background image

 

 

Canova Frank 

 

 

Ach, co mi robisz najdroższy...! 

  

 

Ekstaza 01  

 

 

background image

Rozdział pierwszy 

 
Caputo  Dionizy,  lat  trzydzieści  trzy,  magister  filologii,  bezrobotny 

(chronicznie),  opuścił  Neapol  z  dwu  powodów,  z  których  każdy  sam  jeden 
wystarczyłby, żeby zdecydować się na zmianę miejsca pobytu. Pierwszy to ten, 
że w Neapolu nie sposób było znaleźć godziwej pracy. Zwłaszcza dla kogoś, kto 
jak  Caputo  za  bardzo  pracować  nie  lubił.  Drugim  powodem  była  Filumena 
Corallo,  lat  trzydzieści  pięć,  domagająca  się  zamążpójścia  z  powodu 
kompromitacji.  Filumena  Corallo  była  brzydka,  biedna  i  pokraczna,  to  też 
Dionizy wykorzystał ją, a potem wyśmiał. Ale że Filumena Corallo oprócz tego, 
że  była  brzydka,  biedna  i  pokraczna,  była  także  bratanicą  szanownego  pana 
Ciccio  Corallo,  wybitnego  członka  kamorry  dzielnicy  Sanita,  Dionizy  musiał 
pośpiesznie spakować manatki i na łeb na szyję zwiać do Mediolanu.  

Siedział teraz w nowoczesnej kuchni wuja Jana, który postarał mu się o 

pracę w tym wielkim, północnym mieście. Siedział też przed wielkim talerzem 
spaghetti z serem i słuchał, co powiada wuj Jan, niezrównany przykład mądrości 
i pracowitości. Przy stole siedziała także ciotka Józia i kuzynka Małgorzata, lat 
trzydzieści, nisko osadzona i nieco zezowata. Spożywali spaghetti z serem 
wszyscy oprócz wuja Jana, który przemawiał:  

„Musisz wiedzieć, że praca dozorcy to rzecz specjalna, bardzo specjalna. Tę 

kamienicę, uważasz, zamieszkują ludzie rozmaici, ale wszyscy z grubą forsą. I z 
takimiż  wymaganiami.  Ja  wytrzymałem  tam  czterdzieści  lat  i  dobrze  mi  było. 
Tyle,  że  zawsze  miałem  uszy  otwarte,  gębę  zamkniętą,  a  dla  każdego  miły 
uśmiech. Płacą dobrze, mieszkanie takie, że żyłem tam z całą rodziną, więc i tobie 
będzie  pasowało.  Czwartek  od  południa  cały  wolny,  co  dzień  wolne  od 
dwudziestej pierwszej. Rozmówiłem się już z panią Brusati, ona jest właścicielką 
całej kamienicy. Wszyscy inni to lokatorzy. I ona jakby się zgadza. Zaraz tam 
pójdziemy, przedstawię cię i dobra."  

Tu wuj Jan zrobił pauzę, bo zgarnąwszy widelcem trochę makaronu, zatkał 

sobie nim usta. Żuł powoli. Potem znów przemówił:  

„Ta pani Brusati wydaje się ostra i nieprzystępna, ale to przyzwoita kobieta, 

a  jak  ją  poznasz,  to  zobaczysz,  że  i  poczciwa.  Chce  tylko,  żeby  do  niej  z 
szacunkiem  i  nie  sprawiać  kłopotu.  Od  pięciu  lat  żyje  we  wdowieństwie  i  już 
chyba tak zostanie, bo z mężem bardzo się kochali. Utrzymuje szesnastoletnią 
córkę. Dziewczyna jest miła, ładna i dobrze wychowana. Mieszkają na piętrze 
głównym.  Tam  są  tylko  dwa  mieszkania.  Oba  dziesięcioizbowe.  To  drugie 

background image

zajmuje pan Malvolti, kupno-sprzedaż gąbek. Ma żonę Florę, która udaje wielką 
damę, ale jest ruda i ma paskudny charakter."  

Znowu pauza. I znowu następna porcja makaronu. Przez ten czas ciotka 

Józia zdążyła napełnić na nowo talerz Dionizego. Tymczasem kuzynka 
Małgorzata bacznie się przyglądała kuzynowi, którego dotąd nie znała. Wydał 
jej się miłym chłopcem, dobrze zbudowanym, ładnym, a że magister to nie 
szkodzi. Małgorzata nie mogła jakoś znaleźć męża, to też połykając makaron 
przemyśliwała, czy by jej nie wyszło z kuzynem Dionizym.  

„Teraz opowiem ci po kolei o lokatorach — zamamrotał znowu wuj Jan. — 

Pierwsze  piętro,  dwa  mieszkania.  W  jednym  młode  małżeństwo  nazwiskiem 
Capretti.  On  to  maminsynek,  nigdzie  nie  pracuje,  taki  wałkoń,  na  utrzymaniu 
ojca. Ona jest fajna. Blondyneczka lat osiemnaście. Pobrali się pół roku temu. W 
drugim  mieszkaniu,  na  pierwszym  piętrze,  małżeństwo  japońskie.  Czyściutcy, 
cichutcy,  nadzwyczaj  uprzejmi.  Następne piętro to znowu dwa  mieszkania.  W 
jednym państwo Pigato, on jest dyrektorem banku. Wdowiec, ożeniony po raz 
drugi z kobietą o dwadzieścia lat młodszą. Utrzymuje osiemnastoletniego syna. 
Chłopiec  jest  mało  zdolny,  trzy  klasy  już  powtarzał,  nie  daje  rady.  W  drugim 
mieszkaniu  —  państwo  Mandorla. On  —  właściciel kantoru wymiany,  zgrywa 
się na bogacza, ale pieniędzy nie ma. Na piętrze głównym już ci mówiłem: pani 
Brusati i państwo Malvolti. Na samej górze całość wynajmuje niejaki Gregori.  

Pracuje jako projektant mody, ale tak naprawdę... rozumiemy się?"  
Małgorzata zrobiła oko do Dionizego i wtrąciła: ,,W Mediolanie nazywa się 

to dupnik, ale powodzi mu się świetnie. Jest na wszystkich pokazach mody, 
wiesz?"  

„...i dobrze zarabia, takie mi dawał napiwki, że... — westchnął wuj — płaci 

za każdą przysługę..."  

„Dionizy jest młody, niechże trzyma się od niego z daleka — poradziła 

ciotka Józia. Kuzynka Małgorzata znowu zrobiła oko do Dionizego, a 
równocześnie dotknęła go pod stołem kolanem. Dionizy przestraszył się. 
Ledwie wywinął się z sideł Filumeny Corallo, więc za nic w świecie nie chciał 
wpaść w sidła zezowatej kuzynki. Udał, że niczego nie spostrzegł. Rozmowa 
toczyła się i przy drugim daniu. Wuj Jan opiewał uroki dozorcostwa, któremu 
poświęcił lat czterdzieści. Teraz przeszedł na emeryturę, osiadł we własnym 
mieszkaniu, które wykupił za swe potem zroszone oszczędności, wyduszone z 
całego pracowitego i uczciwego żywota. Po kawie wuj Jan zdecydował, że nie 
ma co zwlekać, pójdą zaraz na via Lazzaretto, aby przedstawić się pani Brusati. 
Władowali się więc do starej 500-ki, zezowata kuzynka za kierownicą, wuj Jan 

background image

obok, a Dionizy wcisnął się z tyłu. Kamienica okazała się stylowa, z 
przepysznym wejściem czyli bramą, uroczystymi schodami, staroświecką 
windą-staruszką. Stylowa okazała się także sama pani Brusati. Ubrana z surową 
elegancją, przyjęła ich w gabinecie nieboszczyka   męża,   umeblowanym 
masywnie i cmentarnie. Zadawała pytania tonem grzecznym, chłodnym. 
Dionizy czuł się jak na przesłuchaniu, jednak było to przesłuchanie wytworne. 
Pani Brusati była kobietą jeszcze ładną, figurę miała pełną, ale nie za bardzo, 
oblicze poważne, otoczone gładką, czarną fryzurą, krótko przyciętą, oczy 
czarne, cerę świeżą, usta pełne i pięknie zarysowane. Po półgodzinnej rozmowie 
Dionizy został oficjalnie zatrudniony jako dozorca-portier w kamienicy przy via 
Lazzaretto.  

Mieszkanko było na parterze, wygodne, chociaż ciemne. Wuj Jan wyłożył 

Dionizemu, na czym polegają obowiązki dozorcy-portiera. Pokazał mu w 
suterenie pomieszczenie centralnego ogrzewania i pralnię, gdzie każdy lokator 
trzymał swoją pralkę, aby nie zajmować drogocennej przestrzeni w mieszkaniu.  

„Kiedy pada, suszą tu bieliznę, dodała Małgorzata, a do twoich obowiązków 

należy włączyć wtedy piecyki elektryczne z dmuchawą. Ale, ale, potrzeba ci na 
pewno prześcieradeł, poszew, prawda?"  

I postanowili, że Dionizy zostanie, żeby się otrzaskać i sprzątnąć kurze, a 

Małgorzata wróci nieco później i przywiezie pościel, a także ręczniki. Tak też 
się stało. Ale przed tym Dionizy zabrał się do otwierania walizek, powiesił w 
szafie skromną swoją odzież, postawił parę butów, pozwolił sobie wreszcie na 
luksus kąpieli: wziął prysznic. Przydałyby się książki. Ale były za ciężkie, nie 
wziął żadnej.  

 Może mu je przyśle pocztą ciotka Erminia, którą zaprzysiągł, że nikomu i 

za nic jego nowego adresu nie wyda. Wyciągnął się na chwilę na materacu, 
sprzątanie i odkurzanie nie ucieknie. I natychmiast usnął. A we śnie trawił 
spokojnie swój makaron z serem. Zbudził go szum ulewy. Lało jak z cebra, ale 
to dobrze, bo był maj, groziła susza, zapasy wody wyczerpywały się szybko w 
Mediolanie. Zabrzęczał dzwonek przy bramie, a równocześnie tuż nad drzwiami 
jego nowego mieszkania. Poderwał się, wybiegł na podwórzec. Kryty portyk 
doprowadził go do samej bramy, więc dotarł tam suchą stopą. Małgorzata 
natomiast była przemoczona do nitki, trzęsła się z zimna niczym kurczątko w 
czas ulewy.  

„Madonna!... postawiłam 500-kę w niedozwolonym miejscu, ale co tam" —

wykrzyknęła wchodząc przez furtkę na podwórzec. Niosła plastikową torbę, którą 
Dionizy wyjął jej z mokrej dłoni. W mieszkaniu wydostała z tej torby ręczniki i 

background image

pobiegła  do  łazienki,  zostawiając  na  podłodze  wilgotne  ślady.  Po  minucie 
zawołała: „Dionizy Chodź tu na chwilę" Uchyliła drzwi i Dionizy zobaczył, że 
jest naga, tylko owinięta ręcznikiem. „Sprawdź, czy w szafie nie ma przypadkiem 
ramiączek i przynieś mi dwa, bo muszę rozwiesić sukienkę."  

„Dwa ramiączka?" — zapytał Dionizy przyglądając się obu tłuściutkim 

ramionom kuzynki. Rzucił okiem na jej nogi. Krótkie, lecz jędrne, może nieco 
krzywe. Co tam! Jednak skórę miała gładką, białą jak mleko i pewnie bardzo 
delikatną. A to ci Małgorzatka!...  

„Dwa wieszaki, Dionizy. Może masz jaki sweter?"  
„Tak, zaraz przyniosę."  
„Tylko się pośpiesz, zimno tu, burmistrz nie pozwolił włączać ogrzewania!"  
Dionizy znalazł ramiączka czyli wieszaki, wziął sweter i biegiem wrócił do 

drzwi łazienki. Uchyliły się szerzej i zobaczył duże piersi rozsadzające stanik tak 
mokry, że sutki odcisnęły się wyraźnie.  

„Dziękuję, Dionizy. Może masz jakieś skarpetki? Dobrze, że jesteś moim 

kuzynem, bo gdyby nie, to byłaby piękna sytuacja, to znaczy dość kłopotliwa, 
prawda?"  

„Oczywiście... ale między kuzynami, wiesz... Przyniosę ci skarpetki" — 

powiedział Dionizy i poczuł, jak mu coś twardnieje w kroczu. Zezowata nie 
zezowata, ale ma wszystko jak trzeba, piersi, tyłek nawet zachęcający, chociaż 
nisko zawieszony, a zresztą... Wrócił ze skarpetkami, usłyszał:  

„Dziękuję,  zaraz  będę  gotowa,  tylko  zobacz,  czy  na  pawlaczu  nie  ma 

grzejnika elektrycznego. Bo jak nie, to będę musiała włożyć wszystko wilgotne. 
Grzejnik się znalazł. Dionizy go podłączył. Małgorzata pokazała się w swetrze 
do  kolan,  w  skarpetkach,  uczesana.  Trzymała  w  ręce  wieszak  ze  spódnicą  i 
bluzką.  „Dionizy,  postaw  ten  piecyk  pod  wieszakiem,  dziękuję.  Będzie  schło 
szybciej.  Madonna,  jakie  mokradło.  Ale  leje,  słyszysz?  Nie  przestaje  ani  na 
chwilę." — I wyszła, ślizgając się w skarpetkach Dionizego. Lecz natychmiast 
wróciła z drugim wieszakiem w ręce. Był na nim stanik, rajstopy i ... co to? ... 
majtki?  ...  Dionizy  przyglądał  się  im  z  niedowierzaniem.  Nie  spostrzegł,  że 
Małgorzata patrzy na jego spodnie, zdeformowane w okolicy rozporka. „Pomogę 
ci pościelić łóżko, chcesz? Nie masz kapci?  

„Nie  wziąłem.  Ale  dajmy  spokój  z  tym  łóżkiem.  Poradzę  sobie.  Żebyś  się 

tylko nie zaziębiła." No, ciepło to tu nie jest, to prawda. Siądę bliżej grzejnika. 
Plecy mam całkiem zmarznięte.  

Madonna, jak leje!"  
„Może ci je rozetrzeć trochę?"  

background image

„Ach, proszę, to mi dobrze zrobi. Ale masuj mocno." — Natychmiast 

zgodziła się Małgorzata. I odwróciła się plecami. Dionizy zaczął masować 
najpierw jej ramiona.  

Małgorzata wypinała się, mrucząc z zadowolenia: „Silne masz dłonie, 

wiesz?" „Poczekaj, teraz boki."  

„Och czuję, jak mi się robi ciepło. Jeszcze tylko stopy mam jak sople lodu." 

Dionizy masował jej ciało aż pod piersi, wypychające sweter i wcale nie tak 
znowu obwisłe, wcale.  

„Rozmasuję ci stopy, chcesz?"  
„Tak. Poczekaj, siądę na łóżku. A ty weź krzesło, to nie będziesz musiał się 

schylać." — Iw mgnieniu oka przeniosła się na łóżko. Zanim Dionizy przystawił 
krzesło, ona już wyciągała ku niemu pulchne, białe nogi i oparła stopy na jego 
udach. Ale wstydliwym gestem ściągnęła sweter, który jeszcze chwila, a byłby 
odsłonił jej podbrzusze. „Dobrze, że jesteśmy krewni, no nie Dionizy?  

Inaczej musiałabym się krępować, prawda?"  
„Nie musisz, Małgosiu, jesteśmy krewni, nie musisz" — odparł Dionizy i 

tarł mocno jej stopy. Nogi nieco się rozchyliły i sweter znowu podjechał w górę. 
Odwróciła głowę ku ciemnemu oknu.  

„Popatrz, jak leje... to chyba burza..." Dionizemu wydało się, że przez 

moment widział ciemne włosy jej łona. Bolało go w kroczu, więc silniej 
masował jej łydki, kolana. „Kolana masz jeszcze lodowate. Zaziębiłaś się przeze 
mnie. Uda też masz lodowate." — I znowu posuwał dłonie aż po sam zadarty 
sweter. Wyżej nie śmiał. Ale Małgorzata nie stawiała oporu. Jego dłonie 
posuwały się tam i z powrotem, ugniatały, masowały jak dłonie prawdziwego 
masażysty, nogi dziewczyny niepostrzeżenie rozchylały się, wreszcie Dionizy 
wsunął dłonie pod sweter. Małgorzata szepnęła:  

„Jak to dobrze, że jesteśmy krewni, prawda? ... inaczej, co by to było ... ale 

przecież jesteśmy w Mediolanie ... och, jakie ciepło ... jak dobrze teraz..." — I 
położyła się na brzuchu. Sweter ledwie zakrywał jej pośladki. Twarz przytuliła 
do materaca, udając, że nic nie widzi, aby go nie krępować, gdyby...  

„Przyjemie tak cię masować" — szeptał i gładził dłońmi jej uda, masował, 

pieścił, a ona nic tylko wzdychała. Dionizy zastanawiał się, czy to taki 
mediolański obyczaj, że kuzyn może masować kuzynkę? Bo w Neapolu albo już 
dawno dostałby w pysk, albo już od dawna dostałby wszystko. „Dobrze ci 
tak?..." — I posuwał dłonie coraz dalej pod sweter po nagich, wypiętych 
pośladkach.  

„Ach tak, jeszcze, Dionizy, jeszcze... jeśli się nie zmęczyłeś..."  

background image

„Nie,  nie,  rozmasuję  ci  całe  ciało,  chcesz?  ...  całe..."  —  Precz  z  rozwagą! 

Wsunął dłonie całkiem pod sweter, masował nagie plecy, aż dotarł palcami do 
piersi. Wówczas poczuł, że ona chce. Więc natychmiast wziął je w dłonie. Zaczął 
ugniatać. Szeptał: „Całe ciało masz zmarznięte, wiesz? ... całe ... wszędzie..." — 
Teraz pieścił ją już tylko jedną ręką, a drugą rozpiął spodnie i ściągnął je razem 
ze slipami. Ach, jaki fallus! Bo czy w Mediolanie czy w Neapolu, zawsze jest tak 
samo, kiedy kuzynka pozwala ci pieścić swój tyłek i piersi. I tu, i tam znaczy to, 
że  chce.  Tak  jak  ty,  pomyślał  Dionizy  i  ukląkł  na  łóżku.  Delikatnie  wsunął 
twardego penisa między jej tłuste pośladki. Małgorzata jęknęła.  

„Ach co mi robisz? ... Dionizy ... co mi robisz? Dionizy..."  
„Nic, nic. Małgosiu... daj tylko trochę ... pozwól ... daj ..." — I posuwał się 

długim  fallusem  między  jej  pośladkami,  dłońmi  pieścił  jej  wezbrane  piersi. 
„Tylko trochę ... tylko trochę ..." „Ach, nie, Dionizy... to nie wypada ... jesteśmy 
krewni ... tak nie wolno..." — Ale biodra jej się poruszały, uda rozchylały, tyłek 
unosiła coraz wyżej, tak aby ułatwić Dionizemu, gdyby..."  

„Tylko ... jeszcze trochę... daj..." — I dotknął końcem wezbranego członka 

jej szparki. Posunął tylko nieco, ale raptem był już cały wewnątrz. Nie zdawał 
sobie sprawy, jak dalece była już gotowa, wilgotna, otwarta.  

Dionizy  w  wieku  lat  trzydziestu  trzech  miał  niewielkie  doświadczenie  z 

kobietami. Parę  koleżanek, jakaś  kurewka  (ale  im  to  trzeba  płacić)  wreszcie  ta 
nieszczęsna Filumena Corallo, wyśmiana, bo sama się oddała, pewna, że złapała 
oto naiwniaka, który przestraszy się potężnego wuja mafioso i ożeni się z nią, co 
by jej wygodziło, bo choć obibok i gołodupiec, ale magister bądź co bądź. Otóż 
Małgorzata, cóż zezowata, z krzywymi nogami i tyłkiem przy  ziemi? To było 
cudo  w  porównaniu  z  Filumeną!  Dionizy  nie  posiadał  się  z  rozkoszy.  A 
Małgorzata jęczała:  

„Ach!... co mi robisz, Dionizy... jesteśmy krewni... tak nie wolno!... ach!... 

och!... Dionizy trzymał ją za tyłek, posuwał i szeptał:  

„Jeszcze trochę, Małgosiu... troszeczkę... o, tak..." I posuwał. A ona:  
„Dionizy, to grzech... z kuzynem nie wolno ... nie ... tak ... chcę ... Dionizy! 

... ach!..." „Daj, daj, daj... jęczał cicho Dionizy. Ale ona nie tylko dawała. 
Miotała się coraz bardziej, coraz gwałtowniej i to z ochotą, z uciechą, z 
rozkoszą. Bo Dionizy był nie tylko miłym, ładnym chłopcem, lecz i 
wyposażony był przez naturę tak wspaniale, że niczego równie potężnego 
Małgorzata nigdy w sobie nie miała.  

 „Och, Dionizy ... Jeszcze, jeszcze... kocham cię... jeszcze... jeszcze!"  

background image

No, pewnie. Nie przestałby przecież. Nawet gdyby cały pułk wojska zwalił 

się  nagle  do  mieszkania.  Posuwał  w  niej  coraz  mocniej,  coraz  głębiej,  tyłek 
Małgorzaty oddawał mu pchnięcia, a za każdym pchnięciem ona zbliżała się do 
szczytu.  I  czuła,  że  to  będzie  najwspanialszy  orgazm,  niesłychany, 
nieporównywalny  z  niczym,  czego  doznawała  dotychczas,  pieszcząc  się  po 
kryjomu  z  kolegą  w  ciemnym  kącie  ulicy,  albo  w  kinie,  albo  z  właścicielem 
sklepiku spożywczego, gdzie pracowała.  

„Już... Dionizy, już...: — zawyła nagle. Teraz już nie zgrywała się na 

wstydliwą, nie udawała, że mu daje, bo kuzyn, krzyczała: „Jadę, jadę... już... 
spływam!.. już!..." I Dionizy poczuł, jak oblewa mu penisa, przeniknął go 
dreszcz i ledwie zdążył wysunąć się, trysnął na jej pośladki, na sweter, na jej 
plecy.  

Po chwili Małgorzata powiedziała wzdychając: „Dionizy., nie powinniśmy... 

to grzech. Co ja powiem w niedzielę na spowiedzi?..." Dionizy nie wiedział. Więc 
popieścił jej uda. Ona westchnęła znowu, szczęśliwa, że czuje na sobie słodki 
ciężar kochanka. „Słyszysz, jak leje? Zostańmy tak jeszcze trochę. Przykryję cię, 
bo  się  zaziębisz.  Nie  jesteś  przyzwyczajony  do  chłodnego  klimatu.  Tutaj  jest 
inaczej  niż  w  Neapolu,  nawet  w  maju  bywa  chłodno."  Dionizy  ściągnął 
prześcieradło i przykrył Małgorzatę.  

 „Zdejmij spodnie, Dionizy. Nie patrzę..." — powiedziała cicho.  
„Tak. Pada i pada, nie przestaje" — odezwał się Dionizy, aby podtrzymać 

rozmowę.  

„Połóż się koło mnie, Dionizy, poleżymy tak trochę, ale spokojnie, zgoda? 

Jak krewni.  

Dopóki moje rzeczy nie wyschną." I cała przytuliła się do niego, zamknęła 

oczy.  

To i lepiej, pomyślał Dionizy, bo jak ma oczy otwarte, to nie wiadomo, gdzie 

patrzy. Objął ją, usłyszał, jak wzdycha ze szczęścia, poczuł jak mu kładzie nogę 
między nogi, aby dotykać fallusa.  

Był miękki, ale już za chwilę może powstać. Pewna była. Tylko kto ma 

zacząć? Ona? Czy też ma czekać, aż on zacznie? Słychać było szum ulewy, 
spokojny, równy, nieprzerwany, przyjemny jak przytulone do niej gorące ciało 
Dionizego. Mocniej wcisnęła udo między jego uda, niby odruchowo, a dłoń 
kuzyna przesunęła się z jej pleców na pośladki, palce poruszyły się, pieszcząc 
coraz niżej i wreszcie dotknęły włosów, zatrzymały się. A więc zaczął. Dlatego 
dłoń jej zsunęła się tak, że koniuszki palców musnęły mu penisa. Był jeszcze 
wiotki, ale i tak bardzo piękny. Małgorzata chciałaby go całować, wziąć w usta, 

background image

ale co pomyślałby o niej wówczas Dionizy? Że jest dziwką? Łatwą 
dziewczynką, przyzwyczajoną do tych świństw? Małgorzata urodziła się w 
Mediolanie, umysłowość miała mediolańską, a Dionizy urodził się, żył, rósł i 
wzrósł w Neapolu. Postanowiła poczekać. Ale nie cofnęła ręki i choć bardzo 
tego pragnęła, nie wzięła go w dłoń. Dionizy położył na jej ręce swoją. 
Przycisnął.  

„Małgosiu, weź go w rękę, weź... choć na chwilę... „Nie powinniśmy, 

Dionizy. Za drugim razem to już grzech śmiertelny. Nie powinniśmy... jesteśmy 
krewni... nie wiem... nie wiem..."  

„O, tak... dobrze... ściśnij go... o, jak dobrze. Małgosiu... dotykaj go... o, tak, 

tak..."  

Małgorzata jęknęła: „każesz mi robić świństwa..." Ale pieściła fallusa, który 

nabrzmiewa!,  rósł,  wyprężał  się.  Kiedy  było  już  pewne,  że  Małgorzata  nie 
przerwie  tej  pieszczoty,  Dionizy  wcisnął  dłoń  między  jej  uda.  Rozchyliła  je. 
Przyjęła pieszczące jej seks rozkoszne palce kuzyna. „Och... ach... och., tak nie 
wolno, to grzech, naprawdę Dionizy... czy będziemy znowu?... ale może między 
krewnymi...  bliskimi  przecież...  Dionizy...  och...  ach...  jaki  wielki...  jak  staje... 
czujesz? Dionizy..."  

„Tak, tak, podoba mu się twoja dłoń, Małgosiu... słyszysz? jak pada... a nam 

tak dobrze... nie przestawaj, Małgosiu, nie przestawaj, tak mi dobrze...  

„Pocałuj mnie, Dionizy, pocałuj..."  
„Tak, zaraz..." I przewrócił ją na wznak, położył znowu jej dłonie na swoim 

twardym wyprężonym fallusie, pochylił się, pocałował ją w usta, wsunął język i 
poczuł, jak odpowiada językiem. Jęknęła z rozkoszy, kiedy znowu zaczął 
pieścić jej seks. Teraz pieściła mu penisa z wprawą niesłychaną, nigdy z nikim 
nie miał dotychczas tak wielkiej przyjemności, robiła to z namiętnością, z 
rozkoszą, czuł, że dla niej to niesłychane szczęście. I że jest zdolna osiągnąć 
orgazm pieszcząc i czując pieszczotę, mimo że Dionizy wcale tego dobrze nie 
robił. Nie był doświadczonym kochankiem. Umiał tylko szybko, jak najszybciej 
wsadzić, kiedy nadarzała się okazja. I to wszystko. A teraz czuł, że nie 
wytrzyma. Wymamrotał: „... poczekaj chwilę, poczekaj..." — i cały wcisnął się 
między jej uda, ręką poprowadził fallusa w stronę jej czarnych, gęstych włosów 
i wbił się. Wrzasnęła:  

„Ach... co mi robisz?... co mi robisz, najdroższy..." Zaczął się w niej 

rytmicznie poruszać. „Tylko trochę, Małgosiu, tylko trochę... daj..." „Jaki długi, 
och Dionizy...  

„Jeszcze... jeszcze... Małgosiu.... jak dobrze... jak cudownie..."  

background image

„Cudownie, ach, cudownie... to grzech... nie powinniśmy..." Prześcieradło 

zsunęło się z nich, Dionizy wcisnął dłonie pod jej tyłek, uniósł ją trochę i 
posuwał zaciekle. Oczy Małgorzaty rozjechały się na boki, zezowała już teraz 
jednym i drugim okiem. Ale on nie patrzył w jej oczy. Z ogromną 
przyjemnością posuwał w niej, z ogromną przyjemnością trzymał dłońmi jej 
tłuste, białe pośladki, już wilgotniejące, bo zaczęła szczytować. „Och, jak mi 
dobrze!... Małgosiu, jak mi dobrze!..." — „Dionizy!... już!... ja już!... jadę... 
jadę!..." wrzasnęła nagle Małgosia, „...ty też! spuść się... tryśnij we mnie!... we 
mnie!... ach!..."  

To „spuść się, tryśnij" było niesłychane. Dionizy nigdy czegoś podobnego 

nie słyszał. Na domiar nie bała się. Dotychczas wszystkie, z którymi miał do 
czynienia, prosiły, błagały, żeby uważał, żeby nie do środka, żeby nie... A ta 
przeciwnie. Może jako mediolanka z Mediolanu brała te rzeczy? Te pigułki? 
Może było jej wszystko jedno? Dlaczego jednak? Czyżby? ... i lodowata myśl 
przeszyła mózg Dionizego. Orgazm diabli wzięli. Posuwał ciągle jeszcze, ale 
już mechanicznie, opanowany, przytomny, ostrożny. Nie, żadnego ryzyka. 
Zawsze tryskał i spływał na zewnątrz. Zawsze z wyjątkiem jednego razu, a było 
to z Filumeną Corallo: kosztowało go to ucieczkę z rodzinnego miasta i 
wygnanie do Mediolanu. A tu kuzynki dają się chędożyć, jak się okazuje, bez 
ograniczeń, a deszcz leje bez ustanku nawet w maju. O, nie!  

„Dionizy mało nie skonałam z rozkoszy. Grzech nie grzech, wszystko jedno. 

Byłam w niebie, przysięgam ci. Chcę, żebyś i ty, żebyś i ty..."  

„Tak, ja także..." — zaszemrał Dionizy i wysunął się z niej, podniósł sweter 

ciągle jeszcze ją okrywający, objął ją kolanami, przysiadł, wsunął penisa między 
jej wielkie, twarde piersi, zaczął posuwać.  

„Och, jak świntuszysz, Dionizy, wyrwało się jej, ty nic, tylko świntuszysz, 

co mi robisz? Chcesz, żebym go wzięła w usta, świntuchu?... I zawstydziła się. 
Co sobie o niej Dionizy pomyśli?  

Dionizy rzeczywiście myślał: jak dobrze by było włożyć jej w usta stojącego 

fallusa... I zrobił to. Dotknął najpierw jej warg samą główką. Gdyby właśnie nie 
mówiła, byłyby zaciśnięte, ale że właśnie mówiła, więc...  

„Och, nie... gl... gl... gl...  
Dionizy pchał energicznie, bo co było robić? Tym bardziej, że ona rozchyliła 

wargi,  wzięła  fallusa  w  dłoń,  pieściła  go wargami,  językiem  coraz namiętniej, 
coraz bardziej rozpustnie, aż po jądra i z powrotem, i znowu, aż Dionizy jęcząc, 
wyjąc i  miotając się, trysnął w jej gardło, na jej język, w jej usta, raz, drugi i 

background image

jeszcze. Tak, że nie zdążyła połykać gorącego strumienia spermy, spływającej z 
jej warg.  

Pół godziny później Dionizy palił spokojnie papierosa, rozciągnięty na 

materacu, Małgorzata zaś prasowała mu spodnie, sprzątała, ubierała się.  

„Przestało padać" — powiedział Dionizy. I włożył świeżo uprasowane 

spodnie. „Idź już lepiej, Małgosiu, późno się zrobiło. Nie chciałbym, żebyś 
przeze mnie miała przykrości w domu..."  

 

 

background image

Rozdział drugi 

 
Po tygodniu Dionizy Caputi przyzwyczaił się do swego nowego zajęcia i 

uznał, że jest całkiem dobre, a nawet interesujące w pewnym sensie. Czystość 
okien i schodów to był obowiązek firmy specjalistycznej. Do niego należało 
pilnować, aby lokatorzy tacy, jak na przykład młody Pigato, syn dyrektora 
banku, nie rzucali niedopałków w windzie, czy na dziedzińcu. Musiał dbać o 
pralki i instalacje elektryczne, ale przede wszystkim pilnować wejścia: aby do 
budynku nie wchodzili obcy. Były już bowiem niemiłe zajścia z narkomanami, 
pijakami, złodziejami. I w końcu pani Brusati kazała zdjąć domofon, zostawić 
tylko połączenie z portierem. Jeśli chciał wejść ktoś obcy, musiał dzwonić do 
Dionizego. A ten, napatrzywszy się w Neapolu, a zwłaszcza w dzielnicy, gdzie 
mieszkał, różnych dziwnych rzeczy, doskonale już umiał odróżnić prawdziwego 
listonosza od podrabianego, prawdziwego inkasenta gazowni od fałszywego, a 
narkomanów rozpoznawał z daleka. W ciągu tego pierwszego tygodnia zdążył 
oddać w ręce policji oszusta podającego się za doręczyciela telegramów i 
wyrzucić na zbity łeb dwu narkomanów, upierających się, żeby wejść licho wie 
po co, pod pretekstem, że są znajomymi tego czy owego lokatora. Jako że czasy 
były ciężkie nawet dla zamożnych, tylko dwie osoby z kamienicy stać było na 
pomoc domową, zatrudnioną na godziny: wdowę Brusati, która była nie tylko 
zamożna, ale wręcz bogata, oraz pana Malvolti, zarabiającego krocie na 
gąbkach (prawdziwych, strasznie drogich). Inne panie same schodziły do 
sutereny po upraną bieliznę i pięły się na taras, aby ją rozwiesić na słońcu. Nic 
więc dziwnego, że Dionizy poznał panią Brunę Pigato, lat dwadzieścia 
dziewięć, przy mężu dyrektorze banku lat pięćdziesiąt dwa, posiadającą za to 
ciało modelki. Później poznał również panią loko Masaki, żonę jednego z 
dyrektorów mediolańskiego oddziału Hondy, lat dwadzieścia trzy, z buzią 
ślicznej porcelanowej laleczki. A zaraz potem panią Rosy Mandorla, żonę 
właściciela kantoru wymiany, blondyneczkę słodką i cichą. Następnie zaś 
młodziutką Aurę Capretti, lat osiemnaście, od roku żonę pewnego głupola, 
blondyneczkę, ale tak jędrną, że Dionizy czuł „wolę bożą" na samą myśl o niej, 
a cóż dopiero, kiedy ją widział schodzącą na dół i nie dającą sobie rady z pralką. 
Dionizy wszystko musiał za nią robić. Czasem schodziła również sama pani 
Fiora Malvolti, ruda i piegowa- i ta, z ogromnymi, zielonymi oczyma i 
nieprawdopodobnie długimi nogami, a tak seksownymi, że wzruszyłyby nawet 
nieboszczyka. Natomiast wdowa Brusati nie schodziła nigdy, posyłała służącą, 
jakąś wenecjankę lat sześćdziesiąt, czerstwą i nieodzywającą się nigdy do 

background image

nikogo. Dionizy widywał panią Brusati albo rano, kiedy szła na zakupy, albo po 
południu, kiedy udawała się do przyjaciółek na herbatę. Była dla niego 
serdeczna, lecz z dystansem i Dionizy uważał ją za prawdziwą damę i w ogóle 
piękną kobietę. Istniała również córeczka Brusati, żywe srebro, lat szesnaście, 
dziewczyna piękna i radosna. Dionizy nigdy nie widział piękniejszej i 
zgrabniejszej. Stanowiła owoc już chyba dojrzały, jeśli sądzić po okrągłościach. 
Była wysoka, zawsze uśmiechnięta, czarnowłosa, a oczy miała 
nieprawdopodobnie niebieskie. Chodziła do liceum, często przyjmowała 
kolegów i koleżanki, aby razem się uczyć, uganiała się na motorynce i 
dokuczała Dionizemu z powodu butów. Bo Dionizy, jako prawdziwy 
neapolitańczyk, był maniakiem butów wyglansowanych tak, żeby można było 
się w nich przejrzeć, jak w lustrze. „Acha, używasz ich zamiast lusterka — 
śmiała się serdecznie — golisz się przy nich, Dionizy?" Wracała do domu na 
motorynce, zawsze głodna, ze zmierzwioną czupryną, obładowana książkami 
wypadającymi zewsząd. Dionizy stawiał jej motorynkę na miejsce, zbierał 
książki, niósł je do windy, za co otrzymywał podziękowanie w rodzaju „uważaj, 
buty ci się pobrudzą". Dionizy umiał zyskać jej sympatię, ale sam czuł do niej 
coś więcej, dużo więcej. Na imię miała Karina i śniła mu się po nocach. Do 
porozumienia i wzajemnej ufności doszli szybko, mówili sobie po imieniu, a 
kiedy Karina dostawała w szkole dwóję, zwierzała się Dionizemu: „Ta dziwka, 
profesorka od matmy, dała mi dziś popalić, stara prostytutka".  

„Na pewno jest brzydka jak noc — odpowiadał na to Dionizy — takie nie 

lubią ładnych, takich jak ty." Wtedy, ale już zza zamkniętych drzwi windy, 
dobiegało go krótkie: „Idź do diabła!" Co do godzin pracy, to Dionizy nie mógł 
narzekać. Nauczył się gotować i o pół do drugiej robił sobie spaghetti z 
parmezanem. I to samo o dziesiątej wieczór. We czwartki, kiedy miał wolne, 
szedł na obiad do wuja Jana, potem jednak spędzał czas u siebie, bo nie 
wiedział, dokąd by pójść. Z Małgorzatą uzgodnił, że spotykać się będą tylko po 
kryjomu i to nie tyle ze względu na wuja Jana, ile raczej ze względu na panią 
Brusati, która hołdowała bardzo surowej moralności.  

Dionizy znowu był w formie, chociaż odkąd poznał lokatorki z via Lazzaretto, 

gust  mu  się  zmienił.  Przemyśliwał,  jak  by  to  mogło  być  z  porcelanową  Joko 
Masaki, bo podobno Japonki dają całkiem inaczej. Myślał o Fiorze Malvolti z 
pożądaniem, lecz i z niepokojem: taka ruda to pewnie wulkan, czy dałby jej rady? 
A Bruna Pigato? -„ Dziewczyna jest bombowa. Ciało ma prawdopodobnie jak z 
marmuru, bo wygląda niczym żywy posąg. Ale jaka ona jest, kiedy śpi z tym 
swoim mężem? On jest łysy, pół ślepy, bo okulary ma z tak grubymi szkłami, że 

background image

gdyby je zgubił, to nigdzie nie mógłby trafić. Więc jak ona daje sobie z nim radę 
w łóżku? Miała z nim kiedyś prawdziwą rozkosz? A on? Tak myślał Dionizy i 
zaraz uciskało go w kroczu i zaczynała go boleć głowa. A Rosy Mandorla? Ta 
słodka blondyneczka, zawsze trochę półprzytomna? Jaka ona byłaby w łóżku? Jej 
mąż,  właściciel  kantoru  wymiany,  wracał  do  domu  swoim  autem  Saab  9000 
zawsze późno i nieodmiennie ponury. Wuj Jan mówił, że raty za ten samochód 
pan Mandorla płaci zawsze po terminie. Rosy ma pewnie ciało białe, miękkie, a 
piersi wielkie i piękne, to pewne, bo Dionizy podejrzał je, widać je było pod lekką 
sukienką,  którą  nosi,  gdy  schodzi  do  pralni.  Jednak  była  także  Aura  Capretti. 
Widok  jej  podniecał  go  ogromnie.  Wychodziła  razem  z  mężem  codziennie  w 
południe,  a  potem  wieczorem  do  restauracji.  Wracali  późno.  Młody  Capretti 
często był tak urżnięty, że swojego porsche nie był w stanie zaparkować między 
kolumnami  dziedzińca.  A  ona  także  często  miała  w  czubie  i  uśmiechała  się 
głupkowato. Budzili Dionizego i o drugiej w nocy, bo Capretti nie był w stanie 
trafić  kluczem  do  zamka.  A  ona  uśmiechała  się,  bo  widziała  Dionizego 
podwójnie,  potrójnie.  Chwiała  się  na  nogach,  Dionizy  podtrzymywał  ją, 
prowadził  do  windy.  Raz  nawet  musiał  jechać  z  nimi  na  górę,  bo  Capretti  w 
smokingu  osunął  się  na  podłogę  windy  i  zasnął.  Aura  siedziała  na  ławeczce, 
kiwała  się,  ramiączko  wieczorowej  sukni  jej  się  zsunęło,  odsłoniły  się  piersi 
okrągłe i twarde, ze sterczącymi sutkami. Zanim dojechali do pierwszego piętra, 
Dionizy  miał  już  mokro  w  slipach.  Wreszcie  Karina.  Z  samą  panią  Brusati 
wszystko było jak należy, Dionizy nie podniecał się na jej widok. Podziwiał jej 
styl,  układność,  elegancję,  świetny  gust,  choć  może  nieco  za  surowy.  Ale  za 
Kariną wprost szalał. Jednak nie tylko z erotycznej ochoty. Było w tym coś więcej 
i Dionizy obawiał się, że to miłość. Albo że, co gorsza, podnieca się na widok 
dziewczątek, jak starzec. Sam sobie tłumaczył, że to głupie, oczywiście, że nie 
ma co, że Karina jest dla niego miła, bo jest miła dla wszystkich, że z nim żartuje, 
bo zawsze jest w dobrym humorze. Więc tak czy inaczej, trzeba ją sobie wybić z 
głowy. Nieba palcem nie dotkniesz.  

