background image

Lucy Maud Montgomery
Ania ze Z otego Brzegu
Tytu  orygina 
u angielskiego Anne of Ingleside
Prze

a Aleksandra Kowalak-Bojarczuk

Rozdzia  I
- Jak e bia 
e jest dzi

wiat o ksi

yca! - powiedzia a do siebie Ania Blythe, id c  cie

 przez ogród do drzwi frontowych domu Diany Wright. P atki

kwiecia opada y z drzew wi niowych, a powiew wiatru przynosi  zapach s onej, morskiej wody.

Zatrzyma a si  na chwil , aby spojrze  na wzgórza i lasy, które pokocha a przed laty i które do dzi  pozosta y bliskie jej sercu. Kochane Avonlea! Od

dawna mieszka a w Glen St. Mary, tam by  jej dom, ale Avonlea mia o w sobie co , czego Glen St. Mary nigdy mie  nie mog o. Tutaj na ka dym kroku
czeka y na ni  cienie przesz

ci. Wita y j  pola, po których niegdy  w drowa a, a ka dy zak tek budzi  s odkie wspomnienia. Wsz dzie rozbrzmiewa y

echa dawnego, cudownego  ycia. Tutaj znajdowa y si  zaczarowane ogrody, pe ne kwitn cych ró  przesz

ci. Ania ogromnie lubi a przyje

 do

Avonlea, nawet je li, tak jak teraz, przyczyna wizyty by a smutna. Przyby a wraz z Gilbertem na pogrzeb jego ojca i postanowi a zosta  na tydzie .
Zreszt  Maryla i pani Linde i tak nie pozwoli yby jej od razu wróci  do domu.

Stary pokoik na facjatce czeka  na ni  jak zawsze. Gdy wesz a do  wieczorem po przyje dzie, ujrza a pi kny, du y bukiet wiosennych kwiatów,

ustawiony przez pani  Linde. Ania zanurzy a w nich twarz i przyp yn y do niej wszystkie zapachy minionych lat. Ania z przesz

ci czeka a tu na ni .

bokie wzruszenie nape ni o jej serce. Pokój na facjatce przygarnia  j  i utula . Spojrza a z mi

ci  na swoje stare 

ko, przykryte kap  w li cie

jab oni, zrobion  i ozdobion  przez pani  Linde koronkami w asnej roboty, na szmaciane dywaniki Maryli na pod odze, na lustro, w którym kiedy
odbija a si  twarz ma ej dziewczynki o czystym czole, sierotki, która d ugo p aka a, zanim wreszcie usn a tamtego pierwszego wieczora przed wielu
laty. Ania zapomnia a na chwil ,  e jest szcz

liw  matk  pi ciorga dzieci i  e Zuzanna Baker w Z otym Brzegu znów robi na drutach  pioszki. By a

teraz dawn  Ani  z Zielonego Wzgórza.

Gdy pani Linde przynosz c czyste r czniki wesz a do pokoju, zasta a j  patrz

 z rozmarzeniem w lustro.

- Jak to dobrze mie  ci  znowu w domu, Aniu. Ju  dziewi

 lat min o, odk d wyjecha

, a mnie i Maryli ci gle ciebie brak. Nie jest ju  co prawda

tak smutno, odk d Tadzio si  o eni . Emilka to mi a dziewczyna, a jakie ciasta piecze! Jest tylko nazbyt ciekawska. No có , zawsze mówi am i b
mówi a,  e nie ma na  wiecie drugiej takiej jak ty.

- Och, ale lustra nie da si  oszuka , pani Linde. Mówi mi ono,  e wcale nie jestem ju  taka m oda - westchn a Ania.
- Cer  nadal masz  wie

 - pocieszy a j  pani Linde - a blada by

 przecie  zawsze.

- W ka dym razie nie mam ani  ladu drugiego podbródka - rzek a Ania weso o. - I mój stary pokoik mnie pami ta. Czu abym si  bole nie dotkni ta,

gdybym kiedy  tu przyjecha a i stwierdzi a,  e o mnie zapomnia . A jak cudownie jest znów ogl da  wschód ksi

yca nad Lasem Duchów.

- Wygl da niczym wielka bry a z ota na niebie, prawda? - powiedzia a pani Linde, zadowolona,  e Maryla jej nie s yszy. Mia a pe

wiadomo

tego,  e pozwoli a sobie na wypowiedzenie g upich, poetycznych s ów.

- Niech pani spojrzy na te  wierki, wychodz ce ksi

ycowi na spotkanie… i na brzozy w dolinie, które wyci gaj  swe ramiona ku srebrzystemu niebu.

Teraz s  ju  takie du e, a kiedy tu przyjecha am, by y ma ymi drzewkami. To sprawia,  e czuj  si  staro.

- Z drzewami jak z dzie mi - rzek a pani Linde. - Nie zd

ysz si  nawet obejrze , a ju  s  du e. Spójrz na Freda Wright… Ma dopiero trzyna cie lat,

a jest niemal tak wysoki jak jego ojciec… Na kolacj  b dzie zapiekanka z kurcz cia, a specjalnie dla ciebie zrobi am te  troch  cytrynowych biszkoptów.
Powinno ci si  dobrze spa  w tym 

ku. Najpierw ja wywietrzy am po ciel, potem Maryla, nie wiedz c o tym, te  j  przewietrzy a, a na koniec Emilka,

my

c, 

my nie pami ta y, zrobi a to po raz trzeci. Mam nadziej ,  e Mary Maria Blythe jutro wyjedzie. Ona zawsze tak doskonale bawi si  na

pogrzebach.
- Ciotka Mary Maria… Gilbert tak o niej mówi, chocia  jest tylko kuzynk  jego ojca. Ona zawsze nazywa mnie Andzi  - wzdrygn a si  Ania. - Gdy

zobaczy a mnie po raz pierwszy po  lubie, powiedzia a: ,,To bardzo dziwne,  e Gilbert w

nie ciebie wybra . Móg  mie  tyle innych,  adnych dziewcz t”.

Pewnie dlatego nigdy jej nie polubi am i wiem,  e Gilbert te  jej nie lubi.

- Czy Gilbert zostanie na d

ej?

- Nie. Musi wraca  jutro wieczorem. W Glen zostawi  pacjenta w bardzo ci

kim stanie.

- No có , s dz ,  e nic go teraz nie zatrzymuje w Avonlea. Jego matka zmar a przecie  w ubieg ym roku, a stary pan Blythe nigdy nie móg  otrz sn

si  po jej stracie. Blythe’owie zawsze tacy byli, zbyt silnie przywi zywali si  do spraw  ycia doczesnego. Wielka szkoda,  e ju  nikogo z tej rodziny nie
ma w Avonlea. To byli porz dni ludzie. No có , namno

o nam si  za to Sloane’ów, a Sloane’owie s  zawsze Sloane’ami, Aniu, i pozostan  nimi na

wieki wieków, a  do sko czenia  wiata, amen.

- Cho by by o tu nie wiem ilu Sloane’ów, zamierzam pój

 po kolacji do starego sadu na spacer przy blasku ksi

yca. Niestety, w ko cu b

musia a po

 si  spa , cho  zawsze uwa

am spanie w ksi

ycowe noce za marnowanie czasu. Ale chc  wcze nie si  obudzi , by ujrze  pierwsze,

abe  wiat o poranka, wykradaj ce si  spoza Lasu Duchów. Niebo zaró owi si  lekko, rozlegnie si  pogwizdywanie drozdów… Mo e ma y, szary

wróbelek usi dzie na parapecie… I zobacz  z ote i purpurowe bratki w pierwszych promieniach s

ca.

- Wiesz, zaj ce zjad y sadzonki czerwcowych lilii - rzek a ze smutkiem pani Linde, ruszaj c ci

ko ku schodom. W g bi duszy czu a zadowolenie,  e

nie musi d

ej rozmawia  o ksi

ycu. Ania zawsze wydawa a si  troch  dziwna pod tym wzgl dem. A teraz nie mo na by o ju  nawet mie  nadziei,  e

z tego wyro nie.

Diana wysz a przed dom, by powita  Ani . Nawet przy  wietle ksi

yca by o wida ,  e jej w osy s  jeszcze ci gle czarne, policzki rumiane, a oczy

yszcz ce. Lecz  wiat o ksi

yca nie mog o ukry ,  e sta a si  znacznie postawniejsza ni  dawniej, a przecie  i tak nigdy nie by a, jak to mówiono w

Avonlea, „sucha”.

- Nie l kaj si , Diano, nie zabawi  d ugo…
- Wiesz przecie ,  e o wiele bardziej wola abym sp dzi  ten wieczór z tob  ni  i

 na przyj cie - powiedzia a Diana z wyrzutem. - Wcale nie

zd

am si  tob  nacieszy , a ju  za trzy dni wyje

asz. Ale brat Freda, rozumiesz… po prostu musimy pój

.

- Ale  oczywi cie, kochanie. Wpad am tylko na moment. Sz am nasz  dawn  drog , przez Las Duchów, obok  ród a Nimf i waszego cienistego,

starego ogrodu, a potem Alej  Wierzbow , gdzie musia am si  zatrzyma , by popatrze  na wierzby stoj ce w wodzie. Bardzo uros y.

- Wszystko uros o - rzek a Diana z westchnieniem. - Spójrz cho by na ma ego Freda! Wszyscy bardzo si  zmienili my… oprócz ciebie. Ty zawsze

pozostaniesz taka sama. Aniu. Jak to robisz,  e wci

 jeste  szczup a? Spójrz tylko na mnie!

- To prawda, przypominasz nieco matron  - roze mia a si  Ania. - Ale nie osi gn

 jeszcze wymiarów typowej damy w  rednim wieku. A je li

chodzi o to,  e si  nie zmieniam… No tak, pani Donnell uwa a podobnie. Powiedzia a mi na pogrzebie,  e wygl dam ca kiem tak samo jak przed laty.
Ale pani Andrews jest innego zdania. Powiedzia a mi: „Droga Aniu, jak e si  postarza

!” Tak, tak, wszystko zale y od oka i intencji patrz cego. A ja

sama odczuwam,  e czas i mnie nie oszcz dza, w

ciwie tylko wtedy, gdy ogl dam ilustracje w pismach. Bohaterowie i bohaterki opowiada  wydaj

mi si  tam stanowczo zbyt m odzi. Ale nie przejmujmy si  tym, Diano. Przysz am tu w

nie,  eby ci co  zaproponowa . Sp

my wspólnie jutrzejsze

popo udnie i wieczór… Odwiedzimy wszystkie cienie przesz

ci. B dziemy spacerowa  przez wiosenne pola i poro ni te paprociami lasy. Zajrzymy do

starych ukochanych zak tków i odszukamy nasz  m odo

. Wiesz, wiosn  wszystko wydaje mi si  mo liwe. Jutro zapomnimy o stateczno ci, jaka

przystoi  onom i matkom, i znów staniemy si  dziewczynkami. Zreszt  pani Linde i tak uwa a,  e ja w duchu wci

 jestem dziewczynk . Ale to przecie

tak ma o zabawne by  ci gle rozs dn .

- Och, ty doprawdy wcale si  nie zmieni

, Aniu! To wszystko brzmi bardzo zach caj co, ale…

- Nie ma  adnego „ale”! Wiem,  e ju  si  martwisz, kto poda m

czyznom kolacj .

- Niezupe nie. Ania Kordelia umie to zrobi  równie dobrze jak ja, cho  ma dopiero jedena cie lat - rzek a Diana z dum . - Mia a mnie w

nie

zast pi , poniewa  ja wybiera am si  na zebranie Ko a Pomocy Pa . Ale nie pójd , wol  sp dzi  ten czas z tob . To tak, jakby marzenie nagle sta o si
rzeczywisto ci . Wiesz, Aniu, cz sto wieczorami siadam i wyobra am sobie,  e jeste my znów ma ymi dziewczynkami. Wezm  ze sob  co  na kolacj .

- Zjemy j  w ogrodzie Heleny Gray. Mam nadziej ,  e on jeszcze istnieje?
- Chyba tak - rzek a Diana niepewnie. - Nie by am tam od czasu, kiedy wysz am za m

. Za to Ania Kordelia wiecznie gdzie  przepada, chocia

wci

 jej powtarzam,  eby si  za bardzo nie oddala a od domu. Uwielbia w óczy  si  po lasach, a pewnego razu, gdy z aja am j  za to,  e mówi do

siebie w ogrodzie, wyja ni a mi,  e rozmawia z duchem kwiatów. Pami tasz ten serwis w p czki ró  dla lalek, który przys

 jej na dziewi te urodziny?

Tak ostro nie si  z nim obchodzi,  e nie st uk a jeszcze ani jednej fili anki. U ywa go tylko wtedy, gdy Trzy Zielone Ludziki przychodz  do niej na
herbat . Nie mog  si  dowiedzie , kim oni s  wed ug niej. Pod niektórymi wzgl dami jest ona bardzo podobna do ciebie, Aniu.

- Mo e rzeczywi cie z ka dym imieniem s  zwi zane pewne specyficzne cechy charakteru. Nie miej pretensji do Ani Kordelii,  e za du o marzy,

Diano. Zawsze bardzo mi  al dzieci, które nie sp dzi y kilku lat w krainie fantazji.

- Oliwia Sloane, która jest u nas nauczycielk , mówi co innego - rzek a Diana z pow tpiewaniem. - Zdoby a tytu  magistra i w tym roku podj a prac

w naszej szkole, aby by  bli ej matki. Twierdzi ona,  e nale y przyucza  dzieci do stawania twarz  w twarz z rzeczywisto ci .

- Czy bym doczeka a tego,  e popierasz Sloane’ów. Diano?
- Ale  nie, nie, nie! Ani troch  jej nie lubi . Ma takie okr

e, wy upiaste oczy jak oni wszyscy. I wcale nie martwi mnie to,  e Ania Kordelia lubi

marzy . Jej marzenia s

adne, jak niegdy  twoje. My

,  e  ycie samo nauczy j  „rzeczywisto ci”.

- A wi c postanowione. Przyjd  na Zielone Wzgórze oko o drugiej. Wypijemy troch  domowego wina z porzeczek. Maryla nadal od czasu do czasu je

robi, pomimo sprzeciwu pani Linde i pastora. Wino sprawi,  e poczujemy si  ca kiem swobodne.

W drodze powrotnej Ania zatrzyma a si  przy  ródle Nimf. Tak bardzo je kocha a. Jej dzieci cy  miech, który kiedy  tu rozbrzmiewa , zdawa  si

teraz powraca . Widzia a dawne marzenia, odbite w czystych wodach, s ysza a dzieci ce szepty i  lubowania.  ród o przechowa o je w swych wodach i
teraz znów odzywa y si  w jego szumie.

Rozdzia  II
- Jaki cudowny dzie , jakby stworzony specjalnie dla nas! - powiedzia a Diana. - Obawiam si ,  e jest zbyt pi kny… Jutro pewno b dzie pada
deszcz.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Nie szkodzi. Dzi  nasycimy si  jego urod , nie my

c o tym,  e blask s

ca jutro przeminie. Spójrz na te rozleg e, z ocistozielone wzgórza… na

tajemnicze, zamglone doliny. One s  nasze. Diano. Nawet je li to najdalsze wzgórze figuruje w spisach jako w asno

 Abnera Sloane’a, dzi  nale y

tylko do nas. Wieje zachodni wiatr, a wtedy zawsze czuj ,  e spotka mnie co  wspania ego. Sp dzimy razem cudowne popo udnie.

Ania mia a racj . Odwiedzi y wszystkie stare, kochane miejsca - Alej  Zakochanych, Las Duchów, Dolin  Fio ków,  cie

 Brzóz, Jezioro L ni cych

Wód. Zauwa

y pewne zmiany. M ode brzozy, w ród których bawi y si  przed laty, by y teraz du ymi drzewami.  cie ka Brzóz, któr  od dawna nikt nie

chodzi , zaros a orlic . Po Kryszta owym Jeziorze zosta a tylko wilgotna i bagnista kotlinka. Lecz Dolina Fio ków by a pe na kwiecia, a dzika jab onka,
któr  Gilbert niegdy  odkry  w lesie, rozros a si  w du e drzewko, pokryte male kimi, karmazynowymi p czkami kwiatów.

Sz y z go ymi g owami. W osy Ani l ni y w promieniach s onecznych jak polerowany maho , a w osy Diany nadal by y kruczoczarne. Przyjació ki

wymienia y weso e spojrzenia, pe ne wzajemnego zrozumienia i ciep a. Nie musia y nawet rozmawia . Ania zawsze utrzymywa a,  e ludzie tak bliscy
sobie, jak ona i Diana, umiej  czyta  nawzajem w swoich my lach. Co troch  w ich rozmowie powtarza o si  pytanie: ,.Czy pami tasz?” „Czy pami tasz
ten dzie , kiedy wpad

 przez dach do kurnika?” „Pami tasz, jak wskoczy

my na ciotk  Józefin ?” „Czy pami tasz nasz klub powie ciowy?” ,.A

wizyt  pani Morgan, kiedy to posmarowa

 sobie nos czerwon  farb ?” „Pami tasz, jak  wieczkami przesy

my sobie sygna y z okien?” .,A

pami tasz cudowne wesele panny Lawendy?” ,,I b kitne wst

ki Karoliny?” Wydawa o im si ,  e s ysz  swój  miech, rozbrzmiewaj cy echem dawnych

dni. Min y ma  le

 dolink  pe

 muchomorów i znalaz y si  w ogrodzie Heleny Gray. Niewiele si  tu zmieni o. Nadal ton  ca y w powodzi kwiatów.

Ros o tu pe no czerwcowych lilii, które Diana nazywa a narcyzami. Drzewa wi niowe postarza y si , ale jak niegdy  spowija  je ob ok  nie nobia ego
kwiecia. Mo na by o jeszcze odnale

 g ówn  alej  ró an , a na grz dkach bieli y si  kwitn ce truskawki, b kitnia o morze fio ków i zieleni y si

paprocie. Ania i Diana siad y w zacisznym zak tku, na poro ni tych mchem kamieniach, i wydoby y swoje wiktua y. Krzew bzu, rosn cy z ty u, wyci ga
ku s

cu ki cie liliowych kwiatów. By y obie g odne, wi c te  odda y nale

 sprawiedliwo

 przyniesionym smako ykom.

- Jak cudownie wszystko smakuje na  wie ym powietrzu - westchn a Diana z zadowoleniem. - Twoje czekoladowe ciasto, Aniu, jest pyszne. Musisz

mi da  przepis. Fred b dzie zachwycony. Mo e je

, ile chce, i nie tyje. A ja ci gle postanawiam sobie,  e nie tkn  ju  ciasta, bo z ka dym rokiem

przybywa mi kilogramów. Przera enie ogarnia mnie na my l,  e b

 taka gruba, jak ciotka Sara. Kiedy chcia a wsta , trzeba jej by o pomaga , bo

sama nie by a w stanie si  podnie

. Lecz gdy widz  ciasto takie, jak twoje albo jak to na wczorajszym przyj ciu… Wszyscy byliby bardzo obra eni,

gdybym go nie skosztowa a.

- Czy dobrze si  bawi

?

- W zasadzie tak. Ale dosta am si  w szpony kuzynki Freda, Henrietty. Najwi ksz  przyjemno

 sprawia jej mówienie o operacjach, jakim musia a si

podda , oraz towarzysz cych im sensacjach, a tak e o jej wyrostku robaczkowym, który by z pewno ci  p

, gdyby go zawczasu nie usun a. „Mam

tam pi tna cie szwów! Och, Diano, ile  si  wycierpia am!” No có , ona bawi a si  doskonale tym opowiadaniem, w przeciwie stwie do mnie. Zreszt
skoro naprawd  tak cierpia a, czemu teraz mia aby sobie odmówi  przyjemno ci rozprawiania o tym. Natomiast Jim by  naprawd  zabawny… chocia

tpi , czy Marii Alicji to si  podoba o… Zjem jeszcze malutki kawa eczek. Wszystko jedno, jeden kawa ek wi cej, jeden mniej. A wi c Jim powiedzia ,

e w przeddzie

lubu by  tak przera ony,  e chcia  ucieka , gdzie pieprz ro nie. Podobno tak jest z ka dym panem m odym, ale  aden nie ma odwagi

si  do tego przyzna . Czy s dzisz,  e Fred albo Gilbert te  byli tak wystraszeni?

- Jestem przekonana,  e nie.
- Fred te  zaprzeczy , kiedy go o to spyta am. Powiedzia ,  e ba  si  tylko, bym si  nie rozmy li a w ostatniej chwili, jak Ró a Spencer. Ale nigdy nie

mo esz by  pewna, co w

ciwie my li m

czyzna. Na szcz

cie w tej chwili nie musimy si  tym przejmowa . Ach, jak cudownie sp dzi

my dzisiejsze

popo udnie! Czu am si  zupe nie jak za dawnych dni. Bardzo bym chcia a, Aniu,  eby  zosta a jeszcze w Avonlea.

- Diano, a czy nie mog aby  przyjecha  do Z otego Brzegu tego lata? Zanim… Có , zanim przez jaki  czas nie b

 w stanie podejmowa  go ci.

- Ogromnie bym chcia a. Ale sama rozumiesz, jak mi trudno wyrwa  si  z domu latem. Jest wtedy tyle pracy.
- A wiesz, tak si  ciesz , Rebeka Dew nareszcie odwiedzi Z oty Brzeg. Lecz obawiam si ,  e przyb dzie tak e do nas ciotka Mary Maria..

