background image

Psychoza obcych istot

Pięćdziesięciopięcioletnia   Mary   Kerfoot   jest   matką   dwojga   dorosłych   dzieci,   mieszka   na 

przedmieściu Chicago, jest analitykiem systemów w dużej międzynarodowej korporacji i posiada 
stopnie uniwersyteckie w dziedzinie psychologii i matematyki. Była jedną z założycielek, a obecnie 
jest koordynatorką  jednej z grup wsparcia  dla ludzi z regionu Chicago, którzy przeżyli  bliskie 
spotkanie z UFO lub obcymi istotami. Jest także dyrektorem „Operacji Mamy Prawo Wiedzieć” 
(Operation Right to Know), grupy politycznych działaczy, która stara się wywrzeć na rząd Stanów 
Zjednoczonych nacisk w celu zmuszenia go do ujawnienia posiadanych informacji na temat UFO.

Moje osobiste przeżycia z kontaktów z obcymi istotami nie mają charakteru podobnego do tego, 

jaki spotykamy w wielu popularnych książkach opisujących bliskie spotkania z UFO. O ile mi 
wiadomo, nie zostałam poddana żadnego rodzaju eksperymentom lub badaniom medycznym. Nie 
zostałam również wzięta wbrew mojej woli. Od paru lat stosuję co tydzień hipnozę i jak dotąd nie 
ujawniła ona niczego w tym rodzaju. Nie przypominam sobie niczego, co by w jakikolwiek sposób 
przypominało wzięcie.

Przypadki uzdrowień są bardzo częste wśród osób, które doświadczyły bliskich spotkań. Ich 

uczestnicy opisują je bez przerwy, lecz niektórzy badacze nie chcą o tym słyszeć. Uważają, że jest 
to coś w rodzaju „sztokholmskiego syndromu”, że „identyfikujemy się z naszymi porywaczami” i 
wmawiamy sobie, że jesteśmy uzdrawiani. Co ciekawe, medycyna potwierdza, że te „cudowne 
uzdrowienia” mają miejsce, i uznaje, że są one ważne, mimo iż nie jesteśmy w stanie ich zrozumieć.

Pamiętam trzy różne przeżycia dotyczące uzdrowień, które były moim udziałem. Pierwsze z nich 

postrzegam   jako   swego   rodzaju   uzdrowienie   zapobiegawcze   i   jest   to   bardzo   skomplikowany 
przypadek. Doszło do niego, kiedy byłam dzieckiem – obecnie jest częścią moich wspomnień z 
okresu dzieciństwa. Pozostałe dwa przypadki, dużo późniejsze, są znacznie prostsze.

Pierwsze z tych późniejszych zdarzeń miało miejsce w czerwcu 1994 roku, kiedy w szpitalu w 

Chicago   usunięto   mi   prawe   oko   w   następstwie   całego   szeregu   poważnych   uszkodzeń.   Kiedy 
skończyłam szesnaście lat, zaczęłam cierpieć na uwypuklenie stożka rogówki (keratoconus), które 
polega na tym, że rogówka oka stopniowo wybrzusza się. To tak, jakby włożyło się palec do środka 
balonu i wybrzuszyło go. Widzenie ulega zaburzeniu. Jedynym sposobem skorygowania tej wady 
jest zastosowanie  szkieł  kontaktowych oraz transplantacja  rogówki. Przeszłam  cztery  transplan-
tacje, ponieważ dochodziło do odrzucenia przeszczepu. Potem któregoś dnia przycinając krzaki bzu, 
pochyliłam się i nadziałam okiem na gałąź. Uszkodziłam tęczówkę i musiałam poddać się kolejnej 
transplantacji rogówki. Niestety oko miało już dość i poddało się, zamierało. Nastąpiła atrofia i 
wyglądało to przerażająco. Potrzebowałam nowego oka.

Po operacji przeniesiono mnie z powrotem do mojej sali i zaczęłam odczuwać dochodzące do 

mojego   oczodołu   podmuchy   powietrza.   Przypomniałam   sobie,   że   mówiono   mi,   abym   się   nie 
denerwowała, kiedy poczuję podmuchy powietrza. Doszłam więc do wniosku, że dzieje się to za 
sprawą lekarzy i że ma to na celu wspomożenie procesu gojenia. Potem zaczęłam słyszeć w głowie 
tykanie, które zaniepokoiło mnie nie na żarty, ponieważ uzmysłowiłam sobie, że nie dawano mi 
żadnych instrukcji w sprawie budzika w głowie. Pomyślałam, że może to coś, co ma za zadanie 
regulowanie podmuchów. Byłam tak podekscytowana, że ani przez moment nie przyszło mi do 
głowy, że to mogą być zwyczajne halucynacje.