Dochodziła dwunasta, kiedy ktoś zadzwonił do bramy. Był w roboczym 

kombinezonie, z walizeczką i oznaką znanej firmy od pralek. „Wezwała mnie 
pani Malvolti" powiedział. Dionizy kazał mu czekać, zadzwonił do pani 
Malvolti, otrzymał potwierdzenie, zaprowadził mężczyznę do sutereny. Ale był 
zdziwiony: nie zauważył jakoś, że pralka się zepsuła. Wrócił do portierni. Za 
chwilę zeszła pani Malvolti. Wymienili pozdrowienia. Dionizy przyjrzał się jej 
prowokującemu tyłkowi opiętemu lekką sukienką w kwiatki. Znowu się 
zdziwił: dlaczego on schodzi do pralni? Chce się upewnić, że monter dobrze 

background image

naprawia pralkę? Ach, pewnie chce mu zaraz zapłacić za robotę. Za chwilę 
przyjechał swoim mercedesem mąż pani Malvolti i Dionizy otwarł mu bramę.  

Kamil Malvolti, dobrze już po pięćdziesiątce, był gruby, jowialny, nigdy nie 

omijał okazji, aby pożartować z Dionizym. Tym razem także: „No, co, Dionizy? 
Napoli znowu pokonał Milano. A Dionizy: „Dla mnie to jedno, panie 
dyrektorze, ja tam na sporcie się nie znam." „Ale jakiś sport uprawiasz?" 
„Żadnego, panie dyrektorze, chyba tylko wyścigi, kto zje więcej makaronu." 
„Nie mów, bo mi apetyt rośnie" — zaśmiał się Malvolti wchodząc do windy.  

W pięć minut potem zachrobotał domofon: „Dionizy nie widziałeś gdzie 

mojej żony? „Pani zeszła do pralni, panie dyrektorze." „Do pralni? W południe? 
No, dobrze, Dionizy, dziękuję." Dionizy zastanowił się. Istotnie, dziwna rzecz. 
A do tego dyrektor, który nigdy nie wracał do domu wcześniej niż pół do 
drugiej, a często i później, dzisiaj jakoś się pośpieszył. Dziwne, dziwne, 
rozmyślał Dionizy. Ale że był miłym chłopcem, postanowił uprzedzić panią 
Malvolti, że mąż jest już na górze. Nie, żeby podejrzewał o coś ją i technika, 
który Adonisa bynajmniej nie przypominał, nie, nie, tylko, że... Koniec końców, 
nie spodziewała się męża tak wcześnie, więc może lepiej ją ostrzec. Zbiegł do 
pralni i skamieniał. Stało tam siedem pralek, po jednej dla każdego mieszkania, 
pralka Malvoltich była trzecia od lewej, ale nikogo przy niej nie było. Co 
więcej: w ogóle przy żadnej pralce nie było nikogo, nikt żadnej pralki nie 
naprawiał.  

W głębi pralni była wnęka, do połowy zastawiona murowanym blatem, na 

którym składano rzeczy do prania. Teraz leżał na nim stos wypranych koszul pana 
Mandorla, które jego żona zostawiła poprzedniego wieczora i jeszcze nie zdążyła 
zabrać. Co się za tym stosem działo, nie było widać, ale dało się słyszeć. „Więc 
to  tak?...  Robisz  sobie  dobrze  w  moje  usta,  a  dla  mnie  już  nic?...  Coś  ty  za 
mężczyzna,  do  diabła?..."  To  był  chrypliwy  i  zmysłowy  głos  pani  Flory. 
Niewątpliwie.  Głos  zirytowany  i  słusznie,  jeśli  to  prawda,  co  powiedziała. 
Dionizy jednak nie chciał być szpiclem. Zaczął hałasować i zawołał; „Czy pani 
Malvolti  jest  tutaj?  Zza  koszul  dala  się  słyszeć  jakaś  szarpanina,  odgłosy 
pośpiesznie wciąganych ubrań, po czym pokazała się pani Malvoli, pomięta, z 
twarzą czerwoną, jak jej włosy, w bluzce wyłażącej ze spódnicy, wściekła i ze 
wściekłością  spoglądająca  na  Dionizego.  Ale  Dionizy  nie  czekał,  odezwał  się 
pierwszy:  „Proszę  pani,  mąż  wrócił,  jest na  górze,  pytał  mnie  przez domofon, 
gdzie pani jest."  

„Mąż?... rany boskie... powiedziałeś mu, że..." „Powiedziałem, że pani zeszła 

przed  chwilą  do  pralni."  „Powiedziałeś  mu...  o  tym  monterze,  który..."  „Nie, 

background image

proszę pani, ani słowa. Wydawało mi się, że akurat nie trzeba." Prawdę mówiąc, 
Dionizemu nic się nie wydawało. Nie przyszło mu po prostu na myśl, żeby coś 
wspomnieć o monterze. Jednak spostrzegł, że dzięki temu ma teraz przewagę, że 
jest  jej  wierzycielem,  więc  jego  neapolitańską  duszę  naszła  myśl,  że  da  się  to 
jakoś  kiedyś  wykorzystać.  „Dziękuję,  Dionizy,  dziękuję.  Idę  na  górę.  Do 
zobaczenia." I pobiegła. Szeroka spódnica w kwiatki owijała się wokół jej tyłka, 
uwydatniała  go,  był  to  bardzo  piękny  tyłek.  Tymczasem  zza  koszul  wychynął 
monter,  blady  i  przerażony.  Dionizy  bez  słowa  wyprowadził  go  za  bramę. 
Wracając do portierni myślał sobie, co też taka gorąca kobieta, jak pani Malvolti, 
mogła  mieć  za  przyjemność  z  takim  pokurczem,  jak  ów  monter.  Przecież 
wystarczyło  spojrzeć,  aby  wiedzieć,  że  jako  mężczyzna  nie  wart  złamanego 
szeląga.  I  takiemu  ona  zrobiła  minetę,  o,  Boże...  myślał  Dionizy.  I  poczuł 
podniecenie. Dzwonek odezwał się, właśnie kiedy zaczął się delektować swoim 
spaghetti.  Pobiegł  otworzyć:  to  była  Karina  Brusati.  Piękna,  jak  nigdy, 
zaróżowiona od pędu na motorynce, szczęśliwa, bo dostała pięć z łaciny.  

„A wiesz za co dał mi pięć ten świntuch? Bo zakładam nogę na nogę. Parę 

razy, tam i z powrotem. A profesorek nic tylko zerkał pod ławkę. Aż mu oczy na 
wierzch wyłaziły. Ale pięć to nieźle, co?"  

„Lepsze pięć niż cztery, to pewne" — przyznał Dionizy. Wpatrywał się w jej 

wargi, przepięknie zarysowane, różowe z natury, pełne, w takie usta chciałby... 
nie, nie, o tym nawet  myśleć nie wypada. Udało mu się wreszcie zjeść obiad. 
Spaghetti, ser, jabłko, kawa i kieliszek grappy, którą dostał od wuja Jana. A potem 
papieros i gazeta. Czytał, siedząc w starym fotelu przy oknie, które było oknem 
tylko z nazwy. Od ulicy miało kraty, od wewnątrz żaluzje zawsze zasłonięte, bo 
wychodziło  wprost  na  poziom  chodnika.  Światła  więc  nie  dawało  nawet  na 
lekarstwo.  Ale  stała  przy  nim  lampa,  zapewniało  to  pełny  komfort.  Godzina 
czternasta  dwadzieścia:  Mario  Pigato  wychodzi  do  banku.    Godzina  piętnasta: 
dyrektor Malvolti.  

Uśmiechnięty  i  jowialny,  jak  zawsze.  Mały  żarcik  i  pojechał.  Pięć  minut 

później wychodzi Giulio Mandorla, ponury i zmartwiony. O szesnastej zjawia się 
fotograf  i  dwie  modelki  do  pana  Gregori,  projektanta  mody.  Sam  Gregori 
potwierdza  wizytę  przez  domofon.  Dionizy  ma  czas  przyjrzeć  się  modelkom: 
szczupłe, wysokie, o długich, drżących nogach. Wkrótce potem wyjeżdża swoim 
Y10 pani Emma Brusati, uprzejmie pozdrawiając Dionizego, który otwiera jej 
bramę. Szesnasta trzydzieści: schodzi Nino Pigato w kasku i skórzanej kamizelce, 
uruchamia  hondę  1000,  ryk  motoru  wstrząsa  całą  kamienicą,  kiwa  głową 
Dionizemu,  który  i  jemu  otwiera  bramę.  Student  pierwszego  roku,  ale 

background image

pyszałkowaty  gówniarz,  myśli  sobie  Dionizy.  Nareszcie spokój.  Cisza.  Można 
poczytać gazetę. O piątej schodzi w pośpiechu Rosy Mandorla.  „Rany boskie, 
Dionizy  zapomniałam  o  koszulach  mego  męża.  Zostawiłam  je  w  pralni  i 
zapomniałam, a muszę je jeszcze wyprasować..." Uśmiechają się do siebie. Ona 
jest w lekkiej podomce, pod nią nie ma prawie nic. Schodzi do pralni, wkrótce 
jest  z  powrotem,  niesie  plastikowy  pojemnik  pełen  koszul.  Podomka  jej  się 
rozchyliła  i  Dionizy  widzi  białe  uda,  piękne  piersi.  Prawdziwie  piękne. 
Siedemnasta  trzydzieści.  Zjawia  się  Flora  Malvolti.  Zamyka  drzwi  od  windy. 
Dionizy patrzy na nią z pożądaniem. Ma na sobie tę samą co w południe szeroką 
spódnicę w kwiatki, koszulę z krótkimi rękawami i długim dekoltem. Idzie prosto 
do portierni. Dionizy łyka ślinę: widzi, jak pod koszulą poruszają się jej piersi. 
Stanika  nie  nosi,  to  oczywiste.  Nie  potrzebuje.  Sterczą  jej  same.  Weszła  do 
portierni  i  Dionizy  odłożywszy  gazetę,  wstał  z  szacunkiem  na  jej  powitanie. 
„Ciao, Dionizy." „Dobry wieczór pani." „Zeszłam, żeby ci podziękować." „Nie 
ma za co, proszę pani." „Owszem. Oddałeś mi przysługę i to w samą porę. Mój 
mąż jest straszliwie zazdrosny. Mógł narobić hałasu i wyszedłby skandal. On jest 
zazdrosny, choć wcale mnie nie traktuje należycie jako żonę. Gwiżdże na to i lata 
za spódniczkami po całym Mediolanie, a ja., ale dajmy temu spokój. Dziękuję za 
pomoc, Dionizy. Weź to. Będziesz miał na papierosy." I wyciągnęła z kieszeni 
50  000  lirów.  „Nie  proszę  pani,  za  nic  na  świecie"  —  odparł  Dionizy  i 
zaczerwienił się.  

Rzeczywiście nie chciał tych pieniędzy. „Nie obrażaj się, Dionizy, to 

przecież drobiazg" — powiedziała z zakłopotaniem Flora. „Nie chcę od pani 
pieniędzy, nie chcę, naprawdę. „No, to jakże mam ci się odwdzięczyć?" „Ja... 
mnie wystarczy, że mogłem oddać pani drobną przysługę." Jednak w jego 
spojrzeniu musiało pojawić się coś takiego, że pani Flora Malvolti spoważniała 
nagle. I zanim Dionizy zdążył się opamiętać, a był tak podniecony, że fallus 
wypinał mu spodnie, niespodziewanie objęła go i pocałowała w policzek. 
Instynktownie objął ją w pasie. Więc pocałowała go w drugi policzek. Ale 
musnęła przy tym wargami jego wargi. I... została tak. Był to pocałunek 
leciuteńki, jakby po to, żeby nie zdradzić swej ochoty i nie być w oczach 
Dionizego zbyt nachalną. Ale Dionizy nie czekał. Przycisnął ją do siebie, włożył 
język w jej usta i poczuł, że ona odpowiada mu tym samym, ociera się o niego, 
aby poczuć twardy kształt penisa i przyciska się, wtula coraz mocniej, drżąc z 
pożądania, tak jak on. Rozłączyli się dopiero kiedy zabrakło im tchu. „Zejdźmy 
do pralni, chcesz?..." — szepnęła. Zbiegli na dół. Pociągnęła go do niszy i 
Dionizy wyczuł biodrem, że blat jest właściwej wysokości, więc posadził tam 

background image

panią Florę, wsunął się między jej nogi, objął, ssał jej język, pieścił przez 
koszulę jej pełne piersi, czuł, jakie są twarde. Wreszcie wyciągnął tę koszulę ze 
spódnicy, wsunął pod nią dłonie, dotknął nagiego ciała. Flora jęknęła cichutko z 
pożądania i rozkoszy. Ujął w palce jej sutki i pieścił, całując nieprzerwanie jej 
usta. Jakże często myślał o tym, czy ona między udami ma tak samo rude włosy, 
jak na głowie, a teraz wreszcie mógł to zobaczyć. Uklęknął. Podniósł jej 
spódnicę. Przytrzymała ją, aby dać mu całować nogi, uda i wyżej, wyżej... 
„Poliż mnie..." — szepnęła pożądliwie. I pomogła mu ściągnąć majtki. Dionizy 
sycił wzrok gęstwiną jej płonących, rudych włosów. „Ach, daj mi tę rozkosz, 
chcę tego" — krzyknęła nagle, gdy jego palce rozgarniały włosy, rozchylały 
wargi sromu, a język zanurzył się w jej rozkosznym, wilgotnym wnętrzu. 
Dionizy lizał ją tak, jakby chciał zgarnąć miód z całego świata, ssał ją tak, jakby 
chciał nasycić się u źródeł życia. Zaczęła głośno krzyczeć, nie mogła już się 
pohamować i byłby może ktoś usłyszał, gdyby nie przezorność Dionizego. Gdy 
wbiegali, zamknął mocno drzwi pralni. „Ach, jak dobrze, jak cudownie... 
jeszcze... już... spływam w twoje usta, na twój język... już... już..." — krzyczała, 
jęczała, szeptała coraz ciszej i ciszej. Ale on nie przestawał. Lizał i jeszcze 
pieścił ją palcami. „Nie., już dosyć... przestań... nie mogę..." I osunęła się. Jej 
uda były mokre. Doznała tak silnego orgazmu, że i Dionizy był wstrząśnięty. 
Nigdy w życiu nie słyszał tak namiętnych jęków i okrzyków, nie widział i nie 
czuł takich spazmów rozkoszy. Czując jej orgazm, o mało sam nie trysnął. 
Teraz Flora ścisnęła mu głowę udami, chcąc go zmusić, żeby już przestał. Wyjął 
język, lizał jej uda, a ona czochrała mu włosy, wzdychała, szeptała: „Tak bardzo 
tego chciałam... spłynęłam tak szybko... ja także mam prawo do rozkoszy... ja 
także... o, Boże, jaka rozkosz..." Ale Dionizego rozpierało pożądanie, fallus 
stojący twardo bolał go. Wstał, objął Florę, osłabłą z rozkoszy, całował jej oczy 
i usta, pieścił jej piersi delikatnie i lekko. Chciał jej powiedzieć, jak bardzo jej 
pragnie: „Jesteś cudowna, jesteś piękna, wiesz?...żadna inna nie istniałaby dla 
mnie, gdybym..." „Och Dionizy, jak mi dobrze, jak wielką rozkosz mi dałeś..." 
— mówiła, tuląc twarz do jego ramienia. „Poczekaj, niech odetchnę. Zaraz 
zrobię wszystko, czego chcesz..."  

„Chcę żebyś spłynęła razem ze mną..." „Och, tak, tak, tak, pocałuj mnie..." 

— i podsunęła mu usta. Dionizy dotknął językiem jej rozpalonych warg. Poczuł, 
że twardnieją jej piersi. Mruczała coś, całowała go, jej różowy, słodki, ruchliwy 
język pieścił go i podniecał, dreszcz pożądania przenikał ich oboje. Piękne nogi 
Flory objęły Dionizego w pasie. „Zrób mi, czego pragniesz... daj wezmę go w 
usta... chcę..." Była gotowa po raz drugi. Poczuł to. Błyskawicznie ściągnęła 

background image

zapięcie rozporka i wyjęła olbrzymiego fallusa. „Włożę ci go, ale przed tym... 
daj mi polizać jeszcze raz... tak bardzo tego chcę..., powiedział cicho." „O tak, 
tak, tylko nie do końca, tylko nie za bardzo... proszę..." — odparła. Ale Dionizy 
miał w tym cel strategiczny. Pożądanie tak bardzo go rozpierało, że obawiał się 
przedwczesnego wytrysku, kiedy wsunie go w jej cudowne usta. A wówczas nie 
da Florze pełnej rozkoszy.  

Chciał więc najpierw podniecić ją językiem aż prawie do szczytu, a dopiero 

potem... Ponownie więc przyklęknął przed nią, między jej nogami, ona znowu 
uniosła  spódnicę,  cała  otwarła  się  przed  nim,  widać  było  wśród  jej  płonących 
włosów rozchyloną szparę rozkoszy. Dionizy przylgnął do niej ustami, polizał 
łechtaczkę, potem całym językiem lizał całą jej szparę i tak go to podnieciło, że 
omal  nie  trysnął.  Podniósł  się.  Natychmiast  ona  wzięła  go  między  swoje  uda, 
jęcząc z rozkoszy objęła nogami jego biodra, a kiedy penis Dionizego wsunął się 
w  nią,  krzyknęła.  I  zaczęła  go  gryźć.  Pożądanie  i  rozkosz  wygięły  jej  ciało, 
wyprężone tak, aby Dionizy mógł wbić jej całego, do końca. I wbił, jęcząc:  

„Czujesz?... masz go całego... jest twój... twój, twój, twój..." I nagle wrzasnął: 

„Flora..."  —  i  zaczęli  się  miotać  jak  szaleni,  jak  walczący  ze  sobą  zapaśnicy, 
usiłujący  pokonać  się  wzajemnie.  Flora  nie  wiedziała  już,  co  się  z  nią  dzieje. 
Tylko czuła w sobie wielkiego i twardego fallusa, nade wszystko twardego, jak 
pniak osłonięty jedwabiem, twardego i wbijającego się rytmicznie. Aż ogarnął ją 
znowu długi i potężny orgazm, ale tak potężny, że nie krzyknęła nawet,  jak to 
było w jej zwyczaju. A on także dobiegał szczytu.  

Podtrzymywał dłońmi jej tyłek i tylko bał się, że tryśnie w niej, że ją narazi 

na kłopoty, że to będzie brzydko z jego strony, że to będzie niewdzięczność za 
to, co ona mu daje. Skoro więc poczuł, że Flora szczytuje, zacisnął zęby, aby 
wytrzymać choć parę sekund jeszcze, jeszcze parę pchnięć, aby dać jej rozkosz 
do samego końca, jeszcze raz... i wyskoczył z niej, tryskając jak z sikawki 
białym płynem na jej uda, na spódnicę, koszulkę, jeszcze, jeszcze... Reszta 
spermy spłynęła na jej płonące włosy łonowe, a Dionizy poczuł, że już nie ma 
nasienia, ani sił. Kiedy ona otworzyła oczy jeszcze zamglone rozkoszą, 
zobaczyła, że leży na niej wyczerpany do cna. „Jak żyję, nigdy mi tak dobrze 
nie było..." To wszakże była prawda, najprawdziwsza prawda. Nie było żadnego 
porównania z dziewczątkami, które miał dotychczas, ani z nieszczęsną 
Filumeną Corallo, ani z zezowatą kuzynką Małgorzatą. 

 Takiej rozkoszy, jak Flora, żadna mu dotychczas nie dała. „Och, piękny 

mój, skarbie mój..." — wykrzyknęła w odpowiedzi Flora — gdybyś wiedział od 
jak dawna nie miałam takiej rozkoszy, jak z tobą..." Cicho jęcząc, Dionizy 

background image

opuścił się znowu na kolana, oparł głowę o piękne, białe uda Flory i całował je. 
Przymknął oczy. Poczuł, jak dłoń Flory pieści jego czuprynę. Usłyszał: „Chcę ci 
coś powiedzieć, Dionizy, cudowny mój, ten monter, wiesz... ja go wcale nie 
chciałam... chciałam się zemścić na Kamilu, na moim mężu... on na mnie nie 
spojrzy, biega za jakimiś siusiumajtkami, z każdą, która mu pokaże, byle nie z 
żoną. Powiedz, czy naprawdę jestem do niczego?..." „Co też ty mówisz..." — 
szczerze zaprzeczył Dionizy. „Wiesz, jak to jest? On ma mnie dosyć. Znudził 
się. Robi ze mną zawsze to samo. I jeszcze, żeby miał takiego, jak ty... Nie chcę 
ci mówić komplementów, ale twój jest wspaniały..." „Naprawdę tak ci się 
spodobał?" — pytał Dionizy pieszcząc jej kolana. „Nie zauważyłeś? Omal nie 
skonałam z rozkoszy. A tobie? Tobie się podobało? Możemy kiedyś znowu, 
chcesz? Dasz mi znać, jak będziesz chciał? Przylecę na skrzydłach." 
„Chciałbym codziennie..." westchnął Dionizy. „Ja też, ale musimy uważać. 
Kamil to pies, wiesz? A jeszcze ta zakonnica od świętego Franciszka... Gdyby 
czegoś się domyśliła, to nie daj Boże..." „Zakonnica od świętego Franciszka? 
Kto to?" „No przecież wdowa, nie rozumiesz? Rozumiem, że nie chce. Inna to 
by co noc miała kogoś, a ta nie. Po śmierci męża też jest wierna, dobra, 
rozumiem. Ale ja ... ja zawsze mogę zejść do pralni, no nie? Tylko musimy 
uważać..." „Będziemy uważać, zgodził się Dionizy." — Nie przestawał pieścić 
jej łydek, całować kolan... a potem wyżej, wyżej, jeszcze wyżej... „Co mi robisz 
najdroższy? Już nie. Nie. Teraz ja chcę. Poliżę ci. Będę ssała. Chcę. Choć. Bo 
jak nie..." I zaczęła ciągnąć go za włosy. Dionizy wstał. Zaczęli się całować. 
Dionizy znowu pieścił jej piersi pod koszulką. Położył dłoń na jej głowie, 
wsunął ją w jej płonące, rude, gęste włosy. „Szaleję za twoimi włosami..." „Tak, 
są piękne, dumna z nich jestem" — zgodziła się Flora. Włożyłbym go tam... 
zaryzykował Dionizy. „Ach, prosiaku chcesz mi trysnąć we włosy?..." „Tak. 
Ale dopiero kiedy ty..." „Każda chciałaby mieć takiego kochanka — 
wykrzyknęła na to Flora — żeby myślał najpierw o niej, a dopiero potem o 
sobie. Ale teraz moja kolej, teraz ty oblejesz mi włosy tym twoim szamponem 
Wiesz, co to za świetny szampon?..." I zaczęli się śmiać. Ale trwało to krótko. 
Flora zeskoczyła z blatu, przyklęknęła przed Dionizym, chwyciła jego fallusa, 
zawołała zduszonym głosem: „O, Boże, jaki wielki..." — i zaczęła go lizać, 
pieszcząc mu jądra. Poczuwszy to, Dionizy spojrzał i sam zobaczył, jak mocno 
mu staje. Podniecało to Florę, zaczęła mruczeć, pieściła teraz fallusa delikatnie, 
ledwo dotykając palcami, leciuteńko muskając językiem. Jej zielone oczy 
śledziły efekt. Patrzyła mu prosto w twarz. Dionizy zanurzył dłonie w jej 
włosach, wsunął penisa głęboko w jej usta. Czekał jeszcze. Flora zaczęła ssać 

background image

coraz mocniej. Dionizy powoli tracił przytomność. Zdawało mu się, że ulatuje w 
powietrze. Żadna nie ssała tak namiętnie. Tak umiejętnie. Nagle przestała. 
Wpatrywała się w niego wzrokiem gorącym, piekącym. Jej zielone oczy 
błyszczały niesamowicie. „Powiedz mi, kiedy będziesz już blisko. Chcę, żebyś 
mi trysnął we włosy..." „Aleja... ja chcę... żebyś ty najpierw..." — zaproponował 
zduszonym głosem. „Nie. Zrób, jak mówię" — ucięła krótko. Dionizy 
westchnął, poczuł, że zaczęła od nowa. I już po chwili wrzasnął: „Już... już... 
już..." Wówczas ona przestała ssać. Trzymając fallusa w dłoni, nasunęła na 
niego ruchomą masę swoich rudych włosów. „Och ... już... ach..." — zaryczał 
Dionizy. Rozkosz wezbrała w nim, trysnął. I płyn oblał jej włosy, raz, drugi, 
trzeci, w coraz krótszych odstępach, mocząc także jej twarz, skronie, policzki, 
usta. A ona ciągle trzymała go dłonią i pieściła, pieściła...  

 

 

background image

Rozdział trzeci 

 
W czerwcu nastał wreszcie upał, a w portierni było chłodno i miło, 

przyjemniej niż w mieszkaniach. Dionizy był zadowolony. I z siebie, i ze swojej 
pracy. Flora Malvolti okazała się kochanką gorącą i namiętną, zawsze gotową i 
brać, i dawać. Dwa, trzy razy w tygodniu schodziła do pralni i oddawała się 
Dionizemu na wszelkie sposoby. Jednak on poza tymi spotkaniami okazywał jej 
należyty szacunek, jakby nie łączyło ich nic, tylko, to że on jest dozorcą, zawsze 
uprzejmym portierem, a ona dobrze wychowaną lokatorką. Flora była za to 
wdzięczna. To znaczy: również i za to. Tak więc Dionizy, skoro był tak 
zadowolony, powinien być i szczęśliwy. Ale nie był. Zakochał się w Karinie 
Brusati. Beznadziejnie. Bez sensu. Przecież zbyt duża była między nimi różnica, 
i wieku, i stanu czyli sytuacji społecznej. To też ona traktowała go co najwyżej 
jak starszego kolegę, nic więcej. On zaś szalał z miłości i pożądania. Tak, tak, z 
pożądania również, bo Karina rozwinęła się tymczasem, jak piękny kwiat. 
Wysoka, zgrabna, z czarną, czupryną krótko przyciętą, mogłaby porazić 
pożądaniem nawet dziewięćdziesięciolatka. Była w niej świeżość, a zarazem 
zmysłowość, tak silnie działająca na mężczyzn. A że Dionizy był mężczyzną, 
więc działała i na niego. Przyszedł czerwiec, Karina nosiła koszulkę Lacoste, 
krótką spódniczkę i tenisówki na gołych stopach. Jeździła na motorynce, więc 
była opalona, ale opalała się także na tarasie kamienicy, należącym do 
mieszkania pani Brusati. Zbliżał się koniec roku szkolnego i Karina 
przewidywała, że nie przejdzie z drugiej do trzeciej licealnej, że ją obleją co 
najmniej z dwu przedmiotów: łaciny i geografii, a może i z matematyki. Ale nie 
przejmowała się tym za bardzo. Pewnego popołudnia zeszła do portierni, aby 
poprosić Dionizego o pomoc przy mocowaniu huśtawki na jej tarasie. A jemu 
wydawało się, że śni. Kamienica miała obszerny taras, podzielony na sektory. 
Północny był dostępny dla wszystkich. Każdy lokator mógł tam suszyć swoje 
pranie. Sektor wschodni był zarezerwowany dla dyrektora Pigato, a południowy 
dla pana Gregori, projektanta mody. Pan Gregori kazał tam postawić wielki 
namiot, dokąd zapraszał przyjaciół na wyśmienite drinki, wieczorem po kolacji. 
Sektor zachodni należał do pani Brusati. Chwyciwszy torbę z narzędziami, 
Dionizy zamknął portiernię i wszedł do windy. Oczywiście wbrew 
regulaminowi, który zabraniał portierowi oddalać się od dyżurki.  

Chyba że w nagłych przypadkach, jakby kto dzwonił, to się nie dodzwoni, 

pomyślał Dionizy. Ale każdy lokator ma klucz, niech sobie raz sam otworzy, a 
samochód może przecież zostawić na podjeździe. I podniecony, wzruszony 

background image

wszedł na zachodni taras. Od razu zauważył huśtawkę, ale Kariny nie było. Po 
chwili z małej, drewnianej kabiny wyszła i ukazała się: w kostiumie 
kąpielowym. Był to jednak kostium kąpielowy tylko z nazwy. Sznureczek 
między pośladkami, trójkącik ledwo zasłaniający seks i szmatka przykrywająca 
sutki. Stanik był niepotrzebny, to się widziało.  

Karina doskonale wiedziała, co robi. Zdawała sobie sprawę z wrażenia, jakie 

sprawia. Stała więc i bawiła się aparatem fotograficznym, próbując póz coraz 
bardziej prowokujących.  

,,Umiesz fotografować, Dionizy?" Dionizy przełknął ślinę, ale i tak zamiast 

głosu wydobyło mu się z gardła jakieś podniecone bulgotanie. „Podobam ci się, 
co?  Chwała  Bogu.  Więc  zrób  parę  zdjęć.  Obiecałam  kolegom.  Będą  mieli  na 
zakładki tlo książek." Mówiąc to, bacznie przyglądała się spodniom Dionizego i 
wzgórkowi,  który  nagle  pojawił  się  w  okolicy  rozporka.  Na  pociechę. 
Przynajmniej  będą  mogli  się  onanizować  przy  tych  fotosach.  Zaśmiała  się  i 
popatrywała złośliwie na Dionizego, który stał z otwartą gębą. Zamurowało go. 
„Co  się  stało?  Zgorszyłam  cię?  Daj  spokój.  Mało  mnie  to  wzrusza,  czy  się 
onanizują przy moich zdjęciach, czy przy innych."  

„Ach... ale... Karina — wydobył w końcu z siebie głos Dionizy, — co na to 

powie twoja matka?... nie za wcześnie na opalanie się?... a zresztą... ja ci tych 
zdjęć nie zrobię... gdyby pani Brusati dowiedziała się, przepędziłaby mnie na 
cztery wiatry!..." „Przestań! Przecież nie jestem naga."  

„Ale prawie!" I Dionizy oglądając ją od stóp do głów, znowu przełknął 

ślinę. Wprawdzie szalał za nią, ale teraz znalazł się oto w trudnej sytuacji. Może 
Karina robi to naumyślnie? Może chce go sprowokować, a potem wystawi do 
wiatru?  

„Daj spokój, Dionizy. Przestań się zgrywać, zirytowała — się Karina, zobacz 

—  pokażę  ci,  jak  działa  ten  aparat."  Wyciągnęła  aparat  fotograficzny  z  etui. 
Podeszła do Dionizego. Trzęsły  mu się ręce, kiedy brał od niej aparat. Karina 
oddaliła się. Usiadła na huśtawce. Dionizy pstryknął raz, drugi, trzeci. I tak zrobił 
jej  dziesięć  zdjęć  w  rozmaitych  pozach,  coraz  śmielszych.  Przez  cały  czas 
świadom był, że Karina wpatruje się we wzgórek na jego spodniach. Ale co miał 
robić? Włożyć rękę w kieszeń?  

„Cała rolka już poszła."  
„Okay, jeśli będą dobre, jedną dam i tobie, bo może ty także..."  
„Dziękuję, nie trzeba, widuję cię co dzień na żywo."  
„I cóż? Dobra jestem?" — podpuszczała go w sposób jawny, otwarcie, ale 

gdyby się dał...  

background image

„Niezła. Sześć z plusem."  
„Ech, jesteś dziś jakiś nadęty" — zaśmiała się Karina. I poruszyła się na 

huśtawce, która zaskrzypiała podejrzanie.  

„Zejdź, obejrzę tę huśtawkę, powiedział Dionizy i pochylił się do torby z 

narzędziami.  

Nagle Karina znieruchomiała. Położyła palec na ustach nakazując milczenie.  
„Cii... chodź..." — wyszeptała. I zeskoczyła z huśtawki. „Coś ci pokażę..." 

Wzięła go za rękę i ruszyła w stronę sektora dla wszystkich. „Tylko cicho, nie 
hałasuj..." — ostrzegła go. „Dokąd? Co tam jest?..." — niepokoił się Dionizy, bo 
ta wariatka gotowa go narazić Bóg wie na co. Karina zajrzała za półotwarte drzwi 
sektora  dla  wszystkich.  Rozwieszone  pranie  schło  na  słońcu,  nigdzie  nikogo. 
Przeszli po cichu przez cały taras, aż do przepierzenia, wykonanego z zielonych 
deseczek ułożonych w romby. Pod tym płotkiem stały w regularnych odstępach 
cementowe, zielone pojemniki z pnącymi roślinami, mającymi zasłonić widok do 
przyległej,  prywatnej  części  tarasu.  Karina,  ciągle  przytykając  palec  do  ust  na 
znak milczenia i nie puszczając ręki Dionizego, pociągnęła go w kąt, gdzie pnącza 
były rzadsze i pozwalały podglądać, co się dzieje na tarasie państwa Pigato. Na 
razie  słychać  było  tylko  szepty,  ale  dość  głośne.  Dionizy  rozpoznał  głos  pani 
Bruny Pigato oraz głos Nina, jej antypatycznego pasierba. „Bruna, połóż się tak, 
jak chcę..."  

„Skończ już wreszcie i idź się uczyć, ty..."  
„Ale najpierw daj, tak jak ja chcę..."  
„No dobrze, pośpiesz się, chcę się opalać.."  
Karina przyciągnęła do siebie Dionizego. Stali teraz przytuleni jedno do 

drugiego tak, że nie sposób było uniknąć dotknięcia. I Dionizy poczuł przez 
ubranie, jak jego wezbrany członek ociera się o pośladek Kariny. Zadrżały mu 
kolana. Zdawało mu się, że jeszcze chwila, a tryśnie w slipy, najgłupiej w 
świecie. Ale Karina niczego nie dawała po sobie poznać i palcem wskazywała 
coś, co można było dostrzec, patrząc między gęste liście i pnące się ziele. Nie 
bez trudu Dionizy zdołał wreszcie coś zobaczyć. Rzeczywiście: to była Bruna 
Pigato, młodziutka żona dyrektora banku i jej pasierb Nino, którego Dionizy 
miał za niedowarzonego osiłka. Oboje byli nadzy, ona wyciągnięta na plażowej 
leżance, pokazywała ciało posągowe, tak jak je sobie Dionizy wyobrażał. Tylko 
czarny trójkąt między jej udami nie miał w sobie nic z zimnego posągu. Nino 
stał przed nią ze sterczącym członkiem, trzymał go w dłoni, pieścił go wolno, 
ale niecierpliwie. Jego członek był krótki, biały, odsłonięty, z różowym 
punkcikiem na końcu. Sapiąc z irytacji, pani Bruna Pigato uklękła, chłopak 

background image

stanął za nią, włożył jej swego maleńkiego ptaszka. I nagle zaczął się miotać, 
jak szalony. Trwało to może trzy, cztery sekundy. Bruna powiedziała nagle: 
„uważaj nie do środka, i Nino odskoczył, tryskając w powietrze. „Skończyłeś? 
— zapytała pani Bruna — to podaj mi krem do opalania." Nino odparł: „Nie 
mogę, jestem umówiony, spieszę się, a muszę jeszcze wziąć prysznic, ciao." Był 
już w podkoszulku i w spodniach. Szedł do drzwi. „Gówniarz..." — krzyknęła 
za nim Bruna. „Sama jesteś gówniarka" — rzucił jej już zza drzwi. Westchnęła i 
podniosła się, aby wziąć z półki flakon oliwy i papierowe serwetki. I już miała 
położyć się znowu na plażowej leżance, gdy nagle spojrzała prosto w oczy 
Dionizego, utkwione w niej zza żywopłotu. Oczy ich spotkały się na mgnienie.  

Dionizy uskoczył natychmiast. Ale pewny był, że go jednak zobaczyła. 

Poczuł, jak Karina znowu bierze go za rękę. Oddalili się w milczeniu.  

„Widziałeś, co on robi z mamuśką?" — szepnęła, kiedy przemierzali taras 

sektora dla wszystkich.  

„To nie matka, to jego macocha" — odparł Dionizy, ciągle jeszcze pod 

wrażeniem obejrzanej sceny. I nadal pod ciśnieniem pożądania. Fallus rozpierał 
mu spodnie.  

„Jednak to żona jego ojca, nie?" — zauważyła Karina. Weszli już do jej 

sektora.  

„Tak czy siak, oboje są parą głupich gówniarzy" — Dionizy wymamrotał w 

odpowiedzi: „Oczywiście. Zachowują się nieładnie. Ale tobie się podobało, co? 
—  przycięła  mu  Karina  —  to  widać,  nie  gadaj!"  I  trzepnęła  go  dłonią  po 
wezbranych spodniach.  

„Było widać i przedtem..." — wyrwało się Dionizemu. Niestety, zanim 

zdołał ugryźć się w język. Karina usiadła na huśtawce i przyjrzała mu się 
złośliwie.  

„Zauważyłam. Pochlebia mi to, łaskawy panie, bardzo pochlebia." I 

zarechotała jakoś tak piszczą co. „Zauważyłam, kiedy mnie fotografowałeś. A 
poczułam, kiedy podglądaliśmy Brunę. I tego jej świntucha. Powiedz, dlaczego 
ona mu pozwala? Podoba jej się to?" „Powiedziałbym, że raczej nie — parsknął 
Dionizy, słuchaj, jeżeli mam naprawiać huśtawkę, to zejdź z niej na chwilę, a 
jak nie, to idę na dół. Słyszę, że ktoś dzwoni i dzwoni..."  

„Nie, dzisiaj żadnych napraw, naprawiać będziemy jutro, to znaczy ty 

będziesz naprawiał, a ja się będę opalać, zgoda? A może się boisz?"  

„Czego mam się bać? Jest czego?" — odparł śmiejąc się, ale zabrzmiało to 

fałszywie.  

„Że cię uwiodę..." — i ona się zaśmiała. — „Daj spokój!"  

background image

„Ciągle jesteś podniecony, nie mów, że nie działam na ciebie..." „No, to co? 

Jestem normalny, wiesz?" „Pokażesz mi..."  

„Co?... ależ... Karina... chyba masz nie po kolei..."  
„Dlaczego? Chcę go zobaczyć. Założę się, że masz większego niż Nino."  
„Karina, schodzę na dół, do widzenia."  
„Nie poczekaj, głuptasie. Naprawdę chcę go zobaczyć. Nic więcej. Obiecuję. 

Tylko zobaczyć. Jestem ciekawa. Myślisz, że nigdy nie widziałam? Podglądałam 
z koleżankami przez szpary, kiedy w szkole remontowali  ubikację, widać było 
chłopaków, jak sikają, a raz jeden onanizował się i trysnął."  

