background image
background image

Eileen Wilks

Winnica Ashtonów

Prawdziwe uczucia

background image

PROLOG

Nikt   się   nie   spodziewał,   że   kościół   będzie   pełny.   W 

deszczowy   środowy   poranek   w   Crawley   w   Nebrasce   o 

godzinie jedenastej trzydzieści większość ludzi, jak zazwyczaj 

o   tej   porze,   była   w   pracy.   Na   mszę   przyszli   jednak   i 

kierowniczka  poczty, i  aptekarz z  aptekarzową, i  bankier z 

małżonką.   Licznie   przybyli   również   przedstawiciele   rodzin 

farmerskich z okolicy.

Bliźniaczki   Mortimer   też   siedziały   na   swoich   stałych 

miejscach - w szóstej ławce w środkowym rzędzie. Flora i 

Dora   nie   opuściły   żadnego   ślubu   w   tym   kościele   od 

pięćdziesięciu   lat.   Mały   deszcz   nie   był   w   stanie   im 

przeszkodzić.

- Jaki ten młody Spencer jest przystojny - szepnęła Flora.

- Przystojny, akurat - żachnęła się jej siostra. - Może i 

przystojny, ale nie mów mi, że ten ogier stałby tutaj, czekając 

na pannę młodą, gdyby...

Kierowniczka   poczty   odwróciła   się   i   spojrzała   na   nie 

karcąco.

- Nie patrz na mnie w ten sposób, Emmaline Bradley - 

background image

powiedziała   Dora.   -   Francis   wciąż   gra   hymn.   Nie   widzę 

powodu,   dla   którego   nie   miałybyśmy   sobie   jeszcze 

porozmawiać.

Flora pociągnęła ją za rękaw.

- Patrz, sadzają ojca Spencera - szepnęła. - Nie wygląda 

na szczęśliwego.

Dora pociągnęła nosem.

- Frederick Ashton nie był szczęśliwy od momentu, kiedy 

matka odstawiła go od piersi. Ten mężczyzna ma tylko dwa 

rodzaje nastrojów: zły albo bardzo zły. Gdzie pastor Brown 

miał głowę, kiedy uczynił go diakonem, naprawdę nie wiem... 

No, ale to oczywiście nie ma związku ze sprawą.

Lucy   Johnson,   siedząca   po   drugiej   stronie   Flory, 

pochyliła się w ich stronę.

-   Przynajmniej   Frederick   dopilnował,   żeby   jego   syn 

postąpił uczciwie wobec biednej Sally.

Flora pokiwała potakująco głową.

- Biedna Sally. Rozumiem, dlaczego uległa pokusie. Ten 

chłopak Ashtonów jest taki...

- Przystojny - dokończyła za nią sucho Dora. - Nie jestem 

pewna, czy Frederick zrobił Sally przysługę.

- Och, Spencer jest po prostu młody - powiedziała Lucy.

background image

-   Mój   Charlie   był   taki   sam,   zanim   się   pobraliśmy.   I 

jesteśmy razem już od czterdziestu dwóch łat.

Emmaline Bradley znów odwróciła się w ich stronę.

- Ciii - szepnęła.

Flora   zarumieniła   się,   Lucy   zacisnęła   usta,   ale   Dora 

nawet   tego   nie   zauważyła.   Patrzyła   ze   zmarszczonymi 

brwiami na tył głowy Fredericka Ashtona, który siedział trzy 

rzędy   przed   nimi.   Plotka   głosiła,   że   wychowywał   synów 

ciężką   ręką.   Zwykł   mawiać,   że   rózga   to   najlepszy   środek 

wychowawczy.

Francis uderzyła w pierwsze tony „Marsza weselnego”.

Przy wejściu do kościoła Sally Barnett przycisnęła dłoń 

do żołądka. Satynowy materiał sukienki był zimny i śliski.

- Denerwujesz się, kochanie? - zapytał ją ojciec.

Poczuła   mdłości.   Ale   tata   wyglądał   na   tak 

zmartwionego...   Na   pewno   mama   miała   rację.   Spencer   się 

ustatkuje, kiedy tylko pojawią się dzieci. Przywołała na twarz 

uśmiech.

- Tak, tato - szepnęła.

Ojciec poklepał ją po dłoni.

- To całkowicie normalne. Czas na nas, kotku.

Weszli razem do kościoła i w rytmie rozbrzmiewającego 

background image

marsza ruszyli w stronę ołtarza, gdzie czekał na nich Spencer. 

Suknia   Sally   szeleściła,   a   jej   serce   biło   coraz   głośniej   i 

głośniej. Ściskała bukiet tak mocno, że palce jej zdrętwiały.

Spencer wyglądał wspaniale w smokingu. Czy to ważne, 

że musieli go wypożyczyć? Powtarzała mu tyle razy, że to nie 

ma dla niej żadnego znaczenia. Dla niego jednak miało. Chciał 

tak   wielu   rzeczy.   Mogła   go   zrozumieć   -   wyrósł,   słuchając 

narzekań swojej matki, że tak mało mają i że o tyle lepiej by 

im się żyło, gdyby ich ojciec sprzedał farmę wiele łat temu. W 

końcu uwierzył, że szczęście zależy od rzeczy, nie od ludzi.

Pokaże mu, że jest inaczej, obiecała sobie, kiedy ojciec 

puścił jej ramię. Będzie dla Spencera tak dobrą żoną, że nigdy 

nie będzie żałował tego dnia.

Tak   jak   zawsze   jej   serce   podskoczyło,   kiedy   Spencer 

wziął   ją   za   rękę.   Wiedziała,   że   jej   nie   kocha.   Nie   w   ten 

głęboki, bolesny sposób, w jaki ona kochała jego. Ale będzie 

cierpliwa. Nauczy go miłości.

Zapomniawszy o mdłościach, Sally z rozjaśnioną twarzą 

słuchała   pastora   wypowiadającego   znane   słowa.   Jej   młody 

wybranek stał obok, wysoki i wyprostowany.

Spencer spojrzał na Sally. Ale ta kretynka się uśmiecha. 

Myśli pewnie, że mnie złapała... Samolubna krowa, pobiegła z 

background image

płaczem do tatusia, kiedy się okazało, że jest w ciąży. Kropla 

zimnego potu spłynęła po plecach Spencera.

-   Czy   ty,   Spencerze   Winstonie   Ashton,   bierzesz   tę 

kobietę za żonę? - zapytał pastor. - Czy przysięgasz ją kochać 

i szanować...

Frederick   Ashton   był   jedyną   osobą   na   świecie,   której 

Spencer się bał. Mimo że jego ojciec co wieczór czytał Biblię, 

jego   prawdziwym   bogiem   była   pozycja   społeczna.   Dał 

Spencerowi   jasno   do   zrozumienia,   że   nie   pozwoli   mu 

zniszczyć opinii, jaką się cieszył w miasteczku.

- ...w zdrowiu i w chorobie.

Może na razie Sally wygrała, ale to długo nie potrwa, 

obiecał sobie. Był przeznaczony do wielkich rzeczy. Zawsze 

to wiedział.

- ...dopóki śmierć was nie rozłączy?

-   Tak   -   powiedział   Spencer   uroczyście.   Znajdzie   jakiś 

sposób,   żeby   wyrwać   się   z   tego   zapyziałego   miasteczka   w 

wielki świat, który na niego czeka.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Napa Valley, Kalifornia, czterdzieści trzy lata później.

Kiedy   Dixie   zjeżdżała   z   autostrady,   jej   ręce   na 

background image

kierownicy były wilgotne.

Tu jest zupełnie inaczej, pomyślała, kierując swoją toyotę 

na małą, wiejską drogę. W Nowym Jorku pory roku zmieniają 

się gwałtownie, a w Kalifornii następuje to zawsze łagodnie. 

Zima,   zamiast   uderzyć   nagłym   mrozem,   stopniowo 

przychodzi po jesieni.

Lubiła te nagłe nowojorskie zmiany, chociaż brakowało 

jej   światła.   Styczniowe   światło   w   Valley   łagodnie   okalało 

drzewa i budynki, miękko układało się na drogach i polach. 

Nie   mogła   się   doczekać,   kiedy   wreszcie   będzie   mogła   to 

namalować.   Po   to   tutaj   przyjechała.   Miała   pracę   do 

wykonania. Jeśli przy okazji uda jej się pokonać kilka duchów 

z   przeszłości,   tym   lepiej.   Nadszedł   czas,   żeby   wszystko 

wyjaśnić i żyć dalej swoim życiem.

Łuk   nad   wjazdem   był   wysoki   i   szeroki,   zbudowany   z 

kutego żelaza przedstawiającego winorośle, którym posiadłość 

zawdzięczała swoją nazwę. Była na miejscu. Wzięła głęboki 

oddech i skręciła na podjazd prowadzący do The Vines.

Dom znajdował się na wprost. Pojechała w lewo, drogą 

prowadzącą   do   biur   i   salonu   degustacyjnego,   które   były 

umieszczone w jednym, dwupiętrowym budynku. Wjechała na 

parking,   wyłączyła   silnik   i   siedziała   przez   chwilę, 

background image

przyglądając   się   zmianom...   i   temu,   co   pozostało   takie   jak 

dawniej. Potem wzięła kapelusz i torebkę, sprawdziła, jak się 

miewa Hulk, i otworzyła drzwi.

Powietrze   pachniało   ziemią   i   winogronami.   Zapachy 

przywołały wspomnienia.

Nie   były   to   smutne   wspomnienia.   Głośne,   zabawne, 

czasami gniewne, ale nigdy smutne. Przymknęła oczy, wzięła 

głęboki wdech i wysiadła.

-   Dixie!   -   Szczupła   młoda   kobieta   w   kremowym 

kostiumie   wyszła   na   werandę   i   zbiegła   po   schodkach.   - 

Spóźniłaś się. Duży był ruch? Czego zapomniałaś? Gdzie twój 

kot?

Śmiejąc się, Dixie chwyciła przyjaciółkę w objęcia.

-  Ruch  był  okropny,  czego  zapomniałam,   dowiem   się, 

kiedy będę tego potrzebować, a Hulk śpi w swoim koszyku. 

Boże, ale ty świetnie wyglądasz! - Odsunęła się i przyjrzała 

się   Mercedes.   -   Chuda   jak   zwykle.   W   Nowym   Jorku 

uwielbialiby cię bezgranicznie. I twoje włosy są takie piękne. - 

Dotknęła   jednego   z   loków   wymykających   się   z   koka 

Mercedes.

- Ale strój masz niezbyt ciekawy.

-   Nie   wszystkie   możemy   się   ubierać   jak   artystki.   - 

background image

Mercedes potrząsnęła głową. - Zresztą i tak nie potrafiłabym 

się ubrać tak jak ty.

- Podoba ci się? Nazywam ten strój Plażowa Pin-up Girl.

- Dixie zmieniała zdanie i strój pięć razy tego ranka i w 

końcu   wybrała   kombinację   piaskowej   spódnicy   retro   z 

dopaso-waną   górą   oraz   hawajską   koszulą   zamiast   żakietu. 

Duże okulary i słomkowy kapelusz bardziej przywodziły na 

myśl   lata   sześćdziesiąte   niż   pięćdziesiąte,   ale   Dixie   nie 

przywiązywała aż takiej wagi do szczegółów.

Mercedes zaśmiała się i odwróciła w stronę budynku.

-   Chyba   przesadzasz.   Wyglądasz   w   tym   bardzo 

elegancko.

-   Tak   czy   inaczej,   ta   epoka   nie   jest   dla   ciebie   - 

powiedziała Dixie, podążając za Mercedes. - Ty wyglądałabyś 

świetnie w powiewnych ciuchach z lat dwudziestych.

- To nie w moim stylu.

-   Na   litość   boską,   Merry!   Masz   na   sobie   zapinaną   na 

guziki koszulę! Potrzebujesz pomocy.

Mercedes   podniosła   dłoń,   na   pół   rozbawiona,   na   pół 

przejęta.

- Co to, to nie. Nie pomagaj mi. Nie jestem na to teraz 

gotowa.

background image

-   Hmm...   -   Dixie   weszła   na   werandę   i   rozejrzała   się. 

Jedenaście lat temu ten budynek był o wiele mniejszy i mniej 

stylowy. - Pięknie zrobione. Wygląda, jakby zawsze tak było.

- Przejdziemy obok salonu degustacyjnego. Biura są na 

górze. Eli jest w winnicy, więc zaprowadzę cię do Cole’a. - 

Mercedes szybkim krokiem skierowała się w stronę drzwi.

Dixie nie ruszyła się z miejsca.

- Dixie? - Mercedes zatrzymała się w otwartych drzwiach 

i obejrzała przez ramię, marszcząc brwi. - Idziesz?

-   Nie,   dopóki   nie   powiesz   mi,   czemu   jesteś   taka 

zdenerwowana.

- Nie wiem, o czym mówisz.

- Wiesz, wiesz - stwierdziła Dixie. - O co chodzi? Czy

Cole jest na ciebie zły, że wynajęłaś mnie do zrobienia 

ilustracji? - Na twarzy Mercedes dostrzegła poczucie winy. - 

On wie o mnie, prawda?

- Niezupełnie...

Dixie zamknęła oczy i przyłożyła dłoń do żołądka.

- Czy zostanę zwolniona, zanim zacznę?

-   Nie   może   cię   zwolnić   -   zapewniła   ją   Mercedes.   - 

Podpisałyśmy umowę, a on i Eli dali mi pełne upoważnienie 

do zatrudnienia ciebie. To znaczy nie wiedzieli, że to masz 

background image

być akurat ty, ale opowiedziałam im, gdzie pokazywano twoje 

prace, i przystali na to, żeby cię zatrudnić.

- A ja myślałam, że jesteś już za duża na to, żeby lubić 

ryzyko - wymruczała Dixie, otwierając oczy. - Co ty sobie 

myślałaś?

- Że winnica Louret potrzebuje ciebie do swojej nowej 

kampanii reklamowej. Jesteś najlepsza.

- Nie będę się o to spierać - odpowiedziała Dixie, która 

potrafiła  docenić  swój   talent.  - Ale   to nie  wyjaśnia  twoich 

ślubów milczenia.

- Czy masz pojęcie, jak to jest, mieć dwóch starszych 

braci za szefów? - zapytała Mercedes. - Nie mam ochoty tracić 

czasu na kłótnie z Cole’em. Daj spokój, Dixie, wiem, że to 

trochę   dziwne,   ale   przecież   ciebie   nie   poruszyłoby   nawet 

tornado. - Uśmiechnęła się.

To nie do końca była prawda. Szczerze mówiąc, Dixie 

była trochę przerażona.

- Twarz Colea będzie przedstawiać interesujący widok, 

kiedy stanę w drzwiach.

Mercedes roześmiała się z ulgą.

- Nie mogę się już doczekać. Zaraz potem mam zamiar 

uciec.

background image

- Dzięki. Naprawdę poprawiłaś mi nastrój.

Za   salonem   degustacyjnym   znajdował   się   krótki   hol   z 

drzwiami   wychodzącymi   na   winnice   i   schodami 

prowadzącymi do części biurowej. Żaden wielki luksus, ale 

urządzone   ze   smakiem,   pomyślała   Dixie,   wspinając   się   za 

Mercedes po schodach. Wyglądało na to, że winnicy dobrze 

się powodzi.

Jedenaście lat to bardzo długo. Czego się właściwie bała? 

Tego, że on jej wciąż nienawidzi, odpowiedziała sobie. Znów 

położyła   dłoń   na   brzuchu.   Wprawdzie   to   kawał   czasu,   ale 

pamiętała,   jaki   był   Cole.   Potrafił   błyskawicznie   przejść   od 

gorących uczuć do chłodnej rezerwy, chociaż większość ludzi 

tego nie zauważała. Dobrze się maskował za tą swoją gładką 

powierzchownością.

Tak,   Cole   był   bardzo   przystojny.   Ale   to   było   kiedyś. 

Może   od   tego   czasu   przytył?   Mercedes   nic   o   tym   nie 

wspominała, ale z drugiej strony Dixie nigdy nie zachęcała jej 

do rozmów o bracie.

-   Hej,   Merry   -   powiedziała,   kiedy   dotarły   na   szczyt 

schodów. - Czy Cole przytył ostatnio?

Mercedes rzuciła jej zaskoczone spojrzenie.

- Raczej nie. Czemu pytasz?

background image

-   Ach,   tak   sobie.   -   Jakkolwiek   sytuacja   się   rozwinie, 

mogła być przekonana, że Cole na pewno jej nie zapomniał. - 

Masz - powiedziała, szukając czegoś w kieszeni. - Kiedy już 

uciekniesz, weź Hulka z samochodu i zanieś go do mojego 

pokoju.

Mercedes   wzięła   kluczyki,   uśmiechnęła   się,   po   czym 

nagle objęła Dixie ramieniem i uściskała ją.

-   Tak   się   cieszę,   że   wróciłaś.   Dobrze   mieć   cię   znów 

blisko.

- Ja też się cieszę - powiedziała cicho Dixie, po czym 

wyprostowała się i poprawiła włosy. - Jak to było? Naprzód, 

brygado!   Prezentuj   broń!...   w   Dolinie   Śmierci...   Dalej   nie 

pamiętam.

Mercedes uśmiechnęła się.

-   Coś   o   armatach.   Ale   Cole   nie   ma   w   swoim   biurze 

żadnych armat. - Odwróciła się i zapukała do drzwi po prawej.

- Widzę, że z rozmysłem unikasz tematu Doliny Śmierci. 

Mercedes nie zareagowała i otworzyła drzwi.

- Cole, jest już nasza artystka. Shannon jest chora, więc 

muszę  być w salonie degustacyjnym za dwadzieścia minut. 

Może oprowadzisz naszego gościa?

-   Z   przyjemnością   -   odpowiedział   gładki,   niemal 

background image

zapomniany baryton. - Jak tylko... - Jego głos zamarł, kiedy 

Dixie weszła za Mercedes do pokoju.

Nie zmienił się. To była jej pierwsza myśl, chociaż za 

chwilę zorientowała się, że to nie całkiem prawda.

Cole   wciąż   był   szczupły   i   miał   brązowe   włosy,   które 

obcinał na krótko, żeby się nie kręciły. Miał silnie zarysowany 

nos   i   długie   rzęsy.   Jednak   jego   twarz,   która   jedenaście   lat 

temu była niemal zbyt przystojna, zyskała teraz linie, które 

nadały jej zupełnie nowy wyraz.

No i nigdy nie siedział tak z otwartymi ustami. To się 

zdecydowanie zmieniło. Według niej na lepsze.

Dixie   uśmiechnęła   się   powoli,   ledwie   zauważając,   że 

drzwi zamknęły się za Mercedes.

- Cześć, Cole.

Na twarz Colea wypłynął zawodowy uśmiech.

- Witaj w The Vines. Jak już mówiłem, z przyjemnością 

cię oprowadzę... jak tylko zamorduję moją młodszą siostrę.

Dixie roześmiała się.

- A ja myślałam, że będziesz zimny i profesjonalny.

- Wiem, jak bardzo nie znosisz takiej pozy. Postaram się 

jej   unikać.   -   Obejrzał   ją   od   stóp   do   głów.   -   Zawsze   się 

spóźniałaś, ale jedenaście lat to dużo, nawet jak na ciebie.

background image

Potrząsnęła głową.

- W ten sposób nie zbijesz mnie z tropu.

- Ale mogę próbować.

Czas   zmienić   temat,   zdecydowała   i   rozejrzała   się   po 

biurze, które było bezlitośnie schludne z wyjątkiem dużego 

biurka   z   ciemnego   drzewa.   Nagle   zza   mebla   wychyliła   się 

nakrapiana psia głowa.

- Och... - Pochyliła się z uśmiechem. - Kto to jest?

- Tilly. Raczej nie pozwoli ci się pogłaskać.

-   Nie?   -   Ośmielona   wyzwaniem,   wyciągnęła   rękę   w 

stronę psa, ale ten schował się natychmiast za biurkiem. - Jest 

nieśmiała, prawda?

-   Tak.   Oprócz   tego   jest   jeszcze   neurotyczna   i   niezbyt 

mądra - powiedział, pochylając się, żeby pogładzić zwierzę, 

które zniknęło Dixie z pola widzenia. - Tilly boi się burzy, 

innych psów, ptaków, nowych ludzi, hałasu... Właściwie, to 

chyba boi się wszystkiego.

Dixie podeszła do brzegu biurka, żeby móc zobaczyć psa.

- Czy to jakaś mieszanka z dalmatyńczykiem?

-   Chyba   tak.   Do   tego   trochę   charta   i   coś   jeszcze. 

Znalazłem ją przy autostradzie rok temu.

- Jak udało ci się ją zabrać, skoro wszystkiego się boi? 

background image

Spojrzał na Tilly z rozbawionym uśmiechem i pewną dozą 

poczucia dumy.

- Wyglądało na to, że na mnie czekała. Zatrzymałem się, 

otworzyłem drzwi, a ona po prostu wskoczyła.

Dixie potrząsnęła głową.

- Prawdziwa kobieta.

- Ale raczej nie w moim typie. - Jego krzywy uśmiech nie 

zmienił  się.  Jeden  kącik ust   był uniesiony  w  górę, a  drugi 

wygięty w dół. - No dobrze, Tilly. Połóż się.

Co dziwne, pies wykonał polecenie. Cole spojrzał na

Dixie.

- Czekasz na zaproszenie, żeby usiąść? Czego jak czego, 

ale krzeseł nam nie brakuje.

Dixie   pomyślała,   że   pies   jednak   zdecydowanie   jest   w 

typie   Colea.   Jest   posłuszny.   Siadając   na   krześle   przy 

zagraconym biurku, postanowiła jednak o tym nie wspominać.

Na razie wszystko szło dobrze. Ucisk w żołądku należał 

już   do   przeszłości,   była   to   tylko   reakcja   na   wspomnienie 

namiętności. Nie miał nic wspólnego z mężczyzną siedzącym 

naprzeciw. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyła.

- Dokonałeś cudów z Louret.

- To Eli jest tym magikiem. Ja tylko ciężko pracuję. A co 

background image

u ciebie? Dobrze wyglądasz.

- Moje życie pełne było upadków i wzlotów, dziękuję. A 

ty?

- Jestem zapracowany. Twoje nazwisko stało się znane. 

Gratulacje.

Dixie wyrwał się śmiech.

-   Nie   uwierzysz,   jak   wyobrażałam   sobie   to   nasze 

spotkanie.   A   my   po   prostu   wymieniamy   uprzejme 

komplementy.

Uniósł brew.

- Rozczarowana?

-   Nie.   No,   może   trochę.   -   Przewróciła   oczami.   -   To 

znaczy   cieszę   się,   że   nie   traktujesz   mnie   z   tym   okropnym 

chłodem, jak ludzi, których nie lubisz.

Coś   rozbłysło   w   jego   oczach,   ale   nadal   uśmiechał   się 

swobodnie.

-   Jestem   teraz   ciepłym,   miłym   facetem.   Prawdziwym 

mięczakiem.

Uśmiechnęła się.

- Uwierzę, kiedy sama to zobaczę.

- Z tego, co zrozumiałem, zostaniesz tu kilka dni.

-1 będę wsadzać wszędzie swój nos. Tak pracuję.

background image

- Hmm... - Odchylił się na fotelu. - Porównywano cię do 

Maxwella i Rockwella. Zastanawiam się, jak jest nas na ciebie 

stać.

Dixie   udała   zdziwioną,   co   nie   było   trudne.   Nie   miała 

pojęcia, że śledził jej karierę.

- Nie przeczytałeś umowy?

-   Z   jakichś   tajemniczych   powodów   Mercedes   chciała 

wszystko załatwić sama - powiedział sucho.

- A więc kupujecie prawa do reprodukcji moich obrazów, 

a nie do samych obrazów, bo to kosztowałyby was o wiele 

więcej.   -   Planowała   jeden   dać   Mercedes,   ale   w   ramach 

przyjaźni, a nie interesów.

- Czyli nie wyświadczasz Mercedes przysługi?

Wzruszyła ramionami.

- Częściowo.

W końcu wstał.

- Chciałabyś się teraz przejść?

- Chodźmy.

Cole ustąpił Dixie pierwszeństwa na schodach, co dało 

mu   możliwość   obserwowania   jej   głowy   z   góry.   Zawsze 

fascynowały go jej włosy. Brudny blond - tak je nazywała. 

Dla   niego   to   był   kolor   piasku.   Jej   włosy   miały   mnóstwo 

background image

różnych odcieni, były proste i delikatne.

- Mercedes na pewno powiedziała ci z grubsza, o co nam 

chodzi - powiedział, kiedy znaleźli się w małym korytarzu na 

dole. - Planujemy serię reklam w najlepszych czasopismach i 

chcemy, żeby wyglądały jak obrazy. Nic nowoczesnego ani 

masowego. Chcemy, żeby oddawały charakter naszych win.

-   Powiedziała.   -   Dixie   uśmiechnęła   się   powoli.   - 

Powiedziała też, że przy okazji dałeś jej niezły wycisk.

- No i widzisz, kto wygrał. Jesteś tutaj, nawet pomimo 

tego, że jest zima, jeden z gorszych okresów na uwiecznianie 

winnic.

- Ale ja nie będę malować winnic, tylko ludzi.

-   Wspominała   o   tym,   chociaż   nie   wiem,   jak   obraz 

przedstawiający   Eliego   nad   winogronami   pomoże   sprzedać 

wino.

-   Mówiła   też,   że   jej   nie   słuchasz.   -   Dixie   potrząsnęła 

głową. Jej włosy zafalowały przy tym. - Są tysiące dobrych 

win. Twoje mogą być najlepsze, ale jak chcesz to pokazać na 

obrazie?

- Winogrona, winnice, to są mocne obrazy. Dobry arty-

sta jest w stanie oddać je w sposób, dzięki któremu zostaną 

zapamiętane.

background image

Uniosła brwi.

-   Mogę   ci   namalować   winogrona   w   taki   sposób,   że 

abstynenci będą. szlochać z żalu za tym, co tracą. Ale jest 

dużo ładnych obrazów winogron. Kolejny, bez względu na to, 

jak   będzie   piękny,   nie   pomoże   ci   pokazać   tego,   co   jest   w 

Louret wyjątkowe. Te obrazy powinny mówić o Louret.

-   Wiem,   na   czym   polega   kształtowanie   marki   - 

powiedział sucho. - Ale dlaczego mają to być obrazy ludzi? - 

Słyszał   już   argumenty   Mercedes.   Były   dobre,   inaczej   nie 

zgodziłby się na ten pomysł. Chciał jednak usłyszeć, co Dixie 

ma do powiedzenia.

- Dlatego, że w winnicach chodzi przede wszystkim o 

ludzi.   Twoje   pinot   noir   i   merlot   są   znane.   Twój   cabernet 

sauvignon   ciągle   dostaje   nagrody.   Ale   ludzie   powinni   też 

zrozumieć, że kupując butelkę Louret, kupują nie tylko wino, 

ale nos Eliego i łyk dziedzictwa twojej matki.

Uniósł brwi. Dixie nie przypominała tej niepraktycznej 

buntowniczki, którą kiedyś znał.

- Brzmi, jakbyś się sama zajmowała winem albo jakbyś 

się do tego dobrze przygotowała.

-   Często   rozmawiam   z   Mercedes   o   winie.   Poza   tym, 

owszem, trochę się przygotowałam. Maluję szybko, ale zanim 

background image

zacznę, dużo czasu spędzam na zbieraniu informacji.

- A co z twoją sztuką? - spytał, nagle zaciekawiony. - Co 

z twoimi niekomercyjnymi obrazami?

Wzruszyła ramionami.

-   Świat   sztuki   jest   strasznie   wąski.   Jeśli   nie 

reprezentujesz modnego akurat nurtu, to znaczy, że nie robisz 

nic   znaczącego,   czyli   nie   jesteś   częścią   dialogu   między 

artystami i krytykami.

- Kiedyś lubiłaś awangardę.

- Nadal ją lubię. Ale sama nie chcę tak malować. Chcę 

malować sztukę reprezentacyjną. Co jest niewiele lepsze od 

sztuki komercyjnej, którą zresztą też uprawiam - roześmiała 

się. - Kiedyś jeden z profesorów powiedział mi, że mam duszę 

ilustratora. I to nie miał być komplement.

-   Niektórym   nie   powinno   się   pozwalać   na   uczenie 

innych.

- Nie, on miał rację. Ale uważam, że Rembrandt też był 

świetnym ilustratorem - uśmiechnęła się. - Nigdy nikt mnie 

nie oskarżał o fałszywą skromność.

Nikt   nigdy   nie   oskarżał   jej   o   skromność   w   ogóle, 

pomyślał   rozbawiony.   Jemu   jednak   wydawało   się   to 

atrakcyjne.

background image

-   Nie   masz   poczucia,   że   praca   nad   zleceniami 

komercyjnymi... ogranicza twoją kreatywność? - zapytał.

-   Moja   obecna   sytuacja   pozwala   mi   na   wybieranie 

spośród różnych zleceń. Mam dużo do powiedzenia w tym, co 

robię, i nie przyjmuję prac, które mnie nie ekscytują.

A jednak przyjęła ich zlecenie... I to zapewne za mniej 

pieniędzy,   niż   zwykła   na   ogół   pracować.   Przysługa   dla 

przyjaciółki?

- Wino cię ekscytuje?

Spojrzała na niego długim, intensywnym spojrzeniem.

- Oprowadzisz mnie w końcu czy nie?

- Oczywiście, że tak. - Otworzył najbliższe drzwi. - Tutaj 

butelkujemy wino. To królestwo Randy’ego.

Dixie nie zmieniła się bardzo. Wciąż miała ciało, które 

rzu-cało mężczyzn na kolana, i uśmiech, który mówił, że nie 

ma nic przeciwko temu. I wciąż przyciągała do siebie ludzi, 

zarówno   mężczyzn,   jak   i   kobiety.   Przez   następną   godzinę 

Cole miał okazję obserwować, jak oczarowywała wszystkich 

po kolei.

Randy  został   łatwo pokonany, ale   on był  młody  i   był 

urodzonym flirciarzem. Russ, który zarządzał winnicami, też 

się   długo   nie   bronił   -   był   wprawdzie   starszy,   ale   był 

background image

mężczyzną.   Prawdziwym   wyzwaniem   była   za   to   pani 

McKillup.   Zawsze   zgryźliwa   starsza   księgowa   przy   Dixie 

szczerze   się   uśmiechnęła!   Do   tej   pory   Cole   widział   jej 

uśmiech   tylko   wtedy,   kiedy   dostawała   nowy   program 

kalkulacyjny.

To wszystko jednak mu nie przeszkadzało. Zdał sobie z 

tego sprawę, kiedy patrzył, jak Dixie owija sobie Randyego 

wokół   małego   palca.   Nie   był   w   ogóle   zazdrosny.   Nie 

potrzebował już dowodu na to, że się z niej wyleczył. Gdy 

tylko się dowiedział, że go zostawiła, postanowił zapomnieć o 

niej i całkiem nieźle mu się to udało. Mógł teraz stać z boku i 

przyglądać   się,  jak  flirtuje,  nie   wpadając   przy   tym  w  stare 

bagno.

Może jednak nie zabije swojej siostry.

-   Musisz   mi   pokazać   swojego   laptopa   -   mówiła   pani 

McKillup, kiedy zbierali się do odejścia i pozostawienia jej 

liczbom. - Podejrzewam, że masz za mało pamięci, ale jeśli 

tak jest, to łatwo będzie ją zainstalować.

- Dziękuję. - Dixie uśmiechnęła się szeroko. - Naprawdę 

przyda mi się pomoc od kogoś, u kogo dobrze funkcjonuje 

lewa półkula. Moja chyba poddała się już wiele lat temu.

- Nie ma wątpliwości co do zdrowia lewej półkuli pani

background image

McKillup - powiedział Cole, kiedy schodzili schodami w 

dół.

- To stwierdzenie mogło jednak nie wyjść ci,na zdrowie.

- Masz rację - uśmiechnęła się, kiedy dotarli na najniższe 

piętro. - Pani McKillup przypomina mi moją nauczycielkę z 

podstawówki. Na początku mnie przeraziła.

- Nie widać było tego po tobie.

- Och, już dawno zdałam sobie sprawę z tego, że łatwiej 

jest   lubić   ludzi,   a   wiesz   przecież,   jak   nie   lubię   marnować 

energii. Poza tym jest to znacznie bardziej interesujące.

Uświadomił  sobie, że właśnie temu zawdzięczała swój 

urok. Sprawiała, że ludzie ją lubią, dlatego, że ona ich lubiła. I 

może właśnie to było przyczyną, że między nimi wszystko się 

popsuło, bo w nim zbyt dużo było tego, czego nie lubiła.

Zaskoczyła go fala nagłego gniewu, stłumił ją jednak. To 

były dawne czasy.

- Niektórych ludzi trudno jest polubić - powiedział.

- To prawda. Są też tacy, którzy nie są warci wysiłku, ale 

o   tym   dowiadujesz   się   dopiero   wtedy,   kiedy   spróbujesz.   - 

Otworzyła   drzwi   do   pokoju   degustacyjnego.   -   Powinnam 

chyba rozpakować resztę moich rzeczy. Nie wiem tylko, gdzie 

mogę je przenieść.

background image

- Matka umieściła cię w małym domku. Na pewno go 

pamiętasz.

Dixie zatrzymała się w otwartych drzwiach i rzuciła mu 

spojrzenie przez ramię.

- Tak - powiedziała po chwili. - Pamiętam go.

