background image

Aby rozpocząć 

lekturę,

 kliknij na taki przycisk           ,

który da ci pełny dostęp do spisu treści ksiąŜki. 

Jeśli chcesz połączyć się z  Portem 

Wydawniczym LITERATURA.NET.PL

kliknij na logo 

poniŜej.

ANDRZEJ ZANIEWSKI

SZCZUR

POWIEŚ

Ć

background image

2

background image

Tower Press 2000

Copyright by Tower Press, Gdańsk 2000

3

I think we are in rat’s alley
Where the dead men lost their 

bones Thomas 
Stearns Eliot The 
Wasteland

Myślę, Ŝe krąŜymy uliczkami 
szczurów, wśród kości porzuconych 
przez umarłych.

przełoŜył Andrzej Zaniewski

background image

4

W
S
T
Ę
P

Szanowny Czytelniku,
SZCZUR jest moją pierwszą powieścią o zwierzętach, powieścią poświęconą 

istotom nie- zwykłym i słabo poznanym, bo wiedza człowieka o gryzoniach dotyczy 
bardziej metod zwal- czania niŜ zrozumienia ich zachowań, psychiki i 
uczuciowości. Jest to jednocześnie powieść sensacyjna i tajemnicza, wokół 
szczurzych nor i gniazd rozgrywa się bowiem niejedna trage- dia,  dramat  i  
przygoda...  Wyprawy  Heraklesa,  klęska  Edypa,  podróŜe  Odyseusza,  rozpacz 
Niobe, śmierć Antygony, losy bogów, tytanów i ludzi zderzają się, przeplatają, 
łączą, wypeł- niając świadomość stworzenia wielkości i wagi naszego serca.

Nie chcemy o tym pamiętać w naszym pozornie czystym, ludzkim świecie. 

Szczury budzą przecieŜ odrazę i lęk, strach przed chorobami, które niekiedy 
roznoszą, i zabobonną wprost obawę  przed  potęgą  ich  stale  rosnących  zębów.  

background image

Podziemne  społeczeństwo  szczurów,  ich umiejętność przystosowania i 
bezustanna walka o przetrwanie, masowe wędrówki i indywi- dualne skłonności 
podróŜnicze, przykłady niezwykłej inteligencji, legendy i opowieści, któ- rych 
słuchałem od dzieciństwa, wszystko to sprawiło, Ŝe szczury zafascynowały mnie, 
wzbu- dziły nie tylko ciekawość, lecz równieŜ pewien rodzaj zachwytu-szacunku 
dla przyrody, two- rzącej istoty tak doskonale współegzystujące z człowiekiem.

Rattus norvegicus i rattus rattus, szczur wędrowny i szczur śniady – dwa 

podstawowe ga- tunki z wielkiej rodziny szczurów, towarzyszą ludzkości od 
początku jej istnienia, a ich los wiąŜe się ściśle z naszym losem i jest w znaczącej 
mierze odbiciem naszej własnej cywiliza- cyjnej i ekologicznej sytuacji. Wydaje się 
to dziwne, lecz dopiero przy ludziach, którzy prze- cieŜ  od  początku  
wypowiedzieli  szczurom  wojnę,  gryzonie  te  znalazły  najlepsze  dla  siebie 
warunki Ŝycia. Zamieszkujące groty, lasy i stepy słabe stworzenie, będące łatwym 
łupem pta- ków,  węŜy i  drapieŜnych  ssaków,  z  chwilą  zetknięcia  z  
człowiekiem  przeistoczyło  się,  na- brało sił, ruszyło do gromadnego ataku. 
Wbrew powszechnym opiniom właśnie ludzie sprzy- jają  szczurom  i  tylko  dzięki  
naszej  cywilizacji  szczury zdołały  opanować  wszystkie  konty- nenty i osiągnąć 
tak wysoki stopień organizacji Ŝycia społecznego. Nasze piwnice, magazyny, 
spichrze, śmietniki, zsypy, wysypiska, stajnie, koszary, więzienia, fermy, kanały, 
tamy, kuch- nie i garaŜe stały się domami szczurów, ich królestwem, a być moŜe 
miejscem narodzin przy- szłej nadchodzącej cywilizacji, niezwykle silnej i płodnej, 
drapieŜnej i odpornej na wszelkie zachodzące wokół przeobraŜenia.

Zawsze intrygowały mnie przyczyny i mechanizmy takiej, a nie innej szczurzej 

egzysten- cji,  struktury  społeczne  i  zaleŜności  między  poszczególnymi  
osobnikami,  róŜnorodne  cha- raktery  i  skłonności,  niemal  identyczne  z  
ludzkimi.  W  doświadczalnych  labiryntach  kaŜdy szczur zachowuje się inaczej, 
wykazując zdolności i ułomności, niekiedy rezygnując, ucieka- jąc, wycofując się, a 
niekiedy, chyba częściej, poszukując wyjścia, dokonując wyboru – prze- gryzając 
cienkie ściany, by stworzyć lub odkryć nowe labirynty.

Usiłowałem zbliŜyć się do szczurów, poznać je moŜliwie najpełniej i najlepiej. 

Hodowa- łem, podpatrywałem, starałem się zrozumieć i zaprzyjaźnić.

5

Widziałem szczury zamieszkujące ruiny Gdańska i powojenne, próchniejące 

domy Nowe- go Portu, szczury usiłujące dostać się na statki, schodzące i 
wspinające się po cumowniczych linach, obserwowałem szczury w zaułkach 
Sajgonu, Stambułu, Berlina, Bukaresztu, Warsza- wy i wielu, wielu miast. 
Zbierałem teŜ wszelkie informacje i plotki o ich Ŝyciu i obyczajach, wychodząc z 
załoŜenia, Ŝe przyjmując nawet to, co nieprawdziwe  w poszczególnych legen- dach 
i baśniach, poznaję w ten sposób nie tylko szczury, ale i ludzi, którzy te opowieści 
stwo- rzyli, z odrazy czy nienawiści lub odwrotnie – z podziwu, przyjaźni czy 
wiary.

Buddyzm stawia, na przykład, szczura dość wysoko w hierarchii Ŝyjących 

stworzeń... To właśnie chytry, przebiegły szczur pierwszy zjawia się przed obliczem 
umierającego Buddy, zeskakując z grzbietu wołu. Dopiero za szczurem – 
najinteligentniejszym, i wołem – najbar- dziej pracowitym, zjawiają się pozostałe 
zwierzęta  buddyjskiego kalendarza: tygrys, królik, smok, wąŜ, koń, kogut, owca, 
małpa, pies i dzik.

Inna legenda opowiada o tysiącach szczurów ze świątyni Karai Ma w Bihanerze 

background image

w Indiach Zachodnich. Te szczury to zmarli poeci w swym zwierzęcym wcieleniu, 
ponownie oczekują- cy na powrót do swej postaci poetów-czaranów.

W  baśniach  wielu  narodów  występują  szkaradne  postacie  władców  zjadane  

przez  armie myszy-szczurów. NaleŜy sądzić,  Ŝe  legendy te  oparte  są  na  
wydarzeniach  autentycznych,  a dostrzeŜone  przez  niemieckiego  podróŜnika  
Petera  Pallasa  chmary  gryzoni,  przepływające Wołgę w okolicach Astrachania 
wiosną 1721, pokonywały juŜ znacznie wcześniej lądowe i wodne przeszkody, 
wędrując w poszukiwaniu przestrzeni Ŝyciowej i poŜywienia przez obsza- ry Azji, 
Europy i Afryki...

Nie tylko nasz Popiel-Chwościk został poŜarty przez myszy... Hatto I, 

arcybiskup Mogun- cji spalił w stodole  gromadę  wygłodzonych  biedaków,  by 
zaoszczędzić  jedzenie  dla  swego dworu... Za ten niegodny czyn został poŜarty 
przez myszy w wieŜy do dziś nazywanej Binger Mäuseturm wzniesionej na Renie... 
Podobny a sprawiedliwy los spotkał jeszcze wielu wład- ców  i  wiele  osobistości,  
ś

wieckich  i  duchownych,  o  czym  z  satysfakcją  opowiadają  baśnie róŜnych 

narodów. PoŜeranie ludzi przez wygłodzone szczury to nie tylko legendy, lecz udo- 
kumentowane fakty, o czym dobrze wiedzą wszyscy poszukiwacze przygód i 
skarbów, pene- trujący stare lochy, forty i piwnice, a takŜe pracujący w kanałach i 
tunelach. W roku 1977, kiedy przebywałem w spustoszonym wojną, wygłodzonym 
Wietnamie, zetknąłem się z przy- padkami poŜerania dzieci przez szczury, chociaŜ 
zapracowane matki pozostawiały swoje po- ciechy w pozornie bezpiecznych 
kołyskach. Motyw szczurzego losu, zawsze obok losu czło- wieka, przewija się w 
wielu ksiąŜkach – u Kafki, Eliota, Joyce'a, Camusa...

Echa  tych  epizodów,  anegdot,  legend,  a  takŜe  dalsze  ich  rozwinięcie,  

uwaŜny  czytelnik odnajdzie w SZCZURZE – nowej, okrutnej odysei, napisanej 
przed wieloma laty.

Ideą przewodnią mojej prywatnej filozofii jest przeświadczenie,  Ŝe wszelkie 

formy Ŝycia na ziemi wywodzą się z tego samego źródła, są dziećmi tej samej 
tajemnicy istnienia, tajem- nicy celu i sensu. Wierzę, Ŝe zwierzęta tak mądre jak 
szczury kierują się nie tylko instynktem i odruchami, lecz własnym rozumem, 
doświadczeniem, skojarzeniami, pamięcią i uczuciami, Ŝe ze zjawisk i otaczających 
faktów potrafią wyciągać wnioski, Ŝe są mniej zwierzęce, a bar- dziej ludzkie, niŜ 
my – ludzie, w swej zarozumiałości, gotowi jesteśmy przyznać.

Człowiek – pan stworzenia, samozwańczy czy mianowany przez Boga? – 

powinien dzisiaj być wyrozumiałym opiekunem i przyjacielem miliardów istot, 
których języków nie rozumie, a których zachowanie ocenia według wygodnych dla 
siebie schematów. Niestety, dzieje się odwrotnie. A przecieŜ wiemy, Ŝe istnienie i 
Ŝ

ycie kaŜdego z nas  opiera się na tych samych związkach białka, co u psa, szczura, 

gołębia i kaŜdej Ŝywej istoty. Człowiek zapomina, Ŝe jest takim samym 
organizmem i postępuje tak, jakby chciał się  wyrzec  tego  niewygodnego  po- 
krewieństwa i za wszelką cenę zgubić swe biologiczne korzenie.

6

Szuka więc początków  swego  istnienia  poza  granicami  naszej  galaktyki  lub  

w  tchnieniu Istoty NajwyŜszej.  Świadczy to  o  nieprawdopodobnym  
zarozumialstwie  i  nieuzasadnionym poczuciu wyŜszości, tak mocno 
zakorzenionym w naszej wyobraźni.

Wierzymy,  Ŝe  narzucona  przez  nas  cywilizacja  jest  jedyna  i  

background image

najwspanialsza,  pierwsza  i ostatnia. Ta ślepa wiara to nasz codzienny błąd. Nie 
wiemy, jaką cywilizację przyniesie czas przyszły, kiedy świadomie czy 
nieświadomie popełnimy juŜ zbiorowe samobójstwo, którego ciągle jesteśmy 
bliscy. MoŜe będzie to cywilizacja szczurów, moŜe cywilizacja ptaków, moŜe 
cywilizacja owadów.

W zwierzętach dawno juŜ nie widzimy partnerów, a jedynie biologiczne 

mechanizmy, któ- re  powinny  być  podporządkowane  naszym  potrzebom,  naszej  
woli  i  wiedzy,  naszym  za- chciankom. Mądrość zwierząt wyceniamy na tyle, na 
ile są dla nas uŜyteczne. Stworzyliśmy ogromne  rzeźnie,  hodowle,  fermy,  
garbarnie,  miliony  miejsc  zabijania.  Jesteśmy  nie  tylko zarozumiali, lecz 
najokrutniejsi w przyrodzie, przy czym traktujemy to jak stan normalny, a nawet 
naleŜący do dobrego tonu, jak noszenie wykwintnych futer  z  lisów lub nie 
donoszo- nych karakułowych płodów...

Piszę o tym, poniewaŜ warto uświadomić sobie, jacy naprawdę jesteśmy i dokąd 

naprawdę zmierzamy.

JeŜeli, Szanowny Czytelniku, chwilami myślisz o reinkarnacji, moŜesz równieŜ 

pomyśleć, Ŝe człowiek, który w swym poprzednim wcieleniu był szczurem, nosi w 
swej podświadomo- ści  pamięć  tamtego  istnienia,  i  Ŝe  zarys  jego  ówczesnych  
losów  nakłada  się  w  sytuacjach szczególnych  i  dramatycznych  na  obecność  
dzisiejszą,  odległą  od  poprzedniej,  bo  ludzką. JeŜeli  natomiast  odwrócisz  tę  
sytuację  i  wyobrazisz  sobie  los  duszy,  która  po  opuszczeniu ciała 
człowieczego odnalazła kolejny ziemski byt w powłoce szczura, moŜesz posunąć 
się o krok dalej i odnaleźć w swych rozwaŜaniach własną świadomość poddaną 
takiemu właśnie przeobraŜeniu. JeŜeli uczynisz to, sam staniesz  się bohaterem 
mojej powieści i zrozumiesz, jak  wiele  łączy  cię  z  tym  pozornie  odległym  od  
ciebie  i  obcym  ci  zwierzęciem.  Wtedy wszystko, co napisałem, stanie się proste i 
oczywiste.

KsiąŜka ta jest bowiem zarówno opartym na faktach opisem, jak i baśnią, 

legendą wyjątko- wo okrutną i niesamowitą, szarą i bolesną jak Ŝycie szczura, a 
przez to prawdopodobną. śyjące tuŜ obok, dosłownie pod naszymi stopami, 
społeczeństwo  gryzoni  towarzyszy nam  przez  ty- siąclecia, uczestnicząc w 
naszym dobrobycie i w naszej nędzy, w latach pokoju i wojny.

Nie chcemy ich dostrzegać, nie chcemy o nich wiedzieć, walczymy  z  nimi, 

pogardzamy tak głęboko, jak tylko my – ludzie – potrafimy.

Zastanawiam się, czy kamuflaŜ niektórych zachowań mego bohatera, a takŜe 

wielu wyda- rzeń i wątków nie jest zbyt głęboki? Czy wplątane we współczesny 
pejzaŜ symbole przeszło- ści, tropy sięgające aŜ do początków cywilizacji zostaną 
właściwie odczytane?

Ostatnia spowiedź SZCZURA nie jest ksiąŜką tylko o zwierzętach, chociaŜ i taki 

sposób jej pojmowania wydaje się moŜliwy. Przeciwnie, jest opowieścią o prawach 
rządzących spo- łeczeństwem, o naszych mitologiach, prawdach i kłamstwach, o 
miłości i nadziei, o samotno- ści i tęsknocie.

Jesteśmy przecieŜ mieszkańcami kosmosu, oddychamy tą samą ziemską 

atmosferą, nale- Ŝymy do tej samej gromady ssaków, o podobnej budowie mózgu, 
serca i Ŝołądka, podobnie przebiegającym zapłodnieniu i macierzyństwie. Jesteśmy 
więc bardzo bliskimi biologicznie i psychicznie krewniakami, a oba nasze gatunki, 
chociaŜ róŜne przyczyny o tym zadecydowały, dzięki swej Ŝywotności, sile i 
inteligencji nie tylko przetrwały miliony lat ewolucji, lecz udo- skonaliły się na tyle, 
Ŝ

e zapanowały nad planetą.

Dlatego  proszę  Cię,  Szanowny  Czytelniku,  nie  zapominaj,  Ŝe  opisując  w  

drobiazgowy, naturalistyczny sposób Ŝycie szczura – myślę o tobie.

background image

7

Ciemność, ciemność jak po narodzeniu, ciemność ze wszystkich stron. Wtedy 

było jeszcze ciemniej: czarna, szczelna bariera odgradzała od Ŝycia, od przestrzeni, 
od świadomości. Poza ciemnością nie znałem niczego, odwrotnie niŜ teraz, gdy w 
mózgu Ŝarzą się powidoki, pozo- stałości światła, szczątki, okruchy, cienie.

Przypomnij sobie tamtą pierwszą widzianą, zapamiętaną ciemność, przywołaj ją 

w pierw- szej,   najwcześniejszej   postaci,   próbuj   odtworzyć   przebieg   Ŝycia,   
zdarzenia,   wędrówki, ucieczki, podróŜe – od początku: od pierwszych momentów 
po opuszczeniu ciepłego brzucha matki, od pierwszego bolesnego zachłyśnięcia się 
powietrzem, od uczucia nagłego chłodu, od przegryzienia pępowiny i delikatnego 
dotyku języka.

Pamiętam:  kanały,  piwnice,  sutereny,  podziemia,  strychy,  tunele,  przejścia,  

szczeliny, rynsztoki, kloaki, szamba, rowy, przewody kanalizacyjne, studnie, 
ś

mietniki, wysypiska, ma- gazyny, spiŜarnie, kurniki, chlewy, obory, stodoły... Mój 

szczurzy świat – Ŝycie wśród cieni, czerni,  szarości,  mroków  i  półmroków,  
zmierzchu  i  nocy,  najdalej  od  dnia,  od  światła,  od oślepiającego słońca, od 
blasku, od przeszywających na wskroś promieni, od połyskujących i raŜących 
powierzchni.

Jak najdalej od światła, gdy kierowałem  się  tylko  zapachem  mleka  w  

nabrzmiałych  sut- kach  i  ciepłem  brzucha,  gdy  sklapnięte  uszy  nie  
przepuszczały  dźwięków,  wtedy  bardziej poczułem, niŜ zobaczyłem po raz 
pierwszy – poprzez cienką błonę zrośniętych powiek – cień szarości, jaśniejszą 
plamę w otaczającym głębokim mroku. To odblask zapalonej Ŝarówki lub załamany 
refleks słońca, wpadającego w południe przez piwniczne okienko, dotarł nagle do 
moich zakrytych oczu, obudził pierwsze przeczucia.

Łagodne  światło  fascynuje,  zaciekawia,  wzywa.  Odrywasz  się  od  

mlecznego  gruczołu  i niezdarnie czołgasz w kierunku poświaty.

Matka  delikatnie  chwyta  zębami  za  skórę,  przyciąga,  układa  obok  siebie.  

Przy  ciepłym brzuchu zapominasz o tamtej szarej plamie. Zapominasz tylko na 
chwilę. Niebawem niepokój wraca, znowu widzę niewyraźny kontur, ponownie 
odrywam się i pełznę w stronę tunelu łą- czącego gniazdo z piwnicą.

Matka liŜe mnie dokładnie, myje wilgotnym językiem, oczyszcza z pierwszych 

pcheł, któ- re zagnieździły się w pachwinach.

Niewiele zapamiętałem z tamtych odległych początków świadomości, kiedy nie 

wiedzia- łem jeszcze, Ŝe jestem szczurem, a nie rozbudzona wyobraźnia niczego nie 
przeczuwała i nie tłumaczyła.

Obok  dąŜenia  w  kierunku  światła,  w  kierunku  wszelkich  rozjaśnień  

przebijających  się przez powieki, reagowałem tylko na wydawane przez matkę 

background image

przenikliwe piski. One właśnie, obok zapachu sutek i poczucia bezpiecznego ciepła 
– przyciągały, uczyły, nakazywały.

Mój słuch nie jest jeszcze ukształtowany, otwory uszne są zarośnięte i tylko 

część dźwię- ków dociera do wnętrza. Pisk matki odróŜniasz  jednak natychmiast, 
łączysz go z ciepłem i rozkosznym smakiem mleka.

Nagą dotychczas róŜową skórę powoli porasta delikatny szary puch, czuję to, 

jest mi coraz cieplej. Teraz nie boję się leŜeć na odkrytej powierzchni.

Rosnę, staję się coraz silniejszy. Potrafię pierwszy dotrzeć do wypełnionego 

mlekiem sut- ka, a nawet odsunąć pełznących obok. Odpycham ich, zagradzam im 
drogę, a kiedy w gru- czole zabraknie mleka, całym cięŜarem pełznę do następnego.

8

Jem  najwięcej,  jestem  największy,  ulegają  mi,  ustępują.  Co  dzień  na  

twardym  podłoŜu gniazda usiłuję stawać, prostować niezdarne, słabe jeszcze łapki, 
posuwać się do przodu i do tyłu, przewracać się i podnosić. Gdy zamiar nie udaje 
się, piskiem przywołuję matkę, która przyciąga mnie do siebie, łapiąc zębami za 
ogon lub skórę na karku.

Potrzeba twardego podłoŜa, na którym uczę się chodzić, staje się równie silna 

jak potrzeba światła w zamkniętych, lecz coraz wraŜliwszych oczach.

Tu, na twardym dnie gniazda, wyczułem wyrastające z moich palców słabe 

jeszcze pazur- ki, uginające się, spręŜynujące, pomagające wstać.

Matka przemywa językiem moje ciało, zbiera wszelkie nieczystości i odchody, 

wyłapuje boleśnie gryzące pchły. Po kolejnym myciu otwierają mi się konchy uszu. 
Nagle docierają do mnie  dźwięki.  Szum  hydrantu,  skrzypienie  schodów,  
uderzenia  w  rury kanalizacyjne,  piski mniejszych szczurków, daleki hałas ulicy, 
nocne miauczenie kota; olbrzymi strumień szme- rów i ech – głosów, szelestów, 
drgnięć, ruchów.

Ogłuszony, rozkraczam się na dnie gniazda, unoszę głowę do góry i wzywam 

pomocy. Po raz pierwszy słyszę dokładnie własny głos – przenikliwy, wibrujący 
pisk. Dotychczas odbie- rałem go zupełnie inaczej – przytłumiony, dochodzący z 
daleka, a obok głosu matki – najgło- śniejszy ze wszystkich. Teraz wydaje się słaby 
i mizerny pośród wielu dźwięków dobiegają- cych ze wszystkich stron. Światło 
przebijające powieki nadal pozostaje tajemnicą, nie wyja- śnioną i niezrozumiałą. 
Wszystkie szczurki dąŜą teraz do szarych, czerwonawych plam i mat- ka ma z nami 
sporo kłopotów: bezustannie czuwa i powstrzymuje nas przed wypełznięciem z 
nory. Przychodzi jej to coraz trudniej, gdyŜ nasze kończyny stają się coraz 
silniejsze, chociaŜ ślamazarnie i powoli to jednak poruszamy się juŜ po całym 
gnieździe. Zdenerwowana matka kładzie się przy wyjściu usiłując zagrodzić drogę. 
Gramolimy się po jej grzbiecie, napełzamy i podpełzamy w kierunku nie znanej, 
kuszącej szarości, coraz Ŝywiej wirującej pod powieka- mi. Kilkoro małych 
zniknęło, i kaŜde z nas ma swój własny gruczoł mleczny, podczas gdy poprzednio 
przy brzuchu matki stale trwały przepychanki, odtrącania, wręcz walki.

MoŜe matka sama zagryzła kilkoro małych, które przesiąknęły obcym 

zapachem, zaciera- jącym woń gniazda, moŜe zdechły z głodu i wycieńczenia, 
bezustannie odpychane od sutek, moŜe wypełzły korytarzem w kierunku światła i 
złowił je kot, moŜe ukradła je inna samica, której zginęło potomstwo...

Pozostało kilka ruchliwych samczyków i samiczek coraz bardziej 

zniecierpliwionych wła- sną ślepotą, nieporadnością, słabością. śądnych 
samodzielności i ciekawych.

background image

Poznajemy juŜ nasz własny zapach i dotyk wibrysów, sztywnych i wraŜliwych 

szczecinek, wyrastających z nozdrzy.

Nieruchome  dotychczas  mięśnie  powiek  zaczynają  się  kurczyć,  poruszać,  

napręŜać.  Sta- ram się otworzyć je, rozewrzeć, unieść.

Matka pomaga nam przecierając i przemywając okolice oczu 
językiem. Do światła! Ze wszystkich sił do światła!

Widzę. Powieki rozwierają się. Najpierw przez niewielką szparę wpada do 

wnętrza rozpro- szony promień. Doznaję nie znanego dotychczas uczucia: światło 
ujawnia rzeźbę ziemi, wnę- trze  gniazda,  norę,  tunele  biegnące  w  róŜnych  
kierunkach.  To,  co  wyczuwałem  dotychczas węchem,  muśnięciem  wibrysów,  
dotykiem  skóry  i  łap  teraz  widzę  dokładnie.  Szczegóły, zmarszczki,  załamania,  
owale,  ostrości,  fałdy,  wzniesienia,  nacieki – nabierają innego zna- czenia. 
Kształt widziany róŜni się bowiem od kształtu wyczutego dotykiem, 
niewyczerpanym bogactwem jaskrawości. Nie moŜna wyobrazić sobie światła, 
jeŜeli nigdy się go nie widziało.

Widzę. Powieki rozwierają się coraz bardziej, zsuwają się z wypukłej gałki oka. 
Największe odkrycie, odkrycie samego siebie. Dokładnie badam własną 
anatomię: wyra-

stające z nie owłosionych palców pazury, grzbiet, który dostrzegam odwracając 
głowę, i zło-

9

Ŝ

ony  z  delikatnych  pierścieni  ogon,  pęczniejące  gruczoły  płciowe,  ciemną  

puszystą  sierść jaśniejącą  na  brzuchu.  Oglądam  pachnące  sutki  matki,  ciepły  
miękki  brzuch,  pod  którym moŜna się ukryć, potęŜne zęby delikatnie chwytające 
mnie za skórę.

Jesteś małym szczurem, mieszkającym w podziemnym gnieździe, szczurem 

chronionym i pilnowanym przez matkę przed niebezpieczeństwami, których nie 
znasz i nie potrafisz prze- widzieć.

Nie  wiem  jeszcze,  co  oznacza  strach,  poniewaŜ  znam  tylko  lęk  

chwilowego  głodu,  gdy matka zbyt długo nie wraca do gniazda.

Kilkakrotnie zdarzało się, Ŝe leŜałeś z boku nie mogąc dotrzeć do napełnionych 

mlekiem gruczołów. Wtedy bałeś się, Ŝe nie odnajdziesz ich, a gdy matka po 
powrocie przygarniała cię do siebie i karmiła, odczuwałeś radość zaspokojenia. 
Uczucie to  wiązało się z  nasyceniem, gdy najedzony i rozleniwiony sam 
odsuwałem się od ciepłych gruczołów, czując w trzewiach rozkoszne ciepło mleka.

Widzę.  Otaczają  mnie  czarne,  wklęsłe,  obwisłe  płaszczyzny z  

prowadzącymi  w  róŜnych kierunkach otworami mrocznych korytarzy, w których 
poruszać się moŜna tylko za pomocą wibrysów.  Kończą  się  nagle  ślepymi  
ś

cianami  murów.  Tylko  otwór,  z  którego  wpada  do wnętrza błyszcząca 

poświata, prowadzi dalej. Nie wiem jeszcze dokąd i właśnie ta niepew- ność 
niepokoi i najbardziej intryguje. Tymczasem matka i ojciec nie pozwalają zbliŜać 
się do tego tajemniczego otworu, a kiedy usiłuję wybiec z rozpędu na zewnątrz, 
karcąco gryzą mnie w uszy. Podnoszą za skórę  na  grzbiecie  i  piszczącego  
taszczą  z  powrotem.  Z konieczności baraszkuję  w  norze,  zwiedzam  ślepe  
korytarze,  bawię  się  ze  szczurkami,  ćwiczę  zęby  na zbutwiałej desce.

Ś

wiatło przyciąga bezustannie. Chcę poznać jego źródło, jego istotę, dowiedzieć 

się, czym właściwie jest.

background image

Powoli zaczynam rozumieć, Ŝe jego zmienne natęŜenie, jaskrawość i barwa 

zaleŜne są od wydarzeń zachodzących za oknami. Niekiedy raŜąco ostre, o 
jaskrawym odblasku rozjaśnia- jącym wnętrze aŜ po zwęŜające się u góry ściany. 
Innym razem zamglone, jednostajne, wpa- dające pod innym kątem. 
Obserwowałem równieŜ gwałtowne zmiany refleksów światła, zu- pełnie jakby jego 
ź

ródło pulsowało. Najbardziej jednak dziwił mnie brak wszelkiego światła 

powtarzający się regularnie. Na razie jednak wszystkie próby wyjścia i zbadania 
tych tajem- niczych zjawisk udaremniała matka.

Kiedy właściwie zacząłem bać się światła?  Strach nadszedł później. Najpierw 

stałem się podejrzliwy i nieufny. Mały szczur wymyka się, wychodzi na zewnątrz.

Matka wyskakująca zawsze za kaŜdym z nas, tym razem pozostaje na miejscu, 

unosi noz- drza,  węszy,  porusza  wibrysami,  zdenerwowana.  Całym  ciałem  
zastawia  tunel.  Jej  zdener- wowanie udziela się nam, kulimy się przy jej boku.

Odległy pisk, szamotanina, miauknięcie. Wyczuwam obcy niemiły zapach, który 

tak  za- niepokoił matkę. Pisk ustaje. Oczekuję powrotu, nie wraca. Matka tuli nas 
pod swym brzu- chem,  przykrywa,  napełza,  wyciąga  szyję,  węszy.  Do  piwnicy 
przez  rozbite  okno  wtargnął kot. Czuwa przyczajony za hydrantem, krąŜy, wie o 
naszej obecności. Lecz my, małe ruchli- we szczurki, nie wiemy o nim nic, nie 
zdajemy sobie sprawy z groŜącego niebezpieczeństwa, nie  wiąŜemy  zniknięcia  
małego  szczura  z  zapachem  kota.  Niepokoi  nas  tylko  zachowanie matki, jej 
nerwowość, cierpki smak słodkiego dotąd mleka.

Ś

wiatło przyciąga. Podejmujemy więc następne próby wyjścia, nie 

podejrzewając niebez- pieczeństw, nie wiedząc o istnieniu wrogów, trucizn, 
pułapek, nie przeczuwając śmierci, nie wiedząc o moŜliwości śmierci.

Jestem coraz  silniejszy,  coraz  większy,  coraz  ruchliwszy.  Tam  za  cienką  

ś

cianą  piwnicy znajduje się inny świat, nowa nie znana rzeczywistość. Stamtąd 

rodzice przynoszą poŜywie- nie, stamtąd przychodzi ojciec, któremu matka 
pozwala juŜ teraz nocować w gnieździe. Trze- ba  wyjść,  koniecznie  trzeba  wyjść.  
Kot  podkrada  się  często,  wysiaduje  w  piwnicy.  Matka

1
0

drŜy wtedy ze strachu, a my wpełzamy pod jej brzuch. Niebawem następny 
nieostroŜny mały szczur zostaje zjedzony przez kota. Ludzie wstawiają szybę i kot 
nie ma juŜ którędy przycho- dzić.

Matka wyprowadza mnie wprost na światło. Promień padający z wysoko 

umieszczonego otworu uderza źrenicę, oślepia. Siedzę przy wejściu w jasnym 
kręgu. Odkrywam, Ŝe światło niesie  oprócz  blasku  równieŜ  ciepło.  Przez  długą  
chwilę  rozkoszuję  się  tą  smugą.  Lecz  ja- skrawa plama nagle znika, po chwili 
pojawia się, znika powtórnie, znowu przesuwa się. Bie- gamy teraz po piwnicy, 
niezdarnie wdrapujemy się na spiętrzone bryły węgla, ześlizgujemy w dół, 
spadamy, rzucamy na siebie w udanych atakach. W hydrancie bulgoce woda. Matka 
pod- chodzi  do  duŜej  płyty,  wsuwa  się  pod  nią.  Idę  za  nią  ostroŜnie.  W  
mroku  błyszczy  woda. Matka pochyla się, pije. Mały nieostroŜny szczur wskakuje 
wprost do wody. Piszczy przera- Ŝony, przebiera łapkami, usiłuje pływać. Matka 
chwyta go zębami za grzbiet i ciągnie w górę. Piwnica jest obszerna, obiegam ją 
wielokrotnie w koło. Pod drzwiami moŜna przecisnąć się na drugą stronę. Teraz, 
kiedy juŜ wiem, którędy wpada do piwnicy światło, muszę dowiedzieć się,  co  
znajduje  się  tam  za  drzwiami,  w  zalegającej  ciemności,  z  której  przychodzą  
ludzie. Kroki na schodach. Matka łapie mnie i niesie w kierunku nory. Pozostałe 

background image

szczurki biegną za nami. Teraz wsłuchujemy się w dobiegające z piwnicy odgłosy.

Znam juŜ dźwięk klucza. Natomiast skrzypienie okiennych zawiasów to odgłos 

nowy. Do gniazda dociera chłodne, wilgotne powietrze. Poruszam nozdrzami. W 
uszy wciska się wiele nie  znanych  odgłosów.  Łoskot  wsypywanego  do  piwnicy  
węgla  tłumi  skutecznie  wszelkie dźwięki i echa. Wwierca się w uszy, rozsadza 
czaszkę. Gniazdo wypełnia duszący pył. Prze- raŜony wraz z pozostałymi 
szczurkami biegam po gnieździe. W końcu przywieram do zimnej ściany na  krańcu  
ś

lepego  korytarza.  Matka  zachowuje  się  spokojnie  –  widocznie  przyzwy- 

czaiła się wcześniej do tego łoskotu – czuwa, byśmy w panice nie wypadli na 
zewnątrz.

Grzechocą łopaty. Bryły węgla sypią się w dół. Kurz opada. Ludzie opuszczają 

piwnicę. Zgrzyta klucz. Cisza, nagła cisza.

Matka ostroŜnie wysuwa głowę na zewnątrz, porusza wibrysami, wciąga 

powietrze w noz- drza. Sprawdza, czy nic juŜ nie grozi, czy ludzie odeszli. 
Tłoczymy się za jej długim, nagim ogonem. W końcu wyprowadza nas na 
powierzchnię. Dostrzegam, Ŝe światło wpadające do piwnicy przez zakurzone 
okienko przesunęło się pod drzwi.

OdróŜniam  juŜ  dzień  od  nocy.  OdróŜniam  światło  związane  z  obecnością  

człowieka  od światła  wpadającego  przez  okna.  Wiem,  Ŝe  poza  ścianami  
gniazda,  poza  murami  domu,  w którym  się  urodziłem,  istnieje  nie  znany  
ś

wiat.  Poznaję  to  po  cieniach,  mącących  jasność wpadającego światła, po 

zapachu matki i ojca  powracających  stamtąd,  po  woni  wpadającej przez 
otwierane drzwi i okna, po odgłosach w rurach kanalizacyjnych, po szumach, 
echach, piskach, skrzypnięciach, szczękaniach, zgrzytach.

Do piwnicy przychodzą nie znane szczury, ich woń, chociaŜ podobna do naszej, 

jest od- rębna.  Matka  wypędza  je  i  gryzie.  Obce  szczury  przynoszą  zapach  
własnych  gniazd,  woń swoich własnych odrębnych dróg, swoich rodzin. Próbuję 
wymknąć się za nimi, iść ich śla- dem. Matka cofa mnie juŜ od drzwi piwnicy i 
rozzłoszczonego zanosi do gniazda.

Dzień przesuwa się za  dniem,  noc  za  nocą.  Ciekawość  staje  się  

koniecznością,  potrzeba opuszczenia  piwnicy  i  pójścia  dalej  pcha  mnie  w  
stronę  podłuŜnej  szpary  pod  drzwiami. Wszystkie małe szczury są podniecone i 
niespokojne. Coraz częściej teŜ dochodzi do pozo- rowanych napaści, ucieczek, 
walk. Odpychamy się uderzeniami nóg, drapiemy, przewracamy, gryziemy w uszy, 
nosy, ogony, podbrzusza.

Poznajemy oszałamiający smak krwi, smak wyjątkowy, smak mięsa myszy i 

przyniesione- go przez ojca Ŝywego ptaka.

1
1

Najmniejszy i najsłabszy z małych szczurków wymyka się przez szparę pod 

piwnicznymi drzwiami.  Wraca  wysmarowany  ostro  pachnącym  płynem,  
zagłuszającym  jego  naturalną szczurzą woń, po której kaŜdy z nas się poznaje. 
Jest obcy, inny. Zdobywamy teraz doświad- czenie atakując najmniejszego i 
najsłabszego z nas. Ostre zęby trafiają go w oko. Oślepiony kryje się w kącie. 
Wkrótce skórę pokrywa warstwa zakrzepłej krwi, ran, strupów. Gryziemy, 
przepędzamy, drapiemy, jakby nie pochodził z naszej rodziny. Matka nie staje w 

background image

jego obro- nie, nie pozwala nawet kryć się pod swoim brzuchem.

Po następnej gonitwie zakrwawiony szczurek zdycha wciśnięty pomiędzy bryły 
węgla. Piwnica staje się coraz mniejsza, postanawiam wyrwać się z niej, jak 
tylko będzie to moŜ-

liwe.

Wyruszam  wzdłuŜ  piwnicznej  ściany pokrytej  zmarszczkami  odpadającego  

tynku.  Wzy- wają  mnie  dalekie  zapachy,  lekkie  powiewy  nie  znanego  świata,  
smugi  innego  powietrza. Początkowo posuwam się bardzo ostroŜnie, jakby 
zewsząd groziły niebezpieczeństwa, jakby w kaŜdej szarości, pajęczynie, 
zmarszczce, w kaŜdym załamaniu muru ukrywał się nie znany wróg.

Boję się wszystkiego, czego nie znam. Szybko przebiegający pająk przecina 

drogę, doty- kam go koniuszkami wibrysów – kuli się gwałtownie, nieruchomieje, 
zmienia w grudkę zie- mi.

Jego strach pomaga mi. Boi się bardziej niŜ ja, jest słabszy niŜ ja, delikatniejszy, 

kruchy... Wystarczy ruch siekaczy, by pozbawić go Ŝycia. Nie, to niepotrzebne. 
Widziałem przecieŜ, jak matka omijała takie znieruchomiałe szare grudki. 
Widocznie są niesmaczne lub niezdro- we.

Zostawiam  znieruchomiałego  pająka  i  znacznie  śmielej  podąŜam  naprzód.  

Wślizguję  się między  ścianę  a  owiniętą  pakułami  rurę  kanalizacyjną.  Nagle  
słyszę  daleki,  narastający szmer, jakby coś pędziło w moim kierunku. To w rurze 
rozlegają się ostre, gwałtowne dźwię- ki, a nad moją głową przewala się potęŜny, 
syczący, bełkocący strumień.

Gwałtownie   przywieram   do   ściany,   jakby   rzeczywiście   groziło   

niebezpieczeństwo. Dźwięki przeszywają na wskroś, oddalają się,  giną. Przez  
chwilę  odczuwam  paniczną  chęć ucieczki.

Uczucie strachu mija. Idę dalej. Znacznie ostrzej wyczuwam teraz chłodny 

powiew wiatru. Stamtąd,  z  zarysowanego  na  horyzoncie  jaśniejszym  
obramowaniem  przejścia.  Zatrzymuję się co chwila, rozglądam, idę dalej. Nozdrza 
rejestrują smugę zimniejszego powietrza zawie- rającego  zupełnie  nowe,  
rozkoszne,  smakowite  zapachy.  Nagle  czuję  na  karku  ostre  zęby. Matka trzyma 
mnie mocno za skórę, unosi i obraca. Piszczę ze złości. Moje łapki wiszą w 
powietrzu, ogon zamiata podłogę. Uznała, Ŝe za wcześnie jeszcze na samodzielne 
wyprawy.

Odwracam głowę i usiłuję złapać koniuszkami zębów jej ucho.
Wracamy. Matka zatrzymuje się, jakby wyczuła niebezpieczeństwo wśród 

dochodzących z góry uderzeń, pogłosów, ech.

Dalekie rytmiczne dźwięki. PotęŜnieją, nadchodzą. Matka cofa się między 

ś

cianę i wiązkę cienkich rur.

Trzeszczą  otwierane  drzwi,  przenikliwe  światło  wypełnia  pomieszczenie  aŜ  

po  zasnuty pajęczynami, okopcony sufit. Gwałtowny podmuch ciepłego powietrza 
przeraŜa matkę, która niemal wciska się w ścianę. Stawia mnie na betonie przed 
sobą, lecz ucisk jej zębów nie słab- nie.

Ludzie wnoszą duŜą drewnianą skrzynię. Ich sapanie i bełkotliwe dźwięki 

przeraŜają mnie. Piszczę ze strachu. Matka puszcza skórę i napełza na mnie całym  
ciałem. Przykrywa, tłumi wszelkie  dźwięki.  Poci  się,  jej  zapach  staje  się  inny,  
niepokojący.  Odmienny  jest  równieŜ szum krwi – szybszy, nerwowy, 
rozsadzający Ŝyły.

Widocznie ze strony gulgoczących i sapiących brył mięsa zagraŜa nam 
niebezpieczeństwo.

background image

1
2

Stawiają skrzynię przed drzwiami piwnicy, w której mieści się wejście do nory. 

Otwierają je szeroko, podsuwają Ŝelazny odwaŜnik, by się nie zamknęły. Wysuwam 
głowę spod brzu- cha matki. Chcę widzieć. Zniecierpliwiona wciska mi głowę z 
powrotem pod brzuch. Droga do nory jest zamknięta.

W tej chwili na schodach rozlega się kolejne dudnienie. To następni taszczą 
skrzynię.  Z

wrzaskiem, trzaskiem, sapaniem.

To ludzie, to właśnie ludzie – nasi najwięksi wrogowie. Stawiają skrzynię tuŜ 
przy nas.
Po raz pierwszy widzę ludzi, po raz pierwszy wyczuwam ich woń, po raz 

pierwszy jestem tak blisko nich. Słyszę cięŜki łoskot ludzkich serc. Kwaśny opar 
potu wypełnia piwnicę.

Hałaśliwi,  bezkształtni,  na  uginających  się  kończynach,  ze  sztywno  

wzniesionymi  kuli- stymi głowami, wydają bełkotliwe, syczące dźwięki. 
Zdenerwowana matka ponownie chwyta mnie zębami za kark. Odwraca się i 
biegnie w kierunku rur kanalizacyjnych.

Udało się. Wciśnięci między obandaŜowane pakułami i pokryte gipsem 

przewody czujemy się  nieco  bezpieczniej.  Krew  matki  płynie  wolniej,  niemal  

wraca  do  normalnego  rytmu.  A jednak nadal nam zagraŜają, draŜni nas ich 

obecność, zapach i światło, które przynieśli. Jeste- śmy otoczeni. Otwarta od góry 

przestrzeń między rurami a ścianą jest niepewną kryjówką. Nozdrza matki 

poruszają się. KaŜdy z ludzi pachnie inaczej, odrębnie. Wyczuwam to, gdy

przechodzą obok.

Z tego zapachu matka potrafiła wiele wywnioskować, tylko wtedy jeszcze o tym 

nie wie- działem.

Nadal trwamy nieruchomo wciśnięci we wnękę między bulgocącymi rurami a 

ś

cianą, po- zbawioną w tym miejscu jakichkolwiek otworów. Oczekujemy, aŜ 

ludzie opuszczą piwnicę, zamkną drzwi, wygaszą światło, odejdą.

Matka znowu napełza na mnie całym ciałem jakby w obawie, Ŝe zacznę piszczeć 

lub z cie- kawości wysunę się do przodu.

Ludzie  opuszczają  piwnicę,  zatrzaskują  drzwi,  przekręcają  klucze  w  

skrzypiących  zam- kach. Ostatni z wychodzących wydaje dźwięki układające się w 
rytmiczny ciąg tonów.

Ś

wiatło gaśnie. CięŜkie kroki na schodach oddalają się. Niebezpieczeństwo 

minęło. Matka uspokaja się. Chwyta zębami za kark i niesie prosto do nory. 
Wypuszcza dopiero w gnieździe, gdzie przestraszone rodzeństwo obwąchuje mnie z 
ogromnym zainteresowaniem.

Niebezpieczeństwo zaostrzyło mój głód. Rzucam się łakomie na resztki 

pozostałe z przy- niesionej przez matkę ryby.

W gnieździe jest bezpiecznie, zacisznie, spokojnie, ciepło – jak we wszystkich 

gniazdach, jakie załoŜysz w przyszłości.

Pierwsze zetknięcie z ludźmi zaniepokoiło cię, rozdraŜniło, przestraszyło. 

Wiedziałeś juŜ: szczurze  losy  związane  są  z  ludzkimi  ściśle,  nierozerwalnie,  
stale,  koniaków  z  ludźmi  nie unikniesz.

Sapiące, gwiŜdŜące, bełkoczące góry mięsa, rozchwiane na rozkołysanych 

odnóŜach budzą paniczny lęk. Ten strach jest ci potrzebny, będzie cię bronił i 
ratował. Ucz się strachu. Ucz się ucieczki, w której przeraŜenie pomnaŜa siły. 
Później nauczysz się nienawiści i zabijania.

background image

Od tamtego zdarzenia matka pilnuje nas wytrwale. Gdy zasypia, kładzie się przy 

wyjściu zasłaniając sobą cały otwór, a gdy mimo to któremuś z nas udaje się 
wydostać, łapie zębami za ogon i ciągnie z powrotem.

Ojciec  przynosi  rybie  łby  z  wybałuszonymi  oczami,  kurze  flaki,  nie  

dojedzone  kromki chleba, ochłapy mięsa.

