background image

Zofia Żurakowska

Jutro niedziela i inne 

opowiadania

Wydawnictwo ”Nasza Księgarnia”, Warszawa 1972

background image

Szafka była stale zamknięta na klucz, a klucz leżał w szufladzie katedry. Wiedziała o 

tym cała klasa i pani nauczycielka, nikt więcej. Poza tym wszyscy od stu lat znali starą 

Katarzynę, która sprzątała szkołę, i wiedzieli, że nic jej nie obchodzi oprócz nabożeństwa w 

kościele i szkolnych mioteł i ścierek. Więc któż wyjął skarbonkę z szafy? Ktoś z klasy, to 

jasne.

Tak powiedziała nauczycielka przy końcu ostatniej lekcji.

Dziś jest poniedziałek - do soboty skarbonka musi się znaleźć. Musi. Jeśli się nie 

znajdzie, trzeba będzie zawiadomić pana kierownika: taki straszny wstyd dla klasy!

Otóż   nauczycielka,   panna   Jadwiga,   prosi   wszystkich   uczniów   i   uczennice,   by 

stworzyli w klasie taką atmosferę, taki nastrój prawdy i uczciwości, by winny sam zrozumiał, 

jak niskiego czynu się dopuścił. Nie powinni się szpiegować ani podpatrywać, tylko wpływać 

na   siebie   wzajemnie,   podnosić   się   duchowo   i   moralnie,   zmusić   winowajcę   do   żalu   za 

popełniony czyn i do zwrotu skarbonki.

Wszyscy widzieli, że nauczycielka miała łzy w oczach.

Mówiła tak przejmującym głosem, że niejednemu zadrżało serce. Bo cóż z tego, że się 

tej skarbonki nie dotknęło nawet palcem?

Jednak straszno się robi od takiej sprawy!

Nauczycielka   powiedziała   jeszcze,   że  może   się  zdarzyć,  iż  ktoś  nagle,  ni  stąd,  ni 

zowąd, ulegnie brzydkiej pokusie. Otóż powinien znaleźć w sercu odwagę przyznania się do 

tego.

Zakręciło mu się w głowie, na sekundę pomyślał, że nie robi nic złego, bo pieniądze w 

skarbonce są właściwie wspólne - ale teraz musi zrozumieć, że były zbierane od dłuższego już 

czasu   nie   dla   niego,   ale   na   wspólny   cel,   na   pomnik   burmistrza   miasta.   Więc   biorąc   je, 

popełnił... - panna Jadwiga nie może wymówić słowa: kradzież - popełnił zły czyn. I już od 

dziś aż do soboty panna Jadwiga nie będzie nawet wspominała o tej sprawie i nie chce o niej 

słyszeć. Do soboty skarbonka na pewno znajdzie się w szafie albo na katedrze.

Wyszła z wypiekami na twarzy.

I od razu nazajutrz rano rozpoczął się ten najważniejszy pod słońcem tydzień.

O   godzinie   siódmej   minut   czterdzieści   weszli   do   klasy   jednocześnie   Władek 

Szydelski, Jerzy Lot i Zoja Relichówna - wszyscy troje mieszkali bardzo daleko od szkoły, 

wobec czego przychodzili najczęściej pierwsi. I wszyscy troje jednocześnie spostrzegli na 

tablicy ten wielki biały napis, który potem doprowadził klasę do stanu wrzenia.

Napis głosił:

„Skarbonka nie została ukradziona. Zwrócę ją, jeśli obiecacie uroczyście, że pieniądze 

background image

zostaną użyte na kupno wielkiej mapy całego świata.

Musimy wiedzieć, jak jest na całym świecie. Pomnik burmistrza nikogo nie obchodzi. 

Już dawno umarł i wszystko nam jedno!”

- No, no! - powiedziała Zoja kręcąc głową.

Jerzy roześmiał się krótko i mruknął:

- Naturalnie, że wszystko nam jedno.

Ale Władek zapałał oburzeniem.

- To sobie dobre! - wykrzyknął. - Stawia nam warunki, każe obiecywać to, czego on 

chce, i w dodatku uroczyście! Mam w pięcie wszystkie mapy świata!

Długo jeszcze wykrzykiwał w ten sposób, a Jerzy przez ten czas działał, nie tracąc 

chwili.

Wypadł na korytarz i wypatrzywszy Katarzynę  w ciemnej sionce nad paką węgla, 

rozpoczął natychmiast dochodzenie.

- Katarzyno, kto przed nami był w klasie?

Babina nie podniosła nawet głowy, szperała dalej w pace.

- Skąd ja mam to wiedzieć? - mruknęła. - Siedzę cięgiem w klasach czy co?

- No, dobrze, a kto najpierwszy przyszedł do szkoły?

Teraz już staruszka zirytowała się wyraźnie.

- Żebym miała czas, tobym siedziała na progu i wiedziała, co i jak, a jak nie mam 

czasu, to skąd mam wiedzieć? Drzwi otwieram, słomiankę wytrzepię i spokój.

W klasie już było pełno.

Wszyscy po kolei podchodzili do tablicy i czytali wyzywającą propozycję. Ten i ów, 

nadając  sobie  tony Sherlocka  Holmesa,  studiował podłogę  przy tablicy,  szukając śladów, 

badał okna i kredę.

Ale w chwili gdy zadźwięczał dzwonek, wszyscy jedną myślą  tknięci skoczyli  ku 

tablicy i dziesięć rąk jednocześnie zatarło napis. Bo dla każdego było jasne, że sprawa ta stała 

się wyłączną własnością klasy.

Pierwsza lekcja płynęła w atmosferze głębokiej uwagi i skupienia - aż panna Jadwiga 

poczuła lekki niepokój w sercu.

Dopiero pod koniec godziny gruby Bronek szepnął do Władka:

- A ja myślę, że to ty...

Władek rzucił się na ławce.

- Dureń - syknął donośnie.

Jerzy zapytał nie odwracając głowy:

background image

- Na jakiej podstawie?

Ale   Bronek   nie   miał   żadnej   podstawy,   wobec   czego   jego   sąsiadka,   ciemnowłosa 

Krysia,   doradziła   mu,   żeby   kazał   się   wypchać   i   w   ogóle   nie   obrażał   uczciwych   ludzi 

posądzeniami.

Dzwonek zadźwięczał. Ani jeden uczeń, ani jedna uczennica nie wybiegli z klasy na 

pauzę do ogrodu.

- Po prostu, po prostu każmy mu! Niech się przyzna! - krzyczał Władek podrażniony i 

blady. - Niech zrozumie, na co naraża swoich kolegów i koleżanki. Już wszyscy patrzymy 

jedni na drugich jak na złodziejów!

Jerzy zaprotestował spokojnie:

-   Wcale   nie   jak   na   złodziejów,   bo   już   wiemy,   że   mamy   do   czynienia   nie   ze 

złodziejem, ale z kimś, komu strzeliło do głowy zażartować sobie z nas. A po wtóre, ciekaw 

jestem, w jaki sposób możemy kazać? On sobie drwi z tego, póki go nie znamy.

Ale zacietrzewiony Władek nie słuchał, skoczył ku tablicy i wielkimi literami drżącą 

ręką napisał:

„My, cała klasa, rozkazujemy ci, złodzieju, żebyś zwrócił skarbonkę i przyznał się.

Inaczej wyrzucimy cię ze szkoły!”

Zoja wzięła wilgotną ściereczkę i spytała uprzejmie:

- Czy już przeczytaliście wszyscy? - Potem starła napis powolutku i dokładnie.

Teraz zrozumiał Władek, że całe jego wezwanie było bez sensu. Siadł na ławce i 

zatopił ręce we włosach. Rozpoczęła się lekcja.

Z  początku  chciano  się zastosować do prośby panny Jadwigi  i”stworzyć  w klasie 

atmosferę   prawości”,   ale   nikt   nie   wiedział,   jak   się   do   tego   wziąć.   Władek   wygłaszał 

podnieconym głosem tyrady, Krysia wykrzykiwała, dwa razy głośniej niż zwykle, zdania w 

rodzaju:

- Ale ja się bardzo dziwię, bardzo, że pomiędzy nami jest ktoś taki!

Gruby Bronek coraz to na kogo innego patrzał bacznie krągłymi oczkami. Wszyscy 

dużo mówili o”oburzającym  fakcie”, ale i wszyscy czuli, że to do niczego nie prowadzi. 

Zresztą stała się ta oto ważna rzecz: już nikt nie śmiał mówić szczerze, co o tym zdarzeniu 

myśli. Ten i ów miał ochotę zawołać:”Wiecie co?

Zgódźmy się, ten burmistrz naprawdę nikogo nie obchodzi” - ale zaraz nasuwała się 

wątpliwość:”Pomyślą, że to ja”.

Pozostawała jedyna droga: oburzać się i protestować głośno.

Jerzy pierwszy obrał inny system. Powiedział podczas ostatniej pauzy:

background image

- On ma nas w ręku. Nic sobie nie robi z naszego oburzenia, bo nie czuje winy. 

Wydaje mu się, że ma rację. Ale my wcale nie chcemy ulec pogróżce i dlatego musimy go 

wykryć. Niech każdy działa na własną rękę, ale już dajmy pokój temu gadaniu!

Wszyscy bardzo dobrze wiemy, że to jest oburzające - dokończył bez przekonania.

Potem była lekcja przyrody.

Krysia, spocona i rozczochrana, rzucając wkoło rozpaczliwe spojrzenia, mówiła:

- O liściu można powiedzieć albo bardzo mało, albo bardzo dużo - tu jej wiadomości z 

tego zakresu wyczerpały się - utknęła.

Daremnie Jerzy, nie otwierając ust, szeptał zbawcze słowa Krysi, przymknęła oczy i o 

tym tylko marzyła, żeby co prędzej dostać tę pałę i usiąść.

Panna Jadwiga powiedziała złowieszczo:

- To jest rzeczywiście bardzo mało.

Ale   cóż  znaczyły  jej  słowa  i   pała,  i   bohaterskie   wysiłki  Jerzego   wobec   faktu,  że 

właśnie   w   tym   momencie   Krysia   doznała   olśnienia:   poczuła   najwyraźniej,   że   skarbonkę 

zabrał gruby Bronek! Trzęsła się z niecierpliwości, by się tą pewnością podzielić z Jerzym.

Czyż to nie Bronek pierwszy rzucił podejrzenie na Władka?

Czy   nie   on   przepadał   za   geografią   i   studiował   mapy?   Czy   to   wreszcie   nie   jego 

styl:”Burmistrz nikogo nie obchodzi”?

Krysia po skończonych lekcjach odprowadziła kawałek drogi Jerzego, Władka i Zoję.

Wszyscy   troje   wysłuchali   jej   zwierzeń   z   uwagą,   ale   bez   szczególniejszego 

zainteresowania i nie dali się przekonać. Bronek nie był aż tak głupi, by pisać o mapach, 

wiedząc, że cała klasa zna jego zamiłowania geograficzne. To musiał pisać ktoś, kto właśnie 

wcale się tych podejrzeń nie bał. Że zwrócił się do Władka z oskarżeniem? Także niczego nie 

dowodzi - Bronek nigdy nie widział dalej niż koniec swego nosa, a właśnie Władka miał na 

końcu nosa, bo siedział za nim.

A styl? W tym zdaniu nie było żadnego specjalnego stylu. Takie było zdanie Jerzego i 

Władka.

Małomówna, spokojna Zoja przyłączyła się do ich wywodów.

Wtedy Krysia obraziła się i krzyknęła:

- Bardzo się dziwię, że nie chcecie mi uwierzyć, przekonacie się wkrótce - i zawróciła 

do domu.

Stali właśnie przed furtką sadu rodziców Jerzego, chłopiec pożegnał się i wszedł. W 

tym małym, parterowym domku mieszkał, a okna jego pokoju wychodziły na sztachety, za 

którymi rozpoczynał się sad rodziców Zoi. Siedząc przy swoim stoliku miał przed oknami 

background image

rzędy drzew, z których jesienne wiatry strząsały rdzewiejące liście.

Blade słońce napełniło ten mały sadek słodkim, kolorowym ciepłem, między pniami 

drzew, z których  deszcze zmyły już wapno, bielała ściana starego domu Zoi, niby krwią 

znaczona rubinowymi liśćmi dzikiego wina.

Na małych, okrągłych klombach kłębiły się różnokolorowe astry, a wszędzie popod 

ścianami na rabatach słały się pożółkłe łodygi i zwiędłe liście umarłych kwiatów letnich.

Jerzy popadał w łagodny smutek, ilekroć patrzył na ten sadek w bezsilnym pięknie 

odchodzącej jesieni. Od roku już w tym domu, za sztachetami, mieszkała jego koleżanka, od 

roku co rano spotykali się u furtki i razem szli do szkoły, od roku po ostatnim dzwonku 

wracali razem aż do progu, a jednak nigdy jeszcze nie był w tym sadzie, nigdy nie wszedł do 

wnętrza jej domu i nie zabawił się z nią przyjacielsko.

Po   ogrodzie   zawsze   chodziła   sama,   bardzo   poważna   i   zgarbiona.   Z   młodszą 

siostrzyczką swoją, śliczną, złotowłosą Hanusią, nie bawiła się prawie nigdy, na dźwięk głosu 

matki biegła z wypiekami na twarzy i zalęknionym wzrokiem.

Jerzy to wszystko widział i nic nie rozumiał. Nie mógł pojąć, dlaczego nigdy nie 

zaprosiła go do sadu i dlaczego mówiła tak mało i tylko o rzeczach obojętnych.

Teraz właśnie słyszał z ogrodu radosny śmiech Hanusi biegającej za psami i widział, 

jak Zoja cichutko znikała w głębi domu.

„Widocznie ma taki charakter”

- pomyślał chłopiec otwierając teczkę, ale nie uspokoiło go to przypuszczenie.

Wyrzucił książki i zeszyty na stół i już miał zamiar wyskoczyć przez okno do ojca, 

który przed domem skopywał grządki, kiedy spostrzegł na okładce botaniki strzęp papieru 

wydarty z kajetu i zapisany drukowanymi literami.

Przeczytał pełen zdumienia:

„Nie rozumiem, dlaczego wszyscy mają rozkazywać jednemu, a nie jeden wszystkim, 

jeśli on ma rację. Żeby wam ułatwić poszukiwania, oznajmiam, że jutro rano znowu będzie 

napis na tablicy.”

W pierwszej chwili Jerzy powziął zamiar zawołania Władka i Zoi, najbliższych swych 

sąsiadów, i naradzenia się z nimi nad tą znalezioną kartką papieru, zaraz jednak zmienił 

postanowienie.

Któż   mu   zaręczy,   że   przygodny   doradca   i   sojusznik   nie   okaże   się   właśnie   tym 

utajonym sprawcą zniknięcia skarbonki i autorem śmiałych karteczek? Był w gruncie rzeczy 

pewien, że to ani Władek, ani Zoja, mimo to powiedział sobie:”Nie trzeba być pewnym, jeśli 

się nie wie na pewno!”„Wiedział zaś na pewno” tylko to jedno, że nie on rozpoczął ten 

background image

dziwny spór z klasą, natomiast czuł, że tylko on potrafi odnaleźć sprawcę.

Wobec tego schował starannie kartkę do kieszeni i siadłszy na oknie zamyślił się.

W szkole wszystkie okna były pootwierane i Katarzyna kończyła sprzątać korytarz.

Przed oknami, na trawie, między przekwitającymi astrami nauczycielki ustawiły sobie 

leżaki  i siedziały w ostatnich  błyskach  zachodzącego  słońca. Na kolanach  ich zeszyty  w 

barwnych okładkach migały bielą przewracanych kartek.

Nauczycielki poprawiały wypracowania.

Wszystko to widział Jerzy ze swojej kryjówki. Przed chwilą właśnie przemknął się 

między wysokimi krzakami malin i wlazł na stryszek składziku, w którym chowano narzędzia 

ogrodnicze.

Zanim   zdecydował   się   czatować   w   tym   miejscu,   zajrzał   przez   okno   do   klasy   i 

stwierdził, że na czarnej tablicy jeszcze nie widniał żaden napis.

„On   myśli,   że   będę   na   niego   czatował   jutro   rano,   więc   przyjdzie   pewnie   dziś 

wieczorem”

- pomyślał jeszcze w domu i właśnie dlatego zaraz po obiedzie i odrobieniu lekcji 

zdecydował się zająć stanowisko na stryszku drewnianej budy, w ogrodzie szkolnym.

Z   tego   stryszku,   poprzez   słomianą   strzechę,   która   łatwo   się   dawała   rozchylić   w 

dowolnych miejscach, widział szkołę od lewego skrzydła, widział drogę, furtkę i podwórze 

przed szkołą, a także ogród za szkołą. Siedząc tak skulony, w niewygodnej pozycji, z oczami 

utkwionymi  w gmachu  szkolnym,  Jerzy namyślał  się nad całą sprawą. Jakiż to dziwnym 

pomysł  zrodził się w głowie tego niewiadomego kolegi czy koleżanki? Bo po co ta cała 

historia? Czy nie prościej było powiedzieć:

- Słuchajcie, użyjmy pieniędzy ze skarbonki na taki a taki cel.

Byliby się przecież wszyscy zgodzili prawie na pewno, a teraz? Nie zgodzą się za nic 

w świecie, w dodatku...

Nagle wytężył słuch - doleciał go jakiś podejrzany szmer, ale nie od strony szkoły, 

tylko z przeciwnej, od strony parkanu, za składzikiem. Ostrożnie, starając się nie uczynić 

najmniejszego hałasu, Jerzy przeczołgał się i rozchylił słomę strzechy. Aż zadrżał z wrażenia. 

O dwa kroki od siebie ujrzał pucołowatą, lśniącą od potu twarz Bronka, który stał pod płotem, 

z oczami  na wierzch wywalonymi  z przerażenia  i liśćmi we włosach. Jerzy powstrzymał 

oddech.

Cisza   panowała   dokoła,   tylko   z   wnętrza   szkoły   dolatywały   odgłosy   kroków 

Katarzyny, a przed domem nauczycielki śmiały się jak szalone.

Bronek zdawał się uspokajać, wodził dookoła bacznym wzrokiem, w końcu obciągnął 

background image

kurtkę i cicho na palcach ruszył w kierunku północnej ściany domu, kryjąc się za krzakami 

malin i pniami drzew. Posuwając się na swoim stryszku, Jerzy dojrzał, jak Bronek dotarł w 

końcu do okien ich klasy i... tu spotkał Jerzego wielki zawód.

Zamiast wskoczyć przez okno, Bronek zajrzał tylko do środka, chwilę patrzył, aż w 

końcu cofnął się w głąb ogrodu. Jerzy widział, jak chłopak szedł od drzewa do drzewa, aż w 

końcu, obrawszy starą jabłoń, wlazł na nią z wysiłkiem.

- No, no, już nie wiem, co mam o tym myśleć - mruknął do siebie Jerzy.

Właśnie Katarzyna wyszła na próg i powiedziała do nauczycielek:

- Ni ma dziś zsiadłego mlika... - Ale Jerzy nie dosłyszał odpowiedzi nauczycielek, bo 

oto w tejże samej chwili spostrzegł, że w głębi ogrodu coś się rusza pod ścianą chlewika. 

Wytężył wzrok - niewielka, ciemno ubrana postać sunęła ostrożnie od drzewa do drzewa, 

czając się i nasłuchując.

„Kto to znów taki, kto to?” - niepokoił się Jerzy na swym stryszku. W jakiejś chwili 

postać mignęła tak szybko w oknie szkoły, że tylko stuknęły o ramę okienną obcasy trepek.

Nie   minęła   jednak   sekunda,   gdy   już   była   z   powrotem   i   szybko   pobiegła   między 

drzewa. I nagle zakotłowało się w krzakach malin - to Bronek, jak dojrzałe jabłko, oderwał 

się od swej gałęzi i spadł prosto na kark uciekającej postaci.

Jerzy nie czekał dłużej, zeskoczył ze stryszku i popędził ku walczącym.

-   Ja   cię   widziałem,   ja   widziałem!   -   bełkotał   Bronek   wodząc   się   za   bary   z 

przeciwnikiem.

- Puść mnie, wcale nie dlatego! Ty właśnie, ty - jęczała przyłapana istota.

Podniosła   potarganą   głowę,   ale   już   przedtem   po   włosach   ciemnych   i   fikających 

nogach   Jerzy   poznał   Krysię.   Teraz   stali   wszyscy   troje   naprzeciw   siebie,   zdumieni   i 

przerażeni.

- Ja mówiłam, że to Bronek! - krzyknęła zajadle Krysia.

- Cicho - uspakajał ją Jerzy - cicho, bo panie posłyszą.

-   Przecież   ja   ciebie   widziałem,   jak   wyłaziłaś   przez   okno   -   powiedział   Bronek 

czerwony z oburzenia.

- Bo chciałam się przekonać. A ty po co tu jesteś?

- Bo czekałem. Ja przecież widziałem...

- Możesz się przekonać, czy co napisałam - syknęła drżąca z gniewu Krysia.

- Owszem, owszem, przekonam się - powiedział Bronek i ruszył ku otwartym oknom 

klasy.

Wszyscy   troje   jednocześnie   zajrzeli   do   środka.   Krysia   odskoczyła   jak   sparzona   i 

background image

załamała ręce: cała tablica była zapisana wielkimi, drukowanymi literami!

- A co! - triumfująco zawołał Bronek.

Ale Jerzy już właził przez okno i czytał:

„Bijcie   się   sobie   pod   drzewami,   a   ja   tu   piszę,   że   skarbonki   nie   oddam,   póki   nie 

obiecacie. Jerzy jest gapa.”

- To wszystko jedno...

Krysia... - zaczął z uporem Bronek, ale Jerzy wzruszył ramionami i zbliżywszy się do 

szafki zajrzał za nią.

- To nie ty, Jurku? - zapytała Krysia podnosząc na niego zalęknione oczy.

- Nie - odpowiedział spokojnie.

Obeszli całą szkołę, aż po strych, ku wielkiemu  zdziwieniu Katarzyny.  Pytali  pań 

nauczycielek, czy nikt nie przechodził drogą i nie wchodził na podwórze szkolne. Zdziwiły 

się.

- Nie, nikt nie przechodził, nikogo nie widziały na podwórzu.

Ale dlaczego?

Jerzy wahał się chwilkę.

-  Bo  bawimy   się  w  jedną   zabawę  -  powiedział.   -  A teraz  szukamy   jednego.  Ale 

widocznie go tu nie ma.

Za furtką na drodze powiedział do Bronka i Krysi:

- Bo przecież rzeczywiście to już jest zabawa, co?

- Ładna mi zabawa! - mruknął Bronek. - Ja bym go sprał na kwaśne jabłko.

- Toś głupi - uciął krótko Jerzy. Potem pożegnał ich i patrząc z roztargnieniem, jak 

odchodzili w przykładnej zgodzie, drogą pełną liści kasztanowych i raz po raz nachylali się po 

brązowy, błyszczący owoc - na nic niepotrzebny, a przecież tak kuszący i miły.

Już mrok zapadał, a Jerzy nie wracał jeszcze do domu. Wałęsał się po miasteczku, tu i 

ówdzie zaglądał do cudzych ogrodów, rzucał okiem w okna niskich domów, w których już 

gdzieniegdzie zapalano światło.

Tu mieszka Stefek, chorowity, pilny chłopak, prymus klasy.

Zawsze mówi przyćmionym głosem.

„Może on? Ach, nie, co za głupstwo!

Tu, w tym domku, na rynku, w ciasnym,  ciemnym  mieszkaniu, siódma z kolei w 

rodzinie   Rózia,   zawsze   zajęta,   zawsze   głodna,   zawsze   ściągająca   czarną   nitką   dziury   na 

łokciach - przecież nie ona naturalnie!

Więc może Wojtek, syn zakrystiana, czyściutko wymyty, rumiany chłopczyk, służący 

background image

co dzień przed szkołą do mszy?”

Jerzy   się   roześmiał.   Już   wszystkie   światła   paliły   się   w   miasteczku.   Ulicą   starych 

drzew, tą ulicą, na którą w pogodne dni świąteczne wylegało całe miasto, poszedł w stronę 

swego domu.

Przed furtką przystanął. W domu okna były otwarte, a w jadalni paliła się lampa nad 

stołem, który matka nakrywała obrusem w czerwoną kratę.

Światło padało na przekwitające pod oknem georginie i na ścieżkę wyłożoną starannie 

płaskimi kamykami. Ojciec położył na stole spracowane ręce - wypoczywał.

„Ja patrzę na nich z ciemności, a oni nic nie wiedzą”

- pomyślał serdecznie Jerzy.

W tej chwili spostrzegł, że ktoś przy nim stoi.

To Zoja z rękami na drewnianych prętach sztachet także patrzała w okno dużymi, 

uważnymi oczami. Chwilę milczeli.

- Siądziesz koło nich przy stole i będziesz jadł kolację? - zapytała cichutko.

Kiwnął głową bez uśmiechu. Nie wydało mu się śmieszne to naiwne pytanie.

- I będziesz rozmawiał?

- Będę.

- O wszystkim? Z ojcem i z matką?

- Będę rozmawiał o szkole i kolegach, o robocie tatka.

Chcesz? Chodź ze mną do domu!

Potrząsnęła przecząco głową.

Zapytała jeszcze:

- I nie będą się gniewali?

- Nie zrobiłem dzisiaj nic złego, czegóż się mają gniewać?

- zdziwił się Jerzy.

Otworzył furtkę; aż go poderwało, tak nagle zapragnął wejść w krąg światła lampy.

- Chodź ze mną, chodź - powtórzył prośbę.

Jeszcze raz potrząsnęła głową i znikła w ciemnościach ogrodu.

Nazajutrz w szkole nie zaszło nic nowego. Dużo tylko było  gadania o skarbonce, 

napisach i”tajemniczym bezczelniku”.

Klasa   jednak   nie   dowiedziała   się   o   przygodzie   Jerzego,   Bronka   i   Krysi.   Nie 

umawiając się wszyscy troje przemilczeli to zdarzenie. Sprawa utknęła na martwym punkcie. 

Władek obwieścił:

- Poczekajcie do jutra. Mam pewien plan.

background image

Czekali więc i każdy powrócił do spraw, które go najbardziej interesowały.

Potoczyło  się życie  codzienne,  zapełnione  umianą  lub nieumianą  lekcją, zabawą i 

zwadą, krzykiem, bieganiem, poceniem się przy tablicy i wysokim głosem panny Jadwigi, 

która umiała się także gniewać, jak było potrzeba. Chłopcy szanowali ją za niezłomną wolę.

Jedno   tylko   zdarzenie   przypomniało   dzieciom,   że”tajemniczy   bezczelnik”   nie   ma 

zamiaru   złożyć   broni.   Po   lekcjach,   kiedy   Wojtek   otworzył   swój   tornister,   by  zapakować 

książki, znalazł w nim kulę z papieru. Gdy kulę rozwinął i papier rozprostował, okazało się, 

że było to nowe wyzwanie:

„Dziś już jest środa. A jeżeli do soboty mnie nie odkryjecie albo nie obiecacie, to w 

niedzielę   wszystkie   pieniądze   ze   skarbonki   wsypię   do   puszki   w   kościele.   Życzę   Wam 

powodzenia!”

W powrotnej drodze Władek mówił do Zoi i Jerzego:

- Wszystko już obmyśliłem, zobaczycie - nie będzie mógł się wykręcić. Tylko myślę i 

myślę i nie mogę zrozumieć, po co on to wszystko robi?

Jerzy uśmiechnął się.

Doskonale już rozumiał.

- Nabiera nas, to raz. A po wtóre chce mu się, żebyśmy go posłuchali - wtedy będzie 

triumfował i pewnie mu się zdaje, że już od tej chwili zawsze będziemy go słuchać.

Tylko o jednym zapomina, że takie posłuszeństwo wymuszone nie jest długotrwałe. 

Daleko praktyczniej inaczej się urządzić.

- Jak? - zapytała Zoja patrząc w ziemię.

Jerzy nie chciał powiedzieć.

Władek znowu się uniósł.

- To jest bez sensu - krzyczał wywijając tornistrem - jak on może nie rozumieć tego, 

że ważniejsze jest to, czego wszyscy chcemy, niż to, czego on jeden chce! My wszyscy razem 

jesteśmy sto razy mądrzejsi od niego jednego i lepiej wiemy, co mamy robić!

Jerzy wzruszył ramionami.

-   Tere   fere!   -   powiedział.   -   Co   to   znaczy”my”?   My   -   to   jest   kilkadziesiąt”ja”,   a 

każde”ja”   chce   czego   innego.   My   wszyscy   razem   właśnie   wrzucaliśmy   nasze   grosze   na 

pomnik tego burmistrza, choć nikt z nas nawet nie wie, co on takiego nadzwyczajnego zrobił, 

a jemu jednemu przyszło na myśl, że lepiej - mapa.

- Wcale nie lepiej - krzyczał Władek - pomnik to przykład dla wszystkich!

- Jaki przykład? - spytała Zoja.

- Przykład! No... żebyś pamiętała, że jak będziesz całe życie szlachetna, to potem ci 

background image

postawią pomnik.

- A kiedy ja wcale nie chcę pomnika! - krzyknęła ze złością Zoja. - Wolę mapę, bo 

będę wiedziała, dokąd pojechać!

- Czego się kłócicie? Cicho bądźcie!

- Bo jak to można mówić, że przykład niepotrzebny!

Władek aż zdjął czapkę i wsadził ją do kieszeni.

- Właśnie, że niepotrzebny.

Sama wiem w środku, jaka powinnam być; bez żadnego burmistrza na pomniku!

Władek nagle się uspokoił.

Powiedział:

- Dobrze, dobrze już, jutro wszystko się wyjaśni - i skręcił w swoją drogę.

Jerzy i Zoja milczeli dłuższą chwilę. Szli, szeleszcząc nogami w zeschłych, opadłych 

liściach.

Brązowe, lśniące kasztany toczyły się po drodze. Szare niebo nisko się pochyliło nad 

ziemią, lekka mgiełka przysłaniała drzewa i domy.

Zoja ciężko westchnęła.

- No, bo co? - zapytał Jerzy.

- Bo już zaraz będzie zima - szepnęła Zoja. - I to jest straszne, kiedy trzeba ciągle 

siedzieć w domu.

Stali już przed furtką ogrodu chłopca. Jerzy poprosił:

- Zobacz, co jest zadane na jutro, bo ja zapomniałem sobie zapisać.

Zoja  spomiędzy  kajetów  wybrała  gruby czarny  brulion   i  otworzyła   go.  Na  jednej 

stronie było napisane:”lekcje z wtorku na czwartek”, druga strona czysta miała róg oberwany. 

Jerzy zapomniawszy o lekcjach, wpatrzył się w tę nadszarpniętą stronkę i nagle krew uderzyła 

mu do głowy: przypomniał sobie wyraźnie kształt karteczki, na której onegdaj wrzucono mu 

do tornistra ostrzeżenie.

Podniósł   oczy   na   Zoję.   Ona   również   patrzyła   na   oberwaną   stronkę   z   uwagą   i 

zdziwieniem.

- Jakie to dziwne - powiedziała powoli - któż to mi oberwał tę stronkę w brulionie?

Jerzy   wyciągnął   z   kieszeni   karteczkę,   którą   przechowywał   starannie   -   dokładnie 

pasowała do wydartego miejsca.

Zoja nie podnosiła oczu znad kajetu. Zdawała się coś sobie przypominać. Ściągnęła 

brwi i zagryzła wargi.

- Nie, doprawdy nie wiem, kto mógł to zrobić. Przy mnie siedzi Stefka Marzec, ale to 

background image

na pewno nie ona. Taka niemądra! Jednego zdania nie potrafi napisać przyzwoicie. Może... - 

nagle urwała i pobladła.

O kilka kroków od nich, za parkanem ogrodu sąsiedniego stał wysoki, barczysty pan i 

patrzał na dzieci surowymi oczami.

- Zoja, proszę do domu - powiedział głosem, który zabrzmiał jakoś ostro.

Prędko, prędko złożyła  zeszyty,  ściągnęła je paskiem i nie żegnając się z Jerzym, 

poszła skulona, z opuszczoną na piersi głową.

A Jerzy stał jeszcze długą chwilę i patrzał zdumiony na oddalającą się postać pana, 

który tak ostro przemawiał do córki.

Za dworcem kolejowym, nad rzeczką, był lasek niewielki, do którego często chodziły 

dzieci.

Tu właśnie miało się odbyć zebranie, zwołane dnia tego przez Władka.

-   Na   tym   zebraniu   wszystko   się   musi   rozstrzygnąć   -   obiecywał;   wobec   czego 

wszystkie dzieci stawiły się punktualnie.

Najpóźniej przyszedł Jerzy i oznajmił:

- Zoi nie pozwolono przyjść.

Sam prosiłem jej ojca - nie pozwolił, i już.

To rzekłszy wyjął z kieszeni garść orzechów i siadłszy z boku na pieńku, zajął się 

gorliwie jedzeniem. Łupiny trzeszczały w jego mocnych, białych zębach.

Tymczasem Władek kazał wszystkim usiąść, sam wstał i powiedział:

- Teraz się dowiecie, co wymyśliłem. Po prostu każdy z nas będzie po kolei wstawać i 

dawać słowo, czy nie wziął skarbonki. Jestem pewien, że nie ma między nami takiego, który 

skłamie,   mówiąc”jak   mamę   kocham   itd.”.   Można   się   bawić,   drwić   -   choć   to   głupio   -   i 

intrygować, ale nikt nie przysięgnie na kłamstwo, bo to podłość. Już ułożyłem rotę przysięgi.

Nastała chwila ciszy, w której padły słowa Bronka:

- A ja tam na nic nie będę przysięgał.

W tej samej chwili Jerzy wyrzucił ostatniego orzecha w górę i krzyknął:

- Możecie sobie myśleć, że to ja, wszystko mi jedno.

Przysięgać nie będę - ani mi się śni. To wszystko jest zabawa, a Władek włazi na 

słonia i udaje ważnego. Nie będę przysięgał, bo ja sam wiem, że to nie ja, i to mi wystarcza.  

Kto mnie zna, ten mi wierzy. Poza tym róbcie sobie, co chcecie, a na mnie w domu robota 

czeka.

Ale nie mógł odejść, bo podniósł się wielki wrzask:

- Zostań! Nie odchodź!

background image

Wierzymy ci. Wymyśl coś, bo Władek wygłupia się i nic więcej.

Siadł tedy, choć wiedział, że w domu całe stosy makówek leżą na ganku, a matka i 

ciotka Wikcia, nie czekając na niego, wsypują mak do woreczków.

- No, więc co? - krzyknął z gniewem Władek.

- Przeczytaj no tę rotę! - poradził ktoś.

- Po co, jeśli nie chcecie przysięgać?

- Chcieć, nie chcemy, ale przeczytaj!

Władkowi także było żal pięknego utworu, więc zaczął:

- Przysięgam, jak mamę  kocham i żeby mnie tak ze szkoły wyleli, na mój  honor 

szlachecki...

- Te, widzisz go! A jak kto nie jest szlachcic?

- Na przykład ja, to co? Może nie mam honoru? - rozzłościł się gruby Bronek.

- Głupi jesteście, to wcale nie chodzi o to, czy szlachcic, czy nie - tylko tak w ogóle!

- Ojej, wykreśl”szlachecki”, i koniec!

- No, więc bez”szlachecki”, tylko”na mój honor i na pamięć moich przodków”...

- A kto ich nie pamięta?

- Ciołek afrykański z tego Władka! Mów dla wszystkich, a nie dla siebie jednego!

- Bo jak się będziesz czepiać każdego słowa, to nigdy nie skończę. To wcale nie idzie 

o przodków i tak dalej, tylko to jest forma, rozumiesz?

- Wal dalej! To ładne - powiedział z uznaniem Wojtek.

-...i żeby mnie piorun zabił nagle, jeśli skłamię, że nie brałem skarbonki, tak mi, Panie 

Boże, dopomóż.

- Piorun zawsze zabija nagle, nigdy nie ostrzega - zauważył Jerzy. - Głupia ta cała 

twoja rota, Władku. Nie chcę cię obrazić, ale muszę to powiedzieć.

Ale Stefkowi i niektórym podobała się. Twierdzili, że owszem, bardzo ładna, tylko w 

niej zmienić to i owo.

- Ja bym na przykład dodał:”a jeśli nie, to niech mnie piekło pochłonie na wieki” - 

doradził świeżo wymyty Wojtek, rumiany jak rajskie jabłko, których miał pełne kieszenie.

-   Zamiast”szlacheckie”,   ja   bym   napisała:”szlachetne”,   bo   to   samo   znaczy,   a   jest 

właściwsze - zauważyła Krysia.

- Jak? Szlachetne słowo honoru? To nie ma sensu!

Władka zaczynało drażnić, że każdy się wtrąca do jego utworu.

Jerzy gwizdnął donośnie. Kilka wron porwało się z drzew, strącając złote liście.

-   Przecież   nie   będziemy   przysięgali!   -   krzyknął.   -   Więc   po   co   gadacie?   Ja   już 

background image

stanowczo idę do domu. Do soboty jeszcze dużo czasu.

- To jest straszne, straszne - krzyknęła z oburzeniem Krysia - że tu między nami jest 

ktoś, kto wie, a my nie wiemy, i on nie chce powiedzieć, a my nie możemy go przeniknąć i on 

sobie myśli, co chce, a my...

- Nie ma go pomiędzy nami! - wrzasnął Jerzy i, zeskoczywszy z pieńka, pomknął w 

stronę miasta.

Na drewnianej werandzie oplecionej winem rzeczywiście leżały już stosy makówek, a 

matka i ciotka Wikcia ostrymi nożami obcinały ich sztywne kryzki i wsypywały zawartość do 

misek.   Ojciec   znosił   coraz   to   nowe   pęki   i   składał   swój   szeleszczący,   lekki   ładunek   na 

podłodze werandy.

W ogrodzie żółciły się wielkie, otyłe dynie.

Jerzy siadł na niskim stołeczku i zabrał się do roboty, a ojciec powiedział opierając się 

o słupek:

- No, już wszystkie! - I długą chwilę przyglądał się robocie na ganku.

- A tam u sąsiadów, żeby palcem o palec stuknęli w ogrodzie! - dodał kiwając głową.

- Taki ogród! Taki szmat ziemi i nic! Drzewa dziczeją, inspekta zapuszczone. Ot, 

gospodarka.

Ileż to razy w ciągu lata mówili o tych dziwnych sąsiadach, co nie sieli, nie orali, nie 

wiadomo co.

Sprowadzili się rok temu z miasta ze stolicy i boczyli się na całą tę prowincję, na te 

domki   pochowane  w  gęstwie   ogrodów,  na  nie  brukowane  ulice,  po  których   spacerowały 

wiecznie strapione kozy i aroganckie, wszędobylskie świnie, na ludzi z miasteczka, którzy 

żyli sobie powolutku i nie śpiesząc się spełniali sumiennie swoją powinność.

Opowiadano sobie w miasteczku, że ci nowi przybysze byli ongiś bardzo bogaci i tak 

się oto pogodzić nie mogli ze zmienionymi warunkami bytu.

Ciotka Wikcia najbardziej się oburzała.

- Ja to bym im pozabierała i ogród, i to gospodarstwo - mówiła. - Jak Boga mego! 

Powinno być takie prawo, że nie wolno marnować darów Bożych, no nie?

Nie chcesz robić, to ruszaj w świat!

Ojciec bardzo się gniewał na takie gadanie. Żal mu było zaniedbanego ogrodu, ale cóż 

z tego? Każdy ma prawo robić po swojemu, co mu się podoba.

-   Jak   mi   się   spodoba,   to   wszystkie   drzewa   wyrąbię   i   nasieję   het,   precz   samego 

koperku. Żeby Wikcia wiedziała, że jak mi się spodoba, to tak zrobię.

Ciotka aż zaczerwieniła się ze złości.

background image

- A żeby Józef wiedział, że jak to zrobi, to wszystkie kozy z miasteczka zegnam na ten 

koperek! - krzyknęła.

- A to jakim prawem? - oburzył się ojciec. - Już nie mam może prawa siać koperku w 

moim ogrodzie? Jak mi się spodoba, to i pokrzywę przeflancuję na grządki i będę podlewać.

A matka i Jerzy śmiali się, aż im się mak wysypywał na podłogę.

Mało to razy ojciec i ciotka Wikcia kłócili się, wcale nie wiadomo o co, potem w 

przykładnej zgodzie stawali do pracy, pomagając sobie wzajemnie.

Jerzy, póki był mały, nie cierpiał tych kłótni i zaraz krzyczał, zacisnąwszy piąstki: - 

Mamo, ja nie chcę! - Ale teraz już wiedział, że wszystko kończyło się dobrze i wesoło.

Taka sobie przyjacielska zwada.

Teraz, gdy tak śmiał się z całego serca, zobaczył nagle między drzewami sąsiedniego 

ogrodu ciemną sukienkę Zoi.

Przypomniał sobie, że nie powiedział jej o przebiegu zebrania, więc wypróżniwszy 

rozciętą makówkę pobiegł do ogrodu.

Zoja przywitała go bez entuzjazmu, a nawet z pewnym zakłopotaniem. Rozejrzała się 

lękliwie dookoła i zapytała:

- Czego chcesz?

Jerzy stropił się.

- Niczego. To jest, przyszedłem ci powiedzieć o zebraniu.

- Mnie to nic nie obchodzi - powiedziała patrząc w ziemię.

Jerzy zirytował się.

- Więc może cię obejdzie, jak powiem, że mamy wszyscy przysięgać, że nie braliśmy 

skarbonki - rzekł z hamowaną złością.

Zoja spłonęła rumieńcem.

- Nic mi do tego - odparła wyniośle.

Jerzy nagle stracił panowanie nad sobą. Chwycił Zoję za ramiona i potrząsając nią 

silnie, wykrztusił z gniewem:

-  Nic   cię  nie   obchodzi,   nic  się   nie  wtrącasz,   udajesz   królowę,  a  swoje  robisz  po 

cichutku, co?

Puścił   dziewczynę   i   sam   się   przeraził.   Stała   spokojnie   i   przyglądała   mu   się   bez 

gniewu.

- Cóż się mam wtrącać, chyba ja nie należę do was? - zapytała. - Wy sobie mówicie 

różne   rzeczy   po   cichu   i   kochacie   się,   i   macie   swoich   przyjaciół   i   swych   wrogów,   i 

zamieniacie się na scyzoryki i ołówki, a ja jestem obca.

background image

Słuchając tego Jerzy zawstydził się. Rzeczywiście, czy ktokolwiek z nich w klasie 

zaopiekował się tą dziewczynką, gdy przybyła do nich rok temu, obca, nieśmiała, zalękniona? 

Czy kto zbliżył się do niej, dopomógł jej do zapoznania się z klasą? Nikt.

Wszyscy odnieśli się do niej obojętnie, nieżyczliwie, nikt jej nie wciągnął w krąg 

życia klasy, nikt jej nie wtajemniczył w sprawy, nadzieje i troski ogółu.

I została tak przez cały rok poza nawiasem, obca wszystkim i nikomu niepotrzebna.

- Dlaczego sama się nie postarałaś? - powiedział niepewnie.

Tylko wzruszyła ramionami.

- Myślisz,  że to tak łatwo... szczególniej...  - urwała rozpoczęte  zdanie  i pochyliła 

głowę.

- Szczególniej co?

- Szczególniej, kiedy się jest brzydką, głupią i złą dziewczyną! - krzyknęła jednym 

tchem.

Jerzy aż cofnął się ze zdziwienia.

- Kto ci to powiedział? - odkrzyknął gniewnie.

-   Myślisz,   że   nie   wiem?   Wiem   bardzo   dobrze,   że   jestem   brzydką,   głupią   i   złą 

dziewczyną - powtórzyła z jakimś rozpaczliwym uporem.

- Kłamiesz - ostro zaprzeczył Jerzy. - Wcale nie jesteś brzydka, przeciwnie - nawet 

ładna, ale to nie jest ważne.

Ważne jest, że nie jesteś głupia; gdybyś się postarała i była odważniejsza, mogłabyś 

być pierwszą uczennicą w klasie. I w końcu na pewno nie jesteś zła.

- Jestem!

- Nieprawda! Nie kłam! - krzyknął Jerzy tupiąc nogą.

- Więc naturalnie Zoja znowu kłamie - powiedział suchy głos tuż za plecami dzieci.

Jerzy   odwrócił   się:   o   dwa   kroki   za   nimi   stała   młoda,   tęga   osoba,   o   gładko 

zaczesanych, jasnych włosach i bladoniebieskich, płytko osadzonych oczach. Trzymała  za 

rękę śliczną, rumianą Hanię, która z niewzruszoną powagą zajadała jabłko.

-   Nawet   już   koledzy   poznali   się   na   tobie   -   powiedziała   owa   pani,   którą   Jerzy 

dostrzegał niekiedy w ogrodzie i brał za matkę Zoi.

Chwilę trwało milczenie, po czym pani rzekła:

-   Zoja,   proszę   do   domu   -   zupełnie   takim   samym   głosem   i   tonem,   jakim   dnia 

poprzedniego ojciec dziewczynki powiedział to samo zdanie. Ale niespodziewanie Zoja nie 

poruszyła się z miejsca. Odpowiedziała chłodno:

- Dobrze. Za chwilę przyjdę. - Oczy jej zwarły się z oczami młodej pani, która powoli 

background image

spuściła powieki i zawróciła w głąb ogrodu, wzdychając ciężko.

- Czy to jest twoja matka? - szeptem zapytał Jerzy.

- Nie, nie - wybuchnęła gwałtownie - to nie jest moja matka, to jest nasza gospodyni.

Mama   umarła,   a   ona   mnie   nienawidzi.   Gdybym   mogła,   uciekłabym   w   świat   na 

zawsze.

Jerzy schwycił dziewczynkę za ręce.

- Cicho bądź, co ty pleciesz?

- szeptał w przerażeniu. - Uspokój się. Na pewno ci się wydaje, dlaczego miałaby cię 

nienawidzić?

Zoja milczała już, oddychając ciężko. Rzekła po chwili:

-   Nie   wiem,   dlaczego...   byłam   dla   niej   zła   na   początku,   to   prawda.   Mama   mnie 

kochała, wszystko mi było wolno. A kiedy ją tatuś sprowadził, żeby się nami opiekowała, 

wszystko się zmieniło. Zresztą ja już nie wiem, jak to się stało - zakończyła z oczami pełnymi 

łez.

- Teraz i ona, i tatuś kochają tylko Hanusię... To prawda, że Hanusia jest śliczna i 

pieszczotliwa, i łagodna.

Jerzy stał teraz bezradnie i nie wiedział, co mówić wobec tej bezgranicznej rozpaczy.

- A teraz to ja już ciągle robię im na złość - powiedziała jeszcze Zoja - i oni coraz 

więcej mnie nienawidzą.

Jerzy wrócił do swego domu z ogromnym ciężarem na sercu i chaosem splątanych 

myśli w głowie.

Wieczorem zrobili naradę.

Ojciec, matka, ciotka Wikcia i on. Opowiedział wszystko dokładnie.

Ojciec myślał gładząc ręką wygoloną brodę; druty, na których ciocia Wikcia robiła 

rękawice na zimę, brzęczały złowrogo, a matka wzdychała ciężko, rozkładając obrus w kratę 

na stole.

- Biedne dziecko - powiedziała w końcu i palcem obtarła łzę w kącie oka.

- Moje zdanie takie - szorstko wygłosiła ciotka. - Paskudni ludzie, którzy zaniedbują 

ogród   i   zamęczają   dziecko.   Pewnie   tamten   chce   się   ożenić   z   tą   kobietą,   a   jej   znowu 

niepotrzebne cudze dziecko. Więc chce ją gdzieś wyprawić z domu, i kwita.

Ale ojciec nie był zadowolony z tego wniosku.

- A ja tam znowu tak nie myślę - rzekł. - Hanusia też nie jej dziecko, a kocha ją i 

pieści. To pewnie inaczej było - i znowu zamyślił się stukając palcem o stół.

Jerzy   siedział   bardzo   zmartwiony,   pierwszy   raz   od   poniedziałku   nie   myślał   o 

background image

skarbonce.

W końcu ojciec już się domyślił, przynajmniej tak mu się zdawało. Więc tak, oni byli 

podobno bogaci i matka pewnie strasznie psuła swoje dziewczynki. Naraz stracili majątek i 

jednocześnie matka umarła. Więc Zoi już nikt nie pieścił i pewnie nie spełniano wszystkich 

jej zachcianek. I wtedy to przyszła do domu ta gospodyni. Może i niezła kobieta, ale obca i 

może nie bardzo mądra, więc kiedy Zoja zaczęła grymasić, a domagać się tego i owego, a 

gniewać   -   opiekunka   zaczęła   ją   karać   i   skarżyć   ojcu,   zamiast   wyperswadować   głupiemu 

dziecku.

I tak pewnie powolutku, powolutku, coraz się bardziej nie lubiły. Zoja robiła się coraz 

gorsza, a ona, opiekunka, coraz bezwzględniejsza.

-   Jak   ty,   Józefie,   wszystko   zrozumiesz   i   wytłumaczysz   -   powiedziała   matka   i 

przerwała sobie krajanie chleba, żeby przyjść i pocałować ojca w czoło.

- Najgorzej, jak kobiety nie mają rozumu - mruknęła ciotka Wikcia. - Powiedziałaby 

dziecku, że tak i tak, pocieszyłaby i wszystko byłoby dobrze.

Swoją drogą nazajutrz, w piątek, była już niewątpliwie ostatnia chwila. Los skarbonki 

musiał się rozstrzygnąć.

Wszystkie dzieci spoglądały na siebie z niepokojem i wyczekiwaniem. Liczono już 

tylko na spryt i pomysłowość Jerzego.

Jeśli on nic nie wymyśli, jeśli winowajca nie skruszy się w ostatniej chwili, wielkie 

przykrości czekają całą klasę - wielki wstyd.

Tego dnia kropił deszczyk drobny i uparty; jednolicie szare niebo napełniało duszę 

smutkiem i zniechęceniem.

Na pierwszej pauzie Wojtek napisał na tablicy:

„Jeżeli on odda, to ja mu dam kilo ożechów włoskich.”

Efekt tego napisu osłabił trochę błąd w słowie - orzechy.

Dokładny Stefek poprawił go natychmiast, po czym zmazał cały napis i powiedział:

- Nie powinniśmy go przekupywać, to nie jest”atmosfera prawości”!

- Jeśliby się zgodził, to jest świnia - zdecydowała Krysia.

Chmury   nasuwały   się   coraz   gęstsze.   W   klasie   było   tak   ciemno,   że   pani   odłożyła 

klasówkę na następny tydzień.

Trochę to pocieszyło znękane dusze, niemniej i na drugiej pauzie nikt nie miał ochoty 

do zabawy. Dzieci zbierały się małymi grupkami pod oknami i naradzały się cichutko.

Jerzy nie ruszał się z ławki - siedział z rękami w kieszeniach i gapił się w okna.

Daremnie dyżurny Stefek prosił: - Wyjdźcie z klasy, trzeba wywietrzyć. - Godzono się 

background image

na wietrzenie, ale nikt nie chciał wyjść. Wilgotny chłód wiał przez otwarte okno, mokra gałąź 

jarzębiny uderzała w szybę.

Przy końcu trzeciej lekcji wynikła krótka bójka między Krysią a Bronkiem. Panna 

Jadwiga zażądała wyjaśnień.

- To... to nic - powiedziała Krysia zaczerwieniona - ja go trąciłam, bo... zresztą nic 

ważnego.

Bronek był tego samego zdania.

- O tak sobie, proszę pani!

Przepraszamy - powiedział.

Wobec   tego   panna   Jadwiga   nie   pytała   więcej,   a   zresztą   dzwonek   przerwał   te 

wyjaśnienia.

Dopiero gdy drzwi zamknęły się za nauczycielką, Bronek wskoczył na swoją ławkę i 

potrząsając kartką papieru, zaczął krzyczeć wniebogłosy:

- Przyłapałem, przyłapałem!

- Wcale nie! - darła się Krysia. - To jest list prywatny, oddaj zaraz!

- Ładnie mi prywatny, znamy się na takich listach. Wszystkie się tak zaczynały!

Dzieci zwartym murem otoczyły walczących. Bronek jedną ręką broniąc się przciw 

Krysi, drugą podał Jerzemu skrawek papieru wydarty z kajetu.

To,   co   z   tego   skrawka   Jerzy   wyczytał   głośno,   brzmiało   rzeczywiście   dosyć 

podejrzanie:

„Jeżeli mi obieca... -” tylko tyle.

- Wszystkie listy od”niego” tak się zaczynały - powiedział z triumfem Bronek. - Dalej 

miało być naturalnie:”obiecacie, że kupimy mapę - oddam skarbonkę”.

Dzieci spojrzały na Krysię.

Nie posiadała się ze złości.

- Wcale nie będę z nim mówić, przez całe życie! - krzyknęła w kierunku Bronka. - 

Zajada się przez cały dzień i już ma same ulęgałki w głowie zamiast mózgu!

- No dobrze - powiedział Jerzy - ale cóż to pisałaś na tym papierku?

- Na tym papierku? Pisałam, co mi się podobało! List do papieża, skargę do sądu na 

najgłupszych chłopców w świecie, Bronków. Zresztą tobie powiem - zakończyła już trochę 

spokojniejszym głosem. - Odpisywałam Rózi, która napisała do mnie z zapytaniem, czy pójdę 

z nią jutro na orzechy do lasu.

Masz tu jej kartkę... A ja chciałam odpowiedzieć:”Jeżeli mi obiecasz, że pomożesz mi 

odrobić zadania, bo mi nie wypadają, to pójdę”.

background image

Jerzy uznał to wytłumaczenie za wystarczające i dzieci rozeszły się po klasie, kpiąc z 

Bronka na potęgę.

Dopiero po ostatniej lekcji Jerzy krzyknął do wychodzących:

- Poczekajcie, coś wam powiem!

Dzieci zatrzymały się przy ławkach. Władek zamknął starannie drzwi na korytarz i 

stanął przy nich na straży.

- Przede wszystkim pytam się was, czy nie zgadzacie się ustąpić i kupić mapę za 

pieniądze w skarbonce?

- NIe, nie! - krzyknęli prawie wszyscy.

Jerzy spojrzał na Zoję.

Siedziała spokojnie, z rękami złożonymi na teczce. Oczy ich spotkały się. Zoja powoli 

spuściła powieki; i ona się widocznie nie zgadzała.

Jerzy zawołał wesoło:

- Więc się nie zgadzamy, naturalnie. Ja myślę, że ten ktoś, kto zabrał skarbonkę, zrobił 

to z dwóch przyczyn: najpierw chciał dokuczyć nam trochę, a po wtóre - chciał się zabawić. 

Bo przecież to wszystko razem było śmieszne! Tysiąc razy dał nam okazję do złapania go, 

pisząc  na  tablicy   i  podrzucając   papierki,   a  myśmy  go  nie  złapali.   Ale  on  się  myli,  jeśli 

przypuszcza, że to dlatego, że wszyscy jesteśmy gapy. Po prostu nikomu z nas nie chciało się 

ustawicznie szpiegować.

Wierzyliśmy, że on sam w końcu zrozumie, że groźbą nie wymoże od nas obietnicy. 

Ja myślę, że jemu się chce rządzić w klasie, ale już kiedyś powiedziałem, że rządzenie, oparte 

na wymuszeniu, jest krótkotrwałe i niebezpieczne. Dlatego lepiej tak postępować, żeby nas 

wszyscy kochali, szanowali i cenili, wtenczas nie potrzeba żadnych sztuczek, i tak słuchają 

cię, gdy potrzeba.

- Otóż to właśnie! - powiedział z zadowoleniem Bronek.

- Więc teraz on powinien to zrozumieć, że nawet gdybyśmy sto razy woleli kupić 

mapę niż dać pieniądze na ten pomnik - to i tak, póki tego żądają od nas pod przymusem, 

ustąpić nie możemy, bo to byłoby upokarzające.

- Wiwat, Jerzy! - wrzasnął Staś Marzec, brat Stefki.

- Gdybyśmy ustąpili, to rzeczywiście mógłby potem nami gardzić. A tak wolimy, żeby 

pieniądze przepadły. Nie my się będziemy tego wstydzili, tylko on, choćby nawet wiedział na 

pewno, że nikt nie zna jego imienia, to i tak będzie się wewnętrznie wstydził do końca życia.

- To jest właśnie atmosfera prawości! - krzyknął olśniony Bronek, wyrzucił teczkę pod 

sufit i gwizdnął radośnie.

background image

Wszyscy nagle poczuli się jakby wyzwoleni z ciężkiej udręki.

- No dobrze, ale panna Jadwiga? - powiedziała Krysia.

- Ja ufam, że jutro skarbonka się znajdzie - zapewnił Jerzy. - Zabawa się skończy. I to 

najdoskonalej, bo on zwycięży tym, żeśmy go nie przyłapali, a my - żeśmy mu nie ulegli. 

Pannie Jadwidze wytłumaczymy to wszystko i zrozumie, bo jest mądra. No, do widzenia! 

Tylko jeszcze jedno, Musicie mi obiecać, że jutro rano nikt nie będzie się starał podpatrzyć, 

kto odniesie skarbonkę.

Obiecali  niezbyt  chętnie,  ale  obiecali.  Strasznie niejednemu  leżało  na sercu to, że 

sprawa pozostanie nie wyjaśniona, ale nie było rady. O zmroku Jerzy nie zapalił lampy w 

swoim pokoju i siedział cicho na oknie, spoglądając od czasu do czasu w ogród Zoi.

W sąsiednim pokoju ciotka Wikcia i matka obierały orzechy włoskie z przegniłych 

zielonych łupin i zsypywały je do worka - ojciec miał zamiar nazajutrz rano zanieść je na targ.

- Ciągle myślę i myślę o tej biednej dziewczynce - powiedziała matka.

- Co tu dużo myśleć? - odparła ciotka Wikcia. - Mało to złych ludzi na świecie, mało 

to takich, co sobie dokuczają, że niech Pan Bóg broni?

- Najpierw, że mało - zaprzeczyła matka - a potem, że na wszystko jest rada, jak się 

człowiek postara.

Ciotka Wikcia burknęła coś niewyraźnego.

Jerzy już od chwili śledził niewielką, ciemną postać Zoi snującą się po ogrodzie.

Cichutko wyskoczył przez okno, przemknął do płotu i patrzał.

Zoja chodziła, zdawało się, bez celu rozglądając się wokoło, w końcu krokiem bardzo 

przyśpieszonym poszła ścieżką równoległą do parkanu.

Kryjąc się i tłumiąc kroki, Jerzy sunął w tym samym kierunku, tuż pod płotem.

W końcu Zoja zatrzymała się.

Rozejrzała się raz jeszcze uważnie, potem uklękła na trawie i czegoś szukała głęboko 

w  kretowisku.  Po  chwili   wstała  i   otuliwszy  się   szczelnie  granatową   pelerynką,   poszła  w 

kierunku domu.  Gdy mijała  Jerzego, ukrytego  za krzakami  porzeczek, chłopiec  posłyszał 

wyraźnie lekki podźwięk monet pod granatową pelerynką.

- Naturalnie, wiedziałem! - westchnął z triumfem i żalem i powlókł się w głąb ogrodu 

do ojca, który mimo zmroku wycinał jeszcze kapustę. Wespół z ojcem znieśli mokre, ciężkie 

głowy, chrupiące w rękach, na wóz w podwórzu i po ciemku już prawie wrócili do domu.

Rosa wszędzie błyszczała ostro w promieniach porannego słońca.

Matka wyprawiła już na targ ojca i ciotkę Wikcię, a Jerzego do szkoły i stała teraz 

przed domem, chowając ręce pod fartuch, bo ranek był bardzo chłodny.

background image

Matce wydał się ten poranek jesienny - najradośniejszymi słowami modlitwy. Wbiegła 

do domu, wyjęła z komody duży, biały, włóczkowy szal w kolorowe koła i okrywszy się nim, 

poszła odważnie do domu sąsiadów.

- Dzień dobry pani! - powiedziała do tęgiej kobiety, która właśnie wyprowadziła do 

ogrodu Hanusię, ubraną w czerwony żakiecik.

-   Ot   tak,   przyszłam   po   sąsiedzku   -   odpowiedziała   na   pytające   spojrzenie   młodej 

gospodyni. - Że to już cały rok obok siebie mieszkamy, a tak jakbyśmy się nie znały.

- Rzeczywiście - odparła chłodno młoda kobieta.

Matka nie dała za wygraną, choć czuła, że ją coś w gardle ściska. Nigdy nie była 

bardzo odważna do ludzi, ale jak trzeba, to trzeba.

- Nieraz tak sobie mówimy z mężem, że państwo tu obcy, więc może nie wiedzą tego i 

owego, że może byśmy mogli w czym pomóc albo doradzić.

- Dziękuję. Doskonale sobie radzimy.

Matka przełknęła ślinę.

- Bo my tu z mężem już od wieków mieszkamy, więc już i urządziliśmy się jako tako, 

i ogród przynosi nam duży dochód.

To tak sobie mówimy, że państwa ogród taki ogromny, ho, ho!

Ślicznie by go można uprawić, duże by z tego pieniądze były.

Młoda kobieta okazała zainteresowanie.

- Ale u nas to nikt nie wie, jak sobie z tym poradzić, bo pan jest z dużego miasta, 

gdzie nie ma ogrodów, ja też nigdy nie byłam na wsi. Pani mówi, że z takiego ogrodu można 

by mieć pożytek oprócz owoców i jarzyn dla siebie?

Dopieroż się matka rozwiodła o kapuście, o kalafiorach, pomidorach, malinach.

Poszły obydwie do ogrodu i zaraz matka pokazała, gdzie by założyła inspekty, a gdzie 

szparagarnię. Wszystko dokładnie obejrzały i uradziły.

-  Mój  mąż  jest   ogrodnik  wykwalifikowany   -  mówiła  matka   -  on  po  sąsiedzku  w 

wolnej chwili wszystko pokaże, poradzi, jak i co.

Już rozmawiały przyjaźnie o wszystkim.

- Tak, to jedno tylko, że kłopot mam z Zoją - mówiła młoda kobieta, a głos jej nabrał 

znowu obcego dźwięku. - To prawda, ciężko nam teraz, bo ojciec dziewczynek wszystko 

stracił, co miał. Nie ze swojej winy - pani wie, jak to czasem nie uda się jakiś interes i 

przepadł majątek! No, więc cóż, właśnie pobierzemy się niedługo; oboje jesteśmy młodzi, to 

się jeszcze dorobimy. Tylko to jedno, że z Zoją ani rusz.

I okazało się, że ojciec Jerzego miał rację. Właśnie tak było, jak mówił. Zoję dawniej 

background image

rozpieszczała matka. Była bardzo łagodna i dzieci swoje kochała nad wszystko.

- Ja nie rozumiem, jak to można tak dziecko psuć - powiedziała z irytacją młoda 

kobieta. - Od pierwszego dnia, jak przyszłam do tego domu, zaczęło się. Zoja chce tego, to 

znów tamtego, domaga się, gniewa, złości, a tu nieraz brakowało pieniędzy na mięso.

Więc   musiałam   ją   karać.   Wtedy   ze   złości   zaczęła   mi   dokuczać,   a   jak   ojciec   to 

zobaczył - wybił ją. No i już tak dalej poszło.

W ogrodzie zrobiło się ciepło.

Astry wyprostowały się w słońcu, rozwarły się karminowe kielichy godecji.

- Ja to zawsze wolałam Jerzemu wytłumaczyć niż wybić go - nieśmiało powiedziała 

matka.   -   Każde   dziecko,   jak   zrozumie,   to   posłucha.   I   każde   dziecko   strasznie   żałuje   za 

grzechy,   tylko   się   tego   wstydzi   i   nie   potrafi   samo   przeprosić,   jeśli   mu   się   nie   ułatwi 

pojednania.

- Myśli pani? - powiedziała młoda kobieta i zamyślła się na chwilę. - Może być - 

przyznała.

- Ale jeśli dziecko jest z gruntu złe?

- Ech! - roześmiała się matka.

- To strasznie i przykro być złym, komu by się tam chciało naprawdę, z własnej woli!

Potem wróciła do domu, i cały ranek, gotując obiad i prasując bieliznę, śpiewała na 

cały głos z radości.

W sobotę ostatniego dnia - oto co widniało na tablicy:

„Oddaję wam skarbonkę. Tylko dlatego, że szanuję Jurka, więc może on ma rację. 

Skarbonka już jest w klasie, znajdźcie ją.”