Mały   domek   był   w   pewnym   oddaleniu   od   głównego 

budynku - niezbyt daleko, ale wystarczająco, żeby zapewnić 

prywatność.   Tamtego   lata,   wiele   lat   temu,   kiedy   on   wciąż 

mieszkał w dużym domu, Dixie wprowadziła się tu z matką. 

Skończyła   właśnie   studia   i   szukała   pracy.   Pewnego   dnia 

odwiedziła   Mercedes,   a   w   nocy   ona   i   Cole   zostali 

kochankami. Często się tam spotykali i kochali się.

Potrząsnęła   lekko   głową,   a   na   jej   usta   wypłynął 

półuśmiech, który nie sięgnął jednak oczu. Nie mógł odczytać 

ich wyrazu.

- Pomożesz mi przenieść rzeczy czy musisz wracać do 

pracy? Tylko ostrzegam - mam sporo bagażu.

-   Nie   ma   problemu.   Lubię   pokazywać   mięśnie   przed 

dziewczynami.

Przesunęła   spojrzeniem   po   jego   ciele,   a   w   jej   oczach 

pojawiła się psotna iskierka.

-   Może   wobec   tego   włożysz   obcisły   podkoszulek.   To 

background image

będzie piękny widok.

Fala gorąca, która go ogarnęła, wcale go nie zaskoczyła. 

Dixie   była   kobietą,   która   nie   pozostawiała   mężczyzn 

obojętnymi. Jednak zdziwiła go siła własnej reakcji.

- Wciąż igrasz z ogniem, Dixie? - zapytał łagodnie.

- Czasami bawię się też nożyczkami.

Była wyraźnie rozbawiona. Na razie puści jej to płazem. 

Później jednak...

- Chodźmy poćwiczyć moje mięśnie - powiedział lekko, 

nie wyjaśniając, jaki rodzaj ćwiczeń miał na myśli.

ROZDZIAŁ DRUGI

-   Jeździsz   terenówką?   -   Cole   wsiadł   do   samochodu, 

rozglądając   się   dookoła.   -   Widziałbym   cię   raczej   w   ferrari 

albo w czymś, co mało pali i ma z tyłu nalepkę z napisem: 

„Czy przytuliłeś już dzisiaj jakieś drzewo?”. Ale terenówka? - 

Potrząsnął   głową.   -   Tym   jeżdżą   przecież   matki   młodych 

zawodników drużyny baseballowej.

-   Nie   ma   nic   złego   w   matkach   młodych   zawodników 

drużyny   baseballowej.   -   Nacisnęła   pedał   gazu   trochę   zbyt 

mocno. - Dużo pracuję w terenie. Muszę mieć miejsce na mój 

sprzęt i na Hulka, a ten model pali najmniej ze wszystkich 

background image

dostępnych na rynku. - Czemu tak się usprawiedliwiała? - A ty 

czym jeździsz? Lśniącym nowym mercedesem?

- Pięcioletnim  jeepem  grand cherokee, pięć  cylindrów, 

standardowe wyposażenie - odpowiedział szybko.

- Terenówka.

- Tak.

Spojrzała na niego i obydwoje wybuchnęli śmiechem.

- Czy naprawdę kiedyś byliśmy tacy płytcy?zapytała. - 

Kłócimy się o samochody, jakby to miało jakieś znaczenie.

- Mów za siebie. Ja nie byłem płytki. Byłem tylko głupi. 

Nie był głupi. Na pewno był ambitny. Zdeterminowany, żeby 

być lepszym od ojca, żeby udowodnić, że jego rodzina nie 

potrzebuje   Spencera   Ashtona.   Dixie   rozumiała   to.   Nie 

potrafiła tylko z tym żyć.

Domek,   w  którym  miała   mieszkać,  był   zbudowany   na 

tyłach   głównego   budynku,   nieco   na   wschód.   Jednak   żeby 

dostać   się   tam   samochodem,   trzeba   było   okrążyć   dom, 

przejechać przez część winnic, mały gaj oliwny i zawrócić. 

Nawet   w   styczniu   drzewa   wyglądały   tu   malowniczo   ze 

swoimi   szarozielonymi   liśćmi   i   otaczającymi   je   zielonymi 

krzaczkami szałwii i lukrecji.

Gaj był jeszcze ładniejszy latem, przypomniała sobie

background image

Dixie.

-   A   więc   czemu   jeździsz   terenówką?   -   spytała,   kiedy 

zatrzymała   się   przed   niewielkim   budynkiem.   -   Nie   musisz 

przecież wozić wielu rzeczy.

- Dzisiaj już nie, ale  kiedyś musiałem.  Kilka  lat  temu 

kupiłem małą chatę i od tamtej pory przy niej pracuję.

-   Sam   ją   remontujesz?   -   zapytała   zaskoczona.   Cole, 

którego znała, musiał mieć wszystko najnowsze i najlepsze.

- W pewnym sensie można to tak nazwać. - Otworzył 

drzwi. - Teraz domek wygląda całkiem przyzwoicie, chociaż 

kiedy go kupiłem, nie nadawał się do zamieszkania. Podobała 

mi   się   ziemia   i   widok.   Miałem   zamiar   zburzyć   chatę   i 

zbudować   coś   nowego,   ale   w   międzyczasie   zaczęły   mnie 

fascynować narzędzia. Chata była pretekstem, żebym mógł ich 

używać. Czy ty naprawdę potrzebujesz tego wszystkiego?

- Wskazał stos rzeczy w bagażniku.

- Ostrzegałam cię - uśmiechnęła się.

- No tak, ostrzegałaś.

Dixie wzięła mniejszą walizkę i torbę z farbami. Cole 

chwycił   drugą   walizkę   i   duży   zwój   płócien.   Stos   rzeczy 

zmniejszył się, ale tylko nieznacznie.

Drzwi   do   domu   nie   były   zamknięte   na   zamek.   Dixie 

background image

otworzyła je i stanęła w progu.

Nic się tutaj nie zmieniło. Podłoga wciąż była sosnowa, 

zasłony wciąż były białe, a meble proste. Wszystko wyglądało 

tak samo jak jedenaście lat temu.

Cole dotknął jej ramienia.

-   Potem   będziesz   zwiedzać.   To   wszystko   jest   dosyć 

ciężkie.   Jesteś   pewna,   że   nie   masz   w   tej   walizce   jakiegoś 

poćwiartowanego ciała?

- Oczywiście. Krew poplamiłaby moje płótna.

Weszła do środka  i  stanęła przy zniszczonej skórzanej 

kanapie. Ostatni raz, kiedy ją widziała, była nago.

-   Czy   to   ten   sam   indiański   gobelin?   -   zapytała, 

przesuwając   dłonią   po   pledzie   przykrywającym   kanapę. 

Kolory nieco wybladły, ale wciąż wyglądał pięknie.

- Pamiętam, jak byłaś nim owinięta.

Jej ręka na pledzie zatrzymała się. Spojrzała na Cole’a i 

przeszłość   nagle   powróciła,   powodując   zamęt   w   głowie   i 

sercu.

W tamtej chwili pragnęła go. Pragnęła go bardzo.

Około   dziesięciu   porośniętych   futrem   kilogramów 

wpadło jej pod nogi, omal jej nie przewracając i wydając z 

siebie dźwięk podobny do odgłosów piły łańcuchowej.

background image

Cole otworzył szeroko oczy.

- Co u licha...?

-   Poznaj   Hulka.   -   Dziękuję   ci,   Hulk,   powiedziała   w 

myślach, schylając  się, żeby  go podnieść. Przeciągnął  się  i 

ułożył wygodnie w jej ramionach, mrucząc z rozkoszy, kiedy 

przeciągnęła dłonią po szarym futrze. Hulk uwielbiał być w 

centrum uwagi.

Cole patrzył na nich z powątpiewaniem.

- To kot, prawda?

- Tak wieść głosi.

- Lepiej powiem o nim mamie.

- Chyba nie ma alergii na koty? Mercedes powiedziała, 

że mogę go ze sobą zabrać. - Położyła rękę pod brodą kota, a 

on zamruczał jeszcze głośniej. - Zawsze ze mną podróżuje.

- Jestem pewien, że nie będzie z tym problemu. Jednak 

wydaje   mi   się,   że   nie   jesteśmy   przygotowani   na   jego 

przybycie. Nie mamy pod ręką zapasu antylop ani gazeli, żeby 

go   nakarmić.   -   Przyjrzał   się   Hulkowi.   -   Dobrze,   że   w 

sąsiedztwie nie ma żadnych małych dzieci.

- Bardzo śmieszne. Hulk jest duży, ale kochany. Uwielbia 

wszystkich, dzieci też.

- Chyba na deser. Dixie fuknęła.

background image

- Co masz przeciwko mojemu kotu?

- Tilly.

- Spokojnie. Hulk potrafi się wspinać na drzewa i nie jest 

nieśmiały.

- Ale Tilly jest nieśmiała. Dixie zmarszczyła brwi.

-   Postaram   się   więc,   żeby   nie   wychodził.   -   Odczepiła 

Hulka od siebie i postawiła go na kanapie. Kot rzucił jej pełne 

wyrzutu   spojrzenie   i   zeskoczył   na   podłogę.   Koci   honor 

zabraniał mu pozostać w miejscu, gdzie go postawiono.

Chodzili jeszcze trzy razy do samochodu, żeby wszystko 

z   niego   zabrać.   Dixie   udało   się   powstrzymać   zalew 

wspomnień, ale kiedy skończyli, cieszyła się na myśl, że Cole 

już sobie pójdzie. W głowie miała mętlik i musiała wszystko 

przemyśleć.

Cole, z typową dla niego przekorą, kiedy tylko odstawił 

ostatnią   torbę   z   książkami,   postanowił   odbyć   towarzyską 

pogawędkę.

-   Dziwna   poduszka   -   powiedział,   skinąwszy   głową   w 

stronę pufa, który położyła na podłodze pod ścianą. - Kiedy na 

nią patrzę, mam brudne myśli.

- To do medytacji, Cole. Słyszałeś kiedyś o medytacji?

-   Tak.   -   Skinął   głową.   -   Czy   to   oznacza,   że   nie 

background image

praktykujesz już czarnoksięstwa?

-   To   nie   była   moja   droga.   -   Wydała   z   siebie 

zniecierpliwione  westchnienie. - To tak jak twoje  bieganie. 

Odpoczynek dla umysłu.

Cole wybuchnął śmiechem.

- Tylko się nie gniewaj - powiedział, unosząc dłoń - ale 

pomyślałem,   że   powinienem   się   spodziewać,   że   będziesz 

wolała siedzieć, niż biegać.

Nie mogła się nie uśmiechnąć. W końcu miał rację.

-   Nie   pociąga   mnie   pocenie   się   -   odparła.   Chociaż 

musiała przyznać, że rezultaty były nietrudne do zauważenia. 

Cole był szczupły i w wieku trzydziestu pięciu lat zbudowany 

równie dobrze jak w wieku dwudziestu czterech.

Oparł się o ścianę i założył ręce na piersi.

- Czy teraz, kiedy już poćwiczyłem dla ciebie mięśnie, 

zaproponujesz mi coś zimnego do picia?

-   Nie   włożyłeś   obcisłej   koszulki   -   zauważyła,   kładąc 

laptop   na   stole.   -   Poza   tym   nie   zdążyłam   jeszcze   niczego 

kupić.

- Mama zadbała o to, żeby w lodówce i w spiżarni były 

podstawowe   produkty.   -   Przechylił   głowę.   -   Jesteś 

zdenerwowana?

background image

- Oczywiście, że nie. - Oj, będzie się smażyć w piekle za 

to kłamstwo. - Ale  muszę  się rozpakować. Nie powinieneś 

wracać do pracy?

- Ostatnio całkiem sporo pracowałem. Więc dlaczego tu 

jesteś?

Zamrugała powiekami.

- Masz kłopoty z pamięcią?

-   Możesz   wybierać   sobie   zlecenia.   Wybrałaś   Louret. 

Chcę wiedzieć, dlaczego.

Wzruszyła ramionami  tak swobodnie, jak tylko mogła, 

próbując nie zwracać uwagi na przyspieszone bicie serca.

- Po pierwsze, dobrze mi płacicie. Po drugie, Mercedes 

mnie o to prosiła. Po trzecie... mimo że ignorowanie twojego 

istnienia   było   dosyć   przyjemne,   przeszkadza   mi   jednak 

przyjaźnić się z twoją siostrą teraz, kiedy jestem w Kalifornii.

- A więc jesteś tutaj z mojego powodu. - Podszedł do 

niej. Stał zdecydowanie za blisko, ale nie miała zamiaru się 

cofać.

- To tylko jeden z powodów. Jeden z wielu powodów.

- Dobrze. - Pochylił się i pocałował ją.

Zaskoczył ją na tak długo, że zdążyła się pojawić gorąca 

fala pożądania. Potem jednak zadziałał instynkt.

background image

Odepchnęła go do siebie. Mocno.

Zachwiał się, potknął o Hulka i wylądował na podłodze. 

Dixie wybuchnęła śmiechem. Ku jej zdziwieniu, on również 

się zaśmiał.

- Chciałem, żeby kolana ugięły się pod tobą, a nie pode 

mną. Ten twój paskudny kot...

- Mam nadzieję, że nic mu nie zrobiłeś. - Rozejrzała się 

dookoła   i   dostrzegła   Hulka   siedzącego   obok   kanapy   i 

wygładzającego potargane futerko językiem. Nic mu się nie 

stało.

- Jasne. Martw się o kota, nie o mnie.

- Jesteś od niego większy.

-   Niewiele   większy.   -   Wstając,   uśmiechał   się   jednak. 

Dixie uniosła brwi.

- Zmieniłeś się.

- Nie mam już dwudziestu czterech lat. - Uśmiech nie 

schodził mu z ust, ale oczy przekazywały inną wiadomość. 

Taką, która uderzyła ją mocniej niż ten krótki pocałunek. - 

Zrozum,   to,   co   było   między   nami   jedenaście   lat   temu,   to 

zamknięty   rozdział.   Co   nie   znaczy,   że   nie   możemy   zacząć 

pisać nowego.

- Nie jestem zainteresowana. - Jej ciało miało wprawdzie 

background image

inne zdanie, ale to nie ono decydowało.

- Ale ja jestem. Powiedz, wciąż jeszcze masz ten tatuaż?

- Spadaj, Cole.

- Nie będzie mnie w mieście przez kilka dni, ale kiedy 

wrócę,   mam   zamiar   dowiedzieć   się,   co   z   tatuażem   - 

powiedział, wychodząc.

Dixie   ogarnęły   sprzeczne   emocje.   Przygryzła   wargę. 

Poczuła na niej sól, kawę i ten subtelny smak jego ust. Co 

dziwne, jej duchy milczały.

Może   wspomnienia   są   jak   księżyc,   pomyślała.   Odbite 

światło   nigdy   nie   jest   tak   mocne   jak   to,   które   pada 

bezpośrednio   ze   źródła...   A   źródło,   z   którego   pochodzą   jej 

nocne   mary,   właśnie   ją   pocałowało   po   raz   pierwszy   od 

jedenastu lat, kiedy go opuściła.

Wyglądało na to, że nadchodzące dwa tygodnie na pewno 

nie będą nudne.

W   następny   poniedziałek   wczesnym   rankiem   Dixie 

wyruszyła   krętym   podjazdem   otaczającym   front   posiadłości 

na   poszukiwanie   Hulka.   Wyszedł   z   domu.   Od   kiedy 

przyjechała, udawało mu się to co najmniej raz dziennie. Ale 

na razie nie miało to znaczenia. Cole wyjechał w interesach 

zaraz następnego dnia po jej przyjeździe i zabrał ze sobą Tilly.

background image

- Hulk! - zawołała. Był już dzień, ale wiszące burzowe 

chmury sprawiały, że wciąż było ciemno. Wiał silny wiatr, 

zanosiło się na deszcz, a temperatura nie przekraczała siedmiu 

stopni  Celsjusza. - Hulk, przecież  nie  lubisz  moknąć.  Czas 

wracać. - Po kocie nie było śladu.

Dobrze, że Cole wyjechał. To przypomniało jej, jakie są 

jego priorytety. Ale, do diabła, jeśli mężczyzna ogłasza swój 

zamiar obejrzenia tatuażu kobiety, powinien zostać chociaż na 

tyle długo, żeby mogła mu odmówić.

Ciekawe, czy naprawdę wyjechał w celach służbowych... 

Jednak, o ile oczywiście całkowicie się nie zmienił, zawsze 

grał fair. Żadnych kłamstw, żadnych sztuczek. Poza tym nie 

mogła   sobie   wyobrazić   jego   matki   ukrywającej   jakieś 

kłamstwa.

Dixie uśmiechnęła się. Lubiła Caroline Ashton Sheppard, 

mimo   że   to   ona   była   źródłem   niektórych   najbardziej 

irytujących przekonań Colea co do żeńskiej części gatunku. 

Gdyby   Caroline   urodziła   się   dwa   tysiące   mil   na   wschód, 

byłaby klasyczną południową pięknością - delikatną, łagodną, 

z wrodzonym wyczuciem stylu i żelazną wolą.

Dixie   lubiła   też   ojczyma   Colea.   Lucas   Sheppard   był 

jednym z tych ludzi, których nazywa się „solą ziemi” i którzy 

background image

przypominają   cynikom,   takim   jak   ona,   że   nie   wszyscy 

mężczyźni są łotrami, małymi chłopcami albo idiotami.

I Dixie, i Cole mieli problemy z ojcami. Oczywiście jego 

problem sięgał dużo głębiej. Ojciec Dixie nie chciał umrzeć i 

jej   zostawić,   a   ojciec   Colea   opuścił   go   z   własnej   woli. 

Oczywiście   nie   dowiedziała   się   tego   od   Colea,   pana   Nie-

Rozmawiam-O-Sprawach-Osobistych. Opowiedziała jej o tym 

Mercedes.   Kiedy   Cole   miał   osiem   lat,   Spencer   Ashton 

zostawił rodzinę, żeby poślubić sekretarkę, pozbawiając przy 

tej okazji swoją żonę większości jej dziedzictwa. Nigdy nie 

wrócił.

Nigdzie nie było widać śladu Hulka. Dixie zawołała go 

znowu, chociaż wiedziała, że Hulk pojawi się dopiero wtedy, 

kiedy będzie miał na to ochotę.

No   cóż.   Uważała   jednak,   że   jej   obowiązkiem   było 

spróbować. Potrząsając głową, zawróciła w stronę domu.

Nagle   zauważyła   mężczyznę   stojącego   przed   domem. 

Przystanęła   i   zmarszczyła   brwi.   Nie   był   to   raczej   żaden   z 

pracowników,   mimo   że   ubrany   był   zwyczajnie   w   dżinsy   i 

prostą koszulę. Poznała już jednak chyba wszystkich, którzy 

pracują w winnicy.

A   może   nie?   W   każdym   razie   na   pewno   by   go 

background image

zapamiętała. Był wysoki i wyglądał, jakby właśnie zsiadł z 

konia.   Mi-mo   wszystko   było   w   nim   coś   znajomego... 

Zaintrygowana, ruszyła w jego stronę.

- Dzień dobry - powiedziała, zbliżając się. - Szuka pan 

kogoś?

Odwrócił   się.   Miał   szpakowate   włosy   i   interesujące 

zmarszczki wokół oczu. To na pewno od mrużenia oczu, kiedy 

galopował   prosto   w   zachodzące   słońce,   pomyślała 

rozbawiona.

- Nie. Jestem tylko ciekawy.

- Winnice uwielbiają ciekawych turystów - zapewniła go 

- ale dopiero po dziesiątej, kiedy otwierają salon degustacyjny. 

Ta   część   to   własność   prywatna.   -   Przechyliła   głowę.   - 

Wygląda pan znajomo.

-   Chyba   się   jeszcze   nie   spotkaliśmy   -   odpowiedział 

uprzejmie. - Czy jest pani jedną z właścicielek?

-   Nie,   jestem   tylko   tymczasowym   pracownikiem   i 

przyjaciółką   rodziny.   To   chyba   kształt   pana   głowy   - 

powiedziała, zadowolona, że udało jej się zidentyfikować to, 

co   było   w   tym   mężczyźnie   znajomego.   -   I   oczy.   Gdybym 

mogła   porównać   kształt   pana   czaszki   z   Coleem   i   Elim... 

jestem pewna, że byłyby identyczne.

background image

Wyglądał na lekko zaalarmowanego.

- Mam nadzieję, że nie będzie pani próbować. Jest pani 

lekarzem? Albo antropologiem?

Zaśmiała się.

- Nie. Jestem artystką. A czy pan nie jest czasem jakimś 

zaginionym kuzynem Ashtonów?

Potrząsnął   głową   i   przyglądał   się   jej   przez   chwilę   z 

nieodgadnionym wyrazem oczu.

- Skoro to prywatny teren, to powinienem się już zbierać. 

Miło było z panią porozmawiać.

Cole   spędził   cztery   frustrujące   dni   w   Sacramento. 

Powodem   tej   frustracji   w   pewnej   mierze   była   praca,   ale 

również   to,   że   nie   był   w   stanie   myśleć   o   tym,   o   czym 

powinien.

Dixie   wyjechała   z   The   Vines   w   piątek   po   południu   i 

zamierzała wrócić dopiero po weekendzie. Miała oczywiście 

do   tego   prawo,   ale   Cole   cały   czas   się   zastanawiał,   z   kim 

spędza ten weekend. Kobieta taka jak Dixie była sama tylko 

wtedy, kiedy tego chciała.

Była   druga   nad  ranem.   Siedział   sam   w  swoim   pokoju 

hotelowym, walczył ze wspomnieniami i zastanawiał się nad 

własnym zdrowiem umysłowym. Dlaczego w ogóle brał pod 

background image

uwagę możliwość związania się z nią jeszcze raz?

Pociągała go, to prawda. Na dodatek wiedział, jak gorąca 

potrafi być w łóżku. Był jednak wystarczająco dorosły, żeby 

wiedzieć   również,   że   ogień   parzy.   W   końcu   doszedł   do 

wniosku,   że   nie   potrzebuje   złamanego   serca   ani   innych 

problemów, i zapadł w sen.

Podjeżdżając na parking winnicy, pomyślał, że irytuje go 

to, że nie może się doczekać spotkania z nią. Chwycił teczkę, 

otworzył drzwi jeepa i wysiadł.

Eli czekał na niego.

- Jak poszło?

-   Dużo   rozmów,   mało   działań.   -   Cole   otworzył   tylne 

drzwi i Tilly wyskoczyła z samochodu, uprzejmie powąchała 

dłoń Eliego, po czym odeszła na bok.

- Wszyscy się zgadzają, że potrzebna jest lepsza koordy-

nacja   pomiędzy   różnymi   zrzeszeniami   producentów   wina   - 

powiedział   Cole,   otwierając   teczkę   i   wyjmując   z   niej   stos 

papierów.   -   Zwłaszcza   kiedy   dochodzi   do   lobbowania   w 

Sacramento.   Nikomu   jednak   nie   chce   się   stworzyć   grupy 

koordynującej.

- Wydawało mi się, że Joe Bradley lubi się wszystkim 

zajmować.

background image

- Nie pozwolę Joemu zrobić z tego jednego z jego show. 

Zaczyna   pełen  entuzjazmu,   a  potem  traci   zainteresowanie   i 

wszystko się wali.

Eli westchnął.

- To znaczy, że ty się zgodziłeś to zrobić.

- Nie. - Gole sam wciąż był jeszcze tym zdziwiony. W 

pewnym momencie robienie wszystkiego i udowadnianie, że 

może   zrobić   to  lepiej   niż   inni,  przestało   go  bawić.   -  Mam 

wystarczająco dużo zajęć.

- Wiem. Tak właśnie myślałem.

- Masz. - Cole podał Eliemu plik papierów. - To kopia 

protokołu ze spotkania. Jest tam kilka interesujących rzeczy.

Eli skrzywił się.

- Nie mógłbyś mi tego streścić?

Cole uśmiechnął się. Eli nie znosił papierkowej roboty.

- Niestety nie mogę. Muszę się zająć czym innym.

- Ciekawe, czy ma to coś wspólnego z tą twoją dawną 

dziewczyną, która ciągle za mną chodzi...

- Dixie za tobą chodzi? - Zadał to pytanie tak obojętnym 

tonem, że niemal sam sobie uwierzył.

- Gdziekolwiek się pojawię, ona tam jest z tym swoim 

aparatem. Mówi, że chce zrobić dużo zdjęć, zanim zabierze się 

background image

do malowania. - Eli skrzywił się. - Dlaczego ty i Mercedes nie 

powiedzieliście mi, że mam być twarzą tej kampanii?

-   Uznaliśmy,   że   niespodzianka   będzie   znacznie 

zabawniejsza. - Cole ruszył w stronę drzwi.

- No cóż, mnie to się wcale nie podoba. - Eli szedł obok 

niego. - Co nie znaczy, że przeszkadza mi towarzystwo Dixie.

- A komu  by przeszkadzało?  - Na  pewno flirtowała  z 

Elim, pomyślał Cole. Dla Dixie flirtowanie było jednak tak 

samo naturalne jak oddychanie.

- Jest zabawna i do tego bardzo ładna. Wolałbym tylko, 

żeby   nie   miała   ze   sobą   tego   przeklętego   aparatu.   -   Eli 

zatrzymał   się   i   odwrócił   twarzą   do   Colea,   tak,   że   ten   też 

musiał się zatrzymać. - Więc... jesteś zainteresowany?

Cole zmarszczył brwi.

- Czy jestem zainteresowany Dixie?

-   Tak,   chyba   o   niej   rozmawiamy.   Wiem,   że   było   coś 

między wami wiele lat temu. Ale nie wygląda na to, żebyś 

podejmował grę w miejscu, w którym ją skończyłeś.

-   Byłem   w   Sacramento   -   rzucił   Cole.   To,   że   sam   się 

zdecydował   wycofać,   nie   znaczyło,   że   jego   brat   ma   wolną 

drogę.

-   A   ja   byłem   tutaj   i   rozglądałem   się.   Pomyślałem,   że 

background image

powinienem dać ci znać, zanim wykonam pierwszy ruch.

- Nie możesz sam sobie znaleźć kobiety? - zapytał Cole z 

wściekłością. - Musisz zabierać się za to, co zostało po mnie?

Eli roześmiał się, czym zirytował go jeszcze bardziej.

- Chciałbym zobaczyć minę Dixie, gdyby usłyszała, że 

mówisz o niej „to, co zostało po mnie”.

Cole nie był kompletnym szaleńcem.

- Zły dobór słów - przyznał. - Ale lepiej trzymaj łapy 

przy sobie.

- Zobaczymy. Jeśli ty nie...

Nagle zza rogu wybiegła Tilly goniona przez wielkiego 

szarego kota. Pies zatrzymał się za nogami Cole’a, trzęsąc się 

z   przerażenia.   Za   nimi   pojawiła   się   Dixie,   zaróżowiona   od 

biegu,   z   rozwianymi   włosami   i   nagimi   udami   widocznymi 

spod krótko obciętych dżinsów.

Zatrzymała   się   kilka   metrów   przed   nimi.   Tak   samo 

zresztą jak Hulk, ale Cole nie zwracał na kota uwagi.

ROZDZIAŁ TRZECI

Cole uśmiechnął się.

-   Chyba   jeszcze   nie   widziałem,   żebyś   się   tak   szybko 

poruszała.

background image

- Próbowałam uratować twojego głupiego psa. - Była bez 

tchu   i   jej   pierś   falowała   pod   skąpym   podkoszulkiem,   na 

którym   napis   informował,   że   grzeczne   kobiety   rzadko 

przechodzą do historii.

Tilly uspokoiła się nieco, chociaż wciąż jeszcze trzęsła 

się ze strachu. Cole pogłaskał ją po głowie i spróbował nadać 

swojemu głosowi surowe brzmienie.

- Miałaś trzymać swojego demonicznego kota w domu.

- Zgadnij, co się stało? Uciekł mi.

- Nie miałoby to żadnego znaczenia - wtrącił się Eli - 

gdyby   pies   Colea   nie   był   tak   żałosny.   -   Spojrzał   na   Tilly, 

skuloną za Coleem. - Wiem, że kot jest duży, ale ty wciąż 

jesteś od niego cięższa o kilkanaście kilogramów.

- Tak jakby to się liczyło. - Cole potrząsnął głową. - Jeśli 

chodzi o Tilly, to wszystko na świecie jest od niej większe i 

groźniejsze.

Dixie   podeszła   bliżej,   poruszając   się   z   wdziękiem 

równym jej kotu.

- Widziałam dżdżownice, które mają więcej kręgosłupa.

- Dżdżownice należą do bezkręgowców.

- No to rozumiesz, co mam na myśli.

Eli   zauważył   nogi   Dixie   i   przyglądał   im   się   otwarcie. 

background image

Cole nie mógł go za to winić.

- Nie jest ci zimno? - zapytał Eli z troską. - To nie jest 

pogoda na szorty.

Cole   powinien   był   go   uprzedzić,   że   lepiej   nie 

kwestionować tego, co robi Dixie. Dixie uniosła brwi.

-   Dla   mnie   to   jest   pogoda   na   szorty.   Jestem 

przyzwyczajona do znacznie ostrzejszego klimatu.

- Ostry. - Cole skinął głową. - To jest pierwsze słowo, 

które przychodzi mi na myśl, kiedy o tobie myślę. Tak jak ta 

koszulka.

- Zauważyłam, że wolno ci idzie czytanie.

Ponieważ   litery   były   opięte   na   parze   bardzo   ładnych 

piersi, Cole tylko się uśmiechnął.

Podczas   gdy   oni   rozmawiali,   Hulk   postanowił 

doprowadzić   zwycięstwo   do   końca.   Nonszalancko,   jak 

przystało na kota, podchodził coraz bliżej. Tilly wycofywała 

się krok za krokiem, aż w końcu znalazła się za Elim. Hulk, 

triumfując, stanął przy nodze Colea i zaczął mruczeć.

-   Tak,   widzę,   jakie   z   ciebie   niewiniątko   -   powiedział 

Cole, schylając się, żeby podnieść kota. Pogłaskał go i Hulk 

zaczął mruczeć głośniej.

- Ok, rozumiem.  - Eli kiwnął głową. - Do zobaczenia 

background image

później.

Cole spojrzał na niego.

- O czym mówisz?

- Wracam do pracy. To takie coś, czym niektórzy z nas 

zajmują się o tej porze w dzień powszedni.

- Dobry pomysł - Cole zerknął na Dixie. - Weź Tilly ze 

sobą.

- Zapomnij o tym. Zasługujesz na kilka utrudnień. Miło 

cię było widzieć bez aparatu, Dixie - powiedział Eli i oddalił 

się.

Dixie patrzyła, jak Eli odchodzi.

-   Masz.   -   Cole   wręczył   jej   futrzaną   kulkę.   -   Zabieraj 

swojego potwora. Tilly jest bliska załamania nerwowego.

Dkie   usadziła   sobie   kota   na   ramieniu   i   swobodnym 

krokiem ruszyła do domu. Cole szedł obok niej. Rzuciła mu 

spojrzenie z ukosa.

-   Myślisz,   że   Tilly   ma   jakiś   psi   rodzaj   manii 

prześladowczej?

- Raczej składam to na karb życiowych doświadczeń. Jej 

poprzedni właściciel musiał ją źle traktować.

- Jej poprzednim właścicielem był kot?

- Powiedziałbym, że jej strach się uogólnił.

background image

Uśmiechnęła   się   lekko,   ale   nie   odpowiedziała.   Przez 

kilka minut szli w ciszy, a Tilly podążała za nimi.

Śmieszne, pomyślał. Kiedyś uznał spacerowanie z Dixie 

za irytujące. Świetnie dogadywali się w łóżku, ale nie lubił się 

z   nią   przechadzać.   Ona   szła   powoli,   a   on   zawsze   chciał 

dotrzeć na miejsce jak najszybciej.

Powiedziała wtedy, że nie pociąga jej pocenie się. On z 

kolei nie widział sensu w poświęcaniu dwudziestu minut na 

dotarcie tam, gdzie można było dotrzeć w dziesięć. Chociaż 

musiał przyznać, że miło było czasami zwolnić. Dawało mu to 

sposobność do rozkoszowania się zapachem jej perfum - lekko 

korzennym, bardziej ziołowym niż kwiatowym, trudnym do 

określenia.

Tak jak ona.

- Co myślisz o Nowym Jorku?

- Uwielbiani go - odpowiedziała. - Nawet wtedy, kiedy 

mieszkałam w tym okropnym małym mieszkaniu, nikogo nie 

znałam i tęskniłam za domem, uwielbiałam go. Jest tam tyle 

do   zobaczenia   i   zrobienia,   a   energia   tego   miejsca   jest   po 

prostu niesamowita.

- Podoba ci się to? Nigdy sobie ciebie nie wyobrażałem 

jako części tego energicznego tłumu.

background image

-   Zawsze   uważałeś   mnie   za   lenia   -   zauważyła 

filozoficznie.

-   Nieprawda.   -   Kiedy   spojrzała   na   niego   sceptycznie, 

poddał się. - No, może artystycznego lenia. To nie to samo. A 

ty uważałaś mnie za nudnego biznesmena.

-   Na   pewno   nie   nudnego   -   mruknęła.   -   Ogarniętego 

obsesją.

- To słowo przypomina mi kilka naszych kłótni.

-   A   jak   sam   byś   się   określił?   -   Machnęła   ręką.   - 

Nieważne.   Nigdy   nie   chciałeś   się   wyprowadzić,   spróbować 

czegoś nowego?