Jedzenia jednak nie wystarcza. Rośniemy i potrzebujemy coraz więcej, i chociaŜ 

wszystko, co przynosi ojciec, jest gruntownie przemielone przez nasze siekacze, 
zaczynamy poznawać głód. Jednocześnie matka zaczyna traktować nas inaczej, nie 
pozwala ssać i kaŜdą próbę zbli- Ŝenia do jej wypełnionych mlekiem sutek kończy 
bolesne ugryzienie w nos, ucho lub ogon.

1
3

Ojciec przyniósł do gniazda Ŝywą mysz. Pamiętam jej pisk znacznie słabszy od 

szczurze- go. Ojcu zaleŜało widocznie, by dotarła do gniazda Ŝywa, niósł  ją 
bowiem ostroŜnie, jakby była  jego  własnym  dzieckiem.  Poturbowana  i  
przestraszona  usiłowała  wyrwać  się,  uciec, ukryć w niedostępnym miejscu. 
Biegała, podskakiwała, wdrapywała się na ściany, a w końcu zorientowawszy  się,  
Ŝ

e  jedyne  wyjście  zastawiła  sobą  nasza  matka,  próbowała  sforsować 

przeszkodę. Odbiła się od przeciwległej ściany i skoczyła na grzbiet matki, która 
błyskawicz- nym ruchem zębów przegryzła jej gardło.

Teraz pije krew konającej myszy, a my wciągamy w nozdrza nie znany 

dotychczas zapach. Rzucamy się, odpychamy matkę, poŜeramy.

Tamten pierwszy smak Ŝywego jeszcze przed chwilą ciała, pamiętam doskonale, 

ciepło i smak nie zakrzepłej krwi.

Ojciec przynosi następną Ŝywą istotę – ptaka ze złamanym skrzydłem. Kładzie 

go ostroŜ- nie.

Przestraszony ciemnością i szmerami ptak chce się poderwać, podskakuje, 
krzyczy. Wygłodzeni  zbliŜamy  się,  obwąchujemy  świergolącego  ptaka,  
ciągniemy  za  pióra,  za

dziób i pazury, wgryzamy się w cienką warstwę puchu.

Z odgryzioną głową ptaka przycupnąłeś pod ścianą. PoŜerasz wszystko, łącznie z 

kośćmi i chrząstkami. Najbardziej smakuje delikatna substancja ukryta wewnątrz 
czaszki i oczy pełne ciepłego słonawego płynu.

Uczyłem się zabijania, uczyłem się przez całe Ŝycie.
Matka spodziewała się juŜ następnego miotu szczurów, dąŜyła więc do jak 

najszybszego przystosowania  nas  do  samodzielnego  Ŝycia.  Uznała  widocznie,  
Ŝ

e  skoro  potrafimy  zabić zranionego ptaka, to poradzimy sobie równieŜ w 

tajemniczym, nie znanym świecie zewnętrz- nym.

Istniała  jeszcze  inna  przyczyna  nagłej  zmiany  stosunku  matki  do  nas.  

Obawiała  się,  Ŝe zjemy mające się niebawem narodzić małe, ślepe, niezdarne 
szczurki. Później przekonasz się, Ŝe wiele szczurzych samic przejawia ten lęk. I jak 
wcześniej broniła nam wszelkich kontak- tów ze światem, tak teraz zaczęła 
wypędzać nas z gniazda.

Ta nie przewidywana zmiana nastrojów matki zawaŜyła na dalszym losie całej 

naszej gru- py, na Ŝyciu i śmierci.

Z małą samicą wyruszyliśmy na poszukiwanie pokarmu. Głód doskwierał nam 

solidnie i wiedzieliśmy,  Ŝe  zdobycie  poŜywienia  oznacza  przetrwanie.  Na  
matkę  nie  liczyliśmy  juŜ. Odpychała nas, a nawet gryzła.

background image

Tymczasem nozdrza wchłaniają smakowite, obiecujące zapachy napływające z 

zewnątrz. Przy tych wspaniałych woniach karaluchy i stonogi – jedyne dostępne w 
piwnicach poŜywie- nie – wydają się mdłe i monotonne.

Dotarliśmy juŜ do szumiącej rury, przy której nie tak dawno przeŜyłem pierwsze 

spotkanie z ludźmi. Dalej zaczyna się nie znana, pełna tajemnic przestrzeń.

Fascynuje nas wpadające światło, przenikliwe, ostre, raŜące. W  naszej piwnicy 

przez za- mazane farbą okienko, brudne i pokryte pajęczynami, sączyły się  wątłe 
promyczki. Doszli- śmy juŜ  do końca owej szczelnie owiniętej rury, znikającej w  
ś

cianie.  Teren  jest  tu  bardzo niedogodny, poniewaŜ nic nas nie osłania.

Mała samica posuwa się śmiało naprzód, a ja podąŜam z nosem przy jej ogonie. 

Od czasu do czasu unosimy głowy do góry, rozglądamy się wokół.

Padające z okienka promienie ostro załamują się na ścianie. Przyjemnie, ciepło, 

radośnie. Właśnie stamtąd, z na wpół rozbitego okienka dochodzą te kuszące 

zapachy. Trzeba tam się dostać, wspiąć na stos ułoŜonych w tym miejscu starych 

cegieł. Na wierzchu leŜą pudełka

i opróŜnione worki. Przenikliwy cudowny zapach świeŜego pieczywa 

oszałamia. Wpada razem ze światłem. Zdaje się być z nim 
związany nierozdzielnie.

1
4

Zapadnięty głodny brzuch małej samicy porusza się gwałtownie. Po dziąsłach 

spływa gę- sta ślina. Czuję zwielokrotniony, bolesny głód. Szczęki poruszają się, 
zęby zaciskają, zgrzy- tają. Mała samica dotarła juŜ do otworu, znika na krawędzi. 
Okienko znajduje się wysoko nad ziemią.  PodąŜam  za  nią.  JuŜ  mam  skoczyć.  
Nagle  zatrzymują  mnie  bełkotliwe  syczące dźwięki. Ludzie, ludzie. Przywieram 
do framugi.

Jaskrawe  światło  spada  na  wyłoŜone  szarymi  płytami  podwórze.  Przykre,  

oślepiające, ujawniające. Nad dachami dostrzegam jasnomatowy przestwór i 
raniącą wzrok kulę słońca.

Mała samica oszołomiona światłem krąŜy po  wybetonowanym  podwórzu  

poszukując  ja- kiejkolwiek kryjówki, otworu, wnęki.

W otwartych drzwiach piekarni stoją ludzie, wymachują, pokazują, syczą, 

ś

wiszczą, beł- kocą.

Zdenerwowana, zdezorientowana, oślepiona. Z łatwością mogła przejść pod 

Ŝ

elazną bramą zamykającą podwórze od strony ulicy.

Stamtąd  dochodzi  jednak  przeraźliwy hałas  samochodów,  kroków,  rozmów.  

Dlatego  teŜ cofa się, nie dochodząc nawet do przerwy między stalową listwą drzwi 
a betonem. Na podwó- rzu stoją blaszane pojemniki na śmiecie.

Stara się ukryć za jednym z nich. Człowiek z białym fartuchu podchodzi i kopie 

w blasza- ny pojemnik. Przestraszona wybiega na środek, w stronę metalowej 
pompy, z której wycieka woda.  W  niewielkim  zagłębieniu  znajduje  się  ściek,  
otwór  zamyka  jednak  gęsta  metalowa kratka.

Prawdopodobnie zauwaŜyła z daleka jej brązową powierzchnię, sądziła, Ŝe 

przeciśnie się na drugą stronę.

Przywiera do metalu, gryzie, drapie, wciska nozdrza w twarde otwory. 

Daremnie. Przejście zamknięte,  zatkane,  niemoŜliwe.  Przez  kratę  dostrzega  
ciemne,  wilgotne  wnętrze  ścieku  – świat przyjazny, znany i bezpieczny.

ZbliŜa się człowiek w rozchełstanym, szeleszczącym, powiewającym fartuchu. 

background image

Spod czep- ka wystają długie jasne włosy. Bełkoce, rechoce, piszczy, dyszy, 
ś

wiszcze.

ZbliŜa się. Mała samica rani dziąsła o metalową kratę, wyrywa się, wciska, 

trzęsie ze stra- chu.

ZbliŜa się, w ręku trzyma dymiący metalowy 
czajnik. Podnosi go wysoko, aŜ słońce odbija się 
w lustrzanej blasze.
Dźwięki stają się coraz głośniejsze. Strumień parującego wrzątku spada na 

grzbiet małej samicy. Usiłuje uciec. Daremnie. Przewraca się, koziołkuje, okręca, 
wije. Ukrop spływa na brzuch.  Przenikliwy pisk  wwierca  się  w  uszy.  Następny 
strumień  spada  wprost  w  nozdrza. Pisk zamiera, ustaje. Człowiek trąca szczurka 
nogą, sprawdza, pochyla się.

Ujmuje w dwa palce koniec ogona i niesie do śmietnika.
Podnosi  klapę,  wrzuca.  Odwracam  się,  ześlizguję  na  chłodną  betonową  

posadzkę,  ucie- kam. Do gniazda, do nory, do ciemności.

Rozumiem strach matki, wiem, Ŝe ludzi trzeba się bać zawsze i wszędzie. 

Zawsze i wszę- dzie trzeba przed nimi uciekać.

Matka śpi. Wpełzam ostroŜnie i zabieram się do obgryzania nie dojedzonej 

skórki chleba. Tym razem toleruje mnie, nie wypędza. Jej potęŜny, balonowaty 
brzuch porusza się przy kaŜ- dym oddechu. Następny miot szczurów powoli 
przygotowuje się do wyjścia na świat.

Od  dawna  matka  znosi  do  nory  kawałki  waty,  strzępy  szmat,  gazety,  

sznurki.  Wyścieła nowe gniazdo dla kolejnego potomstwa.

Ojciec przynosi wyschniętą na kość rybę. Kiedy usiłuję zbliŜyć się do 

pachnącego pokar- mu, rzuca się na mnie i boleśnie gryzie w szyję. Skaczę w bok. 
Uciekam. Nie pozostaje mi nic innego, jak opuścić gniazdo moŜliwie najszybciej. 
Znowu jestem na betonowej piwnicz-

1
5

nej posadzce. Blask sączący się z matowych okienek zaczyna słabnąć. ZbliŜa się 
noc. Wśród sterty połamanych skrzynek czekam, aŜ ściemni się zupełnie.

JuŜ. Nieomylnie, kierując się sterczącymi po obu stronach pyszczka wibrysami 

podąŜam drogą, którą ostatnio przebyłem z małą samicą.

Podwórze  oświetla  zamglona  latarnia.  Z  piwnicznego  okienka  powoli  

ześlizguję  się  na bruk.  Teraz  juŜ  wiem,  dlaczego  mała  samiczka  uległa  
dezorientacji.  Podwórze  przypomina olbrzymią  miskę,  jest  wklęsłe,  a  ściana  
od  strony  piwnicy  stoi  na  podmurówce.  Z  samego dna, ze szczurzej 
perspektywy, nie widać przejścia pod bramą, wykruszonych cegieł w bocz- nej  
ś

cianie,  szeroko  rozwartego  ujścia  rynny,  Ŝadnego  miejsca,  gdzie  szczur  

mógłby  się ukryć. OkrąŜam podwórze badając kaŜdy kąt. Ze środka, z miejsca, w 
którym zginęła mała samica, dostrzegam tylko pokrywy metalowych śmietników i 
Ŝ

elazną pompę na tle murów.

Z  pojemnika,  do  którego  wrzucono  małą  samicę,  dochodzi  przytłumiony  

dźwięk  zębów zgrzytających o kość.

Szybko wspinam się po opuszczonej pokrywie. Jestem głodny, bezustannie 
głodny. Śmietnik wypełniają najprzeróŜniejsze odpadki – puste pudełka, 
metalowe puszki, papiery,

background image

kości, skórki bananów i pomarańczy, szmaty, łupiny, włosy, ogryzki.

Zjadam kilka okruszyn suchego chleba. Wpełzam głębiej. Odgłosy poŜerania są 

coraz wy- raźniejsze.

Gdzieś tu powinna znajdować się mała samica.
Coraz  niŜej. Na samym dnie olbrzymi stary szczur  pochłania  wnętrzności  

małej  samicy. ZbliŜam się ostroŜnie. Słyszę zgrzyt jego potęŜnych zębów. Nie  
odpędza mnie. Obwąchuje uwaŜnie,  dotyka  wibrysami,  sprawdza,  bada.  Robię  
to  samo,  gotowy  w  kaŜdej  chwili  do ucieczki. Nie atakuje, pozwala przyłączyć 
się do siebie. Mięso małej samicy jest delikatne i smaczne.

PoŜeramy ją, pozostawiając resztki 
kości i sierść. Jestem nasycony, 
napełniony, ocięŜały.
Stary szczur  przeciska  się  przez  szeleszczące  papierzyska  na  powierzchnię,  

podąŜam  za nim.

Nad podwórzem świeci księŜyc, staję na tylnych łapach, podpierając się 

ogonem, i unoszę głowę. Długo wpatruję się w jaskrawą powierzchnię. Stary 
szczur zaspokaja pragnienie wodą kapiącą z pompy.

Bezszelestny cień  na  chwilę  zasłonił  powierzchnię  księŜyca.  KrąŜy nad nami. 

ZniŜa  lot. Stary szczur przywiera do ziemi. Wyczuwam niebezpieczeństwo i 
skaczę w stronę pojemni- ka. Ogromna sowa muska mnie swymi skrzydłami.

Ma duŜe, przeraŜające oczy i zakrzywione szpony. Stary szczur skacze, jest juŜ 

przy mnie. Nocny ptak wydaje ostry krzyk i wzbija się w powietrze. Przez chwilę 
krąŜy jeszcze nad po- dwórzem. Odlatuje.

Na  ulicy.  Przemykam  rynsztokiem  w  cieniu  krawęŜnika,  wdychając  zapach  

chłodnego, mokrego bruku.

Stary szczur lubi widać długie wędrówki, raz po raz dotykam wibrysami 

koniuszka jego ogona. Staram się zapamiętać drogę, chcę wrócić do mojej piwnicy.

Stary  szczur  przebiega  jezdnię.  Na  przeciwległym  chodniku  widzę ludzi. 

Stary szczur ignoruje  ich  obecność,  jest  spokojny,  pewny,  obojętny.  Zatrzymuje  
się  przy  krawęŜniku  w pobliŜu stojących. Jego kształt zlewa się z ulicznym 
brukiem, ginie w nim. Kamienna kostka błyszczy w  świetle  wysokich  latarni,  na  
tym  tle  matowa  sierść  starego  szczura  jest  prawie niewidoczna.

Idę za nim, szybko przemykam jezdnię.

1
6

W dalekiej perspektywie ulicy dostrzegam przesuwające się w naszym kierunku 

ś

wiatło. Pisk, warkot, trzask. Stary szczur nie wykazuje zaniepokojenia. Posuwa się 

wzdłuŜ rynsztoku, jakby nie dostrzegał narastającego blasku, głosu, szumu.

Wciskam się pod strzęp wytłuszczonej gazety. Obok nas z wielką  szybkością 

przejeŜdŜa zaopatrzony w silne reflektory samochód.

Pierwszy  samochód,  jaki  spotkałem  na  swej  drodze.  Nie  zdąŜyłem  jeszcze  

ochłonąć  ze zdenerwowania, a juŜ nadciąga następny, i jeszcze jeden, i jeszcze. Na 
wpół ogłuszony wyła- Ŝę spod papieru. Samochody przejechały, ulica jest spokojna. 
Stary szczur schronił się w ni- szy  między  krawęŜnikiem  a  włazem  kanału.  
Siedząc  na  tylnych  łapach  poŜera  znalezioną przed chwilą skórkę od kiełbasy. 
Dopiero teraz wyczułem zgromadzone w tym miejscu sma- kołyki – skóry słoniny, 

background image

rozmiękły chleb, zgniłego banana, ogryzki jabłek.

Czuję głód, od poprzedniego posiłku minęło sporo czasu. Siadam obok starego 

szczura i jem, jem, jem, aŜ do ponownego nasycenia.

Jestem w kanałach. Czas przepływa nieuchwytnie, jak czarne strugi ścieków i 

odpadków. Tylko z góry, z okrągłych włazów i zakratowanych studzienek sączy się 
blade światło, po- dobne do panującego w naszej piwnicy.

Stary szczur wprowadził mnie tu przez niewielką szczelinę między Ŝelaznym 

obramowa- niem studzienki a kamiennymi płytami.

Pod całą ulicą, pod chodnikami i jezdnią, we wszystkich kierunkach przebiegają 

wydrąŜo- ne korytarze. W dół, w górę, łagodnie, stromo, między ścianami kanałów 
a powierzchnią, na wielu poziomach, pod posadzkami, podłogami, płytami betonu, 
pod podwórzami i garaŜami, warsztatami i piwnicami leŜy rozległy pogmatwany 
labirynt zamieszkany przez rzesze szczu- rów.

Cały ten świat, mój wspaniały świat trawi bezustanna gorączka zdobywania 

pokarmu, po- Ŝerania,  pochłaniania,  zjadania,  rozszarpywania,  zabijania,  
gryzienia,  napadania,  niszczenia słabszego, mniejszego, nie mogącego się bronić, 
innego, obcego,  wydzielającego nieznośną woń.

Razem ze starym szczurem, trzymając się jego boku, przemierzam świat, 

którego istnienie przeczuwałem, wyruszając w pierwszą drogę wzdłuŜ 
wodociągowej rury, usiłując dotrzeć do niego samodzielnie, poszukując moŜliwości 
opuszczenia gniazda w piwnicy.

I chociaŜ dławi mnie strach, gdy szczury pędzące w morderczej gonitwie 

wpadają wprost na  mnie  lub  gdy  natykam  się  na  zagryzionego  obcego,  to  
czuję  się  na  swoim  miejscu,  w swoim Ŝywiole, u siebie.

Stary szczur znakomicie orientuje się w ogromnym labiryncie, idzie sobie tylko 

znanymi drogami, do sobie znanych celów.

Nie prowadzi mnie, lecz pozwala, bym szedł za nim, toleruje mnie obok siebie 

lub za sobą. Przekonałem się o tym boleśnie, usiłując go w pewnym momencie 
wyprzedzić. Z całej siły ugryzł mnie w ogon tuŜ przy nasadzie i, gdybym nie cofnął 
się, byłby mnie prawdopodobnie zagryzł. Zostałem więc z tyłu z krwawiącym 
ogonem, mając przed sobą jego potęŜny wygięty grzbiet.

Nie wysuwam się, biegnę za nim, poddaję się jego woli, zdaję się na niego...
Szerokim  korytem  płynie  strumień  ścieków.  Stary  szczur  biegnie  

krawędzią.  Nagle  za- trzymuje się, pochyla nad wodą, zanurza się. Prąd porywa 
go, unosi. Skaczę za nim. Woda zalewa uszy, oczy i nozdrza. Ma słonawo-kwaśny 
przyjemny smak i zapach rozwodnionego moczu. Odruchowo przebieram łapkami, 
płynę. Głowa starego szczura wyraźnie odcina się na tle zmarszczek wody.

Dobija do przeciwległego krańca, zahacza pazurami o chropowatą  

powierzchnię, wyska- kuje na brzeg. Otrząsa się, aŜ dolatujące krople wpadają mi 
w oczy.

1
7

Zbieram wszystkie siły, aby oprzeć się silnemu prądowi wypychającemu ku 

ś

rodkowi po- toku. Gwałtownie przebieram łapkami, starając się trzymać głowę  

wysoko, by fale nie zale- wały pyszczka. ZbliŜam się do przeciwległej ściany 
niemal w tym miejscu, gdzie stary szczur. Zahaczam pazurami przednich i tylnych 
łap. Usiłuję wskoczyć na brzeg. Nie od razu się uda- je. Ponownie wpadam w nurt, 

background image

wbijam pazury we wgłębienia. Napinam mięśnie. Tym razem skok wypadł 
doskonale. Woda spływa z sierści, otrząsam się kilkakrotnie. Stary szczur wyru- 
szył  juŜ  dalej.  Biegnę  jego  śladami  odciśniętymi  w  wilgotnym  nalocie  
pokrywającym  po- sadzkę. Odnajduję go za rogiem, wpatrzonego w niewielki 
szary kłębuszek przypominający zminiaturyzowanego szczura.

Mysz trzyma w mordce duŜą białą glistę. Podnosi głowę i w tej niewygodnej 

pozycji zdąŜa naprzód. Zajęta zdobyczą nie widzi nas. Ciągnie, popycha, podrzuca 
ruszającego się robaka – byle dalej do przodu. W miejscu, gdzie sączy się blade 
ś

wiatło, mysz wciąga zdobycz po ce- glanym rumowisku.

Chcę skoczyć, mięśnie grzbietu napinają się. Stary szczur jakby przewidział 

moje podnie- cenie, odwraca się i dotyka wibrysami moich nozdrzy. W 
międzyczasie mysz dotarła do celu
– wąskiej szczeliny w łuku sklepienia.

Skok i stary szczur zastyga przy otworze. Słyszę delikatne piski dobiegające z 

dna szczeli- ny.

W opuszczonym przez szczury korytarzu mieszkają myszy.
Odgłosy świadczą, Ŝe jest ich duŜo. Stary szczur wbiega do  środka.  Korytarz  

rozgałęzia się. Trzeba zablokować wszystkie przejścia, aby Ŝadna mysz nie 
umknęła. Wpadamy. Myszy uciekają, rzucają się na ściany, przeskakują nad 
naszymi grzbietami.

Stary szczur rozdziela mordercze ciosy. Wystarczy ruch zębów, a mysz pada z 

rozdartym gardłem, zmiaŜdŜonym karkiem lub pękniętym kręgosłupem.

Dostrzegam samicę przykrywającą ciałem piszczące kształty. PrzeraŜona, 

trzyma w zębach jedno z małych poruszające łapkami. Szybki ruch i samica kona z 
przegryzioną krtanią. Za- bijam małe. Rozrywam zębami delikatne róŜowe mięso, 
połykam, wchłaniam.

Moje ruchy stają się coraz doskonalsze, coraz bardziej precyzyjne. Zabijanie nie 

przycho- dziło mi początkowo tak łatwo.

Zabijanie myszy lub ptaka wymagało wielu zbędnych ruchów. Teraz ciosy są 

pewne, za- bijam nie czując prawie oporu.

Stary szczur nie ustaje w poszukiwaniach. Po przeciwległej stronie wyniuchał 

gniazdo, do którego wejście maskowały pocięte strzępy gazet. Dochodzące piski 
ś

wiadczą, Ŝe znalazł tam duŜą mysią rodzinę.

Z obnaŜonego otworu wynurza się samczyk ciągnący za sobą sparaliŜowane 

tylne kończy- ny. MiaŜdŜę mu kark.

Stary szczur ściąga zabite myszy w jedno miejsce.
Zęby starego szczura porozdzierały je na części. Moje zęby nie  robią jeszcze 

takich ran, nie czynią takiego spustoszenia.

Najedzeni opuszczamy norę.  Przy wejściu  czekają  obce  szczury,  pragną  

wśliznąć  się  do środka zwabione zapachem krwi.

Stary szczur przechodzi obok nich, obojętnie.

Wyruszamy do rzeźni, gdzie pijemy ciepłą jeszcze krew, do magazynów ze 

zboŜem i mą- ką, do piekarni, mleczarni, do zbiornic odpadków i śmietników,  do 
stajni i chlewów, coraz dalej i dalej.

Stary szczur zna wysypiska i zaułki, przewiduje niebezpieczeństwa, ostrzega 

przed gniaz- dami  os  i  trzmieli,  przed  podkradającym  się  lisem,  przed  kuną  i  
łasicą.  Uczy  wydobywać miód ze stojącej w spiŜarni butelki – wygryzając korek, a 
następnie wielokrotnie zanurzając

background image

1
8

w niej ogon. Porusza się pewnie, świadomy siły potęŜnych, szybko rosnących 
zębów. Podwa- Ŝa  nimi  metalowe  wieczko  słoika  wypełnionego  pachnącym  
smalcem, przegryza blaszaną osłonę mięsnej konserwy, przecina sznurki, na 
których zwisają wędzone szynki.

Stary szczur dba o zęby. Ciemnym, wykopanym przez szczury korytarzem 

posuwamy się ku  powierzchni.  Słyszę  odległy  jazgot  tramwaju,  szum  
przechodzącego  tłumu.  Idziemy wzdłuŜ betonowej płaszczyzny. Jedna z 
przylegających do siebie płyt jest wykruszona. Prze- ciskamy się do środka, 
ostroŜnie, by nie pokaleczyć brzuchów o nagie pręty stalowych zbro- jeń. 
Wymoszczonym warstwami papy i smoły wnętrzem biegną cięŜkie kable w 
ołowianych osłonach. Po ich powierzchni przebiegają drobne błyszczące iskierki. 
Na kablach dostrzegam ślady szczurzych zębów, podłoŜe zasłane jest drobinami 
metalu.

Gryzę, wypluwam starty ołów. Szczęki pracują rytmicznie. Opór metalu 

rozjusza, staram się go pokonać, szukam najlepszej pozycji, gryzę z róŜnych stron. 
Ołowiana osłona ustępuje. Przecinam cienkie druciki znajdujące się wewnątrz. 
Błyszczące iskierki parzą dziąsła, prze- staję gryźć. Wracamy.

CięŜki, z przerzedzoną na grzbiecie i bokach siwą sierścią, z  uszami 

pokiereszowanymi, przypominającymi strzępiastą grzybnię, ze złamanym i 
pozbawionym końca, długim, bezwło- sym ogonem, stary szczur zachował 
zwinność i przebiegłość, siłę i ostroŜność.

Przebywając z nim podpatrywałem jego umiejętności, przejmowałem je, 

poznawałem nie- bezpieczeństwa, uczyłem się przewidywać. Koty, psy, węŜe, 
jastrzębie, sowy, gawrony, zęby świni, końskie kopyta, racice i rogi krów, pułapki, 
spadające ołowiane cięŜarki, nafaszerowa- ne trucizną kurze i rybie łby, zatrute 
ziarna, Ŝrące płyny i gazy wpuszczane do gniazd, ludzie i szczury – stary szczur 
znał wszystkie moŜliwe zagroŜenia, poznał je w ciągu swego długiego Ŝycia,  
wiedział,  Ŝe  warczący  samochód  jest  mniej  niebezpieczny  od  bezszelestnie  
frunącej sowy czy cicho stąpającego kota.

W kącie piwnicy leŜą apetycznie pachnące ciastka. Stary szczur obwąchał je, 

odszedł, po- wrócił, znowu obwąchał, nie dotykając zębami.

Z wielkim trudem, starając się nie dotykać sierścią powierzchni ciastek, oblewa 

je moczem i pozostawia na nich swe odchody, sygnalizując, Ŝe te smakołyki są 
niejadalne.

W pobliskich piwnicach wśród stosów papierzysk nie ma nic do jedzenia. W 

kilku miej- scach natomiast odkryliśmy podobnie rozsypane ciasteczka, a w 
gnieździe mieszczącym się w skrzyni z papierami zwłoki szczurzej rodziny, która 
objadła się zatrutymi smakołykami.

Znaleźliśmy jeszcze wiele opuszczonych gniazd, z których szczury 

wywędrowały, rozkła- dające się myszy i wypręŜonego martwego kota.

Szybko opuściliśmy ten pełen trutek budynek. Kiedy indziej odkryłem nadzianą 

na stalo- wy drut, smakowicie pachnącą głowę wędzonego dorsza. Stary szczur 
zachowywał się, jakby ten cudowny zapach zupełnie do niego nie docierał. To 
ostudziło nieco moje zamiary, chociaŜ widok ociekającego tłuszczem rybiego łba 
przyciągał wyjątkowo silnie i łykałem śluz spły- wający do gardła.

Stary szczur podąŜał dalej, jakby promieniująca rozkosznymi zapachami rybia 

głowa nie istniała.  TuŜ  obok  nas  przemknął  zwabiony  zapachem,  rozbawiony  i  
podskakujący  młody samiec.

background image

Za  chwilę  zasiądzie  nad  smakowitym  łupem,  zanurzy  siekacze  w  

chrupiącej,  pachnącej skórze, spróbuje delikatnych włókien, poŜre zakrzepłe 
galaretowate oczy, dotrze do mózgu.

Odbiorę mu rybią głowę. Jestem przecieŜ silniejszy. Zawracam.
Głowa  sterczy  jeszcze  na  zakrzywionym  drucie.  Młody  szczur  zbliŜa  się.  

Ostry  trzask. Metalowy walec miaŜdŜy kark młodego szczura. Z siekaczy spływa 
struŜka krwi. Ogon drŜy konwulsyjnie. Koniec. Chcę uciekać. Stary szczur 
przemyka obok, dąŜy prosto ku rybiej gło- wie. Podnosi się, opierając na ogonie, 
ś

ciąga z zakrzywionego prętu rybi łeb i trzymając silnie w zębach wraca do mnie. 

W pułapce zostaje młody szczur ze zmiaŜdŜonym karkiem i zakrze- płą na 
pyszczku krwią. PodąŜam za starym szczurem, za cudownym zapachem wędzonej 
ryby.

1
9

Miasto  ma  coraz  mniej  tajemnic.  Poznaję  je  dokładnie,  dom  po  domu,  

ulicę  po  ulicy. Wiem juŜ, gdzie spotyka się najwięcej kotów i gdzie najczęściej 
polują sowy, jak wyglądają pułapki ze smakowicie prezentującą się przynętą i jak 
wystrzegać się trucizn. Wiem równieŜ, Ŝe moja sierść stanowi najskuteczniejszy 
ś

rodek ochronny. Na ciemnej powierzchni śmietni- ka, na bruku, w  rynsztoku,  na  

brudnoszarym  tle  ulicy jestem  niemal  niewidoczny.  I to  jest twoja przewaga w 
wiecznej rozgrywce z niebezpieczeństwem, w bezustannej wojnie z ludź- mi.

Stary szczur nie naleŜy do Ŝadnej społeczności szczurów mojego miasta, chociaŜ 

przebywa tu juŜ od dłuŜszego czasu, na co wskazuje chociaŜby doskonała 
znajomość terenu i umiejęt- ność bezbłędnego poruszania się we wszystkich 
miejscowych labiryntach.

Jego zapach zachował  swą  odrębność  –  jest  inny od  zapachów  wszystkich  

miejscowych szczurzych  rodzin.  Jednak  zapach  ten  nie  draŜni  swą  obcością,  
nie  prowokuje  do  napaści. Wielokrotnie mogłem się przekonać, Ŝe wydzielany 
przez szczura rodzaj zapachu decydował o jego losach.

KaŜda rodzina szczurów poznaje swych członków po własnej, tylko dla niej 

specyficznej woni.  Niektóre  z  rodzin  są  wyjątkowo  liczne,  naleŜą  do  nich  
szczury  zamieszkujące  duŜy niekiedy obszar, nawet całe miasto lub dzielnicę. Są 
równieŜ  rodziny mniejsze, obejmujące kilka zaledwie osobników.

Pojawienie się obcego rodzi natychmiastowe emocje, a jego odrębny zapach 

budzi zanie- pokojenie. Nie wiadomo, czy za pierwszym nie pojawią się następne, 
czy nie będą usiłowały wyprzeć miejscowych szczurów z ich Ŝerowisk i gniazd, czy 
ich nie przepędzą lub nie zagry- zą.

Zapach obcego świadczy o  jego  zamiarach,  jak  równieŜ  o  tym,  czy  

przybywa  samotnie, czy teŜ prowadzi swą poszukującą nowych Ŝerowisk rodzinę.

PrzewaŜnie więc kaŜdy obcy szczur zostaje natychmiast zaatakowany przez 

szczury miej- scowe. Niekiedy atak jest pozorny, słuŜący jedynie przepędzeniu 
intruza, często jednak obcy zostaje zagryziony i poŜarty.

Bardzo rzadko szczury przyjmują obcego do rodziny i pozwalają mu na 

załoŜenie własne- go gniazda z miejscową samicą.

Stary szczur wędruje, podróŜuje, przerzuca się z miejsca na miejsce. Nie zakłada 

gniazd, nie łączy się trwalej z Ŝadną samicą, nie wychowuje małych, nie 
przywiązuje się do pozna- nych labiryntów.

background image

Miejsca dokładnie poznane i zbadane przestają go interesować, stają się obojętne 

i nudne. WaŜne jest to, co nowe, nie znane, co przed nim. A więc następne miasto, 
nowa sieć piwnic i kanałów, kolejne niebezpieczeństwa, zaskakujące labirynty.

Staremu  szczurowi  nie  wystarcza  spokój,  który  większość  szczurów  uwaŜa  

za  podstawę egzystencji  –  zaciszne  rodzinne  gniazdo,  znajomą  piwnicę,  pełną  
spiŜarnię.  Szczury  lubią bowiem zasiedziały tryb Ŝycia, w poznanym przez siebie 
labiryncie, bez niepewności, zmien- ności, niebezpieczeństw. Tu zawsze wiadomo, 
gdzie szukać poŜywienia i jakie poŜywienie, gdzie,  o  jakiej  porze  moŜna  
znaleźć.  Znane  są  równieŜ  lokalne  zagroŜenia:  pułapki  w  tych samych mniej 
więcej miejscach, leniwe koty wyciągnięte na słonecznych podwórzach, sowy 
krąŜące o zmierzchu, ci sami ludzie. Nic zaskakującego, Ŝadnych niespodzianek. 
Takie Ŝycie wydaje  się  większości  szczurów  bezpieczniejsze,  łatwiejsze,  
zapewniające  najwięcej  szans przetrwania.

Jednak nie wszystkim szczurom takie Ŝycie odpowiada. Niektóre opuszczają swe 

rodziny, swoje piwnice, stare ścieŜki wydeptane przez pokolenia i wyruszają przed 
siebie w nieznane. Większość tych podróŜy kończy się szybką śmiercią – niemal z 
chwilą opuszczenia dobrze

2
0

znanego terenu. Tylko najinteligentniejsze szczury zdobywają doświadczenie i 
osiągają pode- szły wiek.

Najtrudniejsze jest porzucenie własnego  gniazda, własnej piwnicy, 

dotychczasowego  Ŝy- cia.

Późniejszy etap to opuszczenie dotychczasowego kręgu rodzinnego. Ta pierwsza 

wyprawa, często  będąca  ostatnią,  moŜe  zakończyć  się  równieŜ  powrotem  
przeraŜonego  szczurka  do rodzinnego gniazda lub teŜ stać się etapem w dalszych 
podróŜach, w następnych próbach wę- drówki.

Idę za nim obserwując bacznie otaczający nas piwniczny półmrok. Stary szczur 

zatrzymuje się, rozpoczyna długotrwałe domywanie. Siadam pod ścianą na tylnych 
łapach i zabieram się do czyszczenia mojego futra.

Stary szczur ma wprawę w wyłapywaniu pcheł. Raz po raz słyszę trzask jego 

zębów. Tropi je z furią. Najpierw pazurkami z grzbietu głowy i szyi przepędza 
pchły w bardziej dostępne miejsca, by później, wyginając się niszczyć je kolejno 
zębami. Niestety, nie dorównuję mu w tych czynnościach. Pchły uciekają mi spod 
nosa, przenoszą się szybciej, niŜ jestem w stanie je łapać. Daremnie kłapię zębami. 
Z wielkim trudem łowię zaledwie kilka. Stary szczur przery- wa czyszczenie swych 
długich wibrysów.

Węszy, rozgląda się wokół. Nie zwracam na to uwagi. Myję się własną śliną, 

zlizując brud z powierzchni włosów. Obficie ślinię łapki, przecieram oczy i 
nozdrza.

Grzbiet starego szczura napręŜa się, sierść zjeŜa, sygnalizuje 
niebezpieczeństwo. Piwnica wydaje się miła, ciepła i przytulna.
Przerywam mycie i rozglądam się nieufnie wokół. W niewielkiej odległości tuŜ 

przy mu- rze dostrzegam matowo lśniące światełka. Kot.

Przed kotami uciekaliśmy juŜ kilkakrotnie. Nigdy jednak kot nie znajdował się 

tak blisko. Jego oczy błyszczą coraz silniejszym blaskiem. Szykuje się do skoku.

background image

Nie ma dokąd uciekać. Wszystkie boczne drzwi obite są solidną blachą, pod 

którą nie wi- dać najmniejszej szpary, gdzie mógłbym się wcisnąć. Cementowa 
posadzka jest gładka, bez Ŝadnego  otworu,  nawet  kanalizacyjnej  studzienki.  
Miejsca,  gdzie  gazowe  i  wodociągowe przewody zagłębiają się w murach, 
pokryte są świeŜą warstwą olejnej farby.

Okienko umieszczone na końcu korytarza zamyka podwójna szyba i gęsta 
metalowa krata. Jesteśmy więc w pułapce. Jedyną drogę – drogę powrotną 
zagradzają jarzące się kocie śle-

pia, wpatrzone, sądząc z ich ustawienia, w starego szczura.

Opanowuje strach. Powoli, jak gdyby nic nam nie zagraŜało, posuwa się w 

kierunku prze- ciwległej  ściany.  Błyszczące oczy śledzą go uwaŜnie. Nagle stary 
szczur rzuca  się  naprzód wprost na zakratowane okienko. Skacze wysoko i 
przywiera pazurami do metalowej siatki. Kot biegnie za nim. Przebiega tuŜ obok. 
Dokładnie widzę jego ostre, białe zęby i wysunięte pazury. JeŜeli skoczy na mnie – 
zginąłem. Nie.

Stary szczur wzbudził w nim wyjątkową 
nienawiść. Uciekam.
Kot skacze w górę. Stary szczur ze wszystkich sił odbija się od metalowej siatki, 

leci pod sufit.  Odpycha  się  od  gładkiej  powierzchni  i  spada  na  kark  
rozwścieczonego  kota.  Chwila kotłowaniny, miauku, pisku.

Stary szczur ponownie skacze w kierunku ściany. Kot za nim. Stary szczur 

zdobył jednak przewagę:  ma  teraz  dokąd  uciekać,  a  ponadto  kot  nie  jest  juŜ  
tak  pewny swoich  sił,  jak  w momencie ataku.

Teraz stary szczur ucieka w moim kierunku. Skaczę po schodach w  dół do 

znajdującego się  piętro  niŜej  identycznego  niemal  korytarza.  Tylko  Ŝe  tu  
okienko  nie  ma  gęstej  siatki,  a rozbita  szyba  umoŜliwia  wyjście  na  sąsiedni  
płaski  dach,  znajdujący się  nisko  nad  podwó-

2
1

rzem. Stary szczur biegnie tuŜ  za mną, kot za nim. Ześlizguję się  po  obrośniętej  
winoroślą ścianie i wpadam do zbawiennej szczurzej nory.

Na dachu stary szczur zatrzymuje się, odwraca, wyszczerza potęŜne zęby. Kot 

staje, pry- cha, miauczy wściekle.

Uszy  starego  szczura  są  pokrwawione,  widocznie  dosięgły  go  pazury.  Kot  

ma  rozdarte nozdrza i przymruŜone oko. Przeciwnicy zagraŜają sobie wzajemnie, 
bojąc się doprowadzić do ostatecznego zwarcia. Stary szczur wydaje nagle ostry 
pisk, jakby chciał rzucić się na kota. Kot cofa się gwałtownie, a stary szczur z 
krawędzi dachu skacze w szczelinę pomiędzy oka- pem a zrębem muru. Po chwili 
dotyka mnie okrwawionymi wibrysami. Dopiero teraz widzę, Ŝe kot rozdarł mu 
pazurem skórę na  grzbiecie, poszarpał konchę  ucha i skaleczył powiekę. WzdłuŜ 
przeŜartej rdzą rury docieramy do znanych, zacisznych kanałów. Stary szczur długo 
i skrupulatnie oczyszcza futro. Obwąchuję go uwaŜnie. Jego sierść zatrzymała 
jeszcze zapach kocich łap. Zlizuję zakrzepłą kroplę krwi z rozerwanego ucha.

Stary  szczur  nie  wchodził  do  zamieszkanych  szczurzych  gniazd,  obawiając  

się  nagłego ataku i wściekłości.

Powstrzymywały go zapewne przykre wspomnienia przeŜyć, w których z trudem 

uniknął śmierci. Unikał równieŜ pomieszczeń z jednym tylko wejściem. JeŜeli 

background image

nawet chroniliśmy się w takim pomieszczeniu, uciekając przed kotem, sową lub 
łasicą, to zawsze przejawiał wyjąt- kowe zdenerwowanie i opuszczał niebezpieczne 
miejsce natychmiast, gdy zagroŜenie mijało.

Dopiero później, po własnych doświadczeniach poznałem przyczyny tego lęku.
Stary  szczur  nie  posiadał  własnego  stałego  gniazda  i  nie  dąŜył  do  jego  

załoŜenia,  inny równieŜ był jego stosunek do samic, z pokrywania których 
powinien właściwie zrezygnować. Szczury w jego wieku przewaŜnie nie odczuwają 
juŜ popędu. Stary szczur swym zachowa- niem zaprzeczał tej prawidłowości.

My szczury łączymy się w pary, a kaŜda ze stron jest powaŜnie zazdrosna o 

drugą, chociaŜ poznałem rodziny, w których wszystkie samice współŜyją ze 

wszystkimi samcami. Samce są przewaŜnie bardziej zazdrosne i przepędzają 

kaŜdego intruza zbliŜającego się do ich samic. Dotyczy to głównie samic w okresie 

rui, przychylnych wszystkim pojawiającym się sam-

com.

Pojawienie się starego szczura wprowadzało w świat tych obyczajów powaŜne 

zamiesza- nie i często kończyło się walkami, w których i ja niekiedy 
uczestniczyłem.

Kończyły się one przepędzeniem starego szczura przez zasiedziałe szczury 

miejscowe do innego kanału lub piwnic sąsiedniego budynku. Stary szczur zbliŜał 
się więc do samic tylko wtedy, gdy w pobliŜu nie było związanych z nimi samców.

Byłem dojrzałym samcem i gdy stary szczur schodził z samicy, natychmiast 

starałem się go  zastąpić.  PrzewaŜnie  udawało  się,  niektóre  samice  jednak  nie  
pozwalały  zbliŜyć  się  do siebie, gryzły lub teŜ odpychały uderzając tylnymi 
łapami.

Poprzednio współŜyłem tylko z małą samicą w gnieździe i nie miałem 

odpowiedniego do- świadczenia. Obecnie odczuwałem potrzebę posiadania samicy 
stale, a przebywając przy bo- ku  starego  szczura  skazany  byłem  wyłącznie  na  
kontakty  dorywcze,  kończące  się  często ucieczką przez piwnice, kanały i 
ś

mietniki.

Zdarzało się równieŜ, Ŝe stary szczur – gdy jego zabiegi o pozyskanie jakiejś 

samicy za- wodziły – wspinał się na mój grzbiet przytrzymując zębami skórę na 
karku, ściskał silnie łap- kami moje boki i zaspokajał w ten sposób swoje popędy. 
To zastępowanie samicy bardzo mi nie odpowiadało, tym bardziej, Ŝe gdy 
usiłowałem kiedyś odwrócić sytuację, zrzucił mnie z grzbietu i boleśnie pokąsał.

Miejscowe samce, które początkowo tolerowały starego szczura, teraz, gdy 

zaczął biegać za ich samicami, stały się nieufne, odpędzały go i gryzły. Kilkakrotnie 
zdarzyło się, Ŝe stary

2
2

szczur  omal  nie  został  rozszarpany  przez  osaczające  go  grupy  
rozwścieczonych  szczurów. ChociaŜ przebywałem z nim niemal stale, mój zapach 
był na tyle  swojski i znany miejsco- wym szczurom, Ŝe na razie mnie nie 
atakowały. Natomiast stary szczur zniechęcony niepo- wodzeniami  i  trudnościami  
coraz  częściej  obejmował  mnie  łapami  od  tyłu,  zaspokajając swoje potrzeby i 
przekazując swój zapach.

Wśród  samców  atakujących  starego  szczura  poznaję  mojego  ojca.  Kiedyś  

miał  złamaną przednią łapkę, przy kaŜdym ruchu lekko utyka, co pozwala poznać 
go z daleka.

Na starego szczura rzucił się  razem  z  innymi  szczurami,  podnieconymi  

background image

pojawieniem  się obcego.

Pogoń, w której i ja brałem udział, trwała krótko. Stary szczur odwrócił się i 

chwycił zę- bami za gardło biegnącego tuŜ za nim samca, błyskawicznie 
rozdzierając mu krtań. W tym samym momencie ojciec ugryzł mnie w kark, tuŜ 
przy uchu.

Skoczyłem mu do gardła i szybkimi ruchami siekaczy głęboko poraniłem szyję. 

Usiłował bronić się przed dalszymi ciosami. Nie miał juŜ jednak sił. Zdychał. 
Konwulsyjne ruchy łap i ogona świadczyły o zbliŜającym się końcu. Z siekaczy 
ś

ciekała krew. Pozostałe szczury ucie- kły w popłochu.

Stary szczur obwąchał zagryzione zwłoki i rozpoczął zwykłą toaletę. Po chwili 

przerwał, dobiegł do mnie i od tyłu wspiął się na mój grzbiet.

Stary szczur biegał niespokojny po mieście. Nigdzie nie zatrzymywał się na 

dłuŜej, jakby gonił go i tropił groźny, nie znany przeciwnik.

Wiedziałem: stary szczur uznał miasto za teren obcy i wrogi. Dotychczas 

bowiem było ono wyłącznie etapem – moŜe nieco dłuŜszym postojem – w jego 
wędrówce.

