstan wrócił do kraju, zjawił siĊ u mnie po naleĪną mu 
czĊĞü.  Przyszedł  ze  stacji  piechotą.  WpuĞcił  go  do  domu  mój  wierny  Lal  Chowdar,  dziĞ  juĪ
nieĪyjący.  Przy  podziale  skarbu  doszło  miĊdzy  nami  do  nieporozumienia  i  wymiany  ostrych 
słów. Morstan zerwał siĊ rozgniewany z krzesła, chwycił za serce, twarz mu pobladła i upadł w 
tył  uderzając  głową  o  kant  szkatułki  ze  skarbem.  Nachyliwszy  siĊ  nad  nim  stwierdziłem  z 
przeraĪeniem,  Īe  nie  Īyje.  Długą  chwilĊ  siedziałem  jak  skamieniały,  niepewny,  co  począü. 
Pierwszym  moim  odruchem  było  oczywiĞcie  wezwaü  pomoc,  zdałem  sobie  jednak  sprawĊ,  Īe 

background image

podejrzenie musi paĞü na mnie. Jego Ğmierü podczas sprzeczki, dziura w głowie — wszystko to 
Ğwiadczyłoby  przeciw  mnie.  Z  drugiej  zaĞ  strony,  gdyby  doszło  do  urzĊdowego  dochodzenia, 
wyszłaby  na  jaw  sprawa  skarbu,  do  czego  w  Īadnym  razie  nie  chciałem  dopuĞciü.  Zapewnił 
mnie,  Īe  Īywa  dusza  nie  wie,  dokąd  siĊ  udał  po  przyjeĨdzie.  Uznałem,  iĪ  nie  ma  najmniejszej 
koniecznoĞci,  aby  siĊ  kiedykolwiek  o  tym  dowiedziano.  RozmyĞlałem  tak  nad  sytuacją,  gdy 
nagle podniósłszy wzrok zobaczyłem mego słuĪącego, Lal Chowdara, w drzwiach, które za sobą
starannie zamknął. «Niech siĊ pan nie obawia, sahib — rzekł. — Nikt nie potrzebuje wiedzieü, Īe 
go  pan  zabił.  Ukryjemy  ciało  i  któĪ  siĊ  wtedy  dowie?»  «Ale  ja  go  nie  zabiłem»  — 
wykrzyknąłem.  Lal  Chowdar  uĞmiechnął  siĊ  tylko  i  potrząsnął  głową.  «Wszystko  słyszałem, 
sahibie. Słyszałem kłótniĊ i uderzenie, lecz moje wargi bĊdą milczeü. Wszyscy juĪ Ğpią w całym 
domu. UsuĔmy razem ciało». To wystarczyło, abym siĊ zdecydował. JeĪeli mój własny słuĪący 
mi  nie  wierzy,  jak  zdołałbym  przekonaü  dwunastu  głupawych  kupców,  tworzących  sąd 
przysiĊgłych? Wraz z Lal Chowdarem zakopaliĞmy ciało tej nocy, a po kilku dniach londyĔskie 
gazety  szeroko  omawiały  tajemnicze  znikniĊcie  kapitana  Morstana.  Z  tego,  com  wam 
opowiedział, sami siĊ przekonacie, Īe trudno mnie potĊpiaü. Przewinienie moje leĪy w tym, Īe 
równoczeĞnie  z  ciałem  ukryliĞmy  teĪ  skarb  i  Īe  zatrzymałem  przy  sobie  czĊĞü  naleĪną
Morstanowi. PragnĊ obecnie, abyĞcie krzywdĊ tĊ wynagrodzili. PrzysuĔcie bliĪej uszy do mych 
ust — skarb ukryty jest w…” 

W tej samej chwili twarz ojca straszliwie siĊ zmieniła — oczy patrzyły dziko, szczĊka opadła i 

zawołał głosem, którego nie zapomnĊ do koĔca Īycia: „Nie wpuszczajcie go!… Na litoĞü boską, 
nie  wpuszczajcie  go!…”  Obaj  z  bratem  skierowaliĞmy  wzrok  ku  oknu,  w  które  wpatrywał  siĊ
ojciec.  Z  ciemnoĞci  wynurzała  siĊ  czyjaĞ  twarz  —  widaü  było  dokładnie,  jak  nos  zbielał, 
przyciĞniĊty  do  szyby.  Była  to  twarz  okolona  brodą,  zaroĞniĊta,  twarz  o  dzikich,  okrutnych 
oczach i wyrazie skoncentrowanej złoĞci. Obaj skoczyliĞmy do okna, ale postaü juĪ znikła. Kiedy 
powróciliĞmy do łóĪka, głowa ojca opadła juĪ na poduszki, a puls przestał biü. 

Tej samej jeszcze nocy przeszukaliĞmy starannie cały ogród, nie znaleĨliĞmy jednak Īadnego 

Ğladu intruza, z wyjątkiem odcisku stopy tuĪ pod samym oknem, na klombie. Gdyby nie ten Ğlad, 
skłonni  bylibyĞmy  uznaü  tĊ  dziką,  srogą  twarz  za  wytwór  naszej  wyobraĨni.  Lecz  niebawem 
inne,  jeszcze  wyraĨniejsze  znaki  dowiodły,  Īe  jakieĞ  tajemne  moce  działają  dokoła  nas. 
NastĊpnego  rana  stwierdziliĞmy,  Īe  okno  w  pokoju  ojca  jest  otwarte,  a  wszystkie  szuflady  i 
schowki  skrzĊtnie  przeszukane.  Na  piersiach  zmarłego  widniała  kartka  z  nabazgranymi  w 
poprzek słowami: „Znak Czterech”. Co te słowa miały znaczyü i kto był tajemniczym goĞciem, 
nie dowiedzieliĞmy siĊ nigdy. O ile zdołaliĞmy stwierdziü, nic z rzeczy ojca nie brakowało, choü
wszystko zostało przeszukane. Obaj z bratem skojarzyliĞmy oczywiĞcie to dziwne wydarzenie ze 
strachem, który całe Īycie przeĞladował naszego ojca — ale poza tym wszystko to jest dla nas 
dalej zupełną tajemnicą. 

Mały człowieczek przerwał na chwilĊ, aby zapaliü na nowo swoją hookah, i jakiĞ czas pykał 

zamyĞlony.  SiedzieliĞmy  wszyscy  w  milczeniu,  przejĊci  jego  dziwnym  opowiadaniem.  Przy 
krótkim opisie Ğmierci ojca panna Morstan Ğmiertelnie pobladła i miałem wraĪenie, Īe zemdleje. 
Opanowała  siĊ  jednak  po  wypiciu  szklanki  wody,  którą  jej  nalałem  ze  stojącej  na  pobliskim 
stoliku  karafki  z  weneckiego  szkła.  Sherlock  Holmes  siedział  odchylony  wygodnie  na  oparciu 
fotela. Miał wygląd nieobecnego tu duchem, a błyszczące oczy przykrył powiekami. Patrząc tak 
na  niego  nie  mogłem  siĊ  powstrzymaü  od  refleksji,  Īe  nie  dalej  jak  rano  uskarĪał  siĊ  na 
powszednioĞü Īycia.  Oto  wreszcie  problem  godny  jego  zdolnoĞci…  Pan  Thaddeus  Sholto 
popatrzył  na  nas  z  widoczną  dumą,  Īe  jego  opowiadanie  tak  nas  poruszyło,  potem  zaĞ  ciągnął 
pykając z ogromnej fajki: 

background image

— Jak  siĊ  paĔstwo  moĪecie  domyĞliü,  obaj  z  bratem  byliĞmy  bardzo  podekscytowani 

wiadomoĞcią  o  skarbie.  Tygodniami  i  miesiącami  przekopywaliĞmy  cały  ogród  —  wszystko 
jednak  nadaremnie.  Do  szału  doprowadzała  nas  myĞl,  Īe  w  chwili  Ğmierci  miał  na  ustach 
rozwiązanie  zagadki.  WspaniałoĞci  skarbu  mogliĞmy  siĊ  domyĞlaü  po  róĪaĔcu,  który  był  jego 
cząstką.  O  ten  właĞnie  róĪaniec  pokłóciliĞmy  siĊ  z  Bartholomeusem.  Widaü  było,  Īe  perły  są
niezwykle  cenne,  i  mój  brat  nie  miał  chĊci  siĊ  z  nimi  rozstawaü,  gdyĪ,  mówiąc  szczerze, 
odziedziczył  po  ojcu  chciwoĞü.  Nadto  był  zdania,  Īe  jeĪeli  oddamy  róĪaniec,  narazimy  siĊ  na 
plotki,  a  w  konsekwencji  na  kłopoty.  Jedyną  rzecz,  jaką  zdołałem  wywalczyü,  to  to,  Īe 
odnalazłem  adres  panny  Morstan  i  posyłałem  jej  w  pewnych  okreĞlonych  odstĊpach  czasu  po 
jednej perle, tak aby nigdy nie znalazła siĊ w trudnoĞciach materialnych. 

— To było bardzo uprzejme — rzekła nasza towarzyszka powaĪnie. — Doprawdy, niezwykle 

piĊknie z paĔskiej strony. 

Mały człowieczek machnął przecząco rĊką. 
— ZawiadywaliĞmy  po  prostu  pani  majątkiem  —  rzekł.  —  Takie  było  od  początku  moje 

stanowisko,  chociaĪ  mój  brat  Bartholomeus  niezupełnie  je  podzielał.  MieliĞmy  obaj  dosyü
pieniĊdzy, nie pragnąłem mieü ich wiĊcej. A poza tym byłoby w bardzo złym guĞcie postĊpowaü
w  taki  obrzydliwy  sposób  w  stosunku  do  młodej  damy.  „Le  mauvais  goût  méne  au  crime”  — 
Francuzi  bardzo  to  zrĊcznie  ujĊli.  RóĪnica  poglądów  tak  siĊ  miĊdzy  nami  zaostrzyła,  iĪ
postanowiłem  siĊ  wyprowadziü  i  zamieszkaü  oddzielnie.  OpuĞciłem  wiĊc  Pondicherry  Lodge 
biorąc tylko mego starego khitmutgara i Williamsa. AĪ tu wczoraj dowiadujĊ siĊ o wydarzeniu 
niezwykłej  doniosłoĞci:  skarb  został  odkryty.  Skomunikowałem  siĊ  wiĊc  od  razu  z  panną
Morstan i teraz nie pozostaje nam nic innego, jak udaü siĊ natychmiast do Norwood i domagaü
siĊ  naszego  udziału.  Poinformowałem  brata  o  tym  zamierzeniu,  tak  Īe  bĊdziemy  tam 
oczekiwanymi,  aczkolwiek  moĪe  niezbyt  poĪądanymi  goĞümi.  Pan  Thaddeus  Sholto  umilkł  i 
siedział  wiercąc  siĊ  niespokojnie  na  swej  kanapce.  MilczeliĞmy  wszyscy  pogrąĪeni  w  myĞlach 
nad nowym obrotem tej tajemniczej sprawy. Pierwszy Holmes skoczył na równe nogi. 

— Postąpił  pan  od  początku  do  koĔca  bardzo  dobrze  —  rzekł.  —  Niewykluczone,  Īe 

bĊdziemy  siĊ  mogli  zrewanĪowaü  panu  w  pewnym  nieznacznym  stopniu,  rzucając  Ğwiatło  na 
niektóre  dotychczas  nie  jasne  dla  pana  momenty.  Ale,  jak  przed  chwilą  zauwaĪyła  panna 
Morstan, robi siĊ póĨno i najlepiej bĊdzie, jeĪeli od razu wyruszymy. 

Nasz nowy znajomy zwinął niezwykle starannie rurkĊ swej fajki, wyjął spoza kotary bardzo 

długi  płaszcz  przyozdobiony  karakułowym  kołnierzem  i  mankietami  i  zapiął  go  szczelnie  pod 
szyją,  pomimo  iĪ  wieczór  był  parny.  Uzupełnił  ten  strój  króliczą  czapką  z  wiszącymi 
nausznikami, tak Īe widaü było tylko jego ruchliwą, długą twarz. 

— Jestem doĞü delikatnego  zdrowia — tłumaczył,  gdyĞmy szli  wzdłuĪ  korytarza.  —  MuszĊ

dbaü o nie jak najbardziej. 

Powóz oczekiwał przed wejĞciem i widocznie wszystko było juĪ z góry ułoĪone, gdyĪ skoro 

tylko  zajĊliĞmy  miejsca,  konie  ruszyły  szparko.  Thaddeus  Sholto  mówił  bez  przerwy,  a  jego 
piskliwy głos dominował nad turkotem kół. 

— Bartholomeus  to  szczwany  lis  —  zaczął.  —  Nie  domyĞlą  siĊ  paĔstwo,  jakim  sposobem 

wpadł na to, gdzie ukryty jest skarb. Doszedł do wniosku, Īe musi byü ukryty gdzieĞ wewnątrz 
domu.  Porobił  wiĊc  wszystkie  pomiary  z  najwiĊkszą  dokładnoĞcią.  MiĊdzy  innymi  wykrył,  Īe 
wysokoĞü domu wynosi siedemdziesiąt cztery stopy, ale kiedy dodał wysokoĞci poszczególnych 
piĊter i uwzglĊdnił gruboĞü stropów pomiĊdzy nimi — co do niej upewnił siĊ borując dziury — 
nie  mógł  doliczyü  siĊ  wiĊcej  aniĪeli  siedemdziesiąt  stóp.  Z  niezrozumiałych  przyczyn  brakło 
czterech stóp. Skarb  mógł siĊ wobec tego  mieĞciü wyłącznie na szczycie domu.  Wybił wiĊc w 
suficie  najwyĪszego  pokoju  dziurĊ  i  tam  natrafił  na  małą,  nie  znaną  nikomu,  ukrytą  mansardĊ, 

background image

poĞrodku  której,  oparta  na  dwu  krokwiach,  stała  szkatuła  ze  skarbem.  Wyciągnął  ją  i  zbadał. 
Ocenia wartoĞü znajdujących siĊ w skrzyni klejnotów na co najmniej pół miliona funtów. 

Usłyszawszy o tak olbrzymiej sumie spojrzeliĞmy na siebie szeroko otwartymi oczami. Gdyby 

siĊ  udało  zabezpieczyü  prawa  panny  Morstan,  zmieniłaby  siĊ  ona  w  jednej  chwili  ze  skromnej 
guwernantki w najbogatszą dziedziczkĊ Anglii. Rzecz prosta, prawdziwy przyjaciel powinien siĊ
tylko  cieszyü  z  takiej  moĪliwoĞci,  jednakĪe,  wstyd  mi  przyznaü,  egoizm  zawładnął  mną
całkowicie,  a  serce  zaciąĪyło  w  piersi  ołowiem.  Zdołałem  tylko  wyjąknąü  kilka  bladych  słów 
gratulacji,  po  czym  usiadłem  ze  zwieszoną  głową,  obojĊtny  na  gadaninĊ  naszego  nowego 
znajomego.  Był  widocznie  zdecydowanym  hipochondrykiem  i  jak  przez  sen  zdawałem  sobie 
sprawĊ, Īe zalewał mnie potokiem najróĪnorodniejszych symptomów i błagał o informacje co do 
składników  i  działania  niezliczonych  specyfików,  z  których  kilka  miał  nawet  w  skórzanym 
pudełeczku w kieszeni. Mam nadziejĊ, Īe nie zapamiĊtał rad udzielonych mu przeze mnie owego 
wieczora. Holmes twierdzi, Īe słyszał, jak surowo ostrzegałem,  Īeby nie zaĪywał nigdy wiĊcej 
niĪ  dwie  krople  oleju  rycynowego,  natomiast  polecałem  wielkie  iloĞci  strychniny  jako  Ğrodka 
uspokajającego.  Jakkolwiek  było,  z  wielką  ulgą  poczułem,  Īe  powóz  siĊ  zatrzymał,  a  woĨnica 
wyskoczył otworzyü drzwiczki. — JesteĞmy w Pondicherry Lodge — rzekł pan Thaddeus Sholto 
pomagając pannie Morstan wysiąĞü. 

background image

V. 

T

RAGEDIA W 

P

ONDICHERRY 

L

ODGE

Dochodziła  juĪ  prawie  jedenasta,  kiedy  dobrnĊliĞmy  do  tego  ostatniego  etapu  naszej 

wieczornej przygody. Za nami pozostała wilgotna mgła wielkiego miasta i tu noc była zupełnie 
pogodna.  Z  zachodu  powiewał  ciepły  wiaterek,  a  ciĊĪkie  chmury  przesuwały  siĊ  powoli  po 
niebie, odsłaniając od czasu do czasu cienki sierp ksiĊĪyca. Było doĞü jasno, mimo to Thaddeus 
Sholto odczepił jedną z bocznych latarĔ powozu, Īeby nam poĞwieciü. 

Dwór Pondicherry Lodge posiadał wkoło doĞü duĪy obszar gruntów. Otaczał je bardzo wysoki 

kamienny  mur,  jeĪący  siĊ  na  szczycie  tłuczonym  szkłem.  Jedyne  wejĞcie  stanowiła  wąska, 
Īelazem okuta brama i do niej to zastukał nasz przewodnik w specjalny sposób, rat–rat, podobnie 
jak stukają listonosze. 

— Kto tam? — burkliwie spytał ktoĞ z wewnątrz. 
— To ja, McMurdo. MógłbyĞ juĪ rozpoznawaü mój sposób stukania. 
UsłyszeliĞmy gderliwy głos i brzĊczenie kluczy. Drzwi otworzyły siĊ ciĊĪko i zobaczyliĞmy 

niskiego, barczystego człowieka, na którego twarz i mrugające, nieufne oczy padło Īółte Ğwiatło 
naszej latami. 

— To pan Thaddeus? — spytał. — Ale kto są ci inni ludzie? Mój pan nie wydał mi Īadnych 

poleceĔ co do tych osób. 

— Nie, McMurdo? Dziwisz mnie, doprawdy… Wczoraj wieczorem zapowiedziałem bratu, Īe 

przywiozĊ ze sobą kilku przyjaciół. 

— Pan nasz nie wychodził dzisiaj z pokoju, proszĊ pana, i nie dał mi Īadnych poleceĔ. A sam 

pan wie dobrze, Īe muszĊ siĊ ĞciĞle trzymaü rozkazów. Pana jednego mogĊ wpuĞciü, ale paĔscy 
przyjaciele muszą pozostaü tam, gdzie stoją. 

Była  to  nieoczekiwana  przeszkoda.  Thaddeus  Sholto  rozejrzał  siĊ  wokoło,  zdziwiony  i 

bezradny. 

— To  bardzo  brzydko  z  twej  strony  —  rzekł  do  dozorcy.  —  JeĪeli  ja  za  nich  gwarantujĊ, 

powinno ci to wystarczyü. Jest tu przecieĪ takĪe i młoda dama. Nie moĪemy jej pozostawiü o tej 
godzinie na drodze. 

— Bardzo  mi  przykro,  proszĊ  pana  —  odparł  nieubłagany  sługa.  —  MoĪe  to  są  paĔscy 

przyjaciele,  ale  niekoniecznie  przyjaciele  mojego  pana.  Dobrze  mi  płaci  za  pełnienie  mych 
obowiązków, wiĊc chcĊ siĊ z nich uczciwie wywiązaü. Nie znam Īadnego z paĔskich towarzyszy. 

— AleĪ  owszem,  znasz  —  wykrzyknął  Sherlock  Holmes  wesoło.  —  Nie  sądzĊ,  abyĞ  mnie 

zapomniał.  Czy  nie  przypominasz  sobie  pewnego  amatora,  który  walczył  z  tobą  trzy  rundy  na 
twoim benefisie u Alisona przed czterema laty? 

— CzyĪby pan Sherlock Holmes? — ryknął bokser. — Dalibóg, jak mogłem pana nie poznaü? 

Gdyby  tak  zamiast  staü  spokojnie  podszedł  pan  do  mnie  i  zamachnął  mnie  tym  swoim  lewym 
sierpowym  w  szczĊką,  to  poznałbym  pana  bez  Īadnego  gadania…  Oj,  pan  to  zmarnował  swój 
talent, zupełnie zmarnował… Mógłby pan daleko zajĞü w naszym fachu. 

— Widzisz,  Watsonie,  skoro  wszystko  inne  mnie  zawiedzie,  pozostaje  mi  jeszcze  jedna 

naukowa kariera — rzekł Holmes ze Ğmiechem. — Jestem przekonany, Īe teraz nasz przyjaciel 
nie zechce trzymaü nas dłuĪej na chłodzie. 

— ProszĊ wejĞü, proszĊ wejĞü, drogi panie, pan i pana przyjaciele — odpowiedział. — Bardzo 

pana  przepraszam  —  zwrócił  siĊ  do  Thaddeusa  —  ale  mam  Ğcisłe  rozkazy.  Musiałem  poznaü
paĔskich przyjaciół, nim ich mogłem wpuĞciü. 

background image

Za  bramą Īwirowa  ĞcieĪka  wiodła  przez  pusty,  smutny  ogród  do  ogromnego  domu, 

kwadratowego i pozbawionego wdziĊku, który pogrąĪony był w całkowitym cieniu, z wyjątkiem 
jednego okienka na strychu, oĞwietlonego promieniami ksiĊĪyca. Rozmiary domu, jego ponuroĞü
i  Ğmiertelna  cisza  mroziły  serce.  Nawet  Thaddeus  Sholto  czuł  siĊ  nieswojo  i  latarnia,  którą
trzymał w rĊku, drĪała i chwiała siĊ na wszystkie strony. 

— Nic  nie  rozumiem  —  rzekł.  —  Musiało  zajĞü  jakieĞ  nieporozumienie.  WyraĨnie 

zapowiedziałem  bratu,  Īe  przejedziemy,  a  tymczasem  okno  jego  pokoju  jest  ciemne.  Nie  mam 
pojĊcia, jak to rozumieü? 

— Czy zawsze ma zwyczaj tak strzec swojej posiadłoĞci? — spytał Holmes. 
— Tak,  poszedł  w  Ğlady  ojca.  Trzeba  paĔstwu  wiedzieü,  Īe  był  ulubieĔcem  ojca  i  czasami 

myĞlĊ, Īe ojciec  musiał  mu powiedzieü o wiele  wiĊcej  aniĪeli  mnie. O, tam  wyĪej,  gdzie pada 
Ğwiatło ksiĊĪyca, jest jego pokój. Okno jest oĞwietlone, ale mam wraĪenie, Īe nie z wewnątrz. 

— Nie  —  potwierdził  Holmes  —  ale  za  to  widzĊ  jakiĞ  błysk  Ğwiatła  tu,  w  małym  okienku 

obok drzwi. 

— Ach,  to  pokój  gospodyni,  tam  zawsze  siedzi  pani  Bernstone.  Ona  bĊdzie  mogła  udzieliü

nam wyjaĞnieĔ. MoĪe jednak zostaniecie paĔstwo na chwilĊ tutaj, bo jeĪeli wejdziemy wszyscy 
razem, a ona nie jest uprzedzona o naszym  przyjeĨdzie, moĪe siĊ przestraszyü.  O…  ale  cóĪ to 
takiego? 

Uniósł latarniĊ tak drĪącą rĊką, Īe Ğwiatło zamigotało i zachybotało wokół nas. Panna Morstan 

schwyciła  moją  dłoĔ  i  staliĞmy  tak  wszyscy  z  mocno  bijącymi  sercami,  nastawiając  uszu.  Z 
wielkiego czarnego domu płynął poprzez ciszĊ nocy najsmutniejszy, najĪałoĞniejszy z dĨwiĊków 
— przenikliwe, Īałosne łkanie wystraszonej kobiety. 

— To pani Bernstone — rzekł Sholto — jedyna  kobieta w tym  domu. Zaczekajcie paĔstwo 

tutaj, wrócĊ za chwilĊ. 

Poszedł szybko do drzwi i zapukał w swój właĞciwy sposób. UjrzeliĞmy wysoką starą kobietĊ, 

która go wpuĞciła i aĪ zachwiała siĊ z radoĞci na jego widok. 

— Och, pan Thaddeus! Bardzo siĊ cieszĊ, Īe pana widzĊ… Jak to dobrze, Īe pan przyjechał. 
SłyszeliĞmy  jeszcze  przez  chwilĊ  te  radosne  zapewnienia,  dopóki  głos  nie  Ğcichł  za 

zamkniĊtymi  drzwiami.  Przewodnik  zostawił  nam  latarniĊ.  Holmes  uniósł  ją  powoli  w  górĊ, 
rozglądając  siĊ  dokoła,  potem  jął  przypatrywaü  siĊ  domowi  i  rozrzuconym  wszĊdzie  wielkim 
kupom gruzu i Ğmieci. Panna Morstan i ja staliĞmy blisko siebie, a jej dłoĔ spoczywała w mojej. 
Dziwnie subtelną rzeczą jest miłoĞü… Oto staliĞmy tu obok siebie, choü dnia tego widzieliĞmy 
siĊ po raz pierwszy, choü nie wymieniliĞmy dotąd ani jednego spojrzenia, ani jednego tkliwszego 
słowa  —  a  przecieĪ  teraz,  w  godzinie  niepewnoĞci  i  trwogi  nasze  rĊce  instynktownie  siĊ
odnalazły.  Potem  wielekroü  siĊ  nad  tym  zastanawiałem,  wówczas  jednak  wydało  mi  siĊ  to 
najnaturalniejszą  rzeczą  na  Ğwiecie,  a  ona  równieĪ  —  jak  mi  póĨniej  czĊsto  powtarzała  — 
instynktownie  szukała  we  mnie  opieki  i  oparcia.  StaliĞmy  wiĊc  tak,  trzymając  siĊ  za  rĊce  jak 
dwoje  dzieci,  a  w  naszych  sercach  panował  spokój  mimo  mroku  i  niepewnoĞci,  które  otaczały 
nas zewsząd. 

— Co za dziwne miejsce — rzekła rozglądając siĊ wokoło. 
— Wygląda tak, jak  gdyby  wszystkie  krety  z całej Anglii wyznaczyły sobie tutaj spotkanie. 

Widziałem coĞ podobnego na zboczu wzgórza w pobliĪu Ballarat, gdzie poszukiwacze złota zryli 
cały teren. 

— I z tego samego powodu — wtrącił Holmes — 
są to bowiem Ğlady poszukiwaczy skarbu. Musisz pamiĊtaü, Īe te poszukiwania trwają juĪ od 

szeĞciu  lat:  Nic  wiĊc  dziwnego,  Īe  cały  ogród  tak  wygląda.  W  tym  momencie  drzwi  domu 

background image

otworzyły siĊ raptownie i wybiegł z nich Thaddeus Sholto z rĊkami wyciągniĊtymi przed siebie i 
wyrazem przeraĪenia w oczach. 

— JakieĞ nieszczĊĞcie musiało siĊ wydarzyü Bartholomeusowi — krzyknął. — BojĊ siĊ! Nie 

mogĊ tego wytrzymaü nerwowo! 

RzeczywiĞcie  bełkotał  ze  strachu,  a  jego  nerwowa  twarz  okolona  karakułowym  kołnierzem 

miała bezradny wyraz przestraszonego dziecka. 

— WejdĨmy do domu — powiedział Holmes swym zwykłym, stanowczym tonem. 
— O, tak, proszĊ — błagał Thaddeus Sholto —  ja doprawdy nie czujĊ siĊ na siłach, by coĞ

postanowiü. 

PoszliĞmy  za  nim.  Pokój  gospodyni  znajdował  siĊ  po  lewej  stronie  korytarza.  Staruszka, 

niespokojna i przeraĪona, przechadzała siĊ po nim załamując rĊce, ale widok panny Morstan jak 
by wywarł na niej uspokajające wraĪenie. 

— Niech  Bóg  ma  w  swojej  opiece  pani  słodką,  spokojną  twarzyczkĊ  —  zawołała  z 

histerycznym  szlochem.  —  Widok  pani  działa  na  mnie  jak  balsam.  Och,  jaki  okropny  był  ten 
dzisiejszy dzieĔ! 

Nasza towarzyszka poklepała ją po chudych, spracowanych rĊkach, wymawiając jednoczeĞnie 

kilka serdecznych słów otuchy, co przywróciło pobladłym policzkom gospodyni naturalny kolor. 

— Pan  zamknął  siĊ  na  klucz  i  nie  odpowiada  na  moje  pytania  —  wyjaĞniła.  —  Cały  dzieĔ

czekałam,  aĪ  mnie  zawoła,  bo  czĊsto  lubi  byü  sam,  ale  godzinĊ  temu  zlĊkłam  siĊ,  czy  siĊ  coĞ
złego nie stało, wiĊc poszłam na górĊ i zajrzałam przez dziurkĊ od klucza. Pan Thaddeus musi iĞü
na  górĊ, musi pan  sam iĞü i zobaczyü.  Widywałam juĪ pana Bartholomeusa w dobrych i  złych 
chwilach w ciągu tych dziesiĊciu lat, alem nigdy nie widziała, Īeby miał taki wyraz twarzy…

Sherlock  Holmes  wziął  lampĊ  i  skierował  siĊ  pierwszy  na  górĊ,  poniewaĪ  Sholto  szczĊkał 

zĊbami  ze  strachu.  Był  tak  wstrząĞniĊty,  iĪ  musiałem  podeprzeü  go  ramieniem,  bo  kolana  po 
prostu siĊ pod nim uginały. Holmes dwukrotnie wyciągał z kieszeni lupĊ i badał starannie jakieĞ
Ğlady, które mnie wydawały siĊ tylko smugami kurzu na chodniku z włókna kokosowego, jakim 
wyłoĪone  były  schody.  Wchodził  na  górĊ  wolno,  krok  za  krokiem,  trzymając  lampĊ  nisko  i 
rzucając  baczne  spojrzenia  na  lewo  i  na  prawo.  Panna  Morstan  została,  aby  dotrzymaü
towarzystwa wystraszonej gospodyni. 

Na drugim piĊtrze schody koĔczyły siĊ doĞü długim prostym korytarzem. Prawą ĞcianĊ zdobił 

wielki  indyjski  gobelin,  po  lewej  zaĞ  znajdowało  siĊ  troje  drzwi.  Holmes  posuwał  siĊ  naprzód 
powoli i metodycznie, my postĊpowaliĞmy za nim krok w krok, a za nami kładły siĊ na podłodze 
nasze  długie  cienie.  DotarliĞmy  do  trzecich  drzwi.  Holmes  zapukał,  a  nie  otrzymawszy 
odpowiedzi, nacisnął klamkĊ. Drzwi jednak były zamkniĊte od wewnątrz, i to na duĪy, solidny 
zamek, jak mogliĞmy siĊ przekonaü, przysunąwszy blisko lampĊ. 

PoniewaĪ  klucz  był  przekrĊcony  nieco  w  bok,  nie  zasłaniał  całej  dziurki.  Sherlock  Holmes 

pochylił siĊ ku niej, po czym natychmiast siĊ wyprostował, głoĞno zaczerpnąwszy powietrza. 

— To  coĞ  niesamowitego,  Watsonie  —  rzekł  zdradzając  wiĊksze  niĪ  kiedykolwiek 

poruszenie. — Popatrz sam! 

Pochyliłem siĊ ku dziurce od klucza i natychmiast cofnąłem siĊ przeraĪony. Pokój zalany był 

Ğwiatłem  ksiĊĪyca i pełen jakiejĞ ruchomej, niewyraĨnej jasnoĞci.  Wpatrzona we mnie i jak by 
zawieszona  w  powietrzu  —  gdyĪ  wszystko  pod  nią  było  ciemne  —  widniała  twarz  zupełnie 
podobna do twarzy naszego towarzysza, Thaddeusa. Ta sama wydłuĪona, błyszcząca czaszka, ten 
sam  wianuszek  rudych  włosów  dokoła  niej,  ta  sama  anemiczna  cera.  JednakĪe  rysy  twarzy 
wykrzywiał  okropny  uĞmiech,  nienaturalny  i  nieruchomy,  który  w  tym  cichym  i  zalanym 
ksiĊĪycowym  Ğwiatłem  pokoju  był  bardziej  wstrząsający  aniĪeli  jakieĞ  ponure  skrzywienie  czy 
grymas. PodobieĔstwo do naszego małego przyjaciela było tak uderzające, Īe obejrzałem siĊ, aby 

background image

zobaczyü, czy istotnie jest z nami. Dopiero po chwili przypomniałem sobie jego słowa, Īe on i 
Bartholomeus są bliĨniakami. 

— To okropne — rzekłem do Holmesa. — Co robiü? 
— Przede  wszystkim  musimy  siĊ  tam  dostaü  —  odpowiedział  i  odsunąwszy  siĊ  nieco  runął 

całym ciałem na drzwi. 

SkrzypnĊły, ugiĊły siĊ, ale nie ustąpiły. Powtórnie rzuciliĞmy siĊ na nie i tym razem legły z 

trzaskiem. 

ZnaleĨliĞmy  siĊ  w  pokoju  Bartholomeusa  Sholto.  Pokój  urządzony  był  jak  laboratorium 

chemiczne. Naprzeciw drzwi, pod Ğcianą, stały w dwóch rzĊdach butelki ze szklanymi korkami, 
na  stole  zaĞ  leĪały  w  nieładzie  palniki  Bunsena,  probówki  i  retorty.  W  rogach  stały  gąsiory  z 
kwasami oplecione wikliną. Jeden z nich widocznie przeciekał albo był nadtłuczony, wypływała 
bowiem  z  niego  struga  ciemnego  płynu,  a  powietrze  przepełniał  specyficzny,  ostry, 
przypominający  dziegieü  zapach.  Z  jednej  strony  pokoju  poĞród  odpadków  tynku  i  desek  stała 
drabinka,  a  nad  nią  widniał  w  suficie  otwór  doĞü  duĪy,  aby  mógł  siĊ  przezeĔ  przedostaü
człowiek. U podstawy drabinki leĪał rzucony niedbale zwój liny. 

Przy stole, w drewnianym fotelu, zwisał bezwładnie pan tego domostwa, z pochyloną na lewe 

ramiĊ głową i tym upiornym, zagadkowym grymasem na twarzy. Był zupełnie sztywny, zimny i 
musiał  nie  Īyü  juĪ  od  wielu  godzin.  Miałem  wraĪenie,  jak  gdyby  nie  tylko  jego  rysy,  ale 
wszystkie członki były powykrzywiane w najbardziej fantastyczny sposób. Obok rĊki opartej na 
stole leĪał jakiĞ bardzo dziwny instrument — brązowy kij z twardego drzewa z kamienną główką
w kształcie toporka, niedbale przywiązaną zwykłym szpagatem, a obok kartka z notesu, na której 
ktoĞ nagryzmolił kilka słów. Holmes spojrzał i podał mi papier. 

— Zobacz — rzekł podnosząc znacząco brwi. 
W migotliwym Ğwietle lampy przeczytałem z dreszczem przeraĪenia: „Znak Czterech”. 
— Co to wszystko ma znaczyü, na miłoĞü boską? — spytałem. 
— To  oznacza  morderstwo  —  odpowiedział  pochylając  siĊ  nad  trupem.  —  Aha, 

spodziewałem siĊ tego! Popatrz! 

Mówiąc to wskazał na coĞ, co tkwiło w skórze tuĪ nad uchem, a wyglądało na długi, czarny 

kolec. 

— To wygląda jak cierĔ — powiedziałem. 
— Bo to właĞnie jest cierĔ. MoĪesz go wyjąü, ostroĪnie jednak, bo jest zatruty. 
Wyjąłem  cierĔ  dwoma  palcami.  Dał  siĊ  tak  łatwo  wyciągnąü,  Īe  prawie  nie  pozostawił  po 

sobie Ğladu. Jedynie maleĔki krwawy punkcik wskazywał, gdzie było ukłucie. 

— Wszystko  to  jest  dla  mnie  nieprzeniknioną  tajemnicą  —  powiedziałem.  —  Zamiast  siĊ

wyjaĞniü, sprawa staje siĊ coraz bardziej ciemna. 

— Wprost przeciwnie — odpowiedział Holmes. — Z kaĪdą chwilą siĊ wyjaĞnia. Brakuje mi 

tylko kilku ogniw, aby cały łaĔcuch był gotów. 