Dzień później wypisano mnie ze szpitala i nazajutrz wróciłam tam na kontrolę.
Obecnie sztuczne oczy wykonywane są z masy akrylowej pokrytej plastykową osłoną, do której 

mocowane są mięśnie poruszające  gałką oczną. W moim przypadku pobrano skrawek tkanki z 
mojego biodra, który umieszczono na akrylowej gałce, po czym przytwierdzono do niego mięśnie 
gałki ocznej. Teoretycznie naczynia krwionośne tkanki winny unaczynić gałkę, ponieważ jest ona 
porowata, w następstwie czego wszystko integruje się w jedną całość, tak że mięśnie mogą poruszać 
gałką.

W trakcie kontroli chirurg plastyk oka był zdziwiony stopniem zaawansowania procesu gojenia. 

Przyjrzał się gałce i tkance, po czym stwierdził:

background image

– To niemal cud! Gałka jest unaczyniona w osiemdziesięciu pięciu procentach. W normalnym 

przypadku proces ten trwa około trzech tygodni.

Powiedziałam mu, że to prawdopodobnie w wyniku zaaplikowanych mi przez niego podmuchów 

powietrza.

– Jakich podmuchów powietrza? – zapytał mocno zdziwiony.
– No tych podmuchów powietrza... – odrzekłam.
–   Nie   ordynowaliśmy   żadnych   podmuchów   powietrza   –   odparł.   –   Nie   dawaliśmy   też   pani 

żadnych instrukcji w tej sprawie.

Wtedy   przypomniałam   sobie,   że   instrukcje   dotarły   do   mnie,   kiedy   leżałam   półprzytomna,   i 

zdałam sobie sprawę, że te podmuchy powietrza wywołały obce istoty.

– Gdyby lekarze mieli jakiś sposób dostarczania powietrza do oczodołu, czy przyspieszyłoby to 

proces gojenia? – zapytałam go.

– Oczywiście – odrzekł – i to znacząco.
Lekarz uważał, że były to swego rodzaju halucynacje związane ze znieczuleniem zastosowanym 

w czasie operacji, ale ja wiem, że to było rzeczywiste przeżycie.

Nadal cierpię na wybrzuszenie stożka rogówki lewego oka. Prawe oko jest w porządku, ale mam 

trudności   z   przyzwyczajeniem   się   do   akrylowej   gałki.   Oprócz   tego   nastąpił   ubytek   tkanki 
tłuszczowej wokół oczodołu, w związku z czym musiałam poddać się chirurgii plastycznej, aby ją 
odbudować. No i jakoś sobie radzę.

Drugie z tych niedawnych wydarzeń miało miejsce w listopadzie 1996 roku. Razem z dwoma 

innymi ludźmi postanowiłam nawiązać kontakt z obcymi istotami. Towarzysząca mi dwójka miała 
świadomość   własnych   przeżyć   związanych   z   kontaktami.   Od   dawna   nosiliśmy   się   z   zamiarem 
nawiązania   kontaktu   i   w   końcu   postanowiliśmy   spróbować.   Czuliśmy,   że   jesteśmy   gotowi   do 
zainicjowania  kontaktu, a nie być tylko jego bierną stroną. Udało się nadspodziewanie  dobrze! 
Byliśmy zaskoczeni tym, co się działo. Zdarzenia następowały jedno po drugim.

Aż   do   momentu   tego   kontaktu   cierpiałam   na   wysypkę.   Nabawiłam   się   jej   rok   wcześniej. 

Pojawiała się i znikała co jakiś czas, przy czym najgorzej było w momentach stresu. Nawet jeśli nie 
dochodziło   do   zaognienia,   zawsze   występowała   opuchlizna   i   zaczerwienienie   na   wewnętrznej 
stronie ramion, końcach przedramion i szyi. Tego wieczoru drapałam się jak szalona. W rezultacie 
rozdrapałam ramiona do tego stopnia, że aż krwawiły – były zupełnie podrapane. Cały czas się 
drapałam.