Wspomnia a o tym Gilbertowi. On wcale nie t skni za ni  bardziej ni  ja, lecz jest przecie  jego krewn , wi c drzwi naszego domu musz  by  dla niej

otwarte.
- A ja mo e wybior  si  do ciebie zim . Chcia abym znów zobaczy  Z oty Brzeg. Masz  liczny dom, Aniu. I cudown  rodzin .
- Tak, Z oty Brzeg jest  adny i ju  go pokocha am, chocia  pocz tkowo s dzi am,  e to nie b dzie mo liwe. Nienawidzi am Z otego Brzegu, gdy my

si  tam przenosili, chyba za jego zalety. Stanowi y obraz  dla mojego ukochanego Wymarzonego Domku. Pami tam, jak z  alem mówi am do Gilberta,
kiedy my go opuszczali: „Nigdzie nie b dziemy ju  tak szcz

liwi, jak byli my tutaj”. Przez pewien czas oddawa am si  luksusowi t sknoty za starym

domem. Potem poczu am,  e zaczyna budzi  si  we mnie przywi zanie do Z otego Brzegu. Walczy am z tym uczuciem, wierz mi, lecz wreszcie
musia am si  podda  i przyzna ,  e kocham Z oty Brzeg. Teraz z ka dym rokiem kocham go bardziej. Nie jest to zbyt stary dom… Stare domy s
smutne. Nie jest tak e nowy, nowe domy s  pozbawione ciep a. Jest akurat w sam raz. Kocham tam ka dy pokoik. Ka dy ma wprawdzie swoje wady,
ale ma te  zalety, co , co go odró nia od pozosta ych i czyni niepowtarzalnym. Kocham cudowne drzewa rosn ce na trawniku. Za ka dym razem, kiedy
wchodz  po schodach, zatrzymuj  si  na pó pi trze - pami tasz to du e okno z szerokim parapetem - i przysiadam,  eby przez chwil  popatrze  na nie.
Nie wiem, kto je zasadzi , ale zawsze wtedy my

: „Bo e, b ogos aw temu cz owiekowi, kimkolwiek by by ”. Prawd  mówi c, ko o domu jest za du o

drzew, ale z  adnego nie chcemy zrezygnowa .

- Zupe nie jak Fred. Ubóstwia t  du

 wierzb , rosn

 z po udniowej strony domu. Zas ania ona widok z okien salonu. Kiedy mu to powtarzam,

mawia zawsze: „Czy  ci aby  co  tak pi knego tylko dlatego,  e przys ania widok?” Wi c wierzba ro nie nadal, a jest rzeczywi cie pi kna. Z jej
powodu nazwali my nasz  posiad

 Farm  Samotnej Wierzby. Podoba mi si  te  nazwa Z oty Brzeg. Jest mi a i pe na rodzinnego ciep a.

- To samo mówi Gilbert. D ugo obmy lali my nazw  dla naszego domu. Próbowali my wielu, ale  adna nie pasowa a. Lecz gdy pad a nazwa „Z oty

Brzeg”, wiedzieli my od razu,  e tylko ona si  nadaje. Ciesz  si ,  e mamy  adny i obszerny dom. Jest potrzebny dla tak licznej rodziny jak nasza. I
dzieci te  go kochaj , cho  s  jeszcze ma e.

- Masz wspania e dzieci! - Diana ukradkiem ukroi a sobie jeszcze jeden kawa ek czekoladowego ciasta. - A twoje bli niaczki! Zazdroszcz  ci ich.

Zawsze chcia am mie  bli ni ta.

- Och, nie mog am unikn

 bli ni t… By y moim przeznaczeniem. Ale bardzo 

uj ,  e dziewczynki ani troch  nie s  do siebie podobne. Nan jest

rzeczywi cie  adna z tymi br zowymi w osami i oczami, i  liczn  cer , a Di to ulubienica ojca, poniewa  ma zielone oczy i rude w osy, rude i lekko
kr cone. Najm odszy z ca ej mojej gromadki, Shirley, jest oczkiem w g owie Zuzanny. Po jego urodzeniu by am d ugo chora i ona opiekowa a si  ma ym.
Naprawd  czasem wydaje mi si ,  e uwa a go za swojego syna. Nazywa go ,,ma ym, br zowym ch opczykiem” i bezwstydnie go psuje.

- Jest jeszcze taki ma y,  e wieczorem mo esz wej

 po cichutku do jego pokoju sprawdzi , czy si  nie rozkopa , i otuli  ko derk  - rzek a Diana z

zazdro ci . - Jack ma dziewi

 lat i ju  si  na to nie zgadza.

Mówi,  e jest za du y. A ja naprawd  bardzo to lubi am! Szkoda,  e dzieci rosn  tak szybko.
- Moje na razie nie protestuj , cho  zauwa

am,  e Jim od czasu jak poszed  do szko y, nie chce ju  trzyma  mnie za r

, gdy idziemy przez wie  -

westchn a Ania. - Ale Walter i Shirley lubi , kiedy otulam ich przed snem. Walter czasem robi z tego prawdziw  ceremoni .

- Nie musisz te  jeszcze niepokoi  si  o ich plany  yciowe. Jack, na przyk ad, marzy, by zosta

nierzem, kiedy doro nie. Wyobra  sobie tylko -

nierzem.

- Nie martw si . Zapomni o tym, gdy tylko wpadnie mu do g owy inny pomys . Wojna nale y ju  do przesz

ci. Jim twierdzi,  e b dzie  eglarzem, jak

kapitan Jim, a Walter zostanie chyba poet . Jest inny ni  reszta dzieci. Ale wszystkie tak samo kochaj  przyrod  i najbardziej lubi  si  bawi  w swojej
Dolinie. Jest to niewielka kotlinka w pobli u Z otego Brzegu. Przecina j  cudowna  cie ka i potok. Dla innych to ca kiem zwyczajne miejsce, po prostu
dolina, lecz dla nich jest to kraina ba ni. S  ca kiem mi  gromadk , cho  oczywi cie maj  swoje wady. Szcz

liwie,  yj  w atmosferze pe nej mi

ci.

Ciesz  si  na my l,  e ju  jutro o tej porze b

 w Z otym Brzegu. Opowiem moim maluchom bajki na dobranoc, a potem wyg osz  nale yte pochwa y

pod adresem paproci i pantofelników Zuzanny. Zuzanna ma szcz

liw  r

 do paproci. Nikt nie umie ich piel gnowa  tak jak ona. Mog  wi c szczerze

je chwali . Ale pantofelniki, och, Diano! Patrz c na nie, zawsze odnosz  wra enie,  e to nie s  prawdziwe ro liny. Lecz nigdy nie powiedzia abym tego
Zuzannie,  eby nie zrani  jej uczu . Na razie jako  udaje mi si  j  oszcz dza , prawdopodobnie przy wydatnej pomocy Opatrzno ci. Zuzanna jest
kochanym stworzeniem. Nie wyobra am sobie, co bym bez niej pocz a. A pami tam,  e kiedy  nazywa am j  „obc ”. Tak, przyjemnie pomy le ,  e
wracam do domu, ale z drugiej strony przykro mi,  e opuszczam Zielone Wzgórze. Jak tu pi knie… I jeste cie tu wy, ty i Maryla… Nasza przyja

 by a

zawsze cudowna, Diano.

- Tak. Nigdy nie umia am wypowiada  swoich my li tak jak ty, Aniu, ale… dotrzyma

my naszego uroczystego przyrzeczenia, prawda?

- Tak. Przez te wszystkie minione lata i na pewno nadal tak b dzie. D onie przyjació ek z czy y si  w u cisku. Przez chwil  obie siedzia y w

milczeniu, zbyt pi knym, by zak óca  je s owami. D ugie cienie wieczoru k ad y si  na trawie, kwiatach, w zielonych dolinach. S

ce zni

o si  ku

zachodowi, szaroró owe niebo pociemnia o, a potem zgas o w oddali, nad pogr

onymi w zadumie drzewami. Wiosenny zmierzch obj  w posiadanie

ogród Heleny Gray, po którym od tak dawna nikt nie spacerowa . Zewsz d dobiega o pogwizdywanie drozdów, brzmi ce jak d wi ki fletu. Wielka
gwiazda rozb ys a nad obsypanymi bia ym kwieciem drzewkami wi niowymi.

Ania i Diana wolnym krokiem w milczeniu ruszy y do domu. Zbocza wzgórz ton y w blasku zachodz cego s

ca, a oczy przyjació ek l ni y blaskiem

wiernej mi

ci.

Rozdzia  III
Nazajutrz rano Ania, na zako czenie swego pobytu w Avonlea, uda a si  na cmentarz i z

a kwiaty na grobie Mateusza. Po po udniu wsiad a w

poci g powrotny do Glen. Przez chwil  wspomina a jeszcze pe en przyjemno ci miniony tydzie , lecz wkrótce zacz a ju  my le  tylko o szcz

liwych

dniach, które j  czeka y. Serce  piewa o jej z rado ci,  e wraca ju  do swego pogodnego i weso ego domu. Ka dy, kto przekroczy  jego próg, wiedzia ,

e jest to prawdziwy dom, pe en  miechu dzieci, tych uroczych stworze  z g ówkami w loczkach i pulchnymi kolankami; pe en srebrnych kufelków* i

zdj

 rodzinnych, pe en pokojów, które rado nie powitaj  Ani , krzese  i sukni czekaj cych na ni  cierpliwie. Dom, w którym uroczy cie obchodzono

wszystkie rocznice i szeptano sobie do ucha sekrety.

„Cudownie jest czu ,  e si  wraca do domu” - pomy la a Ania, wyjmuj c z torebki list od synka. Nad tym listem  mia a si  serdecznie poprzedniego

wieczoru, gdy z dum  czyta a go wszystkim mieszka com Zielonego Wzgórza. Pierwszy list od jej dziecka. Jak na list napisany przez siedmioletniego

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

ch opczyka, który dopiero co zacz  chodzi  do szko y, by  ca kiem udany, pomimo b dów ortograficznych i wielkiego kleksa w rogu kartki.
,,Di p aka a przez ca 
 noc, bo Tomek Drew powiedzia ,  e zamie a spali  jej lalk  p y palu. Zózanna opowiada nam  adne bajki na dobranoc, ale

ona nie jest Tob , mamusiu. Wczoraj pozwoli a,  ebym pomug  jej sadzi  bóraki”.

„Jak mog am by  szcz

liwa z dala od nich wszystkich?” - my la a pani ze Z otego Brzegu, czuj c  al do samej siebie.

- Jakie to cudowne, gdy kto  czeka na nas u celu podró y! - zawo

a, wysiadaj c z wagonu w Glen St. Mary prosto w st sknione ramiona Gilberta.

Nigdy nie wiedzia a, czy Gilbert po ni  wyjdzie, bo przecie  zawsze kto  rodzi  si  lub umiera . Ale te  nigdy powrót do domu nie wydawa  jej si
prawdziwy, je li Gilberta nie by o na stacji. Mia  na sobie  adny jasnoszary garnitur. „Jak to dobrze,  e w

am t  koronkow  bluzk  i br zow

garsonk , chocia  pani Linde twierdzi a,  e to szale stwo ubiera  si  w co  takiego na drog . Gdybym jej pos ucha a, nie wygl da abym tak korzystnie!”

oty Brzeg ja nia

wiat ami. Na werandzie wisia y wielkie chi skie lampiony. Ania weso o pobieg a  cie

 obrze on  narcyzami.

- Z oty Brzegu, oto jestem! - zawo

a.

Wszyscy cisn li si  do niej, rozradowani i rozkrzyczani. Tylko Zuzanna Baker, u miechaj c si , sta a skromnie na uboczu. Dzieci, nawet dwuletni

Shirley, trzyma y w r kach bukiety kwiatów zerwanych specjalnie dla mamy.

- Och, co za cudowne powitanie! Ca y  wiat zdaje si  ton

 w szcz

ciu! I jakie to wspania e,  e tak cieszycie si  z mojego powrotu.

- Je li kiedykolwiek znów wyjedziesz, mamusiu - rzek  Jim uroczy cie - dostan  zapalenia wyrostka robaczkowego.
- Jak zamierzasz to zrobi ? - zapyta  Walter.
- Cicho! - Jim ukradkiem tr ci  go  okciem i wyszepta : - Wiem,  e wtedy co  gdzie  boli… Aleja chc  tylko mam  nastraszy ,  eby nie wyje

a.

Ania pragn a zrobi  tyle rzeczy naraz. U ciska  dzieci, wybiec do ogrodu, by narwa  bratków, których by o tu pe no, podnie

 ma  szmacian  lalk ,

le

 na dywanie, wys ucha  ploteczek i nowo ci. Jak to Nan w

a sobie do nosa zakr tk  od tuby z wazelin , a doktor wtedy akurat wyszed  do

chorego i Zuzanna by a bliska rozpaczy… „Zapewniam pani ,  e prze

am straszne chwile, droga pani doktorowo”; jak pani Palmer wezwa a

weterynarza z Charlottetown, bo jej krowa zjad a pi

dziesi t siedem  elaznych gwo dzi; jak roztargniona pani Douglas przysz a do ko cio a z odkryt

ow ; jak tata wykopa  wszystkie mlecze z trawnika… w chwilach mi dzy wezwaniami do porodów… „Przyj  o mioro dzieci w czasie pani

nieobecno ci, droga pani doktorowo!”; jak Tom Flagg ufarbowa  sobie w sy…..A przecie  jego  ona zmar a zaledwie dwa lata temu”; jak Ró a Maxwell
z portu rzuci a Jima Hudsona z Glen, a on pos

 jej rachunek, gdzie wyszczególni  wszystko, co na ni  wyda ; jaki wspania y by  pogrzeb Amazego

Warrena; jak kotu Cartera Flagg „co ” odgryz o kawa ek ogona, a Shirleya znaleziono w stajni, stoj cego pod brzuchem konia…..O. pani doktorowo, co
za szok prze

am”; jak zauwa ono,  e drzewa  liwkowe choruj , i jak Di chodzi a ca y dzie

piewaj c: „Mama wraca dzisiaj, dzisiaj, dzisiaj”; jak Joe

Reese dosta  kociaka, który mia  zeza dlatego,  e urodzi  si  z otwartymi oczami; jak Jim niebacznie usiad  na lepie na muchy i jak Odrobinek wpad  do
beczki z deszczówk .

- Omal si  nie utopi , droga pani doktorowo, ale na szcz

cie doktor niemal natychmiast us ysza  miauczenie i wyci gn  go za tylne  apy.

- Wydaje si ,  e ju  doszed  do siebie - powiedzia a Ania, g aszcz c l ni ce, bia o-czarne futerko kota o szerokim pyszczku, z zadowoleniem

mrucz cego przy kominku. W Z otym Brzegu zawsze nale

o si  upewni , czy na krze le, na którym zamierza si  usi

, nie le y przypadkiem kot.

Zuzanna pocz tkowo nie przepada a za kotami, a obecnie przysi ga a,  e nauczy a si  je lubi  tylko w odruchu samoobrony.

Rok temu Nan przynios a do domu 

osnego, chudego kociaka, którego usi owali zam czy  wiejscy ch opcy. Gilbert nazwa  go Odrobinkiem i tak ju

pozosta o, chocia  teraz to imi  wydawa o si  zupe nie nieodpowiednie.

- Ale … Zuzanno! Co si  sta o z Gogiem i Magogiem? Och, chyba si  nie st uk y?
- Nie, nie, droga pani doktorowo! - wykrzykn a Zuzanna, rumieni c si  gwa townie ze wstydu, i z po piechem wysz a z pokoju. Po chwili wróci a z

dwoma porcelanowymi psami, które zawsze sta y na stra y ogniska domowego w Z otym Brzegu.

- Doprawdy nie wiem, jak mog am zapomnie  postawi  je na miejsce przed pani powrotem, droga pani doktorowo. Tak si  z

o,  e nazajutrz po

pani wyje dzie przysz a tu pani Karolina Pay z Charlottetown. Wie pani, jaka ona jest przyk adna i porz dna. Walter uwa

,  e musi j  zabawi , i

pokaza  jej oba psy. ,,To jest Bóg, a to jest Mój Bóg”* - powiedzia o to niewinne dziecko. Ogarn o mnie przera enie… cho  przyznaj ,  e warto by by o
nawet umrze ,  eby zobaczy  wyraz jej twarzy w tym momencie. Wyja ni am, o co chodzi, najlepiej, jak umia am. Nie mog am dopu ci ,  eby uzna a
nas za bezbo ników. Zdecydowa am jednak,  e na czas pani nieobecno ci schowam psy do” kredensu,  eby nikomu nie rzuca y si  w oczy.

- Mamo, czy nie mogliby my zasi

 ju  do kolacji? - spyta  patetycznym tonem Jim. - Co  mnie gniecie w 

dku. A wiesz, mamusiu,  e zrobili my

wszystkie twoje ulubione potrawy?!

- Zrobili my, jak powiedzia a pch a do s onia - rzek a Zuzanna z szerokim u miechem. - Uwa ali my,  e nale y uczci  pani powrót, droga pani

doktorowo. A gdzie jest Walter? On w tym tygodniu ma dy ur przy gongu.

Po wy mienitej kolacji Ania z prawdziw  rozkosz  u

a dzieci do snu. Zuzanna pozwoli a jej nawet utuli  Shirleya, bior c pod uwag  wyj tkowo

chwili.
- Dzi  jest taki niezwyk y dzie , droga pani doktorowo - o wiadczy a uroczy cie.
- Och, Zuzanno, ka dy dzie  jest niezwyk y i ka dy jest inny. Nie zauwa

 tego?

- To prawda, pani doktorowo. Na przyk ad w ostatni pi tek, kiedy la o przez ca y dzie  i by o okropnie nudno, na mojej wielkiej pelargonii ukaza y si

wreszcie p czki. A nie kwit a przez ca e trzy lata. Czy zwróci a pani uwag  na pantofelniki, droga pani doktorowo?

- Czy zwróci am uwag ?! Nigdy w  yciu nie widzia am takich pantofelników, Zuzanno. Jak ty osi gasz takie efekty? - („W ten sposób uszcz

liwi am

Zuzann , nie min wszy si  z prawd . Rzeczywi cie nigdy dot d nie widzia am takich pantofelników… chwa a Bogu!”

- To wynik ustawicznej troski i piel gnacji, droga pani doktorowo. Lecz chcia am pani o czym  powiedzie . My

,  e Walter co  podejrzewa. Bez

tpienia dzieciaki z Glen nagada y mu ró nych rzeczy. W dzisiejszych czasach bardzo wiele dzieci wie du o wi cej, ni by nale

o. Walter spyta  mnie

kiedy  zamy lony: „Zuzanno, czy ma e dzieci s  bardzo drogie?” Os upia am ze zdziwienia, droga pani doktorowo, ale nie trac c do ko ca g owy,
spokojnie odpar am: „Niektórzy uwa aj  je za luksus, lecz my w Z otym Brzegu s dzimy,  e s  potrzebne”. I musz  przyzna , ze skruch ,  e kiedy
zacz am g

no narzeka  na haniebnie wysokie ceny w sklepach w Glen. Obawiam si ,  e to przerazi o ch opca. W ka dym razie je li Walter zacznie z

pani  rozmawia  na ten temat, b dzie pani ju  przygotowana.

- Jestem pewna,  e doskonale sobie poradzi

, Zuzanno - rzek a Ania powa nie. - My

 zreszt ,  e ju  czas powiedzie  dzieciom, co si  wkrótce

wydarzy.
Lecz najpi kniejsz  chwil  tego wieczoru Ania prze

a, kiedy przyszed  do niej Gilbert. Sta a przy oknie, patrz c, jak mg a od morza sp ywa na

wietlone blaskiem ksi

yca wydmy, zatok  i d ug , w sk  dolin , w któr  wtuli a si  wioska Glen St. Mary.

- Jak to dobrze po ca ym dniu ci

kiej pracy wróci  do domu, do ciebie. Czy jeste  szcz

liwa, Aniu?

- Szcz

liwa! - Ania pochyli a si , by pow cha  bukiet kwiatów jab oni, postawiony przez Jima na toaletce. Czu a si  otoczona prawdziw  mi

ci . -

Kochany Gilbercie, cudownie by o sta  si  na tydzie  Ani  z Zielonego Wzgórza, ale sto razy lepiej jest by  z powrotem Ani  ze Z otego Brzegu.

Rozdzia  IV
- Absolutnie nie - powiedzia  doktor Blythe tonem doskonale znanym Jimowi.
Jim wiedzia ,  e nie ma  adnej nadziei. Tata nie zmieni zdania, a na pomoc mamy te  nie mo na liczy . W takich przypadkach tata i mama stanowili

zawsze jedno. Orzechowe oczy Jima pociemnia y z gniewu i rozczarowania, gdy spojrza  na swych okrutnych rodziców… Wpatrywa  si  w nich tym
uparciej, im bardziej oboj tni pozostawali wobec jego spojrze . Jak mogli z takim spokojem je

 kolacj ! Oczywi cie ciotka Mary Maria zauwa

a jego

pe en wyrzutu wzrok; nic nie usz o jej ponurym, jasnoniebieskim oczom. Wygl da a tak, jakby si

wietnie bawi a.

Bertie Szekspir Drew sp dzi  z Jimem ca e popo udnie, bo Walter zosta  zaproszony przez Krzysia Forda i poszed  z wizyt  do Wymarzonego

Domku. Bertie powiedzia  Jimowi,  e tego wieczora wszyscy ch opcy z Glen id  do portu, aby zobaczy , jak kapitan Bill Taylor tatuuje w

a na ramieniu

swego kuzyna Joego Drew. On, Bertie Szekspir, te  si  wybiera, mo e by Jim z nim poszed . To b dzie fajna zabawa. Jim okropnie chcia  pój

, a teraz

nie powiedziano mu,  e nie mo e by  o tym mowy.

- Przede wszystkim - rzek  tata - do portu jest bardzo daleko. Ch opcy wróc  pó nym wieczorem, a ty k adziesz si  do 

ka o ósmej, synku.

- Gdy by am dzieckiem, musia am k

 si  o siódmej - powiedzia a ciotka Mary Maria.

