background image

 

ROBERT GRAVES 

CÓRKA HOMERA 

Homer’s Daughter 

Tłumaczył Wacław Niepokólczycki 

Wydanie polskie: 1994 

 

background image

PROLOG 

Kiedy dzieciństwo moje upłynęło, a dni już przestały wydawać się wieczne, ale skurczyły się 

do  dwunastu  lub  mniej  godzin,  zaczęłam  poważnie  przemyśliwać  nad  śmiercią.  To  pochód 
pogrzebowy  mojej  babki,  w  którym  szła  połowa  kobiet  z  Drepanon,  lamentujących  jak  kuliki, 
uświadomił mi własną śmiertelność. Wkrótce wyjdę za mąż, urodzę dzieci, zrobię się gruba, stara 

i  brzydka  —  lub  chuda,  stara  i  brzydka  —  i  niebawem  umrę.  Co  zostawiając  po  sobie?  Nic. 
Czego oczekując? Gorzej niż niczego: wieczystej półciemności, w której duchy moich antenatów 
i antenatek wałęsają się po niewyraźnej równinie szeleszcząc niczym nietoperze; posiadając całą 
wiedzę  o  tym,  co  było  i  będzie,  a  jednak  bez  możności  wykorzystania  jej;  ciągle  obdarzone 
ludzkimi  namiętnościami  jak  zazdrość,  żądza,  nienawiść  i  żarłoczność,  ale  w  niemocy  ich 
zaspokojenia. Jak długi jest dzień, gdy jest się umarłym? 

W  parę  nocy  później  ukazała  mi  się  babka.  Trzy  razy  próbowałam  ją  uściskać,  lecz  za 

każdym razem usuwała się na bok. Głęboko urażona zapytałam: 

— Babciu, czemu nie stoisz spokojnie, kiedy chcę ciebie pocałować? 
— Kochanie — odrzekła — wszyscy śmiertelnicy są tacy po śmierci. Ścięgna już nie krępują 

ich  ciała  ani  kości,  które  znikają  w  okrutnym  ogniu  stosu  całopalnego,  a  dusza  ulatuje  jak 
marzenie. Nie sądź, że mniej cię kocham: ja tylko nie mam ciała. 

Nasi  kapłani  zapewniają,  że  niektórzy  bohaterowie  i  bohaterki,  dzieci  bogów,  cieszą  się 

godną  pozazdroszczenia  nieśmiertelnością  na  Wyspach  Błogosławionych;  wymysł,  w  który 
nawet  opowiadający  nie  wierzą.  Jednego  jestem  pewna:  że  nie  istnieje  żadne  prawdziwe  życie 
poza tym, które znamy, a mianowicie poza życiem pod słońcem, księżycem, gwiazdami. Umarli 
są  umarłymi,  chociaż  składamy  ich  duchom  obiaty  z  krwi  mając  nadzieję,  że  da  im  to  złudę 

doczesnego odrodzenia. A jednak... 

A jednak istnieją pieśni  Homera. Homer umarł  dwieście lat temu czy więcej, a mówimy o 

nim jak o kimś żywym. Mówimy, że Homer opiewa, nie opiewał takie to a takie wydarzenie. 
Żyje  on  dalece  prawdziwiej  nawet  niż  Agamemnon  i  Achilles,  Ajas  i  Kasandra,  Helena  i 
Klitajmestra  oraz  inni,  o  których  napisał  w  swym  poemacie  o  wojnie  trojańskiej.  Oni  są  tylko 

background image

cieniami przyobleczonymi w ciało poprzez jego pieśni, i pieśni jedynie zachowują siłę życia, moc 
kojenia, wzruszania czy wyciskania łez. Homer jest teraz i będzie wtedy, gdy moi współcześni 
poumierają  i  pójdą  w  niepamięć:  słyszałam  nawet  takie  nieświątobliwe  proroctwo,  że  przeżyje 
samego ojca Zeusa, chociaż Mojry nie. 

Rozmyślając  nad  tymi  rzeczami  w  wieku  lat  piętnastu,  stałam  się  melancholijna  i 

wyrzucałam  bogom,  że  nie  zrobili  mnie  nieśmiertelną.  I  zazdrościłam  Homerowi.  Było  to  z 

pewnością  dziwne  u  dziewczyny  i  nasza  klucznica,  Eurykleja,  często  kiwała  nade  mną  głową, 
gdy snułam się po pałacu z nasępioną, opuszczoną twarzą zamiast zabawiać się jak inne w moim 
wieku. Nigdy jej nie odpowiadałam, lecz myślałam sobie: „A ciebie, kochana Euryklejo, nic już 
nie  czeka  oprócz  dziesięciu  czy  dwudziestu  co  najwyżej  lat,  w  których  siły  twe  stopniowo 
zwiotczeją, a dolegliwości reumatyczne będą się wzmagać, i cóż dalej? Jak długi jest dzień, gdy 
się jest umarłym?” 

Te moje rozważania o śmierci tłumaczą lub przynajmniej rzucają pewne światło na tę wysoce 

niezwykłą decyzję, którą ostatnio powzięłam — zapewnić sobie pośmiertne życie pod płaszczem 
Homera.  Niechaj  bogowie,  którzy  wszystko  widzą,  a  których  ja  nigdy  nie  zaniedbuję  czcić, 
udzielą  mi  powodzenia  w  tym  usiłowaniu  i  ukryją  me  oszustwo.  Femios,  pieśniarz,  złożył 
przysięgę nie do złamania, że puści w obieg mój poemat — w ten sposób spłacając dług, który 
zaciągnął w owo krwawe popołudnie, kiedy z narażeniem życia ocaliłam go od miecza o dwóch 

ostrzach. 

Co  się  tyczy  mojej  pozycji  i  pochodzenia  —  jestem  księżniczką  Elymów,  mieszanej  rasy 

zamieszkującej Eryks i jego okolicę. Eryks jest uczęszczaną przez pszczoły górą, która dominuje 
nad  wysuniętym  ku  zachodowi  rogiem  trójbocznej  Sycylii,  a  nazwę  swą  wywodzi  od  wrzosu, 
którym  karmią  się  niezliczone  roje  pszczół.  My,  Elymowie,  chlubimy  się,  że  jesteśmy 
najodleglejszym  narodem  cywilizowanego  świata  —  z  pominięciem  pewnych  kwitnących 
greckich kolonii założonych w Hiszpanii i Mauretanii, lecz przypisaliśmy sobie tę chlubę po raz 
pierwszy, kiedy ich jeszcze nie było; i nie wymieniając Fenicjan, którzy, choć nie są Grekami i 
składają barbarzyńskie ofiary z ludzi, mają pewne podstawy do tytułu cywilizowanych i zapuścili 
mocno korzenie w Kartaginie i na całym afrykańskim wybrzeżu. 

Muszę teraz pokrótce powiedzieć o naszym pochodzeniu. Ojciec mój wywodzi swój ród w 

prostej męskiej linii od herosa Egestosa. Egestos urodził się na Sycylii, jako syn rzecznego boga 
Krimissosa i trojańskiej wygnanki szlacheckiego rodu, Egesty, lecz, jak powiadają, popłynął do 
Troi  na  prośbę  króla  Priama,  gdy  król  Agamemnon  z  Myken  obległ  gród.  Troi  jednakże  było 
sądzone ulec, a Egestos miał szczęście uniknąć śmierci pośród achajskich włóczni. Obudzony ze 

snu  przez  swego  krewniaka  Eneasza  Dardana,  kiedy  wróg  wtargnąwszy  do  Troi  zaczął  rzeź  jej 
zaspanych  mieszkańców,  wyprowadził  grupę  Trojan  przez  Skajską  bramę  do  Abydos;  Abydos 
było  grodem  warownym  nad  Hellespontem,  gdzie  (jak  mówią)  mając  w  pamięci  wieszcze 

background image

ostrzeżenie,  udzielone  mu  przez  matkę,  trzymał  w  gotowości  trzy  dobrze  zaopatrzone  okręty. 
Eneasz  również  uszedł.  Przebiwszy  się  przez  achajskie  oddziały  na  górę  Ida,  poczynił 
przygotowania, by załadować swych poddanych Dardanów na flotyllę, która stała wyciągnięta na 
brzeg która w Perkote, i niebawem ruszył w ślad za Egestosem. 

Świeży  wiatr  uniósł  Egestosa  na  południowy  zachód  przez  Morze  Egejskie,  obok  Cytery, 

wyspy Afodyty; i na zachód, przez Morze Sykańskie, aż ujrzał Etnę, wiecznie płonącą górę, która 
wznosi się na przeciwnym od nas wybrzeżu Sycylii. Tu przybił do brzegu i nabrał wody do picia 
dla  swej  floty,  zanim  posterował  na  południe  omijając  przylądek  Peloros.  W  pięć  dni  później 
wyłoniły się w polu widzenia Wyspy Egackie i z wdzięcznością w sercu wyciągnął swe okręty na 

piasek  w  otoczonej  lądem  zatoce  Rejtron,  którą  ocieniała  góra  Eryks,  gdzie  się  był  urodził. 
Niebieski  zimorodek  przemknął  nad  sterami  okrętów  i  na  ten  znak  łaskawości  bogini  Tetydy, 
która  ucisza  morza,  Egestos  spalił  swoją  flotę  ku  jej  czci;  najpierw  jednak  roztropnie  wyjął  z 
okrętów cały ładunek, liny, żagle, metal i inne przedmioty, które mogły mu się przydać na lądzie. 
By upamiętnić tę ofiarę złożoną około czterystu lat temu, moi rodzice nazwali mnie Nauzykaa, 

co znaczy „palenie okrętów”. 

Jak dotychczas żadni inni po grecku mówiący koloniści nie osiedlili się w zachodniej Sycylii. 

Cała  wyspa,  z  pominięciem  kilku  kreteńskich  osiedli,  była  wtedy  zamieszkana  przez 
Sykańczyków, rasę iberyjską, a wielu z nich zawarło przyjaźń z Egestosem i jego matką, którzy 

mieszkali w mocnym grodzie umieszczonym na kolanach góry. Egestos zwrócił się do ich króla, 
swego  opiekuna,  i  złożywszy  mu  wspaniałe  dary  z  kotłów,  trójnogów  i  spiżowej  broni 
przywiezionej  z  Troi  wstawił  się  u  niego  za  trojańskimi  uciekinierami;  a  choć  będąc  z  natury 
posępną i zarozumiałą rasą Sykańczycy z Eryksu nie ukrywali swej podejrzliwości, król w końcu 
nakłonił radę, by pozwoliła Egestosowi pobudować gród niemal u szczytu góry. Egestos nazwał 

go  Hypereja,  „wyższe  miasto”;  potem  kupił  jeszcze  od  Sykańczyków  dużą  ilość  owiec,  kóz, 
bydła  i  wieprzy.  Wkrótce  zdążając  od  Lacjum  przypłynął  Eneasz  z  sześcioma  okrętami  i  dał 
wyraz swej przyjaźni, pomagając Egestosowi ukończyć budowę murów miasta. Wzniósł również 
świątynię Afrodyty na szczycie góry — instytucję, o której mam mało dobrego do powiedzenia, 
jakkolwiek  dzieło  to  było  ze  strony  Eneasza  świątobliwe,  bo  Afrodyta  była  jego  matką.  Z 
początku lud Hyperei żył na dobrosąsiedzkiej stopie z mieszkańcami Eryksu, którzy pokazali mu 
wszystkie bogactwa góry, a w zamian uczyli się tajników rzemiosła kowalskiego i ciesielskiego, 
poza  tym  sztuki  łowienia  tuńczyków  i  mieczyków  harpunem  z  platformy  umieszczonej  w 
połowie wysokości masztu. Oba te narody łączył kult sykańskiej górskiej bogini Elymy — którą 
nasi  ludzie  utożsamiali  z  Afrodytą,  chociaż  daleko  więcej  przypominała  ona  boginię  Alfito  z 

Arkadii  —  obecnie  zaś  jesteśmy  znani  jako  Elymowie.  Homerydzi  tłumaczą  to  podobieństwo 
mówiąc, że Herakles przywiózł z sobą po skończeniu dziesiątej pracy jedną z kapłanek Elymy i 

umieścił w Arkadii. 

background image

W  jakieś  siedem  pokoleń  później  do  uformowanego  w  ten  sposób  narodu  został  dodany 

nowy  element,  Fokajczycy;  a  do  tego  czasu  dumne  achajskie  miasta  na  Peloponezie,  które 
uplanowały  zburzenie  Troi,  legły  w  gruzach.  Barbarzyńscy  Dorowie,  tak  zwani  Heraklidzi, 
władający żelazną bronią i z żelaznymi sercami, wpadli przesmykiem korynckim paląc warownię 
za warownią i wygnali Achajów z bogatych pastwisk i pól w górzyste okolice północy; żyją tam 
do  dziś  skarlali  i  niesławni.  Jednak  dawniejsi  mieszkańcy  Grecji  —  Pelazgowie,  Jonowie  i 

Ajolowie — wszyscy, którzy kochali wolność a posiadali okręty, zebrali pośpiesznie swe skarby i 
podnieśli  żagle,  by  znaleźć  sobie  nowe  schronienie  za  morzami,  zwłaszcza  w  Azji  Mniejszej, 
dokąd  przedtem  często  udawali  się  w  celach  handlowych.  Wśród  tych  emigrantów  byli 
Fokajczycy z góry Parnas, potomkowie Filokteta łucznika, którego strzały zabiły księcia Parysa 
pod  Troją;  lecz  wiedli  ich  dwaj  ateńscy  mężowie  szlachetnego  rodu.  Ich  nowe  miasto,  Fokaja, 
pobudowane na lądzie stałym za Chios, zasłynęło z kupieckich galer o pięćdziesięciu wiosłach, 
które odważnie przemierzały całe Morze Śródziemne wzdłuż i wszerz — na zachód aż do słupów 
Heraklesa,  a  na  północ  do  ujścia  rzeki  Po.  Gerion,  król  Tartessos  w  południowej  Hiszpanii, 
upodobał  sobie  pewnych  uczciwych  fokajskich  kupców,  zaprosił  ich,  aby  się  osiedlili  w  jego 
kraju,  i  obiecał  wybudować  im  miasto.  Zgodzili  się  z  radością  i  popłynęli  do  domu  po  swoje 
żony, dzieci, dobytek i świętości, pewni, że zastaną już wzniesione mury miasta, gotowe na ich 
przyjęcie, gdy przyjadą następnego lata. 

Bogowie jednak zarządzili co innego. Kolonistów jadących w konwoju, z dziobami okrętów 

uwieńczonymi  mirtem,  północno-wschodni  wiatr  zdmuchnął  z  kursu  i  rzucił  na  brzeg  Libii 
pomiędzy karmiących się lotosem Nasamonów. Choć ocalili pięć z siedmiu okrętów, okazało się, 
że  tak  mało  nadają  się  one  do  żeglugi,  iż  wykorzystując  rześki  powiew  południowego  wiatru 
posterowali do Sycylii, najbliższego lądu, gdzie można by je ponaprawiać. Bezpiecznie dojechali 
do  podnóża  góry  Eryks  i  wyciągnęli  flotyllę  na  piasek  w  zatoce  Rejtron,  nie  utraciwszy  ani 
jednego człowieka, choć dna wszystkich okrętów były wysoko zalane wodą i zepsuły się zapasy. 
Wierząc, że Posejdon przeznaczył  im,  aby się osiedlili  w tych okolicach, a nie w Tartessos — 
mirt na dziobach okrętów nie pozwalał im powrócić — przyszli jako błagalnicy do króla Hyperei, 
który  wielkodusznie  przebaczył  im  zło  uczynione  przez  ich  przodków  Trojanom.  Niemniej 
jednak  powiadają,  że  kapitan  i  załoga  jednego  okrętu  usiłowali  odpłynąć  z  powrotem  do  Azji 
Mniejszej,  ale  ledwie  przepłynęli  z  półtorej  mili,  Posejdon  zmienił  ich  w  skałę;  skała  ta  wciąż 
pruje fale na pokaz całemu światu. Nazywają ją Skałą Złej Rady, dodając, że Posejdon zagroził 
zwaleniem wierzchołka Eryksu na głowy następnych dezerterów. 

Otóż  Hyperejczycy  wybudowali  wieś  na  południowej  stronie  podnóża  Eryksu  i  nazwali  ją 

Egesta  —  imieniem  kobiety,  od  której  pochodzili.  Nazwali  też  dwa  płynące  tam  strumienie 
Simois i Skamander, tak jak trojańskie rzeki wymienione przez Homera. Tutaj, z pozwoleniem 
króla Eryksu, wybudowali świątynię dla ducha herosa Anchizesa Dardana, ojca Eneasza, który, 

background image

jak  powiadają,  zmarł  przy  budowie  Hyperei.  Fokajczycy  najęli  Sykańczyków  i  wkrótce  na 
sykańską modłę rozbudowali tę wieś do wielkości miasta, nad którym powierzono władzę księciu 
z Hyperei. Jednakże dzicy Sykańczycy, oburzeni tym nowym wtargnięciem na teren ich pastwisk 
i  polowań,  nie  wahali  się  wciągać  w  zasadzki  i  zabijać  nowo  przybyłych;  zaś  Eurymedont, 
sykański król Eryksu, odmówił swej interwencji w tej sprawie oświadczając, że nigdy nie dawał 
Fokajczykom  swej  zgody  na  objęcie  w  posiadanie  Egesty.  Udzielał  nawet  swoim  ziomkom 
tajemnej pomocy, a to  naturalnie przyśpieszyło  kłótnię pomiędzy Eryksem  i  Hypereją.  Zbrojne 

utarczki  doprowadziły  do  wojny,  w  której  Eurymedont  został  doszczętnie  pokonany. 
Hyperejczycy  zagarnęli  Eryks,  ogłosili  własnego  króla  „Ojcem  Ligi  Elymejskiej”  —  Eryksu, 

Hyperei  i  Egesty  —  i  rozkazali,  aby  rady  miejskie  popierały  mieszane  małżeństwa  tych  trzech 
plemion. Nasza krew jest przeto mieszana, jednakże językiem panującym została jońska greka z 
lekkim odcieniem ajolskiej; a choć żyjemy w oddaleniu, jesteśmy pod każdym względem daleko 
lepsi  od  Dorów  z  Peloponezu,  którzy  koczują  niechlujnie  wśród  poczerniałych  ruin  pięknych 
miast uczczonych w Homerowych pieśniach. 

Dobra jest ta nasza wyspa, a morza ją otaczające pełne ryb — zwłaszcza tuńczyków, których 

twarde mięso było zawsze naszym podstawowym pożywieniem; jeśli możemy się na coś skarżyć, 
to  na  to,  że  większa  część  Sykańczyków  z  uporem  odmawia  przyłączenia  się  do  naszej  Ligi 
Elymejskiej. Ci Sykańczycy są dzicy, wysocy, krzepcy, nieokrzesani, wytatuowani, niegościnni i 
płodni. Nie szanują ani podróżnych, ani błagalników i żyją jak zwierzęta w górskich jaskiniach, 
każda rodzina oddzielnie, razem ze swymi stadami. Nie uznają żadnego króla i żadnego bóstwa z 
wyjątkiem  bogini  Elymy,  czczonej  jako  płodna  przewidująca  Maciora,  i  nie  uznają  żadnego 
prawa oprócz własnych skłonności; ponadto nie pędzą napitków, nie używają ani spiżowej, ani 
żelaznej broni, nigdy nie wypuszczają się na morze, nie mają placów targowych, a w pewnych 
okresach  nie  wzdragają  się  przed  zakosztowaniem  ludzkiego  mięsa.  Z  tymi  wstrętnymi 

dzikusami  —  wstyd  mi  zaliczyć  ich  do  kuzynów  —  nie  jesteśmy  ani  na  pokojowej,  ani  na 
wojennej  stopie;  jednakże  mądrzy  podróżni  przemierzają  ich  kraj  tylko  w  dobrze  uzbrojonym 
towarzystwie,  puszczając  przodem  psy,  by  podniosły  wrzawę,  gdyby  w  lesie  lub  wąskim 
wąwozie była przygotowana zasadzka. 

Mieliśmy  wreszcie  szczęście,  że  nie  mieszkaliśmy  na  drodze  sykulskiej  inwazji,  która 

nastąpiła tuż przed przybyciem Fokajczyków. Sykulowie są Illiryjczykami z zupełnie innego pnia 
niż Sykańczycy, którzy przeprawili się przez Cieśninę Messyńską na tratwach, a że są ruchliwi i 
liczni,  zawładnęli  wkrótce  środkową  i  południową  Sycylią,  pochłaniając  osiedla  pozakładane 
przez Kreteńczyków i Achajów. Jednak wszystkie wojownicze bandy wyruszające na zwiady w 
naszym  kierunku  ponosiły  ciężkie  straty  —  nie  są  oni  tak  mocno  zbudowani  ani  tak  groźni  w 
walce  jak  Sykańczycy  —  i  odtąd  na  podstawie  cichego  porozumienia  Sykulowie  Trzymają  się 
swoich granic i nie zaczepiają nas. Handlują głównie z Grekami z Eubei i Koryntu. Małe fenickie 

background image

placówki kupieckie na przylądkach i wysepkach przy północnym wybrzeżu nie przyczyniały nam 
jak dotychczas kłopotu, ponieważ, jak mówi mój ojciec, „handel rodzi handel”. Obecnie zakłada 
się greckie kolonie na wschód od nas i na palcach italskiej nogi, co nam się bardzo podoba. 

Co  się  tyczy  nowszych  czasów,  mój  pradziadek,  król  Nauzytoos,  syn  córki  Eurymedonta, 

zwołał  radę  wszystkich  Elymów,  żeby  rozważyć  widzenie,  które  miał  we  śnie.  Zobaczył,  jak 
orzeł  opadł  w  ślizgu  ze  szczytu  Eryksu  aż  nad  samo  morze;  orłu  towarzyszyło  stado 
białoskrzydłych mew, jedne z prawej strony, a drugie z lewej. Wizję tę wróżbiarze wyjaśnili jako 
boski  nakaz,  by  porzucił  Hypereję  i  odtąd  zaczął  żyć  z  morza,  zamieszkując  na  cyplu  między 
dwoma  zatokami.  Pozostawiwszy  do  obrony  przed  sykańskimi  bandytami  silny  oddział  swych 

wolarzy,  pasterzy  owiec  i  świnopasów,  Nauzytoos  sprowadził  większość  Hyperejczyków  na 
półwysep w kształcie sierpa, o dwie mile od zatoki Rejtron, gdzie wybudował miasto Drepanon. 
Zgodnie  z  miejscową  tradycją  to  tutaj  dawny  bóg  Kronos  cisnął  w  morze  diamentowy  sierp, 
którym  wykastrował  swego  ojca  Uranosa;  a  starzy  ludzie  szepcą  czasem  ponuro:  „Przyjdzie 
dzień,  że  wyłowią  sierp  w  sieci;  Apollonowi  jest  pisane,  by  go  użył  przeciw  swemu  ojcu, 

Zeusowi”. 

Miasto  Nauzytoosa  było  położone  bardzo  dogodnie.  Zwężenia  półwyspu  strzegł  przeciw 

sykańskim najazdom mur, a z dwóch przystani wymienionych w wyroczni jedna chroniła okręty 
przed  północno-zachodnimi  wiatrami,  a  druga  przed  południowo-wschodnimi.  Ponieważ  zaś 
Fokajczycy  z  Egesty,  których  Nauzytoos  poprosił,  by  się  przyłączyli  do  niego,  nie  zapomnieli 
swej  biegłości  na  morzu,  zaczął  niebawem  wysyłać  galery  o  pięćdziesięciu  wiosłach  na  długie 
wyprawy  we  wszystkich  kierunkach.  Głównymi  przedmiotami  elymejskiego  handlu  były, 
zarówno  wówczas  jak  i  teraz,  wino,  sery,  miód,  wełna,  suszone  na  słońcu  tuńczyki  i  mieczyki 
oraz  inne  produkty  żywnościowe;  poza  tym  składane  łóżka  z  drzewa  cyprysowego,  w  których 
wyrobie  celujemy,  haftowane  szaty  z  najlepszej  wełny  i  sól  z  naszych  solanek.  Towary  te 
wymieniano na cypryjski spiż, hiszpańską cynę, chalibejskie żelazo, kreteńskie wino, korynckie 
wyroby malowane, afrykańskie gąbki i kość słoniową, i wiele innych zbytkownych przedmiotów. 
Nasze dwie przystanie okazały się bardzo dogodne, bo jeśli tylko pogoda ma się zmienić, można 
przyholować okręty z jednej do drugiej i umieścić poza zasięgiem fal. Krótko mówiąc zaczęliśmy 
prosperować i  bogacić się, i  wszystkie narody, z którymi handlujemy jak ludzie uczciwi,  a nie 
piraci, zawsze nas mile widzą. Rzadko jednak obecnie używa się Rejtronu jako przystani, gdyż 
jest  niezdatny  do  obrony  przed  najazdami,  a  ostatnio  zamulony;  ale  składamy  tam  doroczne 
ofiary Afrodycie i Posejdonowi i pasiemy bydło na sąsiedniej równinie. 

Mój ojciec, król Alfejdes, poślubił córkę sprzymierzeńca, pana Hiery, która jest największą z 

Wysp Egackich. Urodziła mu czterech synów i jedną córkę, to jest mnie. W czasie, w którym ta 
opowieść  się  zaczyna,  Laodamas,  mój  najstarszy  brat,  był  już  ożeniony  z  Ktimeną z  Bucynny, 
innej  wyspy  Egackiego  Archipelagu;  Halios,  drugi  podług  starszeństwa,  wypędzony  z  kraju 

background image

gniewem  ojca  zamieszkał  pośród  Sykulów  z  Minoi;  Klitoneos,  trzeci,  po  raz  pierwszy  zgolił 
męski zarost i otrzymał broń. Ja jestem o trzy lata starsza od Klitoneosa i niezamężna — ale z 
własnej chęci, nie z braku starających się o mnie, choć wyznam, że nie jestem ani wysoka, ani 
specjalnie  piękna.  Czwarty  mój  brat,  Telegonos,  urodzony,  kiedy  matka  była  już  w  średnim 
wieku,  wciąż  jeszcze  mieszka  w  kobiecej  części  domu,  tacza  po  ziemi  orzechy,  jeździ  na 
jabłkowitym  koniu  na  biegunach  i  straszą  go  okropnym  królem  Echetosem,  kiedy  jest 
niegrzeczny. W poemacie epickim, który właśnie, ukończyłam, moi rodzice występują jako król 
Alkinoos i królowa Arete z Drepane — królewska para, która przyjęła Jazona i Medeę w „Pieśni 
o Złotym Runie”. Wybrałam te imiona częściowo dlatego, że „Alkinoos” znaczy „tępogłowy”, a 
ojciec  najwięcej  się  chlubi  swoją  tęgą  głową;  częściowo  dlatego,  że  Arete  (jeżeli  skrócić 

pierwsze  „e”)  znaczy  „wierność”,  co  jest  naczelną  cnotą  mojej  matki;  a  częściowo  z  tej 

przyczyny, że w punkcie przełomowym mojego dramatu musiałam grać rolę Medei. 

Tyle na razie. 

background image

BURSZTYNOWY NASZYJNIK 

W  pewien  nieszczęśliwy  wieczór  przed  trzema  laty,  wkrótce  po  ślubie  mojego  brata 

Laodamasa,  zaczął  dąć  południowy  wiatr  zwany  syroko  i  olbrzymia  chmura  usiadła  ciężko  na 
ramionach góry Eryks. Skutek jak zwykle był taki, że w ogrodzie powiędły rośliny, rozkręciły mi 
się  loki  i  wszyscy  stali  się  kłótliwi  i  opryskliwi  —  a  moja  bratowa,  Ktimena,  nie  gorzej  od 
innych.  Tej  nocy,  skoro  tylko  znalazła  się  sama  z  Laodamasem  w  swojej  dusznej  sypialni  na 
piętrze  górującym  nad  dziedzińcem  biesiadnym,  zaczęła  wyrzucać  mu  bezczynność  i  brak 
przedsiębiorczości.  Rozwodziła  się  szeroko  nad  wartością  swojego  posagu  i  spytała,  czy 
Laodamasowi nie wstyd spędzać dni na polowaniu i rybołówstwie, miast zdobywać bogactwa w 
śmiałych zamorskich wyprawach. 

Laodamas roześmiał się i rzekł beztrosko, że siebie tylko winna za to ganić — to jej uroda 

trzyma go w domu. 

— Gdy mi się znudzi twe rozkoszne ciało, żono, na pewno odpłynę, dokąd tylko mnie okręt 

poniesie: do kraju Kolchów i do Stajen Słońca, jeśli zajdzie potrzeba. Ale ten czas nie nadszedł 

jeszcze. 

Ktimena powiedziała rozzłoszczona: 
— Tak, sądząc po tym, jak dokuczasz mi nocnymi umizgami, nie wydaje się, by moje uściski 

miały  ci  się  prędko  sprzykrzyć.  Ale  ledwie  pasmo  brzasku  się  ukaże,  już  odchodzisz,  skory 
jedynie do swojej psiarni, łuku i włóczni na dzika. Nie widzę cię później aż do wieczora, kiedy to 
jesz jak wilk, żłopiesz jak delfin, grasz parę lisich partii warcabów i znowu walisz się do łóżka, 
by mnie zasypać gorącymi niedźwiedzimi pieszczotami. 

—  Nie  bardzo  byś  mnie  ceniła,  jeślibym  zawiódł  w  wypełnianiu  moich  mężowskich 

powinności. 

— Mężowskie powinności spełnia się nie tylko na pościeli. 
Było  to  jak  w  walce,  kiedy  pięściarzowi  udaje  się  ciosami  z  lewej  utrzymać  na  odległość 

swego  mniejszego  przeciwnika,  póki  ów  w  końcu  nie  wśliźnie  się  pod  ramię  wysokiego  i  nie 
uderzy  pod  serce.  Laodamas  rozgniewał  się,  ale  pokazał,  że  on  także  nie  jest  nowicjuszem  w 

background image

zwarciu. 

—  Chciałabyś,  żebym  cały  dzień  gnuśniał  w  domu  i  opowiadał  ci  powiastki,  a  kiedy 

przędziesz, motał wełnę i biegał na twoje posyłki? Mam zamiar pozostać w Drepanon, pokąd nie 
stwierdzę  z  przyjemnością,  żeś  brzemienna  (o  ile  nie  jesteś  bezpłodna,  jak  twoja  ciotka  albo 
starsza  siostra).  Ale  póki  tu  przebywam,  wolę  polować  na  dziki  albo  dzikie  kozy,  co  jest  na 
pewno odpowiedniejszą rozrywką dla mężczyzny niż zabijanie czasu od śniadania do kolacji, tak 
jak to  robią młodzi ludzie mego wieku i  pozycji:  piją, grają w kości, tańczą, plotkują na placu 
targowym,  łowią  z  nabrzeża  ryby  na  wędkę,  haczyk  i  spławik  i  rzucają  krążki  na  dziedzińcu. 
Może wolałabyś, żebym prządł i tkał, jak Herakles w Lidii, gdy uległ czarom królowej Omfali? 

—  Chcę  naszyjnika  —  rzekła  nagle  Ktimena.  —  Chcę  mieć  piękny  naszyjnik  z 

hiperborejskiego  bursztynu  przetkanego  paciorkami  ze  złota  i  ze  złotą  klamerką  w  kształcie 
dwóch węży sczepionych ogonami. 

— Ach, tak? A gdzie taki skarb można dostać? 
—  Ma  go  już  matka  Eurymacha,  a  kapitan  Dymant  obiecał  drugi  swojej  córce,  Prokne, 

przyjaciółce Nauzykai, za powrotem z następnej podróży z piaszczystego Pylos. 

—  Czy  może  chcesz,  żebym  zaczaił  się  na  jego  okręt,  gdy  w  drodze  do  domu  będzie 

przepływał obok Motii... na sposób bucyniański? 

—  Wypraszam  sobie  wszelkie  żarty  na  temat  mojej  wyspy,  jeśli  to  miał  być  żart.  Nie,  nie 

całuj  mnie!  Ten  wiatr  jest  okrutny  i  głowa  mnie  boli.  Odejdź,  idź  sobie  spać  gdzie  indziej. 
Spodziewam się, że świt cię zastanie bardziej rozsądnie usposobionym. 

— Nie wolno mi pocałować swojej żony na dobranoc, tak? Uważaj, żebym cię nie odesłał z 

powrotem do ojca, razem z posagiem! 

— Z posagiem? To nie będzie łatwe. Z dwustu sztab spiżu i dwudziestu bel płótna ocalonych 

z sydoriskiego statku, który niosła woda, bez załogi, znalezionego przez mojego ojca w pobliżu 

Bucynny... 

—  Który  niosła  woda,  mówisz?  On  wymordował  calutką  załogę  w  tradycyjnym 

bucyniańskim stylu, o czym dobrze wiedzą na wszystkich placach targowych Sycylii. 

— ...z dwustu, sztab spiżu i dwudziestu bel płótna, powtarzam, ulokowałeś blisko połowę w 

libijskich spekulacjach. Miało to być wymienione na kadzidło, złoty piasek i na jaja strusie, lecz 
wątpię, czy je zobaczysz.  

—  Trudno  kobiecie  uwierzyć,  że,  skoro  okręt  raz  podniósł  kotwicę  i  rozpostarł  żagle, 

kiedykolwiek zawinie do portu. 

—  Nie  powątpiewam  w  żeglowność  okrętu,  ale  w  uczciwość  jego  kapitana,  któremu  tak 

głupio zaufałeś za poradą przyjaciela, Eurymacha. Nie pierwszy to raz Libijczyk nie dotrzymałby 
swych  zobowiązań.  Uwierzę,  jeśli  mi  kto  powie,  że  Eurymach  ma  obiecany  procent  z  tej 

transakcji. 

background image

—  Słuchaj,  ta  sprzeczka  bardzo  niewiele  ci  pomoże  na  ból  głowy  —  rzekł  Laodamas.  — 

Przyniosę ci czarę wody i miękką szmatkę, żebyś przemyła sobie skronie. Syroko jest zabójcze 

dla nas wszystkich. 

Co on zamierzał zrobić z dobroci, ona wzięła za ironię. Leżała cicho i nieruchomo, póki nie 

przyniósł jej do łóżka srebrnej czary, wtedy nagle usiadła, wyrwała mu ją i oblała go wodą. 

— Na ostudzenie twoich gorących lędźwi, ty Priapie! — wrzasnęła. 
Laodamas  nie  przestał  panować  nad  sobą  i  nie  złapał  jej  za  gardło,  jakby  uczynił  niejeden 

mężczyzna.  Nigdy  nie  słyszałam,  żeby  uderzył  kobietę,  ani  nawet,  by  wychłostał  krnąbrną 
niewolnicę. Cisnął tylko na Ktimenę złe spojrzenie i powiedział: 

— A więc dobrze, będziesz miała swój naszyjnik i  oby ściągnął  on mniej  strapień na nasz 

dom niż naszyjnik tebańskiej Eryfili w homeryckiej pieśni! 

Podszedł  do  nabijanej  gwoździami  drewnianej  skrzyni,  rozwarł  ją  i  wyjął  kilka  swoich 

osobistych  rzeczy  —  złoty  kubek,  hełm  z  kitą  strusich  piór,  sprzączkę  ze  srebra  i  lapis-lazuli, 
parę  nowych  szkarłatnych  pantofli,  trzy  chitony,  sztylet  z  rękojeścią  wysadzaną  klejnotami,  w 
pochwie  z  kości  słoniowej  rzeźbionej  w  lwy  ścigające  królewskiego  jelenia,  i  piękną  osełkę  z 
Serifos.  Włożył  hełm  na  głowę,  na  podłodze  rozpostarł  gruby  płaszcz  z  prążkowanej  wełny  i 
poukładał na nim swe skarby. Potem zamknął skrzynię, powiesił klucz na gwoździu w głowach 
łóżka, chwycił zawiniątko i ręką namacał skobel. 

— Gdzie się z tym wybierasz? Żądam wyjaśnienia. Połóż to zaraz z powrotem! Muszę ci coś 

powiedzieć. 

Laodamas nie zwrócił na nią uwagi i wyszedł z zawiniątkiem na plecach. 
— Idź więc między kruki, szaleńcze! — wrzasnęła Ktimena. 
Rozmowa  ta  odbyła  się  około  północy.  Moja  sypialnia  mieści  się  obok,  a  mając  słuch 

niezwykle  wyostrzony  przez  lekką  gorączkę  usłyszałam  każde  słowo.  Narzuciwszy  pośpiesznie 
koszulę wybiegłam za Laodamasem i złapałam go za rękaw. 

— Dokąd idziesz, bracie? — zapytałam. 
Spojrzał  na  mnie  tępo.  Tego  wieczora  pił  słodkie  ciemne  wino  i  chociaż  szedł  równo, 

widziałam, że wcale nie był sobą. 

—  Idę  między  kruki,  siostrzyczko  —  odrzekł  smutno.  —  Ktimena  powierzyła  mnie  ich 

pieczy. 

— Proszę cię, nie zwracaj uwagi na to, co ci żona mówiła dziś w nocy — błagałam. — Dmie 

syroko i o tej porze miesiąca ona zawsze czuje się nie najlepiej. 

— Żąda bursztynowego naszyjnika z paciorkami z grudek złota i klamerką ze sczepionych 

złotych  węży.  Ma  to  być  blady  hiperborejski  bursztyn;  nasza  własna,  ciemniejsza  odmiana  nie 
zadowala  jej,  choć  jest  na  niej  śliczny  pobłysk  purpury,  jaki  się  nie  zdarza  w  innych.  Chcę 
przywieźć jej ten naszyjnik na dowód, że nie jestem próżniakiem ani tchórzem. 

background image

— Skąd? Od kruków? 
—  Albo  kawek...  Nie  mogę  jej  pozwolić,  by  mnie  lżyła  tak  jak  dziś.  Wszystkie  służebne 

musiały słyszeć i wkrótce się rozniesie po mieście. Jak dojdzie do Eurymacha i jego przyjaciół, 
nazwą mnie głupcem, że nie sprawiłem jej lania. 

— Jeszcze nigdy lanie nie wyleczyło złośnicy ani kobiety chorej. 
— Zgoda, choć gdybym kochał Ktimenę inaczej, może bym nie tak myślał. Opuszczam ją, 

żeby powstrzymać swe ręce od gwałtu. 

— Na długo? 
— Póki nie będę mógł jej przywieźć naszyjnika. Paromiesięczna rozłąka dobrze zrobi nam 

obojgu. 

—  Wspomniałeś  o  naszyjniku  Eryfili,  słyszałam,  a  były  to  słowa  złowróżbne.  Jeżeli  nie 

złożysz ofiar bogini naszego ogniska i Afrodycie, całość tego domostwa będzie zagrożona. Nie 
odchodź postawiwszy zrazu zły krok, Zatrzymaj się i włóż te rzeczy z powrotem do skrzyni. 

— I proś Ktimenę o przebaczenie, co? Nie, nie mogę już zawrócić. Jakiś bóg przynagla mnie 

w drogę. Dobranoc, siostro! Spotkamy się, gdy się spotkamy. 

Opowieść o Eryfili należy do słynnego tebańskiego cyklu, który recytują Synowie Homera. 

Nienawistna ta kobieta była żoną Amfiarajosa, króla argiwskiego, lecz dla naszyjnika Afrodyty, 
który darzył tę, co go nosiła, nieodpartym urokiem, wysłała męża na śmierć pod Teby. Laodamas 
stąpał  powoli  po  schodach,  słyszałam,  jak  burknął  do  odźwiernego,  by  odryglował  frontową 
bramę. Wyjrzałam z okna i  zobaczyłam  go w świetle księżyca idącego ku nabrzeżu, gdzie stał 
uwiązany wielki rodyjski okręt. Chciałam obudzić ojca, ale ponieważ wiedziałam, że po trzech 
dniach  febry  zapadł  w  głęboki,  krzepiący  sen,  nie  ośmieliłam  się

 

niepokoić  go  tym,  co  mogło 

okazać się błahostką. Sama Ktimena nie przywiązywała do tego zajścia wielkiej wagi. Laodamas, 
mówiła sobie, nie zechciałby cofnąć obraźliwych uwag o jej ojcu ani słuchać, gdyby spróbowała 
usprawiedliwić się, że to wszystko wynikło ze zdenerwowania. Odwróciła się więc do ściany i 
wkrótce z czystym sumieniem twardo zasnęła. 

Leżałam nie śpiąc w świetle księżyca, póki nie usłyszałam, jak gdzieś w dali buchnął śpiew, 

jakby  tłum  mężczyzn  wyległ  z  jakiegoś  pomieszczenia,  a  w  chórze  pijackiego  śmiechu,  który 
zabrzmiał później, rozpoznałam gdaczący głos Eurymacha. 

Wszystko w porządku — pomyślałam znużona. — Eurymach jest jeszcze na nogach. Jakże ja 

go  nie  cierpię;  ale  przynajmniej  zapobiegnie  głupiemu  i  nierozważnemu  postępkowi  mojego 

brata. 

background image

PAŁAC 

Kiedy  nazajutrz  przekonaliśmy  się,  że  rodyjski  okręt  zniknął  wyzyskując  nagłą  zmianę 

wiatru,  a  także  nie  było  Laodamasa,  udałam  się  pośpiesznie  do  świątyni  Posejdona,  gdzie 
niebawem Eurymach miał złożyć comiesięczną ofiarę z czerwonego byka. Chciałam zapytać, co 

Eurymachowi wiadomo w tej sprawie. 

—  Nic  a  nic,  droga  księżniczko.  Skądżeby?  —  odrzekł  flegmatycznie,  wsparty  o  topór 

ofiarny, patrząc mi prosto w oczy, jakby mnie chciał zmieszać. 

—  Skąd?  Bo  ubiegłej  nocy  byłeś  razem  z  Laodamasem  na  wale  nabrzeżnym;  nie  próbuj 

zaprzeczać.  Słyszałam  twój  piskliwy  śmiech,  kiedy  Rodyjczycy  wyśpiewywali  tę  sprośną 
śpiewkę o swoim antenacie Hermesie i śliskim bukłaku z koźlej skóry. 

— To musiało być na chwilę przed moim odejściem. 
— Czemuś się o niego nie zatroszczył jak trzeba? Był pijany i nieszczęśliwy. Należało to do 

twoich obowiązków kompana. 

— On dał mi dowód niezbyt wielkiej łaskawości, a jak to mówią, dwóch trzeba do kompanii, 

lecz  jednego  do  jej  rozwiązania.  Niepowodzenie  libijskiego  przedsięwzięcia  pomieszało  mu 
rozum.  Zeszłej  nocy  oskarżał  mnie  zajadle,  że  uknułem  spisek  z  kapitanem,  by  ukraść  spiż 
Ktimeny i płótno, a potem udać, że okręt się rozbił opodal Syrt. Gdy wspomniałem na naszą starą 
przyjaźń i powiedziałem: „Chyba cię kto zamroczył, że mówisz takie bzdury” — zrobił się nie do 
zniesienia obelżywy. Miast go jednak zachęcić, by użył swych pięści, i rozkwasić mu nos (jestem 
daleko  lepszym  od  niego  pięściarzem,  nawet  gdy  jest  trzeźwy),  odwróciłem  się  na  pięcie  i 
poszedłem spać, rad ze swej powściągliwości. Tego ranka ze zdumieniem się dowiedziałem, że 

rodyjscy sprzedawcy purpury odpłynęli. Sądzisz, że Laodamas przyłączył się do nich? 

Eurymach nigdy nie był ze mną szczery. Myślałam sobie wówczas: „Nie chce przedwcześnie 

odkryć  mi  swych  wad,  jest  bowiem  jednym  z  moich  zalotników,  w  dodatku  tym,  którego  mój 
ojciec  najbardziej  chciałby  mieć  za  zięcia,  z  zastrzeżeniem,  że  złoży  należyty  dar”.  Zawsze 
nienawidziłam  ludzi,  którzy  próbując  ukryć  fałszywe  zamiary  pod  miodnym  uśmiechem  są  na 
tyle próżni, iż sądzą, że ja ich nie przejrzę. 

background image

—  Jeżeli  odpłynął  —  odparłam  ostro  —  mój  ojciec  nie  będzie  miał  przez  to  lepszego 

mniemania o tobie. 

—  Nie,  ale  jak  mu  wytłumaczę,  co  zaszło  między  nami,  tymi  samymi  słowami,  co  tobie, 

niewątpliwie  znajdę  u  niego  większe  zrozumienie.  —  Kiedy  to  mówił,  jeden  z  naszych 
domowych  niewolników  przyniósł  wiadomość  od  mojego  ojca,  iż  gorączka  minęła  i  byłby 
ogromnie zobowiązany, gdyby Eurymach mógł porozumieć się z nim w sprawie dwóch nocnych 
stróżów, jak tylko złoży ofiarę. 

— Jakich stróżów? — spytałam niewolnika. 
—  Z  zarannej  zmiany  na  wale  nabrzeżnym  —  odrzekł.  —  Ci,  którzy  mieli  ich  zluzować, 

donieśli przed chwilą, że sztucznie uśpieni leżą za szopą na żagle. Brakuje dwóch żagli i trzech 
zwojów najlepszej liny z Byblos. 

— I co ty na to, Eurymachu? — powiedziałam. 
Badałam pilnie jego twarz, lecz była bez wyrazu. 
—  Wieść  to  chyba  bardzo  niezwykła?  —  naciskałam.  —  Rodyjczycy  słyną  z  surowej 

uczciwości  w  handlu  i  trudno  mi  zrozumieć,  by  którykolwiek  z  ich  wielkich  okrętów  miał  tę 
opinię narażać na szwank dla dwóch żagli i paru zwojów liny. 

Odrzekł mi gładko: 
— Coś w tym jest, śliczna Nauzykao. Być może, potrzebowali takielunku bezzwłocznie i nie 

mogli  czekać  na  posłuchanie  u  władz  portu;  przeto  sami  sobie  poradzili,  uśpili  straż,  aby  nie 
narobiła hałasu, i odpłynęli. 

— W takim razie zostawiliby należytą zapłatę w winie lub metalu. 
— Jeśli Laodamas odpłynął z nimi i przyrzekł uregulować ten dług po powrocie, jako zapłatę 

za przejazd, to nie. Oto już idzie czerwony byczek z przepaską na łbie. Wybacz mi mój pośpiech. 
Niewolniku, odpowiedz królowi, że uradowała mnie wieść o polepszeniu jego zdrowia i omówię 
wypadek ze stróżami, skoro tylko złożę tę ofiarę i przejrzę wnętrzności. 

— Pomyślnej rozmowy — rzuciłam za nim, gdy się bezczelnie obrócił plecami. 
Wyjazd  Laodamasa  nie  wydał  się  zrazu  sprawą  poważną,  jakkolwiek  wróżby  uzyskane  z 

wnętrzności  byczka  były  bardzo  groźne  —  zwierzę  wyglądało  zdrowo,  lecz  miało  psujące  się 
trzewia. Władze portowe zgodziły się po namyśle, że rodyjski kapitan,  który już raz odwiedził 
Drepanon  przed  trzema  laty  jako  oficer  na  innym  okręcie  tego  samego  kupca,  był  uczciwym  i 
zdatnym  żeglarzem.  Zapłata za żagle i  liny niewątpliwie kiedyś nastąpi,  a stróże niekoniecznie 
musieli być uśpieni przez kapitana czy któregoś z członków jego załogi. Bardzo możliwe, że to 
jakiś  elymejski  kompan  wypłatał  im  figla.  Laodamas  znajduje  się  w  bezpiecznych  rękach,  a 
ponieważ jest kwiecień, więc powinien wrócić najpóźniej w lipcu, przywożąc Ktimenie obiecany 

bursztynowy naszyjnik. 

Mój ojciec, choć gniewny, że najstarszy syn nagle odjechał nie żegnając się ani nie czekając, 

background image

aż minie jego gorączka — wygnanie mojego brata Haliosa przed pięciu laty wciąż mu jątrzyło 

serce  —  poprzestał  na  powiedzeniu  Ktimenie,  że  powinno  to  być  dla  niej  nauczką,  aby  w 
przyszłości nie dokuczała dobremu mężowi ponad miarę. Ktimena usprawiedliwiała się, że wina 
była po stronie Laodamasa, który drwił z jej bólu głowy, zelżył szlachetny lud Bucynny i swoim 
pijackim gadaniem zmuszał ją do czuwania, gdy pragnęła tylko zasnąć złożywszy mu głowę na 

piersi. 

Chociaż  ta  wersja  kłótni  była  nieuczciwie  jednostronna,  nie  starałam  się  jej  przeczyć.  A 

Fitalos, stary ojciec mojej matki, co zrzekł się panowania nad Hierą na korzyść swojego zięcia, a 
teraz  wałęsał  się  po  naszych  dobrach  jako  honorowy  rządca,  utrzymywał,  że  Ktimena  miała 
słuszność potępiając bezczynność Laodamasa. 

—  W  cywilizowanym  kraju  —  gderał  —  poluje  się  tylko  po  to,  by  dzikie  zwierzęta  nie 

pustoszyły  pól  ani  winnic,  mięso  zaś  jest  kwestią  uboczną.  Ale  nasze  pola  są  tak  dobrze 
ogrodzone,  a  zwierz  w  okolicy  tak  nieliczny,  że  Laodamas  musiał  przeszukiwać  odległe  lasy, 
rzadko  przynosząc  do  domu  choćby  zająca.  Nie  wygląda  na  to,  aby  w  pałacu  tak  rozpaczliwie 
potrzeba  było  dziczyzny;  czyż  brak  nam  kiedy  tłustych  wieprzy  lub  smakowitych  wołów?  Z 
drugiej zaś strony, jeśli chłopiec potrzebuje przygód, niech jedzie robić obławy na niewolników 

na italskiej Daunii czy Sardynii, jak ja w jego wieku. 

Moja  matka  nigdy  nie  zabiera  głosu,  póki  sytuacja  jest  niejasna,  ponieważ  zaś  nie  było 

jeszcze  pewne,  czy  Laodamas  wszedł  na  pokład  rodyjskiego  okrętu,  więc  i  teraz  się  nie 
odzywała.  Klitoneos  jednak  ofiarował  Ojcu  Zeusowi  modlitwę  za  bezpieczny  powrót  brata,  a 
następnie poprosił Ktimenę o pozwolenie ćwiczenia Argosa i Lajlapsa, psów Laodamasa, na co 
zgodziła się z kwaśnym uśmiechem. 

— On z pewnością musiał odpłynąć — powiedział jej Klitoneos — bo gdyby poszedł gdzieś 

w góry, na polowanie, za nic by nie zostawił swoich psów. 

W  miesiąc  później  tajemnica  pogłębiła  się,  kiedy  kapitan  pewnego  okrętu  doniósł,  iż 

rozmawiał z Rodyjczykami opodal wyspy Skiros, która była jego portem macierzystym. Jednak 
Laodamasa nie było na pokładzie, a w każdym razie Rodyjczycy nic o nim nie mówili. Możliwe, 
że wysadzili go na brzeg w Akragas, gdzie się znajduje słynna świątynia Afrodyty, lub w jakimś 

innym porcie po drodze. Wtedy matka Eurymacha przypomniała sobie nagle, że o brzasku dnia, o 
którym mowa, gdy rodyjski okręt był jeszcze przycumowany w przystani  Drepanon, postrzegła 
galerę o dwudziestu wiosłach, fenicką z budowy oraz takielunku, stojącą w zatoce południowej. 
Może  Laodamas  powiosłował  do  niej  i  ugodził  się  o  przyjazd?  Z  kolei  i  inna  kobieta,  służąca 
Ktimeny, Melanto, która wówczas spała na dachu, potwierdziła, że widziała ten okręt z łódką na 
holu. Skoro ją jednak przyciśnięto, aby wyjaśniła, czemu nie wspomniała wcześniej o tak ważnej 
sprawie, mówiła tylko powtarzając w kółko: — Nie chciałam powodować zamieszania, milczenie 
jest  złotem.  —  Wieści  te  znów  wznieciły  mnóstwo  bezowocnych  rozważań,  nikt  jednak  nie 

background image

niepokoił się poważnie o Laodamasa aż do czasu, kiedy z końcem października pogoda zepsuła 
się, a nasze wyciągnięte przed zimą na piasek okręty powlekano jak co roku warstwą smoły. 

Musiałam  znosić  ciężar gwałtownych  żalów  Ktimeny  i  jej  litości  nad  samą  sobą.  Byłyśmy 

złączone  domowymi  zajęciami,  a  Ktimena  utrzymywała,  że  nie  może  wywnętrzać  się  przed 
służącymi nie ściągając na siebie oskarżenia o porywcze potraktowanie Laodamasa — co byłoby 
niesprawiedliwe, lub nie obwiniając go — co znowu byłoby nieładne. Powiedziała, że ja jedna 
znam owe okoliczności, a ponadto czuła się usprawiedliwiona czyniąc ze mnie powiernicę swego 
tajemnego smutku, bowiem zniknięcie Laodamasa było w dużej części moją winą. 

— No, wiesz! — krzyknęłam, szeroko otwierając oczy. — Jak to rozumiesz, bratowo? 
—  Gdybyś  siedziała  cicho  w  swoim  pokoju,  karmiłby  się  on  nadzieją,  że  nasza  rozmowa 

uwięzia  w  grzechocie  okiennic  i  drzwi  targanych  przez  syroko;  to  twoje  natrętne  współczucie 
posłało go w drogę. A gdybyś wówczas obudziła któregoś z odźwiernych, kazała śledzić swego 
brata i donieść o jego krokach wujaszkowi Mentorowi lub komuś innemu odpowiedzialnemu, nie 
wypłakiwałabym teraz oczu w beznadziejnej tęsknocie. 

Chociaż  mruknęłam  łagodnie:  —  Tak,  wszystkich  nas  należy  winić  —  wiedziałam  bardzo 

dobrze, że owej nocy dziewczęta śpiące w korytarzu blisko drzwi sypialni nie tylko słyszały tyleż 
z kłótni co i ja, lecz zostały później całkowicie przez nią wtajemniczone. Jednakże ze względu na 
Laodamasa  znosiłam  Ktimenę.  Nie  była  całkiem  złą  kobietą,  zawyrokowałam;  zdrowie  jej  nie 
dopisywało,  a  czyż  przy  rzadkich  okazjach,  gdy  sama  popadam  w  chorobę,  nie  zachowuję  się 
równie  nierozumnie?  Wieczne  skargi  Ktimeny  sprawiły,  że  jeszcze  mniej  kwapiłam  się  do 
małżeństwa  niż  przedtem  i  przebywałam  poza  domem  tak  wiele,  jak  tylko  pozwalała  mi  na  to 
przyzwoitość, biorąc ze sobą robótkę do ogrodu, gdzie Ktimena rzadko mi towarzyszyła, bo bała 
się pająków. Nie ruszałam się zaś na krok bez kobiet służebnych, ilekroć pogoda zmuszała mnie 

do pozostania w domu. 

Tutaj opiszę nasz pałac. Dla celów mojego eposu wyposażyłam go o wiele wspanialej, niż się 

rzecz miała w istocie: dałam mu próg spiżowy, drzwi złote, srebrne odrzwia i dwa złote psy, aby 
trzymały straż po obu stronach; a także ściany ze spiżu zdobne fryzem z lapis-lazuli i złote posągi 
chłopców ze zwiniętymi dłońmi, w które wtykano pochodnie z żywicznego rdzenia sosny; i wiele 
innych rzeczy. Takie upiększenie nie kosztuje nic, nic także nie kosztuje przedstawienie siebie 
samej  jako  wysokiej,  pięknej  pani  o  miękkim  głosie  albo  powiększenie  ilości  naszej  domowej 
służby  z  dwudziestu  na  pięćdziesiąt  niewiast.  Wszelako  na  ogół  przestrzegałam  prawdy,  nie 
będąc bowiem łgarzem z urodzenia, uważam próżne wymysły za niegodne, jakkolwiek chwilami 
przesadzam  jak  wszyscy  i  muszę  przerabiać,  przeinaczać,  pomniejszać  i  rozdmuchiwać 

wydarzenia,  by  dostosować  je  do  wymogów  tradycji  epickiej.  Właściwie  trzymałam  się  jak 
najbliżej swych doświadczeń, a kiedy postawiony temat zmuszał mnie do opisu nie znanych mi 
rzeczy, to albo przechodziłam lekko ponad nimi, albo dawałam w to miejsce opis tego, co znam 

background image

dobrze.  Na  przykład  odnośnie  do  Itaki,  Dzakyntos,  Same  i  innych  wysp  tej  grupy,  które  są 
główną  sceną  mego  poematu  —  nie  zwiedziwszy  ich  nigdy  ani  nie  mogąc  uzyskać  opisu  ich 
położenia czy wyglądu, obywałam się Wyspami Egackimi, które są o wiele mniejsze, ale  za to 
gruntownie mi znane. Itaka jest naprawdę Hierą, która, choć niewidzialna z Drepanon (bowiem 

Bucynna — nazywam ją Same — zasłania widok na nią), ze szczytu  góry Eryks jest doskonale 
widoczna  na  horyzoncie.  Egusę  nazywam  Dzakyntos,  a  co  się  tyczy  pozostałych  wysp 

wymienionych  w  Iliadzie  —  Neriton,  Krokileja,  Ajgilips  —  pominęłam  je,  bo  są  tylko  cztery 
Egaty,  a  czwarta,  Motja,  nisko  położona,  bogata  w  zboże,  jest  mi  potrzebna  do  zastąpienia 
Dulichionu.  Nie  może  to  mieć  wielkiego  znaczenia.  Ci,  którzy  słuchając  mego  poematu 
stwierdzą, że to nie zgadza się z ich znajomością geografii, uszanują sławę Homera i będą sądzili, 
że albo trzęsienie ziemi musiało zmienić konfigurację Same, Itaki i innych wysp, albo że nazwy 
zostały zmienione. 

Jak mówiłam, nasz pałac jest mniej więcej taki, jak opisałam w moim poemacie, aczkolwiek 

frontowe drzwi do głównego budynku są w rzeczywistości dębowe, nabijane spiżem, odrzwia z 
kamienia ciosanego, a próg jesionowy. Do pochodni mamy tylko jeden posąg chłopca, z cyprysu, 
kryty źle wtartą pozłotą; i psy u drzwi są z czerwonego egipskiego marmuru, i ściany z płytek z 
drzewa  oliwnego  z  karmazynowym  fryzem.  Nasz  pałac  składa  się  z  trzech  części.  Główny 
budynek  ma  piętro  osłonięte  dwuspadowym  dachem  i  ścieki  z  dachówek,  co  odprowadzają 
zimowe  deszcze  do  studni  mieszczącej  się  w  rogu  dziedzińca  biesiadnego;  woda,  która  z 
łoskotem wlewa się do głębokiej cembrowanej studni, szumi wspaniale, skoro ustanie letnia pora 
suszy. Sala tronowa mego ojca i inne podobne pokoje są na parterze, na górze mieszczą się nasze 
sypialnie,  zaś  główne  drzwi  prowadzą  na  dziedziniec  biesiadny.  Z  tyłu,  za  salą  tronową,  pod 
kuchnią  jest  duża,  chłodna  piwnica  używana  jako  skład.  Moja  matka  nosi  klucz  od  jej 
masywnych drzwi umocowany na kółku do przepaski, lecz Eurykleja, klucznica, ma drugi. 

Dziedziniec  biesiadny  otaczają  brukowane  i  kryte  krużganki,  a  na  obszernej  przestrzeni 

środkowej  jest  ubita  ziemia.  Tu  podejmujemy  gości,  usadzając  ich  na  stołkach  i  ławach  wokół 
stołów wspartych na kozłach. Stąd wiodą wrota do dziedzińca zewnętrznego czyli ofiarnego, o 
podobnych  krużgankach  i  z  górującym  nad  nim  ołtarzem  poświęconym  Zeusowi  oraz  innym 
mieszkańcom Olimpu. W zachodnim końcu tego dziedzińca ojciec pobudował okrągłą sklepioną 
komorę na zaciszne uchronienie dla siebie; we wschodniej zaś stronie główna brama z pokojem 
dla gości na górze wiedzie na ulicę, a jest ona pod nadzorem wysokiej wieży strażniczej, która 
wznosi się między dwoma dziedzińcami. Drzwi w murze koło sklepionej komory wychodzą na 
wąski korytarz biegnący wzdłuż pałacu i zaopatrzony w boczne wejście na dziedziniec biesiadny, 
drugie  do  sieni  dla  służby  i  kilkoro  innych  drzwi  prowadzących  do  sadu.  Nasz  sad  jest 
najbujniejszy  na  całej  Sycylii,  kilkuakrowy,  wznoszący  się  łagodnie  tarasami,  grodzony 

ciernistym  żywopłotem.  Są  w  nim  takie  owoce,  jak  gruszki,  morwy,  wiśnie,  pigwy,  jarzębina, 

background image

mącznice, granaty i kilka odmian winorośli oraz fig dojrzewających w różnych porach. Nie ma u 
nas  oczywiście  całorocznego  sezonu  winobrania,  jak  utrzymuję  w  swoim  poemacie  i  jak 
zazwyczaj  twierdzi  mój  wuj  Mentor,  gdy  sobie  podpije.  Mamy  także  poletko  melonów,  lasek 
leszczynowy  oraz  ogródek  warzywny:  kapustę,  koper,  rzepę,  rzodkiewkę,  marchew,  arum, 
pasternak, selery, brukiew, cykorię, majeranek, miętę, koper i szparagi. (Widzę, że wymieniłam 
koper dwa razy, ale to bardzo przydatna roślina.) Dwa źródła tryskają w górze ogrodu; jedno z 
nich  służy  do  nawadniania.  Drugie  przechodzi  pod  dziedzińcem  ofiarnym  i  wypływa  tuż  przy 
głównej  bramie;  jest  to  główne  zaopatrzenie  w  wodę  do  picia  dla  mieszkańców  miasta,  którzy 
dzień cały schodzą się tu tłumnie z dzbanami i kubłami. Za domem stoją stajnie i chlewy, za nimi 
zaś rośnie oliwnik zajmujący około akra. 

Wyspa  Hiera  jest  mniej  więcej  nasza,  chociaż  nominalnie  rządzi  nią  ród  mojej  matki; 

hodujemy tam piękną rasę czerwonego bydła. Pasiemy też duże trzody wieprzy i wołów na górze 
Eryks razem z licznymi stadami owiec; i niezliczone pszczoły z naszych pasiek także korzystają 
z  tych  pastwisk.  Zimą  znosimy  ule  do  Drepanon,  żeby  pszczołom  było  ciepło.  Toteż,  co  do 
produktów ziemi i morza, nasi niewolnicy lepiej jedzą niż wielu królewskich synów na jałowych 
wyspach Morza Egejskiego. (Tam podstawowym pożywieniem jest pieczony korzeń złotogłowca 
lub  malwy,  z  braku  pszenicy  i  jęczmienia,  a  w  sezonie  ryby  i  figi,  i  odrobina  oliwy,  i  kozie 
mięso.) 

Nie  dziwota,  że  wrogowie  zazdroszczą  nam  szczęścia,  i  nie  dziw,  że  gdy  spadło  na  nas 

nieszczęście wywołane niewczesnym żądaniem Ktimeny, buntowniczy poddani ojca okazali tak 
niewiele lojalności i miłości dla naszego domu i zeszli się całym mrowiem, aby nas pożreć. 

Ojciec mój ma reputację sknery,  co jest niesłuszne. Bogowie na pewno  nie mogą uskarżać 

się,  że  im  skąpi  ofiar,  ani  domownicy,  że  chodzą  niedokarmieni  lub  źle  odziani.  Ojciec  jest 

pracowity i energiczny, potępia rozrzutność, ocenia ubóstwo jako karę bogów za nieprzezorność i 
gardzi  człowiekiem,  który  daje  znakomite  dary  obcym  raczej  dla  popisu  niż  w  nadziei 
ewentualnego  zysku.  On  to  pierwszy  zaprowadził  w  zachodniej  Sycylii  uprawę  lnu  i  założył 

warsztaty  tkackie  nie  opodal  głównej  bramy.  Chlubimy  się  ścisłością  tej  tkaniny  —  jeśli  się 
mocno  naciągnie  sztukę  naszego  płótna  i  nachyli  pod  kątem,  kropelki  oliwy  mogą  się  toczyć 
poprzez  całą  jego  długość,  żadna  nie  przesiąknie  przez  materię.  Ojciec  nie  znosi  lenistwa 
zarówno  u  mężczyzn  jak  i  u  kobiet,  zawsze  wynajduje  robotę  niewolnikom,  nawet  gdy  deszcz 
pada, i wierzy, że wczesne małżeństwa są podnietą do pracowitości. 

To  przywodzi  mnie  do  kwestii  moich  zalotników.  Gdy  tylko  skończyłam  szesnaście  lat, 

ojciec  obwieścił  w  Radzie  Elymejskiej  —  która  jest  zorganizowana  na  zasadzie 

dwunastorodowego systemu — że będzie teraz przyjmował prośby o moją rękę, ale że zaszczyt 
aliansu  z  królewskim  domem  może  być  okupiony  tylko  taką  to  a  taką  podstawową  ceną.  W 

odpowiedzi  Ajgyptios,  jeden  z  fokajskich  radnych,  nadmienił,  iż  zazwyczaj  elymejska  panna 

background image

młoda  wnosi  do  rodziny  męża  posag,  który  gwarantuje  traktowanie  jej  z  szacunkiem,  i  że  ten 
posag  ma  daleko  większą  wartość  niźli  jakiekolwiek  grzeczne  podarunki,  którymi  zalotnik 
mógłby uważać za stosowne obdarzyć ojca panny  młodej. Niewątpliwie, rzekł,  wysunięta tutaj 
innowacja,  która  odwraca  role  panny  i  pana  młodego,  była  w  tym  wypadku  usprawiedliwiona 
korzyściami,  o  jakich  napomknął  mój  ojciec.  Ale  czy  nie  prowadziłoby  to,  gdyby  stało  się 
powszechnie  naśladowane,  do  zrównania  młodych  kobiet  z  wyższych  sfer  z  pospolitymi 
nałożnicami kupowanymi  za tyle to  a tyle głów  bydła lub  równowartość w bitej  miedzi,  a tym 
samym do pozbawienia ich wszelkich praw i przywilejów prócz tytułu żony? 

Sykański radny imieniem Antifos zauważył wówczas, iż moja bratowa, Ktimena, wniosła z 

sobą  posag,  tak  samo  moja  matka.  Czyż  nie  byłoby  logiczniej  i  wspaniałomyślniej,  zapytał, 
jeśliby król rozciągnął ten obyczaj na omawiany przypadek? 

Ojciec  odparł,  że  nie  stwierdza  braku  logiki  czy  wspaniałomyślności  w  swojej  propozycji. 

Zwyczaje  ślubne  są  zmienne,  powiedział,  i  jeszcze  nie  tak  dawno  człowiek  nie  mógł 
rozporządzać własną córką, bo to był przywilej jej wuja — przywilej, przy którym Sykańczycy z 

Wysp Egackich upierają się do dziś. Posagi są kłopotliwym reliktem przestarzałego systemu i nie 
istniały  w  naszej  patriarchalnej  gospodarce.  Nie,  nie,  młodzieniec  z  dobrego  rodu,  który  woli 
ubiegać  się  o  moją  rękę  niż  o  rękę  córki  uboższego  i  mniej  wpływowego  domu,  przekona  się, 
jakie  odniesie  korzyści  wydatkując  na  ten  cel  pokaźny  skarb  i  traktując  mnie  z  najwyższym 
szacunkiem, kiedy zostanę jego żoną. 

— Czy nie zechciałbyś, mój panie królu, powiedzieć szerzej o tych korzyściach? — spytał 

wysoki,  kpiarski  książę  Antinoos.  —  Nauzykaa  nie  dziedziczy  z  własnego  tytułu;  ma  nadto 
czterech braci, a co najmniej pośród trzech z nich rozdzielisz swoją własność. 

—  Odmawiam  wyjaśnień  w  tej  sprawie  —  krzyknął  ojciec  tupiąc  nogą.  —  Korzyści 

związane z poślubieniem księżniczki zapowiadają się rzetelnie, chociaż nie są bezpośrednie. 

Eupejtes, ojciec Antinoosa, zamknął dyskusję sugerując, że jak będę o rok starsza, o piędź 

wyższa i  zaokrąglą mi się kształty, piękność już teraz zapowiadana ściągnie do mnie mnóstwo 
zalotników współzawodniczących między sobą hojnymi darami. Do owego czasu dyskusja nad 
moją przyszłością wydaje mu się cokolwiek przedwczesna. 

Ojca  mego  rozzłościł  taki  efekt  jego  obwieszczenia,  ja  zaś  czułam  się  jak  przyniesiona  na 

targ chuda ryba, za którą nikt nie chce zaofiarować zapłaty. Rozlega się okrzyk: „Wrzućcie ją z 
powrotem  do  morza,  niechaj  potłuścieje”.  A  niektóre  towarzyszki  moich  zabaw  dokuczały  mi 
nazajutrz okrutnie. Jedna z nich poprosiła, żebym powiedziała, ile kosztuję. Jeślibym była tania, 
uda jej się może skłonić rodziców, żeby kupili  mnie dla pastucha. Moja matka, jak widziałam, 
żałowała, że tę sprawę roztrząsano publicznie, ale była nazbyt lojalna, by się do tego przyznać. 
Zaręczyła w każdym razie, że spytają mnie o zdanie, zanim ostatecznie wybiorą dla mnie męża, i 
będę miała prawo odrzucić kandydata, jeżeli zdołam uzasadnić niechęć do proponowanej partii. 

background image

Ona  tymczasem  weźmie  się  do  tkania  weselnej  szaty  z  morskiej  purpury,  którą  będę  mogła 
zdobić w wyszywane złotem i szkarłatem wzorki na dowód, że jestem posłuszną córką swojego 
ojca.  Dostarczyła  mi  szaty,  jak  przyrzekła,  ale  ja  pracowałam  nad  wzorkami  okropnie 
niepracowicie, a na każde trzy ukończone, jeden co najmniej prułam w tajemnicy, kiedy nikt nie 
widział. 

Wkrótce  Drepanon  dowiedziało  się,  co  ojciec  rozumiał  przez  „niebezpośrednie  korzyści”. 

Kiedy pod koniec roku Eurymach wystąpił z prośbą o pozwolenie starania się o mnie, przyznano 
mu wolne właśnie miejsce młodszego kapłana Posejdona, co przynosiło pokaźne dochody, oraz 

obiecano,  że  w  razie  zawarcia  małżeństwa  otrzyma  prawo  wyłączności  przewozu  pomiędzy 

wyspami.  Antinoos,  Mulios  i  Ktesippos,  inni  zalotnicy,  albo  otrzymali,  albo  mieli  obiecane 
podobne względy. Żaden z nich nie wyznał, że mnie kocha, a wszyscy się po trosze bali ciętości 
mojego języka, której nie szczędziłam im, gdy ojciec nie słyszał. Wcale sobie nie upodobałam, 
ba, nawet nie poważałam żadnego z tej czwórki. 

