background image

Lew Dawidowicz Trocki

Od zadrapania

do niebezpieczeństwa 

gangreny

Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

WARSZAWA 2010

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 2 –

http://skfm.dyktatura.info/

Artykuł   Lwa   Dawidowicza   Trockiego   „Od 
zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny” został 
napisany  24   stycznia   1940   r.  w  Coyoacan, 
Dystrykt  Federalny  (Meksyk) i opublikowany w 
„Biuletynie opozycji (bolszewików-leninowców)” 
nr 82-83 z 1940 r. W formie książkowej artykuł 
został   następnie   opublikowany   w   zbiorze  „In 
Defense of Marxism”, New York 1942.

Niniejsze wydanie jest pierwszą polską publikacją 
tekstu.

Tłumaczenie   z   języka   angielskiego:   Cezary 
Cholewiński.   Korekta  na   podstawie  oryginału 
rosyjskiego i uzupełnienia: Piotr Strębski.

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Sens dyskusji

Dyskusja wciąż rozwija swą logikę wewnętrzną. Każdy z obozów, w zależności od swej natury 

społecznej i fizjonomii politycznej, usiłuje wymacać u przeciwnika słabe i chore miejsca. Właśnie przez 
to określany jest przebieg dyskusji, a nie przez aprioryczne plany wodzów opozycji. Żałowanie teraz tego, 
że   dyskusja   wybuchła,   jest   zbyt   późne   i   jałowe.   Trzeba   tylko   bystro   śledzić   rolę   stalinowskich 
prowokatorów, którzy niewątpliwie są w partii i którym polecono zatruć atmosferę dyskusji trującymi 
gazami i doprowadzić walkę ideową do rozłamu. Wykryć tych panów nie tak trudno: przejawiają oni 
niezmierną   zazdrość,   oczywiście   sztuczną,   i   zastępują   idee   i   argumenty   intrygami   i   oszczerstwami. 
Trzeba  ich   zdemaskować   i   wyrzucić   wspólnym   wysiłkiem   obu   frakcji.   Ale  zasadniczą  walkę  trzeba 
doprowadzić do końca, to jest do poważnego naświetlenia najważniejszych z podniesionych kwestii. 
Trzeba wykorzystać dyskusję do tego, aby podnieść poziom teoretyczny partii.

Znaczna   liczba   członków   sekcji   amerykańskiej,   jak   i   całej   naszej   młodej   Międzynarodówki, 

wyszła   z  Kominternu   epoki   upadku   czy   z   Drugiej   Międzynarodówki.   To   kiepskie   szkoły.   Dyskusja 
wyjawiła,   że   szerokie   koła   partii   są   słabo   przygotowane   teoretycznie.   Wystarczy   przywołać   tę 
okoliczność, że na przykład nowojorska organizacja partii nie reagowała z siłą odruchu obronnego na 
usiłowania   lekkomyślnej   rewizji   marksistowskiej   doktryny   i   programu,   lecz   na   odwrót,   w   swej 
większości poparła rewizjonistów. To jest smutne, ale do naprawienia, ponieważ nasza amerykańska 
partia, jak i cała nasza Międzynarodówka, dążą do wyjścia na drogę rewolucyjną. Chcą one i będą się 
uczyć. Jednak czasu tracić nie wolno. Właśnie przeniknięcie partii do związków zawodowych, w ogóle do 
środowiska robotniczego, wymaga podwyższenia teoretycznych kwalifikacji kadr. Przez kadry rozumiem 
nie „aparat”, lecz partię w całości. Każdy członek partii może i powinien czuć się oficerem formującej się 
armii proletariackiej.

„Odkąd to zostaliście specjalistami w kwestiach filozofii?” – ironicznie pytają teraz opozycjoniści 

przedstawicieli większości. Ironia jest tu zupełnie nie na miejscu. Socjalizm naukowy jest świadomym 
wyrazem   nieświadomego   procesu   historycznego,   właśnie   instynktownego,   żywiołowego   dążenia 
proletariatu do przebudowania społeczeństwa na komunistycznych podstawach. Te organiczne tendencje 
robotniczej psychiki szczególnie szybko rozbudzane są teraz przez epokę kryzysów i wojen. Dyskusja 
bezspornie   wyjawiła   starcie   w   partii   tendencji   drobnomieszczańskiej   i   proletariackiej.   Tendencja 
drobnomieszczańska wyraża swe zagubienie tym, że usiłuje rozmienić program na szereg „konkretnych” 
kwestii. Tendencja proletariacka na odwrót, dąży do sprowadzenia wszystkich partykularnych kwestii do 
teoretycznej   jedności.   Problem   teraz   nie   polega   na   tym,   w   jakiej   mierze   poszczególni   członkowie 
większości świadomie stosują metodę dialektyczną. Ważne jest to, że frakcja większości w całości dąży 
do   proletariackiego   stawiania   kwestii   i   właśnie   dlatego   przyjmuje   dialektykę,   która   jest   „algebrą 
rewolucji”.   Opozycjoniści,   jak   mi   piszą,   salwami   śmiechu   reagują   na   samo   wspominanie   słowa 
„dialektyka”. Daremnie. To niegodne przyjęcie nie pomoże. Dialektyka procesu historycznego już nieraz 
okrutnie karała tych, co usiłowali pośmiać się z niej.

Ostatni artykuł tow. Shachtmana („List otwarty do Lwa Trockiego”) przedstawia sobą alarmujące 

zjawisko. Pokazuje on, że Shachtman nie chce się uczyć w dyskusji, lecz wciąż rozwija swe błędy, 
wykorzystując przy tym nie tylko niedostateczny poziom teoretyczny partii, lecz i specyficzne przesądy 
jej drobnomieszczańskiego skrzydła. Wszyscy znają lekkość, z jaką Shachtman grupuje różne epizody 
historyczne wokół tej czy innej osi. Ta cecha czyni Shachtmana utalentowanym dziennikarzem. Niestety, 
tylko to, to za mało. Główny problem tkwi w wyborze osi. Shachtmana zawsze zajmuje odzwierciedlenie 
polityki   w   literaturze,   w   prasie.   Nie   starcza   mu   zainteresowania   dla   rzeczywistych   procesów   walki 
klasowej,   dla   życia   mas,   dla   wzajemnych   stosunków   różnych   warstw   samej   klasy   robotniczej   itd. 
Czytałem niemało dobrych i nawet błyskotliwych artykułów Shachtmana, ale nigdy nie słyszałem od 
niego ani jednej uwagi, która rzeczywiście wnikałaby w życie amerykańskiej klasy robotniczej czy jej 
awangardy.

Trzeba   się   zastrzec,   że   tu   jest   nie   tylko   osobista   wina   Shachtmana,   tu   jest   los   całego 

rewolucyjnego pokolenia, które z powodu szczególnego połączenia historycznych warunków wyrosło 
poza ruchem robotniczym.  O niebezpieczeństwie  wyrodzenia  się tych cennych i oddanych rewolucji 
elementów   przychodziło   mi   pisać   i   mówić   nieraz.   To,   co   było   w   swoim   czasie   nieuchronną   cechą 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 3 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

młodości,   stało   się   słabością.   Słabość   przekształca   się   w   chorobę.   Jeśli   zaniedbać   ją,   nabierze   ona 
śmiertelnego charakteru. Żeby uniknąć tego niebezpieczeństwa, trzeba umieć świadomie otworzyć nowy 
rozdział w rozwoju partii. Propagandyści i dziennikarze Czwartej Międzynarodówki powinni otworzyć 
nowy rozdział w swojej własnej świadomości. Trzeba się przezbroić. Trzeba obrócić się wokół własnej 
osi: plecami do drobnomieszczańskiej inteligencji, twarzą do robotników.

Widzieć   przyczynę   obecnego   kryzysu   partii   w   konserwatyzmie   jej   robotniczej   części,   szukać 

wyjścia   z   kryzysu   w   zwycięstwie   bloku   drobnomieszczańskiego   –   trudno   wymyślić   błąd   bardziej 
niebezpieczny dla partii. W rzeczywistości istota obecnego kryzysu polega na konserwatyzmie elementów 
drobnomieszczańskich, które przeszły czysto propagandową szkołę i nie znajdują wyjścia na drogę walki 
klasowej. Obecny kryzys jest ostatnią walką tych elementów o przetrwanie. Każdy z opozycjonistów 
oddzielnie potrafi, jeśli mocno zechce, znaleźć sobie godne miejsce w ruchu rewolucyjnym. Jako frakcja 
są oni skazani. W walce, która się wywiązała, Shachtman znalazł się nie w tym obozie, gdzie trzeba. Jak 
zawsze w takich wypadkach, jego silne strony odeszły na dalszy plan;  jego słabe cechy na odwrót, 
nabrały szczególnie skończonego wyrazu. Ten „List otwarty” przedstawia sobą jakby wywar jego słabych 
cech.

Shachtman utracił drobiazg: stanowisko klasowe. Stąd jego niezwykłe zygzaki, improwizacje i 

skoki. Analizę klasową zastępuje on oderwanymi anegdotami historycznymi, w jednym celu:  by  ukryć 
swój własny zwrot, zamaskować sprzeczność między wczorajszym dniem a dzisiejszym. Tak Shachtman 
postępuje z historią marksizmu, z historią własnej partii, z historią rosyjskiej opozycji. Gromadzi przy 
tym   błąd   na   błędzie.   Wszystkie   analogie   historyczne,   do   których   odwołuje   się   on,   przemawiają   jak 
zobaczymy przeciw niemu.

O wiele trudniej jest naprawiać błędy niż je popełniać. Muszę poprosić czytelnika o cierpliwość w 

prześledzeniu ze mną krok po kroku wszystkich zygzaków operacji myślowych Shachtmana. Ze swej 
strony obiecuję nie ograniczać się tylko do wytykania błędów i sprzeczności, ale przeciwstawiać od 
początku   do   końca   stanowisko   proletariackie   drobnomieszczańskiemu,   stanowisko   marksistowskie 
eklektycznemu. W ten sposób my wszyscy może potrafimy nauczyć się czegoś z tej dyskusji.

„Przykłady”

„Jak   my,   nieprzejednani   rewolucjoniści,   staliśmy   się   tak   znienacka   tendencją 

drobnomieszczańską?”   Shachtman   żąda   z   oburzeniem:   Gdzie   są   dowody?   „W   czym   ta   tendencja 
przejawiła (była) się w ostatnim roku (!) czy dwóch wśród reprezentatywnych rzeczników mniejszości?” 
(Biuletyn wewnętrzny, rok II, nr 7, styczeń 1940 r., str. 11). Dlaczego nie ustępowaliśmy w przeszłości 
wpływowi   drobnomieszczańskiej   demokracji?   Dlaczego   w   czasie   hiszpańskiej   wojny   domowej 
zrobiliśmy... itp., itd. To jest koronny argument Shachtmana na początku jego polemiki przeciw mnie i 
tym, na których gra on wariacje na wszystkich klawiszach, otwarcie przydając temu wyjątkową ważność. 
I Shachtmanowi nawet przez myśl nie przejdzie, że mogę obrócić ten sam argument przeciw niemu.

Dokument opozycji „Wojna a biurokratyczny konserwatyzm” przyznaje, że Trocki ma rację w 

dziewięciu wypadkach na dziesięć, a może i w dziewięćdziesięciu dziewięciu na sto. Rozumiem aż za 
dobrze kwalifikowany i ekstremalnie wielkoduszny charakter tego przyznania. Proporcja moich błędów 
jest w rzeczywistości znacząco większa. Jak wyjaśnić zatem fakt, że dwa czy trzy tygodnie po tym, gdy 
dokument ten został napisany, Shachtman znienacka zdecydował, że Trocki:

(a) Jest niezdolny do krytycznej postawy wobec informacji dostarczanej mu, chociaż jednym z 

jego informatorów przez dziesięć lat był sam Shachtman.

(b)   Jest   niezdolny   do   odróżnienia   tendencji   proletariackiej   od   drobnomieszczańskiej   – 

bolszewickiej od mieńszewickiej.

(c) Jest mistrzem absurdalnej koncepcji „rewolucji biurokratycznej” w miejsce rewolucji mas.
(d)   Jest   niezdolny   do   wypracowania   poprawnej   odpowiedzi   na   konkretne   pytania   w   Polsce, 

Finlandii itd.

(e) Przejawia skłonność do kapitulowania przed stalinizmem.
(f)   Jest   niezdolny   do   zrozumienia   znaczenia   centralizmu   demokratycznego   –   i   tak   dalej   w 

nieskończoność.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 4 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Słowem,   na   przestrzeni   dwóch   czy   trzech   tygodni   Shachtman   odkrył,   że   popełniam   błędy   w 

dziewięćdziesięciu dziewięciu wypadkach na sto, szczególnie tam, gdzie sam Shachtman się angażuje. 
Wydaje mi się, że ta ostatnia liczba także jest lekko przesadzona – ale tym razem w przeciwną stronę. W 
każdym   wypadku   Shachtman   odkrył   moją   skłonność   do   zastępowania   rewolucji   mas   „rewolucją 
biurokratyczną” daleko bardziej znienacka, niż ja odkryłem jego drobnomieszczańskie odchylenie.

Towarzysz   Shachtman   zaprasza   mnie   do   przedstawienia   dowodu   istnienia   „tendencji 

drobnomieszczańskiej” w partii w ciągu minionego roku, czy nawet dwóch-trzech lat. Shachtman jest 
zupełnie usprawiedliwiony w tym, że nie życzy sobie odnosić się do bardziej odległej przeszłości. Ale 
zgodnie z zaproszeniem Shachtmana będę ograniczał się do ostatnich trzech lat. Proszę zwrócić uwagę. 
Na retoryczne pytania o moją bezlitosną krytykę będę odpowiadał paroma ścisłymi dokumentami.

I.

25 maja 1937 r. pisałem do Nowego Jorku w sprawie polityki frakcji bolszewicko-leninowskiej w 

Partii Socjalistycznej:

„Muszę przytoczyć dwa ostatnie dokumenty: (a) prywatny list Maxa o konwencji i (b) artykuł Shachtmana 

«W stronę Rewolucyjnej Partii Socjalistycznej». Sam tytuł tego artykułu charakteryzuje fałszywą perspektywę. 
Wydaje mi się, że rozwój sytuacji, z ostatnią konwencją włącznie, ustalił, że partia ewoluuje nie w kierunku partii  
„rewolucyjnej”,  lecz  w coś w rodzaju niezależnych labourzystów,  to jest nędznego  centrystowskiego odrzutu  
politycznego bez żadnej perspektywy.

Twierdzenie, że Amerykańska Partia Socjalistyczna jest teraz bliżej stanowiska rewolucyjnego marksizmu  

niż którakolwiek partia Drugiej czy Trzeciej Międzynarodówki, jest absolutnie niezasłużonym komplementem:  
Amerykańska   Partia   Socjalistyczna   jest   jedynie   bardziej   zacofana   niż   analogiczne   formacje   w   Europie   –  
Robotnicza   Partia   Zjednoczenia   Marksistowskiego,   Socjalistyczna   Partia   Robotnicza,   itd.   (...)   Naszym  
obowiązkiem   jest   zdemaskowanie   tej   negatywnej   przewagi   Normana   Thomasa   i   S-ki,   nie   zaś   mówienie   o  
wyższości (rezolucji w sprawie wojny) nad jakąkolwiek rezolucją kiedykolwiek przyjętą przedtem przez partię. 
(...) To jest  czysto literacka ocena, ponieważ  każda rezolucja  musi być brana  w powiązaniu z wydarzeniami 
historycznymi, z sytuacją polityczną i z jej palącymi potrzebami”.

W obu dokumentach wspomnianych w powyższym liście Shachtman ujawnia nadmierną zdolność 

dostosowania się do lewego skrzydła drobnomieszczańskich demokratów – politycznej mimikry – bardzo 
niebezpieczny objaw u rewolucyjnego polityka! Jest ekstremalnie ważne zwrócić uwagę na jego wysoką 
ocenę „radykalnego” stanowiska Normana Thomasa w stosunku do wojny (...) w Europie. Oportuniści, 
jak dobrze wiadomo, skłaniają się do tym większego radykalizmu, im bardziej odsunięci są od wydarzeń. 
Mając   to   prawo   w   pamięci   nietrudno   jest   ocenić   prawdziwą   wartość   faktu,   że   Shachtman   i   jego 
sojusznicy   oskarżają   nas   o   skłonność   do   „kapitulowania   przed   stalinizmem”.   Niestety,   siedząc   na 
Bronksie,   łatwiej   jest   przejawiać   nieprzejednanie   wobec   Kremla   niż   wobec   amerykańskiego 
drobnomieszczaństwa.

II.

Jeśli wierzyć towarzyszowi Shachtmanowi, ja za włosy przyciągnąłem do tej dyskusji kwestię 

klasowego składu frakcji. Tu także odnieśmy się do niedawnej przeszłości.

3 października 1937 r. pisałem do Nowego Jorku:

„Zauważyłem setki razy, że robotnik, który pozostaje niezauważony w  «normalnych»  warunkach życia 

partyjnego   wykazuje   zauważalne   cechy   podczas   zmiany   sytuacji,   kiedy   ogólne   formuły   i   ostre   pióra   nie  
wystarczają; gdzie niezbędne są znajomość  życia robotników i praktyczne umiejętności. W takich warunkach  
utalentowany robotnik ujawnia pewność siebie i ujawnia także swe ogólne zdolności polityczne.

Dominacja intelektualistów w organizacji jest nieuchronna w pierwszym okresie rozwoju organizacji. Jest 

ona   równocześnie   dużą   przeszkodą   dla   edukacji   politycznej   bardziej   utalentowanych   robotników.   (...)   Jest 
absolutnie   niezbędne   na   następnej   konwencji   wprowadzić   do   komitetów   lokalnych   i   centralnego   tak   wielu 
robotników, jak to tylko możliwe. Dla robotnika działalność w kierowniczym organie partii jest równocześnie  
wyższą szkołą polityki. (…)

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 5 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Trudność   polega   na   tym,   że   w   każdej   organizacji   są   tradycyjni   członkowie   komitetu   i   że   różne 

drugorzędne względy frakcyjne i osobiste odgrywają zbyt wielką rolę w układaniu list kandydatów”.

Nigdy nie spotkałem się ani z uwagą, ani z zainteresowaniem ze strony towarzysza Shachtmana 

wobec tego rodzaju kwestii.

III.