- Musisz poczeka , a  b dziesz starszy, Jim,  eby wychodzi  z domu wieczorami - doda a mama.
- Mówi

 to w zesz ym tygodniu! - wykrzykn  Jim z oburzeniem. - Przecie  jestem ju  starszy! Uwa acie mnie za niemowl ! Bertie ma tyle samo lat

co ja, a idzie!

- Panuje epidemia odry - powiedzia a ponuro ciotka Mary Maria. - Mo esz si  zarazi , Jakubie.
Jim nie znosi , gdy nazywano go Jakubem. A ona zawsze tak w

nie si  do niego zwraca a!

- Chc  zachorowa  na odr  - rzek  buntowniczo. Dopiero widz c ostre spojrzenie taty, och on . Z ca ego serca nie znosi  ciotki Mary Marii. By a

zupe nie inna ni  na przyk ad ciocia Maryla czy ciocia Diana. Lecz tata 

da , by traktowano j  z szacunkiem.

- Dobrze - odezwa  si  wyzywaj co, patrz c na mam , aby nikt nie pomy la ,  e mówi do ciotki Mary Marii. - Wida  wcale mnie nie kochacie, ale

trudno. Tylko ciekawe, czy b dziecie zadowoleni, je li pojad  do Afryki polowa  na tygrysy?

- W Afryce nie ma tygrysów, kochanie - odpar a mama  agodnie.
- A wi c na lwy! - krzykn  Jim. Przecie  oni najwyra niej kpi  sobie z niego! Doskonale bawi  si  jego kosztem. Ju  on im poka e! - Chyba nie

powiesz,  e w Afryce nie ma lwów. S  tam miliony lwów. Afryka jest po prostu pe na lwów!

Mama i ojciec u miechn li si  tylko, ku wielkiemu niezadowoleniu ciotki Mary Marii. Nie nale y pozwala  dzieciom na impertynencje.
- Tymczasem - odezwa a si  Zuzanna, staczaj c wewn trzn  walk  mi dzy mi

ci  i wspó czuciem dla Jima a przekonaniem,  e doktor i jego  ona

maj  ca kowit  racj  nie pozwalaj c mu i

 z ca  zgraj

obuziaków do portu, i to jeszcze do domu tego niegodziwego pijaka kapitana Billa Taylora -

zjedz kawa ek piernika z bit

mietan , kochany Jimie.

Piernik z bit

mietan  by  to ulubiony deser Jima. Ale dzi  wieczorem nic nie mog o ukoi  jego wzburzonej duszy.

- Nie chc ! - powiedzia  ponuro. Wsta  od sto u, a wychodz c, w drzwiach odwróci  si  jeszcze, by rzuci  ostatnie wyzwanie.
- W ka dym razie nie pójd  spa  przed dziewi

. A kiedy dorosn , w ogóle nie b

 spa  i ka

 si  wytatuowa  od stóp do g ów. Zamierzam by  tak

niedobry, jak tylko si  da. Sami ujrzycie.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- „Zobaczycie” brzmia oby lepiej ni  „ujrzycie”, kochanie - powiedzia a mama.
Czy naprawd  nic nie mog o ich wzruszy ?
- Przypuszczam,  e nikt nie jest ciekaw mojej opinii, Andziu, ale gdybym ja tak odezwa a si  do swoich rodziców, ka dy cal pewnej cz

ci cia a

mia abym dok adnie wybity - powiedzia a ciotka Mary Maria. - Uwa am,  e to wielka szkoda, i  w niektórych domach zupe niej nie docenia si
znaczenia brzozowej rózgi.

- Nie nale y wini  ma ego Jima - warkn a Zuzanna.
Ciotka Mary Maria nie odpowiedzia a. Nigdy nie odzywa a si  do Zuzanny Baker przy posi kach. W ten sposób dawa a wyraz swojemu

niezadowoleniu z faktu,  e s

ca zasiada do sto u razem z domownikami.

Ania zadecydowa a o tym przed przyjazdem ciotki. Zuzanna, która wiedzia a, gdzie jest jej miejsce, nigdy nie siada a do sto u - i nie by a o to

proszona - gdy w Z otym Brzegu podejmowano go ci.

- Ale ciotka Mary Maria nie jest go ciem - rzek a Ania. - Jest cz onkiem rodziny tak jak ty, Zuzanno.
W ko cu Zuzanna uleg a, nie bez tajonego zadowolenia,  e Mary Maria Blythe przekona si , i  nie ma do czynienia ze zwyk  s

. Zuzanna

nigdy nie zetkn a si  osobi cie z ciotk  Mary Mari , ale zna a j  a  nadto dobrze z opowiada  swojej siostrzenicy, która przez pewien czas pracowa a
u panny Blythe w Charlottetown jako pokojówka.

- Nie ukrywam,  e wcale mnie nie cieszy ta wizyta, Zuzanno, zw aszcza teraz - wyzna a otwarcie Ania. - Widzisz, ciotka napisa a do Gilberta pytaj c,

czy mog aby przyjecha  na par  tygodni… A wiesz, jak doktor powa a swoich krewnych.

- I bardzo dobrze - odpar a Zuzanna stanowczo. - Prawdziwy m

czyzna powinien szanowa  ród, z którego pochodzi. Ale co do tych paru tygodni,

droga pani doktorowo… Nie chcia abym  le prorokowa , ale szwagierka mojej siostry Matylda przyjecha a do niej na kilka tygodni, a zosta a na
dwadzie cia lat.

- Nie s dz ,  eby my musia y si  tego obawia , Zuzanno - u miechn a si  Ania. - Ciotka Mary Maria ma  liczny dom w Charlottetown. Czuje si  w

nim jednak smutno i samotnie. Dwa lata temu zmar a jej osiemdziesi ciopi cioletnia matka. Ciotka by a do niej bardzo przywi zana i bole nie odczuwa
jej brak. Zuzanno, do

my wszelkich stara ,  eby uprzyjemni  ciotce Mary Marii pobyt u nas.

- Uczyni , co do mnie nale y, droga pani doktorowo. Trzeba b dzie rozsun

 stó . Obawiam si ,  e panna Blythe nie nale y do najmilszych osób,

mimo to jednak wol , gdy w gronie rodzinnym przybywa biesiadników, ni  gdy ich ubywa.

- Nie b dziemy mog y ustawia  kwiatów na stole, Zuzanno, poniewa , o ile wiem, ciotka jest na nie uczulona. A od pieprzu dostaje kataru, wi c

przestaniemy go u ywa . Cz sto miewa silne bóle g owy, wi c trzeba b dzie stara  si  nie ha asowa .

- O mój Bo e! Nigdy nie zauwa

am,  eby pani specjalnie ha asowa a. Co do mnie, to gdy przyjdzie mi ochota pokrzycze , mog  pój

 do zagajnika

klonowego. Ale je li nasze biedne dzieci b

 musia y ci gle siedzie  cicho z powodu bólów g owy Mary Marii Blythe… Pozwoli pani, i  powiem,  e to

przesada, droga pani doktorowo.

- Ale  to tylko par  tygodni, Zuzanno.
- Miejmy nadziej . Có , droga pani doktorowo, cz owiek na tym  wiecie musi przyjmowa  wszystko, co zsy a Opatrzno

 - zako czy a Zuzanna.

Tak wi c zgodnie z zapowiedzi  ciotka Mary Maria przyjecha a do Z otego Brzegu. Natychmiast po przybyciu upewni a si , czy kominy by y ostatnio

czyszczone. Najwidoczniej bardzo obawia a si  po aru.

- Zawsze mówi am,  e w tym domu kominy nie s  do

 wysokie. Mam nadziej ,  e wywietrzono moj  po ciel. Wilgotna po ciel jest okropna.

Obj a w posiadanie go cinny pokój w Z otym Brzegu, a tak e, prawd  mówi c, wszystkie inne oprócz pokoju Zuzanny. Jej przyjazd nikomu nie

sprawi  rado ci. Jim kiedy j  zobaczy , wymkn  si  do kuchni i szepn  do Zuzanny:

- Czy b dziemy mogli si  przy niej  mia ?
Oczy Waltera na widok ciotki wype ni y si

zami i musia  po piesznie wyj

 z pokoju, a bli niaczki natychmiast posz y w jego  lady. Zuzanna

przysi ga a,  e nawet Odrobinek wybieg  z domu i da  wyraz swemu niezadowoleniu miaucz c rozpaczliwie. Tylko Shirley zachowa  spokój, patrz c na
ciotk  Mary Mari  bez cienia strachu swymi okr

ymi br zowymi oczami, ca kowicie bezpieczny w obj ciach Zuzanny. Ciotka Mary Maria pomy la a,

e dzieci ze Z otego Brzegu s  bardzo  le wychowane. Ale czegó  mo na oczekiwa  po dzieciach, je li ich matka pisuje do gazet, ojciec uwa a je za

doskona e wy cznie z tego powodu,  e s  to jego dzieci, a s

 jest taka Zuzanna Baker, która nie ma poj cia, gdzie powinno by  jej miejsce! Ale

ona, ciotka Mary Maria, zrobi podczas swego pobytu w tym domu wszystko, co w jej mocy, dla wnuków biednego kuzyna Jana.

- Twoja modlitwa jest stanowczo za krótka, Gilbercie - powiedzia a z dezaprobat  przy pierwszym posi ku. - Czy chcesz, abym odmawia a j  zamiast

ciebie, dopóki tu jestem? Trzeba nauczy  dzieci, w jaki sposób nale y dzi kowa  Bogu za jego dary.

Ku przera eniu Zuzanny Gilbert wyrazi  zgod  i ciotka Mary Maria odmówi a modlitw  przy kolacji. „Bardziej przypomina to litani  ni  modlitw !” -

sarka a nad talerzami Zuzanna. Ca kowicie zgadza a si  f ze sw  siostrzenic , która wyrazi a si  o pannie Mary Marii Blythe tak: „Patrz c na ni  odnosi
si  wra enie, jakby ustawicznie czu a jaki  bardzo nieprzyjemny zapach”. O tak, Gladys umia a uj

 pewne rzeczy we w

ciwe s owa.

Niemniej obiektywnie nale

o przyzna ,  e ciotka Mary Maria dobrze si  prezentowa a. Mia a pi

dziesi t pi

 lat, arystokratyczne, jak sama

twierdzi a, rysy twarzy i zawsze l ni ce, siwe loki. Ubiera a si  w eleganckie suknie z modnymi wysokimi ko nierzami, nosi a zawsze d ugie kolczyki i
czesa a si  starannie, w przeciwie stwie do Zuzanny, która swoje w osy upina a niedbale w kok.

- Chwa a Bogu,  e chocia  przyzwoicie wygl da - powiedzia a do siebie Zuzanna. Trudno sobie wr cz wyobrazi , co by pomy la a ciotka Mary Maria,

dowiedziawszy si ,  e s

ca ze Z otego Brzegu pociesza si  w ten sposób.

Rozdzia  V
Ania  cina a w ogrodzie kwiaty. Irysy chcia a ustawi  w swoim pokoju, a peonie w pokoju Gilberta - pi kne mlecznobia e peonie z czerwon  plamk  w

rodku, wygl daj

 jak poca unek bogów. Po upalnym czerwcowym dniu nasta  nieco ch odniejszy wieczór, a wody zatoki migota y srebrzystym

blaskiem.
- B dzie dzi  przepi kny zachód s

ca, Zuzanno - powiedzia a, przechodz c pod oknem kuchennym i zagl daj c do  rodka.

- Nie mog  podziwia  zachodu s

ca, dopóki nie powycieram naczy , droga pani doktorowo - odpar a Zuzanna.

- Ale gdy to zrobisz, b dzie ju  po wszystkim, Zuzanno. Spójrz na t  olbrzymi  bia oró ow  chmur  p yn

 nad dolin . Czy nie chcia aby  wznie

si  i spocz

 na niej?

Zuzanna wyobrazi a sobie, jak ze  cierk  w r ku ulatuje ponad dolin  ku chmurze. Wizja ta nie wzbudzi a jej zachwytu. O tak, pani doktorowa by a

jeszcze bardzo m oda, skoro podobne pomys y przychodzi y jej do g owy.

- Jaki  robak oblaz  krzewy ró ane - powróci a do rzeczywisto ci Ania. - Musz  je jutro spryska . Wola abym zrobi  to zaraz. Dzisiejszy wieczór jest

wprost wymarzony do pracy w ogrodzie. Czuje si , jak wszystko ro nie. Mam nadziej ,  e w niebie s  ogrody, Zuzanno. Ogrody, w których b dziemy
mog y piel gnowa  nasze ukochane ro linki.

- Ale chyba nie b dzie tam  adnych robaków - wyrazi a nadziej  Zuzanna.
- Nnie… My

,  e nie. Ale doskona y ogród nie sprawia by tyle rado ci, Zuzanno, bo nie wymaga by od nas pracy. A ja chc  ple , przesadza ,

kopa , wprowadza  zmiany, przycina  ga zie. I chc  mie  w niebie kwiaty, które kocham. Wola abym moje bratki ni  najwspanialszy z otog ów,

Zuzanno.
- Czemu nie mo e pani dzi  spryska  krzewów ró anych? - przerwa a Zuzanna, my

c,  e pani doktorowa doprawdy staje si  troch  dziwna.

- Poniewa  doktor chce, abym pojecha a z nim odwiedzi  biedn , star  pani  Paxton. Biedaczka umiera, doktor jest bezradny, zrobi  ju  wszystko, co

by o w jego mocy. Ale ona lubi jego wizyty.

- No tak, droga pani doktorowo, wszyscy wiemy doskonale,  e bez niego nikt w Glen nie mo e umrze  ani si  urodzi . Wieczór rzeczywi cie

wymarzony na przeja

. Co do mnie, przespaceruj  si  do wsi, a po u

eniu do snu bli niaczek i Shirleya uzupe ni  zapasy w spi arni i podrzuc

troch  nawozu Lady Patrycji. Nie kwitnie w tym roku tak, jak powinna. Panna Blythe w

nie uda a si  na gór , zatrzymuj c si  na ka dym schodku i

oznajmiaj c z westchnieniem,  e czuje nadchodz

 migren . Przynajmniej b dzie troch  ciszy i spokoju.

- Dopilnuj, Zuzanno, aby Jim poszed  spa  o w

ciwej porze - przypomnia a Ania, siadaj c w powozie u boku Gilberta. Wieczorne powietrze

pachnia o tak, jakby kto  rozbi  flakon najcudowniejszych perfum  wiata. - Jest znu ony, cho  nie chce si  do tego przyzna , bo nie lubi k

 si

wcze nie spa . Walter nie wróci na noc do domu. Ewa prosi a, by u nich zanocowa .

Jim siedzia  na schodkach u drzwi kuchennych, wspieraj c bos  stopk  jednej nó ki o kr

e kolanko drugiej. Patrzy  spode  ba na wszystko, nawet

na olbrzymi ksi

yc, który wyziera  zza wie y ko cio a w Glen.

- Uwa aj, aby taka mina nie zosta a ci na zawsze - powiedzia a ciotka Mary Maria przechodz c obok. Jim nachmurzy  si  jeszcze bardziej. I co z

tego,  e mo e mu na zawsze zosta  taka mina. Prosz  bardzo. Nie mia by nic przeciwko temu.

- Wyno  si  i nie 

 za mn  jak cie ! - warkn  do Nan, kiedy zbli

a si  do niego.

- Z

nik! - rzek a Nan, ale zanim odesz a, po

a na schodach czerwonego lwa z cukru, którego specjalnie dla niego kupi a.

Jim wzruszy  tylko ramionami. Nigdy w  yciu nie czu  si  tak dotkni ty. Wszyscy postanowili mu dokucza . Nan powiedzia a dzi  rano: „Ty nie

urodzi

 si  w Z otym Brzegu, jak my wszyscy!” A Di zjad a mu czekoladowego króliczka! Nawet Walter go opu ci , aby razem z Krzysiem i Polci  Ford

kopa  w piasku studni . Te  mi zabawa! Tak bardzo chcia  pój

 z Bertiem i zobaczy , jak wygl da tatuowanie. Nigdy w  yciu nie pragn  niczego

równie gor co. Chcia  zobaczy  model cudownego statku, który, jak mówi  Bertie, zawsze stoi u kapitana Billa na okapie kominka. To po prostu ha ba,

e zabraniaj  mu takich przyjemno ci.

Zuzanna przynios a mu du y kawa ek ciasta z cukrem i orzechami, ale Jim odpowiedzia  twardo: „Nie, dzi kuj ”. Dlaczego nie zachowa a dla niego

kawa eczka piernika z kremem? Prawdopodobnie tamci zjedli wszystko. Podli! Ogarn a go bezdenna rozpacz. Nie móg  po prostu znie

 my li,  e

ch opcy s  pewnie w

nie w drodze do portu. Musi si  jako  odegra  na domownikach za swoj  krzywd . Gdyby tak na przyk ad poci

 trocinow

yraf  Di, a trociny rozsypa  na dywan w salonie? Ale  Zuzanna by si  z

ci a! Te  pomys , dawa  mu ciasto z orzechami, kiedy wszyscy wiedz ,  e

on nie cierpi orzechów! A mo e by tak dorysowa  w sy cherubinkowi, który ozdabia kalendarz w pokoju Zuzanny? Nienawidzi  tego t ustego, ró owego
cherubina, poniewa  przypomina  mu Dzidzi  Flagg, która rozpowiada a po ca ej szkole,  e Jim jest jej narzeczonym. Te  co ! On, Jim Blythe, mia by
by  narzeczonym Dzidzi Flagg! Ale Zuzanna uwa

a,  e ten cherubin jest  liczny.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Dlaczego musi k

 si  spa  ka dego wieczoru? W

nie, dlaczego?

Zuzanna wychodz c do Glen, spojrza a czule na ma ego buntownika.
- Mo esz zaczeka  z po

eniem si  do 

ka do mojego powrotu, ma y Jimie - powiedzia a dobrotliwie.

- W ogóle nie po

 si  dzi  spa ! - wykrzykn  gwa townie Jim. - Uciekn  z domu, stara Zuzanno Baker. Pójd  i wskocz  do sadzawki, stara

Zuzanno Baker.

Zuzanna nie lubi a, by nazywano j  star , nawet je li robi  to ma y Jim. Odesz a z godno ci , w ponurym milczeniu. Doprawdy przyda oby si  ch opcu

troch  wi cej dyscypliny.

Odrobinek, spragniony towarzystwa, przysiad  na swych czarnych  apach przed Jimem, lecz malec tylko spiorunowa  go wzrokiem.
- Wyno  si ! Czego tu siedzisz i gapisz si  na mnie zupe nie jak ciotka Mary Maria! Co, nie pójdziesz? No to masz!
Tu  obok le

a ma a taczka Shirleya. Jim chwyci  j  i tak gwa townie pchn  Odrobinka,  e ten z 

osnym piskiem wyl dowa  w ró anym

ywop ocie. Tak, nawet ten kot uwzi  si  na niego! Czy jest sens dalej 

?

Wzi  do r ki lukrowanego lwa. Nan odgryz a ogon i  apy, ale ci gle jeszcze by  to kawa ek lwa. Z powodzeniem mo na go zje

. Kto wie, czy to nie

ostatni lukrowany lew jakiego dosta  w swoim  yciu? Zajadaj c z apetytem lwa postanowi  ju , co zrobi. By a to jedyna rzecz, któr  cz owiek mo e
uczyni , gdy mu na nic nie pozwalaj .

Rozdzia  VI
- Czemu, na Boga, dom jest tak o wietlony? - wykrzykn a Ania, gdy o jedenastej wieczorem wjechali z Gilbertem w bram . - Chyba mamy go ci!
Pospiesznie wesz a do przedpokoju, lecz nikogo nie spostrzeg a.  wiat o pali o si  w kuchni, w salonie, w bibliotece, w sto owym, w pokoju Zuzanny i

w holu na górze. Nigdzie nie by o jednak wida

ywego ducha.

- Jak my lisz - zacz a Ania, ale przerwa  jej dzwonek telefonu. Gilbert podniós  s uchawk , wyda  okrzyk przera enia i wybieg  bez s owa. Widocznie

sta o si  co  strasznego i nie by o czasu na wyja nienia. Ania b

c od lat  on  cz owieka, s

cego  yciu i  mierci, przyzwyczai a si  ju  do takich

sytuacji. Wzruszy a wi c tylko ramionami i zdj a p aszcz oraz kapelusz. Z niezadowoleniem pomy la a,  e Zuzanna doprawdy nie powinna by a
wychodz c z domu beztrosko zostawi  zapalonych  wiate  i otwartych drzwi.

- Droga… pani… doktorowo… - odezwa  si  g os, który nie móg  chyba by  g osem Zuzanny. Ale jednak by .
Ani  ogarn o zdumienie. Zobaczy a Zuzann  bez kapelusza, potargan , ze 

ami siana we w osach i w poplamionej sukience. A na jej twarzy

malowa o si  przera enie.

- Zuzanno! Co si  sta o?
- Ma y Jim znikn !
- Co takiego? - Ania os upia a. - Co masz na my li? Jak to znikn ?
- Znikn  - wyj ka a Zuzanna, wy amuj c sobie palce. - Siedzia  na schodach kuchennych, gdy wychodzi am do Glen. Kiedy wróci am przed

zmrokiem, ju  go tam nie by o. Z pocz tku nie wzbudzi o to we mnie  adnych obaw, dopiero gdy nie odpowiada  na moje wo anie, poczu am niepokój.
Przeszuka am wszystkie pokoje. Mówi  przecie ,  e zamierza uciec.

- Nonsens! Nie zrobi by tego, Zuzanno. Niepotrzebnie tak si  zdenerwowa

. Musi gdzie  tu by , pewnie zasn … Musi gdzie  tu by .

