background image

 

 

Jorunn Johansen 

Za murami 

 

background image

Tytuł oryginału norweskiego: Bak murene

TLR

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci Helgi Hansdatter

TLR

background image

 

Rozdział 1 

 

Kto mógł zrobić Linie coś takiego? 

Amalie drżała. Znów potrząsnęła młodą kobietą. Bez skutku. Rozejrzała się, 

ale w pobliżu nikogo nie było. 

Z rany na głowie Liny ciekła krew. Amalie pochyliła się nad nią i sprawdzi-

ła, czy oddycha. Na szczęście ranna jeszcze żyła. Jej suknia była podarta, przez 
dziury  na  ramionach  przezierała  naga  skóra.  A  więc  walczyła  z  napastnikiem. 
Lina próbowała się bronić, ale przeciwnik okazał się zbyt silny! 

Amalie spojrzała na sine wargi kobiety. Poderwała . się i wybiegła na głów-

ną ulicę. Była pusta. Pędziła przed siebie, a płatki śniegu topniały na jej skórze. 
Trzęsła się z zimna, lecz nie zwracała na to uwagi. Gdzie się podziali goście z 
przyjęcia? Jeszcze przed chwilą wielu z nich stało przed domem, a teraz nikogo 
tam nie było. Amalie biegła dalej, aż znalazła się przed domem kupca. Miała już 
za sobą długą drogę. Na szczęście na schodach zobaczyła znajomą postać. 

—Tron! — zawołała, machając rękami. — Chodź ze mną! Lina leży w zauł-

ku! — Musiała przystanąć, żeby złapać oddech. 

Tron podszedł do niej szybko. 

— Co ty mówisz? 

Amalie wskazała na ulicę. 

— Ktoś uderzył ją w głowę. Jest nieprzytomna, ale żyje. Leży w tym zaułku 

na prawo. Tron, musisz się pośpieszyć! 

 Brat puścił się biegiem. 

— Wezwij doktora! — krzyknął przez ramię. 

Amalie weszła do domu. W korytarzu spotkała gospodynię, która rozmawia-

ła właśnie z jakąś młodą kobietą. Podeszła do niej, szczękając zębami. 

TLR

background image

— Potrzebuję pomocy — wykrztusiła. — Ktoś napadł na Linę. Czy doktor 

jest gdzieś tutaj? 

W pierwszej chwili wydawało się, że Fraya nie zrozumiała, o co chodzi. W 

końcu zasłoniła usta dłonią. 

— Co ty mówisz? Lina? Dobry Boże! 

Bez zbędnych pytań zniknęła w drzwiach salonu. 

Muzyka natychmiast ucichła. Po chwili z pokoju wyszedł starszy pan. 

— Pokaż mu, gdzie ona leży — zwróciła się Froya do Amalie. 

Amalie,  choć  przemarznięta,  skinęła  głową,  gotowa  znów  wyjść  na  mróz. 

Ale gdy tylko się odwróciła, ktoś otworzył kopniakiem drzwi. Był to Tron, z Li-
ną na rękach. 

— Gdzie mogę ją położyć? Niech ktoś przyniesie ciepłe koce! Szybko, nie 

ma chwili do stracenia! 

Fraya  skinęła  głową  i  weszła  do  innego  pokoju.  Tron  miał  zacięty  wyraz 

twarzy.  Lina leżała  w jego ramionach bez życia. Rana na jej głowie  wyglądała 
paskudnie. 

Amalie poszła za bratem do salonu. Goście wpatrywali się w ranną z przera-

żeniem. 

Tron podszedł do kanapy pod oknem i ułożył na niej Linę. 

Doktor  pochylił  się  nad  nieprzytomną  kobietą.  Odsunął  włosy,  które  przy-

kleiły się do rany. Potrząsnął głową. 

— To musiało być silne uderzenie. Brzydko wygląda — mruknął. Potarł usta 

dłonią, pochylił Się i otworzył torbę lekarską, którą przyniosła mu Fraya. Wyjął z 
niej stetoskop i rozpiął górne guziki sukni Liny. 

 Froya poprosiła gości, żeby się cofnęli i pozwolili doktorowi zająć się ran-

ną. Większość z nich niechętnie usłuchała, ale kilkoro zostało na miejscach i wy-
ciągało ciekawie szyje, żeby przyjrzeć się poszkodowanej. 

Froya pokręciła głową i otuliła nogi Liny kocem. 

TLR

background image

Doktor przystawił stetoskop do serca młodej kobiety. Osłuchał ją, schował 

aparat i przeczesał palcami siwą czuprynę. 

—  Serce  ma  silne.  To  dobrze.  Ale  trzeba  jak  najszybciej  przewieźć  ją  do 

szpitala i dokładnie zbadać. — Sprawnie założył opatrunek na głowie rannej. — 
To będzie musiało na razie wystarczyć — powiedział. Rozejrzał się po pokoju. 
— Fraya, zadbaj, proszę, o konia i powóz. 

Froya skinęła głową i wyszła z pokoju. Amalie także wstała. Nagle przeszył 

ją zimny dreszcz. Czy to możliwe, żeby zrobiła to Tannel? Przypomniała sobie 
słowa Mittiego: „Tannel ma dobre serce, ale potrafi być groźnym wrogiem". 

Nie  widziała  Tannel  od  swojego  tu  przyjazdu.  Gdzie  ona  się  podziewala? 

Amalie podeszła do Trona, który siedział przy drzwiach. Wydawał się zmęczony. 
Usiadła obok niego i położyła dłoń na jego ramieniu. 

— Jak to się mogło stać? 

Przygryzł wargę. 

— To straszne. Kto mógł zaatakować Linę, przecież nikt nie życzył jej źle. 

— Może Tannel... — odezwała się Amalie cicho, ale zaraz pożałowała swo-

ich słów. Tron wbił w nią spojrzenie. 

— Co masz na myśli? 

— Mitti powiedział kiedyś... 

— Nie — przerwał jej Tron i westchnął. — Tannel nie mogła tego zrobić. 

— Wiedziałeś, że tu mieszka? 

Skinął głową. 

Do  nieprzytomnej  Liny  podeszło  dwóch  parobków  i  jakiś  starszy  mężczy-

zna. Podnieśli ją i ruszyli do drzwi. Doktor poprosił ich, by uważali na jej głowę. 

Tron zerwał się z miejsca. 

— Amalie, weź płaszcz i biegnij do Aleksandra. Ktoś musi mu powiedzieć, 

co się stało z jego córką. Biedny człowiek! 

TLR

background image

Amalie szybko poszła do garderoby. Na ławie leżało wiele futrzanych okryć. 

Zaczęła nerwowo szukać swojego płaszcza. Ale jego znalezienie wcale nie było 
łatwe.  Przerzucając kolejne  okrycia, przysłuchiwała  się  rozmowie  dwóch stoją-
cych nieopodal kobiet. 

— Lina to wariatka. Nic dziwnego, że tak się to dla niej skończyło. Szkoda 

tylko Trona! Gdyby wiedział, jak jego narzeczona spędza wolny czas... 

Amalie znalazła wreszcie swój płaszcz, który leżał pod stosem innych okryć. 

Włożyła go szybko na siebie i podeszła do stojących pod ścianą butów. 

Zatrzymała się, gdy usłyszała, że kobiety śmieją się za jej plecami. 

— Słyszałaś, że ta służąca... nie pamiętam, jak ma na imię, jest zakochana w 

Tronie? Dobry Boże, przecież to nie uchodzi. 

Amalie wyraźnie usłyszała pogardę w głosie kobiety. Zrobiło jej się gorąco 

ze złości. Tannel nie była zwykłą służącą. Zdecydowała się przyjść na służbę do 
tego domu, żeby być blisko Trona, bo go kochała. Gdyby tylko te plotkary wie-
działy,  że Tannel nosi pod sercem jego dziecko, pomyślała,  wciągając na nogę 
trzewik. Minęła kobiety bez słowa i wyszła na dwór. 

Śnieg padał na dachy domów. Amalie postawiła kołnierz płaszcza i ruszyła 

w górę ulicy. Przed nią szło  wielu ludzi, którzy opuścili właśnie przyjęcie. Nie-
którzy kierowali się do gospody. 

Amalie  znów  zaczęła  myśleć  o  Linie.  Czy  to  możliwe,  że  zaatakowała  ją 

Tannel? Czyżby miłość doprowadziła ją aż do takiego szaleństwa? 

Zatrzymała  się,  bo  zobaczyła,  że  z  naprzeciwka  zbliża  się  ktoś  znajomy. 

Zmrużyła  oczy  i  rozpoznała  Tannel.  Pomyślała,  że  to  bardzo  dziwne:  spotkała 
Tannel akurat w chwili, kiedy o niej myślała. Spróbowała się uśmiechnąć i wy-
glądać zwyczajnie. 

— To naprawdę ty, Amalie? — Tannel zatrzymała się przed nią. 

Wyglądała  świetnie.  Jej  oczy  promieniały  szczęściem,  była  uśmiechnięta  i 

zadowolona. 

— Tak, Tannel. Przyjechałam z Tronem. 

— O, jak miło. 

TLR

background image

— Dokąd idziesz? — spytała Amalie. 

— W domu było tyle dymu, że postanowiłam przejść się trochę, żeby go nie 

wdychać  i  nie  zaszkodzić  dziecku. No  i  pomyślałam,  że  może  spotkam  Trona. 
Tak dawno z nim nie rozmawiałam. 

— Tron jest w szpitalu. 

Tannel otworzyła szeroko oczy. 

— W szpitalu? Co tam robi? 

— Ktoś napadł na Linę. Nie słyszałaś? 

Tannel spojrzała na nią przerażonym wzrokiem. 

— Nie, nic nie wiem. Co się stało? 

—Ktoś uderzył ją w głowę kamieniem. To było... 

Tannel zmarszczyła brwi i popatrzyła na nią surowo. 

— Wiesz, że nie lubię Liny. I szczerze powiem, że nie jestem tym szczegól-

nie wstrząśnięta. 

— Co ty mówisz? Nie obchodzi cię to? 

— Nie — przyznała Tannel. — Sama jest pewnie sobie winna. 

— Czy to ty ją uderzyłaś? Odpowiedz szczerze. 

 Tannel skrzywiła się z niesmakiem. 

—Ja? Amalie, naprawdę uważasz, że byłabym w stanie zrobić coś takiego? 

Lina jest z mężczyzną, którego kocham, ale mimo wszystko... 

— Nie wiem... — wyjąkała Amalie, nagle niepewna. 

— Nic już nie mów! — Oczy Tannel miotały błyskawice. — Rozczarowałaś 

mnie, moja droga. Myślałam, że lepiej mnie znasz. 

Amalie rozłożyła ręce. 

— Bardzo chciałabym ci wierzyć, ale to wszystko jest takie dziwne. Zależy 

ci przecież na odzyskaniu Trona, prawda? 

TLR

background image

—Tron jest już mną zmęczony. Nie obchodzi go, gdzie jestem i co się dzieje 

ze mną i z jego nienarodzonym jeszcze dzieckiem. Ale pragnę go chociaż zoba-
czyć. Strasznie za nim tęsknię i nic na to nie poradzę. 

Amalie poczuła chłód. Lodowaty wiatr przenikał przez tkaninę płaszcza. 

— Tak, rozumiem. Ale teraz muszę już biec. Obiecałam, że powiadomię oj-

ca Liny o tym, co się stało. Porozmawiamy innym razem. 

— Wiesz, że Mitti jest w mieście? 

Amalie skinęła głową. 

— Widziałam go. 

— Czy wciąż coś do niego czujesz? Trudno jest zapomnieć kogoś, kogo się 

kochało. 

— Tak, to spotkanie przepełniło mnie smutkiem. 

—Możemy zobaczyć się wkrótce? Bardzo brakuje mi bliskiej osoby, z którą 

mogłabym pogadać. 

— Oczywiście, Tannel. Chyba zostanę tu jeszcze jakiś czas. 

Pożegnały się i każda poszła w swoją stronę. 

Amalie pochyliła głowę, żeby chronić twarz przed wiatrem. 

Zobaczyła przed sobą dom Aleksandra Lunda. W oknach paliło się światło. 

A więc Aleksander nie poszedł jeszcze spać, pomyślała z ulgą i otworzyła ciężką 
furtę. Zawiasy strasznie skrzypiały, więc nie zamknęła jej za sobą. 

Usłyszała  ciche  głosy  dochodzące  z  salonu,  widziała  światło  bijące  od ko-

minka. Szybkim krokiem weszła do środka i przemierzyła korytarz. 

Aleksander siedział przed kominkiem, tam gdzie zawsze. Amalie odchrząk-

nęła i stanęła przed nim. 

— Stało się coś złego — powiedziała cicho. 

Aleksander spojrzał na nią zamglonym wzrokiem. 

Pewnie uciął sobie drzemkę w fotelu. 

— Co takiego? 

TLR

background image

Usłyszała lęk w jego głosie. 

— Ktoś napadł na Linę i uderzył ją w głowę kamieniem. Tron i doktor za-

brali ją do szpitala. Jest nieprzytomna. 

— Co ty mówisz?! — Zerwał się z miejsca. — Muszę do niej natychmiast 

iść! 

Amalie odsunęła się, żeby mógł ją wyminąć. Usłyszała, jak otwiera szafę w 

korytarzu i zatrzaskuje za sobą drzwi. 

Podeszła  do  kominka.  Zdjęła  płaszcz  i  rzuciła  go  na  kanapę.  Wyciągnęła 

dłonie, żeby je ogrzać. Od ognia biło przyjemne ciepło. Może powinna się poło-
żyć? Nogi miała ciężkie i chciało jej się spać. 

W końcu usiadła w skórzanym fotelu Aleksandra. Postanowiła chwilę w nim 

posiedzieć, ogrzać się i popatrzeć na drgające płomienie. Uznała, że dobrze jej to 
zrobi. 

Odwróciła się, gdy do pokoju weszła służąca. Dziewczyna dygnęła i zaczęła 

sprzątać  ze  stołu.  Nie  odzywały  się  do  siebie.  Amalie  siedziała  w  fotelu  wpa-
trzona w ogień. 

Ole, pomyślała. Co teraz  robi? Czy  pojechał do brata? Westchnęła bezgło-

śnie. 

Z drzemki wyrwał ją głos służącej. Amalie odwróciła się i spytała: 

— Co mówiłaś? 

Dziewczyna przewróciła oczami. 

— Mam tu zgasić ogień, proszę pani? 

Amalie skinęła głową. 

— Tak, zrób to, proszę. Nie wiem, kiedy Aleksander wróci. 

—  Chce  się  pani  teraz  położyć?  —  Dziewczyna  odstawiła  tacę  na  stolik, 

ukucnęła i wyciągnęła z szafki czysty obrus. 

— Nie, jeszcze trochę tu posiedzę. 

Służąca skinęła głową. 

TLR

background image

—W takim razie dokończę tutaj. Dobranoc. 

— Dobranoc. — Amalie znów zapatrzyła się w ogień. Nagle zaczęła myśleć 

o Mittim. Uśmiechnął się do niej lekko i odwrócił, gdy odchodziła. Ale jego wi-
dok w towarzystwie innej kobiety sprawił jej ból. Cierpiała, widząc ich razem, 
chociaż nie miała do tego prawa. Boże, ten jego piękny, oślepiający uśmiech, je-
go czarująca twarz, pełne gracji ruchy, te brązowe oczy... I to gorące spojrzenie, 
które tak kochała... 

Skuliła się w fotelu i podparła twarz dłonią. Oczy znów zaczęły jej się za-

mykać. Może mimo wszystko powinna się położyć? Nie. Posiedzi jeszcze chwilę 
i pomyśli o Mittim. Chciała śnić o tym, jak kiedyś, bardzo dawno temu, byli ra-
zem, jak leżała w jego ramionach tej letniej nocy, kiedy się kochali. Poczuła, że 
się zarumieniła. Przecież teraz jej mężem był Ole. Chociaż czasami zachowywał 
się paskudnie i powiedział nawet, że nie chce więcej mieć z nią do czynienia, był 
jej prawnym małżonkiem. Gdyby tylko przestał pić, wszystko z pewnością by się 
ułożyło. 

W końcu poddała się i zamknęła powieki. Musiała trochę odpocząć. 

— Amalie, obudź się! 

Otworzyła oczy i rozejrzała się wystraszona. 

Przed nią stał Tron. 

— Śpisz tutaj? Czemu się nie położyłaś? 

Była cała zdrętwiała, ale udało jej się postawić stopy na podłodze. 

— Tak dobrze mi się siedziało przed kominkiem. 

— Rozumiem, ale teraz idź już do łóżka. Zbliża się trzecia. 

Wstała i się przeciągnęła. Nagle sobie przypomniała: Lina! 

—Jak się czuje Lina? — spytała szybko. 

Tron westchnął. 

—Jeszcze się nie obudziła. Doktor mówi, że jej stan jest krytyczny, że trzeba 

czekać — odparł cicho. — Ale ona musi się obudzić. Jutro na pewno dowiemy 
się czegoś więcej. 

TLR

background image

Opadł na sofę. Amalie widziała, że był bardzo zmęczony. Zauważyła na sto-

liku  butelkę  wódki  i  kieliszek  w  jego  dłoni.  Jak długo  siedział  tu i patrzył,  jak 
ona śpi? 

Podniosła płaszcz. 

— Mam nadzieję, że Lina wyzdrowieje. Jestem nawet pewna. 

—  Rozmawiałem  z  lensmanem.  Powiedział,  że  w  pobliżu  tego  zaułka  wi-

dziano ciemnowłosą kobietę. To musiała być ona. 

Amalie westchnęła. 

— Tannel? Podejrzewasz ją? 

— Tak, ale nie jestem pewien i żałuję, że powiedziałem o tym lensmanowi. 

—Co? Zrobiłeś to? Ależ, Tron, wiesz, co to może znaczyć dla Tannel? 

Skrzywił się. 

— Teraz tak, ale wtedy byłem tak wzburzony, że nie myślałem jasno. 

—Nie sądzę, żeby to była ona. Spotkałam ją dziś wieczorem i uwierzyłam 

jej, gdy zapewniła, że nic nie wie o tym napadzie na Linę. Może i jest porywcza, 
ale na pewno nie agresywna. A teraz, kiedy jeszcze spodziewa się dziecka... Nie, 
to nie może być prawda. 

— Niewątpliwie masz rację. Strasznie żałuję. Wszystkiego. Powinienem był 

wybrać właśnie ją. Każdego dnia za nią tęsknię! 

—A jeśli wsadzą ją do więzienia? 

Tron podniósł kieliszek i nalał do niego wódki. 

— Milcz, Amalie! Tannel nie trafi do więzienia, jeśli jest niewinna. 

— A jeśli... 

—Do diabła, nie myślałem o tym — przerwał jej. — Wciąż miałem przed 

oczami Linę. Ranną, nieprzytomną, leżącą na ziemi. 

— Znów wszystko skomplikowałeś, Tron. Żal mi ciebie. Ale najbardziej żal 

mi Tannel. 

TLR

background image

Brat z rozpaczą potrząsnął głową i przeczesał włosy palcami. Nie przestawał 

pić; nalewał sobie kieliszek za kieliszkiem. W końcu spojrzał na Amalie i odsta-
wił butelkę na stolik. 

—  Myślałem  o  zerwaniu  zaręczyn  —  przyznał  bełkotliwie.  —  Chciałem 

prosić Tannel o wybaczenie. Ale teraz muszę zostać z Liną. 

— Naprawdę? 

Przygryzł wargę. 

—  Ona  mnie  potrzebuje.  Jeśli  wyzdrowieje,  Aleksander  na  pewno  zażąda, 

żebym natychmiast się z nią ożenił. 

—Nie możesz tego zrobić! Najwyższy czas, żebyś  wrócił do Tannel. Prze-

cież to ją kochasz. 

— Mówię, że muszę zaopiekować się Liną. Ona jest ranna i... 

 Amalie się zdenerwowała. —Jesteś tchórzem, Tron! 

— Możliwe, ale nie mogę teraz odejść od Liny. Sumienie mi na to nie po-

zwala. 

— Ale pozwoliło ci zostawić Tannel? Nie odpowiedział. Amalie wstała. 

— Idę się położyć. Będziesz musiał z nią o tym porozmawiać. 

Podniósł głowę. 

— Tak, zrobię to. 

— Dobranoc, braciszku. 

 

 

 

 

Rozdział 2 

 

TLR

background image

Służąca Marit stała przy piecu i mieszała w garnku, kiedy do kuchni weszła 

Tannel. Marit zastępowała kucharkę, która dostała kilka godzin wolnego. 

Tannel opadła na krzesło i zobaczyła, że na stole leży stos ubrań do wypra-

sowania. 

— Czy coś się stało, Marit? Wydajesz się zmęczona. 

— Tak, wszystko na mojej głowie. I za wszystko ponoszę odpowiedzialność. 

Gdybyś jeszcze ty nie była brzemienna... — Dziewczyna westchnęła ciężko. — 
No cóż, zupa jarzynowa na kolację jest już gotowa. — Zestawiła garnek z ognia. 
— Ach, o mało nie zapomniałam. Jakiś pan pytał o ciebie kilka godzin temu. Po-
wiedziałam mu, że śpisz. 

Tannel poczuła, że serce zabiło jej szybciej. Czy to możliwe... 

— Był naprawdę wytworny. Skąd znasz takich ludzi? 

—Jak się nazywał? — zapytała Tannel niecierpliwie. 

— Przedstawił się jako pan Torp. 

A więc to Tron do niej przyszedł! Poczuła, że robi jej się gorąco. 

— Powiedział, o co chodzi? 

—Nie, ale na pewno wróci. — Marit odwróciła się i dolała wody do garnka. 

— Idź na górę i podaj kawę. Ja i tak mam dosyć roboty. Spójrz tylko na te rzeczy 
do prasowania. Tak, ciągle to powtarzam: w tym domu pracy nie brakuje. 

Tannel  skinęła  głową,  ale  jej  myśli  popłynęły  do  Trona.  Zastanawiała  się, 

czego mógł od niej chcieć. 

— Tak, podam kawę. — Dźwignęła się z miejsca i zdjęła srebrną tacę z pół-

ki nad oknem. Na dworze wciąż padał śnieg. 

Otworzyła  drzwiczki  szafki.  Na  najwyższej  półce  stał  porcelanowy  serwis 

gospodyni. Stanęła na palcach i sięgnęła po dwie filiżanki i talerzyki. Ustawiła je 
na tacy. 

— Powinnaś pokroić ciasto, które stoi w spiżarce. Pani je uwielbia, a upie-

kliśmy je wczoraj wieczorem. 

TLR

background image

— Oczywiście. — Tannel poszła do spiżarki i znalazła ciasto na najniższej 

półce. Ułożyła je ładnie na tacy. Kawa była gotowa do podania. 

— No, to idę do państwa — powiedziała Tannel i pchnęła drzwi stopą. Zer-

knęła przelotnie na Marit. Para buchająca z żelazka, którym prasowała wilgotne 
ubrania, otaczała ją jak chmura. 

Nagle  Tannel  usłyszała  dobiegający  z  góry  znajomy  głos  i  przystanęła  na 

najniższym stopniu schodów. Nogi się pod nią ugięły. Tron! Jego głos rozpozna-
łaby wszędzie. 

W korytarzu podeszła do niej najmłodsza ze służących. 

— Wezmę od ciebie tę tacę. Masz gościa. — Jej drobną twarz rozjaśnił sze-

roki uśmiech. — Ale nie siedź z nim za długo. 

Tannel oddała jej tacę, pośpiesznie poprawiła sukienkę i włosy, wyprostowa-

ła się i ruszyła na spotkanie Trona. Miała nadzieję, że ukochany powita ją uśmie-
chem, ale on był śmiertelnie poważny. Musiało stać się coś złego. 

Tron odchrząknął. 

— Muszę z tobą porozmawiać, Tannel. Usiądź koło mnie. 

— O co chodzi? — zapytała i zrobiła, o co prosił. 

—W tym zaułku, w którym napadnięto Linę, ktoś widział kobietę podobną 

do ciebie. Powiedziałem lensmanowi, że to mogłaś być ty. Tak mi przykro. Zu-
pełnie nie rozumiem, dlaczego to zrobiłem. 

Tannel splotła dłonie. Jak on mógł? Czy naprawdę znał ją aż tak mało? Na-

gle poczuła się bardzo słabo. Zupełnie, jakby uszło z niej całe powietrze. 

—Jesteś mi tak bliski, jesteś ojcem dziecka, które noszę pod sercem — za-

częła — a podejrzewasz, że skrzywdziłam Linę? Ja przez to pójdę do więzienia, 
Tron. Jak mogłeś mi coś takiego zrobić? — Spuściła wzrok. 

Odchrząknął. 

— Toczy się śledztwo, ale  lensman nie może  wtrącić cię do więzienia bez 

dowodów. Przyjdzie tu dziś, żeby cię przesłuchać. 

TLR

background image

Tannel patrzyła na niego przez dłuższą chwilę. Miała wrażenie, że coś w niej 

umarło. 

—Nie mamy już sobie nic do powiedzenia, Tron. Zegnaj. 

Łzy pojawiły się dopiero wtedy, gdy stała już na schodach. Tron w nią zwąt-

pił. Dlaczego? Świadomość utraconej miłości była dla niej bardzo bolesna. Tron 
przestał być tym chłopcem, w którym się zakochała. 

Zdradził ją już wcześniej, ale to, co zrobił teraz, było najgorsze. Sprawiało 

jej największy ból. 

Szła po schodach. Co z nią teraz będzie? Czy naprawdę trafi do więzienia? 

Gdy otworzyła drzwi do kuchni, Marit rzuciła jej przelotne spojrzenie. 

—Jezu,  czy  coś  się  stało?  Wyglądasz,  jakbyś  zobaczyła  ducha.  —  Służąca 

uśmiechnęła się lekko i wróciła do swojej pracy. 

Dziewczęta napaliły w kominku i w salonie zrobiło się ciepło i przyjemnie. 

Amalie siedziała na kanapie i wygrzewała się z lubością. Aleksander, jak zwykle 
w swoim fotelu, wpatrywał się w drgające płomienie. Milczał, ale Amalie wcale 
to nie przeszkadzało. Cisza dobrze jej robiła. 

Poprzedniego dnia była z Tronem w szpitalu. Zobaczyła tam wielu smutnych 

i chorych ludzi. Szła za bratem długim korytarzem. Wszędzie unosił się silny i 
drażniący zapach leków, z niektórych pokojów dochodziły głośne krzyki cierpią-
cych pacjentów. 

Lina leżała w rogu pustej sali. Twarz miała trupiobladą, oczy zamknięte. Jej 

włosy, zazwyczaj piękne i zadbane, były zmierzwione i sklejone od potu. Leka-
rze zabandażowali jej głowę. 

Amalie  rozparła  się  wygodnie  na  kanapie  i  wsłuchała  w  tykanie  zegara 

ściennego. Gdy wybił w końcu trzecią, mimowolnie się wzdrygnęła. Zbliżała się 
pora obiadu. Może zdąży jeszcze zaczerpnąć świeżego powietrza? 

— Pójdę się przejść, na dworze taka piękna pogoda. Może wybierzesz się ze 

mną? — zapytała. 

Aleksander odwrócił się do niej. 

— Chcesz, żebym poszedł z tobą na spacer? 

TLR

background image

Skinęła głową. 

— Na pewno dobrze ci to zrobi, poza tym zawsze miło jest mieć towarzy-

stwo. 

Odstawił szklankę na stół. 

—  Cóż,  może  faktycznie  przechadzka  to  dobry  pomysł.  Poczekaj  na  mnie 

chwilę, muszę się przygotować. 

Amalie wzięła płaszcz i buty, ubrała się szybko i wyszła. 

Stała  przed  domem  i  przyglądała  się  zabawom  dzieci.  Rzucały  w  siebie 

śnieżkami i budowały śnieżny fort. 

Amalie uśmiechnęła się do nich. Ona także bawiła się tak z Tronem, kiedy 

byli dziećmi. Gdy tylko spadł pierwszy śnieg, brat wpychał ją w zaspy. Najczę-
ściej kończyło się to awanturą. Westchnęła. To było tak dawno temu. Ich beztro-
skie dzieciństwo dobiegło końca. 

—  Tu jesteś,  Amalie.  —  Aleksander  podszedł  do  niej. —  Przepraszam,  że 

zajęło to tyle czasu, ale musiałem dać instrukcje nowej służącej. Jest jeszcze nie 
w pełni wdrożona w swoje obowiązki. Chciała podać dziś na obiad rybę. Ryba... 
—  Potrząsnął  głową.  —  Nie,  zdecydowanie  wolę  mięso.  Ale  chodźmy  już.  — 
Podał jej ramię. 

Mijani ludzie pozdrawiali Aleksandra, a on odpowiadał im skinieniem gło-

wy. Amalie domyśliła się, że ojciec Liny musi być w tym mieście ważnym i sza-
nowanym człowiekiem. 

W pewnej chwili  Aleksander spojrzał na człowieka, który szedł po drugiej 

stronie ulicy. Najwyraźniej go znał, ale wolał nie zauważyć. Zmrużył oczy i udał, 
że  jest  bez  reszty  pochłonięty  podziwianiem  zaprzęgu,  który  właśnie  ich  mijał. 
Amalie  nie  zapytała  go,  kto  to  taki,  ale  spostrzegła,  że  twarz  Aleksandra  spo-
chmurniała. 

Po jakimś czasie przeszli na drugą stronę ulicy.  Amalie poznawała tę  oko-

lic^. Po lewej stronie mijali dom, w którym kiedyś mieszkała Sofie. Przez otwar-
te okno dobiegał dziecięcy śmiech. U Ellen wciąż pewnie mieszkały dzieci. 

—  Nie  mogę  iść  dalej,  Amalie.  Niedługo  muszę  być  w  szpitalu.  Jestem 

umówiony z doktorem. 

TLR

background image

— Oczywiście. — Uśmiechnęła się do niego serdecznie. — Mam nadzieję, 

że z Liną wszystko będzie dobrze. 

Zmarszczył brwi. 

— Tannel już dość napsuła nam krwi. Przyszła do nas z tą niewiarygodną hi-

storią, że ojcem jej nienarodzonego jeszcze dziecka jest Tron! — prychnął. — Co 
za  bezczelność!  Tron  to  przecież  człowiek  honoru i niegodziwością  jest tak  go 
oczerniać. Zupełnie nie rozumiem tej kobiety, ale — wspomnisz moje słowa — 
spotka ją zasłużona kara. Kiedy wczoraj wieczorem rozmawiałem z lensmanem, 
dowiedziałem się, że już siedzi w więzieniu. 

Amalie stanęła jak wryta i przygryzła wargę. 

— Lensman popełnił błąd! To nie Tannel napadła na Linę. Znam ją! 

Aleksander jęknął cicho. 

— Oczywiście, że to ona, Amalie. Nie bądź taka naiwna. Nie potrafiła nawet 

powiedzieć, gdzie była, kiedy doszło do tej napaści. Żadna ze służących jej wte-
dy nie widziała. 

Zajrzał jej głęboko w oczy, a ona nie odwróciła wzroku. 

— Może siedziała w swoim pokoju. 

Aleksander potrząsnął głową. 

— Nie było jej tam. Tannel twierdzi, że pracowała w kuchni, ale to też się 

nie zgadza. Ta dziewczyna jest do cna zakłamana. 

— Nie, to... 

— Sprawa została już wyjaśniona — przerwał jej. — I dzięki Bogu. Przy-

najmniej nikomu więcej nie zrobi już krzywdy. 

Amalie uznała, że najlepiej będzie milczeć. Nie mogła przecież powiedzieć 

Aleksandrowi, że to faktycznie Tron jest ojcem dziecka. Niech brat sam się do 
tego przyzna, jeśli kiedyś zbierze się na odwagę. 

— Może jednak pójdziemy dalej? — spytał Aleksander uprzejmie. 

Skinęła głową. 

TLR

background image

— Oczywiście. 

Gdy doszli do torów kolejowych, znów zaczął padać śnieg. Amalie drżała z 

zimna,  ale  mimo  to  uważała,  że  dobrze  jest  być  na  dworze.  Tęskniła  za  jazdą 
konną.  Chciała  dosiąść  Czarnej  i  puścić  się  przed  siebie  galopem,  przemierzać 
zasypane śniegiem równiny, czuć na twarzy smaganie wiatru. Niedługo wróci do 
domu. Do świerków i dzikiego lasu. Kongsvinger było pięknym, tętniącym ży-
ciem miastem, ale to nie tutaj był jej dom. Nigdy nie mogłaby zamieszkać tu na 
stałe. 

Aleksander zatrzymał się przed budynkiem stacji. 

— Muszę cię tutaj zostawić na chwilę. Mam tu znajomego. Chciałbym z nim 

o czymś porozmawiać. Poradzisz sobie sama? 

— Oczywiście — odparła Amalie z uśmiechem. — Idź, a ja się trochę rozej-

rzę. 

Aleksander skłonił się jej i zniknął w tłumie. 

Stała  przed  stacją  i przyglądała  się  ludziom.  Nagle  poczuła  czyjąś  dłoń  na 

ramieniu. Odwróciła się i spojrzała prosto w uśmiechniętą twarz Mittiego.

TLR

background image

 

Rozdział 3 

 

Jak długo się w siebie wpatrywali? Nie miała pojęcia. Jego wzrok zdawał się 

ją palić. Widziała w jego oczach coś, czego nie było w nich od dawna. Czy to tę-
sknota? Tęsknił za nią mimo wszystko? 

Cofnęła  się  o  krok,  usiłowała  patrzeć  w  innym  kierunku.  Mitti  wyciągnął 

dłoń i pogładził ją po policzku. 

— Wszystko u ciebie dobrze, Amalie? Wydajesz się smutna. 

Jego głos był serdeczny, pełen troski i niepokoju. Zamrugała oczami, kiedy 

znów położył dłoń na jej ramieniu. 

— Moja matka umarła, Mitti. 

Pokiwał powoli głową. 

— Bardzo mi przykro, Amalie. Pamiętam, jak się czułem, kiedy moja matka 

odeszła. To boli bardzo długo. 

— Tak — potwierdziła i spojrzała na niego. — A ty? Jak się miewasz? — 

Spróbowała się uśmiechnąć, ale nie przyszło jej to łatwo. Mitti był taki piękny, a 
to, co do niego czuła, całkowicie ją teraz przytłaczało. Na sam jego widok miękły 
jej kolana: 

— Tęsknię za tobą. — Znów delikatnie pogładził ją po policzku. 

Amalie rozejrzała się szybko. Pod murem stali dwaj mężczyźni i palili papie-

rosy. Poza tym byli sami. Popatrzyła w ciemne oczy Mittiego. 

— Tęskniłeś za mną? A ja myślałam... 

— Cicho, kochanie. Oczywiście, że za tobą tęsknię. A co myślałaś? 

— Słyszałam coś innego — wyjąkała. Pomyślała o Tannel, która jej powie-

działa, że Mitti jest bez reszty zakochany w swojej żonie i całkowicie jej odda-
ny... 

Przyciągnął ją do siebie. 

TLR

background image

— Co słyszałaś? — wyszeptał jej do ucha. 

Miała wrażenie, że zapada się gdzieś głęboko. Jego twarz była tuż przy jej 

twarzy. Minęło tyle czasu. Myślała, że już nigdy gó nie zobaczy, a teraz on tulił 
ją do siebie. Jego silne ciało było tak blisko. Wróciły wspomnienia tego, co się 
stało w lesie. Ale wszystkie te myśli, wszystkie uczucia znikły, kiedy się od niej 
odsunął. Pamiętała o tym, co straciła, lecz musiała wziąć się w garść. Była teraz 
mężatką; a Mitti miał żonę. 

— Co słyszałaś? — zapytał ponownie. 

— To teraz bez znaczenia, Mitti. Tyle się wydarzyło. Proszę, zapomnij, że w 

ogóle zaczęłam o tym mówić. 

Wyciągnął z kieszeni zegarek na srebrnym łańcuszku i westchnął ze smut-

kiem. 

— Muszę już iść. Niestety. 

Nie idź jeszcze, pomyślała, ale uśmiechnęła się dzielnie. 

— Oczywiście. 

—Jesteś szczęśliwa z Olem? 

Skinęła głową. 

—  Tak,  jestem  szczęśliwa  —  skłamała.  Za  chwilę  Mitti  znów  ją  zostawi. 

Zdusiła łkanie. Musiała być silna! 

— Naprawdę powinienem już iść. Żona na mnie czeka. Może się jeszcze zo-

baczymy. — Odwrócił się, żeby odejść, ale nagle zmienił zdanie. Znów do niej 
podszedł i wycisnął na jej wargach namiętny pocałunek. Dopiero teraz poczuła 
naprawdę, jak bardzo za nim tęskniła. Gdy uwolnił ją z uścisku, drżała na całym 
ciele. 

 Spojrzał na nią z miłością. 

— Nigdy o tobie nie zapomniałem i nigdy nie zapomnę. Łączyło nas praw-

dziwe uczucie, Amalie. Ale teraz mam zostać ojcem. Próbowałem o tobie zapo-
mnieć i ułożyć sobie życie. — Czuła na twarzy jego oddech. — Kocham cię. — 
Odwrócił się i puścił pędem przez ulicę, nie oglądając się za siebie. 

TLR

background image

Stała i patrzyła za nim. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do niej znaczenie 

jego słów. Mitti miał zostać ojcem, ale powiedział, że ją kocha. Zasłoniła twarz 
dłońmi i w końcu dała upust łzom. 

W tej samej chwili podszedł do niej Aleksander. 

— Musimy już wracać do domu. Nie sądziłem, że zajmie mi to tyle czasu. 

Mam nadzieję, że się nie nudziłaś? 

Amalie doszła do siebie. Jak długo właściwie płakała? Nie zważała na ludzi, 

którzy mogli ją zobaczyć w takim stanie. Na szczęście  w tym mieście znało ją 
niewiele osób. 

Otarła oczy i poprawiła włosy. Ruszyła za Aleksandrem, który nawet nie za-

uważył, że jej twarz jest mokra od łez. 

— Idziesz do szpitala? 

Odwrócił głowę. 

— Tak. 

— W takim razie chętnie wybiorę się z tobą. 

Aleksander szedł przed nią, ledwo widoczny w coraz silniejszej zadymce. Po 

drodze Amalie myślała, że czas już wracać do domu, do Olego. Niezależnie od 
tego, jak się między nimi układało. Nie była już małą, dziewczynką, tylko doro-
słą kobietą i musiała ułożyć swoje sprawy. 

Najprawdopodobniej nigdy już nie spotka Mittie' go. Teraz przede  wszyst-

kim  musi  odzyskać  Olego.  Musi.  Uratuje  ich  małżeństwo,  zanim  się  rozsypie, 
zanim będzie za późno. 

Dogoniła Aleksandra przed szpitalną bramą. Wydawało jej się, że już z da-

leka czuje zapach leków. Zmarszczyła nos. Nagle zrobiło jej się niedobrze. 

Po  raz  kolejny  przemierzyła  korytarz  i  doszła  do  pokoju,  w  którym  leżała 

Lina.  Tron  siedział  na  krześle  u  wezgłowia  i  trzymał  narzeczoną  za  rękę.  Gdy 
Amalie i Aleksander stanęli w drzwiach, podniósł lekko głowę i spojrzał na nich. 
Wydawał się zmęczony. Włosy miał zmierzwione, koszulę zmiętą. 

Aleksander pochylił się nad córką i odgarnął jej włosy z czoła. 

TLR

background image

— Nic się nie polepszyło? 

Tron potarł twarz. 

— Nie, jest bez zmian. 

Amalie znalazła krzesło i przysunęła je do łóżka. Spojrzała na Linę. Bandaż 

na  jej  głowie  wymagał  wymiany.  Ramiączka  koszuli  nocnej  zsunęły  się  z  jej 
szczupłych,  białych  ramion.  Włosy  miała brudne  i  wciąż  sklejone  W  strąki  za-
krzepłą krwią. 

— Musisz zadbać o siebie, Tron. To, że się zagryziesz, nie pomoże Linie. 

Tron posłał jej wymuszony, smutny uśmiech. 

— Wiem o tym, siostrzyczko. Ale muszę tu być, kiedy ona się obudzi. 

Amalie  podniosła  wzrok,  bo  do  pokoju  weszła  pielęgniarka.  Jej  niebieska 

sukienka i wykrochmalony, biały fartuch szeleściły. 

Tron wstał. 

— Zajmie się pani teraz Liną? 

Pielęgniarka skinęła głową. 

— Muszę ją umyć i przebrać. Proponuję, żebyście wrócili jutro. Poślemy do 

was gońca, jeśli coś się zmieni. 

Aleksander dźwignął się z miejsca. 

— Muszę porozmawiać z lekarzem. Jest tu jeszcze? 

Kobieta skinęła głową. 

— Tak, powinien być w swoim gabinecie. Wie pan, gdzie to jest? 

— Tak. 

Tron ruszył niechętnie do drzwi. 

— Chodź, Amalie. Musimy iść. 

Wyszli  na  korytarz.  Aleksander  poszedł  do  gabinetu  doktora,  a  Tron  przy-

stanął i pokręcił głową. 

— Nie wiem, jak się to wszystko skończy. Lina leży jak martwa. 

TLR

background image

— Nie możesz tak myśleć, Tron. Zobaczysz, dojdzie do siebie. 

— Naprawdę w to wierzysz? 

— Tak. Chodź już, zbliża się pora obiadu. 

Tron zawahał się i spojrzał na zamknięte drzwi gabinetu lekarskiego. 

I wtedy stanął w nich Aleksander. Amalie od razu zobaczyła, że nie ma do-

brych wieści. 

— Mam złe wiadomości, Tron. Porozmawiamy w drodze do domu. 

— Co się stało? — zapytał Tron, gdy ruszyli przez ulicę. 

— Doktor powiedział, że Lina ma uraz mózgu. 

— Czy to trwały uraz? 

Aleksander spojrzał na niego. 

— Trudno powiedzieć, czy w ogóle się obudzi. Ale to, że już tak długo jest 

nieprzytomna,  to  zły  znak.  —  Potrząsnął  głową.  —  Chodźmy  do  domu. Zapo-
wiada się śnieżyca. Ten północny wiatr i te chmury... 

Amalie myślała o tym, co powiedział Aleksander. Wiadomość była straszna, 

ale może doktor się mylił. Nic nie jest pewne, dopóki Lina się nie obudzi. 

— Nie wytrzymam tu dłużej. Chcę wrócić do Furulii — szepnął Tron. 

Amalie pociągnęła go za ramię. 

— Musisz najpierw zobaczyć, co będzie z Liną. 

— Wiem. 

 Aleksander  wszedł  do  ogrodu  pierwszy  i  wbiegł  po  schodach  do  domu. 

Amalie szła za Tronem, ale zatrzymała się na dźwięk dobrze sobie znanego gło-
su. To Mitti! Wyszedł im na spotkanie, lecz nawet na nią nie spojrzał, tylko sta-
nął przed Tronem. 

—  Czemu  powiedziałeś  lensmanowi,  że  to  może  Tannel  napadła  na  twoją 

narzeczoną? — Wygrażał mu pięścią. 

Tron cofnął się o krok wyraźnie wystraszony. 

TLR

background image

— Nie chciałem tego powiedzieć. Nie chodziło mi o to, że ona to zrobiła, ale 

o to, że była w pobliżu. 

— Tannel jest teraz w więzieniu. Musisz ją stamtąd wyciągnąć! 

Tron wybałuszył oczy. 

— To nie będzie takie proste. Lensman mnie pewnie nie posłucha. 

— Tannel jest w ciąży. Z tobą. Jesteś za nią odpowiedzialny! — Mitti zbli-

żył się do niego o kolejny krok. 

Amalie  patrzyła  na  nich.  Zaraz  skoczą  sobie  do  oczu.  Musiała  ich  po-

wstrzymać! Stanęła między nimi i popatrzyła na Mittiego. 

— Tron jest bardzo wzburzony. Właśnie się dowiedział, że Lina może nigdy 

nie wyzdrowieje. Musisz wybaczyć mojemu bratu. 

Mitti patrzył ponuro. Przez chwilę  Amalie miała wrażenie, że zatopi się  w 

jego oczach. Na dworze było zimno, ale ona poczuła nagłe uderzenie gorąca. 

Tron odsunął ją zdecydowanym ruchem. 

— Rozumiem cię, Mitti. Naprawdę. Jestem jednak przekonany, że jeśli Tan-

nel  jest  niewinna,  szybko  wyjdzie  z  więzienia.  Nie  mogą  jej  tam  trzymać  bez 
dowodów. A ja zrobię wszystko, co w mojej mocy. Obiecuję. 

Mitti nie wydawał się przekonany, ale mimo to skinął głową. 

— Muszę ci zaufać, Tron, i mam nadzieję, że faktycznie pomożesz Tannel. 

Ja, niestety, jestem zmuszony wracać do Finlandii. — Odwrócił od niego wzrok i 
nagle przyciągnął do siebie Amalie. — Dobrze było znowu cię widzieć — szep-
nął jej do ucha. Jego oddech łaskotał jej skórę. — Powodzenia, kochanie! — Pu-
ścił ją i zniknął w śnieżnej zadymce. 

Amalie uśmiechnęła się niepewnie do Trona. Co on sobie teraz myślał? 

Ale brat potrząsnął tylko głową. 

— Kochanie? Na Boga, przecież oboje jesteście po ślubie! 

Amalie westchnęła. 

— Nic z tego nie rozumiesz, więc lepiej zapomnij, że w ogóle to słyszałeś. 