„Nie wiem, nie wiem... Karina, tak nie można... Gdyby twoja matka się 

dowiedziała... gdyby weszła nagle, gdyby cię usłyszała... a ja zamiast iść sobie, 
słucham, co mówisz..." „I jesteś podniecony — złośliwie wykrzywiła się Karina 
— no już... wyjmuj go... pokaż, a pokażę ci moją... tylko nie ruszaj się z 
miejsca... ja też nie... będziemy tak z daleka... nie będziemy się dotykać... ty mi 
pokażesz, a ja tobie..." Nagle Dionizy stracił panowanie nad sobą. Chce go 
zobaczyć? To wyciągnie go i niech patrzy, niech porówna, niech zobaczy, jaka 
jest różnica między kutasikiem Nina, a jego potężnym fallusem! Proszę!... i 
ściągnął na dół zamek od rozporka, wyjął, proszę, jak sterczy ze spodni prosto w 
niebo! Karinie wydawało się, że to jakiś minaret z różową kopułą. Dionizy 
przyglądał się wyrazowi jej twarzy. Rozchyliła usta, rozeszły się jej oczy, teraz 
już nie żartowała.  

„A twoja myszka? Nie pokażesz mi?" — zapytał głucho.  
Karina  była  blada,  blade  miała  nawet  wargi,  jej  oczy,  zwykle  niebieskie  i 

połyskliwe,  stały  się  ciemne  i  jakby  za  mgłą.  Nagle  zerwała  się,  zeskoczyła  z 
huśtawki i gwałtownie pobiegła do kabiny. Zamknęła się tam. Dionizy stał jak 
wryty, z nagim fallusem, sterczącym ze spodni, zaskoczony, zdumionymi oczyma 
spoglądał  na  zamknięte  drzwi  kabiny.  Wreszcie  oprzytomniał,  zapiął  spodnie, 
wziął torbę z narzędziami i już miał wyjść, kiedy Karina pokazała się, całkiem 
ubrana. Podeszła do niego nieśmiało.  

„Muszę cię przeprosić Dionizy. Chciałam ci trochę dokuczyć. Ale potem 

zrozumiałam, że to głupie. Działasz na mnie, wiesz... nie można się tak bawić... 
zachowałam się, jak gówniarka,...sam powiedz..." „Nie... — westchnął Dionizy 
— ale nie schodźmy na dół razem, zejdę pierwszy, a jutro naprawię ci huśtawkę. 
Ale kiedy nie będzie cię w domu... dobrze?" „Dobrze — wymamrotała Karina, 
blada i smutna — nie gniewasz się?...  

 „Nie, oczywiście, że nie."  
„Będziemy nadal przyjaciółmi?"  

background image

„Tak, ciao..." „Ciao..." — odpowiedziała Karina.  
Winda była zajęta i Dionizy, ciągle jeszcze podniecony i wzburzony, zszedł 

na dół schodami. Lecz na dole, nieruchomo stojącą przy zamkniętych drzwiach 
portierni, zastał panią Brunę Pigato. Miała na sobie zdecydowanie letnią, krótką 
sukienkę bez rękawów, z kwadratowym dekoltem, a na stopach płaskie 
sandałki. Wyglądała na bardzo rozwścieczoną.  

„Czy byłeś u kogoś w mieszkaniu, Dionizy?" — zapytała tonem policjanta. 

„Nie, proszę pani, byłem na tarasie, naprawiałem huśtawkę pannie Brusati." Ta 
odpowiedź zaniepokoiła panią Pigato.  

„Karina była z tobą?" „Nie, byłem sam — instynktownie skłamał Dionizy 

— czym mogę służyć?"  

„Muszę z tobą pomówić. Ale nie tu. Zejdźmy na chwilę do pralni."  
Mózg Dionizego pracował na zwiększonych obrotach, kiedy schodzili do 

sutereny. Pani Bruna szła przodem. Nagle odwróciła się.  

„Ty mnie podglądałeś, tak?"  
Nie dała mu czasu na odpowiedź. „To nie była Karina. To były oczy 

ciemne, jak twoje. Coś widział? Grajmy w otwarte karty, Dionizy." Mierzyła go 
zimnym wzrokiem, śledząc reakcje jego twarzy, lecz z neapolitańczykiem nie 
idzie tak łatwo.  

„Nie rozumiem, proszę pani. Bo jeśli to ja byłem, to sama pani wie, co 

mogłem zobaczyć,  

a jeśli nie, to skąd mam wiedzieć, co tam było do zobaczenia? Tak czy 

owak, nikogo nie śledziłem." „A jednak śledziłeś. Może nie chciałeś, może nie 
zamierzałeś, aleś się zaciekawił, słysząc głosy. I zobaczyłeś. Posłuchaj mnie 
uważnie. Nie zamierzam kręcić. Jeżeli zobaczyłeś, gotowa jestem dać ci coś za 
milczenie. Jasne? Coś, to znaczy... to co widziałeś. Bo widziałeś, tak? Pewna 
jestem, że widziałeś. Tylko ty mogłeś tam być przed chwilą. Ńie kręć. 
Odpowiedz mi krótko i węzłowato: widziałeś towar, bierzesz?"  

„Towar jest pierwszorzędny" — odparł Dionizy. Poczuł, jak podniecenie 

rozsadza go, patrzył jej prosto w oczy, te kilka słów wystarczyło. Spostrzegł, że 
doznała ulgi. „Więc targ dobity..." — powiedziała w końcu. — „Jednak na 
wszelki wypadek muszę wiedzieć, coś widział, za darmo nie dam. No więc?"  

„No więc — odparł Dionizy — Nino to gówniarz. Zarozumiały, zepsuty, a 

kutasina pożal się Boże i do tego chędożyć nie umie. Starczy?"  

W slipach Dionizego fallus niecierpliwił się i naglił, w jego jądrach nasienie 

niebezpiecznie wzbierało, trzeba było na to zaradzić jak najszybciej. Cel był już 
tuż.  

background image

„Starczy."  
Na jej ustach pojawił się uśmiech rozbawienia, choć sytuacja temu nie 

sprzyjała.  

Powściągnęła go natychmiast.  
„Jest jeszcze jednia sprawa. Do ciebie mam zaufa nie, nie wyglądasz na 

świnię, zresztą — targ dobity.  

Ale czy na pewno Kariny tam nie było? Tego muszę być pewna, Dionizy! 

Jedno jej słówko, a jestem zrujnowana. Niech coś wspomni swojej matce, albo 
komuś z sąsiadów, choćby tylko mimochodem, a mój mąż natychmiast wystąpi 
o rozwód. „Karina wyszła o pół do czwartej, przechodząc kazała mi naprawić 
huśtawkę. Czemu miałbym mówić nieprawdę?" Ulga, jakiej doznała Bruna, 
była aż nadto widoczna.  

„Może chcesz teraz zobaczyć mój towar?" — zapytał Dionizy. I otwarł 

rozporek. Chwila i wyciągnął fallusa. Bruna zareagowała jak przedtem Karina: 
otwarła usta ze zdumieniem. Oblizała się bezwiednie.  

„Madonna,  a  cóż  to  za  berło!  Niesamowite..."  Patrzyła,  pełna  podziwu. 

Neapolitańskie  dziewczęta  nigdy  go  tak  nie  podziwiały.  Brały  go  w  siebie,  w 
szparkę albo w usta, i tyle. W Mediolanie zaś robił furorę. Toteż ciągle trapiło go 
pytanie, czy jest tak, bo neapolitańczycy mają większego niż mediolańczycy, czy 
też tylko on ma wielkiego ponad zwykłą miarę? Ale skoro okrzyk pani Bruny 
Pigato oznaczał podziw, to w porządku. „Dionizy... byłam gotowa na mały skok, 
ale skoro masz takiego, to chcę dłużej i w spokoju, rozumiesz? Jest już pół do 
szóstej, za pół godziny mój mąż wychodzi z biura..." Zdawało się, że mówi to 
szczerze, bo mówiąc, macała go, ściskała, gładziła, a w oczach miała zachwyt i 
pożądanie. „Ja muszę długo, rozumiesz?" — wyjaśniła ciągle patrząc na fallusa, 
jak urzeczona. Na to Dionizy:  

„Ale ja już dłużej nie mogę. Nie jestem taki królik, jak Nino, ale czuję że po 

tym wszystkim wystarczą mi trzy minuty."  

Objął ją. Natychmiast włożyła mu język w usta, a jego dłonie natychmiast 

zsunęły się w dół aż na pośladki, które okazały się twarde, jak z marmuru. Tego 
się  wszakże  spodziewał:  że  jej  ciało  to  marmur  owinięty  w  jedwab.  Bruna 
odsunęła się. „Daj mi w usta, chcesz?" — szepnęła wzdychając. Nie czekała na 
pozwolenie. Uklękła i ujęła w dłoń jego fallusa tak, że Dionizy od razu pojął, z 
jakim  ekspertem  ma  do  czynienia.  Ale  nie  tylko:  widoczną  przyjemność 
sprawiało jej dotykanie fallusa równocześnie dłońmi i ustami. Zademonstrowała 
to od razu. Okazało się, że ma swój własny sposób na pieszczoty, robiła to nie 
tylko umiejętnie, ale i namiętnie, z pasją. Obejmowała fallusa palcami tak, że dłoń 

background image

posuwała  się  ruchem  prawie okrężnym  i  widać  było,  jak  ją samą  to podnieca. 
Trzymała  go  w  połowie,  jechała  do  góry,  pieściła  delikatnie  palcem  sam 
koniuszek,  zjeżdżała  w  dół,  wyciągniętymi  palcami  pieściła  jądra  i  znowu  do 
góry. A przy tym usta jej nie przerywały ani na chwilę niesłychanie pożądliwego 
ssania. Gdy dłoń była w dole, jej wargi obejmowały fallusa od góry i ssały tak, 
jakby  chciały  całą  limfę  z  niego  wyssać,  a  kiedy  dłoń  szła  wysoko,  jej  język 
pieścił  delikatnie  sam  koniec,  wargi  obejmowały  tylko  główkę,  aby  zostawić 
miejsce  palcom.  I  tak  trzymała  go  w  dłoni  i  w  ustach  jednocześnie.  „Nie 
wytrzymam, skarbie, zaraz trysnę... —jęknął Dionizy — ale wszystko nadrobię 
jutro,  chcesz?...  i  tak  długo,  aż  sama  mi  powiesz  dość..."  Zamruczała na  znak 
zgody i leciutko ugryzła penisa, ściskając go mocno.  

„Ssij, ssij, skarbie mój, ssij... już... już... w twoje usta... już..." — wrzasnął 

Dionizy nagle i zaraz trysnął. Połknęła wszystko aż do ostatniej kropleki. Ale 
nie przestawała lizać, ssać, aż Dionizy musiał odsunąć ją siłą. Bruna podniosła 
się z klęczek, sapiąc i dysząc, jakby sama doznała orgazmu, była blada, twarz 
jej ściągnęła się, rysy wyostrzyły jak u chorego.  

„Cała jestem mokra... masz bardzo pięknego..."  
„Chcesz, to ci poliżę, żebyś i ty..." — zaproponował Dionizy.  
„Ach, nie nie, nie, nie, językiem nie chcę. Jutro poliżesz mnie tylko trochę, a 

potem zrobisz mi dobrze tym twoim wspaniałym, całym, długim, do końca, mój 
mąż tylko mnie liże, a im dłużej liże tym mniejszą mam ochotę, idę już, głowa 
mnie rozbolała, zawsze mnie boli, kiedy nie mogę się zaspokoić, ciao, lecę, jutro 
o czwartej zejdę do ciebie, ale nie pójdziemy do pralni, ktoś mógłby nas zobaczyć, 
chcę  w  łóżku..."  —  wyrzuciła  to  wszystko  z  siebie  jednym  tchem  pani  Bruna 
Pigato.  

„Dobrze, pójdziemy do mojego mieszkania. Jutro jest czwartek, nie muszę 

po południu tkwić w dyżurce."  

„Dobrze, tylko uważaj na niego, no, na tego twojego, co go masz między 

nogami..." „Do jutra! Przypilnuję go. Będzie gotów. Czekam..."  

 

 

background image

Rozdział czwarty 

 
Jedynym lokatorem, który prawie wcale nie wychodził z domu, był Daddo 

Gregori, znany projektant mody. W ciągu dwu miesięcy swojej pracy w 
kamienicy przy via Lazzaretto Dionizy widział go może dwa razy. Gregori miał 
lat około pięćdziesięciu. Był niski, szczupły, suchy, włosy krótkie farbowane 
(na jasno), zawsze elegancki i wymuskany, w fantazyjnych koszulach 
rozpiętych pod szyją, a na palcach brylanty warte miliony. Chyba że to szkiełka. 
Dionizego Gregori pozdrawiał rzucając krótkie „ciao, kochany", albo „ciao, 
kochasiu" albo „ciao, ciao, strażniku". Miał samochód jaguar 1950 z 
siedzeniami z żółtej skóry. Raz w miesiącu robił mu przegląd chłopiec z firmy 
samochodowej. Poświęcał tej pracy cały ranek i brał za to 50.000 lirów. Bo 
Daddo Gregori bardzo dbał o swój samochód, choć go prawie nigdy nie używał.  

Między ósmą a dziesiątą rano wychodzili kolejno: pan Fuiko Masaki, udający 

się  do  biura  zawsze  na  piechotę,  pan  Mario  Pigato,  jeżdżący  fiatem  uno,  pan 
Kamil  Malvolti  swoim  mercedesem  i  pan  Juliusz  Mandorla  swoim  saab  900. 
Dionizemu wystarczało spojrzeć na auta stojące na dziedzińcu i już wiedział, kto 
jest w domu, a kogo nie ma. Tego ranka o dziewiątej saab pana Mandorla stał 
jeszcze na swoim miejscu. O pół do dziewiątej jeszcze stał, 0 dziesiątej to samo. 
Dionizy  zrozumiał,  że  pan  Mandorla  nie  pójdzie  dziś  do  biura.  Pewnie  jakaś 
grypka, małe zaziębionko, czy coś podobnego. Obojętne. Co go może obchodzić, 
czy  pan  Mandorla  pójdzie  do  biura,  czy  nie.  Rzeczywiście.  Ale  Dionizy  był 
nerwowy,  prawdę  mówiąc,  nawet  przewrażliwiony.  Nie  mógł  się  doczekać 
popołudnia. Żeby wreszcie Bruna Pigato zeszła do portierni. Żeby wreszcie pójść 
z nią do mieszkania i położyć ją na łóżku. Żeby ją... Ale co? Nic tylko chędożyć? 
A  cóż  więcej?  Ale  jak?  W  jakiej  pozycji?  Myślał  i  myślał,  podniecał  się, 
denerwował się i sam sobie tłumaczył, że jest głupi. Całą noc śniło mu się, że leży 
między  dwiema  kobietami:  między  panią  Pigato  i  panią  Malvolti,  a  one 
prześcigały się, która lepiej go zaspokoi, lecz nic z tego, bo z balkonu podglądała 
go Karina, a on tylko na nią patrzył, tylko ją widział, a ona tylko z niego kpiła i 
szydziła: „No, już, tryśnij, chcę widzieć, jak tryskasz, chcę widzieć, ile ci tego 
wypłynie..."  Budził  się  skręcony,  zgrzytając  zębami.  O  jedenastej,  bardzo  już 
zmęczony  tym  podnieceniem,  postanowił  serio  rozważyć  ewentualność 
masturbacji, aby sobie nieco ulżyć. Ale o jedenastej pięć zaszła na dziedziniec 
pani  Rosy  Mandorla.  Była  zdenerwowana.  Może nawet przerażona.  Poznać to 
można było po spojrzeniu, jakie mimo woli rzuciła Dionizemu, który siedział w 
swojej  dyżurce.  Zobaczył,  jak  Rosy  otwiera  furtkę  dla  pieszych  w  bramie  na 

background image

dziedziniec, jak wychodzi na ulicę i tkwi na chodniku. Może czeka na lekarza, 
którego wezwała do męża? Ale po co to czekać na chodniku? Szybciej nie będzie. 
Kwadrans po jedenastej zobaczył, że Rosy wraca z jakimś typem, któremu włosy 
spadają aż na ramiona, a twarz ma dziobatą. Dionizy przypomniał sobie. To jakiś 
przyjaciel pana Daddo Gregori. Raz nie chciał go wpuścić i typ rzucił się na niego 
z pięściami. Dionizy, który choć poczciwy, nie lubił być czyimś celem, wziął typa 
za  kołnierz,  wyrzucił  za  bramę  i  jeszcze  przyłożył  mu  w  żołądek.  Typ  zaczął 
wymiotować na chodnik, ale wyprostował się i znowu rzucił się na Dionizego. I 
Dionizy  byłby  mu  zdrowo  dolał,  gdyby  nie dzwonek  domofonu.  Dzwonił  pan 
Gregori, aby wytłumaczyć Dionizemu, że typ to jego współpracownik. Jednak 
nie dodał ani słowa wymówki z powodu pobicia. Dionizy nie mógł zrozumieć, 
jak to możliwe, żeby taka wisielcza morda, tak bardzo niepasująca do elegancji 
pana  Daddo,  mogła  należeć  do  współpracownika  w  projektowaniu  mody.  Ale 
cóż? Nie jego sprawa. Teraz patrzył, jak dziobaty typ idzie przez dziedziniec w 
stronę  portierni,  poufale  trzymając  za  łokieć  panią  Rosy,  przeraźliwie  bladą  i 
przerażoną.  I  już  chciał  otworzyć  przed  nimi  drzwi  dyżurki,  kiedy  ku  swemu 
ogromnemu zdziwieniu zobaczył, że oboje schodzą do sutereny. I wyglądało na 
to, że dziobaty popędza panią Rosy. Zniknęli.  

Dionizy, cały w nerwach, namyślał się, czy by nie zejść za nimi i pod jakimś 

pretekstem sprawdzić, czy nie dzieje się coś złego. Namyślał się tak parę minut, 
potem jednak zdecydował, że zejdzie. I zszedł. Oczywiście po cichu, żeby nie 
stawiać pani Rosy w przykrym położeniu. Nie miał zamiaru w ogóle się 
pokazywać, jeśli usłyszy tylko odgłosy zwykłej rozmowy i nie będzie już 
powodu do niepokoju. Jednak dziwne było, że schronili się aż we wnęce. Czy 
chcieli jedynie porozmawiać? Słyszał ich, widział ich cienie poruszające się na 
białej ścianie.  

„To są klucze od samochodu, niech mi pan odda tę kopertę". To był głos 

pani Rosy. „Okey...", cień mężczyzny poruszył się, coś pokazał, chyba 
rzeczywiście kopertę. „Ale musisz na nią zarobić, pięknotko. Wiesz, czego 
chcę. Możliwe, że jeszcze udzielimy twojemu mężowi kredytu, ale musisz być 
miła, zrozumiałaś?" Cień wyciągnął rękę. Rosy krzyknęła stłumionym głosem: 
„Nie! Nie! Niech mnie pan puści! Niech mi pan odda kopertę! Dałam panu 
klucze od auta!..." „Stul pysk! Niech ci się nie zdaje, że możesz tu rozkazywać! 
No, już!..."  

Dopiero wtedy Dionizy zdecydował, że jego obowiązkiem jest wkroczyć. W 

dwu susach znalazł się we wnęce. Dziobaty przygniótł panią Rosy do blatu, 
wciskał kolana między jej nogi, pochylony nad nią gryzł ją w pierś. Dionizy 

background image

złapał go za kołnierz, odciągnął od kobiety i rzucił o ścianę. „Teraz już nie 
wykręcisz się byle czym, teraz cię zmasakruję, ty skurwysynu...!, ryknął. Był 
literalnie oszalały z wściekłości. Dwa, trzy razy łupną głową typa o ścianę, a 
kiedy zobaczył, że oczy zaszły mu mgłą i już nie może się bronić, zaczął 
kancerować mu twarz, która w parę sekund zmieniła się w krwawą maskę. „Nie, 
Dionizy, zabijesz go, nie!..." Rosy czepiała się jego ramienia, łkała, policzek 
miała posiniaczony, bluzkę rozdartą, błagała, żeby przestał. Dionizy uspokoił 
się w końcu. Typ osunął się na ziemię nieprzytomny. Tylko z trudem Dionzy 
pohamował się, żeby nie kopnąć go w jaja. Rosy Mandorla ciągle tuliła się do 
niego, drżąca, wstrząsana płaczem. Objął ją za ramiona uspokajał. „No już po 
wszystkim, proszę pani, zaraz wyrzucę go za bramę, niech się pani uspokoi." 
„Ale ... ale koperta... koperta mego męża..." — wyjąkała pani Rosy, łkając. 
Dionizy chciał wobec tego pochylić się nad nieprzytomnym typem, żeby go 
przeszukać. Ale pani Rosy przyczepiła się do niego jeszcze mocniej. Bez 
przerwy szlochała i łkała histerycznie. „Niech się pani uspokoi, już wszystko 
dobrze, niech się pani uspokoi." Obejmował ją, tulił, gładził jej zapłakaną twarz, 
jak dziecku. Tylko że pani Rosy nie była dzieckiem. Takich piersi, wielkich i 
sterczących, nigdy jeszcze nie widział. Ale cóż z tego? Ona była tak bezbronna, 
taka przyjemna w jego ramionach. Zaczął pieścić jej nagi kark. Próbował zakryć 
jej piersi strzępami podartej bluzki, ale osiągnął tylko tyle, że ich dotknął 
ukradkiem i jeszcze silniej poczuł, jak bardzo jej chce. „Niech pani nie płacze... 
niechże pani już nie płacze... może mam zadzwonić do pani męża?..."  

„Och,  nie!  Nie,  na  litość  boską,  nie!  On  jest  chory..."  I  ukryła  twarz  na 

szerokiej piersi Dionizego. Teraz Dionizy całkiem już stracił głowę. Co tu robić? 
Poczuł delikatny zapach jej włosów, ucisk jej twardych piersi. Popieścił jej plecy, 
potem znowu kark. Niech to diabli! Wzięło go jakieś drżenie z tego pożądania. 
Cały się trząsł, a ta nic tylko szlocha i łka, i płacze. „Jakże ja teraz pójdę na górę 
... w takim... stanie..." I ryczy, leje łzy jak fontanna. „Przecież to nie pani wina... 
odprowadzić panią?... dam pani moją koszulę..." Nic z tego. Płacze i nie przestaje. 
Więc Dionizy pieści ją i gładzi już teraz wszędzie, a ona coraz mocniej tuli się do 
niego, czepia się go jak tonący brzytwy. Oczywiście, biedactwo nie zdaje sobie z 
tego  sprawy.  Nie  myśli  0  tym,  że  całą  koszulę  już  mu  przemoczyła,  że  on  za 
chwilę zmoczy również swoje slipy. „No, już cicho, proszę pani, nie ma czego 
płakać, już nie ma czego, przecież jestem przy pani..." I całuje jej włosy, pieści 
biodra, zwłaszcza to nagie, odsłonięte przez podartą bluzkę. „Proszę poczekać 
chwileczkę, zaraz wyrzucę to bydlę za bramę, potem dam pani czystą koszulę, 
żeby  pani  mogła  spokojnie  wrócić  do  domu..."  „Ale...  koperta...  koperta...  , 

background image

zatrząsała się pani Rosy, koperta mego męża.." „A tak, zaraz ją wydostanę, proszę 
pani..."  Wreszcie  odsunęła  się  trochę.  Dionizy  mógł  wreszcie  schylić  się  i 
przeszukać kieszenie dziobatego. Wyciągnął kopertę i klucze od saaba. „To pani 
klucze?", zapytał. Kiwnęła głową, pociągając nosem, a Dionizy nie mógł oderwać 
oczu od jej piersi, które wbrew prawu ciążenia wznosiły się , lekko rozchylone, 
do góry,  wielkie  i  twarde,  z  wezbranymi,  sterczącymi  sutkami.  Podarty  stanik 
zwisał z jej ramienia razem ze strzępami bluzki, a ona jakby nie zdawała sobie 
sprawy,  że  jest  do  połowy  naga.  Wytarła  nos  wystrzępionym  rąbkiem  bluzki. 
„Taa... aak... to od saaba... chciał je ... w zastaw...", wykrztusiła wreszcie, ale z 
trudem. Drżała na całym ciele. Dionizy położył kopertę i klucze na blacie i schylił 
się, żeby wziąć dziobatego za hale. „Zaraz wyrzucę go za bramę, proszę pani, 
proszę się stąd nie ruszać..." „Nie! nie odchodź, nie zostawiaj mnie, boję się!..." 
wrzasnęła pani Rosy. I znowu rzuciła się na Dionizego, wcisnęła się w niego cała, 
objęła  go  za  szyję,  przytuliła  się  mocno  do  wezbranego  w  spodniach  fallusa. 
Dionizy stracił głowę. „Rosy! co pani ze mną robi?... ja już nie mogę!..." I zaczął 
całować jej usta, macać ją wszędzie, a ona pozwalała mu na wszystko. Całował 
jej piersi, które pogryzł był dziobaty, a ona pozwalała i na to. I mruczała: „Ach 
tak, Dionizy, ach tak, przy tobie nie boję się niczego..." „Oszaleję, pani Rosy! czy 
pani mnie rozumie? Nie jestem z drewna!.."  — krzyczał Dionizy i macał ją po 
tyłku  i  przyciskał  się  do  niej  twardym  fallusem.  A  ona  odpowiadała  mu  i 
językiem, i resztą ciała, i zrozpaczonym  głosem, ale naprawdę zrozpaczonym, 
powtarzała w kółko: „Nie odchodź, nie odchodź..." Dionizy zorientował się, że 
pani Rosy jest w stanie ostrej histerii. Byłoby zbrodnią korzystać z tego, ale i on 
był w stanie krytycznym. A niech to diabli!  

Sytuację wyprowadził na czysto dziobaty. Zaczął jęczeć i poruszać się, 

widocznie odzyskiwał powoli przytomność, choć gębę miał całą we krwi. 
„Trzeba go usunąć stąd natychmiast!" — krzyknął Dionizy. „Niech pani się stąd 
nie rusza!" I odsunął ją brutalnie, podniósł, posadził na blacie, skąd 
rozszerzonymi ze strachu oczami wpatrywała się w dziobatego, który usiłował 
się podnieść. Dionizy bezceremonialnie wziął typa za kołnierz i za spodnie na 
tyłku, podniósł na nogi i powlókł aż do wyjścia, potem przez dziedziniec aż do 
bramy. Jednak sprawdził uprzednio, czy nie ma nikogo w pobliżu, czy nie 
wygląda kto z okna. Otworzył furtkę, wypchnął typa na ulicę i powiedział: 
„Jeżeli za pół minuty stąd nie znikniesz, zrobię cię na szaro i pojedziesz do 
szpitala, ty skurwysynu! Słyszałeś?..." Dziobaty kiwnął głową i ruszył biegiem, 
utykając. Przyłożył chusteczkę do pokrwawionej gęby, biegł coraz szybciej, aż 
zniknął za rogiem.  

background image

Dionizy wrócił w pośpiechu do pralni. Rosy siedziała tam, gdzie ją zostawił, 

lała łzy jak z kranu, ale już nie łkała. Spódnicę wciąż miała podwiniętą tak, że 
odsłaniała uda, a kiedy spojrzała na Dionizego, który odezwał się do niej 
łagodnie, kładąc jej dłoń na ramieniu, oczy miała zapuchnięte od płaczu, na 
lewym policzku widać było siniak. Jednak mocno ją uderzył ten dziobaty. 
„Poszedł sobie, a nawet uciekł, uciekał jak szalony, proszę pani. Proszę się 
uspokoić. Wejdzie pani do mnie, żeby obmyć twarz? No, już dosyć tego płaczu.  

Wszystko już w porządku." „Ach, gdyby nie ty, co on by ze mną zrobił, ten 

bydlak! Zawsze się go bałam!..." — powiedziała Rosy ciągle jeszcze ze łzami w 
oczach.  

„To bydlak! Wstrętny bydlak! Dałem mu niezłą nauczkę. Widziała pani? Już 

się tu prędko nie pokaże." Wyciągnął chusteczkę z tylnej kieszeni spodni i 
zaczął osuszać jej łzy, potem oddał jej, aby sama sobie resztę osuszyła. Ciągle 
jeszcze siedziała na blacie i jej kolana dotykały spodni Dionizego akurat na 
wysokości rozporka. Dionizy, który całkiem się uspokoił, kiedy taszczył 
dziobatego, teraz znowu się podniecił na widok nagich ud pani Rosy, a jeszcze 
bardziej, kiedy jej kolana dotknęły go. „Zaniosę panią na górę..." „Tak... 
dobrze... — pociągała nosem, płakała jeszcze trochę — taka jestem słaba..." 
„Dam pani coś do ubrania. Koszulę, podkoszulek..." Objął ją w pasie, przytulił, 
postawił na nogi. „Kolana mi się uginają... a to bydlak...", zapłakała. I przytuliła 
się . Dionizemu było w to graj. Ale czym to wszystko się skończy? Będzie 
jakieś zakończenie, czy też nabawi się tylko bólu głowy? Znowu zaczął ją 
pieścić, tulić, pocieszać. Całował jej włosy. Westchnęła: „Okropnie muszę 
wyglądać..." „Co pani mówi! Jest pani cudowną, przepiękną kobietą... i ja... 
lepiej chodźmy już stąd, boja..." „Jeszcze chwileczkę, Dionizy. Trzęsą mi się 
nogi." I przytuliła głowę do jego szerokiej piersi. „Zostańmy tak chwilkę, póki 
mi nie przejdzie..." Czy to możliwe, żeby nadal nie zdawała sobie sprawy? 
Nagle zdecydował, że wyrazi się jasno, brutalnie, bo tak dalej być nie może. 
Fallus bolał go, ściśnięty w spodniach, wezbrany, twardy. „Proszę pani..." I 
pieścił jej biodra wnętrzem dłoni, ocierał się ojej sterczące piersi. „Ja już 
mówiłem... ja jestem normalny mężczyzną... ja dłużej nie wytrzymam... ja 
stracę panowanie nad sobą... czy pani rozumie?..." „Rozumiem, Dionizy, 
rozumiem, jesteś podniecony, czuję to... ach, ach, jaki jesteś biedny... ulżyj 
sobie... pozwalam ci... chcę tego..." I objęła go za szyję, podała mu usta, 
wsunęła język tak czuły, delikatny i słodki, że nic tylko go ssać. Dionizy musiał 
przestać ją całować, byłby trysnął w slipy. Teraz nie należało się spieszyć. Była 
jego. Oddawała mu się. Może z ochoty, a może tylko z wdzięczności. 

background image

Prawdopodobnie z wdzięczności. Ale nie pora była to rozważać. Teraz musiał 
powściągnąć pożądanie. Podniósł jej spódnicę i zdjął majteczki. Pomogła mu 
ruchem nóg. Znowu ją podniósł i posadził na blacie. Chciał ją najpierw possać i 
polizać. Łagodnie przechyliła się na plecy, rozchyliła nogi, a on ukląkł, miał 
przed sobą pachnącą, skąpą kępkę jasnych włosów. Rozchylił ją palcami i 
przyłożył język. Ale zaczął od pocałunku, który chyba spodobał się pani Rosy, 
bo zaczęła jęczeć i wzdychać: „Och, tak, Dionizy, och, tak !... jeszcze... 
jeszcze..." To go podniecało. Ssał maleńką łechtaczkę, lizał ją, lizał całą tę 
piękną szparkę i poczuł, jak wstępuje i w niego pewność siebie. Wiedział już, że 
będzie w stanie długo zaspokajać ją tym swoim wielkim, twardym fallusem. Ale 
przeliczył się. Nie wziął pod uwagę, że i ona była w ogniu. Tak gwałtownie 
przeskoczyła z przerażenia w rozkosz, że doznała orgazmu natychmiast. „Och, 
Dionizy... przestań... kochany... przestań... ja już... teraz ty... wejdź we mnie... 
tryśnij." Podniósł się. Jej piękne nogi leżały teraz bezwładnie, osłabione 
orgazmem. Była w tym jej osłabieniu, oddaniu się, uspokojeniu jakaś cudowna 
słodycz. Pochylił się i pocałował ją w usta lekko, delikatnie. Uśmiechnęła się do 
niego czule. Potem pieścił te jej niesamowite piersi, całował, lizał sutki i to 
miejsce, gdzie był ślad zębów dziobatego. Będzie tu miała siniak na pewno. 
„Boli cię?" „Troszeczkę..." — uśmiechnęła się, pieszcząc jego włosy. „Ale 
przestanie, jak pocałujesz.  

Podobają ci się moje piersi? Nie są za duże? — powiedz..."  
„Są wspaniałe... piękne... cudowne... nigdy w życiu nie widziałem 

piękniejszych..." „Dionizy, possij je trochę, lubię to. Robisz to tak delikatnie..." 
— westchnęła. I Dionizy powściągając ochotę, aby wejść w nią wreszcie, zaczął 
ssać jej sutki i natychmiast poczuł, jak jej piersi twardnieją. Całował je więc i 
lizał. Wielkie, sterczące piersi. Ona trzymała go za kark i wzdychała. Jednak 
zamamrotała wkrótce: „Wejdź teraz we mnie... tryśnij... wbij go..." I 
obejmowała go ciasno udami.  

„Poliżę ją jeszcze trochę... tak to lubię... Rosy... jeszcze trochę... a potem 

tryśniemy razem, chcesz?..."  

„Och, tak! Jaki jesteś cudowny... Dionizy... chcesz, żebyśmy razem?... więc 

poliż mi ją tylko troszeczkę... rozumiesz?... tylko troszeczkę..."  

„Tak, tak... tylko troszeczkę..." odparł Dionizy i już opuścił się na kolana, 

już twarz miał znowu między jej udami, już usta na jej jasnej, mokrej kępce. 
Otworzyła się przed nim cała, język Dionizego wsunął się od razu w wilgotną 
szparę i poruszał się z rozkoszą.  

background image

Dionizy czuł jej zapach i smak jej wilgoci, cudowny smak miodu. Prawie 

natychmiast zaczęła jęczeć: „Och, jak dobrze... jeszcze trochę... ale... tylko... 
tylko... trochę... chcę... ciebie całego..."  

Dionizy nagle pchnął w nią cały swój język, jak żywy sztylet. Wrzasnęła: 

„Nie! Nie chcę tak!..." 1 chwyciła go za włosy. Ciągle była szeroko otwarta i 
Dionizy zrozumiał, że jej orgazm jest tuż-tuż. Więc wstał. Chwycił fallusa w 
dłoń i skierował go śmiało ku jasnej kępce włosów. Dotknął główką jej szpary, 
powoli wsunął, wciskał penisa centymetr za centymetrem, wolno, spokojnie, aż 
po jądra.  

Patrzył w twarz pani Rosy. Przymknęła powieki, gryzła wargi, cała skupiona 

na tej miłosnej penetracji. Dionizy poczuł, jak przyjemnie jest ciasna, jak jej seks 
obejmuje  czule  jego  seks,  nareszcie!  „Tak,  tak,  tak,  tak!...  jaki  twardy...  jaki 
długi... cały... we mnie..."  

„Chcesz go?... chcesz?..." „Nie wytrzymam... cudownie... o, tak... nie... 

wytrzymam... cudownie... o, tak... cudownie..."  

Jej uda jakież były gładkie! Jak miło było pieścić je, wchodząc w nią coraz 

głębiej... Popieścił jej piersi, ścisnął je, nie przestając poruszać w niej twardym 
fallusem ciągle w tym samym rytmie. Krzyknęła; „Jeszcze!... jeszcze!... jadę!... 
już!..." „Tak, tak, tak, tak... teraz razem... razem!..." Krzyczeli oboje: „Ach!... 
och!... ach!... och!... już... już!..."  

Dionizy zdołał przecież wyciągnąć go na czas i trysnął na nią obficie z góry. 

Najpierw na jej twarz, potem na piersi, na brzuch, na kępkę. Trzymał go w dłoni 
i tryskał, aż padł na kolana i przytulił twarz do jej mokrego, obolałego seksu. 
„Nie... Dionizy, nie... proszę cię, nie...", błagała. Chciała się jakoś odsunąć. 
„Boli mnie... zostaw..." Więc chcąc nie chcąc wstał, ale ochota na nią wcale mu 
nie przeszła. Jednak pomógł jej wstać. Pocałował ją w usta. Przytulił, szepcząc 
słowa podziwu i zachwytu. Odwzajemniła się. „Tyle ci jestem winna, Dionizy. 
Nawet nie wiesz, ile. Nie tylko za to, żeś mnie obronił przed tym strasznym 
typem ale... może mi nie uwierzysz... ja już od dawna nie doznawałam 
rozkoszy... nie miałam orgazmu... nie wiem, jak to powiedzieć..."  

„Rosy, jesteś wolna. Niczego nigdy od ciebie nie zażądam... ale... jeżeli 

tylko zechcesz... kiedy tylko zechcesz...", odparł Dionizy. Uśmiechnęła się, 
trochę jakby złośliwie. Dionizy podał jej klucze od saaba i kopertę. Była cienka. 
Kto wie, co w niej było. Potem wyszli na dziedziniec. Dionizy sprawdził, czy 
nie ma nikogo w pobliżu. Pobiegli pędem do jego mieszkania. Wskazał jej 
drzwi do łazienki, a sam zaczął szukać w szufladach jakiejś koszuli, kamizelki 
czy czegoś takiego, co by się dla niej nadawało. Byle tylko mogła spokojnie 

background image

wrócić do domu. W końcu znalazł starą koszulę Lacoste, zieloną, made in 
Napoli, trochę przyciasną dla niego. Dla Rosy byłaby chyba w sam raz z tymi 
jej sterczącymi piersiami. Doszedł go okrzyk niepokoju. Z łazienki wyszła Rosy 
i nie wiedziała, śmiać się czy płakać? „Zostawiłam coś w pralni. 
Zapomniałam..." powiedziała. Nagle podniosła spódnicę, świeżo wyczyszczoną 
z plam od spermy, pokazując swój nagi seks. „Majtki zgubiłam gdzieś w 
pralni..." — zaśmiała się radośnie. Może spodziewała się, że i on się 
roześmieje? Ale nie. Na sam widok jej jasnej kępki fallus Dionizego nabrzmiał, 
uniósł się, wyprostował i Dionizy wyjął go ze spodni, aby pokazać go pani 
Rosy. Ta otwarła szeroko usta ze zdumienia. „Nie trzeba mi było pokazywać 
twoich skarbów, Rosy..." — powiedział głuchym głosem.  

„Ależ... ależ, Dionizy!... jaki wielki... czułam go... ale nie wiedziałam... jaki 

długi!..." — wykrzyknęła. Oblizała się mimowolnie. „Boję się go... naprawdę... 
boję się, wiesz?..." „Było ci źle?" — zapytał z troską w głosie.  

„Ależ nie!... — zawołała — tylko gdybym go przedtem zobaczyła... pewnie 

bym się przestraszyła... tak się pręży na sam mój widok?..."  

„Tak, Rosy, tak..."  
„Dionizy, jest już późno... Juliusz, mój mąż czeka na mnie ... na pewno 

niepokoi się, że tak długo nie wracam..."  