- Sprawdza am wsz dzie… Wsz dzie. Przeszuka am ca e obej cie. Niech pani spojrzy na moj  sukienk . Pami tam, jak kiedy  powiedzia ,  e

prawdziw  frajd  by oby przespa  si  na sianie. Wi c posz am do stodo y, wdrapa am si  na górk , a tam jest ta dziura w rogu. Spad am i wyl dowa am
w gnie dzie z jajkami. Cud,  e nie z ama am nogi, cho  to niewielka pociecha w tej tragicznej sytuacji.

Ania nadal nie traci a spokoju ducha.
- Nie s dzisz,  e mo e mimo wszystko poszed  z ch opcami do portu, Zuzanno? Nigdy do tej pory nie zdarzy o mu si  by  niepos usznym, ale…
- Nie, droga pani doktorowo, nie zrobi  tego. Po przeszukaniu ca ego domu pobieg am do Drewów. Bertie w

nie wróci  z portu. Kiedy o wiadczy ,  e

Jima z nimi nie by o, serce we mnie zamar o. Pani zostawi a go pod moj  opiek , a ja… Zadzwoni am do Paxtonów, gdzie powiedziano mi,  e pani i
doktora ju  nie ma i  e nie wiedz , dok d si  pa stwo udali.

- Pojechali my do Lowbridge, odwiedzi  Parkerów.
- Dzwoni am wsz dzie, gdzie tylko mog am. Potem znów posz am do wsi. Ludzie zacz li szuka …
- Och, Zuzanno! Czy to naprawd  by o konieczne?
- Droga pani doktorowo, przeszuka am ka dy zakamarek. Bo e, co ja prze

am tego wieczoru! Jim odgra

 si ,  e wskoczy do sadzawki…

Mimo wszelkich usi owa , by zapanowa  nad sob , Ania poczu a zimny dreszcz przebiegaj cy po plecach. Przecie  Jim nie wskoczy by do

sadzawki! To nonsens. Ale przy brzegu le

a stara  ód , której Carter Flagg u ywa  do  owienia pstr gów. Jim móg  w swoim poczuciu buntu wsi

 do

niej i odp yn

 od brzegu. Zawsze o tym marzy . A mo e wpad  do wody przy odwi zywaniu  ódki? W jednej chwili Ani  przej o uczucie grozy. „A w

dodatku nie mam najmniejszego poj cia, gdzie jest Gilbert!” - pomy la a z rozpacz .

- Có  to za ha asy? - zapyta a ciotka Mary Maria, staj c nagle na szczycie schodów. Jej wynios  posta  otula  szlafrok wyszywany w smoki, na

owie widnia y papiloty. - Czy w tym domu cz owiek nie mo e nawet spokojnie si  przespa ?

- Ma y Jim zgin  - powtórzy a Zuzanna, zbyt przera ona, by oburzy  si  na ton, jakim przemawia a ciotka. - Pani doktorowa mi zaufa a, a ja…
Ania pobieg a, by ponownie przeszuka  dom. Jim musi gdzie  by ! Nie by o go w pokoju ch opców ani w pokoju bli niaczek, ani w sypialni. Nie by o

go nigdzie! Ania, zajrzawszy tak e na strych i do piwnicy, wróci a do salonu z uczuciem prawdziwej paniki.

- Nie chcia abym ci  denerwowa , Andziu - powiedzia a ciotka Mary Maria, zni aj c g os - ale czy sprawdzi

 w beczce z deszczówk ? W ubieg ym

roku w mie cie ma y Jack MacGregor utopi  si  w beczce na deszczówk .

Ani serce zamar o z przera enia.
- Ja… ja ju  tam zagl da am - wyj ka a Zuzanna, za amuj c r ce. - Nawet kijem sprawdza am…
Ania odetchn a z ulg . Zuzanna opanowa a si  wreszcie. Zupe nie zapomnia a,  e przecie  nie nale y denerwowa  drogiej pani doktorowej.
- Zastanówmy si  spokojnie - powiedzia a dr

cym g osem. - Jak stwierdzi a pani doktorowa, on musi gdzie  tu by . Nie móg  rozp yn

 si  w

powietrzu.
- Czy sprawdza

cie w komórce na w giel? I w zegarze? - zapyta a ciotka Mary Maria.

Zuzanna zagl da a do komórki, ale nie przysz o jej do g owy szuka  Jima w zegarze, wystarczaj co du ym, by zapewni  kryjówk  ma emu ch opcu.

Ania, nie zastanawiaj c si  nad absurdalno ci  pomys u,  e Jim móg by cztery godziny wysiedzie  w zegarze, pobieg a to sprawdzi . Ale ch opca w
zegarze nie by o.

- Kiedy sz am spa  dzi  wieczorem, czu am,  e co  si  stanie - powiedzia a ciotka Mary Maria, przyk adaj c d onie do skroni. - Gdy czyta am mój

wieczorny rozdzia  z Biblii, zwróci am szczególn  uwag  na s owa: „Nie b dziesz wiedzia , co ci dzie  przyniesie”. To by  znak, Andziu, przygotuj si  na
najgorsze. Móg  zaw drowa  na bagna. Szkoda,  e nie mamy kilku psów go czych.

Ania z wielkim trudem zdoby a si  na u miech.
- Obawiam si , ciociu,  e na ca ej wyspie nie ma ani jednego. Gdyby 

 jeszcze stary seter Gilberta, Reks, znalaz by Jima. Jestem pewna,  e

niepotrzebnie si  denerwujemy.

- Tomek Spencer z Carmody znik  tajemniczo czterdzie ci lat temu i nigdy go ju  nie odnaleziono… O ile si  nie myl … W ka dym razie je li nawet

natrafiono na jaki

lad, by y to tylko sm tne szcz tki. Nie ma si  z czego  mia , Andziu. Nie rozumiem, jak mo esz zachowywa  si  tak beztrosko.

Zadzwoni  telefon. Ania z Zuzann  spojrza y po sobie.
- Nie… nie jestem w stanie odebra  telefonu, Zuzanno - powiedzia a Ania szeptem.
- Ani ja - odezwa a si  bezd wi cznie Zuzanna. Czu a do siebie pogard  za t  s abo

 okazywan  w obecno ci Mary Marii Blythe, ale nie mog a nic

na to poradzi . Po dwóch godzinach okropnych poszukiwa  i przera aj cych wizji Zuzanna by a jednym k bkiem nerwów.

Ciotka Mary Maria statecznie podesz a do telefonu i podnios a s uchawk . Z g ow  ca  pokryt  papilotami wygl da a niczym prawdziwa wied ma.
- Carter Flagg mówi,  e szukali go wsz dzie bez skutku - zreferowa a ciotka Mary Maria zimno. - Ale powiada,  e  ódka p ywa po rodku sadzawki, i,

na ile mo na to stwierdzi , wydaje si  pusta. Maj  zamiar przeszuka  sadzawk .

Ani zrobi o si  nagle s abo, ale na szcz

cie Zuzanna w por  j  podtrzyma a.

- Nie… Nie zamierzam zemdle , Zuzanno - wyszepta a Ania zbiela ymi ustami. - Pomó  mi doj

 do fotela… Dzi kuj . Musimy odnale

 Gilberta.

- Pociesz si , Andziu,  e je eli Jakub nawet si  utopi , to przynajmniej zaoszcz dzone zostan  mu cierpienia, których nie brak w  yciu - powiedzia a

ciotka Mary Maria, z widocznym zamiarem uspokojenia roztrz sionej Ani.

- Wezm  latarni  i jeszcze raz przeszukam obej cie - odezwa a si  Ania, gdy odzyska a si y na tyle, by wsta . - Wiem, Zuzanno,  e to robi

, ale

pozwól mi… pozwól. Nie mog  siedzie  i czeka .

- Musi pani na

 co  na siebie, droga pani doktorowo. Spad a rosa i powietrze jest wilgotne. Przynios  pani ten szary sweter, wisi na krze le w

pokoju ch opców. Niech pani tu poczeka.

Zuzanna pobieg a na gór . W chwil  pó niej w Z otym Brzegu rozleg  si  g

ny krzyk. Ania z ciotk  Mary Mari  pop dzi y po schodach. Na górze

Zuzanna, bliska histerii, p aka a i  mia a si  na przemian. Pierwszy chyba raz w  yciu by a tak ca kowicie wytr cona z równowagi.

- Droga pani doktorowo! Jest! Ma y Jim jest tutaj,  pi na parapecie za drzwiami. Nie przysz o mi do g owy,  eby tam szuka , a drzwi go zas ania y… A

skoro nie by o go w 

ku…

Ania, nieprzytomna wprost z rado ci, z uczuciem niewys owionej ulgi, wbieg a do pokoju i pad a na kolana przy parapecie. P aka a ze szcz

cia.

Dopiero w kilka godzin pó niej zdolna by a  mia  si  serdecznie z ca ego wydarzenia.

Ma y Jim, okryty szalem, spa  skulony na parapecie. W opalonych d oniach trzyma  swojego starego, ulubionego misia, a udobruchany Odrobinek

 si  przy jego nogach. Rude k dziory ch opca opada y na poduszeczk . Wydawa o si ,  e  ni o czym  przyjemnym i Ania nie chcia a go budzi .

Ale nagle sam otworzy  swoje orzechowe, l ni ce oczy i spojrza  na ni .

- Jim, kochanie, czemu nie jeste  w 

ku? By

my… by

my troch  niespokojne. Nie mog

my ci  znale

, a nie wpad o nam do g owy, by

zajrze  tutaj.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- By o mi smutno i po

em si  tu,  eby widzie , jak ty i tata wracacie do domu. Ale sam nie wiem, kiedy zasn em.

Mama wzi a go na r ce i zanios a do 

ka. Z najwi ksz  czu

ci  otuli a go ko derk  i uca owa a na dobranoc. Komu by zale

o na ogl daniu, jak

tatuuje si  jakiego  tam w

a na czyim  ramieniu! Mama by a taka kochana… Najmilsza ze wszystkich mam, jakie istnia y na  wiecie. Bo na przyk ad

matka Bertiego by a znana w ca ym Glen ze sk pstwa, a w dodatku bi a swoje dzieci za byle co. Jim sam naocznie si  o tym przekona .

- Mamusiu - powiedzia  sennie - oczywi cie wiosn , jak zwykle, przynios  ci konwalie… Mo esz na mnie polega .
- Wiem o tym, kochanie - odpar a mama.
- No có , skoro ju  wszystko szcz

liwie si  wyja ni o, my

,  e mo emy spokojnie odetchn

 i wróci  do 

ek - rzek a ciotka Mary Maria. W jej

osie brzmia a wyra na ulga.

- Ale  ze mnie g uptas! Jak mog am zapomnie  o parapecie - powiedzia a Ania. - Wystawi

my si  na po miewisko. Doktor niepr dko pozwoli nam o

tym zapomnie . Zuzanno, zadzwo , prosz , do pana Flagga i powiedz mu,  e Jim si  odnalaz .

- Pewnie si  ze mnie nie le u mieje - rzek a Zuzanna rado nie. - Ale nie dbam o to… Mo e si

mia , ile chce. Najwa niejsze,  e ma y Jim si

znalaz .
- Nie mia abym nic przeciwko fili ance herbaty - westchn a ciotka Mary Maria 

nie, zbieraj c fa dy szlafroka wokó  swej wysmuk ej postaci.

- Zaraz zaparz  - odpar a Zuzanna weso o. - Wszystkie ch tnie si  napijemy. Droga pani doktorowo, gdy Carter Flagg us ysza ,  e Jim jest w domu,

rzek  tylko: „Chwa a Bogu”. Nigdy nie powiem jednego z ego s owa na tego cz owieka, cho by wyznacza  nie wiem jak wysokie ceny na swe towary. Czy
nie s dzi pani,  e mog yby my zrobi  jutro kurczaka na obiad? Aby troch  to uczci ,  e tak powiem. A ma y Jim dostanie na  niadanie swoje ulubione

bu eczki.
Znów zabrzmia  dzwonek telefonu. Tym razem dzwoni  Gilbert, by powiadomi ,  e musi odwie

 do miejskiego szpitala ci

ko poparzone dziecko z

portu i wróci najwcze niej jutro rano.

Przed udaniem si  na spoczynek Ania z sercem przepe nionym rado ci  wychyli a si  z okna swego pokoju. Chcia a jak co wieczór nacieszy  si

urokiem pogr

onego w ciszy  wiata. Od morza wia  silny wiatr.  wiat o ksi

yca co chwila przebija o si  przez chmury, oblewaj c blaskiem drzewa w

dolinie. Ania, cho  jeszcze z dr eniem w sercu, mog a ju  nawet  mia  si  ze swej niedawnej paniki oraz z niedorzecznych i ponurych proroctw ciotki
Mary Marii.

Noc przyja nie obj a swymi ramionami Z oty Brzeg. Wszyscy, nawet Zuzanna, która ze wstydu gotowa by a zapa

 si  pod ziemi , zasn li ju  pod

jego bezpiecznym dachem.

Rozdzia  VII
- B dzie mia  liczne towarzystwo: naszych czworo i moich siostrze ców z Montrealu, którzy w

nie u nas bawi . Zawsze jak niejedno, to drugie

wymy li jak

 zabaw .

Du a, ho a i weso a pani Parker u miechn a si  szeroko do Waltera, który odpowiedzia  troch  niewyra nym u miechem. Sam nie bardzo

ciwie wiedzia , czy lubi pani  Parker. By o jej jakby za du o. Lubi  natomiast doktora Parkera. Dzieci Parkerów ani ich kuzynów z Montrealu Walter

nie zna . Lowbridge, gdzie mieszkali Parkerowie, le

o o sze

 mil od Glen i Walter nigdy tam nie by , chocia  jego rodzice i pa stwo Parkerowie

cz sto si  odwiedzali. Doktor Parker i tata byli przyjació mi, ale mama, jak zdawa o si  Walterowi, doskonale oby aby si  bez pani Parker. Ania

wiadamia a sobie,  e sze cioletni Walter dostrzega pewne rzeczy, których nie widz  inne, nawet starsze dzieci.

Walter nie by  pewien, czy chce pojecha  do Lowbridge. W

ciwie przyjemnie jest uda  si  gdzie  z wizyt . Na przyk ad wyprawa do Avonlea - ach,

ile to zawsze rado ci! Z przyjemno ci  wspomina  te  noc, sp dzon  ostatnio z Krzysiem Fordem w starym Wymarzonym Domku. Chocia  trudno
powiedzie ,  eby to by a wizyta. Wymarzony Domek zawsze wydawa  si  gromadce ze Z otego Brzegu jakby drugim domem. Ale jecha  do Lowbridge
na ca e dwa tygodnie, pomi dzy obcych - to zupe nie co innego. Jednak e wygl da o na to,  e rzecz jest postanowiona. Walter czu ,  e tata i mama z
pewnych przyczyn, których zupe nie nie rozumia , s  zadowoleni z takiego za atwienia sprawy. Z przykro ci  i smutkiem stwierdzi ,  e chcieli si  pozby
wszystkich dzieci. Jim dwa dni temu wyjecha  do Avonlea, a Zuzanna wyg asza a tajemnicze uwagi o wys aniu bli niaczek do pani Elliot, „gdy nadejdzie
czas”. Jaki czas? Ciotka Mary Maria wydawa a si  czym  niezwykle przej ta i cz sto mówi a,  e chcia aby, aby ju  by o po wszystkim. Po czym to ju
mia o by ? Walter nie wiedzia . Ale dzia o si  co  dziwnego.

- Jutro przywioz  Waltera - powiedzia  Gilbert.
- M odsze dzieci b

 go niecierpliwie wygl da y - rzek a pani Parker.

- To bardzo mi o z twojej strony - powiedzia a Ania.
- Na pewno robi  to dla dobra dziecka - ponuro oznajmi a Odrobinkowi Zuzanna, zmywaj c naczynia w kuchni.
- Doprawdy to bardzo uprzejmie ze strony pani Parker,  e zabierze Waltera - o wiadczy a ciotka Mary Maria, kiedy Parkerowie odjechali. -

Powiedzia a mi,  e czuje do niego s abo

. Ludzie maj  takie dziwne s abo ci, prawda? Có , mo e przynajmniej przez te dwa tygodnie nie nadepn  na

zdech  ryb , gdy b

 sz a do  azienki.

- Co takiego?! Ciociu, nie masz chyba na my li…
- Mam na my li dok adnie to, co mówi , Andziu. Na zdech  ryb ! Czy kiedykolwiek st pn

 bos  nog  na zdech  ryb ?

- Nnie… ale jakim cudem…
- Walter z apa  wczoraj wieczorem pstr ga i wpu ci  go do wanny, droga pani doktorowo - wyja ni a Zuzanna pogodnie. - Wszystko by oby w

porz dku, gdyby pstr g pozosta  w wannie. Ale on jako  z niej wyskoczy  i oczywi cie zdech . Có , je li ludzie po nocy w ócz  si  na bosaka…

- Mam zasad , nigdy z nikim nie wdawa  si  w k ótnie - rzek a ciotka Mary Maria, po czym wsta a z krzes a i opu ci a pokój.
- Nie pozwol  na to,  eby ona mi dokucza a, droga pani doktorowo - powiedzia a Zuzanna.
- Och, Zuzanno, mnie te  ciotka troch  wyprowadza z równowagi… ale bez w tpienia przestan  si  tym tak przejmowa , gdy ju  b dzie po

wszystkim. A trzeba przyzna ,  e nadepni cie na zdech  ryb  na pewno nie nale y do przyjemno ci.

- Czy nie lepiej na zdech  ni  na  yw , mamo? Zdech a ryba przynajmniej si  nie rusza - powiedzia a Di.
Na te s owa Ania i Zuzanna nie mog y si  powstrzyma  od  miechu. Wieczorem Ania pe na niepokoju wyzna a Gilbertowi,  e obawia si , i  Walter

nie b dzie czu  si  dobrze w Lowbridge.

- On jest taki delikatny i wra liwy - powiedzia a z zamy leniem.
- A  za bardzo - odpar  Gilbert, który tego dnia by  ogromnie zm czony po „urodzeniu” ( eby zacytowa  Zuzann ) trojga dzieci. - Aniu, jestem

przekonany,  e nasz ch opiec boi si  sam pój

 po ciemku na gór . Przebywanie przez par  dni z gromadk  Parkerów dobrze mu zrobi. Wróci do domu

zupe nie inny.

Ania nie protestowa a wi cej. Bez w tpienia Gilbert mia  racj . Walter czu  si  samotnie bez Jima. Bior c za  pod uwag , co dzia o si  przy

narodzinach Shirleya, nale y maksymalnie odci

 Zuzann . Bieganie po domu i u eranie si  z ciotk  Mary Mari , której dwa tygodnie przeci gn y

si  ju  do sze ciu, to dla niej ca kiem do

.

Rano oznajmiono Walterowi,  e po obiedzie tata zawiezie go do Lowbridge. Nic nie powiedzia , poniewa  w tym momencie bolesny skurcz  cisn

mu gard o. Musia  spu ci  g ow , by ukry

zy, nap ywaj ce do oczu. Nie zrobi  tego jednak wystarczaj co szybko.

- Chyba nie b dziesz p aka , Walterze? - spyta a ciotka Mary Maria takim tonem, jakby sze cioletni ch opczyk mia  by  pot piony na wieki za to,  e

acze. - Je li czymkolwiek gardz , to dziecinnym mazgajeniem si . I nie zjad

 mi sa.

- Zostawi em tylko ten t usty kawa ek - odpar  Walter, gwa townie mrugaj c powiekami. Nie odwa

 si  jednak podnie

 oczu. - Nie lubi  t uszczu.

- Kiedy ja by am dzieckiem - powiedzia a ciotka Mary Maria - nie pozwalano mi na grymasy. Có , pani Parker pewnie wyleczy ci  z niektórych

kaprysów. Ona jest z Winterów, prawda? A mo e z Clarków? Nie, ona jest z Campbellów. Ale Winterowie i Campbellowie s  ulepieni z tej samej gliny i
nie toleruj

adnego grymaszenia.

- Och, ciociu, prosz  nie straszy  Waltera - powiedzia a Ania, a w jej oczach zamigota y niebezpieczne iskry.
- Przykro mi, Andziu - odpar a ciotka Mary Maria z udan  skruch . - Powinnam oczywi cie pami ta  o tym,  e nie mam najmniejszego prawa

poucza  twoich dzieci.

- A bodaj j ! - mrukn a Zuzanna, wychodz c po ulubiony deser Waltera, pudding królewski. Ania poczu a si  ogromnie winna. Gilbert rzuci  jej

krótkie, pe ne wyrzutu spojrzenie. Najwyra niej uwa

,  e mog aby mie  wi cej cierpliwo ci dla biednej, samotnej starszej pani.

Gilbert nie czu  si  najlepiej. Zbyt ci

ko pracowa  przez ca e lato, a ciotka Mary Maria by  mo e dra ni a go bardziej, ni  chcia by si  do tego

przyzna . Ania postanowi a,  e je li tylko wszystko pójdzie dobrze, zapakuje mu walizk  i z jego zgod  lub bez wy le go na miesi c na polowanie na

bekasy.
- Czy smakuje cioci herbata? - zapyta a skruszona Ania. Ciotka Mary Maria zacisn a usta.
- Jest za s aba. Ale to niewa ne. Kogó  mo e obchodzi , czy biedna, stara kobieta dostaje do picia herbat , odpowiadaj

 jej upodobaniom? Co

prawda, istniej  jednak ludzie, którzy potrafi  doceni  moje towarzystwo.

Wypowied  ciotki Mary Mani nie by a mo e zbyt jasna, Ania nie mia a jednak teraz si , by si  nad tym zastanawia . Nagle bardzo zblad a.
- Pójd  chyba na gór  po

 si  - powiedzia a s abym g osem, wstaj c od sto u. - Gilbercie, postaraj si  wróci  szybko z Lowbridge… i mo e

zadzwo  po pann  Carson.

