background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Iluzje,

czyli człowiek,

który nie chciał

być mesjaszem

(The adventures of a Reluctant Messiah)

Richard Bach

***

„Miłość  nigdy  nie   staje  na przeszkodzie  temu,  

kto   pragnie  żyć  własną  legendą.  Jeśli   tak   się  dzieje, 
znaczy   to,   że   nie   była   to   miłość   prawdziwa,   miłość, 
która przemawia językiem wszechświata”

P.Coelho

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Po ukazaniu się Mewy nieraz zadawano mi pytanie: „Co zamierzasz teraz napisać, Richardzie? 

Po Mewie, co dalej?”

Odpowiadałem wtedy, że nie muszę już niczego pisać, ani słowa, i że wszystkie moje książki 

razem   wzięte   powiedziały   już   wszystko,   co   chciałem   powiedzieć.   Ponieważ  wcześniej 
przymierałem trochę z głodu, a komornik zajął mi nawet samochód, cieszyłem się bardzo, że 
nie muszę już teraz pracować po nocach.

A jednak latem każdego roku wzlatywałem staroświeckim dwupłatowcem nad zielone morza 

traw Środkowego Zachodu Ameryki i za trzy dolary od osoby woziłem nim pasażerów, i znowu 
odczuwałem dawny niepokój — było coś do powiedzenia, a ja tego nie powiedziałem.

Pisanie wcale nie sprawia mi przyjemności. Jeśli uda  mi się zbagatelizować jakiś pomysł, 

zapomnieć o nim, jeśli uda mi się; nie otworzyć mu drzwi, nie sięgam nawet po ołówek.

Jednak od czasu do czasu frontowa ściana mojego domu  wylatuje w powietrze, eksploduje 

deszczem szkła, cegieł,  drzazg, a potem ktoś ostrożnie stąpa po rumowisku, podchodzi do mnie, 
chwyta   za   gardło   i   cicho   mówi:   „Nie   puszczę  cię,   jeśli   nie   ujmiesz   mnie   w   słowa,   tu,   na 
papierze”. W ten właśnie sposób spotkałem się z Iluzjami.

Nawet tam,  na Środkowym  Zachodzie, często kładłem  się   na   plecach,   ćwiczyłem   w 

sztuce  rozpraszania  chmur  i bezskutecznie próbowałem zapomnieć o tej historii... a co  by 
było, gdyby ktoś nadszedł, ktoś naprawdę w tym dobry, kto by mnie nauczył, jakie zasady 
rządzą tym światem i jak  mogę nad nimi sprawować kontrolę? A gdybym spotkał kogoś na 
najwyższym   etapie   duchowego   rozwoju...   gdyby   jakiś   Siddhartha   lub   Jezus   zjawił   się   w 
naszych czasach, ktoś, kto ma władzę nad iluzjami tego świata dlatego, że zna kryjącą się za 
nimi   prawdziwą   rzeczywistość?   A   gdybym  spotkał   go   osobiście,   gdyby   przyleciał   na 
dwupłatowcu i wylądował ze mną na tej samej łące? Co by powiedział, jak by wyglądał?

Być może nie przypominałby mesjasza z poplamionych smarem, zabrudzonych trawą kart 

mojego   dziennika,   być  może   nie   powiedziałby   niczego,   o   czym   opowiada   ta   książka. 
Spójrzmy jednak na rzeczy, o których mówił mi ten właśnie mesjasz: na przykład, że niczym 
magnes  przyciągamy  do  naszego   życia   wszystko,  co   tkwi  w   naszych  myślach   —   jeśli   to 
prawda, to nie bez przyczyny  dotarłem do  tej chwili, i ty, czytelniku, także. Być może nie 
przypadkiem  trzymasz  w ręku właśnie tę książkę; być  może  trafiłeś  tu,  aby przypomnieć 
sobie   jakiś   szczegół   w   opisanych   w   niej  przygodach.   W   to   chciałbym   wierzyć.   I   chcę 
wierzyć,  że  mój mesjasz tkwi gdzieś w innym  wymiarze, który wcale  nie jest fikcją, że 
patrzy   na   nas   i   śmieje   się,   bo   wszystko  przebiega   dokładnie   tak,   jak   to   sobie 
zaplanowaliśmy.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

1

1. I   zstąpił   między   nas   mistrz   zrodzony   na   świętej   ziemi   stanu   Indiana,   a   wzrastał   na  

mistycznych wzgórzach na wschód od Fortu Wayne.

2. A mistrz ów uczył się o świecie w szkołach stanu Indiana, z czasem zaś także pracując w 

swym zawodzie, a był mechanikiem samochodowym.

3. Posiadał wiedzę także z innych krain i z innych szkół, z innych żywotów, które przeżył.  

Pamiętał   je,   a   pamiętając,   wzrastał   w   mądrości   i   sile,   inni   zaś   widzieli   jego   moc   i  
przychodzili do niego po radę.

4. Mistrz wierzył, że ma moc, by pomóc sobie i całej ludzkości, a że tak wierzył, tak też się 

działo, inni zaś widzieli tę moc i przychodzili do niego, aby wybawił ich z kłopotów i  
wyleczył z chorób niezliczonych.

5. Mistrz wierzył, że każdy człowiek może myśleć o sobie jako o synu Boga, i jak wierzył, tak 

też się działo, warsztaty zaś, w których pracował, wypełniać zaczęły tłumy tych, którzy 
szukali jego wiedzy i czekali, by ich dotknął, a na ulicach gromadzili się ci, którzy pragnęli  
jedynie, aby padł na nich jego cień i odmienił ich życie.

6. I zdarzyło się, że z powodu tych tłumów kilku majstrów poprosiło mistrza, by zostawił 

narzędzia i poszedł swoją drogą, gdyż otaczała go ciżba tak wielka, iż ani on sam, ani inni 
mechanicy nie mieli miejsca do pracy i nie mogli zajmować się naprawą samochodów.

7. I   zdarzyło   się,   że   poszedł   mistrz   za   kraj   miasta,   a   ludzie   idący   za   nim   okrzyknęli   go 

mesjaszem i cudotwórcą, i jak wierzyli, tak też było.

8. A jeśli w czasie jego kazań zrywała się burza, ani jedna kropla deszczu nie spadała na  

głowy słuchaczy; ostatni z tłumu słyszał jego słowa tak wyraźnie, jakby stał w pierwszym 
szeregu,   choć   na   niebie   szaleć   mogły   błyskawice   i   gromy.   A   mówił   do   nich   językiem  
przypowieści.

9. I powiedział im: - „W każdym z nas tkwi moc, dzięki której możemy przyjąć zdrowie i  

chorobę, bogactwo i biedę, wolność i niewolę. To my, nikt inny, mamy nad nimi władzę”.

10. A pewien młynarz odezwał się tymi słowy: - „Łatwo ci mówić, mistrzu, gdyż wiesz, dokąd  

zmierzasz, lecz  my tego nie wiemy; ty nie musisz się trudzić, ale my musimy. Na tym  
świecie człowiek musi pracować, by żyć”.

11. Mistrz   odpowiedział   tak:   -   „Kiedyś   na   samym   dnie   wielkiej   kryształowej     rzeki   żyła  

wspólnota stworzeń.

12. Nurt   przepływał   w   ciszy   nad   nimi   wszystkimi   –   nad   młodymi   i   starymi,   bogatymi   i  

biednymi, dobrymi i złymi; ten nurt, który płynął w sobie tylko znanym kierunku, znając  
tylko swą własną kryształową jaźń.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

13. Każde   stworzenie   kurczowo   trzymało   się   gałęzi   i   skał   na   dnie   rzeki,   a   to   kurczowe  

trzymanie się było ich sposobem  życia – tak właśnie chciały  oprzeć się nurtowi; tego  
uczyły się od dnia swoich urodzin.

14. Aż w końcu jedno z nich rzekło: >>Dość mam już trzymania się skał i gałęzi. Choć moje  

oczy tego nie widzą, ufam, że nurt wie, dokąd podąża. Puszczę się gałęzi, pozwolę, aby nurt 
zabrał mnie, dokąd zechce. Jeśli nadal będę się trzymać tych konarów i skał, skonam z  
nudów.<<

15. Inne stworzenia śmiały się i mówiły: >>Głupcze! Jeśli się puścisz, nurt, któremu tak ufasz,  

ciskać cię zacznie o skały, a wtedy zginiesz szybciej, niż gdybyś miał skonać z nudów.<<

16. Ale  ono nie słuchało ich rad, zaczerpnęło powietrza i puściło  się, a nurt natychmiast  

porwał je i ciskał nim o skały.

17. Po jakimś czasie, kiedy nadal nie chciało niczego się chwycić, nurt uniósł je ponad dnem  

rzeki, nie obijając go już i nie raniąc o skały.

18. A stworzenia na dnie. Które go nie znały, podniosły krzyk: >>Spójrzcie na cud! Oto istota 

taka   sama   jak   my,   a   jednak   potrafi   latać!   Zobaczcie,   to   mesjasz   przybył,   aby   nas  
wszystkich wybawić!<<

19. A niesione przez nurt stworzenie odparło: >>Nie jestem bardziej mesjaszem aniżeli wy. 

Rzeka z radością uniosłaby nas ku wolności, gdybyśmy tylko mieli dość odwagi, aby nie  
trzymać się tak kurczowo gałęzi i skał. Naszym prawdziwym zadaniem jest ta podróż, ta  
przygoda.<<

20. Lecz istoty z dna rzeki krzyczały tym bardziej: >>Zbawco!<<, nieprzerwanie trzymając się 

skał,  a gdy znowu podniosły  głowy,  już  go nie było  i zostały  same, snując legendy  o 
zbawicielu.” Tak mówił mistrz.

21. A kiedy zobaczył, że ciżba wielka otacza go coraz bardziej każdego dnia, coraz większy 

tłum, gęstszy i gwałtowniejszy niż dotychczas; kiedy zobaczył, że oczekują od niego, by ich 
nieustannie uzdrawiał i karmił cudami, żeby się za nich uczył i żeby za nich żył, tego dnia  
udał się samotnie na wzgórze i tam oddał się modlitwom.

22. A w sercu swoim tak mówił: „To-Co-Jest, nieskończone i jasne, jeśli taka twoja wola,  

odsuń ode mnie ten kielich, pozwól mi nie wypełniać tego niemożliwego zadania. Nie mogę  
żyć czyimś życiem, a jednak dziesięć tysięcy dusz domaga się ode mnie życia. Przykro mi,  
że   doprowadziłem   do   tego.   Jeśli   taka   twoja   wola,   pozwól   mi   powrócić   mi   do   moich  
maszyn, do moich narzędzi, pozwól mi żyć jak inni.”

23. I przemówił do niego na wzgórzu głos, głos ani mężczyzny ani kobiety, ani potężny, ani  

cichy, głos nieskończenie łaskawy. Głos ten rzekł doń: „Stanie się nie moja, ale twoja  
wola, gdyż to, co jest twoją wolą, jest dla ciebie moją wolą. Idź swą drogą jak inni ludzie i  
bądź szczęśliwy na ziemi.”

24. A słysząc to mistrz uradował się i dziękował szczerze, i zszedł ze wzgórza, mrucząc pod 

nosem piosenkę mechanika samochodowego. A kiedy tłum znowu zaczął narzucać się mu 
ze swoim troskami, błagając, aby ich uzdrawiał, aby za nich się uczył i by nieustannie  
karmił ich swoją mądrością i bawił ich swoimi cudami, mistrz uśmiechnął się na ich widok 
i powiedział do nich uprzejmie: „Odchodzę.”

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

25. Przez chwilę tłum zaniemówił ze zdumienia.

26. A on rzekł do nich: „Gdyby człowiek powiedział Bogu, że chce pomóc cierpiącemu światu,  

bez względu na cenę, jaką musiałby zapłacić, i gdyby Bóg pouczył go, jak ma to zrobić, czy  
człowiek ten powinien zrobić jak mu kazano?”

27. „Oczywiście, mistrzu! – krzyknął tłum. – Gdyby Bóg go o to prosił, radością byłoby dlań 

znosić nawet piekielne męki!”

28. „Bez względu na to, jakie to męki ani jak trudne byłoby to zadanie?”

29. „To honor zawisnąć, chwała do krzyża być przybitym, chwała spłonąć na stosie, jeśli tego  

właśnie oczekiwałby Bóg” – powiedzieli.

30. „A co byście zrobili – zapytał ich mistrz – gdyby Bóg powiedział wam prosto w oczy: 

>>NAKAZUJĘ   WAM,   BYŚCIE   NA   TYM   ŚWIECIE   DO   KOŃCA   DNI   SWOICH   BYLI 
SZCZĘŚLIWI<<  Co byście wtedy zrobili?”

31. A tłum pogrążył się w ciszy; na zboczach gór, w dolinach, gdzie zgromadzili się wszyscy, 

nie było słychać ni głosu, ni dźwięku żadnego.

32. A mistrz przerwał ciszę tymi słowy: „Idąc drogą własnego szczęścia, znajdziemy wiedzę,  

dla której wybraliśmy nasz żywot. Właśnie dziś dowiedziałem się tego i postanowiłem was 
opuścić, aby pójść własną drogą, jeśli wolno.”

33. I poszedł własną drogą poprzez tłum, i zostawił ich, i powrócił do codziennego świata 

ludzi i maszyn.

2

B

YŁ prawie środek lata, kiedy poznałem Donalda Shimodę. Latałem już od trzech lat, 

lecz nigdy nie spotkałem pilota, który robiłby to samo co ja — chodzi mi o loty, gdzie wiatr 
poniesie, od miasta do miasta, na pokładzie starego dwupłatowca, na który zabierałem pasażerów 
płacących po trzy dolary za dziesięć minut lotu.

Pewnego dnia, lecąc na północ od Ferris w Illinois, spojrzałem  w dół z kabiny mojego 

Castora i zobaczyłem starą maszynę Travel Air 4000, w kolorach złota i bieli, która lądowała 
tak pięknie, jak tylko można to sobie wyobrazić, na cytrynowo-szmaragdowym polu.

Jestem wolnym  ptakiem, choć czasami doskwiera mi samotność.  Kiedy zobaczyłem  ten 

dwupłatowiec, po krótkim namyśle doszedłem do wniosku, że nic złego się nie stanie, jeśli 
złożę   mu   wizytę.   Wyłączyłem   ssanie,   wychyliłem   całkowicie   ster,   po   czym   Castor   i   ja 
zaczęliśmy   schodzić   bokiem   ku   ziemi.   W   ścięgnach   nośnych   samolotu   szumiał  wiatr, 
dochodził   mnie   cichy,   miły   dźwięk,   stary   silnik   stukotał   powoli,   leniwie   obracając   śmigło. 
Podniosłem okulary, aby mieć lepszą widoczność przy lądowaniu. Źdźbła kukurydzy tworzyły 
zieloną   dżunglę   umykającą   ze   świstem   pod  kołami   maszyny.   Jakiś   płot   mignął   mi   przed 
oczyma,  a  potem  już tylko  jak okiem sięgnąć  rozciągała  się świeżo  ścięta  trawa. Chwyciłem 
drążek, wychyliłem ster, jeszcze jedna rundka ponad ziemią, trawa muskała opony, a potem dobrze 

5

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

mi znany, spokojny turkot kół toczących się po twardym gruncie, coraz, wolniej, wolniej i nagle 
głośniejszy warkot silnika, gdy manewrowałem obok tamtego samolotu, aby zaparkować Castora. 
Zgasiłem   silnik,   w   niczym   niezmąconej   ciszy   lipca   słychać   było   tylko   ciche   mlaskanie 
obracającego się coraz wolniej śmigła.

Pilot   Travel   Air  siedział  na  trawie,  opierając   się  plecami   o  lewe   koło   swego   samolotu,   i 

obserwował mnie.

Przez pół minuty ja także mu się przyglądałem, próbując przeniknąć tajemnicę jego spokoju. Nie 

potrafiłbym tak beznamiętnie siedzieć i patrzeć, jak inny samolot ląduje na polu
i parkuje dziesięć jardów ode mnie. Kiwnąłem mu głową,  poczułem do niego sympatię, choć 
nie wiedziałem dlaczego.

—Wydawało   mi   się,   że   brakuje   ci   towarzystwa   —   powiedziałem   mimo   dzielącej   nas 
przestrzeni.
—Mnie też.
—Nie chcę ci przeszkadzać. Jeśli się naprzykrzam, zaraz lecę dalej.
—Nie przeszkadzasz. Czekam tu na ciebie.
   Uśmiechnąłem się, słysząc te słowa.
—Przepraszam, jeśli się spóźniłem.
—Nie ma sprawy.

Zdjąłem kask i okulary, wygramoliłem się z kabiny i zeskoczyłem na ziemię. Wspaniałe 

uczucie, po kilku godzinach spędzonych w maszynie.

— Poczęstuj się kanapką z szynką i serem — powiedział. — Szynka, ser, a może trafi ci 

się jakaś mrówka.

Nie podał mi dłoni, nie przedstawił się nawet. 
Nie był wysokim człowiekiem. Włosy miał długie do ramion, ciemniejsze niż kolor opon, 

o które się opierał. Oczy  czarne jak oczy sokoła, lubię takie u przyjaciół, u innych wzbudzają 
mój niepokój. Mógł być mistrzem karate udającym się na jakiś niezbyt brutalny pokaz.

Przyjąłem kanapkę i kubek wody nalanej z termosu.
—Kim   jesteś?   —   spytałem.   —   Od   lat   organizuję   loty   dla   chętnych,   lecz   nigdy   nie 
spotkałem na tych polach innego wędrownego pilota.
—Do   innych   rzeczy   nie   bardzo   się   nadaję   —   odparł,  dziwnie uradowany.  — Znam się 
trochę   na   mechanice,   spawaniu,   trochę   na   wiertnictwie,   umiem   prowadzić   ciągnik 
gąsienicowy;   jeśli   zbyt   długo   zabawię   w   jednym   miejscu,  zawsze   wpadam   w   tarapaty. 
Zrobiłem więc ten samolot i latam od miasta do miasta, wożąc chętnych.
—O jakich ciągnikach      mówisz?  — Od dziecka  miałem bzika na punkcie ciągników  z 
silnikiem diesla.
—Ósemki, dziewiątki. Nie trwało to długo. W Ohio.

— Dziewiątki! Przecież to olbrzymy! Podwójny układ kół zmianowych. Czy rzeczywiście można 
nimi przesuwać góry?
—Istnieją lepsze sposoby na przesuwanie gór — powiedział z uśmiechem, który trwał nie 
dłużej niż ułamek sekundy.

Pochyliłem się nad dolnym skrzydłem jego samolotu i przez chwilę patrzyłem na nieznajomego. 

Złudzenie świetlne... trudno było mu się z bliska przyglądać. Jak gdyby głowę jego okalała jaśniejąca 
otoczka, mglisty, srebrzysty blask zacierający tło.

—Coś nie tak? — zapytał.
—Jakie miałeś kłopoty?

— Szkoda słów. Lubię po prostu przenosić się z miejsca na miejsce. Tak jak ty.

Wziąłem kanapkę i obszedłem jego samolot. Był to model z 1928 lub 1929, nie było na nim 

ani śladu zadrapań. Nawet prosto z fabryki nie wychodzą takie samoloty jak ta jego maszyna 
bez   skazy,   zaparkowana   na   polu.   Co   najmniej   dwadzieścia   powłok   gumowanego   lakieru 
lotniczego lśniącego jak zwierciadło naciągnięte mocno na drewniany szkielet maszyny. Don, 
wypisane starą antykwą, złotymi  literami pod krawędzią kabiny,  a na mapniku można było 
przeczytać:  D.W. Shimoda. Wszystkie urządzenia były jak spod igły, oryginalne przyrządy 

6

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

lotnicze z 1928. Dźwignia sprzęgła z lakierowanego dębowego drewna, podobnie dźwignia 
steru,   po   lewej   pompa   przyspieszająca   gaźnika,   regulator   składu   mieszanki,   regulator 
wyprzedzenia   zapłonu.  Dziś   się   już   tego   nie   spotyka,   nawet   w   najrzetelniej 
odrestaurowanych starych modelach. Nigdzie śladu zadrapań, żadnej plamy na tapicerce, ani 
śladu oleju na osłonie silnika. Ani jednego źdźbła trawy na podłodze kabiny, jakby samolot 
nigdy nie latał, ale zmaterializował się tu w wyniku kompresji czasowej, która przeniosła go 
przez owe pięćdziesiąt lat. Poczułem na karku dziwny, mroźny dreszcz.

—Jak  długo  wozisz  pasażerów?! — krzyknąłem  do niego ponad samolotem.

—Koło miesiąca, może pięć tygodni.

Kłamał. Jeśli ktoś od pięciu tygodni ląduje na polach,  to, bez względu na to, kim jest, 

ma na maszynie brud i plamy po oleju, a na podłodze w kokpicie siano, inaczej być  nie 
może.   Ale   ten   samolot...   na   przedniej   szybie   ani   śladu  oleju,   żadnego   źdźbła   na 
krawędziach skrzydeł ani na ogonie, żadnej muszki rozkwaszonej na łopatach śmigła. To 
niemożliwe w samolocie lecącym latem przez stan Illinois. Uważnie oglądałem Travel Air 
jeszcze   przez   pięć   minut,  a   potem   odszedłem   od   maszyny   i   siadłem   na   sianie   pod 
skrzydłem, twarzą ku pilotowi. Nie bałem się, ten facet wciąż mi się podobał, ale coś tu 
było nie tak,

—Dlaczego nie mówisz mi prawdy?
—Powiedziałem ci prawdę, Richardzie — odparł. Moje imię również wypisane jest na 
samolocie.
—Nie   sposób   wozić   pasażerów   przez   miesiąc   na   Travel   Air,     nie   zabrudziwszy 
olejem   samolotu,   przyjacielu.  Żadnego   śladu   zanieczyszczeń?   Żadnej   plamki   na 
płótnie? Do licha, gdzie siano na podłodze?

— Są   pewne   rzeczy,   o   których   jeszcze   nic   nie   wiesz.  —   Uśmiechnął   się   do   mnie 

łagodnie.

W owej chwili wydał mi się przybyszem z innej planety. Wierzyłem w to, co powiedział, 

ale   nijak   nie   potrafiłem  wyjaśnić   zagadki   jego   lśniącego   jak   diament   samolotu, 
zaparkowanego na tym słonecznym polu.

— To prawda. Pewnego dnia jednak dowiem się wszystkiego, a wtedy będziesz mógł 

przejąć mój samolot, Donaldzie, bo będę latał bez jego pomocy.

Spojrzał na mnie z zaciekawieniem i uniósł czarne brwi.

— Tak? Opowiedz mi o tym.

Byłem zachwycony. Oto wreszcie znalazł się ktoś, kto chce wysłuchać mojej teorii!

— Przez   długi   czas   ludzie   nie   potrafili   latać   chyba   dlatego,   że   wydawało   im   się   to 

niemożliwe;   nie   poznali   więc  nawet   pierwszej   podstawowej   zasady   aerodynamiki. 
Chciałbym  wierzyć,  że istnieje jeszcze jakaś inna zasada: nie potrzeba   nam  samolotów, 
żebyśmy latali, przechodzili przez mury lub docierali na inne planety. Możemy nauczyć 
się robić to bez pomocy maszyn. Jeśli tylko zechcemy.

Uśmiechnął się pod nosem i kiwnął głową.

—I   wydaje   ci   się,   że   nauczysz   się   tego   wszystkiego,   odbywając   loty   nad   polami, 
pobierając po trzy dolary od osoby?
—Jedyna naprawdę istotna wiedza to rzeczy, których się sam nauczyłem, robiąc to, na 
co miałem ochotę. Gdyby  istniał ktoś taki na Ziemi, choć takiej osoby nie ma, ktoś, 
kto nauczyłby mnie więcej niż ten samolot i to niebo, już byłbym go szukał. Lub jej.

Jego ciemne oczy patrzyły na mnie w skupieniu.

— Czy nie sądzisz, że ktoś cię prowadzi, jeśli rzeczywiście chcesz się tego nauczyć?

—  Tak, ktoś mnie prowadzi. Jak chyba wszystkich. Zawsze czułem, że coś mnie, nie wiem... 
pilnuje.
—I sądzisz, że trafisz do nauczyciela, który ci pomoże?
—Jeśli tym nauczycielem nie jestem ja sam, to tak.
—Może tak właśnie jest — powiedział.

7

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

***

Nowoczesna   ciężarówka,   która   mknęła   ku   nam   szosą,  wzniecając   brązowy tuman   kurzu, 

zatrzymała się na polu. Otworzyły się drzwiczki, z samochodu wysiedli starszy gość i dziewczynka, 
chyba dziesięcioletnia. Kurz unosił się w nieruchomym, bezwietrznym powietrzu.

— Latasz pan za pieniądze, co? — spytał mężczyzna.
Pole to odkrył Donald Shimoda; nie odzywałem się więc.

—Tak, proszę pana — odparł pogodnie. — Chciałoby się trochę polatać, prawda?
—Jeśli polecę, czy wywiniesz pan tam ze mną parę numerów, jakiego kozła na niebie? — 
Oczy człowieka zamigotały, patrzył, czy nabierzemy się na tę jego udawaną naiwność 
wiejskiego prostaczka.

—Polecę, jeśli pan chce; jeśli nie, nie polecę.
—I pewnie życzysz pan sobie za to jakąś niezłą sumkę?