Niespodziewanie poczuł  się  zagroŜony,  otoczony ze  wszystkich  stron  przez  

poznane  juŜ bramy, kanały i piwnice pełne nienawidzących go szczurów. Miasto, 
które jeszcze niedawno odkrywał, denerwowało go i nudziło. I chociaŜ przybył tu 
sam i sam się tu zatrzymał, teraz uwaŜał, Ŝe to miasto go zatrzymało i nie pozwoliło 
mu wędrować dalej.

Podobne sytuacje stary szczur przeŜywał juŜ wielokrotnie i dlatego właśnie 

nigdzie się nie zadomowił, nigdzie nie pozostał na stałe.

Rzucał się ze złością na wszystkie spotkane szczury, zaatakował nawet młodego 

kota, któ- ry uciekł w popłochu.

Pozostała mu tylko nienawiść, nienawiść wobec  wszystkiego, co znalazł w tym 

mieście, nienawiść gorączkowa, gwałtowna, nieobliczalna, wymagająca 
rozładowania.

Przebiegając w róŜnych kierunkach dzielnice, stary szczur nie krył się jak 

dawniej w piw- nicach  i  kanałach.  Przeciwnie:  lekcewaŜył  niebezpieczeństwa,  

prześlizgiwał  się  tuŜ  obok przeraŜonych jego widokiem ludzi, niemal pod kołami 

samochodów. Nie było to lekcewaŜe- nie niebezpieczeństw, lecz po prostu 

obojętność na wszystko, co nie wiązało się z głównym celem. A tym celem, 

jedynym i najwaŜniejszym, stało się jak najszybsze opuszczenie miasta. Czuł się 

osaczony, okrąŜony, zamknięty – chociaŜ obszar, po którym się poruszał, wystar-

czał do Ŝycia miejscowym zasiedziałym szczurom.

Zwiedzał dworce, mosty, wiadukty, rampy kolejowe, magazyny. Przez pewien 

czas krąŜył wokół składów rzecznego portu.

Zupełnie jakby nie mógł się zdecydować, czym i kiedy opuścić miasto.
Obwąchiwanie skrzyń, pak, worków, bagaŜy, wagonów stało się jego codzienną 

czynno- ścią. Szukał zapachu godnego zaufania, zapachu uspokajającego, woni, 
której mógłby zawie- rzyć, która pozwoliłaby mu odpocząć i odjechać.

Te codzienne poszukiwania nie trwały długo.
Na  kolejowej  rampie,  gdzie  przychodziliśmy codziennie,  stary  szczur z 

ogromną uwagą obwąchał  stertę  wypchanych  nasionami  worków  
przygotowanych  do  załadunku.  Stert  tych

background image

2
3

było  duŜo  i  obwąchiwał  je  po  kolei.  Wszystkie  te  czynności,  których  
przyczyny wtedy nie znałem, nudziły mnie i wydawały się niepotrzebne.

W ostatnim okresie stosunek starego szczura do mnie równieŜ uległ gwałtownej 

przemia- nie. Często gryzł i drapał, przewracał, boleśnie kąsając w podbrzusze. 
Kilkakrotnie umykałem przed nim, poniewaŜ sprawiał wraŜenie, jakby chciał mnie 
zagryźć. Pędził za mną z przeni- kliwym, ostrym piskiem.

W swej nienawiści do miasta uznał widocznie, Ŝe ja teŜ zatrzymałem go, 

uwięziłem. A po- niewaŜ towarzyszyłem mu stale i zawsze byłem blisko, 
wyładowywał na mnie swą gorycz i wściekłość.

Bałem się, bałem się coraz bardziej.
Jednak nie chciałem, go zostawić, chociaŜ odpędzał mnie od siebie z coraz 

większą zacie- kłością. Gdy podczas kolejnego ataku przewrócił mnie na grzbiet i z 
całej siły ugryzł w szyję, wykorzystałem moment i błyskawicznym ruchem zębów 
rozerwałem mu ucho.

Wyrwałem się i uciekłem.
Przebywanie z nim tak bliskie jak dotychczas groziło mi w kaŜdej chwili 

ś

miercią. Posta- nowiłem odejść, zostawić go samego. MoŜe tego oczekiwał, moŜe 

po prostu miał dosyć mojej obecności?

Chciałem odejść i nie mogłem. DąŜyłem jego szlakiem, szedłem jego śladami, 

stale krą- Ŝyłem wokół.

Obserwowałem z  niewielkiej odległości jego  podniecone  ruchy:  nerwowe  

obwąchiwanie stert z szarymi płóciennymi workami, krąŜenie od ładunku do 
ładunku, stawanie na tylnych łapach, poruszanie wibrysami jakby w obawie przed 
niebezpieczeństwem. Odnalazł wreszcie poszukiwaną woń, zapach dający poczucie 
bezpieczeństwa, nowej upragnionej podróŜy. Na- gle wspiął się w górę i zniknął 
wśród spiętrzonych szarych kształtów. Znalazł poszukiwane miejsce,  
prawdopodobnie  wygryzł  otwór  w  płóciennej  powierzchni.  Ludzie  zakładają  
liny, przyczepiają je do zwisającego stalowego haka.  Uniesiony ładunek chwieje 
się, w potęŜnej bramie jadącego po szynach dźwigu.

Dopiero  kiedy  stary  szczur  opuścił  miasto,  odczułem  brak  jego  obecności.  

Dotychczas szedłem  za  nim,  widziałem  przed  sobą  jego  kościsty  grzbiet  i  
długi,  bezwłosy,  pokryty łu- skami ogon.

On  dokonywał  wyboru  drogi,  decydował,  którędy najbliŜej,  najbezpieczniej,  

najpewniej, on prowadził.

Teraz biegnąc śliskim brzegiem kanału szukam go. Szukam, wiedząc, Ŝe 

wywędrował, Ŝe uciekł z miasta. Szukam go, chociaŜ niosę w pamięci powidok 
wysokiej rampy, odjeŜdŜają- cego dźwigu i rozchwianego ładunku worków z 
nasionami, wśród których się ukrył. Widzia- łem, a jednak szukam, wiedząc, Ŝe 
odnalezienie go jest niemoŜliwe. Szukam, chcę złagodzić niepokój, opanować 
nerwowe drŜenie ciała, wrócić do zwykłego szczurzego Ŝycia. Szukam, aby 
szybciej przekonać się, Ŝe to szukanie niczego nie zmieni.

W  kanale  zabijam  i  poŜeram  mysz,  na  śmietniku  znajduję  szczątki  

ś

wińskiego  mięsa,  o zmierzchu przebiegam rynsztok i ulice śródmieścia.

Wysoko  przelatuje  bezszelestny  cień,  przecina  ostre  światło  latarni.  Sowa.  

Natychmiast kryję się w mroku ściekowej studzienki. Czekam, aŜ cień odleci. AleŜ 
tak, jestem w pobliŜu piwnicy, w której się urodziłem. Przebiegam chodnik i 
wzdłuŜ parkanu docieram do wysokiej Ŝelaznej  bramy.  Wróciłem  na  

background image

wybetonowane  podwórze  piekarni,  gdzie  spotkałem  starego szczura.

Z łatwością wskakuję na gzyms piwnicznego okienka, sterta cegieł i pudełek 

leŜy jak po- przednio. Tylko rury kanalizacyjne pokrywa świeŜa farba o 
nieprzyjemnej woni.

2
4

Wyczuwam znajomy zapach rodziny, wszędzie znajduję pozostawione przez 

szczury od- chody. Szczeliną dostaję się do piwnicy. Z okna wpada zamglone  
ś

wiatło, odblask ulicznej latarni. Tu, między skrzynią z hydrantem a osłoniętą 

deskami kupą węgla, odnajduję wejście do  mojego  gniazda,  do  mojej  nory.  
Znajomy,  rodzinny  zapach  bije  w  nozdrza,  oszałamia, wzywa. Przebiegam 
krótki korytarz.

Wśród dorastających szczurków gryząc skórkę chleba siedzi duŜa samica, moja 
matka.
Jej sierść zjeŜa się na mój widok. Zasłania sobą małe, ukazując potęŜne 

siekacze. Wyco- fuję się pospiesznie. Idzie za mną, czuję, jak jej wibrysy dotykają 
mojego ogona.

Zatrzymuję się przy hydrancie, odwracam, nasze wibrysy stykają się. 

Obwąchujemy nasze ciała. Czuję silną podniecającą woń wydzielaną przez 
wszystkie samice podczas rui. Odczu- wam gwałtowną potrzebę spółkowania. 
Zlizuję płyn ściekający aŜ na jej brzuch.

WypręŜa się, przywiera do ziemi,  unosi  ogon  wypinając  mokry od  śluzu  

otwór.  Piszczy przenikliwie. Wchodzę na nią, obejmuję łapkami jej boki 
przytrzymując zębami skórę karku. W szczytowym momencie piszczę głośno.

Pełza wokół z podniesionym w górę ogonem, wabi, prowokuje, podnieca. 

Powtórnie za- spokajamy swoje potrzeby. Powraca do nory; kiedy chcę  wejść za  
nią, odwraca się i lekko gryzie mnie w ucho. Ostrzega, bym nie posuwał się dalej. 
Boi się o małe, które mógłbym za- gryźć.

Mam własne gniazdo, własną samicę-matkę, którą stale będę zapładniał, własną 

rodzinę. Mam równieŜ własny, skropiony moimi odchodami obszar polowań i 
zdobywania poŜywie- nia. Jestem dojrzałym szczurem, znającym 
niebezpieczeństwa i wrogów, doskonale orientują- cym się w terenie, przebiegłym i 
chytrym, silnym i ostroŜnym.

Martwi mnie jednak połoŜenie naszej nory, z której jedyne wyjście znajduje się 

w miejscu odkrytym,  tuŜ  za  kolankiem  hydrantu.  Z  chwilą  zatkania  tego  
wyjścia  będziemy odcięci,  z gniazda nie ma innej drogi na zewnątrz.

Stary szczur nauczył mnie unikania podobnie zbudowanych gniazd.
UwaŜnie badał kaŜde z pomieszczeń, w którym się znalazł, i jeŜeli obudziło w 

nim nieuf- ność, natychmiast je opuszczał.

Lecz  ja  nie  chcę  opuścić  nory,  nie  chcę  odejść  z  przytulnych  ciepłych  

piwnic  piekarni, gdzie bez trudu znaleźć moŜna duŜo jedzenia. Nie chcę 
zrezygnować z mieszkania w miejscu moich narodzin, gdzie kaŜdy kąt nasycony 
jest wonią naszej rodziny. Gdybym tu nie powró- cił, mój los mógłby potoczyć się 
odmiennie.

Nie mogę juŜ odejść. Samica-matka jest w kolejnej ciąŜy, a jednocześnie 

odchowuje wcze- śniejsze pokolenie. Młode baraszkują po całej piwnicy, z piskiem 

background image

wybiegają na korytarz. Pa- trząc na nie, przypominam sobie własne, pierwsze 
wędrówki, ciekawość popychającą w nie- znane.

Co stało się ze szczurami tamtego miotu? Znam tylko los małej samicy. Losu 

pozostałych domyślam się, obserwując, jak coraz mniej młodych szczurków 
powraca ze swych wypadów do nory.

Pierwszego schwytał kot wylegujący się w słoneczne dni na balkonie tuŜ nad 

podwórzem. Następnego zgniotły otwarte nagle drzwi piwnicy.

Małe samiczki wywędrowały piwnicznym korytarzem przez podwórze aŜ na 

ulicę i więcej juŜ nie wróciły. Ostatniego samczyka zmiaŜdŜyło stalowe ramię 
pułapki.

Samica-matka towarzyszyła mi w wędrówkach wzdłuŜ rynsztoków, do 

pobliskich kanałów i piwnic.

Podczas  tych  wypadów  wielokrotnie  spotykaliśmy opuszczone  szczurze  

gniazda,  w  któ- rych chętnie bym zamieszkał. Najbardziej interesował mnie strych 
pobliskiego domu miesz- czący się nad opuszczonym mieszkaniem.

2
5

ZbliŜała się zima i pierwsza chłodniejsza noc wypędziła nas ze  stryszku z  

powrotem  do ciepłej piwnicy na zapleczu starej piekarni.

Zamieszkanie w kanałach – co wydawało się najbezpieczniejsze –  równieŜ nie 

odpowia- dało mojej samicy. ZauwaŜyłem, Ŝe panicznie bała się wody i jeŜeli juŜ 
zdarzyło jej się zanu- rzyć, to tylko wskutek nieuwagi – w czasie skoku, upadku lub 
pośliźnięcia na krawędzi ka- nału. KaŜde takie zdarzenie wywoływało u niej atak 
wściekłości, wyładowywanej przewaŜnie na mnie.

Wracała do piwnicy pod piekarnią i nie opuszczała jej przez czas dłuŜszy.
Wędrówki takie są moŜliwe tylko wtedy, gdy samica-matka odchowa juŜ swe 

małe, a na- stępna ciąŜa nie utrudnia jeszcze ruchów.

Jej strach przed wodą był dla mnie nie wyjaśniony. Stary szczur przepływając 

kanały we wszystkich kierunkach, z prądem i pod prąd, nie odczuwał przed wodą 
najmniejszego lęku. Przeciwnie: wykorzystywał nurt do płynięcia w określonym 
kierunku. Tego nauczyłem się w czasie naszych wspólnych wędrówek.

Lęk  samicy-matki  przed  najmniejszą  podziemną  strugą,  a  nawet  przed  

spływającą  do ulicznego ścieku deszczówką dziwił mnie i złościł.

Mieszkamy więc w zacisznej piwnicy pod piekarnią, w szarym skąpym świetle 

sączącym się z okienka, w niezmiennym, przyjemnym cieple, we wnętrzu 
pozbawionym silnych prze- wiewów zimnego powietrza.

Usiłuję przekopać tunel z naszego gniazda do sąsiedniej piwnicy, lecz za 

kaŜdym razem spotykam twardą ścianę, pokrytą warstwą smoły nie do 
przegryzienia dla szczurzych zębów. Fundament sąsiedniego domu ma trwały 
betonowy podkład.

Próbuję drąŜyć w dół, moŜe trafię na osłonę kanału, obudowę przewodów 

wodociągowych lub telefonicznych i znajdę w nich odpowiednią szczelinę. Nasze 
gniazdo miałoby wtedy dru- gie wyjście. Kopię, wygarniam ziemię łapami. Grunt 
składa się z  okruchów tynku,  spróch- niałych kawałków cegieł i drzewnego 
popiołu. Widocznie budowla poprzednio stojąca w tym miejscu spłonęła. Stale 
nasłuchuję odległego szumu wody, lecz nie słyszę niczego. Nie natra- fiam na 
kanał. Po kilku kolejnych próbach docieram do starego muru z duŜych zdrowych 
ce- gieł.

Mur zatrzymuje mnie.

background image

Pozostaje jeszcze kierunek w górę. MoŜe znajdę szczeliny prowadzące na 

zewnątrz, pęk- nięcia w murach.

To równieŜ zawodzi, trafiam na stalowe belki podtrzymujące piwniczny strop. A 

więc na- sze  gniazdo  ze  wszystkich  stron  otaczają  mury  i  nie  ma  Ŝadnej  
moŜliwości  dodatkowego przebicia się na zewnątrz w którymkolwiek miejscu.

Przychodzą na świat kolejne pokolenia szczurów. Rodzą się, rosną, odchodzą, 

rodzą się, rosną,  odchodzą.  Cykl  powtarza  się  wielokrotnie  bez  względu  na  
porę  roku.  Większość  tej gromady ginie w pierwszych tygodniach 
samodzielności.

Podczas  gdy  samica-matka  karmi,  zdobywam  pokarm.  Coraz  częściej  

zakradam  się  do magazynów piekarni, do których odkryłem wygodną drogę przez  
zepsuty wentylator.  Prze- chodzę tędy niosąc do  gniazda kawałki bułki, ciasta, 
przeróŜne  owoce,  ser,  słoninę.  Często powracam z sierścią wysmarowaną 
masłem-smalcem, kremem lub mąką. Wtedy cała rodzina zlizuje pokarm z mojej 
sierści. W magazynie buszuję coraz częściej. Przegryzam się do duŜe- go pudła 
wypełnionego słodkim cukrowym pudrem. To wyjątkowy przysmak, chociaŜ jesz- 
cze bardziej odpowiada mi cukier  w  kostkach,  znakomicie  ścierający siekacze.  
Wracam  do gniazda wysmarowany słodkim pudrem, samica i małe oblizują kaŜdy 
mój włosek.

Kilkakrotnie wędruję do magazynu z małymi, dorastającymi szczurkami.

2
6

Widok takiej ilości jedzenia pozbawia je wszelkiego lęku, zapominają o 

wszystkim. ToteŜ gdy przyjdą same, staną się łupem czyhającego kota lub 
przyciągnięte zapachem wpadną do pułapek  z  wędzoną  rybią  głową.  Szczur  nie  
moŜe  zapomnieć  o  niebezpieczeństwie,  szczur Ŝyje w bezustannym zagroŜeniu, 
otoczony ze wszystkich stron.

Małe szczury są wesołe, rozbawione, ufne i ciekawe wszystkiego, co je otacza. 

Interesują się plamą światła, ruchem liścia, nie znaną szczeliną w murze, owadem 
przebiegającym ścia- nę.  Są  zafascynowane  Ŝyciem,  jego  róŜnorodnością  i  
bogactwem,  moŜliwościami,  jakie  im daje, drogami otwartymi we wszystkich 
kierunkach.

Rozdarta mysz, zagryziony wróbel, rybi szkielet z resztkami mięsa na ościach – 

te otacza- jące je dowody śmierci zupełnie do nich nie docierają. Nie łączą ich z 
własną codziennością – rozbawioną, pełną podskoków i upadków, pozornych 
napadów i pogoni.

Powstrzymujemy je i chronimy jak długo jest to moŜliwe. Lecz samica-matka 

odczuwa juŜ rosnący w jej wnętrzu następny miot. Przestaje więc zajmować się 
podrośniętymi młodymi szczurkami, pozwala im na coraz dalsze samotne wypady. 
Następny miot wymaga przecieŜ opieki i gniazdo musi być przygotowane na jego 
przyjęcie.

Małe szczurki odchodzą. Ciekawość pcha je naprzód, przed siebie, w drogę, w 

odkrywa- nie.

W norze coraz mniej jest jedzenia, więc muszą same zdobywać poŜywienie.
My,  dorosłe  szczury boimy  się  oświetlonych,  jasnych  powierzchni,  gdzie  ze  

wszystkich stron  czyhają  wrogowie.  Małe  szczury,  nie  tak  dawno  jeszcze  

background image

zupełnie  ślepe,  nie  łączą  ze światłem  Ŝadnych  niemiłych  wspomnień.  

Przeciwnie:  kiedy  w  piwnicy płonęła Ŝarówka i resztki światła docierały do ich 
zamkniętych jeszcze ślepych powiek, dąŜyły w jego kierunku. RównieŜ  później,  

gdy  ich  powieki  rozewrą  się  i  małe  szczury  po  raz  pierwszy  zobaczą

mroczne wnętrze gniazda, będą uparcie pełzać do oświetlonego konturu wyjścia.

Stamtąd  dochodzą  nie  znane  głosy  i  zapachy,  stamtąd  przynoszę  

przeznaczony  dla  nich pokarm,  trzeba  więc  dostać  się  tam  jak  najszybciej,  
poznać  jaskrawą,  błyszczącą,  lśniącą, kolorową rzeczywistość.

Małe szczurki wypełzają, matka chce je zatrzymać, łapie za skórę na grzbiecie i 

niesie z powrotem. Piszczą z bezsilnej złości. Pierwsze swe wędrówki odbędą z 
matką lub ze mną.

Z sąsiedniej piwnicy, szczeliną przy kanalizacyjnej rurze właŜę  pod podłogę 

piekarni, w pobliŜe  wielkiego  pieca.  Panująca  tu  duchota  i  gorąco  powodują,  
Ŝ

e  pchły masowo  opusz- czają moje futro.

Budynek piekarni stary i zmurszały remontowano wielokrotnie, zalepiając 

niektóre szcze- liny gipsem. Właśnie tu, w ścianie, przy której stoi wielka dzieŜa 
pełna rosnącego ciasta, od- kryłem   taki   zagipsowany   otwór   za   miarowo   
szeleszczącym,   metalowym   urządzeniem umieszczonym wysoko nad ziemią. Z 
otworu zeskakiwałem na wysoką  szafę,  a stamtąd na podłogę,  tuŜ  obok  drzwi  
magazynu.  W  drzwiach,  a  właściwie  pomiędzy framugą  a  ścianą, znalazłem 
miejsce, z którego wypadł obluzowany wyschnięty sęk. Gdy w piekarni nie było 
ludzi, poszerzyłem otwór na tyle, by z łatwością przecisnąć się do środka.

Mogłem więc odwiedzać magazyn drogą przez  zepsuty wentylator  lub  

znacznie  krótszą, przez piekarnię. Była ona co prawda niebezpieczniejsza, nie 
wymagała jednak wychodzenia na  zewnątrz.  Do  wentylatora  bowiem  
dostawałem  się  ze  starej  szopy,  której  skośny gzyms przylegał do rynny, 
przebiegającej nad wybetonowanym podwórzem.

Do przejścia przez piekarnię wykorzystywałem ciemny pas porcelanowych 

kafelków bie- gnący wokół podłogi. PrzewaŜnie stały tu kosze brudnych fartuchów, 
blaszane formy cukier- nicze, kotły do rozrabiania mąki.

Ludzie zajęci pracą nie mieli czasu na rozglądanie się wokół. Samica-matka 

znała dotych- czas drogę przez wentylator. Teraz odkryłem przed nią znacznie 
krótszy trakt, nie wymagają-

2
7

cy wspinania się po oblodzonej lub mokrej rynnie. Jak się okazało, droga ta nie 
zawsze była dla niej dostępna. Przeszkodą nie do pokonania stał się rozdęty 
płodami brzuch, uniemoŜli- wiający przeciśnięcie się wąską szczeliną we framudze 
drzwi. Tak więc samica-matka prze- chodziła tą drogą rzadko, tylko po kolejnym 
porodzie, do chwili, gdy brzuch na to pozwalał.

Na stole pośrodku magazynu odkrywam skrzynkę wypełnioną jajkami, 

największym przy- smakiem szczurów.

Kiedyś dostaliśmy się ze starym szczurem do kurnika i tam po raz pierwszy 

skosztowałem jajka. Owalny kształt leŜący w półmroku przypominał błyszczący 
kamień. Stary szczur naj- pierw obwąchał je, później owinął ogonem i przesuwał w 
stronę wygryzionego w desce otwo- ru. Tu dopiero wykroił siekaczami mały otwór i 
zaczął zlizywać płynące białko. Później po- większył otwór, a w końcu przedzielił 

background image

jajko na dwie części.

Pozostawił tylko dokładnie oczyszczoną skorupkę.
Zapach  wyjadanego  Ŝółtka,  wypełniający  pomieszczenie,  pobudził  mój  

apetyt  do  tego stopnia, Ŝe rzuciłem się na pierwsze znalezione w kurniku jajko.

Twarda powierzchnia początkowo nie ulegała moim siekaczom. Dopiero kiedy 

uderzyłem nimi niemal prostopadle w skorupę, wybiłem niewielki otwór. Wewnątrz 
nie znalazłem jed- nak Ŝółtka, lecz niedojrzałego kurczaka, pływającego w 
smacznym pachnącym płynie.

Jedzenie przerwała mi rozsierdzona,  przeraźliwie  gdacząca  kwoka,  która  

biegając  wkoło próbowała  wydziobać  mi  oczy.  Usiłowałem  ją  odpędzić,  kiedy 
pojawił  się  kogut.  Biegł  ku mnie z wyciągniętą szyją i nabrzmiałym grzebieniem. 
Uciekłem. Później często zakradałem się ze starym szczurem do kurników, 
spiŜarni, sklepów.

Nauczyłem się owijać jajko ogonem i ciągnąć za sobą. Teraz w magazynie 

piekarni mo- głem do woli delektować się smakiem Ŝółtek.

Po zaspokojeniu własnego głodu postanowiłem przetoczyć jajko 
do gniazda. Ogon mój jednak był za słaby, by poruszyć leŜące we 
wgłębieniach jajka.
PodwaŜyłem więc jajko pyszczkiem i wygarnąłem łapkami z wgłębienia, w 

którym spo- czywało. Nie zatrzymało się na stole, lecz spadło z głośnym łoskotem. 
Odgłos ten przestra- szył mnie do tego stopnia, Ŝe ukryłem się w nieczynnym 
wentylatorze. Po chwili zbiegłem w dół, gdzie na podłodze leŜało rozpryśnięte 
jajko. Dopiero teraz zrozumiałem, Ŝe z magazynu nie da się przetoczyć jajka do 
gniazda.

Nie przeszkodziło to w dalszych próbach wytaczania jajek z tekturowych form. 

Razem z samicą-matką zjedliśmy tej nocy kilka, rozbiliśmy natomiast znacznie 
więcej.

Udaję się z dwójką małych do magazynu. Idą za mną podskakując, piszcząc, 

przewracając się przez pustą o tej porze piekarnię.

Uczta  trwa.  Brzuchy zaokrąglają  się.  Trzeba  wracać,  niebawem  przyjdą  

ludzie,  a  wtedy droga będzie utrudniona. Powrotu przez wentylator, ośnieŜony 
gzyms i zamarzniętą rynnę nie zaryzykuję. Głodne sowy przez całe noce krąŜą nad 
okolicznymi podwórzami.

Tymczasem jedno z małych znajduje w kącie magazynu pułapkę z głową 

wędzonej ryby. Pułapek takich pojawia się coraz więcej. Stoją na schodach, w 
piwnicach, na strychu, na po- dwórzu.

Są tak skonstruowane, Ŝe szczur nie ginie od razu. Ołowiany cięŜarek uderza go 

przewaŜ- nie w okolicę lędźwi, gruchoce miednicę i kręgosłup. Przygnieciony 
umiera powoli, nie mo- gąc się wyrwać. Z bólu gryzie często własne łapy.

Mały szczurek zostaje dosłownie rozpłaszczony na desce. Oszołomiony bólem 

zaciska zę- by na pachnących łuskach ryby i usiłuje się podnieść.

Nie rozumie swojej sytuacji, nie wie, co się właściwie stało. Piszczy. Z 

pyszczka, z uszu cieknie krew. Pazury drapią deskę.

Uciekamy. Za chwilę przyjdą ludzie. Jesteśmy w piekarni, czuję na moim ogonie 

wibrysy małego. Dochodzimy do szafy.

2
8

Mały zamiast wspinać się utartym szlakiem między drewnianą ścianką a murem, 

background image

idzie da- lej.  Po  rurze  dostaje  się  na  stół,  a  stamtąd  przeskakuje  na  brzeg  
olbrzymiej  dzieŜy  pełnej pachnącego słodkiego ciasta.

Ze szczytu szafy obserwuję, jak chwieje się na jej brzegu, utrzymując 

równowagę ogonem. Słodkie ciasto przylepia się do jego mordki. Na podwórzu 
zaczyna się ruch. Kroki zbliŜają się. Klucz zgrzyta w drzwiach. Mały chwieje się 
gwałtownie. Opiera łapki o kleistą porowatą powierzchnię, wpada, porusza się 
rozpaczliwie, zanurzając się coraz  głębiej. Tylko ciemny, rozedrgany ogonek 
sterczy nad powierzchnią.

Po małym nie ma juŜ śladu, tylko ciasto w tym miejscu zapadło się nieznacznie.
Wchodzą ludzie. Kiedy zapalają światło, w mechanizmie osłaniającym 

wydrąŜoną przeze mnie dziurę słyszę miarowy szelest.

Nadal próbuję wydrąŜyć tunel na zewnątrz. Natrafiam na grubą deskę. Samica-

matka oraz małe równieŜ wdrapują się na pochyłą ścianę i gryzą. Z wygryzionego 
otworu sypie się prosto w nozdrza wąska stróŜka piasku. Dalsze rozszerzanie 
doprowadziłoby do zasypania gniazda.

Z kilku kolejnych miotów ocalała młoda samica. Jest ostroŜna, przebiegła, 

lękliwa, czujna. Przez otwarte przestrzenie przebiega szybko, w kilku skokach. 

Przystaje, rozgląda się, czy nie zagraŜa jej niebezpieczeństwo. Unika miejsc 

oświetlonych i jasnych, na których widać ją z daleka. Boi się, wiecznie się boi. 

Ten strach pozwala jej Ŝyć wśród wrogów, Ŝyć i walczyć o

Ŝ

ycie.

W  gnieździe  mieszkają  więc  dwie  moje  samice.  Stara  samica-matka  często  

przewraca  i gryzie młodą usiłując ją przepędzić. Młoda ucieka, lecz po pewnym 
czasie wraca, jakby nic się nie wydarzyło.

Samica-matka, karmiąca swoje kolejne dzieci, obserwuje ją bacznie, jak 

zbędnego intruza. Młoda samica urządza własne gniazdo w jednym z  kanałów  
wykopanych podczas poszuki- wania drugiego wyjścia.

Wybrała miejsce na końcu tunelu przy murze, gdzie wykruszyła się zmurszała 

cegła. Teraz poszerza, udeptuje, utwardza odchodami grunt, mości legowisko.

Znosi strzępy papieru, skrawki płótna i wełny, kawałki waty, pióra, pierze, nici, 

wszelkie miękkie, puszyste, ciepłe materiały.

Przygotowuje się do porodu. Po obu stronach jej grzbietu widać coraz 

wyraźniejsze zgru- bienia. Kiedy przechodzi obok samicy-matki lub usiłuje zbliŜyć 
się do niej, ta obnaŜa ostre Ŝółte siekacze i zjeŜa sierść, jakby gotowała się do 
skoku. Młoda samica pospiesznie ucieka i zaszywa się w strzępach gazet na końcu 
swojego tunelu.

Czas porodu zbliŜa się. Młoda samica coraz rzadziej opuszcza legowisko.
Wracam do gniazda. Cieniutki pisk dochodzi z tunelu. Młoda samica leŜy wśród 

papiero- wych  skrawków.  Ślepe  i  bezwłose  szczurki  ciągną  jej  nabrzmiałe  
mlekiem  sutki.  Pozwala zbliŜać  się  do  siebie  i  małych.  Obwąchuję  je  
uwaŜnie.  Potrzebują  poŜywienia.  Dotychczas młoda samica zdobywała pokarm 
razem ze mną... Teraz to niemoŜliwe, musi przecieŜ pilno- wać małych.

Szczurki samicy-matki juŜ  widzą, rozłaŜą się po całym  gnieździe, uczą się 

samodzielnie jeść, gryźć, zabijać. Niedawno przyniosłem Ŝywą mysz, którą 
natychmiast rozszarpały.

Z magazynu niosę dla młodej samicy kawałek sera.
JuŜ jestem w gnieździe, juŜ kieruję się w stronę wejścia do tunelu. Stara samica 

wyrywa mi ser.

Sytuacja powtarza się, a kiedy wygłodniała młoda samica wychyla się z tunelu i 

background image

łapie kilka okruchów, zostaje dotkliwie pogryziona.

Tylko raz udaje mi się dostarczyć młodej samicy pachnącą skórę ryby. 

Najbardziej doku- cza jej pragnienie. Ostatni raz piła tuŜ przed porodem. W 
piwnicy znajduje się niewielka stu-

2
9

dzienka przykryta blaszaną klapą, pod którą łatwo się wcisnąć. Młoda samica boi 
się jednak opuścić młode. Próbuje zlizywać wilgoć ze zmurszałych cegieł, wysysać 
grudki ziemi.

Musi  jednak  wyjść,  zdobyć  poŜywienie,  inaczej  zabraknie  jej  mleka.  

Wyczekuje  odpo- wiedniego momentu. Stara samica zasypia. Młoda szybko 
wyślizguje się z nory, wbiega pod klapę i pije. PoŜera kilka stonóg, których nie 
tknęłaby w normalnych warunkach.

Małe rosną, ich róŜowa skórka pokrywa się delikatnym szarym nalotem, a pod 

powiekami zarysowują się ciemne plamy oczu. Są juŜ bardziej ruchliwe i 
nieomylnie kierują się w stronę wypełnionych mlekiem sutek.

Teraz potrzebują znacznie więcej pokarmu niŜ bezpośrednio po narodzinach i 

młoda sami- ca coraz bardziej odczuwa głód. Zjada więc strzępy waty i wełny, 

przeŜuwa papier, rzuca się na kaŜdego pojawiającego się w norze robaka. Głód staje 

się jednak trudny do zniesienia, tym bardziej, Ŝe stara samica czuwa i nie pozwala 

dostarczać młodej nawet okruchów pokarmu. Tylko podczas jej snu, młodej samicy 

udaje się zdobyć kilka nie dojedzonych rybich ości

lub zjełczałą skórkę słoniny.

RozdraŜniona głodem młoda samica decyduje się w końcu na wyprawę do 

piekarni. Ma- łym grozi przecieŜ śmierć głodowa.

Kiedy opuszcza gniazdo, stara samica śpi. Budzi się jednak wkrótce. Zaraz teŜ 

wpada do tunelu i po kolei przenosi małe do swego gniazda. Rzuca je między 
własne ruchliwe szczurki.

Spod przeciwległej ściany obserwuję lekcję zabijania.
Samica-matka zagryza jedno z małych i zjada je, szczurki zagryzają pozostałe.
Kiedy młoda samica powraca, wlokąc wyciągniętą ze śmietnika wyschniętą 

skórę chleba, małe są juŜ martwe. Najpierw szuka ich w tunelu, później wpada do 
gniazda, zbiera na wpół zjedzone kadłubki i usiłuje zanieść je z powrotem. Stara 
samica rzuca się na nią, przewraca, gryzie.

Młodej  udaje  się  w  końcu  złapać  w  zęby  pozbawiony  głowy  korpus  

jednego  ze  swych małych i ukryć we własnym legowisku.

Młodą samicę czeka niedługo następny poród. Opuszcza  gniazdo i  przenosi się 

do prze- ciwległej piwnicy. Stoją tu zakurzone półki pełne pustych słoików, leŜą 
połamane skrzynki. Ludzie nie zaglądają tu od dawna.

Młoda samica zakłada gniazdo w przeŜartym przez mole fotelu spoczywającym 

w kącie. Fotel wydaje jej się miejscem wyjątkowo pewnym i spokojnym. 
NajwaŜniejsze jest jednak, Ŝe z rury tuŜ obok stale sączy się woda. Ponownie zbiera 
i skrzętnie upycha papiery, szmaty i pióra. Gromadzi równieŜ zapasy: wyschnięte 
obrzynki mięsa, rybie łby, skórki chleba.

Mam teraz dwa gniazda. Stare z samicą-matką i dorastającym właśnie 

pokoleniem szczur- ków i nowe wewnątrz fotela, gdzie młoda samica przygotowuje 
się do wydania potomstwa.

background image

Oba gniazda nie są bezpieczne, dlatego chyba przebywam w nich stosunkowo 

rzadko, po- święcając duŜo czasu na wędrówki. Docieram aŜ do rampy, na której po 
raz ostatni widziałem starego szczura.

Za  miastem  w  ceglanych  zabudowaniach  tuŜ  przy  rzece  ludzie  hodują  

ś

winie.  DuŜo  ol- brzymich świń.

My – szczury z miasta – przychodzimy tu często. Dawniej region ten naleŜał do 

innej ro- dziny  szczurów  –  mniejszych,  brunatnoczarnych,  delikatniejszej,  
kruchej  budowy  i  ogonie pokrytym ciemnymi włoskami.

Ustępują. Niszczymy ich gniazda, wypędzamy, w końcu wynoszą się, 

pozostawiając wol- ne pole.

3
0

Przebiegając krawędzią koryta lub poidła trzeba niezwykle uwaŜać. Najmniejsze 

potknię- cie, upadek i świński ryj poŜera, wchłania, miaŜdŜy. Świnie atakują, 
ś

cigają, gonią. Ich racice i zęby są groźne, staram się więc przebywać w pobliŜu 

kryjówki: ogrodzenia, występu muru, nory, pod blaszanym korytem.

Zapach świńskiego mięsa przepełnia nozdrza. Karma w korytach jest w sumie 

dość mo- notonna,  natomiast  przesuwające  się  wokół  zwały  tłuszczu  kuszą  i  
przyciągają.  Wybieram największą,  cięŜką,  nieruchomą  świnię,  wchodzę  od  
tyłu  na  jej  grzbiet,  przegryzam  skórę, jem.

Ś

winia kwiczy, jęczy, rzuca się w  ciasnym, krępującym jej ruchy  ogrodzeniu. 

Daremnie usiłuje przewrócić się na grzbiet, strącić mnie, zgnieść. Wierzga, napiera 
bokami na ściany. Przywieram  pazurami  do  jej  grzbietu  i  wgryzam  się  w  
smaczną,  ciepłą,  pulsującą,  krwistą słoninę. Ciepła krew spływa po skórze.

Ś

winia nadal usiłuje mnie zrzucić, zmieniam połoŜenie i gryzę w okolicę ogona. 

Kwiczy, jęczy, wścieka się. Trwa to długo. Zmęczona szamotaniem leŜy, 
wierzgając od czasu do czasu przykrótkimi nogami.

Niezgrabna,  gruba,  cięŜka,  wciśnięta  między  deski  ogrodzenia  staje  się  

moją  zdobyczą. Wyje, chrząka, ryczy oczekując, aŜ odejdę zaspokoiwszy głód. 
Nagle drzwi chlewni otwierają się i człowiek biegnie w naszym kierunku. Zębami 
wydzieram ostatni kawałek słoniny i ucie- kam.  Przychodzę  następnej  nocy.  
Ś

wini  juŜ  nie  ma.  Wybieram  inną,  równie  cięŜką  i  nie- zgrabną.  Lecz  tu  

ogrodzenie  jest  szersze,  świnia  przewraca  się  na  grzbiet,  omal  mnie  nie 
miaŜdŜy.

Skaczę na głowę, gryzę w kark. Uderza łbem o Ŝelazną rurę bariery. Rezygnuję. 

Przecho- dzę do następnego budynku, pełnego młodych, jasnych prosiąt. Na ogonie 
czuję dotyk wibry- sów szczura mieszkającego w piwnicy po przeciwległej stronie 
piekarni.

Młode  świnki  są  ruchliwe  i  nerwowe.  Wyczuwają  naszą  obecność,  kwiczą,  

podskakują, kopią, usiłują chwytać zębami.

Ich zęby są juŜ ostre, a racice twarde – szukamy więc śpiącej, osłabionej lub 

chorej. Jest. LeŜy na boku, wierzgając co chwila tylną nogą. Podchodzimy jak 
najbliŜej.

Szczur-sąsiad odnajduje miejsce, gdzie pulsuje tętnica. Gryzie. Świnka zrywa 

się, kwiczy. Szczur wisi u jej szyi. Rzucam się na nią z drugiej strony. Uderza 
racicą, odtrąca. Skaczę na grzbiet, wbijam zęby tuŜ za uchem. Zrzuca. Atakujemy z 

background image

róŜnych  stron. Zakrwawiona kwi- cząc biega wokół ogrodzenia. Skaczę jej do 
gardła. Przecinam tętnicę. Pada.

Zapach krwi rozchodzi się daleko. Wokół kwiczą przeraŜone prosięta.
Schodzą się równieŜ inne szczury. Początkowo usiłujemy je odpędzać, lecz jest 

ich coraz więcej.

Prosię wierzga jeszcze racicami i pochrząkuje. Nagle zapala się światło. Świnie 

czynią co- raz większy wrzask. Nadchodzą ludzie.

Wracam.  W  piwnicy  słyszę  dochodzące  z  magazynu  szczekanie.  Zajadłe,  

wściekłe,  złe. Niedawno na ulicy pies zapędził mnie do ścieku. Gdybym nie 
skoczył w dół przez kratki ry- zykując  Ŝyciem,  zgruchotałby  mi  kręgosłup.  
Szczekanie  denerwuje,  niepokoi,  przypomina tamtą gonitwę.

Koło  młodej  samicy kręci  się  obcy szczur.  Chcę  go  przepędzić,  lecz  

zadomowił  się  juŜ wewnątrz  fotela  i  nie  ustępuje.  Kieruję  się  więc  do  starego  
gniazda,  gdzie  czeka  będąca  w okresie rui samica-matka.

W piekarni i piwnicach podczas mojej nieobecności zmieniło się wiele. 

Odmalowano ma- gazyn, wymieniając przegniłą futrynę drzwi, zatykając kaŜdą 
najmniejszą szparę.

Drzwi  prowadzące  z  piekarni  na  schody,  pod  którymi  prześlizgiwałem  się,  

wzmocniono dodatkową  listwą  i  obito  blachą.  Zacementowano  wszystkie  
otwory  w  ścianach  piekarni  i magazynu, równieŜ szczelinę za licznikiem 
elektrycznym. Naczynia, dzieŜe, blachy i ruszty odsunięto od ścian, 
uniemoŜliwiając bezpieczne przejście.

3
1

Wiruje, poprzednio nieczynny, wentylator, blokując w ten sposób ostatnie 
dojście do spiŜarni. W kilku miejscach znalazłem niedawno postawione 
pułapki.
Na śmietniku i w piwnicy leŜy rozsypana zatruta pszenica. Młode szczurki 

wykorzystując nieuwagę samicy-matki wylazły z  nory i  najadły się  juŜ  
pierwszego  dnia.  Ich  zesztywniałe zwłoki omijam w róŜnych miejscach.

Wkrótce pułapka zabija młodego szczura, który chciał zająć moje miejsce w 

starym fotelu. Najbardziej denerwuje zamykanie w piwnicy na noc starego 

kocura wylegującego się do- tychczas  na  balkonie.  Rozzłoszczony  włóczy  się  

miaucząc  przeraźliwie.  Nad  ranem  łapie szczura, który wlazł tu z ulicy przez 

nie domknięte okno. Rano złowiony szczur ze złamanym

kręgosłupem i wybitym okiem jeszcze Ŝył. Ludzie wrzucili go do kubła z wodą.

Kocur wyczuł naszą obecność. Czuwał długo przy hydrancie i próbował wciskać 

łapę do nory. Odkrył takŜe siedzącą w fotelu młodą samicę i jej małe. Nie udało mu 
się do nich do- stać. Zrzucił tylko kilka słoików i pokaleczył sobie łapy stłuczonym 
szkłem.

Ludzie często przychodzili do piwnicy,  gestykulowali, wskazywali otwory i  

szczeliny w ścianach. Przeczuwałem niebezpieczeństwo, nadciągającą katastrofę. 
Ludzie zatykali wszel- kie otwory,  pęknięcia,  wykruszenia  w  murach  
otaczających  podwórze.  Przekonałem  się,  Ŝe robią to samo we wszystkich 
przylegających do piekarni zabudowaniach, a takŜe w domach po drugiej stronie 
ulicy.

Prowadził ich pies o wydłuŜonym spiczastym pysku, wiecznie węszący i 

szczekający przy kaŜdym śladzie.

Siedzę w starym fotelu nad przyniesionym ze śmietnika kawałkiem Ŝylastego 

background image

mięsa. Szczekanie  psa,  świst  wciąganego  do  nosa  powietrza  –  budzą  strach  
w  młodej  samicy.

Chwyta zębami małe, napełza na nie całym ciałem, przykrywa je.

Wyskakuję z fotela i po najwyŜszej półce docieram do blaszanego klosza, pod 

którym za- pala się Ŝarówka. Ludzie wchodzą. Pies prowadzi ich prosto do fotela. 
Rozpłaszczam się na metalowym talerzu, podgrzewanym od spodu.

Ludzie  zdejmują  słoje,  odsuwają  półki  i  deski.  Chwytają  fotel  i  wynoszą  

na  korytarz. Rozjuszony pies wtyka głowę między spręŜyny.

Gwałtowne szamotanie, wściekły skowyt, przeraźliwy pisk. Młoda samica 

usiłuje uciekać trzymając w pyszczku nie owłosione małe. Pies chwyta ją, tarmosi, 
podnosi do góry. Ludzie głaszczą go. Wytrząsają z fotela nie owłosione piszczące 
potomstwo i rozdeptują obcasami.

Wynoszą fotel na podwórze.
Na metalowym talerzu, pod którym płonie Ŝarówka, robi się coraz goręcej. 

Powierzchnia pali łapki, parzy brzuch. Zeskakuję, po półkach dostaję się do okna 
prowadzącego na jasną, pełną pojazdów ulicę.

WzdłuŜ muru biegnę w stronę rynsztoka. Człowiek cofa się gwałtownie, 

krzyczy, pokazu- je. Przeciskam się przez zakratowany otwór ścieku. W głębi 
szumi przepływający migotliwy strumień.  Waham  się,  usiłuję  zatrzymać  na  
nieckowatej  płaszczyźnie  osłony.  Tracę  równo- wagę. Skaczę.

Wracam. OstroŜnie wślizguję się do piwnicy. Kota nie ma – wyczuwam to 

węchem. Fotel, półki i stare meble odsunięto od ścian. Otwory zacementowano. 
Przechodzę do piwnicy, w której znajduje się gniazdo samicy-matki. Tu równieŜ 
wszystkie ściany są odsłonięte. Węgiel przerzucono na środek pomieszczenia.

Szukam otworu za hydrantem. Nie ma. Ściana jest mokra, zimna, gładka.
Obchodzę całą piwnicę, sprawdzam kaŜdy kąt. PrzecieŜ otwór znajdował się 

tam, za obu- dową hydrantu.