— Lepiej jednak nie być zbyt namiętnie przywiązaną do męża — mówiła mi moja matka. — 

Mąż  nigdy  nie  powinien  być  zbyt  pewien  uczuć  swojej  żony,  ufnie  polegając  tylko  na  jej 
wierności małżeńskiemu łożu. Ja, na przykład, zdawałam sobie sprawę, kiedy twój ojciec kupił 
Eurymeduzę  „Z  Apejry”,  że  korci  go,  by  zrobić  z  niej  nałożnicę,  bo  handlarze  niewolników 
zażądali nadmiernie wysokiej ceny — dwudziestu sykli zamiast czterech — a on zapłacił nieomal 
bez  targu.  Nie  śmiejąc  jednak  ryzykować  ograniczał  się  do  tego,  że  poklepywał  ją  czasami  po 
policzku  albo  po  ramionach.  Nie,  dziecino,  kto  się  zakochał  w  swoim  mężu,  ten  przepadł. 
Pomyśl, co zaszło między Ktimeną a Laodamasem: straciła dla niego głowę i stała się zazdrosna 
o dzikie kozy i świnie, na które polował całymi dniami. On jej nigdy nie kochał — małżeństwo 
zaprojektował ojciec — ale jest za dobrze wychowany, by się do tego przyznać. Toteż zaczęła się 
złościć;  najpierw  na  siebie,  a  potem  na  niego.  Gdybyż  mogło  być  odwrotnie,  gdybyż  to  jego 
namiętność była silniejsza niż jej! 

background image

„WYJAZD ODYSSA” 

Minęła zima, zbierano i tłoczono oliwki, kociły się owce, parkociły kozy, rozpoczął się sezon 

wyrabiania  serów,  z  Libii  przyleciały  jaskółki,  przepiórki  i  kukułki,  bogini  miłości  wstąpiła  na 
swą górę, pszczoły obsiadły chmarą nasze owocowe drzewa, młodzieńcy wyprawiali się łodziami 
łapać na harpun tuńczyki i mieczyki, zawitał pierwszy kupiecki okręt. Z ufnością wyglądaliśmy 
Laodamasa  albo  pewnej  wiadomości  od  niego,  albo  w  ogóle  jakiejś  wieści  o  nim,  ale  przez 
miesiąc czy nawet dłużej nie nadeszło ani słowo, choć wszystkie porty Sycylii słyszały o naszej 
trosce. Potem przybył kupiec z italskiej Hyrii licząc, że sprzeda nam wazy rzeźbione w kamieniu 
i  biżuterię  dedalską,  której  sztuka  wyrabiania  ciągle  kwitnie  w  jego  mieście,  dawnej  kolonii 
kreteńskiej. Był pękaty jak beczka, nalany i lśniący, ale miał suknie wyszywane w kwiaty w stylu 
knossańskim i loczek na czole, który pobudzał moje dziewczęta do chichotów. Zszedłszy na ląd 
zaraz poprosił, by go zaprowadzono do pałacu, gdzie tłumiąc podniecenie pozdrowił ojca, zaś po 

obiedzie — uważa się bowiem, że złe to maniery, jeśli gość i gospodarz mówią co innego niźli 
komplementy, nim obiad się skończy — przemówił w te słowa: 

—  Oto  dobra  wieść  dla  ciebie,  panie  mój,  królu,  o  twoim  zaginionym  synu,  księciu 

Laodamasie. Spotkałem go jesienią u Tesprotów z Epiru, w doskonałym zdrowiu, bogom niech 
będzie chwała! Okazuje się, iż fenicki okręt, którym wypłynął z Drepanon, osiadł podczas burzy 
na  mieliźnie  opodal  skalistej  Korkyry;  on  jednak  zdołał  umknąć  czarnej  śmierci.  Urwała  się 
stępka i trzymała go na wodzie, przywartego do niej mocno, pokąd nie opadły białogrzywe fale i 
mógł  powiosłować  rękami  do  brzegu.  Władca  Korkyry  przyjął  twego  syna  po  królewsku, 
wołając, że jest on widocznie ulubieńcem bogini Tetydy, a wkrótce odkrył, że mieli wspólnego 

przodka  —  Dzakyntosa,  dawnego  króla  Troi,  pradziada  księżniczki  Egesty.  Nie  tylko  obsypał 
Laodamasa  skarbami,  ale  dał  mu  list  polecający  do  innego  powinowatego,  króla  Tesprotów, 
Fejdona,  który  okazał  się  nie  mniej  hojny.  W  rezultacie  syn  twój  nagromadził  wielką  obfitość 
złota i srebra, bursztynu, zbroi, cacek z kości słoniowej, czar, kotłów i trójnogów — dość, można 
powiedzieć,  aby  wzbogacić  swych  potomnych  po  dziesiąte  pokolenie.  Kiedy  spotkaliśmy  się, 
zasięgnął właśnie porady gołębiej wyroczni Zeusa u Dębów Dodony. Poczęstowałem go winem, 

background image

on  zaś  polecił  mnie  tobie,  panie,  zapewniając,  że  u  twych  elymejskich  poddanych  znajdę 
chętnych  nabywców  na  moje  towary.  Obiecuje  on  sobie  powrócić  mniej  więcej  w  sezonie 
pierwszych fig, ale nie wcześniej, bowiem wyrocznia — któż zgadnie czemu? — ostrzegła go, by 
się nie spieszył do domu. Nie, panie, z rozbicia okrętu nie ocalił nawet odzieży — miał na sobie 
jedynie przepaskę wokół bioder i koralowy amulet na szyi, kiedy gościnny lud Korkyry znalazł 
go półżywego na piasku wybrzeża, z włosami pokrytymi skorupą soli. 

Możecie  sobie  wyobrazić,  co  za  ulgę  sprawiła  ta  wieść  ojcu,  który  klaskał  w  dłonie  jak 

dziecko.  Klitoneos  ukrył  głowę  w  czarze  wina  i  pił,  póki  go  nie  zamroczyło.  Wezwano  mnie 
pośpiesznie i kazano zanieść radosną wiadomość Ktimenie, która już prawie nic nie jadła i nie 
piła.  Większość  czasu  spędzała  w  łóżku  w  napadach  histerycznych  łkań.  Rzadko  kiedy 
podejmowałam  się  zlecenia  z  większą  ochotą  i  rzadko  spotykały  mnie  bardziej  porywcze 
podziękowania — nigdy też nie miałam tak małej wiary w prawdziwość wiadomości. 

Nie było takiej rzeczy, którą uznalibyśmy za zbyt dobrą dla hyryjskiego kupca; ojciec zwołał 

Wszechelymejską Radę i obwieścił, że wieczorem na dziedzińcu biesiadnym odbędzie się uczta 
na cześć dobroczyńcy. Każdy z dwunastu szczepów ma przysłać po kilku przedstawicieli Tuzin 
owiec, osiem wieprzy i  dwa byczki  złoży się w  ofierze, wino i  chleb będą bez ograniczenia, a 
Demodokos,  najsławniejszy  poeta  Sycylii,  ślepy  Syn  Ślepego  Homera,  zgodził  się  śpiewać  o 
wojnie trojańskiej. 

Co najmniej stu ludzi przybyło na ucztę, wszyscy w odświętnych szatach. Zabrzmiały hymny 

radosne  do  Zeusa,  gdy  na  dziedzińcu  ofiarnym  rżnięto,  oprawiano  i  pieczono  zwierzęta. 
Demodok,  który  był  nie  tylko  ślepy,  ale  w  dodatku  bezzębny,  zasiadł  w  krześle  nabijanym 
srebrem  pod  jednym  ze  słupów  krużganka,  a  jego  siedmiostruna  forminga  wisiała  na  kołku  w 
zasięgu  ręki.  Obok  na  inkrustowanym  stole  Pontonnos,  podczaszy,  postawił  mu  kubek  wina  i 
kosz chleba, by krzepił się w przerwach między pieśniami. W odpowiedniej odległości od starca 

ustawiono  półkolem  na  kozłach  ze  dwadzieścia  stołów  z  drzewa  bukowego,  woskowanych  i 
błyszczących,  a  każdy  dźwigał  ogromną  misę  z  dobrze  wyszorowanego  spiżu,  na  której  leżały 
parujące  ćwierci  baraniny,  wieprzowiny,  wołowiny.  Znowu  pomyślałam  sobie,  jak  wstrętnie 

jedzą mężczyźni  —  odcinają paski  mięsa sztyletami i  pchają do ust,  aż sok  cieknie po rękach i 
brodzie!  Tylko  nieliczni  używają  chleba  do  otarcia,  reszta  nie  troszczy  się  o  to.  Pontonoos  lał 
wino, jego bystre oko postrzegało każdy odstawiany kubek czy puchar. Były to nasze najlepsze 
puchary. Boimy się zawsze, żeby kto bezmyślnie nie wyniósł jakiegoś po skończeniu biesiady, 
chociaż wszystkie mają odciśnięty albo ryty pałacowy znak (pies myśliwski szarpiący jelonka), 
toteż  łatwo  je  odnaleźć.  Jedne  są  srebrne,  drugie  złote,  inne  zaś  rzezane  w  alabastrze  albo 

liparycie, kilka jest wyrobu egipskiego. 

Kupiec  hyryjski,  który  wywodził  swoje  pochodzenie  od  brata  króla  Minosa,  Sarpedona, 

otrzymał  zaszczytną  porcję  —  całą  wołową  polędwicę  i  łyk  najlepszego  ciemnego  wina  w 

background image

pucharze  z  kryształu.  Wlawszy  w  siebie  kwaterkę  tego  wyśmienitego  napoju,  umiarkowanie 
zmieszanego z wodą, huknął się w pierś, postukał w czoło i wykrzyknął, że zapomniał przekazać 
wyrazy  miłości  od  Laodamasa  dla  jego  żony,  rodziców  i  braci,  i  najprzedniejszych  obywateli 
Drepanon.  Przekazał  je  wśród  uniżonej  ciszy  i  choć  frazesy  te  nie  były  charakterystyczne  dla 
Laodamasa, sprawiły przyjemność. Powiedział też, że Laodamas zamierza wypłynąć do kraju z 

piaszczystego Pylos w Elidzie. 

Powiadomiono  nas,  kobiety,  że  i  nasza  uczta  jest  gotowa,  podreptałyśmy  więc  na  dół,  do 

jadalni.  Mężczyźni  chlubią  się  zjadaniem  olbrzymich  ilości  przy  wszystkich  okazjach,  jakby 
umierali  z  głodu.  My,  kobiety,  obywamy  się  połową  ich  jedzenia  i  picia,  a  jesteśmy  nie  mniej 

krzepkie.  Osobiście  nie  cierpię,  kiedy  dobrze  urodzona  panna,  choćby  nie  wiem  jak  była 
żarłoczna, rozlewa wino i tłuszcz na suknie; a jeśli złapię którąś ze służących z ryjem w korycie, 
jak  to  się  mówi,  posyłam  ją  do  mielenia  zboża  na  najcięższych  naszych  żarnach,  gdy  ogłoszą 
następną porę jedzenia. 

Kiedy  mężczyźni  uznali  się  za  pokonanych  mnogością  jadła,  przyszli  niewolnicy  niosąc 

ręczniki,  gąbki  i  miednice  z  ciepłą  wodą  —  do  której  wlano  nieco  octu  —  by  gościom  umyć 
dłonie.  Inni  tymczasem  zbierali  ze  stołów  i  wynosili  napoczęte  mięsa  wyczekującej  ciżbie 

zgromadzonej  na  dziedzińcu  ofiarnym.  Następnie  jął  śpiewać  Demodok,  a  wybraną  przezeń 
pieśnią był  „Wyjazd Odyssa pod Troję”, dla uczczenia Fokajczyków, bowiem  pradziad Odysa, 
Autolikos,  ich  przodek,  żył  pono  na  fokidzkim  Parnasie,  gdzie  stoją  Delfy,  wieszcza  siedziba 
Apolla. Wezwawszy Muzy, które Apollon sprowadził z zimnej północnej dziczy i przyjął na swe 
górne delfickie pokoje, Demodokos opisał przybycie zalotników królowej Heleny do Sparty. 

Demodok  opowiadał,  a  dwie  akrobatki,  które  przywiódł  ze  sobą,  wykonywały  sztuki 

karkołomne w takt muzyki i ilustrowały epizody dramatyczne w bezsłownych mimach. 

Kiedy dorosła piękna córa Ledy, Helena, do pałacu opiekuna jej, Tyndareosa, zjechali się z 

darami bogatymi albo  przysłali swoich krewnych jako przedstawicieli wszyscy książęta Grecji. 
Był  tam  Argiwczyk  Diomedes,  świeżo  po  zwycięstwie  pod  Tebami,  z  Ajakidami,  Ajasem  i 
Teukrem,  był  Idomeneus  król  Krety;  Patroklos  kuzyn  Achilla,  Menesteus  Ateńczyk  oraz  wielu 

innych. Przyjechał też Odys z Itaki, wnuk Autolikosa, lecz z próżnymi dłońmi, wiedział bowiem, 
że  nie  ma  najmniejszej  szansy  —  bo  chociaż  Kastor  i  Polideukes,  bracia  Heleny,  chcieli,  by 
poślubiła  Menesteosa  z  Aten,  i  tak  będzie  oddana  księciu  Menelaosowi,  najbogatszemu  z 
Achajów, którego reprezentował potężny zięć Tyndareosa, Agamemnon. 

Król  Tyndareos  nie  odesłał  żadnego  z  zalotników,  ale  też  i  nie  przyjął  ani  jednego  z 

ofiarowywanych  darów,  obawiał  się  bowiem,  że  jeśliby  opowiedział  się  po  stronie  któregoś  z 
książąt, poróżniłby się z innymi. Kiedyś Odys spytał go: 

—  Jeśli  ci  powiem,  jak  uniknąć  kłótni,  to  czy  w  zamian  pomożesz  mi  zaślubić  twoją 

siostrzenicę, Penelopę, córkę pana Ikariosa? 

background image

— Zrobione! — krzyknął Tyndareos. 
— Oto więc moja rada — ciągnął Odys. — Nalegaj, niechaj wszyscy zalotnicy przysięgną 

bronić wybrańca przed każdym, kto zaweźmie się na jego szczęsny los. 

Tyndareos przyznał, że to roztropna droga. Złożywszy więc w ofierze konia i rozebrawszy go 

na  ćwierci,  kazał  zalotnikom  stanąć  na  skrwawionych  cząstkach  i  wyrzec  przysięgę,  którą 
sformułował Odys ćwierci te spalono w miejscu do dziś zwanym Grobowcem Konia. 

Nie wiadomo, czy Tyndareos sam wyznaczył męża dla Heleny, czy też ona oznajmiła swój 

wybór przez włożenie mu wieńca na skronie. W każdym razie poślubiła Menelaosa, który stał się 
królem  Sparty  po  śmierci  Tyndareosa  i  podniesieniu  do  godności  boskiej  Dioskurów.  Jednak 
małżeństwo ich było skazane na niepowodzenie: przed laty, składając bogom ofiary, Tyndareos 
głupio  przeoczył  Afrodytę,  która  zemściła  się  klątwą,  że  wszystkie  trzy  jego  córki  — 

Klitajmestra, Tymandra i Helena — zasłyną z cudzołóstwa. 

—  Czemu  —  pytał  Demodok  —  Zeus  i  jego  ciotka  Temida  Tytanka  uplanowali  wojnę 

trojańską?  Czy  po  to,  by  rozsławić  Helenę  wprowadzeniem  swarów  między  Europą  i  Azją?  A 
może po to, aby wywyższyć rasę półbogów, a zarazem przerzedzić ludne szczepy, które uciskały 
powłokę Matki Ziemi? Niestety, przyczyna musi na zawsze pozostać niejasna, ale decyzja była 
podjęta już wtedy, gdy Eris w czasie wesela Peleusa i Tetydy rzuciła złote jabłko z napisem: „Dla 
Najpiękniejszej!” Wszechmocny Zeus odmówił rozstrzygnięcia sprzeczki między Ateną, Herą i 
Afrodytą,  z  których  każda  pretendowała  do  jabłka,  kazał  natomiast  Hermesowi  zaprowadzić 
boginie na górę Ida, gdzie z dawna zagubiony syn Priama, Parys, będzie sędzią sporu. 

Parys  pasł  bydło  na  Gargaros,  najwyższym  szczycie  góry  Ida,  kiedy  zjawił  się  przed  nim 

Hermes w otoczeniu Hery, Ateny i Afrodyty. Hermes wręczył Parysowi złote jabłko niezgody i 
przekazał  polecenie  Zeusa:  —  Parysie,  ponieważ  jesteś  równie  mądry  w  sprawach  serca  jak 
przystojny, Zeus ci rozkazuje, byś osądził, która z tych bogiń jest najpiękniejsza, i przyznał jej tę 
złotą nagrodę. 

Parys przyjął jabłko pełen wątpliwości. — Czy taki jak ja prosty pastuch może być arbitrem 

boskiego piękna? — zawołał. — Rozdzielę owoc równo między wszystkie trzy. 

—  Nie,  nie,  nie  możesz  nie  posłuchać  wszechmocnego  Zeusa!  —  wykrzyknął  Hermes.  — 

Mnie zaś nie upoważniono, bym ci udzielił rady. Posłuż się wrodzoną inteligencją! 

— Niech już będzie — westchnął Parys. — Ale najpierw upraszam się przegranych, żeby się 

na  mnie  nie  zezłościły.  Jestem  tylko  człowiekiem,  skłonnym  do  popełniania  najgłupszych 
omyłek. 

Boginie zgodziły się przyjąć jego wyrok. 
— Czy sądzić je tak jak stoją? — spytał Parys Hermesa. — Czy mają być gołe? 
—  Zasady  współzawodnictwa  zależą  od  twojej  decyzji  —  odparł  Hermes  z  oględnym 

uśmieszkiem. 

background image

— No to niech się rozbiorą. 
Hermes powtórzył to boginiom i grzecznie odwrócił się tyłem. 
Afrodyta była wkrótce gotowa, lecz Atena uparła się, że powinna ona zdjąć jeszcze słynną 

magiczną przepaskę, która dawała właścicielce tę przewagę, że wszyscy tracili dla niej głowę. 

—  Bardzo  dobrze  —  rzekła  zawistnie  Afrodyta.  —  Zdejmę,  ale  pod  warunkiem,  że  i  ty 

zdejmiesz swój hełm — wyglądasz bez niego potwornie. 

— Jeśli wolno — oznajmił Parys klaszcząc w dłonie, aby przywołać boginie do porządku — 

będę  oceniał  współzawodniczące  po  kolei  i  w  ten  sposób  unikniemy  niepotrzebnych  sporów. 
Chodź no tutaj, boska Hero! Bardzo proszę, by inne boginie zostawiły nas na chwilę samych. 

— Sumiennie mnie badaj — powiedziała Hera, wolno obracając się wokoło i prezentując mu 

swą wspaniałą postać — a pamiętaj, jeśli osądzisz, żem najpiękniejsza, uczynię cię panem całej 

Azji i najbogatszym z żyjących. 

— Ja się nie dam przekupić, droga pani... Aha, no tak, dziękuję. Zobaczyłem wszystko, co mi 

było trzeba. Chodź, boska Ateno! 

—  Jestem  —  rzekła  Atena  przybliżając  się  zdecydowanym,  posuwistym  krokiem,  ale,  nie 

mniej skromna jak dziewicza, kryła, ile się dało, pod Egidą. — Słuchaj, Parysie — powiedziała 
—  jeśliś  na  tyle  roztropny,  by  mnie  przyznać  nagrodę,  uczynię  cię  zwycięskim  we  wszystkich 
bojach, nadto będziesz najmądrzejszy na świecie. 

— Jestem skromnym pastuchem, nie żołnierzem — odparł Parys, którego zmęczyła obecność 

Egidy:  —  Wiesz  dobrze,  że  w  całej  Lidii  i  Frygii  panuje  spokój,  a  suwerenności  króla  Priama 
nikt  nie  kwestionuje.  Ale  obiecuję  uczciwie  rozważyć  twoje  pretensje  do  jabłka.  Możesz  już 
włożyć hełm i szaty. Czy Afrodyta gotowa? 

Afrodyta podeszła boczkiem do Parysa, który spiekł raka, bowiem przysunęła się tak blisko, 

że się niemal stykali. Pachniała nardem i różami. 

— Przyjrzyj się, proszę, dokładnie, nie omiń niczego... Nawiasem mówiąc, skoro tylko ciebie 

zobaczyłam,  powiedziałam  do  Hermesa:  „Słowo  daję,  oto  najprzystojniejszy  mężczyzna  we 
Frygii! Czemu marnuje się tu w głuszy, pasąc głupie bydło?... No, bo i czemu, Parysie? Czemu 
nie  masz  się  przenieść  do  miasta,  aby  wieść  żywot  cywilizowany?  Co  stracisz  żeniąc  się  na 
przykład  z  Heleną  ze  Sparty,  która  jest  niemal  równa  mnie  pięknością  i  nie  mniej  namiętna? 
Jestem przekonana, że jak tylko się spotkacie, porzuci dom, rodzinę, wszystko, by zostać twoją 
kochanką. Pewnie słyszałeś o Helenie? 

— Nie, pani. Byłbym ogromnie wdzięczny, gdybyś mi ją opisała. 
—  Jest  jasna  i  ma  delikatną  cerę,  bo  wykluła  się  z  łabędziego  jaja.  Może  podawać  się  za 

córkę Zeusa; rozmiłowana w polowaniach i zapasach, spowodowała jedną wojnę będąc jeszcze 

dzieckiem  —  a  kiedy  doszła  do  pełnoletności,  wszyscy  książęta  Grecji  byli  jej  zalotnikami. 
Obecnie jest żoną Menelaosa, brata Agamemnona, ale to nie ma znaczenia — możesz ją mieć, 

background image

jeśli chcesz. 

— Jak to, przecie zamężna? 
— Nieba! Aleś ty niewinny! Czy nigdy nie słyszałeś, że załatwianie takich spraw jest moją 

boską powinnością? Proponuję, byś udał się w podróż po Grecji, biorąc za przewodnika mojego 
syna, Erosa. Już on to sprawi, że jak przyjedziesz do Sparty, Helena zakocha się w tobie po uszy. 

— Przysięgasz? — spytał Parys w podnieceniu. 
Afrodyta złożyła solenną przysięgę na rzekę Styks, a Parys bez namysłu dał jej złote jabłko. 
Wyrokiem tym ściągnął  na siebie nieukojoną zawziętość Hery i Ateny, które trzymając się 

pod  rękę  odeszły,  by  uknuć  zburzenie  Troi;  tymczasem  Afrodyta,  z  psotnym  uśmieszkiem  na 
niezrównanej twarzy, stała rozmyślając, jak najlepiej dotrzymać obietnicy. 

— Elymowie z góry Eryks — zawołał Demodok — żadna bogini wszechświata nie jest tak 

potężna jak nasza Afrodyta! 

Nie podobało mi się to skrajnie stronnicze twierdzenie. Współzawodnictwo dotyczyło tylko 

tego, kto był najpiękniejszy, a nie najmądrzejszy czy najpotężniejszy;  Homer zaś opowiada, że 
kiedyś,  gdy  Afrodyta  odważyła  się  stanąć  do  walki  na  równinie  pod  Troją,  musiała  uciekać 
zraniona przez zwykłego śmiertelnika. 

Demodokos  powiesił  formingę  na  kołku  i  zaczął  mamlać  chleb  i  siorbać  wino.  Ojciec 

zakaszlał dostojnie. 

—  Bardzo  ładna  historyjka  —  rzekł  —  i  pięknie  opowiedziana,  czcigodny  Demodoku. 

Bogowie, którzy pozbawili cię zarówno oczu jak i wszystkich trzydziestu dwóch zębów, dali ci 

za  to  wspaniały  głos  i  niewyczerpaną  pamięć.  Lecz,  wyznaj,  czy  to  cała  prawda?  Niełatwo  mi 
uwierzyć,  że  ucieczka  czterdziestego  ósmego  czy  dziewiątego  syna  Priama  z  królową  Sparty 
wywołała wojnę trojańską, która objęła niemal  wszystkie miasta w Grecji i  Azji Mniejszej  i  w 
taki czy inny sposób musiała spowodować co najmniej ze sto tysięcy strat. Nie wyglądało nawet 
na  to,  żeby  Parys  próbował  zagarnąć  tron  Sparty.  Powiedz,  jaką  wartość  w  bydle  lub  metalu 
dałbyś  żonie,  która  po  dziewięciu  latach  małżeństwa  nie  potrafiła  urodzić  Menelaosowi  syna  i 
pochodziła  z  rodu  słynącego  cudzołóstwem?  Najwyżej  dziesięć  lub  dwadzieścia  funtów  złota 
mogło świetnie wyrównać stratę jego praw małżeńskich. 

— Powtarzam opowieść tak, jak nam ją przekazano od naszego przodka, boskiego  Homera 

— rzekł Demodok zwięźle. 

— Kobiety, rzecz jasna — obstawał ojciec przy swoim — mogą powodować poważne spory 

rodzinne, zwłaszcza gdy są spadkobierczyniami i gdy małżeństwo z nimi pociąga przeniesienie 
praw  własności;  ale  nie  mogę  uwierzyć  ani  w  to,  by  zalotnicy  Heleny  mieli  angażować  się  w 
zamorską wojnę dla dobra Menelaosa, ani w to, że ojciec Parysa i bracia woleli przez dziesięć lat 
bronić Troi niż oddać Helenę. 

—  Wszystkie  wojny  domowe  są  wojnami  dynastycznymi,  panie  mój,  królu,  wszystkie 

background image

zamorskie  wojny  są  wojnami  kupieckimi  —  przyznał  otyły  Hyryjczyk.  —  A  Troja,  założona 
wspólnie  przez  naszych  kreteńskich  przodków,  pewnych  miejscowych  Frygijczyków  i  grupę 
Ajakidów ze wschodniej Grecji, była swego czasu najważniejszym miastem Azji. Troja władała 

Hellespontem,  sprawowała  więc  kontrolę  nad  bogatym  handlem,  towarami  Morza  Czarnego  i 

dalszych  okolic  —  złotem,  srebrem,  żelazem,  cynobrem,  budulcem  okrętowym,  płótnem, 
konopiami, suszonymi rybami, oliwą i chińskim nefrytem. Na równinie Skamandra odbywały się 
doroczne wielkie targi, na które zbierali się kupcy całego świata; wszyscy przynosili bogate dary 
królowi Troi, który w zamian osłaniał ich w czas trwania targów i zaopatrywał w jadło i wodę do 
picia. Jednakże królowie Troi, pochodzący z Frygijskiego pnia, nie chcieli pozwolić ani Grekom, 
ani Kreteńczykom na bezpośredni handel z czarnomorskimi narodami. W poprzednim pokoleniu 
ojciec  Priama,  Laomedont,  starał  się  nie  dopuścić,  by  minojski  okręt  Argo  przepłynął  po  złote 
runo  złożone  w  świątyni  na  Kolchidzie,  lecz  okręt  się  jakoś  przemknął;  a  Synowie  Homera 
opowiadają,  jak  to  Herakles,  który  był  członkiem  załogi,  zszedł  później  na  ląd  we  Frygii  i 
zebrawszy kilku sprzymierzeńców wziął szturmem Troję i ukarał Laomedonta za jego chciwość i 
upór. 

— Właśnie! — krzyknął ojciec. — Historia jest jasna jak ta wypucowana gałka u drzwi! Ci 

Kreteńczycy i  Ajakidzi, współbudowniczowie Troi,  która była przeznaczona do zabezpieczenia 
ich  interesów  handlowych  na  Morzu  Czarnym,  zastali  wjazd  do  Hellespontu  zagrodzony,  król 

Priam  wzniósł  mocne  fortece  w  Sestos  i  Abydos,  by  mieć  kontrole  nad  cieśninami.  Kiedy 
założony protest nie dał wyników, zwrócili się do swych achajskich sprzymierzeńców o pomoc w 
podjęciu  sankcji  karnych  i  obiecali,  jeśli  wyprawa  przybierze  szczęśliwy  obrót,  podzielić  się  z 
nimi łupami. Agamemnon, król Myken, zgodził się przewodzić wyprawie i namówił Odysa, aby 
wziął w niej udział, bo Odyseusz był królem Wysp Jońskich, kraju mojego przodka, Dzakyntosa, 
jednego z kreteńskich założycieli Troi. Zatem na naradzie  w świątyni spartańskiej bogini Helle 
złożyli jej ofiarę z konia i przysięgli na jego poćwiartowanych szczątkach. Przysięgli udostępnić 
greckiej żegludze cieśniny uczczone jej imieniem — mam na myśli Hellespont. Nie wyobrażam 
sobie,  aby  człowiek  doświadczony  mógł  zakwestionować  mój  wywód.  Teraz  zaś  proszę  cię, 
Demodoku, śpiewaj dalej, skoroś już dobrze przepłukał swe dziąsła i gardło. Demodok odrzekł 

na to: 

—  Królu  Alfejdesie,  ponieważ  gardzisz  moją  opowieścią  o  wizycie  Parysa  na  spartańskim 

dworze i wynikłych z niej czynach jego w Fenicji, pozwól, że opuszczę dziś tę pieśń i przejdę do 
mniej oklepanego opisu wyjazdu Odyssa pod Troję. 

— Nie, nie! — zawołał ojciec. — Błagam, nie opuszczaj ani wiersza jedynie przez wzgląd na 

mnie.  Twierdzę,  oczywiście,  że  powiastka  o  tym,  jak  Parys  zachował  się  w  Sparcie,  nie  jest 
szczególnie  pouczająca  ani  też  osobliwie  budująca  —  jak  to  umizgał  się  do  Heleny  głośnym 
wzdychaniem i rozkochanymi spojrzeniami, często przykładając usta do tegoż miejsca na brzegu 

background image

pucharu, co ona. Mężczyźni  i  kobiety nie powinni  nigdy jadać razem,  z wyjątkiem rodzinnych 
okazji,  zgodzicie  się?  I  jak  nabazgrał  winem  rozlanym  na  stole:  „Kocham  Helenę!”,  i  jak 
Afrodyta zaślepiła oczy Menelaosowi na to bezwstydne widowisko. Czyż taką opowieść można 
śpiewać w obecności młodych, wrażliwych kobiet? Nie wygląda nawet na to, by występki Parysa 
spotkały  się  z  karą.  Cieszył  się  dziesięć  lat  Heleną  —  póki  nie  zwiędła  jej  piękność,  co  jest 

nieuniknione,  kiedy  kobieta  dobiega  czterdziestki  —  a  potem  zyskał  nieśmiertelną  sławę 
zabiwszy  Achillesa,  największego  szermierza  pośród  żywych;  a  gdy  zginął  w  walce,  został 
pochowany  z  honorami,  jak  bohater.  Nie,  nie!  Myślmy  rozsądnie,  moi  królowie  i  panowie. 
Pozwólcie, że wygłoszę swe głęboko przemyślane zdanie: Helena nigdy do Troi nie jeździła. 

Ojciec  jest  prostodusznym,  praktycznym  człowiekiem,  a  moja  matka  sto  razy  się  już 

przekonała,  że  nie  ma  co  z  nim  dyskutować,  kiedy  jest  w  jednym  ze  swoich  prowokujących 
nastrojów.  Miałam  chętkę  wejść  tam  na  dziedziniec  biesiadny  i  powiedzieć:  „Ojcze,  teraz  nie 
czas  na  słowo:  rozsądek.  Zrozum,  proszę,  że  pieśń  homerycka  śpiewana  jest  przy  dźwiękach 
formingi,  a  więc  przeznaczona  dla  rozrywki,  i  to  wszystko.  Co  innego  historyczne  i  moralne 

pouczenia  —  udzielają  ich  kapłani  oraz  starzy  radni  młodym  ludziom,  którzy  pod  wieczór 
zbierają  się  dokoła  nich  po  dziennej  zabawie.  Wtedy  nie  brzęka  forminga,  nie  zachowuje  się 
pobożnej  ciszy,  młodzi  zadają  roztropne  pytania  i  takoż  im  się  odpowiada.  Chyba  Synowie 
Homera  wiedzą,  czego  się  od  nich  wymaga?  Byli  zawodowymi  pieśniarzami  co  najmniej  parę 
setek lat i  zgoła nieliczne ich opowieści  są obojętne na nieszczęścia, które niesie miłość. Tego 
właśnie ich słuchacze oczekują — pieśni o miłości i pieśni o wojnie. Ładną rozrywką byłby epos 

o wojnie kupieckiej! 

 

Głoś, muzo kupiecka, urodę miedzi, 

Skór końskich powab, blask barwnych sajetów, 

Dla których król Priam gniew Sparty wzniecił, 

Zbyt chciwych żądając z handlu procentów...

*

 

 
Powstrzymywał mnie jednak wstyd, a zresztą moja wymówka trafiłaby na głuche uszy. 
Zapadło  niezręczne  milczenie  i  po  chwili  Demodok,  trochę  dotknięty,  przeskoczył  około 

tysiąca pięciuset wierszy i zaczął recytować „Wezwanie Odyssa”. 

Oto co nam opowiedział: 
Król  Odys  z  Itaki  poślubił  córkę  Ikariosa,  Penelopę,  wygrawszy  bieg  zalotników,  który 

odbywał  się  wzdłuż  jednej  ze  spartańskich  ulic  zwanej  Afeta.  Ikarios  krzyknął:  —  Raz,  dwa, 

trzy!  —  a potem ostro klasnął  w dłonie, zamiast  wrzasnąć:  „Goń!”  —  na co wszyscy zalotnicy 
                                                 

*

 Przekład Stanisława Grochowiaka 

background image

oprócz  Odysa  porwali,  się  do  biegu  i  z  miejsca  ich  zdyskwalifikowano.  Odys  bowiem,  z  góry 
uprzedzony,  nie  ruszył  się,  póki  nie  padło  słowo:  „Goń!”  —  za  czym  będąc  jedynym 
zawodnikiem uzyskał nagrodę bez wysiłku, choć miał krzywe nogi.  Ikarios prosił, aby Odys w 
zamian  za  przysługę  pozostał  z  nim  w  Sparcie,  a  gdy  ten  odmówił,  ścigał  rydwan,  którym 
odjeżdżała  para  nowożeńców,  błagając  ich,  by  zawrócili.  Odys,  który  dotąd  zachował 
cierpliwość,  odwrócił  się  do  Penelopy  i  powiedział:  —  Albo  jedziesz  do  Itaki  z  własnej  i 

nieprzymuszonej  woli,  albo  złaź,  jeżeli  wolisz  swego  ojca,  a  ja  sam  pojadę!  —  Penelopa  w 
odpowiedzi spuściła zasłonę. Zdając sobie sprawę, że Odys postępuje zgodnie z prawem, Ikarios 
puścił  córkę  i  w  miejscu,  gdzie  zaszło  to  wydarzenie,  w  odległości  jakichś  czterech  mil  od 

Sparty, postawił posąg Powściągliwości, który do dziś pokazują. 

Otóż wyrocznia ostrzegła Odysa: — Jeśli popłyniesz do Troi, nie wrócisz przed dwudziestu 

laty,  a  i  to  samotny  i  opuszczony.  Wymienił  więc  królewskie  szaty  na  brudne  łachmany  i 

Agamemnon,  Menelaos  i  Palamedes  zastali  go  w  jajowatej  filcowanej  czapce,  jak  orał  w  osła 
sprzężonego w jednym jarzmie z wołem, a idąc sypał sól przez ramię. Kiedy udał, że nie poznaje 
znamienitych gości, Palamedes porwał z ramion Penelopy Telemacha i położył niemowlę przed 
posuwającym się zaprzęgiem, który miał zacząć orać dziesiątą skibę. Odys pośpiesznie ściągnął 
lejce, aby nie zabić swego jedynego syna, i kiedy przypomniano mu przysięgę, którą złożył na 
skrwawionych szczątkach konia, musiał przyłączyć się do wyprawy. 

— Mam nadzieję, że ta opowieść podoba ci się — odezwał się Demodok nadąsanym tonem, 

kiedy go gromko oklaskiwano. 

—  Głos  masz zachwycający,  ale  nie  mogę  się  powstrzymać,  by  nie  wytknąć,  że  i  ta  część 

cyklu  jest  mało  przekonująca.  Jeżli  Odys  chciał  udać  szaleństwo,  aby  się  wykręcić  od 
przyrzeczonego  udziału  w  wyprawie,  co  jest  jedynym  sensem,  jakiego  się  dorozumiewam  z 
twojej opowieści, to czemu nie działał bardziej nieodpowiedzialnie? Ostatnio zbiedniali rolnicy 
bardzo  często  zaprzęgają  wołu  z  osłem  w  jedno  jarzmo  —  sam  widziałem,  jak  Sykańczyk  w 
potrzebie orał własną żoną zaprzężoną w jedno jarzmo z wołem — zaś filcowe czapki są bardzo 
rozsądnym ubiorem dla oraczy, gdy wieje z północnego wschodu. Otóż, jeślibym ja był Odysem, 
wybrałbym sobie świnię i kozę do zaprzęgu, a przyodziałbym się dziwacznie w sowie pióra, złotą 
tiarę i nagolenniki z wężowej skóry — cha, cha, cha! 

Trzęsłam się ze wstydu słysząc, że do czcigodnego Demodoka zwracają się tym kapryśnym i 

poniżającym tonem. 

—  Trudno  także  nazwać  obłąkaniem,  że  ktoś  orze  dziesięć  prostych  skib  —  czemu  nie 

popędził wściekle zaprzęgu po spirali? Byłoby to bardziej przekonywające i wielce by ulepszyło 
twoją opowieść, która nie jest tak śmieszna, jakby się należało spodziewać po Synu Homera. 

— Mój panie królu — rzekł Demodok z uśmiechem, który na tyle był bliski szyderstwa, na 

ile mu śmiałość pozwoliła — czyś aby nie zabłąkał się na manowce? Mój chlubny antenat, który 

background image

ułożył  tę  pieśń,  nigdzie  nie  napomyka  nawet,  że  Odys  udawał  szaleństwo.  Odys  był  ubrany  w 
filcową  czapkę  mistagoga,  aby  pokazać,  że  prorokuje,  przeto  wszystkie  jego  czyny  są 
symboliczne. Wół i osioł oznaczają Zeusa i Kronosa lub, jeżeli wolisz, lato i zimę, a każda skiba 
zasiana solą — zmarnowany rok. Ukazywał on bezowocność wojny, na którą został pozwany, ale 
Palainedes  mający  wyższą  moc  proroczą  chwycił  Telemacha  i  zatrzymał  pług  przy  dziesiątej 
skibie, ukazując w ten sposób, że bój decydujący, gdyż to znaczy imię „Telemachos”, odbędzie 
się w dziesiątym roku, jak było istotnie. 

Śmiech i oklaski przywitały tę porażkę mego ojca. Zaczerwienił się po same uszy i okazał 

swój  rozsądek,  odkrawając  spory  kawał  wieprzowiny,  bardzo  ładnie  podpieczonej,  którą  paź 
zaniósł  do  rąk  Demodoka;  nadto  obiecał  mu  dać  nowy  kij  ze  świdwiny  ze  złotą  gałką,  by 
prowadziła  jego  kroki  oraz  przydawała  mu  dystynkcji.  Chociaż  jednak  Demodok  przyjął 
wieprzowinę,  nigdy  już  więcej  nie  grał  ani  nie  śpiewał  w  pałacu;  honor  mu  tego  wzbraniał. 
Niektórzy z mieszkańców miasta przypisywali nasze dalsze niedole jego nieżyczliwości, Apollo 

bowiem nadał wszystkim Synom Homera moc przeklinania; ale nie sądzę, by Demodok miał nas 
przekląć  przyjąwszy  dar  ofiarowany  mu  na  znak  przeprosin.  Został  nam  Femios,  pomocnik 
Demodoka,  który  przed  kilku  laty  przybył  z  Delos  i  ciągle  jeszcze  doskonalił  swój  repertuar  u 
kolan starca; to on nauczył mnie czytać i pisać chalcydejskie litery. Jak dotąd wzrok Femiosa jest 
nie zachmurzony; ta boleść rodzinna nie dościga Homerowego Syna, póki jego włosy nie zaczną 
okrywać się siwizną i, jak powiadają, soki w nim nie wyschną. 

Co się zaś tyczy Hyryjczyka, ojciec wymógł, by każdy z dwunastu klanów ofiarował mu coś 

wartościowego  —  kocioł,  trójnóg  albo  bogatą  szatę;  następnie  podjął  się,  kiedy  zebrano 
podarunki,  dostarczyć  skrzynię  z  drzewa  cedrowego,  by  je  zapakować,  oraz  złoty  puchar  dla 
zaznaczenia osobistej wdzięczności. Będąc królem Elymów miał pełne prawo stawiać te żądania 
wodzom  rodów,  jako  zapłatę  za  opiekę,  którą  nad  nimi  sprawował,  i  za  wymierzanie 
sprawiedliwości.  Chociaż  zazdrościli  mu  władzy,  zawsze  go  słuchali,  on  zaś  zachęcał  ich,  aby 

odbijali sobie poniesione straty na powszechnej daninie od prostego ludu. 

Po  trzech  dniach  Hyryjczyk  odpłynął  zadowolony  ze  swojej  wizyty  (chociaż  ojciec  jakoś 

zapomniał  o pucharze).  Wyzbył  się ze znacznym  zyskiem swoich waz  i  dedalskiej biżuterii na 
placu  targowym  i  rozśmieszył  wszystkich  kupców  mową  pożegnalną:  „Oby  Królowa  Niebios 
oblała was deszczem łask i obyście nadal zaspokajali pragnienia swoich żon i córek!” Nigdy go 
już nie widzieliśmy. Należy powiedzieć, że my z matką byłyśmy jedynymi osobami w Drepanon, 
które  nie  dały  wiary  jego  opowieści,  lecz  nie  mówiłyśmy  nic,  żeby  nie  zrażać  Ktimeny. 
Odzyskała ona niebawem apetyt i dobry humor i ze śpiewem uwijała się po domu. 

— Ciekawe, czy długi będzie mój naszyjnik — powiedziała memu bratu, Klitoneosowi. — 

Czy myślisz, że taki, jak nosi matka Eurymacha? 

— Czcigodna bratowo — odparł Klitoneos ze złością — choćby był i na trzy łokcie, smutek i 

background image

niepokój wywołany twym żądaniem ograbi go w moich oczach ze wszelkiego piękna! Gdybym 
był  na  twoim  miejscu,  poświęciłbym  go  Apollonowi,  który  zgodził  się  strzec  nienawistnego 
naszyjnika Eryfili, by zapobiec dalszym nieszczęściom, jakie mógłby poczynić wśród próżnych 

kobiet. 

— Co to, to nie — krzyknęła Ktimena. — Laodamas poczytałby to za niewdzięczność. 
Rozmyślając  nad  zwycięstwem  Afrodyty  doszłam  do  przekonania,  że  jej  moc  jest  ślepa  i 

złośliwa, że ośmiesza swe ofiary i pozbawia je wszelkiego wstydu. Ułożyłam dla własnej zabawy 
opowiastkę,  opierając  ją  na  skandalicznym  wydarzeniu  z  wczesnomałżeńskiego  życia  matki 

Eurymacha — o tym, jak niegdyś bogini rzekła do męża, boga-kowala Hefajstosa, że odjeżdża w 
odwiedziny do swojej świątyni w cypryjskim Pafos. „Dobrze, żono, ja zaś skorzystam z okazji i 
odwiedzę  swoją  świątynię  na  Lemnos”  —  odparł  Hefajst.  Znając  jednak  żonę  jako 
niepoprawnego  łgarza  wrócił  pośpiesznie  tej  samej  nocy  i  zastał  ją  w  łóżku  z  trackim  bogiem 
wojny,  Aresem.  Pokulawszy  do  swej  kuźni  wykuł  dwie  twarde  jak  diament  sieci,  cieńsze  niźli 
pajęczyna i zupełnie niewidzialne. Umocował jedną z nich pod łóżkiem, drugą zawiesił u krokwi, 
a następnie zebrał  i  złączył  po cichu ich skraje,  czyniąc w ten sposób  klatkę nie do skruszenia 
wokół  śpiącej  pary.  Potem  zwołał  głośno  towarzyszy-bogów,  aby  przyświadczyli  temu 
sromotnemu cudzołóstwu, i nalegał, aby Zeus dał mu rozwód. Afrodyta, choć cała w rumieńcach, 
skrycie była rada, że Hermes i Posejdon zobaczyli, jak pięknie wygląda nie mając na sobie nawet 
bielizny  i  jak  ochoczo  zdradza  swego  męża.  Hera  i  Atena  odwróciły  się  z  niesmakiem,  kiedy 
wieść dotarła do nich, i nie chciały wziąć udziału w sprośnym podglądaniu; ale Afrodyta z gęstą 
miną  wyjaśniła,  że  sprawiać,  aby  ludzie  się  kochali,  i  kochać  się  samej  jest  boskim  zadaniem 

wyznaczonym  jej  przez  Mojry  —  któż  więc  może  ją  ganić?  Wkrótce  przyjaciółki  Afrodyty, 
Charyty, wykąpały ją i namaściły pachnącym olejkiem, nałożyły miękkie, na wpół przezroczyste 
szaty i przybrały wieńcem z róż jej głowę. Stała się tak czarująca, że nie tylko Hefajst z miejsca 
jej przebaczył, ale Hermes i Posejdon odtąd odwiedzali ją co drugi dzień, gdy mąż był zajęty w 
kuźni. Napotkawszy Afrodytę w korytarzu na Olimpie Atena przezwała ją leniwą flądrą, na co, w 
wybuchu  gniewu,  Afrodyta  pobiegła,  usiadła  przy  krosnach  Ateny  i  spróbowała  tkać.  Atena 
złapała ją przy tej robocie, a ponieważ tkactwo  było  boskim  zadaniem jej wyznaczonym  przez 
Mojry,  zapytała  w  oburzeniu:  „A  co  byś  sobie  pomyślała,  gdybym  ja  potajemnie  zaczęła 
pracować w twoim haniebnym fachu? Bardzo dobrze, droga koleżanko, tkaj sobie dalej! Ja już 

nawet  palcem  nie  ruszę  przy  krosnach.  A  spodziewam  się,  że  i  ciebie  znudzą  do  ostatnich 

granic”. 

Potem zastanawiałam się, czy takie żarty z Olimpijczyków są dopuszczalne. Zdecydowałam, 

że  tylko  wtedy,  gdy  bóg  lub  bogini  są  czczeni  w  sposób  obrażający  przyzwoitość  i  dobre 

obyczaje:  kiedy  cudzołóstwa  Afrodyty,  kradzieże  i  łgarstwa  Hermesa  i  krwiożerczość  Aresa  są 
uwieńczone w kultach tych bóstw i przytaczane przez głupich śmiertelnych na wytłumaczenie ich 

background image

własnego  znieprawienia.  Homer  posuwa  się  dalej  w  swojej  wzgardzie  dla  Olimpijczyków, 
niżbym ja się ośmieliła; oni u niego wymierzają kary lub darzą ludzkość opieką dla lada kaprysu 
— a nie aby odpowiednio wynagrodzić zasługi moralne — i skandalicznie kłócą się między sobą. 

Nadto  w  Iliadzie  Zeus  zsyła  sen  na  Agamemnona,  by  go  okpić,  choć  Agamemnon  zawsze  był 
pobożny wobec niego; także Atena, za podszeptem boskiego zgromadzenia, nakłania Pandarosa, 
aby  popełnił  zdradę;  Hera  zaś  wdzięczy  się  do  Zeusa,  żeby  odwrócić  jego  uwagę  od  bitwy  o 
Troję;  a  wszyscy  Olimpijczycy  szydzą  bezlitośnie  z  boga-kowala,  że  chromy  od  czasu  pełnej 
poświęcenia walki w obronie matki, Hery, przed niegodziwą brutalnością ojczyma. 

Poczytując  takie  anegdoty  za  jawnie  bezbożne,  zatykam  uszy  i  odwracam  myśli,  gdy  je 

deklamują  w  pałacu.  Ojciec  wyśmiał  mnie  i  objaśnił,  że  Homerowi  daleko  do  bezbożnictwa: 

przeciwnie,  w  Iliadzie  ośmieszył  nową  teologię  doryckich  barbarzyńców.  Bowiem  ci  Synowie 

Heraklesa  po  zdetronizowaniu  wielkiej  bogini  Rei  —  niegdyś  uznanej  za  władczynię  świata  — 
wręczyli  jej  berło  bogowi  nieba,  Zeusowi,  i  uczynili  go  głową  rodziny  złożonej  z  bóstw,  a 

mianowicie  z  Hery  z  Argos,  Posejdona  z  Eubei,  Ateny  z  Aten,  Apollona  z  Fokidy,  Hermesa  z 
Arkadii  i  innych,  którym  hołdowały  podległe  im  szczepy.  Homer,  wyjaśniał  mój  ojciec,  czcił 
potajemnie  poprzednią  boginię  i  karykaturując  wodzów  doryckich  w  osobach  bezwstydnych, 
zdradzieckich, rozpustnych, chełpliwych przywódców  greckich, bolał  nad moralną  gmatwaniną 
wywołaną przez zburzenie ośrodków kultu Rei. 

Historycznie  mój  ojciec  może  i  ma  słuszność,  tak  jak  wtedy,  kiedy  krytykował  homerycką 

wersję  ucieczki  Heleny  do  Troi.  Jednakże  Zeus,  Hera,  Posejdon,  Atena  i  Apollo,  których  ja 
wielbię w sercu, a on czci u ołtarza ofiarnego, to bóstwa szlachetne, sprawiedliwe i zasługujące 

na zaufanie. Dla mnie Hermes jest dzielnym posłańcem i przewodnikiem dusz — nie złodziejem, 

Ares walczy w obronie jedynie spraw dobrych, Afrodyta... 

Tak,  przyznam,  że  z  Afrodytą  ciężka  sprawa.  Uznaję  jej  straszną  potęgę,  tak  jak  uznaję 

potęgę  Hadesa,  króla  świata  podziemnego.  Ale  czyż  nie  powinnam  raczej  potępić  Heleny, 
Klitajmestry oraz Penelopy za to, że skalały ślubne łoża swoich małżonków i przyniosły wstyd 
swej  płci  —  zamiast  się  uśmiechnąć  i  powiedzieć:  „Były  lojalnymi  czcicielkami  Afrodyty, 
gardziły więzami małżeństwa i domu, aby tym lepiej oddawać jej cześć”? Nasamonowie z Libii, 
Mosynojkowie  z  Pontos,  Gimnezjowie  z  Wysp  Balearskich  i  podobne  ludy,  u  których  rządzi 
nieład, mogą ją wielbić z moralną rzetelnością; nie może tego czynić żaden posłuszny prawom 

Grek. 

Niemniej  jednak  nazajutrz  ofiarowałam  Afrodycie  młodą  kózkę,  spalając  jej  udźce  na 

jałowcu,  i  ślubowałam  zanieść  ofiarę  do  świątyni,  gdy  będę  miała  po  temu  okazję.  Bogini 
rezyduje tam od przylotu przepiórek z wiosną do sezonu winobrania, a ponieważ jej szczyt górski 

jest zimny i chmurny przez większą część zimy, odlatuje później, jak mówi, do Libii na rydwanie 
zaprzężonym w białe gołębie. Jej kapłanki i eunuchowie zstępują wówczas na równinę, niosąc z 

background image

sobą  wizerunek  Afrodyty  zamknięty  w  cedrowej  skrzyni,  złoty  plaster  miodowy,  jakoby 
ofiarowany  Pani  Elymejskiej  przez  samego  Dedala,  i  święte  gołębniki;  tam  też  jako  służki 
Artemidy lub Ateny żyją przez sześć miesięcy w czystości. Coroczne wejście bogini na Eryks i 
jej  zstąpienie  są  znaczone  scenami  dzikiego  poddania  się  jej  mocy,  zwłaszcza  wśród 
Sykańczyków.  Ojciec  robił,  co  mógł,  aby  stłumić  te  hulanki,  których  skutkiem  są  liczne 
wątpliwości co do ojcostwa, ale bez powodzenia. Jedynie jeśli zimową porą jakieś nieszczęście 
dotknie cały naród, bogini na nowo wstępuje na górę przywodząc z powrotem swoje kapłanki, 
eunuchów, wizerunek, plaster miodu i gołębie. Wtedy ludzie przejednują ją cennymi ofiarami, a 
eunuchowie, wyjąc ekstatycznie, okładają się batami do krwi. Nienawidzę tego widowiska. 

background image

CÓRKA SWOJEGO OJCA 

Niedługo  potem  ojciec  wybrał  się  dziesięciowiosłową  galerą  na  przegląd  naszego 

czerwonego bydła na wyspie Hierze, ale przepłynął  zaledwie pół  mili, kiedy zobaczył  rodyjski 
okręt  nadpływający  od  zachodu.  Morze  było  spokojne  i  żeglarze  wiosłowali  długimi 
pociągnięciami  w  takt  żałosnego  zawodzenia  sternika.  Ojciec  pozdrowił  kapitana  i  skoro 
przekonali się wzajem, że żaden nie jest piratem — w obecnych czasach nie można być nazbyt 
ostrożnym — popłynęli obok siebie wymieniając podarki i komplementy. Rodyjski okręt podążał 
z  mieszanym  ładunkiem  na  Sardynię,  a  w  piaszczystym  Pylos,  ostatnim  porcie  greckim,  w 
którym  się  zatrzymał,  weszło  na  pokład  dwóch  statecznych  kupców,  aby  przyłączyć  się  do  tej 
wyprawy.  Zachwycony  spotkaniem  Pylijczyków  ojciec  rozpytywał  niespokojnie  o  wieści  o 

Laodamasie. Potrząsali głowami. 

— Gdyby taka ważna osobistość odwiedziła ubiegłej jesieni nasze miasto — oświadczyli — 

z pewnością byśmy słyszeli. 

Kiedy  zaś  ojciec  przytoczył  relację  hyryjskiego  kapitana,  przyznali,  że  zetknęli  się  z  tym 

jegomościem w piaszczystym Pylos i urobili sobie bardzo złą opinię co do jego charakteru. 

—  Śliski  jak  sepia  —  powiedzieli  —  i  fałszywy  jak  leryjski  niewolnik.  Jego  wino  było 

rozwodnione, wazy ze skazami, a sztaby srebra miały ołów w środku. 

Był  to  wielki  wstrząs  dla  mojego  ojca.  Nie  pojechał  już  na  Hierę  i  wróciwszy  do  domu, 

przybity na duchu jak nigdy, zastał Ktimenę znowu w jednym z jej czarnych nastrojów, gryzącą 
paznokcie i pojękującą wciąż w koło popularną piosenkę: „Czemu mój ukochany zwleka? Czyż 

nie  ma  zmiłowania  nad  mą  samotnością?”  Wycofał  się  do  swojej  sklepionej  komnaty,  gdzie 
wybudował niegdyś osobliwe łoże wykładane złotem, srebrem i kością słoniową, zużytkowawszy 
rosnącą tam oliwkę jako jego nogę. Teoretycznie pokój był grobowcem, a raz na rok, w środku 
zimy,  w  Dzień  Przekazania  Tronu,  ojciec  goli  sobie  głowę,  wchodzi  tam,  spożywa  pokarm 
umarłych  i  udaje  zabitego.  Leży  z  godnością  pod  szkarłatną  kołdrą,  a  tymczasem  Młody  Król, 
wybrany z naszego plemienia, tańczy Balet Miesięcy i przejmuje berło na ten dzień. Teraz ojciec 
zamknął drzwi i najpierw chodził od ściany do ściany zacisnąwszy pięści, a potem rzucił się w 

background image

rozpaczy  na  łóżko  i  zamknął  oczy.  Poprosiłam  jedną  ze  służebnych,  żeby  od  czasu  do  czasu 
zaglądała przez okno i donosiła mi o jego poruszeniach, które uważałam za wielce złowróżbne, 
aczkolwiek nie powiedziałam jej tego. 

Po kilku godzinach wyszedł, udał się do swojej pracowni i kazał przywołać mnie. 
—  Nauzykao  —  rzekł  —  co  robić?  Ty  bywasz  czasami  najrozumniejszą  osobą  w  rodzinie 

(wyłączając oczywiście twoją drogą matkę) i czuję... hm... może jakiś bóg cię natchnął, byś mi 
udzieliła rady? 

Następnie opisał spotkanie z pylijskimi kupcami i czekał, co powiem. 
Westchnęłam głęboko, nim odrzekłam: 
— Ojcze, ta wieść mnie nie dziwi.  Twój bezwstydny  gość hyryjski kłamał,  mogłam to  już 

wówczas powiedzieć. Tak samo matka — może nawet ci to mówiła. Porzućmy całą tę opowieść 
jako  twór  fantazji  obliczony  na  zyski  handlowe,  a  myślmy  jedynie  o  losie,  jaki  mógł  spotkać 

Laodamasa. Jedno jest pewne: Laodamas nie był nawet na pokładzie rodyjskiego statku. 

—  Nie  zgadzam  się.  Jak  słusznie  twierdzi  Eurymach,  Rodyjczyk  nie  narażałby  na  szwank 

swojej  reputacji  wyjeżdżając  z  naszymi  żaglami  i  liną,  gdyby  Laodamas  nie  dał  mu  w  moim 

imieniu pozwolenia. 

— Jeśli miał pozwolenie Laodamasa, to po co usypiał straż? 
Ojciec machnął na to niecierpliwie ręką, jak na muchę, która by chciała mu przy śniadaniu 

usiąść na kromce chleba z miodem, niemniej jednak zmienił stanowisko. 

—  No,  więc  dobrze,  a  sydoński  okręt,  który  widziały  kobiety?  Laodamas  mógł  do  niego 

powiosłować. 

— To czemu w takim razie nie brakowało żadnej łódki na nabrzeżu. 
— Mógł tam dotrzeć wpław. Jest dzielnym pływakiem. 
—  Ojcze,  posłuż  się  rozsądkiem,  którym  tak  słusznie  się  chełpisz!  Czy  mógł  płynąć  z 

płaszczem pełnym skarbów związanym na plecach? 

Ojciec milczał, ja mówiłam dalej: 
— Pierwsze powiadomienie o tajemniczym sydońskim okręcie przyszło w miesiąc albo dwa 

po zniknięciu Laodamasa. 

— Czy sugerujesz, że matka Eurymacha też kłamała? Czemu by miała kłamać? Czemu by 

miała kłamać Melanto? Jest służką samej Ktimeny, bardzo oddaną naszemu domowi. 

Wzruszyłam ramionami. 
— Żebym to wiedziała, ojcze! Ale serce mi mówi, że one są w zmowie. 
— Co chcesz powiedzieć? — spytał srogo. 
Patrzyłam nań bez zmrużenia powiek. 
— Że Laodamas nigdzie nie popłynął — odrzekłam. 
— Nie żartuj, dziecko. Każdy wie, że popłynął. 

background image

— Każdy wie, że Helena uciekła z Parysem do Troi, każdy, tylko nie ty. To, że sam tylko 

wiesz, co wiesz, nie dowodzi, że się mylisz, jak nie dowodziło, że się mylił Laokoon mówiąc nie 
dowierzającym Trojanom, że drewniany koń jest pełen uzbrojonych wrogów. 

To go zaszachowało. 
— Ach, więc Laodamas wyruszył gdzieś lądem? Może pomiędzy Sykulów, aby połączyć się 

z twoim buntowniczym bratem, Haliosem? To możliwe, ale nieprawdopodobne. Czemu nikt go 
nie spotkał w drodze? 

Znowu wzruszyłam ramionami. 
—  Pozwól,  ojcze,  że  ci  powiem,  jaką  myśl  włożyła  mi  do  głowy  boska  Atena:  Laodamas 

wcale nie wyjechał z Drepanon. 

Ojciec  przyjrzał  mi  się  badawczo,  jak  gdyby  bał  się  o  mój  rozum,  i  wyszedł  trzasnąwszy 

drzwiami. Zza framugi oderwał się kawałek tynku — miał kształt sztyletu. 

Właśnie  do  naszej  północnej  przystani  wpłynął  okręt  —  tafijski,  o  trzydziestu  wiosłach,  z 

ładunkiem  chalibijskiego  żelaza  —  zdążający  do  temezyjskich  kopalń  miedzi  na  południowym 
zachodzie  Italii.  Jego  kapitan,  powinowaty  tafijskiego  króla,  przyszedł  do  pałacu,  a  gdy  go 
ugoszczono w sposób należny jego godności, ojciec jak zwykle spytał, czy nie przywozi wieści o 

Laodamasie. 

Wieści nie przywiózł, ale okazał się hojny w radzie. 
— Panie mój, królu, jego nieobecność tak ci serce zżera, jak mysz jeden z tych wybornych 

elymeńskich  serów,  zatem  widzę  tylko  jedno,  co  możesz  uczynić.  Najpierw  wyślij  kogoś 
solidnego do Pylos, dokąd z pewnością udał się twój syn — jako do ośrodka handlu bursztynami 
—  by  kupić  naszyjnik.  Jeśli  Pylijczycy  nic  nie  wiedzą,  opłacz  go  i  wznieś  grobowiec  godzien 
jego sławy. Potem odeślij swą zrzędną synową do domu ojca, razem z wianem; niechaj jeszcze 
raz wyda się za mąż. Po co ją tu trzymać, królu, ciągle płaczącą i wiecznie w żałobie? Człowiek 
na wpół ślepy by zobaczył, że pani Ktimena przygnębia ciebie i twoje godne podziwu sługi. 

— Tak — zgodził się ojciec — ona mi nawet nie rodzi wnuków. 
— No więc — ciągnął Tafijczyk żwawo — kto może pojechać do piaszczystego Pylos? Twój 

syn  Klitoneos?  Jest  bystry,  choć  młody.  A  jeśli  nie  on,  to  może  twój  uzdolniony  szwagier, 

Mentor? 

—  Nie  wierzę,  by  ktokolwiek  inny,  oprócz  mnie,  potrafił  dobrze  to  załatwić  —  odrzekł 

ojciec. — Ale czyż ja mogę jechać? 

— Każdy król sądzi, że jego obecność jest nieodzowna; lecz krótki urlop dobrze mu robi, zaś 

ludowi nie przyniesie szkody. Czemu nie miałbyś towarzyszyć nam, kiedy za dwadzieścia dni co 
najwyżej  pożeglujemy  z  Tenezy  do  domu?  Wolę,  rozumiesz,  wracać  dłuższą  trasą  omijając 
Cieśninę  Messyńską,  która  jest  zarówno  niebezpieczna  w  żeglowaniu  jak  słynna  z  częstej 
bytności  piratów.  Moglibyśmy  wysadzić  cię  na  ląd  w  piaszczystym  Pylos  nie  później  jak  za 

background image

miesiąc. Co ty na to? 

Zmuszano ojca do powzięcia nagłego  postanowienia: zostawi  królestwo pod regencją wuja 

Mentora  i  pożegluje  do  piaszczystego  Pylos.  Wbrew  moim  przestrogom  ciągle  wierzył  w 
pierwszą  część  opowieści  hyryjskiego  kupca  —  która,  przyznaję,  była  dosyć  szczegółowa  —  i 
doszedł  do  wniosku,  że  Laodamas  musiał  dostać  się  do  Tesprocji  przez  Korkyrę.  Cóż  jednak 
zdarzyło się później? Czy spotkała go jakaś niespodziewana niedola? Czy król Fejdon ograbił go 
z bogactw? Może zaprzedał w niewolę? 

— Jeśli zawiodą wszystkie inne źródła informacji — rzekł ojciec do Tafijczyka — odwiedzę 

Delfy i poradzę się wyroczni Apollona. A może Zeusowa w Dodonie byłaby pewniejsza... 

Jakkolwiek małą pokładał wiarę w dary prorocze boskich kapłanek, wiedział dobrze, iż Delfy 

i Dodona były ośrodkami informacji i plotek całej Grecji i że dowie się od rzeźników ofiarnych 
albo  od  zgrai  bystrych  posłańców,  co  wiadomo  o  miejscu  pobytu  Laodamasa.  Wezwał  moją 
matkę, Klitoneosa, wujaszka Mentora, dziadka  Fitalosa i  mnie na rodzinną naradę;  nie  wezwał 

tylko Ktimeny. 

—  Powiem  wam  prawdę  —  zwierzył  się.  —  Rzecz  w  tym,  że  mam  już  dosyć  wiecznej 

boleści  Ktimeny  i  jej  niepokoju.  Ona  to  sprawia,  że  nawet  ściany  pałacu  płaczą  i  drżą  ze 
współczucia.  Często  użalam  się  nad  jej  życiem,  ale  częściej  się  złoszczę  i  korci  mnie,  żeby 
odesłać ją z powrotem na Bucynnę razem z wianem, które wniosła... lub jego równoważnikiem w 
kapłańskich  i  handlowych  przywilejach.  Nie  uczynię  tego  jednak,  bo  boję  się  narazić 
Laodamasowi,  kiedy  powróci  —  zwróćcie  uwagę,  że  nie  podzielam  waszego  pesymizmu  i  nie 
mówię: „jeżeli powróci”. 

Po piętnastu dniach Tafijczyk znów zawitał, tym razem z ładunkiem spiżu, do którego ojciec 

dodał cenną partię płótna, miodu i składanych łóżek i wkroczył wesoło na pokład, Niemal całe 
miasto życzyło mu pomyślnej drogi, składając ofiary wszystkim bóstwom, które rządzą morzem 
lub strzegą podróżnych. Wspięłam się z Klitoneosem na zbocze góry Eryks, żeby przyjrzeć się, 
jak żagiel okrętu, wydęty ostrym zachodnim podmuchem, niknie za wyspą Motją, o jakieś osiem 
mil na południe. Kiedy wróciliśmy do pałacu, matka odciągnęła mnie na bok i powiedziała: 

— Dziecko, twój ojciec powiedział mi, co Atena włożyła ci w usta, mianowicie, że musimy 

opłakać Laodamasa jako umarłego. Nie była to kłamliwa wyrocznia. Ja sama widziałam go we 
śnie onegdajszej nocy, przyszedł ociekający krwią i morską wodą, z nożem między łopatkami i 
stanął przede mną żałośnie. Potem wskazał na dziedziniec biesiadny i zawołał: „Niechaj oni mnie 
pomszczą,  matko!  Niechaj  mnie  pomszczą  łukiem  Filokteta!”  „Jakże  mam  poznać,  żeś  ty 
naprawdę mój syn?” — spytałam go. Odpowiedział: „Droga matko, gdy jutro się zbudzisz, wlecę 
jednym  oknem,  a  wylecę  drugim,  przybrawszy  kształt  białego  gołębia”.  I  tak  też  uczynił.  Nie 
mów o tym nikomu, nawet memu bratu Mentorowi ani nawet Klitoneosowi. Ale bądź odważna w 

odszukiwaniu morderców, a wywrzemy przykładną zemstę. Ty jedna z moich dzieci masz lepszą 

background image

głowę niż serce. 

— Jeśliś naprawdę uwierzyła w swoje widzenie, matko — powiedziałam niezbyt rada z tej 

uwagi o mojej zdolności do delikatnych uczuć — to czemu pozwoliłaś ojcu płynąć nadaremnie 

do piaszczystego Pylos? 

Spoważniała. 
—  On  jest  samowolny  i  chociaż  (odkąd  się  ze  mną  ożenił)  zdążył  się  nauczyć,  że  zawsze 

mówię prawdę, nie cierpi przyznawać mi, że mogę wiedzieć coś lepiej niż on. Poza tym nigdy nie 
zwiedzał  stałego  lądu  Grecji,  a  może  to  być  dla  niego  ostatnia  okazja,  przekroczył  bowiem 
wiosnę  swego  życia.  Powiedziałam  mu  o  widzeniu,  ale  ponieważ  ty  samodzielnie  doszłaś  do 
bardzo podobnego wniosku, a on nie widział gołębia na własne oczy, oskarżył mnie o udział w 
spisku, żeby zatrzymać go w domu. „No to jedź — powiedziałam — a im wcześniej powrócisz, 
mój  panie,  tym  dłużej  wszyscy  będziemy  żyli.”  Córko,  jesteśmy  u  progu  niebezpieczeństwa. 
Ufam, że nie uczynisz nic głupiego; niech się Ktimena tymczasem krzepi wszelkimi bursztynami 
nadziei, które zdoła jeszcze zgarnąć. 

Minęły  trzy  dni,  a  zdałam  sobie  sprawę  z  subtelnej,  lecz  wyraźnej  zmiany  ogólnych 

nastrojów: nie pośród zwykłych ludzi ani nielicznych moich prawdziwych przyjaciół, takich jak 
Prokne, córka kapitana Dymanta, czy kuzyni z Hiery; a także nie wśród naszych wiernych służek 
z  Eurykleją  na  czele,  która  była  niegdyś  moją  piastunką,  a  obecnie  jest  klucznicą.  Najlepiej 
określę  to  mianem  pogardliwej  rezerwy,  z  jaką  mnie  pozdrawiały  niektóre  córki  znacznych 
rodów, i nadmiernej wylewności w zachowaniu ich ojców i braci, jakby wiedzieli coś, co przede 
mną  ukrywano.  Każdego  lata  elymejskie  dzieci  bawią  się  w  „Skarb  Byka”,  grę  polegającą  na 
tym,  że  wszyscy  idą  szukać  chłopca  zwanego  „Bykiem”  ukrytego  w  jakiejś  rozpadlinie  czy 
jaskini. Kto go znajdzie, zostaje, aby zebrać tajemniczy skarb, nie rozgłaszając o tym odkryciu 
towarzyszom zabawy; ale wkrótce drugi i trzeci odnajdują kryjówkę Byka, aż wreszcie wszyscy 
są  w  schowku  prócz  jednego  nieszczęśliwca,  który  błąka  się  niepocieszenie  po  opustoszałym 
zboczu, samotny i zakłopotany. Tak właśnie ja się teraz czułam. 

Kiedy  jestem  zła,  rozweselają  mnie  odwiedziny  w  naszej  tkalni,  gdzie  widok  kobiet 

spokojnie pracujących przy wysokich krosnach działa kojąco na moją duszę; jednakże tutaj też 
rozpleniła  się  atmosfera  obcości.  Kilka  kobiet  porzuciło  pracę  i  zebrało  się  w  grupce  pod 
drzwiami, rozprawiając podnieconym szeptem, ale gdy tylko zobaczyły mnie, jak wyszłam zza 
rogu, rozbiegły się do krosien i udawały, że tkają pilnie. Czółenka ich fruwały tędy i siędy jak 
trzepocące się na wietrze liście osiki. 

—  Dzień  dobry,  pracowite  tkaczki  —  wyśpiewałam  ironicznym  tonem.  —  Jak  sądzę, 

rozprawiałyście o rybie z ludzką głową, którą dzisiaj rano wyciągnięto w sieciach na barweny? 
Sama widziałam tego dziwolągu: miał ramiona zamiast płetw i mówił po fenicku — w każdym 
razie wszyscy myśleli, że to po fenicku, bo nikt z nas, nawet ja, nie mógł pojąć ani słowa. Leżał 

background image

bełkocząc i  gestykulując, gestykulując i  bełkocząc, aż wreszcie zrobił się siny na twarzy;  więc 
pogroziłam  mu  rzemieniem  i  krzyknęłam,  że  spodziewam  się,  iż  fenicka  ryba  i  tkaczki 
elymejskie  będą  trzymały  usta  na  kłódkę,  gdy  ja  się  pojawię  na  widoku.  Potwór  miał  tyle 
rozsądku, że posłuchał. 

Nastąpiła martwa cisza. Nasze kobiety boją się mnie, bo wierzą, że często przemawia przeze 

mnie  jakieś  bóstwo.  Jest  to  strach  być  może  uzasadniony,  który  wyzyskuję  opowiadając  im 
podobne  bzdury.  Poczciwe  z  nich  niewiasty,  ale  byle  głupstwo  wprowadza  wśród  nich 
zamieszanie i praca ich cierpi zarówno na ilości, jak i na jakości; tak jest z mlecznością, gdy lis 
przeleci poprzez stado dojnych owiec albo pies urwie się z łańcucha i goni za nimi. 

—  Gdzie  jest  Eurymeduza?  —  spytałam.  Eurymeduza,  przystojna  młoda  zarządczyni, 

wymierzała len, dbała o wygodę tkaczek, odpowiadała za stan krosien i pilnie baczyła na wzory 
tkaniny. Nastawiamy zawsze wszystkie krosna na jeden powtarzający się wzór — któryś z tych, 
na jakie jest stałe zapotrzebowanie u Italczyków i Libijczyków — żeby łatwiej było Eurymeduzie 

dostrzegać błędy i  zachęcać  guzdralskie. W owym  czasie wprowadziła ona prostą kratkę,  gdzie 
pięć  purpurowych  i  dwie  szkarłatne  nici  powtarzają  się  co  sto  białych.  Moja  matka  dała 

Eurymeduzie  przydomek  „Z  Apejry”,  co  znaczy  „niewydarzona”,  ale  chociaż  opieszale 

poznawała ona swoje obowiązki, w tkalni jest lubiana. 

Nie, nie było nic dziwnego w nieobecności Eurymeduzy — wyszła jedynie zaczerpnąć dzban 

wody do picia, dzień bowiem był parny. 

— Zmieszaj ją z odrobiną wina, Eurymeduzo — powiedziałam, gdy wróciła — i rozdaj po 

kwaterce  tym  niemowom.  Sprowadź  potem  Gorgo,  gęsiarkę,  niechaj  im  opowie  którąś  ze 
staromodnych sykańskich powiastek, żeby odwrócić ich uwagę od fenickiej ryby z ludzką głową, 
która dzisiaj rano wywołała tyle strachu. 

Eurymeduza  przyniosła  bukłak  z  winem  i  zrobiła,  jak  kazałam.  Piły  wszystkie  grzecznie 

moje zdrowie i uśmiechały się, ale w ich oczach wciąż widziałam zafrasowanie. 

Gdy  białowłosa  Gorgo  przykulała,  siadłam  na  stołku  i  słuchałam.  Opowiedziała  nam  o 

naszym  przodku  Egestosie  i  jego  przybyciu  z  Troi  na  Sycylię.  Dobiwszy  do  brzegu  nie  opodal 
góry Etny, by zaopatrzyć swą flotyllę w świeżą wodę, wszedł w ciemną jaskinię, gdzie go porwał 
Polifem, Kiklop, jeden z nieśmiertelnych kowali zamieszkujących te okolice, i zaniósł do samego 
wnętrza gorejącej góry. Wyglądało na to, że Polifemówi oraz jego współplemieńcom trzeba było 
ludzkiej  krwi,  aby  zahartować  piorun,  który  kuli  dla  Zeusa.  Jednakże  chytry  Egestos  spoił  ich 
winem  pramnejskim  i  zdjąwszy  im  buty  (Kiklopi  znani  są  z  delikatności  stóp)  powbijał  w  nie 
pełno gwoździ. Potem uciekł, a kiedy kowale wciągnęli buty i spróbowali puścić się za nim, ból 
zmusił ich do zaniechania pogoni. Egestos więc powrócił bezpiecznie na okręt i popłynął dalej na 
zachód, aż do zatoki Rejtron. Wycie Kiklopów brzmiało w jego uszach niczym muzyka. 