Czułem się jak widz, siedząc tak bezczynnie, obserwując, jak ten facet ubija interes. Podobało 

mi się, co powiedział, wszystko było na luzie. Przywykłem do własnego sposobu urabiania klientów 
(„Ludzie, w górze dziesięć stopni chłodniej, gwarancja! Wzbij się tam, gdzie bywają tylko ptaki i 
anioły! A to wszystko za jedyne trzy dolary wyjęte z waszej portmonetki lub kieszeni...”). 
Zapomniałem już, że można to robić inaczej.

Niełatwo   jest   latać   i   zarazem   samemu   dbać   o   własną  reklamę.   Przywykłem   do   tego,   bo 

wiedziałem: nie masz pasażerów, nie będziesz miał co jeść. Teraz, kiedy mogłem przyglądać się 
temu z boku (bo to, czy będę jadł dziś obiad, nie zależało od dzisiejszych zarobków), odprężyłem się 
wreszcie.

Dziewczynka   trzymała   się   o   krok   i   również   patrzyła.   Blondynka,   o   brązowych   oczach   i 

poważnej twarzy, przyjechała tutaj, bo tak chciał jej dziadek. Ona nie miała ochoty latać.

Zazwyczaj jest odwrotnie, to dzieciaki są napalone, a dorośli podchodzą z rezerwą, ale człowiek 

uczy   się   rozpoznawać   klienta,   kiedy   od   tego   zależy   jego   utrzymanie.   Wiedziałem,   że   ta 
dziewczynka nie poleciałaby z nami, choćbyśmy czekali na nią całe lato.

— Który z panów...? — zapytał mężczyzna.
Shimoda nalał sobie kubek wody.
—Richardzie, polecisz? Ja mam przerwę śniadaniową. Chyba że chce pan poczekać.
—Nie, proszę pana, już jestem gotów.  Moglibyśmy przelecieć nad moją farmą?
—Nie ma sprawy — powiedziałem. — Proszę mi tylko pokazać, gdzie chce pan lecieć.

Z przedniej kabiny mojego Castora wyrzuciłem wałek pod głowę, torbę z narzędziami i garnki, 

pomogłem facetowi usadowić się na fotelu dla pasażerów i zapiąłem pas. Potem zsunąłem się w dół 
do tylnej części kokpitu i zapiąłem swój pas bezpieczeństwa.

—Don, pomóż mi. Dobra?
—Okay. — Wziął z sobą kubek z wodą i stanął przy śmigle. —   Co mam robić?
—Obracaj powoli, potem już się samo rozkręci.

Tak   już   jest,   że   ktokolwiek   rozkręca   śmigło   Castora,   robi  to   za   szybko,   i   z   jakichś 

skomplikowanych powodów silnik nie zapala. Ale ten facet obracał śmigłem tak powoli, jakby to 
robił od wieków. Zaskoczyła  sprężyna, w cylindrach pojawiły   się   iskry   i   stary   silnik   zaczął 
chodzić — takie to proste. Donald wrócił do swojego samolotu, usiadł i zaczął rozmawiać z 
dziewczynką.

Przy wtórze warkoczącego silnika, wzbijając tumany siana, Castor oderwał się od ziemi, 

wzleciał na wysokość stu  stóp (jeśli teraz silnik by zgasł, wylądowalibyśmy w kukurydzy), 
pięć tysięcy stóp (moglibyśmy zawrócić i wylądować w sianie... mijamy pastwisko dla krów 
położone   na  zachodniej   stronie),   osiem   tysięcy   stóp   i   wyrównujemy   lot,   lecimy   na 
południowy zachód w kierunku wyznaczonym przez wskazujący palec mężczyzny.

8

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Trzy   minuty   w   powietrzu,   okrążamy   gospodarstwo,   stodoły   w   kolorze   rozżarzonych 

węglików, dom z kości słoniowej na oceanie mięty. W tyle ogródek z warzywami:  sałata, 
pomidory.

Mężczyzna   z   przedniej   części   kokpitu   spojrzał   w   dół,  kiedy   okrążaliśmy   jego 

gospodarstwo, ujęte w ramy skrzydeł i sieć ścięgien nośnych samolotu.

Na   ganku   pod   nami   pojawiła   się   kobieta   w   białym   fartuchu   nałożonym   na   niebieską 

sukienkę. Pomachała nam. Mężczyzna też jej pomachał. Później pewnie będą wspominać, 
jak widzieli się nawzajem mimo tak dużej odległości.

Odwrócił   się   w   końcu   i   spojrzał   na   mnie;   skinął   głową,  mówiąc,   że   to   wystarczy, 

dzięki, możemy wracać.

Zrobiłem   duże   koło   nad   Ferris,   żeby   mieszkańcy   wiedzieli,   że   odbywają   się   tu 

pasażerskie loty, a potem spiralą przeleciałem ponad polami, pokazując im w ten sposób, 
gdzie   mogą   mnie   znaleźć.   Kiedy  schodziłem   do   lądowania,  stromym   lotem  nad  morzem 
kukurydzy,   Travel   Air   Donalda   wzbijał   się   w   powietrze,   po   czym   skręcił   w   kierunku 
gospodarstwa, nad którym właśnie przelecieliśmy.

Brałem kiedyś udział w lotniczym pokazie z pięcioma  samolotami, teraz przez chwilę 

miałem  podobne uczucie  szczególnie   ożywionego   ruchu...   jedna   maszyna   zrywa   się  do 
lotu,   druga   ląduje.   Dotknęliśmy   ziemi   z   cichym   pomrukiem   i   potoczyliśmy   się   na   sam 
kraniec pola, niedaleko szosy.

Silnik   zamilkł,   mężczyzna   odpiął   pas   bezpieczeństwa,  a   ja   pomogłem   mu   wyjść. 

Wyciągnął z kieszeni portfel i kręcąc głową, odliczył jednodolarowe banknoty.

—Wspaniały lot, synu.
—Mam nadzieję. Sprzedajemy towar pierwsza klasa.
—Ten twój kumpel, on to ma dar przekonywania!
—Tak?
—No  tak.  Twój  przyjaciel   mógłby   sprzedać  popiół diabłu, idę o zakład, 
nieprawda?
—Czemu pan tak mówi?
—  Chodzi   mi   o   małą,   oczywiście.   Dziesięć   minut   w   samolocie   dla   mojej   wnuczki, 
Sary!   —   mówiąc   to,   patrzył  na Travel Air, który zmienił  się teraz  w daleki  srebrny 
pyłek  w powietrzu. Mówił tonem człowieka,  który zauważył,  że  na uschniętej gałęzi 
na   podwórzu   pojawiły   się   kwiaty   i   dojrzałe   jabłka.   —   Od   urodzenia   to   dziecko 
śmiertelnie boi  się wysokości. Wrzeszczy. Jest przerażona. Sara prędzej  wsadziłaby 
gołą dłoń do gniazda szerszeni niż wspięłaby się na drzewo. Nie wejdzie po drabinie 
na strych, nie weszłaby  tam   nawet,  gdyby  na  podwórzu  zaczęła  wzbierać  powódź. 
Dziewczynka   jest   świetna   przy   maszynach,   niezła   w   pracy   ze   zwierzętami,   ale 
wysokość to dla niej koszmar! I nagle, proszę, jest tam, w powietrzu!

Opowiadał   dalej   o   różnych   niecodziennych   wydarzeniach;   pamiętał,   jak   samotni 

piloci   przelatywali   przez   Galesburg   kilka   lat   temu,   i   przez   Monmouth,   lecieli   na   dwu-
płatowcach takich samych jak nasze, ale wykonywali na nich różne zwariowane salta.

Widziałem, jak Travel Air powiększa się, leci spiralą nad polem, lotem bardziej stromym 

niż mnie się kiedykolwiek udało, z dziewczynką na pokładzie, która ma lęk wysokości.

Widziałem,   jak   sunie   ponad   kukurydzą   i   płotem   i   wreszcie   osiada   na   trawie.   Donald 

Shimoda musiał latać nie od wczoraj, aby tak zgrabnie wylądować.

Samolot.   zatrzymał   się   koło   nas,   nie   potrzebował   żadnej   pomocy,   wirnik   delikatnie 

przestał się obracać. Przyjrzałem mu się uważnie. Na śmigle nie było żadnych owadów. Na-
wet jednej martwej muszki na ośmiostopowym ostrzu.

Zerwałem   się,   by   im   pomóc,   odpiąłem   pas   dziewczynce,   otworzyłem   drzwiczki 

przedniej kabiny i pokazałem jej, gdzie ma stanąć, aby płótno, którym jest pokryte skrzydło, 
nie pękło pod jej ciężarem.

9

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

— Podobało ci się? — spytałem.
Nie usłyszała, że się odezwałem.

— Dziadku, już się nie boję! Wcale się nie bałam, naprawdę! Nasz dom wyglądał jak 

zabaweczka,   a   mamusia  pomachała   mi,   i   Don   powiedział,   że   się   bałam,   bo   kiedyś 
spadłam i umarłam, i że już nie muszę się więcej bać! Zostanę, dziadku, pilotem. Będę 
miała samolot i sama będę go naprawiać, i  wszędzie będę latać i wozić pasażerów! Czy 
mogę?

Shimoda uśmiechnął się do mężczyzny i wzruszył ramionami.

—To on ci powiedział, że zostaniesz pilotem, Saro?
—Nie, ale ja to wiem. Znam się przecież na maszynach. Wiesz przecież!
—No   dobrze,   porozmawiasz   o   tym   z   mamą.   Na   nas  już   czas,   musimy   wracać   do 
domu.

Oboje   podziękowali   nam,   po   czym   jedno   podreptało,  a   drugie   pobiegło   do 

ciężarówki, oboje odmienieni przez to, co wydarzyło się tu na polu i tam na niebie.

W   południe   nadjechały   dwa   dalsze   samochody,   potem   jeszcze   jeden,   zebrał   się 

tłumek   chętnych   pragnących   obejrzeć   Ferris   z   powietrza.   Odbyliśmy,   jak   można   było 
najszybciej,   dwanaście   lub   trzynaście   lotów,   a   następnie  pojechałem   do  miasta,  żeby 
kupić   benzynę   do   mojego   samolotu.   Potem   mieliśmy   kilku   pasażerów,   i   jeszcze   kilku 
innych,   aż   nastał   wieczór,   a   my   wzbijaliśmy   się   w   powietrze   bez   przerwy,   jeden   za 
drugim, do samego zmroku.

Na   jakiejś   tablicy   w   miasteczku   przeczytałem:  Ludność:   200;  byłem   przekonany,   że 

przewieźliśmy wszystkich, a do tego jeszcze paru zamiejscowych.

W   pośpiechu   zapomniałem   zapytać   o   Sarę   i   o   to,   co  powiedział   jej   Don,   czy   sam 

wymyślił tę opowieść, czy wierzył w historię o jej śmierci. Od czasu do czasu, kiedy do 
kabiny   wchodzili   nowi   pasażerowie,   przyglądałem   się  jego   maszynie.   Wciąż   żadnego 
zabrudzenia,   żadnej   plamy  oleju,   wydawało   się,   że   latając,   wymija   owady,   które   ja 
musiałem zmywać z mojej szyby co godzinę.

Kiedy   kończyliśmy   pracę,   na   niebie   było   jeszcze   trochę   światła.   W   moim   blaszanym 

piecyku ułożyłem suchą trawę,  otoczyłem ją kawałkami koksu i podpaliłem; wokół było 
ciemno, ogień rozpalał kolory zaparkowanych niedaleko samolotów i złocił źdźbła słomy 
rozsypanej wokół nas.

Zajrzałem do pojemnika z jedzeniem.

—Zupa,   gulasz   lub   spaghetti   —   zaproponowałem.   —  Albo gruszki lub brzoskwinie. 
Chcesz brzoskwinię na gorąco?
—Wszystko jedno — powiedział bez entuzjazmu. — Daj coś lub nic.
—Człowieku, nie jesteś  głodny? Odwaliliśmy kawał dobrej roboty!
—Nic z tego, co wyliczyłeś, nie pobudziło mojego apetytu, chyba  że jest nadzieja na 
rzeczywiście pyszny gulasz.
Moim   szwajcarskim,   lotniczym   nożem,   otworzyłem   puszkę   z   gulaszem,   to   samo 

zrobiłem z puszką spaghetti i wrzuciłem zawartość obu puszek do rondla.

Kieszenie   nabrzmiały   od   gotówki...   była   to   dla   mnie  jedna   z   najprzyjemniejszych 

chwil tego dnia. Wyciągnąłem pomięte banknoty i zacząłem je liczyć, nie próbując nawet 
ich rozprostować. Naliczyłem tego sto czterdzieści siedem dolarów, rachowałem w pamięci, co nie 
było dla mnie rzeczą łatwą.

—To znaczy... to jest... zobaczmy... cztery i dwa w pamięci... czterdzieści dziewięć lotów! 
Lepiej  niż ostatnio, Don, kiedy to zarobiłem stówę; tylko ja na Castorze. Ty zarobiłeś 
pewnie co najmniej ze dwie setki... Miałeś dwóch za każdym razem?
—Raczej tak — odparł. — A wracając do tego nauczyciela, którego szukasz...
—Nie szukam żadnego nauczyciela — odpowiedziałem. — Liczę pieniądze! Mogę z tego 
żyć przez następne siedem dni, niech sobie teraz leje przez okrąglutki tydzień.
—Spojrzał na mnie i uśmiechnął się.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Kiedy już przestaniesz pławić się w tej forsie, to czy mógłbyś podać mi gulasz?

3

T

ŁUMY,   masy,   gromady   ludzi,   strumienie   ludzkich     istot   nacierające   na   jednego, 

stojącego pośród nich człowieka. Potem tłumy zamieniły się w ocean, który mógłby go zatopić, 
ale   człowiek,   zamiast   pójść   na   dno,   gwiżdżąc   przeszedł   po   falach   i   zniknął.   Ocean   wody 
zamienił  się w ocean trawy. Biało-złoty Travel Air 4000 wylądował  na polu, pilot wyszedł z 
kabiny i wystawił transparent z napisem: LOT — TYLKO $3.

Była trzecia nad ranem, kiedy się zbudziłem, pamiętałem  cały mój sen, czułem się z tego 

powodu szczęśliwy. Otworzyłem oczy i ujrzałem w świetle księżyca wielki korpus Travel Air 
zaparkowanego obok mojego Castora. Shimoda siedział na kocu, opierając się o lewe koło swego 
samolotu, jak wtedy, gdy ujrzałem go po raz pierwszy. Nie widziałem go dokładnie, czułem po 
prostu, że tam jest.

Cześć, Richardzie — powiedział cicho w ciemnościach. —   Czy dzięki niemu już wiesz, o co 

chodzi?

Dzięki   czemu   mam   coś   wiedzieć? — zapytałem rozespany. Nadal rozpamiętywałem swój 

sen, byłem nim zbyt pochłonięty, aby zdziwić się, że Don nie śpi.

—Chodzi mi o twój sen. Ten facet, tłumy i samolot — powiedział ze spokojem w głosie. — 
Chciałeś się czegoś o mnie dowiedzieć, teraz już wiesz, prawda? Znasz tę historię z gazet: Donald 
Shimoda, ten sam, którego zaczęto nazywać mechanikiem-mesjaszem, amerykańskim awatarem, 
inkarnacją, zniknął na oczach dwudziestu pięciu tysięcy widzów?

Rzeczywiście, przypomniałem sobie tę historię, przeczytałem o tym w gazecie wyłożonej w 

sklepiku w pewnym małym miasteczku w Ohio. Pisano o tym na pierwszej stronie.

—Donald Shimoda?
—Do usług — odpowiedział. — Teraz już wiesz, nie musisz więc się dłużej głowić. Idź 
spać.
Długo nad tym myślałem, zanim ogarnął mnie sen.

***

— Czy ci wolno... nie sądziłem... jeśli dostajesz taką robotę, robotę mesjasza, to masz zbawić 

świat, prawda? Nie wiedziałem, że mesjasz może tak po prostu otworzyć drzwi i sobie wyjść. — 
Siedziałem na pokrywie silnika i myślałem o moim dziwnym przyjacielu. — Podrzuć mi, Don, 
dziewiątkę, co?

Pogrzebał w torbie na narzędzia i rzucił mi klucz. Podobnie jak wtedy, gdy rzucał mi inne 

narzędzia tego ranka, i ten klucz zwolnił swój lot, zatrzymał się kilka centymetrów przede mną i 
zawisł w powietrzu, obracając się leniwie  nad ziemią. Kiedy tylko go dotknąłem, stał się w 
mojej  dłoni   znów   ciężkim   przedmiotem,   zwyczajnym,   chromowanym,   lotniczym   kluczem. 
Chociaż nie, nie był całkiem zwyczajny.   Od  kiedy  licha   siódemka  złamała  mi  się   w  dłoni, 
kupowałem najlepsze narzędzia na świecie... ten klucz akurat to był Snap-On, a jak wie o tym 
każdy mechanik, Snap-On nie jest zwyczajnym kluczem. Za taką cenę mógłby  być ze złota, 
ale trzymać takie cudo w ręku, to istna radość;  poza tym  możesz  być  pewien, że nigdy nie 
pęknie, bez względu na to, co z nim będziesz robił.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

— Pewnie, że możesz odejść! Możesz rzucić wszystko,  co tylko chcesz, jeśli tylko zmienisz 

zdanie. Możesz przestać oddychać, jeśli zechcesz. — Dla zabawy zawiesił w powietrzu śrubokręt 
Phillipsa. — Przestałem więc być mesjaszem, a jeśli mówię, jakbym się usprawiedliwiał, to może 
dlatego, że wciąż mam trochę poczucia winy. Lepsze to niż trzymać się roboty, której zdrowo nie 
cierpisz. Dobry mesjasz niczego nie może nienawidzić, jest wolny, może kroczyć jakąkolwiek chce 
drogą. No dobrze, dotyczy to wszystkich, to oczywiste. Wszyscy jesteśmy synami Boga, dziećmi 
Tego-Co-Jest, ideami Umysłu czy jakkolwiek chcesz to nazwać.

Dokręcałem nakrętki cylindra na silniku Kinnera. Ma dużą  moc,  ten B-5, ale  nakrętki  mają 

tendencję do obluzowywania się mniej więcej co sto godzin lotu, warto więc dokręcić je na zapas. 
Jak się spodziewałem, pierwsza nakrętka, za którą się  zabrałem, obróciła się jeszcze o ćwierć 
obrotu. Zadowolony  byłem z tego, że postąpiłem rozsądnie, sprawdzając je wszystkie dziś rano, 
zanim ruszyłem na kolejne loty z pasażerami.

— No tak, Don, ale chyba „mesjaszowanie” różni się od innych zawodów, co nie? Wyobraź 

sobie Jezusa, który wraca do domu, żeby wbijać gwoździe i zarabiać w ten sposób na życie. 
Przecież to byłoby śmieszne.

Zamyślił się nad tym, co powiedziałem; próbował zrozumieć mój punkt widzenia.

— Nie rozumiem cię. Dziwne jest raczej to, że Jezus  nie rzucił tego wszystkiego, kiedy 

tylko zaczęli mówić do niego „zbawicielu”. Zamiast już wtedy dać sobie spokój, próbował im 
tłumaczyć: „OK, jestem synem Boga, ale wszyscy jesteśmy Jego synami; jestem zbawicielem, ale 
wy też nimi jesteście! To, co ja robię, i wy możecie robić!” Przecież każdy o zdrowych zmysłach 
to rozumie.

Na pokrywie silnika było gorąco, ale mimo zajęcia nie czułem, że pracuję. Im bardziej zależy mi 

na zrobieniu czegoś, tym niechętniej nazywam to pracą. Odczuwałem zadowolenie, że dokręciwszy 
przed chwilą nakrętki, nie pozwoliłem, aby powypadały z silnika podczas lotu.

—No, kiedy powiesz, że ci potrzebny inny klucz? — zapytał.
—Nie chcę innego klucza. Osiągnąłem dostateczny stopień duchowego rozwoju, żeby uznać 
twoje sztuczki za grę pod publiczkę, Shimoda, godną jedynie umiarkowanie rozwiniętej duszy. 
A może początkującego hipnotyzera.
—Hipnotyzera! Człowieku, jesteś coraz  milszy! Ale masz rację, lepiej być hipnotyzerem niż 
mesjaszem! Co za nudna robota! Dlaczego nie wiedziałem wcześniej, że będzie taka nudna?

— Wiedziałeś — powiedziałem, robiąc mądrą minę.
Zaśmiał się tylko.

— Czy kiedykolwiek przyszło ci na myśl, że może nie tak łatwo to wszystko rzucić? Że 

może nie będziesz umiał wrócić do rytmu życia normalnego człowieka?

Na te słowa Shimoda już się nie zaśmiał.

—Masz   oczywiście   rację   —   powiedział,   zaczesując   palcami   swoje   krucze   włosy.   — 
Wystarczyło, że posiedziałem  zbyt   długo   w   jednym   miejscu,   dłużej   niż   dzień   lub   dwa,
a   ludzie   zaczynali   spostrzegać,   że   jestem   jakiś   dziwny.   Jeśli  otrzesz   się   o   mój   rękaw, 
wyleczysz się nawet w ostatnim stadium raka. Nie mijał tydzień, a znów znajdowałem się
w samym środku tego tłumu. Latając na tym samolocie, jestem cały czas w ruchu, nikt 
nie wie, skąd przybywam ani dokąd lecę, a to mi bardzo odpowiada.
—Czekają cię czasy cięższe niż się spodziewasz, Don.
—Czyżby?
—No tak, nasze czasy to ruch od pierwiastka  materialnego ku duchowemu... jest to, być 
może, powolny ruch, ale wielki. Nie wydaje mi się, by świat zostawił cię w spokoju.
—Oni   nie   potrzebują   mnie,   oni   chcą   cudów!   A   cudów   mogę   nauczyć   każdego   innego 
człowieka; niech on będzie  mesjaszem. Nie powiem mu, jaka to nudna robota. A poza tym 
„nie ma tak wielkiego problemu, od którego nie można by uciec”.

Zsunąłem się z silnika, stanąłem na trawie i zacząłem dokręcać nakrętki na cylindrze trzecim i 

czwartym. Nie wszystkie były luźne, ale kilka trzeba było docisnąć.

—Czyżbyś cytował Snoopy’ego?
—Będę cytował każdą prawdę, bez względu na to, gdzie ją odnajdę.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Nie możesz uciec, Don! A gdybym zaczął cię czcić od zaraz? A gdybym miał już dość tej 
roboty   przy   silniku  i   zaczął   cię   prosić,   żebyś   go   dla   mnie   wyleczył?   Słuchaj,
oddam ci każdego dziesiątaka, jakiego zarobię od teraz do  zmierzchu, jeśli nauczysz mnie 
szybować   w   powietrzu!   Jeśli  tego   nie   zrobisz,   będę   wiedział,   że   powinienem   zacząć   się
do ciebie modlić, do „świętego, który zszedł tu, aby zdjąć ze mnie moje brzemię”.

Don tylko się uśmiechnął. Nadal nie uważam, by rozumiał, że nie może uciec. Skąd mogłem 

wiedzieć, skoro on sam nie wiedział?

—Czy   urządzałeś   podobne   widowiska,   jakie   czasami  można   oglądać   na   filmach   o 
Indiach?   Tłumy   na   ulicach,  miliardy   rąk   chcących   cię   dotknąć,   kwiaty   i  kadzidła,   złote
platformy ze srebrnymi kobiercami, żebyś mógł na nich stanąć, by głosić swoje nauki?
—Nie. Zanim poprosiłem o tę pracę, wiedziałem już, że nie wytrzymam czegoś takiego. 
Wybrałem więc Stany Zjednoczone, a tu były tylko tłumy.

Wspomnienia najwyraźniej sprawiały mu ból. Przykro  mi się zrobiło, że poruszyłem ten 

temat.

Siedział na sianie i mówił, patrząc jakby przeze mnie.

—Chciałem im powiedzieć, na miłość boską, jeśli tak  bardzo chcecie wolności i radości, 
czy  nie   widzicie,  że  jest  ona tylko  w was samych?  Powiedzcie  sobie,  że już ją macie,  a 
będziecie ją mieli! Róbcie wszystko tak, jakby już była wasza! Richardzie, co w tym trudnego? 
Ale oni nawet nie  chcieli słuchać, przynajmniej większość z nich. Cuda... tak  jak chodzili na 
wyścigi samochodowe, żeby oglądać same  wypadki, tak przychodzili do mnie, żeby oglądać 
cuda. Z początku cię to denerwuje, a potem, po prostu, zaczyna nudzić. Nie mam zielonego 
pojęcia, jak dawali sobie z tym radę inni mesjasze.

— Opisałeś to w taki sposób, że cała sprawa straciła swój urok — odparłem. Dokręciłem 

ostatnią nakrętkę i odłożyłem narzędzia. — Dokąd dziś lecimy?

Podszedł   do   mojej   kabiny,   przesunął   nad   nią   swoją   dłoń,  a   rozgniecione   owady   ożyły   i 

odleciały. Jego szyba oczywiście nie wymagała żadnego czyszczenia; od tej chwili wiedziałem też, 
że jego silnik nie potrzebuje żadnych remontów.

—Nie wiem — powiedział. — Nie wiem, dokąd lecimy.
—O czym ty mówisz? Znasz przecież przeszłość i przyszłość wszystkiego. Doskonale wiesz, 
dokąd polecimy!

— No tak — westchnął — ale staram się o tym nie myśleć.