3
2

Wracam,  siadam  przy  ścianie.  Wsłuchuję  się  w  kaŜdy  szelest  dochodzący  

spoza  grubej warstwy cementu. Po chwili, jakby z wielkiej odległości słyszę cichy 
chrobot. Samica-matka daremnie stara się wydostać, przegryźć mur.

Zamurowana w pozbawionym drugiego wyjścia pomieszczeniu, przeraŜona, 

przeczuwają- ca śmierć, będzie tak  gryzła  do  ostatniej  chwili  Ŝycia.  W  norze  są  
jeszcze  trzy podrośnięte szczurki. Samica-matka zabije wszystkie z głodu, z 
pragnienia, z bezsilności.

Będzie piła ich krew, jadła ich mięso. Wystarczy jej to na krótko. W tym czasie 

przegryzie nie więcej niŜ pół cegły, o ile gryźć będzie w jednym tylko miejscu. 
Dobiegający zgrzyt zę- bów o cementową i ceglaną powierzchnię będzie coraz 
słabszy, aŜ do zupełnego wygaśnięcia.

KrąŜę wokół piekarni, przychodzę do martwych piwnic,  wibrysami  dotykam 

zacemento- wanych otworów. Za ścianą panuje cisza, głęboka cisza. Niedawno 
wsłuchiwałem się w coraz słabszy zgrzyt zębów o mur.  Zacząłem nawet  gryźć  z  

background image

tej strony,  za hydrantem, w miejscu, gdzie znajdowało się wejście do gniazda.

W  samicy-matce  obudziło  to  prawdopodobnie  nadzieje,  bo  dochodzące  

wówczas  spoza ściany echo stało się szybsze i silniejsze.

Spłoszył  mnie  kot  i  powróciłem  dopiero  następnej  nocy.  Głosy  z  tamtej  

strony  osłabły, samica-matka opadała z sił, jej siekacze starły się aŜ do dziąseł.

Zacząłem gryźć, daremnie. Moje zęby zarysowały zaledwie cementową 
powierzchnię. Gryzę, chociaŜ z tamtej strony nie dochodzą najmniejsze odgłosy, 
wgryzam się w ścianę,

poruszam szczękami aŜ do ostrego bólu w spiłowanych, startych siekaczach. Czuję 
smak krwi spływającej do krtani.

Rysa na cementowej powierzchni jest niewiele większa. Nadchodzą ludzie, 

uciekam przez okienko, wprost na słoneczną, wrogą ulicę.

Zamieszkałem w kanałach. Tu było bezpiecznie, we wszystkich zabudowaniach 

ulicy lu- dzie  toczyli  teraz  walkę  ze  szczurami.  Nawet  tu,  głęboko  pod  
ziemię,  dochodziły  niekiedy draŜniące nozdrza i oczy zapachy. Znalazłem 
samotną, ślepą na jedno oko samicę i przenio- słem się do jej gniazda.

Wsłuchujesz  się  w  szum  płynących  ścieków,  zagłuszający  inne  odgłosy.  

Przenikliwy szczurzy pisk przebija się poprzez ten monotonny strumień. 
Przyzwyczajam się, szept wody ma właściwości usypiające.

Czemu  jednak  wracasz  pod  zacementowaną  ścianę  piwnicy,  przypominasz  

ją  sobie,  gdy tylko zamykasz powieki. Dlaczego krąŜysz w pobliŜu piekarni.

Przemykam z bramy do bramy, z piwnicy do piwnicy, z cienia do cienia.
Szary z wypukłym grzbietem, na nogach jak spręŜyny, z długim, nagim ogonem 

przebie- gam ulicę, zwracając baczną uwagę na kaŜdy najmniejszy szelest, szmer, 
ruch. Wszędzie, w kaŜdym miejscu moŜe czaić się wróg, wszędzie, o kaŜdej 
godzinie  czyha śmierć. śycie na- uczyło cię strachu, ty sam nauczyłeś się gryźć, 
gryźć i miaŜdŜyć, gryźć i zabijać.

Czujesz się stale zagroŜony, stale, ze wszystkich stron. Jak niegdyś stary szczur, 

tak teraz ty zwiedzasz dworce, przystanie, rampy kolejowe, magazyny.

Jestem wszędzie, skąd moŜna się wyrwać, opuścić miasto, wywędrować. śyję w 

mieście coraz bardziej znienawidzonym, w mieście, które osaczyło mnie, zamknęło 
w sobie, w mie- ście, w którym się urodziłem, wyrosłem, spotęŜniałem.

Jednooka samica spodziewa się małych; jej rozdęty brzuch i nabrzmiałe sutki 

wydzielają woń zbliŜającego się macierzyństwa. Znosimy teraz do gniazda 
wszystko, co moŜe je ogrzać, zbieramy poŜywienie, wyławiane przewaŜnie z 
gęstego strumienia ścieków.

Jednooka  nigdy  nie  opuszcza  kanału,  boi  się  wychodzić  na  powierzchnię,  

gdzie  straciła oko.  Jej  Ŝycie  zamyka  się  w  niewielkim  podziemnym  kręgu,  
którego  nigdy  nie  opuszcza. Granice  tego  terytorium  są  wyraźnie  określone:  
kilka  połączonych  ze  sobą  podziemnych

3
3

strumieni dochodzących do rozległej rzeki burzowca. W tym miejscu jednooka 
zatrzymuje się i cofa. Cofa się takŜe przed padającym z góry szarym światłem, 
budzącym w niej nieufność i lęk.

Coraz silniejsza potrzeba wędrówki pcha cię na powierzchnię, gwałtowna, 

natrętna. Wy- dostać się, opuścić miasto, uciec. Samica rodzi. Nagle, ślepe szczurki 
piszczą, pełzają wokół jej brzucha, z trudem unoszą głowy, wyszukują twardszej 
powierzchni, by pewniej stawać na nieporadnych kończynach.

background image

Przynoszę jedzenie. Jednooka pozwala wchodzić do gniazda, dotykać i 
obwąchiwać małe. Jesienne  ulewy,  wody  w  kanałach  wzbierają.  Jednooka  
przenosi  małe  w  inne  miejsce,

znacznie wyŜej.

Przemierzałem podwórza i ulice szukając drogi i sposobu szybkiego opuszczenia 

miasta. Nawet kurz i pył samochodowych kół podraŜniają, pobudzają do nowych 

prób. Samocho- dy są niebezpieczne, podczas podróŜy przebywałbyś blisko 

ludzi, zagroŜony nagłym odkry-

ciem.

Próbowałem: na cięŜarówce wypełnionej owocami przejechałem od kolejowej 

rampy aŜ na targowisko w innej dzielnicy. PrzeraŜony wrzaskiem czmychnąłem 
między stragany. Ludzie omal nie zatłukli mnie miotłami. Zdenerwowany tym 
zdarzeniem wracam do gniazda.

Gniazda nie ma, norę zalała  woda. Po śladach jednookiej posuwam  się najpierw 

wzdłuŜ ściany,  później  w  górę.  Słyszę  popiskiwanie.  Gniazdo  pachnie  jednak  
inaczej,  odrębnie, pachnie inną rodziną, a jednooka i małe nie zdąŜyły jeszcze 
wypełnić go własną wonią. Ich skóra  obmyta  wodą  przesiąknęła  ostrym,  wrogim  
zapachem.  Jednooka  przebyła  okres  rui, stała się obojętna; obcy, nie znany 
szczur.

Ociera się, wciska pod mój brzuch, małe piszczą, idą do mnie.
Zębami chwytam najbliŜszego, przecinam na pół. Jednooka wydobywa  się  

spode  mnie  i przykrywa sobą małe. Jednego trzyma w pyszczku chcąc przenieść w 
inne miejsce. Wbijam zęby w jej gardło, raz, drugi, trzeci. Usiłuje mnie ugryźć. 
Osłabiona, przewraca się na bok, bezładnie poruszając łapkami. Zagryzam 
wszystkie szczurki, kilka poŜeram do połowy.

Opuszczam gniazdo. Pod ścianą czają się szczury, wyczuwające świeŜą krew.

Opuściłem miasto, zostawiłem za sobą ciepłe piwnice piekarni, słodkie 

magazyny, śmiet- niki smacznych odpadków, labirynt kanałów i przewodów.

Zostawiłem  zamurowane  gniazdo,  wygładzoną  martwą  ścianę,  szczury,  

ludzi,  czyhające pułapki i trutki.

Zostawiłem pusty fotel, w którym pozostał tylko zapach młodej samicy, 

wydeptane szczu- rze ścieŜki, ślady zębów na drewnianych skrzyniach, wędrówki 
nad rzekę i do chlewni, szlaki przemierzane ze starym szczurem. Zostawiłem 
pogryzioną, dogorywającą jednooką i jej roz- szarpane małe.

Wyruszam jego szlakiem, jego drogą. Wiatr szumi wokół pociągu, a rytm kół 

kołysze do snu. Wśród wypełnionych nasionami worków jest przytulnie, zacisznie, 
miękko. Pociąg wie- zie mnie do odległego, nie znanego miasta, o którym nie wiem 
nic, przeczuwam jednak, Ŝe istnieje, skąd bowiem przybył i dokąd wywędrował 
stary szczur, którego zapach mówił mi o innych, dalekich terenach.

Wielokrotnie  przechodziłem  na  przeładunkową  rampę,  skąd  ramiona  

dźwigów  unosiły platformy worków i skrzyń. Poszukiwałem woni przypominającej 
starego szczura. Z miastem nie łączyły mnie juŜ poprzednie więzi i czułem, Ŝe 
mogę je zostawić. Musiałem wtedy odejść, poniewaŜ wszystko, co w tym mieście 
było moje, zniknęło, zostało zatarte, zacementowane, zniszczone.

Poznałem potrzebę podróŜy, konieczność wędrówki.

background image

3
4

Przebiegałem przez ulice szybko, jakbym uciekał przed groźnym prześladowcą. 

Rzucałem się na inne szczury, często silniejsze i większe ode mnie, lecz 
zasiedziałe, spokojne, leniwe.

Chciałem rozstać się jak najszybciej z miastem. Rozgorączkowany, chory 

niemal, zdener- wowany  opuszczałem  często  ciemne  tunele  szczelin  i  
kanałów,  i  pojawiałem  się  na  po- wierzchni,  wśród  ludzi.  Krzyczeli,  rzucali  
kamieniami,  tłukli  kijem,  deptali.  Wtedy ucieka- łem. Zaskakiwałem ich, 
przeraŜałem, draŜniłem i chyba dlatego nie zdołali mnie zabić, cho- ciaŜ ich ciosy 
ocierały się o mnie.

W  tramwaju  przycupnąłeś  pod  ławką.  Wypędził  cię  pies,  wprowadzony  

przez  pasaŜera. Ludzie  wrzeszczeli,  pies  szczekał,  tramwaj  zatrzymał  się.  

Wyskoczyłeś  wprost  na  maskę wolno jadącego samochodu. Pamiętam twarz 

człowieka za szybą, gwałtownie poruszającego kierownicą. Szczęk blachy, jazgot 

sypiącego się szkła. Samochód uderza w jadącą obok cię- Ŝarówkę. W zamieszaniu 

przez małe, niskie okienko wpadam do mieszczącego się w sutere- nie  magla,  na  

stos  wykrochmalonej  bielizny.  Krzyk,  ludzie  rzucają  we  mnie  ręcznikami. 

Przebiegam pod drzwiami do sąsiedniej zagraconej piwnicy, stamtąd wzdłuŜ rur do 

kanałów. Na pograniczu snu, słuchając rytmicznego stuku kół o szyny, 

przypominam sobie te wyda- rzenia. Otaczają, nakładają się, przenikają, tworząc 

dziwaczną mozaikę pamięci. Ulegam złu- dzeniu, Ŝe znajduję się w ruchomym 

spiralnym tunelu, po którym biegam, usiłując wydostać się na zewnątrz. Tylko Ŝe 

tunel nie ma właściwie końca, jak nie miał początku, bo przecieŜ znalazłem się w 

nim nagle, właściwie nie wiadomo skąd. Poruszam się równieŜ inaczej niŜ dotąd. 

Łapki i pazury są zbyteczne. PrzecieŜ fruwam, lecę przez własne przeŜycia, przez 

za-

pamiętane zdarzenia, wnętrzem olbrzymiego kanału.

Budzę  się  raptownie.  Obcy  szczur,  samica  w  okresie  rui,  pręŜy  się,  

wypina  nabrzmiałe przekrwione narządy, piszczy. Ogarnia mnie podniecenie. Po 
chwili, zaspokojeni, kładziemy się blisko siebie. Samica wpełza pod moją głowę, 
wciska się pod brzuch. Dolną szczęką wy- czuwam puszysty, ciepły kark.

Pociąg zatrzymuje się, stoi. Wyruszamy na poszukiwanie wody i bardziej 

urozmaiconego poŜywienia, jedzenie tych samych nasion, wypełniających worki, 
juŜ się sprzykrzyło.

Badamy  najbliŜszą  okolicę.  Podczas  kaŜdej  takiej  wyprawy  trzeba uwaŜać, 

by  wrócić przed odjazdem pociągu. Dostrzegam, Ŝe szczury wokół nas zmieniają 
się, pozostają na mija- nych stacjach, ich miejsce zajmują inne.

Postój, do naszego wagonu wtargnął duŜy czarny szczur i natychmiast 

zaatakował mnie z zaciekłością.

Długo ścigał mnie po wagonie chcąc przegryźć mi gardło. Moja nowa samica, 

poszukując pcheł w swoim gęstym futrze, obojętnie przyglądała się naszej 
gonitwie.

Pociąg rusza. Czarny szczur zaprzestaje pogoni. Posila się nasionami. Ukryty na 

dnie wa- gonu,  wewnątrz  worka  zapominam  o  niebezpieczeństwie  i  zasypiam  
ukołysany  szumem. Gwałtowny ból karku, czarny szczur zwala się na mnie całym 
cięŜarem. Rozrywam mu małe, nie owłosione ucho. Piszczy z wściekłością. 
Rzucamy się na siebie. Jest starszy, silniejszy i zaprawiony w walkach z innymi 
szczurami. Stoimy naprzeciw podparci ogonami, prychając, popiskując i szczerząc 
zęby. Jego duŜe, wyjątkowo ostre siekacze pozostawiły na moim karku krwawy 
ś

lad. Gdyby uderzył w sam środek, między uszy, zmiaŜdŜyłby mi kręgosłup. 

background image

Obser- wujemy  się  z  nienawiścią,  obawiając  się  nagłego,  śmiertelnego  
chwytu.  Skacze  do  gardła, przewraca. Wykręcam się, wyginam, zęby zatapiają 
się w sierści.

Ucieczka jest szansą ocalenia. Wydostaję się na szczyt sterty worków. Czuję go 

za sobą. Odwracam  się  przybierając  atakującą  pozycję.  Zatrzymał  się  
zdezorientowany  moją  nagłą odwagą.  Odbijam  się  od  splotu  stalowych  lin  
przytrzymujących  worki  i  skaczę  w  górę,  w otwór, przez który ze świstem 
wpada powietrze.

Wiatr wciska mnie do środka. Przywieram do obracających się łopatek. Mój 

cięŜar powo- duje, Ŝe wirują coraz wolniej, aŜ w końcu przestają się obracać. 
Jestem na zewnątrz, na dachu wagonu.

3
5

Przekonany, Ŝe mój prześladowca zrezygnuje z dalszej pogoni, przywieram 

brzuchem do obitej papą powierzchni. Tu na otwartej przestrzeni w ostrym świetle 
dnia czuję się zagroŜony ze wszystkich stron. Rozpłaszczony, z trudnością 
utrzymuję równowagę. Nagle pojawia się czarny szczur. Jak się tu dostał, czy 
podąŜył drogą przez wietrznik, czy teŜ znalazł inne przej- ście? Jego zęby 
przecinają powietrze. ZdąŜyłem uskoczyć w bok i teraz ześlizguję się coraz niŜej po 
owalnym dachu. Czarny szczur patrzy na mnie z góry. Nie atakuje. Przestałem być 
groźny. Zsuwam się, staczam, wiatr odrywa mnie od pociągu, rzuca obok 
huczących torów.

Biegnę  wzdłuŜ  szyn  za  szumem  oddalającego  się  pociągu.  Zapadła  noc,  na  

niebie  wisi błyszcząca tarcza księŜyca. Owiewa mnie chłodny wiatr.

Męczy mnie przeskakiwanie kolejowych podkładów. Ostre, drobne kamienie 

kaleczą bole- śnie łapki. Wdrapuję się na szynę – tu droga jest wygodna i 
wystarczająco szeroka. Po chwili rezygnuję z posuwania się wierzchem szyny. 
Przeraźliwie zimny metal mrozi brzuch.

Znajduję się na szerokiej, otwartej przestrzeni, niepokojącej swą rozległością. 

Spotkanie z sową, kotem, psem są w tych warunkach wyjątkowo niebezpieczne.

Narastający szum: z przeciwległej strony nadjeŜdŜa pociąg. Przelatuje szybko.
Ukryty za duŜym białym kamieniem obserwuję błyszczące kontury okien. 

Oddala się. Idę dalej. Mijam most, następnie tunel.

Robi się coraz zimniej. KsięŜyc zakrywa warstwa grubych, ciemnych chmur.
Pada śnieg – pierwszy śnieg mojego Ŝycia. Muszę dotrzeć do stacji, dostać się do 

wagonu, ruszyć w dalszą podróŜ.

Posilam się skórkami od  kiełbasy znalezionymi  w  zatłuszczonym  papierze.  

Idę  naprzód. Niedługo chyba skończy się noc, a wtedy będę musiał zrezygnować z 
dalszej wędrówki.

Nad torami przelatują ptaki. Ze wszystkich sił przywieram do pokrytej mokrym 

ś

niegiem szyny. Nagle słyszę dyszenie psa. Tropi mnie. Skaczę w bok do rowu. 

Szczeka i rzuca się za mną, łamiąc cienką warstwę lodu, po której bezpiecznie 
przebiegłem na drugą stronę. Pod- czas gdy skamlący, rozzłoszczony pies gramoli 
się na brzeg, biegnę w stronę ciemniejącego na tle nieba stogu.

Kiedy jestem blisko, ponownie słyszę poszczekiwanie tropiącego. Ostatkiem sił 

wciskam się w pachnące gęste siano.

background image

Poluję na myszy, które schroniły się w stogu przed zimą. Wypłasza mnie łasica – 

długie białe stworzenie o cienkich i ostrych zębach.

Zapadając  się,  po  puszystym  śniegu,  docieram  do  pobliskich  zabudowań.  

W  olbrzymiej stodole panuje zaciszne ciepło.

Dotąd nie spotkałem szczurów.
W nocy ze stodoły przechodzę do obory, tu spotykam ślady samicy. Odnajduję 

jej norę. Siedzi  nastroszona,  zaniepokojona  moim  pojawieniem  się.  Jest  
samotna,  pozostałe  szczury wypłoszyli i wybili ludzie. Pod podłogą stajni, w 
chlewie, w kurniku, w domu – przechodzę z nory do nory. Na strychu znajduję 
zardzewiałe pułapki. Stare trutki świadczą o zaŜartej, dłu- gotrwałej wojnie.

W zagubionym wśród zasp domostwie postanawiam przezimować.
Samica  początkowo  przyjmuje  mnie  nieufnie,  wkrótce  okazuje  mi  względy.  

Wyszukuję wygodne ciepłe gniazdo połoŜone w fundamentach domu, skąd 
prowadzą korytarze w kilku kierunkach – do piwniczki, w której stoją beczki 
kiszonej kapusty, ogórków, słoiki o róŜno- rodnej zawartości, do przylegającego 
kurnika, do kuchni, skąd dochodzą smaczne zapachy, na podwórze. Ostatnie 
wyjście mieści się daleko, bo aŜ w pobliŜu szopy z narzędziami.

3
6

Zachowuję ostroŜność: jestem na obcym, nie znanym terenie. Zarówno 

zabudowania jak i cały niemal dom są w przewaŜającej części drewniane. 
Przegryzam i przekopuję przejścia do kolejnych  pomieszczeń.  Pies  wyczuł  moją  
obecność,  kot  takŜe.  Pies szczekał, kiedy przez śnieg  przedzierałem  się  w  
stronę  domu.  Teraz  równieŜ  szczeka,  gdy  przechodzę  koło  jego budy. Kot 
wytropił mnie i usiłował zaatakować. Uniknąłem spotkania, umykając do pierwszej 
z brzegu nory. Niebawem spotkaliśmy się oko w oko w kącie stodoły, skąd nie 
mogłem juŜ uciec, rzucił się na mnie z wrzaskiem. Przyjąłem pozycję obronną 
stając na tylnych łapach. Kot zatrzymał się zaskoczony moją wielkością i odwagą. 
Wtedy rzuciłem się na niego, kąsa- jąc w uszy, nos i kark. PrzejeŜdŜa pazurem po 
moim grzbiecie, usiłuje złapać wijący się ogon. Odsłania pysk, wbijam zęby w 
dolną szczękę. Wypuszcza mnie z pazurów i ucieka przestra- szony.

Pokrwawiony, z przetrąconą łapą, rozdartym grzbietem i złamanym ogonem 

powracam do gniazda. Choruję.

Kiedy jestem blisko, kot wygina grzbiet w kabłąk, najeŜa się, miauczy. Boi się, 

obserwuję jego strach.

Teraz juŜ nie uciekam. Czuję się silny i często przebiegam tuŜ przed nim.
Kilkakrotnie podczas nieobecności ludzi przepędzam go spod pieca, przy 

którym lubi się wylegiwać. Nienawidzi, szczerzy zęby, prycha.

Przez długi okres ludzie nie dostrzegają mojej obecności, nie zastawiają 

pułapek, nie wy- sypują zatrutego ziarna, nie rozrzucają zabójczych ciasteczek.

Samica rodzi. W ukrytym głęboko gnieździe małe szczurki szybko dorastają. 

Jest ciepło, tylko z korytarzy zawiewa przykry chłód.

Znoszę do gniazda pióra, pierze, słomę, siano, a nawet kawałki drewna.
Intryguje mnie potęŜna szafa stojąca w pokoju. Gdy ludzie opuszczają dom, 

natychmiast gryzę.  Dostaję  się  do  wnętrza.  Jasne  stosy  bielizny  doskonale  
nadają  się  do  moich  celów. Wygryzam kawałki płótna i niosę do gniazda. KrąŜę 

background image

między norą  a  szafą. Wyrywam takŜe strzępki wełny z wiszących tam ubrań.

Zaczyna  się  polowanie  na  szczury.  Ludzie  zabijają  otwór  w  szafie,  

rozstawiają  pułapki, rozkładają  zatrute  kurze  łebki,  ryby,  jajka,  ciasteczka,  
ziarno.  Masowo trują się myszy.  Po zjedzeniu wędzonej ryby zdycha kot.

Małe szczurki zaczynają pierwsze samodzielne wędrówki.
Kilka ginie, pozostałe przeŜywają. Niedługo zaczną zakładać własne gniazda.
Po  długotrwałych  śnieŜycach  i  mrozach,  gdy  wiejską  zagrodę  otaczały  

wysokie  zaspy, nadchodzą cieplejsze dni.

My, dorosłe szczury, zarówno samica jak i ja – nie ruszamy zatrutych 

przysmaków, odróŜ- niamy je z łatwością i umieszczamy na nich nasze odchody.

W kurniku, oborze, stajni, chlewie, w spiŜarniach mamy pełno poŜywienia.
Zagarniam ogonem znoszone przez kury jajka, wyjadam podawany koniom 

owies, zakra- dam się do spiŜarni, gdzie leŜą połcie boczku, sery i kiełbasy, worki z 
mąką, kaszą i cukrem.

Ś

niegi topnieją, wiatry stają się cieplejsze, słońce przygrzewa.

Następne  pokolenie  małych  szczurków  opuszcza  norę.  Samice  pozostałe  z  

pierwszego miotu spodziewają się juŜ własnego potomstwa.

Razem z młodą samicą zagryzasz wszystkie kurczęta – drobne puchate kulki, 

które ludzie wpuścili do kurnika.

Głosy ludzi przenikające do gniazda są nerwowe, gwałtowne, bełkotliwe.
Niedługo opuścisz ten dom, rozpoczniesz na nowo swą podróŜ, wędrówkę do 

nie znanego miasta, o którym wiesz, Ŝe istnieje, pełne mrocznych kanałów i 
piwnic.

Ludzie  zatykają  nory  grubymi  drewnianymi  kołkami,  zalewają  je  smołą.  

Jednak  nam, szczurom wykopanie nowego podkopu w glinie lub wygryzienie 
otworu w zmurszałych de- 

3
7

skach nie nastręcza trudności. I tak kaŜde gniazdo posiada kilka odrębnych wyjść i 
połączeń z pobliskimi norami.

W  nocy  budzi  mnie  potrzeba  wędrówki,  zostawiam  ciepłe  gniazdo  z  

kolejnym  miotem małych szczurków i przez mokre od zacinającego deszczu pole 
zdąŜam w stronę torów.

Nad ranem dotarłeś do miejsca, w którym tory rozgałęziały się, biegły 

równolegle. Obok przejeŜdŜają pociągi.

Stacja znajduje się blisko.
Zaspokajam pragnienie w rowie i szukam odpowiedniego pociągu.
Podczas wędrówki przez torowiska nie spotykasz szczurów, dla miejscowych 

jest jeszcze zbyt zimno i wolą nie opuszczać ciepłych zabudowań.

Zapach przesypywanego ziarna. ZbliŜasz się, wciskasz między blaszane 

szumiące rury. Po betonowej  posadzce  szczury  ciągną  i  pchają  leŜącego  
brzuchem  do  góry  szczura.  Na  jego brzuchu, we wgłębieniu między rozłoŜonymi 
łapkami, leŜy spora kopka ziarna. Szczur ma- newruje grzbietem tak, by nic nie 
spadło. Delikatnie ściskają łapki i ogon, by go nie zranić, podtrzymują z boków. 
Zataszczą go do nory, gdzie gromadzą zapasy. Grzbiety tych szczurów są  wyleniałe  
od  tarcia.  Obwąchują  cię,  wydają  gniewne  piski.  Szczur  leŜący  na  grzbiecie 

background image

zrzuca ziarno i biegnie do ciebie.

Twój pociąg stoi przy wysokiej rampie ułatwiającej dostanie się 
do środka. Tłum ludzi przeraŜa cię, chcesz uciekać, znaleźć inną 
drogę. Zostajesz.
Wciskam się od dołu rurą kanalizacyjną, przyczajam za rezerwuarem wody w 

umywalni. Przez nie domknięte drzwi dostaję się do przedziału.

Ukryty  wśród  instalacji  ogrzewczej  pod  szerokim  siedzeniem  obitym  

suknem,  obserwo- wałem ruchy ludzkich nóg. Nigdy dotąd nie byłem tak blisko 
ludzi, nie słuchałem z tak bliska ich głosów.

Kołysanie pociągu usypiało, rozłoŜony wśród ciepłych przewodów zapadłeś w 

pół sen, pół jawę, pełną wspomnień i skojarzeń.

Atmosfera rozgrzanego wagonu sprzyjała stanowi półodrętwienia.
Szukałeś miasta. Szukałeś i bałeś się, jak zawsze boisz się nieznanego, 

niepewnego, nowe- go.

Pociąg staje, pasaŜerowie wysiadają, wsiadają nowi – wnoszą zapach deszczu i 

ulicznego błota. PrzejeŜdŜamy przez obce miejscowości, które nie są jednak moim 
celem. Chcę doje- chać do miasta, którego zapachu poszukiwał stary szczur. MoŜe 
tam go spotkam?

Twoje nozdrza nie zatrzymały tamtego zapachu i nigdy nie będziesz pewny, czy 

naprawdę przybyłeś do poszukiwanego miasta.

Poznam ten zapach od razu, odróŜnię go od wszystkich innych, znajdę miasto, 

do którego chciał powrócić. MoŜe uciekł stamtąd, a później przekonał się, Ŝe w 
Ŝ

adnym miejscu nie po- zbędzie się niepokoju, lęku, poczucia zagroŜenia.

Zaszczepił w tobie własną drapieŜność, konieczność wędrówki, niespokojne sny. 

Nigdzie nie zatrzymujesz się na dłuŜej, przenosisz się z miejsca na miejsce, 
szukasz.

Ludzie uchylają okno, przedział wypełnia chłodny wilgotny wiatr, świadczący o 

bliskości wielkiej wody. Budzę się, wciągam powietrze w nozdrza. DojeŜdŜasz do 
celu.

Rytmiczny stukot szyn urywa się, pociąg mija zwrotnicę za zwrotnicą. Ludzie 

zbierają pa- kunki, dopinają torby i walizki.

Stacja, pociąg stanął, ludzie opuszczają przedział. Ostatni z wychodzących 

dociska rozsu- wane drzwi.

Czekam aŜ ruch na korytarzu uspokoi się. Jestem zamknięty. Wskakuję na 

siedzenie i pa- rapet okna. Nie ma najmniejszej szczeliny. Miotam się po 
przedziale, z wściekłością drapię i gryzę drzwi.

3
8

Dojechałeś  do  miasta,  którego  niewyraźne  kontury  dostrzegasz  z  okna,  lecz  

nie  moŜesz opuścić zatrzaśniętego pudełka.

Szczur biega po ciasnym pomieszczeniu, wspina się na półki, sprawdza 

wszystkie kąty i zakamarki, piszczy, nie zauwaŜa, Ŝe pociąg ruszył, jedzie dalej.

Zatrzymuje się na bocznicy. Rozbijałeś głowę o szyby i ściany, gryzłeś w 

najróŜniejszych miejscach próbując się wydostać.

Nad ranem, gdy pierwsze szare światło wpadło przez szyby, sprzątaczka 

rozsuwa drzwi. Wyskakujesz, ocierając się o jej nogi.

Krzyczy, wali w podłogę ścierką na długim kiju.
Drzwi wagonu są otwarte, skaczesz w białą mgłę zawieszoną nad torami.

background image

Pod koniec upalnego dnia, kiedy przebiegałeś przez podwórze na zapleczu 

restauracji, tuŜ obok twojej głowy przeleciał kamień, odbił się od ceglanej osłony 
ś

mietnika i wpadł w stos blaszanych  puszek  po  konserwach,  wywołując  głośne  

echa  w  ciemnej  studni.  Ścigały  cię przez chwilę w piwnicy pełnej bulgocących 
gąsiorów wina, odbijając się od gładkich ścian i szklanych powierzchni.

Mijasz zawsze chłodną piwnicę i długim tunelem dochodzisz do przewodu 

wentylacyjne- go,  łączącego  się  z  kuchnią.  Panuje  tu  męczący  upał,  a  ciepły  
podmuch  przynosi  zapachy oszałamiające i rozpalające głód.

Po stromej, nie otynkowanej ścianie wspinasz się w górę i przez otwór między 

spękanymi cegłami przechodzisz do sąsiedniego przewodu. Teraz schodzisz w dół. 
Podczas tej wędrówki odbywającej  się  w  niemal  zupełnej  ciemności  kierujesz  
się  ruchem  wibrysów,  węchem  i twardością podłoŜa. Łapki zapadają się w  
cienką  warstwę  popiołu:  jesteś  w  kotłowni,  skąd ciepła woda dociera do 
wszystkich części budynku.

JuŜ blisko. Większość domów ma po kilka kondygnacji piwnic – przy czym do 

tych naj- głębszych, zapomnianych i zamurowanych ludzie nie zaglądają od dawna. 
NaleŜą one tylko do  nas  –  do  szczurów,  czujemy się  w  nich  bezpiecznie,  nie  
tropione,  nie  przepędzane,  bez pułapek i trucizn. Nawet koty unikają podziemi, 
obawiając się naszej przewagi.

Moje gniazdo mieści się w najniŜszej kondygnacji, w olbrzymiej ceglanej 

piwnicy, wśród rozsypujących się ze starości mebli. Jest tu wiele szczurzych gniazd 
rozłoŜonych wprost na posadzce lub we wnętrzach spróchniałych  szaf  i  
kredensów.  Wśród  szczurów  zamieszkują- cych pobliskie piwnice jestem 
najsilniejszy, największy i najszybszy.

Miejscowe szczury przyjęły mnie, pozwoliły zadomowić się w tym nie znanym, 

nadmor- skim mieście.

Z piwnicy, wzmocnionej potęŜnymi drewnianymi stemplami, dostać się moŜna 

do sąsied- nich podziemi, do lochów biegnących pod całą starą dzielnicą, do 
kanałów, dotrzeć do portu. Większość przejść zbudowali ludzie, wiele szczelin 
wyŜłobiła spływająca woda i osuwająca się ziemia. Szczury powiązały to siecią 
własnych tuneli i korytarzy.

Tu, w głębokich piwnicach nawet pory roku nie zakłócają rytmu naszego Ŝycia. 

ZagraŜa nam tylko woda zalewająca niektóre z piwnic podczas gwałtownych ulew.

Moje  samice  współŜyją  ze  sobą  zgodnie,  wzajemnie  pilnując  swych  dzieci,  

zdobywając poŜywienie, czuwając nad bezpieczeństwem. Niekiedy mylą swoje 
młode i wtedy dochodzi do przepychanek i drobnych pogryzień.

Kiedy znalazłeś się na rozległych torowiskach w gęstej białej mgle, przeraŜony 

przenikli- wym zimnem, chciałeś juŜ z powrotem wśliznąć się do wagonu. Trwa to 
chwilę. Daleki głos okrętowej syreny przelatujący ponad starym miastem woła cię 
w tamtą stronę.

Idzie  przez  mgłę  w  poprzek  torów  w  kierunku  nie  znanego  głosu,  nieufny,  

nastroszony, przestraszony.

3
9

Przebrnąłem  przez  torowisko,  długo  błądziłem  wśród  potęŜnych  magazynów  

wypełnio- nych  Ŝelastwem,  przecisnąłem  się  przez  wysoką  siatkę,  przebiegłem  

background image

ulicę  tuŜ  przed  maską potęŜnego  samochodu,  przez  wiadukt  biegnący nad  
torami,  przez  szeroki  pas  parku.  Odzy- wająca się przez pewien czas syrena 
wskazywała kierunek.

Znalazłem się w plątaninie uliczek starej dzielnicy, pośród wysmukłych 

kamienic. Od razu teŜ wyczułeś zapach wielu szczurzych gniazd. To cię przeraziło, 
chociaŜ wokół było zacisznie i spokojnie. Przez uchylone okienko dostałeś się do 
najbliŜszej  piwnicy, i tu zetknąłeś się z pierwszym miejscowym szczurem, który z 
uwagą obwąchał twoje przemoczone futro.

Uciekasz przed nim, biegnie za tobą przez piwnice i korytarze.
Zgubiłeś  go,  jesteś  sam,  teraz  śpisz,  odpoczywasz.  Budzisz  się:  wokół  

zgromadziły  się szczury, dotykają cię wibrysami, obwąchują, muskają zębami.

Strach obezwładnia, paraliŜuje, siedzę między nimi, w środku, bojąc się 

poruszyć. Sytu- acja jest denerwująca. Szczury obserwują moje zachowanie, 
sprawdzają moją wytrzymałość. Staram się zachowywać, jakby nic mi nie groziło, 
dotykam pyszczkiem najbliŜszego, ukazu- jąc jednocześnie potęŜne zęby.

Cofnął  się.  Siadam  na  tylnych  łapach,  zlizuję  kurz  z  sierści,  przygładzam  

poszczególne włoski, wyłapuję pchły.

Szczury oczekują mojej  reakcji. Zaatakowałyby juŜ  dawno,  gdyby nie mój 

spokój, moja wielkość, moje zęby.

Obawiałem się, denerwowałem i z kaŜdą chwilą było mi coraz trudniej 

zachować niewzru- szoną postawę.

AleŜ nie, nic ci nie zrobią. Zasnąłeś przecieŜ w szczurzym gnieździe, zmoczona 

sierść po- mogła ci przyjąć nowy zapach. Pachniesz teraz jak tutejsze szczury. 
Samice pręŜą się na twój widok. Spójrz. Nie wyczuwałem tego, czułem się obcym 
szczurem. Bałem się.

Przeraźliwy wrzask kota, zwabionego naszą obecnością. Miauczy pod drzwiami, 

drapie i gryzie stare deski. Uciekamy do następnej piwnicy.

Poznaję  miasto,  wędruję.  Jest  inne  od  tego,  które  opuściłem.  Zamieszkane  

przez  wiele szczurzych  rodzin.  Kilkakrotnie  zostaję  przepędzony.  Pogoń  trwa  
krótko,  szczury  unikają otwartych walk.

Obfitość  jedzenia  osiągana  bez  trudności,  śmietniki  codziennie  pełne  

odpadków.  Łatwo dostępne  spiŜarnie  sklepów  i  jadłodajni,  hale  targowe,  
magazyny  egzotycznych  owoców, elewatory pełne pszenicy i zboŜa – szczury bez 
przeszkód napełniają Ŝołądki.

Wspaniałe miasto, miasto Ŝarcia, miasto 
nasycenia. Takie zapamiętałeś w pierwszych 
dniach po przybyciu.
Obecnie odczuwasz zaniepokojenie, bo nawet tu, w najgłębszych piwnicach 

narasta ner- wowa atmosfera, lęk, przeczucie.

Odgłosy wybuchów, detonacje, drŜenie ziemi, wibracje ścian – dochodzą na 

razie z daleka, z bardzo daleka, lecz zbliŜają się, wyczuwam to wyraźnie.

Nie  wiem,  co  oznaczają  i  w  jakim  stopniu  mogą  mi  zagrozić.  Zasypiając  

wsłuchuję  się uwaŜnie w te dziwne dobiegające z głębi ziemi odgłosy i staram się 
odgadnąć ich sens, po- znać ich przyczynę.

Dalekie echa przestały się przybliŜać, zatrzymały się w miejscu, stanęły. 

Przypominają na- stępujące po błyskawicach uderzenia gromów przetaczające się 
nad miastem.

Nie są to jednak grzmoty burzy, są odmienne, cięŜkie, przygniatające. 

Wstrząsają ziemią, budynkami, fundamentami.

background image

Przeczuwane zagroŜenie wywołuje u szczurów gwałtowne reakcje. Cierpią na 

bezsenność, lekcewaŜą  niebezpieczeństwa,  bez  namysłu  atakują  silniejsze  od  
siebie  zwierzęta,  często zmieniają miejsca pobytu, zachowują się odwrotnie niŜ w 
normalnej sytuacji.

4
0

Twój niepokój powiększyło zachowanie ludzi, opuszczających miasto, 

wyjeŜdŜających w popłochu. Wiele mieszkań stoi pustych. Korzystasz z tego, 
zapuszczasz się w nie znane dotąd rewiry pełne jasnego światła i powietrza, 
poznajesz meble i ludzkie sprzęty – łóŜka, tapczany, stoły, biblioteki, szafy, 
kredensy, krzesła, story, firanki, lampy. Zwiedzasz  pokoje, kuchnie, łazienki. 
Przekonujesz się, Ŝe do kaŜdego pomieszczenia moŜesz się dostać przez luft, a 
jeŜeli jest zakratowany, to przez wypełniony wodą otwór w misce klozetowej, 
urządzeniu dotych- czas ci nie znanym. Wystarczy przedostać się przez cienką 
warstwę wody i szeroką rurą zejść w dół do najbliŜszego kanału.

To najprostsze połączenie ludzkich siedzib z podziemnym światem wielokrotnie 

uratowało ci później Ŝycie.

Głosy potęŜnieją, dochodzą z obrzeŜy miasta.
Wtedy, tak, wtedy właśnie przekonałeś się, jak kruchy i słaby w gruncie rzeczy 

jest twój największy wróg – człowiek.

Pojawił  się  wewnątrz  lochu.  W  ręku  trzymał  latarnię  rzucającą  wyjątkowo  

ostre,  jasne światło. Posuwał się szybko naprzód zagradzając swoją przygarbioną 
sylwetką wąskie przej- ście korytarza, którym wiele szczurów odbywało stałe 
codzienne wędrówki. Na głowie miał hełm odbijający promienie. Zaniepokojone i 
rozdraŜnione szczury przebiegają obok, prześli- zgują się między nogami, ocierają 
o hełm i ramiona.

Człowiek idzie coraz szybciej. Nagle rozlega się głośny pisk rozdeptanego 

szczura. Loch prowadzi do najniŜej połoŜonej piwnicy, o której ludzie dawno juŜ 
zapomnieli, zamurowując wyjście na zewnątrz. Pozostały tylko schody zakończone 
ś

lepą ceglaną ścianą. My – szczury

– mamy stąd wiele wyjść dla człowieka niedostępnych.

W piwnicy roi się od szczurów i nagłe wejście człowieka wywołuje 

zamieszanie. Staje nie- ruchomo, oświetla piwnicę, dostrzega zarys schodów i rusza 
w ich kierunku.

Rzucamy się na niego, atakujemy. Dobiega do schodów, oświetla ścianę i 

widząc zamuro- wany prostokąt postanawia uciekać drogą, którą przybył. Zrzuca z 
siebie kilka szczurów. Jed- nym z nich z całej siły rzuca o ścianę, innemu miaŜdŜy 
kręgosłup.

Oślepia nas światłem. ZbliŜa się do drzwi, gdy nagle potyka się, rozdeptuje 

małego ślepe- go jeszcze szczurka. Rozwścieczona samica skacze prosto w jego 
twarz. Wypuszcza latarkę, której promienie padają teraz prostopadle rysując na 
sklepieniu świetlny krąg.

Rzucam się na niego, gryzę, tnę sukno, skórę, ciało.
Walczy, zabija, miaŜdŜy. Ze wszystkich sił gryzę go w kark, wciskam się pod 

metalowy hełm. Inne szczury robią to samo. Hełm spada.

Człowiek klęka, sięga po latarkę, lecz juŜ nie moŜe do niej dotrzeć.
Krew zalewa mu oczy, twarz, ręce. Klęczy pokryty szarą masą 
szczurów. Krzyczy, wyje, bełkocze.
Szczur wciska mu się w usta, człowiek przecina go zębami, pluje, 

background image

rzęzi, milknie. Przewraca się. Szczury nadbiegają ze wszystkich stron.

Zdenerwowanie rośnie. Mniej odporne opuszczają starą dzielnicę, przenoszą się, 

lecz spo- kojnych miejsc nie ma. W całym mieście słychać wciąŜ potęŜniejące 
głosy. Niekiedy milkną, zamierają, by powrócić znowu – jeszcze silniejsze i 
bardziej przeraŜające. W rzadkich porach ciszy szczury odzyskują spokój, łudzą się, 
Ŝ

e wszystko wróciło do poprzedniego stanu.

Brakuje jedzenia, brakuje wszystkiego, do czego mieszkające w tym mieście 

szczury zdą- Ŝyły się przyzwyczaić: ryb, mięsa, zboŜa, owoców, odpadków.

Większość spiŜarni jest pusta, z olbrzymiego targu zniknęły pachnące połcie 

słoniny, wor- ki  kasz,  grochu,  fasoli,  stosy owoców.  Nawet  elewatory 
dotychczas  pełne  pszenicy,  zboŜa, owsa – teraz są puste.

4
1

Te zmiany nastąpiły szybko, właściwie nie wiadomo kiedy. RównieŜ w 

stojących otworem mieszkaniach  spiŜarnie  i  kuchnie  są  opróŜnione.  Ludzie  
pozostawiając  meble  i  sprzęty,  za- brali ze sobą wszelką Ŝywność.

Ze śmietników szczury dawno juŜ wyjadły wszystko, co nadawało się do 
zjedzenia. Wybuchają sprzeczki, kłótnie, walki. Pokonany, powalony szczur 
zostaje natychmiast po-

Ŝ

arty. Teraz nie toleruje się obcych, przeciwnie: wyszukuje się, tropi, zabija.

Coraz częściej zdarzają się równieŜ przypadki poŜerania potomstwa przez matki.
Pewnej  nocy  łoskot  przenosi  się  bezpośrednio  w  pobliŜe  starej  dzielnicy,  

przesuwa  się, pełznie w jej kierunku, pokrywa ją.

Wiatr pędzi tumany gryzącego dymu. Szczury kryją się w najgłębszych 

piwnicach  i  no- rach.

PoŜar. Stare miasto płonie, domy rozsypują się, ściany drŜą, pękają 
sklepienia. Dym, swąd, czad docierają do najgłębszych podziemi.
W tłumie szczurów opuszczasz zagroŜone piwnice.
Ze wszystkich bram, sieni, piwnic, lochów wychodzą szczury. Oszołomione, 

przeraŜone, nieprzytomne, na wpół Ŝywe, rozgorączkowane.

Wiatr  zrywa  płonące  dachy,  zasypuje  iskrami.  Oszalałe  szczury  pędzą  

przed  siebie,  ich rzesza  rośnie  z  kaŜdą  chwilą.  Dalej  od  ognia,  od  dymu,  od  
poŜaru.  Poparzone,  poranione, oślepione uciekają z płonącego miasta.

Pierwsze szeregi, wśród których się znajduję, dotarły do okalającej stare miasto 

fosy. Rów z  wodą  jest  szczelnie  wypełniony  płynącymi  do  drugiego  brzegu  
szczurami.  Wiele  tonie, wiele przebiega po grzbietach i głowach płynących. 
Przeciwległy stok zbliŜa się, wyskakuję na pochylony brzeg.

Tu równieŜ płoną domy, wybuchy zasypują nas ogniem, okruchami tynku i 

cegieł, odłam- kami, pyłem.