TLR

background image

— Ależ owszem, rozumiem. Ja też nie mogę zapomnieć o Tannel. Do dia-

bła!  To  wcale  nie  jest  takie  łatwe.  Kiedy  znów  ją  zobaczyłem,  ogarnęła  mnie 
straszna tęsknota. Do diabła! — zaklął jeszcze raz i kopnął ze złością stertę śnie-
gu. 

Tannel  zrobiła  głęboki  wdech  i  westchnęła.  Z  zimna  szczękały  jej  zęby. 

Przez szczeliny pomiędzy cegłami przenikał lodowaty wiatr. Z rękami skrzyżo-
wanymi na piersi chodziła po celi w tę i z powrotem. Nawet łzy, które płynęły po 
jej policzkach, były zimne. Zupełnie jakby zamarzały. 

Zerknęła za okno. Na dworze hulał wiatr, płatki śniegu tańczyły za kratami. 

Od okna i ścian ciągnęło takie zimno, że w celi trudno było wytrzymać. Tannel 
nie przypominała sobie, żeby kiedykolwiek wcześniej tak marzła. Owszem, zimą 
w jej rodzinnym domu bywało ciężko, ale nigdy tak jak tutaj. Mieli przynajmniej 
izbę z kominkiem. Nagle ogarnęła ją tęsknota za domem. Ciekawe, co teraz robi 
ojciec? Jest na polowaniu? Grzeje się w saunie? A może zajmuje się chłopcami? 

 Czy ktoś jej pomoże? Zamieniła z Mittim zaledwie kilka słów, bo brat mu-

siał wracać do Finlandii. Obiecał, że przed wyjazdem powiadomi Petera, ich naj-
starszego brata, ale Peter na pewno nie zdoła wyrwać się z domu. Jeśli u nich sy-
pało tak jak tutaj, nikt nie przedrze się przez las. 

Tannel rozejrzała się po maleńkiej celi. W kącie stało łóżko. Nie było na nim 

kołdry, tylko szorstki, wełniany pled. Jeśli zostanę tu dłużej, zamarznę na śmierć, 
pomyślała, opadając na posłanie. Podciągnęła kolana pod brodę i utkwiła wzrok 
w ścianie. Włosy zasłoniły jej twarz. Znów się rozpłakała. 

Zamknęli ją w więzieniu, chociaż była niewinna. Nawet nie tknęła Liny. A 

Tron, którego tak kochała, bez mrugnięcia okiem oskarżył ją przed lensmanem! 

Kołysała się na łóżku, z twarzą wtuloną w pled. Nagle podniosła głowę. Mo-

że Amalie jej pomoże? Ma dobre serce i jest szlachetna. Zrozumie chyba jej sytu-
ację. Ale czy na pewno? Przypomniała sobie ich ostatnią rozmowę. Amalie po-
wiedziała, że jej wierzy. Tannel chwyciła się tej myśli jak tonący brzytwy. Tak, 
Amalie na pewno pomoże jej wydostać się z tej lodowatej celi. 

A  wtedy  Tannel  natychmiast  wróci  do  domu  i  nigdy  już  nie  wróci  do 

Kongsvinger. I raz na zawsze zapomni o Tronie.

TLR

background image

 

Rozdział 4 

 

Tron  dolał  sobie  wódki.  Amalie  uważnie  go  obserwowała.  Poprzedniego 

dnia Lina wreszcie się obudziła. Doktor zbadał ją dokładnie, ale nie był jeszcze 
w stanie powiedzieć, czy odniosła jakieś trwałe obrażenia. 

Tron westchnął i pochylił się nad stołem. Znów napełnił kieliszek. Spojrzał 

na siostrę zamglonym wzrokiem. Amalie widziała, że jest coraz bardziej pijany, 
ale nie mogła nic powiedzieć. Tron był zrozpaczony; nie wiedział, co ma zrobić. 

Aleksander zamknął się w swoim pokoju i z nikim nie rozmawiał. 

Amalie upiła łyczek ze swojego kieliszka. Cały czas uważnie słuchała Trona. 

Nagle brat wydał jej się bardzo podobny do matki. 

— Nie chcę nawet myśleć, jak będzie wyglądała moja przyszłość z Liną. Nie 

wiem,  czy  sobie  z  tym  poradzę.  Przecież  nigdy  jej  nie  kochałem.  Zawsze  była 
tylko Tannel. Dobry Boże, jakim ja byłem głupcem! 

Amalie chciałaby go pocieszyć, ale nie bardzo wiedziała, jak. Ostrzegała go 

przecież, a teraz było już za późno. Nie mógł zostawić Liny w takim stanie. 

Tron spojrzał na nią. 

— Kiedy spotkałem Tannel, byłem wobec niej taki zimny. Nie zasłużyła na 

to. Powinna znaleźć sobie kogoś lepszego niż ja. 

 Amalie zamknęła oczy. Słyszała trzask ognia w kominku i wycie wiatru za 

oknem. 

— Muszę pomówić z Tannel — ciągnął brat. — Jeśli Aleksander zapyta o 

mnie, nie mów mu, gdzie jestem. Muszę powiedzieć Tannel, że ją kocham! 

Amalie spojrzała mu w oczy. Owładnęła nim teraz ślepa rozpacz, dlatego nie 

mógł jasno myśleć. 

— Czemu chcesz zawracać jej głowę, skoro i tak nie możecie być razem? 

Ruszył do drzwi. 

TLR

background image

— Idę tak czy inaczej. 

Amalie bezradnie potrząsnęła głową. 

Ale Tron nie zaszedł daleko, bo w progu pokoju stanął nagle Aleksander. 

— Wychodzisz? Mam nadzieję, że do Liny, bo ona cię teraz bardzo potrze-

buje. Oczekuję, że zaopiekujesz się swoją narzeczoną. Patrzyłem przez palce na 
wiele rzeczy, Tron, ale jeśli teraz mnie zawiedziesz, dam znać Knutowi, że nale-
ży sporządzić nową umowę. 

Tron zacisnął pięści. 

— Skąd wiesz o umowie? 

— Nie bądź naiwny. Wiem o wszystkim, co robisz. Masz się trzymać z dala 

od tej Finki. Jeśli usłyszę, że się z nią spotykasz, nie będziesz miał czego szukać 
w Kongsvinger! 

Tron podszedł do niego. 

— Grozisz mi? 

Aleksander skinął głową. 

— Mówię po prostu, jak jest. Wszystko zależy teraz od mojej dobrej woli. 

Jeśli będziesz mnie słuchał, szybko dotrzesz do celu. Ale musisz ożenić się z Li-
ną i się nią zajmować! 

Tron  poczerwieniał  po  cebulki  włosów.  Wyglądał,  jakby  wstrzymywał  od-

dech. W końcu powiedział: 

— Rozumiem, co do mnie mówisz, Aleksandrze, ale nie pozwolę, żebyś mi 

groził. Nie życzę sobie, żeby to się powtórzyło. 

Aleksander zaśmiał się cicho.  

— A więc to ty mi teraz grozisz? — Potrząsnął głową. — Nasza rozmowa 

dobiegła końca. — Uderzył dłonią w oparcie fotela. — Idź już, mój drogi, i zaj-
rzyj po drodze do pastora. Im szybciej się pobierzecie, tym lepiej. 

Tron skłonił się nieznacznie i dopadł drzwi. 

Aleksander podszedł wolno do barku. Odwrócił się i spojrzał na Amalie. 

TLR

background image

— Nie sądź mnie zbyt surowo, moja droga, ale nie mogę sobie teraz pozwo-

lić  na  to,  żeby  stracić  Trona.  Oczywiście  chodzi  tu  także  o  mój  interes,  bo  po 
prostu nie zdołam sam zaopiekować się Liną. To bardzo ważne, żeby Tron przy 
niej był. W jego obecności na pewno szybciej wyzdrowieje. 

Amalie nie chciała się w to mieszać. W końcu była gościem Aleksandra. A 

Tron sam wybrał Linę. Musiał wypić piwo, którego nawarzył. Tak już po prostu 
było. Nie chciała stawać po niczyjej stronie. Aleksander był surowym człowie-
kiem, ale w wielu sprawach miał całkowitą rację. 

— Nie masz mnie za co przepraszać — rzuciła krótko. 

Jak się teraz miewała Tannel? Była w ciąży i siedziała w więzieniu. Na pew-

no czuła się samotna i porzucona. Amalie bardzo jej współczuła. Była zła na bra-
ta za jego brak taktu i bezmyślność; jak mógł wspomnieć lensmanowi o Tannel? 
Biedna Finka liczyła, że będą razem, a Tron  wszystko zniszczył.  Amalie  miała 
jednak nadzieję, że lensman odkryje, kto naprawdę napadł na Linę. Chciała wie-
rzyć, że sprawiedliwość zwycięży i że Tannel urodzi swoje dziecko w domu — 
tam, gdzie jest jej miejsce. 

Podeszła do okna i westchnęła cicho. Na dworze 

hulał wiatr i sypał śnieg. Kiedy będzie mogła wrócić wreszcie do domu? W 

taką śnieżycę było to niemożliwe. Czarna sobie nie poradzi, ale może będą mogli 
pożyczyć sanie od Aleksandra? Widziała za domem powozy, sanie i dwie piękne 
karety. 

Aleksander stanął obok niej. 

— Mam nadzieję, że dziś wieczorem będziesz mogła pełnić obowiązki go-

spodyni w moim domu. Spodziewam się gości, a skoro Liny nie ma... 

—  Oczywiście.  To  dla  mnie  zaszczyt.  —  Wcale  nie  była  pewna,  czy  fak-

tycznie  tak  myśli.  Wolałaby  raczej  wcześniej  się  położyć  i  zagłębić  w  świecie 
snów. Tęskniła za domem. Ciekawe, co teraz robi Ole? Myśli o niej, czy może 
postawił już na niej krzyżyk? 

— Świetnie, Amalie. A więc umowa stoi. 

Amalie skubała nerwowo rąbek sukni. 

TLR

background image

—  Strasznie  tęsknię  za  domem,  ale  w  taką  pogodę  nie  mogę  tam  jechać. 

Czarna... 

—  Możesz  jechać,  kiedy  tylko  zechcesz  —  przerwał  jej  Aleksander.  — 

Znam kogoś, kto może ci towarzyszyć. 

— Kto to taki? 

Aleksander uśmiechnął się szeroko. 

— To twój mąż, Ole Hamnes! 

Amalie zatkało. Spojrzała zdumiona na Aleksandra. 

— Ole?! To niemożliwe, jego tu nie ma. 

Gospodarz nalał sobie kolejny kieliszek. 

— Przyjechał wczoraj wieczorem, ale zatrzymał się w gospodzie. Będzie tu 

dzisiaj. 

Amalie nabrała głęboko powietrza. To niewiarygodne. Dopiero co myślała o 

Olem, a on był tutaj, w Kongsvinger! 

— Spodziewam się też dziś wieczorem innego gościa. To Harald Wiik... 

— Kto to jest? — zapytała Amalie, głównie po to, żeby coś powiedzieć. 

Aleksander uniósł brwi i usiadł w fotelu. 

— Nie słyszałaś o nim? 

— Nie. 

— Pochodzi ze starego, szlacheckiego rodu. To bardzo bogaty człowiek. Ma 

wiele  posiadłości  pod  miastem.  Jego  majątek  obejmuje  także  lasy.  Ale  to  nie 
wszystko: należy do niego największy dom w promieniu kilkudziesięciu kilome-
trów. 

— Aha. A o czym będziecie rozmawiać? — Amalie myślała o Olem. Nie ro-

zumiała, jaką to sprawę mógł mieć tu do załatwienia. Z pewnością nie intereso-
wał go handel tkaninami na suknie. 

Aleksander  wstał  i  dorzucił  drew  do  kominka.  Szczapy  szybko  zajęły  się 

ogniem. Gospodarz odwrócił się do Amalie. 

TLR

background image

— To na pewno nic ciekawego dla ciebie. Kobiety rzadko zawracają sobie 

głowę interesami. Po obiedzie przejdziemy do biblioteki. Długo stała zamknięta, 
ale dziś wieczorem znów z niej skorzystamy. 

Amalie odchrząknęła. 

— Rozumiem. 

— W takim razie będziesz gotowa na siódmą? 

Skinęła głową i zamyślona, wyszła z pokoju. Czuła nerwowy ucisk w żołąd-

ku. Jak to będzie znowu zobaczyć Olego? 

Amalie ujrzała męża, gdy tylko zeszła po schodach. Siedział odwrócony do 

niej plecami. Rozpoznała jego szerokie bary i sposób, w jaki siedział. Serce zabi-
ło jej mocniej w piersi, zadrżała ze zdenerwowania. Za chwilę odwróci się i na 
nią spojrzy. Czy jego wzrok będzie zimny, czy może pełen miłości? 

Przez  moment  stała  jak  sparaliżowana.  Jak  to  będzie  znów  spojrzeć  mu  w 

oczy?  Nie  przyjęła  jego  przeprosin  rano,  po  tym  jak...  Myśli  kłębiły  się  w  jej 
głowie. Za chwilę się odwróci. 

Zauważył ją Aleksander i przywołał gestem dłoni. 

Dobry Boże. Jakże ona się bała... W tym momencie Ole się odwrócił. Na je-

go twarzy nie było ani śladu uśmiechu. 

Mimo to zerwał się z miejsca i podbiegł do niej z otwartymi ramionami. 

— Amalie, moja żono! Tak dobrze cię widzieć. 

Cofnęła się o krok; zrozumiała, że to tylko przedstawienie. Jego spojrzenie 

było obojętne. Uścisnął ją mocno, ona zaś poczuła zapach przetrawionego alko-
holu. Westchnęła na myśl, że nie przestał pić. 

Była tak rozczarowana, że czuła niemal fizyczny ból. Miała ochotę wybiec z 

pokoju,  ale  opanowała  się  i  uśmiechnęła  sztywno,  pozwalając,  by  ściskał  jej 
dłoń. 

— Chodź, usiądź przy mnie z mężczyznami. — Pochylił się nad nią. — Bo 

lubisz to, prawda? — szepnął jej do ucha. 

TLR

background image

Zesztywniała.  Ole  był  bezczelny,  takie  uwagi  stawiały  ją  w  złym  świetle. 

Rozczarowanie sprawiło, że do jej oczu napłynęły łzy. Dopiero teraz zrozumiała, 
jak wielką miała nadzieję, że zobaczy tego Olego, którego kiedyś poznała i po-
kochała. A nie tego innego, obcego człowieka, który tylko pil i wciąż był na nią 
zły. Niechętnie poszła za nim do stołu. 

Ole teatralnym gestem wysunął dla niej krzesło i skłonił się głęboko. Na je-

go wargach igrał leciutki uśmiech. Wciąż żywił do niej urazę i był na nią wściek-
ły, że go zostawiła. 

Amalie zebrała fałdy sukni i usiadła. Ole zajął miejsce obok niej, a Tron po 

drugiej stronie stołu. Wydawał się przygnębiony; cały czas skubał nerwowo le-
żącą przed nim serwetkę. 

Amalie skinęła głową człowiekowi, który był zapewne Haraldem Wiikiem. 

Miał włosy koloru ciemnej  miedzi, zielone oczy, przyjemną, wąską twarz i cza-
rujący uśmiech. 

Podniósł się i wyciągnął do niej rękę. 

— Dobry wieczór. Nazywam się Harald Wiik. Miło mi panią poznać. 

Uścisnęła jego dłoń z uśmiechem. 

— Amalie Hamnes. 

Aleksander  zaczął  rozmawiać  z  Olem.  Wszyscy  goście  gawędzili  swobod-

nie, ale jej cały czas się wydawało,  że czuje na sobie uważne spojrzenie męża. 
Tron zaś na wszystkie pytania Aleksandra odpowiadał monosylabami. 

Ten  wieczór będzie się ciągnął w nieskończoność, pomyślała  Amalie. Nie-

chętnie skubała solone kawałki mięsa, które wydawały jej się odrażające. Kiedy 
służąca sprzątnęła wreszcie ze stołu, odetchnęła z ulgą. 

Harald Wiik mówił o swoich posiadłościach. Powtarzał, że bardzo go cieszy 

świeżo nawiązana znajomość z Aleksandrem. 

Ole szturchnął ją w ramię. 

—  Słyszałem,  że  byłaś  na  przyjęciu i  że  to  ty  znalazłaś  Linę.  Gratuluję  ci 

przytomności umysłu. 

Spojrzała mu głęboko w oczy. 

TLR

background image

— Dziękuję, Ole. — Wątpiła, by jego pochwała była szczera. 

—  Jak  się  miewa  twoja  biedna  córka?  —  spytał  Harald,  nalewając  sobie 

resztę wódki do kieliszka. 

Aleksander odchrząknął. 

—  Niestety,  niezbyt  dobrze.  Pewnie  trochę  to potrwa,  zanim  wyzdrowieje. 

Na szczęście mamy Trona. — Uśmiechnął się do przyszłego zięcia i poklepał go 
po ramieniu. 

Spojrzenie Trona pociemniało. Uśmiechnął się niechętnie. 

Ole odłożył sztućce. 

— Słyszałem, że Tannel siedzi w więzieniu tu, w mieście. 

— Owszem. Mam nadzieję, że tam zgnije — powiedział Aleksander. 

Ole uniósł brwi. 

— Ach, tak? 

Harald wyprostował plecy. 

— Tannel? A któż to taki? 

Do rozmowy wmieszała się Amalie: 

—  Tannel  mieszkała  jakiś  czas  w  Svullrya  i  pracowała  dla  nas  w  Furulii. 

Dobrze ją znamy. Nie sądzę, żeby miała cokolwiek wspólnego z napadem na Li-
nę. Niedawno dostała pracę u kupca Knuta Ivarssona i jego żony. Została aresz-
towana, bo podobno widziano ją w pobliżu miejsca wypadku. 

— Ach, tak? — Harald się zamyślił. 

Aleksander wstał wolno z miejsca. 

— Próbowała zastawić sidła na biednego Trona. Pomyśleć, że chciała zabić 

moją córkę!  Ta dziewczyna ma nie po kolei w głowie, powinna siedzieć w za-
mknięciu przez resztę życia! — Westchnął ciężko i rozejrzał się dokoła. — Ale 
nie chcę już o tym mówić. Wstańmy lepiej od stołu i porozmawiajmy o intere-
sach. 

Amalie bardzo ucieszyły te słowa. Chciała już iść do swojego pokoju. 

TLR

background image

Tron podniósł się i powiedział: 

— Muszę załatwić pewną sprawę, ale niedługo do was dołączę.  

Amalie  popatrzyła  na brata.  Ostatnio  był  bardzo  nieswój,  biedaczek.  Alek-

sander mu zagroził, ale ona wiedziała, że Tron wciąż myśli o Tannel. Gdy tylko 
padało jej imię, jego oczy robiły się jak ze szkła. 

Aleksander wydawał polecenia służącej: 

— Proszę, napal w piecu później, a teraz nalej wody do tego wielkiego gara. 

Ole na pewno będzie się chciał wieczorem wykąpać. 

 Dziewczyna skinęła głową. 

Ole uśmiechnął się do Amalie. 

—  W  gospodzie  nie  mam  najlepszych  warunków,  a  bardzo  chciałbym  się 

umyć po długiej podróży. — Uśmiechnął się i dodał: — Zrób miejsce w swoim 
łóżku, Amalie. Będę tu spał tej nocy. 

Amalie zrobiło się gorąco, a Aleksander i Harald uśmiechnęli się znacząco. 

Odprężyła się dopiero, gdy mężczyźni wyszli z salonu. Słyszała ich śmiech z są-
siedniego pokoju i czuła zapach dymu z cygara. 

Ole będzie z nią spał tej nocy. Czy stanie się to, co ostatnim razem? Czy mąż 

rzuci się na nią, brutalnie domagając się tego, co mu się należy? 

Podniosła się i podeszła do barku. Stała tam do połowy opróżniona butelka 

ponczu. Chwyciła ją, napełniła szklankę i wypiła. Alkohol szybko uderzył jej do 
głowy.  Może  teraz  zaśnie.  Zaczęła  czkać,  więc  zakryła  usta  dłońmi.  Może  po-
winna nalać sobie kolejną szklankę? Błyskawicznie połknęła jeszcze jedną porcję 
ponczu. Musiała oprzeć się o barek, bo zakręciło jej się w głowie. Nagle zachi-
chotała głośno. 

Do  pokoju  weszła  służąca,  zbliżyła  się  do  kominka  i  dorzuciła  drew  do 

ognia. Spojrzała na Amalie i uśmiechnęła się nieznacznie. 

—  Potrzebuję  czegoś  na  wzmocnienie  —  spróbowała  usprawiedliwić  się 

Amalie i znów głośno czknęła. 

Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej. 

TLR

background image

— Należy się pani. Przykro jest pewnie widzieć swojego męża w takim sta-

nie — powiedziała i podeszła do drzwi. 

Amalie popatrzyła na nią z zaskoczeniem. Owszem, Ole był pijany, ale ona 

sama wcale nie była w tej chwili w lepszym stanie. Zresztą, w ogóle się tym nie 
przejmowała.  Alkohol  ją  rozgrzewał  i  sprawił,  że  czuła  zadziwiający  spokój. 
Wzięła całą butelkę i wyszła z pokoju. 

 Weszła powoli po schodach. Słyszała, jak mężczyźni śmieją się za zamknię-

tymi drzwiami. 

Ole oczywiście śmiał się najgłośniej. Cóż, domyślała się, że był teraz w swo-

im żywiole. Bawił się znakomicie. Ale uśmiech i wesołość znikną pewnie, gdy 
do  niej  przyjdzie.  Na  szczęście  nie  zdoła  jej  obudzić.  Już  teraz  była  pijana  i 
chciało jej się spać. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

 

Rozdział 5 

 

Amalie obudziła się nagle. Gdzie ona jest? Przetarła oczy i spróbowała ro-

zejrzeć się dokoła. Było ciemno, ale czuła, że Ole leży obok niej. I owszem, leżał 
tuż za jej plecami. 

Bolała  ją  głowa.  Zanim  położyła  się  do  łóżka,  wypiła  prawie  całą  butelkę 

ponczu. Nie pamiętała nawet, kiedy zasnęła, ani kiedy Ole wszedł do pokoju. 

Usłyszała w ciemnościach jego głos: 

— Czy zdołasz mi przebaczyć, Amalie? Nie chciałem być takim gburem. Do 

diabła, jak ja za tobą tęskniłem. Myślałem o tobie każdego dnia. 

Amalie  położyła  się  na  plecach.  Nie  widziała  jego  twarzy  zbyt  wyraźnie, 

więc  sięgnęła  po  zapałki  leżące  na  nocnym  stoliku  i  zapaliła  świecę.  Drgający 
płomień rozświetlił ciemności. 

— Co mam ci na to odpowiedzieć?  — zapytała zrezygnowana i odwróciła 

się na bok, żeby móc mu patrzeć w oczy. 

— Powiedz, że mi wybaczasz. Proszę. — Wsunął dłoń pod jej głowę i przy-

ciągnął ją do siebie. — Obiecuję, że to się już nigdy nie powtórzy. 

— Tyle razy obiecywałeś mi różne rzeczy, Ole. Jak mam uwierzyć, że teraz 

przestaniesz pić? 

— Musisz mi uwierzyć, Amalie. 

— Naprawdę mogę tym razem ci zaufać? 

—Tak. 

TLR

background image

Ole  miał  najwyraźniej  wyrzuty  sumienia,  ale  co  dalej?  Czy  faktycznie  uda 

mu się rzucić picie? Amalie szczerze w to wątpiła. 

— Odkąd wyjechałem z Tangen, czuję się całkiem dobrze. Czy to nie dziw-

ne? 

— Może mniej pijesz. 

Potrząsnął głową. 

— Czułem się strasznie za każdym razem, gdy wracałem z tartaku. Nie mam 

pojęcia, o co tu chodzi. Z początku myślałem, że to przez wódkę, ale ostatnio za-
cząłem się zastanawiać, czy nie chodzi o coś innego. 

— O co? 

— Nie wiem, ale czasami nie jestem sobą. Robię i mówię dziwne rzeczy. W 

sylwestra zachowałem się wobec ciebie okropnie, chociaż wcale tego nie chcia-
łem. Zupełnie, jakby coś mną kierowało, przejęło nade mną kontrolę. 

— Byłeś u doktora Bjorliego i rozmawiałeś z nim o tym? 

— Nie, ale będę musiał się do niego wybrać, jeśli to się nasili. 

Spojrzał na jej wargi i powoli ją pocałował. Otoczył ją ramionami, a ona po-

zwoliła, by przyciągnął ją do siebie jeszcze bliżej. Czuła ciepło jego nagiego cia-
ła.  Pogładziła  go  po  plecach.  Taka  bliskość  sprawiała  jej  przyjemność.  A  od 
ostatniego razu minęło tyle czasu. 

Jego  wargi  błądziły  po  jej  szyi  i  przesuwały  się  coraz  niżej,  ku  piersiom. 

Westchnęła głośno, czując, jak ogarnia ją dobrze znana tęsknota za spełnieniem. 

Rozpięła resztę guzików koszuli nocnej, uklękła i szybko zdjęła ją z siebie. 

Znów była w jego ramionach. Jej włosy zakryły na chwilę jego twarz. 

Oddychał głęboko, gdy gładziła jego włosy i obsypywała pocałunkami klat-

kę piersiową. 

Nie  było  wyjścia.  Musiała  go  mieć.  Pożądanie  szumiało  w  jej  żyłach.  W 

końcu położył się na niej. 

TLR

background image

Zdrowy  rozsądek  odpłynął  gdzieś  daleko.  Podobnie  jak  ból  głowy.  Teraz 

myślała już tylko o Olem. Poruszała się w tym samym co on rytmie, całowała go, 
czuła jego dłonie na swoim ciele. Gorące i niecierpliwe. 

Poczuła go w sobie. Rozkoszowała się jego bliskością, przywarła do niego 

biodrami, gładziła go po umięśnionych plecach. Czuła, jak ogarnia ją ekstaza. 

Jęknęła, kiedy osiągnął spełnienie, a gdy sama doznała rozkoszy, krzyczała 

bezwstydnie. Po wszystkim uśmiechnęła się zadowolona. 

Ole położył się koło niej. Nie przestawał gładzić jej piersi. Uśmiechnął się 

do niej, po czym pochylił się nad nią i obsypał ją pocałunkami. Jej sutki stward-
niały.  Miała  ochotę  na  więcej.  Zrozumiała,  że  i  on  nie  miał jeszcze  dość.  Jego 
męskość znów stwardniała. Całował jej brzuch. 

Nagle przestał i usiadł na łóżku. 

— Która godzina? 

— Nie wiem. 

Za oknem zaczęło już świtać. 

— Niedługo trzeba będzie wstać — powiedział. Chwycił ją i przyciągnął do 

siebie, gładził jej piersi i brzuch, rozsunął uda. 

— Chcesz jeszcze? — spytał ochryple. 

Skinęła głową. 

— No, to dalej! — Uśmiechnął się. — Jestem gotowy. 

Zaczął pieścić ją między nogami. 

Amalie  wzdrygnęła  się,  kiedy  nagle  ktoś  zapukał  do drzwi.  Wyrwała  się  z 

uścisku męża i przykryła nagie ciało kołdrą. 

— Kto to może być? — szepnęła. 

Ole też się przykrył i położył głowę na poduszce. 

— Do diabła, co za najście! Do pokoju zajrzał Tron. 

— Przeszkadzam? — szepnął. 

— A żebyś wiedział! Czego chcesz? 

TLR

background image

— Jadę do domu, do Furulii. — Przekrzywił głowę. — Amalie jest tu z to-

bą? Amalie podniosła głowę. —Tak, Tron, jestem. 

— Chcesz jechać ze mną? Ole uniósł się na łokciu. 

— A jedź sobie sam. Amalie zostanie ze mną. Wyjedziemy trochę później. 

Chyba, że chcesz na nas zaczekać. 

Tron potrząsnął głową. 

— Nie, muszę jechać natychmiast. Ole przewrócił oczami. 

— A czemu niby? 

Tron wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. 

— Bo nie mogę ożenić się z Liną. Ona już nie jest tą samą osobą. To znaczy, 

nie  mam  na  myśli  nic  złego.  Chcę  tylko  powiedzieć,  że  zwyczajnie  jej  nie  ko-
cham. Ale Aleksander mi grozi i próbuje mnie zmusić do małżeństwa. 

— Co to za bzdury! — Ole machnął ręką. — Przecież nie może tak po pro-

stu cię zmusić. 

— Wychodzi na to, że może. Ale jestem gotów poświęcić pieniądze w imię 

miłości. Chcę być z Tannel. Wreszcie przejrzałem na oczy... 

Amalie weszła mu w słowa: 

— W takim razie jedź do niej teraz. Wiesz przecież, gdzie jej szukać. 

— Nie, nie teraz! Najpierw muszę  wrócić do domu i wyrwać się ze szpon 

Aleksandra. 

Amalie  pochyliła  się,  podniosła koszulę  nocną i  wciągnęła  ją przez  głowę. 

Wstała z łóżka i podeszła do brata. 

— Nie możesz jechać bez Tannel! 

Tron rozłożył ręce i zrobił zrezygnowaną minę. 

— Nie rozumiesz? Tannel i tak teraz nie wypuszczą, więc co to za różnica, 

czy do niej pójdę? Nie mogę jej pomóc. 

— Może mnie się uda — rzucił Ole. 

— Naprawdę? 

TLR

background image

Mąż Amalie skinął głową. 

— Spróbuję. Tannel siedzi w areszcie, chociaż lensman tylko ją podejrzewa. 

Nie ma przeciwko niej żadnych dowodów. Myślę, że posunął się za daleko. 

Tron wyglądał, jakby kamień spadł mu z serca. 

— Ole, byłbym ci bardzo wdzięczny, gdybyś zrobił wszystko, co w twojej 

mocy,  żeby  ją  stamtąd  wydostać.  Powinienem  był  wcześniej  cię  o  to  poprosić. 
Ale i tak najpierw pojadę do Furulii, a potem wrócę po Tannel, kiedy Aleksander 
zrozumie, że nie jest w stanie zmusić mnie do małżeństwa z Liną. Mam nadzieję, 
że wciąż będę mógł robić z nim interesy. A jeśli nie, to zawsze zostaje mi gospo-
darstwo. — Nabrał powietrza i uśmiechnął się do nich obojga. — Wracajcie bez-
piecznie do domu! Niedługo się zobaczymy. — Zamknął za sobą drzwi i jeszcze 
przez chwilę słyszeli na korytarzu cichnący odgłos jego kroków. 

Ole odchrząknął. 

— Na czym skończyliśmy? — Posłał Amalie zawadiacki uśmiech. 

—  Nie  teraz.  —  Ochota  na  miłość  całkowicie  jej  przeszła.  Martwiła  się  o 

Tannel i Trona. Złościło ją, że brat był taki tchórzliwy. Ale może i dobrze, że po-
jechał do domu, zanim Aleksander zdążył zmusić go do pozostania w Kongsvin-
ger. 

Ole wstał z łóżka. 

— Ogolę się, a po śniadaniu ruszamy do Tangen. Sofie za tobą tęskni. Julius 

też pytał, kiedy wrócisz. Chyba go oczarowałaś — dodał z szerokim uśmiechem. 

— Myślałam, że zostaniemy dłużej. W takim razie równie dobrze mogliśmy 

jechać z Tronem. 

Ole mrugnął do niej. 

—  Chcę  cię  mieć  tylko  dla  siebie.  Poza  tym  Tron  pojechał  konno,  a  my 

weźmiemy sanie. 

Skinęła głową. Spojrzeli sobie w oczy. 

— Czy z Sofie wszystko dobrze? 

TLR

background image

— Tak, oczywiście — odparł Ole, wkładając spodnie. — Dużo czasu spędza 

w Furulii. I u tego Pala. Nie podoba mi się to. Z tym chłopakiem coś jest nie tak. 

— Naprawdę? A co o nim wiesz? 

— Jego ojciec to łajdak. W zeszłym roku przyłapałem go, jak bił żonę. Do-

niósł na niego sąsiad, bo mu groził. Musisz porozmawiać z Sofie o Palu. Wytłu-
maczyć jej, że powinna trzymać się z daleka od tej rodziny. 

Amalie  pochyliła  się  nad  miską  i  opryskała  twarz  wodą.  Zesztywniała  na 

chwilę. Woda była lodowata, ale ona nie miała czasu, żeby ją podgrzać. Chciała 
jak najszybciej wrócić do domu. 

Osuszyła  twarz  i  odłożyła  ręcznik,  po  czym  wybrała  najcieplejszą  suknię. 

Była co prawda pognieciona, ale to nie miało żadnego znaczenia. 

— Porozmawiam z Sofie — obiecała. Wciągnęła suknię przez głowę i po-

prawiła włosy. Ole zapinał guziki koszuli. 

Gdy  Amalie skończyła poranną toaletę, Ole  zaczął się golić. Stał przed lu-

strem, z twarzą pokrytą mydlaną pianą. Amalie uśmiechnęła się do niego, czując, 
jak przepełnia ją duma. Ole był taki przystojny. Może uda im się na powrót odna-
leźć szczęście? 

— Spakuj swoje rzeczy — polecił, ostrożnie przesuwając ostrze brzytwy po 

skórze. 

— Już się spakowałam. Nie mam dużego bagażu. 

Ole uniósł brwi. 

— Ach, tak, a ja myślałem, że przywiozłaś tu całą masę sukien i toalet. Two-

ja szafa w domu jest prawie pusta. 

Amalie westchnęła zdziwiona. 

— Chyba coś ci się pomyliło. Przecież byłeś w sypialni, jak pakowałam wa-

lizkę. 

Ole kończył się już golić. 

— Nie, na pewno nic mi się nie pomyliło. Tej czerwonej sukni, którą ci po-

darowałem, też nie ma. 

TLR

background image

Amalie opadła na łóżko. 

— Ale przecież nie zabrałam jej tutaj. 

Ole opłukał brzytwę, wytarł ją i schował do walizki. 

— Musiałaś ją zabrać. 

— Nie. Może ktoś inny ją wziął? 

— Co masz na myśli? 

— Skoro ja jej nie zabrałam, a przed moim wyjazdem  wisiała w szafie,  to 

może mamy w domu złodzieja? 

—  Nie  chce  mi  się  w  to  wierzyć.  Służące  pracują  u  mnie  już  od  dawna  i 

wszystkie są godne zaufania. 

Amalie westchnęła zrezygnowana. 

— W takim razie nie wiem, co się mogło stać. 

— Zbadamy to po powrocie do domu. A teraz zejdę na dół i poproszę chło-

paka, żeby przygotował sanie i konie. Czarna może ciągnąć razem z nimi. 

— Pójdę z tobą. — Amalie podniosła walizkę i poszła za mężem. 

Rozejrzała się po pokoju ostatni raz i zamknęła za sobą drzwi. Aleksander 

już pewnie nigdy nie zaprosi mnie do siebie w gościnę, pomyślała, schodząc po 
schodach. 

 

— Zobacz, Ole! Tangen! 

Mąż uśmiechnął się, widząc jej zachwyt. 

— Tak, to nasz dom. — Rzucił w stronę gospodarstwa rozmarzone spojrze-

nie. — O tej porze roku zawsze jest tu pięknie. Zobacz, śnieg skrzy się w słońcu. 
Zupełnie jak kryształ. Co za niesamowite kolory! 

Promienie słońce rozszczepiały się na śniegu, który skrzył się na niebiesko i 

żółto. Amalie nigdy jeszcze nie widziała czegoś podobnego. Ole miał całkowitą 
rację, było pięknie. 

TLR

background image

— Nie myślałam, że tak się ucieszę z powrotu do domu. Ależ się myliłam. 

Tęskniłam za Sofie, za Tornado i swoim łóżkiem. A nawet za Olgą! 

Ole zmierzwił jej włosy z łobuzerskim uśmiechem. 

— Niezłe z ciebie ziółko. Mnie też długo nie było w domu. Najpierw poje-

chałem do Namna, a potem do Kongsvinger. Mam nadzieję, że w gospodarstwie 
wszystko w porządku. 

Słyszała niepewność w jego głosie. Znów zaczęła myśleć o swoich sukniach. 

Co się z nimi mogło stać? 

Od strony stodoły zbliżał się do nich parobek. Kury spacerowały po podwó-

rzu; pewnie wypuściła je Olga, bo na dworze nie było jednak zbyt zimno. 

Teraz, kiedy Ole nie pił, przyjemnie było spędzać z nim czas. Nic nie wska-

zywało także na to, że jest chory. Amalie doskonale się z nim czuła. Ole znów 
był dla niej dobry i serdeczny. W drodze do domu nie szczędził jej czułości i po-
wiedział, że może powinni znów zacząć się starać o dziecko. 

A więc wcześniej był w Namna. Amalie miałaby ochotę spytać, jak układały 

się jego stosunki z bratem, ale zabrakło jej odwagi. Nie, lepiej z tym poczekać. 
Nie chciała, żeby mąż znowu się na nią rozzłościł. 

Gdy tylko wjechali na podwórze, podbiegła do nich Olga. Jej spódnica łopo-

tała na wietrze, musiała przytrzymywać chustkę na głowie, żeby nie sfrunęła. 

— Amalie i Ole! Jak dobrze, że wróciliście! — Zatrzymała się przy saniach i 

przywitała z chłopakiem, który ich przywiózł. 

 Amalie zeskoczyła na ziemię. 

— Ależ nie byliśmy zbyt długo poza domem. 

Olga oddychała ciężko. 

— Oj, za długo. Jak was nie było, zdarzyło się tu tyle dziwnych rzeczy. — 

Plasnęła dłonią w czoło. — Na przykład niedawno posprzątałam waszą sypialnię, 
a jak wróciłam następnego dnia, żeby zabrać pościel, cały pokój był wywrócony 
do góry nogami. 

Ole pomagał parobkowi przy koniach. Kiedy usłyszał słowa Olgi, odwrócił 

się i powiedział: 

TLR

background image

— Co ty mówisz? Kto mógłby zrobić coś takiego? — Zdjął uprząż z konia i 

podał ją parobkowi. 

— Ależ to prawda, Ole, nie żadne bajki. 

— Wyjaśnimy tę sprawę — oznajmiła Amalie zdecydowanie. — Suknie też 

przecież nie znikają same z siebie. W Tangen jest złodziej. Trzeba go złapać! 

Olga spojrzała na nią z powątpiewaniem. 

— Nikt z nas nie kradnie, Amalie. To chyba oczywiste. Dla służących, które 

tu pracują, Tangen jest domem i nie wyobrażają sobie lepszego. Żadna nie zrobi-
łaby czegoś takiego. 

— W takim razie ktoś musiał się włamać. — Ole zdjął swoją walizkę z sań i 

postawił ją na ziemi. 

Olga poskrobała się po brodzie. 

— A może to ten Pal? 

Ole ruszył z bagażem do domu. 

— Pal! Oczywiście, że to ten chłopak nas okrada! Nie powinniśmy byli po-

zwalać Sofie w ogóle się z nim zadawać. Zrobiliśmy błąd. 

Amalie też się nie podobało, że chłopak kręcił się po gospodarstwie, ale nie 

mogła przecież zabronić Sofie mieć przyjaciół. Poza tym, po co Pal miałby wy-
wracać ich sypialnię do góry nogami i kraść jej suknie? 

Ruszyła  za Olem po schodach. W salonie trzaskał ogień  w kominku i roz-

chodził się przyjemny zapach drewna. 

Olga szła tuż za nimi. 

— Chodźcie do kuchni, zrobię wam coś do jedzenia. 

Ole skinął głową. 

— Przydałaby się też filiżanka kawy. 

Podbiegła do nich służąca Viola. 

— Czy mam wziąć walizki? 

TLR

background image

—Tak,  dziękuję,  zanieś  je  do  sypialni.  —  Ole  spojrzał  na  Amalie.  —  Nie 

będziesz potrzebowała teraz swoich rzeczy. Viola je od ciebie weźmie. 

Amalie podała swój bagaż służącej. Z kuchni dochodził smakowity zapach 

kawy. Zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła. Poszła za zapachem do 
kuchni i spojrzała na jedzenie, które już na nich czekało na stole. Olga wyjęła ze 
spiżarni osełkę masła, zdjęła z kuchni czajniczek z kawą i nalała do dwóch fili-
żanek. 

Amalie  rozkoszowała  się  gorącym,  rozgrzewającym  napojem.  Ole  siedział 

naprzeciwko niej. Pił kawę i przyglądał się jej uważnie. 

—  Dowiemy  się,  co  się  tu  wyprawia  —  powiedział.  —  Zapamiętaj  moje 

słowa: to na pewno Pal i jego rodzina za tym stoją. Okradać lensmana, co za bez-
czelność! Najpierw Majna, a teraz ci łajdacy! — Westchnął zrezygnowany. 

—  Olga  wydaje  się  zmęczona  —  zauważyła  Amalie,  sięgając  po  kromkę 

chleba. 

— Nic w tym dziwnego. Przecież nie robi się młodsza. A ostatnio miała bar-

dzo dużo obowiązków. Nie tak łatwo zajmować się trzynastolatką. 

Amalie usłyszała urazę w jego głosie, ale udała, że jej nie zauważyła. 

— Może masz rację. — Pochyliła się nad stołem. Z Bożego Narodzenia zo-

stało  jeszcze  peklowane  mięso.  Wzięła  duży  kawałek  i  położyła  go  na  kromce 
chleba.  Uff,  jaki  słony!  Musiał  być  zepsuty!  Zerknęła  ostrożnie  na  Olego.  Był 
zajęty jedzeniem. Wstała szybko, żeby wypluć mięso. 

Ole spojrzał na nią zaskoczony. 

— Gdzie się wybierasz? 

Wskazała na swoje usta. Mąż wybuchnął śmiechem. 

— Olga podała mięso? 

Amalie wybiegła na schody i wypluła to, co miała w ustach. Nagle zobaczy-

ła, że na podwórze wpada Sofie z rozwianymi włosami. 

— Cześć Amalie, jesteś w domu? — zapytała zdyszana i zatrzymała się tuż 

przed nią. Jej policzki pałały. 

TLR

background image

— Tak, a ty gdzie byłaś? 

—U Pala. 

Amalie wbiegła po schodach do sieni. Sofie weszła za nią i zdjęła płaszcz. 

— Nie podoba mi się, że spędzasz tyle czasu u jego rodziny. Nie znasz ich, a 

Ole uważa, że nie można im ufać. 

Sofie zmarszczyła nos. 

— Dobrze ich znam i zawsze są dla mnie bardzo mili. 

Weszły do kuchni. Na widok Olego Sofie stanęła 

jak wryta. 

Amalie poszła do spiżarni, przyniosła dzbanek z mlekiem i usiadła naprze-

ciwko męża. Spostrzegła, że gdy jej nie było, nalał sobie szklankę piwa. Czyżby 
znowu zaczął pić? Ole zwrócił uwagę na jej spojrzenie. 

— Spokojnie, tylko jedna szklanka. Pić mi się chce. 

Amalie skinęła ostrożnie głową i uśmiechnęła się 

niezbyt szczerze. Miała wrażenie, że Ole to z:auważył. Sofie patrzyła na nie-

go z niechęcią. Amalie wcale się to nie podobało. Przecież Sofie nie miała żad-
nych powodów, żeby aż tak go nie lubić. 

— Usiądź z nami, Sofie — odezwała się surowym głosem i poklepała miej-

sce obok siebie. 

 Dziewczyna zamrugała oczami, chwyciła kubek i usiadła. 

— Nie gniewaj się na mnie, Amalie. 

— Musimy porozmawiać o Palu. Nie chcę, żebyś się z nim spotykała. Wy-

starczy, że widujecie się w szkole. 

Sofie nalała sobie kubek mleka. 

— Będę robić, co mi się podoba. — Zacisnęła wargi. 

— Słuchaj starszej siostry — odezwał się Ole stanowczym głosem. 

TLR

background image

— Nikogo nie będę słuchać, a tobie nie wolno decydować o moim życiu! — 

Dziewczyna postawiła kubek na stole i popatrzyła na Olego z wściekłością. 

Ole zerwał się z miejsca tak gwałtownie, że przewrócił krzesło. 

— Marsz do pokoju, ty rozwydrzony bachorze! 

— Ani mi się śni! — W oczach Sofie widać było przekorę. 

— Chodź ze mną — nakazała Amalie. 

— Nie chcę! Nie chcę! Nie jestem już dzieckiem! Amalie pociągnęła ją za 

rękę i zmusiła, żeby wstała. 

Ole zniknął w spiżarni. 

— Nie możesz tak się odnosić do Olego. On ci pozwala tu mieszkać. Nie ro-

zumiesz, że jeśli nadal będziesz tak się zachowywała, może cię stąd wyrzucić? 

Sofie wbiła spojrzenie w podłogę. — Wiem, ale teraz mam ojca. Na pewno 

mi nie odmówi, jeśli poproszę, żeby pozwolił mi u siebie zamieszkać. 

— Chodź, Sofie. Idziemy na górę! — Amalie, zmęczona dyskusją z dziew-

czyną, pociągnęła ją w kierunku schodów. Sofie próbowała jej się  wyrwać, ale 
Amalie była silniejsza. 

— Ucieknę z Palem! Tylko on mnie rozumie. Amalie jej nie słuchała. Od-

wróciła się i stanęła jak wryta, gdy jej spojrzenie padło na Olego. W ręku trzymał 
butelkę wódki!