Przez jakiś czas pracując przy cylindrach, myślałem sobie, no, no, wystarczy, że zostanę z tym 

facetem, a znikną  wszelkie problemy, nic złego się nie wydarzy, wszystko się  dobrze skończy. 
Ale   kiedy   powiedział:   „Staram   się   o   tym  nie   myśleć”,   przypomniały   mi   się   losy   innych 
mesjaszów wysłanych na ten świat. Zdrowy rozsądek nakazywał mi po starcie skierować się na 
południe,   żeby   uciec   jak   najdalej  od tego gościa. Ale, jak już mówiłem,  człowiek czuje się 
samotny, latając w pojedynkę, cieszyłem się więc z naszego spotkania: dobrze mieć kogoś, z kim 
można pogadać, kogoś, kto odróżnia lotki od stabilizatora pionowego.

Powinienem był  skręcić na południe, ale po starcie postanowiłem mu towarzyszyć  i razem 

polecieliśmy na północny wschód, ku przyszłości, o której Don starał się nie myśleć.

4

G

DZIE się tego wszystkiego uczysz, Don? Tyle wiesz, a może mi się tylko tak wydaje. 

Nie. Z pewnością wiesz sporo. Czy to kwestia długich ćwiczeń? Czy trzeba się uczyć, aby 
zostać mistrzem?

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

— Dostajesz książkę do przeczytania.

Na drutach rozwiesiłem jedwabny szalik, który dopiero co skończyłem prać, i spojrzałem 

zdziwiony na Dona.

—Książkę?
Poradnik zbawiciela. To taka biblia dla duchowych mistrzów. Jeśli cię interesuje, gdzieś 
tu powinien leżeć egzemplarz.
—Tak, tak! Mówisz, że jest taka zwyczajna książka, w której mogę przeczytać...?

Pogrzebał przez chwilę w bagażniku za oparciem fotela swojego Travel Air i wyciągnął mały 

tom w zamszowej, jak mi się zdawało, okładce.

P

oradnik 

M

esjasza

O

 czym dojrzała dusza pamiętać powinna

—Dlaczego mówisz „poradnik zbawiciela”? Przecież tu jest napisane „poradnik mesjasza”.
—Coś w tym rodzaju. — Zaczął zbierać rzeczy rozrzucone wokół samolotu, jakby delikatnie 
dawał mi do zrozumienia, że pora już ruszać.

Przekartkowałem książkę, był to zbiór sentencji i krótkich akapitów.

P

erspektywa — Korzystaj z niej lub ja odrzuć. 

Jeśli doszedłeś do tej strony, zapominasz, że to, co się dzieje  

wokół ciebie, nie jest rzeczywistością.

P

omyśl o tym.

P

amiętaj, skąd przybyłeś, dokąd zmierzasz i dlaczego stworzyłeś    

 ten cały bałagan, w którym teraz tkwisz. 

U

mrzesz przerażającą śmiercią, pamiętaj.

To wszystko to dobre ćwiczenie, spodoba ci się jeszcze bardziej,

 jeśli będziesz miał te fakty na uwadze.

Wobec własnej śmierci zachowuj się jednak z powagą.

 

M

niej dojrzałe formy życia nie zrozumieją

 twojego śmiechu w drodze na egzekucję, okrzykną cię szaleńcem.

—Czytałeś ten tekst o zagubieniu własnej perspektywy, Don?
—Nie.
—Piszą, że musimy umrzeć przerażającą śmiercią.

—Niekoniecznie. Zależy od okoliczności i od tego, jak sobie ułożysz pewne sprawy.
—Czy ty umrzesz przerażającą śmiercią?
—Nie wiem. Nie ma to większego znaczenia, nie sądzisz, teraz, gdy rzuciłem już tę robotę? 
Ciche, małe wniebowstąpienie powinno wystarczyć. Ostateczną decyzję podejmę za kilka 
tygodni, kiedy skończę swoją misję.

Uznałem, że żartuje, jak czasami to robił. Nie wiedziałem  wtedy, że mówił poważnie o tych 

kilku tygodniach.

Dalej przeglądałem książkę. Zgoda: była to wiedza, którą winien mieć mistrz.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

U

czyć się, to odkrywać rzeczy, o których już dawno wiesz.

 

D

ziałać, to udowadniać, że już wiesz.

N

auczać to przypominać innym, że podobnie jak ty już o tym wiedzą.

Wszyscy jesteście uczniami, działaczami, nauczycielami.

T

wój jedyny obowiązek w tym czy innym życiu to być wiernym sobie.

 

B

yć wiernym komuś innemu lub czemuś innemu jest nie tylko rzeczą 

niemożliwą, ale również cechą fałszywego mesjasza.

Najprostsze pytania są pytaniami najistotniejszymi. 

G

dzie się 

urodziłeś?     Gdzie jest twój dom?        Dokąd zmierzasz?

 

C

o robisz?

P

omyśl czasami o tych sprawach,

 patrz, jak twoje odpowiedzi zaczynają się zmieniać.

N

ajlepiej nauczysz innych tego,

 czego sam najbardziej powinieneś się nauczyć.

—Strasznie cicho tam u ciebie, Richardzie, czemu? —  zapytał  Shimoda, jakby chciał ze 
mną porozmawiać.
—Właśnie — powiedziałem i czytałem dalej. Jeśli była to książka tylko dla mistrzów, nie 
chciałem wypuścić jej z ręki.

Ż

yj tak, żebyś nigdy nie musiał się wstydzić,

 kiedy to, co robisz, lub to, co mówisz, opiszą gazety

na całym świecie — nawet gdyby słowa te nie były prawdą.

T

woi przyjaciele poznają cię lepiej podczas pierwszej minuty spotkania 

niż twoi znajomi w ciągu tysięcy lat.

N

ajlepszym sposobem uniknięcia odpowiedzialności

 jest twierdzić: „Mam obowiązki”.

W książce zauważyłem coś dziwnego.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Stronice nie są ponumerowane, Don.
—Nie są — odpowiedział. — Otwierasz ją, gdzie chcesz, i znajdujesz to, czego potrzebujesz 
najbardziej.
—Magiczna książka!
—Nie. Można to robić z każdą książką. Można to robić ze starą gazetą, jeśli będziesz dość 
uważnie czytał. Nie robiłeś tego nigdy? Zastanawiasz się nad jakąś rzeczą, potem
otwierasz pierwszą lepszą książkę, jaką masz pod ręką, i patrzysz, co tam napisane.
—Nigdy tego nie robiłem.
—No to spróbuj.
Spróbowałem.   Zamknąłem   oczy   i   myślałem,   co   może  mi   się   przydarzyć,   jeśli   dłużej 

zostanę z tym  dziwnym  człowiekiem. Przebywanie  z nim sprawiało mi przyjemność, ale  nie 
mogłem pozbyć się wrażenia, że coś bardzo nieprzyjemnego wkrótce mu się przydarzy, a ja nie 
miałem   ochoty  być  wtedy w pobliżu.  Myśląc  o tym,  zamknąłem  oczy,  otworzyłem   książkę, 
otworzyłem oczy i przeczytałem:

P

rzez całe życie prowadzi cię

wewnętrzne, ciągle uczące się stworzenie,
 figlarna duchowa istota, która jest twoim prawdziwym „ja”.   

N

ie odwracaj się od przyszłych możliwości, 

dopóki nie jesteś pewien, że niczego się od nich nie nauczysz.

Z

awsze  możesz zmienić zdanie, wybrać inną

 przyszłość lub inną przeszłość.

Wybrać inną przeszłość? Dosłownie, w przenośni czy jeszcze inaczej...?
—To chyba nie na mój rozum, Don. Nie wiem zupełnie, jak można by się tego nauczyć.
—Trzeba ćwiczyć. Trochę teorii i wiele ćwiczeń — odparł. — Zabierze ci to półtora tygodnia.
—Półtora tygodnia?
—Tak. Uwierz, że znasz wszystkie odpowiedzi, a będziesz miał wszystkie odpowiedzi. 
Uwierz, że jesteś mistrzem, a będziesz nim.
—Nigdy nie mówiłem, że chcę być mistrzem.
— To prawda — powiedział. — Nie mówiłeś.

Ale zatrzymałem książkę. Nigdy o nią nie poprosił.

5

F

ARMEROM   na   Środkowym   Zachodzie   potrzebna  jest   żyzna   ziemia,   aby   ich   praca 

przynosiła efekty.  Podobnie jest z wędrownymi  pilotami. Muszą być blisko  swych klientów. 
Muszą znaleźć pola niedaleko miast, pola porosłe trawą lub ściętym na jej wysokość owsem albo 
żytem; w pobliżu nie może być żadnych krów, gdyż mogłyby  skubać płótno ich samolotów, 
obok koniecznie droga dla samochodów i furtka w ogrodzeniu dla klientów. Pasy pól powinny 
układać   się   w   taki   sposób,   aby   samolot   nie   musiał  przelatywać   zbyt   nisko   nad   domami;   ich 

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

powierzchnia winna być w miarę gładka, aby maszyny nie rozleciały się  na kawałki, pędząc 
po ziemi z prędkością pięćdziesięciu mil na godzinę. Pasy muszą być na tyle długie, aby można 
było  wylądować   na   nich   i   wystartować   z   nich   bezpiecznie;   potrzebne   też   jest   pozwolenie 
właściciela   na   całodzienne   loty.  O   tym   właśnie   myślałem,   kiedy   lecieliśmy   na   północ  w 
sobotnie przedpołudnie, mesjasz i ja. Zieleń i złoto ziemi mijały nas w ciszy, tysiąc stóp pod nami. 
Travel Air Donalda Shimody dryfował z hałasem po mojej prawej stronie, jego lustrzane części 
odbijały słoneczne promienie we wszystkie  strony. Piękny samolot, pomyślałem, ale za duży na 
potrzeby krótkich lotów pasażerskich w ciężkich jak nasze czasach. To prawda, że maszyna ta może 
zabrać dwóch pasażerów, ale waży dwa razy tyle co mój Castor, potrzebuje więc dwa razy więcej 
przestrzeni do lądowania i startu. Miałem kiedyś Travel Air, ale w końcu go sprzedałem i kupiłem 
Castora,   który  zmieści   się   na   niewielkim   terenie,   takim   na  przykład   jak   pola,  które   najczęściej 
przylegają   do   granic   miasta.   Mógłbym   poradzić   sobie   z   Castorem   na   poletku   o   powierzchni 
pięciuset  stóp, Travel Air zaś potrzebowałby tysiąca, tysiąca trzystu stóp. Pomyślałem sobie, że 
jeśli zwiążę się z tym facetem, będę zależny od ograniczonych możliwości jego samolotu.

I oto ledwo przyszło mi to na myśl, moim oczom ukazało się małe pastwisko niedaleko miasta. 

Było to zwyczajne pole przy gospodarstwie, około tysiąca trzystu stóp, podzielone na pół; jedną 
połowę przejęło miasto i urządzono na niej boisko do baseballu.

Wiedziałem, że samolot Shimody nie będzie mógł tu wylądować, wzbiłem moją małą latającą 

maszynę, unosząc jej lewe  skrzydło, wzniosłem się pionowo w górę, silnik pracował na wolnych 
obrotach, i jak kasa pancerna rzucona do wody poszedłem na dno — na teren boiska. Osiadłem na 
trawie nie opodal płotu biegnącego wzdłuż pola po lewej i zaparkowałem samolot, zostawiając jeszcze 
dużo wolnego miejsca. Chciałem tylko trochę się przed nim popisać, chciałem mu pokazać, na co 
stać mojego Castora, jeśli prowadzi go zręczny pilot.

Wybuch w gaźniku zarzucił mnie, ale gdy zamierzałem wyjść z kabiny, ujrzałem, jak Travel 

Air schodzi do lądowania. Ogon opuszczony, prawe skrzydło wzniesione, wyglądał jak wspaniały 
dostojny kondor szykujący się do lądowania na wąskim źdźble trawy.

Był nisko, leciał bardzo powoli, po plecach przeszedł mi dreszcz. Za chwilę będę świadkiem 

katastrofy. Lecąc na Travel Air, trzeba utrzymać prędkość przynajmniej sześćdziesięciu mil na 
godzinę, aby bezpiecznie wylądować. Jeśli ktoś chciałby polecieć wolniej na takim samolocie, który 
traci równowagę przy pięćdziesiątce, skończy niechybnie z hukiem. Jednak moim oczom ukazało 
się coś zgoła innego: złoty, śnieżnobiały dwupłatowiec zatrzymał się w powietrzu. Tak dokładnie 
mówiąc, nie zatrzymał się, ale leciał z prędkością nie większą niż trzydzieści mil na godzinę. 
Samolot,  który  (pamiętajcie)  normalnie  traci równowagę przy pięćdziesiątce,  zatrzymuje  się w 
powietrzu   i   opada   leciutko   trzema   kołami   na  trawę.   Potrzebował   połowę,   może   trzy   czwarte 
przestrzeni, która była konieczna do wylądowania mojego Castora.

Siedziałem w kabinie, obserwowałem, jak kołuje przez chwilę i zatrzymuje maszynę. Kiedy 

zgasiłem silnik, ciągle patrząc na niego w osłupieniu, Don zawołał:

— Znalazłeś wspaniałe pole! Miasto pod bokiem, prawda?

Pojawili się już pierwsi klienci — dwaj chłopcy na hondzie chcieli zobaczyć, co się dzieje.

—Dlaczego mówisz, że miasto pod bokiem?! — krzyknąłem, próbując przekrzyczeć warkot 
silnika dudniący wciąż w moich uszach.
—Jest tam, za skrzyżowaniem!
—Nie, nie o to mi chodzi! CO TO ZA LĄDOWANIE! Na tym twoim Travel Air! Jak ci się 
udało to zrobić?
—Czary! — Puścił do mnie oko.
— Nie, Don, daj spokój! Obserwowałem cię, jak lądujesz!

Widział, że jestem zaszokowany i, mówiąc szczerze, nieco wystraszony.

— Richardzie,   czy   chcesz   poznać   sekret   unoszących   się  w   powietrzu   kluczy,   tajemnicę 

uzdrawiania chorych i zamieniania wody w wino, i spacerowania po falach, i lądowania moją 
maszyną na stu stopach kwadratowych pola?  Czy chcesz poznać tajemnicę tych wszystkich 
cudów?

Miałem wrażenie, jakby skierował na mnie wiązkę laserową.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Chciałbym wiedzieć, jak ci się udało tu wylądować...
— Posłuchaj! — krzyknął   ponad   przestrzenią,   która nas dzieliła. — Czym jest ten świat? I 

wszystko,  co  w  nim  istnieje?  To  iluzje,  Richardzie!   Wszystko   to  są iluzje!  Czy  potrafisz   to 
zrozumieć?

Nie mrugnął do mnie, nie uśmiechnął się; jak gdyby nagle zezłościło go, że do tej pory o tym 

nie wiedziałem.

Motocykl zatrzymał się tuż przy ogonie jego samolotu;  widać było, że chłopcy mają wielką 

ochotę trochę sobie polatać.

— Tak. — Inna odpowiedź nie przyszła mi do głowy. — Iluzje, przyjąłem, odbiór.
W jednej chwili chłopcy znaleźli się w samolocie i czekali  na odlot; moim zadaniem było jak 

najszybciej odnaleźć właściciela pola i uzyskać od niego zgodę na starty z jego terenu.

Tylko w jeden sposób mógłbym opisać starty i lądowania Travel Air tego dnia: wyglądały, jakby 

to był fałszywy Travel Air. Jakby samolot ten był tak naprawdę helikopterem przebranym za Travel 
Air. Nie wiem dlaczego, ale łatwiej było mi przyjąć istnienie nieważkich kluczy unoszących się w 
powietrzu niż przyglądać się ze spokojem, jak wzbija się ten jego samolot z pasażerami na pokładzie 
przy prędkości trzydziestu mil na godzinę. Czym innym jest uwierzyć w lewitację, kiedy się ją widzi, 
czym innym zaś całkowicie uwierzyć w cuda.

Myślałem o tym, co Don w tak gwałtownych słowach niedawno powiedział. Iluzje. Ktoś już to 

przed   nim   mówił...  Kiedy   byłem   dzieckiem,   uczyłem   się   magii...   takie   rzeczy   mówią 
iluzjoniści! Mówią do nas wolno i wyraźnie: „Popatrz uważnie, to, co zobaczysz, to nie cud. To 
nie jest  prawdziwa magia.  To tylko  złudzenie,  iluzja magii”.  A potem wydobywają z łupiny 
orzecha kandelabry i zamieniają słonia w rakietę do tenisa.

W przypływie nagłego olśnienia wyciągnąłem z kieszeni Poradnik mesjasza i otworzyłem go 

na chybił trafił. Na stronie znalazłem dwa samotne zdania.

K

ażdy problem przynosi ci coś w podarunku.

S

zukasz problemów, gdyż potrzebne ci są ich podarunki.

Nie  bardzo wiedziałem  dlaczego,  ale  po przeczytaniu  tych  zdań nie czułem  się już taki 

zagubiony. Przeczytałem je ponownie, a potem jeszcze raz, aż nauczyłem się ich na pamięć.

Miasto nazywało się Troy, a okoliczne pastwiska zapowiadały się równie obiecująco jak pola 

pod Ferris. W Ferris jednak panował pewien spokój, tu zaś w powietrzu czułem napięcie, które mi 
się nie podobało.

Lot, który dla naszych pasażerów był przygodą życia, dla mnie był rutynową czynnością, nad 

którą rozpostarł się cień  tego dziwnego niepokoju. Moją przygodą był ten człowiek,  z którym 
przyszło   mi  latać...   ten  niewiarygodny  wprost  sposób,   w   jaki   wzbijał   się   w   powietrze   swoim 
samolotem, i te dziwaczne rzeczy, o których mi opowiadał, próbując wyjaśnić swoją zagadkę...

Szok mieszkańców Troy wywołany cudownym lotem Travel Air był nie większy niż gdyby w 

południe usłyszeli miejskie dzwony, które nie odzywały się od sześćdziesięciu lat... nie wiedzieli, że 
to,   co   się   działo,   nie   miało   prawa   —   zgodnie   z   regułami   prawdopodobieństwa   —   wcale   się 
wydarzyć.

— Dzięki za lot — mówili. — Czy z tego tylko żyjecie... nigdzie nie pracujecie? — A 

potem: — Dlaczego wybraliście taką mieścinę jak Troy? — i — Jerry, twoje gospodarstwo jest 
wielkości pudełka na buty.

Przez całe popołudnie mieliśmy pełne ręce roboty. Przyszło mnóstwo ludzi pragnących wzbić 

się w powietrze; zanosiło się, że sporo zarobimy. Mimo to jakiś głos mówił  mi: „Uciekaj stąd, 
uciekaj, uciekaj z tego miejsca”. Wtedy nie zwracałem na to uwagi i potem tego żałowałem.

Około trzeciej zamknąłem samolot, żeby pojechać po paliwo, zrobiłem dwie rundy do stacji 

benzynowej w Skelly, targając dwa pięciogalonowe kanistry, kiedy nagle uzmysłowiłem sobie, 

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

że nigdy, ani razu, nie widziałem, by Travel Air tankował.   Shimoda nie uzupełniał paliwa w 
swoim samolocie nawet w Ferris, a wiedziałem, że lata na tej maszynie już ponad siedem godzin, 
nie dolewając nawet kropli benzyny czy oleju. I choć byłem pewien, że dobry z niego człowiek, 
że nigdy by mnie nie skrzywdził, znowu ogarnął mnie lęk. Jeśli ktoś by się rzeczywiście uparł, 
ograniczył   do  minimum   obroty   silnika   i   dał   wyjątkowo   ubogą   mieszankę,   to   wtedy   mógłby 
wyciągnąć na Travel Air pięć godzin lotu  non stop. Ale nie osiem godzin ciągłych startów i 
lądowań! Latał wytrwale, bez przerwy, lot za lotem, a ja dolewałem benzynę do baku i olej do 
silnika. Utworzyła się kolejka osób czekających na swój lot... wyglądało tak, jakby nie chciał 
sprawić im zawodu.

Dopadłem go jednak, kiedy pomagał pewnemu mężczyźnie i jego żonie wejść do kabiny. 

Próbowałem mówić możliwie najspokojniejszym i najzwyczajniejszym głosem.

— Don, jak stoisz z benzyną?  Nie potrzebujesz paliwa?  — Stałem  obok jego skrzydła  z 

pustym pięciogalonowym kanistrem w dłoni.

Spojrzał mi prosto w oczy i zmarszczył brwi, zdziwiony, jakbym zapytał go, czy potrzebne 

mu do oddychania powietrze.

— Nie   —   odparł,   a   ja   poczułem   się   jak   tępy   pierwszoklasista   z   oślej   ławki.   —   Nie, 

Richardzie, nie potrzeba mi paliwa.

Rozgniewało mnie to. Znałem się co nieco na silnikach samolotowych.
—No, dobra. Może w takim razie trochę uranu? — palnąłem.
Roześmiał się i natychmiast złagodniał.
—Nie, dziękuję. Załadowałem go w zeszłym roku. 

I wkrótce znowu siedział w swojej kabinie z pasażerami  na pokładzie  i  w zwolnionym 

tempie wzbijał się w niebo w ten swój wyjątkowy, nadprzyrodzony sposób.

Początkowo chciałem,  żeby ci ludzie poszli sobie do domu, potem, żebyśmy się stąd jak 

najszybciej wynieśli, bez względu na to, ilu zostało jeszcze klientów, a w końcu zapragnąłem sam 
się stąd natychmiast ulotnić. O niczym innym nie myślałem, jak tylko, by wystartować, znaleźć 
wielkie puste pole gdzieś daleko od miasta i po prostu posiedzieć tam, pomedytować i zapisać w 
dzienniku to wszystko, co się wydarzyło, spróbować wszystko zrozumieć.

Siedziałem na zewnątrz, czekałem, aż Shimoda znowu  wyląduje. Gdy podszedłem do jego 

kabiny, owionął mnie potężny strumień powietrza ze śmigła jego wielkiego samolotu.

—Już się nalatałem, Don. Pora mi ruszać. Wyląduję gdzieś z dala od miasta i przez jakiś 
czas odpocznę. Dobrze mi się z tobą latało. Pewnie się jeszcze zobaczymy, co?
—Jeszcze jeden kurs i lecę z tobą. — Nawet nie drgnęła mu powieka. — Ten facet czeka 
już dość długo.
Ujrzałem mężczyznę  w zniszczonym  wózku inwalidzkim,  który ktoś dopchał tu z szosy. 

Siedział jakby wgnieciony czy upchany w tym swoim fotelu, jakby oddziaływała na niego jakaś 
potężna   siła   ciążenia.   Znalazł   się   tu,   bo   i   on   chciał   polatać.   Wokół   było   jeszcze   parę   osób, 
niektórzy zostali w samochodach, inni czekali na zewnątrz, chcieli zobaczyć, jak Don poradzi 
sobie z facetem na wózku.

Don nawet się nie zastanawiał.
— Chce pan polecieć?
Na twarzy inwalidy pojawił się zniekształcony uśmiech. Przekręcił w bok głowę na znak, że 

chce.

— No to chodźmy — powiedział cicho Don, jakby mówił do kogoś, kto zwyczajnie czekał na 

uboczu, aż przyjdzie jego kolej wzięcia udziału w zabawie.

Teraz,   gdy  przypominam  sobie   tę   chwilę,   myślę,   że   jeśli   było  w  niej  coś  dziwnego,   to   z 

pewnością wielka siła, z jaką  Don wypowiedział te słowa. Mówił normalnie, ale był to  jednak 
rozkaz, który nakazywał mężczyźnie wstać i wejść  do samolotu. To, co zdarzyło się później, 
wyglądało jak gdyby mężczyzna udawał tylko i zagrał ostatnią scenę w swojej roli inwalidy. 
Wydawało się, że wszystko było  ukartowane. Siła ciążenia przestała go przygniatać, jakby  w 
ogóle nie istniała, facet wyskoczył z fotela i dziwiąc się samemu sobie, pobiegł do samolotu.

1

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Stałem niedaleko, słyszałem więc jego głos.
—Co zrobiłeś? Co ze mną zrobiłeś?
—Chcesz latać czy nie? — zapytał Don. — Cena trzy dolary. Opłata z góry.
—Lecę! — powiedział tamten.

Shimoda   nie   pomógł   mu   wejść   do   kabiny,   choć   zazwyczaj   pomagał   wszystkim   swoim 

pasażerom.

Ludzie siedzący w samochodach nagle z nich wyskoczyli  — wśród widzów przebiegł szybki 

szept, a potem zaległa pełna  zadziwienia cisza. Ten człowiek nie chodził o własnych siłach  od 
jedenastu lat, kiedy to jego ciężarówka spadła z mostu.

Jak dziecko, które założyło sobie skrzydła z prześcieradła, mężczyzna wskoczył do kabiny i 

wsunął się na siedzenie, żywo wymachując ramionami, jakby dopiero co dostał je do zabawy.

Zanim ktokolwiek zdążył się odezwać, Don otworzył przepustnicę silnika i Travel Air wzbił 

się w powietrze, robiąc ostry zakręt przy drzewach i wzlatując szybko w niebo.