Przypuszczam, że odczuwałam duży niepokój ze względu na wyraźnie wyczuwalną obecność 

obcych istot i to jeszcze przed przystąpieniem do nawiązania kontaktu. Mój pies wykazywał oznaki 
zdenerwowania, biegając po domu z podwiniętym ogonem, podobnie nerwowo zachowywała się 
moja papuga kakadu imieniem Toby, która wierciła się w klatce i powtarzała „UFO” (nie wiem, 
skąd przyswoiła sobie to słowo) oraz wydawała inne wibrujące dźwięki. Ona również wyczuwała 
obecność obcych istot.

Staraliśmy się nie zasnąć przez całą noc, lecz od czasu do czasu drzemaliśmy lub wpadaliśmy w 

odrętwienie.   Około   godziny   3.30   nad   ranem   ponownie   skoncentrowaliśmy   się   na   uzyskaniu 
kontaktu   z   tymi   istotami.   Wkrótce   potem   zaczęłam   zapadać   w   odmienny   stan   świadomości. 
Czułam, że podłoga wibruje, i miałam wrażenie, że się przemieszczam. Jedno z nas zostało niemal 
wywleczone na zewnątrz i bardzo się o tę osobę martwiłam. Druga osoba wpatrywała się przed 
siebie,  jak  gdyby była zupełnie  nieobecna.  Nad jej  głową unosiła  się pomarańczowa  poświata. 
Byłam świadoma, lecz znajdowałam się w odmiennym, dziwnym stanie świadomości.

Będący wśród nas mężczyzna widział pomarańczowy bąbel, który otoczył górną część mojego 

ciała   –   barki,   ramiona,   szyję   i   głowę.   Mimo   iż   miałam   otwarte   oczy   i   mimo   zachowania 
świadomości, nie zdawałam sobie sprawy z otaczającego mnie pomarańczowego bąbla. Po wyjściu 
ze   stanu   zmienionej   świadomości   zauważyliśmy   istotne   zmiany,   ja   na   przykład   po   wyjściu   z 
pomarańczowego bąbla, uzyskałam w pewnym sensie nową skórę. Zniknęły wszystkie zadrapania i 
krwawienie – wszystko to zniknęło. Skóra była gładka jak u niemowlęcia!

Tak więc coś się wydarzyło, tyle że nie wiem co.

background image

Po kilku tygodniach wysypka wróciła, czyli nie było to trwałe uzdrowienie. Najgorsze jest to, że 

nie wiem, jak to się wszystko dzieje – wiem tylko, że ma miejsce.

Moje pierwsze przeżycie dotyczące uzdrowienia było bardzo skomplikowane i miało charakter 

treningu. Zaczęło się, kiedy miałam dwa i pół roku, i dotyczyło uczenia się rzeczywistości tego 
czasu   i   miejsca.   Wiem,   że   brzmi   to   niezwykle.   To   był   trening   polegający   na   uczeniu   się   tej 
rzeczywistości   w   tym   czasie   i   koncentrowaniu   uwagi   na   tym   miejscu,   tej   rzeczywistości.   W 
rezultacie, kiedy pokazano mi coś, co nie było rzeczywiste lub nie było określone jako rzeczywiste 
w wyniku poprzednich doświadczeń, wiedziałam, jak ustalić różnicę i trzymać się tego, co jest 
rzeczywiste. Nigdy nie słyszałam, aby ktoś opowiadał o czymś takim, niemniej takie były przeżycia 
pierwszych lat mojego życia.

Zawsze z tych ćwiczeń wychodziłam z poczuciem czegoś, co nazywam „rzeczywistością”. Dużo 

rozmawiałam o rzeczywistości. Obawiałam się, że jeśli nie nauczę się rozpoznawać tego, co jest 
rzeczywiste, i koncentrować na tym swojej uwagi, to zwariuję. Bałam się tego mając już dwa i pół 
roku!

Rzeczywistość nie dotyczyła konkretnej osoby lub sytuacji – chodziło o rozróżnienie między 

rzeczywistością, a tym, co jest tylko jej wyobrażeniem. Od czasu do czasu, kiedy bawiłam się na 
podwórku,   nie   mając   jeszcze   pięciu   lat,   zdarzało   mi   się   dostrzec   nagle   małego   chłopca   lub 
dziewczynkę   w   moim   wieku   idących   chodnikiem.   Nazywałam   ich   „drewnianymi   ludźmi”, 
ponieważ byli całkowicie pozbawieni odczuć, jakichkolwiek emocji. Wiedziałam, że nie nauczyli 
się rozpoznawania rzeczywistości, nie nauczyli się, jak być człowiekiem. Byłam przerażona. Było 
to jak lekcja poglądowa tego, co by się stało, gdybym nie nauczyła się być człowiekiem i nie umiała 
skupić się na tej rzeczywistości.