Przelotnie uca owa a na po egnanie Waltera i wysz a. Jakby ca kiem przesta  j  obchodzi . Walter nie zamierza  p aka . Ciotka Mary Maria

poca owa a go w czo o, czego nienawidzi , i rzek a:

- Pami taj,  eby  przyzwoicie zachowywa  si  przy stole. I nie b

 zbyt  akomy. Inaczej przyjdzie po ciebie Wielki Czarny Pan z ogromnym,

czarnym workiem, do którego wk ada niegrzeczne dzieci.

Pewnie dobrze si  sta o,  e Gilbert poszed  zaprz c Szarego Toma do powozu i nie s ysza  tych s ów. Oboje z Ani  postanowili,  e nigdy nie b

straszy  swoich dzieci i nie pozwol , by robili to inni. Za to Zuzanna doskonale us ysza a s owa ciotki Mary Marii i bardzo niewiele brakowa o, by
zawarto

 rynienki z t uszczem wyl dowa a na g owie starszej pani.

Rozdzia  VIII

ciwie Walterowi podoba a si  przeja

ka z tat . Kocha  pi kno, a okolice Glen St. Mary by y rzeczywi cie prze liczne. Droga wiod ca do

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Lowbridge przypomina a podwójn  wst

 pl saj cych bratków. Tu i ówdzie spotyka o si  cieniste zagajniki, które jakby zdawa y si  zaprasza

podró nych do odpoczynku. Dzi  wyj tkowo tata nie by  zbyt rozmowny i tylko niecierpliwie pogania  konia. Gdy dojechali do Lowbridge, powiedzia
pospiesznie par 
 s ów do pani Parker i szybko zawróci , nie po egnawszy si  nawet z Walterem. Ch opiec z trudem powstrzymywa zy. By o jasne,  e
nikt go ju  nie kocha. Nawet mama i tata!

Wielki, nieporz dny dom Parkerów nie wywar  na Walterze przyjemnego wra enia. Ale w tym momencie  aden chyba dom poza Z otym Brzegiem nie

wzbudzi by w nim przyjaznych uczu .

Pani Parker zaprowadzi a ch opca na podwórko, gdzie rozbrzmiewa y dzieci ce krzyki, i przedstawi a ca ej gromadce. Potem pospiesznie wróci a do

przerwanego szycia. By a przekonana,  e dzieci same si  zaprzyja ni ; zasada, która sprawdza si  w dziewi ciu przypadkach na dziesi

. Nie nale y

wini  pani Parker za to,  e nie dostrzeg a, i  tym razem by  to w

nie ów dziesi ty przypadek. Lubi a Waltera. Jej w asne dzieci by y ma ymi, weso ymi

brzd cami, a siostrze cy, Fred i Opal, chocia  ch tnie przybierali wielkopa skie miny  wiatowców z Montrealu, z ca  pewno ci  zachowaj  si
uprzejmie. Walterowi b dzie tu dobrze. Pani Parker by a bardzo zadowolona,  e mo e pomóc „biednej Annie Blythe”, nawet je li ta pomoc polega a
tylko na zaj ciu si  przez pewien czas jednym z jej dzieci. Mia a nadziej ,  e tym razem „wszystko przejdzie pomy lnie” w Z otym Brzegu. Przyjaciele
Ani, wspominaj c narodziny Shirleya, bardzo si  o ni  niepokoili.

Na podwórku, za którym rozci ga  si  wielki, cienisty sad jab oniowy, zapanowa o nagle milczenie. Walter sta , patrz c powa nie i nie mia o na dzieci

Parkerów i ich kuzynów, Johnsonów z Montrealu. Bill Parker mia  dziesi

 lat, by  podobny do matki, rumiany i puco owaty. Walterowi wyda  si  bardzo

stary i doros y. Andy Parker mia  lat dziewi

; dzieci z Lowbridge mówi y,  e jest to najgorszy z Parkerów i, nie bez przyczyny, nazywa y go Prosiakiem.

Andy ze swoimi szczeciniastymi, krótkimi w osami, szelmowsk , piegowat  twarz  i wy upiastymi niebieskimi oczyma od razu nie spodoba  si
Walterowi. Fred Johnson by  w wieku Billa i te  nie wzbudzi  sympatii Waltera, cho  by adnym ch opcem o czarnych oczach i twarzy okolonej
br zowymi k dziorami. Jego dziewi cioletnia siostra Opal równie  mia a loki i czarne oczy… pe ne zgry liwo ci. Ramieniem obejmowa a o mioletni
Kor  Parker i obie spogl da y na Waltera z pogard . Gdyby nie Alicja Parker, ch opiec z pewno ci  odwróci by si  i uciek .

Alicja mia a siedem lat, cudowne z ociste loczki wokó  g owy, oczy niebieskie i mi kkie, jak fio ki w Dolinie, i ró owe policzki. Ubrana by a w 

sukienk  z falbankami, w której wygl da a jak rozta czony bratek. U miechn a si  do Waltera, jakby zna a go przez ca e  ycie. Natychmiast poczu  w
niej bratni  dusz .

Fred rozpocz  rozmow .
- Cze

, synku - powiedzia  pogardliwie. Walter natychmiast wyczu  pogard  i zesztywnia .

- Nazywam si  Walter - odpar  ch odno.
Fred zwróci  si  do dzieci z doskonale udanym zdziwieniem. Ju  on poka e temu wiejskiemu ch opakowi!
- Mówi,  e nazywa si  Walter - powiedzia  do Billa, wykrzywiaj c komicznie usta.
- Mówi,  e nazywa si  Walter - powtórzy  Bill, zwracaj c si  do Opal.
- Mówi,  e nazywa si  Walter - przekaza a Opal zachwyconemu Andy’emu.
- Mówi,  e nazywa si  Walter - poinformowa  Andy Kor .
- Mówi,  e nazywa si  Walter - zachichota a Kora do Alicji. Alicja nic nie powiedzia a. Patrzy a na Waltera z zachwytem. Jej spojrzenie pomog o mu

znie

 kpiny reszty dzieci, które zgodnie za piewa y „Mówi,  e nazywa si  Walter”, po czym wybuchn y szyderczym  miechem.

„Jak e  wietnie si  bawi , kochane dzieci!” - pomy la a z zadowoleniem pani Parker, fastryguj c zak adki na materiale.
- S ysza em, jak mama mówi a,  e wierzysz we wró ki - odezwa  si  Andy, patrz c na niego zuchwale. Walter odpowiedzia  mu podobnym

spojrzeniem. Nie pozwoli si  poni

 przy Alicji.

- Wró ki istniej  - rzek  stanowczo.
- Nieprawda! - odpar  Andy.
- Istniej  - powtórzy  Walter.
- On mówi,  e s  wró ki - powiedzia  Andy do Freda.
- On mówi,  e s  wró ki - przekaza  Fred Billowi i ca e przedstawienie zacz o si  od pocz tku.
Dla Waltera, z którego nigdy dot d nikt nie kpi , by a to tortura nie do zniesienia. Zagryz  usta, by pohamowa

zy. Nie móg  przecie  rozp aka  si

przy Alicji.

- A mo e ci  wyszczypa  tak,  eby  by  ca y w siniakach? - zagadn  Andy, który zdecydowa ,  e Walter to baba i trzeba mu podokucza .
- Prosiaku, uspokój si ! - rozkaza a Alicja gro nie, bardzo gro nie, chocia  grzecznie i spokojnie. W jej g osie by o co  takiego,  e nawet Andy straci

pewno

 siebie.

- Oczywi cie nie mówi em tego powa nie - wymamrota  speszony. Sytuacja odwróci a si  na korzy

 Waltera i przez jaki  czas dzieci zgodnie bawi y

si  w berka. Lecz gdy weso o i ha

liwie przybiegli na kolacj , Waltera znów ogarn a nieprzezwyci

ona t sknota za domem. By a ona tak wielka,  e

przez jeden okropny moment ch opiec obawia  si , i  nie zdo a si  opanowa  i wybuchnie p aczem przy wszystkich, tak e przy Alicji, która, gdy siadali
do sto u, przyjacielsko tr ci a go  okciem. Podtrzyma o go to nieco na duchu, ale i tak nie móg  nic prze kn

, po prostu nie móg . Pani Parker, która

stosowa a w asne metody wychowawcze, nie przej a si  tym wcale. Z pewno ci  nazajutrz rano ch opiec b dzie mia  lepszy apetyt. Pozostali za ,
zaj ci jedzeniem i rozmow , nie zwracali na niego uwagi.

Walter by  ciekaw, dlaczego wszyscy krzycz  zamiast mówi . Nie wiedzia ,  e nie zd

yli jeszcze wyzby  si  tego nawyku po niedawnej  mierci

uchej, ale wiecznie ciekawej wszelkich nowinek babci. Ha as przyprawia  go o ból g owy. Och, w domu teraz te  jedz  kolacj . Mama u miecha si ,

siedz c u szczytu sto u, tata pewnie  artuje z bli niaczkami, Zuzanna dolewa Shirleyowi  mietanki do kubka z mlekiem. Nan ukradkiem karmi
Odrobinka. Nawet ciotka Mary Maria budzi a w nim teraz ciep e uczucie. Pomimo wszystko nale

a przecie  do rodziny. Kto dzi  uderzy w chi ski

gong, wzywaj cy na kolacj ? W tym tygodniu by a jego kolej. Gdyby  tylko znale

 kryjówk , gdzie mo na by si  spokojnie wyp aka ! Ale wydawa o si ,

e w Lowbridge nie ma takiego miejsca. Pociesza o go jedynie to,  e obok siedzia a Alicja. Walter wypi  jednym haustem ca  szklank  lodowato zimnej

wody i poczu  si  troch  lepiej.

- Nasz kot cz sto miewa konwulsje - powiedzia  Andy, kopi c go pod sto em.
- Nasz te  - odpar  Walter. Odrobinek mia  konwulsje zaledwie dwa razy, ale nie mo na pozwoli , by koty w Lowbridge stawiano wy ej ni  koty ze

otego Brzegu.

- Za

 si ,  e nasz kot o wiele cz

ciej ma konwulsje ni  wasz - nie dawa  za wygran  Andy.

- Za

 si ,  e nie - odpar  Walter.

- No, no, nie k

cie si  o koty - odezwa a si  pani Parker, która chcia a w spokoju napisa  artyku  pt. „Nie zrozumiane dzieci”. - Id cie pobawi  si  na

dwór. Ju  nied ugo czas do 

ek.

Czas do 

ek! Walter nagle u wiadomi  sobie,  e ma tu sp dzi  ca  noc, wiele nocy, a  czterna cie nocy! To straszne. Wyszed  do sadu z

zaci ni tymi pi

ciami. Na trawniku Bill i Andy walczyli za arcie, kopi c si , drapi c i wrzeszcz c.

- Da

 mi robaczywe jab ko, Billu Parker - rycza  Andy. - Ja ci  naucz ! Odgryz  ci uszy!

Tego rodzaju bijatyki by y u Parkerów czym  normalnym. Pani Parker utrzymywa a,  e to ch opcom nie zaszkodzi. Mówi a,  e w ten sposób

oczyszczaj  oni swój system nerwowy ze z ych uczu , a potem przyja ni  si  ze sob  jak dawniej. Ale Walter nigdy przedtem nie widzia  bijatyki i by
przera ony. Fred okrzykami zagrzewa  przeciwników do walki, Opal i Kora  mia y si . Lecz w oczach Alicji ukaza y si

zy. Walter nie móg  tego znie

.

Skoczy  pomi dzy walcz cych ch opców, którzy w

nie roz czyli si  na chwil , by z apa  oddech.

- Przesta cie si  bi ! - powiedzia . - Przestraszyli cie Alicj .
Przez chwil  Bill i Andy patrzyli na niego ze zdumieniem. Potem dostrzegli zabawn  stron  faktu,  e ten malec wmiesza  si  w ich walk  i wybuchn li

miechem. Bill klepn  go w plecy.

- Ten dzieciak ma troch  ikry, bachorki - powiedzia . - Mo e zostanie kiedy  prawdziwym m

czyzn , je li si  postara. Oto jab ko dla ciebie.

Nierobaczywe, s owo daj .

Alicja otar a  zy i spojrza a na Waltera z takim uwielbieniem,  e nie spodoba o si  to Fredowi. Alicja by a co prawda dzieciakiem, ale nawet dzieciaki

nie maj  prawa podziwia  kogo  innego, gdy on, Fred Johnson, jest w pobli u. Przypomnia  sobie nagle, co pods ucha , gdy ciotka Jen rozmawia a
przez telefon z wujem Dickiem.

- Twoja matka jest okropnie chora - oznajmi  Walterowi.
- Nie! To nieprawda! - krzykn  Walter.
- Prawda. S ysza em, jak ciotka Jen mówi a o tym wujowi Dickowi. - Fred s ysza , jak ciotka powiedzia a: „Anna Blythe jest chora”, ale „okropnie

chora” brzmia o o wiele lepiej. - Pewnie umrze podczas twojej nieobecno ci.

Walter spojrza  doko a z rozpacz . Alicja sta a przy nim, podczas gdy reszta dzieci skupi a si  wokó  Freda. Czuli w tym  adnym, ciemnow osym

ch opczyku co  obcego i nie mogli zapanowa  nad ch ci  dokuczania mu.

- Je li jest chora - odezwa  si  Walter - to tata j  wyleczy. Zrobi to. Musi!
- Boj  si ,  e to niemo liwe - rzek  Fred. Przybra  smutny wyraz twarzy, mrugaj c jednocze nie do Andy’ego.
- Nie ma rzeczy niemo liwych dla taty - utrzymywa  Walter.
- Ubieg ego lata Russ Carter pojecha  do miasta na jeden dzie , a kiedy wróci , jego matka by a ju  martwa jak k oda - wtr ci  Bill.
- I pochowana - powiedzia  Andy. Chcia  doda  dramatyzmu ca ej sprawie i nie dba  o to, czy jego s owa s  zgodne z prawd . - Russ by  w ciek y,  e

omin  go pogrzeb. Pogrzeby s  takie zabawne.

- A ja nigdy nie widzia am pogrzebu - rzek a Opal ze smutkiem.
- B dziesz mia a jeszcze du o okazji - pocieszy  j  Andy. - Ale nawet nasz tata nie zdo

 utrzyma  przy  yciu pani Carter, a on jest du o lepszym

lekarzem ni  twój ojciec, Walterze.

- Nieprawda.
- A w

nie,  e tak. I jest przystojniejszy.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Nie jest.
- Kiedy cz 
owiek wyje

a z domu, niejedno mo e si  wydarzy  - powiedzia a Opal. - Co by  czu , na przyk ad, gdyby  po powrocie do Z otego

Brzegu zasta  dom spalony?

- Je li twoja matka umrze, pewnie was rozdziel  - rzek a Kora pogodnie. - Mo e wtedy zamieszkasz u nas.
- O tak, zamieszkaj z nami - odezwa a si  s odkim g osem Alicja.
- Doktor Blythe b dzie chcia  ich zatrzyma  - rzek  Bill. - Wkrótce znów si  o eni. Ale mo e te  umrze? S ysza em, jak tata mówi ,  e doktor Blythe

zapracowuje si  na  mier . Spójrzcie tylko, jak on si  gapi! Masz dziewczy skie oczy, synku! Dziewczy skie oczy! Dziewczy skie oczy!

- Och, przesta cie! - odezwa a si  Opal, nagle zm czona t  zabaw . - On si  na to nie da nabra . Wie dobrze,  e tylko mu dokuczacie. Chod cie,

pójdziemy do parku popatrze , jak graj  w baseball. Walter i Alicja mog  tu zosta . Tacy smarkacze nie b

 wsz dzie za nami  azili.

Odej cie dzieci nie sprawi o Walterowi przykro ci. Przecie  zosta a z nim Alicja. Usiad  przy dziewczynce na pniu jab oni, patrz c na ni  nie mia o,

lecz z sympati . Alicja odpowiedzia a mu podobnym spojrzeniem.

- Poka

 ci, jak si  gra w kamyki - zaproponowa a Alicja. - I po ycz  ci mojego pluszowego kangura.

Gdy nadesz a pora spoczynku, Walter znalaz  si  sam w malutkiej sypialni. Pani Parker zostawi a mu  wiec  i ciep  pierzynk , gdy  czerwcowa noc

by a wyj tkowo ch odna, nawet jak na morski klimat Lowbridge. Czu o si  niemal mróz w powietrzu.

Walter nie móg  spa , chocia  przytula  do policzka pluszowego kangura Alicji. Och, gdyby  by  w swoim domu, w swoim pokoju, którego du e okno

wychodzi o na Glen, a ma e na szkock  sosn ! Mama przysz aby poczyta  mu wiersze swoim s odkim g osem…

- Jestem du ym ch opcem. Nie b

 p aka . Nie b… b

… - lecz  zy pop yn y same. Co mu po pluszowych kangurach! Chyba ju  ca e lata

up yn y, odk d opu ci  dom!

Starsze dzieci wróci y w

nie z parku i wt oczy y si  do pokoju. Usiad y na 

ku Waltera, zajadaj c jab ka.

- P aka

, dzidziusiu - kpi  Andy. - Jeste  baba! Maminsynek!

- Ugry , bachorku - zach ca  Bili, podtykaj c mu na wpó  zjedzone jab ko. - 1 g owa do góry. Kto wie, mo e twoja matka poczu a si  lepiej, je li ma

silny organizm. Tata mówi,  e pani Stefanowa Flagg ju  dawno by umar a, gdyby nie jej silny organizm. Czy twoja matka ma silny organizm?

- Oczywi cie - odpar  Walter. Nie mia  poj cia, o co chodzi, ale skoro mia a to pani Flagg, jego mama nie mog a by  gorsza.
- Pani Sawyer umar a w zesz ym tygodniu, a matka Sama Clarka tydzie  wcze niej - rzek  Andy.
- Ludzie przewa nie umieraj  w nocy - doda a Kora. - Mama tak mówi. Mam nadziej ,  e ze mn  b dzie inaczej. Wyobra cie sobie, i

 do nieba w

koszuli nocnej!

- Dzieci! Dzieci! Do 

ek! - zawo

a pani Parker.

Ch opcy otulili jeszcze ,,na niby” Waltera pierzynk  i wyszli. Mimo wszystko polubili troch  tego brzd ca. Opal te  zamierza a opu ci  pokój, lecz

Walter chwyci  j  za r

.

- Opal, powiedz, to nieprawda,  e moja mama jest chora? - wyszepta  b agalnie. Nie móg  zosta  sam z tym okropnym strachem.
Opal „nie by a dzieckiem o z ym sercu”, jak mówi a pani Parker. Ale przekazywanie z ych nowin budzi taki rozkoszny dreszcz emocji!
- Ona jest chora. Ciocia Jen tak twierdzi. Mia am ci tego nie powtarza . Ale uwa am,  e powiniene  wiedzie . Mo e jej stan jest ju  beznadziejny?
- Czy wszyscy musz  umrze . Opal? - W  wiadomo ci Waltera po raz pierwszy pojawi a si  nowa i straszna my l o  mierci.
- Oczywi cie, g uptasie. Ale nie umiera si  tak naprawd , tylko idzie si  do nieba - odpowiedzia a Opal pogodnie.
- Nie wszyscy id  do nieba - wyszepta  przejmuj co Andy, który pods uchiwa  pod drzwiami.
- Czy niebo jest daleko od Charlottetown? - spyta  Walter. Opal zatrz

a si  ze  miechu.

- O rany, ale  ty naiwny! Niebo jest o setki mil st d. Ale powiem ci, co masz robi . Módl si . Modlitwa pomaga. Zgubi am kiedy  dziesi

 centów,

pomodli am si  i znalaz am dwadzie cia pi

. Tyle wiem na ten temat.

- Opal Johnson, czy s ysza

, co powiedzia am? I zga  t

wiec  w pokoju Waltera,  eby nie wybuch  po ar - zawo

a pani Parker ze swego

pokoju… - Ch opiec powinien ju  od dawna spa !

Opal zdmuchn a  wiec  i wybieg a. Ciotka Jen mia a z ote serce, ale biada, je li wzbudzi o si  jej gniew! Andy wetkn  g ow  przez drzwi, aby

przekaza  Walterowi ostatnie dobre s owo na dobranoc.

- Uwa aj, te ptaki z tapety mog  o

 i wyd uba  ci oczy - wyszepta .

Wszyscy poszli do 

ek z uczuciem,  e prze yli wspania y dzie . Walter Blythe by  ca kiem mi ym smarkaczem, a nazajutrz znów zabawi  si  jego

kosztem. Ale to b dzie frajda!

„Kochane male stwa” - pomy la a czule pani Parker.
Niezwyk a cisza zapanowa a w domu Parkerów. Tymczasem w odleg ym o sze

 mil Z otym Brzegu ma a Berta Marilla Blythe mruga a okr

ymi

orzechowymi oczkami, patrz c na otaczaj ce j  uszcz

liwione twarze i na  wiat, na który zosta a zes ana w t  jedn  z najzimniejszych od lat

czerwcowych nocy.

Rozdzia  IX
Walter pozosta  sam w ciemnym pokoju. Nie móg  zasn

. Nigdy dot d nie spa  sam. Zawsze w pobli u by  Jim albo Krzy  Ford, których obecno

napawa a go poczuciem bezpiecze stwa i spokojem. Mgliste  wiat o ksi

yca wkrad o si  do ma ego pokoiku, nadaj c otaczaj cym przedmiotom

nierealny wygl d. Lepiej ju ,  eby by o zupe nie ciemno. M

czyzna uwieczniony na portrecie wisz cym nad 

kiem Waltera zdawa  si  patrze  na

niego z góry. Obrazy zawsze wygl daj  tak niesamowicie w  wietle ksi

yca. Mo na na nich dostrzec rzeczy niewidoczne za dnia. D ugie, koronkowe

zas ony przypomina y dwie wysokie, chude kobiety, stoj ce w 

osnych pozach po obu stronach okna. S ycha  by o jakie  dziwne odg osy; skrzypienie,

szepty, westchnienia. A je li te ptaki rzeczywi cie o yj  i wyd ubi  mu oczy? Walter ogromnym wysi kiem woli opanowa  l k, który zaraz powróci  ze
zdwojon  si , gdy ch opiec przypomnia  sobie, co us ysza  tego popo udnia. Mama jest chora! Nie móg  w to w tpi , skoro Opal powiedzia a,  e tak jest
naprawd . Mo e mama w

nie umiera? A mo e ju  umar a?! Nie b dzie mia  do kogo wróci . Oczyma wyobra ni Walter ujrza  Z oty Brzeg bez mamy.