TLR

background image

 

Rozdział 6 

 

Tannel leżała wpatrzona w sufit, gdy nagle usłyszała dziwne dźwięki docho-

dzące  zza  drzwi.  Po  chwili  ktoś  przekręcił  klucz  w  zamku  i  drzwi  jej  celi  się 
otworzyły. Serce jej zabiło na widok obcego mężczyzny, który wszedł do środka. 
Przybysz skinął głową i zamknął za sobą drzwi. 

— Dzień dobry — powiedział i się ukłonił. 

Tannel nie miała siły wstać. Od wielu dni bolał ją brzuch. Przez jakiś czas 

bała się, że z dzieckiem dzieje się coś złego, ale była to raczej niestrawność spo-
wodowana podłym jedzeniem. 

Obcy pan uśmiechnął się i schylił, żeby pomóc jej wstać. 

—  Dziękuję.  —  Poczuła,  że  się  rumieni.  Kto  to  był?  Czy  on  też  będzie  ją 

przesłuchiwał?  Zwróciła  uwagę  na  jego  świetnie  skrojony,  drogi,  brązowy  sur-
dut. 

Mężczyzna usiadł na stołku i zadrżał. 

— Niezbyt tu ciepło. 

Tannel kiwnęła głową i wbiła spojrzenie w jego przystojną twarz. 

Przybysz oparł łokcie na kolanach. 

—  Przychodzę  w  ważnej  sprawie  —  zaczął  i  odchrząknął,  zasłaniając  usta 

dłonią. — Nazywam się Harald Wiik. Dowiedziałem się, że trafiłaś do więzienia 
z powodu rzekomej napaści na Linę Lund. Przypadkowo byłem w Kongsvinger, 
gdy doszło do tego ataku. Siedziałem w gospodzie i wyglądałem przez okno. Za-
uważyłem wtedy pannę Linę. Jestem przekonany, że to mężczyzna szedł za nią 
tym zaułkiem, a nie kobieta, jak się uważa. — Potrząsnął głową. — Nie wiedzia-
łem nawet, że panna Lund została napadnięta, bo rzecz jasna od razu zgłosiłbym 
to lensmanowi. Tymczasem wskutek nieporozumienia ty trafiłaś do więzienia. 

Tannel wpatrywała się w niego. 

— Czy pan spotkał mnie już wcześniej? 

TLR

background image

— Widziałem cię w dniu, kiedy przyszłaś do Frayi 

zapytać o pracę. Pewnie mnie wtedy nie zauważyłaś. Rozmawiałem o intere-

sach z gospodarzem. — Uśmiechnął się szeroko. 

Tannel  nie  była  pewna,  czy  dobrze  zrozumiała.  Musiała  przetrawić  słowa 

mężczyzny. Naprawdę zwrócił na nią uwagę i przyszedł ją uratować? Chyba to 
właśnie powiedział. Usiadła wygodniej na łóżku i oparła plecy o zimną ścianę. 

— A więc mogę stąd wyjść? — wyjąkała. 

Mężczyzna podniósł się i stanął przy oknie. 

— Masz stąd świetny widok. Wody Glommy migoczą dziś w słońcu. Cóż, 

dobrze, że pogoda się poprawiła. Zacząłem się już niepokoić, że śnieżyca nigdy 
się nie skończy. 

Tannel  przygryzła  wargę.  Czemu  nie  odpowiedział  na  jej  pytanie?  Często 

stawała przy oknie i podziwiała widok, ale teraz zupełnie jej to nie interesowało. 
Po prostu chciała stąd wyjść. 

Odwrócił się do niej. 

—  Przepraszam,  zapatrzyłem  się  —  wyjaśnił.  —  Rozmawiałem  z  lensma-

nem. Możesz stąd wyjść już dziś. 

Gdyby nie ból brzucha, Tannel zaczęłaby podskakiwać z radości. Zsunęła się 

ostrożnie z łóżka i zarzuciła ramiona na szyję mężczyzny. Przytuliła policzek do 
jego twarzy. 

— Dziękuję — szepnęła. Zbierało jej się na płacz. W końcu odsunęła się i 

spojrzała w jego zielone oczy. 

—  Nie  ma  za  co.  Jadłem  właśnie  obiad  u  pana  notariusza,  gdy  poruszono 

temat napaści na pannę Lund. Dopiero wtedy usłyszałem, że siedzisz w więzie-
niu. Nie mogłem pozwolić, by taka piękna kobieta, jak ty zgniła w tej norze. — 
Rozejrzał się po celi. 

—Jak mogę się panu odwdzięczyć? 

Wyszczerzył zęby. 

— Wystarczy mi twój uśmiech. 

TLR

background image

Tannel tak bardzo się ucieszyła, że aż go pocałowała. Była wreszcie wolna, 

mogła wracać do domu. 

— Dziękuję — powiedziała i wbiła spojrzenie w posadzkę. 

Mężczyzna klasnął w dłonie. 

— Chętnie napiłbym się teraz kawy. Masz gdzieś jakieś ciepłe ubranie, czy 

coś takiego? Pomogę ci zanieść to do sań. 

— Mam ubranie i płaszcz, ale nie tutaj. 

Wiik uniósł brwi. 

— Czemu, nie? 

Wzruszyła ramionami. 

— Nie wiem. Zabrano mi wszystko. 

— Ach tak, w takim razie chodź. — Chwycił ją za rękę. — Znajdziemy twój 

płaszcz.  Strażnicy  na  pewno  przypomną  sobie,  gdzie  go  zostawili,  jak  dostaną 
kilka monet. Zabiorę cię ze sobą do gospody i napijemy się kawy. 

Tannel  uścisnęła  jego  dłoń.  Ten  człowiek  był  jej  wybawcą.  Dziękowała  w 

duchu Bogu, że jej modlitwy zostały wysłuchane. 

Ostatni raz omiotła celę spojrzeniem i wyszła za Haraldem Wiikiem. Chyba 

mu się spodobała, A on na pewno spodobał się jej. 

 

 Sofie siedziała w kuchni i pociągała nosem. Olga dreptała w tę i z powro-

tem. Amalie weszła do spiżarni i wróciła z dzbankiem mleka. Zerknęła najpierw 
na jedną, potem na drugą i spytała: 

— Co się stało, Sofie? 

Dziewczyna otarła łzy. 

— Nie twoja sprawa. 

Olga dorzuciła drew do pieca. Ogień trzaskał wesoło. Służąca rzuciła Amalie 

zrezygnowane spojrzenie, ale nic nie powiedziała. 

TLR

background image

Gospodyni nalała sobie mleka i usiadła naprzeciwko Sofie. Była zmęczona i 

miała wszystkiego dość. Ole nie odstawił wódki od tamtej chwili, gdy zobaczyła 
go z butelką w ręku wtedy, na schodach. Olga próbowała chować alkohol, ale na 
niewiele się to zdało: już znalazł trzy butelki. 

Rzecz jasna, nie dotrzymał obietnicy, że przestanie pić. Amalie już mu nie 

wierzyła. Zostawiła go w spokoju z jego problemami. 

— Musisz mi powiedzieć, co się stało, Sofie. Przecież nie płaczesz bez po-

wodu. 

— To Ole. — Dziewczyna znów otarła twarz. 

Amalie pochyliła się nad stołem. 

— Co ci zrobił? 

— Mówi, że to ja ukradłam twoje suknie i dałam je Palowi. Ale to niepraw-

da, nigdy bym ci niczego nie ukradła! Wierzysz mi, Amalie, prawda? 

Gospodyni  utkwiła  wzrok  w  ścianie.  Ole  był  beznadziejny,  kiedy  pił,  wie-

działa o tym od dawna, ale mógłby przynajmniej nie dręczyć jej młodszej siostry. 
Wystarczyło, że chodził milczący, ponury i wściekły. 

— Nie przejmuj się Olem — powiedziała wreszcie. — On... 

Sofie podniosła głowę i pociągnęła nosem. 

— Wiem — odparła. — Jak Ole pije, staje się zupełnie innym człowiekiem. 

Nie podoba mi się to, Amalie. Zrób coś, żeby z tym skończył! — Załkała głośno. 
Amalie potrząsnęła głową. Już dawno się poddała. 

— Ależ, dobry Boże! — odezwała się nagle Olga, która stała przy oknie. — 

Nie wierzę własnym oczom. Jedzie do nas Sigmund! 

Amalie poczuła, że serce  zabiło jej mocniej z trwogi. Sigmund! Nie powi-

nien teraz przyjeżdżać. Ole był przecież pijany, kto zdoła je obronić? 

Zerwała  się  i  podbiegła  do  okna.  Zgadza  się,  to  Sigmund.  Wjechał  na  po-

dwórze, zeskoczył z konia i rzucił uprząż parobkowi. Teraz szedł już do domu. 

—To ja zrobię coś do jedzenia — powiedziała Olga i odwróciła się od okna. 

TLR

background image

Amalie nie pomyślała o Sofie. Dziewczyna siedziała jak sparaliżowana, kur-

czowo trzymając się blatu stołu. Amalie usiadła obok niej i pogładziła ją po ple-
cach. 

— Wszystko będzie dobrze, kochana. Nie bój się. Idź do swojego pokoju i 

poczekaj, aż po ciebie przyjdę. 

Sofie podniosła się z ulgą i wybiegła z kuchni. 

Amalie wyprostowała się i wyszła do sieni powitać nieproszonego gościa. 

Sigmund siedział już na ławie i zdejmował buty. 

— Proszę, proszę, sama pani domu się do mnie skrada! 

W tej samej chwili z gabinetu wyszedł Ole. Zbliżył się, stanął nad bratem i 

zaczął wygrażać mu pięściami. 

— Co ty tu robisz? Co?! 

Sigmund wstał. 

— No, mów! — domagał się Ole. 

Sigmund wybuchnął śmiechem. 

— Dobry Boże, Ole, znowu piłeś. Potrafisz tylko topić swoje smutki w wód-

ce, co? 

— Smutki? — wysyczał Ole przez zaciśnięte zęby. — A co ty możesz wie-

dzieć o moich smutkach? 

 Brat położył ciężką dłoń na jego ramieniu. 

— Kiedy wreszcie przyznasz się przed sobą, że Frida nie wróci? Nie możesz 

już chyba wierzyć, że będzie inaczej. Dobry Boże, ależ ty jesteś głupi. 

Ole cofnął ramię. Stał tuż obok Sigmunda. 

— Chcę, żebyś stąd zniknął! Ale już, natychmiast! 

Sigmund wykrzywił twarz. 

— Mówiłeś swojej pięknej małżonce, że tęsknisz za Fridą? Że tak naprawdę 

wcale  jej  nie kochasz?  Doprawdy,  Ole,  ta dama  zasługuje  na to,  żeby  usłyszeć 
prawdę. 

TLR

background image

Ole  rzucił  się  na  niego.  Z  hukiem  upadli  na  podłogę.  Ole  przycisnął  brata 

swoim ciałem. Sigmund wierzgał, wymachiwał ramionami i próbował złapać od-
dech. W końcu Ole odepchnął go z pogardą. 

Amalie wpatrywała się w braci. W ten brutalny, bezlitosny sposób poznała 

prawdę.  Ole  wciąż  kochał  swoją  pierwszą  żonę.  Dlatego  upijał  się  do  nieprzy-
tomności. Tęsknił za Fridą. 

Amalie nie potrafiła dać mu tego, czego mu brakowało. Frida zawsze będzie 

stała między nimi, niczym groźny cień. Przegrała. Gdy straciła dziecko, utraciła 
także Olego. Na zawsze. 

Zakryła  twarz  dłońmi,  pochyliła  się  i  pozwoliła,  by  popłynęły  łzy.  Płacz 

wstrząsał jej ciałem. Nagle poczuła czyjąś dłoń na plecach. Stała nad nią Olga. 

—  Chodźmy,  Amalie,  niech  się  biją.  Robili  to  przez  te  wszystkie  lata.  Bo 

Frida kochała Sigmunda. On ją też, ale w końcu wybrała Olego. Ze względu na 
jego pieniądze. 

Służąca pociągnęła ją do salonu. 

Amalie  obejrzała  się  za  siebie.  Ole  siedział  teraz  na  podłodze,  a  Sigmund 

chodził nerwowo w tę i z powrotem. 

Amalie  opadła  na  kanapę  i  popatrzyła  w  ogień  kominka.  Pożerał  kolejne 

drwa. Była przekonana, że pomyślała o wszystkim, ale to, że Frida kochała Sig-
munda, nigdy nie przyszło jej nawet do głowy. Dobry Boże, co za bałagan! Pla-
snęła dłonią w czoło. Teraz zrozumiała, czemu Frida wyjechała z Tangen. Czuła 
się pewnie rozdarta pomiędzy dwoma braćmi i wybrała najłatwiejsze wyjście. 

Zawsze myślała, że to Maj na stała za zniknięciem Fridy, że to Maj na ją za-

biła. Jakże się pomyliła! 

Olga usiadła naprzeciwko niej. 

— Tak to właśnie wygląda, Amalie. Nie chciałam ci o tym mówić, ale kiedy 

usłyszałam, jak Sigmund oskarża Olego, po prostu musiałam. Frida nie jest dla 
ciebie żadnym zagrożeniem. Jeśli wróci, to do Sigmunda, nie do twojego męża. 

Amalie rozejrzała się dokoła. 

— Pojadę do domu, do ojca — odezwała się cicho. 

TLR

background image

Olga rzuciła jej zatroskane spojrzenie. 

— To nie jest dobry pomysł, Amalie. Ole powiedział mi, że kilka dni temu 

widziano  we  wsi  Anjalana.  Mężczyźni  próbowali  go  złapać,  ale  łajdak  im  się 
wywinął. Niebezpiecznie teraz jeździć samej. 

Amalie była wstrząśnięta. Ole nie rozmawiał z nią od bardzo dawna, ale Ol-

dze powiedział o Finie. Dobrze przynajmniej, że nie zdecydowała się na samotną 
konną przejażdżkę. Ale tak czy inaczej, musiała jechać do Furulii. Nie miała siły 
dłużej tu być. Miała wrażenie, że w Tangen się dusi. 

Ostrożnie  podkuliła  nogi,  zwinęła  się  w  kłębek  i  zamknęła  oczy.  Mogłaby 

zabrać  ze  sobą  Sofie.  Dziewczyna  bała  się  Sigmunda  i  na  pewno  też  wolałaby 
jechać do Furulii. 

— Jednak pojadę, Olgo. Ole nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Tęsknię za 

domem. 

— Rozumiem, ale nie zostawaj tam zbyt długo. Ole co prawda pije, ale może 

w każdej chwili dojść do siebie. 

— To już nie ma znaczenia. 

Służąca skinęła głową. 

— Wiem, że tak wcale nie myślisz, ale jak człowiek jest rozżalony, to gada, 

co  mu  ślina  na  język  przyniesie.  Pójdę  teraz  przygotować  jedzenie.  Uważaj  w 
drodze do domu i miej oczy otwarte. 

Amalie podniosła się i wyszła na korytarz. Z gabinetu Olego dobiegały gło-

sy. Zaczęła wspinać się po schodach. Po chwili za jej plecami rozległy się kroki. 

— Amalie. 

Odwróciła się i przez chwilę widziała mężczyznę, którego kiedyś pokochała 

— dobrego, czułego Olego. Ale wiedziała, że już za późno. Nic nie będzie już ta-
kie jak kiedyś. 

Ole podszedł do niej. 

—  Tak  mi  przykro,  Amalie.  Naprawdę  próbowałem.  Kocham  cię  na  swój 

sposób. 

TLR

background image

Amalie nie mogła na niego patrzeć. Odwróciła się i poszła dalej. Nogi miała 

ciężkie, przepełniał ją smutek. Otarła szybko łzy z policzków. 

Wkrótce pomogła Sofie włożyć płaszcz, wciągnęła wysokie buty i zdjęła z 

wieszaka ciepły szal. Otworzyła drzwi i ścisnęła rękę siostry. Razem wyszły  w 
zimowy wieczór. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

Rozdział 7 

 

— Nie płacz już, Amalie. — Ojciec spojrzał na nią bezradnie. — Łzy nic nie 

pomogą. Powinnaś być mądrzejsza. 

Amalie zamrugała. Jedna z łez spadła na jej policzek. 

— Nie chcę dłużej tam być, tato. Nie mam już siły. — Opadła na kanapę i 

podwinęła nogi. — To już koniec. Moje małżeństwo dobiegło końca. 

Ojciec siedział w fotelu i palił fajkę. Wokół niego unosiły się kłęby dymu. 

Amalie rozkoszowała się domowymi zapachami. 

— Musisz wrócić do Olego. — Ojciec wydawał się zniecierpliwiony. — Je-

steś dorosła, powinnaś sama rozwiązywać swoje problemy. 

— Chyba sobie nie poradzę — szepnęła. — Wszystko jest takie trudne. Pa-

miętasz, jak było kiedyś, tato? Jak mnie przytulałeś i mówiłeś, że jestem twoją 
małą dziewczynką? 

Ojciec zakasłał i odłożył fajkę do miseczki. 

— Tak, pamiętam, ale przecież wciąż tak do ciebie mówię. Jesteś moją có-

reczką nawet teraz, kiedy już dorosłaś. Wiesz przecież. 

— Tak, tato. Ale czy możesz mi wyjaśnić, czemu miłość jest taka trudna? 

Ojciec podniósł się i zaczął spacerować po pokoju. 

— Nie jest łatwo kochać, sam się o tym przekonałem. Ale musisz żyć z dnia 

na  dzień.  Zobaczysz,  że  z  czasem  zaczniesz  myśleć  inaczej  o  swoim  małżeń-
stwie.  Wracaj  do  Tangen, córeczko.  Spróbuj  wytrzymać  jeszcze  trochę.  Ole  za 
dużo pije, ale nie on jeden. Wielu mężczyzn lubi zaglądać do kieliszka, a musisz 
wiedzieć, że jak jesteśmy pijani, mówimy często, co nam ślina na język przynie-
sie.  —  Pochylił  się  i  wyjął  z  szafki  butelkę.  —  Może  potrzebujesz  łyczka  na 
wzmocnienie? 

Amalie potrząsnęła zdecydowanie głową. 

TLR

background image

— Nie, dziękuję! 

Wyprostowała  plecy  i  wyciągnęła  ramiona.  Dobrze  było  wrócić  do  domu. 

Tęskniła za tym salonem, za kominkiem, za znanymi i kochanymi meblami, i za 
domowymi zapachami. Tangen nigdy nie stanie się jej domem. To tu, w Furulii, 
miała swój kawałek świata. To tutaj biegała jako dziecko, bezpieczna i radosna. 
To tu zakochała się w Mittim. To tutaj leżała w swoim łóżku i śniła o pięknym, 
ciemnowłosym Finie. Ale żaden z jej snów się nie ziści, była tego teraz zupełnie 
pewna. 

Ojciec nalał sobie koniaku, a Amalie wzdrygnęła się na sam widok. 

— Nie powinieneś pić, tato. 

Wzruszył ramionami. 

—Od  czasu  do  czasu  pozwalam  sobie  na  kieliszeczek.  Nie  ma  w  tym  nic 

złego. 

—  Ole  mówi,  że  za  każdym  razem,  jak  wraca  z  tartaku,  czuje  się  chory  i 

zmęczony. Czy to nie dziwne? 

Ojciec prychnął. 

— Mówi tak, żeby usprawiedliwić swoje picie. 

Zastanowiła się. 

— Naprawdę tak myślisz? 

— To znana rzecz. — Ojciec skinął głową. — Ludzie uzależnieni na różne 

sposoby starają się usprawiedliwić swoje zachowanie. Chorować od pracy w tar-
taku? Co za bzdury. Nikt inny nie skarżył się na podobne dolegliwości. 

Amalie nie potrafiła nic na to odpowiedzieć, zresztą ojciec miał pewnie ra-

cję. Gdy znów na niego spojrzała, wydał jej się zamyślony i nieobecny. 

— Myślisz o mamie? 

— Często o niej myślę — odpowiedział słabym głosem. 

— Rozumiem. Ja też za nią tęsknię. 

Ojciec uśmiechnął się smutno i pogładził ją po głowie. 

TLR

background image

— Powinnaś obciąć włosy, są takie długie, że prawie je przysiadasz. — W 

jego spojrzeniu pojawił się czuły wyraz. — Jesteś piękna, Amalie. Wykorzystaj 
to, żeby odzyskać Olego. Możesz się bardziej stroić, upinać włosy. Skręć je sobie 
i włóż piękną suknię. My, mężczyźni, nie potrafimy oprzeć się pięknu. — Wes-
tchnął. — Twoja matka też była ładna. 

— Tak, to prawda — przyznała Amalie. — Kari się do ciebie odzywała? — 

spytała, żeby zmienić temat. 

—  Tak,  twoja  siostra  miewa  się  świetnie,  chociaż  do  porodu  został  tylko 

miesiąc. Hans nie spuszcza z niej oka. To bardzo opiekuńczy mężczyzna. Może 
to  przyszłe  ojcostwo  tak  go  odmieniło.  Kari  ma  wreszcie  to,  czego  tak  bardzo 
pragnęła. — Ojciec przeniósł na nią spojrzenie. — A ty, moja kochana, najdroż-
sza na świecie córeczka, jesteś nieszczęśliwa. Sprawia mi to ból. Powinnaś była 
dostać swojego Mittiego. Byłabyś wtedy szczęśliwa, ale twoja matka... — Roz-
łożył ręce. — Musiała za wszelką cenę dopiąć swego... — Chwycił fajkę i znów 
ją zapalił. — Przed kilkoma dniami robiłem porządek  w papierach i znalazłem 
weksel. Nie wypada źle mówić o zmarłych, ale twoja matka była winna Olemu 
pieniądze, a jej dług został anulowany, gdy dała wam swoje błogosławieństwo. 
— Westchnął z fajką w zębach. — Bardzo mi przykro, ale wygląda na to, że w 
pewnym  sensie  Ole  cię  kupił.  To  z  pewnością  nie  cała  prawda,  ale  nie  mogę 
znieść myśli, że twoja matka ukryła coś takiego przede mną. Przed nami. 

Amalie zesztywniała. Z trudem przełknęła ślinę. 

—I mimo to chcesz, żebym wróciła do Tangen? 

— Tak. Ole cię przecież kocha. Dlatego tak bardzo mu zależało na małżeń-

stwie z tobą. A i tobie nie był całkiem obojętny. Wciąż możecie ułożyć sobie do-
bre życie. W małżeństwie nie można się poddawać, kiedy pojawią się pierwsze 
problemy. To zbyt proste. Człowiek musi walczyć. Zapamiętaj moje słowa, ko-
chana córeczko. Sam tego doświadczyłem. 

Amalie spojrzała na swoje dłonie. Drżały. Ogarnęła ją ciemność. 

Dopiero po chwili zorientowała się, gdzie jest. Ojciec siedział obok niej i pa-

trzył na nią zatroskany. 

— Ależ mnie przestraszyłaś, Amalie. Gdybym wiedział, że tak źle to przyj-

miesz, milczałbym. 

TLR

background image

Przymknęła oczy i poczuła jego dłoń na swoim czole. Ojciec otarł jej twarz 

wilgotną ściereczką, którą następnie odłożył na stół. 

— Boże, tato. Jak mogłeś mi to zrobić? Zmusić mnie, żebym wyszła za mąż, 

z powodu jakichś długów! Jestem strasznie rozżalona. 

Johannes Torp westchnął. 

— Twoja matka miała dużo dobrych cech, ale... rozczarowała mnie wiele lat 

temu, Amalie. Potem długo jeszcze mieliśmy problemy. 

Amalie zamrugała oczami. Widziała go teraz wyraźnie. 

— Zrobiłem wiele złego, Amalie. Jestem ojcem Sofie, ale twoja matka... — 

Spuścił wzrok. 

— Wiem, tato — szepnęła. — Mama powiedziała mi o tym przed śmiercią. 

Kari nie jest twoją córką. 

— Nie, nie o to chodzi. 

Amalie delikatnie pogładziła go po ręce. 

—  Zawsze  o  tym  wiedziałeś,  tato.  A  mimo  to  traktujesz  Kari  jak  swoje 

dziecko, prawda? 

Skinął głową. 

— Tak, oczywiście. 

Otworzyły się drzwi i weszła Berte. 

Dygnęła przed gospodarzem. 

— Telegram do pana. — Podała mu kartkę, ponownie dygnęła i wyszła. 

Ojciec wstał, znalazł okulary i zaczął czytać. 

Amalie słuchała jego mamrotania. Zobaczyła, jak unosi brwi i jak jego twarz 

rozjaśnia się w coraz szerszym uśmiechu. 

— A skoro o Kari mowa... Przed trzema godzinami urodziła syna! Prosi, że-

bym do niej przyjechał. Wybierzesz się ze mną? 

Amalie musiała się uśmiechnąć. Co za wspaniała wiadomość! 

TLR

background image

— Oczywiście, że pojadę, ale muszę powiedzieć Sofie, że mnie nie będzie. 

Ostatnio widziałam ją, jak znikała w pokoju Helgi. Pójdę tam i przy okazji po-
wiadomię o tym służące. 

— Dobrze. — Ojciec już szedł do drzwi. — A ja tymczasem przebiorę się i 

pojedziemy najszybciej, jak tylko to możliwe! 

Amalie brnęła przez śnieg na podwórzu. Zobaczyła Hjalmara wychodzącego 

ze stajni. 

— Mógłbyś osiodłać Czarną i Wichra? Jedziemy z ojcem do Tille, Kari uro-

dziła syna! — zawołała i minęła go, nie czekając na odpowiedź. 

Zapięła górny guzik płaszcza. Jej oddech parował na mrozie. Podniosła oczy 

ku  niebu.  Zobaczyła  kontury  księżyca  przebijające  zza  chmur.  Tego  wieczora 
będzie  pełnia.  Uśmiechnęła  się,  widząc,  że  zaczyna  się  rozpogadzać.  Gwiazdy 
pokażą nam drogę przez las, pomyślała. Dotrzemy do Tille w niecałą godzinę. 

W oknie Helgi stały zapalone świece. 

Amalie słyszała śmiech Sofie i ciche, pełne zadowolenia pomrukiwanie Hel-

gi.  Gdy  weszła  do  środka,  służąca  spojrzała  na  nią  i  z  trudem  dźwignęła  się  z 
miejsca. 

— Amalie, moja droga! Jak dobrze cię widzieć. Sofie o wszystkim mi opo-

wiedziała. Biedactwo! — Przyciągnęła ją do siebie i pocałowała w policzek. 

— Zostanę jakiś czas w domu, a potem zobaczymy — powiedziała Amalie i 

uśmiechnęła się blado do starej kobiety. Spojrzała na Sofie, która siedziała w fo-
telu nad robótką. Jej druty stukały wesoło. 

— To świetnie, że Helga uczy cię robić na drutach, Sofie. 

Dziewczyna podniosła wzrok i po chwili znów skoncentrowała się na licze-

niu oczek. 

— Szybko się uczę. Zobacz, jak dobrze mi wychodzi. To bardzo przyjemne. 

Amalie podniosła z podłogi kłębek wełny i położyła go na kolanach siostry. 

Helga usiadła na łóżku. 

TLR

background image

— Nie możesz wrócić do Olego. Poproś go o rozwód. Przecież można to za-

łatwić w ten sposób? 

Amalie poczuła ukłucie w sercu. Helga miała rację. Powinna oczywiście tak 

postąpić, ale nie była pewna, czy naprawdę tego chce. Ole wciąż nie był jej obo-
jętny. Jeżeli poprosi o rozwód, przyzna się do porażki. Poza tym to wcale nie by-
ło takie łatwe. Wyszła za niego zaledwie przed kilkoma miesiącami, co powie-
dzieliby ludzie we wsi? 

— Nie mogę, Helgo. Jeszcze nie. 

— Cóż, to twoje życie, ale mam nadzieję, że wiesz, co robisz. Nie widzę ra-

dości na twojej pięknej buzi. 

Amalie  nic  nie  odpowiedziała.  Wolała  przekazać  dobrą  nowinę  o  Kari  i 

dziecku. 

Heldze natychmiast poprawił się humor. 

— Jak to dobrze! 

Amalie wstała. 

— Ojciec jest już pewnie gotów do drogi. — Spojrzała z uśmiechem na So-

fie, bez reszty pochłoniętą robótką. 

Amalie podeszła do ojca, który niecierpliwie trzymał uprząż Czarnej i Wi-

chra. Widać było, że nie może się już doczekać, by wreszcie wyruszyć. 

— No, jesteś! Co tak długo? 

Amalie wdrapała się na grzbiet klaczy. 

— Helga uczy Sofie robić na drutach. Mała świetnie daje sobie radę. 

Ojciec jechał przed nią. 

— Może pojedziemy przez las, tato? 

Odwrócił się do niej. 

— Oczywiście, przez pola byłoby trudno. Takie tam zaspy. — Wskazał na 

prawo, na linię lasu. — Jeżeli wybierzemy tę drogę, zaoszczędzimy czas. 

TLR

background image

Amalie nakryła swoim płaszczem część końskiego grzbietu i odrzuciła nie-

sforne włosy na plecy. Powinna była je upiąć, ale teraz było już na to za późno. 

Mocno trzymając uprząż, dostosowała się do rytmu konia. Widoki wokół by-

ły olśniewające. Śnieg skrzył się i wszystko wyglądało bajecznie. 

Księżyc w pełni rzucał bladą poświatę na łąkę. Ścieżka wyglądała jak usiana 

migotliwymi diamentami. Wkrótce wjechali do lasu. Na szczęście ojciec zabrał 
lampę i nie musieli błądzić w ciemnościach. 

Amalie patrzyła na szerokie plecy ojca, na wystające spod czapki kosmyki. 

Bardzo go kochała. 

— W pobliżu kręcą się wilki, więc trzymaj się blisko mnie — powiedział. 

Faktycznie,  z  oddali  słyszała  przeciągłe  wycie,  które  ją niepokoiło. Czemu 

ojciec nie zabrał ze sobą strzelby? Nagle przypomniała sobie słowa Olgi, że  w 
okolicy widziano także Anjalana. Nie zlękła się jednak. Mimo wszystko w towa-
rzystwie ojca czuła się bezpieczna. 

Jechali dalej. Johannes umiejętnie prowadził konia przez głęboki śnieg. 

—Już niedaleko — odezwał się po jakimś czasie. Jego  oddech parował  na 

mrozie. Nos i policzki miał czerwone. 

Amalie rozkoszowała się każdą sekundą tej wyprawy. Pomiędzy drzewami 

przemknął  rosomak,  spod  końskich  kopyt  smyrgnął  nagle  zając,  którego  białe, 
zimowe futro zlewało się ze śniegiem. 

Wkrótce zobaczyli przed sobą dwór Tille. Na podwórzu płonęły pochodnie. 

Ojciec odwrócił się do niej z uśmiechem. 

— Spójrz na zaśnieżone pola. Rozciągają się aż do brzegów jeziora. 

— Tak, to takie piękne. 

Przypomniała sobie, jak wracała z Olem z Kongs— vinger. Pokazał jej wte-

dy  to  samo:  śnieg  mieniący  się  pięknymi  kolorami.  Ole  był  wtedy  taki czuły  i 
opiekuńczy. Miała wrażenie, że od tamtego dnia minęła cała wieczność. 

Wjechali na podwórze. Krowy muczały w przegrodach, pachniało zwierzę-

tami  i  oborą.  Amalie  zeskoczyła  z  grzbietu  Czarnej.  Nogi  zaplątały  jej  się  w 

TLR

background image

płaszcz,  ale  szybko  wyciągnęła  je,  poprawiła  ubranie  i  poprowadziła  konia  do 
stajennego, który czekał już na nich, oparty o ścianę stodoły. Chłopak przywitał 
się z nimi i pomógł ojcu zsiąść z ogiera. Wicher zarzucił łbem, kiedy klacz pode-
szła do niego zbyt blisko. 

Amalie odciągnęła ją nieco na bok. 

— Możesz przywiązać ją do ogrodzenia, zaraz po nią wrócę — powiedział 

chłopak z uśmiechem. 

Ojciec nie był zachwycony tym pomysłem. 

— Natychmiast wprowadź oba konie do środka. Jest zimno, zwierzęta mają 

za sobą długą drogę. 

Stajenny stracił rezon. Chwycił uprząż i pociągnął Wichra za sobą. Ogier z 

niechęcią wpatrywał się w otwarte wrota stajni, ale chłopak umiał obchodzić się 
z końmi i w końcu zdołał wprowadzić go do środka. 

Amalie uwiązała klacz i ruszyła za ojcem przez podwórze. 

—Co za głupiec z tego chłopaka! — rzucił ojciec ze złością, ściągając czap-

kę z głowy. 

Amalie nie pomyślała nawet o czapce. Wprawdzie głowa nie zmarzła jej za 

bardzo, ale miała wrażenie, że od zimna zupełnie już straciła czucie w twarzy. 

Na  spotkanie  im  wyszedł  Karolius.  Wyciągnął  do  Johannesa  dłoń  i mocno 

uścisnął jego rękę. Skinął Amalie głową i zaprosił ich do środka. 

Louise  podbiegła  do  nich,  kiedy  Amalie  wieszała  właśnie  swój  płaszcz  na 

oparciu krzesła. 

— Co za szczęśliwy dzień! Chodźcie, siadajcie! Chłopak jest jak skóra zdar-

ta z Hansa — oświadczyła z zadowoleniem. Jej oczy pałały radością. 

Amalie usiadła na kanapie. 

— Podać wam coś do picia? — zaproponował Karolius. 

Ojciec skinął głową. 

—Tak, poproszę. Mówicie, że dziecko jest podobne do Hansa. Czy to zna-

czy, że ma jasne włosy? 

TLR

background image

Louise skinęła głową. 

— Tak, prawie całkiem białe. 

— A nie rude przypadkiem? 

— Nie. 

Amalie popatrzyła przed siebie. Coś tu się nie zgadzało. Kari nie była prze-

cież biologiczną córką Johannesa, więc skąd te jasne włosy? Oddvar też nie był 
blondynem, tylko brunetem. A może jednak chłopiec jest synkiem Hansa? Czyż-
by Kari wszystkich okłamała? 

Zwróciła się do Louise: 

— Mogę iść teraz do Kari? 

Louise odparła z uśmiechem: 

— Ależ oczywiście, idź. Hans jest teraz u niej, ale będzie mógł zejść tu do 

nas, jeżeli zechcesz posiedzieć chwilę ze swoją siostrą. Jest taki dumny, że o ma-
ło nie pęknie ze szczęścia. Aż miło patrzeć! 

Amalie wychodziła już z pokoju, gdy Louise zawołała za nią: 

— Ostatnie drzwi na prawo! 

Amalie  zajrzała  do  pokoju,  w  którym  nocowała  w  czasie  wesela  Kari.  Pa-

miętała,  że  siedziała  obok  Olego  i  zasnęła  z  głową  na  jego  ramieniu.  Gdy  się 
obudziła, leżała w łóżku, bo Ole zaniósł ją do sypialni. Wtedy był sobą — tym 
mężczyzną, którego pokochała. 

Podeszła do pokoju Kari i usłyszała płacz dziecka. Zapukała ostrożnie i we-

szła do środka. 

Na jej widok Hans podniósł zaskoczone spojrzenie i wstał. 

— O, przyjechaliście tak szybko? Jak miło. 

Amalie przeniosła wzrok na siostrę, która siedziała w łóżku i trzymała w ra-

mionach małe, niebieskie zawiniątko. Jej miedziane włosy opadały na ramiona. 
Była blada, lecz uśmiechnięta. 

Jej oczy błyszczały ze szczęścia. 

TLR

background image

—Amalie, jak dobrze cię widzieć! Spójrz tylko na naszego synka! 

Amalie usiadła na skraju łóżka. Drgnęła na widok jasnych włosków chłopca. 

Maleńka  buzia  była  wykrzywiona  z  niezadowolenia.  Dziecko  wybuchnęło  pła-
czem. Było całe czerwone i zabawnie nadymało policzki. Silny chłopak. Amalie 
patrzyła na jego krągłe, kształtne ramionka i fałdki skóry na łokciach. Był ślicz-
ny. 

Kari posłała jej szeroki uśmiech. 

— Widzisz, jaki podobny do Hansa? Jak dwie krople wody. — Spojrzała na 

męża z uśmiechem. 

Amalie odsunęła się nieco. 

— Tak, masz rację. Jak mu dacie na imię? 

Hans usiadł na krześle pod oknem i pochylił się w ich stronę. 

—Jeszcze  nie  zdecydowaliśmy,  ale  to  będzie  jakieś  tradycyjne  imię.  Moja 

matka sobie tego życzy. 

Kari prychnęła: 

— Twoja matka nie może decydować o takich rzeczach. 

— Ale przecież rozmawialiśmy już o tym, Kari — powiedział Hans cichym, 

lecz stanowczym tonem. 

Amalie  nie  była  pewna,  kogo  przypomina  jej  dziecko,  ale  tak  czy  inaczej, 

nie był to syn Oddvara. Kto więc, u diabła, mógł być jego ojcem? 

Malec znów się rozpłakał i Kari rozpięła koszulę nocną. Błysnęła jej krągła 

pierś. Zrobiło się cicho. 

—  Strasznie  boli,  kiedy  mały  ssie.  Już  mi  poranił  sutki.  —  Młoda  matka 

skrzywiła się z bólu. — Au! — krzyknęła. 

Hans  zaczął  spacerować  po pokoju. Wydawał  się  niespokojny.  Amalie  wi-

działa, że Kari mu się przygląda i wydaje się poirytowana. 

— Zejdź do swojej matki, Hans. Chcę zostać sama z Amalie. 

TLR

background image

Hans  zatrzymał  się  i  spojrzał  niepewnie na  żonę.  Amalie  domyśliła  się,  że 

siostra  ma  nad  nim  całkowitą  kontrolę.  Najwyraźniej  to  do  niej  zawsze  należy 
ostatnie słowo w tym małżeństwie. 

Hans wzruszył w końcu ramionami i wyszedł. 

Kari spojrzała na synka z dumą. 

— Mam szczęście. Zobacz, jakiego dużego chłopca urodziłam. Do tego z ja-

snymi włoskami, zupełnie jak nasz tata. 

Tata, pomyślała Amalie. Na pewno podzielałaby radość Kari, gdyby nie to, 

że znała prawdę. Kari była córką innego mężczyzny. 

Nie powiedziała tego jednak, tylko uśmiechnęła się i zapewniła: 

— Tak, masz szczęście. I zasłużyłaś sobie na to. To by dopiero było, gdyby 

dziecko przypominało Oddvara. 

Kari szybko spojrzała na nią. 

— Nie mógł być do niego podobny. Cały czas to czułam. — Uśmiechnęła 

się chytrze. 

Amalie słuchała zadowolonego cmokania dziecka. 

Musiała popatrzeć na chłopca jeszcze raz. Do kogo, u licha, on jest podob-

ny? 

Przekrzywiła głowę. 

—Myślisz,  że  przypomina  naszego  ojca?  —  spytała,  choć  doskonale  wie-

działa, że to niemożliwe. 

Kari przyjrzała się chłopcu. 

— Nie wiem, trudno na razie powiedzieć. Jest jeszcze taki malutki, a wła-

ściwie wszystkie niemowlęta są do siebie podobne. 

Kołysała małego w ramionach. Poprawiła kocyk, by dziecko nie zmarzło. 

Amalie wstała. 

— Pójdę po tatę, na pewno chce zobaczyć wnuka. 

— Nie, jeszcze nie teraz, Amalie. To będzie musiało poczekać. 

TLR

background image

— Dlaczego? 

Kari odgarnęła włosy. 

—Nie mam siły teraz z nim rozmawiać — odparła z westchnieniem. — Je-

stem zmęczona po porodzie, a akuszerka kazała mi przez pierwsze dni odpoczy-
wać. 

Amalie podeszła do okna i wyjrzała. Chłopak, który wziął od niej konia, wy-

chodził właśnie ze stajni. Zauważyła, że Czarna nie stała już uwiązana do ogro-
dzenia. Stajenny wyprowadził dwa inne konie i zniknął gdzieś pomiędzy spiżar-
nią a stodołą. Zwierzęta pobiegły za nim na pola rozciągające się aż do brzegów 
jeziora. Ciekawe, dokąd się wybierał? 

Odwróciła się do siostry. 

—Myślę, że tacie będzie przykro, jeśli nie zobaczy małego. 

Kari usiadła wygodniej i ułożyła dziecko na kołdrze. Tobołek prychnął nie-

zadowolony. 

Amalie znów spojrzała na włoski chłopca. Nagle zrobiło jej się smutno. Po-

myślała  o  dziecku,  które  straciła.  Może  to  także  był  chłopiec  o  jasnych  wło-
skach... 

Rozejrzała się po pokoju. Syn Kari... Nagle ją olśniło. Czy to możliwe? Czy 

jego ojcem mógł być Ole? Opadła na krzesło. 

Kari wyciągnęła rękę po leżącą na stoliku nocnym szczotkę do włosów. 

— Co się stało, Amalie? Umilkłaś tak nagle. 

Nie  była  w  stanie patrzeć  na  siostrę.  Bolało  ją  serce.  Kari  wystawiła  ją na 

pośmiewisko.  Oczywiście,  że  to  Ole  był  ojcem  dziecka!  Zacisnęła  zęby.  Musi 
teraz wziąć się w garść i zadać siostrze to pytanie. Musi! 

Kari nie dawała jej spokoju. 

—Co z tobą? Mam nadzieję, że mi tu nie zemdlejesz. 

— Czy to Ole jest ojcem? — spytała wreszcie Amalie ochrypłym głosem. 

Kari wzruszyła ramionami. 

TLR

background image

—A  jeśli  nawet,  to  co?  Czy  to  takie  ważne?  Wiele  razy  ostrzegałam  cię 

przed Olem, ale ty nie chciałaś mnie słuchać. 

Amalie odniosła nagle wrażenie, że rozmawia nie z własną siostrą, ale z ja-

kąś zupełnie obcą osobą. Kari najwyraźniej nie przejmowała się ani nią, ani jej 
uczuciami. Nie pomyślała, że ona nie tak dawno straciła dziecko Olego. 

Poczuła, że ogarnia ją nienawiść do męża i siostry. Dobry Boże, co powinna 

teraz zrobić? 

— A więc to prawda? Wszystko, co mi mówiłaś, to prawda? 

—  Oczywiście.  Ale  ty  mi  nie  wierzyłaś.  Podejrzewałam,  że  to  Ole  jest  oj-

cem;  cały  czas  miałam  to  przeczucie.  Opowiedziałam  o  wszystkim  matce. 
Ostrzegła mnie i nakazała siedzieć cicho. Uznała, że najlepiej będzie skłamać, że 
to  Oddvar  jest  ojcem,  bo  bardzo  chciała,  żebyś  wyszła  za  Olego.  Ale  kiedy 
dziecko  przyszło  na  świat  i  zobaczyłam  te  jego  jasne  włoski,    i  buzię,  od  razu 
wiedziałam, że przeczucie mnie nie zawiodło. 

— Matka? 

Kari skinęła głową. 

— Wiedziała cały czas. 

— Nie! — krzyknęła  Amalie i zakryła twarz dłońmi. Czuła się zdradzona. 

Matka i Kari spiskowały przeciwko niej! 

Łzy  płynęły  po  jej  twarzy.  W  końcu  podniosła  oczy  i  spojrzała  na  siostrę, 

która  znów  wzięła  dziecko  w  ramiona.  Kołysała  synka  ostrożnie,  nucąc  cicho. 
Amalie wstała powoli; bała się, że zemdleje. 

—Jak mogłaś? — spytała. 

Kari, nie przestając kołysać dziecka, powiedziała: 

— Uspokój się, Amalie. Nie powinno tak cię to dziwić. Przecież spotykałam 

się z Olem na długo przed tym, zanim ty pojawiłaś się w jego życiu. Miał popro-
sić  ojca  o  moją  rękę,  ale  potem  spotkał  ciebie,  a  moje  życie  legło  w  gruzach. 
Cierpiałam  tak  jak  ty  teraz.  —  Znów  zanuciła  coś  pod  nosem  i  spojrzała  na 
dziecko  z  miłością.  —  Teraz  będę  miała  Olego  przy  sobie.  Jego  część  zawsze 
będzie w moim życiu. 

TLR

background image

—Ale dlaczego usłuchałaś matki i powiedziałaś mi, że to dziecko Oddvara? 

Wiedziałaś przecież, że prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw. 

Kari uśmiechnęła się słodko i pogładziła dziecko po włoskach. 

—Teraz cieszę się, że spotkałam Hansa. Mały jest podobny do Olego, bo i 

Hans jest do niego podobny. A ty zabrałaś mi ukochanego, jakby nigdy nic. Nie 
dostrzegałaś moich uczuć, mojej rozpaczy. Zrozum, ja zawsze będę kochać Ole-
go, nigdy o nim nie zapomnę. Hans jest cudowny, ale nigdy nie będzie taki, jak 
on. 

Amalie jęknęła. 

— To rodzice nalegali, żebym wyszła za Olego. Nie możesz obwiniać mnie 

o wszystko. 

—  To  prawda,  ale  mogłaś  przecież  im  się  sprzeciwić,  a  tego  nie  zrobiłaś. 

Myślałaś tylko o sobie. Dobrze pamiętam, jak rzuciłaś się w jego ramiona. Poza 
tym nie sądziłam, że zechcesz poznać prawdę, Amalie. Teraz musisz cierpieć. 

— Ale gdyby rodzice nie zmusili mnie do tego małżeństwa, byłabym teraz z 

Mittim. Gdybym mogła wybierać, wybrałabym właśnie jego! 

