background image

 

1

Elizabeth Hawksley TESTAMENT 

Dyliżans zaskrzypiał i zachwiał się na nierównym bruku głównej ulicy. Co najmniej dwoje spośród jego pasaże-

rów musiało podtrzymać się nawzajem, by nie uderzyć w okno pojazdu. Dyliżans zajechał na podwórze przed go-
spodą i zatrzymał się. 

- Piętnaście minut, panie i panowie! - krzyknął woźnica. - Za piętnaście minut ruszamy w dalszą drogę. 
Z  bocznych  drzwi  gospody  wyszedł  stajenny  i  jego  młody  pomocnik,  po  chwili  zajęli  się  spoconymi  końmi. 

Ktoś rozłożył schodki przy drzwiach powozu, by pasażerowie mogli wyjść na zewnątrz. 

- Cirencester, panie i panowie. Kawy? Herbaty? Zapraszam do środka. 
Stajenny  spojrzał  na  dwie  damy  odziane  w  czerń.  Starsza  była  blada  i  wyglądała  na  ciężko  chorą,  młodsza, 

prawdopodobnie  jej  córka,  rozglądała  się  dokoła  z  zainteresowaniem.  Stary  wyga  nie  musiał  przyglądać  im  się 
długo, by zrozumieć, że stać je ledwie na filiżankę kawy, i że nie należy spodziewać się po nich sutego napiwku. 
Odwrócił się do nich plecami, zupełnie tracąc zainteresowanie tą parą. 

Tymczasem młodsza dama wysiadła z powozu. 
- No to jesteśmy na miejscu, mamo - powiedziała i zwróciła się do bagażowego. - Proszę zająć się łaskawie na-

szymi  bagażami.  To  te  dwie  walizy,  tam  wyżej.  -  Wskazała  na  dwa  mocno  już  podniszczone  skórzane  kufry  na 
dachu dyliżansu. 

Mężczyzna odwrócił się, splunął na drogę i przywołał służącego, który stał w drzwiach gospody. 
- Joe, chodź no tutaj. Zabierz bagaże tych pań. 
- Chodźmy, mamo - radośnie zawołała dziewczyna i ruszyła śladem służącego do wnętrza gospody. Młody słu-

żą

cy ocenił możliwości finansowe dwóch dam tak samo trafnie jak jego zwierzchnik, ale był uprzejmym młodzień-

cem i szczerze współczuł starszej pani, która wyglądała na chorą i zmęczoną. Po krótkiej wędrówce otworzył łok-
ciem drzwi do niewielkiego pokoju z kominkiem, w którym wesoło trzaskał ogień. 

- Nikt nie będzie tutaj paniom przeszkadzał. Czy zechcą panie napić się kawy? 
Starsza dama zaczęła kręcić głową, ale jej córka oświadczyła stanowczym tonem. 
- Tak, proszę przynieść nam kawę. Mamo, usiądź sobie wygodnie, wyglądasz na kompletnie wyczerpaną. 
Starsza dama opadła z westchnieniem na fotel, zakasłała boleśnie, przykładając chusteczkę do ust, i oznajmiła 

słabym głosem: 

- Nazywam się Hartfield. Zostałyśmy tu wezwane. 
- Zaraz dowiem się, czy nie ma dla pani jakiejś wiadomości - odparł Joe i wyszedł z pokoju. 
Zapadła cisza. Starsza dama ściągnęła czepek i po chwili grzała szczupłe dłonie przy ogniu. Zaczął się już wrze-

sień i choć nie był szczególnie zimny, pani Hartfield wyglądała na zmarzniętą. Pani Jonathan Hartfield miała czter-
dzieści pięć lat. Była wdową, drobną i delikatną - łatwo można było się domyślić, że kiedyś była bardzo ładna. Jej 
ciepłe, brązowe oczy - teraz zapadnięte i podkrążone - były duże i kształtne. Cierpienie wyżłobiło na jej czole kilka 
zmarszczek, ale usta wciąż zachowały śliczny  kształt, zaś dłoni i stóp mogła jej pozazdrościć każda  młoda pięk-
ność, 

Córka pani Hartfield, Merab, miała osiemnaście lat, była wyższa od matki i nieco za szczupła, gdyż przez ostat-

nie dwa lata rosła zbyt szybko, a jej ciało nie zaokrągliło się jeszcze odpowiednio we właściwych miejscach. Jej 
włosy stanowiły ciemną, gęstą i pokręconą masę, którą Merab bezskutecznie próbowała ujarzmić, splatając grube 
warkocze.  Odziedziczyła  również  po  matce  ciemne  lśniące  oczy,  które  były  chyba  najładniejszym  elementem  jej 
urody. Czarna suknia, niezbyt zręcznie przedłużona, nie pasowała do niej ani trochę. Ta zazwyczaj wesoła i ener-
giczna dziewczyna, teraz była zdenerwowana, gdyż to właśnie ona czuła się odpowiedzialna za tę podróż. Nie mia-
ła jednak innego wyboru. 

Pani Hartfield zawsze była delikatnego zdrowia, a po śmierci męża - co wydarzyło się przed kilkoma miesiąca-

mi - stan jej zaczął się pogarszać w zastraszającym tempie. Jonathan Hartfield zostawił im zaledwie tysiąc funtów, 
co dawało pięćdziesiąt funtów na rok. Jak mogły z tego wyżyć, skoro wydatki na leczenie wiąż rosły i rosły? Może 
poradziłyby  sobie  jakoś,  gdyby  pani  Hartfield  bardziej  dopisywało  zdrowie,  gdyż  przed  zamążpójściem  była  na-
uczycielką śpiewu i zapewne mogłaby znaleźć sobie kilka uczennic. Merab dopiero niedawno skończyła naukę, a 
szkoła panny Goodison była ciekawym miejscem, w którym każda dziewczyna mogła zdobyć wiele wiadomości i 
umiejętności przydatnych w życiu dorosłej kobiety. Merab jednak doskonale zdawała sobie sprawę, że tego rodzaju 
wykształcenie  pozwalało  jej  jedynie  na  pracę  w  charakterze  guwernantki.  Zresztą,  nawet  gdyby  zdołała  znaleźć 
jakąś  posadę  -  sądziła,  że mogłaby  ewentualnie  zająć  się  uczeniem  małych  dzieci  -  co  stałoby  się  wówczas  z jej 
matką? 

Po śmierci męża pani Hartfield, czyniąc zadość dobrym obyczajom, napisała do swego teścia, którego nigdy nie 

poznała osobiście. Otrzymała uprzejmą, lecz chłodną w tonie odpowiedź. Nie oczekiwała zresztą niczego ponad to. 
Jak powiedziała kiedyś do Merab: „Kiedy się pobraliśmy pan Hartfield poprzysiągł, że nie da twojemu tacie zła-
manego grosza. I dotrzymał słowa. Nie skontaktował się nawet z twoim tatą, kiedy jego brat zginął na polowaniu. I 
choć mój drogi Jonathan nie przepadał zbytnio za Edmundem, który w istocie był człowiekiem bardzo nieprzyjem-
nym, możesz sobie wyobrazić, co przeżył, kiedy dowiedział się o jego śmierci z gazet. To był dla niego prawdziwy 

background image

 

2

szok!” 

Szczęśliwie ojciec chrzestny zostawił Jonathanowi tysiąc funtów, toteż mógł zapisać je swej żonie. Dodatkowe 

kilkaset  funtów,  które  pani  Hartfield  uzyskała  ze  sprzedaży  drobnych  pamiątek  i  mebli  po  mężu,  pokryły  koszty 
kształcenia  Merab.  Jonathan  nigdy  nie  żałował  decyzji,  którą  podjął  przed  laty,  opuszczając  surowego,  autokra-
tycznego ojca oraz despotycznego starszego brata, i żeniąc się ze śliczną Abigail Cooper. Poznał ją na przyjęciu, 
które uświetniała swym śpiewem. 

Niestety, teraz sprawy przybrały zły obrót. Płuca pani Hartfield zawsze były bardzo delikatne. „Za długo wy-

stawałam  w  przeciągach,  w  tych  zimnych  holach”,  mawiała  często.  „A  w  młodości  byłam  bardzo  nierozsądna. 
Ś

piewaczka powinna dbać o swoje gardło, ale ja byłam nierozważna i często zapominałam szalika”. 

Wreszcie, któregoś dnia lekarz wziął Merab na stronę i oznajmił bez ogródek: 
-  Przykro  mi,  panno  Hartfield.  Prawe  płuco  pani  matki  jest  poważnie  zainfekowane.  Musi  prowadzić  bardzo 

ustabilizowany tryb życia. 

Merab przełknęła ciężko i po chwili milczenia odparła: 
- Rozumiem. 
Z przerażeniem myślała o przyszłości. Jej matka potrzebowała najlepszej opieki. Skąd jednak miały wziąć pie-

niądze na cotygodniową wypłatę dla lekarza? Pochłonęłoby to wszystkie ich oszczędności. 

Tego wieczora Merab napisała do swojego dziadka, którego nawet nie znała. Nie było to łatwe. Skoro ten czło-

wiek nie pogodził się z jej ojcem, który po śmierci wuja Edmunda był jego jedynym żyjącym synem, i skoro nie 
zaofiarował pomocy jej matce, kiedy ta została sama, trudno było liczyć na to, by zechciał pomóc im teraz. Była to 
bardzo nikła nadzieja, jednak Merab wiedziała, że musi spróbować. 

Ku swemu zdumieniu dwa tygodnie później otrzymała odpowiedź. Nie były to wyrazy radosnego powitania, a 

pan Hartfield nie przysłał im żadnych pieniędzy, jednak zapraszał je do swego majątku, zwanego Hartfield Hall, i 
zgodził się je utrzymywać w zamian za pięćdziesiąt funtów rocznie i pomoc Merab przy utrzymaniu domu. Poin-
formował ją, jak dojechać dyliżansem do przystanku Cirencester, gdzie obie panie miały się znaleźć po południu, 
trzeciego września 1809 roku, i skąd miał je zabrać służący pana Hartfielda. 

W drzwiach pokoju ukazał się Joe; przyniósł na tacy filiżankę kawy i mały talerzyk z ciasteczkami. Postawił to 

wszystko na stoliku obok pani Hartfield. 

- Mam dla pani wiadomość - oświadczył. - Farmer Willet podwiezie panią do Hartfield Hall, kiedy będzie wra-

cał z targu. Przyjedzie tu za jakąś godzinę. Może wcześniej, jeśli sprzeda świnie. 

Panna  Hartfield  z  trudem  stłumiła  chichot.  Wizja  podróżowania  na  jednym  wozie  ze  świniami  miała  w  sobie 

pewien urok, Merab była już jednak dość dorosła, by zrozumieć, jak gruboskórnie zachował się jej dziadek, skazu-
jąc chorą kobietę na takie niewygody. 

Kiedy jednak pan Willet przybył już na miejsce, okazało się, że nie czekają ich aż tak spartańskie warunki, jak 

się  obawiały.  Ławeczka  woźnicy  była  obita  miękką  tkaniną,  wszystkie  świnie  na  szczęście  zostały  sprzedane,  a 
pani  Hartfield  i  Merab  mogły  siedzieć  obok  pana  Willeta  w  całkiem  przyzwoitych  warunkach  i  ogrzewać  nogi 
ciepłym kocem, który zostawiła tam zapobiegliwa pani Willet. Sam farmer Willet był uprzejmym mężczyzną około 
pięćdziesiątki; miał wesołą, czerwoną twarz. Merab poczuła, że powoli wraca jej naturalny optymizm. 

Być może wszystko ułoży się znacznie lepiej, niż przypuszczały. 
 
M
erab nie wiedziała o tym, że jej list przybył do Hartfield Hal! w wyjątkowym momencie, gdyż tego samego 

dnia pan Hartfield otrzymał zawiadomienie o śmierci swego kuzyna, Marka Sandiforda, który zgodnie z jego za-
mierzeniami miał zostać dziedzicem fortuny Hartfieldów. Pan Sandiford skończył niedawno sześćdziesiąt dziewięć 
lat  i  już  od  dłuższego  czasu  miał  poważne  kłopoty  ze  zdrowiem,  jednak  pan  Hartfield,  rześki  siedemdziesięcio-
siedmiolatek, nie przejmował się zbytnio chorobą swego kuzyna. Dlatego też wiadomość o śmierci Marka spadła 
na niego jak grom z jasnego nieba. 

Pan  Sandiford,  cioteczny  kuzyn,  był  jedynym  krewnym,  dla  którego  Julian  Hartfield,  czuł  odrobinę  sympatii. 

Kiedyś, dawno temu, dziesięcioletni Julian uratował tonącego dwulatka, Marka, i od tego czasu czuł się, w pew-
nym sensie, jego właścicielem i opiekunem. Marek, jako dorosły już człowiek, podtrzymywał ten kontakt, nie oka-
zując w żaden sposób, że chciałby zawłaszczyć siedzibę Hartfieldów. W rzeczywistości uważał po prostu, że wy-
dziedziczenie Jonathana Hartfielda było zwyczajnym blefem, i że kuzyn Julian w końcu uczyni to, co uczynić po-
winien, to znaczy zostawi Hartfield swojemu jedynemu żyjącemu synowi. 

Jednak Marek umarł, a to oznaczało spore kłopoty. Problem polegał na tym, że syn pana Sandiforda, dwudzie-

stoletni Rowland, student Oksfordu, zajął się czymś, czego Julian Hartfield absolutnie nie aprobował. Nie chodziło 
tu o kobiety czy hazard (pan Hartfield uważałby to za normalne, choć godne pożałowania słabostki młodego czło-
wieka),  lecz  o  politykę.  Rowland  miał  głowę  nabitą  ideami,  które  w  żaden  sposób  nie  licowały  z  jego  statusem 
społecznym,  i  zaraził  się  tymi  bzdurami  o  powszechnym  prawie  do  głosowania  i  podobnymi  nonsensami.  Kiedy 
ten  zarozumiały  szczeniak  pojawił  się  ostatnim  razem  w  Hartfield  Hall,  miał  czelność  zaproponować  kuzynowi 
Julianowi, by założył w  wiosce szkołę! Równie dobrze mógłby go namawiać do wzniecenia rewolucji! „Zacznie 
się od szkoły, a potem będą bunty i radykalne pamflety. Nie pozwolę, by takie rzeczy kiedykolwiek zdarzyły się w 

background image

 

3

Hartfield. Ucząc niższe klasy czytania i pisania, tylko zachęca się je do narzekań i wybujałych żądań”. 

Teraz Marek nie żył, a Rowland stał się następnym dziedzicem Hartfield - chyba że Julian Hartfield zmieniłby 

nagle zdanie. Gdy więc otworzył list od Merab, nie wyrzucił go natychmiast do kosza na śmieci, co zrobiłby za-
pewne zaledwie kilka dni wcześniej. Wciąż planował uczynić Rowlanda spadkobiercą (Julian szczycił się tym, że 
nigdy  nie  zmienia  zdania),  ale  doszedł  do  wniosku,  że  należy  utrzeć  mu  nieco  nosa  i  pokazać,  że  są  inni,  bliżsi 
krewni, którym może zostawić majątek, jeśli tylko zechce. 

Tak więc pani Hartfield - bo chyba tak, niestety, musiał ją nazywać - i jej córka mogły przyjechać do jego po-

siadłości.  Dziewczyna  mogła  się  nawet  okazać  całkiem  przydatna.  Dotychczasowa  gospodyni,  pani  Barden,  była 
już dosyć stara i coraz częściej mówiła o wyjeździe do swojej córki. Gotów był więc pozwolić, by jego synowa i ta 
Merab - cóż to za imię! - przejęły obowiązki gospodyni i zarobiły na swoje utrzymanie. 

Wszystko wskazywało na to, że pani Hartfield nie pociągnie już długo, jednak jej teść miał nadzieję, że Row-

land i tak zdąży się przekonać, jak wielkie zagrożenie stanowi ona i jej córka. 

Pan Hartfield wyprostował się i pociągnął za dzwonek. 
 
P
ani Barden nie mogła się wprost doczekać, kiedy  znów wróci do kuchni. Gdyby nie spora tusza i wrodzona 

godność, zapewne pobiegłaby tam co sił w nogach. 

-  Pomyśl  tylko!  Przyjeżdża  żona  pana  Jonathana  i  jego  dziecko!  -  zawołała,  gdy  tylko  stanęła  w  drzwiach.  - 

Och, to był taki miły chłopiec. Zawsze miał dla nas dobre słowo. 

Poprawiła niesforny kosmyk siwych włosów i położyła dłoń na falujących gwałtownie piersiach. 
Pan Tilling, ogrodnik, który przyniósł właśnie świeże warzywa, spojrzał na nią ze zdumieniem. 
- Ciekawe, dlaczego to zrobił - powiedział, drapiąc się w głowę. - Przecież nie chciał mu przebaczyć nawet po 

tym, jak zginął pan Edmund. To nie ma sensu. 

- Teraz też nie wita ich z otwartymi rękami - odparła pani Barden. - Kazał mi przygotować wschodni pokój i tę 

małą klitkę obok. 

 
F
armer Willet skręcił z głównej drogi i wjechał w bogato zdobioną żelazną bramę. 
- Jesteśmy na miejscu, drogie panie. To jest właśnie Hartfield Hall. 
- Wygląda na nieco zaniedbane - zauważyła Merab, rozglądając się dokoła. Brama opleciona była bluszczem, a 

budka dla służby wymagała natychmiastowego remontu. Ogród porastała wysoka trawa i chwasty; kilka okien było 
zabitych deskami. 

- Pan Hartfield nie jest zbyt rozrzutny, jeśli rozumie pani, co chcę przez to powiedzieć. Trzeba jednak przyznać, 

ż

e ziemia nie leży odłogiem, a pan Hartfield nie skąpi na nią grosza. Wszystkie potrzebne prace zawsze zrobione są 

na czas. Ale poza tym nie robi już nic więcej. 

Pan Willet zamilkł nagle, przypomniawszy sobie, że mówi do wnuczki pana Hartfielda. 
Kiedy  wyjechali  zza  zakrętu,  ujrzeli  dom  w  całej  okazałości.  Był  to  skromny  budynek  z  szarego  kamienia, 

wzniesiony jeszcze w poprzednim stuleciu. Jego projektanci starali się zachować idealną symetrię; po obu stronach 
wysuniętego do przodu portyku znajdowały się trzy okna. Do drzwi frontowych prowadziły niewysokie kamienne 
stopnie,  zabezpieczone  półkolistą  balustradą.  Merab  zauważyła,  że  trawnik  przed  wejściem  jest  starannie  przy-
strzyżony. Choć trudno jej było znaleźć jakieś jaskrawe przykłady  zaniedbania,  miała wrażenie, że nikt się o ten 
dom  nie  troszczy.  Być  może  dlatego,  że  w  pobliżu  nie  rósł  ani  jeden  krzak  róży,  ani  jedno  kłącze  winorośli  nie 
mąciło szarej monotonii surowych kamiennych ścian. 

Pan Willet zatrzymał wóz, zeskoczył na ziemię i zapukał do drzwi. Potem pomógł obu damom zsiąść z wozu i 

zdjął ich bagaże. 

Drzwi  frontowe  otworzyły  się  gwałtownie  i  na  kamiennych  schodkach  ukazała  się  pani  Barden.  Merab  i  pani 

Hartfield  wymieniły  zdumione  spojrzenia.  Kim  jest  ta  kobieta?  I  dlaczego  pan  Hartfield  nie  wyszedł  się  z  nimi 
przywitać? 

- Jestem Abigail Hartfield - oświadczyła starsza dama z godnością. - A to moja córka. Mam nadzieję, że ktoś 

nas tu oczekuje. 

Pani Barden dygnęła z szacunkiem. 
-  Nazywam  się  Barden,  proszę  pani.  Jestem  tutaj  gospodynią.  Pana  Hartfielda  nie  ma  w  tej  chwili  w  domu  i 

wróci późno. Proszę wejść. 

Odwróciła się do Merab, która przyglądała jej się z zainteresowaniem. Gospodyni nie miała wątpliwości, że ta 

dziewczyna jest córką wdowy po Jonathanie. 

-  Panno  Hartfield,  zapraszam  do  środka  -  powiedziała.  -  Wszyscy  tu  bardzośmy  lubili  pana Jonathana,  a pani 

jest do niego taka podobna... - Pan Jonathan też był w młodości tak uroczo niezgrabny, pomyślała. 

Merab rozpromieniła się. 
- Mój ojciec był bardzo przystojny - oznajmiła ze śmiechem. - Wątpię, czy kiedykolwiek mu dorównam. 
- Kiedy miał mniej więcej tyle lat, co pani, był wysoki i chudy; sama skóra i kości, jak źrebak - powiedziała pa-

ni Barden, pozwalając sobie na lekki uśmieszek. 

background image

 

4

- W takim razie jest jeszcze dla mnie jakaś nadzieja - odparła Merab. - Biedna Mama całkiem się już poddała. 

Myślała, że będę szczupła, delikatna i drobna tak jak ona, a zamiast tego dochowała się takiej żyrafy. 

- Nonsens, moja droga. - Tym razem uśmiechnęła się pani Hartfield. - Jestem bardzo dumna z mojej wysokiej 

córki.  Dziękujemy  pani  za  miłe  powitanie,  pani  Barden.  Jestem  pewna,  że  nie  zrozumie  mnie  pani  źle,  jeśli  po-
wiem, że nie wiedziałyśmy, czego się spodziewać. 

Pani Barden zaprowadziła obie damy na górę i pokazała im pokoje. Nim się pożegnała, zapewniła panią Hart-

field, że jedna ze służących przyniesie jej kolację na tacy i butelkę z ciepłą wodą do ogrzania łóżka. 

- Bo widzę, że jest pani już porządnie zmęczona i pewnie z chęcią położyłaby się pani do łóżka. - Potem pani 

Barden odwróciła się do Merab i oświadczyła już mniej radosnym tonem: - Pan Hartfield prosił, by zjadła pani z 
nim dzisiaj kolację, panno Merab. Zazwyczaj jada o wpół do siódmej, więc przyjdę tutaj i zaprowadzę panią na dół 
jeszcze przed gongiem. 

- Dzię...dziękuję pani, pani Barden - wyjąkała Merab. 
- Biedne dziecko - powiedziała pani Barden do pana Tillinga, kiedy powróciła już do kuchni. Ogrodnik został tu 

wezwany, by pomóc przy wnoszeniu bagaży obu dam na górę. - Powiadam ci, zbladła jak ściana. I wcale się jej nie 
dziwię. 

Tymczasem Merab pomogła matce rozpakować bagaże, a kiedy już podała jej krople i była pewna, że niczego 

jej nie brakuje, przeszła do swego pokoju. Obejrzawszy szybko niewielkie pomieszczenie, podeszła do małej toa-
letki,  by  przejrzeć  się  w  lustrze.  To,  co  ujrzała,  wcale  nie  napełniło  jej  odwagą.  Wyglądała  blado,  miała  ciemne 
kręgi pod oczami i - o zgrozo! - krostkę na samy środku brody. Sukienka była pomięta i przykurzona po podróży, a 
pończochy ochlapane błotem. 

Przynajmniej temu ostatniemu mogła zaradzić. Pogrzebała w kufrze ze swoimi ubraniami i odszukała parę czys-

tych pończoch, pantofle na wieczór, czysty  kołnierzyk i parę mankietów. W kącie pokoju na żelaznej podstawce 
stała miednica, w której służąca zostawiła trochę wody. Merab umyła dłonie i twarz. Woda była zimna, lecz przy-
jemna  i  dziewczyna  poczuła  się  nieco  pewniej.  Potem  przyczesała  niesforne  włosy  i  zrobiła  wszystko,  co  w  jej 
mocy, by  wyglądać schludnie i elegancko. Niestety, nie mogła poradzić nic na tę przeklętą krostkę. Nie zdawała 
sobie sprawy, że jej szczupła twarz zdradzała nieprzeciętną inteligencję, a wielkie ciemne oczy stanowiły obietnicę 
przyszłej piękności. 

Zostało  jeszcze  dziesięć  minut  do  kolacji,  więc  Merab  przysiadła  na  skraju  łóżka  i  rozejrzała  się  dokoła.  Nie 

miała złudzeń co do tego, że traktuje się je tutaj jak ubogie krewne. Co prawda łóżko wyglądało całkiem przyzwo-
icie - Merab stwierdziła, że jest dość miękkie i równe - lecz wszystko inne przypominało przypadkową zbieraninę 
starych mebli, które dopiero co ściągnięto ze strychu - i tak było w istocie. Toaletka, na przykład, z pewnością dni 
największej świetności miała już za sobą. Mahoniowa komoda o zaokrąglonych kształtach musiała być niedawno 
wypolerowana, gdyż dziewczyna czuła jeszcze zapach wosku, jednak zaledwie kilka uchwytów pasowało do cało-
ś

ci. Zasłony z pewnością szyte były na całkiem inne okno, a zniszczony dywan został nieudolnie załatany w jed-

nym z rogów. 

Z drugiej strony, tłumaczyła sobie Merab, pani Barden traktowała je bardzo uprzejmie, a dopóki matka  miała 

odpowiednią opiekę, nie było większych powodów do narzekań. Wspominanie tego, co było, albo tego, co mogło 
być, nie miało najmniejszego sensu. Dokonała najlepszego z możliwych wyborów, a teraz musiała to jak najlepiej 
wykorzystać, na dobre czy na złe. Jak to mawiała panna Goodison w szkole? „Trzeba być ponad to, dziewczęta!” 
No cóż, spróbuje być ponad to. 

Tuż przed wpół do siódmej pani Barden zapukała do drzwi. 
-  Zaprowadzę  panią  na  dół,  panno  Merab  -  powiedziała.  Spojrzała  z  aprobatą  na  dziewczynę.  Zauważyła,  że 

umyła się, wyczyściła ubranie i zrobiła wszystko, co w jej mocy, by przypodobać się swemu dziadkowi. Nie daj 
Boże, by pan Hartfield miał jeden z tych swoich okropnych humorów. - Pan Hartfield czeka w bibliotece. 

Kiedy  Merab  weszła  do  biblioteki, ujrzała  wysokiego  siwego  mężczyznę  ubranego  w  skórzane  bryczesy.  Sta-

rzec nosił przypudrowaną perukę z zeszłego wieku, jego twarz była szczupła i pomarszczona, a pod krzaczastymi 
brwiami lśniły zimne szare oczy. Cała twarz była sztywna i ponura, jakby nigdy nie padał na nią blask słońca. 

Jako dziecko Merab uwielbiała słuchać opowieści ojca z czasów jego młodości. Ze szczególną przyjemnością, 

zmieszaną  jednak  z  odrobiną  strachu,  wsłuchiwała  się  w  historie  o  atakach  strasznego,  zimnego  gniewu,  w  jaki 
wpadał  jej  dziadek,  Wydawał  jej  się  wtedy  straszniejszy  od  trolli,  gdyż  nie  można  go  było  przechytrzyć.  Teraz 
przekonała się, że jej ojciec ani odrobinę nie przesadzał. Merab poczuła nagle, że opuszcza ją wszelka odwaga, jej 
dłonie stały się zimne i niezręczne. Wzięła głęboki oddech, podeszła bliżej i dygnęła grzecznie. 

- Dobry wieczór, sir. 
Zimne oczy zmierzyły ją od góry do dołu. Jeśli niezwykłe podobieństwo do nieżyjącego syna wzruszyło starca, 

nie okazał tego w żaden sposób. 

- Merab. Cudzoziemskie imię. Merab wyprostowała się. 
-  To  imię  biblijne  -  odparła,  urażona.  -  Merab  była  księżniczką,  córką  króla  Saula.  Zostałam  tak  nazwana  na 

cześć siostry mojej mamy, która umarła bardzo młodo. 

Dziewczyna  podniosła  dumnie  głowę.  Postanowiła  już  wcześniej,  że  będzie  uprzejma  i  miła,  by  dziadek  nie 

background image

 

5

mógł zarzucić niczego jej manierom. Nie znaczyło to jednak, by miała pozwolić się zastraszyć i upokorzyć. 

Pan Hartfield rzucił jej gniewne spojrzenie, nie powiedział już jednak nic, tylko wskazał, by jako pierwsza we-

szła do jadalni. 

Ta  kolacja  była  jednym  z  najdziwniejszych  posiłków,  jakie  Merab  kiedykolwiek  spożyła.  Dziadek  siedział  w 

absolutnej ciszy i ani razu nie poczęstował jej winem, choć sam obficie się nim raczył. Sama jadalnia była bardzo 
dużym pomieszczeniem, a przy wielkim stole mogły  zasiąść co najmniej dwa tuziny ludzi. Srebrna zastawa opa-
trzona była herbem Hartfieldów, a porcelana była o wiele ładniejsza i lepsza od naczyń, z których Merab jadała w 
domu.  Większa  część  pokoju  ginęła  w  ciemnościach,  gdyż  pan  Hartfield  najwyraźniej  nie  zamierzał  marnować 
ś

wieczek.  Używał  tylko  dwóch  świeczników,  z  których  jeden  stał  przed  Merab,  drogi  zaś  przed  nim  samym,  po 

drugiej stronie stołu. 

Pod koniec posiłku pan Hartfield pociągnął za dzwonek; po chwili w jadalni ukazała się pani Barden. 
-  Pani  Barden,  od  dzisiaj  panna  Hartfield  będzie  jadać  na  górze,  razem  ze  swoją  matką.  Mogę  się  doskonale 

obejść  bez  jej  towarzystwa.  Obie  panie  mogą  korzystać  ze  starego  salonu  mojej  żony.  -  Starzec  odwrócił  się  do 
Merab i rzekł: - A ty, wymoczku, lepiej nie wchodź mi w drogę. 

 
B
ohaterki romantycznych powieści w podobnych sytuacjach podbijają swym wrodzonym wdziękiem i czarem 

serca najbardziej nawet antypatycznych i gburowatych krewnych; jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w 
pobliżu pojawiają się młodzi mężczyźni, a utraceni niegdyś krewni wracają nagle do kraju i obsypują pieniędzmi 
ubogą kuzynkę. 

Nic podobnego nie przydarzyło się Merab. Jej matka umarła cichutko niecały rok później. Merab zajęła w koń-

cu miejsce pani Barden i przy pomocy pana Camberwella, prawnika rodziny Hartfieldów, zdołała wynegocjować 
roczne wynagrodzenie w wysokości dwudziestu funtów - połowę tego, co jej dziadek płacił pani Barden. 

Przez  pierwsze  osiemnaście  lat  swego  życia  Merab  była  uwielbianym  przez  rodziców,  rozpieszczanym  dziec-

kiem. Teraz nagle musiała radzić sobie zupełnie sama. Osoba o słabszym charakterze mogła zupełnie stracić ducha, 
mając przed sobą wizję zamknięcia w wielkim wiejskim domu, w towarzystwie swarliwego starca. Merab posta-
nowiła jednak - czym dowiodła, że jest nieodrodną córką swego ojca - że pomimo niechęci dziadka sama stworzy 
sobie warunki, które pozwolą jej prowadzić satysfakcjonujący żywot. 

Wciągnęła w swój plan ogrodnika. 
- Panie Tilling - powiedziała pewnego dnia, wkrótce po tym, jak pani Barden zrezygnowała z posady i wyjecha-

ła do swej córki. - Chciałabym hodować kury. Mam nadzieję, że będzie mi pan służył radą. 

Tilling pokręcił głową. 
- Pan Hartfield nie pozwoli na to. 
- Nie zamierzam prosić go o pozwolenie - odparowała Merab. - Wie pan równie dobrze jak ja, że on nie zgo-

dziłby się na nic, co mogłoby mi dać choć odrobinę pieniędzy. 

Postanowiła, że jeśli już musi zostać gospodynią, będzie zawsze stać po stronie służby, a to z zasady wyklucza-

ło ślepe posłuszeństwo i lojalność względem dziadka. Lojalność, w pojęciu Merab, była czymś, na co każdy musi 
sobie zasłużyć. 

Tilling spojrzał na nią z respektem. 
- Stara pani Hartfield trzymała kury - przyznał wreszcie. - Za ogrodem od strony kuchni. 
- Może mi pan pokazać to miejsce? 
Po drodze Merab wyjawiła ogrodnikowi swój plan. 
- Wioska znajduje się w opłakanym stanie. Jest tylko jedna studnia. Niektóre chaty są okropnie zawilgocone i 

nie ma tu żadnej szkoły. Coś trzeba z tym zrobić, ale zdaję sobie sprawę, że dziadek nie ruszy nawet palcem. Jed-
nak gdybym zdołała zarobić trochę grosza dzięki tym kurom, mogłabym kupić choćby podstawowe lekarstwa. 

- Powinna pani porozmawiać z farmerem Willetem - podsunął Tilling. - On jeździ co tydzień na targ i na pewno 

zgodziłby się wziąć dodatkowy koszyk jajek czy nawet warzyw. 

Ogrodnik mrugnął porozumiewawczo, bo warzywa należały przecież do pana Hartfielda. 
Merab uśmiechnęła się w odpowiedzi. Zamierzała rozszerzyć swą działalność na tyle, na ile tylko było to moż-

liwe, toteż świadomość, że Tilling stoi po jej stronie, napawała ją otuchą. 

Dwa tygodnie później, kiedy kurnik został już zreperowany, Merab rozpoczęła hodowlę kur i po jakimś czasie 

zdołała zapewnić sobie stały dochód ze sprzedaży jaj. Wszystkie pieniądze przeznaczała na potrzeby wioski, szyb-
ko jednak odkryła, że wymaga to sporej pomysłowości, gdyż jej dziadek, który uważał takie postępowanie za nie-
dopuszczalne „rozpieszczanie wieśniaków”, gdyby się o tym dowiedział, na pewno stanowczo zabroniłby jej roz-
dawać pożywne zupy i lekarstwa chorym mieszkańcom wioski. Na szczęście oni także byli w pełni świadomi, że 
jej działalność musi pozostać w ukryciu, i pan Hartfield nigdy nawet nie podejrzewał, co dzieje się pod jego bo-
kiem. 

Dziadek Merab żył jeszcze przez siedem lat i do samej śmierci był zimny i nieustępliwy. Przez pierwsze pięć 

lat, kiedy wciąż mógł się ruszać, wyjeżdżał od czasu do czasu do Londynu, gdzie spotykał się na lunchu w swoim 
klubie z młodym kuzynem Rowlandem, wzywanym specjalnie na tę okazję ze swojej posiadłości w Wiltshire. 

background image

 

6

Te spotkania nie sprawiały jednak panu Hartfieldowi większej przyjemności. Co prawda Rowland nie był już 

tak radykalny w swych poglądach jak kilka lat wcześniej - a przynajmniej miał na tyle taktu, by nie okazywać tego 
zbyt ostentacyjnie - pozostał jednak ma tyle zuchwały, że zbudował szkołę w swojej wiosce i wciąż chciał kandy-
dować do parlamentu z listy partii reformatorów. 

- Przeklęty głupiec! - powiedział pan Hartfield do Merab, kiedy wrócił już do domu. - Na szczęście nie zajdzie 

zbyt daleko. Posiadłość Merryn Park nie jest w stanie dać więcej niż tysiąc pięćset funtów zysku rocznie, pomimo 
tych  wszystkich  nowomodnych  metod  upraw,  a  wejście  do  parlamentu  będzie  go  kosztowało  co  najmniej  kilka 
tysięcy. 

Po śmierci Abigail, pan Hartfield, choć niechętnie, pozwolił Merab dołączyć do grona dorosłych i co jakiś czas 

jadał z nią wspólnie kolację. Merab zauważyła, że nigdy nie był specjalnie zadowolony z jej towarzystwa, jednak 
tylko ona mogła spełniać rolę publiczności, której skarżył się na bezeceństwa Rowlanda, a przy tym mógł droczyć 
się z nią, wspominając co jakiś czas o dziedzicu posiadłości Hartfield. 

- Może znajdzie jakiegoś mecenasa - zauważyła rozsądnie Merab. Wysłuchiwała opowieści o niegodziwościach 

Rowlanda od dnia, gdy zaczęła jadać przy jednym stole z dziadkiem, i żywiła pewną sympatię dla swego nieznane-
go kuzyna. 

- Nie będzie robił tego za moje pieniądze - warknął dziadek. - I nie myśl sobie, że to znaczy, że zostawię je to-

bie, wymoczku. Oddam wszystko na cele dobroczynne. 

Merab milczała. Słyszała to już wiele razy, a poza tym nie do końca mu wierzyła. Choć starzec ciskał pioruny 

gniewu na swego kuzyna, przy okazji następnej podróży do Londynu znów się z nim spotykał. Merab odważyła się 
kiedyś zauważyć, że chętnie poznałaby swego kuzyna, jednak pan Hartfield nigdy nie zapraszał Rowlanda do sie-
bie, zapewne z czystej złośliwości względem wnuczki. 

Jedną  z  jaśniejszych  stron  życia  Merab  była  znajomość  ze  szkolną  przyjaciółką  Amelią,  która  poślubiła  sir 

Thomasa Wincantona i mieszkała teraz w Bath. Od czasu do czasu Merab mogła ją odwiedzać dzięki uprzejmości 
sir  Thomasa,  który  przysyłał  po  nią  powóz.  Kiedy  Merab  po  raz  pierwszy  wybierała  się  do  Bath,  pan  Hartfield 
ostro się temu sprzeciwiał. 

- Masz tutaj pracę, moja panno, nie zapominaj o tym - grzmiał. - Wycieczka do Bath, jeszcze czego! Nie, nie 

ma mowy! 

- Lady Wincanton często namawiała mnie, bym u niej zamieszkała, sir - odparła Merab. - Teraz, gdy mama już 

nie żyje, może wolałby pan, bym się tam przeniosła? 

Było to dość ryzykowne posunięcie ze strony Merab. Choć bardzo kochała Amelię, nie chciałaby wykorzysty-

wać jej dobrego serca, a wiedziała, że sir Thomas na pewno nie zgodziłby się przyjmować od niej jakichkolwiek 
pieniędzy. Dziadek z kolei wolał się dobrze namyślić, nim dobrowolnie pozbawił się pięćdziesięciu funtów rocznie 
i dobrej gospodyni, której płacił zaledwie dwadzieścia funtów. Po chwili odburknął więc tylko: 

- Zgoda, możesz jechać. 
Po powrocie Merab dowiedziała się, że dziadek obniżył jej płacę. 
Niechęć pana Hartfielda do wnuczki nie słabła ani drobinę - prawdopodobnie wzmagał ją jeszcze fakt, że zaw-

sze gdy objeżdżał swoją posiadłość, zewsząd słyszał pochwały na cześć Merab. 

- Jak się czuje panna Merab? - pytali chłopi. 
Pewna stara kobieta, która od dawna narzekała na cieknący dach, powiedziała do pana Hartfielda: 
-  Mam  nadzieję,  że  panna  Merab  miewa  się  dobrze,  sir.  Kiedy  przychodzi  tutaj,  to  tak,  jakby  samo  słońce 

wchodziło pod mój dach. 

Starzec ignorował wszystkie te pochwały. Po powrocie do domu powiedział do wnuczki: 
- Nie pozwolę, żebyś rozpieszczała wieśniaków, moja panno. To banda nierobów. Co robiłaś u starej pani Lane, 

hę? 

- Czytałam jej Biblię, sir - odparła Merab. Przyniosła także staruszce owoce z sadu pana Hartfielda i lekarstwo 

na reumatyzm, o tym jednak nie wspomniała. 

Ż

ycie na wsi służyło jej dobrze przynajmniej pod jednym względem. Kiedy przyjechała do Hartfield Hall, była 

chudą, kościstą dziewczyną, której twarz pokrywały  często młodzieńcze pryszcze. W  miarę upływu lat jej figura 
stała się pełniejsza. Dzięki długim spacerom po okolicy poruszała się lekko i elegancko, a czyste powietrze oczy-
ś

ciło jej cerę. 

- Taka z niej ładna dziewczyna - mówiła pani Barden do Tillinga. - Ma cudowną skórę i piękne oczy. Ale kto ją 

tutaj widzi? 

Kiedy Merab miała dwadzieścia sześć lat, los sam odpowiedział na to pytanie. Kilka lat wcześniej pan Hartfield 

miał  wylew,  i  Merab  przy  pomocy  prawnika  rodziny  Hartfieldów,  pana  Camberwella,  stopniowo  przejmowała 
coraz więcej obowiązków związanych z utrzymaniem posiadłości. Dziadek wcale nie polubił jej przez to bardziej, 
ale chcąc nie chcąc musiał uznać, że robi to dobrze. Dzięki temu Merab mogła przynajmniej wpłynąć bardziej na 
poprawę sytuacji mieszkańców wioski. Niestety, oznaczało to także, że nie mogła odwiedzać Amelii w Bath. 

Wreszcie szóstego grudnia 1816 roku po drugim wylewie i tygodniu bezsennych nocy dla Merab, Julian Hart-

field zmarł, nie kochany i nie opłakiwany przez nikogo. 

background image

 

7

Kiedy już było po wszystkim, Merab stała obok łóżka i patrzyła na nieruchome ciało, na twarz, która była rów-

nie zimna i bezduszna po śmierci, jak i za życia. Jestem wolna, pomyślała Merab. Ale te słowa nic teraz dla niej nie 
znaczyły. Czuła jedynie ogromne zmęczenie i znużenie. 

Pan Camberwell przyjechał do Hartfield Hall jeszcze tej samej nocy i dopilnował, by zamieszczono wiadomość 

o śmierci pana Hartfielda w gazetach, a sam napisał do Rowlanda Sandiforda, informując go o dacie pogrzebu. 

Merab  z  zainteresowaniem  oczekiwała  przybycia  Rowlanda. Jego  młodzieńczy  zapał  zawsze jej się  podobał i 

zakładała, że człowiek, który tak bardzo dba o edukację mieszkańców swej wioski i o prawa biednych ludzi, sam 
także  musi  być  sympatyczny.  Kiedy  usłyszała  nadjeżdżający  powóz,  podekscytowana  wybiegła  na  zewnątrz,  by 
przywitać tak długo oczekiwanego gościa. 

Z karety wyszedł wysoki, elegancki mężczyzna w wieku około dwudziestu dziewięciu lat. Serce Merab zabiło 

nagle mocniej, gdyż ku swemu zdumieniu ujrzała, że młody mężczyzna ma takie same ciemne kręcone włosy jak 
ona. Potem Rowland odwrócił głowę w jej stronę, a wtedy ciepłe słowa powitania zamarły na ustach Merab - poza 
włosami pan Sandiford był uderzająco podobny do jej dziadka, miał taki sam wąski nos i zimne oczy. Spojrzał na 
nią obojętnie i spytał: 

- A kimże pani jest? 
- M... Merab Hartfield - wykrztusiła. 
- Nie wiedziałem, że Julian miał jakieś nieślubne dzieci. 
Merab zaczerwieniła się. 
- Jestem córką Jonathana Hartfielda, sir, a nie żadnym bękartem. Chyba słyszał pan o mnie? 
Rowland zmierzył ją zimnym spojrzeniem. 
- Nigdy. 
Widziała, jak zacisnął pięści, aż zbielały mu kostki. Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i wszedł do domu. 

Merab, urażona i rozczarowana, powoli ruszyła w jego ślady. 

Przez cały dzień sytuacja nie zmieniła się. Rowland traktował ją z lodowatą uprzejmością i nie pozwalał sobie 

niczego wytłumaczyć. 

Nim nadszedł czas pogrzebu, Merab była wyczerpana. Ponieważ damy nie chodziły na pogrzeby, Merab została 

w domu. Przygotowała herbatę i ciastka w jadalni i czekała, aż pan Camberwell i jej kuzyn wrócą z cmentarza, by 
oficjalnie odczytać testament. 

Merab starała się nie martwić zbytnio, ale oczywiście nie mogła przestać myśleć o tym, co stanie się z jej pięć-

dziesięcioma funtami. W chwilach optymizmu łudziła się nadzieją na jakiś drobny spadek. Kuzyn Rowland natu-
ralnie odziedziczy  całą  posiadłość, ale  czy  ona  nie  dostanie też jakiejś  drobnej  sumy?  Tysiąc  funtów  zmieniłoby 
nieustanną  walkę  o  utrzymanie  się  na  powierzchni  w wygodne  i  bezpieczne  życie.  Dziadek  powiedział  kiedyś  w 
przypływie słabości: „Dopilnuję, żebyś miała z czego żyć”, i uśmiechnął się posępnie. Merab nie ośmieliła się nig-
dy zapytać, co miał na myśli. 

Z  oddali  dobiegł  turkot  kół  powracającej  karety.  Merab  zaczęła  zapalać  świece,  gdyż  krótki  grudniowy  dzień 

zbliżał się już do końca. Służąca poszła otworzyć drzwi. Po chwili do pokoju wszedł pan Camberwell z walizeczką 
w dłoni. Tuż za nim szedł Rowland. Prawnik powiedział kilka słów o pogrzebie, ale Rowland milczał. Nieco onie-
ś

mielona Merab poprosiła, by obaj panowie usiedli, i zadzwoniła po herbatę. 

Kiedy w drzwiach pojawiła się służąca z tacą, Merab zapytała: 
- Herbaty, panie Camberwell? Panie Sandiford? - Nie ośmieliła się mówić do niego „kuzynie Rowlandzie”. 
- Dziękuję, panno Hartfield - odparł pan Camberwell, nadaremnie czekając, aż młodszy mężczyzna przemówi 

pierwszy. - Z przyjemnością wypiję filiżankę gorącej herbaty. 

Kiedy opróżnili już filiżanki i zjedli kilka owocowych ciasteczek, pan Camberwell powiedział: 
- Pani pozwoli, panno Hartfield, że przejdę teraz do odczytania testamentu. 
- Na miłość boską, miejmy to już za sobą - odezwał się Rowland chrapliwym głosem. 
Merab spojrzała na niego ze zdumieniem. Przecież chyba wiedział, że to on ma dziedziczyć? 
Pan Camberwell poczekał, aż służąca sprzątnie ze stołu, potem wyjął jakieś papiery, założył okulary, odchrząk-

nął i oznajmił: 

- Muszę państwa zapewnić, że pan Hartfield sporządził ten testament wbrew moim radom. Jednak jest on cał-

kowicie zgodny z prawem i ważny. 

Nagle w pokoju zrobiło się bardzo zimno. „O mój Boże - pomyślała Merab - więc on naprawdę zapisał wszyst-

ko na cele dobroczynne”. 

Dokument datowany był na zeszły rok, dokładnie kilka dni po tym, jak pan Hartfield przeszedł pierwszy wylew. 

Pierwsza strona dotyczyła rutynowych spraw związanych z odprawą służących oraz emeryturą dla pana Tillinga i 
pani Barden. Niewielka kwota została przeznaczona na kościół parafialny, a miejscowy pastor i jego żona dostali 
po dziesięć gwinei każde. Tysiąc funtów Merab zostało oddane do jej pełnej dyspozycji. Merab przymknęła oczy, 
dziękując Bogu. 

Potem pan Camberwell odchrząknął i przeczytał: 
-  Przekazuję  mój  cały  majątek  i  cały  kapitał  mojemu  kuzynowi  Rowlandowi  Sandifordowi  z  Merryn  Park  w 

background image

 

8

hrabstwie Wiltshire pod warunkiem, że w przeciągu sześciu miesięcy od daty mej śmierci poślubi moją wnuczkę, 
pannę Merab Elizę Hartfield z Hartfield Hall, hrabstwo Gloucestershire. Jeśli którakolwiek ze stron nie zgodzi się 
na tenże warunek, cały  mój majątek  ma być podzielony pomiędzy Towarzystwo Wspierania Wdów i Sierot oraz 
Fundusz Królowej Charlotte dla Biednych Marynarzy. 

Merab czuła, jak krew odpływa jej z twarzy. 
- Czy mój dziadek oszalał? - spytała cicho. - Przecież to jest... to jest skandaliczne! 
Rowland podniósł się z krzesła. 
-  Bardzo  ładnie  -  uśmiechnął  się szyderczo.  -  Widzę,  że  to  pani  sprawka.  Nie tylko  pilnowała  pani  dla  siebie 

majątku, ale przy okazji chciała sobie upolować męża! - Zmierzył ją pogardliwym spojrzeniem, jakby jej pocero-
wana czarna sukienka, niemodna fryzura i blada cera budziły w nim odrazę. 

- Jak pan śmie! 
- Panie Sandiford... - zaczął pan Camberwell, skonsternowany. - Naprawdę, nie mogę pozwolić na to, by...  
Rowland przerwał mu gniewnym głosem: 
- Och, mam dość odwagi, by mówić prawdę, kiedy jest tak oczywista. - Zwrócił się do Merab. - Proszę spojrzeć 

na  siebie  -  zaniedbane  bezguście  pod  trzydziestkę.  Jak  inaczej  mogłaby  pani  zdobyć  męża?  To  wszystko  pani 
sprawka! 

Merab była tak wściekła, że jej głos drżał lekko, gdy przemówiła: 
- Gdyby zastanowił się pan choć przez moment, choć nie wiem, czy jest pan w stanie zrobić cokolwiek, co wy-

maga myślenia - mówiła lodowatym tonem - przypomniałby pan sobie z pewnością, że przez całe życie mój dzia-
dek nie uczynił nic prócz tego, co sam chciał robić. Nie tylko więc po raz pierwszy słyszę o tym niedorzecznym 
pomyśle, ale powiem panu od razu, że nie chcę mieć nic wspólnego z tak wstrętnym spiskiem! - Odwróciła się do 
pana Camberwella. - Myślę, że może pan powiadomić obie wymienione instytucje o niespodziewanej darowiźnie, 
jaką otrzymały od mojego dziadka. 

To powiedziawszy wstała, odwróciła się na pięcie i wyszła z pokoju. 

Panna Kitty Parminster, jedyna córka sir Johna i lady Parminster z Parminster Hall w hrabstwie Wiltshire, któ-

rej błękitne oczy i rude loczki doprowadzały do szaleństwa wszystkich młodych mężczyzn w promieniu dwudzie-
stu pięciu mil, wypiła łyk porannej kawy i powiedziała: 

- Papo, przez cały ranek milczysz jak zaklęty! Co takiego ciekawego widzisz w tej okropnej gazecie? 
Sir John złożył gazetę i podał ją córce. 
- Tutaj, panno ciekawska. Stary Julian Hartfield nie żyje. 
Panna Parminster szeroko otworzyła swe błękitne oczy. 
- Stary kuzyn Rowlanda? Ten, który ma mu zostawić majątek? 
- Ten sam. - Pan Parminster zmierzył swą córkę surowym spojrzeniem. - Posłuchaj, Kitty, wiem, że ten chłopak 

ci się podoba, a on sam dał już dość wyraźnie do zrozumienia, czego chce, ale dopóki nie dowiemy się, jak brzmi 
testament, nie pozwolę, by sprawy posunęły się choć o drobinę dalej. 

Majątek Parminsterów graniczył z Merryn Park, a sir John znał Rowlanda od czasu, gdy ten był dzieckiem, i 

bardzo  go  lubił. Jednak  Sandifordowie  nie  byli  dla  niego  dość  bogaci,  gdyż  dziadek  Rowlanda  zostawił  majątek 
obciążony sporymi długami. 

Kitty wydęła usta. 
- Ależ, papo, ja mam swoje pieniądze, wiesz o tym. 
- Zrozum, nie mam nic przeciwko Rowlandowi, chociaż jego poglądy polityczne to stek bzdur, ale z twoim po-

sagiem, z dziesięcioma tysiącami funtów, możesz sięgać znacznie wyżej niż Sandiford. Jego majątek nie daje wię-
cej dochodu niż tysiąc pięćset funtów rocznie. 

- Ale ja go kocham! - W oczach Kitty natychmiast pojawiły się łzy, które zawisły na końcach rzęs. 
- To całkiem możliwe. Ale ty, Kitty, jesteś rozrzutną pieszczoszką, a gdybyś została żoną Rowlanda Sandiforda, 

nie mogłabyś żyć dalej w ten sposób. 

Kitty podniosła dumnie głowę. 
- Rowland nie odmówiłby mi niczego! 
-  Jeśli  nie  chciałby  wylądować  na  ulicy,  musiałby  powiedzieć „nie”  -  odparł  sir  John  stanowczo.  -  Być  może 

mogłabyś  sobie  pozwolić  na  miesięczne  wakacje  w  mieście,  ale  nie  stać  by  cię  było  na  te  wszystkie  kosztowne 
drobiazgi, które wyciągasz z mojej kieszeni, moja droga. 

Kitty  uśmiechnęła  się  lekko.  Mogła  sobie  owinąć  wokół  palca  każdego  mężczyznę,  wiedziała  o  tym.  Zawsze 

postępowała tak ze swoim drogim papą i nie widziała powodu, dla którego nie miałaby zrobić tego samego z mę-
ż

em. 

- Jeśli majątek starego Hartfielda zostanie wyceniony na jakieś dwadzieścia tysięcy funtów i przejdzie w ręce 

Rowlanda, to co innego - mówił dalej sir John. - Oczywiście, połowę musi przepisać na ciebie, a resztę może zużyć 
na poprawianie swojej własnej posiadłości. Zawsze mówił przecież, ile to pieniędzy trzeba włożyć w Merryn Park. 
Osobiście uważam, że pobiera o wiele za niskie opłaty za dzierżawę. Powinien wycisnąć więcej pieniędzy z tych 

background image

 

9

prostaczków, takie jest moje zdanie. Poza tym, chciał się zająć polityką, to kosztuje. Oczywiście będzie musiał z 
tego zrezygnować. No cóż, przekonamy się wkrótce. Na razie nie będę się z niczym spieszył. 

Kitty zmarszczyła swe śliczne czoło i pochyliła się nad filiżanką z kawą. Tato potrafił czasem być taki niemą-

dry. Przecież ona nigdy nie pokocha kogoś innego. Rowland był taki przystojny; uwielbiała jego ciemne, kręcone i 
niesforne włosy, uwielbiała gdy patrzył na nią czule tymi swoimi szarymi oczami, a ze szczególną przyjemnością 
wspominała te dwa czy trzy pocałunki, które wydarł jej ukradkiem (naturalnie papa o niczym nie wiedział). Przez 
chwilę lub dwie łzy znów napływały jej do oczu, ale potem poweselała. Jechała dzisiaj na herbatkę do swojej przy-
jaciółki, Lavinii Heslop, która miała naprawdę wspaniałego brata i który to brat był właśnie na przepustce z woj-
ska. Kiedy spotkała go ostatnio, porucznik Heslop był najwyraźniej pod wrażeniem i Kitty wprost płonęła z cieka-
wości, czy i tym razem jego reakcja będzie podobna. 

Nalała sobie jeszcze trochę kawy i uśmiechnęła się do swych wspomnień. 
Tymczasem w pobliskiej parafii wielebny George Heslop także dostrzegł wiadomość o śmierci pana Hartfielda i 

pokazał ją swej żonie. 

- Przypuszczam, że Sandiford wkrótce ogłosi swoje zaręczyny z Kitty - zauważył. 
Jego żona parsknęła lekceważąco. 
- Przyznam, że nie mogę pojąć, co on w niej widzi - powiedziała. - Na pewno Kitty jest śliczniutka, ale zawsze 

uważałam Sandiforda za rozsądnego człowieka. 

- Sandiford nie będzie pierwszym mężczyzną, który poślubi ładną, ale zupełnie nieodpowiednią dla siebie ko-

bietę. Popatrz tylko na Delilah. 

- Delilah! - Powtórzyła jego żona z pogardą. - Wszyscy wiemy, że Rowland ma polityczne ambicje, a Kitty by 

wszystko zepsuła! Wątpię, czy ona odróżnia jedną partię polityczną od drugiej. Ma zupełnie pusto w głowie i po 
kilku latach doprowadziłaby go do ruiny. 

Lavinia, myślała z wdzięcznością żona pastora, na pewno nie jest taka ładna, ale ma też znacznie milsze uspo-

sobienie. 

- Może małżeństwo z Sandifordem pozwoli jej się ustatkować - odparł pastor łagodnie. 
Pani Heslop zauważyła ze złością, że choć takie poglądy bardzo dobrze świadczą o jego chrześcijańskiej miło-

ś

ci do bliźniego, to w jej opinii niewiele mają wspólnego ze zdrowym rozsądkiem. Pan Heslop rzucił jej zagadko-

we spojrzenie znad okularów i powrócił do lektury gazety. 

 
P
o odczytaniu ostatniej woli pana Hartfielda, Rowland spędził nieprzyjemny wieczór w jego bibliotece, starając 

się  przekonać  samego  siebie,  że  zaniedbana  kuzynka  „czyha  na  męża”.  Jednak  im  dłużej  to  robił,  tym  bardziej 
oczywistym  stawał  się  dla niego  fakt,  że  popełnił  niewybaczalną  gafę  i  zachował  się  w  sposób, jaki  nie  przystoi 
ż

adnemu dżentelmenowi - zachował się wręcz skandalicznie. 

Julian jakby wciąż był obecny w swej bibliotece. Rowland kilkakrotnie już przyłapał się na tym, że rozgląda się 

nerwowo  dokoła,  gdy  w  kominku  obsuwa  się  kawałek  węgla  lub  gdy  zaskrzypi  drewno. Książki  ciągnęły się  od 
podłogi  do  samego  sufitu,  zakurzone  stare  tomiska  w  twardych,  popękanych  oprawach.  Nad  kominkiem  wisiał 
portret jego kuzyna, namalowany jakieś dwadzieścia lat temu, a Rowland miał wrażenie, że znajome oblicze Julia-
na uśmiecha się posępnie, jakby chciało powiedzieć: „Zrobisz to, co ja zechcę”. Rowland zacisnął pięści w napa-
dzie gniewu i wymierzył potężnego kopniaka kracie, zamykającej palenisko. Fontanna iskier opadła na zniszczony 
perski dywan. Klnąc pod nosem, Rowland zadeptał ogniki i nalał sobie kolejny kieliszek brandy. A niech go... po-
myślał po raz kolejny. A niech go... 

Przed przyjazdem do Hartfield Hall Rowland nie wiedział nawet o istnieniu Merab. Co prawda kilka lat temu 

jego kuzyn wspominał coś o bliskich krewnych, mieszkających pod jego dachem, ale Rowland nigdy nie wierzył 
do końca w ich istnienie - przypuszczał, że starzec chce go trochę postraszyć i wymusić na nim zmianę poglądów 
politycznych. Później, kiedy spotykał się ze swym starszym kuzynem w mieście, ten już nigdy nie poruszał tematu 
„bliskich krewnych”, pan Sandiford założył więc, że albo Julian zrezygnował z tego planu, albo jeśli jacyś krewni 
rzeczywiście istnieli, dawno już opuścili Hartfield Hall. 

Dlatego  też  obecność  Merab  w  posiadłości  Hartfielda  była  dla  niego  sporym  i  niezbyt  przyjemnym  szokiem. 

Wnuczka, dziecko Jonathana, które mieszkało tam od ośmiu lat! Rowland nie był chciwym człowiekiem, ale zaw-
sze dawano mu do zrozumienia, że to właśnie on we właściwym czasie stanie się właścicielem Hartfield Hall - a tu 
nagle pojawia się to stworzenie, wątpliwego pochodzenia, i wkrada się w łaski starca. 

Kiedy wysiadł kilka godzin temu z powozu, ujrzał wysoką szczupłą - kobietę w niemodnej, nieco już przybla-

kłej sukni, o gęstych czarnych włosach, nieumiejętnie ściągniętych do tyłu. Oczy - chyba najładniejszy fragment jej 
urody - były niepokojąco ciemne i lśniące. Przypominały mu pewną włoską hrabinę, która zostawiła go kiedyś dla 
bogatszego kochanka. 

Rowland nie mógł pozbyć się przekonania, że Merab jest oszustką. Dlaczego kuzyn nigdy o niej nie mówił? W 

jaki sposób ona go opętała? 

Pod tym wszystkim krył się niepokój związany z Kitty. Skoro nie odziedziczył Hartfield Hall, może się już po-

ż

egnać  z  wszystkimi  nadziejami  na  poślubienie  Kitty.  Nawet  gdyby  jej  ojciec  wyraził  na  to  zgodę,  jak  on  sam 

background image

 

10 

mógłby ożenić się z kobietą, której życzeń nie byłby w stanie spełnić? Prawdę powiedziawszy doskonale zdawał 
sobie sprawę, że Kitty nie nadaje się na żonę członka parlamentu, wmawiał sobie jednak, że małżeństwo na pewno 
by ją zmieniło. Kochała go i naturalnie wszystko, co było ważne dla niego, stałoby się ważne także dla niej. 

Rankiem następnego dnia po nieszczęsnym odczytaniu testamentu Merab nie pojawiła się w jadalni na śniada-

niu. 

Obraziła się, pomyślał Rowland. Wciąż było mu trochę głupio i czuł, że wczoraj zachował się nieodpowiednio. 

Być może rzeczywiście ostatnia wola Juliana była dla niej równie wielkim zaskoczeniem. Nie wyglądała przecież 
jak ukochana wnuczka dziadka, nie w tej sukni. I bez wątpienia miała rację, kiedy zauważyła, że Julian Hartfield 
nigdy nie ulegał wpływom innych ludzi. 

Nie podobała mu się jego nowa kuzynka, lecz, choć niechętnie, musiał przyznać, że winien jest jej przeprosiny. 

Na pewno nie przyniosłoby mu to ujmy, a razem może byliby w stanie zrobić coś z tym okropnym testamentem. 
Może uda się go obalić? Może spróbują na przykład udowodnić, że Julian Hartfield był obłąkany? Musi z nią po-
rozmawiać. Pociągnął za dzwonek; po chwili w drzwiach ukazała się Mary. 

- Proszę przesłać moje pozdrowienia pannie Hartfield - powiedział. - I proszę ją spytać, czy byłaby tak dobra i 

poświęciła mi kilka chwil. 

- Panna Merab wyjechała, proszę pana - odparła Mary, nie bez satysfakcji. Plotki rozeszły się po całym majątku 

lotem  błyskawicy,  a  Mery i Jenny  uznały,  że  panna Merab  została  potraktowana  w  sposób  zasługujący  na  słowa 
najwyższego potępienia. Biedactwo! 

- Wyjechała? Jak to, wyjechała? Dokąd? 
- Nie wiem, proszę pana. - Mary uniosła wyżej głowę. - Czy skończył pan już śniadanie, sir? 
- To nieważne. Gdy wróci panna Merab, proszę jej przekazać wiadomość ode mnie. 
-  Ona  wyjechała,  proszę  pana  -  powtórzyła  Mery  z  prawdziwą  satysfakcją.  -  Wczoraj  wieczorem  zapakowała 

swój kufer, a dziś przed szóstą zabrał ją stąd farmer Willet. 

 
S
ir Thomas i Amelia, lady Wincanton, mieszkali przy Pulteney Street, dostatecznie daleko od głośnego centrum 

Bath, a jednocześnie na tyle blisko, by można było dojść tam w dziesięć minut. Pradziadek sir Thomasa dorobił się 
fortuny,  kiedy  w  Bath  zdarzył  się  pierwszy  boom  budowlany.  Jeszcze  sześć  lat  temu  sir  Thomas  mieszkał  przy 
Queen’s Square, w domu,  który  kupił jego pradziadek. Jednak Queen’s Square nie było już tak modnym  placem 
jak niegdyś i sir Thomas postanowił przed ślubem, że Pulteney Street stanowi znacznie przyjemniejsze miejsce dla 
nowo założonej rodziny. 

Ożenił się dość późno, z kobietą młodszą od niego o dobre dwadzieścia lat. Był łagodnym, miłym człowiekiem, 

nieco konserwatywnym w swych przekonaniach. Wciąż nie mógł się nacieszyć swą młodą, ładną żoną i lubił po-
błażać jej różnym  zachciankom. Jednak lady Wincanton doskonale zdawała sobie sprawę, że ta pobłażliwość ma 
swoje granice, i że - choć nigdy nie ośmieliłaby się powiedzieć tego głośno - jej mąż odziedziczył po swym pra-
dziadku, handlarzu bydłem, nie tylko fortunę, ale również sporo ciasnych, drobnomieszczańskich poglądów. 

Było  zimne  grudniowe  popołudnie,  pora  herbaty.  Amelia  Wincanton,  energiczna  dama  o  rudawych  włosach, 

które kręciły się ładnie nad jej czołem, pomagała opiekunce przekonać młodego panicza Charlesa Wincantona, by 
zjadł kawałek chleba z masłem. Jednocześnie lady Amelia nie spuszczała oka ze starszego syna, Tommy’ego. 

- No już, Charlie, spójrz tylko, jakie smakołyki. Jedz, proszę. No, aaam... 
- Mamo, ząb mi się rusza - oznajmił z dumą Tommy. - Popatrz! 
- Proszę nie mówić z pełnymi ustami, paniczu Tommy - upomniała go opiekunka surowym tonem. 
- Przepraszam panią, lady Wincanton. - Jedna ze służących zajrzała do pokoju dziecinnego. - Właśnie przybyła 

panna Hartfield. 

Amelia wyprostowała się powoli, jedną dłoń trzymając przyciśniętą z tym  głowy. Merab tutaj? - zdziwiła się. 

Ciekawe, co się stało? 

- Proszę jej powiedzieć, że zaraz zejdę. 
- Tak, proszę pani. Panna Hartfield jest w salonie z sir Thomasem. 
O Boże, pomyślała Amelia w popłochu, sir Thomas na pewno nie będzie tym zachwycony. Miała nadzieję, że 

jej  mąż  nie  ma  właśnie  jednego  z  tych  swoich  humorów,  kiedy  to  odnosi  się  do  wszystkich  z  lodowatą  wręcz 
uprzejmością.  Szybko  przeszła  do  swego  pokoju,  zdjęła  fartuszek,  który  chronił  jej  suknię  przed  poplamieniem 
herbatą przez dzieci, i podniosła z toaletki list od Merab. List napisany został jakiś tydzień wcześniej i właściwie 
był tylko krótkim zawiadomieniem o śmierci jej dziadka. Amelia natychmiast odpisała swej przyjaciółce, błagając 
ją,  by  przyjechała  do  Bath  i  zamieszkała  u  niej.  „Musisz  tylko  powiadomić  nas,  kiedy  byłoby  Ci  najwygodniej 
przyjechać”, pisała Amelia. „Sir Thomas wyśle po Ciebie powóz. Wiesz, że przyjmiemy Cię tutaj z radością”. 

Spodziewała się, że Merab odpowie jej po kilku dniach, kiedy minie już zamieszanie związane z pogrzebem pa-

na  Hartfielda.  Wielokrotnie  rozmawiała  o  tym  ze  swoim  mężem  i  żadne  z  nich  nie  mogło  do  końca  uwierzyć  w 
opowieści o skąpstwie i podłościach Juliana Hartfielda. 

- W końcu to jego jedyna wnuczka - mówił sir Thomas. - Jestem pewien, że zapewni jej godziwe życie. 
Amelia ostatni raz rzuciła okiem na swe odbicie w lustrze, w zamyśleniu pogładziła brzuch i zeszła do salonu. 

background image

 

11 

Gdy tylko spojrzała na swego męża, wiedziała, że jest raczej w pogodnym i przychylnym nastroju. 

- Merab! 
- Och, Amelio! - Merab podniosła się z fotela i uściskała przyjaciółkę. - Wybacz mi, proszę. Musiałam przyje-

chać! 

Sir Thomas, człowiek bardzo taktowny, wstał ze swego miejsca. 
-  Jestem  pewien,  że  macie  sobie  wiele  do  powiedzenia,  kochanie.  Zobaczymy  się  przy  kolacji.  -  Ukłonił  się 

grzecznie Merab i wyszedł. 