- Moje cele, moja rodzina, moje życie - wszystko było 

tutaj. I wciąż  jest. Dlaczego wyjechałaś?  - Gdy tylko Cole 

wypowiedział   te   słowa,   zapragnął   je   cofnąć.   Brzmiały   za 

bardzo jak: „Dlaczego mnie opuściłaś?”.

Wiedział   dlaczego.   W   końcu   zrozumiał   to   i   nawet 

przyznał   jej   rację.   Ale   zrozumienie   to   nie   to   samo   co 

wybaczenie.

Ona jednak albo nie usłyszała tego niewypowiedzianego 

pytania, albo nie chciała się zagłębiać w ten temat.

- Strasznie  mnie  korciło, żeby  to zrobić  - powiedziała 

lekko. - Wiesz, co mówią o Nowym Jorku? Że jeśli dasz sobie 

background image

radę tam, to dasz sobie radę wszędzie. Chciałam sprawdzić, 

czy mi się uda.

-   Udało   ci   się.   -   Dotarli   do   domu.   Otworzył   drzwi   i 

przytrzymał je. - Kobiety i potwory przodem.

-   Tylko   potwór.   Ja   muszę   wracać   do   pracy.   Co?   - 

zapytała.

- Co cię tak bawi?

- To, że tobie spieszy się do pracy, a nie mnie.

-   No   tak,   zgadzam   się,   że   to   dziwne.   Uważaj,   musisz 

szybko   zamknąć   drzwi.   -   Postawiła   Hulka   na   podłodze, 

cofnęła   się   i   Cole   szybko   zamknął   drzwi..Termin   oddania 

pierwszego obrazu jest   dosyć  krótki, a   ja   jeszcze   nie   mam 

koncepcji. Eli jest tematem, ale nie mam na niego pomysłu.

- To ty w ogóle zwracasz uwagę na terminy? - zapytał 

uprzejmie.

- Bardzo śmieszne. Nie jestem aż taka niesolidna.

- Jeśli powiesz mi, że teraz zawsze zdążasz na czas, to 

poproszę cię o dokumenty. Albo wezwę egzorcystę.

Uśmiechnęła się.

Jej uśmiech był mu zbyt dobrze znany. I sięgał do tych 

zakamarków   duszy,   które   chciał   zostawić   tylko   dla   siebie. 

Położył rękę na drzwiach, zastawiając jej drogę i przybliżając 

background image

się do niej.

-   Tego   tu   wcześniej   nie   było   -   powiedział,   dotykając 

kurzych łapek w kąciku jej oka.

Odchyliła głowę w drugą stronę.

- Kiedyś mówiłeś lepsze komplementy. Odsuń się, Cole.

- Nie mam zamiaru cię całować. A w każdym razie nie w 

tej chwili. - Zdążył zapomnieć o plamkach złota w jej oczach, 

które nadawały im karmelowy odcień.

Zmarszczyła brwi w oburzeniu, ale przygryzła wargę.

-   Rozumiem.   Nagle   słabo   się   poczułeś   i   musiałeś   się 

oprzeć.

- Denerwujesz się. Podoba mi się to.

- Jesteś nieznośny. Nie podoba mi się to. Roześmiał się i 

wyprostował.

- Jak długo masz zamiar tutaj zostać, Dixie? Spojrzała na 

niego podejrzliwie.

- Czemu pytasz?

- Chcę wiedzieć, kiedy kończy się mój czas.

-   No   cóż...   Będę   tutaj   około   dwóch   tygodni   i   nie 

wybieram się z tobą do łóżka. A teraz naprawdę muszę wracać 

do pracy. - Odwróciła się i ruszyła w kierunku winnicy.

Szła szybciej niż zwykle.

background image

- Sprzed nosa ucieka ci szansa na wspaniałą awanturę.

- Nie mam ochoty na awanturę.

-   Czyżbyś   straciła   swój   artystyczny   temperament? 

Ledwie sobie przypominam żeglujący w moją stronę talerz.

Zacisnęła usta, ale wyglądało to, jakby próbowała raczej 

powstrzymać uśmiech niż wybuch gniewu.

- Powiedz mi, Cole, jedną rzecz. Czy próbujesz zwrócić 

w ten sposób na siebie moją uwagę? A może trenujesz przed 

walką?

- Skąd ta taktyka, Dixie? Naprawdę chcesz, żebym sobie 

poszedł?

Wzruszyła ramionami, nie patrząc na niego.

-   Kiedy   przyjmowałam   to   zlecenie,   nie   sądziłam,   że 

będziesz się do mnie zalecał. Próbowałam nie mieć żadnych 

oczekiwań,   ale   podświadomie   chyba   się   spodziewałam,   że 

będziesz w stosunku do mnie chłodny i obojętny.

- Nie mam już dwudziestu czterech lat.

- Tak, jesteś inny. To wszystko przypomina mi powrót do 

domu po latach, kiedy okazuje się, że stare budynki zostały 

zburzone   i   wybudowano   nowe.   Wychodzisz   zza   rogu   i 

myślisz, że ujrzysz dom Wilsonów, ale Wilsonów już nie ma, 

a nowi mieszkańcy odnowili fasadę i ścięli ten wielki dąb. 

background image

Niby dużo się nie zmieniło, ale ja to wszystko widzę.

-   Przecież   odwiedzałaś   dom,   prawda?   Rzuciła   mu 

rozbawione spojrzenie.

- To była metafora.

-   Zrozumiałem.   Zastanawiałem   się   tylko,   czy   unikałaś 

Kalifornii. - I dlaczego wróciłaś, dodał w myślach.

-   Wpadam   tutaj   raz   czy   dwa   razy   do   roku,   żeby 

odwiedzić mamę i ciocię Jody. Mama znów wychodzi za mąż.

- Tak? - Starał się, żeby to zabrzmiało, jakby uważał, że 

to dobry pomysł.

Z jej spojrzenia jednak wywnioskował, że mu się to nie 

udało.

-   Tym   razem   może   będzie   dobrze.   Mike   to   porządny 

facet. Z trudem przywoływał obraz Helen McCord Lychfield.

Matkę   Dixie   spotkał   tylko   raz.   I   kiedy   teraz   o   tym 

pomyślał, wydało mu się to dziwne.

Ich romans trwał niewiele ponad trzy miesiące, mimo że 

znali się już wcześniej, czyli od czasu, kiedy Mercedes poszła 

do collegue’u. Merry i Dixie były współlokatorkami i Dixie 

przyjeżdżała   z   nią   czasem.   Miała   kłopoty   w   domu   - 

mężczyzna,   który   był   wtedy   jej   ojczymem,   okazał   się 

łajdakiem pierwszej wody.

background image

Matka   Dixie   zostawiła   go   w   końcu   na   miesiąc   przed 

skończeniem studiów przez córkę. A miesiąc później w Napa 

Valley nastąpiła fala rekordowych upałów. Cole i Dixie czuli 

się za nią odpowiedzialni.

- Twoja mama musi się cieszyć, że jesteś niedaleko. I 

ciocia   też.   Czy   ona   wciąż   mieszka   w   Los   Angeles?   -   W 

pewien sposób Dixie była bliżej z siostrą matki, nagradzaną 

reporterką, niż z matką.

- Nie. Wyprowadziła się.

Coś w głosie Dixie zwróciło jego uwagę. Patrzyła w dół 

na brunatną ziemię.

- O co chodzi, Dix?

- Ona jest powodem, dla którego wróciłam. Mama nie 

mogła już dłużej sama się nią zajmować.

Nagłe uczucie bólu i współczucia sprawiło, że wziął ją za 

rękę.

- To nie brzmi dobrze.

- Bo nie jest dobrze. Ciocia ma Alzheimera.

Zaskoczony Cole stał bez słowa. Ciotkę Dixie również 

spotkał tylko raz, wtedy, kiedy i matkę, ale Jody Belleview 

była   kobietą,   która   pozostawiała   po   sobie   niezapomniane 

wrażenie. Pamiętał jej śmiech i to, jaka była inteligentna.

background image

-   Nie   mogę   sobie   tego   wyobrazić...   Czy   ona   nie   jest 

młodsza od twojej matki? Ma chyba około pięćdziesięciu lat?

- Pięćdziesiąt cztery. Ja też nie mogę w to uwierzyć. I 

wcale nie jest mi łatwiej teraz, kiedy jestem na tym wybrzeżu, 

a nie po drugiej stronie kraju - uśmiechnęła się niepewnie.

- Dixie. Potrząsnęła głową.

- Przykro mi. Nie mogę o tym rozmawiać.

Odeszła szybkim krokiem, wyprostowana i sztywna. A 

Cole po prostu stał i pozwolił jej odejść. Czuł, jakby ziemia 

uciekła mu spod nóg.

Nie mogła o tym rozmawiać? To nie przypominało Dixie. 

To   on   był   tym,   który   upychał   problemy   w   szufladach, 

zakrywał wieka i siadał na nich, żeby stamtąd nie wychodziły. 

Dixie   zawsze   była   przerażająco   szczera,   zarówno   wobec 

siebie, jak i wobec innych. Podnosiła pokrywki i zaglądała do 

środka. Nie odwracała się od bolesnej prawdy.

A przynajmniej taka była kiedyś.

Cole stał tam jeszcze przez chwilę zamyślony. A potem 

poszedł szukać swojej siostry.

ROZDZIAŁ CZWARTY

O dziesiątej wieczorem tego samego dnia Dixie stała na 

background image

dywaniku w swoim tymczasowym salonie, rzucającpędzlem 

farbę   na   płótno.   Było   za   ciemno   na   malowanie,   ale   nie 

przeszkadzało   jej   to.   Tak   naprawdę   nie   malowała,   tylko 

dawała upust swoim emocjom. Nikt oprócz niej nigdy tego nie 

zobaczy.

Czerwony zmieszał się z brązowym w dolnym prawym 

rogu, a nad bladozielonym środkiem dominowała góra czerni i 

szarości, przypominająca granitową skałę. Kiepska to sztuka, 

pomyślała, cofając się, żeby przyjrzeć się swojemu dziełu. Ale 

dawała jej ogromną satysfakcję.

Zmarszczyła brwi, słysząc pukanie do drzwi. Leżący na 

kanapie   Hulk   podniósł   leniwie   głowę,   przyjmując   do 

wiadomości, że będą mieli gościa.

- Chwileczkę - rzuciła, krzywiąc się. Nie miała ochoty na 

towarzystwo. Odłożyła pędzel na bok, chwyciła szmatkę, żeby 

zetrzeć farbę z palców, i ruszyła w stronę drzwi.

Zastała   za   nimi   Colea   trzymającego   w   ręku   małą 

skórzaną torbę, która wyglądała jak podróżna walizka.

Spojrzała na nią i uniosła brwi.

- To niezbyt subtelne, Cole.

- Nie mam tam zestawu do golenia. Mogę wejść?

Przyjrzała   się   jego   twarzy,   ale   nie   znalazła   w   niej 

background image

odpowiedzi na swoje pytanie.

- Czemu nie? - Cofnęła się o krok.

- Poszperałem trochę - powiedział, wchodząc. - Pewnie 

wszystko to i tak już czytałaś, ale... - Zamilkł i zatrzymał się, 

kiedy zobaczył stojące na środku pokoju sztalugi. I to, co było 

na sztalugach.

-   Interesujące   -   stwierdził   po   chwili   ostrożnie.   - 

Myślałem, że nie uprawiasz tego rodzaju abstrakcyjnej sztuki.

Roześmiała się.

- To nie sztuka, to terapia. Robię to zamiast tłuc talerze.

- Może dlatego to tak kiepsko wygląda.

-   Pewnie   tak   Później   zmyję   to   z   płótna.   -   Przechyliła 

głowę na bok. - Ale nie przyszedłeś chyba tutaj badać, jaki 

rodzaj terapii stosuję?

-  Nie,  ja...  -  Hulk  opuścił  kanapę   i   ocierał  się  o  nogi 

Cole’a,   mrucząc   głośno.   Cole   schylił   się   i   podrapał   go   za 

uchem. - Cześć, potworze.

Dixie   wzięła   do   ręki   pędzel,   żeby   go   umyć.   To,   co 

namalowała,   było   już   wystarczająco   brzydkie,   mogła   więc 

skończyć na dziś i wysłuchać, co Cole ma jej do powiedzenia.

Poszła   do   malutkiej   kuchni,   odkręciła   kran   i   wodą   z 

mydłem zaczęła zmywać farbę z miękkiego włosia.

background image

- Hulk lubi towarzystwo bez względu na godzinę. Ja nie 

jestem w nastroju.

-   Trafiony.   -   Położył   tajemniczą   walizkę   na   stoliku.   - 

Chodź, zobacz, co przyniosłem.

Zaciekawiona,   odłożyła   pędzel   i   wróciła   do   pokoju. 

Wręczył jej teczkę. W środku znalazła mnóstwo kartek z in-

formacjami na temat Alzheimera. Poukładane w rozdziały, z 

których każdy miał tytuł. Stadia... Leczenie... Teorie...

- Wszystko ze sprawdzonych stron internetowych. Jest 

tutaj dużo informacji, ale nie wszystkie są godne zaufania.

- Musiało ci to zająć wiele godzin - szepnęła, kartkując 

wydruki.

- Chciałem się dowiedzieć, jaki jest stan twojej ciotki, a 

ty nie chciałaś mówić. - Poruszył się niespokojnie. - Dlaczego 

nie chcesz o tym rozmawiać?

- Nie chcę rozmawiać o tym z tobą.

- Z Mercedes też o tym nie rozmawiałaś.

- Opowiadałam jej przecież o cioci Jody - zaprotestowała.

- Tak, i to wszystko. Nie mówiłaś... no wiesz. - Wykonał 

nieokreślony ruch ręką. - Nie mówiłaś o swoich uczuciach.

- Aha... - Gdzieś wewnątrz niej zaczął narastać śmiech.

-   Poczekaj   chwilę.   Ty   krytykujesz   mnie,   że   nie 

background image

rozmawiam o swoich uczuciach?

- Chodzi mi o to, że tłamsisz wszystko w sobie. Ja jestem 

do tego przyzwyczajony. Dobrze się z tym czuję. Ale ty nie.

Usiadł na kanapie, nie czekając na zaproszenie, i zaczął 

wyciągać   inne   rzeczy   ze   swojej   torby   i   stawiać   je   na 

sosnowym stoliku.

Butelka wina. Dwie szklanki. Pudełko czekoladek. Lakier 

do paznokci. Pachnący krem do stóp. Waciki. Zmywacz do 

paznokci.

Usiadła   na   drugim   końcu   kanapy.   Czuła,   że   zaraz 

wybuchnie śmiechem. Wskazała dłonią przedmioty na stoliku.

- Cole?

- Mów do mnie Sheila. Jestem statystką.

- Statystką? - Uśmiech wypłynął jej na twarz.

- Udajmy, że to jeden z tych kobiecych wieczorów. No 

wiesz, kiedy kobiety spotykają się, żeby się wzajemnie czesać, 

malować paznokcie i opowiadać sobie wszystko.

Och!   Martwił   się   o   nią.   Łzy   napłynęły   jej   do   oczu. 

Wstała, podeszła do niego i pocałowała go w policzek.

- To jest takie... Dziękuję ci.

- Chyba nie masz zamiaru płakać?

Zaśmiała   się,   mimo   że   brzmiało   to   trochę   jak   śmiech 

background image

przez łzy.

- Niczego nie obiecuję. Masz zamiar pomalować swoje 

paznokcie czy moje?

- Mam zamiar wypić wino. - Wyjął otwieracz i otworzył 

butelkę. - Ale możesz się do mnie przyłączyć.

- Czy cabernet sauvignon pasuje do czekolady? - Usiadła 

i otworzyła pudełko. - Mmm... i to ciemnej czekolady.

-   Mercedes   mówiła,   że   czekolada   jest   najważniejsza. 

Rzuciła mu spojrzenie z ukosa.

- Rozmawiałeś o tym z Merry?

- Tak. - Nalał wino do jednego z kieliszków, a wokół 

rozniósł się wspaniały aromat. - Ona uważa, że nic ci nie jest.

- Może ma rację. - Wybrała czekoladkę, która według 

niej   mogła   mieć   smak   karmelowy.   Uwielbiała   smak 

karmelowy.

-   No   więc,   o   czym   rozmawiacie   na   tych   babskich 

pogaduchach?

- O wszystkim. O mężczyznach, fryzurach, mężczyznach, 

rodzinie,   filmach,   mężczyznach,   książkach,   polityce...   Czy 

wspomniałam już o mężczyznach?

-   Podłe   szczury   -   odpowiedział   szybko,   podając   jej 

szklan-kę wina. Hulk wskoczył na kanapę obok niego i otarł 

background image

się głową o jego łokieć, wyraźnie w ten sposób pokazując, że 

poświęca mu się za mało uwagi. Cole machinalnie zaczął go 

drapać za uchem. - Nigdy nie dzwonią.

Dixie potrząsnęła ze smutkiem głową.

- I nie pamiętają o urodzinach.

- A jeśli już pamiętają, to nigdy nie przysyłają kartek. 

Czy to takie trudne: pójść i wybrać kartkę?

- Tak, to prawda. I chcą tylko jednego.

-   Tak,   tylko   jednej   cholernej   rzeczy.   Ups,   wypadłem 

chyba na chwilę z roli.

-   Musisz   uważać.   -   Dixie   upiła   łyk   wina,   usiłując 

zachować powagę. - Mmm, to naprawdę dobre.

-   Dziewięćdziesiąty   ósmy   był   jednym   z   naszych 

najlepszych   roczników.-   Poruszył   winem   w   kieliszku,   żeby 

uwolnić   zapach,   przysunął   nos   do   brzegu   i   wziął   głęboki 

wdech,   przymykając   oczy.   Przez   chwilę   na   jego   twarzy 

odmalowało   się   uczucie   czystej   rozkoszy.   Cole   był   bardzo 

zmysłowym mężczyzną, choć nieczęsto to okazywał. - Dobrze 

dojrzewa - zauważył i pociągnął pierwszy łyk.

- Co robiłeś w dziewięćdziesiątym ósmym? - Oparła się i 

ugryzła kawałek czekolady. Lubiła jeść czekoladę powoli, tak 

żeby rozpuszczała się na języku. - Zauważ, że nie pytam, z 

background image

kim to robiłeś.

- Byłbym wtedy w tarapatach - odparł.

-   Kobiety   mogą   mówić   sobie   o   sprawach,   które 

mężczyznom nie uszłyby na sucho.

-   A   więc   rozmawiacie   na   takich   spotkaniach   także   o 

seksie?

- Jasne. Na drugim miejscu, zaraz po mężczyznach. Przy-

najmniej   większość   z   nas   -   dodała.   -   W   Nowym   Jorku 

mieszkały pode mną dwie lesbijki. Zaprzyjaźniłam się z nimi, 

ale   raczej   nie   rozmawiałyśmy   na   temat   seksu,   chyba   ze 

względu na mój komfort psychiczny.

Cole roześmiał się.

- Jeśli zaś chodzi o mój komfort, to...

- Nie kontynuuj, Sheila - poradziła mu Dixie. - Z drugiej 

strony,   zawsze   zastanawiałam   się,   dlaczego   mężczyzn 

podnieca...

-   Nie,   nie,   miałaś   rację   -   przerwał   jej   z   błyskiem 

rozbawienia   w   oku,   a   może   nawet   czegoś   więcej,   jakiegoś 

ciepła, i podniósł kieliszek do ust. - Lepiej nie rozmawiajmy o 

seksie.

Spojrzała   mu   w   oczy,   upijając   kolejny   łyk   wina. 

Trzymała   je   chwilę   w   ustach,   żeby   poczuć   pełnię   smaku. 

background image

Kiedyś ją tego nauczył.

To   nie   był   zbyt   dobry   pomysł,   rozkoszować   się 

zmysłami, patrząc na Colea.

-   Nuta   jeżynowa   -   powiedziała   szybko,   odwracając 

wzrok.

-   Widzisz,   jak   dobrze   znam   ten   język?   Dobrze   się 

komponuje z czekoladą. - Ugryzła kolejny kawałek. - Chcesz 

porozmawiać o polityce?

- Raczej nie o to mi dzisiaj chodziło.

-   Pewnie   głosowałeś   na   gubernatora   -   powiedziała 

ponuro.   -   Dobrze,   dobrze,   nie   będę   się   w   to   zagłębiać. 

Pozostaje nam więc praca albo włosy. Jestem za włosami. - 

Przechyliła głowę. - Do jakiego fryzjera chodzisz?

-   Do   Carmen   w   Studio   Fryzur.   Ma   magiczne   palce. 

Podobają mi się twoje włosy. - Ciepło w jego głosie na pewno 

nie   pochodziło   od   Sheili,   chyba   że   Sheila   była   tej   samej 

orienta-cji, co sąsiadki Dixie z Nowego Jorku. - Chyba jednak 

ominęłaś kilka tematów. Książki, filmy... rodzina.

Upiła spory łyk wina.

- Czytałeś ostatnio jakąś dobrą książkę?

- Nie. Jak się miewa twoja mama?

Dixie wydała z siebie zniecierpliwione westchnienie.

background image

-   Męska   strona   twojej   osobowości   daje   o   sobie   znać, 

Sheila.

- Jak się miewa twoja mama? - Cole powtórzył pytanie, 

ale tym razem falsetem.

Dixie o mało się nie udusiła, próbując się nie roześmiać.

- Tak jak zwykle. Chociaż chyba jest szczęśliwsza.

- Czy to dlatego, że zamierza wyjść za mąż?

Dixie   skinęła   głową,   pociągnęła   kolejny   łyk   wina   i 

uśmiechnęła się lekko.

- Zawsze tak bardzo się starała przy każdym mężczyźnie, 

który   miał   być   lekiem   na   całe   zło.   Przy   Mikeu   jest 

zrelaksowana. Nie próbuje desperacko go uszczęśliwić albo za 

wszelką cenę sama być szczęśliwą. Po prostu dobrze się z nim 

czuje i to widać. To nie znaczy, że nie boli jej to, co się dzieje 

z   Jody,   ale...   Nie   wiem.   Chyba   się   w   jakiś   sposób   z   tym 

pogodziła.

- Ale ty się z tym nie pogodziłaś.

Zmarszczyła   brwi   i   nie   odpowiedziała.   On  też   nic   nie 

powiedział. Tylko siedział, pił wino, głaskał Hulka i patrzył na 

nią.

- Dobrze. - Postawiła szklankę na stoliku z brzękiem. - 

Dobrze!   Chcesz   znać   moje   uczucia?   Jestem   wściekła. 

background image

Wkurzona jak diabli.

- To zupełnie normalne.

Dixie wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

- To jest takie straszne i takie niesprawiedliwe. Na razie 

nas rozpoznaje, ale niedługo się to skończy. Straciła już tak 

wiele ze swojej osobowości. Wiem, że tu nie chodzi o mnie, 

ale za każdym razem, kiedy ją widzę... ten zaskoczony wyraz 

jej twarzy... Moja mama znacznie lepiej sobie z tym radzi.

- Była tutaj, widziała, jak choroba  postępowała. Miała 

czas, żeby się do tego przyzwyczaić.

- A ja byłam na drugim końcu kontynentu i zostawiłam 

wszystko   na   jej   głowie.   Wiesz,   co   mnie   doprowadza   do 

szaleństwa? - Zatrzymała się i potrząsnęła głową. - Zresztą 

nieważne. To głupie.

- Dla mnie możesz zachowywać się głupio, nie mam z 

tym problemu.

- Uważaj, bo zaraz wypadniesz z roli - ostrzegła go.

- Boisz się, że doznam szoku?

-   Nie.   -   Przeszła   dwa   kroki,   znów   się   zatrzymała   i 

wsunęła obydwie dłonie we włosy. - Chodzi o to, że ludzie 

cały czas mnie chwalą. Doprowadza mnie to do szału.

- Tak, ja też nie znoszę, kiedy mnie chwalą.

background image

- Bardzo śmieszne. Wiesz, jak często słyszę, że jestem 

silna?   -   zapytała.   -   Albo   że   jestem   taką   wspaniałą   córką   i 

siostrzenicą, bo tu wróciłam? Boże! Cioci Jody postawiono 

diagnozę dwa lata temu. Dwa lata! A ja dopiero teraz się tu 

pojawiłam.

-   I   pewnie   w   żaden   sposób   przez   te   dwa   lata   im   nie 

pomagałaś?

-   Przysyłałam   pieniądze.   Wielka   mi   rzecz. 

Zrezygnowałam z kilku urlopów, przylatywałam na większość 

świąt. A potem wracałam do domu i rzucałam się w wir pracy, 

żeby tylko nie myśleć o Jody.

Cole potrząsnął głową.

- Teraz nie  rozumiem.  Rzucasz  się  w wir pracy, żeby 

czegoś uniknąć? Ty?

Niechętny uśmiech wypłynął na jej usta.

-   Sugerujesz,   że   masz   w   tym   względzie   jakieś 

doświadczenie?

- Może. - Wstał, ignorując Hulka. Podszedł do Dixie i 

położył   jej   ręce   na   ramionach.   -   Dlaczego   uważasz,   że 

powinnaś   się   zachowywać   inaczej?   Co   według   ciebie 

powinnaś zrobić? Mniej cierpieć? Sprawić, żeby twoja ciotka 

nie cierpiała?

background image

-   Zapomniałeś   wspomnieć   o   mojej   matce.   -  Jego   ręce 

przypomniały   jej   o   czymś.   Przeszłość   zmieszała   się   z 

teraźniejszością. Przełknęła ślinę. - Mówiłam ci, że to głupie.

- Zawsze mówiłaś, że uczucia nie są głupie. Po prostu są. 

Liczy się to, co z nimi zrobimy.

- Miałam wrażenie, że nigdy nie słuchałeś moich kazań. 

Cole uśmiechnął się lekko i nie odpowiedział.

Dixie poczuła reakcję nisko w podbrzuszu. Serce zaczęło 

jej   szybciej   bić,  kiedy  szepty  z   przeszłości   zaczęły  do  niej 

docierać. Poczuła przypływ pożądania. Rozchyliła usta.

Cole spojrzał na jej wargi. Zacisnął mocniej ręce na jej 

ramionach, a wyrazu jego twarzy nie sposób było z niczym 

pomylić.   Miał   zamiar   ją   pocałować...   a   ona   tego   pragnęła, 

pragnęła jego smaku i jego ciepła.

Opuścił ręce i odsunął się, a uśmiech znikł z jego twarzy. 

Rozczarowanie, które poczuła, zdziwiło ją tak samo jak to, że 

się odsunął. Założyła dłonie na piersi i starała się, żeby jej głos 

brzmiał wesoło.

-   Co   to   było?   Przypływ   szlachetności   czy   zdrowego 

rozsądku?

Cole prychnął.

- Myślisz, że wiem? - Odwrócił się i skierował w stronę 

background image

drzwi.   -   To   był   głupi   pomysł.   Mam   nadzieję,   że   wino   i 

czekoladki będą smakowały i beze mnie. Paznokciami chyba 

też   musisz   się   zająć   sama.   Wychodzę,   zanim   całkowicie 

zapomnę, że jestem Sheilą.

- Cole.

Zatrzymał się, ale nie spojrzał na nią.

-   To   moja   wina,   nie   twoja.   Ty...   To,   co   zrobiłeś, 

naprawdę mi pomogło.

Zerknął na nią, a jego twarz wyrażała sprzeczne emocje.

-   Czy   to   znaczy,   że   jestem   zaproszony   na   następne 

nocowanie?

- Raczej nie - odpowiedziała sucho.

-   Dobrze.   Następnym   razem,   jak   cię   odwiedzę 

wieczorem, na pewno nie będę miał w planach spania.

Kiedy   drzwi   się   za   nim   zamknęły,   do   Dixie   podszedł 

Hulk, i miaucząc, zaczął się domagać zainteresowania.

-   Nie   powinieneś   się   skarżyć.   -   Wzięła   go   na   ręce   i 

podrapała za uszami. - Przynajmniej ty byłeś głaskany dziś 

wieczorem.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kiedy   Cole   pierwszy   raz   pokazał   jej   piwnice   Louret, 

background image

Dixie poczuła się zawiedziona. Spodziewała się wydrążonych 

w   ziemi   korytarzy   albo   czegoś   bardziej   przypominającego 

lochy.   Tymczasem   wino   dojrzewało   w   równo   ustawionych 

beczkach   w   zwyczajnych   podziemnych   pomieszczeniach, 

gdzie   temperatura   regulowana   była   elektronicznie   i   gdzie 

oświetlenie   było   dosyć   słabe.   Cóż,   pomyślała,   siedząc   na 

cementowej   podłodze   i   przyglądając   się   beczkom,   trzeba 

pracować z tym, co jest.

Same beczki były bardzo interesujące. Na obrazie będzie 

dużo   brązu,   zdecydowała.   Kolory   ziemi   pasują   do   Eliego, 

poza tym dobrze odzwierciedlają tradycyjne podejście Louret 

do produkcji wina.

Portret Caroline będzie w tonacjach złotych. Dorzuci do 

tego   trochę   brązu,   żeby   powiązać   go   z   portretem   Eliego,   i 

trochę   błękitu   przypominającego   niebo.   I   dużo   różnych 

odcieni złota podobnych do promieni słońca, które łączą niebo 

z ziemią.

Tak. Portret Eliego będzie mówił o ziemi, z której rodzą 

się winogrona, a portret Caroline o słońcu, które pozwala im 

dojrzeć.   A   dla   obrazu   końcowego,   mającego   przedstawiać 

wino... Może portret grupowy? Rodzina zebrana wokół stołu, 

dyskutująca przy kolacji, i  kieliszki wina lśniące  w świetle 

background image

zachodzącego słońca.

Może więc ustawić stół na zewnątrz? A jeśli chodzi o...

-   Przepraszam   za   spóźnienie   -   usłyszała   za   sobą   głos 

Eliego.

-   Nie   ma   problemu   -   odpowiedziała,   podnosząc   swój 

szkicownik i wstając. - Chyba i tak nie będę cię malowała 

tutaj.

- Nie namalujesz mnie na tle beczek?

- Ależ tak, ale przecież mam już zdjęcia. Dzisiaj muszę 

cię naszkicować. Chodźmy na zewnątrz. Muszę ci się dobrze 

przyjrzeć, a do tego potrzebuję dużo światła. - Uśmiechnęła 

się,   mijając   go   i   kierując   się   w   stronę   schodów.   -   Żeby 

wszystko   było   dokładnie   tak,   jak   w   rzeczywistości,   robię 

najpierw zdjęcia. Ale muszę cię narysować, żeby cię lepiej 

poznać. Zawsze tak robię, zanim zabiorę się do malowania - 

wyjaśniła..

Eli wyglądał na niezbyt zadowolonego. Zamruczał coś 

pod   nosem   i   może   nawet   lepiej,   że   nie   dosłyszała   słów. 

Uśmiechała się do siebie, wychodząc przez boczne drzwi.

- Tutaj chyba będzie dobrze.

Światło było dobre i mocne. Wyjęła węgiel i otworzyła 

szkicownik.

background image

Eli   zmrużył   oczy   przed   słońcem.   Wyraźnie   czuł   się 

bardzo niezręcznie. Postanowiła zabawiać go rozmową, żeby 

zapomniał o pozowaniu.

- Opowiedz mi o przechowywaniu wina w beczkach - 

poprosiła, stawiając w międzyczasie pierwsze kreski.

- Chodzi o smak. Wielu ludzi docenia nutę dębu, ale jeśli 

jest jej zbyt dużo, zabija subtelność dobrego czerwonego wi-

na. Tak się dzieje jednak tylko wtedy, kiedy nie robi się tego 

prawidłowo.

- A co z białymi winami? Wasze nowe chardonnay też 

dojrzewa w beczkach dębowych. - Musi mocniej zaznaczyć 

szczękę, zdecydowała. - Czy to standard?

Eli wzruszył ramionami.

-   Niektórzy   używają   stalowych   beczek,   ale   my   nie. 

Odniosła   wrażenie,   że   nie   ceni   specjalnie   winiarzy,   którzy 

przechowują wino w stali.

- To twoja decyzja czy twojej matki? Skoro nowe wino 

ma  być nazwane  jej  imieniem,  to pewnie  miała  w to jakiś 

wkład?

- To był głównie mój pomysł. Mama ceni nutę wanilii, 

która powstaje przy dojrzewaniu wina w beczkach, więc go 

zaakceptowała.

background image

Przerzuciła   stronę   w   szkicowniku   i   zmieniła   pozycję, 

żeby naszkicować Eliego pod innym kątem.

- A czyim pomysłem było to nowe chardonnay?

- Cole’a. - Spojrzał na nią. - Myślałem, że o tym wiesz.

- No dobra, to była tylko przynęta. - Przyjrzała się w 

skupieniu szkicowi. - Powinieneś dyskretnie opowiedzieć mi o 

nim, tak żebym nie musiała sama pytać.

Roześmiał się nieoczekiwanie.

- Dziwnie się czuję, kiedy patrzysz na mnie w ten sposób, 

a jednocześnie mówisz o moim bracie. Co chcesz wiedzieć?

Spojrzała na niego z wyrzutem i powtórzyła:

- Tak, żebym nie musiała sama pytać.

- No więc z nikim się aktualnie nie spotyka i uważa, że 

jesteś niezła.

-   Aha.   -   Cholera.   Narysowała   oko   zbyt   blisko   nosa. 

Jeszcze raz, pomyślała, przerzucając stronę. - Próbuję właśnie 

wymyślić jakiś subtelny sposób na zakomunikowanie ci, że o 

tym wiem.

Znowu ten niski śmiech.

- Wciąż jest chyba bardzo zajęty interesami? - Jej ręce i 

oczy pracowały teraz automatycznie, nie myślała już o szkicu.