Ci, którzy nadeszli pierwsi: Staś Marzec, Wojtek pachnący mydłem  i Rózia - nie 

szukali sami. Poczekali, aż zeszła się cała klasa. Wtenczas Jerzy starł napis i korzystając z 

tego, że do dzwonka było jeszcze dwie minuty, rozpoczęto poszukiwania.

Najpierw każdy zbadał dokładnie wnętrze swego pulpitu i zajrzał pod ławkę. Potem 

przeszukano szafkę, stolik na katedrze i przestrzeń pod katedrą. Właśnie gdy ustawiono z 

powrotem stolik i krzesło, weszła panna Jadwiga.

Dosyć trudno było opowiedzieć jej o wszystkim, ale Jerzy zrobił to tak zgrabnie i 

szczerze, że od razu zrozumiała i nawet nie próbowała się gniewać.

- Strasznie się cieszę, że cała sprawa ze skarbonką okazała się figlem - powiedziała 

wesoło.

Może poczuła w głębi serca, że ten figiel był zanadto poważny i niewłaściwy, ale nic 

nie powiedziała. Natomiast razem z dziećmi zaczęła szukać.

background image

Władek wlazł na piec, ale oprócz obfitego pokładu kurzu, nic tam nie znalazł; w piecu 

również okazały się się pustki.

Panna Jadwiga powiedziała trochę podrażnionym głosem:

- No, zaczynamy lekcję. Na pauzie będziecie szukać znowu.

Ale w chwili kiedy siadła na krześle, coś mocno zabrzęczało za nią. Odwróciła się 

gwałtownie, a wszystkie dzieci się zerwały. Na poręczy krzesła wisiał zielony sweter panny 

Jadwigi. I oto właśnie w kieszeni tego swetra panna Jadwiga ze zgrozą znalazła skarbonkę.

Dzieci śmiały się jak szalone.

Władek krzyczał: - Hura, hura! - i wyrzucił czapkę pod sufit.

Krysia płakała z radości, ocierając łzy fartuszkiem.

Wojtek rozdał cztery jabłka swoim sąsiadom, a sobie nic nie zostawił.

Panna Jadwiga zawołała śmiejąc się:

- No, a teraz, figlarzu kochany, przyznaj się.

Jerzy spojrzał na Zoję. Powoli wyszła z ławki i stanęła przed tablicą. Dzieci oniemiały 

ze zdumienia.

- Nie może być! - wrzasnął w końcu Władek, łapiąc się za głowę, a potem zaraz siadł 

w ławce i patrzał w Zoję rozszerzonymi oczami.

Panna Jadwiga powiedziała spokojnie:

-   Darowujemy   ci   tym   razem,   żeś   nas   tak   gnębiła,   i   cieszymy   się   serdecznie,   że 

zrozumiałaś konieczność przyznania się.

Zaczynamy lekcję, dzieci.

Władek nagle powstał i powiedział, czerwieniejąc:

- Proszę pani... a może... a może moglibyśmy rzeczywiście kupić tę mapę?

Panna Jadwiga zamyśliła się, w końcu rzekła:

- No tak. Na pomnik tego burmistrza zaczęła zbierać jeszcze moja poprzedniczka. Ale 

teraz, zdaje się, już nikt nawet o tym  nie myśli, miasto ma pilniejsze sprawy. Więc jeśli 

wszyscy się zgadzacie...

- Zgadzamy się, zgadzamy się teraz! - krzyknęła cała klasa.

- Więc dobrze - powiedziała panna Jadwiga i schowała skarbonkę do szafki.

Już dawno się lekcja rozpoczęła, a Wojtek ciągle jeszcze się dziwił i kręcił głową, 

patrząc na warkocz siedzącej przed nim Zoi.

Wszyscy chcieli wiedzieć, jakim cudem udało się Zoi pisać niepostrzeżenie na tablicy, 

wsuwać kartki do cudzych tornistrów i w końcu włożyć skarbonkę do kieszeni panny Jadwigi, 

ale dziewczynka niechętnie udzielała objaśnień.

background image

- Udawało mi się, bo nikt mnie nie śledził - powiedziała krótko. - A dziś rano miałam 

skarbonkę w kieszeni sukni pod fartuszkiem, a przełożyłam ją do kieszeni swetra, udając, że 

szukam pod krzesłem. Dajcie mi spokój.

Więc dali jej spokój.

Wracali do domu, Jerzy i Zoja, drogą pełną suchych liści. Z pól, z ogrodów wiatr 

przyniósł zapach oranej ziemi, zapach dymu i więdnących roślin. Wszędzie pochyleni nad 

ziemią ludzie kopali kartofle, a wrony i kawki dużymi stadami przelatywały z miejsca na 

miejsce. Sina mgiełka snuła się, przesłaniając domy, ogrody i perspektywę pól.

- Ty od samego początku wiedziałeś, że to ja - powiedziała Zoja otulając się szczelnie 

peleryną.

- Nie od samego - zaprzeczył Jerzy. - Wiedziałem od tej chwili, kiedy spostrzegłem w 

twoim   brulionie  oberwaną   kartkę  i   sprawdziłem,   że  skrawek  papieru,  który znalazełm   w 

tornistrze, tak doskonale pasował do tej kartki.

- A niby to uwierzyłeś mi, kiedy udawałam, że nie wiem, kto to wyrwał z mojego 

kajetu.

- Tak...

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, dlaczego mnie nie zdradziłeś? - gwałtownie zapytała 

dziewczynka.

Jerzy ociągał się z odpowiedzią. Zbierał czerwone liście klonów.

- Tak sobie. Nie chciało mi się. Najpierw, że to było dosyć przyjemne, a po wtóre... 

Czy nie lepiej, że tak się stało, jak się stało?

- Owszem - przyznała Zoja.

Jerzy powiedział jeszcze:

- Czasem nie trzeba od razu mówić  wszystkiego,  co się wie, bo można  wszystko 

zepsuć... I przy tym... ja wiem. Tobie w domu było tak niedobrze, że chciało ci się dokuczyć 

nam trochę. Ot, tak, żeby sobie ulżyć. Tylko że już teraz wiemy: aby pokonać zło naokoło 

siebie, trzeba właśnie przeciwnie... z całych sił być jak najlepszym...

No nie?

Teraz posłyszeli oboje, że ktoś za nimi idzie. Odwrócili się. To szedł ojciec Zoi. Kiedy 

się zrównał z nimi, Zoja nagle chwyciła go mocno za rękę.

- Tatusiu - powiedziała głosem, który się załamał ze wzruszenia. - Tatusiu, to jest mój 

przyjaciel.

Ojciec gwałtownym ruchem przygarnął dziewczynkę do siebie.

- A jutro jest niedziela! - wykrzyknął Jerzy radośnie.

background image

Chłopcy na strychu Ojciec rzeczywiście musiał w końcu wyjechać do Niemiec. Przez 

całe pół roku upierał się, że nie wyjedzie, i szukał zawzięcie posady,  ale rok był  ciężki, 

wszędzie raczej redukowano pracowników, a z Niemiec przyjaciel ojca, jeszcze z czasów 

uniwersyteckich, raz po raz pisał, prosząc, żeby ojciec przyjechał do jego fabryki. Tak że w 

końcu sami chłopcy, widząc, co się święci, i że niedługo nie będzie z czego żyć, namówili 

ojca na ten wyjazd. Jaś powiedział:

- Tu się w gazecie od dawna ogłasza pewna wdowa, która da lokatorom”macierzyńską 

opiekę”, doskonale może tatuś nas umieścić u tej wdowy. My już jej dopilnujemy, żeby nas 

pilnowała.

Wdowa okazała się dość tęga, a jej mieszkanie czarująco czyste, więc ojciec i chłopcy, 

którzy mieli zaufanie do czystości i tuszy, od razu się zdecydowali.

Ojciec zapłacił za dwa miesiące z góry, powiedział wdowie, że najstarszy Michał i 

najmłodszy Luś to spokojni chłopcy, ale Jasia trzeba trzymać w ręku, i wyjechał.

Jaś   od   razu   przemeblował   pokój   i   na   tym   tle   wynikło   pierwsze   nieporozumienie. 

Wdowa oznajmiła, że w jej mieszkaniu nie wolno ruszać mebli, które stały w tych miejscach 

jeszcze za życia jej świętej pamięci nieboszczyka ojca.

- To trudno, proszę pani - powiedział Jaś - Luś nie może spać pod oknem, więc kanapa 

także nie może stać pod oknem, bo z okna wieje.

- Nigdy z tego okna nie wiało - powiedziała obrażona wdowa, więc wszyscy chłopcy 

podeszli i przykładali rękę do ramy okna i wdowa też przykładała, ale chłopcom wiało, a jej 

nie wiało.

-   Bo   pani   ma   dużo   tłuszczu   na   ręku,   to   pani   nie   czuje   -   powiedział   Luś   w 

najniewinniejszej myśli, ale wdowa obraziła się jeszcze więcej i wyraziła obawę, że z Lusiem 

będzie jeszcze trudniej niż z Jasiem.

- O nie, proszę pani - energicznie zaprotestował Jaś - ze mną jest zawsze najtrudniej, 

jeszcze się pani przekona.

Zdecydowano w końcu napisać do ojca w kwestii kanapki.

- A na razie kanapka zostanie tutaj - powiedział Jaś i żeby przypieczętować kwestię, 

rozciągnął się na kanapce w obecności wdowy, która uznała to za obrazę osobistą i wyszła z 

pokoju.

- Od razu zaczynasz się awanturować - rzekł Michaś, układając porządniutko swoje 

książki na półce.

- Wcale nie chodzi o awantury, tylko o to, że Luś nie może spać pod oknem, bo by go 

zawiało i miałabyś babo placek. Oprócz tego trzeba się od razu postawić, żeby nas szanowali.

background image

Potem zawiniła wdowa. Przy końcu obiadu wyraziła żal, że nie będzie leguminy, bo 

kot   rozlał   mleko   przygotowane   na   kisielek   czekoladowy,”a   ja,   moje   dzieci,   za   tanio   się 

ugodziłam   z   waszym   ojcem,   żebym   mogła   wydawać   dwa   razy   pieniądze   na   leguminę”. 

Chłopcy nic nie powiedzieli, choć było im przykro, starszym ze względu na ojca, a Lusiowi z 

powodu leguminy.

Wieczorem wdowa położyła im kabałę, z której wynikło, że jakaś brunetka źle im 

życzy, a do Lusia przypłyną wielkie pieniądze.

Kiedy potem w łóżkach mówili o tej kabale, Luś odniósł się do niej marzycielsko, ale 

starsi bracia mocno go skrytykowali ze stanowiska trzeźwego rozumu.

- Jakaś brunetka źle nam życzy, także wymyśliła.

Opłaciłoby się temu komu źle nam życzyć. A co do tych pieniędzy, to niczego się, 

Lusiu, nie spodziewaj. Ponieważ w kartach zawsze kiery znaczą miłość, a kara podróże, a piki 

śmierć i chorobę, a trefle pieniądze, a innych kart w ogóle nie ma - więc zawsze coś z tych 

rzeczy wypaść musi, rozumiesz? Takiej wdowie zupełnie wszystko jedno co, kartom także 

wszystko jedno - a ten głupi, dla którego stawiają, cieszy się.

- Bo mogła wypaść śmierć albo choroba - zauważył Luś.

- No to co? Gdyby wypadła, to myślisz, że byś umarł? Diabła tam.

- Przeżegnajcie się i śpijcie - surowo powiedział Michaś.

Jaś uznał, że starszy brat ma rację, ale odkrzyknął hardo:

- Sam się przeżegnaj - i dopiero potem zasnął.

Z takiego początku naprawdę trudno było przewidzieć, że z biegiem czasu sprawy 

bardzo daleko zajdą, ale zaszły.

Gromadziły się.

W niedzielę po południu do wdowy przychodziła jej rodzina i zasiadała na kanapce w 

pokoju chłopców. Nazywało się to, że dzieci powinny”zażywać powietrza” - ale Jaś się od 

razu zorientował, że tu chodziło o kanapę, bo taki wuj Ignacy na przykład miał”reumatyzm” 

w kościach i z tego powodu jakoby musiał miękko siedzieć.

Na owym”powietrzu”, w podwórzu, zawierało się najgorsze znajomości. I choć to 

było bardzo przyjemne, choć przeżywało się rozkosznie dzikie emocje, idąc na przykład z 

chłopakami bez biletu do kina albo jadąc na na tylnych buforach tramwaju, jednak wszyscy 

trzej, a już najsilniej Jaś, odczuwali, że tu coś nie jest w porządku i że macierzyńska opieka 

wdowy szwankuje.

- To się nie nazywa”opiekować” - mówił wieczorem Jaś do swych zgnębionych braci.

-  Taki  na  przykład  Luś  wpadnie   pod  samochód  i   co  będzie?  Albo  mnie  tramwaj 

background image

obetnie nogi obydwie aż do pasa! Albo siedzimy w kinie, a tu przychodzi kontrola.

- Co by z nami zrobiła? - zapytał struchlały poniewczasie Luś.

- Kontrola? Do komisariatu.

Policjant   by   nas   prowadził   przez   całe   miasto   do   więzienia.   Ładnie   by   wdowa 

wyglądała. Albo czy to dobrze, że my teraz ciągle mówimy cholera, choroba i takie różne 

słowa bardzo brzydkie - czy to tak było za czasów mamy i tatusia? Mama, trudno, umarła, ale 

tatuś byłby po prostu oburzony.

- To dlaczegoż mówimy takie słowa? - wykrzyknął zrozpaczony Michaś. - Przecież 

wdowa nas do tego nie zmusza. Możemy nie mówić.

- To co innego - rzekł Jaś rozsądnie - ale ona powinna nas przestrzegać. Od tego jest 

opieka, żeby nas przestrzegała  w takich rzeczach,  które są przyjemne, ale szkodliwe. Na 

przykład wczoraj przyniosłem sobie z kosza książkę, taką”sensacyjną”, czy to powinno tak 

być? A wdowa do mnie:”Jak przeczytasz, to mnie pożyczysz!”

Słyszałeś? Tatuś by powiedział:”Skąd wziąłeś te śmieci? Oddaj zaraz”.

I w tym miejscu Jaś tak świetnie naśladował głos i ruch ojca, że Michaś i Luś odnieśli 

się do sprawy poważnie.

- Ona się rzeczywiście nami nie opiekuje - powiedział Michaś. - Jeszcze teraz, kiedy 

chodzimy do szkoły, to pół biedy, ale co będzie, jak zaczną się wakacje?

- Wtedy to już nie wiem.

Będziemy po prostu na głowie chodzić - ponuro przepowiedział Jaś.

Potem obiecał braciom, że coś obmyśli. Tatuś nieraz mówił, że na wszystko jest rada, 

tylko trzeba nadrobić głową. Otóż on się podejmuje.

I rzeczywiście jakiś tydzień potem, gdy Michaś z Lusiem wrócili ze szkoły, zastali 

Jasia, który do szkoły nie poszedł, nad listem.

Pisał do ojca:

„Tatusiu drogi - przenieśliśmy się na inne mieszkanie, bo wdowa wcale się nami nie 

opiekowała.

Bardzo mi przykro, bo ja myślałem, że ona będzie się opiekować, a tymczasem ona 

tylko cały dzień szoruje podłogi i każe nam nogi wycierać, a my przez ten czas łazimy po 

rynsztokach z Bóg wie kim.

Chłopcy na ulicy, co prawda, są tacy sami jak my i bardzo mili, ale po co w takim 

razie  mamy  mieszkać  u wdowy z macierzyńską  opieką? Więc ponieważ nauczyliśmy  się 

najgorszych słów i jeździmy na buforach tramwajów, a ja już nawet raz, jak się skrzynka 

babie  z pomarańczami  rozbiła,  ściągnąłem  jedną pomarańczę  (połowę dałem,  co  prawda, 

background image

Lusiowi), to już postanowiliśmy, że dosyć tego zgorszenia, i przenieśliśmy się od wdowy 

gdzie indziej.”

- Kiedy to nieprawda, bo wcale się nie przenieśliśmy - powiedział Michaś.

- Tak, ale się zaraz przeniesiemy.

- A gdzie? - zapytał Luś.

- No więc właśnie, zaraz was tam zaprowadzę, to jest bardzo przyzwoity strych.

- A w jaki sposób my się przeniesiemy,  kiedy nam nie wystarczy pieniędzy,  a u 

wdowy zapłacone za dwa miesiące z góry? - zauważył praktyczny Michał.

Okazało się, że Jaś wszystko już obmyślił dokładnie. Właśnie na strychu lokal będzie 

bardzo tanio kosztował, bo to jest strych nad składem, gdzie nikt nie wiesza bielizny ani w 

ogóle nic. Jaś już się porozumiał z synem stróża tego podwórka i ten Wacek zgodził się za 

dwa złote zachować dyskrecję i w ogóle tak pokierować losami podwórka, aby nikt nie wpadł 

na ślad chłopców na strychu.

- Będziemy się tam mieli doskonale. Bardzo duże mieszkanie na drugim piętrze jest 

puste, a na pierwszym jest skład starych mebli, na parterze też jest taka pusta stara szopa, w 

której   dawniej   były   jakieś   tam   narzędzia,   a   dziś   nic   nie   ma,   tylko   szmelc   i   starzyzna   i 

podobno nikt tam nigdy nie chodzi.

- No dobrze, a co będzie, jak spotkamy kiedy wdowę?

- Ale, cholera... - Jaś powiedział całe słowo bardzo dobitnie, bo mieszkał jeszcze u 

wdowy - cholera ją spotkamy, bo to jest akurat na drugim końcu miasta. Wiecie, gdzie to jest?

Koło zamku!

To już się Michasiowi i Lusiowi bardzo spodobało.

Doszli   do   przekonania,   że   sąsiedztwo   zamku   gwarantuje   dostojeństwo   i   powagę. 

Wiadoma przecież rzecz, że w zamku mieszka książę z liczną rodziną, taki bogaty, że ma z 

tysiąc pokoi. Że tam jest mnóstwo służby i gości, że biskup tam zajeżdża samochodem i 

wojewoda.

A   oprócz   tego   ojciec   był   raz   w   zamku   i   powiedział,   że   książę   bardzo   a   bardzo 

przyzwoity a zacny człowiek.

- No więc - dobre znalazłem mieszkanie czy nie?

Owszem, Michał i Luś zgodzili się, że dobre i przyzwoite, ale co będzie z jedzeniem?

Tu się Jaś tylko roześmiał. To już jest drobiazg, przede wszystkim mają przecie razem 

45 złotych od ojca na drobne wydatki, a po wtóre, Wacek i inne chłopaki mówią, że jedzenie 

to guzik, szczególnie  latem.  Już w tamtej  okolicy niedaleko  jest las i można  chodzić na 

grzyby i w ogóle.

background image

- Chodzi tylko o ubranie, chłopaki mówią, że z ubraniem najgorzej, no ale ubrania 

właśnie mamy najwięcej, ile się podoba.

Michaś się jeszcze trochę wahał.

- Tak, ale przecież tatuś zapłacił wdowie za wszystko...

- Ba. Ale ona się nami nie opiekuje, sam musisz przyznać! - wykrzyknął Jaś. - Więc 

pieniądze się marnują tak czy tak.

Zepsulibyśmy się tu na nic i tatuś potem miałby z nami przykrości. A czy ty chciałbyś, 

żeby Luś się zepsuł, co?

Nie było rady - Michaś uznał rację tych wywodów i wobec tego Jaś zakończył list:

„Więc   prosimy,   żeby   teraz   tatuś   pisał   do   nas   na   poste_restante.   Pieniędzy   nie 

potrzebujemy, bo na nowym mieszkaniu wszystko mamy. Z wdową rozstaliśmy się w zgodzie 

i teraz już Luś się nie zmarnuje i ja także, o Michasiu nie ma mowy, bo on by się tak czy tak 

nie zmarnował, bo on już jest wyrobiony. Całujemy Tatusia parę milionów razy Jaś”

-   Skąd   ty   wiesz,   że”z   wdową   rozstaliśmy   się   w   zgodzie”?   -   zapytał   sceptycznie 

Michaś.

- Bo ona nic nie będzie wiedziała, że my się przenosimy.

A my dziś cały dzień będziemy się przenosić. Po trochu każdy z nas weźmie kilka 

rzeczy i wyjdziemy. Potem znów kilka i znów, aż do końca.

- No dobrze już, dobrze - zgodził się Michaś, ale potem, gdy już może piąty raz 

wędrowali, tym razem z poduszkami (wdowa spała w kuchni), powiedział jeszcze: - Ale co 

do mnie, to i ja bym się zmarnował, niepotrzebnie napisałeś. Ja już czułem wielkie pokusy, 

żeby mówić”cholera” i inne rzeczy.

- No to chwała Bogu - powiedział Jaś i klepnął brata przyjacielsko w plecy.

Na nowym mieszkaniu za dnia było bardzo przyjemnie, ale wieczorem zrobiło się 

trochę niewyraźnie.

Po drugiej stronie bardzo wąskiej uliczki wznosił się nagi mur, otaczający zamek. 

Wielkie okna rzucały trochę światła z góry w mansardowy otwór strychu - i właśnie te okna 

ratowały sytuację, bo Wacek zobowiązał chłopców, że nigdy światła na strychu świecić nie 

będą.

- Nie żeby o pożar - powiedział - bo jakby się spaliło, to nie byłoby na mnie, ale jak 

kto zobaczy światło na strychu, to zaraz was znajdą, dopiero by było urwanie głowy.

Za to Wacek obiecał, że w tych oknach zamku zawsze się bardzo świeci, bo to są 

pokoje do zabawy - w jednym jest basen.

- Taka ci sadzawka wielgachna jak cholera - mówił - żeby te ich dzieci miały gdzie 

background image

pływać zimową porą i łódki se po nim puszczają, okręty takie, co pod parą same pływają. A 

teraz to jest inna sala, a w niej pociąg jest samoidący, też na parze, i takie tam różne zabawy, 

jakich świat nie widział.

To wszystko oglądał stryjeczny Wacka, który jest pomocnikiem montera przy zamku, 

i kiedy naprawiał w tych pokojach elektryczność, to mu te dzieci pokazywały, jak pociąg 

biega dookoła sali i jak okręty po tym basenie pływają i gwiżdżą.

Dopóki świeciło się w oknach, póty chłopcy tkwili w mansardowym otworze i gapili 

się, ale że zamek stoi wysoko, bo już bezpośrednio za murem poziom ziemi wznosił się dosyć 

stromo, więc chłopcy ze swego stryszku nie widzieli wnętrza pokoi, tylko wielkie, jasne tafle 

okien, w których od czasu do czasu, bardzo rzadko, migały głowy.

Potem okazało się, gdy światło zgasło, że nie ma na czym spać, bo zapomnieli o 

siennikach.

- To nie były nasze sienniki - powiedział Michaś - więc nie mogliśmy ich zabrać.

- Nic nie szkodzi - rzekł Jaś - ułożymy sobie kupki z ubrań i nakryjemy kocem, a pod 

głowę poduszki, zobaczycie, że będzie bardzo wygodnie.

Ułożyli kupki, ale nie było bardzo wygodnie. Poza tym Luś się trochę bał, tak że 

musieli bardzo ciasno ułożyć się przy sobie. Mimo to zasnęli twardo, pogryzając chleb bardzo 

smaczny, bo kupiony za własne pieniądze.

Nazajutrz   Michaś   i   Luś   chcieli   iść   do   szkoły,   ale   Jaś   sprzeciwił   się   temu 

kategorycznie. Przecież na pewno właśnie u wrót szkoły czyha na nich wdowa, która już 

prawdopodobnie zaalarmowała nawet i władze szkolne. Trzeba więc przeczekać pierwszy 

impet, trzeba doczekać się listu, w którym ojciec zaaprobuje ich postanowienie, może nawet 

udzieli pochwały i dopiero z takim dokumentem można pójść do szkoły.

- Na razie będziemy pracować w domu - zdecydował Jaś - wy przeróbcie sobie lekcje, 

a ja pójdę po jedzenie i sienniki.

Przyniósł kiełbasy, chleba i pół kilo chałwy. Powiedział:

- Nie będziemy się bawić w żadne zupy, bo nie mamy ich gdzie gotować, a po wtóre, 

to za drogo. Trzeba do tego kupować szczypiorku, marchewki, pieprzu, to za dużo rzeczy, a 

my mamy tylko 45 złotych.

Dłuższy   czas   trwała   dyskusja   nad   tym,   czy   porcje   mają   być   równe,   czy   też 

proporcjonalne do wielkości - przeważyły głosy Jasia i Lusia, że równe.

Jak widzimy, życie na strychu nastręczało nieprzewidziane trudności, bo na przykład 

co do sienników, to Wacek powiedział, że nie ma mowy o tym, aby można je było dostać 

legalnym  sposobem. W ogóle siennik zwraca na siebie uwagę, a cóż dopiero, gdy się go 

background image

taszczy po schodach do nie zamieszkanego budynku.

Natomiast   Wacek   zorganizował   partię   chłopców,   którzy  wraz   z  Jasiem   czekać   na 

niego mieli nocą pod murem zamku.

- Wcale mi się ta sprawa nie podoba - powiedział Michaś. - Cóż tam macie zamiar 

robić?

- Nie wiem - przyznał się Jaś - ale Wacek mówi, żebym się o nic nie bał. Kazał 

przynieść worki, więc zabiorę ten od pościeli, a poza tym kupiłem już dwa ogromne od cukru 

i one leżą pod schodami.

- Coraz więcej robisz wszystko na własną rękę - rzekł surowo Michaś - a tymczasem 

ja   jestem   najstarszy.   Wszystko   jedno   -   zdecydował   -   ja   i   tak   pójdę   z   wami,   bo   mam 

odpowiedzialność moralną i muszę wiedzieć, co wy tam będziecie robić z tymi workami.

Na tym więc stanęło, że Michaś pójdzie także, a że Luś w chwili gdy chłopcy mieli go 

opuścić, zacisnął pięści, zamknął oczy i dłuższy czas miarowo i jednostajnie jęczał, tupiąc 

nogami  (zresztą  bardzo  cichutko,  bo cisza  już weszła  w nałóg  na strychu),  więc  i Lusia 

musieli zabrać ze sobą.

W uliczce było już najzupełniej pusto i ciemno.

Nawet na podwórzu zamkowym już pogaszono latarnie. Wacek kazał się chłopcom 

trzymać razem i poprowadził ich w dół wzdłuż muru. Michaś spróbował zapytać: - Co my 

właściwie będziemy robić? - Ale dostał kułakiem w bok i powiedziano mu do ucha: - Nie 

gadaj, bo stróże chodzą wkoło zamku.

Ale tam, gdzie doszli po kwadransie, na samym końcu parku, na pewno już nie było 

stróżów. I mur był w tym miejscu tak niski, że jedni po barkach drugich przedostali się do 

wnętrza. Ponieważ Luś ani razu nie jęknął i zachowywał grobową ciszę, więc Michaś od 

czasu do czasu potrząsał jego dłonią i pytał: - Luś, to ty?

- To ja - odpowiadał mu konspiracyjny szept i szli dalej.

Wreszcie Wacek powiedział na przodzie:

- No, to ładujcie.

- Ja nic nie widzę - rzekł Michaś - ale już słyszał, że przed nim w grupie chłopców coś 

się dzieje, po prostu szelest i zapach siana.

- To  my zwyczajnie  kradniemy  siano - powiedział  z  rozpaczą  i stał  oniemiały  w 

grozie, ściskając kurczowo malutką dłoń dzielnego Lusia.

W ciemności padło słowo Jasia:

-   Wcale   nie   kradniemy,   jutro   się   przekonasz,   że   kupujemy,   już   ja   wszystko 

obmyśliłem.

background image

- Pst - syknął Wacek, na chwilę zamarł wszelki odgłos, a z dala doleciała gwizdawka 

stróża.

Uwierzyć   Jasiowi   na   słowo   czy   zapobiec   zbrodni?   Michaś   wahał   się   i   męczył, 

rozważał i postanawiał aż do chwili, w której przy kopicy przestano sapać i chrzęścić sianem, 

natomiast Wacek zakomenderował:

- No, to jazda z powrotem.

Więc poszli z powrotem i co gorsza, Michaś musiał dźwigać koniec worka twardo 

wypchanego sianem, bo Jaś szepnął: - Ciężko psia mać - więc miał może do tego dopuścić, 

żeby się brat podźwignął? Na strychu tej nocy już nie było mowy o kradzieży, bo trzeba było 

wyjąć   sporo   siana   z   worków,   żeby   je   zmiękczyć,   trzeba   było   zaszyć   worki,   zasłać   je   i 

spać.”No... - półprzytomnie pomyślał zasypiający Michaś - teraz to już będę mieć całą noc 

wyrzuty sumienia, ale jest wygodnie”.

Zbudził się pewnie koło południa - Jaś stał nad nim w koszuli i podtykał mu pod nos 

ćwiartkę papieru:

- Czytaj - mówił - zaraz się przekonasz, że mnie niesłusznie posądziłeś.

Więc przeczytał:

„Szanowny Panie Książę!

Zabraliśmy Panu jedną rzecz za dwa złote, więc posyłamy Panu dwa złote, bo nie 

chcemy niczyjej krzywdy.

Z poważaniem J.”

- Napisałem tylko J., bo gdybym napisał i literę od nazwiska, to może by się domyślili 

i odesłali nas do wdowy.

Tu jednak Michaś okazał charakter: absolutnie się na J. nie zgodził, bo jeżeli już ma 

być jedna litera, to w każdym razie M. On jest najstarszy i przynajmniej kwestie pieniężne do 

niego należą. Stanęło więc na M.

Poza tym Michaś postanowił jeszcze jedną rzecz; powiedział:

-   Ja   teraz   jestem   najstarszy,   a   ojca   nie   ma,   więc   ja   będę   czytywał   gazetę.   -   I 

rzeczywiście od tego dnia kupował gazetę i czytał; co prawda Jaś czytał także, ale dopiero po 

nim.

Od chwili kiedy przenieśli się od wdowy, nie zdarzyło się rzeczywiście, aby poszli bez 

biletu do kina albo jeździli na buforach tramwajowych, albo z tyłu przy samochodzie czy 

dorożce. W ogóle poziom moralny bardzo się podniósł - nie było już mowy o najgorszych 

słowach, a towarzystwo dobierano bardzo starannie.

Jakoś w dziesięć dni po przeprowadzce, kiedy już z 45 złotych pozostało tylko 2 zł 80 

background image

gr - nadszedł od ojca list tej treści:

„Moi drodzy chłopcy,  bardzo się cieszę, że sami daliście sobie radę i potrafiliście 

znaleźć   należytą   opiekę.   Byłbym   wolał,   abyście   to   zrobili   w   porozumieniu   ze   mną,   ale 

domyślam   się,   że   chcieliście   oszczędzić   mi   niepokoju   i   zmartwienia.   Poproście   w   moim 

imieniu Waszych nowych opiekunów, ażeby napisali do mnie, jak się sprawujecie.

Cieszę się, że jeszcze nie potrzebujecie pieniędzy,  bo ja pierwszą pensją, niestety, 

będę   musiał   pokryć   dług   zaciągnięty   na   podróż.   Uczcie   się   dobrze   i   kłaniajcie   się   panu 

dyrektorowi ode mnie. Cieszę się, że mam takich dzielnych chłopców i całuję Was najgoręcej 

- Wasz Ojciec”

- No więc nareszcie będziemy mogli pójść do szkoły - powiedział z ulgą mIchaś.

I rzeczywiście, nazajutrz wszyscy trzej, czysto umyci, wyszczotkowani i z bułkami w 

tornistrach, stawili się przed dyrektorem z listem w ręku.

Zabrał głos wypucowany Jaś:

-   Bardzo   przepraszamy   pana   dyrektora,   że   nie   byliśmy   tyle   czasu   w   szkole,   ale 

musieliśmy się przenosić i mieliśmy masę roboty. Ale cały czas uczyliśmy się i na pewno 

wszystko dopędzimy. Tu jest list tatusia do pana dyrektora, że tatuś jest z nas zadowolony. A 

my   bardzo   przepraszamy,   ale   na   nas   ciążyła   taka   odpowiedzialność,   że   naprawdę   nie 

mogliśmy przychodzić.

Dyrektor przeczytał list, popatrzył na chłopców i rzekł:

-   No,   a   przynajmniej   daliście   znać   pani   Banasikowej,   bo   przypuszczam,   że   was 

poszukuje przez policję?

- Z panią Banasikową sprawa załatwiona - powiedział Jaś, gdy tymczasem purpurowy 

Michaś miażdżył dłoń cierpliwego Lusia.

-   Przynieście   poświadczenie   od   nowych   opiekunów   i   jazda   do   klasy   - 

zakomenderował dyrektor.

Nauczycielowi powiedziało się:

- Już proszę pana profesora byliśmy u pana dyrektora i wytłumaczyliśmy się.

I tak kwestia została załatwiona. Michasiowi zaś brat wyklarował, że z powodu teorii 

względności   czas   nie   istnieje,   więc   czy   z   wdową   już   sprawa   załatwiona,   czy   będzie 

załatwiona za chwilę, to wszystko jedno.

I rzeczywiście zaraz po lekcjach załatwiono sprawę w tym sensie, że posłano wdowie 

list ojca z następującym komentarzem.

„Tatuś jest z nas zadowolony, więc Pani nic do tego. Pani się nami nie opiekowała, a 

na naszej kanapie ciągle siedział wuj Ignacy i to nie było przyjemne, bo kaszle i pluje. Jeżeli 

background image

Pani może, to niech nam Pani odeśle pieniądze na poste_restante. I na policję niech Pani da 

znać, że już myśmy się znaleźli.

Chociaż nam się zdaje, że gdyby policja nas szukała, toby nas dawno znalazła - więc 

prawdopodobnie   Pani   wcale   nie   dawała   znać   na   policję,   tylko   jęczała   z   rodziną.   Z 

poważaniem Michaś, Jaś, Luś”

Następnego   dnia   Michaś   wydał   ostatnie   pieniądze   na   chleb   i   mleko   i   postanowił 

zabrać się do pracy.

- Do szkoły chodzić muszę - powiedział braciom - ale będę szukał popołudniowego 

zajęcia.

Szukał całymi dniami, chodząc z Lusiem po ulicy i przystając przed każdą witryną 

sklepową, a przez ten czas Jaś zgodził się do piekarza. Z tym piekarzem przyjaźnił się już od 

dziesięciu dni, właściwie od chwili, w której kupił od niego pierwszy bochenek chleba. Teraz 

umówili się w ten sposób, że gdy piekarz szedł się przespać, Jaś go zastępował w sklepie od 

drugiej do piątej, za co dostawał piękny bochen i pięćdziesiąt groszy.

- Piekarz mi ufa - powiedział Jaś braciom - on mi mówił, że jeszcze nie miał w sklepie 

ani jednego chłopca, który by go nie podkradał: ten słodkie rogale, a inny drożdżowe ciastka, 

a był taki, co po prostu ściągał pieniądze bardzo sprytnie. Teraz piekarz będzie miał spokój i 

będzie mógł się wyspać, bo on mi ufa. Ja mu opowiedziałem naszą historię i on mówi, że 

mieliśmy rację, bo z wdowami nie należy nigdy zaczynać, on już się sparzył na wdowach. 

Zaprasza nas w niedzielę na obiad.

Za   pięćdziesiąt   groszy   kupowali   litr   mleka,   ale   i   tak   było   trochę   głodno   i   Luś 

popłakiwał od czasu do czasu.

Jaś pocieszał go”kryzysem ekonomicznym” i”złą koniunkturą”, wspominał nawet coś 

o walce o byt, ale Luś powiedział gorzkie słowo:

- Wszystko jedno, u wdowy było lepiej i ja nie miałem wszów.

Wobec tak ciężkiego oskarżenia i wobec niedzielnej wizyty u piekarza poświęcono 

sobotnie popołudnie na gruntowne porządki. W beczce po brzegi wypełnionej wodą wykąpali 

się wszyscy trzej, dokładnie szorując się szczotką i mydłem.

-   Z   głową,   Lusiu,   z   głową,   to   wszystkie   wszy   potoną   -   zachęcał   brata   Jaś, 

przytrzymując   mu   głowę   pod   wodą;   potem   powycierali   się   do   czerwoności   i   wleźli   pod 

kołdry dla rozgrzewki. Udało się także wyprać jako tako trochę bielizny,  którą wybieliło 

słońce, wpadające  gorącą smugą  przez mansardowe  okno. Bardzo porządnie wysprzątano 

mieszkanie, a nawet Michaś poukładał w kuferkach bieliznę i porozwieszał na gwoździach 

dachu ubrania i palta.

background image

-   Wszystko   to   trzeba   było   już   dawno   zrobić   -   powiedział   z   westchnieniem, 

przyglądając się wymiętym trochę, niedzielnym garniturkom.

Nazajutrz jednak okazało się, że ubrania wyprostowały się wisząc na gwoździach i 

kiedy   chłopcy   zjawili   się   u   piekarza,   wyglądali   naprawdę   zupełnie   przyzwoicie.   Głowy 

wyszczotkowane, kołnierzyki czyste, paznokcie prawie, i buty wypucowane na glanc. Dnia 

tego nie jedli nic z rana, żeby wykorzystać gruntownie obiad u piekarza.

-   Możecie   jeść   dużo   -   upominał   braci   w  drodze   Michaś   -   tylko   żebyście   się   nie 

śpieszyli zanadto, bo piekarz pomyśli, że jesteśmy głodni. Jak się je powoli, to nawet można 

dużo więcej zjeść i żebyś, Lusiu, broń Boże, nie powiedział piekarzowi, że jesteśmy głodni.

- Kiedy Luś i tak nigdy nic nie mówi przy obcych.

- Tak, ale mogłoby go skusić, bo on jeszcze jest mały i nie może mieć taktu.

Luś  rzeczywiście   prawie  nigdy  nic  nie   mówił.  Bystro  patrzył   sprytnymi  oczkami, 

ściskał przy okazji dużą rękę brata w swej malutkiej dłoni, jak się bał, to zamykał oczy i 

szybko oddychał, ale nic nie mówił i nawet płakał tak cichutko, że Jaś nie nazywał tego 

płaczem, tylko kapaniem łez. Mówił: - O, Lusiowi kapią łzy.

Piekarz przyjął chłopców bardzo okazale i z godnością.

Kazał raz jeszcze opowiedzieć sobie historię z wdową, a potem w czasie obiadu, kiedy 

chłopcy z wielkim wzruszeniem i nabożeństwem jedli rosół z makaronem, opowiedział swoją.

Jego wdowa chciała się po prostu z nim ożenić ze względu na piekarnię. Przed samą 

wojną.

Codziennie   przychodziła   i   chwaliła,   że   w   sklepie   bardzo   ładnie,   tylko   znać 

brak”kobiecej dłoni” i mówiła, że piekarz bardzo mizernie wygląda, bo: panu brak kobiecej 

opieki.

Któż biednemu, samotnemu mężczyźnie ma usłużyć, któż ma dbać o niego, sierotę - 

wzdychała. - Turek jeden w mieście, który także ma piekarnię, tylko że na rynku, tak zmarniał 

bez żony, że dziś nic, tylko kości i skóra. Nos mu taki wielki wyrósł z tej chudości - bo Turek 

to jeszcze w dodatku przyzwyczajony jest do kilku żon, a tu ani jednej nie miał. Po prostu, 

diabli go wzięli bardzo prędko.” Piekarz nic - tylko słucha i słucha i uśmiecha się, bo jest 

niegłupi.

- Zawsze byłem niegłupi, moi chłopcy, więc raz tak powiadam:”Wielki mam kłopot, 

moja pani Winiarkowska, bo dzieci nieboszczki żony, co się chowają u teściowej, już, już za 

parę lat podrastają i wtedy pod kościół mi wypadnie.”„A bo co?”

- pyta wdowa i czerwona robi się jak marmolada.”A bo - powiadam - zabiorą se swoją 

piekarnię, co do nich należy po matce, a mnie za moją pracę pięknie podziękują i fora ze 

background image

dwora.” Moją wdowę o mało że szlag nie trafił, jeszcze coś bąknęła, a to, a owo - poszła i 

tylem ją widział. A ty dlaczego płaczesz, mały, jak ci tam?

- Luś.

- No to dlaczego ty, Lusiu, płaczesz?

- Bo zupa była bardzo dobra, proszę pana.

Piekarz pokrajał teraz piękną kurę, rozdzielał na talerze każdemu kawałek piersi i 

kawałek czarnego, Lusiowi dał pępuszek, Jasiowi wątróbkę - wszystkim dołożył borówek, 

kartofli i sałaty i opowiedział potem, jak mu było na wojnie. Że mu było wcale nieźle, bo się 

dostał do wojskowej piekarni.

- Co do wojny, to jedno wam powiem, że jeszcze będzie.

Będzie, bo oni to się zupełnie bez wojny nie umieją obejść.

Tylko   czekają,   żebyśmy   powymierali,   my,   co   już   raz   byliśmy   na   wojnie,   bo   oni 

wiedzą, moi chłopcy, że my, to byśmy im sknocili wojnę. No, napijmy się. - Piekarz nalał 

chłopcom pełne szklanki piwa. - Sknocilibyśmy im wojnę, bo już by nam się nie chciało, ale 

jak oni się doczekają, że my powymieramy, a wy podrośniecie, to znowu urządzą taką wojnę, 

że proszę siadać!

- To ja w takim razie już wcale nie będę się uczył - powiedział rozsądny Michaś - bo 

po co mam być mądry, jeżeli i tak mnie mają zabić w końcu?

- Eee, nie, co to, to nie - rzekł piekarz - uczyć to się powinieneś na wszelki wypadek.

Ot, mnie, na przykład, nie zabili, więc mi się bardzo moja nauka przydała. Siedzę 

sobie w niedzielę rankiem i czytam o tym i owym.

- Ja już nie mogę jeść - szepnął Luś na ucho Jasiowi.

- Pojedz sobie jeszcze na zapas - doradził szeptem Jaś i podtrzymał rozmowę. - Ja 

także  bardzo   lubię   poczytać  gazetę,  na   przykład   o  położeniu   Anglii  w  Indiach   i  lubię  o 

kradzieżach i wypadkach.

Tymczasem tęga dziewczyna,  kucharka piekarza, przyniosła  jeszcze leguminę; tort 

orzechowy polany kremem, i Lusiowi pokapały łzy w przeczuciu, że na tort już nie znajdzie 

miejsca.

- Czy nie mógłbym poprosić, żeby on mi zawinął kawałek tortu w papierek? - zapytał 

z rozpaczą Michasia.

Ale Michaś okazał się nieubłagany.

- Ani mi się waż - powiedział - poczekaj chwilkę i zjedz na miejscu.

Więc Luś poczekał  chwilkę i zjadł na miejscu, po czym  z zachęty piekarza popił 

jeszcze piwem.

background image

Toteż gdy około czwartej wrócili do domu, już był bardzo smutny,  a około piątej 

zaczął jeździć do rygi.

- Powstrzymaj się, powstrzymaj - błagał Jaś - przecież szkoda tego jedzenia. Jak ty 

myślisz, Michasiu, czy zostało jeszcze w nim choć trochę?

Zgnębiony Michaś przypuszczał, że został przynajmniej rosół z kluseczkami - no i na 

szczęście zostały te placuszki i ciastka drożdżowe nie zjedzone, które im piekarz dał na drogę, 

gdy się z nim żegnali, bardzo uprzejmie dziękując za obiad.

Potem spali wszyscy trzej bardzo dobrze, bo od piwa szumiało w głowie.

Od tej niedzieli piekarz dodawał jeszcze Jasiowi trzy plecione bułeczki, ale i tak co 

wieczór przed zaśnięciem chłopcy opowiadali sobie, co by tak można zjeść.

- Ja na przykład, tobym zjadł duży kawałek pieczeni, żeby była z sosem i kartoflami. 

Chałwy też bym zjadł, ale wolałbym, żeby była nie w pudełku, ale na kila, bo wtedy jest 

więcej.

Jakoś pod koniec miesiąca było kilka dni takich smutnych o chlebie i mleku, że Jasio 

na pociechę obiecał braciom pokazać coś nadzwyczajnego.

- Tylko czy to nie będzie coś złego? - zapytał Michaś.

- Co to, to nie, możesz być zupełnie spokojny. Nie będzie to absolutnie nic złego, 

żadna kradzież ani demoralizacja. Na wystawę obrazów każdemu wolno chodzić, a to będzie 

jak wystawa obrazów, tylko w nocy.

I rzeczywiście dopiero w nocy ich tam zaprowadził. Z początku szli, jak wtedy po 

siano, a potem już wiódł braci alejką parku, aż pod sam zamek. Księżyc świecił, więc musieli 

się kryć w gęstym cieniu drzew. W zamku ciemno już było zupełnie i dokoła cisza głęboka.

- Poczekajcie - szepnął Jaś - najpierw muszę się przekonać - i znikł.

Po chwili jednak wrócił i kazał braciom iść za sobą, byle po cichutku.

Okazało   się,   że   droga   do”wystawy   obrazów”   prowadziła   przez   okno   suteren.   Jaś 

wprowadził braci przez to okno, przymknął je za nimi i oto już znajdowali się w dużym, 

pustawym pokoju, o którym Jaś szepnął:”To jest prasowalnia, tutaj prasują bieliznę”.

Święty Boże, co to za okropna rzecz iść w ciemnościach, po schodach obcego domu, 

w górę i jeszcze w dodatku bez wiedzy i pozwolenia właścicieli. Michaś po prostu omdlewał 

z wrażenia, a Lusiowi było mokro na całym ciele i w ogóle. Mimo to szli po cichutku, a 

zwinny Jaś szeptał wesoło:

- Tylko pokażę wam coś cudownego i zaraz sobie pójdziemy.

Prowadził   ich   po   schodach,   a   potem   tylko   przez   jakiś   pokój,   w   którym   portiery 

osłaniały drzwi, i zaraz znaleźli się w ogromnej sali, w której ostro błyszczało coś w dole. To 

background image

właśnie był basen. Księżyc połyskiwał na tafelkach ścian, gładkie schodki prowadziły w dół, 

ku cichej, głęboko ciemnej wodzie.

- Widzieliście coś podobnego?

- szeptał Jaś. - Teraz patrzcie!

- znikł na chwilę w sąsiedniej sali i zaraz wrócił, dźwigając w ramionach olbrzymi, 

ciemnobiały statek z kominami, zeszedł po schodkach basenu i spuścił łódź na gładką wodę. 

Chłopcy oniemieli z zachwytu.

- Teraz jeszcze mógłbym nakręcić motor i on by płynął - westchnął z rozkoszą Jaś - 

pływałby dookoła! Poczekajcie.

Jeszcze raz poszedł i wrócił z żaglówką.

- A ta łódź pływa od wiatru, o patrzcie! - spuścił ją na wodę i dmuchnął z całych sił, 

ale  się  tylko  lekko   zakołysała,   bo  była   za  ciężka  na   zwyczajne   dmuchnięcie.   Wtedy  Jaś 

zanurzył rękę w wodę i zrobił tak silną falę, że oba statki lekko i z wdziękiem odpłynęły od 

brzegu.

- No i co ty teraz zrobisz? - zaniepokoił się Michaś.

- No więc cóż z tego? Jutro rano pomyślą, że zostawili je na wodzie, i ściągną z 

powrotem, oni pewnie mają do tego jakieś przyrządy albo może włażą do wody.

- To wleź.

- Ba, kiedy zimna, a ja nie mam się czym obetrzeć. Lepiej chodźcie tutaj.

Był to pokój do zabaw. Wacek miał rację. Rzeczywiście pociąg na szynach biegał 

dookoła ścian, pod tunelami, po mostach; semafory, drogowskazy, sygnały, pompy, stacje, 

wszystko   tam   było,   wzdłuż   linii   kolejowej;  nawet   zwrotniczy   w  budce,   nawet   dróżnik   z 

zieloną chorągiewką.

- Żeby to ją puścić, żeby puścić! - mówił ze łzami w oczach Luś przycupnięty nad 

lokomotywą.

- Ale! Narobi ci takiego hałasu, że cały zamek się zleci!

- szeptał boleśnie Jaś. - Już ja nieraz słyszałem pod oknem, jak ona pędziła. Mówię 

wam, jak żywa! Lokomotywa tak im tu dyszy i gwiżdże, a para leci!

- Widziałeś?

-   Nie   widziałem,   tylko   słyszałem,   doskonale   słychać   tę   parę.   A   tu   są   wagony 

towarowe i bydlęce, a tu jest taki wagon, w którym się śpi, łóżka są w nim na kanapach.

-   Ja  myślę,   że   to   nie   jest   grzech,   że   my  się   przyglądamy   -   zdławionym   szeptem 

zauważył Michaś.

- To już ci ręczę, że nie jest.

background image

- A czy ona idzie od pary, czy od nakręcania? - spytał Luś tak wzruszony, że oczy mu 

błyszczały jak dwa węgielki.

- Od pary - mówiłem ci... - nagle Jaś urwał i wytężył słuch, wszyscy trzej zamarli w 

bezruchu, bo na schodach słychać było jakiś szelest.

Czekali przycupnięci nad koleją, ale ciche kroki nie ustawały, zbliżały się, rosły... 

ostrożne, ale rzeczwiste.

Nagle Michaś porwał Lusia za rękę i w kilku bezszelestnych susach znalazł się z nim 

za   firanką,   Jaś   rozpłaszczył   się   na   razie   przy   szafce   z   zabawkami,   ale   błyskawicznie 

oceniwszy grozę swego położenia, w ostatniej chwili przyłączył się do braci.

- Za grubo nas jest pod tą firanką, za grubo! - rozpaczliwym szeptem zaprotestował 

Michaś, ale już było za późno.

Drzwi od schodów otworzyły się i w mrokach nocy zarysowała się w nich czarna 

sylwetka. Stała chwilę nieruchomo, po czym weszła cicho, za nią druga i trzecia. To trwało 

rozpaczliwie długo. Chłopcom zdawało się, że aż spod sufitu słychać łomot ich serc.

Trzy postacie, rozejrzawszy się wokoło, już miały zamiar przejść do sąsiedniej sali, 

gdy nagle... Luś kichnął. To kichnięcie to było coś strasznego, jak wystrzał najgroźniejszej 

armaty. Do końca życia Jaś zapamiętał sobie to kichnięcie i w ogóle od tej pory nigdy ani 

razu nie kichnął, przysiągł sobie, że nie kichnie, bo przekonał się na przykładzie Lusia, że od 

kichnięcia może zależeć los człowieka.

Gdy się to stało, gdy ten straszny odgłos rozległ się wystrzałem w całym zamku - trzy 

czarne postacie znieruchomiały i przez chwilę trwała śmiertelna cisza, aż Luś pod firanką 

zaszlochał.

Wtedy   czarne,   potężne   sylwetki   podeszły   do   okna,   podniosły   firankę   i   spojrzały 

groźnie na trzech skulonych chłopców. Jaś opamiętał się najwcześniej, wystąpił naprzód i 

rzekł przenikliwym głosem:

- Bo my, proszę pana hrabiego (na wszelki wypadek, bo a nuż to był sam książę?), my 

nic złego tu nie robimy...

- Ciszej - syknęła czarna postać.

- My przyszliśmy tylko zobaczyć ten pociąg i basen. Nam Wacek opowiadał, że tu są 

takie wspaniałe rzeczy do bawienia, więc chcieliśmy zobaczyć choć raz w życiu. My nie 

chcieliśmy nic zabrać, tylko popatrzeć, a od patrzenia nikomu nie zrobiłoby się nic złego. Ja 

przysięgam   panu   hrabiemu,   jak   Boga   kocham,   że   my   nie   jesteśmy   złodzieje,   ani   żadni 

przestępcy, ani bandyci, tylko mieszkamy tu niedaleko i chcieliśmy zobaczyć.

- Stul gębę - rozkazał jeden z panów - marsz naprzód, a cicho.

background image

Trzymając  się   za  ręce,   dygocąc   trochę,  poszli   chłopcy  na  palcach  przed   siebie,   a 

żelazne dłonie pana wiodły ich po schodach do bocznych drzwi, potem pod ścianę zamku, aż 

do muru i tam w najgłębszych ciemnościach starych drzew i krzaków przerzuciły ich, jednego 

po drugim, przez mur na ulicę, z następującym komentarzem:

- A teraz co tchu do domu i ani pary z gęby, bo z wami szlus.

Zatem, mimo silnych potłuczeń i głębokiego zgnębienia, milcząc, zaszli chłopcy na 

swój strych i posiadali na siennikach zrozpaczeni i pełni goryczy.

-   Tego   to   się  nigdy  nie   spodziewałem   -   rzekł   szczękając   zębami   Jaś  -   żeby   taka 

arystokracja przerzucała ludzi przez mur o byle co.

- Bo też co miała z nami zrobić? - zapłakał Michaś. - Wleźliśmy do cudzego domu jak 

złodzieje, to dopiero tatuś będzie rozpaczał.

-   Dlaczego   oni   nic   nam   nie   powiedzieli?   Dlaczego   nie   mówili,   że   postąpiliśmy 

brzydko albo że się to nie godzi? Po prostu fyrtnęli człowieka przez mur i buch na ulicę. Ja 

już teraz rozumiem, dlaczego Wacek mówi, że jego brat monter jest przeciwny arystokracji. 

A ja przecież nawet nie wziąłem tej czekolady, co leżała na stoliczku, widziałeś?

- Widziałem - powiedział Michaś przez łzy - dlaczego ty nie wziąłeś tej czekolady?

Jaś bardzo długo myślał.

- No, właśnie dlatego, żeby taki książę nie powiedział na człowieka”złodziej”, że też 

ty Lusiu, musiałeś kichnąć!

- Musiałem - rzekł żałośnie Luś - modliłem się z całych sił:”Boże daj, ażebym nie 

kichnął”, i kichnąłem.

Nagle Jaś wyprostował się na sienniku.

- A dlaczego oni nie zapalili w ogóle światła? - krzyknął, a serce poczęło mu walić w 

piersiach. - Dlaczego kazali nam iść i mówić cicho?

Wszyscy trzej milczeli chwilę.

- Pewnie... żeby nikogo nie zbudzić - spróbował Michaś.

- Żeby nie zbudzić? Kiedy i tak sypialnie są daleko, a taki książę powinien wiedzieć, 

gdzie są sypialnie w jego domu.

Chłopcy, ja wam coś powiem!

I powiedział, a chłopcom zamarły serca:

- To byli złodzieje!

- Ten hrabia?

- Tak!

- No to dlaczego powiedziałeś:”proszę pana hrabiego”?

background image

- Ojej, jakiś ty głupi!

Powiedziałem, bo myślałem sobie, że to książę i jego świta.

- Jaka tam świta, to król ma świtę, a nie zwyczajny książę...

Jaś z gniewem krzyknął:

-  Dość,  że  ty  tu  gadasz, a  tam  oni okradają  zamek   i zabiorą  pociąg  i  okręt,  i  tę 

czekoladę, i obrazy ze ścian, a my tu siedzimy na siennikach z założonymi rękami.

- No, bo co robić?

Ale  Jaś wiedział,  co robić. Co tchu  zbiegł  ze  strychu,  a za  nim Michaś i  Luś w 

rozsznurowanych już bucikach.

Jaś odważył się na tę rzecz okropną i zrobił - zadzwonił do bramy zamku i to nie raz, 

delikatnie,  a  dzwonił bez  tchu, raz  po raz, tylko  od czasu do czasu  zmieniając  palec  na 

dzwonku.

Toteż   bardzo  prędko  furtka  przy  bramie  się  otworzyła  i  stanął  w  niej  odźwierny. 

Syknął ze złością:

- Cóż to za hałasy wyrabiacie po nocy?

Michaś i Luś już zaczynali zmykać, ale Jaś wytrwał na stanowisku.

- Bo, proszę pana, złodzieje okradają zamek... Weszli od parku...

Nastała chwila ciszy.

Odźwierny ani wrzasnął, ani się poruszył, ani zdziwił - stał chwilę cicho, jak gdyby 

wahając się, co uczynić. I nagle niespodziewanie chwycił Jasia za kołnierz, potrząsnął nim, 

obrócił, kopnął w odpowiednie miejsce i powiedział:

- Będziesz  na  drugi raz wiedział,  jak smakują  takie  kawały - po czym  zatrzasnął 

furtkę.

- Ot tobie, masz - rzekł Jaś podnosząc się z ziemi - nie uwierzył!

Chciał jeszcze coś mówić, ale nagle język mu zdrętwiał z przerażenia. Z głębokich 

mroków, między przeciwległymi domami, wyłoniło się nagle czarne widmo, a głos ostry i 

cienki zasyczał:

- Ani kroku, bo strzelam.

I rzeczywiście, widmo trzymało rewolwer w dłoni.

„No więc, naturalnie, wszystko stracone, diabli wzięli pociąg - pomyślał Jaś - co on z 

nami zrobi?”

Otóż właśnie najwidoczniej i on nie wiedział, co z nimi zrobić, bo stał pośrodku ulicy 

z rewolwerem skierowanym na Jasia i nic nie zaczynał. Jaś nabrał otuchy.

- Pan najwidoczniej stoi na czatach - powiedział szeptem - ja naturalnie rozumiem, że 

background image

pan nie może nas wypuścić, bo byśmy pana wydali w ręce policji, ale ja sam nie wiem, co pan 

ma z nami zrobić.

- Jazda naprzód - rozkazał osobnik.

Więc wzięli się za ręce i poszli naprzód bardzo prędko, tak prędko, że jegomość z 

rewolwerem   ledwo   mógł   za   nimi   nadążyć.   Bo   Jaś   właśnie   już   wiedział,   co   zrobić. 

Wprowadził całą trójkę w tak głęboki mrok lasku, który w miasteczku odgrywał rolę ogrodu 

publicznego, że złodziej, aby ich nie stracić z oczu, musiał mu położyć rękę na ramieniu.

Wtedy   Jaś   przyłożył   usta   do   Michasiowego   ucha   i   ledwo   poruszając   wargami, 

wyszeptał:

- A ty staraj się zostać i pobiegnij  na policję - i żeby ułatwić bratu  zadanie, Jaś 

rozpoczął konwersację:

- Proszę pana, to musi być bardzo męczące zajęcie, to, które pan ma. Bo jeszcze wejść 

do środka, to przynajmniej można sobie użyć, ale jak się stoi na czatach i nic się nie ma do 

roboty... - Jaś poczuł, że przywiązują go do drzewa, a przede wszystkim, że pakują mu do ust 

jakieś brudne szmaty.”No trudno - pomyślał - jutro nas znajdą, najważniejsze, że Luś się 

pewnie boi”.

Teraz   pewnie   przywiązywano   Lusia,   bo   mała,   kurczowo   zaciśnięta   rączka   została 

wyszarpnięta z jego dłoni.

- A gdzie trzeci? - zaszeptał złodziej.

Jaś chciał odpowiedzieć, ale się tylko zakrztusił. Kopnął w ciemności i trafił nogą w 

czyjeś ciało, w zamian dostał po głowie.

- Jeżeli ten trzeci sprowadzi policjantów, to z wami szlus - zapiszczał mu w samo 

ucho cienki głos złoczyńcy. Jaś znowu trącił go nogą i osobnik zrozumiał, że chcą mu coś 

powiedzieć. Wyjął szmatę z ust Jasia.

- Nas było  dwóch, proszę pana  naczelnika  - rzekł  Jaś i skorzystał  z okazji, żeby 

wypluć strzępy z ust.

- Przecież widziałem, cyferblacie jeden, że trzech.

- Bo w nocy są takie dziwne cienie, proszę pana. I jeśli nas nawet było trzech, to ten 

trzeci na pewno zemdlał z przestrachu i leży tam gdzieś w trawie.

Przecież pan nas tak długo prowadził, że można było zemdleć. Lusiu, ty się nie bój, bo 

ten pan nic nam nie zrobi, bo on nie jest morderca, tylko taki, co kradnie, ten pan brzydzi się 

morderstwem i dzieciobójstwem.

W tym miejscu szlachetna oracja Jasia znów została zatamowana szmatą, a potem 

doradzono im:

background image

- A zaduście się tu, smarki jedne, żeby wam gały powyłaziły - i jeszcze oddalające się 

kroki, trzask suchych gałęzi pod stopami i cisza.

Lusiowi na pewno kapały łzy, ale Jaś zawzięcie pracował całym ciałem i językiem. 

Już było zupełnie ciemno, bo księżyc zaszedł. Było także dość zimno, tylko że na szczęście 

przywiązani   do   drzew   chłopcy   nie   mogli   szczękać   zębami,   bo   mieli   w   ustach   szmaty. 

Zdawało się co chwila, że coś podchodzi do nich w ciemności, że coś ich dotyka i otacza. Na 

pewno także łaziło coś po nich, ale Jaś miał nadzieję, że to nie mrówki. W stronie zamku 

panowała głucha, przejmująca cisza. W tej ciszy i ciemności oblepiającej rozległo się nagle 

jakieś plucie i sapanie i w końcu głos Jasia obwieścił:

- Udało mi się wypluć tę szmatę, ale zdaje się, że zwichnąłem sobie język. Ty, Lusiu, 

nawet się nie staraj, bo to jest bardzo trudno, tylko jeżeli jeszcze nie umarłeś, to jęknij na 

znak.

Luś jęknął, nawet nie bardzo rozpaczliwie, tak jakoś zachęcająco jęknął.

- No to dobrze. Ten złodziej, co tu nas przeprowadził, to był jakiś niedoświadczony 

złodziej, bo co prawda, to ja bym potrafił tak komuś wypchać usta, żeby nie mógł wypluć 

szmaty. Ale wiesz co, gdybym ja teraz zaczął krzyczeć, to byłoby jeszcze gorzej, bo on by 

znowu tu przyleciał, gdyby posłyszał, więc ja tylko dlatego wyplułem szmatę, żeby móc z 

tobą porozmawiać. Spodziewam się, że Michaś zrobił tak, jak mu poradziłem, ale ja bym 

wolał, żeby to jego przywiązali, a ja żebym uciekł; bo najpierw, że będziemy się tu nudzić, 

jeżeli to potrwa dłuższy czas, a po wtóre, że nie wiem, czy on sobie poradzi. Widzisz, jak to 

jest: bardzo dobrze, że nie mieszkamy u wdowy, bo czy ty myślisz, że u wdowy mogłoby nas 

spotkać coś podobnego? Nigdy w życiu!

Luś jęknął rzewnie.

- Ty może chcesz powiedzieć, że byś wolał, żeby nas to nie spotkało? Ale co by ci z 

tego przyszło? I tak się jeszcze naśpisz spokojnie w łóżku.

Teraz rozległy się strzały i Jaś zamilkł nagle. Dwa, a potem jeszcze dwa i jeszcze 

kilka.

Potem zahuczał automobil i padło jeszcze kilka strzałów.

-   Bardzo   mi   się   nie   chce,   żeby   nam   Michasia   zastrzelili   -   powiedział   Jaś   jakimś 

słabym   głosem.   -   Jeżeli   zwyciężyła   policja,   to   pewnie   tu   zaraz   po   nas   przyjdą,   a   jeżeli 

zwyciężyli bandyci, to i tak oni na pewno musieli zmykać i zatrzeć za sobą ślady, więc nie bój 

się, tak czy owak, nic nam się złego nie stanie.

Jaś zamilkł, bo trochę co prawda osłabł wewnętrznie.

Pewnie,   że   u   wdowy   nic   podobnego   nie   mogło   się   trafić,   ale   ostatecznie   daleko 

background image

przyjemniej bawić się w bandytów niż być przywiązanym do drzewa. Poza tym Lusiowi na 

pewno kapią łzy, a w dodatku może się przeziębić, a co się stało z Michasiem, to już zupełnie 

nie wiadomo. A w końcu teraz, jak wyjdzie wszystko na jaw i okaże się, że oni też byli tej 

nocy w zamku, to wcale nie wiadomo, czy nie wsadzą ich do więzienia. Okazało się przecież, 

że arystokracja fatalnie sobie z ludźmi poczyna. Co prawda, to nie była arystokracja, tylko 

złodzieje, ale cóż z tego?

- Już się, Lusiu, zacznie świt, bo ptaki się budzą, słyszysz? - powiedział nędznym 

głosem Jaś.

Ale nim jeszcze świt się zaczął w pachnącym świeżym lesie, posłyszeli liczne głosy, 

promienie latarek elektrycznych przecięły mroki i zziajany Michaś przyszedł wybawić braci 

w towarzystwie kilku policjantów.

Więc   się   dowiedzieli.   Michaś   wspaniale   wywiązał   się   z   zadania   i   uprzedzona   o 

rabunku   policja   zdołała   jeszcze   przyłapać   bandytów   w   chwili,   gdy   ciężko   obładowani 

próbowali ujść z zamku.