Kiedy Amelia usłyszała opowieść o testamencie, była zupełnie zszokowana. 
- To takie niedelikatne! - krzyknęła. - Takie niesmaczne. Skoro nie chciał oddawać ci majątku, mógł przynajm-

niej zostawić jakąś przyzwoitą sumkę. Czy nie mówiłaś mi, że sama płacisz za swoje utrzymanie? 

- Tak, przynajmniej tak myślałam. Ale pan Camberwell powiedział mi wczoraj, że przekonał dziadka, by  od-

kładał dla mnie te pieniądze, skoro przejęłam prowadzenie majątku po pani Barden. To znaczy, że teraz mam tro-
chę ponad tysiąc czterysta funtów. To jedyna pociecha. 

- Phi! Co to jest? Siedemdziesiąt funtów na rok. Drobniaki! Nie możesz z tego wyżyć. 
- No cóż, to i tak trochę lepiej niż pięćdziesiąt funtów rocznie - odparła Merab. 
Amelia spojrzała na nią z ukosa i powiedziała: 
- Powiedz mi coś o panu Sandifordzie. 
- Jest niegrzeczny, apodyktyczny i nieznośnie protekcjonalny - odparła Merab oględnie. 
- Och, kochana - roześmiała się Amelia. - Ale czy przystojny? 
Merab zastanawiała się przez chwilę. 
-  Przypuszczam,  że  tak  -  burknęła  z  niechęcią.  -  Wysoki,  ciemne  włosy  i  wąski  nos  -  Przerwała  na  moment, 

gdyż z jakiegoś powodu nie mogła mówić o tej krótkiej, miłej chwili, gdy ujrzała, że jego włosy są równie kręcone 
i niesforne jak jej. Zbyt mocno przypominało jej to o późniejszym rozczarowaniu. - Niewychowany. Przyjechał na 
dwa  dni  przed  pogrzebem  i  nie  odezwał  się  do  mnie  prawie  ani  jednym  słowem.  Jedliśmy  wszystkie  posiłki  w 
kompletnej ciszy. Do złudzenia przypominał mi dziadka. Po przeczytaniu testamentu nie miałam już wątpliwości, 
ż

e to taki sam typ. - Skrzywiła się odruchowo, przypominając sobie upokorzenie, jakiego doznała, gdy mierzył ją z 

pogardą swymi zimnymi szarymi oczyma. Przez ostatnie osiem lat Merab nie nabrała ani trochę pewności siebie i 
czuła się równie niezdarna i niezgrabna jak wtedy, gdy była chudą, nazbyt wyrośniętą dziewczyną. Fakt, że uroda 
Rowlanda wywarła także spore wrażenie na dwóch pokojówkach z Hartfield Hall, rozchichotanej Mary i wiecznie 
zarumienionej Jenny, które walczyły ze sobą o to, która zaniesie mu rano wodę do golenia, w niczym nie zmniej-
szał wstydu i smutku Merab. Postanowiła raz na zawsze zapomnieć o swym przystojnym kuzynie i nie powiedziała 
Amelii już nic więcej. 

- Szkoda - westchnęła Amelia. - Oczywiście, testament twojego dziadka jest niewybaczalnie wręcz grubiański i 

ż

adna przyzwoita kobieta nie mogłaby się na to zgodzić. Z drugiej jednak strony byłoby to całkiem rozsądne roz-

wiązanie. 

- Nic, ale to nic nie zmusi mnie do poślubienia Rowlanda Sandiforda - zawołała Merab. - Czy chciałabyś wyjść 

za  kogoś,  kto  powiedział,  że  nie  masz  za  grosz  gustu,  oskarżył  cię  o  to,  że  próbujesz  schwytać  go  w  pułapkę  i 
przymusić do małżeństwa? 

- Podejrzewam, że nie zrobiłabym tego - przyznała Amelia. 
Nie rozmawiały już więcej na ten temat, a konwersacja zeszła na zupełnie inne tory. Lady Wincanton mówiła o 

swoich synkach i różnych drobnych kłopotach związanych z wychowywaniem dzieci. Uśmiechnęła się, widząc, jak 
Merab - patrzy pytająco na jej lekko zaokrąglony brzuch i przyznała, że latem nadejdzie kolejny szczęśliwy  mo-
ment w jej życiu. 

Jednak później, w odosobnieniu małżeńskiej sypialni, Amelia nie była tak powściągliwa. 
- Co wiesz o Rowlandzie Sandifordzie? - spytała męża, opowiedziawszy mu historię Merab. 
- Miły chłopak. Spotkałem go raz czy dwa w moim klubie, w mieście. Krążyły słuchy, że kiedy studiował na 

Oksfordzie,  nabił  sobie  głowę  ideami  radykałów,  ale  podejrzewam,  że  od  tego  czasu  zmądrzał  już  nieco.  Wiem 
jeszcze tylko tyle, że chce się dostać do parlamentu i że jest po uszy zakochany w córce Parminstera. 

- Kitty Parminster! 
- Tak, w tej właśnie. 
Amelia zamyśliła się na chwilę. 
- Czy ja go w takim razie już kiedyś nie poznałam? Tak, zdaje się, że tak, jakiś rok temu. Czy jego matka nie 

mieszka czasem w Bath? 

- Chyba tak. 
Amelia usiadła przed lustrem i zaczęła rozczesywać włosy grzebieniem z kości słoniowej. Teraz przypominała 

sobie już pana Sandiforda,  miłego, inteligentnego  mężczyznę. Może był nieco szorstki w obejściu, ale na pewno 
nie  był  gburem.  I  cokolwiek  mówiłaby  o  nim  Merab,  na  pewno  był  dość  przystojny,  by  podobać  się  większości 
kobiet. Więc  zakochał  się w  śliczniutkiej,  głupiutkiej  Kitty  Parminster?  Dlaczego  mężczyźni  zawsze  tracą głowę 
dla takich bezmyślnych i nudnych lalek? Każdy, kto patrzył na świat trzeźwym okiem, od razu widział, że panna 

background image

 

12 

Parminster  to  jeden  wielki  wydatek.  Narobi  mu  kłopotów,  doprowadzi  do  ruiny,  a  po  niecałym  roku  zanudzi  na 
ś

mierć. 

Lepiej, by było, gdyby ożenił się z Merab. 
Sir Thomas patrzył na jej odbicie w lustrze i uśmiechał się lekko. 
- Czytam w twoich myślach jak w otwartej książce - powiedział. - Nie mieszaj się do tego, Amelio, proszę. 
- Ja miałabym się mieszać? - krzyknęła zdumiona i obrzuciła męża powłóczystym spojrzeniem. 
- Trzpiotka! - parsknął sir Thomas z uznaniem. - Chodź do łóżka. 
 
R
owland miał mnóstwo czasu na przemyślenia i na spóźnione żale. Szczególnie duże wrażenie wywarło na nim 

spotkanie z prawnikiem Hartfieldów. Pan Camberwell, szczupły, drobny mężczyzna o niewielkiej łysinie i ledwo 
uchwytnym  szkockim  akcencie  -  pozostałości  po  latach  dzieciństwa  spędzonych  w  Edynburgu  -  darzył  Merab 
sympatią i ogromnym szacunkiem. Podziwiał cierpliwość i pogodę ducha, z jaką znosiła złośliwości i prowokacyj-
ne  zachowania  dziadka,  sam  zaś  robił  wszystko,  co  w  jego  mocy,  by  poprawić  jej  niewesołą  sytuację.  Wybuch 
gniewu  Rowlanda,  którego  świadkiem  był  poprzedniego  wieczora,  uważał  nie  tylko  za  coś  obrzydliwego,  ale  i 
wielce  niesprawiedliwego,  o  czym  zresztą  nie  omieszkał  poinformować  samego  zainteresowanego.  Oświadczył 
także z pewną posępną satysfakcją, że choć pan Hartfield mógł uchodzić za dziwaka, z pewnością nie był jednak 
szalony. 

- Dlaczego więc wymyślił taki testament? - gorączkował się Rowland. - Jeśli chciał, mógł przecież zostawić ca-

ły majątek pannie Hartfield, w końcu to jego wnuczka. To byłoby zupełnie zrozumiałe. Ale proponować małżeń-
stwo dwojgu zupełnie sobie obcym ludziom to po prostu coś niesłychanego. 

- Pan Hartfield nigdy nie okazywał żadnych ciepłych uczuć pannie Merab - zaczął pan Camberwell ostrożnie. - 

Sądzę jednak, że szanował ją za to, jak sobie radziła z utrzymaniem majątku. Podjęła się tego ciężkiego zadania po 
jego pierwszym wylewie, i choć pan Hartfield nigdy się do tego nie przyznał, musiało mu to ogromnie zaimpono-
wać. 

- Więc dlaczego nie zostawił jej całego majątku? 
-  Zapewne  dlatego,  że  rozbudził  już  pańskie  nadzieje.  A  może  uważał,  że  panna  Hartfield  będzie  miała  zba-

wienny  wpływ  na  pańskie  poglądy  polityczne.  -  Pan  Camberwell  pozwolił  sobie  na  lekki  uśmieszek.  Współczuł 
Rowlandowi, który rzeczywiście znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, z drugiej jednak strony uważał, że 
nie zaszkodzi utrzeć mu trochę nosa. 

Rowland podniósł przycisk do papieru z biurka pana Camberwella i przez chwilę przyglądał mu się uważnie. 

Wreszcie powiedział: 

- Zabiegałem o względy pewnej młodej damy, panny Parminster, i wątpię, czy jej ojciec będzie z tego powodu 

zachwycony. Nie mogę go za to winić. Panna Parminster warta jest znacznie więcej, niż ja mogę jej teraz zaofero-
wać. 

- Przykro mi to słyszeć. - Pan Camberwell spojrzał na niego znad okularów i tym razem w spojrzeniu tym kryło 

się znacznie więcej współczucia. - Rzeczywiście, odczuje pan to dość dotkliwie. Niemniej jednak, zgodnie z ostat-
nią wolą pana Hartfielda, musimy odczekać jeszcze sześć miesięcy, nim podejmiemy jakiekolwiek inne kroki. 

- Co będzie działo się z majątkiem w tym czasie? 
Pan Camberwell wzruszył ramionami. 
- Nie wiem. Może znajdziemy jakiegoś tymczasowego zarządcę. Miałem nadzieję, że panna Hartfield pozosta-

nie tutaj przez ten okres. Przynajmniej mogłem dopilnować, by uczciwie jej zapłacono. 

- Czy wie pan, gdzie ona jest teraz? 
- Wiem. 
- A gdybym tak postanowił, że to małżeństwo jest jednak możliwe? 
-  W  takim  razie  -  zaczął  pan  Camberwell  uprzejmym,  lecz  chłodnym  tonem  -  oczywiście  powiadomię  pannę 

Hartfield o pańskiej decyzji. Muszę jednak przypomnieć, że jest pan tylko jedną ze stron, a z tego, co powiedziała 
mi panna Hartfield, wnoszę, iż nie zmieni ona zdania, nawet jeśli pan zdecyduje się na ten krok. 

Rowland zagryzł wargę. 
Wyjechał z Hartfield tego samego popołudnia i wrócił do Wiltshire w nastroju wyniosłej urazy, które to uczucie 

wywołane zostało przez pana Camberwella. Starszy pan dał Rowlandowi wyraźnie do zrozumienia, że jest zdegu-
stowany jego zachowaniem w stosunku do Merab. Teraz Rowland starał się zlekceważyć i wymazać z myśli szy-
dercze  spojrzenia  prawnika.  Panna  Hartfield  miałaby  mu  odmówić?  Niemożliwe!  Jego  posiadłość  nie  była może 
zbyt pokaźna, ale on sam był już tak często nagabywany przez troskliwe mamusie, które szukały przyszłych mę-
ż

ów dla swoich córek, że doskonale zdawał sobie sprawę, iż stanowi całkiem niezłą partię. Poza tym spotykał się z 

przedstawicielkami  płci  pięknej  w  bardziej  intymnych  warunkach  już  wiele  razy,  i  wiedział,  że  jest  atrakcyjnym 
mężczyzną. Panna Hartfield, wysoka, chuda i niezrównoważona, byłaby z pewnością uradowana, gdyby tylko ze-
chciał okazać jej swe względy. 

Kilka dni później Rowland siedział w bibliotece sir Johna Parminstera. Właściwie pomieszczenie to było biblio-

teką tylko z nazwy, gdyż mieściło w sobie zaledwie kilka książek. Na ścianach było jednak sporo trofeów myśliw-

background image

 

13 

skich - lisie pyski i kilka rycin o tematyce myśliwskiej, zaś w jednym rogu leżał porzucony bicz do jazdy konnej sir 
Johna. Pan Parminster przywitał Rowlanda całkiem uprzejmie, poczęstował go brandy, wypowiedział kilka jowial-
nych  uwag  na  temat  polowania,  które  ominęło  Rowlanda.  Jednak  gdy  chodziło  o  sprawę  ewentualnego  małżeń-
stwa, był niewzruszony. 

- Przykro mi, chłopcze, że tak to wyszło. Naprawdę diabelnie mi przykro, że stary Hartfield tak cię rozczarował. 

To było zagranie niegodne dżentelmena. Powinien był zostawić ci Hartfield Hall, co zawsze obiecywał, a dla two-
jej  kuzynki  przeznaczyć  część  corocznego  dochodu  z  majątku.  Albo  dać  jej  kilka  tysięcy.  Wnuczka,  powiadasz, 
hę? Nie wygląda to dobrze. 

- Bardziej żal mi Kitty - powiedział Rowland, wpatrując się tępo w kieliszek. 
- Tak, tak - odparł sir John łagodnym tonem. - Ale teraz to zupełnie nie wchodzi w rachubę. Musisz się z tym 

pogodzić. - Spojrzał na przygnębione oblicze Rowlanda i dodał: - Może w tej chwili myślisz zupełnie inaczej, ale 
Kitty to nie jest żona dla ciebie. Wierz mi, ona nie odróżnia jednej partii politycznej od drugiej. A przy tym jest 
rozrzutna. Ktokolwiek poślubi Kitty, musi być przygotowany na to, że ona zupełnie nie liczy się z pieniędzmi!  - 
Roześmiał się głośno. 

Rowland zdobył się na smutny uśmiech. 
- Kitty zasługuje na wszystko, co najlepsze - powiedział. - Nie mógłbym jej odmówić niczego. Miałem jednak 

nadzieję, że jako moja żona dzieliłaby moje zainteresowania i być może... 

- Bzdura! - Przerwał mu sir John gwałtownie. - Kitty to mała samolubna pieszczoszka i zapewniam cię, że nie 

widziałaby najmniejszego powodu, dla którego miałaby sobie kupować mniej sukienek i świecidełek niż dotych-
czas. Mężczyźni zawsze myślą, niech ich Bóg wspomoże, że kobiety można zmienić. To nonsens. Tak samo zresz-
tą jak w przypadku kobiet, które myślą, że mogą zmienić mężczyznę, kiedy go poślubią. Nie mogą. Trzeba zaak-
ceptować partnera takim, jaki jest. Kompromis, to właśnie jest istota małżeństwa. Kompromis i dostosowanie. 

Rowland uśmiechnął się smutno. 
- Nigdy nie przychodziło mi łatwo zaakceptować rzeczy takimi, jakie były. Zawsze chciałem zmieniać świat. 
 
M
erab była zdumiona efektem, jaki wywarło na niej zaledwie kilka dni wolnych od uciążliwych obowiązków w 

Hartfield Hall. Przez pierwszy tydzień pobytu u Wincantonów właściwie tylko spała. Łóżko z baldachimem, wy-
konanym z ufryzowanego perkalu w kwiatki i wygodny materac wydawały się jej niezwykłym luksusem, którego 
nie miała okazji zaznać nigdy dotąd. Co rano po przebudzeniu z przyjemnością odkrywała je na nowo. Wiedziała, 
ż

e nie wolno jej tu zostać dłużej niż kilka miesięcy, a posępna przyszłość groziła jej palcem niczym jakaś przeraża-

jąca nauczycielka lub guwernantka, jednak na razie mogła się jeszcze cieszyć wszystkim, co ofiarowywał jej upo-
rządkowany,  ciepły  dom  Wincantonów.  Amelia  kilkakrotnie  znalazła  ją  śpiącą  na  kozetce  w  salonie,  z  otwartą 
książką przy boku. 

- Nie wiem, co się ze mną dzieje! - wykrzyknęła Merab, przebudziwszy się gwałtownie, gdy do pokoju wszedł 

lokaj z herbatą. 

- Po prostu jesteś zmęczona i niewyspana, to wszystko - powiedziała Amelia. - Przez tyle lat musiałaś się zaj-

mować tym starym zrzędą, nie wspominając już o pracy w majątku. Jestem pewna, że nigdy nie przyszło mu do 
głowy, że ty też możesz potrzebować odpoczynku. Masz sporo do nadrobienia. Napijesz się herbaty? 

Merab usiadła prosto i wzięła filiżankę. 
- To dziwne. Kiedy jeszcze żyła mama, też miałam mnóstwo pracy i zmartwień, ale przynajmniej dostawałam 

coś w zamian. Rozmawiałyśmy o starych dobrych czasach. Mama chciała wiedzieć, jak sobie radzę z kwiatkami, 
które  posadził  dla  mnie  Tom  Tilling,  i  jeszcze  mnóstwo  innych  rzeczy.  Z  dziadkiem  to  zupełnie  co  innego.  Nie 
pamiętam, by kiedykolwiek odezwał się do mnie z własnej woli. Zupełnie nie obchodziło go to, co robię i co my-
ś

lę.  To  właśnie  ten  chłód,  ta  obojętność  były  takie  przygnębiające.  Często  zastanawiałam  się,  czym  sobie  na  to 

zasłużyłam. Starałam się robić wszystko jak najlepiej, naprawdę Amelio, starałam się jak mogłam. Nawet pod sam 
koniec... - Merab uczyniła bezradny gest i umilkła. 

Po chwili Amelia powiedziała: 
- Słyszałam to i owo o panu Sandifordzie. 
- Na przykład? - spytała ostrożnie Merab. 
- Jest po uszy zakochany w pewnej głupiutkiej gąsce, niejakiej Kitty Parminster. Oczywiście, teraz to się skoń-

czy, jak sądzę. Nie wyobrażam sobie, by jej papa zgodził się na ten związek w obecnych warunkach. 

- Nie miałam o tym pojęcia. - Merab pociągnęła łyk herbaty. Być może to właśnie było przyczyną jego gniewu. 

„Zaniedbane bezguście”, „pod trzydziestkę”, „poluje na męża” - wszystkie lata biedy i, ciężkiej pracy pozostawiły 
swój ślad, i kąśliwe słowa Rowlanda raniły Merab głęboko. 

- Jaka ona jest? 
- Kitty Parminster? Ma dziewiętnaście lat, jest piękna, samolubna, leniwa, bezustannie trwoni pieniądze. W ze-

szłym roku była gwiazdą sezonu. 

- Rozumiem, że nawet nie mam się co porównywać z panną Kitty Parminster - powiedziała Merab, uśmiechając 

się słabo. 

background image

 

14 

- I całe szczęście! - odparła Amelia. 
 
P
rzez następnych kilka dni po spotkaniu z sir Johnem Rowland próbował odpędzić smutne myśli, rzucając się w 

wir pracy przy swoim majątku. Kilkakrotnie spotykał się z zarządcą, odwiedził farmera, który miał kłopoty z prze-
ciekającym  dachem,  nadrabiał  zaległą  korespondencję.  W  ciągu  kilku  lat,  jakie  upłynęły  od  śmierci  jego  ojca, 
Rowland zdołał powoli wyciągnąć majątek z długów, a obecny rok miał po raz pierwszy przynieść skromny zysk. 
W  innych  okolicznościach  byłby  z  tego  ogromnie  zadowolony,  jednak  teraz  wszystko  wydawało  mu  się  bezsen-
sowne. Kitty nigdy nie będzie jego żoną, a plany poprawy sytuacji na wsi - które, jak mniemał, byłyby dla Kitty 
równie interesujące jak dla niego - stały się raczej nieznośnym ciężarem, a nie fascynującym przedsięwzięciem. 

Sir John powiedział, że spotkanie z Kitty tylko wytrąciłoby ją z równowagi, a Rowland nie miał innego wyjścia, 

jak zgodzić się z tą opinią. Kitty jednak miała całkiem odmienne zdanie w tej kwestii. Po niedzielnej mszy rozchi-
chotana służąca Kitty wsunęła mu w dłoń mały, pachnący liścik. Teraz właśnie Rowland czekał na nią w ich se-
kretnym miejscu, małym zagajniku na granicy posiadłości Parminsterów i Sandifordów. Na wiosnę cały ten zaką-
tek  pokryty  był  błękitną  mgiełką  dzwonków,  jednak  teraz  tylko  czerwone  owoce  ostrokrzewu  ożywiały  chłodny 
zimowy poranek. Poprzednia noc była bardzo mroźna i nawet w tej chwili, gdy zbliżało się południe, nagie gałęzie 
leszczyny błyszczały od szronu. Rowland zsiadł z konia i przywiązał go do jakiegoś młodego drzewka. Zaczynał 
marznąć w stopy. 

Upłynęło  jeszcze  dobrych  dwadzieścia  minut,  nim  pojawiła  się  Kitty,  galopując  na  pięknym  koniu.  Rowland 

wstrzymał  oddech.  Kitty  miała  na  sobie  błękitny  komplet  do  jazdy  konnej,  który  idealnie  pasował  do  błękitu  jej 
oczu. Błyszczące kasztanowe włosy upięte były pod kapeluszem ze strusimi piórami. Rowland natychmiast zapo-
mniał o przemarzniętych stopach i pomógł jej zsiąść z konia. 

Kitty nie była w najlepszym nastroju. 
- No cóż, drogi panie. Słyszałam, że postanowił się pan ode mnie uwolnić. 
- Kitty, kochanie! Jakże mógłbym spierać się z twoim ojcem, skoro on robi wszystko tylko dla twojego dobra? 

Najprawdopodobniej nie będę ani trochę bogatszy niż jestem teraz - przynajmniej przez kilka następnych lat. 

- Myślisz, że chodzi mi tylko o to? - Kitty odwróciła od Rowlanda swą śliczną główkę. - Mam przecież własne 

pieniądze. 

- Najdroższa, wiesz, że to nie jest możliwe. Nie utrudniaj mi tego jeszcze bardziej. 
- Nie utrudniać ci! A co ze mną? Zdaje się, że nikt w całym tym zamieszaniu nie liczy się z moimi uczuciami. 

Czy ktokolwiek spytał mnie o zdanie? - Kitty próbowała już odegrać przy śniadaniu małą scenę rozpaczy i gniewu, 
jednak rodzice pokrzyżowali jej szyki; ojciec natychmiast uciekł do biblioteki, a matka rozkazała stanowczym to-
nem  „Nie  bądź  głupiutka  kochanie”  i  przestała  zwracać  na  nią  uwagę.  Kitty  jechała  na  spotkanie  z  przyjemną 
ś

wiadomością, że może wyładować swoją złość na ukochanym. 

- Najdroższa Kitty, proszę, nie płacz. - Rowland bezradnie rozejrzał się dokoła. - Na pewno nie chciałabyś być 

ż

oną biedaka, prawda? Skąd wzięłabyś pieniądze na te modne sukienki każdego lata? 

- Papa płaciłby za nie! 
- Nie, nie płaciłby! Nie mógłbym zgodzić się na to, by moja żona była utrzymywana przez swego ojca. 
- Dlaczego? Tata nie jest skąpcem. Gdybyś nie chciał sprzedać jednej z tych swoich cennych krów czy czegoś 

tam, wtedy oczywiście papa zapłaciłby za wszystko. 

Przez moment Rowland czuł wszechogarniającą irytację, jednak szybko się opanował. Kitty miała przecież za-

ledwie dziewiętnaście lat i była wychowywana przez troskliwych rodziców, którzy dbali o to, by nigdy niczego jej 
nie brakowało. Każde dziecko byłoby w podobnych warunkach trochę rozpieszczone i zepsute. 

- Kitty... - zaczął Rowland. 
Cofnęła się o krok. 
- To niczego nie zmienia, prawda? - powiedziała obrażonym tonem. - Tak czy inaczej, nie możemy się pobrać, 

prawda? Uważam, że to wszystko twoja wina! Powinieneś był przypochlebić się jakoś temu twojemu kuzynowi i 
zrobić  coś,  żebyś  to  ty  wszystko  odziedziczył.  No  cóż,  muszę  już jechać.  Cóż  cię  to  obchodzi,  że  mam  złamane 
serce! 

- Chyba nie myślisz tak naprawdę, Kitty! 
Panna Parminster podeszła do swego konia i pochwyciła cugle. 
- Czy mógłby mi pan pomóc? - spytała oziębłym tonem. 
Rowland w milczeniu pomógł jej wsiąść na konia. Choć część jego umysłu zdawała sobie sprawę, że Kitty za-

chowuje się jak rozpieszczony bachor, druga przepełniona była rozpaczą po utracie ukochanej - bez wątpienia w 
takim właśnie nastroju chciała go widzieć Kitty, której smutna twarz miała wyrażać rozczarowanie tak bezduszną 
postawą Rowlanda. Na pożegnanie panna Parminster odwróciła się jeszcze i powiedziała: 

- Ja wyszłabym za ciebie bez względu na okoliczności. Pamiętaj o tym! 
Rowland patrzył na nią, aż całkiem zniknęła mu z oczu, jednak Kitty nie odwróciła się ani razu. 
Tego  wieczora  przy  herbacie  i  tostach  Kitty  opowiedziała  o  wszystkim  swojej  przyjaciółce,  Lavinii  Heslop. 

Rowland  byłby  zapewne  niepomiernie  zdziwiony  jej  wersją  wydarzeń,  w  której  on  sam  był  małodusznym  tchó-

background image

 

15 

rzem, a Kitty nieustraszoną amazonką, i w której jej ostatnia uwaga urosła jakimś cudownym sposobem do rozmia-
rów  sporego  przemówienia  w  obronie  zniszczonej  miłości.  Lavinia,  szczupła  dziewczynka  o  mądrych  szarych 
oczach i drobnej twarzyczce, słuchała tej opowieści w niemym podziwie. Zachęcona tak wspaniałą reakcją przyja-
ciółki, Kitty zjadła jeszcze kilkanaście tostów z dżemem, a potem obie panienki dyskutowały z ożywieniem o nad-
chodzącym balu i o tym, w jakich sukienkach zamierzają się tam pokazać. 

Tymczasem Rowland odwiązał konia i powoli wracał do Merryn Park. Kiedy znalazł się w końcu na miejscu, 

własny dom wydawał mu się wyjątkowo pusty i niegościnny. Jego kroki odbijały się zimnym echem od marmuro-
wej  podłogi,  a  z  portretu  spoglądało  na  niego  szyderczo  oblicze  dziadka.  Gdyby  stary  Peter  Sandiford,  którego 
pamiętał tylko jako wysokiego mężczyznę o czerwonej twarzy i chorej nodze, nie wydał wszystkich pieniędzy na 
hazard  i  nie  doprowadził  majątku  na  skraj  upadku,  wtedy  on,  Rowland,  znajdowałby  się  teraz  w  zupełnie  innej 
sytuacji. Za życia jego dziadka majątek przynosił 5 000 funtów zysku rocznie, a stajnie należały do najlepszych w 
hrabstwie. Teraz zostało zaledwie kilka koni do polowań i do pracy przy gospodarstwie. 

Rozejrzał się dokoła i westchnął. To miejsce potrzebowało kobiecej - ręki. Kiedyś miał nadzieję, że to właśnie 

Kitty wniesie odrobinę kobiecego ciepła do tego domu, że będzie zostawiać książki na kanapach, wstawi kwiaty do 
wazonów, wypełniać ciche popołudnia muzyką pianina... Lavinia mogłaby mu powiedzieć, że Kitty rzadko czytała 
cokolwiek poza „Magazynem Mody Dla Pań”, i że ćwiczyła grę na pianinie tylko wtedy,  gdy  zmusili ją do tego 
rodzice, jednak na razie Rowland pozostawał w słodkiej nieświadomości i nadal żywił się mrzonkami. 

Matka Rowlanda rozstała się w przyjaźni ze swoim mężem, kiedy wyjechał do Eton. Stwierdziła, że ze względu 

na delikatne zdrowie nie może żyć w tak surowych warunkach. Musiała wyjechać do Bath, by uwolnić się od do-
kuczliwych chorób. 

Nie doszło jednak do oficjalnej separacji. Pani Sandiford przyjeżdżała do posiadłości męża latem, kiedy Row-

land miał wakacje. Pan Sandiford odwiedzał żonę co roku w styczniu, kiedy nie miał zbyt wiele pracy w majątku. 
Taki układ całkowicie zadowalał oboje małżonków. 

- Jestem szczerze oddana twemu ojcu - wielokrotnie mówiła do syna pani Sandiford. - Ale nie żyło nam się ze 

sobą dobrze. Znacznie lepiej jest nam teraz. Cieszymy się z naszych spotkań i jesteśmy zadowoleni z tego, że każ-
de z nas ma swoje oddzielne życie. Szczerze mówiąc, nie dobraliśmy się zbyt szczęśliwie. 

Mimo  to  pani  Sandiford  pisała  do  męża  długie  czułe  listy,  w  których  opowiadała  o  swoim  życiu  w  Bath.  On 

wysyłał  jej  krótkie,  zwięzłe  sprawozdania  o  zbiorach  zbóż  i  stanie  majątku.  Rowland  dorastał  w  takiej  sytuacji, 
którą zresztą akceptował bez zastrzeżeń, jednak właśnie dlatego miał zupełnie nierealistyczne pojęcie o kobietach, 
o czym pani Heslop często wspominała swemu mężowi. 

- Zawsze uważałam Elizabeth Sandiford za rozsądną kobietę - mówiła. - Gdyby była tutaj, od razu zrozumiała-

by, co knuje ta głupiutka Kitty i mogłaby skierować uczucia Rowlanda w bardziej odpowiednim kierunku. 

Pani Heslop westchnęła z rezygnacją. Miała nadzieję, że kiedyś Rowland spojrzy łaskawym okiem na Lavinię, 

ale ponieważ jej posag był niewielki, a uroda w porównaniu z Kitty zaledwie przeciętna, wydawało się to niezbyt 
prawdopodobne. 

Pani Heslop nie była jedyną osobą, która myślała o panu Sandifordzie. Rowland nigdy nie wzdragał się przed 

wypełnieniem nieprzyjemnych obowiązków, toteż natychmiast po przyjeździe z Hartfield Hall napisał do matki i 
wyjawił jej swą obecną sytuację. Teraz, gdy spędził smutny samotny wieczór przed kominkiem, wypił o kilka kie-
liszków za dużo porto i nie mógł przestać myśleć o Kitty, postanowił napisać do matki jeszcze raz i poprosić ją, by 
zechciała przyjechać do niego chociaż na miesiąc. Albo by pozwoliła mu przyjechać do siebie. Sądził, że nie bę-
dzie zbytnio zdumiona tym wołaniem o pomoc. 

Dziwnym trafem nazajutrz rano Rowland otrzymał od matki list o wielce zaskakującej treści. Matka nie wspo-

minała mu o tym wcześniej, ale w listopadzie jej przyjaciel, Samuel Bridges, poprosił ją o rękę, a ona się zgodziła. 
Zaledwie dwa tygodnie temu wzięli cichy ślub, a wczoraj wrócili z podróży poślubnej z Weymouth. W domu cze-
kał już na nich list od Rowlanda. Pani Bridges pisała, jak przykro jej z powodu rozczarowania, które przeżył syn, i 
pytała, czy nie zechciałby ich odwiedzić, by choć na jakiś czas oderwać się od swoich problemów. Pod listem od 
matki widniała także krótka notka skreślona ręką pana Bridgesa, który pisał, iż żywi nadzieję, że Rowland wybaczy 
mu tak dziwne i tajemnicze postępowanie, ale ponieważ, jak dobrze wie, jego matka zawsze stara się unikać roz-
głosu, on tylko uczynił zadość jej życzeniom. 

Rowland rzeczywiście dobrze znał charakter swojej matki i po początkowym zaskoczeniu gotów był nawet po-

chwalić jej postępowanie. Lubił pana Bridgesa, emerytowanego prawnika z całkiem przyzwoitym majątkiem, który 
przez wiele lat był wiernym adoratorem pani Sandiford. Nie był tylko całkiem pewien, czy chce jechać tam zaled-
wie kilkanaście dni po ich ślubie. Nie mógł też jednak zostać w Merryn Park. 

 
M
inął  już  miesiąc  od  śmierci  pana  Hartfielda  i  tych  kilka  tygodni  spokojnego  snu,  dobrego  jedzenia  i  odpo-

czynku  wywarło  zadziwiający  na  ogólny  stan  Merab.  Babette,  francuska  służąca  Amelii,  podzieliła  się  tym  spo-
strzeżeniem ze swoją panią: 

- Włosy panienki Merab są teraz w o wiele lepszym stanie - powiedziała któregoś ranka, upinając loki Amelii. - 

Bardziej lśniące. Gdyby tylko panienka pozwoliła mi się nimi zająć... 

background image

 

16 

Babette wzruszyła ramionami. Merab nie chciała korzystać z usług służby Amelii, gdyż po pierwsze była na to 

zbyt dumna, a po drugie wstydziła się swych pocerowanych sukien, które w porównaniu z kreacjami Amelii wy-
glądały rzeczywiście dość skromnie. 

- Cera też jej się poprawiła - zauważyła pani Wincanton. - Znacznie czystsza. Wyglądała strasznie kiepsko, kie-

dy tu przyjechała, biedaczka. 

Merab także była zadowolona ze zmian w swoim wyglądzie, choć nie popadała w zachwyt. Ponieważ pogoda 

była dość przyjemna, Merab chodziła z Amelią na spacery do Ogrodów Sydney, dzięki czemu jej policzki nabrały 
nieco żywszych kolorów. 

Obie  panie  dyskutowały  pewnego  razu  nad  kwestią  żałoby.  Właściwy  czas  żałoby  po  dziadku  wynosił  sześć 

miesięcy, jednak Amelia uważała, że Merab wcale nie musi przestrzegać tego zwyczaju. Panna Hartfield bywała 
już wcześniej w Bath i wszyscy dobrze znali jej sytuację. 

- Pan Hartfield traktował cię okropnie - powiedziała Amelia. - Jeśli będziesz zachowywać się tak, jakbyś była w 

ciężkiej  żałobie,  ludzie  mogą  wziąć  to  za  hipokryzję.  Uważam,  że  coś  na  kształt  pełzałoby  będzie  w  zupełności 
wystarczające. Szarości, fiolety, coś w tym rodzaju. Oczywiście nie ma mowy o kolorowych klejnotach. 

- Wszystko, o czym mówisz, Amelio, i tak nie ma nic wspólnego z rzeczywistością - odrzekła lekko poirytowa-

na Merab. - Nie mam pieniędzy na nowe ubrania. A jeśli chodzi o biżuterię, to mam tylko klejnoty po mojej ma-
mie. 

Kilka godzin później, wieczorem, Amelia rozmawiała na ten temat ze swoim mężem. Babette skończyła splatać 

jej włosy w warkocz i wyszła, a sir Thomas wrócił właśnie ze swej garderoby. Amelia zapraszającym gestem po-
klepała łóżko przy swoim boku i po chwili podzieliła się z mężem nurtującą ją troską. 

- Merab zgodzi się, bym kupiła jej jakiś drobny prezent, szal czy coś w tym rodzaju, ale nigdy nie pozwoli, bym 

sprawiła jej suknię. Och, jakież to wszystko skomplikowane! 

Sir Thomas pocałował ją w policzek. 
- Jesteś bardzo dobrą przyjaciółką - powiedział - ale w tej sytuacji można tylko podziwiać ducha niezależności 

panny Hartfield i przyklasnąć jej poczynaniom. 

- Ale gdyby tylko... - zaczęła Amelia. 
- Znam cię doskonale - przerwał jej łagodnie sir Thomas - i wiem, że chciałabyś wydać ją za mąż. Musisz jed-

nak pamiętać, że ona ma dwadzieścia sześć lat i posag, o którym nie warto nawet wspominać. 

- Nie chodzi mi o to, żeby ją wydawać za byle kogo - odparła Amelia. - Myślę o wydaniu jej za Rowlanda San-

diforda. A co więcej, słyszałam dziś rano w Pijalni, że on przyjeżdża tutaj w odwiedziny do swej matki. Rozumiesz 
teraz, dlaczego ubranie Merab jest takie ważne? 

Na chwilę w pokoju zapadła cisza. 
- Nigdy ci się to nie uda - powiedział wreszcie sir Thomas. - Po pierwsze, Rowland jest zakochany w tej lalecz-

ce Parminsterów. Po drugie, twoja przyjaciółka, choć przemiła, nie jest żadną pięknością. A po trzecie, panna Hart-
field wydaje się być młodą damą o nieugiętym charakterze. Nie przypuszczam, by zgodziła się wyjść za człowieka, 
który obraził ją w sposób, o jakim mi mówiłaś. 

Amelia spojrzała nań z czułym politowaniem dla jego męskiej naiwności. 
- Zobaczymy - powiedziała tylko i zapadła w sen. 
Rowland pozostał w Merryn Park nieco dłużej, niż przewidywał i niżby tego chciał ze względu na pewne naglą-

ce problemy związane z majątkiem. Dwaj mężczyźni, którzy wędrowali pieszo do Londynu, nieumyślnie podpalili 
stóg  siana,  w  którym  spędzili  noc,  a  powstały  w  ten  sposób  pożar  zagroził  pobliskiej  stajni.  Na  szczęście  wiatr 
zmienił kierunek i przy pomocy mieszkańców wioski, którzy pospieszyli na ratunek z wiadrami i grabiami, udało 
się zażegnać niebezpieczeństwo. Jednak później należało się zająć sporządzeniem  wykazu strat i podobnymi for-
malnościami. 

Lady Parminster oczywiście nic o tym nie wiedziała. Nigdy nie przejmowała się zbytnio ewentualnym małżeń-

stwem  swej  córki  i  Rowlanda  Sandiforda  -  Kitty  mogła  przecież  znaleźć  znacznie  lepszego  męża  niż  właściciel 
niezbyt  dochodowego  majątku.  Lady  Parminster  była  pełna  nadziei,  że  nadchodzące  lato  spędzone  w  Londynie 
przyniesie jej córce zabezpieczenie na przyszłe lata w postaci męża z jakiegoś znakomitego i bogatego rodu. 

Z drugiej jednak strony, nie było żadnych wątpliwości co do tego, że Rowland jest dość atrakcyjnym mężczy-

zną,  a  co  więcej,  niemal  do  szaleństwa  kocha  jej  córkę.  Lady  Parminster  przypuszczała,  że  Rowland  wyjedzie  z 
Merryn Park najszybciej, jak będzie mógł. Tymczasem on z niezrozumiałych względów wciąż pozostawał na miej-
scu, blady i ponury. Gdy pojawiał się w kościele, Kitty chlipała w swoją książeczkę do nabożeństwa i rzucała mu 
spojrzenia pełne udręki. 

Skoro Rowland nie chciał wyjechać - cóż za męczący człowiek! - musiała to zrobić Kitty. Do lata wciąż było 

jeszcze bardzo daleko, a lady Parminster nie chciała patrzeć, jak córka usycha na jej oczach. Nie dostrzegała tego, 
co widział sir John - że Kitty w cudowny sposób zapomina o swej rozpaczy gdy tylko w pobliżu zjawia się młody 
porucznik Heslop, i że tak naprawdę ów smutny nastrój widać tylko w kościele. Kiedy sir John wyjawił swe spo-
strzeżenia, żona była przerażona. 

- W takim razie sprawa jest przesądzona - powiedziała. - Małżeństwo z Rowlandem nie wchodzi w grę, a He-

background image

 

17 

slop jest biedny jak mysz kościelna. Proponuję wysłać Kitty do jej matki chrzestnej, do Bath. Posiedzi tam spokoj-
nie aż do lata. 

- Co? Do Bath? Przecież młody Sandiford też może pojechać do Bath. Mieszka tam jego matka. 
- Nie sądzę - odparła lady Parminster po chwili namysłu. - Z tego, co widzę, Sandiford chce tylko wałęsać się w 

ponurym nastroju po swoim majątku. Gdyby chciał odwiedzić swoją matkę, zrobiłby to chyba znacznie wcześniej, 
prawda? 

- Czy to nie będzie zbyt wielki kłopot dla pani Banstead? Może nie chce się zajmować młodą dziewczyną, która 

nie usiedzi ani chwili na miejscu, i która w dodatku wszędzie potrzebuje przyzwoitki. 

- Nonsens, pani Banstead będzie zachwycona. - Lady Parminster machnięciem ręki zbyła wszelki wątpliwości 

swego  męża.  Pani  Banstead,  prócz  tego,  że  była  matką  chrzestną  Kitty  -  co  bardzo  odpowiadało  jej  rodzicom  - 
uchodziła  także  za  damę  niezwykle  obytą  w towarzystwie,  która  bardzo  sobie chwaliła  życie  w  Bath  i rozrywki, 
jakie  oferowało  jej  to  miasto.  Lady  Parminster  przypuszczała  więc,  że  szacowana  dama  z  radością  przyjmie  do 
siebie Kitty. 

- Dobrze byłoby, gdyby Lavinia Heslop też tam pojechała - powiedziała matka Kitty po zastanowieniu. - W ten 

sposób obie panny mogą być dla siebie przyzwoitkami przez cały dzień. 

W odpowiedzi na propozycje lady Parminster pani Banstead napisała, że z radością będzie gościć obie panienki. 

Sir John nie sprzeciwiał się już więcej, a nawet dał Kitty dziesięć gwinei. 

- Kup sobie parę drobiazgów, kotku. 
Trzy dni później powóz Parminsterów z Kitty, Lavinia i pokojówką wyruszył do Bath. 

Amelia siedziała w swym porannym pokoju i ozdabiała haftem dziecięce ubranka. Była już w czwartym miesią-

cu  ciąży  i  miała  nadzieję, że  tym  razem  doczeka  się wreszcie  upragnionej  córeczki.  Oczywiście,  kochała swoich 
synów, ale dała już mężowi dwóch dziedziców i uważała, że ma prawo prosić teraz Boga o dziewczynkę. Jednak ta 
ciąża nie należała do najłatwiejszych; na szczęście przyjazd Merab okazał się miłą odmianą, która pozwoliła ode-
rwać  się  na  moment  od  własnych  kłopotów.  Amelia  zaczęła  się  już  czuć  lepiej,  nawet  na  tyle  dobrze,  że  mogła 
wybierać  się  z  Merab  na  krótkie  spacery  do  Ogrodów  Sydney  i  regularnie  odwiedzać  Pijalnię,  gdzie  piła  wody 
lecznicze zalecone jej przez doktora. 

Merab siedziała w fotelu naprzeciwko i przerzucała stronice jakiegoś magazynu dla pań. Widać było wyraźnie, 

ż

e myślami jest bardzo daleko od tego miejsca. Wreszcie westchnęła, odłożyła książkę i powiedziała: 

- Amelio, jestem tutaj już od sześciu tygodni i muszę się wreszcie poważnie zastanowić nad moją przyszłością. 

Powinnam zacząć szukać jakiejś posady. 

Amelia  przeszyła  jeszcze  dwa  ściegi,  nim  odpowiedziała.  Rozmawiały  już  raz  na  ten  temat  i  zaczęła  się  tym 

poważnie martwić. Nie chciała, by Merab wyjechała i zrobiła jakieś głupstwo, zanim ona przekona się, czy nie jest 
w  stanie  skierować  jej  życia  na  inne,  lepsze  tory.  Wiedziała,  że  musi  postępować  bardzo  ostrożnie.  Merab  nie 
chciała nawet słyszeć o tym, by szukać sobie kandydata na męża, Amelia z kolei nie chciała na siłę popychać jej do 
jakiegoś działania. 

- Mówisz o pracy w jakiejś szkole dla dziewcząt? - spytała. - Wiesz, że bardzo chętnie zrobię dla ciebie, co w 

mojej mocy, ale czy naprawdę dobrze się nad tym zastanowiłaś? One tak harują, biedaczki. I to wszystko za dwa-
dzieścia funtów rocznie. 

- Muszę coś robić - oświadczyła Merab stanowczo, po czym odwróciła oczy od ognia trzaskającego wesoło na 

kominku i wpatrzyła się w mroźną, styczniową scenerię za oknem. - Choć może i masz rację, jeśli chodzi o posadę 
nauczycielki.  Wątpię,  czy  jakakolwiek  szkoła  dla  panienek  w  Bath  byłaby  zachwycona  moimi  umiejętnościami 
zdobytymi na stancji panny Goodison! Może powinnam zostać gospodynią? Mam przecież sporą praktykę, a go-
spodynie są znacznie lepiej opłacane. 

- Nigdy! - krzyknęła Amelia, prostując się w fotelu i zrzucając na podłogę dziecięce ubranko. - Gospodyni! Po-

chodzisz przecież ze szlacheckiego rodu. 

-  Zdaje się, że moje dobre urodzenie w niczym  mi tutaj nie pomoże  - odparła Merab cierpko. - Teraz już nie 

wyjdę za mąż, a na pewno łatwiej mi będzie żyć jako gospodyni, która dostaje czterdzieści funtów rocznie, niż jako 
dobrze urodzona guwernantka za połowę tej sumy. 

-  Miałam  nadzieję,  że  zostaniesz  tutaj  -  powiedziała  Amelia  smutno.  -  Przynajmniej  do  czasu,  gdy  urodzę 

dziecko. Nawet nie masz pojęcia jak dobrze na mnie działasz. Dopóki nie przyjechałaś, ciągle przeżywałam jakieś 
okropne depresje. Tak czy inaczej, po prostu musisz zostać do przyjazdu królowej! Wszyscy mówią, że będzie tu w 
czerwcu, a na pewno nie chciałabyś przegapić takiej okazji. 

Merab miała dość sceptyczną minę. Amelia przerwała na chwilę szycie, poprawiła się i dodała: 
- Merab, wiesz, że jesteś dla mnie jak rodzona siostra. Jakże mogłabym ci pozwolić wyjechać i uczyć w jakiejś 

okropnej szkole? Gdybyś tylko pozwoliła kupić sobie trochę ładnych ubrań i czasem wyszła ze mną tu i ówdzie. 

Merab przyjrzała jej się podejrzliwie. 
- Rozumiem! Chcesz mnie wydać za mąż. Znam cię. 
- Ależ Merab, masz dwadzieścia sześć lat, a nie poznałaś jeszcze nikogo poza tym okropnym Rowlandem San-

background image

 

18 

difordem.  Chciałabyś  chyba  mieć  jakichś  przyjaciół?  I  nie  zapominaj  -  dodała  chytrze  -  że  możesz  poznać  jakąś 
odpowiednią osobę, która będzie szukać guwernantki. Twoje szansę znacznie się zwiększą, kiedy będziesz porząd-
nie ubrana. Pierwsze wrażenie jest najważniejsze, wiesz o tym przecież. 

Merab spojrzała na nią sceptycznie. 
- Swatanie - powtórzyła z uporem. 
Gdy Amelia później w samotności myślała o tej rozmowie, wzdychała głośno. Nie była dość delikatna i teraz 

Merab wydawała się jeszcze bardziej niż dotąd zdecydowana szukać jakiejś okropnej posady. Nawet w tej chwili 
siedziała z pewnością w swoim pokoju i pisała do pani Goodison list, w którym prosiła o odpowiednie referencje. 

Jednak los, który dotąd traktował Merab dość okrutnie, jakby chciał ją skazać na ponury i beznadziejny żywot, z 

właściwą  sobie  zmiennością  postanowił  podarować  jej  niewielki  prezent.  Nazajutrz  rano,  przy  śniadaniu,  Merab 
otrzymała list. 

- Jeśli to od panny Goodison, nie chcę nic o tym wiedzieć - zawołała Amelia ze złością. 
- To od pana Camberwella - powiedziała Merab, szczerze zdumiona. - Załączył też weksel na trzydzieści fun-

tów!  

- Cudownie! Ale skąd on wziął te pieniądze? 
- Zdołał przekonać innych egzekutorów, że należy mi się trzydzieści funtów za moją pracę w majątku po pierw-

szym wylewie dziadka. 

- No i najwyższy czas, stary sknera... - burknęła Amelia. - Ale czy to oznacza, że...? 
- Tak, będę rozsądna i kupię sobie jakieś ubrania. 
Amelia wyprostowała się gwałtownie w krześle. 
- Doskonale. Zaraz sporządzimy listę. 
- Wstrzymaj się na minutkę, Amelio - poprosiła Merab. - Nie zamierzam stroić się w piękne fatałaszki i szukać 

męża, to byłoby absurdalne. Chcę kupić jakieś porządne, ciepłe ubrania, buty na zimę i tym podobne rzeczy. Nie 
wydam ani pensa ponad te trzydzieści funtów. 

- O nic nie musisz się martwić - zawołała Amelia. - Zostaw to mnie. 
 
B
yła druga w nocy. Merab kucała na macie przed kominkiem  w swej sypialni i próbowała rozniecić ogień w 

wygasłych już węglach. Wrzuciła do kominka dwa papierowe papiloty i zaczęła delikatnie dmuchać. Wreszcie po 
chwili pojawiła się wąska smużka dymu, a potem maleńki płomyk. Ogień szybko ogarnął drugi papierek i drobne 
szczepionki,  które  służąca  zostawiła  na  podpałkę.  Kiedy  Merab  była  już  pewna,  że  płomień  nie  zgaśnie,  usiadła 
spokojnie i przycisnęła do piersi swą starą, pocerowaną sukienkę. 

Przed  chwilą  przebudziła  się  z  nocnego  koszmaru  i  próbowała  strząsnąć  z  siebie  nieprzyjemne  uczucie,  jakie 

pozostawił okropny sen. Zapaliła jeszcze kilka świec, ustawiła je na kominku i z powrotem usiadła na macie. Śniło 
jej  się,  że  była  ubrana  w  najbardziej  niedorzeczną,  wymyślną,  cudzoziemską  sukienkę,  o  nieprzyzwoicie  dużym 
dekolcie, i próbowała wydostać się z Pijalni. Wszyscy gapili się na nią, damy chichotały za swoimi wachlarzami, a 
co  najgorsze,  był  tam  też  Rowland  Sandiford,  który  otwarcie  z  niej  szydził.  Wyglądała  jak  prawdziwy  cudak,  a 
kiedy się obudziła, jej policzki wciąż płonęły wstydem. 

Przycisnęła  mocniej starą sukienkę  i  zamyśliła  się.  Nietrudno  było  odgadnąć,  co  wywołało  ten  sen.  Dlaczego 

jednak aż tak bardzo przejmuje się nowymi ubraniami? Ustaliła już z Amelią listę najpotrzebniejszych rzeczy i nie 
rozumiała,  co  niepokojącego  może  być  w  wygodnym  płaszczu  i  kilku  sukienkach  dziennych.  Choć  trzydzieści 
funtów  w  zupełności  wystarczało  na  kupno  podstawowej  garderoby,  na  pewno  nie  pokryłoby  kosztów  zakupu 
choćby jednej ekstrawaganckiej kreacji. 

Dlaczego więc tak  mocno to przeżywała? Być może  bała się, że w końcu przestanie być niewidzialna, anoni-

mowa.  Nie  sprawiła  sobie  żadnej  nowej  sukni  od  czasu,  gdy  zamieszkała  w  Hartfield  Hall;  wciąż  donaszała  te, 
które kupiła jeszcze za życia ojca. Po śmierci matki przerabiała jej stare ubrania, podłużając suknie doszytymi pa-
sami innego materiału. 

Pomyślała  ze  smutkiem,  że  z  dorastającej  panienki  stała  się  od  razu  starą  panną.  W  jej  życiu  nigdy  nie  było 

okresu,  w  którym  czułaby  się  dobrze  ubrana,  młoda  i  ładna.  Nigdy  nie  obracała  się  w  towarzystwie,  a jedynymi 
dżentelmenami, jakich spotykała regularnie, byli jej dziadek, pan Camberwell i pastor. Czasami w kościele widy-
wała jakichś obcych młodych mężczyzn, gości którejś z sąsiadujących rodzin. Jednak oni nigdy nie zwracali na nią 
uwagi, jakby była powietrzem. A kuzyn Rowland dał jej jasno do zrozumienia, że jako kobieta w ogóle dla niego 
nie istnieje. 

I o to właśnie chodziło. Merab siedziała nieruchomo, wpatrując się w ogień, i wiedziała już, co ją dręczy. Nie 

wiedziała dlaczego, bo przecież nienawidziła go i pogardzała nim, ale gdy tylko przeczytała list od pana Cambe-
rwella, pomyślała „Teraz mu pokażę!”: Jednak zamiast rzucić Rowlanda na kolana - a potem odwrócić się od niego 
wyniośle - we śnie to ona stała się obiektem jego szyderstw. 

Merab wstała i odszukała małe, oprawne w skorupę żółwia lusterko, które niegdyś należało do jej matki. Przyj-

rzała  się  uważnie  swemu  odbiciu.  Oto  niesforne  włosy,  z  których  wypadały  już  następne  papiloty  -  cóż  mogła  z 
nimi zrobić? Były o wiele za grube, kręciły się zupełnie nie tak jak powinny, a wszelkie starania, by ułożyć je w 

background image

 

19 

regularne  loczki,  nie  przynosiły  żadnych  efektów.  Poza  tym  była  za  blada.  Jej  skóra,  choć  pozbawiona  już  mło-
dzieńczych wyprysków i czysta jak kość słoniowa, była aż nazbyt biała. Nigdy nie będzie miała białoróżowej cery, 
jaką szczycą się prawdziwe piękności. Z lusterka patrzyły na nią wielkie, ciemnobrązowe oczy, które nagle, zupeł-
nie nieoczekiwanie, napełniły się łzami. 

 
M
ajor Bendick, który  zmuszony był niedawno opuścić swój regiment, lecz który wciąż szczycił się swą woj-

skową postawą i powodzeniem u dam, stał przed kominkiem i z przyjemnością przyglądał się bibliotece należącej 
teraz  wyłącznie  do  niego.  Jego  ojciec  niedawno  umarł,  więc  major  Bendick  odziedziczył  spory  majątek,  wydał 
siostrę za dżentelmena, który siedział właśnie obok i popijał jego porto, i przekonał matkę, że powinna wyjechać 
do swej owdowiałej siostry w Devonshire i zamieszkać tam na dłużej. 

Wszystko to zostało zaplanowane z iście wojskową precyzją. Major miał nadzieję, że wciąż pozostaje kochają-

cym i posłusznym synem, jednak kiedy sześć miesięcy temu powrócił do Bath po śmierci ojca, szybko zrozumiał, 
ż

e  synowska  miłość  ma  swoje  granice. Jego  matka  miała  duszę romantyczki,  toteż  owinęła  się  w  grubą warstwę 

czarnej krepy i z upodobaniem odgrywała rolę niepocieszonej wdowy. Siostra, która kończyła właśnie dwadzieścia 
cztery  lata,  niepokojąco  zbliżyła  się do ewangelicyzmu.  Major  postanowił,  że dla  spokoju  ducha  musi  coś z  tym 
wszystkim zrobić. 

Krótkie rozeznanie w sytuacji upewniło go, że wielebny Clement Hartcourt jest najlepszym kandydatem na mę-

ż

a jego siostry, i że gdyby sprzedał kolekcję czternastowiecznych książek ojca - których i tak nigdy by nie przeczy-

tał, i które wcale go nie interesowały - zarobiłby kilka dodatkowych tysięcy funtów. W ten sposób powiększyłby 
posag  Elizy  i  zachęcił  nieco  opornego  pastora  do  poczynienia  kroków  w  odpowiednim  kierunku.  Pan  Hartcourt 
wkrótce poślubił pannę Bendick, a major mógł zająć się matką. Na początku wydawało się, że nigdy nie ulegnie 
jego namowom - wdowa nie żyła ze swoim mężem w idealnej zgodzie i od wielu już lat z utęsknieniem czekała na 
chwilę, gdy będzie mogła prowadzić dom zgodnie ze swoimi własnymi, lepszymi, jak mniemała, poglądami. Ma-
jor,  po  dokładnym  przebadaniu  pola  bitwy,  zdecydował  się  na  terapię  wstrząsową.  Zaprosił  do  siebie  pół  tuzina 
rozbrykanych przyjaciół z armii i urządził kilka hucznych popijaw połączonych z grą w karty. W następnej kolej-
ności sprowadził do domu damę o wątpliwej reputacji, której włosy miały tak nieprawdopodobny odcień blond, że 
pani Bendick obrzuciła je tylko jednym pełnym przerażenia spojrzeniem, po czym bez wahania wyraziła chęć wy-
jazdu do swej siostry, Augusty. 

Wówczas major wielkodusznie dorzucił jeszcze jedną setkę do czterystu fantów, jakie rocznie otrzymywała je-

go matka. 

Major Bendick gotów był teraz wcielić w życie swój kolejny plan. Już trzydzieści pięć lat cieszył się różnymi 

przyjemnościami kawalerskiego życia i uznał wreszcie, że potrzebuje żony. To właśnie powiedział swojemu szwa-
growi. 

- Mam już trzydzieści pięć lat i najwyższy czas, żebym się ustatkował. Potrzebuję synów, najlepiej trzech, dla 

bezpieczeństwa. Jeden jako dziedzic, drugi do pomocy, a trzeci na wszelki wypadek. Myślę, że to by wystarczyło. 
Najstarszy oczywiście zostanie tutaj i będzie zarządzał majątkiem, drugi może iść do wojska... albo do marynarki - 
dodał wspaniałomyślnie. - Nie Jestem kapryśny. A trzeci może robić karierę w Kościele. 

Pan Hartcourt zamrugał z niedowierzaniem. 
- A jeśli będziesz miał córki? - spytał łagodnie. 
Major zbył to nonsensowne przypuszczenie machnięciem ręki. 
- Oczywiście, wybiorę sobie odpowiednią kobietę. To musi być ktoś rozsądny. Nie interesują mnie te kapryśne 

panienki prosto ze szkoły. Więcej włosów niż rozumu. 

- Jak zamierzasz się do tego zabrać? - spytał pastor z ciekawością. 
Major był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną i nosił się prosto, jak na żołnierza przystało. Miał krótko 

przystrzyżone proste, ciemne włosy, kawaleryjski wąsik i równe białe zęby. Takie atrybuty zapewne podobałyby 
się damom, choć żona pastora nie miała o swym bracie najlepszego zdania i nazywała go „zarozumiałym bydla-
kiem”. 

W Pijalni znajdowała się lista gości i każdy, kto się tam wpisywał, mógł oczekiwać, że wcześniej czy później 

złoży mu wizytę jeden z dwóch Mistrzów Ceremonii z Bath. Major zamierzał przejrzeć tę księgę i wybrać stamtąd 
kandydatki na przyszła panią Bendick. 

- Jutro pójdę do Pijalni i zrobię listę - powiedział. 
- Listę! - powtórzył jak echo pan Hartcourt. 
- Tak. Nazwisko, wiek, status. Nie mam nic przeciwko wdowie, choć jeśli będzie miała jakieś bachory, wyślę je 

do szkoły, gdzieś daleko stąd. Przydałby się też jakiś porządny posag, ale nie jestem chciwy. Dwa albo trzy tysiące 
wystarczą. 

Pastor  wpatrywał  się  w  swój  kieliszek  z  porto.  Nigdy  nie  przepadał  specjalnie  za  swoim  szwagrem,  ale  teraz 

wręcz pragnął szczerze - co zupełnie nie szło w parze z chrześcijańską miłością bliźniego - by major dostał porząd-
ną nauczkę. 

- Coś jeszcze? - spytał. 

background image

 

20 

- No cóż, musi być jeszcze dość ładna. I chociaż chciałbym, żeby była rozmowna, to znaczy, żeby interesowała 

się tym co ja, to na pewno nie chcę jakiejś intelektualistki. Uważam, że kobieca inteligencja najlepiej sprawdza się 
w domu i przy dzieciach. 

- A co z miłością? 
- Miłość? - Major roześmiał się. - To sentymentalna bzdura. Nie wierzę w nią. 
 
N
azajutrz rano Pijalnia nie była specjalnie zatłoczona - być może nienajlepsza pogoda odstraszyła część bywal-

ców. Pani Bridges przechadzała się pod rękę ze swym nowym mężem i zatrzymywała się co chwila, by porozma-
wiać ze znajomymi. Grupa rozchichotanych dziewcząt znajdowała się pod baczną obserwacją swoich mam - major 
spojrzał na nie obojętnie i poszedł dalej. Była tam także ładniutka lady Wincanton, która coraz wyraźniej nabierała 
tak przyjemnych dla oka kształtów. Major lubił patrzeć na ciężarne kobiety, a szczególnie lubił panią Wincanton, 
która nie tylko była ładna, ale także wypełniła swój obowiązek, dając mężowie dwójkę zdrowych synów, a teraz 
przygotowywała zapewne trzeciego, zapasowego. Lady Wincanton spacerowała z bardzo atrakcyjną damą, której 
major nie widział nigdy dotąd. 

Była wysoka, szczupła i poruszała się elegancko, co z aprobatą odnotował major Bendick. Ubrana była w jasno-

szarą suknię, najwyraźniej uszytą przez dobrą i drogą modystkę. Suknia była prosta, bez żadnych zbędnych ozdó-
bek, jednak talia została lekko obniżona, a rękawy poszerzone w stosunku do tych, jakie noszono w Anglii. Major, 
który w czasie swej kariery przebywał wraz z armią w Paryżu, od razu rozpoznał francuski krój. 

Nieznajoma dama odwróciła się w jego kierunku i major dojrzał Jasną, kremową skórę, ładne wargi i wielkie, 

brązowe oczy. Krótko przycięte włosy młodej kobiety kręciły się w niesfornych lokach. 

Kim ona jest? Musi się dowiedzieć. 
Pigmalion nie mógł być chyba bardziej zadowolony z przemiany swej Galatei, niż Amelia z transformacji, jaka 

dokonała  się  w  wyglądzie  Merab.  Gdy  tylko  Merab  odeszła  do  stołu  z  listem  pana  Camberwella,  Amelia,  zapo-
mniawszy o  wszelkich dolegliwościach, wezwała powóz, wynalazła jakąś książkę  z biblioteki, którą natychmiast 
musiała wymienić na inną, i pojechała prosto do salonu mody przy South Parade. Madame Regnier, która była jego 
właścicielką, kilka lat wcześniej przeszła na emeryturę, jednak pracowała od czasu do czasu dla kilku ulubionych 
klientek, do których z przyjemnością zaliczała lady Wincanton (była bogata, szybko płaciła i ufała bez zastrzeżeń 
wyborowi i gustowi madame Regnier). W drodze do salonu umysł Amelii pracował bez wytchnienia. Była przeko-
nana, że madame Regnier z przyjemnością obsłuży tak dobrą klientkę jak ona. Była też pewna, że ta inteligentna 
dama natychmiast zauważy, iż pod okropnymi ubraniami i fryzurą Merab kryje się prawdziwy styl i elegancja. 

Postanowiła wtajemniczyć madame Regnier w swój plan. Merab nie dowie się o rzeczywistych kosztach stro-

jów, gdyby przekroczyły trzydzieści funtów, a wszelkie dodatkowe opłaty zostaną pokryte przez sir Thomasa. To 
było  doskonałe rozwiązanie.  Tego  samego  wieczora,  kiedy  ubierała  się  do  kolacji,  powiedziała  o  wszystkim  Ba-
bette. 

Mademoiselle musi ściąć włosy, naturellement - zawołała Babette, która w chwilach wzruszenia jakby zapo-

minała  o  angielskim  i  wracała  do  swego  ojczystego  języka.  Gestykulując energicznie,  mówiła  dalej:  -  W  Paryżu 
teraz, pisze moja kuzynka, włosy są krótkie, krótkie, krótkie. I całe pokręcone. Panienka Merab będzie piękna. Ja ją 
ostrzygę, zobaczy pani. Dżentelmeni będą za nią szaleć. 

- Na miłość boską, nie mów jej tego! - przeraziła się Amelia która nie miała przed Babette prawie żadnych se-

kretów. 

- Proszę się nie obawiać, miladi - odparła Babette konspiracyjnym szeptem. - Panienka nic nie będzie podejrze-

wać. 

Kiedy kilka dni później nadeszły nowe ubrania, a włosy mademoiselle zostały przycięte mimo jej gwałtownych 

protestów, Merab była jednocześnie oszołomiona, zadowolona i zaniepokojona zmianami, jakie zaszły w jej wy-
glądzie. Tego wieczora Babette pomogła jej ubrać się do kolacji. Przycięte elegancko loki zostały zręcznie podwią-
zane aksamitką, a fioletowa sukienka podkreślała delikatny, kremowy odcień jej cery i ogromne, brązowe oczy. 

-  Proszę  bardzo,  mademoiselle  -  zawołała  Babette  i  cofnęła się  o  krok,  by  podziwiać  dzieło  swych  rąk.  -  Tak 

właśnie powinna panienka wyglądać! Miladi będzie bardzo zadowolona, a sir Thomas po prostu bouleverse

- Nie chcę, żeby sir Thomas był bouleverse - odparła Merab z lekkim przestrachem. 
Babette uśmiechnęła się. 
- Sir Thomas będzie bouleverse w najlepszym tego słowa znaczeniu. 
Merab roześmiała się głośno. 
- Po prostu czarująca - powiedział sir Thomas, kiedy wieczorem Merab zeszła do salonu. 
Merab spojrzała niepewnie na Amelię, która stała obok z uśmiechem zadowolenia na twarzy. 
- Nie uważasz, że ta sukienka jest trochę...hm za śmiała jak na guwernantkę? - spytała, zerkając na dekolt, który 

wydawał jej się przerażająco duży. 

- Nonsens, panno Hartfield - powiedział sir Thomas, wyręczając swoją żonę i potwierdzając to, o czym wcze-

ś

niej mówiła Babette. - Wygląda pani teraz jak prawdziwa dama, czyli wreszcie jest pani sobą, i wydaje mi się, że 

nie ma tu żadnych wątpliwości. 

background image

 

21 

Spojrzał na żonę, która uniosła lekko brew w niemym pytaniu. Sir Thomas nieznacznie skinął głową, wyrażając 

w ten sposób swą aprobatę. Pomyślał, że Amelia miała rację. Panna Hartfield była bardzo atrakcyjną młodą kobie-
tą. Nie była może klasyczną pięknością, jej nos był na to nieco za wąski, a ona sama o cal lub dwa za wysoka. Z 
pewnością jednak mogła narobić zamieszania w męskim towarzystwie w Bath, a może nawet - pomimo marnego 
posagu - znaleźć sobie męża. Postanowił jednak przestrzec Amelię, by nie robiła sobie za wielkich nadziei. 

Głośno wyrażany podziw sir Thomasa, a także pochwały Amelii i Babette sprawiły, że następnego ranka Merab 

odważyła się pójść ze swą przyjaciółką na spacer do Pijalni. Amelia chodziła tam, by pić wody lecznicze przepisa-
ne przez jej doktora, jednak tym razem zależało jej przede wszystkim na tym, by ktoś zauważył Merab. Skończyła 
właśnie pić swoją porcję i rozejrzała się dokoła. Ach! Idealny kandydat. 

- Ach, major Bendick! Miło pana widzieć. 
Major skwapliwie podszedł do lady Wincanton, ukłonił się i pocałował jej dłoń. 
- Lady Wincanton. Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że przychodzi tutaj pić tę wodę. 
Amelia zrobiła kwaśną minę. 
-  Muszę.  Ale,  ale,  Merab,  pozwól,  że  przedstawię  ci  majora  Bendicka.  Majorze,  to  moja  przyjaciółka,  panna 

Hartfield. Uczyłyśmy się razem w szkole. 