-   Tak,   ale   nie   pracuje   już   po   sześćdziesiąt   czy 

background image

osiemdziesiąt godzin tygodniowo. To dlatego go rzuciłaś?

Zaskoczona spojrzała na niego. Ich oczy spotkały się.

- Tak, głównie dlatego.

- Louret zawsze będzie dla niego ważne i zawsze będzie 

lubił wygrywać. Cole nie jest pieskiem kanapowym.

Zirytowana   dorysowała   dwa   rogi   na   czubku   głowy 

Eliego.

-   Nie   chcę   pieska   kanapowego.   Nie   chcę   też   zawsze 

przegrywać. Słyszałam, że istnieje jednak coś pomiędzy.

- Kiedy go zostawiłaś, ciężko to przeżył.

-   Z   mojej   perspektywy   wszystko   zaczęło   się   psuć 

wcześniej - powiedziała, zamykając szkicownik.

Eli skinął głową.

- Masz rację. Ale tym razem... bądź ostrożna, dobrze? 

Nie obiecuj mu więcej, niż chcesz dać.

- Pytasz mnie, jakie mam zamiary?

- Chyba tak.

Uśmiechnęła   się   nagle   i   podeszła   do   niego,   żeby   go 

pocałować w policzek.

- To miłe z twojej strony. Nie mam jeszcze pojęcia, jakie 

są moje zamiary, ale kiedy już będę wiedziała, to powiadomię 

o tym Colea, a nie ciebie. Miło jednak, że o to zapytałeś.

background image

Uszy Eliego poczerwieniały.

- Jeśli już skończyłaś, to mam sporo pracy.

-   Na   pewno   -   powiedziała,   ciesząc   się   z   jego 

zawstydzenia bardziej, niż powinna. - Mam nadzieję, że uda 

mi się na portrecie wydobyć kobiecą część twojej natury.

Teraz wyglądał na przestraszonego.

- Moje co?

Zaśmiała się i poklepała go po ramieniu.

- Nie bój się, twój portret będzie bardzo męski.

Kiedy   Eli   zniknął   z   horyzontu,   jej   rozbawienie 

wyparowało.   Zamyślona   ruszyła   w   kierunku   domu,   żeby 

pracować nad jego portretem.

To   naturalne,   że   brat   Cole’a   troszczył   się   o   niego. 

Naturalne, że uważał, że jedenaście lat temu rozstali się z jej 

winy. Ale czuła się z tego powodu trochę osamotniona. O nią 

nikt się w ten sposób nie martwił, nikt jej nie ostrzegał przed 

potencjalnym złamaniem serca, jeśli zwiąże się z mężczyzną, 

który już kiedyś ją zranił.

I tak zresztą by takiej osoby nie posłuchała, pomyślała, 

otwierając drzwi do swojego tymczasowego domu. Ale miło 

by było mieć kogoś, kto się o ciebie martwi.

- Szkicując Eliego, używałaś węgla - zauważyła Caroline.

background image

- Uhm. - Dixie spoglądała na przemian na siedzącą przed 

nią kobietę i na szkicownik. Ołówek poruszał się szybko. Obie 

siedziały na werandzie, która wychodziła na północną stronę, 

co dawało dobre światło.

- Zastanawiałam się, dlaczego mnie szkicujesz ołówkiem.

- Nie wiem. - Coś było nie tak z prawym policzkiem.

Dixie roztarta cień pod kością policzkową palcami, żeby 

go   trochę   złagodzić,   znów   spojrzała   na   Caroline,   po   czym 

delikatnymi   pociągnięciami   ołówka   przyciemniła   go   trochę. 

Teraz lepiej.

- Zdjęcia posłużą mi do rysowania detali - wyjaśniła.

- Szkic jest po to, żebym mogła się ciebie nauczyć. Kiedy 

cię narysuję, będę cię lepiej znała. Żeby narysować Eliego, 

wybrałam węgiel, a żeby narysować ciebie, wybrałam ołówek.

Caroline uśmiechnęła się.

- Jestem teraz trochę okrągłejsza niż kiedyś. Czy musisz 

rysować mój podwójny podbródek?

- Nie masz podwójnego podbródka - powiedziała Dixie 

głosem, jakby była nieobecna, i skupiła się na kształcie brwi.

- Twoje rysy zrobiły się z wiekiem łagodniejsze, ale... 

Och, to było chyba niezbyt taktowne.

Starsza kobieta roześmiała się.

background image

-   Powiedz   mi   coś,   skoro   i   tak   nie   masz   zamiaru   mi 

schlebiać... Na pewno mogę mówić, kiedy mnie rysujesz?

- Jasne. - Dixie przerzuciła stronę, przesunęła się lekko w 

lewo i zaczęła krótkimi, szybkimi ruchami ołówka rysować 

swoją modelkę pod innym kątem.

- Zastanawiałam się czasem, czy moi chłopcy są do mnie 

podobni. Widzę, że dziewczyny są. Ale jeśli chodzi o Cole’a i 

Eliego...

Dixie usłyszała jeszcze jedno niewypowiedziane pytanie 

w   głosie   Caroline.   Jak   bardzo   jej   synowie   przypominali 

mężczyznę, który był ich ojcem i który ich opuścił?

- Dziewczęta są bardziej do ciebie podobne niż Cole i Eli 

- powiedziała zwyczajnym tonem, jakby nie usłyszała między 

słowami tego drugiego pytania. W przypadku Jillian były to 

bardziej gesty niż uroda, ale Dixie potrafiła być delikatna, jeśli 

było to ważne. - Ale Eli ma twój nos i twoje uszy.

- A Cole?

Cole,   o   którym   Mercedes   mówiła,   że   najbardziej 

przypomina ojca...

- Ma twoje dłonie. Piękne dłonie - dodała, kucając, żeby 

szkicować   pod   jeszcze   innym   kątem.   -   Mam   zamiar   je 

wykorzystać.

background image

Caroline   zachichotała,   a   Dixie   dopiero   po   chwili 

skojarzyła,   o   czym   mogła   pomyśleć,   słysząc   jej   słowa. 

Zarumieniła się po same uszy.

- To znaczy na obrazie. Mam zamiar wykorzystać twoje 

ręce na obrazie. Nie ręce Cole’a. Nie mam zamiaru używać 

ich do, ee...

Caroline uśmiechnęła się.

- Jakie to miłe. Wydawało mi się, że nic nie jest w stanie 

cię poruszyć. Jesteś wspaniałą młodą kobietą.

-   Ja?   -   Dixie   była   zdziwiona.   To   Caroline   miała 

wrodzoną klasę i opanowanie, miękki głos i łagodny sposób 

bycia. Cole uważał matkę za ideał kobiecości.

- Oczywiście, że ty. Spójrz na to, co już osiągnęłaś w tak 

młodym   wieku.   Chociaż   pewnie   sama   nie   uważasz   się   za 

bardzo młodą. - Na jej twarzy pojawił się wyraz rozbawienia. 

- Młodzi nigdy tak na siebie nie patrzą. Mam nadzieję, że cię 

nie obraziłam, kochanie. Ale jesteś taka kompetentna i pewna 

siebie. Ja taka nie byłam. Nie w twoim wieku.

A jednak spod ołówka Dixie wyłaniał się obraz kobiety 

spokojnej   i   zdecydowanej.   Dixie   pociągnęła   kilka   ostatnich 

linii i odwróciła szkicownik w stronę Caroline.

- Oto, co widzę. Siła, łagodność, gracja.

background image

- Och - powiedziała Caroline cicho, biorąc szkicownik do 

ręki. - Czy mogę to potem zatrzymać?

- Oczywiście. - Dixie wzięła od niej szkicownik.

- Nie wiem, jakie są twoje ceny, ale...

- Obrażasz mnie.

-   Dziękuję.   Chciałabym   to   oprawić   i   podarować 

Lucasowi z okazji naszej rocznicy. - Jej policzki zaróżowiły 

się nieco. - Może to próżne z mojej strony, ale myślę, że mu 

się spodoba.

- Podarujesz mu obraz kogoś, kto jest w centrum jego 

życia.   Na   pewno   mu   się   spodoba.   -   Dixie   zamknęła 

szkicownik - Muszę jednak zatrzymać ten rysunek, dopóki nie 

skończę obrazu.

- Nasza rocznica jest dopiero za dwa miesiące. Nie ma 

pośpiechu.   -   Caroline   wstała.   -   Rozumiem,   że   już   ze   mną 

skończyłaś?

- Na razie - rzuciła Dixie radośnie. - Niedługo zacznę 

malować i wtedy będę musiała trochę częściej cię widywać. 

Albo nie. Najpierw pomęczę waszego pracownika.

- Sądzę, że Russ nie będzie miał nic przeciwko temu - 

powiedziała Caroline. - Posłuchaj mnie, Dixie - dodała nagle 

innym tonem.

background image

- Tak? - Dixie wsunęła szkicownik do torby.

-   Mój   syn   bardzo   cierpiał   po   tym,   jak   go   zostawiłaś. 

Martwię się twoim ponownym pojawieniem się w jego życiu.

Dixie zastygła. Znowu deja vu, pomyślała. Najpierw Eli, 

teraz Caroline.

Co miała powiedzieć? Że to Cole za nią chodzi? To była 

prawda,   chociaż   jeśli   miałaby   być   szczera,   musiałaby 

przyznać, że podoba jej się ta mała gra.

- Nie wiem, co ci powiedzieć. On nie interesuje się mną 

na poważnie.

-   Naprawdę?   -   Caroline   zawiesiła   na   chwilę   głos,   po 

czym uśmiechnęła się. - Pewnie chcesz zasugerować, że to nie 

moja sprawa. Rozumiem to. Zmieńmy więc temat. W piątek 

urządzam małe przyjęcie, głównie dla rodziny. Byłoby miło, 

gdybyś do nas dołączyła.

-   Dziękuję   -   odpowiedziała   Dixie   ostrożnie.   Caroline 

potrząsnęła głową smutno.

-   Na   ogół   nie   jestem   taka   niezręczna.   Zaproszenie   na 

kolację   nie   miało   nic   wspólnego   z   pytaniem,   którego 

właściwie   ci   nie   zadałam.   Naprawdę   chciałabym,   żebyś 

przyszła.

- A ja na ogół nie jestem taka wrażliwa. - Uśmiech Dixie 

background image

stał się cieplejszy. - Chętnie przyjdę.

- Wpadnij po szóstej. Strój niezobowiązujący. Będziemy 

jedli około siódmej trzydzieści.

Dixie   nie   miała   za   złe   Caroline,   że   delikatnie   ją 

podpytywała. Matki miały prawo się martwić. Miały również 

prawo   myśleć   o   swoich   dzieciach   jak   najlepiej.   Dixie   nie 

mogła   jej   powiedzieć,   że   Cole’owi   chodzi   tylko   o   krótką 

przygodę.

No cóż... Może nie krótką, uśmiechnęła się. To nigdy nie 

było wadą Cole’a.

Jej uśmiech nie trwał jednak długo. Podejrzewała, że jego 

zainteresowanie brało się głównie z chęci udowodnienia jej, że 

już   się   z   niej   wyleczył.   Trochę   ją   ta   myśl   uwierała,   ale 

rozumiała go. Wiedziała, że Caroline ma rację - odchodząc, 

bardzo zraniła Cole’a.

On też ją zranił. Ale z jego strony to był tylko grzech 

zaniedbania. Nie kłamał ani jej nie zdradzał. Po prostu nie był 

taki,   jaki   mógłby   być.   Interesy   były   dla   niego   zawsze   na 

pierwszym, a czasami także na drugim i na trzecim miejscu. 

Zdecydowanie   zbyt  często  Dixie   znajdowała   się   na   szarym 

końcu.

Tak   bardzo   była   w   nim   zakochana.   A   on...   on   był 

background image

zakochany tylko do połowy. Pod koniec nie potrafiła już sobie 

z tym poradzić.

Dixie wyszła zza rogu domu i niemal wpadła na Cole’a. I 

na swojego koła, który mruczał szaleńczo usadowiony na jego 

rękach.

- No nie. - Potrząsnęła  zniesmaczona  głową. - Znowu 

uciekł?

- Pracowałem nad projektem budżetu, odwróciłem się na 

chwilę, a w tym momencie on wskoczył na stos raportów i 

zaczął się myć. Generalnie rzecz biorąc, wyglądał na bardzo 

zadowolonego z  siebie. Tilly do tej  pory nie  wysuwa  nosa 

spod biurka. Hej... - Dotknął jej ramienia. - Coś się stało?

-   Po   prostu   naszły   mnie   głębokie,   filozoficzne 

przemyślenia. To źle wpływa na trawienie. - Ruszyła w stronę 

domu z Cole’em u boku. - Co z Tilly?

- Zabrałem jej dręczyciela, więc na razie chyba wszystko 

w porządku. - Uśmiechnął się. - To już trzeci raz. A zostały 

jeszcze dwa dni.

- Wiem, wiem. - Założyła się z nim o to. Cole twierdził, 

że Hulk ucieknie co najmniej sześć razy do piątku. - Myślę, że 

to ty go wypuszczasz - dodała ponuro.

- Naprawdę myślisz, że byłbym do tego zdolny? Może on 

background image

się po prostu teleportuje. Masz. - Cole podał jej kota. - Gdzie 

znalazłaś tę Kocillę?

Czy   Cole   zawsze   miał   takie   poczucie   humoru,   a   ona 

przez te lata o tym zapomniała?

- Po prostu przybłąkał się pewnego dnia. Siedział przed 

moim mieszkaniem, jakby na mnie czekał. Otworzyłam drzwi, 

on wskoczył do środka, zażądał kolacji, zwinął się w kłębek 

na   moich   kolanach   i   poinformował   mnie,   że   czas   na 

pieszczoty.

Cole skinął głową.

- Rozumiem, dlaczego wolałaś się z nim nie spierać.

- Był prawie zagłodzony.

- Już dawno to nadrobił. - W jego wzroku pojawiły się 

nagle diabelskie ogniki. - Może powinienem zastosować jego 

metodę. Z tego, co pamiętam, świetnie gotujesz. Jeśli pojawię 

się, żądając kolacji...

Dixie roześmiała się.

- Chyba cię po prostu nie wpuszczę. Zdaje się, że masz 

inne priorytety niż Hulk.

- Masz rację. - Obniżył głos i pogłaskał jej ramię. - Ja od 

razu przeszedłbym do pieszczot.

Wystarczył   ten   lekki   dotyk,   żeby   cały   jej   organizm 

background image

obudził się do życia. Pragnęła więcej, a obok niej nie było 

nikogo, kto mógłby ją ostrzec przed niebezpieczeństwem.

- Ręce z daleka. Trzymam kota i nie mogę się bronić.

- Wiem. Lubię, jak jesteś bezbronna.

- Nigdy mnie nie widziałeś bezbronnej - odparła. Dotarli 

już do jej domku. - Jeśli możesz, to otwórz drzwi. Zamknę 

tego potwora tam, gdzie jego miejsce.

Zamiast jej posłuchać, oparł się o drzwi i uśmiechnął.

- Przekup mnie.

- Daj spokój, Cole.

- Tylko pocałunek. Obiecuję, że będę trzymać ręce przy 

sobie.   -   Zrobił   jednak   coś   wprost   przeciwnego.   Sięgnął   po 

pasmo jej włosów i połaskotał ją po szyi. - Jeden pocałunek... 

Chyba że się nie odważysz.

Podniosła brew, czując, jak wzdłuż kręgosłupa przebiega 

ją dreszcz.

- Sądzisz, że jestem na tyle naiwna, żeby dać się na to 

nabrać?

-   Zawsze   mogę   mieć   nadzieję.   -   Przysunął   się   bliżej. 

Ciepło   jego   ciała   sprawiało,   że   przestrzeń   między   nimi   aż 

skrzyła. - Dlaczego nie, Dixie? Przecież masz na to ochotę.

Serce tłukło się jej w piersi.

background image

- Czy nie boli cię nigdy głowa od myślenia?

- To tylko pocałunek. Co się może stać?

Dużo. I mnie, i tobie... pomyślała, ale najwyraźniej nie 

była najlepsza w słuchaniu samej siebie. Stanęła na palcach, 

zatrzymując usta kilka milimetrów od jego warg.

- Żadnych rąk - zamruczała. I pocałowała go. Powoli. Na 

początku lekko, tylko dotykając jego ust.

-   O   nie   -   powiedziała,   kiedy   Cole   spróbował   przejąć 

kontrolę. - To ja miałam cię pocałować.

Między nimi był Hulk, więc ich ciała nie dotykały się. 

Tylko   wargi.   Jego   zapach   doprowadzał   ją   do   szaleństwa. 

Dixie rozchyliła usta i przez moment ich języki złączyły się w 

prawdziwym pocałunku.

Potem cofnęła się i uśmiechnęła. Cole wyciągnął ręce, 

ale

Dixie cofnęła się jeszcze bardziej, potrząsając głową.

- Żadnych rąk, pamiętasz? Otwórz drzwi, Cole.

- Jakie drzwi? - Zamrugał oczami, - Ach tak, drzwi. Co 

tylko rozkażesz. Na pewno nie chcesz zamiast tego wszystkich 

moich ziemskich dóbr?

- Na razie nie, dziękuję. - Wśliznęła się do środka, wciąż 

trzymając Hulka w ramionach. Jej serce biło jak szalone, a 

background image

cichutki wewnętrzny głosik pytał, czy kompletnie już straciła 

rozum.

To chyba najgłupsza rzecz, jaką w życiu robię, pomyślał 

Grant, przyspieszając swoim starym pikapem, żeby nie stracić 

z oczu lśniącego niebieskiego mercedesa sunącego przed nim 

na zatłoczonej autostradzie. Zachowywał się jak jakiś kiepski 

prywatny detektyw.

Ale Grant nie poddawał się łatwo. Spencer Ashton nie 

zgodził się na spotkanie z nim, pozostawiając mu tym samym 

tylko dwie opcje do wyboru: albo wracać z niczym do domu, 

albo w jakiś sposób dopaść łajdaka i stanąć z nim twarzą w 

twarz.

Łajdaka, który był jego ojcem.  Grant zmusił  się, żeby 

użyć tego słowa, chociaż nie przechodziło mu ono łatwo przez 

gardło.

Wyglądało,   jakby   się   kierowali   w   stronę   wyjazdu   z 

miasta. Spencer miał duży luksusowy dom koło Napa. Jeśli 

tam właśnie jechali, to Grant miał pecha. Już raz go do tej 

posiadłości   nie   wpuszczono.   Tak   samo   jak   tutaj,   w   San 

Francisco,   nie   wpuszczono   go   do   wysokiego   budynku,   w 

którym Spencer pojawiał się prawie codziennie.

Dlatego   właśnie   Grant   go   śledził.   Prędzej   czy   później 

background image

dopadnie   go   tam,   gdzie   nie   będą   ochraniać   go   służący   ani 

pracownicy.

Prędzej   czy   później   jego   ojciec   będzie   musiał   z   nim 

porozmawiać.

Grant skrzywił się. Wiele razy żałował, że obejrzał ten 

przeklęty teleturniej. Wrócił do domu po pracy przy jednym z 

dwóch traktorów, wziął prysznic i usiadł przed telewizorem z 

zimnym   piwem   w   ręku.   Gra   się   jeszcze   nie   zaczęła,   więc 

myślał o pogodzie, podczas gdy w telewizji pokazywano jakiś 

program   dokumentalny   o   winnicach.   Młoda   reporterka 

przeprowadzała wywiad ze Spencerem Ashtonem z Ashton-

Lattimer,   korporacji,   która   posiadała   winnice   i   dużą 

wytwórnię win. Wytwórnię win Ashton Estate. Grant zwrócił 

na   to   uwagę,   jako   że   sam   miał   na   nazwisko   Ashton.   Ale 

dopiero twarz tego człowieka kompletnie zbiła go z tropu.

Twarz Spencera Ashtona wyglądała niemal tak samo jak 

twarz,   którą   codziennie   rano   oglądał   w   lustrze.   Jednak 

Grantowi   nie   przyszło   od   razu   do   głowy,   że   ten   człowiek 

może być jego ojcem. Nawet pomimo tego, że nosili to samo 

nazwisko. Jego ojciec zmarł, kiedy miał zaledwie rok.

Potem   reporterka   wspomniała   o   tym,   że   Spencer 

wychowywał   się   w   Nebrasce.   Pokazano   jego   zdjęcie   jako 

background image

młodego   człowieka.   Mężczyzna   na   tym   zdjęciu   wyglądał 

dokładnie tak samo jak mężczyzna stojący obok jego matki na 

starej, pożółkłej fotografii, którą trzymała przy łóżku aż do 

śmierci.

Dwa tygodnie później Grant wsiadł do swojego pikapa i 

ruszył   w   kierunku   San   Francisco,   pozostawiając   farmę 

Fordowi.

Ford   zapytał   go,   co   ma   zamiar   osiągnąć.   Grant 

powiedział siostrzeńcowi, że chce spotkać swoich przyrodnich 

braci i siostry, o których istnieniu do tej pory nie wiedział.

Jak na razie nie udało mu się jednak wykrzesać z siebie 

tyle odwagi, żeby to zrobić. Pojechał któregoś dnia do The 

Vines, ale nie potrafił się zmusić, żeby zadzwonić do drzwi. 

Dziwnie   jest   przyjechać   do   zupełnie   obcych   ludzi   i 

powiedzieć: „Cześć, jestem waszym bratem”. Ich pieniądze 

dodatkowo komplikowały sprawę. Mogli pomyśleć, że czegoś 

od nich chce.

Chciał, ale nie miało to nic wspólnego z pieniędzmi. Dla 

niego   znaczenie   miała   rodzina.   Ci   obcy   ludzie   byli   jego 

rodziną. Chciał wiedzieć, jacy są.

Nie powiedział Fordowi, że chciał również spojrzeć w 

oczy człowiekowi, który był jego ojcem, i powiedzieć: „Nie 

background image

możesz udawać, że nie istnieję”.

Jaki to będzie miało efekt, nie wiadomo, ale miał zamiar 

to   zrobić.   Może   dzisiaj,   może   innego   dnia,   ale   nie   opuści 

Kalifornii, dopóki nie doprowadzi sprawy do końca.

W piątek Cole zabrał Dixie na lunch do restauracji

Charley’s w Yountville.

- Nie wierzę, że pozwoliłam ci się w to wmanewrować - 

powiedziała Dixie, wysiadając z jego samochodu.

-   Przegrałaś   zakład.   -   Cole   był   z   siebie   bardzo 

zadowolony.

- To akurat rozumiem. Nie wiem tylko, dlaczego dałam ci 

się w ogóle namówić na taki głupi zakład.

- Może tak naprawdę wcale nie chciałaś wygrać. - Cole 

przytrzymał jej drzwi.

- Wiedziałam, że to powiesz. Prawda jest taka, że Hulk 

przeszedł na ciemną stronę mocy. Był z tobą w zmowie.

- Przypominam ci, że mówisz o kocie, Dixie.

- Mówię o Hulku.

-   No   tak,   masz   rację.   Stolik   dla   dwojga   poproszę   - 

zwrócił się do kelnerki. - Mamy rezerwację.

- Oczywiście, panie Ashton. Proszę za mną. Dixie uniosła 

brew.

background image

- Znają cię tutaj.

- Sprzedajemy im wino. Skinęła głową.

- A kiedy właściwie zarezerwowałeś ten stolik?

- Tego samego dnia, którego się założyliśmy, oczywiście. 

Dixie nigdy by się do tego nie przyznała, ale cieszyła się, że 

przegrała ten zakład. Charley’s istniała już przed laty, kiedy tu 

mieszkała, ale wtedy nie było jej na nią stać.

Restaurację otaczały gaje oliwne i winorośle. Na dodatek 

wszystkie   serwowane   tutaj   warzywa   były   uprawiane   w 

przylegającym   do   niej   ogródku   i   zrywano   je   tuż   przed 

podaniem.

- Wiesz, zastanawiałem się nad czymś - powiedział Cole 

po   tym,   jak   menedżer   restauracji   podszedł,   żeby   ich 

pozdrowić.   -   Gdybym   przegrał   zakład,   musiałbym   wpłacić 

pieniądze   na   konto   wskazanej   przez   ciebie   organizacji 

charytatywnej. Wygrałem zakład, a jednak tak czy inaczej to 

ja wydaję pieniądze. Czy mogłabyś mi to wyjaśnić?

Dixie zachichotała.

- To ty ustalałeś warunki.

Cole potrząsnął głową.

- O czym ja wtedy myślałem?

Kiedy   zastanawiali   się   nad   wyborem   dań,   Dixie 

background image

przyznała   sama   przed   sobą,   że   podoba   jej   się   nie   tylko   to 

miejsce, ale również towarzystwo. Czy czuła się z nim kiedyś 

równie dobrze?

Miała wrażenie, że przez ostatni tydzień teraźniejszość 

zajmuje   miejsce   wspomnień   z   przeszłości.   Dixie   pamiętała 

ambitnego,   raczej  ponurego  młodego   człowieka,  który   miał 

mało   czasu   na   cokolwiek   poza   pracą.   Obecny   Cole   miał 

poczucie   humoru,   co   było   niebezpieczne.   Musiała   być 

czujna...   Musiała,   ponieważ   właśnie   zaczynała   się   w   niej 

budzić nadzieja.

Cole wybrał wino. Rozmawiali o sushi i o najnowszym 

filmie akcji, po czym zgodzili się w swoich opiniach co do 

reality show i czosnku.

Dixie świetnie się bawiła, dopóki kelner nie przyjął od 

nich zamówienia na deser i nie oddalił się. Nagle twarz Colea 

zastygła.

- Có się stało? - zapytała.

- Nic. - Patrzył na coś ponad jej ramieniem, wzrokiem, 

który zamieniłby każdego w kamień.

Dixie odwróciła się. Mała grupa ludzi blokowała wejście. 

Uniosła brwi, rozpoznając jednego z mężczyzn, tego samego, 

który   kręcił   się   w   pobliżu   winnicy.   Wyglądało   na   to,   że 

background image

menedżer ma z nim jakiś problem.

Pozostałą dwójkę widziała pierwszy raz w życiu, chociaż 

rozpoznała mężczyznę, który zaborczym gestem położył rękę 

na   ramieniu   oszałamiającej   blondynki   w   czerwonym 

kostiumie.

Był   szczupły,   miał   srebrne   włosy   i   idealnie   skrojony 

garnitur. Miał proste brwi, silny nos i małe, przylegające do 

głowy uszy. Mężczyzn z tak symetrycznymi rysami określano 

mianem przystojnych, a kobiety uważano za piękności.

Wyglądał dokładnie tak, jak wyglądałby Cole za jakieś 

trzydzieści lat.

- Do diabła, Dixie, przestań się tak w nich wpatrywać - 

syknął do niej Cole. - To nikt ważny.

To   stwierdzenie   było   tak   wyraźnie   nieprawdziwe,   że 

postanowiła je zignorować.

- To twój ojciec, prawda?

-   Mój   prawdziwy   ojciec   to   mąż   mojej   matki.   Ten 

człowiek nic dla mnie nie znaczy. Nic.

Problem,   który   zatrzymał   grupkę   w   drzwiach,   został 

najwyraźniej rozwiązany. Menedżer wyprowadzał młodszego 

mężczyznę za drzwi, a jeden z kelnerów prowadził ojca Colea 

i towarzyszącą mu kobietę do stolika.

background image

Kelner   zatrzymał   się   przy   nich,   wyglądając   na   mocno 

zmieszanego.

-   Bardzo   pana   przepraszam,   ale   nastąpiła   chyba   jakaś 

pomyłka. Ten stolik jest zarezerwowany.

- Wiem - powiedział Cole lodowatym tonem. - Sam go 

zarezerwowałem.

-   Ale...   Strasznie   mi   przykro,   ale   to   jest   stolik   pana 

Ashtona.

- Właśnie. Cieszę się, że się zgadzamy.

Biedny kelner nie wiedział, co powiedzieć. Ojciec Cole’a 

był zbyt znudzony, żeby brać udział w dyskusji, poza tym był 

bardzo zajęty udawaniem, że jego syn nie istnieje. Kobieta 

stojąca obok niego czuła się najwyraźniej bardzo niezręcznie i 

nie robiła nic, żeby załagodzić sytuację. Cofnęła się nawet o 

krok,   żeby   nie   uczestniczyć   w   ewentualnej   awanturze   albo 

żeby strząsnąć ze swojego ramienia tę zaborczą rękę, która 

najwyraźniej nie sprawiała jej przyjemności. A Cole nie miał 

zamiaru niczego nikomu ułatwiać, również sobie.

Do rozmowy włączyła się więc Dixie.

- Nastąpiła pomyłka, ale łatwo ją wyjaśnić. Mamy tutaj 

dwóch panów Ashtonów. Jak sądzę to pan Spencer Ashton - 

wskazała głową ojca Colea. - Czyż nie tak?

background image

Mężczyzna   wyglądał,   jakby   właśnie   przemówiło   do 

niego krzesło.

- Tak, zgadza się. A to moja asystentka, Kerry Roarke. 

Pani jest...?

- Dixie McCord - uśmiechnęła się blado. - A to pana syn. 

Cole Ashton.

Cole   zakrztusił   się   i   zaczął   kaszleć.   Podbiegł   do   nich 

menedżer.

-   Idiota.   Idiota!   -   Te   słowa   najwyraźniej   kierował   do 

kelnera.   -   Odejdź,   ja   się   tym   zajmę.   Bardzo   mi   przykro.   - 

Rozłożył   ręce   w   geście   przeprosin.   -   Stolik   dla   pana   jest 

zarezerwowany,   panie   Ashton   -   zwrócił   się   do   starszego 

mężczyzny.

- Jest tam, proszę za mną.

- Jeśli myślisz, że podziękuję ci za to wtrącanie się... - 

powiedział Cole, gdy tylko oddalili się poza zasięg głosu.

- Nie jestem aż tak naiwna. A teraz, skoro obroniłeś już 

swoje terytorium, to będziesz zapewne chciał wyjść.

Cole wstał i rzucił serwetkę na stół.

Dixie było go żal. Jego ojciec nie odezwał się do niego 

ani jednym słowem. Nawet na niego nie spojrzał, nie wykazał 

żadnego zainteresowania.

background image

Wiedziała   jednak,   że   nie   powinna   okazywać   Colebwi 

współczucia. Gdyby wyciągnęła do niego rękę, na pewno by 

ją   odtrącił.   Mury,   za   którymi   się   chował,   były   wysokie   i 

grube. Ale nic dziwnego, skoro chował za nimi tyle złości.

- Nie jesteś taki jak on, Cole - powiedziała, kiedy znaleźli 

się w samochodzie i wyjechali na drogę.

- Skąd ci to przyszło do głowy? - Cole jechał szybko, 

jakby chciał się jak najprędzej gdzieś znaleźć, wszystko jedno 

gdzie,   byle   nie   tam,   gdzie   był   w   tej   chwili.   -   Nie   masz 

zielonego pojęcia, o czym mówisz.

- Wyglądasz tak jak on, ale to nie znaczy, że jesteś taki 

jak on.

- Nie chcę o tym rozmawiać.

- Dobrze. Porozmawiamy, kiedy nie będziesz prowadził.

- Powiedziałem ci, że nie chcę o nim rozmawiać.

To był pewien sukces - przynajmniej Cole przyznał, że 

nie chce rozmawiać o „nim”, a nie o „tym”. Dixie postanowiła 

jednak nie drążyć tematu, póki Cole siedział za kierownicą, 

więc nie odezwała się.

Cole również milczał. Cisza trwała do chwili, w której 

zauważyła, że droga, którą jadą, nie prowadzi do winnicy.

- Dokąd prowadzi ta droga?

background image

- Muszę gdzieś pojechać. To pozwala mi oczyścić umysł.

- Masz jakiś cel, czy będziemy się tylko kręcić w kółko?

- Jedziemy do mojej chaty.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Cole   przez   całą   drogę   walczył   z   różnymi   emocjami   i 

myślami.   Kiedy   będzie   na   tyle   dorosły,   żeby   przestać   się 

przejmować obojętnością tego łajdaka?

Przez większość czasu udawało mu się to. Ale dzisiaj, 

kiedy zobaczył go z kolejną kobietą.

Przeszłość   jest   zamkniętą   księgą,   powiedział   sobie, 

zatrzymując samochód. Odłóż ją na półkę i nie wracaj do niej 

więcej.

Chata z trzech stron otoczona była dębami i sosnami, ale 

pas ziemi  od strony wejścia  nie był porośnięty drzewami  i 

prowadził do krawędzi, za którą ziemia opadała stromo w dół.

- Wejdź do środka - zwrócił się do Dixie, wysiadając z 

samochodu. - Ja narąbię trochę drewna.

-   Och,   świetny   pomysł   -   odpowiedziała,   zatrzaskując 

drzwi. - Idź, pobaw się siekierą, póki jeszcze jesteś wściekły. 

Przygotuję bandaże.

Rzucił jej krótkie spojrzenie i poszedł w stronę urwiska. 

background image

Widok   stamtąd   zawsze   poprawiał   mu   samopoczucie,   ale 

dzisiaj   nawet   to   nie   pomogło.   Zatrzymał   się   o   krok   od 

stromizny i wsunął ręce w kieszenie.

Dixie oczywiście poszła za nim.

- Byłoby nam o wiele łatwiej, gdybyś rzeczywiście był

Sheilą.

- Wiedziałem, że ta cisza jest zbyt piękna, żeby miała 

dłużej trwać.

- Jeśli chciałeś ciszy, to powinieneś był przyjechać tutaj 

sam.