Nagle u wiadomi  sobie,  e nie zniesie tego. Musi i

 do domu. Ju  teraz, natychmiast. Musi zobaczy  mam , zanim… zanim ona umrze. To w

nie

mia a na my li ciotka Mary Maria. Ona wiedzia a,  e mama umrze. Nie b dzie prosi , by odwieziono go do domu. Nie zechc  tego zrobi  i tylko
wy miej  go. Do domu jest strasznie daleko, ale je li b dzie szed  ca  noc, rankiem powinien ju  by  na miejscu.

Cichutko wy lizgn  si  z 

ka i w

 ubranie. Buty wzi  do r ki. Nie mia  poj cia, gdzie pani Parker schowa a jego czapk , ale nie dba  o to. Musi

bez najmniejszego ha asu uciec st d i dosta  si  do mamy.

Troch

owa ,  e nie uda o mu si  po egna  z Alicj , wiedzia  jednak,  e ona go zrozumie. Przez ciemny przedpokój, po schodach, stopie  po

stopniu, powstrzymuj c oddech… Czy te schody nigdy si  nie sko cz ? Wydawa o si ,  e nawet meble nas uchuj … Och!

Walter upu ci  jeden ze swych butów. Spad  on w dó  po schodach odbijaj c si  ha

liwie na ka dym stopniu, przelecia  przez hol i uderzy  w drzwi

frontowe rozbrzmiewaj c potwornym hukiem w uszach przera onego malca.

Ch opiec z rozpacz  przywar  do por czy. Wszyscy musieli s ysze  ten ha as, zaraz wybiegn  z pokojów i ka

 mu wróci  do 

ka. Rozpaczliwy

acz zamar  mu w krtani.

Min o kilka chwil, które dla Waltera zda y si  wieczno ci . Wreszcie uspokojony panuj

 cisz , znów ostro nie podj  w drówk  po schodach. W

ko cu znalaz  si  w holu. Wzi  swój but i powoli przekr ci  ga

 drzwi frontowych. Drzwi w domu Parkerów nigdy nie zamykano na klucz. Pani Parker

zwyk a mówi ,  e nie posiada niczego, co mo na by ukra

, oprócz dzieci. Na nie za  nikt si  nie po akomi.

Walter wyszed  na dwór. Drzwi zamkn y si  za nim. W

 buty i zacz  skrada  si  wzd

 ulicy. Dom Parkerów znajdowa  si  na skraju

miasteczka i wkrótce przed ch opcem otworzy a si  wiejska droga. Na chwil  opanowa  go strach. L k,  e go z api  i zatrzymaj , min , ale powróci a
obawa przed mrokiem i samotno ci . Nigdy przedtem nie by  sam w nocy na dworze. Ba  si  ca ego  wiata.  wiat by  taki wielki, a on taki malutki.
Nawet zimny, wschodni wiatr chcia  mu przeszkodzi  - d  prosto w twarz i nie pozwala  i

.

Mama umiera a! Walter odetchn  g boko i skierowa  si  w stron  Z otego Brzegu. Szed  i szed , bohatersko pokonuj c uczucie strachu. Na niebie

ni  ksi

yc, wydobywaj c z mroku przydro ne drzewa. W jego zimnym  wietle wszystko wygl da o obco i strasznie. Przed paroma tygodniami

wieczorem wraca  z tat  do domu i my la  wówczas,  e nie ma nic równie pi knego, jak zatopiona w blasku ksi

yca droga, na któr  k ad  si  cienie

drzew. Teraz te cienie by y tak czarne i ostro zarysowane, jakby chcia y si  na niego rzuci . Pola przybra y dziwny i obcy wygl d. Drzewa wcale nie
wygl da y przyja nie. Wydawa y si  obserwowa  go, t oczy y si  przed nim i za nim. Dwoje p on cych oczu spojrza o na  z przydro nego rowu i czarny
kot niewiarygodnych rozmiarów przebieg  przez drog . Czy to na pewno tylko kot? A mo e?… Noc by a ch odna i Walter dr

 z zimna w swojej cienkiej

koszulce. Ch ód nie dokucza  mu jednak tak bardzo jak strach. Gdyby móg  tylko przesta  si  tak ba  cieni, tajemniczych odg osów i bezimiennych
stworów, które pewnie skrada y si  po  cie kach okolicznych lasów! Jak to jest, kiedy cz owiek niczego si  nie boi? Tak jak Jim?

- B

… b

 po prostu udawa ,  e si  nie boj  - powiedzia  g

no i zaraz zadr

 z przera enia, tak dziwnie zabrzmia  jego g os w ciszy nocnej.

Mimo to szed  dalej… Czy móg  zawróci , kiedy tam umiera a jego mama? Potkn  si  o kamie  i upad  obcieraj c sobie kolano. Nagle us ysza

nadje

aj cy powóz, wi c szybko schowa  si  za drzewem, przestraszony,  e doktor Parker zauwa

 jego ucieczk  i jedzie, by go z apa . Potem

zatrzyma  si  na widok czego  czarnego i pokrytego futrem, co siedzia o na drodze. Nie, nie przejdzie obok tego. Nie mo e… Ale przeszed . By  to
du y, czarny pies… czy na pewno tylko pies? Nie o mieli  si  biec,  eby t o nie pobieg o za nim. Rzuci  przez rami  desperackie spojrzenie do ty u… To
co  wsta o i posz o w przeciwnym kierunku. Walter podniós  ma e opalone d onie do twarzy i stwierdzi ,  e by a mokra od potu. Gdzie  w oddali
zamigota a spadaj ca gwiazda. Walter kiedy  s ysza , jak stara ciocia Kitty mówi a,  e gdy z nieba spada gwiazda, to znaczy,  e kto  umiera. Czy to
mama umar a? Przed chwil  czu ,  e nie zrobi ju  ani jednego kroku, ale otrz sn  si  i ruszy  do przodu. By o mu tak okropnie zimno,  e zapomnia
nawet o strachu. Czy nigdy nie dojdzie do domu? Chyba ju  dziesi tki godzin min y, od kiedy wyszed  z Lowbridge. W rzeczywisto ci min y trzy
godziny. Z domu Parkerów wykrad  si  o jedenastej wieczorem, a teraz by a druga w nocy. Wszed  wreszcie na drog  prowadz

 do Glen i odetchn

z ulg . Ale gdy potykaj c si  przechodzi  przez wiosk , pogr

one we  nie domy wyda y mu si  obce i dalekie. Nagle zza p otu dobieg o ryczenie krowy.

Walter przypomnia  sobie,  e pan Joe Reese trzyma okropnie z ego byka. Ogarni ty panik  ruszy  biegiem pod gór , ku bramie Z otego Brzegu. By  w
domu! Och, nareszcie w domu!

Zatrzyma  si  z dr eniem. Nagle poczu ,  e jest zupe nie sam. Oczekiwa ,  e ujrzy ciep e, przyjazne  wiat a w oknach, a tymczasem Z oty Brzeg ton

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

w ciemno ciach! Ze swego miejsca nie móg  zobaczy  ma ej lampki, p on cej w sypialni, gdzie nad dziecinnym 

eczkiem pochyla a si

piel gniarka. Z oty Brzeg wydawa  si  opuszczony i zapomniany. Walter poczu ,  e serce w nim zamiera. Nigdy przecie  nie widzia  i nie wyobra
sobie Z otego Brzegu w nocy.

To znaczy,  e mama umar a!
Przez ponury, czarny cie  domu, rozci gaj cy si  na trawniku, Walter poku tyka  ku drzwiom frontowym. By y zamkni te. Zapuka  nie mia o, gdy

nie móg  dosi gn

 ko atki. W domu nadal panowa a cisza, niczego innego si  zreszt  nie spodziewa . Wiedzia ,  e mama umar a i wszyscy st d

odeszli.
By  zbyt zmarzni ty i wyczerpany, by p aka . Przekrad  si  do stodo y i wszed  po drabinie na górk , na siano. Niczego ju  si  nie ba . Chcia  tylko

schroni  si  gdzie  przed wiatrem i pole

 do rana.

Ma e, pr gowane koci tko, które kto  ofiarowa  doktorowi, zamrucza o przyja nie. Pachnia o sianem i koniczyn . Walter z czu

ci  przytuli  je do

siebie - by o ciep e i  ywe. Ale kotek uciek , gdy us ysza  mysz, chrobocz

 w stodole. Przez pokryte paj czyn  okienko zagl da  ksi

yc, ale w jego

zimnym, odleg ym i niesympatycznym obliczu ch opiec nie znalaz  pocieszenia!

Bardziej  yczliwie wygl da o  wiate ko, migoc ce w oknie jednego z domów w Glen. Oby pali o si  jak najd

ej!

Nie móg  zasn

. Bola o go kolano, by o mu zimno i czu  dziwny ucisk w 

dku. Mo e on te  umiera? Chcia by,  eby tak by o, skoro wszyscy inni

umarli albo odeszli. Czy noce w ogóle si  ko cz ? Dotychczas zawsze po nocy nastawa  dzie , ale tym razem zanosi o si  na to,  e  wit nigdy nie
nast pi. Przypomnia a mu si  okropna historia, któr  kiedy  us ysza . Podobno kapitan Jack Flagg z portu powiedzia ,  e je li kiedy  naprawd  zwariuje,
to nie pozwoli s

cu rano wsta . Mo e w

nie kapitan naprawd  zwariowa ?

wiate ko w Glen zgas o. Walter rozp aka  si  - to by o ju  ponad jego si y. Lecz z chwil , kiedy na jego policzkach obesch y ostatnie  zy rozpaczy,

wiadomi  sobie,  e ju  jest dzie .

Rozdzia  X
Walter ze lizgn  si  po drabinie i wyszed  na dwór. Z oty Brzeg k pa  si  w bladym  wietle porannego brzasku. Niebo ponad brzozami w Dolinie

ja nia o srebrzystoró owym blaskiem. Mo e uda mu si  wej

 do domu bocznymi drzwiami. Zuzanna czasem zostawia a je otwarte dla taty.

Drzwi boczne rzeczywi cie nie by y zamkni te. Z westchnieniem ulgi Walter w lizgn  si  do holu. W domu panowa  jeszcze mrok. Ch opiec zacz

si  cichutko skrada  na gór . Po

y si  do 

ka, do w asnego 

ka, a je li nikt nie wróci do domu, umrze i pójdzie do nieba, gdzie odnajdzie mam .

Tylko… Walter przypomnia  sobie, co mówi a Opal. Niebo by o o tysi ce mil st d. Przej ty rozpacz  zapomnia  o ostro no ci i ci

ko postawi  stop  na

ogonie Odrobinka, który spa  na schodach. Pe en bólu wrzask kota rozniós  si  po ca ym domu.

Zuzann , która usi owa a si  jeszcze zdrzemn

, ten okropny odg os wytr ci  zupe nie ze snu. Po

a si  spa  po pó nocy, ogromnie zm czona.

Przez ca y dzie  mia a istne urwanie g owy. Na dodatek ciotka Mary Maria w najmniej stosownej chwili dosta a okropnych bole ci w boku. Trzeba by o
natrze  j  ma ci , da  butelk  z gor

 wod , a na koniec przygotowa  jej kompres na oczy, gdy  czu a w

nie nadchodz

 migren .

O trzeciej w nocy Zuzanna obudzi a si  z bardzo dziwnym uczuciem,  e jest komu  ogromnie potrzebna. Wsta a i zajrza a do pokoju pani Blythe.

Panowa a w nim cisza, s ycha  by o tylko spokojny oddech  pi cej Ani. Zuzanna obesz a ca y dom, po czym wróci a do 

ka, przekonana,  e to dziwne

uczucie by o tylko koszmarnym przywidzeniem sennym. Ale potem do ko ca  ycia uwa

a,  e dozna a czego , co zawsze wy miewa a, a co Abby

Flagg nazywa  „prze yciem metafizycznym”.

- Po prostu czu am,  e kto  mnie wo a - zar cza a.
Us yszawszy rozpaczliwy wrzask Odrobinka, Zuzanna wsta a i ponownie wysz a z pokoju, my

c,  e tej nocy naprawd  dziwne rzeczy dziej  si  w

otym Brzegu. Ubrana by a tylko we flanelow  koszul  nocn , która po niezliczonych praniach skurczy a si  tak,  e obna

a jej nogi sporo powy ej

kostek. Niemniej blademu, dr

cemu malcowi, który sta  u stóp schodów i wpatrywa  si  w ni  przera onymi oczami, wyda a si  najpi kniejsz  istot

wiata.

- Walterze!
Dwa kroki… i Walter znalaz  si  w ciep ych, opieku czych obj ciach Zuzanny.
- Zuzanno… Czy mama umar a? - wyszepta  Walter.
W bardzo krótkim czasie wszystko si  odmieni o. Walter znalaz  si  w ciep ym 

ku, otulony i nakarmiony. Zuzanna rozdmucha a ogie , da a mu

fili ank  gor cego mleka, kawa ek z ocistobr zowego suchara i wielki talerz pe en jego ukochanych „ma pich” ciasteczek. Uca owa a go i opatrzy a ma e
zranione kolanko. Nast pnie dobrze okry a go ko dr  i po

a w nogach butelk  z gor

 wod . Jakie to cudowne znów poczu ,  e jest komu

potrzebny,  e kto  go kocha!

- Zuzanno, czy jeste  pewna,  e mama nie umar a?
- Twoja mama, kochanie,  pi g boko, jest zdrowa i bardzo szcz

liwa.

- Czy by w ogóle nie by a chora? Opal mówi a…
- No tak, kochanie, wczoraj po po udniu przez chwil  nie czu a si  zbyt dobrze, ale ju  jest po wszystkim. Naprawd  nic nie zagra

o jej  yciu! Jak

si  wy pisz, zobaczysz j … i co  jeszcze. Gdybym tak dosta a w r ce tych ma ych szatanów z Lowbridge! Sze

 mil! W tak  noc!

- Prze

em prawdziw  agoni  duchow  - rzek  powa nie Walter. Ale najgorsze min o. Jest teraz bezpieczny i szcz

liwy, jest w domu…

Zasn , zanim sko czy  my le .
By o prawie po udnie, gdy si  ockn .  wiat o s oneczne wpada o do jego w asnego pokoju przez jego w asne okno. Pobieg  do mamy. Zacz  si  ju

obawia ,  e mo e zachowa  si  g upio i  e mama nie b dzie zadowolona z jego ucieczki z Lowbridge. Ale mama obj a go czule i mocno przytuli a do
siebie. Dowiedzia a si  o wszystkim od Zuzanny i ch tnie porozmawia aby sobie o paru sprawach z pani  Parker.

- Och, mamusiu, ty nie umrzesz… 1 kochasz mnie nadal, prawda?
- Kochanie, nie mam najmniejszego zamiaru umiera  i kocham ci  ponad  ycie. Pomy le ,  e przeszed

 w nocy ca  drog  z Lowbridge do

otego Brzegu!

- I to z pustym 

dkiem - wzdrygn a si  Zuzanna. - Zdumiewaj ce,  e on w ogóle  yje i jest tu z nami. Wida  jednak zdarzaj  si  jeszcze cuda na

tym  wiecie.

- Zuch ch opak! - za mia  si  tata, który w

nie wszed  trzymaj c na r ku Shirleya. Pog aska  Waltera po g owie. Ch opiec uj  i u- cisn  jego d

.

Nikomu nie powie, jak bardzo si  ba  tej nocy. I na ca ym  wiecie nie ma drugiego takiego taty.

- Czy b

 musia  jeszcze kiedy  odej

 z domu, mamusiu?

- Nie, dopóki sam o to nie poprosisz - obieca a mama.
- Nigdy… - zacz  Walter i przerwa . Mimo wszystko ch tnie spotka by si  jeszcze raz z Alicj .
- A teraz zajrzyj tutaj, skarbie - powiedzia a Zuzanna, wskazuj c na du y kosz, przy którym siedzia a jaka  m oda pani.
Walter podszed  do kosza. Dzidziu ! Pulchny,  liczny bobas z jedwabistymi loczkami na g ówce i maciupe kimi, zgrabnymi r czkami.
- Czy nie jest pi kna? - zapyta a Zuzanna z dum . - Popatrzcie tylko na jej rz sy… Nigdy jeszcze nie widzia am takich d ugich rz s u niemowl cia. A

te ma e,  adne uszka! Zawsze najpierw patrz  na uszy.

Walter zawaha  si .
- Ona jest s odka, Zuzanno… Och, jakie ma  liczne, okr

e paznokietki! Ale czy nie jest troch  za ma a?

Zuzanna roze mia a si .
- Osiem funtów to nie jest wcale ma o, skarbie. 1 jakie ma m dre spojrzenie. W nieca  godzin  po przyj ciu na  wiat unios a g ówk  i spojrza a na

doktora. Jak  yj , z czym  takim si  nie spotka am.

- Prawdopodobnie b dzie mia a rude w osy - rzek  doktor tonem pe nym zadowolenia. - Pi kne, z ocistorude w osy, jak jej matka.
- I orzechowe oczy, jak jej ojciec - doda a rado nie Ania.
- Nie rozumiem, dlaczego  adne z nas nie mo e mie  jasnych w osów - rzek  Walter z rozmarzeniem, my

c o Alicji.

- Jasne w osy! Jak Drewowie! - wykrzykn a Zuzanna z bezgraniczn  pogard .
- Wygl da uroczo, gdy  pi - powiedzia a  piewnie piel gniarka. - Nigdy nie widzia am dziecka, które by tak mru

o oczki.

- Jest cudna. Wszystkie nasze dzieci w niemowl ctwie by y s odkie, Gilbercie, ale ona jest najs odsza.
- Nie przesadzaj, Andziu - odezwa a si  ciotka Mary Maria z przek sem. - Zachowujesz si  tak, jakby na tym  wiecie po raz pierwszy urodzi o si
dziecko.
- Nasze dzieci zawsze rodz  si  po raz pierwszy - rzek  Walter z dum . - Zuzanno, czy mog  j  poca owa ? Chocia  jeden raz?
- Mo esz - odpar a Zuzanna, patrz c wymownie na plecy wychodz cej ciotki Mary Marii. - A teraz pójd  na dó  i zrobi  placek z wi niami. Mary Maria

Blythe upiek a wczoraj po po udniu ciasto. Szkoda,  e go pani nie widzia a, droga pani doktorowo. Po prostu nie sposób je opisa ! B

 musia a zje

sama tyle, ile zdo am,  eby si  nie zmarnowa o. Lecz dopóki trzymam si  jeszcze na nogach, nie dopuszcz , by co  takiego pojawi o si  na naszym
stole. Mo ecie by  tego pewni.

- Nie ka dy ma taki talent do pieczenia, jak ty, Zuzanno - powiedzia a Ania.
- Mamusiu - odezwa  si  Walter, gdy za dumn  z pochwa y Zuzann  zamkn y si  drzwi - my

,  e jeste my mi  rodzin , prawda?

Rozdzia  XI
Pod koniec sierpnia Ania wróci a do si  i z niecierpliwo ci  wygl da a nadej cia barwnej, radosnej jesieni. Ma a Berta Manila z ka dym dniem robi a

si

adniejsza. Bracia i siostry j  uwielbiali i zachwytom ich nie by o ko ca.

- My la em,  e ma e dziecko to stworzenie, które przez ca y czas wrzeszczy - rzek  Jim, pozwalaj c malutkim paluszkom zacisn

 si  wokó  swego

palca. - Tak mówi  Bertie Szekspir.

- Nie w tpi  w to,  e dzieci Drewów przez ca y czas wrzeszcz , kochanie - odpar a Zuzanna. - Wrzeszcz  na sam  my l o tym,  e s  Drewami, jak

przypuszczam. A Berta Marilla jest dzieckiem Z otego Brzegu.

- Chcia bym urodzi  si  w Z otym Brzegu, Zuzanno - powiedzia  Jim z rozmarzeniem. Zawsze 

owa ,  e tak nie by o. Di czasem wyrzuca a mu to.

- Czy nie uwa asz,  e  ycie tutaj jest raczej nudne? - zapyta a pewnego razu Ani  jej dawna kole anka z uniwersytetu, mieszkaj ca w Charlottetown.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nudne! Ania omal nie wybuchn a  miechem. Z oty Brzeg nudny! Jak tu si  nudzi , gdy rozkoszny bobas stanowi  ród o nieustannej rado ci, gdy w

odwiedziny przyje

aj  Diana i Ma a El bieta, a swoj  wizyt  zapowiada tak e Rebeka Dew, gdy pacjentka Gilberta, pani Ellison, cierpi na chorob , na

któr  chorowa y tylko trzy osoby na ca ym  wiecie. Jak si  nudzi , gdy Walter w

nie rozpocz  nauk  w szkole. Nan wypi a ca  buteleczk  perfum z

maminej toaletki - my leli,  e pochoruje si  od tego, ale szcz

liwie sko czy o si  tylko na strachu, a czarna kotka, która przyb ka a si  nie wiadomo

sk d, urodzi a na ganku niewiarygodn  ilo

 dziesi ciu koci t. Jak si  nudzi , gdy Shirley zamkn  si  w  azience i nie umia  sam jej otworzy ,

Odrobinek zawin  si  w lep na muchy, a ciotka Mary Maria o samej pó nocy, spaceruj c ze  wiec  w r ku, podpali a zas ony w swoim pokoju i obudzi a
ca y dom przera aj cymi krzykami.  ycie w Z otym Brzegu nie mog o by  nudne.