- Panno Hartfield - major ukłonił się głęboko. Do diabła, z bliska wydawała się jeszcze ładniejsza. Co za oczy! - 

Czy zamierza pani zostać tutaj na długo? 

- Miesiąc, może troszkę dłużej. - Merab podziwiała jego białe zęby, jak tego zapewne chciał sam major, a po-

tem spojrzała z rezygnacją na Amelię. 

- Mam nadzieję, że znacznie dłużej - powiedziała lady Wincanton. 
- Ja też mam taką nadzieję - uśmiechnął się major. - Czy mogę paniom towarzyszyć, jeśli zechcą panie pospace-

rować jeszcze kilka chwil? 

Amelia nagle odkryła, że jest bardzo zmęczona i opadła na jedno ze złoconych krzeseł, ustawionych pod ścia-

nami  pomieszczenia.  Była  jednak  pewna,  że  Merab  ma  ochotę  na  dłuższy  spacer.  Major  oświadczył,  że  będzie 
zachwycony, mogąc jej towarzyszyć. 

Ż

yjąc w Hartfield Hall niemal jak w zamknięciu, Merab nie miała okazji być obiektem męskiej galanterii. Dla-

tego też na początku była po prostu oszołomiona komplementami, jakie bez ustanku prawił jej major. Co właściwie 
miała mu na to odpowiedzieć? Po chwili doszła do wniosku, że major Bendick jest z siebie bardzo zadowolony, o 
wiele  za  bardzo.  Pod  wygładzoną  i  ugrzecznioną  powierzchownością  krył  się mężczyzna,  który  postrzegał  damy 
tylko  jako  lalki  lub anioły,  i  nie dopuszczał  do siebie  myśli,  by  mogło  istnieć  coś  pomiędzy  tymi  skrajnościami. 
Major spacerował powoli, kłaniając się na lewo i prawo różnym znajomym, jakby chciał pochwalić się wszystkim 
swoją zdobyczą. 

- Widzę, że moje komplementy nie robią na pani wrażenia - powiedział, kiedy doszli do końca sali, a Merab nie 

odezwała się ani słowem. 

- Panie majorze - przemówiła w końcu oszołomiona dziewczyna. - Ostanie osiem lat spędziłam na wsi w domu 

mojego  dziadka.  Nieczęsto  miałam  okazję  wysłuchiwać  komplementów.  -  Ze  smutkiem  przypomniała  sobie,  że 
dziadek obdarzał ją jedynie epitetami w rodzaju „głupi wymoczek” i prędzej odgryzłby sobie język, niż powiedział 
jej z własnej woli coś miłego. 

Cudownie, pomyślał major. Jaka świeżość. No i stąd ta półżałoba. 
- Ale teraz, kiedy jest pani w Bath, musi pani poznać wszystkie przyjemności, jakie oferuje nam to miasto. Na 

przykład muzyka. Jestem pewien, że lubi pani muzykę. W Bawialni co środę odbywają się koncerty. To oczywiście 
nic ważnego, bo przede wszystkim staramy się zadowolić nasze młode damy. 

Merab spojrzała na niego ze zdumieniem. 
- Czy damy nie mogą lubić poważnej muzyki? 
Wychowywano  ją  w  ogromnym  poszanowaniu  dla  muzyki  i  zawsze  traktowała  ją  poważnie.  Jednym  z  jej 

pierwszych wspomnień było słuchanie matki, która ćwiczyła gamy. 

- Moja droga panno Hartfield! - Major roześmiał się głośno. - Chyba nie chce mi pani powiedzieć, że jest inte-

lektualistką? 

- Rzeczywiście, nie. - Merab pomyślała przelotnie o pannie Goodison, dla której idealny model kobiecej eduka-

cji zawierał w sobie niezbyt głęboką analizę jednego z esejów Addsona, naukę kaligrafii, z mniejszym naciskiem 
na ortografię, i nie kończącą się naukę szycia. 

- Miło mi to słyszeć! Najwspanialszy talent damy to czarujące maniery, którymi potrafi tak łatwo podbić serce 

każdego mężczyzny. 

Merab uśmiechnęła się uprzejmie. 
- Majorze, ta rozmowa do niczego nie prowadzi. Mogę tylko powtórzyć, że nie przywykłam do komplementów. 

Szkoła, w której wraz z lady Wincanton spędziłam  kilka cudownych lat, nie zachęcała kobiet do intelektualnego 
wysiłku. Uczono nas za to, że prawdziwym damom przystoi powściągliwość i małomówność. Teraz więc poproszę 
pana, by odprowadził mnie do lady Wincanton. 

Zachwycająca skromność, pomyślał major. W dodatku uwagi panny Hartfield były całkiem inteligentne - jak na 

background image

 

22 

kobietę. Major był ciekaw, jaki posag ma ta dama. 

- Jak mogłaś! - zawołała Merab, kiedy major, wypowiedziawszy jeszcze kilka pochlebnych uwag, oddalił się od 

obu pań. 

Amelia roześmiała się. 
- Biedak tak bardzo chciał z tobą porozmawiać, że musiałam mu dać po temu okazję, to wszystko. Czy to było 

aż takie straszne? On jest bardzo przystojny, chyba zauważyłaś? 

- Tak, podejrzewam, że tak. - Nagle przypomniała sobie zimne, szare oczy Rowlanda. - Przynajmniej jest lepiej 

wychowany. 

- Lepiej wychowany niż kto? - spytała Amelia. Zanim jednak mogła otrzymać odpowiedź na to pytanie, została 

przywołana przez panią Tiverton, która rozmawiała z jakimiś przyjaciółmi przy oknie. Amelia i Merab ruszyły w 
jej stronę. 

- Moja kochana Amelia!  -  Pani Tiverton ucałowała ją gorąco i przedstawiła swoim przyjaciołom, panu i pani 

Bridges. Merab także została przedstawiona trójce nieznajomych i znalazła się nagle obok pani Bridges, miłej ko-
biety około pięćdziesiątki z siwiejącymi włosami związanymi w elegancki kok i parą uśmiechniętych orzechowych 
oczu.  Wydawała  jej  się  dziwnie  znajoma,  ale  ponieważ  pani  Bridges  nie  wspominała  o  tym  ani  słowem,  Merab 
pomyślała, że musi się mylić. Bo właściwie kiedy mogły się poznać? Na pewno nie w ciągu ostatnich ośmiu lat. 

Rozmowa już po raz drugi tego dnia dotyczyła muzyki. 
- Muszę wyznać, że moja wielka miłość to Mozart - mówiła pani Bridges. - Oczywiście, to już trochę niemodne, 

ale... 

- Nie uważam, by wielka muzyka naprawdę podlegała kaprysom mody - powiedziała Merab z naciskiem. 
- Ach, więc zgadza się pani ze mną? 
- Całkowicie. Moja matka, która śpiewała naprawdę pięknie, uwielbiała Mozarta. Zawsze mnie uczyła, że mu-

zyk i śpiewak są po to, by prezentować dzieła kompozytora, a nie po to by się popisywać. „Mozart jest większy od 
nas wszystkich” powtarzała. I miała rację. 

- Więc w pierwszej kolejności czci pani Mozarta - powiedziała pani Bridges z uśmiechem. - Mam nadzieję, że 

będzie pani mogła uczynić nam tę przyjemność i wybrać się z nami na Jakiś koncert. 

Merab  przyjęła  tę  propozycję  ze  znacznie  większą  przyjemnością  niż  pożegnalne  słowa  majora  Bendicka,  w 

których ten wyrażał nadzieję na kolejne spotkanie. Doszła do wniosku, że lubi panią Bridges - była to miła, nie-
afektowana kobieta. Chętnie pozna ją trochę lepiej. A jej mąż wydawał się bardzo uprzejmy. Przynajmniej nie bę-
dzie musiała znosić tego nudnego majora. 

Amelia powróciła do domu bardzo zadowolona z tej niewielkiej wyprawy. Merab zaczęła swe życie towarzy-

skie  bardzo  efektownie.  Major  był  bez  wątpienia  pod  jej  urokiem.  Pani  Bridges  należała  do  najpopularniejszych 
osób w Bath, a już po cichu pogratulowała Amelii jej „czarującej przyjaciółki”. Państwo Bridges byli bardzo miła 
parą, a znajomość z nimi z pewnością pozwoli Merab poznać wielu ciekawych ludzi. 

Reakcja pani Bridges zdumiałaby zarówno Amelię, jak i Merab, gdyby któraś z nich mogła ją słyszeć. 
- Więc to była Merab Hartfield - powiedziała do swego  męża,  kiedy powolnym spacerem wracali do domu. - 

Przyznam, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Rowland wyrażał się o niej niezbyt pochlebnie. 

- Bardzo miła młoda kobieta - zgodził się jej mąż. - Inteligentna i atrakcyjna. 
- Najwyraźniej nie miała bladego pojęcia, kim jestem - powiedziała pani Bridges, marszcząc lekko czoło. 
- Powiesz jej? 
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę. 
-  Nie,  nie  sądzę.  Przynajmniej jeszcze  nie  teraz.  Chciałabym,  żebyśmy  poznały  się  lepiej  bez  żadnych  uprze-

dzeń. 

 
L
avinia  Heslop  przyjęła propozycję  wyjazdu  w  towarzystwie Kitty  do  Bath  z  wdzięcznością  graniczącą  z za-

chwytem.  Pani  Heslop  była  niemal  równie  zadowolona.  Pastor  i  jego  rodzina  żyli  bardzo  skromnie  i  nie  byli  w 
stanie wysłać córki na całe lato do Londynu. Czterech synów pani Heslop musiało znaleźć sobie miejsce w świecie, 
a to sporo kosztowało, więc potrzeby Laivinii musiały zaczekać. Lecz choć pani Heslop godziła się z tą konieczno-
ś

cią, nie chciała, by Lavinia została starą panną tylko z powodu braku okazji. Tak więc nie mogła zmarnować szan-

sy wysłania córki na kilka miesięcy do Bath, nawet jeśli nie do końca pochwalała fanaberie Kitty. 

Kareta Parminsterów, wioząca Kitty, Lavinię i służącą Kitty, zajechała przed dom pani Banstead pewnego zim-

nego popołudnia w połowie lutego. Dziewczynki zostały uprzejmie powitane przez panią Banstead, która zachwy-
cała się głośno urodą Kitty i zapewniała, że wokół pięknej panienki będzie aż tłoczno od adoratorów. Potem obie 
przyjaciółki zostały zaprowadzone do ładnej sypialni wybitej tapetą o delikatnym, zielonym wzorze i kilkoma fi-
gurkami pastuszków na kominku. Dwaj służący wnieśli ich bagaże, pokojówka przyniosła ciepłą wodę, i pani Ban-
stead wreszcie je opuściła, mówiąc na odchodnym: 

- Najdroższa Kitty, zabiorę cię jutro do mojej modystki! Wróciła właśnie z Paryża i wie wszystko o najnowszej 

modzie. Jestem pewna, że będziesz nią zachwycona. Pani też, panno Heslop - dodała po namyśle. 

Wszelkie obawy pani Parminster o stan ducha jej córki okazały się bezpodstawne. Kitty na początku rzeczywi-

background image

 

23 

ś

cie próbowała przybrać udręczoną pozę i wzbudzić w ten sposób zainteresowanie otoczenia już pierwszego wie-

czora w Bawialni, jednak widok innych dziewcząt, roztańczonych i spoglądających na nią ze współczuciem, spra-
wił,  że  szybko  zapomniała  o  swym  postanowieniu.  Pani  Banstead  oczywiście  znała  wielu ciekawych  ludzi,  toteż 
Kitty i Lavinia zostały przedstawione towarzystwu i przy następnym tańcu obie panny miały już partnerów. 

Major  Bendick  także  tam  był,  wciąż  uzupełniając  swoją  listę.  Nazwisko  Merab  zostało  tam  już  zapisane,  jej 

przyjaźń  z  lady  Wincanton  była  wystarczającym  świadectwem  dobrej  reputacji,  Jednak  niepokój  majora  budziło 
wciąż puste miejsce przy rubryce „posag”. Przy nazwisku Parminster miejsce to zostało już wypełnione. Pani Ban-
stead dyskretnie powiadomiła majora o rychłym przyjeździe swej chrześnicy, a ten wpisał kwotę 10 000 funtów. 
Lavinia w ogóle nie znalazła się na tej liście. 

Major świadom był swoich atutów i doskonale rozumiał się z panią Banstead. Wysoki, przystojny mężczyzna, 

którego stan posiadania nie wzbudzał żadnych wątpliwości, obdarzony pewną nieuchwytną aurą męskości właści-
wą tylko żołnierzom, zawsze spotykał się z akceptacją dam. Pani Banstead z uśmiechem pozwoliła, by ich wspólny 
przyjaciel przedstawił go pannie Parminster. 

Choć pierwsza reakcja Kitty, wyrażająca pełne uznanie dla jego zalet, bardzo mu pochlebiała, major nie był do 

końca przekonany. 

- Czy będzie pani chodzić na koncerty, panno Parminster? - Spytał, kiedy zajęli miejsce w szeregu innych par. 
- Koncerty? - Powtórzyła Kitty z przerażeniem. 
- Tak, koncerty. Odbywają się w każdą środę. Czy lubi pani muzykę? 
Kitty roześmiała się perliście. 
- Muszę wyznać, że choć śpiewam jedną czy dwie piosenki, jak to musi robić każda młoda dama, na samą myśl 

o siedzeniu w jednym miejscu przez cały koncert chce mi się spać. - Widząc posępną minę majora, spytała; - A czy 
pan, w takim razie, lubi muzykę? 

- Naturalnie. Pod warunkiem, że jest naprawdę melodyjna. Nie przepadam za tymi nowoczesnymi wymysłami. 

Beethoven na przykład w ogóle nie jest melodyjny. 

Duch przekory owładnął nagle panną Parminster. Uśmiechnęła się najpiękniej, jak potrafiła, do swego partnera. 
- A ja uważam, że muzyka Beethovena jest naprawdę cudowna. 
Brwi majora jak na rozkaz zbiegły się razem. 
- Jestem starszy od pani, panno Parminster. Musi pani uznać, że mam rację. 
- Och, a to dlaczego? - spytała Kitty, otwierając szeroko oczy. 
Później, w karecie odwożącej trójkę dam do domu, pani Banstead zapytała: 
- Czym wprawiłaś majora w takie zdenerwowanie, Kitty? 
Panna wzruszyła tylko ramionami. 
- To bardzo dobra partia - przypomniała jej pani Banstead. - Poza całkiem przyzwoitym majątkiem ma co naj-

mniej cztery tysiące rocznego dochodu. 

Kitty nie odpowiedziała. Później, kiedy obie dziewczynki kładły się spać, powiedziała do Lavinii: 
- Myślał, że musi tylko powiedzieć mi, co jemu się podoba, a ja natychmiast się z tym zgodzę. 
Rzuciła się ze złością na łóżko. Przywykła do tego, że to mężczyźni ulegali jej, a nie ona mężczyznom. Row-

land zawsze podporządkowywał się jej życzeniom. 

Lavinia uważnie splotła warkocz i powiedziała: 
- Ale zrobiłaś na nim ogromne wrażenie, Kitty. Ciągle prosił cię o następny taniec. 
Mówiła o tym ze smutkiem, gdyż major był jednym z najprzystojniejszych mężczyzn, jakich w życiu widziała, 

a on nawet na nią nie spojrzał. 

- Rzeczywiście, chyba tak było, prawda? - spytała Kitty z zadowoleniem. 
W miarę upływu dni Kitty miała coraz więcej powodów do samozadowolenia. Co prawda major odsunął się od 

niej, lecz Kitty miała teraz już całe kółko adoratorów, a najważniejszym z nich był wicehrabia Claydon, mężczy-
zna, którego Kitty skłonna była traktować całkiem poważnie. 

Lavinia przyjechała do Bath, spodziewając się samych przyjemności, szybko jednak odkryła, że życie w mie-

ś

cie wcale nie wygląda tak różowo. W domu, gdzie krąg ich znajomych ograniczał się do kilku dobrze im znanych 

osób, nie miała poczucia rywalizacji. Zawsze była pokorną wielbicielką Kitty i była wdzięczna za każdy okruszek, 
który spadł z jej stołu. Co więcej, wszyscy wiedzieli, że jej posag jest bardzo skromny, i dlatego też nikt nie kwapił 
się, by ją adorować. 

Tutaj, w Bath, wzbudzała całkiem spore zainteresowanie, które w opinii Kitty należało się tylko jej. 
-  Nie  rozumiem,  dlaczego  pan  Corbett  tańczył  z  tobą  aż  dwa  razy  -  powiedziała  któregoś  wieczora  w  drodze 

powrotnej do domu. Pan Corbett był przystojnym młodym mężczyzną, o którym mówiono, że zostanie spadkobier-
cą majątku starego pana Fincha, swojego ojca chrzestnego, zaś ten oceniano na co najmniej 5 000 funtów rocznego 
zysku. Czego on mógł chcieć od tej biednej Lavinii z jej dwoma marnymi tysiącami? 

Lavinia,  która  siedziała  na  przednim  siedzeniu,  spostrzegła,  że  pani  Banstead  patrzy  na  nią  z  dezaprobatą  i 

szybko odrzekła: 

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Na pewno chciał przede wszystkim rozmawiać o tobie. 

background image

 

24 

Nie było to całkiem zgodne z prawdą, ale Kitty uśmiechnęła się ze zrozumieniem, a pani Banstead najwyraźniej 

się uspokoiła. Lavinia odwróciła głowę do okna i patrzyła na płomienie gazowych latarni, które rzucały pomarań-
czowy blask na chodnik i rozpraszały ciemności zimowej nocy. Po raz pierwszy w życiu zaczęła odczuwać niechęć 
do swej przyjaciółki. Czy  ona, Lavinia, nie mogła  mieć swoich adoratorów? Nagle zatęskniła do swej przytulnej 
sypialni w domu rodzinnym i do towarzystwa mamy. 

 
R
owland  przyjechał  do  Bath  dopiero  pod  koniec  lutego.  Złożył  kurtuazyjną  wizytę  swej  matce  i  jej  nowemu 

mężowi, jednak stanowczo odmówił, gdy poprosili, by zamieszkał w ich domu. 

- Nie, naprawdę dziękuję, mamo - mówił. - Zatrzymam się w hotelu. Nie wiem jeszcze, jak długo tutaj zostanę i 

nie chciałbym wam robić kłopotu. 

Jego matka, widząc, że nic nie wskóra, nie namawiała go dłużej. Wiedziała, że jej powtórne małżeństwo była 

dla Rowlanda pewnym szokiem, choć od wielu lat znał i lubił jej obecnego męża. Jednak choć mógł bez zastrzeżeń 
tolerować Samuela jako jej cichego wielbiciela, nie potrafił od razu w pełni zaakceptować go jako jej małżonka. 
Lady Bridges zdawała sobie sprawę, że damy w jej wieku - miała pięćdziesiąt sześć lat - nie powinny zajmować się 
rzeczami odpowiednimi raczej dla ludzi młodych. 

Zrozumiawszy, że na razie nie osiągnie nic więcej, powiedziała tylko: 
-  Mam  nadzieję,  że  zostaniesz  przynajmniej  na  kolację.  Mamy  dzisiaj  dziczyznę.  Brat  Samuela  przysłał  nam 

spory kawałek. 

- Dziękuję, z przyjemnością. 
Rowland oczywiście słyszał  wcześniej,  że Kitty jest w  Bath. Wiedział  bardzo  dobrze,  że  prawdziwemu  dżen-

telmenowi nie przystoi w takiej sytuacji wybierać się do damy i igrać z jej uczuciami. Z drugiej jednak strony bar-
dzo chciał ją zobaczyć i być może liczył po cichu na jakiś cud. Wyobrażał sobie, jak rodzina na siłę wyciągają do 
Bawialni. Czyż nie widział wtedy, w niedzielę, jak płakała rozpaczliwie w swoją koronkową chusteczkę? 

W końcu przekonał sam siebie, że uprzejmość wymaga, by złożył wizytę swej matce i osobiście złożył jej gra-

tulacje z okazji ślubu. Potem zobaczy, co dalej. Po krótkim namyśle postanowił, że zostanie w Bath jeszcze kilka 
tygodni.  Będzie  próbował zachowywać  się  w  stosunku  do  Kitty  przyjaźnie,  lecz  z  chłodną  uprzejmością. Gdyby 
tylko mógł liczyć na to, że ona jeszcze poczeka... Ale nie, musi to zrozumieć. Musi pogodzić się z faktem, że jego 
plany życiowe uległy nieodwracalnej zmianie. Musi zdać sobie wreszcie sprawę, że nie dostanie Kitty ani też ma-
jątku Hartfieldów. 

Rowland jeszcze wielokrotnie myślał o kłótni z Merab i doszedł do satysfakcjonującego wniosku, że ma to już 

za sobą. Co!? Miał się ożenić z takim kocmołuchem, zaniedbaną starą panną bez ogłady, i w dodatku niezbyt ład-
ną?  Pewnie  do  tego  wszystkiego  była  okropną  jędzą.  Gdyby  miała  jakiekolwiek  zalety,  to  czy  kuzyn  Julian  już 
dawno nie poznałby ich ze sobą? Wybuch gniewu wywołany był szokiem, jakiego doznał po odczytaniu testamen-
tu - nikt nie byłby w stanie powstrzymać się w takich okolicznościach i nikt nie mógł go winić za to, co się stało. 

Następnego wieczora wybrał się do Bawialni. Był poniedziałek i odbywał się właśnie bal. Rowland postanowił 

udzielać się towarzysko. Mistrz Ceremonii z pewnością przedstawi go wielu atrakcyjnym damom, a on spróbuje się 
zrelaksować i zabawić. 

Dotarł  na  miejsce  dosyć  późno  i  kiedy  szedł  przez  salę,  by  złożyć  swoje  uszanowanie  Mistrzowi  Ceremonii, 

znalazł się nagle twarzą w twarz z... Kim ona była? Przecież na pewno skądś ją znał! 

Rowland wpatrywał się osłupiały w wysoką, szczupła kobietę o pięknych, ciemnych włosach, które delikatnymi 

loczkami okalały czarującą twarz. Jej skóra miała bardzo jasny, oliwkowy odcień, który pokrywał się właśnie deli-
katnym rumieńcem, kiedy i ona patrzyła na niego. Oczy miała ciemnobrązowe, wielkie i lśniące. Nieznajoma nosi-
ła elegancką, jedwabną suknię wieczorową w kolorze głębokiego fioletu, który cudownie podkreślał jej wspaniałą 
kremową karnację. 

Serce Rowlanda podskoczyło gwałtownie. Kto to jest? 
Nieznajoma dama była poruszona równie głęboko jak on. 
- Pan... pan Sandiford... 
- Panna Hartfield! - Rowland poczuł, jak ogarnia go wielki gniew. - Co, u diabła, pani tutaj robi? 

Towarzystwo w Bath nie było tak ekskluzywne i zamknięte jak modny świat Londynu. Chorych i rekonwale-

scentów, którzy przyjeżdżali tutaj się leczyć, łączyła prawdziwa sympatia. Nowo przybyli pacjenci szybko odkry-
wali, że towarzysze ich niedoli chętnie dzielą się wszelkimi wiadomościami na temat najlepszych lekarzy i sposo-
bów terapii. Ta przyjacielska atmosfera ogarniała także Pijalnię i Bawialnię. Dama, która w londyńskim towarzy-
stwie  nie  znalazłaby  nigdy  miejsca,  była  ciepło  przyjmowana  w  Bath,  pod  warunkiem,  że  była  dość  miła  i  dość 
bogata, by pozwolić sobie na pobyt w tym mieście. 

Dlatego też wiele osób wydawało spore sumy na wizyty w Bath, w nadziei, że właśnie w ten sposób uda im się 

wejść do towarzystwa. Nikt nie był w tych wysiłkach równie wytrwały jak pani Dinah Hamson, bogata wdowa tuż 
po pięćdziesiątce. Towarzyszył jej syn, Joseph. 

Pani Hamson była dość korpulentną osobą o ciemnych włosach, teraz lekko już przyprószonych siwizną, ciem-

background image

 

25 

nych oczach i niezbyt miłym charakterze. Była wdową po pastorze z bogatej parafii, i jako żona pastora przywykła 
do  tego,  by  traktowano  ją  z  uległością  i  należnym  szacunkiem.  Zaproszenie  na  herbatkę  do  pani  Harrison  było 
prawdziwym  zaszczytem,  niemal  królewskim  rozkazem.  Niestety,  jej  władcze  zapędy  i  sztywne  maniery  nie  po-
zwoliły jej znaleźć swego miejsca w nieco bardziej wyszukanym towarzystwie. 

Ż

ycie w Bath było bardzo upublicznione: nowy gość przyjeżdżał do miasta, wpisywał się do księgi wyłożonej 

w Pijalni, przyjmował wizytę dwóch Mistrzów Ceremonii, a potem, jeśli był w stanie opłacić wcale niemałą skład-
kę za wstęp do Bawialni i różnych modnych miejsc, w których pokazywał się „wielki świat”, wtedy dopiero zosta-
wał dopuszczony do towarzystwa. Co działo się potem,  zależało już od samego zainteresowanego. Pani Harrison 
była w towarzystwie tolerowana, ale tylko tolerowana. Lady Mandersby i czcigodna pani Tiverton, dwie seniorki 
societe

 Bath, kłaniały jej się uprzejmie, gdy zdarzyło im się spotkać w przejściu, jednak pani Harrison nigdy nie 

została oficjalnie przedstawiona ich znajomym i nie należała do ich kręgu. 

Joseph  był  krępym,  młodym  mężczyzną  o  starannie  pokręconych  i  wypomadowanych  włosach.  Był  równie 

uparty jak jego matka, a w dodatku dość ograniczony. Z zawodu był prawnikiem i pracował głównie dla pewnego 
kupca w Bristolu, a ponieważ świetnie znał najdrobniejsze tajniki handlu, doskonale nadawał się do tego rodzaju 
profesji. „Nikt jeszcze nie przechytrzył Josepha Hamsona”, mawiał z upodobaniem do swoich kolegów. 

On  także  nie  mógł  pogodzić  się  z  tym,  że  wciąż  nie  należy  do  towarzystwa  w  Bath.  Rozumiał  doskonale,  że 

ożenek z kobietą z wyższych sfer znacznie powiększyłby jego szansę na zasobną przyszłość. Gdy jego zaloty do 
córki zwierzchnika zostały pogardliwie odrzucone, przyjechał do Bath, by tutaj popróbować szczęścia. 

Był częścią zewnętrznego kręgu satelitów, otaczających pannę Parminster. 
- Zobacz tylko, tutaj jest na co popatrzeć - powiedział do matki, kiedy oboje siedzieli w sali balowej Bawialni, 

czekając na muzykę. Głową wskazał na Kitty. 

- Tak, a przy tym na pewno warta jest niezłą fortunkę - dodała pani Harrison, wydymając usta. - Uważam jed-

nak, że jej sukienka jest po prostu nieprzyzwoita. Prawie zupełnie przezroczysta. Można niemal bez trudu zobaczyć 
jej... kończyny. - Pani Harrison chciała właściwie powiedzieć „nogi”, ale uznała, że to byłoby zbyt niedelikatne. 

Joseph  spojrzał  na  Kitty  z  uznaniem.  Szukała  męża,  bez  wątpienia,  a  obcisła  suknia  jeszcze  podkreślała  jej 

wdzięki.  Po  ślubie  naturalnie  nosiłaby  coś  znacznie  skromniejszego.  Joseph  nie  miał  zamiaru  pozwalać,  by  jego 
ż

ona była obiektem zalotnych spojrzeń wszystkich mężczyzn. 

W końcu doczekał się na swój taniec z Kitty i pochlebiał sobie, że udało mu się zrobić na niej pewne wrażenie. 

Właśnie zamierzał spróbować swego szczęścia po raz drugi i poprosić ją o do tańca, kiedy dojrzał, że jego matka 
wykonuje jakieś dziwne, energiczne gesty. 

- Cóż takiego się stało, mamo? - spytał z irytacją, kiedy stanął u jej boku. 
- Widzisz tę damę z lady Wincanton? - syknęła pani Harrison. 
Joseph spojrzał; wysoka elegancka kobieta, przy tym całkiem atrakcyjna. 
- Tak, no i co? 
- Słyszałam, jak lady Wincanton mówiła do niej „Merab”! 
- No i co z tego? 
- Moja siostra nazywała się Merab. 
- Moja droga matko, czy przywołałaś mnie tutaj tylko po to, by mi to powiedzieć? - Joseph zaczął już oddalać 

się od matki. 

- Joseph! Czy ty nic nie rozumiesz? Być może ona jest córką Abby! 
- Abby? 
- Abby, ty tępaku. Mojej zniesławionej siostry, tancerki operowej. Mówiła, że wychodzi za jakiegoś arystokratę. 

Nie mogę przypomnieć sobie jego nazwiska, jakiś Hartshom czy coś takiego. Oczywiście, wszyscy wiedzieliśmy, o 
co naprawdę jej chodzi. Wyszła za mąż, na pewno! Czy to było w ogóle możliwe? 

Joseph znów spojrzał na nieznajomą kobietę. Prowadziła ożywioną rozmowę z lady Wincanton i majorem Ben-

dickiem. Dobrze ubrana, pewna siebie... pieniądze. Jego myśli biegły znów tym samym, dobrze mu znanym torem. 
Zmrużył oczy. 

- Chcesz powiedzieć... 
-  Oczywiście. Jeśli rzeczywiście ona jest córką Abby, to właściwie nie trzeba nam już niczego więcej. Spójrz 

tylko  na  nią.  To jasne,  że  nie  brakuje jej  pieniędzy.  I  obraca  się  w  odpowiednim  towarzystwie.  -  Tak  jak  Abby, 
pomyślała ze złością. Zajęła się tylko sobą i nawet nie pomyślała o siostrze. Przez te wszystkie lata nie dostali od 
niej żadnej wiadomości. 

- Ale myślałem, że ona już nie należy do rodziny - powiedział Joseph. 
-  Oczywiście,  że  wyrzekliśmy  się  jej,  kiedy  została  śpiewaczką  operową.  Pokazywała  na  scenie  nogi,  zresztą 

pewna jestem, że i znacznie więcej też. I nigdy, ani przez chwilę, nie wierzyłam w to jej „małżeństwo”. Jeśli jed-
nak rzeczywiście udało jej się do tego doprowadzić, to jej obowiązkiem było poinformować o tym swoją siostrę. - 
Pani Harrison nie zastanawiała się nad dziwaczną logiką tego rozumowania. Parsknęła tylko gniewnie i spojrzała 
ze złością na Merab. 

- Może ona wcale nie będzie chciała nas poznać - powiedział Joseph, udowadniając, że nie na darmo skończył 

background image

 

26 

studia prawnicze. 

- Nie będzie miała wyboru - warknęła jego matka. - Idź tam i dowiedz się, kim ona jest. 
 
M
erab wpatrywała się z niedowierzaniem w Rowlanda. Na chwilę ogarnął ją lęk. Znów była w Hartfield Hall, 

znów czuła na sobie pogardliwy wzrok kuzyna, znów wstydziła się swych pocerowanych ubrań, bladej cery, nie-
modnej fryzury. Po chwili strach zamienił się w złość. Przebywała tutaj jako przyjaciółka lady Wincanton, została 
zaakceptowana przez  towarzystwo  w  Bath.  Lady  Mandersby,  która  była tu  wyrocznią  w  sprawach towarzyskich, 
chwaliła głośno jej styl. Major Bendick najwyraźniej uważał ją za atrakcyjną kobietę. Czego miałaby się bać? 

Podniosła wyżej głowę i zmierzyła kuzyna zimnym spojrzeniem. 
- Przyjechałam w odwiedziny do mojej przyjaciółki, lady Wincanton. 
- W poszukiwaniu dobrej partii, jak sądzę - burknął Rowland. 
Merab uniosła jedną brew i spojrzała przelotnie na Kitty, nim odpowiedziała: 
- Mogłabym to samo powiedzieć o panu, sir. 
Przez chwilę Rowland nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa. 
- Jak pani śmie! - wykrztusił w końcu. 
-  Panie  Sandiford  -  odparła  Merab  lodowatym  tonem.  -  Nie  muszę  się  panu  z  niczego  tłumaczyć.  Mam  takie 

samo prawo przebywać w Bath, jak i pan. - Kątem oka dostrzegła, że kilka osób, w tym pani Bridges, przygląda im 
się z zainteresowaniem, i dodała. - Zdaje się, że robimy z siebie widowisko. 

Rowland rozejrzał się dokoła niecierpliwie. 
- Lepiej chyba będzie, jeśli się już rozstaniemy, nie sądzi pan? - Merab dygnęła grzecznie i odeszła. 
Rowland wciąż stał w miejscu, patrząc ze złością na oddalającą się pannę Hartfield. 
Amelia  z  rosnącą  konsternacją  przysłuchiwała  się  rozmowie  swej  przyjaciółki.  Dojrzała  Rowlanda  znacznie 

wcześniej, jednak nie mówiła o tym Merab. Żywiła romantyczną nadzieję, że Rowland tylko spojrzy na Merab i 
natychmiast straci dla niej głowę. Tymczasem on kłócił się z nią praktycznie na oczach całego towarzystwa. Nawet 
jeśli nie wszyscy się im przyglądali, to z pewnością i tak dostarczyli tematu do wielu plotek. 

-  Och,  kochanie  -  westchnęła  w  końcu,  wiedząc,  że  wszystko,  co  powie,  i  tak  będzie  brzmiało  niezręcznie.  - 

Myślę, że przyjechał tutaj dla Kitty Parminster. 

-  Pewnie  tak.  -  Merab, jeszcze  przed  chwilą  uradowana  odwetem,  jaki  wzięła  na  swym  niedawnym  oprawcy, 

poczuła nagle ogromne przygnębienie. - Co mam teraz robić, Amelio? 

Przyjaciółka pokręciła głową. 
- Nie możesz tak całkiem się od niego odsunąć. W końcu to twój kuzyn. I na pewno nie chcesz, żeby ktoś do-

wiedział się o tym okropnym testamencie. 

Merab wzdrygnęła się. Wciąż boleśnie odczuwała upokorzenie z tamtego dnia. 
- Teraz pewnie będzie starał się nie wchodzić mi w drogę - powiedziała po chwili. - Myślę, że zwykły ukłon i 

kilka słów przywitania w zupełności wystarczy. 

Ach ci mężczyźni, pomyślała Amelia. 
 
K
itty wolała nie wspominać przy swej matce chrzestnej ani słowem o swojej zażyłej znajomości z Rowlandem 

Sandifordem i poleciła, by Lavinia także pomijała ten temat milczeniem. Martwiła się jedynie, że jej matka mogła 
kiedyś wymienić to nazwisko przy pani Banstead. Na szczęście lady Parminster była dość rozważna, by nie mówić 
głośno  o  niedorzecznych  fanaberiach  córki.  Kitty  zadziwiająco  szybko  zapomniała  o  swoim  rozczarowaniu,  nie 
widziała jednak powodu, dla którego Rowland nie miałby jeszcze trochę ją poadorować. Był jednym z najprzystoj-
niejszych mężczyzn w Bath i jego zaloty mogły tylko dodać jej splendoru w oczach innych. 

- Biedny pan Sandiford - litowała się Lavinia, która miała miękkie serce. - Czy on nie popadnie w jakąś straszną 

depresję, kiedy ty będziesz go tak traktować? On tak bardzo cię kocha, Kitty. 

- Więc powinien być bogatszy - odrzekła Kitty bez cienia współczucia. 
- Ale to nie jego wina, skoro kuzyn postanowił nie zostawiać mu tych pieniędzy! 
-  Oczywiście,  że  jego  -  warknęła  panna  Parminster.  -  Powinien  się  przypochlebiać  temu  kuzynowi.  Pisać  do 

niego miłe listy, zgadzać się z nim we wszystkim. Wiedział przecież, jak bardzo potrzebuje majątku Hartfieldów, 
jeśli chciał się ze mną ożenić. 

- Co się stało z tymi pieniędzmi? - spytała Lavinia, zaciekawiona. 
Kitty wzruszyła ramionami. 
- Pewnie poszły na jakieś cele dobroczynne. No cóż, Rowland miał już swoją szansę. - Z zadowoleniem przyj-

rzała się swemu odbiciu w lustrze. Lord Claydon przyrównał ją do ślicznej czarodziejki - i miał rację. Tyle tylko, 
ż

e lord Claydon jeszcze jej się nie oświadczył. 

- Co zamierzasz zrobić? 
- Będę bardzo miła dla pana Sandiforda - odrzekła Kitty słodko. - Będę z nim tańczyć, pozwolę, żeby mnie ado-

rował, przynosił wino i tak dalej. I postaram się robić to zawsze, kiedy lord Claydon będzie w pobliżu. 

-  A co z innymi? Z panem Hamsonem i...  majorem Bendickiem? - spytała Lavinia z wystudiowaną obojętno-

background image

 

27 

ś

cią. 

- Interesuje cię major Bendick? 
Lavinia starannie wygładziła brzeg sukienki. 
- Jestem pewna, że on w ogóle o mnie nie myśli. Tańczy ze mną tylko wtedy, kiedy nie może tańczyć z tobą. 
Major Bendick to mój drugi typ - powiedziała Kitty, z satysfakcją obserwując przygnębioną minę Lavinii. Męż-

czyzna z czterema tysiącami funtów rocznego dochodu zasługiwał na poważne traktowanie. Kitty nie zamierzała 
pozwolić, by Lavinia sprzątnęła go jej sprzed nosa. - Możesz mieć pana Hamsona, jeśli chcesz. 

- Dziękuję ci - odparła Lavinia beznamiętnym tonem. 
 
K
itty zachowywała się w stosunku do Rowlanda niezwykle, boleśnie wręcz uprzejmie, a jednocześnie wciąż mu 

się  wymykała,  doprowadzając  go  tym  niemal  do  szaleństwa.  Przez  cały  następny  tydzień  Rowland  wytrwale  ją 
adorował.  Kitty  nigdy  nie  podarowała  mu  więcej  niż  dwóch  tańców  jednego  wieczora,  jednak  czułe  spojrzenia, 
jakie bezustannie rzucała w jego kierunku, zdawały się obiecywać znacznie więcej. Kiedy w końcu Rowland spo-
tkał ją za zasłoną liści wielkich palm i pocałował delikatnie, gwałtownie zareagowała. 

- Co ty wyprawiasz? 
- Ale Kitty... 
- Nie mów do mnie „Kitty”! 
- Więc panno Parminster... 
- To już lepiej. - Kitty uśmiechnęła się uroczo i podała mu dłoń. 
Rowland pocałował czubki jej palców. 
- Kitty, posłuchaj... 
- Ja mówiłam poważnie, panie Sandiford. Nie ma pan prawa zwracać się do mnie po imieniu. To nie wypada. 

Co by ludzie powiedzieli? 

- Więc tak szybko mnie już zapomniałaś? - spytał Rowland gorzko. 
Kitty zrozumiała, że jej towarzysz potrzebuje jednak kilku słów zachęty. 
- Nie zapomniałam - powiedziała miękko, spoglądając na niego ze smutkiem swymi błękitnymi oczyma. - Ale 

jeśli będziemy za bardzo się spoufalać, pani Banstead napisze o tym do mamy i taty, a oni przyjadą tutaj i zabiorą 
mnie do domu. A tego nie mogłabym znieść. - Kitty pomyślała o nadziejach, jakie wiązała z wicehrabią Claydo-
nem. 

- Ja też nie mogłem znieść tego, że nie pozwalano mi rozmawiać z tobą w domu - powiedział Rowland cicho.  
Kitty uśmiechnęła się słodko. 
- Rozumiesz więc, że musimy przestrzegać etykiety. - Rozejrzała się dokoła. Jej matka chrzestna i Lavinia stały 

po drugiej stronie sali. Lord Claydon prawdopodobnie gdzieś wyszedł. Kitty wsunęła się ponownie za palmy. 

- No dobrze - powiedziała. - Jeden pocałunek. 
Pozwoliła, by na kilka sekund przywarł do jej ust, a potem odsunęła się od niego. 
- Drogi panie Sandiford - powiedziała z uśmiechem. - Przypuszczam, że zechce pan poczęstować mnie kielisz-

kiem ratafii. 

Zawiedziony, lecz zarazem zupełnie oszołomiony, Rowland pozwolił zaprowadzić się do sali jadalnej. 
 
N
astępnego dnia po nieoczekiwanym spotkaniu Merab i Rowlanda pogoda była wyjątkowo nieprzyjemna. Obie 

damy postanowiły nigdzie nie wychodzić i siedziały wygodnie w pokoju Amelii, rozmawiając o Kitty Parminster. 

-  Nie  mogę  zrozumieć,  co mężczyźni  w  niej  widzą  -  mówiła  Amelia  ze  złością.  Wciąż  czuła  się  wytrącona  z 

równowagi, nie tylko z powodu niezbyt miłego spotkania Merab z kuzynem, ale także dlatego, że Rowland wciąż 
nadskakiwał Kitty. 

- Jest bardzo ładna - podsunęła Merab, która postanowiła być wielkoduszna. 
- Jak lalka! 
- Mężczyźni lubią lalki. Spójrz tylko na majora Bendicka. 
- Nonsens, Merab. Przecież wczoraj wieczorem major wychwalał twoją inteligencję. 
- On będzie ją z chęcią wychwalał - odparła Merab. - Dopóki nie będę jej za bardzo okazywać. Major Bendick 

uważa, że kobieta jest inteligentna tylko wtedy, kiedy we wszystkim się z nim zgadza. 

- Myślałam, że go trochę lubisz - zdziwiła się Amelia. 
Merab obrzuciła ją sceptycznym spojrzeniem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Amelia uważa majora 

za doskonałego kandydata na męża. 

- Oczywiście, że go lubię - odrzekła chłodno. - Jest miłym, dobrze wychowanym mężczyzną, dlaczego miała-

bym go nie lubić? Poza tym, ma do mnie słabość. Na pewno zgodzisz się, ze mną, że to także świadczy o wysokim 
stopniu inteligencji. 

- Jesteś niemożliwa - powiedziała Amelia, kręcąc głową z rozbawieniem. 
W tym momencie w drzwiach pojawił się lokaj - przyniósł na tacy dwie karty wizytowe i podał je Merab. Pod-

niosła je powoli. Któż to składał jej wizytę? „Pani Eli Harrison” głosił napis na jednej i „J. Harrison” na drugiej. 

background image

 

28 

Odwróciła obie karty na drugą stronę. Na jednej z nich dopisano ołówkiem dwa słowa: „Z domu Cooper”. Merab 
pobladła. 

- Co się stało? - Amelia przestała wyszywać ubranko młodszego syna. 
Merab podała jej karty. 
- Cooper to panieńskie nazwisko mojej matki. - Gestem nakazała Amelii, by obejrzała karty z drugiej strony. 
- Gdzie ich zostawiłeś, Gregg? - spytała Amelia. 
- W żółtym salonie, proszę pani - odparł lokaj. - Sir Thomas jest w bibliotece i zapewne nie życzy sobie, by mu 

przeszkadzano. 

- Będę musiała spotkać się z nimi - powiedziała Merab, nieco przestraszona. Myślała teraz niezwykle szybko. 

To  była  bez  wątpienia jej ciotka  Dinah,  a  z  tego,  co  mówiła  jej  mama,  wynikało,  że  była  to  złośliwa,  zazdrosna 
kobieta, z którą Abigail miała niewiele wspólnego. 

- Powiedz pani Harrison i jej synowi, że zaraz do nich zejdziemy - poleciła Amelia. - I poczęstuj ich czymś. 
- Tak jest, proszę pani. - Drzwi zamknęły się za lokajem bezgłośnie. 
-  Nie  podoba  mi  się  to  -  powiedziała Merab.  -  Dlaczego  nagle  chce  mnie  poznać? Wyrzekła  się  mojej  matki, 

kiedy ta zajęła się śpiewem. Nigdy nie odpowiedziała na list, w którym mama zawiadamiała ją o ślubie z tatą. Cze-
go oni mogą ode mnie chcieć? 

- A dlaczego mieliby chcieć czegoś więcej niż po prostu cię poznać? 
- Mama zawsze mówiła mi, że Dinah to okropna egoistka, w dodatku uparta jak osioł. 
- Merab - zaczęła Amelia łagodnie. - To musiało być jakieś trzydzieści lat temu. Przecież wszystko mogło się 

zmienić. Chodźmy na dół i przekonajmy się. Chyba że wolisz spotkać się z nimi sama? 

Merab energicznie potrząsnęła głową. 
Pani Harrison ubrała się na to spotkanie dość ostrożnie, gdyż nie wiedziała, jakie są oczekiwania jej siostrzeni-

cy. Bardzo chciała uzyskać wreszcie wstęp do towarzystwa, w jakim obracała się Merab, i dlatego postawiła przede 
wszystkim na dyskrecję i powściągliwość. Z drugiej strony nie uważała wcale, że powinna okazywać córce Abigail 
-  która  była  tylko  owocem  mezaliansu  pomiędzy  tancerką  operową  (by  nie  powiedzieć  gorzej)  i  nieudacznikiem 
Jonathanem Hartfieldem - jakieś specjalne względy. Chciała także podkreślić wyraźnie swoją wartość. Znajdowała 
się więc w dosyć trudnej i złożonej sytuacji. Chciała wszelkich korzyści, jakie mogła jej dać znajomość z Merab, z 
drugiej zaś strony nie zamierzała jej za nic dziękować. 

Po długich namysłach włożyła więc czarny wełniany kostium, obszyty foczym futrem, z bardzo skromnym de-

koltem. Na głowie miała turban, znany jako pruski hełm, który jeszcze bardziej podkreślał surowy wizerunek. Ca-
łości dopełniał parasol. 

Joseph także starannie dobierał swą garderobę. Włożył spodnie z cielęcej skóry, buty z cholewami i dwurzędo-

wy surdut, a do tego fular, który po wielu nieudanych próbach udało mu się związać na sposób amerykański, które 
to  wiązanie,  w  jego  mniemaniu,  dodawało  mu  pewnej  nieuchwytnej  aury  nowoczesności.  Obserwował  Merab 
uważnie  i  w  pełni  aprobował  to,  co  widział.  Przemknęła  mu  nawet  przez  głowę  myśl,  że  choć  wolałby  za  żonę 
Kitty Parminster, jego nowa kuzynka także byłaby całkiem odpowiednią towarzyszką dla młodego prawnika pną-
cego się po szczeblach kariery. Znała odpowiednich ludzi, odznaczała się pewną dyskretną elegancją, a jej posag z 
pewnością  przydałby  się  młodemu  człowiekowi  takiemu  jak  on  i  pomógłby  mu  zdobyć  odpowiednią  pozycję  w 
ś

wiecie. 

Gdy tylko pani Harrison ujrzała Merab, od razu zrozumiała, jak bardzo jej nie lubi. Jej siostrzenica była wyższa 

od swej matki, ale miała te same oczy, które mogły podbić serce każdego mężczyzny. Poruszała się także bardzo 
podobnie. Joseph mógł sobie nazywać to „elegancją”, ale pani Harrison i tak dobrze wiedziała, że Merab chce po 
prostu okazać w ten sposób swoją wyższość, dokładnie tak samo, jak robiła to jej matka. Gdy Merab dopytywała 
się uprzejmie, gdzie pani Harrison zatrzymała się po przyjeździe do Bath, ta uznała to za bezczelną impertynencję. 
Uważała też, że Merab udaje tylko przyjaciółkę lady Wincanton, by się jej przypochlebić. 

- A czy ty zamierzasz jeszcze długo pozostać w Bath? - spytała niegrzecznie pani Harrison. 
- Niezbyt długo, proszę pani. Muszę szukać posady nauczycielki. 
- Nauczycielki! - powtórzył Joseph z przerażeniem. 
- Tak, niestety - przytaknęła Merab. Jej kuzyn był młodym mężczyzną o grubych rysach twarzy; nosił się dość 

elegancko. Merab pomyślała, że jeśli przyszedł tutaj wraz ze swoją okropną matką, by wyciągnąć z niej jakieś pie-
niądze, to powinna jak najszybciej pozbawić go wszelkich złudzeń. - Dziadek nie zostawił mi żadnych pieniędzy. 
Sama muszę zarabiać na życie. 

Pani Harrison spojrzała na poranną suknię Merab z delikatnej szarej wełny i doszła do wniosku, że jej siostrze-

nica mija się z prawdą. 

- Jestem pewna, że lady Wincanton nie pozwoli na to - powiedziała głośno. 
- Wolę być niezależna. 
- Ale dopóki jest pani tutaj, zagląda pani czasem do Bawialni, prawda? - wtrącił się Joseph, który tak jak i jego 

matka nie wierzył w ubóstwo Merab i czuł, że kolejna szansa wymyka mu się z rąk. - Mam nadzieję, że mogę li-
czyć na jeden lub dwa tańce, droga kuzynko? 

background image

 

29 

- Niestety, nie tańczę, panie Harrison. Wciąż jestem w żałobie po moim dziadku. 
Pani Harrison nie mogła już znieść tego ani chwili dłużej. 
- Ho, ho! - parsknęła. - Pomyślałby kto. Nie bądź taka zarozumiała, moja panno. Twoja matka była taka sama, 

udawała wielką damę. Myślisz, że jesteś taka wspaniała i ważna, że nie możesz nawet zatańczyć z własnym kuzy-
nem? Pozwól sobie powiedzieć, że... 

- Mamo! - Joseph podniósł głos o pół tonu. 
Pani Harrison przerwała w pół zdania. 
- Może lepiej puścić w niepamięć urazy z przeszłości - powiedziała z wysiłkiem. - Choć źle się dzieje na świe-

cie, kiedy siostrzenica uważa, że wolno jej pogardzać własnymi krewnymi. 

Merab spojrzała bezradnie na Amelię, która odwróciła głowę i wpatrywała się obojętnie w krajobraz za oknem. 
- Wcale nie chcę się wywyższać, proszę pani - powiedziała cicho. - Nie chcę też odrzucać swoich krewnych. 

Ale mój dziadek, z którym mieszkałam przez ostatnie osiem lat, umarł zaledwie dwa miesiące temu i gdybym już 
teraz brała udział w tańcach, uznano by to za wysoce niestosowne. 

- Osiem lat! I ty chcesz mi powiedzieć, że zostawił cię bez środków do życia? Wiem dobrze, że miał całkiem 

niezły  mająteczek,  którego  niejeden  by  mu  pozazdrościł!  -  Pani  Harrison  nie  omieszkała  przed  tą  wizytą  dowie-
dzieć się czegoś więcej o rodzime Hartfieldów z Kroniki rodów szlacheckich Zjednoczonego Królestwa

- Mamo! - powtórzył błagalnym tonem Joseph. - Przecież to nie twój interes. 
- Nonsens, Josephie. Czyż nie jestem jej ciotką? A jej matka była dokładnie taka sama, nigdy nie odpowiedziała 

ci wprost na żadne pytanie. 

Nic dziwnego, pomyślała Merab. Nikt nie chciałby mówić za wiele przy takiej wścibskiej osobie. 
- Mój dziadek był ekscentrykiem - powiedziała w końcu. - Wolał przeznaczyć swoje pieniądze na cele dobro-

czynne. - Zamilkła na moment i dodała z leciutką ironią. - Zdaje się, że jego opinia o mnie i mojej matce była bar-
dzo podobna do tej, jaką pani zdążyła już wyrazić. 

- Bardzo przepraszam za zachowanie mojej mamy - wtrącił Joseph z desperacją. - To spotkanie wytrąciło ją z 

równowagi. 

Pani Harrison podniosła się ze swego miejsca. 
- Będziemy musiały się już pożegnać, siostrzenico Merab - oświadczyła. - Widzę, że uczucia rodzinne niewiele 

dla pani znaczą. Ale jako chrześcijanka wciąż wyciągam do pani rękę na znak pojednania. Josephie, wstań, musi-
my już iść. 

Merab i Amelia także wstały ze swych foteli i czekały uprzejmie przy drzwiach, aż powóz gości zniknie im z 

oczu. 

- Co za okropna kobieta! - wykrzyknęła Merab. - Najdroższa •Amelio, mam tylko nadzieje, że nie wyprzesz się 

mnie teraz. 

Amelia pocałowała ją w policzek. 
- Wszyscy mamy jakichś okropnych krewnych - powiedziała. Powinnaś zobaczyć moją kuzynkę, Caroline. Od-

rażająca  kobieta.  Spędza  całe  życie  na  hulankach;  pijaństwo,  hazard,  tuziny  kochanków.  Zawsze  żyje  na  skraju 
bankructwa. Nie mów mi nawet o krewnych. 

- Ona przynajmniej nie mieszka w Bath! - Merab uśmiechnęła się z wysiłkiem, wciąż zdenerwowana. - Czy na-

prawdę byłam taka niegrzeczna? 

- Oczywiście, że nie. Byłaś bardzo uprzejma. Jeśli ona nie wierzy w to co mówisz, to już nie twoja wina. 
- Nie powinnam była kupować tych nowych ubrań. Mogą wprowadzić kogoś w błąd. 
-  Nonsens.  Twoja  ciotka,  o  ile  się  nie  mylę,  ma  spore  ambicje  towarzyskie.  Po  prostu  nie  może  pogodzić  się 

zmyślą, że tym razem nic z tego nie wyszło - stanowczo oznajmiła Amelia. 

Choć  Amelia  udawała  pewną  siebie,  w  rzeczywistości  była  bardzo  zmartwiona.  Obawiała  się  między  innymi 

opinii swego męża. Choć pani Harrison i jej syn nie byli prostakami, z pewnością nie należeli też do osób, jakie 
powinny  znajdować  się  w  towarzystwie  Merab.  Na  pewno  nie  znaleźliby  uznania  w  oczach  towarzystwa.  Major 
Bendick wyraził już pewne zainteresowanie Merab i Amelia obawiała się, że w tym momencie krewni pokroju pani 
Harrison mogła przyjaciółce bardzo zaszkodzić. 

Czy rozsądny człowiek, za jakiego zawsze uważała majora Bendicka, chciałby mieć cokolwiek wspólnego z te-

go rodzaju kobietą? Nawet jeśli w tej chwili pani Harrison uwierzyła Merab i straciła dla niej zainteresowanie, z 
pewnością chciałaby odnowić tę znajomość, gdyby jej siostrzenica została żoną majora! 

Sir Thomas, gdy jego żona odważyła się porozmawiać z nim na ten temat, także wyrażał swoje obawy. 
-  Na  pewno  znacznie  zmniejszyli jej szansę  -  oświadczył  z  pewnością.  -  Widziałem  tę  kobietę.  Przeklęta,  na-

molna metodystka. Znam podobnych ludzi. 

- Rzeczywiście jest aż tak źle? - przeraziła się Amelia. - Nie próbowała mnie nawracać ani nie namawiała do 

modlitwy. 

- Hm. Ale na pewno ma bardzo surowe poglądy na temat teatru, hazardu i Bóg wie czego jeszcze. Dla panny 

Hartfield byłoby najlepiej, gdyby ci dwoje wynieśli się z powrotem do Bristolu, nim w Bath rozniesie się wieść o 
ich pokrewieństwie. 

background image

 

30 

Amelia westchnęła. 
- Obawiam się, że pan Harrison należy do kręgu adoratorów Kitty Parminster. Wątpię, czy zechcą wyjechać już 

teraz. 

- W takim razie dobrze byłoby dla panny Hartfield, gdyby zajął się nią ktoś inny - powiedział w końcu sir Tho-

mas.  Wciąż  uważał,  że  jego  żona  była  zbyt  optymistycznie  nastawiona  do  planów  wydania  przyjaciółki  za  mąż, 
jednak nie mógł spokojnie patrzeć na jej przygnębioną minę. Nie pozwoli co prawda, by kontaktowała się z tymi 
Harrisonami, jednak dopóki panna Hartfield zdoła trzymać się od nich z daleka, nie będzie interweniował. 

Jakby w odpowiedzi na modlitwy Amelii, następnego dnia Wincantonowie i panna Hartfield otrzymali zapro-

szenie na przyjęcie wydawane przez Bridgesów przy okazji zbliżającego się koncertu w Bawialni. 

- Zechcesz tam pójść, Merab? - spytała Amelia. 
- Bardzo chętnie. - Merab lubiła panią Bridges. 
Przed koncertem goście zaproszeni zostali na herbatę. Pani Bridges zaplanowała poczęstunek na wpół do siód-

mej, zaś koncert rozpoczynał się godzinę później. 

Merab ubrała się na tę okazję bardzo starannie. Miała na sobie jedną z dwóch nowych sukien wieczorowych z 

szarego  jedwabiu  i  delikatny  szal  z  czarnej  koronki,  którym  Amelia  przyozdobiła  jej  ramiona.  We  włosy  wpięła 
hebanowy grzebień, a w dłoni trzymała czarny wachlarz. Jej skóra zawsze była troszeczkę za blada, jednak czarny 
szal zdawał się zacierać to wrażenie, co Amelia odnotowała z satysfakcją. 

Jednak zaraz przy wejściu do Bawialni oczekiwał Merab spory szok. Obok pani Bridges, która witała wszyst-

kich przybywających gości, stał nie kto inny jak Rowland Sandiford! 

- Panie Sandiford - zachłysnęła się Merab, mocniej przyciskając do siebie szal. - Skąd pan się tu wziął? 
Rowland uniósł lekko brwi. 
- Dlaczego miałoby mnie tu nie być? - spytał zimno. - Pani Bridges jest moją matką?! 
- Pana matką? 
- Więc stąd się znamy - powiedziała Amelia, podchodząc bliżej i podając dłoń pani Bridges. - Byłam pewna, że 

gdzieś już panią widziałam, ale nazwisko wydawało mi się obce. Proszę mi wybaczyć. 

Pani Bridges uśmiechnęła się ciepło, wybaczając Amelii to nagłe wtargnięcie. Domyślała się, że przede wszyst-

kim miało ono wybawić Merab z opresji. 

- Wyszłam za pana Bridgesa dopiero w listopadzie - odpowiedziała. - Przypuszczam, że spotkałyśmy się jeszcze 

nim pani Tiverton przedstawiła nas sobie, ale to było tylko jakieś skromne przyjęcie wiele lat temu. 

- Oczywiście - zgodziła się Amelia. - Teraz już sobie przypominam. 
Pani Bridges zwróciła się z uśmiechem do osłupiałej Merab. Rowland zdążył się już oddalić, więc powiedziała: 
-  Mój  syn  potrafi  być  czasem  nieznośny,  panno  Hartfield.  Mam  nadzieję,  że  jego  obecność  nie  zepsuje  pani 

wieczoru. 

- Nie, nie! - Czyżby pani Bridges wiedziała o wszystkim? - w głowie Merab kłębiły się setki myśli. 
- Liczę też na to, że będziemy mogły poznać się trochę lepiej. - Pani Bridges zauważyła, że Merab wciąż jest 

nieco oszołomiona, uścisnęła więc jej dłoń i pozwoliła odejść. 

- Panie Bridges - zawołała do swego męża. - Jestem pewna, że panna Hartfield chętnie się czegoś napije. 
W pierwszej chwili Rowland chciał oskarżyć Merab, że celowo zaznajomiła się z jego matką, żeby... No wła-

ś

nie,  żeby  co?  Zastawić  na  niego  pułapkę?  Na  szczęście  tym  razem  dobry  anioł  stróż  powstrzymał  nierozważne 

słowa, które cisnęły mu się na usta. 

Wiedział doskonale, że Merab właściwie nie ma ani pensa, zauważył jednak z pewnym zakłopotaniem, że wielu 

mężczyzn  w  Bath  uważało  ją  za  całkiem  interesująca  partię,  godną  ich  zabiegów.  To  spostrzeżenie  wytrąciło  go 
zupełnie z równowagi. Kto by pomyślał, że ta koścista kobieta potrafi tak bardzo się przeobrazić? 

Nagle zorientował się, że stoi w pobliżu miejsca, w którym Merab toczy właśnie dyskusję z panem Bridges. 
-  Czasami  śpiewam  wieczorami  -  mówiła  panna  Hartfield.  -  Sir  Thomas  bardzo  lubi  stare  piosenki,  takie  jak 

Pewnego ranka

 i temu podobne. Państwo Wincanton mają cudowny fortepian. Co za ton! 

Merab śpiewa, pomyślał z rozbawieniem Rowland. Niech Bóg broni! Kitty to zupełnie co innego. Kitty miała 

słodki głosik i potrafiła cudownie nim operować. Ale ona odebrała solidne wykształcenie. Wolał nie myśleć o tym, 
jak brzmi śpiew jego kuzynki. 

- Tak bardzo cieszę się na ten koncert - kontynuowała Merab. - Już od tak dawna nie słuchałam muzyki w do-

brym wykonaniu. 

- Jaki jest pani ulubiony kompozytor, kuzynko? - spytał nagle Rowland, zaskakując sam siebie. 
Merab odwróciła się powoli. 
- Mozart, bez wątpienia. - Rowland jak zawsze mówił lekko kpiącym cynicznym tonem, jednak Merab zauwa-

ż

yła, że tym razem nazwał ją „kuzynką”. - Uważam, że muzyka Mozarta zawiera w sobie wszystko. Kiedy byłam 

mała, mama śpiewała mi przed snem Se wuol ballare, signior contino, i od tego czasu już na zawsze pokochałam 
Mozarta. 

Rowland zauważył z konsternacją, że Merab mówiła z całkiem dobrym włoskim akcentem. 
- Musiała pani mieć niezwykłe dzieciństwo, kołysana do snu muzyką Mozarta. Większość dzieci słucha piosen-

background image

 

31 

ki o dwóch kotkach. 

Merab uśmiechnęła się lekko. 
- Och, ja też jej słuchałam. Tyle że po prostu wolałam Mozarta. 
Rowland nie wiedział, co ma na to odpowiedzieć. Nagle w jego głowie pojawiły się setki pytań. Jak wyglądało 

dzieciństwo tej kobiety? Co się z nią działo, nim przyjechała do Hartfield Hall? I nagle, zupełnie niespodziewanie, 
zadał  sobie  pytanie  najważniejsze:  dlaczego  kuzyn  Julian  zachowywał  się  z  taką  wrogością  w  stosunku  do  swej 
wnuczki? 

Merab odstawiła kieliszek i spojrzała na niego niepewnie. 
- To bardzo miło ze strony pańskiej matki, że zechciała mnie tutaj zaprosić - powiedziała z lekkim wahaniem. - 

Nie zdawałam sobie sprawy, że wie o mnie wszystko. 

Chciała przez to powiedzieć tylko tyle, że docenia wielkoduszność pani Bridges, która zaprosiła ją tutaj, choć w 

pewnym sensie pozbawiła ona jej syna sporej fortuny. 

Rowland jednak zrozumiał to całkiem opacznie. 
- Chce pani powiedzieć, że moja matka celowo spotkała nas ze sobą? - spytał gniewnie. - Zapewne zastanawia 

się Pani teraz, czy aby nie za szybko wyrzekła się majątku Hartfieldów. 

Merab zbladła jak ściana. Czy jej kuzyn chciał w ten sposób zasugerować, że ona celowo sprokurowała to spo-

tkanie,  by  nakłonić  go  do  małżeństwa?  Przez  moment  była  tak  wściekła,  że  miała  ochotę  sięgnąć  powtórnie  po 
kieliszek i chlusnąć jego zawartością prosto w twarz Rowlanda, Na szczęście zdrowy rozsądek zwyciężył. 

-  Jeśli  rzeczywiście  tak  pan  myśli,  to  chyba  powinien  był  pan  ostrzec  swoją  matkę  przede  mną,  prawda? Kto 

wie, może pomyślała, że jednak nie ja byłam winna takiej treści testamentu i chciała po prostu poznać mnie jako 
zwykłego człowieka? - Uśmiechnęła się chłodno i dodała. - Nie mogę zrozumieć, dlaczego uważa się pan za tak 
niezwykle atrakcyjną partię. Przepraszam, widzę, że przybył właśnie major Bendick. - Z tymi słowy Merab oddali-
ła się od swego kuzyna. 

Koncert  zagrany  był  cudownie,  jednak  Merab  nie  mogła  się  skupić  na  muzyce.  Jak  on  śmiał?  Czy  naprawdę 

przypuszczał,  że  ona  kiedykolwiek  zgodziłaby  się  przyjąć  jego  oświadczyny?  Musiałaby  chyba  być  szalona,  by 
zgodzić się na coś podobnego. Przez osiem lat spędzonych pod jednym dachem ze swym dziadkiem Merab zrozu-
miała, że nigdy więcej nie chce być już pomiatana i pogardzana przez innego człowieka. Nauczanie w szkole dla 
panienek na pewno było ciężką pracą, jednak dawało poczucie niezależności, a przy tym zawsze można było liczyć 
na szacunek i sympatię uczennic. Lepiej prowadzić spokojne życie ubogiej nauczycielki, niż być bezustannie poni-
ż

aną przez jakiegoś aroganta. 

Jednak przypuszczenia Rowlanda nie były wcale takie dalekie od rzeczywistości, jak to wyobrażała sobie Me-

rab. Jego matka tego samego wieczora w rozmowie z mężem dała wyraz swej rosnącej irytacji. 

- Czasami zupełnie nie rozumiem Rowlanda. Uważam, że panna Hartfield jest naprawdę cudowna. Inteligentna, 

atrakcyjna, o wspaniałych manierach, czegóż więcej on chce? 

- Może Kitty Parminster - powiedział jej mąż, wyjmując spinki z rękawów koszuli i kładąc je ostrożnie na ko-

minku. 

- Kitty Parminster! - Parsknęła jego żona pogardliwie. - Przecież ona zanudziłaby go na śmierć po kilku miesią-

cach. 

Pan Bridges rozumiał, dlaczego jego pasierb stracił głowę dla Kitty; te cudowne dołeczki w policzkach, czaru-

jące spojrzenia, jakie rzucała mężczyznom spod rzęs. Był jednak rozsądnym mężczyzną i nie powiedział ani słowa. 

 
L
ord Claydon wziął głęboki oddech i zapukał do drzwi domu pani Banstead. Ubrany był w sposób odpowiedni 

na tak niecodzienną okazję. Jego włosy były elegancko wypomadowane, lokaj przez cały ranek dobierał mu odpo-
wiedni krawat, a nowy płaszcz dopiero co przyniesiono od krawca. 

Wewnątrz domu Kitty ubierała się w pośpiechu. Służąca już trzy razy układała jej włosy, a Lavinia, która sie-

działa na łóżku i zapewniała swą przyjaciółkę, że wygląda naprawdę przepięknie, próbowała stłumić w sobie uczu-
cie zazdrości. Poprzedniego wieczora lord Claydon spytał, czy może tego ranka złożyć Kitty wizytę w bardzo waż-
nej sprawie. Ani Kitty, ani Lavinia, ani też pani Banstead nie miały wątpliwości co do jego zamiarów. Zaledwie 
dwa dni wcześniej pani Banstead napisała do lady Parminster list, w którym donosiła jej z radością, że lord Clay-
don obdarza Kitty coraz większym zainteresowaniem. 

Wreszcie Kitty była zadowolona ze swego wyglądu. Służąca mogła odejść. 
- Czy on bardzo cię kocha? - spytała Lavinia żałośnie.. 
- Och tak. - Kitty uśmiechnęła się z satysfakcją do własnego odbicia. - Szaleje za mną. A ja nie pozwoliłam mu 

nawet potrzymać się za rękę. 

- Biedny pan Sandiford będzie zdruzgotany. 
- I bardzo dobrze! - odrzekła Kitty, wyraźnie zadowolona. 
 