Gorgo, mała, szczupła, ruchliwa jak ptaszek, opowiedziała nam tę powiastkę tak zręcznie — 

background image

zniżając  głos  w  momentach  niepewności,  to  znów  unosząc  go  do  krzyku  w  momentach 
dramatycznych  i  naśladując  bohaterów  opowieści  —  że  zachwycone  tkaczki  wołały  o  jeszcze. 
Spojrzała niepewnie, ale gdy skinęłam głową na znak zgody, zaczęła opowieść o swoim przodku 

Sykanosie i jego przygodach w jaskini jednookiego Konturanosa — olbrzyma tak wysokiego, że 
mógł  wybić  kijem  dziurę  w  niebie.  Z  brzuchem  opartym  o  szczyt  góry  Eryks  i  ogromnymi 
nogami wyciągniętymi na naszej równinie, zanurzał swoje wielkie dłonie w Morzu Egestańskim i 
czerpał tuńczyki całymi setkami. Pewien gościnnego przyjęcia Sykanos wstąpił do jaskini, a szło 
z nim dwunastu druhów, ale Konturanos rozbijał im po kolei głowy i zjadał — wyjście z jaskini 
było  zaparte  głazem,  który  tylko  on  potrafił  ruszyć  z  miejsca.  Odtaczał  ten  niezmiernie  wielki 
głaz  dwa  razy  na  dzień:  o  brzasku,  żeby  wyprowadzić  stado  na  pastwiska,  i  o  zmierzchu,  by 
wpuścić je z powrotem. Na trzecią noc Sykanos oślepił Konturana jego własną laską opaloną w 
ogniu  na  ostro,  a  następnie  zbiegł  przywarłszy  do  wełny  pod  brzuchem  tryka,  gdy  nazajutrz 
wczesnym rankiem Konturanos wypuszczał swe stada na paszę. Konturanos miotał się wściekle i 
gdy Sykanos odpływał ku Hierze, cisnął w niego niecelnie dwie ogromne skały. 

Do  dziś  pokazuje  się  te  skały  wystające  z  morza  o  trzy  mile  na  południowy  zachód  od 

Drepanon; a potężna jaskinia obecnie zajmowana przez naszych sykańskich pasterzy,  do której 
chodzimy  czasem  na  pikniki,  nazywa  się  jaskinią  Konturanosa.  Gdy  jedna  z  niewiast zapytała, 
jak taki olbrzym dał radę zamieszkać w jaskini nie większej niż nasz pałac, Gorgo wyjaśniła, że 
miał on magiczną moc zmniejszania się do woli po spożyciu pewnego grzyba. 

Potem Eurymeduza powiedziała: 
— Gorgo, porywasz nas! Że też Homer nie ma córek, tak jak Synów! Gdyby je miał i jeśliby 

one przełożyły twoje opowieści w poematy i śpiewały je pod dźwięk formingi, jaka by to była 
zachwycająca rozrywka! 

„W  rzeczy  samej,  niestety!”  —  pomyślałam.  Synowie  Homera  są  tacy  zazdrośni  o 

przywileje, że pozwalają jedynie swoim plemiennikom deklamować wobec książąt. Nikt też nie 
śmie stanąć z nimi o lepsze. A jednak, jeśli mężczyźni śpiewają mężczyznom, dlaczego kobiety 

nie  miałyby  śpiewać  kobietom?  Atena,  która  wynalazła  całą  sztukę  rozumowania,  jest  kobietą. 
Tak  samo  Muzy,  co  dają  natchnienie  wszelkiej  pieśni.  A  i  Pytia,  która  prorokuje 
niezapomnianym wierszem, jest kobietą. 

„O, Muzy — modliłam się cichutko — wstąpcie do serca waszej służki, Nauzykai, i nauczcie 

ją układać zręczne heksametry! 

Wierzcie albo nie, moja niezwykła modlitwa została od razu wysłuchana! Bo oto usłyszałam 

własne słowa: 

 

Wiedz, Eurymeduzo, że będzie jeszcze w Delos 

background image

Dzień, w którym niewieścią laur przystroi formingę.

*

 

 
Był to ważny przełom w moim życiu, może najważniejszy, chociaż nikt z obecnych nie zdał 

sobie sprawy, że mówiłam wierszem, a zarazem prorokowałam. Zwykli ludzie nie mają w tych 

sprawach rozeznania. Gdyby bogini Atena miała dziś przejść przez dziedziniec ofiarny w hełmie 
na głowie i z wystawioną Egidą, czy myślicie, że porwaliby się przejednywać ją? Nic podobnego. 
Wyobrażam  sobie,  jak  mówiliby:  „Któż  to,  u  licha,  jest  ta  sroga  na  obliczu  młoda  kobieta  we 
frędzlastym  fartuchu  z  koziej  skóry?  I  czemu  ma  przypiętą  do  ramienia  tę  okrągłą  tarczę  z 
wizerunkiem  paskudnej  twarzy?  Bezczelna,  nosi  hełm  z  piórami,  jakby  była  mężczyzną!  Musi 
być  jedną  z  tych  dzikich,  jurnych  Amazonek  z  Libii  —  jaki  okręt  ją  przywiózł?  Czy  komu 
wiadomo? Ufajmy, że to dziwadło nie wywoła skandalu na placu targowym”. 

Westchnęłam  z  niesmakiem,  obróciłam  się  na  pięcie  i  wyszłam  poszukać  Klitoneosa.  Nie 

było go nigdzie w domu ani w sadzie, powędrowałam więc głęboko zamyślona w stronę miasta i 
napotkałam go, jak sadził wielkimi krokami z Argosem i Lajlapsem przy nodze. 

—  Poszedłem  drogą  na  Eryks  —  rzekł.  —  Wiesz,  Argos  wypłoszył  zająca  i  zmusił  go  do 

kołowania  i  kluczenia  pośród  pól.  Lajlaps  gnał  o  parę  kroków  z  tyłu.  Trafiły  na  grunt  porosły 
głogiem  i  janowcem  i  tam  zgubiły  trop.  Potem  z  tej  samej  gęstwiny  śmignęła  lisica  i 
poprowadziła  za  sobą  wspaniałą  pogoń,  ale  wpadła  do  nory  w  kamieniołomach.  Nie  mieliśmy 
szczęścia, choć psy i tak cieszyły się z tej gonitwy — rzadko mają teraz dosyć ruchu. 

—  Powiedz  mi,  Klitoneosie  —  odezwałam  się  zniżonym  głosem,  bo  nadciągała  grupka 

wieśniaków — czy zauważyłeś jakąś zmianę w zachowaniu ludzi, odkąd odpłynął nasz ojciec? 

Zatrzymał się nagle. 
—  Tak,  jeśli  już  o  tym  nadmieniasz  —  odrzekł.  —  Pewną  rezerwę  graniczącą  niemal  z 

niechęcią. Zupełnie naturalne, że niektórych ludzi kusi, by nie przejmować się różnymi rzeczami 
w  czasie  nieobecności  króla  i  zaniedbywać  swoje  obowiązki.  Wuj  Mentor  jest  przychylny  dla 
naszego domu, ale że jest niżej urodzony niż kilku innych członków Rady, nie może zasiadać z 
odpowiednią pewnością siebie na tronie państwa. Ponadto ma on trochę za miękkie serce i jego 
objazdy  inspekcyjne  nie  są  ani  w  połowie  tak  gruntowne  jak  ojca.  Zdarzyło  mi  się  wczoraj 
słyszeć, jak bardzo niegrzecznie odpowiadał mu Melantios, kiedy on mu podsunął, że należałoby 
jakoś  powstrzymać  kozy  od  ogryzania  młodych  topoli.  Wuj  Mentor  odszedł  z  grzecznym  „do 

widzenia”,  na  co  Melantios  odpowiedział  nieledwie  chrząknięciem;  ale  ja  podszedłem  i 
przyłożyłem zuchwalcowi drzewcem włóczni po plecach radząc, by się poprawił. 

— I co on na to? 
— Mruczał  coś pod nosem,  że to  Agelaos, będąc najstarszym  z książąt  trojańskich, którzy 

                                                 

*

 Przekład Stanisława Grochowiaka 

background image

pozostali w Drepanon, a są w odpowiednim wieku, by dowodzić wojskami Elymów, powinien 
był  otrzymać  regencję  i  że  nasz  ojciec  postąpił  źle,  pomijając  go  z  powodu  jakiejś  prywatnej 
sprzeczki. Przyłoiłem więc durniowi jeszcze raz. Och, gdybym to ja był o parę lat starszy... 

W dalszym ciągu naciskałam Klitoneosa. 
— Czy nie czujesz jakiegoś niebezpieczeństwa zagrażającego naszemu domowi? 
— Jakiego niebezpieczeństwa? 
— Właśnie tego chcę się dowiedzieć. W szorstkości Melantiosa widzę zły znak, jest bowiem 

zbyt tchórzliwy, żeby w ten sposób mówić bez mocnego poparcia. Jakkolwiek wydaje się, że nic 
nie zdoła obalić naszej dynastii, całe miasto pachnie rebelią. 

— Rebelią? A kto ją wznieca? 
—  Książę  Antinoos.  On,  a  nie  jego  stary  ojciec,  Eupejtes,  jest  rzeczywistym  przywódcą 

Fokajczyków,  którzy  zawsze  burzyli  się  przeciw  trojańskiemu  domowi  Egestosa.  Ale,  jak  się 
okazuje, jego kuzyn Eurymachos jest mózgiem tego ruchu. Za nimi dwoma, chcąc nie chcąc, stoi 
tłum  pomniejszych,  a  nawet  kilku  Trojan  —  na  przykład  taki  Agelaos.  Ja  nie  ufam  żadnemu, 

chyba tylko synom Halitersesa. No, a co ty powiesz? 

— Że przesadna uprzejmość, z jaką się teraz do mnie odnoszą ci twoi zalotnicy, każe mi się 

domyślać jakiegoś spisku. 

— Mój Klitoneosie, bogini Atena często wyraźnie mnie ostrzegała, co mam zrobić lub czego 

nie robić. Właśnie przyszła przebrana za córkę naszego pasterza Filojtiosa i rzekła: „Pani, jutro 
mają być łowy na kalidońskiego dzika. Przewiduję żałobę”. 

— Wytłumacz mi, proszę, związek. 
— Bierzesz udział w jutrzejszych łowach na dzika? 
— Tak, właśnie zaprosił mnie Amfinomos, bardzo uczciwy jegomość. 
— Masz na myśli kuzyna Eurymachosa? 
— Tak. 
— Eurymachos na pewno zrobił sobie z niego parawanik. 
— Daruj mi moją głupotę, Nauzykao, i powiedz jeszcze jaśniej. 
—  Podsuwam  ci  myśl,  że  podczas  polowania,  na  które  będzie  zaproszony  Eurymach, 

Antinoos i wszyscy inni wysoko urodzeni Fokajczycy, oszczep ciśnięty w dzika przeszyje ciebie, 
jak to się zdarzyło niejakiemu Eurytionowi podczas słynnych kalidońskich łowów. Peleus, który 
rzucił  oszczep,  zaklinał  się  potem,  że  mierzył  w  dzika;  ale  Peleus  był  zawsze  niebezpiecznym 
towarzyszem.  Zabił  przypadkowo  krążkiem  swojego  brata,  Fokosa...  jeśli  istotnie  był  to 

przypadek. 

Klitoneos podrapał się w głowę. 
— Więc powinienem odrzucić zaproszenie? Powiedzieć, że mam gorączkę? 
—  Taka  jest  moja  rada:  idź  śmiało  do  Amfinomosa  i  powiedz  mu  w  obecności  jego 

background image

krewnych:  „Przyjacielu  Amfinomosie,  wieszczka  mnie  ostrzegła,  bym  jutro  nie  polował,  chyba 
że  oddam  się  pod  twoją  ochronę.  Stwierdziła,  że  dzień  ten  będzie  dla  mnie  niefortunny.  Czy 
przysięgniesz,  że  jeśli  zostanę  przeszyty  źle  skierowanym  oszczepem,  to  pomścisz  mnie  na 
rodzie człowieka, który go cisnął?” A kiedy będziesz mówił, patrz pilnie w ich twarze. 

Chociaż  Klitoneos  był  niedoświadczony  i  nie  bardzo  pewny  siebie  w  publicznych 

wystąpieniach,  to  jednak  nigdy  nie  wzdragał  się  przed  trudnymi  zadaniami.  Wziął  się  tedy  na 
odwagę i ruszył na dziedziniec Amfinomosa, jakby miał cisnąć włócznię w święte wizerunki, a 
jego prośba brzmiała jak wypowiedzenie wojny. Amfinomos, który nie zdradził żadnych oznak 
winy, napomknął spokojnie, że byłoby szaleństwem zlekceważyć radę wieszczki, skoro zaś dzień 
jutrzejszy miał być dlań nieszczęśliwy, niechaj za żadną cenę nie wychodzi z domu i złoży ofiary 
przebłagalne  bóstwom  podziemi.  Ale  Antinoos  unikał  wzroku  mego  brata,  Eurymach  zaś 
poglądał zaczepnie. 

—  Zapobiegłaś  spiskowi  na  moje  życie  —  powiedział  mi  później  Klitoneos.  —  Muszę 

odpłacić Atenie ofiarami dziękczynnymi za przestrogę, a także ułagodzić bogów podziemi. 

— Atena zasługuje na wdzięczność — rzekłam. — Miej się dalej na baczności. Póki ojciec 

nie  wróci,  bądź  na  tyle  mądry,  żeby  nie  polować  w  pojedynkę,  i  nie  przyjmuj  zaproszeń  na 
obiady. Bób przeżarty przez czerwie, jak wiadomo, powoduje upadek sił. Zdarzają się też burdy, 
w  których  miotane  nieznanymi  dłońmi  puchary  i  stołki  latają  niebacznie  i  zabijają  niewinnych 
widzów. 

Klitoneos spytał: 
— Nie sądzisz przecież, że taki wypadek mógłby się zdarzyć w pałacu? Chyba można ufać 

służbie? 

— Z małymi wyjątkami. To mnie kłopocze, że skoro Halios zamieszkał z Sykulami, między 

tobą a tronem stoją tylko dwa żywoty, Laodamasa i naszego ojca. Czy wobec tego konspiratorzy 
wiedzą, iż Laodamas został bezpiecznie usunięty z drogi — ufajmy, że nie zabity, ale sprzedany 
fenickim handlarzom niewolników — i z nadzieją oczekują, że ojciec ulegnie wypadkowi ledwie 
postawiwszy nogę na naszym brzegu? 

— On nie powinien był odpływać. Może należało go przestrzec? 
—  Piaszczyste  Pylos  jest  daleko,  a  wiatry  zmienne  —  przypomniałam  Klitoneosowi.  — 

Nadto  ojciec  zamierza  rozpytywać  się  na  dworze  króla  Tesprotów  Fejdona.  Miej  cierpliwość, 
bracie, bądź ostrożny i zaufaj bogom. 

Wróciliśmy wolno do pałacu i rozeszliśmy się przy bramie, spojrzawszy na siebie z miłością, 

Klitoneos poszedł wziąć ciepłą kąpiel, którą przygotowała Eurykleja, ja zaś wypiłam pół kubka 
wina, żeby wzmocnić się przed jeszcze jedną nieszczęsną wizytą u łoża Ktimeny. Och, słuchać 
po  raz  setny  tych  samych  zwierzeń,  skarg  i  wyrzutów  wymawianych  płaskim,  skowyczącym 
głosem!... 

background image

PRANIE 

Nie  mogłam  spać.  Mimo  że  ubiegłej  nocy  przeszła  nad  morzem  wspaniała  burza,  która 

zmusiła  flotyllę  rybacką  do  pozostania  w  porcie,  powietrze  wciąż  było  ciężkie  od  gromów. 
Znowu syroko, po raz trzeci czy czwarty w tym miesiącu, wzbierało wolno już od popołudnia i 
teraz rozmiatało wszystko w drzazgi, trzaskając drzwiami, ogołacając drzewa z zielonych jeszcze 
owoców i porywając dachówki. Mogliśmy się spodziewać ulewy nad ranem, choć nie dość ostrej, 
by  wynagrodzić  zniszczenia,  których  dokonał  wiatr.  Nasze  syroko  bywa  dwojakie:  gorące  i 
zimne. Zimne wydaje się bardziej znośne, ale równie bezlitośnie niszczy kwiaty i jarzyny. 

Zaczęłam obliczać nasze szanse, gdyby Antinoos i Eurymach wzniecili zbrojne powstanie — 

czy  wesprze  ich  Agelaos  urażony  pominięciem  go  przez  ojca?  Czy  zdołamy  utrzymać  nasz 
kraniec  półwyspu,  nawet  uprzedzeni  o  ataku  i  wzmocnieni  wyspiarzami  z  Hiery  i  Bucynny, 
pasterzami z Hyperei i rozproszonymi lojalistami z Eryksu, Egesty i Drepanon? Wydawało się to 
niemożliwe.  Skoro  wróg  sięgnie  pałacu,  nasza  główna  brama  zaraz  się  zawali  pod  ciosami 
wielkiej  kłody  drzewa,  a  strzały  ogniste  dosięgną  poddaszy,  które  są  takie  łatwopalne.  Zgoda, 
prości ludzie są po naszej stronie, ojciec bowiem równo wymierzał sprawiedliwość, strzegł ich 
swobód i nieraz dowiódł, że jest dbałym monarchą. Ale prości ludzie są znani z powolności w 
czynie, a mając za broń jedynie maczugi, drewniane widły od siana i inne podobne rzeczy, dają 
się łatwo nastraszyć ludziom o szerokich puklerzach, długopiórych hełmach i śmiertelnie ostrym 
orężu  wojennym.  Czy  moje  służebne  będą  gwałcone?  Te  rzeczy  zdarzają  się  w  prawdziwym 
życiu,  nie  tylko  w  starych  baśniach.  Na  dobrą  sprawę  parę  miesięcy  temu  roztrząsałyśmy  ten 
temat  z Prokne. Ja twierdziłam,  że to  prawie niemożliwe, żeby mężczyzna zgwałcił gotową na 
wszystko kobietę wbrew jej woli, póki nie padnie bez czucia pod jego ciosami. Z pięćdziesięciu 
synów  Ajgiptosa,  którym  ojciec  kazał  zgwałcić  Danaidy,  przypomniałam  wtedy,  tylko  jeden 
dożył świtu, ten, co był na tyle mądry, że uszanował dziewictwo swojej panny młodej. Lecz teraz 
moje twierdzenie nie brzmiało dla mnie tak przekonywająco jak wówczas. 

Około północy coś, co uderzyło w stołek koło mego łóżka, zbudziło mnie z niemiłego snu. 

Wiatr ustał i słyszałam ryk fal łamiących, się na cyplu. Dobrze było się przebudzić, bo śniło mi 

background image

się właśnie, że na gęsi, które Gorgo dla mnie chowa w szałasie i karmi mieszanką, spadł orzeł; 
rozszarpał je na moich oczach. Wyskoczyłam z łóżka i rzuciłam się ku oknu, które otwierało się 
na  ogród.  Ktoś  najwidoczniej  próbował  ściągnąć  moją  uwagę.  Czy  mógł  to  być  jakiś  pijany 

zalotnik? Nikt się jednak nie pokazał, tylko drzewa owocowe kąpały się w księżycowym świetle. 

Na  podłodze  znalazłam  pasek  koziej  skóry  nawinięty  na  kamyk  i  pokryty  obrazkami 

wyrysowanymi  atramentem  z  sepii.  Kobieta  podpalająca  okręt  i  szepcząca  do  niej  jaskółka.  W 
jasnym  słońcu  wóz  i  rząd  praczek;  a  także  trzy  naradzające  się  skorpiony,  nad  nimi  topór 
kreteński. W nietrudnym odczytaniu brzmiało to: Prokne (jaskółka) proponowała, żebym zabrała 
niewiasty  służebne  i  poszła  prać  odzież.  Ona  spotka  się  ze  mną,  Nauzykaą  (podpalaczką 
okrętów), u źródeł Periboi — wóz wskazywał, że spotkamy się w pewnej odległości od miasta. 
— gdzie ona powie mi o spisku uknutym przez trzech zbrodniarzy, to jest skorpionów, w celu 
uzurpowania  władzy  królewskiej.  Prokne  nie  umiała  pisać,  ale  potrafiła  dobrze  przekazać 
wiadomość. Wyglądało na to, że nie byłam daleka od prawdy w ocenie sytuacji! 

Nagły  podmuch  chłodnego  powietrza.  Od  północy  podniosła  się  ciemna  chmura,  zamazała 

księżyc i ciężkie krople dżdżu zaczęły uderzać w zakurzone liście sadu. Wkrótce zasnęłam. 

O  świcie  umyłam  twarz  i  zeszłam  na  dół,  na  śniadanie,  które  składało  się  z  chleba 

jęczmiennego,  oliwy,  marynowanego  kopru  morskiego,  kiełbasy  wieprzowej,  grzanego  wina  i 
ciasta z miodem. Moja matka siedziała z wrzecionem w dłoni pośród sennych kobiet służebnych i 
żwawo przędła purpurową wełnę długimi białymi palcami. 

— Dzień dobry, matko. Czy widziałaś wujaszka Mentora? 
— Widziałam, dziecko, jest teraz w drodze na specjalne zebranie Rady Drepanońskiej. Może 

go dogonisz, jeśli będziesz biegła. 

Dogoniłam go bez trudu. Powolność jego kulawego kroku nasuwała myśl, że nie cieszył się 

na to zebranie. 

—  Wujaszku!  —  powiedziałam,  —  Czy  mógłbyś  mi  dziś  dać  wóz  i  muły?  Zapowiada  się 

ładna pogoda, a całe sterty brudnej bielizny czekają na pranie. Jeżeli teraz o tym nie pomyślimy, 
nie będziemy mieli nic przyzwoitego do włożenia. Cały miesiąc chodziłeś w tym samym chitonie 
—  poznaję  plamy  z  wina  na  obrębku  —  a  Klitoneos  skarży  się,  że  mu  wstyd  pokazywać  się 

publicznie w brudnym  odzieniu. My, Elymowie,  zawsze słynęliśmy z zamiłowania do czystego 
płótna. 

— Kto dozoruje prania? 
—  Jest  to  wprawdzie  zajęcie  Ktimeny,  lecz  ona  spędza  tak  dużą  część  nocy  we  łzach,  że 

nigdy nie jest w stanie zacząć pracy, zanim słońce przejdzie trzecią część swojej drogi po niebie. 
Jeżeli ja nie pojadę do źródeł, to kto? 

— Ależ dziewczęta dadzą sobie same radę z praniem! Wolę, żebyś była koło domu i miała na 

oku tkalnię i mleczarnię. 

background image

—  Nie,  wujaszku.  Nie  mogę  powierzyć  dziewczętom  ubrań,  z  których  wiele  jest  z 

najcieńszej  wełny;  zrobią  więcej  szkód  jednego  ranka,  niżby  się  dało  naprawić  przez  rok. 
Niektóre z naszych ślicznych starych kap na łóżka uniknęły prania przez dobrych parę lat, a są 
brudne od pyłu paleniska i dymu z łuczywa. Poza tym jest jeszcze całe mnóstwo szat, które mój 
ojciec odłożył na ślubne dary, kiedy wyjdę za mąż — jeżeli w ogóle wyjdę za mąż. Będą to dość 
liche prezenty, jeśli się nie poceruje podartego haftu; ale czyż mogę dobrać kolory, zanim się je 

wypierze? 

Westchnął. 
— Dobrze. Powiedz pachołkom, żeby porządnie wyszorowali wóz — ostatnio woził nawóz 

—  i  niech  zaprzęgną  muły.  Potrzebny  ci  woźnica,  czy  sama  potrafisz  kierować  zwierzętami? 

Brak nam ludzi na polach. 

— Dziękuję ci, wujaszku, umiem powozić. 
— No, to do widzenia, i niech ci się szczęści w pracy! 
— Do widzenia, i oby zebranie Rady odbyło się spokojnie! 
Zrobił  komicznie  kwaśną  minę.  Ucałowałam  go  w  oba  policzki  i  pobiegłam  prosić  matkę, 

żeby mi wypożyczyła sześć kobiet służebnych, które chciałam zabrać oprócz moich własnych. 

—  Możesz  zabrać  trzy,  resztę  musisz  wziąć  z  tkalni;  nie  przypuszczam,  by  Eurymeduza 

miała  coś  przeciwko  temu.  Jestem  ci  wdzięczna,  że  podjęłaś  się  tej  roboty,  choć  wątpię,  czy 
zdajesz  sobie  sprawę,  jakie  to  jest  okropne.  Powiedz  Euryklei,  niech  ci  przyszykuje  kosz  z 

jedzeniem i napełni winem bukłak. Masz, weź tę butelkę z pachnącą oliwą. Myślę że zechcecie 
wykąpać się u przystani, a potem namaścić. 

Podziękowałam jej i odszukałam Eurykleję. 
—  Zapakuj  nam  szybko  kosz,  najdroższa  nianiu  —  powiedziałam.  —  Chleb,  mięso,  ser, 

pikle, owoce i sałatę z ogrodu — nie, sałatę mogę wybrać sama... I koźli bukłak tego ciemnego 
wina rodzynkowego. Jedziemy do źródeł Periboi! 

Źródła  nazywają  się  od  imienia  mojej  sykańskiej  prababki,  której  synem  był  Nauzytoos. 

Wypływają  one  za  Rejtronem,  a  woda  ich  jest  niezwykle  miękka.  Większość  naszego  prania 
odbywa  się  w  ogromnych  kamiennych  korytach,  w  które  skierowano  strumień.  Nacieramy 
najpierw  bieliznę  mieszaniną  z  popiołu  drzewnego,  szlamu  foluszniczego  i  uryny,  aby  usunąć 
plamy; następnie skaczemy po nich jak przy deptaniu winnych gron w stągwi. Uporczywe plamy 
tłuczemy  płaskimi  kijankami,  rozłożywszy  ubranie  na  gładkich  kamiennych  płytach. 
Delikatniejsze  wełenki  pierzemy  w  ciepłej,  lekko  osolonej  wodzie,  by  się  nie  zbiegły  i  żeby 
utrwalić  kolory.  Miejscem  do  suszenia  jest  kamienisty  brzeg,  który  chwyta  w  siebie  cały  żar 
słońca.  Dni  prania  są  całkiem  przyjemne,  jeśli  pogoda  dopisze.  Gdyby  zaś  nadchodziła  burza, 
możemy uciec do pobliskiej jaskini nazywanej Grotą Najad; w głębi są stalaktyty oraz stalagmity 
wyglądające  niby  krosna  i  szereg  kamiennych  naczyń,  które  Sykańczycy  napełniają  czasami 

background image

jadłem i napojem dla Najad. 

— Oho! — krzyknęła Eurykleja biegnąc do składu. — Jedziesz więc do Źródeł Periboi? Tu 

cię boli! Coś mi się widzi, że przywieziesz dziecko z zarośli. 

Uznawszy  to  za  niezbyt  smaczny  żart,  nie  odpowiedziałam.  Eurykleja  nawiązywała  do 

powiastki o tym, jak bezdzietna królowa Periboja, przywiódłszy niegdyś praczki nad strumień nie 
opodal  korynckiego  brzegu,  znalazła  przypadkowo  ośmiodniowe  dziecię  w  skrzyni,  którą 
wyrzuciła  woda.  Odeszła  więc  w  gęstwinę,  a  potem  powiedziała  służkom,  że  właśnie  powiła 
dziecko. Nazwała je, jak mówią Koryntczycy, Ojdipais, „dziecię wezbranej fali” — aczkolwiek 
Synowie Homera zmieniają to imię na Ojdipus, „człowiek o spuchniętych nogach”. Ów Ojdipais 
zdobył  później  Teby.  Mówią  o  nim  niektórzy,  że  zabił  swego  ojca  i  poślubił  własną  matkę  — 

bezwstydna i nieprawdopodobna historia. 

Zebrałam  służebne,  wspięłam  się  na  wóz  —  gdzie  był  pieczołowicie  upakowany  kosz, 

butelka oliwy, kijanki i brudy — dotknęłam muły batem i wóz zaturkotał. Służebne biegły obok 
ze  śmiechem  i  śpiewaniem.  Na  niebie  nie  było  ni  chmurki,  a  w  powietrzu  chłód  po  spadłym 

deszczu. 

Rejtron jest zatoką otoczoną lądem, ćwierć mili szeroką, a długą ponad milę; za nią ciągną 

się łąki poznaczone kępami drzew oliwnych, dogodnymi na pikniki. Obok wypływają należące 
do pałacu Źródła Periboi, które uchodzą u przystani. Wyprzęgłam muły i puściłam je na paszę — 
dadzą  się  zwabić  wieczorem  kawałkiem  chleba  —  a  służącym  kazałam  nazbierać  patyków  i 
rozpalić duży ogień, by  nagrzać kamienie. Przywiozłyśmy z sobą w tym  celu  garnek  gorących 
węgli. Niewiele zmarnowałyśmy czasu na drugie śniadanie złożone z chleba, zimnego mięsiwa, 

oliwek i cebuli; skoro tylko kamienie rozpaliły się do czerwoności, rzucono je w płytkie koryto, 
żeby  ogrzać  wodę  na  wełenki.  Przy  nich  i  przy  delikatniejszych  sztukach  pracowałyśmy  dobre 
dwie godziny, jeżeli nie dłużej. 

Niebawem usłyszałam dźwięk swego imienia i zobaczyłam nadbiegającą ku nam Prokne. 
—  Co  za  niespodzianka!  —  zawołała.  —  Nie  miałam  pojęcia,  że  wyjechałyście  dziś  prać. 

Mój ojciec ujeżdża źrebaka obok Góry Najad. Chcesz zobaczyć? Każe mu kłusować w koło na 
końcu powroza, ale źrebię wciąż bryka i opiera się. 

—  Nie  mogę  pójść,  póki  nie  skończą  się  wełenki;  ale  to  niedługo.  Pomóż  nam,  kochanie, 

dobrze? 

— Z największą ochotą — odrzekła Prokne i przez chwilę prałyśmy nic nie mówiąc. Potem 

kazałam służącym wziąć się do prześcieradeł, zwykłych chitonów i białych chlajn do wyjścia, a 
my z Prokne odeszłyśmy. Skoro znalazłyśmy się poza zasięgiem słyszenia, spytałam: 

— Kochana, czy pozwolisz mi zgadywać imiona twoich trzech skorpionów? 
—  Będę  zachwycona.  W  razie  czego  wyprę  się  później  pod  przysięgą,  że  je  kiedykolwiek 

wymówiłam — wystarczy, jak skinę albo potrząsnę głową, gdy mnie zapytasz. 

background image

— Dobrze, więc zgaduję. Antinoos, Eurymachos i ten cymbał Ktesippos z krzywymi ustami. 
Prokne żywo pokiwała głową. 
— Czy Agelaos należy do spisku? 
Pomachała ręką i wysunęła dolną wargę, co oznaczało: „niezupełnie”. 
— Od kogo masz tę wiadomość? 
—  Usłyszałam  ją  przypadkiem.  Zbierając  pasemka  wełny  z  krzaków  głogu  i  ciernistych 

drzew — lubię mieć jakieś usprawiedliwienie spaceru — stanęłam przypadkiem za gęstwiną, gdy 
nadszedł drugi i trzeci skorpion i położyli się w trawie po drugiej stronie. Nie zauważyłam ich 
przybycia, póki nie zaczęli mówić, a wtedy już było za późno na ucieczkę. Stałam więc cichutko 
wrośnięta  w  ziemię  niczym  drzewo.  Słyszałam,  jak  Eurymach  —  powinnam  była  powiedzieć: 

drugi  skorpion  —  rozwodził  się,  że  wreszcie  przyszła  chwila,  by  zemścić  się  na  twoim  drogim 

ojcu. 

—  Och,  Prokne,  czemu  osładzasz  gorzkie  słowa  Eurymacha.  On  musiał  przecież  obrzucać 

króla wyzwiskami. 

Prokne zaczerwieniła się. 
—  Tak.  „Skąpiec”,  „sknera”  i  „krwiopijca”  znajdowały  się  wśród  mniej  pochlebnych. 

Eurymach poddał też myśl, że skoro król poprosił wszystkich godnych kawalerów, aby starali się 
o twoją rękę, a sam odpłynął do Grecji w bezecnym pośpiechu, czyniąc regentem twojego wuja 

Mentora  —  któremu  nie  są  winni  posłuszeństwa  —  miast  powierzyć  berło  elymejskie,  jak 
przystało, Agelaosowi... Jak on to wymownie zaczął? Zapomniałam. W każdym razie Eurymach 
poddał myśl, że owi kawalerowie powinni wyrazić swoje niezadowolenie ze sposobu traktowania 
plemion przez króla. Na przykład z tego, że zmuszano je, aby złożyły kupcowi hyryjskiemu dary 
w dowód uznania za prywatną przysługę — jeśli bezczelne łgarstwa można uważać za przysługę 
— a pozbawiono nawet satysfakcji oglądania obiecanego złotego pucharu, który miał być dodany 
do  stosu.  Skarżył  się  także,  że  król  nie  zgodził  się  wydzielić  ci  tradycyjnego  posagu  z  bydła, 
trójnogów,  kotłów,  zdobionych  mieczy,  pochew  w  złoto  oprawnych,  srebrnych  kraterów  i 

podobnych  rzeczy,  proponując  w  zamian  przywileje  handlowe,  kapłaństwa  i  inne  nieuchwytne 

dobra. 

— W jaki sposób mają członkowie rodów okazać swoje niezadowolenie? 
— Eurymach i Antinoos podsuwają, że będzie bardzo wesoło, jeśli całe towarzystwo zbierze 

się  w  pałacu  i  ogłosi  za  twych  zalotników.  Mają  zamiar  użyć  sobie  do  woli  na  pałacowych 
stadach, trzodach i winie, biwakować na obu dziedzińcach i zmusić pana Mentora, by darzył ich 
gościnnością należną ich pozycji. 

— I co dalej? 
— Dalej, jak wnoszę, spodziewają się, że twój brat Klitoneos da się sprowokować do gwałtu, 

jest  bowiem  drażliwy  i  zacięty,  i  będzie  zabity,  ledwie  sięgnie  miecza.  Mały  Telegonos  umrze 

background image

przypadkowo — jakaś łódka się przewróci i wtrąci go w burzliwą wodę. Potem Antinoos ożeni 
się z tobą i  zażąda świetnego posagu, Eurymach  zaś otrzyma  Ktimenę wraz z Laodamasowym 
dziedzictwem. Twego ojca w drodze powrotnej z piaszczystego Pylos napadnie okręt zaczajony 
w cieśninie Motoii. Jego bogate ziemie zostaną z braku dziedzica podzielone i sprzedane temu, 

kto więcej zapłaci. Uplanowali wszystko na własną korzyść. 

— Rozumiem. A kogo zrobią przyszłym królem Elymów? 
—  Obiecali  berło  Agelaosowi,  pod  warunkiem,  że  nie  będzie  zwalczał  ich  niegodziwego 

spisku. 

— Prokne, jesteś prawdziwą przyjaciółką! Nie mówiłaś tego nikomu prócz mnie? 
— Nie, nawet rodzonej matce. 
—  Och,  gdybym  tylko  mogła  zdecydować  się,  co  robić?  Gdybym  miała  jakiegoś 

niezawodnego  przyjaciela  w  odpowiednim  do  walki  wieku!  Wuj  Mentor  to  człowiek  pokoju, 
dziadek Fitalos jest za stary, Klitoneos za młody... A twój ojciec odpływa za pięć dni na Elbę, 

tak? 

— Choć jest lojalny wobec was, cóż mógłby uczynić, jeśliby pozostał? 
— A ty, Prokne? 
— Czy trzeba o to pytać, Nauzykao? Kocham cię jak nikogo innego na świecie! Ufaj mi do 

ostatniej kropli krwi. 

— To właśnie chciałam usłyszeć, chociaż słyszałam już wcześniej. Może teraz, jeśli Atena 

mi podszepnie jakiś niebywale chytry plan... 

— Mój ojciec macha ręką. Muszę natychmiast iść! Żegnaj, najlepsza przyjaciółko. 
Patrzyłam, jak biegnie poprzez koniczynę, a potem wolno zawróciłam do piorących kobiet. 

Było popołudnie, ale przy odrobinie wysiłku powinnyśmy skończyć za godzinę. Ojciec zawsze 
twierdził, że jedyny znany sposób, by służące dobrze pracowały, jeśli się nie chce używać gróźb, 
to  pracować  u  ich  boku  i  świecić  im  przykładem.  Toteż  w  chwilę  potem  skakałam  po 
prześcieradłach  w  korycie  albo  grzmociłam  je  kijanką;  mimo  to  jednak  gawędy  służby 
przepływały  koło  moich  uszu  tak  jak  woda  koło  stóp,  kiedy  błagałam  po  cichu  Atenę  o 
niezawodny znak jej przychylności. 

Znak  nadszedł.  Nad okruszynami chleba, które  wytrzęsłyśmy z kosza po śniadaniu,  zebrała 

się gromadka kłótliwych ptaszków. I nagle spadł jastrząb, rozpędził nieproszonych gości i uniósł 

jednego  w  szponach,  aby  go  rozszarpać  w  spokoju.  Serce  mi  drgnęło,  zaczęłam  śpiewać  hymn 
pochwalny bogini, który podjęły moje dziewczęta; i bardzo pięknie brzmiały nasze głosy. 

Przejrzałam  wyprane  już  prześcieradła  i  chitony,  odłożyłam  parę  na  bok  do  ponownego 

przepłukania i pomogłam służącym rozłożyć resztę na wybrzeżu; do wieczora słońce je wysuszy. 
Potem klasnęłam w dłonie. 

— Dziewczęta! — krzyknęłam. — Ponieważ, zdaje się, jesteśmy same, możemy wykąpać się 

background image

nago  w  Rejtronie,  a  potem  pobiegać,  by  wyzbyć  się  sztywności  w  grzbietach  i  nabrać  apetytu 

przed  obiadem.  Napracowałyście  się  wszystkie  niemało,  a  nie  musimy  wracać  do  domu 
wcześniej niż przed samym zachodem słońca. 

Wprawiło to wszystkie w dobry humor. Zeszłyśmy z brzegu, na którym było rozłożone nasze 

pranie, i  bacznie rozejrzawszy się na  wszystkie  strony rozwiązałyśmy  chusty, zrzuciły suknie i 
dalej pluskać się w chłodnej wodzie. 

— Och, jaka ty się zrobiłaś gruba, Glauke — zawołała jedna z moich dziewczyn pokazując 

opasły  brzuch  tkaczki.  —  Wstydź  się,  do  wesela  daleko!  Czy  to  ci  się  przydarzyło  podczas 
wstąpienia Afrodyty? 

—  Utopię  cię  za  to!  —  odparła  Glauke.  —  Nie  możesz  odróżnić  uczciwego  tłuszczu  od 

nieuczciwego? Mam w środku tylko bób, dobry chleb i figi. 

—  Czekaj,  daj  mi  dotknąć!  Nie,  dziecinko,  nie  oszukasz  mnie!  Masz  tu  więcej,  niż  ci 

przeszło ustami! Któż jest szczęśliwym ojcem? 

Mocowały się, piszczały, ciągnęły za włosy i śmiały jak szalone. Wkrótce Glauke wcisnęła 

przeciwniczkę pod wodę i przytrzymała za ramiona. 

— To ty myślisz, że ja zachowuję się jak twoja przyjaciółka Melanto? — zawyła. — Tak? 
— Puść ją, Glauke — rozkazałam. — Ten żart zaszedł już dość daleko. 
Wynurzyła  się  moja  dziewczyna  krztusząc  się  i  bełkocząc,  udała  całkowicie  pokonaną;  ale 

niebawem, gdy Glauke się zagapiła, pchnęła ją tyłem w głębinę. Były tylko rozdokazywane i nie 
miały wobec siebie złej woli. Odwołałam jednak Glauke i spytałam: 

— Co ty powiedziałaś przed chwilą? 
— Nic, pani. 
— Glauke, to nieprawda. Wpadłaś w złość i powiedziałaś więcej, niżbyś chciała. Wiem, bo 

rozejrzałaś się z poczuciem winy, czy nie dosłyszałam. 

— Nie mam żadnej urazy do Melanto. 
I wtedy bogini Atena włożyła mi w usta te słowa: 
— A jednak to o Melanto plotkowałyście, kiedy wczoraj rankiem odwiedziłam tkalnię. 
— Ja nie plotkowałam, pani. 
— Glauke, mów prawdę, bo jak wezmę kijankę i zdzielę cię po głowie, to rodzona matka na 

twój widok spyta: „Kto to może być?” 

— Klnę się na wszystkich bogów, że nie plotkowałam! Ja tylko słuchałam. 
— Bardzo dobrze, no a co słyszałaś? 
—  Doprawdy  same  kłamstwa.  Z  pewnością  kłamstwa.  Wiesz,  jak  się  obmawia  na  placu 

targowym. 

— O, wiem. Ale musisz mi powiedzieć, jak w tym wypadku obmawiano! Melanto jest córką 

Melantiosa, rządcy trzód, a także służką pani  Ktimeny;  jestem  zobowiązana bronić jej dobrego 

background image

imienia. 

Strachem wydobyłam prawdę. W pewien upalny dzień, zdaje się w czas sjesty, zobaczono, 

jak Melanto wymykała się ukradkiem z szopy na łodzie na drugim brzegu południowej przystani, 
a chociaż nikt nie wiedział, czy była tam w czyimś towarzystwie, po trzech dniach zaczęła nosić 
cenną złotą bransoletę. Utrzymywała, że znalazła ją na grzędzie warzywnej za swoją chatą, gdy 
poszła rwać sałatę, i że Melantios pozwolił jej zatrzymać ją sobie. 

Spytałam Glauke: 
— Czyja jest ta szopa? 
— Nie wiem na pewno. 
— No, a mówią, że czyja? Bajeczki z placu targowego są zawsze szczegółowe. 
— Daruj mi, pani... 
— Mam kijankę pod ręką, co powiesz? 
— Że twój zalotnik, pan mój Eurymach, jest właścicielem szopy. 
— Dobrze, Glauke. Nie wierzę tej bajdzie, jak i ty, ale zawsze najlepiej wiedzieć, co ludzie 

gadają. 

Zmusiłam się do wesołego śmiechu i krzyknęłam: 
—  Teraz  wyjdźcie,  dziewczęta!  Spłuczcie  z  siebie  morską  wodę  w  źródle  i  namaśćcie  się. 

Mam tu olejek, a muszle mięczaków zdadzą się na skrobaczki. 

Powróciłyśmy  do  Źródeł,  gdzie  obmyłyśmy  się,  namaściły  i  natarły,  uczesałyśmy  włosy  i 

nakryły  do  obiadu.  Wino  było  mocne  i  chociaż  dobrze  je  rozprowadziłam,  dziewczęta 
podochociły  sobie  i  zaraz  po  jedzeniu  zechciały  tańczyć  jak  rozbrykane  klacze  na  polu 

koniczyny. 

—  Nie  teraz  —  powiedziałam.  —  Jak  odpoczniecie.  A  jeśli  mi  obiecacie,  że  będziecie 

zachowywać  się  spokojnie,  póki  cień  tego  kija  nie  sięgnie  krawędzi  tamtego  kamienia,  to 
zatańczę razem z wami taniec z piłką. 

Pokładły się wszystkie posłusznie i drzemały. Ja czuwałam i patrząc, jak cień pełznie powoli 

do  kamienia,  porządkowałam  myśli.  Więc  Melanto  prowadziła  potajemny  romans  z 
Eurymachem,  tak?  Musiał  on  trwać  już  kilka  miesięcy,  jeśli  Eurymach  przekupił  ją,  co  jest 
oczywiste,  by  opowiedziała  tę  bajeczkę  o  sydońskim  okręcie.  Ale  po  co?  Co  zyskałby  na  tym 
kłamstwie?  I  czemu  by  jego  matka  miała  go  w  tym  popierać?  Odgadłam  już  wcześniej 
odpowiedź.  Stawić  czoło  niebezpiecznej  a  nieznośnej  sytuacji  —  oto  nie  cierpiące  zwłoki 
zadanie.  Raz  jeszcze  pomodliłam  się  po  cichu  do  bogini,  wstałam  pokrzepiona  i  zbudziłam 
służki. 

Znowu  pobiegłyśmy  na  wybrzeże,  narysowałyśmy  labiryntowy  wzór  na  gładkim  białym 

piasku i rozpoczęłyśmy sławny trojański taniec z piłką, w którym wykonujemy skomplikowane 
ruchy,  zwijając  się  szeregiem  i  rozwijając  z  ślimacznicy,  i  rzucamy  jedna  drugiej  piłkę  przy 

background image

każdej zmianie melodii. Wszystko szło doskonale, póki nie rzuciłam piłki tej okropnej Glauke, 
która podskoczyła za wysoko i kciukiem wybiła ją do wody. 

Rejtron  posiada  prąd,  częściowo  wytworzony  zasilającym  go  strumieniem,  częściowo  zaś 

przez  przypływ  księżycowy;  różnica  głębokości  pomiędzy  przypływem  a  odpływem  wynosi 
blisko trzy stopy. Patrzyłyśmy, jak prąd niesie piłkę na głęboką wodę, a dziewczęta krzyczały w 
strachu, bo żadna nie umiała pływać. 

Ja pływam wcale nieźle i już miałam zrzucić chiton, żeby odzyskać piłkę (zrobioną z korka 

obszytego  białą  skórą  pomalowaną  w  czerwone  kręgi),  aż  tu  nagle  wrzaski  zamieniły  się  w 
ogólny  pisk  i  służki  umknęły  w  popłochu.  Została  tylko  Glauke,  cisnąc  się  do  mnie  z 
przerażeniem.  Odwróciłam  się  i  ku  swojemu  zdumieniu  ujrzałam  nagiego  młodzieńca,  który 
słaniając się szedł  do nas brzegiem;  jedną ręką osłaniał  gałęzią oliwki wstydliwe  części  swego 
ciała, drugą wyciągnął, dłonią w górę, gestem błagalnika. Musiał ukrywać się w gęstwinie obok 
miejsca, gdzie obiadowałyśmy. 

Nastąpiła krótkotrwała cisza, którą przerwał chichot Glauke i jej drżący okrzyk: 
—  Pani,  oto  idzie  twoje  dziecię!  Chłopiec,  którego  zgodnie  z  przepowiednią  Euryklei 

przyprowadzisz z nadmorskiej gęstwiny. 

Mogłabym ją udusić, głuptaka. 
Młody  człowiek  wydawał  się  opadać  z  sił,  w  każdym  zaś  razie  nie  potrzebowałyśmy  się 

bardzo bać; dziesięć krzepkich kobiet uzbrojonych w kijanki to siła, której nie wolno lekceważyć 
w  walce.  Stałam  więc  spokojnie  i  pozwoliłam  mu  się  zbliżyć,  pełznącemu  poprzez  piach,  aby 
mnie podjąć za kolana obyczajem błagałników. Zatrzymał się jednak w przyzwoitej odległości i 
wsparłszy głowę na dłoniach wpatrzył się we mnie uporczywie. 

„Kogóż to u licha Atena mi przysyła?” — dziwiłam się. 

background image

NAGI KRETEŃCZYK 

Trudno o coś poprawniejszego nad przemowę nagiego młodzieńca. 
— Wybacz mi, pani! — rzekł, z obca, ale melodyjnie wymawiając greckie słowa. — Mając 

oczy zaćmione zarówno z wyczerpania jak i od morskiej wody, nie mogę zdać się na nie, by mnie 
oświeciły, czyś ty bogini, czy śmiertelna. Jeśliś bogini, możesz być tylko Łowczynią Artemidą; 
ciało twe tak smukłe, silne, tak królewskie.  Lecz jeśliś śmiertelna, jakże zazdroszczę rodzicom 
posiadania takiego wzoru doskonałości! Przyglądałem się tobie z zarośli, jak tańczyłaś, a każde 
poruszenie,  każdy  twój  gest  był  niezrównany  —  zaćmiewałaś  swoje  towarzyszki,  jak  księżyc 
zaćmiewa gwiazdy. A bezgranicznie więcej niż twoi rodzice będzie godzien zazdrości mąż, który 
ich  zdoła  nakłonić  hojnymi  darami,  by  go  przyjęli  na  zięcia!  Sama  myśl  o  takim  szczęściu 
pogłębia  niedolę  mego  położenia.  Patrz!  uboższy  jestem  niż  jednodniowe  dziecię;  ono  ma 
przynajmniej  własną  kolebkę  oraz  ciepłe  powijaki,  na  których  kochające  krewne  wyhaftowały 
jego znak plemienny. Ja nie mam nawet  przepaski  na lędźwie, by ukryć  swoją nagość; chciwe 
morze obrało mnie ze wszystkiego prócz męstwa i tych oto silnych dłoni. 

Urwał,  aby  zbadać,  jaki  skutek  wywarły  na  mnie  te  słowa.  Obdarzyłam  go  półuśmiechem, 

gdyż  język  i  maniery  wskazywały,  że  pochodził  ze  znakomitego  rodu.  Ponadto,  chociaż  ciało 
jego było potłuczone, pocięte i okryte warstwą soli, miał uda i barki atlety i kędzierzawe złote 
włosy lekko zabarwione czerwienią, w czym przypominał Apollona na freskach świątyni. 

—  Morze  pozostawiło  ci  też  wymowny  język  —  zaznaczyłam  —  czym  wcale  nie 

pogardzam. 

Spuszczając oczy mówił dalej: 
—  Niech  ci  więc  wyznam  bez  obawy  wywołania  twego  gniewu,  że  gdy  tak  czołgam  się 

przed tobą, przenika mnie jakoby zbożny lęk. Nigdy nie widziałem nic tak pięknego, jak twoja 
smukła  figura  i  prosta  postawa.  Tak  musi  wyglądać  Artemida,  gdy  tańczy  z  dziewczętami  na 
górze  Erymantu,  choć  przyjrzeć  się  jej  znaczy  umrzeć.  Człowiekowi  oszołomionemu  głodem 
trudno wyrazić uczucia; pozwól jednakże, niech cię przyrównam do młodej palmy w Delos, co 
prosta i wysoka wznosi się obok ołtarza Apollona — ołtarza, który sam bóg zbudował wyłącznie 

background image

z rogów dzikich kóz — tam powiew morski trąca delikatnie listki palmy, tak jak tu porusza twoje 
piękne długie włosy. 

— Zwiedziłeś więc Delos? — spytałam bardzo rozbawiona. — Czy też jest to komplement 

zapożyczony  od  któregoś  z  Synów  Homera,  którzy  uczynili  ze  świętej  wyspy  Apollona  swoją 
główną kwaterę? — Nigdy mnie nikt nie porównywał do młodej palmy; pewnie dlatego, że nie 
jestem  ani  wysoka,  ani  szczupła,  a  choć  mam  długie  włosy,  nie  są  one  w  żadnym  razie  moją 

największą  chlubą. Ten  obcy  wcale nie był  głupcem.  Zalotnicy  stali  zawsze na bezpiecznym  w 
swym mniemaniu gruncie, podziwiając moje zęby, nos i czoło, kostki nóg oraz palce; wszystko 
to, pochlebiam sobie, przedstawia się jako tako. 

—  Oczywiście,  byłem  w  Delos,  za  dni  pomyślniejszych  poświęcając  łup  zdobyty  w  boju 

boskim  bliźniętom  Latony.  Gdy  po  raz  pierwszy  wzrok  mój  padł  na  świętą  palmę,  upuściłem 
srebro i złoto na ziemię i stałem zachwycony, w niemym podziwie nad jej pięknem. Zdała mi się 
czymś  tak  odległym  od  rzeczy  śmiertelnych,  obarczonym  taką  bezgraniczną  mocą,  że  nie 
śmiałem dotknąć jej pnia, aby nie upaść bez zmysłów z samego zachwytu. Takie uczucie i teraz 
mnie  przenika;  dlatego  mam  śmiałość  podjąć  cię  za  kolana,  chociaż  przedstawiam  ci  się  jako 
błagalnik twój i niewolnik. 

— Co cię przywiodło na Sycylię? 
Wzruszył ramionami. 
— Sami bogowie wiedzą, czemu  z dzielnego okrętu,  który się rozbił, ocalili tylko  jednego 

człowieka i cisnęli go na brzeg, pod twoje stopy, bardziej umarłego niż żywego. Czyżby umyślili 
jakieś heroiczne dzieło, którego mam dokonać dla twojego dobra? 

Znowu  skoczyło  we  mnie  serce,  lecz  odpowiedziałam,  jak  tylko  mogłam  obojętnie  i  z 

rezerwą: 

— Kto wie? Nie jestem jeszcze nawet pewna, czy ci udzielić opieki. Długo ukrywasz się w 

tej gęstwie? 

— Od świtu. Dwie noce temu, mniej więcej milę od wybrzeża w okręt uderzył piorun. 
— Ty byłeś jego właścicielem? 
—  Łatwo  by  udać,  że  nim  byłem,  ale  nieszczęście  chyba  nie  usprawiedliwia  chełpliwego 

łgarstwa. Nie, to był obszerny, dobrze przysposobiony okręt koryncki, który podążał z Libii do 
swojej  przystani;  a jak doszło  do tego, że znalazłem się na jego pokładzie, to  bolesna historia. 
Dość  będzie  ci  powiedzieć,  pani,  że  burza  gwałtowna,  choć  niedługa,  przyszła  nieoczekiwanie 
wkrótce  po  zapadnięciu  zmroku.  Sama  musiałaś  ją  widzieć.  Spałem  wówczas  w  śródokręciu. 
Nagle  ogłuszył  mnie  grom,  silny  zapach  siarki  uderzył  mi  w  nozdrza,  a  zimna  morska  woda 
zmoczyła obnażone ciało. Skoczyłem za burtę i szybko, jak tylko mogłem, odpłynąłem, by wrak, 

co niemal zaraz zaczął tonąć, nie wessał mnie w głębinę. W blasku nie kończących się błyskawic 
widać  było  pełno  głów  —  jak  kaczek  na  stawie  —  zanurzających  się  raz  po  raz.  Nagle  spadł 

background image

deszcz  syczący  i  przez  chwilę  wiosłowałem  dziko  rękami,  przerażony  zdławionym  krzykiem 

moich tonących towarzyszy. Pamiętam, jak wołałem do Posejdona: „Ocal mnie, ziemią trzęsący, 
a  będę  ci  składał  ofiarę  za  ofiarą,  najkosztowniejsze,  jakie  tylko  są,  chociażbym  musiał  użyć 
gwałtu, by  cię ułagodzić!” Słowa te przerwał  mi szarpiący ból  w żebrach, który mnie zupełnie 
pozbawił tchu, i pomyślałem, że już przyszedł koniec: kraby dostaną moje ciało, a morska głębia 
kości.  Gdy  jednak  tonąc  sięgnąłem  rozpaczliwie  ponad  głowę,  chwyciłem  coś  krągłego  i 

twardego — był to maszt okrętu, a raczej jego czterosążniowy ułamek z przytwierdzonymi doń 
linami,  sczerniały  od  gromu.  Niebu  jedynie  wiadomo,  jak  zdołałem  wsiąść  na  tę  cudownie  mi 
zesłaną belkę; trzymała mnie jednak na wodzie aż do świtu, kiedy ujrzałem pustą beczkę płynącą 
opodal,  a tuż przy niej drabinkę okrętową.  Liny  umożliwiły mi związanie beczki  z masztem, z 
drabinki zaś zrobiłem pokład, na którym mogłem się położyć na wpół zanurzony w wodzie. Nie 
mając  z  czego  zrobić  żagla,  starałem  się  wiosłować  do  odległego  brzegu  dłońmi  i  nogami. 
Delfiny igrały dokoła, obok przemknął kormoran — mocząc pióra nurkował za rybą; ale żaden 
statek  nie  podpłynął  dość  blisko,  bym  mógł  nań  zawołać,  toteż  nieszczęsny  unosiłem  się  na 
wodzie od świtu do zachodu słońca. 

Skinęłam głową. 
— A ubiegłej nocy chwycił cię wiatr południowy. 
— Tak było  w istocie.  Posłyszałem, jak ogromne zwały  wody tłuką w  skalisty brzeg, a za 

każdym razem, gdy mój maszt wznosił się na grzbiet fali, linia kipiących wód, śmiertelnie biała 
w księżycowym świetle, podpełzała jakby wciąż bliżej i bliżej. Na nowo wzniosłem błagania do 
Posejdona.  Jednak  olbrzymi  bałwan,  największy  z  największych,  nadpłynął  w  pędzie,  zniósł 
beczkę i drabinkę i porwał je z wirem. Ciśnięty naprzód, w kipiące wody, porzuciłem maszt, aby 
chwycić  wystający  cypel  skały  i  wydrapać  się  na  brzeg,  lecz  kiedy  zacisnąłem  uchwyt  dłoni, 
ściągnęła mnie odpływająca fala. Czułem się jak sepia w marcu, którą rybak bezlitośnie bierze za 
kark  i  wyrywa  z  jamy  w  skale  razem  z  kamykami  przylgniętymi  do  macek.  Wielki  płat  skóry 
zdarłem sobie z prawej dłoni — patrz! — ale nie bacząc na ból wywalczyłem sobie drogę znów 
na  morze,  daleko  od  zębatych  skał,  wypatrując  z  grzbietu  każdej  fali,  na  którą  się  wspinałem, 
wyrwy  w  śmiertelnej  linii  natarcia  kipieli.  Wreszcie  dojrzałem  i  popłynąłem  ku  niej.  Woda 

wydała się zimniejsza, jakby to było ujście rzeki. Rozpaczliwymi ruchami dotarłem do wyrwy i 
znalazłem się w spokojnej, ochronnej przystani. Już ani metra nie mógłbym przepłynąć, chociaż 
od  tego  zależało  drogie  życie,  ale  tonąc  wyczułem  piasek  pod  stopami  i  zamroczony  stanąłem 
chwiejnie, kaszląc i rzygając morską wodą. Dostałem się do tego brzegu i cal po calu wpełzałem 
nań, aż trafiłem w gęstwinę, a był tam osłonięty kącik między szlachetną a dziką oliwką, które 
wyrastały  z  tego  samego  pnia.  Rozgarnąłem  spadłe  liście,  położyłem  się  i  obsypałem  nimi. 
Niemal natychmiast zasnąłem i obudziłem się dopiero przed chwilą. 

Niegrzecznie  jest  pytać  błagalnika  o  imię,  ród  i  ojczyznę,  póki  się  go  nie  podejmie,  jak 

background image

nakazują prawa gościnności. 

— Jesteś wśród nas bezpieczny — zapewniłam go — i dostaniesz jeść i pić bez zwłoki. 
W uniesieniu podjął mnie za kolana, zasypując bezładnymi słowami wdzięczności, a potem 

błagał: 

—  Jeślim  powiedział  coś  od  rzeczy,  bogini,  niech  wiatr  północno-wschodni  rozmiecie 

obraźliwe słowa na zatracenie. 

Służebne  podeszły  bliżej  i  teraz,  skoro  już  postanowiłam  ulitować  się  nad  obcym,  jęły 

wydawać okrzyki współczucia i pokrzepienia. 

Puścił moje kolana i odwracając głowę rzekł siląc się na uśmiech: 
— Pani, aczkolwiek cenię waszą dobroć i dręczy mnie głód i pragnienie, nie śmiem obrazić 

waszej skromności. Czuję się i tak zawstydzony, świecąc publicznie nagimi pośladkami; gdybym 
wstał,  byłoby  gorzej.  Może  tamten  stary  wór,  w  którym  przywiozłyście  brudną  bieliznę 
posłużyłby za okrycie mojej nagości? 

Któraś z dziewcząt podała mu wór, a on, nim wstał, owinął go sobie dyskretnie wokół bioder. 
— Dziewczęta — powiedziałam żywo — zaprowadźcie błagalnika do Źródła, żeby się umył, 

i wybierzcie dla niego chlajnę i chiton, z tych lepszych. Wszystkie już powysychały. Poszukajcie 
także  butelki  z  oliwą  i  skrobaczki  i  przyprowadźcie  go  z  powrotem,  kiedy  już  będzie  odziany 

przyzwoicie. 

Wziął sobie za punkt honoru poprosić je, aby odeszły, gdy będzie się kąpał — co dowodziło 

delikatności jego uczuć — a gdy ponownie się ukazał, ubrany w jeden z haftowanych chitonów 
ojca i szkarłatną chlajnę Laodamasa, pomyślałam, że jeszcze nigdy w życiu nie widziałam kogoś 
o  tak  żołnierskiej  postawie,  aczkolwiek  nogi  miał  kapinkę  za  krótkie  w  stosunku  do 
muskularnego  ciała.  Jednak,  oczywiście,  człowiek  może  być  piękny  jak  bóg,  a  mimo  to 
podstępny albo niespełna rozumu. 

Postawiłyśmy przed nim jedzenie: pieczoną wołowinę, chleb i wino — mnóstwo go zostało 

—  i,  och,  jak  chciwie  szarpał  mięso  białymi  zębami,  i  jak  w  jego  gardle  pod  brązową  gładką 
skórą szyi gulgotało wino! 

Zapytałam go, gdy skończył: 
— Kto jesteś, mój panie (musisz być bowiem szlachetnego urodzenia), i jaki twój kraj? By 

uniknąć  jakiej  bądź  niezręczności,  dobrze  byłoby,  żebyś  mi  zaraz  powiedział,  czyś  kiedy  nie 
popadł w kolizję z moim ludem, Elymami? 

— Nigdy, na szczęście — odrzekł. — Tak się składa, że ty i twoje dobrze wyćwiczone służki 

jesteście pierwszymi z narodu Elymów, które miałem zaszczyt spotkać. Ale wiem, żeście jednym 
z  najbardziej  na  zachód  wysuniętych  cywilizowanych  ludów  świata.  Jestem  Kreteńczykiem, 
nazywam  się  Ajton  syn  Kastora  —  prawdziwym  Kreteńczykiem  z  zachodu  i  wygnańcem 
zabójcą. Zabiłem w samoobronie zdradliwego syna króla Tany i Rada skazała mnie na osiem lat 

background image

wygnania; z tego siedem odbyłem włócząc się z kraju do kraju. Czy z kolei wolno mi zapytać 
ciebie o imię, dobrodziejko? 

—  Jestem  Nauzykaa  —  odpowiedziałam  —  jedyna  córka  elymejskiego  króla  i  królowej. 

Najstarszy  z  mych  braci,  Laodamas,  zginął  na  morzu,  jak  się  obawiamy,  ojciec  zaś  niedawno 
odpłynął do piaszczystego Pylos w nadziei, że uzyska jakąś wieść o synu. W domu jest wujaszek 
Mentor,  obecnie  regent,  jest  mój  brat  dorosły  Klitoneos,  który  ledwie  wyszedł  z  wieku 
młodzieńczego, i mały braciszek Telegonos, wciąż jeszcze pod opieką kobiet. Słuchaj! Jeśli się 
zaopiekuję tobą, to tylko pod warunkiem, że jak długo tutaj pozostaniesz, będziesz mi całkowicie 
posłuszny. 

—  Czyż  trzeba  to  mówić?  —  rzekł  Ajton.  —  Ocaliłaś  mi  życie,  którym  teraz  będziesz 

kierowała, jak długo zechcesz. Jakie masz dla mnie rozkazy? 

Nie od razu mu odpowiedziałam, on zaś schylił głowę z rezygnacją — wyczuwał widocznie, 

że musiałam stawić czoła trudnej sytuacji. 

—  Po  pierwsze  —  rzekłam  —  nie  wolno  ci  iść  z  nami,  musisz  postępować  z  tyłu,  w 

roztropnej odległości, nie tracąc z oczu wozu, póki nie dojedziemy do umocnionego muru, który 
przebiega w poprzek tamtego przylądka. Miasto Drepanon leży z drugiej strony, między dwoma 
przystaniami,  a  nie  opodal  bram  wznosi  się  świątynia  Posejdona,  naprzeciw  placu  targowego, 
przy  którym  z  obu  stron  są  doki  i  stocznie,  fabryka  wioseł,  składy  żeglarskie,  dwa  miejsca  do 
skręcania lin, wiele ruchu i plotek. Tych właśnie plotek nade wszystko chcę uniknąć. Nie sądź, że 
wstydzę  się  pokazać  w  twoim  towarzystwie,  panie  Ajtonie  lecz  moja  pozycja  jest  już  i  tak 
niezmiernie  drażliwa.  Wielu  młodych  Elymów  prosiło  ojca  o  moją  rękę,  a  mówiąc  szczerze 
żywię  silną  niechęć  wobec  nich,  chociaż  jak  dotąd  nie  czuję  skłonności  do  nikogo  innego. 
Gdybym przywiodła cię do miasta, sensacja wywołana tym zdarzeniem zakłopotałaby i ciebie, i 
mnie. Powroźnik krzyczałby do naprawiacza sieci: „Patrz, patrz! Kto to jest ten wysoki urodziwy 
nieznajomy z księżniczką Nauzykaą?” A potem mówiliby dalej: „Skąd ona go wzięła? Czy ktoś 
go już widział? Albo bóg zstąpił z Olimpu w odpowiedzi na jej modły (każdy wie, że ona uważa 
się  za  zbyt  dobrą  na  żonę  dla  zwykłego  śmiertelnika)  lub,  co  bardziej  prawdopodobne,  ocaliła 
jakiegoś rozbitka i pożyczyła mu odzienie z tego wozu, a teraz prowadzi do matki i wuja. »To 
jest mój przyszły mąż — oznajmi. — Właśnie oddałam mu swoje pilnie strzeżone dziewictwo, 
bowiem  miłuję  go  z  całego  serca.«  Ładny  kawał  pod  nieobecność  ojca,  co?”  Nie,  Ajtonie,  nie 
czerwień  się,  ja  też  nie  będę.  Musisz  zrozumieć,  że  w  tych  okolicach  właśnie  tak  rozumują 
prostackie  umysły.  Nienawidzę  tego.  A  nie  myśl  sobie,  proszę,  że  pochwalam  nierozważne 
zachowanie.  Czystość  młodej  kobiety  jest  jej  najwyższą  wartością,  ja  zaś  zawsze  starałam  się 
mieć nienaganną reputację; nadto, jeśli będę kiedyś na tyle szczęśliwa, że urodzę córkę, będzie 
ona musiała czynić to samo lub stracić moją miłość.  

Ajton uśmiechnął się. 

background image

—  Oby  tak  było,  księżniczko  —  rzekł.  —  Wydaj  mi  dalsze  rozkazy.  Czy  mam  zasiąść  u 

bram  miasta  skarżąc  się,  że  zbóje  zdzielili  mnie  maczugą  w  głowę  i  odtąd  zapomniałem 
wszystkiego o sobie? Że muszę błąkać się w poszukiwaniu przyjaciela, który mi powie, jak się 
nazywam i skąd pochodzę? 

— To nie jest zła myśl — odpowiedziałam — lecz może wnieść niepożądane komplikacje. 

Jakiś łajdacki kapitan cudzoziemiec mógłby powiedzieć, że jesteś zbiegłym niewolnikiem, a któż 
mu zaprzeczy? Nie ty, na pewno, jeśli stwierdzisz, że nie pamiętasz nawet własnego imienia. Nie, 
słuchaj:  niedaleko  miasta  będziemy  przechodzili  przez  lasek  topolowy  poświęcony  boskiej 

Atenie  (jestem  jej  kapłanka).  Rośnie  on  w  środku  parku,  znajdziesz  w  nim  studnię,  sznur  i 
dębowy  ceber,  dalej  jest  grzęda  cieciorki  i  wyki.  Park  należy  do  króla  i  nikt  nie  ośmieli  się 
niepokoić  kogoś,  kto  przyszedł  modlić  się  tam.  Czekaj  więc  przy  studni,  póki  nie  osądzisz,  że 
doszłyśmy już do pałacu, który się mieści u końca przylądka. Wtedy idź śmiało do straży przy 
bramach i oznajmij, że masz poufną wiadomość dla królowej. Każde dziecko zaprowadzi cię do 
pałacu,  nie  może  się  z  nim  bowiem  równać  wielkością  i  wspaniałością  żaden  dom  w  mieście. 
Mój  dziadek  wybudował  go  z  kamienia  ciosanego,  natomiast  wszystkie  inne  domy,  nawet 
świątynia  Posejdona,  są  z  drzewa,  o  tynkowanych  ścianach,  w  stylu  sykańskim.  Wkrocz  na 
dziedziniec ofiarny, jakbyś go znał od dawna, potem na biesiadny, a wszedłszy w drzwi między 
dwoma psami z czerwonego marmuru znajdziesz się w sali tronowej. Te szaty są dość dobre, by 
cię ustrzec przed zaczepką niewolników. Mój wuj, pan Mentor, będzie niewątpliwie siedział na 
tronie  królewskim  popijając  wino.  Skłoń  mu  się  z  szacunkiem,  lecz  idź  prosto  do  matki.  Jej 
wysoki  tron  z  kości  słoniowej,  z  podnóżkiem,  stoi  przy  kolumnie  tuż  obok  ogniska,  przy  nim 
kosz na kółkach z robótką. Będzie przędła purpurę morską albo pięknie haftowała. Podejm ją za 

kolana  i  przemów  tak  jak  do  mnie.  W  jej  współczuciu  leży  najlepsza  nadzieja  powodzenia. 
Zadręczyłabym się, jeślibyś miał popaść w szpony Rady miasta, niezbyt litościwego zespołu — 
chyba  że  jest  ojciec  i  sprawuje  nad  nimi  kontrolę  —  i  po  licytacji  stać  się  niewolnikiem  tego, 
który najwięcej zapłaci. 

— Jeszcze mi się nie zdarzyło być przedmiotem licytacji. Oby z woli Zeusa nigdy się to nie 

stało.  Dobrodziejko,  uczynię,  jak  mówisz,  i  niech  patronka  twoja,  Atena,  ma  mnie  w  swojej 

opiece! 

Ustanowiwszy powyższe kazałam służkom poskładać schludnie bieliznę, złożyć ją na wozie 

wysypanym  trawą  i  pozbierać  wszystko,  co  do  nas  należy  —  piłkę  zniosło  na  drugą  stronę 
Rejtronu i Glauke wyłowiła ją przy ujściu długą gałęzią dzikiej oliwki — po czym Ajton pomógł 
nam  złapać  i  zaprząc  muły.  Wspięłam  się  na  wóz  i  trzasnęłam  z  bata  —  potoczył  się  po  łące 
podskakując, póki nie trafiliśmy znowu na przybrzeżną drogę. 

Spojrzawszy  nieśmiało  na  Ajtona  pomyślałam:  „Co  za  osobliwy  dzień...  pełen  dziwów  i 

znaków...  Ateno,  pani  droga,  dziękuję  ci  po  tysiąc  razy,  żeś  wysłuchała  mego  błagania!  Czy 

background image

Ajton może być człowiekiem, któregoś mi przeznaczyła na małżonka? Jestem już teraz na wpół 

w nim zakochana — ale może jedynie dlatego, że to mój osobisty błagalnik i że mi ufa... (W ten 
sposób Laodamas kochał swego psa Argosa, który łasił się i płaszczył, kiedy pan nadchodził, jak 
gdyby przed bogiem.) I czy przysłałaś go, aby wybawił nasz dom od klęski?” 

Nowy dziwny wypadek: muły nagle nie wiadomo czemu zaparły się nogami i choć śmigałam 

po  nich  batem,  cofnęły  się  przynajmniej  ze  dwadzieścia  kroków  i  stanęły  dygocząc.  Kazałam 
Auge przytrzymać je, gdy ja zejdę z wozu, by zobaczyć, co je przeraziło. Nic. Droga puściuteńka, 
nie było na niej nawet białego kamienia czy powiewającej szmaty, która mogłaby je spłoszyć — 
jeśli nie wzięły za czatującego psa tej porzuconej w rowie starej brudnej sakwy z koźlej skóry. 

Ku  zdziwieniu  niewiast  stałam  przez  chwilę  spokojnie,  z  rękami  wyciągniętymi  jak  w 

modlitwie. Następnie przyzwałam je i grzecznie, ale ostro powiedziałam: 

— Wierne służki, miłe towarzyszki zabaw! Muły zaparły się nogami na widok bogini Ateny, 

która się pojawiła świetlista u drogi,  widzialna tylko dla swojej  kapłanki. Przemówiła do mnie 
wyrocznym  wierszem,  którego  treść  jest  taka:  „Księżniczko  Nauzykao,  jeżeli  która  z  twoich 
niewiast  wypaple  bodaj  jedno  słowo  swej  rodzinie,  przyjaciołom  czy  znajomym  o  tym 
kreteńskim  zapaśniku,  którego  ja  zesłałam  ci  w  potrzebie,  oślepię  ścierkę,  a  jej  górną  wargę 
pokryję  gęstym  czarnym  włosem!  A  nieznajomemu,  moje  dziecko,  powiedz  z  łaski  swojej,  że 
odwołałam  twoje  polecenia  —  niechaj  nie  idzie  ani  kroku  dalej  do  budowanego  miasta 
Drepanon,  lecz  niech  zawróci  w  głąb  kraju,  póki  jeszcze  jasno,  i  uda  się  drogą,  która  obrzeża 
miasto  Eryks  i  wije  się  pod  górę  od  wschodu.  Przy  Kruczej  Skale,  pośród  dębów  dających 
pożywienie,  gdzie  tłuścieją  wielkie  trzody  świń,  znajdzie  on  pasterza  twego  ojca;  a  ja 
przykazałam  temu  uczciwemu  słudze,  by  go  ochraniał.  Niech  Ajton  odda  mu  się  pod  opiekę  i 
zamieszka  w  jego  domu,  póki  nie  poślesz  mu  jakiegoś  polecenia,  które  ja  ci  włożę  w  usta. 
Najpierw jednakże musi on zdjąć te wspaniałe szaty, które królowa pozna od razu jako pałacową 
własność  i  wywnioskuje,  że  albo  zostały  ukradzione,  albo  ofiarowane  w  miłosnym  podarku. 
Potem niech pomaże swoje piękne ciało krowim łajnem i niech owinie się tym starym worem, o 
który prosił za moim podszeptem. Nie wolno mu także wyjawić swego imienia i kraju żadnemu 
ze  świnopasów.  Właśnie  jako  bezimiennego  nieszczęśliwego  żebraka  wprowadzę  go  do  pałacu 
królów elymejskich.” 