To, co, jak mi się zdaje, wydarzyło się w dzieciństwie było impresjami z dawnego życia, które 

przesączały się do teraźniejszości. Najwidoczniej wspomnienia te nie były dla mnie zamknięte, tak 
jak to ma miejsce w przypadku większości dzieci. Wiedziałam, że mam być normalna i że muszę 
nad tym pracować. Miałam jednak asystę, wsparcie ze strony tych istot, które wskazały mi mój dom 
– nie miałam innej możliwości niż zostać normalną, normalną we wszystkim, co określa się mianem 
człowieczeństwa.

W rzeczy samej nie pamiętam, jak wyglądali, niemniej przypominam sobie, że widywałam od 

czasu do czasu jakieś stworzenia. Po raz pierwszy było to, kiedy miałam około dwa i pół roku. 
Byłam w łóżku i leżałam  twarzą zwrócona do dużego okna. Nagle ukazało się jaskrawe, białe 
światło,   wewnątrz   którego   ujrzałam   jakąś   postać.   To   był   naprawdę   wyjątkowy   strach,   jakiego 
doświadczałam tylko jako dziecko, widząc to jasne białe światło lub obcą postać.

Kolejne wydarzenie, jakie pamiętam, to widok ubranego w łachmany starego człowieka, który 

przyglądał mi się przez szybę, trzymając w ręku lampę, która dawała słabe żółte światło. Miałam 
uwierzyć w to, co zobaczyłam, nie tak jak w przypadku poprzedniej postaci i jaskrawego białego 
światła. Chodziło o to, że mam nauczyć się rozróżniać między tym, czego doznaję naprawdę, i 
imitacją wydarzeń, w które powinnam uwierzyć. Było to jak trening w rozpoznawaniu obrazów 
ekranowych   i   rzeczywistości,   uczenie   się   rozpoznawania   różnicy   między   bladą   imitacją   i 
„rzeczywistym obrazem” oraz skupiania uwagi na rzeczywistości.

Następnie,   jakieś   trzy   lata   temu,   jechałam   swoim   samochodem   do   domu   i   nagle   zaczęłam 

uwalniać   się   od   strachu,   jakiego   nabawiłam   się   w   dzieciństwie   –   byłam   tak   przerażona   tym 
szaleństwem, że zrobiłabym wszystko, aby uniknąć tego stanu. Kiedy już się od niego uwolniłam, 
zrozumiałam, dlaczego tak się stało i dlaczego był on tak motywującą i napędzającą mnie siłą. Był 
to stan tak przerażający, że aż nie do opisania. Gdyby ktoś zebrał wszystkie rodzaje nienormalnych 
stanów psychicznych i poddał ich działaniu pojedynczą osobę, to jej doświadczenia i tak byłyby 
niczym   w   porównaniu   ze   stanem   tamtego   szaleństwa.   Doświadczyłam   go   jedynie   przez   kilka 
sekund, lecz jego efekty odczuwałam przez wiele tygodni. Nazwałam go „psychozą obcych”, bo nie 
był on ludzkiego pochodzenia.

Zdawałam   sobie   jednak   sprawę,   że   był   on   mój.   Wiedziałam,   że   kiedyś,   na   początku, 

znajdowałam się już w stanie tego szaleństwa. I był on przerażający. Miałam wrażenie, że jestem 
ziarenkiem piasku, które znalazło się w olbrzymim niebycie, bez nadziei na uczepienie się czegoś, 
unoszącą się swobodnie, samotnie, w kompletnym odosobnieniu, mikroskopijną drobiną. Bardzo 

background image

trudno mi opisać, jak okropne było w moim odczuciu to szaleństwo, ta „psychoza obcych”.

W końcu przestałam starać się tłumaczyć ludziom, co odczuwałam, ponieważ za każdym razem, 

kiedy   próbowałam   to   zrobić,   brano   mnie   za   osobę   niespełna   rozumu   lub   kogoś,   kto   zaczyna 
wariować bądź jest już od dawna wariatem, co było oczywiście dalekie od prawdy.