Kari pokiwała wolno głową. 

— To wszystko jest bardzo smutne. 

Amalie podeszła do drzwi na niepewnych nogach. 

— Czy Ole wie o dziecku? 

— Nie. — Kari spojrzała na nią z powagą. — I nie wolno ci tego mu mówić. 

Mój synek ma teraz innego ojca. 

Amalie osuszyła łzy. Czemu właściwie płakała? Ole nie jest wart moich łez, 

pomyślała  i  poczuła,  że  ogarnia  ją  wściekłość.  Ole  ją  okłamał;  powiedział,  że 
nigdy nawet nie tknął Kari.  A  ona mu uwierzyła.  A matka? Sprzedała ją, żeby 
pozbyć się długu. 

— Nie powiem o tym Olemu. Masz rację, Kari. Nie domyśliłam się niczego, 

bo ślepo mu ufałam. Teraz muszę wypić piwo, którego nawarzyłam. Gratuluję ci 
pięknego dziecka. Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa. 

TLR

background image

Kari wyciągnęła do niej rękę. 

—Amalie, przykro mi, że dowiedziałaś się o tym w ten sposób. 

— To już nie ma żadnego znaczenia. Wszystko jest moją winą. Zakochałam 

się  i  byłam  wobec  ciebie  bezduszna.  Nie  rozumiałam,  że  ty  naprawdę  go  ko-
chasz. 

Amalie widziała, że siostrze jest przykro. Jej wargi drżały, jakby zaraz miała 

się rozpłakać. Podbiegła do niej i padła przed łóżkiem na kolana. 

—Wybaczysz mi? Proszę, powiedz, że mi wybaczasz! 

Kari pogładziła ją po włosach. 

— Oczywiście, już dawno ci przebaczyłam. Nie mogłaś o niczym wiedzieć. 

Ole zaślepił cię swoim czarem. 

— Dziękuję, Kari. — Amalie podniosła się z klęczek. — Nie wiem, co mam 

teraz zrobić. Ole znów pije, a ja jestem taka nieszczęśliwa. A teraz... to dziecko. 
— Spojrzała na chłopca, który jak na komendę złożył rączki. Jego pulchne pa-
luszki splatały się i rozplatały. — Muszę iść, na pewno potrzebujesz odpoczynku 
po dzisiejszym dniu. 

Kari przytuliła dziecko do piersi. 

— Powiem ci, co powinnaś zrobić, Amalie. Powinnaś pojechać do Tangen i 

zachowywać się tak jak zwykle. Ole dojdzie do siebie. Prędzej czy później prze-
stanie pić. 

— Skąd możesz to wiedzieć? 

—Wiem teraz dużo o Olem. — Kari zdławiła ziewnięcie. — Idź już. Jestem 

taka zmęczona. 

— Czy mogę pocałować dziecko? 

— Oczywiście. 

Amalie  pochyliła  się  nad  chłopczykiem  i  złożyła  pocałunek na  jego  czole. 

Pachniał mlekiem. 

Wyprostowała plecy. 

TLR

background image

— Idę już. Prześpij się trochę, Kari. 

— Nie bądź smutna. Ole się nigdy nie dowie, że mały jest jego. Ty też mo-

żesz dać mu syna, Amalie. Jesteście przecież małżeństwem. 

Amalie skinęła głową. 

— Masz rację. Jeszcze mogę dać mu dziecko. 

Do pokoju wszedł Hans. Amalie wyszła i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi. 

Oparła się o ścianę. Dostała za swoje. Nie mogła oczekiwać niczego innego. 

Przecież Kari o mały włos  nie odebrała sobie życia. Cierpiała w milczeniu. A te-
raz była wreszcie szczęśliwa i pewnie już tak zostanie. 

Teraz cierpiała ona, Amalie. Ale jej ból i rozpacz niczego nie zmienią. Bę-

dzie musiała jakoś sobie poradzić. I poradzi, jest silna. 

Poprawiła suknię, wyprostowała się i zeszła na dół. Najwyższy czas wydoro-

śleć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 8 

 

— Tato, proszę cię. Musisz mnie wysłuchać. — Tannel usiadła na łóżku. Nie 

wiedziała, jak ma uspokoić ojca. Był wściekły. 

— Będziesz się trzymać z dala od Kongsvinger i tego obcego mężczyzny! — 

Wygrażał jej pięścią. — Jak myślisz, czego on od ciebie chce? Na pewno nie ma 
wobec ciebie poważnych zamiarów, to jasne! 

—Mylisz się, tato. Harald Wiik mi się oświadczył, a ja się zgodziłam wyjść 

za niego. 

— Bzdury. Nikt nie zakochuje się po trzech dniach znajomości. Musisz to 

zrozumieć. 

Tannel spojrzała na ojca. Jego twarz była wykrzywiona ze złości. Oczy mio-

tały błyskawice. 

Z trudem przełknęła ślinę; poczuła, że zaraz się rozpłacze. Ojciec musiał ją 

zrozumieć! Przyjęcie oświadczyn Haralda było dla niej jedynym wyjściem. Kie-
dy powiedział jej, że Tron w wielkim pośpiechu ożenił się z Liną, zrozumiała, że 
musi porzucić marzenia o wspólnym życiu z ukochanym. Był dla niej stracony 

TLR

background image

już na zawsze. Ale jej dziecko musiało mieć ojca,  a ona postanowiła za wszelką 
cenę wynieść się z rodzinnego domu. 

— Wyjeżdżam, tato. Nie możesz mnie powstrzymać. — Spojrzała mu głę-

boko w oczy, by wiedział, że mówi poważnie. 

Ojciec odwrócił się do okna. 

—Wieczorem spadnie śnieg. Idź do chaty i napal w piecu. To twój obowią-

zek, Tannel! 

Dziewczyna  poczuła,  jak  dziecko  rusza  się  w  jej  brzuchu.  Dostała  silnego 

kopniaka pod żebra. Zwinęła się z bólu. 

— Proszę, zrozum mnie, tato. Moje dziecko potrzebuje domu. Prawdziwego 

domu. Do porodu zostało jeszcze tylko kilka tygodni, a małe nie może przecież 
przyjść na świat tutaj. 

Myślała o podróży do domu i o tym, jak Harald troszczył się o nią przez całą 

drogę.  Wiele  razy  powtarzał,  że  uzna  dziecko  za  własne.  To  bardzo  wspania-
łomyślne z jego strony. Harald ma dobre serce. Pozostanie mu za to wdzięczna 
do końca życia. Mimo że nie była w nim zakochana, czuła do niego dużą sym-
patię. Wydawał jej się dobrym, ale bardzo samotnym człowiekiem, poza tym by-
ła dumna, że zwrócił uwagę właśnie na nią. Wyobrażała sobie, że potrafiłaby być 
szczęśliwa u jego boku. 

Ojciec pochylił się i dorzucił drew do kominka, po czym wyprostował plecy 

i znów na nią spojrzał. 

— Wiem, co sobie myślisz, i w pewnym sensie cię rozumiem. Ale kto za-

opiekuje się twoimi braćmi? Nie poradzę sobie sam. 

— Masz Petera. On ci pomoże. 

—A co z Tronem? Nie powiedziałaś mi nawet, do czego właściwie między 

wami doszło. 

Tannel poczuła, jak wzbiera w niej tęsknota za Tronem. Ból wciąż nie dawał 

jej spokoju. Zacisnęła zęby. 

Musiała o nim zapomnieć. Powinna myśleć o Haraldzie. 

— Nie chcę o tym mówić — ucięła. 

TLR

background image

Poczuła oddech ojca na karku. 

— Czemu nie? 

Tannel wyjrzała przez okno. 

—Tron ożenił się z Liną. Nie ma już dla mnie nadziei, tato. — Patrzyła, jak 

jej bracia bawią się na dworze, jak rzucają w siebie śnieżkami i piszczą z radości. 
Zazdrościła im tego, że byli tacy wolni i beztroscy. Gdyby całe życie mogło być 
takie  proste  jak  dzieciństwo.  Ale  dla  niej  tamte  beztroskie  czasy  minęły  bez-
powrotnie. Odwróciła się powoli i odetchnęła z ulgą, gdy zobaczyła, że spojrze-
nie ojca nieco złagodniało. 

— Porozmawiamy o tym później, córeczko. W każdym razie i tak teraz stąd 

nie wyjedziesz. W taką pogodę nie przedrzesz się przez las. 

— Wiem, tato. — Pogładziła go po szorstkim policzku. 

— No, dobrze, posprzątaj tu trochę. Twoi bracia tylko bałaganią. I napal w 

chacie! Będziemy musieli tam spać tej nocy. 

Tannel poczuła, że ogarnia ją radość. Wyobrażała sobie życie  w dostatku i 

piękne suknie, które będzie nosić. Harald opowiadał jej o swoim gospodarstwie i 
wielu bogactwach. Powtarzał, że niedługo po nią przyjedzie. 

— Ależ, Tron, co ty mówisz? — Amalie weszła do spiżarni i znalazła trochę 

mięsa z poprzedniego dnia. Wzdrygnęła się, czując chłód od ściany. Mróz przy-
szedł  poprzedniego  wieczora  i  teraz  wydawało  jej  się,  że  w  całym  domu  jest 
zimno. Otuliła się szczelniej szalem, starając się nie upuścić talerzyka z mięsem. 

Tron siedział na ławie wpatrzony przed siebie. 

—Już  dawno  powinienem był  jechać  do  Tannel,  ale  przy  takim  śniegu nie 

zdołam przebić się przez las. Przeklęta pogoda! — Spojrzał w okno. — Zobacz, 
Amalie, jakie zaspy. — Przeczesał włosy palcami, odwrócił się i pociągnął wiel-
ki łyk piwa, które ostatnio zaczęło mu smakować. 

Amalie odstawiła talerzyk na ławę i podeszła do kominka. 

— Ależ, Tron, na nartach powinieneś dać radę. — Pochyliła się, podniosła 

szczapę drewna i dorzuciła ją do ognia. Zostawiła drzwiczki uchylone. 

TLR

background image

—Dobry Boże, Amalie. Przecież sama widzisz, że nawet na nartach jest to 

niemożliwe.  A  jak,  twoim  zdaniem, miałbym  się  przedrzeć  przez  pola?  —  Po-
trząsnął głową zrozpaczony. — Nie chcę, ale muszę poczekać, aż śnieg choć tro-
chę stopnieje, 

Amalie usiadła naprzeciwko niego. 

—No, dobrze. Bo już myślałam, że się boisz z nią spotkać, albo że po prostu 

gryzie cię sumienie. Dzięki Bogu, że Tannel uwolniono. — Nalała sobie mleka 
do szklanki. 

Tron zabębnił palcami o blat stołu. 

— Tak, powinienem był zrobić dla niej więcej. Dużo o tym myślałem. Naj-

ważniejsze jest dla mnie, żeby się z nią szybko zobaczyć i wyjaśnić jej, ile dla 
mnie  znaczy.  A  swoją  drogą,  to  dziwne,  że  Haraldowi  udało  ją  się  wydostać. 
Wiedziałaś, że oni się znają, Amalie? 

Potrząsnęła głową. 

— Z tego, co wiem, to się nie znali. 

Tron pochylił się nad stołem i rozłożył ręce. 

—Jeśli on znał Tannel wcześniej, to bardzo dziwne, że nie wspomniał o tym 

w czasie rozmowy u Aleksandra. Powinien też wtedy powiedzieć, że był świad-
kiem tego zajścia. Coś tu się nie zgadza. Jak to możliwe, że zobaczył Linę i... — 
Nagle uderzył pięścią w stół. — Wydaje mi się, że to jakaś gra, Amalie! Jeśli Ha-
rald Wiik faktycznie byl świadkiem napadu na Linę, to czemu niczego nie zrobił 
wcześniej? 

Amalie słuchała brata. Ojciec powiedział jej, że Harald nie widział wpraw-

dzie samego zajścia, ale widział, ' jak Lina wchodziła w zaułek, a tuż za nią po-
dążał jakiś mężczyzna. 

Patrzyła na Trona, pijąc mleko, w końcu odstawiła szklankę na stół. 

—  Nie  widział  napadu  —  powiedziała.  —  Pewnie  dlatego  nie  chciał  nic 

mówić. 

TLR

background image

— Bzdura! — Tron spojrzał na nią. — Harald to awanturnik i nie można mu 

ufać! Uwiódł wiele kobiet, a potem je porzucił. Bardzo się boję, że to samo chce 
zrobić z Tannel. 

— Ależ ona myśli tylko 0 tobie, Tron. Chyba się mylisz. 

Potrząsnął głową i odgarnął włosy z czoła. 

— Zrobiłem w życiu tyle głupstw, Amalie. 

Siostra odepchnęła stołek. 

— Co masz na myśli? 

— Gdy odwiedziłem Tannel w Kongsvinger, spytałem ją, czy to ona stoi za 

tym napadem. Tak się wtedy zezłościła, że odwróciła się i odeszła, zanim zdąży-
łem z nią porozmawiać. 

Amalie podniosła się z miejsca. 

— Cóż, faktycznie nie było to zbyt mądre. Dlaczego to zrobiłeś? Wiedziałeś 

chyba, że takie przypuszczenie strasznie ją zrani. 

— Nie wiem, po prostu kiedy ją zobaczyłem, przestałem jasno myśleć. Była 

taka piękna, że zabrakło mi tchu i poczułem się tak skołowany, że nagadałem jej 
strasznych głupstw. 

Weszła  Berte  i  szybko  zniknęła  w  spiżarni.  Za  chwilę  wyjrzała  i  spytała 

Amalie: 

— Gdzie mięso? 

— Postawiłam na ławie. 

Marie i Kalle mieli tego dnia dostać mięso na obiad. Amalie bardzo żałowa-

ła, że  wszyscy domownicy nie  zbierają się już na posiłki, ale rozumiała wybór 
Kalle— go: chciał jeść u siebie. 

— Słyszałaś, co powiedziałem? — odezwał się Tron, gdy Berte wyszła. — 

Przyniesiesz mi więcej piwa? 

Amalie poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. Ona także lubiła wypić sobie 

czasem trochę ponczu i piwa, ale zawsze z umiarem. Przypomniała sobie Olego, 
jak chwieje się na nogach, bełkocze i jest całkowicie niepodobny do siebie. 

TLR

background image

— Nie masz już dość, Tron? 

— Nie jestem Olem. Potrafię pić. 

Od wyjazdu Amalie nie miała od męża żadnej wiadomości, ale tak było le-

piej. Mógł topić swoje smutki w alkoholu, a ona nie musiała na to patrzeć. Mimo 
wszystko  niepokoiła  się  o  niego  i  coraz  częściej  o  nim  myślała.  Najchętniej 
wspominała wspólne szczęśliwe chwile. 

Rozluźniła  palce,  które  zacisnęła  kurczowo  na  oparciu  krzesła  i  poszła  po 

następny dzban z piwem dla brata. Ich spojrzenia się spotkały. 

—Przepraszam, Amalie. Myślę tylko o sobie. Przecież widzę, że tęsknisz za 

Olem. Czemu, u diabła, do niego nie wrócisz? 

— Nie mogę. 

—  Możesz,  bez  problemu  przejedziesz  drogą.  —  Przekrzywił  głowę.  — 

Wracaj do domu, twoje miejsce jest w Tangen. 

Amalie zaprzeczyła. 

— Tangen nigdy nie będzie moim domem. To tu jest moje miejsce. 

—Jesteś dziecinna. 

— Nie potrafię już dłużej tam mieszkać, Tron. 

Ole sypiał z Kari i ma z nią dziecko. Boże, za każdym razem, kiedy o tym 

myślała, krajało jej się serce z rozpaczy. 

Nie chciała jednak teraz o tym myśleć, więc poszła po boczek. Upewniła się, 

że piec jest odpowiednio nagrzany, i zaczęła szukać masła. 

— Zajrzę do zwierząt. Hjalmar miał uprzątnąć oborę, ale nie widziałem go 

dzisiaj — odezwał się Tron. 

— Mam mleko — odparła Amalie i wrzuciła mały kawałek masła na patel-

nię. Tłuszcz roztopił się błyskawicznie. Ostrożnie układała w nim plastry boczku 
i patrzyła, jak się kurczą, skwiercząc. 

Tron stanął za jej plecami. 

TLR

background image

— Nie zadręczaj się, siostrzyczko. Na pewno znów będziesz szczęśliwa. Kto 

wie, może nawet wróci Mitti. — Pocałował ją we włosy i objął w talii. 

Amalie odwróciła się do niego. 

— Mitti nie wróci, dobrze wiesz. Poza tym został niedawno ojcem. 

—Tak, w takim razie jest gorzej... 

Cofnęła się o krok. 

— Tannel powiedziała mi, że Mitti kocha swoją żonę, ale kiedy go spotka-

łam, zrozumiałam, że kłamała. Tak czy inaczej, jest już dla nas za późno. Oboje 
tkwimy w swoich związkach. — Skoncentrowała się na patelni i skwierczących 
plastrach boczku. 

— Tannel nie powinna była ci tego mówić. 

— To już bez znaczenia, Tron. On nie wróci. Straciłam Mittiego dawno te-

mu. 

Otworzyły się drzwi i stanął w nich Hjalmar. 

Skłonił się lekko. 

—Obora uprzątnięta, ale potrzebuję pomocy przy noszeniu drewna. Możesz 

mi pomóc? — zwrócił się do Trona. 

— Oczywiście. 

Amalie patrzyła za nimi, jak biegli przez podwórze. Ojca nie było w domu, 

więc większość jego obowiązków spadła na Trona. Ojciec wyjechał do Kirkeno-
er. Zanim wyruszył w drogę, wspomniał, że ta podróż jest ważna dla przyszłości 
Furulii. Amalie nie wiedziała, o co mogło chodzić, ale dowie się pewnie, gdy oj-
ciec wróci do domu. 

Skończyła smażenie, kiedy znów przyszła Berte i zaczęła szybko przygoto-

wywać  stół.  Amalie  nie  rozumiała,  czemu  nagle  zaczęło  jej  się  tak  śpieszyć. 
Przecież Tron i Hjalmar, zajęci noszeniem drewna, zbyt prędko nie wrócą. 

Berte zdjęła fartuch i powiesiła go na kołku. 

— No, to niedługo kończę. Mam nadzieję, że zdążę doprowadzić się do po-

rządku. 

TLR

background image

Amalie domyśliła się, o co chodziło. Postawiła półmisek na stole i sięgnęła 

po chrupki chleb. 

— Możesz zrobić sobie wolne już teraz. Idź. Poradzę sobie ze wszystkim. 

Berte szybko przelała tłuszcz do miski. 

— Chyba mi nie wolno? 

— Nie powiem ojcu. Idź na spotkanie ze swoim chłopcem. 

Berte spłonęła rumieńcem. 

— A więc wiesz? Amalie skinęła głową. 

—Tak, pamiętam, że ty i Sigrid uważałyście to za swoją tajemnicę. Czy to 

cały czas ten sam chłopiec? Berte wytarła ręce w fartuch. 

—  Tak  i  jestem  w  nim  strasznie  zakochana.  Amalie  zauważyła  w  oczach 

służącej  ten  sam  błysk,    który  dostrzegła  u  Kari  zeszłej  wiosny,  kiedy  siostra 
spoglądała na Olego. Oddaliła od siebie tę myśl. Jeszcze raz powiedziała dziew-
czynie, że może już iść. 

 Opadła na ławę i położyła głowę na stole. Zimny blat chłodził jej rozpaloną 

twarz. Tęskniła za miłością. Za dreszczami podniecenia i szybszym biciem serca. 
Ostatnim  razem  czuła  się  tak,  kiedy  spotkała  Mittiego  w  Kongsvinger.  Ale  on 
powiedział jej wtedy, że zostanie ojcem... 

— Czy coś się stało, Amalie? — usłyszała głos Kallego. Podniosła głowę i 

pociągnęła  nosem.  Nie  wstydziła  się  łez,  które  płynęły  po  jej  twarzy.  Miała 
osiemnaście lat, na wiosnę kończyła dziewiętnaście, i doświadczyła ostatnio wie-
le złego. Czuła się słaba, taka słaba. Ole w pewnym sensie ją złamał. 

Kalle usiadł obok niej. 

— Źle się czujesz? Boli cię coś? 

— Nie jestem chora, Kalle. Tylko mi smutno. — Łzy spływały po jej policz-

kach. 

Kalle przycisnął ją do siebie i pocałował w czoło. 

— Na pewno ci przejdzie. 

TLR

background image

— Mam nadzieję. 

Uśmiechnął się i Amalie zauważyła, jak bardzo ostatnio się zmienił. Stał się 

prawdziwym  mężczyzną.  Pomyślała  nagle,  że  nie  powinien  jej  tak  do  siebie 
przyciskać. 

—Wiesz, co ja myślę? 

Wzruszyła ramionami. 

—Nie. 

—Marie, Inga i ja idziemy na dwór pobawić się w śniegu. Myślę, że powin-

naś z nami pójść. Obiecałem Indze, że zbudujemy fort. 

Amalie była tak zaskoczona, że od razu się zgodziła. Minęło wiele lat, odkąd 

ostatnio bawiła się w śniegu. 

— Pójdę — powiedziała z uśmiechem. — Włożę tylko na siebie coś ciepłe-

go i spotkamy się przed domem. 

Wyciągnęła z szafy w korytarzu buty i płaszcz, ubrała się i wyszła. Na dwo-

rze  panował  mróz,  powietrze  było  czyste  i  ostre.  Rozejrzała  się  po  podwórzu. 
Gałęzie drzew uginały się pod naporem śniegu, pola wokół były idealnie białe i 
piękne.  Spojrzała  w  drugą  stronę  i  zobaczyła,  że  z  komina  chaty  dzierżawców 
wali dym. Z oddali dochodził śmiech Ingi. Marie otworzyła drzwi i wypadła na 
podwórze, a za nią wybiegła córeczka w białym, futrzanym płaszczyku i grubych 
rękawicach.  Warkocze  podskakiwały  na  jej  plecach,  a  buzię  rozjaśniał  szeroki 
uśmiech. 

— Amalie, Amalie! Pobawisz się ze mną? 

—Tak,  kochanie.  Chodź  tutaj.  —  Amalie  schyliła  się  pod  kuchennym 

oknem, ulepiła śnieżkę i zaczęła toczyć ją po ziemi. 

—Ojej, nie potrafię zrobić takiej dużej kuli jak ty! — poskarżyła się Inga po 

chwili. — Jesteś dla mnie za dobra. — Skrzywiła swoją piegowatą twarzyczkę. 

— Nie poddawaj się tak szybko! — krzyknęła do niej Marie. — Zaraz ci się 

uda. 

Kalle podszedł do nich z łopatą i zaczął odgarniać dookoła śnieg w wielkie 

zaspy. Marie śmiała się głośno. Pochyliła się i rzuciła w niego śnieżką. Wtedy się 

TLR

background image

zaczęło. Kalle podbiegł do niej i wepchnął ją w zaspę. Marie śmiała się z całego 
serca. W końcu wygrzebała się ze śniegu i podbiegła do męża z uśmiechem. 

Amalie kończyła właśnie toczyć pierwszą śniegową kulę, prawie tak wysoką 

jak Inga, której w końcu także udało się ulepić sporą kulkę. Jej buzia rozjaśniła 
się w pełnym zadowolenia uśmiechu. 

— Udało mi się! Udało! — krzyczała z radością. 

— No, widzisz. To wcale nie było takie trudne. Gdzie stawiamy fortecę? — 

Amalie zaczęła lepić następną kulę. Śnieg sięgał jej do kolan i czuła, że pończo-
chy ma już mokre, ale cieszyła się z zachwytu Ingi i wcale nie dbała o to, że jest 
jej zimno. 

— Tam! — Dziewczynka wskazała na stodołę. 

— Tak daleko? To niech Kalle toczy nasze kule. Dla mnie są za ciężkie. 

Kalle i Marie także pracowali w pocie czoła przy budowie fortu. Kalle ulepił 

kulę wysoką jak Marie. Żona śmiała się z niego tak, że z trudem trzymała się na 
nogach. 

Bawili się w najlepsze, gdy na dwór wyszli Tron i Hjalmar. Wkrótce i oni 

dołączyli do zabawy. Hałasowali i rzucali w siebie śniegiem. Inga nie posiadała 
się z radości. Co chwila popychała Hjalmara w zaspę i odbiegała, co sił w no-
gach. Skończyło się na tym, że sama wpadła głową w śnieg. Amalie myślała, że 
dziewczynka  zaraz  się  rozpłacze,  ale  ona  tylko  śmiała  się  do  rozpuku.  Otarła 
czerwone od mrozu policzki i wróciła do zabawy. 

Amalie także śmiała się jak dziecko, gdy Tron popchnął ją w śnieg. Chwyci-

ła go za nogawkę i pociągnęła za sobą. Brat wylądował miękko obok niej. Oboje 
leżeli na plecach i usiłowali złapać oddech. Zaczęło robić się naprawdę zimno, 
ale Amalie zacisnęła zęby. Od dawna nie bawiła się tak świetnie. 

Tron leżał wpatrzony w niebo. Westchnął i zsunął czapkę z czoła. 

—Zastanawiam  się,  czy  mama  na  nas  teraz  patrzy.  Mam  nadzieję,  że  tak. 

Pewnie od dawna nie widziała nas tak szczęśliwych. 

Amalie widziała kontury księżyca, przebijające się zza chmur. 

— Masz rację, Tron. Dawno nie było tu tyle śmiechu. 

TLR

background image

Inga uklękła obok niej. 

—Kalle skończył budować fort. Chcesz do niego wejść razem ze mną? 

Amalie uniosła się na łokciach i spojrzała na śniegową budowlę. Była wyso-

ka na ponad metr. W środku siedziała już Marie. 

—  Chętnie  z  tobą trochę posiedzę,  ale  będziesz  musiała  spytać  mamę,  czy 

możemy wziąć z domu lampę i trochę się tam ogrzać. 

Wyszła do nich Berte z tacą, na której stały parujące kubki. 

— Pomyślałam, że przyda wam się coś ciepłego do picia. — Służąca pochy-

liła się i postawiła tacę w śniegu. 

— Pijcie mleko, póki gorące. 

—Już idziemy! — zawołał Kalle. 

Berte spojrzała na Trona. 

—Jedzenie wystygło. Czy mam je podgrzać? 

— Tak, Berte, poproszę. Chętnie teraz coś zjem. 

Amalie spojrzała na służącą z zaskoczeniem. 

— Myślałam, że gdzieś się wybierałaś? 

Dziewczyna pokiwała głową. 

— Pójdę, jak tylko podgrzeję jedzenie — powiedziała i puściła się pędem do 

domu. 

Amalie siedziała w śniegowym forcie razem z Ingą. Kalle odśnieżał podwó-

rze. Marie poszła do chaty robić obiad, a Hjalmar poczłapał do swojej rodziny. 
Tron  odśnieżał  drogę  do  domu  Helgi.  Stara  służąca  poprosiła  go  o  pomoc,  bo 
chciała wyjść na spacer w taką piękną pogodę, ale obawiała się, że przewróci się 
w śniegu. 

Inga przyniosła swoją lalkę. Podniosła do jej ust kubek i pięknie ją poprosiła, 

żeby wypiła mleko, póki gorące. 

Amalie poprawiła jej czapkę i warkoczyki. 

—Zimno ci? — Płomień lampy drgał nieznacznie. Wpatrywały się w niego. 

TLR

background image

— Nie, mnie nigdy nie jest zimno. Tutaj jest ciepło, Amalie. Przestań maru-

dzić — powiedziała dziewczynka dorosłym tonem. 

Amalie  wyciągnęła  szyję,  gdy  usłyszała  w  oddali    brzęczenie  dzwonków. 

Domyśliła się, że to Sofie wraca do domu saniami Hansa. Ostatnie dwa dni spę-
dziła  u  Kari,  ponieważ  ojciec  nalegał,  żeby  lepiej  poznała  swoją  drugą  siostrę. 
Ale tak naprawdę wcale nie były ze sobą spokrewnione. Amalie myślała o sło-
wach matki. Teraz musiała nosić w sobie dwie tajemnice: prawdę o ojcu Kari i o 
ojcu jej dziecka. 

Poczuła  nieprzyjemny  ucisk  w  żołądku.  Sama  myśl,  że  Kari  urodziła  syna 

Olego, sprawiała jej ogromny ból. Spojrzała na sanie. 

Kalle odskoczył na bok, kiedy koń przemknął tuż obok niego. Sofie podnio-

sła się i pomachała mu ręką, po czym zeskoczyła z siedzenia i wylądowała mięk-
ko w zaspie. Woźnica wjechał na podwórze i zawrócił konia. Pozdrowił ich, uno-
sząc czapkę, i popędził z powrotem. 

Sofie puściła się biegiem w ich kierunku z podka— saną spódnicą. Wcisnęła 

się do fortecy. 

Inga się rozpromieniła. 

— Sofie, zobacz, jak ślicznie się urządziłyśmy. — Uśmiechnęła się zadowo-

lona, kiedy dziewczyna usiadła obok niej. Sofie otuliła się szczelniej płaszczem i 
podniosła lalkę Ingi. 

—Jaką  masz  śliczną  lalkę.  Szczęściara  z  ciebie.  Kiedy  ja  byłam  mała,  nie 

miałam nic tak pięknego. — Gładziła jasne włosy lalki. — Szczęściara z ciebie 
— powtórzyła. 

Inga zabrała jej lalkę i zaczęła kołysać ją w ramionach. 

—Ty też masz szczęście, że mogłaś zobaczyć dzidziusia Kari. Mnie nie po-

zwolili do niej jechać. — Dziewczynka zwinęła usta w trąbkę na znak, jak bar-
dzo jest pokrzywdzona. 

Amalie uśmiechnęła się do nich. Sofie i Inga lubiły się kłócić, ale wiedziała, 

że starsza dziewczynka traktuje małą jak siostrzyczkę. 

 Poczuła,  że  zaczyna  naprawdę  marznąć.  Drgający  płomień  nie  dawał  już 

ciepła. Nagle usłyszała ciężki oddech i zobaczyła, że Kalle pędzi przez podwó-

TLR

background image

rze. Podniosła się. Natychmiast rozpoznała człowieka wjeżdżającego na podwó-
rze. To Ole! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 9 

 

Wokół niej szalała zamieć. Tannel próbowała zebrać włosy na karku, ale nie 

miało to sensu. Biegła przez podwórze, starając się zachować równowagę. Wiatr 
wył i  wzbijał tumany śniegu. Tannel zamrugała oczami; na chwilę podmuch ją 
oślepił. Musiała napalić w chacie. Peter był chory, gorączka trawiła jego ciało. 

Zobaczyła  chatę  tuż  przed  sobą.  Z  trudem  wdrapała  się  po  kamiennych 

schodach  i  chwyciła  za  klamkę.  Wiatr  wydął  jej  płaszcz  i  zaczął  nim  łopotać. 
Dziewczyna  kurczowo  trzymała  się  klamki.  W  końcu  udało  jej  się  dostać  do 
środka i zatrzasnąć za sobą drzwi. 

Rozejrzała się po izbie. Łóżka były nieposłane, a na stole leżał chleb. Poczu-

ła, jak wzbiera w niej złość, ale miała teraz ważniejsze sprawy na głowie. Pode-
szła  do  paleniska i  wrzuciła  do niego  drwa.  Rozpaliła  ogień  i już  wkrótce  pło-
mienie oświetliły szorstką, kamienną ścianę. 

Musiała się śpieszyć. Ojciec był ostatnio w kiepskim humorze; wciąż ją łajał 

i  pędził  do  roboty.  A  odkąd  Peter  zachorował,  w  ogóle  nie  można  było  z  nim 
rozmawiać.  Poprawiła  prześcieradło  i  strzepnęła  kołdrę.  '  Odciągnęła  zasłony. 

TLR

background image

Cały czas musiała uważać, żeby  ogień w palenisku nie zgasł. Miała tej nocy spać 
tu z bratem i opiekować się nim. Ojciec chciał wyruszyć na polowanie. 

Zanim wyszła z chaty, schowała chleb i wzięła ze sobą wiadro. 

Biegnąc z powrotem przez podwórze, myślała o Haraldzie. W taką pogodę 

przebicie  się  przez  las  było  absolutnie  niemożliwe.  Będzie  musiała  zostać  tu 
przez całą zimę. A zapowiadało się, że wiosna przyjdzie w tym roku późno. Nie 
pamiętała, żeby kiedykolwiek wcześniej była tak okropna pogoda. 

Pochyliła  się,  aby  napełnić  wiadro  wodą,  i  wtedy  poczuła  nieprzyjemny 

ucisk w brzuchu. Ojciec skruszył lód kilofem. Kosztowało go to wiele pracy, ale 
musieli przecież mieć dostęp do wody. 

Zapomniała włożyć rękawice, więc miała wrażenie, że za chwilę odpadną jej 

palce. Usłyszała soczyste przekleństwo ojca. Szedł w jej stronę, z Peterem na rę-
kach. 

— Właź do środka z tym wiadrem i przytrzymaj mi drzwi! — zawołał. 

Tannel posłuchała. Ojciec ostrożnie ułożył chłopca w łóżku i otulił go koł-

drą. 

—Uważaj,  żeby  ogień  nie  wygasł  przez  pierwszą  godzinę.  Powinno  być 

wam ciepło do rana. Zabiorę chłopców, jak będę jechał. 

—Tak, tato. Będę uważać. — Postawiła wiadro pod oknem. Spojrzała na Pe-

tera, którego tak bardzo kochała. Słodkiego, zawsze grzecznego chłopca. 

Był spocony i oddychał nierówno. Tannel znalazła czystą ściereczkę i otarła 

mu czoło. Przyniosła wełniany pled i położyła go na kołdrze. Teraz powinno być 
mu cieplej, pomyślała. 

Postawiła krzesło przy piecu. Wpatrywała się w płomienie i myślała o Tro-

nie. Ciekawe, co teraz robi? Czy Lina wyzdrowiała i byli ze sobą szczęśliwi? Za 
każdym razem, kiedy o tym myślała, czuła bolesne kłucie w sercu. 

Podciągnęła  nogi  pod  siebie  i  oparła  brodę  na  dłoni.  Izba  była  oszczędnie 

umeblowana,  ale  ciepła  i  przytulna.  Pamiętała  ciężkie  zimy,  kiedy  z  powodu 
mrozów  musieli  spędzać  tu po  kilka  tygodni.  Leżeli  wtedy  w  łóżku  z Mittim i 
opowiadali  sobie  bajki.  Przytulali  się  do  siebie,  żeby  im  było  cieplej.  Ostatnio 

TLR

background image

zachowała  się  wobec  Mittiego  nieuczciwie.  Powinna  była  mu  powiedzieć,  że 
okłamała Amalie, kiedy spotkały się w Kongsvinger. 

Westchnęła. To już nie miało żadnego znaczenia. Amalie wyszła za lensma-

na i wydawała się z nim szczęśliwa. 

Wzdrygnęła się ze strachu, kiedy nagle drzwi izby otworzyły się z hukiem. 

Do środka wpadli ze śmiechem młodsi bracia, ale zaraz spoważnieli, gdy zoba-
czyli, że Peter śpi. 

Ojciec wszedł za nimi i zamknął za sobą drzwi. W izbie zrobiło się zimno. 

Tannel zadrżała i zwinęła się w kłębek. 

Chłopcy ściągnęli buty, ale nie zdjęli z siebie grubych, wełnianych koców. 

Wskoczyli  do  łóżka  i  otulili  się  kołdrą.  Siedzieli  tak,  gdy  znów  otworzyły  się 
drzwi.  Tannel  wbiła  spojrzenie  w  potężną  sylwetkę  człowieka,  który  stanął  w 
progu. 

—Mitti! — Zerwała się z miejsca. — Co ty tu robisz? 

Brat  strząsnął  z  siebie  śnieg  i  ściągnął  rękawice  z  dłoni.  Tannel  zobaczyła 

jakiś mrok w jego spojrzeniu. Musiało stać się coś złego. 

Mitti usiadł bez słowa pod oknem i podniósł do ust butelkę wódki, którą ze 

sobą przyniósł. Upił duży łyk, zakasłał i popatrzył na siostrę. 

— Wróciłem do domu na dobre! 

 

Ole chodził nerwowo po pokoju ze zmarszczonym czołem. 

— Piekielna pogoda. I jak ja teraz wrócę do Tangen? — Przeczesał  włosy 

palcami. 

Amalie dobrze go rozumiała. Po obiedzie, który sam w sobie był dla niej tor-

turą, za oknem rozpętało się piekło. Śnieg sypał tak, że nie było mowy o wyjściu 
z domu. Wiatr dął jak oszalały. 

—Musisz zostać tutaj, Ole. Nic na to nie poradzimy. Nie możemy przecież 

walczyć z siłami natury. — Próbowała go pokrzepić, ale on wciąż był ponury. 

TLR

background image

— Nie mogę tutaj zostać. Pójdę po Pieprzyka i spróbuję wrócić. Ty zostań, 

jak chcesz. 

Amalie podniosła się i podeszła do niego. 

— Nie rób tego, Ole. Pieprzyk sobie nie poradzi. 

Spojrzał na nią tak, że aż się skuliła. W jego wzroku nie było żadnej radości, 

tylko pustka i obojętność. 

Ole był  zwykłym kłamcą. Okłamał ją, mówiąc, że nawet nie tknął Kari. A 

prawda była taka, że sypiał z jej siostrą i miał z nią dziecko. 

Amalie czuła teraz do niego tylko i wyłącznie pogardę. 

Nigdy nie zdoła pokochać go na powrót. Ale też nigdy on nie może się do-

wiedzieć o dziecku, bo to zniszczyłoby życie Kari. 

Odwróciła się i chciała wyjść z pokoju, gdy on nagle chwycił ją za ramię. 

— Nie idź. 

— Dlaczego, nie? 

— Nie chciałem na ciebie krzyczeć. Po prostu przyjechałem, żeby zabrać cię 

do domu i... — Puścił ją. —I zatrzymała mnie ta zamieć. 

— A jakie to ma znaczenie? — spytała głuchym głosem. 

Cofnął się o krok. 

—Co  się  stało?  Jesteś  jakaś  odmieniona.  —  Znów  chwycił  ją  za  ramię  i 

spróbował przyciągnąć do siebie. 

— Nie dotykaj mnie, Ole. 

— Wiem, że zachowałem się paskudnie i że powinienem trzymać się z dala 

od tartaku. Jest tam coś, co wpędza mnie w chorobę. 

— Mówiłeś mi to już wcześniej, ale nie chce mi się w to wierzyć. Po prostu 

za dużo pijesz. 

Potrząsnął głową. 

—Musisz mi uwierzyć! Pojedź ze mną do domu. Jakoś damy sobie radę z tą 

pogodą, musimy tylko pogonić konie! 

TLR

background image

— Nie pojadę do Tangen, Ole. Nie teraz. — Otworzyła drzwi, ale zatrzyma-

ła się jeszcze w progu. 

— Odchodzisz ode mnie? — spytał. 

—Tak. 

Wyciągnął ramiona. 

— Nie odchodź, Amalie. Musisz mi wybaczyć. 

Nie odpowiedziała. Wyszła na korytarz, powoli wspięła się po schodach na 

górę i stanęła w progu swojego pokoju. Położyła się na łóżku i wbiła spojrzenie 
w sufit. 

Nagle wydało jej się, że słyszy głos Mittiego, który struga dla niej drewniane 

serce: „Weź je. Kiedy będziesz sama i zaczniesz się zastanawiać, czemu Olego 
nie ma z tobą, będziesz mogła na nie popatrzeć. Po— trzyj je, a ja o tobie pomy-
ślę. Pocieszę cię...". 

Co  właściwie  zrobiła  z  tym  sercem?  Wstała  z  łóżka  i  otworzyła  szufladę 

nocnego stolika. Leżał tam pierścionek, który dostała od Mittiego. Spojrzała na 
niego i przypomniała sobie dzień, kiedy jej go dał. „Jest pełen miłości" — usły-
szała jego głos. Załkała. 

Zamknęła oczy i zobaczyła przed sobą jego serdeczne spojrzenie, jego ciepły 

uśmiech. Poczuła jego dotyk i zapach ciemnych włosów. Zapach lasu. 

Zajrzała głębiej do szuflady. Drewniane serce wciąż w niej leżało. Znów po-

czuła się tak, jakby przy niej był. Zacisnęła dłoń na drewnie i otarła łzy. Zapo-
mnij o nim. To była pierwsza myśl, która postała w jej głowie, kiedy znów poło-
żyła  się  do  łóżka.  Usłyszała  pukanie  do  drzwi,  ale  nie  otworzyła  nawet  oczu. 
Udawała, że śpi. 

— Mogę tu dzisiaj spać? 

Amalie zamrugała oczami. Nad nią stał Ole. —Myślałam, że pojechałeś do 

domu — powiedziała. 

— Nie mogłem wyjechać bez ciebie, Amalie. Nie rozumiesz? Zachowałem 

się jak idiota. — Usiadł obok niej i zaczął rozpinać koszulę. 

TLR

background image

Amalie uniosła się na łokciach i przykryła kołdrą nagie piersi. W spojrzeniu 

Olego pojawiły się czułość i serdeczność. 

Nie była w stanie mu odpowiedzieć. —Rozmawiałem z Sigmundem. Kaza-

łem mu trzymać się od nas z daleka. —Ale... 

Ole zerwał z siebie koszulę i ściągnął spodnie. Wkrótce już leżał obok niej. 

— Nie chcę więcej o tym mówić. Powiedziałem wszystko, co powinno zo-

stać powiedziane. Zostawmy Sigmunda w spokoju. Możemy być rodzicami, mo-
żemy znów mieć dziecko. Jeśli tylko zechcesz. 

— Naprawdę się od nas odczepi? 

—  Tak.  Sigmund  zawsze  zazdrościł  mi  majątku.  To  się  nie  zmieniło.  — 

Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Bawił się jej włosami. — Przepraszam cię za 
wszystko, Amalie. Za wszystko. — Westchnął. — Wróć ze mną do domu. Obie-
cuję, że będę się tobą opiekował i przestanę pić. Będzie tak jak wtedy, gdy cho-
dziłaś w ciąży. Pamiętasz podróż do Namna? Kiedy uratowaliśmy Marie i Ingę 
od tego szaleńca? 

 Tak, dobrze pamiętała, jacy wtedy byli szczęśliwi. Ole traktował ją z czuło-

ścią, troską i uwagą. Ale już nigdy nie będzie tak jak wtedy. Odsunął się i spoj-
rzał na nią. 

— Płaczesz? 

— Nie, Ole,  wszystko dobrze. — Pociągnęła nosem. Znów ją przyciągnął. 

Była w jego ramionach jak bezwolna lalka. 

— Kocham cię — szepnął jej do ucha. Jego broda dotykała jej policzka. — 

Jesteśmy małżeństwem, Amalie. I jeszcze będzie nam dobrze ze sobą. Obiecuję. 

Amalie  nie  wierzyła  mu.  Za  kilka  dni pewnie  znów  zamknie  się  w  swoim 

gabinecie. Będzie siedział tam zupełnie sam i tęsknił do tej drugiej kobiety. Do 
tej, którą wciąż najbardziej kochał. Do Fridy. 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 10 

 

Amalie  nie  mogła  już  spać.  Leżała  i  słuchała  odgłosów  dochodzących  z 

kuchni. Garnki pobrzękiwały, służąca nuciła jakąś piosenkę. 

Odsunęła kołdrę, podeszła do okna i odciągnęła zasłony. Na zewnątrz świe-

ciło słońce. Zamieć ustała, ale na dworze wciąż było zimno. 

Otworzyła okno i zaczerpnęła wielki haust zimowego powietrza. Przeciągnę-

ła się i zobaczyła, że Hjalmar odśnieża podwórze. 

Tron przyłączył się do niego. Gwizdał i najwyraźniej był w doskonałym hu-

morze.  Cieszyło  ją  to,  bo  w  ostatnim  czasie  często  chodził  smutny.  To,  że  zo-
stawił Linę, męczyło go bardziej, niż się do tego przyznawał. Ale wciąż kochał 

TLR

background image

Tannel. Miał nadzieję, że już niedługo będzie mógł do niej pojechać. I że się po-
godzą. Amalie z całego serca życzyła im szczęścia. 

Cofnęła się o krok i spojrzała na łóżko. Czyżby Ole pojechał do domu? 

Umyła i wytarła twarz. Spojrzała krytycznie na swoją wełnianą sukienkę. No 

cóż, przynajmniej była ciepła. Westchnęła i włożyła ją przez głowę. Zaczęła za-
pinać guziki. Koronka uwierała ją pod szyją, ale trudno, jakoś to przeżyje. Do-
rzuciła drew do kominka i zeszła do kuchni. 

Helga siedziała na ławie pod oknem i trzęsła się na całym ciele. 

— To zimno mnie dobija. Kiedy wreszcie będzie cieplej? — poskarżyła się 

żałośnie. 

Berte skinęła głową.  Wyjęła  z szafki masło i chrupki chleb. Wydawała się 

czymś wzburzona. 

Amalie usiadła obok starej służącej. 

—Moim  zdaniem  to  świetnie,  że  wyszłaś  z  domu.  Jak  sobie  poradziłaś? 

Przecież Hjalmar i Tron nie skończyli jeszcze odśnieżać. 

Helga się uśmiechnęła. 

—Jakoś dałam radę. 

Berte podała im kawę. 

—To świetnie, Helgo. 

Służąca zmarszczyła brwi. 