Czy to możliwe, aby ta sama chwila była jednocześnie chwilą szczęścia i strachu? Później 

przeżyłem jeszcze wiele  takich chwil. Zdziwienie z powodu czegoś, co można nazwać tylko 
cudownym uzdrowieniem człowieka, który najprawdopodobniej na nie zasłużył, i jednocześnie 
przeczucie, że kiedy ci dwaj wrócą na ziemię, coś złego się wydarzy. Ludzie czekali w napięciu 
— tłum czekający w napięciu zamienia się w motłoch, a to może się źle skończyć. Mijały minuty, 
wzrok   zmęczył   się   wypatrywaniem   małego   dwupłatowca   beztrosko   szybującego   pod   słońce. 
Jakieś tragiczne zdarzenie musiało wkrótce nastąpić.

Travel Air wykonał kilka ostrych ósemek, jedną trudną spiralę i po chwili szybował nad 

płotem niczym powolny, hałaśliwy spodek latający, który podchodzi do lądowania. Gdyby Don 
miał trochę oleju w głowie, pozwoliłby pasażerowi wysiąść na przeciwległym krańcu pola, po 
czym  wzbiłby  się   szybko  w   niebo  i   zniknął.  Nadchodzili   kolejni  gapie,  pojawił  się  kolejny 
wózek inwalidzki pchany przez biegnącą kobietę.

Don kołował, zbliżając się do tłumu, okręcił samolot,  aby odwrócić śmigło, zgasił silnik. 

Ludzie   podbiegli   do   maszyny   i   przez   chwilę   wydawało   się,   że   podrą   na   strzępy   płótno 
kadłuba, próbując dostać się do obu mężczyzn.

Czy   to   było   tchórzostwo?   Nie   wiem.   Poszedłem   do   swojego   samolotu,   otworzyłem 

przepustnicę, zassałem paliwo i pchnąłem śmigło, żeby uruchomić silnik. Potem wsiadłem do 
kabiny,   odwróciłem   Castora   w   kierunku   wiatru   i   wzbiłem  się   w   powietrze.   Po   raz   ostatni 
zobaczyłem Donalda Shimodę, jak siedział na krawędzi kabiny w otoczeniu tłumu.

Skierowałem się na wschód, potem na południowy wschód, i wkrótce dostrzegłem dużą łąkę 

z drzewami dającymi cień i ze strumieniem, z którego mógłbym się napić. Wylądowałem tam 
na noc. Do najbliższego miasta było daleko.

6

D

O   dziś   nie   mogę   zrozumieć,   co   się   wtedy   ze   mną  stało.   Po   prostu   jakieś   poczucie 

nieuniknionego   losu   wygnało   mnie   daleko   od   tego   dziwnego   człowieka,   jakim   był   Donald 
Shimoda. Jeśli widzę, że zmierzam ku zgubie, nawet sam mesjasz nie znajdzie w sobie dość siły, 
żeby mnie przy sobie zatrzymać.

Na ziemi panowała cisza; olbrzymia, cicha łąka otwierała się ku niebu... jedynym odgłosem był 

szum małego strumyka, choć i tak musiałem pilnie wytężać uwagę, żeby go usłyszeć. Znowu sam. 
Człowiek przyzwyczaja się do samotności, ale wystarczy zrobić sobie dzień przerwy, żebyś musiał 
przyzwyczajać się do niej ponownie, jeszcze raz od początku.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—  OK, fajnie było przez moment — powiedziałem  głośno do łąki. — Fajnie było, może 

wiele   bym   się   od   tego  faceta   nauczył.   Ale   dość   mam   tłumów,   nawet   gdy   jest   to  tłum 
szczęśliwych ludzi. Bo gdy się zaczynają bać, to pewnie kogoś ukrzyżują lub zaczną stawiać mu 
ołtarze. Przepraszam, ale tego dla mnie za dużo.

Zaskoczyło mnie to, co powiedziałem. Słowa, które wyrzekłem, mogłyby pochodzić z ust 

Shimody. Dlaczego tam został? Miałem na tyle zdrowego rozsądku, aby stamtąd czmychnąć. A 
przecież wcale nie byłem mesjaszem.

Iluzje.   Co   miał   na   myśli,   mówiąc   „iluzje”?   Słowa   te   były  ważniejsze   niż   wszystko,   co 

wcześniej powiedział czy zrobił — w jego oczach dostrzegłem dziką zapalczywość, kiedy mówił: 
„To   wszystko   iluzje!”,   jak   gdyby   gwałtem   chciał   mi   wbić   tę   myśl   do   głowy.   Był   to 
rzeczywiście problem, w porządku, potrzebny był mi podarunek, jaki miał mi do zaoferowania, 
ale nie wiedziałem, co oznacza.

Po chwili rozpaliłem ogień i ugotowałem gulasz z resztek mięsa w sosie sojowym, z suchych 

klusek oraz dwóch hot  dogów sprzed trzech dni. Pod pojemnikiem na jedzenie leżała torba z 
narzędziami. Bez wyraźnego powodu wziąłem  do ręki klucz dziewięć szesnastych, przyjrzałem 
mu się, wytarłem go i zamieszałem nim gulasz.

Byłem sam, nikt mnie nie widział, dla zabawy więc spróbowałem zawiesić klucz w powietrzu, 

tak jak on to robił. Kiedy podrzucałem go i przymykałem oczy w chwili, gdy przestawał lecieć 
wzwyż i miał zacząć spadać, przez pół  sekundy odnosiłem wrażenie, że unosi się w powietrzu. 
Jednak wkrótce spadał na trawę lub na moje kolano i cały efekt diabli brali. Jak on to robił?

Jeśli to wszystko jest iluzją, panie Shimoda, czym w takim razie jest rzeczywistość? A jeśli 

ten świat jest złudzeniem, dlaczego w ogóle żyjemy? Poddałem się w końcu, podrzuciłem klucz 
jeszcze kilka razy i dałem spokój. Dając sobie spokój, poczułem się nagle szczęśliwy, przepojony 
radością, że jestem, gdzie jestem, że wiem, co wiem, choć  nie jest to odpowiedź na wszystkie 
problemy życia ani nawet na kilka iluzji.

Kiedy jestem sam, lubię sobie śpiewać. Och, ja i ta stara FARBA!... Śpiewałem, poklepując z 

miłością skrzydło Castora (pamiętajcie, że nikt mnie tam nie mógł słyszeć). Będziemy wędrować 
po niebie... Będziemy skakać pośród stogów siana, aż jedno z nas się podda. 
Sam na poczekaniu 
komponowałem muzykę i układałem słowa. I to nie ja się

poddam, farbo... Chyba, że skręcisz kark, a wtedy po prostu zwiążę cię drutem... i polecimy... 

POLECIMY...

Mogę tak ciągnąć w nieskończoność, kiedy czuję się szczęśliwy, rymy nie są przecież istotne. 

Przestałem zastanawiać się nad problemem mesjasza; nie było sposobu, żebym mógł odgadnąć, kim 
jest lub co miał na myśli, zaprzestałem więc starań i to właśnie wprowadziło mnie w błogi nastrój.

Około dziesiątej ogień wygasł, wygasła też moja pieśń.
— Gdziekolwiek jesteś, Donaldzie Shimoda — powiedziałem, rozkładając pod skrzydłem koc 

— życzę ci szczęśliwych lotów i żeby nie prześladowały cię tłumy. Jeśli tego właśnie chcesz. Nie, 
odwołuję. Życzę ci, mój drogi samotny mesjaszu, byś znalazł to, co chcesz odnaleźć.

Kiedy ściągałem koszulę, z kieszeni wypadła jego książka, przeczytałem stronę, na której się 

otworzyła:

W

ięź, która zespala twoją prawdziwą rodzinę, nie jest więzią krwi,

 ale szacunkiem i radością z istnienia drugiego człowieka.

R

zadko kiedy członkowie tej samej rodziny

 wyrastają pod jednym dachem.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Nie wiedziałem, jaki to miało związek ze mną, a poza tym nie mogłem pozwolić, aby książka 

zastąpiła   mi   samodzielne   myślenie.   Wsunąłem   się   pod   koc,   poczułem   się   jak  wygaszona 
żarówka, ciepła, nie śniąca żadnych snów, pod niebem, pod kilkoma tysiącami gwiazd, które może 
były tylko iluzjami, ale pięknymi z pewnością.

Kiedy przyszedłem do siebie, był już świt, różane światło i złote cienie. Obudziłem się nie z 

powodu światła, ale dlatego, że coś bardzo delikatnie muskało mi głowę. Myślałem, że to źdźbła 
trawy rosnącej wokół, następnie, że to jakiś owad... Klucz dziewięć szesnastych to niezły kawałek 
żelaza, jeśli uderzy cię w pełnym pędzie, obudzisz się natychmiast. Klucz odbił się od zawiasów 
lotki, pogrążył  się na chwilę  w trawie, po czym popłynął majestatycznie w górę i zawisł  w 
powietrzu. A kiedy mu się przyglądałem, budząc się na dobre, delikatnie opadł na ziemię. Gdy 
zdecydowałem się go podnieść, był znów tym samym starym kluczem, który tak dobrze znałem i 
lubiłem, tak samo ciężkim, równie chętnym,  by wziąć się za te wszystkie cholerne nakrętki i 
sworznie.

— Do diabła!
Nigdy nie mówię „do diabła” czy „cholera” — to mi pozostało z dzieciństwa. Byłem jednak 

szczerze zdumiony, a nic innego nie przyszło mi do głowy. Co się działo z moim kluczem? Donald 
Shimoda był co najmniej sześćdziesiąt mil stąd, poza horyzontem. Podniosłem narzędzie, uważnie 
mu się przyjrzałem i zważyłem w dłoni. Czułem się jak prehistoryczna małpa, która nie rozumie, 
że przed jej oczyma obraca się koło. Musiało być jakieś proste wytłumaczenie...

Zdenerwowany   odłożyłem   go   w   końcu,   położyłem   na  torbie   z   narzędziami   i   rozpaliłem 

ognisko, żeby usmażyć  placki. Nie było powodu się spieszyć. Mogłem tu zostać cały dzień, 
jeśli miałbym ochotę.

Placek rósł na patelni, należało go już przewrócić, kiedy  usłyszałem  na niebie, gdzieś  na 

zachodzie, hałas.

To niemożliwe, by to był  samolot Shimody,  nie było  sposobu, aby ktokolwiek  mógł  mnie 

wytropić na tej jednej z milionów łąk Środkowego Zachodu, ale wiedziałem, że to on i zacząłem 
gwizdać... patrzyłem na placek i na niebo, zastanawiałem się, co mu powiedzieć, coś bardzo spokoj-
nego, kiedy już wyląduje.

To rzeczywiście był Travel Air, przeleciał nisko nad Castorem, wzbił się ostro w górę, robiąc 

pokazowy skręt, zanurkował w powietrzu i wylądował z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę, 
a była to prędkość, z jaką Travel  Air powinien lądować. Shimoda ustawił swoją maszynę  koło 
Castora i wyłączył silnik. Nic nie powiedziałem. Pomachałem, ale nie powiedziałem ani słowa. 
Przestałem gwizdać. Wydostał się z kabiny i podszedł do ogniska.

—Cześć, Richardzie.
—Spóźniłeś się — powiedziałem. — Omal nie spaliłem patelni.
—Przepraszam.
Podałem mu kubek wody ze strumienia, talerz z połówką placka i plaster margaryny.
—Jak poszło? — zapytałem.
—W porządku — odpowiedział  z  natychmiastowym półuśmiechem na twarzy. — Udało mi 
się ujść z życiem.
— Bałem się, że ci się nie uda.

Przez chwilę jadł w ciszy.

—Słuchaj — powiedział   wreszcie,   przyglądając   się swojemu posiłkowi. — To jest 
naprawdę straszne.
—Nikt ci nie każe tego jeść — powiedziałem rozgniewany. — Dlaczego nikomu nie 
smakuje mój placek? NIKOMU NIE SMAKUJE MÓJ PLACEK! Dlaczego tak się dzieje, 
mój mistrzu?
—No, cóż — uśmiechnął się Don — będę mówił teraz jak Bóg. Otóż wydaje mi się, iż 
wierzysz, że placek jest smaczny i dlatego tobie smakuje. Skosztuj go, przestając wierzyć tak 

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

głęboko w jego doskonałość, a... będzie to jak... pożar... po powodzi... w młynie, prawda? Tę 
trawę z pewnością świadomie dodałeś, co?
—Wybacz. Spadła pewnie z rękawa, nie wiem jak. Naprawdę sądzisz, że sam placek... nie 
chodzi mi o tę trawę ani o przypalony kawałek, o tu... ale sam placek, nie sądzisz...?
—Okropny — powiedział, oddając mi, jeśli nie liczyć małego kęsa, prawie wszystko, co mu 
wręczyłem. — Wolałbym głodować. Masz jeszcze brzoskwinie?
—Są w pojemniku.
Jak on mnie tu znalazł? Skrzydeł o rozpiętości dwudziestu ośmiu stóp nie jest łatwo dostrzec na 

dziesięciu tysiącach mil prerii, zwłaszcza jeśli trzeba patrzeć pod słońce. Obiecałem sobie jednak, 
że o nic nie będę pytać. Powiedziałby mi, gdyby chciał.

— Jak mnie znalazłeś? — spytałem. — Przecież mogłem wylądować gdzie indziej.
Otworzył puszkę z brzoskwiniami, które następnie jadł nożem... dość trudna sztuczka.
—Swój ciągnie do swego — wymamrotał, gubiąc plasterek owocu.
—Ach, tak?
—Prawo kosmiczne.
—Aha.
Skończyłem  jeść placek,  po czym  wyszorowałem  patelnię piaskiem ze strumienia. Jestem 

pewien, że to świetne placki.

—Czy   mógłbyś   mi   to   wyjaśnić?   Czy   to   znaczy,   że   jestem   podobny   do   twojego 
szanownego „ja”? A może mówiąc „swój do swego”, miałeś na myśli podobieństwo na
szych samolotów?
—My, cudotwórcy, musimy się trzymać razem — odparł. Zdanie to wypowiedział głosem 
jednocześnie serdecznym i groźnym.
—Ach, Don...? Pozwól, że nawiążę do tego, co powiedziałeś  przed chwilą. Co miałeś  na 
myśli, mówiąc „my cudotwórcy”?
—Z punktu widzenia tego klucza, który leży tu na torbie, powiedziałbym, że dziś rano zabawiałeś 
się sztuczką „niech sobie trochę polewituje”. Popraw mnie, jeśli nie mam racji.
—W nic się nie zabawiałem! Obudziłem się... to on sam mnie zbudził!
— Och! Sam — śmiał się.
—TAK, SAM.
—Na swoim cudotwórstwie, Richardzie, znasz się równie dobrze jak na smażeniu placków.
Nie odpowiedziałem, rozłożyłem się tylko wygodnie na kocu i czekałem w ciszy. Jeśli ma coś 

do powiedzenia, zrobi to w najdogodniejszej dla siebie chwili.

—Niektórzy z nas uczą się tego podświadomie. Nasz trzeźwy umysł nie chce tego przyjąć, 
czynimy   więc   nasze  cuda   we   śnie.   —   Przyglądał   się   niebu   i   pierwszym   obło
kom  dnia. — Trochę  cierpliwości,  Richardzie.  Wszyscy wkrótce nauczymy się nowych 
rzeczy.  Przyjdzie  to ci teraz  dużo  łatwiej  i  zanim   się zorientujesz,  staniesz   się mądrym
duchowym maestro.
—Co to znaczy, zanim się zorientuję? Nie chcę o tym wiedzieć! Nie chcę nic wiedzieć!
—Nie chcesz nic wiedzieć?
—No, chciałbym wiedzieć, dlaczego świat istnieje i czym jest, i dlaczego tu żyję, i dokąd idę... 
TO rzeczywiście chcę wiedzieć. Jak latać bez samolotu, gdybym miał takie życzenie.
—Przykro mi.
—Przykro, że co?
—To   nie   działa   w   ten   sposób.   Jeśli   dowiesz   się,   czym  jest świat,   jakie  są jego  prawa, 
automatycznie   zaczniesz   obcować   z   cudami.   Z   tym,   co   nazwane   będzie   cudem.   Ale
oczywiście   nic   nie   jest   cudem.   Jeśli   dowiesz   się   wszystkiego,  co   wie   iluzjonista,   magia 
przestanie być dla ciebie magią. — Oderwał wzrok od nieba. — Jesteś taki jak wszyscy. Ty już 
o tym wiesz, po prostu nie jesteś jeszcze tego świadomy.
— Nie   przypominam   sobie   —   powiedziałem.   —   Nie  przypominam   sobie,   żebyś   mnie 

kiedykolwiek pytał, czy chcę się tego nauczyć, bez względu na to, co to takiego. Wiem tylko, 

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

że z tego powodu przez całe życie towarzyszyły  ci tłumy i nieszczęścia.  Jakoś wypadło  mi  z 
pamięci...   —  Jak   tylko   wypowiedziałem   te   słowa,   wiedziałem,   że   powie  „później   sobie 
przypomnisz” i będzie miał rację.

Wyciągnął się na trawie, za poduszkę posłużył mu worek z resztką mąki.
—Słuchaj, nie zawracaj sobie głowy tłumami. Nie mogą  cię   dotknąć,   chyba   że   sam   tego 
chcesz. Jesteś magią, pamiętaj, PUFF! Jesteś niewidzialny i przechodzisz przez zamknięte 
drzwi.

—A nie dopadł cię ten tłum w Troy, co?

—Czy kiedykolwiek mówiłem, że tego nie chcę? Sam na to pozwoliłem. Podobało mi się. Jest 
w nas coś z komediantów, inaczej nigdy nie zostalibyśmy duchowymi mistrzami.
—Myślałem, że dałeś sobie z tym spokój. Przecież czytałem...
—Zanosiło się na to, że zostanę jednym, jedynym, pełnoetatowym mesjaszem, i z tą właśnie 
rolą   dałem   sobie   spokój.   Nie   mogę   jednak   oduczyć   się   tego,   na   co   poświęciłem
całe życie, jedno, drugie i następne, nie mam racji?
Zamknąłem oczy i zgniotłem źdźbło trawy.
— Słuchaj, Donaldzie, co ty mi tu wstawiasz? Dlaczego  nie wyłożysz  kart na stół i nie 

powiesz, co się naprawdę dzieje?

Zapanowała cisza, a potem Don odezwał się:
— Może   to   ty   mi   powinieneś   powiedzieć.   Powiedz   mi,  co   według   ciebie   próbuję   ci 

powiedzieć, a ja cię skoryguję, jeśli będziesz w błędzie.

Przez chwilę zastanawiałem się nad tym i postanowiłem go zaskoczyć.
— Dobra, powiem.
Po tych słowach przećwiczyłem pauzowanie, chciałem zobaczyć, jak długo gotów jest czekać, 

jeśli się okaże, że nie mówię zbyt płynnie. Zrobiło się ciepło, słońce wisiało już dość wysoko na 
niebie; gdzieś daleko jakiś farmer jechał na  traktorze z silnikiem diesla, pracując w polu pomimo 
niedzieli.

— Dobra, powiem ci. Przede wszystkim to nie był przypadek, że wtedy,  po raz pierwszy, 

wylądowałeś na polu pod Ferris, prawda?

Siedział cicho, jak rosnąca trawa.
— Po drugie, między nami jest pewne mistyczne porozumienie, o którym ja, jak się wydaje, 

zapomniałem, a ty pamiętasz.

Wiał lekki wiatr, przynosząc i zabierając daleki warkot  traktora. Pewna część mojej osoby 

przysłuchiwała  się temu  w przekonaniu,  że to, co mówię,  nie jest zmyśleniem.  Opowiadałem 
prawdziwą historię.

— Chcę powiedzieć, że spotkaliśmy się trzy lub cztery tysiące lat temu, mogę się mylić o 

dzień. Lubimy te same przygody, nienawidzimy prawdopodobnie tych samych wrogów, uczymy 
się  z  taką  samą  radością,  w   takim  samym  tempie.  Masz lepszą pamięć.   Nasze ponowne 
spotkanie określiłeś słowami „swój lgnie do swego”.

Zerwałem nowe źdźbło.
—Jak mi idzie?
—Przez chwilę wydawało mi się, że to będzie długa i żmudna robota — powiedział. — I 
rzeczywiście, ale jest chyba  pewna szansa, że tym razem ci się uda. Mów dalej.
—Ano właśnie, nie muszę mówić, bo ty wiesz, o czym  ludzie wiedzą. Gdybym jednak nie 
powiedział   ci   tego   wszystkiego,   nie   wiedziałbyś,   co   mnie   się   wydaje,   że   wiem.   A   bez
tego nie nauczę się żadnej z tych rzeczy, których chcę się nauczyć. — Odłożyłem źdźbło. — 
Jaki ty masz w tym interes, Don? Dlaczego zawracasz sobie głowę ludźmi takimi jak ja? Jeśli 
ktoś jest na takim etapie duchowego rozwoju  jak ty, wszystkie te cudotwórcze moce są dla 
niego jedynie sprawą uboczną. Nie jestem ci potrzebny, ty przecież niczego z tego świata nie 
potrzebujesz.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na niego. Miał oczy zamknięte.
—Na przykład paliwa do Travel Air — powiedział.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Właśnie   —   odparłem.   —  Tu,   na   tym   świecie,   pozostaje tylko nuda... Nie czekają cię 
żadne   przygody,   skoro  nic   w   tej   rzeczywistości   ciebie   nie   tyczy.   Jedynym   twoim
problemem jest to, że nie masz problemów!
Była to, jak sądziłem, wspaniała mowa.
—Tu nie masz racji — przerwał. — Powiedz mi, czemu dałem sobie spokój z tą robotą... 
wiesz, czemu przestałem pracować jako mesjasz?
—Mówiłeś, że to tłumy. Wszyscy chcieli, żebyś dla nich czynił swoje cuda.
—Właśnie. Ten drugi powód — tak, lecz nie pierwszy.  Lęk przed tłumem to twój krzyż, nie 
mój.   To   nie   tłumy   mnie  męczą,   lecz   ludzie,   którym   nie   zależy   na   tym,   co   mam   im   do
powiedzenia. Możesz przejść po powierzchni oceanu z Nowego Jorku do Londynu, możesz z 
powietrza wydobywać złote monety, a im i tak będzie to wszystko obojętne, rozumiesz?
Kiedy to mówił, wydawało się, że jest przeraźliwie samotny. Nigdy w życiu nie widziałem, 

żeby ktoś był tak samotny. Niepotrzebne mu były ani żywność, ani schronienie, ani pieniądze, ani 
sława. Umierał z pragnienia, by podzielić się swoją wiedzą, a nikt nie chciał go słuchać.

Zmarszczyłem czoło, żeby się nie rozpłakać.
—No cóż, sam tego chciałeś. Jeśli twoje szczęście ma zależeć od tego, co robi ktoś inny, 
to wydaje mi się, że rzeczywiście masz problem.
Uniósł nagle głowę i spojrzał na mnie lśniącymi oczyma,  jakbym uderzył  go kluczem. Od 

razu   wiedziałem,   że   nie  mogę   pozwolić,   aby  ten   facet   zdenerwował  się   na  mnie.  Uderzony 
gromem człowiek piecze się szybko.

Wtem uśmiechnął się do mnie tym swoim trwającym pół sekundy uśmiechem.
— Wiesz   co,   Richardzie? — powiedział   powoli. — Ty... masz... rację!
Znowu zamilkł, jakby moje słowa wprowadziły go w trans. Nie zwracając na to uwagi, 

brnąłem dalej, mówiąc  godzinami o tym, jak się spotkaliśmy i czego musimy się  nauczyć, a 
wszystkie   myśli   przelatywały   przez   mój   umysł  niczym   poranne   komety   i   opromienione 
dziennym światłem meteory.  Leżał nieruchomo na trawie, nie ruszał się,  nic nie mówił. W 
południe skończyłem przedstawiać mu  swoją koncepcję wszechświata i wszystkich rzeczy na 
niebie i ziemi.

— ...a mam wrażenie, jakbym dopiero zaczął. Don, tyle jest jeszcze do powiedzenia. Skąd 

ja to wszystko wiem? Jak to się stało?

Nie odpowiedział.
— Jeśli oczekujesz, że sam odpowiem sobie na własne pytanie, muszę przyznać, że nie 

wiem. Dlaczego potrafię teraz mówić o tym wszystkim, skoro dotychczas nigdy tego
nie próbowałem? Co się ze mną stało?

Bez odpowiedzi.
— Don? Teraz proszę, abyś ty zaczął mówić.
W dalszym ciągu nie powiedział ani słowa. Przedstawiłem mu panoramę życia, a mój 

mesjasz — jakby w tym jednym przypadkowym słowie o swoim szczęściu usłyszał całą 
potrzebną mu treść — zapadł w głęboki sen.

7

J

EST środa, szósta rano. Jeszcze śpię, a tu niespodziewanie BUCH! słyszę olbrzymi huk, 

nagły   i   gwałtowny   jak   eksplodująca   potężnym   brzmieniem   symfonia;   niecierpliwe   tysięczne 
chóry, słowa śpiewane po łacinie, skrzypce, bębny, trąby, aż ziemia drgnęła, a Castor zakołysał się 
na kołach. Wygrzebałem się spod jego skrzydeł jak naładowany czterystoma woltami kot, którego 
naelektryzowane futerko zamieniło się w las wykrzykników.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Na niebie rozpoczynał się zimno-ognisty wschód słońca, chmury ożyły w krzykliwych 

barwach, ale wszystko rozmyło się w potężnym crescendo.

— CICHO! CICHO! SPOKÓJ Z TĄ MUZYKĄ!