Ajton  był  zdziwiony  tym  nagłym  boskim  rozkazem,  lecz  przyjął  go  nie  pytając  o  nic. 

Pouczyłam  go,  jak  iść  do  Kruczej  Skały,  radząc  mu,  by  sobie  wyciął  tęgi  kij  do  obrony  przed 
dzikimi brytanami Eumajosa i żeby zabrał porzuconą sakwę. Włożyliśmy do niej kilka kawałków 
chleba, okrawki sera i suchą część nogi baraniej, tak że teraz wyglądał na prawdziwego żebraka. 

Nikt inny nie był świadkiem tego przeobrażenia i niebawem nędzny włóczęga z kijem w ręku 

szedł z trudem przez wierzbinę i machał nam ręką na pożegnanie. Niechętnie wysyłałam Ajtona 
na  długą  wspinaczkę  w  takim  osłabieniu,  ale  był  młody  i  śmiały,  dobrze  najedzony,  a  ja 

background image

musiałam działać ostrożnie. Gdyby Eurymach i towarzysze dowiedzieli się, że jest wygnańcem z 
Krety, zacnego rodu, na domiar zaś zabójcą, który nie zawaha się przed niczym, aby pokazać, że 
zasługuje  na  opiekę,  życie  jego  byłoby  niewiele  warte.  „Będzie  dużo  lepiej  —  myślałam  — 
trzymać go w odwodzie jako niepodejrzanego sprzymierzeńca”. A niewiastom można było ufać. 
Wierzyły one, że posiadam  tajemnicze moce jako ktoś, kto pertraktuje z bogami. Żadna z nich 
nie zechce narazić się paplaniem na ślepotę i sumiaste wąsy. 

Poklepywałam  i  cackałam  się  z  mułami,  póki  znów  nie  ruszyły  z  miejsca;  prowadziłam  je 

rączo,  ale  nie  za  szybko  dla  moich  służebnic.  Kiedy  minęłyśmy  krajem  lasek  Ateny,  straż  u 
bramy  wpuściła  nas  do  miasta.  Nasze  przejście  przez  plac  targowy  nie  wzbudziło  wielkiego 
zainteresowania; zatrzymałam wóz przed pałacem, klasnęłam w dłonie na pachołka i wbiegłam 
do wewnątrz, by się dowiedzieć, co zaszło w ciągu dnia. 

Wujaszek  Mentor,  który  czekał  nachmurzony  siedząc  na  ławie  w  sali  tronowej,  zaczął 

szlochać na mój widok. 

—  Co  się  stało?  —  wykrzyknęłam.  —  Chyba  nikt  nie  umarł  ani  zachorował?  Czyżby 

Sykulowie najechali nasz kraj? Wujaszku, czemu nie siedzisz na tronie? 

—  Złe  wieści,  siostrzenico!  Chociaż  z  łaski  Artemidy  nie  doniesiono  o  śmierci  ani  o 

chorobie, żadni Sykulowie ani Fenicjanie czy inni obcy nie zagrozili nam, jest bardzo źle. Wróg 
działa od wewnątrz. Będąc dziś na Radzie Drepanon spotkałem złe spojrzenia i okrutne słowa. 
Przywódcy plemion rozkazali, abym ustąpił z regencji, a to na tej podstawie, że pod nieobecność 
króla  berło  Elymów  przechodzi  zawsze  w  ręce  najgodniejszego  z  jego  rodu.  Odmówiłem 
posłuszeństwa, póki nie zmusi mnie do tego ogólnoelymejskie zgromadzenie; bądź co bądź sam 
król uczynił mnie regentem. A potem, kiedy wychodziłem z Sali Rady, Antinoos zwrócił uwagę, 
że zgodnie z życzeniami twego ojca on i inni twoi zalotnicy złożą niebawem wizytę w pałacu; 
spodziewają się tam zastać przygotowane dla siebie w dziedzińcu biesiadnym pieczone mięsiwa i 
wina do woli i że to przyjęcie ma ciągnąć się z dnia na dzień, przez miesiąc lub dwa albo nawet 
więcej, póki któryś z nich nie będzie wybrany. Powiedział też, że zgodnie z elymejskim prawem 
wolno mi dokonać wyboru, ponieważ matka twoja i ja pochodzimy z Egackiego pnia, a jak król 
sam przyznał, na naszych wyspach wuj rozporządza swoją siostrzenicą. Moja droga, może należę 
do  takich,  co  nie  lubią  się  przejmować,  ale  są  sprawy,  w  których  nie  ustąpię.  Otwarcie 
odmówiłem wybrania dla ciebie męża bez zgody twego ojca. 

— Jestem ci wdzięczna, wujaszku Mentorze. Czy Antinoos mówił coś w sprawie Ktimeny? 
—  Tak.  Poprosił  mnie  impertynencko,  bym  uznał  Laodamasa  za  umarłego  i  odesłał  ją  do 

ojca na Bucynnę. Znów odpowiedziałem, że tego nie zrobię. Ktimena bowiem zdecydowała się 
pozostać i zasiadła już przy ognisku naszego domu jako błagalnica. Wygnać ją teraz to ściągnąć 
na  ten  dom  przekleństwo;  poza  tym,  co  ich  obchodzi,  co  będzie  z  Ktimeną,  zostanie  czy 
odejdzie? Dziwne, że Eurymach mnie poparł i  Antinoos ustąpił. Ale to  ciebie wcale nie dziwi, 

background image

Nauzykao? 

— Niemało trzeba, aby mnie zdziwić ostatnimi czasy, wujaszku. No, a co zamierzasz zrobić? 
— Powiedz mi najpierw, zdecydowałaś się na któregoś z nich? 
— Nie. Najmniej nierozgarnięci z nich są najwstrętniejsi i przeciwnie, najmniej wstrętni są 

najbardziej nierozgarnięci. Jeżeli wolno mi będzie poślubić kogoś z miłości, mój wybór padnie z 

musu na obcego. 

—  Wobec  tego  jestem  zdecydowany  trzymać  berło,  póki  mi  go  siłą  nie  wydrą.  Gdy  twoi 

zalotnicy  wkroczą  do  tego  domu,  poczęstuję  ich  lekkimi  przekąskami,  potem  zaś  poproszę 
grzecznie, żeby się wynieśli; jeśli stawią opór, złożę sprawę w ręce nieśmiertelnych. 

—  Mam  pewność,  wujaszku  —  powiedziałam  —  że  nieśmiertelni  już  i  tak  troszczą  się  o 

nasze losy i  gdy będziemy uważali, by ich nie obrazić słowem lub uczynkiem, otoczy nas mur 

niewidocznych tarcz nie do skruszenia. 

Spojrzał na mnie przenikliwie, ale moje oczy były bez wyrazu. 
— Spodziewam się, że masz słuszność, dziecko, bo czuję krew i dym płonących krokwi. Ale 

nie  uprzedzajmy  najbliższych  kłopotów.  Jutro  wsiądę  na  najszybszy  rydwan  twego  ojca  i 
odwiedzę starszyznę Egesty. Może oni będą innego zdania niż ci tutaj w Drepanon. 

background image

ŻARŁOCZNI ZALOTNICY 

Zaraz na drugi dzień moi zuchwali zalotnicy przysłali wiadomość, niby to od mojego wuja 

Mentora,  naszemu  głównemu  pasterzowi  świń  Eumajosowi  pod  Kruczą  Skałę  i  Filojtiosowi 
owczarzowi, który pasł stada w pobliżu Jaskini Konturanosa. Polecono im sprowadzić bez zwłoki 
osiem  upasionych  wieprzy  i  z  tuzin  tłustych  baranów  na  rzeź.  Nie  podejrzewając  żadnego 
oszustwa  zacni  słudzy  przysłali,  czego  od  nich  żądano,  a  Melantios,  wolarz,  dodał  z  własnej 
ochoty parę młodych byczków. Właśnie dozorowałam grupę niewiast służebnych przy pracy na 
dziedzińcu  ofiarnym,  gdy  te  zwierzęta  przyszły  do  pałacu.  Zdarzyło  się,  że  był  to  dzień 
przerabiania  materacy.  Raz  w  roku  wyciągamy  zbitą  wełnę  z  płóciennych  poszew  i  sieczemy 
żółtawobiały  stos  długimi  trzcinami,  aż  staje  się  puszysty;  następnie  zaś  napełniamy  znowu 
poszwy rozkładając garście wełny równiutko, tak że cała powierzchnia robi się gładka, miękka i 
sprężysta, i zszywamy końce, zręcznie zawijając do środka obrąbki. Nie jest to przyjemna praca. 
Pył z wełny  dostaje się  do nozdrzy i  człowiek kicha, a jeśli  się zerwie  wiatr, tak jak  wówczas 
było,  i  rozwiewa  wełnę  figlarnie  po  całym  dziedzińcu,  cierpliwość  się  szybko  wyczerpuje. 
Kazałam,  by  zaryglowano  bramę,  póki  nie  skończymy,  ale  niebawem  usłyszałam  gwałtowne 

stukanie i ochrypłe krzyki: Otwórzcie, otwórzcie w imieniu pana Mentora! 

Westchnęłam  i  pomachałam  ręką  do  odźwiernego.  Odryglował  bramę  i  do  wewnątrz 

wtargnął  zmieszany  tłum  ludzi  i  zwierząt: Melantios z byczkami, syn Eumajosa z wieprzkami, 

kuzyn  Filojtiosa  z  baranami,  a  za  nimi  bezładna  gromada  sług  domowych  —  żaden  z  nich  nie 
nosił  pałacowego  znaku  —  którzy  śmiali  się  i  wyśpiewywali  nader  nieobyczajnie,  gapili  się 
wkoło  i  wykrzykiwali  rubaszne  żarciki  do  moich  niewiast.  Wściekły  powiew  wiatru  wpadł  na 

dziedziniec, rozmiótł wełnę na wszystkie strony i utworzył białą zamieć przed ołtarzem. 

—  Zamknij  tę  przeklętą  bramę!  —  wrzasnęłam.  Odźwierny  trzymał  ją  otworem,  bowiem 

jeden wieprzek przestraszył się i wyrwał na zewnątrz. 

—  Kto  odpowiada  za  tę  hałastrę?  —  krzyczałam  dalej.  —  Melantiosie!  Co  robisz  z  tymi 

byczkami?  Czyś  stracił  rozum?  Święto  Apollona  będzie  dopiero  za  kilka  dni.  Zaryglować  mi 
zaraz tę bramę, odźwierny! Mniejsza o tego kapryśnego wieprzka. Czy ci rozum odjęło? Popatrz, 

background image

jaka strata dobrej wełny! 

Melantios  wymknął  się,  niby  po  to,  żeby  złapać  wieprzka;  ale  syn  Eumajosa  wystąpił 

naprzód, dotknął kędziora u czoła i bardzo przyzwoicie przeprosił za wpuszczenie bezwstydnego 
wiatru, nad którym, jak zauważył, nawet Ojciec Zeus nie ma władzy, a tylko trzy głuche Mojry. 

— Po jakie licho twój czcigodny ojciec przysłał nam te wieprzki? — spytałam już łagodniej. 

My,  Elymowie,  zawsze  nazywamy  sykańskich  świnopasów  „czcigodnymi”,  bo  wyrokują  oni  z 
zachowania  swoich  świń,  a  choć  Eumajos  jest  z  pochodzenia  Jończykiem,  to  stał  się  bardziej 
Sykańczykiem niż sami Sykańczycy. 

—  Przyszedł  posłaniec  od  mojego  pana,  Mentora  —  odrzekł  —  domagając  się  sześciu 

naszych  najtłustszych  tuczników.  Ponieważ  mój  czcigodny  ojciec  jest  w  Egeście,  chciałem 
dowiedzieć  się,  co  za  dobra  wieść  ma  być  święcona  —  czy  przybyło  poselstwo  z  sąsiedniego 
miasta z hojnymi darami? Czy może niespodziewanie przypłynął król z księciem Laodamasem? 
Ale posłaniec wytłumaczył mi, że zwierzęta są potrzebne na twoją ucztę weselną. Posłuchałem 
więc. Temu tutaj, kuzynowi Filojtiosa, powiedziano to samo. 

—  Ktoś  zakpił z  was  obu,  przyjaciele.  Zrobilibyście  mądrzej  gnając  wieprzki  z  powrotem, 

jak tylko wypoczniecie. Tymczasem  wyprowadźcie je przed bramę i uwiążcie za tylne nogi do 
palików.  Tyle  z  tego,  że  straciły  na  wadze  przez  tę  drogę!  Dotyczy  to  także  byczków. 
Wyprowadźcie je natychmiast! Zapaskudzą świeżo zamieciony dziedziniec. 

Następnie zwróciłam się do bezpańskich sług: 
— A wy, chłopaczkowie, jaki macie tu interes? Czy i z was ktoś tak idiotycznie zażartował? 

Nie, nie wychodzę za mąż ani dziś, ani w następnych dniach przed powrotem króla. Ja sama to 
mówię,  a  chyba  powinnam  wiedzieć?  I  uważajcie  —  niektórzy  z  was  zachowują  się,  jakby  to 
była  świątynia  Afrodyty  i  jakby  moje  czyste  i  obyczajne  dziewczęta  były  prostytutkami  w  tej 
świątyni.  Pamiętajcie,  że  wasze  prostactwo  przynosi  ujmę  panom,  którym  służycie,  i  wynoście 
mi się stąd wszyscy — prócz was dwóch, z oznakami pana mego, Agelaosa! Wy obaj, proszę, 
zostańcie  tutaj,  a  gdy  dziedziniec  będzie  pusty  i  brama  zaryglowana,  zbierzcie  wełnę,  którą 
rozwiało wasze brutalne wtargnięcie. 

Syn Eumajosa po raz drugi dotknął kędziora u czoła. 
—  Przebacz  mi,  pani,  ale  boję  się,  że  mój  czcigodny  ojciec  złoi  mi  plecy  najcięższą  swą 

pałką,  jeśli  przywiodę  tuczniki  do  domu  bez  wyraźnego  rozkazu  pana  mojego,  Mentora.  Nie 
chciałabyś na pewno, pani, żeby mnie obito. 

— Mój wuj wyjechał, nie będzie go do jutra. Podobnie jak twój czcigodny ojciec udał się do 

Egesty.  To  powinno  być  wystarczającym  dowodem,  że  zlecenia  nie  wyszły  od  niego.  A  jeśli 
wątpisz w moje słowa, to może wolisz poradzić się królowej? 

Chłopiec przestępował z nogi na nogę: wyglądał na niezadowolonego. 
—  Jeśli  wolno,  pani,  chciałbym  poradzić  się  księcia  Klitoneosa.  Mój  czcigodny  ojciec  i  ja 

background image

czcimy twoją matkę nad wszystkie kobiety, a ciebie chyba nie mniej, ale zlecenia co do naszych 
wieprzy zawsze wychodzą od mężów twego szlachetnego domu... nie zamierzając ci uchybić. 

— Bynajmniej nie czuję się urażona — powiedziałam. — Zostaw komuś pod opiekę stado i 

pójdź do komnaty na wieży. Zastaniesz tam księcia Klitoneosa pociągającego pędzlem dewizę na 
którejś z pałacowych tarcz (chociaż trudno mi powiedzieć, czemu nie może powierzyć tej pracy 
biegłemu malarzowi). 

Znowu zwróciłam się do natrętnych sług: 
— Na co czekacie? Powiedziałam, żebyście się wynosili. 
Wysoki  mężczyzna  o  kędzierzawej  brodzie,  noszący  oznakę  księcia  Antinoosa,  odrzekł 

śmiele: 

— Kazano nam przygotować tutaj ucztę dla naszych panów. — Poklepał ostry nóż ofiarny 

umocowany u pasa. 

— Ach tak, doprawdy? Za to ja wam każę wynosić się stąd, i to szybko! Przeszkadzacie nam 

w porannej pracy! 

Służący patrzyli po sobie niepewnie, a ja klasnęłam w dłonie na odźwiernego. 
—  Odźwierny  —  powiedziałam  —  przywołaj  Medona,  herolda,  i  poproś,  żeby  opróżnił 

dziedziniec. Jeśli ci głupcy nie chcą słuchać mnie, to posłuchają jego. 

Niektórzy słudzy wtargnęli na stos drzewa i wywlekali już wiązki chrustu. Byłoby to tylko 

pogorszyło sprawę, gdybym zainterweniowała, więc nie zwracałam uwagi na to, co robią, i nadal 
kierowałam trzepaniem wełny, póki nie wrócił syn Eumajosa z Klitoneosem. Klitoneos miał ręce 
poplamione cynobrowoczerwoną farbą, a w świetle jego pierwszych słów przypadek ten uderzył 
mnie mile jako wróżebny. 

— Ostrzegam  was, hultaje, którzy włamaliście się do pałacu z nożami rzeźnickimi, że gdy 

nadejdzie pora, moi ludzie i ja, nie wy i nie wasi panowie, urządzimy jatki! 

Wówczas  wkroczył  Medon  łypiąc  oczami  i  ziewając,  właśnie  bowiem  przerwano  mu 

drzemkę,  jego  ulubioną  rozrywkę.  Uniósł  białą  pałeczkę,  która  podobnie  jak  jego  sandały  z 
piórami  wskazywała,  iż  jest  nietykalny,  i  wygłosił  długą  płynną  mowę.  Rozpoczął  wstępem 
wychwalającym lud Elymów — ich męstwo, uczciwość, wytrwałość, łagodność i dobre obyczaje, 
czyny  ich  przodków,  łaskę,  którą  bogowie  darzą  nasz  naród,  mądrość  władców,  solidarność 
rodów, piękność naszych księżniczek, niezmierną rzadkość kłótni czy burd na placu targowym. 
Następnie  rozwodził  się  nad  własną  pozycją  jako  królewskiego  herolda,  nad  świętym 
obowiązkiem utrzymania pokoju nałożonym na niego i zdziwieniem, którego doznał na wieść, że 
pewne zwierzęta ofiarne poddają swe głowy pod nóż... 

„Czy on wreszcie przystąpi do rzeczy?” — zastanawiałam się, ale wkrótce pojęłam, że nie 

ma  najmniejszego  bodaj  zamiaru  —  grał  na  zwłokę.  Niebawem  przybędą  panowie  tych  sług  i 
spór wejdzie w nowe i bardziej interesujące stadium. 

background image

Poprosiłam więc Medona, żeby przestał, i po raz ostatni przemówiłam sama do tych ludzi. 
— Chłopcy — powiedziałam — jeśli opuścicie teraz ten dziedziniec, wasi panowie zbiją was 

za nieposłuszeństwo ich rozkazom. Jeśli go nie opuścicie, to, jak mi na imię Nauzykaa, Erynie 
będą was  goniły swoimi biczami z brązu i  zaszczują na śmierć,  chociażby  który  uciekał  tysiąc 
mil. Jestem kapłanką ogniska królewskiego i gdy zawezwę te córki Uranosa, przybędą do mnie 
tłumem.  —  Tu  wzięłam  białą  pałeczkę  z  rąk  Medona  i  ruszyłam  wolno,  lecz  zdecydowanie 
naprzód rzucając często spojrzeniem za siebie i uśmiechając się zachęcająco do niewidzialnych 
Erynii.  Brodaty  służący  Antinoosa  założył  ręce  i  nie  ustępował  z  pola,  ale  uderzyłam  go  po 
głowie i mocno kopnęłam w pachwinę. Wrzasnął: — Och! Och! — i pokulał zgięty wpół z bólu. 
Zaczął się zgodny pęd do bramy, przez którą syn Eumajosa i kuzyn Filojtiosa wyprowadzili już 
zwierzęta.  Dwa  tłuste  byczki  przestraszyły  się  i  pognały  za  nimi  rycząc,  co  przydało  jeszcze 
uciechy;  ale  było  to  na  chwilę  przedtem,  nim  opróżniłam  dziedziniec  i  własnoręcznie 
zaryglowałam bramę. 

—  Drogie  towarzyszki,  pozbierajmy  rozrzuconą  wełnę  —  rozkazałam  raźno.  Tłumiąc 

wesołość posłuchały wszystkie prócz Melanto, która siedziała na ławce i spoglądała spode łba, 
jakby mnie nie rozumiała. Była wysoka, dobrze zbudowana i chodziła jak księżniczka — czego 
ja  nie  robię.  Ów  piękny  chód  rozbudził  w  niej  ambicje,  ale  brakło  jej  rozumu,  by  uczynić  je 

dobrymi. 

—  Nieszczęśliwie  skończysz,  córko  —  przepowiedziałam  jej.  —  Jak  to  mówią,  co  się 

zaczyna  w  szopie  na  łodzie,  kończy  się  w  głębokiej  wodzie.  —  „Jak  to  mówią”  nadało  temu 
pozór  przysłowia  i  udałam,  że  mnie  zaskoczył  chichot  pozostałych  dziewcząt.  —  Skąd  ta 
wesołość? — spytałam ostro. Melanto pochyliła się, by złowić wirujące pasmo wełny, ale z jej 
oczu wyczytałam nienawiść i strach. 

Odciągnęłam Klitoneosa na bok. 
—  Nasi  wrogowie  rozpoczynają  wreszcie  działać  otwarcie,  drogi  bracie,  ale  ufam  ci,  że 

ochronisz cześć moją i domu. Musisz teraz zastąpić naszego ojca, bo coś mi się zdaje, że wuja 
Mentora zatrzymają w Egeście, jesteś więc jedynym mężczyzną w pałacu — nie licząc dziadka, 
który jest głuchy i pamięć go zawodzi. 

Klitoneos  objął  mnie  czule  i  wróciłam  do  pracy  przy  wełnie,  gdy  tuż  za  mną  rozległ  się 

znowu gromki głos Medona: 

— Pani, pozwól przedstawić sobie znamienitych zalotników, których twoja piękność i często 

powtarzane przez króla zaproszenia ściągnęły tu ze wszystkich plemion naszej nacji. Przyszli tu 

w  nadziei  na  hojną  gościnność  oraz  w  wierze,  że,  po  dokładnym  przeglądzie  zalet  każdego  z 
nich, jednego wybierzesz i uwieńczysz, by dzielił z tobą łoże. 

Stali  w zbitej  grupie,  uśmiechając  się  jak  niegrzeczne  dzieci,  które  wtargnęły  do  spiżarni  i 

znalazły się twarzą w twarz ze stateczną klucznicą. 

background image

Melantios  wprowadził  ich  ogrodową  furtą,  a  było  ich  stu  dwunastu,  ani  jednego  mniej  — 

pięćdziesięciu  sześciu  Fokajczyków,  dwudziestu  czterech  Sykańczyków,  dwudziestu  z  plemion 
mieszanych i dwunastu Trojańczyków. 

Powitałam ich niedostrzegalnym ruchem głowy i skinęłam na Klitoneosa. 
— Bracie — powiedziałam — jako ten, który pełni funkcje głowy królewskiego domu, bądź 

tak  dobry  powiadomić  tych  popędliwych  młodzieńców  zacnego  rodu,  że  choć  przybyli  bez 
uprzedzenia,  mogą  zasiąść  do  wspólnego  jadła  przy  pałacowym  stole,  a  mianowicie:  piwa 
jodłowego, chleba, sera i oliwek, które zostaną im należycie podane, jeśli będą mieli cierpliwość 
poczekać chwileczkę. 

— Słowa mojej siostry są moimi słowami — krzyknął Klitoneos nie uchylając spojrzenia. 
—  Księżniczko  —  wycedził  Antinoos  z  uśmieszkiem  wyższości  —  czy  jesteś  tak  młoda  i 

nieświadoma,  że  nie  wiesz,  czego  się  od  ciebie  oczekuje?  Kiedy  starający  się  o  twoją  rękę 
przybywają tak pochlebnie wielkim towarzystwem, powinnaś zaproponować im pieczone mięso i 

najlepsze wino. 

— Nie wydano poleceń naszym pasterzom świń, wolarzom ani owczarzom; wobec tego nie 

ma mięsa do pieczenia, a gdyby nawet było mi wolno zlać dla was dobre wino, zmarnowałoby 
się tylko przy zakąsce z chleba i sera. Piwo jodłowe jest zdrowym napojem, a także oszczędnym. 

— Ale jeżeli mnie oczy nie mylą, zauważyłem ponad tuzin tłustych zwierząt uwiązanych do 

palików przed bramą. 

— Ach, te! One nie są przeznaczone na ofiarę. 
— Jesteś nieodrodną córką swego ojca! — wykrzyknął Antinoos. 
— Tak zawsze twierdziła królowa, a że mądre to dziecko, które zna własnego ojca, nie będę 

jej  zniesławiała  podając  w  wątpliwość  swoje  prawe  pochodzenie.  Muszę  was  zatem  poprosić, 
abyście  odeszli.  Król  dał  mi  solenną  obietnicę,  czego  królowa  była  świadkiem,  że  w  sprawie 
zalotników moje chęci będą rozważane tak sumiennie, jak gdybym była wyrocznią. Odpłynął on 
tymczasem  na  wschód,  w  sprawach  rodzinnych,  a  nawet  gdyby  tu  był,  wasza  wizyta  nie 
usprawiedliwiłaby kosztów bankietu, byłabym bowiem zmuszona wyznać, że pobieżny przegląd 
waszych  twarzy  odstręcza  mnie  od  was  wszystkich.  One  nie  wyrażają  niczego  prócz 
zuchwalstwa,  próżności,  chciwości,  szyderstwa  i  buntowniczości.  Jednak  ponieważ  jestem,  jak 
powiadasz,  nieodrodną  córką  swego  ojca  i  Klitoneos  jest  synem  swego  ojca,  żadne  z  nas  nie 
może się uchylić od wymogów gościnności. Jeśli jesteście na tyle głodni, że starczy wam to, na 
co  zasługujecie,  idźcie  na  dziedziniec  biesiadny  i  siądźcie  do  stołów  w  krużgankach  —  gdy 
skończę wypychać materace, zatroszczę się o was. Klitoneosie, poszukaj Euryklei i zapytaj, czy 
ma dostateczną ilość sera dla ponad stu korpulentnych młodzianów. I może Femios zgodzi się im 
zaśpiewać. 

Odwróciłam się tyłem do całego towarzystwa i zaczęłam pracować dalej. 

background image

— Ależ z niej zapalczywiec! — zawołał Ktesippos nawet nie troszcząc się o to, żeby zniżyć 

głos.  —  I  pomyśleć,  że  jest  tu  nas  więcej  niż  setka  współzawodniczących  między  sobą  o  tę 
przyjemność, by mieć policzki podrapane jej długimi pazurkami! 

—  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  —  rzuciłam  przez  ramię,  kiedy  przechodzili  obok 

mnie całą gromadą do dziedzińca biesiadnego. 

Zdawałam sobie sprawę, że jesteśmy zbyt słabi, by móc się uporać z najeźdźcami, lecz duma 

mi  nie  pozwalała  okazać,  że  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Gdy  Melantios  podszedł  do  bramy 
wejściowej, odryglował ją i zawołał na służbę, podbiegłam i zamknęłam zasuwę. 

—  Skoro,  Melantiosie  —  powiedziałam  —  lekceważysz  mój  rozkaz  wprowadzając  tu 

tuczniki, pamiętaj, że kiedy król wróci, wypatroszy ciebie bez wahania, a odciąwszy ci kończyny 
ciśnie je psom na pożarcie. 

—  Działam  z  rozkazu  księcia  Agelaosa  —  odrzekł  mi  natychmiast  —  którego  Rada 

Drepanon obrała regentem. 

— Czyżby? Więc przyprowadź go do mnie, jeśli nie chcesz być zbity za kłamstwo. 
Melantios odszedł pośpiesznie i niebawem przywiódł Agelaosa, małego nadętego mężczyznę 

o  ciemnej  twarzy,  który  prócz  swego  urodzenia,  obfitej  czupryny  i  pewnej  zręczności  w 
kottabosie  nie  mógł  się  niczym  pochwalić.  Kottabos  jest  grą  dla  ucztujących:  każdy  po  kolei 
chlusta winem, które zostało w kielichu, na miniaturowe srebrne kubeczki pływające w miednicy 
w  odległości  dziesięciu  kroków;  kto  zatopi  najwięcej  kubeczków,  jest  zwycięzcą.  Ojciec 
jednakże nikomu nie pozwala grać w kottabosa w pałacu — czy to książę, czy gość, sługa czy 

niewolnik — bo opryskuje się odzienie i ściany i marnuje dobre wino. 

Powitałam go słowami: 
—  Cóż  to,  krewniaku!  Przyszedłeś  grać  w  kottabosa  pod  nieobecność  króla?  Jak  długo 

będziesz  używał  piwa  jodłowego  i  trzymał  się  środka  dziedzińca,  masz  na  to  moje  specjalne 

pozwolenie.  Najpierw  jednak  powiedz  temu  szelmie  Melantiosowi,  że  zwierzęta  uwiązane  za 
bramą muszą tam pozostać, póki nie wypoczną, i będą zagnane z powrotem na pastwiska, skąd je 
przez omyłkę sprowadzono. 

Agelaos poczerwieniał. 
— Ani mi się śni! Tamte zwierzęta są przeznaczone na ofiarę; a kiedy tłuszcz i udźce zostaną 

już ofiarowane bogom, obiecujemy sobie spożyć ich pieczone mięso. I zważ, że gdy ja gram w 

kottabosa, to tylko najlepszym winem. 

— Któż, jeśli wolno spytać, jest tym „my”? 
— Twoi zalotnicy, księżniczko. 
—  Uważaj,  Agelaosie  —  powiedziałam.  —  Pretensja  o  jakąś  urojoną  zniewagę  zaćmiła  ci 

rozum. Skoro tylko ojciec przybije do Drepanon, zaraz cię znajdzie i utnie ci głowę... 

— Jeżeli w ogóle przybije — wtrącił Agelaos. 

background image

—  A  jeśli  nie,  krewniaku,  wątpię,  czy  twoja  pozycja  poprawi  się  pod  jakimkolwiek 

względem. Antinoos i Eurymach już porozumieli się, żeby cię zdradzić. Co będzie, jeśli oszczep 
przeznaczony  dla  Klitoneosa  na  łowach  na  dzika  wbije  się  ze  świstem  w  twoje  plecy,  a 
Fokajczycy  przywłaszczą  sobie  berło,  które  sam  Zeus  złożył  w  ręce  naszego  trojańskiego 
przodka Egestosa? Odwołaj swoich buntowniczych współplemieńców, póki nie jest za późno! 

— Ty, jak widać, dużo wiesz — zadrwił. 
— Boska Atena była łaskawa uczynić ze mnie swoją powiernicę — odpowiedziałam. 
Agelaos pomilczał niezdecydowany, a potem krzyknął:  
—  Melantiosie!  —  tonem,  który  w  jego  zamierzeniu  miał  brzmieć  po  królewsku.  —  Każ 

służbie przygotować ofiarę! 

— Bardzo dobrze, krewniaku — powiedziałam. — Jak wybrałeś, tak wybrałeś. Ale kradzież 

u trojańskiego księcia jest nie mniej karygodna niż u najlichszego sykulskiego niewolnika. 

Służba  weszła  szumnie  ze  zwierzętami.  Lejodes,  kapłan  Zeusa,  jeden  z  moich  zalotników, 

poświęcił  byczki  Piorunnemu  i  Posejdonowi,  a  resztę  zwierząt  Herze,  Apollonowi,  Afrodycie, 

Hermesowi i innym — uszczypliwie jednak ominął Atenę, jakby w pogardzie dla mojej ufności, 
którą  w  niej  pokładam.  Dało  mi  to  głębokie  zadowolenie,  bowiem  Atena  jest  najlepszym 
sprzymierzeńcem,  jakiego  można  wymyślić,  a  łatwo  się  obraża.  Zeus,  chociaż  jest  silniejszy, 
może być zajęty czymś innym albo opieszały i, jak mówią, jego żarna mielą wolno. 

Zszyłyśmy ostatnie materace w pośpiechu i zamieszaniu, bo dziedziniec napełnił się wkrótce 

wirującym dymem płonących kłód i krzątaniną. Poszłam szukać Klitoneosa. 

—  Zrobiłem,  co  mogłem,  siostro  —  powiedział.  —  Za  radą  naszej  matki  zawiadomiłem 

pisarza  Rady  Drepanon,  że  ma  zwołać  zgromadzenie  ponownie  jutro  rano.  Jestem  jeszcze  za 
młody, by kandydować na członka, ale Haliterses mówi, że każdy książę krwi może zwołać Radę 
pod nieobecność króla lub upoważnionego przez niego regenta. Zaprotestuję ostro przeciw temu 
najazdowi na nasz pałac. Tymczasem ci łotrzy wymogli strachem od Pontonoosa, podczaszego, 
żeby  im  przyniósł  wina,  chociaż  wyraźnie  go  ostrzegłem,  żeby  słuchał  tylko  moich  rozkazów. 
Posłałem  Eumajosowi  zlecenie  przez  syna,  a  Filojtiosowi  przez  kuzyna,  żeby  nie  przysyłali 
więcej zwierząt, chyba że dostaną pisemne zapotrzebowanie opatrzone odciskiem mojej pieczęci. 

—  Niewiele  więcej  możemy  teraz  zrobić.  Pytanie  tylko,  czy  Rada  odmieni  swój  sąd.  Ale 

bądź co bądź musisz ogłosić sprzeciw, choćby tylko po to, żeby ojciec był zadowolony. 

— Pssst, Femios dobiera dźwięków. Ma to być „Powrót Odyssa”, ostatnia pieśń cyklu. 
Femiosowe  wykonanie  nie  było  ani  tak  dramatyczne,  ani  tak  zniewalające  jak  Demodoka. 

Miał on jednak głos młodszy i bardziej donośny i nie stracił jeszcze ani jednego przedniego zęba, 
dzięki  czemu  wymawiał  wyraźnie;  jego  pewność  siebie  rosła  z  każdym  wykonaniem.  Jestem 
zdania,  że  będzie  on  kiedyś  najsławniejszy  z  swojej  braci,  i  po  części  właśnie  z  tej  przyczyny 
powierzyłam mu swój poemat. 

background image

Po  konwencjonalnym  wezwaniu  do  Muz  przedstawił  streszczenie  opowieści  —  o  tym,  jak 

gniew, który żywiła Afrodyta ku greckim wodzom, co napadli i spalili święty gród Troję i przez 
zabicie  jej  ulubieńca,  Parysa,  zadali  cios  wszystkim  oddanym  kochankom  na  całym  świecie, 
znalazł wyraz w szczególnie okrutnym potraktowaniu Odysa. Będąc zarówno boginią morza jak i 
miłości chętnie rozbijała, w kilku wypadkach, okręty swoich wrogów, a ich samych topiła, jak 
utopiła Ajasa; innych wiatrami przeciwnymi gnała do odległych lądów, z których powracali po 
latach, jak spartański Menelaos; jeszcze innych tak dręczyła niepogodą, że stracili już nadzieję na 
ujrzenie żon i dzieci i zostali, by zakładać miasta na brzegach obcych rzek, jak to uczynił Guneos 
w Libii i Elfenor w Epirze. Zwykła jej zemsta polegała jednak na tym, że zwycięski szermierz 
docierał  do  domu  po  to  tylko,  aby  się  przekonać,  iż  małżonka  osadziła  swojego  kochanka  na 
tronie,  jak  to  się  zdarzyło  Argiwowi  Agamemnonowi  i  Idomeneosowi  z  Krety, 
współprzywódcom  greckiej  wyprawy.  Na  Diomedesa  i  Odysa,  którzy  dokonali  więcej  niż 
ktokolwiek inny  spośród Greków, by zaskarbić sobie jej nienawiść, włożyła podwójną karę — 
nużący powrót z rozbiciem okrętu i podobnymi niebezpieczeństwami, następnie zaś odkrycie, że 
żony  ich  zdradzały.  Jednak  cierpienia  Odysa  były  daleko  sroższe  i  bardziej  przewlekłe  niż 
Diomedesa  i  podczas  gdy  żona  Diomedesa,  Ajgialeja,  wzięła  sobie  tylko  jednego  kochanka, 
Penelopa,  jak  się  Odys  przekonał,  taka  niby  wierna  łożu  małżeńskiemu,  żyła  w  hulaszczych  i 
bezładnych  miłostkach  z  przynajmniej  pięćdziesięcioma  jego  poddanymi;  a  syn,  Telemachos, 
został  sprzedany  w  niewolę  nie  wiadomo  gdzie.  Femios  zatrzymał  się,  by  przepłukać  sobie 
gardło, a Klitoneos przyklasnął. 

—  Dobrze  odśpiewane,  Femiosie  —  zawołał  —  najlepszy  z  pieśniarzy  po  czcigodnym 

Demodoku!  Spodziewam  się,  że  rozwiniesz  szeroko  opowieść  o  tych  łajdackich  jegomościach, 
którzy  rozłożyli  się  obozem  w  pałacu  Odysa  i  kazali  świnopasom  i  owczarzom  zarzynać  jego 
tuczniki.  Czy  ich  niecne  imiona  przetrwały  ku  wstydowi  ich  potomnych?  I  czy  to  oni,  chcąc 
odwrócić miłość mieszkańców  Itaki od ich prawego księcia, uknuli spisek, aby  go sprzedać na 
sydońskim rynku niewolników? 

Antinoos porwał się z miejsca z przekleństwem, ale Eurymach go powstrzymał. 
— Pytanie Klitoneosa jest  bardzo stosowne —  wyszczerzył zęby. — Posłuchajmy, jak mu 

Femios odpowie. 

Femios przełknął ślinę. Sprawiał wrażenie skrępowanego, ale rozsądek i bystrość umysłu nie 

opuściły go. 

—  Mój  antenat  Homer  niewiele  nam  przekazał  w  tym  względzie  —  rzekł  tonem 

usprawiedliwienia.  —  Ale  powinniście,  jak  sądzę,  pamiętać,  że  każdy  z  pięćdziesięciu 
kochanków Penelopy, czołowych obywateli wysp, którymi Odys władał, był zaczarowany przez 
Afrodytę, która użyczyła Penelopie swojej przepaski nieodpartego uroku. Chociaż Penelopa była 
już  wówczas  tłusta,  niekształtna  i  dobrze  przekroczyła  wiek,  w  którym  kobieta  może  rodzić 

background image

dzieci,  nie  mogli  się  pohamować.  Wszyscy  czekali  wezwania  do  jej  łoża,  siedząc  w  kręgu  jak 
psy, kiedy suka się  grzeje. Obecność Telemacha krępowała ich. Ranieni  jego docinkami,  które 
żywo odczuwali, a nie chcąc stać się mordercami, błagali go, aby odpłynął. Potem, ponieważ nie 
chciał ani wyjechać, ani siedzieć cicho, sprzedali go handlarzowi niewolników, który podjął się 
wyszukać  mu  wyrozumiałego  pana.  Lepiej  byłoby,  gdyby  Telemach  nie  zważał  na  sytuację  w 
pałacu, która musiała być przykra dla tak śmiałego księcia, i spędzał czas na polowaniach. Teraz, 
jeśli wolno, będę ciągnął dalej. 

— Dobrze, dobrze, Femiosie! — mruknął Klitoneos. — Skoroś przeszedł na stronę wrogów 

naszego domu, twoja różdżka i sandały z piórami nie będą cię chroniły wiecznie. 

Femios opowiedział znajomą historię podróży Odysa: — O tym, jak przypłynął on do Tracji, 

kraju,  który  dostarczył  królowi  Priamowi  odważnych  sprzymierzeńców,  i  złupił  gród  Ismaros. 
Jego głupia załoga nie chciała pośpieszyć na okręty ze złupionym  złotem,  srebrem  i  brankami; 
marudzili  na  brzegu  rżnąc  owce  i  tuczne  zwierzęta  i  pijąc  mocne  wino.  Ze  wzgórz  zlecieli 
chmarą  pieszo  i  na  rydwanach  inni  Trakowie,  by  wesprzeć  w  niedoli  sąsiadów,  i  przełamali 
greckie zastępy. Miał szczęście Odys, że udało mu się zabrać swych ludzi na pokład — brzuchy 
mieli pełne, ale puste dłonie. Wkrótce potem burza rozszarpała mu wszystkie żagle na strzępy i 
zapędziła go pod Maleję, która leżała na jego kursie; burza jednak nie zelżała, póki po dziewięciu 
dniach nie zobaczył brzegów Libii, gdzie zamieszkują żywiący się lotosem Nazamonowie. Tam 
kilku jego ludzi  chciało  zbiec, gdy  wysłał ich w głąb lądu po wodę;  okuł  ich w żelazo i  zaraz 
wypłynął z powrotem na morze. Potem Afrodyta zesłała burzę, która rozbiła całą jego flotę. Odys 
jedynie zdołał dopłynąć do brzegu odludnej wyspy Pantellarii lub Kossyry — w pogodny dzień 
można  ją  zobaczyć  ze  szczytu  góry  Eryks,  daleko  na  południu  —  i  spędził  tam  siedem 
następnych lat żywiąc się ostrygami, korzeniami złotogłowca i jajkami ptaków morskich. Dzień 
w dzień przesiadywał na brzegu, z brodą wspartą na kolanach, wpatrując się w pusty horyzont; 
żaden  jednak  z  nielicznych  przepływających  okrętów  nie  zważał  na  jego  zapamiętałe  sygnały. 
Wreszcie zawitał tafijski okręt o trzydziestu wiosłach, nie w celach handlowych, bo wyspa była 

nie  zamieszkana;  nie  dla  naczerpania  wody,  bo  wyspa  była  bezwodna,  jeśli  nie  liczyć 
przypadkowych  kałuż  po  deszczu;  lecz  po  to,  by  osadzić  na  niej  jednego  z  załogi,  który,  jak 
orzekli, był nienawistny bogom. Zgodzili się zatrudnić Odysa na miejsce owego żeglarza udając, 
że  współczują  jego  niedolom;  powieźli  go  minąwszy  Italię  do  końca  Adriatyku  —  gdzie 

kupowali  hiperborejski  bursztyn  —  i  zdradziecko  sprzedali  kapłance  bogini  Kirke,  która  miała 
pieczę  nad  wyrocznią  Ajolosa  na  Ajai.  Zmusiła  go  ona,  by  był  jej  służącym  do  wszystkiego  i 
dzielił z nią łoże, co wkrótce uznał za równie niemiłe, jak samotne uwięzienie na Pantellarii — 
kapłanka bowiem była szpetna i nienasycona. 

Wreszcie przesłał potajemnie wieść do kapłana Zeusa w Dodonie, który zarządził uwolnienie 

go,  a  tesprocki  okręt  zabrał  go  stamtąd,  na  pół  umarłego  z  wyczerpania.  W  Dodonie  otrzymał 

background image

radę,  by  ułagodził  Afrodytę  przez  rozszerzenie  jej  imperium,  wziął  więc  na  ramię  wiosło  i 
powlókł  się  w  głąb  kraju,  aż  przyszedł  do  wsi,  której  mieszkańcy  nie  słysząc  nigdy  o  słonej 

wodzie,  wzięli  wiosło  za  łopatę  do  przesiewania  zboża.  Opowiedział  miejscowym  pasterzom  o 
narodzinach  Afrodyty  z  piany  morskiej,  publicznie  złożył  jej  ofiary,  błagał  o  przebaczenie  i 
otrzymał  pomyślną  wróżbę  z  widoku  parzących  się  wróbli.  Stamtąd  pośpieszył  do  domu,  do 
Itaki,  gdzie  wywarł  zemstę  na  kochankach  Penelopy,  zabijając  w  sprzeczce  małżeńskiej 
wszystkich  pięćdziesięciu  z  łuku,  który  należał  niegdyś  do  Apollona.  Odesłał  ją  w  hańbie  do 
swojego  teścia,  króla  Ikariosa.  Kiedyś  wieszczbiarz  Tejrezjasz  przepowiedział,  że  śmierć 
przyjdzie na Odysa z morza, i tak się też stało. Wrócił bez ostrzeżenia Telemach, który zbiegł z 
niewoli i zjeździł odległe kraje w poszukiwaniu ojca. Dobiwszy do brzegu przy świetle księżyca 
wziął  Odysa  za  kochanka  Penelopy.  Tam  to,  na  kamienistym  brzegu,  przeszył  go  włócznią  o 

zatrutym ostrzu. 

Femiosowa relacja z rzezi gachów była krótka i nieszczegółowa. Ja wolałabym usłyszeć, jak 

Odys zdołał zastrzelić jednego po drugim pięćdziesięciu ludzi zbrojnych w miecze. Napięcie łuku 

i  wypuszczenie  wymierzonej  strzały  zajmuje  trochę  czasu.  Choćby  i  zabił  czterech  albo  pięciu 
swoich wrogów, to co tymczasem robili ich towarzysze? Jeśli byli dzielni, mogliby go otoczyć i 
pokonać dzięki przewadze liczebnej, nawet nie uzbrojeni; jeśli tchórze, co najmniej trzydziestu 
lub  czterdziestu  mogłoby  z  powodzeniem  uciec.  Nie  wystarcza  powiedzieć,  że  Odys  był 
najpodstępniejszym  z  ludzi  i  najlepszym  łucznikiem;  taka  sława  wymaga  dokładnego 

uzasadnienia. 

Tego  wieczora  rozmawialiśmy  z  Klitoneosem  o  łuku  Odysa,  a  nasze  wnioski  poddały  mi 

myśl, którą gorączkowo zapragnęłam wprowadzić w czyn. My też mieliśmy słynny łuk w pałacu. 
Celowo  dotąd  o  nim  nie  wspominałam,  ale  rzecz  ma  się  tak,  że  kiedy  Fokajczycy  budowali 
Egestę, jak to opisano na początku opowieści, z italskiej Krimisy przybyła grupa ich krewnych. 
Mieli  oni  ten  sam  łuk,  który  Herakles  umierając  na  górze  Ojte  przekazał  ich  przodkowi 
Filoktetowi  i  z  którego  Parys  został  śmiertelnie  raniony,  tuż  przed  upadkiem  Troi.  Filoktet 
bowiem wygnany z własnego grodu Meliboi w Tesalii, przypuszczam, że przez kochanka żony 
—  wszystkie  te  powiastki  przebiegają  według  tego  samego  wzoru,  ale  dlaczego  Filoktet  z 
miejsca  go  nie  zastrzelił?  —  popłynął  do  południowej  Italii  i  założył  Petelię  i  Krimisę. 
Krimisyjczycy  przywieźli  łuk  do  Egesty  i  podarowali  go  mojemu  przodkowi  królowi  Hyperei 
jako oznakę hołdu. Wisiał od owego czasu w naszym składzie. 

background image

ZEBRANIE RADY 

Biesiada  zakończyła  się  z  nastaniem  nocy  i  moi  zalotnicy  odeszli  na  chwiejnych  nogach, 

obżarci,  opici  i  zachlapani  niecelnymi  chluśnięciami  w  kottabosie.  Na  dziedzińcu  ofiarnym 
szarpnęłam Antinoosa za rękaw. Zrozumiał to jako przymilanie się, ale zaraz wyprowadziłam go 
z błędu mówiąc: 

—  Panie  mój,  Antinoosie,  zwracam  się  do  ciebie  jako  herszta  tych  spitych  szlachetnych 

młodzieńców  oraz  sprawcy  bezczelnego  spisku  przeciwko  domowi  królewskiemu.  Skoro,  jak 
słyszę,  masz  zamiar  przychodzić  tu  co  dnia,  żeby  obżerać  się  na  naszym  dworze,  muszę 
spróbować wyjaśnić ci dwie rzeczy, chociaż w obecnym stanie trudno ci będzie zrozumieć bodaj 
najprostsze greckie zdanie. Pierwsze to, że starannie liczymy tuczne zwierzęta, które zjadacie, i 
galony  wina,  które  wypijacie,  i  że  prawo  elymejskie  wymaga,  by  zwrócić  skradzioną  rzecz  w 
ilości poczwórnej — powtarzam: nie raz, ale cztery razy. Drugie,  że kazano służbie pałacowej 
odmawiać  wam  najmniejszych  usług,  a  zatem  oczekuje  się,  że  wasi  służący  sprzątną  po  was 
plugastwa. Zleć im, to proszę, zanim pomogą ci dotrzeć do łóżka. 

Czknął. Plunęłam mu w twarz, ale taka furia jarzyła się w moich oczach, że nie śmiał mnie 

uderzyć.  Próbując  czknąć  jeszcze  raz,  wyrzygał  z  kwaterkę  wina  i  kilka  kawałków  nie 
strawionego mięsa. 

— A co z tym będzie? — spytałam ze wstrętem wskazując splugawiony próg. 
— Możesz to sobie zatrzymać — odbiło mu się. — Odpisz z rachunku. 
Wróciłam  do  sali  tronowej,  gdzie  ze  zwykłą  niewzruszalnością  siedziała  przy  krosnach 

matka. 

— Nauzykao droga — powiedziała — chciałabym, żebyś poszła na górę pocieszyć Ktimenę. 

Była  przy  oknie  i  słuchała  Femiosowej  pieśni,  a  kiedy  on  opisał,  jak  Odys  siedział  wsparłszy 
brodę na kolanach i wpatrywał się w niezmącony horyzont, załamała się i zaczęła targać włosy i 
drapać policzki. Jest teraz przekonana, że podobny los spotkał  Laodamasa. Mówi, żeby wysłać 
okręt, który by odwiedził wszystkie bezludne wyspy od Troi po Tartessos w nadziei odszukania 

go. 

background image

—  Powiedz  mi,  mamo,  czy  myślisz,  że  wujaszkowi  Mentorowi  mogło  przytrafić  się  coś 

poważnego? 

—  Skądże  znowu!  Widocznie  zatrzymano  go  na  drodze  do  Egesty,  by  uniemożliwić  mu 

wywołanie  kłótni  pomiędzy  rodami  tych  dwu  miast.  Jest  teraz  zapewne  jeńcem  w  rękach 

Eurymacha — nie zakuty w kajdany, nie narażony na zniewagi, a tylko zatrzymany — z obawy, 
żeby  się  nie  zdenerwował  i  nie  pobudził  lojalistów  do  zbrojnego  oporu.  Twój  wujaszek  jest 
człowiekiem cierpliwym, ale każdy wie, że gdy się przekona o niemożliwości zasięgnięcia rady u 
starszych  Egesty,  jego  gniew  wybuchnie  równie  siarczyście  i  dwa  razy  tak  morderczo,  jak  u 
twojego  niecierpliwego  ojczulka.  Tak,  córko,  zdaję  ja  sobie  sprawę  z  grozy  sytuacji,  jednakże 

nasi wrogowie zwlekają z postawieniem sprawy na ostrzu noża. Zamierzają najpierw nas złupić i 
upokorzyć.  Przy  sposobności,  chociaż  nie  widzę  żadnego  powodu,  byś  ty,  jako  pretekst  ich 
obecności  tutaj,  miała  traktować  ich  inaczej  jak  złodziei  i  intruzów,  poradziłam  Klitoneosowi, 
żeby nie wyciągał miecza na żadnego z nich ani nie obrażał ich bezpośrednio. Wiem, trudno jest 
chłopcu  z  charakterem  nie  chwytać  za  rękojeść,  ale  skoro  sięgnie  miecza,  koniec  z  nim:  będą 
utrzymywali,  że  zabili  go  w  samoobronie.  Bądź  cierpliwa,  bogowie  nas  osłaniają.  A  teraz  idź, 
proszę do Ktimeny. 

Zrobiłam dla swojej nieszczęsnej bratowej, co mogłam, powiedziałam jej, że gdy Laodamas 

wróci, będzie zawiedziony widząc ją taką chudą, bladą, z rozoranymi policzkami i podkrążonymi 

oczyma. 

— Będzie to wyglądało jak przyznanie, że nie miałaś racji owej nocy — podsunęłam chytrze. 

—  Gdy  tymczasem,  jeśli  zastanie  cię  pulchną,  wesołą  i  z  suchymi  oczami,  będzie  ciebie  za  to 
poważał i wystrzegał się dalszych prowokacji. Nie sądzę, by jego przygody z dala od domu były 

takie znowu przyjemne. 

Zachwycona tym objęła mnie kurczowo. 
— Więc zmieniłaś zdanie i zgadzasz się, że to on nie miał racji? — zapytała. 
—  Odmawiam  opowiedzenia  się  po  czyjejkolwiek  stronie  w  sprzeczce  między  mężem  a 

żoną, tym bardziej gdy chodzi o moją najbliższą rodzinę — odrzekłam. — Lecz jest jasne, że on 
ciebie nie rozumiał, nawet po tylu miesiącach małżeństwa. 

To  jej  wystarczyło,  a  ja  wstrzymałam  się  od  powiedzenia,  że  sama  rozumiem  ją  aż  nadto. 

Wiedziałam, że jest leniwa, małoduszna i histeryczka; a właśnie mówiłam Klitoneosowi, że cały 
z niej pożytek na tym świecie leżałby w rodzeniu dzieci — gdyby była zdolna zajść w ciążę, na 
co  nie  wyglądało  —  a  potem  przekazywaniu  ich  mojej  matce,  by  wychowała  je  należycie. 
Pragnęłam  gorąco,  żeby  wróciła  na  Bucynnę,  choćby  na  krótko;  dość  mieliśmy  kłopotów  na 
głowie i bez jej wiecznego skomlenia. 

Klitoneos powiedział mi, że radni Drepanon zgodzili się zebrać — dobra oznaka w pewnym 

względzie,  choć  nie  mógł  się  chyba  spodziewać,  że  mu  dadzą  zadośćuczynienie.  Miejscem 

background image

zgromadzenia  miała  być  jak  zwykle  świątynia  Posejdona,  obszerna  pobielana  budowla  z 
rzeźbionymi kolumnami. Ławy w Sali Rady były z polerowanego kamienia, a freski na ścianach 
odmalowywały główne sceny z naszej historii narodowej — od urodzenia Egestosa do założenia 
Drepanon. W zadymionym wnętrzu świątyni stoi posąg Posejdona z drzewa figowego: twarz ma 
malowaną  na  cynobrowoczerwono,  tułów  najpierw  polakierowany  a  potem  skropiony  pyłem 

lapis-lazuli, dłonie pozłacane. Dzierży on topór o podwójnym ostrzu, a na głowie ma siwą perukę 
z długim włosem.  Na zewnątrz świątyni  znajduje się Podwórzec Sprawiedliwości,  gdzie ojciec 
mój spędza większą część dnia, rozstrzygając sporne sprawy, po czym przeważnie późno wraca 
do domu na obiad, zły i zmęczony. 

Zebrało  się  już  około  czterdziestu  radnych  różnego  wieku,  kiedy  wszedł  Klitoneos  w 

łachmanach błagalnika, ukazując gałązkę oliwną i siadł na pierwszej od drzwi ławie. Przewodził 
Ajgyptios  Fokajczyk,  starzec  z  górą  osiemdziesięcioletni.  Był  on  jako  dziecko  świadkiem 
budowy świątyni, a my uważaliśmy go za dobrego przyjaciela naszego domu, choć jeden z jego 
trzech wnuków znajdował się wśród mych zalotników. Przywitał Klitoneosa słabym uśmiechem. 

—  Otóż,  mój  chłopcze  —  rzekł  —  pierwszy  to  wypadek  w  naszej  kronice,  że  taki  młody 

książę zwołuje Radę; czyn ten jest jednak najzupełniej zgodny z przepisami, toteż oddaję cześć 
twemu obywatelskiemu duchowi. Może przynosisz nam dobrą wieść o swoim przedsiębiorczym 
bracie,  Laodamasie?  Czy  też  nasz  dostojny  król  przerwał  podróż  i  skierował  dziób  okrętu  w 
nasze  strony,  niby  orzeł,  który  wraca  do  swojego  gniazda  ze  śmiałego  lotu  ku  źrenicy  słońca? 
Nie? Niewiele masz radości w twarzy i odziany jesteś jak błagalnik. No cóż, pewnie zamierzasz 
podnieść  jakąś  inną  sprawę  tyczącą  się  ogółu.  Cokolwiek  to  jest,  mój  kochany  książę,  oby 
bogowie spełnili życzenie twego serca! 

Klitoneos  wstał  i  postąpił  ku  środkowi  sali.  Pejsenor,  herold  miasta,  który  wywodzi  swoje 

pochodzenie od Hermesa, podał mu białą pałeczkę na znak, że może przedstawić swą prośbę bez 
obawy,  iż  mu  przerwą,  za  czym  Klitoneos  skłonił  się  starszym  z  szacunkiem  i  począł  mówić 
donośnym, przenikliwym głosem. 

—  Czcigodny  panie  Ajgyptiosie,  wypróbowany  sprzymierzeńcze  królewskiego  domu  — 

rzekł  —  nie  będę  marnował  twego  czasu  swą  zapewne  lichą  wymową.  Sprawa  moja  będzie 
sprawą tyczącą się ogółu jedynie w tym wypadku, jeśli ty wyrazisz zgodę, aby ją za taką uznać; o 
to się do ciebie zwracam, stąd moje łachmany i ta gałązka oliwna. Spadły na nas dwa strapienia, 

a  przynajmniej  co  do  pierwszego  ze  współczuciem  okazałeś,  że  je  znasz.  Ojciec  mój,  król, 
popłynął do piaszczystego Pylos w nadziei ustalenia miejsca pobytu mojego brata, Laodamasa, 
który  rok  temu  przepadł  tajemniczo.  Jakby  nie  dosyć  było  nam  tej  troski,  banda  próżniaczych 
młodych ludzi wykorzystała nieobecność króla, aby naprzykrzać się mej siostrze nieproszonymi 
grzecznościami  oraz  znieważać  pana  Mentora,  regenta.  Przybyli  wczoraj  wielkim, 
rozpychającym  się  tłumem  i  nie  chcąc  uznać  odmowy  ani  przyjąć  prostego  jadła  gościnnie  im 

background image

podanego, jako nieoczekiwanym gościom, porżnęli nasze byczki, wieprze i barany, wzięli sobie 
naszego  wina,  spędzili  hulaszcze  popołudnie  na  naszym  dziedzińcu  ofiarnym  i  odeszli  po 
omacku,  kiedy  noc  zapadła,  nie  uprzątnąwszy  nawet  rozlanego  wina  i  wymiotów.  Teraz  także 
zniknął mój wuj Mentor jadąc do Egesty, gdzie zamierzał zasięgnąć rady u ojców miasta co do 
pewnego problemu prawnego wynikłego z decyzji, do jakiej doszła przed dwoma dniami ta tutaj 
czcigodna Rada. Mój pogląd jest taki, że został on zatrzymany przez członka lub  członków tej 
właśnie Rady. 

—  Drogi  chłopcze,  czy  możesz  dowieść  któregoś  z  tych  szalonych  twierdzeń?  —  spytał 

Ajgyptios. — Czy poważnie podsuwasz myśl, że Mentor został uprowadzony i uwięziony przez 
któregoś  z  nas?  Słyszałem  coś  zgoła  innego  o  uczcie,  która  się  odbyła  zeszłej  nocy.  Moi 

czcigodni  koledzy,  Antinoos  i  Eurymachos  —  dla  obu  winieneś  żywić  najwyższy  szacunek, 
skoro sam król przyjął ich jako zalotników twojej siostry i udzielił im niezwykłych przywilejów 
— wytłumaczyli mi wszystkie okoliczności. Zapewniają oni, że twój królewski ojciec wylewał 
łzy żalu, kiedy się z nimi żegnał, całując ich raz po raz i błagając, by używali sobie do woli u 
jego stołu. „Zgodnie z pradawnym egackim zwyczajem — rzekł — powierzam swemu drogiemu 
szwagrowi, Mentorowi, wydanie za mąż księżniczki Nauzykai. Nie będę też krępował swobody 
jego  wyboru  okazywaniem  któremukolwiek  z  zalotników,  nawet  wam  dwom,  szlachetnie 
urodzeni, większych niż innym względów. Niechaj więc godni kawalerowie Drepanon, Eryksu, 
Egesty,  Halikii  i  wszystkich  mniejszych  osiedli  królestwa  zejdą  się  w  pałacu  na  zaloty;  niech 
jedzą  tam  i  piją,  co  jest  najlepszego,  jeden  z  nich  będzie  wybrany,  co,  ufam,  nastąpi  prędko. 
Cokolwiek Mentor zdecyduje, ja z góry pochwalam.” 

— Panie mój, Ajgyptiosie — zaprotestował Klitoneos — jeśli istotnie mój ojciec zwrócił się 

w  te  słowa  do  osób,  które  wymieniłeś,  z  całą  pewnością  zupełnie  inaczej  mówił  do  mej 

szanownej matki, mojej dziewiczej siostry, szlachetnego wuja Mentora i mojej niegodnej osoby. 
Doradził nam, byśmy oszczędzali w czas jego nieobecności, podejmowali gości nie więcej, niż 
nakazuje przyzwoitość, i odkładali wszelkie ważne decyzje. 

— Ach, lecz tam, gdzie człowiek pozostawia sprzeczne polecenia, ważne wobec prawa jest 

ostatnie. A mamy tu dwu świadków gotowych przysiąc, że zmienił on zdanie, nim okręt podniósł 
kotwicę. 

Klitoneos  czuł  się  jak  młody  dzik  w  pułapce,  gdy  wokół  ujadają  psy,  a  myśliwi  z 

połyskującymi oszczepami zacieśniają krąg. Nie stracił jednak ani dworności, ani odwagi. 

— Pozwól więc, że ci powiem, panie mój, Ajgyptiosie — rzekł Klitoneos — że owi ludzie 

nie  uszanowali  sędziwej  siwizny  twych  włosów  i  oszukali  cię  bezwstydnie.  Mój  wuj  Mentor, 
którego  zniknięcia  nie  próbujesz  wytłumaczyć,  moja  szanowna  matka,  siostra,  bratowa  i  ja 
byliśmy wszyscy przy odjeździe króla. Nikt z nas nie widział, jak odprowadza na bok Antinoosa i 
Eurymacha,  by  ich  całować  i  szeptać  do  ucha.  Nie  widział  ich  także  nikt  inny,  obaj  bowiem 

background image

szlachetni panowie trzymali się wyraźnie z dala od płaczącego tłumu na wale nabrzeżnym. Och, 
gdyby mój ojciec był znów między nami! To dla naszego domu zniewaga nie do zniesienia, a i 
was,  moi  panowie,  winna  oburzać  jako  sromotna.  Czyż  nie  ma  w  was  bojaźni  przed  boską 
zemstą,  kiedy  sprawa  ta  zwróci  na  siebie  uwagę  mieszkańców  Olimpu?  Zaklinam  was  w  imię 
Zeusa  wszechmocnego  i  jego  ciotki,  bogini  Temidy,  co  zbiera  i  rozwiązuje  rady  po  całym 
cywilizowanym świecie: wkroczcie w tę sprawę i przyjmijcie do wiadomości, jaka jest prawda! 

Gdyby to  Rada była odpowiedzialna za spustoszenia, tak jak była odpowiedzialna za odebranie 
regencji  memu  wujowi  Mentorowi,  czułbym  się  swobodniejszy.  Sprawa  wymagałaby 
publicznego  załatwienia;  nie  omieszkalibyście  w  końcu  wynagrodzić  mi  strat,  bobyśmy  się 

odwołali do zgromadzenia Elymów i wyliczyli każdą stratę i szkodę. Tak jak jest teraz, ulegamy 
prywatnym  rabusiom,  co  zjawiają  się  w  sile  nie  do  odparcia  i  choć  tak  się  zdarza,  że  ich 
hersztowie są członkami tej oto Rady, nie należą do żadnej organizacji, którą możemy zaskarżyć. 
Wybacz zrozumiałą gorycz! 

Wybuchnął łzami, a biała pałeczka spadła z klekotem na podłogę. 
Większość Rady była najoczywiściej poruszona i podniósł się pomruk współczucia, lecz nikt 

nie odważył się zabrać głosu, aż wreszcie wystąpił Antinoos i podniósł pałeczkę. 

— Przyjm moje powinszowania, Klitoneosie! — rzekł. — Jesteś urodzonym krasomówcą i 

szkoda,  że  występujesz  w  złej  sprawie  opartej  na  zwykłej  złości.  Twój  udany  żal  zmylił  kilku 
mych czułego serca kolegów. Czy należy nas winić, jeśli twoja siostra uparcie nie chce wyjawić, 
którego  z  nas,  zalotników,  woli?  Nie  może  się  skarżyć,  że  zaofiarowano  jej  zbyt  mały  wybór. 
Sam  pan  Mentor,  znudzony  całą  tą  sprawą  a  niezdolny  wpoić  w  nią  poczucie  obowiązku, 
odpłynął na swoją wyspę, Hierę, klnąc się, że nie wróci, póki ona nie poweźmie oczekiwanej od 
niej  decyzji.  Powiedz  mi  prawdę,  Klitoneosie:  czy  księżniczka  Nauzykaa  nie  obiecała  twojej 
szanownej  matce, że obierze męża, skoro tylko skończy purpurową szatę ślubną? A czy to  nie 
fakt,  że  na  każde  trzy  ozdoby,  które  wyhaftowała,  jak  tylko  można  najwolniej,  dwie  pruła,  a 
obecnie w ogóle przestała pracować? 

Klitoneos podskoczył wykrzykując: 
— Od kogo uzyskałeś tę domową wiadomość, panie mój, Antinoosie? Czy od Eurymacha? A 

Eurymach od ciemnookiej Melanto w szopie na łodzie? 

Zerwały się okrzyki:  —  Och! Och! — i  wszystkie spojrzenia utkwiły w  Eurymachu, który 

czuł się w obowiązku zabrać głos. 

— Nie mam pojęcia, kto może być tą ciemnooką Melanto — powiedział łagodnym tonem — 

chyba  że  jest  ona,  jak  wskazuje  jej  imię,  córka,  waszego  pasterza  trzód,  Melantiosa.  On  to, 
istotnie, był źródłem wiadomości, którą, jak już zgadłeś, przekazałem swemu koledze. Nie było 
jednak wcale mowy o szopie na łodzie. Czy jego córka łata może żagle? 

Po  tym  Ajgyptios  przywołał  Klitoneosa  do  porządku  ostrzegając  go,  że  pokąd  Antinoos 

background image

trzyma pałeczkę, ma prawo mówić bez przeszkód. 

Klitoneos przeprosił, a Antinoos zaczął mówić dalej: 
— Panie mój, okaż, błagam, pobłażliwość temu młodzieńcowi, który jest jeszcze nieświadom 

procedury,  a  nie  lepiej  panuje  nad  sobą,  niż  pamięta  fakty.  Pozwól  mi  powtórzyć,  że  my, 
zalotnicy, złożyliśmy wizytę w pałacu na wyraźne zaproszenie króla i zamierzamy bywać tam co 
dnia, póki księżniczka Nauzykaa nie da długo wyczekiwanej odpowiedzi — choć z konieczności 
musi  ona  rozczarować  stu  jedenastu  ze  stu  dwunastu  kawalerów.  Lepiej  więc  niech  nie 
wypróbowuje  nadal  naszej  cierpliwości  i  niechaj  nie  będzie  taka  bardzo  zadufana  w  swoje 
znakomite talenty, które zlała na nią bogini Atena — takie jak piękność, inteligencja, biegłość w 
rękodzielnictwie  i  niezwykły  spryt  w  postępowaniu  według  własnej  woli  mimo  sprzeciwu  ze 
strony  jej  krewnych.  Żadna  legendarna  kapłanka  nie  zaćmiewa  jej  w  tym  względzie:  ani  Tyro, 
panna młoda Posejdona, ani Alkmena, oblubienica Zeusa. Niemniej jednak ta uderzająco sprytna 
dziewczyna  przesoliła  —  jak  długo  będzie  nas  zwodzić  swoim  „lada  dzień”,  tak  długo  my 
będziemy  korzystać  z  gościnności,  którą  obiecał  nam  jej  ojciec,  kiedy  na  pożegnanie  całował 

mnie i Eurymacha; to zaś oznacza duży i niepotrzebny wydatek. 

Klitoneos  skinął,  by  mu  podano  pałeczkę,  i  odzyskawszy  już  w  pełni  władzę  nad  swoimi 

uczuciami przemówił wolno i ze spokojem: 

— Nie tylko moja siostra nie chce zgodzić się na wymuszone małżeństwo; nie zgadza się na 

nie także moja matka, królowa, której winienem posłuszeństwo w takich jak ta sprawach i która 
ma prawo wiedzieć lepiej o zamiarach króla niż ktokolwiek inny w Drepanon; nie zgadza się też 
mój  wuj  Mentor,  regent,  którego  stanowisko  mylnie  przedstawił  Antinoos;  nie  zgadzam  się  ja. 
Wszyscy  uważamy  ten  spisek  za  haniebny  i  nie  damy  się.  Błagam  was,  moi  panowie, 
zakonotujcie sobie nasz pogląd,  aby mój ojciec  mógł  się z nim zapoznać za swoim powrotem: 
mianowicie,  że  postępek  fałszywych  zalotników  mojej  siostry  —  w  części  niegodziwców,  w 
części  żarłoków,  w  części  głupców,  a  w  części  jedynie  bezmyślnych  jak  wnuk  pana  mego 

Ajgyptiosa  —  jest  czystym  rabunkiem,  za  który  prawo  elymejskie  domaga  się  poczwórnego 

zwrotu.  Antinoos  i  jego  kamrat  Eurymachos  —  którzy  przed  trzema  dniami  sprzysięgli  się  pod 
cisem,  co  usłyszała  siedząca  na  gałęzi  jedna  z  sów  Ateny  —  są  we  własnym  mniemaniu 
sprytniejsi  niż  moja  siostra  Nauzykaa.  Oni  to  jednak,  a  nie  ona,  przesolili!  Ich  błazeństwa 
(chociaż  wydają  się  dziś  śmieszne)  będą  w  danym  wypadku  więcej  ich  kosztowały,  niż 

ktokolwiek z tej Rady podejrzewa. 

Panie Antinoosie, panie Eurymachu, a i ty, panie Ktesipposie, jeżeli macie chociaż odrobinę 

wstydu  w  sercach  albo  poważanie  wobec  bogów,  strońcie  od  pałacu,  ucztujcie  sobie  gdzie 

indziej, grajcie w kottabosa swoim własnym słodkim ciemnym winem i rzygajcie tym, co się w 
opuchłych  brzuchach  nie  chce  zmieścić,  na  jakąś  inną  podłogę!  Lecz  jeśli  nie  ma  w  was  ani 
wstydu, ani poważania dla bogów, to jedzcie i pijcie do syta, jak sobie chcecie, ja zaś będę błagał 

background image

Zeusa, którego czczę, żeby przybliżył dzień porachunku — dzień, w którym wszyscy wrogowie 
naszego  odwiecznego  rodu  będą  wygubieni  do  szczętu.  Panowie,  jak  wyłożycie  tę 
przepowiednię?  Wczoraj,  kiedy  księżniczka  Nauzykaa  dozorowała  praczki  u  Źródeł  Periboi, 
spadł orzeł na wyląg bezczelnych wróbli, co ucztowały na pałacowym chlebie. Wszyscy obecni 
widzieli ten znak i dziwili się. 

Stary Haliterses wstał i ujął pałeczkę. 
— Ludu Drepanon, jeśli ten znak istotnie był widziany (a łatwo będzie sprawdzić tę relację), 

bez wątpienia może istnieć jedno tylko jego odczytanie. Wróble są zalotnikami, którzy się bawią 
na  koszt  króla.  Należy  ich  powściągnąć  —  znaki  te  bowiem  są  ostrzeżeniami  raczej  niż 
przepowiedniami i ludzie doświadczeni mogą w odpowiednim czasie odwrócić klęskę — zanim 
spadnie orzeł i uczyni wśród nich spustoszenie. Nigdy nie należy lekceważyć znaków. Pewnego 
wieczora  w  ubiegłym  roku  ujrzałem  dziwny  widok:  młode  koźlę  runęło  ze  skały  w  morze  i 
rozpaczliwie szamotało się w potężnie rozhuśtanych falach, żeby dotrzeć do brzegu. Uważa się 
powszechnie,  że  kozy  zbyt  pewnie  trzymają  się  na  nogach,  by  w  ogóle  móc  upaść,  ale  może 
nieprzerwane deszcze obluzowały część skały, która się osunęła — i smuciło się moje serce, że 
nie  mogłem  ocalić  biednego  stworzenia,  bo  jestem  wiekowy,  a  morze  było  nieprzyjazne. 
Zadumałem się przeto i pytałem sam siebie: „Jaki to młodzian znajduje się w niebezpieczeństwie 
utraty życia?” O świcie znikł książę Laodamas! 

