background image

Arkusz1

Strona 1

MARGIT SANDEMO

TAJEMNICA W ADCY LASU

Ł

Z norweskiego przełożyła

IWONA ZIMNICKA

POL-NORDICA Publishing Ltd.

Otwock 1994

ROZDZIA  I

Ł

Przez wiele lat las krył w swym wnętrzu tajemnicę.

Jedne narodziny nastąpiły w roku 1832.
- Ach, nie, nie znów! - zaszlochała akuszerka.
- Czy z dzieckiem coś nie w porządku? - szepnęła wycieńczona położnica,

Matka z wysiłkiem otworzyła oczy i popatrzyła na małego.
- Ach, mój Boże! Miej litość nade mną, niczego złego nie zrobiłam!

Taki śliczny, a mimo to mógł swym wyglądem sprowadzić jedynie tragedię.

Kto  czuwał  nad  ludźmi  wyprawiającymi  się  na  jagody,  by  niezawodnie 
znajdowali  powrotną  drogę  do  domu?  Kto  odpędzał  niedźwiedzia,  gdy 
nieostrożny  wędrowiec  zbytnio  się  zbliżył  do  tego  groźnego  zwierza?  Kto 
ochraniał  zbłąkane  dzieci  przed  wilkami  i  mrokiem  i  bezpiecznie wiódł  je  ku 
obrzeżom miasteczka, by całe i zdrowe, choć przemoczone i zapłakane, mogły 
podreptać do swych rodziców?
Początek tej historii łączy się z przyjściem na świat dwojga dzieci. Nie urodziły 
się jednak równocześnie - wiekiem znacznie różniły się między sobą.

-  To  śliczny,  słodki  chłopczyk.  -  Głos  akuszerki,  przepełniony  rozpaczą, 
wyraźnie drżał. - Jest piękny i zgrabny. Ale...

- Ja o tym wiem rzekła akuszerka. - To samo spotkało siostrę pani ojca. Nigdy 
tego  nie  zapomnę.  Pamiętam,  jakby  to  się  stało  wczoraj,  choć  wtedy  byłam 
jeszcze młodą  dziewczyną. To  charakterystyczne  dla waszego rodu,  pani. Ale 
obawiam się, że jaśnie pan nie będzie umiał tego zrozumieć...
Chłopczyk,  noworodek,  był  rzeczywiście  prześliczny,  miał  czarne  jak  węgiel 
włosy i ciemne oczy, dość szeroką buzię i złotobrązową skórę.

Jego  matka  była  niebieskooką  blondynką  o  podłużnej,  delikatnej  twarzy. 
Małżonek  jej,  rotmistrz,  dziedzic  na  dworze  i  właściciel  ziemski,  Allan  von 
Adelkalk, noszący szlachecki tytuł barona, miał równie jasne włosy jak żona.
Mąż  siostry  ojca  wyrzucił  żonę  za  próg,  kiedy  urodziła  ciemnowłosego 
chłopczyka o smagłej cerze. Christine von Adelkalk zdawała sobie sprawę, że 
jej mąż nie poprzestanie na tym. Jego odwet będzie po stokroć sroższy.
Najtragiczniejsze jednak było to, że na dworze jako zarządca pracował młody, 
bardzo  przystojny  mężczyzna.  Przepadał  za  kobietami  i  złamał  niejedno 
dziewczęce  serce.  Jego  uwodzicielskiemu  czarowi  ulegały  nie  tylko  panny  z 
niższych sfer, w szeregach przez niego zdobytych znalazły się także i wysoko 
urodzone,  szlachcianki.  Miał  oczy  ciemne  jak  noc,  a  włosy  tak  czarne,  że 
połyskiwały niemal granatowo...

background image

Arkusz1

Strona 2

- Dobry Boże - załkała. - Co my zrobimy? Czy w ogóle możemy coś zrobić?
Akuszerka ciężko westchnęła.
- Znam jaśnie pana niemal tak jak sama pani. To się nie może dobrze skończyć.

Dziewczyna postąpiła o krok do przodu.

Christine z trudem przełknęła ślinę, po czym kiwnęła głową.
- Czy wolno mi go przez chwilę potrzymać?
- Oczywiście! Czyż nie jest śliczny?

- Czy jeszcze go zobaczę? Muszę go zobaczyć, kiedyś, w przyszłości.

- Niech Bóg ma cię w swej opiece - szepnęła.

Rotmistrza  Allana  von  Adelkalka  cechował  niepohamowany  temperament. 
Lubił  batem  popędzić  zbyt  powolnych  pracowników  czy  leniwych  chłopów  i 
nie tolerował żadnej słabości ani pomyłki. Christine urodziła mu dwie córki, o 
które nie dbał ani trochę, były wszak dziewczętami. Kiedy źle się zachowały, 
nie  zwlekał  z  przywołaniem  ich  do  porządku  i  im  również  nie  żałował  bata. 
Christine doszły także opowieści, jakoby kiedyś, zanim jeszcze nastał jej czas, 
zastrzelił swego rywala.

Piętnastoletnia  córka  akuszerki  z  przerażeniem  przysłuchiwała  się  rozmowie. 
Nagle matka odwróciła się w jej stronę:
- Elin, jedynie ty możesz nam pomóc w tej sprawie.

-  Jaśnie  pani  -  powiedziała  akuszerka  do  baronowej  leżącej  w  łóżku.  -  Wasz 
mąż nie może ujrzeć dziecka. To od razu sprowadzi nieszczęście.

-  Przepiękny  -  zaszlochała  matka.  -  Ale  zdaję  sobie  sprawę,  że  może  się  stać 
przyczyną śmierci niewinnego człowieka. Nie dbam o to, co stanie się ze mną, 
ale nie można dopuścić, by Allan skrzywdził to maleństwo!

I  ona,  i  akuszerka  doskonale  wiedziały,  że  jaśnie  pan  za  nic  nie  pozwoli 
synkowi przeżyć. Kiedy gniew brał nad nim władzę, nie był w pełni świadom, 
co czyni.
- Na nic się zdadzą tłumaczenia - stwierdziła akuszerka. - Mogłabym próbować 
wyjaśnić panu, że jeden z przodków jaśnie pani, pradziad czy też prababka, taki 
właśnie  mieli  koloryt:  ciemne  włosy  i  śniadą  cerę.  Ale  kiedy  ktoś  nie  chce 
czegoś zrozumieć, to nie zrozumie tego nigdy.

- Wiem o tym. Mój małżonek, niestety, zawsze dostrzega we wszystkim tylko 
to, co najgorsze. Ach, proszę, ratuj moje dziecko! Spraw, by przeżyło! Błagam 
cię!
-  Zrobię,  co  będę  mogła.  Elin!  Zabierzesz  chłopca  i  wymkniesz  się  z  nim 
tylnymi drzwiami. Biegnij co sił w nogach do lasu i niech nikt cię nie zobaczy! 
Skryj się w lesie aż do zmroku, to nie potrwa długo. Później zabierzemy go do 
nas, do domu. Postaram się znaleźć ludzi, którzy go wychowają gdzieś daleko 
stąd. A wy, pani, musicie powiedzieć jaśnie panu, że dziecko przyszło na świat 
martwe. No i że to była dziewczynka.

- Tak, kiedy nadejdzie taki czas, że będzie bezpieczny. Dopóki jednak będzie 
żył jaśnie pan, nie możecie, pani, uznać dziecka za swoje.
Matka  przytuliła  chłopczyka  do  siebie,  ucałowała  go  w  czoło  i  bardzo 
niechętnie, z rozpaczą w oczach, oddała akuszerce.

Wszystkie  trzy  myślały  o  tym  samym:  W  czasie  porodu  towarzyszyła  im 
służąca,  ale  wybiegła  akurat  w  momencie,  gdy  akuszerka  stwierdziła,  że  na 
świat przyszedł chłopiec. Opuściła pokój, jeszcze zanim odkryły śniadą cerę i 
ciemne włosy, które miały zaważyć na losach dziecka.

background image

Arkusz1

Strona 3

- Jaśnie panie... Jaśnie pan ma syna!
Twarz barona rozjaśniła się w uśmiechu.
- Syn? Nareszcie!

Później zapanował jeden wielki chaos.
Ryk barona docierał do najdalszych zakątków domu.

-  Muszę  pomówić  ze  służącą,  nim  zdąży  cokolwiek  o  tym  wspomnieć  - 
zdecydowała akuszerka. - A może jednak powinnyśmy wyznać, że to chłopiec?
Christine tylko pokiwała głową. Elin wzięła na ręce zawiniątko z maleństwem i 
wymknęła się z pokoju.
W  tejże  chwili  na  czele  oddziału  żołnierzy  wjechał  na  dziedziniec  baron  von 
Adelkalk.  Dziewka  służąca  wypadła  na  podwórze,  poganiana  chęcią 
przekazania jako pierwsza wielkiej nowiny.

Zeskoczył  z  konia  i  kilkoma  susami  przebył  schody.  Jego  adiutant  ujął 
wierzchowca  za  uzdę  i  poprowadził  za  główny  budynek  dworu,  ku  stajniom. 
Wtedy  właśnie  ujrzał  młodą  dziewczynę  przemykającą  się  w  stronę  lasu  z 
tobołkiem w objęciach.

-  MÓJ  SYN!  GDZIE  JEST  MÓJ  SYN?  CHCĘ  GO  ZOBACZYĆ! 
NATYCHMIAST!
Żona  z  płaczem  opowiadała  mu  o  maleństwie,  które  urodziło  się  martwe. 
Służąca twierdziła, że wyraźnie słyszała płacz dziecka. Akuszerka zapewniała, 
że  chłopczyk  żył  ledwie  kilka  minut,  nic  więcej  nie  dało  się  zrobić.  Był  zbyt 
słaby,  za  wcześnie  przyszedł  na  świat,  po  prostu  nie  miał  szans,  by  przeżyć. 
Lepiej, że stało się to, co się stało.
Zaraz jednak zjawił się adiutant rotmistrza i opowiedział o dziewczynie, która 
kryjąc się przed ludzkim wzrokiem biegła do lasu.
Baron, nie przestając grzmieć, rozkazał swoim ludziom przeszukać las. Chciał 
zobaczyć  syna,  takie  było  jego  prawo,  jemu  na  pewno  uda  się  ożywić 
chłopczyka! Nikt nie może mu zabronić obejrzenia własnego syna!

-  Martwego  dziecka  nie  nosi  się  tak  ostrożnie  -  dolewał  oliwy  do  ognia 
adiutant.
Barona ogarnął jeszcze straszliwszy gniew i to utwierdziło go w decyzji: Musi 
zobaczyć dziecko. Nieważne, co zrobią z dziewczyną, byle tylko przynieśli mu 
małego. W końcu i on wyruszył w ślad za zbiegłą.
Dwunastu  mężczyzn  pognało  na  poszukiwanie  dziewczyny  i  dziecka. 
Akuszerka obserwowała ich z okna na piętrze.
-  Dobry  Boże,  nie  opuszczaj  teraz  mojej  Elin!  Uchroń  ją  przed 
niepohamowanym gniewem rotmistrza!
Elin słyszała swych prześladowców. Co sił w nogach pędziła przez pogrążający 
się  w  coraz  gęstszym  mroku  las.  Przedzierała  się  przez  zarośla,  potykała  o 
kamienie  i  wystające  z  ziemi  korzenie,  ale  nie  wypuściła  z rąk  drogocennego 
ciężaru. Śmiertelnie się bała, że dziecko nagle zacznie płakać. Dlatego także nie 
miała odwagi ukryć się w którejś z mijanych skalnych szczelin.
W końcu zmęczenie zaczęło brać górę. Dojmujący ból rozsadzał piersi, nogi nie 
chciały nieść jej już dłużej. Musiała odpocząć.

background image

Arkusz1

Strona 4

Jeśli jednak zostaną odkryci, oboje będą straceni.

- Pozwól mi zaopiekować się dzieckiem - rzekł cicho.

Znalazła się blisko rzeki, która w tym miejscu płynęła rwącym nurtem. Szum 
przelewających  się  mas  wody  sprawił,  że  nie  słyszała  swych  prześladowców 
wyraźnie. A jeśli ją zaskoczą? Spróbowała ponownie zagłębić się w las, między 
drzewa, ale teren był tu wyjątkowo nierówny. Mogła się przewrócić i zranić.
Stanęła  na  wysokiej  skarpie  nad  rzeką  i  z  rozpaczą  rozglądała  się  dokoła.  W 
którą stronę iść? Gdzie się ukryć?

Mrok gęstniał z każdą chwilą. Elin zawsze bała się lasu wieczorem. Pełen był 
wtedy  nieznanych,  obcych  dźwięków,  zewsząd  wyłaniały  się  tajemnicze 
cienie...
Ona  i  jej  matka  mieszkały  na  obrzeżach  maleńkiego  tartacznego  miasteczka, 
przy samym skraju lasu, i Elin, kiedy zaczynało się ściemniać, nawet nie śmiała 
zerknąć  między  drzewa.  Wiedziała,  że  las  jest  ogromny,  że  nie  ma  końca. 
Kiedy człowiek zapuścił się zbyt daleko, nie miał szans, by z niego wyjść. Las 
ciągnął się aż do granicy z Norwegią i jeszcze dalej w głąb tego kraju. Podobno 
mieszkała w nim niezwykła istota. Leśny bożek? A może Król Gór?
Elin  nieustannie  była  bliska  płaczu,  ale  nie  starczało  jej  oddechu  i  z  gardła 
wyrywał jej się tylko od czasu do czasu jakby zduszony pisk.
Robiło  się  coraz  ciemniej.  Nadal  słyszała  głosy  prześladowców,  dochodziły 
jednak  z  daleka,  z  miejsca  poniżej  wzniesienia,  na  którym  stała.  Rozróżniała 
parskanie koni, kroki mężczyzn i pobrzękiwanie szabli.
Nareszcie  zdołała  znaleźć  lepszą  drogę,  prowadzącą  z  otwartej  skarpy  w 
ciemność, w głąb lasu. Nagle jej stopy zapadły się w miękki mech i stanęła tuż 
pod  skalną  ścianą.  Była  już  u  kresu  sił.  Nogi  odmówiły  jej  posłuszeństwa. 
Osunęła  się  na  ziemię  w  niewielkim  zagłębieniu  u  stóp  góry,  tam  gdzie  się 
wywróciła  nieduża  sosna,  która  nie  zdołała  się  utrzymać  w  płytkiej  warstwie 
gleby. Elin pomacała ręką dookoła, a kiedy poczuła, że pod korzeniami drzewa 
jest miękko, przeczołgała  się  tam  i skuliła,  starając się  sprawiać  wrażenie jak 
najmniejszej.
Dopóki dziecko było blisko niej, mogła położyć rękę na buzi chłopca i stłumić 
jego płacz. Dopóki była blisko, mogła go chronić.

Na moment w lesie zapadła cisza. Nie trwała jednak długo i już znów usłyszała 
kroki i odgłosy rozmów.
Elin zaczęła się modlić - o życie chłopca i swoje własne.
Nagle wejście do jamy pod korzeniami drzewa przesłoniła jakaś postać. O mały 
włos, a przestraszona dziewczyna uderzyłaby w krzyk. W ostatnim momencie 
jednak zapanowała nad sobą i przycisnęła dłoń do ust, a z gardła wyrwał się jej 
tylko stłumiony jęk.
Chociaż  właściwie  dlaczego  miała  teraz  milczeć?  I  tak  ją  przecież  znaleźli! 
Mężczyzna, który stał przed nią, nie był jednak żołnierzem, a przynajmniej nie 
nosił munduru. Kim więc, a może czym, był?
Ostatnie  błyski  dziennego  światła  obramowały  jego  sylwetkę  niesamowitą 
poświatą.  Był  rosły,  miał  długie  splątane  włosy,  nosił  obszerną,  ściągniętą 
pasem  kurtkę  ze  zwierzęcych  futer,  a  na  nogach  zamiast  butów  obwiązane 
rzemieniami kawałki skór.
Przykucnął, a Elin wcisnęła się głębiej między korzenie.

background image

Arkusz1

Strona 5

- Ja... nie mogę... go zostawić.
- Czy chcesz, by umarło?
- Nie, och, nie!

- Jego matka dostanie go z powrotem. Kiedy nadejdzie czas.
- Skąd wiesz...

- Domyśliłem się, że o to właśnie chodzi. Czy matka jest niewinna?
- Tak.
- Cóż, zatem wszystko w porządku.
- Nie... nie wiem... Tak się boję. Czy... czy ty jesteś Władcą Lasu?
Uśmiechnął się leciutko.
- Wiem, o co ci chodzi, ale nie, to nie ja.

- Ufam ci - szepnęła.
Kiwnął tylko głową i w następnej chwili już go nie było.

Nie musiała iść daleko.
- Baronie, ona jest tutaj! Nie ma dziecka!
Otoczyli ją ciasnym pierścieniem, rotmistrz zeskoczył z konia.
- Co zrobiłaś z moim synem, ty mała dziwko? - wrzasnął.

- Dlaczego? Jakie miałaś prawo, by...

- Ale on żył!

Elin ciężko dyszała.

-  A  więc  daj  mi  je.  Zajmę  się  nim,  zaufaj  mi!  Będziesz  mogła  wrócić  do 
barbarzyńców,  którzy  cię  ścigają,  i  powiedzieć,  że  wrzuciłaś  dziecko  do 
wodospadu.
Jego  słowa  wciąż  nie  przekonywały  Elin.  Dziewczyna  oddychała  ciężko  i 
nierówno,  on  jednak  zauważył,  że  mimo  wszystko  jest  już  spokojniejsza,  i 
wyciągnął ręce po dziecko.

- Słyszałem, co do siebie wołali. Ten zły człowiek powiedział, że mogą zrobić, 
co tylko zechcą, ale on musi dostać swego syna. Wszystko jedno, żywego czy 
martwego.
Ku swemu zdumieniu Elin czuła, że jej zaufanie do niezwykłego nieznajomego 
rośnie.
-  Chłopiec  nie  jest  podobny  do  żadnego  z  rodziców.  Jeśli  ojciec  go  zobaczy, 
zabije i matkę, i dziecko.

Elin powoli rozprostowała się i podała mu chłopca.

Elin  została  sama.  Miała  wrażenie,  że  wszystko,  co  się  tego  dnia  wydarzyło, 
było tylko snem. Noc jednak nadchodziła już wielkimi krokami, w jamie robiło 
się  coraz  zimniej  i  w  końcu  wyczołgała  się  ze  swej  kryjówki.  Otrzepała 
spódnicę i skierowała się ku głosom, które nadal rozbrzmiewały w lesie.

Elin starała się zapanować nad głosem.
- Odmówiłam modlitwę za jego małą duszyczkę i wrzuciłam go do wodospadu, 
tak jak nakazała mi matka.
Uderzenie  szpicruty  powaliło  ją  na  ziemię.  Szpicruta  była  twarda,  a  rotmistrz 
ciął bezlitośnie.

-  Dziecko  nie  było  w  pełni  rozwinięte,  jaśnie  panie.  Było  ułomne.  Nie 
chciałyśmy, abyście musieli je oglądać.

background image

Arkusz1

Strona 6

Rotmistrz prawie oszalał z wściekłości.

- Chryste, zmiłuj się nad mą biedną duszą - szepnęła zrezygnowana.

Jeden z jego towarzyszy przystanął.

Po cichu i niezauważenie żołnierz przeniósł się na ten lepszy ze światów.

- Hop, hop! - zawołał krótko stłumionym głosem.
Nie usłyszał żadnego dźwięku, ale był pewien, że ktoś jest przy nim, tuż obok.

-  Tylko  przez  kilka  chwil,  łaskawy  panie.  Prawie  od  razu  przestał  oddychać. 
Byłam przy tym, na własne oczy to widziałam.
- Martwego dziecka nie nosi się tak ostrożnie, jak ty to robiłaś - podejrzliwie 
zauważył adiutant rotmistrza.
- Ależ, panie! - Elin nie była już w stanie ukryć przerażenia. - Duszy zmarłego 
należy okazać  szacunek!  Nawet  jeśli  widziała  światło  dnia  tylko  przez  krótką 
chwilę.
-  Zróbcie  z  tą  ladacznicą,  co  chcecie!  Ja  niczego  nie  słyszałem  ani  nie 
widziałem!
Wskoczył na konia i ruszył w stronę domu. Wielu z jego ludzi poszło w jego 
ślady,  ale  trzech  żołnierzy  zostało.  Patrzyli  na  dziewczynę  z  pożądaniem 
zmieszanym z pogardą.
Elin  była  świadoma,  że  z  ich  strony nie  może się spodziewać  bodaj odrobiny 
litości.

Dziecko  leżało  pod  ciężkimi  świerkami  na  miękkim  posłaniu  z  mchu  nieco 
dalej w głębi lasu. Kiedy wybawca wrócił, by sprawdzić, co stało się z młodą 
dziewczyną,  znalazł  ją  skuloną  na  ziemi.  Szlochała  spazmatycznie,  suknię 
miała  pokrwawioną  i  rozdartą,  a  trzej  żołnierze,  rozochoceni,  z  chichotem 
oddalali się od niej.
Mała Elin, niewinna ofiara żądzy władzy i nieopanowanej pychy rotmistrza...
Ubrany  w  skóry  mężczyzna  nie  podszedł  do  dziewczyny,  nie  dał  jej  nawet 
poznać, że znalazł się w pobliżu. Ruszył natomiast w ślad za żołnierzami.
Jeden  z  nich  wkrótce  przystanął  pod  wysmukłą,  młodą  brzózką,  by  lepiej 
zasznurować buty.
-  Poczekajcie  na  mnie!  -  zawołał  wesoło  do  swych  towarzyszy,  ale  ci,  nie 
przerywając rozmowy, szli dalej.
Cienka,  długa  linka  ze  skóry  z  uwiązanym  na  końcu  kamieniem  ze  świstem 
przecięła powietrze i okręciła się wokół szyi żołnierza, przywiązując go do pnia 
drzewa.  Mężczyzna  próbował  krzyczeć,  ale  z  ust  wydobył  mu  się  tylko 
stłumiony jęk, którego jego kompani nie mogli usłyszeć. Usiłował poluzować 
rzemień,  ale  przy  każdym  ruchu  pętla  zaciskała  się  coraz  mocniej.  Wreszcie 
ramiona opadły mu bezwładnie, w głowie zaczęło szumieć, miał wrażenie, że 
powietrze zaraz rozsadzi mu płuca. Stracił przytomność.

-  Hej,  gdzie  ty  się  podziewasz?  -  zawołał.  Nie  usłyszawszy  odpowiedzi, 
wzruszył ramionami i poszedł dalej.
Niewiele kroków zdążył zrobić. Czyjaś dłoń chwyciła go za włosy i odchyliła 
głowę do tyłu. Czyjeś ramię zacisnęło się wokół jego szyi.

Trzeci  z nich  uszedł  jeszcze  kawałek,  po  czym  zatrzymał  się, by  zaczekać na 
pozostałych.  Czuł  się  dziwnie  osamotniony,  a  przecież  wyczuwał  czyjąś 
obecność w pobliżu.

background image

Arkusz1

Strona 7

- Nie żartujcie sobie, przestańcie się chować! Głupcy!

Przeszedł jeszcze parę metrów i potknął się o leżącego na ziemi towarzysza.
- Co? Co, u licha...?

- Chodź - powiedział łagodnie. - Odprowadzę cię do domu.

Miasteczko już ją osądziło.

ROZDZIA  II

Ł

Rok 1851, dziewiętnaście lat później.

Lasy, wszędzie dookoła lasy... Jak okiem sięgnąć bezludne knieje.
Tylko jedna jedyna oznaka życia.

Odpowiedziała  mu  niezmącona  cisza.  Z  wahaniem  postąpił  parę  kroków  w 
kierunku, z którego przyszedł.
- Hej, wy! Gdzieście się pochowali?
W  odpowiedzi  usłyszał  jedynie  rozpaczliwe  szlochy  brutalnie  potraktowanej 
dziewczyny, co wcale nie nastroiło go łagodniej.
- Do diabła, co to wszystko ma znaczyć! - wybuchnął. - Chodźmy już wreszcie 
stąd!

Obmacał  zwłoki  kompana.  Żadnych  śladów  krwi...  Ale  kark  wydawał  się 
jakby... złamany?
Przerażony, zaczął wołać drugiego. Czy coś nie poruszyło się przy tamtym pniu 
drzewa?  Zbliżył  się  ostrożnie.  U  stóp  brzozy,  rzucony  bezwładnie  jak  worek, 
leżał  drugi  z  kolegów.  Kark  miał  cały,  ale  coś  cienkiego  i  bardzo  mocnego 
zaciskało się na jego szyi, przecinając skórę.
Żołnierz wrzasnął ze strachu, chciał rzucić się do ucieczki, lecz długi nóż wbił 
mu się w pierś. Osunął się na ziemię niedaleko swych dwóch towarzyszy.
Mężczyzna z lasu ujął Elin za rękę.

Nazajutrz  trzech  żołnierzy  znaleziono  ułożonych  równiutkim  rządkiem  na 
schodach dworu rotmistrza.
Czci  małej  Elin  nie  można  było  jednak  przywrócić.  Nikt  nie  podejrzewał  jej, 
rzecz  jasna,  by  miała  coś  wspólnego  ze  śmiercią  żołnierzy,  ale  jak  mogła 
pozwolić, by ją zgwałcono? To przecież wstyd i hańba!
Później, kiedy w następstwie owego strasznego przeżycia urodziła chłopczyka, 
ludzie  odsunęli  się  od  niej  jeszcze  bardziej.  Zrozpaczona  akuszerka  musiała 
pogodzić się z myślą, że córka nigdy nie będzie miała przyzwoitego zalotnika.

Elin i jej syna czekałoby samotne życie pohańbionych i zniesławionych, gdyby 
nie to, co wydarzyło się daleko, daleko w głębi lasu.

Łagodny  zmierzch  zapadał  cicho  nad  wielkimi,  ciągnącymi  się  w 
nieskończoność lasami. Spowijał mrokiem leśne wzgórza, otulał mgłą polany i 
kolejne  wzniesienia,  przesuwał  się coraz  dalej  i  dalej  aż po  sam  horyzont, by 
tam  przejąć  władzę  nad  złotym  zachodem  słońca.  A  pełna  tajemnic  wiosenna 
noc już wyczekiwała, by rzucić swe czary...

background image

Arkusz1

Strona 8

Matka była w życiu dzieci wszystkim co najdroższe.

W  oddali,  na  niewielkiej  równinie  poniżej  okrągłego  grzbietu  wzgórza, 
migotało  słabe  światełko.  Tu,  w  tej  bezkresnej  głuszy,  wydawało  się  niemal 
patetyczne  w  swej  bezbrzeżnej  samotności.  Można  by  przypuszczać,  że  to 
siedziba  pierwszych  mieszkańców  Ziemi,  którzy  tu  właśnie  rozpalili  ogień 
przed swą jaskinią i skupili się wokół ogniska otoczonego ze wszystkich stron 
tajemnicami  lasu.  Dzikie  zwierzęta.  Nadprzyrodzone  siły.  Strach,  czający  się 
między  drzewami,  wyczekujący  sposobności,  by  wślizgnąć  się  w  ich  ciała  i 
zawładnąć duszą.
Światełko pochodziło z małej chaty, nie większej nawet niż drewniany szałas. 
Zbudowano  ją  na  niedużej,  lecz  żyznej  równinie,  łagodnie  opadającej  ku 
małemu jeziorku.
Piękniejszego  miejsca  nie  było  w  całym  lesie;  tak  przynajmniej  twierdziły 
dzieci, które tu mieszkały.
Powiadały,  że  znają  cały  las  na  wylot  -  każdy  porośnięty  mchem  pagórek, 
wszystkie  tajemne  jamy  i  pieczary.  Wiedziały,  gdzie  rosną  moroszki,  które 
zarośla  kryją  najsłodsze  maliny  i  gdzie  szukać  największych,  najbardziej 
soczystych  jagód.  Nadały  imiona  wszystkim  jeziorkom,  każdemu  oczku 
wodnemu, wspięły się na szczyty okolicznych gór, w każdym razie na te, które 
widać było z domu, dalej bowiem zabroniono im się zapuszczać.
Oczywiście  wiedziały  także,  gdzie  leży  zagroda  -  dom  dzieciństwa  ich matki. 
Nie było do niej daleko, stała jednak opuszczona, popadła w ruinę, bo i babcia, 
i dziadek, rodzice matki, już nie żyli.

Dzieci dobrze znały także zwierzęta, zarówno te miłe, jak i niebezpieczne. Ich 
zwykły ludzki wzrok zastąpił inny, dzięki któremu umiały dostrzec także to, co 
nie  istniało...  Nieobce  im  były  historie  o  elfach,  boginkach  i  trollach,  nie 
mówiąc  już  o  tajemniczym  Władcy  Lasu,  który  pokazywał  się  zbłąkanym, 
zagubionym na pustkowiu wędrowcom jedynie jako niewyraźny cień ukryty za 
pniem drzewa.
Matka  mówiła,  że  spotkanie  z  Władcą  Lasu  może  być  bardzo  niebezpieczne. 
Mógł  pojmać  wędrowca  i  uwięzić  w  jednej  z  wielu  swych  grot,  głęboko  w 
skalnych ciemnościach. Dzieci zapytały, czy Władca Lasu jest tą samą postacią, 
co  Król  Gór,  o  którym  matka  także  im  opowiadała.  Zrazu  matka  straciła 
pewność siebie, ale w końcu odparła, że nie jest to jedna i ta sama istota. Król 
Gór  mieszkał  w  błękitnej  skale,  ale  to  Król  Lasu  był  panem  wszystkiego. 
Wszystkiego, co istnieje jak okiem sięgnąć, a może i jeszcze dalej. Mieszkańcy 
Północy, Lapończycy, nazywali go Tapio, bożek lasu.
Kto jednak raz znajdzie się we wnętrzu góry albo w przepastnych grotach Króla 
Lasu,  ten  nigdy  się  stamtąd  nie  wydostanie,  tak  twierdziła  matka.  Dlatego 
właśnie dzieciom nie pozwalano oddalać się od domu.
W  lesie  było  wiele  ścieżek,  ale  nie  należało  po  nich  chodzić,  bo  mogły  być 
ułudnymi drożynkami elfów i trolli i prowadzić ludzi na manowce.
Matka  uczyła  dzieci  różnicy  między  dobrem  a  złem,  między  tym,  co 
bezpieczne, a tym, co stanowi zagrożenie.

Tego wieczoru, kiedy szarobłękitny zmierzch zapadł nad wzgórzami, a drozd ze 
wzgórza śpiewał swą melodyjną pieśń, Śmierć zawitała do samotnej chaty.

background image

Arkusz1

Strona 9

Wszyscy traktowali go jak patriarchę.

Tego wieczoru jednak w domu panowała cisza. Grobowa cisza.

Ojciec, jak zwykle, pogrążony był w milczeniu.

Patrzyły bezradnie, jak iskra życia w ciele matki powoli gaśnie.

Kończył się pracowity dzień. Osiemnastoletni Jorulv, najstarszy z rodzeństwa, 
od  świtu  pomagał  ojcu  orać  małe  spłachetki  pola.  Z  ojcem  niełatwo  się 
pracowało,  tak  wiele  wymagał  i  nie  tolerował  żadnej  słabości  u  innych. 
Zamknięty  w  sobie,  mocno  stał  obiema  nogami  na  ziemi,  nie  rozumiał,  co 
znaczą słowa takie, jak „marzenia” czy „fantazje”.
Był  panem  domu,  głową  rodziny  i  zawsze  domagał  się  respektowania  swych 
praw. Pierwszy zasiadał do stołu i brał to, na co mu przyszła ochota, nie bacząc, 
czy  dla  innych  wystarczy.  Przy  jedzeniu  siorbał  i  mlaskał,  za  to  od  dzieci 
wymagał  bezwzględnej  ciszy.  Jorulv  nigdy  nie  widział,  by  ojciec  się  śmiał. 
Ojciec  był  niezwykle  małomównym  człowiekiem,  ale  z  pracą  w  polu  radził 
sobie doskonale, a owa umiejętność na takim pustkowiu była niezwykle cenna. 
Miał wielkie, szorstkie od pracy dłonie, a naznaczone znojem plecy z każdym 
rokiem stawały się coraz mocniej zgarbione.
Jorulv,  dorastając,  zaczął  dostrzegać,  jak  bardzo  ojciec  jest  niesprawiedliwy. 
Miał  wśród  dzieci  swoich  faworytów,  ale  była  i  dwójka,  której  wprost  nie 
znosił.  Nie  wyrażał  tego,  co  prawda,  słowami,  ale  gestem  i  wzrokiem  umiał 
wymownie okazać, kogo darzy sympatią.

A  może  jednak  nie  wszyscy?  Jorulv  niepokoił  się,  bo  dwoje  spośród 
rodzeństwa  zaczęło  zdradzać  pewne  oznaki  buntu.  Będzie  musiał  stłumić  ten 
opór. W ich małej chatynce nie było miejsca na konflikty i niezgodę.

Śmierć  skosiła  już  jedno  życie.  Nowo  narodzone  dziecko  nie  zdążyło  nawet 
otworzyć  ust  do  krzyku  w  proteście  przeciw  światu.  Było  to  małe,  żałosne 
stworzenie, które ojciec owinął w kawałek płótna i wyniósł z chaty.
Matka leżała w łóżku bielsza niż śnieg. Właśnie wydała na świat siedemnaste 
dziecko,  ale  tylko  sześciorgu  z  nich  dane  było  przeżyć.  Zbyt  wcześnie  się 
postarzała. Siwobrązowe włosy kosmykami rozsypały się na poduszce. Dłonie 
miała chude, sękate, z wystającymi, nabiegłymi krwią żyłami.
Dwie  najstarsze  dziewczynki  siedziały  przy  łóżku  matki.  Pragnęły  jej  pomóc, 
ulżyć cierpieniom, ale co mogły zrobić? Miały dopiero piętnaście i szesnaście 
lat.

Matka  -  ta,  przy  której  zawsze  wszyscy  się  zbierali!  Taka  dobra.  Ciągle 
zmęczona, ale czujna, gotowa w porę stłumić zarzewie kłótni między dziećmi a 
ojcem. Wyczerpana, ale nieskończenie cierpliwa.
Wrócił  ojciec  i  spojrzał  na  kobietę  w  łóżku,  po  czym  odwrócił  się  ku 
najstarszemu  synowi,  Jorulvowi,  stojącemu  w  kącie  razem  z  młodszym 
rodzeństwem.
- Nie widzicie, że ona umarła? - spytał krótko. - Musimy ułożyć ją na marach. 
Juliano, ty zamkniesz jej oczy.
Dziewczyna  popatrzyła  na  niego  przerażona.  W  tej  samej  chwili  pięcioletni 
Matti z głośnym krzykiem rzucił się ku łóżku, ale ojciec zamachnął się na syna 
i  chłopczyk  znów  znalazł  się  w  kącie.  Upadł  na  podłogę,  na  próżno  usiłując 
stłumić płacz. Jorulv kucnął przy nim i zaczął szeptać słowa pociechy.

background image

Arkusz1

Strona 10

Teraz matki już nie było.

Wiosna stała w pełnej krasie, ale nikt się nią nie radował.

Matti  był  jednym  z  dwojga  dzieci,  których  ojciec  nigdy  pnie  zaakceptował. 
Chłopiec bardzo się starał, ale był niezdarą i rzadko coś mu się udawało. Być 
może  działo  się  tak  dlatego,  że  zbyt  wiele  wysiłku  wkładał  w  to,  co  robi, 
zawsze  pragnął  wszystkim  się  przypodobać.  Kiedy  matka  broniła  Mattiego, 
ojciec zwykle powtarzał tylko, że dzieciak jest brzydki i głupi.

Jedenastoletni Ole nie spuszczał wzroku z ojca. Jorulv dostrzegł w oczach brata 
nienawiść i przestraszył się nie na żarty. Ole należał właściwie do ulubieńców 
ojca. Bystry, robota wprost paliła mu się w rękach, ale dość mądry, by dostrzec 
niesprawiedliwość.
Jorulv  zerknął  na  starsze  z  sióstr.  Szesnastoletnia  Juliana,  ciepła  i  łagodna, 
obowiązkowa,  nie  myśląca  o  sobie,  była  zupełnie  jak  matka.  I  Rebecka, 
zbuntowana  piętnastolatka,  która  zawsze  chciała  chodzić  własnymi  drogami, 
ale ojciec nigdy jej na to nie pozwalał. Rebecka była drugim z dzieci, których 
ojciec  nie  tolerował.  Przywoływał  ją  do  porządku  surowym  wzrokiem  i 
lodowatym  milczeniem,  zdarzało  się  nawet,  że  ją  bił,  choć  była  już  przecież 
prawie dorosłą dziewczyną. Bez względu jednak na to, co robił, Rebecka nigdy 
nie stała się pokorna.
Matti i Rebecka musieli znosić podobny los. Matti jednak nie opierał się tak jak 
jego siostra. Nie mógł pojąć, dlaczego ojciec go nie lubi, przecież tak bardzo 
starał się być grzeczny i robił wszystko, by go zadowolić.
Szóstym  dzieckiem  była  mała  Linnea,  miała  dopiero  trzy  lata.  Potrafiła 
oczarować  wszystkich  swym  promiennym  uśmiechem  i  była  rozpieszczana 
przez  całą  rodzinę.  Teraz  jednak  siedziała  nic  nie  rozumiejąc,  przytulona  do 
ściany. Usta jej drżały, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem. Dlaczego matka 
nie chce się obudzić?

W maleńkiej leśnej zagrodzie nastała cisza. Nieduże budynki, wzniesione przez 
rodziców  ojca  w  ciężkich  latach  głodu,  jakby  zapadły  się  jeszcze  bardziej  w 
ziemię.  Wszystkie  stłoczone  były  w  zbitą  gromadkę:  chata,  obora  i  stodoła, 
owczarnia, warzelnia i spichlerz... Wszystkie zbyt małe, zbyt ciasne. Ponieważ 
w  miasteczku  nad  rzeką  nie  było  dość  miejsca,  niektórzy  jego  mieszkańcy 
przed laty przenieśli się do lasu, tam założyli nowe siedziby i znaleźli pastwiska 
dla zwierząt. Tak powstała i ta zagroda.