Jeśli wierzyć towarzyszowi Shachtmanowi, to ja wstrzyknąłem kwestię frakcji towarzysza Aberna 

jako drobnomieszczańskich indywiduów skoncentrowanych sztucznie i faktycznie bez żadnej podstawy. 
Jeszcze 10 października 1937 r., w czasie gdy Shachtman maszerował ramię  w ramię z Cannonem, i 
oficjalnie uznawano, że Abern nie ma frakcji, pisałem do Cannona:

„W partii jest jedynie mniejszość autentycznych robotników fabrycznych. (...) Nieproletariackie elementy  

przedstawiają sobą naprawdę niezbędne drożdże, i sądzę, że możemy być dumni z dobrej jakości tych elementów 
(...),   ale   (...)   nasza   partia   może   zostać   zalana   przez   nieproletariackie   elementy   i   może   nawet   utracić   swój  
rewolucyjny   charakter.   Zadaniem   jest   oczywiście   nie   przeszkadzanie   napływowi   intelektualistów   sztucznymi 
metodami, (...) lecz orientowanie praktycznie całej organizacji ku fabrykom, strajkom, związkom. (…)

Konkretny   przykład:   Nie   możemy   poświęcać   wystarczających   czy   równych   sił   wszystkim   fabrykom.  

Nasza lokalna organizacja może wybrać dla swej działalności w najbliższym okresie jedną, dwie czy trzy fabryki  
na swym obszarze i koncentrować wszystkie swe wysiłki na tych fabrykach. Jeśli mamy w jednej z nich dwu czy  
trzech robotników, możemy utworzyć specjalną komisję pomocy z pięciu nie-robotników w celu rozszerzenia  
naszego wpływu w tych fabrykach.

To   samo   można   robić   wśród   związków   zawodowych.   Nie   możemy   wprowadzać   nierobotniczych 

członków do robotniczych związków. Ale możemy z sukcesem budować komisje pomocy dla ustnego i pisemnego 
działania   w   połączeniu   z   naszymi   towarzyszami   w   związku.   Nienaruszalnymi   warunkami   powinny   być:   nie 
komenderować robotnikami, lecz jedynie pomagać im
, uzbrajać ich w fakty, idee, dokumenty fabryczne, specjalne 
ulotki i tak dalej.

Taka współpraca miałaby straszną wagę edukacyjną z jednej strony dla tych towarzyszy robotników, z 

drugiej strony dla nie-robotników, którzy potrzebują solidnej reedukacji.

Macie na przykład dużą liczbę żydowskich elementów nierobotniczych w swoich szeregach. Oni mogą 

być prawdziwie wartościowymi drożdżami, jeśli partia odnosi sukcesy w ciągłym wyciąganiu ich z zamkniętego  
środowiska
 i przywiązuje ich do robotników fabrycznych przez codzienną działalność. Sądzę, że taka orientacja  
zapewniałaby także zdrowszą atmosferę wewnątrz partii
.

Jedną ogólną zasadę możemy ustanowić natychmiast: członek partii, jeśli nie zdobywa w ciągu trzech czy 

sześciu miesięcy nowego robotnika dla partii, nie jest dobrym członkiem partii.

Jeślibyśmy ustanowili poważnie taką generalną orientację i jeślibyśmy sprawdzali co tydzień praktyczne  

rezultaty, unikniemy wielkiego niebezpieczeństwa, mianowicie że intelektualiści i pracownicy umysłowi mogą 
uciskać   robotniczą   mniejszość,   skazywać   ją   na   milczenie,   przekształcać   partię   w   bardzo   inteligencki   klub  
dyskusyjny, ale absolutnie nie nadający się dla robotników.

Te same reguły powinny być w odpowiedniej formie wypracowane dla pracy i rekrutacji w organizacji  

młodzieżowej, inaczej wywołamy niebezpieczeństwo kształcenia dobrych młodych elementów na rewolucyjnych  
dyletantów, a nie na rewolucyjnych bojowników
”.

Z tego listu wynika w sposób oczywisty, jak sądzę, że nie przypomniałem o niebezpieczeństwie 

drobnomieszczańskiego odchylenia w dzień po pakcie Stalin-Hitler ani w dzień po rozbiorze Polski, lecz 
wysuwałem je ciągle już dwa lata temu i dawniej.  Co więcej, jak podkreśliłem wtedy, mając na myśli 
przede   wszystkim   „nieistniejącą”   frakcję   Aberna,   absolutnie   niezbędne   było   w   celu   oczyszczenia 
atmosfery w partii, żeby żydowskie elementy drobnomieszczańskie z organizacji nowojorskiej zostały 
wyrwane   z   ich   zwyczajowego   konserwatywnego   środowiska   i   roztopione   w   rzeczywistym   ruchu 
robotniczym. To właśnie dlatego powyższy list (nie pierwszy tego rodzaju) napisany przeszło dwa lata 
przed tym, zanim obecna dyskusja się zaczęła, jest o wiele większej wagi jako dowód niż wszystkie 
pisma przywódców opozycji o motywach, które zmusiły mnie stanąć w obronie „kliki Cannona”.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 6 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

IV.

Skłonność   Shachtmana   do   ulegania   drobnomieszczańskiemu   wpływowi,   szczególnie 

akademickiemu   i   literackiemu,   nigdy   nie   była   dla   mnie   tajemnicą.   W   czasie   prac   Komisji   Deweya, 
pisałem 14 października 1937 r. do Cannona, Shachtmana i Wardego:

„(…)  Nalegałem   na   niezbędność   otoczenia   Komitetu   delegatami   grup   robotników   w   celu   stworzenia  

kanałów od Komitetu do mas. (...) Towarzysze Warde, Shachtman i inni głosili, że się zgadzają ze mną w tym  
punkcie. Razem analizowaliśmy praktyczne możliwości realizacji tego planu. (...) Ale później, mimo powtarzania 
pytań, nie mogłem uzyskać informacji o tej sprawie i jedynie okazjonalnie słyszałem, że towarzysz Shachtman 
sprzeciwiał się temu. Dlaczego? Nie wiem”.

Shachtman nigdy nie ujawnił mi swych powodów. W swoim liście wyrażałem się najbardziej 

dyplomatycznie, ale nie miałem najmniejszej wątpliwości, że zgadzając się ze mną w słowach Shachtman 
w   rzeczywistości   obawiał   się   zranienia   nadmiernej   wrażliwości   politycznej   naszych   czasowych 
liberalnych sojuszników: w tym kierunku Shachtman wykazuje wyjątkową „delikatność”.

V.

15 kwietnia 1938 r. pisałem do Nowego Jorku:

„Jestem   trochę   zdziwiony   rodzajem   uwagi,   poświęconej   listowi   Eastmana   w  «New   International». 

Opublikowanie   tego   listu   jest   w   porządku,   ale   waga   przydawana   mu   na   pierwszej   stronie   w   połączeniu   z 
milczeniem   o   artykule   Eastmana   w   gazecie  «Harper’s»,   wydaje   mi   się   zbytnim   kompromisem  «New 
International». Wielu ludzi będzie interpretować ten fakt jako naszą chęć przymknięcia oczu na zasady, kiedy  
przyjaźń jest zagrożona”.

VI.

1 czerwca 1938 r. pisałem towarzyszowi Shachtmanowi:

„Trudno zrozumieć tu, dlaczego jesteście tak tolerancyjni, a nawet przyjaźni wobec p. Eugene’a Lyonsa.  

Przemawia on, zdaje się, na waszych bankietach; równocześnie przemawia na bankietach białogwardzistów”.

Ten   list   kontynuował   walkę   o   bardziej   niezależną   i   stanowczą   politykę   wobec   tak   zwanych 

„liberałów”, którzy odważając się na walkę przeciw rewolucji chcą utrzymać „przyjazne stosunki” z 
proletariatem, ponieważ to podwaja ich wartość rynkową w oczach burżuazyjnej opinii publicznej.

VII.

6   października   1938   r.,   prawie   rok   przed   tym,   zanim   ta   dyskusja   się   zaczęła,   pisałem   o 

niezbędności decydującego zwrócenia się prasy naszej partii twarzą ku robotnikom:

„Prawdziwie ważna w tym względzie jest postawa «Socialist Appeal». Jest to niewątpliwie bardzo dobra 

gazeta   marksistowska,   ale   nie   jest   to   autentyczne   narzędzie   działania   politycznego.   (...)   Próbowałem  
zainteresować redakcję «Socialist Appeal» tą kwestią, ale bez powodzenia”.

Nutka smutku jest oczywista w tych słowach. I to nie jest przypadkowe. Towarzysz Shachtman, 

jak   już   wspominano,   wykazuje   o   wiele   większe   zainteresowanie   izolowanymi   literackimi   epizodami 
dawno temu zakończonych walk niż składem społecznym swojej własnej partii lub czytelników swojej 
własnej gazety.

VIII.

20 stycznia 1939 r., w liście który już cytowałem w związku z materializmem dialektycznym, 

jeszcze raz dotknąłem kwestii ciążenia towarzysza Shachtmana ku środowisku drobnomieszczańskiego 
bractwa literackiego.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 7 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

„Nie   mogę   zrozumieć,   dlaczego  «Socialist   Appeal»  prawie   lekceważy   partię   stalinowską.   Ta   partia 

przedstawia teraz sobą masę sprzeczności. Rozłamy są nieuchronne. Najbliższe ważne nabytki będą z pewnością 
pochodzić z partii stalinowskiej. Nasza polityczna uwaga powinna być skoncentrowana na niej. Powinniśmy – 
dzień   po   dniu   i   godzina   po   godzinie   –  śledzić   rozwój   jej   sprzeczności.   Ktoś   w   sztabie   powinien   poświęcić 
większość swego czasu ideom i działaniom stalinistów. Moglibyśmy sprowokować dyskusję i, jeśli to możliwe,  
publikować listy wahających się stalinistów.

To   byłoby   tysiąc   razy   ważniejsze   niż   zapraszanie   Eastmana,   Lyonsa   i   innych,   by   przedstawiali   swe 

indywidualne wypociny. Byłem trochę zdziwiony, dlaczego użyczyliście miejsca ostatniemu nie znaczącemu, a 
aroganckiemu artykułowi Eastmana. (...) Ale jestem absolutnie zakłopotany, że Wy osobiście  zapraszacie  tych 
ludzi, by plamili nie tak obszerne łamy gazety «New International». Uwiecznienie tej polemiki może interesować 
jakichś drobnomieszczańskich intelektualistów, lecz nie elementy rewolucyjne.

Żywię twarde przekonanie, że jest niezbędna pewna reorganizacja gazet «New International» i «Socialist 

Appeal»: więcej dystansu wobec Eastmana, Lyonsa i tak dalej; a bliżej robotników i, w tym sensie, do partii  
stalinowskiej”.

Ostatnie   wydarzenia   wykazały,   smutno   to   powiedzieć,   że   Shachtman   nie   odwrócił   się   od 

Eastmana i S-ki, lecz przeciwnie, zbliżył się do nich.

IX.

27 maja 1939 r. znów pisałem w sprawie charakteru gazety „Socialist Appeal”, w związku ze 

składem społecznym partii:

„Od niedawna widzę, że macie trudności z gazetą «Socialist Appeal». Jest ona naprawdę dobrze robiona z 

dziennikarskiego punktu widzenia; ale jest to gazeta dla robotników, a nie gazeta robotników.

Wygląda to tak, że gazeta jest rozdzielona między różnych autorów, każdy z nich jest bardzo dobry, ale  

jako kolektyw oni nie dopuszczają robotników na łamy gazety. Każdy z nich pisze dla robotników (i pisze bardzo 
dobrze), ale nikt nie chce słuchać robotników. Pomimo swej błyskotliwości literackiej do pewnego stopnia ta 
gazeta staje się ofiarą dziennikarskiej rutyny. Nie słuchacie zupełnie, jak robotnicy żyją, walczą, ścierają się z  
policją czy piją whisky.  Jest  to bardzo niebezpieczne dla gazety jako rewolucyjnego narzędzia partii. Zadaniem 
nie jest robienie gazety połączonymi siłami doświadczonej redakcji, lecz ośmielanie robotników, by mówili sami 
za siebie.

Radykalna i odważna zmiana jest niezbędna jako warunek sukcesu.
Oczywiście, nie jest to jedynie kwestia gazety, ale całego kursu polityki. Nadal jestem zdania, że macie za 

dużo drobnomieszczańskich chłopców i dziewcząt, którzy są bardzo dobrzy i oddani partii, ale nie w pełni zdają 
sobie sprawę, że ich obowiązkiem nie jest dyskutowanie między sobą, lecz przenikanie do świeżego środowiska 
robotników. Powtarzam swoją propozycję: każdy drobnomieszczański członek partii, który w określonym czasie, 
powiedzmy trzech czy sześciu miesięcy, nie zdobędzie robotnika dla partii, powinien być zdegradowany do rangi 
kandydata   i   po   kolejnych   trzech   miesiącach   wyrzucony   z   partii.   W   pewnych   wypadkach   mogłoby  to  być 
niesprawiedliwe, ale partia jako całość doznałaby zbawiennego wstrząsu, którego bardzo potrzebuje. Prawdziwie 
radykalna zmiana jest niezbędna”.

Proponując takie drakońskie posunięcia, jak wyrzucenie tych drobnomieszczańskich elementów 

niezdolnych do przywiązania się do robotników, nie miałem na myśli „obrony” frakcji Cannona, lecz 
ratowanie partii przed degeneracją.

X.

Komentując sceptyczne głosy z Socjalistycznej Partii Robotniczej, które doszły do moich uszu, 

pisałem do towarzysza Cannona 16 czerwca 1939 r.:

„Sytuacja  grożąca  wojną,  zaostrzenie  nacjonalizmu  i  tak dalej,  jest  naturalną  przeszkodą  dla  naszego 

rozwoju i głęboką przyczyną depresji w naszych szeregach. Ale teraz trzeba podkreślić to, że  im bardziej partia  
jest drobnomieszczańska w swym składzie, tym bardziej jest zależna od zmian w oficjalnej opinii publicznej 
. To 
dodatkowy argument za niezbędnością odważnej i aktywnej reorientacji w kierunku mas.

Pesymistyczne   rozumowanie,   o   którym   wspominacie   w   swoim   artykule,   jest   oczywiście 

odzwierciedleniem   patriotycznego,   nacjonalistycznego   nacisku   oficjalnej   opinii   publicznej:  «Jeśli   faszyzm 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 8 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

zwycięży we Francji, jeśli faszyzm zwycięży w Anglii...» i tak dalej. Zwycięstwa faszyzmu są ważne, ale agonia 
kapitalizmu jest ważniejsza”.

Kwestia   zależności   drobnomieszczańskiego   skrzydła   partii   od   oficjalnej   opinii   publicznej 

konsekwentnie została postawiona parę miesięcy przed tym, zanim obecna dyskusja się zaczęła i zupełnie 
nie została przywołana sztucznie w celu zdyskredytowania opozycji.

* * *

Towarzysz   Shachtman   domagał   się,   żebym   dostarczył   „przykładów”   drobnomieszczańskich 

skłonności wśród przywódców opozycji w minionym okresie. Poszedłem tak daleko w odpowiadaniu na 
to żądanie, że wydzieliłem z przywódców opozycji samego towarzysza Shachtmana. Jestem daleki od 
wyczerpania materiałów będących w mojej dyspozycji. Dwa listy – jeden Shachtmana, drugi mój – które 
są może bardziej interesujące jako „przykłady”, będę obecnie cytował w związku z czym innym. Niech 
Shachtman nie sprzeciwia się, że lapsusy i pomyłki, których ta korespondencja dotyczy, podobnie mogą 
być odniesione do innych towarzyszy, włącznie z przedstawicielami obecnej większości. To możliwe. To 
prawdopodobne. Ale nazwisko Shachtmana nie powtarza się w tej korespondencji przypadkowo. Gdzie 
inni popełnili epizodyczne błędy, Shachtman przejawił skłonność.

W każdym wypadku, wbrew temu co Shachtman teraz twierdzi o moich rzekomych „nagłych” i 

„nieoczekiwanych”   ocenach,   jestem   zdolny,   z   dokumentami   w   ręku,   udowodnić   –   i   sądzę,   że 
udowodniłem   –   że   mój   artykuł   o   „Drobnomieszczańskiej   opozycji”

1

  nie   uczynił   nic   więcej   niż 

podsumowanie mojej korespondencji z Nowym Jorkiem w ciągu ostatnich trzech lat. (A tak naprawdę to 
dziesięciu). Shachtman prawdziwie demonstracyjnie prosił o „przykłady”. Dałem mu „przykłady”. One 
przemawiają całkowicie przeciw Shachtmanowi.

Filozoficzna koalicja przeciw marksizmowi

Kręgi opozycji uważają za możliwe twierdzić, że kwestia materializmu dialektycznego została 

wprowadzona   przeze   mnie   jedynie   dlatego,   że   brakowało   mi   odpowiedzi   na   „konkretne”   kwestie 
Finlandii, Łotwy, Indii, Afganistanu, Beludżystanu i tak dalej. Ten argument, pozbawiony sam przez się 
wszelkiej wartości, mimo to jest interesujący przez to, że charakteryzuje poziom pewnych indywiduów w 
opozycji, ich postawę wobec teorii i wobec elementarnej lojalności ideologicznej. Dlatego nie będzie 
niewłaściwe odnieść się do faktu, że moja pierwsza poważna rozmowa z towarzyszami Shachtmanem i 
Wardem, w pociągu, bezpośrednio po moim przybyciu do Meksyku w styczniu 1937 r., była poświęcona 
niezbędności   ciągłego   propagowania   materializmu   dialektycznego.   Po   rozłamie  naszej   amerykańskiej 
sekcji z Partią Socjalistyczną nalegałem silniej na jak najwcześniejsze rozpoczęcie wydawania organu 
teoretycznego, mając znów na myśli potrzebę edukowania partii, po pierwsze i przede wszystkim nowych 
członków, w duchu materializmu dialektycznego. W Stanach Zjednoczonych – pisałem w tym czasie – 
gdzie burżuazja systematycznie wpaja robotnikom wulgarny empiryzm, bardziej niż gdziekolwiek indziej 
jest niezbędnie przyspieszenie podnoszenia ruchu na właściwy poziom teoretyczny. 20 stycznia 1939 r. 
pisałem   do   towarzysza   Shachtmana   w   sprawie   jego   artykułu,   napisanego   wspólnie   z   towarzyszem 
Burnhamem, pt. „Inteligenci w odwrocie”:

„Część o dialektyce jest największym ciosem, jaki Wy osobiście jako redaktor gazety «New International» 

mogliście zadać teorii marksistowskiej. (...) Dobrze. Będziemy o tym mówić publicznie”.

W   ten   sposób   rok   temu   otwarcie   powiadomiłem   wcześniej   Shachtmana,   że   miałem   zamiar 

odważyć się na publiczną walkę przeciw jego eklektycznym skłonnościom. W tym czasie nie było żadnej 
mowy o nadchodzącej opozycji; w każdym razie byłem jak najdalszy od przypuszczenia, że filozoficzna 
koalicja przeciw marksizmowi przygotowała grunt dla politycznej koalicji przeciw programowi Czwartej 
Międzynarodówki.