-   Dziękujemy   panom   -   powiedział   Jaś   do   policjantów.   -   My  mieszkamy   tutaj   na 

strychu, jeżeli potrzeba, to jutro przyjdziemy do panów, ale teraz to już Lusiowi na pewno 

bardzo się chce spać.

Bardzo długo spali, a potem sobie jeszcze poleżeli, jedząc bułki przyniesione przez 

piekarza.

Piekarz  raniutko  dowiedział  się   o  wszystkim   i  przyszedł  do  chłopców   z  bułkami. 

Usiadł na kuferku.

- No, bardzo dobrze - rzekł - spisaliście się gracko.

Posterunkowy   wszystko   mi   bardzo   dokładnie   opowiedział.   Tylko   po   co   łazicie 

nocami? To nie jest w porządku i wymyśliłem sobie, żebyście u mnie zamieszkali, dopóki nie 

wróci wasz ojciec.

Nie mówię, żebyście wracali do wdowy, ale jak już macie mieszkać gdzie indziej, to 

lepiej u mnie.

Wtedy właśnie przyszedł na strych  jeszcze jeden pan. Temu panu także wszystko 

opowiedziała   policja,   tylko   jednego   nie   rozumiał,   mianowicie,   jakim   sposobem   chłopcy 

dowiedzieli się, że w zamku są złodzieje?

Piekarz chciał trącić chłopców, żeby nie mówili, ale nie było w co trącić, bo leżeli 

jeszcze na siennikach, przykryci kołdrami. Więc chłopcy opowiedzieli dokładnie o basenie i 

pociągu i jak wzięli z początku złodzieja za księcia i powiedzieli do niego”panie hrabio”.

- Nie było bardzo przyjemnie, proszę pana, że myśmy wleźli do cudzego domu, więc 

background image

ja mówiłem,”panie hrabio”, bo to jeszcze lepiej niż książę - żeby jemu zrobić zaszczyt. Tam 

była, proszę pana, doskonała czekolada na stole, ale myśmy jej nie wzięli, więc najlepszy 

dowód, że byliśmy tam w uczciwych zamiarach, a wcale nie dla popełnienia malwersacji.

Temu panu musieli także opowiedzieć, dlaczego mieszkają na strychu, więc o wdowie 

i ojcu, i demoralizacji.

- Z tego wszystkiego widzę, że będziecie musieli mieszkać u mnie - powiedział ten 

pan - bo chociaż bardzo mi się tu na strychu podoba, ale u mnie będzie wam lepiej.

-   My  już,   proszę   pana,   mamy   inną   ofertę   -   powiedział   Jaś   i   tu   się   na   widownię 

wysunął piekarz.

Opowiedział temu panu, kim jest i jakie stosunki łączą go z chłopcami - postanowił 

wziąć chłopców do siebie i weźmie.

Ten pan namyślał się dość długo, przyglądał piekarzowi i chłopcom, pytał jeszcze o to 

i owo, w końcu wstał ze skrzyni i powiedział:

- To dobrze, pan ma pierwszeństwo. W każdym razie porozumiem się jeszcze z panem 

w kwestii utrzymania chłopców i skomunikuję się z ich ojcem.

Poza  tym  zapraszam  was, chłopcy,  na  podwieczorek   do zamku  -  będziecie  mogli 

puszczać kolej.

Kiedy   wyszedł,   dopiero   chłopcy   zrozumieli,   co   się   święci,   i   bardzo   za   złe   mieli 

piekarzowi, że nie uprzedził ich, z kim mają do czynienia. Ale się usprawiedliwił od razu:

- Najpierw, że ja wcale nie chciałem, żeby on wiedział, że ja wiedziałem, że on jest 

książę. Jeżeli książę nie zna piekarza, to i piekarz nie powinien znać księcia. A po wtóre, że 

daleko   stosowniej,   żebyście   u   mnie   mieszkali,   bo   wcale   nie   potrzebujecie   cudzej   łaski. 

Nauczylibyście się jadania ananasów i spania na puchach, a potem co? Myślicie, że ojciec 

nastarczy wam na to wszystko? Póki są książęta na świecie, póty niech sobie robią, co chcą, 

ale niech cywilnym ludziom nie zawracają w głowie.

A potem ojciec napisał jeszcze:

„Bardzo się cieszę, że tak Wam jest teraz dobrze u pana Klempki i jestem rad, że 

zyskaliście sobie opiekę księcia, który pisał do mnie o Was.

Prawdopodobnie przyjedziecie na lato do mnie i potem może już będziemy mogli być 

razem”.

- Jak to dobrze, że się tatuś ze wszystkiego cieszy - z westchnieniem ulgi rzekł Jaś, to 

bardzo przyjemnie mieć takiego cieszącego się ojca.

background image

Pójdziemy w świat 

I

- Henryśka, pójdziemy w świat - powiedział ojciec do swojej czarnowłosej córki.

Zgodziła się od razu.

- Kiedy? - zapytała.

- Może dziś. Tak, tak, myślę sobie, że właśnie dzisiaj.

Więc poszła zapakować rzeczy do plecaków. Nawet przez głowę jej nie przeszło, że 

ojciec mógłby żartować.

Inaczej jednak ten projekt przyjęła kucharka Bronisława.

Powiedziała otwarcie, co o nim sądzi:

- Że pan jest wiatrowy, wiadomo, ale żeby dziecko ciągnąć za sobą na piechotę?

- Nie zawsze będziemy iść piechotą, Bronisławo - miękko bronił się ojciec. - Czasem 

podjedzienmy sobie, to wozem, to łódką, a nawet może pociągiem.

- I długo toto będzie tego świata? - zapytała krytycznie.

- Sama przyznasz, Bronisławo że siedzieć przez sześć tygodni w mieście, w środku 

lata sensu nie ma!

Biedny ojciec myślał, że tym  trafi swej kucharce do przekonania. Ale Bronisława 

krzyknęła:

- Sześć tygodniów, święta Teresko! Sześć tygodniów będzie się pan z dzieckiem pętać 

po świecie?

Nie   było   rady.   Już   musieli   pogodzić   się   z   tym,   że   projekt   nie   zyska   uznania 

Bronisławy.

Henryśka   wzięła   do   plecaków   tylko   najkonieczniejsze   rzeczy   -  po   jednej   zmianie 

bielizny   i   ubrania,   trykoty   kąpielowe,   mydło,   gąbkę,   szczotki   i   swego   ulubionego 

niedźwiadka.   Ojciec   włożył   ubranie   sportowe,   najpiękniejszą   koszulę   w   paski, 

najgustowniejszy krawat, kapelusz panama i na dokończenie ekwipunku wsunął do swego 

plecaka tomik poezji Słowackiego.

Ojciec i Henrysia zawsze jednakowo zapatrywali się na potrzeby życia.

Poza tym wzięli psa, Bobka.

Nie umawiali się, dokąd pójdą, ale i tak zgodnie udali się nad rzekę i szli dalej z 

biegiem wody.

Nieprawdopodobnie wesoło było nad rzeką. Słońce złociło żagle łodzi, syreny statków 

nawoływały się radośnie, a na plaży brązowe dzieci i ludzie dorośli krzyczeli jak opętani, z 

background image

samej czystej uciechy istnienia.

- Zdrowa jesteś? - zapytał ojciec potrząsając rękę Henrysi.

Tylko   się   roześmiała,   błyszcząc   dwoma   rzędami   białych   zębów,   w   oprawie   ust 

czerwonych jak maki.

- Ho, ho! Dojdziemy sobie, gdzie nam się podoba! - z triumfem obwieścił ojciec rzece, 

która również płynęła z tym samym zamiarem opasania ziemi serdecznym uściskiem.

- Dobrze by było popłynąć łodzią - poradziła Henrysia.

- Prawda, skróciłoby to nam drogę - zgodził się ojciec.

Henrysia parsknęła śmiechem.

-   Paradny   jesteś,   tatusiu,   paradny!   Jaką   drogę?   Przecież   idziemy,   gdzie   nam   się 

podoba, więc cóż by nam skróciło?

Ojciec stropił się.

- No więc cóż? - powiedział, żeby obronić swoje stanowisko. - Ale przecież w końcu 

gdzieś zajść musimy, więc tak czy owak jednak skróciłoby się drogę. Ale czy ty wzięłaś ze 

sobą  jakiś  żakiecik?  -  zatroszczył   się  patrząc  na  letnią  sukienkę  córki  i  bose jej  nogi  w 

brązowych sandałach.

- Nie wzięłam, bo jest gorąco.

- Ale czy będzie?

- Naturalnie, że będzie, z całą pewnością - stwierdziła energicznie dziewczynka.

Ojciec ucieszył się ogromnie.

- Ach, jak to dobrze! - zawołał.

-   To   także   jest   moje   przekonanie   -   i   potem   oboje   śmiali   się   tak   serdecznie,   aż 

przechodnie oglądali się za nimi z zazdrością, a Bobek szczeknął parę razy uprzejmie, ażeby 

okazać, że bierze żywy udział w rozmowie.

Już byli daleko, daleko za miastem, wśród pól rozjaśnionych dojrzewającym zbożem. 

Szli ciągle brzegiem wesołej rzeki i ciągle mieli pod stopami scałowany jej wargami piasek.

- Nikomu nie będziemy mówili, że idziemy w świat - powiedział ojciec.

- Boby się wyśmiewali - zgodnie kiwnęła głową Henrysia.

- I nawet nie wierzyliby nam - ciągnął ojciec - będziemy twierdzili, że udajemy się 

tam a tam.

- Aha.

- Teraz spróbujemy, czy by nas nie podwieźli tą żaglówką.

- Bardzo dobrze. Ale dokąd, tatusiu, dokąd? Przecież musisz określić jakieś miejsce, 

gdzie pragniesz być podwieziony. Nie poprosisz:”Podwieźcie mnie w świat, moi drodzy”.

background image

- No więc dajmy na to, że do Królewskiej Wsi.

Henrysia pokręciła czarną główką.

- A czy jesteś pewien, tatusiu, że taka Królewska Wieś istnieje?

- Wcale nie jestem pewien - przyznał  ojciec - ale cóż z tego? W jakimś miejscu 

powiemy:”O, to właśnie tu niedaleko” - i wysiądziemy na brzeg.

Henrysi projekt wydawał się ryzykowny, bo a nuż ci w żaglówce to jacyś wielcy, 

patentowani krajoznawcy, którzy powiedzą z oburzeniem:”Mój panie, tu żadnej Królewskiej 

Wsi nie ma w okolicy!” Ale ostatecznie zgodziła się, bo już jej było trochę za gorąco na tym 

brzegu i czuła wielką ochotę wyciągnięcia się na dnie żaglowej łodzi.

Teraz, kiedy już tyle opowiedziałam o Henrysi i jej ojcu, błagam was, nie uważajcie 

ich za parę wariatów! Byli to naprawdę normalni ludzie - jedli, spali, pracowali i mieszkali 

jak wszyscy inni.

Henrysia chodziła do szkoły z dosyć dobrym wynikiem, ojciec jej do swojego biura. 

Mieli krewnych i znajomych, lubili kino, ciastka i dnie świąteczne, a nienawidzili nudnych 

wizyt, dwójek w cenzurze, pisania na maszynie i gderania kucharki Bronisławy.

Oboje byli młodzi (ojciec trochę starszy,  ale niewiele), oboje byli silni i zdrowi i 

bardzo odważni.

I otóż właśnie - nie uważali za konieczne naśladować we wszystkim innych i byli 

najgłębiej przekonani, że można czasem iść za podszeptem fantazji i robić to, co znienacka 

przychodzi do głowy, o ile pomysł ten dla nikogo nie jest przykry ani szkodliwy.

I tylko  z tej  racji, najniesprawiedliwiej  w świecie,  ciotka  Klara mówiła  czasem o 

ojcu:”Ten drogi Henryk ma naprawdę pstro w głowie, obawiam się o przyszłość jego córki”.

Ale oni - ojciec i córka - nie obawiali się bynajmniej, a nawet wcale nie myśleli o tej 

tam przyszłości!

-   Dziś,   Henrysiu,   dziś   właśnie   musisz   być   jak   najlepsza,   jak   najmądrzejsza   i   jak 

najweselsza - nie licz na dzień jutrzejszy, moja córko - mówił ojciec. - Dziś oddaj ludziom, co 

masz im do oddania, i bierz, co możesz wziąć, i kochaj, co masz zamiar kochać, i zrób, co 

masz do zrobienia. Nic nie odkładaj na jutro.

Więc   właśnie   nie   odłożyli   na   jutro   wycieczki   w   świat   i   dziś,   w   słoneczne, 

rozbłękitnione dziś, szli brzegiem ruchliwej wody.

Ojciec złożył ręce w trąbkę przy ustach i krzyknął w kierunku żaglowej łodzi:

- Hop, hop_hop_hop!

Zza  żagla  wysunęła  się smukła  postać w białych  spodniach  i koszuli rozpiętej  na 

piersiach.

background image

Przy tej białości głowa, szyja i obnażone ramiona wydawały się odlane z czystego 

brązu.

- No, a czego tam potrzeba? - zapytał brązowo_biały chłopiec.

-  Może  byście   zechcieli  podwieźć   nas  kawałek   drogi?  -  zapytał   ojciec  już  trochę 

ciszej, bo zauważył, że rzeka nie jest tak bardzo szeroka, jak się na oko zdawało.

- Ano dobrze - brzmiała odpowiedź i łódź powoli zmieniła kierunek pod nakazem 

przesuniętego żagla.

- Wstań no trochę, Antek, i włóż coś niecoś, bo mamy podwieźć jakiegoś pana i 

panienkę.

Zatrzepotały   nagle   dwie   białe   nogawice   i   błysnęła   para   opalonych   nóg,   potem 

muskularne ręce wykonały jeszcze kilka nieskomplikowanych ruchów i wreszcie zza burty 

wychyliła się druga ciemna głowa, opatrzona parą ciekawych oczu.

- No już, bliżej nie podjedziemy,  bo piasek - powiedział pierwszy chłopak;  może 

zresztą był to dorosły człowiek, trudno się było wyznać w tej jaskrawej bieli.

Ojciec i Henrysia zdjęli obuwie i przeszli do łodzi po wygrzanej wodzie i jedwabistym 

piasku.

- My się czasem wywracamy - ostrzegł młodzian, nazwany Antkiem.

- Ale nieczęsto? - upewnił się ojciec.

- O, nie! I poza tym dziś nie ma dużego wiatru, ja tylko tak na wszelki wypadek.

Drugi chłopiec skierował łódź na środek rzeki i sięgnąwszy do skrzynki, przybitej pod 

ławką, podał Henrysi koszyczek dużych ciemnych wisien.

- Ach, co za radość! - krzyknęła dziewczynka.

- Owszem, to jest radość - zgodził się Antek poważnie. - W ogóle niech pan sam 

przyzna - zwrócił się do ojca - woda, słońce, wakacje i wiśnie w koszyku.

- Właśnie to samo myśleliśmy i dlatego ruszyliśmy w świat.

- Ach, tatusiu! Miałeś nikomu nie mówić - oburzyła się Henrysia.

- Przecież od razu widać, że ci chłopcy mają takie same zapatrywania na życie jak i 

my - z zawstydzeniem wytłumaczył się ojciec. - Więc można im powiedzieć, że idziemy w 

świat na cztery, a może i na sześć tygodni.

Od dawna już Henrysia zauważyła, że kiedy ojciec postanawiał o czymś nikomu nie 

mówić, to właśnie mówił pierwszemu, który się nadarzył.

Obaj chłopcy wpadli w pyszny humor.

- No, to świetnie - wołali jeden przez drugiego - bo my właśnie płyniemy do morza!

Moglibyśmy płynąć razem. Widzi pan, jaka duża jest nasza łódź?

background image

Henrysi uśmiechnęła się ta myśl, ale ojciec pokręcił głową.

- Nie, to niemożliwe - powiedział - bo my musimy być nie tylko na wodzie, ale i na 

ziemi. W różnych chatach i ogrodach, pomiędzy zbożem, a także i w lesie. Nie możemy 

płynąć do morza, bo mamy tylko kilka tygodni przed sobą, a tu tyle jest do zobaczenia!

- Ano, to trudno, jeżeli tak!

- westchnął Antek i dalej pojadał wiśnie z koszyka, siedząc na dnie łodzi.

- Moje zapatrywania na życie są takie - zaczął nagle chłopiec wsparty na maszcie. - 

Jak pracować - to całą parą, a jak wakacje - na łódkę! I otóż właśnie mamy już maturę, ja i 

mój przyjaciel Antek. Dlatego wynajęliśmy sobie tę łódź żaglową i płyniemy do morza.

Henrysi nie chciało się ani rozmawiać, ani już więcej jeść.

Położyła się na dnie łodzi i patrzyła w niebo.

- Właściwie to Antek wynajął i on, zakupił prowiant i wszystko, co jest na tej łodzi, a 

nawet moje ubranie, bo ja nie mam pieniędzy - dorzucił po chwili chłopiec.

- No i cóż z tego? Co to kogo obchodzi? - gniewnie wzruszył ramionami Antek.

- Nic. Tylko po cóż ten pan zaraz ma sobie wyobrażać, że ja jestem magnatem i jeżdżę 

własnym jachtem? Daleko lepiej, żeby wiedział, jak rzeczy stoją.

Łódź przepływała właśnie koło zielonej łąki, za którą widniała duża wieś, w bukietach 

drzew.

Już słońce przetoczyło się na zachodnią stronę i kładło duże cienie na gorącej ziemi.

Chłopiec przy maszcie zaśpiewał pełnym głosem:

Ja i ty - żaglowa łódź!@

Słońce praży - leżę na dnie.@

Wtedy, przyjacielu, zbudź,@ gdy wieczorna rosa spadnie.@

Na wieczorny chłodny wiew@ otworzymy  żagiel biały.@  Śmigłe  stada rzecznych 

mew@ przyleciały.@

Wtedy, przyjacielu, zbudź,@ kiedy księżyc błyśnie w wodzie.@

Płynie nasza chybka łódź@ na swobodzie.@

- No, już dobrze, już dobrze!

- mruknął Antek z zawstydzeniem.

- Nie ma czym się popisywać.

Ojciec powiedział:

- Któż to powiedział, że życie jest smutne?

Chłopiec przy maszcie przechylił się przez burtę i nabrawszy w dłonie wody obmył 

nią twarz. Uśmiechnął się do ojca życzliwie.

background image

Nie chciało mu się opowiadać o tym, jak to całą zimę zmagał się z głodem, zimnem i 

zmęczeniem.

II 

Kiedy już słońce zaszło, ojciec i Henrysia pożegnali białych chłopców i łódź żaglową.

- Do widzenia - wołali chłopcy - my to się na pewno spotkamy!

Ojciec nie miał pod tym względem żadnych wątpliwości.

- Naturalnie, bo przecież teraz my musimy poczęstować was koszykiem wisien - wołał 

powiewając panamą.

- Może to będzie już zima! - krzyknął już z daleka Antek.

- W zimie są jabłka i pomarańcze - odkrzyknął ojciec i łódź oddaliła się, wdzięczna i 

chybka, pod wzdętym żaglem.

Szli teraz ojciec z Henrysią ku wsi niedalekiej.

Od brodu dziewczęta pędziły krowy w rzece wyszorowane, gwarząc i sprzeczając się 

wesoło. Niebo wzniosło się wysoko, niepokalanie czyste.

- Czy ty, tatusiu, wziąłeś ze sobą trochę pieniędzy?

- No bo co?

-   No   bo   mogłoby   się   tak   zdarzyć,   że   bylibyśmy   głodni   -   trochę   niespokojnie 

westchnęła Henrysia.

- Więc cóż z tego - zdziwił się ojciec - czyż nie będziemy spotykać po drodze osiedli 

ludzkich? Przecież właśnie idziemy ku wsi. Po wsiach wieczorem ludzie zwykle jadają.

Henrysia niecierpliwie potrząsnęła ręką ojca.

- Ale im trzeba za to płacić pieniędzmi, ty tatusiu dziecinny!

- Och, martwią mnie twoje zapatrywania, Henrysiu. Czy myślisz, że daliby nam ludzie 

umrzeć z głodu, sami zajadając się kwaśnym mlekiem z kartoflami?

Może i Bronisława miała trochę racji, twierdząc, że pan jest”wiatrowy”.

-   Nie   będziemy   przecież   nadużywali   gościnności   obcych   ludzi   -   powiedziała   z 

godnością Henrysia.

- Czy Bronisława karmi czy nie karmi każdego, kto zajrzy do naszej kuchni? - zapytał 

ojciec.

- Karmi. I co z tego?

- My karmimy jednych, a nas nakarmią drudzy. W życiu to tak.

Henrysia popadła w rozpacz.

- Nie będziesz się wstydził, tatusiu, prosić, żeby ci dali jeść, tak ni stąd, ni zowąd?

- Ani trochę.

background image

- A ja będę.

Ojciec wyjął z kieszeni portmonetkę i wręczył  ją swej córce. Powiedział jej, żeby 

sobie płaciła, jeżeli takie ma już zasady. - A ja nie będę płacił - dokończył.

Henrysia odetchnęła z ulgą.

Chwała Bogu, są pieniądze!

I cóż ten ojciec sobie myśli!

Niechby spróbował tylko zajść do sklepiku, choćby w tym samym domu, w którym 

mieszkają od lat dziesięciu, i zaproponował, żeby mu dali darmo ćwierć kilograma szynki, 

zobaczyłby, że w życiu bywa rozmaicie. I jakie dzikie wymagania!

- To jedni tylko by sobie chodzili tu i ówdzie i ciągle jedliby na cudzy koszt, a inni 

musieliby na nich pracować! No nie, tatusiu?

- Co za dziwne rozumowanie - roześmiał się ojciec - a może właśnie byliby tylko tacy, 

którzy by częstowali i zapraszali, a nikt by nie chciał brać? Nic nie wiadomo, jakby to było.

Henrysia rozzłościła się.

- Ach, Boże, jaki ty jesteś!

Wytrzymać z tobą nie można, tatusiu najukochańszy. Uprzedzaj przynajmniej, kiedy 

żartujesz, a kiedy mówisz serio!

Ale nie chciał uprzedzać, powiedział, że co dla jednego jest żartem, drugiemu wydaje 

się poważną prawdą. I właśnie wchodzili do wsi szeroko zabudowanej. Ojciec zatrzymał się 

w obejściu pierwszej chaty,  dużej  i krytej  czerwoną  dachówką. Na podwórzu chłopak  w 

wysokich   butach   wyprzęgał   konie   z   wozu,   kilkunastoletnia   dziewczyna   doiła   krowy   w 

otwartych drzwiach obory, a starsza kobieta w ganeczku domu wołała na nią srogim głosem:

- A żebyś mi wydoiła Kwiatę pod pianę! Mleka nie ostawiaj.

- Szczęść Boże! Jak się macie, gospodyni? - zapytał uprzejmie ojciec.

Spojrzała na przybyszów bacznym okiem i złagodziła nico głos: - Za wolą Bożą - 

odparła.

- Bo my tu idziemy z daleka.

Nie dostałby u was posiłku?

- Ano! Skądże to państwo idą?

- Z miasta - powiedział ojciec - tylko że nam już w mieście obrzydło od tego gorąca.

Dziewczyna w oborze raz po raz oglądała się z ciekawością, strzykając mlekiem na 

boki.

Natomiast chłopak odprowadzał konie z niewzruszoną obojętnością i spokojem.

- Psa niech pan trzymajom, bo się z naszym pokąsa - przestrzegła kobieta w ganku. - 

background image

Zajdźcie, kiedy tak.

Wyniosła im w ganek pięknie zsiadłego mleka garnczek, bochen czarnego chleba i 

biały   ser.   Jak   spod   ziemi   wyrosła   wokoło   przybyszów   chmara   dzieci   różnej   wielkości   i 

gatunku - paroletni smarkacz w koszuli wyglądającej rozporkiem majtek, dziewczynina w 

suto   marszczonej   spódnicy   -   inne   zaś   zgoła   obdarte,   świecące   barwą   zdrowego   ciała, 

jasnością   czupryn   płowych   jak   dojrzałe   żyto.   Wielka   powaga   malowała   się   na   tych 

wszystkich   twarzyczkach,   a   oczy   niebieskie,   szeroko   otwarte,   śledziły   każdy   ruch 

niespodziewanych gości z natężeniem i nieufnością.

Bobek,   piesek   delikatny   i   skromny,   czuł   się   dziwnie   nieswojo   wobec   tak   jawnie 

okazywanego zaciekawienia i starał się jak najmniej miejsca zająć między swym panem i 

panią.

W ogóle nie mówił tego, ale od chwili opuszczenia żaglówki wyraźnie potępiał dalszą 

wędrówkę w nieznane kraje.

Spacer - rzecz dobra, jest to pewnik, w niczym jednak nie należy przesadzać. Bobek 

nie lubił przesady. Nigdy nie lizał rąk osób kochanych, tylko delikatnie trącał je nosem.

Nigdy  nie   wskakiwał   na  kolana   bez   upoważnienia.   Był   zdania,   że   w  tym,   co   się 

odczuwa sercem, nie może być przesady, ale w zewnętrznych oznakach miłości czy innych 

uczuć należy zachować miarę.

I także trochę umiarkowania w przyjemnościach nie zawadzi.

Spacer dnia dzisiejszego był zdaniem Bobisia przydługi, a już zupełnie niesmaczna 

wydała   mu   się   ta   wizyta   na   obcym   ganku,   to   wystawianie   się   na   ciekawość   tłumu 

nieznajomych dzieci.

-   Jak   wam   miasto   zbrzydło   na   ten   gorąc,   to   czemu   państwo   nie   mieszkają   na 

letnikach? - zapytała gospodyni siadając na przeciwległej ławeczce.

- A bo nam się zachciało w świat - powiedział śmiejąc się ojciec.

- Zawszeć kajś mieszkać potrza.

- To tu, to tam, jak te Cygany.

- Ano! - roześmiała się kobieta. - Że to pewnie i dzisiejszej nocy nie mają państwo kaj 

przenocować?

Przez ganek przeszedł ciężko chłopak od koni i zniknął w ciemnej sieni.

- Syn? - zapytał ojciec.

- Ano! Sam gospodarzy, bo mojego Austriaki wzięły na wojnę i że już nie powrócił. 

Mańka, długo to jeszcze będziesz bałamucić kole krów?

- Jak pośpieszę, to matka będziesz krzyczeć, że nie wydojone jak należy, a to nie 

background image

usprzątane! - hardo krzyknęła dziewczyna.

- Czyjeż to te wszystkie dzieci? - zapytał ojciec.

- A córki najstarszej, co jest za kowalem, ino że chałupy jeszcze ni majom, co im się 

tagrok spaliła.

Na niebie gasły czerwonofioletowe obłoki, malowane słońcem zza horyzontu.

Sina mgiełka osnuwała łąki i przykrywała rzekę gęstą zasłoną.

Już wody kolor rubinowozłoty roztapiał się w błękicie wieczora.

Henrysię ogarniał leciutki niepokój przed nadchodzącą nocą w nieznanym miejscu. I 

gdzież to się kąt jaki znajdzie dla nich; łóżko, pościel, wśród obcych ludzi? A jeżeli nikt ich 

nie przyjmie pod dach? Nigdy jeszcze Henrysia nie spała pod gołym niebem i trochę jej się 

ten bezmiar ponad głową, ta szerokość dookolna wydawały niepokojące. Z czterech stron 

świata mogłaby nadejść niewiadoma dola.

- No to może państwo zanocujom w komorze - powiedziała gospodyni.

- Zanocujemy - zgodził się ojciec - znajdzie się to dla nas miejsce?

- Ano!

- To i Bóg wam zapłać.

Potem, ażeby nie przeszkadzać domownikom w spożyciu wieczerzy, ojciec z Henrysią 

poszli do sadu. I tu wśród drzewek bielonych i krzaków porzeczek ojciec westchnął, iż dużo 

chętniej przespałby się w ogrodzie - bał się jednak obrazić gospodynię.

- Pszczoły - powiedziała Henrysia ostrzegawczo.

- A ba! Myślisz, że pszczoły w nocy nie śpią?

- Ale wstają o świcie.

- I my wstaniemy o świcie - Henrysia uśmiechnęła się z niedowierzaniem - żebyś 

wiedziała, że wstaniemy. NIe możemy zbyt długo marudzić w jednym miejscu.

- Skąd ty, tatusiu, umiesz mówić ze wszystkimi?

- Śmieszne pytanie.

-   Wcale   nieśmieszne,   tylko   kiedy   mówisz   ze   mną,   to   właśnie   tak   jak   ja,   a   gdy 

przemawiasz do Bronisławy, to tak jak gdybyś razem z nią się wychował w jednym pokoju, a 

z tą gospodynią to i”ano”, i”juści”, i”Bóg wam zapłać”. Skąd się tak nauczyłeś?

- Phi... - ojciec ruszył ramionami - chcę, żeby mnie każdy miał za brata.

- Bo ja - ciągnęła Henrysia - nie umiem.

- Nauczysz się - pocieszył ojciec.

A potem poszli spać do komory - ojciec na wysoko usłanym łóżku - Henrysia na 

ściągniętej   na   podłodze   pierzynie.   Pchły   gryzły,   a   przez   otwarte   okienko   płynął   zapach 

background image

kwitnących akacji i muzyka koncertu żab znad rzeki.

III

Obudziła Henrysię następująca rozmowa pod oknem:

- Do miasta jeździł w kapelusie nie będę - mówił uparcie ponury głos.

- Laboga, Michał!

- Kupi mi matka kaszkiet - dobrze. Nie kupi - sama będzie jeździła, ja nie!

Henrysia, nie słuchając dalszego ciągu niepokojącej sprzeczki, zaczęła się śpiesznie 

ubierać.

Słońce sunęło już wysoko po niebie, łóżko ojca było puste, nawet jako tako zasłane.

Widocznie ojciec naprawdę wstał o świcie, a jej nie obudził.

Znalazła go przed domem na pogawędce z gospodynią. Wynikało z tej rozmowy, że 

wirówka stoi od miesiąca zepsuta, a że ojciec był majster do wszystkiego niezawodny, więc 

uradzono, że weźmie się ostro do naprawy.

Zdjął kurtkę, zakasał rękawy, a Henrysi doradził od serca, ażeby poszła z wnuczką 

gospodyni paść trzy czarno_białe krowy.

Łąka, na której pasano krowy, była dość daleko. Henrysia nałożyła szeroki kapelusz, 

wzięła  do ręki zawiniątko  z chlebem  i serem i ruszyła  w towarzystwie  Stefki w ślad za 

krowami.

Żeby było rzeczą interesującą, co taka panienka z miasta będzie w polu robiła, do 

kompanii przyłączyli się jeszcze Staszek z rozporkiem w majtkach i Franuś milczący, ale 

życzliwy.

Słońce nie wypiło jeszcze rosy do cna, srebrzyła tedy łąki i pola, perliła się na liściach 

kapusty i opryskiwała nogi świeżością poranka.

Droga wiła się kręto w górę, to w dół, zapadła wąwozem głębokim między pola, to się 

dźwigała do ich poziomu i objawiała oczom rozległe piękno szerokiej, falistej przestrzeni.

Z miejsc wzniesionych  wzrok ogarniał wstęgę rzeki połyskliwą i bukietami drzew 

zdobną, falujące, różnobarwne łany zbóż i koniczyn, osiedla ludzkie w wąwozach stulone, do 

glinianych, stromych zboczy przywarte ufnie.

Tu   i   ówdzie   większe   skupiny   drzew   wskazywały   dwór,   plebanię,   bogatszy   sad 

gospodarski lub lasek.

- A kościół to w jakiej wsi? - zapytała Henrysia wskazując różowy fronton, z daleka 

widny na tle starych drzew.

Stefka   chętnie   podjęła   rozmowę.   Opowiedziała   dokładnie   o   kościele   i   plebanii, 

wymieniła szereg nazw wsi dojrzanych i rozwiodła się szeroko o szkole, co się bieliła ponad 

background image

wsią, duża i świeżo zbudowana, pod czerwonym dachem.

Na łące przyjaźń zacieśniła się bardzo. Już się Henrysia nie bała mówić o tym i owym 

- gdy leżały obok siebie wyciągnięte na murawie, a Franek i Staszek babrali się w strumyku, 

mącąc patykami wodę. Bo przecież dużo ciekawych rzeczy można się było wywiedzieć i z 

tej, i z tamtej strony. Zjadły sobie razem śniadanie dzieląc się uczciwie chlebem i serem.

Od chałup niedalekich zaczęło dolatywać granie.

Stefka zakręciła się niespokojnie na miejscu.

- Wiesz - powiedziała - z weselem pojadą.

- Kiedy? Zaraz?

-  Zaraz  -  Stefka  zawahała   się chwilę.   - Żebyś  mi  krów dojrzała,  tobym  skoczyła 

popatrzeć - poprosiła.

Henrysia kiwnęła głową.

- Skocz sobie, cóż mi to szkodzi - zgodziła się chętnie.

- Chłopaków ostawię, zagonię - ale chłopaków już ani śladu nie było na łące.

Henrysia leżała na trawie sama jedna i popatrywała to na niebo, to na krowy.

Wysoko sunęły obłoki białe i puszyste, kształt swój zmienny coraz to inaczej znacząc 

na głębokim niebie.

Krowy zaś z początku ostrożnie i od niechcenia skubały owies z sąsiedniego łanu, aż 

czując   swoją   bezkarność   skorzystały   z   pomyślnego   momentu   i   z   całą   już   bezczelnością 

zagłębiły się w gęste i dorodne zboże.

„Pewnie, że lepsza tamta trawa od tej na łące” - pomyślała z uznaniem Henrysia, pełna 

gospodarskiej naiwności.

Tymczasem uwagę jej zajęła konna postać, zbliżająca się po krętej drodze. Henrysia z 

rozkoszą śledziła płynny bieg prześlicznego konia i znakomicie harmonijne, zlane z koniem 

ruchy jeźdźca. Wydało jej się szczytem rozkoszy tak pędzić drogą na koniu i czuć na twarzy 

pachnący wiatr poranny.

Nagle jeździec przyśpieszył biegu i z daleka już grożąc pięścią, wołał:

- Nie daj, nie daj!

Henrysia   osłupiała   -   jeździec   zaś   pędził   wprost   na   krowy   i   dopadłszy,   począł   je 

zganiać na drogę, klnąc i grożąc.

Tak   zdecydowanie   wrogie   w   stosunku   do   niewinnych   krów   stanowisko   oburzyło 

Henrysię.

Zerwała się z trawy i podbiegłszy do rozzłoszczonego pana, zapytała grzecznie, ale 

surowo:

background image

- Proszę pana, dlaczego pan niepokoi moje krowy?

- Co takiego?

- Pytam, dlaczego pan spędza moje krowy z łąki?

- Twoje? To są twoje krowy? - zapytał groźnie młody pan.

- Nie moje właściwie, ale ja je pasę - wyjaśniła Henrysia.

- Ty je pasiesz? Widzisz, że włażą w szkodę i zamiast je zegnać, wylegujesz się dalej 

na trawie?

- Po pierwsze, jedzenie trawy wcale nie może im zaszkodzić, a po wtóre...

- Zaszkodzić? Im, tym krowom?

Mój owies nie może im zaszkodzić? Ale mnie to szkodzi, rozumiesz? To moje pole i 

mój owies. Nie rób głupiej tymczasem!

-   Wcale   się   o   to   nie   staram   -   z   godnością   odparła   Henrysia   -   a   po   wtóre...   - 

uśmiechnęła się z pogardliwym politowaniem - mój Boże, nie rozumiem, co panu szkodzi, że 

one trochę tego owsa zjedzą. Tyle tu tego jest, na wszystkie strony! A krów widocznie pan 

wcale nie ma.

Jeździec  popatrzył  na Henrysię  z obłędnym  zdumieniem,  potem przyglądał  jej  się 

chwilę uważnie, aż nagle parsknął śmiechem. Uspokoiwszy się, zapytał:

- Kto ty jesteś, mała?

-   To   moja   rzecz   -   z   obrazą   odparła   Henrysia,   niemile   dotknięta   tym   wariackim 

śmiechem.

- No, dobrze. Ale skąd się wzięłaś i czyje to są krowy?

- Z miasta. A to są krowy mojej przyjaciółki Stefki.

- I cóż ty tu w ogóle robisz u tej Stefki? Mieszkasz latem, czy co?

-   Wcale   nie   mieszkam   -   Henrysia   w   głębi   duszy   uważała,   że   niepotrzebnie   się 

tłumaczy,   ale   zagrożone   bezpieczeństwo   krów   kazało   jej   zachować   uprzejmość   -   nie 

mieszkam, tylko tak sobie wędruję z tatusiem i tu zaszliśmy.

Pan zdawał się namyślać, w końcu rzekł pokojowo:

- No widzisz, a mimo wszystko te krowy były w szkodzie i ja je muszę zająć.

- A czym? - zapytała Henrysia bardzo zaciekawiona, jakiego rodzaju zajęcie można 

dać istotom tak obojętnym i leniwym na pozór jak krowy.

Pan znowu buchnął śmiechem. W końcu rzecz wytłumaczył jasno - krowy jadły jego 

owies, więc, wedle praw ustalonych  na wsi, on może  je zabrać do swojej obory i żądać 

wykupu.

- Ale ich pan nie zabierze? - z niepokojem spytała Henrysia.

background image

- No... powinienem.

Henrysia jęknęła. O Boże!

Zabierze krowy i jakże się tu potem pokazać Stefce, gospodyni, ojcu!

- Mój panie, mój drogi, ja zapłacę, tylko niech ich pan nie zabiera ze sobą - prosiła ze 

łzami w oczach.

- No, dobrze - zgodził się na układy, a Henrysi dodało nadziei spostrzeżenie, że oczy 

mu się śmiały - dobrze, a czy ty masz aby pieniądze?

- Przy sobie nie mam, ale pójdę i przyniosę panu.

- A czy ci wystarczy? Bo ileż to pieniędzy mogą mieć takie małe dziewczynki?

Ciarki przeszły po Henrysi.

- Mam w portmonetce tatusia sto złotych, dał mi je, czy to wystarczy?  - zapytała 

zdławionym głosem.

Pan roześmiał się znowu - najwyraźniej śmiał się z byle czego, tym lepiej! Zawsze z 

takimi łatwiej się porozumieć.

Wreszcie się uspokoił.

- No, doskonale - powiedział - mam nadzieję, że to wystarczy.

Więc   idź   sobie   teraz   ze   swoimi   krówkami   do   domu,   a   potem   razem   z   ojcem 

zawędrujcie do mnie, skoro już tak sobie wędrujecie.

Popatrz, będziecie szli tą drogą prosto, prosto aż do pierwszej wsi. Wejdziecie sobie 

furtką do parku i zgłosicie się do dworu.

No cóż, dobrze?

- Niech mi pan ufa, że na pewno przyjdę - gorąco zapewniła Henrysia.

Potem się rozstali. Pan, ciągle się jeszcze uśmiechając, odjechał w skok, Henrysia, 

mocno spocona, zegnała krowy na łąkę.

Kiedy powróciła Stefka, spotkały ją gorzkie wyrzuty.

Dlaczego nie wytłumaczyła dokładnie, na czym polega pasanie? Co jest szkoda, a co 

nie? Jak odróżnić łan młodego zboża od łąki i w ogóle co krowom wolno, a co jest im 

wzbronione?

-   Ii...   jak   tam   sobie   pojadły  trochę   dworskiego   owsa,   wielkie   rzeczy!   -   machnęła 

niedbale ręką Stefka.

Henrysię aż podrzuciło z oburzenia.

- Tak, ale ja teraz będę musiała płacić! - krzyknęła. - A zresztą jak cudze, to cudze, nie 

wiesz to?

- Wiedzieć, to wiem, ale mało to pan ma grontu, owa! Nie zbiednieje.

background image

Henrysia uspokoiła się i zamyśliła głęboko, ale potem wypowiedziała swoje zdanie:

- Ja też tak myślałam, ale trudno! Jak cudze, to nie twoje.

A jeżeli ja bym tobie zabrała krowę dlatego, że masz trzy, a ja żadnej, to co?

-   Ale!   -   uśmiechnęła   się   Stefka,   i   w   tym   uśmiechu   zawarła   swoją   odpowiedź: 

żartobliwie niedowierzającą.

Więc szli do tego dworu o wieczornej porze.

Droga ich wiodła grzbietem wzgórza, ponad wsią i rzeką.

Niebo pełne było amarantowych i sinozłotych obłoków, które dzień cały przelewały 

się ze wschodu na zachód.

Na tym wzgórzu więcej było nieba niż ziemi i ogarniało ono zewsząd, przeogromne, 

barwne i niespokojne.

Po wschodniej stronie chmury sine były od spodu, a wierzchołki miały ozłocone, na 

zachodzie przeciwnie - zwierzchu ciemnosine, od spodu oślepiały barwami złota i purpury.

Jedne płynęły po niebie skłębione i gęste, zda się ciężkie jak kamienie, inne pierzaste, 

lotne,   na   podobieństwo   strusich   pióropuszy,   a   te   zaś   roztrzęsione,   rozpostarte   jak   cienka 

tkanina babiego lata.

Woda od barwy obłoków zdawała się jak rubin płynny, a na wszelkich rzeczach, na 

domach, drzewach, ziemi i twarzach ludzkich kładł się różowy odblask.

Potem się droga zniżyła i zbiegła z torem małej kolejki, przecinającej dolinę. Już rzeka 

została daleko, daleko za wzgórzami, tu zaś płynął tylko strumyk kręty, który rozlewał się w 

duży staw u stóp parku.

Ojciec i  Henrysia  zatrzymali  się przy stawie i  przyglądali  dworowi. Stał  wysoko, 

opleciony winem i różami. Ogród w tarasach spadał ku stawom - ogród pełen strzelistych 

jałowców i tui, mocny powagą starych lip i kasztanów, pachnący grzędami bujnych kwiatów.

- I cóż to takiego te ciemne kopki? - Zapytała  Henrysia wskazując rząd krzaków, 

biegnących w półkole na brzegu najniższego tarasu.

- To są pewnie strzyżone cisy - objaśnił ojciec - ale mogłyby to być równie dobrze 

jajka wielkanocne, nie uważasz?

Owszem, uważała. Ale patrząc w ogród, rozkochała się nagle w olbrzymim płaczącym 

jesionie, który ramiona boleśnie wygięte opuszczał bezradnie ku ziemi.

Weszli furtką, jak było umówione, i okrążywszy dom natknęli się na towarzystwo, 

które siedziało pod parasolem rozłożystego drzewa.

Były tam dwie panie, jedna starsza, druga zupełnie młoda, i dwóch panów, bardzo do 

siebie   podobnych,   z   których   jeden,   ów   właśnie   pogromca   krów   Henrysi,   powstał   na 

background image

spotkanie, uśmiechając się przyjacielsko.

- Więc ja przyszłam... wykupić te krowy - wykrztusiła z trudem dziewczynka. Ale pan 

roześmiał się tylko i zaraz zapoznał się z ojcem, a potem przedstawił go paniom i swemu 

sobowtórowi, który okazał się młodszym bratem. Z rozmowy wynikło, że młoda panna jest 

siostrą, starsza zaś dama opiekunką owej siostry.

- Więc to pan tak sobie wędruje po świecie ze swoją córeczką? - dziwiła się starsza 

dama.

Ojciec całą drogę biedził się, co by tu wymyślić, aby upozorować wędrówkę, nadać jej 

jakiś cel przyzwoity.

- Wezmą nas za parę wariatów, Henrysiu. Tak, tak, moja córko - mówił smętnie, 

potrząsając   głową.   -   Ludzie   na   wsi   są   bardzo   rozsądni   i   nie   uznają   dzikich   pomysłów. 

Uważają, że jeden jest tylko godny i dostojny sposób życia - właśnie ich własny.

W   końcu   uradzono,   że   to   doktor   kazał   ojcu   bardzo   dużo   chodzić,   ale   teraz,   gdy 

przyszło co do czego, kiedy już trzeba było gładko skłamać, ojciec powiedział prawdę.

Henrysię   trochę   żenowała   taka   nieumiejętność   kłamania.   Sama   nie   praktykowała 

kłamstwa nigdy, ale ojciec, dorosły i doświadczony, powinien by wszystko potrafić.

Potem   jedzono   kolację   w   dużym,   czarnymi   portretami   obwieszonym   pokoju.   Po 

kolacji starszy brat poszedł wydawać dyspozycje gospodarskie na dzień jutrzejszy, dama do 

towarzystwa   rozpoczęła   z   ojcem   literacką   dyskusję,   młodszy   brat   nastawił   radio   i 

rozpaczliwie   zmagał   się   z   falami,   a   panna   Zosia   wzięła   Henrysię   za   rękę   i   powiedziała 

tajemniczo:

- Pójdziemy do parku - księżyc wschodzi.

Poszły.

W alei lipowej cicho było i uroczyście.

- Czy ty się boisz? - zapytała panienka.

- Nie - stanowczo zaprzeczyła Henrysia.

- Niczego?

- Niczego.

- No dobrze, ale gdybym ci opowiedziała o duchach? - głos panienki był dziwnie jasny 

i jak gdyby przeźroczysty.

- Nie bałabym się - powtórzyła Henrysia. - Nie wierzę w duchy.

- No więc... ale gdybyś się bała, to powiedz...

Zaczęło się od tego, że było to sto czternaście lat temu; Henrysia, mocna w historii, 

zaraz uprzytomniła sobie epokę.

background image

- Przy końcu Napoleona - wtrąciła.

Panienka umilkła na chwilę.

-   No   tak,   naturalnie,   bo   to   jest   właśnie   historia   o   księciu   Józefie.   W   tym   domu, 

widzisz, w tym samym domu, mieszkała wtedy taka piękna panna, która się nazywała Izabela.

W domu tej panny wszyscy wierzyli w cesarza Aleksandra i nie cierpieli Napoleona. 

O księciu Józefie mówili:”Ten bawidamek, który zgubi Polskę!”

Więc panna Izabela, która nie była mądrzejsza od innych, myślała często o księciu jak 

o bawidamku i modliła się za Polskę.

A właśnie już wtedy wojska Napoleona szły pod Lipsk, a książę Józef wybierał się w 

swoją ostatnią podróż.

Panna Izabela, któregoś wieczora, odmawiając różaniec, spacerowała po tej właśnie 

alei, a księżyc wschodził. Tu, w tym miejscu, na którym teraz stoimy, i ona sobie przystanęła, 

a wtedy od tamtego końca alei zaczęły się zbliżać trzy postacie.

Henrysię przebiegł lekki dreszczyk. Głos panny Zosi robił się coraz przeźroczystszy.

- Kiedy już były tu przed panną - trzy wysokie postacie, jedna czarna, druga biała, a 

trzecia purpurowa - wszystkie trzy załamały ręce i krzyknęły po kolei: pierwsza - Lipsk, 

Lipsk, Lipsk, druga - Elstera, Elstera, Elstera, trzecia - zginie, zginie, zginie!

Potem wszystkie trzy zaplotły dłonie ponad głową, aż zatrzeszczały kości, i rozpłynęły 

się w powietrzu. I już nikogo nie było w alei - tak jak teraz.

Panna Zosia zrobiła pauzę - Henrysia westchnęła głęboko i z trudem przełknęła ślinę.

- Otóż Izabela od razu wiedziała, że nie idzie tu o nikogo innego, tylko o księcia.

- Skąd wiedziała? - mruknęła niedowierzająco Henrysia.

- Właśnie to było najdziwniejsze, że nie rozumiejąc dlaczego, właśnie zupełnie była 

pewna. Zaraz poszła do swego pokoju (ja tam teraz mieszkam), zawołała do siebie brata, 

który ją ponad życie kochał, i wszystko mu opowiedziała.

W czasie tego opowiadania uderzyła ich w samo serce prawda o bohaterskim życiu 

księcia i ich własnej biernej bezczynności.

Więc nie zwlekając ani chwili dłużej panna Izabela przebrała się w ubranie brata i 

oboje   poszli   do   stajen.   Powiedzieli   furmanom,   że   chcą   pojechać   na   spacer,   bo   noc 

księżycowa.

Wzięli najlepsze konie i pojechali.

W pierwszym dużym mieście panna sprzedała swój sznurek pereł i jechali dalej.

Dowiedzieli się dobrze, gdzie jest ten Lipsk, i przekradali się bocznymi drogami, bo 

trakty pełne były wojska takiego i siakiego.

background image

Po drodze rozmawiali o tym, że łatwo krytykować i złorzeczyć, siedząc w zacisznym 

domu przed kominkiem, ale tułać się po szerokiej ziemi od śnieżnych pól Moskwy aż po 

śmiertelne   wody   Elstery,   ale   brać   na   barki   odpowiedzialność   za   naród   cały   i   w   męce 

niepewności   dni   pędzić   i   ofiary   czyniąc   dla   zbawienia   kraju,   własnymi   oczami   oglądać 

upadek - oto jest życie męczeńskie i świetne!

W drugim większym mieście brat sprzedał spinki brylantowe.

I mówili o tym, że czekać i zdawać się na los i na opiekę Opatrzności nie jest cnotą - 

tylko grzechem. I mówili o tym, że z każdego wysiłku, choćby poszedł na marne, wykwita 

kiedyś prawda i sprawiedliwość.

Kiedy dotarli do Lipska, już był drugi dzień bitwy. I dopiero wtenczas zrozumieli, że 

na nic się nie przyda uprzedzić księcia o jego losie, bo i tak już na karcie ofiarnej wypisał 

swoje imię.

Więc już oboje tylko wstąpili do jego pułku, nie po to, żeby zabijać, ale żeby podzielić 

los tych wszystkich, którzy z miłości do kraju przybyli tutaj na swoją śmierć i niedolę.

A trzeciego dnia bitwy, kiedy przy zwyciężonym Napoleonie pozostała tylko wierność 

książęca, kiedy cesarz powiedział do niego te słowa bez wartości już i znaczenia:”Naprzód, 

królu Polski!”, on, król Polski nie z pomazania  Napoleonowego, ale  z królewskiej  mocy 

ducha - po raz ostatni zadawał sobie pytanie najważniejsze: Czy tak czynił, jak trzeba było?

Wtenczas to znalazła się przy nim Izabela i jej brat. Izabela powiedziała:

- Każdy wysiłek, zrodzony z miłości, ma wartość wieczną.

Brat powiedział:

- Ten wygrywa przyszłość, który był w zgodzie ze swoją prawdą i sumieniem.

Książę uśmiechnął się do nich uśmiechem wyzwolenia i skoczył z koniem do rzeki, 

która obmyła krew, wyciekającą z ran - zimną, śmiertelną wodą.

Szły czas jakiś w milczeniu.

Trawniki srebrzyły się w poświacie księżycowej.

-   A   teraz   ona,   ta   panna,   wraca   tutaj   niektórych   nocy   -   powiedziała   panna   Zosia 

szeptem - i chodzi po pokojach, po ogrodzie, a w rękach trzyma  ostatni uśmiech księcia 

Józefa.

Henrysia otrząsnęła się energicznie.

- Skąd ty to wiesz, skąd pani to wie? - zawołała zbyt głośno i przeraziła się własnego 

głosu. - Skąd pani może wiedzieć, co ona mówiła z bratem i co powiedziała księciu, i w 

ogóle! Przecież oni na pewno zginęli w tej strasznej bitwie?

- Właśnie zginęli.

background image

- No więc?

- Więc to przecież ja byłam.

Ja i mój brat, ten młodszy - powiedziała panna Zosia przenikliwym głosem.

Henrysia potrząsnęła jej ręką ze złością.

- Tak, tak. W sali jadalnej wisi jej portret nad drzwiami salonu. Przypatrz się dobrze, 

przypatrz się...

Henrysia nie poczuła, kiedy wysunęła się z jej palców dłoń panienki, to tylko widziała 

teraz   rozszerzonymi   z   przerażenia   oczami,   że   biała   jej   postać   oddala   się   i   oddala   w 

perspektywie alei, pociętej smugami księżycowego światła.

I   nagle   strachem   zdjęta   nawróciła   i   pomknęła   do   domu   znacznie   prędzej,   niż   w 

zwykłych okolicznościach zwykła biegać.

Paru skokami przemierzyła werandę i sień ciemną. Dopiero u zamkniętych drzwi sali 

jadalnej,   przez   które   szparami   sączyło   się   światło,   dobiegał   gwar   głosów,   przystanęła 

zdyszana.

Nie śmiała wejść... bo jeżeli przy stole z innymi siedzi prawdziwa panna Zosia - jeśli 

jest w tym  pokoju!... W końcu nacisnęła klamkę  i pchnęła drzwi - w tejże samej  chwili 

przeciwległymi drzwiami od tarasu wchodziła panna Zosia.

Nie patrząc na nią Henrysia stanęła za fotelem ojca. Jeszcze jedno niebezpieczeństwo 

grozi: panna Zosia może zapytać”Gdzieś się podziała po kolacji, Henrysiu, szukałam ciebie 

wszędzie” - i jeżeli tak zapyta, to tamta, w alei...

Ale nie zapytała.

Już się wszyscy rozchodzili spać.

Ukradkiem spojrzała Henrysia na portret ponad drzwiami. Tło było sczerniałe, ale na 

tej czerni tym wyraźniej odbijała się twarz panny Zosi o zbyt długich oczach pod ciężką 

powieką.

W nocy obudził Henrysię szelest na korytarzu. Nie czekając ani chwili wyskoczyła z 

łóżka i wpadła do pokoju ojca.

Jeszcze nie spał. Nie mógł zrozumieć, dlaczego jego odważna córka boi się po raz 

pierwszy w życiu.

- Cóż cię raptem ugryzło? - pytał z zaciekawieniem. - Bać się? Ciekaw jestem po co? 

W niebezpieczeństwie to wcale nie pomaga, a na co dzień nie ma powodu. No, co się stało?

- Ludzie na wsi wcale nie są tacy rozsądni, tatusiu, jak mówiłeś  - poskarżyła  się 

Henrysia i opowiedziała mu całe zdarzenie.

- Nie widzę w tym opowiadaniu nic strasznego - zdecydował ojciec. - Owszem, to 

background image

bardzo ładna historia.

- Tak, ale jeżeli weźmiesz pod uwagę, że panna Zosia to ta sama! No, pomyśl tylko?

Ojciec pomyślał.

- Nawet - rzekł w końcu - nawet w takim razie to wszystko jest tylko bardzo ciekawe i 

wzruszające. Idź spać, Henrysiu.

V

Któregoś dnia wycieczki rzekł ojciec do Henrysi:

- Odeszliśmy bardzo daleko od rzeki, trzeba do niej wrócić, moja córko.

Oboje byli zdania, że woda w rzece, jak krew w tętnicy, jest rytmem życia.

Po szeregu burz, w czasie których chronić się musieli to po wsiach, to w szkole albo 

na plebanii - dzień był nareszcie pogodny i gorący.

Ile   razy   droga   wywiodła   wędrowników   na   szczyt   wzgórza   -   uśmiechem 

przyjacielskim pozdrawiała ich z oddali połyskująca rzeka, a im więcej się do niej zbliżali, 

tym szersza i weselsza rozlewała się przed ich oczyma.

Gdy wyszli z niewielkiego lasku na zieloną łąkę brzegu - wpadli w sam środek licznej 

i bardzo hałaśliwej gromady chłopców i dziewcząt.

Henrysia wprawnym okiem zbadała sytuację i oceniła ją jednym technicznym słowem 

- majówka.

Tak, nie ulegało już żadnej wątpliwości, że była to najformalniejsza majówka. Liczne 

koszyki z prowiantami, białe sukienki dziewczynek, duży zapał organizacyjny po skautowsku 

ubranych  chłopców  dowodziły tego  niezbicie.   Starszych   osób było   niewiele,   ale  przecież 

dawała się spostrzec bardzo wesoła osoba średniej tuszy, ze srebrnym woreczkiem w ręku, i 

ogromnie do niej podobny starszy pan, w jasnej kurtce z czesuczy.

Towarzystwo to widocznie niedawno wysiadło z dwu motorówek, które odpływały 

teraz w kierunku miasta, posyłając na fale ochoczy stukot swych motorów.

- Ja bym radził w lasku - wybijał się z gwaru donośny głos.

- Nie, nie, nie. Nad rzeką.

- Słońce.

- Wcale dziś nie za bardzo gorąco!

- Lody się stopią.

- Wanda, nie wrzeszcz jak pantarka.

- Ja bym radził w lasku...

Ale już kilka bardziej przedsiębiorczych jednostek rozścielało biały obrus na łące, tuż 

nad wodą.

background image

Ojciec i Henrysia ruszyli wolniutko w swoją drogę, tylko Bobek ociągał się nieco przy 

koszykach, aż Henrysia musiała ostro przywołać go do porządku.

- Może by zaprosić tego pana z dziewczynką? Jacyś bardzo przyjemni! - zawołała 

nagle wesoła pani.

- Naturalnie! Hop, hop, proszę zaczekać, niech pan zaczeka, proszę pana! - i cała 

gromada białych dziewczynek i zielonych chłopców opadła ojca i Henrysię ze wszystkich 

stron.

Dziewczynka  ciemnowłosa,  bardzo rumiana i mocna,  wywalczyła  sobie w zgiełku 

prawo generalnego przedstawicielstwa gromady i powiedziała uprzejmie:

- Bardzo, bardzo prosimy, żeby państwo zechcieli zjeść z nami podwieczorek.

- Przedstaw, się przedstaw - doradzało jej kilka głosów.

- Cicho bądźcie.

- Moi rodzice urządzili właśnie wycieczkę z podwieczorkiem, bo dziś są imieniny 

mojej siostry Helenki.

- To wszystko niepotrzebne, potem opowiesz, teraz tylko zapraszaj!

- Ojej! Jacyście nieznośni!

Ogromnie państwa zapraszamy i nasi rodzice też.

Henrysia ścisnęła rękę ojca - ogromną miała ochotę przyjąć zaprosiny, ale gdyby to od 

niej zależało, odmówiłaby. Zupełnie obce osoby! To nie wypada!

Henrysia była bardzo wrażliwa na tym punkcie i często jej się zdawało, że starsze 

osoby popełniają nietakty.

A ojciec zgodził się od razu.

Witał się z rodzicami rumianej dziewczynki jak ze znajomymi od stu lat.

-   Ach,   jak   to   przyjemnie,   że   się   pan   zgodził   -   cieszyła   się   pani.   -   Od   razu 

spostrzegłam, że pan jest bardzo miły, nieprawda, Dominiku?

- Ja także, Julciu - równie serdecznie radował się pan w jasnej kurtce. - Od razu 

pomyślałem sobie: to jakiś bardzo miły pan z bardzo miłą córeczką.

Henrysię złapała za rękę dziewczynka o długim warkoczu, bardzo wysoka i chuda, i 

wciągnęła ją w sam środek zamieszania.

- Polecam ci ten koszyk, tam są owoce, nie dopuść do niego chłopców, bo wszystko 

wyjedzą.

Ja właśnie jestem ta Helenka, o której mówiła Wanda. W ogóle jest nas jeszcze dwie, 

to  razem  cztery siostry.  Widzisz,  ta mała  czarnooka,  to Anulka, najmłodsza,  a ta chuda, 

poważna,   to   Jadwisia,   najstarsza.   Tamte   dwie   to   nasze   kuzynki,   a   chłopcy   to   kuzyni   i 

background image

przyjaciele. Siądźmy sobie tutaj, nic nie będziemy robiły, a nikt się tego nie domyśli. To jest, 

widzisz, mój system, siadam w miejscu widocznym i bardzo dużo kwiczę - wszyscy myślą, że 

ja jedna coś robię - roześmiała się jak szalona.

Chłopcy przynosili z lasku suche gałęzie i rozpalali ognisko. Dziewczynki ustawiały 

na obrusie liczne półmiseczki, ryneczki, dzbanki, butelki.

- Niepojęta rzecz, jak oni wszyscy wrzeszczą - trzepała dalej Helenka. - Zresztą nasza 

rodzina cała tak. Jak jest czasem zjazd rodzinny, to mówię ci, można zwariować. Zupełnie jak 

na czarnej giełdzie.

Henrysia spojrzała z zaciekawieniem.

- A byłaś kiedy na czarnej giełdzie? - zapytała pełna podziwu.

- Nie, ale widziałam w kinie.

Ani jednego milczącego wuja nie ma u nas, kręcą się i cieszą, jak gdyby jeden z 

członków rodziny został prezydentem i wszystkim obiecał teki ministerialne. A tymczasem 

cóż?

Tatuś jest aptekarzem, a wujowie to nawet nic wielkiego, jeden na poczcie, drugi w 

fabryce, trzeci ma sklepik. Jurek, ani się waż!

Jak wszyscy będziemy jedli, to i ty dostaniesz.

-   Błagam   cię,   żyrafo   oswojona...   upadam   z   pragnienia,   jak   Agar   na   puszczy. 

Pracowałem jak Murzyn w plantacji cukru.

- Wynoś się. Co sobie ta panienka o tobie pomyśli?

- Czy będziemy najpierw jedli, czy wpierw będzie przedstawienie?

- Mamusiu, co mama woli?

Przede wszystkim nakarmić ciało czy duszę?

- Uprzedzam - pokarm duchowy jest z kuchni Słowackiego, podczas kiedy cielesny 

wyszedł z rąk nadobnych czterech sióstr.

Ja dałbym pierwszeństwo wieszczowi, zważywszy...

- Zanim  zważysz,  wierszokleto,  orędowniku wielkiej  sztuki, muchy powpadają do 

kawy,   mrówki   zajmą   się   pracowicie   tortem,   a   z   lodów   zostanie   miłe   wspomnienie   i 

niewyraźna ciecz.

- Trzeba jeść - powiedziała krótko i stanowczo pani.

Jedzono z zapałem i energią. Z początku Henrysia starała się być bardzo wytworna i 

tylko od niechcenia pojadała coś niecoś, choć oczy jej się śmiały do dawno nie widzianych 

przysmaków, ale wkrótce pokonała ją ogólna atmosfera prostoty. Było jasne, że nikt w tym 

towarzystwie nie oceni jej powściągliwości. Przy tym Helenka ostrzegła przyjacielsko:

background image

- Jedz prędzej, bo wkrótce nic nie zostanie.

Rzeczywiście, wkrótce nic nie zostało, oprócz koszyka owoców, które zachowano na 

powrotną drogę.

Wtedy rozpoczęła się druga część uroczystości.

Wysoki   chłopiec,   nazwany   przez   Wandę   wierszokletą,   wypowiedział:”Smutno   mi, 

Boże”, czego wesoła rodzina wysłuchała z takim wzruszeniem, że aż sama pani musiała uciec 

się do pomocy chustki do nosa.

Potem Anulka, dygnąwszy krótko i niedbale, wytrzepała jednym tchem i z wyraźnym 

lekceważeniem znaków przestankowych:”Niechaj mnie Zośka o wiersze nie prosi”.

- Anulka nie ma zdolności do deklamacji - westchnęła matka, szukając współczucia u 

ojca Henrysi. - Jak pan myśli, czy to się da wyrobić?

- A czy to konieczne, proszę pani? - zapytał ojciec.

Zacna osoba spojrzała na niego ze zgorszeniem.

- Naturalnie - wykrzyknęła bez namysłu - ma się rozumieć, że powinna lubić i umieć 

deklamować. Mój drogi panie, ładnie by życie wyglądało, gdyby się nie kochało wierszy! 

Także pomysł! No, niech pan sobie wyobrazi - nic, tylko apteka i kuchnia.

Musiała urwać, bo już Wanda mówiła przejętym głosem:”Piramidy, czy wy znacie?...” 

- Więc zmieniła się cała w słuch, ściskając w ręku swoją srebrną, plecioną torebkę. Wanda 

deklamowała ze wzruszeniem i zapałem, ale piękno rozśpiewanego słowa w zestawieniu z 

błyskiem  fali,  rozdzwonioną  ciszą  łąki  i nieba,  objawiło  się Henrysi  dopiero, gdy zaczął 

mówić jeden z chłopców. Bo on właśnie nie deklamował, a mówił spokojnie, bez żadnej 

przesady, a z wielką mocą i uczuciem.

-”Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami...”

Matka czterech dziewczynek znowu musiała sięgnąć po chusteczkę.

- Ach - westchnęła - i pan się pyta, czy to konieczne? Przecież ten Słowacki tak samo 

żył jak my, a kiedy o tym mówi, to się rozumie, że życie naprawdę jest ładne, tylko trzeba o 

tym pomyśleć. I czyżby człowiek mógł tak szczerze śmiać się potem, gdyby się nie wypłakał 

przy tych wierszach?

Henrysia wodziła oczami po zebranych - wszyscy, począwszy od pana, a skończywszy 

na małej, pucołowatej Zosi, słuchali z zapartym oddechem. Jedna tylko Anulka nudziła się 

widać na potęgę, ale snadź zaprawiona już do takich poetyckich produkcji, znosiła je dosyć 

spokojnie, ciągnąc z lekka Bobisia za uszy.