Od  chwili  gdy  weszliĞmy  do  pokoju,  zapomnieliĞmy  prawie  zupełnie,  Īe  jest  z  nami  nasz 

przewodnik. Ciągle jeszcze stał nieruchomo w drzwiach, przeraĪony, załamując rĊce i jĊcząc po 
cichu. Nagle wybuchnął ostrym, przejmującym krzykiem: 

— Skarb znikł! Ograbili go… Oto otwór w suficie, przez który wyciągnĊliĞmy szkatułkĊ. Sam 

mu  pomagałem.  Byłem  ostatnią  osobą,  która  go  widziała.  Zastawiłem  go  tutaj  wczoraj 
wieczorem i słyszałem, jak zamykał drzwi na klucz, kiedy schodziłem po schodach. 

— Która to mogła byü godzina? 
— Dziesiąta.  A  teraz  on  nie  Īyje  i  jak  wezwiemy  policjĊ,  to  mnie  bĊdą  podejrzewali  o 

morderstwo.  O  tak,  jestem  tego  pewien.  Ale  panowie  nie  myĞlicie  tak  przecieĪ?  Nie  moĪecie 

background image

przypuszczaü, Īe to ja! Gdyby tak było, czyĪ sprowadzałbym was tutaj? O BoĪe mój, BoĪe… Ja 
chyba zwariujĊ! 

Potrząsał ramionami i tupał jak w napadzie szału. 
— Nie ma pan powodu  do obaw —  rzekł łagodnie Holmes  kładąc mu rĊkĊ na ramieniu. — 

ProszĊ  pójĞü  za  moją  radą,  pojechaü  na  posterunek  i  zawiadomiü  policjĊ.  Niech  im  pan 
zaproponuje wszelką pomoc ze swej strony. Zaczekamy tutaj na paĔski powrót. 

Mały człowieczek, trochĊ zaskoczony, posłuchał rady i słyszeliĞmy, jak chwiejnie zbiega po 

ciemnych schodach. 

background image

VI. 

S

HERLOCK 

H

OLMES ROZWIJA SWOJ

Ą TEORIĉ

No,  drogi  Watsonie  —  rzekł  Holmes  zacierając  rĊce  —  zdobyliĞmy  teraz  pół  godzinki  dla 

siebie.  Wykorzystajmy  ten  czas.  Jak  ci  powiedziałem,  mam  juĪ  prawie  całe  zagadnienie 
rozwikłane, nie wolno nam jednak pobłądziü wskutek zbytniej pewnoĞci siebie. ChociaĪ sprawa 
na oko wydaje siĊ jasna, niewykluczone, Īe głĊbiej moĪe siĊ coĞ ukrywaü. 

— Jasna? — wykrzyknąłem. 
— OczywiĞcie  —  odparł  trochĊ  z  miną  profesora  w  czasie  wykładu  klinicznego.  —  UsiądĨ

tam w kącie, Īeby twoje Ğlady nie komplikowały obrazu. A teraz do roboty! 

Po pierwsze: jakim sposobem ci ludzie siĊ tutaj dostali i jak wyszli? Od wczoraj wieczorem 

drzwi nie były otwierane. Ale co z oknem? — Przysunął lampĊ do okna robiąc pod nosem uwagi, 
skierowane  raczej  do  siebie  aniĪeli  do  mnie.  Okno  zaryglowane  od  wewnątrz,  ramy  solidne, 
dostĊp na dach niemoĪliwy. ĩadnych zawiasów z boku. Otwórzmy. ĩadnej rynny w pobliĪu. A 
jednak  ten  ktoĞ  musiał  wejĞü  oknem.  Poprzedniej  nocy  padał  deszcz.  Na  parapecie  odcisk 
stopy… O, a tu okrągła błotnista plama, i tu znowu na podłodze, i jeszcze tu przy stole. Spójrz 
no, Watsonie! Doprawdy, jest na co patrzeü! 

Przyjrzałem siĊ wyraĨnym, okrągłym błotnistym plamom. 
— To nie są Ğlady stóp — zauwaĪyłem. 
— To  coĞ  znacznie  dla  nas  cenniejszego.  To  odcisk  drewnianej  protezy.  O,  widzisz,  tu  na 

parapecie odcisk buta, ciĊĪkiego buta z metalową podkówką, a obok Ğlad protezy. 

— Człowiek o drewnianej nodze! 
— WłaĞnie…  Ale  był  tu  jeszcze  i  ktoĞ  inny,  bardzo  zrĊczny  i  zdolny  sprzymierzeniec.  Czy 

potrafiłbyĞ wdrapaü siĊ po tej Ğcianie, doktorze? 

Wychyliłem  siĊ  przez  otwarte  okno.  KsiĊĪyc  ciągle  jeszcze  jasno  oĞwietlał  tĊ  stronĊ  domu. 

ZnajdowaliĞmy siĊ dobre szeĞüdziesiąt stóp nad ziemią i mimo Īe uwaĪnie szukałem, nie udało 
mi siĊ zauwaĪyü jakiegokolwiek oparcia dla nogi, Īadnej szczeliny w murze. 

— Zupełnie niemoĪliwe — odpowiedziałem. 
— NiemoĪliwe  bez  pomocy.  PrzypuĞümy  jednak,  Īe  masz  pomocnika,  który  spuĞci  ci  tĊ

mocną,  dobrą  linĊ,  leĪącą  tu  w  rogu  i  przymocuje  jeden  jej  koniec  do  tego  solidnego  haka  w 
Ğcianie.  Przypuszczam,  Īe  wówczas,  gdybyĞ  był  człowiekiem  czynu,  potrafiłbyĞ  wspiąü  siĊ  w 
górĊ nawet z protezą. Rzecz prosta, wróciłbyĞ tą samą drogą, a twój wspólnik wciągnąłby linĊ, 
odwiązał  z  haka,  zamknął  okno,  zaryglował  je  od  wewnątrz  i  wreszcie  wyszedł  w  ten  sam 
sposób,  jak  wszedł.  Dodatkowo  moĪemy  jeszcze  stwierdziü  —  mówił  dalej,  krĊcąc  w  palcach 
linĊ  —  Īe  nasz  drewnianonogi  przyjaciel,  choü  doskonale  potrafi  siĊ  wspinaü,  nie  jest 
zawodowym  marynarzem.  Jego  dłonie  są  niezupełnie  stwardniałe.  Za  pomocą  lupy  wykryłem 
kilka plamek krwi, zwłaszcza u koĔca liny, z czego wywnioskowałem, iĪ zsuwał siĊ w dół z taką
szybkoĞcią, Īe zdarł sobie skórĊ z rąk. 

— To wszystko bardzo piĊknie — powiedziałem — ale sprawa wikła siĊ coraz bardziej. CóĪ

to za tajemniczy sprzymierzeniec? W jaki sposób dostał siĊ do pokoju? 

— Prawda, ten sprzymierzeniec! — powtórzył w zamyĞleniu Holmes. — Są pewne ciekawe 

momenty, jeĪeli chodzi o niego. Nadaje on całej sprawie piĊtno niezwykłoĞci. Powiedziałbym, Īe 
ów  sprzymierzeniec  wprowadza  nowe  metody  w  historii  zbrodni  w  naszym  kraju,  chociaĪ
podobne przypadki zdarzały siĊ w Indiach i jeĪeli pamiĊü mnie nie zawodzi, w Senegambii. 

background image

— Ale  jakim  sposobem  siĊ  tu  dostał?  —  powtórzyłem.  —  Drzwi  są  zamkniĊte  na  klucz, 

dostĊpu do okna nie ma. CzyĪby przez kominek. 

— JuĪ  siĊ  zastanawiałem  nad  tą  moĪliwoĞcią  —  odpowiedział  —  ale  otwór  jest  na  to  zbyt 

mały. 

— WiĊc jak? — nalegałem. 
— WidzĊ, Īe nie stosujesz mojej metody — rzekł potrząsając głową. — IleĪ razy mówiłem ci, 

Īe  skoro  wyeliminujesz  rzeczy  niemoĪliwe,  to  to,  co  pozostanie,  chociaĪ  nieprawdopodobne, 
musi byü prawdą? Wiemy, Īe nie mógł wejĞü ani przez drzwi, ani przez okno, ani przez kominek. 
Wiemy  te  Īe  nie  mógł  ukryü  siĊ  przedtem  w  pokoju,  gdyĪ  nie  ma  tu  Īadnej  odpowiedniej 
kryjówki. KtórĊdy wiĊc mógł siĊ zjawiü? 

— Przez dziurĊ w suficie — wykrzyknąłem. 
— OczywiĞcie.  Musiał  tak  zrobiü.  JeĞli  zechcesz  potrzymaü  lampĊ,  obejmiemy  naszymi 

poszukiwaniami i ten pokoik na górze — ów schowek, w którym ukryty był skarb. 

Wszedł na drabinkĊ i chwyciwszy siĊ oburącz krokwi, wciągnął siĊ na strych. Potem, leĪąc na 

brzuchu, siĊgnął po lampĊ i przyĞwiecał mi, gdy szedłem w jego Ğlady. 

Pokój,  w  którym  znaleĨliĞmy  siĊ  teraz,  miał  rozmiary  dziesiĊü  na  szeĞü  stóp.  MiĊdzy 

stanowiącymi  podłogĊ  krokwiami  znajdowały  siĊ  cienkie,  pokryte  tynkiem  deski,  tak  Īe  idąc 
trzeba  było  przeskakiwaü  z  belki  na  belkĊ.  Sufit  wznosił  siĊ  ku  górze  i  był  najwidoczniej 
wewnĊtrzną  stroną  dachu.  Nie  było  tu  ani  jednego  mebla,  a  nagromadzony  od  lat  kurz  i  pył 
pokrywał podłogĊ grubą warstwą. 

— Oto  masz  —  rzekł  Sherlock  Holmes  naciskając  rĊką  pochyły  sufit.  —  To  zapadnia 

prowadząca na dach. A teraz opuszczam ją z powrotem i znów mamy tylko sufit. Tą drogą wiĊc 
dostał siĊ Numer 1. Zobaczymy teraz, czy znajdziemy jeszcze jakieĞ Ğlady jego osoby. 

OpuĞcił nieco lampĊ i wówczas spostrzegłem po raz drugi tego wieczora wyraz zdumienia na 

jego  twarzy.  Gdym  poszedł  za  jego  spojrzeniem,  przeszył  mnie  zimny  dreszcz.  Cała  podłoga 
usiana była gĊsto Ğladami bosych nóg. WyraĨne, doskonale widoczne, kształtne Ğlady nóg, lecz 
prawie o połowĊ mniejsze od stopy normalnego człowieka. 

— Holmesie — szepnąłem przeraĪony — to dziecko dokonało tej okropnej zbrodni. 
W jednej chwili odzyskał panowanie nad sobą. 
— PrzyznajĊ,  Īe  przez  chwilĊ  byłem  takĪe  zaskoczony,  sprawa  jednak  przedstawia  siĊ  doĞü

prosto.  Zawiodła  mnie  pamiĊü,  w  przeciwnym  bowiem  razie  powinienem  był  to  przewidzieü. 
Niczego wiĊcej tu nie znajdziemy. SchodĨmy! 

— Jaką masz teoriĊ, jeĪeli chodzi o te Ğlady? — spytałem skwapliwie, gdy znowu znaleĨliĞmy 

siĊ w dolnym pokoju. 

— Drogi  Watsonie,  spróbuj  sam  przeprowadziü  maleĔką  analizĊ  —  odpowiedział  mój 

przyjaciel  z  lekkim  zniecierpliwieniem  w  głosie.  —  Znasz  moje  metody.  Zastosuj  je,  a 
porównanie naszych wyników bĊdzie bardzo pouczające. 

— Nie mogĊ wpaĞü absolutnie na Īaden pomysł, który by wyjaĞnił te fakty. 
— Niebawem wszystko stanie siĊ dla ciebie jasne — rzekł niedbale. — Zdaje siĊ, iĪ poza tym 

nie ma tu juĪ nic ciekawego. WolĊ jednak zobaczyü. 

Wyciągnął lupĊ i kieszonkowy metr i czołgając siĊ na kolanach mierzył, porównywał, badał 

pochylając długi, cienki nos tuĪ nad podłogą, a jego podobne do ptasich, głĊboko osadzone oczy 
mocno błyszczały. Miał zwinne, ciche i ukradkowe ruchy psa goĔczego na tropie. Nie mogłem 
powstrzymaü  siĊ  od  myĞli,  jaki  byłby  z  niego  straszliwy  przestĊpca,  gdyby  tak  zwrócił  swoją
energiĊ i zdolnoĞci przeciwko prawu, a nie w jego obronie. Podczas poszukiwaĔ ustawicznie coĞ
mruczał do siebie, aĪ w koĔcu wydał głoĞny okrzyk radoĞci. 

background image

— MoĪna powiedzieü, Īe mamy szczĊĞcie! Nie powinniĞmy juĪ teraz mieü Īadnego kłopotu. 

Numer 1 miał pecha, Īe wlazł w kreozot. ZauwaĪ zarys jego małej stopy tu, obok tej cuchnącej 
mazi. Widzisz? Gąsior trzasł i zawartoĞü wyciekła…

— No to co z tego? — spytałem. 
— To, Īe go mamy. Znam psa, który za tym zapachem pójdzie na koniec Ğwiata. JeĪeli sfora 

potrafi  wytropiü Ğledzia  ciągnionego  przez  całe  hrabstwo,  to  co  dopiero  mówiü  o  specjalnie 
tresowanym  psie,  jeĞli  mu  dasz  tak  gryzący  zapach.  To  przypomina  mi  sumĊ  w  regule  trzech. 
OdpowiedĨ powinna nam daü… Ale hola! OtóĪ i oficjalni przedstawiciele prawa. 

Z  dołu  słychaü  było  gwar  podniesionych  głosów,  ciĊĪkie  kroki  i  po  chwili  drzwi  frontowe 

zamknĊły siĊ z trzaskiem. 

— Nim siĊ tu zjawią — rzekł Holmes — dotknij ramienia tego biedaka, o potem połóĪ rĊkĊ na 

jego nodze. Co odczujesz? 

— Ze muskuły są twarde jak kamieĔ — odpowiedziałem. 
— OtóĪ właĞnie… Znajdują siĊ one w stanie niesłychanego skurczu, znacznie silniejszego niĪ

przy  normalnym  rigor  mortis.  Połączywszy  to  z  wykrzywieniem  twarzy,  tym  hipokratesowym 
uĞmiechem,  wzglĊdnie  risus  sardonicus,  jak  to  siĊ  nazywało  u  dawnych  autorów,  jakąĪ  byĞ
wyciągnął konkluzjĊ? 

— ĝmierü  spowodowana  silnym  roĞlinnym  alkaloidem  —  odpowiedziałem  —  jakąĞ

substancją w rodzaju strychniny, wywołującą tĊĪec. 

— To  przede  wszystkim  przyszło  mi  na  myĞl,  gdy  ujrzałem  skurcz  miĊĞni  twarzy.  Od  razu 

zacząłem  szukaü  sposobu,  w  jaki  trucizna  została  wprowadzona  do  organizmu.  W  twojej 
obecnoĞci znalazłem cierĔ, lekko wbity lub wystrzelony w skórĊ. ZauwaĪ dalej, Īe cierĔ wbity 
został  w  czĊĞü  głowy  zwróconą  ku  otworowi  w  suficie,  jeĪeli  ten  człowiek  w  fotelu  siedział 
prosto. A teraz przyjrzyj siĊ temu cierniowi. 

Wziąłem go ostroĪnie w palce i zbliĪyłem do Ğwiatła. Był długi, ostry i czarny, a przy samym 

koĔcu  pokryty  czymĞ  w  rodzaju  glazury,  jak  gdyby  nagumowany  jakąĞ  zaschniĊtą  substancją. 
Ostrze było zatemperowane i wyrównane noĪem. 

— Czy to cierĔ angielski? — spytał. 
— Nie, z całą pewnoĞcią nie. 
— Na  podstawie  wszystkich  dotychczasowych  danych  powinieneĞ  wywnioskowaü  coĞ

konkretnego. Ale oto juĪ mamy zawodowców, wiĊc siły pomocnicze powinny siĊ wycofaü. 

Gdy  skoĔczył  te  słowa,  zbliĪające  siĊ  kroki  zadudniły  głoĞno  po  korytarzu  i  postawny,  tĊgi 

mĊĪczyzna w szarym garniturze wszedł ciĊĪko do pokoju. Miał twarz duĪą i czerwoną i wielkie 
worki  pod  patrzącymi  bacznie  maleĔkimi,  mrugającymi  oczkami.  TuĪ  za  nim  postĊpował 
umundurowany policjant, na koĔcu zaĞ ciągle jeszcze drĪący Thaddeus Sholto. 

— A  to  ładna  sprawa  —  wykrzyknął  pierwszy  zduszonym,  ochrypłym  głosem.  —  KtóĪ  tu 

jest? Cały ten dom roi siĊ jak królicza jama! 

— Chyba pan mnie sobie przypomina, panie Jones — powiedział spokojnie Holmes. 
— AleĪ  oczywiĞcie  —  sapał  nowo  przybyły.  —  To  pan  Sherlock  Holmes,  teoretyk.  JakĪeĪ

mógłbym  nie  pamiĊtaü?  Nigdy  nie  zapomnĊ,  jak  pan  nas  wszystkich  pouczał  o  przyczynach, 
wnioskach i skutkach w tej aferze z klejnotami na Bishop’s Gate. RzeczywiĞcie, pchnął nas pan 
wtedy na właĞciwy Ğlad, ale przyzna pan chyba, Īe to był raczej przysłowiowy łut szczĊĞcia niĪ
istotna wnikliwoĞü. 

— Nie, po prostu wynik logicznego rozumowania. 
— No, no, no… nie przesadzajmy. Nigdy nie naleĪy siĊ wstydziü prawdy. Ale co siĊ tu stało? 

Brzydka  sprawa…  Brzydka  sprawa…  Tutaj  mamy  do  czynienia  z  nagimi  faktami,  tu  nie  ma 
miejsca  na  Īadne  teorie.  Co  za  szczĊĞliwy  zbieg  okolicznoĞci,  Īe  właĞnie  znalazłem  siĊ  w 

background image

Norwood w innej sprawie. Byłem akurat na stacji, kiedy mnie wezwano. Jak siĊ panu zdaje, co 
było przyczyną Ğmierci? 

— Och, nie zamierzam tu wygłaszaü Īadnych teorii — odpowiedział sucho Holmes. 
— No,  nie…  nie.  PrzecieĪ  nie  przeczymy,  Īe  udaje  siĊ  panu  niekiedy  trafiü  w  sedno.  Och, 

BoĪe drogi! Podobno drzwi były zamkniĊte na klucz. Skradziono klejnoty wartoĞci pół miliona. 
A co z oknem? 

— Było zamkniĊte, ale na parapecie są Ğlady. 
— Dobrze, dobrze, jeĪeli okno było zamkniĊte, to Ğlady nie mają nic do rzeczy. Przynajmniej 

tak dyktuje zdrowy rozsądek. Ten człowiek mógł umrzeü na skutek jakiegoĞ ataku, ale znowu to 
znikniĊcie  klejnotów!  Ha,  juĪ  mi  coĞ Ğwita!  Miewam  niekiedy  takie  objawienia.  WyjdĨcie  z 
pokoju na chwilĊ, sierĪancie i pan, panie Sholto. PaĔski przyjaciel moĪe  zostaü. Co pan o tym 
myĞli,  panie  Holmes?  Jak  sam  wyznał,  Thaddeus  Sholto  spĊdził  wczorajszy  wieczór  z  bratem. 
Brat ma jakiĞ atak, umiera, po czym nasz Sholto odchodzi sobie ze skarbem. No? I co pan na to? 

— ĩe potem nieboszczyk bardzo roztropnie wstaje i zamyka drzwi na klucz od wewnątrz. 
— Hm…  Tak,  rzeczywiĞcie…  to  siĊ  nie  bardzo  zgadza.  Kierujmy  siĊ  rozsądkiem.  Ten 

Thaddeus Sholto był u brata, sam to przyznaje. Kłótnia miĊdzy nimi miała miejsce. Tyle wiemy 
na pewno. Brat nie Īyje, a klejnoty znikły. I to takĪe wiemy z całą pewnoĞcią. Od chwili wizyty 
Thaddeusa nikt nie widział jego brata. ŁóĪko nie było posłane i nikt w nim nie spał. Thaddeus 
jest najwidoczniej bardzo wzburzony. PowierzchownoĞü ma — no, powiedzmy, mało atrakcyjną. 
Jak pan widzi, snujĊ swą pajĊczynĊ wokoło Thaddeusa. Sieü zaczyna siĊ nad nim zamykaü. 

— Nie jest pan jeszcze zorientowany we wszystkich faktach — rzekł Holmes. — Ten kawałek 

drzewa, moim zdaniem  zatruty, tkwił w  głowie  zmarłego,  gdzie jeszcze  moĪe pan dojrzeü Ğlad 
ukłucia.  Ta  kartka  z  napisem,  którą  pan  tu  widzi,  leĪała  na  stole,  a  obok  niej  to  dziwne, 
zakoĔczone kamienną głowicą narzĊdzie. Jak to wszystko pasuje do pana teorii? 

— Potwierdza  ją  w  całej  rozciągłoĞci  —  odpowiedział  grubas  pompatycznie.  —  Cały  dom 

pełen jest indyjskich róĪnoĞci. Thaddeus sam o tym wspomniał i jeĪeli ta drzazga jest zatruta, to 
on  mógł  siĊ  nią  posłuĪyü  do  celów  zbrodniczych  równie  dobrze,  jak  kto  inny.  Kartka  to  taki 
hokus–pokus  dla  zamydlenia  oczu.  Jedynym  zagadnieniem  jest:  jak  siĊ  wydostał?  Ach, 
naturalnie… Oto dziura w suficie! Z duĪą jak na swoją tuszĊ zrĊcznoĞcią wskoczył na drabinkĊ, 
przecisnął  siĊ  na  stryszek  i  bezpoĞrednio  potem  usłyszeliĞmy  triumfalny  okrzyk,  Īe  znalazł 
wyjĞcie na dach. 

— I  on  moĪe  przypadkiem  coĞ  znaleĨü  —  powiedział  Holmes  wzruszając  ramionami.  — 

Miewa od czasu do czasu przebłyski rozsądku. Il n’y a pas des sots si incommodes que ceux qui 
ont de l’esprit! 

— No, widzicie! — zawołał Athelney Jones schodząc z powrotem na dół. — Koniec koĔców, 

fakty są zawsze lepsze od teorii. Mój pogląd na sprawĊ siĊ potwierdza. Na górze jest zapadnia 
prowadząca na dach, i to nie domkniĊta. 

— To ja ją otworzyłem. 
— O,  doprawdy?  WiĊc  pan  to  takĪe  zauwaĪył?  —  Zdawał  siĊ  trochĊ  przygnĊbiony  tym 

odkryciem. — Wszystko jedno… ktokolwiek to pierwszy zauwaĪył, wiemy juĪ, jak nasz goĞü siĊ
stąd wydostał. SierĪancie! 

— Słucham — zabrzmiało z korytarza. 
— PoproĞcie pana Sholto, Īeby tu przyszedł. Panie Sholto, obowiązkiem moim jest przestrzec 

pana, Īe cokolwiek pan teraz powie, bĊdzie mogło byü uĪyte przeciwko panu. AresztujĊ pana w 
imieniu Królowej jako zamieszanego w sprawĊ zabójstwa paĔskiego brata. 

— No właĞnie! Czy nie mówiłem? — krzyknął biedny człowieczek wyciągając do nas rĊce i 

spoglądając z rozpaczą to na jednego, to na drugiego. 

background image

— Niech siĊ pan tym nie przejmuje, panie Sholto — rzekł Holmes. — MogĊ wykazaü paĔską

niewinnoĞü… 

— ProszĊ nie obiecywaü za wiele, panie Teoretyku, proszĊ nie obiecywaü — fuknął detektyw. 

— MoĪe to byü twardszy orzech do zgryzienia, aniĪeli siĊ panu na oko zdaje. 

— Nie  tylko  wykaĪĊ  jego  niewinnoĞü,  panie  Jones,  ale  uczyniĊ  panu  podarek  z  nazwiska  i 

dokładnego rysopisu jednego z dwu ludzi, którzy byli w tym pokoju wczoraj wieczorem. Mam 
wszelkie  dane  przypuszczaü,  Īe  nazywa  siĊ  Jonathan  Small.  To  człowiek  mało  wykształcony, 
ruchliwy, bez prawej nogi, zamiast której nosi drewnianą protezĊ, bardzo zniszczoną od strony 
wewnĊtrznej.  Podeszwa  jego  lewego  buta  jest  chropowata,  ma  kwadratowy  czub  i  Īelazną
podkówkĊ dokoła obcasa. To człowiek w Ğrednim wieku, mocno opalony i były wiĊzieĔ. Te kilka 
wskazówek moĪe byü panu pomocne, jeĪeli jeszcze dodamy fakt, Īe ma zdartą skórĊ z dłoni, zaĞ
drugi człowiek…

— Ach…  drugi?  —  spytał  Jones  szyderczo,  choü  najwidoczniej  nieco  zbity  z  tropu 

dokładnoĞcią tych informacji. 

— To  bardzo  osobliwa  postaü  —  dokoĔczył  Sherlock  Holmes  obracając  siĊ  na  obcasie.  — 

Mam nadziejĊ, Īe niebawem uda mi siĊ przedstawiü panu tĊ parĊ. Słówko, Watsonie… Odciągnął 
mnie w kierunku schodów. 

— Całe  to  niespodziewane  wydarzenie  sprawiło,  Īe  zatraciliĞmy  właĞciwy  cel  naszej 

wycieczki — rzekł. 

— To samo sobie pomyĞlałem. Panna Morstan nie powinna przebywaü tu dłuĪej. 
— Słusznie.  Musisz  ją  odwieĨü  do  domu.  Mieszka  u  pani  Cecylii  Forrester,  w  Lower 

Camberwell,  wiĊc  nawet  niedaleko  stąd.  Zaczekam  na  ciebie  tutaj…  chyba  Īe  czujesz  siĊ  zbyt 
zmĊczony…

— Nic  podobnego.  Nie  wyobraĪam  sobie,  Īebym  mógł  wypocząü,  nim  dowiem  siĊ  czegoĞ

wiĊcej  o  tej  fantastycznej  sprawie.  Widziałem  juĪ  w  Īyciu  sporo,  ale  przyznajĊ,  Īe  te  szybko 
nastĊpujące po sobie dziwne fakty dzisiejszego wieczora wyraĨnie nadszarpnĊły mi nerwy. Mimo 
to, kiedy juĪ zaszliĞmy tak daleko, chciałbym dobrnąü z tobą do koĔca. 

— Twoja  obecnoĞü  bĊdzie  mi  bardzo  pomocna  —  odpowiedział.  —  Popracujemy  nad  tą

sprawą na  własną  rĊkĊ,  a  ten Jones niech sobie  robi, co  chce, i wymyĞla nowe bzdurne teorie. 
Gdy odwieziesz pannĊ Morstan, chciałbym, abyĞ wstąpił pod numer 3 na Pinchin Lane, tuĪ nad 
brzegiem rzeki koło Lambeth. Trzeci dom na prawo naleĪy do niejakiego Shermana, który trudni 
siĊ  wypychaniem  ptaków  i  zwierząt.  W  oknie  zresztą  zobaczysz  wypchaną  wydrĊ  z  młodym 
królikiem w zĊbach. Wywołaj Shermana, pozdrów go ode mnie i powiedz, Īe potrzebny mi jest 
Toby, i to zaraz. Przywieziesz go ze sobą. 

— Przypuszczalnie chodzi ci o psa? 
— Tak, to przedziwny kundel o niebywałym wĊchu. Bardziej sobie ceniĊ pomoc Toby’ego niĪ

całej londyĔskiej policji. 

— Z  pewnoĞcią  go  przywiozĊ  —  obiecałem.  —  Teraz  jest  pierwsza.  JeĪeli  zdołam  gdzieĞ

zmieniü konia, mógłbym tu byü z powrotem przed trzecią. 

— Ja  tymczasem  —  rzekł  Holmes  —  zobaczĊ,  czego  bĊdĊ  siĊ  mógł  dowiedzieü  od  pani 

Bernstone i hinduskiego słuĪącego, który jak mi powiedział Sholto, sypia na strychu. NastĊpnie 
przestudiujĊ  metody  wielkiego  Jonesa  i  posłucham  jego  mało  subtelnych  sarkazmów.  Wir  sind 
gewohnt,  dass  die  Menschen  verhöhnen,  was  sie  nicht  verstehen  
.  Goethe  zawsze  wyraĪa  siĊ
jĊdrnie. 

background image

VII. 

E

PIZOD Z BECZK

Ą

Policja  przyjechała  doroĪką,  którą  teraz  odwiozłem  pannĊ  Morstan  do  domu.  Zwyczajem 

kobiet  o  anielskim  sercu  potrafiła  tak  długo  zachowaü  spokojną  twarz  wĞród  nieszczĊĞcia,  jak 
długo  zachodziła  potrzeba  podtrzymywania  na  duchu  kogoĞ  słabszego.  Znalazłem  ją  wiĊc 
spokojną i pogodną u boku przestraszonej gospodyni Bartholomeusa. Za to w doroĪce najpierw 
zemdlała, a potem wybuchnĊła gwałtownym szlochem — tak nią wstrząsnĊły przygody tej nocy. 
Powiedziała  mi  kiedyĞ póĨniej, Īe  w czasie tej jazdy wydałem siĊ jej  człowiekiem  chłodnym i 
obojĊtnym.  Nie  mogła  domyĞliü  siĊ  walki,  jaka  siĊ  toczyła  we  mnie,  i  wysiłku,  z  jakim 
poskramiałem swe uczucia. Moje uczucie biegło ku niej — tak jak wtedy w ogrodzie, gdy rĊce 
nasze siĊ spotkały. W ciągu długich lat konwencjonalnej znajomoĞci nie byłbym w stanie poznaü
jej anielskiego, dzielnego serca aniĪeli w jeden jedyny wieczór tych zdumiewających wydarzeĔ. 
Lecz  dwa  wzglĊdy  kierowały  mną,  gdy  nakazałem  ustom  milczenie:  była  słaba,  bezbronna  i 
roztrzĊsiona nerwowo. NieuczciwoĞcią byłoby z mojej strony narzucaü siĊ jej w takiej chwili z 
uczuciami. Co gorsza, była osobą bogatą. O ile poszukiwania Holmesa dadzą pozytywny rezultat, 
stanie  siĊ  posaĪną  dziedziczką.  Czy  byłoby  uczciwe  i  zgodne  z  honorem,  aby  ubogi  lekarz 
wykorzystywał sytuacjĊ, w której siĊ przypadkowo znalazł? Czy nie miałaby prawa uwaĪaü mnie 
za zwykłego łowcĊ posagów? Nie mogłem ryzykowaü, Īeby tego rodzaju podejrzenie chociaĪ na 
chwilĊ zaĞwitało w jej mózgu. Skarb Agry piĊtrzył siĊ miĊdzy nami jak niepokonana przeszkoda. 

Była prawie druga, gdy dotarliĞmy do mieszkania pani Forrester. SłuĪba juĪ od wielu godzin 

udała siĊ na spoczynek, ale pani Forrester tak była zaciekawiona dziwnym listem, jaki otrzymała 
panna Morstan, Īe jeszcze siĊ nie połoĪyła i czekała na jej powrót. Sama otworzyła nam drzwi. 
Była  to  kobieta  w  Ğrednim  wieku,  pełna  wdziĊku  i  z  prawdziwą  radoĞcią  zobaczyłem,  jak 
serdecznie  opasała  ramieniem  kibiü  panny  Morstan  i  jakim  macierzyĔskim  tonem  ją  powitała. 
Czuło siĊ wyraĨnie, Īe panna Morstan nie jest tu tylko płatną pracownicą, ale i szczerze cenioną
przyjaciółką.  Gdy  zostałem  przedstawiony,  pani  Forrester  serdecznie  zapraszała,  bym  wszedł  i 
opowiedział szczegółowo przygody dzisiejszego wieczoru.  Wytłumaczyłem siĊ jednak waĪnym 
poleceniem i obiecałem solennie, Īe odwiedzĊ je póĨniej i opowiem o dalszym rozwoju sprawy. 
DoroĪka ruszyła sprzed domu, a ja spojrzałem raz jeszcze za siebie i na zawsze pozostanie mi w 
oczach  ta  mała  grupka  na  schodach  —  dwie  wdziĊczne,  splecione  ramionami  postacie  w 
półotwartych  drzwiach,  Ğwiatło  padające  z  hallu  przez  kolorowe  szybki,  barometr  i  błyszczące 
prĊty,  które  przytrzymywały  chodnik.  JakĪe  kojąco  działał  ten  przelotny  rzut  oka  na  spokojny 
angielski dom wĞród tej tajemniczej i niesamowitej sprawy, którą byliĞmy zaprzątniĊci. 

A  im  bardziej  siĊ  nad  wszystkim  zastanawiałem,  tym  bardziej  tajemniczo  i  niesamowicie 

rysowała siĊ ona przede mną. TrzĊsąc siĊ w doroĪce po cichych, oĞwietlonych gazem uliczkach, 
rozpamiĊtywałem  cały łaĔcuch dziwnych wydarzeĔ. A wiĊc najpierw zasadniczy problem. Ten 
był  zupełnie  wyraĨny.  ĝmierü  kapitana  Morstana,  przesyłka  pereł,  ogłoszenie,  list  —  wszystko 
zupełnie  jasne,  ale  wiodące  do  głĊbszej  jeszcze  i  znacznie  tragiczniejszej  tajemnicy.  Skarb  z 
Indii, zagadkowy plan znaleziony wĞród rzeczy  Morstana, dziwna scena, jaka siĊ rozegrała tuĪ
przed  Ğmiercią  majora  Sholto,  odnalezienie  skarbu,  po  którym  natychmiast  nastąpiła  Ğmierü
znalazcy,  przedziwne  okolicznoĞci  towarzyszące  zbrodni,  Ğlady  stóp,  niezwykła  broĔ,  słowa 
nabazgrane na kartce, identyczne ze słowami na planie kapitana — oto cały labirynt, w którym 
człowiek mniej utalentowany niĪ mój przyjaciel zgubiłby siĊ niezawodnie. 

background image

Pinchin Lane była rzĊdem obdrapanych dwupiĊtrowych domków z surowej cegły. Musiałem 

kilka razy zapukaü pod numer trzeci, zanim ktoĞ siĊ odezwał. Wreszcie jednak za zapuszczonymi 
roletami mignĊło Ğwiatło, a w górnym oknie ukazała siĊ czyjaĞ twarz. 

— IdĨ  precz,  pijany  włóczĊgo  —  zawołał  jej  właĞciciel.  —  JeĪeli  nie  przestaniesz  robiü

hałasu, otworzĊ drzwi psiarni i wypuszczĊ na ciebie wszystkie czterdzieĞci trzy psy, jakie mam. 

— Niech pan wypuĞci tylko jednego z nich, a cel mój zostanie osiągniĊty — odpowiedziałem. 
— WynoĞ siĊ — krzyczał głos z okna — jak mi Bóg miły, mam tutaj w torbie ĪmijĊ i zaraz 

spuszczĊ ci ją na głowĊ, jeĪeli nie przestaniesz. 

— Ale kiedy ja potrzebujĊ psa — odkrzyknąłem w górĊ. 
— Nie kłóü siĊ ze mną — wrzasnął pan Sherman. — UwaĪaj dobrze, liczĊ do trzech, a potem 

rzucam ĪmijĊ. 

— Pan  Sherlock  Holmes…  —  zacząłem  tylko,  słowa  te  miały  jednak  widocznie  jakąĞ

magiczną  siłĊ,  bo  okno  natychmiast  siĊ  zamknĊło,  a  po  chwili  drzwi  domu  odryglowano  i 
otworzono. Pan Sherman był chudym, wysokim starcem o przygarbionych plecach, Īylastej szyi i 
oczach ukrytych za niebieskimi szkłami. 

