background image

Roger Zelazny, Fred Saberhagen

Czarny Tron

(przełoŜył Marian Baranowski)

I

Słyszał jej śpiew rozchodzący się gdzieś ponad morzem.
Szedł w szarości ciepłego poranka poprzez mgłę, która otaczała go całunem 

lepkiej bieli, jaskrawej jak śnieg i wyciszającej niczym gruba zasłona. Poruszał się 
ostroŜnie. Nie rozróŜniał słów, które docierały z daleka do jego świadomości. Coś 
jakby pląsało wokół niego. Starał się omijać przeszkody, przecinając zarośla za 
szkołą, niezwykłym miejscem, które kiedyś było mu znajome i tworzyło tajemniczość 
mającą zatrzymać jego niewykrystalizowaną duszę na nadchodzący okres rozwoju. 
Okres ten znamionowała odrębność, przejście przez coś wyjątkowego, odciskającego 
ś

lad na całe Ŝycie, jak blizna albo tatuaŜ.

To nie tylko ten głos z ciemności dawał poczucie ostrej rzeczywistości. Sarno 

morze teŜ go niepokoiło. Nie powinno być tak blisko, no i nie w tym kierunku. Chyba 
nie? Nie.

Musi być gdzieś blisko. Ta pieśń przeszywała go i pulsowała w Ŝyłach. Wokół 

panował miękki, ciepły, słonawy dzień.

Poczuł delikatne dotknięcie gałęzi na plecach i wilgotne pocałunki liści. 

Wycofał się spośród drzew, potknął i powstał, w Londynie mgła jest na porządku 
dziennym. Nawet dziecko z Ameryki łatwo sobie daje z nią radę. Przyzwyczaja się, 
przestaje się jej bać, rozróŜnia rozmyte kształty, nabiera umiejętności stąpania po 
ś

liskich chodnikach i wyczuwa stłumione odgłosy otaczającego świata.

Poruszał się na pół przytomnie, dąŜąc do źródła śpiewu - poszukiwanie to 

mogło się zacząć jeszcze przed przebudzeniem. Faktycznie wydawało się, Ŝe to 
wszystko jest dalszym ciągiem niezwykłego snu.

Pamiętał przecieŜ, jak wstał, ubierał się, wychodził. Było to tylko prawie 

interludium. Obecny stan trwał jeszcze wcześniej.

Coś jest na brzegu... PlaŜa? Brzeg. Co za róŜnica. Musi dojść i odnaleźć. 

Wiedział, Ŝe tam będzie. Słyszał śpiew po obu stronach snu. Przemawiał do niego, 
prowadził go...

Szedł dalej. Ubranie stawało się coraz bardziej mokre, zaczynało kleić się do 

ciała, buty przemakały. Droga schodziła w dół, drzewa oddalały się, ale jeszcze 
przebijały przez mgłę i gdzieś słychać było dzwon - na granicy świadomości stanowił 
rzeczywisty kontrapunkt dla nieziemskiej, ulotnej pieśni. Zszedł w dół i od razu 
poczuł zapach morza. Przyspieszył kroku. JuŜ blisko, blisko...

Droga gwałtownie pięła się do góry. Usłyszał krzyki mew, których ciemne 

kształty przesuwały się po otaczającej go bieli. Poczuł delikatny powiew wiatru, który 
przyniósł jeszcze silniejszy zapach morza.

Rozszerzająca się droga nie była juŜ tak stroma. Nagle stała się piaszczysta. 

Pod stopami chrzęściły teŜ małe, okrągłe kamyki, które odskakiwały na boki przy 
kaŜdym kroku. Usłyszał szum morza. Mewy wciąŜ się przekrzykiwały. Odgłosy 
dzwonu powoli cichły.

Ś

piew, nieco głośniejszy niŜ na początku, zdawał się mimo wszystko bliŜszy. 

background image

PodąŜał w jego kierunku, skręcił w lewo, przeszedł koło przycupniętej palmy 
karłowatej, która właściwie nie powinna tu wcale rosnąć.

Mgła oŜyła. Zaczęła napływać od strony wody. Gdzieniegdzie przerzedzała się 

i odsłaniała piasek i kamyki, w innych miejscach kłęby mgły wiły się jak serpentyna 
ku ziemi albo tworzyły groteskowe, krótkotrwałe i ulotne formy.

Podchodził bliŜej. Zatrzymał się, schylił i zanurzył ręce w wodę. Podniósł 

palec do ust i poczuł smak soli. Woda była słona i ciepła, niczym krew.

Fala dosięgła jego stóp. Cofnął się i odwrócił. Zaczął iść, ale teraz wiedział juŜ 

w jakim kierunku. Szedł coraz szybciej, aŜ zaczął biec.

Potknął się, szybko podniósł i szedł dalej. MoŜe przekroczył jakąś granicę 

i znów był w krainie snów. Słyszał teraz blaszany odgłos dzwonu boi, która 
wyznaczała kanał gdzieś w oddali z prawej strony. Morze nie było juŜ tak ciche. 
Stado wrzaskliwych ptaków przemknęło nad jego głową. Na nowo rozbrzmiały 
dzwony - ich odgłos dochodził z tyłu. Wydawało się, Ŝe rozmawiają z boją, ich 
dźwięk był regularny, nieco niŜszy.

I znów śpiew... Po raz pierwszy głośniejszy; wydawał się bardzo blisko.
ZauwaŜył na swej drodze coś ciemnego. Mały pagórek, wzniesienie albo...
Starał się to ominąć i znów się potknął. Śpiew umilkł. Dzwony przestały bić. 

Spojrzał na zimne ściany i puste okna - z piasku wynurzyła się warowna budowla, 
naszpikowana wieŜyczkami - posępna, ciemna, zaczynająca się rozsypywać.

Spadał coraz szybciej w jej stronę...
Mgła zawirowała i opadła. To, co wydawało się odległe, było prawie 

w zasięgu ręki. Ujrzał zamek z piasku zbudowany na brzegu rozlewiska.

Wyciągnięta w obronnym odruchu ręka uderzyła w ścianę. WieŜa runęła. 

Wrota zostały zniszczone.

- Nie! Wstręciuchu! Nie!
Zaczęła okładać go małymi piąstkami po głowie, plecach i rękach.
- Przepraszam - powiedział. - Nie chciałem. Upadłem. Pomogę ci. Odbuduję 

wszystko tak, jak było.

-Oj!
Przestała go bić. Podniósł się i zaczął się jej przyglądać.
Miała bardzo szare oczy i ciemne włosy opadające w nieładzie na czoło. Jej 

dłonie były delikatne. Niebieska spódniczka i biała bluzka zabrudzone były piaskiem, 
zapaćkane, a dół spódniczki cały przemoczony. Jej usta dygotały ze złości. Szybko 
przenosiła wzrok to na niego, to na zamek. Nie uroniła jednak Ŝadnej łzy.

- Przepraszam - powtórzył.
Odwróciła się od niego, w chwilę później wykonała gwałtowny ruch bosą 

stopą i zburzyła kolejną ścianę oraz kolejną wieŜyczkę.

- Przestań! - krzyknął, starając się ją powstrzymać. -Stój. Nie rób tego!
- Nie! - powiedziała, nie przestając burzyć wieŜyczek. Chwycił ją za rękę, ale 

zdołała się wyswobodzić. Nie przestawała kopać i tratować zamku.

- Przestań, proszę... - powtórzył.
- Dlaczego burzysz zamek tego chłopca? - usłyszeli głos, który naleŜał do 

kogoś stojącego z tyłu.

Odwrócili się, Ŝeby zobaczyć tego kogoś, kto wyłonił się z mgły.
- Kim jesteś? - spytali prawie jednocześnie.
- Edgar - odrzekł.
- To ja mam tak na imię - powiedział pierwszy z chłopców, wpatrując się 

w nieznajomego.

Przybysz znieruchomiał. Chłopcy przyglądali się sobie badawczo. Byli bardzo 

do siebie podobni. Kolor włosów, oczy, karnacja skóry, układ twarzy zdawały się 

background image

identyczne. Mieli takie same mundurki szkolne, barwę głosu, ruchy, wzrost.

Dziewczynka przestała demolować swój zamek i z niedowierzaniem kręciła 

głową.

- Jestem Annie - powiedziała łagodnym głosem. -Wyglądacie jak bracia albo 

coś w tym rodzaju.

- To prawda - potwierdził przybysz.
- Czemu niszczyłaś jego zamek? - zapytał drugi Edgar.
- To jest mój zamek i on go zburzył - powiedziała. Edgar Drugi uśmiechnął się 

do Edgara Pierwszego, który skinął głową i wzruszył ramionami.

- JuŜ dobrze, a moŜe odbudujemy wszystko razem? - spytał drugi z chłopców. 

- ZałoŜę się, Ŝe wyjdzie nam to jeszcze lepiej niŜ było, Annie. Uśmiechnęła się.

- w porządku - odparła. - Bierzmy się do roboty. Wszyscy uklękli na piasku 

wokół zburzonego zamku. Annie wzięła kawałek patyka i zaczęła wytyczać zarysy 
nowej budowli.

- Główna wieŜa będzie tutaj - zaczęła. - Chcę, Ŝeby było duŜo baszt.
Przez chwilę pracowali w milczeniu. Obaj chłopcy zdjęli buty.
- Edgar...? - zapytała.
- Słucham? - odpowiedzieli obaj chłopcy. Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
- Trzeba znaleźć jakiś sposób na to, aby was rozróŜniać - zwróciła się do 

pierwszego.

- Allan - odrzekł. - Jestem Edgar Allan.
- Ja jestem Perry, Edgar Perry - odpowiedział drugi. Chłopcy znów spojrzeli 

na siebie.

- Nigdy cię tu przedtem nie widziałem - stwierdził Perry. - Jesteś przyjezdny?
- Chodzę do szkoły - odparł Allan, wskazując głową w stronę urwiska, skąd 

przyszedł.

- Do jakiej szkoły? - spytał Perry.
- Manor House School.
Perry zmarszczył czoło i pokręcił głową.
- Nie znam tej szkoły - powiedział. - Właściwie nie wiem nic o tej okolicy. 

Moja szkoła teŜ nazywa się Manor, ale nie pamiętam cię stamtąd. Prawdę mówiąc, 
zrobiłem sobie mały spacer.

Spojrzał na Annie. Odwróciła głowę w stronę wzgórza, o którym mówił Allan, 

jakby dopiero teraz zobaczyła je pierwszy raz.

- Czy ty znasz tę szkołę? - zwrócił się do niej.
- Nie znam Ŝadnej z tych szkół - odpowiedziała. -Ale to jest moja okolica, to 

znaczy czuję się tu, jak u siebie.

- Ciekawe, Ŝe oboje macie amerykański akcent - stwierdził Allan.
Spojrzeli na siebie.
- Co w tym dziwnego? - powiedziała Annie. - Ty teŜ.
- Gdzie mieszkasz? - spytał nagle Perry.
- Charleston - odpowiedziała. Przestępował z nogi na nogę.
- Jest w tym wszystkim coś niezwykłego - powiedział. - Miałem rano sen, 

zanim tu przyszedłem, zanim się tu znalazłem...

- Ja teŜ. -I ja.
- ...jakbym juŜ wcześniej tu był z kimś: z wami.
- Tak, ja teŜ.
- Ja takŜe.
- Myślę, Ŝe juŜ nie śnię.
- No, nie.
- ChociaŜ jest to dziwne - powiedział Allan. - Jakby prawdziwe, rzeczywiste, 

background image

ale w jakiś szczególny sposób.

- Co masz na myśli? - spytał Perry.
- WłóŜ ręce do wody - powiedział drugi chłopiec. Perry schylił się i dotknął 

wody.

- i co?
- Woda morska nigdy nie jest taka ciepła - odpowiedział Allan.
- Woda w tym rozlewisku podgrzała się.
- Ale w samym morzu jest to samo - dodał Allan. - Próbowałem juŜ wcześniej.
Perry wstał, odwrócił się i zaczął biec w stronę wody. Allan spojrzał na Annie, 

która się roześmiała. Nagle oboje pobiegli za nim.

Wkrótce wszyscy chlapali się w morzu, polewali wodą, śmiali radośnie.
- Masz rację! - krzyczał Perry. - Nigdy nie była taka ciepła! Czemu tak jest?
Allan wzruszył ramionami.
- MoŜe gdzieś bardzo mocno świeci słońce, gdzieś daleko stąd, czego nie 

widać. Później fale przynoszą ciepłą wodę...

- Chyba to nie tak. MoŜe to prąd, jakby rzeka w morzu.
- Woda jest ciepła, bo ja tak chciałam - przerwała Annie. Chłopcy spojrzeli na 

nią, a ona się roześmiała.

- UwaŜacie, Ŝe to nie sen - powiedziała. - Bo to nie jest wasz sen, tylko mój. 

Wy pamiętacie, jak wstaliście rano, a ja nie. To jest mój sen i mój teren.

- Ale ja jestem naprawdę! Nie jestem ze snu!
- Ja teŜ jestem naprawdę!
- Po prostu was zaprosiłam.
Chłopcy wybuchnęli śmiechem i ochlapali ją wodą. Zaśmiała się.
- No, moŜe... - powiedziała i teŜ ich opryskała. Później wiele razy ich ubrania 

schły i znów były mokre, gdy wpadali do wody, Ŝeby pobaraszkować i sprawdzić, czy 
woda wciąŜ jest ciepła, w przerwach powoli wznosili nowy zamek. Ten był o wiele 
wspanialszy niŜ pierwszy, na który wpadł Allan. Miał mnóstwo strzelistych wieŜ, 
niczym gałęzie asparagusa, i grube mury, które wiły się po brzegu rozlewiska, 
w wodzie błyskały ryby, małe kraby, muszle, kamienie i połamane koralowce. 
Polewali stworzone przez siebie dzieło, Ŝeby piasek nie wysechł.

Allan chwycił zapiaszczoną dłoń Annie.
- Wymyśliłaś wspaniały zamek - powiedział. Zarumieniła się, a Perry wziął jej 

drugą rękę.

- Jest piękny - dodał Allan. - a jeśli to sen, to jesteś najlepszą wróŜką.
Nie wiadomo jak to wszystko moŜe się skończyć. Miał dla Perry'ego wiele 

przyjaźni, jak dla brata, chociaŜ jego stosunek do Annie był zupełnie inny i był 
przekonany, Ŝe Perry teŜ ją kocha. Otaczała ich szarość, a morze było zielone 
i perłowe od mgły. Morze i powietrze było zupełnie bezkresne, pulsowało wokół nich.

- O, BoŜe! - krzyknęła Annie.
- Co się stało? - zawołali, kierując wzrok za jej przeraŜonym spojrzeniem.
- w wodzie - powiedziała powoli. - Trup?
Mgła rozstąpiła się. Coś opatulone w kłęby wodorostów i strzępy ubrania 

leŜało na wpół zanurzone w wodzie. Gdzieniegdzie przebijały białe place 
napuchniętego ciała. Mógł to być człowiek. Trudno było to ostatecznie stwierdzić, 
gdyŜ szczątki te kołysały się na wodzie i przysłonięte były pasemkami mgły.

Perry wstał.
- MoŜe to człowiek, a moŜe nie - powiedział. Annie zakryła twarz rękami 

i spoglądała przez palce. Allan wytrzeszczał oczy zafascynowany.

- Czy naprawdę chcemy się przekonać? - mówił dalej Perry. - PrzecieŜ to 

moŜe być tylko kupa wodorostów i śmieci oraz parę śniętych ryb. Jeśli nie pójdziemy 

background image

zobaczyć, to zawsze w coś moŜemy uwierzyć. Wiecie, co chcę przez to powiedzieć? 
Chcecie powiedzieć znajomym, Ŝe widzieliście trupa na plaŜy? No, mogliście 
widzieć.

Mgła znów zasłoniła swą tajemnicę.
- a co ty o tym sądzisz? - spytał go Allan.
- Wodorosty i śmieci - odpowiedział Perry.
- To jest ciało - stwierdziła Annie. Allan roześmiał się.
- Nie moŜecie oboje mieć racji - oznajmił.
- Dlaczego nie? - spytała nagle Annie.
- Tak juŜ jest na tym świecie - rzekł Allan. Allan wstał i zaczął iść przez mgłę 

w stronę trupa.

- Czasami tak nie jest - usłyszał za sobą jej słowa. Mgła zawirowała i znów się 

rozstąpiła. Allanowi udało się dojrzeć falującą masę, która zaraz zniknęła w wodzie 
o kilka kroków od brzegu. Wszystko mogło się wkrótce wyjaśnić.

Ruszył do przodu, ale jednocześnie zapadła kurtyna mgły. Nie dawał za 

wygraną. Rzucił się przed siebie. Za chwilę miał poczuć wodę wirującą wokół jego 
nóg.

- Allan... - jej głos dochodził jakby z oddali.
- Gdzie jesteś? - zawołał Perry, który teŜ wydawał się gdzieś daleko.
- Jeszcze chwilka - odpowiedział. - Jestem juŜ blisko.
Zdawało mu się, Ŝe jeszcze raz zawołali, ale nie był juŜ w stanie rozróŜnić 

słów. Parł naprzód. Nagle miał wraŜenie, Ŝe idzie pod górę. Znów widział wokół 
siebie jakieś ciemne kształty. Grunt pod nogami był twardszy. Usłyszał dziwny krzyk 
ptaka przelatującego mu nad głową. Zabrzmiało to jak “E-te-keli-li!”.

Zaczął biec. Potknął się.
A później, a później, a później...
Ujrzałem nagle coś jaskrawego, odbijającego się od piasku, uderzającego we 

mnie i spadającego na ziemię.

Wracałem do fortu z domu Legranda. Nie podejrzewałem, Ŝe moje Ŝycie 

ciągle podlegało zmianom. Nie mogę powiedzieć, Ŝeby wcześniej pozbawione było 
wizji, a wręcz przeciwnie. Tym razem nie doświadczyłem Ŝadnych ostrzegawczych 
wraŜeń czy doznań, które przewaŜnie im towarzyszyły.

Nie mogłem wiedzieć, Ŝe złoty Ŝuk wzlatujący z nie wiadomo skąd 

i odbijający się od mojej twarzy przynosi zmianę wszystkiego, co mnie dotyczy, na 
zawsze.

Dojrzałem go na piasku. Był wyraźnie, jednoznacznie złoty w zachodzącym, 

październikowym słońcu. Wiedziałem, Ŝe niektóre chrabąszcze mają nieco metaliczny 
kolor, złotawy albo srebrzysty, i mogą być bardzo ładne. Ale ten... Był to nieznany 
gatunek, przynajmniej ja go nie znałem. Ukląkłem, Ŝeby mu się bliŜej przyjrzeć. 
Zdumiały mnie jego plamki, czarne plamki na grzbiecie. Były tak ułoŜone, Ŝe nagle 
zdałem sobie sprawę, iŜ upodabniają go do złotej czaszki.

Zerwałem z najbliŜszego krzaka duŜy liść, nasunąłem na niego błyszczącego 

owada, zawinąłem i włoŜyłem do kieszeni.

Byłem pewien, Ŝe zainteresuję tym Legranda w czasie mojej kolejnej wizyty. 

Jeśli nie wywoła to Ŝadnej dysputy, bez wątpienia przyniesie pewne domysły.

Szedłem cięŜko po piaszczystej plaŜy, raczej przygnębiony mimo tego 

ciekawego, popołudniowego znaleziska. Przyglądałem się ciemnym chmurom 
gromadzącym się na horyzoncie, dumając o niezmierzonym bezkresie przeznaczenia, 
nie wiedząc, Ŝe zostało juŜ określone.

Z prawej strony gęste, nieprzebyte ogromy mirtu pokrywały większość terenu. 

Cmentarne kwiaty, tak je nazywano. Łatwo się rozrastały.

background image

Dziwne odczucie - zobaczyć sen po latach, zdać sobie sprawę z czegoś tak 

nagłego, krótkiego, co było jednak cząstką Ŝycia. Później, w chwili napięcia, wszystko
zostaje wyrwane, zanim zacznie się cokolwiek rozumieć. Pozostaje, pozostaje, 
później umyka. Tajemnica potwierdzona, ale źródła zatracone. Okruch Ŝycia widziany 
tak jak Ŝywy, pierwszy raz w nowym blasku, a następnie oddzielony ode mnie, bez 
nadziei powrotu. Co to za traf losu moŜe przynosić realizację słodkiej nadziei na 
przekór wszelkim sprzecznościom, a chwilę później niweczy to?

Kopnąłem kamień, słyszałem daleki odgłos burzy gdzieś nad wodą. Nie tylko 

całe moje spojrzenie na Ŝycie zmieniło się w krótkim czasie - nie jestem tak 
introspektywny i nastawiony do metafizyki, Ŝeby mnie to wszystko bardzo napełniło 
strachem - ale takŜe przybrało taką postać, która zwiastować miała nieszczęścia 
i odebrać mi siły, Ŝeby się przeciwstawić.

Po około mili droga, którą szedłem, skręciła bardziej w głąb lądu i prowadziła 

przez gąszcz zarośli. Cienie łączyły się ze sobą, poniewaŜ słońce juŜ zachodziło.

Zatrzymałem się nieco później, będąc juŜ bardziej w głębi wyspy. Coś mnie 

intrygowało. Przetarłem oczy i potrząsnąłem głową, ale obraz przede mną nie zmienił 
się.

Stali dalej, powyŜej strumienia i około mili od moczarów - wysocy w purpurze 

zmierzchu, na zboczach zalesionych urwisk, gdzie, przysiągłbym, nikogo przedtem 
nie widziałem. Coś nie pasowało do rzeczywistości, bardzo nie pasowało, i nie 
wiedziałem co. Miałem wątpliwości, czy mój wzrok moŜe zmienić całą perspektywę, 
i skręciłem znów na zachód. Wkrótce ujrzałem światła Charleston migocące nad 
portem, niektóre ginęły juŜ, chowając się w gwałtownie napływającej mgle. Mgła 
nadchodziła bardzo szybko i przystanąłem na chwilę, aby jej się przyglądać.

Miasto wyglądało jakby nieco inaczej niŜ ostatnim razem, kiedy patrzyłem na 

nie z tego miejsca, chociaŜ mój umysł był zaprzątnięty czymś innym, a mgła 
nachodziła zbyt szybko.

Mgła znów przynosiła z pamięci jej obraz, obraz Annie, dziecka ze snu, 

dziewczyny ze snu, kobiety ze snu. Annie powtarzającej się zjawy, wyimaginowanej 
towarzyszki zabaw z dzieciństwa dorastającej wraz z nim, na której istnienie liczyłem 
cały czas, przez lata - wzywała mnie, albo ja ją, do królestwa histerycznych wizji, 
gdzieś nad morzem, Annie, moja droga ułuda, królowa mgły...

To wszystko. Kim więcej mogłaby być - tajemniczym złudzeniem, 

towarzyszką ze snów, przyjaciółką, a moŜe nawet...?

Annie. Nierealna. Oczywiście. Nie róŜniła się niczym od mgły, którą teraz 

widziałem. Albo tylko tak mi się zdawało. AŜ do przedwczoraj, gdy cały mój świat 
się rozpadł.

Przechadzałem się po mieście, pomagając sobie w ten sposób strawić kolację. 

Zupełnie jak teraz, wiatr przywiał nieco mgły znad morza poprzez wydłuŜające się 
cienie. Jesienna wilgoć doskonale pasowała do bezmiaru wód. Witryny sklepowe 
odbijały nieco światła w ciemność. Cierpliwy spaniel czekał na swego pana przed 
pubem. Pył skrzył się na drodze. Stado ptaków przeleciało w stronę morza, 
przekrzykując się ochryple. Ogarnął mnie niepokój, w chwilę później usłyszałem 
krzyk.

Teraz, po czasie, nie wiem, czy rzeczywiście coś usłyszałem właśnie wtedy.
Jeszcze nie widziałem karety. Było to coś więcej, niŜ tylko krzyk i wyczucie 

jej obecności.

W chwilę potem kareta pędem wyjechała zza rogu - wysoki, czarny pojazd, 

uginające się resory, konie w uprzęŜy; smagły woźnica zmagał się z lejcami, a układ 
jego warg świadczył o zaciętości. Przechyliła się niebezpiecznie, wyprostowała 
i pomknęła dalej, przejeŜdŜając obok mnie i wzniecając tumany kurzu. Zobaczyłem 

background image

twarz Annie przy oknie. Nasze spojrzenia spotkały się na krótko, usłyszałem znów jej 
wołanie, chociaŜ nie byłem przekonany, czy jej usta wykonały jakikolwiek ruch albo 
czy któryś z przechodniów w ogóle coś dosłyszał.

- Annie! - krzyknąłem i wtedy poczułem jej bliskość, ale zaraz odjechała ulicą 

w stronę morza.

Odwróciłem się i zacząłem biec. Pies zaszczekał kilka razy. Ktoś wołał za 

mną, ale niczego nie zrozumiałem. Później dochodził do mnie jego śmiech. Powóz 
terkotał, a ja pozostawałem coraz dalej, biegnąc poprzez kurz.

Zacząłem kaszleć, zanim dotarłem do rogu, a moje oczy pełne były piasku. 

Zszedłem na skraj drogi, gdy juŜ kareta odjechała, i zwolniłem kroku. Szedłem 
wolniej, bardziej starając się nie zgubić śladu, niŜ ją dogonić. Widziałem ją jakiś czas 
w oddali; przyspieszyłem, gdy kurz opadł.

Gdy skręciła, znów ruszyłem biegiem do tamtego rogu i udało mi się ją 

zobaczyć.

Wydawało mi się, Ŝe słyszę Annie:
- Eddie, pomóŜ mi. Boję się, Ŝe dali mi jakiś narkotyk. Jestem przekonana, Ŝe 

grozi mi coś złego.

Rzuciłem się w pogoń, tym razem w dół. Powóz najwyraźniej zmierzał do 

portu, a właściwie juŜ tam prawie był. Biegłem, niepomny świata, mając przed sobą 
jedynie wizerunek kobiety, której istnienie było jeszcze tak niedawno całkowitą 
zagadką. Moja ukochana ze snów i cieni, plaŜ i mgieł została w jakiś sposób 
uwięziona w rzeczywistym świecie, ograniczonym do karety pędzącej w kierunku 
portu. Potrzebowała mojej pomocy, a ja bałem się, czy uda mi się dotrzeć do niej na 
czas.

Moja obawa nie była bezzasadna. Porywacze czy zdobywcy mogli przenieść ją 

juŜ na łódź, podczas gdy ja z trudem brnąłem ulicą. Zanim dotarłem do nabrzeŜa, łódź 
juŜ dopłynęła do czarnego statku o nieco dziwnej budowie, którego postawione Ŝagle 
wydymały się na wietrze. Była to fregata, a moŜe bryg (nie jestem marynarzem, tylko 
Ŝ

ołnierzem). Statek sprawiał wraŜenie bardzo szybkiej i dobrze uzbrojonej jednostki, 

zupełnie jak te, które słuŜą korsarzom.

Kareta natomiast była opuszczona, a jej drzwi szeroko otwarte.
Przysiągłbym, Ŝe jeszcze raz usłyszałem krzyk, chociaŜ odległość była dość 

duŜa. Rozejrzałem się za jakimś środkiem transportu dla siebie, a w tym czasie łódź 
dobiła do burty statku. Załoga rozpoczęła podnoszenie czegoś na pokład. Musiała to 
być nieprzytomna kobieta.

Krzyczałem, ale nikt z nich nie zwrócił na mnie najmniejszej uwagi. Nikt teŜ 

nie pojawił się w pobliŜu, Ŝeby przekonać się, co spowodowało moje wołania. Kusiło 
mnie, Ŝeby wskoczyć do wody i dopłynąć, ale rozsądek powstrzymał mnie od 
wpakowania się w niewesołe połoŜenie. Później przez moment myślałem, Ŝe ktoś 
odpowiada na moje krzyki, z pokładu doleciały jakieś głosy. Okazało się, Ŝe były to 
tylko komendy, gdyŜ wkrótce usłyszałem odgłos windy kotwicznej.

Stałem bezsilny, patrząc, jak statek powoli obraca się i ustawia do wiatru, 

który wkrótce popchnie go na pełne morze. Nie było nikogo, kto mógłby mi pomóc, 
Ŝ

adnego statku, którym moŜna by rozpocząć pogoń - Ŝadnej szansy, Ŝeby zrobić coś 

samemu, nawet gdybym miał małą, szybką łódź. Mogłem jedynie stać, kląć i patrzeć, 
jak porywają Annie na krańce przewrotnego przeznaczenia, które rządzi naszymi 
losami.

I tak przez ostatnie dwa dni te wydarzenia nie dawały mi spokoju, rzucając 

zasłonę, której nie mogłoby podnieść nawet popołudnie z Legrandem, a teraz, 
wracając do Fort Moultrie, miałem przeczucie, Ŝe nie obejmę słuŜby wieczorem 
z powodu czarnego statku, który stał na kotwicy jakieś ćwierć mili od brzegu. Był to 

background image

statek niezwykłej budowy. Dałbym głowę, Ŝe to ten sam, na który zabrano Annie.

Później. Później. Znacznie później. Idąc, stąpając niepewnie.
Szedł chwiejnym krokiem przez mgłę, szukając jej, nie mając pojęcia, jak 

wrócił z Fordham do królestwa nad morzem. MoŜe powietrze orzeźwi jego umysł. 
Była luka gdzieś między kolejnymi zdarzeniami. Państwo Valentine byli mili, 
podobnie jak pani Shew. Jednak przerwa w świadomości między wtedy a teraz była 
bardzo dziwna; musiała być czymś spowodowana. Była luka - oczywiście! Czarna 
otchłań, coś głębokiego i całkowitego, jak śmierć lub sen. Ale nie był martwy, chyba 
Ŝ

e śmiercią jest takie uczucie, jak po pijatyce. Potarł ręką czoło, powoli obrócił się 

i rozejrzał.

Mgła zasnuwała wszystkie drogi, nieregularne szlaki, którymi mógł nadejść. 

Wiedział teŜ, spoglądając na nią, Ŝe nie przypomni sobie, skąd prowadzą. Stał, 
kołysząc się i słuchając morza. Po dłuŜszej chwili znów się obrócił i poszedł dalej 
w kierunku, który wydawał mu się najwłaściwszy. Było to szczególne miejsce - 
miejsce, w którym obchodzono święta duszy. Dlaczego teraz? Co teraz? Czemuś 
zaprzeczano, coś powstrzymywano. Zupełnie jak jakiś wyraz na końcu języka; im 
bardziej się starał, tym trudniej było przypomnieć sobie.

Zatrzymał się, upadł. Rzeczywiście, nie mógł sobie przypomnieć, czy coś 

wypił. Podejrzewał, Ŝe tak, chociaŜ nie wiedział z jakiej okazji. Odgłos fal nagle stał 
się głośniejszy. Niebo za mgłą było ciemniejsze niŜ zwykle. Otrzepał spodnie 
z piasku. Tak, to było to miejsce...

Ruszył do przodu; otrzeźwiał i poczuł smutek, Ŝal, który go przepełnił. Wtedy 

nagle zrozumiał, co powinien odnaleźć przy odrobinie wytrwałości.

Skierował się w głąb lądu; gdy uszedł kilka kroków, zapadła ciemność.
Teren wznosił się, stawał się mniej piaszczysty, chociaŜ morze wciąŜ grzmiało 

tak samo głośno.

Krok stawał się coraz bardziej miarowy. Wkładał w to wszystko całe swoje 

serce. Ogromny kształt jakby zmalał. Jego zarysy wyostrzyły się. Oczy płonęły, 
zaciskał szczęki i przyspieszał.

Doszedł, wyciągnął swą drŜącą rękę powoli, Ŝeby dotknąć szarego, zimnego 

kamienia. Upadł na kolana na progu i przez dłuŜszy czas pozostawał w bezruchu.

W końcu podniósł się, a morze za nim grzmiało coraz głośniej i woda 

delikatnie obmywała mu stopy. Nie oglądał się za siebie, złapał za klamkę i otworzył 
czarne, Ŝelazne drzwi. Pchnął je i wszedł do wilgotnego wnętrza. Odpoczywał przez 
jakiś czas pośród cieni, przysłuchując się morzu i krzykom przelatujących ptaków.

O wiele później, znacznie później i zupełnie gdzie indziej, w ciszy i spokoju, 

napisał: “Byłem dzieckiem, ona teŜ, w królestwie nad morzem...”

W stronę brzegu...
“Poruszamy się wśród losów naszej ziemskiej egzystencji, otoczeni przez 

rozmyte fale, zawsze obecne wspomnienia z Przeznaczenia, niezmierzone, odległe 
w upływającym czasie i nieskończenie okropne.

PrzeŜywamy młodość nękani dziwacznie przez takie cienie, chociaŜ nigdy nie 

utoŜsamiamy ich z marzeniami.

Podczas Młodości granica jest zbyt wyraźna, Ŝeby choć na chwilę nas zwieść”.
Edgar Allan Poe, Eureka

II

Wstęga mgły przyniesiona została przez wieczorny wiatr i przemknęła koło 

mnie, gdy dochodziłem do brzegu. Statek był za daleko, aby wołanie mogło do niego 
dotrzeć. Zacząłem na ciemniejszej plaŜy szybko szukać jakiejś małej łódki, którą 

background image

mógłbym tam dopłynąć. Upływał czas, a bezskuteczność tego przedsięwzięcia była 
oczywista.

Jeszcze raz zwróciłem uwagę na ten statek. Pomimo zapadającej nocy i mgły 

miałem zamiar dostać się tam wpław. Nie było innej szansy. Zanim wstąpiłem do 
armii, umiałem juŜ trochę radzić sobie w bójkach, ale zdawałem sobie sprawę, Ŝe nie 
zdołam obronić się przed całą załogą statku. Moja szybkość boksera i kunszt 
zapaśnika nie zdadzą się na wiele, gdy trzeba będzie stawić czoło zgrai marynarzy 
uzbrojonych w kołki do mocowania lin i bosaki.

Jednak nie mogłem pozwolić na to, Ŝeby czarny statek znów odpłynął i wydarł 

Annie z mego Ŝycia, jak to było poprzednim razem. Muszę skorzystać z kaŜdej 
szansy, ponieść kaŜde ryzyko, aby jej nie utracić. Ukląkłem, Ŝeby rozsznurować buty, 
i dalej słyszałem skrzypienie windy. Dochodziło od strony statku. Po chwili 
zauwaŜyłem, Ŝe spuszczają łódź na wodę. Nie rozwiązałem sznurowadeł i powoli 
wstałem, rzucając wokół ukradkowe spojrzenia. Było oczywiste, Ŝe statek zaraz nie 
odpłynie. Mogłem pozostać, Ŝeby zwiększyć szansę na udzielenie Annie pomocy, 
zamiast próbować dostać się na pokład. Mogło okazać się, Ŝe cała sprawa będzie 
mniej ryzykowna, niŜ początkowo przypuszczałem.

CzyŜ mogłem być właściwie pewien, Ŝe na coś się zanosi? CzyŜ nie mogło 

być tak, Ŝe Annie sama, z własnej woli znalazła, się w takim połoŜeniu? MoŜe ja 
przenosiłem własne lęki i obawy na tę zupełnie niewinną sytuację - burzliwe uczucia 
zrodzone z naszego tajemniczego związku?

Przekorny, wewnętrzny głos, który niezmiennie odwołuje się do mego 

rozumowania, krzyczał: “Nie!” Niestety, jakŜe często posiada ogromną wiedzę. 
Pomyślałem o tym, gdy wioślarze skierowali tę łódź w stronę brzegu poprzez 
gęstniejącą mgłę. Krzyknąłem do nich. Skorygowali kurs, kierując się w moją stronę.

Było ich ośmiu albo dziesięciu. Pchali łódź mocnymi pociągnięciami wioseł. 

Zastanawiałem się, dlaczego właśnie teraz podąŜają w stronę brzegu. Zobaczyłem ich 
przywódcę wyglądającego na tęgiego łotra. Patrzył na mnie, robiąc dobrą minę do złej 
gry i zacierając ręce.

Mój duszek, gdzieś tam wewnątrz, zanosił się od śmiechu.
Sposób, w jaki tamten męŜczyzna na mnie patrzył, zbił mnie z tropu - nie tyle 

jego postawa i wygląd, ale sam fakt, Ŝe stałem się obiektem jego zainteresowania. 
Miałem prawie pewność, Ŝe chcą dobić do brzegu właśnie teraz i właśnie w tym 
miejscu, Ŝeby wyrządzić mi krzywdę. Było to irracjonalne, ale nieodparte przeczucie: 
zmierzali po mnie i w jakiś sposób dowiedzieli się, Ŝe będę tu tego wieczora.

Tumany mgły pojawiły się między nami, gdy tamci dotarli juŜ do brzegu. 

Słyszałem, jak wyciągali wiosła, opierali je o górną krawędź nadburcia, wyjmowali 
greting i przesuwali go po piasku i kamieniach. Odwróciłem się i zacząłem uciekać. 
Mgła przerzedziła się.

Usłyszałem krzyki i odgłosy pościgu. Pędziłem w stronę lądu, przedzierając 

się przez zarośla. Prześladowcy podąŜali za mną, byli coraz bliŜej.

- Stój, bo będzie z tobą źle! - krzyknął jeden z nich, przywódca.
Wzmocniło to tylko moje przeświadczenie, Ŝe trzeba uciekać.
Poczułem uderzenie w ramię - był to chyba kamień rzucony w moją stronę - 

kolejny okrzyk zdawał się jeszcze bliŜszy. Biegłem dalej, ale miałem wraŜenie, Ŝe 
ktoś mnie dogania. Czułem juŜ jego oddech na plecach. Zaraz mnie dopadnie.

Wykonałem gwałtowny zwrot i stanąłem oko w oko z napastnikiem. Był to 

smagły, Ŝylasty męŜczyzna trzymający pałkę w prawej ręce. Zatrzymał się i cofnął, 
sparaliŜowany nieoczekiwaną konfrontacją. Chciałem kopnąć go w kolano, ale 
chybiłem. Trafiłem go w udo. Dobre uderzenie. Poszedłem za ciosem. Uderzyłem go 
w krtań i wyrwałem mu pałkę. Drugi, niŜszy, ze szramą biegnącą od ust aŜ do ucha 

background image

ruszył ostro w moją stronę. Widziałem, Ŝe juŜ nie uda mi się uciec.

Czekałem z opuszczonymi rękami. Nie był uzbrojony. Dałem mu szansę 

ruszenia do przodu. Zrobiłem krok wstecz i odchyliłem się nieco. Wyprowadził cios, 
ale ja zdołałem uderzyć go w łokieć. Krzyknął z bólu. Bez wahania natarłem, celując 
w skroń. Ten cios dotarł jednak niŜej i trafił go w szczękę. Jakiś czarnobrody olbrzym 
odepchnął go i wymierzył uderzenie w mój Ŝołądek. Zrobiłem unik, próbując 
bezskutecznie walnąć go w rękę. Trafił mnie w głowę, rzucając na drzewo. Przez 
gęstą brodę zobaczyłem wyszczerbione zęby, gdy nachylił się w moją stronę. Miał 
nóŜ przy boku. Lewa pięść przeszywała powietrze.

Byłem zbyt oszołomiony, Ŝeby zrobić jakikolwiek ruch. Przyglądałem się 

zupełnie bezczynnie. Nagle nienaturalnie długa, obrośnięta ręka przesunęła się 
z prawej strony klatki piersiowej mojego przeciwnika i chwyciła jego rękę. Druga, 
niekształtna kończyna złapała go za bok. Za moment znalazł się wysoko w powietrzu 
i został odrzucony w stronę swoich towarzyszy.

Potrząsnąłem głową, Ŝeby dojść do siebie po tej scenie, gdyŜ ujrzałem coś, co 

przypominało małpę, a w co trudno było uwierzyć. Nie było łatwo zorientować się, co 
do wielkości zjawy, gdyŜ jej krok był bardzo niedbały, a sylwetka mocno 
przygarbiona. Pojawienie się tego monstrum i rozwój wypadków wywołały ogromne 
przeraŜenie wśród moich prześladowców. Dwóch z nich zostało kompletnie 
znokautowanych przez tego ciśniętego w powietrze.

W tym momencie usłyszałem za sobą wystrzał dwóch pistoletów. Jeden 

z napastników upadł, drugi złapał się za zranioną, krwawiącą rękę.

- Tędy, chłopie! - usłyszałem chrapliwy głos i poczułem, jak ktoś mocno 

chwycił moje ramię.

- Emerson, ruszaj się! - krzyknął.
Małpolud zawrócił w naszą stronę i dołączył do nas.
Pozwoliłem prowadzić się przez gęstwinę aŜ na otwarty teren, skąd doszliśmy 

na plaŜę. Nie miałem zupełnie pojęcia, dokąd idziemy, ale niewysoki męŜczyzna 
idący obok zdawał się znać cel.

Dochodziły do nas jeszcze odgłosy pościgu, ale mgła tłumiła je i trudno było 

odgadnąć, czy prześladowcy są na dobrym tropie.

Na pierwszy rzut oka mój wybawca sprawiał wraŜenie dziecka. Nie miał 

więcej niŜ metr czterdzieści wzrostu. Później jednak przyjrzałem się jego mocnej, 
czerstwej twarzy i gęstej czuprynie ciemnych włosów. Jednocześnie zauwaŜyłem, Ŝe 
miał bardzo szerokie, potęŜne ramiona i ręce.

On pędził, ja biegłem truchtem, a małpolud powłóczył niezgrabnie nogami, 

posuwając się wzdłuŜ brzegu. Przystanęliśmy obok stosu gałęzi, które milczący 
męŜczyzna zaczął rozgarniać. Pomogłem mu, gdy okazało się, Ŝe kryją małą łódź, 
skifa. Zanim zdołaliśmy się z tym uporać, jeden z goniącej nas czeredy wyłonił się 
nagle z mgły i skierował się ku nam, w prawej ręce trzymał kord, którym zamierzył 
się, gdy nas dojrzał.

- Mam was! - wrzasnął.
Ten niski stał między nim a mną. Wyrzucił lewą rękę w powietrze, gdy ostrze 

kordu zmierzało w stronę jego głowy. Chwycił napastnika za prawy nadgarstek, 
powstrzymując pchnięcie. Następnie bez większego wysiłku złapał prawą ręką za 
klamrę jego pasa. Usłyszałem jednocześnie chrzęst miaŜdŜonych kości nadgarstka, 
który dalej pozostawał w uścisku. Napastnik próbował się jeszcze przeciwstawić, ale 
stracił oparcie dla stóp podniesiony w powietrze przez niskiego, który obrócił się 
i wrzucił go do wody. Bez namysłu pociągnął skifa, odepchnął od brzegu, obrzucając 
mnie zagadkowym i niezbyt przyjaznym spojrzeniem.

- Panie Perry, wchodzić! Emerson, ty teŜ! Jazda! - krzyknął. Po namyśle, kiedy 

background image

juŜ weszliśmy do łodzi, zapytał: -Pan Perry, prawda?

- Zgadza się - odpowiedziałem, chwytając za wiosło. -Nigdy ich przedtem nie 

widziałem. Nie wiem, dlaczego na mnie napadli.

Zaczęliśmy wiosłować.
- Muszę podziękować za interwencję. Przyszła w porę -dodałem.
Wydał jakiś dźwięk podobny do parsknięcia śmiechem.
- Tak, to było konieczne - stwierdził. - Jeszcze chwila, a byłoby za późno.
PrzyłoŜyliśmy się mocno do wioseł. Po paru minutach nie było widać niczego 

poza mgłą. Małpolud przelazł między nami; przesunął się na dziób i przykucnął tam. 
Cały czas wykonywał jakieś niezrozumiałe dla mnie gesty, które musiały coś mówić 
memu wybawcy. Po tych dziwnych wskazówkach skorygował kurs łodzi.

- Peters - powiedział nagle. - Dirk Peters, do usług. Podamy sobie ręce innym 

razem, przy okazji.

Mruknąłem potakująco.
- Pan juŜ zna moje nazwisko - powiedziałem po chwili.
- To prawda - potwierdził.
Czekałem przez pewien czas, ale nie kontynuował rozmowy. Mgła wciąŜ była 

bardzo gęsta. Małpolud znów coś pokazywał.

- Ostro na lewą burtę. Razem. Ja trochę zluzuję, a pan pociągnie mocniej - 

powiedział Dirk.

Postąpiłem według tego polecenia, a po zmianie kursu wróciliśmy do 

normalnego tempa.

- Dokąd płyniemy? - spytałem.
Zrobiliśmy dwa pociągnięcia wiosłami, potem odrzekł:
- Na pokładzie pewnego statku jest dŜentelmen, który wyraził gorące Ŝyczenie 

spotkania z panem. To on wysłał mnie i Emersona na brzeg, Ŝebyśmy panu pomogli.

- Wygląda na to, Ŝe cała masa ludzi mnie zna i wiedziała, gdzie będę oraz 

kiedy tam będę.

Powoli skinął głową.
- Tak wygląda - powiedział.
Małpolud wydobył z siebie jakiś niski dźwięk i podskoczył parę razy 

w miejscu.

- Emerson, co jest? - spytał Dirk.
- Uu. U-hu - zawył i zaraz zaczęliśmy wiosłować wstecz. Rozległo się 

przeraźliwe echo i wkrótce z mgły wynurzył się ogromny, ciemny kontur 
przesuwający się z prawej burty. Był to ten statek, z którego pochodzili moi 
prześladowcy.

Zrobiliśmy zwrot i podeszliśmy bliŜej. UmoŜliwiło mi to odczytanie nazwy - 

“Evening Star”. Podpłynęliśmy jeszcze bliŜej. Wtedy przez oświetlony otwór nad 
pokładem rufówki ujrzałem drogą mi osobę, Annie. Stała, wpatrując się w mgłę 
i nawet nie zwróciła głowy w moim kierunku. Było coś szczególnego w jej 
zachowaniu - sprawiała wraŜenie, jakby była w transie, w ekstazie, pod wpływem 
narkotyków. Powolność ruchów, oderwanie od rzeczywistości...

Ktoś połoŜył rękę na jej ramieniu i odciągnął ją w głąb pomieszczenia. 

Zaciągnięto zasłonę i zgaszono światło. Obraz Annie teŜ zgasł, zniknął.

Wydałem z siebie jakiś okrzyk, puściłem wiosło i chciałem wstać.
- Nie waŜ się pan nawet o tym pomyśleć! - warknął Dirk. - Zginiesz, jeśli 

postawisz nogę na pokładzie! Emerson, trzymaj go, jeśli będzie usiłował wyjść za 
burtę!

Rzeczywiście, ta kreatura chwyciła mnie za kołnierz. Widziałem, co był 

w stanie zrobić, i zdawałem sobie sprawę z braku szans ucieczki.

background image

Doszło do mojej świadomości, Ŝe Peters musi mieć rację. Martwy nie przydam 

się Annie na nic. Opadłem na miejsce. Złapałem znów za wiosło.

Wiosłowaliśmy jeszcze spory kawałek. Mgła gęstniała i przerzedzała się 

czasami, odsłaniając wodę i gwiazdy. Zacząłem się zastanawiać, czy nie straciliśmy 
orientacji i nie kręcimy się w kółko albo podąŜamy na pełne morze, albo osiądziemy 
na mieliźnie.

ZauwaŜyłem zarys innego statku wyglądającego równie tajemniczo i groźnie 

jak pierwszy.

- Ahoj! - krzyknął Peters.
- To ty, Peters? - usłyszałem w odpowiedzi.
- Tak, do tego nie sam.
- Podchodźcie! - dorzucił głos ze statku. Wypełniliśmy skwapliwie to 

polecenie i zaraz zrzucono z pokładu linową drabinkę. Emerson bezbłędnie po nią 
sięgnął. ZauwaŜyłem nazwę statku: “Eidolon”.

MęŜczyzna wyglądał bardzo dystyngowanie z lekką siwizną na skroniach, 

równo przyciętym wąsem, wydatnym czołem, wyraźnym zarysem szczęki i delikatnie 
rzeźbioną fajką w zębach. Jego uśmiech wzbudzał zaufanie, idealnie skrojony mundur 
pasował do wysokiej i smukłej sylwetki.

- To jest kapitan Guy - powiedział Peters. MęŜczyzna wyjął fajkę z ust 

i uśmiechnął się.

- Edgar Perry...? - spytał.
- Tak. Podał mi rękę.
- Witamy na pokładzie “Eidolon” - zwrócił się do mnie.
- Dziękuję. Miło mi pana poznać - powiedziałem. -Wszyscy mnie chyba znają.
Potwierdził skinieniem głowy.
- Był pan obiektem zainteresowań.
- w jakim sensie? - zapytałem.
- Nie jestem pewien, czy jestem upowaŜniony, Ŝeby powiedzieć coś więcej - 

stwierdził.

- Czy ktoś moŜe to wyjaśnić?
- Oczywiście - odpowiedział. - Pan Ellison. Spojrzał ponownie na Petersa, ale 

ten odwrócił wzrok.

- Pan Seabright Ellison - dodał, jakby miało to jakiekolwiek znaczenie.
- Czy uwaŜa pan, Ŝe będę miał sposobność poznać tego dŜentelmena?
Peters sapnął i wziął mnie za rękę.
- Proszę za mną - powiedział. - Zaraz to nastąpi.
- Co to za statek? - spytałem. Kapitan Guy przytrzymał fajkę w ręce.
- Jest to jacht pana Ellisona.
- Proszę za mną - powtórzył Peters.
Odeszliśmy, zostawiając kapitana puszczającego kłęby fajkowego dymu we 

mgle.

Dirk prowadził mnie w dół i nawet bez dodatkowych wyjaśnień powinienem 

był odgadnąć po wyglądzie wykładzin, gzymsów i zwieńczeń, Ŝe nie jest to statek 
handlowy, a raczej wycieczkowy.

Idąc, zastanawiałem się, dlaczego to Dirk Peters, a nie kapitan Guy, prowadził 

mnie na spotkanie z właścicielem. MoŜe był kimś znaczniejszym, niŜ tylko zwykłym 
marynarzem, za którego go brałem?

Stanął przed bogato rzeźbionymi drzwiami i zdecydowanie zapukał.
- Kto tam? - rzucił ktoś z drugiej strony.
- Peters - odpowiedział mój przewodnik. - i jakiś Perry.
- Chwileczkę.

background image

Po chwili usłyszałem odgłos opadającego łańcucha i drzwi się otworzyły. 

Ujrzałem postawnego męŜczyznę o wzroście ponad metr osiemdziesiąt, dość 
szerokiego w pasie. Miał na sobie ciemnozielono-czarny szlafrok narzucony na 
rozpiętą, białą koszulę oraz spodnie. Na głowie pozostała mu tylko siwa grzywka. 
Jego oczy były jasnoniebieskie.

- Pan Perry! - przywitał mnie. - JakŜe się cieszę, widząc pana w dobrym 

zdrowiu.

- Panu muszę chyba za wszystko podziękować, sir - powiedziałem.
- Jest pan u nas najmilszym gościem. Proszę wejść, bardzo proszę!
Skorzystałem z zaproszenia. Peters, stojący koło mnie, pozdrowił Ellisona, 

który odwzajemnił ten gest. Zaraz jednak oddalił się.

- Zechce pan usiąść - zwrócił się do mnie. - Czy jest pan głodny?
Przypomniałem sobie kolację, w czasie której Jupiter, niewolnik Legranda, 

podał derkacze. Było to ledwie kilka godzin temu.

- Dziękuję, niedawno jadłem - odpowiedziałem.
- MoŜe coś do picia?
- z przyjemnością.
Podszedł do szafki. Wyjął z niej pękatą karafkę z czerwonym płynem i dwa 

nieduŜe kieliszki. Napełnił je, wzniósł swój i powiedział:

- Pańskie zdrowie.
Skinąłem głową i patrzyłem, jak wypił mały łyk. Powąchałem zawartość 

kieliszka. Miała zapach wina. Spróbowałem. Było to coś o smaku burgunda. Wypiłem 
resztę jednym haustem. Zastanowił mnie sposób picia Ellisona. Powoli otwierał oczy, 
ale natychmiast ponownie napełnił mój kieliszek.

- Ten Peters znakomicie sobie poradził - powiedziałem. - Przyszedł z odsieczą 

akurat na czas, wykazał siłę i skuteczność. Uratował mnie przed potęŜną zgrają 
prześladowców. Muszę przyznać, Ŝe nadal nie rozumiem, dlaczego tamci mnie 
zaatakowali. Albo dlaczego...

- Słucham?
- Na pokładzie ich statku, “Evening Star”, jest ktoś, kto jest mi bardzo bliski. 

Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał pan wyjaśnić mi ich zamiary. Albo przynajmniej 
kim oni są.

Wypiłem szybko kolejną niewielką dawkę wina i zapytałem:
- Skąd pan wiedział, Ŝe będę w tamtym miejscu i potrzebna mi będzie pomoc?
Westchnął i wypił niewielki łyczek oraz nalał mi znów.
- Zanim do tego przejdziemy, panie Perry - powiedział - jest parę szczegółów 

z pana przeszłości, o których chciałbym się upewnić. Muszę się przekonać, czy jest 
pan tym dŜentelmenem, za którego pana uwaŜam. Czy miałby pan coś przeciwko 
temu, Ŝeby odpowiedzieć mi na kilka pytań?

Zaśmiałem się.
- Uratował mi pan Ŝycie, częstuje mnie pan winem. Proszę pytać.
- Dobrze. Czy prawdą jest, Ŝe pańska matka była aktorką - zaczął. - i Ŝe umarła 

w ubóstwie?

- Na Boga, sir - odparłem, ale pohamowałem się po chwili. - To jest fakt - 

powiedziałem spokojniej. - Na tyle, na ile pamiętam. Nie miałem jeszcze trzech lat, 
gdy umarła.

Wyraz jego twarzy nie zmienił się, a wzrok utkwił w moim kieliszku. Nagle 

poczułem się w obowiązku wznieść go i wypić zawartość. Tak teŜ zrobiłem. Szybko 
mi nalał i sam teŜ wypił odrobinę.

- Umarła na suchoty? - pytał dalej. - w Richmond?
- To prawda.

background image

- Dobrze - odparł. - a pana ojciec?
- Dobrze, sir? - zapytałem.
- Spokojnie młody człowieku - powiedział, dotykając mojej ręki. - 

Zapomnijmy o wraŜliwości. Trzeba wyjaśnić bardzo waŜne sprawy. Chciałem tylko 
powiedzieć, Ŝe pańska odpowiedź potwierdziła moje przypuszczenia. Czy mogę 
zapytać o ojca?

Przytaknąłem skinieniem głowy.
- z tego, co mi wiadomo, był teŜ aktorem. Opuścił nas na rok czy dwa przed 

ś

miercią matki.

- Tak - mruknął, jakby i ta wypowiedź była zgodna z tym, o czym wiedział. - 

Miał pan szczęście, Ŝe po śmierci matki został pan zaadoptowany przez bogatego 
kupca z Richmond i jego Ŝonę - ciągnął. - Nazywał się John Allan?

- Rzekłbym raczej, iŜ pani Allan ulitowała się nad sierotą. Formalna adopcja 

nigdy nie nastąpiła.

Seabright Ellison wzruszył ramionami.
- Pozostając w domu państwa Allan, korzystał pan z wielu dobrodziejstw, 

których innym nie dane było doświadczyć -zauwaŜył. - • Na przykład czteroletni 
pobyt w prywatnej Manor House School w Anglii, w północnej części Londynu, 
nieprawdaŜ?

- Tak - przyznałem. - Pańska wiedza o kolejach mego losu zdumiewa mnie.
- Przypuszczam - powiedział - Ŝe to właśnie wtedy, powiedzmy, Ŝe w snach 

lub wyobraźni, zetknął się pan pierwszy raz z Annie.

Wpatrywałem się w niego. Nikt nie mógł o tym wiedzieć w normalnym, 

rzeczywistym świecie. Nigdy o niej nie wspominałem.

- Co pan wie o Annie? - wyszeptałem z chrypką w głosie. -Co moŜe pan o niej 

wiedzieć?

- Zapewniam, Ŝe niezbyt duŜo - odpowiedział. -Oczywiście nie tyle, ile 

powinienem wiedzieć. Zaryzykuję, Ŝe i tak więcej niŜ pan.

- Widziałem ją - powiedziałem. - Dwa dni temu, w Charleston, i ponownie, 

godzinę temu. Teraz jest na pokładzie...

Uniósł rękę.
- Wiem, gdzie ona jest. Sytuacja jest niebezpieczna, ale obecnie nic jej nie 

zagraŜa. Mogę pomóc panu do niej dotrzeć. Będzie jednak znacznie lepiej, jeśli 
pozwoli pan, Ŝe wezmę sprawy w swoje ręce.

Skinąłem głową na potwierdzenie.
- Dobrze - powiedziałem i wysączyłem kolejny raz malutki kieliszek wina.
Nalał do pełna, potrząsnął głową i powiedział pod nosem coś, co zabrzmiało 

jak: “Zadziwiające”.

Następnie dodał:
- Panie Perry, czy kojarzy pan z czymś słowo “Poe”?
- Jest to rzeka we Włoszech - oznajmiłem.
- No, nie! - omal nie syknął. - P-O-E, nazwisko, Edgar Poe, Edgar Allan Poe.
- Przepraszam... Zbieg okoliczności. To tak? Tamci na plaŜy - chcieli 

naprawdę zabić tego Edgara Poe?

- Nie. - Ellison podniósł dłoń. - Proszę, Ŝeby pan nie miał Ŝadnych złudzeń. 

Nie mam wątpliwości, Ŝe dokładnie wiedzieli, kogo mają zabić. Chodziło o pana, 
sierŜancie Edgarze A. Perry. Nie chcę przez to powiedzieć, Ŝe Edgar Poe jest 
całkowicie bezpieczny, wręcz przeciwnie. Jego losy jednak będą układać się nieco 
inaczej. Nie jest powiedziane, Ŝe bezpośrednio będą nas dotyczyć.

Westchnął, sięgnął po swój kieliszek i wypił do dna.
- Istnieje pewne - zaczął powoli - pomieszanie, niejasność, jeśli chodzi 

background image

o toŜsamość. Tak, jest pan zamieniony z Edgarem Poe i to w takim sensie, w jakim 
jeszcze nigdy w historii nie zdarzyło się to w odniesieniu do dwu osób. Ale, 
powtarzam, nie dotyczy to wcale tych, od których pana uratowałem i którzy znów 
będą szukać pańskiej śmierci. Pewne jest to, Ŝe chcieli zabić Edgara Perry'ego.

- Dlaczego? - spytałem. - Nawet ich nie znam. Wziął głęboki oddech, znów 

westchnął i nalał sobie wina.

- Czy zdaje pan sobie sprawę z tego, gdzie pan się znajduje? - zapytał po 

chwili. - Nie jest to bynajmniej pytanie retoryczne. Nie chodzi mi o to, Ŝe jest pan 
w mojej kabinie czy na pokładzie statku. Proszę spojrzeć na wszystko znacznie 
szerzej.

Przyglądałem mu się badawczo, starając się odgadnąć, do czego zmierza lub 

co ma na myśli. Czułem się zbyt wstrząśnięty tym, co się stało, Ŝeby zdobyć się na 
twórcze myślenie.

- Charleston Harbor? - zasugerowałem, starając się podtrzymać rozmowę.
- Tak, to prawda - odrzekł. - Ale czy rzeczywiście jest to ten port 

w Charleston, który pan zna? Czy nie zauwaŜył pan w ciągu ostatnich godzin niczego, 
co świadczyłoby o tym, Ŝe jest to port w Charleston, którego pan nigdy nie widział? 
Przed oczami stanął mi znów obraz zalesionych urwisk widzianych o zachodzie 
słońca. Przypomniałem sobie tego dziwnego złotego Ŝuka, którego moŜe mam jeszcze 
w kieszeni. WłoŜyłem rękę z nadzieją, Ŝe go tam znajdę. Tak, poczułem zawiniątko 
i wyjąłem je.

- Mam tu coś - zacząłem.
Złoty Ŝuk był na swoim miejscu. Poruszał się powoli na liściu, który 

połoŜyłem na stole. Ellison załoŜył okulary i przyglądał się badawczo przez dłuŜszą 
chwilę.

- Piękny okaz scarabeus capus hominus - zauwaŜył -ale nie aŜ taki 

nadzwyczajny. Pan go uwaŜa za godny uwagi?

- Mam przyjaciela na Sullivan's Island, którego pasją jest zbieranie owadów - 

wyjaśniłem. - w jego kolekcji nie ma jeszcze niczego takiego. Ja teŜ nie widziałem 
dotąd nic podobnego.

- w tym świecie, panie Perry, jest to dość powszechny gatunek.
- w tym świecie? Co to znaczy?
- Znaczy to, Ŝe jest pan w świecie, gdzie Charleston Harbor ma wąwozy 

i urwiska w głębi lądu - oznajmił. - Gdzie takiego Ŝuka moŜna często spotkać, gdzie 
pewien sierŜant słuŜący w Fort Moultrie powinien nazywać się Edgar Allan Poe, ale 
teraz nim nie jest.

Podniosłem swój kieliszek, spojrzałem na niego i wypiłem wino. Usłyszałem 

przytłumiony śmiech Ellisona.

- ...Gdzie wino podaje się w kieliszkach nie większych od tych, które mamy 

przed sobą - wyjaśniał dalej. - Proszę sobie jeszcze nalać.