R
owland nie dowiedział się o zaręczynach jeszcze przez cały następny tydzień. Lord Claydon natychmiast wy-

jechał do Wiltshire, by uzyskać zgodę sir Johna, i wówczas dopiero ojciec Kitty wysłał wiadomość do „The Mor-

background image

 

32 

ning Post” i „The Times”. Rowland nie trudził się zbyt dokładnym przeglądaniem gazet, a ponieważ poprzedniego 
wieczora  Kitty  była  dlań  wyjątkowo  przychylna  i  nawet  pozwoliła  sobie  ukraść  całusa,  nie  podejrzewał,  co  się 
ś

więci. 

Dopiero gdy spotkał swoją matkę w Pijalni, dowiedział się o wszystkim. 
- Tak mi przykro, mój drogi - powiedziała. - Wiem, że to musi być dla ciebie prawdziwy cios. 
-  Jaki  cios?  -  spytał  Rowland,  spojrzeniem  szukając w  tłumie  Kitty.  Kiedy jednak  odwrócił się i  zobaczył  jej 

twarz, natychmiast domyślił się wszystkiego. 

Sir Thomas i lady Wincanton pili właśnie poranną kawę, kiedy sir Thomas wydał z siebie okrzyk zdumienia i 

podał swej żonie gazetę. 

- Tu! - wskazał palcem właściwe miejsce. 
Amelia odłożyła filiżankę i spojrzała na gazetę. 
„Lucius, wicehrabia Claydon i panna Catherine Mary Parminster ogłosili oficjalnie swe zaręczyny...” 
- Pomyślałem, że cię to zainteresuje - zauważył sir Thomas. 
Amelia jeszcze raz przeczytała wiadomość i uśmiechnęła się z zadowoleniem. 
- Bo rzeczywiście mnie interesuje, i to bardzo. W takim razie, tę przeszkodę ma już za sobą. 
- Chyba nie myślisz ciągle o tym, żeby wyswatać Sandiforda i pannę Hartfield? Przecież oni kłócą się przy każ-

dej okazji. 

- Ano właśnie! Więc nie są sobie obojętni - wyjaśniła Amelia, nieco poirytowana tą męską krótkowzrocznością 

swego małżonka. 

Sir Thomas roześmiał się głośno. 
- Jesteś niemożliwa, moja droga. Zapewniam cię, że w mojej opinii byłoby to na pewno wspaniałe rozwiązanie, 

dzięki któremu pieniądze i majątek Hartfieldów wróciłyby do rodziny. Tyle tylko, że nie bardzo chce mi się wie-
rzyć, by do tego doszło. 

Ta  sama  wiadomość  poruszyła  także  Merab,  lecz  w  nieco  inny  sposób.  Choć  dotąd  zamieniła  z  Kitty  ledwie 

dwa słowa, od razu poczuła do niej ogromną niechęć. Jak dalece było to związane ze stosunkiem Rowlanda do tej 
młodej  damy,  Merab  nie  potrafiła  określić,  jednak  o  ile  większość  ludzi  była  oczarowana  jej  urodą,  radosnym 
szczebiotem  i  aurą  młodości,  o  tyle  ona  odczuwała  przemożną  chęć,  by  uderzyć  ją  w  twarz  i  potrząsnąć  nią  tak 
mocno, by usłyszeć szczękanie jej zębów. 

W pierwszej chwili ucieszyła się, choć nie wiedziała dlaczego. Potem pojawiła się ponura satysfakcja. Merab 

pomyślała, że Rowland wreszcie zrozumie, że obdarzył uczuciem próżną egoistkę i kokietkę. 

Była zupełnie nieprzygotowana na to, co stało się potem. 
Padał deszcz. Po ciężkim marcowym niebie pędziły gnane wiatrem chmury. Krople deszczu monotonnie bębni-

ły w szyby. Merab czytała właśnie Moll Flanders, książkę, której z pewnością nie powinna nawet dotknąć. Była 
tak pochłonięta pikantnymi przygodami tytułowej bohaterki, że nie usłyszała pukania do frontowych drzwi, i gdy 
kilka chwil później Gregg wszedł do pokoju, podskoczyła z przerażenia. 

- To pan Sandiford, panno Hartfield - oświadczył. - Prosi, by zechciała pani poświęcić mu kilka minut. 
- Pan... pan Sandiford? - Merab upuściła książkę i wpatrywała się w niego, osłupiała ze zdumienia. Cieńmy ru-

mieniec wypełzał powoli na jej policzki. 

Aha, pomyślał Gregg. 
Merab próbowała pozbierać myśli. Po cóż on chciał się z nią zobaczyć? To musiało mieć coś wspólnego z Hart-

field. Może zdarzył się tam jakiś pożar? Albo odnaleziono inny, sporządzony później testament? 

-  Wprowadź  tu  pana  Sandiforda,  Gregg  -  powiedziała  w  końcu.  Gdy  tylko  lokaj  zniknął  za  drzwiami,  Merab 

wepchnęła książkę pod poduszkę i podbiegła do lustra, by poprawić włosy. Kiedy chwilę później Rowland wszedł 
do pokoju, Merab siedziała z ręką opartą na poręczy fotela, w wystudiowanej pozie, którą można by postawić za 
wzór każdej dobrze wychowanej damie. 

- Kuzynko Merab... 
Merab  uniosła  lekko  brwi  i  poczuła,  że  ogarnia  ją  lekka  panika.  „Kuzynko  Merab”?  Dlaczego  tak  otwarcie 

przyznawał się do wiążącego ich pokrewieństwa, choć w zeszłym tygodniu na przyjęciu u pani Bridges nie chciał 
mieć z nianie wspólnego? 

- Sir. - Potrafiła się zdobyć tylko na tyle. - Proszę usiąść.. 
Rowland zignorował jej zaproszenie i zaczął chodzić nerwowo po pokoju. Merab obserwowała go z rosnącym 

zdumieniem. 

- Przypuszczam, że wie pani, dlaczego tutaj przyszedłem? - powiedział wreszcie nienaturalnie chrapliwym gło-

sem. 

- Ja? Nie. - Głos Merab drżał. - Może otrzymał pan jakieś wieści z Hartfield? 
- Wieści z Hartfield? - powtórzył Rowland, zaskoczony. 
- Myślałam... myślałam, że to mogłoby wyjaśnić, dlaczego pan tutaj przyszedł. 
Rowland odwrócił się do niej. 

background image

 

33 

- Pani doskonale wie, po co tu przyszedłem. 
- Nie, nie mam pojęcia. 
- Przestańmy owijać rzeczy w bawełnę, panno Hartfield. Wie pani, że panna Parminster zaręczyła się z lordem 

Claydonem? 

Merab skinęła głową. 
- Przykro mi z powodu rozczarowania, jakie musiał pan przeżyć. 
Rowland zbył to oświadczenie machnięciem ręki. 
- Dla pani jest to jednak bardzo pomyślna wiadomość - powiedział. 
- Dla mnie? 
- Proszę porzucić już tę pozę, kuzynko - odrzekł Rowland zimno. - Nie pasuje do pani. Teraz już nic nie stoi na 

przeszkodzie naszemu małżeństwu. Dopóki Kitty była wolna, żyłem nadzieją, że... ale teraz to już skończone. Po-
dejrzewam, że kiedy już się pobierzemy, zechce pani wrócić do Hartfield Hall i nie mam nic przeciwko temu. Od-
dam pani jedną trzecią majątku, uważam, że to uczciwa propozycja. Reszta i tak wystarczy mi na pokrycie kosztów 
kandydowania do parlamentu. - Odwrócił się i spojrzał na Merab, która wcale nie reagowała tak, jak sobie wcze-
ś

niej wyobrażał. 

- No już - żachnął się zniecierpliwiony. - Postawiła pani na swoim. Mogę panią nawet przeprosić za to, jak się 

zachowałem po odczytaniu testamentu. Przyznaję, że byłem nieco popędliwy. 

- To znaczy, że nie posądza pan mnie już o to, że namówiłam dziadka do napisania takiego właśnie testamentu, 

ż

eby zdobyć męża? - Głos Merab był niebezpiecznie cichy. 

- Byłem zdenerwowany - odparł krótko Rowland. Wciąż czuł zakłopotanie, gdy myślał o tamtym dniu, dlatego 

też wolał nie pamiętać zbyt wiele. - A teraz wygląda pani zupełnie inaczej. Całkiem przystojnie. 

- Dziękuję. 
- Oczywiście, ma pani dwadzieścia sześć lat i wciąż pozostaje panną. Przynajmniej pozostałaby nią pani, gdyby 

nie miała wyjść za mnie. Ale jest pani o wiele bardziej, hm... atrakcyjna, niż przypuszczałem. I teraz nie mam już 
nic przeciwko temu związkowi. 

- Ale ja mam! 
- Oczywiście, będziemy musieli zrobić to po cichu... Co pani powiedziała? 
Merab podniosła się z fotela i stanęła twarzą w twarz ze swoim kuzynem. 
-  Panie  Sandiford,  postawmy  sprawę  jasno,  by  nie  było  żadnych  wątpliwości.  Nie  zamierzam  wyjść  za  pana 

nigdy, pod żadnym pozorem. 

Rowland roześmiał się krótko. 
- Och, daj spokój... 
- To, co chce mi pan zaoferować, jest dla mnie obrazą. Chce pan tych pieniędzy i uważa pan, że jestem jednak 

dosyć przystojna, więc usiłuje pan przekupić mnie jedną trzecią majątku, żeby za resztę realizować swoje politycz-
ne ambicje. 

- Nie rozumiem, co w tym jest obraźliwego. - Rowland podjął przerwany marsz po salonie. Czuł, że coś jest nie 

w porządku, doszedł jednak do wniosku, że to wina Merab. - Jak każda kobieta - powiedział w końcu. - Nielogicz-
na,  emocjonalna.  Na  miłość  boską,  oferuję  pani  poważanie  w  towarzystwie,  finansowe  zabezpieczenie,  czegóż 
więcej pani chce. W porządku, w takim razie podzielimy się po połowie. 

- Proszę się stąd wynosić! - krzyknęła nagle Merab. - Nie chcę słyszeć pańskich przeklętych propozycji. Jeśli o 

mnie chodzi, cały ten spadek przyniósł mi jedynie upokorzenie i łzy. Im wcześniej dotrze do jakichś biednych sie-
rot czy wdów, tym lepiej. Nie wyszłabym za pana, Rowlandzie Sandiford, nawet gdyby był pan ostatnim mężczy-
zną na ziemi! A teraz proszę stąd wyjść! 

Gdy tylko Rowland wyszedł z salonu, Merab usiadła i wybuchnęła płaczem. Musiała być szalona, żeby dobro-

wolnie  wyrzec  się  siedmiu  tysięcy  funtów.  Ale  jakież  to  życie  oferował  jej  Rowland?  Byłaby  żoną  i  nie  żoną? 
Mieszkałaby sama, opuszczona, w tym okropnym miejscu? Gdyby przyjechała do Bath - porzucona żona - byłaby 
tematem plotek, a być może nawet nie dopuszczano by jej do towarzystwa. 

Było jednak jeszcze coś innego, co czaiło się gdzieś w zakamarkach jej umysłu. Nie chodziło o to, by kochała 

Rowlanda - broń Boże, żadna kobieta nie chciałaby oddać serca tak samolubnemu mężczyźnie - ale o to, że życie, 
jakie mogłaby wieść u jego boku, bardzo by jej odpowiadało. Byłaby panią rozwijającego się majątku, żoną człon-
ka parlamentu, no i mogłaby też pomagać mu w reformowaniu wsi. 

Merab czytała gazety, wiedziała, że świat pełen jest niesprawiedliwości i ludzkiej krzywdy. Możliwość choćby 

drobnego uczestnictwa w naprawie tego stanu rzeczy godna była rozważenia. Wiedziała, że potrafi zajmować się 
domem,  mogła  też  nauczyć  się  zabawiać  gości.  Małżeństwo  z  politykiem  pozwoliłoby  jej  prowadzić  ciekawsze 
ż

ycie, poznawać na bieżąco wydarzenia i opinie z szerokiego świata. 

Gdyby Rowland zaoferował jej normalny udział w swym życiu, jako gospodyni jego domu, czy zgodziłaby się 

na  to?  Wówczas  musiałby  być  zupełnie  innym  człowiekiem,  kimś,  kto  zdolny  jest  postrzegać  świat  także  i  z  jej 
punktu widzenia. Mężczyzna, który uważałby, że ona może mu zaoferować coś naprawdę cennego, nie traktowałby 
jej tak arogancko, nie oczekiwałby od niej, że dostosuje się bez sprzeciwu do jego planów. Merab wysiąkała ener-

background image

 

34 

gicznie nos i przetarła oczy. Moll Flanders nie wytrzymałaby z Rowlandem Sandifordem ani przez moment! I mia-
łaby rację. 

 
J
oseph Harrison wpatrywał się z niedowierzaniem w poranną gazetę. Ach tak, podstępna mała lisica, pomyślał 

z gniewem. Kitty była dla niego bardzo miła na balu w Bawialni zeszłego tygodnia, oddała mu dwa tańca i pozwo-
liła nawet pocałować czubki swoich palców. Więc to wszystko miało na celu zupełnie co innego, niż przypuszczał. 
Joseph przypomniał sobie, że wicehrabia wciąż kręcił się w pobliżu Kitty, a on sam czuł nawet pewną satysfakcję, 
ż

e może cieszyć się względami, których lord Claydon nie doznawał. Ale teraz zrozumiał wreszcie wszystko. Panna 

Parminster prowadziła podwójną grę - była dla niego wyjątkowo miła, bo chciała w ten sposób zmusić Claydona 
do szybkich oświadczyn. I udało jej się, tej małej krętaczce. 

No cóż, jaki rozsądny mężczyzna chciałby mieć za żonę taką podstępną flirciarę? Na pewno była też rozrzutna, 

a to by mu nie odpowiadało. Myśli Josepha zwróciły się ku Merab. Nie spotkali się od czasu tego fatalnego popo-
łudnia, wymieniali tylko uprzejme ukłony w Pijalni, zaś komentarze jego matki na temat niewdzięczności siostrze-
nicy były długie i głośne. 

Joseph jednak zapatrywał się na to nieco inaczej. Kilkakrotnie już analizował w myślach całą tę sytuację i do-

szedł do wniosku, że jego matka lekkomyślnie pozwoliła, by oburzenie wzięło górę nad rozsądkiem.  Zasadniczo 
skłonny był zgodzić się z nią, że Merab wcale nie jest tak uboga, jak próbowała im wmówić, podejrzewał jednak, 
iż nie życzy sobie, by adorowano ją tylko dla jej pieniędzy. Być może rozsądniej byłoby udawać, że wierzy się w 
jej opowieść i zaznajomić się z nią nieco lepiej, by poznać prawdę. 

Choć  Joseph  darzył  swą  matkę  ogromnym  szacunkiem,  czuł,  że  tym  razem  mężczyzna  powinien  zająć  się  tą 

sprawą sam. Zgodnie z tym postanowieniem posłał swej kuzynce list, w którym przepraszał ją za zachowanie swej 
matki  i  sugerował,  że  ze  względu  na  swe  pokrewieństwo  powinni  jednak  darzyć  się  wzajemnym  szacunkiem  i 
sympatią. Jak Pani wie, droga kuzynko, kończył, jestem prawnikiem, i jeśli kiedykolwiek potrzebowałaby Pani mo-
jej  pomocy,  na  przykład  w  zwi
ązku  -  z  majątkiem  Pani  dziadka,  może  Pani  bez  wahania  zwrócić  się  do  mnie.  Z 
przyjemno
ścią będę pani służył w miarę moich możliwości. Pani oddany kuzyn, J. Harrison.

 

Przy śniadaniu Merab pokazała ów list Amelii. 
- Hm... - powiedziała Amelia, sceptycznie nastawiona do gorących przeprosin i zapewnień Josepha. - Chce wie-

dzieć, jakie są twoje oczekiwania. 

- Przecież już mu powiedziałam - zdziwiła się Merab. 
- Ale on w to nie wierzy. 
- O mój Boże, co ja mam teraz zrobić? - Merab nie wspominała swej przyjaciółce o wizycie Rowlanda, a teraz 

w  dodatku  wszystko  wskazywało  na to,  że  będzie  miała  problemy  także  z  Josephem.  -  Pani  Harrison  wydaje się 
być osobą bardzo pobudliwą. Wolałabym nie wchodzić jej więcej w drogę. 

- Wyślij mu uprzejmy liścik i podziękuj za troskę. Możesz wspomnieć o panu Camberwellu. I dodaj jeszcze, że 

zawsze będziesz darzyć ich oboje głębokim szacunkiem. 

- A cóż by to miało znaczyć? 
- Zupełnie nic! 
- Prawdę mówiąc, Amelio, wolałabym, żeby pani Harrison nie wspominała głośno, że jest moją krewną. - Me-

rab nie powiedziała, że z jakiegoś nie znanego jej powodu zależało jej szczególnie na tym, by o jej pokrewieństwie 
z panią Harrison nie dowiedział się Rowland. 

- Zgadzam się z tobą. Właściwie miałam nadzieję, że oboje wyjadą wkrótce z Bath. 
- To dziwne. - Merab sięgnęła po jabłko. - Przez całe życie prawie w ogóle nie miałam krewnych, a teraz nagle 

mam ich całe mnóstwo. Co gorsza wszyscy są okropni! 

- No, nie całkiem. Lubisz przecież panią Bridges. 
- To prawda, ale nie łączą jej ze mą więzy krwi. A jej syn jest po prostu wstrętny. 
 
J
oseph otrzymał odpowiedź od Merab i od razu zrozumiał, że to ubrana w gładkie słówka odmowa. Pomyślał, 

ż

e panna Hartfield nie chce, by poznał wielkość jej majątku. W takim razie musiała mieć naprawdę sporą fortunę. 

Posiadłość Hartfieldów należała przecież do całkiem dochodowych. Merab mogła być warta nawet 20 000 funtów, 
a to była suma warta zachodu i najwyższej uwagi. 

Od razu zrozumiał, że matka na pewno nie pomoże mu w tej sprawie. Zbyt szybko wypowiadała na głos swe 

opinie w sytuacjach, gdy powinna w ogóle nie otwierać ust. Będzie musiał zabrać się do tego z wielką ostrożno-
ś

cią.  Pani  Harrison  dwa  razy  w  tygodniu  brała  gorącą  kąpiel,  a  potem  spędzała  popołudnie  w  Pijalni,  gdzie  piła 

herbatę i jadła tosty w towarzystwie znajomych. Musi dowiedzieć się, co Merab porabia właśnie w te dni i pogłębić 
znajomość  z  nią.  Nie  będzie  działał  zbyt  ostentacyjnie,  postara  się  z  uwagą  słuchać jej  życzeń,  może  pośle  jakiś 
niewielki bukiet kwiatów, jakiś drobny upominek, w którym gustują młode damy. Był pewien, że w końcu panna 
Hartfield wyzna mu prawdę o rzeczywistym stanie swego majątku. 

 
R
owland był do tego stopnia poruszony odmową Merab, że zrobił coś, czego nie uczynił nigdy dotąd - poprosił 

background image

 

35 

o radę swą matkę. Opowiedział jej całą historię, jak sądził całkiem wiernie; mówił o wielkoduszności, jaką przeja-
wił, oferując Merab połowę majątku, o tym, że pozwolił jej zamieszkać w Hartfield, i o tym, jak w końcu stanow-
czo mu odmówiła, wręcz wyrzuciła z domu. 

Pani Bridges siedziała w swoim przytulnym salonie z zatroskaną miną. W pewnym momencie uniosła oczy ku 

górze. Wreszcie Rowland skończył swą opowieść. 

- Co więcej mogłem jej zaoferować, mamo? - zakończył pytaniem. 
Pani Bridges pomyślała co najmniej o kilku rzeczach. Powiedziała jednak tylko: 
- Zauważyłam, że ostatnio major Bendick darzy pannę Hartfield coraz większym zainteresowaniem. 
- Ten cymbał! - Rowland zaczerwienił się ze złości. 
- Nonsens. To inteligentny, dobrze wychowany człowiek. Mógłby zaoferować pannie Hartfield bardzo wygod-

ny dom. 

- Ja zaproponowałem jej Hartfield. 
- Sądząc po tym, co mi opowiadałeś, wnoszę, że Hartfield to miejsce, z którego każdy chciałby jak najszybciej 

uciec - zauważyła pani Bridges. 

- No cóż, rzeczywiście, dla mnie tak to wygląda. Przygnębiające miejsce, a do tego niewygodne. 
- Nie widzę powodu, dla którego panna Hartfield miałaby być nim zachwycona. W dodatku dla niej wiąże się 

ono z niezbyt przyjemnymi wspomnieniami ośmiu lat wspólnego życia ze zrzędliwym dziadkiem. Na jej miejscu 
nie chciałabym już nigdy więcej widzieć tego miejsca. 

Rowland poprawił się w fotelu, skonsternowany. 
- Major Bendick mógłby jej podarować prawdziwy dom - mówiła dalej pani Bridges, powracając do szycia. - 

Domyślam się, że uznał, iż nadszedł czas, by się ustatkować, ożenić, założyć rodzinę. Ośmielę się też twierdzić, że 
panna Hartfield także chciałaby mieć męża i dzieci. - Celowo mówiła głosem zupełnie wypranym z emocji. Pod-
niosła nożyczki i obcięła ostrożnie jakąś nierówną nitkę. 

- Dzieci! - powtórzył Rowland, oszołomiony. 
- Większość kobiet pragnie mieć dzieci - odparła cicho matka. 
Rowland wstał i przeszedł się kilka razy po pokoju. Choć sam nie wiedział dlaczego, przypuszczenia jego matki 

sprawiły  mu  wielką  przykrość.  Nie,  major  nigdy  się  z  nią  nie  ożeni,  pomyślał.  Bez  pieniędzy.  Nie  najmłodsza. 
Brzydula. Jednak choć bardzo się starał, nie mógł przywołać obrazu wychudzonej, bladej istoty, która powitała go 
na schodach, gdy przyjechał do Hartfield Hall - obrazu chudej dziewczyny, w starej, nie dopasowanej sukni, z wło-
sami ściągniętymi w ciasny kok. 

Zamiast tego ujrzał roześmianą kobietę o pięknych brązowych oczach, spacerującą z majorem Bendickiem po 

Pijalni. Jej szczupła figura doskonale prezentowała się w obcisłej szarej sukni. 

Nagle  ujrzał  też  inny  obraz  -  Merab  ustawiającej  wazony  z  kwiatami  w  Merryn  Park.  Gwałtownie  potrząsnął 

głową. Przecież chciał Kitty, to Kitty miała być radością jego domu, nie Merab. Co też mu przychodzi do głowy? 
Jeśli nie może mieć Kitty, nie chce nikogo. 

- Jak możesz przypuszczać, że chciałbym związać się z kimś innym niż Kitty... - zaczął. 
- Kitty to głupiutka, pozbawiona skrupułów kokietka, i żal mi lorda Claydona, który tak łatwo dał się jej usidlić. 
- Mamo! 
- A ty - kontynuowała spokojnie pani Bridges - mój synu, jesteś patentowanym głupcem. 
 
G
dy Joseph przestał już interesować się panną Parminster, ze zwiększoną uwagą obserwował Merab. Z ogrom-

nym niezadowoleniem spostrzegł, że major Bendick wytrwale pielęgnował znajomość z jego kuzynką i starał się 
jej towarzyszyć przy każdej okazji. Nie wiedział, że ten borykał się właśnie z pewnym trudnym problemem - major 
lubił Merab i podziwiał jej wdzięk oraz elegancję, jednocześnie podejrzewał jednak, że ona po cichu śmieje się z 
niego. Wszyscy wiedzą, że kobiety mają pusto w głowach, jednak tym razem major nie mógł oprzeć się wrażeniu, 
ż

e Merab jest znacznie inteligentniejsza, niż przystoi to jakiejkolwiek damie. 

Poprzedniego  wieczoru,  na  przykład,  poinformował  ją,  jaki jest  właściwy  punkt  widzenia  na  bzdurny  pomysł 

przyznania mężczyznom z niższych klas społecznych prawa do głosowania. 

- To nonsens, oczywiście - mówił. - W następnej kolejności kobiety zaczną domagać się prawa głosu! 
- Zupełnie absurdalne - zgodziła się Merab, pochylając lekko głowę, by ukryć ironiczny błysk w oku. - Gdyby 

kobiety miały prawo głosu, mogłyby się domagać, by pieniądze z podatków wydawano na Bóg wie jakie głupstwa. 
Bezpieczeństwo w miastach, oświetlenie ulic, obniżenie podatku na zboże i podobne niedorzeczności. 

Major spojrzał na nią. Nie mówiła chyba poważnie? 
- Właściciele ziemscy muszą utrzymywać cenę zboża na wysokim poziomie. Obniżenie jej byłoby wielką nie-

odpowiedzialnością. 

- Zwłaszcza, że to ich głosy utrzymują torysów przy władzy. 
- Mój Boże, panno Hartfield. - Major wybałuszył na nią oczy. - Jeszcze chwila, a pomyślę, że jest pani radyka-

łem! 

- Chodzi mi przede wszystkim o to, by najbiedniejsi mieszkańcy naszego kraju mieli co jeść - odparła Merab. - 

background image

 

36 

Dopóki cena zboża jest tak wysoka, trudno o tym marzyć. 

Major zbył biedaków niedbałym machnięciem ręki. 
- Jest pani zbyt piękną damą, by zaprzątać tę śliczną główkę podobnymi problemami, panno Hartfield. - Podał 

jej rękę. - Czy mogę poczęstować panią szklanką lemoniady? 

Merab dojrzała Josepha, który obserwował ich z drugiego końca sali. 
- Owszem. Dziękuje panu, majorze. 
Dopiero znacznie później Joseph mógł zająć uwagę Merab. Major pozostał przy niej tak długo, aż przekonał ją 

(w jego mniemaniu), jak bardzo mylne są jej poglądy na temat prawa zbożowego. Dopiero wtedy, usatysfakcjono-
wany, pozostawił pannę Hartfield w towarzystwie Amelii i jej męża. 

- Ten człowiek to straszny nudziarz - oświadczyła Merab, kiedy major oddalił się już na bezpieczną odległość. 
- Więc dlaczego jesteś dla niego taka miła? - spytała Amelia poirytowana. Przyglądała się tym dwojgu, którzy 

zdawali się stanowić doskonałą parę, i teraz została zupełnie zbita z tropu. 

Merab wskazała na Josepha, który zmierzał właśnie w ich kierunku. 
- O mój Boże - jęknęła Amelia. - Co za okropny człowiek. 
Sir Thomas spojrzał na Merab z pewnym rozbawieniem. Wyglądało na to, że po zaniedbanym stworzeniu, które 

pojawiło się nagle w ich domu, nie pozostał już żaden ślad. Nowa panna Hartfield - modnie ubrana, dumna i ele-
gancka - wyglądała tak, jakby gotowa była stawić czoło niezliczonej liczbie niechcianych adoratorów.  

Tymczasem Joseph stał już przed nimi. Ukłonił się uprzejmie sir Thomasowi i jego żonie, po czym zwrócił się 

do Merab. 

- Wiem, że pani nie tańczy, panno Hartfield, czy jednak nie zechciałaby pani pospacerować trochę w moim to-

warzystwie? 

- Oczywiście, panie Harrison - odparła Merab z rezygnacją. 
- Pani list sprawił mi ogromną przyjemność - oświadczył Joseph po chwili. 
- Doprawdy? 
- Powiedziałem do matki: „Kuzynka Merab udowodniła, że jest prawdziwą damą”. 
Merab uniosła lekko brwi. 
- Moja matka nie do końca jest w stanie zrozumieć, choć generalnie radzi sobie z podobnymi problemami do-

skonale, jak na kobietę oczywiście... więc nie potrafi zrozumieć, jak wygląda pani sytuacja. 

- Panie Harrison. - Merab szybko zbierała myśli. - Ponieważ jest pan moim kuzynem, i ponieważ był pan tak 

uprzejmy i zainteresował się moimi problemami, jestem pewna, że zatrzyma pan dla siebie wszystko, co teraz po-
wiem panu o testamencie mojego dziadka. - Merab nie zamierzała oczywiście zdradzać wszystkich upokarzających 
szczegółów, liczyła jednak na to, że jeśli nakreśli ogólne warunki, namolny kuzyn straci dla niej zainteresowanie. 

- Zamieniam się w słuch. - Oczy Josepha zapłonęły jaśniej. Był pewien, że udało mu się zdobyć zaufanie Me-

rab. 

- Wie pan zapewne, że dziadek wydziedziczył mego ojca, kiedy ten ożenił się z moją matką. 
Joseph skinął głową. 
- Słyszałem coś o tym - przytaknął ostrożnie. - Później chyba jednak zmienił zdanie? 
- Niestety, nie. Nawet kiedy zmarł starszy brat mego ojca, który miał odziedziczyć cały majątek, nie doszło do 

pojednania. Dziadek postanowił zostawić wszystko kuzynowi w drugim stopniu pokrewieństwa. 

- Z pewnością jako jego wnuczka miała pani jednak jakieś prawa do majątku? 
- Dziadek ich nie uznawał. Ale stało się coś jeszcze gorszego. Mój dziadek był człowiekiem skorym do gniewu 

i w końcu któregoś dnia pokłócił się także z kuzynem. Wtedy zmienił testament tak, że praktycznie wszystko musi 
zostać przeznaczone na cele dobroczynne. 

Boże, pomyślał Joseph, co za pech. 
- Ale pani nie została zupełnie bez pieniędzy, prawda? - spytał z zatroskaną miną. 
- Na szczęście nie było aż tak źle - odparła Merab. - Mam około siedemdziesięciu funtów rocznie na swoje po-

trzeby. 

Joseph wypuścił z uścisku jej ramię. 
-  Ależ  to  okropne,  panno  Hartfleld.  Czy  nie  można  podważyć  jakoś  tego  testamentu?  Może  zakwestionować 

stan umysłu pani dziadka? 

-  Mogę  pana  zapewnić,  panie  Harrison,  że  dziadek  był  compos  mentis  aż  do  samej  śmierci. Jak już  mówiłam 

wcześniej, zamierzam pozostać u lady Wincanton do czasu rozwiązania, a potem będę szukać posady nauczycielki. 

- Mówi pani o tym z zadziwiającym spokojem. - Joseph spojrzał na nią z nagłą podejrzliwością. 
- Musiałam wysługiwać się mojemu dziadkowi przez osiem okropnych lat, panie Harrison. Mogę pana zapew-

nić, że wszystkie upokorzenia, jakich doznałam w tym czasie, na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Mam nadzie-
ję, że mój skromny spadek pozwoli mi zachować choć trochę niezależności. 

Kiedy Joseph powrócił już do domu, jeszcze raz przemyślał całą tę rozmowę. Tym razem wierzył już w to, co 

mówiła Merab - słyszał to i owo o okropnym charakterze pana Hartfielda. Przyszła mu jednak do głowy jeszcze 
jedna  myśl  -  Merab  zachowała  co  prawda  zaledwie  siedemdziesiąt  funtów  rocznie,  jednak  prócz  tego  miała  coś 

background image

 

37 

znacznie cenniejszego, mianowicie pozycję społeczną. Gdyby machnął ręką na posag, a przyjrzał się bliżej konek-
sjom Merab, to czy nie okazałoby się, że znajomość z Wincantonami, z państwem Bridges i wielu innymi rodzi-
nami zwraca mu tę stratę z nawiązką? 

Jeśli człowiek nie pochodzi z dobrej, uznanej rodziny, to powinien szukać przede wszystkim dobrych koneksji, 

a tego Merab na pewno nie brakowało. Nazajutrz podzielił się swoimi spostrzeżeniami z matką. 

- No wiesz, żeby w ogóle myśleć o małżeństwie z kobietą, która ma siedemdziesiąt funtów rocznie! - wykrzyk-

nęła pani Harrison. - Przecież to żebraczka. Nawet Sarah Mills ma więcej. 

- Ale Sarah Mills nie jest przyjaciółką Wincantonów. 
- Ona chce cię opętać, ot co - mówiła dalej pani Harrison, nie zważając na uwagi syna. - Widzi, że nie może już 

liczyć na majora Bendicka, wie, że ty masz całkiem niezłe dochody, i myśli, że uda się jej przyczepić do ciebie. 
Och, chytra dziewucha. 

- Ależ mamo... 
- Nie przerywaj mi! Teraz już wszystko rozumiem. Chce cię wzruszyć tymi historyjkami o dziadku i już prawie 

ma cię na haczyku. Można robić z siebie głupca za dwadzieścia tysięcy, ale starać się o rękę córki Abigail, która 
prawie nic nie ma, to zupełny nonsens! 

- Ależ mamo, przecież ja wcale nie podjąłem jeszcze decyzji. 
- Mam nadzieję! - Pani Harrison parsknęła. 
 
P
ogoda, która dotąd była zdecydowanie nieprzyjemna, zimna i wilgotna, nagle jakby postanowiła nadrobić stra-

cony czas i przez cały tydzień nad Bath świeciło piękne wiosenne słońce. W Ogrodach Sydney pojawiły się pierw-
sze żonkile, a pani Tiverton zaprosiła sir Thomasa, Amelię i Merab na przyjęcie. Tivertonowie mieszkali niecałą 
milę za miastem, w Widcombe. Kiedy Merab jechała tam wraz z przyjaciółmi, nagle uświadomiła sobie, ile czasu 
minęło od jej przyjazdu do Bath. 

- Minęło już trzy i pół miesiąca od śmierci mojego dziadka - powiedziała rozglądając się dokoła, gdy powóz to-

czył się po nierównej drodze. - Pogoda była taka okropna, i całkiem zapomniałam, że zbliża się już wiosna. 

- W Bath zawsze pada - westchnęła Amelia i położyła dłoń na brzuchu. Dziecko już mocno kopało i nagle koły-

sanie  karety  stało  się  dla  Amelii  bardzo  nieprzyjemne.  Trzy  i  pół  miesiąca,  pomyślała,  i  wciąż  nie  wiadomo,  co 
dalej  będzie  z  Merab.  W  duchu  przeklęła  jeszcze  raz  Juliana  Hartfielda.  Gdyby  zostawił  swej  wnuczce  choćby 
drobną część majątku, kilka tysięcy, jej życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Co ją teraz czekało? Na razie Amelia 
była w stanie przekonać ją, by  została w Bath do narodzin dziecka, jednak pod koniec lata nie będzie już mogła 
dłużej używać tego argumentu, a majątek Hartfieldów przepadnie na zawsze. Merab zmuszona będzie stawić czoło 
niepewnej przyszłości i wszelkim kłopotom, jakie wiązały się z życiem źle opłacanej, przepracowanej nauczyciel-
ki. 

Merab też nie była w najlepszym nastroju, nie martwiła się jednak upływem czasu. Postanowiła już szukać po-

sady nauczycielki, gdy tylko urodzi się dziecko Amelii, i wolała na razie nie zastanawiać się nad tym dłużej. Co 
więc tak bardzo ją niepokoiło? Zapewne przypuszczenie, że Tivertonowie zaprosili także Bridgesów i Rowlanda, a 
ona nie widziała się z nim od czasu tych nieszczęsnych oświadczyn. 

Wkrótce dotarli do pięknie zdobionej bramy, która otwierała im drogę do posiadłości Tivertonów. Powóz wje-

chał  do parku,  w  którym  pasło  się stadko  saren. Tivertonowie  kupili tę  posiadłość  kilkanaście lat  temu  i  od  razu 
zaczęli ją remontować i poprawiać. Wykopali niewielkie jeziorko, nad którym przerzucili drewniany mostek i po-
stawili obok śliczną pagodę. Pan Tiverton zajął się także sadzeniem drzew i tworzeniem miejsc widokowych. 

Pani Tiverton nie chciała, by jej przyjęcia były zbyt oficjalne, i zaraz po przywitaniu gości zaproponowała, by 

nie bawili się w zbędne ceremonie i jeszcze przed lunchem odbyli krótki spacer. Była pewna, że spodoba im się 
ogród z kwiatami, i że z przyjemnością wybiorą się nad jezioro. Ci zaś, którzy woleli zostać na miejscu, mieli do 
swej dyspozycji oranżerię. 

- Lady Wincanton - dodała - poprosiłam, by specjalnie dla pani zniesiono na dół sofę mojej mamy. Myślę, że 

chętnie wypocznie pani przez chwilę. 

Amelia z wdzięcznością przyjęła tę propozycję. Bolały ją plecy, a jazda powozem po głębokich koleinach nie 

wpłynęła dobrze na jej samopoczucie. 

- Panie Sandiford - mówiła dalej pani Tiverton. Ku przerażeniu Merab z sąsiedniego pokoju wyszedł Rowland. - 

Może zaprowadzi pan pannę Hartfield nad jezioro? Można tam oglądać naprawdę piękne widoki, a poza tym zoba-
czycie państwo naszą Pagodę. 

Merab, która już otwierała usta, by oświadczyć, że chętnie zostanie z Amelią, nagle została wymanewrowana 

przez energiczną gospodynię. Z rezygnacją wsunęła rękę pod ramię pana Sandiforda i pozwoliła poprowadzić się w 
stronę jeziora. 

Przez kilka chwil szli w zupełnym milczeniu. Merab robiła wszystko, co w jej mocy, by nie okazywać zdener-

wowania. Tłumaczyła sobie w duchu, że to w końcu nie ona źle się zachowała, i nie ma sobie nic do zarzucenia. 
Wreszcie Rowland przemówił: 

- Pani Tiverton jest być może nieco apodyktyczna, ale to przemiła osoba. Cieszę się, że moja matka ma tak cza-

background image

 

38 

rującą znajomą w Bath. 

Był to dosyć neutralny temat do rozmowy, więc Merab podjęła go bez większych oporów. 
- Bath nie jest zbyt dużym miastem - zaczęła z pewnym trudem. - Podejrzewam, że człowiek zmuszony jest tu-

taj obracać się w niewielkim kręgu znajomych. Kilka niemiłych osób może tu komuś zaszkodzić w znacznie więk-
szym stopniu niż, powiedzmy, w Londynie. 

Merab była z siebie bardzo zadowolona. Wymienili kilka zupełnie niewinnych uwag i wciąż oboje stali na neu-

tralnym gruncie. 

Rowland najwyraźniej postanowił zachowywać się tego dnia jak przystało na prawdziwego dżentelmena. 
- Czy tęskni pani za Londynem, panno Hartfield? 
- Tęsknię za moimi rodzicami, za szczęśliwym życiem, jakie pędziliśmy razem. - Merab spojrzała na jezioro i 

poczuła nagle, jak do oczu napływają jej łzy. - I chyba rzeczywiście brakuje mi trochę atmosfery wielkomiejskiego 
ż

ycia. Mój ojciec zachęcał mnie do czytania gazet i do wyrabiania sobie poglądów na bieżące sprawy. Teraz czuję, 

ż

e mi tego brak. 

- Rzeczywiście zachęcał panią do tego? - Rowland był szczerze zdumiony. 
- Papa uważał, że kobiety mają rozum i powinny też mieć prawo do tego, by się nim posługiwać - odparła Me-

rab  z  nutką  złośliwości.  -  Dyskutowaliśmy  na  przykład  o  wojnie  na  półwyspie.  Papa  uważał,  że  należy  udzielić 
wsparcia lordowi Wellingtonowi. 

- A pani tak nie uważała? 
- Och, zgadzałam się z papą - uśmiechnęła się Merab. - Ale on uwielbiał się spierać, więc próbowałam być dla 

niego godnym przeciwnikiem. 

-  Czy  pani  dziadek  kiedykolwiek  wspominał  przy  pani  o  moich  poglądach  politycznych?  -  spytał  Rowland  z 

wahaniem. A potem, jakby uznał, że powiedział nieco za dużo, wykrzyknął; - Ach, oto i pagoda. 

Merab spojrzała przelotnie na pagodę, a potem nieco baczniej na Rowlanda. Ich rozmowa wkraczała na śliski 

grunt, a ona nie miała najmniejszej ochoty wywoływać kolejnej kłótni. Kiedy jednak odważyła się spojrzeć mu w 
oczy, dojrzała tam iskierki humoru. 

Roześmiała się. 
- Oczywiście. Musi pan chyba wiedzieć, że to bzdury, duby smalone i zupełnie idiotyczne pomysły, które mo-

gły przyjść do głowy tylko radykałom. 

- A gdyby zdecydowano się wcielić je w życie, kraj zszedłby na psy? 
- Naturalnie. Dziadek nie uznawał żadnych półśrodków. Nie zgodził się nawet na wybudowanie szkoły we wsi. 

Uważał, że nie należy uczyć prostych ludzi czytania i pisania. Jego zdaniem doprowadziłoby to do buntu. 

- A co pani sądzi na ten temat? - spytał Rowland z zaciekawieniem. 
- Ja? Ja jestem tylko kobietą, panie Sandiford, jakież znaczenie może mieć moja opinia? - Jej głos przepełniony 

był ironią. 

- Ale pani ojciec miał wielkie poważanie dla pani poglądów, więc może i ja mógłbym je poznać? 
- Dziadek oczywiście miał rację. Gdyby tylko dać prostym ludziom dostęp do szerszej wiedzy, na pewno chcie-

liby zmian. Czy należy to uznać za bunt, czy też nie, zależy już od pańskiego punktu widzenia. 

- A jakie jest pani zdanie? - naciskał Rowland. 
-  Uważam,  że  potrzebujemy  zmian  -  odparła  Merab  cicho.  -  Oddanie  zbyt  wielkiej  władzy  w  ręce  oligarchii 

prowadzi do stagnacji i korupcji. 

Oligarchia,  pomyślał  Rowland.  Nie  wyobrażał  sobie, by  Kitty  w  ogóle  znała to słowo. Wbrew  samemu  sobie 

zaczął darzyć swą kuzynkę coraz większym szacunkiem. 

Doszli już do brzegu jeziora i przez chwilę stali tam w milczeniu, wpatrując się w swoje odbicia w wodzie. Ich 

postacie zwrócone były ku sobie, Rowland pochylał się lekko, by lepiej słyszeć wypowiadane przez Merab słowa. 
Oboje poczuli się nagle zakłopotani i jakby na komendę zawrócili w stronę domu. 

Gdy już tam wrócili, ujrzeli nowo przybyłych gości, między innymi Kitty i lorda Claydona. Kitty prezentowała 

się cudownie w delikatnej różowej sukni i z kilkoma różyczkami wpiętymi we włosy. Na lewej ręce nosiła piękny 
pierścionek z szafirem. Od czasu do czasu wyciągała rękę tak, by każdy mógł podziwiać ten cudowny klejnot. 

- Będziemy mieli dom w najlepszej dzielnicy Londynu, prawda Claydon? - powiedziała Kitty. 
Lord Claydon uśmiechał się głupawo. Wyglądało na to, że zupełnie stracił głowę dla swej narzeczonej. 
- Będę chodziła na wszystkie bale i będę tańczyła przez całą noc, a na każdy bal będę wkładać nową suknię. 
Merab zastanawiała się, co też Rowland mógł widzieć w tej kreaturze. Zauważyła, że jej kuzyn wycofał się pod 

okno i stamtąd spoglądał na jezioro, znad którego właśnie wrócili. 

- Och, pan Sandiford, nie zauważyłam pana - szczebiotała Kitty. 
Rowland wyprostował ramiona i podszedł się przywitać. 
- Zna pan lorda Claydona? - Kitty doskonale się bawiła spoglądając na przemian na swego obecnego, to znów 

na byłego narzeczonego. Rowland miał ponurą minę, a lord Claydon był uprzejmy, lecz najwyraźniej nie rozumiał, 
co się wokół niego dzieje. - To jest Rowland Sandiford, kochanie. Stary przyjaciel, a niegdyś i adorator. Bo chyba 
mogę tak pana nazywać, prawda, panie Sandiford? Nasze posiadłości graniczą ze sobą i znamy się z panem Sandi-

background image

 

39 

fordem od wczesnego dzieciństwa. 

Lord Claydon ukłonił się uprzejmie. Merab spostrzegła, że Rowland nagle pobladł. Kącik jego ust drgał niebez-

piecznie. Kitty wzięła lorda Claydona pod ramię i pocałowała go w policzek. 

- Claydon zabiera mnie do domu w przyszłym tygodniu, żeby omówić z papą jakieś finansowe sprawy. Okrop-

na rzecz, no, ale w końcu trzeba z czegoś żyć. Czy mam przekazać papie pańskie pozdrowienia? 

Rowland  nie  odpowiedział.  Merab,  która  przyglądała  mu  się  skrycie,  dojrzała  w  jego  oczach  najpierw  wyraz 

najwyższego zdumienia, szoku niemalże, potem gniew i coś jeszcze - czyżby to była ulga? W tym momencie roz-
legł się dźwięk gongu i pani Tiverton zaczęła wprowadzać swych gości do jadalni. 

Merab była tak zajęta obserwowaniem Kitty, że nie zauważyła nawet przybycia kolejnego gościa. Dopiero gdy 

pan Tiverton dotknął jej ramienia i powiedział, że pragnie jej kogoś przedstawić, zauważyła stojącego obok Jose-
pha Harrisona. 

- Pan... pan Harrison - wyjąkała. 
- Och, więc państwo się znacie? - zdumiał się pan Tiverton. - Pan Harrison zajmował się w moim imieniu pew-

nymi sprawami, związanymi z moją posiadłością w Indiach. Kiedy dowiedziałem się, że przebywa w Bath, zapro-
siłem go tutaj. 

- Jestem zachwycony, widząc, że panna Hartfield wygląda równie pięknie jak Ceres, bogini wiosny - powiedział 

pan Harrison. - Czy mogę pani towarzyszyć? - Wskazał na jadalnię. 

Merab powstrzymała cisnącą jej się na usta uwagę, że Ceres nie była boginią wiosny, i z ociąganiem wsunęła 

dłoń pod ramię kuzyna. Joseph najwyraźniej był w doskonałym nastroju. Nie przypuszczał nigdy, że zostanie za-
proszony do Tivertonów, i rzeczywiście, gdyby zależało to od pani Tiverton, na pewno takiego zaproszenia by nie 
otrzymał.  Zawsze  skarżyła  się,  że  jej  mąż  jest  zbyt  pobłażliwy.  Na  szczęście  pan  Harrison  nie  przyprowadził  ze 
sobą swej okropnej matki. 

- Ślicznie tu, prawda - powiedział Joseph, rozglądając się dokoła. W myślach oceniał już wartość mebli i sreber. 

- Przypuszczam jednak, że Hartfield Hall jest znacznie większe? 

- Wcale nie - zaprzeczyła Merab. - Jest mniejsze i z pewnością znacznie uboższe. Mój dziadek uważał, że nie 

należy wyrzucać pieniędzy na wystrój wnętrz, do których rzadko się zagląda. 

- Więc pan zna Hartfield Hall, sir? - spytał Rowland, który nagle znalazł się za ich plecami. Kim był ten męż-

czyzna o zbyt mocno wypomadowanych włosach i w błyszczącej kamizelce? Skąd Merab go znała? 

Merab  szybko  przedstawiła  sobie  obu  panów,  przeklinając  los,  który  sprowadził  ich  w  to  samo  miejsce.  Nie 

miała  czasu,  by  długo  się nad tym  zastanawiać, czuła jednak,  że  Rowland  nie powinien  dowiedzieć  się, kim  jest 
Joseph. Było już jednak za późno. 

- Nigdy nie byłem tam osobiście - odparł Joseph. Spojrzał na stojącego przed nim mężczyznę i wyczuł niebez-

pieczeństwo. Jak dobrze ten człowiek znał Merab, skoro ośmielił się wtrącić do ich rozmowy? Joseph nie życzył 
sobie, by ktoś obcy wkraczał na jego terytorium. - Ale oczywiście słyszałem wiele o Hartfield Hall. Panna Hart-
field jest moją kuzynką, więc to chyba zrozumiałe. - Lekko uścisnął ramię Merab. 

- Kuzynką! - Rowland osłupiał ze zdumienia. 
Merab czuła, że zaraz zemdleje. 
- Poznałam pana Harrisona zaledwie kilka dni temu - oświadczyła słabo. - Jest krewnym ze strony mojej matki. 
- Kuzynem pierwszego stopnia. Bardzo bliskie pokrewieństwo - dodał Joseph. 

Pani  Harrison  siedziała  przy  stoliku  ze  śniadaniem,  z  trudem  hamując  przepełniającą ją  złość. Joseph  nie  po-

wiedział jej o przyjęciu u Tivertonów, jednak dowiedziała się o tym od swej służącej, która znała dobrze ich stan-
greta.  I  dlaczego  nie  została  zaproszona?  Tivertonowie  wiedzieli  przecież,  że  Joseph  przebywa  w  Bath  ze  swoją 
matką. Na domiar złego to ladaco, Merab Hartfield, też tam była. 

Pani Harrison przez całe życie pielęgnowała wrogie uczucia do swej siostry Abigail i nie mogła znieść myśli, że 

córka Abby była mile widzianym gościem w domu, do którego ona sama nie została zaproszona. Abby była zawsze 
tą ładniejszą, młodszą siostrą, a ona, Dinah, tą zwyczajną, domową. To Abby wyjechała do Londynu i zrobiła tam 
karierę  w operze  -  choć  pewnie  wcale  na tym  dobrze  nie  wyszła  -  podczas  gdy  Dinah  została  w  domu,  z  matką. 
Abby wyszła za mąż za młodego szlachcica, podczas gdy ona musiała zostać żoną starego Eli Harrisona. 

Nalała sobie jeszcze jedną filiżankę kawy i wpatrywała się z niechęcią w duszone cynaderki, które stygły na jej 

talerzu. Drzwi do jadalni otworzyły się powoli. 

- Dzień dobry, mamo. - Joseph ubrany w oszałamiającą, czerwono-żółtą kamizelkę, złożył obowiązkowy poca-

łunek na zimnym policzku swej matki i usiadł przy stole. - Ach, kawa! Doskonale. 

- Zdaje się, że jesteś dzisiaj w wyśmienitym humorze - zauważyła pani Harrison, jeszcze bardziej rozgniewana. 
John uśmiechnął się protekcjonalnie. 
- Chyba tak. 
- Mogę spytać, z jakiej to przyczyny? 
- Mam nadzieję, że wkrótce będę mógł powiadomić cię o pewnym radosnym wydarzeniu. - Joseph westchnął z 

satysfakcją. Na przyjęciu u Tivertonów pozbył się niewygodnego przeciwnika. Ten pan Sandiford ustąpił mu pola, 

background image

 

40 

a Merab przez całe przyjęcie słuchała go z uwagą. Wiedział, że zrobił na niej wrażenie. Wspomniał o swoich inte-
resach i dał jej do zrozumienia, że jest człowiekiem, który często bywa w odpowiednich miejscach i u właściwych 
ludzi. Przy najbliższej okazji zamierzał poprosić ją o rękę. Skoro już chciał skorzystać z jej koneksji - sir Wincan-
ton z pewnością podsunie mu jakiś drobny interes - to musiał jej pokazać, że nie chce nic za darmo. „Mój klient, sir 
Thomas Wincanton”, to brzmiało naprawdę imponująco. 

- Mam nadzieję, że nie zamierzasz oświadczyć się Merab Hartfield? - wykrzyknęła pani Harrison, odsuwając od 

siebie talerz. 

- A czemuż by nie? - Uśmiech Josepha zniknął bez śladu. 
- Choćby dlatego, że nie ma nawet złamanego pensa. 
- Ma około tysiąca czterystu funtów - poprawił ją Joseph. - I ma też koneksje. 
- Koneksje! - Powtórzyła pani Harrison z pogardą. - Matka, śpiewaczka operowa, żeby nie powiedzieć gorzej, a 

ojciec zwykły urzędnik i do tego nieudacznik. A jeśli rzeczywiście się pobrali, to dlaczego rodzina nigdy ich nie 
uznała? 

- W końcu pan Hartfield uznał Merab i ciotkę Abby. 
-  Jako  co?  -  Pani  Harrison  prychnęła pogardliwie.  -  Merab  pracowała  tam  jako  gospodyni!  Pomyśl  tylko,  go-

spodyni! 

- Pan Hartfield był ekscentrykiem - warknął Joseph. - Oświadczę się jej i tyle. Przykro mi, że tego nie pochwa-

lasz. 

- Pochwalam!  - wrzasnęła przeraźliwie pani Harrison.  - Abby była dziwką i nie sądzę, by twoja droga Merab 

była  lepsza  od  niej.  Wiem  dobrze,  o  co  tu  naprawdę  chodzi.  Zostałeś  uwiedziony  na  tym  całym  przyjęciu.  Tak, 
dobrze to znam, ci wszyscy uprzejmi ludzie, bogate wnętrza i miłe słówka. Czy ty w ogóle pomyślałeś, dlaczego 
zostałeś tam zaproszony? Ty ich prawie nie znasz, ale Merab zna. Uknuła to wszystko tak, żeby mogła cię uwieść! 
Oto cała prawda! 

Joseph opadł na oparcie krzesła i mieszał kawę, zamyślony. Oczywiście! Teraz wszystko nabierało sensu. Zro-

zumiała, że ten cały major nie ma zamiaru prosić jej o rękę, więc urządziła wszystko tak, by Joseph domyślił się, że 
będzie mile widziany jako narzeczony. Na jego usta wypełzł powoli szeroki, zadowolony uśmiech. Złoży  wizytę 
Wincantonom jeszcze tego samego popołudnia. 

 
P
o przyjęciu u Tivertonów Rowland wrócił do miasta razem ze swoją matką i ojczymem. Zajął w powozie pań-

stwa  Bridges  przednie  siedzenie.  Pani  Bridges  przyglądała  się  dyskretnie  swemu  synowi,  kiedy  miął  w  palcach 
zasłonkę przy oknie i wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w mijane krajobrazy. Chyba nie pokłócił się znowu z 
Merab?  Pani  Bridges  z  pewną  cichą  przyjemnością  obserwowała  spacer  tych  dwojga  nad  Jeziorem  i  wymieniła 
konspiracyjne spojrzenia z Amelią, która odpoczywała na sofie przy oknie. Żadna z dam nie powiedziała ani słowa. 

Czyżby chodziło o Kitty? Pani Bridges uważała, że Kitty zachowywała się naprawdę okropnie. Co prawda nie 

słyszała  ich  rozmowy,  jednak  sposób,  w  jaki  panna  Parminster  wdzięczyła  się  do  lorda  Claydona  i  pyszniła  się 
przed Rowlandem swoimi zaręczynami, z pewnością zdegustowałby każdego rozsądnego człowieka. Pani Bridges 
nie była tylko całkiem pewna, czy może uważać swego syna za człowieka rozsądnego. 

Jednak kiedy Rowland w końcu się odezwał, wcale nie mówił o Kitty. 
- Wiedziałaś, że ten Harrison to bliski kuzyn panny Hartfield? 
- Harrison? - zdziwił się pan Bridges. - Ten typ w jaskrawej kamizelce? To chyba niemożliwe? 
- No cóż, powiedział to przy pannie Hartfield, a ona nie zaprzeczyła. 
- O mój Boże - westchnęła matka Rowlanda. - Biedna panna Hartfield. Ma prawdziwego pecha. - Nieszczęścia 

chodzą parami, pomyślała. - Podejrzewam, że pani Harrison jest siostrą jej matki. 

-  To  okropna  kobieta  -  stwierdził  Rowland.  -  Grubiańska  i  zarozumiała.  Nic  dziwnego,  że  kuzyn  Julian  nie 

chciał ich uznać. 

- Jednak panna Hartfield wcale nie jest do niej podobna - zauważyła pani Bridges. - Uważam, że jest czarująca i 

nie chce mi się wierzyć, by jej matka była inna. Przecież wszyscy wiemy, że pani Hartfield uciekła od swojej ro-
dziny, prawda? 

- Która kobieta postąpiłaby w ten sposób? - Wypowiadając te słowa, Rowland pociągnął z całej siły za zasłon-

kę.  Okno  otworzyło  się  nagle,  wpuszczając  do  środka  powozu  zimne  powietrze.  Nim  Rowland  zamknął  okno  i 
przeprosił towarzyszy  podróży,  zdążył  się  już  uspokoić.  Kiedy  wrócił  ze  spaceru  z  Merab,  przepełniała  go  jakaś 
dziwna radość. Nawet nieoczekiwane spotkanie z Kitty nie wyprowadziło go zupełnie z tego stanu. Jednak wiado-
mość o tym, że pan Harrison jest krewnym Merab, pozbawiła go resztek dobrego humoru. 

- Twój ojciec spotkał kiedyś w Londynie Jonathana i jego żonę - oświadczyła nagle pani Bridges. 
Rowland odwrócił się do niej. 
- Kiedy? 
- Jakieś dziesięć czy dwanaście lat temu. Wpadł na Jonathana na ulicy i poszedł do niego na obiad. Panna Hart-

field była wtedy poza miastem, w szkole. Mark mówił, że pani Hartfield była cudowna. Włoski typ urody, drobna, 
delikatna i bardzo ładna. Gdyby była choć trochę podobna do pani Harrison, na pewno by o tym wspomniał. 

background image

 

41 

Rowland poczuł, że robi mu się nieco lżej na duszy. 
- Panna Hartfield była dla niego bardzo miła. Pozwoliła mu zaprowadzić się na lunch. 
- A co innego mogła zrobić? - spytała rozsądnie pani Bridges. 
 
J
oseph,  starannie  ubrany,  pachnący  i  wypomadowany,  wręczył  Greggowi  swą  kartę  wizytową.  Po  dłuższej 

chwili, którą spędził na podziwianiu swego odbicia w lustrze, został zaprowadzony na górę, gdzie w żółtym salonie 
czekała na niego Merab. Właściwie wcale nie miała ochoty się z nim widzieć i to właśnie powiedziała przed chwilą 
Amelii. 

- To pewnie tylko jakaś grzecznościowa wizyta - powiedziała Amelia, która poprzedniego dnia nie mogła towa-

rzyszyć Merab przy lunchu. Czuła się dość niepewnie i wolała pozostać na sofie, w oranżerii. - Nie będziesz miała 
nic przeciwko temu, żeby zostać z nim sama na kilka minut? Opiekunka dzieci chciała ze mną porozmawiać, zaraz 
wrócę. 

-  Oczywiście. - Merab co prawda miała zamiar prosić przyjaciółkę, by jej towarzyszyła, jednak w tej sytuacji 

zmieniła zdanie i z rezygnacją czekała na niechcianego gościa. 

Joseph wszedł do salonu i z zadowoleniem rozejrzał się dokoła. Byli sami! Z pewnością panna Hartfield spe-

cjalnie to zaplanowała. Pochylił się, by ucałować jej dłoń. 

- Kuzynko Merab... 
- Witam, sir. Proszę usiąść. Lady Wincanton prosi o wybaczenie, będzie tutaj za chwilę. 
- Właściwie przyjechałem tutaj do pani, a nie do lady Wincanton - oświadczył radośnie Joseph. 
Serce Merab zamarło na moment. 
- Pani musi już wiedzieć, dlaczego tu jestem. 
- W rzeczy samej, nie mam pojęcia, sir. 
- Ach te kobiety! - Joseph pogroził jej żartobliwie palcem. - Bardzo panią proszę, niech pani nie będzie taka bo-

jaźliwa. 

- Bojaźń jest w tej chwili zupełnie obcym mi uczuciem - odparła Merab, lekko już poirytowana. 
-  Och,  kuzynko,  wydaje  mi  się,  że  bardzo  wyraźnie  określiła  pani  swoje  życzenia  i  przyszedłem  tutaj,  by  je 

spełnić. Czyż to nie dzięki pani namowom znalazłem się na przyjęciu w domu pani Tiverton? Proszę się przyznać! 

- Z pewnością nie znam pani Tiverton na tyle dobrze, by zrobić coś podobnego! 
- Ale nie omieszkała pani wspomnieć, że czuje do mnie pewną hm... słabość? - spytał Joseph, uśmiechając się 

szeroko. 

- Panie Harrison - zaczęła Merab stanowczym tonem. - Nie będę dłużej udawać, że pana nie rozumiem. Myli się 

pan jednak, sądząc, że czuję do pana jakąkolwiek „słabość”. 

- Nigdy nie zdoła pani zaciągnąć majora Bendicka przed ołtarz, chyba wie pani o tym. - Joseph nie był już tak 

uprzejmy, a jego głos stał się znacznie ostrzejszy niż przed chwilą. 

- Jestem pewna, że się pan nie myli, sir. 
- Więc dlaczego, do diabła, nie wyjdzie pani za mnie? Mogę zapewnić pani całkiem przyzwoite życie. A pani 

koneksje mogłyby być dla mnie bardzo użyteczne. 

Ach, więc o to chodzi, pomyślała Merab. Koneksje. Powinnam była się domyślić. Jedyne, co mogła uczynić w 

tej sytuacji, to zakończyć tę rozmowę jak najszybciej i to w taki sposób, by Joseph nie miał choćby cienia wątpli-
wości co do jej odpowiedzi. 

- Wydaje mi się, że zazwyczaj męża i żonę łączy jakieś uczucie. Ja nie żywię do pana żadnych uczuć i nie są-

dzę,  by  pan  czuł  dla  mnie  choćby  cień  sympatii.  -  Jeszcze  wypowiadając  te  słowa,  wstała  z  fotela  i  sięgnęła  po 
dzwonek. 

Joseph zdążył ją uprzedzić. 
- Na Jowisza, rzeczywiście nic tam nie ma? - krzyknął, doskoczył do Merab, wziął ją w ramiona i próbował po-

całować w usta. 

- Proszę przestać! - krzyczała Merab, wykręcając się i próbując uwolnić się z uścisku Josepha. - Panie Harrison! 

Proszę mnie natychmiast wypuścić! 

- Taka z ciebie twarda sztuka, co? - powiedział Joseph chrapliwym głosem i zatopił zęby w jej szyi. 
Merab krzyknęła przeraźliwie. 
Za drzwiami słychać było pospieszne kroki, a po sekundzie do pokoju wpadła Amelia. 
- Bogu dzięki! - Merab wyrwała się wreszcie z objęć kuzyna. 
- Panie Harrison! - Amelia stanęła obok przyjaciółki. 
- Proszę stąd wyjść! - Głos Merab drżał niebezpiecznie. - Proszę się stąd wynosić, panie Harrison, i nigdy wię-

cej tu nie wracać! 

Joseph wyprostował się, poprawił krawat. 
- Pożałujesz tego - warknął. - Najpierw mnie kusisz, a potem udajesz świętoszkę. Wiesz, jak nazywa się taką 

kobietę? Zdzira! Tak samo jak twoja matka. 

Pan Harrison pozbierał resztki swojej godności i wyszedł z salonu. 

background image

 

42 

 
D
opiero tydzień później Amelia zaczęła zdawać sobie sprawę, że po mieście krążą jakieś dziwne plotki. Jeśli 

nawet zauważyła, że w Pijalni coraz mniej ludzi podchodzi, by przywitać się z nią i z Merab, to przypuszczała, że 
po prostu ich nie zauważają. Poza tym ostatnio nie czuła się najlepiej i raczej z ulgą przyjmowała mniejsze zainte-
resowanie towarzystwa. Jednak gdy lady Mandersby, która wraz z panią Tiverton była niekwestionowaną liderką 
towarzystwa w Bath, przestała w ogóle odzywać się do Merab, Amelia zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. 
Nawet pani Tiverton, choć nie posunęła się aż tak daleko, by zerwać z nimi wszelkie kontakty, z wyraźną rezerwą 
odniosła się do propozycji wspólnej wycieczki do Lansdown. 

Choć niechętnie, któregoś wieczora Amelia podzieliła się swymi spostrzeżeniami z mężem. Wolałaby tego nie 

robić, z drugiej jednak strony sądziła, że lepiej będzie, jeśli sir Thomas dowie się o tym od niej, niż od kogoś obce-
go. Sir Thomas wysłuchał jej uważnie i powiedział: 

- Postaram się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat. Ale jeśli to rzeczywiście coś poważnego, twoja przyja-

ciółka  będzie  musiała stąd  wyjechać.  Przykro  mi,  jednak  nie  mogę  pozwolić,  by  moja  żona  obracała  się w  złym 
towarzystwie. 

Amelia wzięła do ręki świecę i postawiła ją na swym nocnym stoliku. 
- Biedna Merab, to nie jej wina. Na pewno nie zrobiła nic niewłaściwego. 
- Jestem o tym przekonany - zgodził się sir Thomas, przenosząc własną świecę. - Ale ci Harrisonowie to dość 

nieprzyjemni ludzie, i należy się ich wystrzegać. Gdyby rzeczywiście znali jakieś kompromitujące fakty związane 
z panną Merab, mogłoby to zrujnować nie tylko jej, ale i nasze życie. Obawiam się, że musisz zacząć szukać dla 
niej jakiejś posady. Co z twoim kuzynostwem w Dublinie? 

- Pewnie masz rację. - Amelia weszła do łóżka, zdmuchnęła świecę i wybuchnęła płaczem. 
Amelia nie była jedyną osobą, która zauważyła nagłą zmianę w zachowaniu towarzystwa względem Merab. Pan 

i pani Bridges dyskutowali kiedyś na ten temat przy popołudniowej herbacie. 

- Uwagi pani Tiverton były bardzo nieprzyjemne - stwierdziła pani Bridges. 
- Pani Harrison mówiła tak, jakby chciała się na kimś zemścić - zgodził się jej mąż. 
- Więc to jej sprawka? 
- A kto inny mógłby rozpowiadać, że Abigail Cooper uciekła z domu, by zostać śpiewaczką operową, a potem 

kochanką Jonathana Hartfielda? 

- Ona tak powiedziała!? - zawołała pani Bridges. - Pani Tiverton nie była aż tak bezpośrednia. Stwierdziła tylko, 

ż

e słyszała, iż małżeństwo rodziców panny Hartfield nie było zupełnie hm... „prawidłowe”, tak, zdaje się, że użyła 

właśnie tego słowa, i że wolałaby raczej nie utrzymywać z nią znajomości. 

- Czy ona wie, że jesteś spokrewniona z panną Hartfield? 
Pani Bridges pokręciła głową. 
-  Rowland  postanowił  nie  uznawać  tego  pokrewieństwa,  więc  czułam  się  zobowiązana  poprzeć  go  w  tym 

względzie. Oczywiście, miałam nadzieję, że jednak zastanowi się nad tym jeszcze... 

- Podejrzewam, że nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o treści tego okropnego testamentu. 
Pani Bridges westchnęła. 
- Co zamierzasz teraz zrobić? - spytała swego męża. 
- A cóż ja mogę zrobić? Dopóki Rowland jest tak wrogo nastawiony do panny Hartfield, nie jestem w stanie nic 

zmienić. Oczywiście, będę kontynuował znajomość z nią, ale to wszystko, co mogę teraz zrobić. Gdybym uznał ją 
jako kuzynkę, a Rowland nadal by tego nie uczynił, tylko pogorszyłbym jej sytuację. 

Od czasu przyjęcia u Tivertonów Rowland miał mieszane uczucia względem Merab. Kilkakrotnie był już nie-

mal gotów złożyć wizytę Wincantonom, jednak w ostatniej chwili wycofywał się z tego zamiaru. Fakt, że co naj-
mniej połowa jego duszy gorąco życzyła sobie kontynuowania znajomości z Merab, ogromnie go niepokoił. Kilka 
razy wybrał się rano na dłuższą przejażdżkę konną, by ochłonąć. 

Przestał także chodzić do Pijalni. Nie chciał spotkać Kitty, która wciąż jeszcze przebywała w Bath. Zgodnie z 

przypuszczeniami jego matki, to właśnie epizod na przyjęciu u Tivertonów pozbawił go wreszcie złudzeń i pozwo-
lił mu poznać prawdziwy charakter Kitty. Teraz zdał sobie sprawę, że jej zachowanie było okrutne i wcale nie wy-
muszone przez okoliczności. Zdecydowała się poślubić lorda Claydona z własnej woli, nikt jej nie zmuszał do tego 
kroku. Poza tym wcale nie musiała się afiszować ze swym nowym narzeczonym w jego obecności. Zrozumiał te-
raz, że bawiła się z nim, droczyła i kusiła ewentualnymi zaręczynami. Rowland najpierw czuł się skrzywdzony i 
zszokowany, potem zaś ogarnął go gniew i oburzenie. 