— Przyjaciel pana Sherlocka Holmesa jest tu zawsze mile widziany — rzekł. — ProszĊ, niech 

pan wejdzie. Niech pan uwaĪa na tego borsuka, bo gryzie. Ach, brzydalu jeden… ostrzysz sobie 
zĊby na tego pana? 

Słowa  te  skierował  do  zwierzaka,  który  właĞnie  wysuwał  przez  prĊty  klatki  swą  złoĞliwą

mordkĊ o czerwonych oczach. 

— ProszĊ  nie  zwracaü  uwagi,  to  nie  Īmija,  tylko  padalec,  wiĊc  pozwalam  mu  łaziü  po 

mieszkaniu  i  tĊpiü  owady.  Niech  mi  pan  nie  bierze  za  złe,  Īe  byłem  moĪe  trochĊ  niegrzeczny 
początkowo, ale to dlatego, Īe wciąĪ dokuczają mi dzieci, coraz to przychodzą i stukają do drzwi. 
Czego sobie Īyczy pan Holmes, proszĊ pana? 

— Chce jednego z paĔskich psów. 
— Aha, pewno chodzi o Toby’ego, 
— Tak, tak, to miał byü Toby. 
— Toby zajmuje numer siedem, tutaj na lewo. 
Ze  Ğwiecą  w  rĊku  ruszył  powoli  naprzód  wĞród  swojej  dziwacznej  zwierzĊcej  rodziny.  W 

niepewnym,  migotliwym  Ğwietle  widziałem  wszĊdzie  błyszczące  oczy,  wpatrzone  w  nas  ze 
wszystkich zakamarków mieszkania. Nawet krokwie obsiadły róĪne zaspane ptaki, które leniwie 
przestĊpowały z nogi na nogĊ, zbudzone naszą rozmową. 

Okazało siĊ, Īe Toby to brzydkie, długowłose i kłapouche stworzenie — trochĊ spaniel, trochĊ

legawiec, a najbardziej kundel w brązowe i białe łaty, o niezgrabnym, kaczkowatym chodzie. Po 
krótkiej  chwili wahania  przyjął ode  mnie  kawałek  cukru,  który dostałem  od starego  zoologa, a 
kiedyĞmy siĊ w ten sposób zaznajomili, poszedł ze mną bez sprzeciwu. Biła właĞnie trzecia na 
zegarze,  gdy  znalazłem  siĊ  z  powrotem  w  Pondichery  Lodge.  Eks–bokser  McMurdo  został 
tymczasem aresztowany jako zaplątany w zabójstwo i w towarzystwie pana Sholto odmaszerował 
na  posterunek  policji.  Bramy  strzegło  dwu  policjantów,  skoro  jednak  wymieniłem  nazwisko 
detektywa, przepuĞcili mnie razem z psem. 

Holmes stał na progu z rĊkami w kieszeniach, pykając fajkĊ. 
— Aha,  masz  go  —  powiedział  —  dobry  piesek,  dobry…  Athelney  Jones  poszedł  sobie. 

Odkąd  odjechałeĞ,  byliĞmy  tu  Ğwiadkami  jego  niesłychanie  energicznej  działalnoĞci. 
Zaaresztował  nie  tylko  naszego  przyjaciela,  Thaddeusa,  ale  takĪe  odĨwiernego,  gospodyniĊ  i 
hinduskiego słuĪącego. Poza jednym sierĪantem na piĊtrze i nami nie ma w domu Īywego ducha. 
Zostaw psa tutaj i chodĨ ze mną na górĊ. 

background image

Przywiązawszy Toby ego w hallu do nogi stołu, poszliĞmy na górĊ. Pokój wyglądał tak samo 

jak  poprzednio,  z  tą  róĪnicą,  Īe  ciało  przykryto  przeĞcieradłem.  Znudzony  policjant  tkwił  w 
kącie. 

— Niech mi pan poĪyczy swojej latarki, sierĪancie — rzekł mój towarzysz. — Uczep mi ją na 

szyi tak, Īeby wisiała z przodu. DziĊkujĊ. Teraz muszĊ zdjąü buty i skarpetki. Zabierz je ze sobą
na dół, Watsonie. Zamierzam zrobiü małą wspinaczkĊ. I umaczaj moją chusteczkĊ w kreozocie. 
Wystarczy. A teraz chodĨ ze mną na chwilĊ na strych. 

PrzecisnĊliĞmy siĊ przez dziurĊ. Holmes jeszcze raz oĞwietlił Ğlady stóp odciĞniĊte w kurzu. 
— Zwróü specjalną uwagĊ na te Ğlady — rzekł. — Czy zauwaĪyłeĞ w nich coĞ szczególnego? 
— Chyba to, Īe pozostawiło je dziecko albo jakaĞ drobna kobieta — odpowiedziałem. 
— Nie, myĞlĊ o czymĞ innym, nie o wielkoĞci. Nic ciĊ w nich nie uderza? 
— Zdaje mi siĊ, Īe nie róĪnią siĊ niczym od innych. 
— Nic podobnego.  Spójrz uwaĪnie.  Oto odcisk  prawej stopy. Teraz ja postawiĊ swoją nogĊ

obok. Czy widzisz jakąĞ zasadniczą róĪnicĊ? 

— Palce  twojej  stopy  przylegają ĞciĞle  do  siebie,  natomiast  ten  drugi  Ğlad  ma  kaĪdy  palec 

sterczący oddzielnie. 

— O, właĞnie. W tym rzecz. ZapamiĊtaj to sobie. 
A teraz, czy nie zechciałbyĞ podejĞü do okna i powąchaü framugi? Ja zostanĊ tu, gdzie jestem, 

bo mam tĊ chusteczkĊ w rĊku. 

Zrobiłem, jak chciał, i od razu poczułem silny zapach jakby dziegciu. 
— Tu  właĞnie  postawił  nogĊ  wychodząc.  JeĪeli  t  y  moĪesz  natrafiü  na  jego  Ğlad,  to  mam 

wraĪenie,  Īe  Toby  nie  bĊdzie  miał  najmniejszych  trudnoĞci.  A  teraz  pobiegnij  szybko  na  dół, 
odwiąĪ psa i oczekuj wystĊpu Blondina. 

Zanim  zeszedłem  na  dół,  Sherlock  Holmes  był  juĪ  na  dachu,  i  widziałem,  jak  pełza  wolno 

wzdłuĪ okapu, podobny do ogromnego robaczka ĞwiĊtojaĔskiego. Straciłem go po chwili z oczu 
— potem znowu wyłonił siĊ na krótko spoza grupy kominów i jeszcze raz zniknął po przeciwnej 
stronie. Gdy okrąĪyłem dom, siedział juĪ na naroĪnym okapie. 

— Czy to ty, Watsonie? — krzyknął. 
— Tak. 
— To właĞnie miejsce, którego szukałem. Co to za jakiĞ ciemny przedmiot tam na dole? 
— Beczka z wodą. 
— Przykryta? 
— Tak. 
— Ani Ğladu drabiny? 
— Nie. 
— Niech diabli wezmą tego goĞcia! To karkołomne miejsce. Powinienem jednak zejĞü stąd na 

dół, jeĪeli on umiał siĊ tu wdrapaü. Rynna wydaje siĊ doĞü solidna… no, jakoĞ idzie. Usłyszałem 
suwanie bosych stóp i Ğwiatło latarki zaczĊło zjeĪdĪaü w dół. Potem Holmes lekko zeskoczył na 
beczkĊ, a z beczki na ziemiĊ. 

— Wcale nie było trudno iĞü w jego Ğlady — rzekł wciągając skarpetki i buty — bo dachówki 

były  wszĊdzie  obluĨnione.  Popatrz,  co  zgubił  w  poĞpiechu.  Potwierdza  to  w  zupełnoĞci  moją
diagnozĊ, mówiąc waszym doktorskim stylem. 

Przedmiot,  który  mi  pokazał,  była  to  mała  torebka  czy  sakiewka  z  róĪnokolorowej  trawy, 

ozdobiona  kilkoma  jaskrawymi  paciorkami.  WielkoĞcią  i  kształtem  przypominała  papieroĞnicĊ. 
Wewnątrz  znajdowało  siĊ  pół  tuzina  kolców  z  ciemnego  drzewa  zaostrzonych  na  jednym,  a 
zaokrąglonych na drugim koĔcu, takich jak ten, który tkwił w głowie Bartholomeusa Sholto. 

background image

— To  diabelska  broĔ  —  rzekł  Holmes  —  uwaĪaj,  ĪebyĞ  siĊ  nie  ukłuł.  Jestem  zachwycony 

moim znaleziskiem, bo wszystko przemawia za tym, Īe tyle tylko kolców posiadał. Tym samym 
zmniejsza siĊ obawa, Īe któryĞ z nas znajdzie coĞ takiego we własnej skórze. JeĪeli idzie o mnie, 
wolałbym raczej mieü do czynienia z kulką Martiniego. Czy czujesz siĊ na siłach odbyü jeszcze 
szeĞciomilowy spacer, Watsonie? 

— OczywiĞcie. 
— Twoja noga wytrzyma taki marsz? 
— O, z pewnoĞcią. 
— Do  nogi,  piesku…  Dobry,  stary  Toby.  Powąchaj  to,  powąchaj,  Toby.  —  Mówiąc  to 

podsunął  psu  pod  nos  chusteczkĊ  umaczaną  w  kreozocie.  Pies  stał  na  rozkraczonych  szeroko 
włochatych nogach i potrząsał komicznym czubkiem na głowie — zupełnie jak jakiĞ znawca win 
delektujący  siĊ  zapachem  najwyszukaĔszego  rocznika.  NastĊpnie  Holmes  wyrzucił  chusteczkĊ, 
przywiązał  do  obroĪy  kundla  mocną  linkĊ  i  podprowadził  go  do  beczki.  Zwierzak  natychmiast 
wybuchnął gwałtownym, namiĊtnym ujadaniem i z nosem przy ziemi i zadartym ogonem rzucił 
siĊ  za  Ğladem  tak  gwałtownie,  Īe  linka  mocno  siĊ  napiĊła,  my  zaĞ  ledwie  mogliĞmy  za  nim 
nadąĪyü. 

ZaczĊło  siĊ  powoli  rozwidniaü  i  mogliĞmy  juĪ  coĞ  niecoĞ  rozróĪniü  w  chłodnej,  szarej 

poĞwiacie.  Za  nami,  smutny  i  opuszczony,  wznosił  siĊ  kwadratowy  masyw  domu  o  czarnych, 
pustych  oknach  i  wysokich  nagich  Ğcianach.  Droga  nasza  wiodła  w  poprzek  przez  ogród,  to 
znaczy  poĞród  rowów  i  dołów,  którymi  był  poprzecinany.  Całe  to  miejsce,  z  rozrzuconymi 
bezładnie kupami Ğmieci i dziko rosnącymi krzakami, miało wygląd zaniedbany, niesamowity i 
harmonizowało z tragedią, jaka siĊ tu rozegrała. 

Po  dojĞciu  do  muru  ogradzającego  posiadłoĞü,  Toby  jął  rwaü  wzdłuĪ  niego  skomląc 

przejmująco  i  wreszcie  zatrzymał  siĊ  w  rogu  osłoniĊtym  koronami  młodej  brzozy.  W  miejscu, 
gdzie stykały siĊ ze sobą dwie Ğciany, kilka cegieł było wyjĊtych, a powstałe w ten sposób szpary 
najwidoczniej nieraz juĪ słuĪyły jako drabina, bo były mocno wydeptane. Holmes wdrapał siĊ na 
mur i wziąwszy psa ode mnie, spuĞcił go na drugą stronĊ. 

— WidzĊ  tutaj  Ğlad  rĊki  naszego  drewnianonogiego  —  posiedział,  kiedy  siĊ  wdrapałem  i 

usiadłem  przy  nim.  —  ZauwaĪ  tĊ  lekką  smugĊ  krwi  na  białym  tynku.  Co  za  szczĊĞcie,  Īe  od 
wczoraj  nie  padał  duĪy  deszcz.  Mimo  Īe  wyprzedzili  nas  o  jakieĞ  dwadzieĞcia  osiem  godzin, 
zapach dziegciu nie ulotnił siĊ jeszcze. 

PrzyznajĊ,  Īe  sam  zapatrywałem  siĊ  na  tĊ  sprawĊ  sceptycznie,  biorąc  pod  uwagĊ  ogromny 

ruch kołowy na tej londyĔskiej drodze. JednakĪe obawy moje okazały siĊ płonne. Toby ani siĊ
nie zawahał, ani  nie zatrzymał, lecz biegł dalej szparko swoim zabawnym,  kaczym  kroczkiem. 
Najwidoczniej woĔ kreozotu dominowała nad wszelkimi innymi. 

— Nie wyobraĪaj sobie — rzekł Holmes — iĪ liczĊ na powodzenie tylko dziĊki przypadkowi, 

Īe jeden z tych typów wdepnął w kreozot. Posiadam jeszcze inne dane, które by mi pozwoliły i 
tak  ich  odnaleĨü.  Ta  droga  jest  jednak  najłatwiejsza,  a  poniewaĪ  los  mnie  na  nią  naprowadził, 
byłbym  głupcem,  gdybym  jej  nie  wykorzystał.  Gdyby  nie  ten  bardzo  wyraĨny  Ğlad,  mógłbym 
pewnie  uzyskaü  duĪy  rozgłos  dziĊki  tej  całej  sprawie,  poniewaĪ  problem  zapowiadał  siĊ  jako 
ciekawa, zupełnie intelektualna zagadka. 

— Rozgłosu masz aĪ nadto — odpowiedziałem. — Zapewniam ciĊ, Holmesie, Īe podziwiam 

metody,  jakimi  doszedłeĞ  do  swych  dotychczasowych  wyników,  bardziej  moĪe  aniĪeli  wtedy, 
gdy  zajmowałeĞ  siĊ  morderstwem  Jeffersona  Hope.  Ta  sprawa  wydaje  mi  siĊ  ciĊĪsza,  jeszcze 
bardziej  niewytłumaczalna!  Jak  na  przykład  mogłeĞ  z  taką  dokładnoĞcią  opisaü  człowieka  z 
drewnianą nogą? 

background image

— Phi, mój drogi… Nic prostszego pod słoĔcem… Nie chcĊ zgrywaü siĊ przed tobą, wszystko 

bowiem  jest  jasne.  Dwaj  oficerowie,  którym  powierzono  straĪ  nad  wiĊĨniami,  dowiadują  siĊ  o 
ukrytym skarbie. Pewien Anglik, Jonathan Small, sporządza dla nich plan. Przypominasz sobie 
przecieĪ,  Īe  widzieliĞmy  to  nazwisko  na  rysunku  znajdującym  siĊ  w  posiadaniu  Morstana. 
Podpisany  jest  imieniem  Smalla  i  jego  towarzyszy  —  tym  „Znakiem  Czterech”,  jak  to 
dramatycznie  nazwał.  Przy  pomocy  owego  planu  oficerowie,  a  moĪe  jeden  z  nich,  odnajdują
skarb  i  przewoĪą  do  Anglii,  nie  wypełniwszy  —  jak  przypuszczam  —  jakiegoĞ  warunku,  pod 
jakim  skarb  otrzymali  No,  ale  dlaczego  Jonathan  Small  sam  nie  przywłaszczył  sobie  skarbu? 
OdpowiedĨ  jest  jasna.  Wszak  plan  pochodzi  z  okresu,  kiedy  Morstan  znajdował  siĊ  w  bliskim 
kontakcie  z  wiĊĨniami.  Jonathan  Small  nie  zabrał  skarbu,  poniewaĪ  on  i  jego  towarzysze  byli 
wtedy w wiĊzieniu i nie mogli uciec. 

— AleĪ to tylko twoje przypuszczenie — powiedziałem. 
— Nie,  to  coĞ  wiĊcej.  To  jedyna  hipoteza  uwzglĊdniająca  wszystkie  fakty.  Zobaczymy,  jak 

pasuje  do  całoĞci.  Major  Sholto  korzysta  przez  pewien  czas  z  zupełnego  spokoju  i  jest 
szczĊĞliwym posiadaczem skarbu. Potem przychodzi list z Indii, który napĊdza mu stracha. Co to 
mógł byü za list? 

— Przypuszczalnie wieĞü, Īe ludzie, którym wyrządził krzywdą, zostali zwolnieni. 
— Albo  teĪ  zbiegli:  To  ostatnie  wydaje  mi  siĊ  bardziej  prawdopodobne,  bo  przecieĪ  musiał 

wiedzieü,  na  ile  lat  byli  skazani,  zwolnienie  wiĊc  nie  mogło  stanowiü  dla  niego  Īadnej 
niespodzianki.  Co  wtedy  robi  nasz  major?  Wystrzega  siĊ  człowieka  o  drewnianej  nodze, 
człowieka białego, zakonotuj to sobie, poniewaĪ bierze za niego wĊdrownego handlarza i strzela. 
Na  planie  figuruje  tylko  jedno  nazwisko  białego,  inni  to  Mahometanie  lub  Hindusi.  Nie  ma 
Īadnego innego białego. MoĪemy zatem z całą pewnoĞcią powiedzieü, Īe człowiek o drewnianej 
nodze nie jest kim innym jak Jonathanem Small. Czy rozumowanie moje wydaje ci siĊ błĊdne? 

— Nie, jest jasne i zwiĊzłe. 
— Dobrze wiĊc, postawmy siĊ teraz w sytuacji Jonathana Small i spójrzmy na całą sprawĊ z 

jego punktu widzenia. Przybył do Anglii mając na celu odzyskaü to, co jego zdaniem prawnie mu 
siĊ naleĪy, i zemĞciü siĊ na człowieku, który go skrzywdził. Dowiedział siĊ, gdzie mieszka Sholto 
i, bardzo moĪliwe, nawiązał kontakt z kimĞ w jego domu. Jest tam ten słuĪący, Lal Rao, którego 
nie mieliĞmy sposobnoĞci zobaczyü. Pani Bernstone nie wyraĪa siĊ o nim najlepiej. Small jednak 
nie  zna  miejsca,  gdzie  skarb  został  ukryty,  poniewaĪ  poza  samym  majorem  wiedział  o  tym 
zaledwie  jeden  wierny  sługa,  który  zmarł.  Nagle  Small  dowiaduje  siĊ,  Īe  major  leĪy  na  łoĪu 
Ğmierci.  Oszalały  ze  strachu,  by  tajemnica  skarbu  nie  zginĊła  wraz  z  majorem,  przedostaje  siĊ
przez straĪe, dociera aĪ do okna pokoju umierającego i tylko obecnoĞü synów powstrzymuje go 
od wdarcia siĊ do Ğrodka. Nieprzytomny z nienawiĞci do zmarłego, dostaje siĊ jednak w nocy do 
pokoju, przeszukuje jego prywatne papiery w nadziei znalezienia jakiejĞ notatki odnoszącej siĊ
do  skarbu,  wreszcie  pozostawia  pamiątkĊ  swej  bytnoĞci  na  wydartej  kartce  papieru.  UmyĞlił 
sobie  z  pewnoĞcią  przedtem,  Īe  zamordowawszy  majora,  pozostawi  tego  rodzaju  kartkĊ  przy 
zmarłym  jako  znak,  Īe  nie  jest  to  zwykłe  morderstwo,  lecz  —  z  punktu  widzenia  czterech 
towarzyszy  —  coĞ  jak  gdyby  wymiar  sprawiedliwoĞci.  Pomysły  tego  rodzaju  nie  są  rzadkie  w 
kronikach  zbrodni  i  dają  przewaĪnie  cenne  wskazówki,  jeĪeli  chodzi  o  osobĊ  przestĊpcy.  Czy 
mnie dobrze rozumiesz? 

— Doskonale. 
— CóĪ  wiĊc  robi  nasz  Jonathan  Small?  MoĪe  jedynie  z  ukrycia  Ğledziü,  jaki  dalszy  obrót 

przybiorą poszukiwania skarbu. Niewykluczone nawet, Īe wyjeĪdĪa z Anglii, by wracaü tu tylko 
od czasu do czasu.  Potem nastĊpuje odkrycie  na strychu, o czym  Jonathan zostaje natychmiast 
poinformowany.  Tak  wiĊc  znowu  musimy  podejrzewaü,  Īe  miał  sprzymierzeĔca  w  domu 

background image

Bartholomeusa.  Jonathan,  ze  swoją  drewnianą  nogą,  absolutnie  nie  jest  w  stanie  dostaü  siĊ  do 
pokoju  Bartholomeusa  Sholto.  Ma  jednak  ze  sobą  niezwykłego  pomocnika,  który  potrafi 
wprawdzie pokonaü tĊ trudnoĞü, ale bosą stopą włazi w kreozot. Potem zjawia siĊ Toby, a z nim 
szeĞciomilowy spacerek dla biednego doktora o nadwerĊĪonym ĞciĊgnie Achillesa…

— Ale to ten pomocnik, nie sam Jonathan, popełnił zbrodniĊ? 
— OczywiĞcie.  I  raczej  wbrew  zamiarom  Jonathana,  sądząc  z  tego,  jak  tupał  protezą

przekonawszy siĊ o zbrodni. Nie Īywił Īadnej nienawiĞci do Bartholomeusa Sholto i wolałby go 
tylko związaü i zakneblowaü. Nie chciał kłaĞü głowy pod stryczek. Nie mógł jednak nic poradziü
—  dzikie  instynkty  zbudziły  siĊ  w  duszy  jego  towarzysza,  a  trucizna  zrobiła  swoje.  Jonathan 
wiĊc zostawił swą wizytówkĊ, spuĞcił szkatułkĊ na ziemiĊ i sam zsunął siĊ za nią. Tak rozwijały 
siĊ wydarzenia, o ile potrafiĊ je odcyfrowaü. JeĪeli chodzi o jego powierzchownoĞü, musi to byü
człowiek  w  Ğrednim  wieku  i  mocno  opalony,  zwaĪywszy,  Īe  odbywał  karĊ  w  takim  piecu  jak 
Wyspy  AndamaĔskie.  Wzrost  jego  da  siĊ  łatwo  obliczyü  po  długoĞci  kroku  i  wiemy,  Īe  nosi 
brodĊ.  Jedyne,  co  rzuciło  siĊ  w  oczy  Thaddeusowi  Sholto,  gdy  ujrzał  twarz  za  oknem  —  to 
właĞnie zarost. I to juĪ chyba wszystko. 

— A jego pomocnik? 
— Ach,  ten…  Niewiele  tu  tajemniczego.  Zresztą,  sam  siĊ  wkrótce  przekonasz.  Jakie 

przyjemne jest to poranne powietrze! Popatrz, jak płynie ta mała chmurka, zupełnie przypomina 
róĪowe  piórko  jakiegoĞ  olbrzymiego  flaminga.  Oto  czerwony  rąbek  słoĔca  ukazuje  siĊ  nad 
Londynem! ĝwieci nad mnóstwem ludzi, nikt jednak nie odbywa  chyba  tak dziwnej wycieczki 
jak  my  w  tej  chwili.  JacyĪ  mali  siĊ  czujemy,  i  my,  i  nasze  marne  ambicyjki  i  dąĪenia,  wobec 
Īywiołowych sił Natury! Ale… jak siĊ posuwa twoja praca nad Jean Paulem? 

— Nienajgorzej. Dobrnąłem do niego przez Carlyle’a. 
— To tak, jak by ktoĞ szedł w górĊ strumyka aĪ do jeziora, z którego wypływa. Uczynił on 

jednak dziwną, lecz bardzo głĊboką uwagĊ, a mianowicie, Īe najlepszym dowodem prawdziwej 
wielkoĞci  człowieka  jest  przeĞwiadczenie  o  własnej  małoĞci.  Dowodzi  to,  widzisz,  siły  jego 
porównaĔ  i  oceny,  co  juĪ  samo  w  sobie  jest  dowodem  szlachetnoĞci.  MoĪna  znaleĨü  wiele 
materiału do myĞlenia u Richtera. Czy nie masz przypadkiem pistoletu? 

— Mam tylko laskĊ. 
— MoĪe nam siĊ coĞ takiego przydaü, kiedy odszukamy ich kryjówkĊ. Jonathana pozostawiĊ

tobie, ale jeĪeli ten drugi zacznie siĊ stawiaü, zastrzelĊ go jak psa. 

Mówiąc to, wyjął rewolwer i nabiwszy go, schował z powrotem do prawej kieszeni marynarki. 
Cały  czas  podąĪaliĞmy  Ğladami  Toby  ego,  który  prowadził  nas  ku  stolicy  podmiejskimi 

drogami, wĞród will i ogrodów. Obecnie jednak zaczĊliĞmy siĊ zbliĪaü do gĊsto zabudowanych 
ulic, gdzie widaü juĪ było robotników i dokerów, a zaniedbane kobiety zdejmowały okiennice i 
czyĞciły schody. W naroĪnych jadłodajniach zaczynało siĊ dopiero budziü Īycie — wychodzili z 
nich ordynarnie wyglądający mĊĪczyĨni, wycierali rĊkawami brody po rannej szklaneczce. JakieĞ
dziwne psy włóczyły siĊ tu i ówdzie i przypatrywały nam ze zdziwieniem, ale nasz nieporównany 
Toby nie oglądał siĊ ani w prawo, ani w lewo, lecz dreptał naprzód z nosem przy ziemi i od czasu 
do czasu przejmująco skomlał, co dowodziło, Īe Ğlad jest jeszcze gorący. 

PrzeszliĞmy  Streatham,  Brixton,  Camberwell  i  przedostawszy  siĊ  bocznymi  uliczkami  na 

wschód  od  Ovalu  znaleĨliĞmy  siĊ  na  Kennington  Lane.  Ci,  których  tropiliĞmy,  wybrali 
najwidoczniej tĊ zygzakowatą drogĊ, aby zmyliü pogoĔ. Nigdy nie szli główną ulicą, jeĪeli jakaĞ
boczna  prowadziła  teĪ  w  poĪądanym  kierunku.  Przy  koĔcu  Kennington  Lane  skierowali  siĊ  na 
lewo przez Bond Street i Miles Street. W miejscu, gdzie Miles Street skrĊca w Knight’s Place, 
Toby  siĊ  zatrzymał,  ruszył  kawałek  z  powrotem,  a  potem  znów  naprzód,  z  jednym  uchem 
opuszczonym,  drugim  zaĞ  sterczącym  w  górĊ  —  typowy  obraz  psiego  niezdecydowania. 

background image

NastĊpnie zaczął biegaü w kółko, spoglądając od czasu do czasu na nas, jak gdyby dopraszał siĊ
współczucia w swych kłopotach. 

— Co u diabła z tym psem? — mruknął Holmes. — PrzecieĪ nie wskoczyli do doroĪki ani nie 

wsiedli do balonu. 

— MoĪe stali tutaj jakiĞ czas — wtrąciłem. 
— A… w porządku… Biegnie dalej — rzekł mój towarzysz z ulgą. 
RzeczywiĞcie, pies zaczął wĊszyü dokoła, powziął nagłą decyzjĊ i skoczył naprzód z wielką

energią  i zdecydowaniem, jakiego poprzednio nie okazywał. ĝlad był widaü znacznie ĞwieĪszy 
niĪ poprzednio, bo Toby wcale nie trzymał nosa przy ziemi, tylko szarpał linkĊ i próbował biec. 
Z  błysku  w  oczach  Holmesa  wywnioskowałem,  Īe  zbliĪamy  siĊ  do  kresu  wĊdrówki.  Droga 
wiodła teraz w dół Nine Elms, dopóki nie znaleĨliĞmy siĊ na placyku przed tartakiem Brodericka 
i Nelsona, tuĪ za tawerną pod „Białym Sokołem”. Tutaj pies, oszalały z podniecenia, skrĊcił w 
boczną bramĊ wiodącą na podwórze, gdzie tracze byli juĪ przy pracy; biegł przez trociny i wióry 
wzdłuĪ ĞcieĪki,  potem  przejĞciem  miĊdzy  dwoma  sagami  drzewa,  aĪ  wreszcie,  szczekając 
triumfalnie, skoczył na wielką beczkĊ, stojącą na rĊcznym wózku, na którym ją tu widaü ĞwieĪo 
przywieziono.  Z  wywieszonym  jĊzykiem,  błyskając  dokoła  Ğlepiami,  Toby  stał  przy  beczce  i 
patrzył na nas, w oczekiwaniu pochwały. Beczka i koła wózka umazane były  ciemną cieczą, a 
powietrze przepełniała woĔ kreozotu. 

Sherlock  Holmes  i  ja  patrzyliĞmy  na  siebie  w  osłupieniu,  a  potem  równoczeĞnie 

wybuchnĊliĞmy niepohamowanym Ğmiechem. 

background image

VIII. 

P

OLICJA POMOCNICZA Z 

B

AKER 

S

TREET

No i co teraz? — spytałem. — Toby stracił opiniĊ nieomylnego. 
— Postąpił tak, jak mu  dyktował rozsądek  — rzekł Holmes zdejmując  psa z beczki, aby  go 

wyprowadziü  z  podwórza  tartaku.  —  JeĪeli  sobie  uprzytomnimy,  ile  kreozotu  przewozi  siĊ
dziennie  przez  Londyn,  to  nic  dziwnego,  Īe  nasz  trop  skrzyĪował  siĊ  z  innymi.  Kreozot  jest 
obecnie bardzo rozpowszechniony, zwłaszcza przy impregnacji drzewa. Biedny Toby nic tu nie 
zawinił. 

— Przypuszczam, Īe musimy dojĞü z powrotem do pierwotnego tropu. 
— Tak.  Na  szczĊĞcie  nie  odeszliĞmy  zbyt  daleko.  To,  co  wprowadziło  psa  w  rozterkĊ  przy 

Knight’s  Place,  to  były  najwidoczniej  dwa  róĪne  tropy,  rozchodzące  siĊ  w  przeciwnych 
kierunkach.  My  poszliĞmy,  niestety,  fałszywym.  Nie  pozostaje  nam  teraz  nic  innego,  jak 
odszukaü właĞciwy. 

Nie  nastrĊczało  to  wielkich  trudnoĞci.  Gdy  doprowadziliĞmy  psa  do  miejsca,  gdzie  siĊ

pomylił, zaczął znów biegaü wokoło, aĪ wreszcie rzucił siĊ w innym kierunku. 

— Musimy  teraz  uwaĪaü,  Īeby  nas  nie  zaprowadził  do  miejsca,  skąd  pochodzi  ta  beczka 

kreozotu — rzekłem. 

— MyĞlałem  juĪ  o  tym.  Widzisz  jednak,  Īe  prowadzi  nas  chodnikiem,  a  beczkĊ  wieziono 

jezdnią. Nie, teraz na pewno jesteĞmy na dobrym tropie. 

Wiódł on w dół, ku wybrzeĪu, przez Belmont Place i Prince’s Street. Przy koĔcu Broad Street 

Ğlad  biegł  prosto  w  dół,  nad  skraj  wody,  gdzie  stała  niewielka  drewniana  przystaĔ.  Toby 
podprowadził nas do samego budynku i zatrzymał siĊ, skomląc, wpatrzony w ciemny nurt. 

— SzczĊĞcie nam nie sprzyja — rzekł Holmes — tutaj wsiedli do łodzi. 
Na wodzie, w pobliĪu przystani, kołysało siĊ kilka łódek. PodprowadzaliĞmy psa kolejno do 

nich, ale chociaĪ wĊszył długo i starannie, Īywiej nie reagował. 

TuĪ  przy  prymitywnym  pomoĞcie  stał  mały  domek  z  cegły.  Z  okna  wywieszona  była 

drewniana  tabliczka  z  nazwiskiem  „Mardocheusz  Smith”  wypisanym  duĪymi,  drukowanymi 
literami, a poniĪej „Łodzie do wynajĊcia na godzinĊ lub dzieĔ”. Drugi napis, umieszczony nad 
drzwiami, poinformował nas, Īe na przystani jest takĪe motorówka, co zresztą potwierdzała duĪa 
pryzma koksu tuĪ nad wodą. Sherlock Holmes rozejrzał siĊ powoli dokoła, a jego twarz przybrała 
wyraz niepokoju. 

— To  brzydko  wygląda  —  rzekł.  —  Te  typki  są  sprytniejsze,  niĪ  siĊ  spodziewałem. 

Najwidoczniej zatarli Ğlady. 

Gdy podszedł do domu, drzwi otworzyły siĊ nagle i ukazał siĊ kĊdzierzawy, szeĞcioletni moĪe 

chłopczyk, a tuĪ za nim tĊga, rumiana kobieta z duĪą gąbką w rĊku. 

— Zaraz  wracaj,  Jack,  muszĊ  ciĊ  umyü!  —  krzyknĊła.  —  Wracaj,  ty  łobuzie.  Bo  jak  wróci 

tatuĞ i zobaczy takiego brudasa, to popamiĊtasz…

— Kochane maleĔstwo — wykrzyknął Holmes podstĊpnie. — CóĪ to za miły urwis z róĪową

buzią… No, Jack, powiedz, co byĞ chciał? 

Chłopczyk zastanawiał siĊ chwilĊ. 
— Chciałbym mieü szylinga — oznajmił. 
— A co byĞ chciał jeszcze bardziej? 
— Jeszcze bardziej to chciałbym mieü dwa szylingi! — odpowiedziało cudowne dziecko po 

namyĞle. 

background image

— O, masz tu! Łap! ĝliczne dziecko, droga pani Smith. 
— Bóg zapłaü za dobre słowo, to prawda, co pan mówi. Ale mam z nim strasznie duĪo roboty, 

zwłaszcza kiedy mojego mĊĪa całymi dniami nie ma w domu. 

— Nie ma go w domu? — wykrzyknął z rozczarowaniem Holmes. — Bardzo mnie to martwi, 

bo chciałem z nim porozmawiaü. 

— Nie  ma  go  juĪ  od  wczoraj  rano,  proszĊ  pana,  i  mówiąc  prawdĊ  zaczynam  byü  o  niego 

niespokojna. Ale jeĪeli chodzi o łódĨ, to i ja mogĊ go zastąpiü. 

— Chciałbym wynająü jego motorówkĊ. 
— O,  co  za  szkoda,  bo  mąĪ  nią  akurat  popłynął.  I  to  mnie  właĞnie  zastanawia,  bo  przecieĪ

wiem, Īe zapas wĊgla wystarczyü mógł tylko do Woolwich i z powrotem. Gdyby popłynął łodzią, 
nic bym nie mówiła, bo bardzo czĊsto siĊ zdarza, Īe musi jechaü aĪ do Gravesend, a jeĪeli ma 
tam duĪo roboty, to zostaje nawet i dłuĪej. Ale na co moĪe mu siĊ przydaü motorówka, jeĪeli nie 
ma wĊgla? 

— Mógł dokupiü na przystani, w dole rzeki. 
— Owszem, mógł, proszĊ pana, ale to nie jego zwyczaj; zawsze wyrzeka na ceny, jakie liczą

za głupie kilka worków. A poza tym nie podobał mi siĊ ten człowiek z drewnianą nogą. Paskudna 
twarz i tak jakoĞ z cudzoziemska mówi. Po co siĊ tutaj szwenda? 

— Człowiek z drewnianą nogą? — spytał zdumiony Holmes. 
— Tak, proszĊ pana, taki opalony, z małpią twarzą, on juĪ kilka razy był tutaj i pytał o mojego 

starego. To on właĞnie obudził mĊĪa wczoraj w nocy, ale widocznie mąĪ siĊ go spodziewał, bo 
trzymał łódĨ pod parą. Przyznam panu otwarcie, Īe bardzo mi siĊ to wszystko nie podoba. 

— AleĪ,  droga  pani  Smith  —  powiedział  Holmes  wzruszając  ramionami  —  nie  ma  pani 

Īadnego powodu do niepokoju. Zresztą, skąd moĪe pani wiedzieü, Īe to właĞnie ten człowiek z 
drewnianą nogą był tutaj w nocy? Zupełnie nie rozumiem, skąd ma pani tĊ pewnoĞü? 