Była piękna. Piersi jej sterczały cudowne i nagie. A ona niepewna, wahająca 

się,  pożądliwa  i  pożądana.  Wspaniała.  „Chcesz?...  pocałuję  go...  chcesz?..."  I 
patrzyła  na  fallusa  jak  urzeczona,  jakby  pierwszy  raz  widziała  męski  członek. 
„Nie wiem, doprawdy... ale chcesz?..." „Chodź!..." — uciął Dionizy i popchnął ją 
do sypialni. Usadził ją na foteliku i okazało się, że nie chodziło mu o usta, lecz o 
te dwie, wypięte dumnie kule. Popieścił sutki samym końcem fallusa, ona pojęła 
wreszcie.  Fallus  utkwił  między  jej  piersiami,  ścisnęła  je.  Minęła  chwila  tylko. 
Zaczęła jęczeć: „daj mi go... daj mi go possać... nie wiedziałam, że może być taki 
wielki..." Włożył go między jej wargi, ale ostrożnie. Jakby się bał, że ją udusi. 
Nie umiała tego robić. Lizała, pogryzała, obejmowała palcami, próbowała ssać, 
trzymała w obu dłoniach, starała się jak mogła. Jednak nie umiała. Ale to właśnie 
było nad wyraz podniecające. Raptem odsunęła się i zaczęła krzyczeć. Głos miała 
zmieniony  nie  do  poznania.  „Włóż  mi  go!...  wejdź  we  mnie!...  weź  mnie!..." 
Dionizy, choć oszalały z pożądania, a jeszcze dodatkowo podniecony jej chucią, 
był jednak na tyle przytomny, aby zdjąć z niej pogniecioną już na nowo spódnicę 
i dopiero wtedy położyć Rosy na łóżko. A potem siebie na niej. Wtedy poczuł, że 
nie ma już do czynienia ze słodką Rosy, pokorną, cichą, zgodną, chętną, lecz z 
oszalałą samicą. Kiedy wszedł w nią, zaczęła się gwałtownie miotać, ścisnęła go 

background image

nogami  z  całej  siły,  oddawała  mu  pchnięcia  raz  za  razem,  drapała  mu  plecy 
ostrymi paznokciami i wrzeszczała, jak wariatka. Już po chwili widać było, że 
szczytuje. Wyprężyła się, oczy jej błyszczały samymi białkami, znieruchomiała. 
Dionizy przestraszył się. Przyszła do siebie dopiero po kilku minutach. Wracała 
do  przytomności,  jak  ktoś,  kto  zemdlał.  Spojrzała  na  niego,  jakby  go  nie 
poznawała. Dionizy już nie był w niej, fallus mu zwiądł, dręczył go lęk, że Rosy 
zejdzie na zawał serca. „Och, jesteś... Dionizy... nie wiem, co mnie tak wzięło... 
zdawało mi się, że lecę coraz wyżej i wyżej i już jestem bliska śmierci... nigdy 
nie miałam takiej rozkoszy... to był ból... rozumiesz?... a ty?..."  

„Ja nie... jeszcze nie ... przestraszyłem się, bałem się, że coś ci się stało..." 

„Och, biedaku!... pocałuję go, chcesz?..." „Późno już... jeszcze będziemy mieli 
czas...  jeśli  tylko  zechcesz...  pójdę  po  twoje  majtki...  przymierz  tę  koszulę..." 
„Nie. Pójdę bez majtek. Mój mąż niczego nie zauważy. Już od tylu tygodni mnie 
nie  szuka...  oddasz  mi  majtki  potem.."  Koszulka  była  prawie  dobra  na  nią. 
Pocałowali się czułe i Dionizy wyszedł na dziedziniec, obejrzał się, dał jej znak, 
że droga wolna.  

 

 

background image

Rozdział piąty

 

 
Wyciągnąwszy się na łóżku, Dionizy palił papierosa i rozmyślał o pani Rosy 

Mandorla. Nie miał zbyt wielkiego doświadczenia erotycznego i Rosy zdumiała 
go i zaskoczyła. W suterenie była łagodną kochanką, a w jego łóżku okazała się 
szaloną bachantką. Chciałby to zrozumieć. Chciałby w ogóle zrozumieć kobiety. 
Co  robi  z  nią  jej  mąż?  Dlaczego  naraża  ją  na  niebezpieczeństwo?  Co  było  w 
kopercie? Może proszek, czyli kokaina? Był tego prawie pewny. Jakież dziwne 
rzeczy dzieją się na świecie! I usnął. Śniła mu się Karina, która mówiła do niego 
„wspaniałego masz, daj mi go!.."  

Obudził się dopiero o pół do czwartej z bólem głowy. Może za dużo tego 

było? Prysznic orzeźwił go. A myśl, że za chwilę zejdzie do niego Bruna Pigato, 
podnieciła go w sposób widoczny. Świetna dziewczyna! Swoją drogą, co to za 
dziwny okres w jego życiu: posiadł był panią Florę Malvolti, kobietę piękną i 
wyniosłą, której by nawet w myślach nie dotknął. Posiadł był panią Rosy 
Mandorla w okolicznościach na razie, co najmniej nie wyjaśnionych. A teraz 
zanosi się na to, że posiądzie panią Brunę Pigato, dziewczynę posągową, równie 
dumną co piękną. „Dbaj o tego twojego, co go masz między nogami...", chyba 
coś takiego powiedziała, jak już dała mu rozkosz ustami. Od tych myśli ten, co 
go miał między nogami, wydłużył się i wyprężył. Może przedwcześnie? 
Dionizy poklepał go przyjaźnie. Nigdy by nie przypuścił, że jego penis może się 
aż tak podobać. Toteż postanowił posługiwać się nim jak najlepiej. Na razie 
wszakże zrobił sobie kawy i zapalił papierosa. Kawa jeszcze nie była gotowa, 
kiedy odezwał się dzwonek. To była Bruna Pigato. Jak posąg. Rzeczywiście. 
Ubrana skromnie, zwyczajnie, bez makijażu i (przysiągłby) bez stanika. Nogi 
gołe, na stopach sandałki na niskim obcasie. Wionął od niej zapach płynu do 
kąpieli. Weszła rozglądając się ciekawie. „A więc to jest twoje królestwo? Jaki 
miły zapach kawy!" Weszła do kuchni, swobodna, wesoła, usiadła na krześle i 
założyła nogę na nogę z wdziękiem modelki. Nogi miała świetne, to prawda. 
Wszystko miała świetne: twarz, ciało. Cała była przykładem wyjątkowej 
harmonii.  

„Dasz mi filiżankę kawy?..."  
Dionizy podał jej kawę i usiadł naprzeciw. „Dzisiaj nie musisz otwierać 

bramy, nieprawdaż?" „Tak, czwartek to mój dzień wolny".  

„No, więc zostanę u ciebie parę godzin. Pogadajmy trochę... przed tym... 

zanim... Na pewno myślałeś o tym, co za człowiek ze mnie?... " — powiedziała 

background image

pewnym siebie głosem, stawiając filiżankę na stole. — „Dlaczego zadaję się z 
pasierbem? "  

„Nie. Nie myślałem o tym", odparł Dionizy „Nie zamierzam wsadzać nosa 

w niczyje sprawy. Jeśli zeszłaś do mnie ze strachu, że coś komuś powiemto się 
mylisz. Nic nikomu nie powiem nawet, jeśli natychmiast sobie pójdziesz..."  

„Dobrze, wierzę ci. Jednak chciałabym parę rzeczy wyjaśnić. Mojego męża 

poznałam trzy lata temu. Był wdowcem, jak wiesz. Jest dyrektorem banku, ja 
pracowałam jako modelka, byłam zaręczona z pewnym chłopcem. Widuję go 
teraz czasem. Kocham go. Nino nas podpatrzył. Zaczął mnie szantażować. I co z 
tego, że z moim ex wcale nie żyję. Spotykam się z nim, ale nie dla seksu Mam 
wyrzuty sumienia, że go puściłam w trąbę. On gra na saksofonie po lokalach. 
Często jest bez pracy. Ja chciałam mieć życie uregulowane. Widujemy się od 
czasu do czasu. Pomagam mu finansowo. Jeśli nie brać pod uwagę tego Nina, to 
rzeczywiście mam życie uregulowane. Tak jak chciałam. Jako kochanek, mój 
mąż to zero. Załatwia swój obowiązek małżeński raz na tydzień i w parę minut. 
Mnie z tym dobrze. Byle mieć spokój. A Nino... sam widziałeś... to królik... 
Bruna przerwała na chwilę, aby popić kawę. „Z punktu widzenia seksu jestem 
normalna Ale potrzebuję dużo czasu, żeby dojść do szczytu Próbowałam. I 
zawsze to samo. Kiedy ja dopiero zaczynam, oni kończą. I zostaję na sucho.” 

„Zdaję się, że rozumiem..." — odezwał się Dionizy. „Jeden taki powiedział 

mi »taka jesteś piękna, że nie wytrzymuję«. Drugi powiedział mi »Zanadto mi 
się podobasz, zaraz tryskam«. I tak w kółko. To były przelotne stosunki, bez 
znaczenia. Tylko mnie głowa po tym bolała. Więc dałam sobie spokój z 
mężczyznami. Zaspokajam się sama, kiedy już nie mogę wytrzymać. Wczoraj 
też... po tym, jak zobaczyłam, jakiego masz wielkiego... rozumiesz?... 
pomyślałam o tym fallusie i od razu byłam mokra..." „... chcę ciebie..." — 
szepnął Dionizy.  

„Choć..." — powiedziała i podniosła się. — „Ale obiecaj mi, że będzie, jak 

ja chcę... nic nie rób sam... obiecaj..."  

„Obiecuję..." — jęknął Dionizy — zrobię, co zechcesz, będę twoim 

niewolnikiem... chcę tego..." „Nareszcie...", westchnęła.  

Wziął ją za rękę i zaprowadził do łóżka.  
„Rozbierz się. Chcę zobaczyć, jaki jesteś nagi...."  
Usłuchał. Ona tymczasem ściągnęła sukienkę. Miała pod nią tylko maleńkie, 

różowe slipy. Ułożyła sukienkę na oparciu krzesła, zdjęła sandały i usiadła na 
łóżku. Spojrzała na stojącego przed nią nagiego Dionizego ze wzniesionym w 
górę penisem.  

background image

„Jaki jesteś zgrabny. Jaki jesteś ładny. Masz pięknego fallusa. Jest długi i 

gruby, ale piękny, piękny... połóż się".  

Znowu usłuchał. Położyła się obok niego, pochyliła, pocałowała w usta. 

Przez krótką chwilę dała mu poznać swój język. Zaczęła pieścić jego pierś 
otwartą dłonią, powoli przesuwała ją niżej i niżej, aż po brzuch. Czekał aż 
weźmie mu penisa w dłoń. Ale nie. Dłoń powróciła do góry. Znowu dotknęła 
mu wargi językiem. Króciutko. Usunęła się. Nagle chwyciła mu penisa mocno, 
ścisnęła.  

„Podnieca mnie twój kutas" — szepnęła. Dionizy milczał, cały w napięciu. 

Dotrzymał  słowa.  Ona  znowu  pochyliła  się,  leciutko  podrapała  go  po  piersi, 
dotknęła  zębami,  dłonią  pogładziła  po  brzuchu.  Fallusa  nie  chwyciła.  Tylko 
przelotnie  musnęła  go  palcami,  cofając  dłoń.  I  Dionizego  przeniknął  dreszcz 
odwlekanej rozkoszy. Wreszcie pochyliła się znowu i wsadziła mu swój język w 
usta.  

„Co za tortura, jak mi dobrze... przemknęło przez myśl Dionizemu. I z 

wdzięcznością pomyślał o pani Rosy Mandorla. Dała mu dziś rano tyle 
rozkoszy, że mógł wytrzymać tę dziwną sytuację, to pożądanie odmierzane 
kroplami, wzmagane drobnymi ukłuciami. „Dionizy, jesteś ładny, zgrabny, 
młody.. " — wzdychała pani Pigato. — „Rozgrzewam się jeszcze nie jestem 
gotowa, ale... czekaj..." — i nagle objęła udami jego udo. Ścisnął ją mocno. 
„Ach, jaki jesteś silny, jakie masz twarde mięśnie!" I zaczęła powoli posuwać 
swoją szparką po jego udzie pieściła jego nabrzmiała jądra, czochrała jego 
włosy łonowe, ale penisa nie brała w dłoń.  

„Dobrze mi, wiesz? Zaczynam być mokra. Teraz zrobię coś. Jesteś moim 

niewolnikiem*? Powiedz jesteś?..."  

„Jestem! jestem twoim niewolnikiem, jestem, zrób ze mną, co chcesz!...,, — 

wykrzyknął Dionizy. Chciał powiedzieć „przebiję cię, przebiję na wylot!". Ale 
nie  powiedział.  Ona  zaś  podniosła  dłonie  i  położyła  je  sobie  na  piersiach, 
twardych, jakby wykutych w marmurze, ścisnęła je, pieściła sutki. Powiedziała 
„zaraz będę gotowa, czuję to. Zaczynam wilgotnieć, wiesz?"  

„Zrobię  ci  dobrze..."  —  wymamrotał  Dionizy.  —  „Teraz  ja  jeszcze  zrobię 

coś..." — szepnęła Bruna, jakby do siebie. Zeszła z jego uda i podsunęła się nad 
nim,  obejmując  go  kolanami,  aż  jej  seks  znalazł  się  tuż  nad  jego  ustami. 
Natychmiast  Dionizy  wysunął  język  i  zaczął  ją  lizać.  Ale  nie  dość  jej  było. 
Przycisnęła się do jego warg, ucisnęła je całym swym ciężarem i zaczęła się po 
nich posuwać. Jego obolałe wargi rozchylały jej seks, jego ruchliwy język wnikał 
w nią. Krzyczała:  

background image

„Liż mnie! Liż, ty świntuchu! Liż, jestem dziwka! Liż, jestem mokra! Liż, 

gryź! Wsadź mi język! Jeszcze głębiej, ty świntuchu! Jestem twoja dziwka!... 
Liż!"  

Gdyby to dłużej trwało, Dionizy nie wytrzymałby. Czuł, że mu pękają 

wargi, że mu puchną, że go palą. „Och! — krzyczała Bruna — nareszcie mam, 
czego chcę!... daj mi teraz!.. Wbij mi go..." Dionizy pojął, że Bruna jest już 
blisko orgazmu i że teraz łatwo byłoby ją zaspokoić. Ale ona wciąż zwlekała. 
Klęczała nad nim, szukała dłonią penisa, znalazła, ścisnęła, objęła palcami i 
posuwała, ciągnęła go do swej szpary, przykucnęła. I wreszcie Dionizy poczuł, 
że w nią wchodzi, wbija się, że ona jest bardzo ciasna i bardzo wilgotna. 
Ogarnęła go nagła rozkosz. Tak ciasnej nie zaznał jeszcze nigdy. 
Powstrzymywał się siłą, starał się myśleć o czym innym, zaciskał zęby, fala 
rozkoszy cofnęła się. Tymczasem ona szukała lepszej pozycji, aby nasycić się 
ponad wszelką miarę. Znieruchomiała przez chwilę. Sapała, dyszała, próbowała, 
czy nie da się jeszcze głębiej. Włosy łonowe obojga mierzwiły się wzajemnie. 
Wtem wykonała jakiś mały kolisty ruch i jęknęła. Oparła się dłońmi 0 jego pierś 
i wyła. Ale już nie mogła się poruszyć. Dionizy chciał jej pomóc. Wrzasnęła: 
„Nie ruszaj się!... nie ruszaj się!..." Wreszcie sama zaczęła się znowu kręcić, ale 
niewiele już mogła, ruch wokół i wzdłuż wyprężonego w niej fallusa był już 
prawie niemożliwy. Tylko trochę jeszcze, niewiele, lecz wystarczyło jej to. 
Wrzasnęła: „Czujesz?... zaraz trysnę!... zaraz!..."  

„Tryśnij, tryśnij!..." — zachęcał ją Dionizy. Krzyknęła; „A nie!... jeszcze 

nie!... chcę jeszcze!..." I znieruchomiała. Pochyliła się. Pocałowała Dionizego w 
usta, polizała mu wargi.  

Jego fallus wysunął się nieco. Dionizy przycisnął. Bruna zadrżała. Ugryzła go 

w opuchnięte wargi. Wyprostowała się. I zaczęła na nowo. Pieściła swoje piersi, 
na  jej  twarzy  pojawił  się  wyraz  ekstazy  poprzedzającej  orgazm.  Ale  milczała 
teraz,  pełna  napięcia  w  oczekiwaniu  na  rozkosz,  która  miała  nadejść,  która 
właśnie  nadchodziła.  Dionizy  pewny  był,  że  jej  orgazm  będzie  jak  trzęsienie 
ziemi.  Zastanawiał  się,  czy  ma  szczytować  razem  z  nią  w  tej  pozycji,  czy  też 
znaleźć  inną,  aby  przedłużyć  własną  rozkosz.  Wszystko  odbyło  się  jednak 
całkiem inaczej. Dionizy był zaskoczony. Najpierw na pięknym obliczu Bruny 
pojawił  się  wyraz  niepohamowanego  zdumienia.  Wyprężyła  się  cała, 
znieruchomiała,  wbiła  paznokcie  w  ciało  Dionizego,  a  jej  ciało  pokryło  się 
kroplami  potu.  Potem  wyraz  jej  twarzy  zmienił  się.  Oczy  najpierw  rozbłysły, 
następnie zaszły mgłą, wzrok jej się zmącił. I nagle zwaliła się jak długa na pierś 
Dionizego. Ten przestraszył się. Penis mu zwiądł. Ułożył dziewczynę na plecach. 

background image

Jak tu jej pomóc, jak ją ratować, może już umarła? Ze strachu zimny pot wystąpił 
mu na czoło. Ale spostrzegł, że jej wspaniałe piersi poruszają się. Więc chyba 
oddycha, pomyślał. Poruszają się w górę i w dół, więc chyba martwa jeszcze nie 
jest.  Jednak  oczy  miała  zamknięte,  wyschłe  wargi  były  rozchylone.  Całkiem 
normalne to nie było. Popatrzył na swego miękkiego penisa, który mu wisiał u 
podbrzusza. Całkiem do niczego już. Zmartwił się: co ona ze mną zrobiła! Lecz 
co to? Aż podskoczył: Bruna zaczęła chrapać! Chrapała cichutko, milutko, ale na 
Boga! spała i chrapała! Dionizy przyglądał się jej i otwierał usta ze zdumienia. 
Raptem  podniosła  powieki,  przyjrzała  mu  się,  jakby  go  nigdy  przedtem  nie 
widziała, jęknęła, wreszcie westchnęła z niewypowiedzianą ulgą. „Ach, Dionizy! 
jak  mi  było  dobrze! Nie  przypuszczałam,  że  rozkosz  może być  tak  wielka.  W 
pewnej chwili zdawało mi się, że ulatuję w powietrze.  

Czułam się lekka jak piórko, leciałam... leciałam... ach! to było cudowne..."  
„Za to ja się przestraszyłem wcale nie na żarty..." — zamruczał Dionizy, 

lecz zadowolony, że wszystko wróciło do normy.  

„A ty? Ty także...? Dionizy, Jezus Maria, trysnąłeś mi do środka?! Ja nie 

mogę brać pigułek! Co to będzie?  

„Nic nie będzie. Wcale nie trysnąłem. W ogóle..."  
„Jak to? Nie podobam ci się?"  
„Wprost przeciwnie. Ale w pewnej chwili zrobiłaś się taka blada, że 

przestraszyłem się, czy ci się co nie stało."  

„Mój biedaku! Straciłam przytomność, wiesz? Czemu masz takie opuchłe 

wargi?"  

„Czemu? To twoje włosy, twoja szparka zniszczyła mi wargi. Ale nie 

narzekam." „O, biedactwo! jaka byłam okrutna! Myślałam tylko o sobie!" I 
polizała mu wargi, pocałowała leciutko. Ale Dionizy nie zadowolił się tym.  

„A on?, zapytał. Co zrobisz dla niego? Tyle ci dał rozkoszy, a ty nic?"  
„Jest cudowny! Jaki miękki teraz. Ale i tak przepiękny!"  
„No, to weź go w rękę, popieść!"  
Zaledwie dłoń Bruny dotknęła go, nabrzmiał. Krzyknęła: „Zobacz! Już 

staje! Jaki piękny!"  

„I znowu da ci rozkosz, przekonasz się zaraz!"  
„Ale ja... ja potrzebuję długiego czasu, sam widziałeś..."  
Bruna wahała się. Spoglądała chciwie na fallusa, rosnącego w jej dłoni. 

Jakaś pożądliwa myśl przyszła jej do głowy. Jakieś nowe pragnienie, nowy 
pomysł.  

background image

„Jesteś  całkiem  normalna  —  powiedział  Dionizy  —  może  twoi  tak  zwani 

kochankowie nie umieli sobie poradzić, ale ty jesteś całkiem normalna, chcesz 
spróbować? Ale teraz tak, jak ja zechcę. Dobrze?"  

„Tak. Dobrze. Jak zechcesz" zgodziła się Bruna. I Dionizy położył się obok 

niej, zaczął ją pieścić, włożył dłoń między jej uda. Rozchyliła je. „Cudownie... 
— szepnęła po chwili — znowu jestem mokra... jak prędko... nigdy jeszcze tak 
nie było..."  

„A teraz będzie..." — obiecał jej Dionizy.  
„Chciałabym..." westchnęła.  
Dionizy delikatnie rozchylił jej palce, ściskające fallusa. Nie potrzebował 

już rozgrzewki, pragnął rozgrzać Brunę. Pieścił jej wilgotną szparkę, całował jej 
piersi, lizał jej sutki, ściskał je wargami, znowu lizał. Aż wreszcie usłyszał jej 
przeciągłe westchnienie. „Daj mi go w usta, Dionizy... poliżę go... bardzo tego 
chcę... proszę" „Ja ciebie też poliżę, chcesz?" — powiedział.  

„Nie, nie. Masz spuchnięte wargi..." opierała się Bruna, ale widać było, że 

chce.  

„Będziemy to robić razem" — rozkazał.  
I klęknął nad nią, objął ją nogami, pochylił głowę ku jej udom twardym, 

gładkim, niewiarygodnie pięknym, palcami rozwarł jej ciasną szparkę, wsunął 
ostrożnie język, zaczął lizać i ssać. Tym czasem ona chwytała ustami jego 
fallusa i Dionizy poczuł, że go ssie. Więc lizał ją tym gorliwiej, aż zadrżała. 
Wtedy przerwał i zmusił ją, aby także przerwała. Fallus wysunął się z ust Bruny 
z pogłosem, który świadczył, że chciała zatrzymać go jeszcze. Obrócił się i 
klęcząc między jej rozwartymi udami, dłonią nakierował swego wielkiego 
penisa ku jej otwartej szparze. Wsunął ostrożnie, powoli. Pchnął. Usłyszał (z 
satysfakcją) jęk dziewczyny. Pchnął mocniej, wbił się do końca. Wówczas objął 
ją, włożył język w jej usta i tak trwali przez chwilę, znieruchomiali, dotykając 
się wzajemnie językiem. Wreszcie Bruna zaczęła się poruszać.  

Dionizy odpowiedział jej mocnymi pchnięciami.  
„Powoli, nie spiesz się, powoli..." — szepnął.  
„Wbijaj, wbijaj, wbijaj!"  — ochrypłym głosem zawołała Bruna. „Mocniej! 

mocniej! och!" I Dionizy zobaczył, jak zmienia się na twarzy, jakby cierpiała, a 
potem  utonęła  w  rozkoszy.  Nie  przestał  wbijać  się  w  nią  coraz  szybciej,  aż 
zobaczył, jak blednie i nieruchomieje.  

Wówczas poczuł, że sam tryśnie. Wyskoczył z niej, chwycił jej dłoń i 

nadstawił ją, aby poczuła gorący strumień.  

background image

Potem leżeli cicho. Bruna znowu przysnęła. Oddychała ciężko, w końcu 

zbudziła się objęta jego ramieniem. I wyszeptała mu do ucha całą swoją radość 
w pełni zaspokojonej kobiety.  

 

 

background image

Rozdział szósty 

 
O godzinie dziesiątej trzydzieści nazajutrz odezwał się domofon. Dzwoniła 

właścicielka kamienicy, szanowana wdowa, pani Emma Brusati. Okazało się, że 
jakoś nie daje się wyłączyć termy w łazience pani Brusati. Ma z tym kłopot już 
od paru tygodni. Czy Dionizy nie mógłby coś poradzić? Dionizy pobiegł na górę 
nadzwyczaj  chętnie. Pani  Emma  Brusati podobała  mu  się nie tylko dlatego, że 
była piękną kobietą (teraz przecież mógł korzystać z paru młodszych od niej), 
lecz  i  dlatego  także,  że  odczuwał  dla  niej  wielki  szacunek.  Bo  chociaż  była 
właścicielką  kamienicy  i  bardzo  bogatą  osobą,  nie  okazywała  ani  odrobiny 
wyższości i zawsze, w każdej chwili, przy każdej sposobności zachowywała się, 
jak dama. A poza tym...była przecież matką Kariny. Dionizemu zaś ciągle jeszcze 
zdawało się, że jest w Karinie zakochany na zabój.  

Pani Brusati przyjęła go w szlafroku. Widać było jednak, że jest gotowa do 

wyjścia.  

„Już nie daję sobie rady — powiedziała — z tymi ograniczeniami 

elektryczności. Nie mogę równocześnie włączyć termy, żelazka, lodówki i 
klimatyzacji. Miałam coś wyprasować, więc chciałam wyłączyć termę. Ale 
wtyczka nie chce wyjść z kontaktu.  

Zaklinowała się."  
Dionizy spróbował. Rzeczywiście, nie puszcza.  
„Mógłbym ją wyrwać na siłę — oświadczył — ale boję się, że przy okazji 

zniszczę kafelki. Najlepiej byłoby dorobić wyłącznik. Jeśli pani ma chwilę, zejdę 
po kawałek drewienka i cement, wmuruję wyłącznik w ścianę".  

„Mam spotkanie, muszę wyjść. Ile czasu na to trzeba?"  
„Ze dwadzieścia minut, może pół godziny, proszę pani."  
„Dobrze. Zadzwonię i powiem, że będę za godzinę. Dziękuję Dionizy. Ale 

naprawdę: ta wtyczka to zgroza..." — i uśmiechnęła się.  

Rzadko się uśmiechała. Uśmiech rozjaśniał jej twarz. Dionizy zszedł na dół, 

znalazł  w  pudle  z  narzędziami  przewód  elektryczny,  kawałek  drewna,  nowy 
wyłącznik i cement szybko schnący. Już miał ruszyć na górę, kiedy odezwał się 
dzwonek przy bramie. Poszedł otworzyć. Jakiś typ wyglądający na mieszkańca 
dalekich przedmieść, lat około czterdziestu. Zapytał o panią Brusati.  

„Pan umówiony?" „Posłała po mnie, chłopczyku" — odparł nieznajomy, 

okazując zniecierpliwienie.  

Dionizemu nie spodobało się, że go nazywają chłopczykiem. A przy tym, 

jak się przed chwilą dowiedział, pani Brusati miała właśnie wyjść.  

background image

„Jak się pan nazywa?" — zapytał.  
„A tobie co do tego?" — krzyknął tamten niegrzecznie — pani Emma czeka 

na mnie, puszczaj!"  

„Chwileczkę, zaraz zapytam — spokojnie odparł Dionizy z trudem 

powstrzymując ochotę, żeby mu przylać — o kogo mam zapytać?"  

„Powiedz, że mąż Gesuiny i pośpiesz się, chłopczyku!"  
Dionizy znał Gesuinę, poczciwą babinę, która przychodziła codziennie 

sprzątać u pani Brusati. Uprzytomnił sobie, że już od kilku dni nie widział jej. 
Krzywo spojrzał na typa, zamykając mu furtkę przed nosem. W domofonie 
usłyszał głos pani Brusati: „Ach, ten gbur! Rzeczywiście, miał tu być dwa dni 
temu. Wpuść go, Dionizy. Załatwię go w pięć minut".  

Dionizy wziął torbę z narzędziami, wrócił do furtki i wpuścił typa.  
„Jeszcze minuta i cześć! Już by mnie nie było, pani wdowo..." — sapał typ, 

ładując się do windy, wściekły.  

W windzie Dionizy przyjrzał mu się dokładnie. Warto by mu było przyłożyć 

po gębie, pomyślał. Wyszli. Dionizy zadzwonił do drzwi. Pani Brusati chłodno 
przywitała się z typem:  

„Niech pan wejdzie panie Grigotti, czekałam na pana dwa dni temu"  
„Byłem zajęty" — odparł ordynarnie.  
„Dużo czasu panu nie zabiorę — powiedziała pani Brusati tonem 

zdecydowanym — proszę do gabinetu, załatwimy sprawę w parę minut."  

Dionizy  poszedł  do  łazienki  i  zajął  się  wtyczką  od  termoforu.  Ścisnął  ją 

obcęgami, ale tak mocno, jakby to  był nos tego Grigotti. Tak to sobie właśnie 
wyobraził. I pociągnął. Razem z wtyczką wyszedł i kontakt oraz kawałek muru. 
Teraz trzeba było wyłączyć prąd.  

Wyszedł z łazienki i usłyszał, co mówią w gabinecie.  
„Jeśli pan myśli, że się przestraszę kogoś takiego jak pan, to pan się myli, 

panie Grigotti, jasne?" — powiedziała pani Brusati. „Płaciłam Gesuinie o jedną 
trzecią więcej niż taryfa związkowa i na żadne podwyżki nie zgadzam się. 
Niech pan raczej uważa na siebie, panie Grigotti, bo Gesuina wszystko mi 
powiedziała. Jeśli się dowiem, że pan znowu chce ją wyrzucić na bruk, 
wystarczy jeden mój telefon do znajomych z policji i skończy pan w kryminale. 
A teraz niech się pan wynosi".  

„Chwileczkę, ty... a ty kto ty jesteś? — zaryczał typ — zaraz cię obrócę 

majtkami do góry, ty placku gówniany!..."  

Dionizy  zapomniał,  po  co  szedł.  Rzucił  się  do  gabinetu,  usłyszał  jeszcze 

klaśnięcie, jakby ktoś komuś dał po gębie i stojąc już w progu, zobaczył typa 

background image

trzymającego się za policzek. I wzburzoną panią Brusati. W tym momencie typ 
rzucił się na panią Brusati, jednak Dionizy był szybszy. Złapał typa za kołnierz i 
pociągnął tak mocno, że nie spodziewającemu się niczego zadzwoniły zęby. Nie 
zwlekając, Dionizy zastosował wobec niego pewne metody, których nauczył się 
w swojej neapolitańskiej dzielnicy. Kopnął go w krocze i ucieszył się słysząc, jak 
typ wyje z bólu. Cieszył się następnie łomocząc typa gdzie się dało.  

Cieszył się, póki pani Brusati nie powstrzymała go.  
„Dionizy, połamie go pan całkiem! Niech pan go puści!"  
„Przeproś panią! — krzyknął Dionizy ciągle trzymając go za kark — 

przeproś panią!"  

„Na co mi jego przeprosiny - spokojnie powiedziała panią Brusati — 

wyrzuć go za drzwi."  

„Już lepiej sam go sprowadzę, proszę pani — odezwał się Dionizy, nie 

zwalniając bolesnego uścisku — jeszcze mi parter zabrudzi".  

Grigotti na pół uduszony i zielony na twarzy nie był w stanie wydobyć 

głosu. Pani Brusati poszła otworzyć drzwi wejściowe.  

„Zaraz wracam, tylko wyrzucę go na ulicę"  
—  oświadczył  Dionizy.  A  ona  kiwnęła  głową,  poprawiając  rozchylony 

szlafroczek. Spojrzała na Dionizego tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w 
życiu. Ten nie widział niczego. Zaciągnął typa po schodach na dół, tłukąc nim z 
przyjemnością to o ścianę, to o kutą w żelazie poręcz. Na półpiętrze dał mu kopa 
w  tyłek,  na  parterze  walnął  go  w  pysk  i  w  brzuch.  Wreszcie  wyrzucił  go  na 
chodnik.  Dopiero  wówczas  poczuł,  że  rachunki  są  wyrównane.  Zadowolony 
wszedł do windy, aby wrócić na górę.  

„Boże wielki, co za szczęście, że byłeś w pobliżu! — wykrzyknęła pani 

Brusati otwierając mu drzwi — nie dałabym sobie rady sama...!" „Widziałem,   
że   nie  przestraszyła   się pani — uśmiechnął się Dionizy — ale zawsze może 
pani wezwać mnie domofonem. Gdyby ośmielił się panią dotknąć, wylądowałby 
w szpitalu i rokowanie byłoby co najmniej marne".  

„Wierzę ci... z pewnością... nie wątpię..." — i pani Brusati zaśmiała się 

nerwowo. „Przepraszam za spóźnienie — odparł na to Dionizy — zrobię 
najpierw kontakt. Będzie musiał schnąć, ale wyłącznik będzie działał." 
„Dziękuję ci, Dionizy. Mogę teraz włączyć żelazko?" „Oczywiście, proszę pani" 
— odparł głupawo.  

I zabrał się do roboty. Wyrównywał otwór w ścianie, wpasował tam 

kawałek drewna, zacementował, przymocował nowy wyłącznik. Teraz trzeba 
było go podłączyć. Chwycił przewody. Natychmiast coś trzasnęło, poszły iskry 

background image

gwałtownego zwarcia, rzuciło go o ścianę. Upadł, oszołomiony. Omal nie 
zemdlał. Niezbyt jasno potem przypominał sobie, co się stało. Na jego 
mimowolny okrzyk bólu i strachu pani Emma Brusati przybiegła do łazienki. 
Była bez szlafroka, w staniku, majteczkach i podwiązkach. Ogłuszony Dionizy, 
jak przez mgłę, zobaczył jasne ciało, pełne, podniecające ciało jakiejś 
nieznajomej. Nie zdawał sobie przez chwilę sprawy, kto to jest ta półnaga, 
piękna kobieta.  

„Och, Boże! Dionizy, co ci jest?"  
Pochyliła się nad nim, ale poślizgnęła się na mokrej, kafelkowej posadzce i 

oparła się o niego całym ciałem. Poczuł jej ciężar, zapach jej włosów. Podniosła 
się natychmiast. Usiłowała podnieść go, pomóc mu wstać. Dionizemu wracała 
przytomność. „To moja wina... — wymamrotał — moja wina... bo nie 
wyłączyłem prądu... zrobiło się zwarcie..." „O Boże, przecież włączyłam 
żelazko! Jaka jestem głupia, mój Boże! Jak się czujesz? Lepiej ci?  

Już dobrze? Mów, proszę, nie zostawiaj mnie w tym strachu..."  
„Już dobrze, proszę pani, już dobrze... sam się podniosę..."  
Pani Brusati dopiero teraz spostrzegła, że jest półnaga. Stłumiła okrzyk 

wstydu i zażenowania, wybiegła. Kiedy wróciła już w szlafroku, Dionizy zdążył 
się podnieść. „Głupek jestem, proszę pani, proszę mi wybaczyć, powinienem 
był wyłączyć prąd. Jeśli skończyła pani prasowanie..."  

„Tak. Skończyłam dosłownie na moment przedtem, jak..." Była czerwona na 

twarzy, zmieszana, zawstydzona.  

„Za pięć minut będzie zrobione, proszę pani..." — zapewnił ją Dionizy.  
Pokazała mu, gdzie są korki, główny wyłącznik prądu i reszta poszła gładko. 

Z uprzejmym uśmiechem Dionizy przedstawił jej swoje dzieło.  

„Cement niedługo wyschnie, wtedy zamaluję to miejsce i nic nie będzie 

widać, proszę pani..."  

„Nie wiem, jak ci dziękować, Dionizy! Za... wszystko. Ale za tę robotę 

chciałabym ci zapłacić. Ja..."  

Przerwał jej zdecydowanie, choć uprzejmie. Zaczął się spór. Uparci byli 

oboje, w końcu Dionizy powiedział:  

„Proszę pani, chciałbym, żeby pani wiedziała, że cokolwiek dla pani robię, 

to nie dla pieniędzy czy z obowiązku, tylko dlatego, że sprawia mi to radość... 
nie wiem, jak to powiedzieć..."  

Pani  Brusati  zrobiła  się  jeszcze  bardziej  czerwona,  nie  wiedziała,  gdzie 

podziać oczy. Stali tak zmieszani oboje. Po chwili Dionizy zebrał swoje rzeczy. 
Ona odprowadziła go do drzwi, oczy miała ciągle spuszczone jakby ze wstydu, 

background image

on coś wymamrotał i wreszcie zszedł na dół. Potem przez resztę dnia zastanawiał 
się,  czy  ta  kobieta  w  staniku  i  majtkach,  którą  widział  półomdlały,  to  była 
naprawdę pani Emma Brusati, czy też to tylko mu się śniło? Niestety, na tę myśl 
za każdym razem czuł podniecenie, ogarniał go wstyd i wyrzuty sumienia. Bo 
jakże  to?  Czy  jest  jakimś  seksualnym  potworem?  Chorym  zboczeńcem,  jakąś 
przeklętą, nieprzyzwoitą świnią, czy co? Żeby tak brzydko myśleć właśnie o pani 
Brusati! O matce Kariny.  

Dzień później, gdzieś tak koło czwartej po południu zadzwonił pan Daddo 

Gregori, projektant mody. Jak zwykle, uprzejmy niesamowicie. Poprosił, aby 
Dionizy zaszedł do niego na chwilę, bo chciałby z nim coś omówić. Dionizy 
nigdy jeszcze nie był na tym piętrze. Drzwi otworzył mu sam Daddo i Dionizy z 
trudem tylko pohamował okrzyk zdumienia. Słynny projektant mody miał na 
sobie rzymską tunikę, spiętą starą, złotą monetą. Stopy miał bose, na wargach 
ślad szminki, spojrzenie nieprzyjemne.  

„Proszę, proszę, strażniku najdroższy, proszę, niech pan wejdzie, chciałem 

właśnie zamienić z panem parę słów, oczywiście jak najbardziej przyjacielskich, 
oczywiście, proszę, proszę niech pan wejdzie do tej mojej rudery..."  

Rudera pana Gregori zajmowała całe piętro, podłogę miała wyłożoną miękką 

wykładziną,  ściany  pastelowe,  przy  nich  stare  meble  z  antykwariatów 
europejskich, hinduskich, chińskich, afrykańskich. I wcale nie trzeba było być 
ekspertem,  aby  natychmiast  zauważyć,  że  są  to  meble  autentyczne.  Wszędzie 
widać  było  obrazy,  arrasy,  chusty  rodem  z  całego  świata,  rzeźby  klasyczne  i 
nowoczesne  oraz  zatrzęsienie  różnokolorowych  poduszek.  Żadnego  fotela, 
żadnej kanapy. Dotarli do małego pokoiku z oknem w kolorowe szybki. Tutaj pan 
Gregori usiadł na poduszkach, skrzyżował nogi i zaprosił Dionizego aby zrobił to 
samo.  

„Proszę usiąść kochany strażniku, porozmawiajmy, jak przyjaciele, jak 

bracia". „Czy mogę stać? — zapytał Dionizy — nie umiem siedzieć w ten 
sposób" — wyjaśnił. „A to niech pan spróbuje, dziki człowieku — nalegał pan 
Daddo — dzicy ludzie tak właśnie siadali, to pozycja najbardziej naturalna dla 
ludzkiego zwierzęcia. Odwagi! Niech pan spróbuje".  

 Zniewolony Dionizy usiadł na poduszkach, skrzyżował nogi i Daddo 

Gregori, nad wyraz zadowolony, uśmiechnął się zachęcająco.  

„Widzi  pan?  A  czy  pan  wie,  kochany  mój  strażniku,  że  jest  pan  pięknym 

młodzieńcem?  Przystojnym,  uprzejmym  a  nawet...  krzepkim?  Jakże  pan,  psia 
kostka, mocno wczoraj wygarbował skórę Faustowi! No, Faustowi, nie chwyta 
pan? Nie wie pan, kto to jest Faust?  

background image

Ano, ten, co to miał mały interes do pana Mandorla. Ho! Ho! ten Mandorla, 

którego żonę uratował pan przed czymś gorszym od śmierci, jak dawniej 
mawiano".  

Dionizy słuchał nie tyle zaciekawiony, co zdumiony. Dokądże zamierza 

sławny projektant mody?  

„A więc, drogi mój, musi pan wiedzieć, że pan Mandorla, podobnie jak 

wielu innych podskakujących wyżej niż mogą, w pewnym momencie znalazł się 
w trudnej sytuacji, a ściśle na granicy bankructwa, bo nie był w stanie spłacić 
zaciągniętych długów i zwrócić swoim klientom powierzonych mu pieniędzy. 
Więc aby uniknąć kryminału, zaczął handlować kokainą w swoim kółku 
znajomych. Pan wie zapewne, że niektórzy nie szprycują się, lecz wąchają, to 
podobno bardziej eleganckie. Jednak po pewnym czasie zabrakło mu pieniędzy, 
aby spłacić dostawców. Krótko mówiąc, zyski ze sprzedaży kokainy branej na 
kredyt służyły mu do spłacenia kredytów bankowych, ale nic więcej. Zabrakło 
więc kokainy, a tymczasem on sani nauczył się jej używać. Wypłakiwał pewne   
ilości proszku za niewielkie zaliczki, łatał jak mógł, w końcu postanowił dać w 
zastaw swój samochód w zamian za szczyptę proszku..."  