- Teraz już nareszcie  będziemy się bawili! - wygłosiła z westchnieniem ulgi, gdy 

uroczystość   zakończyła   się   sceną   z”Balladyny”,   odegraną   przez   Jadwisię,   Wandę   i   dwu 

background image

młodych kuzynków.

- W co będziemy się bawili?

-   W   polowanie,   w   polowanie!   -   Że   okrzyk   był   jednogłośny,   na   tym   stanęło.   Ale 

rozpoczęła się natychmiast zażarta walka o stanowisko lisa.

Henrysia nie znała tej gry, gwałtowność kłótni jednak wyrobiła w niej przekonanie, że 

urząd   lisa   był   ogromnie   korzystny   i   zaszczytny,   toteż   na   równi   z   innymi   domagała   się 

godności kategorycznie.

- Ja jestem tego zdania, że gościowi należy ustąpić - przekrzyczała innych Helenka.

Nastała chwila ciszy, pełna wahania.

- No tak - westchnęła Wanda, ale jeden z chłopców zaprotestował: - Gość i tak ma już 

dosyć przyjemności, że jest gościem, no nie?

Zwymyślano go, po czym większość obrała lisem Henrysię i poleciła jej, by sobie 

naznaczyła towarzysza.

- Ja... ja właściwie nie znam tej gry - przyznała się dziewczynka - ale na towarzysza 

mogę wybrać Helenkę.

Objaśniono ją chóralnie i tak chaotycznie, że nie pozostało jej nic innego, jak zdać się 

na doświadczenie Helenki.

- Czy masz zegarek? Nie, no to ja biorę od Jadwisi. Słuchajcie, jest godzina szósta i 

pół, o szóstej czterdzieści możecie ruszać, do widzenia.

Wzięły się za ręce i pobiegły do lasku.

Teraz Helenka opowiedziała, o co idzie. Lisy mają dziesięć minut czasu na schowanie 

się. Po ich upływie myśliwi ruszają naprzód, rozstawieni co dwadzieścia kroków. Jeżeli w 

ciągu następnych dziesięciu minut nie dostrzegą lisa, lis musi oznajmić się gwizdem, jeśli 

dostrzegą, sami gwiżdżą i rozpoczyna się polowanie. Meta jest w miejscu startu. Trudność dla 

myśliwych  polega   na tym,   że  nie  wolno  im  się  w gonitwie   zetknąć,   gdyż  ci,  którzy się 

bezpośrednio zderzą, wypadają z gry, to krępuje ich rozpęd i ruchy, nie wolno im również 

czyhać na zwierzę przy mecie.

Poza tym lisy do trzech razy mają prawo wyrwać się z rąk myśliwego i uciekać dalej. 

Tylko jeden łowca ma prawo trzymać lisa.

- To wszystko jedno - powiedziała Henrysia - ich jest czternaścioro, a nas dwie, na 

pewno złapią!

- Niekoniecznie. Jeżeli dwu albo trzech razem cię goni, nie ma niebezpieczeństwa, bo 

prawie zawsze razem cię dopadną i razem odskoczą, a wtedy hajda w step.

Radzę   ci   przy   tym,   kieruj   się   na   słabszych,   jak   cię   taki   złapie,   idź   sobie   z   nim 

background image

spokojnie, przed samą metą wyrwij się, i już.

Tylko niestety, oni już znają ten sposób i zawsze znajdzie się po drodze jakiś osiołek, 

który każe malcowi puścić i sam cię złapie, ale przy tej zamianie masz szansę wymknięcia 

się.

Za laskiem biegła szeroka droga. Z prawej strony bieliła się wieś, z lewej falował łan 

pszeniczny. Za drogą w niewielkiej odległości widniał stary ogród, otoczony murem.

- Chodźmy do wsi, tam łatwo będzie się schować - poradziła Henrysia.

- Nie wolno. We wsiach ani domach nie wolno. Zostaje nam do wyboru lasek albo 

tamten ogród, ale jest, niestety, otoczony murem, widocznie nie wolno tam wchodzić.

- Ech! - Henrysia była bardzo przedsiębiorcza i gardziła niebezpieczeństwem, od ojca 

nauczyła się przy tym zaufania do ludzi - ech! Nic nam nie będzie, jeśli wejdziemy. W razie 

czego wytłumaczymy, o co idzie.

Zresztą, widzisz, to nie jest sad, nie posądzą nas o wyprawę na owoce. Biegnijmy, bo 

już późno.

W skok przebiegły rżysko dzielące ogród od drogi. Okazało się z bliska, że mur jest 

mocno   szarpnięty   zębem   czasu   i   bardzo   łatwy   do   przebycia.   W   kilka   sekund   już   obie 

dziewczynki stały po przeciwległej jego stronie, w wysokiej trawie.

Pierwsza spostrzegła się Henrysia.

- To cmentarz! - krzyknęła z przerażeniem.

Helenka   rozejrzała   się   dookoła.   Rzeczywiście   był   to   cmentarz   już   bardzo   stary   i 

całkowicie zaniedbany. Trawa porastała jednolicie mogiły i ścieżki, że już tylko nierówność 

gruntu i pochylone krzyże znaczyły miejsca grobów. Wielkie drzewa rozrośnięte szeroko, 

brzozy białe o listeczkach drgających jak plamy świetlne na wodzie, lipy słodko pachnące, 

akacje   wyniosłe,   świerki   obojętne   i   kasztany   rozłożyste   otaczały   opuszczone   groby 

ramionami zieleni. Ptaki aż się zanosiły śpiewem u góry, trawa aż drżała od sykania koników 

polnych, motyli całe eskadry przelatywały w gorącym, pachnącym powietrzu.

Widać było, że o tym cmentarzu już nikt z ludzi nie pamięta.

Życie się tu panoszyło nowe, nad wszelki wyraz radosne i smętne - przyrody samej 

sobie tylko rozkwitłej.

- No więc cóż? - niepewnie mruknęła Helenka.

Henrysia szepnęła:

- Gdy gwizdną, szparą w murze zobaczymy, którędy najłatwiej będzie można uciec. A 

oni pewnie tu nie wejdą.

- E... kto wie?

background image

- Oni nie potrzebują się śpieszyć,  więc zauważą, że to cmentarz.  Tylko...  słuchaj, 

Helenko, może nie powinnyśmy się chować na cmentarzu?

Umilkły   na   długą   chwilę   i   z   poszumu   liści,   z   blasku   i   barwy   mnogich   kwiatów 

wyniosły w duszach pewność, że już nie było na tym cmentarzu umarłych. Że już ziemia 

miłosierna przygarnęła swoje dzieci uściskiem najszczerszej miłości i życiu oddała na nowo 

ich ciała odrodzone.

- Możemy tu usiąść i czekać po cichutku - powiedziała w końcu Helenka. - I nawet 

pomódlmy się trochę. Tu jest bardzo ładnie i wcale się czegoś nie boję.

Henrysia chciała odpowiedzieć, gdy nagle od lasu dobiegły głosy. Chwyciły się więc 

za ręce i błyskawicznie zaszyły w gęstwę krzaków koło kapliczki.

Głosy   zbliżały   się,   liczne   i   znajome.   Za   chwilę   już   rozbrzmiewały   pod   murem 

cmentarza. Myśliwi okrążyli go dookoła i pełni zawodu naradzali się kłótliwie.

- Wracajmy do lasku.

- Dalej pójść nie mogły, bo zboże.

- Może w zbożu?

- Wiesz przecie, że nie wolno!

- Z taką Helenką to nigdy nie wiadomo.

- Wiadomo. Są w lasku na pewniaka.

- Za dwie minuty termin.

Gwizdną i tyle ich będziemy widzieli.

- Do lasku, galopa! - zakomenderowała Wanda i pognali.

- No, chwała Bogu - szepnęła Helenka wypuszczając  rękę Henrysi, którą ściskała 

kurczowo.

- Za minutę... - urwała i nastawiła ucha. Jakiś głos lekki jak pajęczyna i jak pajęczyna 

chwytliwy doleciał zza ściany kapliczki.

Znowu uchwyciły się za ręce.

-”...Błogosław, duszo moja, Panu...”

- To niemożliwe... - drżącym głosem wyszeptała Helenka.

-”...I wszystko, co jest we mnie, świętemu Imieniowi Jego...”

Henrysia wstała.

- Gdzie ty idziesz, stój.

- Trzeba zobaczyć...

- To niemożliwe... - drżącym głosem wyszeptała Helenka.

- No to chodź za mną!

background image

- Za nic, za nic na świecie!...

-”...ratuje On twe życie od śmierci, nasyca On dobrami pragnienia twoje...”

- Ktoś się modli.

- Nikogo nie było, nikogo!

Przecież sama widziałaś, że nikogo nie było na cmentarzu.

Uciekajmy!

Właściwie to i Henrysia poczuła ochotę do ucieczki, ale nie śmiała już teraz ruszyć się 

z miejsca.

-”...człowiek,   dni   jego   jak   trawa   i   jako   kwiat   polny,   tak   przekwita   on...   i   nie 

rozpoznasz miejsca, kędy był.”

W   pamięci   Henrysi   stanęła   ostro   opowieść   panny   Zosi,   jej   oczy   jasne   i   głos 

przeźroczysty.

-”...i wszystko jako proch zwietrzeje...”

Helenka uczyniła heroiczny wysiłek, dała susa z gęstwiny, dopadła muru i dopiero na 

jego szczycie obejrzała się za Henrysią.

„Jeżeli panna Izabela_Zosia nie przeraziła się trzech zjaw nocy, jeżeli w ślad za tym 

zdobyła się na czyn bohaterski, to ja także się zdobędę!” - zdecydowała się nagle Henrysia i 

krokiem pewnym weszła do kapliczki.

Na jej środku, twarzą ku drzwiom, klęczała postać. Dwie zupełnie żółte, jak z wosku, 

ręce, rozpostarte, wyciąga ku niebu. Oczy, tak jasne, że prawie białe, patrzyły z twarzyczki 

wyschłej, zmarszczkami podkreślonej tak, że wyglądała jak skrzydło motyla. Z oczu płynęły 

dwie strugi łez spokojnych, a twarz raczej zachwyt wyrażała niż rozpacz.

Henrysia już nie bała się wcale. Powiedziała cichutko:

- Wiem, że pani jest duchem, ale ja jestem żywa. Proszę mi powiedzieć, czego pani 

potrzeba.

Ja wszystko zrobię.

Klęcząca postać widocznie kończyła  modlitwę, bo przeżegnawszy się, po trzykroć 

ucałowała kamienną podłogę kapliczki.

Przez wybite okienko wleciała jaskółka i znikła w gniazdku ulepionym nad ołtarzem.

- Przyszła tu pomiędzy umarłych mała dziewczynka - powiedziała postać, leciutko 

wstając z klęczek.

- Przyszłam - Henrysia skinęła głową - i proszę pani, co mam robić?

- Żyj sobie na słoneczku, dzieciątko - uśmiechnęła się staruszka, a uśmiech jej był 

naprawdę anielski.

background image

- Ja sobie żyję, ale co mogłabym dla pani zrobić, czego pani potrzeba do zbawienia.

Staruszka kiwała głową, błądząc oczami po niebie i koronach drzew.

- Ho, ho - powiedziała - łaski Bożej, łaski Jezusowej i śmierci!

Do serca Henrysi zakradło się zwątpienie.

- Widzisz, dzieciątko, już wszyscy tu leżą, już nawet i ten cmentarz za stary dla was, a 

mnie jeszcze Pan Jezusik nie woła do siebie. Ale zawoła, zawoła! Ufaj, duszo ludzka, śmierci. 

Nie zapomni o tobie!

Już Henrysia nie miała wątpliwości. Podeszła i pocałowała rękę staruszki.

- Przepraszam - powiedziała - ja myślałam - że pani jest dusza pokutująca.

Ale staruszka zdawała się nie słyszeć tego tłumaczenia.

Schodziła  powolutku  po mchem  osnutych  stopniach  kapliczki  i szeptała  do siebie 

jakieś słowa cichutkie  i jasne, jak przesączone  poprzez  liście  śwatło słoneczne na trawie 

zarośniętych mogił.

** ** **

Lisa   chwycił   chłopiec   z   rozwichrzoną   czupryną,   ale   straciło   to   znaczenie   wobec 

opowieści   dziewczynek.   Helenka   i   Henrysia   nie   starały   się   ubarwić   zdarzenia,   mimo   to 

wszystko   wyszło   jakoś   nieprawdopodobnie   i   część   towarzystwa   zachowała   się   dość 

sceptycznie.

- Rozumiem - rzekł chłopiec - to dlatego dałyście się złapać!

Inaczej na pewno byście uciekły, prawda? Z tymi dziewczynkami to zawsze tak.

I nie można mu było wytłumaczyć!

VI

Bobek niejednokrotnie podkreślał swoje stanowisko niezbyt przychylne w stosunku do 

tej trochę dziwacznej wycieczki swoich państwa, ale ze smutkiem należy zaznaczyć, że nikt 

się nie liczył z jego zdaniem.

Rzewna   tęsknota   ogarniała   Bobka   na   wspomnienie   kucharki   Bronisławy,   trochę 

surowej, lecz jakże utalentowanej w swoim kuchennym zakresie. Wzdychał ciężko, gdy jakiś 

przedmiot obcy przypominał mu kształtem lub kolorem ukochaną poduszkę pod piecem.

Nie mógł pojąć, jaka to konieczność wroga zmusza ludzi, te istoty wspaniałe i dziwne, 

do   zamienienia   ciszy   i   spokoju   własnego   mieszkania   na   skwar,   hałas   i   kurz   szerokiego 

gościńca.

Co noc inne łóżko! Co dnia inna miska z jadłem, i to nieraz z jakim jadłem, pożal się 

Boże!

Bobek był pieskiem delikatnym i pełnym niepospolitych zalet.

background image

Subtelność i wrażliwość jego graniczyły z przeczuleniem. Więc już Bobek nie czuł 

potrzeby szerokich przestrzeni, nie rozumiał rozkoszy wolnego pędu, nie wiedział, jak to 

pachnie i przewiewa na wskroś wiatr z końca świata, wiatr z pól i lasów, aż znad morza!

Bobek nie umiałby już bronić się zębami przed ręką wroga ani srogim warknięciem 

zaznaczyć swojej pieskiej godności. Można powiedzieć, że z trzech istot: pana, pani i psa, to 

pies był najdelikatniejszy i najbardziej zniewieściały.

Toteż, o ile pan i pani czuli się na szerokiej drodze świata pełni sił, radości i zapału, o 

tyle Bobek tęsknił i podupadał na duchu.

Bardzo być może, że najwięcej dolegała Bobisiowi ciągła zmiana otoczenia. Zaledwie, 

pokonawszy   wrodzoną   nieufność,   przyzwyczaił   się   do   ludzi,   z   którymi   los   zetknął   jego 

właścicieli,   już   ruszali   dalej   i   wystawiali   go   na   nowe   znajomości.   A   Bobek   drżał   pod 

dotknięciem obcej dłoni.

Nieraz   przychodziło   do   głowy   Bobkowi,   że   przecież   istniała   możliwość 

zrezygnowania z wycieczki i powrotu pod skrzydło Bronisławy. Dwie się jednak zjawiały 

przeszkody: droga daleka, nieznana i wierność psiego serca. Bobek miewał jeszcze chwile 

złudzenia,   że  broni   swoich   państwa  przed  wrogiem.   Kiedy  obszczekiwał  zawzięcie  jakąś 

postać podejrzaną, kiedy szedł śladami swej pani, w sercu jego odżywały rycerskie tradycje 

psiego pokolenia. I zdawało mu się, że gdyby stanął wobec sytuacji, z której nie ma wyjścia 

prócz   śmierci   lub   zdrady,   wybrałby   śmierć.   Na   razie   na   ołtarzu   przyjaźni   składał   tylko 

drobne, ale niezliczone udręki.

Znaną jest rzeczą, że łatwiej jest zdobyć się na wielki jednorazowy wysiłek w imię 

swoich ideałów niżeli w trosce dnia powszedniego zwalczać malutkie przeciwności.

Toteż cierpliwość Bobka była na wyczerpaniu.

Dnia poprzedniego do cna już Bobisiowi zbrzydło towarzystwo bandy rozhukanych 

dzieci, pośród których pan i panienka zdawali się w swoim żywiole. Nie zliczyć, ile razy 

pociągnięto   go   za   ucho,   kazano   mu   tańczyć,   służyć,   gonić   -   wszystko   rzeczy   wysoce 

niesmaczne, jeśli pochodzą od niepowołanych osób.

Z   panienką   wiele   razy   Bobek   ochotnie   wyczyniał   podobne   sztuczki,   wcale   nie 

odczuwając ujmy na honorze. Panienka niejednokrotnie kładła mu na karku smaczny kąsek i 

kazała go szukać - wychwytywała mu sprzed nosa kostkę kruchą i zmuszała, aby o nią prosił, 

długim i cierpliwym służeniem, umieszczała ciastko na Bobisiowej głowie i dawała znak łaski 

dopiero   po   chwili   męczącego   wyczekiwania.   Za   to   wszystko   Bobek   szanował   i   cenił 

panienkę,   pana   kochał   uczuciem   czystym   i   trochę   go  lekceważył   za   zbytnią   łagodność   i 

czułość.

background image

Po   dręczącym   chaosie   i   wysiłku   dnia   wczorajszego,   po   serdecznym   rozstaniu   z 

majówkowym towarzystwem noc spędzono na plebanii. Przed Bobkiem otwarło się niebo.

Spokój, cisza, miły zapach smacznych potraw, miękkie kanapy! Skrzętna gospodyni w 

rodzaju Bronisławy - i żadnych szorstkich dłoni - karesów - żadnych gróźb i krzyków! Bobek 

chodził delikatnie po czystych, surowych w swej prostocie i porządku pokojach i oddychał z 

ulgą. Spał na poduszce, którą proboszcz własnoręcznie położył dla niego przy drzwiach w 

pokoju gościnnym. Jadł kości kurcząt i kaszkę smażoną na maśle.

Ale przyszedł dzień następny - fatalny dzień!

Po południu, w porze podwieczorkowej, pan i panienka zaczęli się zachowywać tak, 

jak gdyby mieli zamiar ruszyć w dalszą drogę.

Bobiś  jeszcze   własnym  oczom  nie  wierzył,  choć  dojrzał   już  plecak  na  ramionach 

panienki, choć już kapelusz znalazł się w rękach pana, choć już proboszcz i gospodyni od 

ganku żegnali ich przyjaznymi głosami.

- No, Bobek, na co czekasz? - zawołała panienka już z drogi. - Bobek, tu!

Pies rozpaczliwie zakręcił się na miejscu, skoczył do ręki proboszcza, trącił kolana 

gospodyni nosem i stanął jak wryty. Chwilę patrzał nieprzytomnie na drogę, aż nagle porwał 

się i dognał państwa.

- No, przecież! - powiedziała panienka, ale Bobek tylko zaszczekał z jękiem, zapłakał 

z dna serca i pędem wrócił na plebanię.

- Kiedy tak, to zostań sobie!

- krzyknęła z gniewem panienka, ale pan tylko się roześmiał; ani przez chwilę nie 

pomyślał, aby Bobiś miał ich porzucić naprawdę.

Proboszcz i gospodyni śmiali się także.

- Nie poradzi zostać! - krzyknęła gospodyni. - Jak tylko państwo odejdą kawałek - 

dogoni!

Więc odeszli zupełnie spokojnie i trochę rozgniewani.

A proboszcz i gospodyni także poszli do swoich spraw.

Bobiś jeszcze raz wypadł na drogę, ale zaraz wrócił.

Przewinął się do gościnnego pokoju i położył na poduszce.

Głowę wtulił między wyciągnięte łapy i zamknął oczy. Starał się zapomnieć o tym, co 

się dzieje - że oto odchodzą od niego, drogą nieznaną, pan i pani, a on zostaje na hańbę swej 

powinności.   I   porażony   zbrodnią   popełnioną   nie   czuł   ani   widział,   że   zbliża   się   burza,   a 

przecież się zbliżała na dworze i w jego sercu.

Gospodyni weszła do pokoju, ażeby pozamykać okna.

background image

- Patrzcie, państwo - zawołała - a ten pies jeszcze tu!

Bobek się zerwał.

- Już teraz nie dogoni, ze dwie godziny temu wyszli! - powiedział proboszcz. - Trzeba 

go zamknąć, żeby się gdzie nie zawieruszył, pewnie po niego wrócą.

Ale   Bobisia   jak   gdyby   kto   ukłuł   w   serce!   Skoczył   mimo   gospodyni,   wytrącił 

proboszczowi wazonik z rąk i jak oszalały wypadł na dwór.

Gnał i gnał prosto przed siebie, drogą, którą oni odeszli. Pęd jego mieszał  się ze 

smugami   deszczu.   Grzmiało.   Na   dworze   zbierały   się   kałuże,   a   Bobek   wpadał   w   nie, 

rozpryskiwał wokoło, nie dbając o nic.

- Wściekły pies - mówili ludzie, którzy patrzyli przez okna na burzę.

A kiedy burza minęła - nadeszła noc.

Bobek zmoknięty i zziajany biegł drobnym truchtem, z nosem przy ziemi.

Czemuż, czemuż ich opuścił!

Czemuż   ich   wydał   samotnych   złemu   losowi,   czemuż   zawiódł   ich   ufność, 

sprzeniewierzył się i poniechał obowiązku! On, Bobek, piesek bez rasy i wartości, słaby i 

niepotrzebny, a przecież tak kochany, psuty i ceniony, jak gdyby w istocie jakąś panu swemu 

przynosił korzyść.

Biegł Bobiś i niósł w swym znękanym sercu głębokie poczucie własnej słabości i 

winy.  I to już czuł najgłębiej, że nie żyć  mu na tym  świecie,  jeśli nie odnajdzie swoich 

państwa.

Noc już była, a księżyc wytoczył się wysoko pełny i jasny. Chmury przewaliły się za 

horyzont, a niebo roziskrzyło mnogością gwiazd niezliczonych.

Żaby w stawach zawodziły swoją pieśń chóralną, długo, bez końca. Na chwilę krótką 

wszystkie razem milkły, potem jedna pytała: Czy już? Czy już, siostry, śpiewać będziemy o 

nocy letniej? - Już - o mgłach nad łąkami, o wodzie, chłodnej wodzie, i sitowiu, o życiu 

radosnym? - Już i o zimowej śmierci. - Już i o cichej śmierci!

O tej porze pan i pani, ojciec i Henrysia, przeczekawszy burzę na poczcie miasteczka, 

powracali szosą na plebanię. Henrysia nie czuła zmęczenia, Henrysia nie chciała jeść ani 

spać! Nie słyszła koncertu żab ani widziała księżyca.

-   Po   cośmy   odeszli,   tatusiu?   -   mówiła   zbolałym   głosem.   -   Trzeba   mu   było 

wytłumaczyć.

-   Lepiej,   żeby   sam   zrozumiał,   Henrysiu   -   pocieszał   ojciec.   -   Niedobrze   jest 

przymuszać istoty żywe do spełniania obowiązków uczucia, na nic się przymus nie zdaje. 

Lepiej, gdy serce zmusi samo.

background image

- Ale jeżeli zmusi za późno, to co?

Ojciec także był trochę niespokojny, chociaż nie chciał tego okazać.

I właśnie kiedy już zamilkli oboje, nie chcąc się wzajem obdzielać smutkiem, Bobek 

ni stąd, ni zowąd nawinął się pomiędzy nich.

Och, mokry był, utytłany w błocie, drżący, śmierdzący wilgotną sierścią - a jednak 

Henrysia tuliła go do serca i obdarzała najczulszymi wyrazami.

- No, widzisz, Henrysiu - powiedział ojciec z przerażeniem - i cóż my teraz zrobimy? 

Gdzież się podziejemy tej nocy?

Poszli zastukać do okien, w których się jeszcze świeciło.

VII

Na krzakach rozwieszone suszyły się w słońcu świeżo uprane koszule, pończochy, 

sukienka.

Okiem pełnym zwątpienia przyglądała się Henrysia tej garderobie. Otóż okazuje się, 

że ciężko jest żyć mając tylko jedną zmianę bielizny i dwie sukienki. Podzieliła się z ojcem 

swymi spostrzeżeniami.

- Twoje buty,  tatusiu, drą się, przyjrzyj  się podeszwie, moje trepy,  no! Nie warto 

nawet   o   nich   mówić.   Przy  tym   wiesz?   Ja   nie   umiem   prasować   bez   żelazka,   więc   twoje 

koszule i moje sukienki już bardzo źle wyglądają.

Ojciec leżał na trawie i patrzał na sunące po niebie obłoki.

- Może przesadzasz, Henrysiu?

- zapytał niepewnie. - Przecież nie dawniej jak kilka dni temu gospodyni proboszcza 

wszystko nam ślicznie poprasowała.

- Ale przez te kilka dni byliśmy już na deszczu i na wichrze, i na trawie, sypialiśmy po 

różnych   dziurach   -   nieubłagalnie   dowodziła   Henrysia.   -   Wiesz,   tatusiu,   że   nie   jestem 

elegantką, ale musimy wyglądać skrzętnie. Sam powiedz!

Ojciec, owszem, był tego samego zdania, ale nie widział żadnej rady.

- Chyba zajdziemy do jakiegoś domu i poprosisz o żelazko?

- Nie - twardo zaprzeczyła Henrysia - w żadnym domu nie podzelują nam butów. I 

zresztą tatusiu, twoje koszule obrzydliwie upraliśmy, tylko się przypatrz.

- To ciekawe - zainteresował się ojciec - mamy mydło, mamy mocne ręce i dużo 

dobrej woli, a mimo to rzeczywiście upraliśmy dosyć brzydko.

Henrysia triumfowała.

- Aha! Widzisz! No to już ci teraz powiem, że oprócz mydła trzeba różnych innych 

rzeczy do prania. I gorącej wody, i sody i bielidła, a potem jeszcze krochmalu.

background image

- Bardzo skomplikowane jest życie - ciężko westchnął ojciec.

Spróbował jeszcze pertraktować:

- Więc, Henrysiu, może poszukalibyśmy jakiejś plebanii czy dworu?

- Nie - już było zupełnie wyraźne, że Henrysia ma jakiś plan gotowy. - Skończy się na 

tym, że nas gdzieś wyłają. Bo już przecież prosić, żeby nam bieliznę prali, nie można!

- Henrysiu  - powiedział  ojciec  zrozpaczonym  głosem - popatrz  na niebo,  jest tak 

szafirowe jak najpiękniejsza farbka, a obłoki jak najczystsze mydliny. Po co mnie męczysz, 

moja córko, rzeczami, które nie mają żadnego znaczenia!

- Po to... - Henrysia zrobiła pauzę - po to, że pójdziemy teraz na stację kolejową... 

widzisz te budynki tam nad torem? Właśnie stacja.

Wsiądziemy do pierwszego pociągu i pojedziemy do pierwszego po drodze miasta.

Ojciec przyjrzał się Henrysi z uznaniem.

- No, no - powiedział - nawet się nie spodziewałem, że taką rzecz można wymyślić. 

Co prawda, okropnie mi się nie chce do miasta...

- Tylko na parę godzin, tatusiu.

- Nawet na parę godzin. Ale oczywiście, to będzie najlepsze wyjście z tej trudnej 

sytuacji.

Moglibyśmy,  co prawda, zaopatrzyć  się w szydła i skórę i sami sobie zreperować 

buty, moglibyśmy również kupić te wszystkie twoje chlorki i krochmale i prać bieliznę. Ale 

po co? Już tak mądrze jest urządzone na tym świecie, że jest wzajemna wymiana usług. Ja 

cały rok piszę, rachuję i organizuję za innych ludzi, a inni za mnie robią buty i piorą moje 

koszule.

Bardzo   na   rękę   był   Henrysi   taki   światopogląd,   choć   miała   w   tej   kwestii   pewne 

zastrzeżenia.

Słońce przypiekało, a niebo oczyściło się gładko z obłoków.

Po   drugiej   stronie   rzeczki,   na   łące,   pasły   się   duże,   łaciate   krowy,   spokojne   i 

zamyślone.

Na małej stacyjce kolejowej, mimo że była już ręką miasta, jeszcze wieś panowała 

niepodzielnie. Zapach koszonej koniczyny,  szeroki powiew z pól, a nawet niedaleko toru 

takie same, pełne godności krowy lekceważące grozę pociągu i stalowych szyn.

Ale już w wagonie innym  tętniło  życiem.  Czyliż  możliwe,  iż to tacy sami  ludzie 

budowali chałupy do ziemi przytulone, stodoły pachnące ziarnem - i te żelazne, niespokojne 

wagony, pędzące gładko po szynach do wiadomego celu. Czyż to tych samych ludzi wiodły 

drogi szerokie, wyboiste, wstęgami trawy i macierzanki znaczone - i te dwie wstęgi stalowe, 

background image

nieubłaganie równe, z których ani zboczyć, ani zawrócić nie zdoła nikt?

Wagon pełen był ludzi wiejskich i miastowych.

Siedzieli w upale i ścisku na drewniannych ławkach - ten z koszykiem na kolanach, 

ów z tobołkiem u nóg i parasolem w ręku.

Na nowo wchodzących do przedziału spoglądali niechętnym okiem. Tu i ówdzie jakaś 

jejmość szerzej się nawet rozsiadła, aby już przecie nie przyszło na myśl przybyszom, że 

mogłoby się tu dla nich jeszcze miejsce znaleźć.

Jeden tylko młody robotnik poruszył się i zdjął z ławki swoją torbę, by uczynić trochę 

miejsca dla Henrysi i jej ojca.

Ożywiona  rozmowa,  którą przerwało wtargnięcie  do wagonu nowych  podróżnych, 

potoczyła się dalej. Od razu można było spostrzec, że rej między wszystkimi wodzi starszy, 

dość zażywny jegomość, siedzący pod drzwiami. Wszyscy zgodnie kiwali głowami, słuchając 

jego mowy.

- Takie czasy, że niech Pan Bóg broni - twierdził ów jegomość o szerokim obliczu. - 

Czy to rząd powinien pozwalać na takie porządki? Dawniej to inny ład był i na kolei i w 

urzędach, a nawet że i podatków się takich nie płaciło jak teraz.

- Nawet że jeszcze rząd dopłacał poniektórym - ironicznie wtrącił młody robotnik.

Jegomość spojrzał nieufnie, ale zignorował niewczesny żart.

Ciągnął dalej wśród ogólnie przychylnej atmosfery:

- Albo czy to powinno tak być, żeby człowiek dwie godziny czekał na pociąg? W 

Ameryce to, panie, co minutę walą pociągi - przyjdziesz, wsiądziesz i jazda!

- Co minutę? - zdziwił się robotnik. - Dziesięć pociągów na minutę wychodzi z każdej 

stacji.

Chcesz jechać z Pacanowa do Kielc, to ci dziesięć pociągów co minutę odchodzi, że 

sam nie wiesz, do którego by to wsiąść.

Tu i ówdzie rozległ się śmieszek. Jegomość poczerwieniał, zmiażdżył  przeciwnika 

wzrokiem i odwróciwszy się do niego plecami, spróbował na nowo opanować sytuację.

- Zarobki teraz takie, że człowiek mało z głodu nie zdechnie!

- Pewnie, pewnie - zgodzili się wszyscy od razu i stworzyli wspólny front przeciw 

opuszczonemu robotnikowi.

- Dawniej, jak człowiek uczciwie pracował, to na starość grontu sobie kupił i odłożył 

kawałek grosza.

- Nie wiecie to, moi państwo?

- westchnął z zachwytem robotnik. - Złotem ci, człowieku, płacili, złotymi rublami! 

background image

Jakeś sobie przepracował tych marnych szesnaście godzin na dzień, to po fajerancie zarobku 

nie mogłeś udźwignąć do domu, samochodem trza cię było odwozić! Ehe, nie ma, jak dawne 

czasy, dawniej to nawet że czasem trafiał się mądry człowiek, a dziś to już same durnie!

Gruchnął śmiech, a jegomość zerwał się z miejsca.

- To może ja jestem dureń? - zapytał groźnie.

-  A  niech   Pan  Bóg  broni  -  poważnie   zaprzeczył   robotnik.  -  Ja  tylko   tak   sobie   o 

dawnych  czasach.  Każdemu  jest   wiadomo,  że   dawniej   to  kury  znosiły  same  dukaty.   Jak 

jechałeś koleją, to ci do biletu dopłacali, niewiele, ale zawsze kilka groszy. Chleb i kiełbasę to 

rozdawali na każdym rogu, a już żeby kto był chory albo umarł, to ani mowy! Rząd porządku 

pilnował, nie to, co teraz - co jak się kto spóźni na kolej, to potem musi czekać dwie godziny.

Już teraz cały przedział się śmiał, aż z sąsiednich zaglądały ciekawe głowy.

Jegomość  zsiniał  z oburzenia i już miał  wybuchnąć  gniewem,  gdy ojciec Henrysi 

wtrącił się do rozmowy:

- To już tak jest na tym świecie, że wszystko, co było kiedyś, wydaje się lepsze od 

tego, co jest. A przecież to tylko toczy się koło. Dziś temu lepiej, jutro tamtemu.

-  Najgorsze  to  jest  narzekanie   - stwierdziła  ta  spośród kobiet,  która   przed  chwilą 

najgoręcej wtórowała lamentom jegomościa.

Pociąg,   zwalniając   biegu,   zaczął   wymijać   szeregi   towarowych   wagonów.   Szyny 

zdwajały się i potrajały przed budynkami stacji.

Robotnik wstał i podjął swój tobołek.

- Ja tam jedno wiem - rzekł błyskając zębami w uśmiechu - że wolę dziś jak wczoraj. 

Wczoraj już diabli wzięli, a dziś to można jeszcze zostać prezydentem, jakby na którego 

padło.

Ojciec i Henrysia wysiedli w ślad za nim, pożegnali go uśmiechem zrozumienia.

VIII

W mieście była uroczystość.

Na   domach   powiewały   flagi,   balkony   przystrojono   dywanami,   a   sklepy   były 

zamknięte.

- A tośmy się ubrali, Henrysiu! - powiedział ojciec bez żalu, bo przede wszystkim 

bardzo   lubił   wszelkie   uroczystości   uliczne,   a   po   wtóre,   domyślał   się,   że   po   południu 

pootwierają sklepy.

Na rynku miasta odsłaniano pomnik wolności w obecności dygnitarzy przybyłych ze 

stolicy, i miejscowych władz.

Wojsko ciągnęło ulicami z muzyką i sztandarami, na których widok odsłaniały się 

background image

wszystkie głowy.

Henrysia była w siódmym niebie.

- Widzisz,  tatusiu,  że i w mieście  bywa  czasem przyjemnie  - mówiła  czesząc się 

pośpiesznie w pokoju hotelowym.

Hotelik był malutki, jak zresztą wszystko w tym mieście.

Ojciec i Henrysia z trudem zdołali dostać w nim ostatni wolny pokoik. Cały budynek 

zajęty był przez dygnitarzy stołecznych.

Okna tego pokoju wychodziły na boczne podwórko. W otaczających go z trzech stron 

murach   tylko   gdzieniegdzie   widać   było   małe,   zakratowane   okienka,   snadź   nie   od   pokoi 

mieszkalnych. Z czwartej strony niski mur oddzielał podwórko od sadu, a rozłożyste gałęzie 

drzew zaglądały poprzez wierzch.

W jakiejś chwili, kiedy Henrysia, mydląc  ręce, rzuciła  okiem w ogród, uwagę jej 

przykuły trzy niewielkie postacie, które usiłowały przedostać się z gałęzi na mur.

Henrysia przysunęła się do firanki.

Dwóch chłopców odświętnie ubranych i dziewczynka w świeżej, białej sukience stali 

już właśnie na murze i zachowując tysiączne ostrożności, mając widać na celu oszczędzenie 

uroczystych strojów, spuszczali się na podwórko. Jeden z chłopców dzierżył w dłoni długi, 

ostro zakończony pręt, który był przedmiotem szczególnego zainteresowania całej trójki.

- Co się tak gapisz, Henrysiu?

-  zapytał   ojciec   z głębi   pokoju,  gdzie  usiłował  właśnie  nadać  swym  zniszczonym 

butom świetny połysk młodości.

- Cicho... tatusiu! Tu się dzieje coś ciekawego - szepnęła Henrysia kładąc na ustach 

namydlony palec.

Ojciec z zainteresowaniem podszedł do okna i już oboje śledzili uważnie poczynania 

tajemniczej trójki.

Prawie naprzeciw ich okna rysował się na murze ciemny, zakratowany otwór, który 

najwyraźniej   był   celem   wyprawy   spiskowców.   Naradzali   się   chwilę   cichymi   głosami, 

gestykulując żywo. W końcu starszy z chłopców z widoczną niechęcią nadstawił pleców, 

dziewczynka rozpostarła na nich dużą chustkę do nosa, a chłopak młodszy wgramolił się na tę 

naturalną podstawę, po czym zajrzał poprzez kratę.

- Daleko - powiedział z niepokojem.

- Nie gadaj, tylko rób - szorstko poradził ten, który służył za drabinę.

- Ja nie gadam, tylko nie wiem, czy dostanę. Mania, daj patyk. - Ujął wręczony mu 

pręt i zagłębił go w otwór ciemny.

background image

Dziewczynka wpatrywała się w niego z wyrazem ostrego niepokoju.

Henrysia   zapomniała,   że   mydło   wysycha   jej   na   rękach,   a   ojciec   zataił   dech   w 

piersiach.

- Jest! - krzyknął chłopiec z ulgą. Twarz dziewczynki rozpromieniła się, a starszy brat 

mruknął życzliwie:

- Nie wrzeszcz, tylko się śpiesz!

Tymczasem   mały   triumfalnie   wyciągał   spoza   kraty   rumiany   pierożek,   nadziany 

umiejętnie na patyk. Dziewczynka błyskawicznie zdjęła go z ostrza i operację rozpoczęto na 

nowo.

Za czwartym pierożkiem ojciec powiedział:

- Małe szelmy! Po jednym im powinno wystarczyć!

Kiedy zaś siódmy wyjeżdżał na światło dzienne, już i Henrysia powiedziała swoje 

zdanie:

- Objedzą się jak prosięta.

Bardzo dobre muszą być te pierożki, tatusiu. Jak ty myślisz, z mięsem, z kapustą czy z 

konfiturami?

- Mimo że, jak się zdaje, są to dzieci naszego hotelarza - powiedział ojciec - nie 

powinny jednak tak przesadzać. Powiem im, że...

Nie zdążył powiedzieć. Na podwórku zrobił się nagle popłoch. Mały chłopak jak piłka 

skoczył z pleców brata, pierożki momentalnie zostały rozmieszczone po kieszeniach i cała 

trójka z wielkim pośpiechem ulotniła się z podwórka. Snadź jakieś niebezpieczeństwo zjawiło 

się na horyzoncie, choć ojciec i Henrysia nic nie dostrzegali niepokojącego.

Potem zjedli pośpiesznie śniadanie, rzewnie wspominając pierożki, i poszli na rynek, 

by się przypatrzyć uroczystości.

Zaraz na wstępie natknęli się na hotelarza. Szedł, prowadząc pod rękę swoją ustrojoną 

żonę, a przed nimi kroczyło troje, dobrze znanych Henrysi, dzieci z minami niewiniątek.

Hotelarz widocznie miał serce otwarte dla wszystkich, zarówno jak i drzwi swego 

hotelu, bo zaraz serdecznie zaproponował swoim gościom opiekę.

- My mamy dobre miejsca na trybunach. Jakoś się zmieścimy razem. Bardzo proszę, 

niech państwo idą z nami.

Zanim   jednak   zdołano   się   dostać   do   trybun,   tłum   ścisnął   całe   towarzystwo   w 

niewiarogodny sposób.

-   Zrobią   z   nas   konserwy   -   jęczał   hotelarz   czerwony   i   zlany   potem.   -   Nigdy   nie 

myślałem, że to tak przykro być prasowanym.

background image

Moja Basiu, czy ty zastanowiłaś się kiedy nad tym, w jak niemiłej sytuacji stawiamy 

nasze sery?

Na trybunach wszyscy odżyli.

Pełno tu było pań w jasnych sukniach z kolorowymi parasolkami, dzieci z kwiatami w 

rękach, panów ważnych i pełnych godności.

Pomnik jeszcze był przysłonięty szarą płachtą, a z boku na wysokiej trybunie stał siwy 

pan i przemawiał z ogromnym zapałem.

Henrysia   nie   słuchała,   bo   całą   jej   uwagę   zajęło   wojsko,   cechy   ze   sztandarami, 

delegacje   w   strojach   ludowych,   szeregi   skautów   i   skautek,   błyszczące   trąby   muzyki 

wojskowej.

Ani się spostrzegła, jak pan przestał mówić.

Wówczas rozległy się komendy, buchnęły dźwięki hymnu, a szara zasłona opadła na 

ziemię.

Wszystkie   twarze  płonęły radością.  Na  brązowy  posąg  wolności,  którego  ramiona 

wystrzeliły ku niebu jak okrzyk  serc wezbranych  zachwytem,  posypały się kwiaty letnie, 

czerwone, ogromne maki, róże wielobarwne, kampanule, goździki!

Henrysia śpiewała pełną piersią. Jakaż to rozkosz, jaka rozkosz śpiewać - kocham cię, 

ziemio moja, miłuję cię, słońce i was, ludzie wszyscy, bracia moi!

Może inne były słowa pieśni, ale to przecież miały znaczyć!

Starszy chłopiec z trójki hotelarza powiedział ponuro do brata:

- Mam pełną kieszeń syropu, zdusili moje pierożki!

- O rety! - jęknął młodszy i szybko zasłonił sobą kompromitującą plamę na portkach 

brata, ale już było za późno.

Dostrzegła   ją   matka   i,   nieomylnym   instynktem   wiedziona,   sięgnęła   do   kieszeni 

przestępcy.

- Pierożki! - krzyknęła ze zgrozą. - Nie mówiłam ci, Ksawery, że brakuje pierożków w 

spiżarni?

Hotelarz pokiwał głową.

- Warto by go sprać - powiedział - ale jakoś nie mam do tego serca dzisiaj.

A   że   wszyscy   byli   bardzo   głodni,   a   na   trybunie   mówił   nowy   pan,   szepnął   do 

młodszego syna:

- Może twoich nie zgnietli, co?

- Proszę, tatku - powiedział malec, uprzejmie podając swoje śliczne, cudem ocalałe 

pierożki.

background image

Zgniecione zjedzono zresztą także.

Później z okien sali hotelowej przyglądali się ojciec i Henrysia wojsku powracającemu 

z   parady.   I   patrząc   na   te   szeregi,   karne,   doskonale   ubrane,   chłonąc   oczami   ich   ruch, 

niezawodnie sprawny, uniesiona egzaltacją brawurowej muzyki Henrysia podniosła ku ojcu 

błyszczące oczy i krzyknęła:

- Tatusiu, ja bym chciała, żeby była wojna!

Gwałtownym ruchem odwrócił się ku niej.

- Co takiego? - zapytał ostro.

Henrysia nie stropiła się mimo surowości, która na nią uderzyła z tych słów.

- Chciałabym, żeby była wojna!

- powtórzyła uparcie z obrażoną miną.

- Ach tak, ach tak, głupie, bezmyślne dziecko! - rzekł ojciec z gniewem.

Henrysia uniosła się.

- Tylko w czasie wojny są bohaterowie! Ja wiem, że starsi nie lubią wojny, bo starsi są 

tchórze i wolą żyć spokojnie - mówiła w łunie rumieńca. - Ale to przecież cudownie bić się, 

zwyciężać, dostawać krzyże! I wszystko się wtedy poświęca dla ojczyzny.  A ja byłabym 

sanitariuszką i pielęgnowałabym rannych. I rzucałabym kwiaty żołnierzom, którzy by szli na 

front!

Ojciec miał twarz zmienioną gniewem, ale spokojnie powiedział:

- Rzucałbyś kwiaty ludziom, którzy by szli na śmierć.

Ogromnie   by   im   te   twoje   głupie   kwiaty   były   potrzebne   w  okopach,   w  błocie,   w 

kałużach krwi. A wiesz, czym płaciliby twoi bohaterowie za krzyże? Ślepotą, kalectwem, 

rozmiażdżoną twarzą!

- Wcale nie! - krzyknęła Henrysia.

Ojciec jej nie słuchał.

- Popatrz, takie wesołe miasteczka jak to zmieniłyby się w kupę gruzów, z tych wsi, 

przez  które wędrowaliśmy,  powstałyby  zgliszcza.  A te dzieci  biało ubrane, które rzucały 

kwiaty na pomnik, tułałyby się obdarte i głodne, bezdomne - ojciec nagle ręce załamał. - Ach, 

Boże   -   powiedział   jakimś   przerażonym   głosem   -   zaledwie   mija   pokolenie,   które 

znienawidziło wojnę, już podrasta drugie, które jej pragnie, które ją przeklinać będzie za 

późno.

Henrysiu, zrozum - już się nie gniewał, tylko prosił - jedna tylko sprawa na świecie 

warta jest wojny, to wolność. Ale to jedyna rzecz godna krwi i łez człowieczych. Przypomnij 

sobie prawo najwyższej mądrości, słowa Boże. Wolno bronić swego życia  i życia swego 

background image

narodu, ale napadać nie wolno! Nie wolno pragnąć wojny, to grzech śmiertelny.

Henrysiu, wojna to śmierć, głód, bezdomność, nędza, tęsknota, niepokój, cierpienie! - 

chwilę szukał słów, którymi najpewniej trafić by można do serca córki.

- Ja bym poszedł na tę wojnę, której pragniesz, i nie wróciłbym może.

Henrysia czuła już głęboko w duszy słowa ojca. Ale pełna ambicji i uporu nie chciała 

okazać swej porażki.

Powiedziała ze sztucznym uśmiechem:

- Wróciłbyś, tatusiu. I w dodatku byłbyś generałem i miałbyś pełną pierś krzyżów!

Ojciec już nic nie powiedział więcej.

IX

Tego   wieczora   jakoś   niewyraźnie   przedstawiała   się   przyszłość.   Henrysia   nie   była 

zadowolona. Ojciec nie zgodził się przenocować w mieście i tak się niedobrze urządził, że 

kiedy wyruszano w drogę, wszystkie sklepy już były pozamykane i żadnych zapasów nie 

można było kupić. Zresztą ojciec nie uznawał zapasów.

- W pierwszej wsi dostaniemy jeść, po cóż dźwigać paczki - powiedział.

Henrysia wstydziła się przyznać, że po tym dniu uroczystym i pełnym wrażeń czuła 

się zmęczona. Ale humor ją opuścił i dość ospale wlokła się za ojcem, po trochu przystając po 

drodze. Natomiast Bobek, który się wyspał i najadł w hotelu, dotrzymywał kroku swemu 

panu i ochoczo biegał w chłodzie wieczoru.

Droga   tuż   za   miastem   zapadała   w   las,   o   którym   ojciec   twierdził,   że   jest   mały   i 

zupełnie bezpieczny. Ostatnia kwadra księżyca srebrzyła się na wysokim niebie.

Henrysia   wsunęła   rękę   w   dłoń   ojca.   Była   zmęczona   i   głodna,   więc   odbiegła   ją 

dzielność   i   energia.   Po   raz   pierwszy   wspomniała   życzliwie   o   różowych   ścianach   swego 

pokoiku w mieście i o gderliwym głosie Bronisławy.

- Co też tam Bronisława robi bez nas? - westchnęła.

Ojciec doskonale wiedział, co robi. Chodzi do kościoła na prymarię i na cichą mszę o 

ósmej   godzinie,   potem   kupuje   pęczek   marchewki,   kilka   kartofli,   włoszczyzny   i   kawałek 

mięsa  i gotuje sobie obiad. (Henrysia  westchnęła  ciężko).  W czasie gotowania rozmawia 

przez okno z kucharką z przeciwka o tym, że ojciec z Henrysią jeszcze się gdzieś grajdają po 

świecie,   aż   strach   pomyśleć   -   i   o   tym,   że   dozorca,   świnia,   kłóci   się   o   każdy   dywanik 

wytrzepany   z  balkonu,   a   po   kamienicy   tyle   żebraków   łazi,   że   nie   można   nastarczyć.   Po 

obiedzie szoruje kuchnię, ubiera się pięknie i idzie na nieszpory.

- W tę granatową suknię?

- Prawdopodobnie.

background image

- A mieszkania nie sprząta?

- Może czasem i sprząta.

Henrysia starała się zagadać zmęczenie. Już chyba kilka godzin szli, a las nie myślał 

się kończyć i nigdzie dojrzeć nie było można siedziby ludzkiej.

Ojciec wydawał się żwawszy niż kiedykolwiek i nic nie wspominał o jedzeniu.

-   Ciekawa   jestem,   co   słychać   u   cioci   Klary?   -   rzekła   Henrysia,   choć   wiedziała 

doskonale,   że   słychać   tam   tylko   mruczenie   antypatycznego   kota   Alfy   i   szelest   miękkich 

pantofli po podłodze.

Ojciec uśmiechnął się.

- Co ty tak ciągle o mieście wspominasz? - zapytał.

Henrysia właśnie obiecywała sobie, że już nie będzie robiła żadnych trudności w dniu 

odwiedzin u ciotki Klary. Nie jest tam przecież aż tak nudno, a nawet te jej placki z serem są 

dosyć dobre, tylko niesłodkie.

Potknęła się o kamień - ojciec przytrzymał ją za rękę.

- No, cóż to? - zapytał. - Może jesteś trochę zmęczona?

Najgorsze to, że z głosu jego nic nie można wymiarkować, drwi czy tylko tak dzisiaj 

nic nie rozumie.

-   Uderzyłam   się   w   nogę   -   powiedziała   Henrysia   ponuro,   ale   nie   przystanęła. 

Zawziętość ścisnęła jej serce. Dobrze, jeśli ojciec udaje albo naprawdę nic dzisiaj sam odczuć 

nie umie, to ona nie zdradzi się z niczym.

Zemdleje z głodu, upadnie ze zmęczenia, rozchoruje się i umrze, ale nie powie ani 

słowa.

Dlaczego dotychczas zawsze przeczuwał jej myśli, uprzedzał  pragnienia, troskliwą 

otaczał czujnością, a dziś jest jak gdyby nieobecny, zatopiony w jakichś myślach, obcych i 

dalekich?

A nawet zaczął opowiadać głosem pogodnym i lekkim o przygodzie, która mu się 

zdarzyła kiedyś.

- Zdaje się, że właśnie wtedy byłem w twoim wieku, Henrysiu - mówił - nie wiem, 

dlaczego   przypomniała   mi   się   ta   historia,   może   z   powodu   tej   łuny   zachodu   na   niebie. 

Chodziłem do szkoły w małym miasteczku, gdzie mieszkali wówczas moi rodzice.

Naszym   profesorem   gimnastyki   w  szkole   był   junacki   osobnik,   który   jednocześnie 

piastował   godność   naczelnika   straży   ogniowej.   Otóż   właśnie   kiedyś,   gdy   fikaliśmy   w 

najlepsze koziołki na trapezach, a nauczyciel wrzeszczał:”Fikasz, smyku jeden, jak żaba” - z 

wieży strażackiej zatrąbiono na alarm.

background image

Nasz   gimnastyk   porwał   się   dziarsko,   wrzasnął:”Żebyście   się   nie   ważyli   pchać   do 

ognia”, i dla przypieczętowania zakazu zamknął nas na klucz, a sam poleciał na stanowisko.

Postaw   się   tylko,   Henrysiu,   w   naszym   położeniu!   Czternastu   kandydatów   na 

bohaterów pod kluczem, w pokoju, gdy tymczasem całe miasto pędzi do pożaru, po ulicach 

dudni straż ogniowa i dzwon kościelny dzwoni na trwogę.

- Czy długa jest ta twoja historia? - zapytała Henrysia nieprzychylnie.

- Nie bardzo długa, Henrysiu.

Ojciec był ciągle bardzo pogodny.

- Naturalnie powyskakiwaliśmy przez okna - ciągnął dalej - wszyscy z przekonaniem 

w duszy, że bez naszej pomocy całe miasto spłonie. Na razie płonęły tylko dwa drewniane 

domki   na   bocznej   ulicy,   w   ogrodzie.   Tłum   był   wielki   i   straż   uwijała   się   sprawnie   pod 

komendą naszego dziarskiego pedagoga...

Henrysia   szła   już   nie   dobrowolnie,   ale   mocą   rozpędu;   zmartwiałe   nogi   jakoś 

machinalnie podnosiły się i opuszczały na ziemię z dręczącą równomiernością. Do końca 

życia znienawidziła tę historię o pożarze. Słuchała jej teraz wrogo i bez ciekawości.

- Z początku oszołomił nas tumult, dym i krzyki - opowiadał ojciec, jak gdyby nigdy 

nic. - Wkrótce jednak zrozumieliśmy, gdzie jest nasza powinność.

Przynajmniej   ja   osobiście   i   kilku   moich   przyjaciół   poczuliśmy   się   powołani   do 

wielkich   czynów.   Nabraliśmy   pewności,   że   trzeba   się   wpakować   do   płonącego   domu   i 

wynieść z płomieni kołyskę z dziećmi.

Zaledwie jednak wdarliśmy się w dym, tuż nad nami zagrzmiała komenda naszego 

profesora i o hańbo, o wstydzie! Strażacy wygrzebali nas z ognia jak ziemniaki z popiołu i 

wynieśli na placyk przed domem. Dla wszelkiej pewności kazano nas związać wszystkich 

razem,   jak   pęczek   szparagów   na   sprzedaż,   i   jeszcze   pozostawiono   przy   nas   strażaka.   I 

staliśmy tak, Henrysiu, powiązani, w obliczu płonącego domu, ratowanego przez innych i 

mogliśmy do woli pławić się w ogniu upokorzenia. W owej chwili najsroższe tortury nie 

wydawały nam się za łagodne dla naszego nauczyciela, który sam przecież używał na tym 

ogniu, co się zmieści!

- Cóż to, Henrysiu, przystajesz?

- Tatusiu... tatusiu... ja jestem zmęczona...

Ojciec okazał współczucie, wprawdzie umiarkowane, ale jednak zajął się tą sprawą.

Powiedział, iż wobec smutnej prawdy, że nigdzie ani śladu domostwa, przenocować 

muszą w lesie.

- Jak to”w lesie”? - głos Henrysi zadrżał.

background image

Ojciec jej zboczył z drogi i szukał wygodnego miejsca.

Znalazłszy zaciszny kąt między krzakami, rozesłał swój płaszcz na trawie, a plecak 

położył zamiast poduszki.

- Nie chce mi się spać, Henrysiu, będę tu siedział koło ciebie, a ty się połóż i śpij.

Niedługo będzie świtało, wówczas może się od kogo dowiemy, gdzie znaleźć jakieś 

osiedle.

Milcząc głucho, Henrysia zawinęła się w płaszcz i wyciągnęła na trawie, ojciec ułożył 

jej głowę na swoich kolanach. Ale jego ciepłe ręce, które tak dobrze było zawsze trzymać w 

dłoniach i przytulać do twarzy, tym razem wydały się Henrysi nieżyczliwe i bezradne.

Tak, po raz pierwszy oto w życiu ojciec wydał jej się bezradny!

- Drzewa nie śpią w nocy, raczej o południu - mówił ojciec cichym głosem (dlaczego 

nawet nie wspomniał o niedoli tej męczącej i głodnej nocy, dlaczego nie mówił o jedzeniu?)

-   Drzewa   czuwają   i   myślą,   rozumieją,   gdy   jest   ciemno,   sens   życia   i   śmierci, 

rozmawiają z Panem, który z niebios schodzi pomiędzy nie.

Henrysia zasnęła.

Zbudził ją chłód poranku.

Słońce jeszcze się kryło za horyzontem, ale jasno już było prawie, a wszystkie ptaki 

śpiewały pełne radości i oczekiwania. Ptaki niefrasobliwe i wolne z porankiem się witały 

pełną piersią.

Henrysi wydało się, że już nie będzie mogła wstać. Nogi, ręce, kark, wszystko było 

obolałe, połamane i bezsilne.

-  No,  jakże  tam,   Henrysiu?   - zapytał  ojciec.  Był   blady,   ale  uśmiechnięty  wesoło. 

Spałaś   tylko   godzinę   -  ciągnął   widząc,   że   odpowiedzi   nie   można   się   spodziewać   od  tak 

zgnębionej osoby - ale teraz już niedługo znajdziemy dom jakiś. Wyśpisz się i najesz. Takie 

krótkie są teraz noce i jak ciepłe!

Widocznie na świecie nie ma rzeczy krótkich i długich, zimnych i ciepłych, bo oto dla 

niej, dla Henrysi, ta noc była najdłuższa z przeżytych, a ten poranek najchłodniejszy. Trzęsła 

się.

Ojciec kazał jej pobiegać dla rozgrzewki, ale że się wzbraniała, nadąsana i oporna, 

zaczął się z nią boksować i zmusił swoją gniewną córkę do ruchu, w którym zrobiło się jej w 

końcu ciepło.

Potem ruszyli dalej.

- Co prawda - powiedział ojciec - wczoraj wstaliśmy o świcie; cały dzień w mieście 

śpiewaliśmy   hymny,   drepcząc   w   tłumie.   Obiad   był   marny,   bo   nasz   hotelarz,   pełen 

background image

zrozumienia   swoich   obowiązków   narodowych,   wszystko,   co   lepsze,   oddał   generałom   i 

posłom. Kolacja...

- Kolacji nie jedliśmy wcale - szorstko przerwała Henrysia.

- Wcale? Ach, prawda, nie jedliśmy. No, a tę noc przewędrowaliśmy lasem. Może to i 

nic dziwnego, że jesteśmy trochę zmęczeni. Nie trać ducha, Henrysiu.

Ach, jakże byłoby dobrze rozpłakać się!

Henrysia powiedziała nienaturalnie swobodnym głosem:

- Nie bardzo jestem zmęczona i jeść mi się nie chce. Czego ten głupi Bobek znów się 

śmieje?

Las się skończył, a zaczynał się wielki, złoty łan zboża. Z tego miejsca nie było widać 

wsi ani ludzi, ani zwierząt - nic, jeno ten łan falujący po obu stronach drogi jak rozkołysane 

morze.

Henrysia usiadła na ziemi.

- No, dobrze - powiedział  ojciec - widzę, że nie możesz  iść dalej. Zaczekaj  tu z 

Bobkiem, a ja wejdę na to wzgórze i rozejrzę się po okolicy.

Odszedł - Henrysia nie pożegnała go ani słowem. Z oddali jeszcze krzyknął:

- Tylko nie ruszaj się z miejsca, bo się rozminiemy!

Henrysia oparła się o drzewo i siedziała jak martwa. Nie myślała o niczym, nie miała 

siły strzepnąć mrówki z ręki ani odsunąć włosów, które się zsunęły na oczy. Ach, oto już 

słońce się podniosło i ogrzewa umęczone ciało ciepłem swych promieni. Oczy zamykają się 

same, głowa pochyla na ziemię.

Co tak ciągle dokucza? Co to przytłacza nogi i przyciska ręce?

Ocknęła się z ciężkiego snu i wyprostowała. Słońce już wysoko wystrzeliło ponad 

horyzont.

Długo, długo szukała Henrysia wytłumaczenia dla tych wszystkich, otaczających ją 

rzeczy. Dlaczego pole, zboże?

Skąd ten las za plecami? Nagle przypomniała sobie. A to przede wszystkim, że ojciec 

odszedł, a ona miała czekać.

„Pewnie spałam tylko parę minut” - pomyślała sobie i nagle poczuła w sercu przypływ 

energii.

- No, mój Bobku! - powiedziała raźno. - Zmachaliśmy się jak nieboskie stworzenia! 

Gdyby to widziała Bronisława, no!

Rozwinęła plecak, przetarła twarz i ręce kolońską wodą, poczesała włosy.

Teraz przyszło jej na myśl, że kiedy ojciec odchodził, słońce wysuwało się zaledwie 

background image

zza   linii   horyzontu   -   popatrzała   na   niebo;   teraz   oślepiające   i   mniejsze,   zda   się,   niż   o 

wschodzie, już się toczyło wysoko, rzucając krótkie cienie.

Nagły niepokój przeszył  serce Henrysi. Cóż to się stało z ojcem? A może... może 

słońce tak prędko sunie o świcie, że... jednak nie, wczoraj, onegdaj oglądała wschód słońca, 

więc już wie, jak szybki jest jego ruch.

Teraz może być godzina... dziewiąta! A ojciec odszedł między trzecią a czwartą.

Henrysia oparła się o pień dębowy. Cała krew odpływa z serca - gdzieś w ziemię - 

ręce robią się bezsilne, uginają się nogi! To jest przecież pewne, że ojciec dobrowolnie by jej 

nie opuścił, nie zostawił tu samej!

Minęło sześć godzin - jeśli dotychczas nie wrócił, to znaczy, coś mu się stało.

- Boże, jakaż ja jestem głupia - krzyknęła nagle, załamując ręce - może to jeszcze nie 

dziewiąta, przecież się nie znam tak dobrze na słońcu!

Tam niedaleko na polu żytnim ujrzała kilkoro ludzi; posuwali się wolno naprzód, 

kłoniąc się ziemi żniwnym ruchem.

Henrysia popędziła ku żeńcom, ne czując zmęczenia.

- Czy... czy... przepraszam, która godzina? - zapytała, ledwie uchwyciwszy oddech.

- A będzie już, panienko, niedługo dziesiąta - powiedziała jedna z kobiet, spoglądając 

na niebo.

- A czy... nie przechodził tędy jeden pan w szarym ubraniu?

- Iść, to tam różni przechodzili drogą. Panienka się zgubiła?

- Nie... czy na pewno...

Nagle przypomniał się Henrysi ostatni okrzyk ojca:”Tylko nie ruszaj się z miejsca, bo 

się zgubimy”, zawróciła więc i nie zważając na zdziwienie kobiet, pomknęła z powrotem na 

swoje stanowisko.

Plecak   leżał   w   miejscu,   gdzie   go   porzuciła.   Bobek   zaszczekał   na   niego 

porozumiewawczo.

Teraz   Henrysia   usiadła   na   ziemi   i   całą   siłą   woli   opanowała   się.   Jeszcze   raz   od 

początku przemyślała wszystko.

Odszedł o wschodzie, to znaczy między trzecią a czwartą, miał zamiar tylko spojrzeć 

ze wzgórza, czy nie widać gdzie wsi lub folwarku. Ona... zasnęła prawie zaraz i... minęło 

sześć godzin, a ojca nie ma!

Więc cóż się mogło stać?

Zobaczył wieś i poszedł do niej.

Nie, nie i nie! Czyżby opuścił swoją małą, zmęczoną, śpiącą córkę, samą jedną, w 

background image

pustym polu, na całych sześć godzin?

Więc cóż się mogło stać?

Spróbowała   wołać,   ale   w   odpowiedzi   cisza   stawała   się   tym   głębsza,   a   cykanie 

koników polnych tym ostrzej dźwięczało w powietrzu.

Bobek   przysiadł   nagle   na  ogonie   i  podniósłszy  łeb,   zawył   rozpaczliwie.   Henrysia 

zatrzęsła się.

„To było o świcie - myślała - na drodze pustki. Ojca mógł napaść jakiś włóczęga, zbój 

i...”

- Tatusiu, tatusiu! - krzyknęła i przypadłszy do ziemi, zaniosła się płaczem.

Aż nagle poczuła na ramionach ręce ojca.

Śmiali się i płakali, trzymając się w objęciach.

Ojciec   całował   słone   oczy   swojej   córki,   gładził   jej   włosy   czarne   gorącą   dłonią, 

przyciskał ją drżącą do serca. W końcu kazał jej napić się mleka - sam podawał jej termos do 

ust.

Ale Henrysia ciągle płakała - już nie z żalu i niepokoju, tylko ze zmęczenia.

Zaprowadził ją ojciec do jakiegoś domu za wzgórzem, położył  do łóżka czystego, 

ochłodził jej twarz zimną wodą.

Coś tam opowiadał jakiejś obcej pani, ale Henrysia mało co słyszała.