Nawet  zwierzętom  najwyraźniej  brakowało  gospodyni.  Z  obory  dobiegały 
żałosne  ryki  krowy,  byka  i  cielęcia,  a  kozy  i  owce  smutno  beczały  w  swej 
zagrodzie.  Matka  stale  się  niepokoiła,  że  mogą  utracić  któreś  ze  zwierząt,  i 
zawsze zatrzymywali samca z każdego gatunku, by zapewnić przychówek.
Smutek, spowodowany odejściem matki, dręczył nie tylko dzieci, odczuwały go 
także zwierzęta.
Melancholijne dźwięki piosenki drozda niosły się między wzgórzami. Strumyk 
szemrał tak dziwnie żałośnie. Wszystko nagle posmutniało, poszarzało.

background image

Arkusz1

Strona 11

Pogrzeb był dla dzieci koszmarem. Ojciec i Jorulv zbili dla matki prostą trumnę 
z  desek  i  pochowano  ją  na  wzgórzu  u  skraju  lasu,  tam  gdzie  spoczywały 
wszystkie  zmarłe  dzieci  i  gdzie  znaleźli  miejsce  wiecznego  spoczynku 
dziadkowie, rodzice matki i ojca.
Niestety,  ojciec  zmusił  do  udziału  w  pogrzebie  wszystkie  dzieci,  także  i  te 
najmłodsze.
Z  namaszczeniem  przytoczył  odpowiedni  fragment  z  Biblii,  kiedy  jednak  na 
trumnę  posypały  się  pierwsze  grudki  ziemi,  dzieci  nie  zdołały  już  nad  sobą 
zapanować. Wybuchnęły płaczem, a Matti usiłował rzucić się w dół do grobu. 
Ojciec  wpadł  w  gniew,  tak  że  Jorulv  i  Juliana  musieli  go  uspokajać.  Linnea 
uciekła do domu i gdzieś się schowała.
Wszyscy rozumieli, że od dnia śmierci matki ich życie całkiem się odmieni. Nic 
już nie będzie takie jak przedtem.
Najciężej  było  Mattiemu.  Wiedział,  że  nie  ma  już  nikogo,  kto  zdołałby  go 
ochronić przed trudną do zrozumienia niechęcią ojca. I bez względu na to, jak 
długo  chłopczyk  się  nad  tym  zastanawiał,  nie  mógł  dociec,  w  czym  zawinił. 
Pomagał  przecież  w  pracy  ile  tylko  miał  sił,  zawsze  okazywał  ojcu 
posłuszeństwo. A mimo to wszystko było źle.
Rebecka powiedziała mu, że mama jest teraz w niebie. Nie, wcale nie leży w 
ziemi  w  tej  okropnej  trumnie.  W  nocy,  kiedy  Matti  spał,  przyszli  aniołowie  i 
zabrali ją do siebie.
Chłopczyk wiele o tym rozmyślał. Tak bardzo tęsknił za dobrymi dłońmi matki, 
które  czule  gładziły  go  po  lnianozłotych  włosach.  Mama  nigdy  się  nie 
gniewała. Mama mówiła, że Matti jest ładnym i grzecznym chłopcem.
Matti wiedział, gdzie jest niebo. Jorulv mu o tym powiedział, a przecież Jorulv 
wiedział wszystko. Kiedyś Matti wyglądał przez okno. Wskazał wówczas ręką 
na  najwyższą  górę,  Jorulv  zaś  wyjaśnił  mu,  że  to  Niebiańska  Góra.  Jest  tak 
wysoka,  że  z  jej  szczytu  można  się  wdrapać  prosto  do  nieba,  dlatego  tak 
właśnie się nazywa.
Znajdowała się co prawda daleko, ale Matti był przeświadczony, że aniołowie 
przebyli całą tę drogę przez las piechotą specjalnie po to, by zabrać matkę.
Tylko  dobrzy  ludzie  idą  do  nieba,  tak  mówił  ojciec,  kiedy  czytał  Biblię.  A 
przecież matka była najlepsza na świecie...
Tydzień  później  Matti  usłyszał,  jak  ojciec,  ściągając  z  nóg  ciężkie  buty, 
mamrocze  coś  do  siebie  pod  nosem.  Matti  niewiele  z  tego  rozumiał,  ale 
wydawało mu się, że ojciec gniewa się na matkę za to, że jej już nie ma.
-  ...  a  zresztą,  jako  żona  i  tak  do  niczego  się  nie  nadawała,  nie  ma  to  więc 
żadnego znaczenia. Ciągle tylko rodziła dzieci. Mężczyzna nie został stworzony 
do  życia  w  samotności,  tak  mówi  Pan.  Muszę  postarać  się  o  jaką  porządną 
kobietę,  bo  dłużej  tak  być  nie  może.  Potrzebna  mi  taka,  która  będzie  umiała 
zająć  się  domem.  Dzieciaki  z  niczym  nie  potrafią  sobie  poradzić.  Chcę  mieć 
młodą, mocną dziewuchę, a nie podstarzałą, umęczoną, chudą kobiecinę, która 
na nic nie ma siły.
Ojciec  nie  wiedział,  że  Matti  go  słyszy,  a  słowa  te  poruszyły  wiele  czułych 
strun w sercu chłopca.

background image

Arkusz1

Strona 12

- Już. Mogą teraz przyjść i zjeść, póki jedzenie gorące.

To naprawdę nie wróżyło dobrze.

Następnego  wieczoru  Juliana  rozbierała  najmłodszą  siostrzyczkę,  Linneę. 
Ubranko  jej  było  za  ciasne  i  postrzępione  -  matka  zdążyła  tylko  dla  Olego  z 
nowym  ubraniem,  musiała  przecież  zgręplować,  uprząść  i  utkać  zeszłoroczną 
owczą wełnę. Dziewczęta pomagały jak mogły, ale na ogół co roku starczało na 
nowe ubranie tylko dla jednego dziecka. Mieli przecież tak mało zwierząt.
Najmłodsza  dziewczynka  przez  cały  dzień  była  niewyspana  i  rozgrymaszona. 
Pewnie i ona, tak jak wszystkie dzieci, tęskniła za matką. Juliana zmusiła ją do 
wypicia kubka mleka, bo mała nie chciała jeść kolacji. Linnea nie była silnym 
dzieckiem, tak często się przeziębiała...
Juliana  rozejrzała  się  po  izbie  z  uczuciem  rezygnacji.  Mieli  tylko  trzy  łóżka. 
Największe z nich, najszersze, zajmował ojciec. Dziewczynki gnieździły się w 
drugim  łóżku,  a  chłopcy  w  trzecim.  Było  im  tak  ciasno,  że  żadne  nie  mogło 
obrócić  się  na  drugi  bok,  nie  poruszając  przy  tym  pozostałych.  Pół  izby 
zajmowały krosna.

Juliana i Rebecka robiły wszystko, by utrzymać izdebkę w czystości, ale nigdy 
nie  potrafiły  osiągnąć  takiego  stanu  jak  za  życia  matki.  Ojciec  spluwał  na 
podłogę  i  rzucał  zabłocone  buty  gdzie  popadło.  Ole,  choć  mądry i  pracowity, 
był  niestety  okropnym  bałaganiarzem.  A  doprawdy  mały  nieporządek 
wystarczył,  by  w  izbie  zapanował  straszny  rozgardiasz,  mieszkali  wszak  tak 
ciasno.
Kolacja  stanęła  na  stole.  Rebecka  rzuciła  drewniane  łyżki,  aż  echo  poszło  po 
izbie.

Dym  wydobywający  się  z  pieca  snuł  się  po  izbie  jak  welon,  ale  pachniał 
przyjemnie, brzozowym drewnem.
Wrócili  mężczyźni:  ojciec,  Jorulv  i  Ole,  brudni  i  zmęczeni,  ale  zadowoleni  z 
wykonanej w ciągu całego dnia pracy.
Ojciec  jednak  był  poirytowany,  czuł  się  niepewnie.  Z  Jorulvem  jakoś  do  tej 
pory dawał sobie radę, chłopak robił, co mu polecono, ale i on ostatnio zaczął 
okazywać  niechęć  wobec  narzuconego  mu  bezwarunkowego  posłuszeństwa. 
Wysuwał nawet różnorakie propozycje, po prawdzie czasami zupełnie słuszne, 
i to takie, które ojcu nie przyszłyby do głowy. Należało coś z tym zrobić, nie 
wolno utracić kontroli nad własnymi dziećmi.
Jeszcze gorzej sprawy się miały z Olem, jego ulubieńcem. Ole zaczął spoglądać 
na  ojca  z  wyrazem,  jak  mu  się  wydawało,  pogardy!  Taki  szczeniak,  czyżby 
usiłował przywoływać ojca do porządku?
Prawdą  jednak  było,  że  Ole  był  mądrzejszy  od  ojca.  Wiedział  wszystko  o 
zwierzętach i lesie, o drzewach i roślinach, o wiatrach i pogodzie. Zbyt często 
też pytał o to, co znajdowało się za lasem.

Gniewnie  ściągnął  z  nóg  zabrudzone  buty  i  rzucił  je  byle  jak.  Rebecka 
podniosła je z podłogi i demonstracyjnie wyniosła do sionki.
W  każdym  razie,  Bogu  dzięki,  jest  Juliana.  Ona  była  posłuszna  i  grzeczna, 
nigdy  nie  narzekała,  że  ma  za  dużo  pracy,  ani  na  to,  że  na  jej barkach  -  była 
wszak  najstarszą  dziewczynką  w  gromadce  rodzeństwa  -  spoczęła  tak  wielka 
odpowiedzialność.

background image

Arkusz1

Strona 13

Takie były rozpieszczone, wszystkie co do jednego!

Juliana rozejrzała się dokoła.
- Myślałam, że jest z wami - powiedziała.

Popatrzyli po sobie z niepokojem.

- Kiedy dopadnę tego łobuza, porządnie złoję mu skórę, to jedno jest pewne!

- Idziemy go poszukać - rzekł krótko.

ROZDZIA  III

Ł

Matti stwierdził, że w lesie zrobiło się nieprzyjemnie.

Poczuł się naprawdę nieswojo.

Z  Rebecka  za  to  wybuchały  ciągłe  awantury.  Przeklęta  dziewucha,  nigdy  nie 
powinna była się urodzić! Bez końca tylko spory.
Tak, musi jak najprędzej się stąd wynieść. To nie jest życie dla mężczyzny, w 
samotności, z gromadą bachorów, Tyle od niego wymagały! Ubrania, jedzenia, 
ciepła. Co sobie wyobrażały, ile właściwie może znieść samotny wdowiec?

- A gdzie jest Matti? - przerwał nagle ciszę Jorulv.

- Nie, nie widzieliśmy go od obiadu - zdumiał się Jorulv.
- Ale wyszedł przecież zaraz za wami - wtrąciła się Rebecka. - Widziałam, jak 
drepcze przez łąkę w stronę lasu.

Ciepła  kurtka  Mattiego  zniknęła.  Nigdzie  nie  było  też  jego  ukochanego 
drewnianego konika, którego wystrugał mu Jorulv.
Matti  uciekł.  Wybrał  się  do  wielkiego  lasu  całkiem  sam.  A  przecież  w  tych 
okolicach można było spotkać niedźwiedzia. Zdarzało się, że przechodziło tędy 
stado  wilków,  choć  ostatnio  dawno  już  ich  nie  widziano.  Ryś  także  mógł 
okazać  się  niebezpieczny  dla  małego  dziecka.  Moczary.  Urwiska.  Bezkresne 
lasy, w których tak łatwo zabłądzić.
Niepokój zmienił się w strach, w przerażenie, nawet ojciec pobladł. Ale słowa, 
które wypowiedział, zabrzmiały surowo:

Dzieci unikały jego wzroku. Nie rozumiały, że pod gniewem skrywał głęboki 
niepokój, dlatego właśnie wszystkie odwróciły się do niego tyłem.
Ojcu  po  plecach  przebiegł  dreszcz  strachu,  jakiego  nigdy  dotąd  jeszcze  nie 
doświadczył.  Przyzwyczajony  był  do  nieposłuszeństwa  Rebecki  i  jej 
pogardliwie nadętej miny. Reakcja Olego też nie była żadną niespodzianką.
Ale Jorulv? I Juliana?

Jak to daleko! Żeby mieć lepszy widok, wdrapał się na pagórek, ale Niebiańska 
Góra nie przybliżyła się ani odrobinę.
Najgorsze, że nie widział już ani domu, ani nawet tego dużego jeziora poniżej 
zagrody.

Popłakując  podreptał  dalej.  A  tak  dobrze  zapowiadała  się  ta  wyprawa!  Był 
najedzony i wypoczęty, bez trudu wędrował po okolicy. Wkrótce jednak dotarł 
do  bagniska  i  musiał  je  okrążyć.  Potem  natrafił  na  spore  jezioro,  nie  to  koło 
domu, lecz zupełnie inne. Wcale mu się nie spodobało. Obchodził je brzegiem, 
a wszędzie dookoła było tak pusto... A jeżeli zabłądził?
No i przecież matka go oczekiwała! Co się stanie, jeśli nie będzie mogła dłużej 
czekać?

background image

Arkusz1

Strona 14

I taki był zmęczony!
Nie mógł usiąść i odpocząć, bo wtedy napadłyby go wilki.
Wiedział, że musi iść dalej.

A nikt nie wiedział, dokąd się wybierał!
Łzy zaczęły płynąć mu po policzkach. Potknął się i wpadł na drzewo.
Nie chciał już nigdzie iść, nie miał sił. Musiał usiąść i choć chwilę odpocząć.
- Mamo! Boję się!

Zapadła noc.

Wołania, które nigdy nie doczekało się odpowiedzi.

Juliana zadrżała na samą myśl.

- A więc dobrze, jak chcecie - westchnął ojciec.

Pocieszało ich jedynie, że Matti zabrał ze sobą kurtkę i drewnianego konika.

- Czy ty jesteś aniołem?

Matti zaczął szybciej przebierać nóżkami. Bał się coraz bardziej, ale odpędzał 
od siebie wszystkie strachy.
Nie wolno mu myśleć o łosiu czy też niedźwiedziu, o wilku ani rysiu. A już na 
pewno  nie  o  tym,  co  mogło  być  jeszcze  groźniejsze!  Musi  tylko  iść,  iść  jak 
najszybciej przed siebie. Niedługo już będzie na miejscu.
Po pewnym czasie jednak spostrzegł, że zaczyna się ściemniać. Czy naprawdę 
do Niebiańskiej Góry było aż tak daleko? A na dodatek z głodu burczało mu w 
brzuchu.

Mrok  wokół  niego  gęstniał  z  każdą  chwilą.  Matti  już  nie  potrafił  wskazać, 
gdzie jest Niebiańska Góra.

Przycisnął do piersi drewnianego konika, skulił się na mchu i poczuł, że oczy 
same mu się zamykają. Nie zdołał już jednak unieść w górę powiek.

-  Zrobiło  się  zbyt  ciemno  -  ze  złością  parsknął  ojciec,  kiedy  on  i  czwórka 
najstarszych  dzieci  zebrali  się  na  skraju  lasu.  -  Wyruszymy  na  poszukiwania 
jutro rano, jak tylko się rozwidni.
Jorulvowi nadal w uszach dzwoniło echo rozpaczliwego wołania w lesie:
- Matti! Maaattiii!

-  To  prawda,  w  lesie  jest  już  za  ciemno  -  przyznał.  -  Ale  moglibyśmy 
przesondować  jeziorko.  Nad  wodą  jest  jeszcze  dość  widno  i  jeśli  weźmiemy 
pochodnie...

-  Muszę  sprawdzić,  co  z  Linneą  -  rzuciła  przez  ramię  i  pobiegła  w  kierunku 
domu.

Z drżącym lękiem w sercach zaczęli schodzić ku jeziorku. Dopóki byli w lesie, 
pozostawała wciąż iskierka nadziei, jeśli jednak znaleźliby Mattiego w wodzie, 
na dnie...

Matti  nie  obudził  się,  gdy  ktoś  pochylił  się  nad  nim,  a  potem  podniósł  go  do 
góry. Dopiero gdy wetknięto mu w rączkę ulubioną zabawkę, drgnął i otworzył 
oczy.
Nocny  wiatr  szeleścił  w  koronach  drzew,  ale  nie  było  już  tak  ciemno.  Matti 
spojrzał  w  twarz  osobie,  która  go  niosła,  i  w  jednej  chwili  na  dobre  się 
przebudził.

background image

Arkusz1

Strona 15

- Dlaczego tak uważasz? - uśmiechnął się mężczyzna.
- Bo miałem iść do mamy. Może to ona wysłała anioła, żeby mnie sprowadził?
Na chwilę zapadło milczenie.
- Mieszkasz w tym małym domku nad jeziorem, prawda?

- Naprawdę?!
- Tak. To ona prosiła, bym ci pomógł.
Jaka cudowna wiadomość! Matti odetchnął z ulgą.
- Dokąd idziemy? - zapytał po chwili.

- Tak.
- A więc wołali właśnie ciebie.
Matti dość długo nad tym rozmyślał. Najwidoczniej znów zrobił coś złego.
- Ojciec mnie nie lubi - wyznał wreszcie cichutko.
- To znaczy, że jedziemy na tym samym wózku.
- Na jakim wózku?
- To tylko takie powiedzenie, Matti. Mój ojciec także mnie nie lubi.
- Naprawdę? Dlaczego? Przecież ty jesteś taki piękny! Czy on cię bije?
- Nigdy mnie nie widział.

- Mogę iść sam - oznajmił.
- Tak? To bardzo dobrze.

Nie miał jednak skrzydeł, a więc chyba mimo wszystko nie był aniołem.

- Hop! Hop! Co robicie tak wcześnie nad wodą?
Matti, ucieszony, tryskający radością, biegł w ich stronę.

- Tak - kiwnął głową Matti. - Ale chciałem iść do Niebiańskiej Góry, bo mama 
poszła do nieba, a tam najłatwiej się dostać właśnie z Niebiańskiej Góry.
- Nie znajdziesz swojej mamy na Górze - uśmiechnął się mężczyzna przyjaźnie, 
lecz ze smutkiem. - Ale ona towarzyszy ci przez cały czas. Jest u twego boku, 
chociaż jej nie widzisz.

-  Do  domu,  tam  gdzie  mieszkasz.  Bardzo  się  o  ciebie  niepokoją.  Szukali  cię 
przez cały wieczór i przez całą noc. Nawoływali. Bo to ty masz na imię Matti, 
prawda?

Tego Matti nie potrafił objąć swoim rozumem. Jak ojciec tego człowieka mógł 
wiedzieć,  że  go  nie  lubi,  skoro  nigdy  go  nie  widział?  Nagle  przyszło  mu  do 
głowy co innego. Rebecka zawsze powtarzała, że jest już za ciężki, by go nosić.

Mężczyzna  postawił  Mattiego  na  ziemi  i  chłopczyk  mógł  mu  się  lepiej 
przyjrzeć.  Jego  tajemniczy  opiekun  miał  na  sobie  skórzane  ubranie,  buty  z 
kawałków  skór  obwiązanych  wokół  nóg  rzemieniem.  Długie  włosy  miękkimi 
falami spadały na ramiona.

W  niczym  to  Mattiemu  nie  przeszkadzało.  Powiedział  przecież,  że  mama  jest 
razem z nimi, a to było najważniejsze.
Chłopczyk w jednej rączce trzymał swego ulubionego konika, a drugą mocno 
ujął mężczyznę za rękę. Czuł się bezpiecznie. Bardzo podobała mu się ta dłoń.

Promienie  słońca  przedarły  się  przez  opary  porannej  mgły  i  oświetliły 
wycieńczonych,  zdesperowanych  ludzi  nad  jeziorem.  Podnieśli  głowy  i 
nasłuchiwali w napięciu!

background image

Arkusz1

Strona 16

Matti z zapałem odpowiadał na wszystkie pytania:

Matti urwał w pół słowa i ze spuszczoną głową szybko dokończył:

- I on jest bardzo piękny - zakończył relację Matti.
Rodzeństwo jednak nie było w pełni usatysfakcjonowane jego opowieścią.

Matti popatrzył na niego urażony.
- Wcale nie. Zobacz, bucik mi się rozleciał, a on obwiązał go rzemieniem!

Matti badawczo przyjrzał się ojcu, ale zaraz odwrócił się do najstarszego brata.

Wszyscy  pospieszyli  mu  na  spotkanie,  ojciec  szedł  jako  ostatni.  Był  zły  na 
malca,  ale  wyczuwał,  że  najmniejsza  nawet  reprymenda  może  wywołać 
prawdziwą  burzę.  Dlatego  mocno  zacisnął  zęby,  tłumiąc  gniewne  słowa,  i 
maszerował za dziećmi.

- Chciałem dojść do Niebiańskiej Góry, do mamy, ale okazało się, że to bardzo 
daleko,  i  bardzo  się  zmęczyłem,  no  i  zasnąłem.  Nocą  w  lesie  jest  strasznie, 
można zobaczyć to, czego nie ma naprawdę w dzień...
- Tak, tak - przerwał mu Jorulv. - Ale co się stało potem?
- Nie wiedziałem, że zasnąłem. Na początku płakałem, ale tylko troszeczkę. A 
potem on przyszedł i zaprowadził mnie do domu.
On?  Jaki  on?  Kto  taki?  Kto  cię  odprowadził?  -  zdumieni  pytali  jedno  przez 
drugie.
- Najpierw myślałem, że to anioł, ale nie miał skrzydeł, a wiec to niemożliwe. 
Powiedział, że mamy nie ma na Niebiańskiej Górze. Powiedział, że mama cały 
czas chodzi koło mnie, chociaż jej nie widzę. Powiedział, że czuwa nad nami 
wszystkimi, żeby ojciec...
-  ...  żeby  nic  się  nam  nie  stało.  To  mama  wysłała  go  do  lasu,  żeby  mnie 
odnalazł.
-  Matti  -  odezwała  się  Juliana  surowo.  -  O  kim  ty  właściwie  mówisz?  Wiesz 
przecież, że w lesie nie ma żadnych ludzi!

-  Tak,  wiem.  Ale  jego  ojciec  też  go  nie  lubi  i  właśnie  dlatego  on  mieszka  w 
lesie.
Ojciec  Mattiego  poczuł  nieprzyjemne  ukłucie  wyrzutów  sumienia  na  dźwięk 
słów „też go nie lubi”.

- Na pewno wszystko tylko ci się przyśniło - skwitował Ole. - Coś mi się widzi, 
że  przez  cały  czas  siedziałeś  schowany  między  drzewami  na  brzegu  lasu,  bo 
chciałeś nas wystraszyć.

Dokładnie  obejrzeli  rzemyk  i  orzekli,  że  rzeczywiście  nigdy  podobnego  nie 
widzieli.
- No dobrze, ale jak on miał na imię? I jak wyglądał? - dopytywała się Rebecka. 
- Był młody czy stary? Taki jak ojciec?

Nie, nie był taki jak ojciec. Jak Jorulv, tylko ciemniejszy. Miał całkiem czarne 
włosy.
-  Młody  chłopak?  -  rzekł  ojciec  z  niedowierzaniem.  -  Nic  więcej  o  sobie  nie 
powiedział?
- Zapytałem, czy jest Władcą Lasu, i on odparł, że nie, nie jest. Ale powiedział, 
że  go  zna.  I  dodał  jeszcze:  „Jeśli  ktoś  będzie  dla  ciebie  niedobry,  Matti, 
poproszę Króla Lasu, żeby się z nim rozprawił!”

background image

Arkusz1

Strona 17

- Dobrze, że jesteś już w domu, Matti!

Gdy zbliżała się wiosna, Juliana zaczęła odczuwać niepokój we krwi.

Niczego jednak nie widziała, czuła jedynie wiosenną gorączkę we krwi.

Jak cicho dokoła!

Czy  jedynie  przypadkiem  wszystkie  dzieci  jak  na  komendę  odwróciły  się  i 
popatrzyły na ojca? Ojciec zagryzł wargi i dopiero po chwili mruknął, że teraz, 
kiedy Matti nareszcie raczył wrócić do domu, mogą chyba iść coś zjeść i trochę 
się zdrzemnąć.
Kiedy  wracali  do  chaty,  Jorulv  położył  najmłodszemu  braciszkowi  rękę  na 
karku i powiedział:

Miesiące jakoś upływały. Ojciec rzadko rozmawiał z dziećmi, a i one nauczyły 
się  unikać  niepotrzebnych  scysji.  Dwoje  najmłodszych,  które  zawsze 
baraszkowały  na  łąkach  zanosząc  się  radosnym  śmiechem,  przycichło, 
zamknęło się w sobie. Starsze pracowały jeszcze bardziej zawzięcie, jak gdyby 
chciały zagłuszyć myśli.
Zima tego roku okazała się wyjątkowo łagodna, radzili więc sobie nieźle. Dużo 
czasu  mogli  spędzać  w  lesie,  poza  chatą,  i  nie  musieli  tłoczyć  się  w  ciasnej 
izbie. Wieczory były i tak dostatecznie nieprzyjemne.

Nigdy  nie  zdołała  zapomnieć  o  tajemniczym  wybawcy  Mattiego,  stał  się  on 
bohaterem jej marzeń.
Człowiek,  który  mieszka  w  lesie?  O  którym  nigdy  dotąd  nie  słyszeli?  Czy 
mogło to mieć jakiś związek z tym, o czym czasami któreś z nich wspominało? 
Zdarzało  się,  że  dostrzegali  jakieś  niezwykłe  poruszenie,  jakby  błysk  między 
drzewami, kiedy zbierali w lesie jagody albo chrust i mech.
Juliana postanowiła wziąć na siebie wszystkie tego typu prace i krążąc po lesie 
otaczającym dom, ukradkiem rozglądała się dokoła.

Coś  się  wydarzyło  dopiero  w  pewien  przepiękny  majowy  dzień,  kiedy 
wyprawiła  się  do  lasu  razem  z  Olem.  Ole  chciał  znaleźć  kawałek  drewna  na 
nowy ubijak, a Juliana zbierała brzozowe gałązki na nową miotłę.
Poprzedniego  dnia  pasła  kozy.  Nigdy  nie  wypuszczano  zwierząt  samych  do 
lasu, któreś z dzieci zawsze musiało pełnić funkcję pastuszka. Juliana zagnała 
stadko  do  małej  dolinki,  położonej  na  uboczu,  i  właśnie  wtedy  nagle  doznała 
niezwykłego wrażenia, że w pobliżu znajduje się jakaś żywa obca istota.
M o g ł o to być zwierzę. Wychowana w lesie dziewczyna znała jego tajemnice 
i  potrafiła  wyczuć  bliskość  zwierzęcia.  Tym  razem  jednak  było  w  tym  coś 
dziwnego.
Odczuła  to  szczególnie  wyraźnie,  kiedy  stanęła  na  wzniesieniu,  na  którym 
sosny i skalne bloki walczyły ze sobą o miejsce.
Dzisiaj skierowała się również ku dolince. Ole nie miał nic przeciwko temu, po 
prostu szedł za siostrą. Kiedy jednak dotarli do dolinki, Ole powędrował dalej 
w las i Juliana została sama.

I  dzisiaj  nawiedziło  ją  podobne  uczucie,  ale  może  wywołało  je  tylko  gorące 
pragnienie, by naprawdę ktoś był w pobliżu?
Nasłuchiwała skupiona,  niemal każdym  nerwem, a  stopy odruchowo poniosły 
ją ku wzniesieniu, na którym stała poprzedniego dnia.

background image

Arkusz1

Strona 18

- Ole? Ole, gdzie jesteś?
- Tutaj - dobiegł ją głos z oddali. Co sił w nogach popędziła do brata.

Ale Juliana postawiła na swoim.
Kiedy zbliżała się do dolinki, serce mocno jej biło z przejęcia.

Jest głupia, głupia, głupia!
Nagle serce jej zamarło, jakby zapomniało uderzyć przynajmniej dwa razy.

Juliana poczuła, że zakręciło jej się w głowie.

Ale dwa krzyże, które miała przed oczami, były prawdziwe, rzeczywiste!

Sama nie wiedziała, czego tam szuka, jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej 
kierunek  wędrówki.  Niczego  też  szczególnego  nie  znalazła,  ale  czy  tak 
naprawdę czegoś się spodziewała?
Działała całkiem podświadomie. Prawie nie zdając sobie sprawy z tego co robi, 
wyszukała  dwa  patyczki  i  ułożyła  je  skrzyżowane  na  płaskim  bloku  skalnym. 
Zdumiona przyjrzała się własnemu dziełu i zbiegła w dolinę. Co też jej przyszło 
do głowy?

Następnego  dnia  dobrowolnie  podjęła  się  pasienia  kóz.  Nie  była  to  wcale  jej 
kolej, powinna zostać w domu i zająć się pieczeniem chleba, ale udało jej się 
zamienić z Rebecką. Bracia ostro protestowali, bo rzadko kiedy smakowało im 
pieczywo Rebecki.

W dolince przystanęła, a kozy łapczywie rzuciły się na młodą wiosenną trawę, 
z zachwytem skubały pączki i zielone gałązki z okolicznych krzaków.
- Zostańcie tutaj - poleciła, jakby rozumiały, co do nich mówi. A może tak też i 
było?
Wspięła się po zboczu ku porośniętemu sosenkami wzniesieniu. Nie wiedzieć 
czemu,  kryła  się  między  krzakami,  jak  gdyby  dopuszczała  się  czegoś 
zakazanego.
Szła  ze  wzrokiem  utkwionym  w  wierzchołki  drzew,  starając  się  za  wszelką 
cenę  nie  patrzeć  tam,  gdzie  tak  bardzo  chciała  spojrzeć.  Pewnie,  że  było  to 
niemądre, ale tak strasznie obawiała się rozczarowania.
Rozczarowania?  Ale  z  jakiego  powodu?  Surowo  zganiła  samą  siebie.  Jak 
można być aż tak głupią?
Matti po prostu fantazjował, to przecież całkiem jasne. W lesie nie było nikogo 
poza nimi. I chociaż, być może, wówczas naprawdę ktoś mu pomógł, nie miała 
żadnych  podstaw,  by  przypuszczać,  że  jej  wytęskniony  bohater  wędrował  po 
lesie jeszcze przez wiele miesięcy.

Na płaskim głazie leżały dwa inne patyczki ułożone w znak krzyża. Obok tych, 
które ona zostawiła poprzedniego dnia.

Wiedziała  na  pewno,  że  nie  mógł  tu  przyjść  nikt  z  rodziny.  Przez  cały  czas 
pilnowała rodzeństwa i ojca, baczyła, by przypadkiem nie odkryli jej niemądrej 
tajemnicy.

Rozejrzała  się  dokoła,  ale  nie  dostrzegła  niczego  nowego.  Las  był  pusty  jak 
zawsze. To tylko wiosna obudziła jej tęsknotę.

background image

Arkusz1

Strona 19

Postanowiła spróbować raz jeszcze.

Juliana westchnęła głęboko, cała drżąc. Twarzyczkę jej rozpromieniła radość.

ROZDZIA  IV

Ł

- Nie, dziadek - wtrącił Ole.
Ojciec popatrzył na niego spode łba, ale nic więcej na ten temat nie powiedział.

- Milcz, dziewucho!

A  zatem  przypadek.  Tamten  krzyż  musiał  leżeć  tam  już  wczoraj,  choć  ona 
zwyczajnie  go  nie  zauważyła.  Niemożliwe,  by  ktoś  inny  tu  był.  Żadną  miarą 
niemożliwe.

Zbiegła  kawałek  w  dół  i  zebrała  nieduży  bukiecik  konwalii.  Owinęła  łodyżki 
wilgotnym mchem, by szybko nie zwiędły, i położyła bukiecik między dwoma 
krzyżami  z  patyczków.  Potem  szybko  wróciła  do  kóz,  które,  znudzone, 
zaczynały już się rozchodzić.
Wieczorem  postarała  się  znaleźć  wymówkę,  by  na  chwilę  pójść  nad  jezioro. 
Uklękła na brzegu, wpatrując się w ciemną, przejrzystą wodę.
Och,  nie  było  na  co  patrzeć!  Doprawdy,  daleko  jej  do  Rebecki,  ślicznej, 
ciemnookiej, o szerokim uśmiechu i wesołym piegowatym nosku.
Ona  była  taka  nijaka,  przypominała  kępkę  zwiędłej  trawy,  tak  przynajmniej 
sama uważała.
Bo  przecież  woda  w  jeziorku  nie  mogła  odbić  ciepła  bijącego  z  jej  wielkich, 
błękitnych  oczu,  piękna  ust  i  łagodnie  zarysowanego  czoła.  Juliana  podobna 
była  do  matki  jak  dwie  krople  wody.  Stanowiłaby  wymarzoną  zdobycz  dla 
despotycznego  mężczyzny,  który  dręczyłby  żonę,  bo  tacy  zawsze  potrafią 
upatrzyć  sobie  ofiarę.  Matka  często  martwiła  się  o  przyszłość  Juliany, 
pocieszając  się  tylko,  że  prawdopodobnie  córka  nie  spotka  nikogo,  z  kim 
mogłaby dzielić życie. W lesie mieszkali przecież tylko oni.
Juliana  skończyła  właśnie  siedemnaście  lat.  Czy  było  więc  coś  dziwnego  w 
tym, że wrażliwa dziewczyna śniła o bohaterze Mattiego?

Kiedy następnego dnia wróciła na wzgórze, konwalie zniknęły. Leżał tam teraz 
bukiecik najpiękniejszych dzwonków.

Tej  wiosny  ojciec  nie  mógł  wytrzymać  już  dłużej.  Milczenie  dzieci  było  tak 
wymowne, że w końcu się poddał.
Pewnego dnia, kiedy niemy opór dał się odczuć jeszcze wyraźniej niż zwykle, 
cisnął swym kapeluszem z szerokim rondem o podłogę i wrzasnął:
-  Doprawdy,  jesteście  już  dostatecznie  dorośli,  by  radzić  sobie  samodzielnie! 
Żaden  mężczyzna  nie  zniósłby  takiego  życia.  To  mój  dom,  nie  wasz,  ja  go 
zbudowałem...

-  Ja  także  mam  prawo  do  własnego  życia  -  burknął,  spuszczając  z  tonu.  - 
Mężczyzna nie został stworzony do życia w samotności,  takie są słowa  Pana. 
Wyprawię się w doliny i znajdę sobie dziewczynę, która będzie umiała zająć się 
gospodarstwem.  Dom  przypomina  już  chlew!  Sami  zobaczcie,  jak  wygląda 
stół!
- Nie miałam czasu, by po tobie posprzątać, ojcze - odparła Rebecka. Odszedłeś 
od wieczerzy jako ostatni.

background image

Arkusz1

Strona 20

Nic na to nie umieli odpowiedzieć. Słowa ojca odebrały i im mowę.

Za późno na co?
Potykając się, biegła zdyszana w górę zbocza.

W końcu odetchnęła głęboko parę razy i otarła oczy rąbkiem fartucha.

A może Władca Lasu?

Westchnęła ciężko i wstała, postanawiając wracać do domu.

Nie odezwał się więcej, a wiele miał im jeszcze do powiedzenia. Choćby to, że 
są już na tyle duzi, by samodzielnie wyruszyć w świat, bo on przecież nie ma 
wcale  obowiązku  karmienia  ich  przez  całe  życie.  Najchętniej  pozostawiłby  w 
domu jedynie Linneę i Olego, a reszcie nakazał się wynosić, i to jak najprędzej.
Teraz  jednak  postanowił  milczeć.  Mimo  wszystko  nadal  byli  mu  potrzebni. 
Trudno przewidzieć, jak zakończy się wyprawa w dolinę, no a Ole i Linnea nie 
mogli zostać sami, to nie wchodziło w grę.
Gdyby  tylko  udało  mu  się  znaleźć  robotną  kobietę,  to...  Wyrzuciłby  ich  w 
jednej chwili, zrobił już dla nich to, co do niego należało.
Dzieci popatrzyły na siebie spłoszone. Matka czasami wspominała o świecie za 
lasem,  one  jednak  tak  naprawdę  nic  o  nim  nie  wiedziały,  w  głębi  duszy 
przekonane, że grasują w nim same złe moce.
Ojciec  miał  zamiar  sprowadzić  tu,  do  domu,  jakąś  dziewczynę  z  tamtego 
świata, która w dodatku miałaby zająć miejsce matki?
-  Kiedy  mnie  nie  będzie,  macie  się  trzymać  blisko  chałupy,  zrozumiano?  - 
warknął  ojciec.  -  Pilnujcie  porządku  w  gospodarstwie  i  dbajcie  o  zwierzęta. 
Kiedy  wrócę  z  nową  żoną,  wszystko  ma  lśnić!  Inaczej  nie  będzie  chciała  tu 
zostać.

Ubranie ojca należało wyprać i połatać. Dwa dni później wyruszył. Patrzyli za 
nim,  jak  okrążał  jeziorko,  aż  wreszcie  zniknął  za  wzgórzami  po  drugiej  jego 
stronie.
A  więc  dobrze  wiedział,  jak  dojść  do  doliny,  którą  płynęła  rzeka,  pomyślał 
Jorulv z uczuciem wewnętrznej pustki. Wiedział, ale nie wspomniał o tym ani 
słowem.
Wyprawa ojca sprawiła, że Juliana przez wiele dni nie miała czasu, by pójść do 
lasu. Ale kiedy Rebecka spróbowała wyrzucić bukiecik zwiędłych dzwonków, 
stojący  w  kubeczku  na  oknie,  Juliana  gwałtownie  zaprotestowała.  Wyrwała 
naczynko  z  rąk  siostry,  zostawiając  Rebeckę  oniemiałą  ze  zdziwienia.  Po  co 
komu zwiędłe kwiaty pod poduszką?
Wreszcie  jednak  Juliana  znalazła  czas,  by  skupić  się  na  swoich  sprawach. 
Pomknęła do lasu jak wiatr, przestraszona, że przybędzie za późno.