Będąc teraz dorosłą osobą zdaję sobie sprawę, że jestem całkowicie normalna i nie obawiam się 

już tego szaleństwa. Nie jestem nawet pewna, czy istota ludzka jest zdolna do odczuwania takiego 
stanu, bo nie jest to stan ludzki.

W ostatnich kilku latach zajęłam się badaniem świadomości, co skierowało mnie ku wiedzy o 

systemie nerwowym i mózgu, co z kolei doprowadziło mnie do badań nad schizofrenią. Czytając 
opisy przypadków schizofrenii zdałam sobie sprawę, że olbrzymia część przeżyć, o których donoszą 
uczestnicy bliskich spotkań, brzmi bardzo podobnie do opisów przeżyć schizofreników. Starałam 
się dociec, jakie są różnice między tymi dwoma rodzajami przeżyć. Pacjent z typową schizofrenią 
zdaje się doświadczać wyolbrzymienia wszystkiego, co pojawia się w jego schemacie myślowym. 
Wszystko, co odczuwa, jest wyolbrzymione, podkreślone. Nawet gdy będąc pod wpływem leków 
tonizujących jego przeżycia nie są aż tak przesadzone, wciąż jednak występują i czasami bywają 
bardzo dziwne. Wydaje mi się, że pacjent ze schizofrenią jest otwarty na przyjmowanie informacji 
ze wszystkich rodzajów  rzeczywistości,  nie tylko z tej, którą zwykliśmy nazywać „tu  i teraz”. 
Niestety, nie potrafię tego udowodnić.

Tak czy inaczej,  badania  te pomogły mi  zrozumieć,  w czym  pomagają  mi istoty, ponieważ 

wydaje mi się, że kiedy byłam młodsza, byłam znacznie bardziej otwarta na wszystko, co do mnie 
docierało, i to nie tylko z przeszłości, lecz z wszelkich rodzajów wymiarów i rzeczywistości. Nawet 
obecnie, już jako osoba dorosła, mam czasami świadomość jednoczesnej koegzystencji w tym i 
innych   wymiarach.   Tym   niemniej   zdaję   sobie   sprawę,   że   jestem   tu.   Potrafię   odróżnić   tę 
rzeczywistość od innych, które mogą rzutować na mnie. W przypadku schizofrenika, nawet gdy 
jego kanał wejściowy jest pod wpływem leków tonizujących, jest on wciąż udziwniony, albowiem 
nie ma on, jak mi się zdaje, wbudowanego zmysłu różnicowania. Gdybym nie przeszła tego bardzo 
rygorystycznego, intensywnego treningu w okresie dzieciństwa, zapewne również skończyłabym 
jako schizofrenik.

W sierpniu roku 1991 do mojej sypialni przyszło żółte światło. Do tego momentu nie chciałam 

pamiętać   niczego   z   moich   przeżyć   związanych   z   bliskimi   spotkaniami   –   tymi,   o   których   już 
wiedziałam. Po tamtej nocy w moim życiu nastąpiła jednak zmiana o 180 stopni, ponieważ z rana 
wszystko pamiętałam. Czułam, że mam się w to zanurzyć. Czytałam wszystko, co się dało, na ten 
temat i wstąpiłam do MUFON-u (Mutual UFO Network) oraz innych grup zrzeszających osoby, 
które miały przeżycia związane z bliskimi spotkaniami z UFO. W roku 1994 zaczęłam organizować 
akcję „Awareness” w Chicago, której celem jest promowanie wiedzy na temat spraw związanych z 
UFO w formie odczytów znanych prelegentów oraz udzielania wywiadów mediom. Jako dyrektor 
„Operacji   Mamy   Prawo   Wiedzieć”   wspierałam   akcje   składania   petycji   adresowanych   do 
kongresmanów i prezydenta, w których żądaliśmy ujawnienia społeczeństwu informacji na temat 
UFO.   Często   organizujemy   demonstracje.   Latem   1992   i   wiosną   1993   roku   byliśmy   w   Białym 
Domu, obecnie planujemy przeprowadzenie podobnej akcji w roku 1999.