Shimoda wrzasnął z taką siłą i wściekłością, że pomimo hałasu usłyszałem jego głos, a 
muzyka zamilkła natychmiast, jedynie jej echo potoczyło się coraz dalej i dalej. A potem 
słychać było tylko cichą, świętą pieśń, spokojną jak powiew wiosennego wiatru, jak 
Beethoven we śnie. Nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

—SŁUCHAJ, POWIEDZIAŁEM SPOKÓJ!
Muzyka zanikła.
—No.
Spojrzałem na niego.
—Na wszystko jest właściwy czas i właściwe miejsce, prawda? — powiedział.
—No tak, czas i miejsce, tak...
—Trochę   niebiańskiej   muzyki   to   miła   rzecz,   jeśli   słuchasz   jej   w   intymnej   atmosferze 
własnych myśli i  może w specjalnych okolicznościach, ale nie tak wcześnie i nie na cały 
regulator. Co ty tu robisz?
—Co ja robię? Don, spałem w najlepsze... jak to, co ja robię?
Potrząsnął głową, bezradnie wzruszył ramionami, sapnął i wrócił do śpiwora pod skrzydłem.
Poradnik leżał  odwrócony w  trawie,  w  miejscu, gdzie  upadł.  Ostrożnie   otworzyłem  go  i 

przeczytałem:

J

eśli wmówisz sobie, że jesteś niedoskonały,

 to rzeczywiście taki się staniesz.

Jeszcze wielu rzeczy o mesjaszach nie potrafiłem zrozumieć.

8

N

ASZ  dzień   pracy  w  Hammond,   w  stanie  Wisconsin,   zakończyliśmy  kilkoma   lotami  z 

niewielką grupą poniedziałkowych pasażerów. Obiad zjedliśmy w mieście, po czym ruszyliśmy w 
drogę powrotną.

— Don, mówię ci z całym przekonaniem, że to życie może być ciekawe, nudne lub takie, 

jakie chcemy,  żeby  było. Ale nawet podczas najwspanialszych chwil, nigdy nie  udało mi się 
zrozumieć, dlaczego tu jesteśmy. Powiedz mi coś na ten temat.

Minęliśmy właśnie sklep z artykułami żelaznymi (zamknięty) i kino (grali właśnie film Butch 

Cassidy i Sundance Kid). Don, zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, zatrzymał się na chodniku i 
odwrócił do mnie.

—Masz jakieś pieniądze, co?
—Od czorta. A o co chodzi?
—Chodźmy do kina — powiedział. — Postawisz?
—Nie wiem, Don. Ty idź. Ja wracam do samolotów.  Nie można ich zostawiać tam tak 
długo.
Dlaczego nagle zainteresował się jakimś filmem?
—Samoloty są w porządku. Chodźmy do kina.
—Już się zaczęło.
—No to się spóźnimy.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Stał już przy kasie i kupował bilety. Poszedłem za nim do ciemnej sali i zajęliśmy miejsca w 

tylnym rzędzie. W mroku siedziało około pięćdziesięciu widzów.

Po chwili zapomniałem, dlaczego tutaj przyszliśmy, film mnie pochłonął, zawsze uważałem, że 

jest to jeden z klasycznych tytułów. Oglądałem go wtedy chyba po raz trzeci.  Czas spędzony w 
kinie wirował i rozciągał się jak w dobrym  filmie, patrzyłem przez chwilę zainteresowany jego 
technicznymi szczegółami... jak każda scena pasuje do następnej, dlaczego pojawia się teraz, a nie 
później. Próbowałem tak  właśnie oglądać  Butcha,  ale wciągnęła mnie akcja filmu  i wkrótce 
zapomniałem o technicznych niuansach.

Kiedy Butch i Sundance zostali otoczeni przez boliwijską  armię, prawie pod koniec filmu, 

Shimoda dotknął mojego ramienia. Nachyliłem się ku niemu, nie przerywając oglądania, byłem 
zły, że nie poczekał z tym, co miał mi do powiedzenia, do zakończenia filmu.

—Richardzie?
—Tak?
—Dlaczego tu jesteś?
—To dobry film, Don. Ććśśś.
Butch i Sundance, cali we krwi, zastanawiali się właśnie, czy jechać do Australii.
—Czemu uważasz, że dobry?
—Dobrze się bawię. Śśśś. Potem ci powiem.
—Wyrwij się z tego. Obudź się. To wszystko iluzja.
—Donaldzie — byłem zirytowany — jeszcze kilka minut, potem pogadamy, o czym tylko 
zechcesz. Pozwól mi obejrzeć do końca, dobra?
—Richardzie — wyszeptał głębokim, dramatycznym głosem — dlaczego tu jesteś?
—Posłuchaj,   jestem   tu,   bo   to   ty   chciałeś,   żebym   tu  wszedł.   —   Odwróciłem   się   od 
niego, chcąc obejrzeć zakończenie filmu.
—Nie musiałeś przychodzić, mogłeś powiedzieć: nie, dziękuję.
—PODOBA   MI   SIĘ   TEN   FILM...   —   Człowiek   siedzący   przede   mną   odwrócił   się   na 
moment. — Podoba mi się ten film, Don. Czy coś w tym złego?
—Ależ skąd — odpowiedział  i  do końca filmu  nie usłyszałem już żadnego więcej słowa.
Znowu   szliśmy   razem,   mijając   plac   z   używanymi   traktorami,   kierując   się   w   mroku   ku 

naszemu polu i samolotom. Zanosiło się na deszcz.

Zastanawiałem się nad jego dziwacznym zachowaniem w kinie.
—Czy ty wszystko robisz z jakiegoś powodu, Don?
—Czasami.
—Dlaczego akurat film? Dlaczego nagle ni stąd, ni zowąd chciałeś obejrzeć Butcha?
—Zadałeś mi pytanie.
—Tak. A znasz odpowiedź?
—To   była   moja   odpowiedź.   Poszliśmy   do   kina,   bo   zadałeś   mi   pytanie.   Ten   film   był 
odpowiedzią na twoje pytanie.
Kpił sobie ze mnie, czułem to.
— Jakie było moje pytanie?

Długa, bolesna cisza.

— Powiedziałeś, Richardzie, że nawet w najwspanialszych chwilach nigdy nie potrafiłeś 

zrozumieć, dlaczego tu jesteśmy.

Przypomniałem sobie.
—Film był twoją odpowiedzią?
—Tak.
—Och.
—Wciąż nie rozumiesz.
—Nie.
—To   był   dobry   film   —   odpowiedział.   —   Ale   nawet  najlepszy   film   świata   jest   tylko 
złudzeniem,   prawda?   Obrazy  nie   są   ruchome,   tylko   nam   się   wydaje,   że   się   poruszają. 

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Zmieniające   się   światło,   które   pozornie   porusza   się   na   płaskim   ekranie   ustawionym   w 
ciemności.
—  No tak — zaczynałem rozumieć.
— A inni ludzie, jacykolwiek ludzie, gdziekolwiek, którzy chodzą do kina, dlaczego tam siedzą, 

skoro to tylko iluzja?

— Bo to rozrywka.
— Racja. To po pierwsze.
—Czegoś się też można nauczyć.
—Dobrze. Zawsze. Nauka. To po drugie.
—Fantazja, ucieczka.
—To też rozrywka. Punkt pierwszy.
—Techniczne aspekty. Chcą dowiedzieć się, jak film jest zrobiony.
—Nauka. Punkt drugi.
—Ucieczka przed nudą.
—Ucieczka, już mówiłeś.
—Okazja towarzyska. Żeby pobyć z przyjaciółmi.
—To powód, dla którego można pójść do kina, ale przecież nie dlatego oglądasz film. A poza 
tym, to też rozrywka. Punkt pierwszy.
Cokolwiek bym powiedział, potwierdzałoby to jedynie jego dwie tezy. Ludzie oglądają filmy 

dla rozrywki lub dla nauki albo dla jednego i drugiego.

—A film jest jak życie człowieka, Don, racja?
—Tak.
—Dlaczego więc niektórzy wybierają koszmarne życie, jakiś film grozy?
—Ludzie przychodzą na horror nie tylko po to, żeby obejrzeć go dla zabawy. Kiedy 
wchodzą do kina, dobrze wiedzą, że to film grozy — powiedział.
—Ale dlaczego...?
—Lubisz horrory?
—Nie.
—Czy je oglądasz?
—Nie.
—A znasz ludzi, którzy wydaliby wiele pieniędzy i poświęcili wiele czasu, żeby zobaczyć film 
grozy lub też jakiś tani melodramat z problemami, które innym wydają się nudne i głupie? — 
Czekał, aż odpowiem na to pytanie.
—Tak.
—Nie musisz oglądać ich filmów, a oni nie muszą oglądać twoich. To nazywamy „wolnością”.
—Ale   komu   zależy   na   tym,   by   się   bać?   Lub   nudzić?  Może   wydaje   im   się,   iż   na   to 
zasłużyli,   gdyż   byli  koszmarem   dla   innych,   a   może   lubią   dreszczyk   emocji,  a   może 
sądzą, że filmy powinny być nudne. Wiele osób uważa, że w swoich filmach są bezradni; 
pewnie   nie   uwierzysz,   ale   odpowiada   im   taka   wiara,   z   powodów,   które   im  wydają   się 
sensowne. Nie wierzysz?
—Nie — powiedziałem.
—Dopóki   tego   nie   zrozumiesz,   będziesz   się   dziwił,   dlaczego   ludzie   są   nieszczęśliwi.   Są 
nieszczęśliwi dlatego, że tak wybrali. Sami chcą być nieszczęśliwi. I to jest, Richardzie, w 
porządku.
—Hm.
—Jesteśmy istotami lubiącymi gry i zabawy, jesteśmy wydrami wszechświata. Nie możemy 
umrzeć, nie możemy zranić się bardziej niż można zranić iluzję na ekranie. Ale potrafimy 
wierzyć,  że nas  boli,  możemy  wyobrażać  to sobie w najdrobniejszych, najboleśniejszych 
szczegółach.   Potrafimy   wierzyć,   że   jesteśmy   ofiarami,   zabijanymi   i   zabijającymi, 
zabawkami w rękach dobrego i złego losu.
—W wielu wcieleniach?

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Ile filmów widziałeś?
—Mnóstwo.
Są filmy o życiu na tej planecie, o życiu na innych  planetach; wszystko, co ma miejsce i 

czas, jest tylko filmem i tylko iluzją. A tymczasem możemy nauczyć się wiele i dobrze zabawić się 
naszymi iluzjami, prawda?

—Ta metafora o filmie, Don, jak wiele ona tłumaczy?
—A jak byś chciał? Obejrzałeś dzisiaj film częściowo dlatego, że ja chciałem go zobaczyć. 
Wielu   ludzi   wybiera   sobie   wspólne   życie,   ponieważ   lubią   razem   coś   robić.  Aktorzy   z 
dzisiejszego   filmu   grali   już   w   innych   filmach,   przedtem   i   potem,   zależy,   który   film 
widziałeś najpierw, możesz je zobaczyć w tym samym czasie na różnych ekranach. Kupujemy 
bilety na te filmy,  płacimy za wstęp, godzimy  się przyjąć,  że  przestrzeń   i czas  istnieją 
naprawdę.   Ani   jedno,   ani   drugie   nie   jest   prawdziwe.   A   jednak  nikt,   kto   nie   chciałby 
zapłacić tej ceny, nie ma prawa pojawić się na tej planecie ani w żadnym systemie czaso-
przestrzennym.
—Czy to znaczy, że są tacy, którzy nie żyją w czasoprzestrzeni?
—A czy są tacy, którzy nigdy nie chodzą na filmy?
—Rozumiem. Uczą się w inny sposób?
—Właśnie   —   powiedział,   wyraźnie   ze   mnie   zadowolony.   —   Czasoprzestrzeń   to   dość 
prymitywna szkółka.  Jednak wiele osób tkwi w tej iluzji. Nawet jeśli jest nudna, nie chcą, 
aby w kinie wcześniej zapalono światła.
—Kto pisze te filmy, Don?
—Czy to nie dziwne, jak dużo wiemy, jeśli tylko zamiast pytać innych, sami sobie zadajemy 
pytania? Kto pisze te filmy, Richardzie?
—My — odpowiedziałem.
—Kto w nich gra?
—My.
—Kto jest operatorem, kto obsługuje projektor, kto zarządza kinem, kto jest bileterem, kto 
dystrybutorem i kto  na to wszystko  patrzy?  Kto może  wyjść  w samym  środku seansu, 
kiedykolwiek   zechce,   kto   może   zmienić   akcję,   kiedy   mu   się   tylko   spodoba,   kto   może 
oglądać ten sam film raz po raz?
—Spróbuję zgadnąć — powiedziałem. — Każdy, kto ma na to ochotę?
—Jak sądzisz, czy to duża wolność?
—Czy właśnie z tego powodu filmy są tak popularne? Ponieważ  instynktownie  wiemy,   że 
przypominają  nasze własne życie?
—Może tak... może nie. To nie ma większego znaczenia, prawda? Czym jest projektor?
—Umysłem.   Nie.   Wyobraźnią.   To   nasza   wyobraźnia,  bez   względu   na   to,   co   ty   o   tym 
myślisz.
—Czym jest film?
—Tu mnie masz.
—Wszystkim tym, co za naszą zgodą dostaje się do naszej wyobraźni?
—Może i tak, Don.
—Możesz   wziąć   do ręki   szpulę   z filmem,    pełnym,  ukończonym dziełem... początek, 
środek, koniec, wszystko tu jest w tej samej chwili, w tej samej milionowej części sekundy. 
Film istnieje  poza czasem,  którego  jest zapisem,  a  jeśli znasz  już ten  film,  wiesz też  w 
ogólnym   zarysie,   co   się   wydarzy,   jeszcze   zanim   wejdziesz   do   kina:   będą   bitwy  i   dużo 
emocji, zwycięzcy i przegrani, wielka miłość, katastrofa; wiesz, że to wszystko pojawi się w 
tym filmie. Ale po to, żeby dać się zaczarować, żeby bawić się na filmie jeszcze bardziej, 
musisz założyć film na projektor i pozwolić mu przejść przez soczewki minuta po minucie... 
każda iluzja może być przedmiotem naszego doświadczenia tylko wtedy, gdy zaistnieje w czasie 
i przestrzeni. Płacisz więc, ile trzeba,  dostajesz bilet i siadasz na sali, zapominasz,  co się 
dzieje na zewnątrz, wtedy zaczyna się dla ciebie film.

2

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—I nikt naprawdę nie cierpi? To tylko krew z sosu pomidorowego?
—Nie,   to   prawdziwa   krew.   Ale   biorąc   pod   uwagę   znaczenie,   jakie   ma   w   naszym 
prawdziwym życiu, mogłaby być równie dobrze sosem pomidorowym...
—A rzeczywistość?
—Rzeczywistość   jest   bosko   obojętna,   Richardzie.   Matkę   mało   obchodzi,   jaką   rolę   jej 
dziecko gra w dziecięcych  zabawach; pewnego dnia jest czarnym charakterem, innego
pozytywną  postacią.   To-Co-Jest  nie  wie nawet  o  twoich  złudzeniach   i   zabawach.   Zna 
tylko siebie i nas stworzonych na jego podobieństwo, doskonałych i ukończonych.
—Nie jestem przekonany, czy chciałbym być doskonały i ukończony... Pomyśl o nudzie...
—Spójrz na niebo — powiedział, była to taka nagła  zmiana tematu, że spojrzałem w 
górę.   Gdzieś   wysoko   zawisła     pierzasta   chmura,     pierwsze     sygnały   księżycowego 
światła osrebrzyły jej brzegi.
—Piękne niebo — odrzekłem.
—Czy to jest doskonałe niebo?
—No wiesz, niebo jest zawsze doskonałe, Don.
—Czy   chcesz   mi   powiedzieć,   że   mimo   ciągłych   zmian,  zachodzących   w   każdej 
sekundzie, niebo jest zawsze doskonałym niebem?
—Hej, jaki jestem bystry! Tak!
—A   morze   jest   zawsze   doskonałym   morzem,   choć   nieustannie   się   zmienia   — 
powiedział.  — Jeśli doskonałość  jest stagnacją, wtedy niebo jest bagnem! A To-Co-
Jest nie jest żadnym bagnistym stworem.
—Bagiennym stworem — poprawiłem go bezwiednie. — Jest doskonałe, z każdą chwilą 
się zmienia. No tak. Kupuję to.
— Kupiłeś już dawno, jeśli już mowa o czasie.

Odwróciłem się do niego.

— Czy nie nudzi cię, Don, że żyjesz tylko w tym jednym wymiarze?
—Och, czy ja żyję tylko w jednym wymiarze? A ty?
—Dlaczego we wszystkim, co powiem, nie mam racji?
—Czy we wszystkim nie masz racji?
—Chyba powinienem zmienić zawód.
—Może więc sprzedaż nieruchomości?
—Sprzedaż nieruchomości lub ubezpieczeń.
—Zostań przy nieruchomościach, tam jest przyszłość. Jeśli ci na niej zależy.
—OK,       przepraszam   —   powiedziałem.   —   Nie       chcę   przyszłości.   Ani   przeszłości. 
Wolałbym zostać sympatycznym starym mistrzem iluzji. Może za tydzień?
—Wiesz, Richardzie, jestem przekonany, że to nie potrwa tak długo!
Spojrzałem na niego uważnie, ale nie uśmiechał się.

9

D

NI były do siebie podobne. Lataliśmy jak zwykle, ale przestałem określać dni nazwami 

miast   lub   zarobionymi   pieniędzmi.   Zacząłem   określać   je   rzeczami,   których   się   nauczyłem, 
rozmowami, które toczyliśmy po zakończonych lotach, i cudami, które zdarzały się od czasu do 
czasu zupełnie przypadkiem. Wkrótce zrozumiałem, że nie były to cuda.
 

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

W

yobraź sobie wszechświat piękny i prawy, i doskonały,

tak powiedział mi kiedyś poradnik.

A

 bądź pewien jednej rzeczy: 

T

o-Co-Jest wyobraziło sobie wszystko dużo lepiej niż ty.

10

B

YŁO ciche popołudnie... czasem tylko zjawiał się jakiś samotny pasażer. W przerwach 

ćwiczyłem się w rozpraszaniu chmur.

Byłem  kiedyś  instruktorem lotów, wiem,  że uczniowie  mają skłonność do komplikowania 

rzeczy prostych; dziś jestem mądrzejszy,  a jednak ponownie występuję w roli ucznia,   patrzę 
krzywo   i   gniewnie   na   mój   cel   —   chmury.  Z   pewnością   to   mnie   powinien   ktoś   uczyć. 
Shimoda leżał wyciągnięty pod skrzydłem Castora, udawał, że śpi. Szturchnąłem go delikatnie w 
ramię, otworzył oczy.

—Nie mogę — powiedziałem.
—Możesz — odpowiedział i na powrót zamknął oczy.
—Don, przecież próbuję! Kiedy tylko czuję, że mi się  uda, chmura kontratakuje i nadyma 
się jeszcze bardziej.
—Wybierz dla mnie jakąś chmurę — westchnął i usiadł. — Jakąś łatwą.
Wybrałem największą, najpodlejszą chmurę na niebie, trzy tysiące stóp nad ziemią, chmurę, z 

której buchał piekielny biały dym.

—Ta nad silosem, o tam — powiedziałem. — Ta, która teraz ciemnieje.
—Dlaczego mnie tak nienawidzisz? — zapytał i popatrzył na mnie.
—Bo cię lubię, Don, dlatego o to proszę. — Uśmiechnąłem się. — Tobie trzeba rzucić 
prawdziwe wyzwanie. Jeśli wolisz, żebym wybrał ci coś mniejszego...
Westchnął ponownie, podnosząc głowę ku niebu.
— Spróbuję. No to która?
Spojrzałem   w   górę,   a   chmura,   potwór   wypełniony   milionem   ton   deszczu,   zniknęła;   w 

miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą wisiała na niebie, była teraz nieruchoma, błękitna pustka.

—Rety — powiedziałem cicho.
—Kawał dobrej roboty... — zacytował. — Nie, nie, choć miło mi przyjąć wyrazy uznania, 
którymi mnie zasypujesz, muszę szczerze powiedzieć, że to było proste zadanie. — Wskazał 
palcem niewielką chmurkę nad nami. — Tam. Teraz twoja kolej. Gotowy? Do roboty!
Spojrzałem  na ten  drobiazg, a  drobiazg  spojrzał na mnie.  Przystąpiłem  do pracy:  kazałem 

chmurze   zniknąć,   wyobrażałem   sobie   pustkę   w   miejscu,   gdzie   teraz   wisi,   oczyma  wyobraźni 
kąpałem   ją  w   gorących   promieniach   słońca,   prosiłem   ją   w   myślach,   żeby   pojawiła   się   gdzie 
indziej,   i   powoli,   powoli,   w   ciągu   minuty,   pięciu,   siedmiu,   chmura   odpłynęła.   Inne   chmury 
powiększyły się, moja sobie poszła.

—Nie należysz do szybkich, co? — zapytał.
—To był mój pierwszy raz! Dopiero zaczynam! Starłem się z tym, co niemożliwe... no dobra, 
nieprawdopodobne,   a   ty  masz   mi   do   powiedzenia   tylko   tyle,   że   nie   jestem   szybki. 
Wykonałem wspaniałą robotę i ty o tym wiesz!

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Zadziwiające. Tak byłeś do niej przywiązany, a jednak chmura zniknęła dla ciebie.
—Przywiązany! Grzmociłem w tę chmurę wszystkim, co popadło! Wymyślałem kule ogniste, 
wiązki laserowe, odkurzacze wielkości wieżowca...
— Mówię o negatywnym przywiązaniu, Richardzie. Jeśli rzeczywiście chcesz usunąć chmurę 

ze swojego życia, nie sil się na żadne spektakularne widowiska, po prostu zrelaksuj się i przestań 
o niej myśleć. Tylko tyle.

C

hmura  nie wie, dlaczego się porusza 

w tym właśnie kierunku i z tą właśnie prędkością,

tyle miała do powiedzenia książka.

Gna ją impuls... oto

miejsce, gdzie powinna poszybować.     

A

le niebo wie, jakie prawa i siły

kryją się za chmurami, ty też je poznasz, kiedy wzniesiesz się dość 

wysoko, aby spojrzeć poza horyzont.

11

K

ażde pragnienie jest ci dane 

wraz z mocą potrzebną do jego spełnienia.

C

zasami jednak będziesz musiał 

na nią zapracować.

W

YLĄDOWALIŚMY na wielkim pastwisku niedaleko trzyakrowego gospodarskiego 

stawu, z dala od jakiegokolwiek miasta, na trasie między Illinois a Indianą. Ponieważ nie 
pojawili się żadni pasażerowie, sądziłem, że trafił nam się wolny dzień.

—  Posłuchaj   — powiedział  Don. —  Nie,  nie  słuchaj.  Stój spokojnie i patrz. To, co 

zobaczysz, nie jest cudem. Przeczytaj książkę o fizyce atomowej... dziecko potrafi chodzić 
po wodzie.

Powiedział to i jakby zapomniawszy, że w stawie jest woda, odwrócił się i odszedł kilka 

jardów   od   brzegu,   stąpając  po powierzchni   jeziora.   Wydawało  mi  się,  że  staw  jest jedynie 
mirażem, który pojawił się w rozgrzanym letnim powietrzu nad kamiennym jeziorem. Don 
stał pewnie na lustrze wody, żadna fala nie muskała jego butów.

— No, dalej — powiedział. — Zrób to samo.
Widziałem to na własne oczy. To było możliwe, oczywiście, bo on tam stał, poszedłem 

więc i ja. Miałem wrażenie, jakbym szedł po czystym, błękitnym linoleum. Zaśmiałem się.

—Donaldzie, co ty ze mną robisz?
—Pokazuję   ci   po   prostu   rzecz,   której   każdy   prędzej   czy  później   się   nauczy   — 
powiedział. — Teraz akurat ty jesteś pod ręką.
—Ale ja...

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Popatrz.   Woda   może   być   ciałem   stałym   —   tupnął   nogą   i   usłyszałem   odgłos   jakby 
skórzanego   przedmiotu   uderzającego   w   skałę   —   lub   nie   —   znów   tupnął,   a   woda 
ochlapała nas obu. — Czujesz to? Spróbuj.
Jak szybko przyzwyczajamy się do cudów! Nie minęła minuta, a byłem przekonany, że 

chodzenie po wodzie jest możliwe, jest czymś naturalnym, jest... no dobra, i co z tego?

—Ale jeśli woda jest teraz ciałem stałym, jak możemy ją pić?
—W ten sam sposób, w jaki po niej chodzimy, Richardzie. Ona nie jest ciałem stałym, 
nie jest też cieczą. To ty  i   ja   decydujemy,   czym   ma   dla   nas   być.   Pomyśl,   że   jest 
cieczą i  postępuj tak, jakby była cieczą, wypij ją. Jeśli chcesz, by była powietrzem, 
postępuj tak, jakby rzeczywiście była powietrzem, oddychaj nią. Spróbuj.
Pomyślałem,   że   może   to   wszystko   ma   jakiś   związek  z obecnością dojrzałej duszy. 

Może te rzeczy dzieją się tylko w określonym promieniu, w promieniu pięćdziesięciu stóp 
wokół niej...

Klęknąłem   na   powierzchni   i   zanurzyłem   dłoń   w   stawie.  Ciecz.   Potem   położyłem   się, 

przytknąłem twarz do jej błękitu  i oddychałem ufnie. Czułem ciepły płynny tlen, nie dusiłem 
się, swobodnie łykałem powietrze. Usiadłem i spojrzałem na Dona pytającym wzrokiem, oczekując, 
że zgadnie, co mam na myśli.