W  tym  samym  miejscu  co  poprzednio  leżał  bukiecik  najpiękniejszych 
wiosennych  kwiatków.  Niestety,  zdążył  już  zwiędnąć,  nie  zabrała  go  stąd  na 
czas.
Juliana przysiadła na  kamieniu  i wybuchnęła płaczem z żalu za  czymś, czego 
właściwie nigdy nie miała, a jednak utraciła.

Przecież nic nie wiedziała o tej tajemniczej osobie, która kładła tu kwiaty. Mógł 
to być każdy, na przykład jakiś stary dziad albo mała dziewczynka.

Opowiedziana  przez  Mattiego  historia  o  młodym,  pięknym chłopcu  zawróciła 
jej w głowie. Przecież dobrze wiedziała, że w lesie nikt nie mieszka, nie było tu 
ani starych dziadów, ani młodych panienek, ani...

background image

Arkusz1

Strona 21

Zmieniła jednak zdanie, na chwilę przystanęła zamyślona.

Rodzeństwo dopytywało się, gdzie się podziewała tak długo.
- Poszłam się trochę przejść - odparła lekko.

Chcę się przekonać, kto tu przychodzi, mówiła do siebie w duchu. Ale jak mam 
przekazać wiadomość? Nie mogę tu przecież siedzieć cały dzień! A może on w 
ogóle nie przyjdzie, dlatego że nie zabrałam kwiatów?
Napisać nic nie mogła, bo pisać nie umiała. Ale może przyjdzie jej do głowy 
jakiś znak, który mogłaby zostawić?
Upłynęła  dobra  chwila,  zanim  wymyśliła,  co  zrobi.  Nie  była  pewna,  czy  ten 
ktoś  zrozumie,  o  co  jej  chodzi,  ale  umieściła  najpierw  kwiat  mlecza,  który 
wyobrażać  miał  słońce,  a  potem  ułożyła  patyczki  na  kształt  dwojga  ludzi  i 
zaznaczyła, że słońce stoi na niebie tuż nad ich głowami.
Juliana postała chwilę, podziwiając swoje dzieło, uzupełniła kilka szczegółów i 
pobiegła do domu. Była tak przejęta, że serce omal nie wyskoczyło jej z piersi.

Rotmistrzowi  von  Adelkalkowi  w  rok  po  przyjściu  na  świat  syna,  po  którym 
wszelki  ślad  zaginął,  urodziła  się  córeczka,  a  pięć  lat  później  -  nareszcie 
chłopczyk, tym razem jasnowłosy jak jego siostry. Rotmistrz przelał na synka 
całą miłość, do jakiej był zdolny, a dziewczynki zaniedbywał jak przedtem.
Najmłodsza  córka  miała  naprawdę  na  imię  Elisabeth,  ale  nazywano  ją  krótko 
Lisen.  Była  bystrą,  żywą  dziewczynką,  niezwykle  pogodną  i  obdarzoną 
poczuciem  humoru.  Mogło  się  jej  to  bardzo  przydać,  jeśli  miała  czymś  się 
wyróżnić  w  gromadce  rodzeństwa,  składającej  się  z  trzech  zaszczutych, 
zgnębionych dziewcząt i jednego rozpieszczonego chłopaka. Matka, co prawda, 
nie  zaniedbywała  żadnego  ze  swych  dzieci,  była  jednak  do  tego  stopnia 
zastraszona przez męża, że ogarniało ją drżenie już na sam dźwięk głosu pana i 
władcy.
Kiedy rotmistrza nie było, Lisen ośmielała się mówić najokropniejsze rzeczy o 
swoim  ojcu,  co  matkę  wprawiało  w  stan  wielkiego  wzburzenia.  „Przebrzydły 
nadęty dziad” - to jedno z bardziej eleganckich wyrażeń dziewczynki.
Upłynęło  już  tak  wiele  lat,  a  rotmistrz,  choć  można  było  tego  oczekiwać,  nie 
awansował. Winny był temu przykry incydent związany z żołnierzami, których 
znaleziono  martwych  na  stopniach  jego  dworu.  Zwierzchnikom  rotmistrza 
bardzo się to nie spodobało. Nigdy nie wykryto ani sprawcy przestępstwa, ani 
też  motywów,  i  rotmistrz  dalej  krzykiem  rządził  wszystkimi,  którzy  nawinęli 
mu się pod rękę. Grzechem byłoby twierdzić, że powszechnie go lubiano.
Matka  Lisen  często  bywała  zasmucona.  Zdarzało  się,  że  godzinami  stała  w 
oknie spoglądając w stronę lasu, a po policzkach nieprzerwanym strumieniem 
płynęły jej łzy.
Lisen nie mogła się dowiedzieć, co gnębi matkę.
Dopiero  pewnego  dnia,  gdy  została  wysłana  do  szwaczki  po  odbiór 
haftowanego stanika dla matki, poznała tajemnicę.

background image

Arkusz1

Strona 22

- Oczywiście, że nie! Nie powinien tak się wywyższać!

- Temu krzykaczowi? Nigdy w życiu!

Szwaczka, nosząca imię Elin, samotnie wychowywała dziecko, które przyszło 
na świat poza małżeństwem. Fakt ten zdawał się jednak nie przeszkadzać matce 
Lisen,  która  najwyraźniej  żywiła  słabość  do  tej  kobiety.  Elin  doskonale 
opanowała  swoje  rzemiosło,  a  dzięki  łaskawemu  odnoszeniu  się  do  niej 
baronowej  i  inne  panie  w  mieście  skłonne  były  przez  palce  patrzeć  na 
przeszłość Elin i korzystać z jej usług.
Elin  była  córką  miejskiej  akuszerki.  Jej  syn  miał  tyle  lat  co  Lisen,  ale  z  nim, 
naturalnie, dziewczynie nie wolno było rozmawiać.
Lisen,  z  natury  otwarta  i  szczera,  paplała  tak,  że  usta  jej  się  nie  zamykały, 
podczas gdy Elin kończyła ostatnie szwy przy staniku.
-  Taka  jestem  zła  na  mego  brata  -  westchnęła  Lisen.  -  Jest  taki  wyniosły,  że 
trudno  z  nim  wytrzymać.  Twierdzi,  że  wolno  mu  robić  to,  co  chce,  bo  to  on 
odziedziczy dwór i cały majątek.
- Źle, że tak mówi - mruknęła Elin. - To bardzo niestosowne.

- Nie to wcale miałam na myśli - cicho powiedziała Elin. - Wszystko to razem 
wstyd i hańba, i tak bardzo, bardzo żal mi jaśnie pani... Niczym sobie na to nie 
zasłużyła!
- Co takiego? O co ci chodzi? - dopytywała się Lisen. Czyżby nagle nadarzyła 
się okazja, by dowiedzieć się, dlaczego matka zawsze jest taka smutna?
Elin  nie  miała  ochoty  zdradzić  nic  więcej,  ale  Lisen  nalegała,  postanowiła 
poznać prawdę. Wreszcie szwaczka ustąpiła.
-  No  cóż,  jestem  zdania,  że  prędzej  czy  później  cała  rzecz  powinna  wyjść  na 
jaw - rzekła zdecydowanie, odkładając szycie na bok. - Panna Lisen jest dobrą, 
rozumną  dziewczynką.  Ale  nie  wolno  wspomnieć  o  tym  ojcu,  ani  jednym 
słowem!

-  Kiedyś  zdarzyło  się  coś  naprawdę  strasznego  -  zaczęła  Elin  i  opowiedziała 
baronównie  całą  tragiczną  historię  o  dziecku  niepodobnym  do  żadnego  z 
rodziców,  o  tym,  jak  właśnie  jej  zlecono  ukrycie  noworodka  w  lesie,  o 
ścigających  żołnierzach.  Powiedziała,  że  dzieckiem  zaopiekowała  się 
tajemnicza postać, która obiecała zwrócić dziecko matce, gdy nastąpi po temu 
czas, to znaczy kiedy rotmistrz już umrze. Nie taiła też prawdy o żołnierzach, 
gwałcie i śmierci nikczemników, którą niechybnie spowodował ów tajemniczy 
ktoś,  kto  zabrał  dziecko  z  jej  rąk.  Wspomniała  też  o  swoim  synku,  owocu 
gwałtu, i pogardzie, jaką wobec nich żywiło całe miasteczko.
Lisen  siedziała  w  milczeniu,  zaciskając  dłonie,  aż  kostki  jej  bielały.  Patrzyła 
przed siebie, niczego jednak nie widząc. Wreszcie wykrztusiła:
-  A  więc  tak  to  wszystko  wygląda!  Teraz  nareszcie  rozumiem.  Śmierć 
żołnierzy, twój wypadek. Tak, bo to był wypadek, i jeśli kiedykolwiek źle cię 
potraktowałam, to bardzo proszę, wybacz mi.
-  Panna  Lisen  nigdy  źle  się  do  mnie  nie  odnosiła  -  szepnęła  Elin.  -  Ale  tak 
bardzo żal mi mego synka.

- Rozumiem. Ojciec zabrania mi rozmawiać z nim pod jakimkolwiek pozorem, 
ale  teraz  z  wielką  radością  przestanę  go  słuchać!  -  Na  chwilę  zapadło 
milczenie,  ale  zaraz  Lisen  z  głębi  serca  wyrwało  się:  -  I  pomyśleć,  że  mam 
starszego brata...

background image

Arkusz1

Strona 23

- No tak, to prawda. Czy nigdy nie miałaś o nim żadnej wiadomości?
- Nie słyszałam ani słowa. Ale matka panienki okazuje mi wielką dobroć.

Przybył do miasteczka, by znaleźć sobie żonę.

Nie, nie miał trudności ze zdobyciem kobiety.

Nie pamiętał też, że upływające lata zostawiają na człowieku bezlitosne ślady.

- Nie jest wcale pewne, czy on żyje - hamowała jej podniecenie Elin.

Lisen odchodząc miała łzy w oczach.
-  Matce  także  nic  o  tym  nie  powiem  -  obiecała.  -  Ale  bardzo  dziękuję,  że 
zechciałaś  mi  o  tym  opowiedzieć,  tak  wiele  pomogłaś  mi  zrozumieć.  - 
Uśmiechnęła  się  smutno.  -  Teraz  pewnie  i  ja  będę  stać  przy  oknie  i  z  żalem 
wyglądać na las...

Wiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  gdy  odwiedził  je  po  raz  ostatni.  Więcej  niż 
czterdzieści lat. Był wtedy małym chłopcem, którego ojciec zabrał ze sobą. Od 
tamtego  czasu  ogromnie  dużo  się  tu  zmieniło,  osada  rozrosła  siej  rozciągnęła 
po obu stronach rzeki. Zbudowano nawet most, łączący obie części miasteczka.
Z trudem poznawał okolice, zauważył jednak, że nie jest wcale gorzej ubrany 
niż  pracownicy  tartaczni,  chłopi  czy  bezrobotni  szwendający  się  po  uliczkach 
przy rynku. Stroje kobiet były natomiast mniej podarte i schludniejsze.
Kobieta.  Na  pewno  nie  będzie  trudno  jakąś  złowić.  Nie  miał  szczególnych 
kłopotów ze zdobyciem tej, która została matką jego dzieci. Oddała mu serce, 
kiedy tylko oboje do tego dojrzeli, a dziecka spodziewała się już po pierwszym 
razie, gdy obcowali ze sobą jak mąż z żoną.
Zapomniał, że ona, młodziutka dziewczyna, wychowana w lesie, na odludziu, 
nie  miała  żadnej  możliwości  wyboru.  On  był  jedynym  chłopakiem,  jakiego 
spotkała.

Teraz uważnie przyglądał się każdej napotkanej niewieście, ze wzgardą patrzył 
na chude i bardziej podeszłe w latach, bezwstydnie gapił się na młode. Niestety, 
te, które podobały mu się najbardziej, młode, ładne i okrągłe, wydawały się już 
zajęte.
Postanowił, że skoro już tu przyszedł i trafiła mu się taka okazja, to napije się 
piwa. Wiedział wszak,  jak należy się zachować, przecież raz kiedyś był już z 
ojcem w miasteczku. Ojciec zabrał go do pięknej gospody, zasiadł przy stole i 
pił piwo z kufla, aż piana osiadła mu na wąsach... Wspaniałej gospody nigdzie 
jednak nie mógł znaleźć. Chyba że... Czyżby to ta nędzna knajpa tam dalej? No 
tak, rzeczywiście to właśnie tu.
Zawahał się przez moment, ale w końcu wszedł do małej, obskurnej izby. Na 
pewno go tu rozpoznają.
Rzecz jasna nikt nie zwrócił nań uwagi. Pieniądze, niewielka sumka, którą żona 
zdołała  odłożyć  z  myślą  o  przyzwoitym  pogrzebie,  wyszły  już  z  obiegu,  ale 
karczmarz  zgodził  się  je  przyjąć.  Dostał  kufel  piwa  i  zasiadł  przy  jednym  z 
kulawych stołów. W pomieszczeniu cuchnęło, a pozostali goście, siedzący przy 
sąsiednich  ławach,  sprawiali  wrażenie  mocno  podpitych.  Ale  jemu  to  nie 
przeszkadzało, zadowolony wyglądał przez okno, pił swoje piwo, starając się, 
by jak najwięcej piany osiadło mu na wąsach, i cieszył się, że taki z niego pan 
pełną gębą.

background image

Arkusz1

Strona 24

- Chowa co prawda syna bękarta, ale...
- O, nie, nie chcę więcej żadnych bachorów!
- Ale chłopak jest już prawie dorosły i podobno robota pali mu się w rękach!

Z tym większą radością przyjmie jego propozycję.

W czym mogła mu pomóc?

Po  pewnym  czasie  przysiadł  się  do  niego  karczmarz,  zainteresowany 
nieznajomym.  Chłop  wyjaśnił,  z  jaką  to  sprawą  przybył  do  miasteczka,  a 
karczmarzowi  z  trudem  udało  się  powstrzymać  od  śmiechu.  Ten  człowiek 
najwyraźniej miał bardzo wygórowane ambicje i nie zastanawiał się ani trochę, 
co sam ma do zaoferowania.
- No, nie będzie łatwo znaleźć kobietę, jakiej szukacie - powiedział karczmarz z 
udawaną  powagą.  -  Baby  są  teraz  takie  wymagające,  chcą,  by  im  obiecywać 
złote góry. I na dodatek z sześciorgiem dzieci...?
Chłop  pomyślał,  że  gór  może  zapewnić  pod  dostatkiem,  gorzej  z  takimi,  co 
dałyby złoto...
-  Ale  wiem  o  jednej,  co  jeszcze  jest  dość  młoda  i  nieźle  wygląda,  a  i 
wybrzydzać nie powinna, przypuszczam, że skłonna będzie wziąć byle co.
Wzdrygnął się chłop, słysząc te słowa, rozważył w myślach, czy nie napomknąć 
by o tym, co posiada, ale postanowił zmilczeć i słuchać dalej.

-  A,  to  co  innego!  Muszę  ją  obejrzeć,  sprawdzić,  czy  warto  ją  brać.  Gdzie 
mieszka?
Karczmarz  wyjaśnił,  jak  szukać  domku  owej  niewiasty,  i  chłop,  nie  czekając 
dłużej, pokrzepiony piwem, zaraz tam wyruszył.
Doprawdy,  pięknie  mieszkała  ta  Elin!  Mogliby  się  tu  osiedlić,  ten  dom 
wyglądał  na  o  wiele  wygodniejszy  niż  jego  nędzna  chałupa  w  lesie.  Nie 
zawadza nawet, że kobieta ma bękarta.

U Elin jednak czekała go niespodzianka.
Popatrzyła  ze  zdziwieniem  na  podstarzałego,  zaniedbanego  mężczyznę.  Taki 
był  niezgrabny,  brakowało  mu  wielu  zębów,  a  brud  wrósł  mocno  w  skórę, 
widać było, że czystość jest mu sprawą najzupełniej obojętną.

Chłop  uderzył  w  ton  przechwałek,  chełpił  się  wspaniałym  majątkiem, 
ciągnącymi  się  na  mile  lasami,  których  był  właścicielem.  Była  to  naturalnie 
gruba  przesada,  uznał  jednak,  że  może  sobie  na  nią  pozwolić.  Czyż  lasy  nie 
były dostępne dla wszystkich? A przecież on tam mieszkał, tym samym uważał, 
że  ma  największe  prawo,  by  z  nich  korzystać!  Owszem,  ma  sześcioro  dzieci, 
ale nimi nie należy się przejmować. Potrzebna im matka, ot i wszystko, a i jemu 
przyda się kobieta w domu.
Łakomym  wzrokiem  obrzucił  jej  łóżko,  które  stało  w  izdebce  w  głębi  domu. 
Zorientował się, że Elin jest szwaczką, świadczyły o tym nie dokończone części 
garderoby  i  skrawki  materiałów.  Musiała  być  niezłą  partią,  no  i  wcale 
niebrzydka.  Nie  była,  co  prawda,  chodzącą  pięknością,  ale  jeszcze  względnie 
młoda  i  miała  okrągłe,  wdzięczne  kształty.  Dokładnie  taka,  jaką  chciał.  Tak, 
powziął już decyzję.
-  Nie  przeszkadza  mi,  że  chowasz  bękarta  -  rzekł  wielkodusznie.  -  Może  iść 
razem  z  tobą,  przyda  się  na  gospodarstwie.  A  najlepiej  będzie,  jak 
zamieszkamy tu, u ciebie, dzieciaki same sobie poradzą.

background image

Arkusz1

Strona 25

Zacisnęła usta w wąską kreskę i wreszcie udało jej się wypchnąć go za drzwi.

Dlatego właśnie tak bardzo się o nie martwiła.

Dzieciom jednak wiodło się nie najgorzej, przynajmniej z początku.

ROZDZIA  V

Ł

Elin uniosła dłoń, by mu przerwać. Jednoznacznie dała do zrozumienia, że jego 
propozycja  wcale  to  a  wcale  jej  nie  interesuje.  Policzki  jej  płonęły, 
zachowywała się, jakby uraził jej godność. Cóż za bzdury! Kobieta taka jak ona 
nie mogła sobie przecież pozwolić na pielęgnowanie własnej dumy!
- Możemy później o tym pomówić - stwierdził wreszcie. - Potrzebujesz nieco 
czasu,  by  przywyknąć  do  tej  myśli,  długo  przecież  żyłaś  samotnie.  Nie 
spodziewałaś się tak  świetnej propozycji, pewnie spadła na ciebie jak grom z 
jasnego nieba, co? Ale nie mam dziś gdzie przenocować, możesz więc przyjąć 
mnie  w  gościnę,  prawda?  Mam  ochotę  spędzić  noc  u  boku  kobiety,  a  ty 
przecież  nie  musisz  dbać  o  swoje  dobre  imię.  Pewnie  też  ci  tęskno  do 
mężczyzny? Takiej jak ty niełatwo znaleźć kogoś porządnego.
Z  ust  płynął  mu  potok  słów.  Chciał  odegnać  z  jej  twarzy  ten  dziwny  wyraz 
napięcia, ale im więcej mówił, tym bardziej tężały rysy Elin.

Kiedy  tak  nagle  znalazł  się  z  powrotem  na  ulicy,  czuł  się  kompletnie 
zdezorientowany.
-  Piekielne  babsko  -  mruknął  pod  nosem.  -  Nic  nie  warta.  Nie  chciałbym  jej 
dotknąć  nawet  obcęgami.  No  i  nieślubne  dziecko,  właściwie  od  razu  było 
wiadomo, z kim ma się do czynienia.
Dzień  miał  się  ku  końcowi.  Oburzony,  z  kwaśną  miną,  poszedł  spać  do  lasu. 
Zasnął pod krzakiem, obrażony na cały świat.

Tam  właśnie  znalazł  go  włóczęga-rzezimieszek.  Ponieważ  chłop,  wybierając 
się  do  miasta,  włożył  czyste,  starannie  pocerowane  ubranie,  rabuś  doszedł  do 
wniosku,  że  przejezdny  musi  mieć  przy  sobie  i  pieniądze.  Nie  wahając  się 
długo,  wbił  nóż  w  plecy  śpiącego  i  obrabował  z  tych  paru  marnych  rzeczy, 
które  przedstawiały  sobą  jakąś  wartość  -  kilku  drobnych  monet,  ubrania  i 
butów.
Elin  usłyszała  o  morderstwie  kilka  dni  później.  Zaraz  zrozumiała,  kim  była 
ofiara, i zapłakała ze współczucia. Elin była bowiem kobietą o gorącym sercu, 
tyle że nie miała ochoty wiązać się z nieokrzesanym obcym przybyszem.
Myślała jednak przede wszystkim o sześciorgu dzieciach, o których wspomniał 
ten  człowiek.  Wiedziała  o  nich  tak  niewiele,  nie  miała  pojęcia  ani  gdzie 
mieszkają, ani w jakim są wieku.

Nigdy nie miały tyle spokoju. Przed nimi było całe ciepłe, cudowne lato, a na 
łąkach  znów  dzwonił  wdzięczny  dziecięcy  śmiech.  Starsze  wiedziały,  że 
upłynie  jeszcze  wiele  dni,  zanim  ojciec  powróci,  i  radowały  się  nagłą 
wolnością.  Gorliwie wypełniały swoje obowiązki, troszczyły się o zwierzęta i 
ani przez chwilę nie zatęskniły za ojcem.
Z  twarzyczki  Juliany  w  tym  czasie  dosłownie  bił  blask.  Kiedy  któreś  z 
rodzeństwa dopytywało się, co ją tak cieszy, kręciła tylko głową. Strzegła swej 
tajemnicy, jakby była z najszczerszego złota.

Dzień  po  tym,  jak  Juliana  zostawiła  na  kamieniu  wiadomość,  niebo  było 
zachmurzone. Skąd więc mogła wiedzieć, kiedy dokładnie nastanie południe?

background image

Arkusz1

Strona 26

Postanowiła więc, że da swemu obrazkowi jeszcze jedną szansę.

Przedpołudnie upływało spokojnie.

- Tak! - szepnęła do siebie.
Rzeczywiście, ktoś był tu przed nią.

W  domu  nigdy  nie  mieli  zegara  -  czas  odmierzali  według  słońca  i 
zmieniających się pór roku. Będąc jednak dzieckiem natury, Juliana jakby przez 
skórę  wyczuła  zbliżające  się  południe.  Udała  przed  rodzeństwem,  że  ma  coś 
jeszcze  do  zrobienia  w  oborze,  w  rzeczywistości  jednak  okrążyła  zagrodę  i 
pobiegła  do  lasu.  Istniało  pewne  ryzyko,  że  któreś  z  pozostałych  dzieci  ją 
dostrzeże,  ale  nie  miała  innego  wyjścia,  musiała  wszystko  postawić  na  jedną 
kartę.
Niewielkie wzgórze leżało pogrążone w ciszy pod szarym, ciężkim od deszczu 
niebem  bez  najmniejszego  choćby  znaku  życia.  Jakby  całkiem  opuszczone. 
Kiedy ujrzała swój pieczołowicie wykonany obrazek nietknięty, rozczarowanie 
niby kamień legło jej na duszy.

Najwyraźniej  nikt  nie  odwiedził  tego  miejsca.  Juliana  miała  wielką  ochotę 
jednym ruchem zniszczyć swoje dzieło. Ale czego właściwie się spodziewała? 
Maleńki bukiet polnych kwiatków, który tajemniczy nieznajomy zebrał dla niej, 
także przecież leżał i wiądł przez wiele dni, dlatego że jej nie udało się wyrwać 
z domu.

Czy nie powinna  przysiąść na chwilę i poczekać? Słońce skryło się wszak za 
chmurami, może mimo wszystko nie trafiła na właściwy moment?
Ale, jeśli nie chciała wzbudzić podejrzeń rodzeństwa, nie wolno jej było dłużej 
zwlekać. Musiała wracać do domu.
Tego dnia nie umiała dzielić z rodzeństwem radości i dobrego humoru. Przez 
całe popołudnie i wieczór chodziła milcząca i zamyślona.
A  jednak...  Kiedy  wstał  kolejny  dzień,  Juliana  obudziła  się  z  nową  nadzieją. 
Matti  i  Linnea  baraszkowali  w  łóżku,  tocząc  bitwę  na  poduszki  z  grubego 
płótna.  Zwykle  nie  pozwalano  im  na  taką  zabawę,  ale  tego  dnia  wyjątkowo 
Juliana  postanowiła  nie  łajać  malców.  Nie  miała  ochoty  sprawiać  nikomu 
przykrości, sama wszak czuła, że radość i nadzieja omal nie rozsadzą jej piersi.

Najwspanialsze  ze  wszystkiego  było  to,  że  wiatr  rozpędził  grubą  pokrywę 
chmur.
Poweselała, z ochotą zabrała się do pracy. Zmiotła sieczkę z podłogi i pomogła 
Olemu  reperować  zrobioną  przez  ojca  sieć.  Udał  im  się  ostatni  połów  w 
jeziorku, obiady mieli więc zapewnione na wiele dni.

Kiedy słońce stanęło w najwyższym punkcie, Juliana tak jak poprzedniego dnia 
chyłkiem  wymknęła  się  z  domu.  Moment  był  ku  temu  akurat  odpowiedni, 
wszyscy  właśnie  się  najedli  i  teraz  odpoczywali  po  posiłku.  Kiedy  ojca  nie 
było, mogli pozwolić sobie nawet na krótką drzemkę.
- Dobry Boże - modliła się w duchu Juliana. - Spraw, by się okazało, że ktoś 
tam był!
Julianie nigdy nie przyszło do głowy, że ten, z którym nawiązała kontakt, mógł 
okazać  się  niebezpiecznym  złoczyńcą,  bawiącym  się  w  chowanego  z  naiwną 
dziewczyną i wyczekującym okazji, by pewnego dnia rzucić się na nią.
Kiedy powoli, krok za krokiem, wspinała się na wzgórze, nabierała pewności, 
że jest zupełnie sama. Pozostała jej już tylko jedna jedyna nadzieja i...

background image

Arkusz1

Strona 27

Juliana nie mogła jednak zrozumieć, co miały przedstawiać.

- Och, nie! - jęknęła zgnębiona.
Juliana nie znała ani jednej litery.
Co miała począć? Kto mógł jej pomóc?
Nagle odetchnęła głęboko i szeroko otworzyła oczy. Ole!

- Nieważne! Powiedz mi tylko, co to znaczy!

Zdumiona wpatrywała się w wiadomość, którą sama zostawiła. Była nietknięta, 
ale znaków przybyło. Pod jej rebusem, przedstawiającym dwoje ludzi i słońce, 
ułożono wiele nowych znaków.

Ze strachu, że mogłaby coś zniszczyć, nie śmiała niczego dotknąć, przyglądała 
się im tylko ze wszystkich stron. Wreszcie jednak pojęła, czym były tajemnicze 
znaki: literami!

Ole  zapytał  kiedyś  matkę,  co  oznacza  napis  na  jedynej  księdze,  jaka  była  w 
domu, opasłym tomie odziedziczonym po rodzicach matki. „Nie wiem - odparła 
matka - ale może napisano tam «Biblia»?”
Przez  wiele  dni  Ole  z  ogromnym  zainteresowaniem  studiował  te  litery.  „Tak 
właśnie musi być - stwierdził w końcu. - Bo dwie z tych liter są takie same, a w 
słowie «Biblia» są też dwa takie same dźwięki. B.”
Z taką wiedzą daleko jednak nie zaszedł. Dopiero w dniu, kiedy ojciec, który 
znał na pamięć spore urywki Biblii, zdradził, że wie, jak się ona zaczyna, nieco 
rozjaśniło mu się w głowie. Pierwsze zdanie miało brzmieć: „Na początku Bóg 
stworzył niebo i ziemię”.
Najpierw  Olemu  wydało  się  to  wszystko  niesłychanie  zagmatwane,  sądził 
bowiem,  że  napis  „Księgi  Mojżeszowe”  jest  właśnie  początkiem.  Po  długich 
staraniach pojął wreszcie związek. Rozpoznał literę I, no i oczywiście B, stąd 
„Bóg”... Dalej poszło już znacznie łatwiej. Przyjmując te kilka słów za punkt 
wyjścia,  zdołał  poskładać  i  dalszy  ciąg.  Niektóre  słowa  były  bardzo  trudne, 
nauczył się jednak czytać, niezbyt dobrze, ale wystarczyło.
Juliana  nie  mogła  po  prostu  przepisać  wiadomości  pozostawionej  na  skale, 
uważnie jednak przyglądała się każdemu znakowi tak długo, że aż wryły się jej 
w  pamięć,  a  potem  jak  najprędzej  pobiegła  do  domu  i  zasypała  Olego 
pytaniami. Wyciągnęła zza pieca wiązkę cienkich patyczków i ułożyła na stole 
wzór możliwie najdokładniej  odpowiadający temu, który  zastała  na kamieniu. 
Linnea i Matti, z zaciekawieniem przepychający się jedno przez drugie, zostali 
wyproszeni  od  stołu.  Pokazała  swą  pracę  tylko  Olemu,  no,  ale  on  przecież 
musiał to zobaczyć.
- Gdzie ty to widziałaś? - zapytał Ole zaskoczony, kiedy siostra skończyła już 
układać swój wzór.

Chłopiec  wyprostował  jeden  z  patyczków,  który  najwyraźniej  musiał  się 
ześlizgnąć z kamienia.
-  Hmm...  Tu  napisano...  Tych  kresek  nie  rozumiem.  Ale  napisano:  TAK 
WSZYSCY  ZASNĄ  ZA  III  DNI.  Czy  te  trzy  patyczki  mają  znaczyć  „trzy”? 
Czy ty coś z tego pojmujesz?

Juliana  uczyniła  coś,  co  prawie  nigdy  nie  zdarzało  się  wśród  rodzeństwa: 
zarzuciła  Olemu  ramiona  na  szyję  i  uścisnęła  tak  mocno,  że  z  trudem  mógł 
oddychać.

background image

Arkusz1

Strona 28

- Czytać? Ciebie? No, mogę spróbować!

A jeśli miał zamiar na zawsze pozostać w dolinie?

Z pewnością nigdy nie wyrzeknie się go dobrowolnie.

Czy powinien wyruszyć na poszukiwanie ojca?

Może to właśnie przydarzyło się ojcu?

- Och, przestańże już, przecież nie ma za co dziękować! Ale powiedz mi, co to 
ma znaczyć? Gdzie to znalazłaś?
-  O,  w  żadnym  szczególnym  miejscu  -  Juliana  starała  się  odpowiedzieć 
wymijająco. - Ole... naucz mnie czytać!

Teraz Juliana zaczęła zastanawiać się nad sensem przekazanej jej wiadomości. 
Po długich rozmyślaniach doszła do wniosku, że nieznajomy pragnie zobaczyć 
się  z  nią  wieczorem,  kiedy  wszyscy  będą  spać.  Najwidoczniej  opuścił  słowo 
„kiedy”, pewnie ze względu na to, że na głazie niewiele było miejsca. Jakie to 
proste!

Przez dwa następne dni chodziła jakby opromieniona wewnętrznym światłem. 
Zamęczała  Rebeckę  pytaniami,  jak  wygląda  i  czy  będzie  mogła  pożyczyć 
chustę  matki?  A  czy  jej  sukienka  nie  jest  już  okropnie,  ale  to  okropnie 
zniszczona?
Bracia i siostry niczego nie rozumieli, cieszyli się jednak, widząc Julianę w tak 
dobrym humorze.
Jorulv miał swe własne troski. I on także zaczął odczuwać niepokój we krwi, 
podobnie  jak  Juliana.  W  głębi  duszy  przeczuwał,  że  musi  gdzieś  istnieć  inny 
świat,  wielki,  wspaniały  świat  wspólnoty  z  drugim  człowiekiem.  Pragnienie 
poznania  tej  tajemnicy  na  razie  jeszcze  nie  było  w  nim  takie  intensywne, 
zwłaszcza  że  martwiło  go  co  innego.  Ojca  nie  było  już  od  wielu  dni.  Jorulv 
wiedział, że zejście w dolinę, którą płynie rzeka, może potrwać długo, ale żeby 
aż tak się przeciągało? Ojciec zdecydowanie powinien wrócić już do domu.

Nie, takim egoistą nie okazałby się chyba nawet on. W dodatku ojciec był tak 
dumny ze swej górskiej zagrody, należała do niego, była wszystkim, co miał tu 
na ziemi. Jego królestwo.

Właśnie dlatego Jorulv tak bardzo się niepokoił.
Lato  powinno  minąć  spokojnie,  na  razie  całkiem  nieźle  radzili  sobie  sami. 
Życie  w  lesie,  na  takim  pustkowiu,  wiele  ich  nauczyło.  Ale  co  zrobią,  jeśli 
przyjdzie ciężka zima, jedna z tych, które naprawdę potrafiły dać się we znaki?
Cała odpowiedzialność spocznie na barkach Jorulva, a chłopak czuł, że jeszcze 
do tego nie dojrzał. Podjęcie decyzji, które zwierzęta pozostawić przy życiu, a 
które zabić. Zimno i głód. Brak paszy. Głód taki, że aż piszczało, przeżyli już 
wcześniej, i nigdy go nie zapomnieli.
Już teraz, choć słońce mocno grzało, Jorulv zadrżał na myśl o tym, jak bardzo 
ważne jest odpowiednie rozplanowanie prac na polu i w obejściu w lecie, tak 
by  mroźna,  śnieżna  zima  zbytnio  im  nie  dokuczyła.  Żeby  chociaż  tylko  chata 
była  bardziej  szczelna!  Pamiętał,  jak  nocą  włosy  dzieci  przymarzały  do  ścian 
przy szparach, którymi sączyła się wilgoć...

I  zostawić  rodzeństwo  samo?  Wszak  nie  znał  drogi  wiodącej  w  dolinę,  gdzie 
najpewniej  mieszkali  inni  ludzie.  Mógł  zabłądzić  i  nigdy  nie  odnaleźć 
powrotnej drogi do ich zagrody.

background image

Arkusz1

Strona 29

Nareszcie! Nareszcie wszyscy zasnęli!

Znalazła się na dworze, w świecie, który był jej najzupełniej obcy.

Jeszcze  jedna  myśl  dręczyła  Jorulva,  nie  dając  mu spokojnie  spać  po  nocach. 
Ścieżka,  którą  odszedł  ojciec  była  jedną  z  tych,  po  których  żadnemu  z  dzieci 
nigdy nie wolno było chodzić. Mogła to być drożyna podziemnego ludku, a on 
lubił płatać ludziom nieprzyjemne figle. Ojciec sam nie raz to powtarzał.
Jorulv  nie  był  już  jednak  taki  tego  pewien.  Może  ojciec  pragnął  po  prostu 
przytrzymać  dzieci  jak  najbliżej  zagrody?  Nie  chciał,  by  znalazły  drogę  do 
zamieszkanych  okolic,  o  których  matka  kilkakrotnie  wspominała?  Ona  także 
nie  była  w  pełni  przekonana  o  ich  istnieniu,  ale  słyszała  o  niebezpiecznych 
okolicach poza lasem.

Upłynęły trzy dni. Juliana wyszorowała się do czysta, tak że bardziej się już nie 
dało,  ubranie  miała  wyprane,  choć  sama  musiała  przyznać,  że  nie  było  ładne. 
Nosiła  długą  prostą  sukienkę,  bez  żadnych  ozdób,  tylko  na  ramiona  zarzuciła 
matczyną chustę. Świeżo umyte, lśniące włosy rozczesała tak, że były gładkie 
jak jedwab. Buty pożyczyła od Rebecki w zamian za gotowanie dla wszystkich 
przez cały tydzień. Siostra nie mogła pojąć, na co Julianie jej buty, ale jeśli to 
dla niej takie ważne, zgodziła się na korzystną, bądź co bądź, zamianę.
Wszyscy  ułożyli  się  już  do  snu.  Na  szczęście  Julianie  przypadało  miejsce  z 
samego  brzegu  posłania,  ale  akurat  tego  wieczoru  miała  wrażenie,  że  noc 
upłynie, a rodzeństwo nie zapadnie w sen. A jeśli nieznajomy nie będzie mógł 
czekać tak długo? Jeśli po prostu odejdzie?
No tak, zakłada, że musi to być mężczyzna, a tymczasem wcale nie wiadomo, 
czy to jakiś „on”, czy „ona”. Miała jednak gorącą nadzieję, że to on, wybawca 
Mattiego.  To  musi,  musi,  musi  być  tajemniczy  opiekun  najmłodszego 
braciszka, nie może być nikt inny!
Juliana po cichutku wyślizgnęła się z łóżka i ubrała, chowając się za krosnami, 
by  nikt  jej  przypadkiem  nie  usłyszał.  Teraz  drzwi...  nie  skrzypcie,  tak  bardzo 
proszę!

Juliana nie spodziewała się nocnej mgły. Ciężko pracujący ludzie zwykle nocą 
spali twardym snem sprawiedliwych i niewiele wiedzieli o tym, co dzieje się w 
przyrodzie  o  tej  porze.  Nieprzespane  noce  zdarzały  się  tylko  wtedy,  gdy  na 
przykład cielić się miała krowa, ale wtedy zawsze ojciec albo matka byli z nimi. 
Teraz było zupełnie inaczej.

Choć noce o tej porze roku powinny być jasne, nie widziała dalej niż do obory. 
Miała  nadzieję,  że  mgła  przerzedzi  się  trochę,  kiedy  wejdzie  nieco  głębiej  w 
las.
Wszystko  wydawało  się  jakby  zaczarowane!  Krzyk  nocnych  ptaków 
niezwykłym dźwiękiem niósł się po wodzie w jeziorze, a kiedy przemykała się 
po łące, dostrzegła kątem oka sylwetki jakichś sporych zwierząt. Mogły to być 
renifery, przynajmniej taką miała nadzieję. One nie były groźne.
W  wysokiej  trawie  buty,  na  domiar  złego  buty  Rebecki,  przemokły  od  rosy. 
Kraj  sukienki  również  aż  poczerniał  od  wilgoci.  Ostrożnie  uniosła  odrobinę 
spódnicę, tak bardzo chciała ładnie wyglądać tej nocy!

background image

Arkusz1

Strona 30

Dłoń zniknęła. Dziewczyna odwróciła się powoli.

- Leśny bożek? - szepnęła z czcią.
Uśmiechnął się, ale nic na to nie powiedział.
Czyżby to on pomógł wrócić Mattiemu do domu?