Kitty wiedziała bardzo dobrze, jak mocno przeżywał ich rozstanie, a jednak w Bath świadomie dawała mu jesz-

cze nadzieję, zachęcała i pozwalała na potajemne uściski dłoni i pocałunki. Nagle pomyślał, że Merab nigdy by się 
tak nie zachowała. 

Przypomniał sobie rozmowę nad jeziorem i jeszcze raz starannie ją przeanalizował. Jego kuzynka okazała się 

inteligentną i rozsądną kobietą. Czy Julian Hartfield wiedział, jakie są jej poglądy? Musi ją o to zapytać. 

Rowland  z  niechęcią  przypomniał  sobie  o  Josephie.  Jak  to  się  stało,  do  diabła,  że  Merab  jest  tak  blisko  spo-

krewniona z tym typem? Przecież on tylko czekał na okazję, żeby wkręcić się do towarzystwa! Rowland nie mógł 

background image

 

43 

patrzeć,  jak  Joseph  przypochlebia  się  pani  Tiverton.  Ze  złością  pomyślał,  że  Merab  najwyraźniej  była  w  dobrej 
komitywie z tym człowiekiem. Oczami wyobraźni znów ujrzał, jak Joseph wprowadza ją do jadalni państwa Tiver-
ton. 

Odruchowo zacisnął pięści. Potem uspokoił się nieco. Dlaczego miałby się przejmować tym, że panna Hartfield 

okazuje względy jakiemuś źle wychowanemu prawnikowi z Bristolu? Cóż go to obchodzi? 

Mimo  to  Rowland  był  w  tak  fatalnym  nastroju,  że  najpierw  zrugał  służącego,  który  odważył  się  zapytać,  czy 

pan  Sandiford  zamierza  wychodzić  gdzieś  wieczorem,  a  potem  ofuknął  młodą  pokojówkę,  która  mijając  go  na 
schodach życzyła mu miłego dnia. 

Kilka następnych wieczorów spędził w kawiarni, gdzie grał bez opamiętania w karty, wygrał pierwszego dnia 

ponad siedemset funtów i stracił wszystko w ciągu kolejnych wieczorów. 

Trzeciego  dnia  natknął  się  tam  na  Josepha.  Pan  Harrison  siedział  przy  oknie  i  przeglądał  gazetę.  Podniósł  na 

moment wzrok, gdy do kawiarni wszedł Rowland, i uśmiechnął się do siebie. Rowland widząc go uprzejmie skinął 
głową. 

- Harrison. 
Joseph cieszył się, że jego były oponent zapamiętał to nazwisko. Po przyjęciu u Tivertonów zainteresował się 

bliżej jego stanem posiadania i wiedział już, że Sandiford ma całkiem niezły majątek w Wiltshire. 

-  Sandiford.  Czy  mogę  zaproponować  panu filiżankę kawy?  -  Nie  czekając na  odpowiedź,  strzelił  palcami na 

kelnera. Rowland wzruszył ramionami; usiadł obok. 

- Czy mogę spytać, jak poznał pan pannę Hartfield? - spytał Joseph, kiedy wypili już kawę. - Może jeszcze fili-

ż

ankę? 

- Nie, dziękuję. Poznałem pannę Hartfield za pośrednictwem lady Wincanton - skłamał gładko Rowland. - Nie 

miałem  pojęcia,  że jest  z  panem  spokrewniona.  Lady  Wincanton, jak  pan  wie,  była  w  tej  samej  szkole  co panna 
Merab, i o ile mi wiadomo, obie miały bardzo niewielu krewnych. 

- Panna Hartfield nie jest już moją krewną - oświadczył Joseph spokojnie. - Moja matka wyjawiła mi, jaki jest 

prawdziwy stan rzeczy. 

- To znaczy? - Rowland zmrużył oczy. 
-  Jej  matka,  Abigail  Cooper,  była  wielce  podejrzaną  osobą.  Pracowała  jako  śpiewaczka  operowa,  pod  nazwi-

skiem  Rosalba  Bersanelli,  i  może  pan  sobie  chyba  wyobrazić,  co  to  naprawdę  oznacza!  Tuziny  kochanków,  bez 
wątpienia. Potem poznała Jonathana Hartfielda. Ale małżeństwo? O nie! Nie było żadnego małżeństwa, może pan 
być tego pewny. Przecież jego własny ojciec właśnie dlatego go wydziedziczył. Więc panna Hartfield nie ma żad-
nego prawa do tytułu. Powinna się nazywać po prostu Merab Cooper i tyle. 

Rowland  zmierzył  go  zimnym,  pogardliwym  spojrzeniem.  Ten  człowiek  przez  cały  poprzedni tydzień nie od-

stępował jej na krok. 

- Odmówiła panu, co? 
Twarz Josepha spurpurowiała. 
- Odmówiła mi! Chciałbym to widzieć. Nie, to ona próbowała mnie uwieść. Przypuszczam, że wyczuła szansę 

na  korzystne  małżeństwo.  -  Joseph  spojrzał  na  swe  odbicie  w  lustrze  i  poprawił  fular.  -  Oczywiście,  od  razu  jej 
powiedziałem, co o tym myślę. 

Biedna  Merab  miała  pewnie  okropny  tydzień,  pomyślał  nagle  Rowland  i  uśmiechnął  się  ze  smutkiem.  Że  też 

musiała się natknąć na tego typa. 

- Dlaczego mówi mi pan o tym wszystkim? 
Joseph zmitygował się nieco. 
- Och, nie chcę psuć jej dobrego imienia - odparł łagodnie. - Pomyślałem tylko, że powinienem pana ostrzec. 

Mam nadzieję, że zachowa pan to dla siebie? 

Poprosił już kilka osób, by zachowały jego rewelacje dla siebie, i rezultaty były bardzo zadowalające. 
 
M
erab musiała się sporo natrudzić, nim Amelia wyjawiła jej treść coraz liczniejszych plotek. W końcu poskut-

kowała dopiero groźba, że spyta o nie sir Thomasa. Obie panie siedziały w buduarze Amelii, czarującym pokoju o 
ś

cianach wyłożonych tapetą w kolorze delikatnej zieleni. Na wygodnych meblach ułożone były przytulne miękkie 

poduszki. Amelia siedziała przy kominku, trzymając stopy na małym stołku obitym miękką tkaniną. Merab usado-
wiła się naprzeciwko niej i grzała dłonie przy ogniu. Nagle zrobiło jej się bardzo zimno. 

- To musiał być kuzyn Joseph albo ciotka Dinah - stwierdziła znużonym głosem, kiedy Amelia opowiedziała jej 

wszystko. 

- A nie pan Sandiford? - Amelia dowiedziała się od Gregga o wizycie Rowlanda, a ponieważ Merab nawet jej o 

tym nie wspomniała, obawiała się najgorszego. 

- Kuzyn Rowland? No cóż, nie przepadam za nim, to prawda - odpowiedziała Merab spokojnie. - Ale wątpię, 

czy kiedykolwiek zrobiłby coś równie podłego. 

Amelia uniosła lekko brwi. 
- Zdaje się, że ostatnio sporo zyskał w twych oczach. 

background image

 

44 

Merab zaczerwieniła się. 
- Przynajmniej jest dżentelmenem - odparła wymijająco. - Joseph nim nie jest. 
Amelia  westchnęła.  Cóż  z  tego,  że  Merab  darzyła  pana  Sandiforda  coraz  większą  sympatią,  skoro  musiała 

wkrótce wyjechać, czego po cichu życzył sobie sir Thomas. 

- Muszę wracać do Hartfield - powiedziała Merab po chwili milczenia. 
- Nie! - zawołała Amelia. - Och Merab, nie możesz tego zrobić! Przecież to oznaczałoby przyznanie się do wi-

ny, nie rozumiesz? 

- Jak mogłabym tu zostać? Myślisz, że nie widzę, co się wokół mnie dzieje? Nie mogę pozwolić, by plotki na 

mój temat psuły ci opinię. Jestem pewna, że sir Thomas zgodziłby się ze mną. 

Amelia znów westchnęła. 
- Jestem przekonana, że się zgadza - kontynuowała Merab. - Jaki mężczyzna i jaki mąż nie przyznałby mi racji? 

Tak  czy  inaczej  muszę  tam  pojechać, by  znaleźć jakiś  dowód  na to,  że  moi  rodzice  zawarli legalne  małżeństwo. 
Myślisz, że łatwo mi znosić myśl, że mój ojciec mógł tak okropnie wykorzystać mamę? 

- Oczywiście, rozumiem to, kochana Merab. - Oczy Amelii pełne były łez. - Jestem pewna, że twój ojciec był 

uczciwym i honorowym człowiekiem. A co do... 

Amelia nie dokończyła zdania, gdyż do pokoju wszedł Gregg. 
- Pan Sandiford prosi o kilka minut rozmowy, proszę pani. 
Amelia spojrzała szybko na Merab, która zbladła nagle jak ściana. 
- Wprowadź go, Gregg - odparła. - I nie ma nas w domu dla innych gości. 
- Oczywiście, proszę pani. 
Rowland wmaszerował do salonu, blady i stanowczy. Amelia zauważyła również, że wygląda bardzo przystoj-

nie w ciemnoniebieskim, dwurzędowym surducie, dopasowanym do jego sylwetki. Im częściej go widywała, tym 
bardziej była przekonana, że on i Merab doskonale do siebie pasują. W duchu przeklinała los, który zetknął ich ze 
sobą w tak przewrotny i okrutny sposób. 

Rowland od razu przeszedł do rzeczy. 
- Przyszedłem tutaj z powodu tych plotek - powiedział, usiadłszy na wskazanym przez Amelię miejscu. - Wiem 

dobrze, kto je rozsiewa, i chciałem spytać, czy mogę być pani pomocny w jakikolwiek sposób. 

Amelia spojrzała na Merab i podniosła się ze swego fotela. 
- Jesteśmy paro bardzo wdzięczne za wsparcie - oświadczyła z uśmiechem. - Zostawię pana z Merab, by omó-

wił pan z nią szczegóły. Pan wybaczy, ale muszę pójść do dzieci. 

Rowland otworzył przed nią drzwi. Kiedy usiadł z powrotem, opowiedział Merab pokrótce o swej rozmowie z 

Josephem. 

- Podejrzewam, że nie przyjęła pani jego oświadczyn - zakończył. 
- Rzeczywiście tak było. - Merab zarumieniła się znowu. Nagle przypomniała sobie, że odmówiła także Row-

landowi,  choć  dzięki  Bogu  miało  to  miejsce  w  innym  pokoju.  -  On...  on  był  po  prostu  okropny.  Chodziło  mu  o 
moje „koneksje”, jak to sam ujął. Przypuszczam, że teraz robi wszystko, bym nie miała już żadnych. - Dodała jesz-
cze,  że  zamierza  wyjechać  do  Hartfield  Hall,  by  odnaleźć  przynajmniej  świadectwo  ślubu  swoich  rodziców.  - 
Przypuszczam, że jest gdzieś w kufrze mamy - dokończyła. - Po jej śmierci nie miałam dość sił, by do niego zaj-
rzeć, więc po prostu zostawiłam go tam, gdzie był. 

Rowland nie miał wątpliwości co do tego, że małżeństwo było prawdziwe - znacznie bardziej martwił się drugą 

częścią rozpuszczanych przez Josepha plotek. Rozumiał doskonale, że Merab musiała być wychowywana w prze-
ś

wiadczeniu, iż jej matka była nauczycielką śpiewu. Nie był to zawód chwalebny, ale przynajmniej mieścił się w 

kanonach dobrego smaku.  Jednak pogłoski o tym, że  pani Hartfield była śpiewaczką operową, mogły narobić jej 
córce sporych kłopotów, a Rowland wiedział dobrze, że plotki takie krążą w rodzinie Hartfieldów już od długiego 
czasu. Jak jednak miał powiedzieć Merab, że jej rodzice okłamywali ją przez tyle lat? 

- Czym zamierza pani podróżować? - spytał w końcu. 
-  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym  jeszcze.  Pewnie  powozem.  Może  napiszę  do  pana  Camberwella,  by  zabrał 

mnie z Cirencester, wracając z targu. 

- To nie jest dobry pomysł. Prawdziwej damie nie wypada zatrzymywać się w byle jakiej tawernie! 
- Więc może wozem pocztowym? Naprawdę, nie chciałabym kłopotać sir Thomasa. - Merab pomyślała z nie-

pokojem o kosztach. Wóz pocztowy był znacznie droższy. 

- Nie, ja panią zabiorę. 
- Pan? - Merab spojrzała na niego z przerażeniem. 
Rowland uniósł lekko brew. 
- Już od dłuższego czasu myślę o tym, że powinienem sprawdzić, co dzieje się w majątku. 
- Ależ to nie wypada - wybuchnęła Merab. Podróżować w karecie wyłącznie w towarzystwie mężczyzny! Nie, 

ż

adna dama, która chciałaby zachować choćby resztki reputacji, nie mogła sobie pozwolić na coś podobnego. 

- Obiecuję, że nie będę się oświadczał - powiedział Rowland cierpko. 
Merab zaczerwieniła się po czubki uszu; milczała. Właśnie wtedy wróciła Amelia. 

background image

 

45 

- Doskonały pomysł - oświadczyła ciepło, kiedy dowiedziała się o planach Rowlanda. - Merab może wziąć ze 

sobą Lottie, a wtedy nic nie zagrozi jej dobremu imieniu. - Lottie była pokojówką, która zajmowała się Merab pod-
czas jej pobytu w domu Amelii. Gospodyni wspomniała ostatnio swej pani, że Lottie okazuje nieprzyzwoite wręcz 
zainteresowanie pewnym młodym kapralem, więc wyjazd za miasto był w jej przypadku jak najbardziej wskazany. 
A poza tym należało przecież popierać wszelkie pomysły, które pozwalałaby Merab i panu Sandifordowi przeby-
wać w swym towarzystwie. Amelia rozsiadła się wygodnie w fotelu i uśmiechnęła promiennie do swej przyjaciółki 
i jej kuzyna. 

 
M
erab i Amelia rozstały się wśród łez i głośnego pochlipywania. 
- Oczywiście, wkrótce tu wrócisz - mówiła przez łzy Amelia. - Wiem, że wszystko będzie dobrze. 
Merab ucałowała ją gorąco. 
- Oczywiście. 
Wiedziała jednak, że to nieprawda, Sir Thomas był bardzo uprzejmy, nawet starał się ją pocieszać, jednak bez 

wątpienia przyjmował jej wyjazd z wielką ulgą. Merab nie wróciłaby do Amelii bez zaproszenia, a sir Thomas na 
pewno nie pozwoliłby swej żonie, by w tych okolicznościach znów gościła ją u siebie. Merab nie mogła mieć do 
niego  pretensji.  Który  mężczyzna  dobrowolnie  zgodziłby  się  na  to,  by  jego  żona  została  wykluczona  z  towarzy-
stwa? 

Rowland nie powiedział swej matce nic poza tym, że wyjeżdża z Bath. Pani Bridges zakładała więc, że jej syn 

wybiera się do Merryn Park, i tylko dzięki przypadkowemu spotkaniu z Amelią dowiedziała się prawdy. 

- Odwozi pannę Hartfield do domu?! - wykrzyknęła zdumiona. 
- Tak, nie powiedział pani o tym? 
- Nie. 
Obie  panie  zamilkły,  i  choć  obie  uważały,  że  takie  zachowanie  Rowlanda  było  wielce  interesujące,  zarazem 

czuły, że nie znają się dość dobrze, by o tym rozmawiać. 

 
R
owland zabrał Merab i Lottie bardzo wcześnie, jeszcze przed siódmą rano, gdyż podróż mogła im zabrać na-

wet cały dzień. Kufer Merab i walizka Lottie dołączyły do bagażu Rowlanda na dachu powozu. Lottie, popłakując 
cicho, weszła do środka, a potem z głośnym szlochem zarzuciła sobie fartuszek na głowę. Merab wzniosła oczy ku 
niebu, natomiast Rowland uśmiechnął się pod nosem. 

- Proszę wejść, kuzynko - powiedział tylko. Potem wspiął się za nią, postukał laską w sufit, i powóz ruszył w 

drogę. 

Początkowo podróż przebiegała wyjątkowo spokojnie. Merab, która ze strachem myślała o tym, jak przez cały 

dzień  wytrzyma  tylko  w  towarzystwie  Rowlanda,  zaczęła  się  powoli  uspokajać.  Być  może  obecność  Lottie  po-
wstrzymywała go od nieprzyjemnych uwag, a może po prostu nieco polubił swą kuzynkę. Tak czy inaczej rozma-
wiali spokojnie o zmianach, jakie Rowland zamierzał wprowadzić w swoim majątku, a Merab wtrąciła kilka cał-
kiem interesujących uwag. 

- Czytałam gdzieś o korzyściach, jakie daje nawóz rybny - powiedziała. - Choć podejrzewam, że mieszka pan 

zbyt daleko od morza, by tego rodzaju nawóz był dla pana łatwo dostępny. 

Rowland spojrzał na nią i uniósł brwi, rozbawiony. 
- A co pani wie na temat nawozu z ryb, kuzynko? 
Merab roześmiała się. 
- Nic. Prócz tego, że wzbogaca glebę. Przyznaję jednak, że nie rozumiem, dlaczego gleba miałaby tego potrze-

bować. Natura chyba nie chciała, by ryby w jakikolwiek normalny sposób lądowały na suchej ziemi. 

- Natura nie pozwala też używać tylko jednego rodzaju zboża, i wiadomo powszechnie, że używanie tego same-

go zboża rok po roku źle wpływa na żyzność ziemi. 

- Natura preferuje różnorodność? 
- Tak by się wydawało. Oczywiście, nie potrafimy tego jeszcze wyjaśnić, ale... 
Rozmowa została gwałtownie przerwana przez nagłe szarpnięcie, które rzuciło Lottie na przeciwległe siedzenie. 

Potem rozległy się strzały i rżenie wystraszonych koni. Lottie wrzasnęła przeraźliwie. Rowland rzucił się po pisto-
lety. 

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego. - Drzwi powozu otworzyły się gwałtownie i stanął w nich potężnie zbu-

dowany mężczyzna w masce na twarzy. Rozbójnik przystawił lufę pistoletu do piersi Rowlanda. 

- No już, dawaj pieniądze. 
- A skąd wiesz, że mamy jakieś pieniądze? 
Lufa pistoletu wbiła się mocniej w pierś Rowlanda. 
- Nie próbuj się ze mną bawić. Twoja sakiewka. I tej pani. - Ruchem głowy wskazał na wyjście. - Wyskakuj. 
Rowland z ociąganiem wykonał jego polecenie. Gdy tylko zasłonił drzwi, Merab bez namysłu sięgnęła po pisto-

let  wiszący  na  ścianie.  Na Boga,  był  załadowany!  Odciągnęła  cyngiel  i  wymierzyła.  Widziała rozbójnika  bardzo 
wyraźnie. Rowland wciąż próbował się opierać, a rozzłoszczony zbój pochwycił go za ramię i ściągnął na ziemię. 

background image

 

46 

Rowland upadł, i w tym momencie Merab wypaliła. Rozbójnik upadł, a wystraszone konie zaczęły szarpać się w 
uprzęży. Lottie piszczała. 

Merab przerażona, że powóz przejedzie Rowlanda, zeskoczyła na ziemię i krzyknęła do woźnicy: 
- Na Boga, przytrzymaj je! 
W tym momencie rozległ się drugi strzał i Merab poczuła piekący ból w ramieniu. Wypuściła z dłoni pistolet. 

Czerwona  plama  na  sukience  zaczęła  się  gwałtownie  powiększyć.  Drugi  rozbójnik,  z  bronią  gotową  do  strzału, 
podjechał bliżej i mierzył w Merab. Zanim jednak zdążył pociągnąć za cyngiel, Rowland pochwycił pistolet i wy-
palił do niego z drugiej lufy. Mężczyzna zaklął głośno, złapał się za nogę, zawrócił i odjechał galopem. 

Na moment zapadła cisza, przerywana tylko wrzaskami Lottie i pojękiwaniami rannego zbója. Rowland powoli 

podniósł się z ziemi. Spojrzał na Merab. Ona również popatrzyła na niego, po czym nagle pobladła i osunęła się na 
ziemię. 

Nie  bardzo  zdawała  sobie sprawę  z  tego,  co  działo się  potem,  gdyż  wciąż  odzyskiwała i  traciła  przytomność. 

Ktoś bezceremonialnie rozerwał jej suknię na ramieniu i odsłonił ranę. 

- To tylko powierzchowna rana - rozbrzmiał czyjś głos. Czyżby to Rowland mówił o niej z taką troską? Potem 

przyszła Jej do głowy zupełnie absurdalna myśl, że na szczęście włożyła na podróż jedną ze swych starszych su-
kien. Potem znów straciła przytomność. 

Kiedy doszła wreszcie do siebie, początkowo nie mogła zrozumieć, gdzie jest i co się z nią dzieje. Była oszoło-

miona i ogłupiała. Okropnie bolało ją ramię. Głowę opierała o czyjąś twardą pierś. Przestraszona, wyprostowała się 
gwałtownie. Rowland odsunął rękę. W dłoni trzymał jej czepek i szpilki do włosów. 

- Nie wiedziałem dotąd, że kobiety potrzebują aż tylu szpilek - powiedział, siląc się na normalny ton. - Gubiła je 

pani przez całą drogę. 

Merab wpatrywała się w niego przez moment, marszcząc brwi i próbując sobie przypomnieć, co zaszło. Nagle 

krew napłynęła jej do twarzy. 

- Zostaliśmy napadnięci - powiedziała. 
- Tak było, w istocie - zgodził się Rowland. 
- Och, panno Hartfield, była pani taka dzielna! - wtrąciła z ożywieniem Lottie, która najwyraźniej zapomniała 

już o swym zmartwieniu. 

- Naprawdę? 
- Strzeliła pani do niego. Dobrze mu tak. 
Merab spojrzała pytająco na Rowlanda. 
- Postrzeliła pani jednego z bandytów - wyjaśnił. - Był też drugi, który zranił panią. A ja postrzeliłem jego. 
- Nie zabiłam go, prawda? - Nagle wszystkie wydarzenia sprzed kilku chwil stanęły Merab przed oczami. 
-  Nie.  Na  szczęście  byliśmy  niedaleko  od  wioski.  Opowiedziałem  o  wszystkim  miejscowemu  sędziemu,  a  on 

zamknął  zbója  w  areszcie.  Złożyłem  zeznania  w  pani  imieniu,  nie  musi  się  pani  już  o  to  kłopotać  -  zapewnił  ją 
Rowland. 

Merab siedziała przez chwilę w milczeniu, po czym powiedziała: 
- To mogła być jedna z moich nowych sukienek. 
Potem nagle wybuchnęła płaczem. Rowland objął ją mocno ramieniem i podał jej swoją chusteczkę. Po chwili 

Merab wysunęła się z jego uścisku, wyprostowała i energicznie wysiąkała nos. 

- Przepraszam. Płaczę nad sukienką, której nawet nie nosiłam. To takie głupie. 
- Odreagowanie - stwierdził Rowland. 
- Jest pan ranny? 
Rowland wzruszył ramionami. 
- Jakiś siniak czy zadrapanie. A pani wkrótce będzie zdrowa, dzięki Bogu to tylko powierzchowna rana. Przez 

tydzień czy dwa ramię będzie trochę sztywne, ale na pewno się zagoi. 

Odwrócił się i spojrzał za okno. Bez wahania zerwał suknię z jej ramienia, ale teraz wspomnienie tej delikatnej 

skóry, przeoranej czerwonym pasmem rany, paliło go żywym ogniem. Merab, leżąca na siedzeniu powozu, wyda-
wała się taka delikatna i bezbronna. Gdyby nie było tam Lottie, czułby nieodpartą chęć, by... 

Otrząsnął się szybko z tych dziwnych myśli. Lottie tam była. Merab, jego kuzynka, której istnienie pozbawiło 

go oczekiwanego spadku, została lekko ranna, to wszystko. Dlaczego miałby sądzić, że cokolwiek się zmieniło? 

Gdy przyjechali do Hartfield, majątek był niemal całkiem opustoszały. Większość służby dostała już odprawę i 

opuściła dom. Na miejscu pozostały tylko Mary i Jenny oraz jeden mężczyzna do cięższych prac fizycznych. Słu-
żą

ce zostały powiadomione wcześniej o przyjeździe Merab i przygotowały dla niej pokój, jednak pozostawał pro-

blem Rowlanda. Zgodnie z zasadami dobrego wychowania pan Sandiford nie powinien był zostać w Hartfield Hall, 
jeśli Merab nie towarzyszyła jakaś przyzwoitka. Dlatego też jeszcze przed wyjazdem Rowland zamierzał zamiesz-
kać w gospodzie we wsi i przyjeżdżać do Hartfield w razie potrzeby. 

Nie mógł jednak z czystym sumieniem zostawić swej kuzynki na pastwę dwu rozchichotanych służących i Lot-

tie, która wcale nie była lepsza od nich. Merab przez ostatnie pół godziny podróży milczała. Rowland podejrzewał, 

background image

 

47 

ż

e rana mocno daje jej się we znaki. Kiedy dotknął jej czoła, przekonał się, że ma także sporą gorączkę. Nie było w 

tym nic niepokojącego, jednak Merab nie mogła być pozostawiona sama sobie. 

Doszedł więc do wniosku, że musi zostać w Hartfield przynajmniej na tę noc. Lottie mogła spać w pokoju Me-

rab na składanym łóżku, zastępując w ten sposób normalną przyzwoitkę, on zaś postanowił, że nazajutrz skontaktu-
je się z panem Camberwellem, by sprowadzić tu na tydzień lub dwa jakąś szacowną starszą damę. 

Powóz skręcił w aleję prowadzącą do Hartfield Hall i po chwili zatrzymał się przed domem. Rowland wysko-

czył z kabiny; rozłożył schodki. Jednak Merab nie była w stanie iść o własnych siłach, więc Rowland, nie zważając 
na jej protesty, wziął ją na ręce i zaniósł do domu, starając się nie zwracać uwagi na Jenny i Mary, które chichotały 
za  jego  plecami.  Zaniósł  Merab  do  salonu,  otworzył  ramieniem  drzwi,  po  czym  zawołał  Lottie  i  kazał  jej  zdjąć 
pokrowce z sofy. 

Merab otworzyła oczy. 
- Gorąco mi - szepnęła. 
- Ma pani lekką gorączkę - odparł Rowland krótko. - Poprawię pani opatrunek, a potem położy się pani do łóż-

ka. Lottie przyniesie laudanum, proszę je zażyć. Jest pani głodna? 

Merab pokręciła głową. 
Rowland położył ją ostrożnie na sofie i poszedł przygotować nowy opatrunek. Po chwili powrócił z Mary, która 

niosła na tacy płótno opatrunkowe, rolkę bandaża, nożyczki, butelkę z ciepłą wodą, flanelową szmatkę i parujący 
okład. 

- Boisz się widoku krwi? - spytał Rowland Mary. 
- Nie, sir. 
- To dobrze. Lepiej tu zostań, możesz się przydać. 
-  Jeśli  zechce  pan  odrobinę  poczekać,  przyniosę  jeszcze  jedno  prześcieradło  -  powiedziała  Mary,  patrząc,  jak 

Rowland odwija prowizoryczny bandaż. - Nie ma sensu brudzić wszystkiego. 

Rowland wziął flanelową szmatkę i ostrożnie zamoczył bandaż w miejscu, gdzie zakrzepła krew przykleiła go 

do rany. Merab zagryzła mocno dolną wargę. 

- Postaram się być bardzo delikatny. 
- Nic mi nie będzie - odparła krótko. 
Po odwinięciu bandaży oboje ujrzeli ranę, która okazała się być długą, niezbyt głęboką bruzdą. Choć w kilku 

miejscach znów zaczęła krwawić, Rowland z ulgą stwierdził, że nie ma żadnych śladów zakażenia. Przemył ranę 
ostrożnie, wysuszył i powiedział do Mary: 

- Podaj mi, proszę, ten okład. 
- A to po co? - Merab przyglądała się podejrzliwie okładowi. 
- To na wypadek, gdyby do rany dostał się jednak jakiś brud. To tylko woda i chleb. 
- Hm... 
- Mój tato używał tego do leczenia koni - wtrąciła Mary. - To bardzo dobre, panno Hartfield, naprawdę. 
Merab zaczęła się śmiać, lecz zaraz skrzywiła twarz w bolesnym grymasie. 
Rowland przyłożył szarą papkę do rany. 
- Płótno - zaordynował. - Bandaż. - Wprawnie obwiązał ramię chorej. - Nie za mocno? 
- Nie, bardzo dobrze. Dziękuję - dodała po chwili milczenia. 
- Lottie! - zawołał Rowland. - Pójdziesz z Mary i przygotujesz łóżko dla panny Hartfield. Zaniosę ją tam za ja-

kieś dziesięć minut. 

- Tak jest, proszę pana. 
Pozostawieni  tylko  we  dwoje,  kuzyni  siedzieli  w  milczeniu.  Rowland  poprawił  jeszcze  węzeł  na  opatrunku  i 

wziął chorą za nadgarstek, by zbadać jej puls. 

Merab uświadomiła sobie nagle, że ma odkryte ramię; zaczerwieniła się. Serce, które jeszcze przed momentem 

było zupełnie spokojne, teraz zaczęło bić jak szalone. Rowland podniósł głowę i ich spojrzenia nagle się spotkały. 
Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy; milczeli. Świat zatrzymał się w miejscu. Merab słyszała tylko nienatu-
ralne,  jakby  nieziemskie  tykanie  zegara.  Zauważyła,  że  oczy  Rowlanda,  choć  szare,  kryły  w  sobie  ciemniejsze 
iskierki,  a  jego  rzęsy  były  długie  i  czarne.  Potem  Rowland  wypuścił  jej  rękę  i  powiedział  głosem  wypranym  z 
wszelkich emocji: 

- Przypuszczam, że Lottie przygotowała już pokój. Zaniosę panią na górę. 
Merab nie odpowiedziała ani słowa, jednak gdy Rowland wynosił ją na górę, słyszała, że jego serce również bi-

je głośno i szybko. 

 
N
azajutrz Merab obudziła się dość późno. Przez moment nie mogła sobie przypomnieć, gdzie jest - okno było w 

niewłaściwym miejscu, zasłony przy łóżku całkiem inne niż w domu Amelii. Potem wszystko zrozumiała. Usiadła 
ostrożnie i dotknęła ramienia. Wciąż było sztywne i obolałe, jednak poza tym wydawało się sprawne. 

Po chwili jej myśli zwróciły się ku Rowlandowi. Przypomniała sobie, że sam opatrzył jej ranę i że był przy tym 

bardzo miły i delikatny. W niczym nie przypominał aroganckiego, szorstkiego mężczyzny, którego tak znienawi-

background image

 

48 

dziła w dzień odczytania testamentu. A potem wieczorem, w ciszy salonu, nastąpił ten moment... Merab przelękła 
się nagle własnych myśli. Nie, była nieprzytomna, to wszystko musiało jej się przyśnić. 

Usiadła nieco wyżej i rozejrzała się dokoła. W rogu stało składane łóżko, a przy nim leżała torba Lottie, więc 

zostały przynajmniej zachowane pozory przyzwoitości. Merab doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ten epi-
zod może pogrążyć ją ostatecznie, jeśli tylko dowie się o nim towarzystwo w Bath. Potem otrząsnęła się z takich 
myśli. Najważniejszy jest przecież szacunek, jaki miała sama dla siebie. 

Po chwili stwierdziła, że nie ma sensu rozmyślać dłużej o tym, co się stało i o jej kuzynie. Musi wziąć się w 

garść. Powinna zajrzeć do kufra matki i dowiedzieć się prawdy. Zadzwoniła na Lottie. 

Rowland był w bibliotece, kiedy Merab zeszła na parter. 
Wydawało jej się, że słyszy w jego głosie dziwne napięcie, kiedy spytał ją uprzejmie, jak jej się spało i czy do-

brze się czuje. 

- Lepiej - odrzekła Merab krótko. Potem zmusiła się, by dodać z udawaną swobodą. - Muszę panu podziękować 

za opiekę. Wątpię, czy biedna Lottie wiedziałaby, co ze mną zrobić. 

Rowland zbył to machnięciem ręki. 
- Chyba powinienem obejrzeć ranę. Jadła już pani śniadanie? 
- Lottie przyniosła mi kawę i tosta. 
Rowland wstał; sięgnął po dzwonek. 
- Przywołam Mary. 
Rana Merab była czysta i goiła się jak należy. Tym razem Rowland nie zajmował się nią osobiście, lecz kiero-

wał poczynaniami Mary, kiedy ta przemywała ranę i bandażowała na nowo. 

- No proszę! - powiedział, kiedy Mary skończyła. - Teraz Mary może się panią zajmować. Spodziewam się, że 

za tydzień będzie pani zdrowa jak ryba. 

- Dziękuję ci. - Merab uśmiechnęła się słabo do służącej i z ulgą opadła na oparcie skórzanego fotela. 
- Za pani pozwoleniem, kuzynko - zaczął Rowland - pojadę dzisiaj złożyć wizytę panu Camberwellowi. 
- Oczywiście. Ale, panie Sandiford, nim pan pojedzie, czy mogłabym prosić, by zajął się pan zniesieniem kufra 

mojej mamy? Chciałabym, żeby przeniesiono go do mojego starego salonu. Muszę przejrzeć jego zawartość. 

- Jest pani pewna, że ma na to dość sił? Wygląda pani bardzo blado. 
- Jestem pewna. Muszę poznać prawdę. 
Rowland przez chwilę przyglądał jej się badawczo, po czym odrzekł: 
- Oczywiście, zajmę się tym. 
Jakieś pół godziny później Rowland ubrany w płaszcz, z kapeluszem w dłoni, wszedł do biblioteki, gdzie wciąż 

siedziała Merab. 

- Kufer jest w salonie, kazałem też napalić tam w kominku. 
Merab otworzyła oczy. 
- Dziękuję, kuzynie. 
Rowland uśmiechnął się i wyszedł. 
Kufer był bardzo ciężki, okuty żelaznymi sztabami i obity miedzią. Merab trzymała kluczyk do kufra w swojej 

szkatułce z klejnotami. Teraz siedziała przed nim i próbowała otworzyć. Ktoś naoliwił zawiasy i zamek, zapewne 
na polecenie Rowlanda, więc nie było to trudne. 

Na  samym  wierzchu  leżały  ubrania  matki,  których  Merab  po  prostu  nie  była  w  stanie  wyrzucić:  wieczorowy 

płaszcz z aksamitną krezą, który dni swej największej świetności dawno już miał za sobą, kilka par rękawiczek, za 
małych  na  Merab,  i  torebka  wyszywana  drobnymi  paciorkami.  Merab  z  nabożną  czcią  przeniosła  te  ubrania  na 
sofę.  Pod  spodem  znajdowały  się  buty  i  pantofle,  parasolka,  kilka  wielkich,  staromodnych  mufek  oraz  nieco  po-
gnieciony kapelusz, ze smętnie obwisłymi sztucznymi kwiatami. Te rzeczy Merab także odłożyła na bok. 

Na dnie kufra leżała Biblia matki i książeczka do nabożeństwa, różne pudełeczka i plik jakichś papierów owi-

niętych  w  ceratę i  przewiązanych  wstążeczką.  Merab  pamiętała,  że jedno  z  mahoniowych  pudełek  zawierało  do-
kumenty  matki.  Ostrożnie  wyjęła  je  ze  skrzyni,  krzywiąc  przy  tym  twarz  z  bólu,  gdyż  musiała  posługiwać  się 
obiema rękami. 

Usiadła na sofie, odsunęła mufki, położyła pudełko na kolanach i otworzyła je powoli. Na samym wierzchu le-

ż

ał list, który pastor napisał do niej po śmierci matki. Nazywał matkę „łaskawą damą” i miał zupełną rację. Nawet 

gdy była już śmiertelnie chora, pani Hartfield zachowywała się z niewymuszonym wdziękiem i godnością. Merab 
wyjęła świadectwo śmierci matki i jej pogrzebu. Potem przejrzała kopię świadectwa swego chrztu i wreszcie dotar-
ła do złożonego we czworo kawałka papieru. Rozłożyła go drżącymi rękami. 

Było to potwierdzenie małżeństwa zawartego przez jej rodziców. Ślub odbył się w kościele pod wezwaniem św. 

Pankracego, w dniu 14 kwietnia 1789 roku. Świadkami ślubu byli Theodore Bamfather i pani Eliza O’Riley. 

Pana Bamfathera pamiętała jeszcze z dzieciństwa, jako schorowanego staruszka, który zmarł, gdy ona miała ja-

kieś sześć lat. Zawsze witał się z jej rodzicami po niedzielnej mszy i zawsze wciskał jej do kieszeni jakiś smakołyk. 
Zapewne to właśnie on prowadził jej matkę do ołtarza. 

Ale Eliza O’Riley? Podpis był zamaszysty, z dziwacznie pokręconym E i R. Kim ona była? Merab miała prze-

background image

 

49 

cież  na  drugie  imię  Eliza.  Czyżby  została  tak  nazwana  właśnie  na  cześć  owej  damy?  Wiedziała,  że  jej  pierwsze 
imię ma związek z ukochaną siostrzyczką mamy, która umarła bardzo młodo, i zawsze zakładała, że ta siostrzyczka 
także nazywała się Merab Eliza, tak samo jak ona. Ale czy tak było w istocie? 

Przez długą chwilę siedziała w zupełnej ciszy. Pudełko było już puste, a ona nie miała ochoty przeglądać pozo-

stałych. Była prawowitym dzieckiem swoich rodziców. Przecież to było dla niej najważniejsze. Nagle zdała sobie 
sprawę, że w głębi serca nigdy w to nie wątpiła - to dziwne, jak złośliwe plotki mogą doprowadzić człowieka do 
zwątpienia. Nigdy nie przyszło jej do głowy, by była okłamywana przez własnych rodziców, a jednak Joseph zasiał 
w jej sercu niepewność, uczynił ją tak nieufną, że musiała na własne oczy ujrzeć dowód. 

Postanowiła na razie pozostawić pudełka w spokoju, musiała jednak zająć się ubraniami. Większość z nich nie 

nadawała się już do noszenia, Lottie mogła jednak coś jeszcze z nimi zrobić. Torebkę i parasolkę zatrzymała dla 
siebie. Zadzwoniła po Lottie. 

Młoda służąca w zadziwiającym wprost tempie wracała do równowagi po tym straszliwym przeżyciu, jakim by-

ło dla niej rozstanie z kapralem. Z zapałem opowiadała wszystkim o napadzie, który już nie wydawał jej się wcale 
taki przerażający, a Jenny i Mary stanowiły bardzo wdzięczną publiczność. Teraz wciągnęła z zachwytem powie-
trze,  patrząc  na  rozłożone przed  nią skarby.  Rzeczy  wyrzucane  przez  panie  należały  się  prawnie  ich  służącym,  a 
każda służąca wiedziała, że jeśli nawet nie chce ich nosić, może je zawsze sprzedać. 

- Dziękuję, panno Hartfield - szepnęła i oczy jej rozbłysły. - Och, to już prawie pora lunchu, proszę pani. Pan 

Sandiford właśnie wrócił. 

- Zejdę za moment. 
Lunch nie był zbyt wyszukany; trochę szynki, kawałek sera, chleb i ciasto ze śliwkami. 
- Kuzynko? - Rowland wskazał na szynkę. 
- Tak, poproszę. A także kromkę chleba i plasterek sera. 
Rowland spełnił jej życzenie, a potem pokroił szynkę i ser na plasterki, tak by Merab mogła się nimi częstować. 
- Proszę - powiedział, smarując kromki masłem i z uśmiechem podał je Merab. 
-  Dziękuję.  -  Merab  także  odpowiedziała  uśmiechem.  -  Nie  jadłam  tak  od  czasów  dzieciństwa.  Jakie  wieści 

przywiózł pan od pana Camberwella? 

Rowland wzruszył ramionami. 
- Nic interesującego poza tym, że pan Camberwell uważa, iż powinniśmy uzyskać jakieś sto funtów ze sprzeda-

ż

y mebli. Mówi, że testament o nich nie wspomina, a więc prawnie należą do nas. Spytał, czy jest wśród nich coś, 

co chcielibyśmy zatrzymać, pani lub ja. 

Merab pokręciła głową. Większość mebli była ciemna i ciężka, utrzymana w stylu poprzedniego stulecia. Na-

wet wówczas nie były one zresztą specjalnie wyszukane, ot, zwykły komplet ciężkich, wiejskich mebli. Dywany, 
które niegdyś przedstawiały zapewne sporą wartość, teraz były już zniszczone i wytarte. Poza tym, gdzie miałaby 
je przechowywać? 

- Przypuszczam, że srebra są dosyć cenne, prawda? - spytała z nadzieją. 
Rowland podniósł swój widelec i przez chwilę przyglądał mu się z uwagą. 
- Wątpię. Ale możemy poprosić kogoś, by ocenił wartość książek. - Potem dodał: - W drodze powrotnej wstąpi-

łem  do  pani  Barden.  Zgodziła  się  pomieszkać  tutaj  przez  tydzień  lub  dwa.  To  rozwiązuje  ten  irytujący  problem 
przyzwoitki i dobrych obyczajów. 

- Pani Barden! - Merab rozpromieniła się. - Kochana pani Barden. Ależ ona musi mieć już ponad osiemdziesiąt 

lat. Czy dobrze się czuje? 

- Wydawała mi się wyjątkowo żwawa. Mówiła, że ma dwójkę bardzo hałaśliwych wnuków, dwunaste i czterna-

stolatka, i że odrobina spokoju i ciszy bardzo by jej się przydała. Pojadę po nią około czwartej. - Rowland dokoń-
czył  swoją  porcję  szynki  i  podał  Merab  kawałek  ciasta.  -  Hm,  wygląda  smakowicie.  Proszę  mi  opowiedzieć,  co 
pani dziś porobiła? 

Merab sięgnęła do kieszeni i wręczyła mu złożony kawałek papieru. 
Rowland szybko przebiegł wzrokiem treść dokumentu. 
- Nigdy nie wątpiłem w to, że małżeństwo pani rodziców było całkowicie legalne. Pani ojciec na pewno nie zo-

stałby wydziedziczony z powodu utrzymywania kochanki! O ile wiem, pani wuj Edmund nigdy nie żałował sobie 
tego typu rozrywek. 

Merab gwałtownie podniosła na niego wzrok; na jej twarzy malowała się podejrzliwość i zwątpienie. 
- Ale... ale pan powiedział... - Merab pamiętała każde słowo: „Nie wiedziałem, że Julian miał jakieś nieślubne 

dzieci”. 

Przez dłuższą chwilę Rowland dziobał bezmyślnie swój kawałek ciasta. 
- Zdaję sobie sprawę - przemówił wreszcie - że jestem pani winien przeprosiny, kuzynko. Zachowałem się wy-

jątkowo grubiańsko, kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Była to tylko i wyłącznie moja wina. Nie mam nic na 
swoje usprawiedliwienie. - Rozłożył ręce. - Kuzyn Julian wspomniał tylko raz, jakieś osiem lat temu, że pani i pani 
matka  zamieszkałyście  w  Hartfield.  Przyznaję,  że  nie  chciałem  mu  wierzyć.  Wydawało  mi  się,  że  została  pani 
„wymyślona”, żeby mnie przestraszyć i żebym dostosował się do wymagań pani dziadka. Pani obecność tutaj była 

background image

 

50 

więc dla mnie ogromnym zaskoczeniem i obawiam się, że pochopnie wyciągnąłem z tego całkowicie mylne wnio-
ski. 

- Pan mnie przeprasza? - spytała Merab ostrożnie. 
- Tak. Z całego serca. 
Merab spojrzała na swój talerz. Była nieco zmieszana. Rowland ją przepraszał? Czy robił to naprawdę szczerze, 

czy też była to tylko część planu, który miał na celu przekonać ją do wygodnego małżeństwa? Wygodnego przy-
najmniej dla Rowlanda. 

- Dlaczego? - Nie potrafiła opanować podejrzliwego tonu brzmiącego w jej głosie. 
- Bo nie miałem racji. A także dlatego, Merab, że musiałem cię naprawdę zranić, skoro traktujesz mnie z taką 

podejrzliwością. 

Nastąpiła chwila ciszy. 
- Muszę powiedzieć, że to bardzo dziwne uczucie mieć krewnego, z którym jestem w normalnych stosunkach - 

powiedziała Merab, starając się ukryć zmieszanie, wywołane faktem, że Rowland zwrócił się do niej po imieniu. 

W atmosferze ostrożnej sympatii podzielili między siebie pozostałą część ciasta. 
 
C
hoć pani Harrison przyjęła wiadomość o wyjeździe Merab z nie ukrywaną radością, reakcja Josepha była cał-

kiem odmienna. Jeszcze jako uczeń uwielbiał tyranizować mniejsze, słabsze dzieci i zawsze niecierpliwie wycze-
kiwał chwili, kiedy będzie mógł dopaść upatrzoną ofiarę i dręczyć ją do woli. Uwielbiał napawać się poczuciem 
siły i władzy, kiedy widział jak jakieś dziecko kuli się ze strachu na jego widok, uwielbiał, gdy jego ofiary próbo-
wały  zjednać  sobie  jego  przychylność,  oferując  mu  przeróżne  słodycze  i  smakołyki,  z  satysfakcją  patrzył  na  ich 
radość, kiedy przyjmował te podarunki i zostawiał je w spokoju. Oczywiście cieszył się, że Merab zapłaciła za to, 
iż ośmieliła się mu odmówić, jednak pozbawiony został radości oglądania jej cierpienia. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  nie  można  mieć  wszystkiego,  postanowił  więc  na  razie  zająć  się  umacnianiem  swej 

pozycji  towarzyskiej.  Po  pewnym  czasie  stwierdził  ze  złością,  że  Merab  cieszyła  się  powszechną  sympatią,  i  że 
atakując ją zbyt otwarcie może wzbudzić podejrzenia i niechęć towarzystwa. Dlatego też mówił o niej z fałszywym 
współczuciem. 

- Ach, moja biedna kuzynka - wzdychał do pani Tiverton. - To naprawdę nie jej wina i trudno winić ją za to, że 

chciała zachować wszystko w tajemnicy... 

- Moja matka okropnie się tym przejęła - poinformował lady Mandersby. 
- To z pewnością dobrze o niej świadczy - odparła szacowna dama, z powątpiewaniem przyglądając się swemu 

rozmówcy przez lorgnon. - Towarzystwo w Bath stało się ostatnio zbyt pobłażliwe i trzeba wreszcie położyć temu 
kres. 

Joseph nie był do końca zadowolony z tej odpowiedzi i wolał nie wypytywać lady Mandersby, co właściwie ma 

na myśli. 

Pani Harrison nie była równie rozsądna. Uradowana wyjazdem Merab, nie przepuściła żadnej okazji, by dodać 

coś jeszcze do opowieści o haniebnej karierze Abigail Cooper. Tancerka w chórze operowym, szalone noce spę-
dzane w różnych klubach o wątpliwej reputacji, niezliczona liczba kochanków - rewelacje pani Harrison stawały 
się coraz mniej prawdopodobne. 

Któregoś dnia po spotkaniu z panią Harrison pani Bridges powiedziała do swego męża: 
- Ciekawe, co będzie dalej. Może sekretne małżeństwo z księciem Walii? 
- Co najmniej - odparł pan Bridges z uśmiechem. - Wiesz, kochanie, chyba nie powinnaś się tym zbytnio mar-

twić. Coraz mniej ludzi wierzy w te bzdury. A jeśli tylko panna Hartfield pokaże świadectwo ślubu swych rodzi-
ców, nie będzie już chyba żadnego powodu, dla którego nie można by przyjąć jej z powrotem do towarzystwa. 

- Ale ci wstrętni Hamsonowie wciąż będą jej kuzynami. Gdybyż wreszcie stąd wyjechali... 
 
M
erab i pani Barden przywitały się z ogromną radością. 
- Panno Merab! Wygląda pani cudownie! Zawsze mówiłam, że kiedyś będzie pani piękna jak pani świętej pa-

mięci matka. Ach, to pani biedne ramię. Co za nikczemni zbóje, łotry z piekła rodem. 

Pani  Barden  z  przyjemnością  przyglądała  się  Merab.  Teraz  jest  prawdziwą  damą,  pomyślała.  Pan  Sandiford 

chyba pójdzie wreszcie po rozum do głowy. Opowieści o jego grubiaństwie szybko rozeszły się po okolicy, choć 
pani  Barden  musiała  przyznać,  że  w  stosunku  do  niej  zachowywał  się  niezwykle  uprzejmie,  oferując  jej  koc  do 
przykrycia kolan, kiedy jechała z nim powozem. 

- Pani Barden! Jakże się cieszę, że panią widzę! - Merab ucałowała ją w policzek. - Doskonale pani wygląda. 
- Teraz nie musi się już pani o nic martwić, panno Merab - powiedziała pani Barden, kiedy zdjęła już czepek i 

płaszcz. - Po drodze wstąpiliśmy do rzeźnika i pan Sandiford kupił bardzo ładny kawałek wołowiny. Już ja dopil-
nuję, żeby pani nie głodowała. 

- Ależ pani Barden! - zawołała Merab. - Pani nie przyjechała tutaj pracować. Jestem pewna, że mój kuzyn wy-

tłumaczył już, że chodzi o te śmieszne zasady. 

- I bardzo dobrze. - Pani Barden rozpromieniła się w uśmiechu. - Ale pobyt tutaj i trochę ruchu bardzo dobrze 

background image

 

51 

mi zrobi, proszę się nie martwić, panno Merab. Moja córka jest dla mnie bardzo dobra, ale nie pozwala mi nawet 
ruszyć palcem, i między nami  mówiąc, zaczynam się już trochę nudzić. No dobrze, kochanie, co by pani powie-
działa na filiżankę herbaty? 

- Tak, poproszę. - Merab poddała się. - Kuzynie Rowlandzie, przyłączy się pan do mnie? Nie skończyłam jesz-

cze przeglądać rzeczy mojej mamy, ale jeśli nie przeszkadza panu bałagan, to w salonie jest przynajmniej ciepło. 

- Nie ma pani nic przeciwko temu? 
- Nie - odparła Merab po krótkiej chwili wahania. 
Później, kiedy Jenny przyniosła im już herbatę, Merab wyznała: 
- Wiem, że to głupie, ale jakoś nie mogę tego otworzyć - wskazała na papiery owinięte w ceratę. - Wydaje mi 

się, że naruszam w ten sposób sanktuarium mojej mamy. 

Rowland spojrzał na wskazane przez Merab paczki i powiedział ostrożnie: 
- Jestem pewien, że pani matka była rozsądną kobietą. Miała dość czasu, by zniszczyć rzeczy, których nie chcia-

ła nikomu pokazać. Skoro jednak pozostawiła je tutaj, to widocznie zgadzała się na to, by pani kiedyś do nich zaj-
rzała. 

- Tak, ma pan chyba rację. Nie pomyślałam o tym. Ale co jeśli... jeśli? 
- Jeśli okaże się, że ten paskudny Joseph miał rację? 
Merab nie była w stanie odpowiedzieć. 
- Merab, są różne tancerki operowe. Choć to prawda, że nie cieszą się zbyt dobrą reputacją, głupotą byłoby za-

kładać, że nie ma między nimi uczciwych i cnotliwych dziewcząt. 

- Dzię... dziękuję, kuzynie. 
- No już, odwagi. Którą chce pani otworzyć najpierw? 
- Tę małą. 
- Proszę bardzo. 
- Och! - W środku znajdowały się dwa pakiety listów. Jeden przewiązany czerwoną wstążeczką, drugi - niebie-

ską. Listy pisane ręką ojca zaadresowane były do panny A. Cooper. - To pismo moich rodziców. 

Rowland uśmiechnął się ciepło. 
- Listy miłosne? 
- Tak przypuszczam. Przeczytam je później. - Mogła to zrobić tylko w samotności. - Kuzynie, poproszę teraz 

ten duży pakunek. 

Rowland wykonał jej polecenie. 
Merab  powoli  rozwiązała  wstążeczkę  i  ściągnęła  ceratę.  Wewnątrz  znajdowały  się  afisze,  programy  i  plakaty 

operowe. Merab szybko przejrzała ich treść. Znajome jej już nazwisko O’Riley powtarzało się tam kilkakrotnie, nie 
zauważyła jednak, by w którymkolwiek przedstawieniu występowała Abigail Cooper. 

- Bogu dzięki! Nie ma tu nazwiska mojej matki! - zawołała Merab i dyskretnie otarła oczy. - Ale jest ta Eliza 

O’Riley, która była świadkiem na ślubie moich rodziców. Kim ona jest? 

Rowland, który dotąd zajmował miejsce na krześle, teraz wstał, usiadł obok swej kuzynki i delikatnie wziął ją 

za rękę. 

- Merab - powiedział łagodnie. - Pani matka śpiewała pod innym nazwiskiem. 
- Pod innym nazwiskiem! - Merab patrzyła na niego swymi wielkimi, pełnymi łez oczyma. - Skąd... skąd pan 

wie? 

- Ten okropny Joseph. 
- Jakie to było nazwisko? 
Rowland powoli wskazał na afisz. 
- Rosalba Bersanelli. 
Afisz  był już  nieco  zniszczony.  Dwa  uskrzydlone  aniołki  podtrzymywały  u  góry  wiązankę  róż,  zaś  napis pod 

spodem głosił: 

 
Teatr Królewski przy Haymarket prezentuje: 
„La Finta Principessa” autorstwa signiora Luigi Cherubini

 

 
Na końcu listy aktorów, pod nagłówkiem „W rolach służących”, widniało nazwisko signiora Rosalba Bersellini. 

Przedstawienie odbywało się w kwietniu 1784 roku. 

- Pani matka musiała być wówczas bardzo młoda - zauważył Rowland. Wciąż trzymał Merab za rękę. 
- Miała dziewiętnaście lat. 
Następny plakat wydrukowany został rok później i zapraszał na kolejną operę Cherubiniego, zatytułowaną Giu-

lio Sabino

. Tym razem nazwisko matki Merab znajdowało się znacznie wyżej. Elena: signorina Rosalba Bersanel-

li

- Muszę pani powiedzieć, kuzynko - zaczął Rowland, spoglądając na Merab z troską - że te przedstawienia, w 

których  występowała  pani  matka,  były  dobre.  Widzę,  że  występowali  tylko  w  Teatrze  Królewskim  i  w  Covent 

background image

 

52 

Garden. Żeby w wieku dwudziestu lat dostać tam jedną z głównych ról, trzeba było być prawdziwą profesjonalist-
ką. 

- Jest pan bardzo uprzejmy - odparła Merab głucho. Wpatrywała się tępym wzrokiem w plakaty, potem wysunę-

ła rękę z dłoni Rowlanda i wstała. 

- Proszę mi wybaczyć, kuzynie, ale chciałabym teraz zostać sama. - Skłoniła głowę i wyszła z pokoju. 
Rowland zwinął plakaty i włożył je z powrotem do kufra. Po krótkim namyśle podszedł do sekretarzyka, odszu-

kał pióro, atrament i papier, po czym zasiadł do pisania. 

 
P
ani Bridges siedziała w swym przytulnym salonie z widokiem na plac św. Jakuba i z przyjemnością przygląda-

ła  się  czerwonemu  bukowi,  rosnącemu  pośrodku  ogrodu  na  tymże  placu.  Drzewko  zaczęło  właśnie  wypuszczać 
liście, co wprawiało panią Bridges w dobry nastrój. Lubiła mieszkać wysoko i z dala od samego centrum - powie-
trze było tu czystsze, a jeśli nawet nie miała wspaniałego widoku na plac Royal Crescent, to nie musiała także zno-
sić hałasu, jaki zawsze wypełniał to miejsce. Mogła korzystać ze wszystkich przywilejów, jakie dawało mieszkanie 
przy centrum miasta, korzystając jednocześnie z ciszy i spokoju rzadko w takim miejscu spotykanych. 

Oczywiście, spacer do Pijalni był dosyć długi i nieco męczący, ale zarówno pan, jak i pani Bridges, z przyjem-

nością pokonywali tę odległość, co zresztą doskonale wpływało na ich zdrowie. Zaś przy brzydkiej pogodzie zaw-
sze mogli wynająć powóz. 

Pani Bridges została nagle wyrwana z tych rozmyślań, gdyż do pokoju weszła służąca, niosąc na srebrnej tacy 

jakiś list. 

Rowland, to był list od Rowlanda. Szybko rozerwała pieczęć. Przeczytała list dwa razy i poszła szukać męża. 
-  To  dziwne  -  powiedział pan  Bridges jakieś  dwadzieścia  minut  później.  -  Zgadzam  się  z  tobą,  że  prawowite 

urodzenie panny Hartfield ma spore znaczenie, ale ta historia z operą... Nie bardzo wiem, jak moglibyśmy sobie z 
tym poradzić. 

- Po prostu zaprzeczyć wszystkiemu - odparła jego żona. - W końcu kto może przedstawić jakieś dowody? Za-

pewne sprawa wyglądałaby inaczej, gdyby Abigail Cooper nie występowała pod innym nazwiskiem, ale skoro to 
zrobiła,  to  kto  jest  w  stanie  udowodnić,  że  Rosalba  Bersellini  i  ona  to  jedna  i  ta  sama  osoba?  Na  Boga,  minęło 
przecież ponad trzydzieści lat! 

- Myślisz, że potrafiłabyś przekonać panią Tiverton i lady Mandersby? 
Pani Bridges zastanawiała się przez chwilę. 
- Rowland przynajmniej uznaje teraz pannę Hartfield za swoją krewną, choć gdyby zrobił to wcześniej, oszczę-

dziłby nam wszystkim wiele kłopotów. Czy możemy się tym posłużyć? 

- Lady Mandersby będzie chciała wiedzieć, dlaczego panna Hartfield nie została uznana wcześniej. 
- Testament? 
- Dobry Boże, Liz, przecież nie możesz jej powiedzieć o tym testamencie! 
- Nie o tym prawdziwym, oczywiście. Powiedzmy, że został obalony, pojawiły się jakieś techniczne problemy. 

Dopiero  teraz  prawda  wyszła  na jaw.  Pan  Hartfield  uznał  pannę  Hartfield,  ale ponieważ  był  starym,  zrzędliwym 
sknerą, nie zostawił majątku ani jej, ani Rowlandowi. Wszystko zostało oddane na cele dobroczynne. 

Pan  Bridges,  prawnik,  widział  tu  co  najmniej  kilka  problemów,  nie  wspomniał  jednak  o  tym.  Zdawał  sobie 

sprawę,  że  w  gruncie  rzeczy  rehabilitacja  Merab  zależy  raczej  od  humoru  lady  Mandersby  niż  od  prawdziwego 
stanu rzeczy. A lady Mandersby miała już zdecydowanie dość Harrisonów. 

- Ale czy Bath będzie przychylnie traktować młodą damę, która ma co prawda tytuł, ale żadnych pieniędzy? - 

martwiła się pani Bridges. 

- Ma to, co zostawił jej ojciec. Nie trzeba rozgłaszać, jaka to suma. Tak czy inaczej, kochanie, ponieważ, jak 

przypuszczam,  chcesz  ją  wydać  za  Rowlanda,  sprawa  posagu  jest  nieistotna.  Jeśli  się  pobiorą,  Hartfield  będzie 
należeć do nich. 

- Jeśli do tego dojdzie - odparła posępnie pani Bridges. - Rowland potrafi być taki nierozsądny. Zakochuje się w 

tej  głupiutkiej  lalce,  Kitty  Parminster,  i  zupełnie  nie  zwraca  uwagi  na  cudowną  kuzynkę,  którą  ma  przecież  pod 
nosem. Czasami mam ochotę załamać nad nim ręce! 

- Sądząc po tym liście, zmienił już nieco zdanie. 
- Tak - przyznała pani Bridges z nadzieją w głosie. - To prawda. 
Merab  nie  wspomniała  ani  słowem  o  profesji  swej  matki  ani  tego  wieczora,  ani  przez  następnych  kilka  dni. 

Czytała listy miłosne i płakała nad nimi w zaciszu swej sypialni. Początkowo jej matka była nieubłagana i nie go-
dziła się na małżeństwo w obawie, że zrujnuje życie ukochanego. Jonathan błagał ją; nie chciał, by była jego ko-
chanką,  twierdził,  że  jest warta czegoś  więcej. Wreszcie  -  listy  krążyły  pomiędzy  parą  zakochanych  ponad  rok  - 
Abigail poddała się i doszło do ślubu. Listy kończyły się krótką notką, napisaną ręką matki i dołączoną do listów 
męża. 

Tak wiać mój ukochany Jonathan i ja pobraliśmy się w końcu, a teraz mamy cudowne dziecko. Jednak tylko do-

bry Bóg, który wciąż ma nas w swej opiece, wie, jaką cenę zapłacił za to mój ukochany. 

Notka, opatrzona dokładną datą, została napisana kilka dni po urodzinach Merab. 

background image

 

53 

Czy  warto  było?  -  zastanawiała  się  Merab.  Tak,  gdyż  jej  rodzice  byli  ze  sobą  szczęśliwi.  Może  to  lepiej,  że 

umarli  całkiem  młodo.  Nigdy  nie  zaznali  upokarzającej  biedy,  która  kiedyś  mogła  stać  się  ich  udziałem.  Merab 
wiedziała już teraz, że dziadek nigdy nie wybaczyłby jej ojcu. 

Ale jak jej matka mogła zostać śpiewaczką operową? Jak mogła okłamywać swą córkę! To było już zupełnie co 

innego. Merab słyszała w szkole sporo o śpiewaczkach operowych. Kobiety, które same sobie zasłużyły na swój 
haniebny los, które pokazywały się na scenie, często bardzo skąpo odziane! Jak matka mogła robić coś podobnego? 
Nauczanie  śpiewu,  czy  nawet  występy  na  jakichś  zamkniętych  przyjęciach,  to  jedna  rzecz,  ale  odgrywanie  scen 
namiętności dla wszystkich tych Tomów, Dicków i Harrych, to coś zupełnie innego! 

Merab wybrała się na spacer do ogrodu. Jej myśli krążyły ciągle wokół tego samego tematu. Mama! Jej łagod-

na, skromna mama występująca na scenie. Merab sama nigdy nie była w operze, ale dobrze znała libretta. Mama 
opowiedziała jej pokrótce fabułę Wesela Figara i wielu innych. Śpiewać opery Cherubino! Pokazywać się publicz-
nie w spodniach! Występować w roli Suzanny i kochać się na scenie! Merab zaczerwieniła się po czubki uszu na 
myśl  o  lubieżnych  spojrzeniach,  gwizdach,  natarczywych  zalotach  różnych  dandysów  i  adoratorów  w  garderobie 
po przedstawieniu... Jak ona mogła to robić? 

Nie mogła jeść i tylko przesuwała jedzenie widelcem po talerzu. Nie mogła też spać i leżała z szeroko otwarty-

mi oczami, zmęczona i upokorzona, podczas gdy Lottie chrapała smacznie na łóżku w rogu pokoju. 

Wreszcie, któregoś wieczora po kolacji, Rowland powiedział. 
- Merab, tak dalej być nie może. 
- O czym pan mówi? - próbowała się bronić. 
- Chodzi o pani matkę, prawda? 
Nie odpowiedziała. 
- Chodźmy do salonu na górę. Czas już, byśmy o tym porozmawiali. 
Merab wykonała jego polecenie bez słowa sprzeciwu. 
Rowland otworzył kufer, który został wcześniej odsunięty pod ścianę, wyjął paczkę zawiniętą w ceratę, rozpa-

kował ją i ułożył wszystkie afisze, plakaty i programy na podłodze, w porządku chronologicznym. Potem podpro-
wadził Merab do sofy i zmusił ją, by usiadła obok niego. 

- Proszę mnie posłuchać - powiedział, - Musi pani przestać myśleć o swojej matce, jakby była ona jakąś dziwką, 

tak! Wiem, że nie powinienem używać tego słowa w obecności tak delikatnej i łagodnej kobiety, jak pani, ale musi 
pani  to  zrozumieć.  Ona  nie  była  dziwką.  Proszę  tylko  spojrzeć  tutaj  i  tutaj  -  wskazał  na  odpowiednie  miejsca.  - 
Pani matka pracowała bardzo ciężko. Proszę tylko spojrzeć na to! - Otworzył małą, oprawną w skórę książeczkę. - 
To musiał być jakiś notatnik związany  z jej pracą. Proszę popatrzeć: „Lekcje śpiewu”. „Ćwiczenia”. „Nauczanie 
pani Blackstone”. I znów „Lekcje śpiewu”. - Przewrócił kartki na stronę oznaczoną datą „marzec 1784”. Na całej 
stronie  zapisane  były  wyłącznie  próby  śpiewu.  -  Merab,  to  nie  jest  notatnik  ladacznicy.  To  dzienniczek  młodej 
kobiety, która jest całym sercem oddana swej pracy. 

- Ale... - wyjąkała Merab. Łzy płynęły jej po policzkach, a ona nie potrafiła ich powstrzymać. - Tu nie chodzi o 

ś

piewanie, tylko o aktorstwo. Pokazywanie się na scenie, tam gdzie wszyscy, a w większości jacyś prostaccy ro-

botnicy, mogli na nią patrzeć do woli. Jak ona mogła to robić? 

Rowland zastanowił się przez chwilę, a potem powiedział: 
- Przypominam sobie, jak powiedziała pani kiedyś, że pani matka uważała, iż gdy śpiewa Mozarta, robi to po to, 

by wychwalać Mozarta, a nie samą siebie. Czy mam rację? 

Merab skinęła głową. Wyjęła z kieszonki chusteczkę. 
Rowland spojrzał jeszcze raz na afisze. 
-  Nie  znam  oper  Cherubiniego  -  powiedział.  -  Nie  wiem  też,  jakie  role  odgrywała  pani  matka,  jestem  jednak 

pewien, że robiła to doskonale, chcąc jak najlepiej przedstawić dzieło kompozytora. To nie Abigail Cooper była na 
scenie, ani nawet Rosalba Bersanelli. To była Elena. Rozumie mnie pani? 

Merab milczała. Przypomniała sobie nagle małe przedstawienie, które odgrywała z koleżankami w szkole pan-

ny Goodison. Było to krótkie interludium z morałem, napisane przez starszą pannę Goodison, a Merab została wy-
brana  do  roli  złoczyńcy,  gdyż  była  wysoka.  Nosiła  spodnie  i  przechadzała  się  po  prowizorycznej  scenie,  grożąc 
głównej bohaterce, ładnej dziewczynce o płowych, kręconych włosach, znanej Merab i jej przyjaciółkom pod prze-
zwiskiem „muślinowa Dora”. 

- Chyba... chyba tak - powiedziała w końcu. Z przyjemnością odgrywała nikczemnego sir Rodrigo, ale zawsze 

wiedziała, że to tylko teatralna rola. - Dziękuję panu. Jest pan bardzo miły. 

Nastąpiła chwila ciszy. Rowland pochylił się, zebrał rozrzucone papiery, zawinął je z powrotem w ceratę i wło-

ż

ył do kufra. 