Wypił kilka kropel. Nalałem sobie i wyciągnąłem karafkę w jego stronę.
- Nie, bardzo dziękuję, juŜ starczy. Jestem pewien, Ŝe mogę wypić znacznie 

mniej niŜ pan.

- Nadal nie rozumiem - powiedziałem - tego, co mówił pan o Poem i dlaczego 

nie ma go w forcie, tam gdzie według pana powinien być. Gdzie jest? Co to wszystko 
znaczy?

- Przeniósł się do tego świata, z którego pan przybył -rzekł. - Zajął pana 

miejsce tak, jak pan zajął jego.

Przerwał i wpatrywał się we mnie.
- Widzę, Ŝe nie wydaje się to panu całkowicie niewiarygodne - dorzucił po 

chwili.

background image

- Nie - powiedziałem. - Wcale nie. Znam Edgara Allana prawie całe Ŝycie 

dzięki wielu dziwnym wydarzeniom, tak jak znam Annie. - Czułem, jak moje dłonie 
stają się wilgotne. - Mam wraŜenie, Ŝe nie wie pan, co jej się przydarzy na pokładzie 
tamtego statku. Jakie mają zamiary? Co jej zrobią?

Powoli potrząsnął głową.
- Nie grozi jej Ŝadna krzywda fizyczna - zakomunikował. - Właściwie to stan 

jej zdrowia jest niezwykle waŜny dla porywaczy. Chcą wykorzystać jej zdolności 
umysłowe i cały potencjał intelektualny.

- Muszę do niej dotrzeć, znaleźć sposób na to, Ŝeby jej pomóc - powiedziałem.
- Oczywiście - przyznał. - Zamierzam wskazać panu, jak tego dokonać. Mówi 

pan, Ŝe w ostatnich latach spotykał się pan z Annie i męŜczyzną, znanym panu jako 
Edgar Allan, w dość niezwykłych okolicznościach?

- Tak, było to coś przypominającego sen, ale bliskiego rzeczywistości.
- Czy ma pan jakieś wytłumaczenie tego, co nastąpiło? Wzruszyłem 

ramionami.

- Sir, nie mogę nic powiedzieć. Rozmawialiśmy o tym kilka razy, ale nie 

znaleźliśmy Ŝadnej zadowalającej odpowiedzi.

- Pan i Poe Ŝyjecie w zupełnie innych światach, podobnych, ale odmiennych - 

powiedział. - Jeśli zaś chodzi o Annie, nie jestem przekonany co do tego, gdzie ją 
umieścić -moŜe na jakiejś trzeciej Ziemi. Widzę, Ŝe potwierdza pan to, co mówię. 
Zdaje się, Ŝe nie neguje pan innych wersji istnienia swego świata.

- i o tym kiedyś rozmawialiśmy, raz i krótko - powiedziałem.
- Tak? Czy Poe był autorem takiego pomysłu? Potwierdziłem.
- Ciekawa osobowość - zauwaŜył. Wzruszyłem ramionami.
- Przypuszczam, Ŝe tak - dodałem. - Trochę melodramatyczna i ze 

skłonnościami do znikania, jak chimera.

- Miał rację.
- Tak jest, sir.
- Rzeczywiście. Ja mówię prawdę tak, jak to oceniam.
- Rozumiem pana - oznajmiłem. - Mogę nawet uwierzyć panu. Ale sprawa jest 

mi nieobojętna, tym bardziej Ŝe racja dotyczy bardzo dziwnej kwestii.

- Czy często miał rację w sprawach osobistych?
- Tak. Jak pan stwierdził, ciekawa osobowość, ciekawy sposób myślenia.
- Obdarzony wyobraźnią - podpowiedział Ellison. Wypiłem resztki wina.
- No, dobrze - zacząłem. - Zgadzam się z tym, co było powiedziane. Co dalej?
- Pan, Edgar Poe i Annie stanowicie swego rodzaju metapsychiczną jedność, 

która przekracza wiele światów - powiedział. - To właśnie niezwykłe zdolności Annie 
dostarczają siłę waszemu związkowi. Ci ludzie, którzy znają sposoby wykorzystania 
jej mesmerycznych darów, porwali ją i zamknęli w granicach tego świata. Mogło się 
to dokonać jedynie poprzez wprowadzenie zamieszania w waszej trójce. Dlatego 
równieŜ pan i Poe zostaliście zamienieni.

Prychnąłem pod nosem.
- Mesmeryzm, sir! NiemoŜliwe! - krzyknąłem, - Zakrawa mi to na 

mistyfikację.

Otworzył szeroko oczy i uśmiechnął się. Potrząsnął głową.
- Nie sprawia panu trudności pojmowanie zmieniających się rzeczywistości, 

ale nie chce pan przyjąć faktu oddziaływania na nie? Doprawdy, zadziwia mnie pan.

- Widziałem, doświadczyłem zmieniającej się rzeczywistości- zacząłem 

wyjaśniać - ale jeszcze nie byłem świadkiem działania tak zwanego magnetyzmu 
zwierzęcego.

- Mam powody, aby wierzyć, Ŝe działa w pewnym zakresie we wszystkich 

background image

sprawach, głównie ponad poziomem naszego postrzegania, naszej uwagi, chociaŜ 
z pewnością jego skutki są silniejsze w tym świecie niŜ w tamtym, z którego pan 
pochodzi. Wszystko, co oddziaływuje na władze umysłowe jest tu szczególnie silne. 
Gdybym ja wypił dziś wieczór tyle alkoholu co pan, byłbym chory przez kilka dni. 
Oto dlaczego porywacze Annie chcieli jej obecności tutaj. Tam, gdzie przebywała, jej 
zdolności były niemałe, tu będą o wiele większe. Jeśli naprawdę mi pan nie wierzy, 
nie pozostaje panu nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość i czekać. Dostarczę panu 
dowodu, i to niedługo.

Znów wytarłem dłonie.
- Dość - powiedziałem. - Przemawiała przeze mnie porywczość. Zgadzam się, 

arguendo, bo chcę wiedzieć, dokąd to wszystko nas doprowadzi. Kim są ci ludzie, 
którzy przetrzymują Annie? Co chcą z nią zrobić? Na co im jej zdolności?

Wstał i zrobił kilka kroków, załoŜywszy ręce do tyłu.
- Słyszał pan o znanym wynalazcy o nazwisku von Kempelen? -  powiedział 

wreszcie.

- Tak - potwierdziłem. - Oczywiście. Miał chyba coś do czynienia ze 

stworzeniem słynnego mechanicznego szachisty, którego widziałem niedawno 
w Charleston.

- MoŜliwe - odpowiedział Ellison. - Czy słyszał pan o tym, Ŝe mówi się, iŜ 

bardziej niŜ inni zgłębił dzieła ojca alchemii, sir Izaaka Newtona?

- Nie.
- Dochodzą mnie słuchy, Ŝe udało mu się przemienić ołów w złoto 

i wyhodować karły.

Zaśmiałem się.
- To nic innego, jak ludzka naiwność - zacząłem. Odpowiedział mi śmiechem.
- Zgoda - powiedział. - Ja teŜ wątpię w karły. Czekałem na to, Ŝe będzie 

mówił dalej, ale nie wypowiedział ani słowa. Spojrzałem na niego.

- Co się tyczy tych przemian - rzekł w końcu - to potwierdzam, mając 

pewność, Ŝe tak było.

- Uhm - odpowiedziałem, nie bawiąc się w Ŝadne uprzejmości w stosunku do 

mego gospodarza i nie zwaŜając na to, iŜ w tym miejscu mogłoby to rzeczywiście 
nastąpić. - Bardzo przydatna umiejętność.

Mój wzrok podąŜył za Ellisonem, który powoli doszedł aŜ do przeciwległego 

rogu swej kabiny. Dopiero teraz spostrzegłem niską ławę, koło której przeszedł. Stały 
na niej róŜnorakie tajemne przedmioty. ZauwaŜywszy moje zainteresowanie, 
uśmiechnął się przyjaźnie i wskazał ręką w ich kierunku.

- Alembik, destylarka, piec, retorta - zakomunikował. -Tak, param się trochę 

tymi sprawami, stąd mam zrozumienie dla osiągnięć i całej konspiracji towarzyszącej 
tej dziedzinie.

Wziął mały błyszczący przedmiot i przytrzymał go przez chwilę. Przedmiot 

ten wydał wysoki pisk, ściszył ton, a następnie zupełnie zamilkł. OdłoŜył go i spojrzał 
na coś, co pływało w zielonej cieczy w naczyniu o spiralnym, ślimakowatym 
kształcie.

- Von Kempelen odkrył tajemnicę - wyjaśniał dalej -a potem uciekł do Europy, 

kiedy zdał sobie sprawę, Ŝe Piekielna Trójca dowiedziała się o wszystkim i Ŝe jej na 
tym zaleŜy. Oni uwaŜają, Ŝe mogą wykorzystać Annie, aby go sprowadzić i złamać 
jego opór.

- Czy Annie byłaby w stanie to zrobić?
- Jestem przekonany, Ŝe tak - odparł. - Wedle wszelkich opowieści jest groźną 

kobietą.

- Czyich opowieści?

background image

- Pańskich oraz tych, które pojawiły się na mój rozkaz w lustrze, Ŝeby 

dodatkowo wesprzeć moje sądy. Jest jeszcze...

Poczułem się przez chwilę oszołomiony. Przyczyną nie było jednak wypite 

wino, bo wszystkie te mikroskopijne kieliszki razem nie dorównywały nawet 
pojemności normalnego pucharka, którego zwykłem do tego celu uŜywać.

- Usiłuję zrozumieć - powiedziałem. Kim są ci ludzie, którzy przetrzymują 

Annie i chcą jej uŜyć do wydarcia tajemnicy von Kempelena?

- Goodfellow, Templeton i Griswold - odpowiedział. -Doktor Templeton, 

osobnik niemłody i tajemniczy, jest ich hipnotyzerem. Jestem przekonany, Ŝe 
korzystają z jego mocy, Ŝeby ubezwłasnowolnić Annie w dąŜeniu do zdobycia łupu. 
Kolejny to stary Charley Goodfellow - krzepki, przystojny, z wyglądu uczciwy, 
gotowy wsadzić nóŜ między Ŝebra; wreszcie ostatni, Griswold. Jest ich hersztem, 
uwaŜany za bezlitosnego przeciwnika.

- i to oni są na pokładzie “Evening Star”? - zapytałem.
- Sądzę, Ŝe tak - odpowiedział.
- ...gdzie ten doktor Templeton usiłuje wprowadzić Annie w trans, Ŝeby mogła 

wskazać miejsce pobytu von Kempelena?

- Obawiam się, Ŝe właśnie tak.
- Jeśli jest tak odporna, jak pan sądzi, moŜe mu się nie udać.
- Najprawdopodobniej podadzą jej jakiś narkotyk. Ja bym tak zrobił.
Przyjrzałem mu się, jak stał oparty plecami o stół laboratoryjny. Udzielił mi 

raczej wyczerpującej odpowiedzi.

- Jeszcze raz bardzo dziękuję - powiedziałem po chwili. - Za uratowanie mnie 

z opresji i za informacje o Annie...

Uśmiechnął się.
- Pyta pan, dlaczego? - zaznaczył.
- Nie wątpię w altruizm - dodałem - ale zadał pan sobie mnóstwo trudu 

w imieniu nieznajomych.

- Gotów jestem do większych poświęceń - oświadczył - Ŝeby pokrzyŜować 

szyki przeciwnikom. Przyznam, Ŝe ma pan rację. Jest tu takŜe myślenie o własnych 
korzyściach, jak w większości ludzkich spraw.

Wzruszyłem ramionami.
- Skutki liczą się bardziej niŜ motywy - stwierdziłem. -Jestem wdzięczny, 

niezaleŜnie od tego, co panem kierowało.

- Jestem człowiekiem zamoŜnym - oświadczył.
- Mogę się domyślać - odpowiedziałem, ogarniając spojrzeniem elegancko 

rzeźbione meble, wschodni dywan i liczne obrazy. - Jeśli nie chodzi o pieniądze ani 
o miłość, to pozostaje tylko zemsta, tak? - spytałem. - NaleŜy zakładać, Ŝe ktoś z nich 
albo wszyscy musieli się kiedyś nieźle przysłuŜyć...

Potrząsnął głową.
- Dobry strzał, ale chybiony - powiedział. - • To sprawa pieniędzy. Na tyle 

znam się na rzeczy, Ŝeby uwierzyć w sukces von Kempelena. Wiem takŜe dość 
o potędze Annie, aby być pewnym, Ŝe uda się jej odkryć jego tajemnice. Poza tym 
przy moim bogactwie mam tak poukładane interesy, Ŝe powaŜne zachwianie cen złota 
moŜe być dla mnie katastrofą, w mojej sytuacji albo oni mi zagroŜą, albo ja 
pokrzyŜuję ich plany. Panem kieruje miłość, ja dbam o pieniądze, więc moŜemy 
wykluczyć zemstę. Jesteśmy, jak widzę, sprzymierzeńcami.

- Doprawdy - powiedziałem. - Szczerze zawrę z panem układ przeciwko nim.
Zdecydowanie odepchnął się od stołu.
- Umowa zawarta - dodał.
Przemierzył całe pomieszczenie i podszedł do małego biurka, usiadł przy nim, 

background image

wyjął papier, atrament, pióro i zaczął pisać, nie przerywając nawet wtedy, gdy mówił.

- Krótko mówiąc, muszę pana przedstawić memu głównemu doradcy 

w sprawach hipnotyzmu, monsieur Ernestowi Valdemarowi.

- z ogromną przyjemnością poznam go - oświadczyłem.
- Na pewno, na pewno - odpowiedział. - Obejmie pan tu dowództwo, Ŝeby 

dopaść tych ludzi, udaremnić ich działania i odzyskać swą damę.

- Ja? Objąć dowództwo? - pytałem zaskoczony.
- Tak. Jest pan przecieŜ wojskowym, prawda?
- Nie rozumiem, a pan?
- Długie morskie podróŜe ostatnio mnie denerwują - odpowiedział. - Jestem 

przekonany, Ŝe Griswold i jego zgraja udadzą się niedługo do Europy, gdyŜ to właśnie 
tam uciekł von Kempelen.

- Ale gdzie dokładnie?
- o to musi juŜ pan zapytać monsieur Valdemara.
- Kiedy mogę mieć okazję, Ŝeby go poznać?
- Jego pielęgniarka, miss Ligeja przedstawi pana w odpowiednim czasie.
- Czy on jest kaleką?
- Ma pewne kłopoty, ale jego zdolności wszystko mu wynagradzają.
Dokończył jedną stronę listu i zaczął następną.
- Tak - mówił dalej - statek będzie do pańskiej dyspozycji, z kapitanem 

i załogą. Dotyczy to równieŜ Petersa i tego orangutana, Emersona. Zanim pana 
opuszczę, dam panu listy polecające i pełnomocnictwa dla banków, Ŝeby poradził pan 
sobie tam, gdzie rzucą pana losy.

- Gdzie będzie się moŜna z panem skontaktować? -spytałem.
- Przypuszczam, Ŝe raczej nigdy nie słyszał pan o majątku Arnheim?
Zaprzeczyłem ruchem głowy.
- LeŜy w stanie Nowy Jork. Zostawię panu wskazówki, jak się tam dostać. 

Mam nadzieję, Ŝe przyjedzie pan powiadomić o powodzeniu całego przedsięwzięcia. 
Komplet trzech nekrologów będzie najlepszą miarą.

- Chwileczkę, sir - powiedziałem. - Zamierzam uratować Annie, ale nie chcę 

nikogo zabijać.

- Oczywiście, Ŝe nie. Powiedziałem jedynie, Ŝe ich nekrologi sprawiłyby mi 

przyjemność, gdyŜ są to bezwzględne typy. Widzę moŜliwość potyczki, w której pan 
jako zawodowy Ŝołnierz mógłby zostać zmuszony do uŜycia siły w obronie własnej, 
w takim wypadku byłbym bardzo wdzięczny. Pozbyć się całej trójki to najlepszy 
sposób - dorzucił z uśmiechem. Kiwnąłem potakująco.

- To Bóg Wszechmogący decyduje o wszystkim - zauwaŜyłem, co było na tyle 

dwuznaczne w treści, Ŝe nie wytrąciło go ze znakomitego nastroju.

Szeroki uśmiech pozostawał na jego twarzy. Odwzajemnił mój gest, jakbyśmy 

doskonale się rozumieli.

Wstałem, odwróciłem się i zrobiłem kilka kroków, starając się uporządkować 

myśli.

- Powierzy mi pan dowództwo statku? - spytałem.
- Kapitan Guy zostanie na stanowisku - odparł, nie podnosząc wzroku. - 

w swoim postępowaniu nigdy nie posunie się na tyle, Ŝeby sprzeciwić się decyzjom 
armatora. Będzie wypełniał pana rozkazy.

- Bardzo dobrze - rzekłem. - Nie mam pojęcia o manewrowaniu statkiem.
- Będzie pan jedynie musiał powiedzieć, dokąd i kiedy zechce pan płynąć.
- Ale o tym mam się dowiedzieć od Valdemara?
- Tak, za pośrednictwem Ligei. Przestał pisać i spojrzał na mnie.
- Gdyby miał pan jakieś problemy - powiedział - proszę zwrócić się o pomoc 

background image

do Dirka Petersa. Nie jest on wprawdzie zbyt delikatny ani obyty, jego wygląd teŜ nie 
wzbudza zaufania, jest natomiast osobą godną najwyŜszego zaufania i odznacza się 
niezwykłym sprytem. Nikt z obecnych na pokładzie nie będzie w stanie mu się 
sprzeciwić.

- Jestem o tym zupełnie przekonany - odrzekłem. Wróciłem po karafkę, 

przeniosłem ją na stół, skąd wziąłem kielich odpowiednich rozmiarów. Napełniłem go
i wypiłem łyk. ZauwaŜyłem przy tym, Ŝe Ellison przerwał pisanie i przyglądał mi się. 
Potrząsnął głową i odwrócił spojrzenie.

- Zadziwiające - powiedział. Znów pociągnąłem z kielicha.
- Coś pana trapi? - spytał.
- Tak. To wszystko oznacza, Ŝe wyjeŜdŜam z Fort Moultrie bez urlopu.
- Właśnie tak - potwierdził. - Czy jest pan przekonany, Ŝe udzieliliby panu 

zwolnienia w związku z przedsięwzięciem takiej właśnie natury? Czy miałby pan 
w ogóle czas, aby o to wystąpić?

- Nie. Zdaję sobie sprawę z sytuacji. Faktem jest, Ŝe słuŜba była w zasadzie 

moim Ŝywiołem i nie chcę być posądzony o dezercję. Chcę napisać list do mego 
dowódcy z prośbą o urlop i przedstawić powody, dla których zmuszony jestem zrobić 
taki krok.

RozwaŜał przez chwilę moje słowa. Uśmiechnął się ponownie.
- Dobrze - powiedział. - Proszę przygotować list, a ja zabiorę go ze sobą na 

brzeg i zatroszczę się o jego doręczenie. Musi go pan oczywiście podpisać “Edgar 
Allan Poe”.

- Nie pomyślałem o tym - zacząłem.
- z drugiej strony, mogę porozmawiać z moim znajomym senatorem i załatwić 

panu natychmiastowe zwolnienie.

- MoŜe tak byłoby lepiej.
- Niech tak będzie. Papiery będą czekać na pana w Arnheim, gdy wróci pan 

z dobrą wiadomością.

Spojrzał na mnie i wrócił do pisania. Przechadzałem się, porządkując myśli. 

Po pewnym czasie przepłukałem gardło. Zwrócił się ponownie do mnie:

- Słucham?
- Gdzie będzie moja kabina? - spytałem.
- Oczywiście w apartamencie - odpowiedział. - Zaraz po moim wyjeździe.
Wysuszył list bibułą, złoŜył i połoŜył na biurku.
- Nastąpi to wkrótce - dodał.
Przejechałem palcami po piersi. Miałem na sobie cywilne ubranie stosowne do 

wędrówek, ale niestety trochę poszarpane.

- Szkoda, Ŝe nie mogę otrzymać zmiany odzieŜy. Czuję się nieco dziwnie, 

mając ubranie w takim stanie.

- Trzeba poszperać w tych skrzyniach - powiedział, wskazując na jedną pod 

koją, drugą w rogu i szafę po drugiej stronie pomieszczenia. - Jest w nich mnóstwo 
ubrań - dorzucił.

Zacząłem przeglądać zawartość skrzyni, gdy przerwał mi, mówiąc:
- Jest pan starszym sierŜantem, tak?
- Tak - odpowiedziałem.
- Ma pan zatem róŜne doświadczenia?
- Faktycznie, tak.
- SłuŜył pan takŜe w kawalerii?
- SłuŜyłem.
- Wie pan, jak posługiwać się szablą? Przypomniałem sobie uciąŜliwe 

ć

wiczenia fechtunku - pchnięcie, cięcia pod południowym słońcem.

background image

- Tak - odparłem. - Rękojeść stanowi doskonałe zabezpieczenie dłoni.
Rzucił ukradkowe spojrzenie w moją stronę, jakby starał się upewnić, czy nie 

Ŝ

artuję. Rzeczywiście, było to coś w rodzaju kpiny, chociaŜ mówiłem prawdę.

- Znakomita broń - stwierdził wreszcie. - Bardzo cicha. Chcę panu 

powiedzieć, Ŝe kapitan Guy ma spory zapas w swym arsenale, gdyby zapragnął pan 
z kimś poćwiczyć...

- Dziękuję.
Przyjrzałem mu się. Nie mogłem sobie odmówić zadania paru pytań.
- Czy pan kiedykolwiek uŜywał szabli?
- O, tak - odpowiedział - w młodości, na Karaibach.
- Gdzie?
- w róŜnych miejscach, gdy pływałem...
- Myślałem, Ŝe cierpi pan na chorobę morską.
- Wtedy nie.
- Co to były za statki? - nie mogłem się powstrzymać od zadania tego pytania.
- Handlowe - odrzekł, powracając myślami z przeszłości. - Oczywiście, Ŝe 

handlowe.

- Myślę, Ŝe trochę ćwiczeń nie zawadzi - dodałem w końcu.
Czy drgnienie jego lewego oka nie było czymś w rodzaju szczególnego 

spojrzenia?

Przez moment wyobraziłem sobie przepaskę na tym oku, czarną brodę 

okalającą jego twarz i kolorową chustkę na głowie. Starałem się cofnąć go 
czterdzieści lat w czasie i zobaczyć, jak wymachuje potęŜnym noŜem. Zastanawiałem 
się...

- Doskonały pomysł - przerwał mi.
Przerzuciłem stosy spodni, koszul róŜnej jakości, dwie kurtki, jedną ciemną, 

drugą jasną, które wydawały się pasować. Samodziałowa koszula i czarne spodnie, 
które przymierzyłem, były mojego rozmiaru. Zdecydowałem, Ŝe będę je nosił.

- Będą dobre - zauwaŜył Ellison, patrząc na mnie, gdy skończył i podpisał 

ostatni list. - PokaŜę panu mój sejf, do którego włoŜę papiery. Przed wyjazdem 
przedstawię pana miss Ligei.

- Cieszę się, sir - odpowiedziałem.
W taki oto sposób poznałem Seabrighta Ellisona, właściciela majątku 

w Arnheim.

Pisał, a mgła podchodziła do okna i napierała na nie:
Przywoływałem wspomnienia, które prześladowały nas w Młodości. Często 

podąŜały za nami w Dorosłość - przyjmując coraz bardziej rozmyte kształty - a teraz 
przemawiają do nas szeptem...

Wiatr targał kłęby mgły, przez które z mozołem przedzierał się księŜyc. 

Przewidywał wszystko do końca.

III

BoŜe! Ciągle szedłem. Piaszczyste drogi doprowadziły mnie tam, gdzie 

wielokrotnie potykałem się i upadałem.

Przez gęstą mgłę słychać było morze ryczące niczym umierający olbrzym, 

uderzający co jakiś czas z mocą huraganu, odrywający fragmenty brzegu i połykający 
je w agonii...

...Zorientowawszy się, gdzie jest brzeg, wspinałem się coraz wyŜej, a plaŜę za 

mną pochłaniał Ŝywioł. Chwytałem się krzaków, korzeni, kamieni, zjeŜdŜałem w dół, 
znów sięgałem wyŜej, uciekając poza zasięg niszczącej siły. Udało mi się dotrzeć tam, 

background image

gdzie jęczały wiatry i nasilały swój odzew w stronę bestialskiego morza.

Rozdzielenie Ŝywiołów! Ziemia, powietrze i woda walczące ze sobą, a później 

oddalające się od siebie w rytm uderzeń serca! a gdy juŜ wspiąłem się najwyŜej, 
zarzewie ognia przemknęło po sklepieniu niebios i zapaliło drzewo; ostatni 
z Ŝywiołów dopełnił obrazu widzianego przez łzawiące oczy.

Zasłoniłem oczy ręką, potem powoli opuściłem ją i ujrzałem drzewo, które 

płonęło i iskrzyło się na wietrze, a takŜe postać stojącego nieruchomo męŜczyzny. Nie 
zwracał uwagi na to, co się dzieje. Był blisko, wpatrywał się w kierunku 
niewidocznego, oszalałego morza, a poły jego ciemnego płaszcza trzepotały targane 
wiatrem.

Podniosłem się z ziemi, kucnąłem, zasłoniłem twarz ręką i zacząłem zmierzać 

w jego kierunku.

- Allan! - krzyknąłem, rozpoznając go, gdy podszedłem bliŜej. - Poe! - 

dorzuciłem.

Powoli odwrócił głowę w moją stronę, a na jego twarzy pojawił się smutny 

uśmiech.

- Perry. Jak dobrze, Ŝe przybyłeś. Coś mi mówiło, Ŝe przyjdziesz.
Podszedłem do niego. Jego płaszcz rozwiał się w moją stronę.
- Co to wszystko znaczy? - spytałem.
- Nadchodzi zagłada Ziemi, mój drogi Perry - odpowiedział.
- Nie rozumiem.
- Ziemia skaŜona przepychem jest oczyszczana, gdy fizyczna treść samego 

słowa jest oddzielana od pojęcia - powiedział. - Namiętności niespokojnych 
i bezboŜnych serc są nieposkromione. Bezład niespełnionych marzeń ginie wokół nas.

Odgarnąłem włosy z oczu. Drzewo zatrzeszczało za nami, podkreślając 

smutek mgły. Kipiel morska huczała niczym grzmoty burzy.

- Pamięć o dawnej radości: czyŜ nie jest smutkiem obecnej chwili? - mówił 

dalej Poe.

- Być moŜe - odparłem.
Widziałem go teraz wyraźniej. ZauwaŜyłem, Ŝe wyglądał starzej ode mnie, 

chociaŜ był chyba w moim wieku. Miał więcej zmarszczek na twarzy i ciemne worki 
pod oczami. Sprawiało to wraŜenie, iŜ patrzymy na siebie, będąc w róŜnych okresach 
Ŝ

ycia.

- Myśl o przyszłym szczęściu - zasugerowałem - • moŜe doprowadzić do 

równowagi ducha. Czy nie tak naleŜy pojmować nadzieję?

Przyglądał mi się badawczo przez kilka chwil, następnie potrząsnął głową 

i westchnął.

- Nadzieja? - powtórzył. - To słowo teŜ zostało wymazane z rzeczywistości, 

nieba i ziemi. Mój drogi Perry, wszystko się rozpada, w obliczu tego wszystkiego 
wyglądasz znakomicie.

- Allan... - zacząłem.
- Zwracaj się do mnie Poe - powiedział.
- Do diabła, Poe! - krzyknąłem. - o czym ty właściwie mówisz? Zupełnie cię 

nie rozumiem.

- Ukochany duch odszedł - odpowiedział. - w tej pustce rozsypuje się powłoka 

naszego świata. Ona odeszła, moja druga jaźń. Niestety! Największe zło złych 
czasów! To, co napełniało to miejsce, juŜ nie panuje; znasz to imię, jak ja. Annie...

- westchnął i uniósł rękę.
Zwróciłem głowę we wskazanym przez niego kierunku, w stronę morza. Mgła 

rozeszła się i ponad poszarpanym brzegiem ujrzałem coś na kształt szarego 
mauzoleum, omywanego falami, które wyglądało, jak ukryte za szkłem.

background image

- Jej grobowiec - dodał.
- Nie wierzę w to, co mówisz! - krzyknąłem i odskoczyłem od niego. 

Odwróciłem się i ruszyłem w stronę klifu.

- Perry! - wołał za mną. - Wracaj! To nie ma sensu! Nie wiem, co się stanie ze 

mną, jeśli przydarzy ci się coś złego!

- Nie ma jej tam! - zawołałem. - Nie moŜe tam być! Spadałem w dół, drąc swe 

ubranie i raniąc ręce.

- Perry! Perry! - wciąŜ krzyczał.
Wstrzymałem oddech, to zsuwając się, to spadając w kierunku piaszczystej 

plaŜy. Nagle stanąłem i zacząłem iść, mocując się z napierającym wiatrem i falami 
sięgającymi kolan. Szedłem uparcie do błyszczącego pomnika. WciąŜ słyszałem, jak 
Poe stojący przed płonącym drzewem krzyczy. Nie byłem juŜ w stanie rozróŜnić jego 
słów; docierał do mnie jedynie wrzask.

Dopadłem cięŜkich, Ŝelaznych drzwi, chwyciłem za klamkę, otworzyłem je 

i wszedłem. Przemierzyłem mroczne wnętrze, a ciemna woda wirowała u mych stóp. 
Czarny kamienny sarkofag znajdował się na stopniu przede mną.

Był pusty. Chciało mi się śmiać i płakać zarazem. Chwiejnym krokiem 

ruszyłem do wejścia i krzyknąłem:

- Poe! Poe! Mylisz się! Tu jej nie ma! Poe! Poe! Nagłe uderzenie potęŜnej fali 

rzuciło mnie z powrotem do wnętrza grobowca.

Ocknąłem się na podłodze reprezentacyjnej kabiny, chociaŜ pamiętałem, Ŝe 

poprzedniego wieczora zasnąłem w koi naleŜącej przedtem do Seabrighta Ellisona. 
Nie przypominałem sobie, Ŝebym z niej wypadł, ani nie wiedziałem, jakim cudem 
moje ubranie przemokło i podarło się. Czułem piasek w butach, a ponadto ślady 
piasku na podłodze prowadziły od miejsca mojego spoczynku do środka kabiny, skąd 
właściwie zaczynały się. Przetarłem oczy i usiadłem. Ściągając samodziałową 
koszulę, zauwaŜyłem liczne zadrapania na rękach. Przypomniałem sobie burzę, 
mauzoleum, krzyki Poego, który stał koło płonącego drzewa.

Szybko znalazłem coś do ubrania w jednej ze skrzyń i zacząłem się 

zastanawiać nad tym, co się wydarzyło. Miałem nadzieję, Ŝe Poe jest w dobrej formie. 
Byłem zaniepokojony zarówno objawami jego szaleństwa, jak i dziwnym rozwojem 
wypadków. JuŜ od dawna zdawałem sobie sprawę z tego, Ŝe wydarzenia, w których 
uczestniczyliśmy, tworzyły rzeczywistość z jednoczesnym udziałem symboliki, 
cudów, tajemnych znaków. Byłbym zdolny ogarnąć problem pustego grobu, gdyby 
Annie leŜała w stanie hipnotycznego snu. Ale było to coś więcej. Musiało być. 
Ostatniej nocy poznałem to zjawisko bardziej, niŜ ze słów, które wypowiedział 
Ellison. Ale dzielny alchemik i tak nie wiedział wszystkiego. Nie było nikogo, kto 
mógłby wszystko wyjaśnić, chyba Ŝe...

Zastanawiałem się. Ellison, zanim opuścił pokład, przedstawił mnie Ligei, 

kobiecie o ogromnych oczach i kruczoczarnych włosach. Jej niezwykła uroda 
zapierała dech w piersi. ChociaŜ po chwili od jej ujrzenia wiedziałem, Ŝe to nie jej 
wygląd tak na mnie zadziałał. Było to raczej coś w jej osobowości, coś wywierającego 
tak piorunujące wraŜenie. Zrobiłem krok do tyłu i wziąłem głęboki oddech. 
Niesamowite doznanie ustąpiło. Ligeja uśmiechnęła się.

- Jest mi niezmiernie miło - powiedziałem, gdy Ellison wymienił moje 

nazwisko.

Jej głos był niski, hipnotyczny; słowa wypowiadane z akcentem podobnym do 

tego, którym mówił pewien rosyjski imigrant. Wpatrywała się w moje oczy 
z niezwykłą siłą.

- Oto człowiek, o którym wcześniej wspomniałem...
- Wiem - oznajmiła.

background image

- ...i zgodził się zająć tą sprawą, którą pani juŜ zna.
- Wiem - powtórzyła.
- Byłbym wdzięczny, gdy zechciała pani oddać do jego dyspozycji wszystko, 

czym moŜemy słuŜyć.

Skinęła potakująco.
- Oczywiście.
- Trzeba przyznać, Ŝe miał bardzo wypełniony dzień -mówił dalej. - Wydaje 

mi się, Ŝe nie będziemy juŜ go dziś niepokoić. Najlepiej byłoby poczekać 
z prezentacją do jutra. Wie juŜ, Ŝe monsieur Valdemar jest w stanie uzyskać 
informacje niedostępne dla innych.

- Rozumiem - powiedziała.
- Ja nie - stwierdziłem - ale zgadzam się.
- Postaram się zebrać wszystkie dane potrzebne do Ŝeglugi i przekaŜę je 

kapitanowi Guyowi, zanim zejdę z pokładu -rzekł.

- Cieszę się - odparłem - i w takim razie...
- ...moŜe pan udać się na spoczynek - dokończył za mnie. - PoŜegnam 

państwa, Ŝycząc powodzenia i dobrej nocy.

Mocno uścisnął moją dłoń.
- śegnam i dobranoc - powiedziałem. Zwróciłem się do Ligei: - Do 

zobaczenia jutro.

- Tak.
Udałem się znów do mojej kabiny. Rzuciłem się na ogromne łoŜe. Zasnąłem 

natychmiast, leŜąc na brzuchu i oddalając się od naszego morskiego królestwa, 
a teraz...

Do kabiny wdzierało się wystarczająco duŜo światła, Ŝebym mógł się ogolić. 

Nabrałem wody z duŜego zbiornika w “laboratoryjnym” końcu pomieszczenia i po 
zakończeniu porannej toalety wylałem miskę przez okrągły bulaj. Wyszedłem 
następnie, szukając miejsca, gdzie podawano śniadanie, w mesie powiedziano mi, Ŝe 
posiłki mogą przynosić do kabiny oraz poinstruowano, jak wzywać słuŜbę. Byłem juŜ 
jednak w salonie, więc zdecydowałem się zostać i poczekać na jajecznicę z cebulą, 
grzanki i halibuta. Nocna gmatwanina snów, zamętu, zagadek, strachu odeszła ode 
mnie po kilku filiŜankach wybornej kawy. Ostatnią zabrałem ze sobą na pokład, Ŝeby 
mieć co sączyć, patrząc na zimne błyszczące fale, łagodne chmury w bezruchu 
przypominające białe wysepki na spokojnym niebieskim niebie. Słońce stało jeszcze 
nisko nad horyzontem. Wyglądałem zarysu lądu, skąd przenieśliśmy się na ten statek, 
ale nie dostrzegłem nic z Ŝadnego kierunku. Sznur mew przeciął powietrze, 
zakłócając nasz spokój. Jednooki kucharz, Hiszpan zwany Domingo, krzyknął coś 
głośno (przekleństwa albo urywki jakiejś piosenki) i wyrzucił resztki śniadania za 
burtę. Mewy odpowiedziały mu wrzaskiem i szybko rozpoczęły poranną ucztę 
w spienionej wodzie. Przeszedłem w stronę dziobu, obserwując horyzont 
w poszukiwaniu śladów wielkiego i ciemnego “Evening Star”. Ale ten statek teŜ 
musiał znajdować się poza zasięgiem widzianej rzeczywistości.

Zadygotałem z zimna i wypiłem kilka łyków parującej kawy. Postanowiłem, 

Ŝ

e następnym razem, gdy będę wybierał się na pokład tak wcześnie, załoŜę coś 

cieplejszego. Chciałem zejść na dół, aby udać się do kabiny Ligei i po drodze oddać 
filiŜankę do kuchni. Nagle natknąłem się na Dirka Petersa, który dotknął daszka swej 
czapki w szyderczym pozdrowieniu.

- Szanowanie, kapitanie Eddie. Uśmiechnąłem się i skinąłem głową.
- Dzień dobry, panie Peters - odpowiedziałem.
- Wystarczy Dirk - odparł. - Ładny dzień, co?
- Doprawdy.

background image

- Jak się pan czuje w nowej roli? - spytał.
- Trudno coś powiedzieć. Nie wydałem jeszcze Ŝadnych rozkazów.
Wzruszył ramionami.
- Na razie nie ma takiej potrzeby - powiedział. - Chyba Ŝe nadejdzie jakieś 

niebezpieczeństwo. Pan Ellison juŜ o wszystkim pomyślał.

- Ja teŜ tak uwaŜam - powiedziałem.
- Ma pan jakieś morskie doświadczenie? - spytał.
- PodróŜowałem jako dziecko i nie cierpiałem na chorobę morską, jeśli o to 

chodzi.

- Dobrze - dorzucił, patrząc, jak coś ciemnego spada z takielunku, przechodzi 

przez pokład i staje koło niego.

Wyciągnął rękę i chwycił włochate ramię swego małpoluda, Emersona. 

Kreatura wydawała się zadowolona z tego gestu. Nie mogłem się oprzeć wraŜeniu, Ŝe 
byli nawet podobni do siebie. Nie twierdzę tak, Ŝeby urazić mego wybawcę, który 
przyszedł mi z pomocą - uwaŜam, Ŝe łatwiej wybaczyć wykroczenie przeciw prawdzie 
niŜ pięknu - ale brzydota jego fizjonomii była w pewnym sensie bardziej fascynująca 
od wzorców urody powielanych przez artystów. Jego wargi były cienkie, zęby długie 
i wystające. Na pierwszy rzut oka mógł wyglądać zabawnie. Przy kolejnym spojrzeniu 
bardziej upodabniał się do pogodnego demona. Rzeczywiście, jego twarz była 
wykrzywiona jakby konwulsyjnym śmiechem. Jaśniejsze plamy między 
zmarszczkami wyglądały na stare blizny. Była to przeraŜająca twarz szczególnie 
wtedy, gdy ktoś zdawał sobie sprawę, iŜ przejście od łagodności do okrucieństwa jest 
tylko kwestią percepcji, a nie ludzkiej woli - jakby sięgnięcie po ukryty klejnot, który 
nagle okazuje się osadzony w głowie węŜa. “Dobrze”.

- Co moŜesz mi powiedzieć na temat Valdemara? - spytałem.
Podniósł się i zaczął rozgarniać palcami bujną czuprynę, unosząc ją 

i demonstrując jako swoistą perukę. ZauwaŜył moje spojrzenie, zrobił dziwny grymas 
i powiedział:

- Wyciąłem to ze skóry niedźwiedzia, który mnie zaatakował.
Później dodał:
- Valdemar, niech pan nigdy na niego nie patrzy. Przebywa w kabinie, zaraz 

koło pana.

W zachowaniu i manierach Petersa było coś marynarskiego, ale jeszcze silniej 

przebijał przez niego duch pogranicza.

- Pochodzisz z Zachodu? - zapytałem go. Potwierdził skinieniem głowy.
- Ojciec był traperem, handlarzem futer; moją matką była jakaś Upsaroka 

Injun z gór Black Hills. Polując przemierzyłem cały Zachód. Przeszedłem przez 
Colter's Heli i dotarłem do kanionu, który był tak ogromny, Ŝe pochłonąłby bez śladu 
całe Charleston.

Splunął przez reling i celnie trafił jakąś mewę.
- Byłem w Meksyku i na dalekiej północy, gdzie jasność trwała całe dnie.
Podrapał się pod pachą.
- Wszystko to poznałem zanim skończyłem dwanaście lat - dodał.
Słyszałem juŜ wiele rozmaitych historyjek, ale tym razem sam wygląd autora 

i sposób opowiadania całkowicie przekonały mnie o tym, Ŝe wszystko, co usłyszałem, 
było prawdą. Kłamcy zaleŜy na tym, aby słuchacze uwierzyli w jego słowa, gdyŜ chce 
wywołać odpowiednie wraŜenie. Nie sądzę, aby Peters przykładał wagę do tego, co 
ktoś moŜe sobie pomyśleć.

- a co z Valdemarem? - spytałem. - Słucham?
- Od jak dawna jest na pokładzie?
- Dokładnie nie wiem, sir - odpowiedział. - DłuŜej ode mnie. Mówią, Ŝe jest 

background image

kaleką i lubi podróŜe. Ale co to za przyjemność siedzieć ciągle w jednym miejscu!

- Myślisz, Ŝe jest w tym coś, o czym nie wiemy? Wzruszył tylko ramionami.
- Quien sabe? Przypuszczam, Ŝe to wszystko ma związek z lady Ligeją - 

dokończył swoją wypowiedź.

- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Jest coś dziwnego w tej kobiecie, jego opiekunce. Przypomina mi to 

pewnego szamana z plemienia Crow, którego kiedyś poznałem. Nazywał się Johny-
Chodzi-z-Dwoma-Duchami. Najbardziej nawiedzony osobnik. Jak przemawiał do 
człowieka, to prawie widziało się za nim wszystkie duchy i słyszało dziwaczne 
odgłosy na wietrze. Ona jest podobna. Nie wiem, jak to inaczej wyrazić. Pokręciłem 
głową.

- w czasie spotkania z nią byłem zupełnie oszołomiony. Nie rozmawialiśmy 

długo. Jej wygląd był uderzający.

Mruknął coś pod nosem.
- Jest piękna i skryta - powiedział. - Proponuję nie zadzierać z nią. Mam 

przeczucie, Ŝe moŜe być twardym przeciwnikiem.

- Jestem zwolennikiem zgody - odpowiedziałem. - Faktem jest, Ŝe wkrótce 

powinienem złoŜyć wizytę Valdemarowi.

- Kapitan teŜ niedługo będzie chciał porozmawiać. Przypatrywałem mu się 

przez pewien czas i przytaknąłem skinieniem głowy. Nie wyglądało na to, Ŝe wie 
o roli Valdemara w planach Ellisona i traktował go bardziej jako zwyczajnego turystę. 
RozwaŜniej było zostawić ten temat, chociaŜ wcześniej czy później będę musiał się 
przekonać o tym, co wie a czego nie wie.

- Nie wiem, co zrobić najpierw? - myślałem głośno.
- Pal diabli, moŜesz spotkać się z kapitanem w kaŜdej chwili - rzekł.
- Racja - przyznałem. - Kto wie, kiedy mi wypadnie stanąć przed naszym 

tajemniczym podróŜnikiem, jeśli nie czuje się najlepiej? o której mam pójść?

- Słyszysz bicie dzwonu? - spytał.
- Tak, zupełnie nie wiem, co to oznacza.
- To tak zwane szklanki, oznaczają godzinę - wyjaśnił. - Wybija się je co pół 

godziny, od jednego uderzenia do ośmiu. Później od nowa. Jedna szklanka o ósmej 
trzydzieści, dwie o dziewiątej. Następnie będą trzy o dziewiątej trzydzieści. MoŜesz 
pójść przy trzech albo czterech szklankach. Daj mu trochę czasu na wstanie i dojście 
do siebie.

- Dziękuję - powiedziałem, wyciągając rękę.
Nie podał mi swojej ręki, ale za to Emerson złapał moją dłoń, ścisnął ją 

i potrząsnął. Gdyby tylko chciał, mógłby ją zgnieść jak wiązkę suchych gałęzi.

Peters przybrał złowieszczą minę i skinął głową.
- Jak byłbym ci potrzebny, Eddie, daj znać. Zasalutował kpiąco, zrobił zwrot 

i zszedł na dół. Emerson wyprysnął ku górze i zniknął za Ŝaglem.

Trzy albo cztery szklanki. Dobrze. Zszedłem pod pokład, Ŝeby wypić jeszcze 

jedną filiŜankę kawy. Zanim wybiły trzy, miałem juŜ dość kawy. Wróciłem do swojej 
kabiny i ponownie przejrzałem garderobę. Postanowiłem załoŜyć białą koszulę i do 
tego krawat. Znalazłem równieŜ odpowiednią kamizelkę i kurtkę oraz przybory do 
czyszczenia butów. Dałem upust swym wojskowym nawykom.

Przeszedłem koło tajemniczej kabiny i zapukałem do drzwi Ligei. Otworzyła 

je natychmiast i ukazała się z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.

- Oczekiwałam pana.
- Myślę, Ŝe tak - odpowiedziałem, siląc się na uśmiech.
Miała na sobie jakąś szarawą koszulę. Na palcach i przegubach dłoni nie 

znalazłem nawet śladów bogatej biŜuterii z poprzedniego wieczora, którą jeszcze 

background image

zachowywałem w pamięci. Jej obecność niosła coś osobliwego - jakby uderzenie 
pioruna, które juŜ nastąpiło albo miało nadejść.

Nie zapraszała mnie do środka ani nie wychodziła na korytarz. Przyglądała mi 

się przez dłuŜszą chwilę.

- Jest pan jeszcze bardziej niezwykły, niŜ początkowo sądziłam - odezwała się 

wreszcie.

- Tak? w jakim sensie?
- Geograficznym - odpowiedziała.
- Nie pojmuję.
- Nie pasuje pan do Ŝadnego znajomego mi miejsca -powiedziała. - 

a wydawało mi się, Ŝe wiem o wszystkim. Musi pan pochodzić skądinąd.

- To by się zgadzało - stwierdziłem, nie chcąc zadraŜniać sytuacji. - Ale 

zostawmy to juŜ - dodałem - jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.

Zmarszczyła brwi i przymruŜyła oczy.
- Gdzie? - spytała.
- Gdzieś tam - powiedziałem.
Jej twarz przybrała bardziej pogodny wyraz i obdarzyła mnie szczerym 

uśmiechem.

- Wy Amerykanie macie poczucie humoru. Pan sobie wciąŜ Ŝartuje, prawda?
- Tak.
Oparła się o futrynę. Zdawało mi się, Ŝe zakołysała przy tym biodrami.
- Czy teraz chciałby się pan spotkać z monsieur Valdemarem...? - spytała 

w taki sposób, jakby chciała zachęcić mnie do dokończenia zdania w innej tonacji.

- Tak.
- Dobrze - powiedziała, wskazując na drzwi na lewo, które znajdowały się 

między drzwiami do jej kabiny i mojej. - Proszę poczekać pod drzwiami.

Mówiąc to, zniknęła w swoim salonie i zamknęła drzwi. Usłyszałem odgłos 

zasuwy albo zapadki.

Zrobiłem to, co mi kazała. Podszedłem do drzwi i czekałem. Upłynęło trochę 

czasu, a następnie ktoś gwałtownie je otworzył. Przez uchylone drzwi nie widziałem 
niczego poza pustą czeluścią.

- Proszę wejść - usłyszałem jej głos.
- O, nic nie widzę.
- Proszę się nie martwić i zrobić to, co powiem. Przypomniałem sobie słowa 

Ellisona, który nakazał mi jej zaufać, zrobiłem ostroŜnie dwa kroki, po których 
znalazłem się za progiem i wszedłem w ciemność. Drzwi zamknęły się za mną, 
usłyszałem odgłos rygla i znieruchomiałem.

- MoŜna poprosić o trochę światła? - spytałem. - Nie mam pojęcia, gdzie się 

skierować.

Poczułem, jak ktoś wziął mnie za rękę.
- Poprowadzę pana - powiedziała łagodnym głosem. -Monsieur Valdemar jest 

w takim stanie, iŜ światło bardzo mu przeszkadza.

- Nawet mała świeczka? - zapytałem.
- Nawet mała świeczka.
Poprowadziła mnie do tyłu i na prawo. Po kilku krokach ścisnęła mi dłoń, 

a drugą rękę połoŜyła na mojej piersi.

- Stop - powiedziała i dodała zaraz: - Tutaj, juŜ dobrze. Proszę się stąd nie 

ruszać.

Zostawiła mnie i odeszła kilka metrów. Po chwili usłyszałem skrzypiący 

dźwięk otwieranych drzwi, który dochodził gdzieś z przodu. Później zapanowała 
cisza. Po paru minutach chrząknąłem. Nie zareagowała, więc spytałem:

background image

- Wszystko w porządku?
- AleŜ tak - odpowiedziała. - Proszę uzbroić się w cierpliwość. Nawiązanie 

kontaktu wymaga trochę czasu.

Nie byłem w stanie stwierdzić, co ona robi, ale wyczułem szelest krzątaniny. 

Po chwili doznałem dziwnego uczucia, które przypomniało mi poprzedni wieczór. 
ZauwaŜyłem teŜ nikłą smugę światła z prawej strony. Oczywiście, to drzwi łączące jej 
apartament z tym pomieszczeniem nie były całkowicie zamknięte. Usłyszałem 
szemranie. To ona przemawiała ściszonym głosem.

- Nie budźmy biedaka - powiedziałem. - Niech sobie odpoczywa. Przyjdę 

później.

- Nie. Czuje się znakomicie. Musi się tylko pozbierać, nic więcej.
Dobiegł mnie straszliwy jęk.
- ...Nie chciałbym, Ŝeby zmuszać go do takiego wysiłku -dodałem.
- Nonsens. To mu pomaga. Podtrzymuje jego wolę, aby Ŝyć. Po chwili znów 

jęki.

Przesunąłem się nieco do przodu, poniewaŜ moje oczy zaczynały 

przyzwyczajać się do ciemności. Miałem nadzieję, Ŝe mimo jej ruchów zauwaŜę coś 
ciekawego, spoczywającego na łóŜku. Znów ogarnęło mnie jakieś drŜenie. Zanim 
o tym pomyślałem, ponownie rozległo się jęczenie i usłyszałem krzyki:

- Nie! Nie!... Zostaw mnie, proszę! Błagani!
- Czy jest pani pewna...? - zacząłem.
- Oczywiście. Zawsze tak się zachowuje, gdy go budzę. Taki juŜ jest.
- Podobny nastrój sam odczuwam przed poranną kawą -powiedziałem. - MoŜe 

powinniśmy zamówić dla niego śniadanie.

- Ooo! Ooo! - jęczał. - Umieram.
- Nie, nie ma ochoty na jedzenie czy picie. Monsieur, proszę wziąć się 

w garść. Jest tu pewien dŜentelmen, którego chcę panu przedstawić.

- Proszę! Pozwól mi odejść... - dochodził z daleka zgrzytliwy głos. - Daj mi 

umrzeć.

- Monsieur, im więcej czasu będzie się pan opierał, tym dłuŜej będzie to 

trwało - oznajmiła.

- JuŜ dobrze - powiedział w końcu. - Czego chcesz?
- Chcę przedstawić pana Edgara Perry, który dowodzi naszą wyprawą.
- Wyprawą... - powtórzył spokojnie.
- ...w pościgu za panami Goodfellow, Templeton i Griswold, którzy porwali 

kobietę o imieniu Annie.

- Widzę ją - powiedział - rozpaloną, jak kryształowy świecznik - przed nami. 

Nie jest z tego świata. Posługują się nią. Posługują się nią, Ŝeby podąŜyć za inną 
osobą. Dajcie mi umrzeć.

- Von Kempelen - wymieniłem to nazwisko.
- Tak, ale nie wiem, dokąd zmierzają, bo jeszcze nie wiadomo, gdzie on jest. 

Dajcie mi umrzeć.

- Nie chcemy tej informacji właśnie teraz - odezwałem się, gdyŜ przyszła mi 

do głowy nadzwyczajna myśl, która spowodowała, Ŝe zacząłem powoli przesuwać się 
na prawo.

- Proszę mi powiedzieć, o ile pan moŜe, jaki jest związek między Edgarem 

Allanem Poe a mną.

- Jesteście niejako tą samą osobą.
- Jak to moŜliwe? - zapytałem.
- KrzyŜówka - odparł. - Biedny Poe, nigdy się nie dowie. Nigdy nie odkryje 

celu poszukiwań przez równiny i góry.

background image

- Dlaczego nie?
- Chcę odpocząć!
- Proszę mi powiedzieć!
- Nie wiem. Jedynie Annie wie! Jestem martwy!
Zrobiłem jeszcze jeden krok na prawo, obróciłem się i kopnięciem 

otworzyłem drzwi. Światło wdarło się z kabiny Ligei. Zobaczyłem ją stojącą nad 
otwartą szkatułą, w której leŜał przeraźliwie blady osobnik ze sterczącymi białymi 
wąsami kontrastującymi z czernią włosów. Miał otwarte oczy, ale gałki były 
wywrócone ku górze. Twarz była wykrzywiona, cofnięte wargi odsłaniały zęby. 
Język, nieco wystający, był czarny.

- O, BoŜe! - krzyknąłem. - On nie Ŝyje.
- Tak i nie - powiedziała. - To szczególny przypadek. Wykonałem powolny 

ruch dłońmi i jego oczy zamknęły się.

Przymknąłem wieko.
- CóŜ, wszyscy mamy jakieś zmartwienia - dodała. -Co by pan powiedział na 

herbatę albo haszysz?

- Nie ma pani czegoś mocniejszego? - spytałem, gdy wzięła mnie za rękę.
- Naturalnie - odparła, a ja rzuciłem spojrzenie za siebie i stwierdziłem ze 

zdziwieniem, Ŝe szkatuła, po zamknięciu, kształtem i wielkością przypominała 
olbrzymią skrzynię na butelki z winem i miała etykietę Chateau-Margaux 
z fioletowym lakiem.

Wskazała mi krzesło wyglądające na wygodne, na którym usiadłem. Zamknęła 

drzwi i przeszła w drugi koniec salonu. Otworzyła szafkę, i po chwili usłyszałem 
dźwięk przesuwanego szkła i odgłos wlewanego do naczyń płynu.

Wróciła za moment z wysoką szklanicą napełnioną błotnistą, zielonkawą 

cieczą z kawałkami liści i czegoś innego na powierzchni.

- Wygląda niczym błoto - powiedziałem, biorąc szklanicę do ręki. - i smakuje 

jak błoto - dodałem po spróbowaniu zawartości.

- To ziołowy tonik - wyjaśniła. - Działa uspokajająco. Zastanawiałem się nad 

tym przez chwilę, a później wypiłem mały łyk.

- Valdemar naprawdę nie Ŝyje? - spytałem.
- Tak, ale zapomina o tym. Jak sobie przypomni, to moŜe to być nieco 

męczące.

- Kiedy i jak umarł? Wzruszyła ramionami.
- Miesiące, lata przed naszym przybyciem na pokład -powiedziała. - DuŜo 

wcześniej, zanim go znalazłam.

Rozejrzałem się po jej kabinie zawieszonej jasnymi gobelinami, zarzuconej 

skórami i wschodnimi dywanami. Były tu teŜ ciemne drewniane figurki, najpewniej 
afrykańskie, zdobione miedzianym drutem i jaskrawymi koralikami. Na jednej ze 
ś

cian wisiała para toledańskich szabel. Przy ogromnym przysłoniętym łoŜu stały 

nargile, w powietrzu unosił się cięŜki aromat egzotycznych olejków. To wszystko 
przypominało mi wóz cygański, w którego wnętrzu kiedyś się znalazłem, Ŝeby 
posłuchać wróŜby z ręki. Zaprosiła mnie tam uszminkowana Cyganka. Ale tu było coś 
jeszcze. Peters miał rację. Prawie czuło się obecność duchów.

- Dlaczego Valdemar jest taki szczególny?
- Domyślam się, Ŝe brał udział w jakimś hipnotycznym seansie, będąc na łoŜu 

ś

mierci - wyjaśniła. - Został zatrzymany dokładnie w punkcie przejścia między 

Ŝ

yciem a śmiercią. Daje mu to wyjątkową umiejętność patrzenia w przyszłość. 

Jedynie doświadczony hipnotyzer da sobie z nim radę, gdyŜ on ciągle usiłuje 
przeniknąć w ciemność.

- a pani jest zapewne specjalistką w tym względzie? Potwierdziła skinieniem 

background image

głowy.

- Zjawisko jest nieco kontrowersyjne tam, skąd ja pochodzę - powiedziałem.
- Tutaj jest częścią Ŝycia.
- Jestem pewien, Ŝe dwukrotnie czułem coś w pani obecności.
- Całkiem moŜliwe. Proszę dokończyć swój tonik, a potem zademonstruję 

panu to wszystko.

Połknąłem resztkę jednym haustem i odstawiłem szklankę.
- Jakoś to na mnie nie działa - stwierdziłem.
- Jest dość łagodne.
- Myślałem, Ŝe powiedziała pani, iŜ jest to mocny napój.
- Nie, to pan prosił o coś mocnego. Teraz zaczniemy. Wzniosła ręce. 

Sprawiały wraŜenie, Ŝe iskrzą. Ponownie poczułem gorący impuls, łagodne 
mrowienie.

- Tonik to tylko wstęp.
- Jak to wszystko na mnie zadziała?
- Do końca nie wiem, jak będzie w pana przypadku. Czego pan oczekuje?
- Chciałbym po prostu uciec od samego siebie na jakiś czas.
Uśmiechnęła się, wyciągnęła ręce i opuściła je. Czułem jakby nagle obmyła 

mnie gorąca fala. Przechyliłem się do tyłu na krześle i poddałem się temu uczuciu. 
Wykonała te same ruchy rękami, a ja usiłowałem całkowicie się zrelaksować, Ŝeby 
ciepło przepłynęło przeze mnie. To, co kiedyś robiła Cyganka, było zupełnie inne.

Pierwsze wraŜenia były miłe, ale w miarę upływu czasu i zabiegów Ligei 

doznawałem uczucia pewnego odrętwienia. Ciało oddzielało się od świadomości. 
Później zauwaŜyłem, Ŝe mój umysł pracuje ospale i niemrawo. Wszystko to było 
połączone z taką euforią, Ŝe nie opierałem się postępującemu letargowi.

Jej dłonie powoli przesuwały się wokół mnie.
- Wprowadzę pana w stan głębokiego relaksu. Po przebudzeniu będzie się pan 

czuł całkowicie odpręŜony.

Chciałem coś odpowiedzieć, ale dałem spokój. Jeszcze raz wykonała tajemne 

ruchy i przestałem odczuwać swe ciało. Jedynym wyjątkiem były oczy, z ledwością 
udawało mi się mieć je otwarte, w końcu zamknęły się. Cienie jej rąk docierały do 
mojej świadomości, a później oddalałem się - unosiłem się w biel, niesioną 
w powietrzu, przeistaczającą się w śnieg, wpadającą...

...Nagle poczułem się nieswojo, bolał mnie brzuch. Podniosłem ręce, Ŝeby 

pomasować skronie. Otworzyłem oczy. LeŜałem w łóŜku obłoŜony poduszkami. 
Wytarty koc okrywał mnie od pasa w dół. Opuściłem ręce, które drŜały lekko. 
Przysłuchiwałem się śpiewom drozda dochodzącym z zewnątrz. Rozejrzałem się 
i zobaczyłem, Ŝe znajduję się w małym i dość ubogim pokoiku. Co się działo? Nie 
mogłem sobie przypomnieć, jak się tu znalazłem...

Na stole przy łóŜku leŜała jakaś kartka. Wziąłem ją do ręki. Była 

zaadresowana do Poego. Zaintrygowany coraz bardziej przeczytałem ją z nadzieją, Ŝe 
znajdę rozwiązanie zagadkowej sytuacji.

Richmond, 29 września 1835
Drogi Edgarze,
Chciałbym dołoŜyć wszelkich starań, aby móc najbardziej odpowiednimi 

słowami wyjaśnić wszystko. Nie jestem w stanie uŜywać wyszukanego języka, stąd 
muszę zadowolić się zwyczajną, prostą przemową.

Głęboko wierzę, Ŝe szczerość przebija przez twoje obietnice. Ale, Edgarze, 

boją się, Ŝe gdy znów zaczniesz przemierzać te ulice, wrócisz do swego nałogu, nawet 
jeśli on odbiera ci zmysły. Bytem przywiązany do ciebie - i nadal jestem - i chętnie 
powiedziałbym: wróć! gdyby nie obawa, Ŝe ponownie szybko się rozstaniemy.

background image

Gdybyś zechciał zatrzymać się u nas lub u kogoś, gdzie nie uŜywa się Ŝadnych 

trunków, przekonałbym się, Ŝe jest jeszcze dla ciebie nadzieja.

Jeśli natomiast udasz się do gospody albo gdziekolwiek indziej, gdzie podaje 

się te napoje, grozi ci niebezpieczeństwo. Przemawia tu moje doświadczenie.

Edgarze, jesteś obdarzony zaletami i zdolnościami - powinieneś szanować je, 

tak jak i siebie. Naucz się szacunku dla samego siebie, a wkrótce przekonasz się, Ŝe 
będziesz szanowany.

Porzuć na zawsze butelkę i biesiadne towarzystwo.
Powiedz mi, czy jesteś zdolny do tego i napisz, Ŝe postanowiłeś na dobre 

odrzucić wszelkie pokusy.

Jeśli powrócisz do Richmond i zaczniesz u mnie pracę, musisz przyjąć do 

wiadomości, Ŝe wszelkie zobowiązania z mojej strony ustaną, gdy się upijesz.