Nieprzyjemnie  było  zagłębiać  się  w  las  o  tak  późnej  porze.  Mgła  jeszcze 
bardziej zgęstniała i Juliana musiała dotykać dłońmi pni drzew, by przekonać 
się,  czy  są  rzeczywiste.  Na  szczęście  ona  sama  zdążyła  w  ostatnim  czasie 
pozostawić na trawie tak wiele śladów, że wydeptała nawet wąziutką ścieżkę, 
która teraz prowadziła jej stopy.
Ku czemu właściwie zmierzam? myślała z niepokojem. Ku marzeniu o kimś? 
Ku marzeniu o tym, co nieosiągalne?
Szła jednak na spotkanie i ani jej było w głowie zawrócić, choćby nawet serce 
miało jej wyskoczyć z piersi, a drżące nogi nie chciały dalej nieść.
Dostrzegła  pierwszą  w  tym  roku  niezapominajkę;  bardzo  ją  to  ucieszyło. 
Uznała, że to dobry znak, kochała bowiem tę jasną barwę kwiatu i jego czyste 
linie.  Rzadko  je  jednak  zrywała,  wolała  oglądać  je  tam,  gdzie  rosły. 
Najpiękniejsze były w naturze, to ich właściwe miejsce.
Choć,  musiała  przyznać,  nie  znała  nic  piękniejszego  od  dużego  bukietu 
niezapominajek  w  ciemnym  wazonie  na  wyszorowanym  niemal  do  białości 
stole. Zwykle Rebecka dbała o takie szczegóły. Juliana była zdania, że Rebecka 
jest  jak  obcy  ptak  w  ich  rodzinie.  Umiała  tworzyć  tak  wiele  piękna  wokół 
siebie, nie znosiła codziennych domowych zajęć...
Juliana  drgnęła  i  powróciła  do  rzeczywistości.  Gdzie  się  właściwie  znalazła? 
Czyżby zabłądziła, podczas gdy jej myśli krążyły własnym torem?
Nie,  doszła  właśnie  do  swojej  dolinki.  Poznała  niski  kamień  wtopiony  w 
dywanik kędzierzawego mchu.
Mgła nie zalegała tu już może aż tak gęstą zasłoną, ale nadal przesłaniała świat. 
Rozbawione kłębki mgły wirowały wokół dziewczyny. Gdyby Juliana nie znała 
tak dobrze okolicy, mgła już dawno sprowadziłaby ją na manowce. Wydawało 
się, że z niej drwi, kusi i woła, chcąc zwieść na zaczarowane ścieżki.
Julianę ogarnął  nagle  nastrój  tak  niezwykły, że  musiała na  chwilę przystanąć, 
poczuć, że pod stopami ma prawdziwą ziemię. Słyszała, jak wali jej serce.
Kiedy wielka dłoń zakryła usta Juliany, dziewczyna podskoczyła do góry. Ktoś 
mocno  przytrzymywał  ją  od  tyłu.  Gdyby  nie  ręka  tłumiąca  jej  głos,  Juliana 
wybuchnęłaby głośnym krzykiem.
- Ciiicho - szepnął jej ktoś prosto do ucha. - Puszczę cię, jeśli obiecasz, że nie 
będziesz krzyczeć ani nie uciekniesz.
Juliana  skinęła  głową.  Czuła,  że  ciało  oblewa  jej  zimny  pot,  ale  z  całych  sił 
starała się zachować spokój.

Nie  było  powodu  do  krzyku,  ale  bezładną  plątaninę  uczuć,  jakie  nią  teraz 
owładnęły, trudno wprost opisać. Zdumienie. Przerażenie. I rozczarowanie, tak, 
przede wszystkim rozczarowanie. I... szacunek?
Ukłoniła  się  głęboko.  Matka  nauczyła  ją,  że  powinna  się  kłaniać  wszystkim 
dorosłym,  ale  Juliana  dopiero  po  raz  pierwszy miała  możliwość  zastosowania 
się do tej nauki.

background image

Arkusz1

Strona 31

W oka mgnieniu skrył się w lesie.

Nagle poczuła, że fala gorąca zalewa jej policzki.

Przez moment widziała go dość wyraźnie między dwiema smugami mgły.

Nie mogła oderwać od niego wzroku.

Juliana bezpowrotnie oddała swe serce.

ROZDZIA  VI

Ł

Cisza, jaka zapadła w pełnym mgły lesie, była przytłaczająca.
To on zdecydował się przerwać kłopotliwe milczenie.

Wszystkie  jej  tak  długo  pielęgnowane  marzenia  zniknęły  jak  rosa  pod 
wpływem promieni słonecznych.
Był  starszym  mężczyzną,  w  brodzie  i  długich  ciemnych  włosach  widać  było 
pasma  siwizny.  Nosił  ubranie  ze  skór  zwierząt,  starannie  pozszywanych 
cieniutkimi  rzemieniami.  Niesłychanie  przystojny,  ale,  niestety,  zdecydowanie 
za stary.
-  Chciałem  cię  zobaczyć  -  rzekł  stłumionym  głosem.  -  Sprawdzić,  czy  się 
nadajesz.
Juliana przeraziła się. Czy się nadaje? Do czego? Przecież ona do niczego się 
nie nadawała, ojciec nieustannie to powtarzał. Do niczego!
-  Tak  -  powiedział  wysoki,  prosty  jak  strzała  mężczyzna.  -  W  twoich  oczach 
widzę niewinność i ciepło. Jesteś naiwna, ale mądra. Tak, nadajesz się. - Dłonią 
wykonał gest w stronę pagórka. - Idź tam!

Juliana stała i zmieszana patrzyła za nim. Starała się zebrać myśli, ale bezładnie 
wirowały jej w głowie.
Odwróciła  się  i  niepewnie  zerknęła  na  wzgórze.  Po  co  miałaby  tam  iść? 
Przecież  wszystko  się  już  skończyło,  marzenie  się  rozwiało,  jej  uczucia  i 
nadzieje okazały się płonne, śmieszne i bezsensowne.

Ktoś stał tam na szczycie! Jakaś inna, szczuplejsza postać. Mężczyzna! Zaczął 
schodzić w dół, w jej stronę.

Policzki  jej  płonęły.  To  był  wybawca  Mattiego,  nie  miała  co  do  tego 
najmniejszej wątpliwości.
Zaczęła  iść  mu  na  spotkanie.  Miała  wrażenie,  że  stopy  same  ją  niosą,  nie 
zważając na jej zawstydzenie i nieśmiałość.
Stanął przed nią. Młody człowiek, tak piękny, że na jego widok łzy zakręciły jej 
się w oczach.
Z żalem pomyślała o swym nędznym ubraniu i o tym, jak bardzo ona sama jest 
zwyczajna.
Miał  włosy  czarne  jak  noc,  ciemnobrązowe  oczy  okolone  długimi,  gęstymi 
rzęsami.  Twarz  była  regularna,  o  szerokim  czole  i  mocno  zarysowanych 
kościach policzkowych. I najważniejsze ze wszystkiego: wydawał się taki miły, 
taki dobry.
Włosy  miękkimi  falami  opadały  mu  na  ramiona.  Juliana  nigdy  jeszcze  nie 
widziała tak pięknych włosów.
Uśmiechnął  się  do  niej,  ale  wyraz  jego  oczu  świadczył  o  tym,  że  on  także 
znajduje się na nieznanym i dość niepewnym gruncie.
To właśnie wypełniło ją tak bezgraniczną czułością, że dwie łzy spłynęły jej po 
policzkach.

background image

Arkusz1

Strona 32

- Jak masz na imię? - zapytał cicho.

- Juliana! - powtórzył z uniesieniem. - Cóż za piękne imię!

- A ty? Jakie imię nosisz?
Uśmiechnął się.
- Nie mam imienia. Mój przybrany ojciec nazywa mnie po prostu Czarny.

- To bardzo do ciebie pasuje.
I znów zapadła ciężka cisza.
- Chodź - odezwał się wreszcie Czarny. - Usiądziemy na naszym kamieniu!
Na naszym kamieniu! Jak to pięknie zabrzmiało!
Zaczęli piąć się pod górę.

- Tak - odrzekła Juliana, wdzięczna za jego wyrozumiałość.

Głośno jednak powiedziała tylko:
- Zmarzniesz!

Jego twarz rozjaśniła się uśmiechem.

- Zawiodłaś się, gdy mnie ujrzałaś?
- Ach, nie! Przeciwnie!

-  Juliana  -  odparła,  ale  przy  pierwszej  próbie  głos  jej  się  załamał  i  musiała 
przedstawić się raz jeszcze. Ach, jakże się wstydziła!

Czy naprawdę, naprawdę tak myślał?! Odchrząknęła kilkakrotnie, nim wreszcie 
zdobyła się na pytanie:

Julianie przyszło na myśl, że brzmi to trochę tak jak Zły lub Kusy, ale na głos, 
rzecz jasna, tego nie powiedziała. Uśmiechnęła się tylko i rzekła:

Moja sukienka jest trochę mokra - wyznała zakłopotana. - Ale tylko mokra, nie 
brudna.
Co ona  wygaduje! Ale  on  jedynie pokiwał  głową  i  powiedział,  że wieczorem 
trawa mokra jest od rosy.

Kiedy  doszli  do  kamienia,  Czarny  jednym  ruchem  ręki  zgarnął  resztki 
zostawianych przez nich wiadomości i zdjął kurtkę. Nosił pod nią białą koszulę 
z  dużym  kołnierzem  i  szerokimi  rękawami.  W  ciemnościach  wydawała  się 
wprost  oślepiająco  biała,  bielsza  niż  jakiekolwiek  do  tej  pory  widziane  przez 
Julianę płótno. Zdumiała się, że można osiągnąć aż taką biel.

-  Nie,  przywykłem  chodzić  w  samej  koszuli  -  odparł,  rozścielając  kurtkę  na 
kamieniu, i gestem wskazał, by usiadła. Zawahała się przez moment, ale zrobiła 
jak prosił. A on usadowił się tuż obok niej.
Znów milczeli i znów to on musiał przerwać ciszę. Julianie nic rozsądnego nie 
przychodziło do głowy.
-  Myślałem,  że  nigdy  już  tu  nie  wrócisz  -  odezwał  się  niskim,  melodyjnym 
głosem, który przenikał ją do głębi i przepełniał rozkosznym drżeniem.
- Przez kilka dni nie mogłam wyrwać się z domu... Ale znalazłam twoje kwiaty 
i  zasuszyłam  je,  żeby  zachowały  się  jak  najdłużej.  To  samo  zrobiłam  z 
pierwszym bukiecikiem, z dzwonkami.

I  ja  mam  twoje  konwalie.  Mój  przybrany  ojciec  mówił,  że  powinienem  je 
wyrzucić, ale nie chciałem. Czy wiedziałaś, kim jestem?
- Nie, miałam tylko nadzieję, że jesteś wybawcą Mattiego. Matti to mój mały 
braciszek, bardzo pięknie mówił o tobie.

background image

Arkusz1

Strona 33

Znów się wygłupiła.

- Gdzie mieszkasz?
Wskazał dłonią kierunek przeciwny do tego, w którym zniknął ojciec Juliany.

- Z przybranym ojcem?
- Tak. Jestem z nim spokrewniony.
- Tak też sądziłam. Jesteście bardzo do siebie podobni. Tacy ciemni.
- To prawda.
- Matti twierdził, że powiedziałeś mu, jakoby twój ojciec nigdy cię nie widział?
- Bo to prawda. Chodziło mi o mego prawdziwego ojca.

Roześmiał się głośno i serdecznie.

- To znaczy, że niedługo powinieneś iść?

- Czy zechcesz się jeszcze ze mną spotkać?
- Tak - odparła stłumionym głosem i także wstała.

Przez  cały  czas  starali  się  wzajemnie  nie  dotykać,  ale  teraz  siedzieli  już  tak 
blisko  siebie,  że  Juliana  czuła  ciepło  bijące  od  jego  ciała.  Wywoływało  to  w 
niej przedziwny niepokój, aż wreszcie musiała odsunąć się od niego odrobinę, 
choć starała się uczynić to niepostrzeżenie.
Niestety,  on  także  momentalnie  się  przemieścił  i  Julianie  zrobiło  się  bardzo 
przykro na myśl, że być może poczuł się urażony. Nie śmiała jednak przysunąć 
się na powrót bliżej.
Nareszcie  zdołała  przejąć  inicjatywę  i  podtrzymać  rozmowę.  Sama  była  sobą 
zdziwiona, że udało jej się zadać takie chytre pytanie:

- W następnej dolinie, niedaleko granicy z Norwegią. Byłem tam zresztą wiele 
razy z moim ojcem.

-  Rozumiem  -  odparła  Juliana,  choć,  szczerze  mówiąc,  nie  pojmowała  z  tego 
nic. - Daleko masz tutaj.

- Owszem, ale jeżdżę konno. Zostawiłem konia w pobliżu na pastwisku. Ojciec 
także tam czeka.

- Obiecałem wrócić jak najprędzej. Muszę ci powiedzieć, Juliano, że nie będę 
mógł tu przyjść przez dość długi czas. Dlatego bardzo się cieszę, że mogłem się 
z tobą zobaczyć dziś wieczorem.
Ach, tyle wrażeń wirowało jej w głowie, tyle uczuć nią miotało! I te wszystkie 
pytania,  jakie  chciała  mu  zadać!  Na  myśl,  że  długo  nie  będzie  go  widziała, 
płacz omal nie rozsadził jej piersi.
Zrozumiał, że dziewczyna nie może znaleźć słów, i kiedy się podniósł, zapytał 
uroczyście:

- Nie chcę, byś musiała co dzień przychodzić aż tutaj, by sprawdzić, czy nie ma 
jakichś wiadomości ode mnie - powiedział z troską. - Nie wiem, jak długo mnie 
nie  będzie,  ale  zawieszę...  co  by  tu  wymyślić?  Małą  gałązkę  jałowca  przy 
drzwiach obory? Co ty na to?
-  Dobrze  -  wyszeptała  bez  tchu.  -  Postaram  się  każdego  ranka  wychodzić 
pierwsza, aby nikt przede mną jej nie zerwał, no, bo jak bym wtedy wiedziała, 
że już jesteś?
- Mogę położyć gałązkę ha daszku nad drzwiami obory. Wtedy na pewno nie 
zniknie.

background image

Arkusz1

Strona 34

- Mam wiele obowiązków - odparł wymijająco.
- Czy to właśnie ty dbasz o cały las?
- I tym także się zajmuję - zaśmiał się. - Ojciec wiele mnie nauczył.

Czarny śmiał się teraz w głos.

Czarny się zamyślił.

- Zanim nastanie jesień? - podpowiedziała.

- Ach, a więc musisz być przy tej osobie! - zawołała wzburzona.
- Tak, ona bardzo wiele znaczy dla mnie i dla mego przybranego ojca.

Juliana odwróciła twarz.

- Od dawna już nas obserwujesz?

- Tak, tak będzie lepiej. A... co ty masz zamiar... A może nie wolno ci o tym 
mówić?
Zapatrzył się w mroczną dal gdzieś ponad jej głową. Było jasne, że nie czeka 
go  nic  przyjemnego.  Ach,  tyle  chciałaby  się  o  nim  dowiedzieć,  ale 
najwidoczniej już nie miał czasu, a i ona nie chciała okazać się zbyt natrętna.

-  Czy  to  on  jest  Władcą  Lasu?  Tym,  którego  Finowie  nazywają  leśnym 
bożkiem, Tapiola?

- Nie, ale twierdzi, że widział Władcę Lasu. Nie wiem, czy to prawda. Juliano, 
czy twojego ojca nie ma?
-  Nie  ma.  Powiedział,  że  ma  zamiar  iść  w  dolinę,  by  sprowadzić  sobie  nową 
kobietę, i jeszcze nie wrócił do domu.

- Nigdy nie byłem w dolinie - powiedział po chwili. - Mój przybrany ojciec mi 
nie pozwala. Bardzo chciałbym wam pomóc, bo odnoszę wrażenie, że jesteście 
samotni. Ale nie będę miał ani chwili czasu, zanim...

- Nie, nie to chciałem powiedzieć. Zanim to się s k o ń c z y. Ktoś, kogo znam, 
jest bardzo chory.

Zeszli już w dolinkę, nieubłaganie zbliżała się chwila pożegnania. Juliana tak 
bardzo  pragnęła,  by  Czarny  został  z  nią  dłużej,  ale  nie  odważyła  się 
wypowiedzieć tego głośno. Co by sobie o niej pomyślał?
-  O  ile  dobrze  zrozumiałem,  mały  Matti  boi  się  swego  ojca?  -  po  chwili 
wahania zapytał Czarny.

- Tak. Nie chcę o nikim mówić nic złego, ale właściwie nigdy nie było nam tak 
wspaniale  jak  teraz,  kiedy  ojca  nie  ma.  To  znaczy  za  życia  matki  wszystko 
układało  się  dobrze.  No...  prawie  wszystko  -  dodała  po  chwili.  -  Ojciec  i  dla 
niej nie był dobry. Biedna mama! Tak bardzo nam jej brakuje!
Zaczęła  mówić  o  czym  innym,  jakby  próbując  za  wszelką  cenę  zatrzymać  go 
bodaj na jedną jeszcze małą chwilę.
-  Mój  najstarszy  brat,  Jorulv,  obawia  się  zimy,  ja  zresztą  też.  Ojciec  nie  jest 
może  najlepszym  z  ojców,  ale  świetnie  sobie  ze  wszystkim  umiał,  to  znaczy 
nadal umie, poradzić.
- Oczywiście. Wasze małe gospodarstwo jest bardzo zadbane. Oglądałem je, co 
prawda, z daleka, ale...

- Od jakiegoś czasu - odparł wymijająco, jakby co nieco zakłopotany. Prawie 
jakby... jakby... Nie, Juliana nie śmiała żywić takiej nadziei, ale miała wrażenie, 
jak gdyby chciał powiedzieć, że zaczął się nimi interesować, odkąd ją ujrzał.

background image

Arkusz1

Strona 35

Nic jednak nie przychodziło jej do głowy.

Wprost trudno było uwierzyć w takie szczęście.

Juliana czuła, że łzy zakręciły jej się w oczach.
- Och, nie, nie zniknę - obiecała. - Będę tutaj.
Uśmiechnął się do niej ciepło i odszedł, jakby rozpływając się we mgle.
„Tylko mi nie zniknij...” Jakie piękne słowa!

Co się stało z ojcem? Dlaczego nie wracał?

-  Odprowadzę  cię  na  skraj  lasu  -  powiedział.  -  Nie  będziesz  musiała  sama 
błądzić w ciemnościach. Chodź!
Dziewczynę  cieszył  każdy  ułamek  chwili,  jaki  mogła  spędzić  w  jego 
towarzystwie. Teraz pragnęła tylko jednego: wymyślić coś takiego, powiedzieć 
coś,  co  zatrzymałoby  go  jeszcze  na  trochę,  co  przedłużyłoby  ich  spotkanie  o 
kilka drogocennych minut.

Rebecka  o  wiele  lepiej  by  sobie  z  tym  poradziła,  pomyślała  Juliana.  Bystra, 
śmiała  Rebecka,  niczego  nie  owijała  w  bawełnę,  zawsze  umiała  mówić  o 
wszystkim  wprost.  Szczęśliwie  jednak  to  nie  młodszej  siostrze  przypadło  w 
udziale wieczorne tajemnicze spotkanie, ale jej, Julianie!

Doszli  do  skraju  lasu,  zanim  Juliana  zdążyła  cokolwiek  powiedzieć,  mądrego 
czy głupiego. Tu Czarny się zatrzymał.
- Muszę już iść - stwierdził zasmucony. - Ojciec czeka zbyt długo. - Uroczyście 
ujął ją za rękę. - Proszę, tylko mi nie zniknij - powiedział cicho, wzruszony.

Juliana  pospieszyła  przez  łąkę  do  domu.  Po  cichu  wemknęła  się  do  izby  i 
zrzuciwszy przemoczone ubranie, wślizgnęła się do łóżka. Ostrożnie ułożyła się 
pod przykryciem, pochłonięta rozpamiętywaniem wrażeń, jakich dostarczył jej 
wieczór. Tak, będzie na niego czekać. Oczywiście, będzie czekać!

Mijało  lato,  a  na  daszku  nad  drzwiami  obory  nie  pojawiła  się  żadna  gałązka 
jałowca.
Jorulv  chodził  zdenerwowany  i  niepewny.  Coraz  częściej  można  go  było 
dostrzec  wpatrzonego  w  ścieżkę  biegnącą  wzdłuż  jeziora.  Jego  niepokój 
zaraźliwie działał i na innych. Ulga, jaką odczuli z początku, zaraz po odejściu 
ojca, przerodziła się w głęboki lęk.

Jorulv  powoli  zaczął  oswajać  się  z  myślą,  że  być  może  będą  musieli  sami 
dawać  sobie  radę  przez  zimę.  Dlatego  też  rozdzielił  obowiązki  między 
wszystkie dzieci, zatrudnił nawet Mattiego i małą Linneę. Matti miał już sześć 
lat, a Linnea cztery, i mogli pomóc na wiele sposobów.
Ole  i  Jorulv  skosili  każdy  spłachetek  łąki,  jaki  tylko  udało  im  się  znaleźć  w 
okolicy,  by  zgromadzić  jak  najwięcej  paszy  dla  zwierząt.  Skrzętnie  zebrali 
zboże  z  maleńkiego  poletka  i  wszystkie  warzywa  z  przydomowego  ogródka. 
Dziewczęta  każdą  wolną  chwilę  spędzały  przy  krosnach,  bo  dzieci  rosły, 
wydawało  się,  z  dnia  na  dzień,  darły  i  wyrastały  ze  wszystkiego  co  miały. 
Każda  za  mała  część  ubrania  była  natychmiast  przerabiana  na  odzienie  dla 
któregoś z młodszych, tak aby nic się nie zmarnowało.

background image

Arkusz1

Strona 36

Juliana patrzyła na siostrę zdumiona.

Dokładnie  załatali  wszystkie  dziury  w  zabudowaniach  gospodarczych, 
naprawili,  co  trzeba.  Z  doświadczenia  wiedzieli,  że  jeśli  przyjdą  ostre  mrozy, 
będą musieli zabrać najmniejsze zwierzęta do domu, by nie zamarzły na śmierć. 
Pracy  mieli  tak  dużo,  że  Jorulv  wieczorami  siadywał  z  Juliana  i  wspólnie 
planowali  rozkład  zajęć  na  następny  dzień.  Nie  mogli  opanować  lęku,  że  o 
czymś  zapomną,  wiedzieli,  że  skutki  niedopatrzenia  mogą  być  po  prostu 
katastrofalne.
Liście  na  drzewach  zaczęły  żółknąć.  Niedługo  już  miały  opaść,  a  wówczas 
każdego dnia należało spodziewać się śniegu.
-  Być  może  nie  poradzimy  sobie  ze  wszystkim  -  stwierdził  Jorulv  pewnego 
wieczoru,  kiedy  siedzieli  przy  stole.  Izbę  oświetlała  łojowa  świeca.  Właśnie 
odkryli, że zapomnieli o odlaniu większej liczby świec. Co się stanie, jeśli ich 
nie  starczy?  -  Może  jednak  najlepiej  będzie,  jeśli  opuścimy  gospodarstwo  i 
spróbujemy  odnaleźć  ścieżkę,  którą  powędrował  ojciec?  Chyba  powinniśmy 
przedostać się do ludzi?
- Och, nie! - przerażona Juliana zaprotestowała tak gwałtownie, że Jorulv nie 
posiadał się ze zdumienia. - Nie, ja... my nie możemy opuścić zagrody. A jeśli 
ojciec wróci i nie zastanie nas tutaj?
Nie  chodziło  jej  wcale  o  ojca,  ale  przecież  nie  mogła  się  do  tego  przyznać. 
Nikomu nie zdradziła swojej tajemnicy.
Nagły wybuch Juliany obudził Rebeckę. Młodsza siostra wstała z łóżka i wraz z 
nimi usiadła przy stole.
-  Ale  musimy  jak  najprędzej  podjąć  decyzję  -  stanowczo  rzekł  Jorulv.  -  Jeśli 
mamy  się  stąd  wynieść,  trzeba  to  zrobić,  zanim  spadnie  śnieg.  Inaczej  nie 
zdołamy zabrać zwierząt.
Juliana z rozpaczą potrząsnęła głowa, ale nie mogła wydusić z siebie tego, co 
tak bardzo chciała powiedzieć: że ona m u s i tu zostać. „Tylko mi nie zniknij”, 
tak przecież powiedział...
Zniecierpliwiona Rebecka westchnęła.
- Och, mój Boże, jak bardzo bym chciała się stąd wydostać! Kocham to miejsce 
tak samo jak i wy, ale czuję, że jeśli tu zostanę, to coś we mnie pęknie.
- Pęknie? Nie rozumiem - powiedział Jorulv.
Rebecka wzruszyła ramionami.
- To takie trudne, Jorulvie. Sam wiesz, że staram się wywiązać z obowiązków, 
które mnie przypadają, ale tak naprawdę marne są tego efekty. Wszystko, czego 
się tknę, jest źle zrobione, nie tak porządnie i ładnie jak to, co robi Juliana.

- Ale przecież nikt z nas nie umie robić tak pięknych rzeczy, jak ty, Rebecko! 
To właśnie ty potrafisz tak zestawić kolory, że aż się serce raduje, to ty...
-  Tak,  tak,  tak.  Umiem  robić  to,  co  nikomu  niepotrzebne.  Potrafię  ułożyć 
kwiaty  w  wazonie,  wycinać  z  drewna  figurki,  z  których  nie  ma  żadnego 
pożytku. Wiem, jak chciałabym, by wyglądały moje ubrania, ale nigdy mi takie 
nie  wyszły.  I  to  wcale  nie  dlatego,  że  nie  mam  odpowiedniego  materiału,  ale 
ponieważ nigdy nie udało mi się jeszcze uszyć choćby jednego prostego szwu. 
Nienawidzę  wykonywania  tych  samych  czynności  dzień  w  dzień.  Chcę  robić 
coś  nowego,  tworzyć  coś,  co  będzie  piękne,  co  sprawi  radość  oczom! 
Powszednie zajęcia są takie nudne!

background image

Arkusz1

Strona 37

Juliana uśmiechnęła się niepewnie.

Siostra rozjaśniła się w jednej chwili.
- Tak, Ole mnie nauczył. Tu jest napisane „JULIANA”, a tu „OLE”.

- Na razie jeszcze nigdzie, ale jeśli chcesz, jutro napiszę.

- „CZARNY” - odparła Juliana, rumieniąc się.

- Ole powinien się uczyć - stwierdziła tylko. - On jest taki mądry, tak dużo wie.

- Ach, oczywiście, że są jeszcze inni ludzie! - wykrzyknęła Juliana.

Juliana odetchnęła z ulgą.

Brat i siostra wpatrywali się w nią wielkimi, szeroko otwartymi ze zdumienia 
oczami. Żadne z nich nie wiedziało nic o zdolnościach twórczych czy o duszy 
artysty.  Owszem,  mieli  świadomość,  że  Rebecka  nie  lubi  swych  codziennych 
obowiązków  i  prawdę  powiedziawszy,  nie  umie  ich  właściwie  wykonać. 
Natomiast  ozdobić  ciasto  czy  pięknie  nakryć  do  stołu  -  o,  tak,  nikt  nie  umiał 
zrobić tego lepiej niż ona.
Rebecka znów westchnęła.
-  A,  zapomnijcie  o  tym,  to  nie  jest  takie  istotne.  Bardziej  przejmuję  się  tobą, 
Juliano, zastanawiam się, co się z tobą dzieje. Raz jesteś rozradowana, wprost 
bije od ciebie szczęście, to znów płaczesz przez cały dzień. Co ci jest?

-  Bardzo  trudno  mi  to  wyjaśnić.  Wiem  jedynie,  że  ja  muszę  tu  zostać  bez 
względu na to, co postanowicie.
- Nie możesz przecież zostać sama! - zaprotestował Jorulv.
Juliana odwróciła twarz, by ukryć łzy. Rebecka zrozumiała, że należy rozmowę 
skierować na inny temat, wskazała więc palcem kilka znaczków, narysowanych 
węgielkiem na brzegu stołu.
- Czy to twoje dzieło, Juliano?

- Wspaniale! - wykrzyknęła Rebecka, której zaimponowała nowa umiejętność 
siostry. - A gdzie „Rebecka”?

- Tak! I wiesz co? Myślę, że poproszę Olego, by i mnie nauczył pisać.
-  I  mnie  także  -  oznajmił  Jorulv.  -  Świetnie  ci  to  wyszło,  Juliano.  A  co  jest 
napisane tutaj, pod twoim imieniem?

- Czarny? A co to znaczy? Dlaczego to napisałaś? - zapytała Rebecka.
- To nic nie znaczy, nic w ogóle, to... To tylko słowo, które akurat wpadło mi 
do głowy, kiedy rozmawiałam z Olem.
Rebecka nadal miała na twarzy zdumienie, ale nie drążyła tematu.

- Tak - odparł Jorulv zamyślony. - Teraz, kiedy wiemy na pewno, że są ludzie... 
Bo tak powiedział ojciec! Tak wynikało z jego słów!

Popatrzyli na nią oszołomieni, dziewczynka nerwowo zaczęła skubać węgielek, 
którego używała do pisania.
Jorulv wyjrzał przez okno.
-  Zobaczcie,  jak  ciemno  jest  na  dworze!  I  wieczór  zapada  z  każdym  dniem 
coraz wcześniej. Niedługo powinniśmy wyruszyć. Śmiertelnie boję się zimy. - 
Wyprostował się. - Ale poczekajmy jeszcze trochę, może ojciec jednak wróci.

W miasteczku młodziutka panna Lisen sprawiała coraz więcej kłopotów.

background image

Arkusz1

Strona 38

ROZDZIA  VII

Ł

Do matki jednak na razie jeszcze się nie zwróciła. Wolała poczekać.
Najpierw chciała wybadać wszystko na własną rękę.

Nie przestawała wypytywać, chciała wiedzieć wszystko, absolutnie wszystko o 
lesie, którego tajemnicze, mroczne królestwo rozciągało się za miasteczkiem.

W  małym  przytartacznym  miasteczku  życie  toczyło  się  zwykłą  koleją,  w 
każdym  razie  dla  większości  mieszkańców.  Z  bystrą  i  niezależną  Lisen  von 
Adelkalk było inaczej.

Bardzo się zmieniła ostatnio. Snobizm ojca wyraźnym piętnem odcisnął się na 
jej  dzieciństwie,  temu  nie  dało  się  zaprzeczyć.  Choć  Lisen  nie  znosiła  ojca, 
snobizm wyssała z mlekiem matki, mieszkała wszak w najokazalszym domu w 
całym  mieście,  przyjaciół  dobierano  jej  odpowiednio  do  statusu  i  majątku 
rodziców, wpojono w nią, że ludzie niżej urodzeni nie mają żadnego znaczenia. 
Istnieją tylko po to, by łatwiej było żyć tym lepszym, mają świadczyć niezbędne 
usługi i wykonywać ciężkie prace, mówiło się do nich, nie rozmawiało z nimi. 
Podobne  nastawienie  panowało  w  kręgu  jej  znajomych,  żadnego  innego  nie 
znała.
Z  czasem  jednak,  kiedy  zaczął  w  niej  narastać  coraz  silniejszy  bunt  przeciw 
ojcu, podważała i negowała jego opinie, wielokrotnie czyniła próby wyrwania 
się spod jego wpływu.

Po  rozmowie  ze  szwaczką  Elin  życie  nagle  nabrało  dla  Lisen  innych 
wymiarów.  Złamała  wszelkie  nakazy  ojca  i  rozmawiała  z  kim  tylko  jej  się 
podobało.

Niczym  uparta  pszczoła  w  poszukiwaniu  nektaru  krążyła  wokół  wszystkich, 
którzy,  jak  podejrzewała,  mogli  wiedzieć  coś  o  lesie.  Wypytywała  i 
nauczyciela,  i  starych  pracowników  tartacznych.  U  leśniczego  przestudiowała 
mapy, ale nic z nich nie mogła zrozumieć, takie były nieprecyzyjne. Czytała o 
zwierzętach, zamieszkujących bory po tej stronie gór, rozpytywała o sąsiednie 
miasteczka i wioski. Wszystkich, do których udało jej się dotrzeć, zasypywała 
gradem pytań.

Matka  stała  się  zbolałym,  cichym  stworzeniem,  całkowicie  pozostającym  pod 
władczą  kuratelą  ojca.  Nie  śmiała  niczego  uczynić  ani  powiedzieć,  nie 
zapytawszy go najpierw o zgodę. Lisen zrozumiała, że z rozmowy z matką na 
razie i tak nic by jej nie przyszło. Dopóki nie wiedziała nic pewnego, nie mogła 
wyłożyć  żadnej  karty  na  stół,  powracanie  do  smutnych  wydarzeń  z  odległej 
przeszłości byłoby jedynie niepotrzebnym sypaniem soli na jątrzące się rany.
Ze  słów  Elin  wynikało,  że  matka  i  tak  nic  nie  wie,  nic  poza  tym,  co  Elin 
opowiedziała  dziewczynce:  że  jej  pierworodnego  syna  wziął  pod  opiekę 
tajemniczy mężczyzna z lasu.

Za  każdym  razem,  gdy  Lisen  myślała  o  apatycznym  zachowaniu  matki, 
ogarniało  ją  oburzenie.  Gdyby  ta  sprawa  dotyczyła  jej  samej,  już  dawno 
poruszyłaby  niebo  i  ziemię,  by  się  dowiedzieć,  co  się  stało  z  zaginionym 
dzieckiem.  Nigdy  nie  zaznałaby  spokoju  i  nie  zadowoliła  się  niejasnym 
zapewnieniem, że odzyska utracone dziecko, kiedy jej męża nie będzie wśród 
żywych.
Matka Elin, akuszerka, osiągnęła już sędziwy wiek, ale umysł nadal zachowała 
jasny.  Lisen  odwiedziła  także  ją,  chcąc  poznać  więcej  szczegółów  o 
narodzinach brata, ale i od staruszki nie dowiedziała się niczego nowego.

background image

Arkusz1

Strona 39

Ale co wydarzyło się później? Dokąd poszedł ów człowiek?

- Nie, Benjaminie, ty nigdy nie byłeś moją tragedią, jesteś radością mego życia.

- Ciekawa jestem, co się tu kryje - powiedziała cicho.
- Drzewa - naiwnie odparł Benjamin.
- Tak, oczywiście masz rację. Ale co jest wśród drzew?

Tego lata Lisen często przychodziła w gościnę do Elin. Dom szwaczki stał się 
dla dziewczynki zbawczym schronieniem, kiedy wyniosłe zachowanie ojca zbyt 
już ją drażniło. Wiele razy spotkała tu syna Elin. Benjamin, bo takie nosił imię, 
był  miłym,  nieśmiałym  chłopcem  mniej  więcej  w  jej  wieku.  Od 
najwcześniejszego  dzieciństwa  doświadczał  ludzkiej  pogardy,  wyśmiewany 
przez plotkarki z miasteczka i niedobre dzieci, które miały ojców. On przecież 
ojca nie miał. Okazał się na tyle bezczelny, by przyjść na świat jako bękart, i za 
to należało go ukarać.
Potem  jednak panna  Lisen  ze  dworu  zaczęła  z  nim  rozmawiać.  Tak, zdarzało 
się  nawet,  że  szła  ulicą,  zatopiona  w  rozmowie  z  nim.  Jego  życie  nagle  się 
zmieniło. Z początku drwiono z niego niemiłosiernie, że pokazuje się razem z 
dworską  panienką,  ale  kiedy  Lisen  przypadkowo  była  świadkiem  jednego  z 
takich  epizodów,  szyderstwa  szybko  ustały.  Lisen  potrafiła  błyskawicznie 
wypowiedzieć  słowa,  które  całkowicie  zgnębiły  dręczyciela  Benjamina,  miała 
w  sobie  wrodzony  autorytet,  umiała  budzić  respekt.  Była  to  chyba  jedyna 
pozytywna  cecha,  jaką  odziedziczyła  po  ojcu  i,  doprawdy,  umiała  ją 
wykorzystać.
Benjamin  dobrze  znał  las.  Wielokrotnie  krył  się  w  nim,  uciekając  przed 
złośliwymi uwagami innych dzieci i w samotności wypłakując łzy upokorzenia. 
Teraz  zabierał  tam  Lisen,  która  chciała  poznać  wszystkie  tajemnice  lasu.  Raz 
nawet zdołała namówić Elin, by przyłączyła się do nich i opisała jej dokładnie, 
co wydarzyło się tutaj przed dwudziestoma laty.
Elin  pokazała  dziewczynie,  w  którym  miejscu  ukryła  się  przed  żołnierzami  i 
gdzie potem ujrzała postać, jak jej się wydawało, Władcy Lasu, rysującą się na 
tle wieczornego nieba. Wyciągnął do niej ręce, by zabrać dziecko, zaginionego 
starszego brata Lisen...

Elin potrafiła jedynie wskazać ogólnie kierunek, była zdania, że zagłębił się w 
las.  Nie  mógł  jednak  odejść  daleko,  musiał  gdzieś  zostawić  dziecko,  bo 
przecież  wrócił,  by  jej  pomóc.  Okazało  się  jednak,  że  było  już  za  późno, 
tragedia stała się faktem. A potem... uśmiercił tych trzech żołnierzy.
- Kim innym powinien był się zająć - mruknęła Lisen z goryczą. - Ale, Elin, czy 
Benjamin to tragedia?
Na  twarzy  Elin,  kiedy  na  nowo  przeżywała  koszmar  sprzed  lat,  malowała  się 
udręka i  ból.  Ale  na  dźwięk słów dziewczynki rysy jej złagodniały  w czułym 
uśmiechu.
Zakłopotany  syn  się  zapłonił.  Był  tak  nieśmiały  i  niepewny  siebie,  jak  może 
stać  się  chłopiec,  który  przez  całe  życie  doświadcza  ludzkiej  pogardy  i 
upokorzeń.
Lisen zapatrzyła się w las.