Ludzie uciekają na nasz widok, pierzchają przeraŜeni, kryją się w groŜących 

zawaleniem sieniach.

Łączymy się z innymi szczurzymi gromadami, jest nas coraz więcej i chociaŜ 

duŜo nas gi- nie, rzesza szczurów rośnie. W pewnej chwili wskakuję na leŜącą 
beczkę.

Wokół widzę olbrzymie morze szczurzych grzbietów wypełniających ulicę aŜ po 

horyzont. Idziemy wzdłuŜ portowego kanału, w dotychczas spokojną stronę morza.

background image

Całą noc, całą długą noc, padając ze zmęczenia. W dymie, smrodzie, 

spaleniźnie, pyle, w drobnym, siekącym deszczu. Przeskakujemy rowy z wodą, 
przebywamy trzęsawiska, piasz- czyste wydmy, ogródki, sady.

Docieramy  do  odległej  dzielnicy,  rozbiegamy  się  po  ulicach  w  

poszukiwaniu  kryjówek. Wiatr nasycony wonią spalenizny zmienia nagle kierunek. 
Czuję zapach pobliskiego morza.

Wiatry  wieją  niemal  nieustannie,  wywołują  katary,  bóle  głowy,  bezsenność.  

Po  długo- trwałym przebywaniu w starej dzielnicy pobyt w porcie, w pobliŜu 
morza początkowo wydaje się uciąŜliwy. Powoli przyzwyczajasz się do nowego 
klimatu. Poznajesz słonawy rześki za- pach morza, szum wzburzonych fal, bliskość 
nie znanego dotychczas Ŝywiołu.

Zamieszkałem w niewysokim, ceglanym budynku o spadzistych dachach 

pokrytych strą- canymi często przez wiatr dachówkami i płytko zanurzonych w 
ziemi piwnicach.

W pomieszczeniu pod gankiem prowadzącym do wejścia znalazłem hydrant taki 

sam jak tamten z mojego rodzinnego miasta. Dlatego tu pod schodami załoŜyłem 
gniazdo. Słyszałem kaŜdy krok ludzi, lecz szybko zŜyłem się z tymi głosami i 
wkrótce nie robiły na mnie wraŜe- nia. Kryjówka moja miała oczywiście kilka 
zapasowych przejść. Łączyła się z sąsiednią piw- nicą, a takŜe z zakończeniem 
przewodów kominowych, co pozwalało mi odbywać wędrówki po wszystkich 
mieszkaniach budynku. Najciekawsze dla mnie jednak było przejście prowa-

4
2

dzące pod podłogą najbliŜszego mieszkania na parterze, gdzie bez przeszkód i 
najmniejszego zagroŜenia mogłem wsłuchiwać się w wydawane przez ludzi 
dźwięki długo i do woli wdy- chać przyjemne kuchenne wonie. Wkrótce znalazłem 
równieŜ  przejścia pod podłogi innych mieszkań, w sąsiednich przyległych domach. 
Przewodami wentylacyjnymi bez  trudu  dosta- wałem się na pierwsze piętro i na 
zamieszkane poddasze.

Ceglany dom stał przy spokojnej, niezbyt ruchliwej ulicy. Z tyłu, od podwórza 

rosło kilka owocowych drzew i krzewów. Ten niewielki sad otaczały szopy, 
komórki, chlewiki, kurniki, budki, ubikacje, skrzynie, małe ogródki, klatki z 
królikami, gołębniki przylegające do znacz- nie niŜszych sąsiednich domów.

Szczury, z którymi tu przybyłeś, wywędrowały dalej. Podczas deszczu bowiem 

kanały tej dzielnicy napełniały się wodą i zamieszkiwanie ich było niemoŜliwe. 
Wiele szczurów zato- nęło.  Inne powędrowały brzegiem morza,  szukając  bardziej  
przychylnych  stron.  Część  ulo- kowała się w piwnicach lub pod podłogami 
miejscowych domów, w zabudowaniach porto- wych, magazynach,  elewatorach,  
pod  wiaduktami,  na  brzegach  rowów  i  wałów  przeciwpo- wodziowych.

Szybko  zorientowałem  się,  Ŝe  przez  dzielnicę  przepływa  główny  kanał  

łączący  morze  z wnętrzem miasta, dokami, portami, składami.

Przepływające statki sygnalizowały swe przybycie przeciągłym wyciem syren. 

JuŜ wtedy zastanawiałeś się nad dalszą podróŜą. Twój nowy dom znajdował się 
przecieŜ bardzo blisko linii  przepływających  statków.  Często  zapuszczałeś  się  
w  głąb  portu,  spacerowałeś  po  ka- miennych nabrzeŜach, spoglądałeś z wysoka 
na pokrytą grubą warstwą oleju wodę, w której przeglądał się księŜyc.

Wystarczyło przejść podwórze, przebiec równoległą sąsiednią ulicę i ciągnący 

background image

się za nią pas zabudowań, następnie kilka par torów i juŜ rozpoczynały się rozległe 
nabrzeŜa ciągnące się wzdłuŜ kanału. Niekiedy po chropowatych schodkach 
schodziłeś nisko, do poziomu leni- wych fal, spacerowałeś po potęŜnych balach 
pokrytych wodorostami i muszlami. Znajdowa- łeś tu małe rybki, niewielkie kraby, 
małŜe, ślimaki, które urozmaicały twój dość monotonny, podkradany kurom i 
ś

winiom, pokarm.

Zrobiło się cieplej i postanowiłeś wrócić do starej dzielnicy. Zatęskniłem za 

długimi kory- tarzami lochów, kanałami, piwnicami.

Wróciłeś. Miasto leŜało w gruzach. Znaczna część kanałów i podziemnych 

piwnic zawaliła się, zapadła. Wszędzie czuć było smród spalenizny, przykry fetor  
dymu  ulatniał  się  bardzo powoli. W rumowiskach zagnieździły się juŜ pierwsze 
szczury poŜerające padlinę.

W  ruinach,  groŜących  zasypaniem  piwnicach,  pod  zwałami  gruzu  

odkrywałem  gnijące zwłoki ludzi, psów, kotów, szczurów. DrapieŜne ptaki 
bezustannie krąŜą nad rozbitym mia- stem.

Wróciłem do ceglanego domu w portowej dzielnicy, gdzie czułem zapach 

morza, a stale wiejące wiatry wygrywały w przewodach wentylacyjnych niezwykłe, 
gwiŜdŜące tony.

Wiedziesz zwyczajne Ŝycie szczura przeszukującego blaszane kubły na śmiecie, 

drąŜącego coraz  to nowe przejścia i korytarze, dobierającego się do ukrytych w 
magazynach i  spiŜar- niach smakołyków.

Czeka mnie podróŜ, pełna niebezpieczeństw, przeciwieństw, walk i poszukiwań. 

Będziesz wędrował dalej i dalej, po to, by tym bardziej pragnąć powrotu.

Pamiętasz: podchodziłeś w nocy pod statki, przypatrywałeś się grubym 

cumowniczym li- nom,  łańcuchom  kotwicznym,  opuszczonym  trapom,  
dźwigom,  przychodziłeś,  chociaŜ  po porcie włóczyły się wygłodniałe psy,  groźne 
kocury,  a  nad  słabo  oświetlonymi  nabrzeŜami bezszelestnie krąŜyły sowy. 
Czemu naraŜałeś się na śmierć w zębach, dziobach, pazurach?

4
3

Statki wzbudzały zainteresowanie, widziałem w nich pływające kawałki lądu, na 

których – podobnie jak w pociągu – przebyć moŜna ogromne przestrzenie, 
stosunkowo niewielkim wy- siłkiem.

W rodzinnym mieście przy boku starego szczura często zapuszczałeś się do 

pełnego barek rzecznego portu. Stary szczur zraŜony dalekim, przykrym 
zdarzeniem rzadko wchodził na ich pokłady. Bał się równieŜ latających nad wodą 
olbrzymich białych mew.

ZauwaŜyłeś: mieszkające na barkach szczury, zazdrośnie pilnujące swego 

ograniczonego terytorium, atakowały znacznie ostrzej niŜ szczury w innych 
regionach twojego miasta.

Kończyłem swe wędrówki przed statkiem, zbliŜałem się, podchodziłem jak 

najbliŜej, sto- jąc na tylnych łapach dotykałem wibrysami potęŜnych lin i 
wycofywałem się, wracałem do mojej bezpiecznej nory, do mojego labiryntu, 
którego korytarze i przejścia wypełniały długi ceglany dom i przylegające 
zabudowania.

Boisz się wejść na statek, boisz się zerwać z twardym kamiennym nabrzeŜem.

background image

Nie chciałem, zŜyłem się z otoczeniem, z domem, ze śmietnikami, z 

wydeptanymi ścieŜ- kami, z głosami ludzi. Znałem juŜ kaŜdy kąt, załamanie muru, 
zmarszczki tynku, szczeliny, pajęczyny, plamy na ścianach.

Przygotowywałeś się do podróŜy, oczekiwałeś wydarzeń, które pozwoliłyby ci 

odpłynąć i pozostawić za sobą tamto miasto.

Przez rynsztoki portowych uliczek przemyka szary cień, przy lada odgłosie 

przywiera do podłoŜa, wtapia się w kamienną kostkę. Nagle zatrzymuje się, słucha 
dobiegających z okien tonów fletu.

Przychodzisz stale. Dom, z którego dochodzą przyciągające cię dźwięki, stoi 

przy tej sa- mej ulicy. Z daleka wychwytujesz moment, gdy człowiek zaczyna grać. 
Natychmiast porzu- casz gniazdo. ZdąŜają tam równieŜ inne szczury i człowiek nie 
wie nawet, jak wiele szczurów go słucha. Zbiegają ze wszystkich stron, wspinają po 
rynnie, właŜą na dach, wciskają się w przewody kominowe i lufty, wchodzą na 
drzewa, przemykają po balustradzie balkonu, przy- wierają do ścian.

Dźwięki wydobywane przez człowieka z ciemnej, podłuŜnej piszczałki 

oszałamiają, przy- wołują, wzywają. Pragniesz być jak najbliŜej ich źródła, dotrzeć 
do miejsca, skąd wychodzą, poznać ich przyczynę, dotknąć.

Człowiek gra. Na tle oświetlonej firanki wyraźnie odcina się jego schylona 

sylwetka. Co- dziennie, gdy słońce znajdzie się za horyzontem, a ptaki szykują się 
do snu. Gra, chociaŜ z mieszczących się poniŜej pomieszczeń dochodzą inne 
odgłosy – bełkotliwe, jazgoczące, za- głuszające  tony  jego  instrumentu.  Gdy  
tylko  zaczyna  grać,  mieszkający  poniŜej  ludzie  za- chowują się wyjątkowo 
hałaśliwie.

Biegnę, coraz bardziej zbliŜam się do źródła dźwięków. Wokół, ze wszystkich 

piwnic i za- kamarków wychodzą szczury. Bezludna ulica jest pełna podłuŜnych, 
ruchliwych cieni. Rośli- ny pod balkonem, skąd dochodzi muzyka, poruszają się 
jakby dotykane wiatrem.

Starałeś  się  dotrzeć  jak  najbliŜej.  Wykorzystując  pokrywający  ściany  domu  

bluszcz wspiąłeś się na balkon i wśliznąłeś do wnętrza. Z wysokości półki z 
ksiąŜkami obserwujesz człowieka,  trzymającego  tuŜ  przy ustach  długą,  czarną  
rurkę,  z  której  dochodzą  tony prze- obraŜające  cię,  zmieniające,  
obezwładniające.  Zastygły,  nieruchomy,  bezwładny  słucham muzyki. Zupełnie 
jakby to był sen, a przecieŜ to nie jest sen.

Człowiek przestaje grać, odsuwa instrument od ust, składa go, chowa do 
futerału, zamyka. Odzyskuję  ruchliwość,  świat  wokół  znowu  mnie  przeraŜa,  
boję  się,  kaŜdy  szelest  jest

groźbą.

Muzyka uspokajała, dawała poczucie pełnego bezpieczeństwa, nagłego 

oderwania od ko- nieczności  zdobywania  pokarmu,  spiłowywania  siekaczy,  
szukania  przejść,  bezustannego czuwania, obawy przed atakiem kota, sowy, lisa 
czy obcych szczurów. Ta muzyka wydoby- wała z lęku, łagodziła, wprowadzała w 
stan wspaniałego oszołomienia.

4
4

Wędrowałbyś  za  nią  wszędzie,  gdziekolwiek  by  cię  zaprowadziła.  Od  

chwili,  gdy  usły- szałeś  po  raz  pierwszy,  czułeś  potrzebę  słuchania  jej  stale.  
Oczekiwałeś  co  wieczór,  a  w dniach, gdy stary człowiek nie brał do rąk 
instrumentu, czułeś się chory, zdenerwowany, nie- spokojny. Inne szczury równieŜ 
zachowywały się wtedy bardziej zaczepnie, napadały na sie- bie, gryzły, biegały 

background image

wzburzone, atakowały nawet ludzi.

Człowiek nie dostrzegał szczurów, nie widział, jak gromadzą się wokół domu, 

jak słuchają jego muzyki.

Ulica, przy której mieszkał, prowadziła do portu, wprost na nabrzeŜe, przy 

którym cumo- wały statki. Pamiętam donośny krzyk człowieka ugryzionego przez 
szczura, któremu w ciem- nościach nadepnął na ogon.

Stary człowiek przestał natychmiast grać i wyszedł na balkon, a zasłuchane 

dotąd szczury rozbiegły się we wszystkich kierunkach. Schowany w leŜących pod  
ś

cianą szpargałach słu- chałeś bełkotliwych dźwięków, wydawanych przez 

zebranych na ulicy ludzi.

Następnego  dnia  o  zwykłej  porze  człowiek  tuŜ  przed  wydobyciem  z  

futerału  swego  in- strumentu  szeroko  otworzył  drzwi  balkonu  i  ustawił  
krzesło  tak,  by  widzieć  dokładnie,  co dzieje się w rozjaśnionym kręgu gazowej 
latarni.

Gdy zaczął grać, szczury jak zwykle zaczęły dąŜyć w kierunku domu 

zatrzymując się na chwilę tuŜ na krawędzi światła, a później szybko przeskakując 
oświetloną powierzchnię. Było ich coraz więcej i więcej. Obserwował je – szare 
cienie oszołomione, zasłuchane, zastygłe.

Od tamtego czasu zawsze grał w ten sposób bacznie obserwując nasze 
zachowanie. Tymczasem mieszkańcy parteru i okolicznych domów starali się na 
wszelkie sposoby za-

głuszyć jego grę, włączając najróŜniejsze urządzenia, hałasując, wrzeszcząc.

Wieczór. Wdrapałem się właśnie po rynnie i przyczaiłem na półce, skąd 

dokładnie widzę kaŜdy ruch palców na wydłuŜonym kształcie, trzymanym w ustach 
przez człowieka.

Nagle przestaje  grać.  Ze schodów dochodzą odgłosy cięŜkich kroków.  Drzwi  

rozwierają się z trzaskiem. PrzeraŜony przywieram do mojej półki.

Wpadają  ludzie.  Krzyczą.  Wyrywają  instrument,  łamią,  depczą  nogami.  

Usiłuje  go  ode- brać. Szamocą się. LeŜy na ziemi, biją go, kopią.

Wychodzą równie nagle, jak weszli. Na schodach słychać jeszcze dudnienie nóg. 

Zakrwa- wiony człowiek leŜy skulony na podłodze. Szybko zeskakuję z półki, 
wymykam się na bal- kon, szybko zsuwam w dół po rynnie.

Usiłuje złoŜyć swój instrument. Przykłada połamane kawałki, jakby wierząc, Ŝe 

się zrosną. Przyciska palcami odstające drzazgi. Smaruje klejem, wiąŜe cienkimi 
drucikami. Nic z tego. Gdy usiłuje grać, flet rozsypuje się, rozlatuje. Człowiek 
kładzie go na stole i wraca do łóŜka. LeŜy nieruchomo.

Powracam. Człowiek jęczy, stęka, budzi się z krzykiem. Twarz ma opuchniętą, 

poranioną, z ciemnymi plamami po uderzeniach.

Mijają dni, człowiek podnosi się, wychodzi z domu. Wraca. Znowu kładzie się 

twarzą do ściany, jego plecy poruszają się w spazmatycznych skurczach.

Kiedy ponownie wślizguję się do mieszkania, leŜy nieruchomo na łóŜku, a obok 

na stole płoną świece.

ZbliŜ  się,  wzdłuŜ  podłogowej  listwy  przejdź  pod  łóŜko  i  po  zwisającym  

kocu  –  równie matowym jak twoja sierść – spróbuj dotrzeć do złoŜonych dłoni 
leŜącego. Obwąchaj je uwaŜ- nie, dotknij wibrysami. Są zimne, nieruchome, 
martwe. Człowiek nie Ŝyje. Nagły krzyk sie- dzącej obok postaci i jej gwałtowne 
ruchy w twoim kierunku wypłaszają cię.

Uciekłem przez otwarte drzwi balkonu, między wysokie kwiaty zarastające ogród.
Przez cały dalszy okres pobytu w porcie, aŜ do rozpoczęcia podróŜy 

background image

odczuwałem niezwy- kle silnie brak muzyki – brak dźwięków wygrywanych przez 
człowieka.

4
5

Uczucie  to  było  równie  silne  jak  głód  lub  pragnienie  i  w  Ŝaden  sposób  

nie  dawało  się przytłumić – zupełnie jakbym nagle został pozbawiony niezwykle 
waŜnego organu lub części ciała koniecznej do Ŝycia.

Inne szczury, które podobnie jak ja przychodziły tu stale, teraz rozdraŜnione, 

nastroszone i niespokojne, krąŜyły po okolicznych kanałach i piwnicach, jakby 
czekając, Ŝe za chwilę, za moment, nagle usłyszą uspokajające – przyciągające 
dźwięki.

Ty równieŜ oczekiwałeś dźwięku, który nagle dotrze do kanału, oderwie od 

twych szczu- rzych wędrówek i zmusi do słuchania. Oczekiwałeś, chociaŜ 
niedawno dotknąłeś wibrysami jego martwych rąk i wyczułeś w nozdrzach znany 
zapach śmierci. Jednak oczekiwałeś, bie- gałeś, krąŜyłeś w pobliŜu.

Poszukiwałem  innego  człowieka  z  takim  samym  instrumentem.  Znalazłem  

go  kilka  ulic dalej. Znalazłem, lecz dźwięki, które wydobywał z tak samo 
wyglądającego instrumentu, nie budziły we mnie niepokoju, nie zmuszały do 
natychmiastowej wędrówki w ich kierunku, nie wzruszały, nie obezwładniały. 
Przeciwnie: ich draŜniące tony wibrowały w uszach powięk- szając tylko 
zdenerwowanie. Obce głosy kłóciły się z zatrzymanym w moim szczurzym mó- zgu 
wspomnieniem tamtych dźwięków, z odŜywającą raz po raz pamięcią tamtej 
muzyki.

Port wypełniły przenikliwe, docierające niemal wszędzie zimne wichry. Zaczęły 

się lodo- wate ulewy zatapiające piwnice i zamieniające kanały w potoki rwącej 
wody.

Postanowiłeś opuścić miasto, przyciągały cię olbrzymie statki stojące przy 
nabrzeŜach. Nagły  brak  muzyki  fletu  zachwiał  całym  moim  systemem  
nerwowym,  osłabił  czujność,

stępił nieufność wobec rzeczy nowych i nie znanych. Zdenerwowany przebiegałem 
kanały i piwnice słuchając, czy dochodzące z powierzchni dźwięki nie 
przypominają cudownych to- nów zniszczonego instrumentu. Kiedy zdarzyło się 
słyszeć zbliŜone  bodaj  dźwięki,  natych- miast wychodziłem na powierzchnię w 
poszukiwaniu ich źródła.

Wkrótce zorientowałem się, Ŝe moje wędrówki pod miastem – poniŜej 

normalnego pozio- mu Ŝycia ludzi – znacznie zawęŜają krąg moŜliwości 
znalezienia człowieka grającego na fle- cie. Dźwięki z wyŜej połoŜonych mieszkań 
– a takich w mieście było sporo – nie dochodziły prawie zupełnie do piwnic. 
CięŜkie fundamenty wysokich budynków  powstrzymywały sku- tecznie  wszelkie  
dochodzące  z  nich  odgłosy.  Postanowiłem  więc  szukać  muzyki  na  po- 
wierzchni, niemal wśród ludzi.

Wędrowałem  wnętrzem  zsypów  na  śmiecie,  przewodami  starych  kominów,  

luftami  i wszelakimi szczelinami. Nierzadko takŜe przeciskałem się rurami  
ś

ciekowymi  przez  potoki wody. Wspinałem się po chropowatych ścianach domów 

lub przechodziłem z dachu na dach. Były to oczywiście wyprawy ryzykowne, 
przecieŜ za kaŜdym węgłem czyhały szpony sów i pazury kotów.

Wtedy poruszyło cię wydarzenie sprzeczne ze wszystkim, co dotychczas 
poznałeś.
Mój dom, czerwony ceglany dom. Zbiegam do piwnicy i przez szparę w 

background image

drzwiach dostaję się do środka. Jestem głodny. W  piwnicy jest  jasno,  światło  
wpada  przez  przeszkloną  górę drzwi.

Promienie słońca docierają w głąb, rozjaśniają czyste, pobielone ściany i 

masywne, drew- niane drzwi. Zacisznie i spokojnie. Piwnicę wypełnia cudowny 
zapach podwędzonego, świe- Ŝego  boczku.  Jego  źródło  odkrywam  natychmiast:  
duŜy  płat  lśniący  od  tłuszczu  leŜy  we- wnątrz podłuŜnej metalowej klatki 
otwartej z jednej tylko strony.

Obchodzę wokół, ostroŜnie obwąchuję. Klatka zbudowana jest z cienkich 

stalowych pręci- ków,  zagłębionych  końcami  w  grubej  desce.  W  kilku  
miejscach  znajduję  ślady  szczurzych zębów. Widocznie ścierały siekacze na jej 
powierzchni. ZbliŜam się do otwartych drzwiczek. Boczek wygląda z tej strony 
szczególnie apetycznie. Tłusty, pachnący, kruchy – dawno takie- go nie jadłem. W 
mordce zbiera się coraz więcej śliny.

4
6

Wystarczy kilka ruchów i smakowity kąsek znajdzie się w moich zębach. 

Odczuwam ssą- cy, niemal bolesny głód. śołądek kurczy się i rozszerza, a Ŝuchwy 
szczęk poruszają miarowo, jakby juŜ miaŜdŜyły smakowitą skórkę.

Zapominam  o  ostroŜności,  zapominam  o  niebezpieczeństwie,  zapominam  o  

podstępach człowieka. JeŜeli to pułapka, moŜe zdąŜę porwać jedzenie i umknąć. 
Głód wpycha mnie do środka, nie umiem oprzeć się tej sile. Powoli wchodzę do 
klatki. Najpierw ostroŜnie wsuwam głowę, później opieram się przednimi łapkami 
o drewnianą podstawę, obserwując, czy wokół nic nie zagraŜa. Uspokajam się.

Jestem juŜ w środku, tylko koniuszek ogona sterczy na zewnątrz klatki. Zapach 

wędzone- go boczku pochłania mnie zupełnie. Obwąchuję – duŜy kawałek, z 
powodzeniem wystarcza- jący na posiłek.

LiŜę. Ma delikatny słonawy smak podgrzanego tłuszczu i mięsa.
Trzeba silnie złapać zębami i wynieść z klatki, która nadal jednak niepokoi. 

Wbijam sieka- cze w ciemną warstwę mięsa. Gwałtowny trzask, to z tyłu opadły 
drzwiczki. Kawał boczku przytwierdzony jest do dźwigni połączonej spręŜyną z 
drzwiczkami. Gdybym stanął na tyl- nych łapach i obejrzał klatkę z góry, 
znalazłbym tam mechanizm, który poznałem juŜ w wielu pułapkach. Odurzająca 
woń boczku ostatecznie pozbawiła mnie ostroŜności.

Miotam się po klatce. Usiłuję przegryźć stalowe pręciki, przecinając sobie 

dziąsła aŜ  do krwi. Daremnie. Wgryzam się w dębowe drewno. Ślady świadczą, Ŝe 
było tu juŜ przede mną wiele szczurów. Gryzę jednak dalej z nadzieją, Ŝe zdołam 
się uwolnić.

Pułapka, sądząc z woni ciepłego jeszcze boczku, została postawiona niedawno. 

Wygryzie- nie dziury w tak potęŜnej desce trwałoby długo.

Ludzie na pewno przyjdą wcześniej. UwaŜnie sprawdzam od wewnątrz  całą 

klatkę, szu- kając bodaj cienia szansy na oswobodzenie. Przez krótki okres usiłuję 
wypchnąć drzwiczki, podnieść, podwaŜyć.

Dopiero teraz zauwaŜam przytrzymujące je po zewnętrznej stronie mocne, 

stalowe spręŜy- ny. Kiedy okrąŜałem pułapkę, nie widziałem ich, były uniesione 
wraz z blaszaną klapą drzwi- czek.

Kręcę się, rzucam, skaczę.
W końcu siadam zrezygnowany i zabieram się do jedzenia boczku. Ta czynność 

background image

pochłania mnie bez reszty. Zjadam aŜ do ostatniej okruszynki.

Słońce juŜ zaszło, jest ciemno, przez okno wpada odblask palącej się nad 
drzwiami Ŝarów-

ki.

Rzucam się na druciane ściany, gryzę stal aŜ do bólu dziąseł, uderzam głową w 
metalową

klapę,  wciskam  nozdrza  między  pręty.  Podskakuję,  usiłując  własnym  cięŜarem  
przewrócić pułapkę. Wszystko na nic. Rano przyjdą ludzie, wyciągną mnie, zabiją, 
przedtem być moŜe oślepią  lub  złamią  kręgosłup.  MoŜe  wrzucą  do  metalowej  
beczki  stojącej  na  podwórzu  i  z góry będą obrzucać płonącymi papierami, 
kamieniami, kawałkami szkła. MoŜe wpuszczą do worka i będą nim z całej siły 
walić w ścianę. Wiem, co ludzie robią ze szczurami, wielokrot- nie obserwowałem, 
jak je zabijali. Mogą równieŜ  nie przyjść tu  przez  kilka dni,  aŜ  umrę  z 
wyczerpania, zdenerwowania i pragnienia. PrzecieŜ nie ucieknę, nie przegryzę 
twardej i gru- bej podstawy. Nie starczy mi na to sił.

W ciemności słyszę dalekie odgłosy dochodzące z góry, odgłosy ludzi, którzy 

zastawili tę pułapkę. Szary cień przemyka obok, zbliŜa się ostroŜnie, dotyka 
wibrysami klatki. To miej- scowy szczur, dla którego ta pułapka została 
prawdopodobnie przeznaczona. Po chwili zjawia się następny. KrąŜą wokół, 
obserwują. Próbują zębami stalowych spręŜyn. Odchodzą.

Z głębi piwnicy przychodzi potęŜny kocur. Wyczuł i czai się do skoku. Jest juŜ 

przy mnie. Przeraźliwie miaucząc usiłuje wcisnąć łapę między pręty. Nic nie moŜe 
mi zrobić, druty nie ustępują. Czuję na sobie jego oddech. Pochylają się nade mną 
błyszczące okrągłe oczy.

4
7

Opiera łapy o klatkę. Gryzę go w miękką czarną poduszeczkę stopy. Wrzeszczy, 

parska, pazurami  szarpie  spojenia  drutów.  Daremnie.  Przez  pewien  czas  krąŜy 
pomiaukując  wokół pułapki. W końcu oddala się przywabiony szelestami 
dobiegającymi z przeciwległych krań- ców piwnicy.

Chcę pić, coraz bardziej chcę pić. Słony boczek, zjedzony co do  okruszyny, 

domaga się wody. Pali mnie przełyk, ściska w Ŝołądku, dusi w krtani. Ponownie 
zabieram się do wygry- zania otworu w twardej desce.  Gryzę długo, aŜ  czuję, Ŝe 
moje siekacze starły się,  stały się krótsze.  Powracają  szczury,  okrąŜają  pułapkę.  
Gryzą  mnie  w  ogon  nieopatrznie  wystający poza pręty.

Uciekają, ponownie nadchodzi kot. Siedzę nieruchomo pośrodku pułapki i 

przyglądam się, jak krąŜy wokół.

Zamykam oczy: pojawiają się wspomnienia. Stary szczur walczący z kotem. 

Ojciec wypę- dzający mnie z gniazda. Śmierć oblanej wrzątkiem małej samicy. 
Niesłychanie wiele obrazów ukrytych głęboko, zatrzymanych na zawsze. Człowiek 
gra na flecie. Ludzie biją go. Pochylają się nad pułapką, miaŜdŜą mnie butami. 
Piszczę przeraźliwie.

JuŜ rano. Pragnienie pali przejmująco. Usiłuję zrobić toaletę, złapać w futrze 

chociaŜ kilka pcheł nasyconych krwią. Pchły są jednak wyjątkowo ruchliwe i 
niespokojne, wyczuwają go- rączkę i odmienny zapach potu.

Klatka  jest  niska,  nie  mogę  usiąść,  oprzeć  się  na  ogonie  i  tylnych  łapach.  

background image

Znowu  gryzę drewno. Nade mną budzą się juŜ ludzie. Z wściekłością napieram na 
metalową klapę, kotłuję się,  skaczę,  naciskam,  napinam  mięśnie.  Jestem  coraz  
bardziej  wyczerpany,  coraz  bardziej przeraŜony.

ZbliŜa się śmierć: jeŜeli nie przyjdą i nie zabiją, zniszczy mnie niepokój, długie 

oczekiwa- nie, nagłe pozbawienie wolności, zamknięcie w stalowej pułapce, brak 
wody.

Z góry dobiega bełkot głosów, syk gotowanej strawy, szczekanie  psa, 

skrzypienie desek, szum  wody,  ruch.  Rezygnuję.  Siedzę  nieruchomo  z  
koniuszkiem  podwiniętego  ogona  pod pyszczkiem. Czekam.

Szybkie, spieszące się kroki na schodach. ZbliŜa się człowiek. Zaraz mnie zabije.
Znowu  szamocę  się  w  pułapce  w  poszukiwaniu  szansy,  moŜe  wymknę  się,  

gdy  będzie wyjmować mnie z pułapki.

CięŜko skrzypią otwierane drzwi.
Człowiek staje nad pułapką, schyla się. Dostrzegam oczy, usta, oddychającą 

skórę twarzy. Wydaje bełkotliwe, piszczące dźwięki.

Patrzymy na siebie przez dłuŜszą chwilę. Mój ogon znowu znalazł się poza 

pułapką. Doty- ka go, lekko ściska palcami. Okręcam się gwałtownie, przywieram 
do przeciwległej ścianki. Cały drŜę ze strachu. Zabije mnie, zabije.

Człowiek  znowu  otwiera  usta,  słyszę  piskliwy  bełkot,  wyraźnie  

przeznaczony  dla  mnie. Kulę się, wciskam w kąt. Dłonią naciska sterczącą nad 
klatką dźwignię.

Skrzypią spręŜyny. Klapa podnosi się.
Człowiek  przytwierdza  dźwignię  do  metalowego  uchwytu.  Pułapka  jest  

otwarta.  Czeka spokojnie. Trąca pułapkę zachęcając do wyjścia. Błyskawicznie 
wyskakuję, przebiegam tuŜ obok jego nieruchomych stóp. Przez szczelinę w 
drzwiach piwnicy wydostaję się na zewnątrz i chowam w śmietniku. Stąd przenoszę 
się do opartego o drewnianą szopę chlewu.

Zaspokajam pragnienie.
Cała moja dotychczasowa znajomość ludzi, wszystko, co o nich wiedziałem, 

pozostaje w sprzeczności z tym wydarzeniem.

Nie zabił mnie, lecz wypuścił, moŜe go przechytrzyłem. MoŜe wydałem mu się 

niezdolny do  ucieczki,  osłabiony?  MoŜe  uznał,  Ŝe  jestem  martwy?  Nie,  
przecieŜ  nakłaniał  mnie  do opuszczenia  pułapki,  poruszał  klatką.  Trącał  nogą.  
MoŜe  to  było  wyobraŜeniem,  majacze- niem, snem? AleŜ nie.

4
8

Smuga  wilgotnego,  jesiennego  powietrza  przejmuje  dreszczem.  Nastroszony,  

na  sztyw- nych, wyprostowanych nogach, by nie zabłocić brzucha, biegnę wzdłuŜ 
krawęŜnika w stronę portu.

Wyruszyłem. W nocy, ukryty w stercie worków z cukrem, dostałem się na statek. 

Pamię- tam kołysanie dźwigu i skrzypienie łańcuchów podnoszących cięŜką 
platformę.

Całą ładownię wypełniały worki z cukrem, natomiast ładownia obok zawalona 

była wor- kami z ziarnem.

Kiedy  przechodziłem  z  pomieszczenia  do  pomieszczenia,  niespodziewanie  

w  pobliŜu kuchni zaskoczył mnie olbrzymi kot. Zaszedł mnie z  tyłu, podczas 
rozczesywania sierści, i nagle zobaczyłem za sobą jego szeroko rozwarte, 

background image

błyszczące oczy.

Wrzasnąłem, przyjąłem postawę obronną, skuliłem się jak do skoku, opierając 

całe ciało na tylnych łapach i ogonie.

Kot przyglądał się mojej nastroszonej sierści, a później usiadł spokojnie 

naprzeciw, pośli- nił łapę i zaczął się myć.

Wykorzystałem moment i uciekłem. Dopiero później przekonałem się, Ŝe kot ów 

nigdy na szczury nie polował, nigdy z nami nie walczył. NaŜarty i tłusty leŜał 
nieruchomo w słoneczne dni na środku pokładu, nie zwracając zupełnie uwagi na 
to, co dzieje się wokół. Widziałem jak mewy, uznając go widocznie za martwy 
przedmiot, siadały na jego grzbiecie. Wtedy pod- nosił się, pręŜył i ponownie 
układał do snu.

Okrętowe szczury, oswojone z jego obecnością, krąŜyły wokół, zbliŜały się, 

obwąchiwały głowę, łapy, ogon. Nie zdarzyło się, by rzucił się na któregokolwiek, 
ugryzł lub udrapał.

Widziałem. Nie mogłem w to uwierzyć, przez cały okres pobytu na statku 

wietrzyłem pod- stęp i starałem się trzymać od kota z daleka.

Pierwsze zetknięcie z morzem nastąpiło w nocy. Dotychczas znałeś tylko drobne 

fale ude- rzające o burty statku. Teraz kołysanie stało się silniejsze, a uderzenia 
wody w poszycie ka- dłuba znacznie dotkliwsze.

Niebawem zawył silnik, statek zatrząsł się, zadrŜał. Tu w ładowni odczuwasz te 

wibracje szczególnie silnie, stajesz się nerwowy, nie moŜesz się przyzwyczaić i 
przez długi okres cier- pisz na bezsenność.

Pokrywy luków są zamknięte, a w ładowniach panuje niemal zupełna 
ciemność. Znalazłem się w miejscu, którego nie moŜna opuścić.
Ograniczone terytorium statku poznałem jeszcze przed wypłynięciem. Wtedy 

mogłem po- rzucić je w kaŜdej chwili, nawet skacząc do wody i dopływając do 
brzegu.

Znalazłeś się w zamkniętej przestrzeni, otoczonej wrogim, wzburzonym 

Ŝ

ywiołem, płyną- cej nie wiadomo dokąd.

Najbardziej draŜni bezustanne niemal kołysanie odbierające apetyt, wywołujące 

wymioty. Kołysanie staje się niekiedy tak silne, Ŝe powoduje przesuwanie skrzyń i 
worków w ładow- niach. Uniknąłeś zgniecenia między obluzowanymi skrzyniami, 
które zderzyły się z trzaskiem w  miejscu,  gdzie  przed  chwilą  spałeś.  
Wyskoczyłeś  w  ostatniej  chwili  ostrzeŜony  jękiem drzewa  trącego  o  podłoŜe.  
Skrzynie  przygniotły  koniuszek  twojego  ogona,  który  zsiniał  i spuchł.

Wyruszając  nie  przewidywałeś  tak  długiego  pobytu  w  ogromnym  Ŝelaznym  

pudle.  Nie znałeś oczekiwania i niecierpliwości. Teraz biegasz jak oszalały po 
całym wnętrzu, wystra- szony i zły, marząc o zejściu na stały ląd, na normalny 
twardy grunt nie kołyszący się, nie wibrujący, cichy.

4
9

Nieco spokojniej, kołysanie staje się znośne. Nagle, ponowna zmiana pogody. 

Statek prze- chyla się, stalowe ściany trzeszczą pod naporem uderzających mas 
wody. Sprawia to wraŜe- nie, jakby za chwilę statek miał się rozsypać. Powietrze w 
ładowniach staje się duszne, na- elektryzowane. Moja sierść podnosi się, powodując 
niemiłe swędzenie skóry,  a z wibrysów dotykających  skrzyń  i  podłoŜa  sypią  się  

background image

drobne  iskierki.  Obluzowane  skrzynie  i  ładunki przemieszczają się we 
wszystkich kierunkach, przewracają, toczą.

Większość  szczurów  przeraŜona  i  oszołomiona  kryje  się  w  

najniedostępniejszych  zaka- markach,  we  wnętrzach  rur  i  przewodów,  przy  
wręgach  i  stępkach,  przy  ścianach,  wśród cięŜkich, unieruchomionych 
ładunków. Twardość podłoŜa pod łapkami daje chwilowe poczu- cie 
bezpieczeństwa, szansę przeczekania.

Trzask, huk, łoskot, dochodzące zewsząd wycie wiatru, głuche uderzenia fal. 

Szczury nie wytrzymują napięcia,  opuszczają  dotychczasowe  kryjówki  w  
poszukiwaniu  bardziej  zacisz- nych, spokojniejszych miejsc. Lecz miejsc takich 
nie ma. Siła bezwładu rzuca je między prze- suwające się skrzynie.

Na rozsuniętych łapach, bezwładne jak przedmioty, przesuwają się po dnie 

ładowni. Z tru- dem docierają w pozornie bezpieczniejsze miejsca, między 
wypełnione cukrem worki. Nagle pęka lina i worki zwalają się wprost na 
przesuwającego się poniŜej szczura, rozcierając go na miazgę.

Burza trwa. Jestem zmęczony, coraz bardziej zmęczony. Zapadam w stan 

półsnu, z które- go  budzą  mnie  najsilniejsze  wstrząsy kadłuba.  Świadomość,  Ŝe  
nie  ma  dokąd  uciec,  Ŝe  we wszystkich  pomieszczeniach  statku  dzieje  się  
podobnie  –  unieruchamia,  wciska  w  twardą obudowę przewodów 
wentylacyjnych. Trzeba przeczekać.

Budzisz  się.  Burza  trwa  nadal,  lecz  nie  odczuwasz  juŜ  tak  boleśnie  

skutków  kołysania. Twój organizm przystosowuje się szybko. Odzyskujesz 
poczucie równowagi i nie przeraŜają cię nagłe przechyły i wstrząsy. Słuch oswoił 
się z rykiem fal, uderzeniami i stęknięciami sta- lowych  blach.  Nawet  poruszanie  
się  wśród  przewracających  i  przesuwających  się  worków, skrzyń i beczek 
wydaje się łatwiejsze, niemal naturalne, zupełnie jakbyś od pierwszych dni Ŝycia  
przebywał  wśród  zagraŜających  ci  oŜywionych  przedmiotów.  Burza  mija,  w  
ładowni ludzie wiąŜą zerwane liny, usuwają pęknięte worki, unieruchamiają 
skrzynie.

Do  chybotania  i  kołysania  przyzwyczaiłem  się,  przestałem  je  zauwaŜać,  

uznając  za  stan normalny to, co jeszcze niedawno przeraŜało. Nawet wibracje 
ś

ruby i wycie wentylatorów – szum tłoczonego w rury powietrza nie wywierają na 

mnie wraŜenia.

Bezustannie oczekujesz chwili przybicia do brzegu. MoŜe dlatego tak często 

wychodzisz nocą na pokład między zwoje lin i kotwiczne łańcuchy, wsłuchujesz się 
w szmery morza  i poszumy wiatru.

Nastąpi to niebawem, przeczuwasz ten moment. Zbiegniesz po cumowniczej 

linie lub tra- pie na brzeg i rozpoczniesz kolejną wędrówkę przed siebie. W 
poszukiwaniu pokarmu? AleŜ tu  na  statku  pełno  jest  poŜywienia.  Nie  
brakowało  go  równieŜ  w  opuszczonych  miastach. Często było go więcej niŜ 
mogłeś zjeść, niŜ mogły go zjeść wszystkie szczury. Niespokojnie biegam po 
zimnym dnie ładowni. Czuję coraz silniejszą potrzebę wędrówki.

Statek stoi w pobliŜu portu. W nocy wychodzę na pokład i ze zwoju lin 

dostrzegam świa- tła.  Wiatr  wiejący  od  lądu  przynosi  niepokojące  zapachy  –  
ognia,  popiołu,  dymu,  kurzu. Znam te wonie, zapamiętałem je dobrze.

Niepokój, niepewność. Z obcego miasta dochodzą odgłosy wybuchów, strzały, 

detonacje. Tylko połoŜone najbliŜej zabudowania wydają się bezpieczne, 

nieruchome, ciemne, wymarłe. Ta bliskość portu wprawia wszystkie zamieszkujące 

statek szczury w wyjątkowe podnie- cenie. Lecz statek juŜ nie płynie, stoi w 

background image

miejscu, niedaleko nabrzeŜa. Maszyny przestały pra-

cować, ustało kołysanie.

5
0

Po długim postoju statek przybija do brzegu. We wszystkich ładowniach rozlega 

się trzask miaŜdŜonych kloców drewna ściśniętych między wysokim kamiennym 
nabrzeŜem a burtami. Jest noc.

Wychodzę na mroczny pokład. Pod szalupami przebiegam w stronę zejścia. 

Drabinka tra- pu jest opuszczona tylko do połowy.

Nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo skaczę w dół.

Sytuacja  w  mieście  stała  się  nieznośna.  Wybuchają  pociski,  płoną  domy,  

dym  wypełnia piwnice. Swąd spalenizny zabija inne zapachy.

Nad  portem  otoczonym  płonącymi  dzielnicami  wiszą  obłoki  dymu  i  mgieł,  

fruwających sadzy i nie dopalonych papierów.

Wyprawa  do  magazynów  i  najbliŜszych  domów  omal  nie  kończy  się  

tragicznie.  Wybu- chający w pobliŜu pocisk pozbawia mnie na pewien czas słuchu. 
LeŜę na wpół Ŝywy na boku, w nienaturalnej pozycji, odrzucony wybuchem pod 
rozbitą wystawę dawnego sklepu. Zjawia się człowiek, chwyta mnie za ogon, 
odwracam się i gwałtownie gryzę go w palec.

Ten człowiek – widzę to po jego oczach i ruchach wychudłych szczęk, jest 

głodny i posta- nowił mnie zjeść. Jestem jego szansą, szansą przeŜycia. Zataczając 
się goni mnie wzdłuŜ uli- cy, zostaje w tyle.

Pragnę wrócić na statek, jest to moim jedynym celem. Dotąd nie spotkałem 

szczurów, nie ma kotów i psów, zostały zjedzone przez wygłodniałych, 
poranionych ludzi.

Ogarnia mnie strach: jeŜeli statek odpłynie, będę zgubiony. Pozostanę na zawsze 

w tym przeraŜającym  mieście,  wśród  wybuchających  pocisków,  pustych  
portowych  magazynów, polujących na szczury wygłodniałych ludzi.

Posuwam się w kierunku portu, skąd wieje skaŜony spalenizną wiatr. W 

nozdrzach mam zapach dymu i gnijących pod zwaliskami trupów.

Na otwartej przestrzeni, pod ścianą widzę ludzi. Stoją naprzeciw siebie: jedni 

pod murem w pełnym słońcu ze skrępowanymi rękami i czarnymi przepaskami na 
oczach, drudzy – po- środku placu z uniesionymi karabinami. Huk. Ludzie zabijają 
ludzi. Odchodzą, pozostawiając trupy w kurzu i bzyku duŜych granatowych much.

Spragniony, ostroŜnie zbliŜam się do strumienia płynącej krwi. Piję. Z 

przeciwległego krań- ca z wyŜłobionego pod murem otworu wynurza się stary 
szczur o ciemnozielonooliwkowym podbrzuszu.  Samica.  TrwoŜnie  rozgląda  się  
po  placu  i  biegnie  w  kierunku  leŜących  zwłok. Rozdziera skórę, wyszarpuje 
ś

wieŜe, krwiste mięso. Za murem rozlega się łoskot. Na plac sypią się drzazgi, 

kamienie, okruchy cegieł i tynków. Samica pospiesznie cofa się do nory.

Uciekam, wracam. Wiatr ustał. Długo błądzę bezludnymi ulicami, uwaŜając, by 

nie zgnio- tły mnie spadające rynny i kawały muru. W pewnej uliczce, we wnętrzu 
tlącego się jeszcze samochodu dostrzegam na wpół zwęglonego, wpatrującego się 
we mnie szklanymi  oczyma człowieka. W pobliŜu zaczyna się kanonada.