1

  Chodzi   o   artykuł   „Drobnomieszczańska   opozycja   w   Socjalistycznej   Partii   Robotniczej   Stanów   Zjednoczonych” 

opublikowany na stronach internetowych Samokształceniowego Koła Filozofii Marksistowskiej. – Red.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 9 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Charakter   różnic,   które   wypłynęły   na   powierzchnię,   jedynie   potwierdziły  moje   wcześniejsze 

obawy i pod względem składu społecznego partii, i pod względem teoretycznej edukacji kadr. Tam nie 
było   nic,   co   by   wymagało   zmiany   myśli   czy   „sztucznego”   wprowadzania.   Oto   jak   sprawy   stały   w 
rzeczywistości.   Pozwólcie   mi   jeszcze   dodać,   że   czuję   się   trochę   zmieszany   faktem,   iż   jest   prawie 
niezbędne   usprawiedliwianie   się   z   występowania   w   obronie   marksizmu   w   jednej   z   sekcji   Czwartej 
Międzynarodówki.

W swoim  „Liście  otwartym”  Shachtman  powołuje się między innymi  na to, że tow. Vincent 

Dunne wyrażał swe zadowolenie z powodu artykułu o inteligentach. Ale przecież i ja wyrażałem się o 
nim bardzo chwalebnie:  „Wiele rozdziałów jest wybitnych”. Jednak, jak mówi rosyjskie  przysłowie, 
łyżka dziegciu może zepsuć beczkę miodu. Właśnie o tej łyżce dziegciu mówimy. Rozdział poświęcony 
materializmowi dialektycznemu zawiera w sobie szereg potwornych z marksistowskiego punktu widzenia 
myśli, których celem było, jak teraz jest jasne, przygotowanie koalicji politycznej. W obliczu tego uporu, 
z jakim Shachtman powtarza, że czepiam się tego artykułu bez podstaw, przytoczę znów główne miejsce 
interesującego nas rozdziału:

„(...)  nikt nie udowodnił do tej pory, że zgoda czy niezgoda w stosunku do najbardziej abstrakcyjnych  

doktryn materializmu dialektycznego musi oddziaływać (!) na dzisiejsze i jutrzejsze konkretne kwestie polityczne  
– a partie polityczne, programy i walki oparte są na takich konkretnych kwestiach”. („The New International”,  
styczeń 1939 r., str. 7).

Czyż to jedno nie wystarczy? Poraża przede wszystkim niegodne proletariackich rewolucjonistów 

sformułowanie: „partie polityczne, programy i walki oparte są na takich konkretnych kwestiach”. Jakie 
partie? Jakie programy? Jakie walki? Wszystkie partie i wszystkie programy wyciągnięte są tu przed 
nawias. Partia proletariatu nie jest partią jak inne. Ona wcale nie jest oparta na „takich praktycznych 
kwestiach”.   Ona   w   samej   swej   podstawie   jest   przeciwstawna   partiom   burżuazyjnych   geszefciarzy   i 
drobnomieszczańskich   łataczy.   Ona   ma   za   zadanie   przygotować   przewrót   społeczny   i   odrodzenie 
ludzkości   na   nowych   podstawach   materialnych   i   moralnych.   Żeby   nie   złamać   się   pod   ciśnieniem 
burżuazyjnej opinii  publicznej  i represji policyjnych, proletariackiemu rewolucjoniście,  a  tym bardziej 
wodzowi, potrzebny jest jasny, wszechstronny, do końca przemyślany światopogląd. Tylko na podstawie 
całościowej koncepcji marksistowskiej możliwe jest poprawne podejście do „konkretnych” kwestii.

Właśnie tu zaczyna się zdrada Shachtmana – nie zwykła pomyłka, jak chciałem mieć nadzieję w 

połowie   zeszłego   roku,   lecz   po   prostu   zdrada   teoretyczna,   jak   widać   teraz.   W   ślad   za   Burnhamem 
Shachtman poucza młodą partię rewolucyjną, jakoby „nikt nie udowodnił”, że materializm dialektyczny 
oddziaływa na działalność polityczną partii. „Nikt nie udowodnił”, innymi słowy, że marksizm przynosi 
pożytek   walce   proletariatu,   że   w   konsekwencji   partia   nie   może   mieć   motywów,   by   przyswajać 
materializm dialektyczny i bronić go. Jest to odrzucenie marksizmu, metody naukowej w ogóle, żałosna 
kapitulacja przed empiryzmem. Na tym właśnie polega filozoficzna koalicja Shachtmana z Burnhamem, a 
przez Burnhama – z wyjadaczami „nauki” burżuazyjnej. Właśnie o tym, i tylko o tym, mówiłem w swym 
liście z 20 stycznia zeszłego roku.

5 marca Shachtman odpowiedział:

„Przeczytałem jeszcze raz styczniowy artykuł Burnhama i mój, do którego się odnosicie, i chociaż w 

świetle tego, co napisaliście, może zaproponowałbym inne sformułowanie tu (!) i tam (!), gdybyśmy mieli ten 
artykuł pisać jeszcze raz, to nie mogę się zgodzić z istotą Waszej krytyki”.

Ta odpowiedź, jak zawsze u Shachtmana w poważnych sytuacjach, w rzeczywistości nie wyraża 

nic w ogóle; ciągle  jednak  sprawia wrażenie, że Shachtman pozostawił sobie otwartą drogę odwrotu. 
Dziś, ogarnięty frakcyjnym szaleństwem, obiecuje „robić to znów i znów jutro”. Robić co? Kapitulować 
przed „nauką” burżuazyjną? Odrzucać marksizm?

Shachtman obszernie objaśnia mi (na ile ma do tego podstawy, zobaczymy dalej) pożytek z tych 

czy innych koalicji politycznych. Ja jednak mówię o szkodliwości zdrad teoretycznych. Koalicja może być 
usprawiedliwiona   albo   nie,   to   zależy   od   jej   treści   i   warunków.   Zdrada   teoretyczna   nie   może   być 
usprawiedliwiona żadną koalicją. Shachtman powołuje się na to, że jego artykuł ma czysto polityczny 
charakter.   Ja   nie   mówię   o   artykule,   lecz   o   tym   rozdziale,   który   zawiera   w   sobie   wyrzeczenie   się 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 10 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

marksizmu.   Jeśliby   w   podręczniku   fizyki   zawierały   się   wszystkiego   dwie   linijki   o   Bogu   jako   o 
poruszającym początku, to miałbym prawo wywnioskować, że autor jest obskurantem.

Shachtman nie odpowiada na ten zarzut, ale próbuje odwrócić uwagę przez zwrócenie się do 

spraw   nieznaczących.   Pyta   on:   „W   czym   to,   co   nazywacie   moją  «koalicją   z   Burnhamem   w   sferze 
filozofii», różni się od koalicji Lenina z Bogdanowem? Dlaczego ta ostatnia była pryncypialna, a nasza 
niepryncypialna?   Byłbym   bardzo   zainteresowany   poznaniem   odpowiedzi   na   to   pytanie”.   Będę   się 
zajmował teraz polityczną różnicą, czy raczej politycznym biegunowym przeciwieństwem między tymi 
dwoma   koalicjami.   Jesteśmy   tu   zainteresowani   kwestią   metody   marksistowskiej.   Gdzie   jest   różnica, 
pytacie.   W   tym,   że   Lenin   nigdy   nie   deklamował,   dla   przyjemności   Bogdanowa,   że   materializm 
dialektyczny jest zbyteczny w rozwiązywaniu „konkretnych kwestii  politycznych”. W tym, że Lenin 
nigdy nie mieszał teoretycznie partii bolszewickiej z partiami w ogóle. On był organicznie niezdolny do 
pogrążania się w takich abominacjach. I nie on jeden, ale nikt z poważnych bolszewików. To jest różnica. 
Rozumiecie?   Shachtman   sarkastycznie   obiecywał   mi,   że   byłby   „zainteresowany”   jasną   odpowiedzią. 
Odpowiedź, jak sądzę, została udzielona. „Zainteresowania” nie wymagam.

Abstrakt i konkret, ekonomia i polityka

Najbardziej płaczliwą częścią płaczliwej pracy Shachtmana jest rozdział „Państwo a charakter 

wojny”. Autor w nim pisze:

„Jakie jest nasze stanowisko?  Po prostu takie: niemożliwe jest wyprowadzenie  wprost naszej polityki w 

stosunku do  określonej  wojny z  abstrakcyjnej  charakterystyki klasowego charakteru państwa, wciągniętego do 
wojny, ściślej z form własności panujących w tym państwie. Nasza polityka powinna wypływać z  konkretnej 
analizy   charakteru   wojny   w   stosunku   do   interesów   międzynarodowej   rewolucji   socjalistycznej”   (str.   7, 
podkreślenia moje).

Cóż to za gmatwanina! Cóż to za kłębek sofizmatów! Jeśli niemożliwe jest wyprowadzić naszą 

politykę  wprost  z   klasowego   charakteru   państwa,   to   dlaczego   nie   wolno   tego   zrobić   z  nie-wprost
Dlaczego analiza charakteru państwa musi pozostawać abstrakcyjna, kiedy analiza charakteru wojny musi 
być konkretna? Formalnie równie dobrze, a w istocie nieporównanie słuszniej można by powiedzieć, że 
naszej polityki w stosunku do ZSRR nie można wyprowadzać z abstrakcyjnej charakterystyki wojny jako 
„imperialistycznej”, lecz tylko z  konkretnej  analizy charakteru państwa w danej sytuacji historycznej. 
Podstawowy sofizmat,  na którym Shachtman buduje wszystkie pozostałe, jest prosty: ponieważ baza 
ekonomiczna   określa   zjawiska   nadbudowy   nie  bezpośrednio;   ponieważ   sama   tylko   klasowa 
charakterystyka państwa dla rozwiązywania praktycznych zadań nie wystarczy, to... możemy się obejść 
bez   analizy   ekonomii   i   klasowej   natury   państwa,  zastępując   je,  jak   się   wyraża   Shachtman   w  swym 
dziennikarskim żargonie, „realiami żywych wydarzeń” (ibidem, str. 14).

To samo podejście, które Shachtman uruchomił dla usprawiedliwienia swej koalicji filozoficznej z 

Burnhamem (materializm dialektyczny nie określa bezpośrednio naszej polityki, w konsekwencji... on 
ogóle
 nie oddziaływa na „konkretne zadania polityczne”) powtarza się tu, słowo w słowo, w stosunku do 
socjologii Marksa: ponieważ formy własności nie określają bezpośrednio polityki rządu, to można w 
ogóle wyrzucić za burtę socjologię Marksa przy określaniu „konkretnych zadań politycznych”.

Dlaczegóżby nie pójść dalej? Ponieważ prawo wartości nie określa cen „wprost” i „bezpośrednio”, 

ponieważ prawa doboru naturalnego nie określają „wprost” i „bezpośrednio” narodzin prosiaka, ponieważ 
prawo ciążenia nie określa „wprost” i „bezpośrednio” spadnięcia pijanego policjanta ze schodów, to... to 
skażmy   Marksa,  Darwina,  Newtona  i   wszystkich   innych  miłośników   „abstrakcji”   na  pokrywanie   się 
kurzem na półkach! To nie jest nic innego, jak uroczysty pogrzeb nauki, bo cała droga jej rozwoju biegnie 
od   przyczyn   „wprost”   i   „bezpośrednich”   do   bardziej   oddalonych   i   głębokich,   od   różnorodności   i 
pstrokacizny zjawisk – do jedności sił poruszających.

Prawo wartości określa ceny nie bezpośrednio, ale określa je. Takie „konkretne” zjawiska, jak 

bankructwo New Dealu, wyjaśnia w ostatniej instancji „abstrakcyjne” prawo wartości. Roosevelt tego nie 
wie, ale marksista nie może tego nie wiedzieć. Nie bezpośrednio, lecz przez cały szereg pośrednich 
czynników i ich wzajemnych oddziaływań formy własności określają nie tylko politykę, ale i moralność. 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 11 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Ten proletariacki polityk, który usiłuje ignorować klasową naturę państwa, nieuchronnie skończy tak 
samo, jak policjant, który ignoruje prawo ciążenia, to jest rozbije sobie nos.

Shachtman widać nie zdaje sobie sprawy z różnicy między abstraktem a konkretem. Dążąc do 

konkretności,   nasze   myślenie   operuje   abstrakcjami.   Nawet   „ten”,   „dany”,   „konkretny”   pies   jest 
abstrakcją, dlatego że zdąży  on  zmienić się, na przykład spuścić ogon, w tym „momencie”, kiedy my 
wskazujemy   na  niego   palcem.  Konkretność  jest  pojęciem  względnym,   a nie   absolutnym:   to,  co  jest 
konkretne w jednym wypadku, w innym okazuje się abstrakcyjne, to jest niedostatecznie określone dla 
danego celu. Żeby otrzymać pojęcie dostatecznie „konkretne”  dla danej potrzeby, trzeba połączyć w 
jedno kilka abstrakcji – jak po to, żeby odtworzyć w filmie kawałek życia, które jest ruchem, trzeba 
połączyć szereg nieruchomych fotografii.

Konkret jest kombinacją abstrakcji – nie dowolną czy subiektywną kombinacją, lecz taką, która 

odpowiada prawom ruchu danego zjawiska.

„Interesy   międzynarodowej   rewolucji   socjalistycznej”,   do   których   odwołuje   się   Shachtman, 

przedstawiają   sobą   w   danym   wypadku   najgorszą   z   abstrakcji.   Kwestia,   która   nas   zajmuje,   właśnie 
przecież na tym polega, jaką konkretną drogą można służyć interesom rewolucji. Nie zaszkodzi także 
przypomnieć, że rewolucja socjalistyczna ma za zadanie stworzyć państwo robotnicze. Zanim powiemy o 
rewolucji socjalistycznej, trzeba w konsekwencji nauczyć się rozróżniać takie „abstrakcje”, jak burżuazja 
i proletariat, państwo kapitalistyczne i państwo robotnicze.

W   istocie   nadaremnie   Shachtman   traci   swój   i   cudzy   czas   na   udowadnianie   tego,   że 

znacjonalizowana własność nie określa „sama przez się”, „automatycznie”,  „wprost”, „bezpośrednio” 
polityki   Kremla.   W   kwestii   tego,   jaką   drogą   „baza”   ekonomiczna   określa   „nadbudowę”   polityczną, 
prawną,   filozoficzną,   artystyczną   i   inne,   istnieje   bogata   literatura   marksistowska.   Pogląd,   jakoby 
ekonomia wprost i bezpośrednio określała twórczość kompozytora czy chociażby werdykty sędziego, 
przedstawia   sobą   starą   karykaturę   marksizmu,   którą   burżuazyjna   profesura   wszystkich   krajów 
nieuchronnie puszczała w ruch, żeby przykryć swą impotencję umysłową

2

.

Co się tyczy bezpośrednio zajmującej nas kwestii: o wzajemnym stosunku między społecznymi 

podstawami państwa radzieckiego a polityką Kremla, to przypomnę zapominalskiemu Shachtmanowi, że 
mija 17 lat, odkąd zaczęliśmy otwarcie stwierdzać wzrastającą  sprzeczność  między położonym przez 
rewolucję   fundamentem   a   tendencjami   rządowej   „nadbudowy”.   Krok   po   kroku   śledziliśmy   wzrost 
niezależności biurokracji od radzieckiego proletariatu i wzrost jej zależności od innych klas i grup, tak 
wewnątrz kraju, jak i poza nim. Co mianowicie Shachtman życzy sobie dodać w tej dziedzinie do tej 
analizy, która już jest wykonana?

Jednak,   choć   ekonomia   określa   politykę   nie-wprost   i  niebezpośrednio,   lecz   tylko   w   ostatniej 

instancji, mimo wszystko ją określa. Właśnie tak twierdzą marksiści w przeciwieństwie do burżuazyjnych 
profesorów i ich uczniów. Analizując i demaskując wzrastającą polityczną niezależność biurokracji od 
proletariatu,   nigdy   nie   traciliśmy   z   oczu   obiektywnych   społecznych   granic   tej   „niezależności”, 
mianowicie znacjonalizowanej własności, uzupełnianej przez monopol handlu zagranicznego.

Porażająca sprawa! Shachtman wciąż podtrzymuje hasło rewolucji politycznej przeciw radzieckiej 

biurokracji. Czy przemyślał on kiedykolwiek poważnie sens tego hasła? Jeślibyśmy uważali, że podstawy 
społeczne, położone przez rewolucję październikową, „automatycznie” przejawiają się w polityce rządu, 
do   czego   wtedy   potrzebna   by   była  rewolucja  przeciw   biurokracji?   Z   drugiej   strony,   jeśliby   ZSRR 
ostatecznie przestał być państwem robotniczym, chodziłoby nie o rewolucję polityczną, lecz o społeczną
W konsekwencji  Shachtman  wciąż broni hasła, które wypływa: 1) z charakteru ZSRR  jako państwa 
robotniczego,   i   2)   z   nieprzejednanego   antagonizmu   między   społecznymi   podstawami   państwa   a 
biurokracją. Ale powtarzając to hasło podkopuje on jego teoretyczne podstawy. Czy nie po to, żeby 
jeszcze raz zademonstrować niezależność swojej polityki od naukowych „abstrakcji”?

Pod pozorem walki z burżuazyjną karykaturą materializmu dialektycznego Shachtman otwiera na 

oścież drzwi idealizmowi historycznemu. Formy własności i klasowy charakter państwa okazują się dla 
niego faktycznie  obojętne  dla polityki rządu. Samo państwo występuje jako jednostka nieznanej płci. 
Utwierdziwszy się na tym fundamencie z kurzych pierzy, Shachtman bardzo sugestywnie objaśnia nam – 

2

  Młodym  towarzyszom  polecam  przestudiowanie tego zagadnienia poprzez prace Engelsa (Anty-Dühring), Plechanowa i 

Antonio Labrioli. – Przypis autora.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 12 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

teraz, w 1940 r. – że oprócz znacjonalizowanej własności istnieje jeszcze bonapartystyczna swołocz i jej 
reakcyjna   polityka.   Jakie   to   nowe!   Czy   nie   wydało   się   Shachtmanowi   przypadkiem,   że   trafił   do 
dziecinnego pokoju?

Shachtman usiłuje zawrzeć koalicję także z Leninem

Żeby ukryć swe niezrozumienie istoty kwestii natury państwa radzieckiego, Shachtman uczepił się 

słów, które Lenin skierował przeciw mnie 30 grudnia 1920 r., w czasie tak zwanej dyskusji o związkach 
zawodowych:

„Towarzysz Trocki mówi o państwie robotniczym. Wybaczcie, to jest abstrakcja. (...) Mamy państwo w 

istocie   nie   robotnicze,   lecz   robotniczo-chłopskie.   (...)   Nasze   obecne   państwo   jest   takie,   że   powszechnie 
zorganizowany   proletariat   bronić   się   powinien,   a   my   powinniśmy   te   organizacje   robotnicze   wykorzystać   dla  
obrony robotników przed własnym państwem i dla obrony przez robotników naszego państwa”.