Potem siedział przy swej córce, trzymając jej rękę w dłoni. W tym pokoju poznała 

Henrysia rozkosz uspokojenia, łaskawość miękkiego łóżka po nocy bezsennej, ożywczy chłód 

czystej pościeli. W tym to pokoju, trzymając rękę ojca, zrozumiała, że posiadanie go nie jest 

prawem wiecznym, ale tylko szczęściem wyjątkowym. Cichutko szeptał do niej:

- Więc widzisz, Henrysiu, czasem się odchodzi i nie wraca więcej. I widzisz, można 

nie   mieć  domu  i   długo  tak   tułać   się  po  obcych   drogach,  i  można  marzyć  nadaremnie   o 

kawałku chleba. Tak jest na wojnie, Henrysiu - tylko jeszcze stokroć gorzej. Bo ty przez 

chwilę tylko niepokoiłaś się i cierpiałaś głód i zmęczenie, a na wojnie żołnierze i wygnańcza 

ludność ze wsi i miast zbombardowanych lata całe znosić to muszą. A szlak wielkiej wojennej 

parady znaczony jest lasem krzyżów, nie tylko na piersiach, ale i na mogiłach.

-   Czy   ty   to   zrobiłeś   naumyślnie,   tatusiu?   -   zapytała   w   bezmiernym   zdumieniu 

Henrysia.

- Czuwałem nad tobą cały czas z lasu - powiedział gładząc jej rękę. - Chciałem, żebyś 

zrozumiała, odczuła choć w przybliżeniu. To ty będziesz kiedyś rządziła światem, Henrysiu. 

Ty i twoi rówieśnicy!

Trzeba, żebyśmy nienawidzili wojny. I tylko jedna rzecz jest jej warta - wolność.

background image

X

Brzegiem rzeki wracali do domu.

Miasto już tam w oddali wystrzelało ku niebu wieżycami  kościołów, rysowało się 

surowymi   liniami   zamków   i   klasztorów,   ku   ziemi   się   kłoniło   dachami   niskich   domów. 

Powietrze, woda i słońce zasnuwały jego sylwetę niebieskozłotą mgiełką, że ledwo się spod 

niej wyłaniał kolor dachów i murów.

Kończyła się już wycieczka letnia, swobodna włóczęga po świecie jasnym, ale ojciec i 

Henrysia nie czuli smutku. Oboje wiedzieli dobrze, że z przyszłości wyjdą im na spotkanie 

nowe życia sprawy i zdarzenia - a wszystkie ciekawe.

Lubili przecież nie tylko wycieczki wakacyjne, ale i dzień powszedni, z którego tyle 

im się zawsze wysuwało treści, że nie potrzebowali koniecznie szukać po świecie przygód.

Ojciec i Henrysia pracowali ochotnie, a także z rozkoszą oddawali się lenistwu dni 

świątecznych. Przepadali za ciszą i ciepłem własnego mieszkania - i z radością wałęsali się po 

nieznanych stronach. Zaciekawiali ich ludzie, zwierzęta i wszystkie rzeczy, toteż życie nigdy 

nie było dla nich nudne. Ogromny mieli wybór, ogromną rozmaitość radości i smutków.

- Owszem, Henrysiu, zdarzają się bardzo smutne  i złe rzeczy człowiekowi, nawet 

czasem takie, na które nie ma rady - powiedział właśnie w owej chwili ojciec - ale sama się 

przekonasz, życie jest tak bogate, tak ogromne, że choćbyś nie wiem jak cierpiała, zawsze 

potrafi cię ogarnąć na nowo, odświeżyć ci duszę i pozyskać ją sobie.”Jako u orłów odnawia 

się młodość twoja”, moja córko.

Henrysia  wiedziała  dobrze, że ojciec słowa swoje opierał  na doświadczeniu,  więc 

ufała temu, co mówił. Na razie jednak nie potrzebowała odnowienia swojej młodości.

Właśnie, naciągnąwszy trykot kąpielowy,  wskakiwała w zimne fale, wydając dziki 

okrzyk radości i strachu. Więc ojciec zrezygnował z dalszego filozofowania i poszedł za jej 

przykładem.

Mnóstwo   ludzi   kąpało   się   w   rzece   -   toteż   rozbrzmiewała   gamami   śmiechów   i 

krzyków.

Z łodzi żaglowej, która się kołysała na wodzie, raz wraz wskakiwali w głęboki nurt 

młodzi chłopcy, rękami nad głową łuk uczyniwszy. Wypływali na powierzchnię tak daleko od 

miejsca, w którym zapadali w wodę, i po tak długiej chwili, że Henrysi aż dech zamierał w 

piersiach.

Bobek stał na brzegu i głośno wyrażał państwu swoje oburzenie.

- Ach, Bobku, zamiast szczekać, chodź no tu do wody.

Bobek odszczeknął parę obraźliwych słów.

background image

- Nie znasz się, mój psie, ani na higienie, ani na przyjemności - powiedział mu ojciec. 

- Ale że z istotami nierozsądnymi nie należy się liczyć, więc wykąpiemy cię, pomimo twego 

sprzeciwu - i ojciec wyszedł z wody.

Bobek natychmiast przewąchał jego zamiary i kilku giętkimi ruchami, które miały 

wyrażać   jedynie   najpoddańsze   uczucia,   oddalił   się   przecież   od   brzegu   na   przyzwoitą 

odległość.

Ojciec spróbował stanowczości.

- Bobiś, tu - rozkazał krótko.

Piesek   ruchem   łaskawym   pochylił   mordkę   ku   ziemi,   zwinął   się   wdzięcznie,   ogon 

stulił, ale nie zmienił stanowiska.

Zirytowany ojciec ruszył ku niemu, ale Bobek w tejże samej chwili odskoczył dalej.

Właśnie   najbardziej   oburzająca   była   okoliczność,   że   Bobek   nie   wypowiadał   się 

otwarcie, że nie szczekał raz i drugi - dajcie mi święty spokój, sami sobie właźcie do zimnej 

wody, jeśli wola, a mnie nie zawracajcie głowy.

Przeciwnie, wszystko w Bobisiu wyrażało zgodę i poddanie się woli pana - i ruch 

głowy przymilny, i nagięcie karku, i pokora ogona, a jednocześnie odległość między nim a 

panem nie zmniejszała się wcale mimo energicznych wysiłków pana.

Henrysia w wodzie zanosiła się od śmiechu.

-   Wyrodna   córko   -   zawołał   ojciec,   który   nie   mógł   głosowi   swemu   nadać 

odpowiedniego   patosu,   gdyż   prostota   stroju   kąpielowego   niweczyła   te   intencje   -   zamiast 

wyśmiewać się, chodź, dopomóż mi w poskromieniu tego buntownika.

Henrysia   z   całą   ochotą   wyskoczyła   na   brzeg   i   zabiegła   Bobkowi   drogę   od   lewej 

strony.

Obserwując   Bobka,   zwiniętego   w   kłębek   na   poduszce,   albo   podziwiając   jego 

wychowanie  przy stole, gdy siedział wytwornie  między swym  panem a panienką,  trudno 

byłoby uwierzyć, ile zaciętej woli mieści się w jego uprzejmym łebku.

Ojciec sam sobie nie wierzył.

- Henrysiu! - wykrzyknął zdziwiony. - Popatrz, ile nowych zalet objawia się nam w 

Bobku.

Ma   swoją   wolę,   swój   osobisty   pogląd   na   sprawy!   Jedno   z   dwojga:   albo   nam   go 

odmienili w drodze, albo nie znaliśmy go dotąd.

- Ja ci mówiłam, tatusiu, że on nie jest taki fajtłapa, jak się zdaje.

- Nic nie mówiłaś.

- Ale myślałam!

background image

- Jeżeli się coś myślało, ale nie mówiło, to potem nie należy o tym wspominać, bo i 

tak nikt nie uwierzy - powiedział ojciec i rozpoczął nową ofensywę.

Złączyli swoje wysiłki, skoordynowali ruchy, ułożyli nawet naprędce maleńki plan 

działania - wszystko nadaremno.

Bobek najwyraźniej uznał, że najpolityczniej będzie udawać, że wszystko to razem 

jest zabawą w polowanie. Już się nie łasił i nie przybierał pokornych min, tylko szczekał 

zaczepnie, śmiał się, zabiegał z tej i owej strony i zawsze w ostatniej chwili wymykał się z rąk 

swoich prześladowców.

- Wycieczka wyrobiła w nim gibkość i sprężystość - powiedział ponuro ojciec.

Tymczasem konfliktem Bobka z państwem powoli zainteresował się cały brzeg. Kilka 

osób powyskakiwało  z  wody,  ten  i  ów dźwignął  się  z  piasku.  Z  dużym   zaciekawieniem 

śledziły ich oczy podstępne ruchy ojca i Henrysi oraz dręcząc zręczność krnąbrnego Bobka.

- Oho! Już go złapią! - powiedziała okrągła panienka w żółtym kostiumie i czarnej 

czapeczce.

- Mowy nie ma! To zręczny piesek - pochwalił chłopiec w pasiastym trykocie.

-   Znienacka,   panienko,   przysiąść   i   znienacka   skoczyć!   -   wrzeszczał   gruby   pan, 

zupełnie zmoczony.

- Trzeba go oskrzydlić - doradzał chłopak w siatce na głowie.

- Ja bym radził tak: niech się uspokoi, przysiądzie, a wtedy udać, że niby nigdy nic, i 

przychwycić!

- Phi! Ja stawiam na pieska!

Nie da się.

- A ja na tę panienkę, doskonale biega.

- Na pewno ten pan złapie, bo ma dobrą metodę.

I nagle cała banda od słów przeszła do czynów. Rozbrzmiało powietrze wojennymi 

okrzykami - łapaj, trzymaj, niech pan broni tej placówki na prawo, na lewo, do środka, brawo 

piesek!

Bobek   zrozumiał,   że   zbliża   się   kres   niepokojącej   zabawy.   Ruchem   rozpaczliwie 

zwinnym rzucił się między nogi grubego pana, który rozciągnął się na piasku, przeskoczył 

panienkę w czarnej czapeczce, okrążył chłopca w siatce, i już zdawało mu się, że widzi przed 

sobą   wolną   drogę,   gdy   z   rzeki   wyłoniła   się   jakaś   otyła   pani   w   czerwonym   kostiumie   i 

pochwyciła go w objęcia.

Tłum otoczył ich.

-   Trzęsie   się   ze   strachu,   biedny   piesek   -   powiedział   z   rozczuleniem   gruby   pan 

background image

dokładnie z przodu oblepiony piaskiem.

- Nie ze strachu, tylko ze zmęczenia.

- Bardzo miły piesek, dlaczego on się tak boi wody, proszę pana? - pytał chłopak w 

siatce.

- Teraz trzeba by mu dać walerianowych kropli.

- A ja uważam, że trzeba go ukarać.

- Mój panie! To już sprawa jego właściciela! - oburzył się starszy pan, który bardzo 

polubił Bobka. Przecież przez niego leżał brodą w piasku, jak za najlepszych, dziecinnych 

czasów.

Ojciec wziął Bobka na ręce i głaskał jego przerażoną mordkę.

- No widzisz, Bobek, warto było tak się kompromitować, co?

- mówił mu łagodnie.

I mimo wszystko wykąpano Bobka, a uroczystości tej przyglądali się ze współczuciem 

i zadowoleniem, złośliwością i żalem wszyscy uczestnicy nagonki.

Potem już wrócili ojciec, Henrysia i Bobek do miasta.

Powitało ich mieszkanko chłodne, ciche i stęsknione. Na stole jadalnego pokoju stał w 

glinianym  dzbanku bukiet  floksów, który nie wiadomo  dlaczego  przyniosła  Bronisława z 

targu.

Bobek z zadowoleniem obiegł mieszkanie, obwąchał kuchnię, pokręcił się w łazience, 

a potem wyskoczył na krzesło pod oknem jadalnego pokoju i patrząc na drzewa i na daleką 

perspektywę ulicy, zaszczekał żałośnie. Może być, że zatęsknił nagle do szerokiego oddechu 

wolnej przestrzeni.

-  Zeszliśmy  kawał  świata,  Bronisławo  -  powiedziała   Henrysia   siedząc  na  zielonej 

skrzyni w kuchni.

- A ja, nawet że już poprosiłam pana o pensję - z godnością oznajmiła kucharka. - Nie 

będę   w   takim   domu   służyła,   gdzie   człowiek   przez   cztery   tygodnie   nie   ma   do   kogo   ust 

otworzyć i siedzi z założonymi rękami jak ten głupi.

Henrysia ze smutkiem pokiwała głową.

- Zrobi nam Bronisława wielki zawód - westchnęła. - Bo czy wie Bronisława, o czym 

przekonaliśmy się w tej drodze? Że prawie wszyscy ludzie są sobie braćmi, a nawet także i 

zwierzęta, i wszystko takie jest przyjacielskie! I gdybyśmy zawsze chcieli o tym pamiętać, i 

Bronisława, i ja i... w ogóle, to... no, to rozumie Bronisława?

- Tere, fere, kuku! - powiedziała na to kucharka i z energią zaczęła trzepać podróżne 

ubranie   pana.   Potem   jednak   została   na   miejscu   i   wytłumaczyła   ciotce   Klarze,   że   jakby 

background image

odeszła, to pan i panienka, i nawet ten niewinny pies całkiem by, nie daj Boże, powariowali.

Fetysz 

I

Woda płynęła dołem, cichutka i przejrzysta. Hubert, oparty łokciami o białą balustradę 

tarasu, oderwał oczy od tafli drgającej i znowuż z zainteresowaniem spojrzał w przeciwległy 

ogród.

Po drugiej stronie rzeczki, za krzakami, migała jasna głowa, bardzo ruchliwa i szybka. 

To znikała w gęstwie splątanych liści, to się z nich wynurzała niespodzianie.

„Czy to chłopiec, czy dziewczyna? I co on tam robi?” - pomyślał z zaciekawieniem 

Hubert.

Osoba   ta   działała   na   terenie   przylegającym   do   sztachet,   które   rozdzielały   dwie 

sąsiadujące ze sobą posiadłości.

Hubert ze swego tarasu widział jak na dłoni te dwa ogrody za rzeczką. Jeden, trochę 

wyżej położony, duży, pretensjonalny, pełen bukszpanów, kul szklanych i białych kamyków, 

otaczał   willę   baniastą   i   niesmaczną,   najeżoną   wieżyczkami,   których   zażenowane   miny 

wykazywały jawnie, że nie czują się na swoim miejscu.

Drugi ogród, ów, w którym pojawiała się ta nie wiadomo do kogo należąca głowa, był 

to po prostu tylko sad. Duży, rozłożysty sad, stary, zaniedbany i uroczy. Wiatr przynosił od 

jego strony zapach rumianku i piołunu.

Tak szczelnie  otaczał on swój domek,  iż widać było  tylko  dach czerwony,  łatany 

jaśniejszą dachówką.

Dach czerwony i jasna głowa - tyle tylko widział Hubert w powodzi różnokształtnych 

liści.

Zupełnie lekceważąc możliwość wpadnięcia do rzeczki, wlazł na balustradę.

Zobaczył dwie opalone, bose nogi, dwie ręce umazane po łokcie, przestrzeń środkową 

zawiniętą   w   ścierkę,   a   wszystko   razem   zakończone   tą   właśnie   głową   o   krótko   uciętych 

włosach, strasznie rozczochranych.

Wówczas to ciekawość chłopca dosięgła szczytu. Zagadkowa ta osoba niewiadomego 

rodzaju spełniała jeszcze bardziej zagadkową czynność. Coś lepiła, coś miesiła w stojącym na 

piasku kuble i raz wraz klepała zawzięcie podmurowanie sztachet, dzielących ogrody.

Już Hubert otwierał  usta, by krzyknąć:”Co ty tam robisz?” - gdy na widowni, od 

strony pretensjonalnej willi ukazała się nowa postać, a nawet dwie.

Przodem biegł pies, ogromny i brutalny buldog, za nim toczył się jegomość pękaty, 

niepokojąco czerwony, w jasnej kurtce z czesuczy i z grubą laską w ręku.

background image

Jegomość dopadł sztachet, spojrzał, ruchem pełnym zgrozy, wyrzucił obie pięści w 

górę i wrzasnął:

- Kto mi tu zamurował moją dziurę?

Zza sztachet wysunęła się natychmiast jasna główka, energiczna i mężna, a pozornie 

spokojny, niewątpliwie dziewczęcy głos, powiedział:

- To ja panu zamurowałam dziurę.

- Ty, ty smarkaczu jeden? I jakim prawem, pytam, zamurowałaś moją dziurę?

-   Zamurowałam   panu   dziurę,   bo   przecież   pan   wie,   że   cała   woda   z   pana   ogrodu 

wycieka na nasze grządki!

- Na wasze grządki? - wrzeszczał jegomość ładując się na podmurowanie i ściskając w 

rękach   pręty   sztachet.   -   Nic   mnie   nie   obchodzą   wasze   łajdackie   grządki.   Wiesz,   coś   mi 

zrobiła? Zalałaś mi trawnik, zalałaś mi rabaty róż, zalałaś mi ścieżkę!

Dziewczynka wlazła również na podmurowanie po swojej stronie i spojrzała w ogród 

sąsiada.

- Wolę, żeby pana ścieżka była zalana niż moje grządki - powiedziała z przekonaniem.

Jegomość aż się zatrząsł z oburzenia.

- Wolisz? - ryknął i obie pięści znowu wyrzucił w górę.

Ale   przy   tym   dramatycznym   ruchu   stracił   równowagę   i,   chcąc   nie   chcąc   musiał 

zeskoczyć w sam środek kałuży i przebiec kilka kroków, wymachując ramionami jak ptaszek, 

który się zrywa do lotu.

Wbrew   wszelkiej   przyzwoitości   dziewczynka   na   podmurówce   aż   przysiadła   ze 

śmiechu, a po drugiej stronie rzeczki zawtórował jej Hubert, cudem utrzymujący równowagę 

na balustradzie.

Jegomość nie posiadał się z oburzenia.

- To to tak, poczekaj! - ryczał. - Cóż to! Czy już obywatel wolny nie ma prawa mieć 

dziury w murze? To dla twojej głupiej cebuli będziesz mi, bębnie jeden, zalewać róże?

Odpowiesz mi za to. Już ja urządzę twego ojca, mądralę. Nie ma to pieniędzy na 

postawienie nędznego płotu, a będzie mi dziurę w murze zalepiało?

Poczekaj!

I   przy   akompaniamencie   szczekania   bezecnego   buldoga,   któremu   zza   muru 

impertynencko odpowiadał kundys dziewczynki, jegomość wpakował się w kałużę i jął z 

całych sił ostrym końcem laski wyważać cegły świeżo naprawionego muru.

Tego już było zanadto.

Hubert w mgnieniu oka wskoczył do łódki i po kilku silnych ruchach wioseł już był w 

background image

samym sercu walki.

Wyskoczył na brzeg i zawołał groźnie:

- Niech pan tego nie robi!

Jegomość nagle ochłonął.

Wylazł z kałuży, otrząsnął nogi, ze smutkiem popatrzył na swoje przemoknięte buty i 

zapytał nadspodziewanie spokojnie:

- A to co za znowu za wypędek?

Hubert zbladł z oburzenia.

- Wypędek czy nie - powiedział hamując głos - dość że jeśli pan tak dalej będzie 

krzyczał na tę dziewczynkę i zalewał jej ogród swoją wodą, to znajdą się starsi ode mnie, 

którzy potrafią to poskromić.

Jegomość przypatrywał się chłopcu uważnie i dość życzliwie. W końcu zapytał:

- To ty może jesteś mały Romey z Białego Domu?

- Jestem - odpowiedział Hubert.

Wyraz twarzy grubego pana rozjaśnił się zupełnie.

- No, no, mój chłopcze - powiedział dobrodusznie - bardzo to pięknie z twojej strony, 

że stajesz w obronie tej dziewczynki, ale wierz mi, nie mieszaj się do cudzych spraw. Ta mała 

to nic dobrego. Znam ją jak zły szeląg. Sam się przekonasz.

Do widzenia, do widzenia!

Kłaniaj się swojej matce ode mnie. Od Hipolita Zasobka.

Hipolit Zasobek, pamiętaj, mój młody panie.

Podniósł swój kij i ruszył do domu. Odwrócił się jeszcze raz i powiedział:

- A ta mała to, mówię ci, diablę, nie dziewczyna. Rodzona córka swego ojca.

- Jest pan złym człowiekiem, Hipolicie Zasobku. I Pan Bóg pana skaże. Nie dziś, to 

jutro.

Hubert   obejrzał   się   i   dostrzegł   dwie   łzy   w   oczach   dziewczynki.   Starała   się   je 

powstrzymać, wysoko podnosząc głowę.

Udał, że ich nie widzi wcale, nachylił się ku ziemi, aby upozorować ten ruch, podniósł 

suchą gałązkę i łamiąc ją w palcach, zapytał:

- A właściwie jak to jest z tą wodą?

Dziewczynka milczała chwilę.

- Chodź tutaj, to ci powiem - wyrzekła w końcu już zmężniałym głosem.

Hubert wskoczył do łódki, opłynął sztachety, wyszedł na brzeg i już z bliska spojrzał 

na młodą bojownicę.

background image

Była   wysoka,   chuda,   bardzo   opalona.   Spod   grubej   ścierki,   która   zastępowała   jej 

fartuch, wyglądała gdzieniegdzie czarna, wąska i kusa sukienka. Ręce miała oblepione gliną, 

a nogi zawalane na kolanach ziemią i cegłą. Patrzyła na Huberta podejrzliwie, ogromnymi 

oczami.

- Przecież widzisz, że z jego ścieków woda spływa aż tutaj - powiedziała  - a on 

zamiast ją skierować do rzeki czy gdzie mu się podoba, pozwala, że wszystko spływa do 

naszego ogrodu. O, widzisz? Wygniły mi dwie grzędy ogórków i cebuli. A ja wiem, że on to 

robi na złość - dodała po chwili z cichym, tajonym gniewem.

- Ależ dlaczego? - zapytał z niedowierzaniem Hubert.

- Bo myśmy zamieszkali dopiero dwa lata temu, a przedtem dom i ogród stały puste i 

nie było sztachet, tylko na wpół zwalony płot. I wtenczas on sobie swoje kury i gęsi, i kozy, 

wszystko wypasał w naszym ogrodzie. A także zjadał nasze morele i śliwki. Bo nie było 

żadnego dozoru. On, wiesz, ten pan Hipolit, jest może nawet dosyć uczciwy, ale uważał, że 

po co ma się to wszystko marnować? Ale jak tu zamieszkaliśmy, to ja zaczęłam pilnować 

ogrodu i przepędzałam jego kozy i gęsi.

On sobie nic z tego nie robił, zupełnie mnie lekceważył. Bo jemu już wtedy zrobiło się 

strasznie niewygodnie, za ciasno, i chciał koniecznie nasz ogród kupić. A myśmy nie chcieli. 

Więc   on   tym   bardziej   szkodził   mi   w   ogrodzie.   Więc   ja   raz   sprowadziłam   wójta   i 

posterunkowego i zajęliśmy jego kozy, wyłapaliśmy jego kury i indyki. A on musiał zapłacić 

karę.

Dziewczynka   rozpromieniła   się   na   chwilę   i   w   cichości   napawała   wspomnieniem 

swego zwycięstwa.

- Więc on potem - ciągnęła dalej - ze złości postawił te sztachety, ale od tego czasu 

strasznie się na mnie mści. A ja często nic nie mogę na to poradzić - zakończyła z bezsilnym 

smutkiem.

Hubert   poczuł   nagle,   że   chętnie   walczyłby   jak   lew   w   obronie   tej   krzywdzonej 

dziewczynki.

- A dlaczego twój ojciec go nie poskromi? - zapytał.

- Bo nie - urwała krótko.

- A matka?

- A matka?

- Mama już przecież dwa lata temu umarła - powiedziała z urazą i żalem.

Hubert chętnie by cofnął to zapytanie. Powiedział sobie, że strasznie jest niedelikatny.

Popatrzył   na   dziewczynkę   z   wielkim   współczuciem,   ale   odtrąciła   jego   litość 

background image

spojrzeniem tak wrogim i hardym, że aż się zaczerwienił.

Powiedziała wyniośle:

- O, ja jestem bardzo energiczna. Tylko... nie masz pojęcia, jak to nieprzyjemnie być 

energiczną!

Ta szybka kapitulacja i dziecięce zmęczenie w głosie wzruszyły go znowu.

- A czy on naprawdę ma prawo mieć dziurę w swoim murze? - zapytała szybko.

- Jeśli to jego mur, to ma prawo.

- No to już nie wiem, co zrobię! - powiedziała z gniewem.

Hubert   wyjaśnił   spokojnie,   że   jeśli   pan   Hipolit   ma   prawo   mieć   dziurę   po   swojej 

stronie, to ona ma również prawo mieć górę po swojej stronie. Przede wszystkim jednak 

należy odmurować otwór, żeby nie miał się czego czepiać.

I   Hubert,   odwinąwszy  rękawy   swej   niepokalanej   koszuli,   bez   wahania   klęknął   na 

ziemi i jął wydobywać mokre cegły z nie zaschniętego jeszcze muru.

Patrzyła   na   jego   robotę   z   cichym   smutkiem   osoby,   która   widzi   swe   dzieło 

zmarnowane.

Stała nieruchomo i nawet nie wiedziała jeszcze, co z tej destrukcyjnej pracy wyniknie. 

To tylko czuła w owej chwili, że do tego chłopca o czarnych lśniących włosach można mieć 

bezwzględne zaufanie.

Wybrawszy z muru wszystko, co nosiło ślady świeżej roboty, Hubert wstał i rozkazał:

- A teraz daj mi jakąś deseczkę.

Dziewczynka namyślała się chwilkę.

- Czy to mogą być klepki? - zapytała.

- Byle nie z głowy pana Hipolita Zasobka - zastrzegł poważnie.

Parsknęli śmiechem.

- Nie. Z beczki - wyjaśniła.

- Niechże będą klepki - zgodził się Hubert.

Założyli otwór od strony sadu klepkami, a potem walili już ziemię bez opamiętania, aż 

spory kopczyk wyrósł pod sztachetami.

- No, teraz już nic ci nie zrobi - rzekł Hubert z triumfem; na znak radości wyrzucił w 

powietrze dwie klepki i chwycił je ze zręcznością popisującego się na jarmarkach kuglarza.

Dziewczynka   podała   mu   ścierkę   i   w   swej   czarnej,   wąskiej   sukience   wydała   się 

Hubertowi jeszcze chudszą.

- Wytrzyj  ręce  - poradziła  i nagle  jęknęła  rozpaczliwie:  - Popatrz  na swoje nogi. 

Popatrz na swoje nogi!

background image

Hubert spojrzał niechętnie.

Piękne   półbuty   i   cudnego   koloru   skarpetki,   gęsto   pokryte   gliną,   wyglądały 

rzeczywiście żałośnie.

- Nie masz się czym przejmować - rzekł pocieszająco - to wszystko się odkruszy i 

śladu nie będzie. Czy... czy mógłbym wiedzieć, jak się nazywasz? Bo ja Hubert Romey.

- A ja Gabriela Korniaktówna.

Czy uważasz, że to brzydko? - zapytała z niepokojem.

- To bardzo ładnie - powiedział uprzejmie. - Do widzenia, Gabrielo - dodał, widząc, że 

zbiera narzędzia i gotuje się do odejścia.

Gdy już wchodził do łódki, nagle go zatrzymała.

- A mój ojciec, wiesz - powiedziała mu cicho, w najgłębszym zaufaniu - mój ojciec 

nie powinien wiedzieć  o żadnych  moich  kłopotach  i zmartwieniach,  bo mój  ojciec  jest... 

geniusz.

- Co takiego? - zapytał ze zdumieniem Hubert.

-   Mój   ojciec   jest   genialny   -   powtórzyła   głosem   nie   dopuszczającym   najlżejszej 

wątpliwości. - I zobaczysz, jeśli uda mi się oszczędzić mu wszystkich tych trosk i kłopotów, 

aby mógł spokojnie pracować, to będzie kiedyś strasznie sławny!

Hubert jeszcze nie mógł ochłonąć, choć już łódka jego odpływała daleko po jasnej 

wodzie.

II

Przez   dłuższy   czas   Gabriela   wytrwale   myślała,   że   w   Wiktorynie,   starej   kucharce, 

znajdzie przyjaciółkę i powiernicę. Z biegiem lat złudzenie to się rozwiało.

Gabriela nie mogła zrozumieć, dlaczego w powieściach, a czasem i w życiu, stare 

kucharki i niańki przywiązane są namiętnie do domów, w których służą, i ubóstwiają dzieci 

swych   chlebodawców,   a   Wiktoryna   stale   i   niezmiennie   gardziła   domem,   a   jej,   swojej 

wychowanki, zdawała się prawie nie cierpieć.

Na nic się zdały wszelkie wysiłki. Daremnie Gabriela była posłuszna, łagodna, wesoła 

i pełna zaufania. Daremnie dbała o Wiktorynę, wyręczała ją w robocie i przejmowała się jej 

sprawami. Daremnie starała się wciągnąć ją w krąg swoich zainteresowań i przeżyć.

Ale już bezcelowość tych wysiłków objawiła się jej w całej pełni właśnie w tę sobotę, 

nazajutrz po pojedynku z panem Hipolitem Zasobkiem.

Spytała z samego rana:

-   Jak   Wiktoryna   myśli:   czy   wszystkie   kury   można   sadzać   na   jajach,   czy   tylko 

niektóre? I po czym się je poznaje?

background image

Wiktoryna odwróciła się od pieca, obie ręce oparła na biodrach i wrzasnęła:

- A skądże ja mam to wiedzieć, co? Cóż to, czy może jak służyłam u pani hrabiny na 

ulicy Czystej, to miałyśmy kurnik w salonie? Cóż to, na gospodynię się godziłam? Pan Bóg 

mnie pokarał za to, że nie uszanowałam miejsca u pani hrabiny, co taka była dla mnie dobra. 

To była prawdziwa pani! I lokaj był, i szofer, i na fortepianie cały dzień grała.

(Gabriela   wiedziała,   że   jak   jest   mowa   o   pani   hrabinie,   to   znaczy,   że   sprawa   jest 

beznadziejna).

Kury będzie sadzać, patrzcie państwo! A to sadzaj sobie, jak ci się podoba! A jak się 

jaja popsują, a kura zdechnie, to będziesz mieć zarobek!

I wykrzyczawszy się do syta, chwyciła wałek i tłukła nim surowe mięso, aż ochłapy 

leciały na okno.

„Nie. Już nie ma co liczyć na Wiktorynę” - powiedziała sobie Gabriela i od razu lżej 

jej   się   zrobiło.   Póki   myślała,   że   ją   w   końcu   zdobędzie,   strasznie   się   czasem   martwiła   i 

męczyła. A teraz na pociechę wspomniała sobie, że nic nie powinno jej martwić, bo przecież 

ma ojca.

Wprawdzie ojcu nie może się zwierzać ze swych trosk i kłopotów, ażeby nie zaprzątać 

mu nimi głowy, ale gdy ją wieczorem na dobranoc przyciska do serca i gładzi po włosach, 

wszystkie przykrości wydają się nieistotne i mało ważne.

Nagle Gabriela uczuła takie ukłucie w sercu, że aż się oparła o ścianę sionki. Odkąd 

przyjechała Marylka, siostra cioteczna, od pół roku... ojciec... chyba mniej kocha swoją córkę.

To prawda, że Marylka tak lekko, cichutko umie wchodzić, tak wdzięcznie siada na 

dywanie u nóg wuja, tak zręcznie układa kwiaty w wazonie na jego biurku.

Te   kwiaty   co   dzień   rano   przynosi   Gabriela,   wówczas   gdy   sprząta   jego   pokój   i   z 

pietyzmem i miłością wszystkie rzeczy wyciera, układa, porządkuje.

Ale ojca nie ma wtedy w pokoju. A gdy przychodzi, wówczas Gabriela już gdzie 

indziej musi się krzątać.

A za ojcem wsuwa się delikatnie  Marylka.  Poprawia kwiaty w wazonie, cichutko 

przybliża fotel do biurka, temperuje ołówki...

- Dziękuję ci, moje kochanie - mówi ojciec.

Gabriela w swej ciemnej sionce poczuła, że twarz jej jest mokra, a nogi jak z ciasta.

Ale   wtenczas   przypomniała   sobie,   że   stało   się   wczoraj   coś   bardzo   przyjemnego. 

Zyskała sobie przyjaciela.

Nie   powiedział   jej   tego,   ale   przecież   wyczuła,   że   Hubert,   ten   chłopiec   z   Białego 

Domu, gotów jest być jej obrońcą.

background image

„Pójdę, powiem mu o Wiktorynie i... w ogóle” - pomyślała z ulgą i na razie zabrała się 

do pielenia grządek.

Siedząc na bosych piętach, wprawnie i szybko wyrywała chwasty.

Nie bardzo pięknie wyglądały jej grządki, ale to dlatego, że za dużo ich miała w tym 

roku. Na wiosnę Magdalena, gospodyni księdza proboszcza, poradziła:

- Posadź więcej groszku i pomidorów, to ci potem pokażę, jak się robi konserwy na 

zimę.

Będziesz miała w tym roku Marylkę do pomocy, to ogród w porządku utrzymasz.

I Gabriela posiała. No, ale potem się okazało, że o pomocy Marylki  nie ma co i 

marzyć!

Przede   wszystkim   twierdziła   stale,   że   nie   ma   czasu,   że   za   dużo   ma   lekcyj   do 

przygotowania.

A raz, gdy z nudów pełła pół godziny, a wieczorem nie mogła rąk domyć, zrobiła 

scenę i na tym się skończyło.

Gorąco było w sadzie i sennie.

Wysokie, jasnozielone stożki przerosłej sałaty stały rzędami, nieruchome, jak chińskie 

pagody.

Koperku   pierzaste   parasole   napełniały   powietrze   mocą   swoistego   zapachu.   Jakżeż 

splątany już był gąszcz młodego, jędrnego groszku, a wysokie rzędy kukurydzy niby kwadrat 

młodego lasu! A tu się po ziemi słały ogórki, daleko rozpełzłe szorstkimi wąsami swych 

pędów, żółto kwitnące, szerokolistne. A tu się kalafiory rozpanoszyły,  obfitymi bukietami 

mięsistych liści!

Poprzez   myśli   o   pomidorach   i   groszku   przewijała   się   w   sercu   Gabrieli   radosna 

pociecha, że zaraz po obiedzie nałoży czystą sukienkę, uczesze się najstaranniej i pójdzie do 

Białego Domu.

Niech się dzieje, co chce - pójdzie!

Matka Huberta na pewno musi być równie miła i prosta, jak i on. Powie im... a sio, a 

sio! Te wstrętne kury znowu dziobią rozsadę! Powie im... albo nie, nic nie powie, bo co kogo 

obchodzą jej troski, i nawet nie wypada mówić o Wiktorynie i Marylce... Tylko się poradzi.

Jak posadzić kury i co robić z panem Hipolitem Zasobkiem... i... Albo nie, nawet się 

nie poradzi, tylko po prostu troszkę się pocieszy, że na świecie nie tylko jest Wiktoryna, 

Marylka i Hipolit Zasobek.

Może   zaproszą   ją   na   podwieczorek?   Och!   Doskonale   pamięta,   jak   strasznie 

przyjemnie jest być na proszonym podwieczorku!

background image

Siada się w koszykowym fotelu, pod drzewami. Lokaj stawia pośrodku stół nakryty 

haftowanym obrusem.”(Jaka pani miła, że zechciała nas odwiedzić” - mówi matka Huberta. - 

Hubert... - nie, trzeba będzie powiedzieć - pan Hubert wczoraj był taki dla mnie... a może 

lepiej nie wspominać o murze i o Hipolicie?

Boże! Cóż za pokrzywy w tych pomidorach!” - myśli Gabriela.

W czasie obiadu Gabriela krzątała się cicha i pełna radosnego oczekiwania. Nalewała 

zupę ostrożnie, żeby nie opryskać brzegów talerza, krajała chleb równo i cieniutko.

Marylka wodziła za nią jakimiś zagadkowymi oczami, a ojciec zdawał się nieobecny.

- Czy możesz mi pożyczyć różową wstążkę? - zapytała szeptem Marylka.

- Owszem. A dlaczego?

- Bo tak.

Gabriela czuła się tak szczęśliwa, że chętnie pożyczyłaby nawet serca.

Okna zasłonięte były roletami, na środku stołu płonął bukiet czerwonych piwonii, a za 

siatkami okien brzęczały pszczoły. Wiktoryna, stawiając na bocznym stole ostatnią potrawę, 

powiedziała do bufetu:

- A ja nie będę dziś zmywać naczyń, bo mam co innego do roboty.

- Dobrze, dobrze, ja sama - uspokoiła ją Gabriela, w strachu, by ojciec nie posłyszał.

I   po   obiedzie   owinąwszy   się   ścierką,   co   prędzej   zmywała   i   układała   w   szafie 

wyszczerbione   talerze,   aż   drepcąc   na   miejscu   z   niecierpliwości.   Nareszcie!   W   jadalnym 

pokoju   czysto   jak   w   szklance,   stół   nakryty   serwetą,   podłoga   wymieciona,   krzesła 

grzeczniutko poustawiane, pelargonie w oknach drzemią.

Gabriela w swoim pokoju wlazła cała do miednicy i wielką szczotką od wanny szoruje 

swe nieprawdopodobnie opalone nogi.

Cicho otworzyły się drzwi i wsunęła się Marylka.

- Czy można? - zapytała melodyjnie.

Gabriela znieruchomiała ze szczotką w ręku.

Marylka ma na sobie białą jak śnieg sukienkę, cieliste pończochy, biały zamszowy 

pasek, a włosy związane różową kokardą.

- Chciałam cię prosić, moja kochana, żebyś nie czekała na mnie z podwieczorkiem, bo 

wychodzę - powiedziała poprawiając kołnierz przed lustrem.

- Dokąd idziesz? - spytała Gabriela zdławionym głosem.

-   Jestem   zaproszona   na   podwieczorek   do   Białego   Domu   -   odpowiedziała   z 

uśmiechem. - Do widzenia, kochana! Pa!

Pocałunek rzucony ręką i drzwi zamknięte.

background image

Woda w miednicy nagle przybrała. To wielkie jak grochy łzy Gabrieli spływały po jej 

twarzy, nogach, po szczotce i mieszały się z mydlinami.

Marylka skłamała. Wcale nie była zaproszona do Białego Domu.

Nie wątpiła jednak, że zostanie zaproszona, skoro tylko pojawi się w parku.

Huberta poznała w wilię dnia tego i od razu przejrzała mnogie korzyści, jakie z tej 

znajomości wyniknąć dla niej mogły. Zatem nie zwlekając postanowiła udać się do Białego 

Domu i oczarować jego mieszkańców.

Żeby   się   przeprawić   na   drugi   brzeg,   musiała   pożyczyć   łódki   od   pana   Hipolita 

Zasobka, z którym od dawna żyła w przyjaźni, czując zawsze żywy pociąg do wszystkiego, 

co   bogate   i   pewne   siebie.   Szła   tedy   pomiędzy   bukszpany,   przeglądając   się   w   każdej 

wymijanej kuli szklanej.

Na jednej z werand w drewnianym fotelu siedział pan Hipolit bez kurtki i dozorował 

dwu bosych chłopaków, którzy klęcząc na podłodze naprawiali sieci.

- Jak się masz, moja księżniczko - powiedział jowialny jegomość. - Phi! Co za strój! 

Idziesz może z wizytą?

- Tak, idę do Białego Domu - odpowiedziała ze sztuczną niedbałością. - I właśnie 

chciałam pana prosić o łódkę.

Na werandzie pachniało konopiem i rozgrzaną w słońcu farbą.

- Siadaj no tu na chwilę - powiedział pan Hipolit - i opowiedz mi, co znowu zamierza 

to wasze półdiablę?

Marylka niechętnie wzruszyła ramionami. Odpowiedziała, że nie wie.

- Gdy wychodziłam z domu, siedziała właśnie w miednicy i szorowała się szczotką. 

Tak na niedzielę - zakończyła ze złośliwym uśmiechem.

Bystry obserwator mógłby na tej werandzie zauważyć, że na słowo”półdiablę” dwa 

bose chłopaki spojrzały na siebie, a jeden z nich wykrzywił się nieprzystojnie i zupełnie 

lekceważąco   w   stronę   pana   Hipolita   Zasobka.   Ale   ani   gruby   jegomość,   ani   powiewna 

Marylka nie byli bystrymi obserwatorami.

- Czy tylko widziałaś, co mi ta smarkata urządziła w ogrodzie? - wspomniał ze zgrozą 

pan Hipolit. - Ja tu, panie tego, wołam murarza, wołam ogrodnika, idziemy, panie, rozbierać 

moją dziurę, tę wiesz, co to mi zamurowała samowolnie.

Przychodzimy,  a tu dziura z powrotem świeci,  cegły wybrane,  ale za to, bodajby 

skisła! nawaliła ziemi po swojej stronie i rób, co chcesz! Myślałem, że mnie krew zaleje. A tu 

te murarze i ogrodniki durnie stoją i gapią się jak na wariata.

I nagle zupełnie niespodzianie pan Hipolit zaczął się trząść ze śmiechu. Po prostu 

background image

ryczał, aż klekotały drewniane deseczki fotela.

Marylka z lekka poruszała głową i patrzyła z niepokojem.

Coś było niezupełnie jasnego w jej przyjacielu, panu Hipolicie.

Czasem doskonale się rozumieli i odczuwali, ale oto nagle zaczynał ni stąd ni zowąd 

pękać ze śmiechu w chwilach najmniej stosownych i wtenczas Marylka nic już nie mogła 

wyczytać w jego małych, okrągłych, błyszczących złośliwością oczkach. I czuła się w takich 

chwilach zupełnie jak osoba, która nie wie, czy ma ślimaka, czy też jaszczurkę w kieszeni.

Na wszelki wypadek rzekła:

- Gabriela ma zawsze nieznośne pomysły i wszystkim robi na złość.

Biedna Marylka nie przewidziała, jak fatalne skutki mieć będą jej słowa! Zaledwie je 

dokończyła, siatka, na której przez nieuwagę stanęła, gwałtownie pociągnięta, poleciała w 

stronę siedzących na ziemi chłopców, a Marylka rozciągnęła się jak długa, w białej sukience, 

cielistych pończoszkach i z różową kokardą na głowie.

- No, no, moja księżniczko - powiedział uspokojony tym wypadkiem pan Hipolit - nie 

trzeba tak o byle co padać na ziemię. Franek, Józek, jeden z drugim, cóż to, nie możecie 

obejrzeć się za siebie, zanim pociągniecie siatkę?

Ale Marylki już nie było na werandzie. Biegła szybko do rzeki i uspokoiła się dopiero 

w łódce.

Że zaś miała wielką łatwość zapominania o swych niepowodzeniach, więc dopływając 

do przystani parku, już myślała tylko o tym, że za chwilę zobaczy Huberta i jego matkę, 

wyniosłą,   okazałą   panią,   o   bardzo   jasnych   włosach,   majestatycznym   wyglądzie,   w   białej 

sukni i z barwną parasolką w ręku.

„Pewnie siedzą w cieniu kasztanów w koszykowych fotelach i jedzą lody z likierami” 

- pomyślała Marylka i właśnie w tej chwili natknęła się na jakąś panią, która nachylona nad 

rabatą kwitnących bratków, przyglądała im się uważnie.

Bratki,  jednolicie  szafirowe, zwarte i dorodne, wyglądały jak kwadrat rozesłanego 

aksamitu, a głowa nachylonej nad nimi pani o czarnych, falujących włosach rysowała się na 

ich tle wyraźnie i czysto.

Na szmer kroków Marylki pani wyprostowała się i spojrzała na nią. Była nieduża, 

szczupła,   zwinna,   ubrana   w   zupełnie   prostą   suknię   piaskowego   koloru.   W   rękach, 

obciągniętych starymi rękawiczkami, trzymała sekator.

- Czego sobie życzysz, moje dziecko? - zapytała tak energicznie, że Marylka straciła 

rezon.

„Kto to może być?” - pomyślała w popłochu i, rozstrzygnąwszy kwestię na niekorzyść 

background image

czarnowłosej pani, już miała ochotę odpowiedzieć wyniośle, gdy nagle spostrzegła, że mała 

dama nie wygląda na osobę, która by dała sobie bezkarnie ubliżyć.

„Mój Boże, kto to może być?”

Mimo woli odpowiedziała znacznie grzeczniej i słodziej, niżby pragnęła:

- Chciałabym się przejść po parku, jeżeli wolno.

Pani,   już   znowu   nachylona   nad   rabatą   bratków,   wyrywała   z   niej   jakieś   jej   tylko 

widoczne chwasty.

- I owszem, idź do parku i zawołaj sobie Huberta do towarzystwa. Przypuszczam, że 

znajdziesz go koło źródła, wiesz, gdzie to jest? To dobrze.

Jesteś siostrzenicą pana Korniakta, prawda? Idź, moje dziecko.

I już nie zwracając najmniejszej uwagi na zakłopotaną dziewczynkę, zwinna pani z 

zadziwiającą szybkością przecięła żwirowany taras na ukos i zniknęła z bukietem kwitnących 

jaśminów.

Hubert rzeczywiście siedział u źródła z książką w ręku. W żadnym miejscu parku nie 

pachniało  tak jak tam,  w żadnym  nie  było  tak  uroczo. Półkolisty maleńki  placyk  u stóp 

stromego wzgórza ogarnięty był głębokim cieniem drzew rozłożystych, chłodny i wilgotny.

Źródło   sączyło   się   z   otwartej   paszczy   kamiennego   lwa,   do   szerokiego,   mchem 

zarosłego basenu, cieniutkim, jasnym strumieniem, a wokoło ziemia była czarna i wilgotna. 

Ani jeden promień słońca nie przedzierał się przez zwartą masę liści przeróżnych kształtów i 

barw, liści lśniących i szorstkich, gładkich i postrzępionych.

A potężne konary drzew otaczały to miejsce pachnące, świeże jak wnętrze krynicy.

Hubert siedział na szerokim obmurowaniu basenu, z rękami w kieszeniach i książką 

na kolanach.

- Bardzo to uprzejmie z twojej strony, że przyszłaś - powiedział - czy może i Gabriela 

także?...

-   O  nie,   nie   chciała   przyjść   ze   mną.   Ona   jest   strasznie   ceremonialna   i   nigdy   nie 

przyjdzie bez zaproszenia, zobaczysz - wyjaśniła Marylka. - Dzikus z niej zupełny.

Ale czując lekki niepokój w sumieniu, zmieniła temat rozmowy. Zaczęła opowiadać o 

sobie.

W ogóle to tylko wydawało się jej interesujące na tym świecie, co tyczyło  się jej 

własnej osoby, i tych ludzi uważała za miłych, którzy umieli cierpliwie słuchać jej wynurzeń. 

Gdy mówiła o sobie, zupełnie opuszczał ją wrodzony spryt i przenikliwość: była przekonana, 

że każdy z rozkoszą zapuszczał się z nią razem w tajniki jej duszy, współczuł jej przeżyciom i 

zachwycał się pięknem jej serca i umysłu. Kiedy zaś przyszło wysłuchać zwierzeń czyichś, z 

background image

początku ratowała się myśląc o czym innym, a w końcu brutalnie i bezwzględnie zmieniała 

temat rozmowy. Nie spostrzegła wcale, że tym sposobem dawała wszystkim ogromną nad 

sobą przewagę.

Zaczęła więc opowiadać:

Że   dopiero   od   pół   roku   jest   w   Małopolsce   Wschodniej,   a   przedtem   mieszkała   w 

Warszawie z rodzicami. Na ulicy Pięknej.

- Znasz ją, prawda?

- O tak. Przecież zimę spędzamy w stolicy - powiedział Hubert.

- Aha. Warszawa to moje rodzinne miasto.

Ale właśnie przed pół rokiem rodzice jej pojechali do Ameryki. Tak. Dla rozrywki, bo 

bardzo lubią podróżować. Ale jej nie chcieli zabrać na niepewny los... to jest nie na niepewny 

los, tylko się bali dla niej oceanu. Więc zostawili ją u wuja. Wuj jest wprawdzie bardzo 

dobry, ale... ona jest przyzwyczajona do czegoś innego, i przy tym Gabriela...

Hubert przerwał:

- Kiedy wrócą twoi rodzice?

- O, to nie wiadomo! Może wcale, tylko przyjedzie po mnie ojciec. Jeśli im się tam 

powiedzie... To jest, jeżeli im się Ameryka spodoba.

Hubert przyglądał się pięknej dziewczynce uważnie, oczami błyszczącymi.

A ona, rysując patykiem na ziemi, mówiła dalej:

Chciałaby jak najprędzej stąd wyjechać - to zupełnie nieodpowiednie miejsce dla niej.

Dziura.   Wprawdzie   latem   pełne   są   sady   moreli,   brzoskwiń,   dojrzewają   nawet 

winogrona, ale poza tym żadnej rozrywki ani towarzystwa.

- A pan Hipolit Zasobek? - zapytał Hubert.

Marylka spojrzała niepewnie.

Czy to żart? Ale twarz chłopca była niezbadana.

- Pan Hipolit Zasobek nie lubi się bawić piłką ani skakać przez sznurek - powiedziała 

z komicznym smutkiem.

Nareszcie Hubert roześmiał się także. Porwał się nagle z cembrowiny i zmienił się w 

okamgnieniu. Już nie był wcale młodym człowiekiem, powściągliwym i pełnym uprzejmości. 

Stał naprzeciw Marylki roześmiany łobuz o czarnych włosach i płomiennych oczach.

- To jest zadziwiające, jak te dziewczynki umieją wdzięcznie kłamać! - wykrzyknął. - 

Nakłamałaś mi, jak gdyby ci za to osobno płacili. Niech żyją różowe kokardy! Chodź się 

bawić.

Pochwycił   swoją   ofiarę   za   ręce   i   zaczął   kręcić   się   po   placyku   z   tak   opętaną 

background image

szybkością, że cały park i źródło, i ziemia wydały im się wnętrzem wirującej, różnobarwnej 

kuli.

Równie gwałtownie zatrzymał się, posadził oszołomioną Marylkę z wielką galanterią 

na ławce, sam zaś wskoczył na obmurowanie basenu i spacerował po nim tam i z powrotem, 

gwiżdżąc przeraźliwie.

Wszystko to zaszło tak błyskawicznie, że Marylka straciła poczucie rzeczywistości. 

Siedziała na ławce z na wpół otwartymi ustami, patrzyła na Huberta z głębokim podziwem i 

zastanawiała  się nad  tym,  czy to ona jest nieprzytomna,  czy też  ten  chłopiec  jest  trochę 

pomylony.

Woda szemrała, spływając wąskim strumyczkiem, a Hubert pochylił się nad nią, wziął 

lwa za uszy i pił z jego paszczy.

Z góry, od strony domu, doleciał dźwięk gongu.

Hubert zeskoczył z basenu, wygładził włosy, wytarł mokre ręce i usta chusteczką i z 

ukłonem z czasów Ludwika XV powiedział dwornie i szydersko:

- Proszę jaśnie panią na podwieczorek.

III

Na   tarasie,   około   balustrady,   pod   platanem   stał   nakryty   stolik,   a   przed   nim,   w 

koszykowym fotelu siedziała czarnowłosa pani i czytała gazetę.

Jeszcze  na samym  dole schodów, po których  wchodzili,  Hubert  powiedział:”Moja 

matka już czeka na nas”, a na najwyższym ich stopniu jeszcze Marylka nie mogła uwierzyć, 

że   ta   pani   to   właśnie   to   pani   Romeyowa,   najwspanialsza   z   istniejących   dla   niej   osób, 

właścicielka Białego Domu!

Gdzież jest ta postać wysoka i majestatyczna, o złotych włosach i podłużnej twarzy, 

tak bardzo do niej, Marylki, podobna?

Przecież taka miała być, musiała być matka Huberta!

Tymczasem ta rzeczywista złożyła gazetę i zapytała:

- Dlaczego, moje dziecko, twoja siostra nie przyszła z tobą?

Już Marylka miała rozpocząć swoją historyjkę  o charakterze  Gabrieli, gdy Hubert 

objaśnił spokojnie:

- Bo nawet nie wiedziała, że Marylka wybiera się do nas, i miała zresztą dużo roboty 

w   domu   -   i   rzekłszy   to   spojrzał   na   dziewczynkę   wyczekująco   i   z   tak   szelmowskim 

wdziękiem, że poczuła nieposkromioną ochotę zbicia go na kwaśne jabłko.

- To szkoda - powiedziała pani. - Wiesz co, Hubercie, jutro niedziela. Zaprosimy na 

podwieczorek pana Korniakta i panienki. Prawda?

background image

- Doskonale, mamo!

- Napiszę zaraz list i zaniesiesz go, odprowadzając Marylkę - mówiła pani.

Mówiąc nie próżnowała ani chwili. Smarowała sobie chleb, podsuwała Marylce miód, 

dolewała Hubertowi śmietanki. Z twarzy jej, z rąk, z całej postaci tryskała wesoła energia i 

czarująca prostota.

To najwięcej korciło Marylkę, że okazując jej wiele uprzejmości, czarna pani zdawała 

się   jednocześnie   wcale   nic   sobie   z   niej   nie   robić,   prawie   jej   nie   dostrzegać.   Marylka 

wydawała się sobie tak niepospolitym zjawiskiem wśród swych bliźnich, tak ceniła swoją 

urodę, wdzięk, inteligencję i wychowanie, że uprzejme lekceważenie małej pani wydało się 

jej szczytem arystokratyzmu i wspaniałości.

Cierpiała, ale zarazem czuła się niezmiernie zaszczycona tak świetnie urządzonym 

podwieczorkiem, i postanowiła skrycie w przyszłości przyswoić sobie ten sposób bycia, tak 

imponujący i dotkliwy.

A   już   do   zupełnej   rozpaczy   doprowadzała   ją   galanteria   Huberta.   Ten   nikczemny 

chłopak zachowywał się drażniąco.

Obsługiwał ją jak trubadur damę swego serca, czujny na każdy jej ruch i spojrzenie, 

uważny i uprzedzający pragnienia.

„Nakłamałaś mi, jak gdyby ci za to osobno płacili. Niech żyją różowe kokardy!” - Nie, 

tego wspomnienia w połączeniu z obecną rycerskością i iskierkami błyszczącymi w czarnych 

oczach Marylka znieść nie była w stanie. Wiła się w swym fotelu, modląc się w ciszy o 

chwilę, w której będzie mogła zemknąć aż za wodę.

Jakże inaczej wyobrażała sobie ten podwieczorek, w czasie którego miała zabłysnąć 

inteligencją,   oczarować   matkę   Huberta,   a   z   niego   samego   zrobić   sobie   przyjaciela   i 

niewolnika.

Miała mówić dużo i potoczyście, miała się śmiać swobodnie, jeść mało, a z wielką 

elegancją.

Zamiast   tego   siedziała   na   brzeżku   fotela   wystraszona   i   blada,   nie   umiejąc   trafić 

łyżeczką do ust.

Ale kiedy już była bliska płaczu, powoli zaczęła się coś zmieniać. Padło jedno i drugie 

zachęcające słowo z ust pani, uprzejmość Huberta zelżała nieco. Marylka odetchnęła.

Od rzeki szedł chłodniejszy powiew, zapach wody i siana.

Trawniki,   na   które   zachodzące   słońce   rzucało   długie   smugi   światła,   nabrały 

gorętszych  barw, a biel schodów i balustrad odcięła się wyraźnie od złotej zieleni, rzeka 

połyskiwała, a ptaki krzyczały ze zdwojoną energią.

background image

Po tamtej stronie rzeki sad Gabrieli zbudził się z upalnej drzemki i pracowicie wlewał 

soki w dojrzewające na drzewach owoce.

Matka Huberta opowiadała o tym, że cały dzień jest coś do czynienia w ogrodzie. 

Zawsze za mało jest rąk do pracy i gdyby nie to, że Hubert musi wypocząć po trudzie roku 

szkolnego, to nie dałaby mu tak bąków zbijać.

Nie   na   to   przecież   kupili   ten   Biały   Dom,   aby   pozostawić   go   w   zaniedbaniu 

dotychczasowym.

- A wy pewnie cały dzień jesteście zajęte? - zapytała Marylkę.

- Gabriela tak, ona to lubi - odpowiedziała dziewczynka - ale ja wolę pracę umysłową. 

Uczę się. Chodzę do szkoły, do czwartej klasy. A nasza szkoła wyjątkowo świetnie stoi.

- Wszystkie szkoły,  do których  się chodzi, wyjątkowo świetnie stoją - powiedział 

poważnie Hubert, polewając maliny śmietanką. Robił to z systemem.

Zataczał dzbanuszkiem coraz szersze kręgi, od środka aż do brzegów talerzyka.

Matka przyglądała się tym zabiegom z krytycznym zainteresowaniem, a gdy się ich 

oczy spotkały, Hubert zaczerwienił się, uśmiechnął i odstawił dzbanuszek.

W tych chwilach krótkich a częstych, w których matka łączyła się spojrzeniem ze 

swoim synem, w których kpiła z niego czy też przestrzegała wzrokiem - Marylka czuła się 

wykluczoną z ich towarzystwa.

- A Gabriela nie chodzi do szkoły? - zapytała znowu pani.

- Owszem, chodziła w zimie, ale teraz nie ma czasu. Oni są bardzo biedni i mają tylko 

kucharkę - zakończyła, słowem”oni” wyodrębniając się z domu swego wuja.

- Muszę poznać tę Gabrielę, która już nie ma czasu bawić się i chodzić do szkoły - 

rzekła pani. - Hubercie, jakżebym chciała, żebyś nie miał czasu na wyjadanie mi czekolady ze 

spiżarni albo na robienie żagli z moich prześcieradeł! Jakżebym chciała, żebyś na cokolwiek 

nie miał czasu, mój chłopcze!

- Ależ i owszem, mamo, mogę się zająć twoim inkubatorem - powiedział chłopiec z 

godnością.

I nagle oboje parsknęli śmiechem.

Jakże bardzo, jak niewymownie musieli się kochać!

A   potem   pani   Romeyowa   poszła   napisać   bilecik   do   pana   Korniakta,   a   Hubert   i 

Marylka spacerowali wzdłuż tarasu tam i na powrót. Chłopiec zapraszał dziewczynki na tenis 

i do łódki.

Roztoczył wspaniałe projekty.

Będą jeździć konno i urządzać majówki w lesie, pojadą żaglówką na koniec świata, a 

background image

któregoś dnia wezmą przepustki i ruszą do Rumunii. Trzeba użyć wakacji!

Potem wlazł na balustradę i zaczął po niej pędzić z rozstawionymi rękami, raz po raz 

pochylając się nad stromą i gładką murawą skarpy. Marylka już tym razem znosiła te wybryki 

spokojnie.

Gdy pani Romey wróciła z kopertą w ręku, Marylka powiedziała:

- Ale teraz niech Hubert odprowadzi mnie tylko do łódki, bo i tak nie zastanie u nas w 

domu nikogo. Ja sama oddam list wieczorem.

Pani wręczyła kopertę dziewczynce.

- Powiedz wujowi, że Hubert chciał sam być u niego - rzekła i zaraz potem odeszła do 

furmana, który zbliżał się od strony stajni.

- Przyjdźcie wcześnie - poprosił Hubert spuszczając łódkę z łańcucha.

A Marylka już była zdecydowana nie oddawać listu w domu. Nie miała ochoty dzielić 

się z Gabrielą swoją nową przyjaźnią.

IV

Z jednej strony na trawie stoi koszyk pełen strączków, z drugiej - pusty. Pośrodku 

siedzi Gabriela, a przed nią - duża gliniana miska, na razie pusta.

Tego dnia z rana Wiktorynę  nawiedził święty Jacek, widziała go na własne oczy. 

Przyszedł drzwiami z kuchni, gdy jeszcze spała, i powiedział jej, że Magdalena, gospodyni 

księdza   proboszcza,   pije   wodę   z   mętnej   studni.   Podług   Wiktoryny   sen   ten   miał   znaczyć 

nieomylnie, że Magdalena dostanie przykrą wiadomość i wyjedzie. Może nawet umrze. Pod 

wpływem tej nadziei Wiktoryna, która od dawna już marzyła o tym, by Magdalenę zastąpić, 

zrobiła się łagodna i życzliwa. Powiedziała do Gabrieli:

- Jeżeli nałuskasz groszku, to ci zrobię konserwy. Pamiętaj odrzucać robaczywy.

Gabriela więc cały ranek zrywała  strączki,  a teraz wzięła dwa koszyki,  miskę,  na 

głowę włożyła ogromny dziurawy kapelusz, zwany przez Marylkę”słomianką”, i ruszyła w 

poszukiwaniu odpowiedniego do łuskania miejsca.

Gabriela   nie   lubiła   pracować   w   kuchni   czy   na   podwórku.   Do   swych   czynności 

gospodarczych wynajdowała zawsze jakieś zupełnie nieprawdopodobne miejsca.

Tym razem obrała kącik sadu, tuż nad rzeczką. Był tam krzak caprifolium bardzo 

pachnący,   stary   jałowiec   foremny   jak   głowa   cukru,   kilka   lip   rozłożystych   i   mnóstwo 

splątanych krzewów, nie znanych Gabrieli z nazwy.

Miejsca wśród tego gąszczu było tylko tyle, by z dwóch stron wcisnąć dwa koszyki, a 

przed sobą umieścić miskę. A już jej wierny przyjaciel, białostopy kundys, Bosy, musiał sobie 

wygnieść miejsce dużym wysiłkiem nóg i tułowia.

background image

Wody nie widziało się wyraźnie, ale się ją czuło tuż za liśćmi, niekiedy też błyskała, 

gdy wiatr roztrącał gałęzie. Było niewypowiedzianie gorąco i parno.

Mimo to myśli Gabrieli tak jasno i okrągło wyłuskiwały się z jej głowy jak świeży i 

śliski groszek ze strączków. Te błyszczące, wesołe kulki, przyjemne w dotknięciu, ogromnie 

pocieszały Gabrielę w jej strapieniach.

Ostatecznie wczorajszy dzień nie był tak zły, jak się zapowiadał.

Wprawdzie musiała pójść na ranną mszę, a nie na sumę, bo Wiktoryna zapowiedziała, 

że trzeba będzie dopilnować obiadu w czasie jej nieobecności, ale Gabriela wolała nawet te 

ciche msze, podczas których tak świeżo i spokojnie było w prawie pustym kościele. Wczoraj 

co prawda miała nadzieję spotkać po sumie Huberta i jego matkę, ale cóż zrobić, trudno!

Po obiedzie była znów chwila przykra - Marylka powiedziała:

- Znowu jestem zaproszona do Białego Domu. Może pójdziesz ze mną? Pewno będą 

ci bardzo radzi!

Naturalnie   nie   poszła.   Już   przecież   wiedziała,   że   widocznie,   ażeby   się   ludziom 

podobać, trzeba być taką jak Marylka. Zresztą, w czymże by poszła? Wczoraj zdawało jej się, 

że doskonale można w starej sukience. Ale widok Marylki rozwiał te złudzenia.

Więc   po   obiedzie,   gdy   już   ani   Wiktoryny,   ani   Marylki   nie   było   w   domu,   poszła 

poprosić ojca o książkę do czytania. Drzwi do pracowni otwierały się bez szmeru. Gabriela 

weszła i znieruchomiała.

Ojciec stał przed stołem i rysował.

Wcale jej nie spostrzegł.

Z początku był niespokojny, oczy mu błyszczały, a ręce przewracały na stole papiery i 

ołówki. Wkrótce jednak znieruchomiał, brwi się rozbiegły, a twarz skamieniała.

Ruchy rąk jego stały się zdecydowane, chybkie, dokładne.

W pokoju było tak cicho, że słychać było skrzyp ołówka po szorstkim papierze.

Twarz   ojca   była   teraz   tak   piękna,   że   Gabriela   oczu   od   niej   oderwać   nie   mogła. 

Mądrość głęboka, ostre skupienie, pewność i siła układały rysy jego twarzy w doskonałą 

harmonię.

Gabriela czuła, że to, co w danej chwili czyni - rysuje czy planuje, pisze czy kreśli - 

jest dla niego  rzeczą  najważniejszą na świecie.  Że wtargnie w nią aż do środka, na jaw 

wydobędzie jej tajemnice w ogromnym trudzie tworzenia.

O, tak, ojciec jej był geniuszem, nie myliła się na pewno.

I z nową siłą przypomniały jej się słowa chorej matki:

-   Gabrielo,   może   nie   będzie   nam   dobrze   w   życiu,   ale   spotkała   nas   wielka   łaska, 

background image

jesteśmy żoną i córką genialnego człowieka.

Pamiętaj, wszystko, co tylko w naszych siłach, musimy dla niego robić, a niczego, nie 

wolno nam żądać od niego. To bardzo trudno, Jelusiu, stworzyć spokój i szczęście w domu 

wielkiego człowieka, ale my to potrafimy.

Potrafiła, póki żyła. A teraz musiała potrafić Gabriela sama.