„Proszę pana — przerwał mu Dionizy — jeśli wezwał mnie pan tylko po to, 

aby mi opowiedzieć tę historię, to proszę przyjąć do wiadomości, że nie jestem 
ciekaw. Zrobiłem co zrobiłem, bo ten Faust, jak pan go nazywa, chciał zgwałcić 
panią Rosy. Reszta mnie nie obchodzi".  

„Ależ, drogi mój, uśmiechnął się pan Daddo, to było tylko objaśnienie faktów. 

Piękna pani Rosy brała pożyczki od wszystkich w zamian za świadczenia...jakby 
tu rzec? ...natury osobistej. Rozumiemy się? Na przykład ode mnie dostał pięć 
milionów za jeden wieczór, oczywiście płatne nie w orzeszkach".  

Niedowierzający wyraz twarzy Dionizego musiał zwrócić uwagę pana 

Gregori, bo przerwał i zapytał:  

„A co? Zdumiony? Czym? Tą wysoką cyfrą?  
„Po prostu, zdumiony..." — wystękał Dionizy.  
„Niechże pan da spokój zdumieniu, mój strażniku drogi i ulubiony — 

uśmiechał się nadal pan Daddo — sam pan wie, że jestem dość wybitnym 
projektantem mody, przychodzą do mnie Japończycy, Amerykanie, Niemcy. 
Dobrze mi płacą więc oczywiście muszę urządzać przyjęcia, zabawiać tę 
klientelę, dającą zamówienia na setki milionów. No, więc zapraszam ładne 
dziewczyny, piękne panie... rozumie pan, prawda?"  

Pan Daddo mówił, a równocześnie jego upierścienione dłonie polatywały 

jak motyle, ilustrując, uwypuklając, towarzysząc wypowiadanym zdaniom.  

background image

„Na przykład pani Rosy Mandorla. Widać od razu, że to nie jest, jakby tu 

powiedzieć, kobieta na sprzedaż, profesjonalistka, nie. Jest mila, zachowuje się 
jak dama... muszę powiedzieć, że za lę zabawę z Niemcami dałem jej pięć 
milionów, ale zarobiła je uczciwie i jeszcze się sama zabawiła".  

„Dobrze, ale... do czego pan zmierza? Co mi do tego?..." — zapytał 

Dionizy.  

„Właśnie do tego się zbliżamy, odparł Daddo. Jestem pod wrażeniem 

sposobu, w jaki dał pan sobie radę z Faustem. To jest gangster, wie pan'? 
Autentyczny gangster. Jestem pod wrażeniem bo nienawidzę gwałtu. Jeżeli pani 
Rosy nie chciała to me chciała, koniec kropka. To też słusznie pan postąpił, 
kochany Dionizy, i Faust nie pokaże się tu więcej. Zastanawiam się teraz, czy 
nie zechciałby pan przypadkiem zarobić małego milionika za jeden wieczór? 
Milion na czysto, bez pokwitowań bez podatków".  

„Milion? Za co?" — zachmurzył się Dionizy. „Niech mnie pan dobrze 

zrozumie, przyjacielu dozorco moich włości! Żadne usługi seksualne, nie' Ale 
dziś wieczór przyjdą do mnie Niemcy, którzy... wie pan. Jak wypiją, trudno 
sobie nimi poradzie. Jednak porządek musi być. A pan doskonale się nadaje, 
aby go zapewnić. Przypuśćmy, że jakiś Niemiec przesadzi nieco, zabawiając się 
z którąś z moich modelek. Pan wówczas interweniuje. Przypuśćmy, że jakiś 
pijany Niemiec chce wynieść z domu którąś z moich rzeźb. Na pamiątkę. Pan 
wówczas interweniuje. I to wszystko. Proszę o pańską interwencję tylko w 
chwili, kiedy przyjęcie będzie się nieco wynaturzać. Osób zresztą będzie 
niewiele. Trzy modelki, jedna krawcowa, jedna fotografka. To z mojej strony. A 
z ich strony ci, co chcą kupić moją nową kolekcję zimową: dwu 
przemysłowców niemieckich z żonami (czy kochankami, w to nie wchodzę) 
oraz tłumacz, mój zaufany przyjaciel. Co pan na to?..."  

„Czy pani Brusati jest poinformowana o tych pańskich przyjęciach?" — 

zapytał Dionizy, bardzo przejęty.  

„Nigdy nie było u mnie żadnego skandalu, mój drogi! Szanuję i uwielbiam 

panią Brusati. Wprawdzie ona wyznaje surową moralność, ale nie jest bigotką. 
Zresztą jej toalety to moje projekty. Oczywiście, wyłącznie dla niej. A więc?" 
„Zgoda" — westchnął Dionizy.  

„Och, drogi mój! To cudownie! Wypijemy drinka! Proszę za mną, pokażę 

panu coś, co pozwoli panu zdać sobie sprawę, czym będzie dzisiejszy wieczorny 
pokaz. Proszę, proszę za mną!..."  

I  Daddo  Gregori  uniósł  się,  powstał  i  ruszył  lekko  jak  motylek  poprzez 

kilometry miękkich wykładzin, a Dionizy za nim. I tylko się oglądał. Całe piętro 

background image

podzielone zostało na małe boksy bez drzwi. Dotarli do kuchni. Tu jakaś chuda 
dziewczyna o rudych włosach pilnowała elektrycznego miksera. Miała na sobie 
krótkie spodenki, ciasny stanik i była boso. Kiedy się obróciła, aby się do niego 
uśmiechnąć  na  przywitanie,  Dionizy  spostrzegł,  że  jest  nawet  ładna,  chociaż 
buzię ma całą w piegach.  

„Giorgia, kochanie, odezwał się do niej Daddo, nie zrobiłaś nam drinka? Dla 

mnie tylko ziołowy, a najlepszy nasz przyjaciel, Dionizy, niechże sam 
wybierze." „Poprosiłbym o kieliszek białego wina" — wydukał Dionizy.  

Ruda nazwana Giorgią przyjrzała mu się uważnie, najpierw oceniająco, a 

zaraz potem z wyraźną sympatią.  

„Białe wytrawne? Czy może lekki Sauvignon?" „Coś łagodnego" — 

uśmiechnął się do niej Dionizy.  

Spodobała mu się ta dziewczyna. Była prosta, zwyczajna, nie umalowana. 

Podała panu Daddo jakiś zielony płyn, nalała do dwu kieliszków wina 
Sauvignon. Jeden był dla niej.  

„Za nasze interesy!" — wzniósł toast pan Gregori. „Niech żyje!" — 

powiedziała Giorgia uśmiechając się do Dionizego.  

„Cin, cin!" — odpowiedział.  
Wypili. Następnie Daddo wyjaśnił, że Dionizy będzie dziś wieczór ich 

aniołem stróżem.  

Giorgia kiwnęła głową, wydawała się zadowolona z tej wiadomości.  
„Pokaż mu w przybliżeniu, jak to się wszystko odbędzie dziś wieczór, 

Giorgia. Ale zwięźle. Przyjaciel nasz jest bystry, chwyta w lot, a kiedy nie 
chwyta, to wali jak bokser. „Ach to on załatwił Fausta? Dziękuję ci, skarbie, to 
jest straszna świnia, obibok, skurwysyn..."  

„Niech spoczywa w pokoju! — zaśpiewał Daddo — pokażesz mu?"  
„Przejdźcie do saloniku. Będę gotowa za trzy minuty." — odparła Giorgia i 

wybiegła z kuchenki.  

Daddo poprowadził Dionizego przez całe mieszkanie, aż do małego salonu, 

gdzie stały rzędy fotelików bez oparć, ale tak ustawione, że wyglądały na dwie 
długie kanapy, stojące jedna za drugą. Otworzył szkatułkę z laki, wydobył z niej 
plik stutysięcznych banknotów, odliczył dziesięć i podał Dionizemu.  

„Płacimy awansem. Na znak zaufania. Jak między dżentelmenami. Niech 

pan siada, drogi mój, zaraz Giorgia pokaże nam próbkę pokazu mody."  

Foteliki były bardzo miękkie, człowiek się w nie całkiem zapadał. Przed 

nimi ustawiono obity wykładziną pomost, czyli wybieg dla modelek.  

background image

„W tym sezonie pokazuję tylko sześć, słownie sześć futer — oświadczył 

Daddo — wszystkie sobolowe, o doskonałym włosie, wspaniałe i wyłącznie 
sobolowe, bo to jest prawdziwe futro, przyjacielu, prawdziwe, najprawdziwsze 
futro. Zaraz sam się pan przekona."  

Ukazała się Giorgia w przepięknym futrze, rzeczywiście. Rude włosy zebrała 

w  kok,  z  którego  wymknęło  się  kilka  pasemek  i  ułożyło  się  wdzięcznie  na 
sobolowym kołnierzu. Na stopach miała trzewiki o bardzo wysokich obcasach. 
Przebiegła  podest  ze  wzrokiem  utkwionym  gdzieś  przed  siebie,  wyniosła  i 
wspaniała.  Zawróciła.  A  kiedy  znowu  znalazła  się  przed  panem  Daddo  i 
Dionizym, odsłoniła futro, ukazując całkiem nagie ciało. Była chuda, widać było 
żebra,  piersi  miała  malutkie,  ledwie  zaznaczone,  lecz  o  wydatnych  sutkach, 
biodra  zwięzłe,  ledwie  widoczna  ścieżyna  rudych  włosów  okrywała  jej  łono, 
widoczny był wzgórek i szparka, wszystko to trwało tylko krótką chwilkę, ale 
wystarczyło, aby Dionizy poczuł, jak wzbiera w nim podniecenie i jak tworzy się 
wzgórek na jego jasnych spodniach. Tymczasem Giorgia zasłoniła się futrem, a 
z  głębi  mieszkania  dobiegł  głuchy,  melodyjny  odgłos  dzwonka.  „Telefon!  To 
pewnie  Franciszek!..."  —  zawołał  Daddo  i  wstał  —  Giorgia,  pokaż  mu  futro 
numer cztery, zaraz wracam." I wybiegł. Giorgia uśmiechnęła się do Dionizego.  

„Chcesz zobaczyć futro numer cztery, czy też zadowolisz się moim...? — 

zapytała stojąc na podeście tuż przed Dionizym. Znowu odsłoniła się i pokazała 
się naga.  

„Twoim...twoim..." — wymamrotał Dionizy. „Podobam ci się?...  
„Jeszcze pytasz?..."  
„No, to patrz, ale i ja chcę patrzeć, pokaż mi go, przekonamy się, czy jest na 

twoją miarę..."  

„Ale... ale... Giorgia... pan Gregori zaraz wróci... nie wiem, czy..." „Jak 

wróci, to będzie podziwiać, jeśli jest co, nie martw się... pokażesz?"  

I przytrzymywała poły futra, odsłaniając się, pokazując rozchylone nogi, 

wpatrzona w lekko  

wzdęty rozporek Dionizego. Ściągnął ekler, wsadził dłoń, wyciągnął fallusa, 

który uniesiony sterczał dumnie, odsłaniając różową główkę, wielki jak hełm 
wojownika.  

Giorgia oblizała wargi, oczy jej rozbłysły, zachrypiała cicho: „Masz towar 

pierwszej jakości, zaraz go popróbuję."  

Zeszła z podestu, ostrożnie zdjęła drogocenne futro, ułożyła je starannie na 

foteliku, potem przyklękła przed Dionizym. Chciał ją objąć, ale go 
powstrzymała.  

background image

„Nie, nie ruszaj się, to należy do obsługi klientów, robię to bardzo chętnie, 

naprawdę." I zaczęła pieścić penisa obiema dłońmi, gładząc go delikatnymi 
palcami. Ścisnęła go, owinęła w swoje rude włosy, które rozplotła. Pocałowała, 
polizała główkę.  

„Podoba mi się, pachnie. Wiesz, nie każdy mi tak podchodzi. Są takie, które 

na mnie nie działają. A jak ci go poliżę i tryśniesz mi w usta, to będziesz o mnie 
w razie czego pamiętał dziś wieczór?"  

„Jak to dziś wieczór?... przecież dziś wieczór..."  
„Mówię «w razie czego»... «przypuśćmy», «załóżmy»... jasne?"  
„Tak... tak... jeśli tylko będę mógł... jeśli tylko będzie możliwość... bardzo 

mi się podobasz, Giorgia..."  

„No, no...mężczyzna kiedy ma wybór, nie dotrzymuje słowa..." — odparła 

ze złośliwym uśmiechem.  

„Mogą ci się nadarzyć inne okazje tej nocy..."  
 „Zawsze dotrzymuję słowa... — burknął Dionizy — proszę cię, Giorgia..." 

Ledwie już mógł wytrzymać.  

„Ach, co mi tam"... — westchnęła. I natychmiast zabrała się do roboty. Ssała 

i lizała. Umie to robić, pomyślał Dionizy, który od pewnego czasu sam nauczył 
się odróżniać, czy mu liże, żeby stanął, czy z wdzięczności, że stanął, czy z prostej 
namiętności. Jednym słowem: czy sama ma z tego przyjemność, czy nie. Giorgia 
miała.  Tego  był  pewien  od  razu.  Popieścił  jej  rude  włosy  i  powiedział: 
„Cudownie... czuję, że i ty chcesz..."  

Jedyną odpowiedzią był pomruk pełen pożądania, i ruch jej dłoni 

pieszczących penisa, i dotyk warg ssących jego żołądź. Co jakiś czas 
wyjmowała go z ust i pieściła nim swoje policzki, swoje włosy. A potem znowu 
wargami, językiem, palcami...  

„Ach, Giorgia, przestań, bo trysnę...chcę, żebyś ty także... czemu nie 

chcesz?..." Spojrzała na niego, pomaleńku wysunęła penisa z ust, przytuliła go 
do policzka i szepnęła: „Chcę. Ale teraz chcę cię wypić... W nocy zrobisz ze 
mną, co ci się spodoba... źle cię pieszczę?..."  

„Cudownie...tylko...chciałem, żebyś i ty..."  
„Jeszcze będzie czas i na to. Takiego fallusa nie spotyka się co dzień. Chwycił 

ją za włosy, przechylił jej głowę i poruszał w takt ssania. Ogarnęła go rozkosz 
niesłychana. Jedna chwila jeszcze i spłynął w spazmie trudnym do opisania. To 
było tak, jakby Giorgia chciała z niego wyssać wszystkie żywotne soki, jakby mu 
cała  krew  spłynęła  w  porywie  rozkoszy,  którą  mu  dawały  jej  wargi,  ssące  go 
nieprzerwanie i namiętnie.  

background image

„Dobrze ci było?... powiedz, chcę wiedzieć..."  
„Nie wiem, jak ci to powiedzieć. Czułem, jakbyś chciała wziąć mnie całego, 

jakbyś wzięła w siebie całe moje ciało, jakbyś spiła wszystkie moje żywotne soki, 
och! Giorgia, to było cudowne, jestem teraz pusty, wypruty z sił..."  

„Jak ładnie mówisz!... Jak w powieści. Co z ciebie za portier i dozorca? 

Podobasz mi się. Dotrzymasz słowa?  

„Dotrzymam".  
„Prawda, że nie jestem kurwa?" „Przestań! Jak możesz?"  
„Bo mężczyźni zwykle...kiedy bez trudu dostają, co by chcieli..." „To 

głupcy."  

„Nie  czas  na  filozofowanie..."  —  uśmiechnęła  się  i  wstała.  A  Dionizy  nie 

spostrzegł,  że  ten  uśmiech  tylko  częściowo  był  przeznaczony  dla  niego.  Nie 
zauważył,  że  pan  Daddo  Gregori  stoi  za parawanem  i  właśnie  strząsa ostatnią 
kroplę spermy, którą wytrysnął onanizując się przy oglądaniu tej sceny.  

 

 

background image

Rozdział siódmy

 

 
Dokładnie o dwudziestej pierwszej trzydzieści Dionizy zamknął dyżurkę na 

klucz i udał się na górę. Był świeżo ogolony, odświeżony, wykąpany. Był także 
podniecony i zdenerwowany. Pół godziny temu wpuścił stadko pana Gregori. 
Dwie modelki: wiotka blondyneczka i wspaniała Murzynka. Prócz tego: 
krawcowa, miła czterdziestoletnia grubaska, oraz fotografka, muskularna 
dziewczyna obładowana torbami i przyrządami, od razu też widać, że nie bardzo 
kobieca. Niemieccy goście mieli przyjść później razem z tłumaczem, 
Franciszkiem. Otworzyła mu czarna dziewczyna i spojrzała na niego z widoczną 
ironią. Ale Dionizy nie domyślał się, dlaczego. Jednakże pozdrowiła go 
serdecznie:  

„Ciao, jestem Winona, wejdź." W środku wrzało. Daddo, cały, w makijażach, 

w szacie długiej i złoconej, pilnował szczegółów inscenizacji w saloniku. Wielkie 
tace z malutkimi tartinkami rozmaitych smaków, srebrne kociołki na szampana, 
butelki  whisky  angielskiej  i  amerykańskiej  rozmieszczone  były  w  różnych 
punktach  strategicznych.  A  Giorgia,  ubrana  jedynie  w  szorty,  biegała  tam  i  z 
powrotem, sprawdzając wszystko po kolei. Pozdrowiła Dionizego uśmiechem i 
przymrużeniem  oczu.  Fotografka  rozkładała  swoje  statywy,  przyglądając  się 
otoczeniu okiem profesjonalnym. Na Dionizego nawet nie spojrzała.  

„Gigi... gdzie jest Gigi..." — gorączkował się pan Daddo, polatując po 

saloniku. „Jestem, jestem, Daddo..." —odkrzyknęła wiotka blondyneczka, 
wychylając się zza japońskiego parawanu. Była naga, jasne włosy spadały jej aż 
na pośladki. Niektóre części jej ciała przykryte były małymi, przylepionymi 
gwiazdkami.  

„Przygotuj Dionizego, skarbie..." — zarządził Daddo i natychmiast zajął się 

czym innym. Gigi podbiegła do Dionizego, chwyciła go za rękę i pociągnęła za 
sobą.  

„Prędko, prędko, chłoptasiu..." Przebiegli obok wielu boksów po miękkiej 

wykładzinie, aż dotarli do szatni.  

„Zdejmij to wszystko z siebie — rozkazała.  
I nie patrząc już na niego, zaczęła przebierać w rzymskich tunikach, 

rozwieszonych na wieszakach.  

„Ekstra długa musi być dla ciebie... przymierz tę... spróbujemy... a potem 

znajdziemy jakieś sandały." I zdjęła jedną z tunik, odwróciła się i stanęła 
zdumiona na widok znieruchomiałego ze zdumienia Dionizego.  

background image

„Coś taki sztywny, głuptasie? Rozbieraj się, ale już! Marynarka, krawat, 

buty, wszystko szybko, bo to nie nabożeństwo, ptaszku". 

 „Mam  to  włożyć  na  siebie?..."  -  spytał  Dionizy  „A  co  byś  chciał?  No, już 

szybko..."  Dionizy  patrzył  zdumiony  na  tunikę,  niepewnymi  palcami  rozpinał 
guziki,  aż  dziewczyna  tupnęła  i  wrzasnęła-„Decydujesz  się  czy  nic?  Daj 
marynarkę'  —  Zaczął  się  rozbierać,  zdjął  marynarkę,  krawat,  koszulę,  ona  to 
wszystko  po  kolei  zakładała  na  wieszak  aż  przyszła  kolej  „

a

  spodnie.  Zdjął. 

Pokazały się białe slipy, po środku uniesione do góry.  

„A, niechże ci tak szybko nie staje..." — upomniała go Gigi.  
Diabli nadali, pomyślał Dionizy, co mi tam nie jesteśmy wśród pensjonarek. 

I w mgnieniu oka obnażył się całkiem. Zaczęła mu przymierzać i drapować na 
nim tunikę, niewzruszona jego sterczącym fallusem.  

„Ta będzie dobra. Włóż." - Dionizy włożył tunikę, sięgała mu do połowy 

łydek. — „Ramiona są dobre. Ale zrób coś z tym sterczącym ptaszkiem. 
Wszystko psuje" - powiedziała Gigi i dała klapsa penisowi, który rzeczywiście 
deformował tunikę w sposób widoczny i nieprzyzwoity. „Sama mogłabym ci go 
uspokoić, ale teraz nie mam czasu i chęci. Zresztą musisz go mieć w pogotowiu 
Przymierz sandały. Jaki nosisz numer?" „To zależy, ale na ogół 44" — wystękał 
Dionizy. „Nie mogę włożyć slipów?"  

„Nie, nie możesz. Te będą dobre. Przymierz "  
Pasowały, jak ulał. Gigi spytała, która godzina Spojrzał na swój zegarek na 

przegubie lewej ręki  

„Punkt dziesiąta." — Podskoczyła.  
„O, cholera Późno." — I wyskoczyła z szatni. Dionizy za nią. Ale zniknęła, 

więc sam szukał, gdzie salonik.  

„Gdzie u diabła podziała się ta kurewka, Wino-na" — krzyczał pan Daddo.  
„Robi siusiu, skarbie..." odparła krawcowa.  
Właśnie przylepiała małe srebrne gwiazdki do nagiego ciała Giorgi. 

Dionizy, ciągle jeszcze wytrącony z równowagi, co było widać, jednak 
spostrzegł, że nie przylepia ich w miejscach erogennych. Nie rozumiał, 
dlaczego. Zrozumiał to później.  

„Czy ona zawsze musi sikać w najmniej odpowiedniej chwili?... — ryczał 

tymczasem pan Daddo. Głupia, czarna dziwka..."  

„Jestem,  kutasiku  mój,  jestem..."  —  wykrzywiła  się  w  uśmiechu  Winona, 

wchodząc do saloniku. Była całkowicie naga i fallus Dionizego uniósł się na ten 
widok jeszcze wyżej pod rzymską tuniką.  

background image

„Wstrętna, głęboka cipo, gdzie są naszyjniki bantu?..." — zawarczał pan 

Daddo.  

„Zaraz je założę, kutasiku najukochańszy, uspokój się..." — zaśmiała się 

Winona. Wreszcie pan Gregori zajął się Dionizym, który stał jak wryty i nie 
wiedział, gdzie spoglądać.  

„Pokaż się, kochany mój cebrze, no, dobrze, dobrze, dobrze... tylko ta 

neapolitańska fryzura nie bardzo pasuje, wiesz? Niestety, już za późno, żeby ci 
przyciąć włosy, ale... gdyby tak puścić przedziałek pośrodku... taak... różowa 
wstążka wokół czoła... i mógłbyś być scytyjskim niewolnikiem... czy ja wiem... 
szkoda, że nie masz brody, reszta w porządku... ach, nie... nieeeee... nieeeeee... 
Gigi Nieszczęsna, Gigi! Czy ty nie widzisz, że on ma zegarek na ręku?... co to 
ma być?... »Quo vadis?« filmowe?... z przewodami wysokiego napięcia w tle?... 
z gladiatorami spoglądającymi na zegarki na przegubie?... Natychmiast zdjąć 
mu ten piekielny wynalazek!  

Natychmiast Dionizy poczuł się winny. Ściągnął zegarek i trzymał go w 

ręce, nie wiedząc, co z nim zrobić.  

„Idź, włóż go do kieszeni twojej marynarki  
— poradził mu pan Daddo, uważnie przyglądając się miejscu, gdzie tunika 

Dionizego uległa deformacji. — „I oblej ten twój przyrząd zimną wodą, jeszcze 
nie pora. Oczywiście nikt się tym nie zgorszy, ani ja, ani nasi goście. Wręcz 
przeciwnie! Ale wszystko w swoim czasie, jeszcze cię głowa rozboli Jasne?"  

Dionizy udał się na poszukiwanie szatni, bo w tym dziwnym mieszkaniu nic 

nie było podobne do niczego. Znalazł, wszedł i zastał tam czarną Wino-nę, która 
szukała czegoś w jakimś zawiniątku i klęła jak szewc. Dionizy w życiu nie 
słyszał podobnych przekleństw.  

„Jak to jest, że tak świetnie mówisz po włosku?"  
— zapytał chowając zegarek do kieszeni. „Urodziłam się we Florencji, 

kutasino..." — odparła Murzynka. — „Ale gdzie do jasnej cholery podziały się 
te pierdolone naszyjniki bantu?"  

„Urodziłaś się, gdzie się urodziłaś, ale i tak jesteś kawał baby..." — 

westchnął Dionizy, patrząc na jej tyłek.  

„A, są..." — wykrzyknęła Wionna, potrząsając naszyjnikiem kolorowych 

kulek, i dobrze, bo, te niemieckie świnie szaleją za tym...!"  

„Moim zdaniem, szaleją za tobą niezależnie od naszyjników" — powiedział 

Dionizy.  

„Jesteś  jak  posąg  hebanowy,  posąg  z  polerowanego  hebanu,  zgodzisz  się 

chyba?..." „Wsadź sobie w tyłek swoje komplementy, zwisa-ku. Lepiej pomóż mi 

background image

zapiąć  ten  cholerny  naszyjnik.  Tylko  niech  ci  głupie  myśli  nie  przychodzą  do 
głowy, stojaku. Uzgodniliśmy już, że twój przyrząd dostanie najpierw Giorgia, 
rozumiesz?"  

„Dionizy pomógł jej zapiąć naszyjnik z tyłu, więc stał tak blisko, że omal jej 

nie wsadził między pośladki nabrzmiałego penisa. Ale ona nie zwróciła na to 
uwagi. Zajęta była wkładaniem czterech bransoletek. Dwie na ręce, dwie na 
nogi. Wrócili razem do salonu. Dionizy poczuł ból głowy. Narastał od jąder i 
szedł w górę, w górę, w górę... — „Gotowe — powiedział Daddo — ja i 
Winona schodzimy na dół witać gości. Livia, daj Winonie płaszcz. Gigi, gdzie 
mój płaszcz?..." — Dionizy pomyślał, że ma oto do czynienia z małym despotą, 
z jakimś królem w miniaturze, przyzwyczajonym do hołdów, posłuszeństwa, 
posługi, spełniania wszystkich jego zachcianek. Zastanawiał się, czy chciałby 
być na miejscu pana Daddo Gregori, lecz doszedł do wniosku, że raczej nie. 
Tymczasem rozległe mieszkanie pana Daddo, oświetlone rozproszonym 
dyskretnym światłem, eleganckie i oryginalne, czekało na niemieckich gości. 
Wreszcie przyszli.  

Były to dwie pary. Łysy grubas, którego czaszka przypominała kulę 

bilardową, otoczoną koroną rudych włosów, oraz wysoki chudzielec, długi, 
suchy, z wystającą grdyką, ustawicznie poruszającą się, jak winda, w górę i w 
dół. Obaj w ciemnych garniturach, krawatach i trzeszczących, 
wypomadowanych butach. Wyglądali na bogaczy. Z nimi żony czy kochanki, 
jak sugerował pan Daddo. Wcale niezłe. Żona grubasa była blondynką z 
ciężkimi warkoczami, upiętymi w koronę, oczy blado-niebieskie, ciało solidne, 
jak u nadreńskich wieśniaczek. Druga wyglądała, jak rosyjska Azjatka. Twarz 
podługowata, wystające kości policzkowe, pełne wargi, oczy czarne, włosy też, 
krótko przycięte i błyszczące. Obie miały na sobie kostiumy wiosenne, dobrze 
skrojone, ale bez wyrazu. I precjoza.  

Z pomocą Gigi i pod surowym okiem pana Daddo, podfruwającego wokół 

przybyłych, Dionizy podał krążącym po mieszkaniu gościom pierwsze drinki. 
Towarzyszył im nieodstępny Franciszek, bardzo elegancki, biegle mówiący po 
niemiecku, tłumacząc. Franciszkowi zaś, którego Niemcy nazywali Franccisko, 
towarzyszył Dionizy w rzymskiej tunice, z czołem przepasanym różową 
wstążką i czarnymi włosami przedzielonymi pośrodku. Tak okrążyli rozległe 
mieszkanie, wydając co chwila okrzyki podziwu, panowie w poszukiwaniu 
modelek, których na razie nie było widać, panie oceniające możliwości 
Dionizego, i jeszcze jeden drink, i jeszcze jeden, i wreszcie można było zacząć 
pokaz.  

background image

Byli gotowi. Damsko-męska fotografka zaczęła pstrykać pierwsze zdjęcia, 

obok foteli pan Daddo wpatrzony w gości, z. drugiej strony Dionizy, za gośćmi 
Franciszek gotów tłumaczyć każde słowo. W pewnej chwili na znak pana 
Daddo zgasło oświetlenie salonu, zapaliły się reflektory podestu.  

„Et voila...!" zakrzyknął po francusku pan Daddo, machając 

upierścienionymi rękami. Pojawiła się Giorgia we wspaniałym futrze 
sobolowym. Dionizemu wydawała się postacią z bajki. Istotnie: właśnie takie 
wrażenie ona sama chciała zrobić na Niemcach. Szła po wykładzinie podestu 
tak lekko, że wydawało się, że płynie, stąpa po chmurach. Przeszła się tam i z 
powrotem, wróciła na środek, stanęła przed Niemcami i rozchyliła futro. Była 
naga, jej ciało rozbłysło i Dionizy wpatrywał się w jej seks pokryty rudym 
włosem. Nie on jeden. Obaj niemieccy kupcy wydali z siebie pomruki 
zadowolenia, a kiedy Giorgia zniknęła, wymienili opinie. Potem weszła na 
scenę blondynka Gigi. Inne futro, inny chód, inny pokaz. Nagie ciało, pomruki 
Niemców... nagle Dionizy spostrzegł ze zdumieniem, że najbardziej błyszczą 
oczy obu niemieckich kobiet, a szczególnie tej od chudego. Czy to z powodu 
futer, czy też modelek? Gigi zniknęła wśród oklasków i pokazała się Winona. 
Czarna Wenus w białym, wspaniałym futrze. Fal-lus Dionizego uniósł się 
niebezpiecznie, jeszcze zanim Winona rozchyliła futro. A ona powtórzywszy 
pokaz na bis zdjęła futro całkiem, zarzuciła je sobie z wdziękiem przez ramię i 
wyszła naga, poruszając biodrami i pokazując Niemcom swój wspaniały tyłek. 
Zaraz potem trzy dziewczyny pojawiły się znowu, ale już nie na podeście. 
Podeszły do foteli z futrami na ramionach, tak aby kupcy mogli z bliska 
przekonać się, jak są zrobione i co są warte. Przekonywali się o tym starannie i 
sumiennie. Daddo dawał objaśnienia techniczne, Franciszek je tłumaczył. 
Niemcy byli zachwyceni, futra rzeczywiście były znakomite. Chudy popieścił 
tyłek Winony, która uśmiechnęła się zachęcająco, gruby popieścił uda Gigi, 
która za to pocałowała go w usta, czarna Niemka skorzystała z okazji i 
popieściła Gigi od tyłu, na co ta uśmiechnęła się z aprobatą, wreszcie krawcowa 
rozwiesiła drogocenne futra na wieszakach, a Daddo rozpromieniony, 
machający rączkami żwawiej niż zwykle, ogłosił:  

„Break for drink."  
Natychmiast ruszyła Giorgia z jednej strony, a Dionizy z drugiej. Giorgia 

obsługiwała panów, a Dionizy podawał tace z tartinkami i napojami paniom. 
Blondyneczka z warkoczami, śmiejąc się, zapytała o coś „Franciszka", a ten 
przetłumaczył:  

„Dlaczego dziewczyny są nagie, a chłopak ubrany?"  

background image

„Jest nieśmiały, trzeba go zachęcić" — objaśnił dowcipnie pan Daddo.  
„Tag zakencić?..." — zapytała Niemka kalecząc język na teutoński sposób i 

uniosła tunikę Dionizego. Pokazał się sterczący fallus.  

„Och, Hans jaki wspaniały, wunderbar, wonderful...!" — wykrzyknęła i 

chwyciła go w palce.  

Dionizy trzymał tacę i nie poruszył się.  
„O, ja, ja, Grete...!" — zaśmiał się grubas nazwany Hansem i dorzucił coś, 

co wywołało rumieniec wstydu na twarzy Franciszka. Nie był bowiem w stanie 
oderwać wzroku od penisa Dionizego, wszyscy to spostrzegli i zaczęli się 
śmiać. Wszyscy oprócz Dionizego. Patrzył, jak ubrylantowana dłoń pani Grete 
ściska jego fallusa. „Jak się nazywasz?, usłyszał." „Ja?... Dionizy..." - 
westchnął.  

„A ja Grete, żona Hansa."  
„Bardzo mi przyjemnie..." wyjąkał Dionizy i zaniepokoił się: jak w tych 

warunkach serwować drinki?...  

„Ty Dyjonicy! Jaki ty wielki, bardzo wonderful! Pijesz drinka ze mną? Ja?..." 

i  wreszcie  go  puściła.  Chwyciła  kieliszek,  druga  Niemka  to  samo.  Frau  Grete 
upiła nieco, podała Dionizemu, aby wypił z jej kieliszka, rzut oka na pana Daddo, 
ten uśmiechnął się z. aprobatą i oczami dał znać, że należy zadowolić kobietę, 
więc:  

„Cin cin ... skol...! Śmiało, śmiało, przyjaciele! Pijmy..." — wołał pan 

Daddo popijając swój znakomity napój.  

Podano  następne  drinki  i  kupcy  otwarcie  już  zajęli  się  pieszczeniem 

dziewczyn. Powstało małe zamieszanie. Gruby Hans szczypał tyłek Winony, jego 
chudy przyjaciel gładził ją po nogach. Ciemna Niemka posadziła sobie Gigi na 
kolanach i wzięła się do całowania. Frau Grete znowu uniosła tunikę Dionizego i 
pieściła  mu  fallusa.  Daddo  ich  obserwował  i  sam  pieścił  się  pod  luźnym, 
rzymskim strojem, który miał na sobie. Tymczasem fotografka robiła zdjęcie za 
zdjęciem przy pomocy różnych aparatów, pod różnymi kątami i łakomie patrzyła, 
jak  ciemna  Niemka  i  Gigi  całują  się  w  usta.  Jednak interesy  to  interesy:  mają 
pierwszeństwo.  Daddo  zaklaskał  więc  w  upierścienione  dłonie  i  ogłosił  drugą 
część pokazu. Zabawa zacznie się zaraz potem. Franciszek przetłumaczył to na 
niemiecki,  zdyscyplinowani  goście  natychmiast  się  uspokoili,  tylko  ciemna, 
zanim  puściła  Gigi,  polizała  jej  sutki.  Dopiero  teraz  Dionizy  pojął,  dlaczego 
krawcowa nie przykleiła swoich gwiazdeczek na piersiach i seksie dziewczyn. 
Zaczęła  się  więc  druga  część  pokazu  i  szła  w  odwrotnej  kolejności.  Najpierw 
Winona, potem Gigi, a w końcu Giorgia pokazały nowe futra. Oklaskiwano je, 

background image

póki  nie  zniknęły,  gonione  łakomymi  spojrzeniami  mężczyzn  oraz  ciemnej 
Niemki. Pan Daddo rozpytywał Niemców, jak podobały im się futra i Dionizy nie 
musiał się wysilać, aby zrozumieć, że podobały się bardzo. Krótka konsultacja 
między gośćmi i obaj Niemcy wyszli z panem Daddo. Franciszek zrobił oko do 
Dionizego:  „Piękny  kontrakt,  Daddo  strzelił  w  dziesiątkę.  A  ty  zajmij  się 
blondyneczką i nie przejmuj się jej mężem. On lubi patrzeć, jak ona pieści się z 
innymi...!" „Skąd wiesz?" — spytał podejrzliwie Dionizy.  

„Sam to powiedział żonie. Powiedział jej, że chce patrzeć, jak ty ją 

przejedziesz, powiedział, że chce usłyszeć jej krzyk, kiedy się w nią wbijesz...!"  

„Przestańcie już, prosiaki" — wściekła się fotografka, zajęta wymianą rolek.  
„A te fotosy, to kto zabiera?" — spytał ją zaaferowany Dionizy.  
„Niemcy...!" — odparła niezbyt grzecznym tonem.  
Tymczasem Frau Grete i jej przyjaciółka opowiadały coś sobie, wychylając 

kieliszek za kieliszkiem. Okazało się, że ciemna nazywa się Hanna, a mąż jej — 
Franz. Hans i Franz wrócili do salonu i rzucili się na tartinki i napoje. Wyglądali 
na zadowolonych z interesu ubitego z mediolańskim projektantem mody. A 
Daddo promieniał i posyłał całusy wszystkim bez różnicy. Wróciły też 
dziewczyny i natychmiast Hans i Franz zaczęli się o nie kłócić, obejmować je, 
zabierać je sobie nawzajem. Gigi wołała:  

„Kochani moi pantoflarze, nie denerwujcie się, starczy dla wszystkich..." — 

i kpiła sobie z nich, a oni już zdejmowali marynarki.  

Franz uczepił się Giorgii i całował ją w same usta, trzymając ją za tyłek. 

Hanna zajęła się Gigi, a Grete, pękając ze śmiechu, znowu podniosła tunikę 
Dionizego, całowała jego penisa, a nawet zrobiła próbę lizania.  

„Wszyscy nago...!" — zawołał podniecony pan Daddo.  
„Rozbierajcie się, Szwaby, wszyscy nago, nie zawstydzajcie naszych 

dziewczyn..."  

Gigi zaczęła rozpinać bluzkę Hanny, na co ta chętnie przystała. Dionizy 

obserwował je, głaszcząc po głowie Frau Grete, która ssała go już teraz na 
dobre. Franciszek głośno przetłumaczył: „Wszyscy nago" — pana Daddo i Frau 
Grete nagle przestała ssać. Podniosła się z oczami błyszczącymi pod wpływem 
alkoholu i podniecenia. Pocałowała Dionizego w same usta, język jej okazał się 
słodki, miły, prawdziwie kobiecy i pachnący koktajlem. Całowała Dionizego i 
pieściła jego fallusa dłonią. Wreszcie oderwali się od siebie, Frau Grete zrobiła 
się jeszcze bardziej czerwona z podniecenia i ochoty.  

„Dyjonicy — powiedziała — ty rozbierzesz mnie, ale prędko...!" — I 

podniosła ręce do góry.  

background image

Dionizy zdjął z niej żakiet, a kiedy sama zaczęła rozpinać guziki, ściągnął z 

niej spódnicę. Ułożył wszystko porządnie na foteliku, ona tymczasem pozbyła się 
już bluzki i pokazała się w staniku, majtkach i pasku od podwiązek.  

„Podobam taka tobie? — zapytała — czy wolisz naga, ganz naga?..."  
„Dobra jesteś, podniecająca jesteś w tych czarnych pończochach, ale to 

zdejmę ci...!" — oświadczył stanowczo Dionizy, dotykając stanika.  

Odwróciła się i pozwoliła go rozpiąć, potem odwróciła się znowu, aby się 

pokazać. Czegoś takiego Dionizy się nie spodziewał. Miała piersi wielkie, a może 
nawet większe niż Rosy Mandorla. Lecz równie twarde i piękne. Dionizy dotknął 
ich pieszczotliwie i powiedział:  

„Jakie wielkie, jakie piękne... Grete...!" 
Na co ona wsadziła dwa palce w majtki, jakby chciała je zdjąć, ale nic nie 

zrobiła. Zapewne chodziło jej o to, aby je zdjął Dionizy. Zrobił to. Odsłoniło się 
blond futerko. Maleńkie, rzadkie.  