Merab siedziała nieruchomo, wpatrując się w ogień. On miał rację. Musiał mieć rację. Nie wiedziała, czy znio-

słaby tę świadomość, gdyby nie miał racji. Czyż jej matka nie zachowywała się zawsze w sposób, który przystoi 
cnotliwej i skromnej damie? Czy kiedykolwiek widziała coś lub słyszała o czymś, co mogłoby świadczyć o czymś 
przeciwnym? Wcale nie podobało jej się to, co robiła matka, ale musiała nauczyć się to akceptować. 

Po chwili uświadomiła sobie, że Rowland siedzi tuż obok niej. Uznał ją za swą krewną. Najwyraźniej wcale nie 

background image

 

54 

przeszkadzało mu to, że znał prawdziwą profesję jej matki. I na pewno był z nią szczery. Merab poczuła się nagle 
znacznie lepiej. 

W  rogu  pokoju  stało  stare  pianino.  Należało  niegdyś  do  jej  prababki,  a  Merab  kazała  je  nastroić  tuż  przed 

ś

miercią dziadka. Odwróciła się do Rowlanda. 

-  Chciałam  panu  podziękować  -  powiedziała,  i  powziąwszy  nagłą  decyzję,  podniosła  się  z  miejsca.  Rowland 

wyglądał na lekko zaniepokojonego. - Proszę się nie martwić - uśmiechnęła się do niego Merab. - To nie będzie 
bolało. 

Przy pianinie leżał mały pulpit z nutami. Merab przejrzała nuty, wzięła świecznik z kominka i przeniosła go na 

pianino. Potem usiadła przed klawiaturą. Cieszyła się, że Rowland nie widzi jej twarzy, gdyż to dodawało jej pew-
ności siebie. 

Wybrała arię Cherubino - Voi, che sapete che cosa a amor. Z jej ust popłynęły czyste, piękne dźwięki. Rowland 

słuchał w zdumieniu. Nie zastanawiając się długo, wstał i podszedł do pianina, by widzieć jej twarz. 

Kolejne dni mijały w spokoju. Rana Merab goiła się jak należy i kuzyni trwali w stanie ostrożnej przyjaźni. Me-

rab stwierdziła ze zdumieniem, że właściwie nawet lubi Rowlanda. Jeśli czasami bywał zgryźliwy, to nigdy w sto-
sunku  do  niej.  Traktował  ją  z  ogromną  uprzejmością,  a  nawet  pewną  sympatią.  Dyskutował  z  nią  o  swych  poli-
tycznych aspiracjach i okazało się, że oboje chcieliby szerszego prawa do głosowania, choć Merab dosyć złośliwie 
zauważyła, że nie widzi powodu, dla którego prawo to nie miałoby objąć również kobiet. 

Właściwie nigdy dotąd podobna myśl nie przyszła jej do głowy i początkowo chciała tylko sprowokować w ten 

sposób dyskusję, jednak im dłużej o tym rozmawiała, tym bardziej była przekonana do tego pomysłu. Bo czy ist-
niał jakiś rozsądny argument przeciwko takiemu projektowi? Właściwie nie znajdowała żadnego prócz siły przy-
zwyczajenia i tradycji. Czy nie uważała, że jest równie inteligentna jak jej kuzyn Joseph? Albo jak sam Rowland, 
jeśli już o tym mowa? 

- Ależ jestem przekonany, kuzynko, że nie chciałabyś stykać się z jakimiś handlarzami. Polityka jest zbyt bru-

talna i gwałtowna dla delikatnych dam. 

- Gdyby głosowanie było tajne, nie musiałabym z nikim się stykać - odparła Merab. - A poza tym, co złego jest 

w handlarzu? 

- I mówi to kobieta, która martwi się tym, że jakiś handlarz czy robotnik patrzy na śpiewaczkę występującą na 

scenie? 

- To co innego. 
- Och, ten nielogiczny kobiecy umysł. Dlaczego? 
Merab była nieco zażenowana. 
- No cóż, śpiewaczka może być prawdziwą profesjonalistką, ale handlarz, który na nią patrzy, może myśleć zu-

pełnie  o  czym  innym  niż  jej  śpiew  -  powiedziała  wreszcie,  nieco  nieśmiało.  Właściwie  myślała  o  czymś  jeszcze 
gorszym, ale czuła się zbyt skrępowana, by o tym mówić. 

- To znaczy, że jej myśli mogą być czyste, a jego lubieżne? 
Merab zaczerwieniła się. 
- Tak. 
- Więc to śpiewaczka jest odpowiedzialna za myśli handlarza? 
- Nie, oczywiście, że nie! - Merab zamilkła na moment, analizując po cichu ten problem. Potem powiedziała. - 

Więc zgadza się pan ze mną, kuzynie, że ludzie, czy to kobiety, czy mężczyźni, są odpowiedzialni za swe własne 
myśli i czyny? A zatem dorosły człowiek, niezależnie od płci, jest racjonalną istotą ludzką? 

- Tak. 
- Więc - zaczęła Merab triumfalnie - dlaczego nie chce pan przyznać kobietom prawa do głosowania? Skoro my 

także  jesteśmy  myślącymi  istotami  ludzkimi,  to  nie  widzę  żadnego  rozsądnego  powodu,  dla  którego  mielibyście 
odmawiać nam tych wszystkich praw, które chcecie zatrzymać tylko dla własnej płci. 

Rowland zaczął się śmiać. 
- Och, Merab! Dlaczego nie poznaliśmy się wcześniej? Uwielbiałbym dyskutować z panią podczas moich stu-

diów w Oksfordzie. Proszę mi powiedzieć, czy kuzyn Julian wiedział, że ma pani radykalne poglądy? 

- Oczywiście, że nie! Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek zapytał mnie o zdanie w jakiejś kwestii. Ale nie 

odpowiedział pan na moje pytanie. 

- Nie odważyłem się - odparł Rowland, rozkładając ręce w geście kapitulacji. - Zapędziła mnie pani w kozi róg, 

i wie pani o tym! Ma pani zupełną rację, a ja nie mogę pani odpowiedzieć niczym prócz uprzedzeń. 

- Ach! - Merab siedziała w fotelu i uśmiechała się szeroko. Była z siebie ogromnie zadowolona. 
- Wygląda pani jak kot, który dobrał się do śmietanki - powiedział Rowland. Oboje wybuchnęli śmiechem. 
- Chyba wypogodziło się już na dworze - zauważył Rowland po chwili. - Może wybralibyśmy się na spacer? 
 
T
ej idylli nie było jednak dane trwać zbyt długo. Nazajutrz do Hartfield Hall przybył pan Camberwell, w czasie 

gdy Rowland akurat wybrał się na konną przejażdżkę. Najwyraźniej poczciwy prawnik postanowił, że dopilnuje, 

background image

 

55 

by na ile pozwoli prawo, wydobyć z majątku każdego pensa, który należy się Merab. Poinformował ją też, że pan 
Sandiford zrzekł się wszelkich roszczeń do książek i mebli. 

- To bardzo miło z jego strony - oświadczyła Merab. Jak mogli się oboje tak okropnie pomylić przy pierwszym 

spotkaniu? 

- Chce przysłać tutaj pewnego księgarza z Londynu, żeby ocenił wartość książek i być może od razu je kupił. 
- Tak, wspomniał o tym. 
Pan  Camberwell spojrzał  na  nią  znad  okularów.  Pomyślał,  że  tych  kilka  miesięcy  spędzonych  w  Bath  bardzo 

dobrze jej zrobiło. Wyglądała zdrowo i znacznie bardziej atrakcyjnie niż dotychczas. 

- Ciekaw jestem, panno Hartfield, czy... ee... nie myślała pani o tym, że małżeństwo z panem Sandifordem by-

łoby wam obojgu bardzo na rękę? Proszę mi wybaczyć, że o tym wspominam, ale jak pani wie, z przykrością pa-
trzę, jak marnuje się ten majątek. 

- Czy pan Sandiford mówił panu coś na ten temat? - Merab poczuła, że krew napływa jej do twarzy. 
Pan Camberwell wbił wzrok w swoje dłonie. 
- Nie powiedział niczego wprost, domyślam się jednak, że złożył pani pewną propozycję, a pani mu odmówiła. 

Zastanawiam się tylko, czy nie uważa pani teraz, że była to nieco pochopna decyzja? 

Merab zaczerwieniła się jeszcze bardziej, tym razem jednak z gniewu, a nie z zakłopotania. 
- Pan Sandiford zaproponował mi jedną trzecią z dwudziestu tysięcy, pod warunkiem, że będę trzymać się od 

niego z daleka i zamieszkam tutaj. Odmówiłam. 

- Przykro mi. - To haniebne, pomyślał. I jak nieprawdopodobnie grubiańskie. - Pan Sandiford nie wyjaśniał tego 

tak dokładnie. Przepraszam, że w ogóle poruszyłem ten temat. 

Kiedy pan Camberwell opuścił już majątek, Merab wyszła do ogrodu, by nieco ochłonąć. Cała złość i niechęć, 

jakie  żywiła  do  swego  kuzyna,  powróciły  teraz  z  nową  siłą.  Jak  on  śmiał  uczynić  jej  tę  obraźliwą  propozycję,  a 
potem dodać do tego kolejną obrazę, pozwalając, by pan Camberwell myślał, że to on zrobił wszystko, co należy, 
zaś cała wina za obecny stan rzeczy spoczywa na niej? Merab podejrzewała, że zrzekł się na jej korzyść zysków ze 
sprzedaży książek i mebli tylko po to, by ulżyć swemu sumieniu. 

Choć bardzo chciała to zrobić, nie potrafiła się zdobyć na rzucenie mu tyci pieniędzy w twarz. Kilkaset dodat-

kowych funtów mogło znaczyć bardzo wiele dla jej przyszłości, dla niego zaś tyle co nic. Miała ochotę powiedzieć 
mu,  że  dowiedziała  się  o  jego  haniebnym  postępowaniu,  ale  tego  oczywiście  także  nie  mogła  zrobić.  Rowland 
mógłby  wtedy  przypuszczać,  że  chce,  by  jeszcze  raz  złożył  jej  propozycję.  Na  samą  myśl  o  takim  upokorzeniu 
Merab oblała się rumieńcem. 

Najmądrzej będzie więc trzymać język za zębami i udawać, że do rozmowy z panem Camberwellem nigdy nie 

doszło. Ponad pół godziny przechadzała się po ogrodzie, by się uspokoić. Wcale jednak nie pomogło jej to na nowo 
polubić kuzyna. 

 
N
a Crescent Fields zebrała się mała grupka plotkujących dam - na ławce usiadła lady Mandersby, pani Tiverton, 

pani Bridges i lady Wincanton. Lady Mandersby i pani Tiverton spotkały się wcześniej w bibliotece przy Milsom 
Street i wyszły właśnie na krótki spacer przed udaniem się do Bawialni. Rozmawiały o pani Harrison. 

-  Mam  już  serdecznie  dość  wysłuchiwania  kolejnych  rewelacji  o  haniebnym  życiu  biednej  Abigail  Cooper  - 

mówiła pani Tiverton. - Te opowieści stają się coraz bardziej wymyślne i coraz mniej prawdopodobne. Nie mogę 
też zrozumieć, dlaczego pani Harrison rozpowiada takie rzeczy o własnej siostrze. 

- Trudno winić pannę Cooper, że chciała się od niej wyrwać - powiedziała lady Mandersby. - Oczywiście, jeśli 

rzeczywiście nie poślubiła pana Hartfielda, to byłoby dosyć szokujące... 

- Ależ poślubiła - wtrąciła się Amelia. - Jak pani wie, lady Mandersby, byłam w jednej szkole z panną Hartfleld. 

Nie  mogę  uwierzyć,  by  panny  Goodison,  dwie  bardzo  szacowne  i  surowe  damy,  przyjmowały  uczennice,  co  do 
pochodzenia których miały jakieś wątpliwości. 

Pani Bridges dostrzegła swoją szansę. 
- Panna Hartfield jest dzieckiem z prawego łoża - oświadczyła stanowczo. - Wiem to na pewno, ponieważ jest 

kuzynką mego byłego męża. 

Zgromadzone wokół niej damy były zdumione. 
- Dlaczego nie mówiłaś o tym wcześniej, droga Elizabeth? - spytała pani Tiverton. Choć nie odcięła się zupełnie 

od panny Hartfield, z pewnością traktowała ją z rezerwą. 

- Ze względu na skomplikowaną sytuację rodzinną. Nie ma to nic wspólnego z Harrisonami, o istnieniu których 

do niedawna nie miałam nawet pojęcia. Nie, ta sprawa związana jest z testamentem starego pana Hartfielda. 

- Musi nam to pani wyjaśnić, pani Bridges - powiedziała lady Mandersby. Ona też czuła się trochę niezręcznie i 

podobnie jak pani Tiverton, miała poczucie winy. 

Pani Bridges z nie ukrywaną radością opowiedziała pokrótce swym towarzyszkom wymyśloną wersję dziejów 

testamentu pana Hartfielda. Według niej, Merab i jej matka żyły w ogromnej przyjaźni z panem Hartfieldem. Nig-
dy nie słyszały o Rowlandzie Sandifordzie, kuzynie panny Hartfield. Rowland natomiast, zawsze był przekonany, 
ż

e zostanie dziedzicem majątku. Słyszał oczywiście o nieszczęśliwym małżeństwie (to ostatnie słowo zostało wy-

background image

 

56 

powiedziane ze szczególnym naciskiem) Jonathana Hartfielda, nie miał jednak pojęcia, że w końcu doszło do ugo-
dy.  Jednak  stary  pan  Hartfield  nie  bez  powodu  miał  opinię  trudnego  człowieka.  Nie  zostawił  majątku  ani  swej 
wnuczce, ani Rowlandowi. Przekazał wszystko na cele dobroczynne. 

- Mój syn był bardzo rozgniewany - zakończyła pani Bridges. - Uważał, że to wina panny Hartfield, co oczywi-

ś

cie było nieprawdą, i nie chciał jej uznać. 

Na chwilę zapadła cisza, a zgromadzone panie jeszcze raz przeżywały zasłyszaną przed chwilą historię. 
- Więc panna Hartfield jest bez posagu - powiedziała w końcu pani Tiverton. Lubiła Merab, a teraz w dodatku 

zrobiło  jej  się  żal  tej  miłej  dziewczyny,  nie  wiedziała  jednak,  czy  rzeczywiście  chce  utrzymywać  znajomość  z 
kimś, kto nie ma żadnego majątku. 

Amelia, która siedziała z boku na ławce i z ogromnym zainteresowaniem słuchała opowieści pani Bridges, po-

stanowiła włączyć się do rozmowy: 

- Majątek panny Hartfield jest dosyć skromny, ale bez wątpienia nie jest całkiem pozbawiona pieniędzy. - Wy-

mieniła porozumiewawcze  spojrzenie  z  panią  Bridges.  Nie  wiedziała  do  końca,  co  knuje  ta  dama,  jednak bardzo 
tęskniła za Merab i gotowa była przyłączyć się do każdego planu, który pozwoliłby przyjaciółce odzyskać dobre 
imię i powrócić do Bath. 

- Co pani o tym wie, lady Wincanton? - spytała lady Mandersby, wracając do swej roli liderki towarzystwa. 
- Całkiem sporo. - Amelia w duchu triumfowała. - Jednak pani Hartfield, co chyba zrozumiałe, wolała, by nie 

dyskutowano publicznie o jej sprawach. Nie wiedziała, czy jej krewni ze strony Hartfieldów zechcą ją uznać, a nie 
chciała nikomu się przypochlebiać. 

Pani Tiverton uśmiechnęła się z aprobatą. 
- Godna pochwały skromność. 
- Skromność, której nie możemy się jakoś dopatrzyć u Harrisonów - wtrąciła pani Bridges cierpkim tonem. 
-  Ale  dlaczego  mówisz  o  tym  akurat  teraz,  Elizabeth?  -  kontynuowała  pani  Tiverton,  zwracając  się  do  swej 

przyjaciółki. - Zapewne chcesz, by dziewczyna została uznana? 

-  Uważam,  że  nie  zrobiła  nic,  czym  mogłaby  sobie  zasłużyć  na  kalumnie  Harrisonów  -  odparła  pani  Bridges 

ostrożnie. - Nie znam jej zbyt dobrze, ale teraz, kiedy mój syn zmądrzał wreszcie i chce ją uznać, zastanawiam się, 
czy nie zaprosić jej do siebie. Co pani o tym sądzi, lady Mandersby? Zastosuję się do pani rady. 

Było to sprytne posunięcie i lady Mandersby, która właśnie chciała sprzeciwić się temu pomysłowi, teraz przy-

brała bardziej pojednawczy ton. 

- Z pewnością - odrzekła. - Dlaczego nie? Panna Hartfield to bardzo dobrze wychowana młoda dama. Co wię-

cej, nie widzę powodu, dla którego miałybyśmy przedkładać słowa Harrisonów nad opinię innych osób! 

Wszystkie panie zgodziły się co do tego, a pani Bridges w duchu odetchnęła z ulgą. 
- A najważniejsze - mówiła Amelia do pani Bridges, gdy pozostałe damy już się rozeszły - że ci Harrisonowie 

wreszcie wrócą tam, gdzie ich miejsce. 

Obie panie wymieniły konspiracyjne spojrzenia. Potem pani Bridges powiedziała: 
- Lady Wincanton, pani wybaczy, ale nie wygląda pani najlepiej. Pani pozwoli, że przywołam powóz. 
- Dziękuję - odrzekła Amelia. - To dlatego, że tak się martwię o Merab. Mam wrażenie, że ją zawiodłam. Ale 

naprawdę, pani Bridges, nie mogłam nic na to poradzić. - Amelia była zbyt lojalna, by wspomnieć, że kilka razy 
omal nie pokłóciła się o to z mężem. Jej oczy napełniły się łzami, więc odwróciła dyskretnie głowę. - Proszę mi 
wybaczyć. To dlatego, że jestem w takim stanie. 

- Oczywiście, moja droga. - Na Royal Crescent pojawił się powóz. Pani Bridges podniosła rękę. - Tutaj proszę. 
 
H
arrisonowie nadal mieszkali w wynajmowanych pokojach przy Queen’s Square. Pani Harrison rozkoszowała 

się tym, co w jej mniemaniu od dawna już jej się należało - towarzystwo w Bath wiedziało wreszcie, z kim ma do 
czynienia. Jeśli nawet nie była zapraszana na prywatne przyjęcia, to cóż z tego, Bath było przecież miejscem pu-
blicznym i każdy, kto był tylko dość bogaty, by opłacić wstęp do różnych miejsc i udział w imprezach towarzy-
skich, miał prawo w nich uczestniczyć. Teraz była już uznana przez wszystkich, a lady Mandersby podała jej nawet 
kiedyś rękę na pożegnanie. 

Joseph nie był równie zadowolony. Życie wydawało mu się okropnie nudne, kiedy zepsuł już reputację Merab i 

kiedy panna wyjechała z Bath. Kitty Parminster także wyjechała, a przecież nie mógł poważnie zainteresować się 
panną Heslop, która była co prawda dość miła, ale i bardzo biedna. Joseph poważnie zastanawiał się nad powrotem 
do Bristolu. 

Pewnego ranka jednak zdarzyło się coś, co kazało mu zmienić plany. Jego matka jak zwykle wyszła do Pijalni. 

Joseph  odwiózł  ją  tam  i  zostawił.  Spędził  dzień  jeżdżąc  po  Lansdown  i  powrócił  do  swego  mieszkania  dopiero 
późnym popołudniem. 

Już w drzwiach został przywitany przez panią Harrison, która była czymś ogromnie podekscytowana. 
- Joseph! Bogu dzięki, że już jesteś! Ona wróciła! 
- Kto wrócił? Panna Parminster? 
- Panna Parminster! - powtórzyła pani Harrison, opadając na krzesło i wachlując się energicznie. - Nie, ta kre-

background image

 

57 

atura, Merab Hartfield! 

- Co!? - Joseph obrócił się gwałtownie. 
Pani Harrison patrzyła na niego z pewnego rodzaju ponurą satysfakcją. 
- Widziałam ją na Milsom Street z panią Bridges. Wychodziły właśnie z biblioteki. 
Joseph zmrużył oczy. Na moment wściekłość odebrała mu mowę. Wróciła! I zamieszkała u pani Bridges! Nie 

mógł spokojnie na to pozwolić. 

- Jesteś pewna? - spytał wreszcie. 
- Myślisz, że nie poznaję własnej siostrzenicy? 
Joseph zagryzł wargę i zastanawiał się przez chwilę. Wyglądał tak groźnie, że pani Harrison spytała z niepoko-

jem: 

- Nie zrobisz niczego głupiego, prawda Joseph? 
- Głupiego... nie - odparł Joseph szorstko. - Tylko skutecznego. 
 
P
ani Bridges była przykładną matką, co przejawiało się również i w tym, że choć kochała swego syna, opierała 

się pokusie popychania go w jakimkolwiek kierunku. Przez cały okres jego buntowniczej młodości wysłuchiwała 
pełnych oburzenia przemówień na temat nadużyć dokonywanych przez Kościół i państwo, czytała pamflety, które 
jej przynosił, i popierała go w miarę swych sił. Dała mu jednak wyraźnie do zrozumienia, że oczekuje, iż w swym 
dążeniu  do  równości  i  demokracji  będzie  dbał  w  równym  stopniu  o  ciężko  pracujących  robotników,  co  o  różne 
nudne starsze damy,  znane im i nieznane. Nie znosiła źle wychowanych  młodzieńców, którzy  krzyczeli o demo-
kracji, a jednocześnie uwodzili pokojówki i odnosili się grubiańsko do rodziców swych przyjaciół. 

Jednak  obecna  sytuacja  stanowiła  dla  niej  pewien  problem.  Jeśli  Rowland  miał  zmienić  swój  dotychczasowy 

stosunek do panny Hartfield, musiał pozostać w Bath. Cóż z tego, że Merab była wspaniałą i czarującą towarzysz-
ką,  skoro  Rowland  wyjechał  i  nie  mógł  tego  docenić?  A  jak  matka  mogła  sprawić,  by  został,  nie  domagając  się 
tego wprost i nie zrażając go w ten sposób do siebie? Gdyby udała nagłą chorobę, to Merab musiałaby wyjechać. 
Wszystko to było bardzo skomplikowane. 

Rowland przywiózł Merab do Bath w czwartek (po drodze zostawiając Lottie w domu Wincantonów), a naza-

jutrz wyjechał do Merryn Park. Jednak, ku uldze pani Bridges, powrócił w następnym tygodniu, wynajął kilka po-
koi przy Gay Street i regularnie towarzyszył obu damom w wyprawach na różne koncerty i wykłady. 

Pani Bridges miała ochotę zapytać, dlaczego to robi, postanowiła jednak nie ryzykować. Zresztą nawet gdyby 

odważyła  się  to  uczynić,  Rowland  i  tak  nie  potrafiłby  jej  odpowiedzieć,  znajdował  się  bowiem  w  tym  dziwnym 
stanie umysłu, kiedy to robi się pewne rzeczy, nie wiedząc nawet dlaczego. 

Przyjechał do swego majątku o tej porze roku, kiedy wszyscy pracują od rana do nocy. Strzyżono właśnie owce, 

obsiewano  pola  i  sadzono  nowe  rośliny.  Zwykle  spędzał  wtedy  całe  dnie  w  polu,  pilnując,  by  wszystko  zostało 
wykonane jak należy, ciesząc się z postępów pracy i pomagając w razie potrzeby. 

Tym razem jednak, choć wyszedł na pola następnego dnia po przyjeździe, nie czuł tej samej radości co zawsze. 

Cieszył się, oczywiście, że tak wiele z jego owiec miało młode, jednak myślami był zupełnie gdzie indziej. 

Merryn Park także wydawało mu się inne. Hol wyglądał na zaniedbany i opuszczony, kiedy wszedł tam wieczo-

rem, przerywając martwą ciszę głośnym stukaniem butów. Nawet butelka ulubionego porto ojca nie poprawiła mu 
humoru. 

Niedziela była jeszcze gorsza. Rowland poszedł do kościoła tylko po to, by znosić widok lorda Claydona i Kitty 

siedzących obok siebie na ławce i pochylonych nad tą samą książeczką do nabożeństwa. Rowland wątpił, czy Kitty 
rzeczywiście  kocha  lorda  Claydona.  Nie  uszło  też  jego  uwagi,  że  gdy  tylko  miała  po  temu  okazję,  posyłała  mu 
tęskne spojrzenia, a to odwracając się, by podać tacę, a to podnosząc upuszczoną przypadkiem rękawiczkę. 

Rowland nie był jedyną osobą, która to spostrzegła. Pani Heslop także widziała to wyraźnie. A sir John Parmin-

ster, który siedział w ławce za plecami swej córki, pomyślał, że młody Sandiford byłby głupcem, gdyby kręcił się 
w pobliżu Kitty w przededniu jej ślubu. Sir John był szczęśliwy, jak zresztą byłby każdy ojciec na jego miejscu, że 
jego córka zostanie wicehrabiną, jednak zawsze lubił Rowlanda i uważał, że zachowanie jego córki jest po prostu 
głupie i irytujące. 

Pogoda zrobiła się zimna i dżdżysta. Rowland został jeszcze przez chwilę w kościele, by przywitać się z niektó-

rymi spośród farmerów z jego wsi i zaczekać, aż Parminsterowie odjadą. Kiedy w końcu dotarł do wyjścia, zaczął 
padać deszcz. Przygnębienie, które nie opuszczało go od chwili, gdy wyjechał z Bath, jeszcze mocniej dało mu się 
we znaki. Otulił się płaszczem i wyszedł na zewnątrz. 

- Pan Sandiford, jak miło pana widzieć - powitała go żona pastora. 
Rowland uchylił kapelusza. 
- Witam, pani Heslop. - Rozejrzał się dokoła. - Nie ma tu Lavinii? 
- Nie. Pani Banstead była taka uprzejmą i pozwoliła jej zatrzymać się na dłużej w Bath. Przywiezie ją tutaj ja-

dąc na ślub. Lavinia ma być druhną. 

Rowland wziął się w garść. 
- Szkoda, że nic o tym nie wiedziałem - powiedział uprzejmie. - Przejeżdżałem teraz przez Bath, ale zatrzyma-

background image

 

58 

łem się tam tylko na jedną noc. Gdybym był nieco dłużej, spytałbym Lavinię, czy nie chce przez okazję przesłać 
państwu listu. - Po chwili milczenia dodał. - A kiedy ma odbyć się ślub? 

- W czerwcu. - Pani Heslop przyglądała mu się ukradkiem. Łączyły ich dobre, choć niezbyt bliskie stosunki, a 

państwo Heslop rzadko zaglądali do Merryn Park. Tym razem jednak jakaś drobna zmiana w wyglądzie Rowlanda, 
jakaś nowa jakość, której pani Heslop nigdy dotąd u niego nie widziała, kazała jej dodać: - Panie Sandiford, czy nie 
miałby  pan  ochoty  zjeść  z nami  lunchu? To tylko  zimny  posiłek,  rozumie  pan,  dzisiaj  niedziela,  ale  mógłby  pan 
nam powiedzieć, co dzieje się w Bath i przeczekać ten okropny deszcz. Jestem pewna, że mój mąż przyjmie pana z 
radością. 

- Och, dziękuję. Z przyjemnością. - Rowland był zaskoczony, ale zadowolony. 
Podczas lunchu Rowland rozluźnił się nieco. Heslopowie byli miłymi gospodarzami i dbali o to, by gość czuł 

się u nich dobrze. Rozmawiali o kłopotach w parafii, o tym, co porabia Lavinia w Bath, interesowali się uprzejmie 
zdrowiem  pani  Bridges.  Pani  Heslop  pozwoliła  sobie  zauważyć,  że  Rowland  musi  się  teraz  czuć  okropnie,  gdy 
zbliża się ślub Kitty i lorda Claydona. 

- Dostałem zaproszenie - przyznał Rowland. - Ale chyba nie chcę tam iść. 
- Iść tam! Oczywiście, że nie! - wykrzyknęła pani Heslop. - Ale dlaczego nie wróci pan do Bath? Przecież tak 

chyba byłoby najlepiej. 

- Majątek... - zaczął Rowland. 
-  Och,  niech  pan  da  spokój,  Sandiford  -  wtrącił  się  pan  Heslop.  -  Ma  pan  dobrego  zarządcę,  wiem  o  tym.  A 

owce będą rodzić i rośliny rosnąć bez względu na to, czy będzie pan tutaj, czy gdzie indziej. 

- Niech pan wraca do Bath, mój drogi - powiedziała pani Heslop z matczyną troską w głosie. - Mój mąż ma ra-

cję. Majątek poradzi sobie jakoś bez pana przez ten czas. 

Twarz Rowlanda pojaśniała. 
- Pomyślę o tym. 
Dwa dni później był już w Bath. 
 
Z
aproszenie  pani  Banstead  do  pozostania  w  Bath  nie  sprawiło  Lavinii  aż  tak  wielkiej  radości,  jak  sądziła  jej 

matka. Dopóki mieszkała z nią Kitty, Lavinia czuła się jak bardzo biedna krewna, której zadaniem było tworzenie 
odpowiedniego tła dla triumfów panny Parminster. Była także dodatkową służącą dla pani Banstead, która posyłała 
ją  po  szal  na  piętro,  albo  kazała  jej  głośno  czytać,  dopóki  nie  zapadła  w  popołudniową  drzemkę.  Pani  Banstead 
bardzo  zależało  na  tym,  by  pod jej  egidą Kitty  znalazła  odpowiednią  partię,  zaś Lavinia  nauczyła  się  szybko,  że 
lepiej będzie dla niej samej, jeśli wszelkie nadzieje i problemy zachowa wyłącznie dla siebie. 

Przeżyła  też  sporo  rozczarowań.  Obdarzyła  zbyt  wielkim  zainteresowaniem  majora  Bendicka.  Na  sam  widok 

tego  prostego  jak  struna  mężczyzny,  z  elegancko  przyciętymi  wąsami  i  olśniewająco  białymi,  równymi  zębami, 
robiło jej się słabo. Nie trwało to jednak długo. Major prawie jej nie dostrzegał. A potem Kitty, która zauważyła 
być może dziwne zachowanie przyjaciółki, złośliwie powtórzyła jej zasłyszaną plotkę: 

- On szuka żony, wiesz? Ma wszystko zaplanowane. Żona z odpowiednimi pieniędzmi, która potem ma mu dać 

trzech synów. 

- A co z miłością? - spytała Lavinia żałośnie. 
- Miłość! - Kitty roześmiała się. - Miłość przychodzi z posagiem. 
Początkowo Lavinia nie wierzyła jej. Jednak była całkiem inteligentną dziewczyną i wkrótce zauważyła, że ma-

jor rozmawia tylko z pannami, które mają przyzwoite posagi. Przysłuchiwała się także jego rozmowom i z żalem 
stwierdziła, że major (który mimo wszystko wciąż był bardzo przystojny) traktuje kobiety protekcjonalnie i wma-
wia im, co mają myśleć. 

Przelała kilka łez w zaciszu swego pokoju, doszła jednak do wniosku, że major nie jest w końcu taki wyjątko-

wy, i że może się z nim spotkać, nie czerwieniąc się przy tym po czubki uszu. Był to jednak dla niej bardzo trudny 
okres, a nie mogła się z nikim podzielić swymi problemami. 

Po wyjeździe Kitty żyło jej się nieco łatwiej, bo choć pani Banstead koncentrowała się wyłącznie na sobie, na-

leżała też do osób, które czują się dobrze w towarzystwie ludzi równie szczęśliwych jak ona. Pani Banstead lubiła 
więc zabierać Lavinię na tańce, a nawet kupiła jej dwa kupony muślinu i poprosiła własną krawcową, by uszyła dla 
niej suknię. 

Kiedy Rowland tuż po powrocie do Bath odwiedził Lavinię, przynosząc list od jej matki i dwie gwinee od ojca, 

sprawił jej ogromną radość. Był przecież kimś z domu, mogła z nim porozmawiać o swoich rodzicach i o Merryn 
Park, co teraz wydawało jej się prawdziwym luksusem. Rowland był poruszony tym spotkaniem. Oczywiście znał 
Lavinię przez całe życie, ale dopóki Kitty również przebywała u pani Banstead, trzymał się od tego miejsca z dale-
ka i prawie w ogóle jej nie widywał. 

Rowland nabrał ostatnio więcej zrozumienia dla sytuacji młodych kobiet z małym posagiem i skromnymi per-

spektywami, dlatego też zauważył nagle, że sytuacja Lavinii nie jest wcale łatwa. Podczas jego półgodzinnej wizy-
ty Lavinia została dwa razy wywołana z pokoju, by wykonać jakieś drobne polecenie. Rowland zawsze ją lubił i 
dlatego  z  przyjemnością  przedłużył  tę  rozmowę.  Wyraził  także  nadzieję,  że  na  czwartkowym  balu  Lavinia  zare-

background image

 

59 

zerwuje dla niego kilka tańców. 

Gdy tylko wyszedł, pani Banstead wzięła Lavinię w krzyżowy ogień pytań. Jak duży jest jego majątek? A rocz-

ny  dochód?  Czy  ma  kogoś  na  utrzymaniu?  Jacyś  krewni,  na  których  musi  łożyć?  (To  takie  ogromne  wydatki.) 
Wszystkie odpowiedzi były po jej myśli i pani Banstead czuła się w pełni usatysfakcjonowana. 

Idealny mąż dla Lavinii, pomyślała. Nie na tyle bogaty, by Kitty była o niego zazdrosna, i bez tytułu. Dochód 

dosyć skromny, ale ponieważ Lavinia miała tylko dwa tysiące, byłaby to dla niej i tak doskonała okazja. Lavinia 
wiedziała oczywiście, do czego prowadzą te wszystkie pytania, wolała jednak nie mówić swej opiekunce, że jesz-
cze do niedawna Rowland liczył na ślub z Kitty. 

Nieoczekiwanym rezultatem tych odwiedzin było spotkanie Lavinii i Merab. Rowland poprosił swą matkę, by 

przedstawiła je sobie podczas balu. Lavinia przyglądała się dotąd Merab z daleka i podziwiała jej elegancję - nie-
zwykły styl, do którego, jak sądziła, sama nie mogła nigdy aspirować. Ale panna Merab kuzynką Rowlanda? Lavi-
nia była zdumiona. 

- Kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu - wyjaśniła Merab z uśmiechem. - Poznaliśmy się dopiero przed 

pogrzebem mojego dziadka, więc słabo go znam. 

- Co to znaczy „kuzyni trzeciego stopnia w drugim pokoleniu”? - spytała Lavinia ostrożnie. 
-  To  dosyć  skomplikowane  -  roześmiała  się  Merab.  -  Kuzyn  Rowland  wyjaśnił  mi  to,  i  zapewniam  panią,  że 

wtedy rozumiałam to doskonale! Ale teraz, oczywiście, wszystko wyleciało mi z głowy. 

- Wiem, o czym pani mówi. - Lavinia pokiwała głową ze zrozumieniem. - Jeden z moich braci próbował mi wy-

jaśnić, co to jest prąd elektryczny, i wyglądało to dokładnie tak samo. To jednak dziwne, że byliście państwo kuzy-
nami, a poznaliście się dopiero teraz. A ja znam pana Sandiforda przez całe życie. 

Serce Merab przeszył nagły, niezrozumiały ból. 
 
P
ani  Bridges  obserwowała  z  rozbawieniem,  a  zarazem  z  irytacją  rosnącą  z  dnia  na  dzień  sympatią  pomiędzy 

Merab a jej synem. Co do uczuć swego gościa, nie była całkiem pewna; 

Merab zachowywała się w stosunku do Rowlanda uprzejmie i przyjaźnie, trudno jednak było odgadnąć, co kry-

je się za tą zasłoną, jeśli w ogóle coś tam się kryło. Natomiast rozszyfrowanie Rowlanda nie sprawiło jej większych 
trudności. Co prawda on także skrywał wszelkie uczucia pod maską uprzejmej sympatii, jednak pani Bridges szyb-
ko zauważyła, że jej syn zaraz po wejściu do pokoju zawsze rozgląda się z napięciem dokoła i odzyskuje spokój 
dopiero wtedy, gdy dojrzy Merab. 

Kiedy Merab śpiewała, a czyniła to czasem w zaciszu mieszkania przy placu św. Jakuba, Rowland nie spuszczał 

z niej wzroku, choć gdy tylko spojrzała w jego stronę, natychmiast odwracał głowę. 

- On jest w niej zakochany - powiedziała pani Bridges któregoś ranka do swego męża. 
- Jesteś pewna, kochanie? 
- Nie wierzysz mi? 
- Szczerze mówiąc, nie. Czy posyła jej kwiaty, czy zaleca się do niej w jakikolwiek inny sposób? Ja przynajm-

niej tego nie widziałem. Nie zaprasza jej na przejażdżki, choć mógłby to przecież robić, nie łamiąc zasad dobrego 
wychowania. 

- Właśnie to mnie martwi - odparła. - Byłam taka uradowana, kiedy wrócił do Bath. Myślałam... No cóż, musisz 

jednak przyznać, że widujemy go codziennie. A on przygląda się jej przez cały czas, kiedy myśli, że nikt tego nie 
widzi. 

- Więc dlaczego nic nie zrobi? - spytał rozsądnie pan Bridges. 
- Nie wiem - zawołała. - I z pewnością nie zapytam go o to. 
Merab także była świadoma tego, że Rowland ją obserwuje, interpretowała to jednak inaczej. Sądziła, że Row-

land  pilnuje,  by  nie  została  przez  nikogo  źle  potraktowana.  Chciał  nadrobić  swoje  dotychczasowe  zaniedbania, 
demonstrując przy każdej okazji, że uznaje ją za swoją krewną. Tak jakby uzyskała pieczęć aprobaty od pana San-
diforda. 

Sama nie wiedziała, dlaczego ją to przygnębia. 
Rowland prawie co wieczór odprowadzał je do Bawialni na bale i koncerty, i z widoczną przyjemnością odda-

wał  się  życiu  towarzyskiemu.  Gdy  tylko  Mistrz  Ceremonii  przedstawiał  go  jakiejś  młodej  damie,  Rowland  na-
tychmiast prosił ją do tańca. Merab miała wrażenie, że nagle pojawiły się w Bath całe stada dziewcząt, które ob-
serwowały go zza swych wachlarzy, i których oczy błyszczały jaśniej, gdy zbliżał się do nich. Żadna z nich jednak 
nie  obdarzała  Rowlanda  aż  tak  wielkim  zainteresowaniem  jak  Lavinia  Heslop  -  przynajmniej  tak  wydawało  się 
Merab. 

Pan Sandiford bardzo dobrze tańczył, co nie umknęło uwagi Merab, kiedy siedziała na swym pozłacanym krze-

ś

le obok Amelii i pani Bridges, i starała się zapomnieć o tym, że jest w towarzystwie przyzwoitek. Był wysoki i 

przystojny, poruszał się z lekkością i wdziękiem, a gdy tylko Merab dojrzała, że jego oczy zwrócone są ku jakiejś 
dobrze urodzonej i posażnej pannie, natychmiast szybko odwracała wzrok. 

Wprawiało ją to w zakłopotanie, nie rozumiała tego, i wcale jej się to nie podobało. Jesteś głupia, powtarzała 

sobie w myślach. Co się z tobą dzieje? Przychodzi do ciebie, rozmawia z tobą, zabiera cię na herbatę. Przechadzasz 

background image

 

60 

się z majorem Bendickiem, Tivertonowie witają cię z zadowoleniem. Pomyśl tylko, jakie masz szczęście, przywo-
ływała się do porządku. 

Ale to nic nie pomagało. 
Pozostawała w takim właśnie dziwacznym stanie bolesnego niezdecydowania aż do pewnej środy. Jak zwykle 

spotkali się wtedy wszyscy w Bawialni, by wysłuchać koncertu i napić się herbaty. Pani Bridges pojechała do do-
mu nieco wcześniej; Rowland obiecał, że odprowadzi Merab do domu. 

O jedenastej Bawialnia została zamknięta, goście odebrali płaszcze, wezwali powozy i pożegnali się. Noc była 

wyjątkowo  pogodna  i  ciepła,  toteż  Roland  i  Merab  postanowili  się  przespacerować.  Księżyc  był  w  pełni,  i  gdy 
dotarli do Royal Crescent, wychynął właśnie zza chmury. Niebo usiane było gwiazdami i przecięte ogromną białą 
wstęgą Drogi Mlecznej. Poniżej rozciągało się Bath, doskonale widoczne na tle nocnego nieba. 

- Jak pięknie! - Merab zatrzymała się, by podziwiać ten widok. 
- Tak - odparł Rowland. Ale wcale nie patrzył na gwiazdy. 
Wszystkie  zmysły  Merab  jakby  zamarły  na  moment.  Powietrze  wokół  nich  wypełnione  było  jakąś  tajemnicą, 

czymś niewypowiedzianym. 

- Co to za dźwięki? - spytała ni z tego, ni z owego. 
- Jakie dźwięki? - zdziwił się Rowland. 
- Taki dziwny chrzęst. 
- To krowy. Jeszcze się pasą. 
Merab wbiła wzrok w ciemności, zalegające u podnóża wzniesienia, i w końcu dojrzała sylwetki kilku zwierząt. 
- O tej porze? - Jej głos był pełen oburzenia. 
Rowland roześmiał się głośno. 
Oboje poczuli się znacznie swobodniej i nie wiadomo, jak zakończyłby się ten wieczór, gdyby nagle za ich ple-

cami  nie  rozległ  się  krzyk  i  brzęk  tłuczonego  szkła.  Natychmiast  odwrócili  się.  Zobaczyli  jakiegoś  mężczyznę, 
który uciekał w przeciwną stronę i wkrótce zniknął w ciemnościach nocy. Drugi siedział oszołomiony w rynsztoku, 
trzymając w dłoni rozbitą lampkę. 

- Nic panu nie jest? - Rowland pomógł nieznajomemu podnieść się z ziemi. Szybko zorientował się, że nie jest 

to  nikt  z  towarzystwa,  które  bywa  w  Bawialni.  Był  to  jakiś  oberwaniec,  pochodził  zapewne  z  dzielnicy  biedoty 
rozciągającej się nad kanałem. Co robił w tej okolicy? Jednym z największych uroków Bath było to, że w mieście 
bardzo dbano spokój i porządek na ulicach. Ten włóczęga zapewne nie przyszedł tutaj w dobrych zamiarach. Row-
land trzymał nieznajomego za ramię, na wypadek, gdyby zechciał zaatakować Merab. 

Mężczyzna był pijany i rozłoszczony. 
- Pilnuj swojego nosa! - wrzasnął. Podniósł się powoli. Przechodząc między nimi niespodziewanie zatoczył się 

na Merab. 

Krzyknęła i złapała się za ramię. Rowland spojrzał na nią, zaniepokojony. Była blada jak ściana. 
- Merab! 
- Wszystko... wszystko w porządku. Uderzył mnie w ramię, to nic takiego. Zaraz mi przejdzie. 
Płaszcz dziewczyny zsunął się na ziemię. Rowland podniósł go, narzucił jej na ramiona i wciągnął ją delikatnie 

w mrok pobliskiej bramy, gdzie objął ją mocno i przytulił. Przez chwilę oboje milczeli. Rowland gładził ją po wło-
sach i uspokajał. Merab oparła głowę o jego ramię. Właśnie tego pragnęłam, pomyślała, czując się jak we śnie. 

- Masz takie cudowne ramię - mruczał Rowland. Odsunął delikatnie rękaw jej sukni, odsłonił bliznę i przywarł 

do niej ustami. 

Nie był to lekki, pocieszający pocałunek. 
Później, w zaciszu swego pokoju, Merab zastanawiała się, co by się stało, gdyby nie to, że usłyszeli wtedy ja-

kieś głosy, i Rowland delikatnie wypuścił ją z objęć. Drżącymi palcami naciągnęła suknię na ramię. Rowland po-
prawił płaszcz na jej ramionach i podał jej rękę. 

Pozostałą część drogi przeszli w zupełnym milczeniu. 
 
J
oseph nie potrafił wymyślić od razu planu, który ostatecznie skompromitowałby Merab, a jednocześnie upoko-

rzył Rowlanda. Pomyślał jeszcze raz o rozmowie, jaką odbył z Rowlandem w kawiarni, i zdał sobie sprawę, że ów 
dżentelmen  musiał  być  świadom,  iż  także  jest  kuzynem  panny  Hartfield  i  musiał  o  niej  wiedzieć  równie  dużo,  a 
może i więcej, niż on. Miał też dziwne przeczucie, że triumfalny powrót Merab ze świadectwem ślubu jej rodziców 
był sprawką Rowlanda. 

Joseph był wściekły na swą matkę za to, że rozpuściła plotki, wściekły na Rowlanda o to, że pozwolił mu nadal 

trwać w przekonaniu, iż Merab jest bękartem, wreszcie był wściekły na Merab, że okazała się jednak dzieckiem z 
prawego  łoża  i  powróciła  do  łask  towarzystwa.  Próbował  teraz  nadrabiać  wszystkie  swoje  gafy,  obwieszczając 
wszystkim, iż niezmiernie się cieszy z takiego  zakończenia sprawy, jednak gdy wstąpił kiedyś do Bridgesów, by 
odwiedzić Merab, dowiedział się, że „panny Hartfield nie ma w domu”. 

Gdyby  nie  Rowland,  Joseph  spróbowałby  zapewne  jeszcze  raz  zalecać  się  do  Merab,  tym  razem  znacznie 

ostrożniej. Pozwolił sobie nawet na chwilę słabości - marzył o lekcji pokory i posłuszeństwa, jaką dałby Merab po 

background image

 

61 

ś

lubie.  Rowland  wcielił  się jednak  w  rolę strażnika  i pilnował swej  kuzynki  jak  oka  w  głowie,  zwłaszcza  gdy  w 

pobliżu  kręcił  się  Joseph,  który  w  tych  warunkach  wolał  nie  wywoływać  skandalu.  Jedyną  jaśniejszą  stroną  tej 
nowej sytuacji  był fakt,  że  Merab  najwyraźniej  nie  kłamała,  gdy  mówiła  mu,  że  nie  ma  pieniędzy.  Zauważył,  że 
choć jego kuzynka cieszy się ogólnym poważaniem, nie ma zbyt wielu adoratorów. Sandiford był dla niej bardziej 
uprzejmy niż nadskakujący, choć major Bendick wciąż nie stracił dla niej zainteresowania. 

Joseph zagryzł wargę i zamyślił się. Pewną sposobność do zemsty nastręczała niezwykła sympatia, jaką Merab 

ż

ywiła do lady Wincanton, która ostatnio nie czuła się przecież najlepiej. Joseph rozważył w myślach różne moż-

liwości. Gdyby Merab dostała wiadomość, w której lady Wincanton prosiłaby ją o natychmiastowe przybycie, to 
czy nie pospieszyłaby zaraz na pomoc przyjaciółce? Pewnie wzięłaby powóz. A gdyby tak wówczas pozbawić ją 
przytomności za pomocą chloroformu? 

Tak, powoli rysował mu się w głowie pewien plan, potrzebował jednak czegoś lepszego. Czegoś, co upokorzy-

łoby także Sandiforda. Tylko jak to zrobić? 

 
M
ajor  Bendick  przechadzał  się  po  swej  bibliotece,  zatopiony  w  myślach.  Własne  emocje  i  uczucia  zupełnie 

wymykały mu się spod kontroli, co nie zdarzyło mu się nigdy dotąd. Jedyne, co mógł teraz zrobić, to maszerować z 
jednego końca biblioteki w drugi i wymachiwać od czasu do czasu niewidzialną szablą, wrzeszcząc przy tym: 

- Do diabła! 
Stała  się  rzecz  straszna.  Major  się  zakochał.  Nie  zrobił  tego,  co  zrobiłby  każdy  rozsądny  mężczyzna  na  jego 

miejscu - nie znalazł odpowiedniej, dobrze urodzonej damy z przyzwoitym posagiem, której mógłby złożyć wła-
ś

ciwą propozycję. Przekonał się za to, że nie może przestać myśleć o Merab Hartfield. Nawet kiedy pani Harrison 

zapewniła go (oczywiście w tajemnicy), że panna Hartfield jest biedna jak mysz kościelna, i że jej matka była nie-
wiele lepsza od prostytutki, major wcale nie przestał jej adorować. 

Zrobił nawet coś, co nigdy wcześniej nie przyszłoby mu do głowy; podzielił się swymi kłopotami ze szwagrem, 

wielebnym elementem Hartcourt. 

-  No,  mówię  ci!  -  krzyczał.  -  Po  prostu  nagle  przestało  mnie  to  obchodzić!  Do  diabła,  co  się  ze  mną  dzieje? 

Mówią mi, że być może jest bękartem, a ja myślę tylko o tym, że wyjechała! 

-  Być  może  -  zasugerował  łagodnie  pan  Hartcourt  -  odkryłeś  właśnie,  że  kochasz  kogoś  bardziej  niż  samego 

siebie? 

- Co? - huknął major. - Kochać ją?! Ale jak ja mogę to robić? Nie słyszałeś, co ci przed chwila powiedziałem? 

Ona jest bękartem bez grosza przy duszy. 

- A jak inaczej nazwałbyś to uczucie? - spytał szwagier. 
Major spojrzał nań ze złością. 
Kiedy Merab wróciła do Bath, major znalazł się w jeszcze Większej rozterce. Przez całe życie wydawał rozka-

zy, które natychmiast wykonywano. Jego ordynans spełniał bez szemrania wszelkie polecenia; podwładni gotowi 
byli wykonać każdy nakaz; służący w domu byli równie zdyscyplinowani jak żołnierze - nie mógł jednak rozkazać 
niczego Merab. Z niechęcią musiał w końcu przyznać przed samym sobą, że tutaj akurat role zostały odwrócone, i 
ż

e to on natychmiast spełnia wszelkie życzenia panny Hartfield. Co gorsza, zdał sobie sprawę, że chce je spełniać. 

Zaczynał rozumieć, że w jego życiu pojawiło się coś, o czym dotąd nie miał pojęcia, i musi się temu poddać, 

czy tego chce, czy nie. 

Pan Hartcourt przyglądał się temu z daleka przez kilka tygodni, i któregoś dnia z pewnym wahaniem powiedział 

do żony: 

- Wiesz co, zaczynam wierzyć, że twój brat nie jest aż takim upartym głupcem, za jakiego zawsze go miałem. 
- Pha! - parsknęła tylko. - Jest ohydnym bufonem i zawsze nim pozostanie. 
- Nawet bufoni czasami się zakochują - odparł pan Hartcourt. 
 
J
edną z największych przyjemności, jakie Merab czerpała z towarzystwa pani Bridges, były chwile, gdy obie 

panie siedziały razem w salonie. Merab czytała książkę, a pani Bridges szyła, i żadna z nich nie czuła się zobligo-
wana do prowadzenia konwersacji. Merab mogła być sama ze swoimi myślami. Nawet kiedy pani Bridges widzia-
ła, że jej towarzyszka od dłuższej już chwili nie przewraca kart książki, nigdy nie dręczyła jej zbędnymi pytaniami. 
Merab mogła mieć tyle spokoju, ile tylko chciała. 

A potrzebowała go bardzo. Poprzedniego wieczora zdała sobie nagle sprawę, że nie tylko ona zakochała się w 

Rowlandzie, ale i on czuł coś do niej. Jednak bezustanne wspominanie tych cennych chwil było czymś w rodzaju 
słodkiej tortury, bo jeśli naprawdę ją kochał, dlaczego nie powiedział jej o tym? Przebywali razem w Bath już nie-
mal od dwóch tygodni, zaczął się kwiecień, i choć Rowland był dla niej bardzo miły, nie dał jej wyraźnie do zro-
zumienia, że to właśnie ona jest tą jedyną. 

Kiedy myślała jeszcze raz o tym, co zdarzyło się w ciągu ostatnich kilku tygodni, odnajdywała wiele drobnych 

momentów, podobnych do błyszczących pereł nanizanych na nić naszyjnika, które teraz wydawały jej się znaczące 
- chwile milczenia, czułe spojrzenia skrywane wstydliwie, gdy tylko go na nich przyłapała, a ostatnio jego niezwy-
kła troska. 

background image

 

62 

Lecz czy mogła się mylić? Czy ten pocałunek, który wciąż palił jej ramię, czułe objęcia, czy to był tylko nie-

istotny epizod, chwilowe zauroczenie wywołane romantycznym światłem księżyca i jej słabością? 

Merab nigdy dotąd nie była zakochana - jak zresztą mogła kogoś pokochać, skoro żyła tak długo w zamknięciu? 

- i cuda nowego świata, w którym teraz zamieszkiwała, gdzie kolory były bardziej jaskrawe, a emocje silniejsze, na 
nim mogły wcale nie wywierać takiego wrażenia. Może mężczyźni zupełnie inaczej to odczuwają? Rowland mówił 
otwarcie  o  kochankach  jej  wuja  Edmunda,  wydawało  się,  że  wie  wszystko  o  świecie  cheres  amies,  od  opery  do 
teatru. 

Nagle przyszła jej do głowy okropna myśl. O Boże, czyżby on przypuszczał, pomimo wszystkich uprzejmości, 

jakie jej prawił, że ona także należy do takich kobiet? Że może ją bezkarnie całować i obejmować? Przez moment 
zrobiło jej się zimno z przerażenia. Boże drogi, niech to będzie nieprawda! Rowland nie może przecież myśleć, że 
jest kobietą łatwą, tak jak to mówił o jej matce Joseph. 

- Merab. - Głos pani Bridges przerwał te rozważania. 
- Tak, pani Bridges. - Merab wzięła głęboki oddech i zamknęła książkę. 
- Może chciałaby pani przejść się do Pijalni? Mój mąż powinien był już skończyć pisanie listów. 
Poranne wizyty w Pijalni były modne w Bath. Panie i panowie spotykali się z przyjaciółmi, pili wody i umawia-

li się na popołudnie. 

- Tak, oczywiście, pani Bridges. 
Pijalnia była teraz mniej zatłoczona niż kilka tygodni wcześniej, gdyż zbliżał się już koniec sezonu zimowego i 

wiele rodzin wyjeżdżało na lato do Londynu lub wracało do swych majątków na wsi. Państwo Bridges poszli więc 
pić wody lecznicze i odrobinę poplotkować, a Merab, która nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić, postanowiła 
przejrzeć listę gości. Opasłe tomisko spoczywało na stoliku pod oknem i wpisywał się tam każdy, kto chciał poin-
formować przyjaciół o swym przyjeździe, a także zasygnalizować jednemu z dwóch Mistrzów Ceremonii, że spo-
dziewa się ich wizyty i że chętnie opłaci wstęp na wszelkie imprezy towarzyskie. 

Merab przeglądała powoli kolejne stronice. Nie spodziewała się ujrzeć tam żadnych znajomych nazwisk. Usia-

dła  w  tym  miejscu  tylko  po  to,  by  znaleźć  się  poza  zasięgiem  wzroku  Bridgesów,  gdyby  do  Pijalnia  przyjechał 
Rowland  i  chciał  się  z  nią  przywitać.  Jednak  to,  co  tam  zobaczyła,  sprawiło,  że  jej  serce  na  moment  zamarło,  a 
potem zaczęło bić jak szalone. 

Na  dole  stronicy,  przy  adresie  Green  Park  Buildings,  znajdował  się  dobrze  jej  znany,  zamaszysty  podpis:  E. 

O’Riley. 

Joseph spędził kilka następnych dni analizując w myślach różne wersje planu porwania. Jednak powoli i z pew-

ną  niechęcią  uświadamiał  sobie,  że  o  ile  podobne  wydarzenia  mogły  być  czymś  całkiem  zwyczajnym  -  a  nawet 
nieodzownym - w powieściach gotyckich, o tyle w konkretnej rzeczywistości szacownego angielskiego miasteczka 
dokonanie podobnego wyczynu napotkałoby wiele trudności. Nocni stróże w Bath mieli fatalny zwyczaj patrolo-
wania ulic i nie wahali się skorzystać z gwizdka, kiedy potrzebowali pomocy. Ojcowie miasta doskonale zdawali 
sobie sprawę, że Bath będzie nadal prosperowało tylko wtedy, gdy zapewnią gościom absolutne bezpieczeństwo i 
ochronę. Joseph przypuszczał też, że niełatwo będzie przekupić stangreta, a potem być pewnym, że nie wyda go w 
ś

ledztwie. Wiele nieprzewidzianych wypadków mogło pokrzyżować mu plany. 

Początkowo nie zdawał sobie sprawy, że los podsuwa mu doskonałą okazję, kiedy pewnego wieczora spotkał 

spacerującą przy opactwie Lottie. Młoda służąca od powrotu ze wsi nudziła się w Bath. Kapral wymaszerował z 
miasta wraz ze swym oddziałem, koleżanki miały już dość jej opowieści o napadzie, a ze względu na stan zdrowia 
lady Wincanton w domu musiała panować idealna cisza. Co więcej, gospodyni, surowa metodystka, twierdziła, że 
szatan tylko czyha na dusze bezczynnych panienek i wynajdywała Lottie coraz to nowe zajęcia, aby dziewczyna 
nie  miała  choćby  jednej  wolnej  chwili.  Uważała,  że  Lottie  już  raz  upadła,  zadając  się  z  żołnierzem  -  a  wszyscy 
znają reputację tych łajdaków - i nie zamierzała pozwolić, by znów przydarzyło jej się coś podobnego. 

Jednak  tego  akurat  wieczora  Lottie  zdołała  uśpić  jej  czujność  i  wymknąć  się  z  domu.  Wybrała  się  na  Pump 

Yard i przechadzała się powoli tam i z powrotem, czekając na jakiegoś młodego mężczyznę, który skłonny byłby 
postawić jej drinka i zabawiać ją przez cały wieczór. Lottie była ładną dziewczyną - miała dołeczki na policzkach i 
niebieskie oczy, i wiedziała, że wygląda wyjątkowo korzystnie w swej różowej sukience. Dlaczego nie mogła się 
zabawić, kiedy jeszcze była młoda? 

Joseph także odczuwał potrzebę spotkania z jakąś miłą przedstawicielką płci przeciwnej. Przyglądał się Lottie 

okiem  doświadczonego  podrywacza  i  doszedł  do  wniosku,  że  dziewczyna  nie  jest  prostytutką.  Bath  miało swoją 
dzielnicę  pod  czerwoną  latarnią,  w  starej  części  miasta,  przy  kanale.  Było  to  miejsce  brzydkie  i  niebezpieczne  - 
ojcowie miasta nigdy nie pomyśleli o tym, by tam również patrolować nocą ulice. Nie, ta dziewczyna była zapew-
ne służącą albo sprzedawczynią, która szukała jakiejś wieczornej rozrywki. 

Zatrzymał się obok niej i uchylił kapelusza. Lottie, zrozumiawszy natychmiast ten gest, upuściła wdzięcznie rę-

kawiczkę. Wkrótce wywiązała się między nimi rozmowa, a po chwili Joseph zaproponował, że odprowadzi Lottie 
do Ogrodów Sydney, jednego z najpiękniejszych zakątków Bath, w którym znaleźć można było wszystko, co two-
rzy nastrój romantycznego spaceru - migotliwe światła latarń, muzykę, labirynt ścieżek i urokliwe zakątki. 

background image

 

63 

Lottie była tym ogromnie przejęta. Prawdziwy dżentelmen zabierał ją na spacer do Ogrodów Sydney, a to zna-

czyło, że nie musi płacić sześciu pensów za wstęp. Być może kupi jej coś do picia, a jeśli poprosi o całusa, to cóż, 
jest przecież miłym dżentelmenem, czemu miałaby mu żałować zwykłego pocałunku? 

Joseph postarał się o to, by jego towarzyszka dobrze się bawiła. Lottie szalała na huśtawkach, zabłądziła w labi-

ryncie i z zachwytem oglądała kolorowe światła. 

-  Och,  to  takie  śliczne!  -  wykrzykiwała.  -  Moja pani  będzie  niedługo  rodzić  i w  ogóle  nie  wychodzi  z  domu. 

Strasznie tam teraz nudno, nawet sobie pan nie wyobraża! 

- A kim jest ta niedobra pani? - Joseph położył rękę na oparciu ławki za plecami Lottie i delikatnie gładził ją po 

karku. 

-  Lady  Wincanton.  -  Palce  Josepha  znieruchomiały.  Lottie  kręciła  się  niecierpliwe,  chcąc  zachęcić  go  do dal-

szych poczynań. - Byłam na wsi z panną Hartfield, to jej przyjaciółka, przez tydzień, może trochę dłużej, i to było 
takie ciekawe, a kiedy tu wróciłam, to nic tylko praca i nuda. 

-  Doprawdy?  -  Dłoń  Josepha  zaczęła  błądzić  wokół  wstążek  podtrzymujących  jej  gorset.  -  Proszę  mi  o  tym 

opowiedzieć. 

Kiedy  jakąś  godzinę  później  Joseph  odprowadzał  zaczerwienioną  i  rozchichotaną  Lottie  do  domu,  miał  już 

wszystkie informacje, których potrzebował. Pocałował ją na dobranoc, wsunął jej w dłoń pięć szylingów i ruszył z 
powrotem w stronę Queen’s Square zatopiony w myślach. 

Sprawa  dziedzictwa  Hartfieldów  nie  wyglądała  więc  do  końca  tak,  jak  przedstawiła  ją  Merab,  myślał  z  gnie-

wem. Opowiadanie Lottie było trochę nieskładne, ale najważniejsze punkty przedstawiały się całkiem jasno. Jeśli 
Sandiford ożeni się z Merab przed wyznaczoną datą, majątek będzie należał do nich; jeśli nie, wszystko pójdzie na 
cele  dobroczynne.  Joseph  zastanawiał  się,  co  do  diabła  knuje  Rowland,  skoro  nie  zabezpieczył  majątku  od  razu. 
Czy testament przewidywał jakąś inną możliwość? Jego prawniczy umysł pracował na pełnych obrotach. Co stało-
by się na przykład, gdyby Merab umarła przed upływem sześciu miesięcy? Czy Sandiford odziedziczyłby od razu 
całą fortunę? Należało poważnie zbadać tę sprawę. 

Nazajutrz rano Joseph wsiadł do dyliżansu pocztowego i wyjechał do Hartfield. 
 
M
erab nie była w stanie odwiedzić Elizy O’Riley jeszcze tego samego dnia, na co wcześniej liczyła, gdyż pani 

Bridges przeziębiła się i musiała leżeć w łóżku. Kilka następnych dni Merab poświęciła wyłącznie opiece nad swą 
chorą  gospodynią.  Pani  Beidges  zazwyczaj cieszyła  się  doskonałym  zdrowiem  i jej  nagła  choroba  wprawiła  cały 
dom w nieopisany chaos, co z kolei wyraźnie złościło matkę Rowlanda i nie wpływało dobrze na jej stan. Merab, 
dziękując teraz opatrzności, że potrafi zajmować się domem, robiła, co w jej mocy. Nadzorowała służbę, pociesza-
ła panią Bridges, zamawiała wizyty lekarskie. Przygotowywała lemoniadę i kleik jęczmienny dla chorej, chłodziła 
jej czoło wodą kolońską i pilnowała, by nikt nie zakłócał jej spokoju. 

Rowland  przychodził  każdego  popołudnia,  by  zobaczyć  się  z  matką.  Pewnego  razu  zaproponował  Merab,  że 

zabierze ją do Bawialni. Pokręciła głową. 

- Nie mogłabym bawić się dobrze, wiedząc, że pani Bridges jest chora. 
- Więc czy mogę przynajmniej przychodzić tutaj? Obiecuję, że nie będę pani przeszkadzał. 
Merab przyjrzała mu się ze smutkiem. Był nadzwyczaj uprzejmy i zatroskany, jednak zdawało się, iż zależy mu 

bardziej na tym, by dopilnować porządku, niż by wykorzystać okazję na małe tête-à-tête ze swą kuzynką. 

- Oczywiście, kuzynie. To bardziej pański dom niż mój. 
Właściwie Merab miała ogromne skrupuły, czy sama powinna tu zostać. Przed wyjazdem powstrzymywała ją 

jednak pani Bridges, która często powtarzała: 

- Merab, jak to dobrze wiedzieć, że pani tu jest, i że dopilnuje pani wszystkiego. 
Zdawało się, że te cudowne chwile w bramie znikły  bezpowrotnie. Rowland nie czynił żadnych  gestów w jej 

kierunku,  nawet  kiedy  byli  sami  w  salonie,  nie  mówił  nic,  co  mogłoby  świadczyć  o  tym,  że  żywi  do  niej  jakieś 
specjalne  uczucia.  Czasami  łudziła  się,  że  słyszy  jakąś  nutkę  czułości  w jego  głosie,  czasami  zdawało jej się,  że 
patrzy na nią, kiedy nikt tego nie widzi, ale potem zawsze ogarniało ją zwątpienie. Tamtego wieczora wierzyła, że 
jest kochana. Lecz czy to w ogóle było możliwe? Wiedziała, jak bardzo przywiązany był do Kitty, choć jego uczu-
cia potraktowane zostały z wyjątkowym okrucieństwem. Czy naprawdę mogła pozwolić sobie na przypuszczenie, 
ż

e teraz darzy podobnym uczuciem właśnie ją? 

Setki myśli i pytań kłębiły się w jej głowie. Jeśli rzeczywiście ją kocha, to dlaczego jej o tym nie powie? Co 

powinna  teraz  zrobić?  Kitty  doskonale  znała  mechanizmy  damsko-męskiego  flirtu  i  wiedziała,  jak  zachęcić  nie-
ś

miałego adoratora do bardziej otwartych działań, jednak Merab była w tych sprawach zupełnie nieobyta. Wiedzia-

ła tylko, że jeżeli chce zachować szacunek dla samej siebie, musi skrywać swe uczucia. Mogła się przecież mylić - 
gdyby otworzyła serce przed Rowlandem, a okazałoby się, że jest dla niego jedynie ubogą krewną, która wkrótce 
zniknie z jego życia, doznałaby straszliwego upokorzenia, najgorszego, jakie mogło ją spotkać. 

A jednak zdarzały się chwile, kiedy Rowland jakby zapominał o swej sztywnej pozie. Wtedy znów łączyła ich 

jakaś niewidzialna nić sympatii. Pewnego dnia Rowland z rozbawieniem odkrył, że Merab czyta Moll Flanders

- Znalazła pani tę książkę u lady Wincanton! - wykrzyknął. - Muszę przyznać, że jestem zdumiony. Myślałem, 

background image

 

64 

ż

e lady Wincanton uważa podobną literaturę za wysoce niestosowną. 

- Znalazłam ją w bibliotece sir Thomasa - sprostowała Merab. - Nie wiem nawet, czy sir Thomas wiedział o jej 

istnieniu. Była wciśnięta między Cycerona i Herodota, a kiedy ją otworzyłam, ze środka wyleciały kłęby kurzu. 

- Przeczytałem to pewnego lata, kiedy przyjechałem do domu z Eton - powiedział Rowland. - Pamiętam, że wy-

dawało mi się wtedy, iż Moll jest niepokojąco męska. 

- Nie, dlaczego? Ona chce tylko przetrwać, to wszystko. A tylko przechytrzając społeczeństwo mogła spokojnie 

ż

yć. 

- Ale chyba nie zaprzeczy pani, że łamie wszelkie zasady kodeksu moralnego uznanego przez mężczyzn? 
- Ale nie wszystkie zasady kodeksu uznanego przez kobiety - odparowała Merab. 
- A czy one się czymś różnią? 
- Czasami społeczeństwo wymusza takie różnice - odparła Merab poważnie. - Gdybym była mężczyzną, mogła-

bym wykorzystać mój skromny posag i zająć się jakimś rzemiosłem lub handlem, żeby poprawić swoją sytuację. 
Ponieważ jednak jestem kobietą, nie mam dostępu do takich możliwości i skazana jestem na biedę. Gdybym była 
Moll, przekonałabym się sama, jak atrakcyjne może być życie z kradzieży i nieuczciwych dochodów. 