Do portu docieram tuŜ przed zapadnięciem zmroku. Mój statek nadal stoi przy 

nabrzeŜu. Z przeraŜeniem stwierdzam, Ŝe trap uniesiony w górę zwisa zbyt wysoko, 
bym mógł się do nie- go dostać. Jestem bezradny. Biegam wzdłuŜ statku szukając 

background image

jakiejkolwiek drogi, jakiegokol- wiek wejścia. Jest: cięŜkie liny cumownicze łączą 
wysokie, odcinające się od tła nieba burty z wbitymi w brzeg granitowymi palami.

Liny napinają się, zwalniają, skrzypią cichutko. To fale daremnie usiłują 

przesunąć statek, odepchnąć go od wybrzeŜa.

Wspinam się na granitowy cokół i stąd wskakuję na linę,  grubszą w przekroju 

niŜ moje ciało. Owijam ją ogonem, uwaŜając, by nie stracić równowagi, i posuwam 
się do przodu, lek- ko pod górę. Pode mną lśni czarna powierzchnia wody. Słyszę 
plusk wyskakujących nad po- wierzchnię ryb, atakujących nisko lecące owady. 
JeŜeli wpadnę,  zatonę lub zostanę poŜarty

5
1

przez  drapieŜne ryby.  Lina drŜy, drgania stają się coraz gwałtowniejsze.  Wbijam  
pazury w spiralnie biegnące włókna i całym brzuchem przywieram do coraz 
bardziej stromej liny.

Jestem  w  połowie  drogi.  Lecz  tu  właśnie  drgania  są  najniebezpieczniejsze,  

a  napięcia  i rozkurczenia najbardziej wyczuwalne. Przez chwilę wydaje się, Ŝe 
lada chwila stracę równo- wagę i runę w dół.

Posuwam się powoli, tym bardziej Ŝe lina prowadzi niemal 
prostopadle w górę. Z pokładu słyszę juŜ głosy ludzi.

Czarny kontur statku potęŜnieje w miarę zbliŜania, by wypełnić w końcu całe 

pole widzenia. Wspinam się pod górę pomagając sobie zębami i ogonem, 

obejmuję linę łapkami nie zwa- Ŝając  na  kaleczące  podbrzusze  ostre  stalowe  

igły.  Teraz  jestem  juŜ  blisko.  Obok  przelatuje nocny ptak. Przez chwilę krąŜy 

wokół. Nieruchomieję. Jestem łatwym, bezbronnym łupem. Ptak odlatuje. 

Napinam mięśnie. Moje pazury obsuwają się po metalowej powierzchni. Jesz- 

cze chwila i dotykam pyszczkiem chłodnej powierzchni burty. Tłusty kot 

odpoczywający na

pokładzie mruczy obojętnie.

Pogodny ciepły wieczór, korzystając z opuszczonego trapu schodzę na ląd.
Strzelanina ustała, miasto jest ciche i mroczne, zupełnie jakby opuścili je ludzie. 

To złu- dzenie, ludzie ukrywają się, wyczuwam ich obecność. Ogromny, błyszczący 
księŜyc oświetla martwe ulice.

Kieruję  się  w  inną  stronę  niŜ  poprzednio,  starając  się  zapamiętać  moŜliwie  

najwięcej szczegółów,  które  pomogą  wrócić  na  statek.  Kilkakrotnie  spotykam  
ludzi.  Przemykają  pod murami, bezszelestnie, bez światła. W tym mroku jestem 
dla nich niewidoczny.

W oknach za grubymi zasłonami palą się skąpe płomyczki.
Skręcam  w  wąziutką  uliczkę  –  przesmyk  między  szarymi  ścianami.  W  tym  

miejscu  w bramie światło silniej przebija zasłonę. Wciskam się do wnętrza. 
Skulony człowiek siedzi na wyłoŜonej dywanem podłodze. Nad nim w klatce z 
drewnianych prętów duŜy ptak, wychu- dzona kura. Obok klatki stoją gliniane 
dzbany. Człowiek monotonnie bełkocze, mruczy, kiwa się. Przechodzę dalej, 
korzystając z ochrony jego cienia.

Dostaję się za szafę, jestem na szczycie. Stąd dopiero zauwaŜam, Ŝe kura 

wysiaduje jajka. Dlatego prawdopodobnie człowiek zamknął ją w klatce. Gdybym 
mógł do niej dotrzeć.

Usiłuję zeskoczyć na umieszczoną niŜej półkę.

background image

Obudzona kura wyczuła mnie. Gdacze gniewnie, wyciągając głowę przez pręty. 

Człowiek wstaje, podnosi w górę lampę. Kura krzyczy, wysuwa swój dziób jak 
najdalej w moim kie- runku, uderza stojący obok dzban. Gliniane naczynie chwieje 
się, przechyla, spada.

Wymykam się. JuŜ na ulicy słyszę głuche uderzenie pękającego dzbana.
Wracasz do portu, zwiedzasz puste domy, zrujnowane magazyny, stosy 

opróŜnionych be- czek, wspinasz się na wysokie sterty worków skamieniałego 
cementu, krąŜysz po ciemnych wybrzeŜach.

Wytropił cię pies, biegnie za tobą. Ukryłeś się pod leŜącą w pobliŜu łodzią. 

Zjadasz wy- schniętą rybę, pozostawioną z niedawnego połowu. Pies biega wokół 
łodzi, wtyka nos, chce się wcisnąć. Daremnie. Siada, podnosi łeb i głucho wyje do 
przepływającego nad łodzią księ- Ŝyca.

Jestem okrąŜony, pies wie, Ŝe będę usiłował się wymknąć, czuwa. W końcu 

znuŜony kła- dzie łeb między łapami i udaje, Ŝe śpi.

Biegam w kółko po moim ograniczonym terytorium, sikając w róŜnych 

miejscach, ostry zapach mojego moczu utwierdzi go w przekonaniu, Ŝe nadal 
jestem pod spodem. Tymczasem wymykam się z drugiej strony.

Biegnę w stronę statku, szybko zanim pies znowu zacznie mnie ścigać. Słyszę 

naszczeki- wanie – okrąŜa wokół łódź przekonany, Ŝe nadal pod nią siedzę.

5
2

Za chwilę zobaczę górujący nad brzegiem ogromny kształt statku.
Tak, to właśnie to miejsce. Dobiegam do kamiennego pala  naznaczonego  

moimi  odcho- dami. Gdzie są cumy, gdzie grube węzły? Unoszę głowę, wysuwam 
szyję, szukam ciemnego zarysu.  Biegnę  nabrzeŜem  w  kierunku  zejścia.  Tu  
powinien  być  trap.  Nie  ma  trapu.  Tylko drobne fale stukają o brzeg. Nieco dalej 
kamienny pal naznaczony przeze mnie. Stąd równieŜ zniknęła cumownicza pętla.

Wracam. Obiegam cały teren. Szukam. Statku nie ma. Niebo powoli jaśnieje. 

Słyszę szme- ry budzącego się miasta, głosy ptaków i ludzi. Tam ukryć się nie 
mogę. Nie mogę równieŜ zostać tu, na odsłoniętym nabrzeŜu.

Dość szybko znalazłeś stojący niedaleko inny statek i po opuszczonym trapie 

dostałeś się do wnętrza.

W Ŝadnym miejscu nie mogłem zatrzymać się na dłuŜej, zewsząd uciekałem.
Całe Ŝycie było ucieczką. Uciekałeś przed szczurami, które nienawidziły cię za 

odmienny zapach, za tkwiącą w tobie obcość, za pojawienie się na ich terenach. 
Uciekałeś, sądząc, Ŝe zbliŜasz  się  do  miejsca,  gdzie  zacząłeś  wędrówkę,  do  
tamtego  miasta  zasiedlonego  przez twoją rodzinę, gdzie Ŝaden szczur nie rzuci się 
na ciebie, nie wyczuje w tobie obcego.

Z miejsca na miejsce przenosiłeś się w bagaŜach, ładunkach, workach, 

skrzyniach, pojem- nikach, kartoflach, zboŜu, sianie,  owocach,  zwojach  
materiału,  belach  papieru,  na  małych  i duŜych  statkach,  pociągami,  wszystkim,  
co  stanowiąc  bezpieczną  kryjówkę  poruszało  się, toczyło, płynęło.

Uciekałem  przed  szczurami,  uciekałem  przed  sobą,  uciekałem  przed  

ludźmi,  uciekałem, poszukując zachwycającej gry fletu. Przed siebie, w panice, w 
przeraŜeniu, z rozdygotanymi nerwami, naprzód, dalej, naprzód, dalej. Nie 
wszędzie jednak wrogość szczurów do obcego była taka sama i nie wszystkie 
szczury traktowały cię podobnie. Atakowały przewaŜnie sam- ce, rzadziej samice, i 

background image

to nigdy w okresie, gdy potrzebowały samca.

W niektórych miastach szczury goniły mnie gromadnie, przemierzając w pościgu 

duŜe ob- szary. W swej zajadłości i nienawiści nie zwaŜały na inne zagraŜające im 
niebezpieczeństwa
– na ludzi, ptaki, węŜe, pojazdy.

Byłeś obcym szczurem – najbardziej znienawidzonym przeciwnikiem.
Gdzie indziej szczury odpędzały cię od swych gniazd mieszczących się w 

kanałach i piw- nicach oraz od miejsc, w których znajdowały pokarm, pozwalając 
jednak na przebywanie w bezpiecznej od nich odległości.

Często zdarzało się, Ŝe szczury nie  atakowały od  razu dopuszczając do 

zbliŜenia. Odby- wało się to przewaŜnie podczas jedzenia – na śmietniku, w 
spichrzu czy magazynie. Szczury jakby nie dostrzegały mojej obecności.

Posilałem się spokojnie, nie podejrzewając nagłej zmiany nastroju,  jaka  miała  

za  chwilę nastąpić. ZbliŜa się do mnie młody samiec. Podchodzi blisko, wibrysami 
dotyka moich wi- brysów. Nozdrzami wchłania zapach mojej sierści. OkrąŜa mnie 
wkoło i kiedy spodziewam się,  Ŝe  odejdzie,  nagle  zjeŜa  się,  podskakuje,  
porusza  gwałtownie  ogonem,  wydając  krótki wysoki  pisk.  Usiłuje  mnie  ukąsić  
w  ogon.  Nastrój  szczurów  zmienia  się:  zdenerwowane  i wściekłe biegną do 
mnie.

Ognista, paląca kula słońca. Nienawidzę blasku, oślepiającej jaskrawości, 

raŜących, prze- nikliwych promieni.

Ś

wiatło wciska się przez  wpół przymknięte powieki, przez  skórę,  w  głąb  

czaszki.  Czuję jak rozsadza, ogarnia, obezwładnia.

Boję się światła. Zostałem stworzony do Ŝycia w ciemności, w cieniu, w 
zmierzchu i nocy.

5
3

Rozglądam się wokół, usiłuję odnaleźć sam siebie w świecie światła, odartym z 

półmro- ków i półcieni, jaskrawym, rozkwitającym, hałaśliwym, rozkrzyczanym.

Nie, nie ma tu dla mnie miejsca, nie mógłbym tu Ŝyć, mieszkać,  polować, nie... 

Ś

wiatło ścigałoby mnie wszędzie, odkrywało, zabijało. KaŜdy blask, kaŜdy 

promień, kaŜda jasność i jaskrawość  to  jakby osobny prześladowca,  uczestnik  
ogromnej  nagonki  usiłującej  odnaleźć mnie, wytropić, pochłonąć.

Ś

wiatło to niebezpieczeństwo, to przeraŜenie, to śmierć.

Cały drŜę. Odkryty, obnaŜony, bezbronny, sam na sam ze swym lękiem, na 

granicy histe- rii. Jestem oślepiony, ogłupiały, rozbity. OkrąŜony przez oślepiającą 
barierę blasku, zaporę, której nie mogę przekroczyć, przeskoczyć, przegryźć, bo 
otacza zewsząd jak paląca kopuła, jak opuszczony, gorący klosz.

Nigdy jeszcze nie widziałem tyle światła, tyle takiego światła, nie 

podejrzewałem nawet, Ŝe takie światło istnieje.

Przez zwęŜone źrenice do mózgu docierają zarysy najbliŜszego otoczenia. 

Rozgorączko- wany, rozmiękły asfalt i porozrzucane gnijące resztki owoców, rybie 
głowy, strzępy nadpalo- nego płótna, zszarzałe strony gazet, kurz, pył, gorący wiatr.

Pocę się, sierść ocieka wodą – za chwilę roztopię się w tym gorącu.
Pchły tną zajadle, przywierają do skóry,  wciskają się  w pory, jakby chciały 

schronić się pod nią, wewnątrz. Uciekają z grzbietu na brzuch. Pchły, które 
zabrałem na sobie z zimnego miasta.

background image

Na krańcach horyzontu wysoki betonowy mur  pokryty kolczastym  drutem.  

Nad  tą  szarą płaszczyzną schylają się dziwne obce drzewa, wysokie, pozbawione 
gałęzi, zwieńczone po- tęŜną koroną pierzastych liści. Muszę dotrzeć tam, aby 
przeŜyć.

Posuwam  się  w  kierunku  muru,  wzdłuŜ  potęŜnych  blaszanych  skrzyń nie 

dających  naj- mniejszej osłony przed stojącym w zenicie słońcem. Przez chwilę 
odczuwam gwałtowną po- trzebę spojrzenia wzwyŜ, w środek promienistej kuli. 
Odwracam głowę i przez chwilę prze- Ŝywani oszołomienie jasnym tłem nieba.

Wysoko  krąŜy  potęŜny  ptak,  jeden  z  tych  niebezpiecznych  drapieŜników  

polujących  na wszystko, co się rusza.

W polu mojego widzenia pojawia się granica słonecznej tarczy: rozpalona, 

bolesna, nisz- cząca. Natychmiast cofam wzrok i wpatruję się w parujące plamy 

oleju na betonowej rampie. Słońce wtargnęło w źrenice,  pozostawiło  swój  

pulsujący powidok,  wirujące  kręgi  zama-

zujące pejzaŜ.

Boję się słońca, boję się jasności, boję się przestrzeni, boję się wiatru, boję się 
ptaków. śycie na powierzchni to strach, to zagroŜenie. śyć naprawdę moŜna 
tylko w głębi, w zie-

mi, w piwnicach i lochach, w kanałach i magazynach, wśród sieci kanalizacyjnych 
przewo- dów, we wnętrzach, gdzie panuje stała atmosfera, niezmienna, 
nienaruszona.

Dotrzeć, dostać się do zacisznych podziemnych labiryntów, zatopionych w 

mroku, w sza- rości,  w  stęchliźnie,  szybciej,  jak  najszybciej.  Powrócić,  
odnaleźć  swoje  miasto.  Wirujące płaty powoli słabną, zanikają. Mur juŜ blisko. 
Wdrapuję się po  odrapanej blasze kontenera, przeskakuję cementowy gzyms 
uwaŜając na kłęby kolczastych drutów. Ześlizguję się na dru- gą stronę między 
zbudowane z dykty i falistej blachy ściany.

Szczury, wszędzie szczury. Całe miasto naleŜy do szczurów, bardziej do 

szczurów niŜ do ludzi. Nie kryją się, wychodzą na wierzch, biegają w pełnym 
słońcu, w jaskrawości, w pro- mieniach.

ś

yję w bezustannym zagroŜeniu, w okrąŜeniu, w strachu.

Unikam  nor,  podziemi,  kanałów,  labiryntów.  Unikam,  lecz  stale  spotykam  

szczury,  na- tychmiast rozpoczynające pościg.

5
4

Staram się Ŝyć na granicy światów – szczurzego i ludzkiego, bardziej na 

powierzchni niŜ wgłębi, Ŝyć w lęku, w czujności, w rozdraŜnieniu. Lecz tu świat 
ludzi i świat szczurów prze- nikają się, są przemieszane, łączą się, utoŜsamiają. 
Szczury są  wszędzie: we wnętrzach do- mów, w windach, na poddaszach, w 
ogrodach, na ulicach, na placach.

Ogon, uszy, boki pokrywają strupy zakrzepłej krwi. I nawet tu na 

wysłonecznionym, palą- cym łapki i brzuch asfalcie, boję się, Ŝe usłyszę złowrogi 
pisk i zgrzyt zębów.

Zaszyłem się w trzcinowym dachu stojącego nad kanałem, ulepionego z gliny 
domu.
Na razie mnie nie wyczuły,  na  razie,  jak  długo  jednak  pozostawią  

przestraszonego,  ner- wowego, chorego – tu, pomiędzy bambusowymi belkami 

background image

wśród szeleszczących podłuŜnych liści.

Łowiłem jaszczurki i karaluchy, gąsienice i długie nitkowate robaki, poŜerałem 

gnijące ry- bie  łby  i  psie  wnętrzności,  martwe  szczury  i  rozkładające  się  
owoce.  Zakradałem  się  do śmietników i dołów kloacznych, uciekałem, 
wymykałem się, biegłem, przeskakiwałem ulicę. Byle dalej od szczurów, dalej od 
szczurów.

Muszę wrócić, koniecznie wrócić. Zostałbym poŜarty, otoczony i rozszarpany.
ZbliŜam się do statku, chcę dotrzeć do cumowniczych lin lub do trapu. Trap jest 

uniesiony, wokół  krąŜą  ptaki  o  długich  ciemnych  dziobach.  Poczekam  do  
nocy,  chowam  się  wśród drewnianych skrzyń.

Biegunka, wyłaŜąca kępkami sierść. Trzeba koniecznie wrócić na statek, 

pozostawić to go- rące, jaskrawe miasto.

Martwi ludzie, zakrwawieni, zmiaŜdŜeni, na środku pustej ulicy.
Ludzkie mięso ma delikatny słodkawy smak, przypominający mięso świń. Nagły 

przyjazd samochodu przerywa jedzenie, kryjesz się w rynsztoku. Ludzie wrzucają 
zwłoki na platformę pełną trupów. Czujesz zapach stosu odjeŜdŜającego mięsa.

Noc grozi szczególnymi niebezpieczeństwami. Szczury gromadnie wychodzą z 

nor, kana- łów, labiryntów. Noc, chłodniejsza od dnia, ciemnoszara, pozornie 
spokojna – wyprowadza je na ulicę.

Pamiętasz. Próba dotarcia do wnętrza miasta omal nie zakończyła się tragicznie. 

Ulicą bez świateł zbliŜyłem się do szerokiej arterii. Dopiero tu zauwaŜyłem, Ŝe 
ciągnie za mną wiele szczurów, zaniepokojonych obecnością obcego.

Rzuciłem się w bok, w prowadzącą do portu uliczkę. Moją jedyną szansą było 

schronić się wśród ludzi, jak najbliŜej gwaru i światła, przycupnąć w takim miejscu, 
gdzie szczury będą obawiały się zaatakować, dostać się do jakiegokolwiek  
zamieszkanego  domu,  zaszyć  się  w kącie i przeczekać.

Pędziłem w ciemności, a za mną gnały rozjuszone szczury. W chwili gdy 

ogromny samiec złapał zębami mój ogon, z przecznicy wypadł nagle samochód. 
Opona rozgniotła szczura na miazgę, napastnicy zatrzymali się, a ja zyskałem 
przewagę.

Byłem znowu w pobliŜu portu, z daleka słyszałem przytłumiony plusk fal.
Musiałem szybko znaleźć odpowiednią kryjówkę. Nozdrzami wyczułem woń 

zbliŜających się napastników.

Udało się. Na wyplecionych z roślinnych włókien matach 
ś

pią ludzie. Mały człowiek spoczywa tuŜ obok w 

drewnianej kołysce.
Chrapanie uśpionych i odblask płomyczków Ŝarzących się w półmroku 

zapewniają bezpie- czeństwo.

Ś

cigające szczury tu nie wtargną.

Ukryłem  się  w  kącie  w  niewielkiej  skrzynce,  obok  maszyny do  szycia.  

Zmęczenie,  wy- czerpanie,  zamykam  oczy.  Odpoczywam.  Przypominam  sobie  
chłodny  daleki  port,  ceglane mury, rozgrzane przewody pieców, śnieg, łóŜka z 
pierzynami, kołdrami, poduszkami. Nagle: pisk samochodowych opon. Nadchodzą 
ludzie. Idą tu. Gwałtownie uderzone drzwi padają na środek izby. Na dworze szaro, 
niedługo wybuchnie jaskrawy słoneczny dzień. Ludzie zrywają

5
5

się,  krzyczą,  stoją  pod  ścianą  z  uniesionymi  rękami.  Ci,  którzy  weszli,  
przetrząsają  izbę. Wślizguję się do duŜego glinianego dzbanka. W samą porę: 

background image

schowki maszyny do szycia są gruntownie przeglądane.

Przebudzony mały człowiek krzyczy. Wyjmują go z kołyski, kładą na ziemi pod 
ś

cianą. Związują ludziom ręce, kopią, biją, wyprowadzają. LeŜący w kącie mały 

człowiek krzy-

czy. Siedzę w dzbanku. Czekam.

W pomieszczeniu pojawiają się szczury, trzeba uciekać. Wyskakuję na podłogę.
Szare cienie posuwają się w kierunku zawiniątka z małym człowiekiem. Nie 

widzą mnie, przejęte moŜliwością napełnienia Ŝołądków Ŝywym ludzkim mięsem, 
ciepłą krwią.

Przez szparę w płycie wystygłego paleniska przeciskam się do długiej blaszanej 

rury pro- wadzącej na dach.

Słyszę cichnący głos małego człowieka.

WąŜ zastyga w bezruchu. Wpatruje się we mnie, unosi w górę łeb,  z  którego  

raz  po raz wysuwa czarny rozdwojony język. SpręŜa się do skoku, dostrzegam 
napinające się pod ma- tową skórą mięśnie.

W moim mieście widziałem kiedyś szczura poŜeranego przez węŜa.  Tamten 

wąŜ, miesz- kający w szklanym pomieszczeniu, był jednak znacznie mniejszy od 
tego.

Za  chwilę  rzuci  się  na  ciebie,  wyprostuje  jak  długa  lina,  by  otoczyć  

splotami  własnego ciała, zmiaŜdŜyć, zdusić. Z przetrąconymi kręgami, z 
połamanymi Ŝebrami, konającego, bę- dzie  cię  wchłaniał  szeroko  rozwartą  
paszczą,  poŜerał,  połykał  w  całości.  Szczury daremnie usiłowały znaleźć wyjście 
ze słoja, do którego wpuszczał je człowiek. WąŜ poŜerał je po ko- lei, obserwował 
ich przeraŜenie: bezskuteczne ataki, gdy zęby zsuwały się po twardych  łu- skach.

Przelatujący ptak rozprasza uwagę węŜa. Skaczę w bok, w stronę, która wydaje 

się najbez- pieczniejsza:  między przyprószone  kurzem  pierzaste  liście.  WąŜ  
skacze,  spada  tuŜ  za  mną. Zatrzymują go kolczaste gałęzie. Pozostawiłem na 
nich szare kępki sierści i krople krwi.

Przede mną piętrzy się wysoki, ciemny masyw. Dopiero  gdy jestem  na 

szczycie, odczu- wam gwałtowne ruchy. Znajduję się na wygiętym grzbiecie wołu, 
stąd krowi zapach.

MiaŜdŜące uderzenia zakończonego kępką włosów ogona spadają blisko mnie.
Przesuwam  się  po  kościstym  grzbiecie  w  kierunku  głowy.  Rozjuszone  

zwierzę  wstaje  i biegnie naprzód. Wczepiony w chropowatą, szarą skórę z trudem 
utrzymuję równowagę.

Wół zatrzymuje się. Z piskiem spadam przez łeb, uderzam o twardą ziemię, 

odbijam się nogami, bo mógłby mnie przecieŜ stratować.

Twarz człowieka o błyszczących oczach i ciemnych zębach. StruŜki potu 

spływają po skó- rze. Czuję kwaśny zapach gorączkowego oddechu, słyszę rzęŜenie 
dochodzące z płuc. Oszo- łomiony upadkiem leŜę przy jego dłoniach. Zabije, rzuci 
o ścianę, rozdepcze. Odsuwa mnie na bok, pozostawia w spokoju.

Patrzę na niego, niezdolny do ruchu. Upada na wyplecione z roślin maty. Z ust 

sączy się cienka struŜka krwi. Nie oddycha.

Odzyskuję siły, uciekam.
Czy rzeczywiście tam byłem, czy teŜ wszystko to było snem, snem  na dnie 

statku, snem cięŜkiej choroby? W którym porcie to się stało, w którym mieście, w 
którym miejscu Ŝycia? Jawa i sen są trudne do odróŜnienia.

background image

W ucieczce przed ścigającymi szczurami zapomniałeś o innych 

niebezpieczeństwach, jak- by przestały zagraŜać, istnieć tuŜ obok, za smugą 
ś

wiatła, załomem muru, brzegiem kanału.

5
6

Przed chwilą uniknąłeś śmierci w zębach tutejszych szczurów. Umknąłeś w 

ostatniej nie- mal chwili, odrzucając tylnymi łapami samca, który juŜ pochylał się 
nad twym gardłem. Uty- tłany olejem, z kawałkami słomy i pierzem 
poprzyklejanym do grzbietu, zaszyłeś się w dłu- gim, mrocznym tunelu 
wyŜłobionym przez spływające deszcze w matowym stoku wzgórza.

Szczury zatrzymały się, nie pobiegły dalej.
Przycupnąłem w kręgu sączącego się z góry szarego światła. 
Wtedy zobaczyłem szybko zsuwający się ze ścian bezszelestny, 
czarny cień.
Pająk wielkości duŜego szczura sunął w moim kierunku. Za nim zdąŜał 

następny. Na prze- ciwległej ścianie równieŜ dostrzegłem poruszające się smugi.

Teraz  zauwaŜyłem,  Ŝe  dno  tunelu  pokrywają  wyschnięte,  wydrąŜone  

korpusy  szczurów, myszy, nietoperzy, ptaków, jaszczurek.

Odskoczyłem, uciekłem w ostatnim momencie unikając kosmatych łap czarnego 

pająka. Wtedy nad wodą w pobliŜu portu widziałem, jak duŜe kraby rozerwały 

szczypcami gonią- cego cię szczura. Zapędził się za mną aŜ tu, między szare 

skały sterczące z białych pól piasku. Z rozgrzanego słońcem kamiennego złomu 

przyglądałem się, jak szczerzy zęby i podskakuje

w moim kierunku.

Nagle pojawiły się duŜe płaskie kraby, przygniotły go do ziemi,  rozerwały, 

zawlokły do swych głęboko ukrytych nor.

Pamiętasz: wystarczył ruch szczypiec i głowa szczura znalazła się na piasku. 

Kraby wal- czyły o rozrzucone, pokrwawione szczątki, ciągnąc je w róŜne strony, 
rozdzielając, tnąc.

Znowu jestem na wysłonecznionym, jaskrawym nabrzeŜu obok stojących 
statków. Postanowiłem odpłynąć, jak najdalej od rozgrzanego, wrogiego miasta, 
pełnego nie zna-

nych niebezpieczeństw, pułapek, gromad zaciekłych szczurów, ostrego oślepiającego 
słońca.

Jak najszybciej wejść na statek. Słońce zaczyna przypiekać i czuję kropelki potu 

spływają- ce po zlepionych kępkach sierści.

Statek stoi przy nabrzeŜu, a potęŜne ramiona dźwigów wyciągają z jego ładowni 

platformy drewnianych skrzynek.

Po trapie robotnicy 
znoszą worki. KrąŜę 
wzdłuŜ muru.
Ulokować się w skrzyni z koprą, moŜe w worku bananów. Przegryźć deskę, 

rozpruć wo- rek.

Przemykam  między ustawionymi  do  załadunku  skrzynkami.  Gdyby wejść  po  

trapie?  To takŜe niemoŜliwe. Znajduję zjedzonego do połowy szczura ze statku. 

background image

LeŜy z przegryzionym gardłem, wywleczonymi wnętrznościami, krwią zakrzepłą na 
zębach i uszach.

W pobliŜu dostrzegam wyŜłobiony w asfalcie wylot szczurzej nory.
Nagle rzuca się na mnie potęŜny, chyba dwukrotnie większy szary szczur. 

Piszczę, wyry- wam się. Usiłuje chwycić mnie za gardło. Wbijam zęby w jego 
nozdrza, zaciskam. Wyswo- badza  się,  rozrywając  delikatną  tkankę,  a  ja  
wskakuję  na  oponę  parkującej  cięŜarówki,  a stamtąd na zasłaną cementowym 
pyłem platformę. Przywieram w kącie, dostrzegam kołują- cego w górze ptaka.

PrzeraŜony, zmęczony, zgłodniały znajduję schronienie  w  starej  dziurawej  

łupinie  koko- sowego orzecha i siedzę w niej aŜ do wieczora, nie zwaŜając na 
przeraŜający upał.

W porcie jest szaro, tylko słabe lampy oświetlają statek. Czekam, aŜ zapadnie 

noc. Po cu- mowniczej linie wspinam się ostroŜnie nad pokrytą smarami 
powierzchnią kanału.

Nareszcie  burta,  pokład,  znajome  kąty.  Szczęśliwy  zanurzam  się  w  

szumiącym  otworze wentylatora.

5
7

Nienawidzę morza – jego rozległości, spokoju i wzburzenia.
Morze przeraŜa jak niebo, jak słońce. Jest to Ŝywioł wrogi, niebezpieczny, obcy.
Fale uderzają w stalowy kadłub. KaŜda z tych fal moŜe zatopić, zabić, zniszczyć. 

Wypeł- nia mnie strach.

Statek nie wydaje się juŜ bezpiecznym schronieniem.
Ocean jest obcy, przeciwny mojej naturze, sprzeczny z  moim przeznaczeniem, 

zły, pod- stępny, niepotrzebny.

Przywieram  brzuchem  do  metalowej  skrzyni,  usiłuję  zasnąć.  Morze nie 

pozwala na  sen, wlewa się we mnie, chlupocze, uderza, trzęsie, kołysze, jęczy. Nie 
mogę zapomnieć o wodzie, od której oddziela mnie zaledwie kilka warstw stalowej 
blachy.

Sztorm.  Statek  przechyla  się  i  skrzynie  przesuwają  się  gwałtownie.  Znaleźć  

się  między nimi to śmierć. Iskierki strachu przebiegają wzdłuŜ kręgosłupa.

Najbardziej  boję  się  odkrycia,  obnaŜenia,  otwartej  przestrzeni.  Jestem  

wtedy bezbronny, zdezorientowany. KaŜdy szczur w takiej sytuacji wpada w 
panikę, ucieka przed siebie, traci poczucie kierunku.

Przytulne, wąskie korytarze, przyćmione lub wiecznie ciemne piwnice, głębokie 

schrony, kanały  o  wiecznie  wilgotnych  ścianach,  jakŜe  tęsknię  za  
przestronnym,  bezpiecznym  labi- ryntem.

Skrzynki, chociaŜ przymocowane przesuwają się. Łoskot załadowanych skrzyń, 

bełkot fal, odległy szum silników i warkot śruby.

W zatłoczonych ładowniach, blisko dna, w bezustannym kołysaniu. Wibracja, 

szum urzą- dzeń chłodniczych, wstrząsy kadłuba.

Jestem osowiały, znuŜony, apatyczny. Nie chcę jeść i gryźć, moje siekacze 

wydłuŜyły się niepokojąco. ZauwaŜyłem, Ŝe inne szczury równieŜ zachowują się 
inaczej. Nawet najbardziej drapieŜne i złośliwe, straciły wszelką chęć do pogoni, 
atakowania, zaczepiania.

Niepokój wywołuje bezsenność – zasypiam na krótko i natychmiast prześladują 

mnie koty, ptaki, węŜe, wielkie pająki, strumienie wody, stalowe ramiona pułapek, 

background image

płomienie – osaczają, ścigają, gonią.

Budzę się natychmiast. Jestem zmęczony zarówno snem, jak i podróŜą, męczę 

się, zasy- piam ponownie.

W głębi snu oczekuje tłum wygłodniałych szczurów. Ich zęby są coraz bliŜsze. 

Uciekam, lecz  szczury otaczają ze wszystkich stron, rzucają się, napastują,  gryzą. 
Nie umknę im,  nie mam szans.

Znowu jestem na ulicy tropikalnego miasta pełnego pająków, jadowitych 

owadów, węŜy. Uciekam. Ulica urywa się niespodziewanie. Spadam. Piszczę. 
Budzę się.

Statek kołysze się gwałtownie, skrzynki przesuwają się, trzeszczą, jęczą.

W tym mieście szczury nie reagują na mój zapach. MoŜe stało się tak dlatego, Ŝe 

zaraz po przybyciu zamieszkałem w opuszczonym gnieździe i przejąłem jego woń, 
a moŜe to miasto, którego poszukuję?

Początkowo zachowuję wszelkie środki ostroŜności. Unikam zapuszczania się w 

piwnice i kanały pełne przejść i nor, a posilając się na śmietnikach bacznie 
obserwuję zachowanie miej- scowych szczurów, które jakby mnie nie dostrzegały.

Nadal  boję  się  niespodziewanego  ataku.  Dlatego  nigdy  nie  wchodzę  do  ich  

gniazd,  nie zbliŜam się, nie dotykam ich wibrysami, wybieram Ŝycie samotnika.

Mieszkam blisko ludzi, w ich pomieszczeniach. Grube ściany starego domu 

kryją w sobie wiele spękań i szczelin, nieczynnych przewodów kominowych i 
luftów przeŜartych rdzą.

5
8

Zaszyłem się wysoko, pod podłogą najwyŜszej kondygnacji, w pobliŜu  dachu  

pokrytego blaszaną osłoną. Często słucham dochodzących z zewnątrz dźwięków – 
to ptaki spacerują po metalowych powierzchniach.

Jesteś tu od początku zimy. W pokoju mieszka człowiek, który zupełnie zdaje 

się nie do- strzegać twej obecności.

Nawet ostry chrobot zębów ścieranych o deskę w podłodze nie odrywa go od 

rozłoŜonych kartek.

TuŜ  obok  stoi  pianino.  Człowiek  podchodzi  i  uderza  w  klawisze.  Później  

powraca  do swych papierów. Początkowo obawiałem się ostrych dźwięków tego 
instrumentu. Teraz przy- zwyczaiłem  się  i  często  przebiegam  pokój  za  jego  
pochylonymi  plecami.  Co  pewien  czas przyrządza lśniący, czarny, pachnący 
napój, którego zapach wywołuje gwałtowne kurcze Ŝo- łądka. Bo tu oprócz 
wyschniętych stonóg i papierzysk nie ma nic do jedzenia. Schodzisz więc w  dół  
do  śmietnika  i  wciągasz  na  górę  skóry słoniny,  nie  dojedzone  kawałki  mięsa,  
kurze flaki.  Dalej  nie  zapuszczasz  się,  teraz  w  zimie,  gdy  wszystko  okrywa  
ś

nieg  i  wygłodniałe szczury z trudem zdobywają poŜywienie, byłoby to zbyt 

ryzykowne.

Człowiek zauwaŜył cię. Wysunąłeś głowę ze stojącego przy drzwiach kosza na 

odpadki, w którym  jak  zwykle  niczego  nie  znalazłeś.  Zeskoczyłeś  na  podłogę,  
lecz  nie  zrobił  w  twym kierunku Ŝadnego ruchu.

Przez sen wyczuwam rozkoszną woń sera, dobiegającą z pokoju.
Wystawiam na zewnątrz wibrysy i koniuszek nosa. Ser leŜy w połowie drogi 

background image

między sto- łem a norą. Długo zmagam się ze sobą, boję się, Ŝe chce mnie  
wywabić.  Znowu  uderza  w klawisze.

Wychodzę  ostroŜnie  z  nory,  przebiegam  w  stronę  kawałka  sera,  porywam  

go.  Teraz  za- uwaŜam,  Ŝe  obok  stoi  niewielka  miseczka.  Mleka  nie  piłem  od  
dawna,  od  bardzo  dawna. Szybko przenoszę ser do nory. Człowiek przypatruje 
się, odwrócił głowę od klawiszy. Zja- dam  ser  i  wychodzę  powtórnie  w  stronę  
mleka.  Patrzy jak  piję.  Nagle  przestaje  uderzać  w klawisze. Uciekam 
przestraszony.

Od tamtego czasu stale znajduję na podłodze jedzenie. Kawałek chleba, sera lub 

boczku, rybi  ogon.  W  miseczce  mleko,  czasami  woda.  Przestaję  się  bać.  
Człowiek  nastawiony  jest przyjaźnie. Nie krzyczy, nie rzuca przedmiotami. Teraz 
nie noszę juŜ jedzenia do nory. Zja- dam je na miejscu, wiedząc, Ŝe mnie 
obserwuje.

Za oknami wieją zimowe wiatry. Przez kominy i lufty wdzierają się do budynku, 

wyją i ję- czą  w  przewodach.  Ruchliwy,  jadowity  pająk  krąŜy  po  pokoju  w  
poszukiwaniu  uśpionych owadów i larw. Widzę, jak spaceruje po łóŜku śpiącego  
człowieka, bezszelestnie przebiega przez jego twarz.

Zima trwa. Przebudzenie. Wychodzę jak zwykle z nory w kierunku jedzenia. Nie 

ma nic. Tylko skwaśniałe mleko w miseczce.

Człowiek leŜy w łóŜku nieruchomo, oddycha, dyszy, jęczy.
Na  schodach  słyszę  kroki.  Pokój  wypełniają  ludzie.  Przestraszony  chowam 

się i wzdłuŜ wodociągowych przewodów złaŜę na dół do pokrytego śnieŜnym 
pyłem śmietnika.

CięŜkie buty wywołują niemiły hałas. W pokoju stale są ludzie. Słyszę jak 

bełkocą, syczą, świszczą, sapią.

W nocy zapalona świeca oświetla błyszczącą twarz leŜącego i pochylone plecy 

siedzącego obok. Znowu nie znajduję jedzenia.  Wyruszam  do  piwnicy.  

Nasycam  głód  surowymi  ziemnia- kami. Kolejne przebudzenia. Człowiek 

nadal leŜy, jego oddech stał się bardziej świszczący,

krztusi się, zachłystuje.

Znowu wyprawa do piwnicy. Spotkane szczury nie są juŜ wobec mnie obojętne. 

Atakują. Wracam. Pokój jest pusty. Człowiek wyniósł się. Zniknęły papierzyska 
porozrzucane po ką- tach, wywietrzał zapach czarnego napoju.

Nie ma ludzi. Tylko pająk snuje po kątach swe pajęczyny.

5
9

Ciemność, równina ciemności. Ciemność na początku, 
ciemność u kresu. Wędrówka zaczyna się i kończy w 
ciemności. Powracasz.
Na  krańcu,  na  horyzoncie,  w  najdalszej  perspektywie  wybucha  płomień,  

błysk,  blask, ogarnia coraz większą przestrzeń, poŜera wzgórza.

Wystarczy silniejszy wiatr, by poŜary na wysypisku wybuchały z gwałtowną 

zajadłością. Nagłe, nie przeczuwane, parzące, przeraŜające.

Strumienie spręŜonego gnilnego gazu rozpychają od spodu ziemię, przebijają na 

zewnątrz, zapalają się w zetknięciu z powietrzem. Ludzie gaszą je, zasypują 
ś

mieciami i piaskiem, za- lewają wodą, cementują.

Spod ziemi sączą się cuchnące smugi dymów, wiszą jak mgły nad pagórkami, 

docierają nawet  do  portu.  Ptaki  wówczas  wzbijają  się  wysoko,  są  
niewidoczne.  Tumany  okrywają mnie, szczypią w oczy i nozdrza. Lecz tu jestem 

background image

bezpieczny. Przesiąknięty wyziewami płoną- cego wysypiska, pozbyłem się swego 
rodzinnego zapachu, tracąc niemal zupełnie powonie- nie.

ś

yjące tu szczury śmierdzą spalenizną, popiołem, dymem, nie wyczuwając swej 

dawnej, rozpoznawczej woni. Wszystkie rodziny Ŝyją zgodnie obok siebie, bez 
walk, bez porywania potomstwa, bez nienawiści, przepojone smrodem poŜaru, 
fetorem pogorzeliska.

Lecz gdy silny wicher wiejący od morza wygasi poŜary i oczyści teren z 

ulotnych dymów, gdy ludzie zasypią płomienie samochodami piachu, gdy ogień 
znika, a deszcz spłukuje z zie- mi jego ślady i tłuste sadze – wtedy my szczury 
odzyskujemy poprzednią wraŜliwość na za- pachy i nie czując zagroŜenia 
natychmiast rozpoczynamy śmiertelną walkę między sobą, wal- kę  przeciw  
wszystkim  spoza  rodzinnego  kręgu.  Nienawidzimy  się,  walczymy,  zagryzamy, 
wypędzamy.

Trwa to tak długo, dopóki z wnętrza wysypiska nie przebiją się na powierzchnię 

nowe pę- cherze wybuchającego gazu i nie owieje nas cuchnący dym kolejnego 
poŜaru.

Z odartego z kory Ŝywicznego pnia spływa struŜka cieczy.
WyŜej zwisa człowiek – głowa opadła między rozłoŜonymi ramionami.
Skwar  wzmaga  pragnienie.  Ludzka  krew,  osocze,  pot.  Suchy  wiatr  

wydziera  dziąsłom resztki wilgoci. Z otwartym pyszczkiem, wyciągając szyję 
naprzód skradam się do gładkiego słupa.

Nozdrza wyczuwają smak. Wspinam się na tylne łapy, wspieram ogonem, 

wyciągam szy- ję, poruszam wibrysami, wysuwam język. JuŜ blisko, juŜ bliŜej. 
Ciemny płyn tęŜeje w upale, zasycha na rozgrzanym drewnie. Obskakuję pień ze 
wszystkich stron, daremnie. Błysk słońca oślepia.  Opadam  na  przednie  łapy  i  
przywieram  do  nasłonecznionej  ziemi.  Odpoczywam. Próbuję ponownie.

Ludzka krew zaspokoiłaby pragnienie i nakarmiła, dodała sił.
Dostałeś się tu przypadkowo. Wyciągniętą ze statku skrzynię przywieziono aŜ 

tutaj. Prze- raźliwie  jasny  piasek,  węŜe  pełznące  wśród  skał.  Uciekaj  stąd.  
Jesteś  szczurem  chłodnych piwnic i kanałów, szczurem ciemnych korytarzy i 
ocienionych podwórzy, szczurem mroku. Uciekaj jak najdalej.

Sięgam  po  krew,  chcę  napełnić  trzewia  Ŝywym  jeszcze  płynem,  

odnawiającym  siły,  po- mnaŜającym siły.

Lecz krew zatrzymuje się, wsiąka w drzewo, nie mogę dostać, nie mogę. KrąŜę 

w koło, wyciągam grzbiet, podskakuję.

Spłoszy cię przelatujący cień. Zsuniesz się po zapylonym stoku wzgórza w 

kotlinę między cuchnące benzyną samochody.  Znajdziesz  tam cokolwiek:  strzęp  
papieru,  ludzkie  odchody, owady Ŝyjące w kloacznym dole. Posilisz się, 
przygotujesz do wędrówki, do ucieczki.

6
0

Kiedy cień nocy pochyli się nad ziemią, spróbujesz tu powrócić.  Wejdziesz na 

wzgórze, staniesz pod pniem na tylnych łapach, wyciągniesz szyję.

Zamiast krwi czujesz smak wody, lekko słonawy, pachnący Ŝywicą.  MoŜe 

deszcz, moŜe zwietrzały  pot  lub  mocz.  Człowiek  zwisający  nad  tobą  jest  
nieruchomy,  cichy,  martwy.  Z jego strony nic nie zagraŜa. Spadający kamyk 

background image

ostrzeŜe cię przed węŜem, umkniesz, bardziej staczając się i spadając niŜ schodząc.

Przez szczelinę między okrywającymi samochód płachtami dostaniesz się do 

ś

rodka. Za- śniesz. Przebudzi cię szum zapuszczanego motoru.

Zapominasz, zapominasz, oddalasz się. Znowu gonitwa, znowu ucieczka. Statek. 

Miasto. Dopiero teraz odgrzebałem w pamięci tamto miejsce, przypomniałem je 
sobie równocześnie z innymi  niepewnymi,  zamazanymi,  zamglonymi,  
scherlałymi,  które  przypływają  ku  mnie  z ciemności.

Piszczę głośno, przenikliwie, usiłując przebudzić samego siebie. Własny krzyk i 

wyczucie rozgrzanych kamieni pod łapkami przywracają mi świadomość miejsca, w 
którym jestem, do którego powróciłem.

A moŜe jestem tam i otaczająca ciemność to ciepły mrok wzgórza, otoczonego 

wyziewami i dymami motorów, zapachem benzyny i smarów?

Drepcę po kamienistej ziemi wokół drzewa, z którego spływa krew. Pragnienie 

pali coraz silniej, bolą wyschnięte dziąsła. A do tego jeszcze wiatr, suchy, gorący, 
przytłaczający.

Wszędzie niebezpieczeństwo. Nie wiem, czy za chwilę nie zaatakuje mnie 

samiec lub sa- mica z pary rozjuszonych szczurów. Samica pojawiła się podczas 
postoju w porcie i związała z młodym szczurem stale przebywającym na statku.

Wśród Ŝyjących tu szczurów wywołują przeraŜenie, atakując z niezwykłą 

zaciekłością. Nie ma przed nimi schronienia. Mogą zjawić się wszędzie. Zaskoczyć 
w kaŜdym momencie. W nocy często opuszczam ładownię i siecią róŜnorodnych 
przewodów docieram na pokład.