Usiadła przy drzwiach w najgłębszej ciszy.

Co może robić ojciec?

Czy planuje te cudne, wspaniałe gmachy, wiadukty, sklepienia?

Czy może rysuje jakąś głowę tak piękną, że się potem ma uczucie patrzenia w twarz 

prawdziwego Boga?

Czy może tworzy projekt jakiegoś posągu, który zdobić powinien najwspanialszy plac 

stolicy? Czy może pokrywa kartkę rysunkiem tajemniczych linii, kolumnami cyfr i liter, z 

których potem wynika jakaś olśniewająca, nowa prawda?

Jakież to szczęście wielkie, że ojciec znowu zaczął pracować.

Z   tym   samym   zimnym   błyskiem   w  oczach,   z   tą   samą   twarzą   bladą   jak   marmur, 

skupioną i wrogą.

Było cicho i gorąco, a godziny płynęły przeźroczyste i gładkie jak woda rzeczki w 

sadzie.

Gabriela nie poruszyła się przy drzwiach na podłodze, ale i tak ją ojciec w końcu 

spostrzegł.

Już słońce przytoczyło się ku ziemi i ptaki w sadzie ożyły.

Ojciec przestał pisać, a zaczął śledzić wielkiego żuka, który wpadł przez dziurę w 

siatce okna i lazł teraz po podłodze niezgrabny i bezradny.

Wtenczas spostrzegł Gabrielę.

- Jeluniu, chodź - powiedział - nauczę cię jednej piosenki.

Posadził ją na kolanach i nauczył. Gabriela wiedziała, że tę piosenkę sam wymyślił, 

nie teraz, ale kiedyś gdy wracał z lasu. Wymyślił  ją spacerując pod sosnami, i naprawdę 

pachniała żywicą.

Potem ojciec wyszukał jej w bibliotece”Księgę Dżungli”.

Zielony groszek już prawie napełniał miskę, a Gabriela najedzona nim była aż do 

obrzydliwości.

„Ciekawa jestem, ile jeszcze trzeba go nałuskać, żeby już było dosyć?” - pomyślała i 

zaczęła śpiewać piosenkę swoją własną:

Pachnie   gorący   las,@   po   kamieniach   szumi   woda.@   Niechże   mi   któraś   z   was@ 

background image

zimnej wody dzbanek poda,@ zimnej wody z jasnego zdroju!@ Zwyciężyć muszę, zwyciężyć 

- w każdym boju.@

Bosy ziewał, wcale tym śpiewem nie zachwycony.

I wtenczas to zobaczyła  nagle, że gałęzie nad wodą rozsuwają się, a w ich ramie 

ukazuje się znajoma, czarnowłosa głowa.

-   No,   ale   cię   przecież   odkryłem   -   powiedział   z   triumfem   Hubert.   -   Czy   można 

wiedzieć, dlaczego jej królewska mość tak starannie unika swego sługi?

Gabriela w zawstydzeniu zanurzyła obie ręce w groszek.

Nagle wyrwała je gwałtownie i krzyknęła groźnie:

- Bosy! Leżeć! - przyjaciel jej bowiem wstał i jakoś bardzo podejrzanie, z obłudną 

miną podsuwał się ku czarnej głowie.

- Nic się nie bój - uspokoił dziewczynkę Hubert - my się już znamy. Zaprezentowałem 

mu się podług wszelkich prawideł dobrego tonu i... ach, czy mógłbym dostać choć ze trzy 

strączki z tych mięciutkich?

Dziękuję. Czekaliśmy was wczoraj, ubrani w godowe szaty.

Dom   i   ogród   przybrano   chorągwiami   i   girlandami,   a   muzyka   reprezentacyjna 

grała”tuż” co pół godziny... Cechy ze sztandarami i kler w szatach pontyfikalnych...

- Czy ty przestaniesz mówić choć na pięć minut? - zapytała z oburzeniem Gabriela.

- Ażebyś ty mogła zacząć, czy tak? Ależ naturalnie, mogę!

Przyjdzie mi to z największą łatwością, tym bardziej że już w zamierzchłych wiekach 

odznaczałem się zawsze usposobieniem melancholijnym i milczącym. Czy nie uważasz, że 

słowo”zamierzchłe”   jest   tak   bezsensowana,   że   wstyd   przynosi   każdemu   szanującemu   się 

człowiekowi?

- Ach, mój Boże, to można oszaleć! - jęknęła Gabriela.

-   Gabi,   moja   kochana   -   powiedział   Hubert   miękko   -   naprawdę   mama   tak   bardzo 

chciała cię poznać. Czy przyjdziesz do nas? Chodź zaraz.

Ale   nagle   lunął   deszcz,   od   razu   tak   gwałtowny,   że   pod   liśćmi   zahuczało   jak   w 

maszynie.

Hubert   wyskoczył   z   łódki,   porwał   miskę   z   groszkiem,   porwał   koszyk   i   popędził 

galopem   ku   domowi.   Za   nim   gnała   Gabriela   potrząsając   drugim   koszykiem   i   Bosy 

rozradowany deszczem.

Woda pluskała w rzekę, tłukła w trawę, podnosiła pył na ścieżkach, póki nie spłynęły 

szerokim strumieniem.

V

background image

Hubert wpadł razem z groszkiem w objęcia Wiktoryny, która właśnie wyszła na próg 

sionki spojrzeć na ulewę, i pozostawił już miskę w jej ramionach.

- O Jezu! - jęknęła kucharka, wtrącona w stan bezgranicznego zdumienia.

Gabriela siedziała już w kuchni na podłodze, a wokoło niej formowało się jeziorko, 

którego dopływy Bosy rozprowadzał szeroko po okolicy.

Śmiali się tak, że wszystkie rondle i patelnie dzwoniły na haczykach półek, i byli 

przemoknięci do nitki.

- Ledwo, ledwo wysprzątałam po obiedzie! - wrzasnęła Wiktoryna, gdy tylko władza 

w języku została jej przywrócona. - Jak tak nie umiesz uszanować mojej pracy, to zabieraj 

sobie swój groszek i rób konserwy! Mnie tam ani w głowie - i czarująca istota wywaliła na 

ziemię groszek, cisnęła miskę na stół i, wyszedłszy z kuchni, trzasnęła za sobą drzwiami.

Gabriela już stała z rękoma załamanymi w głuchej rozpaczy, a Hubert oniemiał ze 

zdziwienia.

- Co jej się stało? - zapytał.

Gabriela smutnie pokiwała głową.

- Nic jej się nie stało, ona zawsze taka! A przecież nawet doskonale wie, że to ja sama  

wytarłabym podłogę w kuchni. Ale naturalnie skorzystała z okazji, żeby mi nie robić tych 

konserw.

Ona zawsze korzysta z okazji.

- Ano! To i my kiedyś skorzystamy z okazji, gdy się jaka nadarzy - obiecał Hubert w 

stronę pokoju Wiktoryny. - A teraz, gdybyś wiedziała, jak się robi te konserwy, mógłbym ci 

dopomóc.

I nie czekając dłużej, Hubert zdjął z kołka sito, zebrał do niego groszek i poszedł go 

płukać,   gdy   tymczasem   zatopiona   w   książce   kucharskiej   Gabi   badała   tajniki   robienia 

konserw.

-   Przede   wszystkim   musimy   położyć   drzewa   pod   blachę,   bo   prawie   wygasło.   A 

potem...

Ogromnie się Hubertowi podobało nasypywanie groszku do czysto wymytych butelek.

Przez   otwarte   okna   kuchni   płynął   wesoły   zapach   letniego   deszczu,   ziemi   mokrej, 

odświeżonych roślin. Z rynny pluskał strumień do pełnej już beczki, a bokami ścieżek układał 

się naniesiony żwir i piasek.

Hubert   potrząsnął   ostatnią   naładowaną   butelką   i   zatańczył   pośrodku   tej   świeżej, 

wesołej   kuchni   jakiś   bardzo   wymyślny   i   pogodny   taniec.   Pod   oknem   na   ławce   mokły 

wystawione na deszcz pelargonie, a niecierpliwe kaczki, zbadawszy domyślnymi nosami, że 

background image

deszcz ma się już ku końcowi, wyniosły się z obórki i szły z godnością i pokwakiwaniem ku 

kałuży pod beczką.

- Po co, chciałbym wiedzieć, mościsz słomą dno tego kociołka?

- zapytał Hubert, z zainteresowaniem śledząc zabiegi Gabrieli.

- Nie wiem po co - wyznała. - Ale tak jest napisane w przepisie. Twierdzi, że to 

niezbędne.

- Ha, skoro to jest niezbędne!

Rzeczy niezbędne zawsze czynić należy, choćby dlatego, że gdyby się nie uczyniło, to 

mogłoby   się   pokazać,   że   nie   są   niezbędne,   i   pani   Ćwierciakiewiczowa   byłaby 

skompromitowana   (Lucyna   Ćwierciakiewiczowa   -   autorka   książki   kucharskiej”#365 

obiadów”). Pozwól, moje dziecko, niech to ja ustawię te butelki w rondlu. Czy jesteś pewna, 

że groszek gotowany ze słomą i z butelkami jest smaczniejszy?

Jesteś  pewna?   Ano  to   świetnie  się   składa.  Jeśli  te   butelki  nie   popękają,  to  okażą 

bardzo łagodny charakter.

Ale Gabi nie zwracała uwagi na tę perorę i z dumą spoglądała na kociołek, z którego 

wyglądały  szyjki   zatkanych   szczelnie   i poobwijanych   słomą   butelek.   To wszystko  razem 

miało się gotować pół godziny.

- Czy nie mógłbym  odwiedzić teraz twego ojca? - zapytał  Hubert. - Może by mi 

przebaczył trochę wilgotną garderobę.

Gabriela poszła tedy do gabinetu, ale zaraz wróciła.

Powiedziała, że ojciec pisze.

Trzeba poczekać, aż skończy.

Siedli oboje na kuchennym stole i czekali, patrząc na gotujące się butelki.

Hubert zapytał Gabrieli, czy ojciec jej jest pisarzem.

Dziewczynka myślała chwilę.

- Właściwie nie. Jest architektem, ale i pisze również. I wszystko robi, wszystko, ty 

nie masz pojęcia!

Wobec   jej  oczu,  które  nagle  zapłonęły  uwielbieniem,   Hubert  poskromił   wrodzoną 

skłonność do sceptycyzmu. Słuchał z uwagą, zanurzywszy ręce w kieszeniach.

A w Gabrieli nagle się coś otwarło. Już tyle, tyle czasu pragnęła opowiedzieć komuś 

współczującemu o tym, co się stało!

Mieszkali wtenczas w Warszawie. Ojciec, matka i ona.

Ojciec strasznie pracował.

Budował,   robił   projekty,   malował   także,   pisał,   miał   wykłady   na   politechnice. 

background image

Przychodziły   do   ich   małego   mieszkania   tłumy   osób.   Literaci   i   malarze,   poeci,   muzycy, 

wszyscy ci, których nazwiska znane są na pewno Hubertowi i całej Polsce. Aż kiedyś został 

ogłoszony konkurs państwowy na gmach sejmu. Ojciec stanął do tego konkursu.

Pracował dniem i nocą, strasznie. Nie wolno było wówczas nikomu przychodzić do 

domu, dla wszystkich drzwi były zamknięte, a one, matka i Gabriela, chodziły na palcach.

Już wtedy prawie nie mieli pieniędzy,  ale ojciec był pewien, wszyscy zresztą byli 

pewni, że ojciec dostanie pierwszą nagrodę i będzie budował sejm.

Ojciec naznaczył swoją pracę godłem:”Siłą i prawem”. Potem się dopiero okazało, że 

pewien  dosyć   marny  architekt,  protegowany kilku  członków  sądu  konkursowego,  mający 

ogromne   stosunki   i   poparcie,   przez   dziwny   zbieg   okoliczności   nazwał   swą   pracę”Siłą   a 

prawem”.

Różnica nazwy polegała na jednej literze. Gabriela przerwała na chwilę i wtuliła twarz 

między oplecione ramionami kolana.

- I co było dalej? - pytał cicho Hubert.

- Co się stało? Coś najgorszego. Ojca projekt nazwany”Siłą i Prawem” dostał pierwszą 

nagrodę.

- Ależ to świetnie! - krzyknął Hubert, zeskakując ze stołu.

-...bo owi stronniczy członkowie sądu, potajemnie uprzedzeni, myśleli, że to praca 

tamtego architekta. Zdradzając swym poplecznikom nazwę swojej pracy musiał się pomylić, 

nie przypuszczając, że zmiana jednej litery tyle może znaczyć!

... I kiedy się okazało, że zaszła ta pomyŁka, to... wprawdzie pierwszej nagrody nie 

mogli już odebrać ojcu, ale uznali, że do budowy nadaje się projekt nie nagrodzony! Odesłali 

ojca z kwitkiem, z pierwszą nagrodą, z kilku tysiącami złotych! Ale to przecież nie chodziło 

nawet   o   pieniądze,   chociaż   strasznie   ich   było   potrzeba!   Ale  ojciec   chciał   budować   swój 

przepiękny gmach, aby pokazać ludziom, jakie powinny być budowle!

... A matka już była przecież chora na serce. I teraz, kiedy to wszystko się działo, 

kiedy  trzeba   było  przejść  od  szczytu   radości  do  strasznego   poczucia  krzywdy   i  zawodu, 

matka... matka umarła.

Hubert stał naprzeciw Gabi, a oczy świeciły mu gniewem.

- A oni, ci przyjaciele? - zapytał przez zaciśnięte zęby. - Ci wszyscy twoi literaci, 

malarze, wielcy ludzie? Jak mogli dopuścić do tego?

-   Toteż   zrobiła   się   okropna   awantura   i   w   tej   komisji,   i   w   rządzie,   i   w   sejmie   - 

powiedziała  Gabi zmęczonym  głosem.  - Ale  nas już to  wszystko  nic  nie obchodziło,  bo 

mamusia umarła.

background image

Hubert spacerował teraz po kuchni tam i z powrotem, do głębi duszy wzburzony.

Nikczemność tej całej sprawy naruszyła równowagę jego serca.

I musiał wysłuchać do końca:

Że potem ojciec już nie chciał nikogo widzieć ani o niczym słyszeć, odrzucił nagrodę, 

zabrał Gabrielę i przyjechali aż tu, do tego domku, który należał do nich. I zdawało się, że już 

ojciec nigdy więcej nie będzie pracować, bo... bo Gabi zapomniała przedtem opowiedzieć, że 

zanim   ośmielili   się   odrzucić   nagrodzony   przez   siebie   projekt,   to   przedtem   postarali   się 

udowodnić,   że   ojca   pomysły,   chociaż   wspaniałe,   zupełnie   są   nierealne   i   niemożliwe   do 

budowy. A wrogowie ojca, których jak każdy wybitny człowiek, miał wielu, skorzystali z 

okazji, przekupili prasę, zapłacili jakichś krytyków i już o tym tylko wszystkie gazety pisały, 

że talent ojca jest zwyrodniały, niesamowity, wariacki. Że projekt jego jest rewolucyjny.

Że jest do niczego niepodobny, że wcale nie przypomina parlamentu w Wiedniu ani w 

Paryżu. Matka czytała te artykuły, mówiła:”Co za brednie! Co za podłość!” i robiła się blada 

jak papier.

- Dlaczegóż pozwoliliście jej czytać! - wykrzyknął Hubert.

- Bo któż to mógł wiedzieć, że jest tak bardzo chora - ze łzami powiedziała Gabi. - 

Nikt tego nie wiedział... aż umarła.

Umilkli na długą chwilę, a za oknem padał teraz deszcz równy i spokojny.

- Ale ja wierzę, że ojciec ma talent. Więcej niż talent - zakończyła Gabi z mocą w 

głosie.

- Mama mi to przysięgła. Zresztą ja sama wiem. Więc naturalnie nie mógł przestać 

pracować, bo jego talent jest silniejszy od niego. Musi tworzyć, choćby nie chciał. A teraz 

pójdę zobaczyć, czy już możesz go odwiedzić.

Hubert   obawiał   się,   że   wbrew   słowom   Gabi   ojciec   jej   wyda   mu   się   pospolitym, 

sztucznym  i niemiłym.  Czyż  mógł być  innym ktoś, kto tak wszystko genialnie robi? Ale 

ujrzawszy go, uspokoił się od razu i przyznał w duszy, że taką twarz i postać mógł mieć tylko 

człowiek niepospolity.

- Twój ojciec, Hubercie - powiedział mu ten onieśmielający pan - był tak uroczy i 

serdecznie miły, że dotychczas go pamiętam, choć widziałem go zaledwie parę razy.

- Pan go znał? - zapytał Hubert.

- Znałem go trochę, ale ojca twego wystarczyło raz widzieć, by zapamiętać na długo. 

Był bardzo piękny i tak miły! Zdaje mi się nawet, że zrobiłem nawet kiedyś szkic jego głowy. 

Wiesz co, Gabrielo? Poszukaj między szkicami w najniższej szufladzie.

Hubert stanął za plecami klęczącej na ziemi Gabi i ponad jej głową patrzył na rysunki, 

background image

które przeglądała w szufladzie.

Gabi naumyślnie szukała bardzo wolno, by, korzystając z okazji, przejrzeć szkice ojca.

Hubert miał wrażenie, że to żywi ludzie patrzą na niego z głębi tej szuflady. Na chwilę 

i on, i Gabi zapomnieli o obecności ojca w pokoju, tak im się te wszystkie głowy, delikatnymi 

liniami kreślone, wydały ważne i zajmujące.

A gdy Hubert wziął w ręce ćwiartkę papieru, z której spojrzały na niego błyszczące 

oczy ojca, o świecie bożym zapomniał, tylko się do tych ust najmilszych boleśnie uśmiechał, 

wstrzymując łzy pod powiekami.

Pan Korniakt opowiedział mu, że kiedyś, idąc Alejami, spotkał ojca.

- Szedł po ciebie, który byłeś z matką w Łazienkach. Wróciwszy do domu właśnie 

wtenczas, zrobiłem ten szkic. Bardzo pragnąłem portretować twego ojca. Czy chcesz zabrać 

sobie ten rysunek?

- Dziękuję panu - powiedział Hubert krótko.

Zapewne, może należało goręcej podziękować, ale Hubert był tego zdania, że słowa 

tym silniej brzmią, im mniej się ich wypowiada. Właściwie nawet nie był tego zdania, ale tak 

czuł, i jeżeli mówił o rzeczy ważnej, doniosłej - zawsze używał jak najmniejszej ilości słów.

- A ja mam do ciebie prośbę - powiedział pan Korniakt.

- Słucham pana.

- Widzisz, chłopcze, chodzi mi o jeden kamień, właściwie przycisk. Kilka lat temu 

byliśmy   tu   jesienią.   Któregoś   dnia   jakoś   tak   się   stało,   że   wynalazłem   pewną   formułę 

matematyczną.

Dosyć ważną. Wówczas nie była mi jeszcze potrzebna, choć mogła się stać podwaliną 

ważnego odkrycia. Opowiem ci o tym kiedyś dokładnie. Nie miałem przy sobie papieru, a 

obawiałem się, że wyleci mi z głowy, zapisałem ją więc na odwrotnej stronie przycisku z 

białego marmuru, który leżał na biurku mojej żony. Nazajutrz żona moja zwróciła mi uwagę, 

że cyfry się trochę zatarły, i poradziła mi żartem, by je w kamieniu wyryć.

Naturalnie wziąłem rylec i wyryłem. Ogromnie lubiłem w tym czasie ryć na kamieniu. 

Może i teraz jeszcze lubiłbym... - pan Korniakt nagle jakby sobie coś przypomniał, poszedł w 

kąt pokoju, dobył z wysokiej półki szarą bryłkę i przyglądał jej się chwilę uważnie.

Potem położył ją z powrotem i wrócił do dzieci. Siadł na biurku i kończył: więc potem 

zapomniał i o kamieniu, i o formule, bo wcale się wówczas nie zajmował matematyką ani 

fizyką. Potem zaszło mnóstwo rzeczy, aż kiedyś, już w Warszawie, poprosił żonę o przycisk. 

Okazało się, że pani Korniaktowa zapomniała o formule i podarowała kamień jeszcze przed 

wyjazdem   księdzu   proboszczowi,   który   o   niego   poprosił   na   pamiątkę.   Pani   Korniaktowa 

background image

przeraziła się bardzo - miała natychmiast napisać, ale - nie zdążyła.

Hubert   słuchał   ze   zdziwieniem,   jak   spokojnie   ojciec   Gabrieli   wypowiedział   te 

słowa:”moja   żona   -   nie   zdążyła”.   Zupełnie   tak,   jak   gdyby   opowiadał,   że   nie   zdążyła   na 

pociąg.

- Czy nie mógłbyś, Hubercie, pójść do księdza i poprosić go o zwrot przycisku? Nie 

mów nic o formule, bo nie lubię, gdy ludzie interesują się tym, co robię, powiedz, że pragnę 

mieć tę pamiątkę po żonie. Ja sam do nikogo nie chodzę, a Gabrielę i tak ciągle obarczam 

tysiącem poleceń.

- Och, tatusiu, ja zawsze... - zaczęła Gabi, ale Hubert jej przerwał. Z przyjemnością 

obiecał załatwić sprawę zaraz nazajutrz rano.

Potem oboje z Gabi wrócili do kuchni, gdzie wytrzymałe i zrezygnowane butelki z 

groszkiem gotowały się jeszcze w kociołku.

- Ha, nie pokładam wielkich nadziei w tych konserwach - powiedziała Gabi z pogodną 

rezygnacją.

Ale Hubert się oburzył.

-   I   dlaczego,   proszę?   -   wykrzyknął.   -   Ja,   przeciwnie,   wszystkie   moje   nadzieje   i 

marzenia lokuję w tych butelkach i ufam, że mnie nie zawiodą w przyszłości. A teraz, Gabi, 

rzeknij mi słów kilkoro o przycisku i o Wiktorynie.

- Jak to”o przycisku i Wiktorynie”?

- I o Wiktorynie, to osobno, i to osobno. O przycisku chciałbym wiedzieć, jakiego jest 

kształtu i ciężaru, ażeby nie dać się oszukać. Wiktoryny zaś zalety wewnętrzne i urok...

- A paniczowi co do tego! - wrzasnęła nagle kucharka, z trzaskiem otwierając drzwi 

swego pokoju. - Patrzecie państwo! To osobno i to osobno. Po to panicz łazi po mojej kuchni, 

żeby mnie obrażać?

- Wiktoryno, czyżbym się ośmielił...

- To panicz nie chce się dać oszukać i od przycisków mi wymyśla? Żebym tak Boga 

przy skonaniu nie oglądała,  jak nic się bała nie będę i przegnam  miotłą.  W pałacach  to 

mieszka, a ludziom ubliża bez żadnej elegancji.

Odważny   z   natury   Hubert   czuł   w   momencie   owym   nieposkromioną   ochotę   do 

ucieczki. Bitwa z Wiktoryną na miotły stanowczo była pozbawiona rycerskiego elementu. A 

cała awantura nagle wydała mu się tak komiczna, że aż zatoczył się ze śmiechu.

Naprawdę,  przecież   sytuacja  ta   była  zupełnie   beznadziejna!   Cha,  cha,   cha,  o  mój 

Boże! Uciekać honor nie pozwala, bronić się przed miotłą zanadto śmieszne, o święty Jacku, 

ratuj, bo zginę!

background image

W końcu się uspokoił i powiedział stanowczo:

- Nie  miałem  najmniejszego  zamiaru  obrazić  Wiktoryny.  Wcale  nie  nazwałem  jej 

przyciskiem,   ale   teraz   chętnie   oznajmiam,   że   w   życiu   swoim   nie   widziałem   podobnej 

złośnicy...

Ale nie potrzebował dłużej mówić. Wiktoryna już sama dochodziła do równowagi i 

nagle,   zawstydzona   awanturą,   wpadła   do   swego   pokoju   równie   gwałtownie,   jak   z   niego 

wypadła. Drzwi zatrzasnęły się za nią.

A Gabi i Hubert uciekli do sionki, aby niepokonane ataki ich śmiechu nie wywołały na 

nowo wilka z lasu.

VII

Wyruszyli o dziewiątej rano, by zastać proboszcza zaraz po mszy.

Dzień był prześliczny, wymyty wczorajszym deszczem, świeży i słoneczny. Jaskrawa 

zieloność   łąk   rwała   oczy.   Z   miasteczka,   widnego   jak   na   dłoni,   płynął   pogodny   dźwięk 

kościelnego dzwonu, a z łąk zapach skoszonego siana. W sadach wiśnie tonęły w czerwieni 

dojrzałych   owoców;   ciężar   różowiejących   moreli   przyginał   ku   ziemi   gałęzie,   a   czarne   i 

słodkie morwy zaścielały trawę pod drzewami.

Gabriela  niosła   na  ręku  koszyk  (miała   bowiem  zamiar   kupić  w  mieście   słoiki  do 

konfitur) i była niesłychanie wesoła.

Tym razem to ona nie dawała przyjść do słowa Hubertowi i biedny chłopiec cierpiał 

męki, nie mogąc wyładować namagazynowanego przez noc zapasu słów.

Wszystko tego ranka wydawało im się pogodne i życzliwe.

Gabriela prosiła Huberta, aby nie miał za złe Wiktorynie jej wczorajszej sceny.

Cóż   zrobić,   gdy   ktoś   jest   pasjonatką?   Ale   mama   twierdziła   zawsze,   że   ona   jest 

uczciwa i przywiązana. Dlatego właśnie tatuś zabrał ją tu z nami.

- I tatuś dotychczas nawet tak myśli o Wiktorynie - powiedziała Gabi.

- A ty utrzymujesz go w tym przekonaniu, byleby nie miał kłopotu i przykrości? - 

Hubert spojrzał na dziewczynkę przyjaznym wzrokiem.

- Gabi, jesteś najdzielniejszym chłopcem, jakiego zdarzyło mi się napotkać w życiu, 

tym dzielniejszym, że w gruncie rzeczy jesteś dziewczyną. Pozwól uścisnąć twoją prawicę.

Gabi pozwoliła i uścisnąwszy sobie ręce, szli dalej brzegiem wezbranej, mętnej dzisiaj 

rzeki.

- Dziewczynki, widzisz, bywają czarujące - ciągnął Hubert - ale cóż, kiedy chętniej 

kłamią, niż mówią prawdę. Przy tym zwykle najwięcej im chodzi o to, co nie ma żadnego 

znaczenia.   Znałem   dziewczynkę,   która   dla   białych   skarpetek   w   zieloną   kratkę   i   z 

background image

pomarańczowym brzeżkiem byłaby oddała rakietę, pieska faworyta, promocję do następnej 

klasy, a być może i kilka ciotek oraz jednego wuja. Poza tym dziewczynki do niczego nie 

dążą.

- A chłopcy dążą? - zapytała z ironią Gabi, którą już poczynała ogarniać irytacja.

- Chłopcy? Wszyscy! Jeden chce najlepiej grać w tenisa, a drugi mieć najpiękniejszy 

zbiór znaczków pocztowych, a trzeci ambicję ulokował w gwizdaniu przez palce, a czwarty 

dąży do tego, by zostać najgorszym uczniem w klasie, a piąty tak pisze literkę K jak nikt na 

świecie,   a   szósty   specjalizuje   się   w   chodzeniu   na   rękach.   Och,   chłopcy   bywają   straszne 

matoły   i   hultaje,   ale   każdy   ma   jakąś   ambicję,   dla   której   gotów   walczyć,   poświęcać   się, 

zdobywać, a nawet... tak, tak, nie śmiej się, nawet pracować!

- Przed chwilą mówiłeś, że znałeś dziewczynę, która dla skarpetek w kratkę gotowa 

była...

-...wszystko oddać. Tak.

Widzisz, w tym leży różnica.

Dziewczynki umieją wszystko oddać, gdy im się czegoś zachce.

Ale nigdy walczyć o to. I dziewczynki nie mają ambicji, celów, dążeń, mają tylko 

zachcenia. I nie wiem doprawdy, z czego wyrastają te dzielne i mądre panie, których znam 

kilka, bo dziewczynek porządnych, oprócz ciebie, nie znam ani jednej.

-   Czy   ty   wiesz,   niegodny   chłopcze,   że   zacząwszy   od   komplementu   pod   moim 

adresem,   na   zakończenie   obraziłeś   cały   mój   rodzaj?   -   wykrzyknęła   Gabi   grożąc   mu 

koszykiem.

- Cóż cię to obchodzi - rzekł szyderczo Hubert - przecież dziewczynki nie mają żadnej 

solidarności i bardzo chętnie obgadują się wzajemnie przed chłopcami.

- Bijmy się - powiedziała Gabi ciskając koszyk na łąkę.

Ale nie mogli się bić, bo koszyk stoczył się aż do wody i musieli gnać za nim, łając go 

i obrzucając pogróżkami. Koszyk nic z tego sobie nie robił.

Figlarnie pochylał się z boku na bok i to przysuwał się do brzegu, to odskakiwał od 

niego, ilekroć sięgali ręką.

A na Bosego nie można było liczyć w tym wypadku. Pies był wybitnie i beznadziejnie 

głupi.

Daremnie   pełna   macierzyńskiej   wyrozumiałości   Gabi   kształciła   go   nieraz   usilnie. 

Daremnie   starała   się   go   przekonać,   że   aportowanie   podnosi   towarzyską   wartość 

najzwyklejszego kundla.

W danej chwili nawet nie starał się zrozumieć, czego od niego żądano. Biegł brzegiem 

background image

rzeczki w radosnych pląsach i zachowywał się tak, jak gdyby sprzyjał zamiarom koszyka. Tak 

lecieli   wszyscy   troje   aż   do   samego   miasteczka,   gdzie   w   końcu   dowcipny   koszyk   został 

poskromiony umiejętnym wypadem Huberta.

- To nam znakomicie skróciło drogę - powiedział Hubert, z nieoczekiwanym po tak 

forsownej gonitwie spokojem. - A także zwróciło w inną stronę bieg naszych myśli, które 

przybierały jakiś niepokojący charakter. A teraz w imię Boże do plebanii.

Okazało się, że księdza proboszcza nie było w domu.

- Pojechał z Panem Bogiem do chorego - objaśniła Magdalena. - Ale może panicz 

zechce poczekać?

Pewnie zaraz wróci. Zjecie sobie przez ten czas trochę owoców - zaprosiła uprzejmie.

Umówili się tedy, że Hubert zaczeka jedząc truskawki, a Gabi pójdzie do miasteczka 

załatwiać swoje sprawy. W powrotnej drodze albo się spotkają, albo i nie.

- A twoją porcję truskawek panicz ci przyniesie, jeśli taki łaskaw! - krzyknęła za 

dziewczynką Magdalena.

Gabi   podziękowała   skinieniem   głowy   i   uśmiechem.   Wiedziała,   co   to   znaczy.   W 

okolicy wszyscy wiedzieli, że od księdza proboszcza niepodobna było wyjść bez koszyczka 

owoców, i to o każdej porze roku. Dostawał je każdy: przechodzień i gość, żebrak i kolator, 

krajowiec i  cudzoziemiec.  Olbrzymie  sady proboszcza,  obejmujące  kilka  włók ziemi,  nie 

bywały nigdy wydzierżawiane i ani jeden z nich owoc nie szedł na sprzedaż.

Wszystko rozdawały szczodre ręce proboszcza.

Opowiadano sobie, że był bardzo bogaty, i właśnie wszystko, co miał, szło rokrocznie 

na utrzymanie tych pięknych ogrodów. Opowiadano sobie z uśmiechem, w którym więcej 

było miłości niż drwin, że gdy biskup po wizycie diecezjalnej wyjeżdżał, ksiądz proboszcz, 

czerwony i spocony z zawstydzenia, stawiał zawsze na koźle powozu koszyk brzoskwiń i 

mówił z błagalnym uśmiechem:

- Wasza ekscelencja mi nie odmówi, sam je sadziłem, proszę uczynić mi tę łaskę...

Opowiadano sobie, że gdy pewna dama z sąsiedztwa, posiadająca olbrzymie sady i 

katar żołądka, absolutnie odmówiła przyjęcia moreli, przyjechawszy do domu znalazła ich 

pełen koszyk za budą powozu i ze złości kazała je utopić w studni razem z koszykiem.

Byli naturalnie tacy, szczególniej między nędzą okoliczną, którzy sznurem ciągnęli 

pod sztachety plebanii,  a wpuszczeni  do środka wychodzili  obładowani jak tragarze. Dla 

siebie proboszcz nie był  taki łaskaw, skąpo wydzielał  Magdalenie owoców na konserwy, 

których sam prawie nie jadał. Natomiast lubił, wziąwszy dojrzały owoc w rękę, przyglądać 

mu się długą chwilę i wąchać go, przymykając oczy.

background image

Gabi   wcześnie   załatwiła   swoje  sprawy  w  mieście   i   przypomniawszy  sobie   zalane 

wczoraj   syropem  truskawki  do  smażenia,  pośpiesznie   wracała  do  domu  najbliższą   drogą. 

Kończył  się właśnie czas truskawek i czereśni, wobec czego wszystkie  inne sprawy oraz 

przyjemności należało odłożyć na potem. Gabi zatem nie czekała na Huberta i szła szybko, 

dzwoniąc słoikami w koszyku.

Jakoś w połowie drogi napotkała Józka i Franka, ogrodniczków pana Hipolita.

Chłopcy szli od swego chlebodawcy do proboszcza, naturalnie po truskawki - nieśli 

mu w zamian bukiety ułożone piramidalnie na tle szparagowych gałązek, a w których gust 

pana Hipolita wypowiadał się w całej pełni.

- Ale ja dla panienki też mam bukiet, co ja go uzbierał na łąkach - powiedział Franek i 

wyjął z koszyka zbity pęk pachnących kwiatów.

Gabi podziękowała z uciechą.

Właśnie mało teraz miała kwiatów w ogrodzie, a bukiet na biurku ojca już nie był 

świeży.

Szła   dalej,   pełna   radości   z   tego   dnia   uroczystego,   z  zapachu   polnych   kwiatów,   z 

przyjaźni miłego Huberta, z wesołych podskoków Bosego.

Minęła sztachety sadu i otwierała furtkę, gdy drogę jej zaszedł pan Hipolit.

Najpierw popatrzył na nią, potem na koszyk, wreszcie na kwiaty i nagle zapytał:

- A te kwiaty to skąd?

Oburzona napaścią Gabi postanowiła nie odpowiadać i chciała przejść mimo, ale pan 

Hipolit zastąpił jej drogę.

- Pytam skąd te kwiaty? - ponowił groźnie zaczepkę.

Wiktoryna i Marylka, zwabione podniesionym jego głosem, wyszły przed dom, na 

podwórze.

- A panu co do tego? - powiedziała spokojnie Gabi.

- Co mi do tego? To, że już od dawna pytam się siebie, kto to mi kwiaty zrywa w 

ogrodzie. Ale tego się nie spodziewałem, żeby dorosła panna, z przyzwoitego domu...

- Oszalał pan! - krzyknęła ze zgrozą Gabi.

- Oszalał? Może mi powiesz, że to u ciebie rosną róże Rayon D’or, a może u ciebie 

begonie? - Pan Hipolit wyrwał bukiet z rąk Gabi i z jego środka, z gąszczu niezapominajek, 

smółek i złocieni naprawdę wydobywał kompromitujące begonie i róże złociste. Gabi łzy 

napłynęły do oczu. Chciała zawołać, że to Franek darował jej ten bukiet, ale czyż mogła 

narażać na cięgi chłopca, który z przyjaźni ku niej zbłądził?

- Przysięgam panu, że nie zrywałam tych kwiatów w ogrodzie pana - wyjąkała, a łzy 

background image

spłynęły po jej policzkach.

Marylka uśmiechnęła się drwiąco, a Wiktoryna burknęła donośnie:

- Tak, tak, przysięgać łatwo!

Gabi postawiła koszyk na ziemi. Zupełnie blada, szeroko otwartymi oczyma objęła 

całą trójkę i powiedziała cicho, ale tak wyraziście, że aż pan Hipolit cofnął się o krok:

- Strasznie mnie krzywdzicie, a ja jestem sierota...

I zawróciwszy na miejscu poszła przed siebie aż w gąszcze nad brzeg rzeczki.

VIII

Była już zupełnie wyczerpana z płaczu i poczucia swej krzywdy, gdy Hubert odnalazł 

ją wśród dzikich malin nad brzegiem.

Chłopiec trząsł się z oburzenia, spotkał bowiem Marylkę, która ze współczującą miną 

opowiedziała mu o tym, co zaszło.

- Ale ja cię pomszczę, ja cię pomszczę - mówił ściskając ręce Gabi, a oczy jego 

ciskały pioruny. - Aż drzazgi będą lecieć - tupnął nogą.

Gabi, niezdolna wypowiedzieć słowa, dawała głową znaki, że nie, że nie wolno.

- Przypomnij sobie, Ewangelię - zdołała wyjąkać.

Hubert nie chciał sobie przypomnieć i uciekł się do sofizmatu.

- Toteż to nie będzie zemsta, tylko kara - wygłosił. - Ewangelia nie ma nic przeciwko 

sprawiedliwości, a nawet przeciwnie. Pomyśl, jakby się zło rozpanoszyło, gdyby go nie karać 

choć od czasu do czasu.

Był tak zły, że nawet zapomniał o żartach i dowcipach i wszystko mówił na serio.

Gabi ciągle przeczyła głową, choć już coraz słabiej.

- Ukarać sprawiedliwie  może  tylko  ktoś bezstronny - powiedziała  - ktoś, kogo to 

wszystko nie dotyczy, kto jest w stanie osądzić rzecz z zimną krwią.

- Ja jestem w stanie - zapewnił Hubert - a jestem pewien, że i Marylka odegrała swą 

piękną rólkę w tej bezwstydnej awanturze. O nie, o nie, nie dam w siebie wmówić, że było 

inaczej. Już ja to dobrze wyczytałem z jej litościwej miny i obłudnych oczu! Wytnę tej lubej 

trójce taką sztukę, że w pięty im pójdzie. Przysiągłem to sobie i nic mnie już nie zdoła 

powstrzymać. Nie wiem jeszcze, co zrobię, ale zemsta moja będzie straszna.

Gabi już nie protestowała.

Czuła jeszcze wprawdzie lekki niepokój w sumieniu, ale nieznane uczucie błogości, iż 

oto ma obrońcę i mściciela, napełniało jej serce. Hubert zaś na zakończenie zwiastował jej 

jeszcze jedną przykrość, przycisku nie było na plebanii.

Proboszcz darował go swemu siostrzeńcowi.

background image

- Trzeba jechać do tego siostrzeńca - bez chwili wahania odparła Gabi, a Hubert aż 

skoczył z zachwytu, zawisł na gałęzi i fiknął parę razy nogami.

- Gabi - powiedział zakończywszy swe popisy gimnastyczne - naprawdę mało jest 

takich jak ty chłopców.

Każdy   na   twoim   miejscu   bezradnie   załamałby   ręce   i   jęknął:”I   cóż   teraz   zrobić”. 

Naturalnie jechać do siostrzeńca. Postanowiłem to jeszcze na plebanii, toteż znam już jego 

adres, nazwisko, fach, charakter, rodzaj zatrudnienia, stan, życiorys, sytuację finansową, ilość 

dzieci, zdol...

- I kiedy tam pojedziemy?

- Dziś po obiedzie, jeżeli mama nam da samochód, bo to o trzydzieści kilometrów 

stąd, w sąsiednim miasteczku. Jest on tam dyrektorem szkoły powszechnej.

Gabi chciała już wracać do swych zajęć, ale Hubert zatrzymał ją, by opowiedzieć tę 

historię.

Ksiądz  proboszcz  przyjął   go serdecznie   i  od razu  oprowadził  po  sadzie,  tylko  po 

jednej części naturalnie, bo całość jest ogromna. Sam zrywał dla Gabi truskawki i cały czas 

opowiadał o drzewach i owocach.

Mówił   o   nich   naprawdę   ślicznie   i   z   miłością.   Nazywał   Hubertowi   różne   gatunki, 

mówił o ich właściwościach, objaśniał, jakich wymagają starań.

- Księże proboszczu - zapytał  Hubert w jakiejś chwili - czy... czy... te owoce dla 

wszystkich i ksiądz proboszcz... czy to zawsze tak było? I dlaczego?

Duchowny podniósł głowę i popatrzył na chłopca uważnie.

- Dlaczego pytasz o to?

- Bo... to... - chłopiec sam nie wiedział, dlaczego.

Wydało mu się jednak, że człowiek, idący zwykłymi ścieżkami życia, nie tak je sobie 

układa jak ten staruszek.

Że tylko dziwne jakieś koleje i niepospolite zdarzenia tak właśnie mogły ukształtować 

duszę i w takie linie ułożyć rysy twarzy.

- To zabawne, że ty pierwszy pytasz mnie o to - powiedział proboszcz. - Naturalnie 

opowiem ci, choć to już się stało czterdzieści lat temu, a ja byłem wówczas pierwszy rok 

księdzem.   Ja,   widzisz,   byłem   bardzo   bogaty   i   nie   lubiłem   ludzi   -   proboszcz   nagle 

poczerwieniał   i   otarł   czoło   chustką.   -   Za   to   lubiłem   rośliny   i   zwierzęta.   Razu   jednego 

wyszedłem do ogrodu pod wieczór i dojrzałem w moreli złodzieja.

Krzyknąłem  na   niego  okropnie   ze  straszną   złością.   Nigdy  nie  należy  tak  ohydnie 

krzyczeć na ludzi! I dlatego skarał mnie Pan Bóg. Ten chłopiec spadł i złamał obie nogi. 

background image

Obydwie.

Proboszcz opowiadał głosem zupełnie spokojnym, ale Hubert widział, że to bladł, to 

czerwieniał. Chłopiec wstydził się teraz niedyskrecji swojego pytania, które rozbudziło te 

bolesne wspomnienia.

- I potem nie mogłem go ocalić, tak fatalnie potrzaskały się te jego nogi. Został kaleką 

na całe życie. Zająłem się nim, lecz czyż jest na świecie wartość, która wynagrodzić może tak 

straszną krzywdę?

Teraz   Hubert   przypomniał   sobie   ten   okazały   dom   w   mieście,   którego   właściciel 

wożony w wózku, był serdecznym przyjacielem starego księdza.

- Od tej chwili postanowiłem, jak będzie. Założyłem te sady.

To   jest   siedem   włók,   czy   wiesz,   mój   chłopcze?   -   Proboszcz   zaczynał   mówić   z 

ożywieniem   i   dumą.   -   Siedem   włók   najpyszniejszych   gatunków,  świetnie   prowadzonych. 

Wszystkie moje dochody idą na to.

Jaki robił użytek z owoców, to już Hubert wiedział. Tych siedem włók wypłacało 

ludności krzywdę małego złodzieja ze złamanymi nogami. By już żadne dziecko w mieście i 

okolicy nie narażało swoich nóg i nie popełniało grzechu z ochoty skosztowania cudzego 

owocu.

Co zaś do przycisku, to proboszcz bardzo bolał nad tym, że musiał go darować. Nad 

wyraz lubił ten kawał białego marmuru, pamiątkę po osobie tak wyjątkowej jak matka Gabi! 

A także lubił go po prostu za to, że miał jakiś dziwnie interesujący kształt i wygląd.

Siostrzeńca swego bardzo kocha, choć jest to trochę wariat, bardzo zresztą godny 

człowiek, nigdy jednak nie byłbym mu dał dobrowolnie przycisku, gdyby nie to, że tamten go 

podszedł.

- Podszedł mnie, mój chłopcze.

Haniebnie! Prosił, a ja nie dałem. Powiedziałem:”Co ci po nim? A ja go tak lubię!” On 

niby nic. Ale odjeżdżając nie chce przyjąć owoców. A wiedział, niegodny, że złożyłem ślub, 

iż nikogo nie wypuszczę z plebanii bez koszyczka. W końcu mówi:”No ostatecznie, jeśli wuj 

da mi ten kamień!” i tak go dostał. Ale bardzo żałuję. Bardzo żałuję - mówił proboszcz z 

wyraźnym niezadowoleniem.

Potem   Hubert   i   Gabi   rozmawiali   chwilkę   o   tym,   że   na   plebanii   pachnie   zawsze 

miodem i jabłkami, że wszystko tam błyszczy i że Magdalena jest czyściutka i rumiana.

A potem rozeszli się każde w swoją stronę. Przedtem jednak Hubert wymógł na Gabi 

obietnicę, że stawi się w Białym Domu po obiedzie.

IX

background image

Łany dojrzewających zbóż.

Raz po raz wicher je odwraca i ze złocistych stają się srebrnozielone. Kędy zieleni się 

miedza, połyskują błękitne oczy chabrów.

W rowach przydrożnych  kłębią się niezabudki,  liliowe  kitki ostów na kolczastych 

łodygach górują, a piołunu zapach i macierzanki lata błogosławionego staje się wyrazem.

Mała bidka na wysokich kołach, zaprzężona w gniadą klacz, toczyła się po bocznej 

drodze, która nie należała do najlepszych.  Dobrze twarda w tym  okresie upałów i suszy, 

odznaczała   się   jednak   całym   szeregiem   ozdobnych   dziur,   w   których   bidka   podskakiwała 

sprężyście, wyrzucając podróżnych na pół metra w górę.

Hubert   nie   chciał   tego   uwzględnić   i   jechał   ostro,   toteż   Gabi   dobrze   się   trzymać 

musiała żelaznej poręczy.

Tuż za bidką pędził z wywieszonym językiem Bosy, który nigdy nie brał pod uwagę 

możliwości pozostania w domu.

Wczorajsza wycieczka po kamień znowu nie dała rezultatu.

Siostrzeniec   proboszcza   wyznał   z   żalem,   iż   ofiarował   przycisk   temu   ze   swoich 

uczniów,   który   w   roku   zeszłym   najchlubniej   ukończył   szkołę.   Wynikło   z   bliższych 

szczegółów, iż”doskonałość” owego ucznia polegała na rekordzie w rzucie dyskiem i skoku 

wzwyż. Do tego to mistrza jechali dziś Gabi i Hubert po wyboistej drodze.

W jakiejś chwili koła bidki z impetem wpadły w głębszą niż zazwyczaj dziurę i nagle 

tak się stało, że bidka toczyła się dalej, a oni oboje siedzieli na ziemi po obu stronach drogi.

- O szatańskie bydlę! - wrzasnął Hubert i porwał się na nogi. - Czy żyjesz, Gabi?

Śmiejesz się? No to ja gonię - i ruszył jak strzała w pościg za bidką.

Sytuacja jednak nie była pomyślna. Gniada klacz biegła wesoło i swobodnie, lejce 

zaczepione w bidce dawały jej złudzenie łagodnego kierownictwa, bidka toczyła się lekko, 

Hubert pędził za nią, a na końcu Gabi w towarzystwie Bosego.

Dopiero po dobrej chwili, gdy droga znów poczęła wznosić się pod górę, gniada klacz 

zniechęciła się do wyścigu i stanęła.

- Czy już do końca życia jesteśmy skazani na uganianie się za jakąś bestią, która nam 

ucieka? - wykrzyknął zziajany Hubert. - Gabi, jakieś przekleństwo nas ściga.

Przedwczoraj ten koszyk łajdacki, dziś ta kobyła, a przede wszystkim przycisk, który 

wymyka się z rąk, ile razy wydaje się, że już go dopadamy.

Założę się, że nie będzie go u tego skoczka wzwyż.

Gabi kazała mu milczeć.

- Czy chcesz powiedzieć w”złą” godzinę?

background image

Wjeżdżali   do   wsi.   Drogę   wskazał   im   chłopak   kilkuletni,   w   szarych   majtkach   z 

oberwaną   nogawicą   i   w   rondku   od   kapelusza   na   głowie.   Braki   garderoby   wynagradzał 

imponującą powagą i godnością. Wymownym ruchem palca wskazał podróżnikom schludny 

domek w głębi bocznej uliczki, po czym tenże sam palec włożył do nosa, a zdecydował się go 

wyjąć tylko, aby wziąć do ręki oferowaną mu przez Huberta monetę. Patrzał na nią chwilę 

nieufnie, po czym włożył ją do kieszeni i wlazł na płot. Wokoło domku była pustka i cisza, z 

wewnątrz jednak, przez zamknięte drzwi, dolatywał jakiś głos wyrazisty i melodyjny.

Hubert wszedł na ganeczek i zastukał.

- O Beatricze, czyliż  długo czekać będę musiał na uśmiech twój? - jęknął głos w 

pokoju.   -   Daremnie   moim   rycerskim   mieczem   ucinałem   głowy  hydrom!   Ty   nie   raczyłaś 

nawet spojrzeć.

- Jakaż okrutna! - powiedział Hubert z wyrzutem w głosie.

Zastukał po raz wtóry.

- Ale już dłużej cierpieć nie jestem w stanie i, nim trzy razy księżyc odmieni się złoty, 

kindżałem damasceńskim przetnę pasmo mojego żywota.

- Temu za wszelką cenę należy zapobiec! - krzyknął z przerażeniem Hubert i zastukał 

z całych sił.

Głos umilkł, nastała chwila ciszy, po czym zapytano tuż pod drzwiami:

- Kto tam?

- Czy tu mieszka pan Ignacy Klimek?

Drzwi  się  otworzyły  i  ukazała   się  w  nich  rosła  i   szeroka  postać,   uwieńczona   tak 

okrągłą i zadowoloną twarzą, że Hubert i Gabi nie wierzyli własnym oczom.

- Tam jest jeszcze ktoś drugi - wyrwała się Hubertowi wątpliwość.

- Nie, niestety, nie ma tam drugiego - zaprzeczył smutnie młody olbrzym - choć wiele 

bym dał... A czy państwo poszukują Ignacego Klimka, czy tego drugiego?

- Ach nie, właśnie pana - zawstydził się Hubert. - Ale zdawało mi się...

- Zdawało się panu, że z kimś rozmawiam? Czy pan może słyszał te słowa, które 

wygłaszałem w pokoju?

- Niestety - przyznał Hubert.

- Ale zapewniam pana, że niechcący!

- To nic, to nic. To nie ma znaczenia.

Ignacy Klimek wyszedł na środek ganku i jęknął tak donośnie, że Hubert cofnął się na 

schodki, a klacz zastrzygła uszami.

- Panie, widzi pan przed sobą człowieka złamanego. Czy pan wie, co to było? To była 

background image

szesnasta scena drugiego aktu dramatu pod tytułem”Beatrycze i jej trubadur”.

- A pan jest może autorem?...

- Autorem? Ach, panie! Tak właśnie sobie wyobrażałem, ale cóż! Nigdy, nigdy nie 

udało mi się napisać czegoś więcej niż szesnastą scenę drugiego aktu tego dramatu! Resztę 

diabli wzięli. Czy pan sądzi, że praca pomocnika pisarza gminnego, a w wolnych chwilach 

rzucanie dyskiem może człowiekowi zapełnić życie?

- Sądzę - powiedział Hubert stanowczo, że lepiej osiągać rekordy w skoku niż pisać 

kiepskie dramaty, ograniczające się do szesnastej sceny.

- Drugiego aktu - uzupełnił dyskobol i nagle się zamyślił.

-   A   może   ma   pan   rację!   -   krzyknął   rozpromieniony.   -   Nigdy   mi   to   na   myśl   nie 

przyszło.

Tylko gdzież ja mam skakać, mój młody panie? Tutaj czy w miasteczku? Przecież tu 

nie ma żadnych zawodów! Ach, życie moje jest zwichnięte!

Hubert chwilę pozwolił mu ubolewać nad tym w ciszy.

Wreszcie powiedział:

- Przyjechaliśmy tu do pana, bo podobno w jego posiadaniu jest przycisk z białego 

marmuru, a ojciec tej panienki...

- Panie - krzyknął dyskobol - rozdziera mi pan serce!

- Nie mam wcale zamiaru - przerwał zniecierpliwiony Hubert - ale ten kamień...

- Właśnie ten kamień stał się jedną z przyczyn mego zgorzknienia - powiedział młody 

olbrzym, a twarz jego w tej chwili miała wyraz pogodny i bardzo najedzony.

I opowiedział w nadspodziewanie zwięzłych słowach (widocznie w owej chwili wziął 

w nim górę dyskobol nad poetą), że miał przyjaciela, pomocnika kowala we wsi, który chciał 

mu zabrać przycisk.

Naturalnie jednak nie dał mu go.

Ale gdy nazajutrz wrócił z gminy, kamienia nie znalazł w pokoju. Ukradziono mu go!

Zupełnie nie wiadomo kto!

- No to już wszystko przepadło! - syknął z gniewem Hubert, a Gabi zacięła usta.

- Żebyż to było nie wiadomo! - zaprzeczył sobie na zakończenie Ignacy Klimek. - Ale 

ja gotów jestem przysiąc, że to przyjaciel mój, kowalczyk! Choć się zapiera w żywe oczy. A 

mnie delikatność nie pozwala nalegać.

Och, mój panie, proszę mi wierzyć, to niebezpieczny chłopiec, urodzony zbrodniarz!

Tym kamieniem właśnie przyciskałem szesnastą scenę.

-   A   ten...”zbrodniarz”   gdzie   mieszka?   -   zapytał   pośpiesznie   Hubert,   przerażony 

background image

możliwością wznowienia szesnastej sceny.

Na to pytanie dyskobol cofnął się o trzy kroki i skrzyżował sobie ręce na piersiach.

Spojrzał z góry przez przymknięte powieki.

- Czy pan sądzi, że wydam przyjaciela w ręce sprawiedliwości? - zapytał drżącym 

szlachetnością głosem.

Hubert parsknął śmiechem.

-   Doprawdy,   proszę   pana,   ja   nie   jestem   z   policji   śledczej,   a   ta   panienka   to   nie 

przebrany żandarm i... - tu wyjaśnił obszernie i przyjacielsko całą sprawę.

X

Umówili się, że do kuźni Hubert uda się sam i piechotą.

Gabi miała czekać na niego za wsią, pod lipą.

Trudna się zapowiadała sprawa w tej kuźni. Trzeba było podejść złodzieja.

Bez żadnego jeszcze gotowego planu Hubert wszedł do świecącej paleniskiem kuźni i 

uchylił czapki.

Przy kowadle stał stary, tęgi człowiek w skórzanym fartuchu, a w głębi u paleniska 

młody, chudy chłopak trzymał żelazo w ogniu.

Silny zapach węgla i rozgrzanego metalu panował w kuźni. Hubert zapytał kowala, 

czy nie mógłby mu zrobić na poczekaniu widełek do wioseł.

- Mają być na pięć centymetrów rozwarte.

-   Czemu   nie,   paniczu.   Mogę   -   powiedział   kowal.   -   Stefek,   weź   do   ognia   cienką 

sztabkę.

Po czym wytarł ścierką zydel w głębi kuźni i poprosił Huberta, by usiadł.

Z początku rozmawiano  o tym  i owym,  o deszczu, który już trochę potrzebny na 

kukurydzę, i o urodzaju na owoce, aż wreszcie Hubert zapytał kowala, czy prawda, że tuż nad 

granicą, nad Dniestrem, gdzieś w stronie Okopów świętej Trójcy, są kamieniołomy marmuru.

- Strasznie mi jest potrzebny kawał marmuru do jednej rzeczy, a znikąd tu nie mogę 

dostać.

Kowal pokręcił głową.

- E, nie! Nigdzie tu tego nie dostać. Nad Dniestrem? Ja nie słyszał coś takiego. Chyba 

sprowadzić z miasta.

-   Dużo   bym   za   taki   kawałek   dał   -   powiedział   od   niechcenia   Hubert,   wiercąc   w 

twardej, czarnej od węgla ziemi dziurę kawałkiem żelaza.

Rzucił okiem na Stefka. Twarz chłopca była zacięta i skupiona, a oczy błyszczały. 

Cały   był   czarny   i   świecący.   Ręce   obnażone   powyżej   łokci,   pokryte   sadzą,   chwytały 

background image

przedmioty pewnie, ze zręcznością i siłą.

Przed kuźnię zatoczył się wóz, a chłop, nachyliwszy się ku drzwiom kuźni, wołał:

- Krasij, a chody tutka na minutku!

Prawie natychmiast Stefek podsunął się do Huberta.

- A ja toby może wiedział, gdzie taki kamień można dostać - powiedział szybko.

Hubert zachował spokój.

- Phi - powiedział. - Tak ci się pewnie zdaje. Wiesz ty, jaki jest marmur?

- Biały i taki jak ołtarz w kościele - objaśnił chłopiec.

- No, to gdzie taki jest?

Chłopiec się zawahał.

- A da mi panicz, co ja sobie umyślił? - zapytał ponuro.

- Nie wiem, co sobie umyśliłeś, ale spróbuję - uśmiechnął się Hubert.

W tej chwili na wybrukowanym podwórzu kuźni rozległ się tętent kopyt i ogromny 

cień położył się na słonecznym kwadracie drzwi.

Stefek spojrzał na dwór i powiedział z gorączkowym pośpiechem:

- Prędko, prędko, paniczu, da mi panicz? To powiem.

Do kuźni weszły dwie osoby.

Przodem szła wysoka, szczupła panna w amazonce, bardzo piękna.

Tuż za nią wtoczyła się dama niezmiernie otyła i imponująca.

- Krasij, mój przyjacielu, daj mi stołek - jęknęła dama, chwytając szkła wiszące na 

łańcuszku. - O nie, Lizeto, nigdy już nie uda ci się namówić mnie na podobną eskapadę!

Formalnie czułam, jak wszystko się trzęsło we mnie. Każda kiszka z osobna. To może 

mieć fatalne następstwa. Krasij, czy uwierzysz, że panienka kazała mi tu przyjechać konno? 

C.est incroyable  (franc. - to nie do wiary).  Co ta dziewczyna  ze mną  robi! Lizeto, moje 

dziecko, czy ci się nie zdaje, że dostrzegam tam w kącie młodego dżentelmena?

-   Nawet   jestem   tego   pewna,   ciociu   -   powiedziała   piękna   panna   czystym,   niskim 

głosem.

Hubert   wysunął   się   z   głębi,   skłonił   najuroczyściej   i   zapytał,   czy   wolno   mu   się 

przedstawić.

- Hubert Romey - powiedział wyraźnie.

Dama aż upuściła szkła.

- Lizeto, moje dziecko - krzyknęła - tylko tobie może się coś podobnego przytrafić!

Wpadasz do kuźni, żeby konia podkuć... i spotykasz kuzyna.

Piękna panna już stała  na podwórzu i rozmawiała  z kowalem,  który operował jej 

background image

konia, trzymanego przez stangreta.

- Tak, ciociu - powiedziała zza drzwi obojętnie.

- Naturalnie! Dopiero teraz widzę, jak bardzo jest do ciebie podobny - mówiła dama. - 

Te same czarne włosy. Lizetko, moje dziecko, czy wiesz, co dostrzegam w tej chwili? Że ten 

młody człowiek ma najwyżej lat piętnaście!

- Bez wątpienia, ciociu - powiedziała panna, nie racząc nawet zajrzeć przez drzwi.

Do żywego dotknięty tą jawną obojętnością, Hubert skłonił się damie z godnością i 

powiedział:

- Chociaż w istocie mam zaledwie lat szesnaście...

- Któż powiedział”zaledwie” - jęknęła dama. - To dosyć! To zupełnie dosyć, jak na 

ten wiek.

-...jednakże pragnąłbym wiedzieć, jakim sposobem mam zaszczyt być kuzynem?

-   Lizetko,   czy   słyszysz,   co   mówi   ten   młody   chłopiec?   Pyta,   jakim   sposobem   ma 

zaszczyt? Otóż widzisz, twoja stryjeczna babka była cousine germaine (franc. - stryjeczna 

siostra) jej wujecznego ciota, to jest ciotecznego wuja. I tym sposobem ona wypada ci ciotką. 

Lizetko czy słyszysz, co mówię temu młodemu chłopcu? Że wypadasz mu ciotką.

- Owszem, ciociu, masz zupełną rację - powiedziała panna - ale możemy już jechać, 

bo podkowa umocowana.

Dama westchnęła tak rozpaczliwie, jak gdyby przyszła chwila wkroczenia na szafot.

- Czy myślisz, że będę teraz w stanie wsiąść na konia? - zapytała żałosnym głosem. - I 

jakim sposobem, chciałabym wiedzieć? Nie ma tu przecież żadnych schodów ani murka.

- Niech jaśnie pani stanie na moim ręku - powiedział nachylając się koniuszy.

- Na twoim ręku? - krzyknęła dama. - Oszalałeś, mój przyjacielu! Chcesz zginąć i 

mnie o śmierć przyprawić! Niech przyniosą tu jakiś stołek albo beczkę. Lizetko, dziecko 

moje, odpowiesz za to wszystko na sądzie ostatecznym. C.est plus que certain (franc. - to 

więcej niż pewne).

- Z przyjemnością, ciociu - powiedziała panna poważnie.

Tymczasem przyniesiono stołek, zatoczono beczkę i dama wsparta z dwóch stron na 

ramionach   koniuszego   i   kowala,   wkraczała   majestatycznie   coraz   wyżej   niby   na   stopnie 

koronacyjnego ołtarza.

-   Ach   -   westchnęła   wkładając   nogę   w   strzemię   -   dlaczego   się   to   zwierzę   rusza? 

Lizetko, czy nie mogłabyś nakłonić je do spokoju? Dwadzieścia lat nie siedziałam w siodle, a 

za moich czasów konie były o wiele pokorniejsze. To straszne, jak świat się zmienił pod 

wpływem demokracji!

background image

Rzewnie popatrzyła dokoła z wysokości konia i dostrzegłszy Huberta, wezwała go na 

świadka.

- Proszę cię, mój chłopcze, ażebyś wyznał szczerze wszystko, coś tu widział, gdy cię 

zawezwą na sądzie ostatecznym przed oblicze Boga w chwili, gdy nasza sprawa będzie na 

wokandzie. Na wokandzie, to się tak mówi, prawda?

Tymczasem piękna panna z wolna zbliżała się do Huberta, zapinając rękawiczkę. Gdy 

już była tuż przy nim, podała mu rękę, nachyliła się i pocałowała go w policzek.

- Do widzenia, kuzynku Hubercie - powiedziała z niezachwianym spokojem, który 

wydawał się najistotniejszą cechą jej poczynań.

Hubert oprzytomniał w sam czas, by podać jej rękę, gdy wsiadała na konia.

Oparła na niej koniec buta i jak sprężyna skoczyła na siodło.

-   Hubercie!   -   krzyknęła   dama,   której   koń   obracał   się   w   kółko,   zupełnie 

zdezorientowany - nie zapomnij nas odwiedzić. My jesteśmy zawsze.

Ale Hubert już nie posłyszał więcej, tylko dostrzegł rozpaczliwie trzepocącą w słońcu 

chusteczkę.

Teraz dopiero poczuł, że go ktoś dotyka. Stefek stał przy nim, z miną wypogodzoną. 

Hubert przypomniał sobie, że w czasie pobytu dam w kuźni chłopiec kręcił się jak piskorz na 

piasku.

- Da mi panicz, co ja sobie umyślił? - szepnął natrętnie.

- No gadaj, co to takiego, to zobaczymy - zniecierpliwił się Hubert.

Chłopiec przymknął oczy.

- Taka książka - powiedział - żeby w niej wszystko było względem maszyn. I o takich, 

co jeżdżą i co wyrabiają. Fajnie wszystko. I żeby ją można było dokumentnie wyrozumieć, co 

i jak. I żeby była gruba.

Hubert włożył ręce w kieszenie i przyjrzał się Stefkowi uważnie.

- Tak ja by chciał wiedzieć, tak by chciał, że no! - jęknął chłopiec żarliwie.

- Słuchaj - powiedział Hubert poważnie. - To, czego żądasz, jest dużo, więc muszę 

wiedzieć, czy kamień, o którym mówisz, to jest ten sam, którego ja szukam.

Jeśli tak, to dam ci taką książkę.

Stefek uspokoił się od razu.

- Po wierzchu jest śliski i fajnie błyszczący. A od spodu to ma coś takiego wyrznięte, 

tylko że ja nie mógł wyrozumieć co.

- To ten - potwierdził Hubert.

- Daj mi go.

background image

Stefan nagle się przeraził.

- Kiedy ja go nie mam! - wykrzyknął. - Ja go oddał. Ja tylko obiecał paniczowi, że 

powiem, gdzie on jest!

- No to gadaj prędzej.

- A książka moja?

- Twoja.

Stefek westchnął głęboko.

- Ja go dał panience do zamku.

- Tej, co tu była przed chwilą?

- Tej.

Hubert aż syknął ze złości.

- Czemużeś nie powiedział wcześniej?! - krzyknął.

Stefek wyłamywał palce.