Przytaczając   ten   cytat   i   spiesząc   oświadczyć,   że   ja   powtarzam   swą   „pomyłkę”   z   1920   r., 

Shachtman nie zdążył zauważyć zawartej w cytacie kapitalnej pomyłki w określeniu natury państwa 
radzieckiego. 19 stycznia sam Lenin pisał w sprawie swego przemówienia z 30 grudnia:

„Powiedziałem: «Mamy państwo w istocie nie robotnicze, lecz robotniczo-chłopskie». (...) Czytając teraz 

sprawozdanie z dyskusji, widzę, że nie miałem racji. (...) Powinienem był powiedzieć: «Państwo robotnicze jest 
abstrakcją. W rzeczywistości mamy państwo robotnicze po pierwsze z tą osobliwością, że w kraju przeważa nie  
robotnicza, lecz chłopska ludność, i po drugie, jest to państwo robotnicze z odchyleniem biurokratycznym»”.

Z  całego  tego   epizodu  wynikają  dwa  wnioski:  Lenin  przydawał  tak  duże  znaczenie  ścisłemu 

socjologicznemu   określeniu   państwa,   że   uznał   za   potrzebne   sam   siebie   poprawić   w   czasie   gorącej 
polemiki! A Shachtman tak mało interesuje się klasową naturą państwa radzieckiego, że nie zauważył ani 
pomyłki Lenina, ani jego poprawki przez 20 lat!

Nie będę się zatrzymywać na kwestii tego, w jakim stopniu poprawnie Lenin skierował swój 

argument przeciwko mnie. Myślę, że niepoprawnie: w określeniu państwa się z nim nie różniłem. Ale nie 
o to teraz chodzi. Teoretyczne postawienie kwestii państwa dane przez Lenina w przytoczonym cytacie – 
z tą kapitalną poprawką, którą on sam wniósł po paru dniach – jest zupełnie poprawne. Posłuchajmy 
jednak, jaki niewiarygodny użytek robi z określenia Lenina Shachtman.

„Zupełnie tak samo, jak 20 lat temu – pisze on – można było o terminie  «państwo robotnicze» mówić jako 

o abstrakcji, tak samo dziś można mówić jako o abstrakcji o terminie  «zdegenerowane państwo robotnicze»” 
(ibidem, str. 14).

Teraz jest jasne,  że  Shachtman zupełnie nie zrozumiał Lenina. 20 lat temu zupełnie nie można 

było mówić o terminie „państwo robotnicze” jako o abstrakcji w ogóle, to jest jako o czymś nierealnym 
czy   nieistotnym.   Określenie   „państwo   robotnicze”,   będąc   samo   przez   się   poprawne,   w   stosunku   do 
określonego zadania, mianowicie obrony robotników przez związki zawodowe, było niedostateczne i, w 
tym sensie, abstrakcyjne. Jednak w stosunku do kwestii obrony ZSRR przed imperializmem to samo 
określenie  było w 1920 r., jak  jest  i teraz, niewzruszonym konkretem,  zobowiązując robotników do 
obrony danego państwa.

Shachtman się nie zgadza. Pisze on:

„Zupełnie tak samo, jak niegdyś było niezbędne, w związku z kwestią związków zawodowych, mówić 

konkretnie, jakiego rodzaju państwo robotnicze istnieje w Związku Radzieckim, tak teraz niezbędne jest ustalenie,  
w   związku   z   obecną   wojną,  stopnia  degeneracji   państwa   robotniczego.   (...)   A  stopień  degeneracji   państwa 
robotniczego   może   zostać   ustalony   nie   abstrakcyjnym   powoływaniem   się   na   istnienie   znacjonalizowanej 
własności, lecz tylko drogą obserwowania realności (!) żywych (!) wydarzeń(!)”.

Z takiego punktu widzenia pozostaje całkowicie niezrozumiałe, dlaczego dla 1920 r. kwestię o 

naturze ZSRR bierze się w związku ze związkami zawodowymi, to jest partykularną, wewnętrzną kwestią 
reżimu, a teraz – w związku z obroną ZSRR, to jest w związku z całym losem państwa. W jednym 
wypadku robotnicze państwo przeciwstawia się robotnikom, w drugim wypadku – imperialistom. Nie 
dziwota, że analogia kuleje na obie nogi; to co Lenin przeciwstawiał, Shachtman utożsamia.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 13 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Ale nawet jeśli przyjąć słowa Shachtmana za dobrą monetę, to wychodzi, że u niego mowa jest 

tylko o  stopniu degeneracji  (czego? państwa robotniczego?), to jest o różnicach ilościowych w ocenie. 
Przypuśćmy,   że   Shachtman   ściślej   ustalił   (gdzie?)   „stopień”,   niż   my.   W   jaki   jednak   sposób   czysto 
ilościowe różnice w ocenie degeneracji państwa robotniczego mogą wpływać na rozstrzygnięcie kwestii 
obrony   ZSRR?   Pojąć   tego   zupełnie   nie   można.   W   istocie   Shachtman   wierny   eklektyzmowi,   to   jest 
samemu sobie, włączył kwestię „stopnia” tylko po to, żeby spróbować zachować równowagę między 
Abernem a Burnhamem. Rzeczywisty spór toczy się wcale nie o  stopień, który określany jest przez 
„realia żywych wydarzeń” (jaka ścisła, „naukowa”, „konkretna”, „empiryczna” terminologia!), lecz o to, 
czy zmiany ilościowe przeszły w jakościowe, to jest, czy ZSRR pozostaje państwem robotniczym, choć 
zdegenerowanym, czy przekształcił się nowy typ państwa eksploatatorskiego.

Na to podstawowe pytanie Shachtman odpowiedzi nie ma, nie czuje jej potrzeby. Jego dowód jest 

po prostu powtarzaniem słów Lenina, wypowiedzianych w związku z czym innym, które miały inną treść 
i zawierały w sobie po prostu pomyłkę. Lenin, w poprawionej wersji, mówi: „dane państwo nie jest po 
prostu państwem robotniczym, lecz państwem robotniczym z biurokratycznym odchyleniem”. Shachtman 
pisze: „dane państwo nie jest po prostu zdegenerowanym państwem robotniczym, lecz...” i dalej nic nie 
mówi. I mówca, i słuchacze zostają z otwartymi ustami.

Co nasz program rozumie przez „zdegenerowane państwo robotnicze”? Na to pytanie odpowiada 

on   z   tym   stopniem   konkretności,   który  jest   zupełnie   dostateczny  dla   rozstrzygnięcia   kwestii   obrony 
ZSRR, a mianowicie: 1) te cechy, które były w 1920 r. „biurokratycznym odchyleniem”, stały się teraz 
samodzielnym   systemem   biurokratycznym,   który   pożarł   Rady;   2)   dyktatura   biurokracji,   nie   do 
pogodzenia z wewnętrznymi i międzynarodowymi zadaniami socjalizmu, wniosła i wciąż wnosi głębokie 
odchylenia   także   w   gospodarkę   kraju;   3)   zasadniczo   jednak   system   gospodarki   planowej,   na   bazie 
państwowych środków produkcji, zachował się i wciąż pozostaje wielką zdobyczą ludzkości. Porażka 
ZSRR w wojnie z imperializmem oznaczałaby likwidację nie biurokratycznej dyktatury, lecz państwowej 
gospodarki planowej; rozczłonkowanie kraju na sfery wpływów; nowe utrwalenie imperializmu; nowe 
osłabienie światowego proletariatu.

Z   tej   okoliczności,  że   „biurokratyczne   odchylenie”   wyrosło   w   system   biurokratycznego 

samodzierżawia, wyciągamy ten wniosek, że obrona robotników przy pomocy związków zawodowych 
(które uległy tej samej degeneracji, co i państwo) dziś, w odróżnieniu od 1920 r., jest zupełnie nierealna; 
niezbędne jest obalenie biurokracji; zadanie to jest wykonalne tylko przez stworzenie nielegalnej partii 
bolszewickiej w ZSRR.

Z tej okoliczności, że degeneracja systemu politycznego jeszcze nie doprowadziła do zniszczenia 

planowej   gospodarki   państwowej,   wyciągamy   ten   wniosek,   że   obowiązkiem   proletariatu   światowego 
pozostaje obrona ZSRR przed imperializmem i pomoc dla proletariatu radzieckiego w jego walce przeciw 
burżuazji.

Cóż mianowicie znajduje Shachtman abstrakcyjnego w naszym określeniu ZSRR? Jakie konkretne 

uzupełnienia proponuje? Jeśli dialektyka uczy, że „prawda jest zawsze konkretna”, to prawo to odnosi się 
tak   samo   i   do   krytyki.   Nie   wystarczy   nazwać   określenia  abstrakcyjnym.   Trzeba   wskazać,   czego 
mianowicie mu brakuje. Inaczej sama krytyka staje się bezpłodna. Zamiast skonkretyzować czy zastąpić 
określenie, które ogłasza abstrakcją, Shachtman wstawia w to miejsce dziurę. To nie wystarczy. Dziurę, 
choćby i pretensjonalną, trzeba uznać za najgorszą ze wszystkich abstrakcji: można ją zapełnić każdą 
treścią. Nie dziwota, że dziura teoretyczna, zastępująca analizę klasową, rodzi politykę impresjonizmu i 
awanturnictwa.

„Skoncentrowana ekonomia”

Shachtman cytuje dalej słowa Lenina: „polityka jest skoncentrowaną ekonomią”, i w tym sensie 

polityka   „nie   może   mieć   pierwszeństwa   przed   ekonomią”.   Shachtman   robi   ze   słów   Lenina   ten 
umoralniający   wniosek   pod   moim   adresem,   że   ja,   patrzcie   no!,   interesuję   się   tylko   „ekonomią” 
(znacjonalizowanymi środkami produkcji) i przechodzę obok „polityki”. Ta druga próba wykorzystania 
Lenina nie jest lepsza od pierwszej. Pomyłka Shachtmana ma tu w istocie bezprzykładny charakter! Lenin 
chce   powiedzieć:   kiedy   ekonomiczne   procesy,   zadania,   interesy   przybierają  świadomy  i  uogólniony 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 14 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

(„skoncentrowany”) charakter, tym samym wchodzą one w dziedzinę polityki, tworząc jej istotę. W tym 
sensie   polityka,   jako   skoncentrowana   ekonomia,   wznosi   się   nad   powszednią,   rozdrobnioną,   nie 
uświadomioną, nie uogólnioną rzeczywistością ekonomiczną.

Poprawność polityki, z marksistowskiego punktu widzenia, określana jest właśnie przez to, w 

jakiej mierze ona głęboko i wszechstronnie „koncentruje” ekonomię, to jest wyraża postępowe tendencje 
jej rozwoju. Dlatego opieramy naszą politykę przede wszystkim na analizie form własności i stosunków 
klasowych. Bardziej szczegółowa i konkretna analiza czynników „nadbudowy” jest możliwa dla nas tylko 
na tym fundamencie teoretycznym. Tak na przykład, jeśli oskarżamy przeciwną frakcję o „biurokratyczny 
konserwatyzm”,   to   zaraz   już   szukamy   społecznych,   to   jest   klasowych   korzeni   tego   zjawiska.   W 
przeciwnym   wypadku   zostajemy   „platonicznymi”   marksistami,   jeśli   nie   hałaśliwymi   pozorantami   po 
prostu.

„Polityka jest skoncentrowaną ekonomią”. To twierdzenie odnosi się, trzeba założyć, także i do 

Kremla.   Albo   może,   jako   wyjątek   od   powszechnej   reguły,   polityka   rządu   moskiewskiego   jest   nie 
„skoncentrowaną   ekonomią”,   lecz   przejawem   wolnej   woli   biurokracji?   Nasza   próba   sprowadzenia 
polityki   Kremla   do   znacjonalizowanej   gospodarki   podzielonej   przez   interesy   biurokracji   wywołuje 
szalony odpór ze strony Shachtmana. Sam on  w  swym stosunku do ZSRR nie kieruje się świadomym 
uogólnieniem   ekonomii,   lecz   „obserwowaniem   realiów   żywych   wydarzeń”,   to   jest   sympatiami   i 
antypatiami; improwizuje na oko. Tę impresjonistyczną politykę przeciwstawia on naszej socjologicznie 
uzasadnionej polityce, oskarżając nas równocześnie o... ignorowanie polityki. To jest niewiarygodne, ale 
to   jest   fakt!   Rozumie   się,   w  ostatniej   instancji   chwiejna   i   kapryśna   polityka   Shachtmana   także   jest 
„skoncentrowanym” wyrazem ekonomii, ale niestety ekonomii zdeklasowanego drobnomieszczaństwa.

Odrzucenie kryterium klasowego

Przypomnijmy   znów   elementarz.   W   marksistowskiej   socjologii   punktem   wyjścia   analizy   jest 

klasowe określenie danego zjawiska: państwa, partii, kierunku filozoficznego, kierunku literackiego i in. 
Nagie określenie klasowe bywa jednak w większości wypadków niedostateczne, bo klasa składa się z 
różnych warstw, przechodzi przez różne etapy rozwoju, popada w różne warunki, podlega oddziaływaniu 
innych klas. Te czynniki drugiego i trzeciego rzędu trzeba koniecznie przywoływać dla pełni analizy, z 
osobna lub razem, w zależności od zamierzonego celu. Ale żadna analiza dla marksisty nie jest możliwa 
bez klasowej charakterystyki badanego zjawiska.

Kości i mięśnie nie wyczerpują anatomii zwierzęcia. Mimo to opis anatomiczny, który spróbuje 

„uciec” od kości i mięśni, zawiśnie w powietrzu. Wojna nie jest organem, lecz funkcją społeczeństwa, to 
jest jego klasy rządzącej. Nie można określać i studiować funkcji, nie znając organu, to jest państwa; nie 
można   naukowo   poznać   organu,   nie   znając   ogólnej   struktury   organizmu,   to   jest   społeczeństwa. 
Szkieletem   i   układem   mięśniowym   społeczeństwa   są   siły   wytwórcze   i   stosunki   klasowe   (stosunki 
własności).   Shachtman   uważa   za   możliwe   „konkretne”   studiowanie   funkcji,   mianowicie   wojny, 
niezależnie od prowadzącego ją organu, to jest państwa. Czyż to nie potworne?

Ta podstawowa pomyłka jest uzupełniana przez drugą, równie krzyczącą. Oderwawszy funkcję od 

organu, Shachtman w studiowaniu samej funkcji idzie wbrew swoim obietnicom nie od abstraktu do 
konkretu, lecz przeciwnie, rozpuszcza konkret w abstrakcie. Wojna imperialistyczna jest jedną z funkcji 
kapitału   finansowego,   to   jest   burżuazji   określonego   wieku,   opierającej   się   na   kapitale   określonej 
struktury,   mianowicie   kapitale   monopolistycznym.   Takie   określenie   jest   dostatecznie   konkretne   dla 
podstawowych   wniosków   politycznych.   Ale   rozciągając   termin   wojna  imperialistyczna  także   i   na 
państwo radzieckie, Shachtman sam sobie usuwa ziemię spod nóg. Żeby mieć choćby powierzchowne 
prawo nazywania tym samym mianem ekspansji kapitału finansowego i ekspansji państwa robotniczego, 
Shachtman zmuszony jest w ogóle odejść od struktury społecznej obu państw, ogłosiwszy ją... abstrakcją. 
Tak bawiąc się w chowanego z marksizmem, Shachtman konkret mianuje abstraktem, a abstrakt ma za 
konkret!

Ta oburzająca teoretycznie gra nie jest przypadkowa. Nazwać „imperializmem” wszelki zabór 

terytorialny jest gotów stanowczo każdy drobnomieszczanin w Stanach Zjednoczonych, szczególnie teraz, 
kiedy   Stany   Zjednoczone   nie   zajmują   się   nabytkami   terytorialnymi.   Ale   powiedzcie   temu   samemu 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 15 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

drobnomieszczaninowi, że imperializmem jest cała w ogóle polityka zagraniczna kapitału finansowego, 
niezależnie od tego, czy zajmuje się on w danym czasie aneksjami, czy „broni” Finlandii przed aneksjami 
– i nasz drobnomieszczanin odskoczy w świętym oburzeniu. Oczywiście, wodzowie opozycji całkowicie 
różnią  się od przeciętnego  drobnomieszczanina  swoimi  celami  i swoim  poziomem  politycznym.  Ale 
niestety korzenie myślenia mają wspólne. Drobnomieszczanin niezmiennie dąży do oderwania zjawisk 
politycznych od ich fundamentu społecznego, bo podejście klasowe do faktów jest organicznie wrogie 
sytuacji i wychowaniu drobnomieszczanina.

Koniunkturalny defetyzm, czyli jajko Kolumba

Sprawdźmy teraz w szczególnie ważnej kwestii, jak Shachtman rozprawia się z „realiami żywych 

wydarzeń” przy pomocy dziury teoretycznej. Pisze on:

„Nigdy   nie   popieraliśmy   polityki   międzynarodowej   Kremla.   (...)   Ale   co   to   jest   wojna?   Wojna   jest 

kontynuacją   polityki   innymi   środkami.   Dlaczegóż   więc   mielibyśmy   popierać   wojnę,   która   jest   kontynuacją 
polityki międzynarodowej, której nie popieraliśmy i nie popieramy?” (ibidem, str. 15).

Temu  rozumowaniu  nie można odmówić  celności.  W formie  nagiego sylogizmu  dana jest  tu 

skończona   teoria  defetyzmu.   Po   prostu   jajko   Kolumba!   Ponieważ   nigdy   nie   popieramy   polityki 
międzynarodowej Kremla, to nigdy nie powinniśmy bronić ZSRR. Więc czemu tego nie powiedzieć?

Politykę Kremla, wewnętrzną i zagraniczną, odrzucaliśmy przed paktem niemiecko-radzieckim i 

przed wtargnięciem Armii Czerwonej do Polski. To znaczy, że „realia wydarzeń” zeszłego roku nie mają 
tu  nic do rzeczy. Jeśli  w zeszłym roku byliśmy  obrońcami  w stosunku do ZSRR,  to tylko  wskutek 
niekonsekwencji. Shachtman rewiduje nie tylko teraźniejszą politykę Czwartej Międzynarodówki, ale i 
przeszłą. Skoro jesteśmy przeciw Stalinowi, znaczy powinniśmy być i przeciw ZSRR. Stalin takiego 
poglądu trzyma się już od dawna. Shachtman doszedł do tego wniosku dopiero niedawno. Z odrzucenia 
polityki Kremla wypływa pełny i nierozdzielny defetyzm. Tak również trzeba mówić!

Jednak Shachtmanowi nie starcza na to ducha. Jedną stronicę wcześniej pisze on:

„Mówiliśmy – mniejszość nadal tak twierdzi – że jeśli imperialiści zaatakują Związek Radziecki w celu 

zdruzgotania ostatnich zdobyczy rewolucji październikowej i przekształcenia Rosji w grupę kolonii, będziemy  
bronić Związku Radzieckiego bezwarunkowo” (str. 15).