KaŜdemu, kto pije przed śniadaniem, grozi niebezpieczeństwo paskudnego 

nałogu. Nikt, kto tak postępuje, nie moŜe myśleć o solidnym wypełnianiu swoich 
obowiązków zawodowych.

Przemyślałem powaŜnie sprawę rękopisu i doszedłem do wniosku, Ŝe 

najrozsądniej będzie nie uwzględnić jego pierwotnej postaci. Nie byłbym zdziwiony, 
gdyby po rozesłaniu okazało się, Ŝe Cooper wniesie przeciwko mnie skargę 
o zniesławienie.

Był co prawda gotów do druku od trzech dni, ale tyleŜ samo czasu zabrały mi 

przemyślenia i podjęcie decyzji.

Szczerze oddany T. W. White
Kartka wypadła mi z ręki. Nigdy nie czułem się tak osłabiony. Mimo wszystko 

z wysiłkiem wstałem. Przeszedłem przez cały pokój do lustra i zacząłem się sobie 
przyglądać - niby moja twarz: oczy zaczerwienione, wymizerowany. Potarłem 
ponownie skronie. CóŜ, biedny Poe wypił za duŜo i teraz cierpi.

Jak to się stało, Ŝe przyoblekłem się w jego ciało?
Przypomniałem sobie powolne ruchy rąk Ligei wokół mojego ciała, które 

miały zapewne jakiś wpływ na to wszystko. Pamiętałem Valdemara, Petersa, Ellisona 
i ostatnie spotkanie z Poem. Czy sądził, Ŝe Annie nie Ŝyje? MoŜe to było powodem 
jego nieszczęsnego stanu?

Gdyby tak było, moŜe pozostawienie mu jakiejś wiadomości przyczyniłoby się 

do poprawy? Szukałem przyborów do pisania.

- Eddie! - z sąsiedniego pokoju doszło do mnie wołanie starszej kobiety.
Postanowiłem nie odzywać się.
- Eddie! Wstałeś?
O, jest na małym stoliku przy oknie. Pióro, kałamarz. Chciałem szybko po nie 

sięgnąć. Papier, gdzie jest papier? Ten człowiek pracuje w redakcji, musi mieć papier. 
Szuflada okazała się pusta.

- Eddie, moŜe herbaty?
Musi być w pudełku pod stołem. Przewróciłem się o jedyne krzesło w tym 

pokoju.

Jak zacząć? Muszę nawiązać do wspólnej znajomości z Annie.
“Ile razy widziałeś dziewczynę, to znaczy...” Tylko tyle udało mi się napisać. 

Potem opadłem z sił. OdłoŜyłem pióro. Ledwie mogłem utrzymać głowę. Usłyszałem, 
Ŝ

e ktoś z tyłu otworzył drzwi. Ciekawość nakazywałaby, Ŝeby się odwrócić 

i zobaczyć, ale byłem zbyt słaby. Osunąłem się.

- Eddie! - krzyknęła.
Znów traciłem poczucie swego ja, odpływałem gdzieś, unosiłem się w dal. Jej 

głos zupełnie zanikał. Moje mięśnie odrętwiały i cała rzeczywistość zszarzała. Później 
coś zakłóciło moją jaźń i oczy przysłoniły mi cienie.

background image

Po długiej chwili westchnąłem i spojrzałem w górę. Zobaczyłem nad sobą 

twarz Ligei; zmarszczone brwi wyraŜały zaniepokojenie. Badawczo mi się 
przyglądała.

- Jak się pan czuje? - spytała.
Potrząsnąłem głową i złapałem się za brzuch. Uczucie zgagi po przepiciu 

zupełnie minęło.

- Dobrze - powiedziałem przeciągając się. - Co się stało?
- Nie pamięta pan?
- Pamiętam, Ŝe byłem gdzieś indziej, pod postacią kogoś innego.
- Czyją?
- Edgara Allana Poe.
- Tego, o którego pytał pan monsieur Valdemara? Potwierdziłem skinieniem 

głowy. - ZałoŜę się, Ŝe on był w moim ciele, gdy mnie tu nie było.

Tym razem ona potwierdziła.
- Tak - powiedziała - i był albo pod działaniem narkotyku, albo pijany lub 

szalony. Trudno było zapanować nad nim i odesłać go.

- Dlaczego przyszedł? Czy taka zmiana często się zdarza?
- Nigdy przedtem nie widziałam ani nie słyszałam o takim przypadku - 

stwierdziła. - To dziwny człowiek, zupełnie jak bym zaklinała jakiegoś złego ducha.

- Wypytywał o Annie - mówiła dalej - i powiedział, Ŝe jego uczucia to lutnia. 

Jeśli nie jest szalony, to musi być poetą. Zastanawiam się jednak, czy to, co 
doprowadziło go do takiego przeistoczenia, jest w nim czy w panu?

Wzruszyłem ramionami.
- Chwileczkę. CzyŜ monsieur Valdemar nie powiedział, Ŝe stanowicie 

w pewien sposób jedną osobę? To wyjaśniałoby całą metafizykę sytuacji.

- Metafizyka nie słuŜy do wyjaśniania rzeczywistości -powiedziałem. - Nie 

jestem ani szalony, ani poetą. Moje serce to nie instrument muzyczny. UwaŜam, Ŝe 
jestem w niewłaściwym świecie, biedny Poe teŜ. Nie wiem, jak to się dzieje, ale ten, 
za którym podąŜamy, ma coś wspólnego z tym wszystkim.

- Rufus Griswold?
- Myślę, Ŝe tak, z pewnością tak. Zna go pani?
- Spotkaliśmy się kiedyś w Europie, dawno temu. Jest groźny - na wiele 

sposobów.

- Rozumiem, Ŝe jest kimś w rodzaju alchemika.
- Powiem więcej, czarnoksięŜnika o tajemnej sile perswazji, która nie jest mi 

znana.

- Ellison sądzi, Ŝe wkroczył w związek między Poem, Annie i mną, Ŝeby 

spowodować powstanie obecnej sytuacji i przechwycić Annie jako swego 
przewodnika, usuwając nas ze światów, w których istniejemy.

RozłoŜyła ręce i spojrzała na mnie.
- Trudno powiedzieć, ale wydaje mi się to fascynujące. Czy mogę spróbować 

dowiedzieć się o tym czegoś więcej?

- Proszę. Wstałem.
- Jednak... - zaczęła.
- Tak?
- Chciałabym rozmawiać z monsieur Valdemarem codziennie o tej samej 

porze. Taki stały porządek nie zaszkodzi mu.

- Nie?
- Nawet umarłym potrzebne są pewne stałe przyzwyczajenia -  wyjaśniła. - 

Pan, jako dowódca wyprawy, powinien w tym uczestniczyć.

- Chyba tak - przytaknąłem - chociaŜ... szkoda...! -Podszedłem do drzwi 

background image

i zatrzymałem się. - Dziękuję za wszystko. Do zobaczenia na lunchu.

Skinęła głową.
- Ja jem wszystkie posiłki właśnie tutaj - powiedziała. -MoŜe pan oczywiście 

czasem zjeść ze mną.

- Czasem - odpowiedziałem i wyszedłem. Korytarzyk wypełnił się nagle 

białymi płomieniami.

- Perry, tędy - zawołał ktoś znajomy.
Był to głos tej jedynej, ruszyłem poprzez ogień. Nawet Ŝywi potrzebują nieco 

spokoju i ciszy, pomyślałem, przez chwilę zazdroszcząc Valdemarowi.

IV

...Pędziłem korytarzem wypełnionym ogniem, niczym tunelem w srebrnej toni 

albo lodowej grocie. Annie przywoływała mnie. Miałem wraŜenie, Ŝe jest bardzo 
blisko, za rogiem. Minąłem naroŜnik, pobiegłem ku górze, znów zakręt, jasność 
migotała - prawie pulsując - przybliŜając Annie, której jednak nie mogłem dosięgnąć. 
Kolejna wspinaczka ku górze... jeszcze wyŜej...

- Annie! - krzyknąłem w pustkę. - Gdzie jesteś?
- Tam, gdzie zawsze - odpowiedziała wysokim głosem. - Na plaŜy.
- Nie mogę cię odnaleźć. Zgubiłem się - krzyczałem. Nagle płomienie 

rozstąpiły się. Natychmiast zostałem porwany do tamtego dnia, dawno temu. Nie 
byłem zaskoczony tym, Ŝe Annie, jako mała dziewczynka, stoi przy stosie gałęzi, 
trzymając błyszczącą muszelkę w dłoni, a za nią widnieje ogrom falującego oceanu.

- Annie! Co się stało?
- To Eddie, Edgar Allan...
- Poe - dokończyłem.
Na moment przybrała grymas niezadowolenia, a potem skinęła głową.
- Tak - potwierdziła. - TeŜ Poe. Ale on nas odrzuca. Odchodzi. To smutne.
- Nie rozumiem. Co mogę zrobić? - spytałem.
- Porozmawiaj z nim. Powiedz, Ŝe...
Płomienie na nowo połączyły się w jedno, zasłoniły jej obraz.
- Annie!
- Nie mogę zostać - usłyszałem jej słabnące wołanie.
- w jaki sposób mogę ci pomóc?
Poczułem pulsowanie w dłoniach, a potem ziemia poczęła usuwać mi się spod 

nóg, ramiona napręŜyły się z wysiłku, a płomienie trzepotały, wydając dźwięki.

- Annie!
Odpowiedział mi tylko krzyk ptaków. Mógł to być równieŜ trzask pioruna 

zapowiadający radykalną zmianę. Nagle uświadomiłem sobie, Ŝe płomienie to tylko 
łopoczący na wietrze Ŝagiel, a pulsowanie moich dłoni spowodowane jest kurczowym 
trzymaniem liny pobliskiego masztu. Moje stopy spoczywały na innej linie, która 
przenosiła kołysanie statku. Znajdowałem się dość wysoko nad pokładem i z bojaźnią 
chwyciłem linę mocniej. Zawsze odczuwałem lęk wysokości, tym bardziej teraz, 
o poranku, kiedy wiatr zwiastował nadchodzący sztorm.

Usłyszałem głośne cmoknięcie ł spojrzałem w lewo. To Emerson wychylił się 

w moją stronę, przywarł do masztu, wyciągnął dłoń i chwycił mnie za rękę. Powoli 
dochodziłem do siebie, nie trzymałem juŜ liny tak kurczowo. Czułem siłę tego 
potwora, ale działał na mnie uspokajająco. Postawiłem nogi na drewnianej belce, 
objąłem maszt i przez chwilę czekałem, aŜ ustanie zawrót głowy. Bardziej 
przestraszyłem się połoŜenia, w którym się znalazłem, niŜ samego wysiłku, który 
musiałem włoŜyć, Ŝeby się tam znaleźć.

background image

Mruknąłem coś w podzięce Emersonowi, który musiał zrozumieć, Ŝe czuję się 

bezpieczniej. Puścił mnie i zniknął. OstroŜnie zszedłem nękany nawrotami obrazów 
z dzieciństwa.

- Panie Perry - usłyszałem znajomy głos - jestem pod wraŜeniem sumienności, 

z jaką wypełnia pan obowiązki dowódcy wyprawy. Gdybym wiedział, Ŝe zamierza 
pan dokonać inspekcji statku, z całą przyjemnością przydzieliłbym panu kogoś do 
pomocy albo sam dotrzymałbym panu towarzystwa. Nie przypuszczałem, Ŝe szczur 
lądowy moŜe tak przykładać się do morskiego rzemiosła.

Splotłem dłonie na plecach, chcąc ukryć ich drŜenie, i powoli ukłoniłem się.
- Dziękuję, kapitanie Guy - odparłem. - To nie inspekcja, a raczej 

zaspokojenie mojej ciekawości.

Uśmiechnął się.
- Jest pan człowiekiem rozwaŜnym. Mam nadzieję, Ŝe jest pan 

usatysfakcjonowany tym, co pan zobaczył.

- Oczywiście, zrobiło to na mnie bardzo dobre wraŜenie.
- Chciałem zaprosić pana na lunch w mojej kabinie, gdy wybije osiem 

szklanek. Chciałbym, Ŝebyśmy bardziej się poznali i porozmawiali o czekającej nas 
podróŜy.

- Znakomity pomysł - przyznałem. - Bardzo dziękuję i do zobaczenia.
Wróciłem do swojej kabiny, Ŝeby odpocząć i przemyśleć to, co się wydarzyło. 

Rozciągnąłem się na duŜej koi, patrząc bezmyślnie na pojemniki z kolorowymi 
płynami, które stały na stole laboratoryjnym w końcu pomieszczenia, i dumając o tym,
Ŝ

e Valdemar leŜy zaraz za ścianą. Myślałem teŜ o zdarzeniach z ostatnich paru chwil, 

od kiedy to tempo mego Ŝycia stało się szybsze. Nasuwały się pytania, których nie 
byłem w stanie sprecyzować z racji zmęczenia, przestrachu, rozproszenia myśli. Jak 
silny jest przeciwnik i w czym tkwi jego moc, Ŝe udaje mu się przenosić Poego, Annie 
i mnie ze świata do świata, tak jak to zrobił? Jak potęŜna jest Ligeja? i wreszcie, co 
najwaŜniejsze dla mnie: dlaczego wszystkie zwyczajne przeŜycia, które dotyczyły 
mnie, Poego i Annie tak nagle odmieniły się co do charakteru, częstości 
i intensywności? Od początku nie rozumiałem ich mechanizmu, a teraz tym bardziej 
nie wiedziałem, jak pojąć te nowe wydarzenia. Ostatnie z nich, po którym zawisłem 
gdzieś na takielunku, intrygowało mnie najbardziej, w naszych wszystkich 
spotkaniach byliśmy zawsze w jednym wieku. Czy czas takŜe podlegał tajemnym 
manipulacjom? a jeśli tak, to dlaczego przydarzyło się to akurat nam?

Zapadłem w sen, zanim zdąŜyłem wszystko pojąć. Kiedy się obudziłem, nie 

pamiętałem juŜ odpowiedzi na stawiane sobie pytania. Obudził mnie dźwięk dzwonu. 
Nie zorientowałem się, ile było uderzeń. Wyszedłem z kabiny, Ŝeby się o tym 
przekonać.

Przy zejściu pod pokład spotkałem Dirka Petersa, który palił cygaro. Emerson 

jak zwykle w takiej sytuacji wynurzał się z cienia, sięgał po to cygaro, zaciągał się raz 
i zwracał je Dirkowi.

- Panie Eddie, to było osiem szklanek - powiedział -a jeśli szuka pan kabiny 

kapitana, to jest tam.

Wskazał mi drogę, uŜywając do tego celu tlącego się cygara, które Emerson 

znów skwapliwie chwycił.

- Pierwsze drzwi? - spytałem.
- Drugie - odpowiedział. - Słyszałem, Ŝe zaplątał się pan w takielunku.
- No, nie jest to cała prawda - odparłem, nie mając zamiaru pytać go, czy 

rozmawiał juŜ o tej całej historii z Emersonem. Zaśmiałem się tylko.

- Muszę iść. Dziękuję.
Owłosiona ręka z cygarem pomachała mi na poŜegnanie.

background image

Kapitan Guy przywitał mnie serdecznie małym kieliszkiem wina. Steward, 

który nas obsługiwał, wyszedł, jak tylko skończył nakrywać do stołu.

- Szanowny panie Perry - zwrócił się do mnie, napełniając ponownie kieliszki 

- postanowiłem oprowadzić pana po statku, jak tylko skończymy posiłek.

- Dziękuję, sir. Nie musi pan...
- Cała przyjemność po mojej stronie. Pan Ellison mówił, Ŝe dostarczanie 

informacji o trasie naszej podróŜy nie będzie dla pana Ŝadnym problemem.

- To prawda - przyznałem, gdy zaczęliśmy jeść. -Mam nadzieję, Ŝe nie będzie 

z tym trudności - dodałem, widząc, Ŝe spojrzał na mnie.

- Poznał pan tajemniczego monsieur Valdemara?
- Tak.
- Jest to ktoś w rodzaju głównego rachmistrza, nieprawdaŜ?
- Nie jestem tego pewien - odpowiedziałem. - Nie rozmawialiśmy na takie 

tematy.

- CóŜ, po prostu zakładam, Ŝe uŜywa zawiłych i niezrozumiałych wzorów do 

określania pozycji drugiego statku.

Potrząsnąłem głową.
- Nie - powiedziałem i zająłem się jedzeniem.
- Pan Ellison naradzał się z nim długo, zanim opuścił pokład. Powiedział mi 

następnie, Ŝe mamy dotrzeć do miejsca, które leŜy gdzieś w południowej Francji. 
Dodał teŜ, Ŝe pan przekaŜe więcej szczegółów, gdy będą niezbędne dla Ŝeglugi.

- Zgadza się - odparłem.
- Czy monsieur Valdemar nie potrzebuje niczego?
- Nie sądzę.
- Nie posyłam mu Ŝadnego jedzenia do kabiny.
- Jest na specjalnej diecie. Ligeja zajmuje się wszystkim.
- Rozumiem. Proszę mnie jednak powiadomić, gdyby czegoś potrzebowali.
- Oczywiście.
- Bardzo ciekawa osoba. Musi mieć wiele dziwnego do powiedzenia.
- z pewnością, chociaŜ nic jeszcze nie słyszałem. Jedliśmy w milczeniu, 

wreszcie zapytał:

- Czy moŜe mi pan powiedzieć, kiedy będzie miał pan jakieś instrukcje 

w sprawie dalszej Ŝeglugi?

- Kiedy będą panu potrzebne?
- Jeszcze przez pewien czas mogę się bez nich obejść.
- Proszę mnie powiadomić, kiedy przyjdzie pora. Uśmiechnął się zdawkowo, 

a następnie skierował rozmowę na sprawy pogody i Ŝeglugi. Po skończeniu posiłku, 
zgodnie z obietnicą, obeszliśmy razem cały statek.

Tamtego dnia wieczorem obserwowałem burzę. Grzmoty i błyski dochodziły 

z południa. Stałem na głównym pokładzie, patrząc na rozgwieŜdŜone niebo. Burza 
nadeszła, niczym ogromny owad, przez bezkresne morze. Chłodna bryza i coraz 
mocniejsze fale atakujące kadłub zwiastowały sztorm. Statek kołysał się; uderzeniom 
pioruna towarzyszył wiatr. Gwiazdy spadały w ciemną otchłań, która stopniowo 
pokrywała się niezmierną ilością świecących punkcików. Zastanawiałem się, czy 
w świecie twórczości Poego teŜ jest burza, która dodatkowo nakłada się na jego 
alkoholizm.

Nagle z nieba spadł oślepiający błysk, a po nim ogromny huk rozdarł 

powietrze. Gwałtowna ulewa zabębniła o pokład. Popędziłem w stronę schodów, ale 
deszcz zdąŜył mnie niemal przemoczyć, zanim tam dotarłem.

Przez kilka kolejnych dni odwiedzałem Valdemara, zgodnie z ustaleniami. 

Ligeja otwierała szkatułę, nie zachowując juŜ przede mną Ŝadnych tajemnic, 

background image

w pomieszczeniu było kilka świeczek albo mała lampka olejowa, które rzucały 
migotliwe światło na woskową skórę męŜczyzny. Odprawiała nad nim swój 
hipnotyczny rytuał do czasu, gdy zaczynał lamentować, jęczeć, wzdychać czy 
wrzeszczeć. Oznaczało to nawiązanie z nim kontaktu. Zwykle przy takiej okazji ja teŜ 
czułem, jak prądy, niczym woda, płyną przeze mnie. Później zaczynała się rozmowa:

- Na miłość boską, puśćcie mnie! Jestem nieŜywy, słyszycie? Nie macie 

litości? Zostawcie mnie!

- Jaka będzie dziś pogoda? - pytałem.
- Słonecznie. Wiatry południowo-wschodnie. Trzydzieści węzłów. Przelotne 

opady wczesnym popołudniem. O,- to juŜ agonia.

- Trochę deszczu jeszcze nikomu nie zaszkodziło - zauwaŜyła Ligeja. - Czy 

juŜ moŜna stwierdzić, dokąd zmierza von Kempelen?

- Francja albo Hiszpania. Nic więcej teraz nie mogę powiedzieć. Odchodzę, 

więznę na granicy ducha i materii!

- Co stało się z Królestwem Niderlandów? Wspomniał pan o tym, gdy ostatnio 

zadawałem pytania.

- Prawdopodobnie zniknęło, ale mówię wam, Ŝe ja nie Ŝyję.
- Ja równieŜ nie mam dziś najlepszego samopoczucia. Czy Griswold, 

Templeton i Goodfellow zdają sobie sprawę, Ŝe ich ścigamy?

- Tak. O! o! o!
- Czy zaplanowali juŜ coś, co stwarzałoby niebezpieczeństwo dla nas?
- UwaŜam, Ŝe mogą mieć takie zamiary, ale nie jestem w stanie przeniknąć ich 

myśli. Dotychczas nie zrobili niczego, co byłoby dla was zagroŜeniem.

Dolna szczęka opadła mu i odsłoniła opuchnięty, czarny język i długie, Ŝółte 

zęby.

- Pospieszcie się! Szybciej! Wprowadźcie mnie w sen albo zbudźcie mnie! 

Szybko! Jestem nieŜywy!

- Spokojnych snów - powiedziała Ligeja, przesuwając nad nim ręce, 

i zamknęła wieko.

Kiedy indziej rozmawialiśmy o innych sprawach:
- Dzień dobry, monsieur Valdemar - powiedziała. -Jak samopoczucie?
- O! To juŜ agonia!
- Zastanawiałem się nad sprawą alternatywnych światów - powiedziałem. - 

Mam wraŜenie, Ŝe jest ich wiele i przy tym nieco, a moŜe bardzo, róŜnią się między 
sobą.

- Nie zaprzeczam. Proszę, oszczędźcie mnie! Dajcie mi Ŝyć albo umrzeć! Ale 

nigdy juŜ więcej tych porannych horrorów!

- Zastanawiałem się równieŜ nad sposobem przenoszenia osoby z jednego 

takiego świata w drugi.

- Po pierwsze, trzeba znaleźć jak najbardziej podobnych do siebie osobników 

w tych tak odmiennych światach, między którymi istnieje jednak pewien rezonans.

- Jak szukać takich osób?
- Trzeba posługiwać się specjalnym detektorem...
- Niech go pan opisze.
- Jest to osoba, która nie jest ani Ŝywa, ani martwa, ale trwa między tymi 

dwoma stanami, i moŜe być skierowana w odległe obszary świadomości.

- Brzmi to jak pana własna charakterystyka.
- Bo tak jest.
- Czy chce pan powiedzieć, Ŝe brał pan udział w naszym przechodzeniu 

między światami?

- Nie. SłuŜyłem jedynie znalezieniu odpowiednich osób.

background image

- Znalazł pan Poego, Annie i mnie dla Griswolda i jego towarzyszy?
- Tak.
- w jaki sposób?
- Tego nie da się opisać. Trzeba tego doświadczyć. Błagam...
- Niech go pani wprowadzi w sen.
Po pewnym czasie, innego szarego, niespokojnego dnia, gdy morze pokrywały 

białe, spienione fale, a pokład pod stopami wyczyniał harce, znów rozmawialiśmy 
z Valdemarem:

- Dzień dobry, monsieur Valdemar. Coś ciekawego?
- Pani, uwolnij mego ducha i złóŜ me śmiertelne szczątki w odmętach wód.
- Pan Perry chciałby o coś zapytać.
- Nie zabiorę panu duŜo czasu tym razem, panie Valdemarze. To, co 

powiedział pan kiedyś, zaprząta moją uwagę. Jeśli ludzie Griswolda wykorzystali 
pana do tego, aby nas znaleźć, to czym się posłuŜyli, Ŝeby spowodować nasze 
fizyczne przemieszczenie z jednego świata do drugiego?

- Potrzeba do tego celu osoby o wielkiej mocy, osoby, która mogłaby być 

wykorzystana do stworzenia metamiejsca, obszaru spotkania waszej trójki.

- Annie? Pan nas odnalazł, a Annie została nakłoniona, Ŝeby spowodować 

przejście?

- Właśnie tak. Gdyby pan zechciał, szanowny panie...
- Nie mam w tej chwili Ŝadnych dalszych pytań. - Ligeja dała mi znak ruchem 

rąk. - śyczę miłego dnia, monsieur.

Statkiem zakołysało niespodziewanie właśnie wtedy, gdy zamykała wieko 

szkatuły. Opadło na dół z ogromnym hukiem. - Czy miałby pan ochotę na herbatę 
albo napój ziołowy? -spytała.

- Bardzo proszę. Następnego dnia.
- Miło powitać pana, monsieur Valdemar.
- Jeśli litość nie jest obca twej duszy...
- Jak dobrze, Ŝe przemawia pan z taką jasnością. Edgar chciałby jeszcze o coś 

zapytać.

- Tak - włączyłem się. - Nie pojmuję, jak moŜna było namówić Annie do 

przeprowadzenia przemian, o których pan mówił; przecieŜ to obróciło się przeciw 
niej.

- Sprawił to doktor Templeton - wprawny hipnotyzer.
- Sprawa jest dla mnie wciąŜ niejasna. Jeśli jej zdolności w tej dziedzinie są 

tak wielkie, jak to moŜliwe, Ŝe zwykłemu hipnotyzerowi udało się nad nią 
zapanować? a jeśli jest od niej potęŜniejszy, to do czego jest im potrzebna?

- Porównywanie tych osobowości jest jak przyrównywanie światła świecy do 

blasku ciał niebieskich. Doktor zdołał jednak wywrzeć swój wpływ poprzez działanie 
na nią w okresie, gdy była jeszcze prawie bezbronna, w dzieciństwie.

- Jak to zrobił?
- Po znalezieniu jej moŜna było wykorzystać detektor do przekazania energii 

hipnotycznej doktora Templetona do Ŝądanego okresu jej Ŝycia.

- Pana uŜyto do skupienia na niej jego prądów?
- Tak jest.
- Sam czas nie stanowi bariery dla wraŜliwości na bodźce?
- Czas to przestrzeń, czy przestrzenie, pośród światów. Przeszłość jest prostsza 

od tego, co nadejdzie.

Czułem, Ŝe zaczynam się chwiać, ale nie z powodu kołysania statku. 

Wystawiłem rękę, Ŝeby oprzeć się o mary, straciłem równowagę i uderzyłem o jego 
ramię. Było twarde jak drewno.

background image

- Nie zyska się niczego, uderzając trupa - zauwaŜył. 
- To niechcący, bardzo przepraszam.
W myślach przesuwały mi się obrazy szczęśliwego dzieciństwa. NiezaleŜnie 

od tego, jak złoŜone zadałem pytanie, otrzymywałem prostą, krótką odpowiedź.

- Chce pan powiedzieć, Ŝe doktor Templeton, posługując się panem, 

doprowadził do tego, iŜ obecność Annie umoŜliwiła tę zamianę?

- Tak.
- Manipulowano Ŝyciem trzech osób z powodu chciwości. Nie było 

odpowiedzi, ale zdałem sobie sprawę, Ŝe właściwie nie zadałem pytania.

- Wszystko po to, Ŝeby teraz ściągnąć tu Annie i tropić alchemika i jego 

tajemnicę?

- Na razie słuŜy takim celom.
- Co znaczy “na razie”?
- Będą wkrótce potrzebować duŜo pieniędzy. Annie jest więc chwilowo 

narzędziem w ich rękach. Później jej rola będzie inna.

- Jaka?
- Moc zostanie jej zabrana, oddzielona od jej osobowości i posłuŜy jako 

składnik w Wielkim Dziele.

- Co stanie się z jej osobowością?
- Jest złoŜona w ofierze.
- Nie mówi pan tego powaŜnie.
- Nie moŜe być inaczej - powtórzył. - Sir! Co pan chce osiągnąć, uderzając 

trupa! Proszę mnie zostawić w spokoju!

- Idź do diabła!
- Nie jest to dla mnie bynajmniej nieznane. Poczułem rękę Ligei na swoim 

ramieniu.

- Proszę odejść - powiedziała.
Zorientowałem się wreszcie, Ŝe wyciągnąłem go prawie do połowy z jego 

szkatuły i potrząsałem nim. Ligeja przesunęła drugą rękę po moim kręgosłupie 
i poczułem ciepło, które przeze mnie spłynęło. Puściłem Valdemara, a on zsunął się 
do skrzyni.

- Tak, tak - powiedziałem.
Nakryła go wiekiem i wyprowadziła mnie. Przyszedłem znów następnego 

dnia, gdyŜ jego odpowiedzi rodziły kolejne pytania.

- Bonjour, monsieur Valdemar.
- o pani, zwracam się do ciebie, cierpiąc w Świątyni Bólu.
- z pewnością przyda się panu nieco wytchnienia. Eddie ma jeszcze kilka 

dodatkowych pytań.

- To fakt - powiedziałem. - Nie pytałem o to wcześniej, ale - jak pana, 

powiedzmy, szczątki dostały się w posiadanie pana Ellisona, jeśli naleŜały poprzednio 
do Griswolda i słuŜyły temu wszystkiemu, o czym pan opowiadał?

- Pan Peters i Emerson zdołali mnie porwać sobie znanym sposobem.
- Czy Griswold wie. Ŝe jest pan u nas?
- Tak.
- Nie próbował pana odzyskać?
- Mając Annie, juŜ mnie nie potrzebuje.
- Czy ona potrafi zrobić to wszystko, co pan?
- Brakuje jej mojego wyjątkowego spojrzenia w przyszłość, ale dostarcza mu 

potrzebnej inteligencji astralnej.

- Jak w ogóle trafił na kogoś takiego, jak pan?
- w dobrym stanie zdrowia i ducha.

background image

- Nie rozumiem.
- Pytał pan, jakim mnie znalazł.
- To on pana odmienił?
- Tak.
- O, to znaczy...
- Doprowadził mnie na granicę śmierci i tam mnie zatrzymał.
- Przepraszam, nie pojmowałem tego.
- Proszę mnie uwolnić, dać mi umrzeć!
- Nie mogę. Potrzebujemy pana.
Cofnąłem się i rozejrzałem wokół. Ligeja odesłała go tam, gdzie jego miejsce 

między seansami. Zgasiliśmy świece.

- Kawy albo herbaty?
- Tak, poproszę o herbatę.
Minęły trzy dni, zanim znów do niego poszedłem. Do tego czasu przeŜywałem 

sztormy, przeczytałem kilka ksiąŜek naleŜących do Ellisona i majstrowałem przy jego 
fascynujących urządzeniach do doświadczeń alchemicznych. Udałem się nawet do 
kapitana Guy, poprosiłem o otwarcie zbrojowni i przekazanie mi szabli. Rozpocząłem 
na nowo ćwiczenia fechtunku - najpierw tylko w kabinie, później juŜ na górnym 
pokładzie, gdy nie było tam nikogo. Bardzo lubiłem zajęcia na świeŜym powietrzu. 
Musiałem poćwiczyć, a jak wcześniej zauwaŜył mój dobroczyńca, umiejętność 
posługiwania się białą bronią warta była przypomnienia. Powtarzałem pchnięcia 
i wypady, którym nieraz towarzyszyły oklaski Emersona przyczajonego gdzieś wśród 
takielunku. Zajęcia takie nie odrywały mnie na długo od tego, co zaprzątało moją 
uwagę. Znów otworzyliśmy skrzynię. Paliły się lampki, przepływały mesmeryczne 
prądy. JuŜ wkrótce usłyszeliśmy jęki świadczące o nawiązaniu kontaktu.

- Witam, monsieur Valdemar.
- Czy dacie mi dzisiaj umrzeć? - zapytał.
- Obawiam się, Ŝe nie - odpowiedziałem. - Natomiast postaram się streścić. Po 

pierwsze, pytanie ogólne, z tego co pan kiedyś powiedział, nie wynikało jasno, czy 
Annie została zmuszona do stworzenia więzi z Poem i ze mną?

- Nie. Ja miałem jedynie wskazać osobę o takich zdolnościach, jak ona, która 

była juŜ częścią takiego związku. Później doktor Templeton spowodował, Ŝe 
stworzyła królestwo nad morzem.

- Sir, wynalezienie tak dziwnego powiązania musi być astronomicznie 

niespójne.

- Nie ma to znaczenia, jeśli ktoś ma nieskończone moŜliwości.
Dopiero teraz, pierwszy raz w Ŝyciu, zdałem sobie sprawę z istoty 

nieskończoności, która później miała zająć tyle miejsca w moim umyśle. Tymczasem 
ciekawość prowadziła mnie dalej:

- w jaki sposób człowiek zdolny jest pojąć nieskończoność? - spytałem.
- Umarły widzi ją przez pryzmat wieczności - odpowiedział. - Mówiąc o tym...
- Nie, nie teraz. Nie będę teraz rozmawiał z panem o dobrodziejstwach 

ś

mierci.

- Eddie? - odezwała się Ligeja, akcentując drugą sylabę, zgodnie ze swoim 

nawykiem.

- Słucham?
- Przyglądałeś się przez jakiś czas temu, co robię. Ja teŜ obserwowałam ciebie. 

Nie jesteś tak wraŜliwy na alkohol czy oddziaływanie hipnotyczne, jak ktoś 
pochodzący z tego świata, z drugiej strony drzemią w tobie ogromne moŜliwości 
w tych sprawach.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

background image

- Dobrze byłoby nauczyć cię podstawowych zasad systemu -  Ŝeby zobaczyć, 

co z tego wyjdzie. MoŜemy zacząć od tego, Ŝe odeślesz monsieur Valdemara na 
spoczynek.

- Nie jestem pewien, czy się na to zgodzę - zaczął Valdemar.
- Cicho! - powiedziała i wzięła mnie za ręce. -Co juŜ wiesz w tej dziedzinie?
- Ja ...
Nasze pierwsze ruchy ręką uciszyły go, a ja odczułem delikatny prąd.
- Dobrze, bardzo dobrze. Powinieneś nad tym popracować.
Przykładałem się i chociaŜ efekty mojego oddziaływania nie były najgorsze, to 

towarzyszyły im niespodziewane skutki uboczne. Kiedykolwiek zaczynałem 
posługiwać się magnetyzmem zwierzęcym wedle jej wskazówek, ze ścian, sufitu albo 
podłogi wydobywały się odgłosy stukania, przesuwały się meble, a małe przedmioty 
zaczynały lewitować lub rozlatywać się.

- Muszę chyba dać sobie z tym spokój - powiedziałem trzeciego dnia. - Nie 

panuję nad tym.

- Jest to zupełnie zgodne z twoją naturą, naturą świata, z którego jesteś - 

odpowiedziała. - MoŜe jednak przerwijmy te doświadczenia na pokładzie statku. 
Morze jest głębokie.

Powstrzymałem swój magnetyzm i wróciliśmy do wcześniejszych praktyk. 

Zaraz następnego dnia Valdemar powiedział nam, Ŝe zawęził obszar 
prawdopodobieństwa. Mamy udać się do ParyŜa.

...Okoliczności jego śmierci były tak zagadkowe, jak wydarzenia z jego 

opowiadań, a sprawy nie skończyły bynajmniej swego biegu z tą chwilą. Został 
pochowany w rodzinnym grobie na cmentarzu prezbiteriańskim w Baltimore. Na 
grobie nie wyryto jego nazwiska, oznaczono go tylko liczbą “80” umieszczoną tam 
przez grabarza. Po latach kuzyn Edgara, Neilson Poe, zamówił nagrobek, który jednak 
został przypadkowo zniszczony w warsztacie kamieniarskim. Nikt juŜ nie próbował 
zrobić tego po raz drugi. Zmienne koleje losu zatarły numer i zniweczyły rodzinny 
grób.

Nikt dokładnie nie wie, gdzie spoczywają jego prochy, ale istnieje pomnik 

Edgara Allana Poe, w przeddzień urodzin wraca pamięć o pisarzu. Na płycie moŜna 
znaleźć butelkę burbona, obok kwiatów i wypchanego kruka. Baudelaire i wielu jego 
rodaków uwaŜało go za wielkiego człowieka. Henry James nie podzielał tej opinii, ale 
on zawsze starał się mieć odmienne zdanie. Poe jest tym pisarzem, który odegrał 
w literaturze rolę szczególną, a nie wielką.

Podobnie było w tym roku, ale nie wypił juŜ nawet kropelki.

V

Pewnej nocy nie spałem dobrze. Rzucałem się niespokojnie, miotałem, 

budziłem i zapadałem w sen. Przypominam sobie, Ŝe dochodziły do mnie odgłosy 
listopadowego sztormu. Przez moje sny przewijali się dziwni ludzie, którzy z róŜnych 
miejsc podąŜali donikąd. Sztorm ucichł o jakiejś trudnej do określenia porze. Pewien 
fragment tej nocy pozostał skryty w niepamięci, a smak tego był doprawdy słodki...

Ocknąłem się w pozycji siedzącej. Nasłuchiwałem czegoś i szukałem cieni. 

Czekałem, aŜ świadomość połączy się ze zmysłami. Nie wiedziałem dokładnie, co 
mnie zbudziło. Wydawało mi się, Ŝe ktoś był w pobliŜu. Światło księŜyca usiłowało 
wedrzeć się przez okrągły iluminator, a mój wzrok przyzwyczaił się juŜ do ciemności. 
Nikogo nie zauwaŜyłem. - Jest tam kto? - spytałem.

Przerzuciłem nogi nad obrzeŜem koi, oparłem się na jednym kolanie 

i sięgnąłem po szablę. Nikt się nie odezwał.

background image

ZauwaŜyłem blask na ścianie w pobliŜu stołu z aparaturą. Wstałem, 

podszedłem bliŜej i zatrzymałem się, gdy zorientowałem się, Ŝe to tylko małe lustro 
w metalowej ramie, które tam wisiało tak, Ŝe odbijało światło księŜyca. Przeszedłem 
przez całe pomieszczenie, Ŝeby sprawdzić szafę. Przekonałem się, Ŝe nie czyha tam 
Ŝ

adne niebezpieczeństwo. Podszedłem jeszcze raz do lustra, Ŝeby się bliŜej przyjrzeć 

odbiciu.

Nie była to jednak poświata księŜyca, ale zamglony obraz plaŜy, a moje 

odbicie było jedynie bladą zjawą. Mała Annie, która wyglądała tak, jak wtedy, gdy 
widziałem ją pierwszy raz, stała przed zamkiem z piasku. To, co usłyszałem, było 
niczym echo okrzyku: Edgar! utkwione w przemijającej pamięci.

- Annie! - zawołałem. - Tu jestem.
Nie zwróciła na mnie uwagi. Przyglądałem się dalej, ale nie mogłem 

wymyślić, jak mogłaby mnie zauwaŜyć. Wtedy, przez mgłę, która zalegała na plaŜy, 
spostrzegłem, Ŝe jakaś postać zbliŜa się do niej, postać męŜczyzny idącego powoli 
chwiejnym krokiem.

Odwróciła się w tamtym kierunku. Zanim się ukazał, wiedziałem, Ŝe to musi 

być Poe; nie byłem w stanie wcześniej przewidzieć, jak będzie wyglądał. Miał na 
sobie cienką, źle dopasowaną koszulę i za obszerne spodnie. Szedł niepewnie, kołysał 
się i mocno podpierał trzcinową laską. Jego twarz wyglądała o wiele starzej niŜ moja, 
policzki były obwisłe, oczy rozbiegane i dlatego najpierw pomyślałem, Ŝe jest pijany. 
Przyjrzałem się bliŜej i zmieniłem zdanie. Był najwyraźniej chory. Jego wygląd 
ś

wiadczył bardziej o wysokiej gorączce niŜ o przepiciu. Annie podąŜyła mu na 

spotkanie, ale on szedł dalej, zupełnie nie zauwaŜając jej obecności. Gdy złapała go 
za rękę, opadł nagle na lewe kolano, a bezwładnie puszczona laska zburzyła 
wierzchołki kilku wieŜ i przebiła ścianę zamku. Spostrzegł przez moment, Ŝe dokonał 
dzieła zniszczenia. Potem przeniósł wzrok na Annie. Chciała go objąć, a on usiłować 
się podnieść. Wstał i zaczął iść jakby w moją stronę. Annie podąŜyła za nim, z ruchu 
jej ust wywnioskowałem, Ŝe coś mówi, ale jej głos nie docierał do mych uszu.

Podchodził coraz bliŜej. Patrzył mi w oczy, czułem to...
Nagle wyszedł ze ściany, twarz wynurzyła się z lustra i zbliŜyła się do mnie. 

Przejście to nie wywołało u niego Ŝadnego wstrząsu. Spoglądał gdzieś ponad mną.

- Edgar! - zawołałem. - Poe! Stary przyjacielu! Stój! Zatrzymaj się 

i odpocznij! Chcemy ci pomóc.

Zatrzymał się, odwrócił i spojrzał na mnie.
Demonie! - powiedział. - Sobowtórze! Dlaczego prześladujesz mnie przez 

cały czas?

- Nie jestem demonem - odpowiedziałem. - To ja, Perry, twój przyjaciel. 

Annie i ja chcemy ci pomóc...

Wydał z siebie jakiś Ŝałosny jęk, odwrócił się i znów zaczął iść. Zrobiłem krok 

w jego kierunku wtedy, gdy wszedł w strugę światła księŜyca. Przeszła przez niego, 
jakby był zrobiony z ciemnego szkła. Podniósł rękę, przyjrzał się jej, spojrzał przez 
nią na wskroś.

- NieŜywy i duch - powiedział. - Jestem juŜ duchem.
- Nie - odrzekłem. - Tak nie jest. Mam pomysł. Zawołam Ligeję, dobrze?
- NieŜywy - powtórzył, nie zwaŜając na mnie. - Ale jak duch moŜe czuć, tak 

jak ja? Jestem chory.

Zrobiłem kolejny krok w jego stronę.
- Pozwól mi spróbować - zacząłem.
Ręka mu opadła i zniknął niczym dopalona świeca.
- Poe! - krzyknąłem.
Nic. Pustka. Odwróciłem się do lustra, ale było ciemne.

background image

- Poe...
Rano zastanawiałem się, ile z tych nocnych zdarzeń było tylko snem. 

Zorientowałem się jednak, Ŝe w prawej dłoni nadal trzymam szablę. Podszedłem do 
lustra, spojrzałem w nie, ale nie było tam niczego poza odbiciem mojej zdziwionej 
twarzy. Nie wiem, czy było to lustro, które Ellison uŜywał do swych alchemicznych 
doświadczeń, a jeśli tak, to czy bardziej niŜ inne nadawało się dla róŜnych tajemnych 
praktyk.

Później, w czasie normalnego seansu z Valdemarem, zapytałem go, jaki jest 

obecny stan więzi między Annie, Poem i mną.

- Taki sam, taki sam jak zawsze - odpowiedział.
- w takim razie niczego nie rozumiem. To, co teraz się dzieje, nie przypomina 

niczego, co było mi znane wcześniej. Coś musiało się wydarzyć.

- Tak - przyznał. - Więź pozostaje nienaruszona. To tylko istota zdarzeń uległa 

zmianie.

- Co ma na to wpływ?
- Annie wpadła w sieć narkotyków i mesmeryzmu. Przez to jej percepcja jest 

wypaczona, a myśli zwichrzone.

- Jak mogę jej pomóc?
- Wokół niej gromadzi się za duŜo prawdopodobnych zdarzeń, Ŝeby 

przewidzieć najlepsze rozwiązanie.

- To znaczy, Ŝe ona woła o pomoc, a my nie moŜemy niczego zrobić.
- Nie teraz.
Odwróciłem się, zacisnąłem zęby i zakląłem w duchu.
- Mam czekać z załoŜonymi rękami? - warknąłem.
- Nie mogę podejmować w pana imieniu Ŝadnych zobowiązań.
- Do diabła! Chcę się tylko dowiedzieć, jak jej pomóc.
- Musi pan chronić siebie. Musi pan zachować Ŝycie i zdrowie, być gotów, gdy 

nadejdzie sposobność jej uwolnienia.

- Nadejdzie sposobność?
- Jest to moŜliwe.
- Gdzie i kiedy będzie to moŜliwe?
- Nie jestem w stanie tego przewidzieć.
- Psiakrew! Czy nie moŜe pan powiedzieć czegoś, z czego miałbym poŜytek?
- Tak - powiedział wreszcie. - Jeśli sprawy przybiorą zdumiewający obrót, nie 

wszystko moŜe być prawdziwe.

- Nie pojmuję juŜ tego wszystkiego.
- Nawet teraz - rzekł - Templeton i Griswold szukają sposobów, aby 

przeistoczyć Annie w oręŜ.

- Annie? OręŜ?
- Tak. Jeśli potrafi przenosić ludzi z jednego świata w drugi, moŜe być zdolna 

zrobić dla nich jeszcze coś innego.

- Na przykład co?
- Jeszcze nie wiem. Cokolwiek się stanie, niech pan pamięta, Ŝe jest pan 

w stanie wytrzymać i znieść więcej trucizny albo magnetyzmu zwierzęcego niŜ 
ktokolwiek inny na tej planecie, a teraz proszę! Puśćcie mnie!

Sam wykonałem niezbędne ruchy rękami i odesłałem go w stan spoczynku.
Po tym pesymistycznym odkryciu zacząłem zastanawiać się nad dalszą 

przydatnością Valdemara. Jeśli Annie odebrała mu jego wizjonerstwo, to do czego był 
mi potrzebny? Ona była jedynym powodem, dla którego wyraziłem zgodę na objęcie 
dowództwa tej dziwnej odysei.

Wieczorem rozmawiałem o tym z Petersem przy kartach. Spędzaliśmy trochę 

background image

czasu na grze co wieczór. Trochę opowiadałem mu o wszystkim, takŜe o cierpieniach 
Valdemara.

W czasie naszych rozmów Emerson kręcił się po kabinie. Stawał za moimi 

plecami. Nieraz zauwaŜyłem, Ŝe robi jakieś dziwne miny i przy tym gestykuluje. 
Peters z reguły wygrywał taką partyjkę. Pomijając fakt, Ŝe wybawili mnie 
z niebezpieczeństwa, nie mógłbym oskarŜać ich o oszustwo, gdyŜ głupio byłoby 
nawet posądzać tego małpoluda o inteligencję, którą mógłby wykorzystać w takim 
celu. Zacząłem natomiast kłaść zakryte karty przed sobą i mówić o czymkolwiek, gdy 
tylko Emerson chodził za mną.

Peters zdawał się wiedzieć o tym, jaka jest moja rola i co zamierzam zrobić. 

Stan spraw i wszelkie niepowodzenia bardzo go bawiły. Interesował się moją historią 
i dylematem, który miałem rozwiązać.

Tego wieczoru, gdy Emerson wykonywał swój taniec za mną, odłoŜyłem kartę 

i opowiedziałem Petersowi, co usłyszałem od Valdemara na temat Annie, i o tym, Ŝe 
nic juŜ nie da się przewidzieć.

- Ha! - krzyknął. - Trzeba wziąć poprawkę na wiatr.
- Przepraszam, ale nie rozumiem.
- Jeśli wiatr wieje z lewej, trzeba celować bardziej na lewo, Ŝeby trafić.
- Co to ma wspólnego ze mną?
- Zadajesz pan umarlakowi niewłaściwe pytania - powiedział. - Pytaj pan 

o sprawy, które bardziej dotyczyć mogą tej kobiety. Niech wiatr sam niesie pytania do 
celu.

Emerson odszedł od mojego miejsca, a gdy skończyliśmy grę, chyba przy 

wybiciu sześciu szklanek, wynik był prawie remisowy. Chciałem następnego ranka, 
przy okazji pytań, skorzystać z rady Petersa.

Ś

wieczki migotały, prądy przepływały...

- Nie chciałbym juŜ dłuŜej pana niepokoić - powiedziałem, gdy Valdemar 

przestał jęczeć - ale czy moŜe mi pan powiedzieć, gdzie jest teraz wynalazca von 
Kempelen?

- ParyŜ - odrzekł.
- Dokładnie?
- Nie mogę. Ta informacja jest zablokowana.
- Jak? Dlaczego?
- Griswold przewidział pana pytania - odpowiedział. - Templeton nakazał 

Annie zaciemnić ten obszar mojego widzenia.

- JuŜ? - spytałem. - Daleko sięga w swych planach. Jestem ciekawy czy 

istnieją inne sposoby uzyskania takiej informacji?

- Pan Ellison ma licznych agentów w ParyŜu...
- Tak, mam ich wykaz.
- Mają pod obserwacją paryski port i rozpoznają “Eidolon”, gdy tam przybije. 

Odpowiedni człowiek da wtedy znać o sobie.

- Nie jestem pewien, czy będziemy mogli popłynąć w górę rzeki poza Le 

Havre - stwierdziłem. - Statek tej wielkości z racji zanurzenia nie przepłynie Sekwaną 
aŜ do ParyŜa. Będzie trzeba jechać dyliŜansem z Le...

- Uda się - odrzekł -a gdy agent odezwie się, musi go pan poprosić 

o przedstawienie specjalnemu agentowi, niejakiemu monsieur Dupin. On odnajdzie 
von Kempelena.

- Griswold przybędzie do von Kempelena, a my za nim podąŜymy do Annie.
- Przypuśćmy. Jak juŜ powiedziałem, jej obecność rzutuje na niedokładność 

moich przepowiedni.

- Wystarczy, jeśli uwzględnić poprawkę na wiatr. Dziękuję, sir - powiedziałem 

background image

na zakończenie i pozwoliłem mu wrócić w stan spokojnego trwania.

Później z ukrytego sejfu wydobyłem listę francuskich agentów Ellisona. 

Rzeczywiście był na niej Dupin, Cesar Auguste Dupin, adres: Rue Dunot 33, Fauborg 
St. Germain. PoniŜej, przy nazwisku, dopisano: całkowicie pewny, świetny umysł, 
poeta, ale i inne dziwactwa.

Zasięgnąłem opinii kapitana Guy, który zapewnił, Ŝe “Eidolon” docierał juŜ do 

ParyŜa i tym razem teŜ mu się to uda, w trakcie ćwiczeń z szablą, przy wypadach 
i cięciach, myślałem o von Kempelenie i jego tajemnicy. Musiałem przyjąć załoŜenie, 
Ŝ

e Annie go odszuka, a Griswold dotrze tam przede mną. Gdybym stanął z nim twarzą

w twarz, co bym wtedy powiedział?

Emerson zatrzymał się koło mnie i naśladował moje ruchy przez chwilę. Czy 

Griswold będzie próbował odkupić sekret von Kempelena? a moŜe zastosuje 
przymus? Raczej wykupi. Za duŜe prawdopodobieństwo oszustwa i podstępu przy 
poszczególnych etapach tego skomplikowanego procesu - nawet, gdyby kazali robić 
mu wszystko przy otwartej kurtynie. Nie, będą z pewnością chcieli, Ŝeby z nimi 
współpracował.

Co moŜna zaoferować komuś, kto potrafi sam zrobić złoto?
Trudna sprawa. Proces moŜe wymagać kosztownych urządzeń i aparatury, 

drogich składników. Nawet gdyby nie to, Griswold moŜe zaproponować mu coś 
innego.

Wycierając pot po wyczerpujących ćwiczeniach, zastanawiałem się nad 

skutecznością zwrócenia się do alchemika, mając na względzie stabilizację 
ś

wiatowego rynku złota. Biorąc pod uwagę stronę etyczną, jest to zupełnie 

abstrakcyjne. Postanowiłem, Ŝe lepiej będzie dołoŜyć starań, aby wykazać 
niegodziwość Griswolda. Ale nawet...

Przypuśćmy, Ŝe sam von Kempelen jest na swój sposób niegodziwy. Taki 

argument nie zrobi na nim Ŝadnego wraŜenia.

Zakładając koszulę, starałem się wyobrazić sobie Seabrighta Ellisona 

stojącego przede mną i rozpatrującego całe zagadnienie. Bez wahania uśmiechnął się 
i stwierdził: “Tajemnica ginie wraz z jej posiadaczem”.

Nie miałem wcale zamiaru zabijać nikogo tylko dlatego, Ŝeby utrzymać cenę 

złota. Co w takim razie pozostało?

Poszedłem do kabiny, otworzyłem sejf i przejrzałem francuskie akredytywy. 

Według nich mogłem rozporządzać duŜymi sumami pieniędzy, gdyby zaistniała taka 
potrzeba. Najprościej byłoby przebić ofertę Griswolda, Ŝeby nie dopuścić do tego, aby 
von Kempelen stał się przyczyną otwartego konfliktu z moim pracodawcą. 
Postanowiłem tak właśnie działać, a najpierw dołoŜyć wszelkich starań, Ŝeby 
przedstawić przeciwnika jako szubrawcę i łajdaka.

Przechadzałem się po pokładzie, będąc juŜ w lepszym nastroju - w końcu 

miałem trochę informacji i jakiś plan. Dzień był jasny, czysty, rześki, a do kolacji 
pozostawało tylko pół godziny.

Mieliśmy przychylny wiatr, płynąc ku brzegom Francji...
Sekwana płynęła leniwie, zakręcając i wijąc się w kierunku południowo-

wschodnim. Posuwaliśmy się wolno wśród wielu innych statków. Ostatni odcinek 
drogi pod ciemnym, ołowianym, listopadowym niebem przebyliśmy na holu podanym 
z małego parowca. Brzegi pokryte były nagimi drzewami. Woda była szara. Trudno 
było określić, kiedy zaczął się dzień. Stałem w ciemności na pokładzie, obserwując 
przesuwające się cienie. Świat rozjaśniał się stopniowo, chociaŜ nie było słońca. 
Widziałem mosty, wiatraki, wozy. Pojawiało się coraz więcej budowli; duŜych, 
stojących blisko siebie.

- Jeszcze parę godzin, kapitanie Eddie, i będzie pan mógł sprawdzić swą 

background image

francuszczyznę - powiedział Peters.

Nie usłyszałem, jak nadszedł. Rozglądałem się za jego cieniem, ale nie 

zauwaŜyłem małpoluda.

Pokręciłem głową z powątpiewaniem.
- Obawiam się, Ŝe nie jestem zbyt dobry w tej dziedzinie. Byłeś tu kiedyś?
- Kilka razy, załatwiałem sprawy pana Ellisona.
- Znasz tutejszy Ŝargon?
- i tak, i nie.
- Jak to?
- Mój ojciec, jak juŜ mówiłem, był podróŜnikiem. Nauczyłem się trochę słów 

przy nim, ale reszta to slang, mowa rynsztoków, ludzi, z którymi kiedyś miałem do 
czynienia. Trochę rozumiem, ale jak zaczynam gadać przy kimś szacownym, od razu 
słychać, Ŝe jestem jakiś podejrzany.

- Chcesz powiedzieć, Ŝe moŜna tak przypuszczać?
- Nie, to jest widoczne.
- Aha.
Zaśmiał się. Ja teŜ. Później, około południa, dobiliśmy do nabrzeŜa. Dochodził 

nas zapach będący mieszaniną wonności i zgnilizny. Zanim zacumowaliśmy, docierał 
do nas cały portowy zgiełk. Powiedziałem kapitanowi Guy, Ŝe zabiorę Petersa do 
miasta, jak tylko będziemy mogli zejść na ląd. Liczył na to, Ŝe trudności są 
przejściowe, ale zaznaczył, Ŝe nadeszła pora posiłku. Udaliśmy się wraz z Petersem 
do salonu, zjedliśmy spokojnie lunch. Statek w tym czasie rzucił kotwicę i załatwiano 
formalności z władzami portowymi.

Po spuszczeniu trapów i ustaniu nawoływań załogi przyszedł do nas kapitan 

Guy.

- Edgarze, czy mógłby pan pójść ze mną? Proszę takŜe zabrać Petersa.
Chciałem juŜ zapytać, w jakim celu, ale spojrzał wymownie i przyłoŜył palec 

do ust. Przytaknąłem, wstałem i poszedłem za nim. Peters ruszył za mną, a na dodatek 
Emerson wynurzył się nie wiadomo skąd i dołączył do całego orszaku.

Kapitan Guy poprowadził nas do swojej kabiny, gdzie oczekiwała niewysoka, 

szczupła, czarnowłosa kobieta. Była ubrana ze smakiem i elegancją, ale nie 
wyzywająco. Wstała na powitanie z kapitańskiego, skórzanego fotela.

- To miss Marie Roget - zaczął kapitan Guy - jedna z francuskich agentek pana 

Ellisona. Czekała juŜ na nasze przybycie.

Natychmiast pomyślałem, w jaki sposób Seabright przekazał jej zawczasu 

wiadomość o tym, Ŝe przybijemy do portu. Wyjaśniła, zanim zapytałem o cokolwiek, 
Ŝ

e agent w Le Havre podał wieść do ParyŜa, gdy jeden ze statków Seabrighta płynął 

tym kursem. Zorientowawszy się, Ŝe chodzi o jego prywatny jacht, postanowiono, aby 
ktoś był pod ręką na wszelki wypadek.

Emerson najwyraźniej przypadł jej do gustu, bo poklepywała go i głaskała jak 

psa. Spodobało mu się to; zaczął szaleć po kabinie, aŜ Peters burknął coś pod nosem 
i wtedy małpolud natychmiast schował się pod stołem.

- Czy mogłabym w czymkolwiek pomóc?
- z pewnością tak. PodąŜamy za von Kempelenem, wynalazcą, a właściwie za 

kimś, kto go tropi. Myślę, Ŝe sprowadza się to do tego samego...

- Widziano go w ParyŜu - przerwała. - Cieszy się zasłuŜonym 

zainteresowaniem tu, w Europie. UwaŜam, Ŝe powinniśmy udzielić wam pomocy. 
Proszę niech pan mówi dalej.

Opowiedziałem jej o Annie i o Piekielnej Trójcy oraz o moŜliwościach 

uzyskiwania złota. Nie wspomniałem o sobie ani Valdemarze - nie dotyczyło to 
bieŜących spraw.

background image

- Ponadto - dodałem - mieliśmy właśnie zacząć szukać pana Dupin, gdy 

zjawiła się pani.

- Znakomity wybór - powiedziała. - Pracowałam z nim i mogę ręczyć za jego 

uczciwość i mądrość. Nie rozmawiałam z nim jeszcze o tej sprawie, ale moŜe więcej 
wiedzieć o von Kempelenie niŜ ja. Czy mam tam pana zaprowadzić?

- Nadal mieszka przy Rue Dunot 33? - zapytałem.
- Tak jest. Myślę, Ŝe powinniśmy zastać go teraz w domu. Powaga sytuacji 

usprawiedliwi zaniedbania etykiety.

- ZłóŜmy mu wizytę natychmiast - powiedziałem.
- Dobrze - odpowiedziała. - Jeśli nawet nie posiada informacji, o które nam 

chodzi, szybko je zdobędzie. Błyskotliwość jego umysłu jest juŜ legendarną.

Zmierzaliśmy w stronę drzwi, gdy kapitan Guy zauwaŜył Emersona, który 

wyszedł spod stołu i bezszelestnie kroczył za nim. Zdecydowaliśmy, Ŝe rzucałby się 
zanadto w oczy i Peters kazał mu zostać; poprawił perukę, podciągnął spodnie 
i zeszliśmy z pokładu.

Idąc po nabrzeŜu, mijaliśmy robotników portowych, skrzynie z towarami 

i podąŜaliśmy w stronę ulicy, przy której były tawerny, tanie sklepy i prostytutki.

- Niełatwo tu znaleźć powóz - oznajmiła Marie. - Musimy pójść trochę dalej.
Skinąłem głową na potwierdzenie. Obserwowałem z podziwem grację ruchów 

Petersa, chociaŜ nadal kołysał się w charakterystyczny dla marynarzy sposób.

- Mam nadzieję, Ŝe uda mi się nakłonić panią do pełnienia roli naszej 

tłumaczki. Gdyby pociągało to dodatkowe koszty, pokryjemy je oczywiście.

- Nie widzę problemu, panie Perry.
- Mam na imię Edgar.
- Edgar - powtórzyła, akcentując ostatnią sylabę. -Dobrze. Skręćmy tutaj, 

Edgarze.

Skręciliśmy w boczną uliczkę, po której powoli turkotał powóz.
Jakiś łachmaniarz z brudną torbą na ramieniu przerzucał kupę śmieci przy 

bramie, z daleka dobiegały odgłosy śpiewających przy jakiejś pracy.

Ulica pełna była kałuŜ i końskiego nawozu o ostrym zapachu.
Za rogiem skręciliśmy w szerszą, główną arterię. Panował na niej oŜywiony 

ruch powozów, karet, pieszych i jeźdźców.

- Powinniśmy tu znaleźć doroŜkę - zauwaŜyła Marie.
Pięć minut później przechodziliśmy koło straganu z kwiatami. Kupujący 

gawędzili, przyglądali się suchym bukietom. Gdy juŜ go mijaliśmy, zza ściany 
sąsiedniego kramu, w którym sprzedawano jakieś tanie chustki, wyszedł naprzeciw 
nas niemłody męŜczyzna, w którego oczach czaił się obłęd. Patrzył na mnie. Czułem, 
Ŝ

e w powietrzu wisi coś niedobrego. Był ubrany raczej biednie, lecz na palcu lewej 

dłoni miał drogi pierścień. Zdałem sobie w tym momencie sprawę z tego, Ŝe nie była 
to dłoń naleŜąca do kogoś starego. MęŜczyzna wykonał szybki krok do przodu i juŜ 
był przy mnie, z prawej strony. Zza biodra wyciągnął rękę, w której błysnęło stalowe 
ostrze. Pochyliłem się do przodu, Ŝeby przyjąć cięcie na przedramię. Wymierzyłem 
cios w splot słoneczny. Musiał być skuteczny, bo przeciwnikowi zaparło oddech 
i odrzuciło go. Potem zorientowałem się, Ŝe i Peters huknął rzezimieszka w okolicę 
nerek, w efekcie męŜczyzna uciekł i tyle go widzieliśmy. Jego nóŜ upadł mi pod nogi. 
Odwróciłem się i chciałem ruszyć w pogoń za napastnikiem, ale Marie powstrzymała 
mnie, kładąc mi dłoń na ramieniu.