Ostatnio   trochę   zwolniłam.   Prowadzę   dużo   badań   i   piszę.   Przeprowadziłam   wiele   badań   w 

zakresie współczesnej fizyki, świadomości i ich związku z nadzwyczajnymi przeżyciami.  Moje 
własne doświadczenia z tej dziedziny oraz pytania, jakie mam w odniesieniu do nich, zmusiły mnie 
do studiowania fizyki, zwłaszcza tej jej gałęzi, która odnosi się do wyższych wymiarów przestrzeni. 
Przestudiowałam   teorie   Riemanna   dotyczące   innych   wymiarów   przestrzeni.   Georg   Friedrich 
Bernhard Riemann był bardzo zdolnym matematykiem żyjącym w pierwszej połowie XIX wieku. 
Udowodnił istnienie dziesięciu wymiarów i o ile mi wiadomo, jego dowód jest wciąż aktualny. 
Większość badań prowadzonych obecnie w dziedzinie  fizyki dotyczy problemów  związanych z 
wielowymiarowością   przestrzeni.   Istnieje   również   dział   matematyki,   który   zajmuje   się 
zachowaniem ciał w wielowymiarowej przestrzeni.

Wiele   niezwykłych   przeżyć,   których   doznałam,   dotyczyło   nawiązywania   kontaktu   z   innymi 

formami życia w innych wymiarach i rzeczywistościach. W celu ukazania sposobu, w jaki budują 
one pomost do świadomości, wykorzystuję teorie Riemanna i zasady współczesnej fizyki dotyczące 
nadprzestrzeni. Czynię to, ponieważ w czasie wielu moich przeżyć zdawałam sobie sprawę z tego, 

background image

że moja świadomość przesuwa się... do innej rzeczywistości.

Stało się to również powodem mojego zainteresowania chorobami umysłowymi. Specjaliści od 

zdrowia psychicznego stawiają diagnozy bez żadnego zrozumienia, dokąd udaje się ich pacjent, 
kiedy odcina się od swojej rzeczywistości. Jestem bardzo świadoma swojej świadomości – podczas 
gdy wielu ludzi nigdy nie odczuwa, że ich świadomość ulatuje – i wiedza ta daje mi możliwość 
ustalenia   związku,   jaki   ma   to   ze   schizofrenią,   a   także   innymi   ułomnościami   osobowości   oraz 
niedomogami   umysłu.   Staram   się   ustalić   podstawy   innych   wymiarów   i   odlotów   świadomości. 
Kiedy już uda mi się opracować naukowe podwaliny pod ten problem, będę mogła dostarczyć 
doświadczalnego materiału ilustrującego praktyczne zastosowania tych fizycznych teorii.

W maju 1994 roku miało miejsce zdarzenie, w którym uczestniczyła istota z innego świata. Na 

dzień   przed   nim   czułam   niepokój,   którego   powodem   był   list,   który   otrzymałam   od   mojego 
przyjaciela „Eda”. W dniu zdarzenia mój niepokój wzrósł do tego stopnia, że mogłam tylko zwinąć 
się w kłębek w łóżku i leżeć nieruchomo. Byłam zwrócona twarzą do okna i obserwowałam, jak 
wschodzi Księżyc, który był w tym czasie w pełni. Po pewnym czasie  zniknął  z mojego pola 
widzenia. Wkrótce potem jego miejsce zajął inny księżyc. Nowy obiekt przypominał Księżyc pod 
każdym względem. I to do tego stopnia, że teraz nie jestem już pewna, czy pierwszy obiekt był 
rzeczywiście Księżycem. Przypuszczam jednak, że tak, ponieważ był wtedy okres jego pełni.

Po zauważeniu drugiego księżyca byłam bardzo zdziwiona, lecz udało mi się przekonać siebie 

samą,   że   być   może   Księżyc   mógł   wrócić.   Czasami   bardzo   łatwo   to   osiągnąć.   Kiedy   czyjaś 
rzeczywistość   ulega   poważnym   modyfikacjom,   jest   się   zdolnym   do   uwierzenia   w   najbardziej 
nonsensowne rzeczy! Dzieje się tak dlatego, że umysł stara się utrzymać w stanie równowagi.

Obiekt na niebie przemieszczał się od ościeżnicy do ościeżnicy i po pewnym czasie zaczął się 

zbliżać. Następnie zaczął się kurczyć i powiększać. Zaczęłam zdawać sobie sprawę, że chociaż jest 
identyczny z pierwszym, nie może być Księżycem. Nagle wystrzelił prosto w szybę, we mnie. Była 
to jakby rozgrzana do białości piłka baseballowa, która przeszła przez szybę i okienny lufcik, jakby 
ich tam wcale nie było.