Odpowiedział Eurymachos: 
— Panie mój, Halitersesie, jak wszyscy augurowie dostrzegasz z pół setki znaków dziennie, 

a  te,  które  możesz  wpleść  w  przepowiednie  na  całe  miesiące  czy  lata  później,  wysuwasz  na 
dowód  swej  przedwiedzy,  o  pozostałych  zapominasz  bez  kłopotu.  Ptaki  zawsze  błaznują 
próżniaczo  w  powietrzu  albo  na  drzewach  i  wiele  z  nich  jest  drapieżnych.  Jeślibym  musiał  za 
każdym razem, gdy skowronek zatrzepocze skrzydełkami albo orzeł zje wróbla, zastanawiać się 
przez  miesiąc,  jakie  to  wróży  strapienia,  życie  stałoby  się  niemożliwe.  A  do  tego  jeszcze 

zachowanie łasic, zajęcy, lisów czy kóz — nie ma kresu wróżbiarskim studiom nad zwierzętami. 
Ot, masz, spójrz tam, na te dwa psy, które się niewłaściwie zachowują za kolumną! Leć do domu, 
staruszku, to ostrzeżenie dla ciebie; upewnij się, czy twoi wnukowie nie nabawiają się jakiegoś 
kłopotu! Pozwól jednak, że najpierw cię ostrzegę, żebyś lepiej nie podjudzał tego samowolnego 
koziołka, księcia Klitoneosa, do gwałtu, w nadziei na sowity dar od królewskiej rodziny. Jeżeli 
on się pokusi o użycie swych wykłuwających się rożków na nas, gości króla, zastosujemy siłę, ty 
zaś  otrzymasz  nakaz  zapłacenia  grzywny,  co  serce  druzgoce,  za  podżeganie  do  morderstwa... 
Tymczasem, im więcej będziesz nam prawił nauk, tym mniej będziemy ciebie poważali; to tak, 
jakbyś  karcił  północno-wschodni  wiatr.  Antinoos  i  ja  mamy  zamiar  cieszyć  się  królewską 
gościnnością  i  nic  nas  nie  może  powstrzymać:  ani  chłopięce  pogróżki  tego  księcia,  ani  twoje 

nudne przepowiednie! 

background image

Klitoneos po raz ostatni wziął białą pałeczkę. 
—  Panowie  —  rzekł.  —  Wyraziwszy  swój  błagalny  protest  wobec  bogów  i  wobec  ludu 

Drepanon, czekam na rozważny wyrok, do którego, skoro jeszcze nie należę do waszego grona, 
nie potrzeba wam mojego głosu. Jeśli odmówicie swego wystąpienia w tej sprawie, odwołam się 
do  zgromadzenia  Elymów.  Pozwólcie  jednak,  że  najpierw  raz  jeszcze  punkt  za  punktem 
wyłuszczę sprawę... 

Ledwie  rozpocząwszy  objaśnienie  zauważył  poruszenie  i  szmer  na  ławach.  Wszedł  wuj 

Mentor,  pokłonił  się  Radzie  i  zajął  swoje  zwykłe  miejsce.  Jego  obecność  dodała  siły  i  otuchy 

Klitoneosowi,  przemawiał  zatem  z  większą  swadą.  Kiedy  skończył,  Mentor  skinął,  aby  mu 
podano białą pałeczkę, i przemówił w te słowa: 

— Moi panowie, niektórzy z was są może zaskoczeni, że mnie tu oglądają. Wczoraj jechałem 

królewskim rydwanem do Egesty, kiedy zatrzymał mnie jakiś posłaniec mówiąc, że jestem pilnie 

potrzebny na mojej wyspie, Hierze,  gdzie na bydło  spadła choroba powodująca konwulsje, i  że 
łódź  o  sześciu  wiosłach  czeka  nie  opodal  u  brzegu,  aby  natychmiast  mnie  tam  zawieźć.  Nie 
podejrzewając  żadnego  oszustwa  przerwałem  podróż  i  wgramoliłem  się  do  łodzi.  Ale  kiedy 
wysiadłszy  na  Hierze  pobiegłem  do  domu  mojego  szwagra  i  spytałem  z  niepokojem,  ile  krów 
padło,  odrzekł  uśmiechając  się,  że  wszystkie  zwierzęta  są  zdrowe.  Jednakże  uprzedzono  go  — 
nie mogłem odkryć, kto to zrobił — żeby się spodziewał mojego przybycia: miałem jakoby uciec 
z Drepanon ostrzeżony, że grozi mi śmierć, jeśli pozostanę w mieście! Wróciwszy tą samą drogą 
na  brzeg  stwierdziłem,  że  łódź,  której  załoga  nosiła  oznaki  domu  pana  Eurymacha,  zniknęła. 
Żaden  też  z  miejscowych  rybaków  nie  chciał,  nawet  za  wysoką  cenę,  przewieźć  mnie  z 
powrotem  do  Drepanon,  z  powodu  krążących  pogróżek,  że  zginę,  jeśli  opuszczę  Hierę. 
Spędziłem noc u szwagra, ale gdy nastał świt, postanowiłem wrócić, gdzie mój obowiązek. Mam 
własną  łódkę  na  Hierze,  więc  ją  spuściłem  po  okrąglakach  na  wodę,  osadziłem  maszt, 
wciągnąłem żagiel i przeprawiłem się w niecałe dwie godziny. 

Moi  panowie,  zwróćcie,  proszę,  baczną  uwagę.  Choć  nie  jestem  już  regentem  w  waszych 

oczach, wciąż nim pozostaję w oczach wszystkich uczciwych Elymów, którzy szanują króla i są 
mu  posłuszni,  a  jeśli  postanowię  odwiedzić  Egestę,  źle  będzie  z  człowiekiem,  który  spróbuje 
zatrzymać  mnie  siłą,  kiedy  podstęp  zawiódł.  Poproszę  mieszkańców  Egesty,  by  was  spytali  w 
moim imieniu, dlaczego nie zakwestionowaliście wybrania mnie na regenta w ów ranek wyjazdu 
króla, gdy zostało to publicznie obwieszczone, i czemu poparliście spisek w celu odosobnienia 
mnie  na  Hierze.  Co  się  tyczy  sprawy  zalotników  poruszonej  przez  mojego  siostrzeńca, 
Klitoneosa,  jestem  za  nim  całą  duszą.  Nie  oznacza  to,  że  chcę  walczyć  z  tak  zwanymi 
„zalotnikami” mojej siostrzenicy. Poproszę ich tylko jeszcze raz, by poszli precz, i ostrzegę, że 
lekceważenie mnie może znaczyć śmierć, gdy król powróci, żart bowiem zaszedł za daleko. To 
są  młodzi  weseli  kawalerowie  i  tylko  nieliczni  z  nich  zdają  sobie  sprawę  z  powagi  swych 

background image

uczynków. To jednak nie tyczy się was, starsi, ojców rodzin, którzy patrzycie przez palce na ten 
brutalny  najazd  na  pałac  króla,  na  kradzież  jego  mienia,  na  znieważanie  jego  rodziny.  Czy 
podczas  przemowy  Klitoneosa  wyrwał  się  z  czyichś  ust  bodaj  jeden  wyraz  współczucia?  Czy 
którykolwiek z was ośmielił się potępić czyn zalotników za to, czym jest w istocie — rabunkiem 
w biały dzień, zdradą i buntem? 

— No, no, panie Mentorze — powiedział Ajgyptios. — To są mocne słowa. Niewątpliwie 

jesteś rozżalony, ponieważ godność, którą piastowałeś kilka dni, okazała się nadana nielegalnie, 
ale  nie  gmatwaj  wynikłych  z  tego  skutków.  Trudno  by  ta  Rada  przyjmowała  do  wiadomości 
figiel, który wypłatała ci jakaś nieznana osoba — przypuszczam, że u jego podłoża leży myśl, iż 
skoro pochodzisz z Hiery, Hiera jest w obecnej chwili najlepszym dla ciebie polem do działania. 
Nadto zalotnicy, wśród nich — przyznaję — jeden z moich wnuków (a pragnąłbym, by okazał 
się  zwycięskim  kandydatem),  mają  całkowicie  po  swej  stronie  prawo.  Zostało  ustalone  przez 
dwóch  radnych,  wobec  których  wykazujesz  nagle  nieubłaganą  nienawiść,  że  w  ranek  swego 
odjazdu król zaprosił... 

Ponieważ  zalotników  było  wielu  i  ściągnęli  niemal  ze  wszystkich  rodzin  w  Drepanon, 

zebranie  przyjęło  oczekiwany  bieg.  Starsi  radni  nie  chcieli  robić  sobie  wrogów  ze  swoich 
krewnych i rozstrzygnęli, że jeśli aż stu dwunastu młodych ludzi wzięło udział w uczcie, musieli 
mieć dobre do tego podstawy. Lejokritos, inny mój zalotnik, zakończył dyskusję: 

—  Dość  już  tego!  Ależ  burzę  wzniecono  z  powodu  jednej  kolacji!  Król  mógłby  wydawać 

podobne  uczty  codziennie  przez  rok  i  niewielkie  spustoszenie  dałoby  się  zauważyć  w  jego 

niezmierzonych trzodach i stadach; a jednak, będąc najskąpszym człowiekiem na świecie, prosi 
córkę,  żeby  częstowała  ludzi  chlebem,  serem  i  piwem  jodłowym,  a  jednocześnie  wymaga 
niezmierzonego  wiana  od  szczęśliwego  zalotnika.  Zamknij  to  zebranie,  panie  Ajgyptiosie,  i 
niechaj każdy zajmie się swoimi sprawami! Jeżeli Klitoneos upiera się, że obecność jego ojca jest 
niezbędna  przy  zawarciu  małżeństwa,  dość  wziąć  okręt  i  przywieźć  go  z  piaszczystego  Pylos. 
Panowie moi, Mentor i Haliterses, mogą uzgodnić tę sprawę między sobą, choć bardzo wątpię, 
czy  Klitoneos  mimo  swych  przechwałek  będzie  miał  odwagę  opuścić  Drepanon.  Chodź, 
Antinoosie,  chodźcie,  Eurymachu  i  Ktesipposie,  czas  iść  na  dzisiejszą  ucztę  w  pałacu. 
Uprzedzono królewskich pasterzy, że mają przysłać zwierzęta. 

Klitoneos  zszedł  chmurnie  na  brzeg  morza,  obmył  dłonie  w  pianie  i  błagał  Atenę  o 

przewodnictwo.  Atena  jak  i  przedtem  szybko  pomogła.  Kiedy  odwrócił  się,  zobaczył 
nadchodzącego Mentora, którego wysłała, aby go odszukał: 

— Mój siostrzeńcze — wykrzyknął Mentor — przyszedłem powiedzieć ci, że jestem dumny, 

ponieważ,  jak  się  zawsze  spodziewałem,  nie  jesteś  ani  tchórzem,  ani  głupcem  i  odziedziczyłeś 
zarówno  tęgą  głowę  po  ojcu,  jak  i  matczyną  miłość  sprawiedliwości  oraz  przyzwoitości. 
Zapomnij  więc  o  zalotnikach,  o  ich  chciwości  i  nieuczciwości;  to  są  głupcy  prowadzeni  przez 

background image

łotrów  i  bogowie  ich  zniszczą.  Postępuj  tak,  jakbyś  się  godził  na  Lejokritosową  radę:  idź  do 
pałacu, zgromadź prowiant niby na podróż do Grecji — wino, jęczmień, ser i tak dalej — a ja 

zrobię, co będę mógł, żeby zaciągnąć dla ciebie załogę spośród prostych ludzi, którzy pozostali 
wierni  twojemu  ojcu  i  mnie.  Dalsze  pozostawanie  w  Drepanon,  nawet  w  pałacu,  byłoby 
niebezpieczne, ponieważ zelżyłeś nieprzyjaciół. 

Klitoneos spytał: 
— Czemu „niby na podróż do Grecji”? Myślisz, że nie powinienem jechać do piaszczystego 

Pylos? 

— Właśnie. 
— Dokąd więc? Nie chcesz mi chyba podszepnąć, żebym opuścił rodzinę? 
—  Nie.  Chcę,  żebyś  poszukał  natychmiastowej  zbrojnej  pomocy.  A  pozostaje  tylko  jeden 

kierunek, w którym można mieć nadzieję, że się ją znajdzie, bowiem, jak słyszę, zalotnicy posłali 

swoich  ludzi  do  Egesty  i  Eryksu  i  wlali  w  dusze  obywateli  tych  miast  jad  przeciwko  nam;  w 
Eryksie  już  orzeczono,  że  moja  regencja  jest  sprzeczna  z  konstytucją.  Musisz  zwrócić  się  do 
swego brata Haliosa, który został obrany wodzem wojennym Sykulów z Minoi, i odwołać się do 
niego  o  obronę.  Nawet  pretensja  o  dawny  srogi  czyn  twojego  ojca  nie  powstrzyma  Haliosa  od 
przybieżenia z pomocą ukochanej matce i siostrze Nauzykai. On nosił Nauzykaę na plecach, gdy 
była małą dziewczynką, i płakał gorzkimi łzami opuszczając ją. 

— A ty, wujaszku? Czy lekceważysz ich groźby? Wszak nie mniej otwarcie ich zelżyłeś niż 

ja. 

Mentor wzruszył ramionami. 
— Myślę, że znam swoją powinność wobec króla — rzekł twardo. 

background image

KLITONEOS ODPŁYWA 

Klitoneos  wrócił  z  ciężkim  sercem  do  pałacu,  gdzie  zastał  zalotników  uradowanych  koleją 

wydarzeń,  wielu  z  nich  bowiem  obawiało  się,  że  Rada  zdecydowanie  zainterweniuje. 
Próżniaczyli się pod arkadami zewnętrznego dziedzińca, rzucając małymi krążkami albo grając w 
kości,  gdy  tymczasem  ich  służący  łupili  ze  skóry  koźlęta  i  przypiekali  tłuste  wieprzki  przy 
wielkim ołtarzu. Antinoos podszedł do Klitoneosa z wesołym uśmiechem i uścisnął mu rękę. 

—  Drogi  książę  —  zawołał  promieniejący  —  jakże  się  cieszę,  że  przyszedłeś  do  nas! 

Wrzałeś i podskakiwałeś jak rynka z duszonką tam, w świątyni Posejdona, lecz teraz, gdy Rada 
odrzuciła protest jako rzecz błahą, musisz być rozsądny i zrozumieć, że jesteśmy tutaj nie w złej 
sprawie. Otóż to: publiczne przemawianie wyczerpuje, jeżeli człowiek nie ćwiczy się w nim całe 
życie,  i  czujesz  się,  powiedziałbym,  trochę  głodny.  Zaraz  podadzą  obiad,  a  ja  dopilnuję,  żeby 
wydzielono  ci  najwyborniejsze  kąski.  Przy  sposobności:  nie  jestem  zdziwiony  słysząc,  że 
odpływasz  na  poszukiwanie  króla.  Choć  przyzna  on  niezawodnie,  że  słuszność  jest  po  naszej 
stronie,  wrażenie  nowości  w  podróży  oderwie  cię  od  rozmyślania,  a  jeśli  masz  trudności  w 
wynalezieniu  odpowiedniego  okrętu,  przyjdź,  proszę,  do  mnie  —  pewnie  będę  mógł  ci  go 
dostarczyć. 

Klitoneos wyrwał rękę z dłoni Antinoosa. 
— Jeżeli myślisz — powiedział z uporem — że mam choćby najmniejszy zamiar jeść i pić w 

waszym  towarzystwie,  co  oznaczałoby  tolerowanie  bezwstydnych  złodziejstw  w  domu  mojego 
ojca,  to  bardzo  się  mylisz.  Rada  wcale  nie  wypowiedziała  ostatniego  słowa  i  ty  dobrze  o  tym 
wiesz. Nadto możesz być pewien, że jak dopłynę do piaszczystego Pylos, nie wyjdzie ci na dobre 
to, co powiem królowi; jeślibym natomiast miał trudności w zdobyciu okrętu, ty byłbyś ostatni, 
do kogo bym się zwrócił o pomoc lub poradę. 

—  Jeśli  chcesz  się  kłócić  —  rzekł  Antinoos  —  miło  mi  będzie  zaspokoić  twe  pragnienie. 

Odtrącając moją rękę nie poprawiłeś swoich szans na długie życie. 

Inni zalotnicy zaczęli drwić z Klitoneosa. Ktesippos krzyknął: 
—  Gada  odważnie  o  jeździe  do  Pylos,  ale  mnie  się  coś  wydaje,  że  zamyśla  inną  podróż. 

background image

Pewnie  jego  celem  jest  Korynt,  gdzie  królowa  Medea  zostawiła  swoją  słynną  szafkę  z  lekami: 
zamierza  przywieźć  pęcherz  śmiertelnej  trucizny  i  wycisnąć  zawartość  do  krateru,  kiedy 
będziemy zbyt pijani, by to zauważyć. 

Lejokritos przyklasnął: 
— Słusznie, na Hermesa! Ale jaka by to była szkoda, gdyby Klitoneos już nigdy nie wrócił, 

tak jak Laodamas! Musielibyśmy wtedy wysłać najmłodszego berbecia na poszukiwania i tylko 
kobiety  rządziłyby  pałacem.  Gdyby  zaś  berbeć  wypadł  za  burtę,  bylibyśmy  zmuszeni  pokrajać 
cały  majątek  i  rzucać  kości  o  udziały.  Ja  mam  na  oku  sad,  bo  służy  dwom  celom:  jako  zapas 
owoców i teren sportowy. Na Heraklesa, książę, te twoje źrebice to doskonałe skoczki. Czy sam 
je ujeżdżasz? 

Żarty  Lejokritosa  umocniły  moje  obawy,  że  zalotnicy  będą  próbowali  zabić  ojca  w  drodze 

powrotnej i wygubić wszystkich mężczyzn naszego rodu. 

Nie odpowiadając Klitoneos wszedł do domu i odwołał Eurykleję na bok. 
— Nianiu — powiedział — trzeba mi dwunastu dzbanów wina, nie najlepszego, ale dobrego, 

i dwunastu mocnych skórzanych worów tłuczonego jęczmienia — po dwanaście miar w każdym. 
Za  radą  wuja  Mentora  jadę  wezwać  ojca  z  piaszczystego  Pylos.  I  zrozum:  póki  nie  wypłynę  z 
przystani, nie wolno puścić o tym pary z ust, nikomu, nawet matce. 

Eurykleja wybuchnęła płaczem. 
—  Dziecko  moje  najdroższe,  ty  także?  —  beczała.  —  Zostawiasz  nas  całkiem  bezbronne? 

Któż  powstrzyma  tych  bezwstydnych  młodych  panów  od  wymordowania  nas  w  łóżkach  i 
splądrowania pałacu? 

— Będzie was tu strzegł wujaszek Mentor. On jest radnym i bratem królowej, a któż ośmieli 

się  was  skrzywdzić,  kiedy  on  zarządza  domostwem?  Włości  pewnie  ucierpią,  ale  może  ich 
pilnować dziadek, a pracownicy są lojalni. Tak samo główni pasterze z wyjątkiem Melantiosa. 

—  Ach,  ten  hultaj  Melantios!  —  krzyknęła.  —  Dziś  rano  musiałam  go  wziąć  za  kark  i 

wyrzucić kopniakiem ze składu. A jego córunia Melanto to dopiero nierządnica! Najgorsze, że za 
jej  przykładem  poszło  kilku  innych  dziewczyn.  Wczoraj  piły  pod  arkadami  —  trzymały 
mężczyzn za ręce, dawały się całować i kopały nogami pod stołem. Podglądałam je przez okno. 
Po pewnym czasie wymknęły się przez boczną furtkę do ogrodu i dalej gzić się z zalotnikami w 
bujnej trawie. Ładne zachowanie, słowo daję, jak na szlachetnych młodzieńców, którzy niby to 
starają  się  o  rękę  twojej  siostry:  łajdaczą  się  z  jej  służącymi!  A  kto  będzie  chował  bękarty, 
których napłodzą? Powiedziałam o tym królowej, a ona na to: „Biedaczki, krótkotrwałą wybrały 
sobie przyjemność. Afrodyta jest potężną boginią i któż może się jej oprzeć? Te dziewczęta nie 
są  już  dziećmi,  wiedzą,  że  źle  robią.  Teraz  już  późno.  Zniszczone  dziewictwo  nie  da  się 
naprawić”. Oj, moje dziecko, robisz bardzo niemądrze, że nie mówisz matce, dokąd jedziesz. 

— Obiecałem wujowi nie mówić nikomu, nawet jej. 

background image

Weszłam w tym momencie, bo dotąd słuchałam pod drzwiami. 
—  Klitoneosie  —  powiedziałam  —  postępujmy  wobec  siebie  uczciwie.  Skoro  żadne  z  nas 

nie  może  samo  podołać  tym  kłopotom,  jedno  musi  przypuścić  do  tajemnicy  drugie.  Miła 
Euryklejo,  zostaw  nas  samych.  Nie  chciałabym,  żebyś  słuchała  sekretów,  które  prędzej  by  ci 
serce rozsadziły, niżbyś je potrafiła zataić. 

Eurykleja wyszła pociągając nosem, a ja nacisnęłam na Klitoneosa: 
—  Bracie,  czy  naprawdę  odjeżdżasz  do  piaszczystego  Pylos,  jak  wieść  głosi?  Jeżeli  tak, 

czynisz  bardzo  głupio.  Lecz  jeśli  płyniesz  gdziekolwiek  indziej,  musisz mi  powiedzieć  —  gdy 
ręka rękę myję, obie są czyste. 

— A powiesz mi za to jakąś poufną wiadomość? 
Skrzywiłam się. 
— Nie jesteśmy kupcami, którzy się targują — powiedziałam. — Jesteśmy bratem i siostrą, 

którzy  zetknęli  się  z  groźną  przewagą.  Jeśli  nie zaufamy  sobie  całkowicie,  będziemy  zgubieni. 
Odpowiedz mi, co zaszłoby w Mykenach, gdyby Orestes i jego siostra Elektra każde na własną 
rękę sposobili się do zakatrupienia uzurpatora Ajgistosa? Jeśli uważasz mnie za tchórzliwą czy 
głupią albo myślisz, że nie potrafię dochować sekretu, powiedz tak od razu, a będę wiedziała, na 
jakim stoję gruncie. 

Klitoneos zaczął się usprawiedliwiać. 
— Oczywiście wierzę w twoją dyskrecję — zawołał — rzecz jasna miałem zamiar powierzyć 

ci swoje sekrety. W tej chwili chodziło mi o to, żeby Eurykleja nie mogła przypuścić, że wolę 
zwierzyć  się  tobie  niż  matce,  której  nie  śmiem  powiedzieć,  że  odwołuję  się  do  Haliosa.  Jeden 
Halios nam pozostał, bo ani wuj Mentor, ani ja nie możemy wymyślić nikogo innego. 

— Ja sama zastanawiałam się, czy nie zwrócić się do Haliosa — rzekłam — ale tylko jako 

ostatniej  deski  ratunku.  Spraszanie  tu  obcych  żołnierzy,  a  zwłaszcza  Sykulów,  wydaje  się 
niebezpiecznym precedensem. Nawet jeśli wszystko się powiedzie, stworzy to wrażenie, że nasza 
dynastia  rządzi  Elymami  na  zasadzie  siły,  nie  miłości;  umocniłoby  to  Fokajczyków  w  ich 

buntowniczym spisku. Ponadto, chociaż tęsknię za tym, by znowu móc uściskać Haliosa, i choć z 
miłości  jest  on  winien  naszej  matce  posłuszeństwo,  to  na  pewno  nie  zapomniał  przekleństwa 
rzuconego  za  nim,  gdy  odchodził.  Co  pogarsza  jeszcze  sytuację:  nie  on  był  winien 
barbarzyńskiego  zamordowania  rybaka.  Ktesippos  zabił  tego  biedaczynę,  jak  przypadkowo 
odkryłam przed paroma miesiącami. 

— Naprawdę? Czemuś nic nie mówiła? 
— Próbowałam, ale jak tylko wymieniłam imię Haliosa, ojciec wpadł w taką wściekłość, że 

nie  mogłam  wyrzec  ani  słowa.  Powiedziałam  sobie:  „Po  co  wcierać  sól  w  na  wpół  zaleczone 
rany?  Halios  to  już  nie  bezdomny  włóczęga,  poślubił  córkę  minojskiego  króla  i  będzie 
przypuszczalnie spadkobiercą tronu. Jest niewątpliwie szczęśliwy i musi już do tej pory myśleć i 

background image

działać  jak  Sykul,  a  nie  jeden  z  Elymów”.  Brakło  mi  także  niezbitego  dowodu,  że  Ktesippos 
zamordował rybaka. Miałam tylko wyznanie umierającej kobiety, którą, jak się zdaje, Ktesippas 
przekupił,  by  świadczyła  przeciw  Haliosowi.  Powiedziałam  wszystko,  co  wiedziałam,  matce,  a 
ona zgadza się, że nic nie można robić, żeby naprawić niesprawiedliwość. 

— Sądzisz więc, że nie powinienem jechać? 
— Ile czasu ci zajmie podróż do Minoi? 
—  Jeżeli  wiatr  się  nie  zmieni,  dwa  dni  o  wiosłach  i  żaglach.  Musimy  zrobić  jakieś 

osiemdziesiąt  do  dziewięćdziesięciu  mil.  Powrót  zajmie  o  wiele  więcej  czasu,  skoro  mamy 
borykać się z przeciwnym wiatrem. 

— Ponieważ jest nieprawdopodobne, żeby Halios mógł zaopatrzyć cię w eskadrę okrętów w 

tak krótkim terminie, wracaj lepiej lądem. Twoje pojawienie się musi być niespodzianką. Halios 
odstawi  cię  niezawodnie  do  granicy,  gdybyś  zaś  wracał  morzem,  załoga  mogłaby  złożyć 
przeciwko tobie oskarżenie w Radzie o pertraktacje z wrogiem. Będę oczekiwała cię w domu za 
siedem dni, ufając w dalszą łaskawość Ateny. Idź drogą wiodącą środkiem kraju, spotkamy się na 
Eumajosowej  świńskiej  farmie.  Jeżeli  nie  będzie  mnie  nigdzie  w  okolicy,  płacz  —  wiedz 
wówczas, że na pewno albo nie żyję, albo mnie uprowadzono. 

— Co chcesz, żebym ci przywiózł z Minoi? 
— Groźbę najazdu Sykulów, jeśli zalotnicy nie opuszczą bezzwłocznie pałacu i w pełni nie 

wynagrodzą nam strat. 

— Ale jeżeli Halios odmówi takiej groźby? 
— Nie odmówi. 
—  A  jeśli  uda  nam  się  pożyczyć  okręt,  co  nie  jest  wcale  pewne,  jakie  rozkazy  mam  dać 

załodze, gdy dopłyniemy do Minoi? 

— To pozostawiam tobie, ale muszą trzymać się z dala od Drepanon co najmniej jeszcze dwa 

do trzech dni po twoim powrocie. 

Klitoneos, chociaż jest uparty, daje się urobić. Nie mając własnych pomysłów a tylko pałając 

oburzeniem, przekonał się, że mój plan zgadza się z planem Mentora, i był gotów robić, co mu 
podsunęłam.  Bezpośrednie  zadania:  gdzie  pożyczyć  okręt  i  skąd  zdobyć  załogę,  komu  można 
powierzyć  Argosa  i  Lajlapsa  na  czas  jego  nieobecności  —  pochłaniały  go  tak  bez  reszty,  że 
zapomniał  zapytać  mnie,  dlaczego  mam  tyle  wiary  w  powodzenie  albo  jak  zamierzam  spędzić 
czas między jego powrotem a powrotem okrętu. Ale postanowiłam działać uczciwie — Klitoneos 
pozna  Ajtona  Kreteńczyka  dostatecznie  prędko.  Aż  do  tego  czasu  wydawało  mi  się  bezcelowe 
obciążanie jego głowy zamysłami, które nawet w mojej nie rysowały się wyraźnie. 

Klitoneos  miał  nieoczekiwane  szczęście.  Zdarzyło  się,  że  pewien  szlachetny  młodzieniec, 

członek naszego plemienia, imieniem Noemon, mógł udostępnić mu okręt. Ten długonogi blady 
chłopiec zakochał się we mnie, a przyszło mu na myśl, że pożyczając Klitoneosowi okręt, który 

background image

leżał wciągnięty na brzeg w opuszczonej części południowej przystani, oraz kryjąc całą sprawę 
przed Antinoosem  i  Eurymachem  będzie  mógł  wyrazić swoją lojalność  wobec naszego domu  i 
wobec  mnie  i  być  z  nami  na  dobrej  stopie,  gdy  skończą  się  te  kłopoty.  Na  swoje  nieszczęście 
zlekceważył  jednak  moje  ostrzeżenie,  by  omijał  pałac;  chociaż  powiedział  poufnie  wujowi 
Mentorowi, że jest gotów zapłacić za wszystko, co zjadł i wypił, a przyszedł tam tylko w nadziei 
choćby przelotnego ujrzenia mnie w oknie. 

Czułam  pewien  żal  a  zarazem  wdzięczność  wobec  Noemona,  który  miał  ogromne, 

wyłupiaste,  zajęcze  oczy,  ale  nie  mógł  on  już  nigdy  zostać  moim  mężem.  Poprzysięgłam 
uroczyście  na  boginię  podziemi,  Hekate,  przed  którą  sam  Zeus  czuje  grozę,  że  nie  poślubię 
żadnego mężczyzny, co wszedł w nasz dom nie proszony i nadużył naszej gościnności. 

No, więc dobrze: mieliśmy potrzebny okręt. Eurykleja zaopatrzyła go w prowiant; wujaszek 

Mentor zaciągnął załogę; a tak pieczołowicie dochowano tajemnicy, że po kilku godzinach, kiedy 
zalotnicy  hulali  pod  arkadami,  Klitoneos  wymknął  się  z  pałacu  przez  furtkę  ogrodową, 
pośpieszył  do  przystani,  wszedł  nie  nagabywany  przez  nikogo  na  pokład  i  niebawem  dziarsko 
pomykał o wiosłach i żaglu na południowy wschód. Nasi wrogowie dostrzegli jego nieobecność, 
kiedy  już  było  za  późno,  a  przyprawiła  ich  ona  o  nie  lada  zmartwienie.  Antinoos  i  Eurymach 
pysznili się, że nikt nie ośmieliłby się pożyczyć Klitoneosowi nawet czterowiosłowej łodzi albo 
że przynajmniej potrafią zatrzymać okręt w porcie strasząc załogę. Bynajmniej nie pragnęli, żeby 
doszło  do  króla,  jak  się  rzeczy  mają  w  domu:  cóż,  gdyby  zwerbował  zbrojną  pomoc  w 

piaszczystym  Pylos  i  przypłynął  z  karzącymi  oddziałami?  Zamierzali  go  zabić,  gdy  nie 
podejrzewając niczego postawi nogę na nabrzeżu. Teraz muszą zmienić plany. Nie mogli jednak 
otwarcie  obwiniać  Noemona  nie  zdradzając  się  przy  tym,  a  dla  większości  zalotników  to 

beztroskie  grabienie  nas  z  bydła  i  wina  było  wciąż  jedynie  żartem  —  na  koszt  nadmiernie 
oszczędnego  króla,  który  wydał  zaproszenie  i  zapomniał  go  odwołać  przed  wyjazdem.  Tak  to 
Noemon pozostał nieświadom, że zadał dotkliwy cios naszym wrogom. Postanowili oni wystawić 
posterunki  wzdłuż  całego  brzegu,  żeby  dały  znać  sygnałami  dymnymi  o  zbliżaniu  się 
królewskiego okrętu — można go było rozpoznać po dziobie w kształcie konia morskiego i po 
żaglu w purpurowe pasy. Pośpieszą wówczas na okrętach, by się zaczaić na niego opodal Motji. 

Nazajutrz moja matka przywitała mnie z ironią i zwolniwszy służebne spytała: 
— Kto namówił Klitoneosa na tę wyprawę? Ty czy Mentor? A może oboje? 
Ponieważ nigdy nie udało mi się zwieść mojej matki, powiedziałam: 
— Wuj Mentor to ułożył i kazał Klitoneosowi przyrzec, że nikomu nie powie. Nawet tobie 

ani mnie. 

— Nawet, jak przypuszczam, Euryklei? 
— Eurykleja musiała go zaopatrzyć w jęczmień i wino. 
Westchnęła. 

background image

— Ale, oczywiście, nie jedzie do piaszczystego Pylos? 
— Dlaczego mówisz „oczywiście”? 
— Czy ośmieliłby się stanąć przed ojcem nie przynosząc ode mnie wieści? Prócz tego moje 

dochodzenia  wykazują,  że  sternik,  którego  Mentor  najął,  jest  biegły  tylko  w  żegludze 
przybrzeżnej; Klitoneos nie ryzykowałby płynięcia przez Zatokę Jońską ze sternikiem, który jej 
przedtem  nie  przepłynął  co  najmniej  tuzin  razy.  Zaś  jego  obawa  przed  zwierzeniem  się  mnie 
znaczy, że nie chce sprawić mi kłopotu prośbą, bym zezwoliła na pewne czyny, których ojciec by 
zakazał. W rzeczy samej pojechał do Minoi — mam rację? 

Skinęłam głową. 
— No — westchnęła — jedynie lojalność wobec twego ojca nie pozwala mi pochwalić jego 

męstwa. 

Wujowi  Mentorowi  nie  powiedziała  nic.  Chadzał  on  teraz  ze  strażą  przyboczną  złożoną  z 

dwóch zbrojnych  w rzeźnickie noże sykulskich niewolników, którzy  bardzo przywiązali się do 
niego. Zalotnicy pilnowali się, żeby go nie znieważać, gdy Sykulowie mogli słyszeć, ale po paru 
dniach  Agelaos  podbechtany  przez  Eurymacha  ważył  się  wejść  do  sali  tronowej,  sięgnąć  po 
królewskie berło i usiąść na tronie. Moja matka podskoczyła zza swych krosien i krzyknęła ostro: 
— Zejdź mi natychmiast z tronu, chłopcze! To nie jest zwykłe krzesło. Niech no ja cię jeszcze 
raz przyłapię!... 

Podbiegła  do  niego,  dała  mu  po  uszach  i  ściągnęła  na  ziemię  za  nogi.  Nie  widząc  nigdy 

przedtem mojej łagodnej, królewskiej, pięknej matki w gniewie, Agelaos był tak zaskoczony, że 
kiedy  się  znalazł  na  marmurowej  podłodze,  z  potłuczonym  grzbietem,  dźwignął  się  na  nogi  i 
wyszedł błędnym krokiem. Wstyd mu nie pozwolił opowiedzieć tej przygody przyjaciołom, ale 
od  tej  pory  tron  wydawał  mu  się  nie  mniej  straszny  niż  ogniste  krzesło  oplecione  wężami,  na 
którym  Tezeusz  (inny  zuchwały  uzurpator)  znosi  wieczne  męki  nałożone  nań  przez  Persefonę, 
królową Piekieł. 

Był to  dla zalotników dzień łowów na dzika. Doniesiono, że w górskiej gęstwinie o jakieś 

dwie  mile  od  Drepanon  jest  wielkokływy  odyniec,  i  zalotnicy  wyruszyli  wcześnie,  by  go 
wytropić. Nie będę opowiadała szczegółów polowania, wspomnę tylko tyle, że biedny Lajlaps — 
Antinoos  bowiem  wypożyczył  sobie  na  tę  okazję  Argosa  i  Lajlapsa  —  chwyciwszy  dzielnie 
odyńca  za  ryj,  padł  z  rozprutym  brzuchem...  niechby  to  się  było  przydarzyło  Antinoosowi! 
Ponieważ zaś, niezdary, w zbyt wielkim pośpiechu obstawili gęstwinę, dzik zemknął i poczynił 
znaczne szkody w zbożach i  winnicach — na szczęście nie na pałacowej ziemi! — aż dopiero 
nasz  owczarz  Filojtios  spotkawszy  go  przypadkiem  w  wąskiej  alejce  zdobył  sobie  chwałę 

bystrym rzutem oszczepu. 

Służba  zalotników  przygotowywała  tymczasem  zwykły  ogromny  posiłek  na  dziedzińcu 

ofiarnym. Wywnioskowałam z podsłuchanych strzępów rozmowy, że ponieważ Eumajos ostatnio 

background image

nie chciał już dawać wieprzków, kazano brać je od niego siłą; że tego ranka doszło do bójki z, 
Filojtiosem, który otwarcie odmówił dalszej dostawy owiec i kóz, i że jego kuzyn został ciężko 
ranny w głowę. Nie słyszałam żadnych wieści o żebraku mieszkającym na Eumajosowej farmie, 
ale byłam pewna, że Ajton przestrzegał mych wskazówek i rozsądnie trzymał się na uboczu. Był 
on  bowiem  urodzonym  zapaśnikiem,  szermierzem,  który  mógłby  rozpędzić  tę  hałastrę  sług 
zwykłą  wiązką  chrustu,  jeśliby  miał  po  temu  ochotę.  Jego  pewne  oko  i  muskularne  ramiona... 
Ostrożnie  wybadawszy  samą  siebie  rozstrzygnęłam,  że  musiałam  się  niekiepsko  i  szczerze 
zakochać, bo inaczej czemu bym pokładała taką ufność w siłę Ajtona i jego męstwo? Czułam się 
troszeczkę dziwnie: nie niepewna siebie, tylko  zmieszana. Odkąd życie i  honor Ajtona zaczęły 
dla mnie ważyć tyle, co moje własne, miałam (że się tak cudacznie wyrażę) zarówno wewnętrzną 
jak  i  zewnętrzną  duszę.  Dobrze  więc  było  pamiętać,  że  potraktowałam  go  twardo,  co  muszę  i 
dalej czynić, to później, gdyby Atena dała nam zwycięstwo nad wrogami, a ja zgodziłabym się 
zostać  jego  żoną,  nigdy  by  mną  nie  pomiatał,  choćbym  nie  wiem  jak  otwarcie  go  kochała. 
Wkrótce znowu się spotkamy, jeśli wszystko pójdzie dobrze, i wtedy będę mogła się przekonać, 
czy pierwsza korzystna ocena jego zalet nie była pomyłką... 

Rozmyślanie  moje  przerwały  wrzaski  z  dziedzińca  ofiarnego  —  to  wpadli  myśliwi. 

Schroniłam  się  na  wieży,  żeby  ich  uniknąć.  Eurymach  stąpnął  w  błotnistą  kałużę,  w  której 
wytarzał  się  odyniec,  a  teraz  wtargnął  brutalnie  z  brudnymi  nogami  do  mieszkania  kobiet 
służebnych żądając, aby go umyto. Moja matka znajdowała się w sadzie i wydawała polecenia 

ogrodnikowi, wuj Mentor wyszedł na ulicę i oglądał zaprzęg mułów wystawionych na sprzedaż; 
nie było więc w domu nikogo z rodziny oprócz Ktimeny. Ja bym przegoniła Eurymacha, ale ona, 
widocznie wdzięczna, że wstawiał się za nią, kazała Euryklei przynieść gorącej wody i obsłużyć 
go.  Eurykleja  zna  swoje  miejsce  i  nie  sprzeciwiła  się  rozkazowi,  jednakże  posłuchała  go  z 
jawnym  niesmakiem.  Nalała  cebrzyk  zimnej  wody  do  dużej  miedzianej  miednicy  i  posłała 
dziewczynę do kuchni po gorącą. Kiedy wszystko było przygotowane, Eurymach usadowił się na 
stołku i wsadził obie stopy do miednicy. 

— Jesteś bardzo milcząca, stara damo — szydził. 
— Mało mam do powiedzenia, szlachetny młodzieńcze. 
— A także nadąsana. 
— Ganisz mnie? — Eurykleja wzięła szczotkę, chwyciła go za nogę i zaczęła szorować brud. 
— Ojoj! — wrzasnął. — Przestań! Czy chcesz mnie żywcem obedrzeć ze skóry? Co to za 

szczotka? 

— Twarda szczotka do czyszczenia wieprzy. Czy spodziewałeś się, że wezmę gąbkę mojej 

pani? 

Nagle  krzyknęła,  puściła  nogę,  ucapiła  brzeg  jego  chitonu  i  palcem  oskarżająco  wskazała 

schludną cerę. Pięta Eurymacha uderzyła w brzeg miednicy, która się przewróciła i zalała pokój 

background image

brudną wodą. 

Złapał ją za gardło. 
— Jeśli się ośmielisz!... — wymamrotał krwiożerczo. 
Ktimena, która stała przy oknie, nie zrozumiała, co się stało. 
—  A  to  co  takiego,  Euryklejo!  —  zawołała.  —  Czyś  ty  zwariowała?  To  tak  się  przyjmuje 

człowieka szlachetnego rodu? Najpierw szorujesz mu stopy niemal obdzierając ze skóry, a potem 
puszczasz  jego  nogę  i  przewracasz  miednicę?  Uważaj,  bo  każę  cię  wychłostać,  chociaż  masz 
siwe włosy! 

— A jak nie będziesz trzymać swojej bezzębnej gęby na kłódkę — krzyknął Eurymach — 

możesz dostać coś gorszego niż chłostę, możesz zadyndać na sznurze pod krokwią! 

— Panie mój, będę na przyszłość bardzo ostrożna — wyjąkała Eurykleja udając straszliwie 

przerażoną. — Będę milczała jak kamień albo bryła żelaza. 

—  Możesz  liczyć  na  jej  zupełne  oddanie,  panie  Eurymachu  —  zawtórowała  Ktimena.  — 

Przynieś no mi zaraz więcej ciepłej wody, Euryklejo, i miękką tkaninę! 

Rzecz w tym, że Eurykleja rozpoznała cerę jako swoje własne dzieło, a chiton jako jeden z 

trzech,  które  wziął  Laodamas  przed  swoim  zniknięciem.  Ale  skąd  znalazł  się  u  Eurymacha? 

Morderstwo? 

Skoro wymuszona obietnica nie jest obietnicą, Eurykleja bezzwłocznie mi o tym doniosła i 

spytała, czy moja matka i Ktimena powinny się także dowiedzieć. 

—  Ktimenie  nie  wolno  powierzać  sekretu  —  rzekłam.  —  A  będzie  może  najlepiej,  jeśli 

zaczekamy na powrót Klitoneosa, zanim powiemy cokolwiek matce. Musimy złagodzić ten cios. 

— Sądzisz więc, że Laodamas?... 
Przytaknęłam zgnębiona. 
— Niech no Eurymach poprosi jeszcze raz o umycie! — zawołała. — Wezmę sieć i topór i 

zarąbię go, jak Klitajmestra Agamemnona. Serce mi w piersi warczy jak suka ze szczeniętami, 
gdy zbliża się ktoś obcy. 

— Nie, kochana Euryklejo, krwawa zemsta należy do Klitoneosa i do mnie. Jeśli będziemy 

zwlekali, duch mojego brata będzie nas bezlitośnie dręczył; w istocie, to na pewno on wniósł do 
pałacu wszystkie ostatnie nieszczęścia. Poprosimy cię, gdy będą nam potrzebne twe usługi. 

background image

STARA BIAŁA MACIORA 

W  lecie,  jak  przypomniałam  wujaszkowi  Mentorowi,  najlepszą  porą,  żeby  się  wymknąć  z 

pałacu  niepostrzeżenie,  jest  godzina  po  północy,  kiedy  wszyscy  oprócz  odźwiernego  śpią,  i 

godzina  po  obiedzie,  gdy  wszyscy,  z  odźwiernym  włącznie,  zażywają  sjesty.  Wybraliśmy  czas 
sjesty. Powiedziałam matce, dokąd się udajemy i po co. Ucałowała mnie czule, ale powiedziała 

tylko: 

— Trzeba będzie wmówić w Ktimenę, że leżysz z niebezpieczną gorączką. 
—  Żebyż  to  Halios  nam  pomógł!  —  wymamrotał  wujaszek,  kiedy  przechodziliśmy  koło 

stajni  trzymając  się  pod  osłoną  oliwek.  Mieliśmy  oboje  mocne  buty  i  odzienie  używane  przy 
cięższych  robotach:  ciemnawą  baję  nie  ozdobioną  żadnym  obszyciem,  które  świeci  lub 
połyskuje. On wziął z sobą miecz i torbę z prowiantem, ja miałam sztylet ukryty pod suknią. 

Zdołaliśmy dotrzeć do naszej prywatnej przystani nie zauważeni. Łódka była przygotowana i 

powiosłowaliśmy  w  niej  przez  południową  zatokę  do  odleglejszego  brzegu,  omijając  w  ten 
sposób bramy miejskie. Potem udaliśmy się w głąb kraju i dzięki łasce Ateny nie napotkaliśmy 
ani żywej duszy w drodze przez bagna. Niebawem po naszej lewej ręce zostało miasto Eryks i 
znaleźliśmy  się  na  łagodnie  wznoszącym  się  trakcie  do  Hyperei  a  dalej  do  świątyni  Afrodyty. 
Słońce doskwierało upalnie, lecz była to wędrówka, z której nie mogliśmy zawrócić, chociaż pot 
spływał mi z czoła i ciekł strumyczkami po zakurzonych policzkach. 

— Wujaszku — powiedziałam w końcu — kiedy byliśmy z Klitoneosem mali i szliśmy na 

piknik, podtrzymywałeś nas w drodze powiastkami. Moja ulubiona była o tym królu, który nie 
chciał umrzeć. Opowiedz mi ją jeszcze raz. 

— W tym skwarze i pod górę? Zdyszany jak pies po gonitwie? 
—  Wezmę  od  ciebie  torbę,  jeżeli  się  zgodzisz.  Chcę  sobie  przypomnieć  czasy,  gdy  nic  w 

świecie mnie nie kłopotało. 

—  No,  już  dobrze.  Nie,  kochanie,  poradzę  sobie  również  z  torbą.  Wkrótce  znajdziemy  się 

wśród sosen słodko pachnących i może wtedy... Tak, król zwał się Ulisses. Mówią, że Ulisses był 

wnukiem Autolikosa i przodkiem Fokajczyków. 

background image

— Jak Odys. 
—  Jak  Odys  —  przyznał  wuj  —  i  dlatego  niektórzy  mieszają  Odysa  z  Ulissesem.  To  jest 

opowieść,  jaką  słyszałem  od  mistagogów  z  Egesty  na  wytłumaczenie  baletu  tańczonego  tam  u 

szczytu nasilenia lata. 

Autolikos  z  Fokidy  był  mistrzem  nad  mistrze  w  złodziejstwach.  Hermes  dał  mu  moc 

przemieniania każdego zwierzęcia, które skradł, z rogatego w nierogate lub z czarnego w białe i 
na  odwrót.  Chociaż  więc  Syzyf,  król  Koryntu,  jego  sąsiad,  zauważył,  że  stada  stale  mu  się 

zmniejszają,  zaś  Autolikosowe  powiększają,  przez  całe  miesiące  nie  mógł  zaskarżyć  go  o 
przestępstwo; wziął tedy pewnego dnia i wyrył pod kopytami wszystkich swoich bydląt znak w
czy  też,  jak  niektórzy  mówią,  skrót  napisu:  „Skradzione  przez  Autolikosa”.  Tej  samej  nocy 
Autolikos  jak  zwykle  ukradł  kilka  zwierząt,  a  rankiem  odbicia  kopyt  na  drodze  dały  Syzyfowi 
dostateczny  dowód,  aby  wezwać  świadków  kradzieży.  Zaszedł  do  stajen  Autolikosa, 
zidentyfikował  skradzione  zwierzęta  za  pomocą  oznaczonych  kopyt  i  zostawiwszy  swoich 
popleczników, by się kłócili ze złodziejem, popędził na drugą stronę domu, wszedł przez portal i, 
gdy na zewnątrz gorzał zaciekły spór, uwiódł Autolikosową córkę, Antikleję, żonę Argiwczyka 
Laertesa. Urodziła mu ona Ulissesa, a sposób jego poczęcia jest źródłem chytrości, którą zwykle 
przejawiał, i przydomku „Hypsipylon”, co oznacza „z wysokiego portalu”. 

Otóż  kiedyś  Zeus  zakochał  się  w  Ajginie,  córce  boga  rzek,  Asoposa,  i  przyjąwszy  postać 

achajskiego księcia uprowadził ją tajemnie. Asopos w żalu  udał  się na poszukiwanie Ajginy,  a 
najpierw  odwiedziwszy  Korynt  zapytał  Syzyfa,  czy  nie  wie,  gdzie  ona  przebywa.  „Wiem  — 
odrzekł Syzyf — lecz musisz zapłacić za tę informację zaopatrzeniem mojej warowni w wieczne 
źródło”.  Zgodził  się  Asopos  na  to  i  sprawił,  że  za  świątynią  Afrodyty  zaczęło  bulgotać  źródło 

Pejrene. „Znajdziesz swą córkę w objęciach Zeusa, w lesie, o pięć mil na zachód — rzekł Syzyf 
— a powiem ci przy sposobności, że zapomniał zabrać ze sobą swojej wszechpotężnej broni.” 

Asopos  ruszył  w  pościg,  zdybał  Zeusa  na  gorącym  uczynku  i  zmusił  go  do  sromotnej 

ucieczki. Zeus jednak, gdy tylko znikł mu z oczu, przemienił się w głaz i stał nieruchomo, póki 
Asopos nie przebiegł dalej. Wkradł się wówczas z powrotem na Olimp i zza osłony jego wałów 

obsypał Asoposa piorunami. Biedaczysko dotychczas jeszcze kuleje od zadanych ran, a z łożyska 
jego rzeki często można wydobyć kawałki węgla. Następnie Zeus kazał swemu bratu Hadesowi, 
by  zabrał  Syzyfa  do  Piekła  i  tam  ukarał  go  na  wieki  za  zdradę  boskich  tajemnic.  Jednak 
nieposkromiony  Syzyf  samemu  Hadesowi  nałożył  kajdanki  —  namówił  Hadesa,  żeby  wyjaśnił 
mu sposób ich użycia, a wtedy zatrzasnął je szybko. W ten sposób Hades był więźniem w domu 
Syzyfa spory kawał czasu — śmieszna sytuacja, bo nikt na świecie nie mógł umrzeć, nawet gdy 
mu ścięto głowę albo rozszarpano na kawałki. Wreszcie Ares, bóg wojny, zagrożony w swoich 
interesach, przybył pośpiesznie, uwolnił Hadesa i oddał mu w łapy Syzyfa. 

Syzyf miał jednak jeszcze jedną sztuczkę w zanadrzu. Przed zejściem w Podziemia zabronił 

background image

swojej żonie, Merope, pogrzebać ciało i przybywszy do Hadesowego pałacu udał się prosto do 
Persefony ze skargami, że jako osoba nie pogrzebana nie ma prawa przebywać w jej dominium 
—  powinien  był  zostać  po  tamtej  stronie  Styksu.  „Pozwól  mi  wrócić  do  wyższego  świata  — 
prosił — by załatwić sprawę pogrzebu i pomścić okazane mi lekceważenie. Moja obecność tutaj 
jest wbrew prawu. Za trzy dni będę na twoje usługi”. Persefona dała się oszukać i uległa prośbie, 
lecz  skoro  Syzyf  znalazł  się  znów  na  słońcu,  wyparł  się  swej  obietnicy.  W  końcu  poproszono 
Hermesa, żeby zawlókł go w Podziemia. 

— Ulisses dowiódł, że jest nieodrodnym synem Syzyfa — bo nie chciał umrzeć mimo stałej 

wrogości wszystkich bogów i ludzi, których jego ojciec oszukał. Apollo pod postacią dzika natarł 
na niego, kiedy polował na górze Parnas, i rozpruł mu udo tak jak Adonisowi. Ale choć Ulisses 
nosił  bliznę  aż  do  śmierci  i  w  rzeczy  samej  zdobył  dzięki  niej  swe  imię  —  „Ulisses”  bowiem 

znaczy „zranione udo” — wyleczył się ziołem moly darowanym mu przez pradziadka Hermesa, 
który jeden jedyny go ochraniał. Za radą Hermesa zwerbował bandę wygnańców i awanturników, 
wziął okręt  i  uciekł  z Grecji w nadziei założenia kolonii  w strefie, nad  którą Olimpijczycy  nie 
mają mocy. Zwiedzili wiele wysp: najpierw Ogigię, w której królowa Kalipso zwabiła Ulissesa 
do  ogromnej  jaskini  i  zaofiarowała  mu  jabłko  nieśmiertelności  w  zamian  za  to,  że  się  z  nią 
prześpi,  co  też  uczynił.  Nie  dał  się  jednak  oszukać  i  zjadłszy  jabłko  zjadł  też  trochę  moly, 

przeciwdziałając  w  ten  sposób  śmiertelnemu  czarowi.  Stamtąd  popłynęli  do  Wyspy 
Kimeryjczyków  na  krańcu  Północy,  gdzie  noc  i  dzień  spotykają  się  w  półmroku,  a  masywne 
lodowce,  jak  je  nazywają,  unoszą  się  na  morzu  otoczonym  mgłą  druzgocąc  okręty.  Rzucili 

kotwice  w  przystani  u  Dalekich  Bram,  gdzie  Charybda,  córka  króla  ludożercy,  zaprosiła  go  do 
swego  łoża;  i  byłaby  wyssała  jego  krew  i  zjadła  go  na  surowo  owego  wieczora,  lecz  miał  w 
oddechu zapach moly, więc zaniechała. 

—  Stamtąd  pożeglowali  do  Wyspy  Płaczu,  której  królowa,  Kirke,  dobrze  go  przyjęła,  a 

potem uderzyła różdżką, aby zamienić w prosię; ale jej czary nie miały mocy przeciw moly. A 
stamtąd do Wyspy Syren, gdzie kobiety-ptaki słodko śpiewają pośród kości umarłych; on jednak 
zakleił sobie i towarzyszom uszy woskiem. I na wyspę Ajolosa, gdzie wiatrami są ludzkie dusze; 
królowa, która go przyjęła, próbowała ukraść mu duszę i uwięzić w skórzanym worze, ale znów 
moly go zachowało. I do Wyspy Psów, gdzie śliczna Skylla przyjąwszy go za kochanka zmieniła 
się nagle w sześć białych skowyczących psów z czerwonymi uszami. Psy gnały za nim z pianą na 
pyskach,  lecz  moly  sprawiło,  że  straciły  trop.  W  końcu  to  samo  ziele  zachowało  go  od  Białej 
Bogini Ino, która usiadła na krawędzi pokładu jego okrętu przebrana za uroczą wodnicę, a potem 
zarzuciła nań przepaskę i pociągnęła do pieczary w głębinę morza; mając moly w ustach Ulisses 
nie  utonął.  Siedem  razy  w  swej  podróży  uniknął  śmierci  i  za  każdym  razem  składał  Ojcu 
Zeusowi  ofiarę  przebłagalną  z  kozy.  Dotarł  do  Ogigii  na  dalekim  zachodzie,  gdzie  Nimfa 
Lampetia  pasie  święte  bydło  Słońca.  Ukradł  je,  jak  to  poprzednio  uczynił  Herakles,  i  odpłynął 

background image

bezpiecznie,  chociaż  Nimfa  Lampetia  przywiązała  go  we  śnie  za  włosy  do  wezgłowia  łóżka  i 
wezwała swego brata Eurytiona, by mu uciął głowę. Lecz włosy rozwiązały się z węzłów, moly 
bowiem  było  wszechmocne.  Wówczas  bogowie,  w  podziwie  dla  Ulissesa,  który  ofiarował 
wszystkim  im  razem  ukradzione  bydło,  zaprosili  go,  by  zamieszkał  na  Olimpie,  bo  było 
przeznaczone, że nigdy nie umrze. 

Słuchając  jeszcze  raz  tej  opowieści  byłam  zaskoczona,  jak  moja  dziecięca  wyobraźnia 

przeobraziła  ją,  mieszając  wypadki  i  wiążąc  je  ze  znanymi  widokami.  Dalekie  Bramy,  na 
przykład, były przystanią i warownią Kefalojdion, w górę brzegu od Egesty, dokąd dawno temu 

ojciec  zabrał  mnie  w  czasie  jednego  ze  swych  królewskich  objazdów.  Pałac  Kirke  to  był  nasz 
własny, ale jakoś umieszczony w środku Eumajosowej zagrody dla świń, a święte bydło słońca 
było  cętkowaną  trzodą,  bardzo  cenioną  przez  ojca,  którą  piracka  załoga  próbowała  niegdyś 
uprowadzić  znad  Rejtronu.  Wyspą  Ajolosa  była  Osteodes  leżąca  samotnie  na  północnym 
zachodzie  a  widoczna  przy  dobrej  pogodzie  ze  szczytu  góry  Eryks;  ponieważ  jest  bezwodna, 
nadaje się jedynie na polowanie na foki i łowienie homarów. A wyspą Kalipso była Pantellaria, 
którą można dostrzec w wyjątkowo jasne dni, daleko od południa, w pół drogi do Libii. 

— Co to jest moly? — zapytałam. 
— Rodzaj czosnku z żółtym kwiatem. 
— A ja sobie zawsze wyobrażałam, że jest śnieżnobiałe i pachnie jak kwietniowy cyklamen! 

Czemu to takie sławne w magii? 

— Zapewne dlatego, że ma złotawą barwę, nie tak jak inne rośliny, i rośnie szybciej, kiedy 

ubywa  księżyca,  opierając  się  czarom  rozmaitych  podstępnych  boginek,  z  którymi  spotkał  się 
Ulisses. Sardela, również nie ulegająca  działaniu księżyca, ma podobną  zaletę, jej wątroba jest 
więc doskonała przeciw złemu oku i czarownicom. 

— Czy jesteś pewien, że opowiadałeś mi tę powiastkę dokładnie tak samo jak teraz? 
— Z całą pewnością. I gdybym miał ją opowiadać dziesięć lat, ciągle bym nie zmieniał ani 

słowa. To jest raczej mit niż babskie bajanie, jak o Konturanosie. 

— Nie rozumiem. 
—  Otóż  mitografowie  wyjaśniają,  że  jeden  z  korynckich  królów  nie  chciał  się  zgodzić  na 

śmierć, kiedy skończyło się jego panowanie. W dawnych czasach wyznaczano króla na początku 
roku,  a  pod  koniec  kastrowano  go  kłem  dzika  i  czyniono  zeń  ofiarę  Herze,  bogini  księżyca. 
Jednak koryncki Ulisses stawił opór tradycji i panował bez przerwy osiem lat. On to ustanowił 

doroczne Przekazanie Tronu, tak jak u nas, kiedy twój ojciec leży przez jeden dzień niby umarły i 
składa  Zeusowi  w  ofierze  kozę  a  bóstwom  Podziemi  wieprze.  Odwiedziny  siedmiu  wysp  są 
alegoryczne,  oznaczają  jego  siedem  ucieczek  od  śmierci.  U  schyłku  ósmego  roku  Ulisses 
powinien  był  zejść  do  świata  podziemnego  jak  jego  ojciec,  Syzyf,  ale  z  boskiego  zrządzenia 
pozwolono mu dożyć naturalnej śmierci. Mówiło się więc, że bogowie dali mu nieśmiertelność. 

background image

Co  dziewięć  lat  jednakże,  by  upamiętnić  dawny  zwyczaj,  ofiarowywał  Zeusowi  cętkowanego 
wołu zamiast kozy, co również czyni twój ojciec. 

Wolałabym, niewdzięczna, żeby nie psuł opowieści wyjaśnieniami. 
— Nie cierpię alegorii i symbolów. Ale, ale, wujaszku, co będzie, jeżeli król nie pojawi się 

na Przekazanie Tronu? 

—  Jego  miejsce  zajmie  regent,  choć  jest  to  uważane  za  zły  znak.  Możemy  się  więc 

spodziewać, że twój ojciec wróci najdalej za trzydzieści dni, chyba że... 

— Chyba że co? 
— Och, Nauzykao, czasami myślę, że nikt z nas nie przeżyje tej próby! 
Szliśmy z trudem  pod górę, często  przystając, bo podejście miało  chyba nie mniej  niż trzy 

tysiące  stóp.  Ja  rzadko  zażywam  wspinaczki,  a  wuj  Mentor  miał  okaleczoną  nogę  —  skutek 
wypadku  na  rydwanie.  Nie  napotkaliśmy  jednak  nikogo,  a  widok  stąd  był  wspaniały:  wyspy 
leżały przed nami rozpostarte niby te, które odwiedził Ulisses — Hiera, jadąca przed chwilą na 
grzbiecie  Ajgussy,  odczepiła  się  nareszcie  od  niej  i  wyraźnie  rysowała  się  na  horyzoncie  od 
zachodu.  Napiliśmy  się  z  przydrożnego  źródła  i  zjedliśmy  trochę,  i  niebawem  zobaczyliśmy 
Hypereję znalazłszy się po zachodniej stronie szczytu, który, choć jest otoczony murem i zalicza 
się do grodów, zamieszkuje obecnie niewiele rodzin. Paręset stóp niżej leży Krucza Skała, Źródło 
Aretuzy i Eumąjosowa zagroda dla świń, do której się idzie niezmiernie wyboistą ścieżką. Och, 

jakim  strasznym  szczekaniem powitały  nas  cztery  dzikie psy Eumajosa!  Wuj  zawołał  na niego, 
żeby je odgonił; potem, gdy ruszyły ku nam dziko, cisnął laskę na ziemię i zmusił mnie, żebym 
usiadła obok niego na skale. 

— Bądź nieruchoma jak posąg — powiedział — bo cię rozszarpią na strzępy. 
Na  szczęście  Eumajos  poznał  głos  wujaszka.  Wycinał  właśnie  dwa  podłużne  płaty 

wyprawionej świńskiej skóry i wiercił dziury po rogach, by zrobić sobie sandały; cisnął jednak 
skórę i puścił się pędem przez wrota za psami, złorzecząc i miotając w nie kamieniami. Chociaż 
łasząc, się przybiegły mu do nogi, byłam bardzo przerażona! Bo, rozumiecie, Eumajosa co dzień 
odwiedzali posłańcy od zalotników, z tym że nie bronił on psom traktować ich niczym sykulskich 
bandytów,  zaś  każda  z  czterech  bestii  była  wielka  jak  cielak  i  uzębiona  niczym  wilk. 
Usprawiedliwił  się  niezgrabnie  i  gdy  kazał  psom  nas  obwąchać,  żeby  wiedziały,  że  jesteśmy 
przyjaciółmi, przyjęły od nas jedzenie, które mieliśmy w torbie, i zaczęły merdać ogonami. 

Zagroda była przestronna. Jeden z jej kamiennych murów biegł wzdłuż pionowej przepaści; 

inne  miały  z  wierzchu  palisadę  z  gałęzi  dzikiej  gruszy  i  były  osłonięte  zewnętrznym  płotem  z 
dębowych  sztachet  ściśle  z  sobą  powiązanych.  Wewnątrz  tego  podwórza  Eumajos  wybudował 

tuzin  obszernych  chlewów,  gdzie  w  nocy  spały  maciory  z  prosiętami,  a  wieprze  zapędzał  do 
przestrzeni między dębowym płotem a kamiennym murem. Kiedy zaprosił nas do swojej chaty, 
serce zaczęło mi nagle łomotać w nadziei zobaczenia Ajtona i z obawy, że już go tu nie ma. 

background image

Chata była ciemna, cuchnąca, bez okien, a zawierała tylko stół na kozłach, stołek i dwie duże 

skrzynie na podłodze, przysypane słomą i służące za łóżka. Żona Eumajosa zmarła po urodzeniu 

jedynego  syna  —  tego  chłopca,  który  przypędzał  do  nas  wieprzki.  Nie  znać  było  w  tym  domu 
kobiecej  ręki.  Przyszło  mi  na  myśl,  że  grecki  obóz  pod  Troją  musiał  być  w  nie  lada  brudzie 
dziesiątego  roku,  o  ile  kobiety,  branki  zdobyte  w  podjazdach,  nie  wzięły  się  do  porządków  — 
uprzątając  odpadki,  które  zwabiają  pchły,  sadząc  kwiaty  i  krzewy  pachnące  wokół  chat, 
czyszcząc  metalowe  rzeczy,  zamiatając  podłogi,  wprawiając  ramy  okienne  i  obciągając  je 
pomazanym  oliwą  welinem,  aby  wpuszczały  światło,  a  zatrzymywały  wiatr.  Ci  pasterze  świń 
ubierali  się  tylko  w  skóry,  w  zimna  używając  owczych  kubraków  i  takichże  kołder;  jedli  jak 
wieprze,  spali  jak  wieprze  i  raczej  chrząkali  niż  mówili;  posiadali  jednak  prostą,  przenikliwą 
mądrość i byli o wiele bardziej ludzcy niż szlachetnie urodzeni panowie z Drepanon. 

Eumajos czynił mi honory jako córce króla, aż tu ktoś stanął za mną w mroku i z trzaskiem 

upuścił na ziemię ładunek chrustu. Skoczyłam chyba o stopę w powietrze, ale odwróciwszy się 
poznałam Eumajosowego syna, który zebrał teraz naręcz słomy z jednego z łóżek, wymościł nią 

rzucone  wiązki  chrustu,  nakrył  wszystko  starą,  wyleniałą  kozią  skórą  i  poprosił,  bym  usiadła. 
Zrobiłam to z wielką przyjemnością, choć pchły już i tak żywcem mnie zżerały, a księżniczce nie 
wypadało się drapać. 

—  No,  no  —  rzekł  Eumajos  trąc  zrogowaciałe  dłonie.  —  Może  posililibyście  się  z  nami 

wieprzowiną, chlebem i winem? 

— Obiad jest niezły w obiadowej porze — roześmiał się wuj. 
— Ale, na Kerdo, o włos uszliście moim psom! Szybko by załatwiły się z tobą, panie, i naszą 

małą księżniczką, gdybyście potracili głowy: wtedy na mnie spadłaby odpowiedzialność. Jakbym 
to ja nie miał i tak dosyć zmartwień: król wyruszył na poszukiwanie księcia Laodamasa, a książę 
Klitoneos na poszukiwanie króla, a ci przeklęci szlachetni panowie zamierzają zrobić zasadzkę i 
zabić ich obu w powrotnej drodze... 

— Skąd ty o tym wiesz? — spytał ostro mój wuj. 
— Powiedziała mi o tym stara biała maciora kilka dni temu — odrzekł Eumajos. — A potem 

łotrzy  żądają  w  twoim  imieniu  najlepszych  wieprzy  i  grożą,  że  mi  poderżną  gardło,  jeżeli 
odmówię. Wystarczy tego, by osiwieć. Uknuli także twoją śmierć, mój panie! 

— Skąd o tym wiesz? — spytał mój wuj ponownie. 
—  Dowiedziałem  się  od  starej  białej  maciory.  Pozwól,  że  ci  teraz  powiem  coś  naprawdę 

godnego uwagi. Onegdaj przyszedł tu żebrak, psy nie szczekały — wiedząc, jak przypuszczam, 
że jest przyjacielem, choć psy to głupie stworzenia; a stara biała maciora wstała na jego widok z 
legowiska  w  błocie  i  podsunęła  mu  kark,  żeby  ją  podrapał.  „Pani  —  powiedziałem  do  niej  po 
sykańsku,  co  ona  uważa  za  należne  sobie  —  kimże  jest  ten  żebrak,  którego  tak  serdecznie 

kochasz?” Ona zaś odparła na swój sposób: „Zabójca, dziki człowiek, mój wybrany szermierz!” 

background image

— Czy ten żebrak jest tu jeszcze? 
— Pasie wieprze pod dębami — rzekł Eumajos — a co lepsze, wymyślił sobie formingę  z 

żółwiej skorupy i kiszek zdechłego gronostaja i  gra im pięknie, i śpiewa w obcym języku. Nie 
chce powiedzieć, jak mu na imię i jak się zwie jego kraj, ponieważ zaś mam podejrzenie, że jest 
jakimś bóstwem — Hermesem, a może Apollonem — nie śmiem go naciskać, aby to wyjawił. 

—  Co  stara  biała  maciora  mówi  o  nim  teraz?  —  spytał  wuj,  gdy  Eumajos  ruszył  po  koźli 

bukłak z winem, krater z bluszczu i bukowe czarki. 

— To samo, co na początku, panie. 
— Czy zaprosisz go, by wziął z nami udział w tej znakomitej uczcie? 
— Posłałem już swojego syna z tym zleceniem, panie. 
Rzadko  bywałam  taka  podniecona.  Wróżby  z  ptaków,  z  wnętrzności  byków,  wykładane 

przez  kapłanów  ze  szlachetnych  rodów  i  o  długim  doświadczeniu  —  wszystko  to  jest  bardzo 

dobre, ale ja mam krew sykańską, a Sykańczycy mówią: „Stara biała maciora wie, w którą stronę 
wiatr będzie wiał, a nigdy się nie myli”. 

Usłyszeliśmy  odległe  brząkanie  formingi  i  słodką,  tęskną  melodię  z  wieloma 

niespodziewanymi  ozdobnikami.  Choć  znałam  tyleż  języka  kreteńskiego,  co  moje  służebne 
Greczynki  z  Sycylii,  rozpoznałam,  że  to  pieśń  miłosna,  i  zagryzłam  wargę,  by  stłumić 

wzruszenie.  „Nauzykao  —  rzekłam  do  siebie  —  bądź  ostrożna!  Nie  zdradzaj  się.  Pokój  jest 

ciemny i odchyliwszy się do tyłu możesz schować twarz w cieniu, lecz panuj przynajmniej nad 
głosem.” 

Ajton  wszedł  i  okazał  tyle  zdrowego  rozsądku,  że  tylko  dwornie  skłonił  głowę  w  moją 

stronę,  nim  pozdrowił  wuja.  Nosił  teraz  brudny,  podarty,  osmolony  chiton  pożyczony  od 

Eumajosa i kubrak z nie wyprawionej skóry jeleniej. 

— Mówi mi syn Eumajosa, panie — rzekł Ajton — że mam zaszczyt zwracać się do regenta 

Drepanon, sławnego Mentora z Hiery. Te proste suknie, które noszę, niechaj cię nie zwodzą co 
do  mej  pozycji:  jestem  w  swym  kraju  osobą  znaczną,  a  choć  w  obecnej  chwili  bogowie  mnie 
karzą za to, że wiodłem zbyt szczęśliwy żywot, ufam, iż niedługo zdejmą ze mnie przekleństwo i 
powrócą na krzesło z kości słoniowej, z którego zostałem strącony. 

Wuj podał Ajtonowi prawą dłoń i przedstawił go mnie. Skłonił się głęboko, a ja ledwo-ledwo 

i w tym momencie Eumajos przeprosił i wyszedł, by wziąć się na nowo do sandałów. Nie chciał 
drażnić wuja słuchaniem rozmowy lepszych od siebie. 

Ajton uznał za stosowne powiedzieć prawdę o sobie. 
— Nazywam się Ajton, syn Kastora — rzekł. — Jestem Kreteńczykiem z Tarry. Moja matka 

była nałożnicą kupioną za wysoką cenę od piratów — mieszkanką Hiery i ze szlachetnego rodu. 
Nazywa się Erynna, a mój ojciec kochał ją więcej niż swą prawnie poślubioną małżonkę... 

Wuj Mentor wstał i uroczyście uściskał Ajtona. 

background image

—  Czy  to  możliwe?  —  zawołał.  —  Żyje  ona  jeszcze,  moja  kuzyneczka  Erynna,  którą 

sydońscy piraci ukradli, kiedy bawiła się piłką na wybrzeżu? 

Tak, żyła i cieszyła się dobrym zdrowiem, gdy Ajton ostatni raz o niej słyszał, przed kilkoma 

miesiącami. 

Wszystko  się  pięknie  składało,  prócz  tego,  że  już  nie  mogłam  uważać  Ajtona,  który  mnie 

zawdzięczał życie i nadzieję bezpieczeństwa, za swoją osobistą własność. Był on teraz uznanym 
krewnym i bałam się, że wuj odbierze mi podopiecznego. 

— Opowiedz nam więcej, kuzynie Ajtonie — poprosiłam trochę pewniej. 
— Ojciec mój poważał mnie na równi ze swymi prawowitymi synami, jednakże gdy umarł, 

podzielili  oni  włości  i  rzucali  losy  o  udziały,  zaś  dla  mnie  i  matki  wyznaczyli  parę  poletek  i 
zrujnowaną  chałupę.  Ja  jednak  zdobyłem  sobie  zręcznością  w  pięściarstwie,  zapaśnictwie  i 
łucznictwie bogatą żonę i  wkrótce mogłem spozierać z góry na swoich przyrodnich braci,  jako 
uboższych  i  mniej  znacznych.  Gdy  żona  przy  przedwczesnym  porodzie  umarła  zaczarowana 

przez  szwagierkę,  ruszyłem  w  smutku  na  morze  i  zacząłem  najeżdżać  wybrzeża  Fenicji,  by 
pomścić  krzywdy  mojej  matki.  Z  trzech  podróży  wyszedłem  bezpiecznie  z  potężnym  zbiorem 
skarbów  i  chociaż  handel  niewolnikami  był  mi  wstrętny,  nie  wahałem  się  przed  porywaniem 

bogatych  kobiet  (które  traktowałem  dwornie)  i  zatrzymywaniem  ich  dla  okupu.  Pewnego  dnia 
syn króla Tarry zaprosił mnie, bym wziął udział w szeroko zakrojonym napadzie na Askalon. Na 
nieszczęście zostaliśmy wyparci z miasta przez przeważające siły i przywieźliśmy do domu tuzin 
rannych  towarzyszy,  zostawiwszy  jeszcze  taką  samą  liczbę  w  więzach.  Kiedy  król  Tarry 
spróbował uczynić mnie odpowiedzialnym za tę klęskę, śmiało przemówiłem i oskarżyłem jego 
syna,  że  obraził  Askalończyków  gwałceniem  ich  żon  i  córek,  a  także  Heraklesa:  grabieżą  jego 
skarbca. Zarzuciłem mu również, że nie wystawił straży na okrętach, nie zabronił surowo picia 
wina na służbie — te wszystkie środki ostrożności ja zastosowałem. „Okręty znajdujące się pod 
moją komendą — powiedziałem — nie straciły ani jednego człowieka z załogi i przywieźliśmy 
do domu wiele sztab spiżu, sard i malachit”. 