- To zwykły zbir - powiedziała. - Kręci się tu. Nie ma co go ścigać. Do 

wieczora dowiemy się, kto go wynajął.

MęŜczyzna zniknął między domami. Wzruszyłem ramionami i kopnąłem nóŜ. 

Przeleciał kilka metrów. Peters teŜ ze wstrętem trącił go nogą i odrzucił dalej. 

background image

Kopałem nóŜ idąc, aŜ znaleźliśmy doroŜkę.

W trakcie jazdy Marie dała mi krótką lekcję topografii miasta i nauczyła mnie 

kilku pierwszych słów po francusku. Jakiś czas jechaliśmy przez Fauborg St. 
Germain.

Spadło kilka kropel deszczu, u podnóŜy wzgórz i między drzewami snuły się 

zbłąkane widma mgieł.

Dojechaliśmy wreszcie do Rue Dunot. DoroŜka zwolniła i zatrzymała się przy 

groteskowym, nadgryzionym zębem czasu pałacyku. Jego krusząca się wyniosłość 
nasuwała mi obrazy podupadającego szlachectwa. Wreszcie ujrzałem numer, którego 
szukaliśmy.

- C'est le maison de Monsieur Dupin? - zapytałem z dumą w głosie.
- La maison - powiedziała.
- Ale dobrze trafiliśmy?
- Tak.
Zapłaciła doroŜkarzowi i wysiedliśmy. DoroŜka oddaliła się.
Podeszliśmy do drzwi, Marie pociągnęła za sznurek dzwonka. Po chwili 

otworzył je młody męŜczyzna, elegancki w ubiorze i zachowaniu, który na pewno nie 
był słuŜącym. Marie rozmawiała z nim szybko po francusku przez parę minut, zanim 
zwrócił uwagę na mnie i Petersa.

- Bardzo przepraszam - powiedział niezwykle ciepłym tenorem - ale 

informacje nie mogły czekać. Szukacie von Kempelena.

Zabrzmiało to jak stwierdzenie, a nie pytanie.
- Proszę wejść.
Zrobił nam miejsce i przytrzymał drzwi. Gdy weszliśmy, zamknął je za nami.
- Proszę tędy.
Wnętrze było wilgotne i zaciemnione. Podłoga skrzypiała pod nogami. 

Prowadził nas korytarzem wzdłuŜ ciemnych pokoi wypełnionych starymi meblami.

Doszliśmy do gabinetu, do którego przedostawało się więcej światła, ale 

meble były tu równie sędziwe, jak w innych pomieszczeniach, które mijaliśmy.

Usłyszeliśmy całą litanię nieprzyzwoitości wykrzykiwanych jakimś 

diabelskim głosem.

- Wzajemnie! - odparował Peters. Rozglądał się po gabinecie, chcąc 

dowiedzieć się, skąd pochodzą te krzyki.

- Grip, spokój! - zarządził Dupin. - Teraz uwaga! Powtórz! Płomienie 

w Hiszpanii pochłoną heretyków!

- Rawk! - powiedziało coś, co okazało się krukiem ulokowanym na półce nad 

drzwiami. Dorzucił kilka dźwięków naśladujących odgłosy otwieranych butelek 
szampana.

- Dość, Grip! Dość! - nalegał Dupin.
- Rawk - powtórzył ptak, dorzucając przekleństwa, które rzadko dane było mi 

słyszeć przedtem od kogokolwiek, mimo wielu lat słuŜby wojskowej. Wyjątkiem był 
tylko pewien poganiacz mułów z Arkansas, który swego czasu bluźnił okropnie po 
nawrocie nieznośnego swędzenia intymnych części ciała.

- Dość - powiedział Dupin.
- Je m 'en fiche - odparł kruk.
Nasz gospodarz wyszedł z ukrycia, jak juŜ siedzieliśmy na ładnych 

i niewygodnych krzesłach obitych materiałem w złote i róŜowe kwiaty. Zaproponował 
nam sherry.

- Piszę trochę wiersze - wyznał - i bawi mnie uczenie tego ptaka. Jednak jego 

poprzedni właściciele nie uchronili go przed niepoŜądanymi wpływami.

Powstrzymałem się od pytań o wcześniejsze miejsce pobytu Gripa.

background image

- Umiał duŜo mówić i na dodatek nabyłem go okazyjnie - dodał. - Ale 

przechodząc do von Kempelena: wiem, gdzie jest, o ile się orientuję, nie chodzi wam 
tylko o odnalezienie tego człowieka.

- To prawda - odpowiedziałem. - UwaŜa się go za wynalazcę metody, dzięki 

której moŜna zwykłe metale zamieniać w złoto.

Dupin uśmiechnął się.
- Rozumiem. Wielu juŜ takich było - stwierdził.
- z tego, co wiem, to von Kempelen jest bardzo powściągliwy, jeśli chodzi o tę 

metodę. Faktem jest, Ŝe poszukuje go trzech ludzi chcących wydobyć od niego całą 
tajemnicę.

- Nie przebierając w środkach?
- Raczej w miarę uczciwie. Tak skomplikowany proces nie moŜe być po 

prostu wydarty pomysłodawcy. Wydaje mi się, Ŝe będą chcieli zawrzeć z nim układ.

- Jaki jest pański cel? - spytał. Wypiłem mały łyk sherry.
- Moja sprawa i sprawa mego pracodawcy to dwie róŜne rzeczy - 

powiedziałem. - Seabright Ellison chce zapobiec takiemu porozumieniu, gdyŜ 
pojawienie się duŜych ilości złota wyprodukowanego przez alchemika zachwieje 
ś

wiatowym rynkiem i zniszczy zajmowaną przez niego pozycję.

- Rzeczywiście - zauwaŜył Dupin - to coś więcej niŜ tylko nierozsądne 

wpuszczenie na rynek ogromnych ilości tego cennego metalu. Zobaczcie, jaki wpływ 
wywołało złoto z Meksyku i Peru na Hiszpanię. Jej obecne problemy - od Inkwizycji 
aŜ do tego złota czy niesprawiedliwej wojny - mogą wynikać ze zbyt dobrej 
koniunktury we wcześniejszym okresie. Na ile pan Ellison moŜe sobie pozwolić, Ŝeby 
udaremnić tę transakcję?

- Na bardzo duŜo - powiedziałem, przypominając sobie jego mimowolną 

uwagę na temat premii za zniszczenie Griswolda. Templetona i Goodfellowa.

- MoŜe zechciałby przebić ich ofertę w walce o zdobycie tajemnicy?
Przytaknąłem, myśląc o ogromnych sumach pieniędzy zabezpieczonych przez 

posiadane przeze mnie akredytywy.

- Dano mi w tym zakresie dość znaczną swobodę - powiedziałem - i fundusze, 

które mogę na ten cel przeznaczyć. Co pan o tym sądzi?

- Wiem, Ŝe von Kempelen spotykał się wiele razy z trójką cudzoziemców, 

najprawdopodobniej Amerykanów. Myślę, Ŝe omawiali sprawy handlowe, z drugiej 
strony, moŜe ich podejmować, jak i kaŜdego w tych okolicznościach.

- TeŜ tak uwaŜam.
- MoŜe to być sposób na spienięŜenie... - zamyślił się przez chwilę. - Proszę 

mi jednak powiedzieć, co miał pan na myśli, mówiąc, Ŝe pańska sprawa jest zupełnie 
inna?

- Mój pracodawca chce powstrzymać zawarcie układu, gdyŜ jest 

zainteresowany zabezpieczeniem swoich interesów finansowych. Mnie natomiast 
chodzi o kobietę, która została porwana przez Griswolda i jest nadal jego więźniem. 
Posiada ona szczególne zdolności metapsychiczne. Griswold wykorzystuje ją, Ŝeby 
tropić von Kempelena. Ma teŜ dla niej inne zadania.

- O, to chodzi o kobietę - pochylił się w moją stronę i chwycił mnie za rękę. - 

Rozumiem.

- Myślę, Ŝe nie całkiem - odparłem. - Byłbym zaskoczony, nawet gdyby to 

Francuz rozwikłał ten szczególny problem.

- Rozbudził pan moją ciekawość - powiedział. - Proszę mi o tym opowiedzieć.
Spełniłem jego prośbę. Zanim się zorientowałem, wypiłem przy tym cztery 

małe kieliszki sherry. Nie czułem się oszołomiony alkoholem, więc uwaŜam, Ŝe 
przekonałem go o prawdziwości całej historii.

background image

- CóŜ, wydaje się to stosunkowo proste komuś, komu znana jest nauka 

filozofów niemieckich, szczególnie Leibnitza. Wielość bytów...

- Dreck! Dreck! Mierda! Gówno! Scheiss! - wrzasną Grip, popisując się 

znajomością języków i sfrunął ze swej półki na lewe ramię Dupina.

- Grip, cicho! - nakazał Dupin. - Kolejne poziomy rzeczywistości według mnie 

stają się zrozumiałe, gdy je rozpatrywać w świetle geometrii Sesarguesa 
w odniesieniu do nieskończonej nauki Gaussa o rachunku prawdopodobieństwa...

Marie Roget chrząknęła i wstała.
- Przepraszam - powiedziała - ale sądzę, Ŝe miał pan dla mnie kolejne 

polecenia. Jeśli nie, muszę zająć się sprawą usiłowania zabójstwa pana Perry.

- Tak, miałem właśnie zaproponować sposób postępowania. Powiedziała coś 

po francusku. Dupin takŜe wstał. Spojrzał na Petersa i na mnie, następnie powiedział:

- Wybaczcie panowie. Muszę odprowadzić panią. Wyszedł z nią. Rozmawiali 

cały czas po francusku.

- Szefie, rozumiesz coś z jego gadaniny? - spytał Peters. - o tych niemieckich 

filozofach i w ogóle?

Wzruszyłem ramionami.
- Zmierzał ku bardzo teoretycznym rozwaŜaniom.
- Spróbujmy zmienić temat, jak wróci. To ptaszysko ma dobry pomysł.
Dupin wrócił po pewnym czasie. Grip zajął teraz miejsce na jego prawym 

ramieniu, a on sam spoglądał to na mnie, to na Petersa.

- o czym mówiliśmy? - zapytał wreszcie.
- RozwaŜając sprawę von Kempelena... - zacząłem.
- O, tak - powiedział - wynalazca tak zwanego mechanicznego szachisty. 

Szalbierstwo, oczywista bzdura, nie da się zrobić Ŝadnego urządzenia do gry 
w szachy. To jest sprawa twórczości, a nie mechanika.

- Tak sądzę - wyraziłem swoją opinię.
- Ponadto, gdyby udało się komuś zbudować taką maszynę, wygrywałaby bez 

wątpienia kaŜdą partię. Odkrycie zasady, która kierowałaby jej zbudowaniem, 
doprowadziłoby do tego, Ŝe rozwinięcie takiej zasady umoŜliwiałoby wygrywanie 
szachowych pojedynków. Później osiągnęłoby się stan, w którym maszyna 
wygrywałaby wszystko.

- CóŜ - wtrąciłem - właściwie to rozwaŜaliśmy kwestię alchemii.
- Oczywiście, proszę wybaczyć. Fascynujący temat, alchemia. Ja...
- Jak moglibyśmy wkraść się w jego łaski na tyle, Ŝeby chciał potwierdzić 

istnienie tego procesu?

- Hm, jest parę sposobów. Najprostsze i najłatwiejsze, to zdobyć i zachować. 

Chwileczkę... Mam. Udajecie dwóch Amerykanów, którzy rozpoznają go na ulicy. 
Przychodzicie do niego do domu i chcecie poznać wynalazcę mechanicznego 
szachisty. śeby się tam dostać, jeden z was moŜe nawet załoŜyć się z nim o duŜą 
sumę, Ŝe pokonacie maszynę. Nie ma się co martwić o wynik, bo partia nie zostanie 
dokończona.

- Dlaczego nie? - spytałem.
- Zjawiacie się u niego w mieszkaniu o ósmej dziś wieczorem. Przedtem 

porozmawiam z Henry-Josephem Gisquet, prefektem policji, który ma w stosunku do 
mnie dług wdzięczności. Zadba o to, Ŝeby w okolicy nie było Ŝadnego policjanta 
i znajdzie paru gagatków, którzy jemu z kolei wyświadczą przysługę. Uzgodnię, Ŝeby 
o dziesiątej włamali się do środka, pozorując kradzieŜ i rozbój. Pan i pański 
towarzysz będziecie z nimi walczyć, a potem oni uciekną. To powinno posłuŜyć do 
pozyskania sympatii von Kempelena, który ucieszy się z tej znajomości, mając na 
względzie swoje bezpieczeństwo. WyraŜać będziecie swoją fascynację i zachwyt jego 

background image

pracą, i zaprzyjaźnicie się z nim. Za dzień albo dwa wyjawicie swoje zamiary. Gdyby 
okazało się to konieczne, zaczniecie nastawać na Griswolda i jego kompanię, a jemu 
zaproponujecie, Ŝe dacie mu więcej pieniędzy.

Spojrzałem na Petersa, który kiwał głową.
- Nie najgorzej - stwierdził - na krótką metę. Myślę, Ŝe musimy szybko 

działać.

- Tymczasem - ciągnął Dupin - jest jeszcze minister Dupin, dziwny zbieg 

okoliczności, co? Podobieństwo kończy się na nazwisku. To straszny poseur, który 
moŜe wiedzieć, czy von Kempelen nie poczynił juŜ prób zagwarantowania rządowi, 
Ŝ

e przy pomocy stosów złota wyciągnie kraj z ostatniego kryzysu. Dowiem się, czy 

minister wie na ten temat coś, co rzuciłoby światło na szansę panów.

- Bylibyśmy za to niezmiernie wdzięczni. Poruszał ręką, a Grip podniósł 

skrzydła i syknął.

- Zostawcie wdzięczność na potem - powiedział. -Będę musiał przygotować 

rachunek za dodatkowe usługi. A, czy istnieje moŜliwość otrzymania dzisiaj czegoś 
a konto - dodał.

- Oczywiście. Zamierzałem zatrzymać się po południu przy którymś z banków,

bo sam będę teŜ potrzebował trochę gotówki. Podziękowalibyśmy juŜ, gdyby zechciał 
pan podać mi adres von Kempelena, a moŜe jeszcze zrobić do tego szkic 
i powiedzieć, ile się naleŜy.

Podszedł do małego sekretarzyka, napisał adres i narysował mapkę.
- Jeśli zamierzacie panowie potem wrócić na “Eidolon” powiedział - to 

skontaktuję się z wami, Ŝeby powiedzieć, jak wyglądają przygotowania do wieczornej 
akcji i odebrać moją zaliczkę.

- Wspaniale - powiedziałem, gdy odprowadzał nas do wyjścia. - Wrócimy na 

pokład za parę godzin. Jeszcze raz dziękujemy.

- Nie ma za co - odrzekł. - Nie poŜyczyłby mi pan przy okazji dwudziestu 

franków do następnego spotkania?

- AleŜ proszę - powiedziałem i wyciągnąłem banknot z jednego ze zwitków, 

które znalazłem w sejfie Ellisona, i podałem mu.

- Zwrócę później.
- Dość - powiedział kruk, gdy drzwi zamykały się za nami.
Wieczorem Peters i ja ubraliśmy się ciepło, gdyŜ wiał chłodny wiatr, 

i wyruszyliśmy na poszukiwanie von Kempelena. Peters upierał się, Ŝeby na wszelki 
wypadek zabrać Emersona, więc małpolud podąŜał za nami. Szedł cicho po dachach 
i Ŝaden z mieszkańców miasta nie zdawał sobie z tego w ogóle sprawy. Wyczuwały to 
natomiast psy paryskie. Ich ujadanie i wycie przetaczało się po ulicach.

Peters pogwizdywał sobie po drodze, w pewnym momencie zaczął się 

histerycznie śmiać, gdy psy rozpoczęły okropną kakofonię, aŜ jakaś kobieta 
przeŜegnała się i uciekła.

W końcu doszliśmy do domu, którego szukaliśmy, w jednym z okien na 

ostatnim piętrze dostrzegliśmy światło. To musiało być mieszkanie von Kempelena. 
Na ścianie domu znaleźliśmy napis “Porte D'Eau”.

- Powinien chyba lepiej mieszkać, mając taką fortunę -mruczał Peters.
- Stara się nie rzucać w oczy - powiedziałem.
- Mógłby mieszkać na parterze - burknął.
Zapukał do bramy. KonsjerŜce, która otworzyła, rzucił kilka szybkich słów 

swym paskudnym slangiem. Zaraz teŜ wyjrzał jakiś przestraszony jegomość, który 
wpatrywał się w sforę psów za naszymi plecami.

- Pourquoi les chiens aboientils? - spytał.
- Je suis loupgarou - odparł Peters. -Je veux von Kempelen.

background image

MęŜczyzna przyglądał się, potem znów zaczął się głośno śmiać. KonsjerŜka 

z niepewnym uśmiechem ustąpiła i zeszła nam z drogi.

- Trois? - zapytał Peters.
- Oui.
- Merci - odezwałem się po francusku, Ŝeby nie być gorszym.
Weszliśmy na schody, doszliśmy na górę i zapukaliśmy do drzwi. Nikt nie 

odpowiadał. Odczekaliśmy chwilę i spróbowaliśmy ponownie. Za trzecim razem 
krzyknąłem:

- Von Kempelen! To waŜna sprawa. Chyba będzie pan tym zainteresowany. 

Warto nam poświęcić chwilę czasu.

Drzwi uchyliły się i przez szparę dojrzeliśmy duŜe niebieskie oko.
- Ja? - odezwał się głos zza drzwi.
- Jesteśmy Amerykanami - powiedziałem. - Wiem, Ŝe jest pan twórcą słynnego 

mechanicznego szachisty.

- i co z tego? - odpowiedział. - Nawet jeśli tak jest? Pokazałem plik dolarów, 

wziętych z sejfu Ellisona, i pomachałem nimi w powietrzu.

- Jestem przedstawicielem Klubu Szachowego z Baltimore. Chciałbym 

załoŜyć się z panem o tysiąc dolarów, Ŝe wygram z tą pana maszyną.

Drzwi otworzyły się szerzej i ujrzeliśmy niskiego, tęgiego męŜczyznę 

o płowych włosach i wąsach, szerokich ustach, rzymskim nosie i dziwnie duŜych, 
wyłupiastych oczach.

Połowa jego twarzy była namydlona, w ręku trzymał brzytwę.
- Wybaczcie, panowie, ale niestety maszyna nie jest gotowa do gry o tak 

późnej porze.

- Mój BoŜe! - odparłem. - Tak nam wszystkim w klubie zaleŜało na tym, aby 

któryś z nas spróbował. Ile czasu zajęłoby przygotowanie pańskiego szachisty? Czy 
uwaŜa pan, Ŝe powinniśmy zaoferować większą sumę pieniędzy...?

Nagle otworzył drzwi na ościeŜ; najwidoczniej podjął jakąś decyzję.
- Proszę wejść, proszę wejść - powiedział. Spełniliśmy ochoczo tę prośbę. 

Wskazał nam dwa sfatygowane krzesła po drugiej stronie pokoju.

- Właśnie robię herbatę. Jeśli macie panowie ochotę, to bardzo proszę.
- Dziękuję - powiedziałem, przechodząc we wskazanym przez niego kierunku.
PołoŜył brzytwę obok miski na kredensie, wziął ręcznik i wytarł mydło 

z twarzy. Obserwował nas w pękniętym lustrze, gdy idąc w kierunku krzeseł, 
znaleźliśmy się za nim.

W małym czajniku na maszynce spirytusowej stojącej na skrzynce gotowała 

się woda, w pokoju było duŜo skrzynek poustawianych jedna na drugiej. Niektóre 
były otwarte. Widać w nich było róŜne dziwaczne przyrządy chemiczne lub 
alchemiczne. Niektóre były rozpakowane i rozmieszczone na ławie, zajmującej całą 
długość przeciwległej ściany. Część urządzeń stała pod ławą.

Cały czas słychać było ujadanie psów na dworze.
Von Kempelen wstawił trzy róŜne filiŜanki do jednej ze skrzyń, wytarł je tym 

samym ręcznikiem co twarz i zaczął robić herbatę.

- Zmontowanie szachisty i przygotowanie do gry zabrałoby kilka dni - 

powiedział - gdybym nie miał niczego lepszego do roboty. Oczekuję jednak udziału 
w pewnej delikatnej sprawie, która ma skomplikowany charakter. Obawiam się, Ŝe po 
prostu nie będę miał czasu na to, aby zorganizować dla panów partię i wygrać te 
pieniądze. MoŜe cukru? Albo śmietanki?

- Proszę o cukier.
- Dla mnie nic, dziękuję - odpowiedział Peters.
Von Kemplen przyniósł dwie parujące filiŜanki i usiadł naprzeciw nas, 

background image

trzymając swoją filiŜankę w dłoniach.

- Nic innego nie da się zrobić - zakończył.
- Rozumiem - powiedziałem. - Moi koledzy będą rozczarowani. Oczywiście 

sprawy zawodowe są waŜniejsze niŜ hobby.

Spojrzałem na te wszystkie urządzenia i sprzęty.
- Jest pan w zasadzie chemikiem, prawda? Skierował swój bystry wzrok na 

mnie.

- Zajmuję się wieloma rzeczami - powiedział - między innymi chemią. Teraz 

czekam na wiadomości w sprawie pewnego kontraktu, który, jeśli dojdzie do skutku, 
potrwa jakiś czas. Nie chciałbym jednak o tym rozmawiać.

- Oczywiście, nie zamierzałem pana wypytywać i uchodzić za wścibskiego - 

rzekłem, próbując herbatę. - MoŜe będę miał okazję zagrać z pańskim szachistą 
innym razem.

- Całkiem moŜliwe - dorzucił. - Kiedy przyjechaliście do miasta?
- Dziś rano - odpowiedziałem.
- z całą pewnością nie zadaliście sobie tyle trudu, Ŝeby mnie odszukać po to, 

aby wziąć udział w tej grze?

Zaśmiałem się.
- Nie, ostatnio zdobyłem trochę pieniędzy i zawsze chciałem przyjechać do 

Europy. Krótko mówiąc, gdy dowiedziałem się po przyjeździe do ParyŜa, Ŝe pan tu 
przebywa, postanowiłem spotkać się z panem, co uznaję za ogromną przyjemność.

- Interesujące - odrzekł. - Niewielu ludzi zna miejsce mego pobytu.
Griswold albo jakiś francuski oficjel? - zastanawiałem się. Co by mu 

powiedzieć o tym, skąd mam jego adres? Zdecydowałem, Ŝe ujawnieniem tej 
tajemnicy obarczę francuskie koła rządowe. Były juŜ podobne precedensy. Zanim 
cokolwiek powiedziałem, ktoś wybił okno.

Jakiś osiłek kopnął framugę i przedostał się do pokoju z sąsiedniego domu. Do 

diabła! Straciłem rachubę czasu. Chciałem chociaŜ poruszyć główny temat przed 
rozpoczęciem całej akcji.

Drugi z intruzów, o równie łotrowskim wyglądzie, ale nieco szczuplejszy, 

wyłonił się zza pierwszego, z tyłu zauwaŜyłem jeszcze jednego, z zadowoleniem 
stwierdziłem, Ŝe doskonale pasowali do ról, które mieli odegrać.

Von Kempelen upuścił filiŜankę, cofnął się w stronę stołu laboratoryjnego 

i uniósł ręce, zasłaniając swoje przyrządy. Peters i ja wstaliśmy, a osiłek obrzucił nas 
zdziwionym wzrokiem.

Z krzykiem natarłem do przodu, ale nie mogłem nawet znaleźć właściwych 

słów, gdyŜ chyba nikt z nich nie znał angielskiego. Usiłowałem zadać cios ręką, ale 
przeciwnikowi udało się ją zablokować i uderzyć mnie w Ŝołądek.

W tym samym momencie pomyślałem, Ŝe mogą to nie być wynajęci przeze 

mnie ludzie, ale najzwyklejsi prawdziwi rabusie.

Zrobiłem obrót, mając nadzieję, Ŝe jego kolejny cios, tym razem z pewnością 

w kark, chybi. Nie wymierzył tego ciosu, gdyŜ Peters chwycił jego łapę. Usłyszałem 
ś

miech i widziałem, jak próbuje uwolnić się z uścisku. Zdziwienie odmalowało się na 

jego twarzy, gdy nie udało mu się wyrwać. Peters szarpnął mu rękę w dół i tamten 
musiał się zgiąć do przodu. Teraz Peters szybko złapał go zębami za ucho i odgryzł 
mu połowę małŜowiny. Poszkodowany wrzasnął z bólu, a krew zalała mu policzek 
i szyję. Peters złapał go za rękę i przełamał ją o biodro, w tym czasie jeden 
z pozostałych zadał mu cios pałką w głowę. Nie byłem w stanie przyjść mu z pomocą 
ani nawet krzyknąć.

Po tym uderzeniu Peters zatoczył się, ale nie upadł. Skierował się w stronę 

tego z pałką, ale drugi skoczył mu na plecy. Jednocześnie ten ze złamaną lewą ręką 

background image

i odgryzionym uchem wyciągnął prawą ręką nóŜ zza pasa i ruszył w wir walki.

Nie mogłem wstać o własnych siłach. Zdołałam pochylić się do przodu, 

podkurczyć kolana i przetoczyć się na napastnika, zwalając go z nóg. Padając na 
mnie, zaklął szpetnie po francusku. Byłem oszołomiony i oczekiwałem uderzenia 
w kaŜdej chwili. Złapałem kilka głębokich oddechów i próbowałem się podnieść, 
w tym czasie ktoś zaczął wrzeszczeć.

Wstałem wreszcie i odwróciłem się. Zobaczyłem, jak Emerson wpycha 

któregoś z nich do komina. Peters wykręcał innemu ręce, a ten, którego powaliłem, 
podnosił się. Trzymał w ręku nóŜ. Krew zalewała mu spoconą twarz. Lewa ręka 
zwisała mu bezwładnie.

Usłyszałem cięŜkie kroki na schodach i okrzyk: “śandarmeria!” Peters 

miaŜdŜył kości swego przeciwnika. Ten z noŜem rzucił się na mnie. Powstrzymałem 
go, zadając cios w podbródek.

Usłyszałem łomot w drzwi. Coś chyba nie było dograne z policją. Po kolejnym 

uderzeniu Emerson przerwał swą robotę, przebiegł przez pokój, Ŝeby zabrać brzytwę 
von Kempelena, którą ten zostawił przy misce. Następnie przez okno wyskoczył na 
dach i najzwyczajniej zniknął.

- Niezły pomysł - zauwaŜył Peters i porzucił dalsze miaŜdŜenie kości. - 

Dziękuję za herbatę! - krzyknął w stronę von Kempelena i podąŜył w ślad za 
Emersonem.

Spojrzałem za siebie na wynalazcę, który wciąŜ chronił swój sprzęt 

laboratoryjny. Po raz kolejny ktoś uderzył w drzwi.

- Dobranoc - powiedziałem. - Powodzenia. ZmruŜył oczy i krzyknął:
- UwaŜajcie na siebie!
Drzwi puściły pod naporem Ŝandarmów, zanim gospodarz zdąŜył je otworzyć.
Skoczyłem za Emersonem i Petersem. Dachówki były mokre i śliskie. 

Starałem się nie zgubić cieni, za którymi szedłem. Po pewnym czasie dach stał się 
płaski, z tyłu słyszałem jakieś nawoływania. Przyspieszyłem kroku.

W dole cały czas ujadały psy.
Nie wiem, jak długo uciekaliśmy. Wreszcie wszedłem za Petersem przez okno 

do pustego mieszkania na najwyŜszym piętrze. Nie pytałem nigdy później, kto znalazł 
to mieszkanie, a moŜe była to tylko sprawa jakiegoś instynktu. Wtedy chyba teŜ 
zgubiliśmy Emersona. Przyczailiśmy się bez ruchu na moment, nasłuchując odgłosów 
pościgu. Cisza najlepiej świadczyła o tym, Ŝe byliśmy bezpieczni. Zeszliśmy 
spokojnie schodami w dół i wyszliśmy na ulicę.

Szliśmy w milczeniu i nic nie zakłócało spokoju nocy. Nawet psy się uciszyły. 

Peters znalazł kawiarnię, gdzie odsapnęliśmy przy szklaneczce wina, doprowadzając 
się do porządku i oceniając obraŜenia, które na szczęście nie okazały się groźne. Jego 
niedźwiedzia peruka teŜ jakimś cudem pozostała na swoim miejscu.

Nie było sensu zastanawiać się, dlaczego prefekt policji nie postąpił zgodnie 

z ustaleniami, zresztą moŜe i wypełnił je. Postanowiliśmy odczekać trochę i wrócić na 
miejsce, które musieliśmy w takim pośpiechu opuścić. Chcieliśmy sprawdzić, czy uda 
się nam dowiedzieć czegoś nowego.

Peters odgryzł kawał tytoniu z prymki, którą miał przy sobie. Zadziwiała mnie 

precyzja jego plucia na odległość. Gdy tylko ktoś wchodził lub wychodził, spluwał 
przez otwarte drzwi, nie czyniąc przy tym nikomu Ŝadnego uszczerbku.

Ja z kolei spoiłem czterech bywalców lokalu, na co wystarczyły mi niecałe 

dwie szklanki wina. Nasze wyczyny w ciągu kilku godzin spędzonych w tym 
przybytku wywołały sporo uciechy wśród reszty biesiadników.

Zegar trzeci raz wybijał pełne godziny od czasu naszego przybycia. 

Uregulowaliśmy rachunek i wyszliśmy.

background image

Tymczasem zrobiło się znacznie chłodniej. Postawiliśmy kołnierze 

i wepchnęliśmy ręce głęboko do kieszeni, zanim skierowaliśmy nasze kroki w stronę 
miejsca wcześniejszej potyczki.

Dom był zupełnie ciemny. Przeszliśmy koło niego kilka razy, ale w pobliŜu 

nie zauwaŜyliśmy nikogo, w końcu podszedłem do bramy. Zamek był wyłamany. Nie 
było problemu, Ŝeby ją otworzyć. Skinąłem na Petersa i weszliśmy do środka.

Posuwaliśmy się powoli, ostroŜnie badając teren. Weszliśmy na schody. 

Zatrzymaliśmy się na podeście przy drzwiach von Kempelena. Nasłuchiwaliśmy przez 
dłuŜszy czas, ale nic nie mąciło idealnej ciszy, w ciemności sprawdziłem drzwi. 
Zamek teŜ był wyłamany, a futryna rozłupana.

Pchnąłem drzwi i odczekałem. Nie było Ŝadnej reakcji. Wszedłem do środka. 

Ś

wiatło księŜyca wpadało przez wybite okno. Pokój był zupełnie pusty; Ŝadnego 

mebla, rurek, aparatury, łyŜki czy filiŜanki. Zabrano nawet stół laboratoryjny.

Peters zagwizdał.
- Ciekawe - powiedział. - Co o tym myślisz?
- Nic - odpowiedziałem. - Za duŜo moŜliwości. NajwaŜniejsze, to zobaczyć się 

rano z Dupinem. MoŜe udzieli odpowiedzi na parę pytań.

Peters splunął przez okno.
- a moŜe nie - powiedział.
Wróciliśmy na statek, gdzie powitał nas owłosiony typ siedzący gdzieś wśród 

lin.

- Bon jour, cholera! - powiedział kruk siadając na poręczy mojego krzesła 

i przyglądając się, jak piję herbatę.

- Bon jour tobie, ptaku czy diable - odpowiedziałem.
- Chyba lubi pana - zauwaŜył Dupin. - To pan sprawił, Ŝe powiedział wtedy 

“dość”.

- Rawk! Jednak! - wrzasnął Grip, rozkładając skrzydła i przekrzywiając głowę.
- Jeśli chodzi o list.... - rozpocząłem.
- Tak - odparł z uśmiechem. - Korzystając z podstępu i posługując się złotą 

tabakierą, uzyskałem dostęp do listów ministra. Znalazłem tam kilka obciąŜających 
szczegółów. Wracając do naszej sprawy, to von Kempelen proponował odsprzedanie 
swej tajemnicy rządowi. Minister własnoręcznie zrobił notatkę na liście, stwierdzając, 
Ŝ

e cena jest za wysoka i w grę moŜe wchodzić włamanie w celu zdobycia zapisków 

alchemika. Sugerował szybkie działanie, gdyŜ jeszcze ktoś inny moŜe wcześniej 
sfinalizować transakcję. Notatka była teŜ zaparafowana przez innego ministra z datą 
trzydziestego pierwszego.

- Rząd zdecydowałby się na taki krok? - wykrzyknąłem. Uniósł brwi i wypił 

łyk herbaty.

- a przybycie policji? - spytałem. - Czy to była część planu? Czy von 

Kempelen i jego tajemnica są teraz w rękach waszego rządu?

- Nie, wcale nie - odpowiedział. - Udało mi się o całej sprawie powiadomić 

monsieur Gisqueta, naszego prefekta policji, który od dawna nie był w najlepszych 
stosunkach z ministrem, moim imiennikiem. Jak się okazało, ledwie z tym zdąŜyłem, 
chociaŜ nie było juŜ czasu, Ŝeby pana powiadomić. Mimo wszystko, jak mniemam, 
sprawiliście się dzielnie. JednakŜe wpakowanie kogoś do komina to dość dziwaczny 
pomysł. Nie chcę o tym słyszeć. - Wstrzymał mnie gestem ręki, gdy usiłowałem mu 
przerwać.

- Właściwie nie zamierzałem o tym mówić. Chciałem jedynie zapytać, 

w czyich rękach jest von Kempelen?

- w niczyich - odpowiedział. - On i cała jego aparatura podąŜają teraz 

w kierunku granicy. Ludzie Gisqueta spakowali wszystko wraz z jego rzeczami 

background image

osobistymi, a agent wyjaśnił wszystko von Kempelenowi.

- Po to, Ŝeby zrobić na złość przedstawicielowi rządu -powiedziałem. - To pan 

był agentem?

Znów się uśmiechnął.
- Nawet gdybym nim był i tak bym nie powiedział.
- Wiem, nie pytałem w celach informacyjnych.
- Rozumiemy się doskonale - stwierdził.
Nalał jeszcze herbaty. Wypiłem z przyjemnością łyk z parującej filiŜanki.
- w kierunku jakiej granicy zmierzają? - spytałem.
- Ma się udać do Hiszpanii, do Toledo - odpowiedział. -Nie wiem, czy to 

prawda, czy tylko sprytny wybieg dla zmylenia tropu. Szczerze mówiąc, wcale nie 
chciałem tego wiedzieć. Wracając do pańskiego pytania, to naprawdę nie wiem, czy 
będzie przekraczał granicę niezaleŜnego Księstwa Aragonii, czy Nawarry w drodze na 
południe.

- Rozumiem - powiedziałem. - Dziękuję. Chrząknął.
- Powiedziałem, Ŝe moŜe to tylko sprytny wybieg, poniewaŜ człowiek ten 

prowadzi nieco niebezpieczną grę. Nie okazałbym mu zbyt duŜo współczucia, gdyby 
spotkało go po drodze coś niebezpiecznego.

- Jak mam to rozumieć?
- Powiedziałem, Ŝe poczta ministra zawierała inne obciąŜające szczegóły...
- Mianowicie?
- Jeden nawet dotyczył tejŜe sprawy. Było to streszczenie raportów tajnych 

agentów z róŜnych stolic, z którego wynikało, Ŝe von Kempelen złoŜył tę samą ofertę 
wielu ludziom w licznych krajach, jak Włochy, Anglia, Hiszpania, Nawarra, 
Aragonia, Niderlandy, nawet Watykan.

- Na Boga! Wszystkim tym rządom lub władcom?
- Tak. Wśród prywatnych osób są na liście niejaki Rufus Griswold oraz 

Seabright Ellison.

- Naprawdę? Nic mi o tym nie wiadomo. Wzruszył tylko ramionami.
- Na podstawie przytoczonych faktów, moŜna przypuszczać, Ŝe von Kempelen 

jest albo niesamowicie naiwny, albo diabolicznie sprytny. Wytworzyć taką sytuację 
między osobami prywatnymi i państwami, to tak, jakby dąŜyć do uprowadzenia, tortur 
lub szantaŜu. Niektórzy z zainteresowanych są bezwzględni i zdradliwi.

- Jeden z nich mieszka w Toledo? Skinął potakująco głową.
- Arcybiskup Fernandez. Niedługo zostanie kardynałem... albo wyklętym, 

a moŜe obróci się w proch.

- Staram się zapomnieć, Ŝe inkwizycja to coś więcej niŜ tylko karta w historii.
- Czy arcybiskup popierają, czy nie? - spytał Peters. Dupin roześmiał się cicho.
- Nie jest zdecydowany - wyjaśnił. - Za wszelką cenę chce osiągnąć purpurę. 

Nie chce się nikomu narazić.

- Jest pan pewien, Ŝe von Kempelen naprawdę nie jedzie do Nawarry czy 

Aragonii?
 - spytałem. - Mówił pan, Ŝe moŜe się tam udać.

Dupin wzruszył ramionami.
- Wiem tylko tyle, ile sam powiedział. Ponadto wysłał list do Toledo. Niech 

pan sam wyciągnie z tego wnioski.

Westchnąłem.
- To juŜ chyba wszystko? - spytałem.
- Jeśli o to chodzi... - Wyciągnął kopertę spod swojej serwetki. - Chciałbym 

przedstawić rachunek za moje dodatkowe usługi, bo przecieŜ jest pan upowaŜniony 
do wystawiania bankom polecenia wypłaty. Poza tym moŜe juŜ się nie zobaczymy.

background image

Wziąłem od niego kopertę i otworzyłem ją.
- Są tu dwa rachunki - stwierdziłem.
- Tak - potwierdził.
Chciałem zobaczyć, w jakiej walucie były wypisane. Ogromna kwota drugiego 

rachunku “za nie wyszczególnione usługi” zupełnie zaparła mi dech.

- Ten, dla madame Roget - powiedziałem, potrząsając nim. -  Nie rozumiem 

jego znaczenia.

- To odszkodowanie dla tej pani - odparł - za stratę córki. Ciało Marie Roget 

znaleziono w rzece kilka godzin temu.

- Proszę o pańskie pióro.
Po powrocie na pokład “Eidolon” postanowiłem zwrócić się do monsieur 

Valdemara. Ligei nie było - zeszła na ląd zrobić zakupy. Zdecydowałem się 
skorzystać ze swoich własnych niedoskonałych jeszcze zdolności mesmerycznych, 
zamiast czekać. Od kapitana Guy wziąłem zapasowy klucz do kabiny Valdemara. 
Poprosiłem Petersa, Ŝeby mi towarzyszył, ale wykręcił się, tłumacząc tym, Ŝe jest 
zabobonny i przesądny.

Bogiem a prawdą to ja sam miałem podobne odczucia i dlatego zaleŜało mi na 

towarzystwie Petersa. Helas! - jak mówią w ParyŜu.

Zapaliłem kilka dodatkowych świec i uniosłem pokrywę skrzyni. 

Koncentrując się na środkowej części mego ciała, zgromadziłem energię 
i spowodowałem, Ŝe spłynęła do mych dłoni. Świece zaczęły przygasać. Szafa stojąca 
w kącie zaskrzypiała. Wykonałem pierwszy etap całego rytuału i usłyszałem stukanie 
w ścianę. Poczułem, Ŝe energia przeszła na Valdemara. Krzesło stojące w rogu 
pomieszczenia poruszyło się. Usłyszałem jęk i kilka sekund później Valdemar 
otworzył oczy. Ale nie koniec na tym. Następnie usiadł.

- Spokojnie. Spokojnie, Valdemar.
- Co ze mną uczyniłeś? - spytał.
- To, co zwykle - odpowiedziałem - chciałem zadać kilka pytań.
- Gdzie jest Ligeja?
- Dokładnie nie wiem. Spieszyłem się i postanowiłem tym razem sam dokonać 

dzieła.

- Nie do wiary! Nie do wiary! - zawołał. - Wiem teraz, co się stało.
- Proszę mi powiedzieć.
- Jej obecność powstrzymywała tę twoją energię z innego świata. Bez niej 

wszystko się zachwiało. Znów jestem pobudzony, chociaŜ jeszcze nie Ŝyję!

Powoli podniósł rękę. Prawe oko podąŜyło za jej ruchem. Drugie oko 

pozostało bez ruchu.

- To straszne - stwierdził, patrząc na mnie.
- Zaraz cofnę wszystko tak, jak mnie nauczyła Ligeja, jeśli odpowiesz na kilka 

pytań. Tej zdolności ci nie odebrałem, prawda?

- Widzę, jak widziałem - powiedział, składając powoli ręce.
- Wydaje mi się, Ŝe powinienem udać się do Toledo. Czy widzisz coś 

w związku z tym?

- Widzę, Ŝe zmierzamy do Toledo.
- Czy widzisz jeszcze coś?
- Jest tam spotkanie, przecięcie z losem Annie. Nic więcej nie mogę 

powiedzieć.

- Jestem gotów uznać to za dobry znak - powiedziałem. Zaczął zacierać 

dłonie, a potem przyłoŜył je do twarzy.

- Co moŜesz powiedzieć o Poem? - spytałem.
- Nie rozumiem pytania. Jest bardzo ogólne.

background image

- Przepraszam. Co on teraz robi?
- “Teraz” nic nie oznacza, to puste słowo. Światy, w których Ŝyjecie, rządzą 

się innym czasem.

- Co moŜesz powiedzieć o jego sytuacji i stanie umysłu, przemieszczając się 

do przodu od momentu naszej zamiany o taki sam okres, który ja przeŜyłem tutaj? - 
spytałem.

- Rozumiem - powiedział, krzyŜując ręce i dotykając ramion. - On wciąŜ nie 

wie, co nastąpiło. Jego zachowanie świadczy o tym, Ŝe wątpi w normalność swego 
stanu psychicznego. Chciałby zacząć wydawać swoją gazetę, ale nie moŜe znaleźć 
nikogo, kto by to sfinansował. Jest w głębokiej depresji.

- Chciałbym porozmawiać z Poem. Czy mógłbyś go tu sprowadzić, gdybym 

przekazał ci więcej energii?

- Nie. To nie zaleŜy ode mnie.
- Czy mógłbyś mnie tam przenieść?
- Nie.
- Co z nadmorskim królestwem Annie? Czy moŜesz sprawić, Ŝebyśmy się tam 

spotkali?

- Chyba nie, ale... Nie.
- Czy moŜesz przekazać mu wiadomość? Chcę go zapewnić, Ŝe ja naprawdę 

istnieję, Ŝe Annie naprawdę istnieje, Ŝe on nie jest szaleńcem.

- MoŜe mi się uda, ale nie wiem, jaką przybierze to postać.
- Spróbuj.
Osunął się gwałtownie i opadł. Ręce spoczęły mu na piersi.
- JuŜ - powiedział powoli.
- Udało się?
- Tak.
- MoŜesz powiedzieć, jaką formę to przybrało?
- Nie. Daj mi odpocząć...
Odwróciłem kolejność czynności, które wykonywałem, Ŝeby nawiązać kontakt 

z Valdemarem. Odebrałem przekazaną mu energię. Znów słyszałem stukanie we 
wszystkie ściany i sufit. Krzesło sunęło w moim kierunku, później przewróciło się. 
Valdemar wydał szczególnie Ŝałosny jęk, zamknął oczy i skrzynia z trzaskiem sama 
się zamknęła.

Zgasiłem świece i wyszedłem, Ŝeby poczynić przygotowania do podróŜy.
Edgar Allan Poe nie spał dobrze. Obudził się bardzo wcześnie i bezskutecznie 

próbował przypomnieć sobie, co mu się śniło. Wreszcie wstał i ubrał się. Niebo od 
wschodu zaczynało szarzeć. Otworzył frontowe drzwi i wyszedł na dwór, Ŝeby 
powitać świt.

ZauwaŜył miniaturowy pałac migocący na podwórku. Ruszył w tamtą stronę, 

ale przestał go widzieć. Znalazł tylko kupę piasku.

MoŜe to tylko gra świateł...

VI

Szła boso po plaŜy. Była spokojna, bezgwiezdna noc. Morze stanowiło 

delikatną jasność, wystarczającą, aby zapewnić jej Ŝądaną poświatę.

Chodziła po kole, przybliŜając i oddalając się od wody. Nie pamiętała, 

dlaczego to robi, ale pamiętała, Ŝe jest to waŜne. Nie przestawała.

W pewnej chwili czarny kot przebiegł obok niej, nieco później środek koła 

zapadł się. Wokół dziury przeskakiwały płomienie, a pośród nich przemknęło 
jaskrawe ostrze. Chodziła dalej, nie ustawała. Dlaczego to robiła? Było to waŜne 

background image

i tyle. Bardzo waŜne.

Obok dziury w ziemi leŜał człowiek, twarzą w dół. Tak. Trzeba go zmusić, 

Ŝ

eby tam zajrzał. Dobrze. Łatwo poszło. Płomienie coraz bliŜej. Widzisz, jak się 

rusza?

Przyspieszyła kroku. Co on widzi? Makabra, przeraŜenie. Oczywiście. To, co 

widzi jest...

Wydała z siebie okrzyk i poziom morza podniósł się, sięgając płomieni, 

męŜczyzny, dziury w piasku...

RozłoŜyła szeroko ręce i rozdarła przestrzeń. Przeszła przez powstałą pustkę.
Przebudziłem się na skutek ciągłego podskakiwania dyliŜansu. Czarny kot 

spoglądał na mnie z ciemnego kąta przeciwległego siedzenia. Przyglądałem mu się 
przez moŜe dziesięć sekund, aŜ uświadomiłem sobie, Ŝe to tylko peruka Petersa, która 
spadła mu z głowy, gdy zapadł w sen.

Przetarłem oczy, rozprostowałem się i sięgnąłem po butelkę z wodą. 

Podciągnąłem wyŜej koc, który okrywał moje kolana. Wypiłem łyk wody, potem 
jeszcze jeden.

PodróŜowaliśmy wynajmowanymi dyliŜansami ciągnionymi przez rozstawne 

konie, kierując się ku cieplejszym stronom. Pireneje były niegościnne, a Nawarra 
ponura i zimna.

Zaczynałem juŜ przyswajać sobie podstawy francuskiego, a teraz musiałem 

przestawić się na hiszpański. Peters znów miał nade mną przewagę, gdyŜ znał ten 
język z okresu, który spędził w Meksyku.

- To jest hiszpański bełkot, Eddie. śaden szanujący się caballero nie Ŝyczyłby 

sobie tego słuchać przy ludziach, a wierz mi, Ŝe wszyscy są tutaj właśnie tacy - 
wyjaśnił. - Przy ludziach - dodał.

Widziałem spalone pola, wypalone domy, drewniane krzyŜe; wszędzie wokół 

wyraźne ślady wojny. Ostatnio sami zaczęliśmy odczuwać opóźnienia i inne 
niedogodności konfliktu, ale wskazówki Valdemara i odpowiedni zapas złotych 
monet usuwały przeszkody.

Jako Ŝołnierz byłem w równym stopniu zafascynowany, co przeraŜony. 

Hiszpanie zaczęli uŜywać nowego słowa dla tej formy działań wojennych, które 
stosowali do stawiania oporu Francuzom - guerrilla. Polegało to na nagłych, 
niespodziewanych atakach, zasadzkach, wypadach spoza tyłów przeciwnika. Unikali 
otwartych walk. Znakomicie się to wszystko sprawdzało teraz i we wcześniejszym 
okresie. Kosztowało to Francuzów wiele ofiar i wyniszczało ich.

Odwróciłem wzrok od tego przygnębiającego krajobrazu, w chwilę potem 

dyliŜans gwałtownie podskoczył i przyspieszył. Usłyszałem znane mi “Rawk!” i Grip 
sfrunął spośród bagaŜy na perukę Petersa. Ptaszysko miało najwyraźniej dość kurateli 
Dupina i w czasie naszej ostatniej wizyty skorzystało z okazji, aby uciec i pojawić się 
na pokładzie “Eidolon”. Kruk przywitał mnie słowami “Vingt francs pour la nuit, 
monsieur”, gdy wyszedłem po rozmowie z Valdemarem.

Grip czuł się zagroŜony za kaŜdym razem, gdy Emerson przejmował lejce 

i pędził konie w szaleńczym tempie. Woźnica niechętnie wdawał się w dyskusję 
z małpoludem i wzywał Ligeję, Ŝeby wstrzymała konie przy uŜyciu swych 
hipnotycznych mocy. Peters odbierał lejce od swego pokraki i karcił go.

- EjŜe, Grip! Oddaj to! - usłyszałem krzyk i odgłosy szamotaniny o perukę.
Ligeja ocknęła się, podniosła rękę i odsunęła się ode mnie. Ziewnęła 

i zapytała:

- Znów to samo?
Skinąłem głową na potwierdzenie.
DyliŜans kiwał się z boku na bok i podskakiwał. Ligeja przeciągnęła się.

background image

Peters swym nienaturalnie grubym palcem połaskotał kruka pod dziobem 

i zrobił dziwny grymas, który w wykonaniu kogokolwiek innego byłby uśmiechem.

- Dobry Gripper! - powiedział. - Oddaj to wujkowi Peteyowi.
Grip zdekoncentrował się i Peters szybko nałoŜył perukę na głowę, nie 

zwaŜając na to, jak leŜy.

Ligeja wstała i oparła się o ścianę. Odsunęła grubą zasłonę, wyjrzała przez 

okno i wykonała kilka ruchów ręką. Od razu zaczęliśmy zwalniać.

- MoŜe coś na uspokojenie dla Emersona - mruknąłem.
Zmierzyła mnie spojrzeniem i wychyliła się mocniej. Przytrzymałem ją, Ŝeby 

nie wypadła, w pół minuty później dawała mi znak, Ŝeby pomóc jej wrócić na 
miejsce.

- Moja kolej - powiedział Peters i wstał.
- Nie potrzeba - odrzekła. - Oddał lejce woźnicy.
- To do niego podobne - zauwaŜył Peters. Wzruszyła tylko ramionami.
- L'ennui, moŜe - dorzuciła.
- O, z pewnością - powiedział i usiadł. Niedługo zaczął na nowo bawić się 

z Gripem.

- Powiedz: “Dość!” - nakłamał go łagodnie. - To słowo, które chciał usłyszeć 

ten dŜentelmen w ParyŜu. No, dalej! Mów!

- Amontillado! - wrzasnął  czarny  rozmówca. -Amontillado! - Zakończył 

swoją kwestię wybuchem szaleńczego, prawie ludzkiego śmiechu i serią odgłosów 
naśladujących wyciągnięcie korka z butelki.

- To chyba jakiś mocny trunek, co? - odezwał się Peters, łypiąc w moją stronę.
- Tak - potwierdziłem, ale moje myśli błądziły gdzie indziej.
Zastanawiałem się, co mamy robić po przyjeździe do Toledo. Valdemar nie 

dawał nam pewności, Ŝe znajdziemy tam von Kempelena - miał to być tylko właściwy 
ś

lad na drodze do mojego ostatecznego celu - uwolnienia Annie.

- Dość - powiedział łagodnie Peters.
- Amontillado - nalegał Grip.
W przeddzień przyjazdu do Toledo usłyszeliśmy stukanie dochodzące z góry. 

Emerson leŜał wtedy skulony przy nogach Petersa i smacznie spał (zdarzało się to 
ostatnio często, a pozostali nie mieli nic przeciw temu). Przypuszczaliśmy, Ŝe to 
woźnica daje nam znaki. Peters wychylił się i krzyknął na niego, ale tamten 
zaprzeczył.

Znów usłyszeliśmy stukanie. Ligeja odwróciła się i spojrzała na mnie.
- Nie robiłeś Ŝadnych hipnotycznych praktyk?
- Ja? Nie. Od dawna, nie - odpowiedziałem.
- Czuję coś dziwnego - powiedziała. Krzyknęła do woźnicy i zwolniliśmy.
- o co chodzi? - spytałem.
- Coś niezwykłego - odpowiedziała. Zatrzymaliśmy się pod ogromnym 

drzewem. Kazała odwiązać i zestawić skrzynię z Valdemarem na ziemię. Powiedziała 
woźnicy i pomocnikowi, Ŝeby odpoczęli sobie za pagórkiem. Peters zdecydował, Ŝe 
pójdzie z nimi.

Ogarnęło mnie dziwne uczucie, gdyŜ usłyszałem stukanie, które dochodziło 

z wnętrza skrzyni.

- Otwórz - powiedziała do mnie.
Odpiąłem ostatnią sprzączkę i podniosłem górną część pokrywy. Valdemar 

spoglądał na nas. Widać było obie jego tęczówki.

- Coraz gorzej - powiedział.
- Co to znaczy? - spytała Ligeja.
- Przybywam do was bez wezwania. Czy to moŜe Siła śycia odzyskuje 

background image

władzę?

- Nie mogę nic powiedzieć na ten temat - odpowiedziała. -  Czy wiesz, 

dlaczego tak się stało?

Poruszył prawą ręką i opuścił ją na moją dłoń, która oparta była o krawędź 

skrzyni. Kosztowało mnie duŜo wysiłku, Ŝeby jej nie cofnąć.

- Musisz się odłączyć - powiedział - zanim wjedziecie do miasta, 

w przeciwnym razie zginą w Toledo.

- Co mamy robić, gdy on będzie w mieście? - spytała.
- Skręćcie na wschód - odpowiedział. - Zapytajcie mnie później, o zachodzie 

słońca.

- Nie rozumiem, co mam robić w Toledo - powiedziałem.
- Ja teŜ nie - odpowiedział, ściskając mi rękę. - • Coś wzywa. MoŜesz 

odpowiedzieć na to wezwanie albo nie. Twoja wola jest wolna.

- Muszę jechać - powiedziałem.
- Wiedziałem, Ŝe pojedziesz - odrzekł i opadł do skrzyni; jego ręka zsunęła się 

z mojej i ułoŜyła się na jego piersi.

Ligeja dała mi znak, Ŝeby zamknąć skrzynię, co skwapliwie zrobiłem. Wzięła 

mnie za rękę i poszliśmy na mały spacer wśród szpaleru młodych drzew.

- Nie podoba mi się to wszystko - powiedziała. -Sprawia wraŜenie przeszkody, 

kolizji. MoŜe to być nadzwyczajny uśmiech fortuny, a moŜe pułapka. Nic nie mogę 
powiedzieć na przyszłość.

- Co mamy robić?
- Chcę roztoczyć kontrolę nad tobą - powiedziała, gdy zatrzymaliśmy się 

wśród drzew - a takŜe wytworzyć metapsychiczną więź.

- Pamiętasz, co się stało, gdy ostatnio poddałaś mnie swej władzy?
- Od tamtego czasu powaŜnie się tym zajęłam - oznajmiła. - Tym razem nie 

rozdzielę cię od twego ciała.

- Jaki będzie cel tej więzi?
- Mam nadzieję, Ŝe będzie słuŜył mi zdobywaniu informacji o twoim losie - 

wyjaśniła.

- Zgoda.
Usiadłem na szarym pniu zwrócony w jej stronę. Oparłem się o duŜy głaz. 

Przypominałem sobie, jak przesuwała ręce koło moich oczu. Pamiętałem dziwne 
objawy Ŝołądka. Moje myśli wypłynęły ze mnie, jak po wyjęciu korka...

Ocknąłem się po jakimś czasie, ale nie wiem, ile to trwało.
Czułem się zupełnie odpręŜony.
- Dobrze - usłyszałem jej głos.
Otworzyłem oczy. Uśmiechała się. Wyciągnęła do mnie ręce i pomogła mi 

wstać.

- Udało się? - spytałem, gdy wracaliśmy do dyliŜansu. - Chyba tak - 

odpowiedziała. - Przekonamy się. Wszyscy czekali juŜ na nas. Podnieśliśmy skrzynię 
z Valdemarem i przymocowaliśmy ją do dyliŜansu.

W czasie jazdy myślałem o tym, w jaki sposób Ligeja będzie mogła mi pomóc, 

jeśli nawet dowie się, Ŝe znalazłem się w niebezpieczeństwie, gdy ona będzie gdzieś 
daleko na wschodzie. Przyglądałem się Gripowi, który teŜ skierował swój wzrok na 
mnie. Otwierał dziób wiele razy, ale wcale się nie odezwał.

Toledo połoŜone jest na wzgórzu i otoczone z trzech stron rzeką Tag. Znajduje 

się w odległości około czterdziestu mil na południowy zachód od Madrytu. Nie było 
wtedy w rękach Francuzów.

Nad miastem wisiały ciemne chmury, ziemia była rozmokła - jakby po 

niedawnej ulewie. Nasz woźnica - starszy od poprzednich - zatrzymał się poza 

background image

murami miasta. Zaklinał się, Ŝe nigdy nie przekroczy jego granic.

Wziąłem ze sobą stosowną ilość złota oraz list napisany przez Ligeję po 

hiszpańsku, w którym zwracałem się o wynajęcie tłumacza. Valdemar wskazał mi 
ojca Diaza, który według niego był uczciwym i czcigodnym człowiekiem. Miałem 
takŜe mapkę z zaznaczonym połoŜeniem kościoła św. Tomasza i probostwem.

Zaopatrzony w to wszystko poŜegnałem się z towarzyszami podróŜy, planując 

spotkać się z nimi w tym samym miejscu i o tej samej godzinie za trzy dni.

ZbliŜałem się do tej skalistej fortecy od północy. Wiedziałem, Ŝe wcześniej te 

okolice zamieszkiwali Rzymianie, Wizygoci i muzułmanie. Ligeja powiedziała mi, Ŝe 
trzynastowieczna katedra jest wyjątkowo piękna. Oglądając ją z pewnością doznam 
uczucia, Ŝe czas tu płynie szybciej niŜ ten, którego ja doświadczam.

Przekroczyłem granice miasta nie zatrzymany przez nikogo. Valdemar miał 

najprawdopodobniej rację sugerując, abym poŜegnał przyjaciół i współtowarzyszy 
podróŜy poza murami. Byli oni oczywiście lojalni i silni, ale w mieście 
arcykonserwatystów, którzy sprawowali tu władzę, ta zbieranina dziwacznych osób 
mogła nie być zbyt dobrze przyjęta. Ja, jako bogaty Amerykanin, mogłem 
przynajmniej liczyć na tolerancję.

Zobaczyłem katedrę, wiele małych sklepów, kilka przepięknych rezydencji, 

zdobionych powozów, brudnych wozów, wspaniałe konie i znakomite klingi, 
z których słynęło to miasto.

Jednym z najbardziej okazałych ostrzy był sztylet naleŜący do człowieka, 

który mnie aresztował.

Czterech uzbrojonych ludzi, wyjątkowo podobnych do siebie, podeszło do 

mnie wtedy, gdy udało mi się odnaleźć kościół św. Tomasza. Chodziłem przedtem po 
ulicach przez kilka godzin i byłem dumny z tego, Ŝe nie musiałem korzystać z niczyjej 
pomocy, posługując się tylko mapą.

Trzymałem tę mapę w rękach, gdy zbliŜyli się i zaczęli mówić coś, czego 

zupełnie nie rozumiałem, - No comprendo - tłumaczyłem. - Soy norteamericano.

Rozmawiali przez chwilę między sobą, następnie jeden z nich spojrzał na 

mapę, wskazał coś na niej, a później na kościół.

- La iglesia? - spytał.
- Si - odpowiedziałem. - Santo Tome. De donde es Padre Diaz?
Zamienili szybko kilka zdań ze sobą. Gdy usłyszałem nazwisko ojca Diaza 

w połączeniu z czymś, co brzmiało jak “heretico”, uświadomiłem sobie, Ŝe sytuacja 
staje się kłopotliwa. Nie myliłem się. Za chwilę miałem okazję podziwiać inkrustacje 
ze złota i srebra. Inne sztylety teŜ były wspaniałe, ale ten naleŜący do Enrique - do 
którego teŜ zwracali się Jefe - był najpiękniejszy.

- Idziesz z nami - powiedział Jefe Enrique.
- Soy norteamericano - wyjaśniłem kolejny raz.
- Si, norteamericano amigo de heretico - powiedział.
- Nie, potrzebny mi był ktoś, Ŝeby odszukać wynalazcę, von Kempelena. 

Powiedziano mi, Ŝe ojciec Diaz albo zna angielski, albo pomoŜe mi znaleźć tłumacza. 
Rozumiesz?

Pokazałem mu list. Podał go następnemu. Tamten rzucił okiem i oddał dalej. 

Kolejny zrobił to samo. Najpewniej nikt z nich nie umiał czytać.

- Por favor - powiedziałem. - Interpreter, translator - para Ingles.
Jefe Enrique wzruszył ramionami i wymachiwał sztyletem.
- Chodź - powiedział.
Jeden szedł z tyłu, dwóch po bokach, a Jefe z przodu, nieco z prawej. Szkoda, 

Ŝ

e nie nauczyłem się, jak jest po hiszpańsku “nieporozumienie”, chociaŜ miałem 

wątpliwości, czy w ogóle cokolwiek by to pomogło. Byli absolutnie przekonani co do 

background image

słuszności swej decyzji i nie mieli zamiaru dyskutować.