—  Czemu  nie  upniesz  włosów?  Wyglądasz  jak  leśny  troll.  Niedługo  za-

czniesz pewnie i w portkach chodzić! — zaśmiała się z własnego żartu. 

Amalie  uśmiechnęła  się  zaskoczona  doskonałym  humorem  Helgi.  Dawno 

już nie widziała jej w tak dobrym nastroju. 

Do kuchni weszła Sofie i usiadła naprzeciwko nich. 

Na jej szyi błyszczał wisiorek. Amalie nie widziała go nigdy wcześniej. Był 

ciężki i wyglądał na srebrny. 

— Jaki ładny wisiorek, Sofie. Skąd go masz? 

TLR

background image

Dziewczyna wzięła kromkę chleba i zaczęła smarować ją masłem. 

— Należał do mojej mamy. 

— Śliczny! — Amalie uśmiechnęła się do niej, ale Sofie nie zwróciła na to 

uwagi, pochłonięta jedzeniem. 

Do rozmowy wmieszała się Helga: 

—Jak Amalie coś do ciebie mówi, masz jej grzecznie odpowiadać. 

Dziewczyna wzruszyła ramionami. Z trudem przeżuwała kawałek boczku. 

—Nie słuchałam — powiedziała i przełknęła. — Fuj, ten boczek jest niedo-

bry! — Wzdrygnęła się z obrzydzeniem. 

Sofie wyglądała bardzo ładnie. Włosy miała zaplecione w warkocze, a brą-

zowa  wstążka  pasowała  do  jej  wełnianej  sukienki.  Amalie  zauważyła,  że  ciało 
siostry zaczyna przybierać kobiece kształty. Za trzy—cztery lata zaczną uganiać 
się za nią chłopaki. Pomyślała o Palu. Sofie miała już swojego chłopca, chociaż 
była na to o wiele za młoda. Amalie pamiętała siebie jako dwunastolatkę. Wtedy 
nie miała nawet pojęcia o takich rzeczach. Uważała, że jej mała siostra zbyt wie-
le czasu poświęca temu Palowi. Może powinna bardziej jej pilnować? Pal był w 
końcu  trochę  starszy  od  Sofie  i  pewnie  mógł  jej  napytać  biedy.  Sofie  niewiele 
jeszcze wiedziała o mężczyznach. Amalie porozmawia z nią na ten temat następ-
nym razem, kiedy zostaną same. 

Helga podniosła kawałek boczku, powąchała go i zmarszczyła nos. 

— Zepsute! — Przeniosła spojrzenie na Berte. — Podałaś nam stare jedze-

nie. Powinnaś nauczyć się rozpoznawać po zapachu, czy jest dobre. 

 Amalie usłyszała, jak Tron i Hjalmar wchodzą do domu i ze śmiechem wie-

szają kurtki w sieni. Weszli do kuchni, wciąż bardzo rozbawieni. 

Tron  był  czerwony  na  twarzy  i  miał  zmarznięte  dłonie.  Roztarł  je  nad 

ogniem i usiadł do stołu. 

— Należy mi się teraz coś na ząb!  — powiedział, wyraźnie zadowolony z 

pracy, którą wykonał. 

Berte szybko zabrała boczek ze stołu i zniknęła. 

TLR

background image

Hjalmar wszedł do spiżarni i wrócił z dzbanem piwa. 

Tron rozpromienił się, kiedy alkohol trafił do jego szklanki. Upił wielki łyk i 

skinął Hjalmarowi głową. 

— Ty też się napij. Pysznie smakuje. 

Hjalmar uśmiechnął się zadowolony. 

— Do diabla, ależ śniegu napadało — ciągnął Tron. — Odśnieżaliśmy trzy 

godziny, a jeszcze nie skończyliśmy. 

Hjalmar raz po raz napełniał swoją szklankę piwem. Amalie pamiętała, jak 

latem pił na służbie. Dała mu wtedy ostrzeżenie i potem nie widziała już, by się-
gał po alkohol. Ale teraz pił piwo, jakby nie był w stanie się powstrzymać. Tron 
jednak wcale na to nie zważał. Sam nie wylewał za kołnierz. Jadł przy tym z ape-
tytem. 

— Gdzie jest Ole? — zapytała Amalie. 

Siostra przeżuwała właśnie kęs chleba. 

— Myślałam, że to ty wiesz, gdzie go szukać. 

Tron wyprostował się na krześle. 

— Nie, nie widziałem go. 

— Pojechał do domu — odezwała się Helga. 

Tron potrząsnął głową. 

— Niemożliwe, Pieprzyk stoi w stajni. 

Może Ole zasnął w małym pokoju? Amalie podniosła się i wyszła na kory-

tarz. Drzwi do pokoju były otwarte. Zajrzała do środka, ale nie zastała tam niko-
go. Gdzie on się mógł podziewać? 

Wybiegła na podwórze i dalej do stajni. Faktycznie, stał tam Pieprzyk. Ama-

lie rozejrzała się i wtedy właśnie podszedł do niej Ole. 

—Wychodzisz z domu w samej sukience, Amalie? — zapytał z uśmiechem. 

Zezłościła się. Już się bała, że coś mu się stało. Ale on wyglądał świetnie. 

— Gdzie byłeś? 

TLR

background image

—Wałęsałem się trochę po gospodarstwie, a teraz wpadłem tutaj, żeby zoba-

czyć, jak się miewa Pieprzyk. — Wzruszył obojętnie ramionami. — Wystraszy-
łem cię? 

— Nie, ale mogłeś przynajmniej zejść na śniadanie. 

Ole podszedł do drzwi stajni. 

— Przecież to i tak nie ma znaczenia, kiedy jem. Pojedziesz ze mną do do-

mu? 

Zobaczyła w jego spojrzeniu nadzieję, ale wciąż była na niego zła. 

— Nie, zostanę jeszcze kilka dni. 

— Dobrze. Zrobisz, jak zechcesz. — I zostawił ją. 

Amalie  została sama. Wciąż była na niego obrażona, ale zrobiło jej się też 

smutno. Znów poczuła bolesny ucisk w żołądku. 

 

Tannel robiła wszystko, żeby nie zmarznąć. Ojciec siedział w łóżku owinięty 

wełnianym pledem i kołdrą, a Mitti chodził w tę i z powrotem ze zmartwioną mi-
ną. Na szczęście chłopcy spali mocno. Gorzej było z Peterem: co chwila jęczał i 
miał czoło zroszone potem. 

Mitti westchnął, odgarnął włosy z twarzy i usiadł obok ojca. 

— To beznadziejne — powiedział, patrząc na chorego brata. — Muszę je-

chać do wsi i porozmawiać z panem Torpem. Trzeba sprowadzić doktora, żeby 
obejrzał małego. 

 Tannel poczuła, iż serce przestaje jej bić na samą myśl, że we wsi może być 

Tron. Tęsknota za nim sprawiała jej niemal fizyczny ból. Opadła na krzesło pod 
oknem i wyjrzała na zewnątrz. Słońce świeciło, ale wciąż było zimno. Przeraźli-
wie zimno. Czuła mróz przenikający przez drewniane deski za jej plecami. Nie, 
nie mogła myśleć o  Tronie.  Zgodziła się przecież na małżeństwo z  Haraldem i 
musiała dotrzymać  obietnicy.  Poza  tym  go  lubiła. Był  taki  uprzejmy  i  wyrozu-
miały... 

— Nie powinieneś wyjeżdżać teraz,  po tym wszystkim, co cię spotkało — 

odparł ojciec. 

TLR

background image

Mitti wyprostował się i uderzył dłonią w udo. 

— Poradzę sobie, wiesz o tym doskonale, tato. Straciłem żonę, ale poradzę 

sobie. 

Popatrzył na ojca, który właściwie milczał przez cały czas, odkąd syn stanął 

w drzwiach. Tannel nie podobało się to ani trochę. Ojciec ostatnio bardzo schudł. 
Spodnie wprost z niego spadały. 

—Ja mogę pójść do Furulii — zaproponowała Tannel. 

Ojciec wybuchnął śmiechem. Nie był to bynajmniej wesoły śmiech. 

— Ty? — Potrząsnął głową. — Nie ma mowy! Przecież zaraz będziesz ro-

dzić. Ja pójdę. 

Mitti jeszcze raz spojrzał na ojca, po czym bez słowa włożył wilcze futro i 

rękawice. 

—  Idę.  Tym  razem  mnie  nie  powstrzymasz,  ojcze.  —  Zatrzasnął  za  sobą 

drzwi. 

Ojciec wyskoczył z łóżka i chciał za nim biec, ale Tannel go zatrzymała. 

—Zrozum, tato, Mitti musi tam iść. Wciąż kocha Amalie, nie widzisz tego? 

Swojej  żony  nigdy  nie  kochał.  W  jego  życiu  była  tylko  Amalie.  Może  chociaż 
zobaczy ją we wsi. Takie przypadkowe spotkanie da mu siłę na długo. 

Muikk wyjrzał przez okno z zatroskaną miną. 

— Może masz rację. Tak, tak, Mitti jest już dorosły. Musi sam odpowiadać 

za to, co robi. 

Tannel skinęła głową i wyjęła chochlę. Był najwyższy czas zrobić coś do je-

dzenia. 

— Zrobisz motti? — zapytał ojciec. 

Skinęła głową. Wlała do garnka dwie szklanki wody i posoliła. 

Ojciec zajrzał do naczynia. 

—  Tym  razem  musisz  zrobić  wszystko  dobrze.  Nie  można  mieszać  ani  za 

wolno, ani za szybko. 

TLR

background image

Tannel uśmiechnęła się do niego. 

— Mama wszystkiego mnie nauczyła, nie musisz się martwić. Lepiej obudź 

chłopców. Dość już spali. 

Ojciec skinął głową i potarł twarz z namysłem. 

— Oczywiście, ale pamiętaj, żeby wszystko zrobić dobrze. 

Tannel rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie i odpędziła go od garnka. Od-

mierzyła  szklankę  owsa  i  dosypała  garść  jęczmienia.  W  worku  widać  już  było 
dno. Zaniepokoiła się. Mitti powinien wziąć żyto od Heikkiego, mężczyzny, któ-
ry mieszkał na wzgórzu. Będą musieli zadowolić się tym przez resztę zimy, ale 
przywykła  już  do  tego.  Żyto  było  dla  nich najważniejsze.  Przypomniała  jej  się 
polana, na której zasiali zboże w popiele. Musi pamiętać, żeby przypomnieć Mit-
tiemu o życie od Heikkiego. Brat musi tam pójść. Heikki ma duży spichlerz. 

Tannel wsypała do garnka owies z jęczmieniem, tak żeby ziarna pływały na 

powierzchni wody. Wymieszała. Po chwili wszystko zaczęło się gotować. Zdjęła 
garnek z ognia i ostrożnie włożyła do niego łyżkę. Musiała teraz mieszać bardzo 
uważnie, tak jak powiedział ojciec, żeby owies i jęczmień zbiły się w niewielkie 
grudki. 

Położyła łyżkę na stole i włożyła futro. Wymknęła się na podwórze. W spi-

żarni wisiał boczek. Pobiegła wąską ścieżką, ale żeby dostać się do drzwi, musia-
ła pokonać zaspę. Zdjęła kawałek mięsa z żerdzi. Zapasy nie wyglądały imponu-
jąco. Zima była ciężka, jak zawsze. 

Ruszyła z powrotem do chaty. Było tak zimno, że trzęsła się na całym ciele. 

Kiedy wróciła, bracia wstali już z łóżek. Nie dawali ojcu spokoju: chcieli poba-
wić się na podwórzu. Ojciec pomógł im znaleźć buty i futra. 

— Nie odchodźcie za daleko, zaraz będzie jedzenie. Zrozumiano? 

Chłopcy wybiegli na podwórze i po chwili za oknem rozległ się ich śmiech. 

Tannel popatrzyła na nich i wróciła do robienia posiłku. 

Mieszała ostrożnie w garnku tak długo, aż wreszcie była zadowolona z re-

zultatu. 

TLR

background image

Wkrótce  już  bekon  skwierczał  na  patelni.  Tannel  postanowiła  podać  także 

deser. Była pewna, że zostanie trochę resztek. Doleje do nich zsiadłego mleka i 
posypie cukrem. Chłopcy będą zachwyceni. 

Ojciec zebrał swoje narzędzia i dorzucił drew do ognia. 

— Przejdę się na wzgórza. Wezmę strzelbę, może uda mi się coś upolować. 

Mielibyśmy wtedy obiad na jutro. 

Tannel odwróciła się do niego. 

— Dobrze, ale wracaj szybko. Jedzenie będzie za pół godziny. 

Ojciec skinął głową. 

— Gdyby tak była tu twoja matka. Po jej śmierci zrobiło się strasznie smut-

no. 

Tannel żal się zrobiło ojca. Samotność bardzo mu doskwierała. 

— Tak, bardzo tu smutno — przyznała.  

Musiała skoncentrować się na jedzeniu. Przełożyła boczek na drugą stronę i 

wyjrzała przez okno, żeby sprawdzić, gdzie są chłopcy. Dostrzegła na podwórzu 
wysokiego mężczyznę. Gdy podszedł bliżej, jej serce zatrzymało się na chwilę. 
Ależ to Harald! 

 

 

 

 

 

Rozdział 11 

 

Amalie szła przez podwórze, a poły jej płaszcza łopotały na wietrze. Niosła 

wiadro  z  mlekiem.  Westchnęła  na  widok  brudnych  okien.  Może  powinna  po-

TLR

background image

prosić  Berte  i  Marie,  żeby  dokładnie  wysprzątały  cały  dom?  Ojciec  na  pewno 
bardzo by się ucieszył po powrocie z Kirkenoer. 

Wiadro było ciężkie, ale Kalle jeszcze nie skończył doić, więc Amalie do-

szła  do  wniosku,  że  trochę  mu  pomoże.  Teraz  żałowała.  Naczynie  było  niepo-
ręczne; mleko wciąż się z niego wylewało. 

Nagle usłyszała dobrze znany sobie gwizd. Odwróciła się powoli. Serce wa-

liło jej w piersi. Czy to możliwe... Tak, to był Mitti! 

Szedł w jej stronę. Rozpoznała jego ruchy, włosy i uśmiech. Jakże dobrze je 

znała! Łzy napłynęły jej do oczu. Wolno odstawiła wiadro na ziemię. 

Miała ochotę podbiec do niego i rzucić mu się w ramiona, poczuć jego do-

tyk, jego ciepło. Powstrzymała się, ale dużo ją to kosztowało. Czuła mrowienie w 
całym ciele. Załkała. Łzy spływały po jej policzkach. 

Nagle przestała jasno myśleć i pognała do niego. Poły płaszcza powiewały, 

śnieg wpadał pod spódnicę,  włosy przylgnęły do mokrych od łez policzków. Nie 
dbała o to. Biegła do Mittiego. 

Wyciągnął do niej ręce i objął ją mocno. 

— Mitti, Mitti! 

Przytuliła policzek do jego twarzy. Pachniał lasem. 

Mitti trzymał ją mocno, jakby już nigdy nie miał zamiaru jej wypuścić. Czu-

ła na twarzy jego gorący oddech. 

—Amalie, jakże ja za tobą tęskniłem. 

Zauważyła kątem oka, że Kalle idzie przez podwórze, ale zupełnie się nim 

nie przejmowała. Teraz liczył się tylko Mitti. Był tu. U niej! 

Ale Mitti też zobaczył Kallego. Wypuścił ją z objęć i cofnął się o krok. 

Zobaczyła smutek w jego oczach, poczuła bolesny ucisk w brzuchu. Szybko 

otarła łzy, które zaczęły zamarzać na jej twarzy. Spojrzała mu w oczy. 

— Coś się stało, prawda? 

Chwycił jej dłoń i mocno ją uścisnął. 

TLR

background image

—  Kristina  nie  żyje,  Amalie.  Wszystko  poszło  szybko.  Wykrwawiła  się, 

straciła dziecko, które nosiła. 

Amalie cofnęła dłoń. A więc jego żona... Czyżby przyszedł tu po to, żeby jej 

o tym powiedzieć? Wrócił do domu na dobre? Pytania kłębiły się w jej głowie, 
ale gdy Mitti znów przyciągnął ją do siebie, o wszystkim zapomniała. 

Stali w takim miejscu, że mogli ich widzieć wszyscy domownicy, ale wcale 

się tym nie przejmowali. Istnieli tylko oni dwoje. Mitti pochylił się nad nią i po-
całował ją gorąco. 

Poczuła się tak, jak wtedy nad brzegiem Svartetjern. Znów było ciepło, słoń-

ce  świeciło  nad  ich  głowami.  Byli  tylko  oni,  delikatne  falowanie  wody  i  ryby 
przemykające pod powierzchnią... Mitti był jej na zawsze. 

Przycisnęła się do niego, nie chciała wypuścić go z uścisku. Nigdy. Przeszył 

ją dreszcz, gdy ich języki się spotkały, gdy jego ciężka dłoń spoczęła na jej kar-
ku. Pieścił ją. Nagle Amalie usłyszała chrząknięcie Kallego i cofnęła się o krok. 

Kalle stał za jej plecami i palił. 

—Ach tak, to ty do nas zawitałeś? — Cisnął niedopałek w śnieg i wyciągnął 

rękę. Mitti uścisnął ją serdecznie. 

—Przychodzę  z  bardzo  ważną  sprawą.  Chciałbym  pomówić  z  panem  Tor-

pem. Mój brat Peter jest chory, trzeba sprowadzić doktora Bjorliego. 

—Johannesa nie ma w domu, ale możesz pożyczyć konia i jechać po dokto-

ra. Weź, którego tylko chcesz. 

Mitti podziękował za pomoc, a Kalle poszedł do obory. 

Amalie  wzięła Mittiego za rękę i pociągnęła go  za sobą do stajni. Uderzył 

ich zapach rozgrzanych zwierząt, który tak bardzo lubiła. Pogładziła Czarną po 
grzbiecie i poklepała po zadzie. 

—Weźmiesz ją? — zapytała Mittiego. 

— Chętnie. 

Amalie zaczęła odwiązywać klacz, czule do niej przemawiając. Popchnęła ją 

lekko. Czarna zrozumiała chyba, o co chodzi, bo zaczęła się cofać. 

TLR

background image

— Chodź, malutka. — Amalie wyprowadziła konia ze stajni. 

Mitti zamknął za nią wrota. 

Założyli klaczy uprząż i już po chwili Mitti siedział w siodle. 

—Dziękuję, Amalie. Mam nadzieję, że rozumiesz mój pośpiech? Obiecuję, 

że odprowadzę konia tak szybko, jak tylko się da. 

Amalie się zdziwiła. Nie mógł przecież jechać przez las; leżało tam za dużo 

śniegu. 

— Czarna nie przedrze się przez zaspy w lesie. 

Mitti posłał jej uśmiech. 

— Znam inną drogę. Nigdy nie ma na niej śniegu, bo drzewa rosną zbyt gę-

sto. Spokojnie, Amalie, będę się Czarną dobrze opiekował. 

Spojrzała na niego. 

— W takim razie do zobaczenia wkrótce, Mitti. 

Pochylił się nad nią. 

— Oczywiście. 

Pocałował ją serdecznie, wyprostował się i popędził konia. 

Amalie  patrzyła  za  nim,  gdy  znikał  za  stodołą.  A  po  chwili  wybuchnęła 

gorzkim  śmiechem.  Co  ona  sobie  wmawiała?  Pocałowała  Mittiego,  ale  o  tym, 
żeby byli razem, mogła tylko pomarzyć. Wyszła przecież  za Olego. Rzeczywi-
stość była brutalna. 

Przestała się śmiać. Jakaż była głupia. To z Olem związała się na resztę ży-

cia. Mitti znów był wolny, ale ona nigdy się nie wyswobodzi. Nigdy nie będzie 
mogła z nim być. 

Biegła przez podwórze. Gdy Mitti wróci, nie może jej tu zastać. To wszystko 

było dla niej zbyt trudne. Musi jak najszybciej wrócić do Tangen, do Olego. 

 

TLR

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

Rozdział 12 

 

Amalie leżała, zwrócona do Olego plecami. Słuchała jego ciężkiego oddechu 

i patrzyła za okno. Zasłony falowały lekko. Na dworze szalał wiatr. Wzdrygnęła 
się, gdy nagle trzasnęła gdzieś złamana gałąź. 

Ole ciągle pił. W pokoju czuć było zapach przetrawionego alkoholu. Zdążyła 

się już do niego przyzwyczaić. 

Interesowała go tylko butelka. Każdego wieczora Amalie spodziewała się, że 

Ole  przyjdzie  do  niej  i  będzie  się  domagał  wypełnienia  małżeńskich  obowiąz-
ków, ale on dawał jej spokój. Zwykle był pijany i zasypiał, gdy tylko przyłożył 
głowę do poduszki. Właściwie cieszyło ją to nawet. Uczucie, które kiedyś ich łą-
czyło, zupełnie znikło. Ole nie robił nic, żeby naprawić ich małżeństwo, a ona... 
Jej nic już to nie obchodziło. 

Robiło się późno, trzeba było wstać. Tego dnia Amalie wybierała się z Sofie 

do  Tille  odwiedzić  Kari.  Sofie  od  dłuższego  już  czasu  nie  dawała  jej  spokoju, 
całkowicie zachwycona maleństwem. 

Amalie była zdziwiona, jak bardzo Sofie przywiązała się do synka Kari. Pa-

miętała, jak to było, gdy ona sama nosiła dziecko w brzuchu. Sofie była tak bar-
dzo  o  nie  zazdrosna,  że  zepchnęła  ją  nawet  ze  schodów.  Amalie  bolała  sama 
myśl o tym, ale już dawno wybaczyła siostrze. 

Amalie  odsunęła kołdrę. Zadrżała. W pokoju było  zimno. Tak czy inaczej, 

musiała wstać. Spojrzała na piec, w którym już dawno wygasł ogień. Podeszła do 
niego, dorzuciła parę drew i chciała je rozpalić, gdy poczuła na ramieniu lodowa-
tą dłoń. Aż podskoczyła ze strachu. Zapałka wypadła jej z rąk. 

Ole  patrzył  na  nią  zamglonym  wzrokiem.  Był  brudny  i  zarośnięty,  włosy 

miał tłuste. Stał się dla niej zupełnie obcym człowiekiem. Wydawało jej się, że 
od chwili, kiedy ostatni raz pomyślała o nim jak o mężczyźnie, minęły całe wie-
ki.  Ten  czarujący  Ole,  który  pewnego  razu  rozpalił  jej  serce,  który  nazywał  ją 
swoją ukochaną, zniknął na zawsze. 

— Czego chcesz? — zapytała. 

TLR

background image

— Ciebie. Nie możesz wciąż odwracać się do mnie plecami. Jesteś moją żo-

ną, czy ci się to podoba, czy nie. 

 Amalie  zobaczyła  chłód  w  jego  oczach,  ale  zupełnie  się  tym  nie  przejęła. 

Nie był już w stanie jej zranić. 

— Nie chcę się z tobą kochać, Ole. 

Uniósł lekko brwi. 

— Nie chcesz? 

— Nie życzę sobie, żebyś mnie dotykał. Tamte czasy dobiegły końca. 

— Nie sądzę. Żadna kobieta nie jest w stanie mi się oprzeć. 

Amalie miała ochotę wykrzyczeć mu w twarz wszystko, co wiedziała. Kari 

była pewnie jedną z tych kobiet. Ale Ole nie mógł się dowiedzieć, że ma już sy-
na, dziedzica Tangen. Nigdy! 

Chwycił ją za ramię i pociągnął do łóżka. Próbowała mu się wyrwać, ale był 

od niej dużo silniejszy. 

— Puść mnie, Ole! 

— Nigdy cię nie puszczę, żono! Wydaje ci się, że to wódka mnie zmieniła, 

ale się mylisz. Wódka pomaga mi wytrzymać ból, który rozrywa mi głowę. Je-
stem chory, Amalie. Wszystko widzę jak przez mgłę! 

Wciąż próbowała uwolnić się z jego uścisku. 

— Nie wierzę ci! 

— Musisz. To nie wódka, przysięgam! 

Ole potarł czoło dłonią i skrzywił się jakby z bólu. Gdy rzucił ją na łóżko i 

pochylił się nad nią, czuła do niego już tylko pogardę. 

— Muszę cię mieć, Amalie. Tęsknię za tobą — wybełkotał. 

— Nie! 

Usiłowała uciec z łóżka, ale on był szybszy i przygniótł ją ciężarem swojego 

ciała. 

— Proszę, pozwól mi. Pragnę cię! — jęczał, całując jej piersi. 

TLR

background image

Chciała go odepchnąć, ale on trzymał ją w stalowym uścisku. 

Chwyciła go za włosy i mocno pociągnęła. Opamiętał się i odsunął od niej. 

— Przepraszam — wymamrotał. — To ten cholerny... 

— Nic więcej nie mów — przerwała mu. Drżała. Nie była pewna, ze strachu 

czy z zimna. Tak czy inaczej, bała się. Ole stał się zupełnie innym człowiekiem, 
kimś obcym. Kimś, kogo nie chciała znać. 

— Żądam rozwodu! — powiedziała. 

Ole wyskoczył z łóżka. 

— Możesz o tym zapomnieć. Nigdy ci go nie dam. Nigdy! 

Spojrzała mu w oczy. 

— Musisz, Ole. Nie potrafię dłużej tak żyć. 

—  Nigdy  cię  nie  wypuszczę.  Wiem,  że  Mitti  wrócił,  plotki  rozchodzą  się 

szybko. 

Amalie przełknęła ślinę, gdy znów się do niej zbliżył. Poczuła jego nieświe-

ży oddech. A więc to dlatego chciał ją zaciągnąć do łóżka. Dowiedział się o Mit-
tim. 

Zerwała się i wyskoczyła. 

— Odejdź, Ole. Nie kocham cię już. Zdradziłeś mnie. 

— Nie! — Złapał ją za ramię. Amalie jęknęła głośno. Sprawiał jej ból. 

— Puść mnie! 

Nie posłuchał, więc powtórzyła głośniej: 

— Mówię przecież, że masz mnie puścić! 

Nagle cofnął ręce i złapał się za głowę. Westchnął. Podszedł do szafy i wyjął 

z niej spodnie i koszulę. 

Amalie opadła na łóżko. Nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Jeśli znów poje-

dzie do Furulii, ojciec się na nią wścieknie. 

TLR

background image

Zerknęła na Olego, który zdążył się już ubrać. Stał teraz przed lustrem i po-

prawiał włosy. 

— W takim razie umowa stoi, Amalie. Nie chcesz mnie, a ja już nigdy cię 

nie dotknę. Ale w takim razie muszę cię poinformować o jednym: będę sypiał z 
innymi kobietami. 

I wyszedł. 

Amalie wtuliła twarz w pościel i załkała głośno. Łzy wsiąkały w poduszkę. 

Bolało ją serce. 

Gdyby nie Sigmund, byliby jeszcze  szczęśliwi. Ale on wszystko zniszczył. 

Wszystko przepadło. 

— Zobacz! — wykrzyknęła Sofie. Aż piszczała z radości, nie mogła spokoj-

nie usiedzieć w siodle. 

Amalie popatrzyła na jelenia, który z gracją skakał po śniegu. 

— Piękny. 

Cmoknęła na Czarną. Hjalmar przyprowadził klacz kilka dni wcześniej. Mit-

ti oddał ją, tak jak obiecał. 

Sofie zrównała się z nią i przez jakiś czas jechały obok siebie. Droga była 

zaśnieżona, ale konie dzielnie brnęły naprzód. 

—Cieszę się na to spotkanie z Kari. Ona jest taka miła. — Sofie uśmiechnęła 

się szeroko. 

Amalie rozejrzała się dokoła. Nagle coś przykuło jej uwagę. Czyżby pomię-

dzy drzewami mignął jakiś płaszcz? 

Spojrzała jeszcze raz.  Ależ tak, chował się tam człowiek! Odwróciła się  w 

siodle. Serce waliło jej ze strachu. Czy to możliwe, że to ten sam płaszcz z kap-
turem, który widziała nad wodospadem? 

Ściągnęła wodze, ale zanim zdążyła przyjrzeć się nieznajomemu dokładniej, 

ten zniknął w lesie. Poły płaszcza łopotały na wietrze. Strach odebrał jej na chwi-
lę zdolność logicznego myślenia, lecz gdy zobaczyła, jak bardzo przerażona jest 
Sofie, uspokoiła się nieco. 

TLR

background image

— To nic takiego — powiedziała, ale sama słyszała, jak jej głos drży. 

 Amalie  patrzyła  na  mężczyznę,  który  szedł  przez  zamarznięte  jezioro.  Za-

słoniła usta dłonią. To nie może być zabójca, pomyślała i przygryzła wargę. Na 
chwilę przywołała w pamięci obraz człowieka w pelerynie, którego widziała kie-
dyś, dawno temu, jeszcze jako dziecko. Tamten człowiek wydawał jej się ogrom-
ny, a ten, którego teraz obserwowała, był chudy i niski. Sprawiał wrażenie, jakby 
płaszcz był dla niego za duży. Może ktoś stroił sobie z nich żarty? 

— Widziałaś, Amalie? To był Zły, prawda? 

Krótkie, ostrzegawcze parsknięcie klaczy sprawiło, że Amalie znów odwró-

ciła głowę. Zdusiła krzyk. 

Tuż  za  nią  stał  Anjalan.  W  dłoni  trzymał  nóż  gotowy  do  pchnięcia.  Jego 

uśmiech był lodowaty i przerażający. 

Zareagowała błyskawicznie. Pochyliła się i klepnęła mocno w zad konia So-

fie. Popędziła Czarną, pochyliła się na bok i chwyciła wodze, które siostra ści-
skała w dłoni. Czarna pogalopowała przed siebie, a koń Sofie biegł tuż za nią. 

Nie  oglądała  się  za  siebie.  Zwierzęta  pędziły  przez  pole.  Amalie  zadrżała, 

gdy zobaczyła, że zbliżają się do jeziora. Miała wrażenie, że  Fin jest tuż za jej 
plecami i w każdej chwili może ugodzić ją nożem. 

Sofie zaczęła krzyczeć: 

—Amalie, boję się! 

Amalie widziała, że po policzkach siostry płyną łzy, ale nie mogły się jesz-

cze zatrzymać. 

— Trzymaj się mocno, kochana, zaraz miniemy jezioro! — odkrzyknęła. 

Sofie skinęła głową i przywarła do końskiego grzbietu. 

Amalie pociągnęła za wodze. 

— Prrr, Czarna! 

Klacz zwolniła, a ona obejrzała się przez ramię. W pobliżu nie było nikogo. 

— Co to za człowiek? — spytała Sofie drżąca ze strachu. 

TLR

background image

—To długa historia. Ale powinnyśmy się od niego 

trzymać z daleka. 

— Skąd on się wziął? 

— Z Finlandii. Kiedyś zaatakował Olego, a teraz jest poszukiwany przez po-

licję. Ale musimy jechać dalej. 

Przygryzła  wargę.  Teraz  już  rozumiała,  czemu  zakapturzony  człowiek  tak 

szybko zniknął. Musiał się przestraszyć Anjalana i jego noża. Nie, ten mężczyzna 
z pewnością nie był mordercą. 

—  Czujesz  się  już  lepiej?  —  zwróciła  się  do  Sofie,  gdy  wjechały  do  lasu. 

Tuż przed nimi rozciągało się Tille. 

Dziewczyna skinęła głową. 

—Tak. 

Amalie zobaczyła jadące z naprzeciwka sanie i skierowała Czarną na pobo-

cze. W saniach siedział  Isak, jeden z młodszych mężczyzn z  wioski, w którym 
była kiedyś zadurzona Vigdis. 

— Dzień dobry, Amalie — pozdrowił ją i skinął głową. 

— Dzień dobry. 

— Wszystko dobrze u pani gospodyni? Bo chyba teraz tak powinienem do 

ciebie  mówić.  W  końcu  usidliłaś  lensmana.  —  Oparł  łokcie  na  udach  i  puścił 
wodze. 

— Tak, dziękuję. A co u ciebie? 

— Nie narzekam, chociaż mam teraz dużo roboty w gospodarstwie. 

— To dobrze, że opiekujesz się rodzicami. 

Isak westchnął. 

— Tak, ale przez to nie mam czasu na inne rzeczy. Wiesz o mnie i Vigdis, 

prawda?  Kiedyś  musiałem  z  niej  zrezygnować,  ale  teraz  los  znów  się  do  mnie 
uśmiechnął. Pobieramy się! 

Amalie była zaskoczona. 

TLR

background image

— To cudownie. 

— Dziękuję. — Isak spojrzał na Sofie. — Słyszałem, że jesteś podobna do 

Amalie, i faktycznie. Jesteście tak samo piękne. 

— Dziękuję. — Sofie spuściła wzrok. 

Amalie obejrzała się za siebie. Bała się, że Anjalan znów wyrośnie za nią jak 

spod ziemi. 

—Musimy jechać, Isak. Dopiero co spotkałyśmy tego Fina, którego szukają 

władze. Słyszałeś chyba o Anjalanie? 

Isak skinął głową i wyprostował plecy. 

— To złe wieści. Naprawdę tu wrócił? 

— Tak, a w dodatku wydaje się niebezpieczny. Podszedł do nas z nożem. 

Isak podniósł wodze. 

— Musisz powiedzieć o tym Olemu. 

— Zrobię to, ale teraz naprawdę musimy już jechać. Wybieramy się do Kari. 

Bądź ostrożny, Isak. Uważaj na niego. 

—Tak,  dziękuję  za  ostrzeżenie.  Pozdrów  ode  mnie  Kari.  Miłego  dnia.  — 

Popędził konia i pojechał dalej. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

Rozdział 13 

 

Tannel wciąż była pod wrażeniem  wizyty Haralda. To mężczyzna dla niej. 

Podobał jej się, wprawdzie nie tak bardzo jak Tron, ale go lubiła. 

Ojciec długo rozmawiał z Haraldem i z grzeczności poczęstował go wódką. 

Teraz, dwa dni po jego  wyjeździe, ojciec wciąż chodził po domu poirytowany. 
Tannel wiedziała, że złości go myśl o jej wyjeździe. 

Podniosła  się  i  zdjęła  ze  ściany  garnek.  Wyciągnęła  worek  i  przełożyła  do 

naczynia kilka ziemniaków. 

Podniosła oczy, gdy do izby wszedł Mitti. Drżał i rozcierał ręce. 

— Widziałem Fina czającego się w lesie. Wiem, kto to. 

Mitti był zaniepokojony. 

—Kto? 

Brat wziął sobie kawałek boczku i usiadł przy stole. 

— Ten, co mnie napadł na zabawie. Amalie przepędziła go wtedy kijem. Po-

tem o mało nie zabił lensma— na. Boję się o Amalie. Może być w wielkim nie-
bezpieczeństwie. 

Tannel zaczęła obierać ziemniaki. 

— W takim razie musisz ją ostrzec. 

— Myślałem o tym, ale ona na pewno nie zechce ze mną rozmawiać. Kiedy 

pojechałem do Furulii oddać konia, jej już tam nie było. Wróciła do lensmana. Z 
pewnością nie chce, żebym ją nachodził. 

—Jest jeszcze nadzieja, Mitti. Lensman znów pije. Wydaje mi się, że Amalie 

długo z nim nie wytrzyma. 

— Skąd wiesz, że Ole pije? 

TLR

background image

— Plotki szybko się rozchodzą. A Ole po pracy często zachodzi do gospody. 

Widziano go tam pijanego, i to nie raz. 

Mitti pokręcił głową. 

—Jak tylko ojciec wróci, pojadę do wsi i ostrzegę Amalie. Ten Fin jest nie-

bezpieczny, a Ole nie zapewni jej ochrony, jeśli ciągle chodzi pijany. 

Dźwignął się z miejsca. 

— Przyniosę więcej drewna. Peter musi mieć ciepło. 

Tannel zerknęła na braciszka, który spał spokojnie 

w łóżku. 

— Z Peterem już będzie dobrze. Czuje się o wiele lepiej. 

— Tak, na szczęście! Ale wiesz, Tannel, będzie nam wszystkim smutno, jak 

wyjedziesz. 

—To ogromne szczęście, że spotkałam Haralda. Mam nadzieję, że to zrozu-

miesz, Mitti. Moje dziecko będzie teraz miało prawdziwy dom. 

— Dobrze to rozumiem, siostrzyczko. 

Ojciec wszedł do izby i usiadł przy stole. 

— Dziś wieczorem odwiedzi nas Heikki z rodziną. Zostawimy tu Petera, że-

by miał spokój. Napal w domu, Mitti. 

— Dobrze, tato. Zaraz tam pójdę. 

Tannel znalazła solone mięso i postawiła je na stole. Spojrzała na ojca. 

— Mitti musi wyjechać, tato, i ostrzec Amalie przed tym obcym Finem, któ-

rego widział w okolicy. Ten człowiek chce się pewnie zemścić na Olem i Ama-
lie. 

Ojciec zdjął futro. Dopiero wtedy Tannel zobaczyła, że upolował dwa zają-

ce. 

—Nie  podoba  mi  się,  że  Mitti  się  w  to  miesza.  Nie  powinien  jeździć  do 

Amalie za każdym razem, gdy coś się dzieje. Ale... — westchnął zrezygnowany. 
— Przecież nie mogę go powstrzymać. 

TLR

background image

Tannel usiadła, a myśli kłębiły się w jej głowie. Co właściwie czuła do Ha-

ralda? Pocałował ją, był dla niej serdeczny, lecz jej serce nie biło dla niego. Czy 
naprawdę powinna za niego wyjść? 

— Przygotuj zające na jutro — powiedział ojciec. 

—Ależ, tato, w takim razie będę musiała pracować 

przez cały wieczór. A chciałabym spędzić trochę czasu z rodziną Heikkiego. 

Potrząsnął głową. 

— Nie tym razem. Musisz przygotować jedzenie i doglądać Petera. 

— Dobrze, tato. Przypilnujesz ziemniaków? Poszłabym wydoić krowy. 

Spojrzeli sobie w oczy. 

—Nie możesz od nas wyjechać. Nie podoba mi się ten Harald, wydaje mi się 

przebiegły jak lis. 

Tannel włożyła płaszcz. 

— Muszę jechać, tato. 

— Kochasz go? 

— Nie, jeszcze na to za wcześnie. Ale lubię go, a to już coś. 

Ojciec potarł dłonią zarośniętą twarz. 

— Powinienem zabronić ci stąd wyjeżdżać. Nie podoba mi się, że  wycho-

dzisz za człowieka, którego właściwie nie znasz. 

Tannel nie chciała już dłużej tego słuchać. Powiedziała od drzwi: 

—Jestem  tu  jeszcze,  bo  Peter  choruje.  Powinieneś  się  z  tego  cieszyć.  Nie 

zmienię zdania. Wyjadę, jak tylko zrobi się cieplej. 

Ojciec wypił kawę i usiadł koło synka. 

— Jeśli teraz wyjedziesz, to już do nas nie wrócisz. 

Otworzyła drzwi i odwróciła się do niego. 

— Wiem, tato. Już nie wrócę. 

TLR

background image

Przed chatą spotkała Mittiego, który niósł wielkie naręcze drewna. 

— Musisz znaleźć chłopców, Tannel. Ostatnio widziałem ich nad jeziorem. 

Co prawda lód jest gruby i mocny,  ale nie podoba mi się, że są sami. Ten Fin 
może się czaić wszędzie. 

— Poszukam ich, ale najpierw muszę wydoić krowy. 

Zamknęła się w oborze i podeszła do najstarszej 

krowy, Rilling. Mitti wszedł za nią do środka. 

—Jadę do wsi. Mam sprawdzić, czy Tron jest w Furulii? 

Tannel  uśmiechnęła  się  lekko,  obserwując  strumień  mleka  strzykający  do 

wiadra. 

— Nie musisz. Ja i tak nic już dla niego nie znaczę. 

 Usłyszała, jak brat zamyka za sobą drzwi. 

Tron,  pomyślała.  Nigdy  nie  będzie  tak,  jak  sobie  wymarzyłam.  Przytuliła 

czoło do ciepłego brzucha krowy. 

Popłynęły łzy. Tannel siedziała tak i opłakiwała utraconą miłość. 

Amalie piła kawę i słuchała Louise, która była tak dumna z wnuka, że nie 

potrafiła już mówić o niczym innym. Razem z nimi siedział Brage, który znów 
właśnie zawitał do Norwegii. Amalie pomyślała, że miło jest znowu go widzieć. 

Przyłączył się do nich Karolius i raz po raz rzucał Amalie niepewne spojrze-

nie. Pewnie wciąż miał poczucie winy z powodu strzelby, która nieoczekiwanie 
wypaliła i o mały włos jej nie zabiła. 

Brage  odstawił  szklankę  na  stół,  odchylił  się  do  tyłu  i  wyciągnął  ramiona. 

Amalie poczuła, że dotyka jej włosów. 

Louise podała jej tacę z ciastem. 

— Słyszałam paskudne plotki o naszym lensmanie. Czy to prawda, że pije? 

Pytanie  zaskoczyło  Amalie.  A  więc  plotki  faktycznie  rozeszły  się  już  po 

okolicy. A czego zresztą można się było spodziewać? Ole spędził kilka ostatnich 
wieczorów w gospodzie. 

TLR

background image

Karolius odchrząknął, zasłaniając usta dłonią. 

— Rebekka ostatnio często przesiaduje w gospodzie. 

Louise posłała mu surowe spojrzenie. Amalie zauważyła, że mężczyzna za-

rumienił się wstydliwie. 

— Daj spokój, Karolius — skarciła go Louise, poprawiając włosy. 

Któregoś wieczora Amalie poczuła, że koszula Olego pachnie damskimi per-

fumami. Czyżby to była sprawka tej Rebekki? Nie, nie chciało jej się w to wie-
rzyć, chociaż Ole ją przecież ostrzegał. 

Brage podniósł się z miejsca. 

—  Przestańmy  zamęczać  Amalie.  Pewnie  ma  dość  własnych  problemów  i 

nie  potrzebuje  jeszcze  wysłuchiwać  plotek  o  lensmanie.  —  Wyciągnął  do  niej 
rękę. — Chodź, Amalie. Pójdziemy się przejść. 

Amalie wstała, spoglądając na Louise. 

— Kim jest ta Rebekka? 

— Nie znam jej. Ale skoro Karołius nie może usiedzieć cicho, to może on ci 

wyjaśni, co to za jedna. 

Karolius był wyraźnie zawstydzony. 

—Wiem tylko, że ta kobieta dobrze zna lensmana. Bardzo dobrze. 

—Dziękuję, że mi o tym powiedziałeś. Doceniam twoją szczerość. 

Amalie wyszła za Bragem na podwórze. Ole musi teraz dać jej rozwód. To 

wszystko zaszło za daleko. Ale gdzie się podziały jej łzy? Powinna przecież pła-
kać, a pozostawała dziwnie spokojna. 

Brage otoczył ją ramieniem. 

— Co zrobisz teraz? — zapytał niepewnie. 

Amalie wiedziała, że Brage coś do niej czuje. Spojrzała mu w oczy. 

—  Zażądam  rozwodu.  Ale  nie  jestem  w  tobie  zakochana,  Brage.  Przepra-

szam, jeśli pozwoliłam ci myśleć, że jest inaczej. 

Przystanął i przygarnął ją do siebie. Nie poruszyła się. 

TLR

background image

— Wiem o tym, ale może kiedyś... — szepnął. 

Cofnęła się; jego bezpośredniość była krępująca. 

— Nie sądzę, Brage. 

Na jego grubo ciosanej twarzy zagościł lekki uśmiech. 

—Jestem cierpliwym człowiekiem. Zaczekam. 

Uśmiechnęła się smutno. Brage wiedział, że kochała Mittiego. Ze to on był 

dla niej całym światem. 

Szli dalej, aż zatrzymali się nad brzegiem jeziora. Nie było tam zbyt wiele 

śniegu. 

— Lubię naturę i zwierzęta, które się tu zapuszczają — powiedział Brage. — 

Czasem jest tak pięknie, że zapiera mi dech w piersiach. Pola, równiny, tajemni-
czy las, a latem pachnące dzikie róże. Macie szczęście, że mieszkacie w takim 
miejscu jak to. 

—Tak, tu jest pięknie — przyznała Amalie. 

Brage  był  atrakcyjnym  mężczyzną.  Miał  muskularną  budowę  ciała,  włosy 

ciemne  jak Mittiego  i  wielkie,  niebieskie  oczy.  Był  uprzejmy  i bogaty,  ale  ona 
nic do niego nie czuła. 

—  Chciałabym  jeszcze  porozmawiać  z  Kari.  Przepraszam  cię,  Brage,  ale 

musimy już wracać. 

Mężczyzna uniósł brwi. 

—  Rozumiem.  —  Uśmiechnął  się  i  znów  przygarnął  ją  do  siebie.  —  Nie 

mogę się powstrzymać. W Niemczech wszędzie widziałem twoją twarz. — Po-
chylił się i ją pocałował. 

Amalie była tak zaskoczona, że nawet go nie odepchnęła. Brage okazał się 

namiętnym i zmysłowym mężczyzną. Jego język badał jej usta. Przycisnął ją do 
siebie jeszcze mocniej. Zakręciło jej się w głowie. Przerażona własną reakcją, w 
końcu wyrwała się z jego uścisku. 

— Czemu to zrobiłeś? — spytała. 

— Dobrze wiesz, dlaczego. 

TLR

background image

Odwróciła się i ruszyła w stronę gospodarstwa. 