— Po  głosie, proszĊ pana.  ZapamiĊtałam jego  głos,  gruby  i zachrypniĊty. Zastukał do okna, 

mogła byü jakaĞ trzecia. „Wstawaj, bracie — powiedział — juĪ czas”. Mój stary obudził Jima, to 
mój  najstarszy  syn,  i  wyszli  obaj,  nie  powiedziawszy  do  mnie  ani  słowa.  Słyszałam,  jak 
drewniana noga stukała po kamieniach. 

— A czy ten człowiek był sam? 
— Nie mogĊ panu na to odpowiedzieü, proszĊ pana. Nie słyszałam nikogo wiĊcej. 
— Bardzo  ĪałujĊ,  droga  pani  Smith,  bo  potrzebujĊ  motorówki,  a  słyszałem  wiele  dobrego  o 

tej… no, jakĪe to ona siĊ nazywa? 

— „Aurora”, proszĊ pana. 
— Aha, właĞnie. Ale to chyba nie ta stara zielona łódĨ z Īółtym pasem, taka bardzo szeroka w 

dole. 

— Nie, nie. To najładniejsza motorówka na rzece. Ledwo co pomalowana na czarno, z dwoma 

czerwonymi pasami. 

— Bardzo dziĊkujĊ. Mam nadziejĊ, Īe pan Smith niedługo da znaü o sobie. UdajĊ siĊ w dół 

rzeki  i  jak  bym  natrafił  na  „AurorĊ”,  nie  omieszkam  zawiadomiü  mĊĪa,  Īe  siĊ  pani  niepokoi. 
Mówiła pani, Īe „Aurora” ma czarny komin? 

— Nie, nie całkiem czarny, z białym pasem! 
— Ach, oczywiĞcie. To  boki  miała czarne. Do  widzenia pani,  moja pani Smith. O, tam stoi 

człowiek, który ma łódĨ, Watsonie. WeĨmiemy ją i przepłyniemy na drugą stronĊ. 

— NajwaĪniejszą rzeczą w rozmowie z takimi ludĨmi — powiedział Holmes, gdy zasiedliĞmy 

juĪ w łodzi — jest nie daü im poznaü, Īe informacje od nich otrzymane  posiadają  najmniejsze 
znaczenie. W przeciwnym bowiem razie zamkną siĊ od razu w sobie jak ostryga. A jeĪeli udasz, 
Īe słuchasz tylko z musu, to najprawdopodobniej dowiesz siĊ, czegoĞ chciał. 

background image

— Wydaje mi siĊ, Īe mamy teraz drogĊ wyraĨnie wytkniĊtą — powiedziałem. 
— Co byĞ wiĊc zamierzał uczyniü? 
— Wynająłbym inną motorówkĊ i popłynął w dół rzeki Ğladem „Aurory”. 
— Drogi  chłopcze,  to  byłoby  kolosalne  zadanie.  „Aurora”  mogła  siĊ  zatrzymaü  w  kaĪdej 

przystani po obydwu stronach rzeki stąd po Greenwich. Tam, poniĪej mostu, dosłownie milami, 
ciągnie  siĊ  cały  ich  labirynt.  GdybyĞ  siĊ  sam  tego  podjął,  szukanie  zajĊłoby  ci  tygodnie  i 
miesiące. 

— A wiĊc naleĪałoby wezwaü do pomocy policjĊ. 
— Nie. Na samo zakoĔczenie wezwĊ oczywiĞcie Jonesa. To niezły chłop i przykro by mi było 

zrobiü  coĞ,  co  mogłoby  go  zdyskredytowaü  zawodowo.  Skoro  jednak  zabrnĊliĞmy  tak  daleko, 
chcĊ rozgryĨü tĊ zagadkĊ sam. 

— Czy nie byłoby dobrze daü ogłoszenie do wszystkich przystaniowych z proĞbą o nadesłanie 

informacji? 

— Coraz gorzej… Nasi przeciwnicy od razu by siĊ dowiedzieli, Īe depczemy im po piĊtach, i 

opuĞciliby  AngliĊ.  I  tak  mogą  drapnąü,  ale  dopóki  czują  siĊ  zupełnie  bezpieczni,  nie  bĊdą  siĊ
spieszyü. I tu właĞnie energia Jonesa bĊdzie nam pomocna, bo jego opinia o sprawcach tragedii z 
pewnoĞcią  znajdzie  wyraz  w  prasie  i  uciekinierzy  bĊdą  pewni,  Īe  podejrzenia  idą  w  innym 
kierunku. 

— Co wiĊc teraz robimy? — spytałem, gdy wylądowaliĞmy w pobliĪu wiĊzienia Millbank. 
— Wsiądziemy  w  tĊ  doroĪkĊ,  pojedziemy  do  domu,  zjemy  Ğniadanie  i  przeĞpimy  siĊ

godzinkĊ. Wszystko wskazuje na to, Īe czeka nas znowu bezsenna noc. StaĔcie na chwilĊ przed 
urzĊdem  pocztowym  —  zwrócił  siĊ  do  woĨnicy.  —  Zatrzymamy  Toby’ego,  bo  moĪe  nam  byü
jeszcze potrzebny. 

StanĊliĞmy przed pocztą przy Great Peter Street i Holmes nadał jakąĞ depeszĊ. 
— Jak ci siĊ zdaje, do kogo telegrafowałem? — spytał, gdy ruszyliĞmy. 
— Nie mam najmniejszego pojĊcia. 
— Czy pamiĊtasz ten oddział policji ochotniczej z Baker Street, który wzywałem do pomocy 

w sprawie Jeffersona Hope? 

— No wiĊc? — zapytałem ze Ğmiechem. 
— W tej sprawie takĪe ich pomoc moĪe byü nieoceniona. JeĪeli zawiodą, mam jeszcze inne 

sposoby.  Najpierw  jednak  spróbujĊ,  co  oni  potrafią.  Depesza  była  do  mojego  małego  brudasa, 
porucznika  Wigginsa,  i  spodziewam  siĊ,  Īe  on  sam  i  jego  banda  zjawią  siĊ  u  nas,  zanim 
skoĔczymy Ğniadanie. 

Dochodziła  juĪ  dziewiąta  i  czułem,  Īe  po  pełnej  wraĪenia  nocy  zaczyna  siĊ  reakcja.  Byłem 

znuĪony  i  wyczerpany,  zarówno  fizycznie,  jak  umysłowo.  Brakło  mi  zawodowego 
zainteresowania,  które  podtrzymywało  mego  towarzysza,  nie  mogłem  teĪ  uwaĪaü  tej  sprawy 
jedynie  za  abstrakcyjny  problem  intelektualny.  JeĪeli  idzie  o  Ğmierü  Bartholomeusa  Sholto,  to 
słyszałem o nim tak mało dobrego, Īe nie mogłem czuü specjalnej antypatii do jego zabójców. Co 
innego ze skarbem. 

Cały lub w czĊĞci naleĪał siĊ bezspornie pannie Morstan i jeĪeli istniała jakakolwiek szansa 

odnalezienia go, gotów byłem poĞwiĊciü temu Īycie. Co prawda, gdybyĞmy go odnaleĨli, panna 
Morstan  najprawdopodobniej  musiałaby  bezpowrotnie  zniknąü  z  mego  Īycia.  JakĪe  marna  i 
egoistyczna  byłaby  jednak  miłoĞü,  która  by  siĊ  kierowała  podobnymi  przesłankami!  JeĪeli 
Holmes zajmuje siĊ tą sprawą, by wykryü zbrodniarzy, to ja mam stokroü waĪniejszy powód, by 
szukaü skarbu. 

W domu kąpiel i przebranie siĊ od stóp do głów niesłychanie mnie odĞwieĪyły. Zszedłszy na 

dół zastałem Ğniadanie na stole i Holmesa nalewającego kawĊ. 

background image

— Oto  masz  —  rzekł  wskazując  ze  Ğmiechem  na  rozłoĪoną  poranną  gazetĊ.  —  Energiczny 

Jones  i  wszechobecny  reporter  juĪ  załatwili  sprawĊ  miĊdzy  sobą.  Ale  pewno  masz  chwilowo 
doĞü całej tej afery, zajmij siĊ raczej szynką i jajecznicą. 

Wziąłem z jego rąk gazetĊ i przeczytałem krótką wzmiankĊ zatytułowaną: „Tajemnicza afera 

w Upper Norwood”: 

Mniej  wiĊcej  około  północy  —  pisał  „Standard”  —  w  Pondicherry  Lodge  koło  Upper 

Norwood znaleziono zwłoki pana Bartholomeusa Sholto w jego własnym pokoju, a okolicznoĞci 
wskazują  na  to,  Īe  zachodzi  podejrzenie  morderstwa.  Jak  mogliĞmy  dotychczas  stwierdziü,  nie 
znaleziono  na  ciele  nieboszczyka  wyraĨnych  Ğladów  zabójstwa,  zniknĊła  jednak  cenna  kolekcja 
klejnotów indyjskich, które zmarły odziedziczył po ojcu. Pierwsi wykryli zabójstwo pan Sherlock 
Holmes  i  doktor  Watson,  którzy  przyjechali  do  Pondicherry  Lodge  razem  z  bratem  zmarłego. 
SzczĊĞliwym zbiegiem okolicznoĞci znajdował siĊ w tamtych stronach inspektor Athelney  Jones, 
znakomity członek Scotland Yardu i w pół godziny po zaalarmowaniu policji był juĪ na miejscu. 
Swe  wypróbowane  zdolnoĞci  zwrócił  natychmiast  w  kierunku  wykrycia  zbrodniarzy.  Starania 
jego  zostały  uwieĔczone  pomyĞlnym  rezultatem.  Brat  zmarłego,  Thaddeus  Sholto,  został  juĪ
zaaresztowany, a prócz niego gospodyni, pani Bernstone, hinduski słuĪący Lal Rao i portier, czy 
odĨwierny,  nazwiskiem  McMurdo.  Nie  ulega  wątpliwoĞci,  Īe  złodziej  lub  złodzieje  byli  dobrze 
obeznani z terenem, poniewaĪ dziĊki powszechnie znanym metodom Ğledczym inspektora Jonesa i 
dziĊki  jego  niezwykłemu  zmysłowi  obserwacyjnemu  udało  siĊ  stwierdziü  z  całą  pewnoĞcią,  Īe 
złoczyĔcy  nie  mogli  wejĞü  ani  drzwiami,  ani  oknem,  przedostali  siĊ  natomiast  na  dach  domu, 
nastĊpnie  przez  zapadniĊ  do  małego  pokoiku,  łączącego  siĊ  bezpoĞrednio  z  pokojem,  w  którym 
znaleziono  ciało.  Fakt  ten,  stwierdzony  z  niezbitą  pewnoĞcią,  dowodzi,  Īe  nie  mamy  tu  do 
czynienia  z  przypadkowym  włamaniem.  Szybka  i  energiczna  akcja  przedstawicieli  prawa 
wykazuje,  jak  olbrzymie  korzyĞci  wynikają  z  obecnoĞci  jednego  chociaĪby  człowieka  o  wielkiej 
energii i wybitnym umyĞle. Trudno siĊ powstrzymaü od uwagi, iĪ daje to potĊĪny atut do rĊki tym, 
którzy  pragnĊliby  naszą  policjĊ  bardziej  zdecentralizowaü,  a  tym  samym  daü  jej  moĪliwoĞü
bliĪszego  i  bardziej  celowego  zetkniĊcia  siĊ  ze  sprawami,  których  badanie  jest  jej  obowiązkiem 
zawodowym. 

— CzyĪ to nie wspaniałe? — spytał Holmes Ğmiejąc siĊ serdecznie nad filiĪanką kawy. — Co 

o tym sądzisz? 

— MyĞlĊ  tylko,  Īe  dziĊki  niebywałemu  szczĊĞciu  nie  zostaliĞmy  takĪe  aresztowani  jako 

sprawcy zbrodni. 

— I ja tak sądzĊ. Ale nie dałbym trzech pensów za nasze bezpieczeĔstwo, gdyby Jones uległ 

powtórnemu atakowi energii. 

W  tej  samej  chwili  rozległ  siĊ  głoĞny  dzwonek  i  usłyszałem,  jak  nasza  gospodyni,  pani 

Hudson, podniesionym głosem kłóci siĊ z kimĞ w przedpokoju. 

— Na miłoĞü boską, Holmesie — powiedziałem wstając — zdaje mi siĊ, Īe istotnie juĪ po nas 

przyszli…

— Nie, nie jest jeszcze tak Ĩle. To ochotnicza policja z Baker Street. 
Ledwie  skoĔczył,  na  schodach  rozległ  siĊ  szybki  tupot  bosych  nóg,  hałas  podniesionych 

głosów  i  do  pokoju  wpadł  tuzin  brudnych,  obdartych  małych  uliczników.  Była  w  tym  jednak 
jakaĞ  dyscyplina,  bowiem  mimo  hałaĞliwego  wtargniĊcia  ustawili  siĊ  natychmiast  szeregiem  i 
patrzyli na nas wyczekująco. Jeden z nich, wyĪszy i starszy od innych, wystąpił z szeregu z miną
pełną godnoĞci, co było bardzo zabawne u takiego małego oberwaĔca. 

background image

— Dostałem  pana  zawiadomienie  —  powiedział  —  i  natychmiast  ich  tu  zwołałem.  Koszty 

przejazdu: trzy szylingi i szóstak. 

— Dobrze,  masz  tu  —  rzekł  Holmes  wyjmując  z  kieszeni  trochĊ  srebra.  —  Na  przyszłoĞü

jednak  niech  siĊ  zgłoszą  do  ciebie,  a  potem  ty  do  mnie.  Nie  chciałbym  mieü  w  domu  takiego 
najazdu,  ale  tym  razem  moĪe  lepiej,  Īe  wszyscy  usłyszycie  instrukcje.  OtóĪ  chciałbym  siĊ
dowiedzieü o losach motorówki „Aurora”, której właĞcicielem jest Mardocheusz Smith. Czarna, 
z dwoma czerwonymi pasami, komin takĪe czarny z białym pasem. PopłynĊła obecnie gdzieĞ w 
dół rzeki. Chciałbym, Īeby jeden z was miał na oku brzeg naprzeciwko Millbank, koło przystani 
Smitha,  i  stwierdził,  czy  łódĨ  wróciła.  Musicie  podzieliü  siĊ  tak,  aby  obydwa  brzegi  były 
strzeĪone. Dajcie mi znaü natychmiast, gdy zdobĊdziecie jakieĞ wiadomoĞci. Jasne? 

— Tak jest, psze pana — odpowiedział Wiggins. 
— Zapłata  według  dawnej  stawki,  a  ten,  kto  odnajdzie  motorówkĊ,  dostanie  gwineĊ.  Tutaj 

macie zaliczkĊ za jeden dzieĔ. A teraz odmarsz! 

WrĊczył  kaĪdemu  z  chłopców  szylinga,  po  czym  cała  gromadka  zbiegła  z  tupotem  po 

schodach, a po chwili zobaczyłem ich na ulicy. 

— JeĪeli tylko „Aurora” jest gdzieĞ na wodzie, to na pewno ją znajdą — rzekł Holmes wstając 

od  stołu  i  zapalając  fajkĊ.  —  Oni  potrafią  wcisnąü  siĊ  wszĊdzie,  wszystko  zobaczyü,  kaĪdego 
podsłuchaü.  Przypuszczam,  Īe  juĪ  pod  wieczór  otrzymam  od  nich  pomyĞlną  wiadomoĞü. 
Tymczasem nie pozostaje nam nic innego jak czekaü. Nie moĪemy podejmowaü poszukiwaĔ po 
dawnych Ğladach, zanim nie odnajdziemy „Aurory” albo pana Mardocheusza Smitcha. 

— MoĪna by daü Toby’emu te okrawki — powiedziałem. — Czy połoĪysz siĊ teraz? 
— Nie. Nie jestem zmĊczony. Mam juĪ takie dziwne usposobienie. Nie pamiĊtam, abym czuł 

siĊ  kiedyĞ  zmĊczony  pracą,  choü  bezczynnoĞü  bardzo  mnie  wyczerpuje.  BĊdĊ  sobie  paliü  i 
rozmyĞlaü  nad  tą  dziwną  sprawą,  na  którą  nas  naprowadziła  nasza  piĊkna  klientka.  Zadanie 
wygląda  mi  na  całkiem  proste.  Nie  czĊsto  spotyka  siĊ  ludzi  o  drewnianych  nogach,  a  juĪ  ten 
drugi, to musi byü, moim zdaniem, zupełny unikat. 

— Znowu ten drugi człowiek! 
— Nie  zamierzam  ukrywaü  przed  tobą  tego,  co  wiem  o  nim,  ale  musiałeĞ  przecieĪ  sam 

wyrobiü sobie o nim jakąĞ opiniĊ. Zastanów siĊ teraz nad danymi. Siady bosej nogi, stopa bardzo 
mała,  palce  Ğwiadczą  o  tym,  Īe  nigdy  nie  tkwiły  w  butach,  drewniany  młotek  o  kamiennej 
głowicy, wielka zrĊcznoĞü, małe zatrute strzałki. Co ci to wszystko mówi? 

— JakiĞ  dzikus!  —  wykrzyknąłem.  —  MoĪe  jeden  z  owych  Hindusów,  którzy  byli 

wspólnikami tego Jonathana? 

— Raczej  nie  —  rzekł.  —  Kiedy  po  raz  pierwszy  ujrzałem  tĊ  dziwaczną  broĔ,  sam  byłem 

skłonny tak myĞleü, ale te charakterystyczne Ğlady stóp skłoniły mnie do ponownego rozwaĪenia 
sprawy. Niektórzy z mieszkaĔców Półwyspu Indyjskiego są niskiego wzrostu, Īaden jednak nie 
mógł  pozostawiü  takich  Ğladów.  WłaĞciwy  Hindus  ma  długie  i  cienkie  stopy.  Mahometanina 
cechuje  wielki  palec  wyraĨnie  oddzielony  od  innych,  poniewaĪ  tutaj  przewaĪnie  przechodzi 
rzemieĔ sandałów. Te małe strzały takĪe mogły byü wystrzelone tylko jednym sposobem. Przez 
dmuchawkĊ. No, a teraz, czy moĪesz mi powiedzieü, gdzie mamy szukaü naszego dzikusa? 

— W Południowej Ameryce? — zaryzykowałem. 
Wyciągnął rĊkĊ i zdjął z półki grube tomisko. 
— Oto  pierwszy  tom  słownika  geograficznego  wydawanego  obecnie.  MoĪna  go  uwaĪaü  za 

najwiĊkszy współczesny autorytet. Zobaczmy, co tu znajdziemy. „AndamaĔskie Wyspy połoĪone 
340 mil na północ od Sumatry, w Zatoce Bengalskiej”. Hm… hm… Czego tu nie ma? „Klimat 
wilgotny,  rafy  koralowe,  rekiny,  Port  Blair,  baraki  zesłaĔców.  Wyspa  Rutland,  drzewa 
bawełniane”.  Aa…  tutaj  go  mamy.  „MieszkaĔcy  Wysp  AndamaĔskich  mogą  pretendowaü  do 

background image

nazwy  najmniejszej  rasy  na  ziemi,  chociaĪ  niektórzy  antropologowie  przeciwstawiają  im 
afrykaĔskich buszmenów, Digger Indians z Ameryki i mieszkaĔców Ziemi Ognistej. PrzeciĊtny 
ich wzrost wynosi poniĪej czterech stóp, chociaĪ wielu dorosłych jest jeszcze mniejszych. Są to 
dzicy, posĊpni i uparci ludzie, chociaĪ zdolni do zawierania przyjaĨni pełnej poĞwiĊcenia, skoro 
raz  uda  siĊ  zyskaü  ich  zaufanie”.  ZapamiĊtaj,  Watsonie.  A  teraz  posłuchaj  dalej: 
„PowierzchownoĞci  odraĪającej,  o  duĪej,  niekształtnej  głowie,  małych,  dzikich  oczach  i 
wykrzywionych rysach. Ich rĊce i nogi są zadziwiająco małe. Charakter mają tak dziki i uparty, 
Īe zawiodły wszelkie usiłowania władz brytyjskich, by ich pozyskaü. Stanowili zawsze postrach 
rozbitków,  poniewaĪ  rozłupywali  ich  czaszki  kamiennymi  toporkami  lub  strzelali  do  nich 
zatrutymi  strzałami.  Tego  rodzaju  masakra  koĔczyła  siĊ  zawsze  ucztą  ludoĪerczą”.  Nie  ma  co, 
Watsonie… przyjemni, kochani ludkowie. Gdyby  temu typowi pozostawiono  zupełną swobodą
działania,  ta  historia  mogłaby  przyjąü  jeszcze  straszniejszy  obrót.  Wydaje  mi  siĊ,  Īe  tak  jak 
sprawy obecnie stoją, Jonathan Small duĪo by dał za to, Īeby siĊ nim nie był posługiwał. 

— Ale w jaki sposób zdobył on tego rodzaju kompana?
— Niestety,  tego  juĪ  nie  mogĊ  ci  powiedzieü.  Skoro  jednak  doszliĞmy  do  przekonania,  Īe 

Small  przyjechał  z  Wysp  AndamaĔskich,  to  nie  ma  nic  specjalnie  dziwnego  w  tym,  Īe 
mieszkaniec  tych  wysp  znalazł  siĊ  w  jego  towarzystwie.  Dowiemy  siĊ  o  wszystkim  we 
właĞciwym czasie. A teraz, drogi Watsonie, powiem ci, Īe wyglądasz okropnie zmĊczony. PołóĪ
siĊ tam na sofie, zobaczymy, czy potrafiĊ ciĊ uĞpiü. 

Wyjął  z  futerału  skrzypce  i  gdy  wyciągnąłem  siĊ  na  sofie,  zaczął  graü  jakąĞ  cichą,  pełną

rozmarzenia  melodiĊ  —  przypuszczalnie  własną  kompozycjĊ,  posiadał  bowiem  niezwykły  dar 
improwizacji.  Przypominam  sobie  jak  przez  sen  jego  szczupłe  dłonie,  powaĪną  twarz  i 
wznoszenie  siĊ,  i  opadanie  smyczka.  Potem  zdawało  mi  siĊ,  Īe  płynĊ  spokojnie  po  miĊkkim 
oceanie dĨwiĊków, aĪ wreszcie znalazłem siĊ w krainie marzeĔ, gdzie urocza twarzyczka panny 
Morstan pochylała siĊ nade mną. 

background image

IX. 

P

RZERWANY ŁA

ēCUCH

Kiedy siĊ obudziłem, wypoczĊty i odĞwieĪony, było juĪ póĨne popołudnie. Sherlock Holmes 

siedział na tym samym miejscu, z tą tylko róĪnicą, Īe odłoĪył skrzypce i pogrąĪył siĊ w czytaniu. 
Teraz spojrzał w moją stronĊ i zauwaĪyłem, Īe twarz ma zachmurzoną i zakłopotaną. 

— SpałeĞ mocno — powiedział — a obawiałem siĊ, Īe nasza rozmowa moĪe ciĊ obudziü. 
— Nic nie słyszałem. CzyĪbyĞ miał jakieĞ ĞwieĪe wiadomoĞci? 
— Niestety,  nie.  Jestem,  przyznajĊ,  zdziwiony  i  rozczarowany.  Spodziewałem  siĊ,  Īe  o  tej 

porze bĊdĊ juĪ wiedział coĞ konkretnego. Był tu niedawno Wiggins z raportem. Powiadają, Īe nie 
mogli trafiü na Ğlad motorówki. To bardzo niedobrze, bo kaĪda godzina jest droga. 

— Czy mógłbym ci w czymĞ pomóc? Jestem juĪ całkiem wypoczĊty i gotów do nowej nocnej 

wycieczki. 

— Nie, nic nie moĪemy na razie zrobiü, tylko czekaü. JeĪeli siĊ oddalimy, wiadomoĞü gotowa 

nadejĞü

w czasie naszej nieobecnoĞci i nastąpi zwłoka. Ty moĪesz sobie robiü, co chcesz, ale ja muszĊ

pozostaü na straĪy. 

— PobiegnĊ zatem do Camberwell, do pani Forrester. Prosiła wczoraj, Īeby do niej zajĞü. 
— Do pani Forrester? — spytał Holmes z uĞmiechem migocącym w oczach. 
— No  nie,  oczywiĞcie  Īe  i  do  panny  Morstan  takĪe.  Bardzo  były  ciekawe  dalszych 

wypadków. 

— Lepiej nie mówiü im za wiele. — powiedział Holmes. — Nigdy nie naleĪy całkowicie ufaü

kobietom, nawet najlepszym. 

Nie zatrzymałem siĊ, aby przedyskutowaü to okrutne twierdzenie. 
— Wracam za godzinkĊ albo dwie — zauwaĪyłem tylko. 
— Doskonale.  ĩyczĊ  powodzenia.  Aha,  jeĪeli  juĪ  wybierasz  siĊ  na  tamtą  stronĊ  rzeki,  to 

odprowadĨ po drodze Toby’ego. Nie przypuszczam, Īeby mógł nam byü potrzebny. 

Zabrałem wiĊc kundla i wrĊczyłem go razem z pół suwerenem staremu zoologowi na Pinchin 

Lane. W Camberwell zastałem pannĊ Morstan trochĊ zmĊczoną wydarzeniami ubiegłej nocy, ale 
bardzo  ciekawą  dalszego  ciągu.  Pani  Forrester  była  takĪe  niesłychanie  zaintrygowana. 
Opowiedziałem  im  wszystko,  pomijając  jedynie  najstraszniejsze  szczegóły.  I  tak  na  przykład, 
mówiąc  o  Ğmierci  pana  Sholto,  nic  nie  wspomniałem  o  sposobie  zabójstwa.  Zresztą  i  tak  cała 
historia zdumiała i przeraziła obie panie. 

— Jakie  to  romantyczne  —  wykrzyknĊła  pani  Forrester.  —  Pokrzywdzona  dama,  skarb 

półmilionowej  wartoĞci,  czarny  ludoĪerca  i  łotr  o  drewnianej  nodze…  WystĊpują  oni  zamiast 
typowego smoka lub przewrotnego hrabiego. 

— I  jeszcze  dwaj  błĊdni  rycerze  spieszący  z  pomocą  —  dodała  panna  Morstan  obrzucając 

mnie wzrokiem. 

— Droga  Mary,  przecieĪ  twoja  przyszłoĞü  zaleĪy  od  wyniku  poszukiwaĔ.  UwaĪam,  Īe  za 

mało jesteĞ tym przejĊta. PomyĞl tylko, jak siĊ musi czuü taki bogacz, który ma cały Ğwiat u stóp. 

Poczułem  lekki  dreszcz  radoĞci  zauwaĪywszy,  Īe  nie  okazała  z  tego  powodu  zbytniego 

wzruszenia. Przeciwnie, odrzuciła w tył głowĊ, jak gdyby ta sprawa mało ją interesowała. 

— NiepokojĊ  siĊ  tylko  z  powodu  pana  Thaddeusa  Sholto  —  powiedziała  —  nic  poza  tym. 

Jestem  zdania,  Īe  postąpił  bardzo  ładnie  i  honorowo.  Obowiązkiem  naszym  jest  oczyĞciü  go  z 
tego okropnego i nieuzasadnionego podejrzenia. 

background image

Nim wyszedłem z Camberwell, zrobił siĊ juĪ wieczór. Gdy dobrnąłem do domu, było zupełnie 

ciemno.  KsiąĪka  i  fajka  mego  towarzysza  leĪały  przy  jego  krzeĞle,  on  sam  jednak  znikł. 
Rozejrzałem siĊ dokoła przypuszczając, Īe znajdĊ jakąĞ kartkĊ, ale nic dla mnie nie zostawił. 

— Czy pan Holmes wyszedł? — zapytałem panią Hudson, gdy przyszła zapuĞciü rolety. 
— Nie, proszĊ pana. Poszedł do swego pokoju. Czy pan wie, panie doktorze — powiedziała 

zniĪywszy głos do przejmującego szeptu — Īe coĞ siĊ bojĊ o zdrowie pana Holmesa. 

— Dlaczego? 
— Bo jest jakiĞ taki dziwny, panie doktorze. Po pana wyjĞciu chodził i chodził po pokoju, aĪ

sama  siĊ  zmĊczyłam  słuchaniem  jego  kroków.  Potem  słyszałam,  jak  rozmawiał  sam  ze  sobą  i 
mruczał, a za kaĪdym dzwonkiem wychodził aĪ do schodów i pytał mnie, co to takiego. Teraz 
poszedł do siebie, ale ciągle słyszĊ, jak chodzi po pokoju. Mam nadziejĊ, Īe siĊ nie rozchoruje, 
panie  doktorze.  OdwaĪyłam  siĊ  wspomnieü  coĞ  o  Ğrodku  uspokajającym,  ale  odwrócił  siĊ  i 
spojrzał na mnie takim wzrokiem, Īe sama nie wiem, jak siĊ znalazłam za drzwiami. 

— Nie przypuszczam, Īeby pani miała powód do niepokoju — odpowiedziałem. — Nieraz juĪ

go takim widziałem. JakaĞ sprawa widocznie tak go absorbuje, Īe jest zdenerwowany. 

Starałem siĊ mówiü do naszej nieocenionej gospodyni lekkim tonem, w duchu jednak czułem 

siĊ niespokojny, zwłaszcza Īe kilkakrotnie w ciągu nocy słyszałem głuchy odgłos jego kroków i 
rozumiałem, jak musi siĊ zadrĊczaü tą mimowolną bezczynnoĞcią. 

Przy  Ğniadaniu  wyglądał  mizernie,  był  zdenerwowany,  a  na  policzkach  miał  gorączkowe 

wypieki. 

— WpĊdzasz  siĊ  w  chorobĊ,  mój  kochany  —  zauwaĪyłem.  —  Słyszałem  w  nocy,  jak 

chodziłeĞ tam i z powrotem. 

— Nie mogłem  zasnąü  — odpowiedział. — Ten szataĔski problem  zupełnie mnie  zjada. To 

okropne,  tak  siĊ  potknąü  na  małej,  głupiej  przeszkodzie,  kiedy  siĊ  juĪ  przebrnĊło  przez  tyle 
innych.  Wiem,  co  trzeba,  o  ludziach,  o  łodzi,  o  wszystkim.  A  jednak  nie  ma  Īadnych 
wiadomoĞci.  Uruchomiłem  prócz  tych  chłopców  jeszcze  inny  wywiad  i  uĪyłem  wszelkich 
rozporządzalnych  Ğrodków.  Cała  rzeka  została  skrupulatnie  przeszukana  po  obu  stronach,  ale 
daremnie, Īadnych wiadomoĞci, a pani Smith dotychczas nic nie wie o mĊĪu. DochodzĊ juĪ do 
przekonania, Īe chyba zatopili łódĨ, chociaĪ nasuwałyby siĊ tu pewne obiekcje. 

— Albo Īe pani Smith naprowadziła nas na fałszywy Ğlad. 
— Nie,  to  podejrzenie  moĪemy  od  razu  odrzuciü.  ZasiĊgałem  informacji  i  okazuje  siĊ,  Īe 

motorówka odpowiadająca jej opisowi rzeczywiĞcie istnieje. 

— A czy nie mogli popłynąü w górĊ rzeki? — zapytałem. 
— Nad  tą  moĪliwoĞcią  zastanawiałem  siĊ  takĪe  i  zorganizowałem  poszukiwania  aĪ  do 

Richmond.  JeĪeli  w  ciągu  dzisiejszego  dnia  nie  nadejdą  jakieĞ  konkretne  wiadomoĞci,  sam 
zacznĊ od jutra szukaü — i to raczej ludzi niĪ łodzi. Ale nie tracĊ nadziei, Īe czegoĞ siĊ dowiemy. 

Tak  siĊ  jednak  nie  stało.  Ani  Wiggins,  ani  nikt  inny  nie  odezwał  siĊ  słówkiem.  Prawie  we 

wszystkich gazetach pojawiły siĊ opisy tragedii w Norwood. Ton ich był raczej niekorzystny dla 
Thaddeusa  Sholto,  lecz  w  Īadnej  nie  znaleĨliĞmy  nowych  szczegółów  poza  wzmianką,  Īe 
nastĊpnego dnia odbĊdzie siĊ przesłuchanie u koronera. Udałem siĊ znowu do Camberwell, aby 
powiedzieü  paniom  o  naszym  niepowodzeniu,  a  po  powrocie  zastałem  Holmesa  w  ponurym 
nastroju.  Ledwie odpowiadał na pytania i cały wieczór przeprowadzał jakąĞ tajemniczą  analizĊ
chemiczną, wymagającą podgrzewania retort i destylacji pary, a dającą  w efekcie taki odór,  Īe 
musiałem  wyjĞü  z  pokoju.  Nocą  teĪ  słyszałem,  jak  pobrzĊkiwał  probówkami  i  przeprowadzał 
swoje Ĩle woniejące eksperymenty. 

O Ğwicie obudziłem siĊ raptownie i ze zdziwieniem zobaczyłem, Īe stoi przy moim łóĪku w 

prostym marynarskim ubraniu i czerwonym szaliku na szyi. 

background image

— UdajĊ siĊ w dół rzeki, Watsonie — powiedział. — PrzemyĞlałem wszystko głĊboko i widzĊ

tylko jeden sposób działania. Tak czy owak, warto spróbowaü. 

— Pozwolisz chyba, Īebym ci towarzyszył — zapytałem. 
— Nie.  BĊdziesz  mi  o  wiele  bardziej  pomocny,  jeĪeli  zostaniesz  tutaj  w  moim  zastĊpstwie. 

Bardzo nierad wyjeĪdĪam, bo jestem prawie pewien, Īe w ciągu dnia nadejdzie jakaĞ wiadomoĞü, 
chociaĪ  Wiggins  wątpił  o  tym  wczoraj  wieczorem.  Otwieraj,  proszĊ,  wszelkie  telegramy  czy 
listy,  jakie  tylko  nadejdą,  i  postąp  tak,  jak  bĊdziesz  uwaĪał  za  stosowne.  Czy  mogĊ  na  tobie 
polegaü? 

— Z całą pewnoĞcią. 
— Obawiam siĊ, Īe trudno ci bĊdzie skomunikowaü siĊ ze mną telegraficznie, bo sam jeszcze 

nie wiem, gdzie bĊdĊ. JeĪeli jednak mi siĊ poszczĊĞci, nieobecnoĞü moja nie potrwa zbyt długo. 
Przed powrotem tutaj bĊdĊ na pewno coĞ wiedział. 

Do Ğniadania nie miałem od niego wiadomoĞci. Przeglądając jednak gazetĊ, znalazłem nową

wzmiankĊ o sprawie: 

Nawiązując do tragedii w Upper Norwood mamy wszelkie podstawy przypuszczaü, Īe sprawa 

jest jeszcze bardziej zawikłana i tajemnicza, aniĪeliĞmy przypuszczali początkowo. Ostatnie dane 
wskazują, iĪ jest rzeczą zupełnie niemoĪliwą, aby pan Thaddeus Sholto mógł byü w jakiejkolwiek 
mierze zamieszany w morderstwo. Zarówno on, jak i gospodyni, pani Bernstone, zostali zwolnieni 
wczoraj wieczorem. Podobno jednak policja jest  na tropie  prawdziwych przestĊpców. Inspektor 
Jones  ze  Scotland  Yardu  z  właĞciwą  sobie  energią  i  wnikliwoĞcią  prowadzi  Ğledztwo  dalej. 
KaĪdej chwili moĪna oczekiwaü nowych aresztowaĔ. 

Jak  dotąd  wszystko  bardzo  piĊknie  —  pomyĞlałem.  —  Nasz  przyjaciel  Sholto  jest  bądĨ  co 

bądĨ wolny. Ogromnie jestem ciekaw, co to mogą byü za nowe poszlaki, chociaĪ z drugiej strony 
wydaje mi siĊ, Īe to taka stereotypowa forma uĪywana zawsze, ilekroü policja palnie byka. 