Ciotka Mary Maria ci gle jeszcze bawi a w Z otym Brzegu. Od czasu do czasu stwierdza a patetycznie:
- Jak tylko poczujecie si  mn  zm czeni, powiedzcie mi o tym. Przywyk am troszczy  si  o siebie sama.
Na takie s owa mog a by  tylko jedna odpowied  i oczywi cie Gilbert stale j  wyg asza . Nie brzmia a ona jednak tak szczerze i serdecznie, jak na

pocz tku pobytu ciotki w Z otym Brzegu. Poczucie silnych wi zów rodzinnych, cechuj ce Gilberta, uleg o os abieniu. Z typowo m sk  bezradno ci , jak
by powiedzia a panna Kornelia, u wiadomi  sobie,  e ciotka Mary Maria sta a si  problemem w jego  yciu rodzinnym. Którego  dnia odwa

 si

napomkn

, jak to niedobrze dla domu, gdy mieszka cy opuszczaj  go na zbyt d ugi czas. Ciotka zgodzi a si  z nim, dodaj c spokojnie,  e zamierza

sprzeda  swój dom w Charlottetown.

- Niez y pomys  - zgodzi  si  Gilbert. - Wiem,  e w wiosce jest  liczny domek na sprzeda . Nale y do mego przyjaciela, który wyje

a do Kalifornii.

Domek ten bardzo przypomina dom pani Sary Newman, którym ciocia kiedy  tak si  zachwyca a.

- Ale ona mieszka samotnie - westchn a ciotka.
- I bardzo to sobie chwali - rzek a Ania pogodnie, z nutk  nadziei w g osie.
- Je li kto  lubi mieszka  sam, to znaczy,  e co  z nim jest nie w porz dku, Andziu - odpar a ciotka.
Zuzanna z ledwo ci  powstrzyma a g

ny j k.

We wrze niu przyjecha a na tydzie  Diana. Nast pnie przyby a Ma a El bieta, która nie by a ju  wcale Ma  El biet , lecz wysok , smuk  i pi kn

dziewczyn  z takimi jak dawniej z ocistymi w osami i pe nym rozmarzenia u miechem. Jej ojciec wraca  do swego biura w Pary u i El bieta te  si  tam
wybiera a, by prowadzi  mu gospodarstwo. Cz sto spacerowa y z Ani  po nadbrze ach starej przystani, wracaj c do domu, gdy niebo ju  rozb yskiwa o
milcz cymi, jesiennymi gwiazdami. Wspomina y dawne dni w Szumi cych Topolach i znów kr

y po  cie kach mapy Krainy Czarów. El bieta

pieczo owicie przechowywa a t  map , traktuj c j  jak najcenniejszy skarb.

- Gdziekolwiek jestem, wieszam j  na  cianie mojego pokoju - powiedzia a.
Pewnego dnia pierwszy jesienny wiatr powia  w ogrodzie przy Z otym Brzegu. Tego wieczoru niebo na zachodzie utraci o swój ciep y ró owy blask.

W jednej chwili lato zestarza o si . Nadchodzi a kolejna pora roku.

- Za wcze nie na koniec lata - rzek a ciotka Mary Maria takim tonem, jakby ten fakt obra

 j  osobi cie.

Nasta y przepi kne jesienne dni. Wiatr d  rado nie znad pociemnia ych wód zatoki. Z sadu jab oniowego dobiega  d wi czny  miech dzieci. Nocami

cudownie  wieci  ksi

yc, a w dolinie zakwit y barwne astry. W pogodne, bezchmurne wieczory pod srebrzystym niebem przeci ga y ciemne klucze

ptaków. A potem, kiedy dnia uby o, per owa mg a zasnu a wydmy i przys oni a wody zatoki.

Wraz ze spadaj cymi z drzew li

mi do Z otego Brzegu przyby a Rebeka Dew, by z

 obiecywan  od dwóch lat wizyt . Mia a zosta  przez

tydzie , uleg a jednak namowom i przed

a swój pobyt. Najgor cej nak ania a j  do tego Zuzanna. Od pierwszej chwili poczu y,  e s  pokrewnymi

duszami, mo e dlatego,  e obie kocha y Ani , mo e dlatego,  e obie nienawidzi y ciotki Mary Marii.

Pewnego wieczoru, gdy na dworze deszcz szele ci  w opad ych li ciach, a za oknami zawodzi  wiatr, Zuzanna, siedz c z now  przyjació

 w kuchni,

zacz a zwierza  si  jej ze swych obaw. Doktor z  on  pojechali w

nie z wizyt , dzieciarnia s odko spa a w 

kach, a ciotka Mary Maria usun a si

do swego pokoju z powodu migreny. „Czuj  si  tak, jakby  elazna obr cz  ciska a mój mózg” - j cza a.

- Ka dy - zauwa

a Rebeka Dew, opieraj c stopy o ciep e drzwiczki piecyka - kto zjada tyle sma onej makreli na kolacj , zas uguje na migren . Nie

zaprzeczam,  e zjad am moj  cz

, gdy  musz  przyzna , panno Baker,  e nigdy nie spotka am kogo , kto sma

by makrel  tak, jak pani. Ale nie

zjad am a  czterech kawa ków!

- Kochana panno Dew - powiedzia a Zuzanna serdecznie, odk adaj c na kolana robótk  i spogl daj c z ufno ci  w ma e czarne oczy Rebeki - sama

pani widzi, jaka jest Mary Maria Blythe. Ale nie wie pani nawet po owy wszystkiego… Ba, ani  wierci! Panno Dew, darz  pani  pe nym zaufaniem. Czy
mog  otworzy  przed pani  serce i polega  na pani dyskrecji?

- Oczywi cie, panno Baker.
- Ta kobieta przyby a tu w czerwcu i wed ug mnie zamierza zosta  po kres swoich dni. Nikt w tym domu jej nie lubi, nawet doktor, cho  stara si  to

ukry , jak umie. Szanuje swoj  rodzin  i twierdzi,  e kuzynka jego ojca nie mo e czu  si  nie chciana w jego domu. B aga am - ci gn a Zuzanna
tonem, który sugerowa ,  e robi a to na kolanach - b aga am pani  doktorow , aby tupn a nog  i powiedzia a,  e Mary Maria Blythe musi wyjecha . Ale
pani doktorowa ma za mi kkie serce. Jeste my po prostu bezradni, panno Dew, kompletnie bezradni.

- Chcia abym j  dosta  w swoje r ce - rzek a Rebeka Dew, któr  te  dosi

o ju  ostrze z

liwych uwag ciotki Mary Marii. - Wiem, równie dobrze jak

wszyscy,  e nie nale y gwa ci

wi tych praw go cinno ci, ale zapewniam pani ,  e powiedzia abym jej wprost, i  s  pewne granice.

- Znam dobrze swoje miejsce w tym domu, dlatego nie mog  wygarn

 jej wszystkiego, panno Dew. Nie ja jestem tutaj pani . Czasem zapytuj

siebie uroczy cie: „Zuzanno Baker, czy d ugo jeszcze pozwolisz sob  tak pomiata ?” Ale mam zwi zane r ce. Nie mog  opu ci  pani doktorowej ani
przysparza  jej k opotów, k óc c si  z Mary Mari  Blythe. B

 nadal jak najlepiej wype nia a swoje obowi zki. Bo musi pani wiedzie , kochana panno

Dew - ci gn a patetycznie Zuzanna -  e z rado ci  odda abym  ycie dla doktora i jego  ony. Byli my tak  szcz

liw  rodzin , zanim Mary Maria

przyjecha a i zacz a zatruwa  nam ka

 chwil . Trudno prorokowa , jakie b

 tego rezultaty, obawiam si  jednak,  e wszyscy wyl dujemy w

szpitalu dla psychicznie chorych. Bezustannie wszystkiego si  czepia! To tak, jakby cz owieka opad  ca y rój komarów. Mo na znie

 jednego komara,

ale niech pani sobie wyobrazi,  e s  ich miliony!

Rebeka Dew pomy la a o milionach komarów i ze zrozumieniem pokiwa a g ow .
- Bezustannie poucza pani  doktorow , jak powinna prowadzi  dom i w co si  ubiera . Ci gle patrzy mi na r ce i ma wszystko za z e.
Twierdzi te ,  e nigdy nie spotka a równie k ótliwych dzieci. Kochana panno Dew, widzia a pani przecie  na w asne oczy,  e nasze dzieci nigdy si

nie k óc . No, w ka dym razie bardzo rzadko.

- To najmilsze dzieci, z jakimi si  zetkn am w  yciu, panno Baker.
- Wtyka nos w nie swoje sprawy i ci gle w szy…
- Tak, zd

am to zauwa

, panno Baker.

- Bezustannie o co  si  obra a i zachowuje si  tak, jakby dzia a si  jej najwi ksza krzywda. Nigdy jednak nie czuje si  na tyle dotkni ta,  eby

wyjecha . Siedzi z t  swoj  min  osoby samotnej i lekcewa onej, co doprowadza do rozpaczy pani  doktorow . Nic jej nie odpowiada. Je li jest otwarte
okno, narzeka na przeci gi. Je li pozamykamy okna, powiada,  e jest jej za duszno. Nie znosi cebuli… Nawet jej zapachu. Mówi,  e zapach cebuli
przyprawiaj  o md

ci. Wi c pani doktorowa zdecydowa a,  e nie b dziemy u ywa  cebuli. Tymczasem - zako czy a dostojnie Zuzanna - my wszyscy

w Z otym Brzegu bardzo lubimy cebul , cho  by  mo e jest to gminne upodobanie.

- Ja tak e bardzo lubi  cebul  - wyzna a Rebeka Dew.
- Nie znosi kotów. Mówi,  e obecno

 kota przejmuje j  dreszczem, nawet wtedy gdy go nie widzi. Sama  wiadomo

,  e gdzie  w okolicy jest kot,

wystarcza. W zwi zku z tym biedny Odrobinek nie ma odwagi pokazywa  si  w domu. Nigdy specjalnie nie lubi am kotów, panno Dew, ale uwa am,  e
maj  one takie samo prawo do  ycia, jak wszystkie inne stworzenia. I te jej ci

e uwagi: „Zuzanno, prosz  pami ta ,  e nie wolno mi je

 jajek”,

„Zuzanno, jak cz sto mam ci powtarza ,  e nie mog  je

 zimnych tostów?”, „Zuzanno, niektórym jest oboj tne, czy esencja zosta a zagotowana, czy

nie, ale ja nie nale

 do tych szcz

liwców”. Zagotowana esencja! Jakbym ja kiedykolwiek poda a komu  tak  herbat !

- Nikt nie móg by pani o to pos dzi , panno Baker.
- Je li tylko istnieje jakie  pytanie, którego nie wypada oby zada , ona na pewno nie omieszka tego uczyni . Jest zazdrosna o to,  e doktor najpierw

wszystko mówi swojej  onie, a dopiero potem jej. I ci gle usi uje wyci gn

 od niego informacje dotycz ce pacjentów. Ogromnie go to irytuje, panno

Dew. Lekarz musi by  dyskretny, jak pani zapewne wie. A ten jej strach przed ogniem! „Zuzanno Baker - powiedzia a kiedy  do mnie - mam nadziej ,

e nigdy nie u ywasz do lamp oleju w glowego. I nie rozk adasz po domu zat uszczonych ga ganków. Wiadomo,  e mo e to w okamgnieniu

spowodowa  po ar. Czy chcia aby  sta  i patrze , jak ten dom p onie, Zuzanno Baker? I to maj c  wiadomo

,  e ty jeste  temu winna?” No, z tego

przynajmniej mog am si  zdrowo po mia . Tej samej nocy podpali a zas ony w swoim pokoju, a jej wrzask jeszcze dzisiaj d wi czy mi w uszach. Ale
si  u mia am! Biedny doktor, który nareszcie po

 si  spa  po dwóch nocach czuwania przy chorym, nie móg  nawet spokojnie odpocz

. A ju  do

istnej pasji doprowadza mnie to, panno Dew,  e zaczyna dzie  od przeliczenia jajek w spi arni. Z najwi kszym trudem hamuj  si ;  eby nie zapyta :
„Dlaczego nie przeliczy pani tak e 

ek?” Dzieci te  jej nie cierpi . Ale pani doktorowa zawsze stara si

agodzi  wszelkie zadra nienia. Gdy kiedy

doktor z  on  wyjecha  z domu, Mary Maria Blythe uderzy a Nan, poniewa  dziecko powiedzia o do niej „pani Matuzalemowo” powtarzaj c s owa tego
psotnika, Krzysia Forda.

- Ju  ja bym j  uderzy a! - rzek a z zaci to ci  w g osie Rebeka Dew.
- Ostrzeg am j ,  e je li jeszcze kiedy  zdarzy si  co  podobnego, to doprawdy nie odpowiadam za siebie. „Od czasu do czasu karcimy nasze dzieci

w Z otym Brzegu - powiedzia am jej - ale nigdy ich nie bijemy, prosz  to zapami ta ”. Przez ca y tydzie  by a obra ona i ponura, ale ju  nigdy nie

mieli a si  tkn

 palcem  adnego z dzieci. Ale bardzo lubi, gdy rodzice musz  je ukara . „Gdybym to ja by a twoj  matk ” - powiedzia a pewnego

wieczoru do Jima. „Och, ciocia nigdy nie b dzie niczyj  matk ” - odpar o biedne dziecko… sprowokowane do tego, droga panno Dew, po prostu
sprowokowane. Doktor pos

 go do 

ka bez kolacji, czy jednak my li pani,  e malec zasn  o pustym 

dku? Ju  kto  zadba  o niego.

- Ciekawe kto? - zachichota a Rebeka Dew, doskonale wszystko rozumiej c.
- A ona nie tkn a kolacji, poniewa  jej uczucia zosta y zranione, ale przed po

eniem si  spa  posz a do spi arni i zjad a kanapki, które zostawi am

dla biednego doktora. Zjad a co do okruszynki, droga panno Dew. Mam nadziej ,  e nie uzna mnie pani za niewierz

, gdy powiem,  e czasem nie

mog  poj

, jak dobry Bóg mo e znie

 niektórych ludzi.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Nie mo e jej pani pozwoli , by zniszczy a pani poczucie humoru, panno Baker - rzek a stanowczo Rebeka Dew.
- Och, wiem,  e nawet w beznadziejnej sytuacji mo na dostrzec co  zabawnego. Tylko czasami to jednak trudne. Przepraszam,  e zawracam pani

tym wszystkim g ow , droga panno Dew, ale je li si  nie wy al , to gotowam kiedy  wybuchn

.

- O, jak dobrze znam to uczucie, panno Baker.
- A teraz, droga panno Dew - rzek 
a Zuzanna rze ko - co by pani powiedzia a na fili ank  herbaty przed snem? I mo e kawa ek kurcz cia na zimno?
- Nigdy nie zaprzecza 
am - odpar a Rebeka Dew, wsuwaj c rozgrzane stopy w pantofle -  e chocia  nie powinno si  zapomina  o wy szych celach,

jedzenie nale y do jednej z przyjemniejszych rzeczy w  yciu doczesnym.

Rozdzia  XII
Gilbert wyjecha  na swoje polowanie na bekasy do Nowej Szkocji. Nawet Ani nie uda o si  go namówi , by zosta  tam d

ej ni  przez dwa tygodnie.

A potem listopad przyby  do Z otego Brzegu. Ciemne wydmy pokryte pasmami jeszcze ciemniejszych  wierków wygl da y pos pnie w wieczornym
mroku, a wiatr wiej cy znad Atlantyku zawodzi

nie, lecz Z oty Brzeg weso o ja nia  ogniem na kominku i rozbrzmiewa

miechem dzieci.

- Czemu wiatr nie jest szcz

liwy, mamusiu? - zapyta  Walter pewnego wieczoru.

- Poniewa  pami ta wszystkie smutne historie od pocz tku  wiata - odpar a Ania.
- Wiatr j czy, bo jest za du o wilgoci w powietrzu - poci gn a nosem ciotka Mary Maria. - Okropnie bol  mnie plecy.
Lecz niekiedy i wiatr wia  pogodnie w srebrzystych klonowych zagajnikach. Zdarza y si  tak e dni ca kiem bezwietrzne. Promienie jesiennego s

ca

pada y na ogo ocone z li ci drzewa, których d ugie cienie k ad y si  na trawnikach, a o zachodzie ca y  wiat nieruchomia  w mro nym powietrzu.

- Spójrzcie tylko na t  bia  gwiazd  nad topol  - rzek a Ania. - Ilekro  widz  co  tak pi knego, czuj  si  szcz

liwa tylko dlatego,  e  yj .

- Opowiadasz takie zabawne rzeczy, Andziu. Na Wyspie Ksi cia Edwarda gwiazdy s  ca kiem zwyk  rzecz  - odpar a ciotka Mary Maria, a

pomy la a: „Te  mi co , gwiazdy! Jakby nikt dot d nie widzia  gwiazd! Lepiej by Andzia zainteresowa a si  okropnym marnotrawstwem, jakie panuje w
kuchni. Czy by nie wiedzia a, jak Zuzanna szafuje jajkami i  e u ywa s oniny, podczas gdy odrobina ceresu w zupe no ci by wystarczy a? A mo e nic
jej to nie obchodzi? Biedny Gilbert! Jest ca kowicie pod pantoflem”.

Listopad przemin , roni c br zowe i szare barwy, a pewnego ranka  nieg okry  ca y  wiat sw  czarodziejsk  szat . Jim krzycz c z zachwytu zbieg

na  niadanie.

- Och, mamusiu, ju  nied ugo Bo e Narodzenie i przyjdzie  wi ty Miko aj!
- Chyba nie wierzysz ju  w  wi tego Miko aja?! - zawo

a ciotka Mary Maria. Ania rzuci a pe ne niepokoju spojrzenie Gilbertowi, który powiedzia

powa nie:
- Chcemy, aby nasze dzieci przebywa y w Krainie Ba ni tak d ugo, jak d ugo si  da, ciociu.
Szcz

liwie Jim nie zwróci  uwagi na s owa ciotki Mary Marii. Zarówno on, jak Walter zanadto byli poch oni ci pragnieniem, by jak najszybciej wyj

na cudownie o nie ony  wiat. Ani  zawsze ogarnia

al, gdy niszczono  ladami stóp pi kno nieskalanej  nie nej szaty, by o to jednak nieuniknione. O

zmierzchu usiad a przed kominkiem, rozkoszuj c si  urokiem wieczoru. Zachód p on  ponad bia ymi dolinami i fioletowymi wzgórzami. Ogie  weso o
igra  na kominku. W jego dr

cym blasku przedmioty w pokoju nagle jakby o ywa y, by zaraz zgin

 w mroku, cienie przemyka y i ko ysa y si . Wielkie

okno by o nie zas oni te i ca y pokój, wraz z ciotk  Mary Mari , która siedzia a wyprostowana jak  wieca, czarodziejsko odcina  si  jasn  plam  na
za nie onym trawniku. Ciotka Mary Maria nigdy nie pozwala a sobie na „rozk adanie si ” w fotelu.

Gilbert „roz

 si ” na kanapie, usi uj c nie my le  o tym,  e jeden z jego pacjentów zmar  na zapalenie p uc. Malutka Rilla próbowa a zje

 swoje

ró owe pi stki, a Odrobinek, skulony w k bek na dywaniku przed kominkiem, o miela  si  mrucze , ku ogromnemu niezadowoleniu ciotki Mary Marii.

- Je li ju  mówimy o kotach - zacz a ciotka patetycznym tonem… chocia  nikt o kotach nie mówi  - czy wszystkie koty z Glen z

y nam wizyt

ubieg ej nocy? Dziwi  si , jak mogli cie spa  przy tej kociej muzyce. Ale poniewa  mój pokój le y w tylnej cz

ci domu, przypuszczam,  e ja, niestety,

zosta am najszczodrzej uraczona tym darmowym koncertem.

Zanim ktokolwiek zd

 odpowiedzie , wesz a Zuzanna, mówi c,  e w sklepie spotka a pani  marsza kow  Elliot, która zamierza ich odwiedzi  w

drodze powrotnej. Zuzanna nie doda a,  e pani Elliot spyta a j  z niepokojem:

- Co si  dzieje z pani  Blythe, Zuzanno? Ubieg ej niedzieli w ko ciele wydawa a si  bardzo zm czona i zdenerwowana. Nigdy nie widzia am jej w

takim stanie.

- Mog  pani powiedzie , co si  dzieje z pani  Blythe - odpar a Zuzanna ponuro. - Cierpi na ci

 chorob  zwan  Mary Maria Blythe. A doktor wcale

tego nie dostrzega, chocia  uwielbia ziemi , po której st pa jego  ona.

- Czy  to nie po m sku? - podsumowa a pani Elliot.
- Och, to cudownie! - zawo

a Ania, wstaj c szybko, by zapali  lamp . - Od tak dawna nie widzia am panny Kornelii. Pos uchamy troch  ploteczek.

- I to nie byle jakich! - odezwa  si  ironicznie Gilbert.
- Ta kobieta to z

liwa plotkarka - rzek a ciotka Mary Maria surowo.

Po raz pierwszy w  yciu Zuzanna gwa townie stan a w obronie panny Kornelii.
- O nie, to nieprawda, panno Blythe, i nie znios , by mówiono tak o niej w mojej obecno ci. Z

liwa, te  co ! Czy s ysza a pani kiedy , panno Blythe,

o kotle, który przygania  garnkowi?