Brage szybko ją dogonił. 

— Przepraszam. Nie chciałem ci się narzucać, ale... naprawdę, nie wiem, co 

mnie opętało. 

— Nie mówmy już o tym. Teraz muszę porozmawiać z Kari. Po to tu przy-

jechałam. 

 Brage coś w niej rozpalił. Chciałaby kopać, drapać i gryźć. Miała mężczyzn 

po dziurki w nosie! 

— Jak ona ma na imię? — Kari patrzyła na siostrę wielkimi oczami. — Re-

bekka? 

Amalie skinęła głową. 

— Tak. Słyszałaś o niej? 

— Słyszałam. — Kari spojrzała na nią zmartwiona. — Żal mi ciebie, ta ko-

bieta jest gorsza od Majny. Jestem tego pewna. 

Amalie poczuła, że ogarnia ją niepokój. 

— Co masz na myśli? — Usiadła wygodniej na krawędzi łóżka. 

—Ta Rebekka jest Zakochana w Olem. Zawsze chciała go mieć. 

— Skąd ona jest? 

Kari westchnęła. 

— Z Kongsvinger. 

Amalie skinęła głową. 

— Domyślam się, że Ole odwiedził ją, kiedy mieszkałam u Aleksandra. Nie 

nocował w gospodzie, tylko u niej! 

Kari odwróciła wzrok i spojrzała na łóżeczko synka. Zmarszczyła brwi, gdy 

rozległo się stamtąd ciche kwilenie. 

—Victor powinien jeszcze trochę pospać. Jestem strasznie zmęczona, on tyle 

płacze. 

TLR

background image

A więc mały miał dostać na imię Victor — zwycięzca. Tak, to dziecko było 

dla Kari wielkim triumfem. Owocem miłości. 

Kari westchnęła. 

—Oczywiście, że u niej był. Ona potrafi go sobie owinąć wokół palca. Daje 

mu wszystko. I kiedy mówię „wszystko", mam na myśli naprawdę wszystko! 

Amalie  patrzyła  przed  siebie.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  tak  naprawdę 

nigdy nie znała swojego męża. Ufała mu ślepo, a on cały czas ją oszukiwał. Te 
wszystkie jego podróże były pewnie po prostu wykrętami. Mówił, że wyjeżdża, a 
spotykał się z tą Rebekką. Jej zaś powtarzał, że ją kocha. To wszystko były kłam-
stwa. 

— Mówił, że jestem jego jedyną — powiedziała Amalie cicho. 

Kari usadowiła się wygodniej w łóżku i zaczęła nerwowo skubać warkocz. 

— Mnie też to powtarzał. 

Amalie nie chciała dłużej słuchać siostry. Ole nigdy nie należał do niej. 

Wstała powoli. 

—Jadę do domu, do Tangen. Czy Sofie może zostać u was przez kilka dni? 

Kari wyciągnęła do niej rękę. 

— Oczywiście. Tak mi przykro, Amalie. 

Amalie słyszała smutek w jej głosie. 

— Mnie też jest przykro. 

Amalie  zobaczyła  go  na  podwórzu.  Podprowadził  konia  do  ogrodzenia, 

przywiązał go i zaczął rozczesywać mu grzywę. 

Zeskoczyła z grzbietu klaczy i pobiegła do niego. 

—Ole! 

Odwrócił się zaskoczony. 

— Amalie, wróciłaś! 

Z trudem łapała oddech. 

TLR

background image

— Opowiedz mi o Rebekce. Co to za jedna? 

Upuścił  szczotkę  na  ziemię.  Patrzył  na  nią  szeroko  otwartymi  oczami.  W 

końcu pochylił się i podniósł szczotkę. 

— Nie ma o czym mówić. 

Stanęła naprzeciwko niego. 

—Wiem  o  niej,  Ole.  Wiem,  że  znasz  ją  od  dawna.  Powiedz  mi  prawdę, 

przynajmniej na tyle zasługuję! 

Ole odwiązał Pieprzyka i ruszył przed siebie. 

— To kobieta, z którą czasami piję. I tyle — odparł. 

Amalie szła tuż za nim. 

— Kłamiesz! 

Przystanął i się odwrócił. 

—Ja kłamię? Ha! A co z tobą? Wiem, że wciąż kochasz Mittiego. Że nigdy o 

nim nie zapomniałaś. Naprawdę nie mam pojęcia, kim dla ciebie byłem, ale już 
mnie to nie obchodzi. — Pociągnął konia za sobą. 

— Chcę się z tobą rozwieść, Ole! — krzyknęła za nim. — Nie chcę być tą 

drugą! 

—Dobrze, to idź sobie. To już bez znaczenia. Dla mnie i tak wszystko skoń-

czone. Nie pożyję zbyt długo. Bóle rozrywają mi ciało, z każdym dniem jest co-
raz gorzej. — Pociągnął konia do stajni. 

Amalie spoglądała za nim. Nie chciało jej się wierzyć, że faktycznie jest bli-

ski śmierci. Po prostu znów próbował ją nabrać. Ale już nigdy więcej nie da mu 
się zwieść! 

Nagle z sykiem podbiegły do niej gęsi. Amalie odskoczyła w bok i zaczęła 

uciekać. Trzy ptaki goniły ją jakiś czas, w końcu dały jej spokój na ganku. Tam 
się  odwróciły  i  poczłapały  w  stronę  Olego,  który  właśnie  wychodził  ze  stajni. 
Gospodarz  omiótł  dziedziniec  spojrzeniem,  podrapał  się  w  głowę  i  ruszył  do 
domku czeladnego. 

TLR

background image

Amalie przymknęła oczy i poczuła, że robi jej się niedobrze. Oparła się o po-

ręcz. Kręciło jej się w głowie. W końcu zaczęła wymiotować. Miała wrażenie, że 
pęknie jej żołądek. 

Stała tak jeszcze długo i patrzyła w ziemię. Drżała na całym ciele. Dobrze znała 

te objawy. Miała je 

już kiedyś. Znów była w ciąży.

TLR

background image

 

Rozdział 14 

 

 

Amalie nie wiedziała, jak długo biegła. Słyszała, że Ole ją woła, ale nawet 

się nie odwróciła. Łzy ją oślepiały. Kilka razy potknęła się i przewróciła, śnieg 
dostał się pod jej suknię i wciąż jej było niedobrze. Mimo to wstawała i biegła 
dalej. 

Chwyciła się jakiejś gałęzi. Śnieg był bardzo głęboki, musiała więc wysoko 

podnosić  nogi  i  przytrzymywać  się  drzew.  W  końcu  udało  jej  się  wspiąć  na 
szczyt wzgórza. Widziała stąd całe gospodarstwo. Tangen. Kiedyś to był jej dom. 

Nie  myśląc  o  zimnie,  usiadła  pod  wielkim  świerkiem.  Szpilki  kłuły  ją  w 

głowę, więc odepchnęła gałęzie. 

Nie zastanawiała się nad zanikiem miesięcznej przypadłości. Miała na gło-

wie tyle spraw, że nie zwróciła na to uwagi. I co teraz pocznie? Przecież Ole miał 
inną kobietę, ich małżeństwo przestało właściwie istnieć. Potrząsnęła głową. To 
nie był czas na dziecko. Ale co miała zrobić? Było już za późno. 

Podciągnęła nogi, oparła brodę na kolanach i zaczęła się kołysać. 

Na  podwórze  wjechały  sanie.  Goście,  teraz?  Nikogo  się  nie  spodziewali. 

Zmrużyła oczy, podniosła się i wyciągnęła szyję, żeby lepiej widzieć. 

Ole wymachiwał rękami i wydawał się wściekły. W saniach siedziała jakaś 

kobieta. Czy  to  była  Rebekka?  Nieznajoma  miała  ciemne  loki,  które  podskaki-
wały przy każdym ruchu głowy, ciemnoniebieską suknię i szary, futrzany płaszcz 
zarzucony na ramiona. 

Amalie  wstała  i  ruszyła  z  powrotem.  Ślizgała  się  po  zboczu  wzgórza.  Nie 

wiedziała, dlaczego, lecz nagle zapragnęła jak najszybciej wrócić do domu. Co 
robiła tam ta kobieta? Jak śmiała się pojawić? Amalie czuła, że ogarnia ją wście-
kłość. Musiała ją dopaść, zanim nieznajoma odjedzie. 

Zaryła nosem w śniegu, ale zaraz podniosła się, otarła twarz i ruszyła dalej. 

Była już prawie na miejscu. 

TLR

background image

Dobiegły  do  niej  rozzłoszczone  głosy.  Ole  wciąż  wymachiwał  ramionami; 

wyraźnie tracił nad sobą panowanie. Kobieta wsiadła z powrotem do sań. 

Nie było mowy, żeby Amalie zdążyła na czas. 

Przeklinała pod nosem. Była tak zdyszana, że czuła kłucie w piersi i smak 

krwi w ustach. Znów zrobiło jej się niedobrze. 

Przystanęła dopiero wtedy, gdy sanie wyjechały z podwórza. Rozejrzała się. 

Ole wchodził właśnie do domu. 

Co ona, do diabła, wyprawiała? Czemu biegła na złamanie karku, żeby po-

rozmawiać z kochanką męża? Musiała jak najprędzej uciec od Tangen i od Ole-
go. Im szybciej, tym lepiej! 

Kiedy w końcu stanęła na podwórzu, podbiegła do niej Olga. 

—Boże,  Amalie,  jak  ty  wyglądasz!  Jesteś  przemoczona  do  suchej  nitki. 

Wejdź natychmiast do domu i ogrzej się przy ogniu. 

— Czy Ole jest w środku? 

— Tak. A ja właśnie idę do spiżarni. 

Amalie zobaczyła Juliusa, który szedł w jej stronę z łopatą na ramieniu i we-

soło pogwizdywał. 

— Wiesz, kim była ta kobieta? 

—Tak, widziałem ją wcześniej. 

— Tu, w domu? 

— Nie, we wsi. 

—Jak ona ma na imię? 

— Rebekka. 

I poszedł dalej, a Amalie stała na podwórzu jak wryta. 

A  więc  miała  rację!  To  była  kochanka  Olego!  Powoli  weszła  na  ganek,  a 

stamtąd do pokoju. Ole stał przy kominku ze szklanką w dłoni. Amalie doskonale 
wiedziała, co ma w tej szklance. Uśmiechnął się do niej. 

— Co, u diabła, bawiłaś się w śniegu? 

TLR

background image

Amalie zdjęła płaszcz i powiesiła go na oparciu krzesła. 

— Widziałam twoją kochankę, Ole. Zbladł. 

— O czym ty mówisz? —Jadę do domu, do Furulii. Ole odstawił szklankę. 

— Jesteś jedyną kobietą w moim życiu. 

— Nie wierzę ci. Westchnął. 

— Inne dla mnie nie istnieją. Kłamałem, kiedy powiedziałem, że znajdę so-

bie inną kobietę. Dla mnie jesteś tylko ty. 

Amalie chciała go wyminąć, ale on chwycił ją mocno i nie chciał jej puścić. 

— Nie możesz ode mnie odejść — powiedział. Wyrwała się z jego uścisku. 

— Nie powstrzymasz mnie. 

 —Wiesz, co się stanie, jeśli odejdziesz? 

— Nie, a co? — Zatrzymała się na schodach. Ole rozłożył ręce. 

— Zresztą, wszystko mi jedno. Idź sobie, jak chcesz. 

 Amalie  spakowała  się  w  pośpiechu  i  poszła  do  pokoju  Sofie.  Panował  w 

nim straszliwy bałagan. Na podłodze leżały porozrzucane ubrania. 

W drzwiach stanęła Viola. 

Amalie westchnęła bezradnie. 

— Pozbieraj, proszę, jej ubrania. Zabieram Sofie i jedziemy do domu, do Fu-

rulii. 

— Czy Sofie zostanie tam na stałe? 

— Tak. Obie się stąd wynosimy. 

Viola wydawała się zaskoczona, ale nie zadawała pytań. 

— Zaraz wszystko spakuję — powiedziała i pochyliła się nad stertą ubrań. 

Chwilę później Amalie zniosła walizkę na dół. Spotkała tam swojego ojca, 

który wszedł do środka i otrzepał śnieg z butów. 

— Gdzie się wybierasz? — zapytał. 

TLR

background image

Milczała. Ojciec zrobił poirytowaną minę. 

— Tylko sobie nie wyobrażaj, że będziesz mogła wrócić do Furulii. — Zdjął 

rękawice i futro, i rzucił je na ławę w sieni. 

— Chodź tu — powiedział i pomaszerował do salonu. 

Amalie spojrzała na niego. 

— Czy coś się stało, tato? 

Stanął nad nią. 

— Dostałem list od Olego. Co ty wyprawiasz, moja droga? 

— Nic. — Przełknęła ślinę; domyślała się, co będzie dalej. 

—Zachowujesz się jak małe dziecko. Ole pisze, że chcesz od niego odejść. 

Przecież doskonale wiesz, że to niemożliwe. 

Amalie wyprostowała plecy. 

— Ole ma inną kobietę. 

Ojciec spojrzał na nią zaskoczony. 

— Znowu coś sobie wmawiasz. 

— Nie, ona dopiero co tu była. 

—  Nie  wierzę.  Ole  nigdy  by  cię  nie  zdradził.  Musisz  wziąć  się  w  garść, 

Amalie. Tym razem nie mogę ci pomóc. 

 

— Chcę do domu — jęknęła Amalie i wstała. 

— Nie możesz teraz wrócić. Zły humor na pewno ci przejdzie. Jutro znów 

będziesz w nim zakochana. 

— Nigdy! 

Ojciec wyjrzał przez okno. 

—  Ależ,  tak.  Ole  to  wspaniały  mężczyzna  i naprawdę  zależy  mu  na tobie. 

Czego więcej mogłabyś chcieć? — Rozłożył ręce. — Rozejrzyj się tylko. Jesteś 
bogatą kobietą, żoną samego lensmana. Niejedna ci zazdrości. 

Amalie znów zebrało się na wymioty. 

TLR

background image

— Ależ, tato, jeszcze niedawno mówiłeś, że powinnam być z Mittim. Jesteś 

w stanie mi pomóc, wiem o tym! 

Usiadł naprzeciwko niej. 

— Mądrzej będzie zostać z Olem. W końcu jesteście małżeństwem. 

— Nie myślisz tak. — Miała wrażenie, że za chwilę zwymiotuje. Jęknęła i 

złapała się za głowę. 

— Źle się czuję, tato. Chyba zaraz... 

—  Cicho,  moje  dziecko.  Przestań  odgrywać  przede  mną  przedstawienie. 

Przejrzałem cię na wylot. Nie nabierzesz mnie na te sztuczki. 

Amalie  zasłoniła  usta  dłonią,  zerwała  się  i  wybiegła.  Wypadła  na  ganek  i 

zwymiotowała. Kurczowo chwyciła się poręczy schodów. 

Poczuła na ramieniu dłoń ojca. 

— Dobrze się czujesz, kochanie? 

Drżała, kręciło jej się w głowie. 

— Nie wiem — wyjąkała. 

— Znów jesteś w błogosławionym stanie, córeczko? 

Skinęła głową i posłała mu zrozpaczone spojrzenie. 

— Chyba tak. 

— W błogosławionym stanie? — Dobiegł ich głos Olego. — Ależ, na Boga, 

Amalie! Czemu nic mi nie powiedziałaś? 

Ojciec  musiał  się  odsunąć,  bo  poczuła,  jak  obejmuje  ją  ramię  Olego.  Jego 

czuły gest zupełnie wytrącił ją z równowagi. Zaczęła płakać. 

Ole wprowadził ją do domu. 

— Czemu nic nie powiedziałaś? Dobry Boże, ależ jestem szczęśliwy! 

Słyszała ciepło w jego głosie i wiedziała, że mówi szczerze. Pocałował ją w 

czoło i przytulił do siebie. 

TLR

background image

—  Wreszcie  będziemy  rodziną.  Wreszcie  —  szeptał  jej  do  ucha.  —  Może 

urodzisz mi syna, który odziedziczy gospodarstwo. 

Amalie  zgarbiła  plecy.  Cóż,  może  faktycznie  będą  teraz  rodziną.  Ale  nie 

mogła przecież cofnąć czasu i zacząć udawać, że wszystko jest dobrze. Zdarzyło 
się zbyt wiele. 

Ole odsunął się i Amalie spojrzała na ojca. Uśmiechał się pod nosem i wy-

dawał się bardzo zadowolony. Zrozumiała, że wpadła w pułapkę. Ojciec na pew-
no nie pomoże jej teraz, gdy nosi pod sercem dziecko Olego. 

Nie będzie się mogła rozwieść. Zostanie z mężem. 

Amalie  nie  wiedziała,  jak długo  płakała,  ale  teraz  musiała  już  wstać.  Była 

tak głodna, że czuła ssanie w żołądku. Wciąż jej było niedobrze, ale liczyła, że 
poczuje się lepiej, kiedy coś zje. 

Wstała z łóżka i zobaczyła, że jej suknia jest pognieciona. Co miała na siebie 

włożyć? Nie mogła znaleźć wielu swoich rzeczy i po raz kolejny zaczęła się za-
stanawiać, co się z nimi stało. 

Czy faktycznie w okolicy grasował złodziej? A może to Viola, albo inna słu-

żąca? 

Albo Pal. Tylko dlaczego on? Przecież spotykał się z Sofie. Nic z tego nie 

rozumiała, ale Ole obiecał jej, że zbada sprawę. 

Zerknęła za okno i odskoczyła od parapetu jak oparzona, gdy zobaczyła na 

podwórzu znaną sylwetkę. Mitti! Co on tu robi? 

Przejrzała się w lustrze i poprawiła włosy. Właściwie powinna je upiąć, ale 

nie miała czasu. Mitti stał tam na zimnie. Pewnie chodziło o coś bardzo ważnego. 

Szybko zbiegła ze schodów, narzuciła na ramiona futro i wyszła z domu. 

Mitti uśmiechnął się i ruszył w jej stronę. 

—Amalie. Musiałem przyjść, żeby cię ostrzec. Ten  Fin, który na mnie na-

padł, wciąż kręci się po okolicy. 

Amalie widziała, że jest poruszony. 

— Wiem — powiedziała. — Widziałam go w lesie. 

TLR

background image

Wbił w nią przerażone spojrzenie. 

— Dobrze się czujesz? 

Amalie  z  trudem  łapała  powietrze.  Mitti  musiał  zauważyć,  że  coś  jest  nie 

tak. Co miała mu odpowiedzieć? Poprosić, żeby ją zabrał ze sobą? Zapropono-
wać, żeby uciekli razem do Szwecji albo do Finlandii, gdzie nikt by ich nie zna-
lazł? Mogłaby co wieczór leżeć w jego ramionach. Kładliby się na trawie, patrzy-
li w gwiazdy i się kochali... 

—Amalie. Słyszałaś mnie? 

— Tak, czuję się dobrze — bąknęła. — I będę uważać na tego Fina. Dzięku-

ję za ostrzeżenie. 

— Powiedziałaś lensmanowi, że widziałaś tego łajdaka w lesie? — Mitti ro-

zejrzał się dokoła. — A właściwie gdzie jest twój mąż? 

Popatrzyła na jego piękną twarz. Był nieogolony, ale wcale go to nie szpeci-

ło. Wprost przeciwnie. Wyglądał bardziej szorstko i wydawał się starszy. 

Amalie aż podskoczyła, kiedy nagle usłyszała za plecami głos Olego: 

—Co tu robisz, Finie? — Ole stanął przed Mittim i rzucił mu wściekłe spoj-

rzenie. 

Mitti jednak wcale nie dał się wystraszyć. 

— Przyszedłem tu, aby was ostrzec, że Anjalan wrócił. Ale Amalie już się 

na niego natknęła. 

Ole odwrócił się do niej. 

— Spotkałaś go? Kiedy? 

— Tego dnia, gdy jechałam z Sofie do Tille. 

Zmarszczył brwi. 

— Czemu nic mi nie powiedziałaś? 

Amalie widziała, że jest wściekły, ale dostrzegła w jego oczach coś jeszcze: 

strach. 

— Zupełnie zapomniałam. Przepraszam, Ole. 

TLR

background image

—Zapomniałaś? Na Boga, Amalie. Dość mam już tego Anjalana. Trzeba go 

schwytać! 

— W takim razie wracam do domu — rzucił szybko Mitti. 

Ole skinął głową, odwrócił się na pięcie i ruszył przez podwórze do domu. 

— Dziękuję, że przyszedłeś, Mitti — odezwała się Amalie. — Ale teraz mu-

szę się z tobą pożegnać. Ole mnie oczekuje. 

Błyskawicznie chwycił jej rękę. 

— Kiedy cię znów zobaczę? 

Spuściła wzrok. 

— Nie możemy się już spotykać, Mitti. Ja... ja... muszę być z Olem — od-

parła z westchnieniem. 

— To nieprawda. Nie możesz tego zrobić... Nie możesz z nim być. Nie mo-

żesz...  —  Uścisnął  mocno  jej  dłoń,  lecz  zaraz  wypuścił.  —  W  takim  razie 
wszystko  stracone  —  powiedział  cicho.  —  Myślałem...  myślałem,  że  od  niego 
odejdziesz. Że wreszcie będziemy mogli być razem. 

 Ugięły się pod nią kolana. 

—Ja też miałam taką nadzieję, ale teraz nic z tego nie będzie. — Nie mogła 

powiedzieć mu o dziecku, chociaż wiedziała, że prędzej czy później i tak się o 
tym dowie. 

— Przecież widzę, że jest ci z nim źle, Amalie. Zmieniłaś się. Blask w two-

ich oczach zniknął. Jak do tego doszło? 

Odwzajemniła  jego  spojrzenie.  Jakże  za  nim  tęskniła.  Targał  nią  niewypo-

wiedziany ból. Ale nie mogła mu nic więcej powiedzieć. 

—  Mitti,  nie  możemy...  Proszę,  nie  utrudniaj  mi  wszystkiego  jeszcze  bar-

dziej. Nie mogę ci tego wyjaśnić, ale muszę zostać przy mężu. 

Wzdrygnęła się, gdy obok nich przebiegła Olga. Amalie zauważyła, że słu-

żąca jest zła, ale zupełnie jej to nie obeszło. To nie Olga jej będzie dyktować, z 
kim może, a z kim nie może rozmawiać. 

— Muszę już iść, Mitti — rzuciła niechętnie. 

TLR

background image

Zapadła  cisza.  Ich  oczy  spotkały  się  na  chwilę.  Nagle  Mitti  chwycił  ją  za 

ramiona i pocałował. Amalie szybko odskoczyła. Co by było, gdyby Ole ich zo-
baczył? 

—Wydaje mi się, że widzę strach w twoich oczach. Boisz się go, Amalie? 

Było jej zimno. Niechętnie cofnęła się o kilka kroków. 

Mitti zatrzymał ją jeszcze. 

—A tak przy okazji, Amalie: czy Tron jest teraz w Kongsvinger? 

To pytanie ją zaskoczyło. 

—Nie, mój brat jest w domu. 

— Tannel ma wyjść za Haralda Wiika. 

— Co? Ależ Mitti, nie można do tego dopuścić! Musisz powiedzieć Tannel, 

że Tron nadal ją kocha! 

 Chciał do was pojechać, ale nie udało mu się przez te zaspy. Tron i Tannel 

są dla siebie stworzeni! 

Mitti westchnął i rozłożył ręce. 

— Tron sam jest sobie winien. Tannel była  zdruzgotana, gdy usłyszała, że 

ożenił się z Liną. Kiedy więc Harald zaproponował jej małżeństwo, zgodziła się, 
bo pragnie bezpiecznej przyszłości dla siebie i dziecka. Nigdy nie będzie z Tro-
nem. Już na to za późno. 

Amalie potrząsnęła zdecydowanie głową. 

—Co ty mówisz, Mitti? Tron nie ożenił się z Liną, on ją zostawił. Dla niego 

liczy się tylko Tannel. Potrzebował czasu, żeby to zrozumieć. 

Mitti uśmiechnął się z ulgą i przycisnął dłoń do piersi. 

— Naprawdę? Nie może być!  Wspaniale to słyszeć. Dobrze, że ktoś przy-

najmniej  może  być  szczęśliwy.  Dziękuję,  Amalie!  Musimy  się  pożegnać.  Na 
pewno ci zimno, kochanie. 

Czułość  w  jego  głosie  sprawiła,  że  Amalie  posmutniała.  Przez  chwilę  wy-

obraziła sobie to, co mogłaby mieć. Zycie w miłości, z Mittim. 

TLR

background image

Przełknęła ślinę i wykrztusiła tylko kilka słów: 

— Dziękuję, Mitti. Żegnaj. 

Odwróciła się i odeszła. 

 

Ole stał na ganku i zerkał na zegarek z dewizką. Jak długo im się przyglą-

dał? Amalie pomyślała, że nawet jeśli ich widział, to nie ma znaczenia. Podeszła 
do niego wyprostowana. 

—Nie śpieszyliście się. O czym, do diabła, rozmawialiście? 

—Tannel ma wyjść za Haralda Wiika. Nie chce mi się w to wierzyć. Muszę 

pojechać do domu i porozmawiać z Tronem. 

Na twarzy Olego pojawił się ironiczny uśmieszek. 

—No, proszę. Ten Harald szybko się uwinął. Coś takiego. 

Rzuciła mu podejrzliwe spojrzenie. 

— Co masz na myśli? 

—To ja poprosiłem Haralda, żeby zeznawał jako świadek. Ale nie spodzie-

wałem się, że zaraz wyskoczy z oświadczynami! 

— Co? Poprosiłeś go, żeby skłamał? 

— Tak. Uznałem, że trzymanie Tannel w więzieniu z powodu jakiegoś idio-

tycznego podejrzenia jest niesprawiedliwe. A mogłem ją stamtąd wydostać tylko 
przy pomocy świadka. Gdyby nie ja, wciąż siedziałaby w celi. — Wyszczerzył 
zęby, najwidoczniej bardzo z siebie zadowolony. 

Amalie poczuła, że jej cierpliwość zaraz się skończy. 

—Zupełnie cię nie rozumiem. Przecież jeśli się to wyda, stracisz stanowisko! 

— Och, nie, nie myśl o tym. Harald jest mi winien przysługę. — Pokręcił 

głową. — Myślałem, że się ucieszysz. Przecież zrobiłem to dla twojego brata. 

Amalie  była  tak  zmarznięta,  że  nie  czuła  już  palców  u  stóp.  Przemknęła 

obok męża i weszła do domu. Zdjęła wysokie buty, usiadła przed kominkiem i 
wyciągnęła nogi w stronę ognia. 

TLR

background image

Ole przyszedł do niej i usiadł obok. 

Nie wiedziała, co sądzić o tym, że jej mąż naruszył prawo. W końcu urato-

wał Tannel. 

— Nie bądź na mnie zła, Amalie. Chciałem dobrze. 

Odwróciła głowę i spojrzała mu w oczy. 

— Nie mam prawa cię oceniać, Ole. Wiem, że zrobiłeś to dla Trona. Ale nie 

podoba mi się, że Harald jej się oświadczył. To mi się wydaje strasznie dziwne. 
Chyba niemożliwe, żeby tak szybko się w niej zakochał, żeby... Nie, no sama nie 
wiem. Czy to  on powiedział Tannel, że  Tron się ożenił? Bardzo chciałabym to 
wiedzieć. 

Ole wstał. 

— Skrzyknę kilku mężczyzn i każę im poszukać Anjalana. Nie chcę, żeby ta 

groźba dłużej nad nami wisiała. 

Amalie  skinęła  głową.  Powinna  pojechać  i  ostrzec  Trona.  Dopóki  po  lesie 

kręcili się ludzie, była bezpieczna. Powoli dźwignęła się z miejsca. Mrowienie w 
stopach świadczyło, że odzyskiwała w nich czucie. 

— Pojadę na chwilę do domu. 

Ole odwrócił się od drzwi. 

— Nie, nie możesz. 

— Czemu nie? — Była zaskoczona. Przecież Ole chciał dla Trona jak najle-

piej. 

—  Bo  od tej  chwili  zabraniam  ci  jeździć konno.  Jesteś  brzemienna  i  masz 

siedzieć w domu. Chcę tego dziecka. Tym razem nie pozwolę, żeby stało się coś 
złego! 

Amalie miała wrażenie, że cała krew odpłynęła z jej twarzy. 

— Nie mówisz tego poważnie. 

— Najzupełniej, do diabła! Dziecko jest najważniejsze. — Zmierzył ją spoj-

rzeniem i zniknął za drzwiami. 

TLR

background image

Amalie opadła na krzesło. Ole nie mógł jej dyktować, co ma robić. Wolność 

znaczyła dla niej wszystko. 

Po chwili Ole znów wpadł do salonu. Amalie spojrzała na niego zaskoczona. 

—Gdzie  jest  Olga?  Gdzie  się  wszyscy  podziali?!  —  wrzasnął  i  wypadł do 

kuchni. Szybko wrócił. 

— A gdzie są parobcy? 

— Nie wiem — odparła. — Co się dzieje, Ole? 

Mąż sapał głośno. 

— Musisz mi pomóc. Mitti jest ranny!

TLR

background image

 

Rozdział 15 

 

Amalie opadła na kolana w śnieg, obok Mittiego. 

Leżał na brzuchu, z twarzą zwróconą do ziemi. Pisnęła, gdy zobaczyła wbity 

w jego plecy nóż. Mitti został ugodzony między łopatki. 

Podszedł do niej Julius i chciał ją odciągnąć. Opierała się, nie mogła zosta-

wić rannego. 

—Mitti! — Łzy płynęły po jej twarzy. — Mitti! Nie, nie ty! Tylko nie ty! 

— Uspokój się, Amalie. Doktor Bjorlie jest już w drodze. 

— Musisz odwrócić go na bok. Proszę, odwróć go! 

Julius pomógł jej wstać. Wskazała ręką na Mittiego. 

— Pomóż mu! Przecież się wykrwawi! 

Chciała krzyczeć, ale się powstrzymywała. Mitti nie umrze. Nie tu. Nie te-

raz! 

— Puść mnie, Julius! Muszę być przy nim. Puść, mówię! — Wyrwała mu 

się i znów opadła na śnieg. Ostrożnie spróbowała obrócić Mittiego na bok. 

Julius stanął obok niej. 

— Nie ruszaj go, Amalie. Możesz zrobić mu krzywdę. 

— Czy on oddycha? 

Pochyliła się nad Mittim i lekko uniosła jego ramię. 

—Tak, oddycha. 

Julius obrócił go delikatnie na bok. 

—Już. Zostawimy go tak, dopóki nie przybędzie pomoc. 

Amalie skinęła głową i położyła się na śniegu. Mitti był bardzo blady, jego 

powieki drgały ledwo widocznie. Poczuła, że wzbiera w niej panika. 

TLR

background image

— Mitti — wyszeptała. — Musisz być silny. Nie  wolno ci mnie zostawić. 

Nie  możesz!  —  Całowała  jego  czoło  i  gładziła  szorstki  policzek.  Jeśli  ty 
umrzesz, ja umrę z tobą, pomyślała. Cóż znaczyło życie bez niego! 

Poczuła na plecach dłoń Juliusa i podniosła oczy. 

—  Amalie  —  powiedział  mężczyzna  cicho.  —  Nie  wiedziałem,  że  to  tak. 

Widzę, że go kochasz, ale jak Ole wróci, nie może zobaczyć, że przy nim leżysz. 

— Nie mogę go zostawić! — łkała. Znów spojrzała na Mittiego. Gdyby nie 

słaby oddech, pomyślałaby, że nie żyje. To, że w ogóle oddychał, dawało przy-
najmniej jakąś nadzieję. Mitti nie mógł umrzeć! Kiedyś jeszcze będą razem. Kie-
dyś, w przyszłości... 

Usłyszała  z  oddali  głos  Olego,  ale  nie  rozróżniała  słów.  Podniosła  wzrok. 

Ole i doktor Bj0rlie brnęli do nich przez zaspy. Chwyciła kurczowo dłoń Mittie-
go;  nie  myślała  o  tym,  że  leży  na  ziemi.  Nic nie  miało  już  znaczenia. Musiała 
przy nim być, dawać mu ciepło. 

— Amalie, odejdź od niego! — dobiegł ją wściekły głos męża. 

Po raz kolejny spojrzała w twarz ukochanego. Musnęła dłonią jego policzek. 

—Nie wolno ci mnie zostawić, Mitti — szepnęła i dźwignęła się niechętnie. 

Doktor Bjorlie pochylił się i obejrzał rękojeść noża wystającą z pleców ran-

nego. 

— Paskudna rana. Musimy zabrać go do szpitala. Jeśli w ogóle zdążymy tam 

dojechać... 

— Nie! — krzyknęła Amalie z rozpaczą. — Mitti nie może umrzeć! 

Ole rozdziawił usta. 

— Uspokój się. Twoje wrzaski nic nie pomogą. 

 Amalie zauważyła stojące nieopodal sanie. Doktor Bjorlie pokręcił głową i 

podniósł swoją torbę. 

— Chodźcie, chłopcy. Ułożymy go w saniach. Spieszcie się, ten biedak musi 

jak najszybciej otrzymać pomoc. 

TLR

background image

Amalie widziała wszystko jak przez mgłę. Mężczyźni ułożyli Mittiego w sa-

niach. Miała wrażenie, że sama znika, że jest gdzieś bardzo daleko. Zdawało jej 
się, że słyszy jego głos: „Poczekaj na mnie. Znajdę cię... Amalie". 

Sanie ruszyły, a ona usiadła w śniegu. Łzy płynęły po jej twarzy. Nie przej-

mowała się tym, że Ole chodzi wokół niej i przeklina. Bo czemu niby miałaby się 
przejmować? Przecież to nie jego kochała. 

Stawiała opór, gdy próbował ją podnieść. 

— Chodź już. Dobry Boże, co za scena. Tak, tak, prawie mi ciebie szkoda. 

Nie wiedziałem, że aż tak jesteś w nim zakochana. — Pociągnął ją mocno za ra-
mię, a ona nie miała siły dłużej mu się opierać. 

— Chodź już! 

Trzymał ją mocno. Czuła, jak jego palce zaciskają się na jej ramieniu. Cią-

gnął ją za sobą przez śnieg, nie zważając na to, że co chwila potykała się i ślizga-
ła. 

Na podwórzu puścił ją i spojrzał jej w twarz. Jego oddech cuchnął wódką. 

Zrobiło jej się niedobrze. 

—Jeśli jeszcze raz upokorzysz mnie przed służbą, zamknę cię w domu. I nie 

myśl,  że  pozwolę  ci  odwiedzić  Mittiego  w  szpitalu.  Masz  się  zachowywać  jak 
wierna żona. A teraz marsz do domu! 

Amalie usłuchała. Rozumiała męża. Nie powinna tak się zachowywać. Prze-

cież to on, a nie Mitti, był jej prawowitym małżonkiem. 

W korytarzu wpadła na Olgę. 

— Czy to Anjalan zaatakował go nożem? 

Amalie pociągnęła nosem. 

— Tak, chyba tak. Ale musiałabyś zapytać Olego. 

— Widzę,  że ciężko to  znosisz.  Ale  czy to mądre tak ośmieszać  własnego 

męża? 

Amalie usłyszała wyrzut w jej głosie. 

— Nic ci do tego, Olgo. Nie mieszaj się w nie swoje sprawy, proszę. 

TLR

background image

—  Może  wszystko  się  zmieni,  jak  dziecko  przyjdzie  na  świat.  Naprawdę, 

mam nadzieję, że tym razem wszystko będzie dobrze — rzuciła Olga i zniknęła 
w kuchni. 

Amalie zdjęła buty. Myśli kłębiły się w jej głowie. Ole jej nie powstrzyma. 

Odwiedzi Mittiego, jak tylko uda jej się wymknąć z domu. 

Szpital nie leżał zbyt daleko od wsi. Amalie wiedziała, jak dotrzeć do tego 

niewielkiego,  białego,  drewnianego  budynku.  Pracowali  tam  dwaj  lekarze,  po-
dobno obaj bardzo zdolni. Przymknęła oczy i zaczęła modlić się w duchu, żeby 
zdołali uratować Mittiego. 

Wszedł Ole. 

— Będziemy mieli gości. Jadą do nas Iver i Petra Olsenowie. Do diabła, w 

takiej  chwili.  —  Przeczesał  włosy  dłonią.  —  Że  też  nie  mogą  dać  nam  chwili 
spokoju. — Popatrzył na nią. — Idź do sypialni i włóż inną suknię. Gdy przyj-
dzie Petra, masz wyglądać jak kobieta, a nie rozpuszczona dziewczynka! 

Amalie mu się nie sprzeciwiła. Będzie musiała poczekać z odwiedzinami u 

Mittiego. Ale prędzej czy później i tak się do niego wybierze. 

Otworzyła okno. Faktycznie, Petra i Iver  wjeżdżali  właśnie na dziedziniec. 

Ostatni raz widziała się z nimi na przyjęciu, które zorganizowali. 

Spojrzała  na  wzgórza.  Czy  nadal  czai  się  tam  Anjalan  i  śledzi  każdy  ich 

krok, czy może zdążył już uciec? 

To on musiał napaść na Mittiego i... Nie mogła znieść myśli, że jej ukochany 

być może nie żyje. Na pewno wszystko dobrze się skończy. 

Otworzyła  szafę  i  już  miała  wyciągnąć  z  niej  ładną  suknię  z  żółtej  wełny, 

gdy nagle z trzaskiem otworzyły się drzwi za jej plecami. Przerażona, odwróciła 
się i spojrzała w dzikie oczy Olego. 

— Musisz zająć się gośćmi. We wsi widziano Anjala— na z nożem. Ludzie 

są przerażeni. Podobno ten Fin biega i wrzeszczy, że mnie zabije. Muszę go zna-
leźć. 

Ole spojrzał na nią, westchnął i zmienił ton. 

TLR

background image

— Zaopiekuj się dzieckiem, jeśli coś mi się przytrafi. Obiecaj, że będziesz je 

kochała, chociaż jest moje. Obiecaj, proszę. 

Amalie nie zdążyła nawet otworzyć ust, bo Ole już wybiegł z pokoju. Szyb-

ko włożyła suknię, zerknęła w lustro i splotła włosy w warkocz. 

Gdy zeszła na dół, ciasto Olgi czekało już pokrojone na tacy. Kawa bulgota-

ła w czajniczku. Amalie wzdrygnęła się, gdy do pokoju weszła wyraźnie wzbu-
rzona służąca. 

—Ach,  tu  jesteś,  Amalie.  Możesz  poprosić  Violę,  żeby  przyszła  nam  po-

móc? Jest w salonie i nakrywa do stołu. Musimy się śpieszyć, goście już wysia-
dają z sań. 

Amalie wyszła bez słowa i wpadła na Violę w korytarzu. 

— Idź szybko do Olgi. Trzeba jej pomóc. 

Dziewczyna dygnęła i przemknęła obok niej. Amalie załamała ręce. Wciąż 

czuła  się  tu  jak  ktoś  obcy.  Próbowała  sprzątać  i  przygotowywać  jedzenie,  ale 
szybko zauważyła, że służba nie jest zadowolona, gdy wyręcza ją w jej obowiąz-
kach. A teraz, kiedy myślała tylko o Mittim, musiała przyjmować gości i zacho-
wywać się jak przykładna pani domu. To beznadziejne, pomyślała. Wszystko by-
ło nie tak. Powinnam być teraz przy Mittim. Trzymać go za rękę i pocieszać w 
cierpieniu, pomyślała. 

Wygładziła  suknię  i  stała  nieco  zażenowana.  Czekała  na  gości.  W  końcu 

drzwi się otworzyły i podeszła do niej Petra z otwartymi ramionami. 

— Dobry Boże, biedna dziewczyno, słyszeliśmy, co się stało! Że też przy-

jeżdżamy w takim momencie. — Potrząsnęła głową, a jej loki jak sprężyny za-
tańczyły wokół głowy. — Pomyśleć, że we wsi grasuje jakiś szaleniec. — Petra 
wzięła Amalie w ramiona i ucałowała ją w policzki. 

Amalie  zachwiała  się  i uśmiechnęła dzielnie.  Kobieta była  strasznie  egzal-

towana; wymachiwała ramionami i wykonywała teatralne gesty. 

Iver stał z tyłu. Wpatrywał się w Amalie, jakby nigdy wcześniej nie widział 

kobiety. Jego chciwe spojrzenie wprawiało ją w zakłopotanie. Jak on śmiał? Pe-
tra była mądrą kobietą, ale wyszła za mąż za niegodnego jej miłości mężczyznę. 
Pokonując niechęć, Amalie grzecznie wyciągnęła rękę i przywitała się z Iverem. 

TLR

background image

Dotyk jego wilgotnej dłoni sprawił, że znów zrobiło jej się niedobrze. Szyb-

ko cofnęła rękę. 

— Usiądźmy w salonie, proszę. Viola przygotowała już kawę. 

Petra uśmiechnęła się i skinęła głową. Usiadła w fotelu i zebrała spódnicę w 

dłoniach. 

Iver  poczuł  się  jak  w  domu.  Nalał  sobie  kieliszek  wódki  i  uśmiechnął  się 

przepraszająco do Amalie. 

—Ole zna moje przyzwyczajenia. I na pewno nie miałby nic przeciwko — 

powiedział. 

Amalie posłała mu nieszczery uśmiech. 

Viola przyniosła ciasto i kawę. Postawiła tacę na stole i wyszła z salonu na 

palcach. 

Amalie rozlała kawę do filiżanek, poczęstowała gości ciastem i usiadła. 

 Atmosfera była nerwowa. Gospodyni wiedziała, że wszyscy myślą o Anja-

lanie. 

W końcu to Iver przerwał milczenie. 

— Słyszałem, że tamten drugi Fin padł ofiarą tego szaleńca z nożem. Ale tak 

czy inaczej, to dobrze, że załatwiają swoje sprawy między sobą — oświadczył i 
wsunął cygaro między zęby. 

Amalie  rozdziawiła  usta.  Iver  był  zimny  i  cyniczny,  patrzył  na  mieszkają-

cych w lesie Finów jak na gorszy gatunek ludzi. Już chciała coś powiedzieć, ale 
na szczęście uprzedziła ją Petra. 

Przestań tak w końcu mówić — skarciła męża. — Finowie są naturalną czę-

ścią naszego społeczeństwa. Ciężko pracują na życie. Ty zresztą też swojego ma-
jątku nie dorobiłeś się harówką. Gdyby nie ten spadek... 

—Milcz, babo! — syknął Iver przez zaciśnięte zęby. Na powrót wsunął cy-

garo do ust i je zapalił. Po chwili zaczął wydmuchiwać kolejne kłęby dymu. Po 
dłuższym czasie przełożył cygaro do ręki. 

TLR

background image

Zapach dymu sprawił, że Amalie zebrało się na mdłości. Żołądek ścisnął jej 

się boleśnie. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Raz po raz przełykała ślinę. 

— Coś się stało, Amalie? 

Gospodyni spojrzała na Petrę. 

—Ten zapach cygara... Przepraszam, ale muszę zaczerpnąć świeżego powie-

trza. — Zerwała się z miejsca i pędem wybiegła z pokoju. 

Petra  szybko  ją  dogoniła,  ale  Amalie  nie  zwracała  na  nią  uwagi.  Musiała 

wyjść z domu! 

—Moja droga, czy nie spodziewasz się dziecka? — spytała Petra i otworzyła 

przed nią drzwi. 

Amalie nie zdołała odpowiedzieć. Stanęła na ganku i nabrała świeżego po-

wietrza do płuc. Pomogło. Mdłości powoli minęły. 

 Petra pogładziła ją po plecach. 

—Już lepiej? — zapytała z troską. 

Amalie skinęła głową. Serce biło jej tak szybko, jakby chciało wyskoczyć z 

piersi. Ole szukał Anjalana. I mimo że go nie kochała, niepokoiła się o niego. To 
w końcu ojciec jej nienarodzonego dziecka. 

Petra odsunęła się trochę. 

— Tak się wystraszyłam. Zrobiłaś się blada jak ściana, dziewczyno. Myśla-

łam, że chodzi o... 

Amalie potarła usta dłonią. 

— Nie, chodzi o coś zupełnie innego. Ale czy mogłabyś poprosić Ivera, żeby 

już nie palił w domu? 

— Jesteś w ciąży? — spytała Petra wprost. 

—Tak, na to wygląda — przyznała Amalie z westchnieniem. 

Petra się rozpromieniła. 

— To wspaniale! Dzięki Bogu, może nareszcie Ole trochę się uspokoi. Roz-

paczał po tamtym dziecku tak, że  zaczęliśmy się o niego bać. No, a teraz... — 

TLR

background image

Przewróciła oczami. — Ta Rebekka nie jest dla niego. Wstyd, że w ogóle się z 
nią zadaje! 

— A więc wiesz o niej od dawna? — spytała Amalie. 

Petra otworzyła drzwi. 

— Tak, dobrze ją znam. Chodziła z Olem do szkoły, jeszcze w Christianii. 

Zawsze była w nim zakochana, ale Ole... — Zamknęła drzwi. — Wydaje mi się, 
że jemu w ogóle na niej nie zależy. Traktuje ją raczej jak kolejną rozrywkę. 

Wróciły do salonu. Iver siedział na kanapie, ale na szczęście zgasił cygaro. 

Mimo to w pokoju wciąż czuć było zapach dymu. Amalie zacisnęła zęby i usia-
dła. 

Pili kawę, gdy  w progu stanął Ole.  Był  wściekły i przemoczony do suchej 

nitki. 