Zabrali mnie do więzienia, konfiskując przy okazji moje pieniądze, broń, list 

i mapę. Zostałem umieszczony w ciemnej celi. Najpewniej w tym samym czasie 
rozwaŜana była kwestia moich przypuszczalnych powiązań z padre Diazem. Gdyby 
sprawa przybrała niekorzystny obrót, bez wątpienia przekazano by mnie w ręce 
Inkwizycji.

Wyciągnąłem ręce przed siebie. Przesunąłem się po omacku wzdłuŜ ścian. 

Niektóre były z kamienia, inne z szorstkiego Ŝelaza. Gdy znów doszedłem do drzwi, 
usiadłem i oparłem się o nie, Ŝeby odpocząć. Natknąłem się na chleb i wodę. 
Posiliłem się tymi skromnymi darami. Musiałem teŜ się zdrzemnąć, gdyŜ miałem 
pewną przerwę w świadomości.

Przebudziłem się, leŜąc twarzą w dół. Moja prawa ręka zwisała. Lewy 

policzek dotykał podłogi celi, ale skroń nie. Uderzył mnie dziwny zapach, jakby 
gnijących grzybów czy pleśni. Badałem ręką podłogę i powoli uzmysłowiłem sobie, 
Ŝ

e przysnąłem na samej krawędzi okrągłego zagłębienia. Udało mi się natrafić na 

luźny kamień i unieść go. Puściłem go w dół i usłyszałem, jak obija się o ściany 
przepaści i w końcu wpada do wody, w tym momencie uchyliły się drzwi albo płyta 
gdzieś nade mną i zaraz zamknęły. Odrobina światła, która wdarła się do celi, 
uratowała mnie przed upadkiem w dół, poniewaŜ zdołałem zobaczyć, Ŝe znajduję się 
o krok od ciemnego otworu w środku podłogi. Cofnąłem się szybko i przywarłem 
mocno do ściany.

Chyba jesteśmy pogrzebani za Ŝycia, Perry. Zupełnie, jakby mówił Poe, jakby 

siedział w ciemności obok mnie, rozwaŜając sytuację.

To tylko tak wygląda, Poe. Jesteśmy w więzieniu. Bywałem juŜ w więzieniu. 

Odpowiedziałem w myśli.

Nie w takim, Perry.
Pozory, mój drogi Poe. Po prostu pozory.
Otchłań nas wzywa.
Niech wzywa. Nie mam zamiaru odpowiadać.
Jesteś mocniejszy ode mnie, Perry.
To nie tak, Poe. Jesteśmy w pewnym sensie tacy sami. Okoliczności 

dostarczają upiększeń.

MoŜe lepiej byłoby skoczyć w dół i skończyć ze wszystkim.
Nie, dziękuję.
I tak wszystko kończy się w otchłani.
Nie ma co przyspieszać biegu wypadków. Niech czekają.
Nie wiedzą, co to czekanie. Nie są obdarzone wraŜliwością.
Jesteśmy w takim razie potęŜniejsi, gdyŜ istniejemy.
Brzmi to równie niewyraźnie i wymijająco jak to, co powiedział kiedyś Pascal.
Zgoda.
I to jest filozofia człowieka czynu!
Uzyskałem odpowiednie wykształcenie, a poza tym mam ksiąŜki.
Co się z nami stało?
Zostaliśmy zamienieni.
Nie rozumiem.
Nie wiem, jaki jest tego mechanizm, ale znaleźliśmy się w nie swoich 

ś

wiatach. Musi to mieć jakiś związek z niewłaściwym wykorzystaniem tej mocy, 

którą posiada Annie.

Cisza. Trzy uderzenia. Jeszcze trzy.
A potem.
Perry, a moŜe jesteśmy tylko snem, wytworem jakiegoś demona ? Czy ja sam 

background image

jestem tym demonem ?

Nie znajduję Ŝadnych argumentów na solipsyzm. Nikomu, nawet Hume 'owi 

nie udało się udowodnić nieprawdziwości rzeczywistości. Sam powiedział kiedyś 
o Berkeleyu, Ŝe takie argumenty wykluczają dyskusję i prowadzą donikąd.

Jesteś mną, moim sobowtórem, moim złem. Jesteśmy zwalczającymi się 

połowami tego samego ducha, w doskonałej sprzeczności.

Poe, nie róŜnimy się aŜ tak. To tylko słowa.
Zachichotał.
Staje się nierealne, jak nigdy dotąd - odpowiedział -podobne do dialogu dwu 

dusz wewnątrz mnie samego.

Co mogę na to powiedzieć?
Chyba nic, no, moŜesz tylko przyznać mi rację.
Zawsze będę twierdził, Ŝe lepiej zaistnieć, niŜ nie zaistnieć - nawet jeśli to 

tylko czucie.

Usłyszałem jakiś trzask i zobaczyłem wątłą wiązkę światła padającą przez 

szczelinę w pobliskich drzwiach, na lewo. Zdołałem zauwaŜyć tacę, na której był 
kawałek chleba i mała flaszka, wepchnięta do celi poprzez zasłaniany otwór w dole 
drzwi.

Wygląda na to, Ŝe masz wybór między czeluścią a spleśniałym chlebem - 

zauwaŜył Poe.

Nadeszła pora posiłku, nic innego.
Wstałem.
Szkoda Perry, Ŝe nie istniejesz naprawdę - dodał rozwaŜnie. - Dalej darzyłbym 

cię sympatią.

Dobrze, Ŝe nie musiałem znaleźć się z nim w tej metafizycznej przestrzeni.
Po zjedzeniu tego, co mi podano, zacząłem ziewać i nie mogłem sobie z tym 

poradzić. Bałem się, Ŝe drzemka dosięgnie mnie zbyt blisko otchłani w środku celi. 
PołoŜyłem się więc na boku, plecami do ściany. Nadal wyczuwałem obecność Poego, 
który był gdzieś rozproszony wokół mnie.

Po przebudzeniu stwierdziłem, Ŝe coś się zmieniło. Nie miałem pojęcia, jak 

długo spałem. Otworzyłem oczy i ujrzałem światło. Upiorny Ŝółty i czerwony blask 
umoŜliwił rozejrzenie się po celi. Wyglądała nieco inaczej, niŜ sobie wyobraŜałem. 
Nie była tak regularnie kwadratowa, a bardziej prostokątna. Dwie dalsze ściany 
pokryte były rysunkami szatanów, tańczących szkieletów, ludzi palonych na stosie 
i poddawanych katuszom, poprzewracanych krzyŜy.

Kamienna podłoga miała ogromną dziurę na samym środku - ledwie ją 

widziałem. Najgorsze było to, Ŝe leŜałem przywiązany do jakiejś ramy. LeŜałem na 
niej na plecach obwiązany taśmą. Okalała moje nogi, tułów, prawą rękę i ramię. 
Mogłem swobodnie ruszać lewą rękę i głową. Na podłodze, zaraz przy mnie, stał 
talerz z jedzeniem.

Była to potrawa z wołowiny, mocno przyprawiona. Po chlebie i wodzie nie 

mogłem powstrzymać apetytu. Miałem wraŜenie, Ŝe wszystko to, co dotychczas 
jadłem i piłem, nafaszerowane było narkotykami. Ale czy miałem jakikolwiek wybór? 
Byłem głodny i chciało mi się pić. Sen, niezaleŜnie przez co wywołany, był 
najlepszym sposobem na spędzanie czasu w tym osobliwym miejscu.

Zjadłem mięso i rozglądałem się za butelką wody, ale nie było jej w zasięgu 

wzroku. Wtedy uprzytomniłem sobie, Ŝe jest to pierwszy etap moich fizycznych 
męczarni - odczuwałem rosnące pragnienie.

...Poe?  - spróbowałem nawiązać rozmowę w myślach.
Perry, czy kiedykolwiek w ogóle istniała Annie - zdawał się mówić gdzieś 

koło mnie.

background image

Oczywiście, Ŝe tak. Nadal istnieje...
Demonie! Kłamiesz!
Nie! Szukaj jej. Wołaj ją.
Później juŜ zostawił mnie samego z moim dokuczliwym pragnieniem. 

Przeniosłem uwagę na wysoki sufit, gdzie zobaczyłem Saturna poŜerającego swe 
dzieci, w jednej ręce, zamiast kosy, trzymał wahadło. Po chwili wydawało mi się, Ŝe 
zaczyna ono drgać i wykonywać nieznaczne ruchy. Potem jakiś dźwięk dochodzący 
z pobliŜa zakłócił moją koncentrację.

Szczur, mały diabełek z okrągłymi oczkami, pojawił się na obrzeŜu czeluści, 

skąd dalej słychać było odgłosy drapania. Uniósł pyszczek, wykręcił go jednocześnie 
poruszając wąsami. Wkrótce jeszcze jeden, większy, ukazał się za nim. Skrobanie nie 
ustało. Pierwszy zniknął pod moją pryczą, a drugi spokojnie węszył.

Z dziury wyszły jeszcze dwa szczury, później następny i jeszcze jeden.
Pierwszy w tym czasie dotarł do talerza, na którym znajdowały się resztki 

mojego ostatniego posiłku. Nie chciałem, Ŝeby któraś z tych bestii podeszła zbyt 
blisko - nie byłby to najlepszy powód przyjazdu do Hiszpanii - więc poruszyłem ręką, 
Ŝ

eby odstraszyć intruza. Zupełnie mnie zignorował i bezczelnie zaczął zjadać to, co 

zostało po mojej wątpliwej uczcie. Niedługo podszedł i drugi, i ten zaczął 
egzekwować swoje prawo do jedzenia. Wkrótce doszło do starcia - szczury kąsały, 
piszczały, prowadząc zaŜartą walkę, w czasie tej szamotaniny dwa inne weszły na 
talerz i stanęły naprzeciw siebie.

Przestałem machać ręką, Ŝeby nie uznały tego za zagroŜenie i nie zaatakowały, 

z dziury zaczęły wyłaniać się zastępy gryzoni, otaczać mnie, biegać po mnie, 
wykorzystywać moje ciało jako miejsce, z którego mogły skakać na pobratymców.

Starałem się, jak tylko mogłem, powstrzymywać dreszcze obrzydzenia. 

Strasznie się bałem, Ŝeby Ŝaden mnie nie ugryzł i Ŝeby cała reszta nie uznała, Ŝe 
nadaję się do jedzenia. Na szczęście jeden padł w walce, a pozostałe zaczęły 
rywalizować o jego szczątki. Cała podłoga przemieniła się w pole bitwy zatłoczone 
ogromem napływających szczurów, które przewalały się, kotłowały, wznosząc 
i opadając jak koszmarne morze z plamami krwi.

Upłynęło trochę czasu, zanim odwróciłem od tego wzrok, obróciłem głowę 

i spojrzałem ponownie w górę. Widok, który ujrzałem, zaparł mi dech w piersi. 
Wahadło nie drgało juŜ, ale poruszało się po łuku długości około metra. Ponadto 
opuściło się, w najniŜszym połoŜeniu pobłyskiwało w świetle, jakby zaznaczając 
wyjątkową delikatność krawędzi. Miało około trzydziestu centymetrów długości, było 
rzeźbione i przyczepione do mosięŜnego pręta, który trzymał w ręce poŜerający swe 
potomstwo Saturn. Inne leŜały pod jego stopami. Cały ten przyrząd świszczał 
i powodował łagodny podmuch przy kaŜdym ruchu.

Nie mogłem od niego oderwać oczu. Naliczyłem dziesięć ruchów i wtedy 

zauwaŜyłem, Ŝe się obniŜa. Po kolejnych dziesięciu nie obniŜył się, ale po paru 
następnych znów nieco się opuścił. Usiłowałem wyobrazić sobie, gdzie wahadło mnie 
uderzy, gdyby nieubłaganie poruszało się w ten sam sposób. Wydawało mi się, Ŝe 
moŜe trafić mnie w okolice serca.

Nagle zacząłem myśleć o tym, czy Ligeja wie, co mi się przydarzyło. 

Próbowałem nawiązać z nią kontakt w taki sposób, jak wcześniej z Poem.

Ligeja? Jesteś tam? Słyszysz mnie? Czy wiesz, gdzie jestem i co się ze mną 

dzieje?

Nic. MoŜe zbyt mocno skupiałem uwagę na ostrzu wahadła, co rozpraszało 

moją koncentracje? Czy narkotyki przytępiły mój umysł? MoŜe usiłowała 
wykorzystać tę więź w czasie, gdy byłem nieprzytomny i uznała przez to, Ŝe juŜ nie 
Ŝ

yję?

background image

Poe? Jesteś jeszcze tutaj? - zacząłem.
Makabra! - zdawał się krzyczeć. - Otchłań spogląda za siebie!
MoŜesz ją wypełnić, jak chcesz - powiedziałem, wyraŜając nagły przebłysk 

intuicji. - Jesteś artystą. Twoja wyobraźnia zapełni jej pustkę.

Makabra! - powtórzył.
Gdzie jesteś, Poe ? Gdzie jesteś?
Poczucie jego obecności znów umknęło. Potem wahadło wyraźnie przesunęło 

się w dół, długość zakreślanego przez nie łuku zwiększyła się.

Zapomniałem o Poem i Ligei. Zapomniałem nawet o szczurach - tak mocno 

pochłonęło mnie wahadło przecinające ze świstem powietrze nade mną. Po upływie 
jakiegoś czasu -godzin? dni? Nie wiem - zapomniałem o sobie, stając się jedną 
całością ze świecącym przeznaczeniem.

Ogarnął mnie niesamowity spokój, przeogromne poczucie przepływającego 

ukojenia.

W pewnej chwili straciłem przytomność.
I tym razem nie wiedziałem, ile czasu wymknęło mi się spod kontroli.
Obudziłem się z uczuciem strasznego, palącego pragnienia. Szczury biegały 

w tę i z powrotem, wydając przy tym piski. Otworzyłem oczy i natychmiast 
zauwaŜyłem wahadło. Opuściło się niŜej; łuk, który zakreślało, mógł mieć długość 
dziesięciu metrów. Wysoki dźwięk towarzyszący ruchowi wciskał się do mózgu, 
zwiastując nieuchronne uderzenie.

Najlepiej byłoby ponownie uciec w nieświadomość, rozstać się ze światem 

wskutek ataku serca. Pragnąłem tego, ale niepamięć nie nadchodziła. Tylko czujność - 
czujność i przewidywanie.

Lewo, prawo... szu! Usłyszałem przeraźliwy śmiech, który stopniowo 

identyfikowałem jako mój własny. Zagryzłem wargi mocno, aŜ do krwi, i zamknąłem 
oczy.

Natychmiast je otworzyłem, gdyŜ znacznie gorzej było wtedy, gdy nie 

widziałem wahadła. Ale umysł był jakby bardziej jasny i zmusiłem się do myślenia.

Patrzyłem na wahadło w sposób racjonalny. Nie pozwalałem się 

hipnotyzować. Liczyłem uderzenia serca pomiędzy poszczególnymi etapami opadania 
ostrza.

W tym czasie byłem spokojniejszy i mój nastrój utrzymywał się na względnie 

równym poziomie. Udało mi się liczyć:

310 ... uskok
286 ... uskok
127 ... uskok
416 ... uskok.
Nie mogłem odkryć Ŝadnej prawidłowości. Było to bardziej interesujące niŜ 

dokładność mechanizmu zegara. Wpadłem wreszcie na to, Ŝe na drugim końcu musi 
być człowiek, a nie Ŝadne urządzenia. Dawało to pierwszy promyk nadziei. Nie 
moŜna zaprzeczać Ŝelaznym zasadom mechaniki, ale w sferze opanowanej przez 
ludzką przewrotność konieczna jest umiejętność przewidywania.

Jeszcze raz przeanalizowałem swoje połoŜenie. Taśma, którą mnie 

skrępowano, była podobna do pasa uŜywanego do sutanny - pojedynczy kawał mocnej 
tkaniny owinięty wielokrotnie wokół mnie; jedno cięcie niszczącego ostrza 
w którymkolwiek miejscu... i po więzach.

Jeśli, będąc w takim połoŜeniu, potrafiłbym przeprowadzić dokładne 

obserwacje i obliczenia, mógłbym przewidzieć, kiedy nastąpi cięcie, i podjąć decyzję, 
czy wówczas nabrać powietrza, czy zrobić wydech.

Wiedziałem teŜ, Ŝe tam na górze jest człowiek, który znajduje przyjemność 

background image

w zadawaniu cierpienia. Zamierzał wydłuŜyć ostatnią fazę do maksymalnych granic. 
Nieprzypadkowo teŜ związany byłem takim właśnie pasem. Gdybym ja sam nie 
doprowadził do nieszczęścia poprzez oddech w niewłaściwym momencie, wahadło 
rozerwałoby pas, odbierając oprawcy przyjemność.

Powinno być dość czasu na to, Ŝeby udało mi się stoczyć z legowiska na 

podłogę. Przy okazji jednak istniało niebezpieczeństwo wpadnięcia do dziury, 
gdybym nie zachował ostroŜności. Myślałem, Ŝe ktoś chciał po prostu, abym sam 
wybrał otchłań i z własnej woli przepadł w dole. Reszta to drobiazg bez znaczenia.

Oddychałem miarowo, wolno i czekałem.
Osiem ruchów wahadła, i znalazło się ono o kilka centymetrów od mojej 

klatki piersiowej. Potem znów trochę się opuściło w moją stronę. Następne cztery, 
i musnęło mnie. Teraz zacznie się mną bawić. Zostawi na tej samej wysokości albo 
podniesie.

Wziąłem głęboki oddech, zacisnąłem mocno zęby i zamknąłem oczy. 

Poczułem piekący ból w klatce piersiowej, napiąłem ramiona i wierzgnąłem nogami. 
Obróciłem się w prawo i upadłem na podłogę...

Ciemne szczury rozbiegły się w popłochu we wszystkie strony. Świst wahadła 

ustał. Wykręciłem głowę i zobaczyłem, Ŝe ten diabelski przyrząd jest wciągany 
z powrotem pod sufit. Rozmasowałem bolące nogi i ręce, zachowując cały czas 
czujność.

Wtedy dopiero zauwaŜyłem źródło piekielnego światła, które wypełniało całą 

przestrzeń. Przedostawało się do celi dołem, przy metalowych ścianach - jednej 
z prawej i drugiej z lewej strony. Niczego nie mogłem zobaczyć przez te szczeliny, 
a do tego zaczął się przez nie wdzierać duszący zapach. Było to coś przypominającego 
odór podgrzewanego Ŝelaza. Wszystkie upiorne obrazy nabrały nowego wyrazu, oŜyły 
i zaczęły się poruszać. Ściany zatrzęsły się, przybierając głębszy odcień czerwieni niŜ 
płomienie i krew. Powoli, stopniowo rozŜarzały się.

Poruszyły się znów, rozjaśniły się. Czułem dym, a z zewnątrz dochodziły 

róŜne pobrzękiwania i stukotania. Podniosłem się i stanąłem. Kopnięciem zrzuciłem 
resztki pasa. Cofnąłem się o jeden krok przed napierającą ścianą Ŝaru. WciąŜ chcieli 
zepchnąć mnie do dziury.

Ś

ciany ponownie ruszyły. Zrobiłem jeszcze jeden krok do tyłu. Przesunąłem 

się wzdłuŜ krawędzi otchłani, aŜ doszedłem do kamiennej ściany - tej, która miała 
drzwi. Było to najbardziej rozsądne miejsce odwrotu.

Powoli obróciłem się. Czeluść wzywała mnie bezustannie od momentu, gdy ją 

odkryłem. Teraz czułem się przynajmniej zmuszony do zajrzenia w nią, Ŝeby 
zobaczyć, co w sobie kryje. Zajrzeć, Ŝeby przekonać się, co było źródłem takiego 
przeraŜenia, takiego duchowego wyniszczenia.

Spojrzałem w dół. Blask bijący z przesuwających się ścian rozświetlał całą 

przestrzeń. Przemogłem wewnętrzny opór i przyjrzałem się postaciom tworzącym 
ponurą grupę.

Niski męŜczyzna z bokobrodami stał przy otwartej trumnie. Miał na sobie 

odświętne ubranie, czarne rękawiczki, a w ręce trzymał krótki bat, jaki uŜywa się do 
tresury zwierząt. Byłem pewien, Ŝe musi to być Rufus Griswold. Przed nim stał Poe 
ze spuszczoną głową i związanymi rękami. Griswold nakazywał, Ŝeby Poe wszedł do 
trumny. Poe wyprostował się, uniósł głowę, a po chwili został tylko jego zarys, czerń, 
przez którą świeciły gwiazdy i płonęły komety; zadziwiający majestat Drogi Mlecznej 
na wyniosłości nieskończoności pojawił się przed trumną, a Griswold rzucał 
zdziwione spojrzenia i zgrzytali zębami.

Bat złamał się. Postać Poego powróciła, a ściany kroczyły w moją stronę, 

w dole działy się bardziej przeraŜające sceny.

background image

Griswold chciał zniszczyć wyobraźnię, cuda, ciemne obszary ludzkiego ducha, 

wkładając je do skrzyni i grzebiąc na zawsze w otchłani.

Ś

ciany zbliŜyły się. Pot lał się ze mnie strumieniami. Było niesamowicie 

gorąco. Hałas i pobrzękiwanie nie ustawały. Dym był nie do zniesienia. Czułem, Ŝe 
zaraz zemdleję. Oparłem się o kamienną ścianę.

- Nie! - krzyknąłem. - Poe, nie rób tego! Griswold, niech cię diabli wezmą!
ś

aden z nich nie reagował. Nie słyszeli. Podszedłem z trudem do krawędzi 

otworu. Słyszałem jakieś głosy, ale nie wiem skąd. Ktoś łomotał do drzwi. Owłosiona 
ręka chwyciła mnie za ramię. Czułem, Ŝe mdleję.

Nie przypominam sobie juŜ nic więcej.
Przebudziłem się w celi. Nie było Ŝadnej dziury na środku, a drzwi były 

uchylone. Ligeja i Emerson stali przy mnie, Peters przy drzwiach.

- Generał Lasalle zdobył miasto? - powiedziałem, powtarzając to, co 

usłyszałem. Tak mi się przynajmniej wydawało.

- Tak, to prawda - potwierdziła.
- Więź, którą stworzyłaś... Sprawdziła się? Skinęła głową.
- To wszystko, czego doświadczyłem - przypomina sen, niepojęty.
- Griswoldowi udało się posłuŜyć Annie przeciw tobie -powiedziała. - Chciał, 

Ŝ

eby cię zniszczyła, ale w końcu oparła się rozkazom Templetona.

- Nasze drogi nareszcie się skrzyŜowały, w świecie iluzji, a co z von 

Kempelenem?

- To był podstęp. Valdemar znów moŜe przewidywać zdarzenia, gdyŜ Annie 

zniknęła. Von Kempelen uciekł do Księstwa Aragonii.

- Musimy wracać.
- Nic innego nam nie pozostaje.
Szliśmy razem przez zdobyte miasto, kierując się na północ, gdzie czekał na 

nas dyliŜans. Po drodze wypiłem mnóstwo wody. Zupełnie nie zgadzam się 
z Berkeleyem.

Była jedynym twórcą świata, w którym śpiewała. Przemierzała swe królestwo 

stanowiące istotę jej pieśni, zbudowane z nieprzemijającego piasku i morskiej wody. 
Zatrzymała się przy poecie, koło jego jaskini. Odgarnęła jego ręce i objęła go.

- Będą chcieli, Ŝebym wyrwała pióra memu czarnemu ptakowi - powiedziała - 

który przemierza noce.

Poe skierował wzrok poza nią, na niespokojne morze. Chmura zakryła słońce.
- Czuj się wolny. Pamiętaj, Ŝe nie spotka cię nic złego z mojej strony.
- Nierealna - powiedział i odwrócił się od niej. Przestrzeń przed nim rozleciała 

się na kawałki jak tafla szkła.

- Nie odchodź - powiedziała łagodnym głosem.
- Nierealna.
Wszedł w ciemność poprzez niespójność królestwa.

VII

Elizabeth Poe umarła na zapalenie płuc. Głowa jej spoczywała na zaplamionej 

poduszce. Czarne długie włosy okalały jej dziecinną twarz. DuŜe szare oczy juŜ nigdy 
się nie otworzą. Drobna figura aktorki odziana była w krzykliwy, niegustowny strój 
z mnóstwem tandetnych ozdób.

Ciało złoŜono u modystki, gdzie mogli przychodzić pozostali członkowie 

grupy pana Placide'a, panie: Philips, Allan i Mackenzie wraz z męŜami, Ŝeby złoŜyć 
ostatni hołd. Oni teŜ wzięli na siebie cięŜar przygotowań do pogrzebu.

Miała spocząć na zawsze pod ścianą cmentarza przy kościele świętego Jana. 

background image

Niektórzy członkowie rady parafialnej protestowali przeciw pochowaniu aktorki 
w poświęconej ziemi, ale pan Allan i pan Mackenzie, obaj naleŜący do parafii, mieli 
decydujący głos. Na grobie nie miało być jednak nazwiska przez długie lata.

Mały chłopiec o szarych oczach, maskotka grupy, rozmyślał... IleŜ to razy 

widział, jak mama umierała i leŜała nieruchomo, a potem wstawała, Ŝeby ukłonić się 
publiczności? Tym razem trwało to o wiele dłuŜej. Kiedy powróci i utuli go?

Był rześki, grudniowy dzień 1811 roku. Chłopiec miał juŜ prawie trzy lata. 

Jadąc brukowanymi ulicami Richmond powozem wynajętym przez panią Allan, 
zorientował się w pewnym momencie, Ŝe jego maleńka siostra Rosalie teŜ odeszła.

Zabrano go do dwupiętrowego domu z cegły w stylu georgiańskim na rogu 

Fourteenth Street i Tobacco Alley, w którym miał juŜ pozostać. Mama nie wracała po 
niego. Trwało to bardzo długo.

Po długiej podróŜy dojechaliśmy do spokojnego księstwa Aragonii. Nie było 

tu śladów wojny, jak w samej Hiszpanii. Niektórzy poddani księcia Prospero mówili 
po francusku, inni po hiszpańsku, a jeszcze inni po angielsku. Spokój, który tu 
panował, był skaŜony śmiercią. Gdyby nawet były tu obce wojska, dawno juŜ by 
uciekły.

Tereny tutejsze były spustoszone przez chorobę, nie przez wojnę. Podczas 

podróŜy najpierw słyszeliśmy róŜne wieści, później widzieliśmy wszystko na własne 
oczy - pogrzebowe orszaki, śpiewających mnichów, opuszczone wioski - wszystko 
z przyczyny “czerwonego moru”, odmiany jakiejś płucnej zarazy.

Nowy Rok powitaliśmy w drodze, niedaleko terenów walk. Valdemar znów 

okazał się nieoceniony. Udzielał nam rad odnoszących się do księcia Prospero i jego 
obecnego połoŜenia. KsiąŜę najwyraźniej wycofał się z normalnej działalności 
dopiero na kilka dni przed naszym przyjazdem. Nie było to równieŜ zwyczajne 
odosobnienie. Raczej brak troski o los większości poddanych. Skupił wokół siebie 
tysiąc przyjaciół i najbliŜszych. Chcieli uciec przed czerwonym morem i przeczekać 
epidemię. Wraz z licznymi zastępami słuŜby i kompanią Ŝołnierzy zamknęli się 
w jednym z warownych klasztorów, gdzie zgromadzono wystarczające zapasy 
wszelkiej Ŝywności.

Nie miało sensu rozpatrywanie tego wszystkiego. Jedno wydawało się pewne. 

Prospero był wśród tych, do których zwrócił się von Kempelen w wiadomej sprawie. 
Wybrał ucieczkę wraz z księciem.

Za sprawą Annie Valdemar nie miał juŜ tak konkretnych wizji. Wydawało mu 

się, Ŝe najprawdopodobniej Templeton, Griswold i Goodfellow takŜe skorzystali ze 
schronienia u księcia.

- Odszukaj to miejsce - nalegałem.
- Jest niedaleko Terragony - wyjaśnił Valdemar. -Na północny zachód. Mała 

wieś o nazwie Santa Creus.

Zmieniliśmy kierunek jazdy i podąŜyliśmy na wschód.
W następnym tygodniu nasz powóz dotarł do Santa Creus. Opustoszała 

miejscowość wywoływała wraŜenie grozy. KrąŜąc uliczkami dostrzegliśmy klasztor - 
potęŜną budowlę w oddali. Mury i bramy oblepione były Ŝołnierzami. Rozkazałem 
woźnicy, Ŝeby jechał w tym kierunku.

Jak tylko zauwaŜono, Ŝe się zbliŜamy, rozległo się kilka strzałów. 

Usłyszeliśmy nawoływania po hiszpańsku, francusku i angielsku, które nakazywały 
nam zatrzymać się. Okazaliśmy posłuszeństwo i stanęliśmy.

Wyszedłem z dyliŜansu. Zrobiłem krok naprzód.
- Stać! - krzyknął straŜnik.
- Oczywiście. Cieszę się, Ŝe mogę mówić po angielsku.
- Czego chcesz, Angliku?

background image

- Szukam paru osób, które według mnie mogły przedostać się do środka kilka 

dni temu.

- Jeśli tak było, nie ma szans na to, Ŝeby do nich dotrzeć - odpowiedział jeden 

ze straŜników.

- To waŜna sprawa.
Podrzuciłem w powietrze złotą monetę i złapałem ją.
- Jesteśmy zakwaterowani zaraz za murami - powiedział. - Nawet nam nie 

wolno dalej podchodzić. Bramy wewnętrzne są szczelnie zamknięte.

- a wiadomość? Nie przekazujecie listów ani Ŝadnych wiadomości do środka?
- Nie - odpowiedział. - Absolutnie.
- Dobrze - powiedziałem. - Rozumiem, w takim razie ja chciałbym się czegoś 

dowiedzieć.

- Nic nie wiem - rzekł. - Lepiej odejdź.
- Czekaj! Dobrze zapłacę - zaproponowałem.
Zaśmiał się.
- Nie dotknąłbym twego złota - powiedział. - MoŜe być zbrukane śmiercią.
Przemówiłem najbardziej przymilnym głosem, na jaki zdołałem się zdobyć.
- śołnierzu, czy był tu Niemiec o nazwisku von Kempelen? i czworo 

Amerykanów - trzech męŜczyzn i kobieta?

Wyprostował się i odgiął ramiona.
- Nie wiem, sir - odpowiedział. - Jest tu wielu ludzi.
- Dziękuję, Ŝołnierzu. Wygląda mi na to, Ŝe nikt tu nie robi Ŝadnych 

interesów?

- Nie, sir. Gdybym był na pana miejscu, odjechałbym w stronę granicy i pędził 

konie do upadłego, a później bym biegł.

- Dziękuję.
Odwróciłem się i wszedłem do dyliŜansu.
- Co robimy? - spytała Ligeja.
- OdjeŜdŜamy. Zatrzymamy się, gdy znikniemy im z oczu. Potem musimy 

porozmawiać z Valdemarem. Annie moŜe być w środku albo nie. Nie o nią jednak 
chcę spytać.

Zatrzymaliśmy się w pobliŜu oliwkowego zagajnika. Współtowarzysze 

podróŜy pomogli zdjąć skrzynię i odeszli, gdy im powiedziałem, Ŝe ja i Ligeja chcemy 
ją otworzyć. Grip pozostał. Siedział mi na lewym ramieniu i przyglądał się.

Oczy Valdemara otworzyły się od razu po podniesieniu pokrywy, bez Ŝadnych 

wstępnych rytuałów. Dzienne światło teŜ mu wcale nie przeszkadzało. Ligeja 
spojrzała na mnie zdziwionym wzrokiem i przesunęła nad nim swe dłonie. Odezwał 
się, zanim skończyła:

- Co to za miejsce? - spytał. Nigdy nie rozpoczynał rozmowy.
- Santa Creus, niedaleko Terragony w Aragonii - odpowiedziała.
- Co jest tu tak szczególnego?
- Czerwony mór zebrał obfite Ŝniwo - powiedziała.
- O! Szczęśliwi, szczęśliwi umarli! Jak dobrze! Mieli szczęście! Zamieniłbym 

skrzynię z kaŜdym z nich! Spać! MoŜe juŜ nigdy nie śnić!

Chrząknąłem.
- Nie chciałbym trapić cię ziemskimi sprawami - powiedziałem - ale nikogo 

innego nie mogę zapytać.

- Rozumiem twe kłopoty - odparł. - Pytaj.
- Niedaleko stąd jest ogromny klasztor. Właśnie tam byliśmy - wyjaśniłem. - 

Nie da się tam wejść. Jest strzeŜony. Bramy są szczelnie zamknięte. Jestem jednak 
przekonany, Ŝe w środku jest von Kempelen, a moŜe takŜe Annie, Templeton, 

background image

Goodfellow i Griswold. Wiem, Ŝe stare, ogromne budowle często mają tajemne 
wejścia. Czy tam teŜ jest coś takiego? Bardzo chciałbym przedostać się do środka.

Nagle wywrócił oczy, ukazując tylko biel gałek. Ręce opadły mu na piersi. 

Upłynęło sporo czasu, zanim ponownie przemówił:

- Jest tajemne przejście z klasztoru do miasteczka - powiedział grobowym 

tonem. - Tunel. Nie był uŜywany przez długie lata. Nie widzę, którędy przebiega. 
Zmienił się. MoŜe jest zamurowany. Miasto nad tunelem teŜ się zmieniło.

Znów zamilkł.
- Czy moŜesz podać jakieś szczegóły? - zapytałem w końcu.
- Nie. Von Kempelen jest w środku, za murami. Posiadłem teŜ zdolność 

połączenia się z Annie. Ona teŜ tam moŜe być.

- Czy powtórzy się to, co było w Toledo? Chaos przy skrzyŜowaniu z jej 

drogą?

- Tak.
- Mimo to nie mam wyboru. Nic nie dodał.
- Czy tunel to jedyny sposób, Ŝeby się tam dostać? - spytałem.
- Nie widzę nic innego. Daj mi spokój.
Bezmyślnie wykonałem ruch ręką, Ŝeby go odesłać w jego świat. Zamknął 

oczy. Pokrywa zatrzasnęła się, w tym momencie Grip wydał dźwięk naśladujący 
otwieranie butelki szampana.

Po niedługim czasie załadowaliśmy skrzynię na dyliŜans i ruszyliśmy do 

miasteczka.

Zatrzymaliśmy się przy stajniach w pobliŜu rynku. Odpiąłem szablę od pasa. 

Popołudnie chyliło się ku wieczorowi. Peters i ja chcieliśmy szybko zbadać okolicę, 
rozeznać teren i odszukać prawdopodobne wejście do tunelu. Ligeja i woźnica mieli 
zaczekać na nas.

Wyruszyliśmy więc, zezwalając na to, aby Emerson podąŜał za nami, 

skradając się między domami i wchodząc na drzewa.

Miasteczko było bardzo ciche. Okna sklepowe pozabijano deskami. Nie 

widzieliśmy Ŝadnych ludzi, nie dochodziły do nas Ŝadne dźwięki.

- Nie przeszkadza ci, Ŝe przeszła tędy zaraza i coś z niej mogło jeszcze tu 

zostać? - spytałem Petersa.

Jego twarz pozostała niewzruszona.
- Na kaŜdego przychodzi kiedyś pora - powiedział.
- Nie jestem w aŜ tak fatalistycznym nastroju - odpowiedziałem. - Po tych 

wszystkich rozmowach z Valdemarem zastanawiam się, czy cała ta gra nie jest zbyt 
ryzykowna.

- Byłoby gorzej, gdybyś usłyszał to od Ligei.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Ona nie tylko usypia ludzi przy pomocy rąk. JuŜ ci mówiłem o tym na statku.
- To znaczy, Ŝe według ciebie jest wiedźmą? Czarodziejką?
- Tak uwaŜam - odpowiedział.
Przeszliśmy przez rejon, gdzie wcześniej musiał być poŜar. Wypalone ściany 

bez okien sterczały wśród kałuŜ i chwastów, w nozdrza uderzył mnie odór stojącej, 
gnijącej wody. Czułem równieŜ smród rozkładających się resztek nie wiadomo czego. 
Emerson z konieczności schodził czasami na ziemię i wlókł się za nami.

Opuściliśmy tę część miasteczka i poszliśmy dalej. Teren poprzecinany był 

drogami z głębokimi koleinami. Emerson znów gdzieś zniknął. ZauwaŜyliśmy, Ŝe do 
wielu domostw dokonano włamań. Wielu kupców powierzyło bezpieczeństwo swych 
sklepów deskom i gwoździom, pozostawiając cały dobytek na miejscu, zamiast 
naraŜać się na trudy i koszty wywozu towarów.

background image

Niektórzy z mieszkańców nie uciekli przed zarazą i najwyraźniej zajęli się 

plądrowaniem sąsiedzkich zabudowań.

Przechodziliśmy dalej, mijając jakiś zaniedbany dom, gdy usłyszeliśmy 

ś

miechy dochodzące ze środka. Nie był to śmiech dobrego nastroju, a raczej coś 

przypominającego kaszel czy diabelski rechot. ChociaŜ... Wymieniliśmy spojrzenia 
z Petersem, który skinął przyzwalająco.

Podeszliśmy bliŜej. Peters kopnął drzwi z ogromną siłą. Otworzyły się 

z hukiem, gdyŜ uderzyły o ścianę. Osobiście wolałbym wejść do środka ukradkiem, 
bez hałasu. Peters nigdy jednak nie okazywał strachu. Wierzył w swoje siły i miał 
pewność, Ŝe wyjdzie z kaŜdej opresji.

Ś

miech od razu ucichł. Okazało się, Ŝe jesteśmy w zakładzie pogrzebowym. 

Znaleźliśmy tam okazale wyglądające trumny, wszystkie z hebanu i srebra - szkoda, 
Ŝ

e Valdemar nie mógł ich oglądać. Rozejrzeliśmy się wokół, ale nie było Ŝadnych 

oznak Ŝycia. Peters wskazał na otwartą zapadnię w podłodze, w rogu po prawej 
stronie. Przygotowałem szablę i podeszliśmy tam.

Spojrzeliśmy w dół. Zobaczyliśmy długą piwnicę na wino, skąd dochodził 

dźwięk strzelających korków. Na środku pomieszczenia stał stół z ogromną beczką. 
Wokół niej porozrzucane były butelki, dzbanki i inne naczynia, z drewnianej krokwi 
zwisał ludzki szkielet, przyczepiony sznurem obwiązanym wokół jednej nogi. Druga 
noga sterczała groteskowo, a przypadkowe ruchy powodowały jej wstrząsy.

Była tam grupa ludzi siedzących przy stole na kozłach słuŜących do 

postawienia trumny. Niektórzy pili z białych pucharów, które przypominały 
fragmenty czaszki.

Widziałem osobnika siedzącego na honorowym miejscu. Był to wychudzony, 

wymizerowany męŜczyzna z niewiarygodnie wydłuŜoną czaszką. Jego skóra miała 
bardzo Ŝółty odcień. Spoglądał na mnie.

Po przeciwnej stronie siedziały dwie kobiety - jedna wyjątkowo otyła; 

znakomite uzupełnienie chudzielca. Druga była krucha, delikatna, blada, z wyjątkiem 
płonących policzków. Jej opuszczony nos prawie zakrywał usta. Wyglądała na 
gruźliczkę. Rzeczywiście, zaczęła kaszleć, jak tylko o tym pomyślałem.

Na lewo, obok tłustej damy, siedział otyły jegomość z załoŜonymi rękami 

i trzymał jedną zabandaŜowaną nogę na stole.

Było tam jeszcze dwóch męŜczyzn, ale nie mogłem ich dobrze obejrzeć. 

Zdołałem tylko zauwaŜyć, Ŝe jeden miał ogromne uszy i obandaŜowaną szczękę, 
a drugi wyglądał na dotkniętego paraliŜem - zgięty nienaturalnie i śmiertelnie cichy.

Większość z biesiadników odziana była w stroje przypominające całun.
Zwróciłem się z pozdrowieniem do męŜczyzny, który na mnie patrzył.
- Dobry wieczór - powiedziałem.
Trzasnął w stół białym przyrządem, który przypominał berło. Butelki 

i kielichy z czaszek zatrzęsły się. Okazało się, Ŝe tym berłem była kość udowa.

- Przyjaciele, mamy gości - oznajmił.
Wszyscy, poza paralitykiem, odwrócili się w naszym kierunku.
- Proszę przyłączyć się do nas, szanowny panie - zapraszał gospodarz.
Nie dostrzegł Petersa, któremu dałem znak, Ŝeby został i zachował czujność.
- Dobrze - powiedziałem i zszedłem po stromych stopniach w dół.
- KogóŜ to mamy zaszczyt gościć? - spytał.
- Nazywam się Edgar Allan Perry.
- a ja jestem Królem - to mój dwór. Prosimy przyłączyć się do nas, Ŝeby pić 

i weselić się przed nieuniknionym końcem. Co by pan powiedział na ten pełny 
puchar?

- Dziękuję, raczej nie teraz - odpowiedziałem. - Szukam tunelu, który 

background image

prowadzi do klasztoru.

Na nowo wybuchnęli śmiechem.
- Po co miałby pan tam iść? Towarzystwo tutaj jest o wiele lepsze.
- Nie wątpię, Ŝe panuje tu dobry nastrój, ale szukam starego tunelu. MoŜe 

gdzieś tu być niedaleko.

- Nie, lepiej kop pan sam - powiedział ten z owiązaną nogą. - Niech pan 

zaczyna tutaj. Zasypiemy go za panem.

Kobiety chichotały. Paralityk odwrócił oczy. Gospodarz huknął kością i wypił 

trochę wina.

- Cisza! - ryknął.
Wstał, podpierając się kością niczym laską. ZbliŜył się do mnie i uniósł kość, 

z niepokojem zauwaŜyłem, Ŝe trzymał ją jak wprawny szermierz.

- Będzie pan tak miły i wypije całą zawartość czaszki - stwierdził, napełniając 

ten szczególny puchar z beczki - po czym przyjmiemy pana do kompanii i będzie pan 
mógł drąŜyć tunel, gdziekolwiek pan zechce, w przeciwnym razie ochrzcimy pana 
poprzez zanurzenie w beczce aŜ do piania koguta.

Wyciągnął ociekającą czaszkę w moim kierunku, a ja wyszarpnąłem szablę.
- Nieprzyjazny gest - zauwaŜył i wskazał osobę naprzeciwko.
Gruba kobieta zaczęła śpiewać.
Peters wskoczył do otworu. Nogami dotknął stopnia w połowie długości 

schodów i zeskoczył, łapiąc się szkieletu. Śpiewanie zamarło i zaczęły się wrzaski. 
Pachołki Króla Mora cofnęli się, widząc kogoś o niezwykłym, złowieszczym 
wyglądzie.

Peters wylądował na stole.
- Na drabinę, chłopie! - krzyknął. - Czas utopić smutki. Król Mór cofnął się 

i odwrócił w stronę Petersa, wystawiając kość. Peters skoczył do przodu i złapał za 
beczkę. Musiała być wyjątkowo cięŜka z tym winem. Uniósł ją jednak, ukradkiem 
spojrzał na mnie i zaczął ją przechylać. Wspiąłem się na górę, gdy wino zaczęło 
bulgotać przy wrzasku całego towarzystwa, w chwilę później usłyszałem klekotanie 
szkieletu, odgłos uderzenia o schody i zduszony śmiech. Peters wyłonił się z otworu 
i kopnięciem zamknął klapę. Szybko postawił na niej cięŜką trumnę.

Emerson niespodziewanie pojawił się w tym przybytku śmierci na tle 

wschodzącego księŜyca. Zaczął pokazywać coś Petersowi.

- Myślę, Ŝe czas się stąd wynieść - powiedział Peters. -Zrobiliśmy to, co do nas 

naleŜało.

Ruszyliśmy razem w ciemną noc.
Zabudowania stajni w świetle księŜyca: piękna kobieta siedząca na wieku 

trumny, nasze bagaŜe złoŜone obok, a na nich kruk.

- Ligejo, gdzie jest dyliŜans? - zapytałem.
- Usłyszałam, jak woźnica wyładowuje bagaŜe - odpowiedziała - a gdy 

wyszłam, Ŝeby sprawdzić, co się dzieje, wskoczył na kozioł, chwycił lejce i odjechał. 
Bał się czerwonego moru.

- Powiedział o tym?
- Mówił to wcześniej, zaraz jak wyruszyliście na poszukiwania tunelu. 

UwaŜał, Ŝe jesteście szaleni. Proponował, Ŝebyśmy odjechali we dwoje.

- Eddie, gdzieś po drodze widziałem wózek - wtrącił Peters. - MoŜe 

powinienem go przyprowadzić.

- Dobra myśl. Idź! - powiedziałem.
W taki oto sposób doszło do tego, Ŝe ciągnęliśmy wózek z naszym dobytkiem 

materialnym i niematerialnym, krocząc uliczkami Santa Creus, gdy drogę naszą 
przecięło dwóch męŜczyzn idących na północny wschód. Jeden z nich odziany był 

background image

w kostium błazna.

Chciałem ich zawołać, lecz powstrzymał mnie Peters, połoŜywszy rękę na 

moim ramieniu.

- Są zalani - powiedział.
- To co?
- Przypominają tych z piwnicy.
- Równie dobrze mogą to być normalni mieszkańcy, którzy przeŜyli epidemię.
- Trzymajmy się za nimi w pewnej odległości. - Tak będzie lepiej - dodała 

Ligeja. Posuwaliśmy się za nimi w takiej odległości, Ŝe słyszeliśmy strzępki ich 
rozmowy.

Zataczali się nieco, ale później trochę otrzeźwieli, bo ich krok stał się 

pewniejszy. Zorientowałem się, Ŝe ten ubrany jak komik to Fortunato, a drugi - 
Montresor. Właśnie ten drugi spoglądał za siebie od czasu do czasu, ale nie wiem, czy 
nas zauwaŜył.

Z tego co zdołaliśmy dosłyszeć wynikało, Ŝe ze znawstwem rozmawiają 

o winie. Świadczyły o tym bardzo specjalistyczne terminy, które padały w czasie 
dysputy.

Zwolnili przy starym, niechlujnie zbudowanym, duŜym dworku połoŜonym 

wśród posępnych drzew, z dala od innych budynków.

Montresor miał trudności z otwarciem zamka, mimo Ŝe był to jego dom.
Usłyszeliśmy pukanie dochodzące ze skrzyni Valdemara. Ligeja połoŜyła dłoń 

na wieku, najpewniej zaczynając hipnozę, a po chwili powiedziała:

- To tutaj. Musimy dostać się do środka, gdyŜ wejście do tunelu jest blisko.
Podeszliśmy do drzwi. Zapukałem. Peters i ja łomotaliśmy długo i mocno, 

zanim odezwał się Montresor.

Otworzył drzwi, ale był zupełnie zaskoczony, zły, przestraszony.
Myślę, Ŝe nasz wygląd nie podziałał na niego uspokajająco.
- Pan Montresor? - powiedziałem, mając nadzieję, Ŝe zna trochę angielski.
Przyglądał mi się badawczo przez dłuŜszy czas, aŜ wreszcie skinął głową na 

potwierdzenie.

- Tak, o co chodzi? - spytał.
- Jesteśmy w sprawie dostawy tej skrzyni Chateau-Margaux z fioletowym 

lakiem - wyjaśniłem.

Spojrzał na ogromną skrzynię i chyba połknął haczyk. Jego rezerwa i złość 

minęły. Oblizał wargi.

- Nie rozumiem - powiedział. - Nie zamawiałem tego. Czy to jest na sprzedaŜ? 

a moŜe podarunek? Jesteście posłańcami?

- MoŜna powiedzieć, Ŝe jesteśmy posłańcami -  odpowiedziałem. - ChociaŜ 

teraz, o tej porze, zwyczajni posłańcy nie mają po co przybywać.

- Racja - potwierdził. - a właściwie kim jesteście?
- Jesteśmy tym, co zostało z trupy artystów. KsiąŜę Prospero zaprosił nas, ale 

nie zdołaliśmy dotrzeć do klasztoru przed zamknięciem bram. śołnierze nie wpuścili 
nas. Odmówili nawet zapytania samego księcia, czy mają nas wpuścić - 
powiedziałem. - i w ten sposób nie pozostało nam nic innego, jak spróbować zamienić 
skrzynię tego znakomitego wina na spokojne i bezpieczne miejsce, gdzie moglibyśmy 
się zatrzymać. Wino przeznaczone było dla księcia, ale ci, którzy je tutaj dostarczyli, 
uciekli i porzucili je z obawy przed czerwonym morem - dodałem.

- Jasne - mruknął, otwierając drzwi i spoglądając na skrzynię. - Nie wniesiecie 

jej do środka?

Wszyscy jednocześnie ruszyliśmy naprzód. Podniósł rękę i szeroko otworzył 

oczy.

background image

- O, nie - powiedział. - Ptaszysko i małpa muszą zostać na dworze.
- Nie moŜna ich pozostawić bez opieki - odparłem.
- To niech dama zostanie z nimi, a wy wnieście skrzynię - zaproponował. - Nie 

mogę wam w tym pomóc, gdyŜ moja słuŜba teŜ uciekła.

- Pewna sprawa wielkiej wagi nakazuje mi zostać - dodał, ściszając głos.
Nagle zza niego, w swym błazeńskim kostiumie i czapce z dzwoneczkami, 

wyszedł Fortunato. Pociągnął haust wina z małej butelki z utrąconą szyjką, a później 
próbował skoncentrować na nas swój wzrok.

- Co cię tak zajmuje? - spytał. - Chcę juŜ spróbować tego Montal-Montin.
- Amontillado! - zaskrzeczał Grip, a męŜczyzna cofnął się ze strachem.
- Szatan! - krzyknął, ciągle się cofając.
- Nie - zwróciłem się do Montresora. - Nie wniesiemy skrzyni, jeśli wszyscy 

nie wejdziemy.

- Dureń! Luchesi to dureń! Wiesz Montresorze? - wykrzykiwał Fortunato. - 

Głupek! Nie rozróŜnia sherry od octu.

Zaczął nagle kaszleć.
- To nic - powiedział szybko; jego akcent był mocniejszy niŜ Montresora. - To 

nie zaraza. Nie umrę od kaszlu.

- Nie - powiedział Montresor, przyglądając się kompanowi. - MoŜna śmiało 

powiedzieć, Ŝe nie umrzesz.

Montresor odwrócił się od niego i cofnął się w głąb pomieszczenia. Zapraszał 

nas gestem ręki.

- Proszę, niech wszyscy wejdą. Tędy, musimy to znieść na dół.
Weszliśmy. Zamknął za nami drzwi. Peters i ja szliśmy za nim, a potem 

Ligeja, Emerson i Grip.

Fortunato odsunął się chwiejnie, na przemian złorzecząc, podśpiewując 

i mrucząc o głupocie Luchesiego. Zwyczajna piątkowa noc w miasteczku ogarniętym 
zarazą.

Montresor prowadził nas krętymi kamiennymi schodami do swej piwniczki 

z winami. Pochodnie i ogromne świece rzucały blask z licznych nisz i zakamarków. 
Było to dość zbytkowne w takiej części domu.

W końcu zeszliśmy na dół i ustawiliśmy pudło według wskazań Montresora 

w podziemnym przejściu, które prowadziło do czegoś w rodzaju katakumb. Byłem 
przekonany, Ŝe tunel, którego szukamy, musi być gdzieś w pobliŜu.

Wśród połyskujących bielą ścian widać było ludzkie czaszki i inne kości. 

Cienie przemykały przez nie niczym ciemne palce. Wszędzie wisiały pajęczyny, 
a chrobot poruszającego się robactwa przypominał mi cięŜkie chwile spędzone 
w Toledo, które w dalszym ciągu powracały w snach.

Montresor zauwaŜył moje zaciekawienie i uśmiechnął się.
- To miejsce pełniło kiedyś rolę przy klasztornego cmentarza - powiedział, 

wskazując przeraŜające szczątki. - To było dawno temu, zanim jeszcze ojciec księcia 
Prospero przepędził mnichów i odebrał im to, co do nich naleŜało.

Przenieśliśmy skrzynię jeszcze dalej pod ścianę i opuściliśmy na posadzkę.
- To znaczy, Ŝe jest jakieś połączenie z klasztorem? -spytałem.
Nie odpowiedział, ale ku memu zaskoczeniu, odwrócił się. WyobraŜałem juŜ 

sobie, Ŝe uniesie wieko skrzyni, Ŝeby rozkoszować się widokiem zdobyczy.

W rzeczywistości odsunął się od nas o kilka kroków i patrzył na Fortunata. 

Błazen siedział na jakimś występie i, jak zauwaŜyłem, poŜerał wzrokiem Ligeję - jej 
szczupłą i wysoką sylwetkę, jej kręcone włosy - z miną, która odzwierciedlała 
poŜądanie.

Montresor mruczał coś o piciu.

background image

- śądza, panie, draŜni i odbiera pewne siły; wywołuje popęd i odbiera 

potencję... nastawia go i nie nastawia... i podając fałsz, opuszcza.

Zrobił zupełnie inną minę, która nie wywarła na mnie Ŝadnego wraŜenia. 

Przeniosłem uwagę na Ligeję. Zupełnie ignorowała pijanego błazna.

Nasz gospodarz podszedł do mnie, dotknął lekko mojej ręki i odprowadził 

mnie na stronę.

- Czy nadal, przyjacielu, szukasz przejścia do klasztoru? -spytał.
Potwierdziłem skinieniem głowy. Gest ten bez wątpienia znamionował więcej 

kpiny niŜ pokory.

- Jest to nasze najskrytsze Ŝyczenie, sir - odpowiedziałem.
- Zaraz coś wyjaśnię. Naprawdę istnieje tunel - powiedział. - Jest zamurowany 

od strony klasztoru od czasów mego ojca albo moŜe dziadka. Obecny ksiąŜę nic nie 
wie o tym przejściu.

- Zamurowany! - krzyknąłem. - Jak przejdziemy? - Sprawa jest prosta. Dam 

wam narzędzia - młotki, łom.

Silni męŜczyźni, jak wy, nie powinni mieć kłopotów, Ŝeby poradzić sobie 

z cienką ścianą. Po przejściu przez nią znajdziecie się w najdalszym końcu jednego 
z klasztornych magazynów. Ale, co najwaŜniejsze, zakryjecie otwór zaraz po wejściu. 
Potem musicie schować narzędzia, wrzucić je do jednej z licznych studni 
w piwnicach, w przeciwnym razie ksiąŜę mógłby odkryć tunel - dowiedzieć się, Ŝe 
ktoś wdarł się z zewnątrz, przynosząc zarazę, wytropić was i...

Montresor przerwał i szybkim ruchem nogi zgniótł i roztarł chrząszcza na 

kamiennej podłodze. Przez moment w ciszy przyglądaliśmy się rezultatowi tej akcji.

- ...KsiąŜę boi się tylko jednego - czerwonego moru - zakończył.
Przystaliśmy na plan Montresora. Jedyną przeszkodą był Valdemar. Trzeba 

było go chyba zostawić. Nie mogłem otwarcie o tym mówić przy Montresorze. Ligeja 
od razu zorientowała się, o co chodzi. Gwałtownie odwróciła się do mnie, szeleszcząc 
suknią.

- Edgarze, przemyślałam wszystko - powiedziała łamiącym się głosem. Jej 

wargi drŜały. - Nie mogę iść z wami. Boję się wchodzić na teren księcia. Jego 
okrucieństwo stało się juŜ legendą. Musicie iść beze mnie.

Czy w ogóle istniał, a moŜe nadal istnieje, jakiś szczególny związek między 

Ligeja i Valdemarem, który nie polega na hipnozie? Dziwna myśl. Nie wiem, skąd mi 
to przyszło do głowy ani dlaczego wydawało się słuŜyć jakiemuś celowi.

Montresor patrzył na nią tak, jakby chciał się sprzeczać.
Byliśmy jednakŜe dziwną grupą, bez wątpienia silną i trochę brawurową. 

Zdecydował więc nic nie mówić.

Usłyszeliśmy chrapanie Fortunata. Zasnął rozłoŜony na swej kamiennej ławie. 

Peters spojrzał na niego, podszedł, ściągnął mu czapkę i dzwoneczki, załoŜył sobie. 
Ś

piący poruszył się, ale się nie obudził. Peters ściągnął mu takŜe kostium. Montresor 

przyglądał się w milczeniu.

Ja i Peters wzięliśmy pochodnie i narzędzia. Później, juŜ z Emersonem, 

weszliśmy do ciemnego tunelu. Zdziwiło mnie, Ŝe w niszy, skąd braliśmy narzędzia, 
była wanna ze świeŜo przygotowaną zaprawą. Przejście było niskie, kręte i pełne 
pajęczyn. Musiało nie być uŜywane przez wiele lat.

Za pierwszym zakrętem straciliśmy z oczu dwie obserwujące nas osoby, 

Ligeję i Montresora, oraz śpiącego Fortunata w białej bieliźnie. Wiedziałem, Ŝe Ligeja 
zaraz zejdzie po schodach wraz z Gripem siedzącym na jej ramieniu. Będzie szła do 
odległej sypialni, pozostawiając resztę ich własnemu losowi. Prawie jakbym słyszał 
Gripa powtarzającego kawały pijaków.

Przemierzał pokłady starego statku. Kolana mu drŜały i bolały go wszystkie 

background image

stawy. Od czasu do czasu dotykał przyrządów nawigacyjnych z brązu i mosiądzu, 
które pokryte juŜ były patyną. Mruczał coś pod nosem, wychodził na górny pokład, 
Ŝ

eby wziąć namiary. Polarne mgły snuły się nad wodą pokrytą krą. Załoga krzątała się 

wokół, a jakiś dziwny ptak wykrzykiwał coś w powietrzu. Zdawało mu się, Ŝe ktoś go 
zaczepia, przemawia cichym głosem, podąŜa za nim. Odwracał się, ale wtedy nikogo 
juŜ nie było. Słowa nigdy nie docierały wyraźnie. Wracał do kabiny, Ŝeby przejrzeć 
jakieś szpargały i poddać się zadumie...

Poe obudził się. Zlany był zimnym potem. Ręce mu dygotały. Wśród wielu 

snów niektóre były zupełnie przeraŜające - jak ten z otchłanią i wahadłem. Teraz, po 
tej nocy, nie pamiętał Ŝadnych okropności ani groteskowości spotkania z Królem 
Morem i jego dworem. Miał jednak nieznośne poczucie straty i porzucenia. 
Pomasował wilgotne skronie.

...Zupełnie jakby Ŝeglował ponad obszarem poznania, poza zasięgiem myśli 

i uczuć. Musi dalej podąŜać pod wiatr, przeciw falom zmian i stałości. Zagubiony, 
stracony.

VIII

“Staliśmy na skraju przepaści. Spoglądaliśmy w dół - robiło się nam niedobrze 

i odczuwaliśmy zawroty głowy. Naszym pierwszym odruchem było cofnąć się 
i oddalić od zagroŜenia. Coś niewytłumaczalnego trzymało nas w miejscu. Powoli, 
stopniowo nasze oszołomienie i przestrach przeistoczyły się w jakieś nieznane 
uczucie przybierające postać obłoku, w miarę upływu czasu nieuchwytna chmura 
zaczęła przybierać konkretne kształty, jak opary wydobywające się z butelki w jednej 
z “Baśni z 1001 nocy”, które zamieniły się w dŜina, z naszej chmury nad krawędzią 
przepaści wyłaniała się coraz bardziej oczywista forma, o wiele straszniejsza 
i przeraŜająca niŜ jakikolwiek baśniowy dŜin czy demon. Pozostawała jeszcze 
w sferze myśli, ale przeszywała gwałtownością grozy do szpiku kości.

Tak odczuwalibyśmy prawdopodobnie nagłe runięcie w dół. Upadek ten - 

dzikie unicestwienie - stanowiłby najbardziej upiorne i najbardziej ohydne 
zrealizowanie pragnienia śmierci, jakie kiedykolwiek przyszłoby nam do głowy. 
Rozsądek odciągał nas ze wszystkich sił i dlatego na przekór podchodziliśmy coraz 
bliŜej”.

Edgar Allan Poe, Istota przekory Szliśmy długim, tajemnym tunelem przez 

katakumby. Dotarliśmy do kamiennej ściany. Nasłuchiwaliśmy uwaŜnie i długo, ale 
nie słyszeliśmy Ŝadnych dźwięków. Wypatrywaliśmy światła przez szczeliny między 
kamieniami, z których wykruszyła się zaprawa. śaden blask stamtąd nie docierał.

Zaczęliśmy rozbierać mur przy uŜyciu młotów i łomu. Kurz i pył osiadał na 

naszych ubraniach, skórze, włosach, wdzierał się do oczu i ust. Wkrótce zrobiliśmy 
otwór. Był na tyle duŜy, Ŝe moŜna juŜ było przejść na terytorium Prospera.

Peters, Emerson i ja przedostaliśmy się na drugą stronę i znaleźliśmy się 

w jakimś magazynie zapełnionym ogromnymi skrzyniami i belami. Nie traciliśmy 
czasu, Ŝeby sprawdzać, co zawierają. Przy słabym świetle pochodni zakryliśmy otwór 
kamieniami, zostawiając narzędzia za ścianą w tunelu. Nie mieliśmy zaprawy, Ŝeby to 
fachowo zamurować, ale w tym ciemnym rogu szansa odkrycia naszej działalności 
wydawała się minimalna. Dodatkowo zdołaliśmy przesunąć jedną z cięŜkich skrzyń 
tak, Ŝe wszystko zasłaniała.