Rzuciłem  gazetĊ  na  stół  i  w  tejĪe  chwili  wzrok  mój  padł  na  ogłoszenie  w  rubryce 

„poszukiwane”. Brzmiało ono, jak nastĊpuje: 

Zaginął Mardocheusz Smith, przewoĨnik, wraz z synem Jimem. OpuĞcili przystaĔ Smitha około 

trzeciej rano w ubiegły wtorek na motorówce „Aurora”, czarnej, z dwoma czerwonymi pasami. 
Komin  czarny  z  białym  szlakiem.  KaĪdemu,  kto  udzieli  informacji  o  zaginionych  i  o  „Aurorze” 
pani Smith, w przystani Smith lub przy ul. Baker Street 221b — wypłacona zostanie nagroda w 
wysokoĞci piĊciu funtów. 

Było to niezawodnie dzieło Holmesa. JuĪ sam adres Baker Street na to wskazywał. Ogłoszenie 

było ułoĪone,  moim zdaniem, bardzo dowcipnie, bo nawet  gdyby je przeczytali zbiegowie, nie 
dopatrzyliby siĊ w nim niczego poza zrozumiałym niepokojem Īony o zaginionego małĪonka. 

DzieĔ  wlókł  siĊ  bez  koĔca.  Za  kaĪdym  pukaniem  do  drzwi  lub  szybkimi  krokami  na  ulicy 

wyobraĪałem sobie, Īe to albo powracający Holmes, albo odpowiedĨ na ogłoszenie. Usiłowałem 
czytaü, ale  myĞli moje biegły ustawicznie  ku naszej niezwykłej przygodzie i dziwnie dobranej, 
zbrodniczej  parze,  której  poszukiwaliĞmy.  Zastanawiałem  siĊ  głĊboko,  czy  mogła  byü  jakaĞ
zasadnicza  luka  w  rozumowaniu  mojego  przyjaciela.  Czy  nie  pomylił  siĊ  powaĪnie  w  jakimĞ
punkcie?  Czy  moĪliwe,  aby  jego  przenikliwy  i  giĊtki  umysł  zbudował  całą  tĊ  teoriĊ  na 
fałszywych  przesłankach?  Nie  pamiĊtam,  aby  mu  siĊ  to  kiedykolwiek  zdarzyło,  ale  nawet 
najbystrzejszy umysł moĪe niekiedy pobłądziü. Mógł daü siĊ uwieĞü swej przerafinowanej logice, 
swemu zamiłowaniu do szukania subtelnych i wymyĞlnych dróg, kiedy prostsza i jaĞniejsza była 

background image

tuĪ pod rĊką. Z drugiej strony jednak widziałem na własne oczy wszystkie dowody i słuchałem 
jego  dedukcji.  Gdy  spoglądałem  wstecz  na  długi  łaĔcuch  dziwnych  okolicznoĞci  —  niektóre  z 
nich  były  co  prawda  doĞü  pospolite,  ale  wszystkie  zmierzały  w  tym  samym  kierunku  —  nie 
mogłem ukryü sam przed sobą, Īe gdyby nawet koncepcja Holmesa była fałszywa, to wyjaĞnienie 
musi byü równie niezwykłe i zadziwiające. 

O trzeciej po obiedzie rozległ siĊ ostry dzwonek, potem rozkazujący głos w hallu i ku mojemu 

zdziwieniu  do  pokoju  wkroczył  nie  kto  inny  jak  sam  pan  inspektor  Athelney  Jones.  Nikt  by 
jednak  nie  poznał  w  nim  władczego  i  szorstkiego  mentora  zdrowego  rozsądku,  który  z  taką
pewnoĞcią  siebie  przejął  w  swe  rĊce  sprawĊ  w  Upper  Norwood.  Miał  minĊ  przygnĊbioną,  a 
zachowywał siĊ niepewnie i tak, jak by siĊ chciał usprawiedliwiü. 

— DzieĔ dobry panu, dzieĔ dobry — powiedział. — Podobno pana Sherlocka Holmesa nie ma 

w domu? 

— Tak,  i  zupełnie  nie  wiem,  kiedy  siĊ  go  moĪna  spodziewaü.  MoĪe  pan  jednak  zechce 

poczekaü? ProszĊ usiąĞü i zapaliü, tu są cygara. 

— DziĊkujĊ… bardzo dziĊkujĊ, jakoĞ nie mam ochoty. 
— No, a whisky z wodą sodową? 
— Niech bĊdzie… pół szklaneczki. Jest gorąco jak na tĊ porĊ roku, a do tego jeszcze mnóstwo 

kłopotów na głowie. Pan pamiĊta, jaką teoriĊ zbudowałem w tej sprawie w Norwood? 

— Przypominam sobie, Īe miał pan pewną teoriĊ. 
— Musiałem ją jednak zrewidowaü. Zacisnąłem sieü bardzo mocno dokoła osoby Thaddeusa 

Sholto, a tymczasem, masz ci los! wymknął siĊ przez dziurĊ, i to w samym jej Ğrodku. Zdołał siĊ
wykazaü niezbitym alibi. Odkąd wyszedł z pokoju brata, zawsze go ktoĞ widział, nie mógł wiĊc 
absolutnie czołgaü siĊ po dachach i właziü przez zapadniĊ. To bardzo ciemna sprawa i gra idzie 
teraz o mój honor zawodowy. Byłbym bardzo zobowiązany za kaĪdą pomoc w tym kierunku. 

— Wszyscy potrzebujemy od czasu do czasu pomocy — wtrąciłem. 
— PaĔski  przyjaciel,  pan  Sherlock  Holmes,  to  doprawdy  niezwykły  człowiek  —  ciągnął 

zniĪając  poufale  głos.  —  To  człowiek,  którego  nie  moĪna  zwyciĊĪyü.  Widziałem  tego 
młodzieĔca  wielekroü  przy  pracy  i  zawsze  udało  mu  siĊ  rzuciü Ğwiatło  na  kaĪdą  sprawĊ.  Jest 
moĪe  trochĊ  nieporządny  w  swych  metodach  pracy  i  moĪe  zbyt  prĊdko  buduje  teorie:  na  ogól 
jednak twierdzĊ, Īe byłby z niego doskonały zawodowiec, i nie ukrywam siĊ z moim zdaniem. 
Dzisiaj  rano  otrzymałem  od  niego  depeszĊ,  z  której  wnioskujĊ,  Īe  ma  jakieĞ  nowe  poszlaki  w 
sprawie Sholto. Oto ona. 

Wyjął z kieszeni depeszĊ i podał mi do przeczytania. Datowana była o godz. 12 z Poplar. 

Niech siĊ pan uda natychmiast na Baker Street — brzmiał tekst — gdyby mnie tam jeszcze nie 

było,  proszĊ  zaczekaü.  Jestem  na  tropie  bandy  Sholto.  JeĪeli  pan  chce  byü Ğwiadkiem  finiszu, 
moĪe pan wybraü siĊ z nami dziĞ wieczorem.

— To brzmi bardzo zachĊcająco. Najwidoczniej wpadł na jakiĞ nowy Ğlad — rzekłem. 
— Ach,  wiĊc  i  on  siĊ  omylił  —  wykrzyknął  Jones  z  widocznym  zadowoleniem.  —  Nawet 

najlepszym spoĞród nas siĊ to zdarza. OczywiĞcie, moĪe siĊ to okazaü fałszywym alarmem, lecz 
jako przedstawicielowi prawa nie wolno mi pominąü okazji. Ale ktoĞ wszedł do domu. MoĪe on. 
RzeczywiĞcie  słychaü  było  na  schodach  czyjeĞ  ciĊĪkie  kroki,  sapanie  i  Ğwisty.  Raz  czy  dwa 
przybysz  zatrzymał  siĊ,  jak  gdyby  zbyt  trudno  było  mu  wspinaü  siĊ  dalej,  w  koĔcu  jednak 
dobrnął  do  drzwi  i  wszedł.  Wygląd  jego  odpowiadał  wraĪeniu,  jakie  wywołało  na  nas  to 
uciąĪliwe wspinanie siĊ po schodach. Był człowiekiem juĪ niemłodym, odzianym po marynarsku 
w kurtĊ zapiĊtą pod samą brodĊ. Plecy miał zgiĊte, kolana mu drĪały, a oddech wydobywał siĊ z 

background image

piersi astmatycznie. Wspierał siĊ na grubej dĊbowej lasce, a ramiona podnosiły siĊ i opadały przy 
oddechu. Na szyi miał czerwony szalik. Twarzy okolonej siwymi bokobrodami nie było prawie 
widaü, poza parą bystrych ciemnych oczu, nad którymi zwisały krzaczaste białe brwi. Wyglądał 
na uczciwego marynarza, którego wiek i bieda doprowadziły do takiego stanu. 

— Czego  chcecie,  dobry  człowieku?  —  zapytałem.  Rozejrzał  siĊ  dokoła  powoli  i 

systematycznie, jak to zwykle robią ludzie starsi. 

— Czy jest pan Sherlock Holmes? — spytał. 
— Nie,  ale  ja  go  zastĊpujĊ.  MoĪecie  mi  powiedzieü  wszystko,  co  byĞcie  chcieli  powiedzieü

jemu samemu. 

— MogĊ to powiedzieü tylko jemu. 
— Ale mówiĊ wam przecieĪ, Īe go zastĊpujĊ. Czy chodzi o łódĨ Mardocheusza Smitha? 
— A właĞnie. Wiem dobrze, gdzie ona jest. I gdzie są ci ludzie, co to on ich szuka. O skarbie 

wiem takĪe. O wszystkim wiem dokładnie. 

— ProszĊ wiĊc opowiedzieü mi wszystko, a juĪ ja jemu powtórzĊ. 
— Nie, tylko jemu samemu mogĊ to powiedzieü — powtórzył ze starczym uporem. 
— JeĪeli tak, to musi pan na niego zaczekaü. 
— Nie, nie… Nie bĊdĊ tracił całego dnia dla czyjejĞ przyjemnoĞci. JeĪeli pana Holmesa nie 

ma, to siĊ pan Holmes musi sam wszystkiego dowiedzieü. Nie podobacie mi siĊ obydwaj i nie 
powiem wam ani słowa. 

Skierował siĊ ku drzwiom, ale Jones zastąpił mu drogĊ. 
— Zaczekaj  no  chwileczkĊ,  mój  przyjacielu  —  rzekł.  —  Masz  pan  waĪne  informacje,  wiĊc 

niemoĪliwe, byĞ tak sobie po prostu odchodził. Zatrzymamy tu pana, z wolą czy bez woli, aĪ do 
powrotu pana Holmesa. 

Starzec  usiłował  podbiec  do  drzwi,  ale  gdy  szerokie  plecy  Jonesa  zamknĊły  mu  drogĊ, 

zrozumiał, Īe jest bezsilny. 

— Ładnie człowieka traktują! — wykrzyknął stukając kijem o podłogĊ. — PrzychodzĊ tutaj, 

Īeby  siĊ  zobaczyü  z  pewnym  dĪentelmenem,  a  wy  obaj,  których  na  oczy  nie  widziałem, 
chwytacie mnie i tak traktujecie…

— Nic  siĊ  wam  nie  stanie  —  wtrąciłem.  —  Wynagrodzimy  was  uczciwie  za  stracony  czas. 

ProszĊ sobie siąĞü tam na sofie. To na pewno nie potrwa długo. 

Przeszedł  nachmurzony  przez  pokój  i  usiadł,  oparłszy  głowĊ  na  rĊkach.  Ja  i  Jones,  paląc 

cygara, prowadziliĞmy dalej rozmowĊ. Nagle rozległ siĊ tuĪ za nami głos Holmesa: 

— MoĪe  byĞcie  i  mnie  poczĊstowali  cygarem?  SkoczyliĞmy  obaj  na  równe  nogi.  Holmes 

siedział przy nas z wielce rozbawioną i zadowoloną miną. 

— Holmes! — zawołałem. — Ty tutaj! Ale gdzieĪ jest ten staruszek? 
— Tutaj macie swego staruszka — odpowiedział podnosząc w górĊ pĊk siwych włosów. — 

Oto  on:  peruka,  bokobrody,  brwi…  i  tyle.  Wiedziałem,  Īe  moje  przebranie  jest  niezłe,  nigdy 
jednak nie myĞlałem, Īe wytrzyma aĪ taką próbĊ… 

— AleĪ psotnik z pana! — wykrzyknął zachwycony Jones. — Byłby z pana wyĞmienity aktor. 

Kaszle pan zupełnie jak prawdziwy starowina z przytułku, a te słabe, uginające siĊ nogi warte są
dziesiĊü funtów tygodniowo. Zdaje mi siĊ jednak, Īe rozpoznałbym pana po błysku w oczach… 
Nie uszedłby nam pan daleko, o nie…

— Pracowałem  w  tym  przebraniu  cały  dzieĔ  —  powiedział  Holmes  zapalając  cygaro.  — 

Widzicie, juĪ wielu przestĊpców mnie rozpoznaje, zwłaszcza od chwili, kiedy obecny tutaj nasz 
przyjaciel  zaczął  publikowaü  niektóre  moje  sprawy.  Mogłem  zatem  wkroczyü  na  ĞcieĪkĊ
wojenną jedynie w jakimĞ prostym przebraniu jak to na przykład. Dostał pan mój telegram? 

— Dostałem i właĞnie dlatego tu jestem. 

background image

— Jak postĊpuje Ğledztwo? 
— Nic  z  tego  nie  wyszło.  Musiałem  zwolniü  dwoje  wiĊĨniów,  a  przeciw  dwóm  pozostałym 

teĪ nie mam dostatecznych dowodów. 

— Nic nie szkodzi. Damy panu na ich miejsce dwu innych. Musi siĊ pan jednak poddaü moim 

rozkazom.  Cały  splendor  z  rozwiązania  zagadki  przypadnie  panu,  ale  musi  pan  postĊpowaü  w 
myĞl moich wskazówek. Zgoda? 

— Całkowita, jeĪeli mi pan dopomoĪe w ujĊciu tych ludzi. 
— No wiĊc dobrze. Przede wszystkim bĊdĊ potrzebował szybkiej policyjnej łodzi, motorówki. 

Ma byü o godzinie siódmej przy schodach westminsterskich.

— To siĊ łatwo da zrobiü. Stoi tam zawsze łódĨ policyjna, dla pewnoĞci jednak mogĊ jeszcze 

pójĞü i zatelefonowaü. 

— NastĊpnie  bĊdĊ  potrzebował  dwóch  dzielnych  ludzi,  w  wypadku  gdybyĞmy  natrafili  na 

opór. 

— W łodzi bĊdzie ich dwóch lub trzech. I co jeszcze? 
— Gdy  juĪ  ujmiemy  tych  ludzi,  dostaniemy  i  skarb.  Przypuszczam,  Īe  bĊdzie  wielką

przyjemnoĞcią dla mego przyjaciela zanieĞü szkatułkĊ do pewnej damy, której połowa skarbu siĊ
słusznie naleĪy. Niech ona pierwsza otworzy szkatułkĊ. Co, Watsonie? 

— Tak, to by mi sprawiło naprawdĊ wielką przyjemnoĞü. 
— To  właĞnie  bardzo  siĊ  sprzeciwia  przepisom  —  rzekł  Jones,  potrząsając  głową.  — 

PoniewaĪ  jednak  cała  sprawa  idzie  niezupełnie  wedle  przepisów,  musimy  na  to  i  na  owo 
przymknąü oczy. Skarb musi byü jednak przekazany potem władzom, aĪ do chwili zakoĔczenia 
oficjalnych dochodzeĔ. 

— OczywiĞcie. To siĊ da łatwo zrobiü. I jeszcze jedno. Chciałbym usłyszeü coĞ niecoĞ o całej 

sprawie  z ust samego Jonathana  Small.  Wie pan, Īe lubiĊ opracowywaü  sprawy ze wszystkimi 
szczegółami.  Mam  nadziejĊ,  Īe  nie  bĊdzie  zastrzeĪeĔ  przeciwko  temu,  abym  odbył  z  nim 
nieoficjalną rozprawĊ albo tu u mnie w mieszkaniu, albo gdzie indziej, gdzie oczywiĞcie wiĊzieĔ
bĊdzie odpowiednio strzeĪony. 

— No  cóĪ,  pan  jest  panem  sytuacji  Jak  dotąd,  nie  mam  Īadnego  dowodu,  Īe  w  ogóle  jakiĞ

Jonathan Small istnieje. JeĞli go pan jednak ujmie, nie widzĊ powodu, dlaczegobym  miał panu 
zabroniü tej rozmowy. 

— A wiĊc zgoda? 
— Zupełna. Czy jeszcze coĞ? 
— Chyba jeszcze to, Īe chcĊ  koniecznie, aby pan zjadł z nami obiad. BĊdzie gotowy za pół 

godziny.  Mamy  ostrygi  i  przepiórki,  a  do  tego  niezłe  białe  wino.  Watsonie,  jeszcze  nie  miałeĞ
okazji oceniü dostatecznie moich zalet jako gospodarza. 

background image

X. 

K

ONIEC WYSPIARZA

Obiad  upłynął  nam  bardzo  wesoło.  Holmes,  gdy  chciał,  potrafił  Ğwietnie  opowiadaü,  a  tego 

wieczora  właĞnie  miał  na  to  ochotą.  Był  wyraĨnie  podniecony.  Nigdy  nie  widziałem  go  w 
bardziej błyskotliwym nastroju. Poruszał najrozmaitsze tematy — teatr Ğredniowieczny, ceramika 
Ğredniowieczna, skrzypce Stradivariusa, buddyzm na Cejlonie i wojenne okrĊty w przyszłoĞci — 
a o wszystkim  mówił z takim znawstwem, jak gdyby specjalnie to studiował. Jego wyĞmienity 
humor jaskrawo odbijał od depresji poprzednich dni. Okazało siĊ, Īe Athelney Jones potrafi byü
wcale miłym towarzyszem w chwilach wolnych od zawodowych zajĊü, zaĞ do jedzenia zabrał siĊ
jak  prawdziwy  bon  vivant.  Mnie  teĪ  ogarnĊło  podniecenie  na  myĞl,  iĪ  zbliĪamy  siĊ  do  koĔca 
naszego zadania, a zresztą zaraziłem siĊ wesołoĞcią Holmesa. W czasie obiadu Īaden z nas nie 
wspomniał nawet słowem o sprawie, która nas tutaj zgromadziła. 

Kiedy juĪ sprzątniĊto, Holmes spojrzał na zegarek i napełnił trzy kieliszki portwejnem. 
— Wypijmy — powiedział — za powodzenie naszej małej ekspedycji. A teraz juĪ najwyĪszy 

czas na nas. Czy masz jakiĞ pistolet, Watsonie? 

— Mam w biurku mój stary słuĪbowy rewolwer. 
— Lepiej  weĨ  go  ze  sobą.  NaleĪy  byü  przygotowanym  na  wszystko.  WidzĊ,  Īe  doroĪka  juĪ

czeka. Zamówiłem ją na pół do siódmej. 

Zanim  dojechaliĞmy  do  przystani  westminsterskiej,  było  trochĊ  po  siódmej.  Na  wodzie 

czekała juĪ na nas łódĨ, którą Holmes obrzucił krytycznym spojrzeniem. 

— Czy moĪna po czymĞ poznaü, Īe to łódĨ policyjna? — zapytał. 
— Owszem. Ta zielona latarka z boku. 
— A wiĊc proszĊ ją zdjąü. 
Gdy  to  uczyniono,  weszliĞmy  na  pokład  i  odwiązano  łódĨ  od  pala.  Jones,  Holmes  i  ja 

siedzieliĞmy  u  rufy.  Jeden  człowiek  siadł  przy  sterze,  drugi  przy  motorze,  a  dwu  zwalistych 
policjantów na przodzie. 

— Dokąd? — spytał Jones. 
— Do Tower. Niech siĊ zatrzymają naprzeciw doku Jacobsona. 
ŁódĨ  była  rzeczywiĞcie  bardzo  szybka.  MknĊliĞmy  wzdłuĪ  szeregów  naładowanych  barek. 

Holmes uĞmiechał siĊ z zadowoleniem, gdy wyminĊliĞmy jakiĞ rzeczny parowiec, pozostawiając 
go daleko w tyle. 

— W tym tempie moĪemy przeĞcignąü kaĪdego — powiedział. 
— No, to moĪe nie, w kaĪdym razie niewiele jest motorówek, które by nas pobiły. 
— Musimy  złapaü „AurorĊ”,  a  ona uchodzi za bardzo szybką. Opowiem ci teraz,  Watsonie, 

jak to wszystko wygląda. PamiĊtasz, jaki byłem zły, Īe taka drobnostka stanĊła mi na drodze? 

— Owszem. 
— Dałem wiĊc całkowity wypoczynek mózgowi zajmując siĊ doĞwiadczeniami chemicznymi. 

Jeden  z  naszych  najwiĊkszych  mĊĪów  stanu  powiedział  kiedyĞ,  Īe  najlepszym  wypoczynkiem 
jest zmiana rodzaju pracy. I rzeczywiĞcie. Kiedy mi siĊ udało rozpuĞciü wĊglowodór, powróciłem 
znowu do zagadnienia Sholtów i przemyĞlałem wszystko od początku. Moi chłopcy przetrząsnĊli 
na próĪno oba brzegi rzeki. Nie znaleĨli „Aurory” na Īadnej przystani ani nie wróciła do domu. 
Trudno było przypuĞciü, iĪ zatopiono ją celem zatarcia Ğladów, chociaĪ pozostawała jeszcze i ta 
hipoteza,  gdyby  wszystko  inne  zawiodło.  Dobrze  wiedziałem,  Īe  ten  Small  musi  byü  wcale 
chytry,  nie  uwaĪałem  go  jednak  za  zdolnego  do  czegoĞ,  co  wymagałoby  subtelnego 

background image

przemyĞlenia, gdyĪ bywa to przewaĪnie atrybutem wyĪszej kultury. PomyĞlałem wiĊc, Īe skoro 
Small był juĪ przez jakiĞ czas w Londynie — a przekonaliĞmy siĊ, Īe stale Ğledził wydarzenia w 
Pondicherry  Lodge  —  to  chyba  nie  mógł  tak  natychmiast  wyjechaü,  lecz  musiał  mieü  trochĊ
czasu, chociaĪby jeden dzieĔ, na załatwienie swoich spraw osobistych. Tak mi dyktowała teoria 
prawdopodobieĔstwa. 

— Ten punkt wydaje mi siĊ trochĊ słabszy — odpowiedziałem. — Bardziej prawdopodobne 

przecieĪ, Īe załatwił swoje sprawy, zanim udał siĊ na tĊ eskapadĊ. 

— Nie,  nie  sądzĊ.  Jego  kryjówka  byłaby  zbyt  cennym  schronieniem  w  razie  potrzeby,  Īeby 

mógł  sobie  pozwoliü  na  pozbycie  siĊ  jej  przed  czasem.  Ale  jeszcze  jedno  mnie  uderzyło. 
Jonathan  Small  musiał  sobie  zdawaü  sprawĊ  z  tego,  Īe  dziwna  powierzchownoĞü  jego 
towarzysza, choüby nie wiem jak starał siĊ go ukryü, da temat plotkom i nawet moĪe byü łączona 
z tragedią w Norwood. Miał na pewno doĞü rozumu, Īeby wpaĞü na tĊ myĞl. Wyruszyli ze swej 
kwatery głównej pod osłoną nocy i Small zamierzał wróciü tam przed Ğwitem. Według słów pani 
Smith była godzina trzecia, kiedy przyszli po łódĨ. Rozwidniało siĊ juĪ zupełnie, jeszcze godzina 
i ludzie zaczną wstawaü. Stąd wniosek, Īe musieli popłynąü niedaleko. Opłacili dobrze Smitha, 
Īeby  trzymał  jĊzyk  za  zĊbami,  zarezerwowali  sobie  jego  motorówkĊ  na  ostateczną  ucieczkĊ  i 
poĞpieszyli  ze  szkatułą  do  swojej  kwatery.  Za  kilka  dni,  kiedy  bĊdą  siĊ  mogli  zorientowaü,  co 
gazety piszą na ten temat i czy są na nich skierowane podejrzenia, udadzą siĊ w nocy na jakiĞ
okrĊt  w  Gravesend  czy  Downs,  gdzie  juĪ  niewątpliwie  mają  zarezerwowany  przejazd  do 
Ameryki lub do Kolonii. 

— Tak, ale co z motorówką? Nie mogli jej przecieĪ zabraü i ukryü ze sobą. 
— OczywiĞcie, przypuszczałem, iĪ musi byü gdzieĞ w pobliĪu, tyle Īe niewidzialna. Starałem 

siĊ  potem  wyobraziü  sobie,  Īe  jestem  Smallem,  i  pojąü,  co  człowiek  jego  pokroju  by  w  tej 
sytuacji zrobił. Najprawdopodobniej rozwaĪył sobie, Īe jeĞli odeĞle łódĨ do przystani i bĊdzie ją
tam trzymał to policja, wpadłszy na ich trop, bĊdzie miała ułatwioną pogoĔ. Jak wiĊc ukryü łódĨ i 
mieü ją równoczeĞnie pod rĊką? Zastanowiłem siĊ, jak bym ja sam w takim przypadku postąpił, i 
znalazłem  tylko  jeden  sposób.  Przekazałbym  łódĨ  jakiemuĞ  majstrowi  czy  warsztatowi 
reperacyjnemu  z  poleceniem,  by  wymienili  w  niej  jakiĞ  nieistotny  drobiazg.  Zostałaby  wtedy 
zabrana  gdzieĞ  do  doku  czy  warsztatu,  a  wiĊc  ukryta,  równoczeĞnie  zaĞ  mógłbym  ją  w  kaĪdej 
chwili mieü do rozporządzenia. 

— To mi siĊ wydaje bardzo logiczne i proste. 
— WłaĞnie  te  pozornie  proste  rzeczy  są  czĊsto  przeoczane.  Postanowiłem  wiĊc  działaü. 

Wyruszyłem  natychmiast  w  przebraniu  tego  poczciwego  marynarza  i  zasiĊgałem  jĊzyka  we 
wszystkich  dokach  w  dole  rzeki.  W  piĊtnastu  nie  dowiedziałem  siĊ  niczego,  natomiast  w 
szesnastym, u Jacobsona, powiedziano mi, Īe przed dwoma dniami człowiek z drewnianą nogą
zostawił  u  nich  „AurorĊ”.  Twierdził,  Īe  ster  coĞ Ĩle  funkcjonuje.  „Sterowi  nic  nie  brak  — 
powiedział majster. — O, tam pan ma  «AurorĊ», na wodzie, ta z czerwonymi pasami”.  W tym 
samym momencie zjawia siĊ, jak myĞlicie, kto? Mardocheusz Smith, jej zaginiony właĞciciel, i to 
mocno  pod  gazem.  Nigdy  bym  siĊ  nie  domyĞlił,  Īe  to  on,  gdyby  sam  nie  wykrzykiwał  swego 
nazwiska  i  nazwy  motorówki.  „Potrzebna  mi  jest  dziĞ  wieczorem  o  ósmej  —  wołał  — 
punktualnie o ósmej, pamiĊtajcie, bo muszĊ zawieĨü dwu goĞci, którzy nie lubią czekaü”. Musieli 
mu widaü bardzo dobrze zapłaciü, bo szastał pieniĊdzmi na prawo i lewo. Szedłem jakiĞ czas za 
nim, po chwili jednak skrĊcił do knajpy, wróciłem wiĊc do doku zabrawszy po drodze jednego z 
moich chłopców, zostawiłem go na straĪy i poleciłem pilnowaü łodzi. Ma staü na brzegu i da nam 
znaü  chusteczką,  gdy  wystartują.  BĊdziemy  czekaü  na  rzece  i  powinniĞmy  schwytaü  wszystko 
razem: i ludzi, i skarb. 

background image

— Doskonale pan to zaplanował, bez wzglĊdu na to, czy chodzi o właĞciwych ludzi, czy nie 

— zauwaĪył Jones —  gdybym to jednak ja zajmował siĊ tą sprawą, sprowadziłbym policjĊ do 
Jacobsona i zaaresztował tych dwóch zaraz po ich przyjĞciu. 

— Co nigdy by nie nastąpiło. Ten facet, Small, to bardzo chytra sztuka. WyĞle naprzód czujkĊ

i jeĪeli tylko coĞ zbudzi jego podejrzenie, przyczai siĊ gdzieĞ znowu co najmniej na tydzieĔ. 

— Ale  mogłeĞ  przecieĪ  dopilnowaü  Smitha,  który  by  ciĊ  zaprowadził  do  ich  kryjówki  — 

zauwaĪyłem. 

— Musiałbym wówczas straciü cały dzieĔ, a istnieje zaledwie jedna szansa na sto, Īe Smith 

zna ich kryjówkĊ. Dostał pieniądze i moĪe siĊ upiü, po co wiĊc ma zadawaü pytania? Przesłali 
mu instrukcje, co ma robiü. Nie, rozwaĪałem wszelkie moĪliwe posuniĊcia i to jest najlepsze. 

W czasie tej rozmowy mknĊliĞmy pod mostami rozpiĊtymi nad Tamizą. Gdy mijaliĞmy City, 

ostatnie promienie zachodzącego słoĔca złociły krzyĪ na kopule koĞcioła Ğw. Pawła. DobiliĞmy 
do Tower juĪ o zmierzchu. 

— Oto  doki  Jacobsona  —  wskazał  Holmes  na  grupĊ  masztów  i  łodzi  po  stronie  Surrey.  — 

Popłyniemy  tam  i  z  powrotem  pod  osłoną  tych  barek.  —  Wyjął  z  kieszeni  nocną  lornetkĊ  i 
wpatrywał siĊ jakiĞ czas w brzeg. — WidzĊ mojego wartownika na straĪy — powiedział — ale 
Īadnego znaku chusteczką. 

— A gdybyĞmy tak spłynĊli trochĊ w dół rzeki i przyczaili siĊ tam na nich? — zaproponował 

skwapliwie Jones. 

Wszystkich  nas  ogarnĊło  takie  samo  podniecenie,  nawet  policjantów  i  palaczy,  którzy  mieli 

bardzo słabe pojĊcie o celu tej wycieczki. 

— Nie wolno nam na niczym polegaü — odpowiedział Holmes. — Jest dziesiĊü szans przeciw 

jednej, Īe popłyną w dół rzeki, ale nie mamy Īadnej pewnoĞci. Stąd widzimy wejĞcie do doku, a 
sami  jesteĞmy  niewidoczni.  Noc  zapowiada  siĊ  jasna  i  widocznoĞü  jest  dostateczna.  Musimy 
zostaü tu. Spójrzcie, jak tam w Ğwietle latarĔ gazowych roi siĊ od ludzi. 

— Wracają z doków po pracy. 
— Brudne  szelmy,  ale  przypuszczam,  Īe  kaĪdy  z  nich  nosi  w  sobie  jakąĞ  ukrytą  iskierkĊ

nieĞmiertelnoĞci. Patrząc na nich, nikt by tego nie powiedział; nie moĪna twierdziü tego a priori. 
CóĪ za dziwną zagadką jest człowiek! 

— KtoĞ nazwał go duszą zamkniĊtą w zwierzĊciu — dodałem. 
— Bardzo  trafnie  mówi  na  ten  temat  Winwood  Reade  —  rzekł  Holmes.  —  Powiada  on,  Īe 

podczas gdy kaĪdy z osobna człowiek stanowi zagadkĊ nie do rozwiązania, to w skupisku staje 
siĊ  matematycznym  pewnikiem.  Nigdy,  na  przykład,  nie  moĪna  odgadnąü,  jak  postąpi 
pojedynczy  człowiek,  natomiast  moĪna  dokładnie  przewidzieü,  co  zrobi  pewna  okreĞlona  iloĞü
ludzi.  IndywidualnoĞci  siĊ  róĪnią,  ale  procenty  pozostają  niezmienne.  Tak  twierdzi  statystyka. 
Ale co to? Czy mi siĊ zdaje, Īe widzĊ chusteczkĊ? Na pewno coĞ białego miga tam w oddali. 

— Tak, to twój chłopiec! — wykrzyknąłem. — WidzĊ go doskonale! 
— A oto i „Aurora”! — zawołał Holmes. — I pĊdzi jak strzała. Dodajcie gazu — zwrócił siĊ

do mechanika — i gonimy tĊ łódĨ z Īółtym Ğwiatłem z tyłu. Na Boga! Nigdy sobie nie darujĊ, 
jeĪeli siĊ nam wymkną. 

„Aurora”  wysunĊła  siĊ  niepostrzeĪenie  z  doku  i  przepłynĊła  z  tyłu  za  dwoma  czy  trzema 

małymi stateczkami, tak Īe nim ją zobaczyliĞmy, była juĪ na pełnych obrotach. MknĊła teraz w 
dół  rzeki,  cały  czas  blisko  brzegu,  rozwijając  niesłychaną  szybkoĞü.  Jones  patrzył  na  nią  z 
powagą i potrząsał głową. 

— Jest niezwykle szybka — powiedział. — Bardzo wątpiĊ, czy uda siĊ nam ją dopĊdziü. 
— Ale my musimy ją dopĊdziü — syknął Holmes przez zĊby. — Hej, mechanicy, zróbcie, co 

moĪecie. Musimy ich mieü, choüby miało naszą łódĨ roznieĞü. 

background image

ByliĞmy teraz niedaleko za „Aurorą”. Palenisko huczało, a potĊĪny kocioł pulsował i drĪał jak 

wielkie metalowe serce. Ostry dziób pruł ciche fale rzeki pozostawiając z lewej i z prawej strony 
zwały wody. 

KaĪde drgnienie motoru powodowało, Īe cała łódĨ podskakiwała i drĪała jak Īywa. DuĪa Īółta 

latarnia na dziobie rzucała długą, migotliwą smugĊ Ğwiatła na naszą drogĊ. Przed nami ciemna 
plama na wodzie wskazywała, gdzie jest „Aurora”, a kłĊbiąca siĊ za nią piana Ğwiadczyła, z jak 
wielką szybkoĞcią siĊ posuwa. MijaliĞmy barki, parowce, statki handlowe zdąĪające w tĊ i tamtą
stronĊ, okrąĪaliĞmy jedne lub wypadaliĞmy z tyłu za innymi. Z ciemnoĞci dochodziły nas róĪne 
głosy i nawoływania, ale „Aurora” ciągle gnała naprzód, a my tuĪ, w jej tropy. 

— Dorzucajcie,  ludzie,  dorzucajcie!  —  wołał  Holmes  zaglądając  do  kotłowni;  Īar  oĞwietlał 

jego podnieconą, orlą twarz. — Starajcie siĊ wydobyü z kotłów jak najwiĊcej pary. 