Podniosła  wzrok  i  wpatrywała  się  w  czubki  strzelistych  świerków,  ale  zaraz 
zakręciło jej się w głowie i prędko musiała spojrzeć w dół.
Elin przygryzła wargi.

background image

Arkusz1

Strona 40

- Bardzo niepokoję się o dzieci - powiedziała wreszcie.

- Jest już jesień. Niedługo nadejdzie zima.

Popatrzyli na nią z powątpiewaniem.

- Mówiłaś już o nich, o sierotach... - W głosie Lisen zadźwięczała nadzieja. - 
Może one coś wiedzą?
Elin jej nie słuchała.

- Elin, Benjaminie, słuchajcie! - mówiła Lisen z zapałem. - Może spróbujemy 
odnaleźć  ich  zagrodę?  Tym  samym  jednocześnie  załatwimy  dwie  sprawy! 
Pomożemy dzieciom i od razu zapytamy je o Władcę Lasu, może akurat coś o 
nim wiedzą? I o niemowlęciu, które zaginęło dwadzieścia lat temu?

- Mam akurat tak dużo zamówień - powiedziała Elin niepewnie.
- To na pewno daleko - sprzeciwił się Benjamin. - I nie wiemy nawet, gdzie ich 
szukać. Możemy zabłądzić. A w lesie są drapieżniki.
Lisen jednak nie pozwoliła zbić się z tropu.
-  W  tartaku  nie  mogą  już  znieść  mojego  widoku,  tak  długo  zadręczam  ich 
pytaniami. Ale znalazł się wśród nich jeden drwal, który słyszał o jakiejś małej 
zagrodzie  położonej  całkiem  na  odludziu,  oddalonej  stąd  o  jakieś  dwa  dni 
marszu. Nigdy tam nie był i nie wie, czy nadal żyją w niej ludzie, ale w każdym 
razie kiedyś tam mieszkali. Potrafi mniej więcej wskazać kierunek, gdzie leży 
chata. Możemy poprosić, by nas tam zaprowadził. Pójdziemy zapytać od razu!
-  A  jeśli  opuścił  już  miasteczko?  -  oponowała  Elin.  Nie  mogła  pozbyć  się 
strachu  przed  uczynieniem  czegoś  tak  niekonwencjonalnego,  a  jednocześnie 
bardzo  chciała  pomóc  samotnym  dzieciom.  Myśl  o  ich  niepewnym  losie 
dręczyła ją we dnie i w nocy od chwili, gdy usłyszała o śmierci ojca.
Stanęło, rzecz jasna, na tym, że poddali się Lisen.
Drwala nie było w tartaku, ale znaleźli go w domu, w małej, nędznej chatynce 
zaraz za miastem.
Nie, nie zgodził się na wyruszenie w las przez pustkowia, czuł się zmęczony, a 
i  wiek  porządnie  mu  już  ciążył.  Ale  znał  myśliwego,  polującego  na 
niedźwiedzie,  który  obeznany  jest  z  lasem  jeszcze  lepiej  niż  on.  Choć  on 
pewnie wyruszył na polowanie, niełatwo będzie go odszukać...
To i lepiej, pomyślała Lisen, bo nie miała ochoty, by myśliwy towarzyszył im w 
wyprawie. Nie lubiła myśliwych. „Myśliwy to człowiek, który lubi patrzeć, jak 
umierają  żywe  stworzenia”  -  powiedziała  kiedyś  ojcu.  Wpadł  oczywiście  w 
gniew i za bezczelność wymierzył jej siarczysty policzek, aż się zatoczyła. Sam 
lubił polować...

Lisen  popatrzyła  na  dwoje  swych  „sprzymierzonych”  i  zaśmiała  się  z 
rezygnacją.
- My troje nie mamy czego szukać w leśnych ostępach. Ktoś jeszcze musi iść z 
nami, inaczej całą sprawę z góry można uważać za przegraną. Myślę jednak, że 
najpierw powinnam zebrać się w sobie i porozmawiać wreszcie z matką.
- Czy dobrze to przemyślałaś? - ostrożnie zapytała Elin.
- Ona nie może przez całe życie chować głowy w piasek - oświadczyła Lisen. - 
Ma zobowiązania chyba nie tylko wobec tego potwora, który jest jej mężem?
- Moim zdaniem panna Lisen powinna wyrażać się z większym szacunkiem o 
właścicielu dworu - surowo upomniała ją Elin, ale Benjamin musiał odwrócić 
głowę, by ukryć uśmiech.

background image

Arkusz1

Strona 41

Najpierw jednak postanowiła porozmawiać z matką.

Hannibal na widok siostry przystanął.
- Cóż to ja o tobie słyszę?

- Powiem o wszystkim ojcu!
- Bardzo proszę! Może nareszcie dostrzeże, że ma także córki.

- Ciekawe, co byś powiedziała, gdybyś usłyszała moje myśli - mruknęła Lisen. 
- Rodzice nie mogą po prostu żądać, by dzieci ich kochały. Muszą jeszcze na to 
zasłużyć!
Rebecka i Lisen wiele miałyby sobie do powiedzenia, gdyby się spotkały.
Ustalili,  że  wyruszą  za  cztery  dni.  Elin  zdąży  wykończyć  najpilniejsze 
zamówienia,  a  Lisen  będzie  miała  dość  czasu,  by  namówić  kogoś,  by  ich 
eskortował, jakiegoś silnego mężczyznę znającego las.

Na  schodach  prowadzących  na  piętro  Lisen  spotkała  swego  młodszego  brata 
Hannibala. To ojciec nalegał, by syn nosił dumne imię bohatera wojennego, ale 
Lisen zawsze uważała, że powinni wybrać coś mniej pretensjonalnego.
Mój  Boże,  jaki  śmieszny  jest  ten  chłopak,  myślała.  Już  chodzi  dumny  i 
napuszony jak oficer, choć taki z niego kurczak, gołowąs jeszcze!

Z  wyglądu  Lisen  i  Hannibal  byli  do  siebie  bardzo  podobni,  mieli  ładne, 
regularne rysy i wyjątkowo ciemne rzęsy. Naturą jednak różnili się jak dzień i 
noc.

-  Czy  mogę  prosić  cię,  byś  przestał  małpować  ojca?  Co  takiego  strasznego 
słyszałeś, smarkaczu?
- Nie mów do mnie takim tonem - odparł zimno. - Pewnego dnia jeszcze tego 
pożałujesz.
-  Masz  zamiar  mnie  stąd  wyrzucić?  Nie  zdążysz,  Durnybalu,  nie  zamyślam 
skończyć jako mumia schowana w tym grobie.
-  Mam  na  imię  Hannibal,  nie  Durnybal!  Nie  wolno  ci  tak  mnie  przezywać!  - 
Hannibal  akurat  przechodził  mutację  i  zakończył  zdanie  falsetem.  -  Mogę  cię 
wydziedziczyć!
- Hurra! - wykrzyknęła Lisen. - Dalej, szczeniaku, zabieraj się do tego!
-  Nie  będę  tolerować...  -  zaczął  wyniośle,  ale  głos  znów  odmówił  mu 
posłuszeństwa  i  chłopiec  tylko  groźnie  popatrzył  na  siostrę.  -  Podobno 
pokazujesz się w miasteczku z tym bękartem Benjaminem. Czy już kompletnie 
oszalałaś? Masz zamiar okryć hańbą dobre imię naszej rodziny?
-  To  zdołaliście  osiągnąć  już  dawno,  twój  podły  ojciec  rotmistrz  i  ty, 
rozpieszczony  głupku,  Durnybalu  -  gniewnie  odparła  Lisen.  -  Ludzie 
naśmiewają się z was, nie ze mnie. A poza tym rozmawiam z tym, z kim chcę. 
Elin i jej syn to porządni, uczciwi ludzie. Nie ma powodu, by się ich wstydzić. 
A teraz zejdź mi z drogi, bo inaczej cię przewrócę!
Uśmiechnęła  się  kpiąco  i  pobiegła  dalej  po  schodach.  Dobrze  wiedziała,  że 
zachowuje  się  paskudnie  i  w  głębi  duszy  żal  jej  było  brata,  ale  ktoś  przecież 
musiał sprowadzić go na ziemię, zanim ojciec zdąży całkiem go zepsuć!

Christine  von  Adelkalk  jak  zwykle  stała  przy  oknie  i  wyglądała  na  świat. 
Drgnęła  przestraszona,  kiedy  weszła  Lisen,  widać  było  wyraźnie,  że  znów 
płakała.
- Tak, mamo, właśnie o tym chcę z tobą mówić - oznajmiła Lisen. Postanowiła 
od razu przystąpić do rzeczy.

background image

Arkusz1

Strona 42

Christine ze zdumieniem popatrzyła na najmłodszą córkę.

Matka bez sił opadła na najbliższe krzesło. Widać było, że oddycha z trudem.
- Ach, nie, nie możecie! Co powie na to twój ojciec?

- O co ci chodzi?

- Już dobrze, mamo, nie płacz już, zobaczysz, jakoś sobie z tym poradzimy.
Matka leciutko uścisnęła dłoń córki.

- Co takiego? Zrobię wszystko, co tylko będę mogła.

- Tak wiele samotnych dzieci - szepnęła Christine.

-  Chcesz  ze  mną  rozmawiać  o  swej  siostrze  Margrethe?  Ale  skąd  możesz 
wiedzieć...
Lisen ugryzła się w język.
- Margrethe? A co z nią?
-  I  ja  się  nad  tym  zastanawiam.  Tak  bardzo  się  cieszyłam,  że  mój  pierwszy 
wnuk przyjdzie na świat, a to się tak przeciąga! Czy myślisz, że mogło się stać 
coś złego?
- Może to po prostu bardzo niezdecydowane dziecko, nie ma śmiałości wyjrzeć 
na świat. Ale zobaczysz, kiedy będzie mu za ciasno, na pewno się pokaże. Ale 
nie  o  tym  chciałam  z  tobą  mówić,  choć  o  czymś  równie  ważnym.  Mamo... 
dlaczego nigdy nic mi nie powiedziałaś o moim najstarszym bracie?
Christine  oszołomiona  wpatrywała  się  w  swą  nieokiełznaną  córkę.  Twarz  jej 
najpierw spłonęła rumieńcem, a zaraz potem pobladła jak kreda.
- Rozmawiałam z Elin - spokojnie wyjaśniła Lisen. - Ona, jej syn Benjamin i ja 
mamy zamiar wyprawić się na poszukiwanie mego zaginionego brata.

- Czy tchórzostwo zawsze musi wygrywać z twoim smutkiem? - ostrym głosem 
zapytała Lisen.

-  Przepraszam,  być  może  źle  się  wyraziłam.  Czy  wolisz  przez  całe  życie 
zamartwiać się dlatego, że jesteś zbyt tchórzliwa, by dowiedzieć się, co się stało 
z dzieckiem? Tak, wiem, że się martwisz, wiem, jak bardzo boli cię ta strata. 
Zorientowałam  się  już  dawno,  tylko  nie  mogłam  zrozumieć,  co  jest  tego 
powodem.
Christine wybuchnęła płaczem, Lisen padła na kolana przy matce.

-  Nie  mogłam  postąpić  inaczej,  nie  mogłam!  Ale  potem  tak  bardzo  tego 
żałowałam...  Tak,  Lisen,  jeśli  tylko  możesz,  to  zrób  coś!  Dowiedz  się,  co  się 
stało z moim synkiem! Przywykłam już do myśli, że najpewniej od dawna nie 
żyje, ale gdybym tylko mogła zapłakać nad jego grobem...
-  Nie  wolno  dzielić  skóry  na  niedźwiedziu  przed  zachodem  słońca  -  odparła 
rezolutnie  Lisen,  której  często  mieszały  się  przysłowia.  -  Ale  potrzebna  mi 
twoja pomoc, mamo.

Lisen  wyjaśniła,  że  ich  wyprawa  nie  będzie  wcale  niedzielną  majówką. 
Opowiedziała  o  sześciorgu  dzieciach,  mieszkających  gdzieś  w  lesie  na 
pustkowiu,  których  los  tak  bardzo  niepokoi  Elin,  że  pragnie  je  odszukać  i 
dowiedzieć się, jak sobie radzą.

background image

Arkusz1

Strona 43

- Przecież ja nikogo nie znam... - zaczęła matka oszołomiona.
- Nie chcemy kogoś, kto zjada młode dziewczęta na śniadanie.

Szwagrowie z zainteresowaniem słuchali opowieści młodziutkiej powinowatej.

-  Owszem  -  rzekła  Lisen  z  goryczą,  bo  zrozumiała  tę  wypowiedź  bardziej 
ogólnie. Pomyśleć tylko, co przeżyć musiał Benjamin i sama Lisen, i jej siostry. 
Siostry  były  już  zamężne,  każda  poślubiła  oficera, jakżeby  inaczej.  Ale  Lisen 
była  zadowolona  ze  swych  szwagrów,  darzyła  sympatią  zwłaszcza  męża 
Margrethe, miłego, porządnego młodzieńca.

O,  tak,  gdy  się  baczniej  rozejrzeć  dokoła,  na  świecie  jest  wiele  samotnych 
dzieci!
Lisen wzięła się w garść i zaczęła perorować z ożywieniem:
- My troje jesteśmy słabi i bezradni, a mamy zamiar zapuścić się w otchłanie 
lasu.  Czy  znasz  kogoś,  kto  mógłby  wskazać  nam  drogę?  Jakiegoś  silnego, 
godnego zaufania człowieka, obeznanego z lasem.

- Ależ, Lisen!
-  Och,  dobrze  już.  Zapomnij  o  moim  pytaniu.  Powinnam  była  pamiętać,  że 
masz kontakt jedynie z salonowymi lwami.
- Lisen, doprawdy, jak ty się wyrażasz! Ale mogę wam dać pieniądze.
- Pieniądze - westchnęła Lisen. - Na co nam pieniądze w lesie?
-  Chociaż...  poczekaj  chwilę  -  matka  zamyśliła  się.  -  Mój  ojciec  miał  mapę 
okolicznych lasów, sam ją narysował, dużo jeździł po tym dystrykcie. Ale twój 
ojciec  nigdy  nie  interesował  się  jego  dziełem,  polegał  jedynie  na  oficjalnych 
wydaniach.
Christine odnalazła starą, ale bardzo dobrze zachowaną mapę. Narysowano ją z 
godną podziwu dokładnością. Przyglądały jej się wspólnie.
-  To  naprawdę  fantastyczne!  -  wykrzyknęła  Lisen.  -  Zobacz  tutaj!  Widzisz  te 
dwa  punkciki  na  górze,  niedaleko  rzeki?  To  na  pewno  właśnie  ta  zagroda! 
Kiedyś musiały być dwie, ale teraz tylko jedna jest zamieszkana. Jeśli ktoś w 
ogóle nadal tam mieszka - dokończyła ze smutkiem.
-  Cóż  za  wielkie  obszary  -  westchnęła  matka.  -  Jak  można  żyć  na  takim 
odludziu? Czy naprawdę macie zamiar wyprawić się aż tak daleko?
-  Nie  ma  innego  wyjścia,  mamo.  Sześcioro  dzieci,  pozostawionych  samym 
sobie. I jeszcze siódme, o którym nic nam nie wiadomo: mój brat.
- Niech Bóg błogosławi waszą wyprawę, moje dziecko - powiedziała Christine 
wzruszona.

Lisen  w  ostatniej  chwili  znalazła  człowieka,  który  mógł  im  towarzyszyć. 
Pogodziła  się  już  z  myślą,  że  będą  musieli  wyruszyć  sami,  kiedy 
nieoczekiwanie  w  parku  natknęła  się  na  obu  swych  szwagrów.  Patrik  i  Lars 
powitali  ją  z  radością  i  zaprosili  na  lemoniadę  do  małej  parkowej  cukierni. 
Dzień był piękny, jakby lato po raz ostatni próbowało wziąć górę nad smutkiem 
jesieni.  Słońce  świeciło,  ale  liście  połyskiwały  złotem  i  czerwienią,  a  osy 
łakomie krążyły nad słodkim napojem i ciastkami.
Matka  Lisen  nie  mogła  służyć  dziewczynce  zbyt  wielką  pomocą,  ale  młodzi 
oficerowie, kto wie? Lisen postanowiła zdradzić im rodzinną tajemnicę.

-  Wcale  mnie  to  nie  dziwi  -  mruknął  Lars,  kiedy  Lisen  opisała  strach  matki 
przed gniewem ojca wtedy, gdy narodził się chłopiec.

background image

Arkusz1

Strona 44

ROZDZIA  VIII

Ł

- Hurra! - zawołała uradowana. - Matti, idziemy się bawić!

Ach, dlaczego nie ma sprawiedliwości na tym świecie?

Na samą myśl zadrżał z przerażenia.

-  Właśnie  ze  względu  na  dziecko  postanowiły  je  ukryć  -  podkreśliła  Lisen.  - 
Zająć się nim miała akuszerka, lecz, niestety, chłopczyk przepadł bez wieści.
Kiedy Lisen skończyła snuć swą opowieść, przez chwilę siedzieli w milczeniu 
rozmyślając o tym, czego się dowiedzieli.
- Oczywiście, możemy ci pomóc, Lisen - oświadczył wreszcie Lars. - Osobiście 
nie  mogę  nic  zrobić,  bo  Margrethe  już  w  każdej  chwili  może  urodzić. 
Rozumiesz,  mam  nadzieję,  że  nie  chciałbym  jej  opuszczać  akurat  teraz.  Ale 
znam pewnego dobrego człowieka, to jeden z moich żołnierzy.
Drugi szwagier, Patrik, włączył się do rozmowy:
-  Ja  mogę  pójść  z  tobą,  Lisen,  wezmę  parę  dni  urlopu.  Wiem,  kogo  masz  na 
myśli,  Larsie,  i  jego  także  zabierzemy  ze  sobą.  My  dwaj  zatroszczymy  się  o 
broń,  tak,  tak,  broń  także  musimy  zabrać,  bo,  jak  sama  powiedziałaś,  to  nie 
majówka.  Zajmiemy  się  wszystkim.  Spotkamy  się  z  tobą,  Elin,  i  z  tym 
żołnierzem  na  rynku  jutro  rano  o  siódmej.  Tylko  ubierzcie  się  rozsądnie, 
pamiętajcie, że może padać. Czy jesteś zadowolona?
- Och, chyba nie może być lepiej! - odparła uszczęśliwiona Lisen.

W górach zima nadeszła wcześnie. Pewnego ranka Linnea wyjrzała na świat i 
zobaczyła, że ziemię pokrył szron.

Czworo  starszych  wcale  się  jednak  nie  cieszyło.  Jorulv  z  troską  popatrzył  na 
Julianę.
- Twoje prośby już na nic się nie zdadzą - oświadczył. - Musimy wyruszyć stąd 
jak najprędzej!
-  Ależ,  Jorulvie,  dlaczego  nie  mielibyśmy  poradzić  sobie  jakoś  i  przetrwać 
zimy? - słabo zaprotestowała Juliana. Tak długo już walczyła o to, by pozostali 
tutaj choćby jeszcze przez kilka dni, a później jeszcze kilka, i jeszcze.
- Bo wszystko wskazuje na to, że zimę w tym roku będziemy mieć wyjątkowo 
ciężką.
Na  to  Juliana  nie  znalazła  żadnej  odpowiedzi.  Wiedziała,  że  brat  ma  rację. 
Rzeczywiście,  dla  nich,  żyjących  od  lat  w  bliskim  kontakcie  z  naturą, 
zapowiadające surową zimę oznaki były aż nadto wyraźne.

Właściwie już dawno powinna była spojrzeć prawdzie w oczy: on nie wracał. 
Powiedział, że ma mu nie zniknąć, i ona zrobiła już, co mogła.
Z  każdym  upływającym  dniem  zawód,  jaki  odczuwała,  stawał  się  coraz 
trudniejszy do zniesienia. Teraz już nie było na co czekać.
Jorulv  założył  nosidło  na  szerokie  bary  i  zaczął  schodzić  w  dół,  do  źródła. 
Kiedy  był  już  w  połowie  drogi,  przystanął  i  rozejrzał  się  po  łąkach 
rozciągających się nad jeziorem.

Jak bardzo bolała myśl, że będą musieli się rozstać z tą okolicą; żal gnębił go 
już teraz, nim pożegnanie stało się faktem. Za kilka dni znajdą się daleko stąd, 
o  ile,  rzecz  jasna,  wszystko  potoczy  się  szczęśliwie.  Może  dotrą  do  innych 
ludzi?

background image

Arkusz1

Strona 45

A może mimo wszystko powinni spróbować jakoś przetrwać zimę?

Inni ludzie?

Ta myśl sprawiła, że przypomniał sobie o nosidłach. Musi wziąć się do roboty.

- Czy widziałeś już kiedyś podobne w tym miejscu? Może jakieś wyrzuciłeś?

Smutek  dręczył  go  nieustannie,  nie  dawał  chwili  spokoju.  W  tym  miejscu 
zwykle  stawał  w  urokliwe  wiosenne  wieczory,  czując  pulsującą  w  żyłach 
radość  życia.  Wsłuchiwał  się  w  dochodzące  z  łąki  beczenie  jagniąt,  słyszał 
rżenie starego konia, stąd patrzył na matkę krzątającą się wokół domu z robótką 
przypiętą do paska, zawsze trzymającą małe dziecko na ramieniu.
Jorulv  wspominał  wczesne  poranki,  tak  jasne  i  przejrzyste,  że  dawało  się 
odróżnić  każdy  listek  na  drzewach  porastających  wzgórze  po  drugiej  stronie 
jeziorka. Przypominał sobie łosia, który o zmierzchu pojawiał się u wodopoju. 
Później stratował ich małe poletko zboża i ojciec wpadł w złość. Jorulv był rad, 
że  łoś  mógł  się  najeść,  ale  kiedy  zimą  oni  sami  musieli  głodować,  zrozumiał 
gniew ojca.
Skierował  wzrok  ku  cmentarzykowi,  na  którym  spoczywał  niemal  cały  jego 
ród. Matka, dziadkowie, zmarłe rodzeństwo...
Jeśli  opuścimy  dom,  matka  pozostanie  tu  taka  samotna.  Nikt  nie  będzie 
przynosił kwiatów  na jej  grób,  nikt nie  przysiadzie i nie  porozmawia z  nią w 
najgłębszym zaufaniu. Wiedział, że inne dzieci tak robią. On sam także.

Nie,  Linnea  tego  lata  tak  często  się  przeziębiała.  Potrzebowała  troskliwej 
opieki.  Tak,  matka  mówiła  przecież,  że  są  na  świecie  mądre  baby,  a  i 
mężczyźni potrafią leczyć choroby.

Skąd  weźmie  tyle  odwagi?  Jorulv  czuł,  że  odpowiedzialność  za  rodzeństwo 
przygniata mu barki strasznym ciężarem.

Kiedy wracał od źródła, natknął się na zmierzającą do obory Julianę. To na nich 
dwoje  tego  ranka  przypadło  obrządzanie  zwierząt.  Jorulv  szedł  kilka  kroków 
przed siostrą, wsłuchując się w delikatne pobrzękiwanie cieniutkiej warstewki 
lodu w wiadrze.
-  Któż,  u  licha,  rzuca  na  dach  kawałki  jałowca?  -  mruknął  nagle  pod  nosem. 
Sięgnął po niedużą iglastą gałązkę i już miał cisnąć ją na ziemię, gdy podbiegła 
Juliana.
- Zostaw! - zawołała i wyrwała mu z dłoni kłujący pęd.

- Nie - odparł Jorulv zaskoczony. - Powiedz mi, co się z tobą dzieje?
Nie  słuchała,  co brat  do  niej mówi,  wzrokiem  cal  po calu  badała ziemię przy 
wejściu do obory.
- Nie ma żadnych śladów - szepnęła do siebie. - To znaczy, że gałązka musiała 
tu leżeć od wczorajszego wieczoru. Mój Boże!
- Juliano, co się z tobą dzieje? - powtórzył Jorulv surowo.
Dziewczynka mocno złapała brata za ramię i zaczęła nim potrząsać, aż z wiader 
chlusnęła woda.
-  Czy  nie  możemy  poczekać  jeszcze  do  jutra  rana?  Tak  bardzo,  bardzo  cię 
proszę, Jorulvie!
-  Wcale  nie  miałem  zamiaru  wyruszać  już  dzisiaj.  Ale  chciałbym,  żebyś  mi 
wyjaśniła...

background image

Arkusz1

Strona 46

- Co masz zamiar zrobić z bykiem? - spytał zaczepnie.

- I jak wyjaśnisz to Mattiemu? - bezlitośnie ciągnął Ole.

- A więc musisz wytłumaczyć to Mattiemu - orzekł krótko Ole.

- Ole! Co my zrobimy?
Ole wzruszył ramionami.
- To ty chcesz się wyprowadzić!

- Dziękuję! Ach, dziękuję! - powtarzała ze łzami w oczach. - Oby tylko nie było 
za późno! Jorulvie, czy przez chwilę możesz sam zająć się obrządkiem? Zaraz 
wrócę, tylko... tylko... po prostu coś zgubiłam... w lesie.
Zniknęła  za  węgłem,  nie  czekając  na  odpowiedź.  Słychać  było  jedynie,  jak 
łopoczą jej spódnice.

Jorulv  patrzył  za  siostrą  i  ze  zdumieniem  kręcił  głową.  Co  mogło  się  stać 
Julianie?  Od  wczesnej  wiosny  zachowywała  się  jak  niespełna  rozumu.  Tak, 
najlepiej będzie, jeśli wyniosą się stąd, zanim na poważnie dopadnie ją polarna 
choroba.
O  polarnej  chorobie  wiele  słyszał.  To  ciężki,  dławiący  smutek,  nachodzący 
tych,  którzy  zbyt  długo  przebywają  na  odludziu.  Matka  mówiła,  że  od  tego 
można dostać pomieszania zmysłów.
Zamyślony popchnął w bok jałówkę, by zrobić sobie więcej miejsca i zabrać się 
do  pracy.  Cóż  za  straszliwy  dylemat.  Tyle  już  zdołali  zgromadzić  z  myślą  o 
zimie. Czy  cała  robota  ma pójść  na  marne? Mają  to zostawić  tutaj,  czy może 
raczej  zabrać  ze  sobą?  Ale  jak  poradzą  sobie  z  przetransportowaniem  zboża, 
warzyw  i  całej  reszty?  A  zostawić  tak,  by  zmarniało?  Przecież  potrzebowali 
zapasów, nawet jeśli mieli przezimować w jakimś innym miejscu!
W innym miejscu, w innym świecie... Jakże przerażające wydawało się to jemu, 
który znał tylko las!
Z  domu  wyszedł  Ole,  nachmurzony  i zbuntowany.  Taki  nastrój  nie  opuszczał 
go już od kilku dni.

Wielkie nieba! Byk! Jorulva oblał zimny pot.

Byk był ukochanym przyjacielem Mattiego. Pozostawali nierozłączni od czasu, 
gdy zwierzę było jeszcze słabym, nowo narodzonym cielątkiem, a karmienie go 
butelką  należało  do  obowiązków  Mattiego.  Za  każdym  razem,  gdy  chłopiec 
wchodził do obory, byczek witał go radosnym rykiem.
Cielątko  jednak  z  czasem  zamieniło  się  w  olbrzyma.  Wielki  byk  nadal 
przyjaźnie  traktował  Mattiego,  ale  wobec  pozostałych  dzieci  okazywał 
najprzeróżniejsze humory. Bywał nieobliczalny.
Jorulv zerknął na Olego.
- Nie możemy zabrać byka - stwierdził bezdźwięcznym głosem. Zdenerwował 
się tak bardzo, że pobielały mu wargi.

Jorulv  zdawał  sobie  sprawę,  że  z  nich  wszystkich  na  myśl  o  opuszczeniu 
zagrody  najbardziej  cierpi  Ole.  Na  nic  się  nie  zdały  podejmowane  przez  nich 
próby  pocieszenia  chłopca,  rozbudzanie  nadziei,  że,  być  może,  jeśli  trafią  do 
ludzi, będzie mógł się uczyć. Ole był także bardzo związany z matką, ostatnio 
codziennie przesiadywał samotnie przy jej grobie.
Jorulv bezradnie popatrzył na brata.

background image

Arkusz1

Strona 47

Głaz... To tam na górze.

Juliana umiała już czytać, w każdym razie prawie umiała.

„DZIŚ WIECZOREM PO OBRZĄDKU W OBORZE”.

- Dziękuję - szepnęła cichutko. - Dzięki ci, dobry Boże!

„PSZYJDE”.
Gnana radością lekko pomknęła do obory.

- Jak to właściwie daleko? - wysapał Benjamin.
- Nie mamy za sobą nawet połowy drogi - odparł Gustafsson.

Juliana, biegnąc przez las, czuła, że ma serce w gardle. Jakie to niemądre, nie 
ustalili  żadnej,  choćby  przybliżonej  pory  następnego  spotkania.  Przecież  ona 
nie mogła siedzieć na kamieniu od rana do północy, zwłaszcza teraz, gdy tyle 
mieli pracy.

Nie oczekiwała wcale, że go zobaczy, spodziewała się jednak, że znajdzie jakąś 
wiadomość.

I  on  wrócił,  to  w  tej  chwili  najważniejsze,  tylko  to  miało  znaczenie.  Będzie 
mogła się z nim zobaczyć, zanim wyruszą w drogę.
Na  kamieniu  rzeczywiście  widniały  jakieś  znaki,  długi  rząd  zawiłych  figur. 
Czyżby zaplątała się tu wiewiórka i zostawiła po sobie taki bałagan?

Nie,  to  prawdziwe  słowa.  Ale  jakie  trudne!  Z  wysiłkiem  odczytywała  litery, 
składała  je,  sylabizowała.  Czuła,  że  płacz  uwiązł  jej  w  gardle.  Były  też  dwa 
znaki,  które  widziała  chyba  po  raz  pierwszy,  musiała  domyślać  się  ich 
znaczenia.

Po  długiej  chwili  odgadła  wreszcie,  jak  brzmi  pozostawiona  dla  niej 
wiadomość:

Juliana  odetchnęła  z  ulgą.  Złożyła  ręce  i  z  wdzięcznością  promiennie 
uśmiechnęła się ku niebu.

Musiała  też  ułożyć  odpowiedź,  by  on  się  dowiedział,  że  zrozumiała  jego 
wezwanie. Z dumą, że umie także coś napisać, ułożyła z patyczków słowo:

Z  początku  ścieżka  prowadząca  wzdłuż  rzeki  była  wydeptana  i  wyraźna, 
nieduża  ekspedycja  ruszyła  więc  odważnie,  w  dobrym  nastroju.  Lisen, 
przeświadczona,  że  bierze  udział  w  nieopisanie  fascynującej  przygodzie,  szła 
przodem aż do chwili, gdy droga nagle zaczęła stromo piąć się w górę wzdłuż 
spadającego  z  hukiem  wodospadu.  Wówczas  prowadzenie  objął  jej  szwagier 
Patrik i jego dzielny, silny żołnierz.
Lisen oddychała coraz ciężej, z żalem stwierdzając, że marną ma kondycję. Na 
szczęście  zauważyła,  że  Elin  także  męczy  się  w  słońcu,  a  i  Benjaminowi  pot 
zalewa oczy.
Żołnierz  nosił  nazwisko  Gustafsson  i  był  naprawdę  porządnym,  godnym 
zaufania  człowiekiem.  Od  dawna  pełnił  żołnierską  służbę,  ale  urodził  się  w 
górach i wiedział, czego wymaga życie w leśnych ostępach. Oprócz tego, że żuł 
tabakę  i  nie  błyszczał  zbytnio  inteligencją,  Lisen  nie  miała  do  niego  żadnych 
zastrzeżeń.  Był  dobrym,  porządnym  człowiekiem,  a  ona  umiała  to  docenić  i 
bardzo go polubiła.
Jesienne  powietrze  było  ostre,  las  pachniał  świeżo,  przyjemnie.  Po  wielu 
godzinach marszu zatrzymali się, by odpocząć i coś zjeść, i znów ruszyli. Coraz 
bardziej  czuła  w  nogach  przebytą  drogę.  Nastrój  przestał  już  być  tak 
entuzjastyczny.

background image

Arkusz1

Strona 48

To ci dopiero pociecha!

Wszyscy przystanęli i zaczęli nasłuchiwać.

- Ale to znaczy, że niedługo będziemy na miejscu?

- Nie wiem. Teraz jest już cicho.

- Za to ja, owszem - oświadczył Benjamin.

Odwrócili się i popatrzyli w przeciwną stronę.

Przed wyruszeniem w drogę Patrik rozmawiał ze swą żoną Tildą, siostrą Lisen, 
o zaginionym bracie. Patrik opowiedział później Lisen, że żona nie była wcale 
tak  bardzo  zaskoczona  nowiną,  jakby  się  mogło  zdawać.  Powiedziała  mu,  że 
dawno  już  przeczuwała,  iż  musiało  się  wówczas  wydarzyć  coś 
nadzwyczajnego,  ale  była  wtedy  za  mała,  by  pojąć,  co  właściwie  zaszło.  Z 
całego serca życzyła powodzenia ich wyprawie.
-  To  dobrze  wiedzieć  -  cichym  głosem  powiedziała  Lisen.  -  Wiesz,  niewiele 
miałam  wspólnego  z  moimi  siostrami,  kiedy  jeszcze  mieszkały  w  domu.  Są 
przecież  o  wiele  starsze  ode  mnie.  Ale  nie  mogłam  pogodzić  się  z  tym,  że 
ojciec nigdy ich nie dostrzegał. Nawet przy obiedzie udawał, że po prostu nie 
ma ich przy  stole. Mnie traktował  podobnie, ale to  nie było takie straszne. Ja 
jestem  silna,  jakby  ulepiona  z  innej  gliny.  One  obie  są  znacznie  bardziej 
miękkie, wrażliwsze.
- Masz rację - kiwnął głową Patrik. - Cicho!

- Nie dochodzi już szum rzeki - szepnęła Lisen.
-  Już  dawno  odbiliśmy  w  bok  -  odparł  Gustafsson.  -  Jeszcze  tam,  przy  tej 
stromej ścianie, pamiętacie?

-  O,  nie,  przed  nami  jeszcze  spory  kawałek.  Tylko  na  mapie  wygląda  tak,  że 
przez cały czas można trzymać się rzeki. Co takiego usłyszałeś, Patriku?

Kiedy  jednak  znów  podjęli  wędrówkę,  ponownie  doszedł  ich  jakiś  dziwny 
dźwięk - coś niby trzask łamanych gałęzi, jak gdyby ktoś przedzierał się przez 
gęstwinę świerków.
Przysunęli się ku sobie. Mężczyźni zdjęli strzelby z ramion, a potem nikt się już 
nie poruszał. Lisen czuła, że nerwy ma napięte do ostatnich granic.
I znów hałas, ale tym razem dobiegł od strony kilku sosen, które nie rosły już 
tak  gęsto.  Ujrzeli  łosia,  co  sił  w  nogach  oddalającego  się  od  nich, 
prawdopodobnie równie przestraszonego jak oni sami. Odetchnęli z ulgą.
- Wcale, ale to wcale się nie bałam! - zapewniła Lisen,

- Jeśli ty jesteś taki szczery, to i ja mogę sobie na to pozwolić - roześmiała się 
Lisen. - Myślałam, że ze strachu oszaleję!

Zmierzch  zastał  ich  na  wzgórzu  ze  wszystkich  stron  otoczonym  lasami. 
Miasteczko  dawno  już  zniknęło  im  z  oczu,  nie  widzieli  nawet  odbicia  łuny 
świateł na niebie.

W oddali, daleko przed nimi, niewyraźną kreską znaczyły się góry. U ich stóp, 
w miejscu gdzie krajobraz nie był tak zwarty jak otaczający ich las, dostrzegli 
maleńkie światełko.
- Wielkie nieba! - jęknęła Elin. - Czy to możliwe?

background image

Arkusz1

Strona 49

- W każdym razie żyją. To przynajmniej pociecha.

Zbudził ich dokuczliwy chłód.

Jeśli im się powiedzie, dotrą do niej przed zapadnięciem ciemności.

- Stójcie! - wrzasnął Gustafsson. - Musimy trzymać się razem! Słyszycie?
W zaroślach przed nimi rozległy się kolejne trzaski.

Wszyscy  poczuli,  jak  wzruszenie  ściska  im  gardła  na  ten  niezwykły  widok: 
leśne  pustkowie,  wokół  dzikie  knieje,  rozciągające  się  daleko  jak  okiem 
sięgnąć. I w samym środku jedno jedyne maleńkie światełko.
-  Sześcioro  małych  dzieci  -  mruknął  Patrik  niewyraźnie.  -  Sześcioro 
opuszczonych, pozostawionych samym sobie dzieci.
Lisen otarła łzy.

- Ale do nich daleko! - z powątpiewaniem w głosie stwierdził Benjamin. -Cały 
jutrzejszy dzień przejdzie nam z pewnością na wędrówce.
Kiedy  tak  rozprawiali,  światełko  zgasło.  Dookoła  zapanowały  ciemności. 
Dzieci z chaty na pustkowiu poszły spać.
W  milczeniu,  zamyśleni,  zajęli  się  rozbijaniem  obozu  na  szczycie  wzgórza. 
Chcieli  zapewnić  sobie  dobry  widok  na  wszystkie  strony,  na  wypadek  gdyby 
pokazały się drapieżniki.

Ranek był jeszcze bardzo wczesny. Cały las pokrywał szron. Piękny to widok 
na tle czerwieniejącego od wschodu nieba, zapowiadającego rychłe pojawienie 
się słońca. Okoliczne doliny zakrywała mgła. Było strasznie zimno.
Tego właśnie ranka Juliana nareszcie znalazła gałązkę jałowca rzuconą na dach 
obory.
Niewielka drużyna Lisen znów podjęła wędrówkę. Czasami musieli zbaczać z 
drogi  i  wdrapywać  się  na  wzniesienia,  by  sprawdzić,  czy  posuwają  się  we 
właściwym kierunku. Dawno już stracili z oczu to, co z trudem dało się nazwać 
ścieżką. Teraz mogli korzystać jedynie z podpowiedzi natury, z jej znaków: ze 
słońca,  z  charakterystycznego  wyglądu  drzew  od  północnej  i  wschodniej 
strony, zwróconych zawsze na południe mrowisk.
Późnym popołudniem wspięli się na kolejne pasmo wzgórz i wówczas po raz 
pierwszy  ujrzeli  samotną  górską  zagrodę.  Bez  wątpienia  znacznie  się  do  niej 
zbliżyli,  jednakże  mocno  zboczyli  z  kursu.  Zagroda  znajdowała  się  spory 
kawałek na lewo od miejsca, w którym stali.