- Co teraz, Eddie? - spytał Peters.
- Musimy wyjść na zewnątrz i wtopić się w tłum - powiedziałem, patrząc na 

jego poŜyczony strój błazna. - Jesteśmy komediantami. Ty jesteś dobrze ubrany do tej 
roli, ja nie.

background image

- Umiesz Ŝonglować? Znasz jakieś sztuczki? Potrząsnąłem przecząco głową.
- Raczej nie.
- To będziesz treserem zwierząt. Emerson, chodź tu. Małpiszon zeskoczył ze 

skrzyni i podszedł do niego.

- Teraz będziesz słuchał Eddiego. Idziemy na górę. Zrozumiałeś?
Emerson zrobił parę kroków, powłócząc nogami i gapił się na mnie. 

Wyciągnąłem prawą rękę.

- Podaj rękę - powiedziałem.
Pochylił się, uchwycił moją dłoń i mocno ścisnął.
- Według mnie - powiedziałem - będzie tam mnóstwo ludzi - słuŜący, 

kucharze, ladacznice, Ŝołnierze, kuglarze. Jeśli są tu dopiero parę dni, z pewnością 
jeszcze się dobrze nie znają. Kilka nowych twarzy wśród komediantów nie zrobi 
Ŝ

adnego wraŜenia. Wezmę Emersona ze sobą, Ŝeby się zorientować, co tam na górze. 

Ty poczekaj tu z godzinę, a później wyjdź.

- Lepiej, byłoby wyjść jak będzie juŜ późno. Nie będzie się kręcić tylu ludzi.
- Prospero to bibosz i hulaka. MoŜe codziennie pić do późnego wieczora. 

Musimy się zorientować. Zobacz teŜ, gdzie moŜemy znaleźć nocleg.

- Dobrze - powiedział.
Znaleźliśmy schody i weszliśmy po nich z Emersonem na górę. Drogi 

rozchodziły się. Zdecydowałem, Ŝe pójdziemy środkiem na poziomie ziemi. Wybrana 
droga szybko doprowadziła mnie na dziedziniec przypominający ogromny obóz 
cygański. Był oświetlony pochodniami i ogniskami, podzielony linami na sektory 
zatłoczone namiotami i płachtami, przez które słychać było rozmowy, dźwięki 
skrzypiec i gitar. Ludzie tańczyli, pili, jedli, dzieci płakały, psy włóczyły się między 
sprzętami, a w odległym rogu dwóch męŜczyzn pochłoniętych było walką.

Dziedziniec ze wszystkich stron był otoczony budowlami, które łączyły się ze 

sobą. NajpotęŜniejsza wieńczyła północną stronę. Była najmocniej oświetlona. 
Przyglądając się stwierdziłem, Ŝe najwięcej hałasu i róŜnych odgłosów pochodziło 
właśnie stamtąd.

Nikt mnie nie zaczepiał. Emerson teŜ nie był jedynym tresowanym 

“zwierzątkiem”. Były tu jeszcze dwa niedźwiedzie i sfora psów.

Całe to otoczenie powoli zobojętniało. Zorientowałem się, Ŝe większość 

słuŜby, komediantów i pozostałego personelu zajmuje miejsce w kompleksie po 
południowej stronie podwórza. Okazało się, Ŝe pomieszczenia tamtejsze są małe, 
wilgotne, bez okien i wentylacji. Oczywiste juŜ teraz było, dlaczego tak wielu obozuje 
pod gołym niebem. Przekonałem się potem, Ŝe pierwotnie były to cele zakonników. 
Doceniałem ich hart ducha, ale wolałem poszukać czegoś bardziej wygodnego.

Nieco później natknąłem się na Petersa w kostiumie błazna. Przeszedł tę samą 

drogę co ja. Zgadzał się ze mną co do kwatery. Spędziliśmy tamtą noc w stajni, czego 
oczywiście nikt nie zauwaŜył. Odkryliśmy, Ŝe w jednym z naroŜników za stajnią 
moŜemy przywiązać Emersona łańcuchem tak, Ŝeby w razie niebezpieczeństwa mógł 
się łatwo uwolnić. Peters i ja zajęliśmy mały stryszek, który kiedyś musiał słuŜyć jako 
magazyn nie uŜywanej uprzęŜy.

W czasie słuŜby w kawalerii przywykłem do stajni i pobyt tutaj przynosił 

pokrzepiające wspomnienia.

Peters i ja Ŝywiliśmy się chlebem i zupą przy wspólnym stole, gdzie jadali 

komedianci. Emerson wczesnym rankiem ruszał na poszukiwanie jedzenia i jak mi się 
zdaje, zaspokajał swój głód resztkami owoców i warzyw pozostałych po ucztach 
Prospera.

Mijały dni. Większość czasu spędziliśmy, badając teren i sporządzając mapę, 

z daleka widywaliśmy szlachtę i bogatych kupców, ale nie widzieliśmy von 

background image

Kempelena ani Annie. Od czasu tamtego strasznego snu i czeluści byłbym w stanie 
rozpoznać Griswolda, ale przeszedłbym obok Templetona i Goodfellowa, nie 
wiedząc, kim są.

Minął styczeń. Zaczął się luty. Nie chciałem wcześniej zaczynać Ŝadnych akcji 

bez rozpoznania otoczenia. Teraz mieliśmy juŜ więcej informacji i zastanawiałem się, 
jak wszystko najlepiej rozstrzygnąć.

Wypadki, które się rozegrały, uprzedziły jakiekolwiek działania z mojej 

strony. Wracaliśmy z Petersem ze śniadania, zamierzając przećwiczyć nasz występ - 
trochę pantomimy w wykonaniu Petersa, akrobatykę Emersona i jakieś moje wygłupy. 
Mieliśmy nadzieję, Ŝe dzięki temu zdołamy uzyskać dostęp do zamkniętej dla nas 
części klasztoru. Usłyszeliśmy Ŝałosne krzyki i pospieszyliśmy, Ŝeby przekonać się, 
skąd pochodzą.

Ź

ródło tych lamentów znajdowało się w środku sporego tłumu zebranego 

przed stajnią. Przepychaliśmy się naprzód, ale niczego nie widziałem.

- Eddie, weź mnie na barana - powiedział Peters. Przykucnąłem. Wskoczył mi 

na plecy. Chwyciłem go za kostki i wstałem. Był cięŜki, ale zwinny. Po chwili 
zeskoczył na ziemię. Zaklął, jak miał w zwyczaju.

- Co tam się dzieje? - spytałem.
- Chłoszczą jakiegoś młodzieńca. To jeszcze chłopak. Ma całe plecy 

pokrwawione. UŜywają do tego batoga - powiedział.

Trącił łokciem męŜczyznę stojącego z prawej strony.
- Ej ty, człowieku! Co on zrobił? - spytał. Tamten odpowiedział coś po 

hiszpańsku.

- Ukradł trochę zboŜa przeznaczonego dla koni księcia - przetłumaczył Peters. 

- Prospero nakazał chłostę. Patrzy teraz na to ze swoimi ludźmi.

Krzyki ustały. Poczekaliśmy, aŜ tłum zacznie się rozchodzić. Chciałem 

zobaczyć Prospera. Ludzie opuszczali miejsce egzekucji i Peters spytał kogoś, który 
to ksiąŜę.

Wskazał na wysokiego, przystojnego męŜczyznę, który stał wśród ministrów 

i dworzan; rozmawiał z nimi, w czasie gdy odwiązywano chłopca. Powiedział 
następnie coś do człowieka, który nadzorował biczowanie, ale nie dowiedziałem się 
co, gdyŜ mój wzrok skierowany był w inne miejsce.

Stała przy bramie budynku, znajdującego się po lewej stronie. Zatykała dłonią 

usta. Jej przestraszone oczy bliskie były płaczu. Annie. Odwróciła się i wycofała, nie 
zauwaŜywszy mnie. Błyskawicznie pobiegłem za nią.

Budynek ten stojący po zachodniej stronie, łączył pomieszczenia zakonników 

z oblankowaną warownią, którą zajmował Prospero ze swoją świtą i towarzyszami 
zabaw. Na kaŜdej kondygnacji był korytarz. Po obu stronach znajdowały się 
pomieszczenia większe od cel mnichów, ale i tak brakowało im przepychu komnat 
w południowym skrzydle, czy przestrzeni sal we wschodniej części.

- Annie! - krzyknąłem, ale juŜ jej nie widziałem. Pobiegłem dalej. Dotarłem 

do schodów. Przeskakiwałem po dwa stopnie naraz.

WciąŜ w kierunku północnym, tym razem na lewo. JuŜ niedaleko, ciągle 

biegiem.

- Annie!
Zwolniła, obejrzała się, stanęła. Przyglądała się, gdy podchodziłem. Korytarz 

oświetlony był słońcem wpadającym rzędami okien. Rozchmurzyła czoło 
i uśmiechnęła się.

- Eddie!
Wyglądała tak, jak na obrazach mojej wyobraźni - kasztanowe włosy, szare 

oczy. Wziąłem ją w ramiona. Płakała.

background image

- Przepraszam - powiedziała. - Bardzo przepraszam. Nie chciałam.
Po chwili zapytałem:
- o czym mówisz?
- To wszystko - wyjaśniała gestykulując. - Cierpienia Poego, twoje, moje. 

Przepraszam.

Pokręciłem głową.
- Nadal nie rozumiem, o czym mówisz.
- Przez całe Ŝycie - powiedziała - staram się, aby cała nasza trójka była razem 

w jednym, konkretnym, rzeczywistym świecie. Nie w moim nadmorskim królestwie. 
Dlatego tu jesteśmy. Templeton zdołał ujarzmić moje moce i wykorzystuje je po 
swojemu. Nadal nie wiem, jak...

- Ja wiem - odpowiedziałem - ale tak juŜ dalej nie będzie, z drugiej strony 

mógł posłuŜyć się tobą bezpośrednio -poprzez narkotyki i mesmeryzm - jak w Toledo.

- Toledo?
- Otchłań, wahadło. Ligeja powiedziała, Ŝe posłuŜył się tobą, Ŝeby wpłynąć na 

moje zmysły - moŜe i całą rzeczywistość. WciąŜ nie wiem, ile z tego, co wydarzyło 
się w tamtym więzieniu, było rzeczywistością, a ile halucynacją.

- Otchłań i wahadło! - krzyknęła. - Ty przez to naprawdę przeszedłeś? 

Myślałam, Ŝe to był tylko koszmar, którego doświadczyłam. Ja...

- JuŜ dobrze. To minęło. Skończyło się. Zostałaś oszukana. Jednocześnie 

nurtowała mnie myśl: Nigdy nie sądziłem, Ŝe nasz tajemniczy trójosobowy związek 
mógłby być oparty na czymś nienaturalnym, wymuszonym przez nią, w gruncie 
rzeczy traktowałem zawsze Poego jako, w pewnym sensie, rywala. Od dawna 
uwaŜałem to wszystko za miłość z mojej strony. Myślałem przedtem o nim jak 
o bracie. Gorąco pragnąłem, Ŝeby mu pomóc znaleźć obronę przed wspólnym 
wrogiem. Ale Ŝeby Annie była źródłem wszystkiego...

- On zapomina o nas - powiedziała Annie, odsuwając się ode mnie 

i wyciągając chusteczkę z rękawa, Ŝeby obetrzeć łzy. - Jeszcze nie całkowicie. Ale 
o tobie juŜ w połowie zapomniał. Ciągle wątpi, Ŝe istnieje jakiekolwiek Ŝycie poza 
ś

wiatem, w którym on zmuszony jest przebywać. Nie zdaje sobie sprawy, Ŝe jest 

skazany na niewłaściwy świat.

- Miałem juŜ tego dowody - powiedziałem - i Ŝal mi go. Nie mogę chyba nic 

na to poradzić, przynajmniej w tej chwili. Ale teraz, gdy odnalazłem ciebie, mogę cię 
zabrać z tego domu wariatów dokądś, gdzie jest spokojnie. Potem zastanowimy się, 
jak jemu pomóc.

- To nie jest łatwe - powiedziała - nie jest łatwe. Powiedz mi, kim jest Ligeja, 

o której wspomniałeś?

Czułem, jak płonie mi twarz.
- CóŜ, pracuje dla Seabrighta Ellisona - odpowiedziałem - tego, który mnie tu 

posłał. Jest hipnotyzerką o duŜej mocy. MoŜe nawet kimś więcej. Dlaczego pytasz?

- Moja matka teŜ miała na imię Ligeja - odparła -a jest to dość rzadkie imię. 

Zastanawiające.

- Czy była wysoka, ciemnowłosa, bardzo ładna?
- Nie wiem - powiedziała. - Wychowywana byłam jako sierota, zupełnie jak ty 

i Poe. Rodzice zostawili mnie u krewnych i odbywali zagraniczne podróŜe. Po śmierci 
tych krewnych w wypadku, zostałam zabrana przez ich przyjaciół. Przeprowadzaliśmy 
się często, a moi rodzice nigdy po mnie nie przyjechali. Przybrani rodzice powiedzieli 
mi, jak mama miała na imię, ale nie mieli Ŝadnej podobizny, którą mogłabym 
obejrzeć.

- Jak miał na imię ojciec?
- Nie wiem.

background image

- Czy moŜe Valdemar?
- Nie wiem... Bardzo prawdopodobne. Tak, moŜe. Złapałem ją za rękę.
- Chodź - powiedziałem. - Wyjaśnimy to później. Opuścimy to miejsce, ten 

kraj, nawet ten świat, jeśli będziemy zmuszeni. Wiem, jak potajemnie wyjść 
z klasztoru.

Poszła ze mną schodami, później korytarzem z powrotem na dziedziniec, 

gdzie odszukałem Petersa i dokonałem prezentacji. Peters nie był sam. Była z nim 
bardzo drobniutka, ciemnowłosa dziewczyna, karlica, którą właśnie poznał, z grupy 
kuglarzy. Przedstawił ją jako Trippettę. Okazało się, Ŝe jest tancerką. Peters wyjaśnił, 
Ŝ

e pochodzi z plemienia Ree i urodziła się w wiosce nad Missouri, niedaleko od 

miejsca jego urodzin. Być moŜe byli nawet dalekimi krewnymi.

Nie miałem ochoty omawiać naszych spraw w obecności tej miniaturowej 

kobiety, bez względu na stopień pokrewieństwa z moim przyjacielem. Na szczęście 
spieszyła się na próbę i poŜegnała nas, ale Peters zdąŜył umówić się z nią na spotkanie 
następnego dnia.

- Nie wiem, czy powinieneś się umawiać - powiedziałem, gdy odeszła. - 

Usiłuję przekonać Annie, Ŝeby dziś uciekła razem z nami.

W trakcie rozmowy szliśmy przez dziedziniec. Dzień był pochmurny, ale nie 

tak chłodny jak zwykle.

- Nie moŜemy - oświadczyła Annie. - Nie miałam sposobności wyjaśnić tego 

wcześniej, ale wygląda na to, Ŝe ksiąŜę Prospero nie jest w stanie zaoferować więcej 
von Kempelenowi niŜ Templeton i Goodfellow.

- Annie, coś ci powiem. Wszystko mi jedno, kto w końcu zgarnie więcej złota. 

Ja podjąłem tę podróŜ tylko dlatego, Ŝeby cię stąd wyrwać - a potem pomóc Poemu, 
jeśli będziemy mogli. Jestem wdzięczny Seabrightowi Ellisonowi za to, co zrobił, ale 
nie umrze z głodu, jeśli nagle jego złoto straci połowę wartości. Ten poranny incydent 
ukazał, jak kapryśnym i samowolnym jest Prospero. UwaŜam, Ŝe przebywanie w jego 
otoczeniu nie jest bezpieczne. Za murami grasuje zaraza wykonując swój taniec 
ś

mierci. Nie pozostaje nic innego, jak wydostać się stąd i uciekać z tego królestwa 

nieszczęść.

PołoŜyła mi rękę na ramieniu.
- Perry, mój drogi Perry - powiedziała. - Gdyby to było tak proste. Wierz mi, 

Ŝ

e teŜ nie dbam o złoto. Nie wiesz, Ŝe alchemia nie koncentruje się na złocie? To gra 

o duchową stawkę. Jeśli von Kempelen dokona transakcji z Templetonem 
i Goodfellowem, nie będziemy mogli pomóc Poemu. Ich udział w tej sprawie 
doprowadzi do jego wygnania.

- Nie rozumiem.
- To rzecz rachunku prawdopodobieństwa i zasadniczych związków między 

osobami. Uwierz mi, tak to się wszystko skończy.

- Nie wspomniałaś o Griswoldzie? - zapytałem. -Co z nim?
- Wrócił do Ameryki.
- Po co?
- Nie wiem.
Przeszliśmy kilka kroków w milczeniu.
- Ligeja powiedziała mi, Ŝe Griswold jest nie tylko alchemikiem czy 

hipnotyzerem - zacząłem po chwili. - Przypuszcza, Ŝe jest jakimś czarownikiem.

- To jest bardzo moŜliwe - powiedziała. - Tak, to tłumaczyłoby niejedną rzecz. 

Wokół niego jest coś niezwykłego i niejasnego.

- Nadal uwaŜam, Ŝe powinniśmy uciekać. Nie sądzę, Ŝeby to, czy von 

Kempelen dogada się z Templetonem i Goodfellowem, ani to, czy wraz z Griswoldem 
zrobią coś, w co są zamieszani, miało tu jakieś znaczenie. Uciekajmy teraz, a z nimi 

background image

rozprawimy się później, w Ameryce. Ellison mógłby nawet opłacić całą armię, gdyby 
było to potrzebne. Potrząsnęła głową.

- Nie wiemy, dlaczego Griswold wyjechał - powiedziała. - Wcale nie jest 

potrzebny, Ŝeby wszystko się odbyło, a jeśli Templeton i Goodfellow zawrą ugodę 
z von Kempelenem i zdecydują się przeprowadzić ten tajemny proces przemiany 
tutaj? Jeśli im się uda zamienić znaczne ilości metalu na złoto, wtedy juŜ nigdy nie 
ujrzymy Poego.

- Nie zrobią tego. Poe jest nadal bezpieczny - powiedziałem. - Nikt, kto ma 

dobrze w głowie, nie będzie wytwarzał złota, znajdując się w rękach kogoś takiego, 
jak Prospero, i nie mów mi, Ŝe zrobią to gdzieś w ukryciu. Złoto nie jest lekkie. 
Ś

mieszne byłoby produkować je tu, a potem ponosić ryzyko wywozu. Niech zawrą 

umowę, jeśli muszą. Powstrzymamy ich później.

- Przykro mi - powiedziała. - Nie moŜemy tak postępować. Czułabym się 

osobiście odpowiedzialna, gdybym pozwoliła na taki rozwój wypadków. Jeśli zostanę 
tu, będę takŜe mieć sposobność, Ŝeby im przeszkodzić.

- Jak będziesz pod wpływem narkotyku? Albo hipnozy?
- Będę uwaŜać na to, co jem i piję. Jestem teŜ silniejsza od Templetona. JuŜ 

im się nie uda posłuŜyć mną tak jak kiedyś.

- Mogą się ciebie pozbyć, gdy uznają, Ŝe nie jesteś im dłuŜej potrzebna. Są 

bezwzględni.

- Nie - zaprzeczyła. - Jestem pewna, Ŝe będą mnie potrzebować do czegoś 

innego. Nieco później.

Przypomniały mi się słowa Ligei o poświęceniu Annie osobowości 

i wzdrygnąłem się. Nic nie mogłem powiedzieć w związku z tym, gdyŜ nie było to dla 
mnie jasne. Nie miałem nic na poparcie swych wątpliwości.

Jednocześnie przyszło mi na myśl zabijanie, które stanowiło codzienność na 

polu walki w czasie wojny. To, czy ktoś nosił mundur, czy nie, nie stanowiło Ŝadnej 
róŜnicy. Trup to trup. Państwo nie miało monopolu na decydowanie o wyborze ofiar.

Uznałem nagle, Ŝe najlepszym rozwiązaniem całego naszego problemu jest 

zabicie von Kempelena. Niech zabierze tę swoją tajemnicę do grobu. Annie będzie 
bezpieczna, Poe będzie bezpieczny, Ellison będzie zadowolony. Przypomniałem sobie 
otyłego męŜczyznę o wyłupiastych oczach, który poczęstował nas herbatą, poŜegnał 
i Ŝyczył powodzenia, kiedy uciekaliśmy na dach. Wydawał się dość przyzwoity 
i trudno było czuć do niego urazę za to, co wywołał. Mimo to, gdyby pozostawienie 
go przy Ŝyciu miało oznaczać unicestwienie Annie, nie wahałbym się, Ŝeby go zabić. 
Zrobiłbym to tak, Ŝeby nie sprawiać mu cierpienia. Jedno szybkie cięcie szablą...

- Perry!
Annie zatrzymała się i spojrzała na mnie z przeraŜeniem.
- Nie, nie rób tego. Proszę cię.
- Czego? o czym ty mówisz? - zapytałem.
- Ujrzałam ciebie z zakrwawioną klingą stojącego nad von Kempelenem. 

Musisz mi obiecać, Ŝe go nie zabijesz. Musimy znaleźć inny sposób.

Roześmiałem się.
- Proszę! - powtórzyła.
- Miałem widzenie tego, czym moŜe być Ŝycie z kimś takim, jak ty. 

MęŜczyzna nie będzie mógł sobie pozwolić na Ŝadne miłostki ani kieliszek 
z przyjaciółmi - powiedziałem.

Uśmiechnęła się.
- Widzę wszystko, jakby juŜ miało nastąpić.
- No właśnie. Czy juŜ teŜ widzisz moją obietnicę? Potwierdziła skinieniem.
- Będę musiał znaleźć inne rozwiązanie - powiedziałem.

background image

- Dziękuję, z pewnością tak będzie.
Przeszliśmy jeszcze trochę dalej. Annie zabrała nas do zabudowań 

w północnym skrzydle, pokazując rozkład pomieszczeń i miejsca pobytu Templetona, 
Goodfellowa i von Kempelena. Zobaczyliśmy ogromną jadalnię ze wspaniałym 
hebanowym zegarem, który tykał niezwykle głośno. Annie powiedziała, Ŝe wybija 
godziny z takim łoskotem, Ŝe muzycy muszą na ten czas przerywać swój występ. 
Odprowadziliśmy ją do jej komnaty, a ja umówiłem się na kolejne spotkanie po 
południu.

Później zaproponowałem Petersowi, Ŝebyśmy ją porwali nocą. Moglibyśmy 

wrócić do kraju i dopaść Griswolda.

- Nie, sir - odparł. - Ona jest jak Ligeja. Wokół niej czuję jakiś upiorny 

powiew. Ona i tak wszystko wie lepiej. Nie mam zamiaru wchodzić jej w drogę.

- Peters, tacy ludzie nie mogą mieć zawsze racji.
- Eddie, nie mam nic do dodania.
- w porządku - powiedziałem. - Poczekamy, zobaczymy.
Spotykałem się potem z Annie codziennie i w końcu pokazała mi 

Goodfellowa - prostodusznego, silnego, z uśmiechem na twarzy i Templetona - 
wysokiego, chudego, o zapadniętych głęboko oczach. Staraliśmy się z Petersem, Ŝeby 
nie wejść przypadkiem na von Kempelena, gdyŜ nie byliśmy pewni, gdzie on moŜe 
być.

Uzgodniliśmy we trójkę, Ŝe podejmiemy konkretne działania, jeśli będzie 

próbował wyprodukować złoto. Szybko płynęły dni ku wiośnie, ale on nie zrobił nic 
w tym kierunku, z nikim teŜ, według Annie, nie zawarł Ŝadnego układu. 
Zastanawiałem się, jaką prowadzi grę i jak długo uda mu się kpić z kogoś takiego jak 
Prospero, zanim znajdzie się w celi z czeluścią i wahadłem. Miałem przeczucie, Ŝe 
coś musi nastąpić i to niedługo. MoŜe Templeton i Goodfellow ulegną jakiemuś 
wypadkowi i zostanie wtedy sam na sam z jednym kontrahentem, nie mając innego 
wyjścia, a moŜe wszyscy czekamy na coś - ale co ? - w co angaŜuje się Griswold. 
Ciekawe, czy Annie protestowałaby, gdybym chciał zabić Griswolda w uczciwym 
pojedynku?

Wielokrotnie myślałem o tym, czy Peters nie otrzymał jakiegoś tajnego 

polecenia od Ellisona, Ŝeby w niektórych okolicznościach słuchać Annie, a nie mnie. 
Prawdę powiedziawszy, coś takiego nie miało jeszcze miejsca, ale nurtowało mnie, 
czy sprzeciwiłby się, gdybym usiłował zabrać stąd Annie wbrew jej woli.

Była zbyt przekonywająca, a ja zbyt mocno zabiegałem o jej względy.
Peters nie tracił czasu i rozwijał znajomość z malutką tancerką, Trippettą. 

Zdaje się, Ŝe to pod jej wpływem nie bardzo skłaniał się do opuszczenia klasztoru.

Poświęcaliśmy więcej czasu na przygotowanie naszego występu. 

Odbywaliśmy próby, aby opanować nasze nowe role. Baliśmy się, Ŝe zostaniemy 
rozpoznani, gdy pojawimy się na scenie. PrzecieŜ von Kempelen znał nas, a Griswold 
czy nawet Templeton mogli posiadać jakieś specjalne zdolności, Ŝeby skojarzyć, kim 
naprawdę jesteśmy. Nie warto ryzykować. Im więcej o tym myśleliśmy, tym silniejsze 
było nasze przekonanie, Ŝe w czasie występu trzeba załoŜyć maski albo pomalować 
twarze.

Na szczęście nie było Ŝadnego programu przewidzianego dla całej działalności 

artystycznej. KsiąŜę albo ktoś z dygnitarzy dworskich Ŝyczyli sobie o dowolnej porze 
coś obejrzeć albo posłuchać muzyki. Wielu komediantów czy Ŝonglerów chodziło 
wśród gości i gapiów, zbierając rzucane monety, aby je kiedyś w przyszłości, po 
opuszczeniu klasztoru, wydać.

Peters był bardziej chętny, Ŝeby pokazać się na scenie. Chciał teŜ 

zaimponować Trippetcie. Towarzyszył grupie klownów i akrobatów, gdy któregoś 

background image

wieczoru jeden z nich nie mógł wystąpić, poniewaŜ złamał nogę w czasie jakiegoś 
szczególnie niebezpiecznego numeru. Następnego dnia znów ta sama trupa została 
wywołana do występu. Nie chciałem tylko, Ŝeby ksiąŜę zaŜyczył sobie Petersa jako 
solisty.

Kostium błazna ukrywał niezwykłą muskulaturę Petersa. Mój przyjaciel 

wykazywał zdolności, o które nigdy bym go nie podejrzewał. Wkrótce stał się 
ulubionym błaznem księcia.

Zaczął się marzec. Wiedziałem juŜ, Ŝe Trippettą traktuje Petersa jako jednego 

z kpiarzy i komików, którzy zabawiają księcia. UwaŜała, Ŝe jest śmieszny, ale nic 
poza tym.

Któregoś dnia zrobiłem szaloną, acz niegroźną rzecz. Przystanąłem, aby 

porozmawiać z Trippettą, ale nie chciałem pytać wprost o jej zamiary w stosunku do 
Petersa. ZaleŜało mi na tym, aby się przekonać, jakie miejsce zajmuje w jej uczuciach,
po tym jak go rozkochała w sobie i zawróciła mu w głowie. Bałem się trochę, Ŝe nie 
będzie potrafił działać tak sprawnie, jak dotąd, gdyby zaistniała potrzeba.

Obdarzyła mnie zuchwałym uśmiechem i dygnęła.
- Słucham panie Olbrzymie? - zapytała po powitaniu. -Czym mogę słuŜyć?
- Chodzi tylko o informację, ślicznotko - powiedziałem. - Musisz zauwaŜać 

starania mego przyjaciela, Petersa.

- Błazna? Trudno byłoby nie zauwaŜyć, panie Olbrzymie. Zawsze jest koło 

mnie, szczerzy się jak obłąkany, kłania, ofiarowuje kwiaty.

- Bardzo cię lubi, Trippetto. Oczywiście nie chcę naruszać prywatności, ale 

więzy przyjaźni ośmielają mnie, Ŝeby spytać o twoje uczucia do niego. Krótko 
mówiąc...

- Czy uwaŜam, Ŝe błazen robi z siebie durnia? - dokończyła. - Szczerze 

mówiąc, to tak, panie Olbrzymie. Nie chciałabym urazić swego krajana, ale ksiąŜę 
Prospero uśmiechnął się do mnie dwa razy i wyraził podziw dla mej urody. Oczekuję 
czegoś więcej, niŜ związek z kimś, kto uosabia wszystko, co wygnało mnie 
z amerykańskiej dziczy. Jestem damą, panie Olbrzymie, i sądzę, Ŝe moja pozycja 
wkrótce wzrośnie stosownie do moich zdolności i upodobań.

- Dziękuję - powiedziałem, przyjmując wszystko do wiadomości. - Jak miło 

było to usłyszeć pośród tej czczej dworskiej gadaniny.

- Proszę bardzo, panie Olbrzymie - odpowiedziała z głębokim ukłonem. - 

Proszę przekazać przyjacielowi, Ŝe jest niezwykłym komikiem, choć widziałam wielu.

- Uczynię to z przyjemnością. - Obróciłem się na pięcie i odszedłem.
Później, gdy relacjonowałem naszą rozmowę Petersowi, starałem się ukazać 

więcej spontaniczności, niŜ rzeczywiście w niej było. Uśmiechnął się i przyznał, Ŝe 
był to przykład jej rozsądku. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe moje gadanie nie zda się na 
nic, i tak, niezaleŜnie od tego co albo jak powiem, będzie do niej wzdychał.

Czułem, Ŝe potrzebna mi rada Ligei albo Valdemara, ale na to musiałem 

jeszcze zaczekać.

Było to coś więcej, niŜ tylko miejsce, w które szła śpiewać. Dziś wieczorem 

przyszła, Ŝeby czuć samotność. Ostatnio pragnęła tego coraz bardziej. Przemierzała 
boso szeroki, brązowy bezkres; morze huczało; niebo pokryte chmurami przybrało 
rdzawy odcień; fale odbijały się echem. Jej kontralt rozbrzmiewał na tle szumu 
odpływu, gdy skręciła i weszła na opustoszałe szlaki wielorybów, wśród leŜących 
mokrych wodorostów, wyszlifowanych kolorowych kamieni, muszelek, szkieletów 
i wraków okrętów. Odnalazła go na tym morskim cmentarzysku między koralowcami 
- mieniło się kolorami oranŜu, czerwieni, zieleni i Ŝółci, robiącymi wraŜenie tęczy, 
która sięgała ponad czas. Rozejrzał się i wytarł oczy, gdy czuł, Ŝe ona jest juŜ blisko. 
Skręciła jeszcze raz i wtedy ją zobaczył.

background image

- Pani - powiedział - bardzo przepraszam.
- Ja teŜ - odparła - poniewaŜ myślałam, Ŝe jest to miejsce rozrywki i radości.
- Ty jesteś...
- Annie, oczywiście, Ŝe tak - odpowiedziała.
- Dorosłaś!
- Tak. Podejdź, proszę. Objęła go.
- Będziesz moją matką? - spytał.
- Tak - powiedziała. - Kimkolwiek chcesz, Eddie. Rozpłakał się.
- Miałem sen - powiedział. - TeŜ byłem dorosły. Dotknęło mnie to, sprawiło 

ból...

- Wiem...
- Sądzę, Ŝe nie wrócę. UwaŜam, Ŝe zostanę tu na zawsze.
- Jeśli masz ochotę. Tutaj zawsze będzie twój dom, gdziekolwiek byś był.
Po godzinie albo po roku cofnął się i odwrócił.
- Słyszysz? - spytał.
Echo odpływu napełniało powietrze wokół nich. Potwierdziła skinieniem 

głowy.

- Wzywa mnie.
- Wiem.
- Muszę iść.
- Nie, nie musisz.
- Ale chcę. Reszta to ból. Chwyciła go za rękę.
- Nigdy nie chciałam, Ŝeby świat tak cię wykorzystał. Miałam sen o nas 

obojgu. Został przerwany. Ciebie złapano tam, gdzie ból. Kocham cię, Eddie. Jesteś 
zbyt szlachetny na to co świat ma ci do zaoferowania.

- Dzięki temu miałem wizję, Annie. Odwróciła wzrok.
- Czy była warta tego wysiłku? - spytała. Pochylił się i ucałował jej dłoń.
- Bez wątpienia.
Słuchali echa melancholii, długiego zanikającego dźwięku.
- Muszę teraz odejść - powiedział znów.
- Poczekaj jeszcze chwilę.
- Dobrze, ale śpiewaj dla mnie.
Ś

piewała, a morze stało się treścią jej pieśni. Ogarnął ich cień.

- Dziękuję - powiedział. - Ja teŜ cię kocham, Annie. Zawsze cię kochałem 

i nigdy nie przestanę. Jednak juŜ muszę iść.

- Nie, nie musisz.
- Muszę. Wiem, Ŝe moŜesz mnie zatrzymać, gdyŜ to jest twoje królestwo.
Skierował wzrok na ich splecione dłonie.
- Nie zatrzymuj mnie.
Patrzyła na dziecięcą twarz o szarych oczach, widziała perspektywę 

czterdziestu lat, jakby spojrzenie z trumny. Puściła jego dłonie.

- Bon voyage, Eddie - Au revoir - odpowiedział, odwrócił się i ruszył na 

wschód, podąŜając za falami, gdzie odzywało się morze, najpierw łagodnie, cicho, 
stopniowo wzmacniając ton.

Odwróciła się w przeciwną stronę i poszła w kierunku brzegu. Rdzawe 

kłębowiska chmur sczerniały. Zapełniły niebo, które się rozświetliło. Usiadła na skale 
i przysłuchiwała się krwistociepłemu przypływowi.

IX

“Co, w powszechnym mniemaniu, jest najbardziej przygnębiające?

background image

Oczywiście śmierć.
- a kiedy - spytałem - to co najbardziej przygnębiające jest najbardziej 

poetyckie?... - Odpowiedź jest teŜ oczywista:

 - Gdy powiązane jest to z Pięknem; w takim razie śmierć pięknej kobiety jest 

bez wątpienia najbardziej przygnębiającym wydarzeniem - równie 
niekwestionowanym jak to, Ŝe jedynie wargi pogrąŜonego w smutku kochanka mogą 
to przekazać”.

Edgar A. Poe, Filozofia twórczości

W kwietniu przebłyski słońca przynosiły niebiańskie ciepło. Noce 

rozbrzmiewające dźwiękiem gitar i rytmem flamenco, ogniskami i odgłosami biesiad 
stały się kojące. Były to najbardziej spokojne przyjemności pobytu na dziedzińcu.

Wszyscy czuli się naprawdę zmęczeni. KsiąŜę Prospero utył, a jego twarz stała 

się mocno czerwona, przy tym jeszcze zaczął utykać. Mówiło się, Ŝe nie stronił teraz 
od narkotyków, paląc między innymi opium prowadzące do okropnych koszmarów.

Nie było mnie przy tym. Byłem akurat na nocnej przechadzce z Annie, co 

niezaleŜnie od warunków i okoliczności uwaŜałem za najbardziej szczęśliwe chwile 
mego Ŝycia, stanowiące przeciwwagę przygnębienia i zagroŜeń, które wokół czyhały.

Do Annie podbiegła słuŜąca Ŝony jednego z ministrów, gdy szliśmy 

oświetlonym kruŜgankiem, podziwiając niezwykły kunszt dawnych artystów, których 
dziełem były wspaniałe tkaniny tam rozwieszone. Niestety, ich obecny stan był daleki 
od doskonałości.

Dopadła do ręki Annie i szybkim, płaczliwym głosem relacjonowała 

wydarzenia, których była niedawnym świadkiem.

Wstrzymałem oddech, gdy usłyszałem, jak mówiła: “Małe biedactwo...” 

Spojrzałem na moją drogą Annie, zaraz po odejściu słuŜącej.

- Trippetta - potwierdziła. - KsiąŜę spędzał wieczór w towarzystwie swych 

siedmiu najwaŜniejszych ministrów, degustując nowe gatunki wina i próbując 
narkotyku z Afryki, który miał na krótko wprowadzać człowieka w stan niegroźnego 
szaleństwa. Posłali po nią, Ŝeby ich zabawiła.

Przerwała na dłuŜszą chwilę.
- Zmusili ją do picia - mówiła dalej. - Niewiele jej było trzeba. Kazali jej 

później tańczyć na stole. Nie mogła utrzymać równowagi. Spadła i skręciła kark.

Nie byłem w stanie powiedzieć ani słowa, w napadzie gniewu przyszła mi 

myśl zgładzenia tego człowieka. Wiedziałem jednak, Ŝe moje działanie będzie 
nieracjonalne.

Niedługo później byłem juŜ we właściwym miejscu, albo niewłaściwym - 

zaleŜy, od punktu widzenia. Widziałem jej drobne ciało przenoszone na desce do 
krypty, która słuŜyła jako miejsce pochówku zmarłych w czasie tego szczególnego 
odosobnienia. Słyszałem przerywany szloch Annie, gdy przechodził milczący 
kondukt.

Bałem się śmiertelnie spotkania z Petersem, Ŝeby mu o wszystkim 

opowiedzieć. Musiałem to zrobić; nie miałem wyboru. Uścisnąłem Annie 
i poŜegnałem ją.

Moje obawy się sprawdziły. Gdy zacząłem mówić wzrok Petersa błądził 

gdzieś i twarz mu posmutniała. Bił w mur i długo, głośno przeklinał. Cofnąłem się. 
Nie wiedziałem, kiedy zdoła się opanować i czy nie wyładuje złości na mnie.

Minęła minuta, moŜe trochę więcej. Przestał walić w mur i odwrócił się 

w moją stronę. Patrzył juŜ normalnie. Uspokoiłem się.

- Och, Eddie. To maleństwo nie mogło nikomu wyrządzić Ŝadnej krzywdy. 

Zabiję go i poćwiartuję za to.

background image

ZbliŜyłem się do niego. Powiedziałem:
- Nie pomoŜe to ani jej, ani nikomu, a łucznicy księcia naszpikują cię 

strzałami, jeśli tylko spróbujesz coś zrobić.

Podniósł kawałek cegły i zaczął ściskać. Usłyszałem odgłos miaŜdŜenia. Po 

chwili otworzył dłoń, z której wysypał się pył.

- Słyszysz mnie? - powiedziałem. - NiewaŜne, Ŝe jesteś silny. Jedna strzała 

w serce i po tobie.

- Masz rację, chłopie. Masz rację - odparł. - Ja go załatwię, nie bój się. Poślę 

jej w zaświaty niejednego księcia jako słuŜącego. Nie zmarnuję Ŝycia. Masz rację.

Zaczął iść na południe, a ja podąŜyłem za nim.
- Nie, Eddie - oświadczył, poprawiając perukę. - Pójdę sam, tak trzeba.
Jestem przekonany, Ŝe spędził noc w jednej z mnisich cel. Przechodziłem 

później południowym skrzydłem i przysiągłbym, Ŝe słyszałem bicie w bębny i chyba 
nawet śpiewy.

Okazało się, Ŝe zdołał ponownie odegrać rolę błazna, mimo przykrych 

doświadczeń. Zorganizował pochód “ośmiu orangutanów”, które wywołały ogromny 
przestrach wśród dam (nie wspominając o męŜczyznach), sprawiając wraŜenie, Ŝe 
uciekły od swych właścicieli.

Przebrał ośmiu męŜczyzn za małpy i skuł ich w pary łańcuchami. Na dany 

sygnał “zwierzaki” ruszyły poprzez salę, czyniąc dzikie wrzaski. Peters wiedział, Ŝe 
efekt będzie murowany.

Pomysł ten tak bardzo spodobał się księciu Prospero, Ŝe zaŜyczył sobie, aby 

Peters przygotował kostiumy dla niego oraz siedmiu ministrów, którzy mieli odegrać 
role małp.

Tego wieczoru miałem być obecny w ogromnej sali, Ŝeby wraz z Emersonem 

zrobić parę akrobatycznych sztuczek i odegrać jakąś maskaradę. Według Petersa była 
to znakomita okazja, Ŝeby pokazać publiczności owłosione, człekokształtne potwory. 
Proponował, Ŝebym ja najpierw wystąpił z Emersonem, aby zrobić wraŜenie, Ŝe 
pozostałe małpy nie są tak wytresowane i muszą być powiązane łańcuchami, Ŝeby nie 
zagrozić widzom.

Chciałem odegrać jakąś rolę jego planach, ale nie zgodził się. Poprosił mnie 

tylko o to, abym przyniósł zawczasu moją szablę i ukrył ją w sali. (“Na wszelki 
wypadek” - tak powiedział).

Nie bardzo mi się to podobało, ale chociaŜ nie podał mi Ŝadnych szczegółów, 

zdołałem wejść do środka, gdy nie było tam nikogo i powiesić szablę między starymi 
tarczami i bronią, w pobliŜu miejsca, gdzie mieliśmy dać występ. Zakryłem ją tarczą 
tak, Ŝe wystawała jedynie rękojeść.

Wieczorem przyszedłem przed czasem, trzymając Emersona na sznurku 

i mając nadzieję, Ŝe odkryją zamiary Petersa. Chciałem mu pomóc, gdyby było to 
konieczne, ale wolałem uniknąć zaangaŜowania. ZauwaŜyłem małą zmianę wystroju; 
potęŜny świecznik, zgodnie z uwagami Petersa, został usunięty, Ŝeby wosk ze świec 
nie kapał na bogate stroje gości. Zamiast tego w prawej ręce kaŜdej z pięćdziesięciu 
czy sześćdziesięciu kariatyd stojących przy ścianie zatknięto pochodnię. Wydzielały 
one słodką woń.

Podczas mojego występu ksiąŜę i jego siedmiu ministrów na znak dany przez 

Petersa opuścili salę, Ŝeby się przebrać. Jak się potem okazało, załoŜyli obcisłe 
trykotowe koszule i nakryli się lnianymi płachtami. Peters powiązał ich i ustawił 
w koło, krzyŜując łańcuchy w środku. Chciał, Ŝeby wyszli w nowej roli o północy, ale 
tak mocno chcieli zrobić na wszystkich wraŜenie i wywołać przeraŜenie, Ŝe wkroczyli 
do wielkiej sali o wiele wcześniej.

Zgodnie z oczekiwaniami powstał straszny tumult i podniosły się wrzaski.

background image

Zabawa była wyśmienita, ksiąŜę ze swoją zgrają nie posiadali się z radości, 

gdy ktoś omdlewał lub piszczał ze strachu. Wszyscy chcieli ruszyć do drzwi, ale 
Prospero nakazał je wcześniej pozamykać. Klucze miał Peters, poniewaŜ w kostiumie 
księcia nie było kieszeni.

W pewnej chwili Peters zniknął, a jego miejsce zajęła jeszcze jedna owłosiona 

kreatura. Emersona nie było juŜ przy mnie, ale i tak nikt juŜ nie zwracał uwagi na 
nasze sztuczki. Harcował z męŜczyznami przebranymi za małpy. Po chwili 
zauwaŜyłem, Ŝe łańcuch, z którego zwykle zwieszał się ogromny świecznik, i który 
był podciągnięty ku górze, opuszczał się powoli, aŜ jego zakończony hakiem koniec 
znalazł się nad samą posadzką.

Rozglądałem się za Annie, która miała maskę Arlekina i była w towarzystwie 

trzech przebranych postaci, którymi mogli być jedynie Templeton, Griswold i von 
Kempelen, poniewaŜ nie było ich w zasięgu wzroku.

Łańcuchy, którymi powiązane były małpy, poruszały się w środku 

utworzonego koła. Nie wszystkie krzyŜowały się poprawnie. Emerson chwycił hak 
i przyczepił do niego pierwszy łańcuch, potem drugi, trzeci. Próbował kilkakrotnie 
doczepić i czwarty, ale nie udawało mu się, gdyŜ łańcuch ten nie był wystarczająco 
luźny.

Wreszcie trzy łańcuchy zaczepione do haka zostały mocno naciągnięte. Ci, 

którzy byli nimi związani, zaczęli z niepokojem spoglądać za siebie i szukać 
przyczyny skrępowania ruchów. Hak zaczął się wznosić. Spojrzałem ku górze, 
później na dół - tam, gdzie drugi koniec głównego łańcucha opasany był na bębnie, 
w ciemnym rogu, a nieduŜa postać w stroju błazna kręciła korbą.

Sześciu ministrów zostało uniesionych w powietrze.
KsiąŜę Prospero i jeden z ministrów, który był z nim połączony łańcuchem, 

zostali na ziemi. Jakiś cień przemknął koło mnie. Ruszyłem do mojej tarczy.

Peters podbiegł do ściany. Wyrwał pochodnię z rąk kariatydy. Skoczył na 

ś

rodek, gdzie zwisało sześciu ministrów, którzy wcześniej przyglądali się Trippetcie 

tańczącej ku śmierci.

Podpalił kaŜdego z nich. Smoła paliła się bardzo łatwo. Płomienie objęły 

wszystkich. Słychać było okrzyki rozpaczy i strachu, ale ginęły wśród zawodzenia 
i wrzasków Ŝywych pochodni, wijących i skręcających się z bólu. Łańcuchy 
pobrzękiwały i szczękały; cienie rzucane na ściany sali wykonywały szalony taniec. 
Piekielny, przeraźliwy dźwięk wypełniał całą przestrzeń. Później zorientowałem się, 
Ŝ

e to śmiech Petersa.

Powstała ogólna panika. Miałem juŜ szablę w dłoni. Sześciu ministrów kręciło 

się na haku, wrzeszczało i płonęło.

Peters wydał z siebie straszliwy ryk, zablokował bęben, którym kręcił, i wstał. 

Chciał zrobić kilka kroków, ale zatrzymał go potok napierających osób.

Wielki, ciemny zegar zaczął wybijać północ. Zanim ucichły dźwięki 

ostatniego uderzenia, wszyscy nagle oniemieli i zastygli w bezruchu, jakby jakiś 
podmuch odebrał zebranym władzę nad zmysłami i ciałem.

Znalazł się jednak wyjątek. ZauwaŜyłem tę postać, gdyŜ jedynie ona się 

poruszała, wyłoniwszy się z ciemnego naroŜnika, który mógł kryć jakieś przejście. 
Ponadto spojrzenia wszystkich skupiał dziwaczny strój. Była to wysoka figura 
zmarłego zabranego przez czerwony mór - przed którą, uciekali wszyscy znajdujący 
się w sali. Postać ta przemieszczała się niezdarnie, niezgrabnie; miała cerę 
jednocześnie białą jak płótno i czerwoną jak krew, gdy przechodziła między 
obszarami cienia i blasku powodowanymi przez to koszmarne źródło płomieni; 
sztywno stąpała spowita w obłok trupiego zapachu; odziana w zatęchły strój; 
prostacko zachowująca się, o przeraŜającym wyglądzie. Szła naprzód, stanowiąc 

background image

doskonałe uosobienie nastroju całej gromady patrzących na ten dramat.

WraŜenie grozy spotęgowało się pod wpływem nagłego objawienia, Ŝe nie jest 

to tylko kwestia maski, pudru, szminek czy wreszcie przebrania. Znałem tego 
człowieka, widziałem go przy wejściu do tunelu, gdzie Peters ściągnął z niego 
błazeński kostium i czapkę z dzwonkami. Był to Fortunato - opanowany przez zarazę 
pijaczyna, kompan Montresora, zmarły, trup, nieboszczyk, ale oŜywiony, wprawiony 
w ruch, idący przejściem między rozstępującymi się przeraŜonymi gapiami. Doszedł 
do Prospera, objął go. KsiąŜę krzyknął w tym momencie i zwalił się na posadzkę, 
ukazując stopy spętane łańcuchami i pociągając za sobą ostatniego z ministrów.

Przeraźliwa cisza ustąpiła hałasowi i rozgardiaszowi. Rozedrgane ręce dobyły 

sztyletów. Wywijałem szablą na wszystkie strony i zawołałem Petersa. Chwyciłem 
pochodnię i wskazałem mu drogę w kierunku, gdzie według mnie, znajdowało się 
ukryte przejście. Peters przebił się przez tłum i podąŜył za mną. Wcześniej rzucił 
ostatnie spojrzenie na dzieło, którego dokonał, i swego martwego towarzysza 
Emersona.

“Ostatnie dni i sny wypełniła krew.
Słyszę gruźliczy kaszel
wśród nieskończonego rytmu Ŝycia.
Ś

mierć czai się i udaje, Ŝe

na nikogo nie czyha”.
Edgar Allan Poe [bez tytułu]

X

“Edgar Poe nie Ŝyje. Zmarł przedwczoraj w Baltimore. Wiadomość ta wywoła 

u wielu wstrząs, ale zasmuci nielicznych. Poeta był znany i szanowany w całym kraju; 
miał czytelników w Anglii i innych częściach Europy. Grono jego przyjaciół było 
bardzo wąskie i Ŝal po jego śmierci przejawi się głównie stwierdzeniem, Ŝe literatura 
straciła jedną z najwspanialszych, aczkolwiek kapryśnych gwiazd”.

“Daily Tribune”, Nowy Jork “Ludwig” (Rufus Griswold)
Szliśmy przejściem, w którym natknęliśmy się na schody prowadzące w dół 

do kolejnego korytarzyka biegnącego pod dziedzińcem. Peters był nadal oszołomiony 
i wyczerpany. Na początku nie odzywałem się. Szedłem, przez co zmuszałem i jego 
do tego, Ŝeby nie ustawał. Weszliśmy do tunelu za magazynem, w którym znaleźliśmy 
się na samym początku. Był prawie zawalony, gdyŜ osunęła się częściowo jedna ze 
ś

cian. Udało się nam przecisnąć bokiem poprzez wąską i pełną pyłu sztolnię.

Przekonałem Petersa, Ŝeby pozbył się wreszcie tego błazeńskiego stroju. 

Odszukaliśmy pozostawione przez nas narzędzia. Na końcu tunelu okazało się, Ŝe 
Montresor zamurował wejścia od strony miasteczka. Oznaczało to takŜe, Ŝe 
zamurował Fortunata, co było czynem równie przeraŜającym, jak wydarzenia 
opisywane przez E. T. A. Hoffmanna, mistrza grozy.

Przeczytałem wiele jego opowiadań w czasie pobytu na róŜnych rozrzuconych 

placówkach w okresie słuŜby wojskowej. Gdybyśmy zgodnie z namową Montresora 
pozbyli się narzędzi, bylibyśmy bez szans.

Peters uderzał młotem z ogromną siłą. Odsunąłem się, zamiast mu pomagać. 

Szybko wybił otwór, przez który przeszliśmy na drugą stronę.

Wydostaliśmy się z piwnicy i przeszukiwaliśmy dom. Nie było śladów 

Montresora. Ligeja odpowiedziała na nasze wołania i wyszła z pokoju na górze. Grip 
przycupnął na jej ramieniu.

- Perry, do diabła! Do diabła, Perry! - pozdrowił mnie swym krzykiem.
- Ligeja, wszystko w porządku? - spytałem.

background image

- Tak.
- a Valdemar?
- Jak zwykle.
- Gdzie jest Montresor?
- Wyjechał - odpowiedziała.
- Lepiej będzie, jak my zrobimy to samo.
- Tak, spakowałam trochę rzeczy.
- Przyniosę twoją torbę.
- JuŜ jest na dole.
- Wiedziałaś, Ŝe przyjdziemy?
- Posłałam po was Fortunata.
- Dlaczego?
- Był juŜ odpowiedni czas.
- Jak będziemy podróŜować?
- Koło stajni jest dyliŜans.
- Powinniśmy zaprząc konie i skierować się ku granicy -powiedziałem.
- Nie - odrzekła - do Barcelony, nad morze. Powinien tam czekać “Eidolon”.
- Jak to się stało?
- Annie juŜ dość dawno skłoniła kapitana Guy, Ŝeby tam przypłynął.
- Skąd o tym wiesz?
- Chciałam sama to zrobić, ale zorientowałam się, Ŝe juŜ się to dokonało.
- Czy ona jest twoją... - zacząłem.
- w stajni nie ma koni. PomóŜ mi zdjąć ze ściany ten gobelin - powiedziała.
Spojrzałem we wskazanym przez nią kierunku. Gobelin przedstawiał 

męŜczyznę, który uderzał sztyletem przeciwnika. Na pierwszym planie widniał 
ogromny posąg konia o niezwykłym kolorze. Przystawiłem do ściany mały stolik, 
wszedłem i zdjąłem ozdobną tkaninę. Zwijając ją, zapytałem:

- Będziemy tego do czegoś potrzebować?
- Tak - odpowiedziała.
Peters i ja znieśliśmy skrzynię z Valdemarem oraz gobelin na podwórko. 

Ładując Valdemara, usłyszałem rŜenie konia.

Podszedłem do dyliŜansu z boku i zobaczyłem Ligeję, która prowadziła 

ogromnego rumaka i starała się go zahipnotyzować przy pomocy ruchów dłoni.

- Eddie, pomóŜ mi go zaprząc - powiedziała. OdŜyły we mnie kawaleryjskie 

nawyki. Pogłaskałem go i zacząłem nakładać uprząŜ. Zrobiło mi się go Ŝal, bo 
niezaleŜnie od tego, jaki jest silny, będzie musiał zastąpić cztery normalne konie. Nie 
było juŜ co prawda Emersona ani woźnicy, a i większość bagaŜu teŜ przepadła - ale 
dyliŜans, to dyliŜans.

Obchodząc dyliŜans, zauwaŜyłem gobelin leŜący na wybrukowanym 

dziedzińcu. Widziałem tych dwóch męŜczyzn, ale konia juŜ nie było. Nie chciałem 
nawet o tym wszystkim myśleć. Usłyszałem śmiech, a gdy odwróciłem się, 
spostrzegłem Ligeję z rozwianymi na wietrze włosami. Śmiała się, ukazując biel 
zębów. Wydawało mi się, Ŝe przez chwilę otoczyła ją dziwna blada poświata, która 
później zginęła w jej oczach.

- Ty będziesz powoził, Eddie - powiedziała.
- Nie znam nawet drogi do Barcelony. Wskazała kierunek jazdy.
- Tędy - powiedziała. - Będę dawać ci wskazówki. Otworzyła drzwi 

i pomogłem jej wejść do środka. Wdrapałem się na kozioł. Peters zrobił to samo 
i usiadł koło mnie.

- Zostanę tu, jeśli nie masz nic przeciwko temu -oświadczył.
- Dobrze. PomoŜesz mi powozić.

background image

Spuściłem hamulec, lekko szarpnąłem lejce i koń ruszył. Powoli wyjechaliśmy 

z dziedzińca. Na drodze jechaliśmy juŜ szybciej. Wkrótce tempo stało się zawrotne. 
Koń biegł zupełnie bez wysiłku. Była to jedna z najbardziej osobliwych rzeczy, jakie 
kiedykolwiek widziałem. Jechaliśmy coraz szybciej. Nigdy nie podróŜowałem z tak 
ogromną prędkością. Cały krajobraz zlewał się w jedną rozmytą plamę.

Trzymałem lejce przez wiele godzin, a potem zmienił mnie Peters. Koń, który 

ciągnął dyliŜans, nie wykazywał Ŝadnych oznak zmęczenia. Wydawało się nawet, Ŝe 
wcale nie biegnie. Owinąłem się szczelnie płaszczem i przechyliłem do tyłu.

Noc przesycona była zapachem wiosny. Gwiazdy zastygły nieruchomo na 

niebie. Ligeja krzyknęła, Ŝeby zmienić kierunek i Peters skręcił w lewo na 
rozwidleniu dróg.

W czasie drzemki zdawało mi się, Ŝe to Poe siedzi koło mnie. Nie odzywał 

się, mimo Ŝe róŜnie się do niego zwracałem, w końcu zeskoczył na konia, odciął go 
od uprzęŜy i zostałem sam na koźle dyliŜansu bez zaprzęgu. Ale to nie mogło tak 
być... Ciągle czułem, Ŝe jedziemy.

A później Annie siedziała przy mnie. Czułem jej dłoń na mojej ręce.
- Perry - powiedziała. - Eddie.
- Annie... Zdawało mi się, Ŝe Poe siedział tu przed chwilą. Nie zwracał na 

mnie uwagi. Później odjechał.

- Wiem. On się coraz bardziej oddala. Nie mogę go zatrzymać.
- a co z tobą, moja droga? Widziałem cię na balu, który zmienił się w taniec 

ś

mierci. Ale ty, von Kempelen i przyjaciele Griswolda zniknęliście w pewnej chwili.

- Czułam, Ŝe jesteśmy o krok od zguby. Reszta zaufała mym ostrzeŜeniom. 

Uciekliśmy.

- Szkoda, Ŝe nie dołączyłaś do mnie.
- Wiem. Przeszliśmy przez to wszystko wcześniej. Nie mogę zezwolić na to, 

Ŝ

eby ukrywali jego wygnanie.

- Ale co z tobą? Dobrze się czujesz?
- Zdrowie mi dopisuje. śadnych ran ani chorób.
- Gdzie teraz jesteś?
- Na łodzi. Płyniemy w dół rzeki, do morza. Widzę cię, patrząc w płomień 

lampki, u ujścia rzeki czeka na nas statek. Stoi na redzie od pewnego czasu.

- Jak się nazywa?
- “Grampus”. Mamy wejść na pokład, podnieść kotwicę, postawić Ŝagle. 

Zanim wy zdołacie dotrzeć na swój statek w Barcelonie.

- Dokąd zamierzacie popłynąć? Wiesz, Ŝe muszę podąŜyć za tobą.
- Do Londynu, Ŝeby zabrać pewne urządzenia.
- Jakie?
- Coś dla von Kempelena.
- Do doświadczeń?
- Tak.
- Co potem?
- z powrotem do Ameryki.
- Ale dokąd?
- Jeszcze nie wiem. Gdzieś na północ.
- Gdzie będziecie w Londynie?
- Nie mam adresu, ale...
- Co?
- Mam przeczucie, Ŝe tam się nie spotkamy. Coś zakrywa mi ciebie. Widzę, 

jak podnosi się i skrywa twój obraz. To wszystko.

- Zawsze moŜna próbować.

background image

- Dokładałeś wszelkich starań, jak nikt inny.
- Annie, kocham cię. Nawet jeśli to wszystko tylko przez tę sztuczkę z małą 

dziewczynką szukającą kogoś do zabawy.

- Ty mój chłopczyku z zarośli... - powiedziała i wtedy poczułem, Ŝe połoŜyła 

rękę na moich włosach. - Nie odnalazłabym ciebie, gdybyś ty sam tego nie chciał.

Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, a później czułem, Ŝe jej obecność jest 

coraz słabsza.

- Jestem zmęczona, Eddie.
- Wiem. Szkoda, Ŝe czerwony mór nie był bardziej skuteczny, jeśli chodzi 

o towarzyszy twojej podróŜy.

- Templeton ich ochronił, tak jak was ochrania ta wspaniała dama, która 

wyzwoliła energię poruszającą wasz dyliŜans.

Chciałem, Ŝeby została ze mną na zawsze, ale powiedziałem jej “dobranoc”. 

Później opanowały mnie zwyczajne sny -płonące ciała zwisające ze świecznika, 
krzyczący ludzie, krwawiąca małpa, chodzący trup...

- Do diabła Eddie do diabła Eddie do diabła Eddie! Otworzyłem oczy. Grip 

siedział na moim ramieniu i wrzeszczał, Ŝebym zobaczył wschód pełen róŜu i oranŜu.

- Peters, teraz moja kolej. Ty odpoczywaj - powiedziałem. Oddał mi lejce. 

Grip przeskoczył na jego ramię.

- Do diabła Peters do diabła Peters do diabła Peters.
PrzejeŜdŜaliśmy koło wielu opuszczonych gospodarstw połoŜonych wśród 

kwitnących pól. Zatrzymaliśmy się raz, Ŝeby zabrać trochę Ŝywności z piwnicy 
i spichlerza na farmie, której właściciele albo umarli na zarazę, albo uciekli. Nasz 
bezimienny rumak nie wyglądał na zmęczonego, a gdy połoŜyłem mu rękę na 
grzbiecie, był prawie zimny. Zmianę dało się zauwaŜyć jedynie między jego 
wyglądem na początku, jeszcze w domu Montresora, a teraz. Jego sierść i grzywa były 
zmierzwione; przypominały postrzępione brzegi tkaniny.

Jechaliśmy dalej. Według wskazówek Ligei posuwaliśmy się drogą wzdłuŜ 

rzeki. Przemierzaliśmy okolice pełne ciemnych stawów i ponurych lasów. Jeszcze raz, 
a moŜe dwa razy, zdawało mi się, Ŝe czuję obecność Poego. Nie udało mi się 
nawiązać z nim Ŝadnego kontaktu.

Po południu dotarliśmy na wzgórze, które, według słów Ligei, górowało nad 

Barceloną. Jazda z ogromną szybkością zaczęła mi się bardzo podobać, chociaŜ 
Ŝ

ałowałem, Ŝe nie jest to tylko dla samej przyjemności.

Rumak był coraz bardziej zmierzwiony, a wiatr rozrzucał kłęby sierści przy 

kaŜdym podmuchu.