— Nie znalazłem go! Anjalan znów się ulotnił. Ja nie będę już dziś go ści-

gał, ale moi ludzie szukają dalej. 

 Uciekając, zdążył jeszcze ugodzić nożem jakąś kobietę, na szczęście tylko 

w ramię. Cóż, doktor Bjorlie będzie miał dzisiaj pełne ręce roboty. Muszę wypić 
coś na wzmocnienie. 

Amalie obserwowała go, gdy nalewał sobie kieliszek za kieliszkiem. W koń-

cu wstała. 

—Wybaczcie mi, ale muszę położyć się na chwilę. Ostatnio bardzo łatwo się 

męczę — skłamała. 

Petra podniosła się z miejsca. 

— Musisz się oszczędzać. Zawsze tak jest w pierwszych miesiącach, a po-

tem już z górki. 

Amalie  podziękowała  i  wyszła  na korytarz.  Była  w  połowie  schodów,  gdy 

dogonił ją Ole. 

—Znów jesteś niegrzeczna, Amalie! — syknął. — Nie życzę sobie takiego 

zachowania. Masz zabawiać naszych gości! Petra i Iver to moi przyjaciele! 

Westchnęła. 

TLR

background image

—Dotrzymywałam im towarzystwa przez trzy godziny i uwierz mi, nie było 

to łatwe. Iver gapił się na mnie cały wieczór i... 

— Uspokój się. Nic, tylko narzekasz! 

Amalie wzruszyła obojętnie ramionami i ruszyła dalej po schodach. Ole łajał 

ją jeszcze, ale jej zupełnie nie obchodziła jego wściekłość. Poza tym naprawdę 
czuła się zmęczona. Chciała poleżeć i odpocząć. 

Zamknęła się w sypialni. Ole na szczęście nie wszedł tam za nią. Przekręciła 

klucz w zamku i sprawdziła, czy drzwi faktycznie są zamknięte. Nie chciała, że-
by mąż przyszedł do niej tej nocy. Nie mogła znieść myśli, że miałby przy niej 
leżeć.

TLR

background image

 

Rozdział 16 

 

Tannel odchodziła od zmysłów ze zmartwienia. Gdzie się podziewał Mitti? 

Nie było go już od wielu dni. 

Wyjrzała  przez  okno.  Na  podwórze  zajechał  na  nartach  jakiś  mężczyzna. 

Tannel przycisnęła nos do szyby i zmrużyła oczy. To Harald! 

Poprawiła  włosy  i  wygładziła  sukienkę.  Tego  dnia  musiała  poćwiartować 

ubitego jelenia, a potem posolić mięso. Sukienka była poplamiona krwią, ale ona 
nie miała czasu, żeby się przebrać. Otworzyła drzwi. 

Podmuch wiatru o mało jej nie przewrócił. Mimo to ruszyła mu na spotka-

nie; bardzo chciała go przywitać. Harald stał pochylony i właśnie odpinał narty. 

— Witaj, Haraldzie! Wróciłeś już? 

Mężczyzna wyprostował plecy. Oddychał szybko. 

—Przyjechałem  po  ciebie.  Nie  mogę  czekać  aż do  wiosny.  —  Uśmiechnął 

się i przyciągnął ją do siebie. — Jedź ze mną już teraz. Sanie i koń czekają na 
skraju lasu — szepnął jej do ucha. 

Czy  dobrze  usłyszała?  Znów  spojrzała  mu  w  oczy  i  zrozumiała,  że  Harald 

mówi poważnie. 

— Ależ nie mogę jeszcze jechać. Muszę pomóc ojcu, w dodatku Mitti gdzieś 

zniknął. 

Harald uniósł brwi i zsunął czapkę na tył głowy. 

— Mitti? To twój brat? Biedak! 

Tannel się zaniepokoiła. 

— Co masz na myśli? Wiesz o czymś? 

—Słyszałem,  że  jest  w  szpitalu.  Podobno  jakiś  Fin dźgnął  go  w  plecy  no-

żem. Nie miałem pojęcia, że to twój brat. Tak mi przykro, Tannel. 

TLR

background image

Ogarnęło ją przerażenie. Mitti był ranny! Oswobodziła się z uścisku Haralda. 

— Muszę do niego jechać. Muszę go zobaczyć. 

Mężczyzna uśmiechnął się smutno. 

— Chętnie cię tam zawiozę, ale zabierz swoje rzeczy. Rozmawiałem z pa-

storem  w  mojej  parafii.  Spodziewa  się,  że  w  ciągu  tygodnia  przyjedziemy  do 
niego i weźmiemy ślub. 

Tannel nie wiedziała, co ma robić. Ojca nie było w domu, najmłodsi chłopcy 

bawili się u Heikkiego, a Peter spał w chacie. Chłopak czuł się już dużo lepiej, a 
ojciec miał niedługo wrócić, więc może faktycznie mogłaby jechać. Ale przede 
wszystkim musiała zostawić list i poinformować ojca o Mittim. 

— Dobrze, jadę — zdecydowała i odwróciła się na pięcie. — Poczekaj tu, 

niedługo wrócę. 

Weszła do domu i skreśliła pośpiesznie kilka słów do ojca. W kącie za łóż-

kiem stał kosz. Szybko wrzuciła do niego parę rzeczy i włożyła na siebie futro. 
Nie miała nart, ale wiedziała, że uda jej się przebrnąć przez las. Harald na pewno 
jej pomoże. Wyjdzie za niego za mąż i zacznie z nim nowe życie, ale najpierw 
musi się upewnić, czy rana Mittiego nie jest śmiertelna. 

Pochyliła  się  nad  śpiącym  Peterem  i  pocałowała  go  w  czoło.  Chłopiec  nie 

miał już gorączki. Doktor Bjor— lie, który badał go ostatnio, stwierdził, że siły 
wyższe ocaliły go od śmierci. Tannel czuła wielką wdzięczność. Kochała swoje-
go brata, ale chciała żyć własnym życiem. Ojciec już jej nie potrzebował. 

Zamknęła za sobą drzwi i spojrzała na Haralda, który znów przypinał narty. 

Był bardzo atrakcyjny. Poczuła mrowienie w całym ciele. Nie była pewna, czy to 
dlatego, że jej się podobał, czy może dlatego, że czekało ją życie w luksusach. A 
może jedno i drugie. 

Położyła rękę na brzuchu. Dziecko kopało. 

— Mój mały — szepnęła. — Czeka cię świetlana przyszłość. Będziesz boga-

tym dziedzicem! 

Podeszła do Haralda, człowieka, który wkrótce miał zostać jej mężem. 

TLR

background image

—Tron! Jak dobrze cię widzieć! Co tu robisz? — Amalie rzuciła się w ra-

miona brata. 

Tron uścisnął ją mocno, lecz bez uśmiechu. 

— Chciałem zobaczyć się z Tannel, ale ona pojechała do Kongsvinger. Po-

dobno wychodzi za Haralda. Przybyłem za późno! 

Amalie wzięła go za rękę. 

—  Miałam  ci  o  tym  powiedzieć,  ale  przez  ten  napad  na  Mittiego...  Tak 

strasznie mi przykro. 

— Wracam do Liny. Powinienem był zrozumieć, że dla mnie i Tannel jest 

już za późno. — Westchnął i uniósł się w siodle. — Dowiedziałem się od Muik-
ka, że Mitti jest ranny. Przyjechałem, żeby ci o tym powiedzieć, Amalie, ale ty 
już wiesz. No i gratuluję ci dziecka. Mam nadzieję, że tym razem wszystko bę-
dzie dobrze. 

Amalie zerknęła na brata. 

— Nie możesz wrócić do Liny. Jeśli to zrobisz, będziesz nieszczęśliwy przez 

resztę życia. — Pomyślała o sobie i o wszystkich wyborach, które ktoś podjął w 
jej imieniu. Ona nie mogła już nic zrobić, w przeciwieństwie do Trona. 

— Spróbuj odnaleźć Tannel. Możliwe, że do ślubu jeszcze nie doszło. 

Tron pociągnął za wodze i usiadł wygodniej w siodle. 

—Ona podjęła już decyzję, Amalie. Nic na to nie mogę poradzić. 

Zobaczyła ból w jego spojrzeniu. 

—Podjęła tę decyzję, bo myślała, że nie ma innego wyjścia. Była przekona-

na, że ożeniłeś się z Liną! 

Tron pokręcił głową. 

—  Uważaj  na  siebie,  siostrzyczko.  Nie  przejmuj  się  Olem.  Na  pewno 

wszystko  zmieni  się  na  lepsze,  kie—,  dy  urodzisz  dziecko.  Przecież  on  bardzo 
chce... 

—  Nie  mów  tak,  Tron.  Wszyscy  powtarzają  mi  to  samo,  ale  ja  wcale  nie 

wiem, czy cieszę się z tego dziecka. Nie tym razem. 

TLR

background image

Tron uspokoił Wichra. Koń niecierpliwił się, chciał już wracać do domu. 

—To  twoje  dziecko,  Amalie.  Nie  zapominaj  o  tym.  Możliwe,  że  Ole  jest 

beznadziejny, a ty już go nie kochasz, ale to krew z twojej krwi. Na pewno je po-
kochasz. 

Amalie była zaskoczona. Nigdy nie spodziewałaby się, że usłyszy od brata 

takie słowa. Może Tron nareszcie dorastał? 

Pomachała  mu  ręką  na  pożegnanie.  Odwróciła  się,  żeby  iść  do  domu,  ale 

przystanęła,  bo  po  jej  policzkach  zaczęły  płynąć  łzy.  Nie  wierzyła,  że  jeszcze 
kiedyś może być szczęśliwa. 

Otarła twarz, gdy zobaczyła Juliusa. 

— Mam dla ciebie wiadomość. — Julius podszedł bardzo blisko i rozejrzał 

się nerwowo. 

— Mitti żyje! Przetrwał operację, ale stracił dużo krwi. Wygląda jednak na 

to, że wszystko będzie dobrze. Muikk odwiedził go i chce go już zabrać do do-
mu. 

— Skąd o tym wiesz? 

— Od Olego. Powiedział mi to w zaufaniu. Pomyślałem, że powinnaś o tym 

wiedzieć. — Julius mrugnął i szybko przemknął obok niej. 

Amalie stała jak wryta. A więc Mitti przeżył. Nie zmarł w szpitalu. Ogrom-

ny kamień spadł jej z serca. 

Nagle zobaczyła, że z lasu wyszła Sofie. Poprzedniego wieczora, gdy Sofie 

wróciła od Kari, Amalie poprosiła ją, żeby posprzątała w swoim pokoju. Dziew-
czyna bardzo się wtedy zezłościła i nie chciała zejść na kolację. Ale teraz najwi-
doczniej zapomniała o wszystkim, bo szła szeroko uśmiechnięta. 

Ostatni kawałek do domu przebiegła, a gdy zobaczyła Amalie na podwórzu, 

pomachała do niej ręką. 

— Cyganie rozbili obóz na polach przy Furulii. Widziałam ich po drodze. 

— Musiałaś się pomylić. Cyganie nie przyjeżdżają tu zimą. 

TLR

background image

—Ależ  ja  ich  widziałam,  Amalie.  To  duża  rodzina,  mają  kilka  wozów. 

Chciałam się przemknąć do ich obozu, ale ojciec złapał mnie i zaciągnął z po-
wrotem do domu. Był wściekły. — Sofie przewróciła oczami. — Jak myślisz, co 
on ma przeciwko tym ludziom? 

— Nic nie ma przeciwko nim, ale nie można szpiegować ludzi. 

Amalie poczuła, że robi jej się gorąco. Przez chwilę pomyślała, że sama mia-

łaby  ochotę  położyć  się  w  trawie  i  patrzeć  na  tańczących  Cyganów.  Kiedyś, 
dawno temu, gdy tak leżała, zrozumiała, że kocha Mittiego. Od tamtego czasu w 
jej życiu był tylko on. Ale potem na swój sposób pokochała Olego i przez jakiś 
czas było im razem dobrze. Westchnęła bezgłośnie. Teraz spodziewała się dziec-
ka Olego, a mąż odnosił się do niej z czułością, chociaż wciąż za dużo pił. 

Sofie pochyliła się, ulepiła śnieżkę i rzuciła ją przez podwórze. 

—A co w tym złego, że miałam ochotę popatrzeć, jak tańczą wokół ogniska? 

— Wspięła się na palce. — Zanim przybiegł ojciec, rozmawiałam z jednym sta-
rym mężczyzną. Ale nie mów o tym nikomu — szepnęła siostrze do ucha i posła-
ła jej najbardziej niewinny ze swoich uśmiechów. 

Amalie  musiała  się  uśmiechnąć.  Sofie  bywała  czasem  naprawdę  trudnym 

dzieckiem, ale to w końcu jej mała siostrzyczka. Poza tym tak dobrze się rozu-
miała z ojcem i z Kari. 

— Poproszę Olgę, żeby mi podgrzała trochę mleka — zaszczebiotała Sofie i 

wbiegła na ganek. 

Amalie poszła za nią. Chciała usiąść w salonie przed kominkiem i zająć się 

robótką na drutach. Zaczęła właśnie robić nowy sweter. Tronowi bardzo podobał 
się  ten,  który  podarowała  mu  przed  świętami,  a  teraz  ojciec  chciał  dostać  taki 
sam. Amalie nie była pewna, czy skończy na czas, ale w najgorszym razie ojciec 
będzie w nim chodził w następną zimę. 

Powiesiła futro w korytarzu i weszła do salonu. Olga i Sofie rozmawiały w 

kuchni, co chwila wybuchając głośnym śmiechem. Tak właśnie mogłoby wyglą-
dać  życie  w  Tangen,  pomyślała  Amalie,  gdyby  tylko  Ole  nie  psuł  wszystkiego 
swoim piciem. 

TLR

background image

Zatrzymała się jak wryta, kiedy zobaczyła męża śpiącego na sofie. Ole chra-

pał  tak  głośno,  że  aż  ściany  drżały.  Przemknęła  obok  niego  i  usiadła  w  fotelu. 
Wyciągnęła ręce do ognia i natychmiast poczuła, że robi jej się cieplej. 

Westchnęła.  Ole  leżał  na  plecach  z  rozdziawionymi  ustami.  Ręce  miał 

skrzyżowane  na  brzuchu,  nogi trzymał  na  oparciu  sofy.  Nawet  kiedy  spał,  wy-
glądał  pięknie.  Ostatnio  znów  zaczął  zapuszczać  brodę.  Wydawał  się  przez  to 
nieco starszy, ale było mu z tym dobrze. 

Z jego twarzy zniknął zacięty wyraz. Kiedy spał, wyglądał na szczęśliwego i 

spokojnego.   

 Amalie  pochyliła  się  i  podniosła  robótkę; kłębek  wełny  położyła  sobie  na 

kolanach.  Zabrała  się  do  pracy.  Druty  stukały  miarowo.  Po  chwili  ziewnęła,  w 
końcu musiała odłożyć niedokończony sweter. Usadowiła się wygodniej w fotelu 
i wpatrzyła przed siebie. 

Znów rozległo się chrapanie Olego. Amalie wyciągnęła rękę i szturchnęła go 

mocno w nogę. 

Ole odwrócił się na bok i spał dalej. Wkrótce i ona zapadła w głęboki sen. 

Obudziła się nagle. Ole szarpał ją za ramię. 

— Siedzisz tutaj i śpisz? Idź do sypialni. Spodziewam się dwóch funkcjona-

riuszy. 

Amalie przetarła oczy. Bolały ją plecy i nogi. Spróbowała się przeciągnąć, 

ale Ole szturchnął ją, wyraźnie poirytowany. 

— Słyszysz mnie? To ważna wizyta! 

— O co chodzi? — spytała, starając się zdusić ziewanie. 

—O tę twoją Cygankę. Pamiętasz szczątki, które znaleźliśmy na plaży? 

Amalie zerwała się i natychmiast oprzytomniała. 

— Tak, oczywiście. 

—  Okazały  się  ludzkie.  A  przecież  od  wielu  lat  nikt  nie  został  tu  zabity 

oprócz, rzecz jasna, Liisy — dodał i się uśmiechnął. 

TLR

background image

Dobrze go było widzieć takim zadowolonym. Co prawda oczy miał czerwo-

ne, a koszulę zmiętą, ale był jej starym, dobrym Olem. Wreszcie wytrzeźwiał. 

— Pójdę się przebrać — rzuciła pośpiesznie. 

Ole oparł się o ścianę. 

— Nie chcę, żebyś tu była, jak oni przyjdą. Złożyłaś już zeznania. Chcę po-

rozmawiać z nimi sam. Mamy kilka spraw do przedyskutowania. — Potarł twarz 
dłonią. — Ale nie mogę ci obiecać, że schwytamy sprawcę. 

— Rozumiem, Ole. 

—Dobrze.  A  więc  się  zgadzamy.  Najważniejsze,  żeby  ci  policjanci  zrozu-

mieli, że to było zabójstwo. Żeby nam uwierzyli. — Nagle podszedł do kredensu, 
w którym stała butelka wódki. 

Amalie poczuła, że serce przestaje jej bić. Chyba nie zamierzał znów się upi-

jać? Nie, ona nie wytrzyma tego dłużej. Proszę, trzymaj się z dala od tej butelki, 
pomyślała. 

Spojrzał na nią ponownie. 

—Wpadłem dziś na Ruija. To niewiarygodne, że o tej porze roku mamy tu 

Cyganów. Nigdy wcześniej nie przyjeżdżali tutaj zimą. Ale przynajmniej może-
my im przekazać szczątki Liisy. Żeby ją godnie pochowali. 

Amalie zrobiło się smutno. Przez te wszystkie lata miała nadzieję, że Liisa 

spocznie w grobie, ale wierzyła też, że do tego czasu człowiek w kapturze zosta-
nie schwytany. 

Z korytarza dochodziły głosy. Ole spojrzał na drzwi. 

— To na pewno oni. Zostaw nas samych, Amalie. — Przyciągnął ją do sie-

bie i pocałował pośpiesznie. 

Wyszła  z  salonu  za  nim.  Pocałunek  zaskoczył  ją,  ale  nie  wzbudził  w  niej 

żadnych uczuć. 

Amalie przywitała się z policjantami i poszła po schodach na górę. Na pię-

trze  zobaczyła  Sofie  wychodzącą  z  pokoju.  Dziewczyna  miała  czerwone  oczy, 
jakby przed chwilą płakała. 

TLR

background image

— Co się stało? — spytała Amalie z troską. 

— Chodzi o Pala. — Sofie pociągnęła nosem. — Byłam u niego w domu i 

jestem prawie pewna, że widziałam twoją suknię w pokoju jego matki. Tę czer-
woną  —  dodała.  Znów  pociągnęła  nosem,  po  czym  odrzuciła  włosy  na  plecy. 
Nagle zrobiła zdecydowaną minę. 

— Muszę o tym natychmiast porozmawiać z Olem! Pal jest głupi, a do tego 

złodziej! 

— Nie możesz teraz rozmawiać z Olem. Przyjmuje ważnych gości. Ale mo-

żemy iść do domu Pala. Chętnie zamienię dwa słowa z jego matką. 

Sofie przygryzła wargę. 

— Naprawdę? 

 Amalie skinęła głową. 

— Oczywiście. Wyjaśnienie tej sprawy wcale nie musi być trudne. 

Sofie uśmiechnęła się pocieszona. 

— Ciekawa jestem ich min, jak cię zobaczą. 

— Chodźmy się przekonać. 

Amalie szła przez pole, a Sofie dreptała za nią. 

— Nie tak szybko, Amalie. 

Starsza siostra odwróciła się i powiedziała: 

— Podnoś nogi wyżej, bo utoniesz w tym śniegu. 

— Czemu nie wzięłyśmy nart? 

— Ole chce, żebym uważała na dziecko. — Amalie dostrzegła zbliżającego 

się jeźdźca. Ciekawe, czy to ktoś znajomy? 

—I co, będziesz uważała? 

Amalie uśmiechnęła się pod nosem. 

— Tak, oczywiście. 

Sofie znalazła się nagle tuż obok niej. 

TLR

background image

—Jestem taka szczęśliwa. To straszne, że dałam się nabrać Sigmundowi. 

— To nie była twoja wina, więc już o tym nie myśl. — Amalie próbowała 

pocieszyć siostrę, chociaż targały nią sprzeczne uczucia. Dobrze pamiętała tamtą 
noc.  Pamiętała  spojrzenie  Sofie  i  rękę,  która  ją  pchnęła.  Szybko  odsunęła  to 
wspomnienie. Co się stało, to się nie odstanie. 

Jeździec był coraz bliżej. Czarna sierść konia lśniła z oddali. Amalie zmru-

żyła oczy. To Ruij! 

Sofie schowała się za jej plecami. 

—To z nim rozmawiałam! 

Amalie odwróciła głowę. 

— Znam go. Ma na imię Ruij. Kiedyś uratował mi życie. — Przystanęła i 

uśmiechnęła  się  do  Cygana,  który  na  ich  widok  spiął  konia  i  zatrzymał  się  na 
ścieżce. 

— Dzień dobry — pozdrowił je uprzejmie i skinął głową. — Że też was tu 

spotykam. 

— Idziemy do sąsiadów. Nie spodziewaliśmy się was tutaj o tej porze roku 

— odparła Amalie z uśmiechem. 

— Tak. W obozie wybuchła epidemia i nie mogliśmy wrócić do domu. — 

Sposępniał nagle. — Nic się na to nie poradzi. 

— Rozumiem. 

Ruij pochylił się na końskim grzbiecie i zajrzał za jej plecy. 

Amalie wypchnęła Sofie przed siebie. 

—To moja siostra, Sofie. Słyszałam, że już się poznaliście. 

Ruij uniósł ciemne brwi. 

— Tak, na to wygląda. — Uśmiechnął się chytrze. Zeskoczył z konia, wy-

ciągnął ramię i chwycił delikatnie wisiorek, który Sofie miała na szyi. 

— Piękny. 

Dziewczyna cofnęła się o krok, wyraźnie zawstydzona. 

TLR

background image

— Dziękuję — bąknęła. 

Amalie odchrząknęła. 

—  Ole  przyjmuje  teraz  dwóch  policjantów.  Miejmy  nadzieję,  że  wreszcie 

ktoś mi uwierzy — powiedziała. 

Ruij znów usadowił się w siodle. Chwycił wodze. 

— Nie mogę się doczekać rozwiązania tej sprawy.  Kosztowała mnie wiele 

bezsennych  nocy.  Może  prawda  o  Liisie  nareszcie  ujrzy  światło  dzienne.  — 
Przeniósł spojrzenie na szyję Sofie. — Kto ci dał ten wisiorek? — Uśmiechnął 
się krzywo. 

Sofie podniosła oczy. 

— Moja mama. 

—Twoja mama? A kim ona jest? 

— Nie wiem. — Sofie przytuliła się do Amalie. 

 Amalie była nieco zdziwiona, że Cygan wypytuje jej siostrę o ozdobę. Cho-

ciaż ona sama też podziwiała ten wisiorek wiele razy. 

— No, tak, muszę jechać dalej. Miłego dnia, Amalie. Mam nadzieję, że Liisa 

doczeka się wreszcie godnego pochówku. 

—Ja też mam taką nadzieję — odrzekła Amalie. 

Odwróciła się, gdy Ruij zniknął im z pola widzenia. Sofie skrzywiła twarz. 

—Czemu pytał o mój wisiorek? Uważam, że to dziwne. 

—Bo jest bardzo ładny. A Cyganie kochają wszystko, co piękne. Ale teraz 

chodź, musimy iść dalej. Zaczynają mi marznąć nogi. 

— Mnie też. Ale... — Sofie spojrzała na nią. — Co zrobimy, jeśli nie zasta-

niemy ich w domu? 

—Wrócimy innego dnia. Najpierw jednak opowiemy o wszystkim Olemu. 

Sofie przystanęła. Koniuszek jej nosa był czerwony od mrozu. 

— Chyba jednak nie chcę, żebyś mówiła o tym Olemu. A jeśli się pomyli-

łam? 

TLR

background image

—Jakoś  sobie  poradzimy.  —  Amalie  podnosiła  wysoko  nogi,  żeby  nie 

ugrzęznąć w śniegu. Żałowała, że nie  wybrały innej drogi. Co chwila zapadały 
się  w  zaspy.  Na  ścieżce,  którą  przyjechał  Ruij,  nie  leżało  aż  tyle  śniegu.  — 
Chodź, Sofie, musimy zmienić drogę. Tędy nigdy nie dojdziemy. 

Sofie potknęła się i upadła twarzą w zaspę. Szybko jednak zerwała się, wy-

tarła buzię i płaszcz. 

— No, to idziemy, Amalie. Na co czekasz? 

Wkrótce dojrzały dachy zabudowań. Z komina walił ciemny dym. 

Podeszło do nich dwóch parobków. 

— Gospodarzy nie ma w domu. 

 Amalie poczuła, że ogarnia ją rezygnacja. A więc przyszły na próżno. 

—Ojej  —  powiedziała  Sofie,  gdy  parobcy  zniknęli  w  spiżarni.  —  Jestem 

pewna, że Pal został w domu. On nigdzie nie jeździ ze swoimi rodzicami. 

— Zapukamy do drzwi? 

Sofie  skinęła  głową,  puściła  się pędem  przez  podwórze  i  wspięła  po  scho-

dach na ganek. Zacisnęła pięść i mocno zastukała do drzwi. 

Otworzyły się niemal natychmiast. W progu stanął stary mężczyzna. Zmie-

rzył Sofie spojrzeniem. 

— Co tu robisz? — spytał i zerknął za jej plecy. — I co tu robi żona lensma-

na? 

Amalie nie podobał się ten człowiek. Wydawał się brudny i zaniedbany. 

— Chciałabym porozmawiać z gospodarzami — wyjaśniła. 

— Nikogo tu nie ma. Wszyscy wyjechali. 

Amalie wspięła się na schody. 

—Wyjechali? 

— Tak, do Ameryki. Chcą tam osiąść. 

Sofie zacisnęła palce na poręczy schodów. 

TLR

background image

— To kłamstwo! Łżesz! — krzyknęła. 

Mężczyzna rzucił jej poirytowane spojrzenie. 

—Myślisz,  że  kłamię?  Nie,  moja  mała.  Cała  rodzina  wyjechała.  Zostałem 

zupełnie  sam.  Oskar  wbił  sobie  do  głowy,  że  nie  zniesie  już  dłużej  harówki  w 
domu. Ha, ha, w Ameryce to on się dopiero narobi! — Potarł dłonią zarośniętą 
twarz. 

— Pal nigdy nie wspominał o wyjeździe — zaprotestowała Sofie. 

— Powiedziałem, co wiem. A teraz znikajcie z mojej posiadłości — rzucił 

mężczyzna i zatrzasnął im drzwi przed nosem. 

Amalie zeszła powoli ze schodów. Nie wiedziała,  co o tym wszystkim my-

śleć. Wyglądało na to, że stary człowiek mówił prawdę. Nie miał przecież żadne-
go powodu, żeby je okłamać. 

— Pal cały czas łgał. A myślałam, że jest we mnie zakochany! — użaliła się 

Sofie. 

Amalie pogładziła ją po policzku. 

— Z czasem o nim zapomnisz. Prędzej czy później pojawi się w twoim ży-

ciu ktoś inny. 

— Nigdy. Nigdy o nim nie zapomnę! 

— Kim był ten obrzydliwy mężczyzna? 

— To dziadek Pala. 

—Aha, w takim razie rozumiem, czemu był taki wściekły. Rodzina zostawi-

ła go zupełnie samego. 

Sofie rozejrzała się dokoła. 

— Na to wygląda. 

Amalie przytuliła ją i ruszyły do domu. Być może Sofie nie zapomni Pala od 

razu, ale za kilka tygodni na pewno poczuje się o wiele lepiej. Wróci jej radość i 
zapał do życia. Szkoda tylko moich sukni, myślała Amalie. Pewnie sprzedali je, 
żeby mieć pieniądze na bilety do Ameryki. 

TLR

background image

— Kto pierwszy na podwórze! — krzyknęła Sofie nagle. — Na pewno mnie 

nie dogonisz! 

Amalie zaśmiała się głośno. 

—Ależ oczywiście, że cię dogonię. Nie wiesz, jaka jestem szybka? 

— Zobaczymy. 

Sofie puściła się pędem. Amalie była zaskoczona, ale pobiegła za nią. 

Gdy dopadły ganku, obie zdyszane, na ich spotkanie wyszedł Ole. 

—Funkcjonariusze  pojechali  do  Christianii.  Obiecali  mi  pomoc,  jeśli  będę 

jej potrzebował. A więc sprawa została otwarta. Jutro zaczynam śledztwo. Przede 
wszystkim przejdę się po wsi i popytam ludzi, czy pamiętają coś z tego dnia, gdy 
Liisa została wrzucona do wodospadu. Nie wiem, co to da, ale przecież od cze-
goś trzeba zacząć. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

Rozdział 17 

 

Tannel obejrzała się na kościół i poczuła łaskotanie w brzuchu. Nie mogła 

się  już  doczekać.  Harald  mocno  uścisnął  jej  dłoń,  kiedy  sanie  ruszyły  szeroką 
aleją. 

Wreszcie  byli  małżeństwem.  Co  prawda  w  ceremonii  nie  uczestniczyli  jej 

bliscy ani znajomi, ale mimo to była szczęśliwa. Harald powiedział jej, że jest w 
rodzinie ostatnim młodym mężczyzną i bardzo pragnie dziecka. Dziedzica. Dla-
tego Tannel miała nadzieję, że mąż uzna maleństwo, które nosiła pod sercem, za 
swoje. 

—Piękny ślub — powiedziała i uśmiechnęła się do niego. 

Harald odwzajemnił uśmiech. 

—Tak. Teraz nareszcie mogę cię zabrać do domu, kochana żono. 

— Masz dużo służby? — zapytała i przytuliła policzek do jego ramienia. 

— Tak, to duża posiadłość. 

Tannel  widziała  wszystko  oczami  wyobraźni.  Nie  mogła  się  już  doczekać 

wystawnych przyjęć i ciekawych ludzi. 

Harald odchrząknął. 

— Mam nadzieję, że gdy tylko urodzisz to dziecko, uda ci się znów zajść w 

ciążę. 

 Tannel odsunęła się od niego jak oparzona. Czy dobrze usłyszała? 

— Co masz na myśli? Myślałam... 

Mąż wyprostował się i spojrzał na nią poważnie. 

TLR

background image

— Nigdy niczego ci nie obiecywałem w związku ż tym dzieckiem, które no-

sisz pod sercem. Nie jest moje i nigdy nie zostanie moim dziedzicem. Potrzebuję 
syna, który przejmie po mnie majątek. 

Tannel zmarszczyła czoło. 

— Myślałam, że dziecko, które noszę, będzie twoje. 

Harald potrząsnął głową. 

— Nigdy nic takiego nie powiedziałem. 

Tannel oparła głowę o nadwozie sań. 

—  Czy  to  dlatego  się  ze  mną  ożeniłeś?  Bo  chciałeś  dziedzica?  —  spytała 

drżącym głosem. 

—  Tak,  wiem  przecież,  że  jesteś  płodna.  Mężczyzna  w  mojej  sytuacji  nie 

może czekać zbyt długo, ani żenić się z miłości. 

Tannel przymknęła oczy i poczuła, że serce jej zamarło. Ojciec się nie mylił. 

Harald wcale nie miał wobec niej uczciwych zamiarów. Nie kochał jej. Patrzyła 
teraz na niego i widziała w jego oczach jakieś wyrachowanie; coś, czego zupeł-
nie nie rozumiała. Nagle poczuła przypływ przerażenia. Co ona najlepszego zro-
biła? 

Wyszła za zupełnie obcego człowieka. Zdławiła w sobie szloch. W tej samej 

chwili zza chmur wyszło słońce. Był piękny dzień. Dzień jej ślubu. 

— Nie kochasz mnie — powiedziała cicho. 

Harald odwrócił się i spojrzał przed siebie. 

— Nie, nie kocham cię. Kobieta, którą kochałem, już mnie nie chciała. 

— Nie rozumiem, czemu wybrałeś właśnie mnie — dodała cichym głosem. 

—Wyciągnąłem  cię  z  więzienia.  Gdyby  nie  ja,  zgniłabyś  w  tej  norze.  Po-

winnaś być zadowolona i nie zadawać zbyt wielu pytań. Pomyśl tylko, jak wy-
glądałoby twoje życie, gdyby nie ja! 

Tannel  kręciło  się  w  głowie,  gdy  sanie  wreszcie  się  zatrzymały.  Harald 

otworzył drzwi i wysiadł. Jak we śnie dźwignęła się z miejsca i położyła rękę na 
brzuchu. 

TLR

background image

Harald nie pomógł jej wygramolić się z sań. 

 

Tannel karmiła synka. Kiedy była z nim sama, nazywała go Małym Tronem, 

chociaż dziecko otrzymało na chrzcie imię Bendik. To Harald postanowił tak je 
nazwać. Decydował o wszystkim, odkąd przyjechali z kościoła. 

Chłopiec ssał chciwie jej pierś. Tannel patrzyła na pieluszkę owiniętą wokół 

jego nóżek. Sama uważała, że dzieci nie należy tak zawijać, ale Harald nalegał, a 
ona nie miała odwagi mu się sprzeciwić. 

Odgarnęła włosy z twarzy i rozejrzała się po sypialni. Była ogromna, stały w 

niej piękne meble z dalekiej Francji. Ale przepych, który ją otaczał, nie miał dla 
niej żadnego znaczenia. Kiedy tu przybyła, wyobrażała sobie, że będzie chodzić 
w pięknych sukniach i eleganckich kapeluszach. Szybko jednak zrozumiała, że to 
tylko mrzonki. Harald nie obsypywał jej prezentami. Czasami miała wrażenie, że 
nią pogardzał. Zaczął pokazywać jej zupełnie inną, przerażającą twarz. 

Tannel spojrzała na synka, który najadł się już do syta. Drzemał w jej ramio-

nach, a jego delikatne powieki drgały. Pocałowała go w czółko i pogładziła mie-
dzianobrązowe  włoski,  które  odziedziczył  po  Tronie.  Ostrożnie  ułożyła  go  w 
łóżku obok siebie, westchnęła głęboko i umościła głowę na poduszce. 

Do pokoju weszła bez pukania służąca Mathilde. Jej zwyczaje bardzo iryto-

wały Tannel, a mimo to nigdy nie zwróciła dziewczynie uwagi. Zresztą, co by to 
dało? Służba nie szanowała Tannel, traktowała ją jak powietrze. 

Mathilde poskładała jej suknie i ułożyła je w szafie. 

— Nie musisz wieszać moich sukni. 

—Robię to, co każe mi mój pan. — Mathilde podeszła do łóżka. 

— Wezmę dziecko. Harald chce je zobaczyć. 

Tannel poczuła, jak wzbiera w niej złość. 

— Nie, nie pozwalam ci. Bendik musi teraz spać. 

— Co to za brednie? — odezwał się głos od drzwi. 

TLR

background image

Tannel odwróciła się i spojrzała prosto we wściekłą twarz Haralda. Nauczyła 

się bać tego spojrzenia. Zerknęła na swoje ramię, pełne paskudnych siniaków. To 
była przykra pamiątka. 

Mathilde  dygnęła  przed  gospodarzem  i  wyszła  z  pokoju.  Tannel  usłyszała, 

jak dziewczyna zamyka drzwi do swojego pokoju. W głowie dźwięczał jej chro-
bot przekręcanego w zamku klucza. 

Harald usiadł na skraju łóżka. 

— Najwyższy czas, żebyś wstała. — Przysunął się bliżej, a jego nieświeży 

oddech sprawił, że Tannel odwróciła głowę z odrazą. 

— Muszę być przy Bendiku — powiedziała cicho. 

— Zajmę się chłopcem. Ale dziś wieczorem oczekuję, że przyjdziesz do mo-

jej sypialni. Chcę mieć własnego syna, nie tylko tego bękarta! 

Tannel miała ochotę mu się odgryźć, ale wiedziała, co by ją za to czekało. 

Niewątpliwie znów by ją uderzył. Musiała jednak coś odpowiedzieć. 

— Mój syn jest ze  wspaniałej rodziny. —  Wygładziła kołdrę. — Nie chcę 

mieć z tobą dziecka! Może powinieneś się ze mną rozwieść i wziąć sobie inną 
żonę. 

Harald się podniósł. Na jego wargach pojawił się pogardliwy uśmieszek. 

— Uważaj na to, co mówisz. 

 Tannel poczuła, że do jej oczu napływają łzy. Zamilkła. Harald zaczął krą-

żyć po pokoju z rękami splecionymi na plecach. 

—Spodziewam się dziś po południu gości. Przygotowałem dla ciebie suknię. 

Masz być gospodynią i zachowywać się, jak na gospodynię przystało. — Pogro-
ził jej pięścią. — Niech Bóg ma cię w swojej opiece, jeśli coś przeskrobiesz! 

Tannel odsunęła się od niego. 

— Zrobię, co każesz — zapewniła szybko. 

— Dobrze, a więc umowa stoi. Wezmę dziecko. — Pochylił się i podniósł 

śpiącego  chłopca.  Tannel  spróbowała  go  powstrzymać,  ale  dostała  bolesnego 
kuksańca w udo. Zwinęła się w kłębek z bólu. 

TLR

background image

— Au, zostaw mnie, proszę — powiedziała błagalnie. 

Harald ułożył sobie dziecko na ramieniu. 

— Nie odzywaj się do mnie. Z chłopcem zrobię, co mi się podoba. A teraz 

wstawaj i doprowadź się do porządku! Mathilde przyniesie ci suknię. 

I zamknął za sobą drzwi. Tannel się załamała. Jak długo jeszcze przyjdzie jej 

żyć  w  ten  sposób?  Taki  los  był  gorszy  od  więzienia.  Tam  przynajmniej  miała 
święty spokój, a tu musiała spełniać każdą zachciankę Haralda. 

Odsunęła kołdrę i wstała z łóżka. Nadeszła wiosna, ale ona nie miała czasu 

się nią cieszyć. Siedziała uwięziona w tym pokoju od dnia porodu. Dopiero po-
przedniego dnia dostała pozwolenie na krótki spacer, ale parobcy cały czas mieli 
ją na oku. Nawet nie próbowali ukrywać, że ją obserwują. 

Teraz robotnicy pracowali w polu. Pod lasem rósł podbiał i piękne zawilce. 

Tannel poczuła, jak wzbiera w niej tęsknota. Powinna być teraz w domu, razem 
ze  swoimi  braćmi.  Wydawało  jej  się,  że  słyszy  dochodzący  z  oddali  głos  ojca: 
„Nikt nie zakochuje się po trzech dniach". 

Ojciec miał rację. Była zaślepiona i głupia, dala się skusić obietnicom bez-

pieczeństwa i dostatku dla siebie i dziecka. 

Mathilde przyniosła miskę z ciepłą wodą i postawiła ją na nocnym stoliku. 

— Umyj się i ułóż włosy. — Służąca zmierzyła ją krytycznym spojrzeniem i 

potrząsnęła głową. — Co ja mam zrobić, żebyś jakoś wyglądała? — Zasępiła się, 
jakby stało przed nią zadanie niemożliwe do wykonania. — Zaraz przyniosę suk-
nię. 

Tannel  postanowiła  nie  odpowiadać tej  bezczelnej  dziewczynie.  Tego  wie-

czora będzie gospodynią. Może pozna kogoś, kto pomoże jej uwolnić się z tego 
więzienia? 

Znalazła ręcznik, zdjęła koszulę nocną i rzuciła ją na podłogę. Zapatrzyła się 

przed  siebie.  Serce  na  chwilę  przestało  jej  bić,  gdy  zrozumiała,  że  Harald  to 
wszystko zaplanował. Zabrał dziecko. Wiedział, że Tannel zrobi wszystko, żeby 
tylko znów zobaczyć synka. 

 

TLR

background image

Amalie wyjęła z piecyka ciasto i postawiła je na ławie. W całej kuchni unosił 

się smakowity zapach. Rozkoszowała się aromatem świeżych wypieków. 

Minęła ją Olga, wyraźnie podenerwowana. 

— Mężczyźni zaraz skończą w polu, a obiad jeszcze niegotowy. — Pokręci-

ła głową. 

— Pomogę ci — zaproponowała Amalie. 

—  Nie,  dość  już  dziś  zrobiłaś.  Poza  tym  nie  chcę,  żebyś  się  przemęczała. 

Znajdę Violę. — Służąca spojrzała na brzuch Amalie i wyszła z kuchni. 

Amalie  otworzyła  okno  i  wpuściła  do  środka  świeże,  wiosenne  powietrze. 

Zaniosła ciasto do jadalni. Już dawno nie sprzeciwiła się Oldze. Ostatnie miesią-
ce w Tangen były dla niej przyjemne. Ole był pochłonięty swoją pracą. Szcząt-
kami Liisy zajęła się rodzina, bo Ruij i jego ludzie zostali w okolicy. Amalie do-
myślała się, czemu Ruij zdecydował się rozbić obóz w Fińskim Lesie. Chciał być 
po  prostu  blisko  grobu  córki.  Ojciec  Amalie,  zawsze  dla  Cyganów  bardzo 
uprzejmy i życzliwy, pozwolił im rozbić się nad jeziorem, tak jak zawsze. 

Wieśniacy nie patrzyli na Cyganów łaskawym okiem, chętnie za to plotko-

wali o nich u sklepikarza. Plotki o klątwie ciążącej nad Furulią wciąż krążyły po 
okolicy. Ojciec jak zwykle pracował w tartaku, a Tron wrócił do domu na stałe. 
Pojechał na krótko do Kongsvinger, ale Aleksander nie chciał z nim nawet roz-
mawiać. Lina czuła się już lepiej i Tron cieszył się, że dziewczyna poradzi sobie, 
chociaż się z nią nie ożeni. 

Od dłuższego już czasu nikt nie miał żadnych wiadomości od Tannel. Ama-

lie uważała, że to dziwne. Przez pierwsze tygodnie po ślubie przyjaciółka przy-
syłała do niej listy, w których informowała o swoim życiu. Listy te były bardzo 
krótkie i Amalie odniosła wrażenie, że Tannel nie jest szczęśliwa. Ale chyba się 
myliła.  Pewnie  Tannel  była  po  prostu  zbyt  zajęta  codziennymi  sprawami  i  nie 
miała czasu na prowadzenie obszernej korespondencji. 

Na podwórzu pojawiła się Sofie z Tornado. Klaczka była już duża. Za dwa 

lata będzie można zacząć ją ujeżdżać. Amalie  wiedziała, że Sofie nie może się 
już tego doczekać. 

Viola z Olgą zaczęły nakrywać do stołu i Amalie wyszła z kuchni. Nie lubiła 

czuć się jak piąte koło u wozu. 

TLR

background image

Sofie  uwiązała  Tornado  przy  ścianie  stodoły.  Amalie  podeszła,  poklepała 

klaczkę i pogładziła ją po boku. 

— Ładna jesteś. Śliczna i grzeczna. 

Klacz odwróciła łeb i spojrzała na nią, po czym wróciła do przeżuwania sia-

na, które dała jej Sofie. 

Amalie poszła dalej przez podwórze. Popatrzyła na pola. Tu i ówdzie leżał 

jeszcze śnieg, ale pod lasem wszystko już stopniało. I tam właśnie dostrzegła sze-
rokie plecy Olego. Pracował bez koszuli, wystawiając skórę na wiosenne słońce. 
Amalie podziwiała jego silne ciało i mięśnie, które napinały się, gdy pochylał się 
nad łopatą. 

Trochę dalej zauważyła dwóch parobków, którzy rozsypywali nawóz na po-

lu. Niewdzięczna robota, ale trzeba ją było powtarzać co roku. Ziemia potrzebo-
wała nawozu po długiej, ciężkiej zimie. 

Znów przeniosła spojrzenie na Olego. Panował między nimi spokój, mimo 

że nadal nie dzieliła z nim sypialni. Mieszkała w pokoju Fridy, a Ole zostawiał ją 
w spokoju. Nie kochała go już, ale było jej z nim całkiem dobrze. 

Amalie spojrzała na swój zaokrąglony brzuch. Niedługo będzie już w piątym 

miesiącu.  Poprzedniego  dnia  czuła  w  brzuchu  jakby  łaskotanie.  Wspomniała  o 
tym Oldze, a ta wyjaśniła jej, że w ten sposób matka odczuwa ruchy dziecka. 

Dziwnie było myśleć, że w jej brzuchu siedział malutki człowieczek. 

Zatrzymała się przed Olem. Mąż spojrzał na nią i wbił łopatę w ziemię. 

— Gdzie się wybierasz? — wydyszał. 

— Pójdę nad jezioro. Taka piękna dziś pogoda. 

—Ale wróć na obiad. Nie zapomnij. 

Uśmiechnęła się. 

—  Oczywiście,  że  nie  zapomnę.  Już  teraz  jestem  głodna,  ale  potrzebuję 

świeżego powietrza. 

Zarośnięta twarz Olego rozjaśniła się w uśmiechu. 

TLR

background image

Zmierzyła  spojrzeniem  jego  potężne,  piękne  ciało.  Myśl,  że  pozostawali 

małżeństwem tylko dlatego, że spodziewała się jego dziecka, była trochę smutna, 
ale nie zastanawiała się nad tym zbyt często. Przynajmniej żyli w zgodzie, a Ole 
przestał pić, co bardzo ją cieszyło. 