Raz to tu chodziła po kuźni i tu, i tam, a jak zobaczyła, że ja go zapomniał schować i 

leżał on na oknie, dawaj, ogląda go z wierzchu i od spodu, aż wreszcie mówi:”Sprzedaj mi 

go”. Ja nie.

„Dam ci pięć złotych”. Ja nie i nie. Jaśnie panienka mi obiecuje to i owo, ja zawdy nie. 

Aż na końcu, jak mi dała zegarek, to ja i nie strzymał.

Hubert mało słyszał z tej przemowy.

-   Słuchaj,   Stefek   -   powiedział.   -   Jak   będzie   niedziela,   to   przychodź   po   mszy   do 

Białego Domu. Wiesz?

- Wiem.

- Dam ci książkę, a może i co więcej, jakeś taki ciekaw do mechaniki.

- Ja, paniczu, toby wszystko potrafił - wykrzyknął chłopiec - żeby ja tylko wiedział 

jak!

-   No   dobrze,   przychodź!   Do   widzenia!   -   i   Hubert   popędził   na   drogę,   gdzie   go 

oczekiwała Gabi.

XI

Teraz już była pewność, że przycisk zostanie wydobyty choćby spod ziemi, bo tak 

sobie poprzysięgła pani Romeyowa, wysłuchawszy relacji Huberta.

Wszystko, co kiedykolwiek zamierzyła ta drobna, ruchliwa dama, musiało się spełnić 

za wszelką cenę.

Potrafiła o to walczyć i zabiegać aż do ostatka, potrafiła całe swe otoczenie natchnąć, 

a w razie konieczności i zmusić do czynu. Szczególną wykazywała energię i pomysłowość, 

background image

gdy  działać   należało   na   korzyść   innych.   Gdy  rzecz   się   tyczyła   jej   własnej   osoby,   mniej 

świętego zapału wkładała w swoje czyny.

Gdy Hubert zakończył swoją opowieść, pani Romeyowa wstała z krzesła.

- Hubercie - powiedziała - idź zaraz do pana Korniakta i obiecaj mu w moim imieniu, 

że przycisk wydostaniemy choćby z piekła. Chyba że przestał istnieć, ale i w takim razie 

przyniesiemy mu kawałki. To jest bardzo ciekawa historia, synku.

W   tym   kamieniu   jakiś   duch   jest   zaklęty,   to   chyba   fetysz   ściągający   na   siebie 

pożądania wszystkich, którzy go zobaczą.

To   nie   jest   naturalna   rzecz,   aby   pospolity   przedmiot,   nikomu   w   gruncie   rzeczy 

niepotrzebny, przez tyle przechodził rąk w tak krótkim czasie. Powiedz Gabi, żeby się ładnie 

ubrała, i przychodźcie zaraz. Ja każę zaprzęgać.

Hubert powrócił sam, bo Gabi naprawdę nie miała w czym jechać do zamku.

Było   trochę   chmurno   i   pachniało   deszczem.   Matka   oznajmiła,   że   dzień   jest 

wymarzony na przejażdżkę powozem. Wprawdzie przejażdżka miała trwać cztery godziny 

tam i z powrotem, lecz tym lepiej.

Niemiło   jest   tyle   czasu   smażyć   się   na   słońcu,   a   i   konie   mniej   się   zmęczą. 

Samochodem   nie   można   było   w   tamtą   stronę   jechać,   gdyż   droga   zbyt   wiele   sprawiała 

niespodzianek.

- Ta piękna panna, którą spotkałeś w kuźni, Hubercie, ma brata, który stale mieszka 

we Francji, sama zaś wychowała się w klasztorze. Ale parę lat temu, zaraz po śmierci swego 

ojca, przyjechała w te strony, osiadła w zamku i walczy o ten zamek z bratem.

Opowiadano pani Romeyowej niedawno, już nie pamięta kto, że brat chce ją spłacić, 

ale i co nieco oszukać, ale ona nie należy do tych, które dają się skrzywdzić, rzewnie patrząc 

w niebo i cicho wzdychając!

Absolutnie nie godzi się na takie działy i kategorycznie żąda zamku.

Hubert   powiedział   z   niechęcią,   że   ma   jej   to   za   złe.   Zamek   powinien   należeć   do 

starszego brata.

Pani Romeyowa popatrzyła na syna tym spojrzeniem, jakim obejmowała go zawsze, 

ilekroć nie miał racji. Było w nim trochę drwiny i wiele pobłażliwej miłości.

- Cieszy mnie, mój chłopcze, że masz taki bystry sąd o rzeczy, nad którą nie miałeś 

jeszcze czasu się zastanowić - powiedziała. - Brat jej stale siedzi za granicą i wcale nie ma 

zamiaru imigrować. Zamek i ziemia były na łasce niepewnych  oficjalistów, opuszczone i 

zaniedbane.  Ona,  ta  młoda  dziewczyna,  jak tylko  wolno  jej  było,  przyjechała,  kontroluje 

gospodarstwo,   podnosi   wydajność   ziemi   i   jej   kulturę,   kocha   tę   ziemię   i   pracę   na   niej   i 

background image

rzeczywiście pracuje. Ale pewnie masz rację, zamek powinien należeć do starszego...

- Ach, mamo, jakże lubisz mnie dręczyć - jęknął Hubert.

Spojrzeli na siebie i roześmieli się.

Potem matka mówiła o tym, że tradycja piękną i cenną jest rzeczą, jeśli się nie kładzie 

w poprzek prawom życia. Człowiek łaknie piękna jak wody w dzień gorący, tradycja ubiera 

życie   w czar  i  dostojność.  Ludzie   jej  władzy  podlegli   czują się  podniesieni   do godności 

kapłanów odprawiających nabożeństwo.

Niechajże jednak nie wkracza tam, gdzie kłaść się może jak kamień na tej drodze, 

która wiedzie ku zwycięstwu sprawiedliwości.

- Będzie deszcz, proszę pani - powiedział z kozła stangret.

- To podnieś budę.

Zlazł z kozła, podniósł skórzaną budę i nałożył nieprzemakalny płaszcz.

I prawie natychmiast deszcz lunął.

- Oryginalna pora jak na pierwszą wizytę - mruknął Hubert.

Ale matka zapewniła go, że deszcz jest zupełnie lokalny i że za kilka minut wyjadą 

spod chmury.

- O, widzisz, tamta wieś i wzgórze już prawie w słońcu.

Pani Romeyowa była zawsze przekonana, że deszcz zaraz się skończy, zbiory będą 

doskonałe, a każda nowa służąca jest ideałem pracowitości i porządku.

Tym razem jednak nie omyliła się. Nad zamkiem świeciła pogoda promienna. Deszcz 

musiał tu być bardzo nieduży, bo kopyta koni dobywały spod cienkiej warstwy wilgoci suchy 

piasek.

Woda błyszczała na dachu i gzymsach, bluszcz opinający popękane mury nadawał 

zamkowi pozór życia. Ale drzwi pozabijane deskami, okna nagie i puste zdradzały martwotę 

wnętrza, pustkę rozległych sal.

- Tu chyba nikt nie mieszka - powiedział Hubert niespokojnie.

Rzeczywiście w zamku nikt nie mieszkał - życie odeszło z niego jeszcze przed latami i 

nikt się widać nie kwapił podnieść go na nowo do godności siedziby ludzkiej.

Dniestr u stóp góry zamkowej przewijał się srebrną taśmą, jak wąż pokręcony i chybki 

o brzeg, wysoki tłukąc falą, z brzegu płaskiego zmywając żwir i piasek.

Dopiero gdy powóz skręcił w podwórze zamkowe, Hubert uspokoił się trochę. Tam w 

głębi, pośród starych drzew, w tym domku małym na pewno ktoś mieszkał. Nie darmo pod 

oknami   splątane   gęstwy   nikocjan   wysokich,   floksów   wielobarwnych,   łubinów,   rezedy, 

lewkonii zapachem słodkim i gorzkim, zapachem żywego lata przesycały powietrze.

background image

W tej małej ukwieconej oficynie właśnie mieszkała piękna panna.

Wyszła natychmiast na spotkanie gości i powitała ich serdecznie, acz z niezmąconym 

spokojem. Prawie zaraz potem wkroczyła do niewielkiego saloniku znajoma już Hubertowi 

tęga dama i natychmiast zaczęła mówić, ściskając ręce pani Romeyowej:

- Z całego serca wybaczam ci, Lizetko, moje dziecko, ten konny spacer, po którym, 

niech mi droga pani wierzy, czułam, że ani jedna rzecz we mnie nie jest na swoim miejscu, 

wybaczam ci wobec tego, że to spotkanie stało się powodem najmilszej wizyty państwa! 

Garderobiana   musiała   mnie   potem   masować   przez   pół   dnia,   gdyż,   niech   mi   droga   pani 

wierzy, czułam najwyraźniej wątrobę w krtani, a woreczek żółciowy między płucami.

- Ciociu, ciociu!...

- Moje dziecko, między płucami! Zresztą któż wgląda tak ściśle, gdzie są płuca, a 

gdzie co innego? Za moich czasów to było zupełnie nieprzyzwoicie wiedzieć, gdzie co jest! 

Czy masz nadzieję, Lizetko, że podadzą nam podwieczorek?

- Poniekąd pewność, ciociu - powiedziała pogodnie młoda panna, po czym widząc, iż 

Hubert ciekawie wygląda przez okno, zaproponowała mu zwiedzenie zamku.

Wyszli więc, pozostawiając panie na ożywionej pogawędce.

Lizeta otworzyła drzwi opustoszałego budynku wielkim zardzewiałym kluczem, który 

wzięła ze sobą.

Pełen ciekawości szedł Hubert ze swą kuzynką z sali do sali, mijał długie, ciemne 

korytarze,   zatrzymywał   się   na   krużgankach   i   pod   sklepieniami,   podziwiał   marmurowe 

kominki i rzeźbione odrzwia.

Powiedział z zachwytem...

- Kiedyś, gdy to wszystko odrestaurujesz i odnowisz, będziesz miała prześliczny dom.

Potrząsnęła przecząco głową.

- Nie będę tu nigdy mieszkać - powiedziała.

Hubert zapytał nieśmiało:

- Czy myślisz, że zamek dostanie się twemu bratu?

- Spodziewam się, że nie! - zaprotestowała żywo.

- Więc... dlaczego nie będziesz tu mieszkać?

Lizeta wahała się chwilę, popatrzała na Huberta uważnie.

- Nie wiem, czy mnie zrozumiesz.

- Ha! Skoro nie wiesz... - rzekł z urazą chłopiec.

- Zresztą mniejsza o to. Nie będę tu mieszkała, nie chcę mieć do osobistego użytku 

pięćdziesięciu ośmiu sal i pokojów wobec tego, że mnie... że... - urwała, zdając się szukać 

background image

odpowiednich słów, i nagle podeszła do okna.

U stóp muru w dole płynęła rzeka, po drugiej jej stronie kilkadziesiąt chat widniało na 

brzegu. Wiły się dymki sine ponad strzechami. Lizeta powiedziała:

- Tam mieszkają ludzie. Po sześcioro, dziesięcioro w jednej izbie, na zimę niektórzy 

wprowadzają cielęta i prosięta do chat, bo chlewy zimne.

Hubert oniemiał ze zdziwienia.

Znał dobrze prawdę o tych chatach, ale jeszcze prawie nie rozumiał tego, co chciała 

mu powiedzieć Lizeta.

- No więc... no więc cóż? Więc uważasz, że co? Musielibyśmy zacząć dyskutować, 

czy w ogóle ma rację bytu taki pogląd i czy prowadzi do czegoś i...

- Ani myślę dyskutować o niczym - przerwała twardo Lizeta, której twarz nabrała 

ostrego wyrazu. - Nie znam się na kwestiach socjalnych. Nie mam pojęcia, jak być powinno 

na świecie i jaka jest rada na krzywdę ludzką. Po prostu, zrozum, nie mam najmniejszej 

ochoty mieszkać w zamku. Nie sprawiłoby mi to żadnej przyjemności. Przeciwnie.

Hubert   chciał   spytać   dlaczego,   ale   do   sali   wszedł   służący   i   poprosił   ich   na 

podwieczorek.

Na podwórzu przypomniał sobie o przycisku.

- Nie mam już tego kamienia - powiedziała piękna panna. - Musiałam go podarować.

Hubert spojrzał pytająco.

- Rok temu mniej więcej wychodziła za mąż moja służąca, którą bardzo lubiłam - 

wyjaśniła. - Chciałam jej coś dać na pamiątkę i pozwoliłam wybierać w moim pokoju. Nie 

mogłam przewidzieć, że wybierze właśnie ten przycisk.

A gdy Hubert zapytał, gdzie mieszka ta osoba, odpowiedziała niechętnie, że od dawna 

nie ma od niej wieści. Mieszkała z mężem w miasteczku i przestała przychodzić do zamku, 

gorzej, odrzuciła przyjaźń Lizety z jakichś nie znanych bliżej względów.

Na progu oficynki  Lizeta, już znowu niewzruszenie spokojna, rzekła z pobłażliwą 

ironią:

- Założę się, że nie zrozumiałeś.

- Może być - szorstko, wbrew swemu zwyczajowi, odparł Hubert.

XII

A jednak tym razem zdawało się, że już wszystko stracone.

Hubert nasunął kapelusz na głowę i zgarnął lejce.

- Ehe, paniczu, będzie już ze trzy miesiące, jak Joanna Zegadło z mężem wyjechała do 

tej Pery. Śladu, popiołu po nich nie zostało.

background image

Domek, przed którym Gabi i Hubert otrzymali ten cios, stał w środku miasteczka, przy 

rynku.

Mały sklepik z konfekcją damską i męską ozdabiał jego fronton pięknym szyldem, na 

którym można było podziwiać ekspresjonistyczne pończochy i rękawiczki o czterech palcach 

tudzież łudząco krągłe motki bawełny.

Poziom brukowanego krąglakami rynku opadał z lekka ku rzece, a spod krzywych 

domków, sponad bud drewnianych, bezecnie brudnych, zza wieży ubogiego kościółka, spoza 

zębatych linii starego ratusza, zielona i wyniosła ściana dniestrowego brzegu kładła się tłem 

kolorowym na pocieszenie dla oczu.

Na drewnianych schodkach sklepiku siedziała pani kupcowa w peruce na starej głowie 

i, słuchając objaśnień wałścicielki domu, kiwała głową potakująco.

Dwoje kruczowłosych Żydziąt, niewiarygodnie brudnych, wahało się między ochotą 

wlezienia pod kocz i konia a strachem przed niepokojącym zwierzęciem.

Kupcowa poprawiła perukę i zabrała głos:

- Tak, tak, mieszkali tu Joanna Zegadło z mężem, z tyłu po prawej stronie. Ona to 

nawet była rzetelna kobieta, co tylko wzięła na kredyt, to zaraz zapłaciła. Ale un! Aj_waj! Un 

był łobuz.

Właścicielka domku przerwała.

To ona powinna była mówić, bo ją pytali, nie kogo innego.

- Niech się kupcowa nie miesza. On, proszę panicza, to naprawdę był nic dobrego. 

Jemu   się   zdawało,   że   bogacz,   że   to   panienka   z   zamku   dała   jego   żonie   piękny   posag   i 

wyprawę. I jaką wyprawę! Samych koszul to było szesnaście, tuzin”pojedynczych”, a cztery 

to prosto same koronki. To on ten posag i tę wyprawę w pół roku przepił i przehulał.

- Un, na moje sumienie, ubranie sobie musiał sprowadzić aż ze sam Stanisławów. Un 

tutaj nie mógł sobie jego kupicz w miasteczku, aj_waj, taki wielki pan!

-   A   jak   zobaczył,   że   szlus,   nie   ma   więcej,   zawołał   Goldbergową,   że   to   jej   był 

pieniądze   winien,   i   wszystkie   rzeczy   jej   sprzedał   za   psie   pieniądze,   a   sam   z   żoną   na 

emigrantów.

Hubert ścisnął nagle rękę Gabi.

- Wszystkie rzeczy? - zapytał.

- Do ostatniego kawałka.

Jeszcze   że   Joanna   Zegadło   i   koszule   swoje   pooddawała,   że   to   było   mało,   za   te 

procenta. Coś takiego! Tak płakała względem tego męża, że żal było patrzeć!

Radzili jej nawet ludzie, żeby go zostawiła, ale ona nie i nie.

background image

I poszła za nim. Niby, że przy niej to przynajmniej nikogo nie zarwie.

Hubert poprosił o adres handlarki i nie słuchając dłużej opowiadania rozgorzałych 

wspomnieniami kobiet, pojechali w labirynt wąskich uliczek.

Zostały na progu gadając jedna przez drugą, aż echo biegło po rynku.

- Nie wiem, Gabi - powiedział z wahaniem Hubert, gdy owionął ich zapach straszliwie 

nędznych  domostw i podwórek, a o uszy obiły się zachrypłe, gniewne głosy - nie wiem 

doprawdy, czy powinienem brać cię tutaj ze sobą. To jakaś straszna uliczka, a ta lichwiarka to 

może jakiś czarny charakter.

Gabi   wzruszyła   ramionami.   Czy   może   Hubert   myśli,   że   wychowała   się   nie 

przekraczając progu salonu, z niebieską kokardą we włosach? Przecież zna już życie i wie, że 

nieraz sama musiała dawać sobie rady w trudnych chwilach i stykać się ze wszystkim. Z 

dobrem i złem, z pięknem i brzydotą.

- Nie bój się - powiedziała drwiąco. - Ta lichwiarka, jeśli to nawet”czarny charakter” 

(mój Boże, jak to widać, że znasz życie tylko z książek!), jeśli nawet, to i tak nas nie zje na 

surowo.

Hubert się zawstydził i popędził konia.

Bokiem, miejscami tylko brukowanej uliczki płynął strumyk śmierdzącej wody, pełnej 

papierów, strzępów, skorup z jaj, łupin. Zapach  cebuli i brudu wiał z każdych  drzwi, za 

którymi   widniały   kulawe   łóżka   bez   sienników,   pierzem   ziejące   poduszki,   garnki 

wyszczerbione,   wiszące   na   sznurkach   łachmany   zbyt   wyszargane,   by   do   czegokolwiek 

jeszcze służyć mogły.

Wśród tej ostatniej nędzy ścian i sprzętów połyskiwały niechętne oczy w twarzach 

czarnych   i   wychudłych,   a  ręce   żółte   i   drapieżne   otwierały   z  trzaskiem   drzwi   i   okna,   by 

wyjrzeć  na to nie widywane  w tym  przeklętym  miejscu zjawisko - wypasionego  konia i 

dobrze ubranych ludzi.

Uczucie głębokiego wstydu i żalu dławiło serca Huberta i Gabi.

Gdy dopytali się w końcu o mieszkanie Goldbergowej, prawie nie mieli odwagi doń 

wkroczyć.

Nie z trwogi o siebie, lecz wstyd ich ogarnął na myśl, że trzeba będzie stanąć przed 

oczami ludzi tak bardzo pokrzywdzonych i przypomnieć im, że bywa na świecie los lepszy od 

ich nieznośnego losu.

Bezradna rozpacz ogarnęła ich dusze, a serca zapłonęły żądzą, by coś się przecież na 

tym świecie odmieniło i wszystkim dane było prawo do szczęścia i wesołości.

Nie mówili nic do siebie, nie patrzeli sobie w oczy.

background image

Ze   sklepiku,   który   wyglądał   jak   skrzynka   na   śmiecie,   wyszła   Żydówka   stara   i 

pomarszczona jak zmarznięte jabłko. Na głowie miała perukę przykrytą kawałkiem czarnej 

koronki i bukiecikiem sztucznych kwiatów - wszystko to razem było szare i tak brudne, że 

Hubert   i   Gabi   utkwili   oczy   w  ziemi.   Na   zapytanie,   czy   jest   w   posiadniu   rzeczy   Joanny 

Zegadło, Żydówka zakrzyczała:

- Rzeczy, jakie rzeczy? Żeby una miał taki majątek, ile straciła na tego Zygadłego! Un 

był łajdak, un był oszust... Un nabrał dolarów i złotych, a co un oddał? Te troche graty! Jego 

żona, una oddawała ostatnią sukienkę, tak się wstydziła za męża. Una płakała i płakała. Aj, aj, 

taka delikatna panna, taka nauczona, una u panienki i książki czytała, i koronki robiła. Po co 

jej było za tego Jana Zegadłego iść? Po co? Ja sze pytam?

Zaledwie Hubert dorwał się do słowa, wytłumaczył, o co chodzi.

Ani o żadne rzeczy, o żadne pretensje, tylko o ten kamień, bo to jest pamiątka. Hubert 

ma zamiar za niego zapłacić.

Już się wokoło wózka zbierały Żydzięta czarne, urwipołcie w cuchnących kaszkietach 

i krótkowłose Żydóweczki w nędznie modnych sukienczynach.

Goldbergowa uspokoiła się natychmiast. Ogarnęła wzrokiem tłumek i nagle wrzasnęła 

coś po żydowsku tak donośnie i groźnie, że gromada pierzchła jak stado wróbli, w które 

rzucono kamień.

Żydówka   poprosiła   Huberta   i   Gabrielę   do   sklepiku.   Tutaj   pomiędzy   wiązanką 

zawieszonych na sznurowadłach bucików, cuchnących juchtem, a beczką kapusty, zalała się 

łzami.

Chytra   jej   twarz  stała  się  nagle  bolesna,   a  wypłakane,   zamierające  oczy  objawiły 

dzieciom w tym momencie straszliwy okres długiego życia, w którym wszystko było walką, 

nędzą, podstępem i zawodem.

- Un jest chory, un jest chory, mój szac, mój brylant, mój wnuk...

To jedno wychodziło przez bezzębne, bezbarwne usta.

W końcu to się dało z tych łez wyrozumieć, że jej wnuk, jej Dawid, jest chory i że to 

on jest właścicielem kamienia.

Jeśli zechce go sprzedać paniczowi - to dobrze, ale ona mu go nie odbierze, za żadne 

pieniądze nie odbierze.

- To... to... czy mogę go zobaczyć i spytać? - zdołał wypowiedzieć Hubert, choć już od 

chwili, kiedy wjechali w tę nieszczęsną dzielnicę miasteczka, czuł, że każde wypowiedziane 

słowo sprawia mu trudność.

Wiodła ich przez kręty i ciemny jak noc korytarz, powierzywszy ich wózek i konia 

background image

jednemu z licznych oberwańców, nad którymi widocznie sprawowała absolutną władzę.

Aż otworzyła drzwi do dużej izby, w której powietrze miało zapach gnijącej w kałuży 

wody, a światło dostawało się rykoszetem, odbijając się od białej ściany sąsiedniego budynku.

Na żelaznym łóżku, podpartym drewnianą skrzynką, wśród szarych jak dzień jesienny 

poduszek, leżał chłopiec, a raczej cień chłopca, tym przeraźliwiej nikły, że oczy wielkie i 

brunatne głuszyły resztę twarzy swoją wielkością i mocą.

Mówiła do niego po żydowsku długo, raz wraz dotykając rąk jego, głowy, poduszek, 

kołdry.

- Tak, tak, dobrze - powiedział chłopiec głośno - dobrze, babko, ja temu paniczowi 

sprzedam kamień.

A w niej nagle ożyła chciwość. Zapomniała w tej chwili o chorobie wnuka, nędznej 

walce całego życia, nieszczęściach, które się waliły na jej barki, i o tym już tylko myślała, by 

nie wypuścić za tanio z rąk przedmiotu, który nagle, wbrew przewidywaniom, okazywał się 

cennym.

- Ty, Dawid, pamiętaj, co un jest marmur - powiedziała z niepokojem - jak ty jego 

chcesz sprzedać, to ty pamiętaj...

Przerwał jej stanowczo:

- Ja pamiętam. Ty, babko, idź do sklepu. Tam może kto przyszedł...

Wyszła niechętnie pod rozkazującym spojrzeniem wnuka, od drzwi mówiąc mu coś 

po żydowsku. Zwróciła się jeszcze do Huberta i powiedziała jękliwi:

- Panicz nie skrzywdzi bidny Żydek.

- Sza, babko, sza... - zawołał chłopiec na łóżku.

Wyszła.

Wtenczas chłopiec dźwignął się na łokciach i przywołał Huberta do siebie.

- Ja paniczowi co powiem - wyszeptał - ja jego nie mam, ja jego podarował.

Na Hubercie i Gabi wiadomość ta nie zrobiła żadnego wrażenia.

Tak   niezmierzony   ogrom   niedoli   ludzkiej   objawił   im   się   w   dniu   tym,   że   własne 

sprawy zbladły i straciły znaczenie.

- Żeby ona wiedziała, moja babka - powiedział chłopiec - ona by krzyczała, ona by 

klęła.

Ja bym umarł.

Hubert nagle przełknął gorycz, która mu ściskała gardło.

Umocnił głos:

- Gdybyś ty chciał - powiedział łagodnie - to ja bym się postarał o to, żeby cię moja 

background image

mama zabrała do Białego Domu.

Miałbyś tam pokój jasny i słońce i jadłbyś masło, śmietankę, owoce i ja bym ci książki 

przynosił.

Chłopiec odrzucił głowę na poduszki i kiwał nią w prawo i lewo.

-   Ajaj,   ajaj   -   powiedział,   a   białe   jak   śnieg   zęby   błysnęły   w   uśmiechu   spalonych 

gorączką ust.

- Ajaj, jaki panicz dobry. Ja nigdy nie zapomnę.

Podniósł wychudłą rękę i wskazał nią stolik przy łóżku.

- Widzi panicz, tu są sardynki i tu jest masło, i jest owoc.

Hubert dopiero teraz spostrzegł te rzeczy.

- Ja wszystko mam - mówił chłopiec - moja babka, ona ma pieniądz, duży pieniądz - 

zwierzył się Hubertowi tajemniczo. - Ale już za późno... - dokończył spokojnie.

- Tydzień temu sprowadziła babka doktora aż ze Stanisławowa. On powiedział, ten 

doktor, że już za późno. Babka do niego mówi:”Panie doktór, może co potrzeba, może jeszcze 

jakie lekarstwo drogie, a może jego powieźć za granicę, tam, gdzie gorąco? U mnie pieniędzy 

się znajdzie, ja poszukam u dobrych ludzi”. Ale on wie, że babka nie potrzebuje szukać, bo 

ma. Nazbierała.

Doktor strasznie się gniewał.

Jak on krzyczał, jak krzyczał!

Że żałują kilka złotych na doktora, póki czas, a potem chcą nawet wieźć za granicę. 

Ale już za późno. Nie ma po co. Umrze po drodze.

- Ja nigdy nie zapomnę, jaki panicz dobry - powiedział chłopiec.

- Chcesz, żebym tu do ciebie przyjeżdżał? - zapytał Hubert.

- Czy ja chcę? Ja bardzo chcę.

Mnie samemu czasem... - przerwał, ale oczy jego wypowiedziały strach wymowniej, 

niż mogłyby to uczynić usta.

Ale pojechać stąd? Nie. Babka jego kocha. Jak ona jego bardzo kocha! A sklepik, a 

interesy?

Babka musi zostać i on musi zostać.

Hubert i Gabi uśmiechali się teraz do chłopca, stojąc przy jego łóżku. Przyjadą tu 

znowu, i to z matką, ona pomoże i wyratuje na pewno. Ich matka na wszystko zawsze ma 

radę i wykaże, że wcale nie jest za późno. Dawid może być o to spokojny.

Już chcieli odejść, gdy chłopiec przypomniał im o przycisku. Niech oni powiedzą 

babce, że go kupili, niech powiedzą, że zapłacili cztery złote. On ma pieniądze, pokaże je 

background image

babce.

- A gdzie on jest naprawdę? - zapytała Gabi.

Okazało   się,   że   Dawid   chodził   w   zimie   do   szkoły   i   miał   przyjaciela.   Mówiąc   o 

przyjacielu aż poczerwieniał i ożył. Ten przyjaciel też musiał opuścić szkołę, bo mu ojciec 

umarł, więc wyjechał do Stanisławowa. Tam czyści buty na ulicy. On tu kiedyś przyjechał do 

Dawida, to Dawid cały czas musiał się śmiać, on taki wesoły. I powiedział tak:”Fajnie by mi 

się nadał ten kamień. Jakby na niego stawiali panowie nogę do czyszczenia, to zaraz by mi się 

lepiej czyściło”. On tak tylko powiedział, żeby się śmiać. Ale Dawid nie wytrzymał, tylko mu 

dał ów kamień. Jemu i tak on był na nic niepotrzebny, choć taki ładny.

Gdy   wyszli   przed   sklepik,   oczom   ich   przedstawił   się   widok   następujący:   na 

schodkach, krzycząc przeraźliwie, stała Goldbergowa z głową łysą jak kolano i wytrząsała do 

rynsztoka perukę swą, która ociekała wodą.

W   drzwiach   przeciwległych   miotała   się   sucha   jak   wiór   Żydówka   i   wygrażając 

pięściami,   co   chwila   zapadała   w   czarną   otchłań   swej   izby,   by   wypaść   z   niej   z   nowym 

zapasem wymysłów i gestów.

Między   nimi   kręcił   się   tłum   dzieci,   wyrostków,   kobiet,   chałaciarzy,   a   wszystko 

gestykulowało, skakało, dopadało, chwytało się wzajem za guziki i gadało bez przerwy.

Śmiejąc się wyjeżdżali Hubert i Gabi z miasteczka. Ale Hubert doskonale czuł, że od 

tego   śmiechu   łzy   jak   grad   spływają   mu   po   twarzy.   Złościł   się   na   siebie,   zacinał   wargi, 

powstrzymywał w piersiach łkanie, a łez tych przeklętych nie mógł wcisnąć pod powieki.

Ukradkiem spojrzał na Gabi.

Schowała twarz w ręce, mokre i drżące.

Wówczas to prawda Lizety uderzyła Huberta w samo serce.

XIII

Jęknął Hubert i załamał ręce, ujrzawszy to, co ujrzał.

- Wytrzyj buty, błagam cię, wytrzyj buty o słomiankę. Cały ranek czyściłam posadzkę, 

a deszcz pada.

- Z całą przyjemnością! Gotów nawet jestem je zdjąć, by zwyczajem mahometańskim 

uczcić ten przybytek. Poza tym gwarantuję ci całość i gatunek moich pończoch. Ale, Gabi, na 

miłość boską, jak ty wyglądasz?

- i Hubert, wkroczywszy do pokoju po sumiennym wytarciu nóg, stanął przed stołem i 

na znak oburzenia oparł pięść na biodrach.

Już   jednak   rozumiał   przyczynę,   dla   której   ręce   Gabi,   a   nawet   jej   twarz,   świeciły 

krwawą czerwienią. Bo dojrzał stół nakryty ceratą, na nim kosz pełen wisien całych, półmisek 

background image

pełen wisien wydrylowanych i talerz pełen pestek i ogonków.

- Już widzę, że tu dziś rzeź niewiniątek - powiedział, smutnie kiwając głową.

Gabi   oznajmiła   mu,   że   korzysta   z   przerwy   w   poszukiwaniu   i   odrabia   zaległości 

gospodarskie.

Wiktoryna usmażyła wprawdzie trochę wisien, ale na pewno albo sfermentują, albo 

scukrzeją.

Wiktoryna zawsze właśnie w tym celu je smaży.

- Gdzież ja tu umieszczę moje łokcie - zatroszczył się Hubert - ani jednego suchego 

miejsca na stole!

Ale Gabi powiedziała, że wcale się o jego łokcie nie martwi, niech je umieszcza, gdzie 

mu się podoba.

- Pamiętaj jednak, że moje wiśnie strasznie pryskają - i na dowód prysnęła sobie w 

nos, zresztą niechcący.

-   Bardzo   ładny   jest   ten   czerwony   rzucik   na   twojej   twarzy   -   pochwalił   Hubert.   - 

Doskonale byś się nadała na niedzielną perkalową sukienkę. Dodać tylko pasek i kołnierzyk i 

możesz iść na sumę.

Martwiła ich oboje przerwa w poszukiwaniach kamienia, wynikła na skutek nagłego 

wyjazdu pani Romeyowej do Lwowa. Pocieszało ich jedynie to, że padał deszcz, który by i 

tak powstrzymał akcję.

-   Wiesz,   co   ci   powiem   -   tajemniczo   szeptał   Hubert,   wyjadając   z   półmiska 

wydrylowane wiśnie, za co dostał po łapie - powiem ci, że Marylka jest jakaś zagadkowa, w 

zanadto dobrym humorze, niepokoi mnie to.

Musiała obmyślić jakąś grubą nikczemność.

To było zresztą zupełnie jasne, że od dnia wizyty w zamku, kiedy to pani Romeyowa 

nie   zabrała   jej   ze   sobą,   mimo   wyraźnych   przymówek,   Marylka   hodowała   w   sercu   cichą 

nienawiść.

-   Ty   zawsze   coś   podejrzewasz   -   oburzyła   się   Gabi.   -   Strasznie   jesteś   niewierny 

Tomasz. Trzeba koniecznie trochę więcej ludziom ufać.

- Ach, Gabi, do łez mnie rozczulasz. Czemuż nie byłem pod twoim wpływem od 

kolebki, z jakim zaufaniem ssałbym mleko z butelki!

- Co za głupi z ciebie chłopiec - obraziła się Gabi.

Do   pokoju   weszła   Marylka   w   stanie   kwitnącym.   Aż   światło   się   rozeszło   od   jej 

niebieskiej sukienki z falbanami i kokardy w błyszczących włosach.

- Dlaczego nie wezwałaś mnie do pomocy - czule złajała Gabrielę - nałożę fartuszek i 

background image

przyjdę - i wybiegła, nie słuchając Gabi, która ją zapewniała, że od wisien ręce czernieją.

Wróciła w prześlicznym fartuszku i czepeczku, który zdradzał, iż jego właścicielka 

przed chwilą spędziła bardzo miłą chwilę sam na sam z lustrem.

Hubert zapytał Gabi, czy może pójść odwiedzić jej ojca.

- Nie wiem, gdzie jest tatuś - powiedziała Gabi. - Wyszedł rano i jeszcze nie wrócił.

- Och, ale ja wiem - skromnie oznajmiła Marylka. - Wychodząc powiedział mi, że 

idzie aż na rumuńską stronę i wróci dopiero wieczorem albo może jutro.

Prosił, żeby nie czekać na niego, polecił mi poskładać na biurku i kazał mi ciebie 

ucałować, Gabi.

Hubert zobaczył, że głowa Gabi opuściła się nad półmiskiem w ten sposób, by włosy 

zakryły jej twarz, śledził oczami jej palce i widział, że gubiły nad półmiskiem pestki, a wiśnie 

wyrzucały do koszyka.

Wstał od stołu, przeszedł się po pokoju, aż zatrzymał się przed komodą. Dokładnie ją 

obejrzał, po czym wlazł na nią z miną skupioną i gotową na wszystko. Siadł po turecku.

- Najlepszy właściwie sposób przekonywania ludzi, że postępują nikczemnie, to bić - 

powiedział tonem przyjaznej pogawędki. - Szczególniej go wam polecam, gdy się ma do 

czynienia   ze   złą   wolą.   W  innych   wypadkach   można   czasem   używać   perswazji,   wpływu, 

wzruszenia.   Lecz   gdy   się   natknąć   na   oczywistą,   świadomą   a   wyrafinowaną   złą   wolę, 

powiadam wam, nie ma innej rady.

Po tych słowach w atmosferze pokoju zawisło coś niemiłego.

- Czy ty się czasem, Hubercie, nie urodziłeś na pastora albo księdza? Takie śliczne 

kazania niedzielne mówiłbyś do wzruszonych tłumów - ironicznie rzekła Marylka.

- O radości! - wykrzyknął Hubert, powiewając chustką od nosa. - Jakiż snop światła 

rzucasz na moją przyszłość, Marylko. Nigdy, przenigdy sam nie wpadłbym na tę myśl!

Naturalnie,   jestem   stworzony   na   pastora.   Czy   zgadzacie   się,   abym   wam   zaraz   na 

poczekaniu dał próbkę mego krasomówstwa i zdolności kaznodziejskich?

- Pod warunkiem, że to nie będzie nudne - zastrzegła się Gabi.

-   Pod   warunkiem,   że   jak   się   zirytujemy,   to   oblejemy   cię   sokiem   wiśniowym   - 

zagroziła Marylka.

- Zgadzam się - Hubert poprawił się na komodzie.

-   Zacznę   od   przypowieści,   zawsze   zaczynać   należy   od   przypowieści.   W   pewnej 

wiosce   koło   Zgierza   mieszkał   starzec,   który   nigdy   nie   wchodził   na   czternaste   piętro 

telefonicznego   gmachu   w   Warszawie.   Starzec   ten   byłby   całe   swe   życie   poświęcił 

izopurpurynie, gdyby tylko był wiedział, co to jest.

background image

- A co to jest? - zapytała Gabi, gdy tymczasem Marylka uśmiechała się niepewnie.

- Nie wiem - przyznał się Hubert - mogę was jednak zapewnić, że byłaby to rzecz 

bardzo interesująca i wzniosła, gdyby tylko była. Ja twierdzę, że jej w ogóle nie ma, ale Łoś 

innego jest zdania.

- Hubercie...

- Starcem tym jednak nie będziemy się dłużej zajmować, gdyż wyjechał do Japonii i 

tam   został   porwany   przez   Beduinów   i   osadzony   w   wieży   ciśnień,   gdzie   go   straszliwie 

przyciskali aż do końca. Od początku jednak było wiadomo, że to wcale nie był ten sam 

starzec tylko inny, zupełnie do niego niepodobny.

W tym miejscu Gabi i Marylka zaczęły krzyczeć jak opętane, załamując czerwone 

ręce w bezsilnej rozpaczy.

- Nie podoba wam się moja przypowieść? - ze zdziwieniem zapytał Hubert. - Nie? To 

nie będę się przy niej upierał. I przejdę do nauki moralnej.

Wszystkich ludzi, moi drodzy parafianie, można podzielić na cztery gatunki: mądrych 

i głupich, ci mądrzy zresztą także bywają głupi, oraz na ludzi dobrej i złej woli.

- Czy ty do końca będziesz nam tu gęgolił o tych różnych gatunkach woli?

-   Do   końca.   Najgorszy   gatunek   to   jest   mądry   człowiek   złej   woli,   nie   biorąc   pod 

uwagę,   że   z   kombinacji,   jakie   wynikają   z   krzyżowania   tych   czterech   gatunków,   jeszcze 

fatalniejsza odmiana to człowiek głupi złej woli, że jednak tego ostatniego...

Drzwi sieni skrzypnęły przeciągle, a na podłodze kuchni zadźwięczały kroki.

- Witaj, mężu konsularny! - krzyknął przez zamknięte drzwi Hubert.

Drzwi się rozwarły i stanął w nich pan Hipolit Zasobek.

Hubert   zamilkł,  ale  trwał   z  otwartymi  ustami.  Gabi  upuściła  wiśnię   na  fartuch,   a 

Marylka się zmieszała.

- Zostawiłem kalosze w sionce - oznajmił pan Hipolit - a sam przychodzę, żeby się 

zobaczyć z panem Korniaktem.

Gabi wstała i wycierając ręce ścierką, z wielkim wysiłkiem oznajmiła sąsiadowi, że 

ojca nie ma w domu.

- To nic. Siądę i zaczekam.

- Proszę. A czy... czy pan nie mógłby powiedzieć, o co chodzi?

- wykrztusiła Gabi. - Tatuś powierzył mi wszystko, całe gospodarstwo i w ogóle... 

Tatuś nie może się niczym zajmować, bo nie ma czasu. A ja wiem wszystko, co się tyczy 

gospodarstwa, i potrafię panu odpowiedzieć.

- Ale ja nie mam zamiaru z tobą mówić, bo mam już dosyć tego - rzekł pan Hipolit i 

background image

odwrócił się do okna.

Hubert   tymczasem   zeskoczył   z  komody   i   usiadł   w  miejscu   odpowiedniejszym   do 

grozy położenia.

-   Czy   nie   zdaje   się   panu   -   zapytał   uprzejmie   -   że   jeżeli   ktoś   wybiera   sobie 

plenipotenta_zastępcę i jemu powierza swoje sprawy, a sam nie chce się do niczego mieszać, 

to należy uszanować jego wolę?

Chwilę panowała cisza, tylko lekki deszczyk dzwonił o blaszane podokienniki.

- Ciekaw jestem, czy moich kaloszy nie zrzucił ten kot, którego widziałem na beczce? 

- wyraził obawę pan Hipolit. - Co się zaś tyczy plenipotenta...

Czy rośnie po mojej stronie przy sztachetach morela, czy nie rośnie? - zapytał groźnie.

- Rośnie - przyznała oszołomiona Gabi.

- Czy owoce opadają na twoją stronę, czy nie opadają?

- Opadają...

- A kto je zbiera?

Gabi powiedziała twardo:

- Wczoraj leżało na ścieżce cztery i wszystkie cztery przerzuciłam na pana stronę, 

choć wiem, że to nie jest moim obowiązkiem.

- A dzisiaj leżało pięć i gdzie one są? Co?

- Wcale ich dzisiaj nie widziałam - gniewnie odparła Gabi.

- Ale ja je widziałem, a teraz ich nie widzę - zagrzmiał gruby jegomość.

- Bo z tego okna... - spróbował wtrącić swoje Hubert...

- Nie z tego okna, mój panie, ale w ogóle nie ma ich na ścieżce, więc gdzież są, 

pytam?

Gabi ścisnęła pięści.

- Dlaczego to ja mam być odpowiedzialna za pana morele? - spytała, panując jeszcze 

nad sobą. - Ale dobrze, jeśli w moim ogrodzie ktoś je przez nieuwagę podniósł, to mogę panu 

w zamian oddać nie pięć, ale dwadzieścia.

Mam dosyć na szczęście swoich.

Mówiąc to Gabi wcale nie czuła, że dwa strumienie łez spływają po jej policzkach.

Już doprawdy zbyt dużo miała tych sąsiedzkich przykrości.

Pan Hipolit poczuł nagle, że go coś łaskocze w gardle i nosie. Może jednak Wiktoryna 

i Marylka nie zawsze mówią czystą prawdę? Może ta mała nie jest taka złośliwa, jak... już 

prawie wyciągał do Gabi ręce, gdy nagle Hubert zepsuł wszystko w przekonaniu, że robi 

świetne posunięcie taktyczne.

background image

- Jakiego okupu pan żąda, by zostawić Gabi w spokoju? - zapytał ni w pięć, ni w 

dziewięć?

Pan Hipolit się żachnął.

-   Okupu?   Bezczelność,   słowo   daję.   Także   coś!   Okupu?   Tego,   żebyście   się   stąd 

wynosili!

Jestem nieznośny i będę nieznośny, to wam zapowiadam. Do ostatniej chwili, póki nie 

sprzedacie   mi   tej   rudery   i   nie   wyprowadzicie   się   stąd.   I   to   ci   zapowiadam,   że”prędzej 

skorpion jak niewinna mucha siądzie na dłoni Cezara, niźli ja broń złożę”...”*

Prędzej   skorpion...   itd.   -   niezupełnie   dokładna   cytata   z”Irydiona”   Zygmunta 

Krasińskiego. Powinna ona brzmieć:”Prędzej skorpion usiądzie jak niewinny motyl na dłoni 

Cezara, prędzej piorun Zeusa prosić się go będzie:”Daj, daj tę chmurę rozedrzeć” niżli ja broń 

złożę i wydam braci moich”.

Hubert   osłupiał,   a   pan   Hipolit,   korzystając   z   uczynionego   wrażenia,   wyszedł 

triumfalnie, kończąc już w kuchni:”i wydam braci moich”.

Ale w progu sionki stanął jak wryty, a gest jego był tak wymowny, że Gabi, Hubert i 

Marylka zerwali się z krzeseł i wypadli za nim.

W świetle dnia padającego przez otwarte drzwi sieni stała koło ławki biała koza z 

miną zadumaną i smutną i kończyła pożerać piękny, świecący kalosz z czerwoną podszewką.

Już tylko pięta zwieszała się nad jej brodą, tak bardzo zatroskaną, że każdy człowiek 

miękkiego   serca   ulitowałby   się   tej   koziej   niedoli.   Ale   pan   Hipolit   wrzasnął,   a   koza 

zorientowawszy   się   błyskawicznie,   że   jej   czyn   został   niewłaściwie   zrozumiany,   rączo 

skoczyła na podwórze i lekkim krokiem obiegła obórkę dookoła. Za nią w susach popędził 

pan Hipolit, jak gdyby mu nagle ubyło sto kilo, za nim wyleciał Hubert, Gabi ze ścierką i 

Marylka z pęczkiem wisien w ręku.

Po chwili jednak bezcelowość tej gonitwy wyszła na jaw.

Trudno przecież było żądać od kozy zwrotu tak nieodpowiednio zużytego kalosza.

- Miałem przeczucie, miałem przeczucie, że coś niedobrego spotka moje kalosze, choć 

ustawiłem je wysoko, na beczce - jęknął pan Hipolit ocierając czoło chustką. - Chodźmy 

przynajmniej zobaczyć, który to kalosz zjadła mi ta głupia koza.

Prawy czy lewy?

- Czy to nie wszystko jedno? - łzawo zapytała Gabi.

- Wcale nie wszystko jedno - odparł pan Hipolit z takim zgnębieniem, że aż łagodnie. 

- Czy myślisz, że to mnie pierwszy raz spotyka? Jeden kalosz z prawej nogi zgubiłem w 

błocie.

background image

Drugi, także z prawej, psy mi pogryzły. To już trzeci. Jakieś przekleństwo wisi nad 

moją prawą nogą!

Z rezygnacją wsadził lewą nogę w pozostały kalosz i ruszył ku furtce, rzucając przez 

ramię:

- A będę wam dokuczał więcej niż kiedykolwiek!

- Zapowiadam panu, że się zemścimy! - krzyknął za nim Hubert.

- Hę? - odwrócił się jegomość.

- Zemścimy się - powtórzył grzecznie Hubert. - Jeżeli to jest jedyny sposób walki z 

panem, to się zemścimy.

Oznajmiam to panu, ażeby być  w zgodzie z prawami, które obowiązują narody w 

Europie.

XIV

Cichy, ledwie dosłyszalny szept za oknem:

- Pst, Gabi, czy jesteś sama?

Gabi złożyła na kolanach cerowaną pończochę i wychyliła się przez okno.

Spomiędzy gęsto splątanych gałęzi bzów i spirei błysnęły brunatne oczy Huberta.

-   Tu   jestem   sama,   ale   w   swoim   pokoju   siedzi   Marylka,   a   drzwi   są   uchylone   - 

wyszeptała.

- To świetnie się składa. A czy widzisz ją z krzesła?

- Nie.

- To znakomicie. Teraz uważaj.

Odpowiedz mi możliwie najgłośniej, że jej nie ma.

- Nic nie rozumiem.

- To nic nie szkodzi.

Zaczynamy. Gabi, czy jesteś sama? - zapytał chłopiec głośno, opierając się o ramę 

okna.

- Sama jestem - odpowiedziała coraz bardziej przerażona Gabi.

- To doskonale. Przyszedłem ci oznajmić, jaką zemstę obmyśliłem na pana Hipolita 

Zasobka.

Gabi aż podskoczyła na krześle i palcem wskazała drzwi, ruchem ostrzegawczym.

Ale Hubert pokazał jej język i dalej mówił coraz głośniej:

- Ponieważ stosunki dyplomatyczne są zerwane, a wojna wypowiedziana uroczyście, 

przyszło   mi   na   myśl,   że   lepiej   jest   rozpocząć   kroki   wojenne   niż   czekać   na   zaczepkę. 

Niewątpliwą przewagę ma zawsze ten, kto napada.

background image

Teraz dopiero zrozumiała Gabi, że Hubert pragnie być podsłuchanym.

I nie pomylił się w rachubach.

Tuż pod drzwiami posłyszeli cichy szelest.

- Ale ja chcę walczyć pogardą i obojętnością - powiedziała Gabi z miną tak wspaniałą, 

że Hubert aż kwiknął z uciechy.

- To byłoby dobrze z kim innym, nie z nim - zadecydował.

- Słyszałaś przecież wyraźnie, zapowiedział ci najgorsze szykany. I masz czekać na 

nie jak kurczę na przyjazną dłoń Wiktoryny? Nie, przysięgam ci, że nie pozwolę na to!

Gabi   wbiła   ogromną   igłę   w  piętę   swej   pończochy   i   wyciągnęła   ją   pracowicie,   w 

milczeniu.

Hubert   zaś   roztoczył   przed   nią   wszystkie   korzyści,   wypływające   ze   stanowiska 

zaczepnego. Mówił wiele o sprawiedliwości dziejowej, o Bogu, który sprzyja uciśnionym, o 

smutku, który ogarnia chrześcijańską duszę wówczas, gdy zło triumfuje! W końcu postawił 

na swoim. Gabi się formalnie zdawało, że dziury w jej pończochach stają się większe od tej 

gadaniny, która z rzadka tylko miała jakiś sens określony.

Zgodziła się w rezultacie przyjść o ósmej wieczorem do suszarni owoców, gdzie miał 

jej Hubert zademonstrować sposób, w jaki postanowił ukarać pana Hipolita.

Hubert parę razy powtórzył szeptem, który przebijał mury:

- Dziś o ósmej punktualnie zejdziemy się tam i pokażę ci.

Tylko staraj się wymknąć Marylce i naturalnie nic jej nie mów, bo powtórzy panu 

Hipolitowi.

Mówiąc to nie patrzył na uchylone drzwi pokoju, natomiast pilnie nadstawiał uszu, z 

miną iście szatańską.

Gabi została ze swoją pończochą, a Hubert zniknął między krzewami.

Bokiem widziała Gabi ze swego okna tę część podwórza, po której spacerowały kury. 

Nie   nazywała   tego   kurnikiem,   bo   nazwa   ta   wydawała   jej   się   zbyt   pretensjonalną   dla 

drewnianej budy i czworokąta otoczonego siatką. Mimo to była z niego bardzo dumna, bo 

było to dzieło jej własnych rąk.

Tylko z dorywczą pomocą Franka i Józka zamieniła zbutwiały chlewik na zupełnie 

przyzwoity   lokal   dla   ptactwa,   zaopatrzyła   go   w   grzędy   i   korytka.   Na   stryszku   urządziła 

gołębnik, a sporą przestrzeń przed obórką otoczyła siatkami dawnego tenisa.

Z   głębokim   zadowoleniem   patrzyła   teraz   na   zapobiegliwe   kury   o   ruchach 

zdecydowanych   i   krótkich,   na   kurczęta   płochliwe   i   głupiutkie,   na   koguty,   triumfalnie 

potrząsające   grzebieniem.   Indyczki,   zatroskane   i   delikatne,   wyraźnie   zaznaczały   wśród 

background image

kurzego pospólstwa swe wysokie pochodzenie, a perliczki rozdzierały powietrze krzykiem, 

pełnym rozpaczy i tęsknoty.

Beznadziejnie zaś z siebie zadowolone kaczki z zapałem rzucały się na przedmioty, 

które   po   bliższym   poznaniu   okazywały   się   zgoła   nieprzydatnymi.   Z   jękliwym   furkotem 

podrywały się z dachu gołębie i pewne siebie a chybkie, spacerowały między przyziemnym 

ptactwem   jak   kulturalni   przedstawiciele   zwycięskiego   mocarstwa   wśród   nieufnego   ludu 

zwyciężonych.

Indyczęta, jak bezradny chór młodzieniaszków, przebiegały to tu, to tam, wspinając 

się wdzięcznie na palce. Zadowolone oczy Gabi spostrzegły nagle, że w kurniku zapanował w 

jakiejś chwili nastrój z lekka nerwowy.

Przede wszystkim gołębie, jak na komendę, wyleciały z gołębnika i białym stadem 

spadły między nastroszone kury.  Gęsi krzyknęły niespokojnie, wyciągając  długie szyje, a 

indyki zabulgotały, rozwijając co prędzej wachlarze ogonów w sposób wysoce zaczepny.

- Co to się stało? - zaniepokoiła się Gabi wychylając się z okna. - Czyżby jastrząb był 

w pobliżu?

W tej samej  chwili posłyszała  szmer  za oknem pokoju Marylki,  a potem lekkie i 

pośpieszne   kroki   pod   ścianą   domu.   Szybko   schowała   się   za   firankę.   Między   drzewami 

mignęła niebieska sukienka i zniknęła wkrótce w ogrodzie pana Hipolita.

Natomiast  w kurniku wszystko,  co żyło,  objawiało  nastrój gorączkowy i trwożny. 

Kury zarządziły ostre pogotowie, a kaczki biegały nieprzytomnie, zadzierając żółte dzioby.

Ale   już   Gabi   zrozumiała   przyczynę   tych   alarmów.   W   okrągłym   oknie   gołębnika 

tkwiła   czarnowłosa   głowa   bezczelnego   Huberta,   który   bez   wahania   naruszył   neutralność 

ościennego mocarstwa, by z jego terytorium obserwować wojenne ruchy nieprzyjaciół.

- Bodajeś pękł! - krzyknęła mu groźnie, potrząsając cerowaną pończochą, ale łajdacki 

chłopak   przesłał   jej   uprzejme   pozdrowienie   i   znikł   z   gołębiego   okienka,   ku   niekłamanej 

uciesze oburzonego ptactwa.

- Zwyciężyłyśmy! - krzyknęły kaczki.

Spotkały się jednak z tak drwiącymi minami wykwintnych indyczek i z tak jawnym 

lekceważeniem gołębi, że jak niepyszne wyniosły się na drugi koniec kurnika.

Widok Huberta przypomniał Gabi wieczorny plan działania i lekki niepokój znowu 

zakradł się do jej serca. Czuła, że w całej tej sprawie coś nie tak się działo, jak potrzeba. 

Dziura w cerowanej pończosze wydała jej się beznadziejnie wielka, a grzybek kręcił się jak 

opętany, nie mogąc we wnętrzu tej pięty odpowiedniego miejsca znaleźć.

- Brzydka sprawa - westchnęła Gabi z niesmakiem i pierwszy raz przyszło jej na myśl, 

background image

że może nie wszystkie poczynania Huberta są doskonałe i godne szacunku.

Już w pierwszym  rzędzie nie podobało jej się to podstępne skuszenie Marylki do 

podsłuchiwania.

„Każdy   by   słuchał,   gdyby   wiedział,   że   rozmowa   jego   się   tyczy”   -   pomyślała   ze 

złością, ale nagle poczuła nieomylnie, że ani ona, ani Hubert nie podsłuchiwaliby nigdy i w 

żadnych warunkach.

„Ależ to nawet nie było podsłuchiwanie! - zirytowała się znowu. - Po prostu tylko 

siedziała dalej, a nie mogła przecież zatkać uszu!”

Ale tu znowu przypomniał jej się cichy szmer pod drzwiami.

Gabi   poczuła,   że   ten   cudny,   świeży,   promienny   dzień   obrzydł   jej   nagle   i 

spochmurniał.

Drażniły ją głupie pokrzyki kaczek, a indykom miała po prostu ochotę nawymyślać. 

Czy naprawdę wyobrażają sobie, że są takie ważne i że ktokolwiek się z nimi liczy?

- Jeżeli mam tam iść, to przecież trzeba wcześniej przygotować do kolacji - burknęła 

sama do siebie, bardzo niegrzecznie.

Schowała sześć par wycerowanych  pończoch i cztery dziurawe do dolnej szuflady 

komody i poszła do jadalnego pokoju. Noże wylatywały jej z rąk, krzesła właziły pod nogi, a 

talerze starały się robić jak najwięcej hałasu.

Gabi szturchnęła solniczkę, stłoczyła niesforne morele na paterze i poszła do gabinetu 

ojca.

Wiedziała, że nawet nie odważy się przedstawić mu całej sprawy i prosić o radę, ale 

tak się czasem zdarzało, że radę wyczytywała sama z jego oczu mądrych i słów, które mówiły 

o czym innym.

Ojciec miał cyrkiel w ręku i coś kreślił.

Gabi usiadła naprzeciw biurka na krześle i patrzyła na precyzyjne ruchy jego rąk.

„Mój Boże, a ja jeszcze nie zdołałam odnaleźć kamienia” - myślała z żalem.

I   teraz   nasunęła   się  jej   refleksja,  że   gdyby   nie   zaszła   przerwa   w   poszukiwaniach 

kamienia, to Hubertowi aniby w głowie nie powstały te zemsty i działania wojenne.

„Co   za   nieznośny   chłopak   -   myślała   z   irytacją   -   ani   chwili   nie   może   usiedzieć 

spokojnie.

Wierci   się   w   życiu   jak   mucha   w   ukropie   i   wmawia   w   siebie,   że   wszędzie   jest 

niezbędny! Żyć z nim spokojnie nie można. Ale, ach Boże! Jak to będzie! Co za straszna 

nadejdzie chwila, gdy wyjedzie! Co ja będę wtedy robiła! Co będę robiła sama!”

Co za głupia rzecz te łzy.

background image

Raptem ni stąd, ni zowąd płyną, a tu ojciec może podnieść oczy i zobaczyć!

Właśnie podniósł oczy i zobaczył. A nawet wziął Gabi na kolana.

- Ja wiem, moja dziecinko, że masz dużo zmartwień i kłopotów - powiedział cichym 

głosem.

- Nie mam, żadnych nie mam! - krzyknęła.

Ojciec uśmiechnął się i ścisnął ręce Gabi. Powiedział jej, że teraz już od kilku tygodni 

pracuje nad pewnym wynalazkiem. Drobiazg, pozornie nic, a może wielkie zmiany wywołać 

w ich życiu. Gdy już ostatnie skończy prace - wszystko się zmieni. Nie powiedział co, ale się 

zmieni.

- Pojedziemy pewnie na zimę do Warszawy.

- A czy tatusiowi do tych prac potrzebna jest także ta formuła na kamieniu?

-   Potrzebna   mi   jest   -   potwierdził   ojciec   -   oszczędzi   mi   wiele   pracy.   Czy   może 

straciliście nadzieję odszukania kamienia?

-   Ach,   nie,   odnajdziemy   go   z   pewnością,   jak   tylko   wróci   pani   Romeyowa,   zaraz 

pojedziemy do Stanisławowa!

Potem się jeszcze mówiło o prawach, które rządzą światem.

Jeśli kamień rzucisz w wodę, to z głębin wytryśnie strumień, a kolista fala rozejdzie 

się aż do brzegów. Od każdego słowa twego, od każdego czynu i wysiłku fale ogromniejące 

rozchodzą się w przestrzeni.

Gabi już teraz wiedziała, co myśleć. Powie Hubertowi, że nic z tego. Żadnej zemsty! 

Niech jej nie prawi jakichś wątpliwych zasad o sprawiedliwości i karze.

Żadnych takich!

Ona sama pójdzie jutro do pana Hipolita i powie mu, co i jak.

Że ojciec musi mieć spokój, bo z tego wyniknie wielki wynalazek, że ona prosi go 

bardzo, żeby się nawrócił. Przecież jeżeli taki straszny łotr na krzyżu nawrócił się jeszcze, to 

dlaczego on, pan Hipolit, który przecież nie jest aż takim łotrem, nie mógłby się nawrócić 

także? A w niebie będzie z tego daleko więcej radości niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu 

sprawiedliwych.

I właśnie gdy myślała o tych  dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, ósma 

godzina zapanowała nad tym letnim wieczorem i wydzwoniła swój czas w cichym pokoju, 

pełnym zmierzchu.

Gabi porwała się z krzesła i pierwszy raz zapominając  o ciszy ojcowej pracowni, 

popędziła w ogród.

XV

background image

Nad wodą i trawą stała lekka mgiełka, prześwietlona i drżąca, a Biały Dom wysunął 

się na brzeg wysokiego tarasu uroczysty i cichy. Dołem po wodzie biegły głosy zwierząt i 

ludzi powracających z pól - wesołe, niecierpliwe, a tajemnicza ściana parku kryła za sobą 

utajone, własne życie do snu się kładące.

Gabi wskoczyła do łódki, którą Hubert oddał do jej dyspozycji, i wypłynęła na środek 

rzeczki.

Wiedziała, że powinna się śpieszyć  i odpowiednio do tego energicznie walczyła  z 

wartkim prądem,  ale  jednocześnie  taki  spokój i  radość spłynęły na  nią z  pogodnej  ciszy 

wilgotnego wieczoru, że chętnie by popłynęła hen, między pola, pozostawiając Huberta i jego 

plany na koszu.

Uczepiwszy łódkę u białej przystani, weszła po schodkach na pierwszy taras i skręciła 

w młody sad Białego Domu.

W jego środku, u wylotu morelowej alei, stała suszarnia, w owej porze pełna owoców, 

które i ususzone już, i jeszcze świeże zapełniały”lasy”,  beczki i skrzynie, gotowe już do 

wysyłki.

Silny zapach moreli napełniał sad.

Naprzeciw suszarni na ławce siedział Hubert z miną skupioną i rękami w kieszeniach.

Wyszedł naprzeciw Gabi, zawrócił ją w kierunku tarasu i powiedział, że nie pójdą do 

suszarni,  tylko  do  parku,  i   że  zresztą  pewnie   zaraz   nadjedzie  matka,   bo  telefonowała  ze 

Stanisławowa, że będzie około ósmej.

- Cieszę się, Hubercie, że widzę cię w pokojowym nastroju, bo będę mogła oszczędzić 

sobie wszystkiego, co chciałam ci powiedzieć - rzekła Gabi. - A wieczór jest tak cudny, że 

wolałabym nie prawić kazań na temat przebaczenia. Widzę z radością, że i ty straciłeś ochotę 

do głupich żartów - zakończyła i przyjaźnie popatrzyła na chłopca.

Ale to spojrzenie rozwiało jej ufność.

Struchlała.

Hubert   wyglądał   jak   naładowany   worek,   który   lada   chwila   trzaśnie   od   nadmiaru 

znajdujących się wewnątrz przedmiotów. Miał minę złowrogą i uszczęśliwioną - widać było, 

że po prostu coś go rozsadza.

- Bój się Boga! - jęknęła Gabi. - Coś ty spłatał?

- Nic, anielska istoto, pełna zaparcia się siebie, nic, co by wykraczało poza ściśle 

prawem przewidziane wypadki.

- Hubercie!  - zawołała natchnionym  głosem Gabi. - Słowo ci daję, że ja i ty nie 

jesteśmy powołani do robienia na świecie sprawiedliwości. Jesteśmy oboje głupi...

background image

-...tego jeszcze nie ustalił międzynarodowy kon...

-...jesteśmy niezrównoważeni i dziecinni...

-...bądźmy jako dzieci, brzmią słowa Ewangelii.

- Hubercie, jeżeli ty...

Bywają   cuda,   może   by   głos   Gabi   dotarł   do   odmętów   duszy   młodego   przestępcy, 

gdyby nie to, że właśnie w owej chwili zabrzmiał z góry sygnał automobilowy.

Hubert   i   Gabi   pognali   schodami   w   górę,   okrążyli   dom   i   wpadli   w   objęcia   matki 

właśnie w chwili, gdy wysiadała.

- Czy nie mówiłem ci, mamo, że zawsze powinnaś mnie brać ze sobą - powiedział 

Hubert, zdejmując płaszcz z jej ramion, w mrocznym chłodzie nie oświetlonej jeszcze sieni. - 

Narobiłem przez ten czas moc głupstw, których skutki będą opłakane.

Służący   zapalał   pośpiesznie   lampę,   a   chłopiec   kredensowy   wynosił   z   samochodu 

paczki i kładł je na marmurze stołu.

- Proszę Michała zabrać to wszystko do spiżarni - powiedziała matka.

I zresztą od razu było widać, że te pakunki to herbata, kawa, czekolada, rodzynki - nic 

innego.

- Nie widzę jeszcze świec - powiedziała matka licząc paczki - gdzieś muszą być cztery 

paczki świec. Michale, proszę spytać szofera.

- Strasznie mi to wszystko przyjemnie pachnie - rzekł Hubert - założyłbym się, że tu 

gdzieś jest wanilia. Nigdy nie mogę się dowiedzieć, po co komu wanilia, ale jako zapach, to 

dobrze robi w spiżarni.

Już w bibliotece paliła się wisząca nad stołem lampa, pod żółtym abażurem.

Na   ciemnym   suknie   okrągłego   stołu   jaskrawymi   plamami   rysowały   się   okładki 

ilustrowanych pism, a pośrodku stał bukiet jasnych róż, zamierający i słodki.

- Szalenie mój chłopiec jest inteligentny - powiedziała matka - patrz, Gabi, wszystkie 

numery pism nawet nie wyjęte z opasek.

- A kto się musiał zajmować gospodarstwem? - zapytał z godnością Hubert. - Czy 

myślisz, mamo, że mi bodaj pięć minut czasu zostawało na przyjemności?