Chwileczkę, chwileczkę, chwileczkę! Polityka międzynarodowa Kremla jest reakcyjna, wojna jest 

kontynuacją reakcyjnej polityki, nie możemy popierać reakcyjnej wojny. Jakoś nieoczekiwanie okazuje 
się, że jeśli źli imperialiści „napadną”, i jeśli będą mieli niegodny cel przekształcenia ZSRR w kolonię, 
wtedy, w tych wyjątkowych „warunkach”, Shachtman będzie bronić ZSRR... „bezwarunkowo”? Gdzie tu 
sens? Gdzie tu logika? Czy Shachtman, za przykładem Burnhama, także zalicza logikę do dziedziny 
religii i innych muzealnych przedmiotów?

Rozwiązanie  tej  gmatwaniny   polega   na   tym,   że   frazes:   „nigdy   nie   popieraliśmy   polityki 

międzynarodowej Kremla” jest abstrakcją; trzeba ją rozczłonkować i skonkretyzować. W swej polityce 
zagranicznej, jak i wewnętrznej, biurokracja broni przede wszystkim swoich pasożytniczych interesów. O 
tyle prowadzimy przeciw niej walkę na śmierć i życie. Ale w ostatniej instancji przez interesy biurokracji 
przebijają się, w skrajnie skażonej postaci, interesy państwa robotniczego. Tych interesów bronimy – 
swoimi metodami. I tak, my ostatecznie nie walczymy przeciw temu, że biurokracja chroni (po swojemu!) 
własność   państwową,   monopol   handlu   zagranicznego   czy   odmawia   płacenia   carskich   długów. 
Tymczasem w wojnie między ZSRR a światem kapitalistycznym – niezależnie od powodów wojny i 
„celów” tego czy innego rządu – będzie chodziło o los tych właśnie historycznych zdobyczy, których 
bronimy bezwarunkowo, to jest niezależnie od reakcyjnej polityki biurokracji. Kwestia sprowadza się w 
konsekwencji – w ostatniej i decydującej instancji – do klasowej natury ZSRR.

Politykę defetyzmu Lenin wyprowadzał z imperialistycznego charakteru wojny; ale na tym się nie 

zatrzymywał: imperialistyczny charakter wojny wyprowadzał z określonego stadium w rozwoju reżimu 
kapitalistycznego   i   jego   klasy   rządzącej.   Właśnie   dlatego,   że   charakter   wojny   jest   określany   przez 
klasowy charakter społeczeństwa i państwa, Lenin zalecał przy określaniu naszej polityki w stosunku do 
wojny imperialistycznej odchodzić od takich „konkretnych” okoliczności, jak demokracja i monarchia, 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 16 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

agresja i obrona narodowa. W przeciwieństwie do tego Shachtman proponuje nam defetyzm uzależnić od 
koniunkturalnych warunków. Klasowy charakter ZSRR  i Finlandii  dla tego defetyzmu  jest obojętny. 
Dostateczne  dla niego są  reakcyjne cechy biurokracji i „agresja”. Kiedy aeroplany i armaty z Anglii, 
Francji i Stanów Zjednoczonych wwozi się do Finlandii, to dla określenia polityki Shachtmana nie ma 
znaczenia. Ale kiedy do Finlandii wkroczą wojska angielskie, wtedy Shachtman wsadzi termometr pod 
pachę Chamberlainowi i określi, jakie ma on zamiary: czy tylko ratować Finlandię przed imperialistyczną 
polityką   Kremla,   czy   ponadto   jeszcze   obalić   „ostatnie   resztki   zdobyczy   rewolucji   październikowej”. 
Ściśle odpowiednio do wskazań termometru defetysta Shachtman gotów jest przekształcić się w obrońcę. 
Oto co znaczy wyrzec się abstrakcyjnych zasad na korzyć „realiów wydarzeń”!

Shachtman,   jak   już   widzieliśmy,   stale   domaga   się   cytowania   przykładów,   kiedy   i   gdzie   w 

przeszłości przywódcy opozycji przejawili drobnomieszczański oportunizm? Odpowiedź, którą już dałem 
mu w tym względzie, musi zostać uzupełniona tu dwoma listami, którymi wymieniliśmy się w kwestii 
obrony  i   metod  obrony   w  związku   z   wydarzeniami   rewolucji   hiszpańskiej.   18   września   1937   r. 
Shachtman napisał do mnie:

„Piszecie: «Gdybyśmy mieli członka w Kortezach, głosowałby przeciw budżetowi wojskowemu Negrina». 

Jeśli to nie pomyłka w druku, to wydaje mi się, że to  nielogiczny wniosek. Jeśli, jak wszyscy się zgadzamy, 
element wojny imperialistycznej nie jest dominujący w obecnym czasie w hiszpańskiej walce, i jeśli zamiast tego 
decydującym   elementem   jest   wciąż   walka   między   upadającą   demokracją   burżuazyjną,   ze   wszystkim   co   ona 
obejmuje, z jednej strony, a faszyzmem z drugiej, i dalej, jeśli jesteśmy obowiązani dawać militarne wsparcie 
walce   przeciw   faszyzmowi,   nie   rozumiemy,   jak   byłoby   możliwe   głosować   w   Kortezach   przeciw   budżetowi 
wojskowemu. (...) Gdyby bolszewik-leninista na froncie pod Huescą został zapytany przez towarzysza socjalistę, 
dlaczego jego przedstawiciel w Kortezach głosował przeciw propozycji Negrina, by przeznaczyć milion peset na  
zakup karabinów dla frontu, co by ten bolszewik-leninista odpowiedział? Nie wydaje mi się, żeby miał na to  
skuteczną odpowiedź” (Podkreślenie moje).

Ten list zdumiał mnie. Shachtman był gotów wyrazić zaufanie dla perfidnego rządu Negrina na tej 

czysto negatywnej podstawie, że „element wojny imperialistycznej” nie był dominujący w Hiszpanii.

20 września 1937 r. odpisałem Shachtmanowi:

„Głosowanie za budżetem wojskowym rządu Negrina oznacza głosowanie za politycznym zaufaniem dla 

niego. (...) Uczynić to byłoby zbrodnią. Jak wyjaśnimy nasze głosowanie anarchistycznym robotnikom? Bardzo  
prosto:   Nie   mamy   najmniejszego  zaufania  co  do  zdolności   tego  rządu   do  prowadzenia   wojny  i   zapewnienia  
zwycięstwa. Oskarżamy ten rząd o chronienie bogatych i głodzenie biedoty. Ten rząd musi zostać zniszczony. Tak 
długo, jak nie jesteśmy dość silni, by go zastąpić, walczymy pod jego komendą. Ale przy każdej okazji wyrażamy 
otwarcie naszą nieufność do niego.  Jest  to  jedna jedyna możliwość  by  politycznie  zmobilizować masy przeciw 
temu rządowi i przygotować jego obalenie. Wszelka inna polityka byłaby zdradą rewolucji”.

Ton mojej odpowiedzi jedynie słabo odzwierciedla... zdumienie, jakie oportunistyczne stanowisko 

Shachtmana wywołało we mnie. Izolowane błędy są oczywiście nieuchronne, ale dziś, dwa i pół roku 
później,   ta   korespondencja   ukazuje   się   w   nowym   świetle.   Shachtman   rozumuje:   ponieważ   bronimy 
demokracji burżuazyjnej przeciw faszyzmowi, dlatego nie możemy odrzucać zaufania do burżuazyjnego 
rządu. Przy zastosowaniu tego samego teorematu do ZSRR przekształca się on w swą odwrotność – 
ponieważ nie mamy zaufania do rządu kremlowskiego, dlatego nie możemy bronić państwa robotników. 
Pseudoradykalizm w tym wypadku jest jedynie odwrotną stroną oportunizmu.

Porównanie z wojnami burżuazyjnymi

Shachtman przypomina nam, że wojny burżuazji w jednym okresie były postępowe, w innym – 

stały się reakcyjne, i że dlatego nie wystarczy dać klasowego określenia państwa, prowadzącego wojnę. 
To rozumowanie nie wyjaśnia kwestii, lecz gmatwa ją. Wojny burżuazyjne mogły być postępowe, kiedy 
cały reżim burżuazyjny był postępowy, innymi słowy, kiedy własność burżuazyjna, w przeciwieństwie do 
feudalnej, była czynnikiem  postępu  i wzrostu. Wojny burżuazyjne stały się reakcyjne, kiedy własność 
burżuazyjna stała się hamulcem rozwoju. Czy Shachtman chce powiedzieć w stosunku do ZSRR, że 
państwowa   własność   środków   produkcji   zdążyła   się   stać   hamulcem   rozwoju,   i   że   rozszerzenie   tej 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 17 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

własności   na   inne   kraje   jest   elementem   reakcji   ekonomicznej?   Shachtman   tego   widocznie   nie   chce 
powiedzieć. On po prostu nie doprowadza własnych myśli do końca.

Przykład narodowych wojen burżuazyjnych rzeczywiście zawiera w sobie nadzwyczaj pouczającą 

lekcję,   ale   Shachtman   przeszedł   obok   niej,   nie   zastanowiwszy  się.   Marks   i   Engels   dążyli   do 
zjednoczonych republikańskich Niemiec. W wojnie lat 1870-1871 stali  oni  po stronie Niemców mimo 
tego, że walka o zjednoczenie była wykorzystywana i skażona przez dynastycznych pasożytów.

Shachtman powołuje się na to, że Marks i Engels jednak natychmiast zwrócili się przeciw Prusom, 

kiedy anektowały one Alzację i Lotaryngię. Ale ten zwrot tylko jaskrawiej ilustruje naszą myśl. Nie 
można ani na minutę zapominać, że chodziło o wojnę między dwoma państwami burżuazyjnymi. W ten 
sposób charakterystyka klasowa była wspólna u obydwu obozów. Decydować, po której stronie było 
„mniejsze   zło”   –   o   ile   historia   w   ogóle   zostawiała   wybór   –   można   było   tylko   w   zależności   od 
dodatkowych czynników. Ze strony Niemców chodziło o stworzenie narodowego państwa burżuazyjnego 
jako areny gospodarki i kultury. Państwo  narodowe  było w tamtym okresie postępowym czynnikiem 
historii. Dlatego Marks i Engels stali po stronie Niemców, mimo Hohenzollerna i jego junkrów. Aneksja 
Alzacji i Lotaryngii naruszała zasadę państwa narodowego, tak w stosunku do Francji, jak i w stosunku 
do Niemiec, i przygotowywała wojnę rewanżystowską. Rzeczywiście, Marks i Engels ostro zwrócili się 
przeciw   Prusom.   Przy   tym   oni   wcale   nie   ryzykowali   wyświadczenia   przysługi   niższemu   systemowi 
gospodarki   przeciwko   wyższemu,   ponieważ   w   obydwu   obozach,   powtórzmy,   panowały   stosunki 
burżuazyjne. Gdyby Francja była w 1870 r. państwem robotniczym, Marks i Engels od samego początku 
byliby po jej stronie, ponieważ – wstyd ponownie przypominać o tym – kierowali się oni w całej swojej 
działalności kryterium klasowym.

Dziś dla starych krajów kapitalistycznych zupełnie nie chodzi o rozwiązanie zadań narodowych. 

Na odwrót, ludzkość cierpi od sprzeczności między siłami wytwórczymi a zbyt ciasnymi ramami państwa 
narodowego.   Gospodarka   planowa   na   podstawie   uspołecznionej   własności,   niezależnie   od   granic 
narodowych, jest zadaniem międzynarodowego proletariatu, przede wszystkim – w Europie. To zadanie 
właśnie   wyraża   się   naszym   hasłem   „Na   rzecz  Socjalistycznych  Stanów  Zjednoczonych  Europy!”. 
Wywłaszczenie właścicieli w Polsce, jak i w Finlandii  samo przez się jest czynnikiem postępowym. 
Biurokratyczne   metody   Kremla   zajmują   takież   miejsce   w   tym   procesie,   jak   dynastyczne   metody 
Hohenzollerna – w zjednoczeniu Niemiec. Kiedy stoimy przed koniecznością wyboru między obroną 
reakcyjnych form własności przy pomocy reakcyjnych posunięć a wprowadzeniem postępowych form 
własności   przy   pomocy   posunięć   biurokratycznych,   zupełnie   nie   stawiamy   obu   stron   na   jednej 
płaszczyźnie, lecz wybieramy mniejsze zło. W tym jest równie mało „kapitulacji” przed stalinizmem, jak 
mało było kapitulacji przed Hohenzollernem w polityce Marksa i Engelsa. Nie ma potrzeby dodawać, że 
rola   Hohenzollerna   w   wojnie   lat   1870-1871   zupełnie   nie   usprawiedliwiała   ogólnej   historycznej   roli 
dynastii ani samego jej istnienia.

Jeszcze raz o Polsce

Moją   uwagę,   że   Kreml   swoimi   biurokratycznymi   metodami   dał   w   Polsce   impuls   rewolucji 

socjalistycznej, Shachtman przekręcił na twierdzenie, jakoby według mnie możliwa była „biurokratyczna 
rewolucja” proletariatu. To nie tylko niepoprawne, ale i nielojalne. Moje wyrażenie jest ściśle wyważone. 
Mowa   nie   o   „rewolucji   biurokratycznej”,   lecz   tylko   o   impulsie   biurokratycznym.   Zaprzeczać   temu 
impulsowi znaczy zaprzeczać oczywistości. Masy ludowe na Ukrainie Zachodniej i Białorusi Zachodniej 
w każdym razie poczuły impuls, pojęły jego sens i wykorzystały go dla dokonania radykalnego przewrotu 
w   stosunkach   własności.   Partia   rewolucyjna,   która   nie   zauważyłaby   na   czas   impulsu   i   odrzuciłaby 
wykorzystanie go, byłaby godna tylko kosza na śmieci.

Impuls w kierunku rewolucji socjalistycznej był możliwy tylko dlatego, że biurokracja ZSRR tkwi 

korzeniami   w   ekonomii   państwa   robotniczego.   Rewolucyjne   rozwinięcie   impulsu   przez   ukraińskie   i 
białoruskie masy było możliwe wskutek stosunków klasowych w okupowanych obwodach i wskutek 
przykładu rewolucji październikowej. Wreszcie szybkie zduszenie czy na wpół zduszenie rewolucyjnego 
ruchu mas było możliwe wskutek izolacji tego ruchu i potęgi moskiewskiej biurokracji. Kto nie zrozumiał 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 18 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

dialektycznego wzajemnego oddziaływania trzech czynników: państwa robotniczego, uciskanych mas i 
bonapartystycznej biurokracji, ten niech lepiej wstrzyma się od perorowania o wydarzeniach w Polsce.

Przy wyborach do Zgromadzeń Ludowych Ukrainy Zachodniej i Białorusi Zachodniej program 

wyborczy, podyktowany rozumie się z Kremla, zawierał w sobie trzy najważniejsze punkty: przyłączenie 
obydwu prowincji do ZSRR; konfiskata ziem obszarniczych na rzecz chłopów; nacjonalizacja wielkiego 
przemysłu i banków. Ukraińscy demokraci, sądząc po ich zachowaniu, uważają, że być zjednoczonymi 
pod władzą jednego państwa to mniejsze zło. I z punktu widzenia dalszej walki o niepodległość mają 
rację. Do się tyczy dwóch innych punktów programu, to wydawałoby się, że w naszym środowisku 
wątpliwości co do ich postępowości być nie może. Usiłując zaprzeczyć oczywistości, że mianowicie tylko 
społeczne   podstawy   ZSRR   mogły   narzucić   Kremlowi   program   społeczno-rewolucyjny,   Shachtman 
powołuje się na Litwę, Estonię i Łotwę, gdzie wszystko zostało po staremu. Zadziwiający argument! Nikt 
nie mówi, że biurokracja radziecka  zawsze  i  wszędzie  chce i może dokonać wywłaszczenia burżuazji. 
Mówimy tylko, że żaden inny rząd nie mógłby dokonać tego przewrotu społecznego, który kremlowska 
biurokracja, pomimo swojego sojuszu z Hitlerem, uznała za konieczne usankcjonować we wschodniej 
Polsce: bez tego nie mogłaby ona włączyć jej w skład ZSRR.

O samym przewrocie Shachtman wie. Zaprzeczyć mu nie może. Wyjaśnić go nie jest zdolny. Ale 

jednak usiłuje zachować twarz.

„Na polskiej Ukrainie i Białorusi, gdzie wyzysk klasowy był wzmacniany przez ucisk narodowy – pisze 

on – chłopi zaczęli brać ziemię sami, wyganiać obszarników, którzy już byli na wpół uciekli” itd. (ibidem, str. 16).

Armia Czerwona nie miała, okazuje się, nic do tego wszystkiego. Wkroczyła ona do Polski tylko 

„jako siła kontrrewolucyjna”, żeby stłumić ruch. Dlaczego jednak robotnicy i chłopi nie zrobili rewolucji 
w   zagarniętej   przez   Hitlera   Polsce   zachodniej?   Dlaczego   stamtąd   uciekali   głównie   rewolucjoniści, 
„demokraci” i Żydzi, a z Polski wschodniej – głównie obszarnicy i kapitaliści? Shachtman nie ma kiedy 
się nad tym zastanowić: on spieszy wyjaśnić mi, że idea „rewolucji biurokratycznej” jest absurdem, bo 
wyzwolenie robotników może być tylko dziełem samych robotników. Czyż nie mamy prawa powtórzyć, 
że Shachtman widocznie uważa, iż jest w pokoju dziecinnym?

W paryskim organie mieńszewików, którzy jeśli to możliwe, jeszcze bardziej „nieprzejednanie” 

odnoszą się do kremlowskiej polityki zagranicznej, niż Shachtman, opowiadają: „we wsiach – często już 
przy zbliżaniu się wojsk radzieckich (to jest jeszcze przed ich wkroczeniem w dany rejon  – L.T.) – 
powstawały wszędzie komitety chłopskie, podstawowe organy chłopskiego samorządu rewolucyjnego 
(...)”. Władze wojskowe spieszyły, rozumie się, podporządkować te komitety ustanowionym przez nie w 
centrach   miejskich   organom   biurokratycznym,   ale   jednak   zmuszone   były   oprzeć   się   na   komitetach 
chłopskich, bo bez nich przeprowadzenie rewolucji agrarnej byłoby niemożliwe.

Wódz mieńszewików, Dan, pisał 19 października:

Według   jednomyślnego   świadectwa   wszystkich   obserwatorów  pojawienie   się   radzieckiej   armii   i 

radzieckiej biurokracji daje nie tylko na okupowanych przez nie terytoriach, ale i poza ich granicami (...) impuls 
(!) społecznemu przebudzeniu i społecznym przemianom”.

„Impuls”, jak widzimy, nie został wymyślony przeze mnie, lecz „jednomyślnie poświadczony 

przez   wszystkich   obserwatorów”,   którzy   mają   oczy   i   uszy.   Dan   idzie   dalej,   wypowiadając 
przypuszczenie,   że   „zrodzone   przez   ten   impuls   fale   nie   tylko   stosunkowo   szybko   i   silnie   uderzą   w 
Niemcy, ale w tym czy innym stopniu dotrą i do innych państw”.