Popieścił je, było miękkie, miłe. Wtedy ona uniosła jego tunikę i zdjęła mu ją 

przez  głowę.  A  kiedy  tak  usilnie  pracowali  oboje,  inni  także  nie  tracili  czasu. 
Daddo i Franciszek byli już nadzy i przepijali do siebie patrząc sobie głęboko w 
oczy. Penis pana Daddo był wprawdzie jeszcze miękki, ale wydawał się niezły, 
za  to  pan  Franciszek  miał  maleńkiego,  o  dziwnie  ostrej  główce,  choć  był  już 
wyprostowany i sterczący. Wino-na rozebrała pana Hansa, który był kawałkiem 
owłosionej  słoniny  z  obwisłym  penisem.  Miał  na  stopach  mokasyny,  na  tyłku 
krótkie kalesony, był co się zowie komiczny, ale Winonie było wszystko jedno. 
Pieściła go wprawnie, ściskała, gryzła, zwłaszcza, że piersi miał jak kobieta, tyle 
że  owłosione.  Franz  i  Giorgia  byli  już  bardziej  zaawansowani.  On  leżał  na 
foteliku jak długi, ale rozkraczony, ona zaś klęczała między jego chudymi udami 
i ssała mu penisa, długiego i twardniejącego w jej ustach. Hanna także była naga. 
Ciało  miała  piękne,  jak  modelka,  piersi  małe  w  kształcie  gruszki,  właśnie 
poddawane pieszczotom rąk i ust Gigi. Podobnie jak Grete, również i Hanna nie 
zdjęła czarnych pończoch i paska, widać wierzyła i ona w ich moc erotyczną. Na 
podeście pokazali się Hans i Winona.  

„Grete... Grete..." — zawołał Hans.  
I gestem wzywał żonę, aby się do nich dołączyła. Kiwnął także i na 

Dionizego. Grete natychmiast rzuciła się do podestu, ciągnąc Dionizego za 
penisa.  

„Ty, Dyjonicy, teraz za mną, Hans lubi jak patrzy, jak mi kocha ktosz, kto 

nie jest on..." — powiedziała dysząc i kalecząc piękną mowę.  

Położyła się na plecach, usiłowała wciągnąć Dionizego na siebie, krzyczała:  

background image

„Natychmiast... ty wchodź w ja... w mi... w mnie... natychmiast... Żarty się 

skończyły." „Dionizy — powiedziała Winona — nie przestając pieścić grubego 
Hansa — teraz musisz ją chędożyć, ona jest całkiem gotowa, założę się... co za 
świnie...!" A Grete wyła, coraz mocniej rozchylając uda:  

„No, już... już... wchodź, wbijaj, ach, wbij, wbij, Dionizy..."  
Dionizemu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Przyklęknął między 

białymi udami Grete, lecz mimo ostrzeżenia Winony nie mógł się powstrzymać, 
żeby nie spróbować językiem. Ledwie dotknął, Grete zawyła. Zawył także 
Hans. Jednak Dionizy poczuwszy na języku gęstą wilgoć, zrozumiał, że Winona 
miała rację; Greta była już bardziej niż gotowa. Uniósł się wtedy i wsunął się w 
nią powoli. Wrzasnęła z rozkoszy. Powoli, lecz stanowczo i bez trudu dojechał 
do końca. Zaczął się rytmicznie poruszać. I śledził wyraz jej twarzy: przygryzła 
wargi. Pomacał ją po piersiach. Z przyjemnością doznał ich sprężystości. 
Oddychała coraz głośniej, coraz dziwaczniej: przypominało to parowóz:... fi... 
ach... fi... ach... Potem przerwała i wrzeszczała coś po niemiecku, wciąż 
powtarzając imię Hansa. A potem znowu: fi-ach... fi-ach... Nagle Hans znalazł 
się tuż przy Dionizym i swojej żonie, chędożonej przez Dionizego. Wielka, 
owłosiona dłoń Hansa chwyciła za wielką pierś Grete i ścisnęła. Winona 
tymczasem nie przestawała pieścić mu penisa, który już zrobił się twardy.  

Hans zawarczał coś, Winona jednak zrozumiała:  
„On chce widzieć, jak twój kutas wbija się w jego żonę — rzuciła 

Dionizemu.  

„Ja, ja... widiecz... widziecz... ja..." — zaryczał Hans. Więc Dionizy uniósł 

się nieco, aby mu ułatwić obserwację fallusa zagłębiającego się w seksie Grete. 
Zresztą i Dionizemu sprawiło przyjemność oglądanie. Piana ukazała się i 
otoczyła członka białym wiankiem.  

„Właśnie ma orgazm, ta dziwka" — orzekła spokojnie Winona.  
„Ach... Hans... Schwein...! Saukerl...! Och...! Ach...! Och...!" — wyła Grete 

uderzając tłustym tyłkiem o podłogę.  

Hans zawarczał coś niezrozumiale i zaczął ssać pierś swojej żony. Djonizy 

wbił się głębiej, aż po jądra, jednym mocnym uderzeniem, a potem przyspieszył 
rytm tak, że Grete zaczęła bełkotać, całe jej wielkie, białe ciało pokryło się potem, 
wreszcie  rozluźniła  się  cała,  opadła  i  Dionizy  zrozumiał,  że  dalej  nie  warto. 
Jednak akurat w tym momencie Hans zażądał czegoś od Winony, odsuwając jej 
rękę ściskającą jego jądra.  

„Mówi, że jeszcze nie chce kończyć" — wyjaśniła Dionizemu Winona.  

background image

„Mówi, żebyś się wstrzymał i włożył jej znowu, jak będzie gotowa. Tak 

zrozumiałam, a Franciszek teraz nie jest w stanie przetłumaczyć...!"  

 Rzeczywiście. Dionizy podniósł głowę i oczom jego ukazała się leżąca 

obok fotelików Hanna, łapczywie liżąca seks Gigi, opodal Giorgia z głową 
przyciśniętą do fotelika poddawała się Franzowi, ściskającemu jej małe piersi i 
chędożącemu ją od tyłu. Ale powoli, spokojnie, w milczeniu. W pobliżu 
wciśnięci w poduszki Daddo i Franciszek całowali się namiętnie i pieścili się 
wzajemnie. Tak że istotnie „Franco-cisko" nie był teraz w stanie tłumaczyć z 
niemieckiego na włoski. Dionizemu musiało wystarczyć wyjaśnienie Winony. 
Rzekł więc:  

„Powiedz mu, że poczekam... ale czego on chce?..."  
Tymczasem Hans na to pytanie odpowiedział czynem. Pocałował żonę w 

same usta i przemówili do siebie z nadzwyczajną czułością. Winona zdumiała 
się:  

„Co za ludzie... taki knur, taka maciora, a widać że się kochają... i to tym 

bardziej, kiedy tę maciorę jakiś obcy przeleci...!"  

Hans usilnie starał się czegoś dowiedzieć od Grete, nalegał i nalegał, a ona 

odpowiadała tylko: „Jaja... Schatz... uhm... ja, och, ja, Libeling... ja..." Wreszcie 
w pewnej chwili odwrócił ją tyłkiem do góry, a był to tyłek obfity, biały, wielki, 
i zaczął ją lizać. Ona zaś po chwili odpowiedziała jękiem, jak wówczas, kiedy ją 
pieścił Dionizy. Ten zaś objął Winonę i zaczęli całować się, jak to się mówi „z 
języczkiem." Winona ujęła dłonią jego fallusa. Powiedziała:  

 „Niby, że muszę utrzymać go w formie przez cały ten czas, kiedy klienci... 

Chcesz?... I pieściła go delikatnie.  

„Jakże chciałbym ci włożyć, kochana..." — westchnął Dionizy.  
„Nie narzekam, ale Grete to nie to, co ty!"  
„Wcale tak łatwo mnie nie zadowolisz, wiedz o tym, odparła Winona — 

zresztą... zobaczymy, tymczasem, opanuj się i nie popłyń przypadkiem. Musisz 
być do dyspozycji Niemców, pamiętaj...!"  

„No, to zostaw go, kochanie, tak będzie lepiej..." — zażartował Dionizy.  
I razem zaczęli się uważniej przyglądać, co się dzieje wkoło. Zmieniło się 

niewiele. Przynajmniej jeśli idzie o Franza i Giorgię. Chędożył ją nadal 
spokojnie, sumiennie, tak jakby wykonywał uczciwe rzemiosło. Giorgia stękała.  

„Może choć ona zazna szczytowania dziś wieczór, boja i Gigi to chyba nie... 

westchnęła Winona.  

background image

„Patrz, co ta Gigi musi robić z tą świntuchą Hanną. I pomyśleć, że Hanna lubi 

także mężczyzn, ale umówiła się z Grete, że dziś wieczór ty jesteś dla Grete, a 
następnym razem będziesz dla niej."  

Hanna i Gigi uprawiały właśnie pozycję 69, lizały się wzajemnie.  
„Jak to? — zapytał Dionizy — to Gigi nie jest lesbijką? A ja myślałem..."  
„Gigi lubi i mężczyzn, i kobiety, chociaż woli mężczyzn. To »maciora« jak 

mówią we  

Florencji."  
Dionizy przyjrzał się teraz parze Daddo Franciszek. Tłumacz położył pana 

Daddo na poduszkach i brał go od tyłu. Pan Daddo sapał i jęczał:  

„Weź mnie... jesteś ogier... weź mnie... jestem twoja dziwka... weź mnie...!"  
Przenieśli spojrzenie na Hansa i Gretę. Grubas niezmordowanie lizał swoją 

żonę i zdawało się, że nigdy nie przestanie. Ale ona w pewnej chwili zawołała: 
„Dyjonicy... och... Dyjonicy...!"  

„Znowu jest gotowa, ta maciora; widzisz?..." — szepnęła Winona. „Wsadź 

jej teraz, tylko mocno, chcą tego obydwoje..." „Żebym tylko jej nie uszkodził..." 
— zawahał się Dionizy.  

Ale skrupuły opuściły go natychmiast, kiedy zobaczył, że grubas Hans, 

obcierając sobie usta mokre od wilgoci żony, zaprasza go niedwuznacznym 
gestem do dzieła.  

„Włóż go całego. Proszę w imieniu firmy..." — zachęciła go Winona.  
Hans z błyszczącymi oczyma gotował się do oglądania. Dionizy chwycił 

pośladki Grete, skierował tam swego penisa, lecz musiał prosić o pomoc. 
„Winona, rozszerz jej pośladki, tej dziwce, proszę cię...!" I Winona zrobiła to. 
Hans zaryczał:  

„Och, ja...! ja...! so...! so...!"  
Dionizy wepchnął, popchnął. Grete zawyła. Przez moment Dionizego 

ogarnął strach, że ją rozerwie. Ale Hans ryczał:  

„Herein...! Herein...! Winona przetłumaczyła: „Chce, żebyś jej wepchnął jak 

najgłębiej, jak najgłębiej...!"  

I Dionizy posunął. Grete wrzasnęła, Hans uskoczył, chwycił za warkocz 

żonę, w usta włożył jej swego penisa. I znowu zaryczał:  

„Scheisse!  Scheisse...!  Tego  już  Dionizy  nie  wytrzymał.  Zdecydował,  że 

jakiekolwiek teraz będą rozkazy, spłynie na dobre i ostatecznie.  

„Trysnę w nią..." — zawiadomił Winonę.  
„Najpierw sprawdź czy ma już dość..." — poradziła mu cynicznie i zaczęła 

narzekać: „Te szkopy to świnie, ten głupi grubas zamiast mnie przerżnąć, 

background image

pompuje swoją żonkę, a równocześnie patrzy, jak ją kto inny przyrzyna, co to za 
bezeceństwo, nikt by czegoś takiego nie zrobił w czarnej Afryce, przysięgam ci, 
nie ma już przyzwoitości na tym świecie, do parcha-żyda...!" — zaklęła nagle 
półgłosem czarna jak kawa Winona-Murzynka. „A ty byłaś kiedy w Afryce?" 
— zaciekawił się Dionizy tkwiąc ciągle w tyłku Grete.  

„Po co? Nie jestem głupia. Nie lepiej mi we Florencji? Nie lepiej mi w 

Rzymie, czy w Mediolanie?... A teraz zerżnij ją mocno to ci podziękuje..."  

Więc Dionizy zabrał się do roboty. Lecz śledząc jednym okiem swego 

penisa, drugim śledził wyczyny grubego Hansa. Ten ciągnął swoją żonę z całej 
siły za warkocze, jakby chciał wydrzeć jej wszystkie włosy z głowy. Taką widać 
mają przyjemność, pomyślał Dionizy, więc co mu do tego, zwłaszcza że to 
między mężem i żoną, zaś on ma tylko wpychać penisa, to wszystko. Więc 
wpychał. W pewnej chwili Grete zaczęła się miotać, Hans odsunął się i 
przywołał Winonę, która przykucnęła i zaczęła mu lizać twardego fallusa. A 
Grete, przebijana z całą mocą przez Dionizego, który czuł zbliżające się już 
szczytowanie, przytknęła czoło do podłogi i sięgnęła ręką do swego seksu, aby 
jeszcze podniecać się palcami. Drżała i mamrotała coś niezrozumiale. Była 
mokra i wreszcie doznali orgazmu wszyscy troje, rycząc i wyjąc w niebogłosy: 
Hans w ustach Winony, a Dionizy w tyłku Grete. Ale musiał minąć jeszcze czas 
jakiś, zanim Dionizy był w stanie opuścić otwór blondynki, owo miejsce 
rozkoszy, lubieżności i pożądania. Bo Grete, czując fallusa ciągle jeszcze w 
sobie, nie chciała za nic go wypuścić. Zrezygnowała dopiero wtedy, gdy 
spostrzegła, że już go w sobie nie ma. Tylko Winona nie doznała orgazmu i z 
pożądaniem spoglądała na twardy wciąż fallus Dionizego.  

„Noc jeszcze długa przed nami — westchnęła tańce dopiero się zaczęły, 

może choć kawałek tego oślego kutasa dostanie się i mnie, nieszczęsnej 

Murzynce z Florencji..."  

 

 

background image

Rozdział ósmy

 

 
„Noc jeszcze młoda, Więc czasu szkoda, Zrób ten wysiłek I daj mi tyłek !..." 

śpiewał pan Daddo razem z Franciszkiem, obaj całkiem nadzy. I puścili się  w 
tany. Wszyscy bardzo się śmiali, lecz Dionizy myślał tylko o tym, że chciałby 
zaznać Winony albo Giorgi, że chciałby dowiedzieć się, która godzina, a tu nawet 
Niemcy  zdjęli  zegarki,  aby  być  bardziej  nagimi.  Grete  leżała  na  brzuchu  na 
podłodze, znowu wypiła sporo wb.ski, wyglądała na wykończoną, a może była 
tylko pijana. Hanna krzywym okiem spoglądała na Gigi, przepijającą do Hansa. 
Franz  wziął  na  kolana  Winonę  i  popijali  z  tego  samego  kieliszka.  Fotografka 
przestała na razie robić zdjęcia, widać uznała, że w przerwie nie warto, i chciwie 
przyglądała się nagim dziewczynom, a zwłaszcza Gigi. „Ach, zdejmij gacie I pij, 
pij, bracie! A kto nie pije, Tego we dwa kije!..."  

Śpiewali tańcząc Daddo i Franciszek. Dionizemu pic się nie chciało,  za to 

chciałby zapalić papierosa, choćby w kuchence, gdzie krawcowa, mila grubaska 
i  szczęśliwa  żona,  spala  sobie  spokojnie,  oparłszy  głowę  o  stol.  Nikt  nie  palił 
jednakże. Długi Franz zaczął właśnie pieścić piersi Winony, a Gigi zwisającego 
penisa Hansa, nie bacząc na groźne spojrzenia zazdrosnej Hanny, i zapewne w 
nadziei, że coś jeszcze z niego wyciśnie. Daddo i Franciszek wrócili z kuchenki. 
Nieśli tace pełne kieliszków, a w nich jakieś kolorowe płyny. Dionizy pomógł 
obsługiwać gości.  

Wkrótce każdy trzymał w ręce kieliszek, tylko Dionizy swój zostawił na 

tacy.  

„Nie pijesz?...słusznie... — pochwalił go Daddo — alkohol trzeba umiejętnie 

dozować,  jak  lekarstwo,  bo  jeśli  za  dużo,  to  erekcji  nie  będzie.  Okay,  zaraz 
osobiście zrobię ci coś na wzmocnienie..."  

I zanim Dionizy zdążył zaprotestować, wybiegł, radośnie podśpiewując. 

Franciszek skorzystał z jego nieobecności i poprosił fotografkę, aby zrobiła 
zdjęcie penisa Dionizego, spokojnie wiszącego między jego muskularnymi 
udami. „A potem zrobisz mu drugie zdjęcie, jak mu już stanie. Będą to fotosy 
dokumentujące, jak to jest przed kuracją i po kuracji, ha!, ha!, ha!, ale się 
Niemcy zabawią!..."  

Dionizy  ostro  spojrzał  na  Franciszka,  fotografka  nawet  nie  raczyła 

odpowiedzieć. „Dyjonicy! Mój Dyjonicy!..." Nagle zawołała Grete, zwijając się 
na  podłodze.  „Tak  mi  się  chce  siusiu!..."  I  wyciągnęła  do  niego  ręce,  aby  jej 
pomógł wstać.  

background image

Podniósł ją bez trudu, biorąc fachowo pod pachy, ale zwisała bezwładnie. Za 

to natychmiast chwyciła go za penisa. I zaczęła pieścić nim swój seks i mruczeć 
„ach! jak gut...jak dobre, ale dobre..." Zaśmiewała się. Była kompletnie pijana. 
Dionizy wyjął jej z ręki kieliszek, który zdążyła już wychylić jednym haustem, 
popieścił jej jedwabne plecy i wielką pupę, a robił to z przyjemnością, bo to była 
piękna  pupa.  Nagle  podeszła  do  nich  Hanna  i  powiedziała  coś  do  Grete.  „Ja, 
Hanna  i  Dyjonicy  —  siusiu!..."  odparła  na  to  Grete  i  zaniosła  się  pijackim 
śmiechem.  „Najpierw  drink!  Jeszcze  drink!..."  Dionizy  nie  wiedział,  co  robić. 
Daćjej pić, to chyba byłoby nierozsądne. Odszukał wzrokiem Hansa, ale ten cały 
był  pogrążony  w  ustach  Gigi.  Wzruszył  ramionami  i  poda!  Grecie  kieliszek. 
„Skoll, cin, cin, cin, na zdrowie!..." — powiedział.  

„Ty...nie picz...nie pijacz...nie pisz ze mną?..." — wybuchnęła Grete.  
„Ależ tak!...jakżeby nie?...pije!..." — wtrącił się Daddo, zjawiwszy się nagle 

i  podał  Dionizemu  szklankę  jakiegoś  roztworu.  Dionizy  spróbował.  Pachniało 
owocami i odrobinę jak likier. Grete ledwie trzymała się na nogach. Przepił do 
niej i wychylił wszystko. „Idź siusiu za nami.." — oznajmiła Niemka mrugając 
niebieskim okiem do Dionizego. „Raczej módl się za nami..." — odparł Dionizy 
i Hanna zaśmiała się, zrozumiawszy aluzję.  

Ruszyli we trójkę i Dionizy obejmował w pasie obie, bo obie ledwo trzymały 

się na nogach, ale ocierały się o niego lubieżnie. Po tym napoju Dionizy poczuł 
się dobrze, przybyło mu sił, nie czuł zmęczenia. Bez trudu znaleźli łazienkę, bo 
to  był  jedyny  pokój  w  tym  dziwnym  mieszkaniu,  który  miał  drzwi.  Nie 
przymknęli ich. Grete pierwsza usiadła na sedesie, wzdychając z ulgą w miarę, 
jak pozbywała się męczącego płynu. Potem przeniosła się na bidet, a na sedesie 
usiadła Hanna.  

„Ach, jaka moja pupa...cała masakra..." — żaliła się Grete masując obolałe 

miejsca. Hanna siedziała na sedesie jakby w oczekiwaniu na coś. Przyglądała 
się, jak Dionizemu, nieświadomemu rzeczy, zwolna nabrzmiewa fallus. Ujęła 
go dłonią, pomacała, powiedziała coś po niemiecku. Dionizy nie bronił się. 
Pozwalał nawet z ochotą. Czuł, że jest w formie i to świetnej, z przyjemnością 
chędożyłby teraz Hannę. Popieścił jej głowę, jego penis wydłużał się i sztywniał 
w palcach Hanny. Ona zaś ujęła w dłoń jego jądra, zważyła je na otwartej dłoni 
i powiedziała coś do Grete, która zaśmiała się krótko. Zaraz też podniosła się z 
bidetu, podtarła się papierową serwetką, a zwolnione miejsce zajęła Hanna. 
Wtedy Dionizemu przyszła ochota zrobić siusiu, skoro już znajdował się we 
właściwym miejscu. Ale Grete chwyciła go, kiedy już sikał, usiłowała 
pokierować strumieniem, lecz robiła to dosyć niezdarnie, za to śmiała się do 

background image

rozpuku. Potem zaciągnęła Dionizego pod umywalkę, zaczęła mydlić i myć jego 
penisa. Były to, oczywiście, próby nowej pieszczoty. Fallus Dionizego 
wyprostował się dumnie. Grete zanosiła się od śmiechu. Wytarła go do sucha i 
popchnęła Dionizego w stronę Hanny. Miły to był żarcik. Dionizy chętnie 
poczuł wargi ciemnej Niemki. Grete tymczasem pieściła i lizała mu plecy. 
Hanna ssała fallusa gwałtownie i namiętnie, operowała językiem, palcami 
pieściła jądra. Nagle również palce Grete dotknęły jego penisa tuż pod wargami 
Hanny i zaczęły posuwać się po nim i pieścić. Było to bardzo przyjemne. Hanna 
lizała samą główkę, Grete pieściła pień. Dionizy aż westchnął z rozkoszy, ale 
nie miał zamiaru szczytować w ten sposób. Wolałby Hannę chędożyć normalnie 
i pokazać jej, o ile mocny członek męski lepszy jest od nawet najbardziej 
zmyślnego języka kobiety. Tymczasem Grete ustała jakoś, wzięła między swe 
uda udo Dionizego i pieściła swój seks w ten sposób. Dionizy pieścił za to jej 
opasły, piękny tyłek, chciał nawet pomóc jej swoją ręką, ale nie mógł: miał za 
wielką ochotę chędożyć Hannę. Niestety, nie umiał jej tego powiedzieć, musiał 
więc zadowolić się tym, co się działo. Problem rozwiązała Grete. Sapiąc, 
odsunęła się od Dionizego i powiedziała coś Hannie. Natychmiast Hanna 
powstała z bidetu i obie wypchnęły wystraszonego Dionizego z łazienki. 
Wrócili we trójkę do salonu, gdzie sytuacja zdawała się dojrzewać. Na 
poduszkach leżał Daddo z Franciszkiem w namiętnej pozycji 69. Hans dawał się 
lizać Gigi. Franz lizał Winonę. Fotografka znowu zabrała się do roboty. 
Sfotografowała także Dionizego, Hannę i Gretę, jak wchodzą na podest. Giorgia 
została sama, spojrzała z pożądaniem na wielkiego fallusa Dionizego, ale nie 
ośmieliła się przyłączyć. Ostatecznie obie Niemki miały pierwszeństwo, 
przecież mężowie ich kupili całą kolekcję pana Gregori. Kiedy już cała trójka 
znalazła się na podeście, Grete odezwała się w swoim łamanym języku:  

„Ty, ja i Hanna, ja i Hanna, ja i Hanna, rozumie?..."  
„Oczywiście!" — oświadczył Dionizy macając ją po piersiach, a Hannę po 

tyłku.  

„Ja, ty i Hanna, ja i Hanna, ja i Grete, o kay?..."  
Jednakże nie zrozumiał, o co naprawdę chodziło. Chyba tyle tylko, że ma 

być do dyspozycji tych dwu kobiet wyłącznie. Na inne nie patrzeć. Nie 
wydawało mu się to zbyt trudne. Okazało się jednak, że Niemki chcą więcej. 
Padły obie na czworaka, wypięły się i czekały. Którą miał wybrać? A może 
chcą na zmianę? A może równocześnie? Uzyskać odpowiedź na te pytania 
można tylko w jeden sposób. Dionizy ustawił się we właściwej pozycji za Gretą 
i wszedł w nią, wywołując jej pożądliwe jęki. Dwa palce zaś wetknął w seks 

background image

Hanny, która zareagowała westchnieniem zadowolenia. Obie były już mokre i 
po pewnym czasie Dionizy zamienił partnerki. Znowu Grete jęknęła głośno, 
znowu westchnęła pożądliwie Hanna, czując, jak ją przenika potężny fallus. 
Dionizy chętnie zadowalał Gretę palcami, z przyjemnością wbijał się w Hannę, 
ale wolałby ją chędożyć po ludzku, leżeć na niej, macać jej piękne, twarde 
piersi, całować je i ssać. Póki tego nie doznawał, jego rozkosz była ograniczona, 
orgazm się opóźniał. Znowu zamienił partnerki i teraz poczuł, jak Grete wije się 
i miota, wciska w niego coraz mocniej. Może dobrze by było, żeby już 
popłynęła, miałby więcej czasu dla Hanny, mógłby dać jej rozkosz tak, jak tego 
pragnął, w pozycji, której pragnął. Przy piątej, czy szóstej zamianie oczywiste 
już było, że Grete zbliża się do szczytu.  

Dionizy ruszył więc do ataku na dobre. Wbijał się teraz rytmem szybkim i z 

mocą coraz większą. W nagrodę Grete zaczęła krzyczeć, ryczeć, wrzeszczeć, 
wołać, płakać. I miotała tyłkiem coraz gwałtowniej. Nie było rady. Dionizy 
musiał chwycić za ten wielki, mocny tyłek i zostawić Hannę samą. Ta zaś nie 
miała nic przeciw temu. Osunęła się na podłogę, rozłożyła nogi, pieściła sama 
swoją łechtaczkę. I tylko wpatrywała się tęsknie w Dionizego.  

 A on także patrzył w jej oczy, mocno chędożąc jasną Grete. W chwili, 

kiedy dosięgnął ją spazm orgazmu, Dionizy i Hanna, nie spuszczając się z oczu, 
utonęli w spazmie wzajemnego pożądania. Nie spieszył się, spokojnie poruszał 
się jeszcze we wnętrzu Grete, gładził ją po tyłku. Ale już oglądał się wokoło, i 
Winona i Franz odmienili role. Teraz ona lizała Franza. Giorgia z kieliszkiem w 
ręku obserwowała i ich uważnie, Hans zaś chędożył Gigi. Leżeli na boku, ona 
oparła nogę aż na kroku włochatego grubasa, ten zaś mamrotał zapewne jakieś 
świństwa i poruszał się w żwawym rytmie. Co do pana Daddo i jego Franciszka, 
to rzecz miała się jak zwykle.  

Franciszek leżał na plecach pana Daddo i chędożył go, pieszcząc 

równocześnie jego fallusa, pan Daddo krzyczał: „Ach, tak!...tak!...tak mi 
dobrze!...zaraz trysnę ci w rękę!...tak!..." A na to Franciszek: „Ja też!...ja też!..." 
Tymczasem fotografka nieprzerwanie robiła zdjęcia, podeszła też do 
osamotnionej Giorgi, przysunęła się bliziutko i przemawiała do niej po cichu. 
Ale ruda piękność nie zwracała na to uwagi. Dionizy odsunął się wreszcie od 
Grete, a ta padła półprzytomna na brzuch, położyła głowę na zgiętym ramieniu i 
tak została.  

Dionizy znowu spojrzał na Hannę. Piękna brunetka wyciągnęła rękę w jego 

stronę. Było w tym geście coś więcej niż przyzwolenie, to było błaganie. 
Dionizy ujął tę rękę w swoje dłonie, przysunął się blisko, pocałował w usta. I 

background image

wówczas poczuł, że przez cały wieczór właśnie tych wielkich, mięsistych warg 
tak bardzo pragnął. Przebiegły mu po grzbiecie iskierki rozkoszy. Sięgnęły 
penisa. Stwardniał jeszcze bardziej, podobnie jak jędrne piersi Niemki pod jego 
pieszczotą. Ssał jej język, sięgnął dłonią i przykrył nią dłoń Hanny, pieszczącej 
ciągle swój seks, spletli palce, aby wniknąć w głąb razem i całowali się, 
całowali... Po chwili Dionizy pomyślał, że może przyszła właściwa chwila. 
Łagodnie odsunął się od niej, położył ją pod sobą, całował i ssał jej piersi, 
poczuł, jak jej sutki jeszcze twardnieją, pojął, że orgazm jest blisko. Skierował 
więc fallusa w jej seks. Ale Hanna zatrzymała go.  

,,Langsam...Dyjonicy...Dyjonicy...langsam... och! Dyjonicy! bitte!..."  
Wprawdzie Dionizy słów nie zrozumiał, ale sens pojął. Ton był taki, że 

domyślił się - i trafnie! – iż o delikatność tu idzie. Co zrozumiawszy, pozwolił, 
aby Hanna sama się obsłużyła. Ona więc obiema dłońmi rozwarła swój seks, ale 
rozwierając, pieściła wielką żołądź Dionizego i była to wielka rozkosz. A kiedy 
gruby, twardy pień wniknął w nią, krzyknęła z pożądania i dotknęła palcami 
swej łechtaczki, znowu zaczęła ją pieścić, czekając aż Dionizy wbije się do 
końca. Wówczas usunęła palce. A Dionizy był już w niej głęboko i całym swym 
ciężarem przykrył piękne ciało Hanny, wargi ich się zetknęły, nogi Hanny 
objęły Dionizego. I tak się zaczęło. Dionizemu nigdy do tej pory nie zdarzyło 
się równie szczęśliwe złączenie miłosne. Ich ciała porozumiewały się same, ich 
ruchy były zgrane i dopełniały się. Dionizy nie mógł się tego spodziewać, kiedy 
patrzył, jak Hanna pieści piękną Gigi. A teraz oto przemieniła się całkiem, była 
kobietą w każdym calu, wspaniałą, stuprocentową kobietą, kobiecością samą. 
Całowali się milcząc. Czuli swoje wargi swoje języki. Penis Dionizego 
wypełniał ją całą. Co za słodycz! Tylko oddechy ich były przyspieszone, 
zdyszane, tak, że kto by ich nie widział, lecz słyszał tylko, zgadłby natychmiast, 
że kochają się namiętnie. I Grete odgadła to. Uniosła się na łokciu i półżywa, 
półprzytomna z zazdrością przyglądała się Hannie, tak świetnie zespolonej z 
ciałem mężczyzny. I pojęła, że takie zespolenie nie jest jedynie skutkiem 
seksualnej pożądliwości, lecz stanowi coś więcej, jest jakąś esencją życia. 
Wiedziała bowiem,  

w stosunkach intymnych, lecz jest z nim związana wspólnym interesem, 

pewną serdecznością, konwenansem wreszcie, o którym oboje lubią zapominać 
w czasie odbywanych razem podróży. Natomiast Grete kochała Hansa głęboko i 
on ją kochał głęboko. Dla nich seks był coś wart jedynie jako dziedzina 
powikłań rozmaitego rodzaju, byle tylko intensywnych, byle tylko przeciwnych 
obyczajom, normom, a nade wszystko przyzwyczajeniom. I byle tylko 

background image

powikłania owe dawały się przeżywać wspólnie. Franz nie dbał o żonę, było mu 
wszystko jedno, jak sobie radzi, Hansowi rozkosz żony dawała rozkosz. Grete 
spojrzała na Franza. Chędożył Wi-nonę na swój sposób. Lubił od tyłu. Hanna — 
nie. Grete wiedziała, że Hanna chce być przytłoczona ciałem mężczyzny, 
całować go, czuć jego pocałunki, jego pieszczący dotyk. Grete przyglądała się 
Wino-nie klęczącej na foteliku. Franz stał za nią i wbijał się w nią rytmicznie, 
metodycznie, milcząco, z zaciśniętymi wargami, nie jęcząc, nie wzdychając, nie 
podniecając się wulgarnymi słowami. Chędożył ją i to wszystko. Jak maszyna. I 
bez wątpienia skutecznie. Grete doświadczyła tego z Franzem. Osiągnęła 
wówczas orgazm na samej granicy przyjemności, nie dalej. I nic więcej, 
żadnych uniesień, krzyków, jęków, słów mocnych i gorszących, żadnych 
westchnień, szeptów. Nie, nic. Jedynie ruch mocny i jednostajny, nieprzerwany, 
aż do nieuchronnego spazmu.  

Obróciła oczy znowu ku Hannie i Dionizemu. Hanna miała opinię lesbijki, 

bo twierdziła, że kobiety są w miłości bardziej szczere, bardziej namiętne i w 
ogóle lepsze od mężczyzn. Franz brał ją raz na tydzień, regularnie, traktował to 
jako konieczne odprężenie, a zarazem dobrą gimnastykę. Hanna potrzebowała 
czegoś więcej i szukała tego u kobiet. Ale jej homoseksualizm był sztuczny. 
Wystarczyło przyjrzeć się, jak leży pod Dionizym, aby nie mieć wątpliwości, że 
to kobieta bardzo potrzebująca mężczyzny.  

W tym samym czasie podobne myśli nachodziły i Dionizego. Czuł na sobie 

obejmujące go i skrzyżowane nogi Hanny, obejmujące go coraz ciaśniej, coraz 
mocniej,  uderzające  piętami  o  jego  ciało  w  miarę,  jak  wbijał  się  w  nią  coraz 
mocniej.  Czuł,  że  ona  jest  już  bliska  orgazmu,  pomagał  jej,  podniecał  ją, 
doprowadzał ją do szczytu, ale sam... Było to coś nienormalnego, że tak namiętnie 
ją brał, a tak chłodno to odczuwał. Jego umysł panował nad każdym ruchem jego 
fallusa, rejestrując, kalkulując, oceniając każde jej westchnienie, każdy oddech
także  każdą  kroplę  własnej  rozkoszy,  która  jakoś  nie  rosła,  nie  zapowiadała 
orgazmu.  

„Ach, już!...tryskam w ciebie!...ty moja dziwko!..." — ryknął nagle 

Franciszek, a już mu odpowiadał jak echo pan Daddo:  

„Tak!...tryskaj!...Ja także!...kochanku mój!...miłości moja!..."  
Również Hans jęczał wbijając się w Gigi. Widać było, że zaraz spłynie. A 

ona wrzeszczała:  

„Jeszcze!...Hans!...jeszcze!..." Winona z głową pochyloną ku podłodze 

klęła: „Jedź, szkopie!...jedź szybciej, taka ty twoja francowata franca 
...szybciej!..."  

background image

Fotografka już nie fotografowała. Giorgia usnęła nie wypuszczając pustego 

kieliszka z ręki. Ja oszukuję tę Hannę, myślał tymczasem Dionizy, nie przestając 
się w nią wbijać i czując jej paznokcie drapiące mu ciało. Oszukuję ją, chociaż to 
nie ja, to mój penis ją oszukuje. Ale dlaczego? Dlaczego to mi się przydarza? 
Dlaczego? Robię to jak maszyna, czuję, że ona jest już blisko, a ja nic...nie mogę 
z nią razem, nie czuję tego tak jak ona...ale dlaczego? Przecież podoba mi się 
bardziej  niż  którakolwiek  z  tych  tu  kobiet,  odkryłem  jej  sekret  kobiety 
niedopieszczonej, ale...ale czy ona musiała przyjechać aż do Mediolanu, aby się 
tego dowiedzieć? Aż do Mediolanu, aby tu spotkać neapolitańczyka, który okazał 
się dla niej odpowiedni? Myślami i chęcią jestem z nią, ale  mój penis  — nie. 
Torturuje nas oboje, i mnie, i ją, kutas jeden! Zawsze był uczciwy i posłuszny, 
zawsze  na  miejscu,  a  dzisiaj  nie.  Czemu?  Czego  chce?  Jest  jak  trzeba  i 
wytrzymuje wszystko, ale w niczym nie bierze udziału. Nie podoba mi się to!  

Tak gorączkowo myślał Dionizy. Tymczasem Hanna weszła w orgazm, 

zaczęła spływać z ogromną siłą, jej rozkosz nie miała granic, przygryzła wargi, 
aby nie krzyczeć, bladła aż zrobiła się biała jak prześcieradło; albo jak 
marmurowy posąg w muzeum, po czym posąg cały pokrył się kroplami potu... 
Dionizy chciał także, chciał razem z nią!...ale nic z tego.  

Grete obserwowała ich, zobaczyła, co się dzieje. Hanna przeżywała swój 

orgazm w sposób oczywisty, naturalny, tak jak powinna, a Dionizy nie. Był 
teraz dla Grete typowym kochankiem all' italiana, „latin lover", tylko wyglądem 
różnił się od takiego Franza. I Grete na nowo polubiła Hannę, a dla Dionizego 
odczuła pogardę. I właśnie dlatego...zapragnęła go. Obudziła się znowu jej 
pożądliwa natura dziwki. Nie miała zamiaru tego ukrywać. Ani przed sobą, ani 
przed nikim. Była konsekwentna i konsekwentnie, jak dziwka, otwarta na 
wszystko. Chciała wykorzystać, zmóc i pokonać Dionizego jako męską dziwkę, 
taką samą, a może nawet lepszą, niż ona sama. Tymczasem Franz doprowadził 
wreszcie Winonę do orgazmu, więc wyjął z niej penisa i nad jej ciałem sam 
doprowadził się do wytrysku. Grete zobaczyła, jak biały płyn spływa na czarne 
ciało Winony. Przyjrzała się następnie mężowi. Stękał, sapał i ciągle jeszcze 
wbijał się w ciało Gigi. Stękał i sapał, biedaczek, bo dwa razy jednej nocy to dla 
niego za dużo. Musiałby być już nie wiem jak podniecony, żeby się to mogło 
udać. Uśmiechnęła się do niego. „Tryśnij, tryśnij, skarbie, tryśnij w tę eteryczną 
blondynkę...", pomyślała z czułością i znowu obróciła wzrok na Dionizego i 
Hannę. Jeszcze leżeli na sobie, spleceni w uścisku, ona prawdopodobnie nie 
zdawała sobie sprawy, że Dionizy nie szczytował, obejmowała go czule, jak 
skarb jaki, tylko nogi opadły jej na podłogę. Grete zobaczyła, jak Hanna, 

background image

bledziutka, z twarzą przemienioną przez rozkosz, całuje Dionizego. Całuje go w 
usta, oczy, pieści dłonią jego plecy, jak zakochana kobieta. Grete bardzo lubiła 
Hannę, więc znienawidziła Dionizego w tej chwili jeszcze bardziej i 
postanowiła wykończyć go. Właśnie całował Hannę, pieścił ją, tulił, mówił coś 
czułego po neapolitańsku, coś bardzo czułego.  

Nie  podejrzewał  wcale,  jakie  myśli  snuje  Grete.  Lecz  i  on  sam,  i  Grete 

wiedzieli jedno: że orgazmu nie doznał. Jednak on nie wiedział dlaczego, Grete 
zaś sądziła, że się powstrzymał. I tylko jedna Hanna była spokojna, szczęśliwa i 
nie zadawała sobie żadnych pytań. Grete potoczyła znowu wzrokiem po salonie. 
Giorgia spała już głęboko, kieliszek wypadł jej z dłoni i potoczył się daleko. Hans 
sapał coraz mocniej, w pewnej chwili przewrócił się na plecy z okrzykiem. Grete 
poczuła wdzięczność dla Gigi, która przywarła ustami do tryskającego fallusa. A 
więc jej Hans spłynął tej nocy już dwa razy. Będzie mógł obejrzeć ją, jak niszczy 
tego  ,,latin  lover",  który  się  oszczędza,  jak  rujnuje  tego  Dionizego,  którego 
znienawidziła. Bo nienawidziła wszystkich mężczyzn oddających się z rezerwą, 
z  dystansem,  tych,  co  to  nie  piją,  nie  palą,  nie  kochają,  a  kobiety  traktują  jak 
zawodowe prostytutki. Co prawda Dionizy był, jak dotąd, w porządku, sprawował 
się  należycie,  zachowywał,  jak  trzeba,  nie  starał  się  uwodzić  nikogo.  Ani  jej, 
Grete, ani Hanny. Ale co on sobie myśli? Że ten jego kawał mięśnia, co go ma 
między nogami, jest ze złota, czy jak? Za kogo on się uważa? Grete nie wiedziała 
oczywiście,  że  Dionizy  jest  dozorcą,  portierem  tego  domu,  dokąd  przyszła  z 
wizytą. Sądziła, że pan Gregori specjalnie go wynajął i to się jej nawet spodobało. 
Ale  i  tak  gardziła  tym  wyrośniętym  Włochem.  I  zaraz  mu  pokaże,  co  jest 
naprawdę  wart!  Tymczasem  Hanna  ciągle  jeszcze  ściskała  Dionizego. 
Przymknęła  oczy,  syta  przeżytej  rozkoszy  i  rozmyślała,  czy  też  można  by  to 
powtórzyć. Ciągle jeszcze czuła w sobie twardego penisa, przypuszczała, że może 
jeszcze  nie  zwiądł,  może  mężczyzna  znowu  poczuje  ochotę.  Czy  jednak  tak 
wielka  rozkosz  może  się  powtórzyć  w  tak  krótkim  czasie? Czegoś podobnego 
jeszcze nigdy dotychczas nie zaznała. Dionizy nie odsuwa się od niej, przeciwnie, 
posuwa się w niej łagodnie, powoli, a ona czuje w nogach, w sobie całej, jakąś 
nową moc niezwykłą. Uniosła nogi, objęła nimi Dionizego, czuła, jak seks jej 
przenikają iskry rozkoszy.  