- Zaczynam podejrzewać - mówił Rowland z uśmiechem, - że pani poglądy są znacznie bardziej radykalne od 

moich!  Kiedy  studiowałem  w  Oksfordzie,  kilka  razy  omal  nie  zostałem  wyrzucony  z  uczelni  za  pisanie radykal-
nych pamfletów, ale pani pomysły są znaczne bardziej rewolucyjne niż moje. 

- Naprawdę? - Tym razem Merab uśmiechnęła się lekko. Pomyślała o długich latach spędzonych u boku dziad-

ka. - Miałam mnóstwo czasu na myślenie - powiedziała, po czym niespodziewanie dla samej siebie dodała: - Czę-
sto  myślałam  też  o  panu,  to  znaczy...  bo  pan  był  jedynym  członkiem  rodziny,  o  którym  dziadek  kiedykolwiek 
wspominał. Nigdy nie mówił o moim ojcu ani o wuju Edmundzie. Zawsze tylko o panu i pańskich szalonych po-
glądach. - Roześmiała się. - Dlatego bardzo chciałam pana poznać. - Zamilkła, przestraszona, że być może powie-
działa za dużo. 

-  Naprawdę?  -  Głos  Rowlanda  był  zadziwiająco łagodny.  -  Szkoda,  że  nie  wiedziałem.  Uniknęlibyśmy  wtedy 

wielu nieporozumień. 

- Wątpię, czy dziadek chciał, byśmy się dobrze rozumieli - odparła Merab cierpko. 
- Pewnie nie - zgodził się Rowland. - Ale gdybym znał panią wcześniej, nie robiłbym z siebie takiego głupca 

wobec Kitty. 

Serce Merab zaczęło walić jak szalone. Czyżby coś wreszcie się zaczynało? 
- Och? - wykrztusiła z nadzieją w głowie, ale Rowland, nie powiedział już nic więcej. 
Pomimo tych szczęśliwych chwil spędzonych z Rowlandem, był to dla Merab trudny czas. Z ulgą przyjęła po-

wrót do zdrowia pani Bridges, gdyż to oznaczało, że jej gospodyni znów będzie mogła przesiadywać z nią w salo-
nie. 

Ż

ycie powoli wracało do normy. Pani Bridges mogła z powrotem przejąć wszelkie obowiązki związane z pro-

wadzeniem domu. Umówiła Merab na spacer z Lavinią Heslop. Powiedziała jej, że Lavinią to dobra dziewczyna, i 
ż

e nie może już patrzeć, jak pani Banstead wysługuje się nią na każdym kroku. Merab wyświadczy jej więc przy-

sługę, wyciągając ją z domu na spacer. 

- Za długo musiała pani siedzieć tu ze mną - zakończyła. - Spacery dobrze pani zrobią. Może wybierzecie się na 

Lansdown? Podejrzewam, że jeszcze pani tam nie była, a można tam pooglądać naprawdę wspaniałe widoki. 

Lavinia z radością przyjęła zaproszenie. Przez całe życie mieszkała przecież na wsi i przyzwyczajona do dłu-

gich spacerów, nie mogła już znieść zamknięcia w czterech ścianach domu pani Banstead. 

- Och, panno Hartfield! - wykrzyknęła z zachwytem, kiedy po raz pierwszy wybrały się na przechadzkę i wy-

szły wreszcie poza miasto. - Jak tu pięknie. Nawet sobie pani nie wyobraża, jak okropnie się czułam, siedząc cały-
mi dniami w domu. Choć oczywiście pani Banstead jest dla mnie bardzo miła - dodała sumiennie. 

Merab nadaremnie próbowała wcześniej stłumić w sobie niechęć do wspólnego spaceru z Lavinia. Jednak i ona 

poczuła się znacznie lepiej, gdy wyszła wreszcie na otwartą przestrzeń, a młodzieńczy zapał Lavinii był tak zaraź-
liwy, że nie mogła mu się oprzeć. Próbowała zapomnieć o tym, że związek Rowlanda i panny Heslop byłby z pew-
nością mile widziany przez obie rodziny. 

Jednak choć Lavinia często wspominała o Rowlandzie - opowiadała, jak pomógł jej wsiąść na jej pierwszego 

kucyka, jak kiedyś pośliznęła się niebezpiecznie, a on podtrzymał ją i uratował przed kąpielą w zimnym strumyku - 
to traktowała go raczej jak starszego brata, a nie adoratora. 

Merab nie mogła się powstrzymać, by nie spytać o Kitty Parminster. 
- Zdaje się, że pan Sandiford żywił kiedyś ciepłe uczucia do pani przyjaciółki, panny Parminster - zaczęła nie-

winnie. Lavinia wyglądała jednak na mocno zaniepokojoną, więc Merab dodała szybko: - Wspomniała o tym pani 
Bridges, a poza nią wie o tym jeszcze tylko kilka osób. 

Lavinia westchnęła. 
-  Jestem  pewna,  że  ponieważ  należy  pani  do  rodziny,  mogę  z  panią  spokojnie  rozmawiać  na  ten  temat.  Och, 

panno Hartfield, było mi tak bardzo szkoda pana Sandiforda. Nawet kiedy mieszkałyśmy w Bath, Kitty pozwalała 
mu się adorować, potajemnie oczywiście. Jest moją przyjaciółką, ale wydaje mi się, że to było trochę nieuczciwe z 

background image

 

65 

jej strony. Kiedyś... - Zamilkła nagle. 

- Kiedyś? - zachęcała ją Merab. 
- Kiedyś widziałam, jak całują się za palmami. 
Serce Merab zamarło na moment, a potem zalała ją fala ogromnej, niezrozumiałej zazdrości. 
- To było zaledwie dzień przed oświadczynami wicehrabiego Claydona - mówiła dalej Lavinia. - A kiedy wy-

pominałam jej to, roześmiała się i powiedziała, że pan Sandiford powinien się sam pilnować. 

Dobrze mi tak, myślała Merab. Nie powinnam była o nic pytać. Pocałunek Rowlanda, wtedy w bramie, nabrał 

nagle innego, zupełnie zwykłego wymiaru, i trudno jej było to znieść. Myliła się. A więc to nie miało żadnego zna-
czenia, ot, przyjacielski pocałunek, który miał ją pocieszyć i uspokoić. 

Kiedy wróciła do domu, pani Bridges była zaczerwieniona i podekscytowana. 
- Merab! - wykrzyknęła. - Bogu dzięki, że pani wróciła. 
- A cóż takiego się stało, kochana pani Bridges? O Boże, mam nadzieję, że to nie złe wieści od Wincantonów? 
- Nie, nic podobnego. Była tu pani Tiverton. Obawiam się, że w towarzystwie znów krążą plotki. 
- Ale o czym? O... mojej mamie? 
- Nie. O testamencie. 
- O testamencie? 
Pani Bridges przyłożyła dłoń do czoła. 
- O mój Boże, to takie okropne. - I ku przerażeniu Merab wybuchnęła płaczem. 
- Och, proszę pani. - Merab podbiegła i objęła ją mocno. - Proszę nie płakać. Proszę powiedzieć mi, co mówiła 

pani Tiverton. 

Pani Bridges sięgnęła po chusteczkę, lecz dopiero po dłuższej chwili mogła normalnie mówić. Pokrótce wyglą-

dało to tak:  pani Tiverton mówiła,  że  zgodnie  z  testamentem,  który  oddawał  majątek  Merab i  Rowlandowi, jeśli 
pobiorą się w określonym czasie, Rowland przejmie całość w wypadku, gdyby Merab umarła przed upływem sze-
ś

ciu miesięcy. Mówiła także - choć zaznaczyła wyraźnie, że uważa to za niedorzeczność - iż w plotkach powtarza 

się wiadomość o tym, jak panna Merab omal nie zginęła z rąk „rozbójnika”. 

Merab zbladła jak ściana. 
- To znaczy, że ludzie przypuszczają, że Row... pan Sandiford próbował mnie zabić? 
Zimny dreszcz wstrząsnął panią Bridges. 
- Rowland będzie zrujnowany - zapłakała. - Przepadną wszystkie jego nadzieje na miejsce w parlamencie. Kto 

poprze  kandydaturę  człowieka  podejrzanego  o  morderstwo?  Oczywiście,  zaprzeczyłam  wszystkiemu.  Ale  skąd 
pani Tiverton mogła się o tym wszystkim dowiedzieć? I w dodatku te kłamstwa. 

- Czy aby na pewno kłamstwa? - powiedziała Merab powoli. - Ja z pewnością nigdy nie słyszałam o tej dodat-

kowej klauzuli. 

- Merab! - Pani Bridges aż wyprostowała się z przerażenia. - Chyba nie myśli pani, że Rowland mógłby... 
- Nie, oczywiście że nie - odparła Merab niecierpliwie. - Ale mimo to zastanawiam się, czy to nie jest przypad-

kiem prawda, mam na myśli tę dodatkową możliwość. A jeśli tak, to skąd się o tym dowiedzieli? Bo to oznacza, że 
ktoś oprócz nas miał dostęp do testamentu! 

Merab nie mogła opędzić się od myśli, że najlepszym rozwiązaniem dla nich obojga byłby teraz natychmiasto-

wy  ślub.  Jak jednak  mogła  to  zaproponować?  Raz  już  kategorycznie  odmówiła Rowlandowi,  a  on  wcale  nie  był 
skłonny  powtórzyć  swej  oferty.  Co  zrobi,  kiedy  ta plotka  dotrze  do jego  uszu? Merab  podejrzewała,  że jest  zbyt 
dumny, by prosić ją o rękę tylko po to, by ratować swą reputację. 

To musi być Joseph, pomyślała. Ten plan nosi wszelkie znamiona jego chorego umysłu. Skoro sam nie może się 

z nią ożenić i uzyskać dostępu do majątku Hartfieldów, postanowił stworzyć taką sytuację, w której ani ona, ani 
Rowland również nie będą mogli dostać tych pieniędzy. Rowland nie oświadczy się jej po raz drugi i będzie musiał 
znosić wszelkie kalumnie i oskarżenia. Pani Bridges miała zapewne rację - jego przyszłość malowała się teraz w 
ciemnych barwach. Chyba że ktoś znalazłby sposób, by położyć kres tym plotkom raz na zawsze. 

Jak jednak udowodnić, że to Joseph jest wszystkiemu winien? Jak go zdemaskować? 
 
B
udynki Green Park, gdzie wynajęła pokoje Eliza O’Riley, znajdowały się w niżej położonej części miasta. Z 

okien usytuowanych tam mieszkań roztaczał się piękny widok na łąki Kingsmead i rzekę Avon. Było to miłe miej-
sce, niezbyt odległe od Pijalni i łaźni, a wystarczająco oddalone od głośnego i zatłoczonego centrum miasta. Pani 
O’Riley wynajęła cztery pokoje dla siebie, służącej, i młodego mężczyzny, którego nazywała siostrzeńcem. 

Eliza była zadbaną kobietą dobrze już po pięćdziesiątce, choć sama utrzymywała, że ma lat trzydzieści osiem - 

co robiła już od dłuższego czasu. Wiek nie był zresztą jedyną sporną kwestią, gdy chodziło o Elizę O’Riley - rów-
nie podejrzany był tytuł „pani” przed jej nazwiskiem i jej „siostrzeniec”, który w razie potrzeby przemianowywany 
był na jej prawnika, kolegę z Royal Opera, a czasami nawet na woźnicę. 

Eliza już na początku swej kariery nauczyła się, że sama musi dbać o swoje sprawy, i że to, co świat nazywał 

„przyzwoitością”, stanowiło tylko środek, za pomocą którego kobiety takie jak ona utrzymywane były w poddań-
stwie. Zawsze starała się zachowywać pozory przyzwoitości na tyle, na ile tylko było to możliwe. W odróżnieniu 

background image

 

66 

od  wielu  dziewcząt  z  opery  nie  chadzała  więc  na  dzikie,  całonocne  przyjęcia,  zaś  wybierając  sobie  kochanków 
miała na względzie nie tylko rozwój swej kariery, lecz również dyskrecję. 

Unikała zepsutych i zamożnych arystokratów, wiedząc, że zbyt zależało im na reputacji wspaniałych i pożąda-

nych  kochanków,  by  umieli  dochować  tajemnicy.  Częściej  spotykała  się  z  niezadowolonymi,  żonatymi  mężczy-
znami z klasy średniej, którzy chętnie utrzymywali kochanki, woleli jednak uniknąć wszelkich kłopotów małżeń-
skich. Byli wyrozumiałymi i miłymi ludźmi, z chęcią sponsorowali opery, w których Eliza otrzymywała jakąś do-
brą rolę, a kiedy ją opuszczali, byli dla niej niezwykle hojni. 

Taki styl życia okazał się na tyle dochodowy, że Eliza mogła zrezygnować z opery i z rocznym dochodem po-

nad czterystu funtów cieszyć się owocami swej ciężkiej pracy. Jednym z tych owoców była znajomość z niestru-
dzonym Timem Heardem. Tim, nieślubny syn jednego ze stolarzy, którzy przygotowywali scenografię w Teatrze 
Królewskim, całe dzieciństwo spędził w tym właśnie i innych teatrach. Eliza poznała go jako podrostka, gdy roz-
sypywał trociny na podłodze Teatru Królewskiego, by w ten sposób zebrać wszystkie krople parafiny i tłuszczu ze 
ś

wiec.  Natychmiast  poczuła  do  niego  sympatię.  Podobała  jej  się  energia  chłopca  i  jego  spryt.  Później,  kiedy  już 

dorósł, kilkakrotnie ratował ją przed jakimiś namolnymi arystokratami,  którzy chcieli spenetrować jej garderobę, 
gdyż Tim jako młodzieniec wszechstronnie uzdolniony był także pierwszorzędnym bokserem i aktorem. 

Należał do ludzi, których wieku nie można określić tylko po wyglądzie, i mógł równie dobrze mieć lat trzydzie-

ś

ci, jak i pięćdziesiąt. W rzeczywistości miał trzydzieści osiem i przez ostatnie dwadzieścia lat cieszył się wzglę-

dami Elizy, gdy sprzyjały temu okoliczności. Teraz właśnie Tim miał ważne powody, by znaleźć się poza Londy-
nem (jakieś nie całkiem uczciwe interesy) i z radością gotów był spędzić kilka miesięcy w Bath. Przemienił się w 
siostrzeńca  Elizy,  odprowadzał  ją  codziennie  do  Pijalni  i  otaczał  ją  wszelką  opieką.  To,  co  działo  się  w  zaciszu 
wynajmowanych przez nich pokojów, nie powinno było nikogo interesować. 

To właśnie Tim znalazł kiedyś przerażoną Abigail Cooper, ukrywającą się w pomieszczeniu dla stolarzy na ty-

łach sceny, gdzie skryła się przed jakimś natrętnym i lubieżnym adoratorem. Tim zaprowadził ją do Elizy i przed-
stawił w następujący sposób; 

- Patrz, Liza, następne pisklę dla ciebie, chyba nawet nie do końca wyklute. 
Eliza wzięła Abby pod swe skrzydła, chroniła ją, wtajemniczyła w tajniki zawodu i pilnowała, by nikt jej nie 

molestował. A nie należało to do łatwych zadań. Abby była bardzo ładna, a do tego roztaczała wokół siebie aurę 
kruchości i niewinności, co przyciągało do niej całe stada zalotników. Niewielu spośród zarozumiałych przedsta-
wicieli  arystokracji  skłonnych  było  uwierzyć,  że  ta  dziewczyna  poświęcała  się  wyłącznie  swej  pracy.  Stawiano 
zakłady, kto pierwszy zdobędzie tę dziewiczą fortecę. 

Choć nie brakowało jej talentu - Eliza przyznawała, że głos Abigail był niezwykle czysty - z pewnością nie pa-

sowała  do  zgiełku  i ciężkich  warunków  teatralnego  życia.  Eliza  była  więc  bardzo  zadowolona,  kiedy  pojawił  się 
Jonathan Hartfield. 

- Kocham Jonathana, naprawdę go kocham - chlipała Abby. - Ale moje życie to śpiew! Elizo, urodziłam się, by 

ś

piewać. 

- Może - odpowiadała wtedy Eliza. - Ale żyjąc w ten sposób, wkrótce i tak nie będziesz mogła śpiewać. Posłu-

chaj tylko, jak okropnie kaszlesz od czasu, gdy musiałaś uciekać w deszczu przed tym... kto to był? Lord Penrith? 

- Jonathan nie pozwoli mi nadal śpiewać - powiedziała Abby. 
- Nie - zgodziła się Eliza. - To nie dość przyzwoite. - Skrzywiła się wymownie. 
W końcu jednak zwyciężyła miłość i Eliza odprowadziła przyjaciółkę do ołtarza. Później ich przyjaźń powoli 

słabła,  co  było  nieuniknione.  Eliza  zdawała  sobie  sprawę,  że  choć  Jonathan  zawsze  był  dla  niej  uprzejmy  i  bez 
końca dziękował jej za opiekę, jaką otaczała jego żonę, wolał, by tak właśnie się stało. Abby była zbyt lojalna, by 
sprzeciwiać się jego życzeniom, toteż składała jej tylko krótkie wizyty raz na kilka miesięcy lub pisała listy. Ostat-
ni Eliza otrzymała na Boże Narodzenie po śmierci Jonathana. Abby pisała, że wraz z Merab przeprowadziła się do 
Hartfield  Hall.  Stan jej  zdrowia  był bardzo  kiepski. Oba  płuca  zostały już  zainfekowane i teraz  była  to już  tylko 
kwestia czasu. Jak zawsze serdecznie ją pozdrawiała. 

Po przyjeździe do Bath Eliza dziwnie często myślała o Abby. Być może dlatego, że tak wielu było tutaj scho-

rowanych ludzi, a być może, jak pomyślała później, dała o sobie znać niezwykła intuicja odziedziczona po irlandz-
kich przodkach. Nie była więc bardzo zdumiona, kiedy pokojówka przyniosła jej kartę z nazwiskiem „Panna Me-
rab Hartfield”. Eliza siedziała właśnie w salonie z Timem i bez słowa podała mu kartę. Tim gwizdnął przeciągle. 

- Córka Abby? 
- Tak myślę. Chyba nie ma na świecie drugiej Merab Hartfield. - Skinęła na służącą. - Poproś pannę Hartfield, 

by weszła tutaj. 

Tim podniósł się ze swego miejsca. 
- Lepiej poradzisz sobie sama, moja droga. Wrócę później. 
Eliza nie odpowiedziała. Z obawą wpatrywała się w kartkę. Co wiedziała ta Merab Hartfield? Nie daj Boże, by 

musiała wyjaśniać szczegóły kariery Abby jakiejś napuszonej damulce! 

Jednak  zarówno  Eliza,  jak  i  Merab  zostały  mile  zaskoczone  tym,  co  ujrzały.  Eliza  była  wzruszona  podobień-

stwem  swego  gościa  do  matki.  Merab  miała  te  same  lśniące  ciemne  oczy,  jednak  siła  charakteru  i  determinacja 

background image

 

67 

upodabniały  ją  raczej  do  pani  O’Riley,  niż  do  matki.  Eliza  podziwiała  śmiałość  i  zdecydowanie,  z  jakim  Merab 
opowiadała jej o swych problemach. 

Merab z kolei odniosła wrażenie, że jej rozmówczyni jest sympatyczna i tolerancyjna. Właściwie po raz pierw-

szy  od  śmierci  matki  została  przez  kogoś  w  pełni  zaakceptowana  taka,  jaka  jest.  Eliza  pozwoliła  sobie  ujawnić, 
jaką rolę odegrała w życiu Abby, natomiast nietrudno było domyślić się, że jej życie dalekie było od konwencjo-
nalnych norm przyzwoitości. Merab ze zdziwieniem stwierdziła, że wcale jej to nie przeszkadza. Nagle wszystkie 
te utarte normy i zasady zaczęły ją denerwować. Czym było dobre pochodzenie w porównaniu z dobrym sercem? 
A tego pani O’Riley z pewnością nie brakowało. 

Eliza była tak sympatyczna i miła, że Merab z rozpędu opowiedziała jej o całym swoim dzieciństwie, o śmierci 

ojca i ostatnich okropnych latach spędzonych z dziadkiem. 

- Moje ty biedactwo! - zawołała Eliza. - Szkoda, że nic nie wiedziałam. Obawiam się jednak, że i tak niewiele 

mogłabym  pomóc.  Zanim  zrezygnowałam  ze  śpiewania,  prowadziłam  bardzo  nieustatkowane  życie.  Chyba  nie 
wyszłoby to na zdrowie, młodej panience. 

- Nie mogę przestać myśleć - mówiła Merab cierpkim tonem - że bycie tak zwaną „damą” ma wiele poważnych 

wad. Przed końcem lata muszę znaleźć sobie posadę nauczycielki za trzydzieści funtów rocznie, jeśli będę miała 
szczęście, oczywiście. To dla mnie jedyne wyjście, jeśli nadal chcę być porządną, zasługującą na szacunek damą. 
Powiedziałam kiedyś mojej przyjaciółce, że znacznie lepsza byłaby dla mnie posada gospodyni, która jest z pew-
nością lepiej płatna, ale ona tak się przeraziła, że nie wspomniałam o tym już więcej! 

Eliza roześmiała się i przyjrzała Merab z ciekawością. Dlaczego ona musi pracować, zastanawiała się w duchu. 

Była dobrze ubrana i najwyraźniej nie brakowało jej niczego. 

-  Proszę  mi  powiedzieć,  dlaczego  musi  pani  zostać  guwernantką  -  poprosiła,  po  czym  dodała  szybko,  widząc 

wahanie Merab. - Mogę panią zapewnić, że potrafię być dyskretna. Swego czasu musiałam dochować wielu tajem-
nic. 

Po chwili milczenia Merab zdecydowała się spełnić jej prośbę. Powiedziała jej o wszystkim; o testamencie, o 

Josephie Harrisonie, o swojej sytuacji. Choć zmusiła się do tego, by wyjaśnić dokładnie warunki testamentu, nie 
znalazła dość sił, by wspomnieć o Rowlandzie. 

Eliza przez całe życie wysłuchiwała zwierzeń różnych ludzi i była dość doświadczona, by od razu zorientować 

się,  że Merab  omija starannie temat  swego  tajemniczego  kuzyna.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że  to  może  jeszcze 
poczekać. A Tim z pewnością zdobędzie wszelkie informacje dotyczące tego człowieka, jeśli tylko będzie ich po-
trzebować. Tim nie miał równych sobie, kiedy chodziło o zbieranie potrzebnych informacji. 

- Poznałam kiedyś panią Harrison, wówczas nazywała się zresztą Dinah Cooper - powiedziała Eliza, kiedy Me-

rab umilkła. - Przyjechała do Londynu, żeby przywołać do porządku pani matkę. Między nami mówiąc, była za-
zdrosna. Myślała, że Abby prowadzi wygodne, luksusowe życie, przynajmniej tak jej się wydawało, i nie widziała 
powodu, dla którego i ona nie miałaby z niego skorzystać. Spoglądała łaskawym okiem na wielu spośród adorato-
rów Abby. 

- Muszę przyznać, że jestem zdumiona - powiedziała Merab. - Pani Harrison jest teraz bardzo surową i pobożną 

damą. 

Po chwili Eliza przypomniała sobie jeszcze coś. Otóż Dinah Cooper związała się na dosyć krótko z niejakim sir 

Walterem Tullochem, rozpustnym fircykiem, który  zalecał się do Abby. Eliza nie wiedziała, co dokładnie wyda-
rzyło się między nimi, ale był to krótki romans - jeśli rzeczywiście można to nazwać romansem. Wkrótce potem 
Dinah wyjechała z Londynu. Przed wyjazdem robiła jeszcze gorzkie wyrzuty siostrze, która nic z tego nie rozumia-
ła i przez kilka następnych dni była całkiem przybita. Teraz Dinah pojawiała się znowu, w tej samej aurze złośli-
wości i zazdrości, a jej syn najwyraźniej w niczym jej nie ustępował. 

- Cała ta historia z Josephem Harrisonem brzmi bardzo niesmacznie - powiedziała pani Eliza. - Zdaje się, że bę-

dę musiała zainteresować się tym bliżej. Och proszę się nie niepokoić, nikt się o tym nie dowie. Mam dostęp do 
pewnych ludzi i informacji... 

- Dziękuję, że zechciała mnie pani przyjąć - powiedziała Merab, zbierając się do wyjścia. - Bardzo się cieszę, że 

mogłam z panią porozmawiać. Tak bardzo brakowało mi kontaktu z kimś, kto znał moją mamę. 

- Musi pani odwiedzić mnie znowu - poprosiła Eliza. - Ale lepiej niech się pani nie przyznaje publicznie do zna-

jomości ze mną, moja droga. Jeśli się pani zgodzi, utrzymamy naszą przyjaźń w tajemnicy. 

- Chciałabym móc przedstawić panią moim znajomym - powiedziała Merab z żalem. Nie była naiwna - zdawała 

sobie sprawę, że w przeszłości Elizy kryło się zapewne wiele zdarzeń, o których lepiej było nic nie wiedzieć, i że 
ze względu na jej wątpliwą reputację najlepiej zrobiłaby „zapominając” o tej teatralnej przyjaźni swej matki. Jed-
nak polubiła Elizę, podziwiała jej bezkompromisowość, a jej szczerość działała na nią odświeżająco. 

- Lepiej nie - odparła Eliza szorstko. - Może kiedyś. 
Merab musiała się tym zadowolić. 
 
B
ył wieczór. Amelia miała wkrótce się położyć. Babette czesała właśnie włosy swej pani. Musiała jeszcze na-

winąć je na papiloty, a potem przykryć nocnym czepkiem. Służąca i pani rozmawiały o plotkach na temat Rowlan-

background image

 

68 

da i Merab. 

- Pewnie oboje okropnie się tym martwią - kończyła Amelia. - Muszę przyznać, że prawie nie spałam ostatniej 

nocy, kiedy lady Mandersby powiedziała mi o wszystkim. Oczywiście, nikt nie przyznaje otwarcie, by wierzył w te 
pogłoski, a ja powiedziałam lady M., że nie ma w nich krzty prawdy, ale rzeczywiście wygląda to tak, jakby biedna 
Merab zaplątana była w same skandale. Skąd, do licha, biorą się te wszystkie historie? 

Babette wzięła jeden z papilotów, nawinęła nań kosmyk włosów, zawiązała umiejętnie i dopiero wtedy odparła: 
- Zastanawiam się, miladi, czy pytała pani o to Lottie? 
- Lottie? 
- To jedyna osoba, która była tam z panną Hartfield i panem Sandifordem. A ostatnio nic nie je. Tylko skubie 

to, co podaje jej gospodyni. 

- Ale dlaczego miałaby rozsiewać takie plotki? Była zachwycona ubraniami, które podarowała jej panna Hart-

field. Dlaczego miałaby utrudniać jej życie? 

Babette wzruszyła ramionami. Czasami zachowanie Anglików było dla niej zupełnie niezrozumiałe. 
- Przywołaj ją tutaj, Babette - powiedziała Amelia, kiedy służąca skończyła zaplatać jej włosy. - Czekam na nią 

w buduarze. 

Kiedy Lottie stawiła się we wskazanym pokoju, nerwowo skubiąc fartuszek, lady Wincanton od razu zrozumia-

ła, że dziewczyna ma coś na sumieniu. Minęło sporo czasu, nim Amelia zdołała z niej wyciągnąć całą historię, ale 
w końcu dowiedziała się wszystkiego o wieczornej wyprawie i wycieczce z nieznajomym adoratorem do Ogrodów 
Sydney. 

- Ja nie chciałam, żeby tak wyszło, proszę pani - wykrztusiła Lottie, zalewając się łzami. - Za nic w świecie nie 

chciałabym skrzywdzić panny Merab. 

Amelia stukała palcami w blat stołu, próbując zebrać myśli i zapomnieć o dokuczliwym bólu w plecach. 
- Kim był ten mężczyzna? - spytała w końcu. 
Lottie  nie  wiedziała.  Nie  przedstawił  się.  Opis  mógł  pasować  do  każdego.  W  Bath  byłe  mnóstwo  wysokich, 

ciemnowłosych mężczyzn, z których większość z przyjemnością poflirtowałaby sobie z ładną służącą. 

-  Ale  zauważyłam,  że  miał  ładny  zegarek  kieszonkowy,  proszę  pani,  ze  swoimi  inicjałami.  To  było  zdaje  się 

I.H. albo J.H. 

Amelia wyprostowała się nagle. J.H. O mój Boże, pomyślała. To musiał być Joseph Harrison. 
Poderwała się gwałtownie ze swego miejsca. 
- Moje przybory do pisania, szybko! - zawołała. - Nie, sama je sobie przyniosę. 
Obróciła się w miejscu, zrobiła krok naprzód, lecz nagły atak bólu zgiął ją wpół. Upadła ciężko na podłogę. 
Krzyk Lottie wypełnił cały dom. 
 
L
avinia stwierdziła,  że nauczyła  się już  bardzo  wiele,  od  czasu,  gdy  przyjechała  do  Bath. Wcześniej  nie  wie-

działa  nic  o  szerokim  świecie,  a  towarzystwo  znała  tylko  z  opowiadań  Kitty.  Gdy  Kitty  opowiadała  jej  o  swej 
pierwszej wyprawie do Londynu, o wszystkich cudownych zalotnikach i liścikach miłosnych, Lavinia słuchała tego 
jak jakiejś bajki. Jak to cudownie, myślała wtedy, być taką piękną i adorowaną Kitty, chodzić na romantyczne spo-
tkania  przy  księżycu,  tańczyć  z  zakochanymi  zalotnikami  i  oglądać  przeróżne  piękne  jedwabie  i  muśliny,  które 
prezentowali jej pomocnicy sprzedawcy tekstyliów, i z których mogła wybrać sobie, co tylko zechciała. 

Wierzyła każdemu jej słowu i naiwnie przyjmowała opowieści o jej przewagach i triumfach tak, jak oceniała je 

sama Kitty. 

Teraz widziała, że rzeczywistość wygląda nieco inaczej. Nie miała wątpliwości, że dla Kitty jej pobyt w Bath 

był kolejnym z takich triumfów - czyż nie została narzeczoną wicehrabiego? Lecz Lavinia podejrzewała, że było tu 
także wielu rozsądnych mężczyzn, którzy nie ulegli jej urokowi i którzy nie traktowali jej poważnie - na przykład 
major Bendick. 

I  tu  znowu  Lavinia  napotykała  na  kolejną  zagadkę.  Od  czasu,  gdy  zaprzyjaźniła  się  z  Merab,  poznała  majora 

nieco lepiej. Kiedy zobaczyła go po raz pierwszy, gotowa była obdarzyć go wszelkimi możliwymi cnotami. Potem 
odkryła  jednak,  że  nie  jest  on  wcale  bohaterem  bez  skazy,  a  rozmowy  z  nim  stawały  się  coraz  bardziej  nużące. 
Teraz, ku swemu zdumieniu, odkryła, że po raz kolejny zmienia o nim zdanie. A może to sam major się zmienił? 
Może coś się z nim stało? Już kilka razy, kiedy wybrały się z panną Hartfield na spacer, spotykały po drodze majo-
ra, który zazwyczaj przyłączał się do nich. Lavinia zauważyła, że major nie był już tak arogancki jak niegdyś. Nie 
pouczał ich, nie mówił, co mają myśleć, ani nie był już taki pewny, że i tak wie, co i jak myślą kobiety. Ba! Coraz 
częściej pytał je o zdanie w różnych sprawach i interesował się tym, co naprawdę myślą, a nie tym, co myśleć po-
winny. 

Czyżby zakochał się w jej nowej przyjaciółce? Im baczniej go obserwowała, tym bardziej była o tym przekona-

na. Była także bardzo zadowolona, że sama to spostrzegła, zaś jeszcze większą radość sprawił jej fakt, że zniknęło 
jej bezmyślne uwielbienie dla przystojnego bohatera. 

To właśnie major przekazał Lavinii najnowsze plotki, kiedy spotkał ją pewnego ranka w Pijalni. 
- To znaczy, że pan Sandiford próbował zamordować pannę Hartfield? - zawołała zdumiona. 

background image

 

69 

- Obawiam się, że tak. 
- Ależ to absurd! 
- No cóż, dobrze wychowanej młodej damie trudno uwierzyć w podłość tego świata - odparł major protekcjo-

nalnie. 

- Nonsens, majorze - żachnęła się Lavinia. - Znam pana Sandiforda przez całe życie. Jego majątek należy do pa-

rafii mego ojca! 

Major  był  nieco  zaskoczony.  Nie  zastanawiał  się  nigdy  nad  pochodzeniem  Rowlanda  -  wiedział  tylko,  że  ten 

przeklęty  szlachcic  pozostaje  z  panną  Hartfield  w  bliskich  stosunkach,  o  wiele  za  bliskich  jak  na  kuzyna,  który 
podobno ledwo ją zna. 

- Oczywiście to tylko plotka - odparł major, nieoczekiwanie dla samego siebie. 
- Więc dlaczego pan ją rozpowiada? - upomniała go ostro Lavinia. - Pan wybaczy, woła mnie pani Banstead. 
Ukłoniła mu się najmniej uprzejmie, jak to było możliwe, i odeszła. Dopiero później zdała sobie sprawę, że po-

rządnie utarła mu nosa, lecz wcale się tym nie przejęła. 

Major patrzył za oddalającą się Lavinia z nowym szacunkiem. 
Pani  Banstead  chrapała  smacznie  podczas  swej  popołudniowej  drzemki,  a  Lavinia  wciąż  nie  mogła  przestać 

myśleć o tym, co powiedział jej major. Choć trzymała w dłoniach przybory do haftowania, nie potrafiła skupić się 
na pracy; patrzyła w okno i zastanawiała się, co powinna zrobić. 

Sama nie chciała rozpuszczać plotek, a ponieważ w tej materii nie miała zbyt dobrej opinii o pani Banstead, wo-

lała  nie  zwierzać się jej  ze  swoich  problemów.  Z  drugiej jednak  strony, jeśli  Rowland  nie  wiedział jeszcze  o  ni-
czym, powinien był jak najszybciej poznać prawdę. Pani Bridges była jeszcze zbyt chora, by mogła ją odwiedzić, 
nie znała zaś Merab na tyle dobrze, by rozmawiać z nią o podobnej sprawie - poza tym, trudno było oczekiwać, by 
panna Hartfield zechciała poinformować własnego kuzyna o jego rzekomych morderczych zakusach. Tak czy ina-
czej, Rowland musiał się o wszystkim dowiedzieć, tego była pewna. 

Pani Banstead wciąż spała. Lavinia przeszła na palcach do sekretarzyka i zasiadła do pisania. Najpierw zepsuła 

całkiem  dobre  pióro,  obgryzając  jego  końcówkę,  później  zmarnowała  kilka  kartek  papieru,  które  kompletnie  po-
mięte wylądowały w koszu na śmieci, wreszcie zdołała zredagować krótki list. Był on wyjątkowo lakoniczny i z 
pewnością  nie  znalazłby  uznania  w  oczach  guwernantki  Lavinii,  która  niegdyś  uczyła ją, jak  powinien  wyglądać 
list napisany przez prawdziwą damę. Spełniał jednak swoje zadanie, a w tej sytuacji to było najważniejsze. Plotki 
mówi
ąże napad na Pański powuz był pana dziełem, zakończyła. Piszę do pana, bo chcę Pana ostszec. Jacyś zło-
czy
ńcy chcą wyrządzić Panu krzywdę. Z powarzaniem, L. Heslop. 

Złożyła list, zalakowała go i zaadresowała. Spojrzała jeszcze raz na panią Banstead i postanowiła zaryzykować. 

Nie chciała, by list dostarczył służący -  młode damy  zazwyczaj nie pisują do młodych mężczyzn, a poza tym na 
pewno wkrótce dowiedziałaby się o tym jej gospodyni. Nie, będzie musiała zająć się tym sama. 

- Pani wychodzi, panno Heslop? - spytał zdumiony lokaj, kiedy kilka minut później Lavinia w płaszczu i czepku 

stanęła w drzwiach wyjściowych. 

-  Potrzebuję  trochę  nici  do  haftowania  -  skłamała  Lavinia.  -  Mam  nadzieję,  że  wrócę,  nim  pani  Banstead  się 

obudzi. 

Po przeczytaniu wiadomości, Rowlanda ogarnął ogromny gniew. List Lavinii pełen był błędów ortograficznych, 

ale  treść  pozostawała  całkiem  jasna.  Rowland  nie  miał  najmniejszych  trudności  ze  zidentyfikowaniem  „złoczyń-
cy”. To musiał być Joseph. 

Kiedy przechadzał się nerwowo po pokoju, po raz pierwszy zaczął się zastanawiać nad tym, w jaki sposób te-

stament Hartfielda dotykał Merab. Początkowo postrzegał go tylko jako złośliwe zrządzenie losu, które niszczyło 
jego nadzieje. Teraz zrozumiał, że Merab została potraktowana równie okrutnie, i że wkrótce może się stać obiek-
tem niewybrednych żartów i kpin. Zgodnie z testamentem, została swego rodzaju towarem przetargowym. Co gor-
sza, zdał sobie sprawę, że to jego zachowanie, fakt, że początkowo nie chciał jej uznać, mógł uczynić z niej przed-
miot okrutnych żartów - złośliwcy twierdziliby zapewne, że nie była godna jego oświadczyn. A cóż on mógł na to 
odpowiedzieć? Gdyby oznajmił, że poprosił ją o rękę i został odrzucony, nikt by mu nie uwierzył. 

Wreszcie zrozumiał także, że oferta, jaką złożył Merab, była dla niej upokarzająca. Jak mógł zaproponować jej 

coś podobnego? Zupełnie jakby uważał, że Merab nie ma nic, co mogłaby zaoferować mężczyźnie. Rowland po-
czuł  nagle  ogromny  wstyd.  Jakże  był  ślepy,  jakże  arogancki!  Najgorsze  jednak,  że  zmarnował  wszystkie  szansę 
naprawy tej sytuacji. 

Nie  zapominał jednak  o  własnym  położeniu. Ta  plotka  mogła  pozbawić  go  wszelkich  widoków  na  miejsce w 

parlamencie. Joseph skutecznie pomniejszył jego szansę na zrobienie politycznej kariery, a do tego postawił go w 
bardzo niezręcznej sytuacji względem Merab. Nawet gdyby go polubiła, gdyby wysłuchała jego oferty, jakże mo-
głaby  zgodzić  się  na  małżeństwo,  które  miało  na  celu  ratowanie  kariery  politycznej  jej  przyszłego  męża?  Jakże 
mogłaby uwierzyć w jego bezinteresowne uczucie? 

Pozostawało jeszcze pytanie najgorsze - jak daleko gotów był posunąć się Joseph? Czy będzie próbował sprepa-

rować  kolejny  „wypadek”?  Rowland  zatrzymał  się  w  pół  kroku,  porażony  myślą,  która  przyprawiła  go  o  zimny 
dreszcz. 

background image

 

70 

Czy życie Merab było w niebezpieczeństwie? 

10 

Major Bendick przyglądał się swemu odbiciu w lustrze z mniejszym niż zazwyczaj zadowoleniem. Nie widział 

już wysokiej, szczupłej figury ani elegancko przyciętych żołnierskich wąsików, lecz martwił się coraz rzadszą fry-
zurą  i  coraz  gęstszą  siecią  zmarszczek  w  kącikach  oczu.  Czy  panna  Hartfield  go  zechce?  Wiedział,  że  z  punktu 
widzenia  towarzystwa  byłby  to  związek  daleko  wykraczający  poza  to,  na  co  mogła  kiedykolwiek  liczyć.  Jednak 
major zmuszony był już nauczyć się, że choć jego sytuacja finansowa budzi powszechne uznanie, nie oznacza to 
wcale, iż kobieta godna miłości automatycznie go zaakceptuje. 

Skonsultował się ze swym szwagrem,  który udzielił mu odpowiedzi świadczącej w opinii majora o zupełnym 

braku wyczucia i delikatności: 

- Dlaczego po prostu jej nie zapytasz? 
Major krępował się mówić mu, że obawia się odmowy, która definitywnie położyłaby kres jego nadziejom. 
- Nie sądzę, by ci odmówiła - ciągnął pan Hartcourt, prawidłowo interpretując milczenie majora. - W końcu jest 

chyba w dość trudnej sytuacji, prawda? Jeśli te plotki są prawdziwe, nie ma żadnego majątku, zdana jest na łaskę i 
niełaskę  bezwzględnego  kuzyna.  Choć  ja  osobiście  w  to  nie  wierzę.  Dla  mnie  ta  intryga  szyta  jest  zbyt  grubymi 
nićmi. 

- Ale ten napad! 
- Phi! - parsknął pan Hartcourt. - Ja też zostałem napadnięty przez jakiegoś zbója, kiedy adorowałem twoją sio-

strę, chyba pamiętasz, że ci o tym mówiłem. Czy też mam przypuszczać, że to twoja sprawka? 

- Więc myślisz, że powinienem zaryzykować? - pytał major zatroskany. 
Teraz  stał  właśnie  przed  lustrem,  gotując  się  do  tego  niecodziennego  wydarzenia.  Wcześniej już  przygotował 

sobie grunt z dokładnością właściwą jego wojskowej naturze. Major lubił przestrzegać wszelkich konwenansów i 
w  tej  sprawie  skonsultował  się  wcześniej  z  panem  Bridgesem,  jako  najodpowiedniejszym  krewnym  panny  Hart-
field  płci  męskiej.  (Przecież  nie  prosiłby  o  pozwolenie  tego  Sandiforda!).  Pan  Bridges  obiecał,  że  Merab  będzie 
sama następnego ranka, jeśli tylko major chce złożyć jej wizytę. 

- Panna Hartfield jest dorosłą osobą - zakończył pan Bridges. - Ani ja, ani pani Bridges nie mamy prawa stano-

wić o jej życiu. Decyzja będzie należeć wyłącznie do niej. 

Pan Bridges w przeciwieństwie do żony nie bardzo wierzył, by Merab i Rowland związali się w końcu ze sobą. 

Uważał, że major, pomimo całej swej pedantem, byłby doskonałą partią dla panny Hartfield. Poza tym taki zwią-
zek usunąłby wszelkie wątpliwości związane z jej przyszłością i zapewnił jej ogromne poważanie ze strony towa-
rzystwa. 

Kiedy nazajutrz rano pan Bridges oświadczył, że zgodnie z zaleceniem lekarza wynajął dwukołowy powóz, by 

zabrać swą żonę na krótką przejażdżkę, Merab natychmiast postanowiła zostać w domu - zgodnie z oczekiwaniami 
pana Bridgesa, który wiedział, że panna Hartfield jest osobą bardzo taktowną. Powiedziała, że dwukołówka prze-
znaczona jest dla dwóch osób, a pani Bridges doskonale poradzi sobie i bez niej. 

Nie miała pojęcia, że los szykuje jej niespodziankę, i kiedy lokaj oznajmił, iż przyjechał major Bendick, była 

kompletnie zaskoczona. 

- Och, panie majorze! - wykrzyknęła. - Pan Bridges zabrał właśnie panią Bridges na przejażdżkę. Będzie im tak 

przykro, że się z panem nie spotkali. 

Major, który zapomniał podać swój kapelusz lokajowi, teraz szybko ściągnął go z głowy i z uporem wpatrywał 

się w jego rondo. 

- Pan Bridges nie wspomniał o mojej wizycie? 
- Nie. 
Nagle Merab zrozumiała, jaki jest cel wizyty  majora. Wzruszona i zasmucona jednocześnie, wstała szybko ze 

swego miejsca i podeszła do okna. Gdyby tylko mogła oszczędzić mu upokorzenia, jakie niosła ze sobą odmowa. 
Gdyby tylko mogła pokazać jakoś, co do niego czuje, nie raniąc jednocześnie jego uczuć. 

- O mój Boże, co za niezręczna sytuacja - mruknęła. 
Major podszedł bliżej. Już sama poza panny Hartfield, jej odwrócone spojrzenie, pozwalały mu domyślić się, 

jaka jest odpowiedź. Jednak jak prawdziwy żołnierz zacisnął zęby i przygotował się na to, co przyniesie los. 

- Nic z tego nie będzie, prawda? - spytał. - Pani mnie nie zechce. 
Merab odwróciła się do niego. 
- Tak mi przykro - oświadczyła ze szczerym żalem. Jego bezpośredniość, brak zwykłej junackiej pozy sprawiły, 

iż po raz pierwszy prawie go polubiła. - Jestem ogromnie zaszczycona, ale to niemożliwe. 

Major skłonił się i wyraził swe ubolewanie. Potem poprosił jeszcze o przekazanie pozdrowień dla pana i pani 

Bridges i wyszedł. Całe to zajście nie trwało dłużej niż trzy minuty. Merab opadła bezsilnie na sofę, nie wiedząc, 
czy  się  śmiać,  czy  też  płakać.  Czy  całkiem  oszalała,  żeby  mu  odmawiać?  To  nie  Rowland,  ale  przecież  major  z 
pewnością był miłym człowiekiem, nawet jeśli nieco sztywnym. Mógł jej zapewnić wspaniały, wygodny dom. Nie 
musiałaby być guwernantką. Po jakimś czasie pewnie by go polubiła. 

Ale wyjść za mężczyznę, którego nie kocha? I to w dodatku takiego, z którym prawie nic ją nie łączyło. Nie, 

background image

 

71 

miała rację nie przyjmując tych oświadczyn. Nauczanie było ciężką i wymagającą pracą, ale przynajmniej dawało 
niezależność. Mogła sobie myśleć, co zechce, bez obawy, że nie idzie to w parze z wymaganiami i wyobrażeniami 
małżonka. 

W końcu jednak Merab popłakała się. Major Bendick miał dość odwagi, by machnąć ręką na jej niepewną repu-

tację i zaproponować jej uczciwe małżeństwo. Jakiż to gorzki kontrast w porównaniu z Rowlandem, który zapro-
ponował jej  tylko  namiastkę  prawdziwego  małżeństwa.  Merab  zdała  sobie sprawę,  że  wbrew  wszelkim  racjonal-
nym przesłankom wciąż ma nadzieję, iż Rowland w końcu zaoferuje jej to, czego pragnęło jej serce. Ale minęła już 
połowa maja. Pozostawały zaledwie trzy tygodnie do dnia, w którym upływało pół roku od śmierci jej dziadka. 

Zmusiła się do spojrzenia prawdzie w oczy; pomimo oficjalnych zaręczyn Kitty z lordem Claydonem, pomimo 

tego, że Rowland uznał ją za swą kuzynkę, rozmawiał z nią o swej przyszłości, z przyjemnością spędzał czas w jej 
towarzystwie, wciąż nie chciał jej pojąć za żonę. Nie kusiła go nawet myśl o dwudziestu tysiącach funtów. 

Oświadczyny  majora Bendicka tylko ukazały jej rzeczywiste położenie, w jakim się znajdowała. Nawet teraz, 

gdy zmienił się ich stosunek do siebie nawzajem, gdy przejęcie majątku pozwoliłoby Rowlandowi zająć miejsce w 
parlamencie i spełnić  swe polityczne  ambicje,  wciąż  nie uznawał jej  za  kobietę godną  zainteresowania i  oświad-
czyn. Do oczu Merab napłynęły gorzkie łzy i przesłoniły jej cały świat. 

 
K
u zaskoczeniu Merab major wcale nie unikał teraz jej towarzystwa. Wprost przeciwnie, jeszcze rzadziej ją od-

stępował, jakby przyjmując na siebie rolę jej strażnika. Gdy tylko Merab z Lavinią wychodziły na spacer, co robiły 
kilka razy w tygodniu, spotykały majora, który sam także spacerował lub jeździł konno po Lansdown. Spotkania te 
zawsze zaczynały się od wyrazów zaskoczenia i zdumienia, po czym major dołączał do obu pań. 

Minął kolejny tydzień, zbliżał się już koniec maja. Korony drzew pokryły się wreszcie świeżą zielenią, a czer-

wony buk na placu św. Jakuba zmienił jasnozielony, wiosenny płaszcz na cudowny letni burgund. Tego wieczora 
Lavinią przyszła do domu państwa Bridgesów, kiedy Merab nie zeszła jeszcze z pierwszego piętra, gdzie zmieniała 
buty. Lavinią ucięła sobie w tym czasie miłą pogawędkę z gospodynią. 

- Pewnie znowu spotkamy majora - mówiła Lavinią zrezygnowanym tonem. - Zawsze go spotykamy. 
- Naprawdę? - Pani Bridges wiedziała od męża, że major prawdopodobnie oświadczył się Merab i został odrzu-

cony, choć sama zainteresowana nie wspomniała o tym ani słowem. 

- Och tak. Ale ostatnio wydaje się jakiś przygnębiony. Rzadko się odzywa, co zresztą bardzo mi odpowiada, i 

ma ciągle taką posępną minę - mówiła dalej Lavinią, której nagle żal się zrobiło majora. 

- Może przeżył jakieś rozczarowanie - taktownie podsunęła pani Bridges. 
- Przypuszczam, że ma pani rację. - Nagle wszystko ułożyło się w zrozumiałą całość. Więc na tym polega bycie 

dorosłym, pomyślała Lavinią. Pani Bridges mówi mi właśnie, że major oświadczył się pannie Hartfield i nie został 
przyjęty - choć przecież wcale o tym nie wspomniała. Pomysł przekazywania informacji w sposób wielce oględny, 
bez nazywania rzeczy po imieniu, był dla Lavinii prawdziwym odkryciem. Uśmiechnęła się do pani Bridges pro-
miennie i powiedziała. - Bardzo lubię te spacery z Merab - panna Hartfield pozwoliła mi tak się do siebie zwracać. 
To taka miła osoba, prawda? 

- Tak, to bardzo kochana dziewczyna. - Pani Bridges westchnęła cicho, bo czas płynął nieubłaganie, a Rowland 

jakby zaciął się w swym uporze i nie próbował podbić serca kuzynki. Mimo to pani Bridges nie mogła oprzeć się 
wrażeniu, że jej syn jest znacznie bardziej zaangażowany w ten związek, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Co-
dziennie składał Merab wizyty, a jego szare zimne oczy jakby łagodniały, kiedy na nią patrzył. Pani Bridges była 
co  prawda  w  bardzo  dobrych  stosunkach  ze  swym  synem,  nie  wierzyła  jednak,  by  tak  często  odwiedzał jej  dom 
tylko ze względu na nią! 

- Wiesz co - zaczęła Merab, kiedy obie panny wyszły kilka minut później na spacer. - My chyba jesteśmy nie-

wolnicami  przyzwyczajenia.  Zawsze  przechodzimy  obok  kaplicy,  idziemy  za  Lansdown  Place  i  wracamy  przy 
górze  Beacon.  Nie  miałabyś  ochoty  choć  raz  wybrać  inną  trasę?  Na  przykład  nigdy  nie  byłyśmy  na  bukowym 
urwisku. 

- Wiem - przyznała Lavinią. - Ale podoba mi się tutaj. Poza tym po drodze zawsze mogę popatrzeć na wystawy 

sklepów przy Milsom Street. Kiedy jestem z panią Banstead, ona nigdy nie ma ochoty oglądać dwa razy tych sa-
mych rzeczy, a ja jestem przecież jej gościem i muszę dostosowywać się do jej życzeń. 

- W takim razie może poszłybyśmy do Charlocombe. Co o tym myślisz, Lavinio? 
- Och tak. Słyszałam, że to śliczna wioska. 
Tymczasem doszły już do wzgórza Beacon i odwróciły się, by spojrzeć na Bath. Minęła szósta po południu i 

słońce  zaczęło  powoli  chylić  się  ku  zachodowi,  rzucając  złote  światło  na  centrum  miasta.  Choć  do  zapadnięcia 
zmroku miało upłynąć Jeszcze kilka godzin, skończył się już najgorętszy okres dnia. 

Spacer po tym terenie nie nastręczał żadnych trudności. Trawa wyjedzona przez owce była bardzo niska, a w 

okolicy nie brakowało drzew, które dawały cień w chwilach odpoczynku. Lavinia i Merab zbliżały się właśnie do 
Gloucester, kiedy nagle za ich plecami rozległ się krzyk: 

- To ona! 
Zza  pobliskich  krzaków  wyskoczyło  dwóch  zamaskowanych  mężczyzn.  Lavinia  zaczęła  krzyczeć,  a  Merab 

background image

 

72 

próbowała  bronić  się  parasolką,  szybko  jednak  obie  zostały  obezwładnione.  Bandyci  wepchnęli  im  w  usta  chus-
teczki. 

Mężczyzna, który trzymał Merab, syknął jej do ucha: 
- Bądź tylko cicho, a nic ci się nie stanie. 
Jednak Merab nie poddawała się tak łatwo. Z całych sił kopnęła swego oprawcę obcasem. Bandyta zaklął, po-

chwycił ją za gardło i mocno ścisnął. Więc to tak, pomyślała jeszcze, nim czerwona mgła przesłoniła jej świat. 

Lavinia zdołała wypluć chusteczkę z ust i znów zaczęła krzyczeć. 
- A niech cię! - zaklął drugi z bandytów. - Będziesz mi się tu wydzierać, co? - I uderzył Lavinię w twarz. 
Nagle dobiegł ich tętent końskich kopyt i głośne rżenie. Major jak zwykle wybrał się na przejażdżkę i usłyszał 

krzyki Lavinii. Stosunek sił wynosił co prawda dwa do jednego, jednak żaden z bandytów nie był w nastroju do 
walki.  Kilka  uderzeń  karzącej  prawicy  majora,  kilka  kopniaków,  i  było  już  po  wszystkim.  Zbóje  podnieśli  się  z 
ziemi i uciekli co sił w nogach. 

Merab oparła się o drzewo; trzymając się jedną ręką za gardło, ciężko łapała powietrze. Lavinia, nie zważając 

na guz rosnący na jej czole, podskakiwała rozwścieczona. 

- Jak oni śmieli! - wrzeszczała, wymachując parasolką niebezpiecznie blisko oka majora. - Tchórze! 
- Panno Hartfield! - zawołał major. - Nic pani nie jest? 
Merab nie mogła mówić, ale skinęła głową. 
- Pojadę po pomoc. 
- Nie! - zdołała wyszeptać. - Niech pan tego nie robi! 
- Ale... - Major zachłysnął się z gniewu i zdumienia. - Zostały panie napadnięte w biały dzień! 
Lavinia spojrzała na Merab. Nie rozmawiały dotąd na ten temat, lecz Lavinia, podobnie jak Merab, nie wierzyła 

w złe zamiary Rowlanda. Gdyby wieść o tym incydencie rozniosła się w towarzystwie, nikt nie byłby już w stanie 
położyć kresu oszczerstwom i plotkom. 

- Przypuszczam, że panna Hartfield nie życzy sobie, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co tu zaszło - powie-

działa Lavinia. 

Merab przytaknęła jej skinieniem głowy. 
- Nonsens, panno Heslop. - Major poczuł, że czas już, by przemówił jego męski autorytet. 
- Nie, majorze - szepnęła Merab, chwytając go za rękaw. - To nie ma nic wspólnego z panem Sandifordem. 
- Pewnie on to pani powiedział - parsknął major sarkastycznie. 
- Pan nic o tym nie wie - wyszeptała Merab. Oparła się o pień drzewa i zamknęła oczy. Odsłoniła wreszcie swe 

obolałe gardło, a wtedy major i Lavinia z przerażeniem ujrzeli tam wielki siniak. 

-  Majorze  Bendick  -  zaczęła  Lavinia,  spoglądając  z  troską  na  Merab.  -  Proszę  się  tylko  zastanowić.  Czy  pan 

Sandiford naprawdę chciałby skrzywdzić własną kuzynkę, która w dodatku jest gościem jego matki? Panna Hart-
field była już obiektem kilku niewymyślnych plotek, które, jak się potem okazało, nie miały żadnego uzasadnienia. 
Dlaczego więc te ostatnie pogłoski miałyby być prawdziwe? 

Major milczał. Nie mógł przecież powiedzieć, że sam chętnie skręciłby kark Rowlandowi, i że dlatego gotów 

jest uwierzyć w jego złe zamiary. 

- Myślę, że powinniśmy odprowadzić pannę Hartfield do domu - stwierdziła w końcu Lavinia. - Merab, jesteś w 

stanie iść o własnych siłach? 

 
P
rzez dobrych kilka dni po upadku Amelii obawiano się poważnie o jej zdrowie. Niemal natychmiast zaczął się 

poród, minęło jednak czterdzieści osiem godzin, nim na świat przyszło dziecko, maleńka kruszyna, która nie miała 
nawet dość sił, by płakać, tylko kwiliła cichutko. Trudno było uwierzyć, by to delikatne stworzenie, dziewczynka, 
mogło przeżyć. Wyszukano dla niej mamkę, pospiesznie odprawiono chrzciny. Dziecko zostało nazwane imieniem 
swej matki. 

Merab codziennie pukała do drzwi domu Wincantonów i codziennie otrzymywała tę samą odpowiedź: 
- Dziękujemy bardzo za pani troskę, ale lady Wincanton jest jeszcze zbyt słaba, by podejmować gości. 
Merab zostawiała jej kwiaty i odchodziła z ciężkim sercem i cichym żalem. Była przekonana, że Amelia z rado-

ś

cią przyjęłaby jej wizytę, i że miałoby to tylko korzystny wpływ na jej zdrowie. Czuła, że po prostu nie jest już 

mile widziana w tym domu. 

Sir Thomas stał przy oknie w sypialni żony i patrzył na oddalającą się pannę Hartfield. 
- Tak bardzo chciałabym zobaczyć się z Merab - szepnęła Amelia. 
-  Nie, moja kochana. Nie czujesz się jeszcze dość dobrze - stanowczo odparł mąż. Uważał, że już czas, by ta 

niefortunna przyjaźń z panną Hartfield znalazła swój kres. Od jej przyjazdu Amelia miała same kłopoty. Sir Tho-
mas  przyznawał,  że  to  nie Merab jest  temu  winna, jednak,  jak  często  sobie  powtarzał,  obecny  stan  Amelii przy-
najmniej częściowo był wynikiem kłopotów jej przyjaciółki. Poprzednie ciąże jego żony wyglądały zupełnie ina-
czej - ta omal nie zakończyła się katastrofą, a to ze względu na zdenerwowanie i smutek, z jakim Amelia reagowała 
na problemy Merab. I choć ona sama wyszła z tego obronną ręką, dziecko najprawdopodobniej nie będzie miało 
tyle szczęścia. 

background image

 

73 

Tymczasem Amelia nie mogła się pogodzić z przymusową bezczynnością i gryzła się tym, że nie jest w stanie 

pomóc Merab. 

- Gdyby tylko pozwolił mi się z nią zobaczyć - mówiła do Babette. - Wiem, że sir Thomas chce tylko mego do-

bra, ale jakaż by to była ulga, gdybym mogła z nią porozmawiać choć przez kilka minut. 

- Mogłabym poprosić pannę Hartfield, by przyszła tutaj, kiedy sir Thomas będzie poza domem - zaproponowała 

Babette, choć nie wierzyła, by pomysł ten spotkał się z uznaniem jej pani. 

Amelia pokręciła głową. 
- Któraś ze służących na pewno by mu o tym powiedziała, a ja nie chciałabym stawiać Merab w niezręcznej sy-

tuacji. 

- Może wolałaby pani, bym podała jej wiadomość, miladi? Mogłabym przekazać jej, że to ten pan Harrison wi-

nien jest wszystkiemu, prawda? 

Oczy Amelii wypełniły się łzami. 
- Och, Babette, zrobiłabyś to? Poczułabym naprawdę ogromną ulgę, wiedząc, że Merab zna całą prawdę. 
 
M
erab siedziała sama w salonie domu pani Bridges. Ułożyła się wygodnie na kozetce, podłożyła pod głowę po-

duszkę, a szyję owinęła szalikiem, który zakrywał siniaki. Właśnie wtedy zjawiła się Babette. 

Merab bacznie wysłuchała wszystkiego, co Babette miała jej do powiedzenia, jednak znacznie bardziej martwi-

ła się stanem zdrowia Amelii niż perfidią pana Harrisona. 

- Bogu dzięki, że czuje się lepiej! - wykrzyknęła. - Bo czuje się lepiej, prawda Babette? 
- W rzeczy samej, mademoiselle. Dzisiaj rano usiadła już sama i napiła się czekolady. - Babette cieszyła się, że 

Merab przede wszystkim myśli o jej pani. - Bardzo się martwi tym, że nie może pani przyjąć. 

- Nie mogę mieć o to pretensji do sir Thomasa - westchnęła Merab. - Wygląda to tak, jakbym sprowadzała na 

nich wszelkie możliwe nieszczęścia. 

Babette parsknęła cicho. Wcale jej się nie podobały kaprysy sir Thomasa. 
- A więc to pan Harrison - mówiła dalej Merab. - Muszę przyznać, że nie jestem zaskoczona. - Powiem o tym 

Elizie, pomyślała od razu. Nie wiedziała dlaczego, czuła jednak, że Eliza ma w tym wszystkim ważną rolę do ode-
grania. - A co z dzieckiem, Babette? Jak sobie radzi? 

- Żyje - odparła krótko służąca. - Ale to takie pomarszczone stworzonko, mademoiselle, że ledwie przypomina 

człowieka. 

- Biedne maleństwo. 
- Pielęgniarka mówi, że to twarda sztuka. Może uda jej się przeżyć. 
- Mam nadzieję. Amelia zawsze chciała mieć córkę. 
Kiedy Babette wychodziła, zabrała ze sobą napisany w pośpiechu list do Amelii i obiecała zostawić po drodze 

krótką wiadomość u pani O’Riley. 

- Bardzo tęsknię za Amelią - westchnęła Merab. - Jest jedyną osobą, której mogę się ze wszystkiego zwierzyć i 

która mnie rozumie. Bardzo lubię panią Bridges, ale to taka niezręczna sytuacja. - Merab zrobiła jakiś nieokreślony 
gest ręką. 

Babette włożyła oba listy do kieszeni. 
Miladi z dnia na dzień czuje się coraz lepiej - zapewniła. - Myślę, że niedługo wybierze się do Pijalni, a wtedy 

znów będzie pani mogła się z nią spotkać. 

- Babette, przekaż jej moje najserdeczniejsze pozdrowienia. 
Jakąś godzinę później do salonu wszedł lokaj, niosąc na tacy kartę wizytową. 
- Jakiś mężczyzna chce się z panią widzieć, panno Hartfield - powiedział lokaj. Z jego tonu łatwo było wywnio-

skować, że nie darzy gościa sympatią. 

Merab wzięła do ręki kartę. Pani E. O’Riley głosił napis na jednej stronie. Na drugiej zaś widniała krótka wia-

domość: Proszą przyjąć pana Tima Hearda, który przywiezie Panią tutaj. Merab wstała z sofy, zapominając o cho-
rym gardle. 

- Proszę powiedzieć panu Heardowi, że będę na dole za kilka minut. 
Przy  pomocy  Babette  przekazała  Elizie  liścik,  w  którym  prosiła  ją  o  wysłuchanie  w  pewnej  pilnej  sprawie,  a 

Eliza jej nie zawiodła. Merab zarzuciła na ramiona swą starą pelisę, zmieniła buty i zeszła na parter. 

Od razu zrozumiała, dlaczego lokaj był tak podejrzliwy względem gościa. Pan Heard, odziany w jaskrawy szal, 

z pewnością nie należał do wyższych sfer, z drugiej jednak strony wyglądał tak, jakby mógł obronić ją przed bandą 
krwiożerczych bandytów. Był niezbyt wysokim, ale krępym  mężczyzną o szerokich ramionach, krótkich szpako-
watych włosach i krzywym nosie, który zapewne nie raz był już złamany. Kiedy jednak pochylił się nad jej dłonią, 
Merab zauważyła wesołe błyski w jego oczach, a uśmiech, choć odsłaniał kilka nadłamanych zębów, z pewnością 
wzbudzał zaufanie. 

- Jak to miło, że zechce pan mnie odprowadzić, panie Heard - powiedziała Merab. 
- Dostarczę panią na miejsce całą i zdrową, proszę się nie obawiać - odparł pan Heard. Na pożegnanie mrugnął 

jeszcze łobuzersko do lokaja, który udał, że niczego nie widzi, i oboje wyszli z domu. 

background image

 

74 

Merab  postanowiła  włożyć  swój  stary  płaszcz  i  czepek  z  woalką,  gdyż  nie  była  to  wyprawa,  podczas  której 

chciałaby stać rozpoznana. Z zadowoleniem stwierdziła, że pan Heard ma na ten temat podobne zdanie, gdyż pro-
wadził ją zachodnią stroną Crescent Fields, a potem przez Trakt Bristolski. 

Pan Heard potrafił szybko zjednać sobie sympatię każdej kobiety. Jeszcze zanim powiedział Merab, że znał jej 

matkę i opowiedział kilka anegdotek z jej życia, już zdążyła go polubić. 

Eliza przywitała ją z nie udawaną radością. 
- Proszę usiąść sobie wygodnie, moja droga. Nie będzie pani miała nic przeciwko temu, że pan Heard zostanie z 

nami, prawda? - Było to najwyraźniej pytanie retoryczne. - Czasami bywa bardzo pomocny. 

Merab mruknęła coś uprzejmego. Przyszłam tutaj po pomoc, upominała się w duchu. Poza tym pan Heard wy-

glądał na człowieka, który potrafi trzymać język za zębami. Zdjęła więc pelisę i czepek, a w tym czasie szalik wo-
kół jej szyi odwinął się na moment. Eliza miała tak przerażoną minę, że Merab poczuła się w obowiązku wyjaśnić, 
co jej się przytrafiło. 

- Wygląda to okropnie, wiem  - zakończyła. - Ale zapewniam panią, że jest znacznie mniej dokuczliwe niż na 

początku. Pani Bridges posmarowała mi szyję arniką. 

- Pan Heard zebrał trochę informacji na temat pana Harrisona. - Eliza przeszła do sedna sprawy. - Znalazł coś, 

co chyba może nam się przydać. Pamięta pani, jak opowiadałam o wizycie Dinah w Londynie? 

- Tak, pamiętam. 
- Miała wtedy romans z sir Walterem Tullochem, jednym  z adoratorów pani matki. Oczywiście, on nigdy nie 

miał uczciwych zamiarów, ale Dinah najwyraźniej uwierzyła, że chce się z nią ożenić. 

Merab otworzyła szeroko oczy. Trudno jej było wyobrazić sobie surową, pruderyjną ciotkę Dinę ogarniętą jakąś 

nieprzyzwoitą namiętnością. 

- Pojechała do domu, gdy sir Walter zerwał z nią ostatecznie i niemal natychmiast wyszła za Eli Harrisona, do-

kładnie trzeciego lipca tysiąc siedemset dziewięćdziesiątego trzeciego roku. W lutym dziewięćdziesiątego czwarte-
go urodził się pani kuzyn, Joseph. 

- Mój Boże! - Wykształcenie w szkole panny Goodison obejmowało zaledwie podstawy arytmetyki, ale Merab 

bez trudu zrozumiała znaczenie tego, co mówiła Eliza. 

-  No  właśnie.  Jednak  oryginalny  zapis  w  księgach  parafialnych  został  wykreślony,  a  dzień  urodzin  Jospeha 

przeniesiony na maj tego samego roku. 

Przez moment umysł Merab nie mógł objąć tego wszystkiego. Potem jednak przyszła jej do głowy pewna myśl. 

Ciotka Dinah wiedziała doskonale, że w jej przeszłości kryje się wstydliwa tajemnica, okrywająca hańbą całą ro-
dzinę, próbowała jednak w pewien sposób przenieść winę na Merab. Podzieliła się tą refleksją z Eliza. 