Dlaczego   tego   nie   zrobił?   Nie   miał   ochoty   na 

towarzystwo,   a   jednak   nie   przyszło   mu   do   głowy,   żeby 

odwieźć ją wcześniej do winnicy.

-   Jeśli   chciałaś,   żebym   cię   gdzieś   podrzucił,   to   trzeba 

było powiedzieć.

- Ja tylko stwierdzam fakty. Przywiozłeś mnie tutaj, więc 

teraz musisz mnie znosić.

- Chcę pokazać ci chatę. - No właśnie. Wiedział już, z 

jakiego powodu ją tutaj przywiózł. - Ale chciałbym zostać na 

chwilę sam.

-   Musisz   zrobić   coś   z   tym,   co   cię   gryzie.   Może 

spróbujmy o tym porozmawiać.

background image

- Nie jestem w nastroju na amatorską terapię.

-   Wiesz,   ludzie   mówili,   a   nawet   czasami   słuchali,   już 

wiele tysięcy lat przed tym, jak Freud nazwał to terapią.

Rzucił jej niezadowolone spojrzenie.

-   Nie   dasz   mi   spokoju,   prawda?   Musisz   węszyć   i   się 

wtrącać? - Ruszył do przodu niespokojnym krokiem, a ona 

poszła w ślad za nim. - Dlaczego wróciłaś, Dixie?

- Wciąż mnie o to pytasz.

Co się z nim, u diabła, działo? Planował, że przywiezie tu

Dixie po obiedzie, ale miał na myśli raczej przyjemne 

spędzenie popołudnia niż sesję rozgrzebującą jego najmniej 

miłe wspomnienia.

- Zachowuję się jak idiota. Przepraszam. - Zmusił się do 

uśmiechu.

- Nie rób tego. - Zatrzymała się.

- Czego mam nie robić? Mam nie być uprzejmy?

- Nie nakładaj dla mnie tej uśmiechniętej maski.

- A jeśli nie robię tego dla ciebie? - rzucił. - Może robię 

to   dla   siebie,   żeby   przypomnieć   sobie,   że   wciąż   jestem 

cywilizowanym człowiekiem.

Stała przed nim, wyprostowana, wpatrując się w niego 

zwężonymi   oczami.   Boże,   kiedyś   kochał   sposób,   w   jaki 

background image

stawiała mu czoło, nie ustępując ani na krok... Wziął głęboki 

oddech.   Niektórych   rzeczy   lepiej   było   zbyt   wyraźnie   nie 

pamiętać.

- Przejdź się ze mną trochę, dobrze?

- Dobrze. - To było wszystko, co powiedziała.

Cole   ruszył   w   kierunku   jednej   ze   swoich   ulubionych 

ścieżek prowadzących na niewielką, nawet teraz zieloną, łąkę. 

Na   wiosnę   jest   tam   przecudnie,   pomyślał.   Dixie   byłaby 

zachwycona widokiem kwitnących dzikich kwiatów.

Ale przecież nie będzie jej tu na wiosnę...

Wobec tego - carpe diem. Jeśli miał ją mieć tylko przez 

następny tydzień, powinien wykorzystać to do maksimum.

- Jak ci się  podoba moja  chata?  Nie pokazałem ci  jej 

jeszcze w środku.

- Bardzo mi się podoba. Ale spodziewałam się czegoś 

innego.

- Czego?

Ścieżka   była   zbyt   wąska,   żeby   mogli   iść   obok   siebie, 

więc Dixie  szła  za  nim. Nie  mógł  widzieć jej przekornego 

uśmiechu, ale słyszał go w jej głosie.

- Czegoś bardziej wiejskiego. Dużo bardziej wiejskiego. 

Mówiłeś, że wiele prac wykonałeś samodzielnie.

background image

-   Widzę,   że   nie   masz   zaufania   do   moich   umiejętności 

stolarskich.

- Nie wiedziałam, że umiesz odróżnić jeden koniec piły 

od drugiego.

- Na początku nie umiałem - przyznał. - Ale jak ściana 

się zawaliła, to wziąłem kilka lekcji.

Dixie roześmiała się.

- Naprawdę się zawaliła? Która?

Kiedy   opowiadał   jej   historię   swoich   prób 

wyremontowania chaty, poczuł ulgę. Będzie dobrze, jeżeli uda 

mu się prowadzić rozmowę w lekkim tonie.

Gdy znaleźli się na końcu ścieżki, rozpostarł się przed 

nimi widok na łąkę. Wyjście z cienia na słońce spowodowało, 

że serce zaczęło mu bić radośniej. To miejsce nie było ani 

duże, ani wyjątkowe. Było niewielkie i zupełnie zwyczajne, 

ale coś w jego kształcie sprawiało, że wydawało się, jakby 

słońce się tu zatrzymywało. Mógłby przysiąc, że rosnąca tutaj 

trawa była trochę zieleńsza.

- Och... - Dixie zatrzymała się kilka kroków za nim i 

obróciła się powoli wokół własnej osi. - To jest... perfekcyjnie 

piękne.

Te słowa sprawiły mu przyjemność.

background image

- To jeden z powodów, dla których kupiłem tę ziemię.

- Cudowne. - Stała nieruchomo, uśmiechając się, oświet-

łona przez łagodnie padające światło. Powiew wiatru rozwiał 

jej włosy i przycisnął cienki materiał niebieskiej sukienki do 

kobiecych kształtów.

Spłynęło   na   niego   dziwne   uczucie   tęsknoty,   która 

sprawiła, że nagle poczuł się większy, lżejszy, pełen marzeń...

- Cole? - Przechyliła głowę, przyglądając mu się. - Czy 

wszystko w porządku?

- Chyba tak.

Mylił   się.   Bardzo   się   mylił.   Nie   chciał   kilku   dni 

przyjacielskiego   seksu   bez   zobowiązań.   Chciał   więcej.   O 

wiele więcej.

Podszedł powoli do niej.

W jej oczach dostrzegł niepokój.

- Co cię tak nagle zmieniło?

- Ty. - Położył dłonie na jej ramionach, chłonąc ciepło.

- Zawsze tak było.

- Nie myślę, żeby to...

- Bardzo dobrze. Nie myśl. - Przycisnął wargi do jej ust. 

Podskoczyła, ale on ledwie to zauważył. Dojrzały smak jej ust 

zawrócił mu w głowie jak ciężkie, mocne wino. Przycisnął ją 

background image

do siebie i gładził dłońmi jej ciało, czując jego ciepło.

Chciał więcej. Chciał, żeby nie odeszła, żeby nie mogła 

znów od niego odejść. Objął ją mocniej.

Gdy tylko to zrobił, zaczęła z nim walczyć, odpychać go. 

Cole puścił ją i pozwolił jej się odsunąć. I znowu. Znowu go 

to zabolało.

Jej usta były wilgotne, włosy potargane, a oczy rzucały 

wściekłe błyskawice.

- Nie zmusisz mnie.

-   Zmusić?   -   rzucił   ze   złością.   Zaczęło   go   ogarniać 

poczucie winy. - To był tylko pocałunek!

- To wszystko stało się zbyt nagle.

Wykrzywił usta i poczuł, że budzi się w nim coś złego.

- Dałaś mi wszelkie powody, żeby myśleć, że lubisz być 

całowana. A może  to była tylko część gry? Lubisz drażnić 

mężczyzn?

- Nie wiem, o czym mówisz - syknęła.

- Lubisz mężczyzn, prawda? Eli, Russ, ja - flirtujesz ze 

wszystkimi.   A   ja   jestem   tylko   jednym   z   twoich   licznych 

facetów, tak, Dixie?

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w kierunku ścieżki.

-   Jasne,   masz   rację.   Odejdź.   To   twoja   odpowiedź   na 

background image

wszystko.

Zatrzymała się i powoli odwróciła.

- Ludzie, którzy odchodzą, nie mają u ciebie wysokich 

notowań, tak, Cole? A jedenaście lat temu to ja odeszłam.

-   Pamiętam.   -   Bardzo   dobrze   to   pamiętał.   Nie   słowa, 

które padły podczas tamtej ostatniej kłótni, ale uczucia. Była 

wściekła, zraniona, a im większa była jej złość, tym on stawał 

się zimniejszy. - Zapomniałem o twoich urodzinach. A potem 

mnie zostawiłaś.

Wpatrywała się w niego przez chwilę.

- Tak to pamiętasz?

- Tak właśnie było. Pomyliły mi się daty i...

- Odmówiłeś przeniesienia spotkania z klientem na inny 

dzień!   -   Podeszła   do   niego,   trzymając   dłonie   zaciśnięte   w 

pięści. - Mieliśmy randkę, ale ty zapomniałeś i umówiłeś się z 

klientem. Było mi przykro, że zapomniałeś, ale to nie dlatego 

odeszłam!

- A więc dlaczego? - zapytał. - Powiedz mi dlaczego, bo 

pamiętam,  że  krzyczałaś, że  jeśli  nie  pójdę  z  tobą, tylko z 

klientem, to mnie zostawisz. I to właśnie zrobiłaś!

-   Mogłeś   przełożyć   kolację   z   nim   na   inny   wieczór, 

zamiast   wystawiać   mnie   do   wiatru!   Byłam   na   ostatnim 

background image

miejscu, jak zwykłe. Bez przerwy pokazywałeś mi, jakie są 

twoje   priorytety   -   najpierw   biznes,   potem   rodzina,   a   ja   na 

szarym końcu. A mimo tego nie mogłeś znieść, kiedy choćby 

uśmiechnęłam się do innego mężczyzny!

Zacisnął usta.

- Przez większość czasu uśmiechałaś się do wszystkich, 

tylko nie do mnie. Czy to takie dziwne, że nie byłem ciebie 

pewien?

- Nie było cię, więc nie mogłam się do ciebie uśmiechać! 

Czekałam na telefon od ciebie, a jak już dzwoniłeś, to zawsze 

po to, żeby odwołać lunch albo kolację. Przez ostatni miesiąc, 

kiedy   byliśmy   razem,   odwołałeś   prawie   wszystko,   oprócz 

seksu - dodała gorzko. - Na to miałeś czas.

Jej słowa odebrały mu głos. Po chwili zapytał cicho:

- Naprawdę tak myślałaś? Że chciałem od ciebie tylko 

seksu?

Potrząsnęła lekko głową.

- Chyba coś takiego właśnie ci wykrzyczałam.

-   Ale   wtedy   oskarżaliśmy   się   nawzajem   o   najgorsze 

zbrodnie. Nie przypuszczałem, że naprawdę tak sądzisz.

- Za to ja byłam pewna, że ty mówisz  właśnie  to, co 

myślisz.   Nie   krzyczałeś.   Mówiłeś   spokojnie   i   zimno,   tak 

background image

jakbyś   dokładnie   przemyślał   wszystko,   co   chciałeś 

powiedzieć.

- Nie wiedziałem, co mówię. Byłem przerażony.

- Ty? - Uniosła brwi w górę.

- Tak. Traciłem cię i zdawałem sobie z tego sprawę. - 

Tak  naprawdę  nigdy  nie  wierzył, że  uda   mu  się   ją   na  siłę 

zatrzymać   przy   sobie,   a   jednak   to   robił.   -   Kupiłem 

pierścionek.

Te słowa po prostu mu się wyrwały. Do diabła, nigdy nie 

chciał,   żeby   o   tym   wiedziała.   Nie   chciał,   żeby   ktokolwiek 

wiedział, jak strasznym był durniem.

Jej oczy nagle zrobiły się ogromne, dwa razy większe niż 

zazwyczaj.

- Pierścionek? - szepnęła.

-   Chciałem   poprosić   cię   o   rękę   w   twoje   urodziny. 

Zamknęła   oczy   i   przyłożyła   rękę   do   piersi,   jakby   ją   coś 

zabolało.

- Chwileczkę. Ty... To coś zupełnie nowego. - Odeszła 

kilka   kroków   i   stała   tam,   wpatrując   się   w   przeszłość.   - 

Gdybym wiedziała...

-   To   może   byś   nie   odeszła.   A   to   -   dodał   z   bolesną 

szczerością - byłby pewnie błąd. Chciałem cię zatrzymać, ale 

background image

nie miałem zamiaru się zmieniać. Nie wiedziałem wtedy, jak 

to zrobić. Unieszczęśliwilibyśmy się nawzajem.

Spojrzała na niego.

- Byłam pewna, że zadzwonisz. Czekałam tygodniami, aż 

zadzwonisz i powiesz, że się myliłeś i chcesz być ze mną.

- A ja liczyłem, że to ty zadzwonisz i mnie przeprosisz. 

Dałem   ci   miesiąc.   Pamiętasz,   że   miałem   wtedy   obsesję   na 

punkcie testów. Po upływie miesiąca stwierdziłem, że oblałaś 

egzamin. Wyrzuciłem pierścionek do najgłębszego wąwozu w 

okolicy. To było bardzo dramatyczne.

Potrząsnęła głową i na usta wypłynął jej smutny uśmiech.

- Boże, miej w opiece młodych.

- Młodych i głupich - zgodził się. - Nas obydwoje. Nagle 

się roześmiała.

-   Obydwoje   byliśmy   strasznie   uparci.   Czekaliśmy,   aż 

drugie zadzwoni...

- Wyzna swoje grzechy...

- I wróci na kolanach. - Uśmiechnęła się. - Przyznaj się, 

że ty też tego chciałeś.

- Pewnie. - Dopóki nie wyrzucił pierścionka, który tak 

dużo   dla   niego   znaczył...   i   tak   mało   zarazem.   Potem 

postanowił o niej zapomnieć.

background image

Nie udało mu się to.

Przez chwilę patrzyli na siebie, pozwalając przeszłości 

powrócić. Cole zaczął dostrzegać rzeczy, których wcześniej 

nie widział.

-   Przesadziłem.   Nie   powinienem   był   zmuszać   cię   do 

pocałunku, którego nie chciałaś.

- Chciałam - powiedziała cicho. - Ale przestraszyłam się.

- Boże, nigdy nie chciałem...

- Oczywiście, że nie - powiedziała szybko. - Gdybym ci 

powiedziała...   Ale   nie   lubię   się   przyznawać,   że   się   czegoś 

boję.

Pamiętała jednak o tym jednym razie, kiedy tak bardzo 

się   bała.   O   tym,   o   którym   mu   opowiedziała   i   o   którym 

obydwoje dobrze wiedzieli.

Miała osiem lat, kiedy zmarł jej ojciec, piętnaście, kiedy 

jej matka ponownie się zaręczyła. Helen McCord wierzyła, że 

znalazła   mężczyznę,   który   przez   resztę   życia   będzie   się 

troszczył   o   nią   i   o   jej   córką.   Dixie   nie   lubiła   go,   ale   ze 

względu na matkę nic nie mówiła. Właśnie zamieszkali razem, 

kiedy   stan   zdrowia   Helen   nagle   się   pogorszył.   Musiała   się 

poddać operacji serca i zostawiła córkę w domu, pewna, że 

mężczyzna, którego kocha, zaopiekuje się nią.

background image

Dzień   po   operacji   ten   człowiek   przyszedł   do   sypialni 

Dixie. Udało jej się uciec, a ten łajdak chyba do dziś ma na 

czole bliznę, którą mu zostawiła. Nie powiedziała o niczym 

matce, dopóki nie skończyła się rehabilitacja.

To   było   typowe   dla   Dixie.   Godne   podziwu.   Ale 

jednocześnie potwierdzało wszystkie jego wątpliwości co do 

tego, czy ona jest w stanie związać się z jednym mężczyzną. 

Życie nauczyło ją, żeby nie ufać mężczyznom i polegać tylko 

na sobie.

- To nie ciebie się bałam - powiedziała w końcu Dixie.

- Nie ciebie.

-   Rozumiem.   -   Skinął   potakująco.   -   Czy   mogę   teraz 

pokazać ci dom?

Potrząsnęła głową.

-   Chciałabym   go   zobaczyć,   ale   nie   dzisiaj.   W   ciągu 

ostatnich kilku minut dużo się między nami wydarzyło i nie 

chciałabym znaleźć się w twoim łóżku przez przypadek.

Serce zabiło mu mocniej.

- Więc wracamy?

Uśmiechnęła  się, podeszła do niego i podała mu rękę. 

Miło było jej dotykać. Po chwili powiedział:

- To chyba oznacza, że muszę przełożyć na kiedy indziej 

background image

gorący seks, który planowałem na dzisiejsze popołudnie.

Zaśmiała się, ale w jej głosie słychać było lekkie drżenie.

- Chyba tak.

Przełożyć,   pomyślał.   Co   za   cudowne   słowo.   A   przez 

chwilę wyglądało, jakby znów miał ją stracić. Wrócili w ciszy, 

takiej samej jak ta, w której szli w kierunku polany, a jednak 

zupełnie innej.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Zadziwiająco łatwo było podtrzymywać lekką rozmowę 

w   drodze   powrotnej   do   winnicy.   Może,   pomyślała   Dixie, 

przez   tę   głupią   nadzieję,   która   powróciła,   mieszając   jej   w 

głowie i wywołując niebezpieczne myśli.

Przypomniała sobie, że tak naprawdę niczego nie ustalili.

A   przynajmniej   ona   nie   miała   takiego   wrażenia.   Cole 

zburzył kilka jej przekonań o przeszłości, co spowodowało, że 

nagle znalazła się w zupełnie innej teraźniejszości.

Kupił jej pierścionek. Miał zamiar poprosić ją o rękę.

Co   by   było,   gdyby   zabrał   ją   na   kolację   w   dniu   jej 

urodzin? Czy powiedziałaby: tak?

Nie wiedziała. Ta świadomość niepokoiła ją bardziej niż 

wszystko inne, czego się dzisiaj dowiedziała. Przez lata była 

background image

przekonana,   że   to   ona   była   głęboko   zakochana,   że   to   ona 

bardziej cierpiała z powodu tego, że ich związku nie dało się 

naprawić. Teraz dowiedziała się, że Cole był gotów związać 

się   z   nią   na   całe   życie.   A   ona   nie   była   pewna,   czy 

powiedziałaby mu „tak”.

Czy nie powinna tego wiedzieć? Dlaczego, skoro była w 

nim tak zakochana, nigdy nie myślała o małżeństwie?

Dixie nie mogła znaleźć odpowiedzi na te pytania. Może 

trudno   było   zobaczyć   przeszłość   przez   pryzmat 

teraźniejszości. Zresztą kobiety, która kochała Colea przez to 

krótkie   szalone   lato,   już   nie   było.   A   kobieta,   która   je 

pamiętała, siedziała teraz obok mężczyzny, który pociągał ją 

w zupełnie inny sposób.

Kiedy   dotarli   do   winnicy,   niebo   zaczęło   grzmieć   zza 

napęczniałych deszczem, ciężkich chmur. Dixie zobaczyła na 

podjeździe dwa nieznane samochody i jęknęła.

- Zupełnie zapomniałam o dzisiejszej kolacji. Mam się 

przebrać?   Nie,   już   nie   zdążę.   -   Spojrzała   na   zegarek   i 

otworzyła torebkę, mając nadzieję, że nie zapomniała szminki.

Cole uśmiechnął się.

- Jeśli powiem, że dobrze wyglądasz, to uznasz, że jestem 

miły, czy kompletnie niewrażliwy?

background image

- Szczery, mam nadzieję. - Nie mogła znaleźć szminki. 

Skrzywiła się i wyjęła szczotkę.

Cole   wysiadł   z   samochodu,   okrążył   go   i   otworzył   jej 

drzwi.   Dixie   skończyła   się   czesać,   wrzuciła   szczotkę   do 

torebki   i   również   wysiadła.   Cole   wziął   jej   obie   dłonie, 

podniósł do ust i pocałował.

- Słowo „dobrze” nawet w połowie nie oddaje tego, jak 

wyglądasz - powiedział  cicho. - Tylko nie  wiem, jak ci  to 

powiedzieć.

Zaczerwieniła się.

- Spróbuj.

Przymknął łobuzersko jedno oko.

- Mógłbym powiedzieć, że wyglądasz jak senne marzenie 

nastolatka.

Roześmiała się i cofnęła dłonie.

- Nie, nie możesz mówić takich rzeczy, kiedy idziemy na 

kolację z twoją rodziną. - Rzuciła mu przewrotne spojrzenie.

- Ale możesz tak myśleć.

- Tak właśnie myślę - zapewnił ją, kiedy szli w stronę 

drzwi.

W salonie było dużo zdenerwowanych ludzi. Jednym z 

nich   był   mężczyzna,   którego   Dixie   widziała   już   dwa   razy, 

background image

ostatni raz w restauracji.

Zdziwiona   zatrzymała   się   kilka   kroków   za   drzwiami. 

Cokolwiek on tutaj robił, nikt nie wyglądał na zadowolonego 

z jego obecności.

Mercedes   stała   obok   sofy   ze   swoim   aktualnym 

narzeczonym,   Craigiem   Bradfordem,   i   wyglądała   na 

kompletnie osłupiałą. Jej siostra, Jillian, siedziała na kanapie, 

wpatrując się w nieznajomego i potrząsając powoli głową. W 

pobliżu nieznajomego stał Eli. Był wściekły. Na pierwszy rzut 

oka nie było tego widać, ale Dixie przyjrzała się dobrze jego 

twarzy, kiedy go rysowała. Teraz wyraźnie widziała zaciśnięte 

mięśnie szczęki i płonące gniewem zielone oczy.

Wszystkie dzieci Spencera Ashtona miały zielone oczy... 

Dixie   otworzyła   usta   z   niedowierzaniem   na   tę 

nieprawdopodobną myśl. Spojrzała na nieznajomego.

-   Co   się   dzieje?   -   zapytał   Cole   ostrym   tonem.   Eli 

odwrócił się gwałtownie w jego stronę.

- Pozwól, że ci kogoś przedstawię. To jest Grant Ashton. 

Twój starszy brat.

- A przynajmniej tak mówi - dodała Merry pozbawionym 

emocji głosem.

Tak, pomyślała Dixie. Tak, kształt głowy był taki sam.

background image

Oczy  też. Widziała  podobieństwo już  tego dnia, kiedy 

zobaczyła   go   przed   domem,   ale   nigdy   nie   przyszło   jej   do 

głowy...

- Co u diabła...? - Cole patrzył raz na jednego, raz na 

drugiego.

- Wiem, że to musi być dla was szok. Przykro mi z tego 

powodu - powiedział nieznajomy.

Cole podszedł krok bliżej z nieprzeniknioną twarzą.

- Mam nadzieję, że masz na to jakieś dowody.

-   Ma.   -   Caroline   Ashton   stała   w   drzwiach   do   kuchni 

blada, ale opanowana. - Pokazał mi świadectwo ślubu swoich 

rodziców.

- Rozmawiałaś z nim? - Eli skrzywił się. Skinęła głową.

- Wszystko w porządku? - Jillian podeszła do matki.

- Tak - uśmiechnęła się Caroline.

- Nie chciałem o tym mówić, dopóki pani nie wróci - 

powiedział Grant - ale pani córka znalazła mnie czekającego 

na werandzie i nalegała, żebym dołączył do rodziny w salonie. 

Potem   pani   syn   zapytał,   jak   się   nazywam,   i   nie   chciałem 

kłamać.

-   Oczywiście,   że   nie.   A   kiedy   powiedziałeś   już,   że 

nazywasz się Ashton, musiałeś opowiedzieć im resztę.

background image

- Jaką resztę? - zapytał Cole.

Grant spojrzał mu spokojnie w oczy.

- Moi rodzice pobrali się młodo, ponieważ matka była w 

ciąży. Do niedawna myślałem, że ojciec zmarł, kiedy byłem 

dzieckiem. Okazało się jednak, że odszedł, zostawiając moją 

matkę samą ze mną i moją siostrą. - Zamilkł na chwilę.

- Mój ojciec nazywa się Spencer Ashton.

Nikt   się   nie   odezwał   ani   nie   poruszył.   Potem   ostry 

wybuch śmiechu Gole’a przerwał ciszę.

- Łajdak wcześnie zaczął, prawda?

Caroline nalegała, żeby Grant został z nimi na kolacji. To 

był dziwny wieczór.

Atmosfera   przy   stole   nie   należała   do   najweselszych. 

Jillian, zawsze wrażliwa na nastroje innych, siedziała spięta. 

Merry  była  zatopiona   w myślach i   prawie   w ogóle   się   nie 

odzywała, tak samo jak Eli. Cole za to mówił za dużo.

Dowiedzieli   się,   że   Grant   pochodzi   z   Crawley   w 

Nebrasce. Ma tam farmę, którą w czasie jego nieobecności 

zajmuje   się   jego   siostrzeniec.   Nigdy   się   nie   ożenił,   ale 

wychowywał siostrzeńca i siostrzenicę.

-   Widziałem   cię   w   restauracji   -   powiedział   Cole.   - 

Próbowałeś porozmawiać ze Spencerem?

background image

Grant skinął głową i posmarował bułkę masłem.

-   Jak   rozumiem,   uważasz,   że   jest   ci   coś   winien.   Czy 

liczysz na to, że...

- Cole! - powiedziała ostro Caroline. - Wystarczy!

- Dla waszej wiadomości - powiedział spokojnie Grant - 

całkiem nieźle sobie radzę finansowo. Nie chcę niczego od 

niego. Ani od was.

Dixie uśmiechnęła się do niego z aprobatą.

-   Dla   twojej   wiadomości,   Cole   nie   zawsze   jest   takim 

dupkiem. Zdarza mu się to, ale rzadko.

Mercedes zdusiła chichot. Cole odwrócił się do Dixie.

- Dziękuję - powiedział sucho - za twoje bezwarunkowe 

poparcie.

-   Przyjaciele   nie   pozwalają   przyjaciołom   opowiadać 

głupot, zwłaszcza kiedy siedzą przy kolacji zorganizowanej 

przez ich matkę. Może porozmawiamy o czymś neutralnym? 

Religia, polityka?

Niespodziewanie to Craig przyszedł jej z pomocą.

- A co powiecie na sport? Nie widziałem meczu w ostatni 

poniedziałek, ale słyszałem, że był naprawdę niezły.

Lucas podjął temat i udało im się przetrwać do deseru. 

Dixie   zauważyła,   że   Craig   miał   co   najmniej   jedną 

background image

niezaprzeczalną zaletę - potrafił się znaleźć w towarzystwie. 

Kilka razy podczas tego niekończącego się posiłku pomógł jej 

podtrzymywać rozmowę. Może to dlatego Merry była z nim 

już tak długo. Był przystojny, świetnie się z nim rozmawiało i 

nie miał żadnych widocznych wad.

Dixie obiecała sobie, że porozmawia z Merry, gdy tylko 

znajdzie czas. Jednak nie dzisiaj. Musieli jeszcze przebrnąć 

przez resztę wieczoru.

Martwiła   się   o   Cole’a.   Starał   się   być   uprzejmy,   ale 

gniew,   który   się   w   nim   gotował,   musiał   w   końcu   znaleźć 

ujście. Niestety w tej chwili nie mogła nic zrobić.

Kiedy   przenieśli   się   do   salonu,   atmosfera   nadal   była 

napięta.   Caroline   i   Lucas   podeszli   do   Cole’a   i   zaczęli 

rozmawiać z nim o nowym winie. Eli rozmawiał z Grantem o 

uprawie ziemi, Mercedes przysłuchiwała się ich dyskusji, a 

Jillian wyszła na chwilę z pokoju.

Dixie została więc z Craigiem. Rozmawiali przez chwilę 

o niczym, po czym Dixie podziękowała mu za pomoc w czasie 

kolacji.

- Cieszę się, że mogłem coś zrobić. - Podszedł do niej 

bliżej i ściszył głos. - Mercedes ma jakiś problem ze swoim 

ojcem.   Podziwiam   sposób,   w   jaki   udało   ci   się   załagodzić 

background image

sprawę.

-   Mhm.   -   Ten   palant   próbował   zajrzeć   jej   w   dekolt. 

Zmarszczyła   brwi   i   odsunęła   się   trochę.   -   Wszyscy   mają 

problem ze Spencerem i to nie bez powodu.

Craig skinął z powagą głową.

-   Na   pewno   zmartwiła   ich   wiadomość,   że   wcześniej 

zostawił jeszcze inną rodzinę.

- To nie była wina Granta, ale trudno nie łączyć posłańca 

z wiadomością.

-   Ja   mam   szczęście   -   powiedział.   -   Mój   ojciec   i   ja 

świetnie się dogadujemy. Czy planujesz zostać w Kalifornii, 

Dixie? Mam nadzieję, że tak.

Jasne.

- Być może.

- Chciałem ci powiedzieć, jak bardzo podziwiam twoją 

pracę. - Jego głos stał się nagle pieszczotliwy. - Jestem tylko 

biznesmenem   bez   wyobraźni,   ale   podziwiam   artystów.   Są 

tacy... niekonwencjonalni. Chciałbym cię bliżej poznać.

Dixie milczała przez chwilę.

- Czy uważasz, że to w porządku podrywać mnie, kiedy

Mercedes jest w tym samym pokoju?

Craig uśmiechnął się i zaczął się bawić jej włosami.

background image

- Mercedes i ja dobrze się rozumiemy. Ja cię lubię, ona 

cię lubi. Komu to może zaszkodzić?

-   Tobie.   Uważaj,   po   twojej   lewej.   Zamrugał, 

zdezorientowany.

- Co?

Cole podszedł i wyjął kieliszek z ręki Craiga.

- Przykro nam, że musisz wyjść tak wcześnie, Bradford.

-   Błysk   w   jego   oku   wskazywał   jednak   na   coś   wprost 

przeciwnego.

- Nie muszę...

- Owszem, musisz. - Cole chwycił Craiga jedną ręką za 

łokieć i podał kieliszek Dixie. - Odprowadzę cię do drzwi.

Craig może nie był najbystrzejszy, ale nie był też na tyle 

głupi, żeby próbować protestować albo strząsnąć rękę Colea.

Dixie   złapała   spojrzenie   Mercedes.   Merry   wzruszyła 

ramionami przepraszająco, co strasznie zirytowało Dixie. Jej 

przyjaciółka   nie   powinna   przepraszać   za   tego   palanta. 

Powinna go rzucić.

Zdecydowanie musiały porozmawiać.

Cole   wrócił   sam.   Nie   wyglądał   na   zadowolonego. 

Przypominał raczej wulkan tuż przed erupcją. Spojrzał na nią 

płonącym wzrokiem i rzucił:

background image

- Nie powinnaś była flirtować z tym idiotą.

- Uspokój się - powiedział Eli. - Dixie nic nie zrobiła. 

Cole obrócił się gwałtownie.

- Nie wtrącaj się.

- Dobrze - powiedziała Dixie, biorąc Colea za ramię. - 

Wystarczy. Próbowałeś. Naprawdę próbowałeś, ale nic z tego.

- Uśmiechnęła się do wszystkich w pokoju. - Przykro mi, 

że tak wpadliśmy jak po ogień, ale ja i Cole musimy pobiegać, 

albo narąbać trochę drzewa, albo coś w tym stylu.

- Przecież leje jak z cebra! - zaprotestował Lucas.

- No to sobie popływamy. Chodź - powiedziała, ciągnąc 

Cole’a za ramię. - Twoja matka nie chce, żebyś się pobił z 

bratem w jej salonie. Z żadnym z braci.

Cole   wpatrywał   się   w   nią   przez   chwilę   zwężonymi 

oczami.   Potem   skłonił   głowę,   strząsnął   jej   rękę   i   ruszył   w 

stronę drzwi. Otworzył je i spojrzał przez ramię.

- Idziesz czy nie?

- Proponuję wziąć płaszcze - odpowiedziała, zaglądając 

do   szafy   Nie   miała   swojego,   wzięła   więc   płaszcz 

przeciwdeszczowy Merry. Colebwi rzuciła jego wiatrówkę.

Włożył ją szybko i razem wyszli na deszcz.

ROZDZIAŁ ÓSMY

background image

Na   zachodzie   słońce   chowało   się   za   horyzontem,   ale 

widok ten przesłaniały ciężkie chmury. Nie było wiatru, ale 

padający deszcz był zimny. Dixie zapięła pożyczony płaszcz i 

pogodziła się w myślach z mokrymi włosami i zniszczonymi 

butami. Cole ruszył w kierunku winnic.

Szli obok siebie, nie dotykając się. W połowie drogi do 

gaju oliwnego Cole nagle się odezwał:

- Przepraszam. Nie flirtowałaś z nim.

- Nie, nie flirtowałam. To nie na mnie jesteś wściekły.

-   Nie   wiem,   co   jest   ze   mną   nie   tak.   -   Zatrzymał   się, 

wcisnął ręce w kieszenie i podniósł twarz w górę, pozwalając, 

żeby deszcz po niej spływał. Po chwili potrząsnął głową jak 

otrzepujący się pies i ruszył dalej. - Wściekałem się dzisiaj 

przez cały dzień, zupełnie bez powodu.

- Nienawidzisz swojego ojca, a dzisiaj przypomniano ci o 

jego istnieniu.

- Przestałem o tym myśleć już wiele lat temu. Lucas był 

dla mnie bardzo dobrym ojcem.

-   Upychanie   wszystkiego   do   skrzyni   z   napisem 

„przeszłość” nie gwarantuje powodzenia. Wieko zawsze może 

się uchylić.

background image

Roześmiał się ostro i krótko.

- To prawda. I wtedy zaczynają wychodzić potwory. A 

jest ich całkiem sporo.

- Mówisz o sobie czy o swoim ojcu?

- Na razie skupmy się na nim. Ukradł dziedzictwo mojej 

matki.