Zrozumiała, że znowu chce, że znowu jest gotowa. Dionizy wbijał się w nią 

teraz rytmicznie, całował jej piękne usta, szukał jej języka, pieścił piersi, gładził 
biodra, wreszcie wsunął dłonie pod nią i uniósł ją, tak aby móc wejść głębiej i 
głębiej. Hanna zaczęła kwilić, przygryzła wargi i już bez wahania oddała się 
rozkoszy. Grete widziała to i zazdrościła. Nienawiść do Dionizego zniknęła, 

background image

zastąpiło ją pożądanie, poczuła, że jest mokra. Zwolna na podest nadciągnęli 
wszyscy pozostali, aby zamglonymi z pożądania oczami podglądać miłość 
Dionizego i Hanny. Chudy, suchy Franz z obwisłym członkiem między nogami. 
Przy nim Winona pełna podziwu. Przy nich czule objęci Daddo i Franciszek. 
Obok Hans, zmordowany, wykończony, i Gigi, niezaspokojona i w nerwach. 
Przyglądali się, jak mocny penis Dionizego porusza się w szparze Hanny, jak 
ona to przeżywa, wniebowzięta. Gigi oblizała się i zaczęła się pieścić. Za jej 
plecami fotografka wyszeptała:  

„Chcesz? Poliżę ci. Szaleję za tobą, przysięgam' Wszystko dam, żebym 

tylko mogła cię polizać..."  

„Zobaczymy. Może. W każdym razie później..." — odpowiedziała Gigi.  
A Giorgia spała sobie spokojnie, wyciągnąwszy się na fotelikach. Stali tak 

półkolem wokół kochającej się pary. Hanna krzyknęła, doznała właśnie 
orgazmu, wszyscy to spostrzegli. Dionizy poruszał się teraz powoli, spokojnie, 
delikatnie, chcąc jakby dopełnić rozkoszy Hanny. Jej twarz przemieniona 
doznaniem rozkoszy była piękna. Nikomu nie przyszło na myśl, żeby bić brawo, 
choć było to przecież coś w rodzaju przedstawienia. Niezadowolona była tylko 
Grete. Przyglądała się, jak Dionizy całuje Hannę, leżąc na niej i czule trzymając 
dłoń pod jej karkiem. Nagle zawołała: „Dyjonicy nie tryska?.. .dlaczemu?.. .nie 
kce?.  

„Dlaczego?  — poprawił ją Dionizy  — bo nie mogę..." „Bo nie kce!..."  — 

krzyknęła  Grete.  Na  to  zgorszona  Winona:  „Nie  kce!  Nie  kce!...on  nie 
może...rozumie?..." Wtedy Franz krótko i węzłowato „Rauschgift" oświadczył.  

Grete spojrzała na niego niedowierzająco. Więc powtórzył: „Rauschgift, 

Reizmittel, ja" „Ach, nie, to nie narkotyk, to odrobina czegoś, co pomaga w 
pewnych wypadkach" — pospieszył z wyjaśnieniem Franciszek.  

Dionizego paliły uszy, ale czuł się świetnie, członek był twardy, trochę go 

bolał. Ale poza tym doskonale! Franz powiedział coś Franciszkowi, ten 
przytaknął i przetłumaczył dla pana Daddo:  

„Herr Franz mówi, że już zmęczeni i chcieliby wypocząć..."  
„Ależ natychmiast! " — wykrzyknął pan Daddo. — „Wszyscy lulu! 

Poduszek jest dosyć. Dionizy pewnie zechce pójść na dół, prawda?"  

Był to rozkaz. Dionizy wysunął się z Hanny, spojrzał na swego twardego, 

wyprężonego członka, skonfundowany.  

„Tyjonici...Tyjonici..." — tęsknie wyszeptała Hanna, próbując usiąść.  
„Idź do łazienki, najdroższy mój i oblej go zimną wodą, to pomaga, 

zobaczysz..." — powiedział Daddo uprzejmie, lecz stanowczo. Dionizy wyszedł 

background image

z salonu zmartwiony i zakłopotany. Przechodząc koło kuchenki, spostrzegł 
krawcową, śpiącą z półotwartymi ustami. Nie namyślał się długo. Podszedł i 
wsunął jej penisa w usta. Ledwo dotknął, a krawcowa nie otwierając oczu 
wymamrotała: „Och ... Piotrusiu ... ty świntuchu ... kochany mój..." Piotruś? To 
zapewne ukochany mąż krawcowej. Ale Dionizemu było wszystko jedno. 
Zupełnie.  

„Och!...Piotrusiu..."  —  dławiła  się  krawcowa.  Dionizy  czuł,  jak  to  go 

nadzwyczajnie podnieca. I wreszcie stało się. Olbrzymi przypływ, wielkie fale 
rozkoszy,  już  nic  ich  nie  powstrzyma...  Poruszał  się  szybko  między  miękkimi 
wargami  kobiety.  I  trysnął.  Raz,  drugi,  trzeci,  bez  końca...  Całą  twarz 
nieszczęsnej krawcowej pokryła biała, gęsta ciecz.  

 

 

background image

Rozdział dziewiąty

 

 
Następne dni minęły w świętym spokoju. Zbliżał się termin okresowych 

ocen szkolnych i Karina Brusati przestała wychodzić z domu. Pan Mandorla 
sprzedał saaba, zamknął kantor wymiany i na razie udało mu się uniknąć 
bankructwa. Flora Malvolti zwierzyła się Dionizemu, że adwokat pana 
Mandorla usiłuje dogadać się z wierzycielami, a pan Mandorla szuka pracy. 
Jakiejkolwiek. Bruna Pigato zeszła raz do pralni, spieszyła się, chciała tylko 
powiedzieć Dionizemu, że tęskni do jego wspaniałego penisa, ale Nino całymi 
dniami siedzi w domu, bo kuje do egzaminów i ciągle domaga się...wiesz 
czego... dodała aluzyjnie. Daddo Gregori nie pokazywał się wcale. Zaszył się w 
swoim mieszkaniu. Ale zadzwonił do Dionizego, żeby mu powinszować 
udanego wieczoru.  

„Za kilka dni, skarbie, wystąpią tu Japończycy, więc jeżeli będziesz 

wolny..." zaświergotał. Dionizy dał odpowiedź wymijającą. Nie miał ochoty 
powtarzać doświadczenia, chociaż nowy milionik przydałby się zapewne. Rosy 
Mandorla wprawdzie czerwieniła się przy spotkaniach, ale nie robiła żadnego 
gestu zachęcającego, a dobrze wychowany Dionizy z właściwą mu ostrożnością 
zachowywał się poprawnie. Młody Gianni Capretti był jak zawsze gburem, 
oboje z żoną Aurą wracali do domu o niemożliwych godzinach i nieraz Dionizy 
musiał im otwierać, bo nader często nie byli w stanie trafić kluczem do zamka. 
Z Neapolu ciotka przysyłała Dionizemu pakę jego książek. Nie. wiedział, co z 
nimi zrobić. Trzeba by było sprawić sobie regały. Kosztowałoby jednakże to 
majątek. Emma Brusati wychodziła rzadko, bo pomagała Karinie w nauce. 
Zawsze jednakowo uprzejma, zawsze zachowująca się „po pańsku". Jednak 
Dionizy miał wrażenie, że jest jakaś zmieszana, kiedy zwraca się do niego. 
Głupie wrażenie, oczywiście. Poszedł raz do niej na górę, aby zamalować ten 
kawałek muru przy kontakcie w łazience, dostał nawet kawę, pani Emma była 
bardzo miła, ale...jakiś cień niechęci czy czegoś takiego dawało się wyczuć i 
Dionizy zachodził w głowę, co to by być mogło. Może jakoś zdołała się 
dowiedzieć o jego wyczynach z Niemcami w mieszkaniu pana Daddo Gregori? 
A może o jego przygodzie z Florą Malvolti czy z Bruną Pigato? Kto wie? 
Dionizy czuł się wobec niej niepewnie, zdawało mu się, że i ona także jakoś 
niepewnie czuje się wobec niego. Tymczasem nadchodziły upały i Dionizy, jako 
prawdziwy neapolitańczyk bardzo dbający o swój wygląd, kupił lekkie spodnie, 
miękkie mokasyny i podkoszulki Lacoste, produkowane w Neapolu. Nikt by się 
nie domyślił, że to dozorca domowy, nikt też oprócz wdowy Brusati, nie 

background image

wiedział, że Dionizy ma tytuł magistra. Lokatorzy zadowalali się tym, że młody 
człowiek zachowuje się uprzejmie, jest uczynny, mówi poprawnie. Emma 
Brusati nawet Karinie nie powiedziała, że Dionizy ma wyższe studia, bo bała 
się, że Karina zacznie z niego szydzić: jak to? magister, a pilnuje domu, zamiast 
wykładać w szkole?! Tydzień upłynął spokojnie, zaczął się następny, ale nie 
dane mu było minąć równie spokojnie.  

Już we wtorek ruszył do ataku Daddo Gregori. Tym razem nie ograniczył się 

do telefonowania: osobiście zszedł do portierni. Tłumaczył Dionizemu, że 
Japończycy są znacznie ważniejsi od Niemców, w związku z czym gotów jest 
dać Dionizemu półtora miliona.  

„Przyjdziesz koło północy, zostaniesz najwyżej dwie godziny i to wszystko. 

Nie odmawiaj."  

„Proszę pana, ja ryzykuję posadą, jeśli pani Brusati się dowie..." — 

argumentował  

Dionizy. Niech mi pan wierzy, ja chętnie, ale nie mogę..."  
„Dionizy, pani Emma nigdy się nie dowie, przenigdy, wydałem 60 milionów 

na dźwiękoszczelne ściany i podłogi. Ona nie ma się skąd dowiedzieć. No, nie 
opieraj się, dam ci dwa miliony. Okay?... Pan Masaki także ci się odwdzięczy. 
To są jego przyjaciele ci, co jutro do mnie przyjdą..."  

„A, to pan Masaki nie jest przedstawicielem Hondy? Co on ma wspólnego z 

pańskimi projektami mody...?" — Dionizy był zaskoczony.  

„Osobiście — nic. Ale Japończycy, o których mówię, to jego przyjaciele. Są 

bogaci, wpływowi, ważni. Pan Masaki chciałby ich zadowolić. No, więc jak? 
Godzisz się?..." „To kiedy?"  

„Jutro wieczór, ściśle o północy."  
„Muszę pomyśleć, proszę pana, później dam ostateczną odpowiedź..." Pan 

Daddo musiał narazie na tym poprzestać. Poszedł sobie, ale był wyraźnie 
przygnębiony. Dionizy zastanawiał się przez kilka godzin. Ryzyko, że pani 
Brusati czegoś się dowie, było niewielkie, ale istniało. Z drugiej strony dwa 
miliony by go urządzały, mógłby wreszcie kupić sobie regały, nie trzymać 
książek w paczkach. I już chciał zatelefonować do pana Daddo, gdy z windy 
wyszedł pan Fujiko Masaki, z firmy Honda.  

Lokator pierwszego piętra.  
Jak zawsze układny i jak zawsze na ciemno. Z windy skierował się prosto 

do portierni. Dionizy otworzył. „Pan Dionizy! Pan Gregori powiedział o pewnej 
sprawie, Jak mniemam..." „Tak powiedział. Ja..."  

background image

„Posłucha, zanim odpowie. Moi przyjaciele z Tokio to ważni, bogaci. Daddo 

da tobie dwa miliony. Ja dam milion. Razem trzy miliony dla ciebie. To nieźle, 
jak mniemam." „Nieźle" — zgodził się Dionizy.  

„A praca miła, łatwa, przyjemna, mówił dalej pan Masaki, nie męcząca, jak 

mniemam. Będzie mój potężny przyjaciel, pan Tobashi, pani Liuko. Oni 
najważniejsi. Oprócz tego — Kony, Haroko, Meito. To są manageres Tobashi. 
Nie liczą się. Robisz, co mówi Tobashi i pani Liuko. Tyle tylko osób, nie 
więcej. Zgoda?" „Ale co mam robić?" — zaciekawił się Dionizy.  

„Tylko co by chciała pani Liuko".  
„Co zechce pani Liuko" — mimowolnie poprawił go Dionizy.  
„Słusznie, co zechce pani Liuko, dziękuję, może nic? Kto wie? To zależy. 

Więc zgoda?" „Tak. Zgoda..." — poddał się Dionizy.  

„Tylko jeden warunek, dodał niespodziewanie pan Masaki. Zaraz tu zejdzie 

moja żona, pani Joko, z aparatami fotograficznymi. Ona zrobi ci malutkie 
zdjęcie. Jeżeli malutkie zdjęcie spodoba się panu Tobashi i pani Liuko, masz 
trzy miliony, jak mniemam, za pracę łatwą, miłą i przyjemną, a nie męczącą. 
Okay?"  

„Nie chcę, żeby moja fotografia krążyła między ludźmi..." — sprzeciwił się 

Dionizy. „No problem, zapewnił pan Masaki, twojej twarzy nikt nie rozpozna 
takie to będzie zdjęcie, no problem. Jednak zrobisz to zdjęcie, dobrze? okay?..." 
„No dobrze, okay, okay..." — ustąpił Dionizy.  

„Doskonale, brawo, Dionizy, mogę zatelefonować?"  
Dionizy kiwnął głową, pan Masaki wykręcił numer, powiedział coś tonem 

rozkazującym po japońsku i odłożył słuchawkę.  

„Moja żona, pani Joko, zejdzie natychmiast, zrobi maleńkie zdjęcie i jeżeli 

wszystko okay, ty jutro masz trzy miliony. Do widzenia."  

I poszedł. Dionizego ogarnął niepokój. Co to znaczy „twojej twarzy nikt nie 

rozpozna"?  

Zrobią mu zdjęcie od tyłu? Dziesięć minut później pani Joko Masaki wyszła 

z windy. Miała na sobie kimono i pantofle, w ręce trzymała statyw i aparat 
fotograficzny. Wyglądała jak porcelanowa lalka. Dionizy otworzył przed nią 
drzwi portierni, ale pokiwała przecząco głową.  

„Nie tu. Twoje mieszkanie. Możliwe?"  
Nie mówiła, świergoliła. Dionizy postawił na widocznym miejscy kartkę 

„zaraz wracam" i zaprowadził ją do mieszkania. Rozglądała się z 
zaciekawieniem.  

„Twój dom nie ma światło, nie ma kwiaty?"  

background image

„Tu, proszę pani, jesteśmy na poziomie ulicy" — wyjaśnił Dionizy.  
„Więc flesz..." — zdecydowała. Rozstawiła statyw, przykręciła aparat, na 

nim umieściła rękawiczkę z czarnej koronki i jakąś kopertę. „Ty stoisz...Trochę 
dalej... jeszcze dalej... jeszcze trochę... dobrze, okay..." — dyrygowała 
Dionizym regulując położenie aparatu polaroid i wysokość statywu. „Chyba coś 
za nisko..." pomyślał Dionizy, ale nic nie powiedział, w końcu to ona robi 
zdjęcia.  

Tymczasem Joko Masaki zmontowała wyzwalacz na długim przewodzie i 

stanęła obok Dionizego. Sprawdziła, wszystko w porządku. Teraz włożyła na 
prawą rękę koronkową, czarną rękawiczkę, chwyciła tajemniczą kopertę i ku 
zaskoczeniu Dionizego rozkazała:  

„Zdjąć spodnie, Dionizy!"  
Dionizy żachnął się na te słowa. A może się przesłyszał? Spojrzał na 

Japonkę zdumiony.  

„Ja foto twój organ, a nie twarz. Organ..." — objaśniła go spokojnie pani 

Joko.  

„Kutas?" — wyrwało się Dionizemu. „Tak! Kutas... uśmiechnęła się 

wdzięcznie pani Joko — nie twarz, twój kutas dla pani Liuko, dobrze, okay...? 
Rozumie...?"  

Ach! do diabła! Rozumieć rozumiał, ale co za wstyd! Stać tak przed tą 

delikatną Japoneczką? Ach, to dlatego pan Masaki powiedział „no problem"! 
Ale co? Imienia i nazwiska na nim nie ma. Ostatecznie za trzy miliony... i zdjął 
spodnie, ściągnął slipy, pokazał swój organ. Joko zrobiła zdjęcie i powiedziała:  

„Poczekać minutkę, myślę dobrze wyszedł..."  
Dionizy poczuł się niewyraźne. Jakoś to głupio tak stać przed japońską 

fotografką z opuszczonymi spodniami, zrolowanymi wokół kostek. Japonka 
wyjmowała już gotowe zdjęcie.  

„Okay, dobry, unieś głowę, proszę..."  
Dionizy zdziwił się, ale wyprostował się, wysunął brodę, podniósł w górę. 

„Nie. Nie twoja głowa. Głowa kutasa..." sprostowała Joko.  

„Jak to?...ja..."  
„Nie ja...znaczy nie ty...ja sama... ty mnie absolutnie nie dotyka...ja 

sama...okay?", zaświergoliła. Stanęła obok niego z wyzwalaczem na długim 
przewodzie w lewej ręce, a prawą w rękawiczce delikatnie popieściła jego jądra 
i fallusa. Skutki okazały się natychmiast. I Joko mruknąwszy coś po japońsku z 
wyraźnym zadowoleniem, ujęła penisa w palce i zaczęła pieścić. W dziesięć 
sekund w maleńkiej, urękawiczonej dłoni tkwił olbrzymi, twardy pień.  

background image

„Och, bardzo, za bardzo okay!" — wykrzyknęła oczarowana. „Wielki jak 

góra Fudżijama, twardy jak skala Fudżijama, teraz włoży to..." I podała mu 
kopertę. Była to prezerwatywa.  

„Ale… ja nie umiem...nigdy nie używałem..." — wybąkał zmieszany.  
„Łatwo. Daj, zrobię. Zawsze robię mój mąż Fujiko Masaki. Zawsze ja sama. 

Teraz sama tobie..." I przyklęknąwszy nałożyła mu gumowe nakrycie. „Widzi? 
A teraz tryśnie. Tylko dużo. Pełno. Okay...?"  

Już chciał Dionizy wsunąć rękę pod jej kimono, pomacać ją, ale przypomniał 

sobie,  że  nie  wolno.  Patrzał  więc,  jak  maleńka  dłoń  w  czarnej,  koronkowej 
rękawiczce ślizga się po jego członku w stanie wzwodu, to szybciej, to wolniej, 
ściska czasem, dotyka jąder i znowu... Takiej pieszczoty nigdy dotąd nie znał. 
Wyrwało  mu  się  długie  westchnienie  rozkoszy.  A  oblicze  Japonki  pozostało 
niezmienione, nieruchome, nieprzeniknione. Maleńkie usteczka w kształcie serca 
nie  zmieniły  kształtu,  w  migdałowych  oczach  nie  było  nic,  prócz  skupionej 
uwagi, tak jakby pani Joko wykonywała tylko jakąś precyzyjną robotę. Gdyby 
Dionizy  wiedział,  że  Japonka  była  w  tym  momencie  całkiem  mokra,  byłby 
dumny. Ale nie wiedział. Zadowolił się więc tym, czego doznawał, pewny, że go 
ta  dziwaczna  pieszczota  szybko  doprowadzi  do  orgazmu,  właśnie  dla  tego,  że 
dziwaczna. Jego członek w drobniuteńkiej dłoni pani Joko wydawał się większy 
jeszcze niż był w rzeczywistości i pani Joko chyba zdawała sobie z tego sprawę. 
Bo  w pewnym  momencie przestała  go pieścić i  naciskając  wyzwalacz  aparatu 
fotograficznego rozkazała:  

„Nie rusza się!...Stoi!...Okay?..." A kiedy wydostała gotową już fotografię, 

wykrzyknęła: „Och, dobry! Bardzo dobry foto! A teraz tryśnij dużo! Okay?" 
„Trysnę, jak mnie poliżesz..." — wyrwało się znów Dionizemu. „Ja lizać ty..? 
Nie. Nie można. Niemożliwe." „Trudno..." — westchnął Dionizy.  

„Niemożliwe" — powtórzyła Joko i Dionizemu zdawało się, że w jej ptasim 

świergocie zabrzmiała nuta żalu. — „A ty tak to mniej nasienia? Jak nasienia po 
włosku?" - zapytała jeszcze.  

„Sperma. Jak poliżesz, będzie jej więcej, dużo, a jak nie..." Znowu 

westchnął.  

„Dużo? Ach, szkoda. Ale niemożliwe. Tylko ręka. Ale może troszeczkę..." I 

leciutko polizała.  

Dionizy klął wynalazek prezerwatywy.  
„Tak więcej sperma? Tak?..." I znowu polizała, nie przestając go pieścić 

dłonią. I znowu. I znowu.  

background image

Dionizego ogarnęło pożądanie, chciałby wziąć tę porcelanową Japoneczkę, 

przebić ją, usłyszeć jak krzyczy z rozkoszy, jak pozbywa się tej swojej 
nieprzeniknionej maski. Ale obiecał, więc nic. Cierpliwości! Westchnął znowu:  

„Byłoby więcej bez tego okropieństwa. Bez prezerwatywy będzie więcej..."  
„Och, nie! Nie można. To zostać w kondom, ja foto, kiedy pełno w 

kondom..."  

„Dobra. Jedźmy, jak chce pani Joko. Ustami i ręką, ustami i ręką. Pani 

Joko..." — jęknął Dionizy.  

Ona kiwnęła tylko głową i posunęła wargi głębiej, a dłonią poruszała 

szybciej. Jakże umiała to robić! Już nie trzymała w lewej dłoni przewodu od 
wyzwalacza, pieściła mu jądra, uda, pośladki, lizała, pieściła mu penisa, śliniła 
go całego, pieściła obiema dłońmi, palcami, językiem, wargami. Co za 
wspaniała porcelanowa dziwka japońska, pomyślał Dionizy. I krzyknął:  

„Ach!...pani Joko, ach!... mocniej!... Szybciej!... Ach..."  
A ona zrozumiała, że mężczyzna krzyczy, bo jest już u szczytu rozkoszy, więc 

ssała go z całą energią swych japońskich płuc, aż Dionizy trysnął tak mocno i 
spłynął  tak  obficie,  jak  nigdy.  Nie  spodziewał  się  też  tak  bardzo  intensywnej 
rozkoszy. Ale Joko nie przestawała.  

Jakby chciała pozbawić go nasienia aż do ostatniej kropli. Jakby chciała sama 

pogrążyć  się  w  tej  namiętnej,  zaciekłej  czynności.  Jakby  rozkoszowała  się, 
zachwycała,  tym,  co  się  dzieje,  oczarowana  do  głębi.  Przestała  dopiero,  kiedy 
Dionizy odezwał się:  

„Już dosyć, dosyć, pani Joko, ledwie żyję..."  
Dopiero wtedy odsunęła głowę i Dionizy zobaczył jej czarne oczy pokryte 

mgłą. Jakby sama doznała orgazmu. Stał nad nią z ciągle jeszcze zadartym 
członkiem, komicznie odzianym w rozdęty na końcu od zgromadzonego płynu 
kondom. Joko westchnęła obejrzawszy to wszystko:  

„Dużo. Bardzo, bardzo dużo okay. Pani Tobashi zadowolona..."  
„A pani Masaki nie? Spróbujmy bez tego przykrycia, co?"  
„Bez? Nie można. To o-grzech. Ciężki o-rzech..." „Grzech..." — poprawił ją 

Dionizy. „Ale dlaczego?"  

„Ja robię dla pana mojego męża Fujiko Masaki. »Bez« to grzech, 

niewierność. Zdejm kondom, robi foto co w środku..."  

„No, i dobra..." — mruknął Dionizy.  
Po chwili został sam z prezerwatywą, którą trzeba było wyrzucić i z nowym 

pożądaniem,  które  trzeba  było  zaspokoić.  I  z  niewyraźnym  uczuciem,  że 
wszystkie dobre rzeczy, które przydarzają mu się w tej kamienicy, zawdzięcza 

background image

nie tyle swojej pracowitości, uprzejmości, uczynności, dobrej woli, ile wymiarom 
swego  członka.  Dobrze  to,  czy  źle?  Dionizy  miał  usposobienie  filozoficzne, 
wiedział więc, że nie ma niczego, co byłoby całkowicie i wyłącznie dobre, ani 
niczego, co byłoby całkowicie i wyłącznie złe. Do swoich przygód odniósł się 
tedy filozoficznie, z dystansem. Co nie przeszkadzało, że przez całe popołudnie 
członek  mu  drżał  z  niezaspokojonego  pożądania.  Wystarczyło,  że  pomyślał  o 
rączce pani Masaki, a już mu twardniał. Wystarczyło, że przestawał tak myśleć, 
a już mu wiądł. Ale myślał. Ciągle. Przez całe popołudnie. Jaka też się okaże ta 
pani  Liuko  Tobashi?  Czy  taka,  jak  delikatna  pani  Joko,  która  go  do  szału 
doprowadziła tą swoją maleńką rączką w czarnej, koronkowej rękawiczce, tymi 
swoimi w kształt serca wyciętymi  wargami? Zrobił sobie kolację: jajecznicę z 
dwu  jaj.  Włączył  ekran  starego  telewizora,  należącego  do  wyposażenia 
służbowego mieszkania dozorcy. Pod wpływem satyrycznego programu telewizji 
włoskiej  jego  penis  zwisł  wreszcie  na  dobre.  I  w  tym  żałosnym  stanie  usnął, 
wychyliwszy  przedtem  dwie  duże  whisky.  Obudził  go  domofon.  Skrzeczał  i 
skrzeczał. Jak długo? Dionizy spojrzał na budzik: trzecia, któż to może być o tej 
porze?  Przypomniał  sobie  młodego  Capretti.  I  oczywiście  jego  żonę, 
dziewiętnastoletnią  blondynkę,  Aurę.  To  chyba  oni,  nikt  inny.  W  pośpiechu 
założył  spodnie  i  koszulę  na  gołe  ciało,  wsunął  nagie  stopy  w  mokasyny  i 
podbiegł do bramy. Nie stał przed nią porsche Caprettich, lecz taksówka. A w 
taksówce Aura. Tak pijana, że nie mogła wydostać się z auta o własnych siłach.  

„Och, Dionizy!...nareszcie... uciekłam wiesz?... Gianni to bydlak...zapłać za 

taksówkę i pomóż mi wysiąść..."  

Dionizy zapłacił: dał 50 000 taksówkarzowi, przyglądającemu się 

roziskrzonym okiem, jak nie bez trudu wydobywa z wnętrza samochodu pijaną 
Aurę. Była półnaga, miała na sobie tylko krótką, wieczorową sukienkę zrobioną 
raczej z samego dekoltu, bosa, bo trzewiki zostawiła na balu, a razem z 
trzewikami swojego męża, tego łajdaka, tego bydlaka, tego osła!... Sukienka 
była mokra, wymięta, poszarpana. Praktycznie biorąc, Aura była właściwie 
naga.  

„Zanieś mnie do domu, Dionizy! Zanieś mnie do domu!..."  
Dionizy zarzucił ją sobie na ramiona, taksówkarz podał mu jeszcze srebrną 

torebkę, którą Aura zostawiła na siedzeniu auta, a podając zanucił:  

„Masz szczęście, przyjacielu, zazdroszczę ci!..."  
Dionizy nie odpowiedział. Ruszył do windy. Aura przez cały czas mruczała: 

„Ta świnia... to bydlę... zerżnij mi żonę... tak mówił do przyjaciół.. .a 
przyjaciele dalejże..."  

background image

„Cicho, cicho, proszę pani, nie budźmy całej kamienicy..." — prosił 

Dionizy. Umieścił ją w windzie i wydała mu się piękna, choć pijana i 
zwariowana. Poczuł wielką ochotę. Ale korzystać z takiej sytuacji, to podłe. Na 
to trzeba być takim skurwysynem, jak ci jacyś przyjaciele jej męża, którzy ją 
wychędożyli po pijanemu. Pod drzwiami jej mieszkania, przytrzymując Aurę, 
która czepiała się go, aby nie upaść, znalazł w jej torebce klucze i otworzył, 
zapalił światło, wprowadził Aurę do środka, i nie zamykając drzwi, powiedział: 
„Jest pani na miejscu, proszę pani, schodzę na dół..."  

„Nie!... zaczekaj... chcę siusiu... zaprowadź mnie na siusiu..."  
Mogło się wydawać, że go prowokuje. Ale wcale tak nie było. Dionizy 

wiedział, że Aura nie trzyma się na nogach, że jest bezradna, jak dziecko. Więc 
zamknął drzwi wejściowe, objął ją, zaprowadził do łazienki, i posadziwszy na 
sedesie, wyszedł, aby nie patrzeć, jak się uwalnia od nadmiaru płynów. Raptem 
stukot. Aura uderzyła głową o umywalkę i zsunęła się bezwładnie na podłogę. 
Ledwie zdążył przytrzymać ją, chwytając za jej gęste, jasne włosy. Usłyszał:  

„Boli!... nie ciągnij mnie tak za włosy... dobrze, dam ci, ale nie ciągnij..." I 

zaczęła płakać.  

Wziął ją na ramiona, zaniósł do łóżka, rozgarnął jej włosy z czoła, 

powiedział:  

„Twój mąż to bydlak. Chętnie dałbym mu po pysku..."  
I powiedział to z przekonaniem, bo poczuł się moralnie w porządku, 

podobnie jak jego członek, który właśnie się uspokoił. Zaszemrała cichutko:  

„Jutro rano odejdę... wracam do swoich... załatwili mnie we trzech... jeden 

na mnie, drugi pode mną, trzeci w usta... mówili, że to piękna scena... a ja 
krzyczałam, Gianni ratuj...on się tylko śmiał...chcę spać, Dionizy...pozwól mi 
zasnąć..."  

„Jak się pani czuje, pani Auro?" „Jak pies w studni...jak pies...chcę spać… 

tylko spać..."  

„Dobrze, proszę pani. Dobranoc. Klucze są na komodzie."  
Dionizy usnął dopiero nad ranem. Nie usłyszał, jak Aura Capretti wychodzi 

z domu. Była szósta. Nie słyszał, jak niedługo potem młody Capretti wraca do 
domu zabłoconym do niemożliwości i obtłuczonym porsche. Podniósł się 
dopiero około siódmej, jak ogłuszony. Prysznic, golenie, kawa po 
neapolitańsku. Wreszcie poczuł się normalnie. O pół do ósmej zeszła pani 
Brusati i Karina.  

background image

„Dziś klasówka... — jęknęła — ten belfer, co wiesz, przekreślił mi jedno 

zadanie mojego tłumaczenia z łaciny, może ty przypadkiem słyszałeś, co to 
znaczy: „verus amicus est tamąuam alter idem"?  

I zaśmiała się ironicznie. Ale oczy jej się nie śmiały. I zapewne nie z 

powodu łacińskiego zdania.  

„Prawdziwy przyjaciel to jak drugi ty", wypalił bez namysłu Dionizy. Pani 

Emma zaczerwieniła się i odwróciła oczy. Karina spojrzała na Dionizego, jakby 
właśnie spadł z księżyca.  

„Żartujesz chyba"?  
„Ani trochę, uśmiechnął się Dionizy, zapamiętałem to zdanie przez 

przypadek". Musiał powtórzyć. Karina zapisała. Pani Emma tymczasem 
oglądała obitą kamieniami karoserię porsche. Kiwała głową z wyraźną 
dezaprobatą. „Słyszałam, jak wracał. Nie spałam, bo martwię się o Karinę, ten 
młodzieniec jest niepoważny. Żal mi tylko tej jego żony. To przyzwoita 
dziewczyna," powiedziała w końcu pani Emma.  

„I ja tak myślę, proszę pani. Może wyszła za mąż za pana Gianni bo 

spodziewała się Bóg-wie-czego?"  

„Prawdopodobnie - ucięła pani Emma. Jedziemy, Karina?" I odjechały swoim 

Y10. W chwilę po tym wyjechał za bramę również Nino Malvolti swoją hondą, 
następnie  jego  ojciec  swoim  mercedesem,  wreszcie  pan  Fujiko  Masaki,  ale 
zatrzymał się na chwilę przy portierni.  

„Bardzo okay, Dionizy. Pan Tobashi i pani Liuko zadowolone. To jest 

koperta dla ciebie, potem zejdzie Daddo z resztą. On wszystko powie...'"  

I ruszył do wyjścia. A Dionizy pomyślał, że wszyscy na świecie, nawet w 

Japonii, wyskakują ze skóry, aby podlizać się możnym i ważnym. I bogatym. W 
jakiś czas po tym rzeczywiście przyszedł Daddo z dwoma milionami.  

„To będzie nadzwyczajny wieczór, zapowiedział, dziewczyny pójdą sobie po 

północy, po pokazie, wypuścisz je i przyjdziesz na górę. Będziesz robił wszystko, 
co ci każe pan Tobashi i ona. Nie pożałujesz. W gruncie rzeczy nie chcą wiele. 
On jest oglądacz, chory na podglądanie. Sam nic nie robi. Masz tu dwa miliony. 
Bez kwitu, bez podatku, na czysto..."  

Punktualnie o północy, w ciszy i skupieniu, opuściły dom wszystkie: 

Winona, Giorgia, Gigi, krawcowa, która dziwnie jakoś spojrzała na Dionizego, 
fotografka, a także sam Franciszek. Czekając na taksówki, zamówione przez 
Dionizego, dziewczyny ucałowały go serdecznie. Franciszek powiedział:  

„Nie przepracujesz się dzisiaj. Ale staraj się przypodobać tym Tobashi. On 

mógłby kupić cały Mediolan, jakby zechciał..."  

background image

„Acha, i księżyc na dodatek!... — zadrwił Dionizy — trzymaj się, Franiu!..." 

Sprawdziwszy raz jeszcze swój wygląd przed lustrem, poprawiwszy węzeł 
ciemnego krawata, Dionizy poszedł wreszcie na górę. Japończycy byli tu już od 
dziesiątej. Czterej mężczyźni, uśmiechnięci. Oraz kobieta, niezwykle wysoka, 
jak na swoją rasę, ubrana po europejsku, bardzo elegancka. Nie mógł ocenić, 
czy jest przystojna, bo twarz jej zasłaniały duże, ciemne okulary. Ale ciało 
miała pięknie owinięte wieczorową suknią. Sam Daddo otworzył mu drzwi. 
Całkiem przebrany i całkiem odmieniony. Miał na sobie japońskie kimono, 
które wyglądało na autentyczne, oczy miał powiększone makijażem tak, aby 
robiły wrażenie japońskich. Podłużnych i skośnych. Na głowie miał perukę z 
czarnych włosów z warkoczykiem spiętym klamrą z kości słoniowej.  

„Najdroższy Dionizy, wyrzekł na jego widok i mrugnął, racz wejść w niskie 

progi tego nędznego domu, zaraz przedstawimy cię moim przepotężnym 
przyjaciołom." W salonie obok podestu stali trzej mężczyźni ubrani na ciemno, 
po zachodniemu. Na fotelikach zaś kobieta w kimonie i mężczyzna, zapewne 
pan Tobashi, również w kimonie.  

„Przedstawiam cię potężnemu panu Tobashi!..." — wyrzekł uroczyście 

Daddo. A Dionizy pochylił się w niskim ukłonie. „Przedstawiam cię potężnej 
pani Liuko, żonie potężnego pana Tobashi..." — i Dionizy pochylił się w 
jeszcze niższym ukłonie. Bez okularów pani Liuko była nawet pociągająca. Z 
pewnością. Miała czystą, wspaniałą, delikatną cerę, oczy jej błyszczały, włosy 
zebrane w węzeł na szczycie głowy, lśniły głęboką czernią. „A oto panowie 
Kony, Horoko. Meito..." — przedstawił ich Daddo.  

Kony i Haroko pochylili się w milczeniu. Natomiast Meito sprawił 

Dionizemu prawdziwą niespodziankę. Odezwał się po włosku jak rodowity 
Włoch.  

„Miło mi pana poznać, Dionizy. Czy możemy mówić sobie po imieniu? 

Tak? Dziękuję. Tak będzie łatwiej. Przejdźmy teraz, jeśli łaska, do garderoby."  

„Potężny pan Tobashi oraz pani Tobashi nie brali udziału w rozmowie. 

Robili wrażenie nieruchomych posągów. Daddo odprowadził mężczyzn aż pod 
garderobę, mrugnął, wycofał się i zniknął.  

„Dwa słowa objaśnienia — zaczął Meito — przedstawienie poprowadzi mój 

kolega Kony. Idzie tu bowiem o przedstawienie fragmentu starożytnej 
opowieści japońskiej o samuraju, jego żonie i bandytach. Bandyci wiążą 
samuraja i na jego oczach gwałcą jego żonę. On patrzy, ale nic nie może zrobić. 
Tak więc nie ma tu żadnych powikłań psychologicznych. Wszystko sprowadza 
się do akcji dramatycznej. Aktorzy oczywiście improwizują swoje role. Ale nie 

background image

wolno skrzywdzić pani Liuko, nie wolno wykroczyć poza jej życzenia, nie 
wolno wpuścić męskiego nasienia w jej ciało. Czy to jasne?"  

„Dosyć jasne... — wymruczał Dionizy — tylko skąd mam wiedzieć, gdzie 

jest granica jej życzeń?"  

„Sama to powie, a ja przetłumaczę. Pan Tobashi będzie się tylko przyglądał, 

może jednak dawać polecenia, czy zalecenia i my musimy mu być bezwzględnie 
posłuszni. Więc uważaj Dionizy, nie daj się ponieść namiętności czy 
temperamentowi, bo słono za to zapłacimy. Okay?"  

„...Okay..." — westchnął Dionizy.  
 

 

background image

Rozdział dziesiąty 

 
Można było ich wziąć za starodawnych bandytów japońskich. Bawełniana, 

prosta  bluza  do  bioder,  związana  w  pasie  bawełnianym  sznurem,  otwarta  pod 
szyją i na brzuchu, aby widać było genitalia. Poza tym nadzy. Członki męskie nie 
osłonięte.  Dionizy  słyszał  kiedyś  czy  też  czytał,  że  mężczyźni  Wschodu  mają 
penisy o wiele mniejsze niż mężczyźni Zachodu. Okazało się teraz, że to prawda. 
Jego penis był co najmniej trzykrotnie dłuższy niż penisy jego towarzyszy.  

„Nie zapomnij, Dionizy, jeszcze raz ostrzegł Meito, kiedy już szli do salonu, 

że nie wolno ci wpuścić swego nasienia w ciało potężnej pani Liuko. Ani w jej 
przyrodzenie, ani w jej usta. Wypuścisz swoje nasienie poza nią. Nie zapomnij... 
W salonie zastali pana Daddo siedzącego nieruchomo na samym końcu podestu 
ze skrzyżowanymi nogami, z dłońmi wsuniętymi w szerokie rękawy kimona. 
Niczym posąg. Pod podestem na grubym dywanie siedzieli obok siebie Tobashi 
i Liuko, rozmawiając cicho po japońsku. Nikt nie zwrócił uwagi na 
wchodzących „bandytów". Natychmiast jednak Kony porzucił towarzysza i 
podszedł do postawionej pośrodku podestu kamery telewizyjnej najnowszego 
typu. Dionizy, Harako i Meito weszli również na podest i przyklękli. Zaczęli 
grać bandytów śledzących z ukrycia małżeństwo Tobashi-Liuko. Tak mieli 
doczekać się chwili, kiedy Kony uruchomi kamerę. Dopiero na jego znak 
skoczyli z podestu i rzucili się na małżeńską parę, która sprawnie wykonała 
liczne gesty konwencjonalnego przerażenia. Haroko i Meito przenieśli pana 
Tobashi na sam koniec dywanu i związali mu dłonie jedwabnym sznureczkiem, 
długim wszakże, bo prawie metrowym, aby pan Tobashi mógł poruszać rękami 
bez przeszkód. Tymczasem Dionizy przytrzymywał panią Liuko, udającą, że się 
broni.  