Światło  dnia  zaczęło  już  powoli  przygasać,  gdy  zaszły  nieprzewidziane 
wydarzenia.
Gustafsson  przystanął  nagle  i  zaczął  głośno  wciągać  nosem  powietrze.  Jego 
towarzysze również się zatrzymali, Lisen natychmiast zrozumiała, co zwróciło 
uwagę żołnierza. Ostry, przenikliwy zapach...
-  Drapieżniki  -  cicho  oznajmił  Gustafsson.  -  Gdzieś  w  pobliżu  musi  być 
legowisko.
Z  prawej  strony  coś  poruszyło  się  w  zaroślach,  rozległy  się  dziwne  odgłosy. 
Benjamin,  ogarnięty  panicznym  lękiem,  rzucił  się  do  ucieczki  w  przeciwnym 
kierunku. Elin pospieszyła za synem.

- Sprowadzę Elin i Benjamina z powrotem - szybko powiedziała Lisen.

background image

Arkusz1

Strona 50

- Wracajcie, to tylko rosomaki!

- Benjamin? - zawołała niepewnie.
Nikt jej nie odpowiedział.

Jedyne, co usłyszała, to swój własny oddech.

Ostatnia myśl wydała jej się najrozsądniejsza.

Kiedy ześlizgiwała się obok drzewka, mocno chwyciła się jego pnia.

ROZDZIA  IX

Ł

Wieczorny obrządek był już zakończony.

Czekał już na nią! Dostrzegła go z daleka, stał w dolince i patrzył w jej stronę.

Nie  wiedziała,  czy  poganiał  ją  strach,  czy  też  chęć  niesienia  pomocy;  na  to 
pytanie wolała nie odpowiadać. Czuła, że jest już bardzo zmęczona - dwa dni 
marszu  przez  nieznany  teren  to  wielki  wysiłek,  zarówno  fizyczny,  jak  i 
psychiczny.
Zobaczyła,  że  wystraszona  Elin  próbuje  wspiąć  się  na  drzewo,  a  Benjamin 
przedziera się dalej do przodu przez gęste zarośla. Zaraz usłyszała głos Patrika, 
dobiegający z tyłu, z daleka:

Lisen przystanęła na moment, wstydząc się własnej reakcji, ale zaraz usłyszała 
pełen  przerażenia  okrzyk  Benjamina  kawałek  dalej  i  pobiegła,  by  zatrzymać 
chłopaka. Nagle, w jednej chwili, zapanowała wokół niej niczym nie zmącona 
cisza.

- Patrik? Gustafsson? Elin?

Zdała  sobie  sprawę,  że  zbytnio  oddaliła  się  od  towarzyszy.  Co  mogła  teraz 
zrobić? Czy powinna dalej szukać Benjamina? Może raczej zawrócić i dołączyć 
do pozostałych?

Starała się zorientować, z której strony nadeszła, ale las był tu taki gęsty, że nie 
dostrzegła nic takiego, co mogłoby ją naprowadzić na ślad.
- Mój Boże, chyba się nie zgubiłam? - szepnęła do siebie przerażona. - Jestem 
przecież tak wysoko, nie powinnam...
Ostrożnie  postąpiła  kilka  kroków  naprzód,  ale  zaraz  poślizgnęła  się  na 
wilgotnym  mchu  i  zanim  się  obejrzała,  już  spadała  po  zboczu  kończącym  się 
prawie pionową skalną ścianą.
Paraliżował ją strach, ale nie miała czasu o tym myśleć. Drzewo! Kawałek niżej 
rosło nieduże, wątłe drzewko. Najważniejsze, by zachować zimną krew...

Nic na to nie poradzę, że czuć ode mnie oborą, myślała Juliana wymykając się 
do lasu.
Spuściła  wzrok,  by  popatrzeć  na  siebie,  i  gwałtownie  się  zatrzymała.  Jak  też 
ona  wygląda!  Fartuch  aż  sztywny  od  gnojówki!  Co  robić?  Co  robić?  Tak 
przecież  nie  może  się  pokazać!  Błyskawicznie  zdjęła  fartuch  i  powiesiła  na 
gałęzi.  Pobiegła  dalej.  Sukienka,  którą  nosiła  do  pracy  w  oborze,  nie  była 
pewnie dużo lepsza, ale jednak wyglądała trochę porządniej.

Juliana nie mogła opanować drżenia. Widzieli się już tak dawno temu, ledwie 
mogła przypomnieć sobie jego twarz. Na pewno już o nią nie dbał... Co mogła 
mu powiedzieć? Co mogła zrobić?
Czy  naprawdę  był  taki  przystojny,  taki  piękny?  A  na  niej  przecież  nie  warto 
nawet oka zawiesić, taka jest zwyczajna, szara.

background image

Arkusz1

Strona 51

- Przybiegłam tak szybko jak mogłam - wysapała. - Czy długo już tu jesteś?

Kiwnęła głową.

Gdy usłyszał jej słowa, na twarzy odmalowała mu się powaga.
- Przenosicie się? Dokąd? I dlaczego?

- Nie wrócił jeszcze?

- Czy nie zginęło wam kilka owiec? - zapytał nagle.
- Owiec? - powtórzyła zdumiona Juliana. - Nie, nic o tym nie wiem.
- Widziałem trzy kawałek stąd, w okolicy tej opuszczonej zagrody.

- A co jest z tą osobą, która była taka chora?
Rozjaśnił się.

- Obawiałeś się, że umrze, prawda? - cicho spytała Juliana.

Ale  z  twarzy  biło  jej  oddanie  i  szczęście,  niepewność  i zawstydzenie.  Juliana 
miała  w  sobie  coś,  co  sprawiało,  że  „warto  było  na  niej  zawiesić  oko”,  choć 
sama nie zdawała sobie z tego sprawy.

-  Niedługo,  a  poza  tym  z  przyjemnością  czekam  na  ciebie,  Juliano.  To  ty 
musiałaś mnie wyglądać tyle czasu. Bardzo mi przykro z tego powodu, ale nie 
mogłem zjawić się wcześniej.

- Dobrze, że jesteś, bo jutro albo pojutrze opuszczamy zagrodę. Tak bardzo się 
bałam,  że  się  o  tym  nie  dowiesz,  a  przecież  obiecałam,  że  ci  nie  zniknę, 
pamiętasz?

- Nie wiemy, podobno idąc w dół, wzdłuż rzeki, można dotrzeć do ludzi. Ojciec 
tamtędy poszedł.

- Nie, a my boimy się zostać tu sami przez zimę. Wszystko wskazuje na to, że 
mróz w tym roku może wyjątkowo dać się we znaki.
- Tak, zima na pewno będzie surowa - rzekł Czarny w zamyśleniu. - Doskonale 
was  rozumiem,  ale  mimo  wszystko...  Jak  zamierzacie  poradzić  sobie  ze 
zwierzętami  podczas  tak  długiej  wędrówki?  I  przecież  nie  znacie  żadnego 
miejsca, gdzie moglibyście się zatrzymać, zamieszkać.
Juliana  nie  mogła  dać  mu  na  to  odpowiedzi.  Przez  chwilę  stali  w  milczeniu, 
wpatrując  się  w  oszronione  drzewa.  Dziewczynka  nie  czuła  przenikliwego 
chłodu, tak rozgrzewała ją radość z ponownego spotkania.
Zachodzące słońce zabarwiło ognistą czerwienią niebo za jego głową, tworząc 
jakby  płomienną  glorię  wokół  długich  czarnych  włosów.  Juliana  przyglądała 
mu się z nieskrywanym podziwem.

-  Naprawdę?  W  starej  zagrodzie  babci?  To  bardzo  dziwne,  musimy  to 
sprawdzić.
- Niedobrze, żeby błąkały się same. - Jego oczy śmiały się do niej, delikatnie 
ujął ją za rękę.
Juliana nie wiedziała, jak powinna zareagować na taką poufałość, ale nawet nie 
próbowała już dłużej skrywać swych uczuć. Całkowicie pochłonął ją cud, który 
stał się jej udziałem - zetknięcie dwóch dusz, które przeżywają pełną harmonię.
Z  Czarnym  mogła  być  całkiem  szczera,  a  to  dawało  jej  niezwykłe  poczucie 
bezpieczeństwa. Wiedziała teraz, o co chce go zapytać.

-  Z  moją  przybraną  matką?  Dziękuję,  przetrwała  kryzys  i  teraz  czuje  się 
znacznie lepiej.

background image

Arkusz1

Strona 52

Juliana pokiwała głową. Potrafiła zrozumieć tę sytuację.
- Twoja przybrana matka... To oczywiście żona twego przybranego ojca?
- Nie, to jego matka.

- Och, więc musi być już bardzo stara.

- Porozmawiam z ojcem, ale teraz muszę już iść.

- Uważaj na siebie, Czarny - szepnęła.
- I ty także! Jeszcze się zobaczymy.
Rozstali się, Juliana wracała do zagrody oszołomiona szczęściem.

Dzieci niechętnie sposobiły się do opuszczeniu domu.

Jorulv poczuł, że oblewa go zimny pot.
- Co takiego? Nie ma ich za ogrodzeniem?
- Nie, najwyższy drąg w bramie spadł.

- Tak, tak - pokiwał głową Jorulv. - A gdzie Juliana?

- Tak, bardzo się o nią baliśmy. Wymagała bezustannej opieki i właśnie dlatego 
nie mogłem wcześniej spotkać się z tobą. Wiesz, jest nas tylko dwóch.

Dziewczynka  przypomniała  sobie  spotkanego  uprzednio  w  lesie  mężczyznę  z 
siwą brodą.

- Nie, nie tak bardzo. Po prostu stara. I jest najlepszym człowiekiem na ziemi. - 
Czarny  odetchnął  głęboko.  -  Juliano...  Obiecałem  ojcu,  że  wrócę,  zanim 
zapadnia  zmrok.  Ale  bardzo  się  zaniepokoiłem  na  wieść,  iż  macie  zamiar 
opuścić  dom.  Właściwie  mieliśmy  wracać  już  dziś  wieczorem,  ale  poproszę 
ojca, byśmy wstrzymali się do jutra. On z wami porozmawia i być może udzieli 
wam kilku rad.
- O, tak! - rozpromieniła się Juliana. - Naprawdę byłoby to możliwe? Myślę, że 
mogłoby  to  nam  bardzo  pomóc,  bo  szczerze  mówiąc  nie  mamy  pojęcia,  jak 
sobie z tym wszystkim poradzić.

Na  pożegnanie  znów  ujął  ją  za  rękę  i  spojrzał  wzrokiem,  z  którego  dało  się 
wyczytać wszystkie uczucia, jakie dla niej żywił. Drugą dłonią pogładził ją po 
policzku. Juliana przytuliła twarz do jego dłoni.

Najstarsi  chłopcy  nadal  nie  zdecydowali,  co  zrobić  z  bykiem,  pracowali  bez 
żadnego planu, a niechęć i lęk przed przeprowadzką jeszcze bardziej utrudniały 
robotę.
Rebecka  chyba  jako  jedyna  chętnie  zabrała  się  za  przygotowania,  ale  traf 
chciał, że to właśnie ona wieczorem wstrzymała całą akcję.
-  Jorulvie  -  powiedziała  ze  strachem,  spotkawszy  brata  koło  obory.  -  Brakuje 
trzech owiec, tej matki z dwoma jagniętami. Wszystkie trzy zniknęły.

-  Och,  nie!  -  westchnął  Jorulv.  -  Akurat  dzisiaj!  Albo...?  Może  to  zrządzenie 
losu? Znak, że mimo wszystko nie powinni opuszczać gospodarstwa?
- To Matti zamykał dziś owce - powiedziała Rebecka żałośnie. - Wiesz dobrze, 
że nie potrafię na niego krzyczeć.

-  Nie  wiem.  -  Rebecka  wzruszyła  ramionami.  -  Zniknęła  zaraz,  jak  tylko 
skończyła  obrządek.  Może  poszła  się  przejść,  pożegnać  ze  wszystkimi 
miejscami.

background image

Arkusz1

Strona 53

- Może powinnam zadąć w piszczałkę? - zapytała Rebecka.
Jorulv wahał się przez chwilę.

- Co takiego? Skąd to wiesz? Byłaś aż tak daleko?
- Nie - Juliana zaczęła się plątać. - Weszłam na wzgórze i...
Jorulv przerwał siostrze.

Wkrótce potem szedł już przez las.

Nagle przystanął i zaczął nasłuchiwać. Czyżby doszło go beczenie owcy?
Nie, to na pewno nie głos owcy ani też jagnięcia.

Nawet owce uniosły głowy, nasłuchując.

Król Gór?
W takim razie wołał dziwnie słabo.
- Pomocy!
Jorulvowi zaparło dech w piersiach. To człowiek! To na pewno kobiecy głos!
Omiótł wzrokiem skalną ścianę i teraz ją dostrzegł.
- Już idę! - odkrzyknął.
- Szybko! Już nie mam sił... nie utrzymam...

Leśna boginka? A może elf, z rodu Czarnych Elfów?

Jorulv  znów  pokiwał  głową.  Wszyscy  wybierali  się  na  podobne  wycieczki, 
każde z osobna. Zaczynało się jednak robić coraz ciemniej.

- To krowy słuchają piszczałki, nie owce. Cóż, będę musiał iść ich poszukać. 
Ale gdzie?
W  tej  samej  chwili  przez  łąkę  nadbiegła  ku  nim  Juliana.  Wyszli  jej  na 
spotkanie, by przekazać przykrą nowinę o zaginionych owcach.
-  Wiem,  gdzie  one  są  -  powiedziała  głosem  pełnym  radości.  -  Są  przy  starej 
zagrodzie babci i dziadka,

-  Przynieś  powróz,  Rebecko.  Sprowadzę  je  od  razu,  zanim  jeszcze  zapadnie 
noc.

Żałował, że nie zabrał  ze sobą Olego. Tu, między drzewami, zmrok wydawał 
się jakby gęściejszy, choć właściwie nie było jeszcze ciemno. Miał sporo czasu.

Przyspieszył  kroku.  Kiedy  nareszcie  wyszedł  na  polanę,  na  której dziadkowie 
mieli kiedyś swe gospodarstwo, natychmiast zauważył owieczki. Wystraszone 
tuliły się do ściany walącej się chałupy.
Jorulv  podszedł  do  nich  i  łagodnie,  uspokajająco  przemawiając,  przywiązał 
matkę.  Starannie  sprawdził  węzły  i  w  tej  samej  chwili  znów  usłyszał  żałosne 
wołanie.

-  Spokojnie,  tylko  spokojnie  -  szepnął  do  zwierząt.  Na  wszelki  wypadek 
uwiązał także jagnięta. Zwykle trzymały się blisko matki, ale przerażone mogły 
popędzić przed siebie, na nic nie zważając.
Wołanie dochodziło od skalnej ściany po drugiej stronie rzeki. Jorulv nie mógł 
tego zrozumieć. Nie mogło to być żadne zwierzę. Czyj to więc głos?

Zamknął owce w zrujnowanym domu, tu przynajmniej wilki nie będą miały do 
nich dostępu, i odważnie wszedł do lodowatej wody. Rzeka nie była głęboka, 
ale chłód wbijał się w ciało tysiącem ostrych igieł.
Jorulv zdawał sobie sprawę, że osoba, która zawisła nad groźną przepaścią, nie 
mogła być ani Julianą, ani Rebecką. To na pewno obca kobieta, chyba że...?

background image

Arkusz1

Strona 54

Jorulv wyciągnął w jej stronę wielką, silną dłoń.
- Teraz, złap mnie za rękę!

- Nie bój się - powiedział głębokim, ciepłym głosem.

- Uważaj! - nakazał. - Spróbuj uchwycić moją rękę!

Nareszcie znów poczuła pod stopami stały grunt!

Tam zatrzymali się i badawczo sobie przyjrzeli.

- Czy ty jesteś prawdziwa?
- Prawdziwa? O co ci chodzi?
- Noo... czy jesteś człowiekiem? A może boginką, która chce mnie skusić?

Nie miał jednak czasu długo się nad tym zastanawiać, nie miał czasu nawet na 
strach. Jeśli to kobieta z krwi i kości, to potrzebowała pomocy, i to natychmiast.

Lisen  pomimo  zapadającego  zmierzchu  widziała,  jak  nadchodził.  Zwinnie 
wspinał  się  po  stromym  zboczu  i  wkrótce  znalazł  się  tuż  przy  niej  na  skalnej 
półce. Ona nie miała żadnego podparcia dla nóg, trzymała się jedynie cienkiego 
pnia wątłego drzewka.
Choć  sytuacja,  w  jakiej  znalazła  się  Lisen,  była  naprawdę  niebezpieczna, 
dziewczyna nie mogła się powstrzymać od okrzyku podziwu na widok Jorulva.
Cóż za m ę ż c z y z n a! No, może nie był wcale taki dorosły, prawdopodobnie 
tylko  o  parę  lat  starszy  od  niej,  ale  taki  wysoki,  mocno  zbudowany  i 
niewiarygodnie  wprost  przystojny,  ze  złotoblond  czupryną  i  niebieskimi  jak 
niezapominajki oczyma.

Bardziej niż chętnie usłuchałaby jego polecenia, ale zwyczajnie nie mogła się 
na  to  odważyć.  Bała  się,  że  poleci  w  dół  bezwładnie  jak  worek  z  mąką,  a 
zapragnęła nagle, by on zapamiętał ją sobie jako piękną, elegancką, pełną gracji 
pannę. Worek z mąką nie miał przecież żadnej z tych cech!
Młody człowiek nagle jakby zrozumiał jej dylemat i ostrożnie podsunął się do 
niej. Jego dłoń znalazła się teraz o wiele bliżej.

Och, nie, Lisen nie mogła teraz spaść, pragnęła żyć, by móc poznać lepiej tego 
chłopaka z baśni, który tak nieoczekiwanie znalazł się przy niej. Ale skąd się 
wziął?

Lisen  zamknęła  oczy  i  rzuciła  się  do  przodu.  Poczuła  mocny  uścisk  silnej, 
pewnej dłoni. Czując, że leci w dół, uczepiła się jej ze wszystkich sił. Maleńka 
sosna  niepokojąco  zatrzeszczała,  ale  na  szczęście  Jorulv  powoli,  lecz  pewnie 
już ściągał dziewczynę na występ skalny.

-  Już  dobrze  -  rozległ  się  jego  życzliwy  głos.  -  Teraz  możesz  się  puścić, 
trzymam cię mocno.
Lisen  puściła  pień  drzewa.  Ledwie  mogła  wyprostować  zdrętwiałe  palce,  tak 
długo przecież kurczowo je zaciskała. Jorulv otoczył ją ramieniem i ostrożnie 
poprowadził  w  dół  urwiska,  starannie  wybierając  drogę.  Żadne  z  nich  nie 
odezwało się ani słowem, dopóki nie stanęli nad brzegiem rzeki.

Jorulv  uśmiechnął  się  z  zakłopotaniem,  a  jego  uśmiech do  końca już  rozbroił 
Lisen. A potem powiedział coś dziwnego:

Co do tego ostatniego, to jeszcze zobaczymy, pomyślała Lisen, głośno jednak 
powiedziała:

background image

Arkusz1

Strona 55

Jorulv palcem wskazał kierunek.
- Mieszkam tam razem z rodzeństwem.
Lisen ze zdziwienia otworzyła usta.

- Jorulv.
- Jorulv? To niezwykłe imię - stwierdziła.

Lisen wzięła się w garść.

- Tak, na wzgórzu są rosomaki. Mają tam gniazdo.

- A co robicie tu w lesie? - zapytał Jorulv.
- Przyszłam tu, by odszukać mego brata - wyjaśniła dziewczyna.
- Brata?
Lisen uśmiechnęła się zawstydzona.

- Och, tak, oczywiście. Ale my nigdy nikogo tu nie widzieliśmy. Nigdy.

-  Jestem  ludzką  istotą,  mam  na  imię  Elisabeth,  ale  wszyscy  nazywają  mnie 
Lisen. Ale kim ty jesteś i skąd przyszedłeś?

-  Czy  ty  jesteś  jednym  z  tych  biednych,  samotnych  małych  dzieci?  W  takim 
razie  jesteś niezwykle wyrośniętym dzieckiem! - Faktycznie, by móc spojrzeć 
mu w twarz, musiała postąpić o kilka kroków do tyłu.
I  znów  jego  nieśmiały  uśmiech  sprawił,  że  serce  w  piersi  Lisen  kilka  razy 
podskoczyło.
- Tylko Matti i Linnea są mali - wyjaśnił. - Ale ja nigdy jeszcze nie widziałem 
obcego człowieka.
- Nie widziałeś...- zaczęła, ale urwała w pół zdania. Trudno było w to uwierzyć. 
- Jak masz na imię?

- Nie wiedziałem - odparł przepraszająco, jakby przykro mu było, że nosi imię, 
którego dotychczas nie słyszała. Głową wskazał ruiny chłopskich zabudowań, 
położone nie opodal.  -  Zamknąłem tam kilka owiec. Właśnie po nie szedłem, 
kiedy usłyszałem twoje nawoływanie.

- Ach, oczywiście, nie mogę cię zatrzymywać. Ogromnie jestem ci wdzięczna, 
bo przecież uratowałeś mi życie. Zwykle nie bywam tak nieuprzejma, ale... to 
wszystko stało się tak nagle - dokończyła zdławionym głosem.
- Czy jesteś tu sama? - zapytał, gdy szli w stronę zabudowań. - I dlaczego tu 
jesteś? Zabłądziłaś?
- Nie. I tak, i nie. Właściwie nie zabłądziłam. Jest nas tu pięcioro. Przestraszyły 
nas jakieś drapieżniki, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że to tylko 
rosomaki.

-  Ale  Benjamin  zląkł  się  nie  na  żarty,  Elin  pobiegła  za  nim.  Ja  miałam 
sprowadzić ich z powrotem, ale za bardzo się oddaliłam. - Zorientowała się, że 
mówi  prosto,  po  dziecinnemu,  tak  jak  on,  choć  zwykle  starała  się  wysławiać 
bardzo elegancko.

Jorulv  przyprowadził  owce,  Lisen  pomogła  mu  lepiej  przywiązać  jedno  z 
jagniąt.

-  To  może  zabrzmieć  niemądrze,  bo  mój  brat  zniknął  w  lesie  mniej  więcej 
dwadzieścia  lat  temu.  Najprawdopodobniej  więc  już  nie  żyje.  Ale  tak  bardzo 
chciałabym się dowiedzieć, co się z nim stało. Czy potrafisz to zrozumieć?

W tym momencie w Lisen nagle jakby coś umarło. Marzenie, że będzie mogła 
uradować matkę.

background image

Arkusz1

Strona 56

- Czy nie czujesz się tu samotny? - odważyła się spytać po chwili.

Jorulv popatrzył na dziewczynę i uśmiechnął się leciutko.
- Prawda? Jesteśmy tacy mali, a mimo to nosimy w sobie coś wielkiego.
- O tym samym właśnie myślałam.
- Ściemnia się. Chcesz trzymać mnie za rękę?

- To najmilsza dłoń, jaką miałam okazję trzymać - stwierdziła.

ROZDZIA  X

Ł

Głupstwa. Wodnik nie wyglądałby na takiego zagubionego!

-  Rozumiem  -  powiedziała  cicho.  -  Właściwie  od  samego  początku  nadzieje 
były płonne.
Zapadła  cisza.  Lisen  wpatrywała  się  w  szerokie  bary  chłopaka,  które  miała 
przed  oczami.  Zauważyła,  że  okrywająca  je  koszula  była  za  ciasna  i  w  wielu 
miejscach  przetarta  tak,  że  przez  materiał  prześwitywało  nagie  ciało. 
Obserwowała  miękkie  po  kociemu  ruchy  Jorulva,  troskliwe  dłonie,  delikatnie 
kierujące owcę we właściwą stronę...
Powinnam  być  choć  trochę  ranna,  pomyślała.  Nic  poważnego,  tylko  jakieś 
drobne skaleczenie, wtedy mogłabym się na nim opierać. To musi być cudowne 
poczuć jedwabiście gładką, ciepłą skórę przy swojej...

-  Owszem  -  odparł  zamyślony.  Nie  patrzył  na  nią,  wzrok  utkwił  gdzieś  w 
oddali,  a  mimo  to  nikt  nigdy  nie  mówił  do  niej  bardziej  wprost  niż  on  teraz. 
Najwidoczniej dotknął jakiejś czułej struny, głęboko ukrytej w duszy Lisen. - 
Tak,  czasami  czuję  się  bardzo  samotny.  Zwłaszcza  ostatnio,  kiedy  zacząłem 
dorastać.  Wiosną,  gdy  wszystko  wokół  burzy  się  i  pulsuje,  kiedy  cała  natura 
wprost tętni życiem... Wtedy samotność dokucza mi tak, że o mało nie krzyczę 
z bólu.
-  By  to  przeżywać,  wcale  nie  trzeba  mieszkać  głęboko  w  lesie  -  mruknęła 
cierpko. - Choć być może tu na pustkowiu takie uczucie jest silniejsze.
Lisen  stała  blisko  niego  i  nagle  doznała  wrażenia,  że  sama  staje  się  częścią 
czegoś  wielkiego:  niebo,  las,  góry,  nawet  mech,  zwierzęta,  wystraszone  i 
bezbronne, i ona stanowią jedno. I jeszcze on, tutaj, razem z nią.

Lisen podniosła oczy i popatrzyła Jorulvowi w twarz. Ujrzała szczere, pogodne 
oblicze, oczy lśniące łagodnym, nieco naiwnym blaskiem.

Jorulv  roześmiał  się  i  uścisnął  ją  za  rękę  aż  do  bólu.  Lisen  jednak  nie 
powiedziała o tym ani słowa.

Rebecka plątała się po podwórzu i usiłowała co nieco ogarnąć. Wkrótce jednak 
nad  jeziorkiem  dostrzegła  jakiś  ruch.  Drgnęła  i  zmrużyła  oczy,  by  lepiej 
widzieć w gęściejącym zmierzchu.
-  Jorulv?  -  zawołała  zdumiona.  -  Czyś  ty  oszalał?  Nie  wolno  chodzić  po  tej 
stronie, pomyśl, co będzie, jak wpadniesz w bagno!
Postać w dole nad brzegiem jeziora odwróciła się i bezradnie popatrzyła na nią. 
Ale...  To  przecież  nie  Jorulv!  Zresztą  jak  mógłby  się  tam  znaleźć,  poszedł 
przecież do lasu!
Rebecka powoli i niezdecydowanie zaczęła schodzić w dół. Jeśli to nie Jorulv... 
No to kto? Wodnik?

-  Wyjdź  dalej  na  brzeg,  ty  głuptasie,  bo  inaczej  zapadniesz  się  w  bagno!  - 
zawołała.

background image

Arkusz1

Strona 57

Przemoczony chłopak patrzył na nią niepewnie.
- Chciałem tędy przejść na drugi brzeg, ale nie znalazłem właściwego miejsca...

- Co z ciebie za kukułcze pisklę? - wypaliła Rebecka.
Uśmiechnął się niepewnie.
- Jestem kukułka Benjamin.
Bystry, uznała Rebecka.
- A ja mam na imię Rebecka.

- Benjamin i Rebecka... To już prawie pół Biblii.
Rebecka wybuchnęła śmiechem.

- Co takiego? Tak, właściwie można tak powiedzieć.
- Właśnie dlatego tutaj jestem. Przybyłem, by was odszukać.
- Jesteś sam?
- Nie, jest nas więcej, ale się pogubiliśmy.

- A ty jesteś bardzo ładna.
- Co takiego? Nie myślisz tak chyba naprawdę.
- Owszem. Spotkałem wiele dziewcząt, ale żadna nie była taka ładna jak ty.

- Jak tu pięknie - stwierdził Benjamin, rozejrzawszy się dokoła.
Rebecka rozpromieniła się.

Wydawało  się,  że  młody  chłopiec  pojął  wreszcie,  że  grozi  mu 
niebezpieczeństwo. Niezgrabnie wyciągając nogi z grzęzawiska przedostał się 
na suchy ląd.
Zaciekawiona  i  przejęta  Rebecka  zbiegła  nad  jezioro.  Czyżby  naprawdę  jakiś 
człowiek zabłąkał się tu do lasu?

- Musisz zawrócić i okrążyć jeziorko! Spotkam cię po tamtej stronie. - Rebecka 
wskazała mu kierunek i dokładnie wytłumaczyła, którędy ma iść, a on usłuchał 
bez  słowa  sprzeciwu.  Człowiek,  człowiek,  śpiewała  w  duchu  podniecona 
dziewczynka. Czy to mógł być bohater Mattiego?
Nie,  do  tej  roli  wydawał  się  zbyt  bezradny  i  zagubiony.  Ale  był  młodym 
chłopakiem i ta myśl napełniła Rebeckę nadzieją.
Kiedy  dotarł  we  wskazane  miejsce,  ona  już  czekała.  Teraz  mogła  mu  się 
dokładniej  przyjrzeć.  Był  wysoki  i  chudy,  miał  brązowe  włosy  i  miłe,  teraz 
nieco wystraszone oczy.

Zachowywała się tak bezpośrednio, że Benjamin odważył się na jeszcze jeden 
żarcik.

- Jesteś przemoczony i zmarznięty, chłopcze. Ale zaraz cię wysuszymy. Chodź 
ze mną. I powiedz mi, co ty tu robisz.
-  No,  widzisz...  Czy  ty  jesteś  jednym  z  tych  sześciorga  samotnych, 
opuszczonych dzieci?

- To  bardzo z  waszej  strony nieostrożne.  - Rebecka zatrzymała się  na zboczu 
prowadzącym ku zabudowaniom i popatrzyła na chłopca. - Sprawiasz wrażenie 
trochę bezradnego, ale poza tym jesteś całkiem w porządku. Masz takie dobre 
oczy.
Bezpośredniość  Rebecki  sprawiła,  że  Benjamin  ośmielił  się  wypowiedzieć  na 
głos swe myśli:

Widział,  jak  bardzo  ucieszyły  ją  jego  słowa.  Rebecka  nigdy  nie  próbowała 
skrywać własnych uczuć. Znów zaczęli iść.

background image

Arkusz1

Strona 58

- O, tak! To najpiękniejsze miejsce w całym lesie!

Głos jej zamarł.

Już nie tak chętnie Rebecka wprowadziła Benjamina do środka.

Rozległo się pukanie do drzwi.

Z  dumą  w  głosie  opowiadała  mu  o  żałosnych,  niskich  zabudowaniach. 
Benjamin  spoglądał  raczej  na  nią  niż  na  to,  co  mu  pokazywała,  aż  wreszcie 
spojrzenia  ich  się  spotkały.  Na  jej  zarumienionej  od  radości  buzi  pokazał  się 
wyraz  zdumienia  i  gadatliwa  z  natury,  nie  dająca  zwykle  zbić  się  z  tropu 
Rebecka nagle umilkła zmieszana.
Benjamin drżał z zimna w chłodzie jesiennego wieczoru. Rebecka wzięła się w 
garść.
- Wejdźmy do środka - zaproponowała. - Na pewno jesteś głodny. Spróbujesz 
chleba  Juliany,  jest  taki  pyszny!  Ja  w  ogóle  nie  umiem  piec,  za  to  Juliana... 
umie to... świetnie...

Juliana!  Najstarsza  córka.  Matka  powtarzała  zawsze,  że  najstarsza  córka 
wyjdzie za mąż jako pierwsza, jeśli w ogóle kiedykolwiek będzie to realne.
Czuła,  jak  serce  ściska  się  jej  w  piersi.  Tak  bardzo  się  cieszyła,  taka  była 
dumna,  że  może  pokazać  wszystko  temu  obcemu  chłopcu.  On  przecież  w 
pewien sposób należał do niej, wszak to ona go znalazła! A teraz Juliana miała 
mieć do niego większe prawo... Dobra, opiekuńcza Juliana o gorącym sercu i 
łagodnym głosie...

Kiedy  chłopak  wszedł  do  izby,  znajdujące  się  tam  dzieci  aż  podskoczyły  ze 
strachu. Mała Linnea schowała się za Mattim.
- To jest  Benjamin  - zdrętwiałymi  wargami wyszeptała Rebecka. - Znalazłam 
go w jeziorku. Jest kompletnie przemoczony.
Nie spuszczali wzroku z obcego przybysza. Olemu na podłogę wypadło to, co 
trzymał w rękach, a Linnea ze strachu przed nieznaną istotą uderzyła w płacz. 
Jedyną osobą, która w tej niecodziennej sytuacji zachowała się normalnie, była 
Juliana.
-  Wejdź,  proszę,  i  siadaj  -  powiedziała  życzliwie.  -  Zaraz  znajdę  ci  suche 
ubranie. Nie, siadaj tutaj, przy ogniu, i zaraz zdejmij buty!
Benjamin  usłuchał.  Rozejrzał  się  po  izbie  i  poczuł,  że  serce  ściska  mu  się  z 
żalu. Jak tu ubogo! I jak ciasno! Ale wszyscy najwyraźniej dobrze się tu czuli.
Juliana  przeszła  za  krosna,  by  poszukać  czegoś,  czym  Benjamin  mógłby 
wytrzeć stopy, Rebecka wślizgnęła się tam za nią.
- Juliano... Wiem, że on powinien przypaść tobie, i tak się oczywiście stanie, bo 
zasługujesz na wszystko, co najlepsze, zawsze jesteś taka dobra dla mnie i dla 
innych. Ale bądź dla niego miła, dbaj o niego, bo... bo ja tak bardzo go lubię.
Upłynęła  dość  długa  chwila,  zanim  Juliana  zrozumiała,  o  co  chodzi  siostrze. 
Uśmiechnęła się z czułością.
-  Najmilsza  Rebecko...  Ja  wcale  nie  chcę  ci  odbierać  Benjamina.  Jeśli  tak  go 
lubisz i on lubi ciebie, nie będę się w to wtrącać. Ale czy to nie za wcześnie o 
tym myśleć?
Cóż Juliana wie o miłości? pomyślała Rebecka. Skąd może wiedzieć, jakie to 
uczucie,  kiedy  w  człowieka  nagle  jakby  piorun  strzelił,  wstrząsając  duszą  i 
ciałem, tak że potem nic, ale to absolutnie nic już nie jest takie jak przedtem?

background image

Arkusz1

Strona 59

Cóż za niezwykły wieczór, zdumiały się dzieci, nadal przerażone.
- Nie zaprosicie do środka? - spytał zaskoczony Benjamin.
Pierwsza opanowała się, rzecz jasna, Juliana.
- Ależ oczywiście! Proszę wejść!

W małej izdebce zapanowała niebywała ciasnota.

Widać było, że dzieci z ubogiej chaty zamarły w oczekiwaniu.

Jorulv przemówił tak dostojnie, jak umiał.

Elin nie miała zamiaru wyjawiać prawdy.
- Serce nie wytrzymało, tak przypuszczam - odparła wymijająco.
Dalej opowieść znów podjął Patrik.

- Pytałam już Jorulva - cicho wyznała Lisen. - Oni o niczym me słyszeli.
- Jak mi przykro! - z żalem wykrzyknęła Elin.
Ale oczy Juliany zapłonęły niezwykłym blaskiem.
- Dwadzieścia lat temu? Powiedzcie coś więcej! Jak wyglądał twój brat, Lisen?

W drzwiach stanęli Patrik, Gustafsson i Elin. Benjamin pospiesznie przedstawił 
swych towarzyszy.

- A więc już tu jesteś, Benjaminie - ucieszył się Patrik. - Wobec tego brakuje 
nam jedynie Lisen. Musimy iść...
Nie  zdążył  powiedzieć  nic  więcej,  bo w  tej  samej  chwili  drzwi  otworzyły  się 
jeszcze raz i Jorulv wprowadził Lisen.
Kiedy ucichł już rozgardiasz i każdy zdołał jakoś znaleźć sobie miejsce, Juliana 
przyniosła  garnek  z  mlekiem,  z  którego  wszyscy  pili  po  kolei,  a  Rebecka 
wystawiła na stół chleb. Posilili się nieco, Juliana zapaliła świecę, bo w izbie 
zrobiło się ciemno. W imieniu gości mówił Patrik:
- Z pewnością zastanawiacie się, czego tu szukamy. A więc dobrze, słuchajcie. 
Są  dwa  powody  naszego  przybycia.  Po  pierwsze  uznaliśmy,  że  powinniście 
dowiedzieć się, co się stało z waszym ojcem...

-  Rozumiem,  że  najpierw  powinienem  wyjaśnić  tę  sprawę  -  zorientował  się 
Patrik. - A może ty chcesz mówić, Elin?
-  Dobrze  -  spokojnie  powiedziała  Elin.  -  Spotkałam  raz  waszego  ojca  w 
miasteczku.  To  właśnie  on  opowiedział  mi  o  was.  Potem,  kilka  dni  później, 
dowiedziałam się, że nie żyje.
W izbie rozległo się westchnienie, westchnienie zdumienia, strachu i żalu. Nie 
popłynęła jednak ani jedna łza, od dawna już przywykli do tej myśli.
-  Ogromnie  mi  przykro  -  mówiła  dalej  Elin.  -  Ale  miał  godny  pogrzeb,  moje 
dzieci.  A  ja  później  nie  mogłam  przestać  myśleć  o  was,  zupełnie  samych  na 
odludziu, nie wiedzących o niczym. Muszę jednak przyznać, że pomyliłam się 
co do waszego wieku, sądziłam, że jesteście młodsi - zakończyła z uśmiechem.

-  Jesteśmy  ogromnie  wdzięczni,  że  wyprawiliście  się  w  tak  długą  i 
niebezpieczną  drogę  ze  względu  na  nas.  Przynieśliście  odpowiedź  na  wiele 
pytań. Jak umarł ojciec?