To była kradzież, która uczyniła ze Spencera bogatego 

człowieka.   Ojciec   Caroline   należał   do   starej   szkoły   i   nie 

wierzył,   że   kobieta   może   samodzielnie   prowadzić   firmę. 

Zostawił swoje  udziały w Lattimer Gorporation zięciowi, a 

niecały rok później Spencer zostawił Caroline.

- Myślałam, że nie chcesz żadnych udziałów w Lattimer

Corporation.

- Teraz nie chcę. Nie po takim czasie. Nie chcę żadnej 

cholernej rzeczy, która należy do niego. Dopiero w trakcie 

rozwodu pokazał, jaki jest naprawdę - stwierdził gorzko Cole.

- Co się stało?

-   Zabrał   wszystko,   co   zostało.   Pieniądze,   ziemię... 

Wszystko z wyjątkiem The Vines.

- Ale w jaki sposób? Jak sędzia mógł mu to przyznać?

-   A   jak   myślisz?   Kłamstwa,   groźby   i   oszustwa. 

Powiedział   mamie,   że   zabierze   nas,   jeśli   będzie   z   nim 

background image

walczyć. Miał świadków na to, że brała narkotyki.

- Boże - mruknęła.

Cole milczał przez chwilę, po czym wybuchł.

- Jak on może to robić? Czy wszyscy ludzie są dla niego 

jak   ubrania?   Znudzisz   się   jedną   koszulą,   to   po   prostu   ją 

wyrzucasz! On nudzi się rodziną i wyrzuca. Przestaje w ogóle 

dla niego istnieć.

Dixie   pomyślała,   że   Spencer   Ashton   był   typowym 

narcyzem. Inni ludzie nie byli dla niego prawdziwi, byli tylko 

echem albo odbiciem jego własnego ego.

- Jaki był, kiedy byłeś mały?

-   Myślałem,   że   mnie   lubi   -   prychnął   Cole.   -   To   była 

głupota,   ale...   czasami   naprawdę   był   wspaniały.   Burzył   mi 

włosy,   kiedy   przynosiłem   dobre   stopnie,   i   mówił:   „Tak 

trzymaj, mały”. Ale on lubił wygrywanie, nie mnie.

- Trudno było go zadowolić?

- Raczej było trudno przewidzieć, co zrobi. Jeśli coś mu 

nie szło, to wszyscy trzymaliśmy się od niego z daleka, Ale 

czasami   potrafił   naprawdę   się   postarać.   Na   przykład   na 

urodziny. Lubił urządzać przyjęcia. Kiedy skończyłem sześć 

lat, zorganizował klaunów, balony, kucyki i piknik.

Ledwo słyszalna nuta tęsknoty w jego głosie złapała ją za 

background image

serce.

-   Czy   myślisz,   że   te   przyjęcia   były   tylko   sposobem 

podkreślania jego wizerunku?

Wzruszył ramionami.

- Oczywiście, że chodziło bardziej o niego niż o mnie, ale 

jako dziecko nie widziałem tego. Kiedy nie przychodził do 

szkoły na wywiadówki, myślałem, że tacy ważni ludzie jak on 

są zawsze zajęci.

Zamilkł. Dixie szła obok niego, próbując nie ślizgać się 

w   swoich   butach   na   gładkiej   podeszwie.   Włosy   leżały   jej 

mokrymi   pasmami   na   karku,   a   woda   spływała   za   kołnierz 

płaszcza.

Dotarli do małego gaju oliwnego. Było tu ciemniej, ale 

drzewa dawały pewne schronienie. Zatrzymała się.

- A kiedy odszedł? Dzieci często winią siebie za rozstanie 

rodziców.

- Nie pamiętam, żebym siebie winił, ale... - nie patrzył na 

nią - miałaś rację, mówiąc, że go nienawidzę. Chociaż dopóki 

był, próbowałem być taki jak on.

- Byłeś dzieckiem. Chciałeś zadowolić swojego ojca, a 

jedyną   rzeczą,   która   zadowala   narcyza,   jest   jego   własne 

odbicie.

background image

- A ja zrobiłem z siebie cholernie dobre odbicie, czyż nie 

tak?

-   Nie!   -   Chwyciła   go   za   ramię   i   zmusiła,   żeby   się 

odwrócił i spojrzał na nią. - Skąd ci przyszło do głowy, że 

jesteś taki jak on?

- Poza tym, że widzę go za każdym razem, kiedy patrzę 

w lustro? - Deszcz spływał mu po twarzy, jakby niebo nad 

nim płakało. - Daj spokój, Dixie. Poświęciłem całe lata na 

rozbudowanie Louret, żeby udowodnić temu łajdakowi, że go 

nie potrzebujemy. Że jestem od niego lepszy w jedynej rzeczy, 

która ma dla niego znaczenie - w zarabianiu pieniędzy.

- To prawda, że jesteś ambitny. Ale nie wykorzystujesz 

ludzi. Nigdy nie odsuwasz kogoś w taki sposób, w jaki on to 

robi.

- Zostawiłaś mnie, ponieważ byłem taki jak on.

Dixie   wstrzymała   oddech,   czując   nagły   ból.   Czy   to 

właśnie myślał? Czy przez te wszystkie lata wierzył, że jej 

odejście dowodziło, że jest taki jak ojciec?

- Cole. - Wyciągnęła obie dłonie i dotknęła jego twarzy, 

mrugając, żeby powstrzymać łzy. - Ty głuptasie.

Wzrokiem szukał jej twarzy. Było ciemno, ale jego usta 

odnalazły jej wargi.

background image

Pocałunek   był   delikatny,   powolny   i   niewymownie 

poruszający. Przesunął ustami po jej policzku.

- Jesteś zimna.

- Nie żartuj. - To nie z powodu zimna drżała. Objął ją 

ramionami i przytulił mocno.

-   Teraz   cieplej?   -   wyszeptał   jej   do   ucha,   po   czym 

pocałował w szyję.

Było jej zimno, była kompletnie przemoczona, a jej serce 

biło tak mocno, że prawie słyszała, jak uderza o żebra. Czy to 

był strach? Podniecenie? Radość?

Czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Położyła dłonie na 

jego piersi.

- Jeszcze nie teraz - szepnęła. - Próbuj dalej.

Tym razem pocałował ją bardziej zdecydowanie. Objął ją 

mocno, unieruchamiając jej ręce przyciśnięte do jego klatki 

piersiowej.   Uwolniła   je,   czując   potrzebę   dotykania   go,   i 

wsunęła   dłonie   pod   marynarkę.   Jego   ciało   było   twarde   i 

gorące i Dixie poczuła nagły przypływ pożądania.

Cole musiał czuć to samo. Zaczął gorączkowo rozpinać 

guziki jej płaszcza i wydał z siebie jęk frustracji, kiedy nie 

udawało mu się zrobić tego wystarczająco szybko. Wtedy po 

prostu szarpnął materiał i wszystkie guziki poleciały w błoto 

background image

pod ich nogami. Jego ręce znalazły się na jej ciele, dotykały 

pleców i piersi.

Dixie miała wrażenie, że jego pieszczoty doprowadzą ją 

za chwilę do szaleństwa.

Cole przesunął dłonie w dół, na talię, po czym objął jej 

pośladki, przyciągając ją do siebie. Nagle pociągnął ją w dół 

na zimną, wilgotną i pachnącą deszczem ziemię. Oparł się na 

rękach i przysunął twarz do jej twarzy, ogrzewając oddechem 

jej policzek.

-   Dixie   -   wyszeptał.   Tylko   to.   Tylko   jej   imię.   Przez 

chwilę   obydwoje   leżeli   nieruchomo,   przyciśnięci   do   siebie. 

Przytuleni.

Jednak tego pożądania nie sposób było zatrzymać. Dixie 

uniosła   biodra   w   górę.   Cole   jedną   ręką   podsunął   w   górę 

sukienkę, a drugą wsunął pomiędzy jej uda. Zadrżała, czując 

jego pierwszy dotyk.

- Teraz? - zapytał. - Teraz, Dixie?

- Tak.

Zdjął jej majtki i rzucił na bok. Sięgnęła do suwaka jego 

spodni, ale jego ręka już tam była, zsuwając spodnie. Jęknęła 

zdesperowana   i   jednym   ruchem   wypchnęła   biodra   w   górę, 

pozwalając mu w siebie wejść.

background image

Cole szepnął coś, ale deszcz i burza, która w niej szalała, 

sprawiły, że nie usłyszała. Powoli wycofał się i powoli wszedł 

w nią ponownie. Cały jej świat ograniczył się do tej jednej 

chwili,   do   uczucia   chłodu   na   plecach,   deszczu   na   twarzy, 

zapachu ziemi i Cole’a, który znów ją wypełniał.

Położyła   ręce   na   jego   biodrach   i   przytrzymała   go, 

pragnąc, aby czas się zatrzymał i mogli tak trwać wiecznie.

Jednak   czas   i   pożądanie   ich   ciał   pokonały   ją.   Czując 

nagłą   potrzebę,   zaczęła   poruszać   biodrami   i   Cole 

odpowiedział na jej pragnienie, wchodząc w nią coraz głębiej i 

mocniej,   coraz   szybciej,   wciskając   ją   w   mokrą   ziemię   do 

chwili, w której krzyknęła z rozkoszy, wbijając paznokcie w 

jego ramiona, a on dołączył do niej, wykrzykując jej imię.

Powoli dochodziła do siebie. Czuła, jak kamień wbija jej 

się w lewy pośladek. Cole leżał na niej, ciężko oddychając. 

Nie  należał  do  najlżejszych.  Spódnicę  miała   podwiniętą   do 

pasa, była mokra, ubłocona i było jej zimno.

I uśmiechała się. Po chwili zaczęła chichotać.

Cole jęknął i oparł się na łokciach, spoglądając w dół na 

jej twarz.

- Co?

W   odpowiedzi   wbiła   paznokcie   w   błotnistą   maź   i 

background image

umazała mu nos.

Nie poruszył się, nic nie powiedział. Potem przetoczył się 

na plecy, na mokrą ziemię, śmiejąc się na całe gardło.

- Nie mogę uwierzyć, że ja... że my...

- I do tego w błocie! - Chichot zmienił się w serdeczny 

śmiech. - Obydwoje w błocie!

- Tak! - Śmiał się tak bardzo, że musiał się złapać za 

brzuch. - To takie romantyczne, takie... - Oparł się na łokciu i 

pocałował ją. - To gorzej, niż mieć brudne myśli.

Roześmiała się. Czuła się wspaniale.

- Chodź, mój błotnisty partnerze w pożądaniu. - Wstał, 

zapiął suwak spodni i wyciągnął rękę. - Schowajmy się gdzieś 

i ogrzejmy.

- Moje majtki - powiedziała, podając mu rękę i wstając. - 

I mój but - dodała, dopiero zauważając, że spadł jej z nogi.

Na szczęście but leżał niedaleko. Cole podał go jej, nisko 

się kłaniając.

- Niestety, jest już ciemno. Obawiam się, że twoje majtki 

zaginęły w akcji - powiedział.

- Musimy je znaleźć - nalegała. - Inaczej zrobi to ktoś 

inny.

- Nikt się nie domyśli do kogo należą.

background image

-   Od   razu   czuję   się   lepiej   -   powiedziała   z   lekkim 

przekąsem, ale w głębi duszy wiedziała, że Cole ma rację. 

Nigdy nie uda im się ich odnaleźć w tych ciemnościach.

Objęła go w pasie, a on położył rękę na jej ramionach i 

ruszyli z powrotem.

- Muszę kupić Merry nowy płaszcz. Ten jest kompletnie 

zniszczony.

-   Masz   na   sobie   płaszcz   mojej   siostry?   -   zapytał 

przerażony. - Kochałem się z tobą na płaszczu mojej siostry?

Dixie znów zaczęła się śmiać.

Udało   im   się   niezauważenie   dotrzeć   do   budynku,   w 

którym mieszkała Dixie. A przynajmniej miała nadzieję, że 

nikt   ich   nie   widział.   Kiedy   znaleźli   się   w   środku,   zrzucili 

ubrania na podłogę i od razu udali się pod gorący prysznic, 

żeby się rozgrzać.

Ciepła   woda,   para   i   śliska   od   mydła   skóra   miały 

nieuniknione   konsekwencje.   Ale   tym   razem   mieli   więcej 

czasu na pocałunki i pieszczoty. Potem znaleźli się w czystej, 

suchej pościeli i Dixie odegrała się na nim za to, że to ona 

leżała wcześniej na zimnej, mokrej ziemi.

Kiedy wreszcie położyli się spać, chmury się rozeszły, a 

pokój rozjaśnił w świetle księżyca. Jedynym dźwiękiem, który 

background image

przerywał   ciszę,   było   tykanie   podróżnego   zegarka   Colea   i 

hałasy   na   dole,   gdzie   Hulk   wydobywał   z   pudełka   swoją 

wieczorną przekąskę.

Dixie przebiegła palcami po klatce piersiowej Colea. Z 

przyjemnością patrzyła na niego, zadziwiona faktem, że znów 

leży obok... i znów jest w nim zakochana.

A   może   wciąż?   Kto   to   wie,   pomyślała   leniwie, 

przymykając ciężkie powieki. Życie jest takie dziwne.

Ona i Cole tak naprawdę nie byli przyjaciółmi. Byli zbyt 

młodzi. Bali się, że zostaną zranieni i bali się ufać. Kochali, 

ale byli gotowi się wycofać, gdyby druga strona zawiodła.

Wciąż   była   między   nimi   namiętność,   ale   zrodziła   się 

również   przyjaźń.  Zadziwiająca  przyjaźń.  Tym  razem   mieli 

szansę... jeśli tylko będą wobec siebie cierpliwi.

Ręka Cole’a gładząca jej włosy obudziła ją z drzemki. 

Otworzyła do połowy oczy.

- Mhm...

- Wciąż jesteś ze mną?

- Sprawdźmy. - Poruszyła stopą i zacisnęła palce dłoni. - 

Wszystkie części są chyba na miejscu, chociaż czuję się jak 

rozgotowane spaghetti. Albo galaretka.

-   Chyba   jesteś   głodna.   -   Był   rozbawiony,   ale   w   jego 

background image

słowach   słychać   było   nutę   wahania,   kiedy   powiedział:   -   I 

szczęśliwa.

-   Jestem.   -   Powieki   znów   jej   opadały.   -   Bardzo 

szczęśliwa. Wyjdę za ciebie.

Otworzyła oczy. Nie mogła uwierzyć, że to powiedziała. 

Cole również nie mógł w to uwierzyć, jeśli sądzić po tym, jak 

podskoczył.

- Co... Żartujesz, prawda?

Nigdy w życiu nie była poważniejsza. Ale jeśliby się do 

tego przyznała, Cole znalazłby się za drzwiami w niecałe dwie 

minuty. Zmusiła się więc do uśmiechu.

- Może znowu się założymy? Jeśli uda mi się nakłonić 

cię   do   oświadczyn,   będziesz   moim   niewolnikiem   w   łóżku 

przez miesiąc.

Rozluźnił się i okręcił sobie lok jej włosów wokół palca.

-   A   jeśli   się   nie   oświadczę,   to   ty   będziesz   moją 

niewolnicą? Nie mogę odrzucić takiej propozycji. Lepiej się 

przygotuj.

Jego widoczna ulga sprawiła jej ból. Wiedziała jednak, że 

nie będzie łatwo, i była gotowa zrobić wszystko, co będzie 

trzeba.   Przekomarzała   się   z   nim   więc   dalej   lekkim   tonem, 

dopóki nie zasnął.

background image

A potem zaczęła opracowywać plan.

Słowa   nie   przekonają   Colea.   Jedenaście   lat   temu 

powiedziała   mu,   że   go   kocha,   a   potem   go   zostawiła.   Jeśli 

chcesz   przekonać   mężczyznęj   musisz   przemówić   do   niego 

jego językiem, zdecydowała. A język mężczyzny to czyny, nie 

słowa.

Co   zrobiłby   mężczyzna,   żeby   przekonać   kobietę,   że 

myśli o niej poważnie?

Dixie uśmiechnęła się, wtuliła się w śpiącego obok niej 

mężczyznę i zaczęła snuć plany.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Trzy   dni   później   słońce   świeciło   jasno   przez   okna   w 

biurze Colea, podczas gdy on wybierał numer, który dostał od 

przyjaciela. Kiedy usłyszał sygnał w słuchawce, spojrzał na 

zegarek. Musiał się tym zająć, zanim pojawi się Dixie. Szli 

dzisiaj razem na lunch i nie chciał, żeby wiedziała o...

-   Biuro   detektywistyczne   Hampsteada   -   usłyszał   w 

słuchawce kobiecy głos.

- Nazywam się Cole Ashtoh. Chciałbym porozmawiać z 

panem Hampsteadem.

- Jego linia jest w tej chwili zajęta. Zechce pan chwilę 

background image

poczekać?

Cole zgodził się, bębniąc palcami o biurko. Spojrzał na 

orchideę stojącą w rogu biurka i uśmiechnął się mimowolnie. 

Naprawdę nieźle tu wyglądała.

Dixie  przyniosła   mu   ją  dzień  po  tym,  jak  się   kochali. 

Następnego   dnia   przyniosła   mu   orzeszki   w   czekoladzie,   a 

wczoraj małe, pięknie opakowane pudełko. Okazało się, że w 

środku   są   spinki   do   mankietów   -   ręcznie   zdobione,   z 

turkusami   otoczonymi   srebrem.   Wyglądały   przerażająco 

drogo,   ale   kiedy   zaprotestował,   Dixie   roześmiała   się   i 

powiedziała, że zrobiła je jej przyjaciółka.

Wyglądało to prawie tak, jakby go uwodziła.

Daj spokój, powiedział sobie, znów patrząc na zegarek. 

To była Dixie. Bawiło ją odwracanie ról, to wszystko.

W słuchawce odezwał się przyjemny baryton.

- Frank Hampstead. W czym mogę pomóc, panie

Ashton?

-   Mam   delikatną   sprawę   rodzinną,   którą   chciałbym 

zbadać.  Wolałbym  nie  przyjeżdżać  teraz  do  miasta,  żeby   z 

panem osobiście porozmawiać. - Cole i tak czuł się głupio, 

dzwoniąc   do   prywatnego   detektywa.   Nie   chciał   tego 

potęgować, pojawiając się w jego biurze. - Mam nadzieję, że 

background image

możemy załatwić to przez telefon.

- Na ogół wolę rozmawiać z klientami osobiście. Miałem 

do   czynienia   z   przypadkami,   że   podawano   mi   fałszywe 

nazwiska, a to niezwykle komplikuje sprawę.

- Abe mówił mi, że ma pan takie podejście. - Przyjaciel, 

od którego Cole dostał ten numer, był znanym adwokatem.

W głosie mężczyzny usłyszał zainteresowanie.

- Abe Rosenberg?

-   Tak,   to   od   niego   dostałem   pańskie   namiary. 

Proponował, żeby pan do niego zadzwonił w celu ustalenia 

mojej tożsamości.

Hampstead   przełączył   rozmowę   z   Coleem   na   tryb 

oczekiwania   i   zadzwonił   do   Abe’a.   Cole   bębnił   palcami   o 

biurko i wpatrywał się w orchideę.

Nie   miał   zamiaru   traktować   jej   poważnie.   Już   raz   się 

pomylił,   wierząc,   że   Dixie   naprawdę   go   kocha.   Może 

faktycznie tak myślała, kiedy to mówiła, ale dla Dixie słowa 

„kocham cię” nie znaczyły „chcę być z tobą na zawsze”.

- Przepraszam, że kazałem panu czekać, panie Ashton - 

powiedział   Hampstead.   -   Proszę   mi   opowiedzieć   o   tej 

rodzinnej historii. Dyskrecja zapewniona - dodał.

-   To   dość   skomplikowane.   -   Cole   zamilkł   na   chwilę. 

background image

Nienawidził rozmawiać o ojcu, ale sytuacja tego wymagała. 

Krótko   opowiedział   o   niedawnym   pojawieniu   się   Granta 

Ashtona   w   ich   życiu.   -   Nie   mam   powodów,   żeby   mu   nie 

wierzyć - zakończył - ale nie mam też powodów, żeby mu 

wierzyć, a chciałbym znać prawdę. Świadectwo małżeństwa, 

które   nam   pokazał,   niczego   nie   dowodzi.   Nie   wiem,   jak 

można dostać sfałszowane świadectwo, ale jestem pewien, że 

to możliwe.

- A w grę wchodzi całkiem dużo pieniędzy - zgodził się

Hampstead. - Ma pan rację, że jest pan ostrożny.

Cole nie miałby nic przeciwko temu, żeby ten człowiek 

wycisnął trochę pieniędzy ze  Spencera Ashtona. Nie  chciał 

jednak, żeby ucierpiała jego rodzina.

-   Nie   chcę,   żeby   ktokolwiek   wiedział,   że   badam   tę 

sprawę.   Moja   rodzina   zaakceptowała   Granta.   Będzie   im 

przykro, jeśli się dowiedzą.

-   Nie   ma   problemu.   Składam   raporty   tylko   moim 

klientom i nie będzie potrzeby zadawania pytań żadnemu z 

członków pańskiej rodziny.

- Czyli jest pan w stanie stwierdzić, czy to małżeństwo 

rzeczywiście zostało zawarte?

- Oczywiście. Będę tylko potrzebował od pana jeszcze 

background image

kilku informacji i możemy przejść do omówienia stawek.

Pogrążeni byli w rozmowie dotyczącej stawek i kosztów, 

kiedy coś uderzyło w okno Colea. Zdziwiony spojrzał w tamtą 

stronę.

Niebo było czyste, a jego biuro znajdowało się na piętrze. 

Musiało mu się wydawać.

- Dobrze, zgadzam się - powiedział Hampsteadowi. - Ma 

pan mój numer. Kiedy się pan do mnie odezwie?

- Za kilka dni. Stuk. Stuk, stuk.

- Dobrze - powiedział Cole, odsuwając krzesło. - Proszę 

dać   mi   znać,   kiedy   pan   się   czegoś   dowie.   -   Wymienili 

uprzejmości   i   Cole   się   rozłączył.   Marszcząc   brwi   wstał   i 

podszedł do okna.

Gdy się do niego zbliżał, uderzył w nie kolejny kamyk. 

Na dole, gotowa dalej rzucać swoje pociski, siedziała na koniu 

jego matki Dixie i trzymała za uzdę jego konia. Miała na sobie 

dżinsy, dżinsową kurtkę nałożoną na różową podkoszulkę i 

czarny kowbojski kapelusz.

Cole   potrząsnął   głową,   uśmiechając   się.   Bóg   jeden 

wiedział, skąd wzięła ten kapelusz. Otworzył okno i wychylił 

się.

- Przecież nie umiesz jeździć konno.

background image

- A jednak siedzę w siodle. Widocznie nauczyłam się w 

międzyczasie.   -   Patrzyła   na   niego   szeroko   otwartymi 

zielonymi oczyma. - Zejdź na dół po cichu, to nikomu nic się 

nie stanie. Jesteś porwany.

Potrząsnął głową.

- O nie. To ja chcę być czarnym charakterem. Ty możesz 

być szeryfem i mnie zaaresztować.

- To jest porwanie - powiedziała surowo. - Szeryfowie 

nie porywają ludzi. Poza tym to ja mam czarny kapelusz i to ja 

muszę być bandytą.

Cole uśmiechał się, przeskakując w dół po dwa stopnie.

Usłyszał   jedną   z   dziewcząt   rozmawiającą   z   kimś   w 

salonie   degustacyjnym,   postanowił   więc   wyjść   tylnym 

wyjściem. Miały uciążliwy dla niego zwyczaj przedstawiania 

go turystom, jeśli się akurat pojawił, a teraz nie miał ochoty 

rozmawiać z klientami. Chciał zobaczyć Dixie.

- Wyglądasz świetnie - powiedział, podchodząc i kładąc 

jej rękę na kolanie. - Prawie tak, jakbyś wiedziała, co robisz.

-   Oczywiście,   że   wiem.   Jazda   konna   jest   łatwa.   Nie 

musisz się martwić.

- Dzięki Bogu. - W pamięci Cole’a wciąż jeszcze żywe 

były   wspomnienia,   jak   próbował   nauczyć   Dixie   prowadzić 

background image

konia.

Sprawdził popręgi. Były dobrze zapięte, ale spojrzenie

Dixie mówiło mu, że to nie ona osiodłała konie.

- No dobrze, nie jestem kowbojką. Ale przygotowałam 

jedzenie   na   piknik.   Mamy   kanapki   z   wołowiną   i   kiełbasą, 

marynowane... Hej!

Tilly   wyskoczyła   zza   rogu   budynku,   uciekając,   jakby 

gonił ją sam diabeł. Koń, na którym siedziała Dixie, cofnął 

się, odrzucając głowę do tyłu. Cole chwycił wodze.

- Ten twój cholerny kot! Puść wodze!

Ale   tym   razem   to   nie   kot   Dixie   gonił   Tilly.   To   był 

doberman.

Cole machnął ręką w stronę psa, próbując go odstraszyć, 

ale to spowodowało tylko, że Tilly pisnęła ze strachu.

Doberman zwolnił, ale wciąż warczał, wyglądając, jakby 

miał ochotę wbić się w gardło Tilly. Klacz Caroline była na 

ogół spokojnym stworzeniem, ale tego było dla niej za wiele. 

Stanęła dęba. Dixie ześliznęła się z jej grzbietu w chwili, w 

której doberman rzucił się na Tilly.

A Hulk rzucił się na dobermana.

Wydawało się, że kot pojawił się znikąd. Wylądował na 

grzbiecie psa i wbił w niego pazury. Doberman zaskowyczał i 

background image

zaczął biegać w kółko, próbując zrzucić napastnika.

Klacz spanikowała i próbowała się wyrwać i uciec. Cole 

nie   puszczał   jej,   ale   chciał   sprawdzić,   co   z   Dixie,   która 

siedziała i trzymała się za rękę.

- W porządku? - krzyknął do niej.

Zza rogu wyszedł duży mężczyzna o czerwonej twarzy i 

zaczął krzyczeć:

-   Cholera,   Mustard,   mówiłem   ci,   że...   Hej!   Zabierzcie 

tego kota od mojego psa!

Cole odwrócił się w jego stronę.

- To pański pies?

- Tak, do cholery, i jeśli coś mu się stanie, będzie miał 

pan ze mną do czynienia!

Hulk   zeskoczył   z   psa   z   gracją,   odbił   się   od   ziemi   i 

wskoczył na parapet. Prawdopodobnie też stamtąd wcześniej 

zeskoczył. Doberman wrócił skruszony do właściciela.

Cole, wciąż trzymając konia za wodze, ruszył w kierunku 

mężczyzny, który sprawdzał, czy jego trzęsący się pies nie ma 

żadnych ran.

- Ten pies - powiedział cicho - o mało co nie spowodował 

nieszczęścia. Jak się pan nazywa?

-   Ralph   Edincott.   Ale   nie   może   pan   winić   mojego 

background image

biednego psa. On krwawi, do diabła!

Cole  spojrzał  na zwierzę. Rany nie były poważne, ale 

tego typu skaleczenia trzeba było dobrze opatrzyć.

- Więc niech go pan zabierze do weterynarza.

- Za którego pan zapłaci! To ten biegający wolno głupi 

kundel jest wszystkiemu winien. Mustard nie wyrwałby się, 

gdyby...

- Ja - przerwał mu Cole - nazywam się Cole Ashton. Mój 

pies może biegać po mojej winnicy. Pański nie może. Proszę 

podać   mi   nazwę   pana   firmy   ubezpieczeniowej.   I   nazwisko 

pańskiego prawnika.

Twarz mężczyzny zrobiła się blada.

- Ubezpieczenie? Prawnik? Nie, przecież nie ma takiej 

potrzeby...

-   Owszem,   jest!   -   Dixie   podeszła   do   nich   z   płonącą 

twarzą. - To, że nie jest pan w stanie kontrolować swojego 

psa,   jest   zaniedbaniem   i   może   być   ścigane   przez   prawo! 

Zwichnęłam   sobie   nadgarstek!   Nie   mogę   malować   ze 

zwichniętym nadgarstkiem. Czy zdaje pan sobie sprawę, ile to 

opóźnienie będzie kosztować Louret? Sam mój czas jest wart 

kilka tysięcy, a na dodatek mamy wykupiony czas reklamowy 

w   telewizji   i   jeśli   wszystko   się   przesunie   to...   Hej,   wracaj 

background image

tutaj!

Ale mężczyzna już uciekał, jedną ręką trzymając psa za 

obrożę.

- Lepiej niech pan pilnuje swojego psa! - krzyknęła za 

nim.

Tej   nocy   Dixie   i   Cole   leżeli   zmęczeni   w   łóżku   w   jej 

sypialni i rozmawiali o przygodzie Tilly.

-   Powinnam   była   pozwać   tego   faceta   -   zamruczała.   - 

Przez ten nadgarstek będę miała opóźnienia.

Cole cieszył się, że skończyło się tylko na tym. Kiedy 

widział, jak spadała z konia...

-   I   tak   go   porządnie   wystraszyłaś   -   powiedział 

łagodzącym tonem.

-   Poszłam   tylko   w   twoje   ślady.   Widziałeś,   jak   krew 

odpłynęła mu z twarzy, kiedy wspomniałeś o prawnikach?

-   Niektórzy   ludzie   słuchają   cię   dopiero   wtedy,   kiedy 

zaczyna   chodzić   o   pieniądze.   -   Tak   jak   jego   ojciec.   Cole 

zmienił   temat.   -   Ale   zmiana,   jaka   zaszła   w   Tilly,   jest 

przerażająca.

Dixie zaśmiała się.

- Ty mówisz, że jesteś przerażony, a co z Hulkiem? On 

naprawdę nie wie, co robić.

background image

Od chwili, kiedy Hulk uratował Tilly przed dobermanem, 

chodziła za nim i wpatrywała się w niego z uwielbieniem.

Cole potrząsnął głową.

-   Nigdy   nie   widziałem,   żeby   kot   tak   się   rzucił   na 

wielkiego psa. To było całkiem sprytne ze strony Hulka, bo 

pies nie  mógł  go dosięgnąć  zębami,  kiedy siedział na  jego 

grzbiecie.

- To instynkt. Ale koty robią tak zazwyczaj tylko wtedy, 

kiedy same są zagrożone. Chyba po prostu Hulk nie chciał, 

żeby ktokolwiek ruszał jego psa.

Cole prychnął.

- Pewnie pomyślał, że doberman ściga jego.

- Cynik. - Ziewnęła i przytuliła się mocniej.

Pogładził ręką jej włosy. Uwielbiał, kiedy była tak blisko 

niego.

- W ten weekend w San Francisco jest wystawa art deco. 

Pomyślałem, że mogłabyś pójść ze mną.

-   Chciałabym   -   powiedziała   sennie   -   ale   w   weekendy 

jeżdżę do cioci Jody.

Z   jakiegoś   powodu   zdziwiło   to   Cole’a.   Wróciła   tutaj, 

żeby pomóc matce zajmować się ciotką, więc musiała spędzać 

z   nią   trochę   czasu,  ale...  nie   sądził,   że   Dixie   jest   w   stanie 

background image

poświęcić jej każdy weekend. Zdał sobie sprawę, że to tam 

właśnie była ostatnio, kiedy myślał, że pojechała się spotkać z 

aktualnym chłopakiem.

Skrzywił się. Musiał najwidoczniej zmienić trochę swoje 

założenia.

- Czy... czy ona potrzebuje całodobowej opieki?

- Nie można jej zostawić samej. Mama zostaje z nią w 

tygodniu.   Jest   teraz   na   emeryturze   i   mieszka   ze   swoim 

narzeczonym,   więc   może   to   robić.   Na   noce   przychodzi 

pielęgniarka.

To było na pewno kosztowne. Tak delikatnie, jak tylko 

mógł, zapytał:

- Macie jakieś problemy finansowe?

- Na razie nie. Ciocia Jody odłożyła całkiem sporo na 

emeryturę,   a   jej   ubezpieczenie   pokrywa   większość   opieki 

medycznej. Ale nie długoterminowej niestety.

-   Pojadę   z   tobą   w   ten   weekend   i   pomogę   ci.   -   Ta 

propozycja wymknęła mu się zupełnie spontanicznie i poczuł 

się   trochę   niezręcznie.   Nie   był   przyzwyczajony   do 

podejmowania impulsywnych decyzji. Ale to chyba był dobry 

pomysł...?

Dixie uniosła głowę i oparła ją na dłoni, wpatrując się w 

background image

jego twarz.

- Jesteś pewien? Pod wieloma względami przypomina to 

zajmowanie się dzieckiem. Dużym i czasami rozzłoszczonym 

dzieckiem.

- Jestem pewien. - Oczywiście, że tak powinien zrobić.

Takie rzeczy robi się dla przyjaciół. Nie angażował się w 

ten sposób, rezygnował tylko z jednego weekendu. To żadne 

poświęcenie.

Dixie uśmiechnęła się.

- Dziękuję - powiedziała i pocałowała go lekko w usta.

Na   ogół   ciocia   Jody   kładła   się   do   łóżka   wcześnie, 

głównie z powodu lekarstw, ale tym razem była szczęśliwa, bo 

miała   obok   siebie   mężczyznę.   Kiedy   Dixie   nareszcie 

wykąpała się i zeszła na dół do pokoju gościnnego, w którym 

mieli spać z Cole’em, czuła się kompletnie wyczerpana.

Cole był dla cioci Jody naprawdę wspaniały. Flirtował z 

nią uprzejmie podczas kolacji, na którą przyszła z policzkami 

wymalowanymi szminką na jego cześć.