Odstawił alkohol po jakiejś kłótni z Rebekką. Któregoś dnia w lutym jeden z 

sąsiadów odwiózł go do domu z gospody, gdzie wybuchła podobno karczemna 
awantura. Plotka głosiła, że Rebekka zwymyślała go i rzuciła. Od tamtego wie-
czora nikt jej nie widział. 

Ole  poprzysiągł  wtedy  żonie  i  całej  służbie,  że  już  nigdy  nie  tknie  nawet 

kropli alkoholu. Teraz, gdy od pamiętnego wieczora mijały dwa miesiące, Ama-
lie  zaczynała  mu  wierzyć.  Ale  wciąż  nie  miała  pojęcia,  czego  dotyczyła  tamta 
kłótnia. Zresztą, co to za różnica, skoro Rebekka zniknęła z jej życia. Może jesz-
cze będą z Olem szczęśliwi. Bez Rebekki i bez wódki. 

Ole pochylił się i pocałował ją w policzek. 

Amalie poszła przez pole. Ziemia była grząska po ostatniej ulewie, musiała 

więc wysoko podnosić nogi. Dni zaczęły się wydłużać, zimowa ciemność powoli 
dawała  za  wygraną.  Amalie  spojrzała  na  jezioro.  Oślepiona  słońcem,  osłoniła 
oczy ręką. 

Szła dalej. Zerwała kilka szpilek z drzewa, przeskakiwała wystające korze-

nie i wilgotne głazy. Jezioro szumiało cicho, ptaki świergotały nad plażą. Amalie 
zauważyła pierwsze w tym roku motyle. Zdziwiło ją to, ale przypomniała sobie, 
że zdarzało już jej się widywać je w kwietniu. 

Usiadła na kamieniu. Patrzyła na wysepkę na jeziorze porośniętą krzewami i 

niskimi drzewami. Jej piaszczyste brzegi złociły się w promieniach słonecznych. 

Siedziała tak i odpoczywała, gdy nagle usłyszała tętent końskich kopyt. To 

dziwne. Nie spodziewali się tego dnia żadnych gości. Kto to mógł być? 

Chciała  wstać  z  miejsca,  ale  się  powstrzymała.  W  końcu  nie  musiała  się 

śpieszyć. Tak cudownie siedziało się nad jeziorem. Było jej ciepło i sennie. 

W jej myślach znów pojawił się Mitti. Często zastanawiała się, czemu uko-

chany nie pojawił się we wsi od dnia napadu. Pewnie musiał zajmować się rodzi-
ną, poza tym przyszła wiosna i wiele dodatkowych obowiązków. Amalie miała 
nadzieję, że Mitti doszedł do siebie po tym straszliwym przejściu. Anjalana też 

TLR

background image

już  nie  widywano  w  okolicy.  Amalie  się  wzdrygnęła.  Wiedziała,  że  nie  zazna 
spokoju, dopóki go nie aresztują. 

Jej  rozmyślania  przerwało  dochodzące  z  gospodarstwa  ujadanie  psów.  Po 

chwili usłyszała także dźwięk gongu wzywającego na obiad. 

Ruszyła szybko  w stronę domu. Na podwórzu zobaczyła powóz. Wyglądał 

na nowy. Czarny lakier lśnił w słońcu. Okazało się, że przyjechała nim Kari. 

Słyszała siostrę już z daleka. Kari raz po raz upominała służącą, by zajęła się 

jej walizką. Sama niosła na rękach małego Victora. Amalie nie chciało się wprost 
wierzyć, że Kari ma własną dziewczynę do pomocy. Ale rodzinę Hansa stać było 
na to, a Kari była wygodna. 

— Dzień dobry, Kari! — krzyknęła. — Nie spodziewaliśmy się ciebie. 

Siostra odwróciła się do niej. 

— Hej, Amalie! Hans pojechał do Kongsvinger w interesach, a ja nie chcia-

łam siedzieć w domu sama z Louise. Pomyślałam, że mogłabym zostać tu na kil-
ka  dni.  Nie  masz  nic  przeciwko  temu?  —  Na  jej  twarzy  pojawił  się  szeroki 
uśmiech. 

Kari promieniała zdrowiem i zadowoleniem. Na jej złocistej skórze pojawiły 

się wiosenne piegi. Miała na sobie prostą, niebieską suknię z koronką przy dekol-
cie. Błękitny kolor harmonizował z jej oczami. Amalie poczuła ukłucie zazdro-
ści, ale natychmiast je zdusiła. Kari lubiła się stroić, w przeciwieństwie do niej. 
Ona sama niezbyt dbała o wygląd, a teraz, gdy urósł jej brzuch, nie pasowały na 
nią żadne ładne suknie. 

Amalie odrzuciła warkocz na plecy. 

—Ależ, oczywiście, będzie nam bardzo miło, siostrzyczko. Przyda nam się 

towarzystwo, ostatnio strasznie tu cicho. 

Kari przytuliła małego. Chłopiec był spokojny i tylko wodził za kobietami 

zmęczonymi oczkami. 

—Tak, na Boga, jak tu smutno. Kiedyś myślałam, że macie tu wspaniałe, ale 

teraz... — Potrząsnęła głową. — Tangen to nie jest miejsce dla ciebie, Amalie. 
Za cicho tu. 

TLR

background image

Nie, to zdecydowanie nie było miejsce dla niej, ale musiała tutaj siedzieć jak 

więźniarka. Nosiła pod sercem dziecko Olego i nie mogła go zostawić. 

— Dobrze wiesz, dlaczego tu jestem, Kari. Poza tym naprawdę nie mam się 

na co uskarżać. Jestem zdrowa i nie chodzę głodna. 

Znów rozległ się gong wzywający na obiad. 

— Przyjechałaś w samą porę. Dotrzymasz nam towarzystwa przy stole? 

Kari zmarszczyła nos. 

— Nie wiem, czy dam radę wysiedzieć z robotnikami, którzy śmierdzą po-

tem. W Tille nigdy nie siadam z nimi do stołu. 

Amalie  była  zdziwiona.  W  Furulii  gospodarze  zawsze  jedli  z  robotnikami. 

Kari też nigdy wcześniej to nie przeszkadzało. Ale teraz najwyraźniej czuła się 
kimś lepszym. 

Z domu wyszła służąca Kari. 

— Wziąć od pani dziecko? 

Kari skinęła głową. 

—  Nakarm  go.  Olga  na  pewno  ci  pomoże.  I  poproś  Violę,  żeby  zamknęła 

okno  w  pokoju  gościnnym.  —  Podała  Victora dziewczynie.  Mały  zasnął na  jej 
rękach. Jasne  włoski  wiły się  wokół  jego buzi, długie rzęsy  wyglądały jak wa-
chlarze.  Serce  Amalie  zabiło  mocniej.  Chłopiec  był  śliczny.  Taki  podobny  do 
Olego. 

Służąca uśmiechnęła się i zniknęła ze śpiącym dzieckiem. 

—Jak  tylko  przyjechałam,  wpadłam  na  Olego.  Bardzo  dokładnie  przyjrzał 

się Victorowi. Zaniepokoiło mnie to trochę. 

—Cicho, Kari. Nie mów o tym tutaj, jeszcze nas ktoś usłyszy. 

— A kto ma nas usłyszeć? Przecież nikogo tu nie ma, aż dziw bierze. — Ka-

ri się wzdrygnęła. — Jak to dobrze, że tu nie mieszkam. Nie wytrzymałabym. A 
Rebekka? Co z nią? 

— Podobno Ole już z nią zerwał — odparła Amalie. Nie chciała o tym mó-

wić. Otworzyła drzwi na korytarz. 

TLR

background image

Ole wyszedł im na powitanie. 

—Nie słyszałaś gongu, Amalie? Robotnicy dawno już siedzą przy stole. 

Kari skrzywiła się i powiedziała: 

— Przestań męczyć Amalie. Nie masz nic innego do roboty? 

Ole zmierzył ją lodowatym spojrzeniem. 

— Teraz dopiero się zacznie, jak jaśnie pani przyjechała z wizytą. — Zwró-

cił się do żony: — No już, na co czekasz? 

Viola kursowała pomiędzy spiżarnią a robotnikami, którzy siedzieli na ławie 

przy długim stole. Dzban z piwem przechodził z rąk do rąk. 

— Siadaj, podam szynkę — powiedziała Viola do Amalie. Potem spojrzała 

na Kari, która przysiadła na samym brzeżku ławy i rzucała robotnikom krzywe 
spojrzenia, i spytała: 

— A pani coś zje? 

Kari zmarszczyła nos. 

— Co za pytanie? Oczywiście, że zjem. Nie usiadłabym do stołu, gdybym 

nie była głodna. 

Viola pokraśniała i zniknęła w spiżarni. Wróciła z miskami pełnymi kaszy, a 

potem poszła po półmisek zimnej szynki. 

Ole siedział po prawej stronie stołu. Śledził Kari zmrużonymi oczami. 

Amalie była niespokojna. Czy jej mąż zdążył zauważyć, że dziecko jest do 

niego podobne? Czy wiedział, że Victor jest jego? 

Nagle  drzwi  otworzyły  się  z  hukiem.  Wszedł  Julius  i  podszedł  prosto  do 

Olego. Szepnął mu coś do ucha. Ole poczerwieniał i zerwał się z miejsca. Julius 
cofnął się o krok i rzucił siedzącym wokół stołu przepraszający uśmiech. 

Ole przystanął przy drzwiach. 

—Wreszcie złapali Anjalana! 

 

 

TLR

background image

 

 

 

 

Rozdział 18 

 

Policjant  związał  liną  nadgarstki  Anjalana.  Fin  próbował  się  uwolnić,  ale 

funkcjonariusz trzymał go w stalowym uścisku. 

Amalie stała na ganku i przyglądała się tej scenie. Anjalan uśmiechnął się do 

niej  krzywo,  a  ona  wzdrygnęła  się  na  widok  zgniłych  pieńków  w  jego  ustach. 
Znów  spróbował  uwolnić  się  z  uchwytu  policjanta.  —  Puść  mnie,  idioto!  — 
wrzasnął. 

Ole  chodził  dokoła niego  jak drapieżnik  wokół  ofiary.  Przeczesywał  brodę 

palcami. 

—  W  końcu  schwytałem  osławionego  Anjalana.  Długo  kazałeś  na  siebie 

czekać. Ale mimo wszystko nie jesteś szczególnie bystry. Czemu, do diabła, stąd 
nie prysnąłeś? Czemu tak długo kręciłeś się po okolicy? 

Amalie  nie  rozumiała,  dlaczego  Ole  go  drażni.  Fin  znajdował  się  niebez-

piecznie blisko niego, jego oczy błyszczały groźnie. 

— Powinienem był cię zabić, ty diable! — warknął. 

Policjant z trudem utrzymywał go na uwięzi. Anjalan podniósł nogę i chciał 

kopnąć Olego, ale ten zauważył to w porę i odskoczył do tyłu. 

— Może znów trafię do więzienia — wysyczał Anjalan przez zaciśnięte zę-

by. — Ale na pewno uda mi się uciec. Poczekaj tylko, jeszcze mnie popamiętasz. 
Wrócę tu i cię zabiję, nawet jeśli miałaby to być ostatnia rzecz, jaką zrobię! 

Ole zaśmiał się szyderczo. 

— Proszę bardzo, możesz próbować, ale ja się ciebie nie boję. Poślę cię do 

Christianii, niech tam sędziowie zadecydują o twoim losie. 

TLR

background image

Anjalan prychnął; w kącikach jego ust pojawiła się ślina. 

—Jeszcze  cię  dorwę,  lensmanie.  Pamiętaj.  Wrócę  tu  i  zabiję  ciebie,  twoją 

babę i tego dzieciaka, którego nosi. — Zaśmiał się paskudnie, ale Ole machnął 
tylko ręką, jakby opędzał się od uprzykrzonego owada. 

— Zabierzcie go, nie chcę już tego słuchać. Wsadźcie go do celi. Jutro z sa-

mego rana zawieziecie go do miasta. 

Najmłodszy policjant, który stał z tyłu, skinął głową. 

— Tak jest, panie lensmanie'. 

Amalie odetchnęła z ulgą, gdy funkcjonariusz chwycił Anjalana i poprowa-

dził go przez podwórze. 

Ole podszedł do niej i westchnął. 

—  Wreszcie  go  złapaliśmy.  Już  teraz  nam  nie  ucieknie.  Zastanawiam  się, 

czy powinienem jechać z nim do miasta. Co o tym myślisz, Amalie? 

—Jeśli uważasz, że może spróbować uciec, to lepiej, żebyś go przypilnował 

— odparła. 

Ole zerknął na szopę, w której mieściła się cela. 

— To nieprzewidywalny i bardzo szybki człowiek. 

— W takim razie powinieneś jechać. 

Przyłączyła się do nich Kari. 

—Jezu, co za potwór. Wygląda strasznie groźnie i jest taki brudny. 

Ole  potrząsnął  głową  wyraźnie  poirytowany.  Spojrzał  na  Amalie  i  powie-

dział: 

—W takim razie pojadę. Obiecaj mi, że będziesz uważać na siebie i na nasze 

dziecko. 

Amalie  i  Kari  siedziały  przed  stodołą,  gdy  na  podwórze  wjechali  ojciec  i 

Tron. Kari zerwała się i wybiegła im na spotkanie. 

TLR

background image

Amalie dokuczały plecy i nie chciało jej się wstać. Ostatnio wciąż bolało ją 

w krzyżu. Miała nadzieję, że dolegliwości nie nasilą się w kolejnych tygodniach 
ciąży. 

Tron zeskoczył z konia i podbiegł do niej. Kari rozmawiała z ojcem. Amalie 

uśmiechnęła się dzielnie, gdy brat usiadł obok niej. 

— Cześć, siostrzyczko! Miło cię znów widzieć. Ale ci brzuch urósł! Jak się 

miewasz? 

—Dziękuję,  trochę  bolą  mnie  plecy,  ale  poza  tym  nie  mogę  narzekać.  Ole 

już nie pije, więc wszystko w Tangen>zmieniło się na lepsze. A jak tobie się żyje 
w Furulii? 

— Pomalutku. Cały czas myślę o Tannel. Masz od niej jakieś wiadomości? 

—  Nie,  ostatnio  nie.  Dostałam  dwa  listy,  ale  to  było  bardzo  dawno  temu. 

Tannel urodziła dziecko. Twoje dziecko, Tron. 

Przygryzł wargę. 

—Tak,  zastanawiam  się,  czy  to  chłopiec,  czy...  Do  diabła,  jak  ja  się  o  nią 

niepokoję! 

—  To  czemu  nie  pojedziesz  do  Kongsvinger  i  jej  nie  odwiedzisz?  Może 

sprawiłbyś  jej  przyjemność.  Na  pewno  pozwoliłaby  ci  zobaczyć  dziecko,  poza 
tym poczułbyś się lepiej, gdybyś zobaczył, że wszystko u niej dobrze. 

Tron potrząsnął głową. 

— Nie mogę tak po prostu jechać tam z wizytą. Teraz jej mężem jest Harald. 

Nie spodobałoby mu się, gdybym nagle się pojawił. 

Podeszli do nich ojciec i Kari. 

— Dobrze się czujesz, córeczko? — zapytał Johannes z troską. 

Amalie  spuściła  oczy.  Nie  potrafiła  ukryć  swoich  uczuć.  Rodzice  zawsze 

wiedzieli, kiedy była smutna. 

Ojciec ukucnął przed nią. 

— Chcesz jechać z nami do domu? — zapytał łagodnie. 

TLR

background image

Potrząsnęła stanowczo głową. 

—Już za późno, tato. Nie mogę zostawić Olego. 

Kari wybuchnęła śmiechem. 

—Wciąż zmieniasz zdanie. Przed chwilą mówiłaś przecież, że ci tu dobrze. 

Kiedy ty w końcu dojdziesz ze sobą do ładu? 

Amalie zdenerwowała się na siostrę. 

— To nie takie łatwe, Kari. Powinnaś to wiedzieć. 

Ojciec usiadł obok Trona. 

— Nie miałem nawet czasu, żeby tu przyjechać, Amalie. Niedawno rozma-

wiałem z Jensem Sorliem. Powiedział mi, że ten Anjalan miał pomocnika. Kiedy 
Ole wyjechał? 

— Wczoraj. 

Ojciec uderzył dłonią w udo. 

— Cóż, w takim razie wiesz, co musimy zrobić, Tron. 

Syn skinął głową. 

— A więc sądzisz, że powinienem jechać? 

—  Tak,  najlepiej będzie,  jak pojedziemy  obaj.  Na  wypadek  gdyby  ten  po-

mocnik chciał zaatakować Olego i jego ludzi. 

Zerwał się z miejsca. 

— Ruszamy natychmiast. Nie mamy czasu do stracenia. 

Amalie pogładziła Wichra po pysku. 

— Uważajcie na siebie. 

Tron pochylił się nad nią i szepnął: 

—  Zapomniałem  ci  powiedzieć.  Słyszałem,  że  Mitti  wciąż  jest  w  szpitalu. 

Nic nie wiem o jego stanie, ale może go odwiedzisz, skoro Olego nie ma w do-
mu. 

Amalie chciała coś mu odpowiedzieć, ale ojciec nie dopuścił jej do słowa. 

TLR

background image

— Chodź, Tron! — zawołał. Sam siedział już na koniu i trzymał wodze  w 

garści. Wicher zawrócił i wybiegł z podwórza. 

Tron westchnął. 

— Niełatwo jest znów mieszkać w domu. Ojciec cały czas marudzi i zrzędzi. 

Wydaje mu się, że może mnie rozstawiać po kątach. 

Kari się skrzywiła. 

— Wiesz, jaki on jest. 

—  Tak,  wiem,  dlatego  staram  się  zachować  spokój.  —  Tron  wskoczył  na 

konia. — Do zobaczenia, siostrzyczki. 

Siostry  patrzyły  za  nim,  dopóki  nie  zniknął  w  lesie.  Potem  Amalie  znów 

opadła na stołek. Czemu Mitti wciąż leżał  w szpitalu? Ole powiedział przecież 
Juliusowi, że ranny wrócił już do domu. 

Zatem Ole musiał skłamać, ale dlaczego? 

Wzbierał w niej niepokój. Zobaczyła, że biegnie do niej Sofie. 

—  Rozmawiałam  z  Ruijem.  I  wiesz,  co?  —  Nie  czekając  na  odpowiedź, 

dziewczynka ciągnęła: — Dwie kobiety krzywo mu się przyglądały! A tak prze-
cież nie wolno, on im nic nie zrobił! 

Kari wyciągnęła ramiona i przytuliła Sofie. 

— A więc moja mała siostrzyczka biega sama po wsi i rozmawia z Cygana-

mi? Ostrzegam cię. Nie mieszaj się w ich sprawy i uważaj na nich. Nikt nie wie, 
do czego są zdolni! 

Sofie odgarnęła włosy z twarzy i spojrzała na nią ze złością. 

— Ruij jest miły! 

—  To  prawda,  Kari  —  potwierdziła  Amalie.  —  Ruij  uratował  mnie  przez 

Anjalanem i Majną. To przyzwoity człowiek. 

Kari wzruszyła obojętnie ramionami. 

— To się jeszcze okaże. Mamy we wsi całe cygańskie obozowisko. Bóg je-

den raczy wiedzieć, co tym ludziom może strzelić do głów. Co za banda! 

TLR

background image

Przerwała im służąca Kari, które podbiegła do nich w pośpiechu. 

— Potrzebuję pomocy przy Victorze. Mały krzyczy i bardzo się złości. Chy-

ba boli go brzuszek. 

Sofie spojrzała na Kari. 

— Mogę iść z tobą? 

— Oczywiście. Chodź. 

Amalie nie wiedziała, jak długo siedziała sama, pogrążona w myślach. Nagle 

jak spod ziemi wyrósł przed nią jeden z parobków Olego. 

— O co chodzi? — zapytała. 

— Widziałem, jak Sofie idzie do lasu. Pomyślałem, że może powinna pani o 

tym wiedzieć. — Splunął jej pod nogi brązową śliną. Amalie podniosła dłoń do 
ust. 

— Przepraszam, zapomniałem się, pani Amalie. 

— Nic nie szkodzi. Czy Sofie była sama? 

Mężczyzna skinął głową. 

Amalie poczuła niepokój. Po co jej młodsza siostra poszła do lasu? Myślała, 

że Sofie towarzyszyła Kari. 

— Dziękuję — odparła i dźwignęła się ze stołka. 

Kari siedziała w pokoju z synkiem w ramionach i kołysała go lekko. Nuciła 

coś pod nosem, wpatrzona przed siebie. 

Podniosła wzrok, kiedy Amalie stanęła w progu. 

— Stało się coś? 

— Nie, chciałam tylko zapytać, czy wiesz, dokąd poszła Sofie? 

Kari poprawiła kocyk, w który owinięty był mały. 

— Nagle zaczęła się bardzo śpieszyć. Powiedziała, że ktoś na nią czeka. 

— A ty po prostu pozwoliłaś jej iść? 

Kari się podniosła. 

TLR

background image

— Dobry Boże, Amalie. Przecież nic się nie stanie, jeśli od czasu do czasu 

spotka się z rówieśnikami. Sofie czuje się samotna. 

— Może masz rację, ale martwię się o nią. Ostatnio nie wspominała o żad-

nych koleżankach ze szkoły, a ja lubię wiedzieć, dokąd ona wychodzi. 

— Przestań się wszystkim zamartwiać. To szkodzi dziecku. — Kari mrugnę-

ła do niej porozumiewawczo i przecisnęła się obok niej. 

Amalie patrzyła na jej plecy z ciężkim sercem. 

— A ty gdzie idziesz? 

Kari odwróciła się do niej. 

— Położę się na chwilę. Ostatnio mało sypiam. Karmię Victora co trzy go-

dziny. 

 Viola i Olga weszły do środka z wiadrami wody. Zamierzały zrobić pranie. 

Amalie stała jeszcze przez chwilę pogrążona w myślach. W końcu postano-

wiła osiodłać Czarną. Ole co prawda nie chciał, żeby jeździła konno, ale musiała 
znaleźć Sofie. Coś podpowiadało jej, że młodsza siostra może być w niebezpie-
czeństwie. 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

Rozdział 19 

 

Amalie wjechała do lasu. Natura zaczynała się już budzić do życia. Nadcho-

dził piękny czas. Amalie rozkoszowała się zapachem mchu i świerków. Gładziła 
Czarną po grzywie, a klacz potrząsała łbem i rżała cicho. 

Spojrzała  w  niebo.  Było  bezchmurnie.  Zmarszczyła  czoło  i  osłoniła  oczy 

dłonią. 

Pomyślała o Mittim. Coś nie dawało jej spokoju. Dlaczego Mitti wciąż jest 

w szpitalu? 

Puściła na chwile wodze, pogładziła się po brzuchu i spróbowała wyobrazić 

sobie, jak będzie wyglądać jej dziecko. Urodzi się chłopiec, czy dziewczynka? 

Wokół  panowała  cisza.  Gdzie  się,  u  licha,  podziała  Sofie?  Nagle  Amalie 

przyszło do głowy, że może siostra wybrała się do cygańskiego obozowiska. 

Ścisnęła piętami boki klaczy. Wiedziała, gdzie leży obóz. To było niedaleko. 

Puściła się galopem przez pola. 

Wody jeziora migotały spokojnie. Spojrzała przed siebie i zobaczyła, że nad 

lasem  unosi  się dym.  Powoli  skierowała  Czarną  w  tamtym  kierunku.  Obóz  był 
opuszczony! Został tylko żar w ognisku. 

Bez zastanowienia pojechała dalej. Po jakimś czasie dotarła do polany, gdzie 

natknęła się na starszego mężczyznę. Zatrzymała się przed nim i ściągnęła wo-
dze. 

TLR

background image

Mężczyzna posłał jej bezzębny uśmiech i uniósł czapkę. 

—Jezu,  toż  to  córka  samego  pana  Torpa.  Przed  chwilą  widziałem  taką,  co 

była do ciebie podobna — dodał i wyszczerzył nagie dziąsła, jakby uważał, że 
powiedział właśnie coś bardzo zabawnego. 

Amalie zasłoniła usta dłonią. To musiała być Sofie! 

— To na pewno moja siostra. Gdzie ją widziałeś? 

Mężczyzna przeczesał dłonią rzadkie, siwe włosy 

i uniósł brwi. 

— Hm, gdzie to było? Ach, tak, w wozie Cyganów. Zgadza się. — Znów się 

uśmiechnął i mrugnął do niej. 

Amalie miała dość jego gierek. 

— Którędy pojechali? 

— A, chyba drogą na Kirkenoer. 

Amalie zebrała wodze w dłoni. 

— Dziękuję — rzuciła krótko i popędziła klacz w kierunku drogi. Nie wie-

działa,  czy  zdąży  ich  dogonić,  ale  musiała  przynajmniej  spróbować.  Jak  długo 
Sofie nie było w domu? Co najmniej dwie godziny. Musieli więc mieć niemałą 
przewagę. 

Pochyliła się nad końskim karkiem, pozwoliła, by wiatr rozwiewał jej włosy. 

W  tej  chwili nie  myślała  o  tym,  że  jest  w  ciąży,  że  taki  pęd  może  być  niebez-
pieczny dla niej i dla dziecka. Kopyta uderzały w ziemię. 

Zerknęła  na  migocącą  wodę  jeziora.  Cały  czas  popędzała  klacz,  próbując 

zmusić ją do szybszego biegu. Ogarnęła ją jakaś dzikość; coś, czego nie czuła już 
od bardzo dawna. Kochała wszystko, co ją otaczało: las,  strumień, mech i ptaki 
— te na drzewach i te wysoko na niebie. 

Minęła  wiele  wozów.  Nie  dbała  o  to,  że  ludzie  na  nią  patrzą  i  pewnie  się 

dziwią. Mogli  sobie  o  niej myśleć,  co  tylko  chcieli. Musiała  wyglądać  jak  wa-
riatka z rozpuszczonymi, długimi włosami i suknią łopocącą na wietrze. 

TLR

background image

Była wolna. I chociaż prędzej czy później będzie musiała wrócić do Tangen, 

nikt nie zdoła odebrać jej tego, co teraz czuła. 

Przed  nią  rozciągała  się  sąsiednia  wieś.  Którędy  mogli  pojechać  Cyganie? 

Rozejrzała się w nadziei, że dostrzeże jakiś dym, ale nie zauważyła niczego. 

To bez sensu. Nigdy ich nie dogoni. Ale dlaczego Sofie w ogóle z nimi poje-

chała?  Amalie  poczuła,  że  ogarnia  ją  strach.  Według  Kari  ktoś  na  nią  czekał. 
Kto?  Cygan?  Jakiś  mężczyzna,  który  ją  omamił?  Dziewczyna  była  naiwna,  o 
wszystkich dobrze myślała. Ale Ruij nigdy nie pozwoliłby na coś takiego. 

Amalie ściągnęła wodze i zatrzymała konia. Wilgotne włosy lepiły się jej do 

czoła.  Pewnie  Sofie  wróciła  już  do  domu.  Może  tylko  z  ciekawości  weszła  na 
krótko do wozu. 

Uspokoiła się. Uczucie, które gnało ją do przodu, i świadomość bezgranicz-

nej wolności nagle gdzieś zniknęły. Znów poczuła się przykuta do Olego w Tan-
gen. 

Przed kramem kupca roiło się od ludzi. Do ogrodzenia było przywiązanych 

kilka koni, obok nich stały wozy. Grupka chłopców biegła w stronę lasu. Amalie 
słyszała ich śmiech i radosne głosy. 

Spojrzała przed siebie. W oddali, właściwie już na końcu wsi, dostrzegła bia-

ły budynek. Nie miała wątpliwości, że to wzniesiony przed rokiem szpital, w któ-
rym leżał Mitti. Nigdy jeszcze tam nie była.  Wjechała na niewysokie wzgórze. 
Zobaczyła pielęgniarkę, która biegła przez dziedziniec wysypany żwirem. 

Serce zabiło jej szybciej. Skoro była już tak blisko, to może powinna go od-

wiedzić? Czy też najpierw znaleźć Sofie? Nie mogła się zdecydować, w  końcu 
postanowiła,  że  zajrzy  do  szpitala.  Siostra  na  pewno  wróciła  już  do  Tangen. 
Amalie  wiedziała, że Cyganie bardzo fascynowali Sofie. Byli  zupełnie inni niż 
mieszkańcy  wsi. Pewnie chciała tylko z nimi porozmawiać. Nie miała żadnego 
powodu, żeby uciekać z domu. Było jej w Tangen dobrze, poza tym kochała ojca 
i rodzeństwo. 

Amalie odetchnęła i cmoknęła na Czarną. Klacz ruszyła w dół zbocza. Ama-

lie była niespokojna. Ciekawe, gdzie leży Mitti? Może tam, na piętrze, gdzie fi-
ranka  łopocze  w  otwartym  oknie?  Poczuła  ucisk  w  żołądku.  Tęskniła  za  nim. 
Gdyby wiedziała, że wciąż leży w szpitalu, już dawno by go odwiedziła! 

TLR

background image

Jakaś kobieta zatrzymała się przed nią. 

— Szuka pani kogoś? 

Amalie skinęła głową. 

— Chciałabym odwiedzić jednego z pacjentów. 

— Ale czas odwiedzin jeszcze się nie zaczął. Musi 

pani poczekać do piątej. Przepraszam, ale taki mamy regulamin. 

Do piątej było jeszcze mnóstwo czasu. Słońce wciąż stało wysoko na niebie. 

Jeśli ma tak długo czekać, nie zdąży do domu przed wieczorem. Ale była tak bli-
sko. Musiała uzbroić się w cierpliwość. 

— Dziękuję — odezwała się do kobiety, po czym zawróciła konia i pojecha-

ła do wsi. 

Czas do piątej będzie się jej niemiłosiernie dłużył. 

 

Tannel wygładziła suknię i ostatni raz zerknęła w lustro. W końcu udało jej 

się  upiąć  włosy.  Musiała  ładnie  wyglądać  tego  wieczora,  bo  inaczej  Harald  ją 
ukarze. 

 Otworzyła drzwi i wyszła na korytarz. Płomienie łamp drgały lekko. Przy-

stanęła, wyprostowała się i zeszła po schodach. Goście zebrani w salonie gawę-
dzili ze sobą swobodnie. Tannel była zaskoczona, że jest ich tak wielu. Spodzie-
wała się tylko kilku osób. Zrobiła głęboki wdech i ruszyła im na spotkanie. 

Harald przywołał ją gestem. 

— Chodź tutaj. 

Tannel usłuchała i podeszła do niego. Mąż trzymał w dłoni kieliszek. 

— Przeszłaś dziś samą siebie. Jestem z ciebie zadowolony. — Pochylił się i 

pocałował ją lekko w usta. — Zachowuj się teraz jak moja żona. I uśmiech, ko-
chanie, uśmiech! 

Tannel wzdrygnęła się nieznacznie. Cofnęła się o krok i rzuciła mu wymu-

szony uśmiech. 

TLR

background image

— Dziękuję, Haraldzie. To wspaniale, że podoba ci się moja suknia i biżute-

ria. 

Suknia musiała być bardzo kosztowna. Żółty jedwab otulał jej ciało, a długie 

rękawy skrywały sińce. Tannel odzyskała już sylwetkę sprzed porodu. Ostatnio 
nie miała apetytu, ale dziecko dostawało wszystko, czego potrzebowało, i to było 
najważniejsze. 

— Zobaczysz Bendika jeszcze dziś wieczorem. — Harald skinął jej łaskawie 

głową i zostawił ją samą. 

Czuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Co działo się teraz z jej synkiem? Czy 

zajmowała się nim służąca? Przez chwilę stała bezradna, ale wiedziała, że musi 
wziąć się w garść. Wciąż czuła na sobie spojrzenie Haralda. Musiała zdać ten eg-
zamin, w przeciwnym razie Harald odda jej synka służącej, która też dopiero co 
urodziła dziecko. Tannel nie mogła znieść nawet myśli o tym, że ktoś inny miał-
by karmić jej maleństwo. 

Wzięła kieliszek z tacy, z którą przechadzała się wśród gości jedna ze służą-

cych.  Podeszła  do  pary,  którą  poznała  już  wcześniej.  Zauważyła,  że  wytworni 
goście  nie  mieli  ochoty  z  nią  rozmawiać,  ale  przywołali  na  wargi  wymuszone 
uśmiechy. 

—Jaka piękna dziś pogoda — powiedziała Tannel, żeby przerwać krępujące 

milczenie. — Mam nadzieję, że temperatura nie spadnie. — Upiła łyk ze swoje-
go kieliszka. Zrobiło jej się głupio. 

Kobieta, do której się odezwała, zmierzyła ją spojrzeniem, ale nie zaszczyci-

ła jej odpowiedzią. 

Jej mąż wydawał się zażenowany. Odchrząknął i odparł grzecznie: 

— Tak, ciepło jeszcze się chyba utrzyma. 

— O, tam jest Harald. Musimy się z nim przywitać. Wybacz nam — rzuciła 

pośpiesznie kobieta i pociągnęła za sobą męża. 

Tannel już wcześniej się to zdarzyło. Wielu ludzi uważało, że nie była wy-

starczająco dobra dla  Haralda.  Mieli  ją  pewnie  za  latawicę.  Przecież  wyszła  za 
niego, kiedy chodziła w ciąży z dzieckiem innego mężczyzny. Tannel nie przej-
mowała się już tym, co myśleli o niej ludzie. Chciała tylko znów zobaczyć Małe-

TLR

background image

go Trona. Chłopiec był dla niej najważniejszy. Musiała za wszelką cenę chronić 
go przed Haraldem. 

Nagle  jakiś  starszy  mężczyzna  zatoczył  się  w  jej  kierunku.  Próbowała  się 

odsunąć,  ale  nie  zdążyła.  Mężczyzna  chwycił  materiał  jej  sukni  na  wysokości 
piersi;  rozległ  się  trzask  dartego  jedwabiu.  Tannel  usiłowała  go  odepchnąć, ale 
on trzymał mocno. Rozejrzała się dokoła, lecz  wyglądało na to, że nikt nie za-
uważył zajścia. 

Mężczyzna chwycił ją za pierś i ścisnął mocno. Jedwab na jej piersi zrobił 

się wilgotny. Z piersi pociekło mleko, a Tannel poczuła, że przeszywa ją ból. 

— Ależ z ciebie śliczna istotka! — szepnął mężczyzna. — Rozumiem, cze-

mu Harald woli nie pokazywać cię ludziom. Najlepiej prezentujesz się pewnie w 
łóżku. — Wyszczerzył zęby, a jego oczy błysnęły pożądliwie. 

Stał tak blisko, że czuła przykry zapach z jego ust. Bez zastanowienia unio-

sła kolano i wymierzyła mu solidnego kopniaka w krocze. 

Zanim mężczyzna zwinął się w kłębek z bólu, na jego twarzy  odmalowało 

się zaskoczenie. 

Goście  odwrócili  się  zdziwieni.  Dopiero  teraz  dostrzegli,  że  coś  się  stało. 

Napastnik jęczał, z trudem utrzymując się na nogach. 

Tannel stała w bezruchu i wpatrywała się w niego lodowatym wzrokiem. Ale 

gdy dostrzegła wściekły wyraz twarzy Haralda, natychmiast pożałowała tego, co 
zrobiła. Wiedziała, że czeka ją kara. 

Jeden  z  gości  pomógł  pijanemu  mężczyźnie  wyjść  z  pokoju.  Ten,  zanim 

zniknął za progiem, pogroził Tannel pięścią. 

Harald podszedł do niej. 

— Za mną! Natychmiast! — Jego głos był cichy, ale pełen wściekłości. 

Pociągnął ją za sobą po schodach. Mogła się tylko domyślać, jak bardzo był 

na nią zły. Podniósł rękę i uderzył ją w twarz otwartą dłonią. Poczuła piekący ból 
i zatoczyła się na ścianę. 

— Haraldzie! — krzyknęła. — To nie moja wina. Ten człowiek rzucił się na 

mnie i porwał mi suknię. Sam zobacz! 

TLR

background image

Ale on jej nie słyszał, bo już wściekle okładał ją pięściami. W pewnej chwili 

poczuła silne uderzenie w brzuch. Zwinęła się w kłębek i upadla na podłogę. Pró-
bowała złapać oddech. Odwróciła głowę i spojrzała na tego strasznego człowie-
ka, który się nad nią pochylał. 

—  Teraz  już  nigdy  nie  zobaczysz  Bendika!  Jesteś  nikim,  żałosną,  fińską 

dziewuchą, córką czarownicy! 

 Poczuła, jak wzbiera w niej wściekłość. Nie bała się go już. Odezwała się 

lodowatym głosem: 

— Owszem, tak właśnie jest. Dlatego powinieneś uważać, bo jeszcze rzucę 

na ciebie urok! 

Przez moment w jego spojrzeniu mignęła niepewność. 

— Nie mam czasu na takie brednie. O jakim uroku mówisz? 

Tannel podniosła się i uśmiechnęła do niego zimno. 

— Pewnie, chciałbyś wiedzieć, ale ja ci tego nie zdradzę. Prędzej czy póź-

niej sam się dowiesz. 

Podniósł ramię, lecz ona się odsunęła. 

— Nie dotykaj mnie, Haraldzie! 

Spojrzał na nią. W jego oczach wciąż błyszczała wściekłość. 

— Powiedz mi, o co ci chodzi. Natychmiast! 

Zwinęła usta w trąbkę. 

— Mogę rzucić przekleństwo na ciebie i całe twoje gospodarstwo! 

Harald cofnął się jak oparzony. Tannel ucieszyła się, że udało jej się wytrą-

cić go z równowagi, ale jej radość była krótkotrwała. Po chwili znów się na nią 
rzucił. Przycisnął ją do ściany. Poczuła ból w plecach. 

Zacisnęła zęby. 

— Mówiłam, żebyś mnie nie ruszał! 

— Klątwę? — wysyczał. — Nie wierzę w te twoje brednie. A teraz marsz do 

łóżka. Bendik zostanie dziś ze służącą! 

TLR

background image

Tannel patrzyła mu w oczy. 

—  Chyba  podobało  ci  się,  że  jestem  córką czarownicy.  Pamiętasz, jak  po-

wiedziałeś, że to ekscytujące? Czyżbyś zmienił zdanie? — zapytała ostro. 

Przycisnął się do niej. 

— Wszystko, co ci wtedy mówiłem, to kłamstwo. Ale jesteś prostaczką i te-

go nie rozumiałaś. Od razu wiedziałem, że będziesz łatwą zdobyczą! Taka zde-
sperowana, taka żałosna! 

Tannel  już  miała  mu  coś  odpowiedzieć,  ale  usłyszała  kroki  na  schodach. 

Westchnęła głośno, gdy zobaczyła, kto się zbliża. To była Elisabeth, jej przyja-
ciółka z Kongsvinger! 

Elisabeth zatrzymała się u szczytu schodów i uśmiechnęła ostrożnie. Tannel 

posłała jej ostrzegawcze spojrzenie. 

Harald cofnął się i popatrzył na dziewczynę z wściekłością. 

— Czego tu szukasz? 

Elisabeth pokazała mu poszwy, które niosła. 

— Mam zmienić pościel w pokoju gościnnym, panie Wiik. 

Tannel  była  zaskoczona  obecnością  przyjaciółki  w  tym  domu,  ale  słyszała 

przecież, że Harald zatrudnił nową służącą. Ogarnęła ją radość. Może Elisabeth 
zdoła jej pomóc? Chociaż Harald musiał chyba wiedzieć, że się znają? 

Gospodarz rozłożył ręce i spojrzał na Elisabeth niechętnie. 

— No, to już, do roboty! Nie widzisz, że rozmawiam z żoną? 

Elisabeth przemknęła obok nich, ale odwróciła się jeszcze i rzuciła Tannel 

spojrzenie,  które  ją  bardzo  uspokoiło.  Przyjaciółka  zrozumiała  na  szczęście,  że 
dzieje się coś złego. 

Gdy  Elisabeth  zamknęła  za  sobą  drzwi,  Harald  znów  się  zwrócił  do  żony. 

Tannel przycisnęła plecy do ściany. 

— Idź i się połóż. Ja muszę wracać do gości. — Nagle pogładził ją po po-

liczku.  Ten  czuły  gest  wystraszył  ją  jeszcze  bardziej,  niż  jego  nieposkromiona 
złość. 

TLR

background image

— Przyjdę do ciebie później — dodał. — Czekaj na mnie.  

 Tannel  wzdrygnęła  się,  ale  ze  strachu  odwzajemniła  jego  uśmiech.  Nie 

chciała, żeby znów zaczął ją bić. 

— No, co ty na to? — zapytał, gdy milczała. 

Tannel pochyliła głowę i przybrała pokorną postawę. Wiedziała, że tylko w 

ten sposób uniknie kolejnych razów. 

— Będę na ciebie czekać, ale czy weźmiesz ze sobą Bendika? 

Potrząsnął głową, chwycił ją za ramiona i pocałował. Zrobiło jej się niedo-

brze, gdy wsunął język do jej ust. 

Musiał wyczuć jej niechęć, bo natychmiast ją puścił. 

— Rozumiem, że mnie nie lubisz, ale to na nic, Tannel. Już zawsze będziesz 

moja! 

Otworzył  drzwi  i  wepchnął  ją  do  pokoju.  Wylądowała  na  łóżku  i  szybko 

przewróciła się na plecy. 

Na jej wargach igrał lekki uśmiech. 

— Będę na ciebie czekać, a gdy przyjdziesz, dostaniesz to, czego chcesz — 

powiedziała i odwróciła wzrok. 

—  Nie  wierzę  ci,  ale  i  tak  nie  mogę  się  doczekać  —  odparł  i  zatrzasnął 

drzwi. 

Usłyszała chrobot przekręcanego w zamku klucza i poczuła, że łzy płyną po 

jej policzkach. Została uwięziona! 

 

 

 

 

 

 

TLR

background image

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rozdział 20 

 

Amalie spacerowała po korytarzu, próbując wstrzymywać oddech. Teraz już 

wiedziała, skąd pochodził ten nieprzyjemny zapach. Pamiętała go ze szpitala w 
Kongsvinger.  To  eter.  Znów  zrobiło  jej  się  niedobrze.  Miała  wrażenie,  że  wy-
wracają jej się wnętrzności. Ale nie mogła teraz myśleć o przykrych zapachach. 
Musiała skupić się na Mittim. 

Natknęła się na pielęgniarkę w niebieskiej sukience i białym, sztywno  wy-

krochmalonym fartuchu. 

—  Kogo pani szuka? — spytała kobieta ostro. 

Amalie spojrzała na jej ciasno związane włosy. To chyba dlatego pielęgniar-

ka wyglądała tak surowo. 

— Szukam Mittiego Mullikka Kauppiego. Jest tu pacjentem. 

Kobieta zmierzyła ją spojrzeniem. 

— A, tak, Mitti. Leży w sali na końcu korytarza. Ostatnie drzwi na lewo. 

Amalie skinęła głową i ruszyła przed siebie ciemnym korytarzem. Usłyszała 

dobiegające zza drzwi krzyki bólu i aż się wzdrygnęła. Resztę drogi przebiegła. 

TLR

background image

W końcu odnalazła drzwi sali, w której leżał Mitti. Wygładziła suknię, poprawiła 
włosy i zapukała cicho. 

Usłyszała  słaby  głos.  Otworzyła  drzwi.  Trzęsła  się  na  całym  ciele.  Co  ją 

czekało? 

Cichutko weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Mitti leżał w łóżku i 

wpatrywał się w sufit. Był przykryty kołdrą. Dłonie miał splecione na brzuchu. 
Długie włosy opadały na poduszkę, twarz była zarośnięta. Amalie posmutniała, 
widząc, jaki jest blady. 

Nie była w stanie się ruszyć. Widok człowieka, którego kochała, odebrał jej 

głos. 

Mitti  powoli  odwrócił  głowę  i  szerzej  otworzył  oczy.  Amalie  nie  chciała 

okazać,  jak  bardzo  jest  zaniepokojona,  przywołała  więc  na  wargi  wymuszony 
uśmiech. 

— Amalie — odezwał się Mitti ze zdziwieniem. — Co tu robisz? 

Podbiegła do niego i przytuliła głowę do jego piersi. 

— Och, Mitti. Co ci jest? Czemu tak długo leżysz w szpitalu? Myślałam, że 

już od dawna jesteś w domu! — Podniosła głowę i zajrzała w jego piękne, ciem-
ne oczy. 

Mitti pogładził ją czule po włosach i opadł na poduszkę. 

— Czekałem na ciebie każdego dnia — powiedział ochrypłym głosem. — W 

końcu  przyszłaś.  Myślałam,  że  nie  chcesz  mnie  widzieć  takiego...  —  Podniósł 
dłoń i dotknął jej policzka. — Myślałem, że nie chcesz mnie już oglądać. 

Amalie odgarnęła włosy z jego twarzy. 

— Ole powiedział Juliusowi, że wróciłeś już do domu, a ja mu uwierzyłam. 

Przykro mi, że nie mogłam przyjść wcześniej. — Spuściła oczy. 

Mitti wolno pokręcił głową. 

— Oczywiście, nic nie wiedziałaś. Rozumiem, Amalie. Muszę ci coś powie-

dzieć. 

TLR

background image

Po jego policzku spłynęła łza. Ujął jej twarz w dłonie. Teraz musiała patrzeć 

mu prosto w oczy. 

— Nie mam czucia w nogach, Amalie. Nóż trafił mnie prosto w kręgosłup. 

Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze będę mógł chodzić. 

TLR


Document Outline