Wszyscy  kapitanowie  mnie  poparli,  a  syn  króla  zaskarbił  sobie  królewską  niełaskę.  Owej 

nocy napadł mnie w ciemnej alejce. Wydarłem mu miecz i wbiłem w brzuch. Ponieważ nikt nie 
był świadkiem tego wydarzenia, oskarżono mnie o napaść. 

Rada  zaś  nie  chciała  urazić  króla,  chociaż  była  przychylnie  do  mnie  nastawiona.  Zostałem 

więc na osiem lat wygnany. 

Jeden rok spędziłem w achajskim osiedlu u ujścia rzeki, która oddziela Królestwo Żydów od 

Egiptu, i udawałem, że pochodzę z Cypru. Później pojmano mnie do niewoli w granicznej wojnie 
z  Egiptem  i  zostałem  najemnym  oficerem  w  armii  faraona.  W  sześć  lat  później  zgodziłem  się 
dowodzić  fenickim  okrętem  kupieckim,  który  podążał  do  Libii.  Skoro  tylko  okręt  ruszył, 
właściciel  zasłyszawszy,  że  jestem  tym  samym  Ajtonem,  który  niegdyś  najechał  Askalon  i 

background image

zrabował  jego  sztaby  spiżu,  rozebrał  mnie  z  pięknych  szat,  dał  mi  zamiast  nich  łachmany  i 
wcisnął  wiosło  w  dłonie.  Dowiedziałem  się,  że  zamierzył  sprzedać  mnie  w  niewolę. 
Przepłynęliśmy  wzdłuż  południowych  wybrzeży  Krety,  daleko  za  rufą  zostawiliśmy  Tarrę  — 
jakże  mnie  serce  bolało  na  widok  zarysu  ukochanych  wzgórz!  —  ale  w  cieśninach  pomiędzy 
Sycylią  i  Afryką  trafiliśmy  na  rozkołysane  morze  i  burzliwą  pogodę.  Grot  pękł,  a  kiedy 
szamotaliśmy się, by zawrócić okręt dziobem do wiatru, targnęła nim potężna fala i zaczęliśmy 
nabierać  wody  szybciej  niż  mogliśmy  ją  wyczerpywać.  Straciłem  już  wszelką  nadzieję  na 
uratowanie życia, gdy raptem nadpłynął szybki koryncki okręt i stanął o pięćdziesiąt metrów po 
stronie  nawietrznej,  nie  śmiąc  przybliżyć  się  do  nas  z  obawy  przed  zderzeniem.  „Toniemy, 

toniemy!” — wrzeszczeli Fenicjanie we własnym języku.  „Czy jest tam jaki  grecki żeglarz? — 
krzyknął  koryncki  kapitan.  —  Jeżeli  jest,  to  niechaj  skoczy  w  morze  i  chwyci  się  tej  liny!” 
Umocował  koniec  długiej  liny  przy  podstawie  masztu  i  cisnął  ją  z  wiatrem.  Skoczyłem  przez 
burtę,  śmiało  podpłynąłem,  chwyciłem  się  liny  ratowniczej  i  wyciągnięto  mnie  na  pokład. 
Wówczas Koryntczyk zawrócił opuszczając Fenicjan, by się potopili. 

Oczekiwałam,  że  Ajton  opowie  resztę  wydarzeń  tak,  jak  ja  je  słyszałam  —  że  w  okręt 

uderzył  piorun,  a  jego  wyniosła  woda  na  brzeg  przy  Rejtronie.  Wiedział  on  jednak,  że  nie 
chciałabym,  by  wuj  zaczął  zadawać  kłopotliwe  pytania,  wymyślił  więc  powiastkę  o  tym,  jak 
koryncki  kapitan  również  postanowił  sprzedać  go  w  niewolę;  jak  w  połowie  wybrzeża  w 
kierunku Motji dobili do brzegu, żeby nabrać wody, zostawiwszy go mocno skrępowanego pod 
ławkami. 

— Udało mi się rozwiązać silnymi zębami — rzekł Ajton — popłynąłem na brzeg i ruszyłem 

ku  wzgórzom.  Bogowie  skierowali  moje  stopy  wyboistą  drogą,  aż  doszedłem  do  chaty  tego 

szlachetnego  świniopasa.  Panie  mój,  Mentorze,  byłem  niegdyś  bogaty,  a  chociaż  teraz 
zubożałem,  może  potrafisz  domyślić  się  plonów  przejrzawszy  ścierniska.  Uniknąłem  czarnej 
śmierci  w  morzu  i  niewoli,  która  gorsza  jest  niż  śmierć,  i  oto  jestem,  dobry  kuzyn,  na  twoje 
rozkazy. Jeśli odważne serce, mocne ramię do miecza i celne oko mogą przydać się na coś tobie i 
mojej  kuzynce,  księżniczce  Nauzykai,  w  waszych  obecnych  nieszczęściach,  wiedz,  na  kim 
możesz  polegać.  Eumajos  opowiedział  mi  o  okrutnych  łotrach,  którzy  knują  zburzenie 
królewskiego domu. 

Wuj powziął nagłą decyzję. 
— Ajtonie — rzekł — twoje zalety są zaletami naszego plemiona: twoje męstwo jest naszym 

męstwem,  duma  naszą  dumą.  Za  pozwoleniem  twoim  i  mojej  siostrzenicy  mam  zamiar 
powiadomić  zalotników,  że  mój  szwagier,  król,  przysłał  cię  z  piaszczystego  Pylos,  abyś  został 
małżonkiem  Nauzykai;  że  ona  się  na  to  zgadza;  że  ja  się  zgadzam;  i  że  oni  nie  mają  już 
wymówki, aby koczować na naszych dziedzińcach. Oświadczenie to, rozumiesz, będzie tylko z 
konieczności.  Choć  byłbym  naprawdę  szczęśliwy,  gdyby  król  cię  przyjął  na  zięcia,  nie  mogę 

background image

ręczyć  za  nic  w  tym  rodzaju.  Nadto  obiecał  on  mej  siostrzenicy,  że  jej  nie  będzie  zmuszał  do 
wybrania  męża,  wobec  którego  czułaby  niechęć,  a  kto  wie,  czy  ona  podziela  moje  wielkie 
wyobrażenie o tobie? Dodam więc, że posłałeś po wiano na Kretę i że ślub tymczasem nie może 
być  dopełniony.  Umożliwi  nam  to,  jeśli  tylko  pójdzie  dobrze,  odsunięcie  na  czas  jakiś  tych 
wszystkich  kłopotów.  Teraz  muszę  już  iść,  zostawiając  Nauzykaę  pod  twoją  opieką,  póki  mój 
siostrzeniec  Klitoneos  nie  zjawi  się  tu  na  umówione  spotkanie,  co  może  nastąpić  dziś  w  nocy. 
Popłynął on do Minoi w nadziei, że uzyska zbrojną pomoc od swego brata Haliosa. 

— Przyjmuję to zadanie z ochotą. Jakie są dla mnie zlecenia? 
— Jeśli zalotnicy zrobią, jak poproszę, przyślę tu haftowane szaty i piękne czerwone obuwie, 

byś zrobił dobre wrażenie, gdy się pojawisz. Jeżeli nie, trwaj tutaj w ukryciu, póki zamiast szat 
nie przyślę broni i zbroi. Kiedy zaś będziesz mu towarzyszyła, Nauzykao, wepnij lepiej we włosy 
moly, a nie róże, i natrzyj mu tym zielem ręce, aby go Hermes strzegł. Ale bez względu na to, 
jaką przyślę wieść, dajcie mi jak najprędzej znać, co Klitoneos przyniósł od Haliosa. Wypiszcie 
to  nożem  na  kawałku  kory  i  dajcie  synowi  Eumajosa,  by  ukrył  w  swej  sakwie  pod  chlebem  i 

serem. Ufajmy bogom! 

— Czekaj, odpocznij. Zapominasz o obiedzie. 
— Nie mogę czekać. Jest jeszcze jedzenie w torbie, zjem sobie w drodze, a nie czuję już w 

nogach zmęczenia — poniosą mnie z góry niby obute w skrzydlate sandały Hermesa. 

Pocałował  mnie  czule,  uścisnął  dłoń  Ajtona  i  poszedł  powiedzieć  Eumajosowi,  że  ze 

względów bezpieczeństwa pozostanę w jego chacie i nikt oprócz domowników nie śmie wiedzieć 
o mojej tu obecności. 

Patrzyłam za nim, póki nie zniknął, i westchnęłam lekko. Kiedy wróciłam do chaty, Eumajos 

płakał, lecz nie chciał powiedzieć czemu. 

background image

STRZAŁY OD HALIOSA 

Tego  wieczora,  po  zapędzeniu  macior  i  prosiąt,  chrząkających  posępnie  i  kwiczących,  do 

rozlicznych  chlewów  a  wieprzy  do  zagrody,  Eumajos,  jego  syn,  Ajton  i  ja  siedzieliśmy  razem 
pijąc  wino  w  chacie  na  godzinę  przed  kolacją,  gdy  tymczasem  zwierzęta  stopniowo  przestały 
hałasować i umościły się na noc. Kolacja była wyśmienita, bo na moją cześć Eumajos wybrał pod 
nóż najlepszego wieprzka, który kwiczał, że aż za serce rwało. Przywleczono zwierzę do ogniska, 
gdzie płonął już wielki stos suchego drzewa. Eumajos wystrzygł i rzucił w ogień kępkę szczeci, 
modląc  się  przy  tym  do  nieśmiertelnych  o  szybkie  połączenie  naszej  rodziny  i  szczęśliwe 
zakończenie  —  jak  to  rzekł  oględnie  —  „kłótni  o  zamążpójście  księżniczki”.  Wywinął  potem 
wiązką drzewa i wyrżnął nią w podstawę czaszki wieprza powalając go bez czucia, za czym jego 
syn poderżnąwszy gardło zwierzęciu osmalił je, obdarł ze skóry i biegle oprawił. Na podściółce 
tłuszczu położono po plasterku mięsa z każdej ćwierci, posypano mąką jęczmienną i rzucono w 
płomienie  na  ofiarę  bogini  Kerdo.  Gdy  mięso  zostało  pocięte  na  małe  kwadratowe  kawałki  na 
pniu do rąbania — pionowo ustawionej sosnowej kłodzie — usiedliśmy wszyscy w kucki wokół 
ognia z drewnianymi szpikulcami w dłoniach i  piekliśmy soczyste kęski. Eumajos opowiedział 
wówczas Ajtonowi dzieje swego życia, które znałam dotąd tylko we fragmentach. 

— Będąc z pewnością nie gorzej urodzonym niż ty, panie — zaczął — wywołałem zazdrość 

bogów jeszcze za młodu. Ktezjos, mój ojciec, rządził w dwóch jońskich miasteczkach, Syrako i 
Ortygii, z których drugie jest pobudowane nad wielką przystanią na wschodzie Sycylii, pierwsze 
zaś na lądzie stałym, nie opodal. Jest to kraj bardzo zdrowy, bogaty w stada i trzody, jęczmień i 

winne grona. Nie miałem jeszcze sześciu lat, kiedy feniccy kupcy przywieźli do Ortygii ładunek 
ślicznych  rzeczy  z  Egiptu,  a  moja  niańka,  fenicka  niewolnica,  zakochała  się  w  żeglarzu. 
Uwiódłszy to piękne stworzenie żeglarz postanowił wziąć ją z sobą do Sydonu i poślubić, jeśli 
będzie  mogła  wnieść  mu  dostateczny  posag.  Toteż  pewnego  wieczoru,  kiedy  on  i  moja  matka 
targowali  się  o  naszyjnik  ze  złota  i  bursztynu,  który  ją  zachwycił,  a  wszystkie  służebne 
przysłuchiwały się im z uciechą, moja bezlitosna niańka porwała mnie za rękę i wymknęła się z 
pałacu.  Na  dziedzińcu  biesiadnym  przeszła  obok  stołów  zastawionych  napoczętym  mięsiwem, 

background image

gdyż odbywała się tam  uczta. Ojciec i  biesiadnicy byli w Sali Rady, chwyciła więc trzy  cenne 
puchary, ukryła je w zanadrzu i pognała mnie do przystani obiecując, że mi pokaże fenicki okręt, 
jeśli  będę  cicho.  Biegłem  radośnie  przy  jej  boku,  ale  jak  tylko  weszliśmy  na  pokład,  a  moją 
uwagę  odwrócono  śliczną  zabaweczką  —  konikiem  wysadzanym  klejnotami,  co  miał  głowę  i 

ogon  ruchome  —  okręt  podniósł  kotwicę  i  zobaczyłem,  że  jestem  jeńcem.  Nawet  zakneblowali 
mi  usta,  żebym  nie  krzyczał,  a  niańka,  która  dotychczas  zawsze  mnie  traktowała  z  przesadną 
miłością, chlasnęła mnie po twarzy i powiedziała: „Teraz ty, zepsuty, kapryśny bębnie, poznasz 
gorycz służalczości, jak ja ją poznałam”. Choć byłem  zwykłym  dzieckiem,  dość byłem mądry, 
żeby  odpowiedzieć:  „Nianiu,  ja  cię  nigdy  nie  skrzywdziłem,  niech  mnie  bogowie  pomszczą!” 
Zbiła mnie za to tak bezlitośnie, że kapitan ujął się za mną i wziął pod własną opiekę. Byliśmy 
ledwie  siedem  dni  na  morzu,  kiedy  ta  niegodziwa  kobieta  straciła  równowagę  przy  przechyle 
okrętu na wietrze i padając skręciła kark. 

Zostałem  wówczas  sam,  a  sydoński  kapitan  sprzedał  mnie  rodyjskiemu  kupcowi,  który 

następnego roku przywiózł mnie z powrotem do Ortygii pewny wielkiej nagrody, byłem bowiem 
jedynym  dzieckiem  swego  ojca.  Tymczasem  jednak  ojciec  umarł,  tron  przeszedł  na  mego 
kuzyna, a ten bezbożny łajdak przysiągł, że ja nie jestem zaginionym księciem, i odmówił matce 
bez  ogródek  pozwolenia  na  wejście  na  okręt.  Wówczas  Rodyjczyk  sprzedał  mnie  za  bardzo 
skromną  cenę  królowi  Drepanon,  dziadkowi  księżniczki  Nauzykai,  który  traktował  mnie 
łaskawie i wychowywał w pałacu razem z własnymi dziećmi. Będąc niewolnikiem nie mogłem 
wynosić się ponad swój stan — choć kochałem serdecznie najstarszą księżniczkę a ona mnie — i 
gdy  dorosłem,  aby  móc  zarobić  na  utrzymanie,  zamiast  próżniaczyć  się  w  pięknej  chlajnie  i 
chitonie, z parą psów u nogi, z wymuskanymi i pachnącymi włosami, musiałem włożyć robocze 

ubranie,  zapomnieć  o  delikatnym  wychowaniu  i  uczyć  się  zawodu  świniarza,  jako  terminator  u 
Sykańczyka, królewskiego świnopasa. Dobre życie na swój sposób, nie ma co, i mogłem zawsze 
liczyć na przyjaźń starego króla i królowej. Poślubiwszy córkę głównego świnopasa — teraz, już 

dawno  w  grobie  —  odziedziczyłem  po  nim  stanowisko.  Wspominam  jednak  czasem,  że 
urodziłem  się  księciem,  i  marzę  o  wielkich  czynach  dokonanych  z  mieczem  i  tarczą  w  ręku. 
Zanim  się  tu  osiedliłem,  wykonywałem  wojenne  ćwiczenia  w  towarzystwie  znakomitego  ojca 
Nauzykai  i  może  jeszcze  teraz  posiadam  biegłość  i  siłę,  żeby  zabłysnąć  w  bitwie.  Jednak 
zeszłego  roku  znikła  ostatecznie  ta  resztka  nadziei,  którą  miałem,  że  odzyskam  ojcowe 
dziedzictwo.  Koryntyjczycy  wykorzystując  spory  dynastyczne  zagrabili  Syrako  i  Ortygię  i 
założyli na tym  miejscu  nowe pyszne miasto,  Syrakuzy, którego strzeże trzydzieści  wojennych 

galer. 

— Starcze — rzekł Ajton — cios, jaki zadałeś temu wieprzkowi, równie szybko posłałby do 

Hadesu męża ubranego w hełm. 

Gdy  zdjęto  upieczone  mięso  ze  szpikulców,  Eumajos  wyjął  siedem  bukowych  mis  i 

background image

wszystkie kopiasto napełnił. Pierwszą dla mnie, drugą dla Ajtona, trzecią dla siebie, czwartą dla 
syna, a piątą dla Mezauliosa, sykulskiego niewolnika, którego kupił od węglarza bardzo tanio, bo 
wydawało  się,  że  jest  umierający,  lecz  wkrótce  wyzdrowiał  na  górskich  ziołach  i  dobrym 
jedzeniu.  Szósty  i  siódmy  talerz  zachowano  dla  górskich  nimf  i  pasterskiego  Hermesa,  którzy 
wspólnie odbywają orgie w gajach Hyperei w każde wiosenne zrównanie dnia z nocą. Mezaulios 
rozdzielił  porcje  chleba  jęczmiennego  i  gdyby  nie  pchły,  nie  mogłabym  pragnąć  lepszego 
posiłku.  One  jednak  zjadały  mnie  żywcem,  a  perspektywa  spędzenia  całej  nocy  w  chacie 
przerażała  mnie.  Widziałam,  że  Ajton  cierpiał  tak  samo  jak  ja,  co  mnie  trochę  pocieszało.  W 
końcu Mezaulios zebrał  ze stołu, a Eumajos  obwieścił, że nadszedł  czas pójścia na spoczynek. 
Choć  była  zimna,  wietrzna  pogoda  i  deszcz  kropił  przez  dymnik  sycząc  na  rozżarzonych 
węglach,  zawyrokował,  że  byłoby  niewłaściwe,  gdyby  ktokolwiek  z  mężczyzn  pozostawał  w 
moim  towarzystwie,  nawet  przy  założonej  zasłonie.  Ofiarował  mi  swoje  łóżko  i  najlepszą 
sukienną  chlajnę  zamiast  koca,  pokazał,  jak  zaryglować  drzwi  przed  nieproszonymi  gośćmi, 
uroczyście życzył mi dobrego snu i wyprowadził swoich towarzyszy, zostawiając mnie sam na 
sam z ogniem i pchłami. Poszli do schronu pod nawis skalny przy bramie, gdzie narzucali kupę 
słomy  na  podściółkę  z  gałęzi.  Każdy  na  zmianę  stróżował,  bo  mogli  kręcić  się  w  pobliżu 
sykańscy  bandyci;  chociaż  i  tak  psy  Eumajosa  podniosłyby  alarm.  Zazdrościłam  Ajtonowi! 
Bliskość ognia przyciąga pchły, a jeśli nie zabrał jakiej z chaty, musiało mu być wygodnie spać. 
Eumajos i jego ludzie już nie czuli ukąszeń pcheł, bo ich krew była przyzwyczajona do jadu albo 
mieli za twardą skórę, żeby insekty mogły ją przebić. 

Nie mogłam zmrużyć oka, tylko siedziałam na stołku przy ogniu drapiąc się i zdejmując to 

czarne  utrapienie  z  białego  ciała.  Dziwne,  moją  głowę  zalała  powódź  pięknych,  gładko 
biegnących  heksametrów  —  opowieść  o  tym,  jak  Odyseusz  przybył  na  Ajaję  i  spotkał  się  z 
Ateną,  która  ofiarowała  mu  moly;  rzecz  jasna,  upodobniłam  je  do  cyklamenu,  a  nie  czosnku. 
„Łatwo jest być poetą — myślałam. — Mogłabym skomponować całą pieśń w przeciągu jednej 

nocy.”  Zatrzymałam  się  jednak  po  sześćdziesięciu  wersetach  i  utrwaliłam  je  sobie  w  pamięci; 
gdybym  pokusiła  się  o  więcej,  zapomniałabym  pewnie  wszystkich.  Był  to  początek  mojego 
wielkiego poematu epicznego, choć jeszcze nie przybrał on kształtu w moim umyśle. Eumajos, 
któremu  później  powiedziałam  o  swoim  przeżyciu,  widział  w  nim  zasługę  bogini  Kerdo,  która 
nie  tylko  strzeże  pasterzy,  lecz  darzy  natchnieniem  poezję  i  wyroczne  wypowiedzi;  ja  jednak 
dziękowałam pchłom, że mi nie dawały spać. 

Z  pierwszym  brzaskiem  odryglowałam  zasuwę,  wyszłam  na  chłodne  podwórze  i  wspięłam 

się  na  mur,  żeby  wypatrywać  Klitoneosa,  który  niebawem  powinien  nadejść  krętą  zachodnią 
drogą od Halikii. Czekałam  zaledwie chwilę, gdy zaskoczył  mnie dźwięk mego imienia — tuż 
przy  mnie  stał  Klitoneos.  Psy,  znając  go  dobrze,  nie  obwieściły  jego  nadejścia  zwykłym  krew 
mrożącym  harmiderem.  Eumajos  już  wołał  do  Mezauliosa  o  wino,  chleb  i  misę  zimnego 

background image

mięsiwa. Weszliśmy do chaty, roznieciliśmy ogień i zjedliśmy śniadanie, ale ponieważ Klitoneos 
ani  słowem  nie  napomknął  o  swojej  podróży,  prócz  tego,  że  schronił  się  przed  burzą  w 
przydrożnej świątyni, ja o nic nie pytałam, choć aż płonęłam z ciekawości. Eumajos wyszedł i 
zajął się wieprzami. 

— Dobre wieści? — spytałam zamykając drzwi. 
— Dobre — odrzekł Klitoneos z niewielkim entuzjazmem. — Widziałem Haliosa; obiecuje 

pomoc. Powiem ci, co się zdarzyło. Zaraz za Przylądkiem Lilybajon wiatr zaczął nam dąć prosto 
od  rufy  i  następnego  dnia  po  południu  znaleźliśmy  się  w  Minoi.  Naturalnie  sykulska  straż 
portowa  zachowała  się  podejrzliwie  —  musiał  to  być  pierwszy  od  pięciu  lat  elymejski  okręt, 
który  tam  dobił  —  lecz  słysząc,  że  mam  pilne  zlecenie  do  Haliosa,  zmienili  postawę.  Halios 
wybudował był królowi pałac w greckim stylu, podobny do naszego, tylko że mniejszy, i kiedy 
przyszedłem, piękne młode niewolnice wykąpały mnie, natarły oliwą i przyniosły czystą bieliznę. 
Potem do polerowanego stołu przystawiono krzesło i te same dziewczęta przyniosły najróżniejsze 
potrawy z ryb i dziczyzny, wołową polędwicę, sosy i słodycze, i wino w złotym kielichu. Przy 
okazji rogi jałówki, którąśmy jedli, pozłocono na cześć sykulskiej bogini księżyca Kardo, która 
jest bardzo podobna do Eumajosowej Kerdo. W końcu pokazał się Halios i usiadł naprzeciwko 
udając, że mnie nie poznaje, i nazbyt grzeczny, by powiedzieć chociaż słowo, nim skończę jeść; 
tylko pilnie mi się przypatrywał. Wygląda dobrze i kwitnąco, a Minojczycy, jak się zdaje, żywią 
wobec  niego  większą  cześć,  niż  jakikolwiek  Grek  może  sobie  zaskarbić  we  własnym  kraju. 
Posiłek skończył się, dziewczyna przyniosła srebrny dzban ciepłej wody, obmyła mi zatłuszczone 
dłonie i wytarła je lnianym ręcznikiem. 

Wówczas  Halios  zapytał  ostrożnie:  „Kim  jesteś,  panie?  Ten  płaszcz  wskazuje,  żeś 

królewskiego rodu,  a także twoja zbroja. Domyślam  się, że masz do mnie jakieś zlecenie, lecz 
jeszcze nie znam imienia tego, kto cię przysłał.” 

„Kochany  Haliosie,  nie  poznajesz  mnie?  —  krzyknąłem.  Ja  jestem  twój  brat  Klitoneos, 

przychodzę  tu  od  twojej  matki  i  siostry  Nauzykai”.  Twarz  jego  przybrała  wyraz  tkliwości  i 
zaciągnął  purpurowy  faros  na  oczy,  żeby  ukryć  łzy.  Potem  wypytywał  się  o  wasze  zdrowie. 
Muszę ci powiedzieć przy okazji, że Halios tak się zsykulizował, iż nikt nie wziąłby go za Elyma, 
gdyby  nie  wielkość  postaci.  Miał  nadzwyczajne  szczęście,  gdy  tylko  tam  przybył.  Królowi, 

rozumiesz, Rada kazała wybrać zięcia i spadkobiercę tronu podczas dorocznych igrzysk ku czci 
założyciela Minoi. Z dwóch jednak kandydatów, którzy wysunęli się na czoło, jeden miał wybite 
podczas  zapasów  oko,  drugi  zaś  odcięte  w  walce  na  miecze  ucho.  Przy  tym  wyrocznia  Kardo 
obwieściła, że nie jeden, a wszyscy mężowie muszą rządzić w Minoi i że następca tronu obrany 
przez  boginię  nadciąga  spiesznie  od  zachodu,  z  gniewem  w  sercu,  który  musi  być  za  wszelką 
cenę  uśmierzony.  Kapłanka  miała  na  myśli  Haliosa  i  według  niego  opierała  się  raczej  na  swej 
boskiej wiedzy niż na dobrze uporządkowanym systemie rozumowania. 

background image

—  Gdyby  twoja  wieść  była  taka  dobra,  jak  twierdzisz  —  mruknęłam  zostawiłbyś  mniej 

ważną część opowiadania na sam koniec. Co Halios powiedział lub obiecał? 

—  Kiedy  powiedziałem  mu  o  twoich  lojalnych  próbach  obrony  jego  sprawy  i  o  tym,  że 

ojciec nie chciał cię wysłuchać, odrzekł z głębokim westchnieniem: „Ojciec uwierzył, że jestem 
nie  tylko  zdolny  do  barbarzyńskiej  zbrodni,  ale  także  i  do  krzywoprzysięstwa,  przysiągłem 
bowiem na Zeusa i Temidę, żem niewinny. A przeklinając, wypędził mnie z domu. Póki więc nie 
przyjdzie tu osobiście, nie zdejmie ze mnie przekleństwa i nie wynagrodzi mi szkody — jakież 
mam wobec niego obowiązki? Dla was żywię głębokie uczucie, a za matkę i siostrę oddałbym 
życie z ochotą”. Wyrzekłszy to wezwał swego namiestnika i kazał mu przynieść sto dwanaście 
strzał o nowych grotach ze spiżu, w wojennych kołczanach, po osiem w każdym. Wręczył mi je 
uroczyście i  rzekł:  „Ostrzeż zalotników poprzez sykulskie strzały, po jednej  na każde serce, że 
jeśli natychmiast nie opuszczą pałacu i nie zwrócą swych kradzieży poczwórnie, żaden z nich nie 
ujdzie  z życiem.  Popłynę  przeciwko  nim  osobiście”.  Przysłał  ci  też  podarek:  tu  oto  grzebień  z 
kości słoniowej, z Karii — spójrz na te czerwone sfinksy na nim. A to rzeźbione lustro dla naszej 
matki. Ja dostałem haftowane koce, srebrny krater i włócznię na dzika; zostawiłem to na okręcie. 
Halios podwiózł mnie swoim rydwanem aż do granic Halikii. 

— Jak silną flotę zamierza przywieźć nam na pomoc? 
—  Kiedy  zadałem  mu  to  pytanie,  wyznał  szczerze,  że  jego  pogróżki  są  czcze:  żadne 

sykulskie  okręty  nie  stawią  czoła  naszym  drepanońskim  trzydziestowiosłowym,  chyba  że  w 
dwukrotnej  przewadze  na  ich  korzyść.  Nie  może  też  zwerbować  floty  bez  odwołania  się  do 
swych  przybrzeżnych  sprzymierzeńców  i  obiecania  im  udziału  w  łupach  Drepanon,  kiedy  je 
splądrują — czego bynajmniej nie pragnę. 

— Innymi słowy sytuacja się nie zmieniła. 
— Tak wygląda; chyba że zalotnicy zlękną się jego gróźb, co jest możliwe. 
— Klitoneosie, podczas twej nieobecności zaszło coś bardzo doniosłego. Może ci się wyda 

aż tak doniosłe, że nie powiesz zalotnikom o tych strzałach. Jutro w porze obiadu wuj obwieści, 
że jestem już wydana za kuzyna ze strony matki, który przybył tu nieoczekiwanie z piaszczystego 

Pylos. 

Patrzył  na  mnie  bez  wyrazu,  ale  niedowierzanie  zmieniło  się  w  pilne  zainteresowanie, 

zainteresowanie zaś w podniecenie, kiedy usłyszał o Ajtonie i o mnie — nie opowiedziałam mu 

jednak o naszym pierwszym spotkaniu nad Rejtronem, choćby dlatego, że Ajton zdał cokolwiek 
inaczej  sprawozdanie  ze  swoich  przygód  wujowi,  a  nie  chciałam  podkopywać  wiary  w  jego 
prawdomówność. 

— Być może podzielę wysokie zdanie o tym Kreteńczyku — powiedział w końcu Klitoneos. 

— Ale co będzie, jeżeli on się sprzymierzy z Antinoosem i Eurymachem? Co będzie, jeśli opłaci 
swój powrót do kraju zrzeczeniem się roszczeń do twojej ręki? 

background image

—  On  jest  pod  dębami  —  odparłam.  —  Pójdź  i  sam  osądź,  czy  to  obłudnik.  Stara  biała 

maciora ma o nim nie byle jakie mniemanie. 

Klitoneos wrócił po pewnym  czasie, żeby mi powiedzieć, jak szczerze pragnie, żeby nasze 

małżeństwo nie okazało się jedynie wykrętem: nigdy nie spotkał człowieka, którego by bardziej 
polubił od pierwszego wejrzenia. 

To mnie zakłopotało. Czym prędzej powiedziałam: 
—  Tak,  on  jest  bardzo  ujmujący,  lecz  czy  mogłeś  oczekiwać,  żeby  był  inny  w  takich 

okolicznościach? Żebrak w łachmanach, bez przyjaciół, uciekinier z okrętu niewolników, sam w 
obcym kraju, a oto dwóch bogatych mężów szlachetnego urodzenia wita go jako kuzyna! Czy to 
możliwe, by odkrył  swe defekty, jakie by one nie były:  złe uosobienie, lenistwo, okrucieństwo 
czy  zazdrość? Jak  mam w  takich  okolicznościach  orzec,  czy  może  być  moim  mężem?  No,  no, 
Klitoneosie,  pomyśl  realnie!  Nie  jest  chciwy  ani  zdradziecki,  to  ci  przyznaję,  i  jeślibym  tak 
myślała, na pewno nie pozwoliłabym wujowi Mentorowi wykorzystać go w ten sposób. Zgadzam 
się  też,  że  może  uchodzić  za  przystojnego  i  dobrze  zbudowanego.  Ale  wyłączając  niektórych 
członków naszej rodziny — z naszym ojcem na czele — czy znasz kogoś przystojnego, kto nie 
jest ani głupi, ani próżny? Stój no, braciszku! Ten plan został powzięty jedynie dla zyskania na 
czasie,  nie  po  to,  żeby  znaleźć  mi  męża,  który  byłby  godzien  twego  poważania.  Ajton  to  sam 
rozumie. Nie ma co, stara maciora wyrażała się o nim bardzo pochlebnie. 

— W zamian za to Ajton wyrażał się o tobie bardzo pochlebnie. 
— Wprawia się do swojej roli. A sądzę, że i ja muszę udać, że niejako odwzajemniam mu 

czułość. 

— Czujesz więc niechęć wobec niego? 
—  Na  wszystkich  bogów,  nie  daj  mu  powodów  do  takich  podejrzeń!  Choć  może,  gdybyś 

nawet wyrwał się z tym, on by ci nie uwierzył. Mężczyzna taki jak Ajton spodziewa się, że nawet 
jeżeli śmierdzi chlewem i słoma mu sterczy w rozczochranych włosach. — każda kobieta w nim 
się zakocha. 

— Chciałabym go zobaczyć odpowiednio ubranego i z bronią. Musi wyglądać wspaniale. 
— Miejmy nadzieję, że wkrótce będzie miał sposobność stanąć w całej okazałości na nasze 

usługi. 

— Uważasz, że można zaufać Eumajosowi i jego synowi? 
— Do ostatka. Gdy wuj nam doniesie, jaką zalotnicy dali mu odpowiedź, wtajemniczę mniej 

więcej  Eumajosa.  On  naturalnie  jest  zaintrygowany  naszym  spotkaniem  tutaj  i  całym  tym 

ruchem. 

— Jakie są nasze szanse, że zalotnicy przyjmą Ajtona jako twojego przyszłego męża? 
—  Nie  wątpię,  że  niektórzy  pójdą  do  domu,  ale  większość  pozostanie  —  Eurymach, 

Antinoos, Ktesippos i ich stronnicy za bardzo się w to zaangażowali, żeby ustąpić. A najbliższy 

background image

problem, najdroższy Klitoneosie, nie jest łatwy: musisz zabić Eurymacha nie wdając się w walkę 
z przytłaczającą przemocą. 

—  Dlaczego  właśnie  Eurymacha?  Czemu  nie  tego  łotra  Ktesipposa,  którego  kłamstwa 

wygnały Haliosa z kraju? 

— Bo Eurymach zamordował Laodamasa! 
Kiedy opowiedziałam o zacerowanym chitonie, z trudem udało mi się zatrzymać Klitoneosa, 

żeby nie pobiegł  natychmiast  wywrzeć zemstę.  Zabrałam  go więc na spokojną przechadzkę do 
dębów  i  Źródła  Aretuzy  nalegając,  by  ukrył  gniew,  bo  jeszcze  Ajton  mógłby  pomyśleć,  że 
powiedziałam o nim coś nieprzychylnego. Klitoneos był na tyle dobry, że zadowolił mój kaprys, i 
niebawem tańczyliśmy przy dźwiękach liry, bo Ajton nauczył się naszych narodowych melodii 
od swojej matki, jednak nie znał kroków tańca. Następnie obaj z Klitoneosem rzucali oszczepami 
do celu, a potem złapaliśmy trzy żuki z czarnymi grzbietami i kazaliśmy im się ścigać. Żółtawe 
bielinki  i  czerwone  admirały  bujały  nad  nami,  jaszczurki  zażywały  słonecznej  kąpieli  na 
nagrzanych  skałach,  a  dzień  był  taki  piękny,  że  daleko,  daleko  na  południu  widniała  wyraźnie 
wyspa  boginki  Kalipso.  Spędziliśmy  bardzo  szczęśliwy  ranek,  a  psy  na  straży  wokół  dębiny 
nastawiając uszy, czy nie nadchodzi jaki intruz, dawały nam poczucie bezpieczeństwa. 

Dopłynęło do nas dalekie nawoływanie: 
— Polecenie pana mego, Mentora! Sześć tłustych wieprzy potrzebne natychmiast! 
Eumajos odkrzyknął: 
— Chodźcie i weźcie! 
— Boimy się twoich przeklętych psów! 
Pobiegłam zainterweniować. 
—  Eumajosie  —  powiedziałam  —  lepiej  nie  pozwalaj  tym  ludziom  podchodzić  bliżej. 

Uwierz raz jeden, że wuj istotnie zamówił te wieprzki. Twój syn spędzi je na dół i zaniesie mu tę 
wiadomość. Masz, musi ją schować w swojej sakwie. 

Wręczyłam  mu  kawałek  kory,  na  której  wydrapałam:  „Pomoc  obiecana”.  Zniechęciłabym 

wuja, gdybym napisała więcej. 

Eumajos więc, krzyknąwszy: — Zaczekajcie, przyślę wam wieprze — poszedł wybrać sześć 

najmarniejszych z trzody. 

Zaczęłam wyrzynać swoje nocne wiersze na miękkiej korze wierzbowych polan, które Ajton 

dla mnie rąbał, po cztery wersety na każdym, poprawiając w toku pisania — a mogę powiedzieć, 
że  wywołało  to  nie  lada  sensację  wśród  przyglądających  się  pastuchów,  którzy  mnie  brali  za 
czarownicę.  Zaledwie  skończyłam  i  już,  już  miałam  uciąć  sobie  drzemkę  pod  drzewem,  kiedy 
niespodziewanie  wrócił  syn  Eumajosa,  pozdrowił  mnie  drżącymi  ustami  i  oddał  z  powrotem 
wiadomość, którą miał doręczyć. 

Obejrzałam pasek kory, ale nie znalazłam na nim nic. 

background image

— Jaką ci dał odpowiedź pan Mentor? — spytałam. 
Potrząsał głową i beczał ocierając łzy brudnym kułakiem. 
Eumajos zaczął go wypytywać szybko po sykańsku. Potem powiedział mi ze smutkiem: 
— Księżniczko Nauzykao, płakałem minionej nocy, gdy mnie wyrocznia ostrzegła, że już nie 

ujrzę twego szlachetnego wuja żywym. Wrogowie jego zaczaili się w zasadzce u stóp góry, gdzie 
słodko  pachną  sosny.  Oszczep  rzucony  zza  skały  przebił  szerokie  barki,  a  Hermes  uniósł  jego 
duszę ledwie dotykając zbocza góry pierzastymi sandałami. Antinoos jest zabójcą, chociaż jego 
zwolennicy przysięgają, że jadł jeszcze w domu śniadanie, gdy Melantios znalazł ciało. 

Kiedy z Ajtonem i Klitoneosem spoglądaliśmy na siebie niemo, każde z nas uczyniło to samo 

postanowienie krwawej zemsty. 

background image

UCZTA POGRZEBOWA 

Komu mogliśmy zaufać? I na czyją zbrojną pomoc liczyć, skoro zawiodły pokojowe środki? 

Ajton, Klitoneos, Eumajos, syn Eumajosa — ale ten ostatni umiał tylko biegle wywijać maczugą 
— i Filojtios, który zaprawiony do broni za młodu powinien wciąż być przydatnym żołnierzem. 
Pięciu przeciwko stu dwunastu zalotnikom i ze dwudziestu ich służby. Nie wydawało się to dużo. 

— Niewielką mielibyśmy szansę, zgadzam się — rzekł Ajton chłodno — gdybyśmy walczyli 

w  regularnej  bitwie.  Ale  całkiem  inna  sprawa  z  masakrą.  Moglibyśmy  pozabijać  i  kilkuset, 
chociaż  powtarzający  się  wysiłek  fizyczny  przy  ucinaniu  głów  lub  wyciąganiu  włóczni  z 

przebitego  ciała  daje  się  po  pewnym  czasie  we  znaki.  Tak,  na  przykład,  tego  popołudnia 
(niedługo  przed  pojmaniem  mnie  w  niewolę),  kiedy  zabiłem  ponad  czterdziestu  Egipcjan, 
goniliśmy  rozproszoną  kolumnę  uciekinierów  po  peluzjańskim  trakcie  i  musiałem  tylko 

przykładać ostrze miecza do ich karków. Jednakże ręka mnie rozbolała, nim skończyłem. I może 
trudno będzie odnieść tak znaczne zwycięstwo, jeśli nie przyłapiemy wroga niespodziewanie w 
zamkniętej  przestrzeni,  z  której  nie  ma  ucieczki.  Drodzy  krewni,  ponieważ  nikt  inny  z  nas 
pięciorga nie posiada tego rodzaju doświadczenia, błagam was, zróbcie mnie swoim przywódcą i 
pozwólcie  ułożyć  tę  kampanię  w  dokładnych  szczegółach.  Trzeba  mi  będzie  usług  was 

wszystkich  —  zwłaszcza  twoich,  księżniczko  Nauzykao  —  ale  musicie  pozwolić  mi  wydawać 
rozkazy,  których  będziecie  bezwzględnie  słuchali;  inaczej  nie  mogę  obiecać  całkowitego 

powodzenia. 

Wahałam się chwilę, kiedy usłyszałam, jak Ajton — wdzięczny mi niewolnik, niemy pionek, 

ochocze narzędzie — z ufnością proponował swoją osobę na mego pana, mojego wybawiciela, 
surowego  dyktatora.  Zmiana  wydała  mi  się  zbyt  gwałtowna,  by  mogła  wyjść  nam  na  zdrowie, 
ale,  oczywiście,  był  on  teraz  uznanym  krewnym  Mentora,  zobowiązanym  do  żądania  krwi  za 
krew  równie  bezwzględnie  jak  Klitoneos.  A  chociaż  sama  potrafię  zorganizować  większość 
imprez, od pikników nad brzegiem morza do wielkich uroczystości na cześć bogini Ateny, której 
jestem  kapłanką,  wojowanie  nie  jest  moim  rzemiosłem  —  o  czym  Hektor  musiał  przypomnieć 
żonie  w  wigilię  swej  śmierci.  Nie  widziałam  żadnej  innej  drogi,  trzeba  było  zgodzić  się;  a 

background image

Klitoneos przystał na to z entuzjazmem. Wówczas wezwaliśmy Eumajosa i przypuściliśmy go do 
tajemnicy. Ja mu ją wyjawiłam. 

— Eumajosie — rzekłam — bliski jest czas, gdy będziesz zadawał twarde ciosy, jakimi się 

chlubisz.  Musisz  być  jednak  ostrożny  jak  czajka  i  posłuszny  jak  twój  własny  pies.  Książę 
Klitoneos  i  ja  zamierzamy  podjąć  walkę  dla  pomszczenia  całego  bezprawia  wobec  nas, 
począwszy od zabójstwa naszego brata Laodamasa — a skończywszy na zamordowaniu naszego 
ukochanego wujaszka. Królewskie siły poprowadzi obecny tu pan Ajton, mój krewny ze strony 
matki, którego przysłałam tu do ciebie w przebraniu w tym właśnie celu... 

Klitoneos,  wciąż  nieświadom,  że  byłam  opiekunką  Ajtona  od  chwili  jego  przybycia, 

wytrzeszczył na mnie oczy. Ciągnęłam dalej: 

— ... i po to, by mu się nic złego nie stało, póki nie będzie nam potrzebna jego silna prawica. 

My z Klitoneosem ufamy panu Ajtonowi, że uczyni, co potrzeba, lepiej niż ktokolwiek inny na 

Sycylii, i przedstawiamy ci go jako twego przywódcę. Bądź cicho i nic nie mów, kiedy on będzie 
opracowywał  plan  akcji,  którą  wszyscy  razem  doprowadzimy  do  skutku.  Teraz  wymagam  od 
ciebie przysięgi w imię Kerdo, że będziesz mężny, wierny i nieznużony w boju. 

W niczyich oczach dotąd nie widziałam takiej uroczystej radości. Eumajos mocnym głosem 

wyrzekł  przysięgę  i  złożył  bogini  w  ofierze  młodego  warchlaka,  spalając  każdy  kawałeczek 
mięsa, by zdobyć jej przychylność. Przypatrywaliśmy się temu z ponurą aprobatą. 

Potem  Klitoneos  opowiedział  Ajtonowi  o  swych  odwiedzinach  w  Minoi  i  pokazał  mu 

kołczany.  Ajton  wyciągnął  strzałę,  zważył  ją  na  czubkach  palców,  zbadał  układ  piór  i  jakość 

zadziornego grotu. 

—  Sykul,  który  opierzył  i  uzbroił  te  strzały,  znał  swój  fach  —  wyrzekł.  Potem  spytał 

Klitoneosa: — Czy ciągle jeszcze masz zamiar zagrozić wrogom w imieniu Haliosa? 

— Tak obiecałem. 
—  Dotrzymasz  obietnicy,  co  nam  wyjdzie  bardzo  na  korzyść.  Bo  jeśli  pokażesz  te  strzały 

jedynie  na  znak  groźby,  zalotnicy  zlekceważą  je  znając  słabość  Haliosa  na  morzu  i  wcale  nie 
będą się zastanawiali, że wraz z łukiem i cięciwą mogą one zadać natychmiastową śmierć. 

Roześmiałam się radośnie. 
— Ajtonie — powiedziałam — twój plan tak pasuje do mojego jak dwie połówki rozciętej 

gruszki. Słuchając onegdaj „Powrotu Odyssa” dziwiłam się, jak pozbył się tak wielu zalotników 
jednym  łukiem.  Ale  omówiłam  tę  sprawę  z  Klitoneosem  (prawda,  bracie?)  i  bogini  Atena 
udzieliła mi wizji rzezi. 

Kiedy powiedziałam o łuku Filokteta i wyjaśniłam, na jaki chciałam go przeznaczyć użytek, 

odrzekł mi po prostu: 

—  Wydaje  się,  że  bogowie  są  równie  czynni  w  tej  sprawie  jak  i  my.  Musimy  przyjąć  z 

wdzięcznością każdą pomoc, której  nam  użyczają, zwłaszcza Atena. Ona zawsze ma przewagę 

background image

nad  bogiem  wojny  Aresem,  bowiem  Ares  ufa  brutalnej  sile,  a  gardzi  fortelami...  Czemu  nie 
miałabyś  pójść  do  Drepanon  przed  nami,  księżniczko,  i  powiedzieć  matce,  że  Klitoneos 
powrócił? Syn Eumajosa może cię eskortować. A potem poślij po Filojtiosa i wyjawiwszy mu, 
jeśli  uważasz  za  stosowne,  co  wyjawiłaś  Eumajosowi,  oddaj  go  pod  moje  rozkazy.  Pogrzeb 
odbędzie  się  niewątpliwie  jeszcze  dzisiaj,  bo  duch  zamordowanego  człowieka  domaga  się,  by 
spalono bez zwłoki jego ciało, tak jak duch Patroklosa w Iliadzie. Toteż gdy zobaczę daleki słup 
dymu  wznoszący  się  ze  stosu  —  głęboko  zasmucony,  że  nie  jestem  obecny  przy  obrządkach 
pożegnalnych — będę wiedział, iż nazajutrz mogę zejść z góry, zbadać sytuację, ułożyć plany i 
porozumieć  się  z  tobą  potajemnie.  Na  trzeci  dzień,  gdy  ty  i  ja  porobimy  wszelkie  możliwe 

przygotowania, niechaj  Klitoneos  z towarzyszącym mu  Eumajosem zaniosą te piękne strzały  w 
wyznaczone miejsce; wówczas można rozpocząć rzeź. 

— Nie tak prędko, krewniaku — powiedziałam. — Klitoneos musi najpierw pokazać strzały 

i  ostrzec  zalotników.  Musi  zażądać  od  tych,  którym  jeszcze  pozostało  trochę  wstydu  i  bojaźni 
nieśmiertelnych  bogów,  by  poprowadzili  Eurymacha  i  Ktesipposa  w  więzach  przed  Radę  jako 
oskarżonych o morderstwo. Jeżeli posłuchają, powinien obiecać w imieniu  króla, że daruje ich 
szaleństwa. Jeżeli odmówią i w ten sposób jawnie opowiedzą się po stronie zbrodniarzy, to już 
będzie  inna  sprawa.  Wówczas  można  puścić  między  nich  strzały  śmierci.  Potraktowaniem 
młodych głupców uczciwie i łagodnie przypodobamy się bogom... 

— I stracimy przewagę zaskoczenia — przerwał mi Klitoneos. — Wszyscy oni bez wyjątku 

zawinili. 

Ajton podzielał mój pogląd. 
—  Nie,  nie,  krewniaku!  —  zawołał.  —  Są  różne  stopnie  winy  i  jeśli  możemy  namówić 

porządniejszych spośród naszych wrogów, aby stanęli po naszej stronie przeciwko mordercom i 
buntownikom, to tym lepiej. Co się zaś tyczy przewagi zaskoczenia, ani księżniczka Nauzykaa, 
ani  ja  nie  mamy  zamiaru  jej  zaprzepaścić.  Pokaż  im  strzały,  a  będą  myśleli  tylko  o  groźbie 
sykulskiej inwazji, nie o ataku z naszej strony, którego siły z pewnością nie docenią. Tymczasem 
chciałbym  sobie  zrobić  plan  pałacu,  układając  go  z  kamyków  na  murawie,  póki  nie  poznam 
wszystkich  drzwi  i  okien  jak  swoich  własnych.  Opisz  mi  swych  wrogów  wszystkich  po  kolei, 
żebym  mógł  poznać  każdego  nawet  po  ciemku.  Spisz  mi  wszystkie  zasoby  pałacu.  Tak  to  się 
wygrywa bitwy, nim się je jeszcze zacznie. Pójdę przebrany za kulawego żebraka, by zalotnicy 
pogardzali mną jako istotą nie mniej próżniaczą i leniwą niż oni sami. 

Wkrótce  przekonaliśmy  Klitoneosa,  że  się  mylił,  i  w  godzinę  później  syn  Eumajosa 

odprowadził  mnie  do  Drepanon  tą  samą  drogą,  którą  przyszłam.  Łódka  ciągle  jeszcze  była  na 
brzegu.  Syn  Eumajosa  przewiózł  mnie  do  odosobnionej  przystani  i  z  łaski  Ateny  nikt  nie 
zauważył naszego przybycia. 

Monotonne  zawodzenie,  chwilami  wznoszące  się  do  krzyku,  dochodziło  od  strony  pałacu. 

background image

Weszłam przez drzwiczki od ogrodu i kiedy w przejściu spotkałam Ktimenę, udałam, że właśnie 
wstałam z łóżka. 

—  Czuję  się  teraz  dość  dobrze  —  powiedziałam  —  zażyłam  środek  nasenny  i  gorączka 

minęła. 

Ktimena zaczęła szlochać i spytała: 
— Czy nie słyszałaś zawodzenia! 
—  Słyszałam.  Ono  mnie  zbudziło  —  odrzekłam.  —  Kto  umarł?  Tuszę,  że  nie  żaden  z 

naszych przyjaciół czy krewnych? 

—  Twój  wujaszek  Mentor  —  wykrzyknęła  głuchym  głosem  —  zabity  przypadkowo 

rzuconym oszczepem w połowie drogi na Eryks. Jego ciało leży złożone na marach przed główną 
bramą. Obmyłyśmy je już i namaściły. 

— Daruj mi — powiedziałam wyrywając garść włosów z głowy i rozdrapując policzki, jak 

wypadało — muszę odnaleźć królową i złożyć jej swoje ubolewania. 

Moja matka, choć bledsza niż zazwyczaj, była spokojna jak zawsze. Skinęła, żebym podeszła 

bliżej,  i  obdarzyła  mnie  jednym  ze  swych  nieczęstych  pocałunków,  który  przyprawił  mnie  o 
szloch. Moje łzy są jeszcze rzadsze niż te pocałunki. 

—  Jak  twoja  gorączka,  kochanie?  —  spytała.  —  Spodziewam  się,  że  dobrze  zrobiłam 

zostawiając cię od południa do południa samą? 

— Tego mi właśnie było potrzeba, mamo — odparłam. — A jak widzisz, chociaż nogi mi się 

trochę trzęsą, już dobrze się czuję. 

Ponieważ  dziewczęta  słuchały,  nie  mogłam  napomknąć  o  powrocie  Klitoneosa,  ale  gdy 

zapewniłam  ją,  że  wkrótce  zemsta  dosięgnie  nieznanego  mordercę  mego  wuja,  wiedziała,  że 
wieści muszą być dobre. 

—  Zasłabłam  głupio  podczas  opłakiwania  brata  —  powiedziała  —  i  przyszłam  tu,  żeby 

powrócić do siebie. Wyjdę znowu za chwilę. Lepiej pójdź i odbądź swoją kolej w zawodzeniu, 
jeśli dość dobrze się czujesz, bo ludzie będą gadali. Ktimena użyła już sobie do woli. 

Zrobiłam,  jak mówiła. Ciało ubrano w haftowaną szatę i  wieniec z niebieskiego barwinku. 

Dokoła  mar  stały  ozdobne  dzbany  z  winem  i  oliwą,  które  miały  być  złożone  w  grobowcu, 
dostrzegłam  też  placek  z  miodem  dla  ułagodzenia  trzygłowego  Cerbera.  Obszerny  stos  drzewa 
był od dawna ułożony u końca cypla i gdy już zawodziłam blisko godzinę, ruszył pochód mijając 
tkalnię.  Główni  żałobnicy  —  mężczyźni  —  poszli  przodem,  za  nimi  poszłyśmy  my,  kobiety, 
śpiewając  pieśń  pogrzebową  w  takt  fletni.  Ośmiu  krzepkich  niewolników  niosło  mary  mego 
wuja.  Postawili  je  na  płaskim  wierzchołku  stosu.  Obok  mar  położono  zwierzęta  ofiarne  — 
koguta, czarne jagnię i ulubionego psa — także broń, zbroję i inkrustowaną szachownicę, bo wuj 
był  mistrzem  Drepanon  w  warcabach.  Mój  stary,  głuchy  dziadek  Fitalos  wymówił  słabym, 
beczącym głosem słowa pożegnania. Powiedział o wspaniałomyślności i męstwie swego syna, i o 

background image

strasznej  nagłości  śmierci;  nie  żądał  zemsty  na  anonimowych  mordercach,  nie  pojął  jeszcze 
bowiem,  co  zaszło.  Wówczas  Haliterses  przyłożył  do  stosu  pochodnię,  którą  uprzednio 
zmoczono w oliwie, ja zaś rzuciłam w ogień kłębek wyrwanych włosów i płakałam bez wstydu. 
Musieliśmy odstąpić o trzydzieści kroków przed gorącem, tak silny wiatr od morza rozbuzował 
płomienie. Skoro tylko ciało się spaliło, oblaliśmy miednicami wody gorejący żar, wygrabiliśmy 

z popiołów kości, obmyliśmy je w winie i oliwie i włożyli do dużej urny ze spiżu. Przekazaliśmy 
urnę  dziadkowi,  który  przyjął  dar  jak  oślepiony;  miała  być  zawieziona  na  Hierę  i  tam 
pogrzebana.  Potem  wróciliśmy  smutni  do  pałacu,  ciągle  śpiewając,  żeby  się  oczyścić.  Żaden  z 
zalotników  nie  był  na  tyle  zuchwały,  by  wziąć  udział  w  uczcie  pogrzebowej  nie  proszony,  a 
zaprosiliśmy jedynie starszych członków Rady. Kiedy przybyli, przejednaliśmy bóstwa Podziemi 
ofiarami  ogniska  domowego,  a  ze  wszystkich  stron  padały  wyrazy  smutku  nad  bezlitosnym 
losem, który przeciął tak szlachetny żywot. 

—  Nad  wyraz  szkoda  —  powiedział  Ajgyptios  —  że  jak  dotąd  nie  dało  się  wytropić 

właściciela oszczepu. Powinniśmy może ustanowić publiczne dochodzenie. 

—  Póki  łotr  nie  zostanie  ujęty  —  zamruczał  Haliterses  —  duch  zmarłego  dotknie 

nieszczęściem całe Drepanon od przystani do przystani. Panowie, radzę wam działać szybko. 

—  To  była  na  pewno  robota  jakiegoś  sykańskiego  bandyty  albo  mściwego  niewolnika  — 

mówił  dalej  Ajgyptios.  —  Żaden  z  Elymów  nie  mógłby  popełnić  umyślnie  tak  haniebnego 
morderstwa, a jeśli to był przypadek, nie wahałby się tego wyznać. 

— Panie mój, Ajgyptiosie — rzekł Haliterses. — Zazdroszczę ci niewinności serca. Widzę 

jednakże oczyma duszy całe rzeki krwi płynące, by ułagodzić tego ducha. Oby żaden z twoich 
krewnych nie był przy tym, kiedy zaczną latać strzały! 

—  Skrzeczysz  jak  żaba  na  wiosnę  —  odrzekł  Ajgyptios.  —  Każ,  proszę,  podczaszemu, 

niechaj napełni nam kielichy. On na wpół śpi. 

Zaczęli  omawiać  igrzyska  pogrzebowe,  które  miały  się  odbyć  nazajutrz.  Agelaos,  obecnie 

niewątpliwy  regent,  zaproponował  zorganizowanie  ich  w  pobliżu  Lasku  Ateny  —  bieg,  skok 
wzwyż,  podnoszenie  ciężarów,  pięściarstwo  i  zapaśnictwo.  Spodziewano  się,  że  mój  dziadek 

ofiaruje cenne nagrody. 

Sam  na  sam  z  matką  w  jej  sypialni  opowiedziałam  o  wyprawie  Klitoneosa  i  Haliosowych 

pogróżkach. Ona mi jednak przerwała: 

— Córko, nie chcę o tym słyszeć. Przed laty ojciec wydał wyrok na mego ukochanego syna. 

Przysięgłam, że nigdy już nie wymówię jego imienia, a jestem kobietą, która dotrzymuje słowa. 
Jeśli,  jak  powiadasz.,  głównodowodzący  Minojczyków  zechciał  przysłać  podarek  królowej 
Elymów, to ona mu zań dziękuje i na tym cała sprawa musi się zakończyć. 

Po chwili dodała: 
— Córko, a jeśli groźba zostanie zlekceważona, czy on może ją spełnić z powodzeniem? Czy 

background image

nie mądrzej byś postąpiła pozwalając zalotnikom jeszcze przez jakiś czas jeść naszą wieprzowinę 
i wołowinę, niż niecywilizowanym Sykulom spalić i ograbić nasz pałac? Ponieważ ta możliwość 
nie mogła ujść twojej uwadze, z tego wynika, że zaangażowałaś się w jakiś  inny z możliwych 
planów.  W  kim  pokładasz  ufność?  Musi  to  być  człowiek  dzielny  i  doświadczony  —  mąż  z 
mężów. Ty jesteś tylko kobietą, Nauzykao, a Klitoneos zaledwie chłopcem, Zaś mój biedny stary 

ojciec jest już jedną nogą w grobie — w rzeczy samej, tkam dla niego potajemnie całun, bo nie 
spodziewam się, że przeżyje zimę. Gdyby kto inny miał nas obronić, już dawno dałby się poznać. 
Mimo  to  siedzisz  tutaj  tłumiąc  podniecenie,  zupełnie  jakby  nagle  pojawił  się  mój  kochany 
Laodamas; to jednak, niestety, nie może się nigdy stać. Eurykleja na próżno usiłowała zataić tę 
sprawę  przede  mną:  wiem  już  teraz,  że  go  zamordowano.  Wiem  także,  że  płoniesz  chęcią 
pomszczenia jego i drogiego Mentora. I wiem coś jeszcze, bo chociaż siedzę tu przędąc i tkając, 
wciąż  w  pełni  władam  swoimi  pięcioma  zmysłami:  że  po  raz  pierwszy  zakochałaś  się,  mimo 
przysięgi,  że  nie  weźmiesz  żadnego  z  zalotników,  którzy  najechali  nasz  dom.  Toteż,  ponieważ 
jesteś dziewczyną, co nie pozwala sobie ulegać pokusie szaleństwa albo siedzieć jednocześnie na 
dwóch stołkach, taki z tego wyciągam  wniosek,  że człowiek, którego kochasz, człowiek, który 
podjął się wprowadzić w życie ten twój drugi plan, nie jest mi znany. Może wkrótce będziesz tak 

dobra przedstawić mi tego dzielnego nieznajomego? 

Nie ma co robić tajemnicy przed moją matką; mały paluszek o wszystkim jej powie. 
— Dobrze, mamo — powiedziałam — oczekuj go jutro. Jak wiesz, nie mogłabym poślubić 

człowieka, którego ty byś nie pochwalała. 

Spojrzała na mnie badawczo. 
— Ale czy on może ofiarować wiano, które by zadowoliło ojca? 
Popatrzyłam jej w oczy. 
— Tak, mamo, choć jest żebrakiem, da nam to wiano: ocali nasz dom. 
Krótki  moment  niepewności:  czy  nie  zakochałam  się  w  jakimś  sykańskim  przywódcy 

bandytów albo w kimś równie nieodpowiednim? Zaraz jednak odzyskała wiarę we mnie i szybko 
odpowiedziała: 

— To może wystarczyć, z zastrzeżeniem, że on jest szlachetnie urodzony. 
— Jako twój bliski krewny, mamo, powinien być odpowiedni. Wybacz mi teraz, proszę, ale 

gdy  mój  żebrak  przybędzie,  pamiętaj,  że  twój  brat,  Mentor,  byłby  go  już  przedstawił  tobie  i 
zalotnikom jako poślubionego mi męża, gdyby nie przeszkodziła czarna śmierć. 

Matka wzruszyła ramionami. 
— Skoro dokładnie ustaliliście te rzeczy — powiedziała — pozostawię je w waszych rękach 

bez dalszych pytań. Jeżeli będzie wam  potrzebna moja pomoc, przyjdziecie do mnie. Obiecuję 
zrobić dla was wszystko, co będę mogła bez narażania się na niełaskę twojego ojca. Chodź, to cię 
pocałuję. Jesteś dobrym dzieckiem i dziękuję bogom, że oprócz synów, przyczyny wielu utrapień 

background image

i smutku, urodziłam także córkę, z której postępowania czerpię prawie wyłącznie radość. 

Kiedy  przedtem  matka  powiedziała  bodaj  jedno  słowo  na  moją  pochwałę?  Była  równie 

roztropna jak wspaniałomyślna: zwiększyła pokładane we mnie nadzieje i uwolniła od niepokoju, 
który  wciąż  mnie  gnębił  —  od  obawy,  że  czułaby  się  urażona  stwierdziwszy,  iż  podejmuję 
ryzykowne zamierzenia nie radząc się jej. By dowieść swego zaufania, nie zapytała mnie nawet o 
imię  tajemniczego  nieznajomego,  któremu  powierzałam  obronę  naszego  domu,  ani  o  stopień 
łączącego  ją  z  nim  pokrewieństwa.  Musiała  jednak  głowić  się  nad  tym  problemem  całymi 

godzinami. 

Powiedziałam jeszcze: 
— Mamo, Eumajos i jego syn przysięgli walczyć za nas do ostatniej kropli krwi. Czy możesz 

odebrać  od  Filojtiosa  taką  samą  przysięgę?  On  już  musi  się  domyślać,  co  się  święci,  a  takie 
żądanie lepiej będzie wyglądało, gdy wyjdzie od ciebie niż od Klitoneosa albo ode mnie, skoro 
już nie ma wśród nas kochanego wujaszka. 

— Mogę przepowiedzieć, co on na to  odrzecze:  „Pozwólcie mi tylko  zabić Melantiosa, by 

uratować honor sług pałacu, a złożę przysięgę z radością”. 

I tak właśnie Filojtios powiedział. 
Nazajutrz  odbyły  się  igrzyska.  Dla  uszanowania  zmarłego  poszłyśmy  się  im  przyjrzeć  z 

Ktimeną. Ktimena była w dziwnym nastroju. Powiedziała mi zupełnie wesoło: 

—  Nauzykao  kochana,  doszłam  do  wniosku,  że  jeśli  król  nie  przywiezie  żadnych  wieści  o 

moim  mężu,  najlepiej  będzie  uznać  go  za  umarłego.  Co  ty  na  to?  Uczcimy  go  wspaniałymi 

pożegnalnymi  obrządkami  i  wzniesiemy  mu  grobowiec,  a  potem  będę  mogła  z  czystym 
sumieniem  otrzeć  łzy.  Rok  żałoby  wystarczy,  a  ubiegłej  nocy  usiadła  na  poręczy  mego  łóżka 
Syrena o ptasiej głowie i powiedziała mi: „Ktimeno, nie ma już Laodamasa. Jesteś jeszcze młoda. 
Oddaj,  co  mu  się  należy,  i  wyjdź  ponownie  za  mąż”.  Niechaj  król  zwróci  mi  cały  posag,  a  ja 
zgodzę się wówczas odjechać do ojca na Bucynnę. 

—  A  skąd  ta  nagła  odmiana,  Ktimeno?  Czy  nasze  nowe  strapienie  nie  ma  z  tym  nic 

wspólnego? — spytałam. 

Poczerwieniała  i  wybuchnęła:  Szczerze  mówiąc,  to  tak!  Widzę,  jak  nieżyczliwość  bogów 

powoduje,  że  wasze  domostwo  z  wolna  się  rozpada.  Halios  zostaje  wygnany.  Mój  umiłowany 
mąż  Laodamas  znika  bez  śladu.  Król  odpływa  do  piaszczystego  Pylos,  a  po  mieście  krążą 
pogłoski, że nie jest mu pisany powrót. Za nim jedzie Klitoneos, młodzian samowolny, który nie 
waha się obrażać czołowych Elymów na publicznej naradzie. Twego wuja składają z regencji i 
schodzi  do  Hadesu  dosiężony  dłonią  jakiegoś  boga.  Przekleństwo  wisi  nad  pałacem,  a  i  ty 
odmawiając wybrania sobie męża nie poprawiłaś naszego losu. 

Zachowanie  Ktimeny  było  takie  obelżywe,  że  wywołało  we  mnie  jedynie  zdziwienie. 

Zawyrokowałam,  że  widocznie  musiało  zajść  coś  nowego.  Ponieważ  jednak  Ktimena  zawsze 

background image

była na tyle  głupia, że jeśli jej pozwolić mówić, zaraz wyda swoją tajemnicę, odpowiedziałam 
ostrożnie: 

—  Tak,  Ktimeno,  może  i  masz  rację.  Ja  także  już  nie  wierzę  w  powrót  naszego  drogiego 

Laodamasa.  A  bardzo  to  żałosne,  kiedy  taka  młoda  i  piękna  kobieta  jak  ty,  która  już  raz 
doświadczyła  rozkoszy  małżeństwa,  musi  być  wierna  podwójnemu  łożu  ochłodzonemu  teraz 
zimnym  dotknięciem śmierci.  Ze mną jest inaczej — nie będąc nigdy żoną pozostanę zupełnie 
zadowolona ze swojego wąskiego łóżka, póki nie spotkam szlachetnego człowieka, którego mogę 
pokochać  i  poważać  tak,  jak  ty  kochałaś  i  poważałaś  Laodamasa.  Ale  patrz,  sędziowie 
przygotowują trasę wyścigów. 

Wszystkie wyścigi wyglądają jednakowo. Dziewięciu sędziów ustawia się w dużym kole, a 

biegacze,  jedynie  w  przepaskach  na  lędźwiach,  muszą  biec  po  zewnętrznej  stronie  koła,  bo  w 
innym razie grozi im dyskwalifikacja. Zazwyczaj, po kilku falstartach, pędzą do mety, jakby im 
indyjski tygrys deptał po piętach, któryś wygrywa, następuje wiele protestów i kłótni, wreszcie 
przyznaje  się  nagrodę.  To  były  jednak  niezwykłe  wyścigi.  Nieliczni  zawodnicy  byli  wszyscy 
moimi zalotnikami, a leniwy żywot, który wiedli, uczynił ich niezdolnymi do szybkiego biegu. 
Całe ich zachowanie było zniewagą wobec zmarłego i hańbą dla miasta. Około tuzina ich, nawet 

nie  zadawszy  sobie  fatygi,  żeby  zrzucić  płaszcze,  puściło  się  wolnym  kłusem  wzdłuż  trasy, 
płatając  dziecinne  figle  —  poszturchiwali  się,  podstawiali  nogi,  wrzeszczeli,  brali  się  za  ręce  i 
cięli hołubce. Przy ósmym sędzi przykucnęli w kole, by pokpiwając i chichocząc ciągnąć losy z 
hełmu.  Potem  zwycięzca  poszedł  spacerowym  krokiem  do  mety  i  zażądał  nagrody,  pięknego 
kotła ze spiżu. 

Następny  był  skok  w  dal.  Mój  zapalony  zalotnik,  Noemon,  wyspecjalizował  się  w  tej 

dyscyplinie  i  mógł  pokonać  swego  najbliższego  przeciwnika  o  dobre  trzy  kroki;  ale  Antinoos 
sędziował i za każdym razem, kiedy Noemon odbijał się od ziemi, krzyczał: 

—  Spalony!  Postawiłeś  nogę  za  linią  wybicia!  —  Nagroda  dostała  się  wobec  tego 

Ktesipposowi. 

Potem  było  podnoszenie  ciężarów,  do  czego  wzięto  się  poważniej,  bo  w  tej  dyscyplinie 

sportu  obfite  jedzenie  raczej  pomagało,  niż  zniechęcało.  Wśród  przyglądających  się  dojrzałam 
Ajtona w żebraczych łachmanach. Uniósł jeden z ciężarów i postawił go na powrót potrząsając 
głową  —  co  nie  znaczyło  jednak:  „Och,  jacy  silni  muszą  być  zalotnicy,  co  dźwigają  kamienie 
tych rozmiarów!”, ale: „Na Krecie nasze ciężary są trzy razy większe”. Warto było przyjrzeć się 
jego  twarzy,  kiedy  śledził  zapasy  —  jeszcze  jeden  skandal.  Eurymach  wyzwał  do  walki 
młodzieńca,  który  zwał  się  Demoptolemos,  i  udawał,  że  jest  w  nim  zakochany,  gardząc  zaś 
przyzwoitą  walką  dał  z  siebie  bezwstydnie  sprośne  widowisko  —  starając  się  pocałować 
Demoptolemosa, ugryźć go miłośnie w ucho i usiąść na nim okrakiem. Odwróciłam się tyłem z 

niesmakiem i odeszłam na bok, Ktimena jednak zaśmiewała się do łez. 

background image

Zawody  pięściarskie  były  jedynym  wydarzeniem  godnym  oglądania,  bo  Ktesippos  stracił 

panowanie  nad  sobą  i  zaczął  grzmocić  swego  przeciwnika  Polibosa,  spokojnego  młodzieńca 
sykańskiego. 

— Stój! — krzyknął nagle Polibos. — To jest sport, nie bójka! — Kiedy zaś Ktesippos nie 

przestał  walczyć  brutalnie,  Polibos  ostro  podciągnął  kolano  i  rąbnął  go  w  pachwinę,  co 
zakończyło to spotkanie, lecz wywołało bójkę pomiędzy Fokajczykami a Sykańczykami, którzy 
porobili zakłady o wynik. 

Wreszcie sędziowie oczyścili równy teren i obwieścili taniec pogrzebowy ku czci Mentora. 

Nadszedł chwiejnym krokiem stary Demodok z formingą i grupa chłopców, co ledwie wyszli z 
wieku  dziecięcego,  przedstawiła  nam  zawiły  taniec,  który  wyraża  nadzieję  na 
zmartwychpowstanie człowieka. Cudowna dokładność ich kroków i wdzięk ich postaci uratowały 
moją zranioną dumę obywatelską. Przyznaję, że my, Elymowie, chociaż najlepsi w żeglarstwie, 
nie jesteśmy atletami, a gdyby Laodamas i Halios mogli wykonać nasz słynny taniec z piłką, w 
którym nie ma im równych, lekkość ich skoków i zwrotów zachwyciłaby Ajtona. 

Co się tyczy Ktimeny, wyraźnie ktoś jej zaproponował małżeństwo; jasne też, kto musiał być 

tym  mężczyzną  —  Eurymachos.  Skoro  Klitoneos  i  mój  ojciec  zostaliby  usunięci,  a  Antinoos 
poślubiłby mnie i  zabrał trzecią część majętności,  Eurymach byłby w bardzo dogodnej  pozycji 
jako  mąż  wdowy  po  Laodamasie,  żeby  zażądać  trzeciej  części  dla  siebie.  Pozostała  część 
przeszłaby na Agelaosa jako regenta zastępującego mojego najmłodszego braciszka Telegonosa, 
następcę tronu — dopóki nie postanowiono by go utopić. Nie dziwota, że Ktimena tak głośno się 
śmiała z Eurymachowych zapasów! 

Poddałam swoją teorię próbie. 
—  Czy  nie  uważasz,  że  Eurymachos  jest  najzabawniejszy?  —  spytałam.  —  Przy  okazji, 

zdaje się, że zmieniłaś zdanie. W zeszłym roku oskarżałaś go o wzięcie prowizji od libijskiego 
kupca, który okpił cię na dużą sumę pieniędzy. 

—  Och,  ale  Eurymach  udowodnił  mi,  że  nie  miał  nic  wspólnego  z  libijskim  krachem,  i 

obiecał pomóc odzyskać cały mój posag. Teraz myślę o nim zupełnie inaczej. 

— Jaki on jest przystojny — powiedziałam — a jaki sprytny! 
— Ale nie zamyślasz czasem wziąć go sobie za męża? — spytała w nagłym popłochu. 

Oj, Ktimeno, Ktimeno! Takie kobiety jak Ktimena są przyczyną nieszczęść świata. 

background image

AJTON ŻEBRZE 

Tego  ranka,  pędząc  pół  tuzina  wieprzy  na  ofiarę,  Eumajos  i  Ajton  zatrzymali  się  przy 

słynnym  skrzyżowaniu  dróg  u  podnóża  góry,  gdzie  w  kamiennym  basenie  rozpryskuje  się 

wodospad. Basen ten, ze swoimi trzema ołtarzami i starymi olchami, które go otaczają, był przez 
naszego  przodka  Egestosa  poświęcony  nimfom.  Podróżnicy  nie  omieszkują  nigdy  zostawić  tu 
jakiegoś podarku, choćby to miały być tylko kwiaty lub dzikie owoce. Eumajos przejednał nimfy 
spalając  na  ogniu  z  chrustu  parę  świńskich  ryjów.  Nieprzystojne  klątwy  Melantiosa,  który 
nadciągnął z równą ilością tłustych kóz, przerwały mu modlitwy. 

— Phi — zawołał Melantios — ale smród! Cóż to, czy zawsze, ilekroć pędzę kozy tą drogą, 

ma mi się trafiać nieszczęście spotkania ciebie i twoich paskudnych, chrząkających i zapchlonych 
towarzyszy właśnie na tym skrzyżowaniu dróg? 