Unieruchomiwszy  symbolicznie  pana  Tobaschi,  dwaj  Japończycy, 

podskakując  tanecznie,  zbliżyli  się  do  Liuko  i  Dionizego.  Meito  rozkazał 
Dionizemu: „Przewróć ją na dywan, ale nie kładź się na niej. Zaraz ci pokażę..."  

Dionizy wykonał. Liuko zasłoniła zrozpaczoną twarz dłonią. Teraz Meito i 

Hiroko uklękli obok kobiety. Meito starannie rozchylił jej kimono, ale tak, aby 
odsłonić tylko jedną nogę. Haroko zrobił to samo na piersi: odsłonił tylko jedną. 
Pokazała się sutka. Była mała, stercząca i twarda. Dionizy natychmiast poczuł, 
jak i jego fallus twardnieje. Erekcję tę spostrzegł natychmiast Kony i ujął ją 
obiektywem swojej kamery. Następnie Maito zaczął chciwie lizać obnażoną 
stopę Liuko i dalej: łydkę, kolano, udo. Polizana została również, i to 
zachłannie, kępka wystającego spod kimona futerka Liuko, która ciągle kryła 

background image

twarz pod swą dłonią, ale nogi miała już lekko rozchylone. Równocześnie 
Haroko lizał obnażoną sutkę Liuko. Dionizy spojrzał na pana Tobashi. 
Przyglądał się scenie uważnie, jego ramiona poruszały się lekko między 
nogami, prawdopodobnie miał już erekcję.. „Dionizy, otrzyj swoim członkiem o 
twarz pani..." — rozkazał Meiko. I Dionizy natychmiast to wykonał. Otarł się 
najpierw o dłoń pani Liuko, uniósł ją, wślizgnął się między jej dłoń i twarz. Pani 
Liuko udawała, że się broni, kręciła głową w prawo, w lewo, ale końcem języka 
dotykała przelotnie wielkiego penisa. Meito lizał ją po wewnętrznej stronie uda, 
a Haroko wokół sutki. Tymczasem Kony bez przerwy kręcił tę scenę swoją 
kamerą, Daddo nadal siedział nieporuszony, jak medytujący mnich buddyjski. 
Tobaschi ciągle podniecał swego członka. W porządku. Jedno tylko było 
dziwne. Meito i Haroko, chociaż namiętnie lizali panią Liuko, nie zdradzali 
podniecenia, członki ich były miękkie. Za to Kony, który tylko robił zdjęcia, 
miał już penisa twardego jak skała. Może dlatego, że na Meito i Haroko ciążyła 
odpowiedzialność za przedstawienie z udziałem żony potężnego pana Tobashi? 
Kony takich zahamowań nie miał. Dionizy zanurzył dłonie w gęste włosy 
Liuko. Były to włosy jak z jedwabiu. Przytrzymał jej twarz i usiłował wepchnąć 
penisa w jej usteczka wycięte w kształt serca.  

Ale ona uparcie zaciskała wargi. Może taka była reguła gry? Może moment 

był jeszcze niewłaściwy? Ale Dionizemu zrobiło się nagle wszystko jedno. 
Przycisnął mocniej, mur białych ząbków rozstąpił się. Włożył gwałtownie na 
całą długość. Aż wydęły się policzki pani Liuko. Był gwałcicielem, lecz jakże 
pożądanym. Języczek pani Liuko pieścił go tkliwie, choć dłoń udawała, że 
usiłuje pozbyć się najeźdźcy.  

„Teraz możesz robić, co chcesz... — oświadczył Meito — jedyny zakaz 

znasz. Zmuś panią Liuko, żeby dała ci rozkosz, jakiej pragniesz...  

Dionizy  przestał  więc  liczyć  się  z  obowiązującą  dotychczas  choreografią, 

rozchylił całkiem kimono pani Liuko, odsłonił cale jej nagie ciało. Natychmiast 
zacisnęła uda, jakby broniąc się jeszcze. Ale Maito siłą je rozwarł, wsadził między 
nie głowę i łapczywie lizał jej seks. Podobnie Heroko rzucił się na piersi Liuko, 
teraz  już  obie  liżąc  i  macając.  Tobashi  zamruczał,  oczy  mu  błyszczały,  ręka 
poruszała się pod kimonem. Potrójnie gwałcona Liuko miauczała cicho. Dionizy 
czuł, jak namiętnie porusza się jej język. Przeniknął go dreszcz. Zadawał sobie 
pytanie,  kto  pierwszy  posiądzie  panią  Liuko.  Nagle  zachciało  mu  się  inaczej 
zakosztować ust, które gwałcił. Odsunął się, pochylił, przyłożył swoje wargi do 
jej warg rozchylonych. Ale Liuko zasłoniła usta dłonią. Broniła się. Dionizy siłą 
odciągnął jej rękę, włożył język w jej usta i od razu poczuł ruchliwy język pani 

background image

Liuko. Rzucała się przy tym gwałtownie, lecz na tyle tylko, na ile pozwalał jej na 
to  potrójny  uścisk  Japończyków.  Teraz  i  oni  nie  myśleli  już  o  potędze  pana 
Tobashi,  którego  żonę  gwałcili.  W  ogóle  przestali  myśleć  o  potężnym  panu 
Tobashi.  Obaj  mieli  już  penisy  twarde  i  gotowe.  Liuko  tymczasem  coraz 
namiętniej lizała Dionizego: dawała rozkosz, odbierała rozkosz, była gotowa, aby 
się  oddać.  Pierwszy  zdecydował  się  Meito,  rzucił  się  na  Liuko,  ale  tak  trochę 
bokiem,  aby  Kony  mógł  filmować,  jak  penis  wnika  do  wnętrza.  Pani  Liuko 
poczuwszy fallusa Meito, ugryzła Dionizego. Drobną rączką ujęła jego fallusa, 
lecz  nie  zaczęła  go  pieścić.  Trzymała  tylko.  Ściskała.  Coraz  mocniej.  Jęczała. 
Dionizy oderwał się od jej ust i zaczął ją lizać po twarzy, chwycił jej pierś, której 
Haroko akurat nie lizał i poczuł, jak jej sutka twardnieje z rozkoszy, którą czuje 
przeniknięta fallusem Meito. Polizał jej kark i maleńkie, różowe uszko. Nagle 
usłyszał  ryk  pana  Tobaschi.  Krzyczał  coś  po  japońsku.  Meito  jednak  zdążył 
przetłumaczyć:  

„Ach! ty jesteś kurwa, ty dajesz bandytom zabiję cię..." A Liuko na to: 

„Przebacz panie, dobrze mi, zaraz będzie mi najlepiej..."  

I  Dionizy  poczuł,  że  Liuko  szczytuje  naprawdę.  Zwiotczała  nagle,  jej 

jedwabna  skóra  zrosiła  się  potem.  Dionizy  pomyślał,  że  penisy  Japończyków 
może są i mniejsze niż zachodnie, ale funkcjonują równie dobrze. Istotnie: Meito 
nie  przestawał  chędożyć  pani  Liuko,  poruszał  się  rytmicznie,  niestrudzenie, 
spokojnie, niczym maszyna do spółkowania.  

Dionizy nie mógł doczekać się końca, niechże by już Meito popłynął, on 

sam palił się aż, żeby wniknąć w tę lubieżną, japońską szparę. Tymczasem lizał 
jej kark, aż pod włosy, Liuko drżała i stękała, nie trzeba było umieć po 
japońsku, aby zrozumieć, że jeszcze nie jest gotowa po tym pierwszym razie.  

Japończycy nie zważali na nic, nie przerywali swojej roboty ani na chwilę. 

Potężny pan Tobashi znowu zaryczał. Meito sapiąc z wysiłku, przetłumaczył 
jednak:  

„Mówi, że to kurwa, bo ma rozkosz z bandytami, lecz on ją ukarze."  
I chędożył nadal, macając białe uda kobiety, rozchylając je jeszcze mocniej, 

tak aby film się udał koledze. A Hiroko wziął w rękę dłoń Liuko, wsunął w nią 
swego penisa i pokazywał, w jakim tempie go pieścić. Dionizy nie miał na razie 
nic lepszego do roboty, jak znowu spróbować włożyć jej w usta. Tym razem nie 
udawała, że się broni, zaczęła go ssać natychmiast i chętnie. Rozgrzewała się 
znowu, powoli stopniowo. Dochodziła. Już Haroko nie musiał kierować jej 
dłonią, pieściła mu penisa sprawnie, poddawała się całym ciałem rytmicznym 
pchnięciom Meito, lizała i ssała Dionizego coraz bardziej namiętnie. I miauczała 

background image

z rozkoszy. Jednak nawet Japończycy nie są doskonałymi maszynami. Bo oto 
Meito krzyknął, cofnął się i trysnął na biały, płaski brzuch pani Liuko. Kamera 
Kony utrwaliła ten moment i potem: jak gęsta, sperma Meito spływa po nagim 
ciele Liuko, po jej brzuchu, udach i czarnym futrze jej seksu. Ani się obejrzała, 
jak przy jej zmaltretowanym otworze z szybkością wprost nadzwyczajną znalazł 
się Haroko. Jednak nie wbił się. Chwycił ją za biodra i zaczął lizać. Ale jak! 
Liuko krzyknęła, rzuciła się, przycisnęła swój seks do ust Haroko. Dionizy 
zadowolił się macaniem małych piersi pani Liuko, przyciskaniem jąder do jej 
ust aby mogła je polizać, muskaniem główką penisa jej warg. To wszystko. Ale 
pilnie obserwował, z jaką niesamowitą szybkością pracuje język pana Haroko. 
Raptem Haroko podniósł głowę, łypnął okiem, krzyknął i poruszając 
gwałtownie biodrami, rzucił się na potężną panią Liuko, chwycił ją za piersi, 
wbił się w nią i coraz to zwiększając szybkość ruchu swoich bioder, zaczął 
jedną pierś pani Liuko lizać, drugą ściskać. Liuko wrzasnęła. Ze strachu, czy 
co? Ale nie: zarzuciła nogi i zacisnęła je wokół bioder mężczyzny. Na ten widok 
potężny pan Tobashi zaczął wściekle ryczeć, odsłonił wreszcie penisa, pieścił 
się przyspieszonym ruchem dłoni. Meito przetłumaczył półgłosem: . „Ukarzę 
cię, ty kurwo.  

Ukarzę za to, że masz rozkosz, kiedy cię gwałcą!"  
Nagle Haroko krzyknął, jakby go obdzierali ze skóry, odsunął się od Liuko i 

nad jej ciałem z pasją i wściekłością on także zaczął pieścić swego nabrzmiałego 
członka.  Wreszcie  chwycił  dłoń  pani  Liuko  i  napełnił  ją  tryskającym  obficie 
płynem.  Ale  Pni  Liuko  nie  miała  dość.  Widać  było,  że  jest  do  szaleństwa 
podniecona, lecz niezaspokojona jeszcze. Przyszła kolej na Dionizego. Podobnie 
jak przedtem Haroko brutalnie odsunął Meito, który przekoziołkował popchnięty, 
tak teraz Dionizy wyrzucił Haroko z pomiędzy szeroko rozwartych ud pani Liuko 
i zajął jego miejsce. Ale nie miał zamiaru jej lizać. Wręcz przeciwnie. Chciał jak 
najprędzej wbić się w panią Liuko, jęczącą z pożądania i ściskającą swoje piersi. 
Bardzo pragnęła tego fallusa, to było widać.  

Meito ostrzegł go po cichu:  
„Wejdź delikatnie, ona nigdy wielkiego nie miała, nie spraw jej bólu..."  
Dionizy był z natury i delikatny, i pełen zrozumienia dla innych, nawet 

jeżeli musiał odgrywać bandytę-gwałciciela. Toteż skierował swego ogromnego 
penisa ku czarno owłosionej szparce pani Liuko ostrożnie i powoli. Pani Liuko 
wydarł się z gardła okrzyk: „aaaaach... Ale mógł to być równie dobrze wyraz 
strachu, jak i pożądania, bólu, radości czy czegoś innego jeszcze. Kony 
natychmiast zbliżył się ze swoją kamerą i przykucnął, aby móc ująć wszystko w 

background image

najdrobniejszych szczegółach. „O-ooooch... aaaach...!" — wyła pani Liuko, 
kiedy Dionizy powoli, lecz nieprzerwanie pchał wciąż dalej i dalej. Kiedy 
jednak wbił się wreszcie nieco głębiej, wrzaski pani Liuko stały już się 
zdecydowanym wyrazem rozkoszy. Tobashi także wrzeszczał i pluł, a wraz ze 
śliną płynęły jakieś japońskie słowa.  

„Mówi do niej, ale coś, czego nie da się przetłumaczyć..." — szepnął Meito. 

Dionizy nie dbał już o potężnego Tobashi. Ohydny podglądacz nadal uprawiał 
swoją masturbację, podglądając, jak mu chędożą żonę. Fallus Dionizego wnikał 
coraz głębiej w niewiarygodnie ciasny seks potężnej pani Liuko, tak ciasny, że 
Dionizemu zdawało się, iż ma stosunek z nieletnią, z dzieckiem. Pani Liuko 
wrzeszczała, Dionizy pchał, aż ich włosy łonowe połączyły się i splotły. Liuko 
wyła jak szalona.  

„Mówi, żebyś ją przebił na śmierć...!" — wrzasnął Meito, bardzo podniecony. 

I Dionizy zaczął rytmicznie poruszać. Najpierw powoli, ostrożnie, lekko, potem 
coraz szybciej, gwałtowniej, mocniej... pani Liuko oczy zaszły mgłą rozkoszy. 
Dionizy  chwycił  ją  za  tyłek  i  wsunął  palec  w  otwór  pulsujący  spazmem 
pożądania, teraz przebijał ją brutalnie i fallusem i palcem, gwałcił ostro, brutalnie, 
bezwzględnie. Aż pani Liuko  wywróciła oczy tak, że widać było tylko białka. 
Jego orgazm przyszedł nagle, że ledwo zdążył się wysunąć. Kony, którego penis 
boleśnie  nabrzmiał  i  sterczał  od  tak  dawna,  filmował  kolejne, niekończące  się 
wytryski spermy Dionizego, padające na twarz pani Liuko, na jej piersi, brzuch, 
trójkąt  czarnego  futerka,  na  uda.  Dionizy  wzdychał  ze  szczęścia  i  wycisnął 
ostatnie krople na nieruchome wreszcie ciało pani Liuko.  

Wtedy Tobashi, ryknąwszy jak zwierz, uwolnił dłonie z jedwabnego 

sznureczka i wywijając nim groźnie, rzucił się na żonę. Przerażony Dionizy 
zdążył odskoczyć. Deszcz razów spadł na ciało pani Liuko aż sczerwieniało. 
Może sam jedwabny sznureczek nie mógłby dać takiego efektu, ale pan Tobashi 
ogarnięty rzeczywistą wściekłością, wymachiwał nim bardzo sprawnie i pani 
Liuko, winna temu, że przeżyła rozkosz, »gwałcona przez bandytów«, 
krzyknęła z bólu. Już Dionizy chciał wziąć za kark potężnego pana Tobashi, 
kiedy ten postawił żonę na kolana, związał jej ręce na plecach swym 
jedwabnym sznureczkiem i pochylił się nad jej nagim tyłkiem. Kony obrócił 
stosownie swą kamerę, aby uchwycić moment, kiedy fallus potężnego pana 
Tobashi usiłuje wbić się w ten tyłek. Nagle mąż i żona wrzasnęli równocześnie, 
było po wszystkim. Pan Tobashi leżał jeszcze przez chwilę na żonie, potem 
odsunął się ze zwisającym smętnie penisem, a z tyłka pani Liuko wypłynęło 
parę kropel mężowskiej spermy.  

background image

Spokój... wreszcie wrócił spokój. Dionizy miał trzy miliony więcej. Czuł się 

jednak nieco rozczarowany: choć raz jeszcze mieć piękną Liuko... Mijały dni, 
przeglądał właśnie katalog mebli, szukając odpowiedniej biblioteczki dla siebie, 
kiedy zadzwoniła Karina. Chciała dowiedzieć się, czy Dionizy zreperował już 
huśtawkę. Bo od „tamtej pory,, nie była jeszcze na tarasie. Dionizy 
odpowiedział, że tak, że naprawił. Poprosiła, żeby jednak przyszedł na górę, 
gdzieś za pół godziny: nie może sobie dać rady z parasolem ogrodowym. 
Dionizy poczuł, jak mu fallus nabrzmiewa. Pięć minut później zeszła pani 
Brussati. Skoczył otworzyć jej bramę.  

„Wie pan że Karina dostała »bardzo dobrze« z tego łacińskiego zadania?" 

— poinformowała go uprzejmie, uruchamiając swój samochód.  

 „Cieszę się..." — wymamrotał Dionizy, a ona zaczerwieniła się nie wiadomo 

czemu, pozdrowiła go ruchem ręki i odjechała. Po raz któryś Dionizy zadał sobie 
pytanie, czemu tak go denerwuje sama jej obecność. I to od dnia, kiedy upadł u 
niej  w  łazience,  porażony  prądem,  i  nagle  zobaczył  ją  tylko  w  majteczkach  i 
staniku, gdy przybiegła mu na ratunek. Bardzo szanował tę kobietę, niemłodą już, 
choć  jeszcze  piękną,  ponętną,  lecz  wszelka  myśl  pożądliwa  byłaby  tu  obrazą. 
Pojechał  na  górę  i  wszedł  na  taras.  Karina  już  czekała.  Była  w  kostiumie 
kąpielowym, to znaczy miała na sobie trzy wąskie płatki materiału, które nie tylko 
nie kryły, ale wręcz uwydatniały wspaniałość jej zachwycającego, młodego ciała. 
Zobaczyła  go,  skierowała  najpierw  wzrok  na  jego  spodnie,  gdzie  widać  było 
wzniesienie  spowodowane  erekcją.  Dionizy  modlił  się,  żeby  go  nie 
sprowokowała. Dni czystości i wstrzemięźliwości były dla niego raczej torturą. 
Przyzwyczaił  się  już  do  tego,  że  mógł  sobie  używać  do  woli  i  z  lokatorkami 
kamienicy  przy  via  Lazzaretto  i  zagranicznymi  gośćmi.  Ale  Karina  była  inna, 
niepodobna do rządnej, była najpiękniejsza na świecie! Tak bardzo był w niej 
zakochany.  

„Mógłbyś zamknąć drzwi na klucz z tej strony...?"  
Dionizy zrobił to i podszedł do niej. Zatrzymała go nagle energicznym 

ruchem ręki.  

„Stój. Teraz przyznaj się: po coś poszedł parę dni temu, w nocy, do tego 

pedała Daddo? Nie zaprzeczaj i nie kręć. Obie z mamą nie spałyśmy, 
przerabiałyśmy geografię. Słyszałyśmy, jak jedziesz na górę, z mojego pokoju 
widziałyśmy, jak wychodzisz. Mamie było bardzo przykro. Zastanawiałyśmy 
się, co tam robisz? Bo przecież wszyscy wiedzą, że głupi kutas nadstawia dupy 
chłopakom. Byłeś z nim, czy co? Dalej! Odpowiadaj...!"  

Dionizy osłupiał. Jaki ostry ton! Jakie oskarżenie!  

background image

„Zapewniam cię... — wyjąkał wreszcie — że zajmowałem się jedynie 

podawaniem koktajli..."  

„To dlaczego ten pieprzony Daddo rozpowiada na prawo i na lewo, że nasz 

dozorca wart jest tyle złota, ile sam waży?"  

„Nie wiem. Jego o to zapytaj, nie mnie. Daddo nie podoba mi się i nie 

spodobałby mi się, nawet gdyby był kobietą. Są jeszcze pytania?  

„Tak. Przeleciałeś Florę, nie? Nie kręć. Sama widziałam, jak schodziła do 

pralni, kiedy tam byłeś, porządnie ubrana i uczesana, a wyszła stamtąd 
rozczochrana i pomięta."  

„Śledzisz mnie? Jesteś policyjny szpicel?"  
„Chcę się tylko dowiedzieć, coś za jeden. Masz dyplom magistra, a 

pracujesz jako dozorca.  

Dlaczego? Jesteś z mafii?"  
„Myślisz, że robiłbym za dozorcę, gdybym był w mafii? Czy nie wiesz, że w 

Neapolu są tysiące takich jak ja magistrów, którzy nie mogą dostać pracy w 
szkolnictwie? Czy nie wiesz, ilu z dyplomami wyższych studiów w kieszeni 
sprząta ulice? Pilnuje parkingów? Pracuje w autobusach, u ogrodnika? Ja 
miałem szczęście: dostałem pracę dozorcy w Mediolanie, mieszkanie, 
przyzwoity zarobek. Czego chcesz ode mnie...?"  

Karina odetchnęła z ulgą. Spojrzenie jej złagodniało. Oblizała wargi, co 

spowodowało pewien ruch w spodniach Dionizego. Spostrzegła to i westchnęła:  

„Mama ma rację. Nie jesteś opryszkiem. Jesteś na to zbyt prostoduszny. 

Przepraszam.  

Przepraszam... ale... pokaż mi go, Dionizy! Bo pęknę..."  
A na jego zdumione spojrzenie, dodała natychmiast, rozkosznie wydymając 

usteczka: „Wiesz, że ciągle się teraz onanizuję? Odkąd go zobaczyłam, wtedy 
na tarasie, robię to ciągle. Mam podkrążone oczy, co?"  

„Nie. Nie widać..." — wymamrotał Dionizy.  
„Ty także chcesz, prawda? Ale ja nie mogę, bo byś mnie rozerwał... ale ja 

chcę... już nie mogę, Dionizy, pokaż..."  

„Chcesz zobaczyć? A zdajesz sobie sprawę, że mnie doprowadzasz do 

szaleństwa?... że pragnę cię, jak wariat...? że za każdym razem, jak cię widzę, 
jak tylko cię usłyszę... to nie żarty, Karina..."  

„Wiem. Przysięgnijmy sobie wzajemnie, że potem będziemy znowu tylko 

przyjaciółmi.  

Przysięgam..."  
„Chcesz zobaczyć? Tylko zobaczyć?"  

background image

„Chcę się pieścić... chcę się pieścić, patrząc na twojego wielkiego kutasa... 

widzę  go  ciągle  w  snach,  na  jawie,  w  szkole,  na  lekcjach,  na  książkach,  na 
zeszytach, kiedy jadę motorynką, ciągle... dość... już nie mogę... nie podchodź... 
zobacz...!"  

I Karina jednym ruchem odkryła swój seks. Ukazały się rzadkie, czarne 

włosy i ściśnięta szparka.  

Palce Kariny rozszerzyły ją, pokazało się różowe wnętrze.  
„Widzisz? Zrób to, co ja! Tryśnij! Tylko ten jeden raz! Przysięgam ci..."  
Jakże cudownie tańczyły jej zgrabne paluszki na jej ledwo rozchylonej 

szparce! Jak cudownie oczy jej zachodziły mgłą rozkoszy! jak zwinnie palce jej 
dotykały, pieściły, podniecały maleńką łechtaczkę! Dionizy szarpnął eklerem, 
otworzył rozporek, wyjął olbrzymiego, nabrzmiałego fallusa, zrobił krok ku 
Karinie.  

„Nie, krzyknęła, proszę cię, Dionizy, nie! Nie zbliżaj się, nie dotkniemy się, 

nie...!" Była naprawdę przerażona. Dionizy zatrzymał się. Palce Kariny znowu 
zaczęły taniec, jego dłoń zaczęła posuwać się po wyprężonym penisie, patrzył 
na palce Kariny, na seks Kariny, na oczy Kariny wpatrzone w jego olbrzymi 
fallus.  

„Już nie mogę... załkała, zaraz pojadę, spłynę, trysnę... Dionizy... już nie 

mogę... już... patrz, już!... już!... oooch!"  

Dionizy ryknął „Ja też!... tryskam...!"  
Jego wytrysk prawie dosięgną! ciała Kariny, połączył ich oboje w tej 

niesamowitej rozkoszy. Trwali potem chwilę w milczeniu, zmieszani, 
zakłopotani. Aż w końcu Karina szepnęła:  

„Idź już, Dionizy. Wyjdź natychmiast. I przysięgam ci, że odtąd będziemy 

tylko przyjaciółmi... że to się nie powtórzy... że sam mnie odepchniesz, 
gdyby..." „Jeśli nie zechcesz, nic nie będzie..." — odparł poważnie.  

 „Teraz już wiem, że nie mam tak mocnego charakteru, jak mi się zdawało... 

— westchnęła Karina. — Ale nie chcę sprawić bólu mamie. Właśnie z tobą nie 
wolno mi... — dodała cicho. — Dlaczego?" Rozdział jedenasty  

Znowu minęło kilka dni. Karina oblała szczęśliwie jedynie z łaciny. Ale tylko 

dlatego,  żeby  podniecający  się  jej  widokiem  profesor  mógł  jej  zaproponować 
prywatne lekcje. Tak sama Karina tłumaczyła tę szkolną porażkę.  

„Oczywiście nie za pieniądze, zwierzyła się Dionizemu, sam rozumiesz..." 

— śmiała się serdecznie.  

Ale Dionizy robił wszystko, aby uniknąć spotkań z Kariną, która zresztą po 

całych dniach przebywała teraz poza domem, gdzieś u przyjaciół i kolegów. 

background image

Było w jego interesie o Karinie nie myśleć. Miał przecież ciągle jeszcze pewne 
możliwości: a to Rosa Mandorla, a to Flora Malvolti, a to Bruna Pigato. Mógł z 
nich korzystać, kiedy tylko chciał. Jedna lepsza i bardziej podniecająca od 
drugiej. Czemuż by miał narażać się z Kariną, która ma szesnaście lat zaledwie? 
Zresztą i tak miała wkrótce wyjechać z matką na wakacje. Były właścicielkami 
mieszkania w Cannes, hotelu w Curmayeur, willi w Brianza. Nie miały żadnych 
kłopotów finansowych. Takim to dobrze. Dionizy postanowił również, że nie 
przyjmie już zaproszeń od pana Daddo Gregori, żeby nie wiem jak były 
lukratywne. Niechże pani Brusati nie myśli o nim źle. Zastanawiał się ciągle nad 
tym pytaniem Kariny o mafię. Widać rozmawiały o nim, chciały się czegoś o 
nim dowiedzieć. Napisał więc do Neapolu, do rektora uniwersytetu z prośbą o 
odpis dyplomu. Niech go nie biorą za krętacza. Pewnego popołudnia, gdzieś 
koło czwartej, zatelefonowała pani Emma Brusati. Czy Dionizy mógłby przyjść 
na moment? Odłożył więc „Metamorfozy,, Owidiusza, wetknął kartkę »zaraz 
wracam« i poszedł. Otworzyła mu sama pani Emma w domowej sukience, nieco 
rozczochrana, zarumieniona z wysiłku. „Niech pan wejdzie, Dionizy. Ach, żeby 
tak Karina kiedy mi pomogła! Góra rzeczy do prasowania, do prania, do 
wyrzucenia, do schowania...  

Była ładna, może nawet ładniejsza w tej swobodnej, domowej atmosferze, 

zapracowana i zmęczona. Zaprowadziła go do saloniku, uwolniła krzesło od 
jakichś rzeczy, aby mógł usiąść.  

„Cały dom do góry nogami, tłumaczyła się, dobrze, że za trzy dni wraca 

wreszcie Gesuina...!"  

Mogę w czymś pomóc?" — zapytał Dionizy. I uśmiechnął się z sympatią.  
Nie wiadomo czemu, zaczerwieniła się. Była jakaś zakłopotana, usiadła na 

brzeżku krzesła zarzuconego garderobą, zaraz przysłoniła kolana. Miała na sobie 
jasną sukienkę w kwiatki, bez rękawów. Ramiona miała naprawdę piękne, białe, 
pełne, kształtne. Dionizy przypomniał sobie, jak pochylała się nad nim prawie 
naga, kiedy prąd kopnął go u niej w łazience. Poczuł wzwód. Zawstydził się.  

„Otóż Dionizy, nie wiem, czy mogę o to prosić, oczywiście za zapłatą i poza 

zwykłą robotą..." — zaczęła dość zmieszana.  

Dionizy ze strachu, że pani Emma zerknie na jego spodnie, ośmielił się jej 

przerwać:  

„Proszę pani! O cokolwiek chodzi, mówię tak! Ale pod warunkiem, że nie 

ma mowy o pieniądzach. Pani łaskawie płaci mi wystarczająco, naprawdę. Co 
mam zrobić?"  

background image

„Idzie o Karinę" — odparła i jeszcze bardziej się zaczerwieniła. Zdawało się, 

że już nie uda się jej wykrztusić ani jednego słowa. Za to Dionizy zbladł. Czy 
Karina przyznała się do czegoś?  

„Chciałabym... gdyby to było możliwe... jeżeli panu by to odpowiadało... 

chciałabym, aby pan dał Karinie korepetycje z łaciny..." — nareszcie wydusiła 
to z siebie. Dionizy nie pojmował jej zmieszania, jednak odetchnął z ulgą.  

„Oczywiście, bardzo chętnie..." — zgodził się natychmiast.  
I natychmiast sprzeczne myśli zaprzątnęły jego głowę. O co tu chodzi 

naprawdę?  

Konkurują ze sobą, czy co? Rywalizują, której z nich bardziej pożądam?  
„Jednak... jednak nie chciałabym, aby to było za darmo..." — wykrzyknęła 

nagle pani Brusati. Powiedziałam Karinie, że dobrze by było, żeby pan mógł 
zarabiać w sposób bardziej dla pana odpowiedni, a nie jako dozorca, albo co 
gorsza...  

podając koktajle u tego pana Daddo..."  
Dionizy spojrzał na nią zdumiony. Spuściła oczy, cała czerwona ze wstydu. 

Coś się tu kryło niewyraźnego! Nie mógł się połapać.  

„Och kawa już gotowa zapomniałam..." — I zerwała się z krzesła.  
„Napije się pan chociaż kawy?" 
Pobiegła do stolika w rogu salonu i zajęła się kawą. Co, u diabła, 

powiedziała matce Karina? Może jej zasugerowała, że poszedł do pana 
projektanta mody nie po to, aby podawać koktajle? Wstał i podszedł do stolika. 
Nie odwróciła się.  

„Już powiedziałem panu Gregori, że nie mogę mu służyć pomocą, proszę 

pani. Gdybym wiedział, że pani się to nie podoba, od razu bym odmówił..." Nie 
odpowiedziała.  

„Za nic w świecie nie chciałbym sprawić pani przykrości. Proszę mi 

wierzyć..."  

Milczała. Słychać było tylko bulgotanie kawy sączącej się przez filtr. Dionizy 

nie wiedział już, co mówić, co robić. Pani Brusati zgasiła płomień, nieco pary 
wyleciało  z  maszynki  do  kawy.  Nadal  stała  nieporuszona.  Dionizy  poszukał 
wzrokiem  filiżanek.  Owszem,  stały  przygotowane.  Ale  gdzie  je  postawić? 
Wszędzie  pełno  ręczników,  prześcieradeł,  obrusów,  kostiumów  kąpielowych. 
Więc  stał  milcząc,  jak  i  ona.  Widział  ją  z  profilu,  znieruchomiałą  całkowicie. 
Piękne czarne włosy miała zaciągnięte w warkoczyk na karku, parę kosmyków 
wymknęło  się  i  leżało  na  szyi,  uszy  miała  maleńkie,  rasowe,  szyję  cudownie 

background image

zarysowaną, a jakże łagodna linia bioder! Zrobił jeszcze krok ku niej. Kiedy się 
odezwał, głos miał zachrypnięty z pożądania.  

„Proszę pani, czy mam nalać kawy?..."  
Nie  było  odpowiedzi.  Jakby  nie  usłyszała.  Dionizy  spostrzegł,  że  oddech 

ciężko, że piersi jej gniecie jakiś ciężar... że jej pragnie, że pożąda jej, że wszystko 
mu jedno, zgwałci ją, tak bardzo jej pragnie, jak nigdy żadnej innej! Jeszcze krok. 
Położył dłoń na jej ramieniu.  

Natychmiast jęknęła:  
„Och, nie! Dionizy, nie! Proszę wyjść, błagam, proszę wyjść!...!"  
Nareszcie zrozumiał. A może się myli? Wszystko jedno. Objął ją, pocałował 

jej kark. Zaczęła się bronić, walczyła całkiem serio. Zaczęła płakać, błagać, żeby 
ją zostawił. Ale już przewrócił ją na stół, chciwie całował jej twarz, szukał jej 
warg,  jej  ust,  których  mu  nie dawała odwracając głowę.  Chwycił  ją  za  włosy, 
przytrzymał,  ugryzł  w  wargi,  polizał  je,  na  siłę  wsunął  język.  A  ona  ciągle 
opierała  się,  miotała,  łkała.  Ale  nie  krzyczała.  Rozchylił  jej  nogi,  wsuwając 
brutalnie  swe  kolana,  rozpiął  spodnie  i  dał  jej  poczuć  fallusa  przez  jedwabne 
majteczki. Chwycił jej uda, twarde, gładkie, rozkoszne, wodził po nich dłońmi 
pełnymi  niewiarygodnego pożądania.  A  ona  naprawdę opierała  się i  walczyła. 
Dionizy czuł jednak, że ona go chce tak bardzo, jak on chce ją, pragnie, pożąda. 
Zgwałci ją, niech się dzieje, co chce! Zerwał z niej majtki, poczuł pod palcami jej 
gęste, miękkie włosy łonowe, podnieciło go to do szaleństwa, wbił się w nią. I.... 
poczuł, że jest mokra! Chwycił więc jej twarde, cudowne pośladki, uniósł wbił 
się głęboko mocnym pchnięciem i zawył:  

„Jesteś moja!... moja! moja! moja!..."  
Odpowiedział mu jej krzyk, pełen rozkoszy jęk kobiety, która się poddaje, 

bo mężczyzna okazał się silniejszy. I zaraz poczuł ku swojej ogromnej radości, 
że Emma spływa, owładnięta orgazmem cichym, mocnym, ale widocznym po 
jakby bolesnym skurczu jej twarzy, nagle spoconym ciele, nagłym zwiędnięciu i 
uspokojeniu.  

„Kocham panią..." — powiedział Dionizy i zaczął poruszać się w niej powoli, 

delikatnie,  powściągając  pożądanie,  które  rosło  i  groziło  wybuchem.  Emma 
westchnęła,  przymknęła  oczy,  aby  nie  patrzeć  na  twarz  Dionizego,  ale 
mimowolnie objęła go. Objęła go ramionami mocno, przylgnęła do niego. Nagle 
rozwarła  powieki  szeroko,  jak  ktoś  przerażony,  spojrzała  ze  zdumieniem, 
niepomiernie zaskoczona, oczarowana, wniebowzięta.  

Wyprężyła się. I opadła przygryzając wargi, aby nie krzyczeć z rozkoszy. I 

wtedy Dionizy trysnął razem z nią. Ledwo zdążył odsunąć się. Trysnął z góry na 

background image

jej  ciało,  na  jej  ubranie,  jęcząc.  Pochwycił  jej  dłoń  i  zacisnął  palce  na  swoim 
fallusie.  

„Nie mogę już... nie mogę... najdroższy..." — skamlała pani Brusati.  
„Nie wiem, co pani do mnie czuje, aleja kocham panią..." — powiedział 

Dionizy. I całował jej piersi nabrzmiałe pod sukienką, a ona pieściła mu kark i 
nie wypuszczała z dłoni ciągle twardego penisa. I powiedziała w końcu:  

 „Karina ma rację... ja nie zdawałam sobie sprawy... Karina zauważyła, że 

niepokoję się, że pragnę cię, Dionizy... przekonywała mnie, a ja... rzeczywiście, 
od tego dnia, kiedy upadłeś tu w łazience, pamiętasz?... od tego czasu 
zmieniłam się... dawniej byłam spokojna, zapomniałam o mężczyznach, nie 
interesowali mnie... ale potem..." ' „Nie możesz być sama, to niemoralne... jesteś 
piękna... nie możesz być sama, to nieludzkie..." — mówił Dionizy i całował jej 
usta. „Kocham cię, nigdy nie śmiałem myśleć o tobie inaczej, jak z podziwem, z 
zachwytem i pragnienie ciebie odczuwam jako grzech, bo ty nie jesteś jak inne, 
ty jesteś nadzwyczajna..." — zwierzał się Dionizy. A ona na to: „Ależ nie, ja 
jestem taka jak inne, sam widzisz teraz..." A on:  

„Nic nie widzę. Zaniosę cię na łóżko. I znowu będziemy razem..." A ona: 

„O, nie... nie, ja nie mogę mieć kochanka, zapomnij o mnie, ja także... będę się 
starała zapomnieć... nie ja nie mogę mieć kochanka... wstydziłabym się 
Kariny... albo małżeństwo.... albo... nic..."  

Podnieśli się już i stali tak obok siebie, ona w jego objęciach, on objęty jej 

ramieniem. „Pani Emmo — powiedział — jesteś bogata, Czy pomyślałaś o tym? 
Czy zdajesz sobie sprawę, że pierwsza Karina powie, że idzie mi o pieniądze, że 
wyzyskuję twoje uczucia, że przecież jestem z Neapolu... czy nie zdajesz sobie z 
tego sprawy?..."  

Po raz pierwszy dał się słyszeć śmiech Emmy Brusati i radość błysnęła w jej 

oku. Ścisnęła dłonią jego ciągle jeszcze wyprężonego penisa.  

„Ty także jesteś bogaty..."  
„Ale nie możesz wyjść za mąż za dozorcę domu"  
„Więc będziesz nauczycielem." „Jako nauczyciel, i to początkujący, zarobię 

tyle co kot napłakał... jakże ja będę wyglądał? Jak twój utrzymanek?"  

„No to będziesz miał tyle lekcji prywatnych, że się nie pozbierasz! Ale co 

tam! Proszę o odpowiedź: jeżeli mnie kochasz, to nie możesz się wahać, 
Dionizy."  

„Ale jesteś pewna, że to miłość? A nie pożądanie tylko?"  
„Śmieszny jesteś. To miłość. Kocham cię, bo cię pragnę i chcę, żebyś mnie 

zaniósł na łóżko!... zaśmiała się, szczęśliwa i radosna." „I żebym cię całował, 

background image

pieścił, lizał, ssał..." — szeptał rozochocony Dionizy — żebym się wbił w 
ciebie... powiedz mi to, powiedz..." „i żebyś kochał także Karinę. Ona tak cię 
lubi, to widać..."  

W odpowiedzi na to fallus Dionizego drgnął w dłoni pani Emmy Brusati i 

wyprężył się jeszcze bardziej. Jak ona się cudownie pieściła, ta mała, patrząc na 
jego nagiego fallusa! Głuchym, zachrypniętym z żądzy głoem Dionizy 
powiedział: „Tak. A teraz do sypialni...!" I uniósł ją na łóżko. Szeptała: „Chcę, 
żebyś mi robił wszystko, co mąż robi żonie... żebyś całował i włożył mi język i 
ssał mój język, żebyś mnie dotykał wszędzie, żebyś mnie pieścił wszędzie, 
żebyś mi kazał ssać ciebie... i żebyś...! żebyś się wbił we mnie, chwycił mnie za 
włosy tak mocno... i żebyś... żebyś mnie..." — szeptała.  

A on położył ją na łóżku, rozbierał powoli, lizał wszystkie miejsca, które 

odsłaniał, wreszcie całkiem nagą położył na plecach, wszedł na nią okrakiem i 
dotknął penisem jej warg. „Chcesz?... powiedz, chcesz?... powiedz...?"  

Ale ona już. go trzymała w ustach i ssała, więc mogła tylko zamruczeć z 

przyzwalającą radością.