Inny mieńszewicki autor pisze:

„Jakkolwiek by nie starano się na Kremlu uniknąć wszystkiego, od czego jeszcze czuć wielką rewolucją, 

sam  fakt  wkroczenia  wojsk radzieckich  w granice  Polski  wschodniej,  z  jej  dawno przeżytymi  półfeudalnymi  
stosunkami   agrarnymi,   musiał   wywołać   burzliwy   ruch   agrarny:   przy   zbliżaniu   się   wojsk   radzieckich   chłopi  
zaczynali brać ziemie obszarnicze i stwarzać komitety chłopskie”.

Zwróćcie uwagę: przy zbliżaniu się wojsk radzieckich, a zupełnie nie przy ich oddalaniu się, jak 

powinno wynikać ze słów Shachtmana. Przywołuję świadectwo mieńszewików dlatego, że oni są bardzo 
dobrze poinformowani ze źródeł przyjaznej im polskiej i żydowskiej emigracji, która urządziła się we 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 19 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Francji,   i   dlatego,   że   skapitulowawszy   przed   francuską   burżuazją,   ci   panowie   nijak   nie   mogą   być 
podejrzani o kapitulację przed stalinizmem.

Świadectwo mieńszewików dalej jest potwierdzane przez raporty prasy burżuazyjnej:

„Rewolucja agrarna w radzieckiej Polsce miała siłę żywiołowego ruchu. Jak tylko rozeszły się słuchy, że  

Armia Czerwona przekroczyła rzekę Zbrucz, chłopi zaczęli dzielić między sobą hektary właścicieli ziemskich.  
Ziemia była dawana po pierwsze drobnym posiadaczom, i tą drogą około trzydziestu procent ziemi rolnej zostało  
wywłaszczone” (New York Times, 17 stycznia 1940 r.).

W charakterze nowej obiekcji Shachtman przypomina mi moje własne słowa w sprawie tego, że 

wywłaszczenie właścicieli we wschodniej Polsce nie może zmienić naszej oceny ogólnej polityki Kremla. 
Oczywiście,   nie   może!   Nikt   tego   nie   proponuje.   Przy   pomocy   Kominternu   Kreml   zdezorientował   i 
zdemoralizował klasę robotniczą, czym nie tylko ułatwił wybuch nowej wojny imperialistycznej, ale i 
nadzwyczajnie   utrudnił   wykorzystanie   tej   wojny   dla   rewolucji.   W   porównaniu   z   tymi   zbrodniami 
przewrót   społeczny   w   dwóch   prowincjach,   za   który   w   dodatku   zapłacono   ujarzmieniem   Polski,   ma 
oczywiście drugorzędne znaczenie i nie zmienia ogólnego reakcyjnego charakteru polityki Kremla. Ale z 
inicjatywy samej opozycji teraz postawiona została kwestia nie polityki ogólnej, lecz konkretnego jej 
przejawu w określonych warunkach czasu i miejsca. Dla chłopów Galicji i Białorusi Zachodniej przewrót 
agrarny   miał   bardzo   wielkie   znaczenie.   Czwarta   Międzynarodówka   nie   mogła   zbojkotować   tego 
przewrotu na tej podstawie, że inicjatywa wychodzi od reakcyjnej biurokracji. Wprost obowiązkiem było 
wziąć  udział   w przewrocie   po  stronie  robotników  i   chłopów  i,  o  tyle,  po  stronie   Armii  Czerwonej. 
Równocześnie   niezbędne   było   niezmordowane   wyjaśnianie   masom   ogólnego   reakcyjnego   charakteru 
polityki Kremla i tych niebezpieczeństw, jakie niesie ona dla okupowanych obwodów. Umieć połączyć te 
dwa zadania, czy ściślej te dwie strony jednego i tego samego zadania – na tym właśnie polega polityka 
bolszewicka.

Jeszcze raz o Finlandii

Wykazawszy tak swoiste zrozumienie wydarzeń w Polsce, Shachtman ze zdwojonym autorytetem 

rzuca się na mnie z powodu wydarzeń w Finlandii. W artykule o „Drobnomieszczańskiej opozycji”

3

 

pisałem, że „wojna radziecko-fińska już najwidoczniej zaczyna się uzupełniać wojną domową, w której 
Armia Czerwona znajduje się – na danym etapie – w tym samym obozie, w którym są fińscy małorolni 
chłopi i robotnicy (...)”. To skrajnie ostrożne sformułowanie nie zyskało akceptacji surowego sędziego. 
Już moja ocena wydarzeń w Polsce wytrąciła go z równowagi. „Znajduję jeszcze mniej [argumentów] dla 
Waszych – jakby to powiedzieć? – zdumiewających uwag na temat Finlandii” – pisze Shachtman na str. 
16 swojego „Listu”. Bardzo współczuję, że Shachtman zdumiał się zamiast zadumać.

Nad Bałtykiem Kreml ograniczył swoje zadania do korzyści strategicznych, niewątpliwie licząc na 

to, że oparcie w bazach wojskowych pozwoli dalej zsowietyzować i te dawne części carskiego imperium. 
Sukcesy nad Bałtykiem, osiągnięte groźbami dyplomatycznymi, natknęły się jednak na opór Finlandii. 
Pogodzić się z tym oporem oznaczałoby dla Kremla postawić pod znakiem zapytania swój „prestiż” i tym 
samym sukcesy w Estonii, na Łotwie i Litwie. I tak, wbrew początkowym planom, Kreml poczuł się 
zmuszony   sięgnąć   po   siłę   wojskową.   Tym   samym   przed   każdym   myślącym   człowiekiem   powstało 
pytanie: czy Kreml chce po prostu zastraszyć fińską burżuazję i zmusić ją do ustępstw, czy jednak jego 
zadania idą teraz dalej? Na to pytanie, oczywiście, nie mogło być „automatycznej” odpowiedzi. Trzeba 
było – w świetle ogólnych tendencji – orientować się na konkretną oznakę. Wodzowie opozycji okazali 
się do tego niezdolni.

Działania wojenne zaczęły się 30 listopada. Tego samego dnia Komitet Centralny Fińskiej Partii 

Komunistycznej,  przebywający niewątpliwie  w Leningradzie lub Moskwie, zwrócił  się przez radio z 
apelem do ludu pracującego Finlandii. Apel głosił:

„Drugi   raz   w   historii   Finlandii   fińska   klasa   robotnicza   zaczyna   otwartą   walkę   przeciw   uciskowi  

plutokracji. Pierwsze doświadczenie robotników i wieśniaków w 1918 r. zakończyło się zwycięstwem kapitalistów  
i obszarników. Tym razem (...) musi zwyciężyć lud pracujący!”

3

 Patrz przypis 1. – Red.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 20 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Już   sam   ten   apel   jasno   pokazywał,   że   nie   chodzi   o   próbę   zastraszenia   burżuazyjnego   rządu 

Finlandii, lecz o plan wywołania w kraju powstania i uzupełnienia wtargnięcia Armii Czerwonej przez 
wojnę domową.

W opublikowanej 2 grudnia deklaracji tak zwanego Rządu Ludowego twierdzi się: „W różnych 

częściach kraju lud już powstał i proklamował stworzenie republiki demokratycznej”. To twierdzenie 
widać jest zmyślone, inaczej manifest wymieniłby te miejsca, gdzie miały miejsce próby powstania. 
Możliwe jednak, że izolowane próby, przygotowane z zewnątrz, zakończyły się fiaskiem, i że właśnie 
dlatego było nie uściślać problemu. W każdym razie wiadomość o „powstaniach” oznaczała wezwanie do 
powstania. Więcej, deklaracja informowała o sformowaniu „pierwszego fińskiego korpusu, który w toku 
nadchodzących   bitew   będzie   uzupełniany   przez   ochotników   spośród   rewolucyjnych   robotników   i 
chłopów”. Czy w „korpusie” było 1000 ludzi, czy tylko 100, znaczenie „korpusu” dla określenia polityki 
Kremla  było  bezsporne. Jednocześnie  telegramy  powiadamiały  o  wywłaszczeniu  wielkich  właścicieli 
ziemskich w pasie przygranicznym. Nie ma nawet najmniejszych podstaw, by wątpić, że tak właśnie było 
w czasie pierwszego natarcia Armii Czerwonej. Ale nawet jeśli uważać i te wiadomości za wymysł, one 
w pełni  zachowują znaczenie  w charakterze wezwania do rewolucji  agrarnej.  W ten sposób miałem 
wszelkie podstawy, by oświadczyć, że „wojna radziecko-fińska już najwidoczniej zaczyna się uzupełniać 
wojną domową”. Co prawda na początku grudnia miałem do swojej dyspozycji tylko część tych danych. 
Ale na tle  ogólnej  sytuacji,  i pozwolę sobie dodać – z pomocą zrozumienia  jej  wewnętrznej logiki, 
poszczególne objawy pozwalały wyciągać niezbędne wnioski o kierunku całej walki. Bez takich na wpół 
apriorycznych  wniosków   można   być   tylko   rezonerem-obserwatorem,   ale   nijak   nie   aktywnym 
uczestnikiem wydarzeń.

Dlaczego jednak apel „Rządu Ludowego” nie spotkał się z bezpośrednim masowym odzewem? Z 

trzech przyczyn: po pierwsze w Finlandii w pełni panuje obecnie reakcyjna soldateska, popierana nie 
tylko przez burżuazję, ale i przez górne warstwy chłopstwa, i robotniczą biurokrację; po drugie polityka 
Kominternu zdążyła przekształcić  Finlandzką  Partię  Komunistyczną w nieznaczną wielkość; po trzecie 
reżim ZSRR w ogóle nie jest zdolny do wywołania entuzjazmu w finlandzkich masach pracujących. 
Nawet na Ukrainie w latach 1918-1920 chłopi bardzo powoli reagowali na wezwania do brania ziem 
obszarniczych, bo miejscowa władza radziecka była  jeszcze słaba, a każdy sukces białych pociągał za 
sobą bezlitosne ekspedycje karne. Tym mniej przychodzi się dziwić, jeśli fińscy chłopi-biedacy zwlekają 
z   odzewem   na   wezwanie   do   rewolucji   agrarnej.   Żeby   ruszyć   z   miejsca   chłopów,   potrzebne   byłyby 
poważne   sukcesy   Armii   Czerwonej.   Tymczasem   po   pierwszym   źle   przygotowanym   natarciu   Armia 
Czerwona   ponosiła   same   porażki.   Przy   takich   warunkach   nie   mogło   być   nawet   mowy   o   powstaniu 
chłopów. Samodzielnej wojny domowej w Finlandii w danym stadium nie można było oczekiwać: moje 
przypuszczenie   mówiło   zupełnie   ściśle   o  uzupełnieniu  operacji   wojskowych   przez   środki   wojny 
domowej. Miałem na myśli – przynajmniej przed rozgromieniem finlandzkiej armii – tylko terytorium 
okupowane i graniczące z nim rejony.

Dziś, 17 stycznia, kiedy piszę te słowa, telegramy z finlandzkiego źródła zawiadamiają, że do 

jednej z pogranicznych prowincji wtargnął oddział fińskich emigrantów, i że tam w dosłownym sensie 
brat   zabija   brata.   Cóż   to,   jeśli   nie   epizod   wojny   domowej?   Nie   może   być   w   każdym   razie   nawet 
najmniejszej   wątpliwości,   że   nowe   natarcie   Armii   Czerwonej   w   Finlandii   będzie   na   każdym   kroku 
potwierdzać naszą ogólną ocenę wojny. Shachtman nie ma ani analizy wydarzeń, ni aluzji do prognozy. 
Ogranicza się on do szlachetnego oburzenia i dlatego na każdym kroku błaźni się.

Deklaracja „Rządu Ludowego” wzywa do kontroli robotniczej. Jakie to może mieć znaczenie? – 

wykrzykuje Shachtman. Kontroli robotniczej nie ma w ZSRR, skądże ma wziąć się w Finlandii? Niestety 
Shachtman   wykazuje   zupełne   niezrozumienie   sytuacji.   W   ZSRR   kontrola   robotnicza   jest   dawno 
przebytym etapem. Od kontroli nad burżuazją przeszli tam do zarządzania znacjonalizowaną produkcją. 
Od   zarządzania   przez   robotników   –   do   komenderowania   przez   biurokrację.   Ona   mogłaby   zostać 
utworzona nie inaczej, jak w rezultacie udanego powstania przeciw biurokracji. W Finlandii kontrola 
robotnicza oznacza na razie jeszcze tylko wyparcie miejscowej burżuazji, na zajęcie miejsca której liczy 
biurokracja. Nie trzeba przy tym myśleć, że Kreml jest tak głupi, iż zamierza zarządzać wschodnią Polską 
czy Finlandią przy pomocy importowanych komisarzy. Najpilniejszym zadaniem Kremla jest wyłonienie 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 21 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

nowego aparatu administracyjnego z ludności pracującej okupowanych obwodów. Pierwszym etapem są 
komitety chłopskie i komitety kontroli robotniczej

4

.

Shachtman   chwyta   się   pazurami   chciwie   nawet   faktu,   że   program   Kuusinena   „jest   formalnie 

programem  «demokracji»  burżuazyjnej”.   Czy   chce   on   powiedzieć   przez   to,   że   Kreml   jest   bardziej 
zainteresowany ustanowieniem demokracji burżuazyjnej w Finlandii niż wciągnięciem Finlandii w ramy 
ZSRR? Shachtman sam nie wie, co chce powiedzieć. W Hiszpanii, której Moskwa nie przygotowywała 
do zjednoczenia  z ZSRR,  była to  w istocie  kwestia  zademonstrowania zdolności  Kremla do obrony 
demokracji burżuazyjnej przed rewolucją proletariacką. To zadanie wypłynęło z interesów kremlowskiej 
biurokracji w tej szczególnej sytuacji międzynarodowej. Dziś sytuacja jest inna. Kreml nie przygotowuje 
się, żeby zademonstrować swą użyteczność dla Francji, Anglii i Stanów Zjednoczonych. Jak wykazały 
jego działania, jest on mocno zdecydowany zsowietyzować Finlandię – naraz lub w dwóch etapach. 
Program rządu Kuusinena, nawet jeśli podejść do niego z „formalnego” punktu widzenia, nie różni się od 
programu bolszewików w listopadzie 1917 r. Dość słusznie Shachtman robi sobie wiele z faktu, że ja 
generalnie przywiązuję znaczenie do manifestu tego „idioty” Kuusinena. Mimo wszystko pozwolę sobie 
pozostać przy swoim zdaniu, że ten „idiota” Kuusinen, działając według ukazu Kremla i ze wsparciem 
Armii   Czerwonej   przedstawia   sobą   daleko   bardziej   poważny   czynnik   polityczny   niż   hektary 
powierzchownych mędrców, co odrzucają wmyślenie się w wewnętrzną logikę (dialektykę) wydarzeń.

W   rezultacie   swej   godnej   zauważenia   analizy   Shachtman   tym   razem   otwarcie   proponuje 

defetystyczną  politykę w stosunku do ZSRR, dodając (do natychmiastowego użytku), że zupełnie nie 
przestaje być „patriotą swojej klasy”. Radzi jesteśmy otrzymać tę wiadomość. Ale kłopot z tym, że Dan, 
przywódca mieńszewików, jeszcze 12 listopada pisał, że w wypadku, gdyby Związek Radziecki najechał 
Finlandię,  światowy proletariat „musi  zająć definitywne defetystyczne stanowisko w stosunku do tej 
przemocy”   („Kurier   Socjalistyczny”,   nr   19-20,   str.   43).   Niezbędne   jest   dodać,   że   Dan   za   reżimu 
Kiereńskiego był wściekłym  obrońcą; nie chciał być defetystą nawet za cara. Dopiero inwazja Armii 
Czerwonej na Finlandię zmieniła Dana w defetystę. Naturalnie kłamie przy tym, że nie przestaje być 
„patriotą   swojej   klasy”.   Której   klasy?   Ta   kwestia   nie   jest   nieinteresująca.   W  tym   stopniu,   w  jakim 
dotyczy to analizy wydarzeń, Shachtman nie zgadza się z Danem, który jest bliżej do teatru działania i nie 
może   zastępować   faktów   fikcją;   w   zamian   za   to,   gdzie   chodzi   o   „konkretne   konkluzje   polityczne”, 
Shachtman   zwrócił   się   ku   patriotyzmowi   swojej   klasy   ściśle   w   tym   samym   czasie   co   Dan.   W 
marksistowskiej   socjologii   ta   klasa,   za   pozwoleniem   opozycji,   ta   klasa   jest   zwana 
drobnomieszczaństwem.

Teoria „koalicji”

Aby usprawiedliwić swą koalicję z Burnhamem i Abernem – przeciw proletariackiemu skrzydłu 

partii, przeciw programowi Czwartej Międzynarodówki i przeciw marksistowskiej metodzie – Shachtman 
nie   oszczędził   historii   ruchu   rewolucyjnego,   którą   on   –   jak   twierdzi   –   studiował   specjalnie   w   celu 
przeniesienia wielkich tradycji do młodszego pokolenia. Ten cel sam przez się jest oczywiście wspaniały. 
Ale to wymaga metody naukowej. Tymczasem Shachtman zaczął od poświęcenia metody naukowej na 
rzecz koalicji. Jego historyczne przykłady są arbitralne, nieprzemyślane i zupełnie fałszywe.

Nie każda współpraca jest koalicją we właściwym sensie tego terminu. W żadnym wypadku nie są 

nimi   rzadkie   i   epizodyczne   porozumienia,   które   zupełnie   nie   przekształciły   się   i   nie   mają   zamiaru 
przekształcić się w długotrwały blok. Z drugiej strony członkostwo w jednej i tej samej partii trudno 
nazwać koalicją. My wraz z towarzyszem Burnhamem należeliśmy (i mam nadzieję, że nadal będziemy 
należeć do końca) do jednej i tej samej partii międzynarodowej; ale to nadal nie jest koalicja. Dwie partie 

4

 Artykuł ten był już napisany, kiedy przeczytałem w „New York Times” z 17 stycznia następujące słowa, odnoszące się do  

byłej Polski wschodniej: „W przemyśle drastyczne akty wywłaszczenia nie zostały jeszcze przeprowadzone na dużą skalę.  
Główne centra systemu bankowego, system kolei i pewna liczba dużych przedsiębiorstw przemysłowych były państwowe od 

lat jeszcze przed rosyjską okupacją. W małym i średniej wielkości przemyśle robotnicy sprawują teraz kontrolę nad produkcją. 
(...)   Przemysłowcy   nominalnie   zachowują   pełne   prawo   własności   do   swoich   przedsiębiorstw,   ale   są   zmuszeni   składać 

sprawozdania   o   kosztach   produkcji   i   tak   dalej   do   rozpatrzenia   przez   delegatów   robotniczych.   Ci   ostatni   wspólnie   z 
przedsiębiorcami ustalają płace, warunki pracy i «sprawiedliwą stopę zysku» dla przemysłowca”. Stąd widzimy, że „realia  

żywych   wydarzeń”   zupełnie   nie   podporządkowują   się   pedantycznym   i   nieżyciowym   ścieżkom   przywódców   opozycji. 
Tymczasem nasze „(...) abstrakcje” przyoblekły się w ciało i krew. – Przypis autora.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 22 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

mogą zawrzeć długoterminową koalicję między sobą przeciw wspólnemu wrogowi: taka była polityka 
„Frontu Ludowego”. W jednej i tej samej partii bliskie, ale nie tożsame tendencje mogą zawrzeć koalicję 
przeciw trzeciej frakcji.