—  Jest  na  to  jedno  lekarstwo  —  odparł  Eumajos  nie  odwracając  się  nawet  —  wcześniej 

wstawaj. Twoja zagroda leży niedaleko stąd, a wyruszywszy o tej samej porze co ja, byłbyś się ze 
mną rozminął o dwie godziny albo więcej. 

— Któż jest to smrodliwe kulejące dwunogie zwierzę? — spytał wojowniczo Melantios. 
— Żebrak, którego spotkałem na górze. Pokazuję mu drogę do miasta. 
— Cymbał wiedzie cymbała, a za brudem idzie brud. Takie jest boskie prawo. Ale chyba nie 

wprowadzisz tego próżniaczego obżartucha do pałacu, co? 

—  Czemu  nie?  Tylu  się  tam  zebrało  jeszcze  bardziej  rozpróżniaczonych  obżartuchów,  że 

jeden więcej nie stanowi różnicy. I mają wszyscy własne spiżarnie, dobrze zaopatrzone w ser i 
tuńczyki,  co  nie  tłumaczy  faktu,  że  co  dzień  muszą  jadać  na  obiad  pieczone  mięso  na  koszt 
naszego pana; tymczasem mój biedny towarzysz jest głodny, kulawy i bezdomny. 

— Ośmielasz się porównywać tego stwora z kwiatem naszej elymejskiej szlachty?! Jeśli chce 

roboty, to niech przyjdzie do mnie, u mnie zawsze brak rąk do pracy, a mógłby zarobić od czasu 
do  czasu  misę  serwatki  tnąc  trawę  dla  koźląt,  zamiatając  przegrody  i  spełniając  różne  inne 
posługi. Ale taki cymbał boi się pracy niemal gorzej niż śmierci: włóczy się po wybrzeżu, ociera 
plugawe barki o wszystkie odrzwia i trzeba mu płacić strawą za to, żeby sobie poszedł. Znam ja 

background image

takich: jak zapuka do drzwi, a w domu nie ma nikogo, bierze sobie ubrania i obuwie albo jeszcze 
lepsze rzeczy. Ja cię ostrzegam — jeżeli przyprowadzisz go do pałacu, zaczną fruwać podnóżki, 
a będzie szczęśliwy, jak ucieknie z paroma połamanymi żebrami. 

Mówiąc to Melantios zamierzył się na Ajtona kopniakiem i ugodził go w biodro. Ajton miał 

na tyle przytomności umysłu, że mu nie oddał, stękał tylko, opatrywał siniec i gderał pod nosem 
jak prawdziwy żebrak, a Eumajos zwracając się do nimf wykrzyknął: 

—  Córki  Zeusowe,  jeśli  mój  pan,  król,  palił  kiedyś  udźce  obficie  otoczone  w  tłuszczu  na 

waszych ołtarzach, dajcie mu szybki powrót i uwolnijcie mnie od tyranii obcych i obelg równych 
mi sług! 

Melantios odparł: 
— Zanim on wróci, będzie można zobaczyć wiele ulepszeń w Drepanon. Jego włości będą 

podzielone  między  godniejszych  niż  on,  jego  tron  zajęty,  rodzina  zgładzona.  Co  do  ciebie, 
zgryźliwy świnopasie, zażądam, by mi cię dali na niewolnika, w zapłatę za wierną służbę moim 
nowym  panom,  a po  wyszorowaniu  i  uczesaniu  twych zmierzwionych  włosów ubiorę ciebie w 
czystą białą przepaskę na biodra i sprzedam sydońskim handlarzom niewolników za tyle, ile mi 
dadzą. Zawsze się znajdzie głupiec, żeby kupił głupca, i im większy głupiec — tym większego 
głupca kupi. Tymczasem dbaj o swoją skórę, choćby przez wzgląd na mnie. 

Eumajos  nie  raczył  mu  odpowiedzieć.  Stara  biała  maciora  już  go  pocieszyła  wieścią,  że 

wkrótce Melantios umrze straszną śmiercią. Melantios popędził pośpiesznie kozy do pałacu, zaś 
Eumajos i Ajton ruszyli wolniejszym krokiem. Przypatrywali się igrzyskom, jak to już opisałam, 
a później włączyli się w powracający tłum, co umożliwiło Ajtonowi przejście z wieprzami przez 
bramy miasta bez zwracania na siebie uwagi. Kiedy zbliżyli się do pałacu, Eumajos spytał: 

— Chcesz pójść pierwszy, czy mam ich przygotować na twoje przybycie? 
— Nie mogę narażać się na to, że mnie wyrzucą — odrzekł Ajton — ponieważ zaś Melantios 

widział  mnie  w  twoim  towarzystwie,  bądź  lepiej  moim  poręczycielem,  chociaż  boję  się,  że 
napytasz sobie kłopotu. 

—  Najpierw  pozbądźmy  się  wieprzy  —  powiedział  Eumajos  —  a  potem  czyńmy,  co  nam 

bogini podpowie. 

Przechodząc obok kupy gnoju Ajton rzekł: 
— Jaki piękny pies! Musi być z niego świetny myśliwy. Ale dlaczego pozwala mu się leżeć i 

drapać się na gnojowisku? 

— Biedny Argos! Nikt go nie ćwiczy, odkąd książę Klitoneos odjechał. Nie ma stworzenia 

bardziej osamotnionego niż bezpański pies, chyba tylko dziecko, które nie posiada ojca. 

W  tej  właśnie  chwili  Argos  nastawił  ucho,  szczeknął  radośnie  i  pomknął.  Odwrócili  się  i 

zobaczyli  spieszącego  ku  nim,  choć  pies  mu  zagradzał  drogę  swymi  skokami  i  czułościami, 
Klitoneosa z włócznią w dłoni. Mijając ich mruknął do Eumajosa: 

background image

— Mam wieści o królu. Zaczekaj tu, póki nie przyślę po ciebie. 
Wejście Klitoneosa na dziedziniec biesiadny z Argosem przy nodze wznieciło sensację, ale 

on  utorował  sobie  drogę  łokciami  poprzez  tłum  zalotników  i  zatrzymał  się  tylko  po  to,  żeby 
pozdrowić  Halitersesa,  który  zgodził  się  mieć  pieczę  nad  sprawami  pałacu  podczas  jego 
nieobecności. 

—  Cóż  to,  chłopcze  —  zawołał  Haliterses  —  już  wróciłeś?  Czy  spotkałeś  swego 

królewskiego ojca? 

—  Nie  dojechaliśmy  do  piaszczystego  Pylos  —  odrzekł  Klitoneos.  —  Jutro  opowiem  ci 

wszystko,  bo  dziś  jestem  znużony  i  zasmucony  śmiercią  mego  kochanego  wuja.  Wybacz  mi, 

szlachetny Halitersesie! 

Wszedł do domu i pocałował matkę, która zaprowadziła go do swojej sypialni. 
— No i co? — zapytała. 
—  Król  jest  już  niedaleko.  Miał  naprawę  okrętu  w  Syrakuzach  i  powinien  wrócić  w  ciągu 

czterech dni. Wiadomość ta doszła do mnie z Minoi zaraz po odejściu Nauzykai. Antinoos jednak 
ustawił czujki wzdłuż, całego wybrzeża aż do sykulskiej granicy, a okręt o trzydziestu wiosłach 
czeka,  by  nań  napaść  w  cieśninach  Motii,  nie  mamy  więc  czasu  do  stracenia.  Wieczorem,  jak 
dziedziniec się opróżni, przyślę do ciebie Ajtona... I, och, mamo, serce mi pęka z żalu za twym 
zamordowanym bratem, a przysięgłem na Kerdo, że go pomszczę.  

Spytała łagodnie: 
— Pochwalasz ty tego... jak on się nazywa, Ajton? Nie sądzisz, że on jest zbyt dziki na to, 

żeby być mężem Nauzykai? 

— To nie jest chyba sytuacja, która wymaga łagodności. 
—  Obawiam  się,  że  masz  rację.  Zmykaj  teraz  i  poproś,  żeby  Eurykleja  przygotowała  ci 

gorącą kąpiel i poszukała czystej bielizny. 

Wykąpał  się,  posłał  dziewczynę  po  Eumajosa  i  znów  usiadł  na  swoim  miejscu  obok 

Halitersesa. Podszedł Noemon, by zapytać, gdzie stoi okręt. 

— Wyciągnięty na brzeg Motii — odrzekł Klitoneos — łatają mu dziurę. Będzie tu jutro albo 

pojutrze. Jestem ci głęboko wdzięczny, żeś mi go pożyczył. 

Potem Haliterses wygłosił proroctwo, jednakże wśród rozgwaru usłyszał je tylko Klitoneos. 
— Mam dziwną wizję łani, która cieli się w jaskini nieobecnego lwa. Widzę, jak lew wraca z 

bezowocnej wyprawy nieświadom, co ujrzą jego głodne oczy po powrocie... 

—  Byłoby  dobrze  dla  twojego  lwa,  gdyby  myśliwi  nie  zastawili  na  niego  sideł  w  pobliżu 

jaskini — powiedział Klitoneos smutnie. 

— Ten lew rozerwie wszystkie sidła. 
— Oby to Atena przemawiała przez twe usta, panie mój, Halitersesie! 
Potem  wszedł  Eumajos  i  Klitoneos  skinął  na  niego,  żeby  usiadł  przy  nim,  jednocześnie 

background image

służący  wniósł  misę  z  mięsem  i  koszyk  chleba.  Tuż  za  Eumajosem  przykulał  Ajton,  lecz  nie 
ważąc  się  iść  dalej  niż  do  jesionowego  progu,  który  łączy  oba  dziedzińce,  usiadł  oparłszy  się 

plecami o kolumnę. Klitoneos wziął cały bochen chleba i plaster wołowiny i podał Eumajosowi. 

— Daj to swojemu nieszczęśliwemu towarzyszowi — rzekł — I skłoń go, żeby obszedł całe 

towarzystwo i użebrał więcej. 

— Będąc żebrakiem tylko przez nieszczęście, a nie z zawodu, będzie się może wstydził. 
— Powiedz mu, że żebrakowi nie przystoi wstyd. 
Ajton  przyjął  dar  i  począł  jeść  niby  wygłodniały,  a  tymczasem  Femios  śpiewał  o  królu 

Menelaosie ze Sparty. O tym, jak udał się on po poradę do Proteusza, prorokującego starca, który 
włada piaszczystą wyspą Faros, i o tym, jak położył się spać pośród fok owinięty w foczą skórę. 
Przysłuchiwałam się temu z okna wieży, kiedy Ktesippos, już pijany, przerwał pieśń krzycząc do 
mnie ochrypłym głosem: 

— Hej,  pani,  powiedz nam,  czy nie  chciałabyś też położyć się spać  wśród fok? — Należy 

wyjaśnić, że Fokajczycy zwą siebie „Fokami”. Femios odłożył na bok formingę i wszystkie oczy 
zwróciły się na mnie, kiedy wolno i wyraźnie odpowiedziałam: 

—  Nie  mam  na  to  ochoty,  panie  mój,  Ktesipposie.  W  porównaniu  z  nimi  cały  chlew 

sykańskich wieprzy pachnie słodko i  postępuje  świątobliwie. A  choć tkanina nasycona silnymi 
wonnościami mogłaby zabić fetor fok, nie ochroniłaby mnie ona ani przed ich wszeteczeństwem, 
ani przed ich gwałtownością. 

Owego dnia naszą umówioną taktyką było podżeganie niesnasek w szeregach wrogów, a ten 

mój docinek osiągnął dobry  rezultat.  Sykańczycy śmiali się do rozpuku z Fokajczyków. Kiedy 
Femios mógł wreszcie dokończyć swoją pieśń — bowiem Synowie Homera brali sobie za punkt 
honoru nigdy nie śpiewać w zgiełku i rozgwarze — Ajton zaczął obchodzić wkoło dziedziniec, 
żebrząc  u  zalotników  o  kęsy  jedzenia.  Niektórzy  czynili  daremne  domysły  co  do  jego 
pochodzenia, aż wtrącił się Melantios: 

— Moi panowie, pewnie świnopas, który przyprowadził tutaj  tego psowacza wesela, może 

wam coś o nim powiedzieć. 

Antinoos zapytał Eumajosa: 
— Po coś to zrobił? Czy chcesz nam zatruć całą uciechę? Czy tylko usłużnie próbujesz nam 

pomóc wyjeść do czysta królewską spiżarnię? Nie trzeba nam pomocy, dziękujemy. A w ogóle 

kto on jest? 

— Panie mój, możesz być wysoko urodzony — odrzekł Eumajos śmiało — ale musieli cię 

źle wychować, bo wiedziałbyś w przeciwnym razie, że to nie zaleta, gdy się dopomaga bogatym i 
szczęśliwym, którzy i tak znajdują przyjęcie, gdziekolwiek się udadzą. Ich gospodarze oczekują 
w zamian jakiegoś daru albo usług. Ale przed żebrakiem nie zaryglowane są jedynie drzwi ludzi 
o  królewskim  sercu.  Przyprowadziłem  tego  kupca,  który  ocalał  z  rozbitego  statku,  ufając,  że 

background image

książę Klitoneos użali się nad nim. A jakie ty masz prawo krytykować wielkoduszność księcia 
albo domagać się wyjawienia imion jego gości? 

Wtrącił się Klitoneos: 
— Uspokój się, czcigodny świnopasie, nie zwracaj uwagi na jego cierpkie żarty! A jeśli ty, 

Antinoosie, odkroisz temu żebrakowi kawałek chleba i mięsa, poproszę ojca, by ci to odliczył z 

twojego rachunku. 

— Ani mi się śni. 
— Takiej odpowiedzi oczekiwałem — rzekł Klitoneos. — Wszyscy Fokajczycy są tacy sami: 

choćby nawet byli obżarci i opici do niemożliwości, a żebrak poprosiłby ich o resztki z talerza, 
woleliby umrzeć z przejedzenia wciskając jeszcze kawał mięsa w gardło, niż uratować biedaka 
od głodu. 

— Uważaj, Klitoneosie — warknął Antinoos — bo jeślibym mu dał tyle, ile chcę, począwszy 

od  tego  —  tu  wyłowił  podnóżek  spod  stołu  i  pomachał  nim  groźnie  —  nie  ruszyłby  się  co 
najmniej trzy miesiące. 

Jednak  trojańscy  i  sykańscy  zalotnicy  napełnili  wkrótce  Ajtonową  sakwę  i  mógłby  już 

powrócić  bezpiecznie  na  swoje  miejsce,  gdyby  Atena  nie  podszepnęła  mu,  by  raz  jeszcze 
wypróbował Antinoosa. 

—  Daj  —  prosił  —  niemożliwe,  żebyś  ty  jeden  był  człowiekiem  niskim  w  tym  wielkim 

zgromadzeniu. Twoje szaty i postawa mówią, żeś tu jednym z najbogatszych, i oczekiwałem od 
ciebie  dwa  razy  tyle,  co  od  twych  sąsiadów.  Panie  mój,  jestem  Cypryjczykiem  wysokiego 
urodzenia. Siedem lat temu miałem mnóstwo niewolników i korzystałem ze wszystkich rozkoszy, 
jakich  można  zapragnąć.  W  owych  czasach  żebracy  schodzili  się  gromadnie  do  mych  bram,  a 
nigdy  żaden  nie  został  wyrzucony.  Podobało  się  jednak  Zeusowi  wysłać  mnie  na  wyprawę  na 
południowe wody i nim miesiąc upłynął, zostałem jeńcem w egipskim Kanopos, skąd po latach, 
po wielu okrutnych cierpieniach, ruszyłem do kraju; ale Gromowładny, by mnie jeszcze bardziej 
upokorzyć, sprawił, że wiatr mnie zmiótł z kursu, okręt mi się rozbił na waszym wybrzeżu, a ja, 
okaleczały, musiałem pójść od progu do progu na żebry. 

Antinoos krzyknął gniewnie: 
—  Czy  Zeus  naprawdę  przysłał  tutaj  tę  zarazę,  żeby  nas  stąd  wykurzyć?  Precz,  psie,  ja  ci 

dam Egipt i Cypr! 

Ajton odstąpił powoli. 
—  Wybacz  mi,  panie,  jeśli  ze  świetności  twoich  szat  wyciągnąłem  złe  wnioski  co  do  twej 

hojności.  Zawodowy  żebrak,  zwykły  czytać  z  twarzy,  nie  mógłby  chyba  zrobić  tej  omyłki. 
Poznałby  on,  że  nigdy  nie  dałeś  ani  szczypty  soli  ponad  potrzebę  żadnemu  ze  swoich 
niewolników. Ja jestem początkujący w tym nędznym fachu. 

Antinoos, ukłuty do żywego, porwał podnóżek i cisnął nim w Ajtona. Ugodził w ramię, lecz 

background image

on  otrząsnął  się  tylko,  jakby  zganiając  muchę,  i  zajął  swoje  miejsce  na  progu.  Stamtąd 
przemówił: 

— Posłuchajcie mnie, przesławni Elymowie! Człowiek oczekuje, że dostanie kilka ciosów, 

kiedy  broni  swego  mienia  lub  najeżdża  wrogie  miasto.  To  jest  zwyczajna  rzecz!  Lecz  nigdy 
jeszcze nie poniżono mnie tak jak dzisiaj. Człowiekowi szlachetnego rodu, który niegdyś cieszył 
się  dobrobytem,  dość  już  jest  nienawistne  żebranie  o  chleb,  nawet  bez  dodatkowych  obelg  i 
napaści. Jeśli jest jakiś bóg na Olimpie, co raczy pomścić żebraka, jego teraz przyzywam! 

—  Siedź  i  jedz  cicho,  ty  łotrze!  —  wrzasnął  Antinoos  —  jeżeli  nie  chcesz,  by  cię 

wywleczono za nogi z pałacu i żywcem odarto ze skóry! 

Pomruk  sprzeciwu  powitał  tę  nieprzystojną  groźbę  i  młody  Trojańczyk  imieniem 

Amfinomos,  ten,  który  zapraszał  Klitoneosa  na  łowy  na  dzika,  przeszedł  przez  dziedziniec  i 
powiedział Antinoosowi prosto w oczy: 

— Panie mój, źle uczyniłeś rzucając tym podnóżkiem w gościa. A gdyby się miało okazać, 

że to bóg przebrany? Mówią, że bogowie wędrują po ziemi, żeby zobaczyć, czy ludzie porządnie 
się  zachowują  —  sam  Zeus  odwiedził  niegdyś  Arkadię,  by  sprawdzić  pewne  pogłoski  o 
ludożerstwie, które do niego doszły; przekonał się, że nie są przesadzone, i spuścił potop za karę. 

— Inny potop zaleje ten dziedziniec, moi panowie — wykrzyknął Haliterses — potop krwi, 

jeśli nie zmienicie swego postępowania! 

Kiedy  zaś  moja  matka  usłyszała,  że  reputacja  domu  została  podważona  tą  nieuzasadnioną 

napaścią na żebraka, zawołała z odrazą: 

— Ach, gdyby moje modły zostały wysłuchane, niewielu z nich dożyłoby tej godziny jutra! 
Potem wysłała sprytne zlecenie do Eumajosa, które niewolnik przekazał mu publicznie. 
— Czcigodny świnopasie, wielce obyty w świecie żebrak, z którym się zaprzyjaźniłeś, został 

okrutnie  potraktowany  przez  jednego  z  naszych  gości.  Może  słyszał  on  coś  o  moim  synu 

Laodamasie. Niech wejdzie do sali tronowej, to go wypytam. — Była to zarówno wymówka do 
porozmawiania na osobności z Ajtonem (odgadła, że żebrakiem tym musi być właśnie on) jak i 
chęć złudzenia Eurymacha, że Eurykleja nie puściła pary z ust o morderstwie. 

Eumajos przekazał zlecenie Ajtonowi. 
— Królowa na pewno da ci ciepły chiton i chlajnę — dodał — nawet jeżeli nie masz dla niej 

dobrych  wieści.  U  niej  w  pałacu  zawsze  są  mile  widziani  ludzie  dobrego  rodu,  w  jakim  by  nie 
byli nieszczęściu. 

—  A  wiesz  —  rzekł  Ajton  podchwytując  ton  —  że  istotnie  słyszałem  pogłoskę,  jakoby 

gdzieś na środkowej Krecie widziano Laodamasa. Królowa osądzi, czy to prawda, czy nie, bo ja 
sam  nigdy  nie  spotkałem  młodego  księcia.  Błagam  cię,  poproś,  by  pohamowała  swoją 
niecierpliwość. Odwiedziny u niej przyniosą mi zaszczyt, ale po bankiecie. Tymczasem bowiem 
czuję się bezpieczniej na tym progu. Jeśli odważę się przejść przez ten dziedziniec, kto wie czy ci 

background image

szlachetni  panowie  nie  zaatakują  mnie  mieczami,  nie  stołkami?  Tutaj  nie  jestem  ani  na 
dziedzińcu, ani poza nim. 

— Jak sobie życzysz — rzekł Eumajos. — Moja pani na pewno wybaczy ci tę zwłokę. — 

Potem  zwrócił  się  do  Klitoneosa.  —  Książę,  muszę  wracać  do  świń.  Dobrze  uważaj  na  siebie. 
Czy jeszcze masz mi coś do rozkazania? 

Odpowiadając Klitoneos podniósł głos: 
— Tak, czcigodny świnopasie. Wczesnym rankiem masz przypędzić najtłuściejsze wieprze, 

jakie ci jeszcze pozostały w stadzie, jutro bowiem siostra moja, Nauzykaa, uwieńczy człowieka, 
którego zamierza poślubić. Będzie to dzień nad dniami. Och, i przejdź obok domu Filojtiosa. Każ 
mu przyprowadzić osiem tłustych baranów. Niechaj bogowie ci towarzyszą! 

To  ogłoszenie,  które  uzgodniłam  z  Klitoneosem,  wywołało  niezmierne  poruszenie  w 

towarzystwie,  lecz  on  siedział  nieczuły  i  na  gwar  pytań  do  niego  kierowanych  odpowiedział 

jedynie: 

— Któż wie, którego z was wszystkich moja siostra wybierze? Spędzi ona noc na zasięganiu 

porad u bogini, której służy. 

Choć  do  zmroku  została  niespełna  godzina,  a  zalotnicy  zwykli  wychodzić  z  nastaniem 

ciemności, nikt nie myślał o zakończeniu uczty. 

W Drepanon osiadł na stałe pewien żebrak imieniem Arnajos, Koryntyjczyk z pochodzenia. 

Podawał  się  za  człowieka  do  wszystkiego  i  wałęsał  się  po  placu  targowym  szukając 
najłatwiejszych  sposobów  napchania  brzucha.  Pilnował,  żeby  świnie  nie  zabłąkały  się  do 
świątyni,  strzegł  psów  i  koni,  nosił  listy  miłosne,  udawał,  że  pomaga  przy  wyładunku,  kiedy 
łodzie  rybackie  wpływały  do  przystani,  najgłośniej  klaskał,  gdy  ktoś  odznaczył  się  czymś 

publicznie  —  choćby  to  było  tylko  celne  splunięcie  albo  puszczenie  wiatru  (darujcie  mi!)  z 

silnym  hukiem. Przezwano go  Irosem, co jest męską formą od  Iris,  „tęcza”, a znaczy posłaniec 
bogów, i stał się miejskim pośmiewiskiem. Antinoos posłał teraz dla żartu swego służącego, żeby 
powiedział temu Irosowi, iż inny żebrak zebrał nie byle torbę jadła w pałacu i zalotnicy bardzo 
go poważają. Przyszedł  ociężale (był  wielkim  mężczyzną, choć otyłym  i  nalanym) z zamiarem 

przegnania Ajtona. 

—  Złaź  z  tego  progu,  próżniaczy  hultaju  —  wrzasnął.  —  Wszystkim  tu  dokuczyła  twoja 

obecność. Nie możesz się domyślić, dlaczego pan mój, Antinoos, odmówił ci jadła? To dlatego, 
że popiera mnie, którego zna i któremu wierzy, nie ciebie. 

Ajton odpowiedział: 
—  Nie  obraziłem  ciebie,  obcy  człowieku,  ani  nie  zazdroszczę  jałmużny,  jaką  ktokolwiek 

zechce  ci  rzucić,  jeśli  jesteś  nieszczęśliwcem  jako  ja.  Starczy  miejsca  na  tym  progu  dla  nas 
dwóch. I siedź lepiej cicho, bo dostaniesz. 

Iros wrzasnął falsetem: 

background image

— Ja dostanę? Ciekaw jestem, kto mi co zrobi. Przyjrzyj się mojej pięści i strzeż się jej, jak 

chcesz mieć te białe zęby w gębie! Co, przyjmujesz wyzwanie? Zakasz łachmany i chodź przed 
bramę, pobijemy się. 

— Jestem gotów cię zabić, jeśli tak mało kochasz życie — rzekł Ajton znużony. 
Antinoos był zachwycony widowiskiem, które zaaranżował. 
— Chodźcie, przyjaciele, biją się, biją się! To przechodzi wszystko! Bogowie urządzili nam 

osobliwe  interludium  dla  zabawy.  Cypryjczyk  i  Iros  wezwali  się  wzajem  do  walki  na  pięści. 
Gwarantuję,  że  ta  bójka  będzie  więcej  warta  oglądania  niż  ranne  zawody.  Utwórzcie  koło, 

szybko! 

Jego fokajscy poplecznicy podskoczyli i otoczyli żebraków. Antinoos powiedział: 
— Teraz co do nagrody. Ja proponuję jeden z tych kozich żołądków przysmażających się na 

ogniu i wyłączne prawo żebrania na tym dziedzińcu. 

Wszyscy pochwalili tę myśl, lecz Ajton krzyknął: 
—  Moi  panowie,  choć  człowiek  pokoju,  gotów  jestem  na  wiele  dla  zdobycia  żołądka. 

Dobrze, przyjmuję. Tylko pan mój, Antinoos, musi przysiąc, że walka będzie uczciwa. Nie chcę, 
by  któryś  z  jego  popleczników  podstawił  mi  nogę  lub  kopnął,  gdy  będę  się  rozprawiał  z  tym 
worem słoniny. 

— Przysięgam ci na Zeusa — uśmiechnął się Antinoos — że jeśli któryś z moich towarzyszy 

przeszkodzi w zabawie Irosa, stłukę go na kwaśne jabłko. 

Wtrącił się Klitoneos: 
—  Tak  samo  licz  na  mnie,  obcy  człowieku.  Ja  jestem  tutaj  gospodarzem  i  co  ja  mówię, 

obowiązuje. 

Związując łachmany Ajton stanął w postawie pięściarza przed Irosem, który tak się przeraził, 

że słudzy musieli go siłą wciągnąć w krąg. Ajton rozważał, czy lepiej zabić go jednym ciosem, 
czy  tylko  powalić  na  ziemię  bez  czucia.  Zdecydował  się  na  to  drugie  (z  uwagi  na  kłopot  i 
wydatek, jaki pociąga za sobą zabójstwo bez względu na  godność ofiary). Zrobił pół  obrotu w 
prawo,  wyrżnął  Irosa  w  kąt  szczęki  i  zwalił  jak  zarzynanego  wołu.  Ten  wypluł  zęby  i  krew  i 
zaczął bić piętami o ziemię w agonii. Ajton przeciągnął go przez próg i oparł o najbliższy mur 

drugiego dziedzińca. 

— Teraz siedź tu i odganiaj psy i świnie — rzekł. — I dość udawania króla żebraków, bo 

stłukę ci gębę także z drugiej strony. 

Kiedy  wśród  ironicznych  okrzyków  pokulał,  by  wziąć  z  rąk  Antinoosa  kozi  żołądek, 

Amfinomos pogratulował mu szczerze i wypił jego zdrowie ze złotej czary. 

— Za twoje powodzenie, obcy człowieku — zawołał — i zmianę zawodu. 
Dał czarę Ajtonowi, który popatrzył na niego z żalem i rzekł cicho: 
— A ja tobie, mój panie, życzę zmiany towarzystwa. Masz szczerą twarz i życzliwe serce. 

background image

Krótko pożyjesz, jeśli moje życzenie się nie spełni. 

— Jesteś prorokiem? 
— Jestem człowiekiem doświadczonym, co prawie na jedno wychodzi, a słyszałem pogłoskę 

na igrzyskach, że król jest już w drodze do domu. 

— Lecz jutro księżniczka Nauzykaa obwieści swój wybór. 
— Jutro może być za późno. Co się stanie, jeśli król przybędzie dziś w nocy? 
Ajton  wychylił  złotą czarę i  ulał nieco wina na obiatę duchowi wuja Mentora. Amfinomos 

odszedł,  trzęsąc  w  zasępieniu  głową,  i  Ajton  wierzył,  że  okaże  się  na  tyle  rozsądny,  by  się 
dostosować do jego wskazówek. 

Nagle dał się słyszeć szmer i całe towarzystwo porwało się na nogi. W głównych drzwiach 

ukazała się moja matka i stanęła z ręką wzniesioną do góry, prosząc o ciszę. Każdy albo ją kocha, 
albo się boi mojej matki. Większość się jej boi. Mówi ona mało i działa rzadko, ale gdy działa i 
mówi, najmądrzej jest uważać. 

—  Moi  panowie  —  odezwała  się.  —  Jestem  znana  z  cierpliwości  i  pobłażliwości.  Dotąd 

myślałam o was jak o nieodpowiedzialnych chłopcach, tolerując wasze dzikie zachowanie, ufna, 
że zapewne naprawicie szkody, które powodujecie. Nie mogę jednak zezwolić na złe uczynki. Na 
przykład,  nie  mogę  pozwolić,  byście  bili  żebraka,  który  przychodzi  do  pałacu  w  poszukiwaniu 
jadła. Klitoneosie, czemu nie wyrzuciłeś męża, który cisnął stołkiem? 

— Nie miałem na to dość siły i mocy, matko — usprawiedliwiał się Klitoneos. — Nikt by 

mnie tutaj nie wspomógł. 

—  Bogowie  by  to  uczynili,  dziecko  —  odrzekła.  —  Z  pewnością,  wiesz  o  tym.  I  jeszcze 

jedno,  moi  panowie.  Córka  moja  postanowiła  wskazać  jutro  człowieka,  którego  zamierza 
poślubić, a jeśli sądzicie, że od was się niczego nie oczekuje, to bardzo się mylicie. Jako matka 
Nauzykai  muszę  dopatrzyć,  by  się  z  nią  szlachetnie  obchodzono.  Zwyczaj  każe,  by  zalotnicy 

przyprowadzali  z  sobą  własne  wieprze,  owce  i  bydło  do  domu  swego  przyszłego  teścia,  a  nie 
wymagali  dzień  po  dniu  darmowych  posiłków.  Powinni  również  składać  cenne  dary;  poślijcie 
więc  natychmiast  służących  po  wasze  dary;  a  kto  przyszedł  bez  służącego,  niech  sam  idzie  i 
przyniesie.  Pokażę  później  dary  i  spis  tych,  którzy  je  dali,  mojej  córce.  Stan  nadmiernego 
podniecenia, w jakim się znajdujecie, i zniewagi, które ją spotkały, gdy pojawiła się przed chwilą 
w oknie wieży, odjęły jej ochotę, by się wam teraz pokazać. 

Sarkając  po  cichu  posłuchali  wszyscy  i  w  pół  godziny  potem  moja  matka  zebrała 

najpiękniejszą, jaką sobie można wyobrazić, kolekcję ślubnych darów. Antinoos przyniósł długą 
haftowaną szatę ze szkarłatnej tkaniny z dwunastu złotymi broszami, a na każdej był wyobrażony 
inny ptak lub zwierzę; Eurymachowym darem był naszyjnik z bursztynu i złota, którego pożądała 
Ktimena;  były  także  kolczyki  z  pereł,  grzebienie  z  kości  słoniowej,  złote  diademy,  srebrne 
bransolety  wysadzane  agatem  i  osobliwy  pas  z  łuskami  jak  u  węża  ofiarowany  przez 

background image

Amfinomosa.  Matka  podziękowała  im  poważnie  i  weszła  do  domu,  po  czym  zalotnicy  zaczęli 
grać w kottabosa. 

Noc ich zastała przy tej grze. Klitoneos kazał ustawić naczynia na trójnogach, które służące 

wniosły  na  środek  dziedzińca  i  roznieciły  im  nich  ogień  z  drzazg  suchej  sosny,  strojąc  żarty  i 
śmiejąc się. 

— To nie jest miejsce dla młodych kobiet — rzekł Ajton, przykulawszy ku nim. — Wróćcie 

do swej pani na górę. 

Jedną z dziewczyn była Melanto. 
— Ty mnie będziesz uczył, wstrętny żebraku? — wrzasnęła. — Wino musiało uderzyć ci do 

głowy. Wynoś się stąd zaraz i zrób miejsce dla lepszych od siebie. 

—  Czy  mam  donieść  o  tym  królowej,  gdy  pójdę  do  niej?  —  spytał  Ajton.  Melanto 

przestraszyła się i umknęła z dziewczynami, co zezłościło Eurymacha, bo zamierzał pójść z nią 

do ogrodu. 

—  Hej  człowieku  —  powiedział.  —  Przypuśćmy,  że  nająłbym  cię  do  pracy  przy  kopaniu 

rowów i sadzeniu młodych drzewek. Co ty na to? Wyglądasz na dosyć silnego do pracy na polu. 
A może żebraniem łatwiej zarobić na życie? 

— Panie mój, Eurymachu — odparł Ajton. — Byłbym rad wyzwać cię kiedyś do zawodów 

przy  żniwach  lub  orce;  wiem  dobrze,  kto  by  się  pierwszy  zmęczył.  Albo,  skoro  o  tym  mowa, 
walczyć  z  tobą  ramię  przy  ramieniu  przeciw  oddziałowi  fenickiej  gwardii,  a  potem  policzyć 

trupy;  wiem  dobrze,  kto  zabiłby  więcej.  Chwalisz  się  i  znęcasz  nad  słabszymi,  panie  mój, 
Eurymachu, uważasz siebie za wielkiego tylko z tej przyczyny, że twoje męstwo nigdy nie było 
poddane próbie. 

Eurymachos wrzasnął: 
— A ty, zdaje się, sądzisz, że jak powaliłeś samochwała Irosa, możesz do mnie mówić jak do 

niewolnika. A masz! 

Rzucił  podnóżkiem  Ajtonowi  w  głowę.  Ajton  odsunął  się  i  pocisk  ugodził  w  Pontonoosa, 

podczaszego,  w  chwili  gdy  napełniał  czarę  Amfinomosa.  Pontonoos  upadł  jęcząc  i  wypuścił 
dzban z ręki, a Sykańczycy i Trojanie głośno lżyli Eurymacha, że im psuje zabawę. Ajton dobrze 
się  spisał,  ośmieszając  obu  przywódców  spisku  i  niszcząc  jednomyślność  pozostałych 
zalotników. 

Klitoneos zastukał końcem włóczni o podłogę i wykrzyknął: 
— Dość tego, moi panowie! To zgromadzenie nie panuje już nad sobą. Proponuję, żebyście 

poszli  do  domów  i  aby  sen  wywietrzył  wam  z  głów  opary  wina.  Jutro  jest  dzień  nad  dniami, 
musimy być wypoczęci. 

—  Bardzo  rozsądna  myśl  —  zgodził  się  Amfinomos.  —  Proponuję  wznieść  kielichy  na 

rozstanie. Wypijmy na przyjaźń i strząśnijmy obiatę dla ducha wspaniałego, lecz nieszczęśliwego 

background image

wuja księcia Klitoneosa. 

Po czym zalotnicy odeszli, zataczając się w ciemnej ulicy. 

background image

BEZ KWIATÓW I FLETNI 

Klitoneos i Ajton zostali na ciemniejącym dziedzińcu sami. 
—  Chodź,  kuzynie  —  powiedział  Ajton  —  musimy  zdjąć  ze  ścian  tę  broń.  Nie  możemy 

zapobiec,  by  zalotnicy  przynieśli  miecze,  lecz  mieczów  używa  się  tylko  w  starciu,  a  mam 
nadzieję, że unikniemy  walki wręcz. Jeśli oni  chwycą za oszczepy, włócznie i  tarcze, stracimy 
całą przewagę zaskoczenia. 

— A co z hełmami? 
— Trzeba je też usunąć. Gdyby zostały same hełmy, wzbudziłoby to podejrzenia. 
— Podejrzenia i tak powstaną, chyba że obwieszczę, iż zabrano broń na rozkaz mojej matki 

„jako  środek  ostrożności  przed  rozlewem  krwi,  jeśliby  wybór  Nauzykai  miał  wywołać 
zrozumiałą zazdrość”. 

— Ta bajeczka może i wystarczy, ale będzie jeszcze lepiej, jeśli parę niewiast zacznie jutro 

wczesnym rankiem bielić ściany, niby w przygotowaniu do wesela. Zbroje zawsze się zdejmuje 
ze ścian, kiedy zaczyna się bielenie. 

— Zaraz wydam polecenia Euryklei. 
Kiedy na dziedziniec weszła Eurykleja, Klitoneos powiedział: 
—  Nianiu,  chcę,  by  pobielono  te  krużganki  przed  weselem,  musimy  zatem  zdjąć  broń. 

Należy  się  jej  gruntowne  czyszczenie,  a  w  każdym  razie  najlepiej,  żeby  nie  było  jej  pod  ręką: 
zalotnicy  mojej  siostry  mogliby  się  znów  pokłócić  tak  jak  dziś  wieczór  i  użyć  jej  przeciwko 

sobie. 

— A niechby tam, wstrętne potwory! Ale nie zaczynaj przestawiać rzeczy o tej porze nocy. 

Przyślę ci dziewczęta do pomocy. 

— Dziewczęta? Nie, nie można im powierzyć cennej broni. Kiedy dałem Melanto swój hełm 

do oczyszczenia, wypuściła go z ręki i porysował się. Poza tym nie cierpię, jak służące kręcą się 
w  pobliżu,  gdy  robię  to,  co  powinny  one  zrobić,  chcę  więc,  żeby  drzwi  od  pomieszczeń  dla 
służby były zaryglowane, jak będę nosił broń do składu. 

— Ciemno jest w przejściu. 

background image

— Ten żebrak poświeci mi łuczywem. Powinien odsłużyć jedzenie, które mu dałem. Daj mi 

klucz do składu. 

— Pamiętaj, zwróć mi go, moje dziecko. 
Kiedy  zaryglowała  drzwi  dziewcząt,  Ajton  i  Klitoneos  zdjęli  ze  ścian  całą  kolekcję 

oszczepów, włóczni, tarcz i hełmów i znieśli je przez korytarz do składu, co było żmudną pracą, 
bo trzymaliśmy dosyć broni w pogotowiu, aby w razie najazdu piratów móc uzbroić wszystkich 
domowników.  Eurykleja  czekała,  póki  nie  skończyli,  a  Klitoneos  poszedł  zamknąć  Argosa  na 
noc.  Wówczas  odryglowawszy  drzwi  zawołała  dziewczęta  na  dziedziniec  i  kazała  uprzątnąć 
pozostałości po uczcie, zamieść podłogę i zetrzeć stoły. Moja matka nigdy nie pozwalała, żeby 
bałagan zostawał aż do rana, choćby goście wyszli nie wiem jak późno. Przyszła sama doglądać 
sprzątania i kazała ustawić sobie krzesło w zwykłym miejscu, tam, gdzie przedtem smażyły się 
żołądki. 

Z jej rozkazu Eurykleja sprawdziła ilość czar i odkryła, że brak dwóch najlepszych kielichów 

ze złota — tych, które stały przed Ktesipposem i Lejokritosem. Matka uśmiechnęła się słabo. 

—  Lejokritos  i  Ktesippos,  zdaje  się,  zdecydowali,  że  żaden  prawdopodobnie  nie  zostanie 

wybrany na mojego zięcia. Zachowają te kielichy w zakład za zwrot swoich ślubnych darów. Co 
za ostrożni ludzie! 

Melanto zauważyła Ajtona zajętego wygarnianiem popiołu z paleniska i podsycaniem żaru. 

Schwyciwszy płonącą pochodnię zaczęła mu wykrzykiwać pogróżki: 

— Ty jeszcze tutaj, żeby nas dręczyć i znieważać? Zmiataj stąd, łajdaku, bo zaraz znajdziesz 

się na ulicy z przypalonym zadkiem! 

Moja matka odwróciła się i powiedziała gniewnie: 
—  W  tej  chwili  rzuć  pochodnię,  ty  flądro,  bo  sama  będziesz  miała  osmalony  zadek.  —  A 

potem  spytała  Ajtona:  —  Czy  to  ty  jesteś  tym  człowiekiem,  który  przynosi  mi  wieść  o  moim 

zagubionym synu? 

—  Jedynie  pogłoski,  królowo  —  odrzekł  Ajton  pokornie  —  i  tylko  dla  twego  ucha.  Te 

dziewczęta mogłyby je zanieść w upiększonej formie do twojej synowej,  a ja nigdy bym sobie 
nie wybaczył, gdyby jej nadzieje miały wzrosnąć niepotrzebnie. Niechaj nikt mnie nie bierze za 
człowieka, który zmyśla historyjki w nadziei zysku. Nawet gdybym umierał z głodu... 

— Chodź no, Euryklejo — przerwała mu matka — przynieś ławkę i przykryj ją owczą skórą 

dla mego rozważnego gościa. Potem zawołaj księżniczkę Nauzykaę, a także księcia Klitoneosa. 
Chciałabym, by usłyszeli te pogłoski i zawyrokowali, czy jest w nich jakaś prawda. Ale nikogo 

innego.  —  Niebawem  powiedziała:  —  Zdaje  się,  że  dziewczęta  już  skończyły.  Dobranoc, 
uciekajcie do łóżek! Dobranoc, Euryklejo! 

Wkrótce  czworo  nas  siedziało  razem  przy  ognisku.  Rzadko  czułam  się  tak  skrępowana. 

Czekaliśmy, aż matka przemówi; po chwili spytała Ajtona: 

background image

— Nie masz więc żadnych wieści o moim synu Laodamasie? 
— Żadnych, królowo, oprócz tego, co zebrałem od twego syna i córki. Błagam, wybacz mi 

mój podstęp, by mówić z tobą poufnie, i pozwól wyrazić ubolewanie, jako twemu krewnemu. 

— Kto ty jesteś? 
— Ojciec mój był szlachetnie urodzonym Kreteńczykiem z Tarry, matka — twoją kuzynką, 

Erynną, którą porwali piraci. 

Obejrzała go od stóp do głów i w końcu podała mu rękę. 
—  Masz  rodzinną  dolną  wargę  —  powiedziała.  —  Moja  córka,  Nauzykaa,  ma  taką  samą. 

Może dlatego ciebie kocha: widząc w twojej własną twarz, podziwia ją, co jest naturalne. Skoro 
zaś  ten  rys  znamionuje  spokojną  wytrwałość,  miejmy  nadzieję,  że  nie  jesteś  przeciwny 
poślubieniu jej. 

Ajton zaczerwienił się jak rozpłatany owoc granatu. Ja, sądzę, pobladłam. Nagłość tych słów 

była okropna. Gdyby to był ktokolwiek inny w świecie, a nie moja matka, rzuciłabym się na nią z 
zębami i pazurami. Przełknąwszy parę razy ślinę Ajton odpowiedział: 

—  Królowo,  krewna,  prorokini.  Jeśli  nie  stroisz  sobie  ze  mnie  żartów,  jakże  mam  ci 

dziękować?  Istotnie,  podobne  mamy  wargi,  sercem  nie  ustępujemy  sobie;  nierówne  są  jedynie 
nasze  majątki.  Odkąd  po  raz  pierwszy  wzrok  mój  padł  na  piękną  Nauzykaę,  myślałem  niemal 
tylko o tym, jak zapełnić różnicę między jej bogactwem i moimi łachmanami. 

— Ajtonie — powiedziała matka miękko — możesz liczyć na moją nieustającą przychylność 

i poparcie. Żądam od ciebie tylko, byś pomścił Laodamasa i Mentora. 

— Są oni moimi krewnymi — odrzekł — a ja walczę w krwawych sporach aż do ostatka, 

gdyż tak mnie wychowano na Krecie. 

Opowiedział  nam  o  Krecie  —  najwspanialszej  wyspie  na  całym  morzu,  gęsto  zaludnionej. 

Jest na niej dziewięćdziesiąt miast i pięć oddzielnych plemion, każde mówiące innym dialektem; 

Achajowie,  Pelasgowie,  Kydonowie  z  Fenicji,  Dorowie  dzielący  się  na  trzy  szczepy,  z  których 
jeden  czci  Demeter,  drugi  Apollona,  a  trzeci  Heraklesa,  i  prawdziwi  Kreteńczycy  z  Tarry. 
Drepanon,  powiedział  Ajton,  przypomina  mu  nieodparcie  Tarrę  ze  względu  na  swe  zachodnie 
położenie, chlubę zyskaną na morzu, wysokie mury i żyzne wybrzeże. To do Tarry, pysznił się, 
przyszedł Apollo z Artemidą, żeby się oczyścić po zabiciu węża Pytona, który zagrażał ich matce 
Latonie;  na  cześć  tych  bóstw  Tarryjczycy  od  wieków  uprawiali  łucznictwo,  w  którym  są 

uznanymi mistrzami. 

— A ty? — spytała matka. 
— Stałem się sługą Apollona, kiedy wyrosłem z wieku dziecięcego — rzekł. — Mistagodzy 

oczyścili mnie owocami tarniny i wykonali pewne rytuały, a potem włożyli mi w dłonie rogowy 
łuk.  Najpierw  mnie  nauczono  strzelać  pomiędzy  zakrzywionymi  ostrzami  dwunastu  toporów 
ustawionych w rzędzie, a potem przeszywać gardło pełznącego węża. Jedno i drugie wydaje się 

background image

niemożliwe, a jednak wtajemniczony dokonywa tego w imię Apollona. 

Zauważywszy zdziwienie Klitoneosa Ajton wytłumaczył: 
—  Nie  wtajemniczony  łucznik  polega  na  swym  rozumie.  Uwzględnia  on  siłę  łuku,  ciężar 

strzały,  wiatr,  psoty  wyrządzane  przez  światło,  które  oszukuje  oko,  gdy  mierzy  ono  odległość, 
szybkość  i  kierunek  posuwania  się  celu;  tymczasem  biegły  łucznik  nie  posługuje  się  przy  tym 
rozumem, jest bowiem natchniony przez nieśmiertelnego Apollona. 

— Ciągle jeszcze nie rozumiem. 
— Czy nie rzuciłeś nigdy, ze strachu, kamieniem we wściekłego psa, który pędził za tobą, i 

nie trafiłeś go w samą mordę? Jeżeli tak, to jakiś bóg tobą pokierował... Kiedyś, w pobliżu Gazy, 
dwudziestu Filistynów spróbowało obiec nasz oddział, by nas oskrzydlić. Mój pośpiech sprawił, 
że  chybiłem  ich  wodza,  ale  wezwawszy  Apollona  zastrzeliłem  pozostałych  dziewiętnastu, 
jednego po drugim; a biegnący, w zbroję odziany człowiek nie jest łatwym celem. 

Gdy wpatrywaliśmy się w niego niedowierzająco, nie wydał się tym zmieszany. 
— Choć mówi się, że wszyscy Kreteńczycy to łgarze — powiedział — kto się kiedykolwiek 

ośmielił zaprzeczać naszym pretensjom do mistrzostwa w łucznictwie? 

Nastąpiła długa cisza, którą w końcu przerwała matka mówiąc: 
— Czas iść spać, dzieci. Nie chcę słuchać, co wy sobie we troje uknuliście; tylko niechaj to 

będzie  ku  czci  tego  domu  i  zadowoleniu  naszych  ukochanych  duchów.  Ajtonie,  przyślę  ci 
składane łóżko, koce, prześcieradła i puchową poduszkę. 

—  Dziękuję  ci,  królowo,  ale  ja  przyzwyczaiłem  się  do  spania  bez  wygód,  a  każda  taka 

dbałość o mnie spowodowałaby komentarze. 

— Zgódź się przynajmniej, by ci umyto nogi. 
— Gdyby Eurykleja zechciała to uczynić... 
— Eurykleja zrobi, co jej się każe. Dobranoc. Chodź, Nauzykao! 
Weszłyśmy do domu,  a  Eurykleja poświeciła świecą Klitoneosowi,  gdy  się kładł do łóżka, 

złożyła jego chiton i wróciła, żeby umyć nogi Ajtonowi. Rozmawiali o mnie niespełna godzinę i 
Ajton podbił jej serce. Wpadła do mojej sypialni w wielkim podnieceniu: 

—  Kochanie,  Ajton  wcale  nie  jest  żebrakiem.  On  jest  przebranym  Kreteńczykiem 

szlachetnego rodu, i to bardzo dzielnym. Z intymnych pytań, które mi zadawał, wygląda, że ten 
zacny  człowiek  szalenie  cię  kocha.  Ach,  żebyż  on  był  jednym  z  twoich  uznanych  zalotników! 
Obawiam się, że król nigdy by się nie zgodził na ten związek, gdyby nawet twoje uczucia... — 
Urwała i uśmiechała się do mnie z przyjazną dociekliwością. 

Już  i  tak  było  niedobrze,  kiedy  Klitoneos  i  wuj  Mentor  postanowili  skojarzyć  mnie  z 

Ajtonem; jeszcze gorzej, gdy moja matka zdała sobie sprawę, że ja jego kocham, i publicznie to 
wypowiedziała; ale jak Eurykleja zaczęła na tę samą nutę, dławiąc się z wściekłości wypaliłam: 

— Ufam, że dawałaś temu kreteńskiemu poszukiwaczowi przygód wymijające odpowiedzi, 

background image

nianiu?  Wygląda  na  to,  że  zapominasz  o  swoim  stanowisku.  Wolno  niewolnikom  roztrząsać 
między sobą sprawy ich właścicieli — kto im może zabronić? — ale zdradzanie zaufania wobec 
obcych to czysta niegodziwość! 

— Kochanie, czy w ten  sposób  mówi  się do staruszki,  która niańczyła ciebie na kolanach, 

ocierała łzy, kiedy stłukłaś sobie nosek, i uczyła, jak wić wianki ze stokrotek? Nie powiedziałam 
Kreteńczykowi  niczego,  co  chciałabyś  przed  nim  zataić.  Ponadto,  kiedy  myłam  mu  stopy, 
poznałam od razu, że jest z rodziny twojej matki. Oni wszyscy mają wysokie podbicie i taki długi 
drugi palec. Pomyśl tylko, okazuje się, że on jest synem biednej Erynny! Często ci opowiadałam, 
jak  ją  ukradziono.  Lata  całe  nie  mogłam  przyjść  do  siebie  z  żalu  i  wstrząsu.  Ajton  jest  twoim 
kuzynem, dziecko. Spójrz tylko na jego dolną wargę. 

—  A  niech  kruki  pożrą  jego  dolną  wargę!  —  krzyknęłam.  Potem  widząc,  że  zraniłam  jej 

uczucia, objęłam  ją i  zaczęłam szlochać. — Och, nianiu, jestem  taka nieszczęśliwa. Czy mogę 
kiedykolwiek  wyjść  za  niego  za  mąż?  By  zaspokoić  zalotników i  ocalić  nasz  dom  od zagłady, 
obiecałam wskazać, który będzie moim mężem. Nalegają, by wesele odbyło się jutro wieczorem. 
Jeżeli za boskim wstawiennictwem ojciec przedtem nie powróci, jak zaspokoję pragnienie mego 

serca? 

Eurykleja klepała mnie po plecach i gładziła włosy. 
— Czemu nie obwieścisz, że zgodziłaś się poślubić właśnie jego? 
— Nie mów głupstw. Oni by nigdy na to nie przystali. 
— No więc, kochanie, musisz zrobić w Drepanon, co Medea zrobiła w Drepane. 
Zmarszczyłam czoło. 
—  Demodok  śpiewał  nam  o  „Złotym  Runie”  przed  dwoma  laty  —  podpowiedziała 

Eurykleja. — Na pewno przypominasz sobie? 

—  Och,  nianiu  najdroższa,  bogini  mówi  przez  twe  zwiędłe  usta.  Przecież  tak  będzie 

najlepiej! 

Opowieść brzmiała mniej więcej tak: Medea, zbiegłszy z Kolchidy w towarzystwie Jazona, 

schroniła się w Drepane, gdzie królował Alkinoos. Kiedy kolchidzki admirał wysłany w pościg 
zażądał  wydania  jej  i  Złotego  Runa,  które  Jazon  ukradł,  Alkinoos  odłożył  odpowiedź  do 
następnego  dnia.  Na  to  królowa  Arete,  litując  się  nad  Medeą,  uprosiła  go,  by  zważył,  jaka 
okrutna śmierć czeka uciekinierkę, gdy ją zawiozą do domu. Alkinoos odparł, że nic nie obiecuje, 

ale zobaczy, co się da zrobić. Arete jednakże namówiła go, by jej wyjaśnił konsekwencje prawne 
ucieczki Medei, które można tak streścić: „Jeśli Medea jest jeszcze dziewicą, musi powrócić do 
Kolchidy;  jeżeli  nie,  ma  prawo  pozostać  z  Jazonem”.  Arete  pośpiesznie  urządziła  kochankom 
ślub  w  Jaskini  Makris  i  kiedy  nazajutrz  Alkinoos  wydał  swój  sąd,  byli  już  mężem  i  żoną. 
Kolchowie odpłynęli więc obrażeni, a Jazon i Medea udali się do Koryntu, gdzie zostali królem i 
królową. 

background image

Szept i cichy odgłos bosych stóp na korytarzu. Eurykleja wstała rozzłoszczona. 
— Co to? — zapytałam. 
— Melanto i jej towarzyszki-nierządnice idą, jak sądzę, na spotkanie z kochankami. Kiedy ty 

poszłaś  spać,  słyszałam  odgłos  ukradkiem  odryglowywanych  drzwi  frontowych.  Umkną  do 
ogrodu przez dziedziniec biesiadny, boczną furtką, którą nie tylko zarygluję, ale jeszcze zamknę 

na klucz. 

— Co chcesz zrobić? 
— Złapię je! I poproszę królową, żeby mi pozwoliła wychłostać je jutro bykowcem. 
— Nie, zostaw to mnie, Euryklejo. Mogłyby na ciebie napaść. 
Wykradłam się z sypialni i idąc za nimi w bezpiecznej odległości po schodach, doszłam do 

dziedzińca  biesiadnego  w  chwili,  gdy  ostatnia  ze  służących  zniknęła  w  ogrodzie.  Wówczas 
zamknęłam  i  zaryglowałam  drzwi.  Nagle  zajaśniało  światło.  To  Ajton  cisnął  w  ogień  trochę 
suchych wiórów i parę smolnych szczap sosnowych. 

—  Stój  i  nie  ruszaj  się  —  mruknął  —  jeśli  chcesz  mieć  całą  głowę.  —  Skoczył  ku  mnie 

machając ciężkim polanem.  

Roześmiałam się. Ajton także się śmiał i wziął obie moje dłonie w swoje. 
— Jakże jesteś piękna przy blasku ogniska — rzekł. 
—  Tak,  światło  ogniska  jest  litościwsze  niż  słońce  —  przyznałam.  —  Lecz  po  co  mi 

przypominasz moją bladą cerę i nieregularne rysy? 

—  Silne  cienie,  które  rzuca  ogień  —  wytłumaczył  wcale  nie  zbity  z  tropu  —  podkreślają 

śliczne ukształtowanie twego nosa i kości policzkowych... 

— Które tak silnie przypominają twoje własne — powiedziałam uwalniając dłonie. 
— Żeby zmienić temat, kto wyszedł tymi drzwiami? — spytał. 
—  Grupa  głupich  kobiet  z  Melanto  na  czele,  tą,  która  była  niegrzeczna  wobec  ciebie.  Ich 

kochankowie  czekają  pod  drzewami.  Nie  rozumiem,  czego  one  dla  siebie  oczekują  za  takie 
zachowanie.  Może  kochankowie  obiecali,  że  uznają  je  za  swoje  nałożnice  i  dadzą  im  coś  w 
zapisie, gdy nasze włości zostaną sprzedane? Albo że umieszczą je jako uświęcone prostytutki w 
świątyni Afrodyty, jeśli okażą się ochoczymi uczennicami w sztuce miłości? Jest to zaszczytny i 
podniecający  zawód  dla  początkujących,  bez  wątpienia;  lecz  w  miarę  upływania  miesięcy 
zatęsknią prawdopodobnie do krosien, kądzieli i szczotki do szorowania. 

— Nie mogłem zasnąć, obracałem się na swym posłaniu z wołowych skór, jak kozi żołądek 

przypiekany na ogniu. 

— Niepokoi cię jutrzejszy dzień? Myślałam, że jesteś doświadczonym żołnierzem? 
—  Myślisz  o  jutrzejszej  bitwie?  Nie,  nie!  Skoro  plan  uderzenia  został  ustalony,  nie 

poświęciłem  tej  sprawie  ani  jednej  myśli,  choć  bogowie  tylko  wiedzą,  co  zrobimy,  gdy 
osiągniemy  zwycięstwo  —  bo  wygląda  na  to,  że  będziemy  musieli  albo  zbiec  z  kraju,  albo 

background image

wyzwać  do  walki  całą  elymejską  armię.  Ale  co  się  przejmować?  Księżniczko,  to  ty  mi  nie 
dawałaś  zasnąć.  Mogłaś  sądzić,  że  to,  co  mówiłem  nad  Rejtronem,  gdy  wychwalałem  twoją 
piękność,  było  jedynie  retoryką,  choć  istotnie  było  wówczas  w  mojej  mowie  coś  sztucznego, 
bowiem  krasomówstwo  zawsze  ma  charakter  mało  intymny.  A  jednak  była  to  miłość  od 
pierwszego wejrzenia; tylko obecność twych panien służebnych i strach, że się zniecierpliwisz, 
wstrzymały mnie od wypowiedzenia tego tak porywczo, jak mówię teraz. Najdroższa, ty jesteś 
światłem moich oczu, krwią w moich żyłach, oddechem moich piersi. 

Objął mnie silnymi ramionami, ale odepchnęłam go dając do zrozumienia, że nie żartuję. 
— Ja nie nazywam się Melanto — powiedziałam dysząc ciężko. — Nazywam się Nauzykaa. 
— Jestem na twoje rozkazy. 
— Pójdź więc tymi schodami do pokoju na wieży, gdzie śpi Klitoneos. Przyprowadź go tutaj. 
— Po co? 
— Przyprowadź go tu! 
Wkrótce  wszedł  Klitoneos  chwiejąc  się,  po  dziecinnemu  przecierając  oczy,  wyraźnie 

niezadowolony, że go obudzono po tak ciężkim dniu. Chłopcy w jego wieku mogą spać, ile się 

da. 

—  Bracie  —  powiedziałam  —  dziś  w  nocy  zawieramy  ślub  z  Ajtonem.  Czy  oddasz  mnie 

jemu? 

Klitoneos wyglądał na zgorszonego. 
— W takim pośpiechu, siostro? 
— W takim pośpiechu. Nie, on mnie jeszcze nie uwiódł, jeśli to masz na myśli. 
— Ale co z zaręczynami, co z wianem? 
— Niechaj on ci da swoją sakwę z ciepłym jeszcze żołądkiem kozim. To jest wszystko, co 

posiada; zalotnik nie może dać więcej niż wszystko, co ma. 

— A strój ślubny? 
—  Niech  włoży  najlepsze  szaty  zmarłego.  Są  w  sam  raz  na  niego,  a  duch  będzie  się  czuł 

pochlebiony. No, bracie, dość sprzeciwów. Jedynym możliwym do przyjęcia powodem, aby nie 
wybrać  żadnego  z  zalotników,  jest  to,  że  jestem  już  zaślubiona;  zbraknie  im  wymówki  do 

przebywania u nas. 

— Co, jak myślisz, powie na to ojciec? 
—  Jeżeli  Ajton  sprawi,  że  zwyciężymy,  ojciec  go  przyjmie  z  radością.  Jeśli  zawiedzie  — 

nikomu  z  nas  nie  będzie  można  czynić  wyrzutów  za  odbycie  ceremonii  ślubnych,  bo  wszyscy 
będziemy martwi: ty i Ajton zginiecie z rąk zalotników, a ja ze swych własnych. 

— A nasza matka? Czy jesteś pewna jej zgody? Chociaż niczego bardziej nie pragnę nad to, 

by ujrzeć ciebie jako żonę Ajtona, nie śmiem się jej sprzeciwiać. 

—  Nie  może  odmówić  swojej  zgody,  kiedy  Ajton  w  zamian  za  natychmiastowy  ślub 

background image

ofiarowuje uratowanie królestwa. 

Tymczasem matka stała cichutko z Eurykleją w drzwiach i słyszała większą część rozmowy. 
— Klitoneosie — rozkazała — obudź ludzi na dziedzińcu ofiarnym. Każ im przynieść ofiary 

przebłagalne Herze, Artemidzie i Mojrom. Nie trzeba im mówić, po co są potrzebne zwierzęta. 

Pochodnie z drzewa cierniowego  —  mamy ich kilka na wieży.  Kwiaty i  fletnie? Nie, szacunek 
dla zmarłego wzbrania ich, jeśli nie minęły trzy dni od śmierci. Pigwa w cukrze; jest tego jeszcze 
całe pudełko  w spiżarni. Chciałabym  zaczerpnąć wody oczyszczającej  ze Źródła Nimf.  Zresztą 
głupstwo, możemy ułagodzić je kiedy indziej; nasze własne źródło wystarczy. 

— A Ktimena? — spytał Klitoneos. 

Wiecznie  ta  Ktimena.  Tak,  jej  nie  można  powierzać  sekretu.  Ale  czy  nie  zbudzi  jej  ruch, 

kwik świń zarzynanych  na ofiarę Mojrom i  chór głosów śpiewających Hymenajos,  choćbyśmy 

nie wiem jak cicho to robili? 

W końcu postanowiliśmy wezwać ją na świadka zrękowin i wbiegłszy na górę zapukałam do 

drzwi jej sypialni. Nie odpowiedziała. Weszłam i zawołałam: — Ktimeno! Ktimeno! — Wciąż 
brak  odpowiedzi.  Ostrożnie  przysunęłam  się  do  łóżka  i  wyciągnęłam  rękę,  by  dotknąć  jej 
ramienia.  Posłanie  było  jeszcze  ciepłe,  a  łóżko  puste;  kiedy  zaś  wróciłam  na  dół,  jedyne  choć 
sromotne  wyjaśnienie,  do  jakiegośmy  doszli,  było,  że  wyszła  ze  służebnymi  do  ogrodu  w  tej 
samej co i one sprawie. Nie mieliśmy jednak czasu na próżne rozmyślania. 

Przyrzekliśmy  sobie  wierność  u  stóp  tronu  ojca,  w  obecności  mojej  matki,  Klitoneosa  i 

Euryklei,  Ajton  zaś  uroczyście  wręczył  Klitoneosowi,  jako  wiano,  starą  wytartą  sakwę 
zawierającą  kozi  żołądek.  Służebne  i  służący  stali  dokoła  nas  z  wybałuszonymi  oczyma. 
Przysięgli  milczeć  i  nie  złamaliby  przysięgi,  choćby  mieli  umrzeć.  Zostaliśmy  z  Ajtonem 
ceremonialnie  umyci  przez  naszą  świtę,  każde  z  osobna,  w  krynicznej  wodzie  ze  źródła  spod 
bramy;  potem  nas  ubrano  w  weselne  stroje  i  uwieńczono  liśćmi.  Co  mi  tam,  że  mojej  szacie 
ślubnej  brakło  z  tyłu  haftu!  Klitoneos  szybko  pozarzynał  zwierzęta  —  kwik  świń  przechodnie 
mogli  sobie  tłumaczyć  jako  odgłosy  ofiar  przebłagalnych  składanych  Mentorowi  —  a  ja 
wrzuciłam  jeszcze  jeden  kosmyk  włosów  w  ogień  na  pożegnanie  z  Ateną,  której  dziewiczą 
kapłanką  już  nie  mogłam  być,  choć  do  dziś  ją  wielbię.  Potem  podzieliłam  się  z  Ajtonem 
plasterkiem  pigwy  w  cukrze,  który  się  zjada  w  imię  Afrodyty,  zapaliliśmy  od  trójnogów  z 
ogniem pochodnie z drzewa cierniowego i rozdawaliśmy słodycze, gdy tymczasem nasza świta 
śpiewała Hymenajos — ale łagodnie, cichutko, żeby wrzawa nie doszła do ogrodu. Piliśmy też 
wino  z  miodem.  W  końcu  służebne  zaprowadziły  mnie  przy  świetle  pochodni  na  dziedziniec 
biesiadny, wycałowały i odeszły na palcach. 

Przyszedł Ajton ze świecą w ręku i znalazł mnie drżącą obok trójnogu z ogniem. Rozwiązał 

mi przepaskę i unosząc w górę położył nagą na skórze białego wołu przykrytej owczymi, które 
były jego posłaniem. 

background image

Żadne z nas nie wymówiło ani słowa, a nigdy nie zdawałam sobie sprawy, jak przemożnie 

gwałtowna jest bogini Afrodyta. Doprowadza ona do szaleństwa swych czcicieli, mieszając ból z 
przyjemnością,  miłość  i  nienawiść,  radość  i  wściekłość  w  całopalnej  ofierze  namiętności, 
wyzbywa całego wstydu, całej pamięci rzeczy minionych, wszelkiej troski o przyszłość. Jednak 
walczyłam  przeciw  bogini;  wspomniawszy  biedną,  głupią  Ktimenę  postanowiłam  zachować 
swoją kobiecą dumę. Nie wolno mi pozwolić, by Ajton dowiedział się, że kocham go więcej niż 
cały świat, więcej niż siebie samą, więcej niż cokolwiek istniejącego, oprócz bogini Ateny, którą 
przyzywałam w milczeniu, by dała mi siłę. 

O szarym świcie zostawiłam Ajtona i poszłam do domu zbudzić Eurykleję, która pośpieszyła 

uprzątnąć ślubny strój Ajtona, zwęglone resztki pochodni cierniowych i inne ślady uroczystości. 
Kiedy to zrobiła, kazała służącym bielić krużganki, jak było uzgodnione, a ja spałam na swoim 
wąskim  łóżku  aż  do  białego  dnia,  śniąc  o  Złotym  Runie.  Ajton  zaś  pozostał  w  naszym  łożu 
małżeńskim i śnił o mnie. 

background image

DZIEŃ ZEMSTY 

Był to ciężki ranek. Kiedy świst pędzli do bielenia zrobionych z oślej trawy i cichy śmiech 

kobiet zbudziły Ajtona, poszedł na dziedziniec ofiarny i modlił się cicho do kreteńskiego Zeusa: 
„Panie, jest to dzień nad dniami, po nocy nad nocami. Udziel mi dwóch łask: szczęśliwych słów 

od pierwszej spotkanej osoby i szczęśliwego znaku z nieba!” 

Czy  uwierzylibyście?  Zaledwie  skończył  mówić,  a  tu  odległy  grzmot  potoczył  się  po 

błękitnym  i  bezchmurnym  niebie;  zaś  na  ten  dźwięk  jedna  z  naszych  sykulskich  niewolnic 
spojrzała  znad  ciężkich  żaren,  w  których  mełła  pszenicę  zmieszaną  z  jęczmieniem,  i 
wypowiedziała te szczęśliwe dla Ajtona słowa. 

Powinnam wyjaśnić, że mając słabe płuca kobieta ta była ostatnią z sześciu, którym zadano 

tę robotę jeszcze przed świtem. Inne wśliznęły się już z powrotem na swoje słomiane sienniki, 
żeby  się  zdrzemnąć.  Wszystkie  nasze  dziewczęta  muszą  od  czasu  do  czasu  odbyć  swoją  kolej 
przy żarnach: to dobre ćwiczenie. Jak powiada mój ojciec: „Niewolnik, który nie pozbywa się w 
codziennym  pocie  złych  humorów  swego  ciała,  jest  ponury  i  z  pewnością  zachoruje”.  Ale,  jak 
powiadają kapłani Apollona: „Wszystko w miarę”, a nadzwyczajne spożycie chleba, odkąd moi 
zalotnicy zaczęli nas dręczyć, spowodowało, że praca przy żarnach stała się dziesięć razy dłuższa 
i bardziej nużąca niż dotychczas. 

Te szczęśliwe słowa były następujące: „Ojcze Zeusie, komuż tak zgodę wyrażasz piorunem? 

I to z jasnego nieba! Czy jakiś strapiony mąż szlachetny wzniósł do ciebie modły i zastał cię w 
dobrym humorze? Jeśli tak, to proszę, wysłuchaj biednej niewolnicy i spełń również jej życzenie! 
Litościwy Zeusie, niech dzień dzisiejszy ujrzy kres bezczelnych ucztowań! Te żarna ścierają mi 
życie i druzgocą plecy. Niechaj żarłoczni zalotnicy nigdy już nie jedzą mąki, co się z nich sypie!” 

Ajtonowi serce skoczyło w piersi i głośno pomodlił się do Apollona: 
— Łuczniku Apollonie, którego jestem sługą, sprzyjaj mi w dniu święta twojej zemsty! — 

Była  to  bowiem  rocznica  zwycięstwa  boga  nad  Pytonem,  a  wybraliśmy  ją,  by  stała  się  także 

dniem naszej zemsty. 

Tymczasem  Klitoneos  wziął  włócznię  ze  stojaka  i  poszedł  z  Argosem  przy  nodze  na 

background image

publiczne składanie ofiar Apollonowi. Eurykleja pilnowała, by dziewczęta bieliły pracowicie, a 
gdy  skończyły  jedną  ścianę,  kazała  im  naczerpać  wody,  założyć  na  ławy  purpurowe  narzuty, 
poustawiać na stołach kielichy, czary dwuuszne i misy i usłać podłogę świeżo ściętym jałowcem. 
Niezadługo Eumajos przypędził trzy wspaniałe wieprze, a spotkawszy Filojtiosa, który przywiódł 
jałówkę i parę tłustych kóz przewiezionych z Hiery, pozdrowił go: 

— Zacny przyjacielu, królowa pragnie cię zobaczyć. 
Kiedy Filojtios wrócił, zastał Melantiosa znów obrażającego Ajtona. 
— Ty jeszcze tu, zawalidrogo? — pieklił się. — Mało jadła zebrałeś wczoraj, że jeszcze dziś 

chcesz żebrać? Gdzieś je wpakował? Nie mów mi, że zjadłeś przez jedną noc cały kozi żołądek i 
te inne resztki! Uważaj no, bratku! Jak mi spłatasz jakiegoś figla, to się pobijemy. A sądzę, że 
potrafię troszkę mocniej bić niż Iros. 

Ale wtrącił się Filojtios. 
— Ten człowiek jest pod opieką królowej — powiedział — bo uradował ją wieścią o księciu 

Laodamasie.  Jeśli  okaże  się  ona  prawdziwa,  skończą  się  wkrótce  kłopoty.  Król  i  książę 
Laodamas  wygonią  tych  przeklętych  łotrów  na  zbity  łeb,  a  ty,  zdrajco,  dostaniesz,  na  co 
zasłużyłeś! 

Potem podszedł do Ajtona, uścisnął mu dłoń i powiedział: 
— Nazywam się Filojtios, jestem na twoje usługi. 
Melantios  usunął  się  z  dziedzińca.  Filojtios  nie  należał  do  ludzi,  z  którymi  chciałby  się 

kłócić. 

Mniej  więcej  po  godzinie  wszedł  do  pałacu  Klitoneos,  a  za  nim  zalotnicy,  którzy  zrzucili 

chlajny na ławy i nie tracąc czasu jęli składać ofiary ze zwierząt dostarczonych przez Eumajosa i 
Filojtiosa.  Ponieważ  byli  głodni,  kazali  swym  służącym  upiec  wątróbki,  nerki,  móżdżki  i  tym 
podobne  rzeczy  na  olbrzymim  ruszcie  i  zażądali  wina  i  dużej  ilości  chleba.  Bulgotały  też  na 
ogniu  dwa  ogromne  kotły  zawierające  świńskie  nóżki,  krowie  kopyta,  ozór  i  flaki,  do  których 
dodano  jęczmień,  bób  oraz  jarzyny.  Reszta  mięsa  piekła  się  na  rożnach  z  drzewa  granatu  i 
pięciozębnych  widelcach.  Eumajos,  Filojtios  i  Melantios  podawali  do  stołów,  bo  inni  służący 
jeszcze pracowali w stajniach i w ogrodzie; nie była to pora obiadu. Klitoneos zawołał do Ajtona: 

—  Żebraku,  chodź,  usiądź  ze  mną  przy  tym  stole!  —  Stół  był  ustawiony  na  progu,  tuż  za 

frontowymi drzwiami, gdzie trzymały straż dwa psy z czerwonego kamienia. Klitoneos napełnił 
pozłacany kielich dla Ajtona i głośno powiedział: — Cypryjczyku, możesz polegać na mnie, że 
będę cię osłaniał od zniewag i ataków, chociaż ci nieproszeni goście często zapominają, iż są w 
pałacu,  a  nie  w  wiejskiej  karczmie,  i  tak  się  też  zachowują.  Słyszycie,  panowie?  —  Skinął  na 
Eumajosa, a ten podał Ajtonowi (wcześniej niż komu innemu) misę z parującym mięsem. 

Podniósł  się  pogardliwy  szmer  przerwany  przez  Antinoosa,  który  już  przyszedł  zupełnie 

pijany. 

background image

— No — rzekł — musimy jeszcze jakiś czas znosić przechwałki księcia Klitoneosa, bo nie 

sądzę, żeby Mojry odmierzyły mu bardzo długie życie. 