— No, mów — rzekł.
—Czy muszę mówić?
—Biorąc pod uwagę to, co masz do powiedzenia, lepiej  będzie, jeśli wyrazisz to słowami, 
uzyskasz większą precyzję. Śmiało.
—Jeśli potrafimy spacerować po wodzie, oddychać nią,  pić ją, dlaczego nie możemy robić 
tego samego z ziemią?
—Dobrze. Zobacz...
Podszedł powoli do brzegu, jak gdyby spacerował po namalowanym jeziorze. A kiedy jego 

stopy dotknęły ziemi, piachu i trawy na skraju stawu, zaczął powoli tonąć, wówczas zrobił kilka 
ostrożnych kroków i zanurzył się po ramiona w ziemi i trawie. Wydawało się, że staw stał się 
nagle wyspą, a otaczające go pastwisko zamieniło się w morze. Don płynął po ziemi, rozpryskując 
wokół siebie ciemne, gliniane krople. Unosił się przez chwilę na powierzchni, potem wstał i stąpał 
po niej. Widok człowieka chodzącego po ziemi wydał mi się nagle cudem!

Stałem na powierzchni stawu i oklaskiwałem go. Ukłonił się i też zaczął bić brawo.
Podszedłem do brzegu, myślą zamieniłem ziemię w ciecz i dotknąłem jej palcem u nogi. Fale 

rozbiegły się kręgami po trawie. Jak głęboka jest ziemia? Prawie zapytałem na  głos. Ziemia 
będzie tak głęboka, jak ja to sobie wyobrażę. Głęboka na dwie stopy, pomyślałem, niech będzie 
głęboka na dwie stopy, a ja sobie w niej pobrodzę.

Śmiało stanąłem na brzegu i natychmiast zanurzyłem się aż po głowę: nagły spad. Pod ziemią 

panował mrok, było  strasznie, próbowałem wydostać się na powierzchnię, wstrzymując oddech, 
wymachując rękoma w poszukiwaniu jakiejś  twardej, stałej wody, starając się dostać do brzegu 
stawu, aby się go chwycić.

Don usiadł na trawie i śmiał się.
—Jesteś niesamowitym uczniem, wiesz o tym?
—Wcale nie jestem uczniem! Wydostań mnie stąd!
—Sam się wydostań.
Przestałem   walczyć.   Spojrzałem   na   ziemię   jak   na   ciało   stałe,   z   którego   potrafię   się 

wygrzebać. Spojrzałem na nią inaczej... i wygramoliłem się, pokryty czarną ziemistą mazią.

— Człowieku, nieźle się ubabrałeś przy tej robocie!

Jego niebieska koszula i dżinsy były nieskazitelnie czyste.

—Aaaa!   —   Próbowałem   wytrząsnąć   ziemię   z   włosów,   wytrzepać   ją   z   uszu.   W   końcu 
położyłem   portfel   na   trawie,  wszedłem   do   płynnej   wody   i   oczyściłem   się   tradycyjnym
sposobem na mokro.
—Wiem, że można to lepiej zrobić.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Tak, jest szybszy sposób.
—Nie mów nic. Siedź tam sobie, śmiej się i pozwól, że sam na to wpadnę.
—OK.
W końcu wskoczyłem do Castora, przebrałem się, a mokre rzeczy rozwiesiłem na drutach, by 

wyschły.

—Richardzie,   nie   zapominaj,   co   dzisiaj   zrobiłeś.   Łatwo  zapomnieć   te   chwile,   kiedy 
pobieraliśmy  nauki, łatwo powiedzieć   sobie,   że   był   to   tylko   sen,   jakiś   miraż.   Nic,   co
dobre, nie jest cudem, nic, co piękne, nie jest snem.
—Świat jest snem, powiadasz, i jest wspaniały. Czasami. Zachód słońca. Chmury. Niebo.
—Nie. To obraz jest snem. Piękno jest prawdziwe. Nie dostrzegasz różnicy?
Kiwnąłem głową, prawie rozumiejąc. Później zerknąłem do poradnika.

Ś

wiat jest twoim zeszytem, stronami, na których ćwiczysz dodawanie.

Nie jest rzeczywistością, choć możesz w nim przedstawić

rzeczywistość, jeśli tego chcesz.

M

ożesz też pisać rzeczy pozbawione sensu

 albo kłamstwa, możesz podrzeć kartki.

12

G

rzech pierworodny to narzucanie granic

 Temu-Co-Jest.  

N

ie rób tego.

 

L

ENIWE,   ciepłe   popołudnie,   przerwa   między   jednym  a   drugim   deszczem.   Mokrymi 

chodnikami wracamy z miasta.

—Potrafisz przechodzić przez ściany, prawda, Don?
—Nie.
—Kiedy mówisz nie, choć wiem, że odpowiedź brzmi tak, rozumiem, że nie podoba ci się 
sposób, w jaki sformułowałem pytanie.
—Jacy jesteśmy spostrzegawczy, co?
—W czym problem, chodzi o ścianę czy o przechodzenie?
—O jedno i drugie, a co gorsza twoje pytanie zakłada, że istnieję w jednej ograniczonej 
czasoprzestrzeni   i   że  przechodzę   do   innej,   równie   ograniczonej.   Nie   jestem   dziś  w 
nastroju, żeby wysłuchiwać takich założeń dotyczących mojej osoby.
Zmarszczyłem   brwi.   Wiedział,   o   co   pytam.   Dlaczego   mi   po   prostu   nie   odpowiedział, 

dlaczego nie chciał, żebym zrozumiał, jak on to wszystko robi?

—W   ten   skromny   sposób   pomagam   ci   osiągnąć   większą  precyzję   w   myśleniu   — 
powiedział łagodnie.
—OK.  Jeśli  chcesz,  potrafisz  sprawić  wrażenie,   że umiesz przechodzić przez mury. 
Czy tak lepiej?
—Tak. Lepiej. Ale jeśli masz zamiar wyrażać się precyzyjnie...

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Nic nie mów. Wiem, jak mam powiedzieć to, o czym myślę. Oto moje pytanie. Jak to 
się dzieje, że potrafisz przenieść iluzję ograniczonej tożsamości, która zgodnie z wiarą
w czasoprzestrzenne kontinuum nazywa się twoim „ciałem”,  przez  iluzję  materialnego 
ograniczenia, które się nazywa „ścianą”?
—Doskonale!   —   wykrzyknął.   —   Kiedy   pytanie   jest  poprawnie   zbudowane,   samo 
sobie odpowiada, prawda?
—Nie, to pytanie nie odpowiedziało sobie. Jak przechodzisz przez mur?
—RICHARDZIE!   Już   prawie   ci   się   udało,   a   teraz   wszystko   psujesz!   Nie   potrafię 
przechodzić  przez  mury...  Kiedy tak mówisz,  przyjmujesz  założenia,  na które ja się 
nie godzę, lecz jeśli nalegasz, moja odpowiedź brzmi: „Nie, nie potrafię”.
—Trudno   jest   wszystko   wypowiedzieć   tak   precyzyjnie,  Don.   Nie   wiesz,   o   co   mi 
chodzi?
—Czy   dlatego,   że   coś   jest   trudne,   przestajesz   próbować?   Chodzenie   też   było   z 
początku ciężkim zadaniem, ale uczyłeś się go i teraz wydaje ci się rzeczą łatwą.
—Tak — westchnąłem. — OK. Zapomnij o moim pytaniu.
—Już zapomniałem.   Natomiast moje pytanie   brzmi: „Czy ty potrafisz?” — Spojrzał 
na mnie takim wzrokiem, jakby nic innego na świecie go nie obchodziło.
—Twierdzisz więc, że ciało jest złudzeniem i że ściana  jest złudzeniem, ale tożsamość 
jest prawdziwa, i że iluzje nie mogą jej ograniczyć.
—Tego nie powiedziałem. Ty to mówisz.
—Ale taka jest prawda.
—Oczywiście — odpowiedział.
—Jak ty to robisz?
—Richardzie,   niczego   się   nie   robi.   Po   prostu   widzisz,   że   coś   jest   zrobione   i   tak 
rzeczywiście jest.
—Ha, to proste!
—Jak chodzenie. Dziwisz się, że kiedyś trudno ci było się tego nauczyć.
—Don, przechodzenie przez mur nie jest dla mnie trudne. Jest niemożliwe.
—Czy ci się wydaje, że jak będziesz powtarzał „niemożliwe” tysiąc razy, to ni stąd, 
ni zowąd trudne rzeczy staną się proste?
—Przepraszam. To jest możliwe, zrobię to, kiedy tylko nadejdzie odpowiednia pora.
—Ludzie kochani! Facet chodzi po wodzie, a zniechęca się, bo nie potrafi przejść przez 
mur.
—Tamto była łatwizna, mur zaś...
—Powtarzaj, żeś niedoskonały, a taki się staniesz — zaśpiewał. — Czy nie pływałeś 
po ziemi w zeszłym tygodniu?
—Pływałem.
—A czyż  ściana nie jest pionowa ziemią? Czy to ma  jakieś znaczenie, jaki kierunek 
obrały złudzenia? Złudzenia poziome możną przezwyciężyć, a pionowych już nie?
—Wydaje mi się, że zaczynani rozumieć, Don. mnie i uśmiechnął się.
—Chwila, w której zrozumiesz, co do ciebie mówię,  będzie chwilą, kiedy będę musiał 
zostawić cię na jakiś czas.
Ostatnim budynkiem w mieście był spichlerz, duży gmach z pomarańczowej cegły. Wydawało 

się, jakby Don chciał poprowadzić mnie inną drogą, na skróty, wprost do samolotów, skręcając w 
jakąś uliczkę. Skrót ten przebiegał przez  ceglany mur. Don skręcił nagle w prawo, prosto w 
mur,  i już go nie było. Teraz wydaje mi się, że gdybym wtedy  poszedł razem z nim, też bym 
przeszedł przez tę ścianę. Ja jednak zatrzymałem się i patrzyłem w miejsce, gdzie przed chwilą stał 
Don. Wyciągnąłem dłoń, dotknąłem cegieł, poczułem twardość muru.

— Pewnego dnia, Donaldzie — powiedziałem. — Pewnego dnia...
Do samolotów doszedłem samotnie.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

— Donaldzie   —   przemówiłem,   kiedy   znalazłem   się   już  na   polu.   —   Doszedłem   do 

wniosku, że ty po prostu nie żyjesz w tym świecie.

Spojrzał na mnie zaskoczony. Siedział na skrzydle swojego samolotu i uczył się tankować 

paliwo.

—Oczywiście, że nie. Pokaż mi kogoś, kto żyje tylko w tym świecie.
—Co masz na myśli, mówiąc „pokaż mi kogoś”. A JA? Ja żyję w tym świecie!
—Wspaniale — pochwalił mnie, jak gdybym w wyniku samodzielnych badań odkrył jakąś 
strzeżoną tajemnicę. — Przypomnij mi, żebym ci dziś postawił lunch. Podziwiam cię, bo 
cały czas się uczysz.
Zastanowiłem się nad tym. Nie był ani zgryźliwy, ani ironiczny.
—Co to znaczy?  Oczywiście,  że żyję  w tym  świecie. Ja i mniej więcej  cztery miliardy 
innych ludzi. To ty...
—O Boże, Richardzie! Ty mówisz poważnie! Odwołuję lunch. Zapomnij o hamburgerach, 
zapomnij   o   piwie,  w   ogóle   o   wszystkim!   Pomyślałem,   że   osiągnąłeś   już   tę
najwyższą wiedzę... — przerwał i spojrzał na mnie z gniewną litością. — Jesteś tego pewien? 
Żyjesz   w   tym   samym   świecie,   prawda,   co...   co,   powiedzmy,   makler   giełdowy?
Rozumiem,   że   twoje   życie   runęło   i   odmieniło   się   wskutek   nowej   polityki   Komisji 
Bezpieczeństwa i Wymiany Giełdowej, czyli obowiązkowe kontrole portfeli akcji, jeśli straty 
udziałowców  wyniosą  więcej  niż pięćdziesiąt  procent?  Żyjesz w tym samym  świecie co 
zawodowy szachista, tak? A nowojorski finał zaczyna się w tym tygodniu, Petrosian, Fischer 
i Browne na Manhattanie za pół miliona dolarów, a ty, co ty robisz na polu w Maitland w 
Ohio? Ze swoim  dwupłatowcem z 1929 stojącym na polu? W twoim życiu  najważniejszą 
rolę grają zezwolenie farmera, ludzie, którzy  chcą przez dziesięć minut polatać samolotem, 
konserwacja silnika lotniczego i śmiertelny strach przed gradem... jak myślisz, ile osób żyje 
w twoim świecie? Mówisz, że cztery miliardy? Czy rzeczywiście twardo stoisz na ziemi, 
tam  na   dole,   i   mówisz   mi,   że   te   cztery   miliardy   ludzi   to   nie  są   cztery   miliardy 
odrębnych   światów?   Czy   to   masz   mi  właśnie   do   zakomunikowania?   —   Don   zaczął 
dyszeć od szybkiego: mówienia.
—Niemal czuję tego hamburgera, z roztopionym serem... — powiedziałem.
—Przykro   mi.   Z   wielką   radością   bym   ci   go   postawił,  ale,   ech,   skończone,   najlepiej 
zapomnieć.
Choć wtedy po raz ostatni zarzuciłem mu, że nie żyje w tym świecie, upłynęło wiele czasu, 

zanim zrozumiałem słowa, na których otworzył się mój podręcznik:

J

eśli przez jakiś czas będziesz istotą fikcyjną, 

zrozumiesz, że fikcyjne postacie są czasami 

bardziej rzeczywiste niż cieleśni ludzie i ich bijące serca.

13

T

woje sumienie to miara uczciwości twojego egoizmu.

P

osłuchaj go uważnie.

K

AŻDY z nas może robić to, co chce — powiedział  tego wieczora. — Czy to nie proste, 

czyste, jasne? Czy to nie wspaniały sposób na kierowanie wszechświatem?

—Prawie. Zapomniałeś jednak o całkiem istotnej sprawie — odparłem.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Czyżby?
—Każdy z nas może robić to, co chce, dopóty, dopóki  nikogo nie krzywdzi. Wiem, że to 
miałeś na myśli, ale powinieneś powiedzieć o tym wyraźnie.
W ciemności rozległ się nagły szmer, spojrzałem szybko na Dona:
— Słyszałeś?
—Wygląda  na to, że ktoś  tam jest... — Wstał, odszedł  w ciemność.  Nagle roześmiał się i 
wypowiedział imię, którego nie dosłyszałem.
—W porządku — rzucił. — Nie, miło nam będzie, jeśli zostanie pan z nami... nie musi pan 
trzymać się tak na uboczu... no, proszę się do nas przyłączyć...
W głosie przybysza wyraźnie dał się słyszeć obcy akcent,  jakby rosyjski lub czeski, a raczej 

transylwański.

— Dziękuję. Nie chciałbym się wam narzucać...

Mężczyzna, którego Don doprowadził do ogniska, był, no cóż, kimś niezwykłym, kogo trudno by 
się spodziewać o tej porze dnia na Środkowym Zachodzie. Drobny, szczupły, przypominający wilka 
człowiek, o budzącym lęk wyglądzie, ubrany w strój wieczorowy i czarną pelerynę podbitą czerwoną 
satyną. W świetle najwyraźniej czuł się nieswojo.

—Przechodziłem tędy — powiedział. — Przez to pole mogę dojść na skróty do domu...
—Naprawdę?   —   Shimoda   zdawał   się   nie   wierzyć   mężczyźnie.   Wiedział,   że   kłamie,   a 
jednocześnie robił, co mógł, aby powstrzymać się od głośnego śmiechu. Miałem nadzieję, że 
niedługo wszystko zrozumiem.
—Proszę się czuć jak u siebie — powiedziałem. — Może ma pan na coś ochotę?
Tak naprawdę nie sądziłem, by moje słowa na wiele się zdały, ale nieznajomy był tak spięty, że 

chciałem, żeby się choć trochę, na ile to możliwe, rozluźnił.

Spojrzał na mnie, a jego bolesny uśmiech zmroził mnie do szpiku kości.
— Tak, mam na coś ochotę. Potrzebne mi coś, o co  chcę pana prosić. Czy mogę napić się 

pańskiej krwi? Choćby trochę? To moje pożywienie, łaknę ludzkiej krwi...

Nie wiem, być może nie to chciał powiedzieć, a może  nie zrozumiałem jego słów, grunt, że 

zerwałem się na równe nogi jak nigdy  w  życiu.  Mój  gwałtowny  ruch  wzniecił źdźbła siana, 
które powoli wlatywały do ogniska.

Przybysz   cofnął   się   o   krok.   Nie   jestem   osobą   niebezpieczną,   ale   nie   należę   do   niskich 

mężczyzn i być może to mój wygląd go przestraszył. Odwrócił głowę.

—Proszę pana, przepraszam! Bardzo mi przykro! Proszę, niech pan zapomni, że powiedziałem 
cokolwiek o krwi! Ale rozumie pan...
—O czym pan mówi? — Byłem coraz bardziej wzburzony, gdyż bałem się. — Co, do diabła, 
pan mówi? Nie wiem, kim pan jest, jakimś może WAM...?
Shimoda przerwał mi, zanim zdążyłem dokończyć.
—Richardzie, nasz gość coś mówił, a ty mu przerwałeś. Niech pan kontynuuje, mój przyjaciel jest 
nazbyt porywczy.
—Donaldzie — powiedziałem. — Ten facet...
—Bądź cicho!
Zaskoczyło mnie to tak bardzo, że ucichłem, wzrokiem zadającym przeraźliwe pytanie spojrzałem 

na człowieka, którego wyrwano z ojczystej ciemności i wprowadzono w światło naszego ogniska.

— Niech   mnie   pan,   proszę,   zrozumie.   Nie   chciałem   urodzić   się   wampirem.   To   wielkie 

nieszczęście.   Nie   mam   wielu  przyjaciół.   Każdej   nocy   muszę   wypić   trochę   świeżej   krwi,
bo inaczej  zginę w męczarniach.  Jeśli przez dłuższy czas  jestem jej pozbawiony,    umieram. 
Błagam,  czekają  mnie  wielkie   cierpienia,   umrę,   jeśli   nie   zgodzi   się   pan...   tylko  trochę,  nie 
trzeba mi więcej niż pół litra.

Zrobił krok w moim kierunku, oblizując wargi. Pewnie myślał, że Shimoda sprawuje nade mną 

jakąś władzę, która zmusi mnie do poddania się jego woli.

— Jeszcze jeden krok i poleje  się krew. Jeśli  tylko mnie pan tknie, zabiję pana... — Nie 

zabiłbym, ale chciałem go przynajmniej związać, zanim zaczniemy dalej rozmawiać.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Chyba mi uwierzył, bo zatrzymał się i westchnął. Odwrócił się do Shimody.
—Czy pokazałeś już, o co ci chodzi? — zapytał.
—Chyba tak. Dziękuję.
Wampir spojrzał na mnie i uśmiechnął się, całkowicie na luzie, bawiąc się pysznie, jak 

aktor na scenie po skończonym spektaklu.

— Nie   mam   ochoty   pić   twojej   krwi,   Richardzie   —   powiedział   doskonałą,   przyjazną 

angielszczyzną, bez śladu obcego akcentu.

Patrzyłem   na   niego,   a   on   niknął,   jak   gdyby   powoli   gasił  swoje   światła...   po   pięciu 

sekundach już go nie było. Shimoda znowu usiadł przy ogniu.

—Jakże się cieszę, że nie wszystko, co mówisz, mówisz serio!
Wciąż drżałem od nadmiaru adrenaliny, gotowy do walki z potworem.
—Don, nie jestem pewien, czy się do tego nadaję. Może lepiej powiedz, co się dzieje. Na 
przykład, co... co to było?
—To byl wompir z Tronsylwonii — powiedział Don, kalecząc słowa jeszcze bardziej 
niż rzekomy wampir. —  A żeby być dokładniejszym, to było wyobrażenie wampira  z 
Tronsylwonii.   Jeśli   kiedyś   będziesz   chciał   coś   zademonstrować,   a   będzie   ci   się 
zdawało, że ludzie cię nie słuchają, przywołaj jakąś niewinną zjawę i pokaż im, o co ci 
chodzi.
Nie  sądzisz,  że  trochę  przedobrzyłem  z  tą  peleryną,   kłami   i takim  akcentem?   Może 
był zbyt przerażający?
—Peleryna pierwsza klasa, Don. Ale reszta to sama sztampa, takie dziwaczne... choć 
wcale się nie bałem.
—No,   dobra   —   westchnął.   —   W   końcu   zrozumiałeś,  o   co   mi   chodzi,   a   to 
najważniejsze.
—A o co ci chodzi?
—Richardzie, byłeś bezwzględny wobec mojego wampira, zrobiłeś, co chciałeś, choć 
wiedziałeś, że swoim  zachowaniem możesz go skrzywdzić. Powiedział ci nawet sam, 
że będzie cierpiał, jeśli...
—Miał zamiar wyssać moją krew!
—Ale to samo robimy naszym bliźnim, kiedy mówimy im, że jeśli nie będą żyli zgodnie 
z naszymi przekonaniami, przysporzą nam cierpień.
Przez chwilę nie odzywałem się, zastanawiałem się nad jego słowami. Zawsze sądziłem, 

że możemy robić, co nam  się żywnie podoba, o ile tylko nie sprawiamy bólu innym,  lecz 
coś się tu nie zgadzało. Czegoś brakowało.

—Wiem,   z   czym   sobie   nie   możesz   dać   rady   —   powiedział.   —   Z   tym   utartym 

wyrażeniem,  które jest po prostu   błędne:   „Sprawić   komuś   ból”.   Sami   decydujemy,   czy 
chcemy   cierpieć   czy   nie.   To   tylko   od   nas   zależy.   Od   nikogo  innego.   Mój   wampir 
powiedział ci, że sprawisz mu ból, jeśli nie pozwolisz mu nasycić się twoją krwią. To 
była  jego   decyzja,   jego   wybór.   A   to,   co   ty   z   tym   zrobisz,   to  twoja   decyzja;   twój 
wybór. Możesz dać mu krew, zlekceważyć go, związać, możesz przebić mu serce kołkiem z 
osiki. Jeśli nie chce kołka, ma święte prawo się bronić wszelkimi możliwymi sposobami. I 
tak już dalej, ciągle musimy wybierać.

— Kiedy patrzysz na to w ten sposób...
—Słuchaj   —   powiedział.   —   To   ważne.   My   wszyscy.   Możemy.   Robić.   Co   tylko. 

Chcemy.

14

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

K

ażda postać, wszystkie wydarzenia twojego życia

 istnieją, gdyż ty je narysowałeś.

C

o postanowisz z nimi zrobić, zależy od ciebie.

C

ZY nie doskwiera ci samotność, Don? — Siedzieliśmy     w     niewielkiej     kawiarni     w 

Ryerson, w Ohio, kiedy postanowiłem zadać mu to pytanie.

—Dziwię się, że ty...
Ćśśś  — powiedziałem — jeszcze     nie     dokończyłem. Czy nigdy nie czujesz się choć 
trochę samotny?
—Co ci się wydaje...
—Czekaj. Spójrz na tych ludzi, widzimy ich zaledwie przez parę minut. Od czasu do czasu w 
tłumie   pojawia   się  twarz,   jakaś   niebiańsko   piękna   kobieta,   dla   niej   chciałbym   tu
zostać, powiedzieć do niej cześć, zostań, nie ruszaj się, porozmawiaj chwilę. Ale ona szybuje 
ze mną przez dziesięć minut albo i nie, a potem znika, a następnego dnia ja lecę do Shelbyville 
i nigdy już jej nie spotkam. To właśnie samotność. Wydaje mi się, że nie potrafię znaleźć 
stałych przyjaciół, gdyż sam należę do osób niestałych. Nie odzywał się.
—A może jednak potrafię?
—Czy już mogę mówić?
—Oczywiście, tak.
Hamburgery w tym lokalu były zawinięte do połowy  w cienki, impregnowany papier, po 

odwinięciu   wysypywały   się   na   wszystkie  strony   ziarnka   sezamu   —   niepotrzebne   nikomu 
drobiazgi.   Mimo   to   hamburgery   były   smaczne.   Don   jadł   prze   chwilę   w   ciszy,   ja   też, 
zastanawiając się, co ma mi do powiedzenia.

— No, więc tak, Richardzie, jesteśmy jak magnesy, czyż nie tak? Nie, nie magnesy. Jesteśmy 

sztabkami   żelaza,   owiniętymi   miedzianym   drutem,   i   kiedy   tylko   chcemy   się   na
magnesować, możemy zrobić to sami. Możemy przelać naszą  wewnętrzną   energię   na   te   druty, 
możemy   przyciągnąć   do  siebie,   co   tylko   chcemy.   Magnes   wcale   nie   musi   wiedzieć,
na jakiej zasadzie działa. Jest sobą i zgodnie ze swoją naturą  przyciąga jedne przedmioty, inne 
zostawia nie tknięte.