-  Sprowadza  nas  tutaj  jeszcze  jedna  sprawa  -  powiedział.  -  Dotyczy  głównie 
Lisen. Dwadzieścia lat temu zaginął w lesie jej nowo narodzony brat. Być może 
wy będziecie mogli naprowadzić nas na jakiś trop?

background image

Arkusz1

Strona 60

Juliana wstała i przycisnęła obie dłonie do piersi.

- Teraz? W takich ciemnościach? - zdumiała się Rebecka.
- Pójdę z tobą - pospiesznie rzekł Benjamin.
Uśmiechnęła się i szybko odnalazła długą piszczałkę z kory.

- Ta dziewczyna naprawdę umie wabić - rzekł z podziwem Gustafsson.
- Tak, Rebecka potrafi to jak nikt.
Tony piszczałki umilkły, podjęli rozmowę.

- Ale zwierzęta nie mogą tu zostać - wtrąciła się Lisen.
- Tak, to prawda. Zobaczymy, co się da zrobić - powiedział Patrik.
Wróciła Rebecka z Benjaminem. Obydwojgu płonęły policzki.
- Słyszeliście mnie? - zapytała dziewczynka.
- Oczywiście - odparł Jorulv. - Ale po co to wszystko, Juliano?
- Wkrótce się przekonacie - odparła zagadkowo.

Jorulv, wstrząśnięty i urażony, popatrzył na brata.
- Naprawdę ojciec tak mówił?

- Ojciec był straszliwie niesprawiedliwy - wyjaśniła Rebecka.
- O, świetnie znam niesprawiedliwych ojców! - zapewniła ją Lisen.

- Podobno był bardzo ciemny - wyjaśniła Lisen. - Ale to Elin była z nim wtedy, 
gdy zniknął, ona wie najlepiej.
-  Był  rzeczywiście  prześlicznym  dzieckiem  -  podjęła  Elin.  -  Znalazłam  się  w 
bardzo ciężkiej sytuacji,  musiałam  na krótką  chwilę  wynieść dziecko do lasu. 
Nagle  pojawił  się  przede  mną  jakiś  mężczyzna,  którego  wzięłam  za  Władcę 
Lasu, i oddałam mu noworodka. Potem nic więcej nigdy już nie słyszeliśmy o 
dziecku, a jego matka ogromnie rozpacza nad jego stratą. Chłopiec na pewno 
już nie żyje...

- Rebecko - powiedziała bez tchu. - Myślę, że znam odpowiedź. Ty najlepiej z 
nas umiesz grać na piszczałce. Czy mogłabyś wyjść na podwórko i zagwizdać 
sygnał „niebezpieczeństwo”?

-  Mam  nadzieję,  że  zbytnio  nie  przeschła  -  mruknęła,  płonąc  z  ochoty,  by 
pokazać  Benjaminowi,  co  potrafi.  Obydwoje  wyszli  przed  chatę.  Wkrótce 
popłynęły piękne, przepojone smutkiem tony.

- Macie więc zamiar wyprawić się w dolinę? - zwrócił się Patrik do Jorulva. - A 
gdzie zamierzacie się osiedlić?
-  Nie  wiemy  -  rzekł  z  rezygnacją  Jorulv.  -  Chcieliśmy  po  prostu  wyruszyć  w 
ślad za ojcem. Nie mamy żadnego konkretnego celu i nie wiemy, jak poradzić 
sobie z bykiem.
-  Z  bykiem  ja  wam  pomogę  -  obiecał  Gustafsson.  -  Zwyczajny  jestem  bydła. 
Ale  to  nie  takie  proste  przybyć  do  miasteczka  z  całym  dobytkiem,  nie  mając 
gospodarstwa, które by na was czekało. Nie możecie przecież razem z owcami 
zatrzymać się w hotelu!

- Nie chcę się stąd wynosić! - wybuchnął nagle Ole. - Ojciec zawsze powtarzał, 
że to ja odziedziczę kiedyś tę zagrodę.

Ole  spuścił  wzrok.  Zrozumiał,  że  nie  powinien  był  o  tym  wspominać,  i  już 
żałował swego wybuchu.

background image

Arkusz1

Strona 61

- Cicho! Ktoś nadjeżdża! - rzuciła Rebecka, zanim brat zdążył odpowiedzieć.
Ole poderwał się z miejsca i wyjrzał przez okienko.
- Dwa konie... I dwaj jeźdźcy. Cóż, na miłość boską...?

- To bardzo ważne, musicie usłyszeć, co do powiedzenia mają nasi goście.

Elin nie mogła oderwać oczu od młodego Czarnego, aż w końcu wybuchnęła:
- To ty wziąłeś wtedy dziecko! Poznaję cię!

Lisen oszołomiona przenosiła wzrok z jednego na drugiego.
- Czy to jest mój brat? - spytała zaskoczona.
- Tego nie wiem, bo nie wiem, kim ty jesteś, panienko.

- Witaj, siostrzyczko - powiedział Czarny.
- Miło cię poznać, braciszku - odparła Lisen schrypniętym głosem.

- Słuchajcie więc - rozpoczął starszy. - Czarny i ja jesteśmy krewniakami.
- Czy on naprawdę ma na imię Czarny? - spytała zaciekawiona Rebecka.

- Ojciec nie mógł znieść mnie i Mattiego - mówiła dalej Rebecka. - Za to Ole 
był jego oczkiem w głowie, choć ostatnio zacząłeś mu się opierać, Ole, musisz 
to przyznać.
-  To  prawda.  -  Chłopiec  kiwnął  głową  z  zawstydzeniem.  -  Ojciec  nigdy  nie 
chciał przyznać się do błędu. Jasne jest, Jorulvie, że zagroda tobie się należy. Ja 
po prostu nie chcę stąd odchodzić.
-  Ależ,  Ole  -  próbowała  go  przekonać  Juliana.  -  Jesteś  przecież  z  nas 
wszystkich najmądrzejszy, będziesz mógł iść do szkoły!

Juliana  rzuciła  się  do  drzwi.  Otworzyła  je  i  z  szacunkiem  w  głosie  poprosiła 
nowo przybyłych, by weszli do izby.

Do środka weszli dwaj wysocy mężczyźni. Obydwaj ubrani w zwierzęce skóry, 
obaj  równie  ciemni,  choć  jednemu  włosy  i  brodę  przyprószyła  już  siwizna. 
Matti natychmiast podbiegł do młodszego, uradowany ponownym spotkaniem 
ze  swym  bohaterem.  Pozostali  szeroko  otwartymi  ze  zdumienia  oczami 
wpatrywali się w niezwykle przystojnych przybyszów.

-  Nie,  nie  -  roześmiał  się  starszy  z  mężczyzn.  -  Czas  przecież  nie  stoi  w 
miejscu. To ja zabrałem chłopczyka. „Dziecko” to on!

Wtedy znowu zabrał głos Patrik i jeszcze raz wyjaśnił, jaka sprawa sprowadza 
ich w te okolice. Opowiedział o żalu, przez tyle lat dręczącym jego teściową, i 
o niepokoju, który gnębił Elin.
-  Lisen  usiłuje  odszukać  brata  już  od  chwili,  gdy  dowiedziała  się  o  jego 
istnieniu - zakończył. - A teraz może wy opowiecie nam waszą historię?
Czarny i Lisen przyjrzeli się sobie. Różnili się od siebie jak dzień i noc, a mimo 
to czuli, że istnieje między nimi jakaś więź.

Mężczyźni popatrzyli po sobie i Czarny dał znak swemu przybranemu ojcu, by 
mówił.

background image

Arkusz1

Strona 62

Dzieci z małej górskiej zagrody popatrzyły na siebie z powątpiewaniem.

-  Nie,  ale  tak  go  nazywam.  Ja  mam  na  imię  Martin.  Kiedy  przyszedłem  na 
świat,  ojciec  mój  rozgniewał  się  na  matkę  za  to,  że  urodziła  dziecko 
niepodobne do nikogo z rodziny. Wygnał ją z domu, a później nigdy nie zapytał 
ani o nią, ani o mnie. Matka osiedliła się w sąsiedniej dolinie, po drugiej stronie 
wzgórz. Cierpieliśmy wielka biedę, bo zamieszkać mogliśmy tylko w nędznym 
szałasie. Z czasem, gdy trochę podrosłem, zacząłem krążyć po lesie i zdobywać 
tam  jedzenie.  Zdołaliśmy  wybudować  także  większy  dom,  choć  nie  jest  on 
szczególnie okazały.

-  Teraz  ja  coś  powiem  -  wtrąciła  się  Elin.  Martin  skinął  głową,  a  ona 
opowiadała:  -  Byłam  obecna  przy  narodzinach  Czarnego.  Baronowa  von 
Adelkalk  wiedziała,  że  jej  ciotka,  czyli  twoja  matka  -  Elin  zwróciła  się  do 
Martina  -  że  twoja  matka  została  tak  niegodziwie  potraktowana  przez  męża. 
Zdawała  sobie  także  sprawę,  że  gniew  barona  von  Adelkalk  mógł  być  po 
stokroć  straszniejszy  niż  twego  ojca.  Obawiała  się,  że  mógłby  zastrzelić 
niewinnego  ciemnowłosego  mężczyznę,  który  w  owym  czasie  pracował  we 
dworze,  mógł  także,  ogarnięty  ślepą  złością,  skrzywdzić  lub  nawet  zabić 
dziecko.  Dlatego  musiałam  co  sił  w  nogach  biec  z  tobą  do  lasu,  młody 
człowieku.
-  Dobrze  cię  pamiętam,  mała  Elin  -  ze  smutkiem  uśmiechnął  się  Martin.  - 
Tamtej nocy pomściłem twój los na trzech żołnierzach i odtąd nie mogłem się 
już pokazywać w miasteczku.
- Od tamtych wydarzeń upłynęło już ponad dwadzieścia lat - stwierdził Patrik. - 
Przestępstwo uległo przedawnieniu. Z waszej opowieści wynika, że w rodzinie 
istnieje pewna cecha dziedziczna, pojawiająca się u niektórych: ciemne włosy i 
brązowe oczy.
-  To  prawda  -  odpowiedziała  Lisen.  -  Zbadałam  to.  Jedna  z  naszych 
praprababek  przebywała  z  mężem  w  Indiach  Zachodnich  i  nie  była  wówczas 
zanadto cnotliwa.
- Musimy pomówić o czymś jeszcze - stwierdził Patrik. - Słuchajcie, dzieci, czy 
chcecie  wraz  z  nami  pójść  do  miasteczka?  Pomożemy  wam,  na  ile  będziemy 
mogli.

-  Gdybyście  widzieli  to,  co  my  ujrzeliśmy  wczoraj  wieczorem,  bez  wahania 
poszlibyście  z  nami  -  stwierdził  Gustafsson.  -  Wędrowaliśmy  cały  dzień,  a 
wszędzie dookoła był tylko las. Mila za milą rozciągały się knieje, aż wreszcie 
w  środku  pustkowia  ujrzeliśmy  w  oddali  małe,  samotne  światełko.  To  było 
światło  z  waszego  domu.  Jeszcze  jeden  cały  dzień  zszedł  nam  na  wędrówce, 
zanim dotarliśmy tutaj.
- Uważam, że najmądrzej postąpicie przenosząc się stąd - zgodził się Patrik. - 
Zima  naprawdę  może  być  ciężka,  długa  i  śnieżna.  Co  zrobicie,  jeśli  któreś  z 
małych zachoruje?
- Linnea od dawna już jest przeziębiona - kiwnął głową Jorulv. - Jestem za tym, 
by się stąd wyprowadzić. Co ty na to, Ole?
-  Hmm  -  zamyślił  się  Ole.  -  Jeśli  ktoś  nam  pomoże,  cała  sprawa  wygląda 
inaczej. Bałem się wyruszać w nieznane i opuszczać miejsce, które tak bardzo 
kochamy. Ale zgadzam się, powinniśmy się stąd wynieść.
Powiedział  to  zdecydowanie,  lecz  musiał  się  odwrócić,  by  ukryć  łzy,  które 
stanęły mu w oczach.

background image

Arkusz1

Strona 63

ROZDZIA  XI

Ł

A Gustafsson wystąpił ze zbawienną propozycją:

Później zabrali się za pakowanie.

Kiedy  decyzja  o  przeprowadzce  nareszcie  zapadła,  sprawy  potoczyły  się 
szybko. Wszyscy włączyli się w przygotowania do wyprawy.

- Jestem, co prawda, zawodowym żołnierzem, ale tak naprawdę urodziłem się 
na  wsi.  Mam  niedużą  zagrodę  pod  lasem,  zaraz  za  miasteczkiem,  stoi  teraz 
pusta, bo moi rodzice już nie żyją. Może spróbowałbym wystarać się o roczny 
urlop.  Pomieszkałbym  z  wami  przez  jakiś  czas,  zanim  na  dobre  się  nie 
zagospodarujecie.
Patrik  uznał  to  za  świetny  pomysł  i  obiecał  dopomóc  w  załatwieniu 
niezbędnych  formalności.  Dzieci  od  razu  poczuły  się  bardziej  bezpieczne. 
Teraz już wiedziały, że będą miały się gdzie podziać.

Dziwna to była noc. Czworo najstarszych spośród rodzeństwa przez długi czas 
nie  mogło  zasnąć,  trudno  było  im  pojąć  wszystkie  te  nagłe  wydarzenia.  Nie 
dawała im spokoju świadomość, że w izbie śpią zupełnie obcy ludzie. Juliana 
nie przestawała myśleć o Czarnym. Niewiele rozmawiali, ale ciepło jaśniejące 
w  ich  oczach,  kiedy  na  siebie  spoglądali,  wystarczało  za  wszystkie  słowa. 
Dziewczyna  czuła  się  tak  szczęśliwa,  że  nie  mogła  zapanować  nad  łzami 
radości, choć jednocześnie smutno jej było, że już wkrótce opuszczą las i dom 
ich dzieciństwa.
Jorulv  rozmyślał  o  burzy  uczuć,  jaka  nawiedzała  go  podczas  samotnych 
wiosennych  wieczorów,  o  dręczącym  niepokoju,  którego  przyczyn  nie  znał. 
Teraz uświadomił sobie, za czym tęsknił. Lisen postawiła na głowie całe jego 
dotychczasowe  życie.  Sprawiła,  że  patrzył  na  świat  w  oszołomieniu  i  ze 
strachem,  lecz  jednocześnie  z  bezmiernym  zachwytem.  Ale  ona  przecież  była 
damą. Czy kiedykolwiek ośmieli się wyznać jej, co do niej czuje?
Myśli Lisen także błądziły daleko. Dziewczyna przede wszystkim cieszyła się z 
tego, że odnalazła zaginionego brata, ale ani na chwilę nie przestawała myśleć 
o  Jorulvie.  Nigdy  dotąd  nie  spotkała  kogoś  takiego  jak  on  -  tak  miłego, 
prostodusznego, a jednocześnie tak męskiego...
Uczucia  Rebecki  i  Benjamina  były  znacznie  mniej  skomplikowane.  Radowali 
się po prostu ze spotkania bratniej duszy, kogoś, z kim można porozmawiać bez 
obaw,  z  kimś,  kto  zrozumie.  Oboje  mieli  wrażenie,  że  ich  znajomość  może 
kiedyś przerodzić się w coś więcej niż przyjaźń.
Świtem,  kiedy  wyszli  z  chaty,  ujrzeli  cienką  warstewkę  śniegu  pokrywającą 
ziemię. Cały świat wydawał się taki czysty i odświeżony. Najpierw, z samego 
rana, poszli na groby i okryli je starannie pachnącymi świerkowymi gałęziami. 
Odmówili cichą modlitwę, żegnając się z tymi, którzy tu spoczywali, zwłaszcza 
z matką.

Największym  problemem  były  świnie:  olbrzymi  wieprz,  maciora  i  trzy  dość 
spore  już  prosięta.  Na  pewno  nie  zdołałyby  przejść  całej  długiej  drogi  do 
miasta.  Kury  można  transportować  w  klatkach  lub  w  jukach  na  którymś  z 
trzech  koni:  Czarnego,  Martina  lub  na  własnym  koniu  dzieci.  Krowy  i  owce 
pójdą same, ale świnie...?
-  Naprawdę  nie  macie  żadnego  wózka?  -  westchnął  Gustafsson.  -  A  w  jaki 
sposób znosiliście siano do zagrody?

background image

Arkusz1

Strona 64

- Na własnych plecach - zgodnie z prawdą odparł Jorulv.

Olemu nagle wpadło coś do głowy.

- Tak, tak właśnie było! - ucieszył się Matti. - Ole, chodź, pomóż mi!

Wróciły najmłodsze dzieci, ciągnąc coś za sobą z wysiłkiem.

- Rzeczywiście, wyszły mi jakieś wielkie - zawstydził się Jorulv.

- Jak myślicie, uporamy się z tym dzisiaj? - zastanawiał się Patrik.
Martin popatrzył na niebo.

Martin  stwierdził,  że  nie  opłaca  im  się  wracać  do  miasteczka  tą  samą  drogą, 
którą  przybyli  tu  Gustafsson  z  towarzyszami.  Wybierając  drogę  prowadzącą 
przez dom jego, Martina, i Czarnego, mogli oszczędzić nawet całą dobę. Tam 
rodzeństwo będzie mogło się zatrzymać i wypocząć, a później oni odprowadzą 
dzieci do miasteczka.
-  Ale  wtedy  trzeba  będzie  przejść  przez  bezleśne  góry  -  podkreślił.  -  Tym 
bardziej musimy mieć coś, w czym można transportować świnie. Niestety, i tak 
bagażu będzie więcej, niż konie same zdołają unieść.

-  Jorulv  zrobił  kiedyś  saneczki  dla  Mattiego  i  Linnei.  Gdzie  one  mogły  się 
podziać?
Matti zmarszczył czoło, ale nie mógł sobie przypomnieć, za to Linnea okazała 
się bystrzejsza.
- Zeszłej zimy zjeżdżaliśmy z tamtego pagórka - powiedziała z ożywieniem. - I 
tam je chyba zostawiliśmy...

Chłopcy  poszli  przez  łąkę,  Linnea  na  krótkich  nóżkach  podreptała  za  nimi. 
Pozostali czekali cierpliwie, ale nie mieli zbyt wielkich nadziei.
- Wszystko, co nie będzie wam potrzebne teraz, zimą, zostawimy tutaj - rzekł 
Patrik  do  Jorulva.  -  Wrócimy  po  to  wiosną.  Czy  jesteś  zadowolony  z  takiego 
rozwiązania?
Jorulv, Juliana i Rebecka pokiwali głowami na zgodę i zaczęli się zastanawiać, 
co może zostać.

- Ależ... - Martin był naprawdę zdumiony. - To przecież nie są żadne saneczki, 
to całe sanie!

- Możesz  za to dziękować  Stwórcy - orzekł Patrik. - To  nasz  jedyny ratunek. 
Czy znajdziecie jakieś dyszle, żeby zaprząc do nich któregoś konia?
Wszyscy  z  zapałem  zabrali  się  do  pracy.  Każdy  starał  się  pomóc  jak  umiał. 
Znad jeziora przyniesiono przybory rybackie, jedzenie zapakowano w garnki i 
węzełki, załadowano juki.

- Powinniśmy już wyruszać. Niedługo spadnie więcej śniegu. Zima już się czai 
i jutro może być za późno.
Poprosił wszystkich, by spieszyli się jak mogą, bo, jak stwierdził, najpóźniej za 
godzinę powinni wyprawić się w drogę.
Wreszcie  wszystko  było  gotowe.  Kury  siedziały  w  koszach  umocowanych  po 
bokach  konia  Martina,  głośnym  gdakaniem  dając  znać,  jak  bardzo  czują  się 
urażone. Dla świń Jorulv zbił naprędce dwie duże skrzynie, które ustawiono na 
saniach.  Najmłodsze  dzieci  miały  opiekować  się  owcami  i  kozami, 
obowiązkiem  starszych  było  zajęcie  się  krową,  jałówką  i  cielakiem.  Kozioł, 
uparty,  jak  to  zwykle  z  kozłami  bywa,  opierał  się  z  całych  sił,  ale  Matti 
łagodnością i z nim potrafił dać sobie radę.

background image

Arkusz1

Strona 65

Nadeszła chwila, kiedy wyprowadzić mieli wielkiego byka.

- On się boi - stwierdził wreszcie i miał w tym sporo racji.

Pochód zamykali Lisen, Czarny i jego koń.

- A czy musimy iść właśnie tamtędy?

- Wobec tego ruszamy przez góry.

- Czy kurom także zawiążemy szaliki? - żartobliwie zapytała Rebecka.
Martin roześmiał się.

Gustafsson  przywiązał  gruby  powróz  do  kółka  umocowanego  w  nosie 
zwierzęcia  i  wspólnie  z  Jorulvem  zdołali  wyciągnąć  je  z  obory.  Oni  właśnie 
mieli  otwierać  cały  pochód,  bo  nikt  przecież  nie  chciał  znaleźć  się  przed 
bykiem, gdyby przypadkiem się rozgniewał. Przy obłaskawianiu zwierzęcia, z 
którego  oczu  wprost  biła  dzikość,  znów  nie  obyło  się  bez  pomocy  Mattiego. 
Malec łagodnie i dobrotliwie przemawiał do olbrzyma.

Zaraz  za  bykiem  szedł  Martin,  bo  to  on  właśnie  znał  drogę,  którą  mieli 
podążać. Prowadził ciężko objuczonego konia. Za nim kroczył stary Kasztanek 
z zagrody, z wysiłkiem ciągnąc sanie. Obok postępował Ole, nie mógł bowiem 
dosiąść  konia,  który  dodatkowo  niósł  na  grzbiecie  całą  piramidę  sprzętów. 
Obok  niego  szła  Elin  z  pokaźnym  workiem  na  plecach,  w  dłoniach  taszcząc 
dwa węzełki. Następne w kolejności wędrowały najmłodsze dzieci, prowadząc 
kozy i owce, a za nimi Rebecka, Benjamin i Juliana z bydłem.
Pozostawał  jeszcze  bagaż  do  niesienia:  na  każdego  przypadało  go  tyle,  że 
ledwie  zdołali  udźwignąć.  Droga  przez  las  okazała  się  bardzo  mozolna,  juki 
zaczepiały  o  gałęzie,  jagnięta  i  koźlęta  zbaczały  z  drogi  i  trzeba  było  je 
zawracać.  Najmłodsze  dzieci  prędko  się  zmęczyły  i  marudziły,  że  chcą 
odpocząć.  Ładunek  przesuwał  się  nieustannie,  bez  końca  mocowano  go  od 
nowa.
Byk sprawował się właściwie przyzwoicie. Od czasu do czasu zapierał się albo 
nagle  rzucał  w  bok,  ale  Gustafsson  naprawdę  świetnie  umiał  sobie  z  nim 
poradzić. Krowa natomiast wyraźnie zaczęła kuleć. Zbadali ją jak umieli ale nie 
znaleźli  żadnej  innej  przyczyny  niedomagania  poza  tym,  że  nienawykłe  do 
długiej  wędrówki  zwierzę  zmęczyła  długa  droga.  A  przecież  tak  daleko  mieli 
jeszcze do celu...
- Jak sądzisz, czy będziemy zmuszeni nocować pod gołym niebem? - szepnął 
Patrik do Martina w momencie, kiedy w pobliżu akurat nie było nikogo innego.
- Za wszelką cenę musimy tego uniknąć - odparł Martin. - Ale posuwamy się 
bardzo powoli. Wiatr się wzmaga, w powietrzu czuć już śnieg. Obawiam się, że 
przeprawa przez bezleśne góry może okazać się niezwykle trudna.

-  To  najkrótsza  droga.  Gdybyśmy  szli  naokoło,  musielibyśmy  nocować  na 
otwartej przestrzeni.
Martin  zwrócił  się  do  Juliany  z  prośbą,  by  dla  wszystkich  znalazła  ciepłą 
odzież, rękawice i szale. Zatrzymali się i Juliana zaraz zaczęła myszkować po 
bagażu.

- Nie, ale powinniśmy nakryć czymś klatki. A gdyby udało się wam znaleźć coś 
dostatecznie  dużego  do  osłonięcia  skrzyń  ze  świniami,  byłoby  naprawdę 
wspaniale.
Świnie gwałtownie protestowały, gdy tak nagle zapadły ciemności, ale nikt nie 
zważał na ich urażone chrząkanie. Wędrowcy znów podjęli marsz, tym razem 
już przez bardziej otwarty teren.

background image

Arkusz1

Strona 66

Tak, spotkał leśnego bożka.
Śnieżna zamieć uderzyła w nich z całej siły.

Martin  starał  się  nie  myśleć  o  wszystkich  trudnościach,  jakie  jeszcze  ich 
czekały, pocieszał się myślą, jak to dobrze  będzie, gdy nareszcie znajdą się u 
celu.  Jego  matka  miała  kota,  Linnea  z  pewnością  będzie  zachwycona 
zwierzątkiem,  z  taką  troską  zajmowała  się  przecież  młodymi  kózkami  i 
jagniętami. Matti powinien dostać psa...
Martin  nigdy  się  nie  ożenił.  Zajmował  się  matką,  a  potem  opiekował  jeszcze 
niemowlęciem,  Czarnym.  Tak  upływały  lata  -  w  wiecznym  trudzie,  by  nie 
wpuścić biedy za próg.
Sanie  się wywróciły, spadła skrzynia ze świniami. Zaniosły się kwikiem, cała 
piątka, jakby co najmniej obdzierano je ze skóry. Martin oderwał się od swych 
rozmyślań  i  pospieszył  z  pomocą  Elin  i  Olemu,  którzy  usiłowali  zaprowadzić 
porządek.
Elin  świetnie  wygląda  mimo  upływu  lat,  pomyślał  Martin,  wspominając 
zrozpaczoną piętnastolatkę, którą dawno temu spotkał w lesie. Teraz miała lat 
trzydzieści pięć, ale jej oczy zachowały nadal tamten czysty, niewinny wyraz. 
Sprawiała  wrażenie  zmęczonej,  a  na  twarzy  wyryła  jej  niezatarty  ślad 
bezustanna troska o syna. Oprócz tego jednak niewiele się zmieniła.
Kiedy umieścili już na miejscu obie skrzynie, Martin delikatnie uścisnął Elin za 
rękę.  Podniosła  głowę  zdumiona,  napotkała  jego  ciepły  uśmiech  i 
odpowiedziała  mu  uśmiechem,  choć  wargi  jej  drżały.  Władca  Lasu,  tak  go 
nazwała,  kiedy  odebrał  dziecko  z  jej  rąk,  a  on  odpowiedział,  że  nim  nie  jest, 
lecz miał okazję go spotkać...
Bo czyż tak w istocie nie było? Władca Lasu był wszędzie, w szumie kniei w 
jasne  wiosenne  wieczory,  w  ogromie  natury  i  w  ludzkiej  bezradności,  w 
pięknie,  które  go  otaczało,  gdy  wędrował  pod  koronami  drzew  i  radował  się 
bogactwem kolorów letnich kwiatów.
Znajdował się we wszystkim, czego Martin mógł nauczyć dziecko, Czarnego, 
we wszystkim, co opowiadał mu o życiu roślin i zwierząt...

-  Trzymajmy  się  razem!  -  krzyknął  Martin.  -  Mówcie  zaraz,  gdy  z  zimna 
stracicie  czucie!  Teren  jest  tu  tak  otwarty,  że  możemy  iść  w  zwartej  grupie 
zamiast  długim,  rozciągniętym  rzędem.  Uważajcie,  byśmy  po  drodze  nikogo 
nie zgubili, człowieka ani zwierzęcia!
Byk  przeciągłym  rykiem  wyrażał  swoje  niezadowolenie.  Krowa  i  jałówka 
odpowiadały mu, strasząc pozostałe zwierzęta.
- Uwiążcie je wszystkie - nakazał Gustafsson. - Nie, Matti, nie sadzaj Linnei na 
sanie, cieplej jej będzie w ruchu. Czarny, pilnuj, by nikt nie został z tyłu!
Zamieć  gęstniała  z  minuty  na  minutę.  Uderzenia  wiatru  stawały  się  coraz 
silniejsze,  lodowate  bicze  śniegu  bezlitośnie  cięły  policzki,  nie  pozwalały 
otwierać oczu. Benjamin widział, że kozy są przerażone. Mała Linnea zaczęła 
szlochać z wycieńczenia. Próbowała iść tyłem, ale okazało się to niemożliwe, 
bo  prowadziła  przecież  na  sznurku  owcę.  Owce  beczały,  odpowiadały  im 
wystraszone  jagnięta.  Jedna  z  kóz  chciała  położyć  się  na  ziemi,  odmawiając 
dalszej wędrówki, ale Elin zaraz ją popędziła. Potem objęła Linneę ramieniem, 
by choć trochę osłonić dziewczynkę przed zimnem.

background image

Arkusz1

Strona 67

- Jak się czujesz, Matti? - zapytał cicho.
Malec uśmiechnął się blado, ale nie odpowiedział ani słowem.

Matti kiwnął głową i z wysiłkiem poczłapał dalej.

Jak cudownie było znów znaleźć się w lesie!

Niektóre zwierzęta długo już stały pod dachem, pomyślał Jorulv. Nie nawykły 
do  takiego  chłodu.  Uspokajająco  pogładził  po  grzbiecie  byka,  którego 
prowadził  z  Gustafssonem.  Każdy  z  nich  trzymał  mocno  w  dłoniach  koniec 
powrozu  przywiązanego  do  kółka  w  nosie  zwierzęcia;  w  ten  sposób  udawało 
im się jakoś zapanować nad kolosem.
Czarny  objął  Julianę.  Jasna,  delikatna  skóra  dziewczyny  gorzej  znosiła 
zacinający śnieg niż jego osmagane wichrami policzki. Juliana usiłowała teraz 
osłonić  twarz  połą  jego  kurtki,  nie  spuszczając  jednak  z  oczu  krowy,  którą 
prowadziła.  Krowa  kulała  coraz  bardziej  i  Julianie  na  ten  widok  krwawiło 
serce. Stara wierna Gwiazdula, oby tylko nic poważnego jej się nie stało!
Lisen  czuła  się  nieco  osamotniona.  Wszyscy  inni  szli  razem  ze  swymi 
szczególnymi  przyjaciółmi,  ale  ona  nie  mogła  teraz  przeszkadzać  Jorulvowi. 
Uczucie, jakie do niego żywiła, z każdą chwilą stawało się bardziej intensywne, 
nabierało blasku. Nigdy jeszcze nie odczuwała w duszy takiego ciepła i oddania 
jak teraz.
Chyba  naprawdę  zaczynam  dorastać,  pomyślała.  Ojciec  z  pewnością 
wyrzuciłby  Jorulva  z  wielkim  hukiem,  gdyby  tylko  zorientował  się,  co  on  do 
niej czuje. Ale już wkrótce nastąpi koniec ojcowskiej tyranii. Gdy tylko wrócą, 
ostatecznie się z nim rozprawią...
Jeśli wkrótce nie wydostaniemy się spod władania zamieci, źle się to skończy, 
myślał  Czarny.  Mniejsze  zwierzęta  długo  już  nie  wytrzymają  i  Matti  jest  tak 
strasznie  zmęczony.  Biedny  mały...  Przyspieszył  kroku  i  przejął  od  Mattiego 
koziołka. Chłopczyk i tak z trudem radził sobie z opieką nad jedną kozą, widać 
było wyraźnie, że ledwie idzie na zesztywniałych z zimna nogach.

- Najgorsze już wkrótce będzie za nami - pocieszył go Czarny. - Ale pamiętaj, 
daj znać, jak tylko poczujesz, że nie masz już więcej sił.

Jedna z owiec padła na ziemię i za nic nie dała się podnieść. Zatrzymała się cała 
gromada.  Patrik  wziął  na  ramię  skrzynkę  z  prosiętami,  a  na  jej  miejscu  na 
saniach ułożono biedną owcę i starannie okryto ją sianem. Ruszyli dalej.
Na  policzkach  Elin  pojawiły  się  oznaki  odmrożenia,  Martin  mocno  natarł  jej 
twarz, a Rebecka wyżej podciągnęła rękawice Linnei. Z lękiem zauważyli, że 
Gustafssonowi i Jorulvowi grozi odmrożenie nadgarstków, ale żaden z nich nie 
mógł puścić byka.
Wreszcie  zamieć,  która  zdawała  się  nie  mieć  końca,  zaczęła  się  uspokajać, 
przycichać. Płatki śniegu nie padały już tak gęsto.
- Teraz będziemy schodzić w dół! - zawołał Martin. - Już niedługo drzewa nas 
osłonią!
Z  wielką  ulgą  przyjęli  tę  wiadomość.  Wędrowali  przecież  cały  dzień,  nie 
zatrzymując  się  nawet,  by  coś  zjeść.  Wszyscy  byli  wycieńczeni,  głodni  i 
przemarznięci.

- Idziemy dalej, prawda? - zapytał Martin. - A może ktoś woli zatrzymać się i 
odpocząć tutaj?

background image

Arkusz1

Strona 68

O odpoczynku marzyli wszyscy, ale nikt nie chciał przystanąć.

Jakąś godzinę później w oddali zabłysło światełko. Było dla nich jak bajka.

ROZDZIA  XII

Ł

Lisen podeszła, by się przedstawić.

Charlotta troskliwie zajęła się gośćmi.

Śmiertelnie zmęczeni ludzie i zwierzęta resztkami sił, potykając się, wciąż szli 
do  przodu,  byle  tylko  jak  najprędzej  znaleźć  się  pod  dachem.  Zapadł  zmrok. 
Martin  od  czasu  do  czasu  przystawał,  by  się  rozejrzeć,  zanim  dał  znak  do 
dalszej wędrówki.

- Jesteśmy na miejscu - powiedział z ulgą Martin. - Zaraz poznacie moją matkę, 
wypijecie coś ciepłego i pójdziecie spać. Zwierzęta też się pomieszczą.
Matti, słysząc to, poddał się. Nogi odmówiły mu posłuszeństwa i Czarny musiał 
wziąć go na swe troskliwe ręce.

Charlotta,  matka  Martina,  z  wielką  życzliwością  i  czułą  troską  powitała 
zmarzniętą gromadę.

-  Ach,  biedacy,  jacy  jesteście  wyziębieni,  przemarzliście  na  kość!  Ty  musisz 
być  Linnea  -  zwróciła  się  do  najmłodszej  dziewczynki,  która  rozglądała  się 
dookoła  wielkimi  oczami.  - Czarny  opowiadał  mi  o  was  wszystkich  i dlatego 
wydaje mi się, że znam was już od dawna. Długo was obserwował, by udzielić 
wam  pomocy,  gdyby  okazało  się  to  niezbędne.  Potem  jednak  musiał  was 
opuścić,  bo  ja  zachorowałam...  Kochane  dzieci,  podejdźcie  tu,  bliżej  pieca, 
rozgrzejcie się!

Dzieci  patrzyły  i  patrzyły,  i  nie  mogły  się  nadziwić  białej  porcelanie, 
doniczkom z kwiatami stojącym na parapetach, pięknym meblom... I tyle świec 
wszędzie!
Charlotta  zaczęła  odwijać  Linneę  z  szali  i  kaftanów.  Dziewuszka  z  zimna  i 
zmęczenia była całkiem zobojętniała i tylko ze zdumieniem wpatrywała się w 
damę o tak łagodnym głosie.
- Czy ty jesteś Bogiem? - zapytała z powagą. - Bo moja mama mówiła, że Bóg 
jest taki dobry...
- Nie, Bóg jest o wiele, wiele lepszy ode mnie - odparła Charlotta z uśmiechem. 
- Ale staram się być tak dobra, jak potrafię.

- Jestem Lisen, siostra Czarnego - powiedziała. - Znam historię jego życia. A to 
jest  Elin,  którą  Martin  spotkał  w  lesie  dwadzieścia  lat  temu.  To  syn  Elin, 
Benjamin.  Mój  szwagier  Patrik  i  Gustafsson,  a  to  pozostałe  dzieci  z  leśnej 
zagrody:  Ole,  Rebecka,  Juliana  i  Jorulv.  Matti  już  zasnął...  to  ten,  którego 
Czarny trzyma na rękach.

- Zaraz zobaczymy, czym mogę was poczęstować. Co myślisz o czekoladzie ze 
śmietanką, Martinie?
- Brzmi pysznie, mamo. Czarny i Juliana pomogą ci ją przyrządzić. My w tym 
czasie znajdziemy jakieś schronienie dla zwierząt. Na podwórzu aż tłoczno od 
zziębniętych,  wycieńczonych  stworzeń.  Może  powinniśmy  porozmawiać  z 
sąsiadem?
-  Nie  o  tej  porze,  a  poza  tym  to  za  daleko  dla  tych  biedactw.  Najmniejsze 
przyprowadźcie  tu,  do  domu,  a  większe  umieśćcie  w  oborze,  tam  będzie  im 
ciepło. Czy macie krowy albo kozy? Trzeba je wydoić?

background image

Arkusz1

Strona 69

Charlotta miała taką szczerą nadzieję.

Popatrzył na nią z uśmiechem.
- Nigdy nie możemy zostać sami.
- Czuć ode mnie oborą - cicho powiedziała zawstydzona Juliana.

Postarano  się  załatwić  wszystko  jak  najszybciej  i  jak  najlepiej.  Wkrótce  w 
oborze  zrobiło  się  gorąco.  Od  wielu  zwierząt,  zgromadzonych  w  jednym 
miejscu,  wprost  biło  ciepło.  Dwa  konie  umieszczono  w  jednej  przegrodzie  i 
tym  samym  miejsca  starczyło  także  dla  byka.  Było  ciasno,  ale  zwierzęta 
wydawały się zadowolone.
Kozy zostawiały za sobą małe czarne bobki na wyszorowanej przez Charlottę 
podłodze kuchni, a świnie i owce musiały podzielić się pralnią. Kury znalazły 
w oborze belki, które zastąpiły im grzędy, a kogut, któremu pomyliły się pory 
dnia, piał na wpół śpiąc.