— Mam wraĪenie, Īe siĊ trochĊ zbliĪamy — rzekł Jones z oczami wlepionymi w „AurorĊ”. 
— Jestem tego zupełnie pewien — dodałem. — Za kilka minut powinniĞmy siĊ z nią zrównaü. 
W  tej samej jednak chwili pech zrządził, Īe statek holowniczy, ciągnący za sobą trzy barki, 

zaszedł nam drogĊ. Tylko gwałtowne ĞciągniĊcie steru uratowało nas przed zderzeniem, ale nim 
zdołaliĞmy wyminąü przeszkodĊ i powróciü na kurs, „Aurora” wyprzedziła nas o dobre dwieĞcie 
jardów. Ciągle jednak mieliĞmy ją przed oczami, bo mroczny, niepewny  zmierzch przeszedł w 
rozgwieĪdĪoną noc. Kotły pracowały z maksymalnym wysiłkiem i słaba łódĨ drĪała i trzeszczała 
od mocy, jaka parła nas naprzód. PrzelecieliĞmy przez Pool, koło doków Zachodni–Indyjskich, 
potem wzdłuĪ Deptford Reach i znowu z nurtem rzeki, okrąĪywszy Isle of Dogs. Ciemna plama 
majacząca przed nami przybrała teraz wyraĨnie kształt Ğmigłej „Aurory”. Gdy Jones skierował na 
nią  reflektor,  doskonale  rozróĪniliĞmy  postacie  na  pokładzie.  Jeden  z  ludzi  siedział  na  rufie  i 
trzymał  miĊdzy  kolanami  coĞ,  nad  czym  siĊ  od  czasu  do  czasu  pochylał.  Obok  leĪało  coĞ
ciemnego  jakby  duĪy  pies  nowofunlandzki.  Ster  trzymał  chłopiec,  zaĞ  przy  czerwonym  blasku 
paleniska dojrzałem starego Smitha, obnaĪonego do pasa i dorzucającego wĊgiel do pieca z takim 
zapałem,  jak  by  od  tego  zaleĪało  Īycie.  Byü  moĪe,  z  początku  mieli  jeszcze  wątpliwoĞci,  czy 
dąĪymy ich Ğladem, skoro jednak za kaĪdym zakrĊtem czy okrąĪeniem wciąĪ odnajdywali nas za 
sobą, nie mogli siĊ dłuĪej łudziü. Pod Greenwich byliĞmy juĪ tylko jakieĞ trzysta kroków za nimi, 
w Blackwall — najwyĪej dwieĞcie piĊüdziesiąt. W ciągu mojej urozmaiconej kariery polowałem 
juĪ na róĪną zwierzynĊ, w wielu krajach, ale nigdy ten sport nie dał mi tyle dzikich przeĪyü co ta 
szalona, dzika pogoĔ po Tamizie. Jard za jardem zbliĪaliĞmy siĊ do „Aurory”.  W ciszy nocnej 
słyszeliĞmy  pulsowanie  i  warkot  jej  maszyn.  Człowiek  u  rufy  siedział  dalej  skurczony, 
poruszając ustawicznie ramionami, jak gdyby czymĞ zajĊty. Od czasu do czasu podnosił głowĊ i 
mierzył wzrokiem odległoĞü dzielącą łodzie. PodpływaliĞmy coraz bliĪej i bliĪej. Jones krzyknął, 
by  siĊ  zatrzymali.  ByliĞmy  teraz  nie  dalej  niĪ  o  cztery  długoĞci  łodzi  od  nich,  przy  czym  obie 
łodzie pĊdziły z szaloną szybkoĞcią. Całą rzekĊ widaü było bardzo wyraĨnie — z Barking Level z 
jednej  i  melancholijnymi  bagnami  Plumstead  z  drugiej  strony.  Na  krzyk  Jonesa  człowiek  przy 
rufie  wstał  i  zaczął  nam  wygraĪaü  obydwoma  piĊĞciami,  przeklinając  równoczeĞnie  wysokim, 
skrzypiącym głosem. Był to postawny, silny mĊĪczyzna — i gdy tak stał szeroko rozkraczony, 
zauwaĪyłem,  Īe  prawą  nogĊ  od  kolana  ma  drewnianą.  Na  dĨwiĊk  jego  przenikliwego, 
rozzłoszczonego  głosu  ciemna  kupka  leĪąca  obok  na  pokładzie  poruszyła  siĊ,  wyprostowała  i 
zmieniła w małego, czarnego człowieczka — najmniejszego, jakiego mi siĊ trafiło widzieü — o 
wielkiej, niekształtnej głowie i kołtunie potarganych włosów. Holmes wyciągnął juĪ rewolwer, ja 
zaĞ poszedłem w jego Ğlady na widok tej dzikiej, wykrzywionej twarzy. Postaü tĊ otulał rodzaj 
pledu  czy  opoĔczy,  tak  Īe  jedynie  twarz  moĪna  było  dojrzeü.  Wystarczyło  to  jednak,  aby  na 
długo pozbawiü człowieka snu. Nigdy w Īyciu nie zdarzyło mi siĊ widzieü twarzy nacechowanej 

background image

takim  bestialstwem  i  okrucieĔstwem.  Małe  oczka  paliły  siĊ  jakimĞ  niesamowitym  blaskiem,  a 
grube wargi, ĞciągniĊte w tył, odsłaniały zĊby, którymi zgrzytał w zwierzĊcej furii. 

— Pal, jeĪeli podniesie rĊkĊ — powiedział spokojnie Holmes. 
ByliĞmy oddaleni zaledwie o długoĞü łodzi i mogliĞmy nieomal dotknąü rĊką naszej zdobyczy. 

Dzisiaj jeszcze mam ten obraz przed oczami: dwaj ludzie na pokładzie, z których jeden, biały, 
stoi  w  rozkroku  i  bluzga  ku  nam  przekleĔstwa,  a  drugi,  niesamowity  karzeł  o  ohydnej  twarzy, 
zgrzyta  w  Ğwietle  latarni  mocnymi,  Īółtymi  zĊbami.  Całe  szczĊĞcie,  Īe  widzieliĞmy  go  tak 
wyraĨnie, bo nagle wyciągnął spod płachty krótki, okrągły kawałek drzewa, podobny do szkolnej 
linijki  i  przyłoĪył  go  do  ust.  Oba  nasze  wystrzały  zabrzmiały  równoczeĞnie.  ZakrĊcił  siĊ  na 
miejscu, wyrzucił w górĊ ramiona i ze zduszonym krzykiem runął do wody. WĞród białej piany 
mignĊło  mi  jeszcze  raz  jego  groĨne,  jadowite  spojrzenie.  W  tej  samej  chwili  człowiek  o 
drewnianej nodze rzucił siĊ na ster i szarpnął go z całej siły, tak Īe szalupa skrĊciła gwałtownie 
ku południowemu brzegowi, my zaĞ przemknĊliĞmy zaledwie kilka stóp od jej rufy. SkrĊciliĞmy 
natychmiast w ich Ğlady. „Aurora” jednak dobijała juĪ do brzegu. 

Była to dzika, opuszczona okolica, gdzie ciągnął siĊ szeroki pas bagien, oĞwietlony blaskiem 

ksiĊĪyca,  poprzecinany  rozlewiskami stojącej  wody i pokryty  gnijącą  roĞlinnoĞcią. ŁódĨ  z rufą
mokrą  od  wody  uderzyła  głucho  o  bagnisty  brzeg.  Zbieg  wyskoczył,  ale  jego  drewniany  kikut 
natychmiast  ugrzązł  w  rozmokłym  gruncie.  Daremnie  próbował  siĊ  wydostaü;  ani  kroku  w  tył 
czy  naprzód.  Ryczał  z  bezsilnej  wĞciekłoĞci  i  zdrową  nogą  kopał  dokoła,  ale  tylko  zapadał  siĊ
coraz  bardziej.  Kiedy  wyciągnĊliĞmy  na  brzeg  naszą  łódĨ,  tkwił  juĪ  tak  mocno  w  bagnie,  Īe 
dopiero  zarzuciwszy  naĔ  grubą  linĊ  zdołaliĞmy  wyciągnąü  go  i  przywlec  do  burty  jak  wielką
rybĊ.  Obydwaj  Smithowie,  ojciec  i  syn,  siedzieli  nachmurzeni  w  motorówce,  wyszli  jednak 
pokornie na nasz rozkaz. Samą „AurorĊ” przyholowaliĞmy do naszej łodzi. Na jej pokładzie stała 
mocna  Īelazna  skrzynka  hinduskiej  roboty.  Bez  wątpienia  była  to  ta  sama  skrzynka,  która 
zawierała  złowróĪbny  skarb  Sholtów.  Nie  miała  klucza,  była  jednak  bardzo  ciĊĪka,  toteĪ
ostroĪnie przenieĞliĞmy ją do naszej małej kabiny. Wracając powoli w górĊ rzeki kierowaliĞmy 
Ğwiatło reflektora na wszystkie strony, ale nigdzie nie dostrzegliĞmy Ğladu wyspiarza. GdzieĞ w 
ciemnoĞci na dnie Tamizy leĪą koĞci tego dziwnego przybysza. 

— Spójrz — rzekł nagle Holmes wskazując na klapĊ w pokładzie — w samą porĊ uĪyliĞmy 

pistoletów. 

TuĪ za miejscem, gdzie staliĞmy obaj z Holmesem, tkwiła w desce jedna z morderczych strzał, 

które tak dobrze znaliĞmy. Musiała przelecieü miĊdzy nami w chwili, kiedyĞmy strzelali. Holmes 
uĞmiechnął  siĊ  tylko,  wzruszając  niedbale  ramionami,  ja  jednak,  przyznajĊ,  poczułem  zimny 
dreszcz na myĞl o strasznym niebezpieczeĔstwie, które przeszło tak blisko obok nas tej nocy.

background image

XI. 

S

KARB 

A

GRY

WiĊzieĔ siedział w kabinie naprzeciw skrzyni, na której zdobycie tak długo czekał i tak wiele 

siĊ natrudził. Był to człowiek o niespokojnych oczach, a jego twarz spaloną na mahoĔ pokrywała 
sieü  zmarszczek  i  bruzd,  Ğwiadczących,  Īe  musiał  ciĊĪko  pracowaü  na  ĞwieĪym  powietrzu. 
Mocny  zarys  szczĊk  widoczny  mimo  brody  wskazywał,  Īe  niełatwo  go  odwieĞü  od  obranego 
celu.  Mógł  mieü  jakieĞ  piĊüdziesiąt  lat  lub  wiĊcej,  bo  jego  czarne,  krĊcące  siĊ  włosy 
przyprószone  były  gĊsto  siwizną.  Teraz,  gdy  był  spokojny,  nie  wyglądał  specjalnie 
nieprzyjemnie,  chociaĪ  gdy  popadł  w  gniew,  gĊste  brwi  i  agresywny  podbródek  nadawały  mu 
charakter okrucieĔstwa, co sam niedawno stwierdziłem. Siedział z zakutymi w kajdanki rĊkami 
na kolanach, a głową zwieszoną na piersi i spoglądał błyszczącymi oczami na skrzyniĊ, dla której 
tyle  złego  dokonał.  Zdawało  mi  siĊ,  Īe  widzĊ  wiĊcej  zmartwienia  niĪ  gniewu  na  jego 
nieruchomej,  opanowanej  twarzy.  Raz  nawet  spojrzał  na  mnie  jak  by  rozbawiony.  —  No,  cóĪ, 
Jonathanie Small — rzekł Holmes zapalając cygaro — bardzo mi przykro, Īe do tego doszło. 

— I mnie takĪe — przyznał szczerze. — MyĞlĊ jednak, Īem nie zasłuĪył sobie aĪ na stryczek. 

PrzysiĊgam panu na BibliĊ, Īe nie podniosłem nawet rĊki na pana Sholto. To ten diabli pomiot, 
ten pokurcz Tonga, puĞcił na niego swoją przeklĊtą strzałĊ. Ja nie brałem w tym udziału, proszĊ
pana. Takem siĊ tym zgryzł, jak by mi zabił jakiego krewniaka. Wychłostałem nawet potem tego 
małego diabła koĔcem liny, ale co siĊ stało, tego nie dało siĊ juĪ odrobiü. 

— Zapalcie no — rzekł Holmes — a łyk z mojej flaszki teĪ dobrze wam zrobi, bo jesteĞcie 

zupełnie przemoczeni. Lecz jak mogliĞcie przypuĞciü, Īe ten czarny karzeł bĊdzie miał doĞü siły, 
aby obezwładniü i przytrzymaü pana Sholto podczas waszej wspinaczki po linie? 

— Tak pan mówi, jak by pan tam był! PrawdĊ powiedziawszy, spodziewałem siĊ zastaü pokój 

pusty.  Dobrze  znałem  tryb  Īycia  pana  tego  domu,  a  to  była  właĞnie  godzina,  w  której  zawsze 
schodził na dół na kolacjĊ. Nie bĊdĊ nic ukrywał, najlepszą moją obroną bĊdzie, jak wyznam całą
prawdĊ. Gdyby chodziło o starego majora, to co innego, ani bym siĊ nie zawahał. Wsadziłbym 
mu nóĪ miĊdzy Īebra tak samo chĊtnie jak teraz to cygaro w zĊby! Ale jak bĊdĊ zesłany za tego 
młodego Sholto, do którego nie miałem nigdy najmniejszej urazy, to diablo głupio. 

— JesteĞcie pod nadzorem pana inspektora Jonesa ze Scotland Yardu. Przyprowadzi was do 

mego  mieszkania,  bo  chciałbym  usłyszeü  szczegółowo  o  całej  tej  sprawie.  Musicie  mi 
powiedzieü  całą  prawdĊ,  bo  przypuszczam,  Īe  bĊdĊ  wam  mógł  coĞ  pomóc.  Prawdopodobnie 
zdołam udowodniü, Īe ta trucizna działa natychmiast i zanim zdołaliĞcie siĊ wdrapaü do pokoju, 
pan Sholto juĪ nie Īył. 

— Bo tak i było naprawdĊ, proszĊ pana. Nie pamiĊtam, Īebym kiedy przeĪył taki wstrząs jak 

wtedy,  kiedym  siĊ  wdrapał  przez  okno  do  pokoju:  ta  wykrzywiona  na  ramiĊ  głowa!  Byłbym 
chyba zabił TongĊ na miejscu, ale uciekł. Mówił, Īe to wtedy właĞnie zgubił swój kij i strzały i 
one na pewno naprowadziły pana na nasz Ğlad. ChociaĪ, dalibóg, nie rozumiem, jakim cudem pan 
tego Ğladu nie zgubił. Ja tam zresztą nie mam do pana Īalu o to, Īe pan mnie złapał. Ale czy to 
nie dziwne — dodał z gorzkim uĞmiechem — Īebym ja, co mam prawo do pół miliona funtów, 
musiał spĊdziü jedną połowĊ Īycia przy budowie falochronu na Andamanach, a drugą pewnie na 
kopaniu  drenów  w  Dartmoor.  PrzeklĊty  dzieĔ,  kiedym  pierwszy  raz  ujrzał  kupca  Achmeda  i 
zetknął  siĊ  ze  skarbem  Agry,  bo  on  jak  dotąd  sprowadzał  tylko  przekleĔstwo  na  swoich 
posiadaczy. Achmedowi przyniósł krwawą Ğmierü, majorowi Sholto strach i winĊ, mnie wreszcie 
doĪywotnią niewolĊ. 

background image

W tym momencie Jones wsunął głowĊ do kabiny: 
— PiĊkna scenka rodzinna — zauwaĪył. — Pozwoli pan, panie Holmes, pociągnąü z flaszki? 

No wiĊc, moim zdaniem, moĪemy sobie wzajemnie pogratulowaü. Szkoda, Īe nie udało siĊ nam 
schwytaü tego drugiego Īywcem. No, ale nie było wyboru. Trzeba przyznaü, panie Holmes, Īe 
pan to bardzo ładnie rozwiązał. Nie mogliĞmy nic wiĊcej zrobiü, jak dopĊdziü motorówką. 

— Wszystko dobre, co siĊ dobrze koĔczy — rzekł Holmes. — Nie miałem jednak pojĊcia, Īe 

„Aurora” jest aĪ tak szybka. 

— Smith  twierdzi,  Īe  to  jedna  z  najszybszych  motorówek  na  rzece  i  Īe  gdyby  miał  jeszcze 

jednego człowieka do pomocy przy kotle, nigdy byĞmy nie zdołali go dogoniü. PrzysiĊga, Īe nie 
miał najmniejszego pojĊcia o aferze w Norwood. 

— I  mówi  prawdĊ  —  wykrzyknął  nasz  wiĊzieĔ  —  nie  wiedział  ani  słowa.  Wybrałem  jego 

łódĨ, bo wiedziałem, Īe jest taka szybka. Nie powiedzieliĞmy mu nic, ale zapłaciliĞmy dobrze i 
miał jeszcze dostaü sowitą nagrodĊ w Gravesend po przybyciu do naszego statku „Esmeraldy”, 
która odpływa do Brazylii. 

— No,  jeĪeli  istotnie  nie  uczynił  nic  złego,  to  i  my  siĊ  postaramy,  aby  mu  siĊnic  nie  stało. 

Działamy szybko, aby schwytaü, kogo trzeba, ale tak od razu człowieka nie skazujemy. 

Zabawne było widzieü, jak zadufany w sobie Jones juĪ zaczynał przybieraü górne tony dziĊki 

udanemu  poĞcigowi.  Z  lekkiego  uĞmiechu  na  twarzy  Holmesa  odgadłem,  Īe  i  on  pomyĞlał  to 
samo. 

— Dopływamy  teraz  do  mostu  Vauxhall  —  powiedział  Jones  —  i  tutaj  wysadzimy  pana, 

doktorze, razem ze szkatułką. Nie bĊdĊ ukrywał, Īe biorĊ na siebie kolosalną odpowiedzialnoĞü. 
To  bardzo  nieprzepisowe,  ale  trudno,  umowa  jest  umową.  MuszĊ  jednak  w  myĞl  przepisów 
słuĪbowych  przydzieliü  panu  jednego  z  moich  ludzi  dla  eskorty,  a  to  ze  wzglĊdu  na  wielką
wartoĞü skrzynki. Pan zapewne weĨmie doroĪkĊ? 

— Tak, oczywiĞcie. 
— Szkoda, Īe nie mamy klucza, bo moglibyĞmy uprzednio spisaü jej zawartoĞü. BĊdzie pan 

musiał rozbiü zamek. Gdzie klucz do tej skrzynki, mój człowieku? — zwrócił siĊ do Smalla. 

— Na dnie rzeki — odpowiedział tenĪe krótko. 
— Hm…  Całkiem  niepotrzebnie  przyczyniłeĞ  nam  jeszcze  tego  dodatkowego  kłopotu.  DoĞü

juĪ mieliĞmy i tak roboty przez was. Nie potrzebujĊ chyba ostrzegaü pana, doktorze, Īeby pan był 
bardzo ostroĪny. Niech pan przywiezie skrzynkĊ na Baker Street. Przyjedzie pan tam po nas, a 
potem razem udamy siĊ do Scotland Yardu. 

Wysadzili  mnie  w  Vauxhall  razem  z  ciĊĪkim  Īelaznym  bagaĪem  i  z  wesołym  inspektorem 

policji  do  pomocy.  W  kwadrans  dojechaliĞmy  do  mieszkania  pani  Forrester.  SłuĪącą  wyraĨnie 
zdziwiła ta póĨna wizyta.  WyjaĞniła  nam,  Īe pani  Forrester nie  ma w domu i prawdopodobnie 
wróci bardzo póĨno, ale panna Morstan jest w saloniku. Udałem siĊ wiĊc tam, zabrawszy ze sobą
szkatułĊ, a uprzejmego inspektora zostawiłem w doroĪce. Panna Morstan siedziała przy otwartym 
oknie,  ubrana  w  jakiĞ  powiewny  biały  strój  domowy  z  czymĞ  szkarłatnym  przy  szyi  i  w  talii. 
MiĊkkie, przyümione Ğwiatło lampy padało na jej słodką, powaĪną twarz i zapalało przytłumione, 
metaliczne błyski w jej gĊstych, piĊknych włosach. Jedna biała dłoĔ zwisała z porĊczy fotela, a 
cała postaü zdawała siĊ pogrąĪona w zadumie i melancholii. Na odgłos mych kroków zerwała siĊ
z miejsca; ciemny rumieniec zdziwienia i radoĞci zabarwił jej blade policzki. 

— Słyszałam, jak zajechała doroĪka, i byłam pewna, Īe to pani Forrester wróciła wczeĞniej, 

niĪ zapowiedziała. Nie przypuszczałam nawet, Īe to pan. JakieĪ pan przywozi wiadomoĞci? 

— PrzywoĪĊ coĞ lepszego niĪ wiadomoĞci — odpowiedziałem stawiając szkatułkĊ na stole i 

starając siĊ, by mój głos brzmiał pogodnie i wesoło, chociaĪ serce ciąĪyło mi w piersi jak kamieĔ. 

background image

—  Przywiozłem  pani  coĞ,  co  jest  warte  wiĊcej  niĪ  wszystkie  wiadomoĞci  na  Ğwiecie,  a 
mianowicie bogactwo. 

Rzuciła okiem na szkatułkĊ. 
— Czy to jest właĞnie owo bogactwo? — zapytała doĞü obojĊtnie. 
— Tak…  to  wielki  skarb  Agry.  Połowa  naleĪy  do  pani,  a  druga  do  Thaddeusa  Sholto. 

Wyniesie to kilkaset tysiĊcy funtów na osobĊ. Niech pani pomyĞli! To oznacza roczny dochód 
dziesiĊciu  tysiĊcy  funtów.  Mało  siĊ  znajdzie  w  Anglii  bogatszych  młodych  dam.  Czy  to  nie 
wspaniałe? 

Zdaje mi siĊ, Īe musiałem trochĊ przeholowaü w moich gratulacjach i Īe wyczuła w nich coĞ

podejrzanego, uniosła bowiem lekko brwi i spojrzała na mnie z zaciekawieniem. 

— JeĪeli ten skarb mam — powiedziała — to tylko dziĊki panu. 
— Nie,  nie,  nic  podobnego  —  odpowiedziałem  —  nie  dziĊki  mnie,  lecz  dziĊki  mojemu 

przyjacielowi  Sherlockowi.  Mimo  najlepszych  chĊci  nie  zdołałbym  go  odszukaü  w  tych 
warunkach,  trudnych  nawet  dla  jego  genialnego  analitycznego  umysłu.  Mało  brakowało,  a 
bylibyĞmy jeszcze w ostatniej chwili ten skarb postradali.

— ProszĊ, niech pan usiądzie i opowie mi wszystko szczegółowo, doktorze. 
Opowiedziałem pokrótce wszystko,  co siĊ wydarzyło od naszego ostatniego widzenia: nową

metodĊ poszukiwaĔ Holmesa, odnalezienie „Aurory”, zjawienie siĊ Athelney Jonesa, wieczorną
wyprawĊ  i  niesamowitą  pogoĔ  po  Tamizie.  Z  rozchylonymi  wargami  i  błyszczącymi  oczyma 
słuchała o naszych przygodach. Gdy doszedłem  do miejsca,  kiedy to zatruta strzała przeleciała 
tuĪ koło nas, zbladła tak mocno, iĪ obawiałem siĊ, Īe za chwilĊ zemdleje. 

— Nie,  nie,  to  nic  —  powiedziała,  gdy  zerwałem  siĊ,  by  podaü  jej  wody  —  juĪ  przeszło. 

Tylko  nie  mogłam  słuchaü  spokojnie  o  tym,  na  jakie  niebezpieczeĔstwo  naraziłam  swych 
przyjaciół. 

— Ale przecieĪ to wszystko mamy juĪ za sobą — odpowiedziałem — to naprawdĊ nie było 

nic  takiego.  Nie  bĊdĊ  juĪ  pani  opowiadał  takich  ponurych  szczegółów.  Mówmy  o  czymĞ
weselszym, cóĪ na przykład, moĪe byü przyjemniejszego niĪ ten skarb. Pozwolono mi przywieĨü
go osobiĞcie i myĞlałem, Īe bĊdzie pani przyjemnie, jeĪeli pani pierwsza go obejrzy. 

— BĊdzie to dla mnie niezmiernie interesujące — powiedziała, chociaĪ w jej głosie nie czuü

było  specjalnego  podniecenia.  Przypuszczalnie  jednak  uwaĪała,  Īe  byłoby  nieładnie  okazaü
obojĊtnoĞü  wobec  zdobytego  z  tak  wielkim  trudem  skarbu.  —  Jaka  piĊkna  szkatuła  —  dodała 
pochylając siĊ nad nią. — To indyjska robota, prawda? 

— Tak. To z Benares, kute w metalu. 
— I  jaka  ciĊĪka!  —  wykrzyknĊła,  starając  siĊ  unieĞü.  —  Sama  szkatuła  musi  mieü  niemałą

wartoĞü. Gdzie kluczyk? 

— Small  wrzucił  go  do  Tamizy  —  odpowiedziałem.  —  MuszĊ  poĪyczyü  pogrzebacza  pani 

Forrester. 

Z  przodu  szkatuły  znajdował  siĊ  gruby,  szeroki  skobel  wyrzeĨbiony  na  kształt  siedzącego 

Buddy. Pod ten skobel wsunąłem koniec pogrzebacza i szarpnąłem ku górze. Skobel odskoczył z 
głoĞnym  trzaskiem.  DrĪącymi  rĊkoma  uniosłem  wieko.  ChwilĊ  patrzyliĞmy  jak  skamieniali… 
Szkatuła była pusta…

Nic  dziwnego  jednak,  Īe  była  ciĊĪka  —  Ğcianki  miała  niemal  calowej  gruboĞci.  Była 

masywna, solidnie zrobiona, jak kufer przeznaczony do przechowywania drogocennych rzeczy, 
ale wewnątrz ani Ğladu złota lub klejnotów. Szkatuła była najzupełniej pusta. 

— Skarb przepadł — powiedziała spokojnie panna Morstan. 
Słysząc jej słowa i zdając sobie sprawĊ z ich znaczenia, czułem, jak jakiĞ wielki ciĊĪar spada 

mi z serca. Nie przypuszczałem nawet, jakim młyĔskim kamieniem leĪał mi na sercu skarb Agry. 

background image

Zrozumiałem  to  dopiero  teraz,  kiedy  wreszcie  znikł.  Oczywista,  Īe  było  to  egoistyczne, 
nielojalne, złe, lecz nie mogłem myĞleü o niczym innym jak tylko o tym, Īe znikła złota bariera, 
która nas dzieliła! 

— Bogu dziĊki! — wyrwało mi siĊ z głĊbi serca. 
Rzuciła na mnie szybkie spojrzenie, uĞmiechając siĊ pytająco: 
— Czemu pan to powiedział? — spytała. 
— Bo jest pani znowu dostĊpna dla mnie — odpowiedziałem ujmując ją za rĊkĊ. Nie cofnĊła 

jej. — Kocham ciĊ, Mary, kocham tak, jak tylko mĊĪczyzna moĪe kochaü kobietĊ. Ten skarb, te 
bogactwa zamykały mi usta. Teraz, kiedy to wszystko znikło, mogĊ powiedzieü, jak bardzo ciĊ
kocham. I dlatego właĞnie powiedziałem „Bogu dziĊki”. 

— Wobec tego i ja takĪe powiem „Bogu dziĊki” — szepnĊła, kiedy ją przycisnąłem do siebie. 
MoĪe ktoĞ stracił skarb tego wieczoru, ja jednak swój skarb znalazłem. 

background image

XII. 

D

ZIWNA HISTORIA 

J

ONATHANA 

S

MALL

Cierpliwym człowiekiem musiał byü ów policjant ze Scotland Yardu, upłynĊło bowiem sporo 

czasu, nim do niego wróciłem. Gdy mu pokazałem pustą szkatułkĊ, zachmurzył siĊ bardzo. 

— No  i  figa  z  nagrody  —  rzekł  ponuro.  —  Nie  ma  pieniĊdzy,  nie  ma  czym  płaciü.  Gdyby 

skarb  siĊ  odnalazł,  to  za  dzisiejszą  noc  mnie  i  Samowi  Brown  naleĪałoby  siĊ  co  najmniej  po 
dziesiątaku. 

— Pan  Thaddeus  Sholto  jako  człowiek  zamoĪny  —  odpowiedziałem  —  na  pewno  was 

wynagrodzi bez wzglĊdu na to, czy skarb jest, czy nie. 

Pokiwał tylko powątpiewająco głową. 
— To marna sprawa — powtórzył. — Tego samego zdania bĊdzie na pewno i inspektor Jones. 
Przewidywania te sprawdziły siĊ, sądząc po minie inspektora, któremu po przybyciu na Baker 

Street pokazałem pustą  szkatułĊ.  Wszyscy trzej, to znaczy Holmes, Jones  i wiĊzieĔ przyjechali 
tuĪ  przede  mną,  poniewaĪ  zmienili  pierwotny  plan  i  wstąpili  jeszcze  po  drodze  na  posterunek 
policji.  Mój  przyjaciel  siedział  w  fotelu  z  obojĊtną  jak  zwykle  miną,  podczas  gdy  Small, 
załoĪywszy drewnianą nogĊ na zdrową, tkwił apatycznie naprzeciw niego. Kiedy pokazałem im 
pustą szkatułkĊ, odchylił siĊ na krzeĞle i wybuchnął głoĞnym Ğmiechem. 

— To twoja robota, Small! — rzekł ze złoĞcią Jones. 
— A  moja!  Ukryłem  go  tak,  Īe  nigdy  go  nie  znajdziecie  —  wybuchnął.  —  To  mój  skarb  i 

jeĪeli  sam  nie  mogĊ  go  zatrzymaü,  to  juĪ  moja  w  tym  głowa,  Īeby  go  nie  miał  nikt  inny. 
Powtarzam, Īe Īadna Īywa istota nie ma do niego prawa, oprócz mnie i jeszcze trzech, co tam 
siedzą w barakach andamaĔskich. Teraz wiem, Īe ani ja, ani oni nie bĊdziemy z niego korzystaü, 
ale przez cały czas to, co robiłem, to nie tylko dla siebie, ale i dla nich, bo to był zawsze „Znak 
Czterech”.  Wiem,  Īe  robiłem  tak,  jak  oni  by  chcieli,  abym  robił,  a  oni  teĪ  by  woleli,  Īebym 
zatopił skarb w Tamizie raczej, niĪ dopuĞcił, by wpadł w rĊce kogoĞ z Sholtów czy Morstanów. 
Nie  na  toĞmy  wykoĔczyli  Achmeda,  Īeby  ich  wzbogacaü!  Skarb  jest  tam,  gdzie  klucz  i  karzeł 
Tonga.  Jakem  wiedział,  Īe  wasza  łódĨ  niechybnie  nas  dopĊdzi,  to  cały  skarb  lu!  w  bezpieczne 
miejsce. Nie zarobicie ani jednej rupii z tej wycieczki! 

— Zwodzisz  nas,  Small  —  przerwał  ostro  Jones.  —  GdybyĞ  miał  zamiar  wrzuciü  skarb  do 

Tamizy, to łatwiej by ci było wrzuciü go z całą szkatułą. 

— Mnie łatwiej by było wrzuciü, ale i wam znaleĨü! — odparł patrząc na nas chytrze, z ukosa. 

— Człowiek, który miał dosyü sprytu, Īeby mnie ująü, wyciągnąłby bez trudu taką szkatułĊ z dna 
rzeki.  A  tak,  kiedy  skarb  macie  rozsypany  na  przestrzeni  piĊciu  czy  wiĊcej  mil,  to  juĪ  bĊdzie 
trudniejsza  sprawa.  PrzyznajĊ,  Īe  mi  to  łatwo  nie  przyszło.  MyĞlałem,  Īe  oszalejĊ,  jak  nas 
dopĊdzaliĞcie! Ale przepadło i nie ma co Īałowaü. Było siĊ juĪ w Īyciu i na wozie, i pod wozem, 
to siĊ człowiek nauczył nie wylewaü łez nad rozlanym mlekiem. 

— Sprawa  jest  bardzo  powaĪna,  Small  —  powiedział  detektyw.  —  GdybyĞ  pomógł 

przedstawicielom sprawiedliwoĞci, zamiast krzyĪowaü ich plany, miałbyĞ lepsze widoki w czasie 
rozprawy. 

— SprawiedliwoĞü! — warknął eks–skazaniec. — PiĊkna mi sprawiedliwoĞü! Do kogo skarb 

naleĪał, jak nie do nas? Co za sprawiedliwoĞü, Īebym miał go oddawaü tym, co nigdy na niego 
nie zapracowali. A jak ja sobie na to zapracowałem?! DwadzieĞcia długich lat przesiedziałem w 
tych  przeklĊtych  malarycznych  bagnach,  dzieĔ  za  dniem  harując  pod  mangowcami,  a  co  noc 
przykuty  łaĔcuchem  w  nĊdznych  barakach  skazaĔców,  ciĊty  przez  moskity,  drĊczony  febrą, 

background image

torturowany  przez  byle  czarnego  dozorcĊ,  który  lubił  odegraü  siĊ  na  białym.  Oto  jak 
zapracowałem  sobie  na  skarb  Agry,  a  wy  mówicie  mi  o  sprawiedliwoĞci,  tylko  dlatego,  Īe  nie 
mogĊ znieĞü myĞli, bym ja płacił taką cenĊ za ten skarb, a potem z niego korzystał kto inny… 
Toü sto razy wolĊ dyndaü na szubienicy albo dostaü pod skórĊ taką strzałĊ Tongi, niĪ gniü w celi 
i myĞleü, Īe ktoĞ inny Īyje w dostatku, w pałacach za moją krwawicĊ! 

Opadła zeĔ maska stoicyzmu i słowa rwały mu siĊ z ust strumieniem, oczy lĞniły, a kajdany 

brzĊczały w rytm gwałtownych ruchów rąk. Patrząc na furiĊ i pasjĊ tego człowieka zrozumiałem, 
iĪ  major  Sholto  miał  niewątpliwie  podstawy  do  przeraĪenia,  kiedy  dowiedział  siĊ,  Īe  ów 
pokrzywdzony skazaniec jest na jego tropie. 

— Nie  zapominaj  pan,  Īe  cała  ta  sprawa  jest  dla  nas  zupełnie  obca  —  zauwaĪył  spokojnie 

Sherlock. — Nie znamy tej całej historii i nie moĪemy wobec tego powiedzieü, po czyjej stronie 
była słusznoĞü. 

— No  cóĪ,  proszĊ  pana,  muszĊ  przyznaü,  Īe  pan  postĊpował  ze  mną  bardzo  przyzwoicie, 

chociaĪ  zdajĊ  sobie  sprawĊ,  Īe  tylko  panu  zawdziĊczam  te  bransoletki,  co  mi  tu  brzĊczą.  Ale 
mimo to nie ĪywiĊ do pana urazy.  KaĪdy  robi swoje, byle szczerze i otwarcie. JeĪeli chce pan 
usłyszeü moje dzieje, to nie mam zamiaru nic ukrywaü. Wszystko, co powiem, to ĞwiĊta prawda, 
ani słowa kłamstwa. DziĊkujĊ panu, proszĊ postawiü tĊ szklankĊ tu koło mnie, a jak mi zaschnie 
w gardle, to sobie łyknĊ. 

PochodzĊ  z  Worcestershire,  urodziłem  siĊ  w  pobliĪu  Pershore.  Pewno  i  teraz  jeszcze 

znalazłoby  siĊ  tam  kilku  Smallów,  gdyby  ich  kto  poszukał.  CzĊsto  miałem  zamiar  siĊ  tam 
rozejrzeü, ale co prawda nie przynosiłem chluby mej rodzinie i wątpiĊ, czyby siĊ bardzo ucieszyli 
na mój widok.  Wszystko to byli ludzie stateczni, chodzący co niedziela do koĞcioła, osiedli na 
roli, znani i szanowani w całej okolicy, a ja tymczasem zawsze miałem w sobie coĞ z włóczĊgi. 
Zresztą przestałem im sprawiaü kłopot, gdy miałem mniej wiĊcej osiemnaĞcie lat, bo wdałem siĊ
w kabałĊ o jedną dziewczynĊ i nie pozostawało nic innego, jak wziąü nogi za pas i zaciągnąü siĊ
do trzeciego pułku liniowego, który właĞnie wyruszał do Indii. Nie było mi jednak sądzone długo 
słuĪyü  w  wojsku.  Ledwie  zdołali  mnie  nauczyü  kroku  marszowego  i  obchodzenia  siĊ  z 
karabinem,  wpadła  mi  do  głowy  szaleĔcza  myĞl,  aby  siĊ  wykąpaü  w  Gangesie.  Na  szczĊĞcie 
kąpał siĊ ze mną takĪe sierĪant z mojej kompanii, John Holder, jeden z najlepszych pływaków w 
całym pułku. Jak byłem akurat na Ğrodku rzeki, dopadł mnie krokodyl i odgryzł prawą nogĊ tuĪ
pod  kolanem  tak  piĊknie  i  czyĞciutko,  Īe  mógłby  mu  pozazdroĞciü  kaĪdy  chirurg.  Z  bólu, 
wraĪenia  i  upływu  krwi  zemdlałem  i  niechybnie  byłbym  utonął,  Īeby  nie  Holder,  który  mnie 
wyciągnął na brzeg. Kiedy po piĊciu miesiącach wyszedłem ze szpitala i mogłem kuĞtykaü na tej 
drewnianej  nodze,  przywiązanej  do  kikuta,  zwolniono  mnie  z  armii  jako  inwalidĊ  i  uznano  za 
niezdolnego do słuĪby czynnej. 