Zjadłem frytkę i marszcząc brwi, spojrzałem na Dona.
—Zapomniałeś o czymś. Jak mam to zrobić?
—Niczego nie rób. Prawo kosmiczne, pamiętasz? Swój lgnie do swego. Po prostu bądź, kim 
jesteś,   spokojny,   pogodny,   pewien   swego.   Dzieje   się   to   automatycznie,   kiedy  nasza 
osobowość   promieniuje,   a   my   zadajemy   sobie   co  chwila   pytanie,   czy   naprawdę   coś 
chcemy   zrobić,   i   robimy   to   tylko   wtedy,   gdy   możemy   odpowiedzieć   tak,   taka   postawa 
zniechęca automatycznie wszystkich tych, których nasze „ja” niczego nie nauczy, przyciąga 
zaś tych, którzy się czegoś od nas nauczą, a także tych, od których my możemy się czegoś 
nauczyć.
—Ale do tego potrzebna jest wielka wiara, tymczasem człowiek żyje w samotności.
Spojrzał na mnie dziwnie.
— Bzdura, nie wiara. Potrzeba zero wiary. Potrzeba wyobraźni.
Ze stołu, który nas dzielił, Don zgarnął wszystkie okruchy, przesunął solniczkę i frytki na 

bok,   odstawił   ketchup,  widelce   i   noże;   zastanawiałem   się,   co   się   teraz   wydarzy,   co 
zmaterializuje się przed moimi oczyma.

— Jeśli   masz   choć   tyle   wyobraźni,   ile   zmieściłoby   się  w   ziarnku   sezamu   — 

powiedział, rzucając ziarno na środek stolika — wszystko staje się możliwe.

Spojrzałem najpierw na ziarno, następnie na niego.

3

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Chciałbym,   żebyście  wy,   mesjasze,   spotkali  się   i  wreszcie   coś   wspólnie   uzgodnili. 
Wydawało mi się, że kiedy świat obraca się przeciwko mnie, najważniejsza jest wiara.
—Nie.   Chciałem   skorygować   ten   błąd,   kiedy   pracowałem   jako   mesjasz,   ale   była   to 
długa, żmudna walka. Dwa tysiące lat temu, pięć tysięcy, mesjasze nie mieli jeszcze 
słowa oznaczającego wyobraźnię, a gromadzie ich uczniów, tych ponuraków, najlepszym 
pomysłem   wydawała   się   wtedy  wiara.   A   poza   tym,   nie   było   wówczas   ziaren 
sezamowych.
Akurat wiedziałem, że znano już wtedy sezam, ale pominąłem milczeniem to kłamstwo.
— Czy   mam   sobie   wyobrazić   ten   proces   magnetyzowania?   Wyobrażam   więc   sobie 

jakąś   piękną,   mądrą,   mistyczną  damę,   która   pojawia   się   w   tłumie   zebranym   na   polu   w 
Tarragon,   w   Illinois.   To   mogę   zrobić,   ale   nic   więcej,   to   nadal   będzie   tylko   moja 
wyobraźnia.

Spojrzał rozpaczliwie w niebo, którego rolę przez moment grał pokryty blachą cynową 

sufit z przygaszonymi światłami kawiarni „Em and Edna”.

—Tylko   twoja   wyobraźnia?   Oczywiście,   że   to   twoja  wyobraźnia!   Ten   świat   jest 

twoją wyobraźnią, czyżbyś  już  zapomniał?  Tam, gdzie jest twoja myśl, tam jest też twoje  
doświadczenie; Człowiek jest tym, kim myśli, że jest; To  czego się obawiałem, jest już ze 
mną;  Myśl  i   bogać  się;  Twórcza wizualizacja  
—  rozrywka i zysk; Jak znaleźć przyjaciół, 
będąc sobą.  
Twoja wyobraźnia nie zmienia ani o jotę  Tego-Co-Jest, wcale nie wpływa  na 
rzeczywistość.   Rozmawiamy   o   świecie   wytwórni   Warner   Brothers,   o   żywotach  MGM, 
każda  ich chwila to iluzja i wyobrażenie.  Wszystko  to sny wypełnione symbolami, które 
my, żyjący na jawie marzyciele, wyczarowujemy dla nas samych.

Don ułożył w jednej linii widelec i nóż, jak gdyby budował most od siebie do mnie.
—Zastanawiasz się, co  mówią twoje  sny? Podobnie przyglądaj się rzeczom twojego 
codziennego życia, życia  na jawie, pytaj, co one znaczą. Ty, dla którego życiem są 
samoloty, rozejrzyj się wokół.
—No tak, Don. — Chciałem,  żeby mówił  trochę wolniej,  żeby   nie   zarzucał   mnie   tym 
wszystkim naraz; jedna mila na minutę to zbyt szybkie tempo, jeśli w grę wchodzą nowe 
myśli.
 Jak wytłumaczyłbyś sobie sen o samolotach?
—No, wiesz... wolność. Sny o samolotach to ucieczka. I lot. I nagła swoboda.
—Jak   mam   ci   tłumaczyć?   Sen   na   jawie   jest   taki   sam:  chcesz   się   uwolnić   od 
wszystkiego, co cię więzi, od rutyny, władzy, nudy, prawa ciążenia. Z jednej rzeczy nie 
zdajesz  sobie   jednak   sprawy:   ty   już   jesteś   wolny,   zawsze   byłeś   wolny.   Gdybyś   miał 
choć połowę tych sezamków... jesteś najwyższym panem swojego magicznego życia. 
Tylko wyobraźnia! Co ty na to?
Zdziwiona kelnerka co chwila spoglądała na Dona, wycierając naczynia, przysłuchując 

się nam, zastanawiając się, kim jest ten człowiek.

— Więc nigdy nie czujesz się samotny, Don? — zapytałem.
— Nie, chyba  że mam  na to ochotę. Mam przyjaciół  w innych  wymiarach,  którzy 

towarzyszą mi od czasu do czasu. Tak samo jak ty.

— Nie. Chodzi mi o ten wymiar, o świat wyobrażony. Pokaż mi, co masz na myśli, pokaż 

mi ten maleńki cud magnesu... Chciałbym się go nauczyć.

—Ty   mi     pokaż   —   powiedział.   —   Żeby     sprowadzić  cokolwiek   na   ten   świat, 
wystarczy wyobrazić sobie, że rzecz już w nim jest.
—Na przykład co? Moja piękna dama?
—Cokolwiek, ale nie dama. Zacznij od czegoś małego.
—Czy mam spróbować teraz?
—Tak.
—OK... niebieskie piórko.
—Richardzie. — Spojrzał  na  mnie  ze  zdziwieniem.— Niebieskie piórko?

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Powiedziałeś, cokolwiek, tylko nie dama, coś małego.
—No, dobra. — Wzruszył ramionami. — Niech będzie niebieskie piórko. Wyobraź 
sobie   piórko.   Zobacz   je  oczyma   wyobraźni,   zobacz   każdy   promyk,   każdą   krawędź, 
czubek, klinowe nacięcia w miejscach, gdzie jest postrzępione, wyobraź sobie puszek 
przy dutce. Przez jedną minutę. Potem wyłącz się.
Zamknąłem oczy, ujrzałem długi na pięć cali, opalizujący błękit przechodzący w srebro 

na krawędziach. Jasne, wyraźne piórko szybujące w ciemności.

—Otocz je złotą, świetlistą poświatą, jeśli masz ochotę.  Działa jak lekarstwo, pomaga 
przy materializacji, skuteczne jest też przy magnetyzowaniu.
—OK. — Otoczyłem piórko złotą poświatą.
—W porządku. Możesz teraz otworzyć oczy.
—Gdzie jest moje piórko? — Otworzyłem oczy.
—Jeśli   widziałeś   je   oczyma   wyobraźni,   to   w   tej   chwili  z pewnością pędzi  w twoim 
kierunku jak olbrzymia ciężarówka.
—Moje piórko jak ciężarówka?
—W przenośni, Richardzie.
Przez   całe   popołudnie   czekałem,   aż   pojawi   się   piórko,   lecz   na   próżno.   Zapadł 

wieczór, przyszedł czas kolacji,  czas na kanapkę z indykiem na ciepło, dopiero wtedy je 
zobaczyłem. Obrazek i niewielki napis na kartonie mleka:  Rozlano dla Mleczarni Scotta 
na Farmie Błękitne Piórko, Bryan, Ohio.

—Don! Moje piórko!
Spojrzał, wzruszając ramionami.
—Myślałem, że spodziewasz się prawdziwego piórka.
—Wiesz, dla początkujących każde piórko dobre, nie sądzisz?
—Czy ty tylko widziałeś to piórko, czy też trzymałeś je w dłoni?
—Widziałem.
—To   wszystko   wyjaśnia.   Jeśli   chcesz   być   razem   z   osobą   czy   rzeczą,   którą 
magnetyzujesz,  nie możesz zapomnieć o sobie. Powinienem był ci o tym powiedzieć.
Dziwne, wzbudzające strach uczucie. Udało się! Świadomie zamagnetyzowałem moją 

pierwszą rzecz!

—Dzisiaj piórko — powiedziałem — jutro cały świat!
—Uważaj, Richardzie — przestrzegł mnie Don — bo będziesz żałował...

15

P

rawda, którą głosisz,

nie ma przeszłości ani przyszłości.

O

na jest, i to jej wystarcza.

LEŻAŁEM   na   plecach   pod   Castorem,   wycierając   olej    z   dolnej   części   kadłubu.   Nie 

wiem   dlaczego,   ale  samolot   tracił   teraz   mniej   oleju   niż   dawniej.   Shimoda   odbył   lot   z 
jednym   pasażerem,   po   czym   podszedł   do   mnie   i   usiadł  obok   na   trawie,   czekając,   aż 
skończę.

— Richardzie, w jaki sposób chcesz zadziwić świat, kiedy wszyscy pracują na życie, a ty 

nieodpowiedzialnie   latasz  sobie   w   kółko   dzień   w   dzień   na   tym   swoim   zwariowanym 

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

dwupłatowcu, wożąc pasażerów? — Znowu mnie sprawdzał. — Oto pytanie, które nieraz 
jeszcze usłyszysz. 

—Cóż, Donaldzie, punkt pierwszy: nie istnieję po to, aby zadziwiać świat. Istnieję po 
to, by żyć po swojemu, tak, żeby być szczęśliwym.
—Dobra. Punkt drugi?
—Punkt drugi: każdy może zarabiać na życie, jak chce. Punkt trzeci: być 
odpowiedzialnym, znaczy umieć reagować, umieć bronić wybranego przez siebie stylu 
życia. Za to życie możemy odpowiadać oczywiście tylko przed jedną osobą, to 
znaczy...?
—...przed sobą samym  — dokończył  Don w imieniu  wyimaginowanego tłumu wiernych, 
którzy rozsiedli się wokół nas.
—Nie musisz nawet odpowiadać przed samym sobą,  jeśli nie masz ochoty... nie ma 
w tym  nic złego, że ktoś  jest nieodpowiedzialny. Ale większość z nas chciałaby wie-
dzieć,   dlaczego   robimy   to,   co   robimy,   dlaczego   podejmujemy   takie,   a   nie   inne 
decyzje.  Dlaczego postanawiamy  przyglądać się ptakom, rozgniatamy stopą mrówkę 
czy też zarabiamy pieniądze, wykonując robotę, której nie mamy ochoty wykonywać. 
— W tym momencie drgnęła mi powieka. — Czy to za długa odpowiedź?
—Dużo za długa. — Pokiwał głową.
—OK... Jak chcesz zadziwić świat... — Wygramoliłem się spod samolotu i położyłem 
na chwilę w cieniu skrzydeł jego maszyny. — A co powiesz na to, że ja pozwalam 
światu żyć, jak mu wygodnie, i że sam sobie wybieram swój sposób życia.
Przesłał w moim kierunku radosny, dumny uśmiech.
—Powiedziałeś   to,   jakbyś   był   prawdziwym   mesjaszem!  Prosto,   bezpośrednio,   krótko. 
Nie   dałeś   też   łatwej   odpowiedzi   tym,   którzy   nie   chcą   poświęcić   paru   chwil,   aby 
zastanowić się nad tym.
—Daj mi jeszcze jedno zadanie. — Czułem radość, mogąc obserwować pracę swojego 
umysłu, kiedy zabawialiśmy się w ten sposób.
—„Mistrzu — powiedział — chcę być kochany, jestem dobry, nie robię bliźnim tego, co mnie 
niemiłe, a mimo to nadal nie mam żadnych przyjaciół i jestem sam”. Jak zareagujesz na taki 
problem?
—Poddaję się — odparłem. — Nie mam zielonego pojęcia, co ci powiedzieć.
—CO TAKIEGO?
—Nie tak serio, Don, spróbuj ożywić nieco ten wieczór. Trochę niewadzącej nikomu zmiany 
tempa?
—Człowieku, lepiej uważaj z tym ożywianiem wieczorów.   Problemy   to   nie   dowcipy   ani 
towarzyskie   zabawy  z   ludźmi,   którzy   do   ciebie   przychodzą,   chyba   że   są   bardzo
dojrzali duchowo, a tacy wiedzą dobrze, że sami są dla  siebie mesjaszami. Otrzymałeś 
odpowiedzi, więc je teraz ogłaszaj. Jeśli wyskoczysz z tym swoim „poddaję się”, zobaczysz, 
jak szybko tłum gotów będzie spalić cię na stosie.
Wyprostowałem się z dumą.
— Tobie,   który   przyszedłeś   do   mnie,   aby   usłyszeć   odpowiedź, tobie  odpowiadam:  tu nie 

działa   złota   zasada   wzajemności.   Czy   chciałbyś   spotkać   masochistę,   który   będzie
robił drugiemu to, co jemu miłe? Lub czciciela Krokodylowego Boga, który pragnąłby zostać 
jego   ofiarą   wrzuconą  żywcem     w     odmęty?     Nawet     Samarytanin,     od   którego     to
wszystko się zaczęło... jakie miał prawo sądzić, że ten człowiek, którego znalazł na poboczu drogi, 
chce,   żeby   mu   ktoś  opatrzył   rany?   A   może   ten   człowiek   korzystał   z   kilku   chwil
spokoju i leczył swoją duszę, zadowolony z wyzwania losu? 

—Wydawało mi się, że mówię w sposób przekonujący.
—Nawet gdyby zasadę zmieniono na: „Czyń bliźnim tylko to, co chcieliby, żebyś im czynił”, 
wiemy   tylko   to,   co   my  sami   chcemy,   żeby   inni   czynili.   Ta   zasada   tak   naprawdę
znaczy co innego i w tym sensie powinniśmy ją stosować.  „Czyń innym to, co naprawdę 

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

chciałbyś im czynić”. Jeśli spotkasz masochistę wyznającego tę regułę, nie musisz go
chłostać batem dlatego tylko, że tego od ciebie oczekuje. Nie musisz też rzucać wiernego na 

pożarcie krokodylom. — Spojrzałem na Dona. — Za dużo słów?

— Jak zwykle, Richardzie, stracisz dziewięćdziesiąt procent słuchaczy, jeśli się nie będziesz 

streszczał!

—I co z tego? — odpaliłem. — Czy byłoby źle, gdybym stracił WSZYSTKICH słuchaczy? 
Wiem,   co   wiem,  mówię,   co   mówię!   I   jeśli   to   źle,   no   to   wielka   szkoda.   Loty
samolotem są po trzy dolary, płatne gotówką, czy nie?
—Wiesz co? — Shimoda wstał, strzepując z dżinsów źdźbła siana.
—Co? — zapytałem rozdrażniony.
—Właśnie uzyskałeś dyplom. Jak to jest, kiedy człowiek staje się mistrzem?
—Cholerna nerwówka.
Spojrzał na mnie z ledwo widocznym uśmiechem.
— Przyzwyczaisz się.

O

to sposób, by sprawdzić, 

czy twoja misja na ziemi dobiegła końca:

J

eśli żyjesz, wciąż trwa.

16

S

KLEPY z artykułami żelaznymi to niezmiernie długie pomieszczenia z półkami biegnącymi 

ku   nieskończoności.   W   sklepie   żelaznym   Haywarda   buszowałem   wśród   półek   w   półmroku, 
poszukując nakrętek na trzy ósme cala, sworzni i podkładek do płozy ogonowej mojego Castora. 
Shimoda cierpliwie mi towarzyszył, kiedy szukałem potrzebnych części. On oczywiście niczego 
nie potrzebował. Pomyślałem sobie, że całej gospodarce groziłaby ruina, gdyby wszyscy byli tacy 
jak on, gdyby wytwarzali potrzebne im przedmioty z myśli i powietrza, gdyby naprawiali rzeczy 
bez części zamiennych, bez żadnego nakładu pracy.

Wreszcie znalazłem pół tuzina potrzebnych mi sworzni i powędrowałem z nimi do lady, 

gdzie właściciel sklepu  słuchał jakiejś łagodnej muzyki.  Greensleeves;  była to melodia, pod 
której przemożnym urokiem pozostawałem od najmłodszych lat. Teraz ktoś grał ją na lutni, 
dźwięk   dobiegał   z   ukrytego   systemu   nagłaśniającego...   dziwna   rzecz  jak   na   miasto,   w 
którym żyje zaledwie czterysta dusz.

Okazało   się,   że   muzyka   wzbudziła   zdziwienie   również   samego   Haywarda,   gdyż   nie 

wydobywała   się   wcale   z   głośników. Właściciel  siedział oparty na drewnianym  krześle przy 
ladzie i słuchał, jak mesjasz gra melodię na taniej sześciostrunowej gitarze zdjętej z górnej półki. 
W sklepie rozbrzmiewał cudowny dźwięk, a ja stałem oczarowany, płacąc swoje siedemdziesiąt 
trzy   centy   i   dając   się   melodii   ponownie   zauroczyć.   Choć   ten   lichy   instrument   miał   nazbyt 
blaszane brzmienie, w melodii słychać było echa mglistej, dawnej Anglii.

—Donaldzie, pięknie! Nie wiedziałem, że potrafisz grać na gitarze!
—Nie   wiedziałeś?   Wydawało   ci   się,   że   gdyby   ktoś   podszedł   do   Jezusa   Chrystusa   i 
wręczył mu gitarę, Jezus powiedziałby: „Niestety, nie potrafię na tym grać?” Czy tak
by powiedział?
Shimoda odłożył gitarę na miejsce i wyszedł ze mną na słoneczną ulicę.

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—A   gdyby   tak   zjawił   się   ktoś   mówiący   po   rosyjsku  lub  po persku,  czy  sądzisz,  że 
mistrz zasługujący na to miano nie zrozumiałby tej osoby? A gdyby tak chciał popro-
wadzić ciągnik lub wzbić się w niebo samolotem, to nie umiałby tego zrobić?
—A więc ty naprawdę wszystko umiesz, tak?
—Ty oczywiście też. Ja po prostu wiem, że wszystko potrafię.
—Czy ja też potrafiłbym w ten sposób zagrać na gitarze?
—Nie, ty miałbyś swój własny styl, różny od mojego.
—Jak mam  to zrobić? — Nie miałem  zamiaru  kupować tej gitary. Byłem zwyczajnie 
ciekaw.
—Odrzuć   wszelkie   zahamowania,   przestań   myśleć,   że  nie   potrafisz   grać.   Dotknij 
instrumentu, jakby był  częścią  twojego życia, bo nią jest, w jakimś innym wymiarze. 
Musisz   wiedzieć,   że   zagrasz   dobrze,   pozwól   nieświadomemu  „ja”   zająć   się   twoimi 
palcami i zacznij grać.
Coś   na   ten   temat   czytałem,   o   nauce   za   pomocą   hipnozy,  uczniom   mówi   się,   że   są 

mistrzami w danej dziedzinie, a oni grają, malują lub piszą jak prawdziwi, wielcy artyści.

—Nie tak łatwo zapomnieć, Don, że nie potrafię grać na gitarze.
—No, to rzeczywiście trudno ci będzie zagrać. Będziesz musiał wiele lat ćwiczyć, 
zanim pozwolisz sobie na mistrzowską grę, zanim twój samoświadomy umysł powie 
ci, że już dość się nacierpiałeś i masz prawo dobrze zagrać.
—Dlaczego nie potrzebowałem aż tyle czasu, aby nauczyć się latać? Podobno nie jest to 
łatwa umiejętność, a jednak nauczyłem się jej dość szybko.
—Czy bardzo chciałeś latać?
—To była dla mnie najważniejsza rzecz! Ważniejsza niż wszystko! Patrzyłem z góry 
na obłoki i na dym z kominów  unoszący  się dostojnie i widziałem...  Och, rozu-
miem, o co ci chodzi. Chciałeś powiedzieć: „Nigdy w ten sposób nie traktowałeś gry 
na gitarze”?
—Nigdy nie traktowałeś w ten sposób gry na gitarze, prawda?
—A to niewyraźne uczucie, którego teraz doświadczam, mówi mi, że ty właśnie w ten 
sposób nauczyłeś się latać.
Po prostu wsiadłeś pewnego dnia do Travel Air i poleciałeś.
Choć nigdy wcześniej nie byłeś w powietrzu.
—Nieźle, masz intuicję.
—Nie zdawałeś egzaminu, żeby uzyskać zezwolenie na loty? Nie, czekaj. Przecież ty 
nawet nie masz patentu, prawda? Normalnego zezwolenia na loty.

Spojrzał na mnie dziwnie, i był to raczej szept niż uśmiech, jakbym wezwał go do 

pokazania mi patentu, a on dobrze wiedział, że w każdej chwili może to zrobić.

—Chodzi ci o kawałek papieru, Richardzie? O taki patent ci chodzi?
—Tak, o kawałek papieru.

Nie sięgnął do kieszeni ani nie wyciągnął portfela. Otworzył po prostu prawą dłoń, na 

której leżał patent, jakby nosił go z sobą wszędzie, czekając, aż o niego poproszę.

Dokument nie był ani wyblakły, ani pognieciony, miałem wrażenie, że dziesięć sekund 

temu jeszcze wcale nie istniał. Ale wziąłem go i obejrzałem. Był to urzędowy patent pilota, 
z pieczęcią Wydziału Transportu, Donald William Shimoda, z adresem w Indianie, 
wykwalifikowany pilot z uprawnieniami do latania na szybowcach oraz na jedno-i 
wielosilnikowych samolotach pasażerskich startujących z ziemi.

—Nie masz zezwolenia na prowadzenie hydroplanu czy helikoptera?
—Będę je miał, jeśli zajdzie taka potrzeba — powiedział tak tajemniczo, że 
wybuchnąłem śmiechem, zanim on zrobił to samo.

Mężczyzna zamiatający chodnik przed wejściem do sklepu spojrzał na nas i też się 

uśmiechnął.

—A ja? — zapytałem. — Chciałbym zezwolenie na prowadzenie samolotów 

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

transportowych.
—Swoje patenty musisz sam fabrykować — powiedział.

17

D

ONALD Shimoda, biorący udział w programie radiowym Jeffa Sykesa, był człowiekiem, 

jakiego do tej  pory nie znałem.  Program zaczął  się o dziewiątej  wieczór i trwał do północy. 
Nadawany był z pomieszczenia, które opasane rzędami zegarów, pokręteł i taśm z reklamami nie 
było większe od warsztatu zegarmistrza.

Sykes   zaczął   swoją   audycję   od   pytania,   czy   loty   po   całym  kraju   z   pasażerami   na 

pokładzie  na takim starym  samolocie są zgodne z prawem. Odpowiedź powinna brzmieć: 
tak, nie ma w tym nic nielegalnego, samoloty te podlegają kontroli tak samo dokładnej jak 
każdy odrzutowiec. Są bezpieczniejsze i mocniejsze niż większość współczesnych samolo-
tów   pokrytych   aluminiową   blachą,   potrzeba   tylko   patentu  i   zgody   farmera.   Jednak 
Shimoda tego nie powiedział.

—  Jeff, nikt nas nie może zmusić, abyśmy przestali robić  to,   na   co   mamy   ochotę   — 

powiedział.

Dobrze,   święta   prawda,   ale   zabrakło   tu   taktu,   który   wskazany   jest   w   rozmowach   z 

publicznością radiową: ludzie ci przecież chcieliby wiedzieć, co, u licha, się dzieje, co z tymi 
samolotami,   które   latają   na   okrągło?   W   chwilę   po   jego   wypowiedzi   lampka   telefonu   na 
biurku Sykesa zaczęła migotać.

—Mamy rozmówcę na linii — powiedział Sykes. — Witamy panią.
—Czy już mogę mówić?
—Tak, proszę pani, słyszymy panią, naszym gościem jest pan Donald Shimoda, pilot. 
Proszę mówić, jesteśmy gotowi.
—No więc tak, chciałabym powiedzieć temu panu, że nie każdy może robić to, na co 
ma ochotę, i że niektórzy  muszą pracować, aby żyć, bo mają nieco poważniejsze obo-
wiązki niż latanie gdzie popadnie z jakąś szopką.
—Ludzie,   którzy   pracują,   żeby   zarobić   na   życie,   robią  to,   na   co   mają   ochotę   — 
odpowiedział Shimoda. — Tak samo jak ci, dla których życie jest zabawą...
—Pismo   mówi,   że   w   pocie   czoła   pracował   będziesz   na  chleb   twój   codzienny   i   że   w 
smutku go będziesz spożywał.
—To też możemy robić, jeśli mamy taką ochotę.
—„Róbmy   swoje!”   Mam   już   dość   ludzi   takich   jak   pan,  którzy  mówią:   róbmy   swoje, 
róbmy swoje! Jeśli pozwolimy,  aby każdy robił swoje, ludzie zniszczą ten świat. Już 
go niszczą. Niech pan spojrzy na to, co się dzieje z przyrodą, z rzekami i oceanami!
Podsunęła mu pięćdziesiąt różnych kwestii, od których mógłby zacząć swoją odpowiedź, 

lecz on zlekceważył je wszystkie.