Wolę przebywać w otwartym miejscu niŜ oczekiwać w ciemnościach  ładowni 

na nagły i bolesny napad, mogący zakończyć się śmiercią. Para szczurów załoŜyła 
gniazdo w mojej ła- downi, stałem się więc głównym przedmiotem ich ataków. 
Czuły się silne i dąŜyły do całko- witego  opanowania  statku,  przepędzając  z  
miejsca  na  miejsce  nieliczne  Ŝyjące  tu  samotne szczury. Ich prześladowania 
były szczególnie dotkliwe. Skradały się bezszelestnie do uśpio- nego lub 
poŜywiającego się szczura i atakowały z boku, gryząc w  szyję, z  góry skacząc na 
kark, od tyłu kąsając w ogon, wygięcie grzbietu i woreczek jąder.

Ich  agresywność  zwiększała  się  gwałtownie,  gdy  samica  zaczęła  się  

przygotowywać  do wydania potomstwa. Trudno było teraz znaleźć bezpieczny kąt, 

poniewaŜ para chciała oczy- ścić cały teren statku ze wszystkich intruzów nie 

naleŜących do ich nowo powstałej rodziny. Samiec polował przewaŜnie na samce, a 

samica na samice – często jednak rzucały się jed- nocześnie. PrzeraŜone, Ŝyjące w 

stałym zagroŜeniu, zmęczone bezsennością szczury chorują, padają, zdychają. W 

róŜnych miejscach natykam się na pogryzione, pokiereszowane, pokryte strupami i 

ranami, gotowe do natychmiastowej ucieczki, wyczulone na kaŜdy szelest i szmer. 

W zakamarkach maszynowni odkryłem wykrwawione zwłoki szczura, z głęboką 
raną na szyi. Uciekł aŜ tu, między huczące, rozdygotane blachy. Było to ostatnie, 

oprócz pokładu miejsce,

gdzie moŜna się schronić.

Czekam, aŜ statek przybije do nabrzeŜa.
Strach  wypełnia  kaŜdą  chwilę,  odbiera  sen,  osłabia,  obezwładnia.  Znajduję  

coraz  więcej zdechłych z wycieńczenia, pogryzionych szczurów.

Przybijamy do lądu. Poza parą i jej urodzonym właśnie potomstwem jestem 

ostatnim Ŝy- wym szczurem na statku.

background image

6
1

Zabłądziłeś.  Daremnie  próbowałeś  wyrwać  się  z  kręgu  podwórzy,  piwnic,  

kotłowni, śmietników,  przejść,  przewodów.  KaŜda  próba  kończyła  się  
powrotem.  Zdenerwowany da- remnymi usiłowaniami, biegam starając się 
przypomnieć drogę, którą się tu dostałem. Prze- skakuję progi, prześlizguję się 
przez szczeliny, wdrapuję na spróchniałe mury i wracam po- nownie  do  piwnicy,  
którą  opuściłem.  Zalegające  stosy  skrzynek,  starych  mebli,  szmat,  be- czek, 
rupieci tworzą bardzo odpowiadającą mi atmosferę. Nie moŜesz tu jednak zostać, 
szczu- ry wypędzą cię. Zatrzymuję się przed prowadzącym do gniazda otworem. 
MoŜe stamtąd pro- wadzi inne wyjście.

Odchodzę. Boję się ostrych zębów, gwałtownych uderzeń pazurów, 

przenikliwego krzyku. Znowu zaczynam wędrówkę i znowu powracam na 
poprzednie miejsce. Usypiam na stercie skrzynek sięgającej pod sufit.

Budzą mnie rytmiczne dźwięki muzyki i tupot ludzi – cięŜki, głośny, wibrujący. 

Blaszany talerz lampki chwieje się tuŜ nad moją głową.

Kiedy ukryłeś się pod płytą trotuaru, szurgot ludzkich kroków przechodzących 

nad tobą... Kiedy słuchałeś fal uderzających w Ŝelazny kadłub...

Odsłania się duŜy otwór skierowany ku górze. To stamtąd sączą się dźwięki. 

Przywołują odległe  echa,  szmery,  szumy.  Przypominają  głosy  instrumentów,  
szepty  płynącej  kanałami wody.

Tędy moŜna wyjść, moŜna się wydostać. Na górze zapada cisza, wygasają kroki. 

Wciskam tułów w szczelinę, wypełniam ją sobą. Jestem pod podłogą 
pomieszczenia, z którego docho- dzą odgłosy. MoŜe uda się przejść 
niepostrzeŜenie.

Szeroka, oświetlona szpara między deskami. Wyskakuję. Wokół ludzie. Szczur 

obraca się, jakby szukał moŜliwości ucieczki, i przestraszony włazi z powrotem w 
szczelinę.

Gorączkowo poszukujesz innego wyjścia. Przechodzisz przez piwnicę, w której 

byłeś juŜ wielokrotnie,  między  śmietnikami,  przez  ścieki,  korytarze,  lufty.  I  
znowu  jesteś  tu,  w  tym samym miejscu, w tym samym punkcie.

Uciekasz  przed  szczurem  spoŜywającym  skórkę  chleba  na  twej  drodze.  

Rozglądasz  się uwaŜnie  po  ścianach,  sprawdzasz  sprawdzone  juŜ  poprzednio  
pęknięcia  i  szczeliny.  Jest  – ukryty w głębokim mroku otwór.

Matowe płaszczyzny twarde, a jednocześnie łagodne, przylegające, bez ostrych 

załamań i kantów. Korytarze rozgałęziają się, łączą, krzyŜują, rozchodzą, zbiegają. 
Wszystkie prowadzą do  celu.  Nie  ma  ślepych  ścian,  o  które  raptem  rozbijasz  
głowę.  KaŜda  wybrana  droga  jest słuszna, wystarczy biec przed siebie.

Przed  tobą  szara  powierzchnia  odbija  światło  wpadające  z  góry,  nie  razi  

ź

renic  nagłymi błyskami.

Od chwili, gdy się tu znalazłeś, nie czujesz zagroŜenia, nie czujesz się otoczony, 

osaczony, prześladowany.

Małe napełzają na ciebie, odtrącasz je łagodnie, bez gniewu. Podpełzasz pod 

duŜą rozłoŜy- stą samicę, nie odpycha cię.

W gnieździe leŜy wiele szczurów, jeden na drugim.
To twój zapach, twoja rodzina, wielka szczurza rodzina, wreszcie odnaleziona.
Jak się tu znalazłem? Nagle. Niespodziewanie. Obwąchaj, sprawdź, przekonaj 

się, dotknij wibrysami.

background image

Ś

ciany, podłoŜe, zaokrąglone krawędzie, powygryzane w deskach otwory, 

wyŜłobione ko- rytarze – wydają się znane, jakbyś mieszkał tu zawsze, jakbyś nigdy 
stąd nie odchodził.

Jedzenie, duŜo jedzenia – krwawego mięsa, tłuszczu, sera, ryby, ziarna. Szczury 

Ŝ

rą, gryzą, tną, przecinają, miaŜdŜą, ścierają, pochłaniają.

6
2

Nie ma pułapek i trucizn, nie ma niebezpieczeństw, kotów, ludzi, psów, węŜy. 

Wszystkie zwierzęta  są  od  ciebie  mniejsze,  słabsze,  uzaleŜnione.  Zabijam  
małego  ptaka,  rozgrzebuję mysie gniazdo – wyŜeram młode.

Jestem silnym zwinnym szczurem, niezwykle szybkim i sprawnym.
Między  zaśnięciem  a  przebudzeniem,  między  przebudzeniem  a  zaśnięciem,  

w  którym miejscu, gdzie?

Szczury poŜerają martwego człowieka. Siedzą wokół, siedzą na nim. Odrywają 

mięso od kości,  zjadają  miękki  tłuszcz,  pierwszą  podskórną  tkankę,  wyciągają  
Ŝ

yły,  mięśnie,  sploty nerwów. Dotarły w głąb. Rozcięły w kilku miejscach skórę, 

wygryzając w niej otwory. Wci- skają się do wnętrza, wpełzają, wślizgują się. 
Człowiek jakby oŜywa. Jesteśmy w nim, w jego kiszkach. Skóra porusza się. 
DrąŜymy w nim korytarze, przegryzamy tkanki i błony, kości i chrząstki. Przez 
szeroko rozwarte usta, w których nie ma juŜ języka, wciskam się do środka, w 
kierunku mózgu.

Nagle urywa się wszystko. Jestem w poprzednim miejscu, w piwnicy, do której 

powracam, pod  gwarnym,  rozedrganym  stropem.  Obok  wrzeszczą  koty,  
szczekają  psy,  bełkocą  ludzie, piszczą i huczą instrumenty.

Czekam, aŜ wyludnią się okoliczne ulice, by powędrować dalej.

W szklanym wysokim pojemniku dostrzegam duŜego białego szczura. Z jasną 

błyszczącą sierścią,  nieco  zmierzwioną  na  grzbiecie,  z  niemal  przezroczystymi  
uszami,  z  ogonem  po- krytym białym meszkiem.

Siedzi nieruchomy i tłusty, porusza tylko 
nozdrzami. Wyczuwa mnie.

ZbliŜam się do szyby, wspinam na tylne łapy. Budzi się. Wlepia we mnie oczy, 

jakich nig- dy dotychczas u szczura nie widziałem. Rozchyla nozdrza ukazując 

długie przerośnięte zęby. Gryzę szybę. Nienawidzę go. Przychodzę tu stale, po 

kaŜdym przebudzeniu, gdy tylko lu- dzie opuszczają mieszkanie. OkrąŜam dokoła 

przejrzysty kształt. Staram się nadgryźć meta- lowe spojenia. Biegam po 

przykrywającej od góry siatce, starając się ją podwaŜyć i odsunąć. Zapach siedzącego 

wewnątrz białego szczura, do którego nie mogę się dostać, draŜni, de- 

nerwuje, doprowadza do coraz większej zaciekłości.

Biały szczur równieŜ niepokoi się, obserwuje moje próby dostania się do środka, 

krąŜy na- stroszony wzdłuŜ ścian swego pomieszczenia.

Przyglądamy się sobie z dwóch stron szyby. Przyciskamy nosy i nozdrza, 

pokazujemy zę- by. Skoczyłbym mu do gardła, chcę przewrócić, gryźć, miaŜdŜyć, 
zabić.

Nienawiść nie wygasa, gniew, który nigdy nie znajdzie ujścia, zaspokojenia. 

Rozdzielone szybą szczury miotają się, doskakują, wydają przenikliwe okrzyki 
walki. Nastroszona sierść, szeroko rozwarte oczy, wysunięta szyja. Siedzi na 
tylnych łapach, podparty ogonem, ze świ- stem wciąga powietrze, wyławiając 

background image

nienawistne, wrogie zapachy.

Nigdy,  chociaŜ  pragnąłem  tego,  chociaŜ  poszukiwałem,  nigdy  nie  

zagryzłem  białego szczura, nigdy z nim nie walczyłem. Zawsze oddzielała mnie 
stalowa siatka lub gruba szyba, i chociaŜ usiłowałem wielokrotnie przedostać się na 
tamtą stronę, nigdy się to nie udało.

A przecieŜ Ŝyłem w ich cieniu, niemal pośród nich, w zajmowanych przez nie i 

wypełnio- nych ich zapachem pomieszczeniach.

Białe szczury wspinają się na tylnych łapach, wyciągają głowy w moim 

kierunku, podska- kują usiłując dosięgnąć krawędzi szklanych ścian, gryzą 
spawający metal.

Są wszędzie, w wysokich słojach i przezroczystych skrzyniach przykrytych z  

góry gęstą siatką, w klatkach ze stalowych prętów. Ich zapach stęŜony w dusznych 
zamkniętych salach

6
3

wywołuje wściekłość, wzbudza nienawiść. Moja własna woń rozmywa się w nim, 
nie istnieje, nie dociera nawet do mnie.

Siedzą nieruchomo w klatkach, poruszając rytmicznie głowami. Biegają wzdłuŜ 

ś

cian lub wewnątrz wirującego bębna. Nastroszony, zły, nienawidzący wspinam się 

na najbliŜszą klat- kę i łaŜę po przykrywającej ją siatce. Przechodzę na następną, na 
następną, na następną. Za- pach obcej rodziny początkowo trudny do zniesienia 
przestaje juŜ draŜnić. Szczury oddzielo- ne ode mnie szybami i siatkami Ŝyją 
odrębnym, własnym Ŝyciem. Nie mogą mi nic zrobić, nie wydostaną się ze swych 
przezroczystych gniazd, a ja nigdy nie dostanę się do nich.

Jednak wzburzony i gotowy do walki lub ucieczki, kręciłem się po klatkach, 

usiłowałem dostać się do środka, ścierałem zęby na metalowych powłokach i 
prętach, przyciskałem noz- drza do szyby, wierząc, Ŝe nagle rozstąpi się, pryśnie, 
otworzy. Lecz siatki przylegały szczel- nie, krawędzie nie ustępowały, szkło nie 
dawało się odsunąć.

Po pewnym czasie białe szczury przestały istnieć, poruszałem się wśród 

przezroczystych gniazd, jakby ich nie było. Przyzwyczaiły się do moich wędrówek i 
teraz nie unoszą juŜ na- wet głów, siedzą nieruchome, osowiałe, lub miarowo 
poruszają szczękami, poŜerając pokarm donoszony im  przez  ludzi.  Nie  muszą  
go  zdobywać,  zabijać,  polować,  wędrować,  uciekać. Ludzie  podają  im  
jedzenie,  napełniają  wodą  lub  mlekiem  metalowe  rynienki,  przenoszą  z klatki 
do klatki, wbijają w ogon lub kark długie metalowe igły. Szczury potrząsają 
przekrzy- wionymi głowami.

Obfitość jedzenia przyciąga i podnieca.
Zamieszkałem pod podłogą. Dom jest stary, pełen nieczynnych przewodów 

kominowych, wietrzników, spękań, wykruszeń. Ciepło rozchodzi się z dołu rurami.

W  chłodnym  jesiennym  okresie  jest  tu  przytulnie  i  spokojnie.  Nie  

opuszczam  więc  za- mieszkanego przez białe szczury budynku.

Ludzie przyrządzają poŜywienie  w sąsiedniej  sali  wyłoŜonej  błyszczącymi  

ś

liskimi  płyt- kami.  Obok  mieści  się  magazyn,  do  którego  dostaję  się  bez  

trudności  przez  przeŜarty rdzą luft.

Suszone ryby, ziarno, groch, chleb, jarzyny. Białe szczury dostają wszystko.
Chorują. Czarne wielkie guzy rozpychają skórę na szyi, głowie, brzuchu. 

background image

Początkowo ma- łe,  ledwie  widoczne,  rozrastają  się,  jakby  od  wewnątrz  
poŜerały  ciało  szczura,  pochłaniają mięśnie, tkanki, kości. Prześwitują przez białe 
delikatne włoski. Coraz bardziej przebijają się na zewnątrz.

Szczury chudną, linieją, wysychają. Niektóre umierają szybko, inne Ŝyją dłuŜej, 

powykrę- cane, sparaliŜowane, pokryte ciemnymi naroślami.

Ludzie kroją, rozcinają guzy, oglądają wnętrzności.
Patrzy na mnie przez szkło, jakby mnie nie dostrzegał. Olbrzymi, czarny guz na 

brzuchu uniemoŜliwia mu poruszanie się.

Ogon i tylne łapy znajdują się w powietrzu. Posuwa się tylko na przednich, 

pełznie do ry- nienki, pije. TuŜ obok samica z potęŜnym, pękniętym guzem na szyi i 
mniejszym u nasady ogona.

Strach,  strach  rośnie.  Szczury  zdychają,  konają,  przewracają  się  w  

drgawkach,  kopią przedśmiertnymi  ruchami  kawałki  marchwi,  chleba.  Pary  
pokrywają  się,  kopulują,  pokryte czarnymi guzami ciała wpełzają na siebie. Chore 
samice wydają mioty.

Obserwujesz to z innej strony, z boku, z własnego Ŝycia nie otoczonego 

szklanymi barie- rami, nie nakrytego siatką, z Ŝycia nie przegrodzonego, nie 
zamkniętego.

Przyzwyczajasz się do śmierci białych szczurów, do ich powolnego konania. 

Jesteś silny, zdrowy,  tłusty.  Sierść  lśni  w  świetle.  Wibrysy  sterczą  wraŜliwe  i  
czułe.  Siekacze  tną  naj- twardsze  drzewo  i  ołowiane  osłony kabli.  Przestajesz  
się  bać,  śmierć  białych  szczurów  nie zagraŜa ci, jest poza tobą, poza twoim 
lękiem.

6
4

Ludzie przychodzą rzadko, tylko  rano. PrzewaŜnie  śpię  wtedy po  nocnych  

wędrówkach. Budzę się, gdy opuszczają budynki.

Przyglądasz się ludziom, przyglądasz się białym szczurom. Zapuszczasz się na 

strych. Du- Ŝo tu róŜnych skrzynek, wyraźnie naznaczonych szczurzymi 
odchodami. Wchodzisz w otwór, zapuszczasz  się  w  boczny  korytarz.  
Zatrzymuje  cię  ślepa  ściana.  Cofasz  się.  Wchodzisz  z drugiej strony. To samo. 
Szukasz innego przejścia. Na wprost. TeŜ nie. Sprawdzasz pierwszą drogę. Tak: nie 
dochodząc do końca jest przejście. Wychodzisz z  drugiej strony. Próbujesz 
ponownie. Nie od razu znajdujesz drogę. Dopiero podczas następnej próby 
przechodzisz bez- błędnie.

W innych skrzynkach przejścia mają róŜne kształty. Nagle zostałeś uwięziony. 

Tłukłeś się po niewielkim pomieszczeniu, usiłując podwaŜyć nosem blaszaną klapę, 

która opadła za tobą. Pułapka, jestem w pułapce, w pułapce. Biegam, sprawdzam 

wszystkie kąty, rzucam się na

ś

ciany, rozbijam głowę o szybę przykrywającą skrzynkę. Kręcę się wkoło.

Nagle po naciśnięciu jedna ze ścianek ulega, podnosi się. Krótki korytarz i 

jestem  juŜ  z drugiej strony.

W czasie następnego pobytu na strychu, powtórnie przez zapomnienie wchodzę 

do tej sa- mej skrzynki. Sytuacja powtarza się. Przez krótki czas nie mogę się 
wydostać. Szamotanina nie pomaga, chociaŜ dotykam wszystkich miejsc. Później 
ś

cianka ustępuje. To powtórne za- mknięcie bardzo mnie przestraszyło. 

Zapamiętałem skrzynkę i więcej do niej nie wchodzę.

Ludzie  przenoszą  skrzynki  do  pomieszczeń  obok  i  umieszczają  w  taki  

background image

sposób,  Ŝe  białe szczury muszą przez nie przechodzić do poŜywienia i picia. 

Obserwuję je z góry przez szyby. W  piwnicy  zjawia  się  szary  miejscowy  szczur.  

Obwąchujemy  się,  dotykamy.  Wydaje przenikliwy krzyk i skacze mi do gardła. 

Kątem oka dostrzegam następnego. Walka jest prze-

grana, trzeba uciekać, pozostawić wygodne, ciepłe legowisko, wywędrować.

Na  razie  chowam  się  na  strychu.  Ratują  mnie  białe  szczury,  które  

odwróciły uwagę  na- pastników.  Kiedy  wygłodzony  schodzę  niŜej,  szarych  
szczurów  juŜ  nie  ma,  wypłoszyli  je ludzie.

Przychodzą w nocy. Wychudzone, głodne, zziębnięte, napastliwe.  Przez dziurę 

w dykcie zakrywającej piwniczne okno wydostaję się na zewnątrz. Mroźny wiatr 
rzuca we mnie płat- kami śniegu.

Stąd równieŜ zostaniesz wypędzony. Dalsza droga przez cmentarz nie ma celu. 

ś

yjące tu szczury wykarmione gnijącym ludzkim mięsem nie pozwolą na 

pozostanie. Wewnątrz, pod cięŜkimi płytami grobów, głęboko w ziemi panuje 
bezpieczna, spokojna aura. Dźwięki z ze- wnątrz niemal nie docierają. 
NajwaŜniejsze jedzenie, tyle jedzenia – mięsa, tłuszczu, chrzą- stek.

Szczur drepczący po kamiennym obramowaniu zeskakuje, podchodzi, wibrysy 

stykają się. Gwałtowny krzyk. Ucieczka.

Czeka  cię  nowa  wędrówka,  poszukiwanie  miasta,  w  którego  istnienie  

zaczynasz  juŜ  po- wątpiewać. Nie masz wyboru, nie masz wyboru. Muszę odejść.

Szczury połączone końcami ogonów, zrośnięte, zlepione. KaŜdy dąŜy przed 

siebie. śaden nie odwraca się i nie przecina zębami koniuszka własnego ogona. 
Obserwujesz je. Tkwią w olbrzymim  pudle  jak  nieruchomy szary kwiat.  
Wykarmione,  opasłe,  nie  muszę  poszukiwać pokarmu. Ludzie podtykają im 
Ŝ

arcie pod nos, to obezwładnia do końca.

W kącie znajduję słój z ciemnym płynem o nieznośnej woni. Nagły strach. 

Pułapki, które widziałem w piwnicy, świadczą, Ŝe ludzie poszukują szczurów, 
potrzebują ich. Stare, scho- rowane wymieniają na nowe.

Oszołomione, tłuste szczury sennie patrzą jak przemykam po szklanej tafli 

zakrywającej skrzynię. Zbiegam w dół.

6
5

Załatwiam się na pułapkę. Wskakuję na klatkę z drutów i patrzę, jak moje 

odchody spadają na pachnącą rybią głowę. To ostrzeŜenie, teraz Ŝaden szczur nie 
wejdzie do środka.

Przez uchylone okno piwnicy wydostaję się na zewnątrz. W śmietniku w stercie 

pomarań- czowych skórek dostrzegam okręcony sznurkiem rulon papieru. Gryzę, 
tnę, siekam, aŜ z pa- pieru pozostają strzępy, roznoszone przez wiatr okruchy.

Szum  morza  przypomina  o  konieczności  opuszczenia  miasta,  poszukania  

przychylniej- szych stron. Drepcę w tamtym kierunku.

W okrągłej kamiennej budowli, stojącej w pobliŜu, znajduję miseczkę z resztką 

skwaśnia- łego mleka. Wyjadam skwapliwie najmniejsze nawet drobiny. Stąd  do 
portu, do statku nie- daleko.  Słyszę  charakterystyczne  wycie  syren.  Opuszczam  
zbudowany z  głazów  budynek i brzegiem posuwam się w tamtą stronę. Staram się 
posuwać najszybciej, z dala od zamieszka- nych przez szczury kamiennych zwalisk. 
Wiatr niesie ich obcy zapach.

background image

OstroŜnie wynurzam się z beczki. Przebiegam szeroką pustą podłogę. Przez 

rozbitą szybę wymykam się na zewnątrz. Siedzę w słońcu w pobliŜu wielkiego 
ś

mietnika. Natychmiast od- czuwam palący głód. Wsłuchuję się uwaŜnie w 

otaczający świat, czy nie groŜą mi nieprzewi- dziane  niebezpieczeństwa.  Z 
niedalekich  budynków  dochodzi  przytłumione  ścianami  wycie zamkniętego psa.

Poza  tym  okolica  wydaje  się  bezpieczna.  Wspiąłeś  się  wtedy na  ceglaną  

ś

ciankę  i  wśli- znąłeś  między  sterty  gnijących  owoców,  zepsutych  główek  

kapusty,  skór,  flaków  i  łusek. Rzuciłeś  się  na  jedzenie.  Wśród  cudownie  
pachnących  przysmaków,  których  nadmiar  –  po długim głodowaniu – niemal 
mnie oszołomił – zapomniałem o niebezpieczeństwach. PoŜy- wiałem się więc 
najspokojniej, odczuwając rozkoszne ciepło w brzuchu i kiszkach, rozleni- wiony  
brzęczeniem  duŜych,  błyszczących  much,  obsiadających  niektóre  miejsca  
zwartą, ciemną masą.

Nagle uczułem silne uderzenie w bok i ostry ból w szyi. To rozwścieczony 

szczur ukąsił znienacka. Przyjąłem pozycję obronną, lecz zaatakował powtórnie z 
taką siłą, Ŝe przewróci- łem się na grzbiet. Zagryzłby mnie  niechybnie,  gdybym  
nie  odtrącił  go  silnym  kopnięciem tylnych łap.

Wydaje przenikliwy krzyk – sygnał pojawienia się obcego.
Nowy szczur skoczył mi na grzbiet. Był znacznie mniejszy i strąciłem go bez 

trudu. W tym samym  momencie  pojawił  się  następny.  Rzuciłem  się  do  
panicznej  ucieczki,  wiedząc,  Ŝe miejscowe szczury zaalarmowane moją 
obecnością będą teraz usiłowały mnie wytropić. Wy- skakując ze śmietnika 
natknąłem się na duŜego samca.

Uciekałem wzdłuŜ ściany magazynu, panicznie unikając wszelkich nor i 

otworów, które w tej sytuacji mogły okazać się najgorszą pułapką. Zagoniony do 
piwnicy, kanału lub gniazda nie miałbym szans na uratowanie. Nie znałem terenu, 
uciekałem na oślep, przeraŜony, zroz- paczony,  chcąc  ocalić  Ŝycie.  W  pewnej  
chwili  poczułem  silne  ukąszenie  w  tylnej  części grzbietu.  Ból  dodał  mi  sił.  
Pędziłem  pod  murami,  przez  otwartą  przestrzeń.  Znalazłem  się wśród  drzew  o  
nisko  wyrastających  gałęziach.  Wiedziałem:  prześladowcy biegną  za  mną  i 
jeŜeli  nie  znajdę  odpowiedniej  kryjówki,  zginę.  Wykorzystując  zgrubienia  i  
blizny  kory wdrapałem się między gałęzie, wypłaszając kilka ptaków. 
Przycupnąłem wśród rozchybota- nych na wietrze liści, przeraŜony nie znanym 
otoczeniem, moŜliwością upadku lub wykrycia przez drapieŜnego ptaka. WraŜenia 
te minęły jednak szybko, gdyŜ pod drzewem pojawiły się ścigające szczury. Z 
wybałuszonymi oczami i nastroszoną z podniecenia sierścią biegały mię- dzy 
drzewami, wpadając na siebie, gryząc się wzajemnie, obwąchując, szukając dalej.

W coraz większym napięciu, wyczerpany strachem obserwowałem z góry, jak 

krąŜą w po- bliŜu rozdraŜnione nagłym zniknięciem obcego.

6
6

I wtedy właśnie, gdy byłem juŜ na granicy zupełnego wycieńczenia, bliski 

ś

mierci ze zde- nerwowania i lęku, przybiegły inne szczury i z nienawiścią rzuciły 

się na moich prześladow- ców, zagryzając i przepędzając. Długo jeszcze siedziałem 
wśród  gałęzi, oczekując, aŜ prze- staną się gryźć i rozejdą. Gdybym znalazł się na 
dole, zostałbym zaatakowany i prawdopo- dobnie rozdarty na części.

background image

Znajdujesz  się  w  pasie  pomiędzy  rewirami  zajmowanymi  przez  szczurze  

rodziny,  bezu- stannie zwalczające się i zagryzające.

Z  drzewa  schodzę  dopiero  wieczorem  przeraŜony  pojawieniem  się  w  

pobliŜu  ciemnego ptaka  z  potęŜnym  dziobem.  Szczury  odeszły.  Nie  wiem,  w  
którą  ruszyć  stronę.  Przestrzeń między terenami szczurzych rodzin jest przecieŜ 
niewielka i w kaŜdej chwili mogą mnie na- paść.

Siedzę  nieruchomo  obok  zagryzionego  szczura.  Lęk  obezwładnia,  a  

przecieŜ  muszę  do- trzeć do statku i uciec.

Szelest.
Jestem tak przeraŜony, Ŝe nie zwaŜając na krąŜące ptaki powtórnie chronię się w 

gałęziach, w miejscu tak przeciwnym szczurzym zachowaniom i tak obcym naszym 
upodobaniom, lecz tylko tu czuję się teraz bezpieczny.

Stary  szczur  z  przetrąconym  niegdyś  grzbietem,  powłóczący  nogami,  nie  

ma  sił.  KrąŜę wokół dopadając i odskakując, zanurzam zęby w jego boku, w 
skórze pokrywającej jądra, w nasadzie ogona. Piszczy przy kaŜdym ataku, usiłując 
celnie ukąsić.

Teraz  gryzę  w  najczulsze  miejsce,  w  bok  szyi.  Czuję,  jak  zęby  rozrywają  

przebiegającą tam Ŝyłę. Stary szczur daremnie usiłuje dosięgnąć mnie zębami. 
Coraz słabszy, coraz bardziej przeraŜony.

Przewraca się na bok, drŜy ze strachu.  Z ran i  pyszczka  cieknie krew. Kona. To  

jedyny szczur zamieszkujący niewielki statek, na jaki się przedostałeś po 
długotrwałym, przymuso- wym pobycie wśród gałęzi. Zagryzłem go natychmiast po 
przybyciu, gdy burty stukały jesz- cze o brzegi.

Z drzewa  wypłoszył  mnie  nocny ptak.  Miałem  do  wyboru:  śmierć  w  jego  

szponach  lub próbę przedostania się do portu. Ze wszystkich sił popędziłem w 
stronę pachnącego rybami wiatru. Spotkane szczury natychmiast zaczęły pogoń.

W  porcie  przy  oświetlonym  promieniami  księŜyca  nabrzeŜu  stał  tylko  ten  

statek,  nieru- chomy, czarny, cichy. Jego burty znajdowały się poniŜej linii 
nabrzeŜy, a gdy skoczyłem na pokład, drewno wydało głuchy pogłos.

Schorowany szczur, tu zamieszkujący, pojawił się natychmiast i  z wściekłością 

rzucił do walki.  Sądził,  Ŝe  ucieknę,  przestraszę  się  i  wyniosę.  Nie  mogłeś  
uciec,  na  brzegu  czyhały szczury ze zwalczających się rodzin.

Płynę. Głośny szum silników dociera wszędzie. Zająłem przytulne gniazdo 

zabitego szczu- ra, mieszczące się pomiędzy warstwami drewna i blachy. 
Wymościł  je szmatami, strzępami papieru.

Płynę.  Stałe  przebywanie  na  tak  małej  powierzchni  draŜni  i  przeraŜa.  W  

duŜych  ładow- niach nie wiedziałeś, czym jest brak ruchu, brak przestrzeni. Nie 
zagraŜali ci równieŜ ludzie, o których istnieniu zapomniałeś. Tu jest inaczej. Ludzie 
są obecni wszędzie. Tylko w nocy, kiedy fale są spokojne, a ludzie śpią, mogę 
swobodnie przemykać po nie oświetlonych wnę- trzach wypełnionych tekturowymi 
kartonami o nieprzyjemnym zapachu tytoniu.

Znam ten port: nabrzeŜa, niskie zabudowania, kurz niesiony wiatrem – wszystko 

wydaje się znajome, jakby wyłaniało się ze snu. Lecz to nie sen, chociaŜ juŜ 
kilkakrotnie, budząc się, miałem świadomość, Ŝe rzeczywistość moŜe być po prostu 
innym snem, w którym Ŝyję, prze-

background image

6
7

Ŝ

ywam, istnieję. To nie sen, to po prostu twoja pamięć. Statek przybił do nabrzeŜa. 

Odczekam i zejdę na ląd. Dość juŜ biegania po niewielkiej przestrzeni, między 
skrzypiącymi burtami.

JuŜ noc. Zbiegam po opuszczonym trapie.
Ogromny błyszczący księŜyc oświetla pas nabrzeŜa i wyloty najbliŜszych 

uliczek. Byłem tu,  wtedy miasto  płonęło,  wybuchały pociski,  teraz  jest  
spokojnie.  Po  ulicach  spacerują  lu- dzie, słyszę dalekie miauczenie kota, 
naszczekiwanie psa.

Waham się: iść dalej czy wdrapać się na pokład innego statku, nie ryzykując 

spotkania z miejscowymi szczurami, kotami, psami?

Postanawiam  poszukać  poŜywienia  w  najbliŜszych  ściekach  i  wysypiskach  

odpadków. Przyciąga cię smakowity ostry zapach wyschniętej ryby.

Stos wysuszonych ogonów, łbów, flaków. Jem łapczywie, w zębach chrzęszczą 

ości i ze- schnięte skrzela.

JuŜ zbliŜył się pierwszy szczur. Niewielki, o wydłuŜonym tułowiu. Obwąchuje. 

Alarmuje piskiem, gryzie w nasadę ogona.  Odwracam się i zatapiam zęby w  jego  
nodze.  Odskakuje. Krwawi. Odchodzi kulejąc.

Szczury nie gonią mnie, wystarcza im przepędzenie intruza, mój strach.
Osmalone, pokaleczone wybuchami mury. Przypominam sobie to miasto. 

Podobnie świe- cił księŜyc, gdy przemykałem wyludnionymi, zaciemnionymi 
uliczkami.

Teraz świateł jest duŜo, słychać bełkotliwe głosy ludzi, muzykę.
Cały czas odczuwam wraŜenie, Ŝe kiedyś  posuwałem  się  tą  samą  drogą,  po  

tym  samym nierównym bruku, wśród kurzu zmieszanego z wyschniętym łajnem.

Obok przechodzą ludzie. Przyciskam ciało do ściany i trwam tak przez chwilę. 

Czego się boję – przecieŜ szarość czyni mnie niewidocznym. Jednak boję się. To 
spotkanie ze szczura- mi napełniło mnie lękiem. Przypominam sobie wysokie 
gałęzie drzewa, na którym schroni- łem się w panicznej ucieczce.

Sam wielokrotnie ścigałem obce  szczury,  zadawałem  rany,  gryzłem,  

zagryzałem,  zabija- łem. Znam tę nienawiść doskonale, nienawiść do intruza, do 
obcego, do przybysza, zwiastu- jącego być moŜe nadejście następnych, które ze 
ś

ciganych i zabijanych łatwo mogą zmienić się w ścigających i zabijających.

Z wnętrza ścieku dobiegają piski. Ogarnia mnie strach. Nie znam dokładnie 

terenu. JeŜeli zaczną mnie ścigać, mam niewielkie szansę ucieczki.

Skręcam we wspinającą się uliczkę, wybrukowaną owalnymi kamieniami, 

błyszczącymi w świetle prostopadle stojącego księŜyca. Znam tę ulicę, znam 
doskonale, tylko co się tu wyda- rzyło?

Brama ze zwisającym strzępem zasłony, przez  którą przedziera  się  słabe  

ś

wiatło,  teŜ  mi jest znana. Wślizguję się do wnętrza. Siedzący w kucki na dywanie 

człowiek łapie spadający z wysoka dzban i odstawia go na miejsce. Nagle 
przypominam sobie wszystko. To przecieŜ przy mnie spadał ten dzban. Kura 
siedząca na półce w klatce z drewnianych prętów wrzesz- czy wyczuwając moją 
obecność.

A  więc  wszystko,  co  się  wydarzyło  od  momentu  ucieczki  stąd,  trwało  

zaledwie  przez mgnienie, tyle co upadek glinianego naczynia?

Słyszałeś przecieŜ  huk  rozpryskujących  się  na  posadzce  skorup.  Słyszałeś, 

lecz nie wie- rzysz, poniewaŜ w chwili gdy zjawiłeś się tu ponownie, ten sam 
człowiek schwytał tuŜ nad podłogą spadający dzban. MoŜe zasnąłem, moŜe 
wszystko było snem – miasta, drogi, podró- Ŝe, gonitwy, ucieczki. Jaki sen mógłby 

background image

obfitować w tyle zdarzeń?

Więc znowu jestem na początku wędrówki, po długiej podróŜy w ładowniach 

przewoŜące- go cukier statku, po opuszczeniu miasta, w którym zmarł człowiek 
grający na flecie.

Dostrzegł przebiegającego szczura, chwyta ołowiany cięŜarek. Rzuca. Uciekam.

6
8

Powoli okrąŜam dom. We wnęce na śmietniku odnajduję skorupy wielu 

stłuczonych dzba- nów.  Uległem  złudzeniu  –  tamten  dzban  rozbił  się  wówczas  
na  drobne  kawałki.  Człowiek złapał inny dzban.

Wokół rozlegają się rozzłoszczone, gniewne piski. Szczury osaczają mnie. 

Podchodzą co- raz bliŜej. Odbijam się od twardych skorup i przeskakuję mur. 
Zatrzymuję się dopiero przed pasem oświetlonego nabrzeŜa.

Ledwie Ŝywy ze zmęczenia, niepewny, czy szczury rzeczywiście przerwały 

gonitwę, szu- kam schronienia.

WzdłuŜ  szyny  portowego  dźwigu  biegnę  ku  potęŜnym  metalowym  

pojazdom  okrytym matowymi plandekami. Wystarcza kilka ruchów szczęk i przez 
wygryziony otwór dostaję się do środka.

Wszelkie  próby wyjścia  z  ładowni  zawodzą.  Pokrywy  przylegają  do  siebie  

nie  pozosta- wiając  najmniejszej  szpary,  przez  którą  mógłbym  się  przecisnąć.  
Przewody  zabezpieczają gęste siatki i kraty, które daremnie usiłuję przegryźć. 
Jestem w pułapce, olbrzymiej pułapce pełnej stalowych maszyn, ustawionych 
ciasno obok siebie.

Grozi mi śmierć głodowa. Zjadam wszystko, co nadaje się do zjedzenia: strzępy 

papieru znalezione  wewnątrz  metalowych  korpusów,  naoliwione  lniane  szmaty,  

wyschnięte  wióry, nieliczne drobne owady, mrówki i pająki, które dostały się tu 

przypadkiem, zeschnięte ptasie odchody przyczepione do brezentowych plandek. 

Nie zaspokojony głód wypala wnętrzności. Najbardziej męczy pragnienie. 

Wysysam wilgoć z najgłębszej warstwy wiórów zalegają- cych ładownię, wypijam 

oleistą ciecz zgromadzoną na dnie stalowych korpusów. To za mało. Spragniony i 

głodny po długich poszukiwaniach znajduję struŜkę cieczy sączącej się kroplami po 

ś

cianie. Słonawa woda, pełna drobnych okruchów rdzy. Spijam skrzętnie kaŜdą 

pojawiają-

cą się kroplę. Wyczekuję, aŜ się zbierze, spęcznieje i spłynie w dół.

ś

yję tak długo, bardzo długo. Początkowo przeraŜony biegałeś bezustannie 

szukając wyj- ścia. Dławiła mnie rozpacz, wściekłość. Usiłowałeś wdrapać się po 
ś

cianach ładowni – lecz chociaŜ  kilkakrotnie  dotarłeś  do  przykrywających  ją  od  

góry  stalowych  płyt,  nie  znalazłeś Ŝadnej szczeliny.

Często  na  dwóch  tylnych  łapach,  podpierając  się  ogonem,  stałem  na  

stalowym  korpusie maszyny  podnosząc  głowę.  Starałem  się  wyczuć  
dochodzące  z  zewnątrz  zapachy,  usłyszeć dźwięki zwiastujące, Ŝe moja udręka 
skończy się niebawem.

PodróŜ trwała nadal. Kołysanie statku znosiłem dobrze, przeraŜały mnie burze. 

Szczegól- nie gwałtowne uderzenia fal w ściany statku i duŜe przechyły, podczas 
których grube, stalowe liny napinały się i jęczały, jakby miały pęknąć. Kiedy burza 

background image

mijała, przez długi okres odczu- wałem bolesne skurcze szyi i grzbietu.

Byłem  jedynym  szczurem  w  olbrzymim  pomieszczeniu  ładowni.  

Bezustannie  krąŜyłem wokół ścian, sprawdzając kaŜdy fragment powierzchni. 
Zbadałem takŜe wnętrza wszystkich stalowych  pojazdów.  Nagle  –  zdarzało  się  
to  coraz  częściej,  wyraźnie  usłyszałem  chrobot szczurzych  zębów,  szelest  
przesuwającego  się  w  plandece  zwierzęcia,  przenikliwy  okrzyk wojenny – jak 
na wyspie, którą opuściłem poprzednio. Często podczas snu odbierałem wra- Ŝenie 
dotyku wibrysów obwąchującego mnie szczura i ciepło jego nozdrzy. Początkowo 
bu- dziłem się natychmiast, rozpoczynałem długotrwałe gorączkowe poszukiwania.

Nie  znalazłem  najmniejszych  nawet  śladów  pobytu  obcego  szczura  w  

ładowni,  chociaŜ sprawdzałem wszystkie kąty i najgłębsze zakamarki. Jednak 
złudzenia powtarzały się, prze- rywały kaŜdy sen, kaŜdy odpoczynek. Coraz 
gwałtowniejsze stają się teraz moje reakcje na odgłosy nie istniejącego szczura. 
Kiedy tylko usłyszę szmer, kiedy poczuję ukłucia wibrysów, rzucam się za nim z 
wściekłością i nienawiścią, gonię, ścigam, tropię.

6
9

Choruję. Osowiały, raz po raz wstrząsany gorączkowymi dreszczami, siedzę na 

kupie wió- rów. W kiszkach przejmujące ssanie i palenie. Wszystko, co zjem, 
wylatuje ze mnie w postaci gęstego śluzu. Chudnę, gubię sierść, na skórze pojawiły 
się krwawiące krosty, szybko zmie- niające się w twarde strupy. Bolesne swędzenie 
skóry zmusza do drapania. KaŜdy ruch nogi, kaŜde uniesienie pazurów w kierunku 
grzbietu męczy mnie, draŜni, osłabia.

Najchętniej zastygłbym w bezruchu, gdyby nie to przykre swędzenie.
Z nozdrzy wycieka gęsty śluz o słonawym smaku, spływający do pyszczka. 

Oddycham z coraz większym trudem, kicham, prycham, kaszlę.

Stawałem się coraz bardziej apatyczny i senny. Siedziałem skulony i obojętny na 

kołysanie statku, na uderzenia burzy, na dalekie wycie wiatru, na głosy własnej 
wyobraźni, na przywi- dzenia i sny, na wspomnienia, na ostre swędzenie skóry, 
głód, pragnienie, ból.

Przestałeś myć się, czyścić i wyłapywać pchły. Umierałem powoli i chociaŜ 

wiedziałem o tym, nie umiałem się bronić. Nie mogłeś się bronić, czułeś, Ŝe nie 
masz szans zamknięty w szczelnym, Ŝelaznym pudle.

Pchły zaczynają uciekać z wyleniałego, rozgorączkowanego futra. Przeczuwają 

zbliŜającą się śmierć. CóŜ mi pozostaje – zjadam wijącego się wśród trocin robaka. 
Zastygam w bezru- chu, przewracam się na bok. Czekam... Czekam... Zasypiam.

Budzę się. Kołysanie ustało, silniki nie  huczą.  Z zewnątrz  dochodzą  

przytłumione  głosy portowych dźwigów.

Otwierają się stalowe klapy przykrywające ładownię. Nie widziane od dawna 

ś

wiatło ośle- pia. Ostatkiem sił wślizguję się do ciemnego wnętrza pojazdu.

Do ładowni schodzą ludzie, dotykają lin, rozmawiają.
Otoczony  grubym  pancerzem  zostaję  uniesiony  wzwyŜ.  Do  środka  wdziera  

się  chłodny wiatr. Kołysanie ustaje po chwili. Jestem na lądzie.

Słyszę zgiełk, warkot motorów, krzyki przelatujących ptaków, nie znane szumy i 
szmery. Chcę Ŝyć, chcę Ŝyć... Na chwiejnych nogach wymykam się spomiędzy 
stalowych blach w

kierunku portowych magazynów.

background image

Chory, rozgorączkowany, wciśnięty w kąt, na wpół Ŝywy, obolały... Nie ma siły 

wyławiać zębami pcheł buszujących po brzuchu. Tną dotkliwie, zanurzają w skórze 
drobne igiełki, piją krew.

LeŜę w mojej głęboko ukrytej w labiryncie przejść i nor siedzibie, coraz bardziej 

bezwład- ny, bezwolny, przeraŜony.

Szmer... To szczur z komory obok przyszedł zobaczyć, co się dzieje, Ŝyję  czy 

umarłem. Cofa się, poczuł woń spoconej, rozgorączkowanej skóry.

Znowu szmer. JeŜeli to wąŜ. Tu nie ma węŜy, nie ma. WęŜe nie dotrą tu nigdy, 

powstrzy- ma je smród ścieków, rozkładające się szczątki, brudna,  cuchnąca woda. 
A jednak boję się węŜa nawet tu, w miejscu, które wydaje się bezpieczne i 
spokojne. Szmer przechodzi, oddala się, milknie. Usiłuję zasnąć. Opieram głowę na 
łapkach, tylne prostuję, przeciągam się.

Gorączka rośnie. Wpadam w ogromny dół. Jak ptak, coraz dalej, coraz niŜej. 

Nagły strach, tam, pode mną, w studni czeka śmierć, rozbicie o nie znane dno, o 
wodę, która przy upadku z takiej wysokości ma twardość betonu.

Piszczę, krzyczę, usiłuję zawadzić pazurami o gładkie, lśniące od wilgoci ściany. 

Zwijam się w kłębek i gwałtownie rozpręŜam.

Niestety, ściany są niemal szklane, pozbawione jakiegokolwiek występu. Z 

oszałamiającą szybkością lecę w dół. CzyŜbym umierał? Jestem w starym 
rodzinnym gnieździe. Bawię się z małymi. Piszczymy.

Wejście  do  gniazda  rozszerza  się.  Szeroko  rozwarta  paszcza  węŜa.  Za  

chwilę  mnie  po- chłonie, za moment.