Z początku uniosłam ręce do góry, starając się nimi osłonić, ponieważ światło kierowało się 

wprost na mnie i myślałam, że uderzy we mnie. Po chwili jednak rozpoznałam je. Obecnie nie wiem 
już jako co, ale to było coś, z czym miałam często do czynienia. Zaczęłam obejmować to światło. 
Udało mi się do niego zbliżyć. Emanowało z niego coś, jakaś siła, jakieś ciśnienie, dzięki którym 
mogłam tak mocno zbliżyć do niego ręce.

Zaczęłam do niego mówić.
–   Proszę,   zaopiekuj   się   „Edem”   –   powiedziałam.   –   Zaopiekuj   się   nim.   Dziękuję,   dziękuję, 

dziękuję.

Kiedy   wypowiedziałam   „dziękuję”,   z   miejsca   ustąpił   obezwładniający   niepokój,   który   mnie 

paraliżował. W jednej chwili! Nigdy przedtem nie czułam się tak spójna wewnętrznie. Poczułam, że 
znalazłam się w świecie, w którym nie istniało nic poza mną i tym światłem. Nie było całej reszty 
świata. Byłam tylko ja i to światło. Fizycznie znajdowaliśmy się w sypialni, lecz jednocześnie nie 
byliśmy w niej. Byliśmy w jakimś oddzielonym od wszystkiego miejscu.

Potem wszystko nagle się urwało. Nie mam pojęcia, jak przeszliśmy do kolejnej sceny, z której 

pamiętam, jak mała złota świetlista kulka unosi się jakiś metr od mojej głowy i wpatruje we mnie. 
Tak, sądzę, że to „Ed” – pomyślałam wówczas. Czy to nie dziwne?

Są relacje, w których ludzie również opisują, jak te rozgrzane do białości, podobne do piłek 

baseballowych, światła zbliżają się do nich. Następnie to światło lub piłka przybiera postać jakiejś, 
zazwyczaj   zbudowanej   ze   światła,   istoty.   Gdybym   nie   straciła   przytomności,   zapewne   bym   ją 
zobaczyła.

Zapytałam później o to „Eda”, ale on nic nie zauważył. Tak więc jedyną osobą, której udzielono 

pomocy, byłam ja sama, co wydaje się dziwne. Zauważyłam, że kiedy ktoś niepokoi się o innych i 
szuka dla nich pomocy, często pojawiają się istoty, ale kiedy chce się czegoś dla siebie samego, nie 
przychodzą.

Pewnego   dnia,   nie   tak   dawno   temu,   wchodząc   do   łazienki   nagle   przypomniałam   sobie   i 

jednocześnie   zaczęłam   uzmysławiać,   jak   to   jest,   kiedy   przebywamy   w   obecności   tego,   co 
nazywamy   „wyższymi   istotami”.   To   było   nadzwyczajne.   Moje   pierwsze   wrażenie   dotyczyło 

background image

zjednoczenia, które odczułam w obecności tych istot. To było coś ponadczasowego, bez początku i 
końca, coś w rodzaju miłości, która była zawsze. Było to coś jak zjednoczenie duszy ze wszystkim, 
co istnieje. Poczucie nieopisanego bezpieczeństwa. Istoty te są obdarzone miłością, która nigdy się 
nie kończy. Posiadają transcendentalną osobowość i słowo „śmierć” nie ma do nich odniesienia. 
Ten rodzaj miłości jest znacznie bardziej abstrakcyjny od naszej elektrochemicznej miłości i nie 
mieści w sobie uczucia podniecenia i posiadania, które odczuwamy. Miłość ta wykracza nawet poza 
nasze pojęcie „miłości bezwarunkowej”. Ich miłość jest zupełnie niepodobna do naszej. Dlatego 
właśnie wydawała mi się tak bezpieczna. Ich miłość trwa wiecznie.

Właśnie w tej dziedzinie ludzie muszą się rozwinąć. Jeśli mamy przetrwać jako gatunek i jeśli 

ma przetrwać nasza planeta, musimy wyzbyć się egoizmu, przestać interesować się wyłącznie sobą. 
Owego dnia w łazience zrozumiałam jedną rzecz: czy to się nam podoba, czy nie, i tak dojdziemy 
do tego etapu.