— Nie ma w tym nic złego, że świat jest niszczony — powiedział. — Istnieje tysiąc 

milionów     innych   światów,  które możemy stworzyć,  i wśród których  możemy wybierać. 
Dopóki ludzie będą pragnęli planet, dopóty będziemy mogli mieszkać na planetach.

Nie   można   powiedzieć,   by   wypowiedź   ta   uspokoiła   rozmówczynię,   spojrzałem   na 

Shimodę   zdziwiony.   Mówił  z punktu widzenia osoby,  która żyła  już niejeden raz, i na 
podstawie   doświadczeń,   które   pamiętać   może   tylko   mistrz.  Rozmówczyni   naturalnie 
zakładała,   że   rozmowa   dotyczy  rzeczywistości tego jednego świata, gdzie narodziny są po-
czątkiem, a śmierć końcem. Wiedział o tym... dlaczego nie wziął tego pod uwagę?

—Wszystko  jest   w   porządku,   prawda? — zapytała ironicznie kobieta. — Na świecie nie 

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

ma zła, nie ma wokoło nas ani śladu występku? To pana wcale nie obchodzi, co?
—Nie ma się czym przejmować, droga pani. Widzimy jedynie drobinę tej całości, która nazywa 
się życiem. A i ta jedna drobina nie jest prawdziwa. Wszystko się równoważy, nikt nie cierpi, 
nikt nie umiera wbrew swojej   woli.  Nikt nie robi tego, czego nie chce robić. Nie ma ani 
dobra, ani zła, poza tym co nas uszczęśliwia i tym, co nas unieszczęśliwia.
Nic z tego, co mówił, nie uspokoiło kobiety. Nagle jednak zapytała wprost:
—Skąd pan wie o tym wszystkim? Skąd pan wie, że to, co pan mówi, jest prawdą?
—Nie wiem, czy to prawda — odpowiedział. —— Wierzę w to, bo to mi sprawia radość.
Zmrużyłem oczy. Mógłby powiedzieć, że poddał swoje poglądy sprawdzianom i że okazały się 

słuszne... mógł wspomnieć o uzdrowieniach, cudach, praktycznej działalności, które udowodniały, 
że myśli z sensem. Jednak on tego nie powiedział. Czemu?

Musiał być jakiś powód. Oczy miałem niemal zamknięte,  prawie całe pomieszczenie tonęło w 

półmroku, widziałem jedynie rozmyty, niewyraźny obraz Shimody pochylonego nad mikrofonem. 
Mówił o tych sprawach bez namysłu, nie pozostawiał żadnych innych możliwości, nie próbował po-
móc słuchaczom w zrozumieniu tego, co mówi.

—  Wszyscy   ludzie,   którzy   mieli   jakiekolwiek   znaczenie,   wszyscy,   którzy   byli   kiedyś 

szczęśliwi, wszyscy,  którzy dali cokolwiek  światu,  wszyscy byli  w boski sposób  egoistami 
dbającymi w życiu tylko o swoje interesy. Bez wyjątków.

Wieczorne spotkanie trwało nadal, następnym rozmówcą był mężczyzna.
— Egoiści! Czy pan wie, kto to jest antychryst?

Przez chwilę Shimoda uśmiechał się, siedząc wygodnie w fotelu. Wyglądało to tak, jakby znał 
rozmówcę osobiście.

— Może pan mi powie — odparł.
—Chrystus powiedział,   że musimy   żyć dla naszych  bliźnich. Antychryst mówi, bądźcie 
egoistami, żyjcie tylko dla siebie, a inni niech idą do diabła.
—Lub do nieba albo gdziekolwiek mają ochotę.
—Jest   pan   niebezpieczny,   czy   pan   o   tym   wie?   A   gdyby  tak   wszyscy   pana   posłuchali   i 
rzeczywiście   robili   to,   na  co   mają   ochotę?   Jak   panu   się   wydaje,   jakie   byłyby   kon-
sekwencje?
—Wydaje mi się, że byłaby to prawdopodobnie najszczęśliwsza planeta w tej części naszej 
Galaktyki — odpowiedział.
—Szanowny   panie,   nie   życzyłbym    sobie,   aby   moje  dzieci  słuchały tego,  co pan  tu 
wygaduje.
—A co pana dzieci chciałyby usłyszeć?
—Skoro wszyscy możemy robić, co nam się żywnie podoba, znaczy to, że ja mogę pójść na to 
pole z rewolwerem i wystrzelić w twój głupi łeb.
—Oczywiście, może pan to zrobić.
W słuchawce dał się słyszeć głośny stuk. Gdzieś w mieście był przynajmniej jeden gniewny 

człowiek. Do studia dzwonili tymczasem inni mężczyźni, a także rozgniewane kobiety; wszystkie 
lampki na konsolecie świeciły się i migotały.

Rozmowa nie musiała potoczyć się w tym kierunku; Shimoda mógł powiedzieć to samo w inny 

sposób, nie musiał nikogo irytować.

Powoli zaczęło ogarniać mnie to samo uczucie, którego doświadczyłem w Troy, kiedy tłum 

okrążył Shimodę. Najwyższy czas, już czas, byśmy ruszali stąd dalej.

Tam, w studiu, poradnik w niczym mi nie pomógł.

Ż

eby cieszyć się wolnością i szczęściem,

 musisz zrezygnować z nudy.       

   

N

ie zawsze jest to łatwe.

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Jeff Sykes wyjaśnił słuchaczom, kim jesteśmy, poinformował, że nasze samoloty stoją na polu 

Johna Thomasa przy autostradzie 41, i że nocą śpimy pod ich skrzydłami.

Czułem wzbierającą falę gniewu ludzi zaniepokojonych o zdrowie moralne swoich dzieci, o 

przyszłość   Ameryki  i  amerykańskiego   stylu   życia,   wszystko   to   nie   napawało
mnie optymizmem. Do końca programu zostało jeszcze pół godziny, a z każdą chwilą było coraz 
gorzej.

—Wiesz pan, myślę, że jesteś oszustem — powiedział kolejny rozmówca.
—Oczywiście,   że   jestem   oszustem!   Wszyscy   jesteśmy  oszustami.   Wszyscy   udajemy,   że 
jesteśmy   kimś,   kim   naprawdę   nie   jesteśmy.   Nikt   z   nas   nie   jest   chodzącym   po   ziemi
ciałem,   nie   jesteśmy   atomami   i   cząsteczkami,   jesteśmy   nieśmiertelnymi,   niezniszczalnymi 
ideami Tego-Co-Jest, choć byśmy byli przekonani o czymś wręcz przeciwnym...
Don pierwszy by mi  przypomniał,  że mogę  wyjść,  jeśli nie podobają mi  się jego słowa, 

śmiałby się z  moich  obaw,  że przy samolotach  czekać  może  na nas  motłoch  z pochodniami 
gotowy do linczu.

18

N

iech nie przerażają cię pożegnania. 

Są one konieczne, abyście znów mogli się spotkać.   
 

A

 ponowne spotkanie po kilku chwilach,

 po jednym, drugim życiu, nastąpi na pewno, 
dla tych, którzy są przyjaciółmi.

N

ASTĘPNEGO dnia w południe, zanim zaczęli się schodzić ludzie, Don zatrzymał się przy 

skrzydle mojego samolotu.

—Zwierzyłem ci się kiedyś, że nikt mnie nie chciał słuchać, choć uczyniłem wiele cudów. 
Pamiętasz, co wtedy mi powiedziałeś?
—Nie.
—A pamiętasz tę chwilę, Richardzie?
—Tak, pamiętam. Wydawało mi się wtedy, że jesteś bardzo samotny. Nie pamiętam jednak, 
co ci powiedziałem.
—Powiedziałeś, że jeśli zależy mi na tym,  by ludzie  słuchali moich słów, to uzależniam 
swoje szczęście od innych. Tego właśnie się tu nauczyłem: nie ma znaczenia, czy ktoś mnie 
rozumie czy nie. Wybrałem swój obecny żywot po to, żeby podzielić się z innymi  moimi 
uwagami na temat tego świata. Równie dobrze mógłbym milczeć. To-Co-Jest nie potrzebuje 
mnie, nie dba o to, czy komukolwiek o nim mówię.
—To oczywiste. Don. Sam mógłbym ci to powiedzieć.
—Dzięki serdeczne. Odkrywam prawdę, tę jedną, jedyną prawdę, dla której żyłem w tym 
wcieleniu,   kończę  pracę   całego   mojego   życia,   a   on   mi   mówi:   „To   oczywiste,
Don”.
Śmiał się, ale był też smutny, a ja nie wiedziałem wtedy dlaczego.

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

19

M

iarą twojej niewiedzy jest siła twojego przekonania

o niesprawiedliwości i tragedii życia.

T

o, co gąsienica nazywa końcem świata, 

mistrz nazwie motylem.

S

ŁOWA, które znalazłem wczoraj w poradniku, były jedynym  ostrzeżeniem. Zwyczajny, 

niewielki tłum klientów czekał na loty, samolot Dona manewrował, zatrzymał się koło nich w 
porywach wzbudzanego śmigłem wiatru — normalna, wydawało się, scena, którą obserwowałem, 
siedząc   na   skrzydle   Castora   i   napełniając   bak   paliwem.   Po   chwili   rozległ   się   huk,   jakby 
eksplodowała opona, tłum też eksplodował i rozbiegł się we wszystkie strony. Opona Travel Air 
była nietknięta, silnik stukotał na wolnym biegu jak przed chwilą, ale w płótnie pod kabiną pilota 
dostrzegłem szeroki na jedną stopę otwór. Shimoda leżał wgnieciony w przeciwległą ścianę, 
głowa zwisała bezwładnie, ciało nieruchome jakby dopadła go nagła śmierć.

Minęło kilka tysięcznych sekundy, zanim zorientowałem  się, że ktoś zastrzelił Shimodę, 

kilka   następnych   chwil   potrzebnych  mi   było  do  tego,  żeby  odrzucić  kanister  z   paliwem  i 
zeskoczyć   z   górnego   skrzydła.   Jak   w   filmowym   scenariuszu,   w   sztuce   granej   przez 
amatorów, jakiś mężczyzna ze  strzelbą uciekał wraz z innymi tak blisko mnie, że mógłbym 
go   skosić   szablą.   Pamiętam,   że   nie   obchodził   mnie   wtedy.  Nie   byłem   ani   wściekły,   ani 
zaszokowany,   ani   przerażony.  Liczyło   się   tylko   jedno:   dobiec   jak   najszybciej   do   kabiny 
Travel Air i porozmawiać z przyjacielem.

Wydawało   się,   jakby   rozerwał   go   wybuch   bomby;   lewa  część   jego   ciała   była   lepką, 

szkarłatną   masą   poszarpanej  skóry,   koszuli,   mięsa   i   krwi.   Głowa   zwisała   przy   gałce 
wtryskiwacza paliwa, przy prawym dolnym rogu tablicy rozdzielczej. Pomyślałem sobie, że 
gdyby założył pasy, nie rzuciłoby go w ten sposób.

— Don, nic ci nie jest? — Kretyńskie słowa.

Otworzył oczy i uśmiechnął się. Twarz miał spryskaną krwią.

— Richardzie, jak to wygląda?
Odetchnąłem   z   ulgą,   kiedy   usłyszałem   jego   głos.   Jeśli  mówi,   jeśli   myśli,   wyjdzie   z 

tego.

— Wiesz   co,   chłopie,   gdybym   nie   wiedział,   co   to   znaczy,   powiedziałbym,   że   masz 

malutki problem.

Nie ruszył  się, jedynie  jego głowa drgnęła, i nagle  znów  ogarnął  mnie  lęk wywołany 

bardziej jego bezruchem niż widokiem krwi i poszarpanego ciała.

—Nie sądziłem, że masz wrogów.
—Nie   mam.   To   był...   przyjaciel.   Lepiej   nie   sprowadzać  kłopotów   na   jakiegoś... 
oszołoma, tylko dlatego, że... mnie zabił.
Fotel   i   boczne   ściany   kabiny   ociekały   krwią.   Niełatwo   będzie   wyczyścić   Travel   Air, 

choć sam samolot nie był poważnie uszkodzony.

—Czy to musiało się zdarzyć, Don?
—Nie   —   powiedział   ledwo   słyszalnym   głosem,   oddychając   z   trudem.   —   Chyba... 
podoba mi się ten dramatyzm...
—Dobra,   bierzmy   się   do   roboty!   Musisz   się   teraz   uzdrowić!   Niedługo   przyjdą   tu 
tłumy, czekają nas loty!

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

Kiedy   tak   sobie   z   niego   żartowałem,   wbrew   całej   jego   wiedzy,   wbrew   swojemu 

rozumieniu rzeczywistości, mój przyjaciel, Donald Shimoda, opadł bezwładnie na przycisk 
wtryskiwacza i zmarł.

Głowę  wypełnił  mi   wrzask,   cały  świat   przechylił  się   nagle,  a ja osunąłem  się wzdłuż 

porwanego płótna na wilgotną,  czerwoną trawę. Wydawało mi się, że to ciężar poradnika, 
który   miałem   w   kurtce,   przechyla   mnie   na   bok,   a   kiedy   uderzyłem   o   ziemię,   książka 
wypadła z kieszeni, wiatr powoli przewracał jej kartki.

Podniosłem ją nerwowo. Czy tak się to kończy, pomyślałem, czy wszystko,  co mówił 

mistrz,  to jedynie  piękne  słówka, które nie potrafiły uchronić go przed atakiem  jakiegoś 
szaleńca na farmerskim polu?

Musiałem przeczytać trzy razy, zanim uwierzyłem, że na ostatniej stronie znajdują się 

te właśnie słowa:

W

szystko

w tej książce

może być

nieprawdą.

koniec

Epilog

K

IEDY   nadeszła   jesień,   poleciałem   z   prądem   ciepłego   powietrza   na   południe. 

Niewiele   znalazłem   odpowiednich   pól,   ale   za   każdym   razem   gromadziły  się   większe 
tłumy.   Ludzie   zawsze   lubili   latać   na   dwupłatowcu,   a   obecnie   wielu   z   nich   zostawało   po 
locie, żeby porozmawiać ze mną i zjeść pieczone na ognisku jabłka.

Od czasu do czasu ktoś, kto tak naprawdę nie był poważnie chory, mówił mi, że dzięki 

tym   rozmowom   czuje  się  znacznie   lepiej,  a na  drugi  dzień  ludzie   patrzyli   na  mnie  dość 
dziwnym wzrokiem, zaciekawieni podsuwali się bliżej. Nieraz odlatywałem wcześniej.

Nie było żadnych cudów, chociaż Castor latał lepiej niż  kiedykolwiek i zużywał mniej 

benzyny. Przestał tracić paliwo, na śmigle i na szybie nie gromadziły się martwe owady. Z 
pewnością to skutek chłodniejszego powietrza, a może to robactwo zmądrzało na tyle, że wie 
już, jak uniknąć zderzenia z samolotem.

Tymczasem   dla   mnie   rzeka   czasu   przestała   płynąć   w   to  letnie   południe,   kiedy 

zastrzelono  Shimodę.  Było  to zakończenie,  w które nie potrafiłem  uwierzyć,  którego nie 
potrafiłem   zrozumieć.   Utknęło   w   mojej   pamięci,   przeżywałem  je   tysiące   razy,   żywiąc 
cichą nadzieję, że coś się zmieni. Jednak nic się nie zmieniło. Czego miałem się owego dnia 
nauczyć?

Pewnego wieczoru w październiku, kiedy przestraszyłem się i uciekłem przed tłumem w 

Missisipi, wylądowałem na niewielkiej polanie.

4

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

I   zanim   zasnąłem,   wróciłem   myślą   do   tamtej   chwili   —   dlaczego   umarł?   Nie   było 

żadnego powodu. Jeśli to, co powiedział, było prawdą...

Nie   było   z   kim   porozmawiać,   tak   jak   rozmawialiśmy  kiedyś,   nikt   mnie   niczego   nie 

uczył, nikt mnie nie podchodził i nie atakował, używając moich własnych słów, nie  było 
nikogo,   przy   kim   mój   umysł   mógłby   się   ćwiczyć.   Mogłem   to   wszystko   robić   z   sobą 
samym? Tak, ale nie byłem takim świetnym kompanem, jakim był Shimoda, który uczył, 
wytrącając mnie zawsze z równowagi swoim duchowym karate.

Myśląc o tym, zasnąłem, a śpiąc, śniłem.

Klęczał w trawie na polanie, tyłem do mnie, łatając dziurę w bocznej, zniszczonej przez 

wystrzał ścianie Travel Air.  Obok jego kolana leżał wałek lotniczego płótna oraz puszka  z 
pastą do uszczelniania powierzchni samolotu.

Wiedziałem, że śnię; wiedziałem też, że to dzieje się naprawdę.
— DON?
Powoli podniósł się z kolan i odwrócił twarzą do mnie, uśmiechnął się, widząc w moich 

oczach smutek i radość.

— Serwus — powiedział.
Nic   nie   widziałem   z   powodu   łez.   Nie   ma   śmierci,   nie  ma   żadnej   śmierci,   a   ten 

człowiek jest moim przyjacielem.

— Donaldzie!... Ty żyjesz! Co ty wyprawiasz?
Podbiegłem i zarzuciłem mu ręce na szyję, był tu naprawdę. Czułem skórę jego lotniczej 

kurtki, ścisnąłem jego ramiona.

—Cześć — powiedział. — Pozwolisz? Próbuję załatać tę dziurę.
Byłem bardzo szczęśliwy, że znowu go widzę: nie ma rzeczy niemożliwych.
—Pastą   i   płótnem?   —   zapytałem.   —   Pastą   i   płótnem  próbujesz   naprawić...?   W   ten 

sposób się tego nie robi, widzisz, że jest w porządku, i dziura już załatana...

Kiedy   wypowiedziałem   te   słowa,   przesunąłem   ręką   jak  po   ekranie   przed   otworem,   a 

kiedy   cofnąłem   dłoń,   nie   było  już  po  nim   śladu.   Lśniła   tylko   czysta,   świecąca   jak  lustro 
powierzchnia samolotu.

—A więc to tak się robi! — powiedział, a w jego czarnych oczach widać było dumę z 

niezbyt lotnego ucznia, który w końcu sprawdził się jako mechanik duszy.

Nie zdziwiło mnie to; w moim śnie tak się powinno wykonywać tę pracę.
Przy   jednym   ze   skrzydeł   płonęło   poranne   ognisko,   nad  ogniem   zawieszona   była 

patelnia.

—Ty coś pichcisz, Don! Wiesz, że nigdy nie widziałem, jak gotujesz! Co robisz?
—Placki   z   mąki   kukurydzianej   —   powiedział   od   niechcenia.   —   Chciałbym   ci 
pokazać,   jak   się   je   robi,   to   ostatnia   rzecz,   jakiej   chciałbym   cię   nauczyć   w   twoim 
życiu.
Ukroił scyzorykiem dwa kawałki i podał mi jeden. Teraz, kiedy to piszę, nadal czuję ten 

smak, smak trocin i starego kleju podsmażonych na smalcu.

—No i co powiesz? — zapytał.
—Don...
—Zemsta   upiora.  — Uśmiechnął   się   do   mnie. — Zrobiłem je z gipsu. — Odłożył 
swój kawałek na patelnię.  — Chciałbym ci przypomnieć o jednym. Jeśli kiedykolwiek 
będziesz   chciał   skłonić   kogoś   do   nauki,   uczyń   to   za   pomocą  swojej   wiedzy,   a   nie 
placków. OK?
—NIE! Kochaj mnie, kochaj moje placki! To przecież tworzywo życia, Don!
—Świetnie, ale gwarantuję, pierwsza kolacja, którą zjesz z kimkolwiek, będzie też twoją 
ostatnią, jeśli nakarmisz gości takim przysmakiem.
Zaśmialiśmy się, potem zaległa cisza, w milczeniu patrzyłem na niego.

5

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

—Don, nic ci nie jest, co?
—Myślisz, że nie żyję? Daj sobie spokój, Richardzie.
—I to nie jest sen? Nie zapomnę, że cię widzę?
—Nie. To jest sen. Jesteśmy w innej czasoprzestrzeni,  a inna czasoprzestrzeń to tylko 
sen   dla   zdrowego   Ziemianina,   którym   będziesz   jeszcze   przez   jakiś   czas.   Jednak   nie 
zapomnisz tego spotkania, zmieni ono twój sposób myślenia. I twoje życie.
—Czy zobaczę cię jeszcze? Wrócisz?
—Nie sądzę. Chcę wydostać się z granic czasu i przestrzeni... Prawdę mówiąc, już mi 
się to udało. Ale jest nadal między nami ta więź, między mną, tobą a innymi członkami 
naszej rodziny. Jeśli coś cię zaniepokoi, zatrzymaj ten problem w myślach, pójdź z nim 
spać, a spotkamy się tu obok samolotu i porozmawiamy o nim, jeśli będziesz miał na 
to ochotę.
—Don...
—Co?
— Dlaczego strzelba? Dlaczego to się stało? Jeśli ci ktoś  strzałem  ze strzelby rozwala 

serce, nie widzę w tym nic wspaniałego ani chwalebnego.

Usiadł na trawie przy jednym ze skrzydeł.
— Ponieważ nie byłem mesjaszem z pierwszych stron gazet, Richardzie, nie musiałem 

niczego   nikomu  udowadniać.  A   ponieważ   ty   musisz   jeszcze   poćwiczyć,   zanim   będziesz 
umiał na widok zjawy nie tracić głowy, nie popadać z ich powodu w smutek — dodał, ciężko 
wzdychając — mógłbyś wykorzystać w ramach tego treningu jakieś ociekające  krwią duchy. 
Miałem też przy tym dużo zabawy. Umrzeć,  to dać nurka do głębokiego jeziora w skwarny 
dzień. Odczuwasz szok tej nagłej chłodnej odmiany, chwilowy ból, a potem akceptacja staje się 
pływaniem w rzeczywistości. A jednak po tylu powtórzeniach, szok jest coraz słabszy. — Po 
długiej przerwie Don podniósł się. — Tylko niewielu ciekawi to, co masz do powiedzenia, ale 
to   nic   złego.   Nie   oceniasz   mistrza   podług   rozmiaru   tłumu,   jaki   się   wokół   niego  gromadzi, 
pamiętaj.

—Don, spróbuję, obiecuję ci to, lecz ucieknę na zawsze,  jak   tylko   praca   ta   przestanie 

mnie bawić.

Nikt nie dotknął Travel Air, ale jego śmigło obróciło się, z silnika wypłynął granatowy 

dym, a polanę wypełnił głęboki warkot maszyny.

—Przyjmuję     twoją     obietnicę,     ale... — Spojrzał     na  mnie i uśmiechnął się, jakby 
mnie nie rozumiał.
—Przyjmujesz, lecz co? Powiedz mi. Słowa. Mów. Coś nie tak?
—Nie lubisz tłumów — powiedział.
—Nie lubię, jak cisną się na mnie. Lubię mówić, lubię wymianę myśli, ale ten cały kult, 
ta zależność... mam nadzieję, że nie prosisz, bym... Już uciekłem...
—Może jestem po prostu głupi, Richardzie, a może nie dostrzegam tego, co dla ciebie 
jest całkiem oczywiste; jeśli sam tego nie widzę, ty mi powiedz, co to takiego. A czemu 
by   nie   zapisać   tego   na   papierze?   Czy   istnieje   jakaś   reguła  zakazująca   mesjaszowi 
zapisywania tego, co uważa za prawdę, co sprawiało mu radość, co mu pomogło? Wtedy 
może, jeśli ludziom nie spodobają się jego słowa, zamiast do niego strzelać, mogliby po 
prostu   książkę   spalić,   rozgrzebać   popioły   kijem?   A   jeśli   im   się   spodoba,   mogliby 
przeczytać  jego   słowa   raz   jeszcze   i   zapisać   je   na   drzwiczkach   lodówek,  zabawić   się 
pomysłami, które do nich przemawiają? Czy jest coś złego w pisaniu? Może mówię jak 
głupiec.
—Chodzi ci o książkę?
—Właśnie.
—Czy wiesz, jaka to robota...? Obiecałem sobie, że już nigdy w życiu nie napiszę słowa!
—Och, wybacz — powiedział. — W tym więc rzecz. Nie wiedziałem.
Wdrapał się na górne skrzydło samolotu i wszedł do kabiny.

5

background image

Richard Bach - Iluzje, czyli człowiek, który nie chciał być mesjaszem.

— No, dobra. Do zobaczenia. Trzymaj się, i tak dalej. Nie pozwól   żeby cię dopadł 

tłum. Jesteś pewien, że nie chciałbyś tego zapisać?

—Nigdy — powiedziałem. — Ani słowa.

Wzruszył ramionami, włożył rękawice i włączył ssanie.

Rozległ   się   nagły   warkot   silnika,   który   zaczął   mnie   otaczać,   aż   zbudziłem   się   pod 

skrzydłem mojego Castora, w uszach wciąż brzmiało echo snu.

Byłem sam, na polu panowała tak wielka cisza, jakby cały świat pokryty był tego ranka 

puszystym śniegiem późnej jesieni.

A potem, dla zabawy,  zanim się do reszty przebudziłem,  sięgnąłem   po   mój   dziennik   i 

zacząłem pisać; ja, mesjasz w świecie innych mesjaszów, pisałem o przyjacielu:

1. I zstąpił między nas mistrz zrodzony na świętej ziemi stanu Indiana, 

5


Document Outline