Dixie musiała wyjść z pokoju, żeby ciocia nie widziała 

jej łez. Jody zawsze tak dbała o swój wygląd, zawsze była taka 

elegancka.

-   Przepraszam,   że   wymknęłam   się   wcześniej   - 

background image

powiedziała, idąc w stronę łóżka.

- Przyjechałem przecież po to, żeby ci pomóc. Przestań 

się krytykować. - Podniósł kołdrę i Dixie położyła się obok 

niego. - Uważasz, że nie powinnaś pokazywać, jak boli cię to, 

co się dzieje z twoją ciotką?

- Mama po prostu by się uśmiechnęła. Nie porusza jej to 

tak, jak porusza mnie. - Dixie westchnęła i przytuliła się do 

niego. - To nie jest tak, że ona się nie przejmuje. Bardzo się 

przejmuje, tylko lepiej sobie z tym radzi.

Dixie bardzo kochała swoją matkę, ale - przyznawała to - 

nie zawsze ją szanowała. Helen tak bardzo była zależna od 

mężczyzn, a oni cały czas ją zawodzili. Nawet ojciec Dixie 

zawiódł ją, umierając.

-   Twoja   mama   radzi   sobie   z   tym   inaczej   niż   ty   - 

powiedział Cole. - Co nie znaczy, że radzi sobie lepiej. Może 

to, że widzi, jak Jody dziecinnieje, nie rani jej tak bardzo, bo 

pamięta ją, jak była dzieckiem. Ty tego nie pamiętasz. Znasz 

Jody tylko jako dorosłą osobę.

-   Dlaczego   ona   musi   to   wszystko   teraz   tracić?   - 

wybuchnęła nagle Dixie.

- Nie wiem, kochanie. - Pogładził jej włosy. - Nie wiem. 

Dixie siedziała cicho przez chwilę.

background image

-   Zaczynam   się   bać.   To   może   się   przytrafić   również 

mnie.

- Może się przytrafić każdemu z nas.

Cole dalej głaskał ją po głowie. Pomagał jej przez cały 

weekend,   po   prostu   przy   niej   będąc.   Zaproponował,   że 

przyjedzie   tu   z   nią,   i   to   znaczyło   dla   niej   tak   wiele... 

Przygryzła wargę zdjęta nagłym uczuciem strachu. Za bardzo 

na nim polegała, chciała, żeby był przy niej, tak jak teraz, już 

zawsze. To nie było dobre...

Nie, powiedziała  sobie. Czy niczego się  nie  nauczyła? 

Bała się polegać na innych, to prawda. I może miała ku temu 

powód.   Ale   kompletna   niezależność   nie   istniała.   To,   co 

przytrafiło się jej ciotce, świadczyło o tym, że samodzielność 

jest tylko iluzją.

Jej oczy zaczynały się zamykać.

-   Przepraszam   -   wymruczała.   -   Jestem   naprawdę 

zmęczona.

-   Więc   śpij.   Nie   jesteś   moją   prywatną   hurysą   - 

odpowiedział. - Przeżyję brak seksu przez jedną noc.

To   zabolało,   ponieważ   było   w   tym   trochę   prawdy. 

Jedenaście   lat   temu   wierzyła,   że   był   nią   zainteresowany 

głównie z powodu seksu, ale, jak się okazało, chciał jej się 

background image

wtedy  oświadczyć. A  ona  w  ogóle   się   tego  nie  domyślała. 

Częściowo z jego winy. Wycofał się emocjonalnie. Ale ona 

też   wszystko   zepsuła.   Zaczęła   być   od   niego   zależna   i   to 

przeraziło ją bardziej niż to, że może go stracić. Porzucenie go 

było   bardzo   bolesne,   ale   łatwiejsze,   niż   pozostanie   i 

zmierzenie się z własnymi lękami.

Nie   tym   razem,   obiecała   sobie,   zamykając   oczy.   Tym 

razem nie ucieknie.

Cole przyglądał się kobiecie śpiącej w jego ramionach. 

W rozjaśnianej światłem księżyca ciemności mógł dostrzec, 

jak sen usuwa z jej twarzy ślady zmartwień.

Dlaczego   była   dla   siebie   taka   surowa?   Przez   cały 

weekend widział kobietę, która znajdowała siłę, żeby śmiać 

się   z   nim   z   niektórych   absurdalnych   zachowań   ciotki.   A 

myślała tylko o tym, że powinna lepiej sobie z tym radzić.

Czy była taka wcześniej, a on tego nie zauważył? To nie 

była już ta beztroska, niestała kobieta, którą pamiętał. Którą 

chciał   pamiętać,   pomyślał,   czując   dziwny   ból   w   piersi.   To 

była   kobieta,   która   pozostałaby   przy   mężczyźnie...   jeśli 

naprawdę by go kochała.

Najwyraźniej nie kochała go wystarczająco.

To   była   przeszłość,   powiedział   sobie   zdecydowanie. 

background image

Znów   byli   kochankami,   ale   tym   razem   nie   byli   w   sobie 

zakochani. A przynajmniej ona nie była.

Cole   przełknął   ślinę.   Znalazł   się   niebezpiecznie   blisko 

pokochania   jej   ponownie.   Musiał   się   wycofać.   Nie   chciał, 

żeby ich romans skończył się tym, że znowu zniknie z jego 

życia   -   bo   to,   że   się   skończy,   nie   ulegało   wątpliwości. 

Zostawiła go kiedyś, zostawi i teraz.

Ale   pragnęła   go.   Tego   był   pewien.   I   miał   zamiar   to 

wykorzystać.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Cole wycofywał się. Zupełnie tak jak wtedy.

- Wciąż nie jestem pewien, czy powinniśmy zostawiać 

ich samych - powiedział ponuro, wrzucając kierunkowskaz.

- Wyluzuj się. Hulk w końcu stwierdził, że dobrze jest 

mieć wielbicielkę.

- Raczej wierną wyznawczynię. Twój kot ukradł mojego 

psa.

Dixie zachichotała.

- Nigdy wcześniej nie miał swojego psa. Nie wiedziałam, 

że chce go mieć.

Może   sobie   tylko   wszystko   wyobrażała.   Cole   lubił 

background image

rozmawiać w taki niezobowiązujący, przyjacielski sposób, ale 

zawsze tak było. To, że nie spędził z nią każdej z ostatnich 

pięciu nocy, nie oznaczało, że  przestał się nią interesować. 

Przecież   jechali   teraz   razem   do   jego   chaty.   I   wcale   nie 

wyglądał na obojętnego, kiedy ją tam zapraszał. Obiecał jej 

wycieczkę,   kolację   i   kominek   i   poprosił,   żeby   włożyła 

niebieską sukienkę, zapinaną z przodu na guziki. Powiedział, 

że ma pewne plany co do tych guzików.

Musiała być cierpliwa. Jeśli nie zakochiwał się równie 

szybko jak ona, nie oznaczało jeszcze, że w końcu nie straci 

dla niej głowy. Po prostu zabierze to trochę czasu. Trudno mu 

było jej zaufać, to wszystko.

- Kiedy po ciebie podjechałem, twoja walizka leżała na 

wierzchu   -   powiedział   Cole   zwyczajnym   tonem.   -   Chyba 

jeszcze nie wyjeżdżasz, prawda?

- Hmm? - Dixie oderwała się od swoich myśli. - Nie, 

zostanę   jeszcze   przez   jakiś   tydzień.   Mój   nadgarstek   trochę 

opóźnia pracę. Czy twoja mama ci nie mówiła?

- Czego mi nie mówiła?

- Poprosiła Granta, żeby u was został. On wprowadzi się 

do małego domku, a ja do twojego starego pokoju w dużym 

domu.   Musimy   też   wkrótce   uzgodnić   resztę   kwestii 

background image

związanych ze zleceniem - dodała, kiedy nie odpowiedział. - 

Niedługo skończę całą przygotowawczą robotę.

- A potem? - zapytał niezmienionym tonem.

- Namaluję obrazy w mojej pracowni. - Starając się, by 

nie   zabrzmiało   to   zbyt   niepewnie,   dodała:   -   Zakładam,   że 

interesuje   cię   coś   więcej   niż   tylko   dwa   wspólnie   spędzone 

tygodnie.

Przez chwilę się wahał.

- Jestem gotowy na dłuższy związek, jeśli ty też jesteś na 

to zdecydowana.

Nie   był   to   rodzaj   odpowiedzi,   który   podniósłby   ją   na 

duchu. Poczuła niepokój, ale powiedziała suchym tonem:

-   Nie   przesadź   tylko   z   kwiatami   i   sercami,   bo   mnie 

zawstydzisz.

Nie odpowiedział, ale sięgnął po jej rękę i uścisnął dłoń. 

To pomogło... trochę.

Dotarli do chaty o zmierzchu. Jej wnętrze zaskoczyło ją.

- Ależ tutaj jest pięknie! - zawołała, obracając się wokół 

własnej osi.

-  Myślałaś,  że  skoro sam   wszystko robiłem,  to  będzie 

beznadziejnie, prawda?

- Trochę tak. - Rzuciła mu przewrotne spojrzenie. - A 

background image

trochę   myślałam,   że   wybierzesz   coś   bezpiecznego,   bardziej 

tradycyjnego. Ten dom wygląda, jakby projektował go jakiś 

znany dekorator.

-   Nie   obrażaj   mnie   -   powiedział,   chociaż   wyglądał   na 

zadowolonego. - Nie zrobiłem wszystkiego sam, ze ścianami 

musieli mi pomóc fachowcy. Nie udałoby mi się też samemu 

usunąć   części   piętra,   żeby   zrobić   nad   salonem   taki   wysoki 

sufit.

Cały   parter,   z   wyjątkiem   łazienki,   był   jedną   otwartą 

przestrzenią. Nad połową nie było w ogóle pierwszego piętra i 

sufit   był   jednocześnie   dachem.   Kominek   był   taki   jak 

przedtem,   Cole   obłożył   go   tylko   kamieniami.   Na   podłodze 

leżała terakota w ciepłym odcieniu brązu.

- Jestem pod wrażeniem. Chyba odkryłeś nowy styl.

- Niestety nie zmieniłem specjalnie kuchni.

- Nie da się nie zauważyć - powiedziała, spoglądając na 

zielony piecyk, lodówkę, która dawno już powinna znaleźć się 

w muzeum, i jeden zniszczony blat. - Nauczyłeś się gotować?

- Pewnie. Najlepiej wychodzi mi jajecznica.

-   Gdybym   nie   wiedziała,   że   kolację   przywieźliśmy   ze 

sobą, byłabym zmartwiona.

Siedząc przed kominkiem na grubym orientalnym dywa-

background image

nie, zjedli enchiladas z najlepszej meksykańskiej restauracji w 

Valley, a na deser truskawki w czekoladzie.

No   i   oczywiście   wino.   Wspaniały   merlot   z   Louret   do 

kolacji i francuski szampan do deseru.

- Ten szampan nie jest z twojej winnicy - zauważyła.

- Nie. Ale mam słabość do bąbelków. - Znów napełnił jej 

kieliszek.

- Próbujesz mnie upić? - zapytała Dixie rozbawiona.

- Właśnie na to liczę.

Wszystkie   światła   były   pogaszone.   Ogień   płonący   w 

kominku   sprawiał,   że   oczy   Colea   wydawały   się   bardzo 

ciemne, a jego uśmiech tajemniczy.

- Teraz moja kolej na uwodzenie. - Delikatnie wyjął jej z 

ręki   kieliszek.   -   Myślę,   że   powinniśmy   zacząć   już   teraz. 

Dzisiaj będzie tak, jak ja chcę, Dixie.

Coś w jego głosie sprawiło, że poczuła zdenerwowanie. 

Cole pochylił się i pocałował ją delikatnie.

- Lubisz gry - wyszeptał przy jej policzku.

- Mhm...

-   I   lubisz   mieć   kontrolę   nad   sytuacją.   -   Odsunął   się 

trochę, uśmiechając się lekko.

-   Czasami.   -   Wsunęła   palce   w   jego   włosy,   próbując 

background image

przyciągnąć jego usta do swoich.

- Nie. - Potrząsnął głową, wciąż się uśmiechając... i nie 

dając jej pocałunku, którego pragnęła. - Dzisiaj będziemy grać 

w inną grę. A ty nie będziesz niczego kontrolować.

Serce zabiło jej szybciej. Podniosła brew.

- Nie?

- Nie. - Sięgnął do kosza, w którym była ich kolacja, i 

wy-ciągnął długi, czerwony szal. Bawił się nim przez chwilę, 

po czym zapytał: - Ufasz mi, prawda?

-   Oczywiście   -   odpowiedziała,   ale   w   ustach   poczuła 

suchość.

- To dobrze. Wyciągnij ręce. Zawahała się, patrząc na 

szal.

- O jakiej dokładnie grze myślisz? Uśmiechnął się tylko. 

I czekał.

Po chwili wzruszyła ramionami.

- Raz kozie śmierć. - I wyciągnęła dłonie.

Cole owinął wokół nich szal i zawiązał go. Jedwab na jej 

skórze był chłodny.

-   Związałeś   mnie.   Nigdy   nie   przypuszczałam...   - 

roześmiała się nerwowo. - Co teraz mam robić?

-   Nic.   -   Pochylił   się   znowu   i   pocałował   ją   lekko, 

background image

przesuwając palcami po jej szyi. - Ja zrobię wszystko. Dzisiaj 

to ja jestem panem sytuacji.

- Nie wiem, czy tak potrafię.

- To nie ma znaczenia, czy potrafisz, czy nie. - Sięgnął do 

guzików jej sukienki. - Lubię tę sukienkę - zamruczał i rozpiął 

pierwszy guzik. A potem następny.

Poruszał się powoli, guzik za guzikiem, aż do samego 

dołu.   Dixie   siedziała   ze   związanymi   rękami   i   patrzyła,   jak 

Cole przygląda się temu, co odsłania. Uśmiechnął się do niej 

lekko, kiedy skończył, po czym rozsunął sukienkę.

Nie miała na sobie stanika. Zaczęła oddychać szybciej.

- Podoba ci się? - zapytała zachrypniętym głosem.

- O tak. - Przysunął się i pochylił. Powoli zatoczył kółko 

językiem wokół jej sutka. Zadrżała. - Nie ruszaj się - rozkazał 

i wziął jej drugą pierś do ust, ssąc lekko. - Proszę. - Odsunął 

się trochę. - Lubię na nie patrzeć, kiedy są wilgotne od moich 

pocałunków.

Podobał jej się wyraz jego twarzy. Jednak robił wszystko 

tak powoli, a ona tak pragnęła jego dotyku...

- Zaczyna mi być zdecydowanie za gorąco.

- Może za ciepło się ubrałaś? - Podniósł jedną brew.

- Moglibyśmy zdjąć ten szal. Potrząsnął głową.

background image

- To moja gra - powiedział miękko i przesunął delikatnie 

palcami po jej piersiach. Chwycił jej sutki i ścisnął je lekko.

- Ale może wygodniej ci będzie, jeśli się położysz?

Między udami czuła bolesne pulsowanie.

- Ja... nie mogę oddychać. Moje ręce... Trudno mi będzie 

położyć się bez rąk.

-   Och   -   powiedział,   jakby   zdziwiony.   -   Oczywiście 

pomogę ci. - W końcu spojrzał jej w oczy i ujrzała w nich 

czysty ogień. Kiedy znów się pochylił, tym razem, żeby ją 

pocałować, nie był ani powolny, ani delikatny.

Oddała   pocałunek,  gorączkowo  pragnąc  go  dotknąć.  Z 

drugiej strony jednak to, że mogła go dotykać tylko ustami, 

językiem, było niezwykle erotyczne. Poczuła jego dłonie na 

swoich ramionach opuszczające ją na podłogę.

Sam jednak nie położył się na niej, jak tego pragnęła. 

Kiedy się odsunął, jęknęła zawiedziona.

-   Spokojnie   -   powiedział,   gładząc   ją   po   nogach   i 

rozchylając sukienkę tak, że leżała teraz zupełnie odkryta. - 

Spokojnie   -   powtórzył   i   pocałował   ją   między   udami,   nie 

zsuwając jej bielizny.

Zadrżała,   tak   podniecona,   że   ciepło   i   wilgoć   niemal 

natychmiast doprowadziły ją do orgazmu.

background image

Wtedy zatrzymał się.

- Ja... - zaczęła, ale nie mogła wymyślić odpowiedniej 

groźby. Może dlatego, że w ogóle nie była w stanie myśleć.

- Do diabła, Cole!

-   Nie   jesteś   do   tego   przyzwyczajona.   To   nie   ty 

kontrolujesz sytuację. - Wsunął palce pod brzeg jej majtek i 

zaczął je bardzo powoli zsuwać.

Spojrzała na niego zwężonymi oczami.

-   Coś   za   bardzo   ci   się   to   podoba.   Rzucił   jej   krótki 

uśmiech.

- Zdefiniuj słowa „za bardzo”.

Ten   jego   uśmiech   pomógł   się   jej   rozluźnić, 

przypominając, że  to tylko gra. Ale  było jej  coraz  trudniej 

grać.

-   Nie   jestem   pewna,   czy   podoba   mi   się   poczucie,   że 

jestem zupełnie bezbronna.

Odrzucił jej majtki na bok.

- Jakie to uczucie? Podniecające?

Wsunął   w   nią   jeden  palec.  Tak,   to  było  podniecające. 

Nawet znacznie więcej niż podniecające. Dwa palce...

- Cole.

-   Cierpliwości,   kochana.   Pozwól   mi   jeszcze   trochę   się 

background image

pobawić.   -   Trzy   palce,   raz   w   środku,   raz   na   zewnątrz, 

doprowadzające ją do szaleństwa. Nagle przycisnął wrażliwy 

punkt kciukiem i wewnątrz niej eksplodowała rozkosz.

Dreszcze   przechodziły   ją   jeszcze   przez   długą   chwilę. 

Leżała   bez   ruchu   z   zamkniętymi   oczami,   próbując   złapać 

oddech.   Po   chwili   poczuła   go   między   swoimi   udami   i 

podniosła powieki. Kiedy jej oczy były zamknięte, rozebrał 

się i w końcu był równie nagi jak ona.

- Szal - szepnęła, wyciągając związane dłonie. - Zdejmij 

go. - Musiała go dotykać, pragnęła czegoś więcej niż tylko 

rozkoszy.

Zatrzymał się na chwilę. Uniósł się na ramionach, tak że 

mogła dostrzec, jak mocno zaciśnięte są jego mięśnie. W jego 

oczach   nie   było   już   rozbawienia,   tylko   głód   i   coś,   co 

przypominało desperację.

Wszedł   w   nią   jednym   głębokim   ruchem.   Jego   twarz 

wykrzywił spazm. Potem drżącymi dłońmi rozwiązał jej ręce.

Westchnęła  z ulgą  i gorączkowo go dotykała, podczas 

gdy   obydwoje   zmierzali   do   ekstazy.   Droga   była   krótka   i 

obydwoje osiągnęli szczyt jednocześnie.

Leżał potem na niej przez długą chwilę, a ona gładziła go 

delikatnie   w   świetle   dogasającego   ognia,   jakby   pragnąc   go 

background image

uspokoić.

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Pot spływał po czole Cole’a, piekąc go w oczy. Biegł 

ścieżką niedaleko chaty. Zapomniał opaski na głowę. Narzucił 

tylko spodnie, koszulkę i buty i wystartował.

Ranek   zaledwie   się   zaczął,   słońce   dopiero   wstawało. 

Powietrze było chłodne.

Za   późno,   powtarzał   sobie   z   każdym   krokiem. 

Przyspieszył. To zadziwiające, jakim był głupcem, myśląc, że 

może   po   prostu   cieszyć   się   Dixie.   Myśląc,   że   miłość   to 

kwestia podjęcia decyzji, coś, czego można było uniknąć.

Za późno.

Albo że miłość można zmienić w zabawę. To wszystko, 

co miał na myśli, uciekając w tę grę z szalem - erotyczną 

zabawę, nic więcej. Może jeszcze zaintrygować ją tak, żeby 

chciała kontynuować romans.

Jednak   w   międzyczasie   sprawy   zrobiły   się   poważne. 

Chciał ją przywiązać do siebie. Na zawsze.

Za późno.

Dziś rano, kiedy tylko się obudził, sięgnął ręką, żeby jej 

dotknąć. Nie było jej tam oczywiście. Wczoraj odwiózł ją do 

background image

Louret,   zdjęty   nagłą   paniką.   Teraz   pewnie   spała   w   jego 

pokoju, z którego wyprowadził się dawno temu.

Za późno, pomyślał, zatrzymując się. Stał z opuszczoną 

głową, z rękami opartymi na udach, łapiąc oddech. Może było 

za późno od pierwszej chwili, kiedy weszła do jego biura po 

jedenastoletniej nieobecności.

Kochał Dixie. Desperacko ją kochał. Biegał, ponieważ 

chciał   uciec   od   tego   uczucia.   Od   niej.   Oczywiście   było   to 

niemożliwe. Nie można uciec przed swoimi uczuciami. Ani 

przed miłością, ani przed strachem.

A może mógłby uciec chociaż przed strachem? Gdyby ją 

zostawił...

Powtarzał sobie, że wie, że ona odejdzie. Może nie teraz, 

ale w końcu odejdzie.

Dostawał od niej prezenty - orchideę, czekoladki, spinki 

do mankietów. Wczoraj dała mu kartkę, mówiąc: „Pamiętaj! 

Kobiety   uwielbiają   dostawać   kartki.   Dostajesz   dodatkowe 

punkty,   jeśli   wybierzesz   kartkę   bez   napisów   i   sam   coś 

napiszesz”.

Mówił sobie, że to, jak razem się śmiali, jak dobrze się 

czuli ze sobą, dla niej było tylko elementami  gry, ale jego 

dotykało mocniej niż słowa.

background image

A czasami, kiedy patrzyła na niego, jej twarz jaśniała - 

nie   pożądaniem,   ale   łagodnym   ciepłem.   Czy   to   była   tylko 

przyjaźń? A to, jak objęła go wczoraj, kiedy w nią wchodził... 

To przypominało miłość.

Gdyby tylko mógł wiedzieć, jak jest naprawdę!

Cole otarł przedramieniem twarz. Powinien się ruszać, bo 

jeśli   będzie   stał   na   chłodzie,   zupełnie   zesztywnieją   mu 

mięśnie.

Powoli ruszył w stronę chaty. Mógł ją zapytać, co do nie-

go czuła. To było równie logiczne, jak przerażające. Czego by 

to jednak dowiodło? Nawet gdyby mu powiedziała, że jest w 

nim szaleńczo zakochana, czy mógłby jej uwierzyć? Kiedyś 

mówiła już o miłości. Nie przeszkodziło jej to jednak odejść.

Musiał być jej pewny. Musiał wiedzieć. Przyspieszając 

kroku, zaczął snuć plany.

-   Posłuchaj,   przepraszam   cię   -   powiedział   Cole, 

pocierając   ręką   kark.   -   To   wypadło   mi   zupełnie 

niespodziewanie i nie mogę się od tego wymigać.

Cisza.

Tego nie było w jego planach. Przez dwa dni unikał jej, 

zasłaniając się pracą. Powiedział, że spędził z nią dużo czasu i 

teraz   musi   nadrobić   zaległości   w   pracy,   co   było   tylko   w 

background image

połowie prawdą, bo w rzeczywistości chciał sprawdzić, jaka 

będzie jej reakcja.

Tym   razem   jednak   naprawdę   miał   bardzo   ważne 

spotkanie.

- Wynagrodzę ci to. Pójdziemy gdzieś razem w piątek. 

Może do tego nowego klubu...

- W piątek będę u ciotki. Prawda.

-   No   dobrze,   to   w   czwartek.   Zrobimy,   co   będziesz 

chciała. Znowu cisza.

- Czy ty też masz to uczucie deja vu? - zapytała w końcu.

- Sporo się tego nasłuchałam. A może ty w ogóle nie 

masz uczuć? Tak jest bezpieczniej, prawda?

-   Cholera,   Dixie.   Nie   wyczarowałem   tego   faceta   z 

kapelusza. On pracuje dla naszego największego dystrybutora 

i je-śli chce porozmawiać o naszym nowym chardonnay, to ja 

na pewno muszę się z nim spotkać. Jest w mieście tylko przez 

jeden dzień.

- I nikt inny nie może tego załatwić?

- Lucas leży przeziębiony. Mercedes i Jillian nie znają się 

na tym zbyt dobrze, a Eli nie wie, ile może dać mu upustu. 

Poza tym on kiepsko sobie radzi z takimi rozmowami.

-   Znowu   to   robisz.   Chowasz   się   za   swoją   pracą, 

background image

znajdujesz wymówki, żeby się wycofać.

- Nie bądź dziecinna - rzucił. - Nie mogę bez przerwy się 

tobą zajmować.

Nagle usłyszał trzask odkładanej słuchawki. No pięknie, 

Ashton. W jej głosie było coś, co prześladowało go, kiedy 

przygotowywał się do spotkania. To coś bardzo przypominało 

łzy.

- Dixie? - Mercedes zatrzymała się w drzwiach. - Co się 

stało?

-   Nic.   -   Wściekła,   że   przyłapano   ją   na   płaczu,   otarła 

dowody z policzków.

-   Jasne   -   powiedziała   Mercedes,   wchodząc   do   pokoju 

Dixie.   -   Wiem.   Wzruszyłaś   się,   bo   to   Narodowy   Miesiąc 

Owsianki.

- Zawsze tak reaguję - pociągnęła nosem Dixie. - Zbliża 

się też Narodowy Dzień Przeciwieństw.

- I urodziny Bena Franklina. Kolejna wielka okazja.

To była gra, w którą grały na studiach, kiedy to każda 

wymówka była dobra, żeby pójść na zakupy, zjeść czekoladę 

albo spać do późna.

-   Czy   to   już   Narodowy   Dzień   Przytulania?   -   Dixie 

uśmiechnęła się przez łzy, ale poczuła się o wiele lepiej.

background image

- Nie, ale już niedługo - powiedziała Merry i uścisnęła ją 

z tej nadchodzącej okazji. - Co się dzieje? Twoja praca dobrze 

się posuwa?

Dixie pokazała jej gestem, że nie najlepiej, ale nie była to 

prawda. Praca była prawie na ukończeniu i Dixie rysowała 

ostatnie szkice, żeby mieć jeszcze pretekst do pozostania w 

Louret..

Merry usiadła obok niej na łóżku.

- Twoja ciotka?

- Nie. Tym razem twój brat.

- Ooo. Myślałam, że między wami świetnie się układa. 

Powiedz   mi,   co   się   stało.   O   ile   oczywiście   nie   dotyczy   to 

seksu   -   dodała   pospiesznie.   -   Nie   chcę   słyszeć   o   twoim 

pożyciu intymnym, jeśli uczestniczy w nim mój brat.

-   O   nie.   W   łóżku   jest   nam   naprawdę   świetnie.   Merry 

wyglądała na zawstydzoną.

- No dobrze, dobrze. Nie rozmawiamy o seksie. Chodzi o 

to... że tak naprawdę nie wiem, o co chodzi.

Dixie wstała i zaczęła chodzić po pokoju.

-   Wysyła   mi   takie   sprzeczne   sygnały.   Spróbuję   nie 

wspominać   o   seksie,   ale   to   część   tego   wszystkiego.   Kiedy 

jesteśmy   razem   w   ten   sposób,   to   wydaje   się,   że   to   coś 

background image

ważnego. Jakbym naprawdę się dla niego liczyła. Ale kiedy 

tylko wspominam o przyszłości, oddala się.

„Jestem gotowy na dłuższy związek, jeśli ty też jesteś na 

to   zdecydowana”.   Nawet   jeśli   ich   romans   miał   być   tylko 

przelotny, nie był to najprzyjemniejszy komentarz.

-   Wiele   mężczyzn   ma   kłopoty   z   wiązaniem   się   - 

powiedziała Merry. - Więcej czasu zajmuje im przyznanie się 

do tego, co czują. A wy bardzo długo się nie widzieliście, 

Dixie.

-   Wiem,   ale...   Och,   wszystko,   co   powiem,   zabrzmi 

trywialnie.   Nie   widziałam   go   od   dwóch   dni,   a   on   właśnie 

odwołał naszą kolację. To nie powinno mieć aż tak dużego 

znaczenia, ale... To nie chodzi o to, co on robi, ale o sposób, w 

jaki   to   robi.   Mam   wrażenie,   że   wszystko   się   powtarza   - 

zakończyła smutno. - Jest tak, jak jedenaście lat temu. Czuję, 

że znowu buduje wokół siebie mur.

A   ona   nie   była   pewna,   czy   jest   w   stanie   sobie   z   tym 

poradzić. Nawet rozmowy z przyjaciółką nie mogły pomóc. 

Nadal   ją   to   bolało   i   nadal   czuła   wątpliwości.   Jak   mogła 

uwierzyć, że może na niego liczyć, skoro nagle, bez powodu, 

zaczynał wysyłać jej znaki, żeby trzymała się z daleka?

Merry nic nie mówiła przez kilka minut.

background image

- Cole chowa się za murami - przyznała. - Ale tak już 

jest.   Chyba   że   chcesz,   tak   jak   ja,   spotykać   się   z 

beznadziejnymi facetami.

- Miałam zamiar porozmawiać z tobą o Craigu - zaczęła 

Dixie.

- O nie. Nie dzisiaj. Możesz udzielać mi rad, kiedy sama 

dasz sobie radę ze swoimi problemami.

- Czyli kiedy będę miała siedemdziesiąt lat?

- Jeżeli ci się do tej pory uda...

Dixie   westchnęła.   Cole   obiecał,   że   spotkają   się   jutro. 

Może uda jej się zmusić go do szczerej rozmowy. A może to 

za wcześnie?

Nieważne. Coś wymyśli.

-   Może   urządzimy   sobie   dzisiaj   babski   wieczór?   - 

zaproponowała.

- Przykro mi, ale nie mogę. W środy zawsze spotykam 

się   z   Jaredem.   Była   nas   kiedyś   trójka...   -   Wzruszyła 

ramionami.

-  Chloe  umarła,   ale  spotykamy  się   dalej.  Na  początku 

bardzo mu to pomagało, bo mógł z kimś o niej porozmawiać. 

Z czasem staliśmy się dobrymi przyjaciółmi.

Dixie rzuciła jej zaciekawione spojrzenie. Chloe była ich 

background image

przyjaciółką z czasów studiów. Mieszkała blisko Merry, więc 

były w kontakcie. Ale stała randka z wdowcem po Chloe sześć 

lat po śmierci przyjaciółki? To brzmiało jak coś więcej niż 

tylko przyjaźń... Ale, z drugiej strony, co ona mogła o tym 

wiedzieć?

Merry   miała   rację.   Dixie   powinna   poradzić   sobie 

najpierw   ze   swoimi   problemami,   zanim   będzie   próbowała 

komukolwiek pomagać.

- Chyba muszę coś namalować - powiedziała nagle. - A 

w każdym razie rzucić trochę farby na płótno.

Sesja terapii sztuką mogła uświadomić jej to, co musiała 

wiedzieć - nawet jeśli nie była pewna, czy tego chce.

W czwartek po południu Cole siedział, wpatrując się w 

przefaksowany raport, który trzymał w dłoni. W myślach miał 

zamęt.   Na   zewnątrz   deszcz   uderzał   o   szyby.   Jedynym 

światłem w pokoju była lampka na biurku. Po nadejściu burzy 

pokój pogrążył się w półmroku.

Potrząsnął   głową.   To   nie   mogła   być   prawda.   Musiała 

zajść   jakaś   pomyłka.   Sięgnął   po   telefon   i   wybrał   numer 

detektywa,   który   prowadził   śledztwo   na   temat   Granta 

Ashtona.

Piętnaście minut później zamęt zniknął. Na jego miejsce 

background image

pojawiła się wściekłość i pytania. I ogromne zdziwienie.

Detektyw wyśle mu rachunek. Jak miał podpisać czek? 

Cole Ashton... Był nim przez całe swoje życie.

Mógł   zostać   Coleem   Sheppardem,   kiedy   miał   dziesięć 

lat.   Lucas   chciał   ich   adoptować,   ale   Spencer   odmówił 

zrzeczenia się praw. Nie chciał swoich dzieci, ale nie chciał 

też, żeby miał je ktokolwiek inny.

A   teraz   sprawił,   że   całe   życie   Cole’a   stało   się 

kłamstwem. Cole uderzył pięścią w biurko.

- Niech go diabli wezmą!

Skoczył na równe nogi, chwycił marynarkę i ruszył w 

stronę   drzwi.   Nie   zauważył,   że   idąc,   potrącił   doniczkę   z 

delikatną orchideą, która spadła i rozbiła się na podłodze.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Cole   jechał   godzinami.   Na   początku   ogarnięty   był 

wściekłością, która  w  końcu zmieniła  się  w  gorycz.  Potem 

powróciło   zdziwienie   i   pytania,   na   które   nie   mógł   znaleźć 

odpowiedzi za kierownicą swojego samochodu. Ale mógł je 

uporządkować i nadać im priorytety. Jechał tak długo, aż w 

końcu musiał się zatrzymać w motelu i przespać.

Wiele   godzin   później   obudziły   go   odgłosy   ruchu 

background image

samochodowego.   Światło   wpadało   przez   szpary   pomiędzy 

ścianą i żaluzjami. Był ubrany, łóżko, na którym leżał, było 

twarde, a na suficie widać było dużą plamę wilgoci.

Przez chwilę nie wiedział, gdzie jest, ani jak się tu dostał. 

Powoli   powróciły  wspomnienia  z  wczorajszego  wieczoru.  I 

coś jeszcze.