7
0

Piszczę, usiłuję uciekać. Daremnie, potęŜny otwór osłonięty setkami płaskich 

łusek i tar- czek schyla się nade mną, wciąga, pochłania.

Budzę się zlany potem, sierść mam polepioną i nastroszoną. Pchły tną dalej. 

Chodzą nawet po moich wąsach. Spędzam je ruchem łapki.

Wszystko  było  snem,  majaczeniem,  przywidzeniem.  LeŜę  wycieńczony i  

schorowany  w chłodnym pomieszczeniu, między magazynem domu handlowego a 
kanałem burzowca. Prze- nikają mnie dreszcze. Odczuwam przejmujące 
pragnienie. śeby się napić, muszę wyjść stąd i dotrzeć do kamiennej ściany, po 
której spływa woda. Tylko  czy starczy sił?  Chwiejąc się i zataczając docieram do 
korytarza. Powoli, ostroŜnie.

Z trudem docieram do spękanego kamiennego muru. Woda sączy się kropla 
za kroplą. Przyciskam dolną szczękę do ściany, zadzieram głowę.
JuŜ dawno nie piłem tak zimnej wody. Piję długo, starając się wchłaniać całą 

spływającą wodę. Chłód z krtani powoli przenika niŜej, wypełnia Ŝołądek, studzi 
rozgrzaną krew. Czuję się lepiej, duŜo lepiej. Natychmiast próbuję dobrać się do 
pcheł.

Wyzdrowiałem.  Wyleniałe  miejsca  porasta  nowa  sierść.  Ropnie  na  skórze 

wygoiły się i zabliźniły. Odzyskuję siły.

W pierwszym okresie pobytu w nowym mieście choroba prawdopodobnie 

uratowała ci Ŝy- cie. Szczury pozostawiły cię w spokoju, wyczuły gorączkę i ostry 
smród biegunki. Po okresie zamknięcia w ciemnej i dusznej ładowni otaczający 

background image

ś

wiat wydaje się jaskrawy i głośny.

Kromka chleba i skórki od kiełbasy wyciągnięte z zatłuszczonego papieru 

smakują wyjąt- kowo, jakbyś jadł je po raz pierwszy w Ŝyciu.

Tak  obfite  jedzenie  wywołało  zupełny  przewrót  w  organizmie.  Obudziły  

mnie  ostre, gwałtowne bóle nabrzmiałego i twardego brzucha, biegunka, torsje.

Ponownie zapadłem w głęboki gorączkowy sen. Po przebudzeniu czułem się juŜ 

dobrze, a co najwaŜniejsze, odzyskałem dawny niepowstrzymany apetyt.

Zaszyłem się w stojącym w pobliŜu kanału wysokim budynku, z którego wieŜ 

często do- chodził wibrujący dźwięk dzwonów. Ten melodyjny głos przypomina 
odległe dźwięki fletu.

Jednak główną przyczyną, dla której zdecydowałem się zamieszkać w tym 

wysokim gma- chu, w którego wieŜach gnieździły się jastrzębie, był lęk przed 
szczurami, które, od czasu jak wyzdrowiałeś, znowu zaczęły mnie prześladować.

W porcie bowiem trwa bezustanne polowanie na szczury przybywające z morza.
Cały teren dzielnicy zamieszkuje rodzina duŜych i silnych szczurów, zajadłych 

w tropieniu wszelkich pojawiających się w ich rewirach intruzów.

Gdyby nie chorobliwa gorączka i odstraszający zapach, zagryzłyby mnie zaraz 

po przyby- ciu.  Dlatego  teŜ  obecne  miejsce  z  dala  od  magazynów,  
elewatorów,  spichrzów  i  wysypisk śmieci jest bez wątpienia najbezpieczniejsze. 
Szukające obfitego poŜywienia  szczury zaglą- dają  tu  rzadko,  wiedząc,  Ŝe  poza  
nielicznymi  odpadkami,  myszami,  łodygami  przeróŜnych kwiatów oraz świecami 
nie znajdą nic do jedzenia.

To,  co  znajduję  na  pobliskim  śmietniku  obok  zabudowań  otoczonych  

kilkoma  rzędami owocowych drzew, zaspokaja mój codzienny głód.

Mieszkam wewnątrz pustej gipsowej figury. Niewidoczny otwór, którym 

wchodzę, mieści się w podstawie. Początkowo denerwowały mnie gromadzące się 
co pewien czas wokół grupy hałasujących ludzi. PoniewaŜ wiązało się to z miłymi 
dla moich uszu tonami muzyki, przy- stosowałem się szybko, pozostając wewnątrz 
aŜ do chwili ich odejścia.

Szybko teŜ przyzwyczaiłem się do bezpiecznych, spokojnych wnętrz.
WydrąŜone gipsowe posągi, grube świece, kwiaty w szklanych naczyniach, 

przytłumione światła, cisza, kamienna posadzka.

7
1

Pozostałbym tam dłuŜej, lecz pewnego dnia figury zestawiono, posadzkę 

przykryto płót- nem, przy ścianach wzniesiono rusztowania.

Ponownie odczułem nagłą potrzebę odnalezienia własnej szczurzej rodziny, 

miasta, w któ- rym  się  urodziłem,  starej  piekarni  i  piwnicy  ze  śladami  
zacementowanych  nor.  Wewnątrz wysokiego budynku stale przebywali teraz 
ludzie i ciągle czułem się zagroŜony.

Wywędrowałem nocą przebiegając pod  murami  domów,  płotami  ogrodów, 

przez place i ulice.  Uciekałem  od  dalekiego  szumu  fal,  niesionego  przez  wiatr,  
zapachu  morza  i  głosów płynących kanałem statków. Uciekałem w stronę mojego 
miasta, mojego pierwszego gniazda.

Miasta  są  podobne.  Przybywam  i  opuszczam  je  przewaŜnie  nocą,  stale  

ś

cigany  przez szczury.

background image

Szczury z mojej rodziny poznają mnie natychmiast. Czekam więc na ten 

moment, kiedy szczur, do którego się zbliŜę, nie skoczy mi do gardła, nie rzuci się 
na mnie, nie wyda wście- kłego pisku zwołującego współplemieńców do ścigania.

Wędruję, przenoszę się z miejsca na miejsce. Do wędrówki zmusza mnie 

konieczność po- wrotu do opuszczonych kiedyś miejsc, konieczność ich 
odnalezienia, pamięć.

MoŜe juŜ ostatnie miasto, ostatnie z tych tak bardzo przypominających miasto 

pamięci. A jednak nie mogę stwierdzić od razu, czy to właśnie te piwnice, te 
kanały, te podziemne przej- ścia, te same rynsztoki. Nie poznaję. Przybywam tu na 
początku  zimy i pierwsze  lodowate wichry wpędzają mnie głęboko w kanały.

Od dawna, we wszystkich miastach poszukiwałeś piekarni przy bocznej ulicy, z 

piwnicą, do której z góry zsypywano węgiel. W piwnicy tej obok hydrantu są na 
murze ślady po zace- mentowanych szczurzych norach.

Coraz mniej czasu przed tobą, starzejesz się, tracisz węch, słuch, wzrok. Przed 

chwilą rzu- ciłeś się na pająka, sądząc, Ŝe to stonoga lub Ŝuk. Nie jesteś juŜ silny, 
osłabłeś. Biegasz wol- niej, skaczesz niŜej, męczysz się szybciej.

Unikam niebezpieczeństw. Schodzę z  drogi szczurom, kotom, psom.  Nie  

atakuję  prosia- ków  i  kur.  Zjadam  osadzające  się  na  brzegach  kanałów  skórki  
chleba,  kawałki  tłuszczu. Omijam magazyny sklepów  i  spiŜarnie  w  ludzkich  
mieszkaniach,  obawiam  się  schwytania, boję się śmierci.

Ciemna  sierść  posiwiała  –  wzdłuŜ  grzbietu,  przy  uszach,  na  bokach.  

Pazury  są  bardziej łamliwe.  Siekacze  rosną  wolniej,  a  co  gorsza  stały  się  
kruche.  Niedawno  górny  złamał  się niespodziewanie na twardej, dębowej desce, 
którą usiłowałeś przegryźć.

Wibrysy, prowadzące dotychczas bezbłędnie w zupełnej ciemności, raptem 

zaczęły zawo- dzić, zginać się, łamać. Niedawno sterczały sztywno wokół 
pyszczka, teraz opadły, obwisły.

Zestarzałem się, czuję to w kaŜdym mięśniu, w kaŜdej kostce i tkance.
Starość to po prostu wielkie osłabienie, zwiotczenie, zmęczenie, choroba czasu. 

Broniłem się przed starością długo, postępowałem, jakbym był nadal młody.

Jądra  nie  nabrzmiewają  juŜ  spermą  na  widok  kaŜdej  samicy  w  okresie  rui.  

Dawno  nie miałem juŜ własnego stałego gniazda. Zresztą nie odczuwam 
podniecenia, tej niezwykle sil- nej  potrzeby  pokrywania,  która  kiedyś  pobudzała  
do  walki,  wędrówek  i  poszukiwań.  Od ostatniej podróŜy statkiem mój popęd do 
samic osłabł, a w ostatnim okresie zanikł zupełnie.

W kanałach miasta, w którym jestem, odkryłem norę rozgałęziającą się w 

wygodne szero- kie gniazdo, oparte o rozgrzaną powierzchnię wypełnionej ciepłą 
wodą grubej rury. Norę za- mieszkiwała  samotna  młoda  samica,  która  tak  długo  
krąŜyła  wokół  wypinając  przekrwione narządy płciowe, aŜ ją pokryłem.

7
2

Przerwałem podróŜ. Nora jest przytulna i ciepła. Spotkana tu samica jakby mnie 

odmło- dziła, przypomniała, jakim samcem byłem kiedyś. Ulice, piwnice, kanały 
wydawały się zna- jome, jakby widziane, zapamiętane. Zostałem.

Przenikliwe  zimno,  gęsty śnieg,  wszędzie  wdzierające  się  wichry nie 

sprzyjają wędrów- kom. ToteŜ przez długi okres nie opuszczałem najbliŜszego 

background image

kręgu kanałów.

Pokolenie  małych  szczurów  dorasta.  Kilka  najbardziej  ciekawych  nie  

powróciło  ze  swej pierwszej wyprawy. Siedzisz skulony na ciepłej, betonowej 
płycie, grzejącej cię w brzuch i łapy.

Boisz się coraz bardziej, lękasz się dorastającego samca, który niedawno rzucił 

się na cie- bie, boleśnie gryząc w ucho. Chciałeś mu przeszkodzić, kiedy pokrywał 
twoją samicę a swoją matkę. Obudziło się w tobie silne poczucie własności, lecz 
przecieŜ nie jesteś młodym szczu- rem. Rzucił się, przewrócił cię, poturbował. 
Ucho nabrzmiało boleśnie. Siedzisz z przekrzy- wioną na bok głową obserwując 
zaloty młodego szczura do twojej samicy.

Chciałeś  mieć  swe  gniazdo,  przewodzić  zamieszkującym  je  szczurom,  

przepędzać  intru- zów ze swojego terytorium.

Stało  się  inaczej,  bo  inaczej  przecieŜ  stać  się  nie  mogło.  Jesteś intruzem  

we własnym gnieździe. Słabym, starym szczurem zbliŜającym się do kresu swych 
dni, swych moŜliwości. Twoja samica przestała juŜ być twoją samicą, jest teraz 
samicą młodego szczura. Odpędziła cię od kurzego łba, który wyłowiłeś z kanału, i 
z młodym samcem wyjada smakowity mózg. Nie uczynisz nawet ruchu, by 
przepędzić rywala.

Wypędzą, wyrzucą, wygonią, wypchną z ciepłej nory na wilgotną zimną 

krawędź ścieku. Młody szczur nienawidzi cię, bezustannie krąŜy wokół, chce 
zaatakować. Tylko obojętność jest ratunkiem, inaczej dawno rzuciłby się na ciebie, 
starając się przewrócić i przegryźć tętni- cę.

Niechętnie ruszam się z gniazda, jednak tu pozostać nie mogę, w starciu z 

młodym szczu- rem nie mam szans.

Na powierzchni oszałamia poranne słońce, wiosenne, lecz 
jeszcze zimne. Wcześnie, dzień dopiero się zaczyna.
Ulica, mur, pod którym idę, wydają się znane, jakbym kiedyś tu  był, jakbym to 

widział. Nawet kamienne obramowanie rynsztoka i kratki przykrywające włazy do 
kanałów.

Gdzie to widziałeś, nie pamiętam.
Przez szeroką szparę między brukiem a metalową bramą dostajesz się na 

podwórze z Ŝe- liwną pompą pośrodku. Wyczuwasz zapach mąki, tłuszczu i 
rozgrzanego pieczywa, dobiega- jący z otaczających podwórze zabudowań.

Mieści się tu piekarnia, z tamtego dachu łatwo dostać się do magazynu pełnego 

zapasów, te drzwi prowadzą wprost do pomieszczenia, w którym znajduje się 
olbrzymi piec, a tu nieco wyŜej  powinno  być  okienko  do  piwnicy.  Teraz  
zakrywa  je  stos  Ŝelaznych  rur.  Okienko szczelnie zabito deskami, tędy nie 
moŜna wejść.

Jesteś juŜ niemal pewien – to właśnie to miejsce, ta piekarnia, ten dom, ta 

piwnica. Przez całą zimę mieszkałem tak blisko miejsca, do którego od tak dawna 
chciałeś powrócić. Gdy- bym wcześnie wyszedł na powierzchnię, gdybyś wcześniej 
zwiedził najbliŜszą okolicę.

Pojemniki na śmieci są inne niŜ te, które zapamiętałem, a miejsce, w którym 

stoją, obudo- wano  ściankami  z  cegieł.  OstroŜnie  obwąchuję  zupełnie  nowe  
szczegóły.  Z  dachu  przybu- dówki usiłuję dostać się do środka przez wentylator 
magazynu, lecz otwór zamyka przytwier- dzona do ściany Ŝelazna siatka. 
Postanawiam wspiąć się po rynnie aŜ na dach, a stamtąd do- trzeć do piwnic. 
Posuwam się w górę wąskim światłem rynny, wykorzystując wszystkie nie- 
równości blachy. Udało się. Jestem juŜ na strychu.

Przedostaję  się  na  klatkę  schodową.  Wszystko  tu  inne,  pachnące  farbą,  

jasne,  świetliste. Szybko zsuwam się ze stopnia nasłuchując dobiegających 

background image

szmerów.  W odnowionym, wyre-

7
3

montowanym domu nie ma szczelin i dziur. Gdyby ludzie zobaczyli cię na 
schodach? PotęŜ- ny, wyleniały ze starości, z długim bezwłosym ogonem, z 
ruchliwymi nozdrzami, spod któ- rych wystają ostre zęby. Drzwi do piwnicy są 
uchylone, ostra woń farby bije w nozdrza.

W piwnicznym korytarzu odnajdujesz znaną ci, twardą posadzkę. Rury 

kanalizacyjne po- kryto warstwą gipsu i farby, likwidując przestrzeń między nimi a 
ś

cianą.

W  piwnicy zatrzymasz  się przy ścianie  obok  hydrantu,  nie  ma  na  niej  

Ŝ

adnych  znaków. Powierzchnia pokryta olejną farbą lśni w półmroku. Czy nora 

była tu, czy moŜe tam, a moŜe w  miejscu,  które  właśnie  minąłeś,  przebiegając  z  
kąta  w  kąt,  moŜe  nieco  dalej?  Czy to  na pewno ta piwnica? Gdzie podział się 
węgiel? Hydrant bulgocze tak samo, przez umieszczoną w górze klapę przeświecają 
promienie, przez okienko pokryte metalową siatką sączy się słabe światło.

Czy rzeczywiście odnalazłeś swoje miasto, miejsce po dawnym gnieździe, 

pierwszą norę? Wielokrotnie obiegam piwnicę. Studzienkę przykrywa nowa 
blaszana klapa. Wcisnąć się tam niepodobna. Wykruszone cegły wymieniono, a 
brzegi wzmacnia Ŝelazna listwa. MoŜe w piw- nicy obok znajdziesz stare, znane ci 
przedmioty?

W piwnicy obok pod ścianami stoją te same drewniane półki. Na nich słoje, 

słoiki, słoiczki wypełnione apetyczną zawartością. Na środku drewniany szkielet 
fotela. Obwąchaj uwaŜnie, sprawdź, znajdziesz ślady szczurzych zębów 
pozostawionych przez samicę, która załoŜyła tu gniazdo. Są, są ślady, a więc 
odnalazłeś miejsce swych narodzin. Stąd, z tych piwnic wyru- szyłem, stąd 
wywędrowałem.

Szczury spotkane w kanałach, szczury, które wypędziły mnie z gniazda, są moją 

rodziną. Odnalazłem, czego szukałem, odnalazłem.

Wróć do sąsiedniej piwnicy, usiądź przy ścianie, tuŜ za hydrantem. Słuchaj 

głosów, słu- chaj szmerów, chrobotów, ech. Słuchaj. Przybyłeś tu po to, by słuchać, 
by widzieć, by zna- leźć. Przybyłeś, wierząc w niemoŜliwe, wierząc w 
nieprawdopodobne, wierząc, Ŝe usłyszysz zgrzyt zębów, chrobot samicy-matki 
daremnie wgryzającej się zębami w mur. Przycupnąłem, przywarłem bokiem do 
ś

ciany, zamknąłem oczy, słucham.

Nie usłyszysz, jest niemoŜliwe, byś usłyszał cokolwiek, wiesz  o  tym doskonale. 

Nora w fundamentach piekarni została zamurowana na zawsze i Ŝaden odgłos 
stamtąd dojść do ciebie nie moŜe.

Niema, cicha, martwa ściana. Przebłyski światła na posadzce przesuwają  się,  

odczuwam pragnienie i głód. Podsyca je dochodząca z piekarni woń chleba 
wyjmowanego z pieca.

Kierujesz się w stronę znanych przejść, szczelin, korytarzy. Nie ma ich, nie ma 

nawet śla- dów. Zacementowano, zamalowano, wygładzono. W oknach tkwią 
metalowe siatki, szczelnie przylegające do framug. Tylko drzwi piwnic są nie 
zmienione i z  trudem moŜna przecisnąć się pod nimi.

Wydostać się mogę tylko drogą, którą wszedłem, drogą najniebezpieczniejszą.
Zapach  świeŜego  chleba  wzmaga  przejmujący  głód,  czuję  ssanie  w  

przełyku  i  Ŝołądku. Wspinam się na schody. Kroki, z góry w twoim kierunku. Z 
korytarzyka obok podestu do- chodzi szum wody. Skaczę. MoŜe wydostanę się 

background image

rurami ściekowymi, wprost do kanałów? W oświetlonym  pomieszczeniu  rozlega  
się  wrzask.  Siedzący  w  wannie  człowiek  krzyczy,  za- wiadamia innych o moim 
wtargnięciu, rzuca szczotką i mydłem, chlapie. Człowiek stojący w drzwiach usiłuje 
mnie złapać, w chwili gdy przemykam pod nogami. Wpadam do mieszkania, czując 
za sobą jego kroki.

Ukryłeś się za tapczanem, człowiek odsuwa meble, znajduje cię. Kij uderza tuŜ 

obok. Wy- skakuję na balkon, ten sam balkon, na którym kiedyś wygrzewał się 
obserwujący podwórze kot. Człowiek za tobą. Usiłujesz ześliznąć się po murze, nie 
udaje się, skaczesz. Zetknięcie z kamienną nawierzchnią jest bolesne, skręcasz tylną 
łapkę, przewracasz się na bok, podnosisz. Człowiek z balkonu krzyczy do ludzi na 
dole. Biegną. Uciekasz prosto przed siebie, usiłując znaleźć jakikolwiek otwór, w 
którym mógłbyś się ukryć. TuŜ przede mną otwiera się wiele

7
4

kolistych otworów. To leŜące na podwórzu metalowe rury. Zanurzam się w jedną z 
nich ku- lejąc, biegnę w kierunku oświetlonego krańca.

Wewnątrz spiralnie skręconej rury panuje niesłychany hałas – odgłosy i echa 

dobiegające z podwórza, ulicy i okolicznych zabudowań spotykają się tu, 
przenikają, kłębią, odbijają, zde- rzają. Szelest mojej sierści i zgrzyt pazurów o 
twarde podłoŜe zostają nagle spotęgowane.

Drugi oświetlony kraniec zbliŜa się, jest tuŜ, tuŜ na wysunięcie wibrysów. Wtem 

zasłania go kawałek blachy. Uderzam weń nosem, głową, gryzę, drapię pazurami. 
Dostałem się w pu- łapkę,  słyszę  głosy  ludzi.  Obracam  się  z  trudem  i  szybko  
biegnę  w  przeciwnym  kierunku. Rura unosi się i pochyla. Zsuwam się, spadam. 
W świetle, ku któremu biegłem, spostrzegam oczy człowieka. Słyszę jego 
bełkotliwy, chrapliwy głos. Teraz oba krańce są juŜ zakryte. Lu- dzie potrząsają, 
obracają rurą, przechylają ją gwałtownie, uderzają powodując ostre, przeni- kające 
do szpiku dźwięki.

PrzeraŜony, na rozkrzyŜowanych łapkach usiłuję zachować równowagę. Przy 

nagłych po- chyleniach,  zwrotach  i  obrotach  jest  to  niemoŜliwe.  Wymiotuję  ze  
strachu.  Ustawiają  rurę pionowo.

Obracam się, wciskam zęby w wąską szczelinę, usiłując ją 
poszerzyć. Znowu unoszą rurę do góry, znowu podrzuty, 
obroty, potrząsania.
Ś

wiatło,  nareszcie  światło.  Biegnę  do  jasnego  krańca.  Wpadam  do  małej,  

drucianej  kla- teczki,  w  której  w  Ŝaden  sposób  nie  moŜesz  zmienić  pozycji.  
Zostałeś  unieruchomiony  w metalowej pułapce.

Cienkie  stalowe  druciki  kaleczą  dziąsła.  Gryziesz.  Szamotałeś  się,  kręciłeś  

w  miejscu, piszczałeś.

Ludzie przyglądają się, bełkocą. Ostry patyk wbija się w bok, daremnie chcesz 

uchwycić go  zębami.  Wrzucają  kawałek  chleba  –  głód  przestał  jednak  
doskwierać.  Przenieśli  cię  w stronę pieca. Owiewa cię Ŝar, wzmaga pragnienie.

Ludzie przyglądają się, potrząsają metalową klatką. Widzisz ich oczy, zęby, 
języki.
Bierze ze stołu długi cienki, z obu stron wyostrzony nóŜ rzeźnicki. Podnosi, bada 

uwaŜnie jego ostrze.

Chcą mnie zabić, chcą  mnie  okaleczyć.  Wpieram  łapki  w  deskę,  wciskam  

grzbiet  aŜ  do bólu w metalowe pręty. Nic zrobić nie mogę, schwytany, 
unieruchomiony. ZbliŜają się.

background image

Nad moją głową blask ostrza.
W końcu przeciskają nóŜ przez pręty klatki w kierunku mojej głowy.
Chcą  dosięgnąć  oczu.  Poruszam  gwałtownie  szyją.  Wkładają  więc  nóŜ  od  

spodu,  tak  Ŝe klinga przyciskająca gardło unieruchamia głowę.

Wyciągają z pieca rozgrzany do czerwoności cienki drut. ZbliŜa  się, oko 

wyczuwa nara- stające ciepło, Ŝar, jaskrawość, lęk. Zatapiają drut w źrenicy. Ból 
rozsadza czaszkę.

Piszczę ze wszystkich, ostatnich sił.
Teraz gorący pręt dotyka drugiego oka. Wchodzi do wnętrza, aŜ wszystko staje 

się ciem- nością, bólem, krwią, głosem.

Budzę  się  z  długiego  odrętwienia,  podnoszę,  jestem  na  podwórzu,  łapkami  

wyczuwam twardość betonu.

Ciemność, ciemność jak po narodzeniu. Podobna, a przecieŜ inna. Wówczas 

była to ciem- ność niewiedzy, nieświadomości. Poza nią nie znałem niczego. Teraz 
jest to ciemność prze- silenia Ŝycia, ciemność nadchodzącej śmierci.

Wtedy nie wiedziałem o istnieniu światła, o jego sile i blasku,  o przestrzeni, o 

mroku, o człowieku, o sobie. Nie przeczuwałem wydarzeń mających wkrótce 
nastąpić.

Później przeraŜony światłem szukałem półmroku, cienia, stęchłej, bezwietrznej 

atmosfery piwnic i kanałów.

7
5

Nie  wiedziałem,  Ŝe  jestem  szczurem,  otoczonym  groźnymi  

niebezpieczeństwami,  pułap- kami, wrogami, własną bezwzględną społecznością.

W oczodołach czuję bolesne ukłucia. Krew przestała spływać do pyszczka. Przez 

chwilę stoję nieruchomo, ślepy, skazany na odnajdywanie drogi dotykiem 
wibrysów.

Nie zabili, wyłupili mi oczy, zostawili Ŝywego tu na podwórzu. Ukłucia stają się 

coraz sil- niejsze. Przewracam się, tarzam, zębami chwytam kamienie. Wszystko 
się urywa.

Dostrzegłem je z daleka, z bardzo daleka. LeŜy na gładkiej, równej powierzchni, 

a wokół nie widać nawet najmniejszego wzniesienia.

Jest wypukłe, ogromne, największe z jajek, jakie widziałeś, lecz i ty czujesz się 

silny, sil- niejszy, sprawniejszy, zdolny do wszelkich wysiłków.

Obwąchujesz  uwaŜnie  błyszczący  kształt,  obchodzisz  wokół,  muskasz  

zębami,  próbując zarysować gładką powierzchnię. Jajko pulsuje, pachnie ptakiem, 
wewnętrznym Ŝyciem, Ŝółt- kiem,  białkiem,  Ŝarciem.  Koniecznie  muszę  
przetoczyć  je  w  bezpieczne  miejsce,  rozbić, zjeść. PotęŜnym długim ogonem 
owijasz jajko i zaczynasz ciągnąć je za sobą. Nagle otacza- jąca powierzchnia 
przechyla się i stwierdzasz, Ŝe wtaczasz jajko pod górę po coraz bardziej stromym 
zboczu. Na razie toczy się posłusznie za tobą, nie opierając się, nie wymykając. Na- 
gły ucisk w ogonie.

Odwracasz się i z przeraŜeniem widzisz owalny kamień. Kiedy się to stało, kiedy 

nastąpiła przemiana, gdzie jest jajko? OstroŜnie, by nie wypuścić podejrzanego 
kamienia, obracasz się i podtrzymujesz  go  bokiem.  Sprawdzasz  dokładnie  jego  

background image

strukturę,  powierzchnię.  To  kamień oszlifowany spływającą wodą. Zrezygnowany 
przymykasz oczy.

Przed tobą znowu jajko, wspaniałe, błyszczące, pachnące, wymarzone. Kamień 

uległ ko- lejnemu przeobraŜeniu.

Teraz pcha jajko pod górę. Głową, bokiem, łapkami, zębami, zapierając się i 

wspierając, ześlizgując, osuwając, napinając mięśnie, wyginając grzbiet. Coraz 
cięŜej, coraz trudniej, co- raz słabiej. Za chwilę ulegnie zwiększającemu się 
cięŜarowi.

Widzisz swój zmęczony grzbiet, wyleniała ze starości sierść. Obcy, zupełnie 

inny, nie zna- ny szczur popycha przed sobą lśniące jajko, zachwycony jego 
wielkością i zapachem. Jajko, które przeobraŜa się w kamień, kamień 
przekształcający się w jajko. To przecieŜ ty sam.

Jak  mogę  cokolwiek  widzieć,  jeŜeli  oślepiono  mnie,  pozbawiono  wzroku,  

jak  mogę  wi- dzieć? A przecieŜ widzę. Mozolnie popycham przed sobą lśniącą 
kulę.

Krawędź zbocza rysuje się na horyzoncie. ZbliŜysz się za chwilę, wtoczysz jajko 

na szero- ką powierzchnię pełną kryjówek i nor. Tam rozbijesz je, wtaczając na 
ostry kamyk, zjesz.

TuŜ przed krawędzią stwierdzasz z przeraŜeniem, Ŝe jajka nie ma, nie istnieje, 

nie ma rów- nieŜ kamienia. Olbrzymi – zwiększający się cięŜar to twoja imaginacja, 
czyste złudzenie, wy- obraźnia. Tak ci się wydaje, wierzysz w to, jesteś przekonany,  
Ŝ

e nie istniało ani jajko, ani kamień. W  tym momencie,  tuŜ  przed  szczytem,  

przed  miejscem  odpoczynku  i  wytchnienia szczur – o którym nie wiesz, czy na 
pewno jest tobą – przestaje napierać na nic nie waŜący kształt, na kształt zmyślony, 
a więc nie istniejący. Odwraca się, spogląda w dół.

Więc widzę, czy nie widzę, jestem ślepy czy nie? A moŜe to nie oczy 

dostrzegają świat? MoŜe.

Ogromne  jajko  spada  po  nieckowatym  zboczu,  toczy  się  głośno  po  

gładkiej  jak  lustro płaszczyźnie. Widzisz je z góry rozpędzone, powracające do 
miejsca, w którym zacząłeś dro- gę.

Wszystko wokół zaczyna się obniŜać. Nie ma juŜ zbocza, 
wzgórza, niecki. Wszystko znajduje się na tej samej 
płaszczyźnie. I ja, i jajko.
W  oddali  dostrzegasz,  jak  toczy się  coraz  wolniej,  coraz  wolniej.  

Zatrzymuje  się,  nieru- chomieje. Blisko lub niemal w tym samym punkcie, w 
którym zobaczyłeś je po raz pierwszy.

7
6

ZbliŜ  się,  zacznij  od  nowa.  PrzecieŜ  znasz  zapach  jego  wnętrza,  przyciąga  
cię,  wabi,  kusi. Taki  łatwy  łup,  zacznij  od  nowa.  Nie  mam  juŜ  siły,  nie  
mam  siły.  Nie  widzę  nic,  oprócz ciemności. Nie mogę nawet pełznąć.

Ból głowy, ból pustych otworów pod powiekami, sztywnienie karku. Po 

grzbiecie przebie- gają dreszcze. LeŜę w pełnym słońcu na rozgrzanym podwórzu.

Ludzie  pozostawili  mnie.  Podnoszę  się,  zataczam,  idę.  Uderzam  głową  w  

cegłę,  zatrzy- muję się, powoli posuwam wzdłuŜ  muru. Słyszę głosy, ludzie 
rozmawiają, obserwują moje zachowanie.

Ogarnia mnie panika: mogą zabić, rozgnieść, rozdeptać, mogą uczynić ze mną 

background image

wszystko. Niepewnie,  na  rozchwianych  nogach  krąŜę  wokół  podwórza.  
Straciłem  węch,  spływająca  z oczodołów krew zaczopowała nozdrza. Nie wiem, 
dokąd iść, a przecieŜ muszę dostać się do mojego gniazda, do kanałów.

Znajduję rowek, którym spływa woda. Ludzkie głosy towarzyszą mi cały czas. 

Dochodzę do ścieku, łapki wyczuwają metalowe Ŝeberka. W tym miejscu, między 
Ŝ

eliwnym dzwonem ścieku  a  rozłupanym  kamiennym  krawęŜnikiem,  woda  

wyŜłobiła  dogodne  zejście.  Słyszę zbliŜających się ludzi. CzyŜby chcieli mnie 
złapać, pospiesznie wpełzam w szczelinę. Droga w dół jest zbyt stroma, bym mógł 
nią teraz zejść. Spadam.

Staczam się bezwolny, bezwładny, na wpół przytomny. Uderzam głową o 

wystający róg cegły, zatrzymuję się na skośnej pochyłości stropu.

Pode  mną  w  kanale  płynie  wzburzony  ulewą  strumień,  słyszę  drobne  fale  

uderzające  w betonowe krawędzie.

Z oczodołów znowu spływa krew, w gardle czuję jej 
ciepły smak. Jak chłodno. W głowie zamęt i ból, 
bezustanne bolesne wirowanie.
ZbliŜa  się  szczur,  obchodzi  wokół,  dotyka  wibrysami.  Mógłby  mnie  

zagryźć,  przeciąć wiotką nitkę Ŝycia, jaka mi jeszcze pozostała. Umyka. Z góry 
spływa woda, widocznie spadł ulewny deszcz.  Szum  w  kanale  wzmaga  się,  
potęŜnieje,  rodzą  się  nie  znane  szumy,  głosy, echa.

Woda chłodzi rozpaloną skórę, obmywa zakrzepłą krew. Czuję się  lepiej, lecz 

dalej leŜę nieruchomo, oszołomiony, osłabiony, chory.

Nie przewidziałeś, nie przeczułeś takiego końca, zresztą skąd mogłeś wiedzieć, 

Ŝ

e to cię spotka, Ŝe oślepią starego szczura, który i tak zdechłby niebawem w jakimś 

kącie. LeŜy tu jak kawałek starej ścierki lub zabity gołąb. A przecieŜ Ŝyjesz – 

jeszcze jesteś – zawieszony mię- dzy spienioną rzeczką ścieków a zmurszałym 

stropem kanału, między istnieniem a kresem. Spływająca woda powoli przywraca 

siły, potrzebę Ŝycia. Jak będziesz Ŝył bez oczu, jak? Odzyskasz  powonienie,  

poczujesz  w  nozdrzach  wiele  znanych  woni,  odetchniesz  nimi.  Za- pach 

skieruje  cię,  gdzie trzeba, opowie,  gdzie jesteś, wyjaśni,  co  cię  otacza.  Masz  

przecieŜ wibrysy, długie siwe wąsiska, sztywne i sterczące na boki. Pamiętasz, jak 

bezbłędnie poru- szałeś się w ciemności prowadzony tylko ich dotykiem, 

spręŜonym ruchem, gdy natrafiały na

przeszkodę.

Chcę dotrzeć do gniazda. Wypędził cię, zostałeś wyrzucony przez młodego, 

silnego samca, jakim sam byłeś niedawno. Trudno się zgodzić, trudno rozstać z 
wizją ciepłych ścian przyle- gających do rurociągu ciepłowni... Tam chciałbyś 
zdechnąć, tylko tam.

Nie gódź się z wygnaniem, lecz nie wracaj. Zagryzie cię, zabije, zadusi.
Samica juŜ cię nie potrzebuje, ma teraz wyjątkowo jurnego i duŜego szczura, 

samca, któ- rego sama urodziła. Skoczy ci do gardła.

A  jednak  koniecznie  chcesz  wrócić,  teraz  leŜąc  nieruchomo  w  strugach  

ś

ciekających  ze ścian, chcesz tylko tego.

7
7

Powrót  na  rozchwianych,  niepewnych  nogach.  Wczołgujesz  się  do  nory,  

docierasz  do gniazda, kładziesz się przy ciepłej ścianie, odpoczywasz.

Będziesz oczekiwał śmierci, będziesz oczekiwał końca.

background image

Poruszam łapami, przesuwam się po gliniastym podłoŜu, usiłując przybrać 

normalną pozy- cję. Ból głowy nie ustaje, zesztywniały kark waŜy znacznie więcej 
niŜ zwykle.

Z bliska, z wysoka, z niewielkiej odległości dobiega grzmot, czuję jak wokół 

drŜy ziemia. Otworzysz oczy i zobaczysz szarawe, matowe światło.

Otwieram,  zamykam,  otwieram  powtórnie,  zamykam,  otwieram  znowu,  

nie...  Nie  mam oczu, czy to rozumiem?

Skąd jednak do wnętrza mózgu, jakby spod powiek wdziera się promień?
Skąd pojawia się poświata, refleks, cień? Nie masz oczu, jesteś oślepionym 

szczurem, do- gorywającym wśród wilgotnych zmurszałych cegieł.

Obraca się, omal nie spada w dół w szumiący potok ścieków. Obraca się, opiera 

o śliską od gliny ścianę.

Grom minął, przetoczył się, zgasł. Jego światło nie ma znaczenia, jest obojętne, 

jego siła zmalała. Teraz nie boję się gromu, nie boję się, bo nigdy nie zobaczę juŜ 
błyskawicy. Ślepota zniszczyła twój strach, pozbawiła lęku przed tym, co zmuszało 
niegdyś do ucieczki.

Przewróciłeś się na łapy, wyczuwasz błotnistą powierzchnię, podpierasz ogonem 

zmęczo- ne ciało. Przywarłeś do ziemi, uniesienie cięŜkiej, poranionej głowy 
przekracza twe siły.

Odzyskałeś  węch,  zapach  deszczowej  wody i  unoszących  się  z  kanału  

oparów  wypełnia nozdrza.

Zaspokój pragnienie wodą spływającą ze ścian. Gorączka jeszcze nie minęła, 

szczęka ude- rza o szczękę. Pij, długo, długo pij, pij.

Wibrysami sprawdzę miejsce, w którym się znalazłem: czy nic nie grozi, czy 

jestem bez- pieczny, czy pod moim cięŜarem nie zawalą się cegły, czy nie zmyje 
mnie spływająca z wy- soka wodna fala?

Ulewa juŜ się skończyła. Musisz zejść, iść, zjeść znalezioną skórkę, ziarno, 

kawałek ryby, wzmocnić się.

Nie odzyskasz wzroku, to niemoŜliwe, ludzie wyłupili ci przecieŜ oczy, 

rozpalonymi dru- tami przewiercili źrenice, tego nie cofniesz, przed tym nie 
uciekniesz.

Unoszę głowę, prostuję kark, dokładnie obwąchuję przestrzeń, beton, kamień.
Siły powrócą, czekaj. Obok ciebie przejdzie spotykany wielokrotnie szczur, 

zbierzesz siły, ugryziesz go w nozdrza, gdy zacznie cię obwąchiwać. Ucieknie z 
piskiem, będzie cię unikał, będzie się bał.

Ucieka, słyszysz skrobanie pazurów o cegły. Usiłujesz oczyścić sierść, złapać 

kilka pcheł. Mięśnie głowy bolą nadal, kłują przy kaŜdym dotyku. Po co 
przemywasz łapami oczy, któ- rych nie masz? Ból zwalił cię z nóg, leŜysz na boku i 
drŜysz z przenikliwego chłodu.

Na górze juŜ noc. Powietrze ochłodziło się. Dzień czy noc są teraz taką samą 

ciemnością, przez którą nigdy nie przedrzesz się na zewnątrz.

Zsunąłeś  się  niŜej,  wymijając  dziurę  w  sklepieniu  kanału,  którą  mogłeś  

wpaść  w  gęsty strumień ścieków. Przeciskasz  się przez  wąski otwór  i  stajesz  
pod  ścianą,  blisko  szumiącej krawędzi.

Wracasz do gniazda, skąd cię wypędzono, gdzie dojrzało ostatnie pokolenie 

twoich szczu- rów. Wracasz do miejsca, które przestało być twoim. Jednak 
wracasz.

ZbliŜam się, juŜ niedaleko. Wibrysami odnajduję wejście i zagłębiam się w długi 

background image

biegnący w górę korytarz. W sieci podziemnych tuneli na chwilę tracę orientację. W 
końcu docieram do  gniazda.  Samica  i  małe  obwąchują  mnie.  Zaszywam  się  w  
najdalszej  części,  w  ślepym

7
8

tunelu,  chroniącym  ze  wszystkich  stron.  Kiedy młody samiec  zaatakuje,  będzie  
mu  bardzo trudno mnie wypędzić.

Jesteś zmęczony, przeraźliwie znuŜony, jak po długotrwałej, bezsennej drodze.
UłoŜył się najwygodniej jak mógł, wśród skrawków papieru i wyschniętych liści. 

Powieki zasklepiły się nad pustymi oczodołami i nie czuł juŜ bólu, zesztywnienia, 
kłucia. Odpoczy- wał, zasypiał, zanurzał we własnym śnie, wędrówkach, 
wspomnieniach.

Widział tam siebie, całe Ŝycie, wirujące, przemieszane, a jednocześnie wyraźne i 

zaryso- wane dokładniej niŜ wszystko, co widział przedtem.

A więc umieram, czyŜby to śmierć?  Nie bój się, po prostu usypiasz, i 

przeŜywasz  Ŝycie jeszcze raz, tym razem wewnątrz, w sobie, odnajdujesz 
zagubione wątki, mało znaczące epi- zody, kojarzysz odległe fragmenty z róŜnych 
miejsc, dróg, chwil. Wewnątrz, w tobie skupiają się czas i przestrzeń, kurczą – 
niewaŜne co było przedtem, co było potem.

Z grzbietu wychudzonego wołu zeskakuję wprost przed umierającego starego 

człowieka, który wpatruje się we mnie czarnymi oczami, głębokimi jak tunele, w 
których mógłbym się ukryć.

Muzyka. AleŜ tak, słyszysz muzykę. Słuchaj jej dokładnie, to flet z 

nadmorskiego miasta. Odnaleziony flet, jego muzykę słyszysz coraz wyraźniej, 
oszałamia cię, za chwilę pójdziesz za nią, gdziekolwiek cię zaprowadzi.

Dzban  spada,  strącony skrzydłem  wyrywającego  się  ptaka.  Uciekasz  i  

odbywasz  w  tym czasie daleką drogę, widzisz jaskrawe krajobrazy, płonące 
miasto. A kiedy powracasz  w to samo miejsce, człowiek tuŜ nad podłogą chwyta 
spadający dzban.

Złudzenie, wokół domu pełno jest zmurszałych skorup rozbitych dzbanów.
Nagle  dostrzegasz  ludzi  unoszących  stary  porwany  fotel,  pies  ujada  

przeraźliwie,  małe szczurki wypadają ze środka, giną pod obcasami.

Na wyłysiałym, odartym z roślinności wzgórzu ludzie przybijają człowieka do 

skrzyŜowa- nych pni. Pozostawiają go pod jaskrawym niebem; zwisa na palu 
wkopanym w skalisty grunt. ZbliŜ się, zliŜ kroplę ściekającej krwi.

Nie bój się krąŜącego wysoko ptaka, nie dostrzega cię, wpatrzony w 
umierającego. Wypuścił mnie, czemu otworzył metalową klapę pułapki, co 
wtedy zaszło, a moŜe to tylko

sen? Stoi, patrzy, jak uciekam, jak się oddalam, nie porusza się, tylko obserwuje.

Na ścianie odnajdujesz zarys świeŜych cementowych plam. Z głębi dobiega 

przytłumiony chrobot. To samica-matka usiłuje przebić się, przegryźć ścianę. 
PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie wystar- czy jej sił, zdechnie z braku powietrza i wody, 
zamurowana w gnieździe, w którym cię uro- dziła, w którym rodziła twoje szczury.

Zaczynasz gryźć, wgryzać się w stwardniały chropowaty mur, aŜ bolą i krwawią 

szczęki, a zęby spiłowują się do dziąseł.

Czemu  gryziesz,  czemu,  jeŜeli  wiesz,  Ŝe  to  beznadziejne,  daremne,  

pozbawione  sensu? Tego  muru  nie  przegryziesz  przez  całe  Ŝycie.  Przychodzić  

tu  będziesz  wielokrotnie,  wsłu- chując się w dochodzące spoza muru dźwięki, 

background image

słuchając głosów Ŝyjących juŜ tylko w tobie. Odchodzisz stąd na zawsze. Ściga cię 

wąŜ  z  dalekiego miasta. Otoczył szczura pierście-

niami, zmiaŜdŜył go, połamał kości, teraz pochłania, szeroko rozwierając szczęki.

Rzesza szczurów wpada w rzeczny nurt. Rzeka jest ogromna, bezbrzeŜna, szara, 

pokryta drobnymi  falami.  Szczury  chcą  przepłynąć  na  drugi  brzeg.  Nadciągają,  
spychają  do  wody poprzedzające je szeregi, nie pozwalają się zatrzymać.

Jestem wśród nich, płynę, płynę, płynę... Szczury wokół opadają z sił, toną, 

zębami pocią- gają współtowarzyszy.

Płyń, nie daj się, wystarczy ci sił, płyń. Na horyzoncie za chwilę zobaczysz brzeg.
Uderza cię nie znana siła – moŜe fala, a moŜe młody szczur chce mnie wyrzucić 

z gniaz- da?

7
9

Płynie, płynie, płynie, coraz bliŜszy brzegu. Płyń. Płyniesz przed siebie. W swoją 

najdalszą wędrówkę.

CzyŜbym odzyskał wzrok, moŜe nigdy go nie straciłem?
Co  się  z  tobą  dzieje,  gdzie  jestem?  Wiele  szczurów  przepłynęło  rzekę,  

wędrują  nadal, przemierzają lądy, przepływają morza, wędrują.

Jak na początku, dąŜę w kierunku światła, znajduję je wyraźne, błyszczące, 

jaskrawe. Bie- gnę w jego kierunku. Idziesz za nim jak za muzyką tamtego fletu. 
Przemierzam piwnice, ka- nały, labirynty, coraz dalej, dalej i dalej.

Po raz pierwszy czuję się bezpieczny, nie zagroŜony, spokojny. A moŜe to ty 

jesteś świa- tłem, szarym, oŜywionym, drapieŜnym?

CzyŜby młody szczur  przegryzł  mi  gardło,  czyŜby to  moja  krew  wypełniała  

krtań  –  nie czuję  bólu,  biegnę  przed  siebie  najjaśniejszym  tunelem,  jaki  
widziałem.  Jaka  wspaniała chwila, jaka wspaniała chwila, jaka...

K
o
n
i
e
c

Warszawa, wrzesień-
listopad 1979

background image

8
0