Jak  sobie  moĪecie  wyobraziü  sytuacja  moja  była  bardzo  niewesoła,  gdyĪ  zostałem 

bezuĪytecznym  kaleką  nie  mając  jeszcze  dwudziestu  lat.  JednakĪe  dziĊki  temu  nieszczĊĞciu 
poszczĊĞciło  mi  siĊ  potem.  Pewien  człowiek,  nazwiskiem  Abel  White,  który  przybył  tam  jako 
plantator  indyga,  potrzebował  dozorcy  nad  swymi  kulisami,  a  okazał  siĊ  przy  tym  dobrym 
znajomym naszego pułkownika, który od czasu tego tragicznego wypadku interesował siĊ moim 
losem. Krótko mówiąc, pułkownik bardzo gorąco polecił mnie na to stanowisko, a Īe jeĨdziłem 
w czasie pracy przewaĪnie konno,  moja drewniana noga nie stanowiła  wielkiej przeszkody, bo 
kolanami mogłem dobrze utrzymaü siĊ w siodle. Moim zadaniem było jeĨdziü po całej plantacji, 
dozorowaü ludzi i zdawaü sprawą, kto siĊ lenił. Wynagrodzenie było niezłe, mieszkałem wcale 
wygodnie i nie miałem nic przeciwko temu, Īeby resztĊ Īycia spĊdziü na plantacji indyga. Pan 
Abel  White  był  bardzo  zacnym  człowiekiem,  czĊsto  zachodził  do  mojej  chaty,  Īeby  ze  mną
wypaliü  fajkĊ,  bo  tam  biali  mniej  patrzą,  kto  czym  jest,  tylko  trzymają  siĊ  bliĪej  i  serdeczniej 

background image

aniĪeli tutaj, w kraju. Niestety, szczĊĞcie nigdy nie dopisywało mi za długo. Pewnego razu, bez 
Īadnego  uprzedzenia,  wybuchł  wielki  bunt  na  plantacjach.  Jednego  miesiąca  całe  Indie  były 
ciche i zda siĊ spokojne jak Surrey lub Kent, nastĊpnego zaĞ dwieĞcie tysiĊcy czarnych diabłów 
powstało, a kraj zamienił siĊ w istne piekło. Rzecz prosta, Īe panowie dobrze znacie te rzeczy, na 
pewno lepiej aniĪeli ja, co nigdy nie byłem specjalnie skory do czytania. Wiem tylko to, na co 
patrzyłem własnymi oczami. Nasza plantacja znajdowała siĊ w miejscowoĞci Muttra, w pobliĪu 
granicy północno–zachodniej. Noc po nocy niebo paliło siĊ łuną poĪarów, bo płonĊły domostwa 
plantatorów, a co dnia przechodziły przez naszą plantacjĊ małe grupy Europejczyków, z Īonami i 
dzieümi,  udając  siĊ  do  Agry,  gdzie  stał  najbliĪszy  garnizon.  Pan  Abel  White  był  człowiekiem 
bardzo upartym. Wbił sobie w głowĊ, Īe to wszystko przesada, Īe ten słomiany ogieĔ wypali siĊ
tak szybko, jak wybuchł. Siedział wiĊc na werandzie popijając whisky i  paląc  cygara, podczas 
gdy  cały  kraj  wokół  niego  płonął.  Rzecz  prosta,  Īe  pozostaliĞmy  przy  nim,  ja  i  Dawson,  który 
razem  z  Īoną  prowadził  ksiĊgowoĞü  i  administracjĊ.  AĪ  pewnego  dnia  nadszedł  koniec. 
Wracałem  właĞnie  z  niedalekiej  plantacji  do  domu,  kiedy  wzrok  mój  padł  na  jakiĞ  przedmiot 
leĪący na dnie głĊbokiego jaru. Podjechałem bliĪej, aby siĊ przekonaü, co to moĪe byü, i przeszył 
mnie dreszcz przeraĪenia, gdy siĊ przekonałem, Īe to pani Dawson, poüwiartowana na kawałki i 
na  pół  poĪarta  przez  psy  i  szakale.  Nieco  dalej  przy  drodze  leĪał  Dawson,  martwy,  z  pustym 
rewolwerem  w  dłoni,  a  przed  nim,  jeden  na  drugim,  czterej  sipaje.  Spiąłem  konia  ostrogami, 
zastanawiając siĊ, w którą stronĊ ruszyü, w tej samej jednak chwili zobaczyłem gĊsty słup dymu 
nad domem Abla Wbite. Przez dach zaczĊły siĊ juĪ wydostawaü jĊzyki ognia. Zrozumiałem, Īe 
nic nie mogĊ pomóc memu chlebodawcy i Īe naraĪĊ tylko własne Īycie, jeĪeli siĊ wmieszam do 
walki.  Z  miejsca,  gdzie  siĊ  znajdowałem,  widziałem  setki  czarnych  diabłów,  jeszcze  w 
czerwonych kurtkach, jak taĔczyli i wyli dokoła płonącego domu. Kilku wskazało mnie palcami i 
wkrótce kule zaczĊły Ğwistaü mi koło uszu. Ruszyłem wiĊc galopem przez pola ryĪowe i dopiero 
póĨną nocą poczułem siĊ bezpieczny poza murami Agry. 

Jak  siĊ  jednak  potem  okazało,  i  tutaj  nie  było  bardzo  pewnie.  W  kraju  roiło  siĊ  jak  w  ulu. 

Gdzie  tylko  mogły  siĊ  zebraü  małe  grupy  Anglików,  tam  trzymały  siĊ  na  placówkach,  których 
bronili  swymi  karabinami,  wszĊdzie  indziej  natomiast  musieli  uciekaü.  Była  to  walka  setek 
przeciw  milionom.  A  najokrutniejsze  było,  Īe  ludzie,  przeciw  którym  walczyliĞmy,  piechota, 
konnica i artyleria, to nasze własne wojska, które dopiero co szkoliliĞmy.  Walczyli teraz naszą
własną  bronią  i  zwoływali  siĊ  głosem  naszych  własnych  pobudek.  W  Agrze  był  trzeci  pułk 
strzelców  bengalskich,  trochĊ  Sikhów,  dwa  oddziały  kawalerii  i  bateria  dział.  Z  angielskich 
urzĊdników i kupców sformowano teĪ ochotniczy pułk, do którego wstąpiłem i ja, bez wzglĊdu 
na drewnianą nogĊ.  W początku lipca spotkaliĞmy siĊ z rebeliantami w Shahgunge i nawet ich 
tam pobiliĞmy, wkrótce jednak zabrakło nam prochu i musieliĞmy wróciü do miasta. 

Ze  wszystkich  stron  nadchodziły  najgorsze  wiadomoĞci,  czemu  zresztą  nie  moĪna  siĊ  było 

dziwiü,  bo  jeĪeli  panowie  spojrzycie  na  mapĊ,  przekonacie  siĊ,  Īe  znajdowaliĞmy  siĊ  akurat  w 
samym  Ğrodku  buntu  —  Lucknow  jest  trochĊ  dalej  niĪ  sto  mil  na  wschód,  a  Cawnpore  mniej 
wiĊcej  tyle  samo  na  południe.  Zewsząd  dochodziły  tylko  wieĞci  o  torturach,  morderstwach  i 
okrucieĔstwach. 

Agra  jest  duĪym  miastem,  rojącym  siĊ  od  fanatyków  i  róĪnego  rodzaju  czcicieli  diabła. 

Garstka naszych ludzi gubiła siĊ wprost wĞród wąskich, krĊtych uliczek. ToteĪ nasz przywódca 
przeszedł rzekĊ i zajął pozycje w starym forcie Agry. Nie wiem, czy któryĞ z panów czytał kiedy 
lub słyszał o tym forcie. To bardzo dziwne miejsce, najdziwniejsze moĪe, w jakim postała moja 
noga, a muszĊ przyznaü, Īe zjechałem kawał Ğwiata. Po pierwsze — olbrzymie, jeĪeli chodzi o 
rozmiary. Sam obrĊb murów obejmuje chyba setki akrów. Jest tam czĊĞü nowsza, gdzie ulokował 
siĊ cały nasz garnizon, łącznie z kobietami, dzieümi, magazynami i wszystkim, i zostało jeszcze 

background image

bardzo duĪo miejsca. Ta nowsza czĊĞü jest jednak niczym w porównaniu ze starym tortem, gdzie 
nikt  nie  chodzi  i  który  oddany  jest  na  pastwĊ  skorpionów  i  stonóg.  Pełno  tam  wielkich, 
opuszczonych sal i krĊtych przejĞü, długich korytarzy wijących siĊ tak, Īe bardzo łatwo w nich 
człowiekowi  zabłądziü.  Z  tej  teĪ  przyczyny  mało  kto  siĊ  tam  zapuszczał,  chociaĪ  od  czasu  do 
czasu grupy z pochodniami wyruszały, Īeby poznaü te zakamarki. 

WzdłuĪ frontowej Ğciany starego fortu przepływa rzeka, stanowiąc jakby naturalną obronĊ, ale 

z boków i z tyłu jest mnóstwo furt, które musiały byü strzeĪone, i to zarówno w starej czĊĞci, jak 
i  w  tej,  gdzie  ulokował  siĊ  nasz  oddział.  Było  nas  bardzo  niewielu  i  ledwie  wystarczyło  na 
ustawienie  wart  w  rogach  budynku  i  obsługiwanie  armat.  To  teĪ  stanowiło  powód,  Īe  nie 
mogliĞmy ustawiü warty przy kaĪdej z niezliczonych bram fortu. Jedyne, co mogliĞmy zrobiü, to 
zorganizowaü centralną straĪnicĊ w Ğrodku fortu, a przy kaĪdej bramie ustawiü jednego białego i 
dwóch lub trzech krajowców. Mnie powierzono nocną straĪ przy małej, odosobnionej bramie w 
południowo–zachodniej czĊĞci fortu. Dostałem pod komendĊ dwóch Sikhów wraz z poleceniem, 
abym w razie niebezpieczeĔstwa wystrzelił z muszkietu, a wówczas nadejdzie pomoc z centralnej 
straĪnicy.  PoniewaĪ  jednak  straĪnica  była  odległa  o  dobre  dwieĞcie  jardów,  dzielącą  zaĞ  nas 
przestrzeĔ  zajmował  labirynt  przejĞü  i  korytarzy,  miałem  wielkie  wątpliwoĞci,  czy  odsiecz 
potrafiłaby przybyü na czas, gdyby zaszła tego koniecznoĞü. 

Przyznam, Īe byłem bardzo dumny z tego skromnego dowództwa, jakie mi dano, poniewaĪ — 

prawdą mówiąc — byłem raczej surowym rekrutem, a do tego jeszcze kaleką. Przez dwie noce 
pełniłem straĪ z moimi PendĪabami. Były to wysokie chłopy o okrutnym wyglądzie, Mahomet 
Singh i Abdullah Khan, stare wiarusy bojowe, którzy walczyli przeciwko nam w Chilian Wallah. 
Mówili doskonale po angielsku, niewiele jednak mogłem z nich wydobyü.  Woleli staü razem  i 
szwargotaü  całą noc  w swym dziwnym narzeczu Sikh. Ja zaĞ sam stałem  zwykle przed furtką, 
wpatrując  siĊ  w  szeroką,  krĊtą  rzekĊ  i  migające  Ğwiatła  wielkiego  miasta.  Warczenie  bĊbnów, 
bicie  w  tam–tamy  i  ryki  powstaĔców,  upojonych  opium  i  innymi  jakimiĞ  narkotykami, 
przypominały  nam  przez  całą  noc  o  niebezpiecznych  sąsiadach  spoza  rzeki.  Dowódca  nocnej 
straĪy obchodził co dwie godziny wszystkie posterunki, aby sprawdziü, czy panuje porządek. 

Trzecia noc mojej straĪy była ciemna i chmurna, mĪył drobny deszczyk. Niewesoła to słuĪba 

staü tak przy furtce w okropną pogodĊ, godzina za  godziną. Kilkakrotnie usiłowałem wciągnąü
moich Sikhów w rozmowĊ, ale nadaremnie. O drugiej przeszła warta i przerwała nudĊ tej nocy. 
Widząc, Īe nie uda mi siĊ nawiązaü z kompanami rozmowy, odłoĪyłem na chwilĊ karabin, aby 
zapaliü  fajkĊ.  W  jednej  chwili  obaj  Sikhowie  skoczyli  ku  mnie.  Jeden  porwał  mój  karabin  i 
wycelował  mi w  głowĊ, drugi zaĞ przyłoĪył  mi do  gardła nóĪ, przysiĊgając, Īe wbije  go aĪ po 
rĊkojeĞü, jeĪeli siĊ poruszĊ. 

Pierwszą  moją  myĞlą  było,  Īe  Sikhowie  są  w  zmowie  z  powstaĔcami  i  Īe  jest  to  początek 

napadu. JeĪeli nasza brama znajdzie siĊ w rĊkach Sipajów, to placówka musi paĞü, a z kobietami 
i dzieümi postąpią tak samo jak w Cawnpore. MoĪe panowie pomyĞlą, Īe chcĊ siĊ tu wybieliü, ale 
dajĊ słowo, Īe na myĞl o tym, chociaĪ czułem na szyi ostrze noĪa, otworzyłem juĪ usta do krzyku 
—  a  byłby  to  na  pewno  mój  ostatni  krzyk  w  Īyciu  —  aby  zaalarmowaü  straĪnicĊ.  Człowiek, 
który mnie trzymał, zdawał siĊ odgadywaü moje myĞli, bo w chwili, kiedy właĞnie zamierzałem 
krzyknąü,  szepnął:  „Nie  rób  hałasu.  Fort  jest  zupełnie  bezpieczny.  Po  tej  stronie  rzeki  nie  ma 
powstaĔczych psów”. Głos jego brzmiał prawdziwie, z drugiej zaĞ strony wiedziałem, Īe skoro 
krzyknĊ,  zginĊ.  Wyczytałem  to  w  ciemnych  oczach  tego  człowieka.  Czekałem  zatem  w 
milczeniu, co ze mną zrobią. 

„Posłuchaj  mnie,  sahibie  —  rzekł  wyĪszy  i  bardziej  dziki,  ten,  którego  nazywano  Abdullah 

Khanem. — Trzeba, byĞ teraz zdecydował: albo jesteĞ z nami, albo musisz zamilknąü na wieki. 
To  dla  nas  sprawa  zbyt  waĪna,  ĪebyĞmy  siĊ  mieli  wahaü.  Albo  wiĊc  przysiĊgniesz  na  krzyĪ

background image

chrzeĞcijaĔski, Īe duszą i ciałem jesteĞ z nami, albo jeszcze dzisiejszej nocy twoje ciało zostanie 
wrzucone do kanału, a my przejdziemy do naszych zbuntowanych braci. Trzeciej drogi nie ma. 
CóĪ wiĊc wybierasz: Ğmierü czy Īycie? Masz tylko trzy minuty do namysłu, bo czas biegnie, a 
wszystko musi byü załatwione, nim przejdzie warta”. 

„JakĪeĪ siĊ mogĊ zdecydowaü — spytałem — skoro nie zdradziliĞcie, czego ode mnie chcecie. 

Ale  mogĊ  wam  powiedzieü  od  razu,  Īe  jeĪeli  to  coĞ,  co  narazi  na  niebezpieczeĔstwo  fort,  nie 
mam z wami nic do gadania i moĪecie zaraz wbiü mi nóĪ w piersi”. 

„To nic takiego, co by zagraĪało fortowi — odpowiedział. — ĩądamy od ciebie tylko, ĪebyĞ

zrobił to, po co wszyscy twoi rodacy tutaj przyszli. Chcemy, ĪebyĞ był bogaty. JeĪeli przyłączysz 
siĊ  do  nas  tej  nocy,  to  na  ten  nagi  sztylet  przysiĊgniemy  ci  potrójną  przysiĊgą,  której  jeszcze 
nigdy nie złamał Īaden Sikh, Īe dostaniesz uczciwie przypadającą na ciebie czĊĞü. Czwarta czĊĞü
skarbu bĊdzie twoja. Przyznasz nam, Īe nie moĪna uczciwiej postąpiü”. 

„Ale cóĪ to za skarb? — spytałem. — Równie chĊtnie jak i wy stanĊ siĊ bogaty, powiedzcie 

tylko, jak siĊ do tego zabraü”. 

„A zatem przysiĊgniesz na koĞci swego ojca, na honor matki i na krzyĪ, w który wierzysz, Īe 

nie podniesiesz rĊki i nie powiesz słowa przeciwko nam ani teraz, ani nigdy?” 

„PrzysiĊgam — odpowiedziałem — z zastrzeĪeniem, Īe fort nie bĊdzie naraĪony. 
„A wiĊc i mój towarzysz, i ja — odpowiedział — przysiĊgamy, Īe do ciebie naleĪy czwarta 

czĊĞü skarbu, który zostanie równo rozdzielony miĊdzy nas czterech!” 

„Ale nas jest przecie tylko trzech” — zauwaĪyłem. 
„Nie,  Dost  Akbar  musi  dostaü  swoją  czĊĞü.  Opowiemy  ci  wszystko  czekając  na  nich.  StaĔ

przy  furcie,  Mahomecie,  i  daj  zaraz  znaü,  jak  ich  zauwaĪysz.  Sprawa  wygląda  tak,  sahibie,  a 
mówiĊ ci to dlatego, bo wiem, Īe twoja przysiĊga ma znaczenie i Īe moĪemy ci zaufaü. GdybyĞ
był  kłamcą  —  Hindusem,  to  choübyĞ  nawet  przysiĊgał  na  wszystkie  bogi  w  ich  fałszywych 
Ğwiątyniach, nóĪ ten splamiłby siĊ twoją krwią, a ciało mokłoby w wodzie. Ale Sikhowie znają
Anglików, a Anglicy Sikhów. Słuchaj zatem, co ci powiem: 

W  północnych  prowincjach  mieszka  pewien  radĪa  niezmiernie  bogaty,  chociaĪ  kraj,  nad 

którym panuje, jest niewielki. DuĪo skarbów odziedziczył po ojcu, ale jeszcze wiĊcej zebrał sam, 
bo taką juĪ ma nikczemną naturĊ, Īe woli gromadziü, niĪ wydawaü. Gdy wybuchały niepokoje, 
potrafił Īyü po przyjacielsku ze lwem i z tygrysem — z Sipajami i sahibami z Kompanii. Ostatnio 
jednak  zdawało  mu  siĊ,  Īe  przyszedł  kres  białego  człowieka,  zewsząd  bowiem  słyszał  tylko  o 
Ğmierci  białych  i  obalaniu  ich  władzy.  Ale  poniewaĪ  jest  człowiekiem  przezornym,  taki  sobie 
ułoĪył plan, Īe jaki by obrót przyjĊły wypadki, co najmniej połowa fortuny miała mu pozostaü. 
Całe  złoto  i  srebro  zatrzymał  przy  sobie,  w  podziemiach  pałacu,  natomiast  najcenniejsze 
kamienie  i  najwspanialsze  perły  umieĞcił  w  Īelaznej  szkatule  i  wysłał  przez  zaufanego 
domownika, który w przebraniu kupca miał je zawieĨü do fortu Agry na tak długo, póki znowu 
nie  zapanuje  w  kraju  spokój.  Tym  sposobem  zapewnił  sobie  pieniądze  na  wypadek,  gdyby 
zwyciĊĪyli  powstaĔcy,  natomiast  jeĪeli  Kompania  miałaby  byü  górą,  ocalałyby  mu  klejnoty. 
Zadysponowawszy  w  ten  sposób  skarbem,  przyłączył  siĊ  do  Sipajów,  poniewaĪ  zwyciĊĪali  na 
terenie jego paĔstwa. 

Tym  sposobem,  zauwaĪ,  sahibie,  jego  własnoĞü  juĪ  przypada  temu,  kto  pozostał  wierny 

władzy.  Ten  mniemany  kupiec,  podróĪujący  pod  nazwiskiem  Achmeda,  przebywa  obecnie  w 
mieĞcie Agra i chce siĊ przedostaü do fortu. Towarzyszy mu w podróĪy mój przyrodni brat, Dost 
Akbar, który zna jego tajemnicĊ. Dost Akbar obiecał mu, Īe przyprowadzi go dzisiaj do jednej z 
bocznych bram fortu, i wybrał tĊ właĞnie, gdzie stoimy. Ma niebawem nadejĞü i znajdzie tu mnie 
i Mahometa.  Miejsce jest bardzo odludne i nikt nie bĊdzie wiedział o ich przybyciu. ĝwiat nie 

background image

dowie  siĊ  juĪ  o  kupcu  Achmedzie,  a  wielki  skarb  radĪy  podzielimy  miĊdzy  siebie.  Co  o  tym 
myĞlisz, sahibie?” 

W Worcestershire Īycie człowieka zdaje siĊ rzeczą wielką i ĞwiĊtą, ale sprawa ma siĊ zupełnie 

inaczej, kiedy dokoła płyną potoki krwi i szaleje poĪoga, a na kaĪdym kroku czyha Ğmierü. Czy 
kupiec Achmed bĊdzie Īył, czy nie — było mi najzupełniej obojĊtne, ale na wzmiankĊ o skarbie 
serce moje zadrĪało i pomyĞlałem sobie, co teĪ bym zrobił z taką wielką fortuną w starym kraju i 
co  by  moi  starzy  powiedzieli  zobaczywszy,  Īe  ich  syn  marnotrawny  wrócił  z  kieszeniami 
nabitymi  złotem…  JuĪem  siĊ  w  duszy  zdecydował,  ale  Abdullah  Khan,  myĞląc,  Īe  jeszcze  siĊ
waham, nalegał dalej. 

„Zastanów  siĊ,  sahibie  —  mówił  —  Īe  jeĪeli  ten  człowiek  wpadnie  w  rĊce  komendanta,  to 

albo go powieszą, albo rozstrzelają, a klejnoty zabierze rząd, tak Īe nikt nie zobaczy z tego ani 
rupii. Ale jeĪeli to my go pojmiemy, dlaczego nie mielibyĞmy załatwiü całej sprawy do koĔca. 
Klejnotom  bĊdzie  tak  samo  dobrze  u  nas  jak  i  w  kasach  Kompanii.  Wystarczy  ich  na  to,  aby 
kaĪdy  z  nas  stał  siĊ  bogaczem  i  wielkim  dowódcą.  Nikt  siĊ  nigdy  nie  domyĞli  prawdy,  bo 
jesteĞmy tutaj odciĊci od Ğwiata. Lepiej nie mogło siĊ wszystko ułoĪyü! Powiedz wiĊc, sahibie, 
raz jeszcze, czy jesteĞ z nami, czy teĪ mamy ciĊ traktowaü jak wroga?” 

„Jestem z wami duszą i ciałem”. 
„To w porządku — rzekł zwracając mi karabin. — Jak widzisz, ufamy ci, sahibie, bo twoje 

słowo, podobnie jak i nasze jest niezłomne. Teraz nie pozostaje nam nic  innego, jak czekaü na 
przybycie kupca i mojego brata”. 

„A czy twój brat wie, co zamierzacie zrobiü?” — spytałem. 
„To jego pomysł, on wymyĞlił ten plan. PodejdĨmy do furty i pilnujmy razem z Mahometem”. 
Bez  przerwy  padał  rzĊsisty  deszcz,  bo  był  to  bowiem  początek  pory  deszczowej.  Brązowe, 

ciĊĪkie chmury sunĊły po niebie i trudno było zobaczyü coĞ dalej niĪ na rzut kamieniem. Przed 
bramą widniała wielka fosa forteczna, ale jeszcze gdzieniegdzie zupełnie płytka, tak Īe moĪna ją
było  łatwo  przebyü.  Miałem  dziwne  uczucie,  gdy  tak  stałem  z  dwoma  dzikimi  mieszkaĔcami 
PendĪabu czekając na człowieka, który zdąĪał ku swej Ğmierci. 

Nagle  po  drugiej  stronie  fosy  ujrzałem  błysk  zaciemnionej  latarki.  Chwilami  znikał  wĞród 

nierównoĞci terenu, a potem ukazywał siĊ na nowo, zmierzając powoli w naszym kierunku. 

„JuĪ nadchodzą” — krzyknąłem. 
„Zapytaj  o  hasło,  jak  zwykle,  sahibie  —  szepnął  Abdullach  —  nie  trzeba  go  przestraszyü. 

WyĞlij z nim potem nas, a sam zostaĔ tutaj na straĪy. I lepiej bĊdzie tak trzymaü latarniĊ, Īeby ją
moĪna od razu odsłoniü, bo trzeba siĊ upewniü, czy to naprawdĊ on”. 

ĝwiatło  nie  przestawało  migaü,  choü  zatrzymywało  siĊ,  to  posuwało  naprzód,  aĪ  wreszcie 

rozróĪniłem  dwie  ciemne  postacie  po  drugiej  stronie  fosy.  Pozwoliłem  im  zeĞliznąü  siĊ  po 
stromym  brzegu,  przejĞü  w  fosĊ  i  dobrnąü  do  pół  drogi  pod  górĊ,  aĪ  wreszcie  zawołałem 
przyciszonym głosem: 

„Kto tam?” 
„Przyjaciele”  —  padła  odpowiedĨ.  Odsłoniłem  latarniĊ  i  rzuciłem  na  nich  snop  Ğwiatła. 

Pierwszy szedł olbrzymiego wzrostu Sikh z czarną brodą, siĊgającą niemal do pasa.  Nigdy  nie 
widziałem człowieka tak wysokiego — moĪe w cyrku. Drugi, mały, otyły i okrągły, miał wielki 
Īółty turban i niósł jakiĞ duĪy pakunek owiniĊty szalem. Dygotał chyba ze strachu, bo rĊce mu 
drĪały  jak  w  ataku  febry  i  wciąĪ  obracał  siĊ  w  prawo  i  w  lewo,  błyskając  czarnymi  oczkami, 
podobnie jak mysz, która boi siĊ wyjĞü z nory. Przeszły mnie ciarki na myĞl, Īe mamy go zabiü, 
kiedy jednak wspomniałem o skarbie, serce mi stwardniało jak kamieĔ. Ujrzawszy białą twarz, 
wydał okrzyk radoĞci i podbiegł ku mnie. 

background image

„Opieki, opieki, sahibie — dyszał — dla nieszczĊĞliwego kupca Achmeda. Przejechałem całą

RadĪputanĊ, aby schroniü siĊ w forcie Agry. Obrabowano mnie, pobito i lĪono za to, Īe jestem 
przyjacielem Kompanii. BłogosławiĊ tĊ noc, bo znowu znajdujĊ siĊ w bezpiecznym miejscu, ja i 
wszystko, co posiadam”. 

„Co tam masz w tym zawiniątku?” — spytałem. 
„ĩelazne  pudło  —  odpowiedział  —  a  w  nim  kilka  rodzinnych  pamiątek,  które  nie 

przedstawiają Īadnej  wartoĞci,  ale  dla  mnie  są  cenne.  JednakĪe  nie  jestem  Īebrakiem  i 
wynagrodzĊ ciĊ, młody sahibie, ciebie i twego dowódcĊ, jeĪeli mi udzielisz schronienia, o które 
proszĊ”. 

Nie  potrafiłem  dalej  rozmawiaü  z  tym  człowiekiem.  Im  dłuĪej  patrzyłem  na  jego  opasłą, 

przeraĪoną twarz, tym trudniej mi było pomyĞleü, Īe zamordujemy go z zimną krwią. Najlepiej 
było mieü to juĪ prĊdzej za sobą. 

„ZaprowadĨcie  go  na  główną  wartĊ”  —  powiedziałem.  Dwaj  Sikhowie  stanĊli  po  obu  jego 

stronach, olbrzym zaĞ kroczył z tyłu. Tak przeszli przez ciemną bramĊ. Rzadko kiedy człowieka 
tak ze wszech stron otaczała Ğmierü. 

Ich  miarowe  kroki  rozległy  siĊ  echem  w  pustych  korytarzach.  Nagle  zamilkły  i  usłyszałem 

głosy,  potem  szarpaninĊ  i  uderzenia.  Po  chwili,  ku  memu  przeraĪeniu,  zaczął  zbliĪaü  siĊ  tupot 
nóg, a jednoczeĞnie zdyszany oddech biegnącego człowieka. Zwróciłem Ğwiatło latarni na długie, 
proste przejĞcie i zobaczyłem tłuĞciocha biegnącego jak wiatr, z twarzą umazaną we krwi. TuĪ za 
nim  sadził  tygrysimi  susami  olbrzymi,  czarnobrody  Sikh,  z  sztyletem  błyszczącym  we 
wzniesionej rĊce. W Īyciu nie widziałem człowieka, który biegłby tak szybko jak ten nieszczĊsny 
kupiec. Pozostawiał Sikha coraz dalej za sobą i zrozumiałem, Īe jeĪeli mnie ominie i wydostanie 
siĊ  na  otwartą  przestrzeĔ,  zdoła  siĊ  jeszcze  uratowaü.  Odczułem  dla  niego  litoĞü,  ale  myĞl  o 
skarbie sprawiła, Īe serce moje pozostało twarde i nieczułe. Gdy przebiegał koło mnie, rzuciłem 
pod  nogi  karabin,  o  który  siĊ  potknął  i  przekoziołkował  dwa  razy  jak  postrzelony  królik.  Nim 
zdołał  porwaü  siĊ  na  nogi,  Sikh  juĪ  go  dopadł  i  dwukrotnie  wbił  mu  w  bok  ostrze  sztyletu. 
Grubas pozostał tam, gdzie upadł, nie wydawszy nawet jĊku ani siĊ nie poruszywszy. Wydaje mi 
siĊ, Īe chyba padając skrĊcił kark. Widzą panowie, Īe dotrzymałem obietnicy i mówiĊ słowo w 
słowo tak, jak było, nie zwaĪając, czy jest to na moją korzyĞü, czy nie. 

Zamilkł i wyciągnął zakute w kajdanki rĊce po szklankĊ whisky z wodą sodową, którą Holmes 

postawił  obok  niego.  MuszĊ  przyznaü,  Īe  człowiek  ten  wzbudzał  teraz  we  mnie  niesłychane 
obrzydzenie,  nie  tylko  z  powodu  popełnionego  z  zimną  krwią  morderstwa,  ale  moĪe  bardziej 
jeszcze z powodu impertynenckiego i niedbałego tonu opowiadania. Bez wzglĊdu na to, jaka go 
czekała kara, nie mógł liczyü na moje współczucie. Sherlock Holmes i Jones siedzieli z rĊkoma 
wspartymi o kolana, słuchając z głĊbokim zainteresowaniem historii Smalla, ale i na ich twarzach 
malowały siĊ podobne uczucia.  Musiał to widocznie zauwaĪyü, bo w jego  głosie i zachowaniu 
pojawiło siĊ coĞ jakby wyzwanie. 

— Sam wiem, Īe to wszystko razem nie było bardzo piĊknie — ciągnął dalej — ale chciałbym 

wiedzieü,  kto  na  moim  miejscu  nie  zgodziłby  siĊ  na  udział  w  zdobyczy,  wiedząc,  Īe  w 
przeciwnym razie poderĪną mu gardło. A prócz tego, skoro juĪ raz znalazł siĊ w forcie, sprawa 
szła o jego lub o moje Īycie. Gdyby mu siĊ udało zbiec, cała historia by siĊ wykryła, a mnie sąd 
polowy  skazałby  na  niechybną Ğmierü.  Bo  w  tym  czasie  ludzie  nie  byli  bardzo  skłonni  do 
wyrozumiałoĞci. 

— Opowiadaj dalej — przerwał Holmes. 
— Abdullah, Akbar i ja wynieĞliĞmy ciało. ChociaĪ taki niski, waĪył diablo duĪo. Mahomet 

Singh został, aby pilnowaü bramy. ZanieĞliĞmy go na przygotowane juĪ przez Sikhów miejsce. 
Było  to  doĞü  daleko,  tam,  gdzie  krĊty  korytarz  koĔczy  siĊ  wielką  pustą  salą,  której  Ğciany 

background image

rozpadają siĊ w gruzy.  W jednym miejscu podłoga była zapadniĊta i zrobił siĊ jakby naturalny 
grób. UmieĞciliĞmy wiĊc tam kupca Ahmeda, przykrywszy go starannie cegłami. Po uporaniu siĊ
z tym, wróciliĞmy do skarbu. 

LeĪał  w  tym  samym  miejscu,  gdzie  go  upuĞcił  Achmed,  zaatakowany  po  raz  pierwszy. 

Szkatuła była ta sama,  którą tu panowie widzicie na stole. Przy rzeĨbionej rączce na pokrywie 
wisiał  na  jedwabnym  sznurku  klucz.  OtworzyliĞmy  szkatułĊ  i  Ğwiatło  latarni  odbiło  siĊ
tysiąckrotnie w tak cudownej kolekcji klejnotów, o jakich kiedyĞ czytywałem i marzyłem jeszcze 
jako  chłopiec  w  Pershore.  Od  patrzenia  bolały  oczy.  Nasyciwszy  wzrok  skarbem,  wyjĊliĞmy 
wszystko i sporządzili listĊ. Były tam 143 brylanty pierwszej wody, a wĞród nich jeden, co siĊ
chyba  nazywał  „Wielki  Mogoł”,  uwaĪany  był  za  drugi  co  do  wielkoĞci  brylant  na  Ğwiecie. 
Oprócz  tego 97 przepiĊknych szmaragdów i 170 rubinów, z  których jednak niektóre były doĞü
małe. Poza tym 40 karbunkułów, 210 szafirów, 61 agatów i olbrzymia iloĞü berylów, onyksów, 
kocich oczek, turkusów i innych kamieni, których wtedy nie znałem nawet z nazw, chociaĪ od tej 
pory juĪ siĊ ich nauczyłem. Oprócz tego było tam prawie 300 bardzo piĊknych pereł, z których 
12 oprawnych w złoto. Nawiasem mówiąc, ten tuzin pereł został wyjĊty ze szkatuły i nie było ich 
tam  teraz,  gdy  skarb  odzyskałem.  Obliczywszy  skarby  włoĪyliĞmy  je  na  powrót  do  szkatuły  i 
zanieĞliĞmy  do  bramy,  aby  pokazaü  Mahometowi.  Wtedy  ponowiliĞmy  uroczyĞcie  przysiĊgĊ, 
Ğlubując  sobie  wiernoĞü  i  tajemnicĊ.  PostanowiliĞmy  ukryü  skarb  w  bezpiecznym  miejscu  do 
czasu, kiedy w kraju siĊ uspokoi, a potem podzieliü siĊ uczciwie. Nie miało sensu przeprowadzaü
podziału  od  razu,  bo  gdyby  tak  cenne  klejnoty  zostały  przy  nas  znalezione,  wzbudziłoby  to 
podejrzenie. Zresztą ani w forcie, ani nigdzie indziej nie mieliĞmy doĞü odosobnionych kwater, 
Īeby je tam moĪna trzymaü. ZanieĞliĞmy zatem szkatułĊ do tej samej sali, gdzie pogrzebaliĞmy 
ciało, i w najlepiej zachowanej Ğcianie zrobiliĞmy otwór i wsunĊli skarb. ZamarkowaliĞmy sobie 
dobrze to miejsce, a nazajutrz narysowałem cztery plany, po jednym dla kaĪdego z nas, i na dole 
postawiłem  „Znak  Czterech”,  bo  przysiĊgliĞmy,  Īe  kaĪdy  bĊdzie  zawsze  działał  w  imieniu 
wszystkich,  tak  by  Īaden  nie  mógł  wyciągnąü  korzyĞci  tylko  dla  siebie.  MogĊ  z  rĊką  na  sercu 
przysiąc,  Īe  nigdy  w  Īyciu  Ğlubu  tego  nie  złamałem.  Nie  potrzebujĊ  panu  opowiadaü,  jak  siĊ
zakoĔczył  bunt  Hindusów.  ZajĊcie  Delhi  przez  Wilsona,  a  Lucknow  przez  Sir  Colina  złamało 
niejako  krĊgosłup  całej  sprawie.  Nadeszły  ĞwieĪe  wojska,  a  Nana  Sahib  zbiegł  przez  granicĊ. 
Lotna  kolumna  pod  komendą  pułkownika  Greathed  wkroczyła  do  Agry  i  przepĊdziła 
powstaĔców. W kraju uspokajało siĊ coraz bardziej i nasza czwórka zaczynała mieü nadziejĊ, Īe 
oto  nadszedł  czas,  by  siĊ  bezpiecznie  podzieliü  zdobyczą.  Ale  trwało  to  krótko,  bo  nagle 
zostaliĞmy aresztowani pod zarzutem zabójstwa Achmeda. 