Dla oceny wewnątrzpartyjnych koalicji dwie kwestie są decydującego znaczenia: 1) Po pierwsze i 

przede   wszystkim,   przeciw   komu   czy   czemu   jest   koalicja   skierowana?;   2)   Jaki   jest   stosunek   sił   w 
koalicji? Stąd dla walki przeciw szowinizmowi we własnej partii koalicja między internacjonalistami a 
centrystami jest całkowicie dopuszczalna. Rezultaty tej koalicji będą w tym wypadku zależały od jasności 
programu internacjonalistów, od ich spójności i dyscypliny, ponieważ te cechy są nierzadko ważniejsze w 
określaniu stosunku sił niż ich siła liczebna.

Shachtman, jak powiedzieliśmy przedtem, odwołuje się do koalicji Lenina z Bogdanowem. Ja już 

stwierdziłem, że Lenin nie poczynił najmniejszych ustępstw teoretycznych wobec Bogdanowa. Teraz 
sprawdzimy polityczną stronę tej „koalicji”. Przede wszystkim jest niezbędnym  stwierdzić, że to, o co 
istotnie chodzi, to nie była koalicja, lecz współpraca we wspólnej organizacji. Frakcja bolszewicka żyła 
własnym życiem. Lenin nie sformował „koalicji” z Bogdanowem przeciw innym tendencjom we własnej 
organizacji.   Przeciwnie,   sformował   koalicję   nawet   z   bolszewikami-pojednawcami   (Dubrowinskim, 
Rykowem i innymi) przeciw herezjom teoretycznym Bogdanowa. W istocie Lenin był zainteresowany tą 
kwestią o tyle, o ile dotyczyła tego, czy można było pozostawać z Bogdanowem w jednej i tej samej 
organizacji, która choć nazywano ją „frakcją”, wykazywała wszystkie cechy partii. Jeśli Shachtman nie 
patrzy na opozycję jako niezależną organizację, wtedy jego odwołanie do „koalicji” Lenin-Bogdanow 
rozpada się w kawałki.

Ale błąd w tej analogii nie ogranicza się do tego. Bolszewicka frakcja-partia prowadziła walkę 

przeciw mieńszewizmowi, który już w tym czasie zdemaskował się kompletnie jako drobnomieszczańska 
agentura   liberalnej   burżuazji.   To   było   o   wiele   bardziej   poważne   niż   oskarżenie   o   tak   zwany 
„biurokratyczny konserwatyzm”, którego klasowych korzeni Shachtman nawet nie próbuje zdefiniować. 
Współpraca   Lenina   z   Bogdanowem   była   współpracą   między   tendencją   proletariacką   a   sekciarską 
tendencją centrystowską przeciw drobnomieszczańskiemu oportunizmowi. Klasowe linie podziału były 
jasne. Ta „koalicja” (jeśli ktoś używa tego terminu w tym danym wypadku) była usprawiedliwiona.

I dalszej historii tej „koalicji” nie brakuje znaczenia. W liście do Gorkiego cytowanym przez 

Shachtmana   Lenin   wyrażał   nadzieję,   że   byłoby   możliwe   oddzielić   kwestie   polityczne   od   czysto 
filozoficznych. Shachtman zapomina dodać, że nadzieja Lenina nie w pełni się zmaterializowała. Różnice 
rozwijały się z wyżyn filozofii wzdłuż linii wszystkich innych kwestii, włącznie z najbardziej bieżącymi. 
Jeśli   ta   „koalicja”   nie   zdyskredytowała   bolszewizmu,   to   jedynie   dlatego,   że   Lenin   miał   skończony 
program,   poprawną   metodę,   twardo   spojoną   frakcję,   w   której   grupa   Bogdanowa   tworzyła   małą, 
niestabilną mniejszość.

Shachtman zawarł koalicję z Burnhamem i Abernem przeciw proletariackiemu skrzydłu własnej 

partii. Niemożliwe jest uciec od tego. Stosunek sił w tej koalicji jest kompletnie przeciw Shachtmanowi. 
Abern ma własną frakcję. Burnham z pomocą Shachtmana może stworzyć coś na podobieństwo frakcji 
intelektualistów   rozczarowanych   bolszewizmem.   Shachtman   nie   ma   ani   niezależnego   programu,   ani 
niezależnej metody, ani niezależnej frakcji. Eklektyczny charakter „programu” opozycji jest określany 
przez sprzeczne tendencje w tej koalicji. W wypadku jeśli koalicja się rozpadnie – a rozpad koalicji jest 
nieuchronny – Shachtman wyjdzie z tej walki z niczym oprócz krzywdy dla partii i dla siebie samego.

Shachtman dalej odwołuje się do faktu, że w 1917 r. Lenin i Trocki zjednoczyli się po długiej 

walce   i   byłoby   dlatego   niewłaściwe   przypominać   im   ich   minione   różnice.   Ten   przykład   jest   lekko 
zagrożony przez fakt, że Shachtman już wykorzystywał go raz przedtem do wyjaśnienia swej koalicji z 
Cannonem przeciw Abernowi. Ale poza tą niemiłą okolicznością analogia historyczna jest fałszywa do 
samego   rdzenia.   Po   przyłączeniu   się   do   partii   bolszewickiej   Trocki   uznał   w   pełni   i   z   całego   serca 
poprawność   leninowskiej   metody   budowania   partii.   Równocześnie   nieprzejednana   klasowa   tendencja 
bolszewizmu   poprawiła   była   niepoprawną   prognozę.   Jeśli   nie   podniosłem   znów   kwestii   „rewolucji 
permanentnej” w 1917 r., to dlatego, że została ona już rozstrzygnięta z obu stron przez bieg wydarzeń. 
Podstawa dla wspólnej roboty została utworzona nie przez subiektywne czy epizodyczne kombinacje, 
lecz przez rewolucję proletariacką. To jest solidna podstawa. Dalej, nie chodziło tu o „koalicję”, lecz o 
zjednoczenie w jednej partii – przeciw burżuazji i jej drobnomieszczańskim agentom. Wewnątrz partii 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 23 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

październikowa   koalicja   Lenina   i   Trockiego   była   skierowana   przeciw   drobnomieszczańskiemu 
niezdecydowaniu w kwestii powstania.

Równie powierzchowne jest odniesienie się Shachtmana do koalicji Trockiego z Zinowjewem w 

1926 r. Walka w tym czasie była prowadzona nie przeciw „biurokratycznemu konserwatyzmowi” jako 
psychologicznej cesze paru niesympatycznych indywiduów, lecz przeciw najmocniejszej biurokracji w 
świecie, jej przywilejom, jej arbitralnym rządom i jej reakcyjnej polityce. Możliwości dopuszczalnych 
różnic w koalicji są określane przez charakter przeciwnika.

Stosunek składowych w tej koalicji był podobnie całkiem inny. Opozycja z 1923 r. miała własny 

program   i   własne   kadry   złożone   nie   tylko   z   intelektualistów,   jak   twierdzi   Shachtman   powtarzając 
stalinistów, lecz w pierwszym rzędzie z robotników. Opozycja Zinowjewa/Kamieniewa na nasze żądanie 
przyznała w specjalnym dokumencie, że opozycja z 1923 r. miała rację we wszystkich fundamentalnych 
kwestiach. Mimo to, ponieważ mieliśmy różne tradycje i ponieważ byliśmy dalecy od zgadzania się we 
wszystkim,   połączenie   nigdy   nie   miało   miejsca,   obie   grupy   pozostały   niezależnymi   frakcjami.   W 
pewnych ważnych kwestiach, to prawda, opozycja z 1923 r. poczyniła pryncypialne ustępstwa wobec 
opozycji   z   1926   r.   –   wbrew   mojemu   zdaniu   –   ustępstwa,   które   uważałem   i   nadal   uważam   za 
niedopuszczalne. Ta okoliczność, że nie protestowałem otwarcie przeciw tym ustępstwom, była chyba 
błędem.  Ale tam   było  w  ogóle  niedużo miejsca  na otwarte  protesty  –  pracowaliśmy  nielegalnie.   W 
każdym wypadku obie strony były bardzo dobrze zaznajomione z moimi poglądami na kontrowersyjne 
kwestie.   Wewnątrz   opozycji   z  1923   r.   dziewięćset   dziewięćdziesięciu   dziewięciu   na   tysiąc,   jeśli   nie 
więcej, stało na moim stanowisku, a nie na stanowisku Zinowjewa czy Radka. W takim stosunku między 
tymi dwoma grupami w koalicji mogły  tam  być te czy inne częściowe błędy, ale nie było  tam  takiego 
czegoś na podobieństwo awanturnictwa.

Z Shachtmanem sprawa jest zupełnie inna. Kto miał rację w przeszłości, i kiedy jeszcze i gdzie? 

Dlaczego Shachtman stanął najpierw po stronie Aberna, potem był z Cannonem, a teraz wraca znów do 
Aberna? Wyjaśnienie samego Shachtmana dotyczące minionych gorzkich walk frakcyjnych jest godne 
nie odpowiedzialnej postaci politycznej, lecz niańki: Jasio był trochę niedobry i Maksio trochę, wszyscy 
byli trochę niedobrzy, ale teraz wszyscy jesteśmy trochę lepsi. Kto był niedobry i w czym, ani słowa o 
tym. Tam nie ma takiej tradycji. Dzień wczorajszy jest wykreślony z kalkulacji – a jaka jest przyczyna 
tego wszystkiego? Ponieważ w organizmie partii towarzysz Shachtman odgrywa rolę wędrującej nerki.

Szukając   analogii   historycznych,   Shachtman   pomija   jeden   przykład,   do   którego   jego   obecna 

koalicja   rzeczywiście   nosi   podobieństwo.   Mam   na   myśli   tak   zwaną   koalicję   sierpniową   z   1912   r. 
Uczestniczyłem aktywnie w tej koalicji. W pewnym sensie ja ją stworzyłem. Politycznie różniłem się z 
mieńszewikami   we   wszystkich   fundamentalnych   kwestiach.   Różniłem   się   także   z  Wpieriodystami
ultralewicowymi bolszewikami. W ogólnej tendencji polityki stałem o wiele bliżej bolszewików. Ale 
byłem   przeciw   leninowskiemu   „reżimowi”,   ponieważ   nie   nauczyłem   się   jeszcze   rozumieć,   że   dla 
osiągnięcia   rewolucyjnego   celu   twardo   spojona,   scentralizowana   partia   jest   obowiązkowa.   I   tak 
sformowałem   tę   epizodyczną   koalicję,   zawierającą   heterogeniczne   elementy,   która   była   skierowana 
przeciw proletariackiemu skrzydłu partii.

W   koalicji   sierpniowej   likwidatorzy   mieli   własną   frakcję,  Wpieriodyści  także   mieli   coś 

przypominającego   frakcję.   Ja   stałem   izolowany,   mając   zwolenników,   ale   frakcji   nie.   Większość 
dokumentów była pisana przeze mnie i przez pomijanie pryncypialnych różnic miały na celu stworzenie 
wrażenia   jednomyślności   w   „konkretnych   kwestiach   politycznych”.   Ani   słowa   o   przeszłości!   Lenin 
poddał koalicję sierpniową bezlitosnej krytyce i wiele najostrzejszych ciosów spadło na mnie. Lenin 
udowodnił,   że   w   tej   mierze,   w   jakiej   nie   zgadzałem   się   politycznie   ani   z   mieńszewikami,   ani   z 
Wpieriodystami, moja polityka była awanturnictwem. To była surowa ocena, ale prawdziwa.

Jako „okoliczność łagodzącą” niech mi będzie wolno przypomnieć fakt, że postawiłem sobie za 

cel nie poparcie frakcji prawicowej czy ultralewicowej przeciw bolszewikom, lecz zjednoczenie partii 
jako   całości.   Bolszewicy   także   byli   zaproszeni   na   konferencję   sierpniową.   Ale   ponieważ   Lenin 
kategorycznie odrzucił zjednoczenie z mieńszewikami (w czym miał zupełną rację), ja pozostałem w 
nienaturalnej koalicji z mieńszewikami i Wpieriodystami. Druga okoliczność łagodząca jest taka, że samo 
zjawisko   bolszewizmu   jako   autentycznej   partii   rewolucyjnej   wtedy   rozwijało   się   pierwszy   raz   –   w 
praktyce   Drugiej   Międzynarodówki   nie   było  tam  precedensów.   Ale   w  taki   sposób   w   najmniejszym 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 24 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

stopniu   nie   szukam   uwolnienia   się   od   winy.   Pomimo   koncepcji   rewolucji   permanentnej,   która 
niewątpliwie otworzyła poprawną perspektywę, nie uwolniłem się w tym okresie szczególnie w sferze 
organizacyjnej od cech drobnomieszczańskiego rewolucjonisty. Chorowałem na chorobę pojednawstwa 
wobec mieńszewików i nieufnej postawy wobec leninowskiego centralizmu. Bezpośrednio po konferencji 
sierpniowej koalicja zaczęła się rozpadać na części składowe. W ciągu paru miesięcy znalazłem się nie 
tylko pod względem zasad, ale i organizacyjnie poza tą koalicją.

Dziś zwracam się do Shachtmana z zupełnie tą samą wymówką, którą Lenin kierował do mnie 27 

lat   temu:   „Wasza   koalicja   jest   bez   zasad”,   „Wasza   polityka   jest   awanturnictwem”.   Z   całego   serca 
wyrażam   nadzieję,   że   z   tych   oskarżeń   Shachtman   wyciągnie   te   same   wnioski,   jakie   ja   kiedyś 
wyciągnąłem.

Frakcje w walce

Shachtman wyraża zaskoczenie faktem, że Trocki, „przywódca opozycji z 1923 r.”, jest zdolny do 

popierania biurokratycznej frakcji Cannona. W tym, tak jak w kwestii kontroli robotniczej, Shachtman 
znów  ujawnia   swój   brak  poczucia   perspektywy  historycznej.   Prawda,   że   dla   usprawiedliwienia   swej 
dyktatury radziecka biurokracja wykorzystywała zasady bolszewickiego centralizmu, ale przez to samo 
przekształciła go w zupełne przeciwieństwo. Ale to nie dyskredytuje w najmniejszym stopniu metod 
bolszewizmu.   W   okresie   wielu   lat   Lenin   wychowywał   partię   w   duchu   proletariackiej   dyscypliny   i 
surowego centralizmu. Czyniąc tak, wiele razy był atakowany przez drobnomieszczańskie frakcje i kliki. 
Bolszewicki centralizm był głęboko postępowym czynnikiem i w końcu zagwarantował triumf rewolucji. 
Nietrudno   zrozumieć,   że   walka   obecnej   opozycji   w   Socjalistycznej   Partii   Robotniczej   nie   ma   nic 
wspólnego z walką rosyjskiej opozycji z 1923 r. przeciw uprzywilejowanej kaście biurokratycznej, lecz 
raczej nosi wielkie podobieństwo do walki mieńszewików przeciw bolszewickiemu centralizmowi.

Cannon i jego grupa są według opozycji „wyrazem typu polityki, która może być najlepiej opisana 

jako biurokratyczny konserwatyzm”. Co to oznacza? Dominacja konserwatywnej biurokracji robotniczej, 
udziałowców   w   zyskach   burżuazji   narodowej,   byłaby   nie   do   pomyślenia   bez   bezpośredniego   lub 
pośredniego   wsparcia   państwa   kapitalistycznego.   Rządy   biurokracji   stalinowskiej   byłyby   nie   do 
pomyślenia bez GPU, armii, sądów itd. Radziecka biurokracja popiera Stalina właśnie dlatego, że on jest 
tym biurokratą, co broni ich interesów lepiej niż ktokolwiek inny. Biurokracja związkowa popiera Greena 
i Lewisa właśnie dlatego, że ich  wady, zdolność  i zręczność  biurokratyczna, zabezpieczają materialne 
interesy arystokracji robotniczej. Ale na jakiej podstawie „biurokratyczny konserwatyzm” opiera się w 
Socjalistycznej   Partii   Robotniczej?   Oczywiście   nie  na  materialnych   interesach,   lecz   selekcji 
biurokratycznych   typów,   w   przeciwieństwie   do   innego   obozu,   gdzie   innowatorzy,   inicjatorzy   i 
dynamiczne   duchy   zostały   skupione.   Opozycja   nie   wymienia   żadnej   obiektywnej,   to   jest   społecznej 
podstawy dla „biurokratycznego konserwatyzmu”. Wszystko jest sprowadzone do czystej psychologii. W 
tych warunkach każdy myślący robotnik powie: To możliwe, że towarzysz Cannon rzeczywiście grzeszy 
biurokratycznymi   tendencjami   –   trudno   mi   osądzać   na   odległość   –   ale   jeśli   większość   Komitetu 
Krajowego  i   całej   partii,   które   nie   są   zupełnie   zainteresowane   biurokratycznymi   „przywilejami”, 
popierają Cannona, czynią one tak nie z powodu jego biurokratycznych tendencji, ale pomimo nich. To 
znaczy, że ma on pewne inne zalety, które daleko przewyższają jego osobiste błędy. Oto co poważny 
członek partii powie. I moim zdaniem będzie miał rację.

Aby udowodnić swe skargi i oskarżenia, przywódcy opozycji łączą oddzielne epizody i anegdoty, 

których można liczyć setki i tysiące w każdej partii,  które co więcej są niemożliwe do obiektywnej 
weryfikacji  w   większości   wypadków.   Jestem   jak   najdalszy   od   myśli,   by   pobłażać   w   krytyce   części 
dokumentów opozycji opowiadającej historię. Ale jest  tam  jeden epizod, o którym chcę wyrazić swoje 
zdanie, jako uczestnika i świadka. Przywódcy opozycji prawdziwie butnie odnoszą się do tego, jak łatwo, 
przypuszczalnie   bez   krytycyzmu   i   bez   zastanowienia,   Cannon   i   jego   grupa   przyjęli   program   żądań 
przejściowych. Oto, co pisałem 15 kwietnia 1938 r. do towarzysza Cannona w sprawie wypracowania 
tego programu:

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 25 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

„Posłaliśmy   Wam   projekt   programu   przejściowego   i   krótkie   oświadczenie   o   partii   robotniczej.   Bez 

Waszej wizyty w Meksyku nie mógłbym nigdy napisać tego projektu programu, ponieważ nauczyłem się w ciągu  
tych dyskusji wielu ważnych rzeczy, które pozwoliły mi być bardziej jasnym i konkretnym (...)”.