- Jest pani bardzo bystra, moja droga - odparła Eliza, zadowolona, że jej gość nie popada w histerię typową dla 

rozpieszczonych damulek. 

- Jakież to jednak ryzyko - kontynuowała Merab. - Z pewnością lepiej byłoby dla ciotki Diny, gdyby trzymała 

język za zębami. Gdyby prawda wyszła na jaw, zarówno ona, jak i Joseph, byliby zrujnowani. Ciekawe, czy on o 
tym wie? 

- Nie sądzę, by małomówność należała kiedykolwiek do zalet Diny - odparła Eliza. - Choć wątpię, czy powie-

działa Josephowi całą prawdę. 

- Ale wówczas trudno znaleźć wytłumaczenie dla animozji, jaką żywi do mnie Joseph - sprzeciwiła się Merab. 
- Harrison jest zazdrosny o to, co uważa za pani niezasłużony sukces, panno Hartfield - wtrącił się Tim Heard. - 

Jest dobrym prawnikiem i doskonale sobie radzi, jednak został odtrącony przez kilka młodych dam ze sfer, do któ-
rych  sam  aspiruje,  a  to...  hm...  uraziło  głęboko  jego  dumę.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  O  ile  wiem,  został  także 
odrzucony przez szanowną panią. 

Merab zaczerwieniła się. 
- Jest pan bardzo dobrze poinformowany, panie Heard - zdołała wykrztusić. 
Tim skłonił lekko głowę. 
- Będzie pani musiała przyzwyczaić się do tego, moja droga - powiedziała Eliza. - Nie ma takiej rzeczy, o której 

Tim nie umiałby wszystkiego się dowiedzieć. 

Merab uśmiechnęła się słabo. Obrażanie się z pewnością nie miałoby sensu. 
- Tak, rzeczywiście oświadczył mi się - przyznała. - Chodziło mu o moje koneksje. 
- Zdaje się, że nie najlepiej przyjął tę odmowę - zauważyła Eliza. - Jest jednak jeszcze jedna sprawa, której Tim, 

jak dotąd, nie zdołał wyjaśnić. Skąd Joseph dowiedział się o testamencie. 

- Mogę to państwu powiedzieć - oświadczyła Merab i powtórzyła wszystko, co usłyszała od Babette na temat 

Lottie. 

Eliza spojrzała na Tima, a ten skinął głową i podniósł się ze swego miejsca. 
- Mam pewną sprawę do załatwienia, panno Hartfield - powiedział. - Wrócę za jakąś godzinę i zabiorę panią do 

domu. - Wyszedł z pokoju. 

- Merab - zaczęła Eliza, kiedy Tim zniknął za drzwiami. - Mam nadzieję, że pozwolisz, bym mówiła do ciebie 

po imieniu? Jeżeli chcesz, by ta sprawa zakończyła się szczęśliwie, musisz mi zaufać. 

background image

 

75 

- Ależ ja pani ufam! - odparła Merab, zdumiona. 
- Nie do końca, moja droga. Bo przypuszczam, że bardzo ważną rolę odgrywa tu jeszcze jeden mężczyzna. 
Merab wpatrywała się w dywan. 
Eliza spojrzała na nią z uśmiechem. 
- Merab, kiedy młoda dama gotowa jest zrobić wszystko, byle tylko nie wypowiedzieć pewnego imienia, można 

być pewnym, że to imię jest wyjątkowo bliskie jej sercu. 

Merab z przerażeniem poczuła, że do oczu napływają jej łzy. 
- Musisz opowiedzieć mi o tym Rowlandzie Sandifordzie, bo przecież kochasz go bardzo, prawda? 
-  Tak  -  przełknęła  ciężko  Merab.  Powoli,  wśród  pochlipywań  i  ocierania  oczu,  Merab  opowiedziała  Elizie  o 

wszystkim. I poczuła ogromną ulgę. - Nigdy nie myślałam, że go pokocham - kończyła. - Ale czuję, że w pewien 
sposób jesteśmy sobie bardzo bliscy. Lubię z nim rozmawiać, wydaje mi się interesujący. Chciałabym być częścią 
jego życia i dzielić jego aspiracje. 

- Mam nadzieję, że odczuwasz też inne, mniej przyzwoite pragnienia! - powiedziała Eliza żartobliwym tonem. 
Merab zaczerwieniła się po koniuszki uszu. Mimo to była przekonana, że Eliza wcale nie czułaby się zaszoko-

wana uczuciami, o których sama bała się myśleć. 

- Wystarczy, że na niego spojrzę... - Nie potrafiła powiedzieć nic więcej. - Ale nie widzę żadnej nadziei - za-

kończyła  z  westchnieniem.  -  Czasami  wydaje  mi  się,  że  on  coś  do  mnie  czuje,  ale  jeśli  tak  jest,  to  dlaczego  nie 
oświadczy  się jeszcze  raz?  Gdybyśmy  się  pobrali,  nie  byłoby już  tematu  do  plotek,  a  on  odzyskałby  dobre imię. 
Nie, obawiam się, że wcale go nie obchodzę albo że w gruncie rzeczy, choć mnie lubi, uważa, że jestem ladaczni-
cą. 

- Interesujące - mruknęła Eliza. - Radykał. Podejrzewam, że ten twój młodzieniec to kolejny Don Kichot. 
- Don Kichot? - Merab wyprostowała się i spojrzała na Elizę z nadzieją. 
- Idealista, jeśli wolisz. Rozumie, że obraził cię przedtem i głęboko zranił, a teraz nie chce, byś myślała, że cho-

dzi mu tylko o spadek. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby poprosił cię o rękę dzień po upływie owych sześciu mie-
sięcy. 

Merab zastanawiała się nad tym przez moment, analizując wszystko, co wiedziała o swym kuzynie. 
- To możliwe - przyznała. - Ale jakże idiotyczne! Jakże głupie! 
- Mężczyźni potrafią być czasami wyjątkowo uparci, gdy w grę wchodzi ich honor - odparła Eliza z uśmiechem. 
- Lecz co ja mogę teraz zrobić? - zawołała Merab, zdesperowana. - Przecież nie zmuszę go do oświadczyn. 
- Przychodzi mi do głowy pewien pomysł... - zaczęła Eliza powoli. 
 
M
ieszkanie wynajęte przez Rowlanda przy Gay Street było typowym dwupokojowym apartamentem, jaki ofe-

rowano samotnym dżentelmenom w Bath. Składało się z sypialni, w której stało nowoczesne łóżko z baldachimem, 
i  salonu  z  dwoma  fotelami,  sekretarzykiem  i  stolikiem  ustawionym  przy  oknie.  Nad  marmurowym  kominkiem 
wisiało lustro w złoconej ramie, za którą Rowland zatknął kilka zaproszeń na różne okazje, a obok widniały dwie 
niezbyt interesując ryciny o tematyce myśliwskiej. 

Rowland siedział w fotelu, trzymając głowę w dłoniach. Przez ostatnie dwa tygodnie czuł się tak, jakby posta-

wiono go pod pręgierzem. Zawsze, gdy odprowadzał Merab do Pijalni, lub gdy siedział obok niej na koncercie w 
Bawialni, czuł, jak wrogie spojrzenia wwiercają mu się w czaszkę. Większość spośród przyjaciół jego matki trak-
towała  go  dosyć  chłodno,  lecz  uprzejmie,  nie  mógł  jednak  nie  zauważyć  prowadzonych  szeptem  rozmów,  które 
natychmiast przycichały, gdy przechodził obok. 

Co  najgorsze,  czuł,  że  brakuje  mu  bliższych  kontaktów  z  Merab.  Być  może  była  to jego  wina,  gdyż  nie  miał 

dość odwagi, by powiedzieć jej o wiadomych plotkach, a to już tworzyło między nimi pewien dystans. W Hartfield 
poznali się nieco lepiej, a Rowland coraz bardziej zdawał sobie sprawę, jak bardzo pomylił się na początku w oce-
nie tej kobiety. Gdyby tylko zechciał dowiedzieć się o niej czegoś wcześniej! Gdyby tylko nie był tak próżny, aro-
gancki i pewny siebie! Te wielkie brązowe oczy, cudowna kremowa skóra i szczupła postać coraz częściej poja-
wiały się w jego snach - ale wszystko za późno. 

Joseph wygrał, a on nie mógł zrobić nic, by zmienić tę sytuację. 
W końcu podniósł głowę, przeciągnął dłonią po włosach i wstał. Pokój wydawał mu się zimny i niegościnny, 

pomimo ognia płonącego na kominku. Zrozumiał nagle, że bardzo nie chce spędzić kolejnego dnia w samotności i 
zgryzocie. Postanowił wypożyczyć konia i wybrać się na poranną przejażdżkę, zostawiając za sobą wszystkie kło-
poty.  Właśnie  wtedy  przyszła  pokojówka,  niosąc  list  na  tacy.  Rowland  spojrzał  nań  ze  zdumieniem,  marszcząc 
brwi. Charakter pisma wydawał mu się znajomy, nie potrafił jednak skojarzyć go z konkretną osobą. 

Jednak prawdziwe zaskoczenie przyszło dopiero wtedy, gdy wyjął z koperty list i przeczytał jego treść. 
 
Drogi panie Sandiford! 
Gdyby  zechciał  Pan  uczyni
ć  mi  ten zaszczyt  i złożyć mi  wizytą  dzisiejszego  ranka,  zapewne  byłabym  w  stanie 

pomóc Panu w jego obecnych kłopotach. 

Z poważaniem 

background image

 

76 

E. O’Riley

 

 
Najpierw Rowland poczuł ogromny żal do Merab, że nie powiedziała mu nic o spotkaniu z Eliza, bo przecież 

musiała się z nią spotkać. Kiedy to się stało? Co Merab jej powiedziała? Dlaczego nie wspomniała mu o tym ani 
słowem? Był tylko jeden sposób, by się tego wszystkiego dowiedzieć. Rowland pochwycił kapelusz i wyszedł. 

Eliza  z  zaciekawieniem  oczekiwała  wizyty  pana  Sandiforda.  Wysłuchawszy  opisu  Merab,  spodziewała się  uj-

rzeć  nieco  napuszonego,  sztywnego  mężczyznę,  i  była  mile  zaskoczona,  gdy  stanął  przed  nią  wysoki,  przystojny 
dżentelmen, o rozwichrzonej fryzurze i pogodnych, szarych oczach. Podobał jej się sposób, w jaki pocałował jej 
dłoń i wyraził radość ze spotkania z nią. Mógł być przecież jednym z tych nadętych, wyniosłych paniczyków, któ-
rzy nie uważają za stosowne okazywać zbytniej uprzejmości kobietom jej profesji. 

-  Zaoszczędzimy  wiele  czasu,  panie  Sandiford  -  powiedziała,  kiedy  usiedli  na  miejscach  -  jeśli  pominiemy 

zbędne wstępy. Powiem więc krótko, że panna Hartfield odwiedziła mnie kilka razy i zwierzyła mi się ze swych 
problemów. Razem zdołałyśmy ustalić źródło plotek, które rujnują panu opinię, a ja znalazłam środki, dzięki któ-
rym może się pan pozbyć obojga Harrisonów. 

Rowland uniósł lekko brwi. 
- Zdaje się, że sporo pani o mnie wie - powiedział. 
- Może się pan obrażać, jeśli pan zechce - odparła spokojnie Eliza. - Sądzę jednak, że rozsądniej byłoby wysłu-

chać tego, co mam panu do powiedzenia. 

Rowland roześmiał się. 
- W porządku, chętnie posłucham, najpierw jednak musi mi pani powiedzieć, jak poznała pani pannę Hartfield. 

Byłem przekonany, że jeszcze kilka tygodni temu nie znała nawet pani nazwiska. - Pomyślał, że nie zniósłby chyba 
ś

wiadomości, że Merab go oszukiwała. 

Eliza nie przeoczyła faktu, że Rowland interesował się przede wszystkim Merab, i wyciągnęła własne wnioski z 

tego spostrzeżenia. 

- Panna Hartfield zobaczyła moje nazwisko w księdze osób odwiedzających Pijalnię. 
- Nic mi o tym nie powiedziała - wymknęło się Rowlandowi. Nie potrafił ukryć żalu, wywołanego tym właśnie 

faktem. - Myślałem, że mi ufa. Teraz widzę, że się myliłem. 

- Panna Hartfield znajduje się w bardzo trudnej sytuacji, którą pogarsza jeszcze fakt, że dwa dni temu została 

napadnięta. 

- Co?! 
- O ile wiem, spacerowała ze swą przyjaciółką po Lansdown i została zaatakowana przez dwóch zamaskowa-

nych mężczyzn. 

Rowland spojrzał na swe dłonie. 
- Pewnie myśli, że to ja zorganizowałem ten napad. Przecież w innym wypadku powiedziałaby mi o tym, praw-

da? 

- Nie - odparła Eliza zniecierpliwiona. Doprawdy, zakochani młodzieńcy potrafią być czasami tak niedomyślni! 

- Ma nawet dowód, że wmieszany jest w to pan Harrison. Myślę, że nadszedł czas, by i pan wziął udział w tej roz-
grywce. Zakładam, że nie będzie się pan wzbraniał? 

- Chciałbym go udusić - odparł Rowland krótko. 
Eliza roześmiała się. 
- Tego nie może pan zrobić! - powiedziała. - Dam panu jednak znacznie skuteczniejszą broń. - Wstała, podeszła 

do swego sekretarzyka i wyjęła z niego dwie kartki. Jedna z nich była kopią wpisu ślubu pani Harrison w księgach 
parafialnych; druga - kopią świadectwa urodzenia Josepha, na którym ktoś nieudolnie próbował przerobić datę. 

Rowland wpatrywał się w nie z niedowierzaniem. 
- Pani Harrison wplątana w potajemnym romans! - wykrzyknął. Przypomniał sobie napuszoną, sztywną postać z 

wydętymi  ustami  i  mocno  ściągniętym  gorsetem  pod  czarną  bombazyną.  -  Muszę  przyznać,  że  trudno  mi  w  to 
uwierzyć. 

- Przyjechała do Londynu, by zobaczyć się ze swoją siostrą - wyjaśniła Eliza. - Mogę pana zapewnić, że pokusa 

łatwego życia wydawała jej się wówczas bardzo atrakcyjna. Joseph - wskazała na dokumenty - jest tego owocem. 
Myślę, że jeśli wymieni pan moje nazwisko, pani Harrison będzie chciała jak najszybciej opuścić Bath. 

- Powiedziała pani, że Merab... panna Hartfield ma jakiś dowód, że to Harrisonowie rozpuścili te plotki? 
Eliza powiedziała mu o Lottie. 
- Ach, Lottie - powtórzył Rowland w zamyśleniu. - Tak, rozumiem. - Ostrożnie złożył dwie kartki i wsunął je 

do kieszeni. - Dziękuję pani. - Podniósł się do wyjścia. - Jestem pani bardzo wdzięczny. Mam nadzieję, że będę 
mógł panią jeszcze odwiedzić, kiedy ta sprawa dobiegnie końca? 

- Będę zaszczycona, mogąc kontynuować naszą znajomość - odparła Eliza oficjalnie. 
 
J
oseph czerpał ogromną przyjemność z obserwowania wysiłków Rowlanda, który próbował się uwolnić od ba-

gażu  podejrzeń  i  niemych  oskarżeń.  Kiedy  major  Bendick  niemal  zupełnie  go  zignorował  w  Bawialni,  Joseph  z 

background image

 

77 

trudem ukrył swą radość. Zauważył też, że kuzyni, choć byli dla siebie uprzejmi, nie czuli się dobrze w swym to-
warzystwie. Jego matka, która grała od czasu do czasu w pikietę z lady Mandersby i jej przyjaciółkami, donosiła 
mu, że towarzystwo odnosi się do Rowlanda z coraz większą niechęcią. Pani Harrison byłaby co prawda bardziej 
zadowolona, gdyby to Merab została wykluczona z lepszych sfer, ale tłumaczyła sobie, że nie można mieć wszyst-
kiego. Starała się też nie przepuścić żadnej okazji, by w rozmowach wbić kolejną szpilkę Merab lub Rowlandowi. 

Joseph uczył się na własnych błędach i dlatego tym razem sam nie rozsiewa plotek, lecz powierzył to swojemu 

lokajowi.  Na  tyłach  jednego  z  hoteli  znajdował  się  szynk,  odwiedzany  często  przez  lokajów  i  stangretów,  który 
zawsze uchodził za siedlisko wszelkich plotek. Joseph wiedział już, że jakakolwiek wiadomość, puszczona w obieg 
w tymże szynku, błyskawicznie trafia do wszystkich niemal ważniejszych rodzin w Bath. Stangreci dzielili się nią 
ze służącymi swych pań, lokaje ze swoimi panami. W ciągu jednego lub dwóch dni wszyscy znali ją już na pamięć. 

Pewnego dnia plotka rozpuszczona przez Josepha dotarła z powrotem do niego samego. Przekazał mu ją, w ta-

jemnicy oczywiście, pewien znajomy, z którym pijał kawę. Joseph udał najwyższe zdumienie i oburzenie. 

- To już naprawdę przekracza wszelkie granice! - wykrzyknął. - Oczywiście, żal mi panny Hartfield. Moja mat-

ka i ja próbowaliśmy jej pomóc, kiedy przyjechaliśmy do Bath, ale nie, ona wolała swych możnych krewnych. 

- Pożałuje tego teraz - podsunął jego towarzysz. 
- Oczywiście, to tylko plotka - dodał Joseph sumiennie. Pomyślał, że lada moment rozejdzie się pogłoska o na-

padzie, a wtedy dopiero się zacznie! Był nieco zaskoczony, że jeszcze nic o tym nie słychać. Jego dwaj wspólnicy 
zapewniali  go,  że  obie  dziewczyny  zostały  uratowane  przez  pewnego  mężczyznę,  w  którym  Joseph  natychmiast 
rozpoznał majora Bendicka, a ten raczej nie pominąłby takiego zdarzenia milczeniem. 

Joseph miał nadzieję, że gdy już wszyscy dowiedzą się o napadzie, Sandiford publicznie go obrazi. On sam go-

tów był zrobić wszystko, by Rowlanda sprowokować, a potem oskarżyć o zniesławienie. Tak więc przyszłość ma-
lowała mu się w różowych barwach. Wspomniał o tych planach swej matce. 

- Co!? - wykrzyknęła pani Harrison. - Przecież on może wyzwać cię na pojedynek! 
- Ależ skąd - odparł Joseph spokojnie. - Gdyby to zrobił, bez wahania powiadomiłbym sędziego. Nie, ja chcę 

tylko łatwego, zyskownego procesu o zniesławienie, rozumiesz? Nawet gdyby został uniewinniony, będzie to dla 
niego klęska. Z opinią oszczercy nie ma już co marzyć o miejscu w parlamencie. 

Pani Harrison nie była specjalnie zainteresowana klęską Rowlanda. Jej złość była niemal w całości zarezerwo-

wana dla Merab. 

- Chciałabym, żeby ktoś porządnie utarł jej nosa. Zrobiła z siebie szlachciankę, patrzcie no tylko! I tak wszyscy 

wiemy, kim była jej matka. 

- Kuzynka Merab - mówił Joseph jedwabistym głosem - już niedługo przestanie obnosić się ze swoim szlachec-

twem, uwierz mi. Za dwa tygodnie przepadną wszelkie nadzieje na majątek Hartfieldów i kto ją wtedy zechce? Nie 
ma przecież grosza przy duszy, a niedługo skończy dwadzieścia siedem lat. Pozostaje jej tylko szkoła dla młodych 
panienek. I życzę jej tego z całego serca! 

 
P
o wyjściu od Elizy, Rowland udał się do Pijalni, gdzie miał nadzieję zobaczyć Josepha i jego matkę, i jak się 

wkrótce przekonał, nie były to płonne nadzieje. Kupił „The Bath Chronicie” i usiadł z boku, by zza zasłony gazety 
przyglądać się dwójce swych wrogów. Przeczytał co najmniej trzy razy artykuł o zbliżającej się wizycie królowej 
Charlotte i przygotowaniach do jej przyjęcia, nim Harrisonowie wreszcie wyszli. Minęło już południe i po spacerze 
w Pijalni, który jak wiadomo należał tutaj do dobrego tonu, większość gości wybierała się do domu, by zjeść lunch, 
przygotować się na wieczór lub zrobić jakieś zakupy. Rowland złożył gazetę i cicho podążył za swoimi ofiarami. 

Szli do domu. Dobrze. Da im jeszcze godzinę, a potem złoży nieoczekiwaną wizytę. Wreszcie skończył się dłu-

gi okres bezczynności. Wreszcie mógł coś zrobić. 

Kiedy Rowland obmyślał strategię, Joseph i jego matka dotarli do domu, gdzie postanowili odpocząć przez ja-

kąś godzinę. Joseph strącił ze stóp buty, zdjął surdut i nałożył szlafrok suto zdobiony oliwkowymi guzikami. Pani 
Harrison przywołała pokojówkę, kazała jej rozwiązać sznurówkę gorsetu i pozwoliła sobie choć przez chwilę po-
oddychać swobodnie. Włożyła wielki, luźny szlafrok i związała włosy pod porannym czepkiem. Później mieli jesz-
cze iść do Bawialni, ale na razie mogła zapomnieć o niewygodzie ciasnego gorsetu i fiszbinach. 

Służąca przyniosła lunch - szynkę, pasztet cielęcy i resztki łopatki baraniej. Joseph i matka pozwolili sobie na 

małą ucztę, po czym pani Harrison zasiadła w fotelu z najnowszą książką z wypożyczalni i egzemplarzem Biblii, 
na wypadek gdyby ktoś złożył im wizytę. Joseph w zamyśleniu wydłubywał scyzorykiem brud zza paznokci. Spę-
dził niemal całe przedpołudnie w towarzystwie pani Tiverton, a ta nie wspomniała ani słowem o napadzie na Me-
rab, choć był pewien, że dziesięć minut wcześniej widział, jak rozmawia z majorem Bendickiem. Co się stało, do 
diabła? Musi przykazać swemu lokajowi, żeby wypytał służącego majora o wszelkie plotki, kiedy wybierze się dziś 
wieczorem do szynku. 

Nagle ciszę przerwało delikatne pukanie do drzwi i do salonu weszła służąca z kartą wizytową na tacy. 
- Ach! - Oczy Jospeha zapłonęły mocniej. Podał kartę swej matce. 
- Pan Sandiford! - krzyknęła pani Harrison. - Czy jest uzbrojony? 
- Mamo!  - Joseph spojrzał na nią z politowaniem.  -  Myślisz, że służąca wpuściłaby go tutaj i przyniosła jego 

background image

 

78 

kartę? 

- Nie wychodzę - oświadczyła pani Harrison, zawiązując mocniej pasek szlafroka wokół swej obfitej talii. 
- A dlaczego miałabyś wychodzić? - odparł Joseph. - Zostań, jak najbardziej. Będziesz się dobrze bawić. 
Rowland wszedł do pokoju, ukłonił się nieznacznie w stronę pani Harrison i oznajmił bez zbędnych wstępów: 
- Przychodzę tutaj w bardzo nieprzyjemnej sprawie. 
- Och, doprawdy? - Joseph pozwolił sobie rzucić triumfalne spojrzenie w stronę swej matki. - Mogę spytać, o co 

dokładnie chodzi? 

- O moje dobre imię. 
- A jakiż to ma związek ze mną? - Joseph naprawdę świetnie się bawił. 
- Rozpuszczał pan złośliwe plotki najpierw o pannie Hartfield, a potem o mnie. Przyszedłem tutaj, by położyć 

temu kres. - Odwrócił się do pani Harrison. - Pani, madame, powinna była przynajmniej starać się ratować reputa-
cję swej siostrzenicy. Nie pamiętam jednak, aby choć raz stanęła pani po jej stronie. 

- Stanąć po jej stronie! - Pani Harrison omal nie zachłysnęła się z oburzenia. - Takiej ladaco! Dlaczego miała-

bym jej pomagać? Lepiej nie wspominać, kim była jej matka! A ta bezczelna dziewucha próbowała przyczepić się 
do mojego syna! 

Rowland uniósł brwi w wyrazie niedowierzania. 
Joseph postanowił iść za ciosem i jeszcze bardziej sprowokować Rowlanda. 
- Skoro reputacja panny Hartfield jest, jak pan twierdzi, bez skazy - zaczął słodkim głosem, - to dlaczego pan 

się jej nie oświadczył? Podobno wiele mógłby pan zyskać? 

- Dosyć! - Przerwał Rowland chrapliwie. - Nie pozwolę, by ktoś szargał przy mnie dobre imię panny Hartfield, 

a to, jak się układają stosunki między mną a moją kuzynką, to już nie pański interes. 

- Właśnie w ten sposób sprawił pan, że zrobił się z tego mój interes - powiedział Joseph. - I nie widzę powodu, 

dla  którego  nie  miałbym  opowiedzieć  o  naszej  rozmowie  zainteresowanym  osobom.  A  jestem  pewien,  że  wiele 
osób będzie tym zainteresowanych! 

Rowland spojrzał na niego z pogardą i podał mu dwie kartki. 
- Przypuszczam, że to może pana zainteresować - powiedział. - I ostrzegam, że istnieją jeszcze inne kopie tych 

dokumentów. 

Joseph ze zmarszczonym czołem wpatrywał się w przekazane mu kartki. Potem w milczeniu opadł na najbliższe 

krzesło. Po chwili podał obie kopie swej matce. 

Pani Harrison tylko rzuciła na nie okiem, poderwała się z fotela w ataku histerii i wrzasnęła piskliwie: 
- To kłamstwo! 
- Czyżby? - odparł Rowland spokojnie. - Może powinienem wymienić tu nazwisko pani Elizy O’Riley. Od kil-

ku dni mieszka w Bath i była mi wielce pomocna. Jestem pewien, że chętnie potwierdzi te informacje, jeśli tylko 
zajdzie potrzeba. 

- Kim jest pani O’Riley? - spytał Joseph posępnie. 
Szloch pani Harrison stał się jeszcze głośniejszy. 
- Zdaje się, że pańska matka wolałaby o tym nie mówić - odrzekł Rowland. 
- Czego pan chce? - spytał Joseph. Spojrzał na matkę, a potem odwrócił wzrok. 
- Chcę, by oświadczył pan na piśmie, iż to pan rozpuszczał nieprawdziwe i złośliwe plotki o pannie Hartfield i o 

mnie.  Napisane  pod  moje  dyktando  i  datowane  dzisiaj  w  mojej  obecności.  I  oboje  musicie  wyjechać  z  Bath  tak 
szybko, jak to tylko możliwe. 

- A jeśli napiszę takie oświadczenie? 
- Wówczas zachowam milczenie w tej sprawie. - Rowland wskazał na dokumenty. 
- Nie mam wyboru. 
- Żadnego - zgodził się Rowland. 

11 

Rowland odkrywał szybko, że istnieje pewna strona jego natury, o którą nigdy wcześniej by się nie podejrze-

wał. Jako chłopiec zawsze starał się być miły dla słabszych od siebie i nienawidził jakiejkolwiek formy przemocy. 
To właśnie brutalne zachowania, jakich świadkiem był w Eton, po raz pierwszy pchnęły go w stronę radykalnych 
zapatrywań politycznych. Teraz skonstatował, że z przyjemnością oczekuje chwili, gdy Joseph zostanie ostatecznie 
upokorzony. Ten bękart próbował zniszczyć życie Merab i Rowland z prawdziwą radością pokrzyżował mu szyki. 
Gdyby  mógł  wychłostać  go  na  oczach  całego  miasta  i  wygnać  poza  jego  obręb,  uczyniłby  to  z  jeszcze  większą 
ochotą. Jednak nie mógł mieć wszystkiego i musiał skoncentrować się nie na zemście, lecz na tym, by jak najszyb-
ciej pomóc Merab odzyskać dobre imię i jej zapewnić społeczną akceptację. 

Rowland przeanalizował w myślach różne możliwości i postanowił odwiedzić lady Mandersby. Jej wpływy się-

gały wszędzie i z pewnością poczułaby się obrażona, gdyby nie była jedną z najszybciej poinformowanych osób. 

Lady Mandersby bez entuzjazmu przyjęła jego kartę wizytową, jednak krótka notka na jej odwrocie, w której 

Rowland stwierdzał, że bardzo zależy  mu na opinii tej właśnie damy  w pewnej sekretnej sprawie, przyniosła za-
mierzony efekt. Lady Mandersby przywitała go ze sporą rezerwą. 

background image

 

79 

- Pan Sandiford. Więc w czym mogę panu pomóc? 
Rowland wyjął oświadczenie Josepha i podał je szacownej damie. 
Rzuciła najpierw okiem na podpis, po czym powiedziała krótko: 
- Proszę, niech pan spocznie - otworzyła z trzaskiem swój lorgnon. - No cóż, młody człowieku - powiedziała, 

przeczytawszy uważnie całe oświadczenie. - To zdaje się wszystko wyjaśniać. Jestem pewna, że to ogromna ulga 
nie tylko dla pana, ale i dla pańskiej wielce szanownej matki, która musiała być ogromnie zatroskana całą tą spra-
wą. 

- Pomyślałem, że pani jest osobą, która najlepiej mi doradzi, lady Mandersby, przyszedłem więc prosto do pani. 

Oczywiście zamierzam odwiedzić moją matkę najszybciej jak to możliwe, ale ona wierzyła mi tak czy inaczej. 

- A ja nie? - spytała lady Mandersby z uśmiechem. 
- Droga lady Mandersby - odparł Rowland, demonstrując talent dyplomatyczny, który dobrze wróżył jego karie-

rze  politycznej.  -  To  naturalne,  że  kobieta  tak  inteligentna  jak  pani  miała  pewne  wątpliwości.  Jednak  plotki  nie 
biorą się z niczego i po prostu musiała pani być ostrożna. 

- Zostaw to mnie, mój drogi chłopcze - lady Mandersby stała się nagle bardzo serdeczna. - Już ja się tym zajmę. 

Nigdy  nie  przepadałam  za  tymi  Harrisonami,  nigdy.  I  jestem  prawie  pewna,  że  pani  Harrison  zdolna  jest  nawet 
oszukiwać w kartach. W końcu kim oni są? Phi! Prawnik z Bristolu! Ale towarzystwo w Bath stało się teraz tak 
pobłażliwe, że gotowe jest przyjąć niemal każdego. Tak, pan pozwoli, że rzucę jeszcze okiem... Mam nadzieję, że 
zamierza pan pojawić się dziś wieczorem w Bawialni? 

- Tak, przyjdę tam z moją matką, panem Bridges i panną Hartfield, jeśli będzie miała na to ochotę. 
- Tak byłoby najlepiej. Proszę dopilnować, by panna Hartfield także przyszła.  I  proszę zabrać ze sobą tę kar-

teczkę. 

Zbliżał  się  już  koniec  sezonu  i  Bawialni  świeciłaby  zapewne  pustkami,  gdyby  nie  zapobiegliwość  lady  Man-

dersby, która rozesłała do odpowiednich osób krótkie notki i ściągnęła spory tłum gości. Byli tam między innymi 
Tivertonowie i major Bendick. Przyszła Lavinia i pani Banstead, pojawił się nawet sir Thomas Wincanton. 

Oświadczenie Josepha było przedmiotem wszystkich niemal rozmów, toczonych w Bawialni. Nagle nikt nie po-

trafił znaleźć dlań dobrego słowa. Joseph, który jeszcze kilka dni temu był obiektem sporego zainteresowania ma-
tek z córkami na wydaniu, nagle stał się „podejrzanym indywiduum” i „podłym krętaczem”. Wiele matek odkryło 
też nieoczekiwanie, że w jego fizjonomii kryło się coś, co od razu im się nie podobało. 

Podczas gdy pani Bridges uwolniła się wreszcie od zmartwień, i bezustannie była zapewniana przez kolejnych 

przyjaciół,  że  ani  przez  chwilę  nie  wierzyli  w  oszczerstwa  Harrisonów,  Merab  wcale  nie  czuła  się  tak  radośnie, 
gdyż znowu omal nie pokłóciła się z Rowlandem. 

Wcześniej pani Bridges zostawiła ją z Rowlandem, by we dwójkę przedyskutowali ostatnie wydarzenia, gdyż 

ona sama musiała się spotkać ze swą krawcową. 

-  Możesz  opowiedzieć  Merab,  jak  tego  dokonałeś.  Wybaczcie,  ale  pani  Preston  jest  zawsze  tak  zajęta,  że  po 

prostu muszę się z nią zobaczyć, kiedy już tu przyjdzie. 

Gdy tylko wyszła, Rowland powiedział: 
- Przykro mi, panno Hartfield, że nie mogła pani obdarzyć mnie zaufaniem i powiedzieć mi o spotkaniu z panią 

O’Riley.  -  Rowland  chciał  tylko,  by  Merab  zapewniła  go  o  swym  zaufaniu,  jednak  jego  słowa  zabrzmiały  jak 
oskarżenie, zimne i pozbawione cienia sympatii. 

- Pan się z nią widział? - O Boże, co powiedziała mu Eliza? Chyba nie zdradziła mu, że... 
- A jak pani myśli, w jaki inny sposób mógłbym zdobyć informacje, dzięki którym zmusiłem Harrisona do na-

pisania tego oświadczenia? 

Merab w duchu odetchnęła z ulgą. 
- Myślałam... myślałam, że zagroził mu pan, to znaczy fizycznie. 
Rowland pokręcił głową. 
- Zostałbym wtedy oskarżony o napaść. Nie, to był szantaż. Zagroziłem, że ujawnię publicznie prawdę o jego 

nieprawym pochodzeniu. 

- Och! - Merab nie wiedziała, co powiedzieć. Prócz tej krótkiej chwili w świetle księżyca nie zdarzyło się nic, 

co wzmocniłoby łączącą ich więź sympatii i pozwoliło jej przypuszczać, że Rowland żywi dla niej jakieś cieplejsze 
uczucia.  -  Po...  powiedziałabym  panu  -  zdołała  w  końcu  wyjąkać.  -  Ale  zdawałam  sobie  sprawę,  że  moja  osoba 
była przyczyną wszystkich pańskich problemów. Szczególnie ostatnio. 

- Nonsens - powiedział Rowland, bardziej szorstko niż zamierzał. 
- Gdyby mnie nie było, pan odziedziczyłby Hartfield i mógłby ożenić się z panną Parminster. 
Przecież to nie jej chce moje serce, wołało coś w duszy Rowlanda. 
- Nie bardzo rozumiem, panno Hartfield, co mogą mieć z panią wspólnego moje stosunki z panną Parminster. 
- Tak, ma pan rację - wyszeptała Merab. - Przepraszam. 
Co innego mogła powiedzieć? „Chciałam wiedzieć, bo pana kocham”? I „nie chciałam mówić o Elizie, bo ba-

łam się, co pan na to powie”? Wszystko to wydawało jej się beznadziejne. 

Merab dość niechętnie wybrała się tego wieczora do Bawialni. Rowland odzyskał równowagę na tyle, że nazy-

background image

 

80 

wał ją „kuzynką Merab”, ale jego zachowanie, choć całkiem poprawne, było dość chłodne. Wyglądało to tak, jakby 
wycofał się za szklaną szybę. 

Lecz i tak sytuacja wyglądała lepiej, niż obawiała się Merab. Gdy spotkała Lavinię, przyjaciółka rozłożyła sze-

roko ręce, by serdecznie ją uściskać. 

- Och, Merab, tak się cieszę, że to wszystko dobrze się skończyło. Teraz możesz być już spokojna. 
Merab starała się wyglądać na uspokojoną i zrelaksowaną. 
- Przynajmniej możemy teraz chodzić na dalekie spacery i nie obawiać się napadów! - zdobyła się na żart. 
-  Major  Bendick  nie  będzie  miał  już  pretekstu,  żeby  ciągle  nas  spotykać  -  dodała  Lavinia  z  szelmowskim 

uśmiechem. 

Tymczasem major zdobył się na uprzejmy gest i podszedł do Rowlanda, by mu pogratulować i wyrazić swą ra-

dość z takiego zakończenia sprawy. 

- O ile wiem, uratował pan moją kuzynkę i pannę Heslop przed haniebnym atakiem - powiedział Rowland, ści-

skając dłoń majora. - Muszę podziękować panu za powściągliwość i milczenie w tej sprawie. 

-  Panna  Hartfield  prosiła mnie  o  to  -  odparł  major  krótko.  Wkrótce jego  uprzejmość  się  wyczerpała  i  opuścił 

Rowlanda. 

- Myślę, że major zadurzył się w pańskiej kuzynce, panie Sandiford - zauważyła z uśmiechem pani Tiverton. 
-  Major  Bendick!  -  Rowland  był  bardzo  niemile  zaskoczony  tą  wiadomością.  Czy  Merab  wyszłaby  za  tego 

człowieka? Przecież to tępak! 

- Oczywiście. Na pewno uznałaby go za dobrą partię, gdyby poprosił ją o rękę. Jego majątek przynosi co naj-

mniej cztery tysiące rocznego dochodu. 

Rowland obdarzył majora chmurnym spojrzeniem. 
Sir Thomas podszedł do Merab uzbrojony w liczne komplementy i zaproszenie od swej żony. 
- Byłaby zachwycona, gdyby zechciała pani ją odwiedzić - powiedział, dość niezdarnie starając się okazać jej 

swą gościnność. - Czuje się już znacznie lepiej. 

- Och, zrobię to z największą radością! - wykrzyknęła Merab. - Kochana Amelia! Tak bardzo za nią tęskniłam. 
- Pan Harrison zachował się skandalicznie - zauważył następnie sir Thomas. - Żeby próbować zniszczyć dobre 

imię dżentelmena, i pani także, moja droga. To doprawdy haniebne! 

Sir Thomas, jak zauważyła Merab, starał się naprawić swe dotychczasowe zachowanie. 
- Bardzo się cieszę, że dobre imię mojej matki zostało oczyszczone z wszelkich podejrzeń - powiedziała cicho. - 

A jeśli Amelia czuje się wystarczająco dobrze, chciałabym odwiedzić ją i jej dziecko jutro rano. 

- Powiadomię ją o tym - obiecał sir Thomas. 
 
A
melia  leżała  na  kozetce  w  swoim  buduarze,  gdy  nazajutrz  rano  przyszła  do  niej  Merab.  Dwie  przyjaciółki 

uściskały się serdecznie, a Amelia uroniła kilka łez. 

- Najdroższa Merab - chlipała. - Przepraszam, że witam cię jak fontanna. Wiesz, jak łatwo się wzruszam! 
Merab usiadła obok niej i przyjrzała się uważnie swej przyjaciółce. Kiedy widziała ją po raz ostatni, w zaawan-

sowanej ciąży, Amelia miała ciemne obwódki pod oczami, a jej oblicze naznaczone było wysiłkiem i cierpieniem. 
Teraz wyglądała znacznie lepiej, choć na jej twarzy wciąż malowała się pewna bladość. 

- Jak się czujesz, Amelio? 
- Lepiej, naprawdę. To nie była łatwa ciąża, od samego początku. 
- Tak, pamiętam, że ciągle coś ci dolegało. Jak się miewa dziecko? 
Amelia usiadła prosto i uśmiechnęła się. 
- Sądzimy, że będzie zdrowa. Kiedy się urodziła, była taka maleńka, że nikt nie wierzył, iż przeżyje choćby kil-

ka  dni.  Ale  teraz  właściwie  tylko  je  i  śpi,  a  jej  opiekunka  mówi,  że  zaczyna  przybierać  na  wadze.  -  Sir  Thomas 
wyszukał dla dziecka mamkę, hożą żonę poborcy myta, która właśnie utraciła swe dziecko i gotowa była opieko-
wać się maleńką panną Wincanton. 

- Mogę ją zobaczyć? 
Amelia uśmiechnęła się i pociągnęła za dzwonek. Po chwili do pokoju wniesiono dziecko, które Merab podzi-

wiała z należytym zachwytem. 

- Nigdy nie widziałam takiego maleńkiego dziecka - dziwiła się Merab. - Ale jest naprawdę śliczna. Spójrz tyl-

ko na te paluszki! 

Kiedy opiekunka zabrała dziewczynkę z powrotem, Amelia powiedziała: 
- No, kochana Merab, teraz opowiedz mi o sobie. Te okropne plotki! Tak bardzo było mi ciebie żal! 
- To było straszne - przyznała Merab. - Zaczęłam już czuć się jak jakiś wyrzutek. Gdziekolwiek poszłam, w ślad 

za mną pojawiały się jakieś skandale i plotki. Tym razem to było nawet gorsze, bo mieszkam u pani Bridges, a te 
pogłoski dotyczyły przecież jej syna. 

Rozmawiały przez chwilę o wydarzeniach ostatniego tygodnia, aż wreszcie Amelia zauważyła nieśmiało: 
- Podobno major jest tobą coraz bardziej zainteresowany. Nie myśl sobie, że jestem ciekawska! - Merab rzuciła 

jej zagadkowe spojrzenie. Amelia roześmiała się, lecz dodała: - Wiesz, że chciałabym tylko, byś znalazła dobrego 

background image

 

81 

męża. 

- Odmówiłam mu. 
- Och... rzeczywiście - wyjąkała Amelia, osłupiała ze zdumienia. 
- Nie mogłabym go pokochać. 
- Ale  mimo to  mogłabyś być szczęśliwa - odparła Amelia, jak zawsze praktyczna. Pomyślała, że gdyby tylko 

nie była tak bardzo chora, mogłaby doradzić majorowi, jak najlepiej podbić serce jej przyjaciółki. Nim sama wy-
szła za sir Thomasa, naprawdę bardzo go lubiła, ale „miłość”? To coś dla niepoprawnych romantyków. Merab chy-
ba była na tyle rozsądna, by poważnie zastanowić się nad ofertą majora? Amelia spojrzała uważnie na przyjaciółkę. 

Merab  wpatrywała  się  w  dywan,  a  na jej twarzy  pojawił się  smutek, jakiego  Amelia  nigdy  wcześniej tam  nie 

widziała, wyraz cichego cierpienia kogoś, kto utracił to, na czym najbardziej mu zależało. 

- Merab! Ty kochasz kogoś innego! 
- On o mnie nie myśli - odparła Merab, nim zdążyła się zastanowić nad tym, co mówi. 
- Ale... kto to jest? - Amelia przeanalizowała szybko wszystkie możliwości. - Mój Boże, to Rowland Sandiford, 

prawda? 

Merab wybuchnęła płaczem. 
- Och, najdroższa Merab! Ale chyba nie jesteś mu całkiem obojętna? Mówiłaś mi przecież, że starał się nadro-

bić to, co zepsuł, kiedy byliście w Hartfield. 

- Też tak myślałam. Ale nie polubił mnie na tyle, by chciał mnie za żonę - odparła Merab, pogrążona w bezna-

dziejnym smutku. - Pozostał tylko tydzień do upływu sześciu miesięcy od śmierci dziadka, Amelio. Za późno już 
na zapowiedzi. 

- Musiałby udać się do biskupa po specjalne pozwolenie - odrzekła Amelia w zamyśleniu. - Och, moja kochana 

Merab. Tak mi przykro. Zawsze uważałam, że to odpowiedni mężczyzna dla ciebie. Jesteś pewna, że on ciebie nie 
chce? Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, by mógł być tak nieczuły! 

Merab wyszła od lady Wincanton nieco podniesiona na duchu. Co prawda Amelia nie mogła niczego zmienić, 

ale szczera rozmowa z przyjaciółką, jej wsparcie i dobre słowo przyniosły Merab sporą ulgę. Oprócz Elizy, która 
właściwie wyciągnęła od niej wszystkie tajemnice, Merab nie miała innej powiernicy - nie wypadało jej przecież 
rozmawiać na podobne tematy z panią Bridges, a Lavinii nie znała dość dobrze. 

Ponieważ nie mogła się jeszcze całkiem uspokoić po wzruszeniach ostatniej godziny, postanowiła w drodze do 

Pijalni wstąpić do opactwa i posiedzieć chwilę w ciszy. 

Weszła do chłodnego wnętrza kościoła i usiadła na brzegu ławki w pobliżu stalli chóru. Miała nadzieję, że nikt 

jej tutaj nie dostrzeże, i że będzie mogła spędzić kilka chwil w zupełnym spokoju, nie siląc się na jakąś uprzejmą 
rozmowę. Kościół był raczej pustawy. Dwie kobiety czyściły pulpit, a zmęczony kanonik rozmawiał z mężczyzną, 
w którym Merab rozpoznała dziekana. Fragmenty ich rozmowy docierały do jej uszu. 

- Więc biskup przyjedzie tutaj na zebranie kapituły w przyszłą środę? - pytał kanonik. 
- Tak. Prosił, żeby zebranie zaczęło się dokładnie o trzeciej. 
- Och, przecież w tym samym czasie odbędzie się zebranie archidiakonatu w sprawie wizyty królowej. 
- Nic na to nie poradzimy. Poza tym, biskup także chciałby porozmawiać o wizycie Jej Wysokości. Może powi-

nienem spotkać się wcześniej z archidiakonem. 

- Byłbym bardzo wdzięczny. 
- Biskup przyjedzie tutaj około południa. Podam mu lunch, a potem zaprowadzę na zebranie. Wszystko musi się 

skończyć najpóźniej o wpół do piątej, bo potem zaczyna się zebranie komitetu budowlanego. 

- A co będzie wtedy robił biskup? Czy zamierza zostać tutaj na wieczór? 
- Tak sądzę. Nie wiem, czy ma jakieś konkretne plany. Przekonamy się wkrótce. 
Dziekan odszedł w stronę wyjścia, a po chwili kanonik podążył jego śladem. 
Merab zdała sobie sprawę, że prawie przestała oddychać. Biskup miał przyjechać do Bath w środę. Będzie wol-

ny o wpół do piątej. To, co przychodziło jej do głowy, było tak niepokojące, że serce omal nie wyskoczyło jej z 
piersi. Musiała wziąć kilka głębokich oddechów i uspokoić się nieco. 

Wcześniej nie chciała nawet myśleć o rewolucyjnym pomyśle Elizy - na pewno nie odważyłaby się wspomnieć 

o tym Amelii - lecz teraz los zdawał się decydować za nią. Pozostała w kościele przez następne dziesięć minut, a 
potem wyszła do Pijalni, by tam spotkać się z panem i panią Bridges. 

 
P
ani Bridges patrzyła na swego syna z irytacją. Za kilka dni miał na własne życzenie stracić 20 000 funtów, tyl-

ko dlatego, że nie chciał poślubić cudownej młodej kobiety, którą lubił, która była inteligentna, piękna i pod każ-
dym względem stanowiła idealną kandydatkę na jego żonę. 

Oczywiście cieszyła się, że usunięto wreszcie wszelkie skazy z jego dobrego imienia i że Harrisonowie zniknęli 

raz  na  zawsze  z  ich  życia,  ale  zdawało  się,  że  wszyscy,  poza  Rowlandem  właśnie,  znajdowali  doskonałe  partie. 
Kitty, na przykład, miała zostać wicehrabiną, choć wcale na to nie zasłużyła; nawet Lavinia, której posag wynosił 
zaledwie dwa tysiące, cieszyła się coraz większym zainteresowaniem majora Bendicka - major ostatnio coraz czę-
ś

ciej przebywał w jej towarzystwie, czując zapewne, że musi poskromić swe uczucia dla Merab. 

background image

 

82 

- Wiem - odrzekła Merab, kiedy pani Bridges wspomniała jej o tym w sobotę (Merab powiedziała jej w końcu o 

oświadczynach  majora).  -  I  cieszę  się  z  tego.  Naprawdę  uważam,  że  nie  byłabym  odpowiednią  żoną  dla majora. 
Ale Lavinia! Nie wiem, czy ona w pełni zdaje sobie sprawę z jego zamiarów i często ruga go bez litości. 

- Tak, przyznam, że przyglądam się temu z przyjemnością - uśmiechnęła się pani Bridges. - Major jeszcze nie-

dawno był bardzo zarozumiały, ale pani i Lavinia sprowadziłyście go na ziemię. 

- Wydaje mi się, że Lavinia traktuje go raczej jak starszego brata - stwierdziła Merab z powątpiewaniem. 
- Młode damy rzadko traktują starszych przystojnych mężczyzn jak braci! - zauważyła pani Bridges. 
Merab roześmiała się. 
- Pewnie ma pani rację. Lavinia nie zwierza mi się ze swych tajemnic, ale nie zauważyłam, by czuła jakąś sła-

bość do majora. 

- No cóż, na pewno doskonale się bawi przy każdej okazji - powiedziała pani Bridges. - Co mnie bardzo cieszy. 

Przedtem żyła w cieniu Kitty Parminster. Bogu dzięki Kitty zeszła nam już z drogi. Trudno mi sobie wyobrazić, by 
mogła zostać moją synową! 

- Myślę jednak, że kuzyn Rowland wciąż żywi dla niej ciepłe uczucia - powiedziała Merab z wahaniem. Roz-

mawianie o Rowlandzie było dla niej bolesną przyjemnością i rzadko decydowała się poruszać ten temat, a już na 
pewno nie w obecności jego matki. 

- Jestem pewna, że nie! -  Odparła pani Bridges z przekonaniem. -  Zaledwie kilka dni temu powiedział mi, że 

całkiem już o tym zapomniał. 

- Och! - powiedziała tylko Merab. 
Pani  Bridges  spojrzała  na  nią  badawczo.  Zaczynała  podejrzewać,  że  jej  syn  nie  jest  całkiem  obojętny  pannie 

Hartfield i pomimo sceptycyzmu męża była przekonana, że jest to uczucie odwzajemnione. 

- Rowland potrafi być bardzo uparty i nierozsądny - oświadczyła, starając się ukryć wszelkie emocje. - Jest zu-

pełnie niepraktyczny, gdy w grę wchodzi jego honor. Omal nie został kiedyś wyrzucony z Eton, bo nie chciał wy-
dać kolegi i wolał wziąć całą winę na siebie. Na szczęście ten drugi chłopiec opamiętał się i wyznał prawdę. 

- Och! - powtórzyła Merab. 
Pani  Bridges  zajęła  się  szyciem  i  udawała,  że jest tym  całkiem  pochłonięta.  Nie  mogła  zrobić już  nic  więcej. 

Uczyniła  wszystko,  by  podpowiedzieć  Merab,  że  to  ona  powinna  przejąć  inicjatywę,  i  że  ludzie  sami  muszą  de-
cydować o swoim losie. Teraz mogła tylko postarać się, by umożliwić im spotkanie we dwoje, gdyby sobie tego 
ż

yczyli. 

Zdawało  się jednak,  że  Rowland  za  wszelką  cenę  unika  takiego  właśnie spotkania.  Pokazał się  na niedzielnej 

mszy w kościele, szybko jednak pożegnał się z obiema paniami i ojczymem. Nie przyjął zaproszenia na wspólną 
kolację tego samego wieczoru, twierdząc, że otrzymał właśnie list od zarządcy swego majątku i musi nań natych-
miast  odpowiedzieć. Jeśli jego  matka  lub  kuzynka  zorientowały  się  nawet,  że  poczta  nie  dostarcza  listów w  nie-
dzielę, nie wypowiedziały głośno tej uwagi. Rowland najwyraźniej nie chciał też umówić się z nimi na poniedzia-
łek. 

- Chyba wybiorę się na przejażdżkę - oznajmił. - Nie wiem, kiedy wrócę. 
We wtorek wieczorem Merab nie mogła już znaleźć sobie miejsca. Wciąż myślała o rozmowie z panią Bridges i 

doszła do wniosku, że jej gospodyni na tyle, na ile było to  możliwe, starała się zachęcić ją, by wzięła sprawy w 
swoje ręce. Ale jeśli zawiedzie? Jeśli Rowland ją odrzuci? Czy będzie w stanie to znieść? 

Spała bardzo źle i obudziła się w środę rano zmęczona i zdesperowana, choć także zrezygnowana. Miała tylko 

dwa wyjścia; pozostać bierną i czekać, aż Rowland się jej oświadczy  - jeśli kiedykolwiek  miałby to zrobić, albo 
wziąć  sprawy  w  swoje  ręce  i  dowiedzieć  się  najgorszego.  Jeśli  on  uważa,  że  jest  mało  kobieca  i  niewarta  jego 
uczuć, niech i tak będzie. Nie mógł chyba mieć o niej gorszej opinii, niż wyraził to niecałe pół roku temu. 

Tym razem mogła przynajmniej liczyć na słowa pocieszenia ze strony Amelii, pani Bridges i pani O’Riley. Bę-

dzie musiała zająć się poważnie szukaniem posady nauczycielki, ale to akurat mogło jej sprawić pewną ulgę. Cięż-
ka  praca  na  pewno  pozwoliłaby  jej  zapomnieć  o  złamanym  sercu.  Rowland  wróciłby  do  Merryn  Park,  a  ona już 
nigdy nie musiałaby go oglądać. Nie żyłaby też w skrajnej nędzy. Dzięki tysiącowi funtów zostawionych jej przez 
ojca i  dzięki  wysiłkom  pana  Camberwella  mogła  liczyć  na  roczny  dochód  w  wysokości  około  80  funtów.  Wiele 
rodzin uważałoby się na jej miejscu za bogaczy. 

Blada, zmęczona, lecz zdeterminowana, Merab wstała z łóżka i usiadła przy małym sekretarzyku w rogu sypial-

ni. Pani Bridges zaopatrzyła swego gościa w pióro, atrament i papier. Merab wzięła kartkę i napisała: 

 
Drogi kuzynie Rowlandzie! 
Byłabym Panu ogromnie wdzi
ęczna, gdybym mogła zamienić z Panem kilka słów na osobności dzisiejszego po-

południa. Czy zechciałby Pan spotkać się ze mną przy schodach na Gravel Walk o wpół do trzeciej? 

Z poważaniem 

M. Hartfield

 

 
Nie był to idealny list, ale w tych okolicznościach musiał wystarczyć. Merab złożyła go, zapieczętowała i pod-

background image

 

83 

pisała. Kiedy już była ubrana, zeszła na parter i nim miała czas się rozmyślić, wręczyła list jednemu ze służących. 

-  Proszę  dostarczyć  to  panu  Sandifordowi  -  rozkazała  krótko,  nie  chcąc  okazywać  przerażenia,  jakie  ją  nagle 

ogarnęło. I dała posłańcowi szylinga. 

- Oczywiście, proszę pani. Czy mam czekać na odpowiedź? 
- Nie... albo tak, proszę poczekać. - Merab pomyślała, że nie chce spędzić całego przedpołudnia zastanawiając 

się nad tym, czy Rowland otrzymał jej list i czy zechce się z nią spotkać. 

Stało się. Teraz nie mogła już zrobić nic, by to powstrzymać. 
 
M
erab jeszcze raz przyjrzała się dokładnie swemu odbiciu w lustrze i poprawiła niesforny lok. Z lustra patrzyły 

na nią wielkie, ciemne oczy osadzone w bladokremowej twarzy. Westchnęła cicho. No cóż, tak musi być. Spojrzała 
jeszcze w większe zwierciadło. Widziała tam wysoką, smukła postać odzianą w fioletową spacerową suknię z deli-
katnym  szalem  z  czarnej  koronki  narzuconym  na  ramiona.  Założyła  lekki  słomiany  czepek  z  fioletowymi  wstąż-
kami i wzięła rękawiczki. 

Rowland czekał już przed domem, kiedy Merab schodziła po stopniach. Jej list wprawił go w spore zakłopota-

nie, gdyż nie miał pojęcia, co mogło to oznaczać. Czyżby przyjęła posadę guwernantki, nie informując go o tym 
wcześniej? Czy też, broń Boże, chciała mu przekazać jakieś kolejne rewelacje dotyczące swej przeszłości? Row-
land był blady i nieco oficjalny. Merab wcale nie poczuła się pewniej, gdy go ujrzała. 

Podali sobie dłonie. Rowland zauważył, że Merab drży, i jego obawy wzrosły jeszcze bardziej. 
- Powiedziała pani, że chce ze mną porozmawiać na osobności - zaczął oficjalnie. 
- Tak - szepnęła Merab. Jakże miała powiedzieć mu to, co powiedzieć musiała? Już teraz dłonie trzęsły się jej ze 

zdenerwowania. Przełknęła ciężko. - Może usiądziemy na którejś ławeczce - zaproponowała. 

Kilka kroków dalej, pod gałęziami drzew, kryła się pojedyncza ławka. Było to miejsce dość odosobnione, gdyż 

od alejki oddzielał je dodatkowo krzak wawrzynu. 

-  Dobrze.  -  Rowland  w  milczeniu  ruszył  w  stronę  ławki.  Znajdował  się  teraz  w  stanie  najwyższego  napięcia. 

Cokolwiek chciała mu powiedzieć, było to na pewno coś, co sprawiało jej wielką trudność. Usiedli obok siebie. Na 
długą chwilę zapadła pełna napięcia i bólu cisza. Merab wpatrywała się w swe dłonie i zastanawiała się, od czego 
zacząć. 

- Czy może chce pani powiedzieć mi coś o swej matce? - podsunął Rowland łagodnie. 
Merab potrząsnęła głową. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się do niego. 
- Rowlandzie - zaczęła. 
Rowland poczuł, że serce bije mu coraz szybciej. Merab nigdy dotąd nie zwracała się do niego po imieniu, co 

nasunęło mu nagle pewne przypuszczenie. 

- Tak? 
- Zostały już tylko dwa dni do upływu sześciu miesięcy od śmierci dziadka. 
- Wiem. 
- Och! - szepnęła skonsternowana. - Więc... zastanawiałam się... to znaczy... - Nagle zdała sobie sprawę z kolej-

nego niebezpieczeństwa. Nie chciała, żeby Rowland myślał, iż chodzi jej tylko o pieniądze. - No cóż, to nie jest 
takie istotne - dodała pospiesznie. - Ważne jest to, to znaczy ważne dla  mnie, ale wcale nie musi być ważne dla 
ciebie... - zaplątała się. 

- Tak - powtórzył Rowland i wziął ją za rękę. 
Merab pochwyciła ją konwulsyjnie i wyrzuciła z siebie w pośpiechu: 
- Kocham cię. Wiem, że ty pewnie wcale nie czujesz tego samego... 
- Ależ tak. 
Merab jak ogłuszona podniosła głowę i spojrzała mu w oczy. To, co tam ujrzała, sprawiło, iż serce zaczęło jej 

bić jak oszalałe. 

- Merab, kochanie - powiedział Rowland z uśmiechem. - Czyżbyś próbowała mi się oświadczyć? 
- Tak! - zawołała, zdesperowana. - Och, wiem, że postępuję okropnie i że żadna szanująca się kobieta nie zrobi-

łaby czegoś podobnego, ale nie wiedziałam już, co zrobić. 

- Zapewne myślisz, że powinniśmy się pobrać na tyle wcześnie, by nie stracić majątku Hartfieldów? 
Skinęła głową. 
- Tylko jeśli ty tego chcesz - dodała poważnie. 
- Oczywiście, że chcę - odparł Rowland niecierpliwie. - Nie wspominałem o tym dotąd, bo narobiłem wcześniej 

takiego bałaganu i nie wiedziałem, czy zechcesz mi teraz uwierzyć. Chciałem poczekać do soboty. Chciałem, żebyś 
wiedziała, że zależy mi bardziej na tobie, niż na przeklętym majątku kuzyna Juliana. 

- Mógłbyś mieć i to, i to - zauważyła Merab. 
- Kochanie, jest już za późno. - Rowland trzymał teraz już obie jej dłonie. 
- Nie, nie jest - odparła Merab. - Dzisiaj w Bath przebywa... biskup. Teraz jest właśnie na spotkaniu kapituły. 

Będzie wolny około wpół do piątej. - Odwróciła głowę, tak iż Rowland mógł widzieć tylko jej zaróżowiony poli-
czek. 

background image

 

84 

Rowland spojrzał na nią z rozbawieniem i podziwem jednocześnie. 
- Chcesz powiedzieć, że powinniśmy pójść teraz do niego, uzyskać specjalne pozwolenie i pobrać się natych-

miast? 

- Wiem, że to trochę za szybko... - zaczęła Merab. 
- Za szybko?! Kochanie, to szaleństwo! - Spojrzał na Merab i roześmiał się głośno. - Zrobimy to! - Rozejrzał się 

dokoła, rozwiązał tasiemkę od jej czepka, zsunął go do tyłu i przyciągnął Merab do siebie. - Wiem,  że na to nie 
zasługuję - wyszeptał. - Ale przysięgam na Boga, że cię kocham. Pocałuj mnie, Merab. 

 
M
inęła szósta. Pani Bridges i jej mąż wypili już herbatę i siedzieli razem w salonie, zastanawiając się, gdzie jest 

Merab. Wszyscy mieli się wybrać wieczorem na koncert do Bawialni. 

- Wyszła z domu zaraz po drugiej - mówiła pani Bridges. - Przypuszczam, że poszła tylko na zakupy, ale żeby 

się tak spóźniać... To do niej niepodobne. 

W tym momencie z holu dobiegły jakieś dźwięki. 
- To ona - odetchnęła z ulgą pani Bridges. - I zdaje się, że jest z nią Rowland. 
Chwilę później Merab i Rowland weszli do salonu. Merab była bez czepka. Trzymali się za ręce i uśmiechali 

radośnie. 

- Mam nadzieję, że nie będzie to dla ciebie zbyt wielkim szokiem, mamo - powiedział Rowland. - Ale zamie-

rzamy się pobrać za jakieś półtorej godziny. 

- Ślubu udzieli nam biskup - dodała Merab. 
- Jesteśmy bardzo zmęczeni - zakończył Rowland. - Czy możemy dostać filiżankę herbaty? 
Dopiero po dłuższej chwili wszystko zaczęło się uspokajać. Pani Bridges wróciła do siebie po pierwszym szoku 

i z ulgą opadła na fotel. Oczywiście, małżeństwo zawarte w takim pośpiechu musiało wywołać sporo plotek, ale po 
pewnym czasie nikt nie będzie już o tym pamiętał. Takie rzeczy szybko odchodziły w niepamięć, a obecność matki 
przy ślubie z pewnością uciszy podejrzliwych. Ważne też, że biskup okazał tyle zrozumienia. 

- Był cudowny - mówiła Merab. - Oczywiście, zajęło trochę czasu, nim wyjaśniliśmy mu wszystko, ale w końcu 

stwierdził, że najlepiej będzie, jeśli sam udzieli nam ślubu. Kiedyś znał dobrze dziadka i jego reputację, więc uwie-
rzył nam bez trudu. 

 
P
rzepraszam, że wróciliśmy tak późno - powiedział Rowland. - Merab chciała napisać do lady Wincanton i do 

pewnej przyjaciółki swojej matki, która przebywa właśnie w Bath, a którą także chcielibyśmy zaprosić. A potem 
musieliśmy jeszcze kupić obrączki. 

- Czy zechce pan poprowadzić mnie do ołtarza? - spytała Merab pana Bridges. 
- Będę zaszczycony. Mogę spytać, co zamierzacie zrobić później? 
- Będziemy  musieli jak najszybciej wyjechać do Hartfield - powiedział Rowland. - Przypuszczam, że nim za-

padnie zmrok, zdążymy przejechać jakieś dziesięć mil. 

- O nie! Na pewno nie - sprzeciwiła się stanowczo pani Bridges. - Nie możecie zaczynać małżeńskiego życia w 

jakiejś ponurej gospodzie przy trakcie do Gloucester. Poza tym, nie sądzę, by któreś z was zjadło dzisiaj jakiś po-
rządny posiłek. Merab tylko skubnęła lunch. Już teraz oboje wyglądacie na wyczerpanych. Merab zostanie tutaj na 
noc  i  wyśpi  się  porządnie,  bo  z  pewnością  tego  właśnie  potrzebuje,  zwłaszcza  jeśli  macie  przed  sobą  cały  dzień 
jazdy. A ty, mój synu, prześpisz się jeszcze ten raz przy Gay Street. 

Rowland spojrzał na Merab, która mówiła mu wcześniej, że prawie nie spała poprzedniej nocy, denerwując się 

czekającą ją rozmową. On także był zmęczony, musiał się spakować i uregulować rachunek w hotelu. 

- Dobrze - powiedział w końcu. - Chyba powinniśmy być rozsądni. 
I on i Merab mieli bardzo oburzone miny, kiedy pan i pani Bridges wybuchnęli głośnym śmiechem. 
- O której godzinie zaczyna się ślub? - spytał pan Bridges. 
- Wpół do siódmej, po wieczornym nabożeństwie. W kaplicy Najświętszej Panienki. 
Początkowo sir Thomas nie chciał się zgodzić, by Amelia poszła na ślub i zmienił zdanie dopiero wtedy, gdy 

ż

ona pokazała mu zaproszenie, na którym napisano, że ceremonię poprowadzi sam biskup. 

- Znów będzie sporo plotek - powiedział posępnym tonem. 
- Będzie ich mniej, jeśli my tam pójdziemy - zauważyła rozsądnie jego żona. 
- Ale ja nie chcę, żeby obmawiano i ciebie. 
- Moja najlepsza przyjaciółka ze względu na obowiązującą. ją żałobę bierze cichy ślub, tylko w gronie najbliż-

szej rodziny i przyjaciół - powiedziała Amelia. - Kto może wiedzieć, czy nie przygotowywała się do niego od dłuż-
szego czasu? Jeśli sam biskup udziela im ślubu, to naprawdę nie widzę żadnego powodu do plotek. 

- No dobrze - westchnął ciężko sir Thomas. - Ja też pójdę. 
- Jestem pewna, że to im bardzo pomoże - odparła Amelia poważnym tonem. 
Dwadzieścia  minut  po  siódmej  w  opactwie  zebrała  się  niewielka  grupka  ludzi.  Pan  i  pani  Bridges  z  Merab  i 

Rowlandem, Eliza O’Riley w ekstrawaganckim kapeluszu z różowymi strusimi piórami, Tim Heard i sir Thomas z 
lady Wincanton. Po chwili podszedł do nich kościelny. 

background image

 

85 

- Proszę tędy - powiedział, wskazując drogę. - Biskup już czeka. 
 
P
an Camberwell siedział w swoim biurze i z ponurą miną patrzył na kalendarz. Piątek. W poniedziałek będzie 

musiał napisać do dwóch organizacji wymienionych w testamencie i zawiadomić je o darowiźnie Juliana Hartfiel-
da. Westchnął ciężko. Stary Hartfield potrafił po śmierci być równie złośliwy i uparty jak za życia. Dwoje miłych, 
młodych ludzi zostało pozbawionych majątku, który według wszelkich prawideł powinien stać się ich własnością. 

W tym momencie rozległo się głośne pukanie do drzwi i w pokoju pojawił się podekscytowany urzędnik. 
- Panie Camberwell! - zaczął z podnieceniem. - Pan i pani Sandiford czekają na dole i chcą się z panem zoba-

czyć. 

- Pan i pani... Przyprowadź ich tu natychmiast. 
W środę wieczorem Merab i Rowland byli emocjonalnie i fizycznie wycieńczeni po wszystkich niepokojach i 

wydarzeniach poprzedniego tygodnia. Jednak w piątek rano, po nocy spędzonej w Cirencester, czuli się zupełnie 
inaczej. Policzki Merab były lekko zaróżowione, a Rowland wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie. 

Nowożeńcy przywitali się z panem Camberwellem, który wyraził swą ogromną radość. 
- Pobraliśmy się w środę - powiedział Rowland, kiedy Merab sięgnęła do swej torebki i wyjęła złożony kawałek 

papieru, który wręczyła panu Camberwellowi. - Więc przyjechaliśmy tu, by przejąć majątek Hartfieldów. Domy-
ś

lam się, że chce pan zobaczyć świadectwo ślubu.