Ktesippos buchnął śmiechem, a potem krzyknął: 
—  Towarzysze,  nasz  żebrak  dostał  już  tyle  jedzenia,  że  mogłoby  ono  nasycić  całą  kuźnię 

kowali,  a  skoro  książę  Klitoneos  okazał  grzeczność  wobec  tak  wybitnego  obcokrajowca,  nie 
chciałbym i ja pozostać w tyle. Oto jest mój udział, jeśli zaś jest zbyt twardy do strawienia nawet 
dla  jego  strusiego  żołądka,  niech  go  przekaże  Gorgo,  gęsiarce,  lub  jakiejś  innej  pokornej  a 
zasługującej na to osobie. 

Melantios przyniósł mu  michę rosołu, a on, wyjąwszy jedno z krowich kopyt — ponieważ 

było  gorące,  wziął  je  przez  jedną  z  naszych  najlepszych  purpurowych  narzut  —  cisnął  nim  w 
Ajtona.  Z  uśmiechem  bezradosnym,  jak  na  posążkach  rogatych  mężczyzn  z  brązu,  które 
sprowadza się z Sardynu, Ajton skłonił głowę i pocisk uderzył w ścianę. 

Porywając włócznię Klitoneos wybuchnął: 
— Szczęście, że kopyto  nie trafiło w mego gościa, Ktesipposie! Gdyby nie uchylił na czas 

głowy,  byłbym  cię  przekłuł  jak  prosiaka.  Moja  cierpliwość  też  ma  swój  kres.  Nie  wątpię,  że 
postanowiliście  mnie  zabić,  lecz  strzeżcie  się,  pierwej  zabiorę  z  sobą  paru  z  was  do  Hadesu. 
Panie mój, Agelaosie, jako najszlachetniej  urodzony po mnie z obecnych tu  Trojan, musisz mi 
pomóc  utrzymać  porządek.  Czyż  Rada,  wybierając  cię  na  regenta  w  zastępstwie  króla, 
upoważniła cię, byś spokojnie patrzył na publiczne obrażanie jego syna? 

Agelaos odrzekł uśmiechając się: 
— Ktesippos jest wesoło nastrojony. Nie zwracaj uwagi na jego figle, które odzwierciedlają 

żywotną a szczodrą naturę. Musisz pamiętać, krewniaku, że odeszliśmy od miejskich obchodów 

ku  czci  Apollona  —  zaraz  po  wstępnych  modłach  i  ofiarach  —  na  twoje  osobiste  zaproszenie. 
Obiecałeś, że dzisiaj  księżniczka Nauzykaa wyraźnie wskaże męża, którego zamierza poślubić, 
do czego ją nakłaniano co najmniej parę lat. Skoro uczyni to, skończy się ciągłe ucztowanie i nie 
będą  musiały  się  powtarzać  niemiłe  sceny,  nad  którymi  równie  głęboko  jak  i  ty  boleję,  lecz 
sądzę, że ty jesteś za nie odpowiedzialny. 

Tylko jeden z zalotników, Sykańczyk Teoklimenos, dostrzegł brak broni pod arkadami; nie 

zwiodło  go  też  pobielenie  jednej  ściany.  Rzucił  bystry  pytający  wzrok  na  Klitoneosa,  który 
ostrzegawczo uniósł lekko włócznię i wskazał boczne drzwi. 

Teoklimenos wstał drżący ze stołka. 
—  Oczy  mi  ciemność  zakryła  —  rzekł.  —  Widzę  dziedziniec  pełen  duchów  i  słyszę  w 

powietrzu głos żałoby. Wybaczcie mi, towarzysze, że zostawię was i pójdę błagać Apollona na 

placu targowym. 

Biegiem przemknął przez dziedziniec. 
Patrzyli na to wszyscy. Antinoos czknął: 

background image

—  Słowo  daję,  to  najzręczniejsza  wymówka,  jaką  kiedykolwiek  słyszałem!  By  pokryć 

zamieszanie, gdy go przycisnęło w brzuchu i narobił sobie wstydu... — Jazgot śmiechu zagłuszył 
resztę tego obrzydliwego gadania. 

Chodziłam przez chwilę tam i z powrotem po swojej sypialni. Dolios, ogrodnik, potknął się 

na  nieżywym  ciele  Ktimeny  ukrytym  w  wysokiej  trawie  w  rogu  sadu  przy  grzędzie  melonów. 
Przykazałam mu, żeby nic nikomu nie mówił i zostawił ją tam, gdzie leży — tłumacząc, że nie 
moglibyśmy wziąć udziału w obrządkach pogrzebowych, póki nie obwieszczę swojego wyboru. 
Mogę  też  od  razu  powiedzieć,  że  nigdy  nie  odkryliśmy,  kto  zabił  Ktimenę  i  dlaczego.  Gardło 
miała  przecięte  od  ucha  do  ucha,  a  potem  ktoś  najwidoczniej  przyciągnął  ją  do  tego  miejsca 
ukrycia.  Mój  osobisty  pogląd  jest  taki,  że  podejrzewając  Melanto  o  romans  z  Eurymachem, 
przyłączyła  się  do  grupy  dziewcząt,  które  w  ciemności  nie  zdawały  sobie  sprawy,  kim  była. 
Potem  poszła  za  Melanto  i  albo  poderżnęła  sobie  gardło,  gdy  podejrzenia  okazały  się 
niebezpodstawne, albo może zrobił to Eurymach (który nigdy nie wahał się przed morderstwem). 
Nieważne.  Przekleństwo  bursztynowego  naszyjnika  złączyło  Klimenę  z  mym  bratem 
Laodamasem w bezmiłosnym Hadesie. 

Wiadomość ta przepełniła mnie spokojnym gniewem. Weszłam do pustej sali tronowej i nie 

zauważona  usiadłam  na  krześle  tuż  za  frontowymi  drzwiami,  skąd  mogłam  wszystko  słyszeć. 
Kiedy na odgłos pijackiego śmiechu — kazałam Pontonoosowi napełniać kielichy i czary aż po 

brzegi — stało się wreszcie jasne, że nadeszła pora czynu, wymknęłam się znowu i przywołałam 
Eurykleję. 

— Euryklejo — powiedziałam — daj mi, proszę, klucz od składu! 
Poszła ze mną i pamiętam, że kiedy odczepiwszy rzemień umocowany do klamki otworzyła 

zamek i pchnęła drzwi, zawiasy wydały głośny, mściwy ryk, jak ryk świętego byka, który widzi, 
że ktoś ośmiela się wkroczyć do okólnika. Widziałam w tym dobry znak. W dniach krytycznych 
wypatruje się wszystkich możliwych znaków woli bogów; należy jednak uważać, aby nie dać się 
zwieść dwuznaczności, w którą lubią oni spowijać swoje zamysły. 

Wzięłam  czternaście  wypchanych  sykulskich  kołczanów,  które  tu  ukrył  Klitoneos, 

odnalazłam  skrzynkę  spiżowych  i  żelaznych  krążków  używanych  do  gry,  a  potem  sięgnęłam 
drżącymi dłońmi tam, gdzie wisiało długie, rzeźbione, świecące złote puzdro ozdobione rytymi 
obrazkami  z  dawnych  czasów.  Na  szczęście  moja  kochana  przyjaciółka  Prokne  zamieszkała  w 
pałacu,  ponieważ  ojciec  jej  popłynął  na  Elbę.  Ona  i  Eurykleja  zdołały  dźwignąć  dużą  ciężką 
skrzynkę z krążkami, ja zaś niosłam złote puzdro i naręcz kołczanów. 

—  Chodźcie  —  powiedziałam  i  weszłyśmy  gęsiego  do  cichej  sali  tronowej,  a  stamtąd  na 

zatłoczony  dziedziniec  biesiadny,  powoli  i  nie  rozglądając  się  na  boki.  Zatrzymałam  się  przy 
głównej kolumnie, która podpiera arkady, i ku swemu zdumieniu byłam zupełnie opanowana. 

Zalotnicy  zdziwieni  i  zadowoleni,  że  jestem  ubrana  w  ślubną  szatę  i  wieniec  świeżych 

background image

kwiatów — był to bowiem trzeci dzień po pogrzebie — zaczęli bić w stoły rękojeściami noży i 
podnieśli  głośny  okrzyk  radości.  Wyraziłam  uznanie  lekkim  skinieniem  głowy,  nim  jeszcze 
położyłam swój ładunek i przemówiłam: 

— Panowie moi, książę Klitoneos postanowił nie wybierać dla mnie męża, który mógłby się 

okazać  niemiły  królowi  i  przezornie  pozostawił  decyzję  mnie.  Ponieważ  może  ona  wywołać 
zawiść, odwołałam się do bogini Ateny. Bogini ukazała mi się wczoraj we śnie i powiedziała, co 
następuje:  „Dziecko,  wybierz  mężczyznę,  który  ma  najpewniejszą  rękę  i  najbystrzejsze  oko 
spośród  wszystkich,  co  zasiadają  przy  stołach  bliższego  dziedzińca;  ponieważ  zaś  jutro  jest 
święto Apollona Łucznika, pamiętaj o łuku Filokteta!” Co mogłoby być prostsze? Homer opisuje, 
jak  Izander  i  Hippolochos  współubiegali  się  o  królestwo  Likii  w  zawodach  łuczniczych;  a  tu, 
chociaż  nagroda  jest  mniejsza,  zaciekle  wadzi  się  o  moją  miłość  ponad  stu  szlachetnie 
urodzonych, namiętnych konkurentów.  

Smagnęłam ich tymi słowami jak biczem. 
—  Byłoby  to  nie  tylko  nudne  —  ciągnęłam  dalej  —  dla  tak  wielu  konkurentów 

współzawodniczyć  w  strzelaniu  tym  samym  łukiem,  ale  także,  obawiam  się,  spowodowałoby 
kłótnie o pierwszeństwo. Przeto, by ograniczyć liczbę biorących udział, wyznaczyłam prościutką 
próbę zręczności. Mój brat Klitoneos ustawi na dziedzińcu dwanaście palików w rzędzie jeden za 
drugim  i  każdy  z  zalotników  może  rzucić  tylko  jeden  krążek.  Ci  trzej,  którzy  trafią  najdalsze 
paliki,  będą  mogli  wziąć  udział  w  zawodach  łuczniczych  polegających  na  przeszyciu  strzałą 
głowic  toporów.  Łuk,  którego  im  pożyczę,  ma  swoją  historię;  to  łuk  Filokteta,  najsławniejsza 
pamiątka  po  bohaterach  w  całej  Sycylii.  Należał  do  samego  Heraklesa,  który  przekazał  go 
Filoktetowi, gdy wstąpił na stos całopalny na górze Eta. Tym to orężem Filoktet strzelił Parysowi 
najpierw w dłoń, a potem w prawe oko, kończąc w ten sposób wojnę trojańską. 

Moje przemówienie wywołało sporo zamieszania, oczekiwano bowiem, że wybiorę któregoś 

z  zalotników,  których  pochwalał  mój  ojciec.  Jeżeliby  całe  towarzystwo  przyjęło  mój  sposób 
rozstrzygnięcia  sprawy,  posiadający  boskie  zatwierdzenie,  oni  też  będą  musieli  pogodzić  się  z 
wynikiem  i  zmienić  swoje  plany.  A  ci  młodzi  ludzie,  których  dary  nie  były  specjalnie  piękne, 
sądząc,  iż  oto  nadarza  się  okazja  polepszenia  swej  pozycji,  dzikim  wrzaskiem  wyrazili  zgodę. 

Klitoneos wziął zaraz motykę i wykopał długą bruzdę na udeptanej ziemi dziedzińca; umocował 
następnie kołki co trzy kroki, mocno ubijając wokół nich ziemię butem. Potem wyrysował linię, 
spoza której zawodnicy mieli rzucać krążki. 

— Możecie zaczynać, moi panowie — rzekł krocząc na swoje miejsce. 
Chociaż Antinoos był pijany, wymyślił sprytny sprzeciw. Przypomniawszy nam, że Apollo 

zabił niegdyś przypadkowo krążkiem Hiakyntosa, poddał myśl, że urządzenie publicznej gry w 
krążki w dniu święta Apollona byłoby umizganiem się do śmierci. 

— Jednego z nas musiałby spotkać los Hiakyntosa. Nie mogę się jednak zgodzić, że zawody 

background image

łucznicze będą nudne; co się zaś tyczy pierwszeństwa, możemy stawać po kolei, zaczynając od 
tego  dzbana  z  winem  i  posuwając  się  z  biegiem  słońca,  jak  się  podaje  wino.  Zdaje  się,  że  jest 
dosyć  strzał.  Celem  niechaj  będzie  krążek  wiszący  na  drzwiach...  tych,  które  prowadzą  na 

dziedziniec ofiarny. — Znaczyło to, że on i wszyscy jego przyjaciele strzelaliby pierwsi, sądząc 
zaś po wczorajszych igrzyskach, zawody przerodziłyby się w farsę. 

Klitoneos jednakże, pomimo moich usilnych protestów; pozwolił mu przeprowadzić ten plan. 

Wziął z moich rąk pozłacane puzdro, odpiął klamerki i ze czcią wyjął łuk. Tak się zdarzyło, że 
nigdy go dotąd nie widziałam — straszna broń, wysoka na męża, a zrobiona niechybnie z pary 
największych  rogów  kreteńskiej  dzikiej  kozy,  spojonych  kowanym  brązem.  Ajton  już  go 
wcześniej  obejrzał,  kiedy  był  w  składzie,  i  zaopatrzył  w  linkę  ze  skręconego  lnu,  cztery  razy 
mocniejszą niż zwykła cięciwa, z pętlami na obu końcach i o dokładnie odmierzonej długości. 

Rogi  żywej  kozy  posiadają  pewną  giętkość,  z  biegiem  lat  jednak  troszeczkę  tężeją,  a  po 

upływie kilku stuleci robią się twarde jak rogi jelenie. 

Pierwszy  wystąpił  Lejodes.  Ponieważ  był  młodszym  kapłanem  Zeusa,  przewodniczył  we 

wszystkich ostatnich ofiarach, co zapewniło mu miejsce tuż obok olbrzymiego dzbana, z którego 
rozlewano wino. Wziął on łuk i strzałę, a tymczasem Eumajos poszedł przybić krążek. Wówczas 
Klitoneos krzyknął: 

—  Hej  tam,  Filojtiosie,  zarygluj  drzwi  od  zewnątrz:  mógłby  ktoś  wejść  nieoczekiwanie  i 

zostać zraniony. — Filojtios obszedł dookoła przejście i zrobił, co mu kazano. 

Stojąc  na  progu  Lejodes  zajął  się  łukiem,  który  usiłował  naciągnąć  obiema  rękami  i 

kolanami, ale tylko sam zgiął się wpół. 

—  Przyjaciele  —  jęknął  —  nie  dam  rady  tej  twardej  jak  diament  broni  i  stawiam  dziesięć 

przeciwko  jednemu  w  winie  albo  mięsiwie,  że  nikt  inny  nie  zdoła  nią  zawładnąć.  Wysiłek  do 

tego potrzebny rozerwie najsilniejsze serce. Księżniczka Nauzykaa spłatała nam jeszcze jednego 

figla. 

Oparł  łuk  o  drzwi,  postawił  obok  strzałę  i  usiadł  ze  smutkiem.  Antinoos  zaczął  mu 

wymawiać: 

— Co za bzdura! Jeśli Filoktet mógł go naciągnąć, to chyba jego potomkowie potrafią zrobić 

to samo? Nigdy nie uznawałem przesądów, że dawniej ludzie byli silniejsi albo mężniejsi niż my. 
Łuk troszkę zesztywniał i tyle; trzeba go przygrzać i nasmarować. Po prostu urodziłeś się w noc 
bezksiężycową — wiń za to matkę — i jesteś dlatego słabeusz, bez siły w przegubach i barkach, 
a ćwiczysz się tylko w grze w kości i kottabosie... Dobra, przyjmuję twój zakład: dwa byczki i 
dwa dzbany wina przeciw dwudziestu, że podołam zadaniu! Melantiosie, postaw patelnię słoniny 
na  ogień,  niech  się  zagrzeje;  kiedy  nasmarujemy  łuk  raz  koło  razu,  zobaczysz  wkrótce,  jak 
odzyska swą sprężystość. Czas zamraża — tłuszcz roztapia. 

Melantios  posłuchał,  po  czym  kilku  z  Antinoosowej  grupy  próbowało  po  kolei  napiąć  łuk, 

background image

lecz  bez  najmniejszego  skutku.  Powinnam  nadmienić,  że  Elymowie  nie  mają  talentu  do 
łucznictwa;  większość  mych  zalotników  nigdy  nie  trzymała  w  rękach  wojennego  łuku. 
Tymczasem  na  umówiony  znak  Eumajos  i  Filojtios  wyszli  bocznymi  drzwiami  nie  zwracając 
niczyjej uwagi: Eumajos pobiegł do głównej bramy, gdzie czekał nań jego syn z grupą lojalnych 
pachołków  i  ogrodników.  —  Gdy  usłyszycie  odgłos  walki  —  rozkazał  —  zaatakujcie  służbę 
zalotników  i  wypędźcie  ich  z  dziedzińca  ofiarnego.  Naróbcie  szczęku  i  łoskotu,  jakbyście  byli 
całym wojskiem, i krzyczcie groźby w imieniu króla. 

Filojtios pobiegł powiedzieć Euryklei: 
— Zamknij służące w pomieszczeniach i nie wypuszczaj. 
Potem Eumajos wrócił przez te same drzwi, a Filojtios zamocował je z zewnątrz na zasuwę i 

kawałek liny z Byblos i dopiero wtedy powrócił na dziedziniec przez salę tronową. 

Teraz  Eurymach  wyrwał  łuk  z  rąk  Noemona.  Chociaż  go  jednak  obracał  powoli  w  żarze 

ogniska i obficie natłuścił, nie więcej zdziałał niż inni. 

— A niech go Hades pochłonie! — krzyknął. — Lejodes miał słuszność. On złamie każde 

serce i każdy grzbiet! 

Antinoos roześmiał się. 
— Po rozważeniu tej kwestii — wycedził — doszedłem do wniosku, że naciągnięcie łuku w 

święto Apollona jest jeszcze większym błędem niż rzucanie krążków. Herakles używał tego łuku 
w wielu niezwykłych czynach podczas swych prac: obaj jednak z Apollonem, jako konkurujący 
łucznicy, wiecznie się kłócili. Mało tego, ich wrogość przeszła kiedyś w otwartą bijatykę, kiedy 
Herakles  wyciągnął  trójnóg  spod  kapłanki  Apollona,  Herofili,  i  uniósł  go  z  sobą,  aby  założyć 
własną wyrocznię. Ojciec Zeus musiał ich rozdzielać piorunem. Sądzę, że sam Apollo usztywnił 
ten łuk — może ze złości, żeśmy opuścili publiczne obchody jego święta. Odłóżmy więc tę próbę 
do  jutra  i  przebłagajmy  boga  ofiarami  z  tłustych  kóz,  które  nam  przypędził  Filojtios.  Jutro  nie 
będzie dniem tak osobliwego święta, i oby najlepszy zwyciężył! 

Przyklaśnięto  Antinoosowi  za  ten  świątobliwy  i  dowcipny  pomysł.  Przypuszczam,  że 

zamierzał zabrać ze sobą łuk, który teraz leżał na owczej skórze przy ogniu w pewnej odległości 
od drzwi, i zastąpić go nazajutrz równie wielkim, ale dogodniejszym. 

—  Apollonie,  Apollonie,  sprzyjaj  nam!  —  zawołał.  Wszystkie  czarki  i  puchary  spiesznie 

zostały napełnione i każdy zalotnik, zanim wysączył kielich aż do fusów, spełnił bogu obiatę. 

W tym momencie Ajton pochylił się i podejmując Klitoneosa za kolana rzekł: 
—  Łaski,  mój  książę!  Gdy  wrócę  do  domu  na  Cypr  (oby  to  rychło  nastąpiło!),  przyjaciele 

moi  i  krewni  spytają:  „Co  zobaczyłeś?  Czego  dokonałeś?”  A  wyliczywszy  swe  przygody  w 

Egipcie, Palestynie i Libii pragnąłbym dodać: „Potem udałem się w podróż do Drepanon, gdzie 
przechowują słynny łuk Filokteta Fokajczyka, który zakończył wojnę trojańską. Syn króla wyjął 
to cudo z rzeźbionego, złoconego puzdra rytego w sceny prac Heraklesa i pozwolił mi wziąć go 

background image

do rąk.” Pozwól mi, błagam, ziścić tę nadzieję, choć niewątpliwie napiąć go nie zdołam, skoro 
nie ma we mnie fokajskiej krwi, którą się szczyci wielu twych dzielnych przyjaciół. 

Było  to  hasłem  do  udanej  zwady  pomiędzy  mną  a  Klitoneosem.  Kiedy  udzielił  tej  łaski 

Ajtonowi, ja miałam natrzeć na niego mówiąc: „Co, pozwalasz żebrakowi profanować tę świętą 
relikwię  brudnymi  palcami?  Szukasz  kłótni?  Połóż  no  mi  zaraz  łuk  do  puzdra  i  zamknij  go  w 
składzie”. 

Klitoneos miał wrzasnąć: „Mam pełne prawo dać łuk, komu tylko zechcę, i nie wtrącaj się, 

proszę. Idź teraz do swoich pokojów, zajmij się własną robotą i pilnuj służebnych. Twoje zadanie 
na dziś już skończone i ja tu jestem panem. Eumajosie, przynieś mi łuk!” 

Musieliśmy odegrać swoje role dość przekonywająco, bo podniósł się głośny śmiech, który 

przeszedł  w  ryk,  kiedy  Eumajos  z  wahaniem  podniósł  łuk  i  przeniósł  go  przez  dziedziniec  do 
Klitoneosa. Klitoneos z wyrazem udanej pogardy podał go Ajtonowi. 

Tupnęłam nogą i wybiegłam trzasnąwszy za sobą niby w gniewie drzwiami. 
— Ktoś będzie miał dziś wieczorem podrapaną twarz — szydził Ktesippos — na dowód, kto 

jest panią w pałacu. 

Ajton  miłośnie  trzymał  łuk  w  dłoniach,  ważył  go  i  obracał,  jakby  podziwiając  jego  stary 

wyrób.  Modlił  się  skrycie  do  Apollona  i  Heraklesa,  błagając,  by  zawiesili  swój  spór  i  razem 
kierowali jego strzały. Zalotnicy poszturchiwali się łokciami i podśmiewali się: 

—  Patrzcie  go!  Znawca  łuków...  Zbiera  je  niechybnie,  stary  włóczykij.  A  może  sam  by  je 

chciał wyrabiać? 

Ajton odezwał się łagodnie: 
—  Panowie,  co  za  cudowny  łuk,  nawet  nie  naciągnięty!  Ale  o  ileż  cudowniejszy,  gdy 

naciągnięty! — Ujął lnianą linkę i nagłym władczym ruchem uchwycił róg, przegiął go wolno i 
bez  wysiłku,  aż  pętla  weszła  w  nacięcie.  Mógłby  być  muzykiem,  który  mocuje  nowe  jelito  w 
swej formindze, tak łatwo mu to przyszło. Potem usiadł ponownie, spróbował kciukiem cięciwy 
wprawiając ją niby w jaskółczy świergot, sięgnął po strzałę i jakby od niechcenia wypuścił ją, ze 
świstem szyjącą powietrze, w krążek przybity do drzwi. Ugodziła w sam środek celu, a grot jej 
przeszył grubą dębową deskę. 

Następnie, zwracając się do Klitoneosa ze swobodnym uśmiechem, rzekł: 
— Książę, upieram się przy obietnicy twojej siostry. Napiąłem łuk, trafiłem w środek tarczy, 

jestem więc mężem Nauzykai. Czy uznajesz moje roszczenia? 

— Uznaję je publicznie. 
— To dobrze. Teraz mam inny cel do ugodzenia. Pewien obecny tu mąż zabił zdradziecko 

mego współplemieńca. Przyszedłem tu, by go pomścić, krew za krew. Antinoosie, przygotuj się 

na spotkanie czarnej śmierci. 

Antinoos właśnie wznosił do ust dwuuszną czarę, gdy strzała przeszyła mu równiutko grdykę 

background image

i wyszła karkiem. Runął bijąc kurczowo rękami i nogami, wywrócił stół i rozsypał po podłodze 
chleb i mięso. Krew trysnęła nosem i ustami na całe dobre jadło. 

Okrzyk trwogi odbił się echem po krużgankach, lecz Ajton założył już drugą strzałę i siedział 

gotów  zastrzelić  każdego,  kto  przeciw  niemu  wystąpi.  Eurymach  spojrzał  dziko  po  ścianach 
krużganka  i  spostrzegł  nagle,  że  nie  ma  na  nich  broni  i  tarcz.  Szybko  powziął  decyzję  i 
wyskamlał: 

—  Przyjaciele,  ten  Cypryjczyk  jest  mistrzem  w  łucznictwie.  Zabije  co  najmniej  pięciu  lub 

sześciu,  nim  go  obezwładnimy.  A  miał  prawo  zabić  Antinoosa  w  odwet  za  krew;  nie  można 
zaprzeczyć.  Ponadto,  jeśli  księżniczka  zgodzi  się  poślubić  tego  obcego,  nie  stójmy  jej  na 
przeszkodzie,  ale  rozejdźmy  się  do  domów,  bowiem  sama  bogini  Atena  zrządziła  tę  próbę 
zręczności. 

Dały się słyszeć pomieszane okrzyki zgody i sprzeciwu. Potem przemówił Klitoneos: 
— Panowie, posłuchajcie mnie, proszę. Antinoos umarł, ponieważ zabił mego wuja Mentora, 

którego  król  wyznaczył  na  regenta  podczas  swej  nieobecności.  Jest  jeszcze  dwóch  morderców 
między  wami.  Pierwszy  to  Eurymach,  który  zasztyletował  mego  brata  Laodamasa  (co  dało 
początek wszystkim tym kłopotom) i utopił jego ciało w morzu — tak bowiem duch Laodamasa 
skarżył  się  królowej.  Następnie  Ktesippos,  gdyż  on  to,  a  nie  mój  niesłusznie  wygnany  brat 
Halios,  bestialsko  zamordował  rybaka.  Choćby  obaj  ci  zbrodniarze  wyrzekli  się  całego  swego 

dziedzictwa,  jeszcze  by  to  nie  wystarczyło  jako  odpłata  za  zło,  które  wyrządzili  naszemu 
domowi.  Panowie moi, zwiążcie ich zaraz, zawleczcie przed Radę, a przez to  uwolnicie się od 
zarzutu  zbrodni,  który  spada  na  wszystkich,  co  się  tu  znaleźli.  No,  Agelaosie,  Lejodesie, 

Amfinomosie — do was się zwracam, bo jesteście najlojalniejsi wobec mego ojca — co wy na 

to? 

Gdy nie odpowiadali, Eurymachos znów krzyknął: 
— A więc dobrze, przyjaciele! On odmawia przyjęcia naszej propozycji, a oskarża o bunt, co 

(jeśliby zostało udowodnione) stanowi główne wykroczenie. Zabijmy go więc i skończmy już z 
tym! Za miecze! Stoły niechaj nam posłużą jako tarcze! 

Skoczył na Ajtona z mieczem w dłoni, ale strzała ugodziła go w brodawkę piersi i zwalił się 

przewracając stół i parę krzeseł. 

— A teraz Ktesippos — zawył Klitoneos. — Jego śmiercią możemy położyć kres zabijaniu. 
Było  już  za  późno.  Amfinomos,  jako  Eurymachowy  brat  stryjeczny,  nie  mógł  się  oprzeć 

pragnieniu  zemsty.  Trzymając  się  blisko  ściany  skoczył  ku  Ajtonowi,  który  wypatrując 

Ktesipposa odsłonił plecy. Dostrzegł go jednak Klitoneos i cisnął włócznią. Amfinomos padł, ale 
Klitoneos zostawszy bez broni nie śmiał wybiec naprzód, by odzyskać włócznię, w obawie, że go 
zasieką mieczami. Zwinął dłoń w trąbkę i szepnął do ucha Ajtonowi: 

—  Odpieraj  ich,  póki  nie  przyniosę  włóczni,  tarcz  i  hełmów.  —  Pomknął  przez  drzwi 

background image

frontowe ciągnąc za sobą Eumajosa. Za nimi pobiegł Filojtios, przedarł się między stołami, gdzie 
kłócili się zamroczeni zalotnicy, jedni nawołując do zgodnej napaści na Ajtona, drudzy zalecając 
poddanie się. 

Ajton przekrzyczał wrzawę: 
— Jeszcze ktoś do Hadesu? Jeszcze ktoś na Styks? Wychodźcie, wychodźcie, panowie. Oto 

okazja  dla  głupców,  by  dać  się  zgładzić  na  zawsze.  Niech  jednak  ci,  którzy  kochają  życie, 
trzymają się o dwadzieścia kroków od łuku. I strońcie od tych bocznych drzwi! 

Zaczął  się  ogólny  odwrót  i  z  pewnością  doszłoby  do  poddania,  gdyby  syn  Eumajosa 

pobudzony tym  zgiełkiem  do akcji nie zaatakował  służby zalotników na  dziedzińcu ofiarnym  i 
nie wrzasnął: 

— Dobra wieść! Widać okręt króla. Zaraz dobije do brzegu i zemści się. 
Noemon rozszalały z zazdrości, że Ajton napiął łuk i został uznany za mojego męża, skupił 

swych towarzyszy. 

— Jesteśmy zgubieni! — wykrzyknął. — Król  nie będzie dochodził, kto jest winien, a kto 

nie, i wszystkich nas powiesi jako buntowników. Szybko, musimy pokonać tego łucznika, nawet 
jeśliby niektórzy z nas mieli paść od jego strzał. Potem zagrozimy, że spalimy pałac, jeżeli król 
odmówi  nam  swojego  przebaczenia.  Chwyćcie  za  stoły  i  jak  powiem:  „Raz,  dwa,  trzy”, 

atakujcie! 

Noemon  doliczył  zaledwie  do  dwóch,  gdy  strzała  wpadła  mu  w  otwarte  usta  i  uciszyła  na 

wieki.  Wtedy  wbiegł  Klitoneos  i  Eumajos  z  włóczniami  i  tarczami  i  zajęli  stanowiska  po  obu 
stronach  Ajtona;  Filojtios  zaś,  w  pełnym  uzbrojeniu,  pospieszył  bronić  dostępu  do  bocznych 

drzwi. 

Klitoneos zrobił szlachetny wysiłek, żeby uniknąć rzezi. 
— Ostatnia dla was sposobność, moi panowie! — krzyczał. — Jeżeli ją przepuścicie, mamy 

tu  czternaście  kołczanów  strzał  opierzonych  przekleństwami  mojego  brata  Haliosa,  by  was 
wystrzelać  jak  psy.  Podejdźcie  tu  do  mnie  pojedynczo,  z  rękami  do  góry,  i  dajcie  się związać. 
Przyrzekamy wolność wszystkim oprócz Ktesipposa. 

— Nigdy! — krzyknął Ktesippos. Ale Lejodes uniósł swe delikatne dłonie i powiedział: — 

Przyjaciele,  walka  jest  nierówna  i  póki  Ktesippos  żyje,  przechowujemy  wśród  siebie  mordercę. 
Zachęcam was do poddania; gdy bowiem umrzemy, skończy się miłość, zaszczyty i radości tego 
świata. 

Agelaos po cichu naradził się z Melantiosem, który zgodził się na ochotnika pójść i przynieść 

broń,  tak  rozpaczliwie  potrzebną.  Wszedł  na  wieżę,  wyskoczył  oknem  z  pierwszego  piętra  i 
pobiegł do kuchennego wejścia. Wpadłszy w nie przedostał się szeregiem korytarzy do składu, z 
którego  jego  córka  i  jej  głupie  towarzyszki  pomogły  mu  przyciągnąć  całe  naręcza  włóczni, 
oszczepów  i  tarcz.  Pośpieszył  z  bronią  do  wieży,  gdzie  Agelaos  wciągnął  ją  przez  okno,  by 

background image

rozdać  swoim  współplemieńcom.  Wkrótce  z  okrzykiem:  —  Nie  poddajemy  się!  —  dwunastu 
uzbrojonych Trojan uformowało się w linię, tarcza przy tarczy. Klitoneos uderzył się w piersi. 

— Zostawiłem klucz od składu w zamku — krzyknął. — Melantios musiał obejść dookoła. 

Szybko, Eumajosie, nie daj mu wziąć więcej! Ty też biegnij, Filojtiosie! My z Ajtonem będziemy 
bronili drzwi, póki nie wrócicie. 

Filojtios z Eumajosem wybiegli i przyłapali Melantiosa, gdy po raz drugi wszedł do składu. 

Skoczyli, obalili go na ziemię, skrępowali mu ręce i nogi i, przerzuciwszy drugi koniec liny przez 
belkę  u  pułapu,  podciągnęli  go  w  górę.  Potem  zamocowali  linę  do  kolumny,  zamknęli  drzwi, 
schowali klucz w zanadrze i wrócili na dziedziniec, a Melantios kołysał się bezwładnie na linie. 

Ajton zaczął się niepokoić. Liczył na to, że gdy zada tak dotkliwe straty nieprzyjaciołom — 

będą musieli się poddać. Lecz oto Agelaos krzyknął: 

—  Cypryjczyku,  odłóż  na  bok  łuk.  Przysięgam,  że  jeśli  się  poddasz,  darujemy  ci  życie  i 

odeślemy na Cypr z darami złotymi. Jeżeli będziesz nadal walczył, zginiesz. 

Zaszła dziwna rzecz. Pod arkady przyfrunęła jaskółka, zatoczyła krąg nad Ajtonem i usiadła 

świegocząc  na  obramowaniu  drzwi  ponad  nim.  Ajton,  któremu  przypadkowo  dana  była  moc 
rozumienia  ptasiego  języka,  rozpoznał  ducha  Mentora  obiecującego  mu  zwycięstwo  w  imię 

Ateny. 

Wrogowie ruszyli naprzód przez dziedziniec i Ajton szybko postrzelił trzech z nich w nogi 

—  wrzasnęli  z  bólu  i  puścili  broń  na  ziemię.  Niemniej  jednak  tłum  Fokajczyków  z  mieczami, 
chroniących się za murem trojańskich tarcz, ruszył naprzód, a grad włóczni spadł na broniących 
drzwi.  Wszystkie  chybiły  celu,  gdy  tymczasem  strzały  Ajtona  i  przeciwny  grad  dokładnie 
wycelowanych włóczni  dosięgły trzech wrogów  włącznie z Demoptolemosem.  Nie przełamano 
jednak  natarcia;  pozostali  parli  naprzód.  Filojtios  miał  szczęście  zabić  Ktesipposa  pchnięciem 
włóczni w brzuch. 

— To za krowie kopyto! — wrzasnął. 
W rozpaczliwej walce Ajton nagą pięścią roztrzaskał Agelaosowi czaszkę, Klitoneos przebił 

Lejokritosa. Zachwiały się szeregi wroga. Ajton wzniósł kreteński okrzyk tryumfu i nieprzyjaciel 
zaczął  uciekać.  Lejodes,  który  zachowywał  się  przyzwoiciej  niż  większość  moich  zalotników, 
próbował się poddać podjąwszy Ajtona za kolana. 

— Za późno — powiedział Ajton ucinając mu głowę mieczem, który upuścił Agelaos. 
Gdyby nie było przy mnie Prokne, nie zniosłabym chyba tej niepewności; w potrzebie żadna 

dziewczyna nie może się równać z Prokne. Cały ten czas wyciągałyśmy szyje przez okno mojego 
pokoju. Dach arkad nie pozwalał nam widzieć Ajtona i Klitoneosa i nawet nie mogłyśmy mieć 
pewności, czy oni jeszcze żyją, czy nie są ranni. Kiedy jednak nasi szermierze poszli w natarcie 
przez dziedziniec i ukazali się naszym oczom, dziękowałyśmy obie z Prokne Atenie za całkowite 
zwycięstwo. Przyglądałyśmy się im, jak bezlitośnie dobijają zalotników ich własnymi mieczami. 

background image

— Bez miłosierdzia! — krzyknął Ajton. Nagle serce mi zamarło, bowiem wśród dwudziestu 

czy  trzydziestu  nieszczęsnych,  zamroczonych,  bezradnych  ludzi  rozróżniłam  Femiosa  — 
pieśniarza z formingą przewieszoną przez ramię — oszalały ze strachu łomotał w boczne drzwi. 
Widocznie chciał uciec i schronić się przy Wielkim Ołtarzu. Nie znajdując jednak wyjścia ciskał 
szaleńczo wzrokiem dookoła; wtem ujrzał mnie. 

— Ocal mnie, księżniczko — wrzasnął. — Zabójstwo Syna Homera w dniu święta Apollona 

obciążyłoby ten dom klęską aż po siódme pokolenie. 

Miał  słuszność.  Krzyknęłam  do  Klitoneosa  i  Ajtona,  by  oszczędzili  Femiosa;  Klitoneos 

skinął  głową  potakująco.  Ajton  nawet  nie  spojrzał  w  moją  stronę.  Zgramoliłam  się  z  okna, 
ześliznęłam po dachu krużganka i zleciałam na dziedziniec. Potknęłam się na trupie Noemona i 
upadłam. Poderwałam się, skoczyłam przed Femiosa i szeroko rozłożyłam ręce. Ajton przypadł 
do nas w susach pijany żądzą krwi. 

— Strzeż się, Ajtonie! — Tym razem mój wrzask wyrwał go z transu. Cisnął miecz i tarczę, 

padł  mi  do  stóp  w  uwielbieniu,  jakbym  była  boginką;  tymczasem  pozostali  trzej  nadal 
metodycznie łowili uciekinierów i dorzynali rannych. 

background image

CÓRKA HOMERA 

Szczęśliwym trafem nie tylko ocaliliśmy życie Femiosa, ale także uniknęliśmy hańby zabicia 

Medona, herolda, co by nam zaskarbiło nigdy nie gasnącą nienawiść jego patrona, boga Hermesa. 
Medon owinął się w skórę wołu, która służyła mnie i Ajtonowi za ślubne łoże, i leżał pod ruiną 
inkrustowanej ławy. Klitoneos poznał sandały z piórami i wyswobodził Medona, który był jego 
wychowawcą  i  zawsze  traktował  go  życzliwie.  Odeskortowano  więc  jego  i  Femiosa  na 
dziedziniec  ofiarny,  gdzie  siedzieli  przycupnąwszy  ze  strachu  przy  Wielkim  Ołtarzu,  gdy 
tymczasem  my przeszukiwaliśmy  arkady i  wieżę, by znaleźć ukrytych zbiegów, ale nikogo nie 
było.  Ostatnim  pozostałym  przy  życiu  był  Elpenor,  który  poszedł  przespać  się  na  wieży,  żeby 
otrzeźwieć. Słysząc krzyki naszych ludzi na schodach zerwał się w popłochu, runął przez mur na 
wybrukowaną  ulicę  i  zabił  się.  Okazało  się  więc,  że  wytłukliśmy  wszystkich  zalotników,  z 

wyjątkiem  rozważnego  Teoklimenosa;  sprawdziliśmy  to  później  policzywszy  trupy.  Pontonoos 
też  został  zabity,  bo  trzymał  stronę  wrogów.  Nasi  ludzie  byli  zbryzgani  krwią  od  hełmów  po 
sandały,  aż  trudno  było  uwierzyć,  że  nie  odnieśli  żadnych  ran  —  jeśli  nie  liczyć  stłuczonego 
napięstka Klitoneosa i zadrapanego ramienia Eumajosa. Zabici leżeli kupami, jak ryby wysypane 
z sieci na piasek, nawet już nie zipiące pod bezlitosnymi promieniami słońca. 

— No cóż, byli ostrzeżeni — powiedziałam wysuwając swą egacką dolną wargę w grymasie. 

— Byli ostrzegani raz po raz. — Cóż więcej można było rzec? A jednak moja matka użyła tych 
samych  słów  zaledwie  wczoraj,  gdy  Telegonos  i  dwaj  jego  towarzysze  zabaw  za  bardzo 
rozdrażnili Argosa i Argos capnął ich zębami za łydki.  

Roześmiałam się w głos z wieloznaczności słów. Klitoneos też zaczął się śmiać, Ajton nam 

zawtórował  i  chichotaliśmy,  jak  chichoczą  histeryczne  dziewczęta,  powtarzając  z  żartobliwą 
powagą: „No cóż, byli ostrzegani — raz po raz”. Popatrzyłam na dziedziniec — strzaskane stołki, 
ławy i stoły, rozrzucone jadło, poplamione purpurowe narzuty, leżące trupy. 

—  Musimy  poprosić  Eurykleję,  żeby  przysłała  dziewczęta  —  powiedziałam.  —  Trzeba  tu 

posprzątać. — Na co znowu zaczęliśmy ryczeć, sapać i zanosić się od śmiechu. 

—  Może  powinniśmy  się  przyznać,  że  połamaliśmy  parę  sprzętów  —  dodał  Klitoneos  z 

background image

trudem  chwytając  powietrze.  To  wydawało  się  wówczas  najlepszym  dowcipem  ze  wszystkich, 
choć teraz brzmi nie bardzo śmiesznie. 

Wreszcie  zebrałam  się  do  kupy  i  poszłam  szukać  matki.  Wyjątkowo  nie  pracowała;  po  jej 

policzkach toczyły się łzy. 

—  Biedni,  głupi  chłopcy  —  powiedziała.  —  Nie  umieli  się  zatrzymać  w  porę.  A  prawie 

połowa ich była lojalna wobec naszego domu, i tu cała szkoda. Kłopot w tym, że nie byli dobrze 

wychowani, ale w tych czasach mało kto jest dobrze wychowany. Należy za to winić ich matki. 

— Co mamy zrobić z Melanto i innymi służebnymi, które przynosiły broń, mamo? 
— Dowiedz się od Euryklei, które to są, a gdy oczyszczą arkady i wyszorują sprzęty, niechaj 

Klitoneos  gdzieś  je  wyprowadzi  i  posieka  na  kawałki.  Nie  widzę  powodu,  dlaczego  miałyby 
pozostać przy życiu. 

— Na pewno moglibyśmy je sprzedać na fenickim rynku niewolników... 
—  Tak  właśnie  powiedziałby  twój  kochany  ojciec...  kryjąc  miękkie  serce  pod  kupieckim 

pragnieniem  zysku.  Nie,  dziecko,  zalotnicy  zginęli,  by  zaspokoić  duchy  twego  brata  i  wuja. 
Służące  muszą  umrzeć,  aby  zaspokoić  ducha  Ktimeny.  Sprawujemy  tu  królewską 
sprawiedliwość. 

Eumajos i Filojtios poszli do składu, żeby spuścić na dół Melantiosa i zasiekać go nożami, 

obrzynając  mu  najpierw  nos,  potem  uszy,  dłonie  i  stopy,  aż  go  oporządzili  niby  jabłonkę  w 

styczniu.  Tymczasem  Ajton,  Klitoneos  i  ogrodnicy  pod  przewodnictwem  Eumajosowego  syna 
wynosili trupy. Ponieważ zabici byli naszymi krajanami, nie łupiliśmy ich, tylko oparli równym 
rzędem  o  portyk  głównej  bramy.  Nielicznych,  którzy,  jak  się  okazało,  jeszcze  dyszeli, 
Eumajosowy syn tłukł pałką po głowach. Gdy weszła Eurykleja, żeby zobaczyć rzeź, podniosła 
przejmujący okrzyk tryumfu. Ajton uciszył ją: 

—  Radowanie  się  nad  umarłymi  nie  przynosi  szczęścia,  staruszko,  bez  względu  na  to,  jak 

haniebne było  ich zachowanie. Na tym  dziedzińcu aż tłumno od duchów. Gdy oczyścimy  go z 
krwi, przynieś nieco siarki i spalimy ją na ogniu, aby wykadzić stąd duchy. 

Dziewczęta, które zawiniły, przymaszerowały za Eurykleją strwożone, bo wyczytały swój los 

w  oczach  Klitoneosa.  Kazał  im  pomagać  przy  wynoszeniu  nieżywych,  a  potem  myć  gąbkami 
stoły, stołki i ławy, zetrzeć podłogę pod arkadami, włożyć purpurowe narzuty do basenu z wodą, 
żeby namokły. Zalaną krwią ziemię dziedzińców zeskrobano łopatami i ogrodnicy wynieśli całe 
jej  kosze.  Trzeba  było  następnie  oczyścić  dziedziniec  ofiarny  —  tam  syn  Eumajosa  i  jego 
pomocnicy  uderzeniami  maczug  pozabijali  służbę  zalotników,  bojąc  się,  że  uciekną  i  podniosą 
alarm. Nic tak nie użyźnia jak krew — nigdy nie marnujemy zmywek z ołtarza ofiarnego — a 
drzewa  granatu  i  pigwy,  które  owego  dnia  wypiły  całe  wiadra  ciemnoczerwonego  płynu, 
wyraziły swe uznanie po trzech miesiącach obfitym plonem owoców. 

Klitoneos  nie  mógł  podjąć  się  zarżnięcia  służebnych.  Ponieważ  był  jak  dotąd  niewinny, 

background image

zachował  naturalną cześć wobec  ciała kobiecego, a nasze dziewczęta były  bardzo ładne. Prócz 
tego z kilkoma z nich był na żartobliwej stopie. 

— Zabij je za mnie, Ajtonie! — błagał. 
— Królowa tobie kazała to zrobić. 
— Nie śmiem nie posłuchać matki, ale także nie mogę przelać krwi kobiet. 
— No, to powieś je i powiedz, że uważałeś śmierć od miecza za nazbyt dla nich zaszczytną. 
— Wolę przytoczyć na usprawiedliwienie swój stłuczony przegub ręki, który uniemożliwia 

mi obracanie mieczem. 

Klitoneos skrępował dziewczęta, wyprowadził je na zewnętrzny dziedziniec, zawiązał pętlę 

na końcu okrętowej liny i zmuszał wszystkie po kolei, żeby wkładały w nią głowy. 

Drugi koniec liny, natarty słoniną, przerzucił przez szczyt dachu sklepionej komnaty ojca. Na 

znak Klitoneosa Eumajos, Filojtios i ich towarzysze mocno napinali linę ryjąc piętami piasek, aż 
ofiara wolno unosiła się nad ziemię. Gdy twarz jej czerniała, spuszczano ją i następną poddawano 

temu samemu losowi. 

Brakło  mi  ciekawości  i  okrucieństwa,  by  się  przypatrywać  tej  scenie,  ale  widziałam 

Klitoneosa, jak wychodził z ogrodu, gdzie właśnie zwymiotował cały obiad. Wciąż jeszcze miał 
pobladłą twarz i mdliło go. 

— Kopały nogami — wyszeptał — ale niedługo. 
— Źle się czujesz? 
— Nie, gdy przechodziłem przez dziedziniec biesiadny, dostałem mdłości od oparów siarki. 
Dałam mu napić się wzmacniającego wina przyprawionego miętą, trochę suchego chleba do 

pożucia i po porządnym umyciu się i zmianie chitonu poczuł się lepiej.  Niebawem pokazał się 
Ajton  wyświeżony  po  kąpieli,  ubrany  w  ślubny  strój,  niby  nieśmiertelny  bóg.  Był  na  powrót 
naturalny i wziął mnie z czułością pod ramię. 

—  Poradźmy  się  królowej  —  poddał  myśl  —  przed  dalszym  prowadzeniem  wojny.  Ona 

będzie wiedziała, co teraz robić. 

Widząc nas matka uśmiechnęła się radośnie: 
—  No,  dzieci  —  powiedziała  —  teraz,  kiedy  już  duchy  rodziny  napiły  się  dość  krwi, 

możemy  dokończyć  wesela.  Widzę,  że  oboje  jesteście  odpowiednio  ubrani,  a  nie  możemy  się 
narażać na złość Afrodyty ani drwić z opinii publicznej zaniedbując muzykę i tańce. Sprowadźcie 
więc Femiosa i każcie nastroić formingę, a wszyscy niech będą w świątecznym odzieniu. 

Klitoneos zaprotestował: 
—  Nie,  nie,  mamo.  Wieść  o  masakrze  na  pewno  już  dotarła  do  miasta  i  zaraz  będziemy 

musieli stoczyć jeszcze jedną bitwę. 

Ale  Eumajos  wystawił  straż  przy  drodze  i  za  sadem,  aby  nie  wpuścić  ani  nie  wypuścić 

nikogo z pałacu; nawet Teoklimenos został zatrzymany. 

background image

Wykonaliśmy nasz weselny taniec, mężczyźni razem z kobietami, na dziedzińcu ofiarnym — 

bardzo  kontenci,  że  jest  on  znowu  nasz.  Eurymeduza  i  Prokne  grały  na  fletniach,  a  Femios 
brząkał na formindze, jak tylko mógł najgłośniej, aż dźwięki Hymenajos dotarły na plac targowy 

i do doków. — Aha! — zauważył łatacz żagli do naprawiacza sieci — założymy się, że w końcu 
poślubiła Antinoosa? Mówią, że on przyniósł najlepszy dar, a księżniczka Nauzykaa myśli tylko 

o bogactwach, tak jak jej ojciec. 

Gdy  taniec  się  skończył  i  pokrzepiliśmy  się  winem  i  ciastem,  Klitoneos  jeszcze  usilniej 

zaprotestował: 

— Krewni i  przyjaciele, jeśli  tu zostaniemy, będziemy musieli stawić czoła oblężeniu.  Nie 

zwodźmy samych siebie, walczyliśmy dziś zaskoczeniem i bogowie nas wspierali. Ale nie można 
polegać  na  ich  ciągłej  przychylności,  nie  da  się  też  obronić  pałacu  w  tuzin  osób  przeciw  całej 
gwardii miejskiej. Prędko podpalą strzałami ognistymi główny budynek i wykurzą nas. Póki jest 
jeszcze  czas,  uciekajmy  na  Eumajosową  farmę,  gdzie  możemy  ich  odpierać,  póki  król  nie 
przybędzie nam z pomocą. 

— Ja się stąd nie ruszę — powiedziała moja matka ostro — zabraniam komukolwiek mnie 

opuścić.  Postępowaliśmy,  jak  przystoi,  od  chwili  wyjazdu  króla  i  nie  potrzebujemy 
usprawiedliwiać  się  przed  naszymi  wrogami  za  to,  co  zaszło.  Medonie,  leć  do  miasta  i  zwołaj 
Radę, powiedz, że książę Klitoneos ma pilną wiadomość do przekazania i idzie w ślad za tobą. 

Klitoneosie, udaj się z Ajtonem do świątyni Posejdona i pozwól Medonowi, niech przemówi 

za ciebie. Ma on obwieścić krótko, że ponieważ Rada nie podjęła akcji, musiałeś sam wyrzucić z 
pałacu zalotników swojej siostry i że bardzo wielu z nich doznało ciężkich obrażeń, a niektórzy 
są  zabici,  włącznie  z  nowym  regentem,  którego  Rada  wyznaczyła.  Niechaj  też  doda,  że  twój 
kuzyn Ajton Kreteńczyk, obecnie twój szwagier, zjawił się niespodziewanie i udzielił ci zbrojnej 
pomocy.  Pomyślą,  że  Ajton  przybył  z  rozkazu  twego  ojca,  na  czele  kreteńskich  najemników. 
Jeżeli  są  tacy  tchórzliwi,  jak  przypuszczam,  potraktują  cię  z  nieposzlakowaną  grzecznością. 
Wówczas  Medon  może  ich  poprosić,  by  dopomnieli  się  o  swoich  zabitych,  nie  wspominając 
jednak, że nikt nie pozostał przy życiu. 

Posłuchano  jej.  Przemówienie  Medona  zatrwożyło  i  zdumiało  wszystkich  radnych  oprócz 

Halitersesa, który spytał: — Panowie, czy nie ostrzegałem was? — Ajton i Klitoneos wrócili nie 
nagabywani do pałacu. Jednakże zaledwie wyszli, Eupejtes, ojciec Antinoosa, głosował za tym, 
żeby  gwardia  miejska  natychmiast  się  uzbroiła  i  stanęła  w  szyku;  on  sam  ich  powiedzie 
przeciwko kreteńskim najeźdźcom. 

Przymaszerowała drogą gwardia w sile blisko trzystu ludzi, kiedy jednak doszła do głównej 

bramy  i  zobaczyła  rozmiary  rzezi,  podniósł  się  powszechny  jęk  i  gwardia  zatrzymała  się  w 
popłochu.  Nasze  niewielkie  siły  stały  z  rozkazu  Ajtona  na  dziedzińcu  ofiarnym,  tarcza  przy 
tarczy, nie ruszając się i nie odzywając, niczym jeden oddział jakiejś wielkiej armii. 

background image

Kiedy  Eupejtes  poznał  Antinoosowego  trupa  po  bogatym  ubiorze,  wściekłość  wykrzywiła 

mu twarz. Potrząsnął mieczem i poprzysiągł wieczystą zemstę naszemu domowi. Przyglądałam 
się temu z płaskiego dachu wieży, stojąc obok matki i dziadka Fitalosa, który, żeby nie pozostać 
w  tyle,  wcisnął  hełm  na  łysą  głowę  i  wziął  włócznię  ze  stojaka.  Chociaż  miał  ponad 
siedemdziesiąt  lat  i  dręczył  go  reumatyzm,  był  niegdyś  nie  byle  wojakiem.  —  Wielka  Ateno, 
prowadź mój grot — pomodlił się i cisnął włócznię trzęsącym się ramieniem. Wieża jest wysoka 
na  trzy  piętra  i  włócznia  nabrała  takiego  rozpędu,  zanim  trafiła  Eupejtesa  w  hełm  z  brązu,  że 
przeszła mu przez głowę i zabiła na miejscu. 

Szkoda,  że  matka  nie  zauważyła  tego  chwalebnego  czynu  swego  starego  ojca.  Stała 

wpatrując się w morze, a oczy świeciły jej jak gwiazdy. 

—  Patrz,  dziecko!  —  zawołała  i  chwyciła  mnie  za  przegub  ręki.  —  Nieba  są  łaskawe, 

jesteśmy ocaleni. Patrzcie, Elymowie! Tam, o dwie mile albo nawet bliżej! Nie poznajecie żagla 
w pasy? To król powraca, żeby zaprowadzić porządek i pochwalić nasze poczynania. 

Tak,  to  był  okręt  mego  ojca;  za  nim  płynął  elymejski  o  trzydziestu  wiosłach  i  drugi  o 

pięćdziesięciu.  Gwardia  za  radą  Medona  postanowiła  nie  zaczynać  bitwy  z  naszymi  niby  to 
niezmierzonymi siłami, ale zabrała zabitych i zaniosła ich w milczeniu do miasta, wykorzystując 
włócznie jako nosze. 

Okręt mojego ojca już niemal że przewinął się przez cieśninę Motii, kiedy został napadnięty 

z  zasadzki  przez  Antinoosowy  o  pięćdziesięciu  wiosłach;  zawrzała  walka,  aż  tu  nadpłynął  z 
wiatrem okręt o trzydziestu wiosłach i wpadł na nieprzyjaciela od tyłu.  Był to okręt Noemona, 

zatrzymany  przez  Haliosa  w  Minoi,  a  Halios  znajdował  się  osobiście  na  jego  pokładzie  z 
wyborowymi sykulskimi żołnierzami. Nie mogę sobie przypomnieć szczegółów tej bitwy. Ojciec 
mój otrzymał cios, który go powalił bez czucia w morze. Halios skoczył mu na ratunek. 

—  Niechaj  bogowie  nieśmiertelni  ci  błogosławią,  obcy  człowieku,  kimkolwiek  jesteś  — 

wymamrotał ojciec, skoro tylko odzyskał przytomność, chwytając dłoń wodza sykulskiego, który 
pochylił  się  nad  nim  zatroskany.  Tak  to  nieświadomie  cofnął  niesprawiedliwe  przekleństwo, 
które rzucił na swego najstarszego syna. Wkrótce potem dobili do Motii i ramię przy ramieniu 
złożyli ofiary Atenie Jednoczącej. 

Kiedy  wzdłuż  nabrzeża  nadciągały  statki,  przybiegł  tłum  prostych  ludzi,  by  powitać  mego 

ojca  radosnymi  okrzykami,  ale  nikt  ze  szlachetnie  urodzonych  nie  pokazał  twarzy,  co  go 
zdziwiło.  Nagle  podniósł  się  potężny  lament  zza  bram  miasta,  gdzie  znoszono  zabitych  na 
wspólny stos całopalny.  Ojciec przyszedł  do pałacu głęboko zaniepokojony, nie mając pojęcia, 
czego  oczekiwać.  Dostrzegliśmy  jednak  z  wieży,  jak  nadchodzi,  i  posłaliśmy  mu  na  spotkanie 

Klitoneosa i Ajtona, aby go uspokoili. 

— Ojcze — powiedział Klitoneos — nie splamiliśmy honoru domu. 
— Dobrze, chłopcze! A to kto? — spytał oglądając podejrzliwie Ajtona. 

background image

— Mąż Nauzykai, pan Ajton z Tarry. 

Pokraśniał z gniewu. 
— Patrzcie no, a któż mu ją oddał bez mego pozwolenia? 
— Ja — gdyż taka była konieczność. Królowa i regent gorąco to poparli. 
— Ha! A dar ślubny? 
— Kozi żołądek, ojcze. I kilka galonów krwi. 
Podniósł dłoń, żeby go uderzyć, ale spojrzawszy na Haliosa zaniechał i rzekł opanowanym 

głosem: 

— Nie mogę rozwikłać tej zagadki, mój synu. Gdzie jest Mentor? 
— Nie żyje. 
— Nie żyje, powiadasz? 
— Nie żyje, pochowany, krwawo pomszczony przez twojego zięcia. 
Podeszła  moja  matka,  przycisnęła  Haliosa  do  piersi  i  poprowadziła  obu,  ojca  i  Haliosa,  na 

przechadzkę  wyjaśniając  po  drodze  rzeczowo  wszystko,  co  zaszło.  Ponieważ  to  ona 
opowiedziała, uwierzyli, choć wydawało się nie do wiary, by jeden mężczyzna, chłopiec i dwóch 
siwowłosych służących zabili ponad stu młodych Elymów zbrojnych w miecze. Powinszowania 
mego ojca dla mnie były krótkie i wspaniałomyślne: 

—  Córko,  dobrze  zrobiłaś  zwlekając  z  wyborem,  skoro  znalazłaś  tak  w  mym  mniemaniu 

odpowiedniego męża. 

Nigdy przedtem ojciec nie przyznał się, że nie miał racji, ja zaś wykorzystałam tę okazję i 

spytałam: 

— Mamo, czy powiedziałaś Haliosowi, że zaszczyt zabicia łotra, który fałszywie oskarżył go 

o morderstwo, przypadł staremu Filojtiosowi? 

Ojciec pocałował mnie. 
—  Dziecko  —  westchnął  —  gdybyś  wiedziała,  jak  okrutnie  ukarałem  samego  siebie  przez 

wygnanie twojego brata w imię, jak sądziłem, sprawiedliwości, nie robiłabyś mi wyrzutów. 

Tej nocy przy kolacji powiedział: 
—  Synu  mój,  i  ty  Ajtonie,  nawarzyliście  piwa  tą  rzezią  mych  buntowniczych  poddanych. 

Jeżeli  ktoś  zabije  współobywatela,  zostaje  skazany  na  wieloletnią  banicję  i  rzadko  odważa  się 
powrócić. Ale wy dwaj wytłukliście razem stu jedenastu współobywateli. Albo banicja jest zbyt 
lekką  karą  za  te  zbrodnię  i  przeto  zasługujecie  na  śmierć  jak  złoczyńcy,  albo  należą  się  wam 
wieńce  oliwne  za  zaprowadzenie  pokoju  w  rozpadającym  się  królestwie  i  umocnienie  wiary  w 
sprawiedliwość bogów. Odłożę tę sprawę do jutra, jeśli pozwolicie, i rankiem wydam wyrok, jak 
Alkinoos z Drepane, uczynił to w pieśni. 

Ajton zwrócił się do matki: 
— Królowo Arete — rzekł uśmiechając się — jeszcze raz spraw, by był dla nas łagodny! 

background image

Dostali wieniec oliwny, a nie pętlę wisielca. A za podszeptem Haliosa ojciec zawarł z królem 

Minoi przymierze obronne, które wielce umocniło jego rządy. By zaś nie wywoływać narzekań, 
odesłał  dary  ślubne  rodzinom  zabitych  zalotników.  Nie  wymagał  też  poczwórnego 
wynagrodzenia,  które  mu  się  należało  za  porznięte  zwierzęta  i  wypite  wino,  żądał  tylko 
zwyczajnej zapłaty, zwierzę za zwierzę, kwarta za kwartę, oraz zwrotu zabranych czar i skarbów, 
które  Eurymach  ukradł  z  Laodamasowego  tłumoka.  Znaleźliśmy  trupa  Laodamasa,  gdy 
przeszukaliśmy  niewodem  przystań,  i  jak  to  duch  jego  powiedział  matce,  spomiędzy  łopatek 
wystawała  mu  rękojeść  miecza.  Był  owinięty  w  brakujące  żagle,  owiązany  brakującą  liną  i 
obciążony kamieniami. 

Gdy nasze dni potoczyły się zwykłą koleją, odwołałam Femiosa na bok. 
—  Femiosie  —  spytałam  —  jaką  zapłatę  gotów  jesteś  ofiarować  za  życie,  które  mi 

zawdzięczasz? 

— Zastanawiałem się, kiedy wypadnie odrzec na to pytanie — rzekł. — Moja odpowiedź jest 

taka: godzę się na każdą cenę, jaką mi wyznaczysz, choć boję się, że będzie wysoka. 

— Za to znakomite życie musi być ona wyjątkowo wysoka. Zresztą twoje ocalenie mogłam 

przypłacić życiem. No,  więc słuchaj.  Ponieważ jesteś Synem  Homera, a  jedynie wasz cech ma 
przywilej występowania na dworach Grecji, żądam, abyś chwalił, śpiewał i puścił w obieg mój 
poemat  epicki,  nad  którym  właśnie  pracuję,  a  ukończę,  jeśli  Atena  będzie  mnie  nadal  darzyła 

natchnieniem, za dwa lub trzy lata. Zaczyna się on pierwszymi wierszami „Powrotu Odyssa”, aż 
do  jego  odwiedzin  u  Lotofagów.  Potem  opowieść  będzie  inna.  Prawdopodobnie  obejmie  ona 
przygody  Ulissesa  (którego  bierze  się  czasami  za  Odysa)  i  skończy  się  rzezią  zalotników 

Penelopy. Teraz sobie całkiem nieźle wyobrażam, jak Odys sam jeden tego dokonał. Iliada, którą 
się zachwycam, jest pomyślana przez mężczyznę dla mężczyzn, Odyseja będzie pomyślana przez 
kobietę  dla  kobiet.  Zrozum,  że  jestem  najmłodszym  dzieckiem  Homera,  jego  Córką,  i  słuchaj 
uważnie. Gdy skończę poemat i  spiszę go na owczej  skórze atramentem  kałamarnicy, będziesz 
musiał  nauczyć  się  go  na  pamięć  i  (jeśli  konieczne)  poprawić  język  tam,  gdzie  kuleje  lub  jest 
ciężki. Kiedyś odeślę cię z powrotem do Delos i powieziesz mój epos na wszystkie dwory Azji. 
Kiedy książęta i księżniczki — a zwłaszcza księżniczki — będą go wychwalali i obsypywali cię 
darami pytając: „Femiosie, złotousty pieśniarzu, gdzieżeś się nauczył tej chwalebnej opowieści?” 
— musisz odrzec: „Pieśni mego antenata są wielce cenione przez Elymów, którzy mieszkają na 
dalekiej  zachodniej  rubieży  cywilizowanego  świata.  To  właśnie  na  elymejskim  dworze 
nauczyłem się Odysei. Będę uważała, żeby nie umieścić w utworze niczego, co mogłoby zdradzić 
nazwę krainy, gdzie powstał, choć unieśmiertelnię w nim swe imię, a także Ajtona i twoje. 

— A jeśli odmówię, księżniczko? 
— To możesz oczekiwać gorszego losu niż Melantios. Bądź rozsądny: przysięgnij na Atenę i 

Apollona. 

background image

Przysiągł  —  może  dlatego,  że  uważał  mnie za  niezdolną  do  wykończenia  ogromnej  pracy, 

którą zamierzyłam. Tak jakbym to ja odstąpiła kiedykolwiek od swoich przedsięwzięć! 

 
Muszę przyznać, że Femios zachował się bardzo stosownie, kiedy po paru latach dałam mu 

rękopis  ponad  dwunastu  tysięcy  wierszy  —  napisanych  nie  na  owczej  skórze,  ale  na  zwojach 
egipskiego  papirusu,  które  Ajton  zdobył  w  chwalebnym  złupieniu  Kanopos.  Bądź  co  bądź 
Femios  jest  zawodowym  aojdem,  ja  zaś  jedynie  intruzem  w  tej  dziedzinie  i  do  tego  kobietą. 
Mieliśmy kilka poważnych sporów, kiedy układałam ten poemat. Ustępowałam jednak czasami 
Femiosowi, gdy się zżymał, że ten czy ów wiersz jest wadliwy. Ale nie zawsze. 

Nie  cierpiał  on,  gdy  zapożyczałam  pewne  ustępy  z  Iliady  dla  jego  zdaniem  niewłaściwych 

kontekstów, a szalał stwierdziwszy, że wiersze Homera o grzaniu wody na umycie ciała zabitego 
Patroklosa  zostały  teraz  zastosowane  w  opisie  gorącej  kąpieli  przygotowanej  dla  Odysa  i  że 
włożyłam  w  usta  Telemacha,  gdy  zakazuje  matce  wtrącać  się  w  męskie  sprawy,  pożegnalną 
mowę  Hektora  do  Andromachy.  Femios  powiedział,  że  jestem  bez  serca  obchodząc  się 
niefrasobliwie z tak tragicznym urywkiem jak pierwszy czy tak wzruszającym jak drugi. 

—  Jestem  bez  serca,  co?  —  odpaliłam  z  ogniem  w  oczach.  —  No  to  zachowuj  się  trochę 

bardziej,  jak  na  sługę  przystoi,  bo  cię  sprzedam  rolnikowi  z  wyżyn.  Wolisz  żywić  się  papką 
owsianą, zbieranym mlekiem i chodzić w łachmanach? 

Schował swoje różki, które nie są bardzo srogie, i łzy spłynęły mu po pulchnych policzkach, 

Była to śmieszna groźba, oczywiście, i gdybym ja uczyniła takiemu Demodokowi, roześmiałby 
mi się w oczy. 

Jestem pełna uznania dla Femiosa, gdyż pomógł mi wygładzić miejsca, przy których bogini 

Atena była nieszczególnie pomocna. Nasz najbardziej zagorzały spór dotyczył przewagi kobiet w 

moim  poemacie,  wszechobecności  Ateny  i  pierwszeństwa  danego  sławnym  kobietom,  kiedy 
Odys  spotyka  duchy  zmarłych.  Wymieniłam  tylko  Tyro,  Antiope,  Alkmene,  Jokastę,  Chloris, 
Ledę,  Ifimedeję,  Fajdrę,  Prokris,  Ariadnę,  Majrę,  Klimenę  i  naturalnie  Eryfilę,  a  następnie 

pozwoliłam, by Odys opisał je Alkinoosowi. 

—  Droga  księżniczko  —  rzekł  Femios  —  jeśli  rzeczywiście  sądzisz,  że  możesz  podać  ten 

poemat  za  dzieło  mężczyzny,  to  się  mylisz.  Mężczyzna  uczyniłby  chlubą  tego  miejsca  duchy 

Agamemnona,  Achillesa,  Ajasa,  starych  kompanów  Odyssa  lub  innych,  dawniejszych  herosów 
jak  Minosa,  Oriona,  Tytiosa,  Salmoneusa,  Tantalosa,  Syzyfa  i  Heraklesa;  wspomniałby  i  tylko 
nawiasem,  gdyby  to  w  ogóle  uczynił,  o  ich  matkach  i  żonach  i  sprawiłby,  żeby  przynajmniej 
jeden bóg pomógł w którejś partii Odysowi. 

Uznałam  siłę  tego  argumentu,  co  wyjaśnia,  dlaczego  w  obecnej  wersji  Odys  spotyka 

najpierw  kompana,  który  spadł  z  dachu  domu  Kirke  —  nazwałam  go  Elpenorem  —  i  lekko 
żartuje  z  tego,  że  Elpenor  szybciej  zaszedł  do  Lasku  Persefony  lądem  niż  on  przez  morze. 

background image

Pozwalam  też  Alkinoosowi  zapytać  o  Agamemnona,  Achillesa  i  pozostałych,  Odyssowi  zaś 
zaspokoić jego ciekawość. Ze względu na Femiosa pozwoliłam Hermesowi dostarczyć moly w 
ustępach  przerobionych  z  opowiadania  wuja  Mentora  o  Ulissesie.  W  pierwotnej  wersji 
powierzyłam wszystko tylko Atenie. 

Zmieniając  „Powrót  Odyssa”,  aby  moi  zalotnicy  mogli  posłużyć  za  kochanków  Penelopy, 

musiałam ustrzec się przed skandalem. Co by było, gdyby ktoś rozpoznał tę opowieść i pomyślał, 
że ja, nienaganna Nauzykaa, odgrywałam rolę niewybrednej nierządnicy pod nieobecność ojca? 
Toteż według mego poematu Penelopa musiała pozostać wierna Odysowi przez tych dwadzieścia 
lat. Ponieważ zaś zmiana ta oznaczała, że Afrodyta nie wywarła swej tradycyjnej zemsty, byłam 
zmuszona zrobić z Posejdona, a nie z niej, tego wroga, który opóźniał drogę powrotną Odysa po 
upadku Troi. Musiałam więc opuścić opowieść o wygnaniu Penelopy i o wiośle, które wzięto za 
łopatę  do  przesiewania  zboża,  i  o  śmierci  Odysa  od  Telemachowej  włóczni  o  zatrutym  ostrzu. 
Kiedy  powiedziałam  Femiosowi  o  tych  postanowieniach,  zwrócił  uwagę,  troszkę  nieładnie,  że 
skoro Posejdon walczył po stronie Greków przeciw Trojanom, a Odys nigdy nie omieszkał oddać 
mu czci, należy usprawiedliwić tę wrogość jakąś anegdotą. 

—  Bardzo  dobrze  —  odrzekłam.  —  Odys  oślepił  Kiklopa,  który,  będąc  synem  Posejdona, 

ubłagał go o zemstę. 

—  Droga  księżniczko,  wszystkich  Kiklopów  w  kuźniach  Etny  urodziła  Uranosowi, 

dziadkowi Posejdona, Matka Ziemia. 

— Mój był wyjątkowym Kiklopem — odpaliłam. — Wywodził się od Posejdona i hodował 

owce  w  sykańskiej  jaskini,  jak  Konturanos.  Nazwę  go  Polifemem,  to  jest  „sławnym”,  by 
słuchacze myśleli, że jest ważniejszą postacią, niż był w istocie. 

— Takie oszustwa gmatwają tkaninę poezji. 
— Ale jeżeli przedstawię Penelopę jako świetlany przykład do naśladowania dla żon, gdy ich 

mężowie są nieobecni, w dalekich podróżach — oszustwo będzie usprawiedliwione. 

Przyznaję,  zrobiłam  parę  głupich  omyłek,  które  chciałabym  móc  poprawić:  na  przykład, 

układając opowieść o ucieczce Odysa od Polifema, umieściłam ster zarówno u dziobu okrętu, jak 
i u rufy. To dlatego, że w błąd wprowadzona żeglarskim określeniem „dziób na wodę”, sądziłam, 
że  jest  ster  dziobowy,  którego  nigdy  nie  zauważyłam.  Odkryłam  też,  że  nie  można  ciąć 

wysuszonego  budulca  z  rosnącego  drzewa,  jak  to  czyni  Odys  na  Ogigii,  że  jastrząb  nie  pożera 
swych  ofiar  na  skrzydle  nawet  w  baśniach  i  że  trzeba  więcej  niż  trzech  ludzi,  by  powiesić 
równocześnie tuzin kobiet na tym samym sznurze. Niestety, wiersza raz wysłanego na wędrówkę 
nie da się przychwycić ani odwołać, nie mogę też winić Femiosa, że mi nie wskazał tych błędów. 
Wszystkie one występują w miejscach, które on z innych powodów krytykował, a ja groziłam mu 
chlebem i wodą, jeśliby w nich zmienił bodaj słowo. 

Popadłam  także  w  tarapaty,  gdyż  nazwałam  zrazu  Eurykleję  „Eurynome”,  potem  zaś 

background image

zapomniałam o tym  i  używałam  jej prawdziwego imienia, w końcu musiałam  udawać, że było 
ich dwie. Zapomniałam też w opisie rzezi, że kochankowie Penelopy mogli uzbroić się w tuzin 
długich toporów, które Odys przestrzelił, zastosować je jako maczugi i roznieść go wraz z jego 
ludźmi  na  strzępki.  Lecz  Homer  również  czasami  się  mylił,  a  pochlebiam  sobie,  że  moja 
opowieść  na  tyle  jest  ciekawa,  by  zamknąć  uszy  słuchaczom  Femiosa  na  swe  usterki,  nawet 
gdyby był przeziębiony czy uczta źle przyrządzona czy też zabrakło ciemnego wina.