Czego się śmiejesz, Gabi, tak nieinteligentnie?

- A teraz wyjdziemy - powiedziała matka.

Naturalnie   wyszli.   Nie   było   bowiem   wypadku,   żeby   pani   Romeyowa   zaraz   po 

przyjeździe   nie   obeszła   dookoła   gospodarstwa,   sadu   i   parku,   i   było   to   przewidziane   w 

tajemnych planach Huberta.

Przed garażem chłopcy stajenni oblewali samochód z zapałem i silnym poczuciem 

background image

odpowiedzialności.

- Zrobiliśmy sto siedemdziesiąt kilometrów w dwie godziny i kwadrans - mówił z 

pozorną obojętnością szofer do stangreta, który podawał mu ognia.

-  Nie  sztuka,   jak  się ma  sto  koni  w  maszynie   - odpowiedział   stajenny dygnitarz, 

otaczając się chmurą dymu z fajki. - W rozstawne konie, po sześć do powozu, to ja bym...

- Ehe! Skończyło się z końmi, to już tylko od parady, ale nie do interesu. Ja bym 

poradził panu Stefanowi...

Plusk, plusk, długi strumień wody i świeci pudło maszyny ostrym połyskiem.

W oborze już kończono wieczorny udój. Ciepły zapach dymiącego mleka i krowiego 

nawozu bił z rozwartych szeroko wrót. Krowy porykiwały, wachlując dójki długimi ogonami, 

a twarde strumienie mleka dzwoniły o dna skopków.

Matka witała klucznicę i dziewczęta głosem, od którego wszędzie robiło się weselej i 

raźniej.

Długi szereg latarń chwiał się u słupów i oświetlał czarne tabliczki, na których kredą 

wypisane jaśniały nazwy krów, ich wiek i zalety.

Kamienna podłoga korytarza w chlewie okazała się brudna.

Dostrzegła   to   matka   zaraz,   mimo   że   latarnia   bardzo   słabo   oświetlała   długi,   niski 

budynek, w którym pachniało tłuczonymi kartoflami. Powiedziała to świniarkowi, ale chłopak 

przysiągł się na wszystkich świętych, że”za dnia było całkiem czysto, ale Franek przylazł i 

nogami zapaćkał”.

A potem weszli do zamglonego sadu, nad którym wstawał księżyc. I tu Hubert zaczął 

zdradzać   lekki   niepokój,   który   wszelako   przechodził   niepostrzeżenie   w   szarym   mroku 

wieczoru.

Było zupełnie cicho, a brzegiem uliczki rosnące matiole, rezedy, nikocjany pachniały 

z mocą, w tęsknocie za dniem gorącym, w rozkoszy świeżej nocy.

Od wody szedł lekki powiew.

- Jakże jest prześlicznie na świecie - powiedziała matka ze wzruszeniem i ścisnęła 

rękę Gabi.

-   Czy   chce   mama   zobaczyć,   ile   dziś   ususzono   moreli?   Zabrakło   skrzynek   - 

zdławionym głosem wyrzekł Hubert. - Kazałem stolarzowi...

- Mój  chłopcze,  nie zawracaj  mi  głowy swoją suszarnią  - przerwała  matka  - taki 

pachnący wieczór!

W tej chwili rozległ się tętent śpiesznych kroków i z głębi sadu wypadł przerażony 

stróż, bez kapelusza i w rozwianym kożuchu.

background image

- O Boże ty mój, pani - jęknął - szoś takie deret sia w suszni, szo Hospody Boże (ukr. - 

coś wydziera się w suszarni, Panie Boże)!

- Gdzie, w suszarni? - spytała zdumiona matka.

-  Z   początku   to  ja  myślał,   że  na  toku,   ale  jak  ja  poszedł  do  suszarni,  to   i  zaraz 

pomiarkował gdzie. Stuka, że mało nie zwali się.

- Okna otwarte? Pewno ptak jakiś wleciał - powiedziała spokojnie pani Romeyowa, 

ale Gabi poczuła, że nogi uginają się pod nią.

Fatalne podejrzenie opanowało ją w mgnieniu oka.

Rzeczywiście, z wnętrza szarzejącego wśród drzew budynku dolatywały niesamowite 

odgłosy.

Coś   pośredniego   między   rykiem,   grzmotem,   płaczem   i   biciem   w   bęben.   Nie. 

Stanowczo ptak nie mógł robić tyle hałasu.

Hubert bohatersko wysunął  się naprzód i nie zdradzając najlżejszej trwogi, otwarł 

drzwi budynku tak szybko, że nikt nie spostrzegł, iż otworzył je wyjętym z kieszeni kluczem.

Od początku swojego życia,  nigdy pani Romeyowa nie doznała tak piorunującego 

wrażenia.

Nigdy jeszcze zdziwienie jej nie graniczyło z obłędem, a w danej chwili była bardzo 

bliska utraty przytomności.

Z wnętrza suszarni jak korek z butelki wystrzelił pan Hipolit Zasobek, a spoza jego 

postaci wyłoniły się Marylka i Wiktoryna w stanie niepodobnym do opisania.

Przez   dłuższą   chwilę   wszyscy   razem   krzyczeli,   a   nad   chórem   tym   górował 

przenikliwy dyszkant stróża.

Jedynie Hubert i Gabi trwali w milczeniu i spokoju. Gabi, blada jak papier, czuła, że 

mało jej brakuje do śmierci, a Hubert, złowieszczy i panujący nad sytuacją, upajał się sceną tą 

jak zatrutym winem.

Kiedy nastała pierwsza sekunda ciszy - Hubert wysunął się na widownię i powiedział 

z wyrafinowaną uprzejmością:

- Mój Boże, mam wrażenie, że to ja narobiłem całej biedy, osobiście przed godziną 

zamykając drzwi suszarni. Nie mogę jednej tylko rzeczy pojąć, jakim sposobem państwo 

znaleźli się w środku? - zapytał z takim zainteresowaniem i niewinnością, że pani Romeyowa 

zaczęła podejrzewać coś złego.

-   Dobrze   to   wiesz,   smyku   jeden!   -   zakrzyczał   pan   Hipolit,   który   w   owej   chwili 

przypominał sagan gotującej się wody.

- Jakiż śmiertelnik mógł przewidzieć coś tak niespodziewanego? - westchnął pogodnie 

background image

Hubert. - Przecież wszedłem do środka i nawet rozglądałem się dokoła.

Zastanowiło   mnie,   że   nie   ma   kłódki,   i   dlatego   drzwi   zamknąłem   kluczem,   który 

miałem u siebie. Czy by mamie przyszło na myśl, że za piecem albo między skrzynkami 

mogą się znajdować trzy osoby tej miary, co pan Hipolit albo Wiktoryna? A zresztą w jakim 

celu? Cel przecież jest tak zagadkowy! Ale najserdeczniej panu obiecuję, że odtąd, ile razy 

zechcę coś zamknąć na klucz, choć to była moja szuflada na krawatki, zawsze przedtem 

sprawdzę, czy nie ma w środku pana albo tej zacnej Wiktoryny!

Pan Hipolit dreptał na miejscu z wściekłości, nie mogąc przyjść do słowa.

- Więc ja to pani mówię, ja - ryknął w końcu - że ten nicpoń zwabił nas do środka, 

ażeby potem zamknąć. A jeżeli z niego nie wyrośnie łotrzyk, to niech pani dziękuje Bogu. 

Chodźcie, Marylko i Wiktoryno, noga nasza tu więcej nie postanie - i smutny orszak zniknął 

w mroku sadu.

A pani Romeyowa jeszcze stała nieruchomo, w poczuciu, że jakiś obłęd padł na jej 

otoczenie i że za chwilę sama będzie musiała chodzić na głowie i krzyczeć jakieś wyrazy bez 

związku i treści.

Czuła tylko nieomylnie, że Hubert był reżyserem tej wesołej sztuczki i na niego padło 

jej oko przerażone i gniewne.

Gabi chciała powiedzieć Hubertowi, że postąpił niegodnie, ale zrozumiała nagle, że 

już za późno. Tak, teraz pozostaje już tylko solidarne stanowisko przy jego boku i udział w 

burzy, która na niego spadnie.

Czyż nie w jej obronie rozpętał te żywioły, spowodował kataklizm?

- Boże ty mój, Boże - jęczał cicho stróż - żeby taki pan, żeby taka panienka! W cudze 

włazić! Jej Bohu, żeby ja nie widział, toby i nie uwierzył!

W głębokiej ciszy weszła pani Romeyowa, a za nią Hubert i Gabi na taras i zatrzymała 

się przy balustradzie.

- Może wytłumaczysz mi teraz - rzekła zimno.

-   Widziałem,   jak   najpierw   przemknęła   się   Wiktoryna   i   schowała   za   piecem   - 

odpowiedział bez wykręów Hubert - a potem dojrzałem pana Hipolita i Marylkę, wsunęli się 

cicho i ukryli przy ścianie za pakami moreli. A potem wszedłem do środka, pogwizdałem 

chwilę,   by   im   czas   oczekiwania   skrócić,   wyszedłem   i   zamknąłem   drzwi   na   klucz.   To 

wszystko. Na pana Hipolita liczyłem, ale Marylka i Wiktoryna były mi słodką niespodzianką 

- zakończył skromnie.

Nawet cień, uśmiechu nie przemknął po ustach matki.

- Ale jakim sposobem zwabiłeś ich do środka? - indagowała dalej.

background image

- Zwabiłem? Nie, naprawdę!

Powiedziałem tylko Gabi, że dziś w suszarni pokażę jej sposób, jaki obmyśliłem na 

pana Hipolita. Marylka to podsłuchała i stąd cała awantura. Ale że i Wiktoryna da się unieść 

ciekawości, o tym nie śmiałem nawet marzyć! Ach, mamo, pozwól mi się pośmiać choć przez 

pięć minut, bo pęknę!

- Śmiej się - powiedziała matka takim głosem, że Hubert stracił ochotę do śmiechu.

Wracali powoli po schodach, na których kładły się światła jasnych okien. Już było 

ciemno.

Pani Romeyowa powiedziała, że nie chce jej się wierzyć, by Gabi brała udział w tej 

sprawie.

- Nie brała - zaprotestował Hubert.

- Brałam - potwierdziła Gabi.

XVI

Pani Romeyowa niewiele miała Hubertowi i Gabi do powiedzenia.

To tylko, że nigdy nie spodziewała się po nich czegoś podobnego.

Niech sobie Hubert załatwia swoje porachunki z rówieśnikami, ale niech sobie nie 

wyobraża, że ma prawo wymierzać sprawiedliwość ludziom dorosłym.

Zanim zacznie ich sądzić, niech poczeka na odpowiednią liczbę lat i tytuł prawnika. Z 

tego więc punktu widzenia sprawa ta upada.

Pozostaje więc głupi, niesmaczny żart, na który pozwolił sobie względem dwojga 

ludzi starszych.

Matka zakończyła wyrażeniem nadziei, że Hubert i Gabi wiedzą, co im pozostaje do 

zrobienia.

Tu jednak zaszedł epizod dla Gabi nieoczekiwany. Hubert ściągnął brwi - powiedział:

- Przenigdy - i nie żegnając się z nikim poszedł do swego pokoju na pierwszym 

piętrze.

A pani Romeyowa poczęła krążyć po bibliotece z zaciętymi ustami i zdecydowaną na 

wszystko miną.

Teraz Gabi już nie wiedziała, co wypada jej uczynić. Czy iść do domu, by nie być 

świadkiem tej wojny domowej, której wyniku nie umiała przewidzieć, czy też trwać mężnie 

na stanowisku i wypić swoją czarkę goryczy do dna.

W   chwili   tego   wahania   nadszedł   służący   i   oznajmił,   że   kolacja   podana.   Pani 

Romeyowa już była zupełnie spokojna, a nawet wesoła.

Wzięła Gabi pod rękę i przeszły do sali jadalnej.

background image

- Ja muszę iść do domu...

Obiecałam wrócić o wpół do dziesiątej - powiedziała Gabi.

- No to właśnie masz jeszcze dwadzieścia minut. Zjemy prędko i odprowadzę cię do 

rzeki.

W   tej   chwili   chłopiec   kredensowy   powrócił   z   góry   i   oznajmił,   że   panicz   bardzo 

przeprasza, ale nie może zejść na kolację.

Pani   Romeyowa   pozornie   nie   zwróciła   na   to   uwagi,   ale   Gabi   spostrzegła,   że 

odetchnęła głębiej i jakby z trudnością.

Sala jadalna, wyłożona ciemnym, lśniącym dębem, specjalnie się nadawała do scen 

tragicznych, toteż Gabi ogarnęły najgorsze przeczucia.

- Czy zanieść paniczowi kolację na górę? - zapytał Michał.

- Nie potrzeba - krótko odparła pani, a potem znowu mówiła do Gabi o rzeczach 

obojętnych, nie zwracając uwagi na jej błagalne spojrzenia i na wyraźną, choć milczącą, urazę 

Michała.

Hubert zaś ciskał się po swoim pokoju jak lew w klatce.

Czyż matka tego nie rozumie, że żąda od niego rzeczy niemożliwej, nie_mo_żli_wej!

Jakże ma przepraszać pana Hipolita, skoro nie czuje swej winy. Nie może zresztą 

przepraszać! Nigdy i nikogo.

Przepraszają   ludzie   słabi,   a   on   jest   mocny,   wszystko   na   świecie   będzie   od   niego 

zależało.

Wszystko na świecie będzie w jego ręku i jego mocy.

Stanął w oknie i zatopił oczy w księżycowej nocy. W tę przestrzeń niezmierzoną i 

tajemną może iść i zdobywać.

Może jej wydrzeć tajemnice wszelkie. Przejmie i zachowa dla siebie mądrość wieków 

przeszłych, pod przyszłości gmach zwycięski położy węgielny kamień.

W tym świecie głębokim, nad którym dzień powstaje i noc zapada, wszystko należeć 

będzie do niego, jeśli tylko wyciągnie ręce.

Jeśli także nauczy się władać sobą.

Skąd to przypłynął ku niemu ten głos? Z jakich wspomnień odległych?

Hubert zagryzł usta aż do krwi.

Nie ma większego zwycięstwa nad sobą, jak uznać swoją winę i wypowiedzieć ją 

głośno. Jakąż w tej sprawie rolę odgrywa pan Hipolit? Żadnej. Można go szanować albo nie, 

nie zmienia to faktu, że Hubert zawinił, że postąpił jak rozpuszczony łobuz.

Przepraszają nie pod przymusem, ale z własnej woli, w poczuciu winy, właśnie tylko 

background image

ludzie mocni i zbyt dumni, aby w stosunku do kogoś pozostać w winie.

Już czuł to Hubert, ale nie chciał jeszcze tego uznać.

Księżyc wzniósł się ponad drzewa i błysnęła w dole smuga cichej rzeczki. Wysunęły 

się z mroku drzewa i krzewy, zaświeciła biel schodów. W salonie paliły się lampy i trzy 

długie prostokąty światła padały na pierwszy taras. Na łące za sadem Gabrieli ktoś grał na 

fujarce.

Potem Hubert zobaczył w środkowym kwadracie światła dwa cienie - to matka i Gabi 

wychodziły z salonu. Gabi uczepiła się ręki matki i schodziły razem, coraz niżej, ku rzece. 

Hubert dobrze wiedział, co myśli teraz matka, każde drgnienie jej serca znał i każde słowo.

Czyż nie kochała go całą mocą swej duszy gorącej i prawej?

Czyż kiedykolwiek w życiu, gdy rzekła tak lub nie, co innego miała na celu jak dobro 

i sprawiedliwość? O tak! Mógł jej zaufać teraz i zawsze, że wszystko, co uczyni, będzie 

zgodne z prawami, które powinny rządzić człowiekiem!

Hubert zbiegł ze schodów i poszedł naprzeciw swojej matki.

XVII

Samochód już stał u podjazdu, a pani Romeyowa czekała w sieni w towarzystwie 

Marylki i Gabi, gdy Hubert powrócił z Canossy.

Pana Hipolita nie zastał, co mu znacznie poprawiło humor. Kto wie, może się jakoś to 

wszystko upiecze.

Wyjął z rąk Michała płaszcze i sam ubrał dziewczynki, od wczoraj bowiem powróciła 

mu rycerskość i galanteria, której był już nieco zaniechał.

- Lato wpływa na mnie demoralizująco - powiedział do matki - robię się rozpuszczony 

i poufały.

Gabi nie bardzo się to podobało, wolała mieć towarzysza i przyjaciela niż trubadura, 

ale Marylka była zachwycona i przybrała minę, z której można było wyczytać, że jeśli tak 

dalej pójdzie, gotowa jest przebaczyć wczorajsze zajście, a może nawet zapomnieć o nim.

- Radzę wam,  moje dziewczynki,  polecić  duszę Bogu - powiedziała  rzewnie pani 

Romeyowa,   gdy   Hubert   otuliwszy   paniom   nogi,   zapinał   rękawiczki   -   bo   dziś   ten   młody 

człowiek będzie miał w rękach nasze losy.

Hubert zrobił obrażoną minę i siadł przed kierownicą. A potem wyjechał za bramę i 

skręcił   na   drogę   tak   płynnie   i   pewnie,   że   Marylka   ochłonęła   nieco   i   wtuliła   się   w   głąb 

siedzenia z większym już zaufaniem.

Ilekroć   dane   mu   było   prowadzić   samochód,   Hubert   doznawał   uczucia   niebywałej 

rozkoszy.

background image

Jego żądza panowania znajdowała tu doskonały wyraz, a poczucie, że od malutkiego 

ruchu koła, które trzyma w ręku, zależy życie lub śmierć, upajało go jak wino.

Gdy po długiej drodze wjechali do miasta, pani Romeyowa kazała zatrzymać maszynę 

przed hotelem i wszyscy poszli do numeru, by oczyścić się trochę z kurzu.

Matka postanowiła, że do czyścibuta pójdzie tylko z Gabi.

- Nie możemy się przecież rzucać na niego całą bandą.

Przerazi się, dojdzie do przekonania, że przycisk jest ze szczerego złota, i zażąda Bóg 

wie ile. Siedźcie tu, moje dziatki, i czekajcie, a my z Gabi zaraz wrócimy. NIe bójcie się, nie 

wyglądajcie oknem i nie bawcie się zapałkami!

Ale nie chcieli siedzieć.

Powiedzieli, że zupełnie nie widzą racji pozostania w paradnym numerze hotelu.

Oleodruki na ścianach nie są dostatecznie oryginalne, by im poświęcać więcej czasu. 

Owszem -

„Unia Lubelska” to piękna rzecz, czemuż jednak wygląda tu tak żółto? I przy tym 

muchy   za   dużo   już   jej   poświęciły   uwagi,   nie   szanując   nawet   królewskiego   oblicza   ani 

alabastrowych rąk Beaty Kościeleckiej.”*

Beata Kościelecka - znana z urody i charakteru córka doradcy Zygmunta Starego, 

Andrzeja Kościeleckiego, matka słynnej Halszki Ostrogskiej. Jan Matejko przedstawił ją w 

kilku obrazach historycznych z XVI w.

Zeszli   więc   wszyscy   razem   po   schodach   ozdobionych   sztucznymi   palmami, 

czerwonym chodnikiem i portierem w czapce z galonami.

Potem Hubert i Marylka kazali sobie podać lody pod prążkowaną markizą hotelowej 

cukierni, a pani Romeyowa i Gabi ruszyły poprzez rynek ku chłopcu.

Był nieprawdopodobnie maleńki i zwinny. Pochylał czarnowłosą głowę w prawo i w 

lewo, wysuwał czerwony jęzor i czyścił buty jakiegoś ponurego pana z taką ochotą i zapałem, 

jak gdyby w tym właśnie mieściła się cała uroda życia.

- Już na nic są te buty - powiedział posępnym głosem pan z miną samobójcy.

- Ta gdzież! - oburzył się czyścibut. - Całkiem jeszcze eliganckie. O, jak się błyszczą!

Obcas to się ta trocha przytarł, ale cholewki jak nowe! Żebym to ja takie miał!

- Potrzebne to tobie? - powiedział pan. - Nie możesz chodzić boso? Coś takiego!

- Móc, to ja mogie - przyznał wesoło chłopak. - Tylko jakbym takie miał, tobym i 

boso chodzić nie potrzebował! A żeby pan dobrodziej co dzień mi kazał czyścić, toby i buty 

dłużej trwali. Strasznie buty pękają od tego błota i kurzu.

- Ehe! - powiedział jegomość.

background image

- A od starości to nie?

- A dalibóg, że nie! - gorąco zaprzeczył chłopak. - Ja miał raz takie fajne buty, że no!

Nic, tylko ja ich czyścił i czyścił. I całe były, że ani jednej dziurki, tylko co podeszwy, 

to już takie były jak sito. A raz, że ja ich zapomniał oczyścić, jak to mi dziecko zachorowało, 

i na drugi dzień to szukam ja bucisków i szukam... nigdzie nie ma! Aż patrzę, leży jakaś 

dziura, a przy niej obcas!

Tak się przez tę jedną noc poharatały.

- A będziesz mi to darmo czyścił? - zapytał pan z szatańską ironią.

- Ja toby i czyścił - powiedział ochotnie chłopak - tylko za co kupię dziecku żarcia?

Gabi   zauważyła,   że   pani   Romeyowa   ma   jakieś   wilgotne   oczy   i   nienaturalnie 

uśmiechnięte usta.

Wzięła Gabi za rękę i weszła do sklepu z obuwiem.

- Proszę o parę bucików dobrych, jak najmocniejszych.

Który numer? Taki, jak na tę panienkę. Nie ma nic lepszego?

- Aj_waj, co pani dobrodziejka sobie mówi? Lepsze? Une już nie mogą być lepsze, 

une są najlepsze. Jeden parad!

Już pani Romeyowa z powrotem była przy chłopcu. Siedział na swoim stołeczku i 

starannie zawiązywał w róg chustki monety, dane mu przez męczeńskiego pana.

- Oczyść no mi buciki, mój mały - powiedziała pani stawiając nogę na stołku.

- Całuję rączki pani dobrodziejce! - krzyknął z zapałem chłopak.

Rzekł z uznaniem:

- Ehe, to lakry! Szczotki ani ani! Samym suknem!

Czyścił   z   namaszczeniem,   jak   gdyby   odprawiał   jakieś   szczególnie   uroczyste 

nabożeństwo. Przekrzywiał głowę i przez zmrużone oczy badał efekt swych wysiłków na 

niepokalanie lśniącym pantoflu.

- To ty masz dziecko? - spytała pani poważnie.

- A pewnie, że mam! O, tam łazi! - powiedział chłopak. - Proszę o drugą nóżkę, pani 

dobrodziejko.

Pani Romeyowa postawiła drugą nogę na stołku.

- Sam na nie pracujesz? - spytała patrząc na jasnowłosego malca, który grzebał się w 

rynsztoku.

-   Pan   radca   nie   chce   na   niego   pracować   ani   pan   prezes   -   powiedział   chłopak   z 

humorem - to już chyba ja muszę.

- To twój brat?

background image

- Brat to brat! - przyznał zgodnie. - Tylko że to siostra!

Pani   Romeyowa   podniosła   głowę   i   patrzała   na   białe,   pierzaste   obłoki,   sunące   po 

szafirowym niebie. Potem spytała chłopca o kamień.

Zdziwił się niezmiernie, aż przestał czyścić.

- Taż przecie był tu wczoraj jeden, taki gruby, i kupił - oznajmił z żalem.

Gabi załamała ręce.

- Gruby - krzyknęła - czerwony?

- Czerwony to on był i targował się jak Żyd. A kamienia to mi tak żal, że ja by już 

oddał ten złoty czterdzieści groszy, czy co!

- Pan Hipolit! - powiedziały pani Romeyowa i Gabi jednocześnie.

- Może i panience pantofle oczyścić? Całkiem brudne - zaproponował chłopiec.

Pani Romeyowa podała mu kupione przed chwilą buciki i spytała o adres.

Chłopak zdawał się nie rozumieć. Trzymał w ręku obuwie i przyglądał się uważnie.

- Oczyścić? - zapytał niepewnie.

- Czyść sobie, jeśli chcesz - powiedziała pani - one są twoje.

- Takie nowe? - zapytał z niedowierzaniem.

- To zadatek. Ile razy będę w mieście,  musisz mi  oczyścić  buciki. Bywaj  zdrów! 

Mieszkasz na ulicy Lwowskiej, tak? Pod piętnastym. Bardzo dobrze.

Wróciły do hotelu w opłakanym stanie ducha. Gabi omal że nie płakała - nie chciała 

jeść lodów.

- Już teraz wszystko przepadło - powtarzała cicho i boleśnie.

Marylka przyjęła wiadomość ze stoicyzmem. Powiedziała, że to było do przewidzenia, 

że pan Hipolit zechce się jakoś zemścić, a przecież wszyscy sąsiedzi wiedzą o przycisku.

- Skąd wiedzą? - zapytał z ironią Hubert, rozgniatając różowe lody na talerzyku. - Ja 

im o tym nie mówiłem ani Gabi.

Ręczę.

- Och! Może ja kiedyś powiedziałam - niedbale rzekła Marylka. - Nie przypominam 

sobie, ale może.

Już teraz Gabi i Hubert wiedzieli, kto to podsunął panu Hipolitowi dowcipny pomysł 

zemsty.

I rzecz dziwna, po raz pierwszy Hubert sobie przypisał winę.

- Oto świetny przykład dokąd prowadzi zemsta - powiedział sobie pełen upokorzenia.

I aż krew go zalała na myśl, że teraz akt skruchy wobec pana Hipolita będzie się 

musiał zbiec z prośbą do niego.

background image

XVIII

A więc kamień ten, w poszukiwaniu którego od miesiąca mierzyli wszerz i wzdłuż 

ziemię   stanisławowską,   znajdował   się   tu   właśnie   za   rzeczką,   w   tej   pretensjonalnej   willi, 

ozdobionej szeregiem brzydkich kul z kolorowego szkła?

Stan ducha Huberta mógł być porównany do samopoczucia człowieka, który idzie do 

dentysty.

Stał nad wodą, oparty o marmur balustrady, i starał się przybrać obojętną minę.

Zobaczyła go ze swego ogrodu Gabi i... zdecydowała się błyskawicznie.

Wpadła do domu, wymyła ręce i galopem popędziła do willi.

„Chłopcom jest znacznie trudniej prosić niż dziewczynkom - myślała w trakcie drogi - 

a   zresztą   ja   nie   potrzebuję   go   przepraszać.   O   ten   kamień   mnie   głównie   chodzi,   a   nie 

Hubertowi.

To bardzo ładnie z jego strony, że wziął wszystko na siebie, ale ja nie powinnam była 

się zgodzić”.

Z willi wypadł na nią mops i szczekał z wyrazem twarzy nie wróżącym nic dobrego.

Pan Hipolit siedział na oszklonej werandzie i czytał gazetę.

- Czy... czy mogę wejść?

- Proszę - powiedział szorstko - czego chcesz?

- Ja... Proszę pana, pan mapodobno ten przycisk, a on nam jest koniecznie potrzebny. 

Jeśli go nie znajdziemy, to tatuś będzie musiał na nowo całymi miesiącami pracować, by 

odnaleźć tę formułę...

- Tę formułę? Co takiego?

- Tę, co jest wypisana z drugiej strony. To będzie wielki wynalazek, proszę pana. Z 

dziedziny chemii.

- Czyś ty oszalała? - zapytał pan Hipolit z zainteresowaniem.

- Nie, naprawdę nie. Tylko... po co panu ten kamień? Ja wiem, że pan chciał się na nas 

zemścić, ale to straszna zemsta, proszę pana. Niech pan lepiej co innego wymyśli, mój drogi 

panie!

Bo za cóż ma cierpieć mój tatuś i cała ludzkość?

- Ludzkość! - ryknął pan Hipolit, którego, nie wiadomo dlaczego, to właśnie słowo 

wytrąciło z równowagi. - A co mnie obchodzi twoja ludzkość?

Mów, czego chcesz i wynoś się.

- Kamienia - powiedziała Gabi ostatnim wysiłkiem odwagi.

- Nie mam go - ponuro odrzekł jegomość.

background image

- Przecież my wiemy, że go pan kupił...

- Kupiłem go, a teraz nie mam.

Idź sobie, bo nie lubię patrzeć na ciebie.

- Proszę pana...

Jegomość zerwał się nagle jak ukąszony, wpadł do pokoju i dwa razy przekręcił klucz 

w zamku przed nosem struchlałej Gabi.

Nie było na co dłużej czekać.

Ostatecznie zgnębiona powlokła się do domu.

W bramie zobaczyła, że Hubert przybija do brzegu i wysiada z łódki. To ją ocuciło. 

Pędem zbiegła ku rzeczce.

- Hubercie - powiedziała ze smutkiem - wracaj do domu, na nic się nie zda twój 

wysiłek.

Powiedział, że nie ma kamienia, i zatrzasnął mi drzwi przed nosem. To zły człowiek, 

nie powinieneś iść do niego.

Prawie radość owładnęła chłopcem, ale natychmiast ją powściągnął.

- Mimo to pójdę - powiedział stanowczo.

- Błagałam go...

- To nic, muszę spełnić, co do mnie należy - twardo rzekł chłopiec. - Dziękuję ci, 

Gabi, idź do mamy i czekaj na mnie.

Na ganku zastał już Marylkę bawiącą się z mopsem.

- Ach - powiedziała z domyślnym uśmiechem czarująca dziewczynka. - Czy może 

chcesz się widzieć z panem Hipolitem?

Zaraz go poproszę - i wbiegła do domu, zostawiając na werandzie Huberta, który 

walczył ze śmiertelną ochotą zadławienia mopsa.

Brutalna, kretyńska fizjonomia tego psa doprowadzała go do rozpaczy.

- Przede wszystkim przyszedłem przeprosić pana za nietakt, którego dopuściłem się 

względem niego - powiedział Hubert wyraźnie, z taką godnością i prostotą, że triumfująca 

Marylka poczuła się nagle unicestwiona.

Jakże zupełnie nie liczył  się z nią ten chłopiec, jeśli nie zawahał się ani sekundy 

powiedzieć tego przy niej! Było wyraźne, że czy jest obecna, czy jej nie ma, to dla Huberta 

zgoła   jest   obojętne.   W   chwili   owej   doznała   Marylka   tego   najdotkliwszego   sposobu 

miażdżenia przeciwnika, jakim posługują się tylko ludzie silni.

Pan Hipolit poczerwieniał jak burak i chwycił ręce chłopca.

- Bardzo dobrze, mój drogi, bardzo dobrze! - zawołał. - W twoim wieku robi się różne 

background image

głupstwa. Zresztą co tu mówić!

Nie powinienem był włazić do tej głupiej suszarni. Ale na wojnie używa się wszelkich 

sposobów i każdy ma być podobno dobry, jeśli się uda. A ja chciałem zbadać, jaki to sposób 

obmyśliłeś na mnie. No i zbadałem... Sprytny z ciebie...

- Pan Hipolit nie dokończył, tylko ryknął śmiechem, od którego mops porwał się na 

nogi i szczeknął parę razy, z wyraźnym niezadowoleniem.

- Wobec tego, że nie ma pan do mnie żalu - powiedział uprzejmie Hubert, który jakoś 

nie miał ochoty do śmiechu - może zechce pan spełnić moją prośbę. Gorąco pana proszę o 

odstąpienie nam kamienia, który pan nabył dwa dni temu w Stanisławowie. Tak bardzo mi na 

tym zależy...

- Ba, mój chłopcze, kiedy go nie mam - powiedział pan Hipolit poprzez łzy śmiechu, a 

mina jego wydawała się Hubertowi tak niecnie złośliwa, że od razu przejrzał jego zamiary.

Tak, udaje, że przebacza, że jest przyjaźnie usposobiony, a jednocześnie pastwi się 

nad nim i nad Gabi, i nad wszystkimi w ogóle.

W jednej sekundzie wszystko przewróciło się w chłopcu i zawrzało.

- W takim razie przepraszam pana - powiedział z lodowatą miną i, skłoniwszy się 

wyniośle, zeszedł ze schodów i ruszył ku rzece.

- Stój - krzyczał za nim, krztusząc się od śmiechu, jegomość - ja po... on spa... ty... 

zaraz...

Ale Hubert ani się obejrzał.

Mógł rozmawiać z wrogiem otwartym, ale nie z bazyliszkiem, który udaje pokojowe 

zamiary, a jednocześnie wyśmiewa się i natrząsa!

Zastał matkę i strapioną Gabi na drugim tarasie pod platanem.

Chłopiec kredensowy nakrywał stół obrusem, a Michał niósł tacę z podwieczorkiem. 

Pachniało miodem.

Pani Romeyowa wypytała dokładnie o wszystko. Kazała Gabi i Hubertowi powtórzyć 

każde słowo rozmowy. A potem jadła, nic nie mówiąc i widocznie nad czymś rozmyślała.

- Ja już postanowiłem - rzekł Hubert - zrobię napad na jego dom i wykradnę mu ten 

kamień, a na biurku zostawię dwadzieścia złotych i uprzejmy liścik.

Pani Romeyowa powzięła inny projekt. Nic jeszcze na razie nie mówiła, ale oczy 

błyszczały jej zadowoleniem i jadła prędko, wcale nie zwracając uwagi na to, co je.

Osy latały nad miodem. Duże psy Huberta, dog i pointer,”* leżały spokojnie na żwirze 

tarasu, uważne i wyczekujące.

Pointer (ang.) - wyżeł angielski o krótkiej sierści w łaty.

background image

Potem chodzili razem po parku, ale matka ciągle jeszcze nie chciała mówić o swoim 

projekcie.

Zbaczała ze ścieżek i wyrywała chwasty spomiędzy krzewów i trawy. Mówiła także, 

że musi ustawicznie walczyć z furmanem, który chce, ażeby trawniki wysoko rosły, aby mieć 

siano dla koni. Mówiła, że to nie ma sensu. Każdy wie, że jak trawa raz się wykłosi, to już 

nigdy potem nie będzie ładnych  trawników, chyba  na nowo zasiewać.  Śmieszny jest ten 

Stefan, czyż nie dosyć siana z łąk dla jego koni?

- Ach, mamo, na śmierć nas zadręczysz! - jęknęła Gabi, która w chwilach ważnych 

nazywała panią Romeyową, matką.

- Oto masz, Gabi, malutki przykład tego, jak mnie traktuje moja matka - tragicznie 

powiedział   Hubert.   -   Od   dziś,   mamo,   palę   papierosy,   bo   nie   widzę   innego   sposobu 

uspokojenia nadszarpanych nerwów.

Siedli na łące na kopce siana.

Matka patrzała w niebo i mówiła, że są zapachy wesołe i smutne.

Konwalie pachną rzewnie, chryzantemy tragicznie, a siano wesoło i tak, że ma się 

wtenczas ochotę na wszystko na świecie.

Po prostu chciałoby się wszystko pochwycić i skakać z radości.

Jakże cudownie pachnie.

Poza tym nie dbała o nic.

Owszem, niech Hubert pali papierosy, a Gabi umiera z ciekawości.

Gdyby trzeba było choć na chwilę uwierzyć w to, że naprawdę jest jej wszystko jedno, 

byłaby to po prostu katastrofa.

- Mamo, nie jest ci wszystko jedno. Nie jest - twierdził Hubert ze śmiechem, ale i z 

niepokojem w głosie.

Wtenczas matka roześmiała się.

Zburzyła mu uczesanie, obsypała sianem i w rezultacie powiedziała -”owszem” - ale 

już nikt w to nie wierzył.

XIX

Pan Hipolit zabierał się do wypalenia wieczornej fajki, gdy posłyszał, że pod ganek 

zajeżdża   rozklekotany   wehikuł,   który   poznał   natychmiast   po   swoistym   dźwięku   wiadra, 

przywiązanego między kołami rozbitych resorów.

Była to jedyna miasteczkowa dorożka, przywożąca podróżnych z kolei.

- Kogo to diabeł niesie? - zaniepokoił się gruby jegomość, przerażony perspektywą 

przyjmowania gości.

background image

Franek   zadudnił   bosymi   piętami   po   drewnianej   podłodze   werandy   i   oznajmił,   że 

przyjechało jakieś państwo. Niby pan i pani, a jeden to całkiem mały.

- Co za jedni? - zapytał pan Hipolit.

- Żeby ja wiedział, toby ja i powiedział, ale po prawdzie, to całkiem nie wiem - 

przyznał niefrasobliwie Franek. - Pytają o pana i czekają.

Długą chwilę wahał się pan Hipolit, wypada czy nie wypada wyjść w brudnej kurtce, 

w końcu rozstrzygnął kwestię na korzyść kurtki i wszedł do salonu, gdzie panował mrok, nie 

rozproszony nędznym światłem jedynej, anemicznej świecy.

Z fotela podniosła się dama tęga i siwa, o brwiach krzaczastych i stanowczym wyrazie 

podsiniałych oczu. Obok niej stał pan w średnim wieku, bardzo nieduży, ale jakoś oryginalnie 

zaokrąglony, z krótką, kwadratowo przystrzyżoną brodą. Wreszcie po drugiej stronie stołu 

tkwił wyrostek w gimnazjalnej kurtce, o brwiach zrośniętych i przylizanych włosach.

- Z kim mam przyjemność? - zapytał pan Hipolit dość niechętnie.

Dama skłoniła głowę i rzekła niskim głosem:

- Pan wybaczy, że trudzimy go o tak późnej porze, ale sprawa jest ważna i pilna. 

Nazywam się Nowacka, a to mój mąż i syn. Pan słyszał o nas?

- Wybaczy pani, ale...

- Nie słyszał pan? To bardzo możliwe na takim partykularzu! - westchnęła dama. - 

Mój mąż jest profesorem uniwersytetu we Lwowie i wielkim wynalazcą.

Władysławie, powiedz coś temu panu!

-   Tak,   właśnie   moja   żona   ma   rację   -   rzekł   starszy   pan   nienaturalnie   zdyszanym 

głosem.

Wyrostek   wiercił   się   na   kanapie   niespokojnie   palcem   wydłubując   dziurkę   w 

popękanym obiciu.

- Przyjeżdżamy wprost z kolei do pana - ciągnęła dama - a sprawa jest taka. Agenorku, 

dlaczego nic nie mówisz?

Wyrostek poruszył parę razy językiem, ale nie wydał pożądanego dźwięku.

-   Ja,   proszę   pana,   pracuję   razem   z   mężem   w   laboratorium   jego.   Agenorek   nam 

pomaga - on na oko tylko przedstawia się tak głupio - wtrąciła nawiasem.

- I właśnie jesteśmy na drodze do wielkich odkryć... - raptem zniżyła głos i rzekła 

tajemniczo: - od dawna już walczymy z panem Korniaktem, sąsiadem pana, a teraz doszła nas 

wiadomość   (przez   panią   Romeyową,   która   odwiedziła   nas   we   Lwowie),   że   zaginęła   mu 

formuła bardzo ważnego odkrycia.

Głos damy zaczął drżeć, widocznie bardzo była wzruszona.

background image

Puściliśmy się na poszukiwania przycisku, na którym właśnie ta formuła jest wyryta, i 

dziś w Stanisławowie dowiedzieliśmy się, że pan jest w posiadaniu tego kamienia. Prawda, 

Władysławie? - dokończyła zdławionym głosem.

- Proszę pani, ja... - zaczął zdumiony pan Hipolit.

- Zaraz, zaraz - krzyknęła dama - gotowi jesteśmy zapłacić panu za ten kamień tyle, ile 

pan zażąda.

- Ale, bo ja...

- Ależ w tej chwili. Dlaczego pan mi przerywa - oburzyła się dama - gotowi jesteśmy 

przypuścić pana do połowy zysków w eksploatacji tego wynalazku.

Nagle stało się coś dziwnego.

Pan Hipolit porwał się na nogi i trzasnął pięścią w stół, aż popielniczka podskoczyła 

na nim jak piłka i potoczyła się na podłogę.

-   Cóż   to  ja  złodziej   jestem?   -  wrzasnął   czerwony  z   gniewu  jegomość.   -  Złodziej 

jestem,   żebym   miał   sprzedawać   cudze   wynalazki?   Wynoś   mi   się   pani   ze   swoim 

Władysławem. Człowieka nie szanują w jego własnym domu! Nie mam tego kamienia, ale to 

asani powiadam,  że gdybym  go miał,  to wolałbym  go zjeść w galarecie  niż go jejmości 

sprzedać za miliony! Wynalazcy cudzą krzywdą!

-   Nie   ma   go   pan   naprawdę?   -   jęknął   wyrostek   tak   rzewnym   głosem,   że   Hipolit 

błyskawicznie ochłonął.

Chwilę patrzył uważnie na zebrane towarzystwo, a potem wziął wyrostka za ramię, 

podprowadził do świecy i przyglądał mu się z natężeniem.

Nagle puścił chłopca, szybko pobiegł ku kanapie, padł na nią i ryknął śmiechem:

- Cha, cha, cha, nie, daję słowo, to komedia! - wyjęczał wśród spazmów śmiechu. - A 

to pociecha!

- Tak, tak - przyznała smutnie pani Romeyowa zdejmując perukę - rzeczywiście to 

my. Znam pana, mój drogi sąsiedzie, i wiedziałam, że jeśli uda nam się rozweselić pana, to 

potem uzyskamy już od niego i przebaczenie, i to, o co nam tak bardzo chodzi!

Pan Hipolit już stał na nogach, ale brzuch trząsł mu się jeszcze jak beczka na wozie.

Ucałował   rękę   pani   z   wielką   uprzejmością   i   chciał   coś   powiedzieć,   ale   spojrzał 

nieopatrznie na kwadratową brodę Huberta i jego zdziwione łuki brwi i znowu zachwiał się ze 

śmiechu.

- Niech ten chłopiec odczepi brodę i żołądek, bo zginę - wyjęczał.

Łatwiej to było jednak powiedzieć niż zrobić. Hubert rozpoczął namiętną walkę ze 

swoją brodą bez widocznego jednak rezultatu.

background image

Jedna   Gabi   nie   brała   udziału   w   ogólnej   wesołości.   Trzęsła   ręką   pana   Hipolita   i 

daremnie   starała   się   doprowadzić   go   do   przytomności.   W   końcu   gwałtowny   zarówno   w 

gniewie, jak i śmiechu jegomość uspokoił się zupełnie.

I wówczas ujawniła się cała bezcelowość tej maskarady.

Kamienia naprawdę nie było w willi.

- Utopił mi się - wyznał ze wstydem pan Hipolit - kupiłem go, bo chciałem się z wami 

podroczyć, a potem go oddać panu Korniaktowi na zgodę. Dałem go Frankowi do wymycia, 

że to był zapaćkany szuwaksem. A ten gamoń utopił mi go w studni. Ale tego to już chyba 

pani dobrodziejce nie zapomnę, że mnie wzięła za złodzieja.

Pani Romeyowa zaprzeczyła gorąco.

- Nie, nie, cóż znowu!

Chodziło wyłącznie o rozśmieszenie groźnego sąsiada.

„Śmieję się - więc jestem rozbrojony”. Czyż pan Hipolit nie wiedział o tym? Przez 

cały czas Gabi płakała. Siadła na fotelu, wtuliła ręce między kolana, a szminka na jej twarzy 

rozmazywała się pod wpływem wilgoci i zmieniała ją w kominiarza.

Tyle   starań,   tyle   wysiłków   i   wszystko   na   nic!   Nie   zaoszczędzi   ojcu   trudu,   nie 

dopomoże mu w osiągnięciu celu!

- Głuptas jesteś, moja mała! - wykrzyknął pan Hipolit. - Studnia to nie Wezuwiusz! 

Cóż to, nie wyłowimy głupiego kamienia czy co?

I wobec nie ustających łez upadłej na duchu bojownicy postanowiono nie odkładać 

tego połowu do dnia następnego.

Noc   była   ciemna,   bez   księżyca   i   gwiazd.   Pochodnie   w   rękach   parobków   rzucały 

pełzające światło na omszałą studnię.

Pachniała głęboka woda, mech jedwabisty i nasiąkłe wilgocią deski, a głos głęboki i 

dźwięczny zapadał w otchłań podwodną.

Z tej właśnie wody nieruchomej, z dna jej czystego, wydobył, obwiązany sznurami, 

Hubert ów kamień lśniący i ciężki. A potem stojąc w wodzie uczepiony rękami łańcucha, 

wyjechał z wąskiego wnętrza na powierzchnię ziemi.

XX

Rzeka  była  koloru starego złota.  To oświetlone  promieniami  zachodzącego  słońca 

zbocze parkowej góry odbijało się w niej w całej swej wysokości.

Tę właśnie chwilę obrałam na pożegnanie Huberta, Gabrieli i talizmanu ich przyjaźni.

Leżał   na   małym   biurku   niepozorny   kawał   białego   marmuru,   bez   wartości   ani 

znaczenia, ale spoczęły na nim ręce natchnionego człowieka, a siła jego umysłu, wysiłek 

background image

ducha sprawiły, iż odtąd ktokolwiek spojrzał na ów kamień, pragnął go posiadać. Wędrował 

odtąd z rąk do rąk.

Świecił   na   pachnącej   plebanii,   wśród   błogosławionych   owoców   starego   księdza, 

którego wrażliwość sumienia wyniosła pomiędzy świętych.

I   dodawał   wspaniałości   nędznemu   domkowi   dyskobola,   marzącego   o   twórczym 

czynie.

Stał się symbolem wiedzy i umiejętności dla żarliwego chłopaka z ciemnej kuźni.

Pannie, którą poczucie krzywdy ludzkiej wywiodło z zamku pod niską strzechę, był 

przyjacielem i powiernikiem.

Umęczonej miłością niegodnego człowieka kobiecie był pamiątką lat niefrasobliwych 

i  utraconego  szczęścia.  Po gładkiej  jego powierzchni  ślizgały się wychudłe  palce  Żydka, 

kiedy z godnością i spokojem żegnał się z życiem. Pomagał w wesołej, ponad siły ciężkiej 

walce dziecku, które dźwigało na sobie odpowiedzialność życia drugiego dziecka i zapewnił 

mu opiekuńczą rękę. Aż stał się narzędziem pojednania i odjął z bark Gabrieli cząstkę jej 

trosk dnia powszedniego.

Aż wrócił do swego twórcy i oszczędził mu długich poszukiwań tego, co zostało mu 

objawione w chwili natchnienia.

Tak   oto   dzieje   tego   urozmaiconego   lata   przedstawiały   się   Gabi   i   Hubertowi,   gdy 

płynęli   gwarząc   o   tym   łódką   po   leniwej   fali,   a   lekko   wzdęta   biel   żagla   oszczędzała   im 

wysiłków wioseł.

Na płaskim brzegu, na żwirze, dziewczęta  w czarno haftowanych  koszulach  myły 

łaciate krowy, nabierały wodę do wiader, a potem niosły je pod górę chwiejąc się wdzięcznie 

pod ciężarem wygiętego koromysła.

Na wodzie zielonozłotej kładły się szafirowe plamy tam, gdzie naruszono gładkość jej 

tafli.

Rybak, klęczący na dnie wąskiej i długiej jak strączek fasoli łódki, płynął cichutko 

pod prąd, odpychając się od dna bliskiego krótkim wiosłem, a rozpięte ramiona ozłoconych 

promieniami więcierzy chwiały się nad nim niby olbrzymie łapki pająka na błękitnej sieci.

Hubert i Gabriela nie myśleli już ani o tym, co było, ani o tym, co będzie.

Rybitwy smukłe lot swój zniżały nad powierzchnią wody, pluskając w nią raz po raz 

najszybszym ruchem.

Dźwięki cerkiewnego dzwonu, zrazu niskie i rzadkie - potem toczyły się w powietrze, 

jasne, jedne za drugimi jak perły nizane na sznurek.

Hubert i Gabriela na ziemi, ozłoconej zachodzącym słońcem, widzieli refleksy nieba.

background image

Posłowie 

Zofia   Żurakowska   to   zjawisko,   które   zaledwie   błysnęło   w   literaturze   i   zgasło. 

Wszystko,   co   napisała,   powstało   w   ciągu   krótkich   pięciu   lat,   były   to   dopiero   początki 

twórczości, którą przecięła śmierć.

Początki,   ale   jakże   już   dojrzałe.   Tę   wczesną   dojrzałość   spowodowały   przejścia   i 

doświadczenia, których starczyłoby na długie życie.

Miała  wszystko.”Dostatek,  ukochaną  i idealną rodzinę,  ukochane i piękne miejsce 

zamieszkania - pisze w swym dzienniku - możność kształcenia się we wszystkich kierunkach, 

zdolności,   głos,   wystarczającą   urodę,   powodzenie,   miłość   ludzką.   Miłość   ukochanego 

człowieka”. Straciła wszystko.

Wszystko”zdążyła” utracić w ciągu trzydziestu paru lat życia...

Urodziła   się   w   roku   1897   na   Ukrainie.   Owo”piękne   miejsce   zamieszkania”   to 

Wyszpol   koło   Żytomierza,   rozległa   posiadłość   zamożnych   rodziców.   W   swej   pierwszej, 

wydanej w roku 1925, powieści pt.”Skarby” opisała swe szczęśliwe dzieciństwo.

Książkę czyta się jak prześwietloną słońcem bajkę.

Przejażdżki   konne,   wyprawy   do   starego   zamku   z   ukochanymi   siostrami   i 

rówieśnikami, buszowanie po okolicy, przyjmowane z lekkim odcieniem pogardy odwiedziny 

wystrojonych kuzyneczek z sąsiedztwa, beztroskie zabawy na swobodzie.

W następnej części powieści, zatytułowanej”Pożegnanie domu”, zaćmiły się, minęły 

bezpowrotnie owe spokojne lata. Wybuchła wojna, przyszła rewolucja, rodzina Duszyńskich 

(takie było panieńskie nazwisko Zofii) utraciła dom; ziemie, na których znajdował się ich 

majątek,   weszły   w   skład   jednej   z   republik   radzieckich.   Racje   historyczne   nie   mogły 

zrównoważyć klęski osobistej, bólu rozstania z piękną ziemią, z którą łączyło się tyle przeżyć 

i wspomnień.

Zofia umiała w tej sytuacji zdobyć się na postawę godną szacunku, odsunąć na dalszy 

plan  bolesne  przeżycia.”Cóż   znaczyć   mogła  krzywda   spopielałego   domostwa  wobec  tego 

słowa,   które   stało   się   ciałem?   Mamy   teraz   Ojczyznę,   to   więcej   niż   dom”   -   pisała 

w”Pożegnaniu domu”, a w trzeciej, nie dokończonej już części powieści, jeden z bohaterów, 

wuj Dymitr, wyraża jej własne myśli, mówiąc:”Jeśliby miało wrócić do tego, co było dawniej, 

bez żadnych dla świata korzyści z tego krwawego doświadczenia, wtedy dopiero czułbym 

najgłębiej, że krew nasza i łzy poszły na marne [...] Chciałbym, żeby [...] wykwitła tam nowa 

jakaś prawda, nowa zdobycz”. Współczesny poeta, Jerzy Ficowski, postawę tę nazwał”mądrą 

wielkodusznością”,”umiejętnością wzniesienia się ponad własną krzywdę”.

background image

Utrata rodzinnego domu nie była pierwszym dramatem w życiu Zofii: wcześniej już 

utraciła ojca i siostrę, a w czasie wojny zginął jej młodziutki, ledwo poślubiony mąż. Gdy 

została pielęgniarką, w pracy dla innych szukając zapomnienia, zaatakowała ją gruźlica, która 

nękała ją aż do końca, przez długich jedenaście lat.

Przebywała   już   niemal   wyłącznie   w   sanatoriach,   w   Zakopanem,   na   Riwierze,   we 

Włoszech.

Początkowo była załamana, lecz podźwignęła się, zaczęła pisać.

W twórczości znalazła ocalenie, ratunek psychiczny, ona pomogła jej przezwyciężyć 

świadomość bliskiej śmierci, pogodzić się z brakiem nadziei.

Nie przypadkiem zwróciła się do dzieci, do młodzieży. Mówiąc do dorosłego adresata, 

może by uległa pokusie odkrycia swych dramatycznych przeżyć, rozdrapywania bolesnych 

ran.

Młody odbiorca uchronił ją przed tym, pisząc dla niego musiała przezwyciężyć sama 

siebie,   znaleźć   taki  punkt  widzenia,   który czytelnikom   będzie   bliski  i  który sama  będzie 

mogła przyjąć. W tym,  co pisze, patrzy już na świat pogodnie, z uśmiechem,  z wiarą w 

przyszłość i w ludzki wysiłek.”Heroizmem uśmiechu” nazwał Jerzy Ficowski walkę, jaką 

młoda autorka stoczyła sama ze sobą i zwycięstwo, jakie odniosła.

Była   o   parę   tylko   lat   młodsza   od   Marii   Dąbrowskiej,   która   podziwiała   ją   jako 

człowieka i wysoko ceniła jej pisarski talent.”Była mi w rodzinie pisarskiej najbliższa - pisała 

o niej - najbardziej zrozumiała duchem, sercem, losem, urokiem osobistym i artystycznym”. 

Obie autorki łączyło w istocie głębsze powinowactwo duchowe.

Obie traktowały pisarstwo jako służbę społeczną, jako dziedzinę, która zdolna jest 

pomóc ludziom żyć i tworzyć nowe wartości.”Pomoc” tę rozumiano jednak inaczej, niż działo 

się to w końcu ubiegłego i w samych początkach bieżącego stulecia, nie tylko jako zbiór 

popartych   przykładami   rad   i   wskazówek.   To   oni   dopiero,   Maria   Dąbrowska   i   Zofia 

Żurakowska, a  nieco  wcześniej  Janusz Korczak  zaczęli  mówić  z  dziećmi  jak z równymi 

partnerami, traktować młodych czytelników poważnie, bez zdrobnień i mizdrzenia się.

Rozważali z nimi wspólnie ich trudności i konflikty, nie rozstrzygając żadnej sprawy 

w ich imieniu, lecz pozostawiając im samym otwartą drogę do refleksji i decyzji. To od tych 

pisarzy rozpoczęła się nowoczesna polska proza dla dzieci i młodzieży.

„Nowoczesny” to wyraz wieloznaczny i nieraz nadużywany, ale umówmy się, że tak 

będziemy nazywali problemy i ujęcie pisarskie dziś nam bliskie, choć utwór nie był pisany 

współcześnie.   Przejrzyjmy   pod   tym   kątem   zawarte   w   niniejszym   tomie   opowiadania 

Żurakowskiej, które pisane były w latach 1925_#1930, obecnie zaś ukazują się w czterdziestą 

background image

rocznicę śmierci autorki, zmarłej 31 maja 1931 r.

** ** **

Oto pierwsze opowiadanie -

„Jutro niedziela”. Fabuła na pół sensacyjna wciąga czytelnika w tajemniczą historię 

dobrze ukrytej skarbonki z klasowymi pieniędzmi i anonimowych listów, zakrawających na 

szantaż.

Znalazł się ktoś, kto rozszyfrował zagadkę, ale nie zdradził winowajcy, jak stałoby się 

to  w powieści  sensacyjnej,  tropienie  skarbonki  bowiem to tylko  powierzchowna  warstwa 

utworu, pod którą kryje się dramat Zoi. Z jaką subtelnością psychologiczną ukazane tutaj 

zostały   przeżycia   rozpieszczonej   dziewczynki,   która   po   katastrofie   rodzinnej   nie   umiała 

znaleźć sobie miejsca w życiu, poczucie krzywdy chciała wyrównać dokuczaniem otoczeniu, 

wreszcie zraziła sobie wszystkich i popadła w kompleksy:  uwierzyła, że jest zła, nikomu 

niepotrzebna,”obca” w domu i w szkole. Dobrze znamy te problemy obcości i poszukiwania 

miejsca w życiu, często poruszają je współcześni autorzy, w naszym otoczeniu nieraz mówi 

się o dziecięcych”kompleksach”, o tym, że rodzą się one z poczucia krzywdy i poniżenia, ale 

Żurakowska umiała te problemy dostrzec już niemal pół wieku temu. I spójrzmy, jak zostały 

one   rozwiązane;   nie   ma   tu   żadnych”czarnych   charakterów”,   nie   zwala   się  całej   winy  na 

dorosłych: ojciec Zoi to człowiek zagubiony i bezradny w nowej rodzinnej sytuacji, przyszła 

macocha to także osoba dobrej woli, niezdolna jedynie do zrozumienia dziecięcych rozterek. 

Autorka wie, że młodzi muszą poradzić sobie sami, że tylko to się liczy. Właśnie Jerzy w 

pewnej chwili zrozumiał, że musi stanąć po stronie Zoi, ukryć jej postępek przed klasą, tak by 

ona sama mogła cały incydent przedstawić jako dobrze pomyślany kawał. Zyskała przyjaciela 

i to odmieniło wszystko. A jednocześnie, ukazując ten proces rodzenia się przyjaźni, autorka 

dyskretnie podsuwa czytelnikowi sprawy, nad którymi warto pomyśleć: że chęć rządzenia 

oparta na wymuszeniu budzi protest, że niesłuszne jest wynoszenie zasług bliżej nie znanego 

człowieka po to tylko, by”świecił przykładem” na pomniku. Słowem, autorka zakłada, że 

grupa   młodzieży   ma   prawo   podważyć   niesłuszną,   jej   zdaniem,   decyzję,   spowodować 

przedyskutowanie jej ze starszymi.

A w”Fetyszu”? Ileż tu ważnych spraw do przemyślenia, choć są one poruszone jak 

gdyby”po drodze”, w trakcie wędrówki w poszukiwaniu kawałka marmuru z wyrytą na nim 

formułą matematyczną, ciągle wymykającego się dzieciom z rąk.

Ale   przez   cały   ten   czas   toczy   się   inna,   jak   gdyby”wewnętrzna”   akcja.   Hubert   i 

Gabriela   poznają   zawiłe   ludzkie   losy,   nabywają   doświadczeń   i   zmieniają   się   pod   ich 

wpływem. Hubert, nie znający trosk i ciemnych stron życia, skłonny był do uproszczeń i 

background image

dzielenia ludzi na dobrych i złych, a przyznanie się do winy uważał za dowód słabości. Dzięki 

Gabrieli wiele zrozumiał, nauczył się analizować siebie i swój stosunek do ludzi, dostrzegł, 

że”rycerska”   obrona   dziewczynki   przed   szykanami   pana   Zasobka   to   ładny   gest,   ale   od 

przyjaźni wymaga się o wiele więcej. Czym jest przyjaźń? - na to i autorka nie odpowiada w 

sposób jednoznaczny. Na wzajemnym zrozumieniu? Na wspólnym przeżywaniu radości? Na 

konkretnej   pomocy   w   trudnej   sytuacji?   Na   zdobywaniu   doświadczeń,   poszukiwaniu   celu 

życia?   A   może   na   związku   uczuciowym,   który   połączy   te   wszystkie   elementy?   Własną 

odpowiedź każdy sam musi odnaleźć.

W opowiadaniu”Pójdziemy w świat” autorka przedstawia sympatyczną parę, ojca i 

córkę, w czasie beztroskiej wakacyjnej wędrówki. Poznają oni wspólnie różne zakątki kraju, 

ciekawych ludzi, przejawy życia, z którymi nie stykają się na co dzień.

Najbardziej   ujmuje   w   tym   opowiadaniu   fakt,   że   ta   para   znacznie   różniących   się 

wiekiem włóczęgów - to równi partnerzy.

Dziewczynka   ma   swoje”zasady”,   strofuje   ojca   za   niedotrzymywanie   obietnic,   za 

beztroskie traktowanie życia na cudzy koszt, po prostu ojciec, który zakosztował życia na 

swobodzie, wydaje się córce czasem zbyt”dziecinny”. Ta włóczęga, w trakcie której niewiele 

w istocie się dzieje, ma swój - jak byśmy to dzisiaj powiedzieli -”filozoficzny podtekst”. 

Autorka filozofuje, gdy mówi o bohaterach, że lubili”iść za podszeptem fantazji i robić to, co 

znienacka przychodzi do głowy” wbrew przyjętym zwyczajom, byle bez szkody dla innych. 

Filozofuje też sama Henrysia, gdy stwierdza, że z takimi, którzy śmieją się z byle czego, 

zawsze łatwiej się porozumieć, nawet pies Bobek w jednym z rozdziałów traktowany jest na 

serio, choć autorka nie ukrywa, że jest to partner”słabego ducha”, przeczulony i niezdolny 

zrozumieć”rozkoszy wolnego pędu” w czasie tej dziwacznej  włóczęgi  (ale  i on w końcu 

przezwyciężył   swe   wygodnictwo!)   To”filozofowanie”,   na   pół   żartobliwe,   wyzbyte 

wszelkiego   mentorstwa,   uprawiane”przy   okazji”,   pozwala   tym   mocniej   odczuć   urok   tej 

wędrówki. Chyba i dzisiejszym uczestnikom obozów i wypraw w mniejszych grupach bliskie 

są takie nastroje, w których radość życia na swobodzie splata się z chwilami zadumy.

„Chłopcy na strychu” to pełne humoru opowiadanie o hardych chłopcach, którzy po 

prostu uciekli spod skrzydeł

„macierzyńskiej opieki” pewnej wdowy, gdyż zrozumieli, że będą o wiele bardziej 

solidni   i   odpowiedzialni,   żyjąc   na   własny   rachunek,   że   dopiero,   pilnując   się 

wzajemnie,”wyjdą na ludzi”.

W   tym   opowiadaniu   najsilniej   występują   związki   twórczości   Żurakowskiej   z 

utworami   Korczaka   (np.   ze”Sławą”,   gdzie   dzieci   dzielnie   radzą   sobie   same,   by   nie 

background image

absorbować   poszukujących   pracy   rodziców),   Dąbrowskiej   (choćby”Wilczęta   z   czarnego 

podwórza”, gdzie mali bohaterowie są podobnie czupurni, hardzi i”nie potrzebują łaski”). Jest 

jednak pewien rys, który różni opowiadanie Żurakowskiej od wyżej przytoczonych. Jest nim 

humor, subtelny, przekorny, który sprawia, że w tym utworze, wynoszącym przecież wysoko 

wielkie zalety dzielnych chłopców, nie ma nic z umaralniającej pogadanki.

W   żadnym   z   opowiadań   Żurakowskiej   nie   ma   ani   mentorstwa,   ani   słodkiego 

sentymentalizmu.”Żurakowska   nie   zdążyła   rozwinąć   swego   talentu,   lecz   zdążyła   dać 

świadectwo prawdzie, że piękno, prostota i komunikatywność utworu artystycznego rodzą się 

z wysiłku nad zdobyciem postawy duchowej wobec świata” - pisała o niej w r. 1936 Maria 

Dąbrowska.

Żurakowska   jest   nowoczesna   w   stylu.   Pisze   zwięźle,   prosto,   powściągliwie,   nie 

dopowiada   do   końca   myśli,   które   już   do   czytelnika   należą,   ufa   -   i   chyba   słusznie   -   że 

nawiązała z nim kontakt, a więc mogą się zrozumieć bez potoku słów.

Żurakowska umie zaskoczyć nagłym skojarzeniem, mówi czasem niby to na serio, a 

między wierszami czai się odrobina przekory, ironii, nigdy jednak złośliwej.

Jest zawsze pogodna, tą pogodą pełną humanizmu, rozujmiejącą wszystko, ceniącą 

ludzki wysiłek podejmowany społecznie, lecz w tym samym stopniu - indywidualnie, gdyż 

nie wolno, jej zdaniem, utracić własnej prawdy.

Może dlatego, że sama z trudem zdobyła własną prawdę, osiągnęła trudny optymizm, 

w utworach jej nie ma ani gładkich frazesów, ani sztucznie doczepionych happy endów. W 

opowiadaniach jej wszystkie elementy są ze sobą ściśle powiązane, każda scena, każde zdanie 

wydaje się nieodzownie potrzebne, na swoim miejscu.

W   trzydziestą   rocznicę   śmierci   autorki   pisał   o   tym   w”Rozmowach   o   książkach” 

Jarosław   Iwaszkiewicz:”Najważniejsza   jest   ta   jej   wewnętrzna   harmonia,   którą   umiała 

przekazać swym dziełom, a co za tym idzie - swoim czytelnikom, harmonia, która sprawia, że 

się książki Żurakowskiej czyta jak bardzo poważne osiągnięcia pisarskie.

Nie   każdemu   z   najbardziej   dorosłych   pisarzy   udało   się   w   ten   sposób   zespolić 

zagadnienia   moralne   i   artystyczne,   tak   zharmonizować   pytania   i   odpowiedzi,   które   nam 

stawia życie, aby z jej książki dyszały taką zgodą na życie, takim optymizmem.”

Krystyna Kuliczkowska

background image

Document Outline