Shachtman jest dogłębnie zaznajomiony z tymi okolicznościami, ponieważ był jednym z tych, co 

brali udział w tej dyskusji.

Słuchy, osobiste spekulacje i po prostu plotki nie mogą pomóc, lecz zajmują ważne miejsce w 

drobnomieszczańskich   kołach,   gdzie   ludzie   są   związani   nie   więziami   partyjnymi,   lecz   osobistymi 
stosunkami i gdzie nie wypracowano żadnego zwyczaju klasowego podejścia do wydarzeń. Z ust do ust 
chodziły   słuchy,   że   byłem   odwiedzany   wyłącznie   przez   przedstawicieli   większości   i   że   zostałem 
sprowadzony ze ścieżki prawdy. Drodzy towarzysze, nie wierzcie temu nonsensowi! Zbieram informacje 
polityczne tymi samymi metodami, które stosuję generalnie w swojej robocie. Krytyczna postawa wobec 
informacji jest organiczną częścią fizjonomii politycznej każdego polityka. Gdybym był niezdolny do 
odróżnienia fałszywych komunikatów od prawdziwych, jaką wartość miałyby moje sądy w ogóle?

Osobiście znam nie mniej niż dwudziestu członków frakcji Aberna. Niektórym z nich jestem 

wdzięczny za ich przyjazną pomoc w mojej robocie i uważam ich wszystkich, czy prawie wszystkich, za 
wartościowych członków partii. Ale równocześnie muszę powiedzieć, że tym, co wyróżnia każdego z 
nich w tym czy innym  stopniu, jest aura drobnomieszczańskiego środowiska, brak doświadczenia w 
walce klasowej i do pewnego stopnia brak niezbędnego związku z ruchem proletariackim. Ich pozytywne 
cechy   łączą   ich   z   Czwartą   Międzynarodówką.   Ich   cechy   negatywne   przywiązują   ich   do   najbardziej 
konserwatywnej ze wszystkich frakcji.

„Wbijana jest «antyintelektualna» i «antyinteligencka» postawa w umysły członków partii” – żali 

się dokument o „biurokratycznym konserwatyzmie” („Biuletyn Wewnętrzny”, rocznik II, nr 6, styczeń 
1940 r., str. 12). Ten argument jest przyciągnięty za włosy. To nie o tych intelektualistów chodzi, którzy 
przeszli zupełnie na stronę proletariatu, lecz o te elementy, które usiłują zepchnąć naszą partię na pozycje 
drobnomieszczańskiego eklektyzmu. Ten sam dokument głosi: „Rozpowszechniana jest antynowojorska 
propaganda, którą w istocie żywią się przesądy, które nie zawsze są zdrowe” (tamże). O jakie przesądy tu 
chodzi? Oczywiście o antysemityzm. Jeśli antysemickie czy inne rasowe przesądy istnieją w naszej partii, 
to   jest   niezbędne   rozpocząć   bezlitosną   walkę   przeciw   nim   za   pomocą   otwartych   uderzeń,   nie   zaś 
nieokreślonych insynuacji. Ale kwestia żydowskich inteligentów i półinteligentów Nowego Jorku jest 
kwestią  społeczną,   a   nie  narodową.   Tam,   w   Nowym   Jorku,   jest   wielu   wspaniałych   żydowskich 
proletariuszy, ale frakcja Aberna nie jest budowana na nich. Drobnomieszczańskie elementy tej frakcji 
udowodniły,   że   są   niezdolne   po   dziś   dzień   do   znalezienia   drogi   do   żydowskich   robotników.   One 
zadowalają się własnym środowiskiem.

Było   więcej   przykładów   w   historii   –   a   ściślej   mówiąc,   nie   bywa   inaczej   w   historii   –   że   z 

przejściem   partii   od   jednego   etapu   do   drugiego   te   elementy,   które   odgrywały   postępową   rolę   w 
przeszłości, lecz udowodniły, że są niezdolne do przystosowania się na czas do nowych zadań, zwierają 
swe   szeregi   w   obliczu   niebezpieczeństwa   i   ukazują   nie   swe   pozytywne,   lecz   prawie   wyłącznie   swe 
negatywne   cechy.   To   jest   właśnie   dzisiejsza   rola   frakcji   Aberna,   w   której   Shachtman   odgrywa   rolę 
dziennikarza, a Burnham rolę teoretycznego trustu mózgów. Shachtman upiera się: „Cannon wie, jak 
fałszywe jest wszczepianie w obecną dyskusję «kwestii Aberna». On wie, co wie każdy poinformowany 
przywódca partii, i wielu członków wie, mianowicie, że w ciągu paru ubiegłych lat takiej rzeczy jak 
«grupa Aberna» nie było”. Pozwolę sobie zauważyć, że jeśli ktoś tu deformuje rzeczywistość, to nie kto 
inny jak sam Shachtman. Śledziłem rozwój stosunków wewnętrznych w amerykańskiej sekcji przez mniej 
więcej dziesięć lat. Specyficzny skład i szczególna rola odgrywana przez organizację nowojorską stały się 
dla mnie jaśniejsze wcześniej niż cokolwiek inne. Shachtman będzie może przypominał, że kiedy byłem 
wciąż w Prinkipo,  radziłem  Komitetowi  Krajowemu  opuścić na chwilę Nowy Jork i  jego atmosferę 
drobnomieszczańskich   sporów   i   wyjechać   do   któregoś   z   centrów   przemysłowych   na   prowincji.   Po 
przybyciu do Meksyku uzyskałem możliwość lepszego zaznajomienia się z językiem angielskim i dzięki 
wielu wizytom moich przyjaciół z północy miałem możliwość uzyskania bardziej żywego obrazu składu 
społecznego   i   psychologii   politycznej   różnych   ugrupowań.   Na   bazie   moich   własnych   osobistych   i 
bezpośrednich   obserwacji   w   ciągu   minionych   trzech   lat   twierdzę,   że   frakcja   Aberna   istniała 
nieprzerwanie, statycznie, jeśli nie „dynamicznie”.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 26 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

Członkowie   frakcji   Aberna,   jeśli   ktoś   ma   kropelkę   doświadczenia   politycznego,   są   łatwo 

rozpoznawalni nie tylko po swych cechach społecznych, lecz po ich postawie wobec wszystkich kwestii. 
Ci towarzysze zawsze formalnie zaprzeczali istnieniu swej frakcji. Był okres, kiedy niektórzy z nich 
rzeczywiście spróbowali rozpuścić się w partii. Ale usiłowali  oni  zmusić się do tego, a we wszystkich 
decydujących kwestiach ustosunkowywali się do partii jako grupa. Byli oni daleko mniej zainteresowani 
zasadniczymi kwestiami, w szczególności kwestią zmiany składu społecznego partii, niż kombinacjami 
na górze, osobistymi konfliktami i w ogóle zdarzeniami w „sztabie generalnym”. To jest szkoła Aberna. 
Ja stale przestrzegałem wielu z tych towarzyszy, że umoczenie w tej sztucznej egzystencji bezbłędnie 
doprowadzi ich wcześniej czy później do nowej frakcyjnej eksplozji.

Przywódcy opozycji mówią ironicznie i lekceważąco o proletariackim składzie frakcji Cannona; w 

ich oczach ten przypadkowy „szczegół” nie ma znaczenia. Czym to jest,  jeśli  nie drobnomieszczańską 
pogardą połączoną ze ślepotą? Na drugim kongresie rosyjskich socjaldemokratów w 1903 r., gdzie miał 
miejsce   rozłam   między   bolszewikami   a   mieńszewikami,   wśród   delegatów   było   jedynie   trzech 
robotników. Wszyscy trzej przystali do większości. Mieńszewicy wyśmiewali się z Lenina, że przydawał 
temu czynnikowi wielkie symptomatyczne znaczenie. Sami mieńszewicy wyjaśniali stanowisko zajęte 
przez tych trzech robotników tym, że brak im „dojrzałości”. Ale jak jest dobrze wiadome, to Lenin 
udowodnił, że miał rację.

Jeśli proletariacka sekcja naszej amerykańskiej partii jest „politycznie zacofana”, wtedy pierwsze 

zadanie   tych,   co   są   „zaawansowani”,   powinno   polegać   na   podnoszeniu   tych   robotników   na   wyższy 
poziom.   Ale   dlaczego   obecnej   opozycji   nie   udało   się   znaleźć   drogi   do   tych   robotników?   Dlaczego 
pozostawili tę robotę „klice Cannona”? O co tu chodzi? Czy ci robotnicy są nie dość dobrzy dla opozycji? 
Czy może to opozycja jest nieodpowiednia dla robotników?

Byłoby głupio  pomyśleć, że robotnicza sekcja naszej partii jest doskonała. Robotnicy dopiero 

stopniowo   osiągają   jasną   świadomość   klasową.   Związki   zawodowe   zawsze   stwarzają   kulturowe 
środowisko   dla   oportunistycznych   dewiacji.   Nieuchronnie   zmierzymy   się   z   tą   kwestią   na   jednym   z 
najbliższych   etapów.   Nieraz   partia   będzie   musiała   przypominać   własnym   związkowcom,   że 
pedagogiczna   adaptacja   do   bardziej   zacofanych   warstw   proletariatu   nie   może   przekształcać   się   w  
polityczną   adaptację   do   konserwatywnej   biurokracji   związków   zawodowych
.   Każde   nowe   stadium 
rozwoju,   każdy   wzrost   w   szeregach   sztuki   i   komplikacji   metod   ich   pracy   otwiera   nie   tylko   nowe 
możliwości,   lecz   także   nowe   niebezpieczeństwa.   Robotnicy   w   związkach   zawodowych,   nawet   ci 
wyszkoleni   w  najbardziej   rewolucyjnej   szkole,   często   przejawiają   skłonność   do   uwalniania   się   spod 
kontroli partii. W obecnym czasie jednak zupełnie nie o to chodzi. W obecnym czasie nieproletariacka 
opozycja, ciągnąc za sobą większość nieproletariackiej młodzieży, usiłuje zrewidować naszą teorię, nasz 
program, naszą tradycję – i czyni ona to wszystko lekkomyślnie, mimochodem, dla większej wygody w 
walce przeciw „klice Cannona”. W obecnym czasie brak szacunku do partii jest okazywany nie przez 
związkowców,   lecz   przez   drobnomieszczańskich   opozycjonistów.   To   właśnie   w   celu   zapobieżenia 
odwróceniu się związkowców tyłem do partii w przyszłości niezbędne jest zdecydowane danie odporu 
tym drobnomieszczańskim opozycjonistom.

Bardziej   niedopuszczalne   jest   zapominanie,   iż   rzeczywiste   czy   możliwe   błędy   towarzyszy 

pracujących w związkach zawodowych odzwierciedlają nacisk amerykańskiego proletariatu takiego, jaki 
jest dziś. To jest nasza klasa. Nie przygotowujemy się do kapitulacji przed tym naciskiem. Ale ten nacisk 
równocześnie   pokazuje   nam   naszą   główną   historyczną   drogę.   Błędy   opozycji   z   drugiej   strony 
odzwierciedlają nacisk innej i obcej klasy. Ideologiczne zerwanie z tą klasą jest elementarnym warunkiem 
naszego przyszłego sukcesu.

Rozumowanie   opozycji   w   stosunku   do   młodzieży   jest   ekstremalnie   fałszywe.   Pewnie,   bez 

zdobycia proletariackiej młodzieży rewolucyjna partia nie może się rozwijać. Ale kłopot z tym, że mamy 
prawie całkowicie drobnomieszczańską młodzież, w znacznym stopniu z socjaldemokratyczną, to jest 
oportunistyczną przeszłością. Przywódcy tej młodzieży mają niewątpliwe zalety i zdolności, ale niestety, 
zostali oni wykształceni w duchu drobnomieszczańskiego kombinatorstwa i jeśli nie zostaną wyrwani ze 
swego   zwykłego   środowiska,   jeśli   nie  zostaną   wysłani   bez   dźwięcznych   tytułów   do   robotniczych 
dystryktów do codziennej brudnej roboty wśród proletariatu, mogą zostać na zawsze straceni dla ruchu 

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 27 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

rewolucyjnego.   W   stosunku   do   młodzieży,   tak   jak   we   wszystkich   innych   kwestiach,   Shachtman 
nieszczęśliwie zajął stanowisko, które jest fałszywe do głębi.

Czas się zatrzymać!

Do jakiego stopnia myśl Shachtmana, z powodu fałszywego punktu wyjścia, obniżyła swą jakość, 

widać z faktu, że odmalowuje on moje stanowisko jako obronę „kliki Cannona” i parę razy pobrzękuje 
faktem,   że   we  Francji   równie  błędnie   popierałem   „klikę   Moliniera”.   Wszystko   jest   sprowadzone   do 
popierania   przeze   mnie   izolowanych   jednostek   czy   grup,   całkowicie   niezależnie   od   ich   programu. 
Przykład Moliniera jedynie zagęszcza mgłę. Będę próbował ją rozwiać. Molinier był oskarżany nie o 
odejście   od   naszego   programu,   lecz   o   to,   że   był   niezdyscyplinowany,   arbitralny   oraz   o   ryzykowne 
angażowanie się we wszelkiego rodzaju przedsięwzięcia, które miały wspierać finansowo partię i jego 
frakcję. Ponieważ Molinier jest bardzo energicznym człowiekiem i ma niekwestionowane praktyczne 
zdolności, uznałem za niezbędne – nie tylko w interesach Moliniera, lecz przede wszystkim w interesach 
samej   organizacji   –   wyczerpać   wszelkie   możliwości   przekonania   i   reedukowania   go   w   duchu 
proletariackiej dyscypliny. Ponieważ wielu jego przeciwników popełniało wszystkie jego błędy, ale nie 
posiadało żadnej z jego zalet, uczyniłem wszystko, by przekonać ich, by nie spieszyli się z rozłamem, 
lecz sprawdzili Moliniera jeszcze i jeszcze raz. To było to, co tworzyło moją „obronę” Moliniera w 
młodzieńczym okresie istnienia naszej francuskiej sekcji.

Uważając   cierpliwą   postawę   wobec   błądzących   czy   niezdyscyplinowanych   towarzyszy   i 

powtarzanie   wysiłków,   by   reedukować   ich   w   rewolucyjnym   duchu,   za   absolutnie   konieczne,   nie 
stosowałem   tych   metod   żadną   miarą   tylko   do   Moliniera.   Czyniłem   próby   przyciągnięcia   do   partii   i 
uratowania Kurta Landaua, Fielda, Weisborda, Austriaka Freya, Francuza Treinta i wielu innych. W wielu 
wypadkach   moje   wysiłki   okazały   się   bezowocne;   w   paru   wypadkach   było   możliwe   uratowanie 
wartościowych towarzyszy.

W żadnym wypadku nie uczyniłem najmniejszych zasadniczych ustępstw wobec Moliniera. Kiedy 

zdecydował  się  on założyć gazetę na bazie „czterech haseł” zamiast naszego programu, byłem wśród 
tych, co nalegali  na  jego natychmiastowe wyrzucenie. Ale nie będę ukrywał faktu, że na Kongresie 
Założycielskim Czwartej Międzynarodówki byłem za sprawdzeniem jeszcze raz Moliniera i jego grupy w 
ramach Międzynarodówki, by zobaczyć, czy przekonali się  oni  o błędności swej polityki. Tym razem 
także ta próba nie doprowadziła do niczego. Ale ja nie rezygnuję z powtórzenia jej w sprzyjających 
warunkach jeszcze raz. Najdziwniejsze jest, że wśród najbardziej gorzkich oponentów Moliniera byli tacy 
ludzie jak Vereecken i Sneevliet, co później zerwali z Czwartą Międzynarodówką i udało im się z nim 
połączyć.

Wielu towarzyszy po zaznajomieniu się z moimi archiwami robiło mi w przyjacielski sposób 

wymówki, że traciłem i ciągle tracę tyle czasu na przekonywanie „beznadziejnych ludzi”. Powtarzałem, 
że wiele razy miałem okazję obserwować, jak ludzie zmieniają się wraz z okolicznościami i że nie jestem 
dlatego gotowy ogłaszać ludzi „beznadziejnymi” na podstawie paru choćby nawet poważnych błędów.

Kiedy stało się dla mnie jasne, że Shachtman wciąga siebie i pewną część partii w ślepą uliczkę, 

napisałem do niego, że jeśli będę miał okazję, natychmiast wezmę samolot i polecę do Nowego Jorku, by 
dyskutować z nim przez siedemdziesiąt dwie godziny bez przerwy. Pytałem go, czy nie życzyłby sobie 
jakoś umożliwić nasze spotkanie. Shachtman nie odpowiedział. Całkowicie miał do tego prawo. Całkiem 
możliwe, że ci towarzysze, co będą mogli zaznajomić się z moimi archiwami w przyszłości, będą mówili 
w   tym   wypadku   także,   iż   mój   list   do   Shachtmana   był   fałszywym   krokiem   z   mojej   strony   i   będą 
przytaczać ten mój „błąd” w połączeniu z moją uporczywą „obroną” Moliniera. Nie przekonają mnie. Jest 
ekstremalnie trudnym zadaniem kształtowanie międzynarodowej awangardy proletariackiej w obecnych 
warunkach.  Bieganie za osobami  kosztem pryncypiów jest oczywiście zbrodnią.  Jednak należy zrobić 
wszystko, aby przywrócić wybitnych choć popełniających błędy towarzyszy do naszego programu i tak 
uważałem i wciąż uważam to za swój obowiązek.

Z pamiętnej dyskusji o związkach zawodowych, którą Shachtman wykorzystał w takim rażącym 

oderwaniu   od   rzeczywistości,   przytoczę   słowa   Lenina,   które   Shachtman   powinien   wyryć   sobie   na 
rozumie:

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 28 –

http://skfm.dyktatura.info/

background image

Lew Dawidowicz Trocki – Od zadrapania do niebezpieczeństwa gangreny (1940 rok)

„Błąd zawsze zaczyna się od małej pomyłki, rozwijając się coraz bardziej. Różnice zawsze zaczynają się  

drobiazgami. Każdy z nas niejednokrotnie doznał drobnej rany, ale jeśli ta drobna rana zostanie zakażona, może  
wystąpić śmiertelna choroba”.

Tak   powiedział   Lenin   23   stycznia   1921   r.   Niemożliwe   jest   niepopełnianie   błędów,   niektórzy 

błądzą częściej,  inni rzadziej.  Obowiązkiem proletariackiego  rewolucjonisty  jest nie upierać się przy 
błędach, nie przedkładać ambicji nad interes sprawy, lecz wzywać do zatrzymania się, póki czas. Czas 
zawołać do towarzysza Shachtmana: stój! Inaczej skaleczenie, które już rozwinęło się we wrzód, może 
doprowadzić do gangreny.

© Samokształceniowe Koło Filozofii Marksistowskiej

– 29 –

http://skfm.dyktatura.info/