Dzisiaj był piątek. Ten dzień przychodził zazwyczaj po 

czwartku. A on obiecał Dixie, że zabierze ją w czwartek na 

kolację.

Jęknął. Czy mogło być jeszcze gorzej?

Ona   to   zrozumie,   powiedział   sobie,   biorąc   szybki 

prysznic.

Gdzie   się   znajdował?   Nie   był  nawet   pewien,  w   której 

części stanu. Nie, chwileczkę - jak przez mgłę przypominał 

so-bie, że przekraczał granicę stanu na krótko przed tym, jak 

zatrzymał się na noc. Był w Newadzie. Gdzieś w Newadzie. 

Będzie musiał zapytać w recepcji.

Nakładając wczorajsze ubranie, zapewniał sam siebie, że 

kiedy   opowie   Dixie   o   tym,   czego   się   dowiedział,   ona 

zrozumie, dlaczego zapomniał o wszystkim innym.

Kiedy   się   już   ubrał,   próbował   do   niej   zadzwonić,   ale 

telefon przy łóżku nie działał, a on zostawił swoją komórkę w 

background image

domu. Wybiegł z pokoju, biorąc ze sobą tylko marynarkę.

Wybiegł, nie zadzwoniwszy do Dixie.

Dixie   na   pewno   zrozumie,   dlaczego   tak   nim   to 

wstrząsnęło.   Była   współczującą   osobą.   Będzie   się   jednak 

zastanawiać, dlaczego nie pomyślał o tym, żeby się z tym do 

niej zwrócić.

On też się nad tym zastanawiał.

Kupił  burrito i  duży kubek kawy na  wynos i  zostawił 

miasteczko Basalt w Newadzie za sobą. Nie zatrzymał się ani 

razu, dopóki nie podjechał pod duży dom swoich rodziców 

pięć wyczerpujących godzin później.

Tilly podbiegła, żeby go powitać, gdy tylko wysiadł z 

samochodu,   i   Colea   przygniotło   poczucie   winy.   Na   pewno 

wszyscy się o niego martwili. Włączając w to psa.

Przez   chwilę   głaskał   Tilly,   po   czym   skierował   się   w 

stronę   domu.   Była   druga   po   południu,   więc   Dixie   pewnie 

pracowała.   Wobec   tego   mogła   być   wszędzie.   Ostatnio 

ustawiła   sztalugi   na   werandzie,   więc   tam   skierował   się 

najpierw.

Ani śladu Dixie. Ani śladu nikogo. Wyglądało na to, że 

dom jest pusty.

Postanowił   sprawdzić   jej   pokój   i   wbiegł   na   górę, 

background image

przeskakując po dwa stopnie.

Nie było jej tam, ale była Mercedes. I pakowała rzeczy

Dixie.

Cole   zastygł   nieruchomo   w   drzwiach.   Gdzieś   w   głębi 

umysłu słyszał echo słów, które powtarzał sobie trzy dni temu. 

Za późno, za późno, za późno...

Mercedes   skończyła   składać   spodnie,   włożyła   je 

ostrożnie do walizki Dixie i wyprostowała się, krzywiąc się na 

jego widok.

- Najwyższa pora! Gdzie ty się podziewałeś?

- Powiem ci później. - Będzie musiał. Wszyscy muszą się 

dowiedzieć.   Ale   w   tej   chwili   nie   był   w   stanie   jej   o   tym 

powiedzieć. W ogóle.mówienie przychodziło mu z trudem. - 

Gdzie ona jest?

- Wyjechała, to chyba oczywiste - rzuciła Mercedes.

-   Merry.   -   Podszedł   do   niej   i   położył   jej   dłonie   na 

ramionach. - Muszę ją odnaleźć. Muszę. Gdzie pojechała?

Mercedes przyjrzała mu się uważnie. Jej wyraz twarzy 

zmiękł i pojawiła się w nim troska.

- Jesteś palantem, ale wyjechała z innego powodu. Poczuł 

szybkie ukłucie strachu.

- Co się stało?

background image

- Jej matka miała wczoraj atak serca.

- O nie. - Cole zamknął na chwilę oczy. - Czy ona...?

- To był lekki atak. Jest teraz w szpitalu, ale mówią, że 

nic  jej nie będzie. To jednak nie wszystko. Sama  wezwała 

wczoraj karetkę, kiedy się zorientowała, co się dzieje. Tylko 

że... - Przełknęła ślinę. - Zajmowała się wtedy Jody. I w całym 

tym zamieszaniu Jody po prostu wyszła.

-   O   Boże.   -   Cole   pomyślał   o   wczorajszej   burzy.   - 

Powiedz mi, że się już odnalazła.

- Nie mogę. Cały czas jej szukają.

Dixie siedziała przy stole w mieszkaniu ciotki, chowając 

twarz   w   dłoniach.   Cały   stół   pokryty   był   mapami.   Nie 

wiedziała,   co   jeszcze   może   zrobić,   jakie   miejsca   jeszcze 

sprawdzić poza tymi, w których już szukali. Jak daleko mogła 

dojść sześćdziesięcioletnia kobieta?

Zadzwonił   telefon.   Nosiła   go   stale   przy   sobie,   więc 

odebrała już po pierwszym dzwonku.

- Tak?

To była Jillian, która chciała wiedzieć, czy wydarzyło się 

coś nowego. Wszyscy byli dla niej tacy dobrzy. Praktycznie 

zamknęli Louret na cały dzień, żeby szukać Jody. Policja też 

jej szukała, tyle że nie na wiele się to zdało.

background image

Wszyscy szukali. Wszyscy, oprócz Cole’a, który zniknął 

równie niespodziewanie jak jej ciotka.

Jego   matka   powiedziała   jej,   żeby   się   tym   nie 

przejmowała.

- On czasami tak robi - powiedziała łagodnie. - Kiedy 

dzieje   się   coś,   z   czym   musi   sobie   poradzić,   to   po   prostu 

wsiada w samochód i jedzie.

Dixie wiedziała, z czym Cole musi sobie poradzić. Z nią. 

I  najwyraźniej  była  naprawdę   wielkim  kłopotem,  skoro  nie 

tylko wystawił ją do wiatru, ale i nie wrócił przez całą noc. 

Koło północy, w szpitalu, zdecydowała, że rozwiąże ten prób-

lem za niego. Skoro tak trudno mu było się zdecydować, czy 

chce iść z nią na kolację, czy nie.

Kiedy otworzyły się tylne drzwi, spojrzała odruchowo w 

ich   kierunku,   spodziewając   się   zobaczyć   jednego   z 

poszukiwaczy.

To był Cole.

Poczuła nagłą falę gorąca, a potem zimna. Przez chwilę 

pomyślała,   że   zaraz   zemdleje,   co   byłoby   najgorszym   z 

możliwych wyjść. Odwróciła wzrok.

- Nic nie powiesz? - zapytał łagodnie.

Potrząsnęła głową i spojrzała na stół. Za mało spała, to 

background image

wszystko.   Zdrzemnęła   się   tylko   dwie   godziny   na   twardym 

krześle w szpitalnej poczekalni. Nie potrzebowała Cole’a, nie 

po tym, jak jej udowodnił, że wszystkie jej wątpliwości były 

słuszne.

- Jeśli jesteś tutaj, żeby pomóc Jody, to dobrze. Powiem 

ci, w jaki rejon masz się udać. Jeśli przyjechałeś w innym 

celu, to proszę, wyjdź.

- Przyjechałem pomóc w poszukiwaniach. Ale chciałem 

wiedzieć, jak się trzymasz.

- Dobrze - powiedziała, choć łzy napłynęły jej do oczu.

- W porządku. Pojedź tu, na Waters Street. - Postukała 

palcem w miejsce na mapie. - Już sprawdziliśmy to miejsce, 

ale   mogliśmy   ją   przeoczyć.  Albo   może   wróciła   tu   później. 

Tam   jest   kawiarnia.   To   jest...   To   było...   jedno   z   jej 

ulubionych...

- Głos jej się załamał i łzy popłynęły po policzkach. - 

Mogła tam pójść - dokończyła szeptem.

- Och... kochanie... - Przeszedł przez pokój, wyciągnął ją 

z krzesła i objął ramionami.

Uderzyła go w pierś dłońmi zaciśniętymi w pięści.

-   Nie   nazywaj   mnie   tak!   Niech   cię   szlag,   gdzie   ty 

wczoraj... Gdzie... - Ale słowa urwały się, kiedy wstrząsnął 

background image

nią szloch.

-   Potrzebowałam   cię   wczoraj,   a   ty   tak   po   prostu 

zniknąłeś!

- Wiem, skarbie. Przepraszam. Bardzo przepraszam.

Na początku próbowała się uwolnić, ale on trzymał ją 

mocno. W pewnym momencie po prostu się poddała. Dobrze 

było móc się wypłakać w jego objęciach, czerpać z jego siły.

Kiedy skończyła szlochać, odsunęła się. Nie miała jednak 

na   to   ochoty   i   to   doprowadzało   ją   do   furii.   Rozejrzała   się 

wokół w poszukiwaniu chusteczek.

Cole podał jej pudełko.

- Dziękuję - powiedziała tak chłodnym tonem, na jaki 

udało jej się zdobyć.

- Spałaś trochę?

- Trochę. I zanim to zaproponujesz, od razu ci powiem, 

że nie mam zamiaru się kłaść.

Przyglądał się jej przez chwilę.

- Dobrze. Powiem ci, co się stało wczoraj, ale później. Co 

z   twoją   mamą?   Mogę   tu   chwilę   zostać,   a   ty   mogłabyś 

pojechać się z nią zobaczyć.

-   Właśnie   mnie   tutaj   odesłała.  Powiedziała,  żebym  się 

trochę   zdrzemnęła.   Tak   jakbym   była   w   stanie   to   zrobić!   - 

background image

Dixie zużyła ostatnią chusteczkę i wyrzuciła ją do śmieci.

-   Wiem,   że   trudno   przestać   o   tym   myśleć.   Chodź   - 

powiedział, biorąc ją za rękę. - Usiądź. Jadłaś coś?

Pozwoliła mu zaprowadzić się do krzesła.

- Twoja mama wmusiła we mnie kanapkę kilka godzin 

te-mu.   -   Nareszcie   prawdziwy   uśmiech   pojawił   się   na   jej 

twarzy.   -   Nie   wiem,   jak   ona   to   robi,   że   jest   tak   miła   i 

uprzejma, a jednocześnie tak nieprzejednana.

- Cała mama. - Cole przeglądał szafki. - Może napijesz 

się  kawy? Nie  poczujesz  się wprawdzie  od tego lepiej, ale 

będziesz mogła się martwić, nie przysypiając.

Tak, to brzmiało nie najgorzej.

- Dobrze. - Nie znaczyło to wcale, że mu przebaczyła. Po 

prostu nie miała siły go w tej chwili nienawidzić. - Jest w 

szafce koło zlewu. Zrób cały dzbanek. Przewija się tutaj wielu 

ludzi.

Obydwoje milczeli, kiedy Cole zaparzał kawę. Gdy już 

nalał ciemnobrązowego płynu do kubków, usiadł i poprosił, 

żeby   mu   powiedziała,   kto   prowadzi   poszukiwania,   gdzie   i 

jakie   miejsca   zostały   już   sprawdzone.   Uspokoiło   ją   to   i 

przypomniało, że robią wszystko, co w ich mocy.

W   ciągu   następnej   godziny   pojawił   się   policjant   i 

background image

powiedział   im,   na   jakim   etapie   są   poszukiwania.   Telefon 

zadzwonił   kilka   razy.   Najpierw   dzwoniła   Mercedes,   żeby 

powiedzieć, że wraca, a potem telemarketer, który dał Dixie 

okazję, żeby na kogoś pokrzyczeć.

Cole najwyraźniej nigdzie się nie wybierał. Wyglądało na 

to, że instynktownie wie, kiedy coś powiedzieć, kiedy zająć jej 

myśli,   a   kiedy   milczeć.   W   pewnym   momencie   Dixie 

zdecydowała jednak, że on nie może tu siedzieć i jej niańczyć.

-   Policja   sprawdziła   już   Waters   Street,   ale   mógłbyś 

pojechać i sprawdzić ten wąwóz za supermarketem.

-   Zrobię   to,   kiedy   tylko   przyjedzie   Mercedes   - 

powiedział, sącząc kawę.

Dixie   chciała,   żeby   został.   Ta   tęsknota   była   równie 

głupia, jak samolubna. Wiedziała, że powinna wypchnąć go za 

drzwi,   zarówno   dla   własnego   dobra,   jak   i   dla   dobra   ciotki 

Jody.

- Nie potrzebuję opieki.

- Nie powinnaś być sama.

Miała   ochotę   krzyknąć   na   niego  ze   złością,  ale   wtedy 

zadzwonił telefon. Spojrzała na aparat i skrzywiła się.

- Jeśli to kolejny telemarketer...

- Ja odbiorę. - Cole wyciągnął rękę i pierwszy podniósł 

background image

słuchawkę. - Halo?

Z jego twarzy od razu mogła wyczytać, co się stało.

- To cudownie! Tak... Oczywiście. Zaraz tam będziemy.

- Odłożył słuchawkę i wstał, uśmiechając się szeroko. - 

Jest w redakcji gazety w Napa. Bóg jeden wie, jak się tam 

dostała,   ale   nic   jej   nie   jest.   Karmią   ją   pączkami.   Jest 

zmęczona, ale nie chce stamtąd wyjść. Wydaje jej się, że tam 

pracuje - dodał.

Dixie   zamknęła   oczy.   Poczuła,   jak   kolana   jej   miękną, 

kiedy przepływała przez nią fala ulgi.

-   Kiedyś   tam   pracowała   -   udało   jej   się   powiedzieć.   - 

Trzydzieści lat temu.

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

Cole zawiózł Dixie do biura gazety. Na miejscu wykonali 

dziesiątki   telefonów,   informując   wszystkich,   którzy   szukali 

Jody, że zguba się odnalazła.

Jody   weszła   do   budynku   tak   pewnym   krokiem,   że 

pomimo jej nieco nieporządnego wyglądu recepcjonistka jej 

nie zatrzymała. Stanęła na środku i głośno zapytała, co zrobili 

z jej biurkiem. Jeden z dziennikarzy zorientował się, że to ta 

zaginiona kobieta, o której ich powiadamiano. Usadzili Jody 

background image

przy starej maszynie do pisania, żeby mogła „zabrać się do 

pracy”, i zadzwonili na policję.

Cole   pomógł   namówić   Jody,  żeby   wyszła   wcześniej   z 

pracy, a potem flirtował z nią i załagodził jej wybuch gniewu, 

kiedy dowiedziała się, że musi zostać w szpitalu na noc na 

obserwację.

Jody nie znosiła szpitali. Kiedy jednak okazało się, że jest 

tam też jej siostra, zjadła spokojnie kolację i położyła się spać. 

Miała za sobą ciężkie dwadzieścia cztery godziny i pewnie 

zginęłaby   z   zimna,   gdyby   w   nocy   nie   znalazła   otwartego 

samochodu i nie przespała się na tylnym siedzeniu.

Oczywiście jej wersja wydarzeń była zupełnie inna. W 

tym przypadku choroba Alzheimera miała tę korzyść, że nie 

pamiętała, że się zgubiła i była przerażona. Wierzyła, że kiedy 

jechała   do   pracy,  rozpadało   się,   stanęła   więc   na   poboczu   i 

przespała się w samochodzie.

-   A   potem   ten   głupi   samochód   nie   chciał   zapalić   - 

mruczała ze złością - więc wysiadłam i dalej poszłam pieszo.

Bóg jeden wie, jak długo szła, zanim znalazła coś, co 

wyglądało znajomo - biuro redakcji - i weszła do środka. To 

dziwne, pomyślała Dixie, ale niektóre cechy Jody w ogóle się 

nie   zmieniły.   Na   przykład   jej   nieugięty   duch.   Mogła   nie 

background image

wiedzieć, gdzie jest, jak się tam dostała, ani jak wrócić do 

domu, ale nigdy się nie poddawała.

Dziwnie   było   tak   krążyć   między   dwoma   szpitalnymi 

pokojami. Dixie i jej matka śmiały się z tego, zgadzając się, że 

szpital   powinien   chociaż   umieścić   siostry   na   tym   samym 

piętrze,   co   stanowiłoby   znaczne   ułatwienie   dla 

odwiedzających.

Dixie wciąż jeszcze czuła ukłucie strachu na myśl o tym, 

co mogło się stać. Chciałaby móc odnaleźć właścicieli tego 

samochodu   i   podziękować   im,   że   go   nie   zamknęli. 

Chciałaby... Ziewnęła szeroko i wszystkie jej myśli rozpłynęły 

się w senności.

- Jesteśmy na miejscu. - Cole podjechał na podjazd domu 

Jody.

Była dziesiąta wieczór, a ona miała za sobą niezwykle 

ciężki dzień i na dodatek prawie wcale nie spała poprzedniej 

nocy. Była niemal otępiała ze zmęczenia, ale zauważyła, że 

Cole wysiadł z samochodu razem z nią.

Dixie   stanęła   na   werandzie,   wpatrując   się   w   niego 

zwężonymi oczami. Powinna uścisnąć mu dłoń, podziękować 

i   kazać   odejść.   To   byłoby   rozsądne.   Tylko   że   była   taka 

zmęczona...

background image

Jego napięty uśmiech powiedział Dixie, że zgadł część jej 

myśli.

-   Chodź,   wojowniku   -   powiedział,   obejmując   ją   i 

prowadząc   do   drzwi.   -   Możesz   być   twarda   jutro.   Dzisiaj 

chwiejesz się na nogach jak jakiś pijaczyna. Potrzebujesz snu.

Pozwoliła   mu   się   przeprowadzić   przez   dom,   po   czym 

uwolniła się.

-   Ty   nie   będziesz   spał   ze   mną   -   poinformowała   go, 

wchodząc po schodach na górę, chociaż w jej głosie nie było 

przekonania. Ziewanie odbierało jej wiarygodność.

Cole   nie   poszedł   jednak   za   nią   na   górę.   Najwyraźniej 

zaakceptował   granice,   które   ustaliła.   Bardzo   dobrze, 

powiedziała sobie. Miała jednak ochotę płakać ze złości, kiedy 

nie   mogła   znaleźć   walizki.   Gdzie   Merry   ją   położyła,   do 

diabła?

Nieważne. Rozebrała się i położyła w łóżku, po czym 

cały świat pogrążył się w nicości na kilka następnych godzin... 

Z   wyjątkiem   tych   chwil,   w   których   podnosiła   na   chwilę 

powieki   i   czuła   ramię   Colea   obejmujące   ją   w   pasie   i   jego 

równomierny oddech w ciemności.

Wszystko   było   jednak   w   porządku,   więc   zaraz   znów 

zasypiała.

background image

Obudziła   się   o   dziewiątej   dziesięć   następnego   dnia 

wypoczęta, sama i zmieszana.

Przez kilka minut leżała cicho w łóżku, przypominając 

sobie poprzedni dzień. I noc, w czasie której chyba coś się 

zmieniło...

Kiedy odrzuciła kołdrę i usiadła, poczuła zapach smażo-

nego bekonu i zobaczyła walizkę. Czy stała w nogach łóżka 

przez cały czas, czy Cole przyniósł ją na górę?

Wzięła   kilka   ubrań   i   poszła   do   łazienki.   Pół   godziny 

później zeszła na dół.

Nie   była   zdziwiona,   widząc   Cole’a   siedzącego   i 

czytającego gazetę.

- Twoja mama i twoja ciotka czują się dobrze. Możemy 

podjechać po Jody koło południa.

My? Skinęła głową ostrożnie, po czym skierowała się w 

stronę ekspresu do kawy.

- Dziękuję, że zadzwoniłeś do szpitala.

- Ja też chciałem wiedzieć, co z nimi. Kawa jest dość 

świeża - dodał, spoglądając znów na gazetę - ale bekon jest 

zimny. Masz ochotę na jajka?

Jeden kącik ust Dixie uniósł się w uśmiechu. Jego jedyne 

kulinarne osiągnięcie.

background image

- Wystarczy mi bekon i tosty.

Żadne   z   nich   nie   odzywało   się,   kiedy   Dixie 

przygotowywała   sobie   proste   śniadanie.   Colebwi   zarówno 

cisza,   jak   i   jej   towarzystwo   wydawały   się   zupełnie   nie 

przeszkadzać.

Dixie jednak czuła się dziwnie, co ją irytowało.

- Piszą coś ciekawego? - zapytała, przynosząc tost, bekon 

i kawę do stołu.

Spojrzał na nią z lekkim uśmiechem.

- Interesuje cię Dow Jones?

- Nie.

- Więc nic ciekawego nie piszą. - Wrócił do czytania. 

Oparła się pokusie wyrwania mu gazety z ręki, pogratulowała 

sobie dojrzałości i zabrała się za jedzenie śniadania.

Cole zostawił tylne drzwi otwarte. Powietrze było świeże 

i zadziwiająco ciepłe, niebo było czyste i słoneczne. Słyszała 

śpiew   ptaków,   szum   samochodów   od   frontu   i   śmiech 

dochodzący   z   sąsiedniej   posesji.   Dzieciaki   miały   tam 

trampolinę.

Cole nigdy nie lubił zaczynać poranka od telewizji ani od 

radia. Ona też nie.

Kiedy   skończyła   jeść,   odniosła   talerz   do   zmywarki   i 

background image

wróciła do stołu ze świeżo nalanym drugim kubkiem kawy.

- Odłóż gazetę - powiedziała.

Spojrzał na nią i po chwili skinął głową, tym razem bez 

uśmiechu, po czym złożył gazetę i odłożył ją na stół.

- Mam prawo do procesu, czy przejdziemy od razu do 

wyroku?

-   Wciąż   jesteśmy   na   etapie   dochodzenia.   -   Usiadła 

naprzeciwko niego, pijąc kawę i obserwując go znad brzegu 

kubka.

- Dlaczego? - zapytała miękko. - Dlaczego uciekłeś?

Przez   długą   chwilę   patrzył   na   nią,   nic   nie   mówiąc. 

Zabębnił palcami po stole.

- Powiem ci, co się stało - teraz, jeśli chcesz - ale nie 

miało to nic wspólnego z tobą. Mam nadzieję, że będziesz 

chciała wydać werdykt, wiedząc tylko tyle.

Potrząsnęła głową zmieszana.

- Dlaczego mi po prostu nie powiesz?

Przez chwilę w jego oczach dostrzegła uczucie. Odwrócił 

głowę.

-   Nie   jest   mi   łatwo   to   powiedzieć,   ale   miałaś   rację. 

Starałem   się   trzymać   na   dystans   swoje   uczucia   do   ciebie. 

Usprawiedliwiałem się sam przed sobą, żeby trzymać się z 

background image

daleka. Robiłem to celowo. Sprawdzałem cię.

Poczuła   nagły   przypływ   trudnych   do   nazwania, 

złożonych uczuć.

- Chyba nie zdałam tego egzaminu, skoro postanowiłeś 

uciec.

- Nie. - Podniósł gwałtownie głowę. - Powiedziałem ci, 

że   to   nie   miało   nic   wspólnego   z   tobą.   Dowiedziałem   się 

czegoś   o   moim   ojcu.   Czegoś...   -   Potrząsnął   głową.   - 

Powinienem przyjść z tym do ciebie. Nie przyszło mi to do 

głowy, ale... Mogę powiedzieć na swoją obronę tylko to, że 

zawsze   wszystko,   co   jego   dotyczyło,   trzymałem   dla   siebie. 

Zareagowałem   w   sposób,   w   jaki   jestem   przyzwyczajony 

reagować. Uciekłem, bo chciałem sobie sam z tym poradzić.

Dixie było go żal.

- Czego się dowiedziałeś?

- To coś naprawdę ważnego, ale nie tak ważnego jak to.

-   Sięgnął   przez   stół   i   ujął   obie   jej   dłonie.   -   Nie   tak 

ważnego   jak   coś,   z   czego   w   końcu   zdałem   sobie   sprawę. 

Chciałem, żebyś mnie kochała.

Dixie przełknęła ślinę.

- Cole...

- Pozwól mi skończyć. - Jego uścisk stał się mocniejszy.

background image

- Chciałem też, żebyś to udowodniła. A kiedy wróciłem z 

całonocnej jazdy, pomyślałem, że odeszłaś. - Ton jego głosu 

nagle stał się pusty, bez wyrazu. - To sprawiło, że wszystko 

stało się jasne. Odeszłaś przeze mnie.

Mówił teraz szybciej, słowa same wyrywały się z jego 

piersi.

- Myślałem tylko o tym, że chcę cię odzyskać. Żadnych 

więcej testów, żadnych gwarancji, to nie miało już żadne-go 

znaczenia. Po prostu chciałem cię odzyskać. - Spojrzał jej w 

oczy i uśmiechnął się. - A potem dowiedziałem się, że twój 

wyjazd nie miał nic wspólnego ze mną.

Dixie   zamrugała   oczami.   Zbyt   dużo   płakała   przez 

ostatnie dwa dni.

- Nie, nie miał. Ale dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, 

dlaczego wybrałeś się na tę nocną wyprawę?

- Dlatego - powiedział miękkim głosem - że zastanawiam 

się,   czy   robisz   to   samo   co   ja.   Czy   mnie   sprawdzasz.   Czy 

czekasz, aż popełnię błąd. Jeśli potrzebujesz powodów, żeby 

mi   zaufać,   Dixie,   to   dam   ci   je.   To   nie   jest   test.   Ale   mam 

nadzieję... - Zamilkł i przełknął ślinę. - Mam nadzieję, że mi 

uwierzysz. Dlatego, że ja od dzisiaj będę ci wierzył. Kocham 

cię, a miłość oznacza zaufanie, nie próby.

background image

Nagle to, co zmieniło się w czasie jej snu, stanęło jej 

wyraźnie   przed   oczami.   W   pewnym   momencie   przestała 

widzieć Cole’a, a widziała tylko swoje obawy. Ale te obawy 

były jedynie duchami i znikły, kiedy zagroziła jej prawdziwa 

tragedia.

Na twarz Dixie powoli wypłynął uśmiech.

-   To   dobrze.   Bo   ja   jestem   zakochana   w   tobie   do 

szaleństwa. Cole roześmiał się na cały głos. Był szczęśliwy.

- To chodź tutaj, kobieto! Co robisz tak daleko ode mnie?

Ona   również   się   śmiała,   kiedy   chwycił   ją   w   ramiona. 

Chwycił i zatrzymał na dobre, zniewolił w swoich ramionach, 

wyzwalając ją jednocześnie.

EPILOG

- Myślisz, że twoja matka kiedykolwiek mi przebaczy? - 

zapytała Dixie, przeglądając się we wstecznym lusterku. Była 

prawie   ósma   wieczorem.   Spóźniali   się   trochę,   ale   mieli   za 

sobą dzień pełen wrażeń.

- Nie będzie musiała - odpowiedział Cole. - To mnie wini 

za ten pomysł z ucieczką do Vegas. Ty jesteś niewinna.

- Cóż, moja matka też ma żal, że pozbawiliśmy ją udziału 

w naszym ślubie, ale z kolei jest przekonana, że to był mój 

background image

pomysł. Wychodzi więc na zero. - Dixie spojrzała na obrączkę 

na swoim palcu i zerknęła, co się dzieje na tylnym siedzeniu.

Tilly leżała zwinięta w kłębek i spała. Hulk siedział w 

swojej klatce, chociaż jej drzwi były otwarte. Kot zdecydował, 

że skoro Tilly nie musi jechać w zamknięciu, to on też nie 

powinien,   ale   nie   był   gotowy   opuścić   bezpiecznych   ścian 

schronienia. Otwarta klatka była z jego strony kompromisem.

Życie   było   pełne   kompromisów.   Dixie   odwróciła   się 

przodem   do   kierunku   jazdy   i   sięgnęła   po   rękę   Cole’a   w 

momencie, gdy wjeżdżali na podjazd The Vines. Duży dom 

był oświetlony i wyglądał bardzo przyjaźnie.

- W porządku?

Bez słowa kiwnął głową, czuła w nim jednak napięcie.

Do   tej   pory   tylko   jego   matka   i   ojczym   wiedzieli   o 

detektywie, którego wynajął, i o tym, czego się dowiedział. 

Cole   powiedział   im   tamtego   popołudnia,   kiedy   wrócili   z 

Vegas.   Zgodzili   się,   że   najlepiej   będzie   poinformować 

wszystkich   jednocześnie,   i   zaprosili   całą   rodzinę   dziś 

wieczorem.

To,   co   Cole   miał   im   do   powiedzenia,   wstrząśnie   ich 

życiem. Powinni to usłyszeć z pierwszej ręki.

„Wszyscy”   obejmowało   również   Granta.   Cole 

background image

zaakceptował go, ale nadal w jego oczach pojawiał się dziwny 

wyraz, kiedy o nim mówił. Dixie podejrzewała, że zbyt mocno 

próbował   czuć   się   jak   brat   wobec   człowieka,   który   wciąż 

jeszcze był dla niego obcy.

Przestań się tak starać, powiedziała mu. To zajmie trochę 

czasu. Chociaż, biorąc wszystko pod uwagę i tak radził sobie 

zadziwiająco dobrze. Była z niego dumna.

Caroline na progu ucałowała i uściskała ich oboje. Tilly i 

Hulk weszli krok w krok za nimi, a Hulk od razu zaczął się 

głośno domagać przekąski.

Caroline   roześmiała   się.  Mimo   że   w   jej   oczach   widać 

było pewne napięcie, śmiech był ciepły jak zwykle.

- Widzę, że wzięliście ze sobą również resztę rodziny. 

Wszyscy są w salonie. A ty, Hulk, jak będziesz grzeczny, to 

dostaniesz kilka kanapek. Z kawiorem.

-  Błagam,   nie  dawaj  mu   tego, bo  jeszcze  to  polubi! - 

krzyknęła   z   udawanym   przerażeniem   Dixie.   Obydwie 

przekomarzały się jeszcze chwilę, idąc w stronę salonu.

Cole był cichy, ale na początku nikt tego nie zauważył. 

Wszyscy   go   ściskali,   zaskoczeni,   czyniąc   mu   wyrzuty,   że 

wzięli ślub potajemnie, zamiast urządzać właściwą ceremonię. 

Dixie wymieniła spojrzenia z Cole’em.

background image

Postanowili związać się tak szybko, ponieważ wiedzieli, 

że to była słuszna decyzja. Cole powiedział nawet, że nie chce 

dać   żadnemu   z   nich   czasu   na   to,   żeby   znowu   wszystko 

popsuć. Poza tym to, co odkrył, wprowadzi chaos do rodziny i 

nie   byłby   to   dobry   moment   na   organizowanie   wielkiej 

uroczystości.

Po gratulacjach Cole przeszedł na środek pokoju.

- Chyba mama powiedziała wam wszystkim, że mam dla 

was pewną informację - zaczął.

-   Sami   się   domyśliliśmy   -   powiedziała   Jillian, 

uśmiechając się. - Ten nagły ślub... Kiedy zostanę ciotką?

Kilkoro z nich roześmiało się. W zadziwiający sposób 

uszy   Cole’a   zaróżowiły   się,   ale   wyraz   jego   twarzy,   który 

pozostał niezmieniony, uciszył wszystkie śmiechy.

-   Niestety,  to  nie   jest   wesoła   wiadomość   -   powiedział 

łagodnie. - Muszę zacząć od czegoś, co niektórym z was się 

nie spodoba. Wynająłem prywatnego detektywa, żeby zbadał 

sprawę Granta.

Nie, nie podobało im się to. Jednak to Grant ich uciszył, 

przekrzykując nagle powstały w pokoju szum.

- Nie bądźcie dla niego zbyt surowi. To było całkiem 

zrozumiałe.

background image

- Dziękuję - powiedział Cole, zaskoczony. - Na pewno 

nie zdziwi cię fakt, że detektyw potwierdził wszystko, co nam 

powiedziałeś.

- Więc po co to spotkanie? - zapytała Mercedes.

- Do tego zmierzam. Przyniosłem kopie raportu, jeśli ktoś 

chciałby   do   nich   zajrzeć.   Krótko   mówiąc,   Spencer   Ashton 

poślubił Sally Barnett w Crawley, w Nebrasce, tak jak mówił 

Grant.   Kilka   miesięcy   później   urodziła   bliźnięta,   a   po 

następnym roku on odszedł. Sally umarła, kiedy dzieci miały 

dwanaście lat. Potem wychowywali je jej rodzice.

- Wiemy już o tym wszystkim - powiedział Eli. - O co 

chodzi?

- Grant o czymś wam nie powiedział, prawdopodobnie 

dlatego, że sam o tym nie wiedział. - Cole zamilkł na chwilę. - 

Spencer   opuścił   matkę   Granta   czterdzieści   dwa   lata   temu. 

Poślubił naszą matkę trzydzieści siedem lat temu. Ale jednego 

nie zrobił. Nigdy nie rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną.

W nagłej ciszy Cole rozejrzał się po twarzach obecnych, 

na których widać było szok i niedowierzanie.

- Detektyw sprawdził to bardzo dokładnie.

- Ale... To znaczy, że... - Głos Merry załamał się.

- To znaczy, że małżeństwo naszego ojca z naszą matką 

background image

było nieważne. Nie mam pojęcia, jak to wygląda w świetle 

rozwodu, w trakcie którego wziął sobie wszystko. Ani - dodał 

pozbawionym   wyrazu   tonem   -   czy   nazwisko   na   naszych 

świadectwach   urodzenia   jest   prawidłowe.   Nie   wiem,   czy 

jesteśmy Ashtonami, czy nie.


Document Outline