Linnea, dokładnie tak jak przewidział Martin, zasnęła z kotkiem w objęciach. 
Rozgrzała  się  i  najadła,  w  buzi  czuła  wspaniały,  nie  znany  dotąd  smak 
czekolady.
Gdy  zgaszono  świece,  każdy  najmniejszy  nawet  kącik  przytulnego  domku 
zajęty  był  przez  śpiących  ludzi,  nieprawdopodobnie  zmęczonych,  ale 
zadowolonych, że nareszcie znaleźli bezpieczne schronienie.
Tylko  Charlotta  nie  mogła  zasnąć.  Tuliła  do  siebie  Linneę  z  kociakiem  i 
bezczelnego  młodego  koziołka,  który  uznał,  że  w  jej  łóżku  będzie  mu 
najwygodniej.  Miała  o  czym  rozmyślać.  Nareszcie  poznała  Julianę,  o  której 
Czarny tyle jej opowiadał. Cóż za czarujące stworzenie, myślała sobie, usiłując 
okryć  się  bodaj  skrawkiem  kołdry.  Czarny  nie  mógł  chyba  wybrać  lepszej  i 
milszej dziewczyny.
A jej ukochany syn, Martin... Czy tylko sobie wmawiała, czy też rzeczywiście 
między  nim  a  Elin  istniała  jakaś  szczególna  nić  porozumienia?  Delikatna, 
nieśmiała czułość, która mogła przerodzić się w coś więcej?

Tyle śniegu! Juliana zadrżała z zimna, kiedy nazajutrz szła przez podwórze do 
obory na poranne dojenie. Myślą powróciła do samotnej chaty leżącej głęboko, 
głęboko w lesie. Nie, nie wolno jej teraz o tym myśleć!
W  małej,  zatłoczonej  obórce  niełatwo  było  się  poruszać,  ale  Juliana  zdołała 
wydoić  krowy.  Kiedy  cedziła  mleko,  zauważyła  nagle,  że  ktoś  za  nią  stoi. 
Odwróciła się.
Czarny.  Serce  natychmiast  podskoczyło  jej  w  piersi,  poczuła,  że  pałają  jej 
policzki.

- A czy może być inaczej, skoro jesteś w oborze? - roześmiał się. - To nic nie 
szkodzi,  przywykłem  do  tego  zapachu.  -  Ujął  jej  twarz  w  dłonie.  -  Juliano... 
Nigdy nie mówiłem ci, co do ciebie czuję.
Nie  mogła  odpowiedzieć.  Czuła,  jak  ściska  ją  w  gardle,  i  nie  pomogło  ani 
przełykanie śliny, ani chrząkanie.
- Kocham cię, Juliano - szepnął. - Od dawna już cię kocham. Od czasu, kiedy 
dawno temu ujrzałem cię na bagnach. Ty mnie nie widziałaś, ale wystraszyłaś 
się, bo wyczułaś, że ktoś jest w pobliżu. Pamiętasz?

background image

Arkusz1

Strona 70

- Czuję do ciebie to samo, co ty czujesz do mnie.

Wreszcie jednak nadarzyła się okazja.

Jorulv zaofiarował się, że ją odprowadzi.
Wyszli wcześniej, niż było trzeba, ale nikt nie zwrócił na to uwagi.

- Tak - odparła schrypniętym głosem. - I ja... - Znów musiała odchrząknąć. - Ja 
o  tobie  marzyłam.  Wyobrażałam  sobie,  że  jesteś  leśnym  bożkiem,  o  którym 
Matti tyle mi opowiadał. I taka zresztą jest prawda - stwierdziła z promiennym 
uśmiechem.
I  wówczas  on  uczynił  coś  dla  niej  nieoczekiwanego.  Juliana,  naiwna  i 
niewinna,  nie  wiedziała  nic  o  miłości  i  pieszczotach.  Czarny  pochylił  się  nad 
nią i delikatnie, czule pocałował w same usta.
Gdy ją puścił, Juliana popatrzyła mu prosto w oczy i westchnęła długo i drżąco, 
a potem szepnęła prosto do ucha:
Zorientowała  się,  jak  niemądrze  to  zabrzmiało,  ale  Czarny  wyraźnie  się 
ucieszył.  Mocno  przytulił  ją  do  siebie,  objął  i  jeszcze  raz  pocałował.  Tym 
razem  był  bardziej  namiętny,  a  Juliana  mu  się  poddała.  Miała  wrażenie,  że 
Czarny  także  nie  ma  zbyt  dużego  doświadczenia.  To  uradowało  ją  i  dodało 
pewności siebie.
Usłyszeli,  że  ktoś  wyszedł  na  podwórze.  Popatrzyli  na  siebie  z  miłością  i 
zrozumieniem, i powrócili do swych zajęć.
Podczas gdy Juliana i Czarny wstępowali na ścieżki miłości ostrożnie, sytuacja 
między Jorulvem a Lisen rozwijała się znacznie prędzej.

Lisen  była  właściwie  bardzo  wyzwoloną  panną.  Wielokrotnie  wysłuchiwała 
zwierzeń  przyjaciółek  o  miłosnych  podbojach  i  chwilach  spędzonych  sam  na 
sam  z  rozmaitymi  kawalerami.  Na  tej  podstawie  wyrobiła  sobie  błędne 
mniemanie,  iż  każda  zakochana  młoda  dziewczyna  natychmiast  powinna 
posmakować  miłości  z  chłopcem,  który  stanowi  obiekt  jej  westchnień.  Nie 
przypuszczała, że to, co słyszała, w większości było przechwałkami, a nieliczne 
panny, które zbyt daleko posunęły się w eksperymentowaniu, często musiały za 
to płacić długimi tygodniami niepokoju i rozpaczy. Zdarzało się, że niektóre z 
przyjaciółek Lisen nagle, bez żadnego, jak się wydawało, konkretnego powodu, 
wyjeżdżały  na  kilka  miesięcy,  ale  to  nigdy  Lisen  specjalnie  nie  obchodziło. 
Dlatego wobec Jorulva nie miała żadnych zahamowań.
Po  raz  pierwszy  w  swym  młodym  życiu  była  szczerze  zakochana  i  nie  miała 
wątpliwości,  że  Jorulv  odwzajemnia  jej  uczucie.  Jego  nieśmiałe  spojrzenia 
towarzyszyły  jej  wszędzie,  ale  wśród  tłumu  ludzi  tak  trudno  im  było  znaleźć 
chwilę, którą mogliby spędzić tylko we dwoje.

Lisen musiała wracać do miasteczka, ze względu na matkę nie mogła już dłużej 
pozostawać  poza  domem.  Inni  nadal  mieli  pełne  ręce  roboty  przed 
przetransportowaniem całego dobytku dzieci do zagrody Gustafssona. Trzy dni 
po  przybyciu  do  domu  Charlotty  pewien  wieśniak,  który  miał  załatwić  w 
miasteczku  jakiś interes, obiecał podwieźć Lisen. Dziewczyna musiała jednak 
sama przejść nad brzeg rzeki, nad którą rozłożyła się maleńka wioska.

Pierwszy  śnieg  zdążył  już  stopnieć. Nad  sosnami, porastającymi  piaski,  znów 
ciepło zaświeciło słońce. Z początku żadne z nich nie odzywało się ani słowem, 
obydwojgu spokoju nie dawała myśl: Jak mam to powiedzieć? Jak zacząć?

background image

Arkusz1

Strona 71

- Mamy dużo czasu - powiedziała.

Później działał już tylko instynktownie.

Minęli sosny na piaskach i weszli na wzgórze, z którego roztaczał się widok na 
wioskę. Lisen zatrzymała się na szczycie stromego zbocza.

- Tak - odparł Jorulv i rozejrzał się dokoła. - Może przysiądziemy na chwilę? 
Tam, w słońcu, ziemia jest na pewno nagrzana.
Lisen kiwnęła głową. Jorulv wskazał na kępę młodych sosenek. Z tego miejsca 
mieli  świetny  widok,  a  jednocześnie  nikt  nie  mógł  ich  dostrzec.  Zresztą  i  tak 
nikt tu nie chodził - tędy wiódł skrót od domu Charlotty do wioski.
Jorulv  ściągnął  z  grzbietu  wytartą  kurtkę,  żeby  Lisen  miała  na  czym  usiąść. 
Lisen zatroszczyła się, by i on się zmieścił. Blisko niej, bardzo blisko.
Żadne z nich nie pamiętało później, o czym rozmawiali. Ot, taka sobie obojętna 
rozmowa o niczym. Zapamiętali jedynie, że ich dłonie nagle splotły się ze sobą, 
dziewczynie, kiedy pochyliła głowę, włosy opadły na twarz, a on delikatnie je 
odsunął. Nie zdjął ręki z jej karku, a jej usta powoli zbliżyły się do jego ust.
Jorulv wiedział o pocałunkach i pieszczotach jeszcze mniej niż Juliana. Kiedy 
poczuł  wargi  Lisen  na  swoich,  nagle  jakby  cały  skamieniał.  Zaraz  jednak 
zareagował  jak  dziecko  natury,  którym  przecież  był.  Mocno  przylgnął  ustami 
do ust dziewczyny, a ona wcale się o to nie pogniewała, przeciwnie, objęła go i 
przytuliła  się  do  niego.  Jego  ciało  zareagowało  rozpaloną  niecierpliwością. 
Przypuszczał,  iż  być  może  nie  postępuje  właściwie,  i  gdyby  Lisen 
zaprotestowała  przeciw  temu,  na  co  się  ośmielał,  wstrzymałby  się  w  jednej 
chwili. Ale Lisen nie protestowała.
Jorulv  dobrze  znał  realia  życia.  Przy  nim  przyszło  na  świat  szesnaścioro 
młodszego rodzeństwa, a brutalny ojciec, kiedy tylko przyszła mu ochota, nigdy 
nie oglądał się na nic, a już zwłaszcza na matkę. On sam na co dzień przebywał 
z ogierami i buhajami, nic więc dziwnego, że wiele o tym wiedział.
Teraz  nagle  znalazł  się  w  samym  środku  oszałamiających,  podniecających 
doznań.  Zapomniał,  do  czego  to  prowadzi,  nie  potrafił myśleć  trzeźwo. Lisen 
odwzajemniała się pieszczotami równie gorącymi jak te, którymi ją obsypywał, 
i  kiedy  wsunęła  dłonie  pod  koszulę,  by  pogładzić  jego  jedwabiście  gładką 
skórę, całkowicie dał się ponieść uczuciom.

Ogarnęło go niezwykłe wrażenie, że spoczywają oboje w wielkiej dłoni leśnego 
bożka.  Nagle  porwał  go  przecudowny,  oszałamiający  sen.  Choć  przymknął 
powieki, nadal miał przed oczami ciemną zieleń mchu i jasny błękit nieba. Siła 
leśnego bożka poderwała go z ziemi i poniosła ku ostatecznej granicy...
Później długo leżeli przytuleni do siebie, patrząc w chmury. Jorulv nigdy dotąd 
nie  zaznał  takiego  szczęścia  i  wiedział,  że  Lisen  także  podziela  jego  uczucia, 
choć  nie  zamienili  ani  słowa  na  ten  temat.  Głowa  dziewczyny  spoczywała  na 
jego  ramieniu,  czuli  się  tak  dobrze,  tak  bezpiecznie,  jakby  zawsze  tak  było  i 
zawsze miało tak być.
Dotknął palcami jej policzków i poczuł, że są mokre od łez. Lisen wtuliła twarz 
w zagłębienie jego szyi i mocno przycisnęła się do jego ciała. Objęła go w pasie 
i  gdyby  nie  obowiązki,  które  na  nich  czekały,  zasnęliby  oboje.  Czuli  się  przy 
sobie tak bezpiecznie...

background image

Arkusz1

Strona 72

Ku wiosce schodzili w milczeniu.

Stała się teraz prawdziwą kobietą. Jego kobietą.

ROZDZIA  XIII

Ł

Nie odczuwali wstydu. Wędrowali, napawając się urokiem nowej więzi, która 
połączyła ich ze sobą przed kilkoma godzinami.

Lisen wiedziała, że kocha młodego chłopaka, który trzyma jej rękę w mocnym, 
szczerym uścisku. Obiecał, że nigdy jej nie zawiedzie bez względu na to, co się 
stanie,  nawet  jeśli  jej  ojciec  sprzeciwi  się  ich  związkowi.  A  Lisen  zapewniła 
go,  że  po  tym,  co  wydarzyło  się  między  nimi,  nikt  nigdy  nie  zdoła  ich 
rozdzielić.
Znalazła przyjaciela, człowieka, z którym pragnęła dzielić swoje życie. Miał w 
sobie  wszystko,  co  mogła  sobie  wymarzyć:  czułość,  wyrozumiałość, 
troskliwość wobec samotnych i nieszczęśliwych, miłość do zwierząt... a przede 
wszystkim  miłość  dla  niej.  Jorulv  był  mężczyzną,  któremu  mogła  zaufać  na 
dobre i na złe.
Rozstanie  obojgu  sprawiło  ból.  Jorulv  obiecał  przybyć  tak  szybko,  jak  tylko 
będzie to możliwe, a i Lisen miała zamiar wybrać się jak najprędzej do zagrody 
Gustafssona. Każda godzina, którą musieli przeżyć z dala od siebie, wydawała 
im się dłuższa niż rok.

Na szczęście więź, jaka wytworzyła się między Benjaminem a Rebecką, miała 
nieco  inny  charakter.  Oboje  byli  jeszcze  stanowczo  zbyt  młodzi,  a  Benjamin 
miał  dość  rozumu,  by  powstrzymać  Rebeckę,  kiedy  jej  pragnienia  nabierały 
zbyt intensywnych barw. Dziewczyna była inteligentna, w lot pojmowała jego 
nieme protesty i całkowicie mu się podporządkowywała.
Zostali  najlepszymi  przyjaciółmi  na  świecie.  Nareszcie  mogli  rozmawiać  o 
wszystkim, co przez długi czas nie dawało im spokoju, o czym w samotności 
rozmyślali przez długie godziny. To, że znaleźli bratnie dusze, wydawało im się 
cudem.
Charlotta wciąż miała nadzieję, że między Martinem i Elin nawiąże się głębsze 
porozumienie,  ale,  niestety,  choć  bardzo  tego  pragnęła,  zauważała  jedynie 
oznaki, że dobrze im się ze sobą pracuje.
Kiedy  gromada  niezwykłych  gości  opuściła  jej  zagrodę,  Charlotta  nie 
wiedziała, czy ma się śmiać, czy płakać. Dom wydał się nagle taki pusty, choć, 
trzeba przyznać, miała teraz o wiele mniej zajęć.
Charlotta zamierzała przybyć do miasteczka za kilka dni, wiele spraw bowiem 
musiała omówić ze swymi krewniakami.
Jej  noga  nie  postała  w  miasteczku  od  dnia,  kiedy  to  wraz  z  dopiero  co 
urodzonym  Martinem  została  wygnana  z  domu  przez  rozgniewanego  oficera, 
wówczas jej małżonka.
Teraz już nie żył, wiedziała o tym, ale nawet na jeden dzień nie przywdziała po 
nim żałoby.

Silny mróz ostatnich jesiennych dni zbudował własny most przez rzekę. Chłód 
przenikał  ściany  i  migotliwym  welonem  z  kryształowych  okruchów  otulał 
ziemię.  Ludzie  w  miasteczku  czynili  ostatnie  przygotowania  do  długiej, 
surowej zimy.

background image

Arkusz1

Strona 73

- Jakim nowym przyjaciołom? Znam wszystkich z regimentu i...
- To nikt z regimentu.

- Czy jesteś już gotów?

Gustafsson  troskliwie  zajął  się  swymi  młodymi  podopiecznymi.  Starzejącemu 
się  żołnierzowi  nagle  otworzyły  się  oczy  i  dostrzegł,  że  istnieje  świat  także 
poza  regimentem.  Zajęcie  wieśniaka,  którym  w  czasach  młodości  pogardzał, 
okazało  się  bardziej  interesujące  niż  przypuszczał,  z  rozrzewnieniem 
wspominał  dni,  kiedy  jeszcze  tu  mieszkał.  Teraz  codziennie  omawiał  z 
Jorulvem i Juliana, co powinni zrobić. Należało przede wszystkim doprowadzić 
wszystkie  zabudowania  do  stanu  używalności,  zaplanować  prace  polowe  na 
wiosnę, mieli więc pełne ręce roboty.
Jorulv ze wszystkiego był zadowolony i w głębi ducha każdego dnia dziękował 
Bogu, że zdołali dotrzeć do ludzi, zanim nie było na to za późno.

- A cóż  to  znowu za  fanaberie! - warknął  Allan  von Adelkalk, ze wszystkich 
stron przeglądając się w lustrze w swym mundurze rotmistrza. - Dlaczego tak 
nagle, w środku tygodnia, mamy odwiedzić Tildę i Patrika?
- Czy to nie przyjemność? - spokojnym tonem zapytała Christine. W ostatnim 
czasie  w  jej  zachowaniu  pojawiła  się  jakaś  godność,  co  bardzo  niepokoiło 
małżonka  i  budziło  jego  podejrzenia.  -  Chcą  nas  przedstawić  swoim  nowym 
przyjaciołom.

- Jak śmiesz mi przerywać! - wrzasnął baron, poczerwieniały z gniewu. - Cóż 
za nieposłuszeństwo!
Jeszcze tydzień wcześniej Christine skuliłaby się w sobie ze strachu i błagała o 
wybaczenie  za  takie  zachowanie.  Teraz  odwróciła  się  do  męża  plecami  i 
przeczekała wybuch.

-  To  ja  decyduję  o  tym,  kiedy  pójdziemy!  -  obruszył  się  baron.  Miał  ochotę 
trzepnąć  żonę  w  twarz  rękawiczką,  ale  obok  była  pokojówka,  uznał  więc,  że 
najmądrzej będzie zapanować nad sobą. - Nie podoba mi się ton, jaki ostatnio 
pojawił się w naszej rodzinie. To wina Lisen. Od czasu gdy wróciła, sprawuje 
się wręcz nieznośnie. Jest bezczelna i uparta, zarówno wobec swego ojca, jak i 
brata. Moim zdaniem należy zastanowić się nad odesłaniem jej z domu. Znam 
pewną szkołę dla oficerskich córek, nauczyciele są tam bardzo surowi.
- Tak, tak, kogoś z tego domu niewątpliwie należy odesłać - szepnęła Christine 
do siebie.
Serce biło jej mocno. Ten dzień... Jak zdoła przez to przejść? Na szczęście nie 
była sama.
Dom  Tildy,  siostry  Lisen,  i  jej  męża  Patrika  był  pełen  gości.  Rotmistrza 
ogarnęła  irytacja,  jak  to  często  bywa,  gdy  człowiek  czuje  się  niepewnie.  Nie 
znał  tych  młodych  ludzi,  ale  wszyscy  bez  wyjątku  wyglądali  na  nędznych 
chłopów.  Och,  była  wśród  nich  także  Elin,  szwaczka,  i  jej  nieślubny  syn!  Z 
jakimiż to ludźmi przestaje jego córka?
Rotmistrz zesztywniał. Co na miłość boską...? Gustafsson? Zwykły szeregowy? 
Nie,  teraz  posunęli  się  już  za  daleko!  Chcą  go  zmusić,  by  obracał  się  w 
towarzystwie takiego motłochu? Wzburzenie barona nie miało granic. O, Patrik 
nie uniknie surowej, bardzo surowej reprymendy!

background image

Arkusz1

Strona 74

- Pułkownik Staderberg! I pan burmistrz! Jak przyjemnie spotkać!
Ochota, by opuścić towarzystwo, minęła mu od razu.

Pierwszy przemówił burmistrz.

Christine siedziała zatopiona w rozmowie z jakąś starszą damą. Miał wrażenie, 
że  już  gdzieś  ją  widział,  nie  mógł  sobie  tylko  przypomnieć  gdzie.  Zresztą 
wszystko jedno, i tak zaraz zrobi z tym porządek.
-  Christine  -  syknął.  -  Nie  pozwolę,  by  dłużej  obrażano  mnie  w  ten  sposób. 
Idziemy. Natychmiast!
Christine  już  otwierała  usta,  by  odpowiedzieć,  ale  w  tejże  chwili  rotmistrz 
kątem oka dostrzegł dwie znajome twarze. Rozjaśnił się momentalnie.

Obydwaj  wysoko  postawieni  panowie  przywitali  się  z  nim  powściągliwie  i 
zanim  zdążyli  wymienić  jakiekolwiek  uwagi,  Patrik  zaprosił  wszystkich  do 
jadalni.
Nie nakryto tam jednak do żadnego posiłku, ale wszystkim wskazano miejsca 
przy  stole.  Wyglądało  na  to,  że  zanosi  się  jakby  na  konferencję!  Rotmistrz 
zwrócił uwagę, że starsza dama zajęła poczesne miejsce u boku burmistrza.
Patrik  przywitał  wszystkich  zgromadzonych.  Rotmistrz  z  obrzydzeniem 
przyglądał  się  gościom  i  nic  z  tego  nie  mógł  pojąć.  Co  robią  tu  te  wszystkie 
dzieci i młodzież?
I  Lisen  usiadła  między  nimi!  Doprawdy,  ostatnimi  czasy  zrobiła  się  zupełnie 
niemożliwa.  Przeniósł  wzrok  na  Hannibala,  swego  jedynego  syna  i  wielką 
dumę. Dzięki Bogu, że wreszcie obdarzył go synem po tych wszystkich całkiem 
zbędnych córkach. Hannibal siedział skrzywiony i nie krył, że jemu także nie 
odpowiada towarzystwo,  w  jakim  się  znalazł.  To  świetnie,  widać chłopak  ma 
dobre wyczucie, umie ocenić, co właściwe, a co nie!
Ale jak Patrik mógł posadzić swego teścia i pułkownika przy tym samym stole, 
co  tego  bękarta  Benjamina  i  jego  rozpustną  matkę?  Ach,  była  tu  także  stara 
matka  Elin,  akuszerka,  która  przyjmowała  wszystkie  jego  dzieci.  Cóż  to  za 
zwierzyniec?

- Pułkownik i ja, a także nasz młody przyjaciel Patrik, znaleźliśmy się tutaj, by 
wyjaśnić  pewną  niezwykle  poważną  sprawę.  Dopuszczono  się  wielkich 
niegodziwości  i  pragniemy,  by  sprawiedliwości  stało  się  zadość,  choć  nie 
chcemy  załatwiać  tego  oficjalnie.  Nie  chcielibyśmy  również  mieszać  w  to 
władz,  o  ile  da  się  tego  uniknąć.  -  Urwał  na  chwilę  i  rozejrzał  się  po 
zgromadzonych,  zanim  zadał  niewinne  z  pozoru  pytanie:  -  Baronie  von 
Adelkalk,  ciekaw  jestem,  czy  pamięta  pan  pewien  epizod,  który  miał  miejsce 
już wiele, wiele lat temu? Chodzi mi o kobietę z dobrej rodziny, która wydała 
na  świat  dziecko  o  niezwykle  ciemnej  karnacji  i  którą  mąż  wraz  z  dzieckiem 
wygnał za to z domu.
Rotmistrz usłyszał, że drzwi za nim otwierają się i na powrót zamykają, ale nie 
miał  czasu,  by  obejrzeć  się  i  sprawdzić,  kto  wchodzi,  zbyt  przejęty  był 
udzielaniem  odpowiedzi  na  pytanie.  O,  tak,  dobrze  znał  tę  historię,  jej 
wspomnienie zawsze budziło w nim gniew i oburzenie.
-  Oczywiście  -  skinął  głową.  -  To  wydarzyło  się  w  rodzinie  mojej  żony. 
Niebywały skandal!
- Chce pan powiedzieć, że skandalem był fakt, iż przed ową kobietą zamknięto 
drzwi do własnego domu?

background image

Arkusz1

Strona 75

Na samą myśl rotmistrzowi krew gorącą falą napłynęła do twarzy.

- A co z dzieckiem?

Burmistrz pokiwał głową. Przy stole zapadła cisza.

Rotmistrzowi spadła z oczu zasłona.

- Co to znowu za przedstawienie? - warknął rotmistrz. - Jak możecie dopuścić...

- Oto najstarszy syn pana, rotmistrzu.

Baronowi krew omal nie trysnęła z policzków.

- To kłamstwa! Puste wymysły! Chcesz, bym uwierzył w takie bzdury?
- Owszem, to prawda - wtrąciła się Lisen. - Dokładnie to sprawdziłam.

-  Nie,  rzecz  jasna,  nie!  Skandalem  było,  że  urodziła  dziecko  niewątpliwie 
będące owocem grzechu. Małżonek, wyrzucając ją, postąpił w jedyny słuszny 
sposób.
-  Gdyby  więc  pańska  żona  wydała  na  świat  takie  dziecko,  ją  także  wygnałby 
pan z domu?

- Naturalnie! Batem wypędziłbym ją za drzwi, a nawet, tak, nie wahałbym się 
użyć służbowego pistoletu!

-  Wolałbym,  żeby  umarło!  Nie  mówiąc  już  o  mężczyźnie,  który  dopuścił  się 
cudzołóstwa.

-  Baronie  von  Adelkalk,  czy  poznaje  pan  tę  kobietę?  -  Burmistrz  wskazał  na 
starszą damę, siedzącą tuż koło niego.

- Oczywiście! - wykrzyknął i zerwał się z krzesła tak gwałtownie, że omal się 
nie wywróciło. - To ona została wygnana z domu! I pozwalacie, bym ja i mój 
syn siedział przy stole razem z taką... Nie chcę wypowiadać tego słowa!
Jakiś  człowiek postąpił  o  kilka  kroków  do  przodu  i  stanął  za  krzesłem damy. 
Był to przystojny, ciemnowłosy mężczyzna w wieku około czterdziestu pięciu 
lat, ze srebrnymi pasmami we włosach i brodzie.
-  To  ja  jestem  owym  dzieckiem,  odepchniętym  z  powodu  ciemnej  karnacji  - 
rzekł cicho.
-  Baronie  von  Adelkalk  -  chłodno  przerwał  mu  burmistrz.  -  Czy  pamięta  pan 
jeszcze  jedno  wydarzenie,  które  miało  miejsce  dwadzieścia  lat  temu?  Kiedy 
mała Elin uciekła do lasu wraz z waszym synem, który dopiero co przyszedł na 
świat?
-  Z  moim  synem,  który  urodził  się  martwy.  Owszem,  pamiętam.  Ta  mała 
dziwka! Nie pozwoliła mi nawet zobaczyć własnego dziecka!
- Dziecko nie urodziło się martwe. Chłopca należało ukryć, by uratować życie 
jego matki i prawdopodobnie jego własne, a być może także życie niewinnego 
człowieka.
Zza  pleców  rotmistrza  wyłonił  się  jeszcze  jeden  mężczyzna,  rosły,  przystojny 
młodzieniec o uderzająco ciemnych włosach i oczach.

- Co takiego? - pisnął Hannibal, podrywając się z miejsca. - To jakiś oszust! Ja 
jestem jedynym synem i jedynym dziedzicem, ojciec zawsze tak mówił!

-  Christine...  Ty  bezwstydna  ladacznico!  Przez  tyle  lat  ukrywałaś  to  przede 
mną! Zdradziłaś mnie...
- Nie, nigdy cię nie zdradziłam - odparła Christine drżącym głosem. - Czy nie 
pamiętasz, jak mówiłam ci, że w moim rodzie jest domieszka obcej krwi?

background image

Arkusz1

Strona 76

I znów burmistrz przerwał mu zimno:

-  Zamknij  się!  -  wrzasnął  ojciec.  -  Pohańbiłyście  mnie  na  oczach  wszystkich 
tych  obcych  ludzi!  Nie  mówiąc  już  o  burmistrzu  i  pułkowniku!  -  Spojrzał  na 
Czarnego  wzrokiem  pełnym  pogardy.  -  Jak  ośmielacie  się  twierdzić,  że  ten 
czarnuch jest moim synem! Został spłodzony w grzechu! Cóż za obrzydlistwo!
- Chwileczkę, teściu - Patrik powstrzymał go od dalszych wybuchów. - Mamy 
dzisiaj jeszcze więcej gości. Lars! Margrethe! Teraz możecie się już pokazać!
Do  jadalni  weszła  druga  z  sióstr  Lisen  i  jej  mąż.  Margrethe  w  objęciach 
trzymała maleńkie, tygodniowe dziecko.
-  To  nasza  córeczka  -  z  dumą  oznajmił  Lars.  Allan  von  Adelkalk  z 
niedowierzaniem przypatrywał się dziecku, oczy ze zdumienia omal nie wyszły 
mu  z  orbit.  Maleńka  była  doprawdy  czarującą  istotką,  lecz,  o  ile  to  w  ogóle 
możliwe, jeszcze ciemniejszą niż Martin i Czarny.
- Nigdy nie podawałem wierności Margrethe w wątpliwość - powiedział Lars. - 
Byłoby  to  niesprawiedliwe  wobec  tak  wspaniałej  kobiety  jak  ona.  Margrethe 
jest równie czysta i godna szacunku jak jej matka i cioteczna babka Charlotta.
-  To  prawda  -  włączyła  się  akuszerka.  -  Mogę  to  przysiąc,  bo  przy  mnie  te 
dzieci przyszły na świat.
Rotmistrz kilkakrotnie otwierał i zamykał usta, nie mogąc znaleźć właściwych 
słów. Christine wstała i objęła swego najstarszego syna, za którym tak gorzko 
tęskniła przez dwadzieścia lat. Spotkali się już poprzedniego wieczoru, lecz nie 
mogła ukryć radości, że znów go widzi.
W  ciszy,  jaka  zapadła,  rotmistrz  zdał  sobie  sprawę,  że  dzisiejsze  spotkanie 
zostało  starannie  przygotowane,  omówione  z  góry.  Tylko  on  i  Hannibal  o 
niczym  nie  wiedzieli.  Nie  chciał  się  jednak  przyznać  do  klęski.  Postanowił 
uderzyć od innej strony:
- A co robią tutaj ci wszyscy... żebracy? Te szczenięta przy tym samym stole co 
ja, pułkownik i...

-  Ci  „żebracy”  i  ich  zmarła  matka  doświadczyli  podobnego  losu,  jak  pańska 
małżonka  i  córki.  Dzieci  miały  ojca  tyrana,  który  faworyzował  jedne  i  nie 
znosił drugich... Zadręczał matkę...
Urwał,  by  te  słowa  głęboko  zapadły  w  serce  rotmistrza,  ale  von  Adelkalk 
zacisnął tylko usta w wąską kreskę.
-  Te  dzieci  jednak  miały  sporo  szczęścia  -  podjął  burmistrz.  -  Gustafsson 
udzielił  im  schronienia  w  swojej  zagrodzie.  Charlotta  zajęła  się  najmłodszą 
dziewuszką,  która  wymaga  opieki  lekarza,  a  pańska  małżonka  pomaga 
finansowo w przeprowadzeniu kuracji i zakupie medykamentów. Elin przyjęła 
pod  swój  dach  Rebeckę,  bo  dziewczynka  ma  talent  artystyczny,  musi  się 
rozwijać.  Ole  pójdzie  do  najlepszych  szkół,  jest  bardzo  zdolny.  Miasto 
postanowiło  opłacić  jego  wykształcenie.  A  dwoje  najstarszych...  No  cóż,  oni 
mają swoje własne plany - uśmiechnął się burmistrz.
Rotmistrz popatrzył za jego wzrokiem i ujrzał, że jasnowłosy wiejski chłopak 
trzyma  za  rękę  jego  własną  córkę,  Lisen.  Poczuł,  że  znów  wzbiera  w  nim 
gniew. Nic go nie obchodziło, że jego domniemany syn obejmuje najstarszą z 
wieśniaczek, ale Lisen? Nie, nigdy do tego nie dopuści!

-  Jeśli  wydaje  ci  się,  że  uwodząc  moją  córkę,  uzyskasz  dostęp  do  pieniędzy, 
to...

background image

Arkusz1

Strona 77

- Ale to nie ja zabiłem żołnierzy! - wyrzucił wreszcie z siebie.

- A więc i to niby-przestępstwo wobec Elin także jest przedawnione.

- Czego żądasz?

Baron dyszał ciężko jak ryba wyjęta z wody.

Miało być jednak jeszcze gorzej.
Śmiertelny cios zadał pułkownik.

-  Baronie  von  Adelkalk,  pozostaje  jeszcze  jedna  poważna  sprawa  do 
omówienia.
-  Co  znów  takiego?  -  mruknął  baron  zniecierpliwiony.  -  Kolejny  spisek 
przeciwko mnie?
- Tym razem chodzi o los Elin. Mamy wielu świadków na to, że pozwolił pan 
swoim  ludziom,  by „robili,  na co  tylko im przyjdzie  ochota”  z piętnastoletnią 
dziewczynką. To pan jest odpowiedzialny za jej nieszczęście, za wstyd i hańbę, 
jako że młody Benjamin jest owocem wstrętnego gwałtu.
Baron nie wiedział, co ma odpowiedzieć. To było gorsze od najstraszniejszego 
koszmaru.

- Owszem, w pewnym sensie tak, choć nie bezpośrednio. Ale to przestępstwo 
uległo już przedawnieniu.

- To prawda - zgodziła się Christine. - Nikt też nie ma zamiaru karać cię za nie. 
Ale ja chcę ci oznajmić, Allanie, że z tobą skończyłam. Chcę, by na nasz dwór 
dostało  się  wreszcie  świeże  powietrze.  Pragnę,  by  wszystkie  moje  dzieci,  nie 
tylko  Hannibal,  czuły,  że  są  tu  mile  widziane.  Nie  jesteś  nam  do  niczego 
potrzebny.  W  naszej  przyszłości  nie  ma  dla  ciebie  miejsca.  Straciłeś  je  już 
dawno temu. Z powodu twego okrucieństwa żądam rozwodu.

-  Rozwodu  -  powtórzyła  Christine  stanowczo.  -  Zawsze  powtarzałeś,  że  to 
miasteczko jest nędzną dziurą, pełną niewykształconych chamów i prostaków. 
Nareszcie  będziesz  mógł  spełnić  swe  marzenie  i  zamieszkać  w  Sztokholmie, 
dokąd tęskni twój niecodzienny intelekt. Hannibal sam zdecyduje, czy będzie ci 
towarzyszył,  czy  też  zostanie  tutaj.  Naturalnie  ja  i  jego  rodzeństwo  gorąco 
pragniemy, by został z nami.

- Z wykształcenia jestem adwokatem - powiedział burmistrz. - Przygotowałem 
projekt  ugody  między  wami.  Tartak  zapisany  jest  na  nazwisko  pani,  to  jej 
dziedzictwo,  tak  samo  zresztą  jak  dwór.  Rotmistrz  dostanie  niewielką  część 
majątku, wystarczającą, by mógł się z tego utrzymać. Pani Christine zażyczyła 
sobie,  by  przepisać  tartak  na  jej  najstarszego  syna,  który  do  tej  pory  nie 
otrzymał  od  rodziców  niczego,  i  na  jego  przyszłą  żonę  Julianę.  Dwór 
przypadnie  w  udziale  Hannibalowi,  kiedy  osiągnie  już  odpowiedni  do  tego 
wiek.  Do  tego  czasu  dworem  zarządzać  będzie  panna  Lisen,  która ma zamiar 
poślubić Jorulva, brata Juliany, a on zna się na gospodarstwie.
Hannibal  siedział  z  oczami  wbitymi  w  stół.  Nie  mógł  znieść  takiego 
upokorzenia ojca.

- Allanie von Adelkalk. 

Zostaje pan usunięty z regimentu, w hańbie. Nie życzymy sobie 

tyrana  w  szeregach  naszych  oficerów.  Przez  wiele  lat  zadręczał  pan  żonę  i  córki.  To 
niegodziwość, o której mówi całe miasteczko. Despotycznie rządził pan swymi podwładnymi i 
nie skłamię twierdząc, że cała kompania nienawidzi pana z całego serca.

Baron parsknął pogardliwie i postąpił kilka kroków w stronę drzwi. Hannibal 
uniósł głowę i ze łzami w oczach patrzył za ojcem.

background image

Arkusz1

Strona 78

- Allanie - cicho powiedziała Christine. - A co z twoim synem Hannibalem?

Allan von Adelkalk z hałasem zatrzasnął drzwi za sobą.
Czarny podszedł do skamieniałego brata.

Lisen ze współczuciem patrzyła na Hannibala.
- Przykro mi, ale nie mogliśmy uprzedzić cię wcześniej. Mógłbyś donieść ojcu.
Mały Matti wyciągnął swego ukochanego drewnianego konika.

Chłopiec gwałtownie pokręcił głową. Ojciec w takiej chwili nie poświęcił mu 
ani jednej myśli! To wystarczyło, by Hannibal podjął decyzję.

-  Cóż,  braciszku...  Myślę,  że  powinniśmy  poznać  się  bliżej  -  powiedział 
życzliwie.

- Jak chcesz, to mogę ci go pożyczyć. Twoja mama i Lisen powiedziały, że ja 
też  mogę  mieszkać  we  dworze.  Wiem,  jak się  teraz  czujesz.  Mój  ojciec mnie 
nie  lubił  i  kiedy  mama  umarła,  chciałem  pójść  za  nią.  Ale  tobie  się 
poszczęściło, bo masz taką dobrą mamę. Mojej mamy już nie ma i bardzo za 
nią tęsknię. Ojca też nie ma, ale to nie szkodzi.
I  wtedy  Hannibal,  pomimo  swoich  całych  czternastu  lat,  załamał  się.  Kiedy 
matka podeszła do niego, objął ją i wybuchnął głośnym płaczem. Gdy wreszcie 
się uspokoił, otarł łzy i nieśmiało uśmiechnął się do Mattiego.
- Dziękuję, że chcesz mi pożyczyć konika! Cieszę się, że z nami zamieszkasz. - 
Wyciągnął rękę do malca, a ten uścisnął ją z całą powagą.
Charlotta z radością patrzyła, jak Martin i Elin przysiedli razem w kąciku i w 
zaufaniu  o  czymś  ze  sobą  szepczą.  Wydawało  się,  że  wszyscy  nareszcie 
zawinęli  do  bezpiecznego  portu.  Miłość  i  przyjaźń  odegna  złe  wspomnienia. 
Wszystkich czekała jasna, szczęśliwa przyszłość.


Document Outline