Grip powrócił znad portu.
- Do diabła Guy do diabła Guy do diabła Guy - oznajmiał z oŜywieniem.
Westchnąłem cięŜko.
- Wydaje mi się, Ŝe zauwaŜył “Eidolon” - powiedziałem.
- Jedziemy jego tropem - zadecydowała Ligeja. Wjechaliśmy do miasta. Ulice 

były prawie opustoszałe, chociaŜ słychać było róŜne odgłosy po obu stronach. Przez 
okna domostw i sklepów widziałem trochę ludzi. Nieliczni szybko przemykali po 
ulicach. Szkoda, Ŝe nikt nie przejawiał chęci do spokojnej rozmowy.

Skręciliśmy za rogiem. Gwałtowny podmuch wiatru zabrał sporą część ogona 

naszego konia. Został jedynie cieniutki kosmyk tam, skąd się zaczynał. ZjeŜdŜaliśmy 
w dół po długim zboczu i wtedy zniknęło jedno ucho wraz z prawie całą grzywą. Przy 
skręcie na dobrze utrzymaną drogę ze zdziwieniem stwierdziłem, Ŝe koński zad zaczął 
się zwęŜać, zmniejszać przy kaŜdym stąpnięciu. Spojrzałem w dół na ziemię. 
Zaskoczyło mnie to, Ŝe koń stąpał po długim paśmie swojego włosia. Obejrzałem się 
i zauwaŜyłem, Ŝe rozciągało się aŜ do ostatniego zakrętu.

background image

Chciałem juŜ zapytać Ligeję, o co w tym wszystkim chodzi, gdy zobaczyłem, 

Ŝ

e po stromej ulicy stacza się beczka, która spadła z wozu podczas załadunku.

Po raz pierwszy koń się spłoszył. Odwrócił łeb w stronę zbliŜającej się beczki, 

jakby zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa. Jedyny raz, pierwszy i ostatni, wydał 
z siebie głos: dziwny rŜący ryk, który zabrzmiał jak echo toczące się z dala od gór 
i dolin. Gwałtownie rozpoczął galop. Ta niepojęta siła, która gnała go przed siebie 
z niesamowitą prędkością, znów wróciła. Statki, nabrzeŜa, budowle - wszystko zlało 
się w nieostrą całość. Koń, którego widziałem przed sobą, zaczął zanikać, zmniejszać 
się. Po chwili był juŜ wielkości kucyka, chociaŜ jego zarys nie był tak regularny. Jego 
siła nie malała; to tylko sylwetka podlegała takiej zmianie. Pędziliśmy poprzez port 
w zastraszającym tempie. Zwierzę ciągnące dyliŜans zaczęło przypominać duŜego 
psa, mniejszego, cień. Zaraz potem zminiaturyzowane stworzenie stanęło dęba 
i wydało krótki odgłos podobny do dźwięku trąbki. DyliŜans przejechał po tym, co 
zostało ze wspaniałego rumaka. Obejrzałem się i zobaczyłem jedynie kawałek sznura 
leŜący na ulicy. Pociągnąłem mocno za hamulec, ale nie zmniejszyło to szybkości 
szaleńczej jazdy. Peters odepchnął moją rękę. Sam złapał za dźwignię. Zaparł się 
nogami i pchał z całej siły. Napięte mięśnie rozerwały rękaw koszuli, z dołu 
poczuliśmy swąd dymu. Zaczęliśmy zwalniać.

Mieliśmy szczęście, Ŝe panował niewielki ruch. Zatrzymaliśmy się przy stercie 

skrzyń, mając pirs z lewej strony. Szare, krzykliwe mewy pikowały z powietrza 
w kierunku lustra wody. Peters stopniowo puszczał dźwignię. Powoli podniósł rękę 
i wskazał coś przed sobą.

- Eddie, to “Eidolon”. Bestia dobrze się sprawiła, przywoŜąc nas do celu.
Schodząc na ziemię, usłyszałem cicho wymamrotane słowa Ligei: - Pax 

vobiscum, Metzengerstein.

Później, gdy Peters i ja wyładowywaliśmy Valdemara i inne rzeczy, 

a członkowie załogi szli ze statku w naszym kierunku, Ŝeby pomóc przy przenoszeniu,
spojrzałem w niebo. Mój wzrok przykuwała chmura, która przybrała wyraźny kształt 
ogromnego konia o nienaturalnych kolorach.

Przekazałem kapitanowi Guy, Ŝeby niezwłocznie postawił Ŝagle i wziął kurs 

na Anglię. Obiecałem, Ŝe jak tylko wyruszymy, opowiem mu dokładnie o wszystkim. 
Zjedliśmy w trójkę niezbyt obfity posiłek, w czasie którego statek odbijał od brzegu. 
Wypiłem jednym haustem sporą porcję brandy. Współbiesiadnicy sprawiali wraŜenie, 
jakby czekali, iŜ zwali mnie to z nóg. Wróciłem później do kabiny i zmyłem z siebie 
kurz z długiej drogi. RozłoŜyłem się potem na łoŜu, Ŝeby przez chwilę odpocząć.

Zbudziłem się pod wpływem potwornego kołysania statku. Podniosłem się, 

ubrałem i wyszedłem na górny pokład. Obserwowałem sztorm i fale napierające na 
kadłub. Po krótkim czasie zszedłem pod pokład i odnalazłem Petersa. Powiedział, Ŝe 
spałem dwanaście godzin, ale sztorm zaczął się niedawno.

Zła pogoda towarzyszyła nam przy wyjściu z Morza Śródziemnego. Kolejna 

nawałnica spadła na nas, gdy usiłowaliśmy wziąć kurs na północ, ku brzegom Anglii. 
Zaatakowała nas z niespotykaną siłą. Nie byliśmy w stanie posuwać się naprzód. 
Chcieliśmy przeczekać ten stan. Zostaliśmy jednak zepchnięci na pełne morze. 
Sztorm ustał po trzech dniach, po czym musieliśmy doprowadzić statek do porządku.

Duch, który rządził tym akwenem, jakikolwiek by był, nie przypadł nam do 

gustu. Po przywróceniu pełnej sprawności “Eidolon” wpadł w szpony kolejnego 
sztormu, który odrzucił nas bardziej na południe. Był to najgorszy sztorm, jaki się 
nam przytrafił. Pchał nas bez wytchnienia aŜ poza zwrotnik Raka.

- Ten sztorm... - zaczęła Ligeja o poranku siódmego dnia.
- Co? - spytałem.
- Chyba juŜ ustaje. Uderzyłem ręką o drewniany reling.

background image

- Dzięki Bogu - dodałem. - Los marynarzy jest gorszy niŜ zwykłych Ŝołnierzy. 

Jestem gotów w to uwierzyć.

- Nie wierz w to. Jeszcze nie teraz - powiedziała.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Nie jestem pewna, czy był to tylko zwykły sztorm.
- Tak?
- Właśnie teraz, przy końcu, przez chwilę wydawało mi się, Ŝe czułam jej 

zmęczenie, wyczerpanie, przez co straciła kontrolę, dając okazję ujawnienia 
osobowości.

- Powoli - powiedziałem. - Nie jestem w najlepszej formie.
- Sądzę, Ŝe Annie jest znów pod działaniem narkotyków -oznajmiła - i była tą 

siłą, która wywołała ten sztorm. Tydzień, nawet z narkotykami i hipnozą, to tyle, ile 
ona potrafi oddziaływać. Oni jednak nie chcą zrobić jej Ŝadnej trwałej krzywdy. Ona 
moŜe więcej niŜ tylko usunąć nas z ich drogi.

- Jesteś tego pewna? - zapytałem.
- Nie, nie jestem - odpowiedziała. - Jej umysł, nawet jeśli jest pod wpływem 

czegoś, pozostaje bardzo przenikliwy.

Po południu morze uspokoiło się. Załoga z radością witała skrawki 

niebieskiego, przejrzystego nieba. Wydawało się, Ŝe przejaśnienie nastąpiło po 
długich wiekach. Usuwano wodę spod pokładu i łatano dziury w kadłubie. Całe 
szczęście, Ŝe maszty nie doznały uszczerbku.

Dobrze się stało, Ŝe trwały te wszystkie prace i Ŝagle nie były postawione, gdy 

rozpętał się kolejny sztorm - nie trzeba ich było opuszczać.

Sztorm trwał dobę. Ligeja zapewniała, Ŝe to najzwyklejszy sztorm, z którym 

Annie nie ma nic wspólnego. Później nadszedł następny i jeszcze jeden. Znaleźliśmy 
się gdzieś poniŜej równika, w okolicach zwrotnika KozioroŜca i zmierzaliśmy wbrew 
naszej woli dalej na południe. Ligeja wciąŜ uwaŜała, Ŝe to tylko splot niekorzystnych 
zjawisk pogodowych.

Wreszcie sztorm ustał. Niebo rozjaśniło się tamtego dnia. Pogoda 

wyklarowała się na noc i kolejny dzień. Przeprowadzono wszelkie niezbędne 
naprawy. Zaczął wiać przychylny wiatr. Postawiliśmy Ŝagle i wzięliśmy kurs na 
północ. Załodze wrócił dobry humor. Złe demony opuściły nas. Wszyscy byli pełni 
optymizmu. Znów słychać było śpiewy i pogwizdywanie przy pracy. Hernandez dostał
polecenie przygotowania specjalnej kolacji. Trzeba przyznać, Ŝe wywiązał się z tego 
zadania bez zarzutu.

Pomyślny wiatr utrzymywał się i niebo było bezchmurne aŜ do zachodu 

słońca. CzegóŜ więcej moŜna było się domagać? Kładliśmy się spać zadowoleni jak 
nigdy dotąd.

Następna nawałnica uderzyła niczym anioł siekący gwałtownie złowieszczym 

ostrzem. Mieliśmy wraŜenie, Ŝe był to najbardziej szalony atak Ŝywiołu. Zerwałem się 
z posłania, ubrałem i w okamgnieniu znalazłem się na pokładzie, gdzie kaŜda para rąk 
mogła okazać się potrzebna w walce z rozszalałym morzem. Kilku członków załogi 
straciło Ŝycie w odmętach. Sztorm zniszczył nam Ŝagle i część takielunku. Jeden 
maszt rozłupał się, przez co “Eidolon” był niczym kaleka. Nie groziło nam 
bezpośrednie niebezpieczeństwo zatonięcia czy wywrotki do góry dnem. Mieliśmy 
ogromne szczęście, Ŝe przed rozpętaniem tego sztormu udało się dokończyć 
niezbędne naprawy.

Trwało to wszystko wiele dni. Nie wiedzieliśmy, jaka jest nasza pozycja. Tym 

razem odbieraliśmy to inaczej. Wielokrotnie doznałem takiego samego uczucia 
łączności duchowej i rozdwojenia, jak podczas szalonej jazdy dyliŜansem: była to 
jakby bliska obecności Poego.

background image

Później Ligeja zwróciła się do mnie:
- Ona panuje nad nocą jak bogini ciemności. To sztorm, który Annie 

sprowadziła na nas, - z pewnością nie z własnej woli!

- Nie jest wyłączona spod ich oddziaływania - dodała. -Udało mi się znów nad 

nią zapanować.

- Czy ty moŜesz tu coś poradzić? Albo Valdemar?
- Valdemar jest w stanie metapsychicznej pustki, gdy Annie jest 

zaangaŜowana w tworzenie biegu wydarzeń. Jeśli chodzi o mnie, to staram się od 
pewnego czasu powstrzymywać ją. Moje sukcesy nie są jednak duŜe. Annie stała się 
niesamowicie silna.

- Nie moŜna zrobić nic innego? Potrząsnęła przecząco głową.
- Musimy poczekać, aŜ się zmęczy. Nie mogę bezpośrednio jej zaatakować, 

a tylko odpierać to, co nam zsyła. Gdy się zmęczy, musimy szybko skierować się do 
najbliŜszego brzegu; inaczej nas pogrąŜy - prędzej czy później.

Ligeja broniła nas najlepiej, jak tylko mogła. Następnego dnia próbowałem 

odciąć kłęby poplątanych lin i Ŝagli, które utrudniały manewry takielunkiem. Ze 
zdziwieniem stwierdziłem, Ŝe w pogodny dzień odczuwałem większy lęk wysokości, 
znajdując się nad pokładem, niŜ w czasie sztormu.

Zdawało mi się, Ŝe usłyszałem wołanie z dołu, przebijające się przez 

przeraźliwe wycie wiatru. Spojrzałem bezwiednie w dół. Zobaczyłem dwóch 
członków załogi, którzy trzymali się kurczowo jakiejś poprzeczki, a jeden z nich 
wskazywał coś z prawej burty. Skierowałem wzrok w tamtą stronę. To co 
zobaczyłem, zupełnie mnie zmroziło.

Statek widmo; potęŜny moloch pruł wzburzone fale. Ognie świętego Elma 

igrały na końcach masztów i rejach - bladozielone rozbłyski na tle ciemnych chmur 
rzucające światło na pokład. Był to niezwykły statek, zbudowany jak przed wiekami. 
Jego ogrom był nienaturalny. Postawione mimo sztormowej pogody wszystkie Ŝagle 
wywoływały przeraŜenie.

Znów przez chwilę doznałem wraŜenia obecności Poego. Później wydawało 

mi się, Ŝe i Annie tu jest. Walczyła z Templetonem na przekór narkotykom czy innym 
zastosowanym przez niego sztuczkom. Byłem o tym przekonany, bo słyszałem, jak 
mnie woła po imieniu, zupełnie jakby właśnie wyłoniła się z głębokiej przepaści. 
Przez moment chciałem krzyknąć coś w kierunku zbliŜającego się statku, ale nie było 
juŜ na to czasu.

Usłyszałem głos Annie, w momencie zderzenia. Poczułem, jakbym został 

z impetem wyrzucony na pokład napierającego statku.

Początkowo nie miałem wątpliwości, Ŝe kolizja rzeczy wiście nastąpiła. 

Później zorientowałem się, Ŝe moje przeniknięcie z jednego statku na drugi miało 
zupełnie inny charakter.

“Aby wszechświat mógł przetrwać... było konieczne... by gwiazdy zostały 

zauwaŜone i wydobyte z mgławic - przeistoczyły się w widzialną postać - zszarzały, 
dając początek niewypowiedzianie wielkiej ilości złoŜonych kombinacji zdarzeń... 
w czasie, gdy wszystko dąŜyło z powrotem do Harmonii z prędkością odwrotnie 
proporcjonalną do kwadratu odległości od nieuchronnego Końca”.

Edgar Allan Poe, Eureka

XI

“Ofiaruję tę Księgę Prawdy tym nielicznym, którzy kochają mnie i tym, 

których ja kocham - tym, którzy przedkładają uczucie nad wyrachowane myślenie, 
i tym, którzy wierzą w sny, jako jedyną rzeczywistość.

background image

Nie ma ona spełnić roli Objawienia, ale przekazać obfite Piękno swej Prawdy, 

które czyni ją wiarygodną. Tym wszystkim przedstawiam wytwór sztuki - powiedzmy 
Romans, albo raczej skromnie Wiersz”.

Edgar Allan Poe, Eureka

Trzymałem się kurczowo lin i stałem jedną nogą na burcie, nie odrywając 

wzroku od rozdzielających się statków. WciąŜ trzymałem w dłoni nóŜ, którego 
wcześniej uŜywałem. Schowałem go do pochwy. Jeśli nastąpiłoby jeszcze jedno 
zakołysanie na pewno mógłbym skoczyć z powrotem.

Niestety, odchylenie dziwnego statku odsunęło go od burty “Eidolon”. Dziwne 

było to, Ŝe Ŝaden ze statków nie nosił śladów uszkodzenia na skutek kolizji - 
“Eidolon” nadal unosił się na falach, gdy powoli znikał mi z zasięgu wzroku.

Powoli schodziłem na pokład. Ogromne Ŝagle z łoskotem wydymały się na 

wietrze niczym tytaniczne instrumenty muzyczne. Skierowałem się w dół w stronę 
kiwających się lamp.

Gdy postawiłem wreszcie nogi na twardych deskach pokładu, zauwaŜyłem, Ŝe 

wszystko jest tu spokojniejsze. Patrząc z góry, wydawało mi się, Ŝe statek kiwa się 
i kołysze. Tu na dole nic takiego nie czułem. MoŜe coś spełniało rolę balastu i tłumiło 
takie wraŜenia. Odgłosy sztormu były stonowane. Oczekiwałem, Ŝe ktoś z załogi 
natychmiast podejdzie, zapyta o mój stan i zaoferuje pomoc. Nic takiego nie 
nastąpiło, zupełnie jakby mnie nie było. Marynarze przemierzali pokład, przenosząc 
skrzynie z rufy na dziób i mocowali je w nowych miejscach. Nie zwracali na mnie 
uwagi. Myślałem przez chwilę, Ŝe to zwyczajny brak wychowania; ale tylko przez 
moment. Stanąłem szybko przed człowiekiem, który niósł zwój liny. Szedł z trudem 
i cięŜko sapał. Jego spojrzenie skierowane było wprost na mnie. Powoli skręcił, 
ominął mnie jak przedmiot i poszedł dalej. Podszedłem do innego, który zajęty był 
uszczelnianiem szpar między klepkami górnej krawędzi nadburcia. Pomachałem ręką 
przed jego oczami, ale nie wywołało to Ŝadnej reakcji z jego strony. Zdziwiło mnie to. 
Przyjrzałem się z kolei kilku innym członkom załogi. Wszyscy byli starsi, 
wyniszczeni, mieli przerzedzone włosy, trzęśli się.

Odszedłem od nich i zbliŜyłem się do burty. Oczekiwałem, Ŝe złowrogie 

wiatry mogą wyjaśnić nieco tajemnic, jeśli im się uwaŜnie przysłuchać.

Statek pruł fale, wiatry wyły, ale nie przyniosły Ŝadnych wieści. Po pewnym 

czasie (cóŜ, czas! - tak pogmatwany i nierealny wydawał się w tych okolicznościach - 
spalał się w zielonych płomieniach, przylegał jak grzybowata narośl), nadszedł starszy 
męŜczyzna, którego natychmiast wziąłem za kapitana, z racji powaŜnego wieku szedł 
juŜ dość chwiejnym krokiem, a cała jego postać trzęsła się, dźwigając przeŜyte lata. 
Niósł z sobą róŜne przyrządy. Spojrzał gdzieś przed siebie, wyciągnął dziwaczny 
teleskop i przyłoŜył do oka. Błyskawice rozdzierały posępne niebo, z którego lały się 
strugi deszczu. Pokiwał głową z zadowoleniem, schował przyrząd i wyciągnął 
następny. Sprawdził kurs przy pomocy kompasu i sekstansu, jakby nic się nie działo. 
Mrucząc coś do siebie w języku, którego nie rozumiałem, schował wszystkie 
przyrządy, zapisał coś w dzienniku, który miał przy sobie, odwrócił się i poszedł 
w kierunku zejścia pod pokład.

Pospieszyłem za nim, czując jakieś oddziaływanie ze strony tego kruchego, ale 

paradoksalnie silnego osobnika. Wszedłem za nim do kabiny, stanąłem przy drzwiach 
i rozglądałem się, gdy on chodził po tym pomieszczeniu. Podłoga zaścielona była 
grubo mapami nawigacyjnymi, opasłymi księgami i przyrządami naukowymi. Kapitan 
podniósł jedną z map, rozłoŜył na stole i podparłszy głowę rękami, skupił swój wzrok 
na leŜącym przed sobą arkuszu.

Chrząknąłem. Nie zwrócił na mnie uwagi.

background image

- Sir? - powiedziałem. śadnej odpowiedzi.
Mógł mieć kłopoty ze słuchem, ale wiedziałem, Ŝe nie to jest przyczyną. 

Powoli kroczyłem do przodu, powtarzając słowa pozdrowienia i starając się połoŜyć 
rękę na jego ramię. Nagle między nami pojawił się zielony płomień i ręka zsunęła mi 
się, jakby umieszczona w wodospadzie. Starzec nawet nie podniósł wzroku. WciąŜ 
patrzyłem na niego i nie wiedziałem, co robić.

Nagle wyprostował się. Był prawie mojego wzrostu, około metra 

siedemdziesiąt, silnej budowy, i dość krzepko wyglądał. Miał szare oczy. Ogarnęło 
mnie niespodziewane uczucie strachu, podziwu i zdziwienia, gdy dopatrzyłem się 
w nim mieszaniny złego humoru i niebiańskiego dostojeństwa.

Wziął jakiś papier. ZauwaŜyłem, Ŝe był to patent oficerski. Zaglądałem mu 

przez ramię, ale nie udało mi się odczytać nazwiska. Wiem tylko, Ŝe było krótkie. Na 
dokumencie była pieczęć i podpis jakiegoś władcy, chociaŜ...

- Tak - usłyszałem głos, który mógł naleŜeć do Annie. - Tak...
Kapitan spojrzał szybko w kierunku, skąd dolatywały słowa. Zrobiłem to 

samo. Później odwróciliśmy spojrzenia, które na ułamek sekundy spotkały się. Po 
chwili potrząsnął głową i odwrócił się.

- Całe szczęście - mruknął.
Usłyszałem coś, co przypominało przytłumiony przerywany szloch 

i dochodziło z miejsca, gdzie była niewidzialna Annie.

- Wygnanie jest prawie skończone - usłyszałem albo tylko tak mi się zdawało.
Staruszek podniósł oczy. Jego twarz przybrała łagodniejszy wyraz. Blade 

wargi poruszały się bezdźwięcznie, gdy patrzył w tamtym kierunku. Wyglądało to tak, 
jakby wypowiedział imię Annie.

- Perry, muszę cię zostawić - powiedziała.
- Nie! - zareagowałem.
- Muszę, właśnie teraz - powiedziała ze smutkiem. -Jeśli mam nie zamykać 

drogi Poemu.

- Nie opuszczaj mnie. Nigdy mi na nikim tak nie zaleŜało, jak na tobie.
- Muszę. Nie mam wyboru. Perry, jesteś dobrym, silnym człowiekiem. 

Poradzisz sobie w kaŜdym świecie. Poe nie potrafi tego. Jaki będzie nasz świat bez 
niego? Muszę być blisko niego tak długo, jak będę mogła. Wybacz mi.

Zaraz potem przepadła.
Wyszedłem z tej przeklętej kabiny ze łzami w oczach. Szedłem przed siebie, 

nie mając Ŝadnego celu. Nie musiałem szukać Ŝadnej kryjówki w świecie, w którym 
właściwie mnie nie było.

Chodziłem zagubiony i nieprzytomny, z kuchni porywałem kawałki 

spleśniałego chleba i zapijałem letnią herbatą. Przemierzałem deski pokładu tego 
starego dziwnego okrętu. Załoga zmęczonym krokiem snuła się z miejsca na miejsce, 
wykonując swe obowiązki w czasie tajemniczego rejsu. Pozostawałem całkowicie nie 
zauwaŜony. Zielone ognie świętego Elma rozbłyskały na końcach tego okrętu.

Po jakimś czasie, moŜe dniach, doznałem uczucia, Ŝe ktoś do mnie mówi.
- Eddie.
- Annie? Wróciłaś?
- Nie. Jesteś tak daleko, Eddie. Nie mogę dotrzeć do ciebie, nawiązać 

kontaktu.

- Ligeja?
- Tak. Lepiej, juŜ lepiej. Musisz wrócić do nas.
- Jak? Nie mam pojęcia, gdzie jestem, i jak się tu znalazłem. Straciłem to, co 

w Ŝyciu najwaŜniejsze.

- Musisz próbować. Próbuj, Eddie. Decyzja jest waŜniejsza niŜ środki.

background image

- Nie wiem nawet jak próbować.
- Znajdź sposób.
Kroczyłem po pokładach, przeklinałem statek, kapitana, załogę, pogodę. 

Kipiel wody otaczała nas w ciemności, przez którą przedzierały się kry i góry lodowe. 
Pewnego razu z obu stron wyrosły olbrzymie ściany zimnej bieli, pnące się 
w ciemności jak granice wszechświata.

Parliśmy naprzód, wciąŜ naprzód.
Klątwy ani modlitwy nic mi nie pomagały. Byłem oszalały od czasu utraty 

Annie, osaczony w świecie, który nie sprzyja powrotowi do normalności.

Wiały zimne wiatry. Powstawały w ciemności pośród lodowych filarów. 

Przyglądałem się kapitanowi. Pojawiał się i znikał. Robił swoje obserwacje i brał 
namiary, ale nie podchodziłem do niego. ZauwaŜyłem w ciągu dłuŜszego czasu, Ŝe 
nasza prędkość wzrasta. Mieliśmy postawione wszystkie Ŝagle, a wicher ryczał 
z coraz większą siłą.

Przeraziłem się, gdy statek pierwszy raz uniósł się nad wodę. Drugi raz 

nastąpiło to po dłuŜszej przerwie, ale później przydarzało się regularnie. ZauwaŜyłem 
w oddali starego człowieka i zdałem sobie sprawę, Ŝe go znam, Ŝe jest wcieleniem 
Poego. Nie robił Ŝadnych pomiarów ani obliczeń, ale patrzył na otaczające nas góry 
lodowe, z całej jego postaci przebijał ból, błogość - kolejno albo jednocześnie. Tego 
nie wiem (spełnienie czasu, jak zielony płomień). Rozumiejąc naszą sytuację, to, Ŝe 
musimy wirować i zanurzać się w odmęt, miałem dla niego współczucie, przez 
powinowactwo z dawnych czasów. Chciałem podejść do niego, przytulić go, 
uratować, zabrać stąd. Wiedziałem, Ŝe nie mogę. Gdybym nawet mógł, to wiem, Ŝe 
nie chciałby tego.

Wpatrywałem się w oszalały wir wokół granic olbrzymiego lodowego 

amfiteatru. ZauwaŜyłem, Ŝe zataczamy coraz mniejsze kręgi wśród świstu, grzmotów, 
ryku. Wiedziałem, co Poe czuje w tej lodowej dekoracji w obliczu bliskiej śmierci -
ujrzał Ŝycie w całej okazałości. Widziałem to co on i wiedziałem, Ŝe mogę jak on 
dąŜyć do ostatecznego świata lub światów bez fałszu, zakłamania, do doskonalej 
jedności.

Widział, ale nie chciał. Kiedyś stanowiliśmy prawie jedno. On był artystą, a ja 

niemal jego dziełem. Było mi go Ŝal, gdy patrzyłem na jego uniesienie. 
Przypomniałem sobie słowa Ligei: “Znajdź sposób”, i odwróciłem się od niego.

Ś

wiat rozwarł się i został zniweczony. CóŜ człowiek mógł uczynić?

Podjąłem próbę.
“Moje wczesne lata
Wydają się ciemnym, nie zbadanym pasmem
Bezgranicznej pychy -
- tajemnicą i snem. Sen ten obfitował w porywcze i dzikie myśli
O zdarzeniach, które nastąpiły a były obce memu duchowi,
I zezwoliłem im przeminąć. Niech nikt na Ziemi
Nie odziedziczy
Tej wizji mego ducha;
Opanuję te myśli
Czar rzucany na ludzkie dusze?
Westchnienie ucichło
Jak chwila ziemskiego spoczynku,
Nadzieja i radość odeszły:
Nie dbam o to, chociaŜ wszystko przepadło
Z myślą, która była mi bliska”.
Edgar Allan Poe, Imitacja

background image

XII

Wysoka ciemnowłosa kobieta spostrzegła niŜszą, o szarych oczach, która stała 

na piasku zabarwionym oranŜem i czernią. Ściana mgły przesuwała się ku lądowi. 
Morze było płaszczyzną odbitych płomieni. Zamek z piasku wielkości georgiańskiej 
kamienicy był w połowie zasnuty mgłą, a jego front zaznaczony był pęknięciem.

- To tu jest twoje nadmorskie królestwo - powiedziała wyŜsza kobieta.
Druga potwierdziła skinieniem głowy, przygryzając wargi do krwi.
- Dobra robota, moja droga. Ma w sobie wiele klasycznej prostoty.
Znad lądu przetoczył się huk uderzenia pioruna. Ciemna chmura pojawiła się 

nad nimi, rzucając cień na jaskrawą wodę.

- Nie wiedziałam, Ŝe moŜesz tu wejść - powiedziała cicho młodsza.
- Wierz mi, nie było to takie łatwe.
- Nie niszcz tu niczego.
- Jeśli mi pomoŜesz, zamiast ze mną walczyć.
- Czego ode mnie chcesz?
- Musimy go odzyskać.
Na horyzoncie pojawiły się kolejne dwie chmury, którym towarzyszyły 

grzmoty.

- Którego?
- Tego, którego moŜemy jeszcze uratować. Inaczej obaj przepadną.
Młodsza kobieta zaczęła płakać, gdy spadł deszcz.
- Chcę obu.
- Przykro mi dziecino, ale to się nie uda.
- Przywołują mnie, ale jest juŜ za późno.
Cofnęła się. Ziemia rozstąpiła się. Wpadła w szczelinę, ale jej spadanie w dół 

zostało nagle zatrzymane. Druga z nich wyciągnęła rękę.

- Musisz mi teraz pomóc. Obaj odeszli tak daleko.
- Bardzo dobrze - odpowiedziała młodsza, opuszczając ręce z twarzy 

i wyciągając je przed siebie. - Bardzo dobrze.

Niebo ściemniało aŜ do czerni, a ocean wirował. Stąpały po nim.
Odzyskałem przytomność. Znajdowałem się na szczątkach wraku, które 

utrzymywały się na wodzie. Nie pamiętałem ostatnich wydarzeń, nie wiedziałem, co 
się stało. Byłem zziębnięty, woda była czarna, chociaŜ po raz pierwszy od długiego 
czasu, który zdawał się wiekiem, niebo było czyste, błękitne...

Poruszyłem się, wyciągnąłem z wody zmarzniętą lewą nogę. Rozruszałem 

zdrętwiałe ręce, czując, jak z bólem wraca krąŜenie krwi. Zorientowałem się, Ŝe mój 
kark jest mocno spalony słońcem. Lewą dłonią nabrałem nieco wody i ochlapałem 
piekące miejsce.

Jeśli moce Annie graniczyły z cudotwórstwem, a Poe posiadał zdolność 

nadnaturalnego postrzegania - to w czym mogła tkwić moja niezwykłość, trzeciego 
członu naszej trójki? Wydawało się, Ŝe ja i cała reszta jesteśmy w jakimś sensie tacy 
sami, z drugiej strony oni naleŜeli do innej rzeczywistości. Ja byłem dzieckiem tego 
ś

wiata, Ziemi; wyznawałem religię przetrwania. Byłem niezbędnym ogniwem do 

zmaterializowania fantazji, ideałów.

PołoŜyłem dłonie płasko na desce, podparłem się i wstałem.
Znalazłem sposób, jak proponowała Ligeja; wiedziałem, Ŝe muszę obrócić 

głowę w lewo i otworzyć oczy. Zrobiłem dokładnie tak i czułem, Ŝe jakaś jaskrawa 
zjawa oddala się ode mnie.

Zobaczyłem Ŝagle. Udało mi się z trudem zdjąć koszulę i zacząłem nią 

background image

wymachiwać.

Statkiem, który do mnie podpłynął okazał się “Eidolon”, z jego pokładu 

opuszczono łódź, do której wciągnięto mnie z wody. Wszyscy oprócz Ligei uznali 
mnie za zaginionego wraz z innymi członkami załogi, którzy zostali zmyci z pokładu 
prawie dwa tygodnie temu, jeszcze w maju.

Statek został zepchnięty przez wiatry daleko na południe. Niedawno zmienili 

kurs i dzisiaj przypłynęli w ten rejon, gdy w końcu Ligei udało się przekonać Petersa, 
Ŝ

eby razem nakłonić kapitana Guy do takiego manewru. Gdy znalazłem się w łodzi, 

zobaczyłem na szczątkach wraku tablicę z nazwą zatopionego statku. Dotychczas jej 
nie widziałem - najzwyczajniej zakrywałem ją swoim ciałem. Chciałem ją zabrać, ale 
odpłynęła dalej, zanim zdołałem ją pochwycić. Odczytałem nazwę: Discovery.

Zaniesiono mnie do mojej kabiny. Podano tam wodę, rosół, chleb i brandy. 

Poprosiłem Petersa, Ŝeby w jednej ze skrzyń poszukał czystej odzieŜy i pomógł mi się 
przebrać. Kapitan Guy, który był cały czas w kabinie, nalegał, Ŝebym się trochę 
przespał. Powiedziałem mu, Ŝe dość długo byłem nieprzytomny i chcę usłyszeć, co się 
wydarzyło podczas mojej nieobecności. Dodałem, Ŝe nie będę mógł zasnąć, dopóki 
nie ugaszę pragnienia. Posłał jeszcze po wodę i rosół.

W tym samym czasie wróciła Ligeja. Była w sąsiedniej kabinie i rozmawiała 

z Valdemarem. Przyjrzała się moim oczom, sprawdziła puls w róŜnych miejscach 
i wyszła.

- Co to moŜe oznaczać? - spytał kapitan Guy.
- Tylko tyle, Ŝe zaraz przyniesie mi trochę błotnistej wody z pływającymi 

kawałkami róŜności - odpowiedziałem.

Moja przepowiednia wkrótce się sprawdziła. Kapitan pokiwał znacząco 

głową, gdy zacząłem małymi łykami pić dziwny napój.

- Cieszę się, Ŝe jest pan w stanie juŜ teraz mówić -powiedział. - Widziałem 

ludzi, którzy zostali zmyci z pokładu i odnalezieni po jednym czy dwu dniach. Ich 
stan i wygląd bywał o wiele gorszy.

- Myślę, Ŝe miałem szczęście - powiedziałem i znów wypiłem kolejny mały 

łyk. Ten płyn zaczynał mi smakować. Być moŜe moje kubki smakowe zostały 
uszkodzone.

- Mamy teraz tylko sześciu ludzi załogi - kontynuował -nie licząc Petersa, 

który spełnia funkcje pierwszego oficera. Ja dalej sprawuję władzę, ale ludzie boją się 
Petersa. Delikatnie mówiąc, nie są zadowoleni z tego splotu niekorzystnych 
wypadków, które nastąpiły po opuszczeniu brzegów Hiszpanii.

- Nie moŜna mieć im tego za złe - powiedziałem.
- Podczas pana nieobecności - mówił dalej - większość kabin została otwarta 

i zalana podczas jednego ze sztormów, które na nas spadły.

- Chyba wiem, co chce pan przez to powiedzieć - powiedziałem.
Przytaknął ruchem głowy.
- Trumna monsieur Valdemara została zabrana przez wodę, która wdarła się 

na pokład, i wyrzucona na korytarz. Wieko otworzyło się. Ludzie wiedzą, Ŝe mamy 
dziwnego trupa i uwaŜają, Ŝe to on jest Jonaszem.

Tym razem ja musiałem skinąć głową na potwierdzenie.
- Wyrzuciliby go za burtę, gdyby nie Peters, który ich powstrzymał - 

powiedział. - Oto cały powód konfliktu.

- Czy sądzi pan, Ŝe się uspokoją? - spytałem. Wzruszył ramionami.
- Gdyby juŜ nic więcej się nie stało - powiedział. -Niestety, wszystko jest 

moŜliwe.

- Proszę mi to wyjaśnić.
- Znajdujemy się teraz o wiele bardziej na południe od miejsc, do których 

background image

docierały statki badawcze. To są zupełnie nieznane wody. Bóg jedyny wie, co tu się 
moŜe wydarzyć.

- Czy zbuntują się, jeśli sprawy przybiorą niekorzystny obrót?
- Nie mogę tego wykluczyć - powiedział. - Pańska szabla jest pod posłaniem. 

Była nieco wyszczerbiona. Peters ją podostrzył.

Skinąłem z podziękowaniem w stronę Petersa.
- Dzięki.
Łypnął na mnie swym demonicznym wzrokiem.
- Drobiazg, chłopie.
- CóŜ, poŜyjemy, zobaczymy - powiedziałem kapitanowi. - Jaki jest teraz nasz 

kierunek?

- Na południe - odrzekł.
- Czemu nie zmienimy kursu, Ŝeby spróbować opuścić te nieprzyjazne 

akweny? - zapytałem.

Zaśmiał się.
- To wina prądów - odrzekł. - MoŜemy odbić na południowy zachód albo 

południowy wschód, nic więcej. Proszę pamiętać, Ŝe część Ŝagli jest uszkodzona. Nie 
ma innej szansy, idziemy cały czas na południe.

- Chciałbym w takim razie o coś zapytać - powiedziałem. - Dlaczego nie jest 

coraz zimniej? Widziałem trochę kry, gdy zabieraliście mnie na pokład, ale 
w powietrzu nie czuje się wcale chłodu charakterystycznego dla rejonów o klimacie 
podbiegunowym. Jest raczej łagodna zima, jak u nas w kraju.

- w Ŝadnym podręczniku nawigacji nie ma wzmianki o tym paradoksalnym 

efekcie cieplarnianym - odpowiedział. - Gdyby nam się udało to wyjaśnić, bylibyśmy 
z pewnością autorytetami w tej sprawie.

- Powiedz mu pan o tych czarnych niedźwiedziach, kapitanie - wtrącił Peters.
- No, właśnie. ZauwaŜyliśmy ostatnio dość duŜą liczbę tych duŜych czarnych 

zwierząt o czerwonych oczach i kłach.

- Czerwone kły?
- Tak. Słyszał pan kiedykolwiek o takich stworach?
- Nie - odpowiedziałem. - Czy widzieliście gdzieś w okolicy jakiś ląd?
- Parę wysepek - odpowiedział. - Nic szczególnego.
- To wszystko ? - spytałem.
Peters i kapitan spojrzeli na siebie, co znaczyło, Ŝe mieli jeszcze coś 

w zanadrzu. Kapitan Guy skinął potakująco głową.

- Mam wraŜenie, Ŝe płyniemy coraz szybciej - powiedział Peters. - z kaŜdym 

dniem nabieramy prędkości.

Przypomniałem sobie moją podróŜ na pokładzie “Discovery”.
- To mogłoby znaczyć, Ŝe prędkość prądu jest coraz większa - oznajmiłem.
- Tak - potwierdził kapitan. - Oznacza to, Ŝe musimy powaŜnie potraktować 

teorię, którą wysunął niejaki pułkownik Symmes z Ohio. Według niego Ziemia jest 
wydrąŜona; prądy morskie wpadają do wnętrza na biegunie południowym i wypływają 
na północnym, skutkiem czego mamy recyrkulację wód...

Miałem dalej przed oczami wizję przywołaną z tamtego koszmaru. Wszystko 

kręci się jak wokół ogromnej dziury, z której wyciągnięto korek. Czy to w jakiś 
sposób nie zwiastowało naszego obecnego połoŜenia albo nie świadczyło 
o nieznanym dotąd zjawisku?

Podniosłem dłonie do oczu i mocno je przetarłem.
- Wydaje mi się, Ŝe czytałem kiedyś artykuł na ten temat w pewnym 

czasopiśmie, napisany przez Reynoldsa, jeśli dobrze pamiętam.

- Faktycznie, teŜ to widziałem - potwierdził kapitan. - Ja osobiście 

background image

odpowiadam za ten statek, wszystko i wszystkich na pokładzie, ale pan Ellison prosił 
mnie, Ŝebym z panem konsultował sprawy największej wagi. Innymi słowy, co 
powinniśmy teraz zrobić, sir?

- BoŜe, to przecieŜ loteria!
- Proszę typować - nalegał.
- No, dobrze - odparłem. - NiezaleŜnie od tego, czy Ziemia jest rzeczywiście 

wydrąŜona, czy coś innego powoduje nasz zwariowany pęd, z pewnością zginiemy, 
jeśli poddamy się ruchom prądów. Według mnie musimy zacząć zmieniać kurs, Ŝeby 
w jakiś sposób zmniejszyć prędkość.

Sięgnąłem do kieszeni spodni, które wcześniej zrzuciłem z siebie i znalazłem 

hiszpańską monetę. Podrzuciłem do góry i złapałem w dłoni.

- Reszka - oznajmiłem. - Bierzemy kurs na wschód. Kapitan Guy uśmiechnął 

się niezdecydowanie.

- Kierunek równie dobry, jak kaŜdy inny - powiedział. -CóŜ, zgoda.
Usłyszeliśmy pukanie w ścianę. Przypominało to dźwięki, które 

rozbrzmiewały w czasie seansów hipnotycznych. Ligeja zerwała się na nogi.

- Przepraszam - powiedziała i wyszła.
- Co to mogło być? - spytał kapitan. Spojrzałem na Petersa, który skinął 

głową.

- Przypuszczam, Ŝe wie pan wszystko o monsieur Valdemarze? - 

powiedziałem.

- Jeśli chodzi o jego nadzwyczajne zdolności, tak. Ligeja opowiedziała mi 

kiedyś o wszystkim - inaczej mówiąc, wyjawiła całą tajemnicę.

Twarz mu rozjaśniała. Uniósł się z krzesła.
- Oczywiście! - domyślił się. Ligeja zaraz wróciła.
- Jutro rano z wybiciem sześciu szklanek kurs na południowy wschód - 

oświadczyła.

- Jasne - rzekł kapitan.
- Tak jest - poświadczyłem.
Dali mi jeszcze trochę brandy i zapadłem w głęboki sen.
Płynąc nowym kursem widzieliśmy duŜo kry, ale pogoda poprawiła się i było 

nawet nieco łagodniej. ZauwaŜyłem jednego z tych ogromnych czarnych niedźwiedzi. 
Nazajutrz zobaczyłem coś jeszcze ciekawszego - kajak wypełniony czarnoskórymi 
ludźmi o czarnych, hebanowych zębach. Przepłynęliśmy jednak koło nich z duŜą 
prędkością.

Mijały dni.
Pewnego razu Ligeja wyszła z kabiny Valdemara i zatrzymała mnie przy 

zejściówce, gdy wracałem do siebie po spacerze po pokładzie.

- JuŜ niedługo - powiedziała.
- Co niedługo?
Wskazała na schody. Odwróciłem się i wszedłem na górę. Poszła za mną. 

Zaprowadziła mnie na rufę i wyciągnęła rękę, pokazując na północno-północny 
zachód.

- Nadejdzie stamtąd - powiedziała. - Wypatruj tego, dobrze?
- Czego? Co nadejdzie? - spytałem.
- Zapomniałam, jak to się nazywa - odparła i odeszła. Wsadziłem ręce do 

kieszeni, oparłem się o reling i patrzyłem. Przez długi czas nic się nie działo. Błyski 
na powierzchni wody prawie mnie zahipnotyzowały.

- Do diabła Perry!
- Witaj Eddie! a ty co?
Peters podszedł do mnie zupełnie bezszelestnie. Grip siedział mu na ramieniu.

background image

- A, nic - powiedziałem. - Stoję tylko i wypatruję tego na niebie na północno-

północnym zachodzie.

- Czego wypatrujesz?
- Właściwie to nawet nie powiedziała, czego.
- Nieźle - powiedział odwracając głowę w tamtym kierunku. - Coś w rodzaju 

duŜej, odwróconej błazeńskiej czapki z podwieszonym koszykiem?

- Co?
Obróciłem się i patrzyłem. PrzymruŜyłem oczy. Nic nie widziałem.
- Nie mówisz tego serio - stwierdziłem po czasie.
- Nie wiem, co to znaczy, Eddie. Wiesz, Ŝe nie gadam na darmo.
- Nie widzisz tam nic takiego, co?
- Czemu miałbym wymyślać takie idiotyzmy, Eddie. Pewnie, Ŝe tam jest.
WciąŜ nie przestawałem patrzeć. Udało mi się jedynie zobaczyć małą czarną 

plamkę na tle błękitu - był to albo ptak, albo złudzenie.

- Jest tam coś z czarnym pasem ze srebrną klamrą.
- Naprawdę coś widzisz?
- Oczywiście Eddie.
Zaczęły mi się przypominać opowieści o niezwykłym zasięgu wzroku Indian 

z Wielkiej Równiny.

- Jeśli tak mówisz, to tak jest - powiedziałem. -Co jeszcze tam jest?
Patrzył przed siebie.
- w koszu jest chyba jakiś człowiek - dodał.
Ja sam wypatrywałem oczy. Plamka zaczęła rosnąć i przybliŜać się.
- Gówniany niedźwiedź - odezwał się Grip, gdy przepływaliśmy koło kry, na 

której wylegiwał się czerwonozębny zwierz.

- Dobry Gripper - pochwalił go Peters, przetrząsnął kieszeń, wyjął kawałek 

suchara i podał krukowi. - Mądry uczeń.

- Tak - potwierdziło ptaszysko.
Plamka powoli rosła, ale dopiero po kilkunastu minutach zdołałem rozpoznać 

kształt, o którym wcześniej wspominał Peters.

- Truposzczak z pewnością wszystko wie - zauwaŜył Peters.
- Trzeba mu o tym powiedzieć - dorzuciłem.
To coś zbliŜało się i wtedy sięgnąłem pamięcią do przeczytanych artykułów 

o balonach. Przypomniałem sobie, Ŝe kosz pod czaszą nazywany jest gondolą. 
ZauwaŜyłem, Ŝe rzeczywiście był tam człowiek. Balon poruszał się w naszym 
kierunku i zniŜał lot. Zacząłem się obawiać, czy nie zahaczy o maszty i Ŝagle, które 
nam pozostały, i nie rozerwie powłoki. Usłyszałem świst, gdy był juŜ bardzo blisko. 
Przeleciał nad nami i łagodnie osiadł na wodzie z prawej strony naszego dziobu.

Peters i ja spuściliśmy błyskawicznie łódź i po minucie dotarliśmy do 

męŜczyzny i balonu. MęŜczyzna ten znał słabo francuski i angielski. Wyjaśnił, Ŝe 
nazywa się Hans Pfall i jest z Rotterdamu. Peters zorientował się, Ŝe ze swoim 
“kiepskim” holenderskim moŜe uzyskać informacje, pełniąc rolę tłumacza. Okazało 
się, Ŝe przybysz wykonywał pewne polecenia pana Ellisona w Królestwie 
Niderlandów. Wszyscy zgodzili się na funkcję Petersa.

Przybysz opowiedział, Ŝe przebywał cały czas w powietrzu od momentu 

opuszczenia Rotterdamu przed wieloma tygodniami. Mówił, Ŝe niosły go bardzo 
szybkie wiatry.

Na pokładzie był kapitan Guy, Ligeja, załoga. Balon był jeszcze częściowo 

wypełniony gazem. Właściciel niepokoił się o to, Ŝeby nie stracić środka swej 
lokomocji. Kapitan polecił, Ŝeby powoli i ostroŜnie wypuścić gaz i następnie 
wciągnąć czaszę wraz z gondolą na pokład, w gondoli znajdowały się róŜne 

background image

tajemnicze przyrządy.

Na pokładzie powłoka balonu została pod czujnym okiem pilota wytarta do 

sucha, złoŜona i w końcu schowana pod pokładem wraz z wiklinowym koszem i całą 
resztą.

Mieliśmy wszyscy wątpliwości co do opowieści Pfalla. Faktem jest, Ŝe musiał 

przebyć daleką drogę nad oceanem.

Nasz rejs trwał nadal. WciąŜ byliśmy na południowym kursie. Mijały dni. 

Przepływaliśmy koło małych wysepek, pól pokruszonego lodu. Woda, która zewsząd 
nas otaczała, była coraz bardziej zadziwiająca.

Uderzyliśmy łagodnie w ogromną krę i odłupaliśmy nieco lodu, który 

wystawał nad pokładem, Ŝeby uzyskać wodę pitną. Po stopieniu w garnku woda 
wykazywała zadziwiające uwarstwienie, z tego powodu wszyscy baliśmy się w ogóle 
spróbować choć kroplę. Warstwy te miały róŜne odcienie purpury. Odczekaliśmy, aŜ 
wszystko się ustoi w białym naczyniu. Wyraźnie widać było smugi, niczym Ŝyły. Po 
włoŜeniu noŜa do wody zaciskały się wokół ostrza, a przy wyciąganiu ślad przejścia 
natychmiast się zamazywał. MoŜna było natomiast przesuwać nóŜ między Ŝyłami 
i obserwować doskonałe ich rozdzielenie, po którym nie następował powrót do 
poprzedniego stanu.

Peters ze śmiechem nabrał wody ręką i przełknął, gdy my dyskutowaliśmy nad 

wyglądem tej ciekawej cieczy. Powiedział, Ŝe było “zimne i dobre”. Nic złego mu się 
po tym nie stało, więc inni zrobili to samo. Nikt nie miał zastrzeŜeń co do smaku. 
Peters wyjaśnił, Ŝe “zapach” jest teŜ znakomity. Wąchanie wody było nawykiem 
wyniesionym z dzieciństwa spędzonego na Wielkiej Równinie.

Tymczasem prąd morski, który nas niósł na południe, był coraz silniejszy i nie 

dawał nam szans na Ŝaden manewr.

Dwa dni później zobaczyliśmy rano coś, co wyglądało na padający śnieg. 

Wyszliśmy na pokład, gdzie okazało się, Ŝe to popiół wulkaniczny, który pokrywał 
wszystko szarą warstwą. Byliśmy w pobliŜu legendarnej Góry Vaanek, z wnętrza 
której wydobywały się kłębiaste, grube chmury. Słychać było równieŜ grzmoty, a od 
czasu do czasu widoczne były błyskawice. Sprawiało to wraŜenie rytmu Ŝycia 
wulkanu i pomrukiwania potwora. Niebo zasnute pyłem nie było przejrzyste.

Od jakiegoś czasu unikałem odwiedzania Valdemara. MoŜe dlatego, Ŝe 

przypominał mi o nocy czerwonego moru, która rozegrała się w klasztorze zajętym 
przez księcia Prospero. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe nieuchronnie zbliŜamy się do 
Otchłani Symmesa. Nie wiedziałem, co mamy dalej robić, i pomyślałem, Ŝe 
pozaziemskie rady mogą się przydać w takiej sytuacji.

Zrobiło się cieplej. Ocean był prawie gorący. Zniknęły wszelkie ślady lodu 

i śniegu. Wszystko to sprawiało, Ŝe poczułem, iŜ koniecznie naleŜy podjąć działania.

Ligeja jeszcze spała, ale ja miałem drugi klucz do kabiny Valdemara. 

Wszedłem tam trzymając w ręce zapaloną lampkę olejową. Wykonałem wszystkie 
ruchy dłońmi wchodzące w zakres całego rytuału i zaczęły się hałasy. Skrzynia na 
krótko nieznacznie uniosła się nad podłogę, w pewnym momencie Valdemar usiadł, 
pochylił się do przodu i otworzył dolną część wieka, z pomocą kilku wymachów nóg 
zdołał usiąść na krawędzi skrzyni, jak jakiś trupi strach na wróble.

- O, Eddie! - wykrzyknął. - Znów? Pławisz mnie w Ŝyciu bardziej niŜ ostatnio, 

synu Ziemi!

- Wybacz - powiedziałem. - Tym razem sprawa jest bardzo waŜna. Jestem 

pewien, Ŝe zbliŜamy się do Otchłani Symmesa na biegunie południowym.

- Nie mylisz się! - stwierdził. - CóŜ za wspaniały szlak! Nie doceniłem cię. 

Dziękuję, Ŝe pozwoliłeś mi w tym uczestniczyć. To ostatnie przejście jest jedyną 
przyjemnością.

background image

- Właściwie to przepraszam, Ŝe muszę cię zawieść - powiedziałem. - Szukam 

sposobu ucieczki od tej ostateczności.

- Nie!
Wstał i krzyczał:
- Nie pomogę ci ujść tak wspaniałej śmierci.
- Nie lubię naduŜywać władzy - powiedziałem - ale mogę cię do tego 

przymusić.

Zacząłem przygotowywać się do tego, Ŝeby przelać na niego jeszcze więcej 

energii hipnotycznej.

- Stój! Nie bądź bez serca! Krzyczał, wyciągając ręce w moją stronę.
- Powiesz mi wszystko, co wiesz, bo inaczej wleję w ciebie więcej Ŝycia - 

zagroziłem.

- Poproś mnie o cokolwiek innego - odpowiedział. -Tajemnice historii to dla 

mnie drobiazg. Co chciałbyś mieć? Zaginione dramaty Sofoklesa? Dowód ostatniego 
twierdzenia Fermata? Dokładne połoŜenie Troi? Czy...

- Nie wykręcaj się od odpowiedzi - powiedziałem. -Jesteśmy juŜ blisko, 

prawda?

Opuścił ręce.
- Tak, juŜ blisko.
- Mamy jeszcze szansę, Ŝeby się uratować, nieprawdaŜ? Jest juŜ tak blisko, Ŝe 

liczy się kaŜda minuta.

- Perry, jesteś mądrzejszy, niŜ przypuszczałem.
- Niepotrzebne mi twoje pochlebstwa, ale fakty. Jedynym sposobem musi być 

balon. Ile czasu trzeba, Ŝeby go napełnić?

- Około dwóch godzin - odpowiedział.
- a ile zostało do wpadnięcia w otchłań?
- MoŜe trzy godziny.
- Ilu ludzi moŜe zabrać?
- Czworo.
- NiemoŜliwe, na pokładzie jest nas razem dwanaście osób.
- MoŜliwe - stwierdził i pokazał wszystkie zęby.
- Nie rozumiem.
- Mam to wyjaśnić?
- Jestem pewien, Ŝe chciałbyś. Jednocześnie jestem przekonany, Ŝe nie ma 

czasu. Do widzenia!

Odwróciłem się i ruszyłem w stronę drzwi.
- Eddie! Zaczekaj!
Zatrzymałem się zaskoczony barwą jego głosu, której nigdy wcześniej nie 

słyszałem.

- Co? - spytałem.
- Weź broń.
- Dlaczego?
- Nie czuję do ciebie urazy. Weź szablę i noś ją przy sobie.
- Dobrze - powiedziałem. - Dziękuję. Wyszedłem z kabiny i pobiegłem.
Opuściłem moją kabinę, przypinając szablę, gdy usłyszałem krzyki i szczęk 

metalu uderzającego o metal. Dochodziło to wszystko z góry, z pokładu.

Planowałem co prawda pójść do ładowni, gdzie leŜał złoŜony balon, ale 

wspiąłem się po schodach zejściówki, Ŝeby zobaczyć co się dzieje na górze.

Gdy wynurzałem się na pokład, ktoś z załogi strzegący zejściówki zamierzył 

się na mnie kijem. Zsunąłem się w dół, dobyłem szabli i wytrąciłem mu kij z ręki. 
Podniósł go jeszcze raz, ale zdąŜyłem ciąć go w klatkę piersiową. Poczułem, jak 

background image

ostrze wchodzi mu między Ŝebra. ZdąŜył wydać z siebie tylko ostatni krzyk. Mogłem 
teraz spokojnie rozejrzeć się po pokładzie.

Kapitan Guy, Peters i Hans Pfall byli na rufie zepchnięci na pokład rufówki 

przez zagraŜających im członków załogi, którzy najwyraźniej uznali, Ŝe nadszedł czas 
buntu. ZauwaŜyłem spore zapasy Ŝywności złoŜone przy jednej z łodzi i ślady krwi na 
pokładzie.

Przód koszuli kapitana Guy był zaczerwieniony, a on sam oparty był o reling, 

sprawiając wraŜenie zupełnie ogłuszonego.

Podejrzewałem, Ŝe przyłapał załogę w momencie, gdy ludzie chcieli opuścić 

statek i to dało początek zajściom.

Peters trzymał w obu rękach kołki do mocowania lin. Pfall miał szablę 

podobną do mojej. Pozostała piątka członków załogi patrzyła na swego towarzysza, 
którego przebiłem. Moja obecność na ich tyłach pobudziła ich do ataku, z wrzaskiem 
natarli na znajdujących się na rufie.

Peters rzucił pałką w stronę jednego z buntowników, który z noŜem w ręce 

atakował kapitana. Po tym ciosie trafiony w głowę napastnik zwalił się na pokład. 
Inny ruszył na Petersa z uniesioną szablą. Tymczasem Pfall schował się za gardą 
przed krzepkim marynarzem napierającym na niego ze sztyletem w jednej ręce 
i maczugą w drugiej.

Wydałem z siebie ostrzegawczy okrzyk, pokonałem ostatni juŜ stopień 

i wywijając szablą, przedzierałem się w tamtym kierunku. Usłyszałem niski odgłos 
przypominający grzmot pioruna dochodzący gdzieś z daleka od strony dziobu. Łomot 
trwał przez jakiś czas, a towarzyszyły mu przejmujące drgania, które przenikały do 
szpiku kości. Ku memu przeraŜeniu zrozumiałem, Ŝe jesteśmy juŜ blisko otchłani 
Symmesa.

Krzyknąłem jeszcze raz i ostatni z buntowników odwrócił się i stanął 

naprzeciw mnie. Był wysoki, chudy i wywijał nabijaną gwoździami maczugą, która 
mogła zakleszczyć moją szablę.

ZauwaŜyłem, jak Peters zrobił unik przed ciosem zadanym szpadą - odparował 

ciecie przy pomocy pałki. Wykonał kilka ruchów prawą ręką, ale później zginął mi 
z oczu zasłonięty sylwetką napastnika. Nagle zobaczyłem, jak tamten unoszony jest 
ponad pokład, zginany w powietrzu - z ust buchały mu strumienie krwi.

Z drugiej strony dojrzałem Pfalla, który osuwał się na deski zraniony w ramię.
Potem musiałem skoncentrować się na obronie własnej osoby przed atakiem 

maczugi. Opuściłem gardę i cofnąłem się, aby uniknąć uderzenia. Zrobiłem kolejny 
krok do tyłu przy następnym ciosie. Cały czas bacznie obserwowałem przeciwnika, 
czekając na moment, w którym mógłbym go zaatakować.

Usłyszałem krzyk Hansa Pfalla - przeraźliwy wrzask -szabla wypadła mu 

z ręki na pokład.

Stado ptaków nadleciało z północnego zachodu i przemknęło nad naszymi 

głowami, wydając dźwięki, które brzmiały jak: “E - tekę - lili!”

Mój rywal podniósł maczugę powyŜej prawego ramienia i trzymając ją 

oburącz, wykonał zamach, mierząc w kierunku mojej klatki piersiowej. Zaśmiał się, 
gdy ponownie się cofnąłem.

- Zaraz dojdziesz do końca. Tam cię dostanę! - krzyknął. Skinąłem tylko 

głową na potwierdzenie tych słów. Spostrzegłem, Ŝe potrzebuje trochę więcej czasu 
do przyjęcia pozycji po ciosie w pionie niŜ w poziomie.

Usłyszałem okrzyk kolejnego napastnika nacierającego na kapitana Guy. 

Peters powstrzymał go. Złapał go za rękę, przyciągnął do siebie i odgryzł mu ucho.

Buntownik, trafiony wcześniej przez Petersa pałką, zaczął wstawać.
- E - teke - E - teke - Gówno! - wydzierał się Grip i pikując narobił na 

background image

walczącego z Petersem.

W trakcie całej walki “Eidolon” podskoczył, jakby uniesiony ponad fale. 

Przypomniałem sobie zdarzenie z mojego pobytu na upiornym “Discovery”. Nasza 
prędkość wzrosła, gdy statek opadł na wodę. Teraz oczekiwałem tylko pojawienia się 
zielonych płomyków na mojej szabli.

Nagle tak właśnie się stało. Czy moje myśli spowodowały taki rozwój 

sytuacji? Czy miałem jakieś związki z przeszłością, które są silniejsze od pamięci?

Mój wysoki przeciwnik otworzył szeroko oczy, gdy zobaczył jasność 

przesuwającą się po ostrzu mej szabli. Nie zwaŜając na nic, podniósł maczugę nad 
lewe ramię i zamaszyście uderzył. Znów się cofnąłem, ale tym razem inaczej. 
Przypomniałem sobie wskazówki pewnego francuskiego fechtmistrza, który 
przebywał kiedyś w moim mieście i udzielał drogich lekcji. Zrobiłem krok lewą nogą 
i szybko dostawiłem prawą, uniosłem szablę, wykręciłem młynka i błyskawicznie 
zadałem proste pchnięcie w ramię, zanim zdołał przyjąć postawę obronną po 
chybionym uderzeniu. Bez namysłu cofnąłem ostrze i wykonałem skuteczny atak na 
jego krtań.

Spojrzałem na Petersa, który cisnął pozbawionego ucha napastnika na tego, 

który właśnie wstał. Po uderzeniu padł na pokład jak długi i obficie broczył krwią. 
Odwróciłem się na wszelki wypadek.

Moja ofiara leŜała przy zejściówce, nie dając znaków Ŝycia.
Spośród szóstki trzech było juŜ unieszkodliwionych, dwóch atakowało 

Petersa, a jeden właśnie wyciągał swój sztylet spomiędzy Ŝeber Hansa Pfalla. Zwrócił 
się następnie w stronę Petersa, który wyciągnął obie ręce w kierunku nacierających na 
niego dwóch marynarzy. Dołączył do nich i zaczął ochoczo wymachiwać trzymaną 
w lewej ręce pałką, w prawej miał nóŜ. Usłyszałem ostry huk wystrzału, gdy 
przechodził obok leŜącego bez ruchu kapitana Guy. Pałka wysunęła mu się z dłoni, 
upadł na kolano i lewą ręką złapał się za brzuch.