A stało siĊ to tak: radĪa powierzył Achmedowi kosztownoĞci, bo wiedział dobrze, Īe jest to 

człowiek  godzien  zaufania.  Ludzie  wschodu  są  jednak  podejrzliwi.  CóĪ  wiĊc  robi  nasz  radĪa? 
Bierze drugiego, jeszcze bardziej zaufanego sługĊ, i kaĪe mu szpiegowaü pierwszego. Ten drugi 
miał nie spuszczaü Achmeda z oczu i chodziü za nim krok w krok jak cieĔ. Szedł wiĊc za nim 
owego wieczora i widział, jak wchodził w bramĊ. Przypuszczał, rzecz prosta, Īe Achmed schronił 
siĊ w forcie i na drugi dzieĔ takĪe poprosił o opiekĊ, ale nie mógł odnaleĨü jego Ğladu. To mu siĊ
wydało  tak  dziwne,  Īe  wspomniał  o  tym  sierĪantowi,  który  z  kolei  powiedział  komendantowi. 
WszczĊto  dokładne  poszukiwania  i  znaleziono  ciało.  Tak  wiĊc  w  momencie,  gdy  juĪ  byliĞmy 
pewni,  Īe  wszystko  jest  na  najlepszej  drodze,  całą  czwórkĊ  zaaresztowano  i  postawiono  przed 
sądem  pod  zarzutem  morderstwa:  trzech  z  nas,  bo  byliĞmy  wówczas  na  straĪy  przy  bramie,  a 
czwartego,  gdyĪ  stwierdzono,  Īe  przebywał  w  towarzystwie  zamordowanego.  Podczas  procesu 
ani słowo nie padło na temat skarbu, bo radĪa został zdetronizowany i wygnany z Indii — nikt 
siĊ  wiĊc  nie  interesował  specjalnie  losem  klejnotów.  Natomiast  zabójstwa  dowiedziono  bez 
Īadnej  wątpliwoĞci,  jak  równieĪ  tego,  Īe  musieliĞmy  byü  wszyscy  w  nie  zamieszani.  Trzej 

background image

Sikhowie dostali doĪywotnie wiĊzienie, ja zaĞ karĊ Ğmierci, chociaĪ potem zmieniono mi ją takĪe 
na doĪywocie. 

ZnaleĨliĞmy  siĊ  wiĊc  w  dziwnej  sytuacji.  Wszyscy  czterej  byliĞmy  jak  przykuci  za  nogĊ  z 

niezwykle znikomą szansą wydostania siĊ kiedykolwiek z wiĊzienia, a jednoczeĞnie kaĪdy z nas 
znał tajemnicĊ, która mogła go przenieĞü do najwspanialszego pałacu, gdyby tylko mógł zrobiü z 
niej uĪytek. To poczucie zamieniało Īycie człowieka w piekło, zwłaszcza Īe musieliĞmy znosiü
szturchaĔce  i  kopniaki  pierwszego  lepszego  dozorcy,  jeĞü  ryĪ  i  piü  wodĊ,  a  tymczasem  na 
kaĪdego  z  nas  za  murami  wiĊzienia  czekała  fortuna.  Doprowadziłoby  mnie  to  do  szaleĔstwa, 
byłem  jednak  zawsze  uparty  jak  kozioł,  panowałem  wiĊc  nad  sobą  i  odsiadywałem  swą  karĊ, 
czekając okazji. 

Nareszcie  zdawało  siĊ,  Īe  nadeszła.  Przeniesiono  mnie  z  Agry  do  Madras,  a  stąd  na  wyspĊ

Blair w Andamanach. Jest tam bardzo mało białych skazaĔców, a poniewaĪ zachowywałem siĊ
od początku wzorowo, wiĊc teĪ wkrótce przyznano mi pewne ulgi. Przydzielono chatĊ w Hope 
Town, małej miejscowoĞci na stokach Mount Harriet, i pozostawiono stosunkowo duĪo swobody. 
Było  to  ponure,  nawiedzane  febrą  miejsce,  otoczone  przez  dzikich  krajowców–ludoĪerców, 
zawsze  gotowych  puĞciü  na  nas  zatrutą  strzałĊ,  jeĪeli  tylko  nadarzy  siĊ  ku  temu  okazja. 
PracowaliĞmy przy melioracji, zakładaliĞmy plantacje yamu i robiliĞmy mnóstwo innych rzeczy, 
tak  Īe  cały  dzieĔ  byliĞmy  zaharowani,  wieczorem  jednak  mieliĞmy  trochĊ  czasu  dla  siebie. 
MiĊdzy innymi nauczyłem siĊ przyrządzaü lekarstwa przy doktorze i przyswoiłem sobie okruchy 
jego wiedzy. Przez cały czas wypatrywałem okazji ucieczki, byliĞmy jednak oddaleni o setki mil 
od najbliĪszego lądu, a na tamtejszych wodach prawie nigdy nie ma wiatru albo jest bardzo mały 
— uciec wiĊc było niesłychanie trudno. 

Doktor Somerton był Īywym, wesołym młodym człowiekiem. Inni młodzi urzĊdnicy spotykali 

siĊ  wieczorami  u  niego,  by  graü  w  karty.  Ambulatorium,  gdzie  przygotowywałem  leki, 
sąsiadowało  z  jego  pokojem,  do  którego  moĪna  było  zajrzeü  przez  małe  okienko.  CzĊsto,  gdy 
czułem  siĊ  bardziej  samotny,  gasiłem  lampĊ  w  ambulatorium  i  stanąwszy  przy  szybie 
przysłuchiwałem  siĊ  ich  rozmowom  i  obserwowałem  grĊ.  Sam  bardzo  lubiĊ  graü  w  karty,  a 
przyglądanie  siĊ  sprawiało  mi  niemal  taką  przyjemnoĞü,  jak  bym  grał  sam.  Przychodził  tam 
major  Sholto,  kapitan  Morstan  i  porucznik  Bromley  Brown,  którzy  dowodzili  lokalnym 
oddziałem  wojska,  nastĊpnie  sam  lekarz  i  dwu  czy  trzech  urzĊdników  wiĊziennych,  wytrawne 
wygi karciane, grające ostroĪnie, chytrze i bez ryzyka. Bardzo dobrana kompania.

Niebawem jedno  mnie uderzyło: przegrywali zwykle wojskowi, a wygrywali cywile. ProszĊ

mnie Ĩle nie zrozumieü, bynajmniej nie mówiĊ, Īe szachrowano, ale tak juĪ jakoĞ wypadało. Te 
typy  z  wiĊzienia  przez  całe  Īycie,  to  znaczy  odkąd  przebywali  na  Andamanach,  nie  robili  nic 
innego poza grą w karty i doskonale znali swoje sposoby, podczas gdy tamci grali po prostu dla 
spĊdzenia  czasu  i  rzucali  karty  byle  jak.  Wieczór  za  wieczorem  wojskowi  stawali  siĊ  coraz 
uboĪsi,  a  im  bardziej  uboĪeli,  tym  bardziej  pragnĊli  siĊ  odegraü.  Najbardziej  ucierpiał  major 
Sholto.  Początkowo  grał  na  banknoty  i  złoto,  ale  wkrótce  przyszło  do  weksli,  i  to  na  znaczne 
sumy. Niekiedy zdarzało siĊ, Īe wygrywał kilka razy z rzĊdu, ale potem, jak by po dodaniu mu 
ducha,  szczĊĞcie  znowu  siĊ  od  niego  odwracało,  i  to  jeszcze  gorzej  niĪ  przedtem.  W  dzieĔ
chodził nasĊpiony jak chmura gradowa i zaczął piü wiĊcej, niĪ powinien. 

Pewnego  wieczoru  przegrał  wyjątkowo  duĪo.  Siedziałem  w  swojej  chacie,  gdy  przechodzili 

mimo  z  kapitanem  Morstanem  w  drodze  powrotnej  do  domu.  Byli  zaĪyłymi  przyjaciółmi  i 
przebywali prawie zawsze razem. Major wĞciekał siĊ z powodu przegranej. 

„To juĪ koniec, Morstan — rzekł do kolegi, gdy przechodzili obok mej chaty. — BĊdĊ musiał 

podaü siĊ do dymisji, jestem zrujnowany”. 

background image

„Nie  pleü  głupstw,  stary  —  odpowiedział  przyjaciel  klepiąc  go  po  ramieniu.  —  I  ja  takĪe 

miałem pecha, ale…” 

Tyle tylko mogłem posłyszeü, ale to wystarczyło, by mi daü wiele do myĞlenia. 
Kilka dni póĨniej major Sholto spacerował nad brzegiem, zaryzykowałem wiĊc rozmowĊ. 
„Chciałbym poprosiü pana o radĊ, panie majorze” — powiedziałem. 
„No, Small, o co chodzi?” — spytał wyjmując z ust cygaro. 
„Chciałem  pana  spytaü,  kto  paĔskim  zdaniem  byłby  odpowiednią  osobą,  której  moĪna  by 

powierzyü  ukryty  skarb.  Znam  miejsce,  gdzie  leĪy  skarb  wart  z  pół  miliona,  a  kiedy  sam  nie 
mogĊ  z  niego  skorzystaü,  to  pomyĞlałem,  Īe  chyba  najlepiej  zrobiĊ,  jak  go  przekaĪĊ
odpowiednim władzom; moĪe mi za to skrócą wyrok”. 

„Pół miliona, powiadasz, Small?” — zdumiał siĊ i popatrzył mi bystro w oczy, by zobaczyü, 

czy mówiĊ serio. 

„Tak jest, proszĊ pana. W klejnotach i perłach. LeĪy dostĊpny dla kaĪdego. A najdziwniejsze 

to to, Īe jego właĞciciel jest osobą wyjĊtą spod prawa, tak Īe skarb bĊdzie naleĪał do pierwszego, 
kto go weĨmie”. 

„Do rządu, Small — wyjąkał — do rządu”. 
Powiedział to jednak takim jakimĞ tonem, Īe od razu wiedziałem: połknął haczyk. 
„Radzi mi pan zatem, majorze, zgłosiü to gubernatorowi?” — spytałem spokojnie. 
„No,  no,  nie  powinieneĞ  robiü  nic  w  zbytnim  poĞpiechu,  bo  mógłbyĞ  potem  Īałowaü. 

Opowiedz mi wszystko, podaj fakty”. 

Opowiedziałem mu całą historiĊ, z nieznacznymi tylko zmianami, tak by nie mógł odgadnąü

miejsca.  Gdy  skoĔczyłem,  stał  pogrąĪony  w  myĞlach,  jak  skamieniały.  Po  drĪeniu  jego  warg 
widziałem, Īe toczy siĊ w nim jakaĞ walka. 

„To bardzo waĪna sprawa, Small — rzekł w koĔcu. — Nie powinieneĞ mówiü o tym ani słowa 

nikomu, a ja siĊ z tobą niedługo porozumiem”. 

Dwa  dni  potem,  pod  osłoną  nocy,  on  i  jego  przyjaciel,  kapitan  Morstan,  przyszli  do  mojej 

chaty, Ğwiecąc sobie latarnią. 

„Chciałbym,  Īeby  kapitan  Morstan  usłyszał  tĊ  całą  historiĊ  z  twoich  własnych  ust”  — 

powiedział. 

Powtórzyłem wiĊc wszystko tak, jak poprzednio. 
„To  brzmi  prawdopodobnie,  co?  —  spytał.  —  Czy  moĪna  na  tej  podstawie  coĞ

przedsiĊwziąü?” 

Kapitan Morstan skinął głową. 
„Posłuchaj no, Small — rzekł major. — Ja i mój przyjaciel omówiliĞmy dokładnie całą sprawĊ

i  doszliĞmy  do  przekonania,  Īe  właĞciwie  nie  powinno  to  obchodziü  rządu,  gdyĪ  jest  to  wasza 
prywatna  sprawa  i  macie  prawo  zadysponowaü  tym  skarbem,  jak  siĊ  wam  podoba.  Teraz 
zachodzi pytanie: jakiej ceny za to Īądacie? BylibyĞmy skłonni podjąü siĊ tego, a przynajmniej to 
sobie  rozwaĪyü,  jeĪeli  dojdziemy  do  porozumienia  co  do  warunków”.  —  Starał  siĊ  mówiü
obojĊtnym, niedbałym głosem, ale jego oczy błyszczały podnieceniem i chciwoĞcią. 

„JeĪeli o to idzie, proszĊ panów — usiłowałem mówiü głosem równie obojĊtnym, ale czułem 

podobne podniecenie — człowiek w mojej sytuacji moĪe zaproponowaü tylko jedno: Chciałbym, 
aby  mi  panowie  dopomogli  odzyskaü  wolnoĞü,  mnie  i  moim  trzem  kolegom.  Przyjmiemy  was 
wówczas do spółki i odstąpimy piątą czĊĞü do podziału”. 

„Hm… — odpowiedział. — Piąta czĊĞü… to nie bardzo nĊcące”. 
„Dla kaĪdego z panów przypadnie 50 000”. 
„Ale  jak  pomóc  wam  w  odzyskaniu  wolnoĞci?  Sami  dobrze  rozumiecie,  Īe  Īądacie 

niemoĪliwoĞci”. 

background image

„Nic  podobnego  —  odpowiedziałem.  —  Wszystko  obmyĞliłem  w  najdrobniejszych 

szczegółach.  Jedyną  przeszkodą  w  naszej  ucieczce  jest  brak  łodzi  i  zapasów  ĪywnoĞci  na  tak 
długi  okres  czasu.  W  Kalkucie  i  Madras  jest  mnóstwo  małych  Īaglówek,  które  by  mogły 
doskonale posłuĪyü naszym celom. Niech panowie zdobĊdą jedną. Dostaniemy siĊ na pokład w 
nocy, a jeĪeli panowie zechcecie wysadziü nas w jakimkolwiek porcie na wybrzeĪu Indii, wasza 
czĊĞü umowy zostanie wykonana”. 

„Gdyby to chodziło tylko o jednego człowieka” — rzekł. 
„ĩaden  albo  wszyscy  —  odpowiedziałem.  —  PrzysiĊgliĞmy  na  to  wszyscy  czterej,  Īe 

bĊdziemy zawsze działaü wspólnie. 

„Widzisz, Morstan — wtrącił — Small dotrzymuje słowa. Nie pozostawi przyjaciół. SądzĊ, Īe 

moĪemy mu zaufaü”. 

„To paskudna sprawa — odparł drugi. — ChociaĪ, jak powiadasz, pieniądze byłyby dla nas 

zbawieniem”. 

„A  wiĊc,  Small  —  powiedział  major  —  przypuszczam,  Īe  musimy  spróbowaü  pójĞü  ci  na 

rĊkĊ.  Po  pierwsze,  trzeba  oczywiĞcie  zbadaü  prawdziwoĞü  twego  opowiadania.  Powiedz  mi, 
gdzie  jest  schowana  szkatuła,  a  ja  poproszĊ  o  urlop  i  pojadĊ  do  Indii  statkiem,  który  nam 
przywozi ĪywnoĞü. Tam rozejrzĊ siĊ w sytuacji”. 

„Nie tak prĊdko — powiedziałem, stygnąc w miarĊ, jak on siĊ zapalał. — MuszĊ zyskaü zgodĊ

moich trzech towarzyszy. Wspomniałem juĪ panom, Īe albo czterej, albo Īaden”. 

„Bzdury! — wybuchnął. — Co mają trzej czarni do naszej umowy?” 
„Czarni czy niebiescy — odparłem — to są moi towarzysze i działamy wszyscy razem”. 
Sprawa  skoĔczyła  siĊ  drugim  spotkaniem,  w  którym  wziĊli  udział  Mahomet  Sing,  Abdullah 

Khan  i  Dost  Akbar.  Znowu  omówiliĞmy  warunki  i  doszliĞmy  do  porozumienia.  MieliĞmy 
zaopatrzyü oficerów w plany fortu Agry i zaznaczyü to miejsce w Ğcianie, gdzie zamurowaliĞmy 
szkatułĊ. Major Sholto miał siĊ udaü do Indii, Īeby sprawdziü nasze opowiadanie. Gdyby znalazł 
szkatułĊ, miał ją zostawiü na miejscu, wysłaü małą ĪaglówkĊ zaopatrzoną w ĪywnoĞü na dłuĪszą
podróĪ  na  wyspĊ  Rutland,  dokąd  mieliĞmy  siĊ  udaü.  Wreszcie  miał  wróciü  do  swych 
obowiązków. Kapitan Morstan miał siĊ wówczas postaraü o urlop i spotkaü nas w Agrze, gdzie 
miał  siĊ  odbyü  ostateczny  podział  skarbu  —  przy  czym  on  miał  wziąü  czĊĞü  swoją  i  majora. 
Wszystko  to  przypieczĊtowane  zostało  najbardziej  uroczystą  przysiĊgą,  jaką  moĪna  sobie 
wyobraziü. Przesiedziałem całą noc nad papierem i atramentem, a na rano miałem gotowe dwie 
mapki podpisane „Znakiem Czterech” — Abdullaha, Akbara, Mahometa i moim. 

Zanudzam  panów  długim  opowiadaniem  i  wiem,  Īe  mój  przyjaciel,  pan  Jones,  czeka  z 

niecierpliwoĞcią,  aby  połoĪyü  na  mnie  rĊkĊ.  Postaram  siĊ  streĞciü.  Ten  łajdak  Sholto  pojechał 
wprawdzie do Indii, ale po to, aby nigdy nie wróciü. Kapitan Morstan pokazał mi jego nazwisko 
na  liĞcie  pasaĪerów  jednego  ze  statków  pocztowych,  który  odpłynął  do  Anglii  wkrótce  potem. 
Zmarł  mu wuj, pozostawiając  znaczną fortunĊ,  wobec  czego  Sholto wystąpił z armii.  Mimo to 
jednak  tak  podle  postąpił  w  stosunku  do  piĊciu  ludzi.  Niezadługo  potem  kapitan  Morstan 
pojechał  do  Agry  i  —  jak  siĊ  tego  spodziewaliĞmy  —  stwierdził,  Īe  szkatuła  zginĊła.  Ten  łotr 
skradł ją, nie wypełniwszy ani jednego warunku, pod którym zdradziłem mu sekret. Od tego dnia 
Īyłem wyłącznie myĞlą o zemĞcie. DzieĔ i noc nie mogłem myĞleü o niczym innym — stało siĊ
to jakąĞ przemoĪną, niesamowitą pasją. Nic mnie nie obchodziło prawo czy szubienica. Jedyną
myĞlą, która mnie nurtowała, było uciec, wyĞledziü Sholto, chwyciü go za gardło. Nawet skarb 
Agry mniejsze juĪ miał dla mnie znaczenie. 

MuszĊ  powiedzieü,  Īe  nieraz  w  Īyciu  upierałem  siĊ  przy  zrobieniu  czegoĞ  i  nigdy  siĊ  nie 

zdarzyło,  Īebym  nie  dopiął  zamierzonego  celu.  MinĊło  jednak  wiele  Īmudnych  lat,  zanim 
nadszedł mój czas. Wspomniałem juĪ, Īe liznąłem trochĊ medycyny. Pewnego razu, gdy właĞnie 

background image

doktor  Somerton  miał  atak  febry,  banda  skazaĔców  schwyciła  w  lesie  małego  wyspiarza 
andamaĔskiego. Był Ğmiertelnie chory i poszedł w to odludne miejsce, aby umrzeü. Zająłem siĊ
nim,  mimo  Īe  był  jadowity  jak  młoda  Īmija,  a  po  dwóch  miesiącach  doprowadziłem  do 
zupełnego  wyzdrowienia.  JakoĞ  siĊ  do  mnie  wtedy  bardzo  przyzwyczaił,  nie  chciał  wracaü  do 
lasu i krĊcił siĊ stale koło mojej chaty. Nauczyłem siĊ od niego trochĊ ich jĊzyka, co go jeszcze 
bardziej do mnie przywiązało. 

Tonga — tak siĊ bowiem nazywał — był pierwszorzĊdnym wioĞlarzem i miał własne, spore 

czółno. Przekonawszy siĊ, Īe jest mi szczerze oddany i uczyni, co moĪe, aby mi siĊ przysłuĪyü, 
ujrzałem  szansĊ  ucieczki.  Omówiłem  z  nim  wszystko.  Miał  w  nocy  podpłynąü  czółnem  do 
opuszczonej i nie strzeĪonej przystani i stamtąd mnie zabraü. Kazałem, by siĊ zaopatrzył w wodĊ
do picia i przygotował zapas yamów, orzechów kokosowych i patatów. 

Mały  Tonga  był  dzielny  i  wierny.  Nikt  chyba  na  Ğwiecie  nie  moĪe  siĊ  poszczyciü  bardziej 

lojalnym  przyjacielem.  Umówionej  nocy  czekał  na  mnie  w  przystani.  Pech  jednak  zrządził,  iĪ
nadszedł tam jeden z dozorców, podły Pathan, który nigdy nie przepuĞcił okazji, by mi dokuczyü
i obrzuciü obelgami. Zawsze sobie obiecywałem, Īe siĊ na nim zemszczĊ i oto nadeszła okazja. 
Zdawało  siĊ,  Īe  to  sama  opatrznoĞü  postawiła  go  na  mojej  drodze,  abym  wziął  na  nim  odwet 
przed opuszczeniem wyspy. Stał nad brzegiem, zwrócony do mnie plecami, trzymając karabin na 
ramieniu.  Rozejrzałem  siĊ  za  jakimĞ  kamieniem,  Īeby  mu  rozbiü  czaszkĊ,  nic  jednak  nie 
znalazłem. Wówczas dziwna myĞl wskazała mi, gdzie mam poszukaü właĞciwej broni. Usiadłem 
na  ziemi  i  w  ciemnoĞci  odpasałem  drewnianą  nogĊ.  Trzema  susami  byłem  przy  nim.  Porwał 
karabin, ale uderzyłem go z całej siły, rozbijając przód czaszki. MoĪna jeszcze teraz zobaczyü na 
mojej nodze odłamany kawałek drzewa w tym miejscu, którym zadałem cios. UpadliĞmy obaj na 
ziemiĊ,  bo  straciłem  równowagĊ,  gdy  jednak  wstałem,  leĪał  bez  ruchu.  Wskoczyłem  wiĊc  do 
łodzi i po godzinie znaleĨliĞmy siĊ na pełnym morzu. Tonga zabrał ze sobą cały dobytek: swoją
broĔ  i  swoich  bogów.  MiĊdzy  innymi  miał  długi,  bambusowy  oszczep  i  andamaĔską  matĊ
kokosową.  Zrobiłem  z  tego  Īagiel.  DziesiĊü  dni  pływaliĞmy  po  morzu,  zdając  siĊ  na  los,  aĪ
jedenastego  dnia  wziął  nas  na  pokład  statek  handlowy,  udający  siĊ  z  Singapore  do  Jiddah  z 
pielgrzymami  malajskimi.  Dziwaczna  to  była  banda,  ale  obaj  z  Tongą  wkrótce  siĊ  z  nimi 
pokumaliĞmy. Mieli jedną bardzo dobrą cechĊ: pozostawiali człowieka w spokoju i nie zadawali 
mu Īadnych pytaĔ. 

Gdybym chciał opowiedzieü panom wszystkie przygody, jakie siĊ przytrafiły mojemu małemu 

kompanowi i mnie, nie bylibyĞcie zadowoleni, bo trzeba by tu siedzieü chyba do wschodu słoĔca. 
WłóczyliĞmy  siĊ  tu  i  tam  po  Ğwiecie,  bo  zawsze  coĞ  siĊ  takiego  zdarzyło,  Īe  nie  mogliĞmy 
dotrzeü do Londynu. Przez cały czas jednak ani na chwilĊ nie zapomniałem o moim celu. Nocami 
Ğnił mi siĊ Sholto. Nie raz, ale sto razy zabijałem go we Ğnie. Lecz w koĔcu, w jakieĞ trzy czy 
cztery lata, dobrnĊliĞmy do Anglii. Bez wiĊkszych trudnoĞci odkryłem miejsce pobytu majora i 
starałem siĊ zbadaü, czy wydał juĪ cały skarb, czy teĪ go jeszcze posiada. Zawarłem znajomoĞü z 
kimĞ,  kto  mógł  mi  byü  pomocny.  Nie  chcĊ  tu  wymieniaü Īadnych  nazwisk,  by  nie  wpakowaü
jeszcze  kogoĞ  do  wiĊzienia.  Wkrótce  dowiedziałem  siĊ,  Īe  klejnoty  są  nadal  w  posiadaniu 
majora. Starałem siĊ dostaü go w rĊce róĪnymi sposobami, ale był niezwykle przebiegły i miał 
zawsze przy sobie, prócz synów, dwu eks–bokserów i hinduskiego słuĪącego, którzy go strzegli. 

JednakĪe  pewnego  dnia  doszła  mnie  wiadomoĞü,  Īe  jest  umierający.  Pospieszyłem 

natychmiast  do  ogrodu  otaczającego  dom,  wĞciekły,  Īe  w  ten  sposób  gotów  jest  ujĞü  mej 
zemĞcie.  Zajrzawszy  przez  okno  zobaczyłem  go  na  łóĪku,  a  po  obu  stronach  stojących  synów. 
Byłbym  od  razu  wskoczył  do  pokoju  i  załatwił  siĊ  ze  wszystkimi  trzema,  gdyby  nie  to,  Īe 
zobaczyłem, jak opadła mu szczĊka i zrozumiałem, Īe nie Īyje. Tej samej nocy dostałem siĊ do 
jego  pokoju  i  przejrzałem  papiery  w  poszukiwaniu  jakiejĞ  wzmianki  o  miejscu,  gdzie  ukrył 

background image

klejnoty.  Nie  znalazłem  jednak  ani  słowa,  odszedłem  wiĊc  zgorzkniały  i  wĞciekły.  Nim 
opuĞciłem  pokój,  pomyĞlałem  sobie,  Īe  jeĪeli  jeszcze  kiedykolwiek  w  Īyciu  spotkam  moich 
przyjaciół  Sikhów,  przyjemnie  bĊdzie  im  siĊ  dowiedzieü,  Īe  pozostawiłem  jakiĞ Ğlad  mojej 
nienawiĞci,  nakreĞliłem  przeto  na  kartce  nasz  „Znak.  Czterech”,  tak  jak  był  wyobraĪony  na 
planie, i przypiąłem zmarłemu do piersi. Nie mogłem znieĞü myĞli, Īe zostanie pochowany bez 
jakiejĞ pamiątki od ludzi, których ograbił i oszukał. 

ZarabialiĞmy na Īycie w ten sposób, Īe pokazywałem na jarmarkach  i widowiskach mojego 

małego  TongĊ  jako  czarnego  ludoĪercą.  Zajadał  surowe  miĊso  i  taĔczył  swój  rodzimy  taniec 
wojenny.  Zawsze  wiĊc  po  takim  dniu  mieliĞmy  trochĊ  pieniĊdzy  w  kapeluszu.  Stale 
interesowałem  siĊ  wszelkimi  wiadomoĞciami  z  Pondicherry  Lodge.  Przez  kilka  lat  nie 
dowiedziałem  siĊ  nic  poza  tym,  Īe  poszukiwania  skarbu  trwają  nieustannie.  Nareszcie  jednak 
nadeszła  poĪądana  wieĞü,  skarb  został  znaleziony.  Był  ukryty  na  strychu,  nad  laboratorium 
chemicznym  Bartholomeusa  Sholto.  Pojechałem  tam  natychmiast  i  obejrzałem  sobie  wszystko, 
nie  widziałem  tylko  moĪliwoĞci  dostania  siĊ  na  strych  z  moją  drewnianą  nogą.  Oprócz  tego 
dowiedziałem  siĊ  jeszcze  o  istnieniu  klapy  w  dachu  i  o  godzinie,  kiedy  pan  Sholto  zwykł 
schodziü  na  dół  na  kolacjĊ.  PomyĞlałem,  Īe  uda  mi  siĊ  wykonaü  moje  zadanie  przy  pomocy 
Tongi.  Przyprowadziłem  go  wiĊc  ze  sobą  i  opasałem  grubą  liną.  Potrafił  czołgaü  siĊ  jak  kot, 
wkrótce teĪ znalazł siĊ na dachu. Na swoje i nasze nieszczĊĞcie jednak, pan Sholto był jeszcze w 
pokoju. Tonga  przekonany, Īe doskonale robi, zabił  go, i  gdy wspiąłem  siĊ na rĊkach po linie, 
paradował po pokoju, dumny jak paw. Bardzo siĊ teĪ zdziwił, gdy go zacząłem smagaü koĔcem 
sznura  i  wymyĞlaü  od  krwioĪerczych  diabłów.  Zabrałem  szkatułĊ,  spuĞciłem  na  dół  i  sam 
zeĞliznąłem siĊ za nią, zostawiając na stole „Znak Czterech” jako dowód, Īe skarb znajduje siĊ
obecnie  w  rĊkach  prawych  właĞcicieli.  Tonga  wciągnął  linĊ,  zamknął  okno  i  wrócił  tą  samą
drogą, którą przyszedł. Zdaje mi siĊ, Īe nie mam nic wiĊcej do powiedzenia. Słyszałem, jak jeden 
z rybaków mówił o szybkoĞci „Aurory”, doszedłem wiĊc do przekonania, Īe nada siĊ właĞnie do 
ucieczki.  Porozumiałem  siĊ  ze  starym  Smithem  i  obiecałem  pokaĨną  sumĊ  za  bezpieczne 
dowiezienie nas do naszego statku. DomyĞlał siĊ prawdopodobnie, Īe coĞ tutaj nie klapuje, nie 
wtajemniczaliĞmy  go  jednak  w  nasze  sekrety.  Wszystko,  co  powiedziałem,  to  najszczersza 
prawda. JeĞli to panom opowiadam, to nie dlatego, Īeby was zabawiü, bo nie bardzo ładnie ĪeĞcie 
mi siĊ przysłuĪyli, ale poniewaĪ myĞlĊ, Īe najlepszą moją obroną jest wyznanie całej prawdy i 
udowodnienie, jak podle postąpił wobec mnie major Sholto i jak mało winy ponoszĊ za Ğmierü
jego syna. 

— Bardzo  ciekawe  sprawozdanie  —  zauwaĪył  Sherlock  Holmes.  —  ĝliczne  zakoĔczenie 

niezwykle  interesującej  sprawy.  W  ostatniej  czĊĞci  opowiadania  nie  znalazłem  dla  siebie  nic 
nowego poza tym, Īe przynieĞliĞcie ze sobą własny sznur. Tego nie wiedziałem. Aha, i jeszcze 
coĞ. Spodziewałem siĊ, Īe Tonga zgubił wszystkie strzały, a tymczasem udało mu siĊ wystrzeliü
na nas jeszcze jedną. 

— Zgubił wszystkie, proszĊ pana, z wyjątkiem tej, która tkwiła w rurce. 
— Ach, oczywiĞcie — rzekł Holmes — nie pomyĞlałem o tym. 
— Czy jeszcze coĞ chcieliby panowie wiedzieü? — spytał uprzejmie skazaniec. 
— DziĊkujĊ, zdaje siĊ, Īe juĪ nic — odpowiedział mój towarzysz. 
— Panie Holmes — rzekł Antheley Jones — jest pan człowiekiem, którego zachcianki naleĪy 

spełniaü, i wszyscy wiemy, Īe jest pan wielkim znawcą zbrodni. Ale słuĪba jest słuĪbą i uwaĪam, 
Īe posunąłem siĊ za daleko, ulegając proĞbie pana i paĔskiego przyjaciela. PoczujĊ siĊ znacznie 
lepiej, gdy bĊdĊ wiedział, Īe nasz rozmówca jest bezpiecznie ulokowany pod kluczem. DoroĪka 
jeszcze  czeka,  a  na  dole  stoją  dwaj  policjanci.  Jestem  obydwu  panom  bardzo  zobowiązany  za 
pomoc. Rzecz prosta, zostaną panowie wezwani na sprawĊ. Dobranoc. 

background image

— Dobranoc obydwu panom — dodał Jonathan Small. 
— ProszĊ przodem, Small — zauwaĪył przekorny Jones, gdy wychodzili z pokoju — muszĊ

szczególnie  uwaĪaü,  ĪebyĞ  mnie  nie  potrącił  swą  drewnianą  nogą,  korzystając  z  dawnego 
doĞwiadczenia na Wyspach AndamaĔskich. 

— No, i oto koĔczy siĊ  przedstawienie — powiedziałem po ich wyjĞciu,  kiedy siedzieliĞmy 

chwilĊ w milczeniu, paląc papierosy. — Obawiam siĊ, Īe była to dla mnie ostatnia sposobnoĞü
studiowania twoich metod pracy. Panna Morstan bowiem uczyniła mi zaszczyt godząc siĊ zostaü
moją małĪonką. 

Holmes jĊknął nad wyraz ponuro. 
— Obawiałem siĊ tego. NaprawdĊ, nie mogĊ siĊ zdobyü na gratulacje. 
Byłem trochĊ dotkniĊty. 
— CzyĪbyĞ miał jakieĞ powody do niezadowolenia z mojego wyboru? — zapytałem. 
— Nic podobnego. UwaĪam ją za jedną z najbardziej czarujących kobiet, jakie spotkałem w 

Īyciu, i za wielką pomoc ewentualnie w takich sprawach jak ostatnia. Wykazuje w tym kierunku 
zdecydowany  talent.  ĝwiadczy  o  tym  chociaĪby  fakt,  Īe  spoĞród  wszystkich  innych  papierów 
ojca przechowała akurat plan Agry. Ale miłoĞü jest sprawą uczucia, a gdzie miesza siĊ uczucie, 
tam ustĊpuje chłodny, trzeĨwy rozsądek, który ja stawiam ponad wszystko inne. ToteĪ sam nigdy 
siĊ nie oĪeniĊ, wpłynĊłoby to bowiem bardzo niekorzystnie na mój rozsądek. 

. — Mam nadziejĊ — rzekłem ze Ğmiechem — Īe mój rozsądek wytrzyma tĊ próbĊ. Ale jesteĞ

zmĊczony, Holmesie. 

— Tak odczuwam juĪ reakcjĊ. Jestem pewien, Īe teraz przez tydzieĔ bĊdĊ zupełnie oklapły. 
— To dziwne — rzekłem — jak u ciebie nastroje siĊ zmieniają. Po napadzie tego, co u innego 

człowieka nazwałbym lenistwem, nastĊpują okresy wspaniałej energii i wigoru. 

— Tak,  siedzi  we  mnie  pierwszorzĊdny  próĪniak  i  niezwykle  czynny  jegomoĞü.  CzĊsto 

przychodzą mi na myĞl słowa Goethego: 

Schade dass die Natur nur einen Mensch aus dir schuf,
Denn zum wurdigen Mann war und zum Schelmen der Stoff.

Aha,  ale  wracając  do  tej  norwoodzkiej  sprawy,  przekonałeĞ  siĊ,  jak  twierdziłem  od  razu,  Īe 

mieli w domu wspólnika, którym nie mógł byü nikt inny jak Lal Rao. Tak wiĊc Jones ma istotnie 
niepodzielny zaszczyt złowienia jednej ryby podczas tego wielkiego połowu. 

— Podział wydaje mi siĊ raczej niesprawiedliwy — zauwaĪyłem. — WłaĞciwie wszystko w 

tej sprawie zrobiłeĞ ty. Ja zdobyłem ĪonĊ, Jones uznanie, a co zostaje dla ciebie? 

— Dla mnie? Dla mnie zawsze jeszcze pozostaje kokaina — i z tymi słowy Sherlock Holmes 

wyciągnął po nią szczupłą dłoĔ.