Ludzie, z którymi rozmawiam na ten temat, włącznie z tymi, którzy mieli przeżycia związane z 

UFO, uważają, że musimy zrezygnować ze swojego indywidualizmu. W rzeczywistości wcale tak 
nie jest. To zupełnie nie tak! Tu chodzi o jedność ducha, a nie indywidualnych umysłów.

Ludziom trudno dostrzec indywidualizm wśród innych gatunków. Z trudem przychodzi nam 

rozumienie czegokolwiek innego poza nami samymi. Uważamy, że jeśli coś jest inne od nas, to nie 
może   istnieć.   Wydaje   mi   się,   że   właśnie   z   tego   powodu   istoty,   z   którymi   mam   do  czynienia, 
znajdują się tutaj. Są tu, aby poszerzyć świadomość ludzkości, tak byśmy zdali sobie sprawę, że 
jesteśmy częścią ogromnego tętniącego życiem kosmosu.

Jesteśmy   u   progu   wyjścia   w   kosmos,   jesteśmy   gotowi   do   jego   eksploracji.   Niestety   nasz 

duchowy i umysłowy rozwój pozostaje daleko w tyle za naszymi możliwościami technicznymi.

Wydaje   mi   się,   że   właśnie   o   to   chodzi   tym   istotom   w   moim   przypadku:   pomagają   mi   w 

duchowym   i   umysłowym   rozwoju,  poszerzają   moją   świadomość   poprzez   wystawianie   mnie   na 
oddziaływanie   innych   rzeczywistości.   W   czasie   kontaktów,   które   przeżyłam,   widziałam   bardzo 
wiele, lecz radzenie sobie z tym wymagało wcześniejszego treningu i opieki ze strony tych istot, 
których   początki   sięgają   mojego   dzieciństwa.   Trening   ten   umożliwił   mi   radzenie   sobie   ze 
wszystkim, co widziałam, i pozostawanie zakotwiczoną w tym świecie.

Postrzegam to jako trening w ziemskości. Mimo iż doświadczyłam bardzo osobliwych przeżyć, 

szkolono mnie w pozostawaniu związaną z czymś. Często zastanawiam się, dlaczego ci, którzy 
mieli przeżycia związane z bliskimi spotkaniami, nie przechodzili takiego samego treningu. Chyba 
że... przechodzili, ale tego nie pamiętają.

Ci, którzy mieli tego rodzaju przeżycia, często mają trudności w życiu. Zauważyłam to wśród 

członków mojej grupy wsparcia. Często mają trudności z utrzymaniem się w pracy, z zachowaniem 
statusu   ludzi   normalnych   oraz   z   produktywnością.   Jest   to   z   pewnością   skutek   przeżyć,   jakich 
doznali   w   czasie   bliskich   spotkań.   Dopóki   społeczność   lekarzy   zajmujących   się   zdrowiem 
psychicznym nie przebudzi się, nie przyspieszy postępu w swojej dziedzinie i nie zacznie patrzeć 
szerzej, będziemy mieli kłopoty z poszerzeniem naszej świadomości.

Uważam,   że   miałam   dużo   szczęścia   mogąc   doświadczyć   tak   wielu   niezwykłych   przeżyć   i 

kontaktów.  Wcale  nie  uważam,   abym  była  szczególnie   ważna  z tego   powodu.  To  przekonanie 
wynika, jak przypuszczam, z tego, co mi się przydarzyło, oraz z pomocy, jakiej udzieliły mi obce 
istoty szkoląc mnie.

Mój kolega z grupy wsparcia – ten sam, który uczestniczył razem ze mną w sesji nawiązywania 

kontaktu – opowiada, jak pewnego razu, kiedy znajdował się na pokładzie statku kosmicznego i 
zadawał istotom pytania, powiedziano mu: „Wiele nasion jest sianych, lecz niewiele z nich wyda 
owoce”. Sądził, że to znaczy, iż wiele „nasion” na wady, fizyczne wady. Moim zdaniem chodziło tu 
jednak o dojrzewanie i ewoluowanie. Wydaje mi się, że te istoty pomagają w kiełkowaniu i rozwoju 
„nasion”, które same zasiewają i którymi opiekują się przez ich całe życie. Robią to w określonym 
celu. Sądzę, że jest nim poszerzenie i rozwój świadomości ludzkości.

Autor: Mary Kerfoot
Magazyn UFO NR 4 (48) X-XII 2001