Poprzez bezustanny pomruk Otchłani Symmesa usłyszałem jego słowa:
- Myślałem, Ŝe nie Ŝyjesz!
Upadł na drugie kolano. Widziałem teraz uśmiechniętego kapitana Guy, który 

leŜał oparty o pachołka i trzymał w ręce mały pistolet.

- To był twój błąd - powiedział kapitan. ZbliŜyłem się do marynarzy 

napierających na Petersa. Jeden z nich podniósł szablę zgubioną wcześniej przez 
któregoś z buntowników. Gdy usłyszał, Ŝe nadchodzę, odwrócił się w moją stronę. 
Zgiął się do przodu, wycofał szablę w okolice biodra, celując wprost na mnie. Drugą 
ręką wymachiwał w powietrzu. Chciał najwyraźniej zastosować technikę walki na 
noŜe w tym szermierczym pojedynku. Ruszyłem naprzód z pogardą. Doświadczony 
szablista nie mógł się niczego obawiać.

Niespodziewanie poślizgnąłem się na ptasich odchodach. Czasem arogancja 

moŜe być przyczyną zguby. Mój rywal natychmiast zaatakował gwałtownie, usiłując 
przeciąć mi gardło. KaŜdy z nas starał się oczywiście ugodzić przeciwnika 
w pachwinę. Obaj zdołaliśmy skutecznie zasłonić wzajemne uderzenia.

Moja prawa ręka znalazła się w górze podczas potknięcia, a później opadła 

w bok. Mój rywal dociskał ją teraz kolanem. Przez to wypuściłem szablę. Nie mogłem
ruszyć ręką przyciśniętą całym jego cięŜarem. Udało mi się ją jednak przekręcić, 
umieścić pod szablą. Przy pomocy drugiej ręki zdołałem chwycić mą broń. Na 
nieszczęście przyciskałem klingę. Dobrze, Ŝe nie była zbyt ostra. Była na tyle ostra, 
Ŝ

e...

Poczułem, Ŝe krawędź wchodzi w moje dłonie. Na twarzy napastnika pojawił 

się grymas zadowolenia, gdy moja krew zaczęła skapywać na koszulę. Czułem jego 
nieświeŜy oddech. Miał bardzo zepsute zęby.

background image

Od miejsca, gdzie przebywał Peters, nadal słychać było odgłosy walki. Statek 

znów podskoczył i część klingi przy uchwycie zatopiła się w mojej lewej dłoni. 
Grzmoty z Otchłani Symmesa były juŜ tak intensywne, jak tysiące wodospadów 
Niagara razem. LeŜąc w niewygodnej pozycji, zauwaŜyłem, Ŝe daleko po lewej 
stronie wyrasta olbrzymia wieŜa z mgły, przesuwa się, chwieje, pochyla w naszym 
kierunku niczym postać cięŜko stąpającego człowieka, białego jak kość, śnieg albo 
trup...

Splunąłem w twarz napastnika - niehigienicznie i nie jak dŜentelmen. Zupełnie 

nie tego uczył mnie mistrz z Francji. Był to raczej trick, o którym powiedział mi 
młody angielski oficer o nazwisku Flash. Kiedyś spotkałem go przy biesiadzie. 
Mówił, Ŝe tak go to zdeprymowało, Ŝe omal nie stracił Ŝycia w pojedynku. Pozostało 
mi to w pamięci jako szczególnie skandaliczne naruszenie etykiety.

Na szczęście nie jestem ani dŜentelmenem, ani oficerem. Wywołało to 

piorunujący efekt. Cofnął się na tyle, Ŝe zacisnąwszy zęby, zdołałem uwolnić ręce. 
Czując nadal ból, zebrałem w sobie wszystkie siły i prawą pięścią grzmotnąłem go 
w szczękę. Nie odrzuciło go to do tyłu na tyle, na ile się spodziewałem. WciąŜ 
przyciskał mnie całym swoim cięŜarem. Nagle jakaś biała postać, zupełnie inna od tej 
z mgły, złapała go za kark, wykręciła i uniosła, uwalniając mnie. Napastnik, gdy tylko 
stanął na nogi, rzucił się na Valdemara. Szybko cofnął prawą rękę i przytknął czubek 
ostrza swej szabli do jego brzucha. Następnie przebił go i poszedł za ciosem do 
przodu. Valdemar skręcił mu kark - słychać było chrupanie kości. Wypuścił ciało 
ofiary i spojrzał w dół.

- O, ironio losu! - wykrzyknął. - Wysyłać innych tam, dokąd ja sam nie mogę 

trafić!

Wyjął ostrze z brzucha i wypuścił szablę.
- Dziękuję - powiedziałem. - Zrobimy z tobą porządek, nie martw się.
Usłyszałem jakiś krótki, ostry śmiech z prawej strony i spojrzałem w tym 

kierunku. Zobaczyłem, jak Peters wstaje z pokładu, w prawej ręce trzymał 
zakrwawiony nóŜ, a w lewej skalp.

- Niezły dzień, co? - zapytałem.
- Bardzo “niezły” dzień, Eddie - odpowiedział i obaj podeszliśmy do kapitana 

i Pfalla.

ś

yli jeszcze, ale ich stan był powaŜny. Udzieliliśmy im pomocy. śaden 

z buntowników nie przeŜył. Pfall mruczał coś w swym Ŝargonie.

- Mówi, Ŝeby przynieść szybko balon, a on powie, jak go przygotować do lotu 

- tłumaczył Peters.

- Dobrze - odpowiedziałem. - Idziemy! Przeszliśmy szybko koło Ligei, która 

stała w zejściówce.

Przysiągłbym, Ŝe przez chwilę widziałem kroplę krwi w kąciku jej ust, ale 

błyskawicznym ruchem języka zlikwidowała ślady czerwieni. Na jej twarzy pozostał 
tylko uśmiech.

Przytaszczyliśmy powłokę balonu na pokład, rozłoŜyliśmy ją, ale nie 

wiedzieliśmy, ile czasu nam zostało.

Pfall kierował operacją napełniania. Peters musiał się nad nim nachylać, Ŝeby 

słyszeć jego wskazówki wypowiadane bardzo słabym głosem. Odgłosy Otchłani 
Symmesa stały się jeszcze potęŜniejsze. Valdemar i Ligeja pracowali na równi z nami. 
Gdy Pfall wydał z siebie ostatnie tchnienie, Valdemar zaklął siarczyście, Ŝe kolejny 
człowiek odszedł wbrew swej woli do miejsca, którego on tak bardzo pragnął.

Kapitan Guy przywołał mnie do siebie. Podszedłem do niego, bo czekaliśmy 

juŜ tylko na uzyskanie odpowiedniego ciśnienia w czaszy balonu.

- Eddie - powiedział słabym głosem. - Chcę poprosić cię o przysługę.

background image

- Czego pan sobie tylko Ŝyczy, sir.
- Przenieście mnie bliŜej dziobu, Ŝebym widział to, co ma pochłonąć 

“Eidolon”.

Peters i ja przynieśliśmy wygodne krzesło z mojej kabiny. Przywiązaliśmy 

kapitana, Ŝeby nie wypadł, i przenieśliśmy wraz z krzesłem na dziób.

- Jest większe od kanionu na Zachodzie - oznajmił Peters, gdy ujrzeliśmy 

ogromny ciemny otwór poniŜej poruszającej się wieŜy z mgły.

- Przymocujcie krzesło, chłopcy - dyrygował kapitan Guy. Przynieśliśmy liny 

i umocowaliśmy krzesło do pokładu, w tym czasie kapitan Guy wyjął fajkę, włoŜył 
tytoń do cybucha i sięgnął po hubkę z krzesiwem, które trzymał gdzieś 
w zakrwawionej kurtce.

- MoŜe pomóc? - zapytałem.
- Dam sobie radę.
- Naprawdę chce pan tu zostać?
- Nie macie juŜ duŜo czasu - odparł przy pierwszym pyknięciu - a ja za Ŝadne 

skarby nie chciałbym tego przegapić. Ilu kapitanom uda się dotrwać do końca w taki 
właśnie sposób?

Znów pyknął z fajki.
- Zostawcie mnie. Macie jeszcze robotę, a ja chcę podziwiać widoki.
Lekko ścisnąłem jego rękę, pozostawiając krwawy odcisk swej dłoni.
- Zostań z Bogiem kapitanie - powiedziałem. - Zachowamy cię w pamięci. 

Dziękujemy za wszystko.

Peters teŜ coś powiedział, ale nie zrozumiałem jego słów. Odwróciliśmy się, 

Ŝ

eby wrócić na rufę. Dopiero wtedy zauwaŜyłem, Ŝe cały statek jest pochylony. 

Jeszcze raz rzuciłem okiem na dziób. Zdawałem sobie sprawę, Ŝe byliśmy juŜ prawie 
w Otchłani. Zaczęliśmy się spieszyć.

Ligeja i Valdemar byli juŜ w koszu. Balon szarpnął się na linach, które 

przyczepione były do uch pokładowych.

- Ruszamy - powiedziałem i odciąłem liny, po czym wznieśliśmy się 

w powietrze.

Po pewnym czasie zobaczyliśmy, jak sponiewierany “Eidolon”, rzucany przez 

wiry, zbliŜa się do krawędzi Otchłani Symmesa - dzieło ludzkich rąk w drodze ku 
głębi nieskończoności. Przez chwilę pomyślałem o Poem.

Valdemar wydał z siebie dziwnie syczący dźwięk, a potem powiedział:
- i pomyśleć, Ŝe ja to przeŜyję.
“Bywa często tak, Ŝe nawet chłodne spojrzenie rozumu zauwaŜa wiele 

podobieństw naszego smutnego świata ludzi do piekła - wyobraźnia ludzka to nie 
Carathis, Ŝeby bezkarnie wykorzystywać kaŜdą ofiarę. Niestety! Ponury zastęp 
cmentarnych cierpiętników nie jest zawsze wytworem fantazji, ale ci, podobnie jak 
demony towarzyszące Afrasiabowi w podróŜy po Oxus, muszą zasnąć, Ŝeby nas nie 
zniszczyć - trzeba je zmusić do przeczekania czasu, bo inaczej zginiemy”.

Fragment opowiadania Edgara Allana Poe pt. Przedwczesny pogrzeb.

XIII

DO WIEDZY
O wiedzo, prawa córko dni dawno minionych,
Która bystrym spojrzeniem zmieniasz wszelką istność!
Czemu w serce poety zatapiasz swe szpony
Jak sęp, którego skrzydłem twarda rzeczywistość?
JakŜe cię ma pokochać, jak twą mądrość cenić,

background image

Skoro w jego wędrówkach jesteś mu wędzidłem
I bronisz skarbów nieba, co w blaskach się mieni,
Choć juŜ uniósł się w górę nieulękłym skrzydłem?
Tyś wszak Dianę wstrzymała w jej zuchwałej jeździe.
Tyś Dryjady wygnała z ich leśnej ochłody
KaŜąc szukać schronienia na szczęśliwej gwieździe!
Toś ty wdzięczne Najady wypłoszyła z wody,
Elfy z łąki zielonej, a mnie, niby pliszkę, 
Z rozmarzenia w lipcowy dzień pod tamaryszkiem.
Edgar Allan Poe, Do wiedzy

Wznieśliśmy się szybko, nabierając wysokości. Grzmoty z wnętrza Ziemi 

rozdartej na biegunie zaczęły w końcu zanikać. Ligeja uparła się, Ŝeby przemyć moje 
okaleczone dłonie. Zawinęła je później bandaŜem. Na szczęście zdołała załadować do 
gondoli wszystko, co potrzebne w czasie powietrznej wyprawy. Zrobiła to wtedy, gdy 
ja wraz z Petersem zajęci byliśmy przygotowaniem kapitana do jego ostatniego, 
wiecznego rejsu.

Naszym pragnieniem było dotrzeć do Europy albo przynajmniej jakiegoś 

cywilizowanego lądu. Przekonaliśmy się szybko, Ŝe nie moŜemy mieć wpływu na 
kurs. NajwaŜniejsze, Ŝe stałe wiatry niosły nas na północ. Mogliśmy zmieniać 
wysokość lotu poprzez wyrzucanie balastu albo wypuszczanie gazu i w ten sposób 
dopasowywać się do korzystnych wiatrów.

Valdemar skulił się na podłodze. Ligeja nakryła go brezentem i słuŜył nam 

jako wielofunkcyjny mebel. Ligeja siadała na nim i medytowała godzinami. Peters 
uŜywał go jako poduszkę, a mnie słuŜył za otomanę.

Taka podróŜ moŜe przynieść wiele doznań i wraŜeń. Pierwszego dnia byliśmy 

jeszcze zbyt zmęczeni fizycznie i psychicznie tym wszystkim, co dotąd nas spotkało 
i tym, co miało nastąpić. Ja wracałem do cięŜkiej próby, którą był pobyt w szponach 
Inkwizycji, do szaleńczej podróŜy na pokładzie “Discovery”, do dnia po 
makabrycznej zabawie z czerwonym morem na dworze Prospera. To wszystko 
stanowiło ogromne obciąŜenie świadomości, zbyt cięŜkie, Ŝeby spokojnie zasnąć. 
Ponadto obecna nierealna sytuacja wywierała podobne odczucia niepewności 
i zagroŜenia. MoŜna to przyrównać do czytania jakiejś fantastycznej powieści 
w późnych godzinach wieczornych, z tym, Ŝe ja niestety nie mogę zamknąć ksiąŜki 
i uciec. (Nie jest to wyszukane porównanie, gdyŜ uwięzienie czytelnika w granicach 
moich losów nie przyniesie ukojenia Ŝadnemu z nas, a sam język opowieści nie 
będzie miał znaczenia, poniewaŜ nikt nie zrezygnuje ze snu dla potęgi filozofii). Mój 
umysł w takim stanie często prowadzi mnie poza zasadniczy nurt tematu, oczy 
zatracają bystrość spojrzenia, ból i zmęczenie przewaŜają nad jasnością myślenia.

Drugi i trzeci dzień upłynęły podobnie, chociaŜ rzeczywistość zaczynała 

powoli dawać znać o sobie. Wrócił nam apetyt i chęć do rozmowy. Grip zarzucił nas 
wiązankami przekleństw i nieprzyzwoitości.

Przez dłuŜszą część tygodnia utrzymywaliśmy nasz lot na północ na dość 

wysokim pułapie. Próbowałem określić, jaki mamy miesiąc - czerwiec, lipiec czy 
sierpień, ale ani Peters, ani Ligeja nie byli pewni. Nie chcieliśmy niepokoić 
Valdemara tak błahą sprawą.

Płynęliśmy w powietrzu, raz tylko lądując na tropikalnej wysepce w dolinie 

pokrytej kolorową roślinnością. Skorzystaliśmy z tej moŜliwości tylko dlatego, Ŝe 
wyczerpały się nam zapasy wody. Wysepka miała Rzekę Ciszy, która wypływała 
gdzieś z gór, kotły erozyjne i szczeliny, skąd wydobywały się wulkaniczne gazy.

Po zaspokojeniu pragnienia i nalaniu wody do wszystkich pojemników 

background image

napełniliśmy balon gazem z jednego z takich źródeł.

Wzbiliśmy się, nabraliśmy wysokości i złapaliśmy mocny wiatr, który zdawał 

się wiać w kierunku północnym. Niedługo znaleźliśmy się ponad grubą pokrywą 
chmur, i tak było przez długi czas.

Zastanawialiśmy się, czy nie zmniejszyć wysokości dla wzięcia namiarów, ale 

uznaliśmy, Ŝe w zasięgu wzroku i tak nie będzie Ŝadnych znanych obiektów 
nawigacyjnych. Ponadto w warunkach gęstej mgły łatwo moŜna zahaczyć 
o wierzchołki gór, co byłoby katastrofą.

Straciliśmy rachubę dni. Byliśmy zdecydowani nie przerywać lotu tak długo, 

jak długo starczy nam zapasów Ŝywności i wody. Nie chcieliśmy ryzykować. 
Mieliśmy poczucie bezpieczeństwa. Wszystko było dobrze, dopóki nie pojawiły się 
nieszczelności czaszy i nie weszliśmy w warstwę chmur. Poczuliśmy się jak zawinięci 
w kokon, zupełnie bez ruchu. Jedyną oznaką upływającego w takim stanie czasu było 
to, Ŝe zagoiły się rany na moich dłoniach.

Po wyjściu z chmur okazało się, Ŝe szybujemy nad zieleniącymi się terenami, 

które nie były jednak dŜunglą. Nadal nie mieliśmy najmniejszego pojęcia o tym, gdzie 
się znajdujemy.

Lecieliśmy dalej na zmniejszonej wysokości, wypatrując śladów cywilizacji. 

Minęła kolejna noc.

Poranek zaznaczył juŜ swą obecność tu, na górze, choć Ziemia spowita była 

jeszcze w mroku. ZniŜyliśmy lot i wylądowaliśmy szczęśliwie. Czuliśmy znajome 
zapachy i słyszeliśmy miłe sercu odgłosy. Po krótkim rozpoznaniu terenu znaleźliśmy 
drogowskaz przy wiejskiej dróŜce, na którym widniał napis: Richmond, 10 mil.

Wypuściliśmy gaz i ukryliśmy balon w lesie. Valdemar nie bardzo radził sobie 

z chodzeniem, więc nie mogliśmy liczyć na to, Ŝe będziemy podróŜować na piechotę. 
Pozostawiliśmy go wraz z Ligeją w lesie i razem z Petersem ruszyliśmy na 
poszukiwanie jakiegoś środka lokomocji.

Po przejściu mili albo dwu usłyszeliśmy głosy. Zmieniając kierunek marszu, 

doszliśmy wkrótce do metalowej bramy, która była otwarta na ościeŜ. Korpulentny 
jegomość zapraszał nas do środka. Przywitaliśmy się z nim uściskiem dłoni. 
Przedstawił się jako Maillard. Był to niezwykle elegancki dŜentelmen, nienagannie 
ubrany, o staroświeckich manierach i dostojnym wyglądzie. Za jego plecami 
zauwaŜyliśmy grupę spacerujących postaci, które były dziwacznie odziane, to znaczy 
miały na sobie stroje z róŜnych epok i krajów. Była tam takŜe kobieta, która co jakiś 
czas zatrzymywała się, machała rękami i piała niczym kogut.

- Chcielibyśmy wynająć albo poŜyczyć wóz, furmankę, dyliŜans albo coś 

w tym rodzaju - powiedziałem. - Czy byłoby to moŜliwe, sir?

- Sądzę, Ŝe tak - odpowiedział Maillard - chociaŜ powinni panowie 

porozmawiać z kimś innym. Proszę pójść ze mną do głównego budynku i w biurze 
odszukamy osobę, która udzieli panom pomocy.

Szliśmy za nim w kierunku duŜego starego dworku. Po drodze zaczepiał nas 

męŜczyzna, który człapał na czworaka, mruczał i łasił się koło naszych nóg. Później 
puścił się w pogoń za królikiem. Zdecydowałem się coś powiedzieć:

- Sir, jesteśmy nietutejsi i dlatego ośmielę się spytać o charakter tej, 

powiedzmy, instytucji.

Uśmiechnął się.
- Dobrze pan odgaduje - stwierdził. - To zakład dla umysłowo chorych. Doktor 

Tarr i profesor Fether rozpoczęli tu działalność parę lat temu po przyjeździe z Francji, 
gdzie opracowali metody leczenia tego typu pacjentów.

Weszliśmy do starego dworku. Pan Maillard zostawił nas w duŜym salonie 

noszącym ślady dawnej elegancji. Powiedział, Ŝe poszuka kogoś, kto będzie mógł 

background image

nam pomóc.

Peters i ja zapadliśmy w nieco zniszczone fotele.
- Trudno uwierzyć, Ŝe juŜ wróciliśmy, Eddie - powiedział. - Przed wyjazdem 

trzeba się dowiedzieć, jaki mamy miesiąc.

- Jest wrzesień, sir - odezwał się drobny męŜczyzna siedzący w ogromnym 

fotelu w ciemnym rogu z prawej strony.

- Bardzo przepraszam - powiedziałem. - Nie zauwaŜyliśmy pańskiej 

obecności.

Zaśmiał się.
- Ma to swoje dobre strony - stwierdził.
Wstał i ukłonił się. Był to siwy juŜ pan z kozią bródką, niebieskimi oczami 

powiększonymi przez szkła okularów.

- Doktor Augustus Bedloe, do usług.
- Czy naleŜy pan do personelu?
- Nie. Właściwie jestem pacjentem.
- A, to przepraszam...
- Nie szkodzi. Nie jestem obłąkany, jeśli o to panu chodzi.
- Nie całkiem pojmuję...
- Czy wolno zapytać o panów profesje?
- Ja nazywam się Edgar Perry i jestem emerytowanym wojskowym - 

oświadczyłem. - Oto mój przyjaciel, Dirk Peters, pierwszy oficer na statku “Eidolon”.

Zamienił z nami serdeczny uścisk dłoni.
- Przypuszczałem początkowo, Ŝe macie panowie coś wspólnego z sądem albo 

w ogóle z wymiarem sprawiedliwości. Cieszę się, Ŝe tak nie jest.

- i nam równie miło.
Spojrzałem na Petersa, który wzruszył tylko ramionami.
- Jestem jednym z dwu normalnych ludzi w tym zakładzie - oświadczył doktor 

Bedloe.

- Oczywiście - przytaknąłem.
- Mówię powaŜnie, sir. Chcę jedynie panów ostrzec.
- Co tu się wydarzyło?
- Pensjonariusze przejęli władzę trzy dni temu - wyjaśnił - i wpakowali Tarra 

i Fethera do celi. Maillard jest ich przywódcą.

Przyglądałem się jego twarzy. Mówił bardzo przekonywująco.
- Powiem teŜ, dlaczego powinniście mi panowie uwierzyć. Proszę sobie 

pomyśleć: dlaczego brama jest otwarta i pensjonariusze swobodnie spacerują po 
całym terenie?

- To mnie zastanawia, Eddie - powiedział Peters z niepokojem. - Co pan tu 

robi, doktorze Bedloe, jeśli nie jest pan wariatem?

- Parę lat temu miałem tylko drugie wyjście: na szubienicę - odpowiedział. - 

CóŜ, lepiej było symulować obłąkanie i pozostać przy Ŝyciu. Dlatego pytałem, czy nie 
jesteście panowie z sądu.

- Aha - powiedział Peters.
- Jestem niegroźny - zapewniał nas. - Pewien pacjent doznał ataku serca, gdy 

wychodził z transu, w który go wprowadziłem, a krewni uznali, Ŝe ja ponoszę winę za 
jego śmierć.

- Trans? Jest pan hipnotyzerem? - spytałem.
- w rzeczy samej, sir, i kiedyś mówiono, Ŝe mam ku temu wielkie zdolności.
- Ja osobiście jestem w konflikcie z kimś, kto uŜywa takich predyspozycji do 

bardziej nikczemnych celów - powiedziałem.

- Czy mogę spytać o jego toŜsamość?

background image

- Niejaki doktor Templeton - odpowiedziałem.
- Ta postać nie jest mi zupełnie obca - powiedział -i wcale nie wątpię w to, co 

pan mówi.

- Naprawdę zna go pan?
- Tak, i wiem, Ŝe w ogóle nie zaprzestał tego, co robił. Teraz razem 

z Goodfellowem i Griswoldem, o ile mi wiadomo, są w Nowym Jorku, w majątku 
Arnheim, współpracując z milionerem Seabrightem Ellisonem przy produkcji złota 
według metody pewnego wynajętego alchemika z Niemiec.

- Co? - zerwałem się na nogi, podszedłem do niego i chwyciłem go za klapy. - 

Skąd pan o tym wie? - krzyczałem. -  Mówił pan, Ŝe jest tu od lat!

- Proszę przestać, sir! Jestem juŜ stary. Chcę pańskiego dobra, dlatego 

powiedziałem, co się tu działo. Niech pan robi, co pan uwaŜa, i nie robi mi krzywdy.

- Muszę wiedzieć, skąd panu wiadomo o tym, co tamci teraz robią?
- Cała sprawa ma związek z innym zupełnie normalnym pacjentem, z którym 

rozmawiałem - zaczął. - Pan Ellison zaangaŜował go w charakterze swojego 
sekretarza do pracy w Arnheim, gdzie rzeczywiście przepracował parę miesięcy. 
Faktycznie był dziennikarzem, który zamierzał napisać artykuł demaskujący interesy 
Ellisona prowadzone na wielu kontynentach.

- Dlaczego go nie zabili, jeśli wszystko wyszło na jaw?
- Miał szerokie powiązania z osobami, które duŜo wiedziały. Doktor 

Templeton zarzucił mu, Ŝe jest psychicznie chory.

- Opinia Templetona została bezkrytycznie przyjęta?
- Nie. Człowiek ten, Sanford Martin, był wtedy zupełnie obłąkany. Komuś, kto 

ma pewne umiejętności, łatwo jest wprowadzać drugą osobę w taki stan na pewien 
czas. Później szybko go tu przywieźli, zanim wrócił do zmysłów, i zapisali go pod 
innym nazwiskiem. To on mi opowiedział o tym, co się dzieje w Arnheim.

Chwyciłem go za rękaw.
- Sir, czy wspominał on kiedykolwiek o kobiecie mającej na imię Annie?
- Tak - rzekł doktor Bedloe - mówiąc o niej, Ŝe posiada niezwykłe zdolności 

i pracuje jako asystentka von Kempelena.

Odwróciłem się, usiadłem w fotelu i skryłem twarz w dłoniach.
- Tak daleko to wszystko zaszło - powiedziałem w końcu. - Jest za późno...
Poczułem dłoń Petersa na swoim ramieniu.
- Słuchaj, Eddie. Nie wiem, czy jest juŜ za późno, o ile pamiętam, to Ellison 

powiedział, Ŝe te doświadczenia alchemiczne długo trwają.

- Mogę umoŜliwić panu rozmowę z Sanfordem Martinem, Ŝeby się pan 

przekonał o prawdziwości moich słów - powiedział Bedloe.

- Nie trzeba, sir. Nie wymyśliłby pan nic podobnego; czegoś, co pasuje do 

wszystkich informacji, które ja sam posiadam -odparłem.

- Eddie, nie zyskasz na czasie, podróŜując z Valdemarem - stwierdził Peters - 

a Ligeja go nie zostawi.

- Wiem.
Usłyszeliśmy odgłosy rozmowy gdzieś na tyłach budynku, ale zdawało się, Ŝe 

dyskutujący zmierzają w naszym kierunku.

- Powtarzam jeszcze raz, Ŝebyście panowie uciekali -powiedział doktor 

Bedloe. - Poszukajcie furmanki gdzie indziej.

- Idzie pan z nami? Potrząsnął przecząco głową.
- Nie mogę - odrzekł. - Jestem tu potrzebny. Udało mi się wyleczyć parę osób.
Wstaliśmy z foteli. Uścisnęliśmy znów jego dłoń.
- Powodzenia - usłyszeliśmy na poŜegnanie.
- Uciekajmy, Eddie - powiedział Peters, gdy głośne krzyki były juŜ bardzo 

background image

blisko.

Ruszyliśmy biegiem i opuściliśmy to dziwne miejsce.
Byliśmy juŜ w lesie. Otworzyłem sakiewkę, wyjąłem monety, które tam były, 

i podzieliłem się nimi z Petersem, Ŝeby miał na drogę dla siebie i pozostałej dwójki, 
i na nową skrzynię dla Valdemara. Poradziłem, Ŝeby został razem z nimi jako opiekun 
i obrońca. Nie powodował mną altruizm, gdyŜ zastanawiałem się, czy nadal 
zachowuje lojalność w stosunku do Seabrighta Ellisona. Nigdy nie poznałem tej 
kwestii do końca. Odniosłem wraŜenie, Ŝe jemu teŜ bardziej odpowiadało pozostanie 
z resztą grupy.

Objąłem ponurego i groźnego towarzysza doli i niedoli z serdecznością, jakiej 

nie okazywałem dotąd zbyt wielu osobom. Rozeszliśmy się kaŜdy w swoją stronę. 
Była pełnia księŜyca.

“Jak odprawić obrządki pogrzebu? Śpiewać uroczyste pieśni?”
Edgar Allan Poe, Pean (fragment)

XIV

“ZwycięŜyłeś, a ja zostałem pokonany. 
Ale odtąd teŜ jesteś martwy - martwy dla Świata, Nieba i Nadziei! 
We mnie istniejesz i w mojej śmierci, patrz w to oblicze, które jest twoim, 

i zobacz, Ŝe zamordowałeś siebie”.

Edgar Allan Poe, Wiliom Wilson, (fragment)

Pewnej październikowej nocy przeszedłem przez wysoki kamienny mur 

i myląc czujność uzbrojonego patrolu, zacząłem przemierzać połacie ogrodu 
krajobrazowego w kierunku głównych zabudowań majątku Arnheim. Nie wiedziałem 
dokładnie, gdzie mogą się znajdować, ale według informacji Ligei, która miała, jak 
się wydaje, dostęp do nadmorskiego królestwa, naleŜało iść w kierunku rzeki 
Wissahiccon. Włamałem się do domu noszącego nazwę Landor i przespałem się. 
Ligeja wspominała, Ŝe właśnie tam mogli umieścić Annie. Znalazłem hiszpański 
grzebień - taki, jaki nosiła we włosach w czasie pobytu w klasztorze zajętym przez 
Prospera. Zatrzymałem go oczywiście, a rankiem wyruszyłem w dalszą drogę.

Wspaniałość ogrodnictwa krajobrazowego bywa oszałamiająca, ale teraz 

musiałem być obojętny na piękne widoki, Ŝeby nie tracić czasu. Co noc, a nawet za 
dnia, stawały przede mną obrazy Annie, Ligei, dalekiego Poego zdąŜającego ku 
swemu przeznaczeniu. Taki splot potęgi i niepokojów świadczył, Ŝe nasz związek 
zbliŜa się do kulminacji.

Ciągle naprzód.
Wszystko zaczynało się układać w pewną całość: Ellison i jego przeciwnicy 

doszli do wniosku, Ŝe lepiej połączyć wysiłki niŜ prowadzić walkę. Mój domniemany 
dobroczyńca zawarł przymierze z tymi, których z jego polecenia miałem ścigać przez 
ponad pół świata. Von Kempelen tu w Arnheim zamieni ogromne ilości ołowiu 
w złoto. Zapasy tego cennego metalu przejmie Ellison jako zapłatę za rozległe 
posiadłości, łącznie z samym Arnheim, biŜuterię i inne drogocenne rzeczy. Zaraz 
potem wszyscy razem zniszczą aparaturę słuŜącą do produkcji złota. Nie wyprodukują 
juŜ ani grama, Ŝeby nie obniŜyć ceny.

Dalej naprzód.
Otaczały mnie barwy jesieni. Przenosiłem wzrok na całą okolicę, 

napatrzywszy się na błękitne jezioro, gdzie doznałem wizji. Ujrzałem śmierć von 
Kempelena - proces uzyskania złota nie powtórzy się zbyt szybko.

Dalej naprzód.

background image

Dotarłem nareszcie do środka majątku, Raju Arnheim. CóŜ za ogrom wraŜeń, 

duszna woń dziwnej słodyczy, wspaniałości bajkowych egzotycznych drzew, 
krzewów, stada karmazynowo-złotych ptaków, fontanny, jeziora, kwiaty, łąki 
i srebrzyste strumienie. Stałem prawie sparaliŜowany tym natłokiem przepychu, 
a potem wszedłem na ten teren.

Posuwałem się ostroŜnie naprzód, ale nie natknąłem się na Ŝaden patrol. 

Przede mną spośród cudów świata botaniki wystrzeliły pseudogotyckie 
i pseudomauretańskie budowle, lśniące w czerwonym blasku słońca, naszpikowane 
wykuszami, minaretami i wieŜyczkami. Zadziwiające.

Podszedłem bliŜej. Okazało się, Ŝe całość okolona była fosą. Obszedłem tę 

rajską rzeczywistość ukryty w gęstych zaroślach. Nie widząc innej moŜliwości 
przedostania się do środka, szybko pokonałem fosę. Mury były w doskonałym stanie 
poza niewielkim pęknięciem, które było ledwie widoczne.

Przeszedłem przez gotycką bramę i doszedłem do cięŜkich drewnianych 

drzwi. Nie były zamknięte. Wszedłem do środka. Ciemne gobeliny pokrywały ściany, 
podłoga była hebanowo-czarna, przewaŜała stara stolarka. Szybko i czujnie 
przeszedłem przez to pomieszczenie. Nie robiłem Ŝadnego hałasu; miałem 
w pogotowiu nabity pistolet i szablę.

Idąc przez hol, sprawdzałem wszystkie mijane pokoje; Seabright Ellison był 

w trzecim na lewo.

Uznałem, Ŝe nie będę robił dramatycznych gestów, po prostu wszedłem. 

Znalazłem się w bibliotece. Ellison odziany w jedwabny szlafrok w kasztanowym 
kolorze siedział na miękkiej kanapie. Czytał coś, paląc cygaro. Na niskim stoliku 
z jego prawej strony stał kieliszek napełniony najprawdopodobniej sherry.

Spojrzał na mnie i uśmiechnął się, gdy spostrzegł mój cień.
- Perry - zauwaŜył - w samą porę.
Nie byłem w nastroju, Ŝeby prowadzić z nim rozmowy o niczym. Zadałem mu 

wprost pytanie, które było dla mnie najwaŜniejsze:

- Gdzie ona jest?
- Tu i ma się dobrze - odpowiedział. - Nie stanie się jej nic złego.
- Przetrzymujecie ją i kaŜecie robić coś, co jest wbrew jej woli.
- Zapewniam pana, Ŝe otrzyma za wszystko sowite wynagrodzenie - 

powiedział. - Panu teŜ jestem wiele winien za wszystko, czego pan dokonał w moim 
imieniu.

- Mam nadzieję, Ŝe przypomina pan sobie premię obiecaną za zabicie 

Griswolda, Templetona i Goodfellowa. Mam szczery zamiar to zrobić. Czy 
podtrzymuje pan tę ofertę?

Pobladł, a później uśmiechnął się.
- Obawiam się, Ŝe nie jest to juŜ aktualne od paru miesięcy, to znaczy od 

czasu, gdy zawarłem pewną umowę z tymi ludźmi.

- Obecnie pańskimi wspólnikami? - spytałem.
- MoŜna tak powiedzieć.
- Von Kempelen teŜ tu jest?
- Tak. Wypytał pan o wszystko. MoŜe więc czas na kieliszek sherry?
- Zgoda, dotrzymam panu towarzystwa. Wysłucham pana wyjaśnień.
- Co mogę powiedzieć?
Podał mi mały kieliszek. Napełnił do połowy.
- Mówi pan, Ŝe zapłaci pan Annie. Nadal zmusza pan ją do czegoś, czemu ona 

jest przeciwna.

- To tylko dla jej dobra. Wyjaśnię to panu. Wypiłem mały łyk sherry.
- Proszę to zrobić.

background image

- Mówiłem o jej udziale w ogromnej fortunie, tak wielkiej, Ŝe...
- No dobrze, a Edgar Poe?
Wstał. Wypuścił kilka kłębów dymu z cygara i zrobił parę kroków.
- Co z Edgarem Poe? - spytał. - Jeśli był przyjacielem pańskim i Annie, to 

przepraszam. Szczerze. Ten niezwykły związek między waszą trójką nie mógł istnieć 
zawsze.

- Nie mógł?
- Nie.
Ellison pokręcił głową, jakbym od początku podzielał jego zdanie.
- Poe juŜ nie istnieje - w tym świecie, naszym świecie, bardzo racjonalnym. 

On musi Ŝyć po swojemu, a my po swojemu. Wybrał świat snów - to nie ja 
dokonałem tego wyboru, ani pan.

- Rozdzielenie to pana sprawa.
- Wcale nie. Sny i rzeczywistość nie dadzą się pogodzić ze sobą.
Dopiłem resztę sherry i odstawiłem kieliszek.
- Chcę ją zobaczyć.
- Oczywiście - powiedział.
Przeszedł przez pokój i dał mi znak, Ŝeby pójść za nim.
Otworzył drzwi i weszliśmy do duŜego pomieszczenia pełnego ksiąŜek 

i obrazów. Szedł dalej, a ja zatrzymałem się przed jednym z nich, który umieszczony 
był we wnęce po lewej stronie. Był to portret kobiety o duŜych ciemnoszarych oczach 
i kręconych włosach. Miała staroświecki czepek i empirową suknię w kwiaty. Stałem 
i wpatrywałem się w te tajemnicze oczy i pukle ciemnych włosów.

- Proszę za mną - denerwował się Ellison, stojąc na progu.
- Seabright Ellison brzmi jak pseudonim sceniczny -powiedziałem. - Czy pan 

kiedykolwiek grał?

ZmruŜył oczy.
- MoŜe. Dlaczego pan pyta, młodzieńcze? Przeniosłem wzrok na niego. Obraz 

przedstawiał tę samą postać, która widniała na miniaturze będącej w moim posiadaniu 
- był to jedyny wizerunek mojej matki, Elizabeth. Wątpię, czy wiedział o jego 
istnieniu.

- Twarz tej kobiety wydaje mi się znajoma - powiedziałem. Wzruszył 

ramionami.

- Nabyłem ten obraz wraz z całą posiadłością. Pasuje po prostu do tej ściany.
Kręciło mi się w głowie. Od czasu poznania tego człowieka jeszcze nic dotąd 

nie wstrząsnęło mną bardziej.

- Ach, tak - powiedziałem i odwróciłem się od obrazu. Przeszedł przez drzwi 

do wysokiej komnaty z ksiąŜkami, bronią i dziełami sztuki. Szybko cofnąłem się 
i przesunąłem palcem po zakurzonej mosięŜnej tabliczce na ramie. Ujrzałem napis: 
Elizabeth Arnold i szybko podąŜyłem za Ellisonem.

To było imię i nazwisko mojej matki, chociaŜ wcale nie potrzebowałem 

potwierdzenia toŜsamości tej aktorki. Gdyby on rzeczywiście był męŜczyzną, który ją 
porzucił...

Ten świat był tym światem, nie tym. 7 którego pochodzę. Ceteris paribus, on 

był ojcem Poego, nie moim. Wszystko na tej Ziemi było inne niŜ na mojej. Oznacza 
to, Ŝe nigdy nie będę miał pewności, czy on naprawdę z rozmysłem poświęcił swego 
własnego syna. Nie będę teŜ wiedział, czy mój ojciec był podobny do niego.

- Ładnie tu - powiedziałem, gdy do niego doszedłem. Dalej nie było juŜ 

Ŝ

adnych drzwi. Szliśmy gotyckim pasaŜem, gdzie wisiały czerwone lub niebieskie 

zasłony. ZauwaŜyłem, Ŝe galeria ta prowadziła wzdłuŜ całego boku budynku.

- Nie pamięta pan swych rodziców? - spytał po czasie.

background image

- Nie, byłem za mały.
Doszliśmy do końca galerii i skręciliśmy w prawo. Krótkim korytarzem 

przeszliśmy do wyjścia na dziedziniec, gdzie po przeciwnych stronach porozkładali 
się uzbrojeni ludzie i przyglądali się sobie badawczo.

- Obstawa? - zapytałem. Roześmiał się.
- Tak. Moi i ich ludzie. Stanowią gwarancję uczciwej rozgrywki.
- Musiał pan się sprzymierzyć, Ŝeby sprostać cenie podanej przez von 

Kempelena?

Pokiwał potakująco głową.
- Ten człowiek prowadzi twardą walkę.
- Gdyby był mną, sprowadziłby swoją obstawę, Ŝeby pozostali nie sprawili 

Ŝ

adnej niespodzianki.

Poklepał mnie po ramieniu.
- Jest pan prawdziwym strategiem - zauwaŜył. -  To właśnie jeden z powodów, 

dla których pana wynająłem. Będzie mi pan musiał wszystko opowiedzieć o całej 
odysei, gdy to wszystko się juŜ skończy.

- Co się stanie z von Kempelenem?
- On ma to, czego my potrzebujemy - powiedział.
- Tak, ale jak się stąd wydostanie juŜ po wszystkim? Zaciągnął się mocno 

cygarem i wypuścił dym. Nic nie odpowiedział. Zrobił tylko grymas, ukazując zęby.

- Chce pan zobaczyć jego laboratorium?
- Chcę zobaczyć Annie.
- Ona moŜe tam być.
- Co się z nią stanie, jak to wszystko się skończy? -spytałem.
- Ona jest najpotęŜniejszym medium na świecie.
- Co to znaczy?
- Cały jej potencjał będzie bezcenny przy innych przedsięwzięciach.
- a jeśli nie będzie chciała współpracować?
- Jest juŜ uzaleŜniona od pewnych substancji. Będzie pracować dla ich 

zdobycia.

Czułem, Ŝe łzy napływają mi do oczu.
- Cieszę się, Ŝe nie jest pan moim ojcem - powiedziałem odruchowo.
Cofnął się, jakbym mu zadał cios. Złapałem za szablę. Nie wyciągnąłem jej. 

WciąŜ był mi potrzebny.

- Nie jestem teŜ ojcem Poego - wycedził przez zaciśnięte zęby.
- Nigdy nie twierdziłem, Ŝe jest pan jego ojcem. Ma pan dzieci?
Odwrócił się ode mnie.
- Szkoda słów - powiedział.
Poszedłem za nim w kierunku, który wydawał się prowadzić na północ.
- Pan mnie nienawidzi, prawda? - zapytał po pewnym czasie.
- To prawda.
Zatrzymał się przy szerokich kamiennych schodach. Odwrócił się i oparł 

o ścianę.

- Chciałbym to wyjaśnić do wieczora.
- Dlatego pytał pan o moje dzieciństwo? Potwierdził skinieniem głowy.
- Dziś się wszystko wyjaśni. Musiał pan co nieco juŜ wiedzieć.
- Tak.
- Zatrzymam całe złoto - powiedział potem. - Muszę jednak zrzec się duŜej 

części posiadłości, większości tego terenu.

- a Annie? - spytałem. - Czy ona teŜ wchodzi do rozliczenia?
Znów skinął głową.

background image

- Chcę, aby dziś wieczorem stanął pan po mojej stronie, Perry, gdy przyjdzie 

pora zebrania owoców całej akcji. Tak, obiecałem im, Ŝe oddam Annie. Wszystko 
bym oddał, aby tylko zakończyli dzieło. Potem... Będą musieli cieszyć się 
nieruchomościami, biŜuterią, obcą walutą. Ja będę miał złoto, a pan Annie. Pal diabli 
całą resztę.

- Ellison, jest pan zbyt przebiegły, zbyt makiaweliczny. Nie mogę panu zaufać, 

nawet gdybym bardzo chciał.

Westchnął i spojrzał w ziemię. Trwało to długi czas. Albo wznosił się na 

wyŜyny aktorstwa, albo toczył jakąś wewnętrzną walkę.

- No cóŜ - wydusił z siebie w końcu.
Sięgnął pod szlafrok i wyciągnął stamtąd srebrną płaską flaszkę. Odkręcił 

zakrętkę i podsunął mi pod nos. Czułem zapach whisky.

Napełnił zakrętkę, która była wielkości małego kieliszka, i wypił haustem. 

Następnie nalał do pełna. Teraz moja kolej - wychyliłem z ochotą.

- w czasie dziwnego sztormu nastąpiła we mnie przypadkowo zamiana z kimś, 

kto był jakby moją kopią - powiedział. - Wiedziałem, Ŝe to moŜliwe. Długo trwało, 
zanim przekonałem się, Ŝe moŜna to opanować - w ten sposób pierwszy raz zetknąłem 
się z Griswoldem i Templetonem. Działaliśmy razem, Ŝeby wynaleźć środki. Ostatnio 
stali się bardzo zachłanni.

Zaproponował jeszcze trochę whisky, ale odmówiłem. Nalał sobie, wypił, 

zakręcił flaszkę i schował ją.

- Nie mam Ŝadnych skrupułów, Ŝeby nie wywiązać się z części zawartego 

z nimi układu. Jeśli ta kobieta tyle dla pana znaczy, wycofuję się.

Usiadłem na najwyŜszym stopniu i potarłem czoło.
- Pokrewieństwo ułatwia podejmowanie takich decyzji -powiedział.
- Na Boga, sir!
- Nie proszę o okazywanie synowskich uczuć, a tylko o współpracę - dodał. - 

Przechytrzymy tych łotrów i nasze będzie na wierzchu. Ja będę miał złoto, pan 
zachowa Annie, a oni będą na tyle bogaci, Ŝe nie zdobędą się na protesty. Będzie to 
lepsze od śmierci.

- Pańska obstawa, moim zdaniem, sprawia dobre wraŜenie.
- Mam jeszcze rezerwy, o których oni nie wiedzą - powiedział. - Na razie 

wygląda, Ŝe siły są równe i nikt nie ma ochoty do walki. Odwracamy się od siebie 
i zajmujemy swoimi sprawami.

- Co z von Kempelenem?
- Co ma być?
- Musi Ŝyć.
- Dlaczego?
Przypomniałem sobie jegomościa o wyłupiastych oczach, który poczęstował 

nas herbatą w ParyŜu i wykazywał troskę o nasze bezpieczeństwo, gdy uciekaliśmy 
dachami z jego pokoju. Był co prawda sprzedajny, ale Ŝaden tam morderca, szaleniec 
czy rzezimieszek. Nie mogłem o tym mówić, a gdybym nawet powiedział, nie 
miałoby to Ŝadnego znaczenia.

- Bo tak właśnie chcę - odpowiedziałem.
Wykonał ruch, jakby chciał sięgnąć po flaszkę, ale pomyślał chwilę 

i zrezygnował.

- Oznacza to, Ŝe całe Ŝycie będę musiał mieć go na oku, Ŝeby nie próbował 

jeszcze raz wyprodukować złota.

Poczułem, Ŝe drgnął lewy kącik moich ust.
- Będzie pana na to stać? - zapytałem.
- Do diabła, sir - wzburzył się. - Jeśli o to panu chodzi, to załatwione. Teraz 

background image

zgoda?

- Nie.
Rzucił cygaro na posadzkę i rozgniótł je nogą.
- w porządku - dodał. - Między nami wszystko musi wyglądać dobrze. 

Wstrzymujemy działania, jesteśmy zgodni co do wszelkich wskazówek, mamy 
wejścia i wyjścia, jak na prawdziwej scenie...

Trochę później weszliśmy do głębokiej piwnicy oświetlonej pochodnią 

i świecą. Urządzenia i przyrządy wyglądały podobnie jak w paryskim mieszkaniu von 
Kempelena, ale wszystkiego było znacznie więcej. Było tu kilka pieców, na których 
coś się gotowało. Widać było słoiki i fiolki, alembiki i retorty. Chemikalia 
umieszczone były w beczkach poustawianych na podłodze według jakiegoś 
niejasnego porządku. Na środku pomieszczenia, na brezentowej płachcie piętrzyły się 
stosy ciemnego metalu. Annie miała na sobie skromną szarą sukienkę. Stała przy 
beczce i trzymała dwa pręty. Widziała, jak weszliśmy. Wypuściła je z rąk i podeszła. 
Objąłem ją.

- Wiedziałam, Ŝe przyjdziesz dzisiaj - powiedziała. Von Kempelen spojrzał na 

nas.

- Znam pana - powiedział. - Był pan z tym niskim i z małpą.
Skinąłem na potwierdzenie.
- Annie, chodź. Wyjdźmy stąd. Spojrzała na von Kempelena.
- Idź. Dokończysz później - powiedział.
Zabrałem ją stamtąd. Wyszliśmy po schodach na górę, a później korytarzami 

i galeriami doszliśmy do ogrodu, pozostawiając ich wszystkich pod ziemią.

W chwilę później, gdy leŜeliśmy wśród pięknych roślin zalani słońcem, 

podziwiając złociste drzewa, powiedziałem:

- Cały proces nie moŜe się odbyć bez hipnozy? Potwierdziła skinieniem 

i ziewnęła.

- To właśnie jest tajemny element, gdy przemiana w złoto prowadzona jest na 

tak duŜą skalę - wyjaśniała - szczególny rodzaj mesmeryzmu.

- Tak? - zdziwiłem się. - Szczególny? w jakim sensie?
- Pozaziemska energia - odrzekła. - Napłynie wtedy, gdy ostatecznie zamknie 

się drogę powrotu Poemu.

- Nastąpi to dziś wieczorem, podczas pracy?
- Bardzo by tego chcieli - powiedziała - ale tak się nie stanie. Dla ich dobra nie 

utrzymywałam tej drogi otwartej przez cały czas.

- Zgubiłaś mnie. Uśmiechnęła się.
- Nikogo jeszcze nie zgubiłam, nawet Poego. Zamierzam dać im złoto 

i odzyskać go przy okazji. Cała nasza trójka będzie nareszcie razem.

- Nie jestem naukowcem - powiedziałem - a moje umiejętności hipnotyczne 

nie są zbyt duŜe. Mimo braku dostatecznej wiedzy, jednego jestem pewien: 
wszechświat nie odda ci niczego za nic. Jaka jest cena?

Znów się uśmiechnęła.
- Pan Ellison nie wie, Ŝe znam jego tajemnicę - powiedziała. - On pochodzi 

z tej Ziemi. Dlatego jestem w stanie zamienić go na Poego i dopiero wtedy zamknąć 
drzwi do innej rzeczywistości. Znów się połączymy, a Griswold będzie zupełnie 
zadowolony.

- To tak?
- Właśnie.
Wszystko wyglądało tak, jak w wirze - ciągłe zmiany. Czy jej fortel będzie 

skuteczny? Czy von Kempelen ma armię karłów czekających odpowiedniej chwili, 
która moŜe nastąpić po północy siódmego października, Ŝeby zaatakować na jego 

background image

rozkaz? Ja byłem chyba jedynym uczestnikiem całej gry bez scenariusza na 
nieprzewidziane okoliczności.

Pocałowałem ją.
- Powiedz mi coś więcej o hipnozie - poprosiłem. - Jeśli ktoś ma taką moc jak 

my, muszą być sposoby, Ŝeby to wszystko opanować.

- Tak - odpowiedziała. - Musimy znaleźć własne rozwiązania...
W tę szczególną noc, po północy, zeszliśmy do wielkiej piwnicy plebanii 

Arnheim, Ŝeby zacząć przemianę.

Prywatne oddziały Seabrighta Ellisona i ludzi, których nazwał Piekielną 

Trójcą, stanęły naprzeciw siebie na całej długości laboratorium, po około czterdziestu 
z kaŜdej strony. Bojownicy mieli karabiny, po parze pistoletów oraz białą broń. 
Zastanawiałem się, co to będzie, gdy rykoszety zaczną wszędzie hulać. Cywile... 
NiepostrzeŜenie zrobiłem wcześniej coś na kształt okopu z mojej lewej strony 
i zakryłem go kawałkiem brezentu odciętym z płachty, na której ułoŜone były 
ołowiane pręty. Chciałem ukryć się tam z Annie, gdy tylko zacznie się strzelanina.

Von Kempelen podłączył węŜe do zbiorników - pręty od końcowego zbiornika 

do przeciwległego końca sterty ołowiu. Annie siedziała na błyszczącym czarnym 
krześle, które wyglądało jak zrobione z obsydianu. Na głowie miała szklany hełm. 
Opierała się o złoty pas. Trzymała w dłoniach dwa pręty, które sięgały ołowianego 
stosu.

Von Kempelen przekazał jej szeptem ostatnie instrukcje, następnie skinął 

w stronę Ellisona i pozostałych, w pomieszczeniu natychmiast nastąpiło pewne 
napięcie, oprócz samego stresu psychicznego. Zrobiłem krok w stronę Annie 
i poczułem zwiększenie tych sił, którymi się posługiwała, z jednej z kadzi dolatywały 
odgłosy bulgotania. Siły, którymi emanowała Annie, zaczęły pulsować. Pozostałe 
kadzie rozbrzmiewały podobnymi dźwiękami.

Zdawało mi się, Ŝe słyszę piskliwy skowyt i nagle poczułem ból głowy. 

Zakrywanie uszu nie pomagało. Pozostali robili to samo. Później ból ustąpił 
i w powietrzu pojawiły się ledwo dostrzegalne kształty dziwnych ryb, dziwnego 
morza...

Pulsowanie znów się nasiliło. Stanowiło coś konkretnego, materialnego. Było 

to coś bardziej znanego, coś przypominającego doświadczenia poprzedniego dnia.

Rozległ się dźwięk, który nie zanikał. Drobne eksplozje barw wypełniły 

powietrze ponad kadziami, wokół szarego stosu. Ręce Annie zbielały z wysiłku - tak 
mocno ściskała pręty.

Później wszystko zaczęło falować, sprawiało wraŜenie jak obraz oglądany 

poprzez płytki płynący strumyk. Niby nic się nie zmieniło, a wszystko było inne. Cała 
piwnica wibrowała.

Powróciły rozbłyski światła - tym razem prawie wszystkie były złotawe - 

i nakładały się na falowanie.

Zrobiłem jeszcze jeden krok w stronę Annie. Napięcie narastało. Szare pręty 

zaświeciły na moment na Ŝółto poprzez falowanie. Po chwili błysk powtórzył się - na 
złoto - i trwał. Stos zaczynał jakby zmieniać kształt, kurczyć się przy rozbłysku 
i rozszerzać po zaniku blasku.

Spojrzałem na Ellisona. Uśmiechał się. Częstotliwość wibracji wzrastała. Cykl 

złota - szarości, implozji - eksplozji był coraz szybszy. Złota faza wydłuŜała się, szara 
stawała się krótsza. Stos poruszał się. Słychać było dźwięki ścierania, zdrapywania 
podczas wzajemnego przemieszczania się prętów, jakby jakaś wewnętrzna siła 
zmieniała kształt, zachowując cięŜar. Kilka z nich wysunęło się ze stosu.

Jeszcze raz spojrzałem na Ellisona. Okalała go rama z ognia, ale wcale jej nie 

zauwaŜał.

background image

Wibracje wreszcie ustały i ujrzałem kopiec złota. Wszyscy oddychali równym, 

szybkim tempem. Piękne, świeŜe, cięŜkie, błyszczące...

Oderwałem oczy od złota i popatrzyłem na Annie i Ellisona. Potem 

spojrzałem na złoto, jeszcze raz na nich. Nic. Nic się nie działo. Nikt się nie ruszał. 
Coś powinno nastąpić, jakiś ruch, coś dla zrównowaŜenia tego niesamowitego 
wraŜenia...

Annie krzyknęła. Światło otaczające Ellisona zgasło.
- Poe nie Ŝyje!
Na twarzy Griswolda pojawił się grymas. Annie puściła pręty i odrzuciła 

szklaną koronę.

Słychać było potęŜne westchnienie, które omiotło całą piwnicę, a zaraz potem 

grzechoczący klekot przypominający trzęsienie ziemi w cegielni.

Kopiec powiększył się, urósł, stracił blask, zszarzał i rozpadł się.
Griswold, podobnie jak Ellison, krzyknął coś przeraźliwie. Nikt nie wystrzelił.
Annie powtórzyła bardzo cicho słowa, które wypowiedziała okrzykiem. Echo 

przyniosło drŜenie, które wstrząsnęło wszystkimi lampami.

- Poe - powiedziała jeszcze raz - nie Ŝyje.
Cały budynek nad nami popękał. Obsypał nas kurz i pył.
Spojrzeliśmy w górę. Usłyszeliśmy całą serię następujących po sobie 

odgłosów pękania i grzmotów.

Po zakończeniu tego zdania zacząłem i na chwilę przerwałem: wydawało mi 

się (chociaŜ od razu pomyślałem, Ŝe moja wyobraźnia mnie zawiodła) - wydawało mi 
się, Ŝe z jakiegoś odległego zakątka dworku docierało nierozróŜnialne dla mego ucha 
coś, co mogło być podobne do echa (ale przytłumionego i głuchego) dźwięku 
skrzypienia i rozrywania, który został tak dokładnie opisany przez sir Launcelota. 
Niewątpliwie to zaprzątnęło moją uwagę: wśród trzasków skrzydeł okna 
i najzwyczajniejszych odgłosów narastającej burzy, sam dźwięk nie był niczym 
nadzwyczajnym. Pisałem dalej...

I wtedy w piwnicy rozległ się łomot, zdawała się ona poruszać. Coraz więcej 

prętów wysuwało się z szarego stosu. Ellison obejrzał się szybko i ruszył w stronę 
schodów. Sekundę później trójka stojąca naprzeciwko niego uczyniła to samo. 
Rozległ się łoskot podobny do grzmotu.

“Poe nie Ŝyje” - usłyszeli szept, który wypełnił piwnicę.
“ ...Ethelred uniósł maczugę i zadał smokowi cios w głowę. Potwór padł przed 

nim i wyzionął ducha, wydając przy tym tak straszny i chrapliwy skrzek, Ŝe Ethelred 
musiał zatkać uszy, Ŝeby tego nie słyszeć. Był to tak przenikliwy dźwięk, jakiego 
nigdy dotąd nie słyszał”.

W tym miejscu znów przerwałem i z niesamowitym zdziwieniem - cokolwiek 

naprawdę słyszałem (nie wiedząc skąd nadchodziło) z daleka przedłuŜało się 
w zatrwaŜające wycie -przyjąłem jako najlepsze, co mogłem wymyśleć do opisu 
nadnaturalnego wrzasku smoka przedstawianego przez średniowiecznych 
romansopisarzy.

Zwały kamieni zatarasowały schody i uniemoŜliwiły nam wyjście. Dopiero 

teraz słychać było krzyki męŜczyzn z róŜnych oddziałów. Porzucali broń, szukając 
szans ucieczki. Annie wzniosła ręce i zaczęła nimi poruszać. Wszystko wokół nas 
i ponad nami takŜe poruszało się, jakby okazując nam zrozumienie. Usłyszeliśmy 
grzmoty dochodzące z góry. Sufit w wielu miejscach zawalił się. Wielu męŜczyzn 
krzyczało w agonii, ginąc pod zwałami gruzów.

Miałem wraŜenie, Ŝe niemy wiatr opłakuje Poego; nie wiem skąd napłynął do 

mnie zapach dymu...

Miała bardzo szare oczy i ciemne włosy opadające w nieładzie na czoło. Jej 

background image

dłonie były delikatne. Niebieska spódniczka i biała bluzka zabrudzone były piaskiem, 
zaplamione, a dół spódniczki cały przemoczony. Jej usta dygotały ze złości. Szybko 
przenosiła wzrok to na niego, to na zamek.

Nie uroniła jednak Ŝadnej łzy.
- Przepraszam - powtórzył.
Odwróciła się od niego, w chwilę później wykonała gwałtowny ruch bosą 

stopą i zburzyła kolejną ścianę i kolejną wieŜyczkę.

- Przestań! - krzyknął, starając się ją powstrzymać. -Stój. Nie rób tego!
- Nie! - powiedziała, nie przestając burzyć wieŜyczek. Chwycił ją za rękę, ale 

zdołała się wyswobodzić. Nie przestawała kopać i tratować zamku.

Złapałem ją za ramię. Zawalał się cały dach, poŜar nacierał na nas razem 

z krokwiami, kamieniami, drewnem.

- Annie! Wstrzymaj to! - krzyczałem.
Zupełnie nie zdawała sobie sprawy, Ŝe ja tam jestem. Gdzieś nad nami waliła 

się cała ściana. Za chwilę spadnie na nas, na piwnicę.

- Annie!
Płakała, a ziemia poruszała się pod naszymi stopami. Chwyciłem ją 

i przytrzymałem, gdy upadała. Przypomniałem sobie więź, która została ustalona 
jeszcze w Hiszpanii przed przyjazdem do Toledo.

- Ligeja!
Zobaczyłem ją w świetle, gdy wziąłem Annie w ramiona.
- Czekam - powiedziała.
- Tu jest moja połowa drogi. Spotkajmy się na środku, proszę!
Srebrny korytarz prowadził wprost do połączenia z drugą częścią. Idąc 

w stronę Ligei, słyszałem za sobą długi niespokojny grzmot podobny do odgłosu 
tysięcy mórz.

Nie zatrzymałem się, szedłem bez ustanku.

XV

Wiele miesięcy później okazało się, ku memu zdziwieniu, Ŝe zgodnie 

z ostatnią wolą Seabrighta Ellisona otrzymałem pewną kwotę pieniędzy i rezydencję 
zwaną Landor's Cottage, gdzie zamieszkujemy wraz z Annie, a ja pracuję nad 
pamiętnikami.

Nasi przyjaciele, wśród nich Dirk Peters, odwiedzają nas od czasu do czasu. 

Wszyscy mamy w pamięci Edgara Allana Poe, który odszedł z dwu światów, 
pozostawiając po sobie pustkę. Mógł dzielić z nami radość z fiołków, tulipanów, 
maków, hiacyntów i tuberoz rosnących wśród wysokich drzew, łąk i stawów.

Otwieramy nieraz specjalne drzwi prowadzące ku plaŜy zasnutej mgłą, gdzie 

morze jest ciepłe jak krew i pełne ciemnych postaci. Stąd przenosiliśmy się nocami do 
krain dziwnych i niepospolitych, które nie byłyby nam dostępne, gdyby nasz brat nie 
istniał:

“Idąc w ciemny szlak nieznany,
Od złych duchów opętany
Z krain, kędy bóstwo Noc
Samowładną dzierŜy moc
I w gwiaździstej lśniąc koronie
Na swym czarnym siedzi tronie,
Ś

wieŜom wrócił w nasze światy...

Spoza Thule lodowatej -
Z sfer, co w mgłach się promienia,

background image

Poza Czasem i Przestrzenią”
Edgar Allan Poe, Kraina snu