- Zuzanno… Zuzanno… - szepn a Ania b agalnie.
- Prosz  o wybaczenie, droga pani doktorowo. Przyznaj ,  e si  zapomnia am. Ale doprawdy nie sposób znie

 pewnych rzeczy.

Po czym drzwi zamkn y si  z trzaskiem, co nader rzadko zdarza o si  w Z otym Brzegu.
- Widzisz, Andziu? - powiedzia a znacz co ciotka Mary Maria. - S dz ,  e je li b dziesz patrzy a przez palce na takie wybryki s

cej, mo esz mie

z ni  du e k opoty.

Gilbert wsta  i poszed  do biblioteki, gdzie zm czony m

czyzna mo e liczy  na odrobin  spokoju. Ciotka Mary Maria, która nie lubi a panny Kornelii,

zabra a si  tak e. Panna Kornelia zasta a wi c Ani  sam , nisko pochylon  nad koszyczkiem Rilli. Nie zacz a, jak zwykle, od opowiadania ploteczek.
Od

ywszy na bok pakunki, usiad a przy Ani i uj a j  za r

.

- Aniu, kochanie moje, co si  dzieje? Widz ,  e co  jest nie tak. Czy ta wspania a istota, Mary Maria Blythe, zamierza zam czy  ci  na  mier ?
Ania próbowa a si  u miechn

.

- Och, panno Kornelio, wiem,  e to niem drze tak si  wszystkim przejmowa , ale dzi  w

nie czuj ,  e po prostu ju  nie znios  jej d

ej. Ona… ona

zatruwa nam  ycie…

- Dlaczego nie powiesz jej wprost,  eby wyjecha a?
- Nie mog , panno Kornelio. Przynajmniej ja nie mog , a przecie  nie zrobi tego Gilbert. Mówi,  e nikomu nie  mia by spojrze  w oczy, gdyby

wypowiedzia  dom osobie nale

cej do jego rodziny.

- Do diab a! - zawo

a panna Kornelia. - Przecie  ona ma mnóstwo pieni dzy i w asny, porz dny dom. Wi c o czym tu mówi , je li poprosi si

spokojnie, by wróci a na w asne  mieci?

- Wiem… Ale Gilbert… Nie s dz , aby on zdawa  sobie spraw  ze wszystkiego. Jest tak cz sto poza domem. Zreszt  w gruncie rzeczy s  to

drobnostki… Wstyd mi…

- Rozumiem, kochanie. S  to drobnostki, z których sk ada si

ycie. Oczywi cie  aden m

czyzna tego nie pojmie. Mam znajom  w Charlottetown,

która dobrze zna Mary Mari  Blythe. Mówi,  e nigdy w  yciu nie mia a ona przyjació ki i  e powinna nosi  nazwisko Blight*, a nie Blythe. Musisz si
zdoby  na to, by powiedzie  Gilbertowi,  e nie wytrzymasz z ni  ani chwili d

ej.

- Czuj  si  tak, jak to czasami bywa w snach, kiedy chce si  biec, a mo na jedynie z trudem pow óczy  nogami - rzek a Ania pos pnie. - Taki stan

ogarnia mnie coraz cz

ciej i z ka dym dniem jest gorzej. Jak nieprzyjemne s  teraz chwile, gdy siadamy do sto u! Gilbert powiada,  e nie umie ju

kroi  mi sa.

- A wi c co  nieco  odczuwa - mrukn a z sarkazmem panna Kornelia.
- Nie mo emy swobodnie rozmawia  przy stole. Wystarczy,  e które  z nas si  odezwie, ona natychmiast zaczyna to komentowa . Bez przerwy

strofuje dzieci,  e  le si  zachowuj , i przy go ciach mówi o ich wadach. Kiedy  nasze posi ki by y naprawd  wspania e, a teraz! Ona jest taka ponura, a
wie pani, jak my lubimy si

mia . W ka dej sytuacji które  z nas dostrzega, a raczej dostrzega o co  komicznego. Ciotka nie przepu ci nikomu. Dzi

powiedzia a: „Gilbercie, nie b

 taki zas piony. Czy pok óci

 si  z Andzi ?” A my po prostu siedzieli my w milczeniu. Wie pani,  e Gilbert zawsze

jest przygn biony, gdy umrze pacjent, którego móg , wed ug swego przekonania, utrzyma  przy  yciu. Nast pnie wyg osi a nam wyk ad, jacy to
jeste my nierozs dni, i udzieli a rady, by my czym pr dzej, zanim s

ce zajdzie, doszli do zgody. Och, pó niej serdecznie  mieli my si  z tego… ale

kiedy to mówi a!!! Obie z Zuzann  nie znosz  si  nawzajem. Pomimo moich pró b i uwag Zuzanna wci

 mruczy pod nosem,  e istniej  pewne granice

go cinno ci. A naprawd  wybuch a, gdy ciotka oznajmi a,  e nigdy jeszcze nie widzia a takiego k amczucha jak Walter. S ysza a bowiem,  e opowiada
Di d ug  histori  o tym, jak spotka  cz owieka z ksi

yca i jak ze sob  rozmawiali. Ciotka chcia a mu wyszorowa  usta wod  z myd em. Ale  si  wtedy z

Zuzann  pok óci y. Ci gle te  karmi dzieci jakimi  przera aj cymi historiami. Powiedzia a Nan o dziecku, które by o niegrzeczne i umar o we  nie. Od
tego czasu Nan boi si  zasn

. Z kolei pocieszy a Di,  e je eli b dzie grzeczn  dziewczynk , rodzice pokochaj  j  równie gor co jak Nan, pomimo jej

rudych w osów. Gilbert bardzo si  rozgniewa , gdy o tym us ysza , i powiedzia  jej par  ostrych s ów.  ywi am, przyznaj , nadziej ,  e mo e ciotka tym
razem obrazi si  na dobre i wyjedzie, chocia  nie chcia abym, aby ktokolwiek opuszcza  mój dom z uraz  w sercu. Ale niestety. Jej du e, niebieskie
oczy wype ni y si

zami i odpar a,  e nie mia a nic z ego na my li. Zawsze s ysza a,  e bli ni t nie kocha si  tak samo, i uwa

a,  e my wolimy Nan, a

Di to wyczuwa. Przez ca  noc potem p aka a. Gilbert czu  si  jak ostatni brutal… i przeprosi  j .

- Czego innego mo na si  spodziewa  po m

czy nie! - rzek a panna Kornelia.

- Och, nie powiedzia abym tak, panno Kornelio. Gdy robi  rachunek sumienia, czuj ,  e jestem chyba zbyt ma ostkowa, nawet je li pobyt ciotki

utrudnia nam  ycie. Zreszt  ona nie zawsze jest taka niezno na… Czasami zdarza si ,  e potrafi by  mi a…

- Naprawd ? - w g osie panny Kornelii zabrzmia a ironia.
- Tak. I uprzejma. Us ysza a, jak mówi am,  e chcia abym mie  popo udniowy serwis do herbaty. Pojecha a specjalnie do Toronto i kupi a mi taki…

Och, panno Kornelio, jaki on jest brzydki! Ania roze mia a si  i westchn a. I znów roze mia a.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Nie b dziemy wi cej o niej mówi . Gdy si  ju  wy ali am… jak ma e dziecko… widz  to mniej czarno. Prosz  spojrze  na male

 Rill , panno

Kornelio. Czy jej rz sy nie s

liczne, gdy  pi? Teraz utniemy sobie ma  pogaw dk .

Gdy panna Kornelia wysz a. Ania przez par  chwil siedzia a zamy lona przy kominku. Nie powiedzia a pannie Kornelii wszystkiego. A Gilbert wielu

spraw nie zauwa

.

..Nie powinnam by a uskar

 si  na te b ahostki - pomy la a Ania. - Chocia  w

nie one niszcz  nam  ycie… jak mole”.

Nagle Ania przypomnia a sobie s owa panny Kornelii,  e Mary Maria Blythe nigdy nie mia a przyjació ki. To okropne! Ania, posiadaj ca tak wielu

przyjació , poczu a gwa towny przyp yw wspó czucia dla tej kobiety, pozbawionej wszelkich wi zów przyja ni, kobiety, której nie czeka o ju  nic poza
smutn , samotn  staro ci . Nikt nie zwróci si  do niej, by szuka  schronienia i oparcia, nadziei i pomocy, mi

ci i ciep a. Musz  mie  dla niej wi cej

cierpliwo ci. Jej dokuczliwo

 by a przecie  spraw  powierzchown . Nie mog a zatru  g bokiego nurtu  ycia.

- Pozwoli am sobie na karygodne u alanie si  nad sob  - powiedzia a Ania, wyjmuj c Rill  z koszyka i przytulaj c twarz do jej pulchnych,

aksamitnych policzków. - Ale chwila s abo ci min a i teraz doprawdy a  mi wstyd.

Rozdzia  XIII
- Ostatnio nie miewamy staro wieckich zim, prawda, mamusiu? - rzek  pos pnie Walter. Listopadowy  nieg dawno stopnia  i przez ca y grudzie

Glen St. Mary by o miejscem czarnym i ponurym, uj tym w ramy szarych wód zatoki pokrytej k dzierzawymi grzywami  nie nobia ej piany. Zdarzy o si
zaledwie kilka s onecznych dni, kiedy zatoka iskrzy a si  w z ocistych obj ciach wzgórz. Przewa nie jednak panowa o przygn biaj ce zimno. Na pró no
mieszka cy Z otego Brzegu oczekiwali z nadziej ,  e przed Bo ym Narodzeniem spadnie  nieg. Pomimo to, jak co roku, czyniono przygotowania do

wi t. Gdy nadszed  ostatni tydzie  grudnia, Z oty Brzeg wype ni y tajemnicze szepty i cudowne zapachy. W przeddzie  Bo ego Narodzenia wszystko

by o gotowe. Przyniesione przez ch opców drzewko  wierkowe ustawiono w rogu salonu. Na oknach i drzwiach zawieszano wielkie zielone wianki
przewi zane czerwonymi kokardami. Por cze schodów owini to ga zkami jod owymi, a spi arnia Zuzanny by a wype niona po brzegi. Nagle, pó nym
popo udniem, kiedy ju  wszyscy po egnali si  z nadziej  na  nieg i pogodzili z my

 o mokrej, „zielonej” Gwiazdce, kto  wyjrza  przez okno i zobaczy

sto padaj ce bia e p atki, wielkie jak piórka.

-  nieg!  nieg!  nieg! - wykrzykn  Jim. - Gwiazdka b dzie mimo wszystko bia a, mamusiu!
Dzieci ze Z otego Brzegu po

y si  spa  uszcz

liwione. Jak mi o by o wtuli  si  w cieplutk  po ciel i nas uchiwa  wichury, która hucza a na

dworze. Ania i Zuzanna zacz y ubiera  choink … „Zachowuj  si  jak dzieci!” - pomy la a ciotka Mary Maria pogardliwie. Nie pochwala a umieszczania
na drzewku  wieczek - „bo mo e od nich zapali  si  dom”. Nie podoba y si  jej równie  kolorowe bombki… „a nu  bli niaczki je zjedz ”. Nikt jednak nie
zwraca  na ni  uwagi. Wszyscy stwierdzili,  e to jedyny sposób,  eby z ni  wytrzyma .

- Sko czone! - zawo

a Ania, gdy umie ci a na szczycie dumnego  wierczka du

, srebrn  gwiazd . - Och, Zuzanno, prawda, jaka jest  adna? Czy

to nie wspania e,  e w czasie Bo ego Narodzenia mo emy znowu by  dzie mi i nie wstydzi  si  tego! Tak si  ciesz ,  e spad

nieg… ale mam

nadziej ,  e wichura sko czy si  do rana.

- Z pewno ci  potrwa przez ca y jutrzejszy dzie  - rzek a ciotka Mary Maria stanowczo. - Czuj  to w moich biednych plecach.
Ania przesz a przez hol, otworzy a drzwi frontowe i wyjrza a na dwór. Ca y  wiat ton  w bia ym szale stwie  niegowej zadymki. Szyby w oknach

oblepi  p dzony wiatrem  nieg. Szkocka sosna wygl da a jak ogromny, spowity w prze cierad o duch.

- Nie zapowiada si  to optymistycznie - przyzna a Ania z  alem.
- Ci gle jeszcze Pan Bóg zarz dza pogod , nie Mary Maria Blythe, droga pani doktorowo - powiedzia a Zuzanna, wygl daj c na dwór ponad jej
ramieniem.
- Mam nadziej ,  e chocia  dzi  wieczorem nie b dzie  adnego wezwania do chorego - rzek a Ania i wróci a do pokoju.
Zuzanna popatrzy a jeszcze przez chwil  w ciemno

, po czym zamkn a drzwi przed  niegow  zamieci .

-  eby  mi tylko nie urodzi a dzi  dziecka! - rzuci a surow  przestrog  w stron  Glen, gdzie pani Drew oczekiwa a ósmej pociechy.
Pomimo ponurych przewidywa  ciotki Mary Marii wichura wyszala a si  w nocy i rankiem purpurowy blask wschodz cego s

ca zala  o nie one

doliny i wzgórza. Dzieciarnia wcze nie zerwa a si  z 

ek, pe na oczekiwania i radosnego napi cia.

- Czy  wi ty Miko aj zdo

 przyjecha  pomimo burzy, mamusiu?

- Nie. Rozchorowa  si  i nawet nosa nie wytkn  na dwór - odpar a ciotka Mary Maria, która by a w dobrym, jak na ni , humorze i mia a ochot
po artowa .
-  wi ty Miko aj dotar  do nas bez trudu - wtr ci a Zuzanna, zanim w oczach dzieci zgas a rado

. - Po  niadaniu zobaczycie, co wyczarowa  na

waszej choince.

Gdy ju  zjedzono  niadanie, tata ukradkiem wyszed  z pokoju, lecz nikt tego nie zauwa

. Wszyscy byli zanadto poch oni ci  liczn  choink

przybran  z ocistymi i srebrnymi bombkami i ja niej

wiate kami. Pod ni  pi trzy y si  paczuszki, owini te w kolorowe papiery i przewi zane

pi knymi wst

kami. Po chwili pojawi  si

wi ty Miko aj, wspania y  wi ty Miko aj w karmazynowym futrze, z d ug  bia  brod  i z takim  miesznym,

du ym brzuchem. Zuzanna wepcha a a  trzy poduszki do aksamitnego worka, który na t  okazj  Ania specjalnie uszy a. Shirley z pocz tku rozp aka  si
ze strachu, ale mimo to nie pozwoli , by wyniesiono go z pokoju.  wi ty Miko aj rozda  prezenty, mówi c ka demu kilka mi ych s ów. Jego g os brzmia
spod maski dziwnie znajomo. Pod koniec uroczysto ci wr czania podarków waciana broda Miko aja zaj a si  ogniem od  wieczki i ciotka Mary Maria
mia a swoj  drobn  satysfakcj  z powodu tego wydarzenia. Jak zwykle nie mog a si  powstrzyma  od ponurych i 

osnych westchnie .

- O tak, Bo e Narodzenie obecnie nie umywa si  do Gwiazdki z mojego dzieci stwa - i z dezaprobat  spojrza a na prezent, który Ma a El bieta

przys

a Ani z Pary a. By a to pi kna, wykonana z br zu kopia Artemidy ze Srebrnym  ukiem. - Có  to za bezwstydnica? - spyta a surowo.

- Bogini Diana - odpowiedzia a Ania, wymieniaj c porozumiewawcze spojrzenie z Gilbertem.
- Aha, poganka! No, tego jeszcze brakowa o. Gdybym by a tob , Andziu, postawi abym j  w takim miejscu,  eby dzieci nie mog y jej ogl da .

Czasem zaczynam my le ,  e cnota zwana skromno ci  znik a z tego  wiata. Moja babka - zako czy a ciotka Mary Maria z charakterystycznym dla
siebie brakiem konsekwencji - nigdy nie nosi a mniej ni  trzy halki, i latem, i zim .

Ciotka Mary Maria z okropnej czerwonej w óczki zrobi a na drutach r kawiczki dla wszystkich dzieci, a dla Ani sweter. Gilbert dosta  od niej krawat w

kolorze w trobianym, a Zuzanna purpurow  halk  z flaneli. Nawet Zuzanna uwa

a,  e purpurowe halki z flaneli nie s  w najlepszym gu cie, ale

grzecznie podzi kowa a ciotce.

„Jaki  ubogi dom misyjny mia by z tego wi ksz  pociech  - my la a. - Trzy halki, doprawdy! Pochlebiam sobie,  e jestem przyzwoit  kobiet , a

podoba mi si  ta osoba ze srebrnym  ukiem. Mo e nie jest zbyt kompletnie ubrana, ale gdybym to ja mia a tak  figur , nie wiem, czy chcia abym j
ukrywa  pod sukni . Ale teraz czas zaj

 si  nadzieniem do indyka… chocia  có  to za nadzienie, do którego nie doda si  cebuli”.

Tego dnia w Z otym Brzegu go ci o szcz

cie, zwyk e staro wieckie szcz

cie, pomimo obecno ci ciotki Mary Marii, która z pewno ci  nie lubi a

widoku szcz

liwych ludzi.

- Ja prosz  tylko bia e mi so. Jakubie, jedz grzecznie swoj  zup ! Ach, Gilbercie, nie kroisz mi sa tak dobrze, jak twój ojciec. On wiedzia , jak dzieli

mi so tak, by ka dy by  zadowolony. Dziewczynki, nie przeszkadzajcie doros ym w rozmowie! Mnie wychowano wed ug zasady,  e dzieci powinno si
widzie , lecz nie powinno si  ich s ysze . Nie, dzi kuj , Gilbercie, nie wezm  sa atki. Nie jadam  adnych surowizn. Owszem, Andziu, poprosz  o
odrobin  puddingu. Rolady mi sne s  zbyt ci

ko strawne.

- Rolady mi sne Zuzanny to poematy, a jej szarlotki to liryki - powiedzia  Gilbert. - Daj mi kawa ek jednego i drugiego, dziewczynko Aniu.
- Czy naprawd  lubisz, by nazywano ci  dziewczynk  w twoim wieku, Andziu? (Walterze, doko cz ten kawa ek chleba z mas em. Wiele biednych

dzieci cieszy oby si , gdyby mog o go dosta . Jakubie, mój drogi, wytrzyj nos, nie mog  znie

 poci gania nosem).

A jednak mimo wszystko by y to radosne i cudowne  wi ta. Nawet ciotka Mary Maria odtaja a nieco po obiedzie i  askawie orzek a,  e prezenty, które

dosta a, s  ca kiem  adne. Wytrzyma a tak e obecno

 Odrobinka, co prawda z min  prawdziwej m czennicy. Sprawi o to,  e wszyscy poczuli si

troch  zawstydzeni, i  tak lubi  tego kota.

- My

,  e nasze maluchy mia y dzi  uroczy dzie  - z zadowoleniem rzek a Ania tego wieczoru, spogl daj c na drzewa, rysuj ce si  wzorzy cie na

tle wzgórz i nieba, opromienionego blaskiem zachodz cego s

ca. Dzieci w

nie wybieg y na dwór, by rozrzuci  okruszynki chleba dla ptaszków.

Wiatr cicho poj kiwa  w ga ziach, wznosz c tumany  niegu i zapowiadaj c kolejn  wichur . Ale Z oty Brzeg prze

 dzisiaj swoje wspania e,

wi teczne godziny.

- Chyba istotnie by  to dla nich mi y dzie  - zgodzi a si  ciotka Mary Maria. - W ka dym razie wykrzyczeli si  za wszystkie czasy. A co do tego, ile

zjedli… no có , raz jest si  dzieckiem i mam tylko nadziej ,  e nie zabraknie ci oleju rycynowego.

Rozdzia  XIV
By a to, jak mówi a Zuzanna, zima w kratk . Nag e ocieplenia i nawroty mrozu ozdabia y Z oty Brzeg fr dzlami sopli. Dzieci karmi y siedem sójek,

które przylatywa y regularnie do sadu po swoje porcje i pozwala y  apa  si  Jimowi, cho  ucieka y od innych dzieci. W styczniu i lutym Ania wertowa a
nocami katalogi nasion. Potem marcowe wiatry zawirowa y nad wydmami, przystani  i wzgórzami. Zuzanna mówi a,  e wielkanocne zaj czki wysiaduj

jajka.
- Prawda,  e marzec jest wspania ym miesi cem, mamusiu? - wo

 Jim, który czu  si  prawdziwie w swoim  ywiole, kiedy na dworze wia  wiatr.

Prze yli te  chwile niepokoju, kiedy Jim zadrasn  si  w r

 zardzewia ym gwo dziem. Przez kilka dni mia  gor czk . Ciotka Mary Maria skorzysta a

z okazji, aby opowiedzie  wszystkie znane sobie historie o ludziach, którzy zmarli na zaka enie krwi. Gdy niebezpiecze stwo min o, Ania u wiadomi a
sobie,  e musi si  przygotowa  na wiele jeszcze podobnych prze

 maj c ma ego syna, który ci gle poszukuje nowych przygód.

A potem nasta  kwiecie ! Kwietniowe deszcze  mia y si  i p aka y, szepta y i nuci y, pl sa y i wirowa y.
- Och, mamusiu, prawda,  e  wiat ma teraz  licznie wymyt  buzi ? - zawo

a Di pewnego poranka, gdy nareszcie pojawi o si  s

ce.

Blade wiosenne gwiazdy  wieci y ponad zamglonymi polami, a na wierzbach, rosn cych na moczarach, pojawi y si  bazie. Wydawa o si ,  e nawet

malutkie ga zki na drzewach w jednej chwili straci y zimow  sztywno

, sta y si  mi kkie i wiotkie. Przylot pierwszego drozda by  prawdziwym

wydarzeniem. Dolina zamieni a si  w miejsce pe ne cudów budz cej si  do  ycia natury. Jim przyniós  mamie pierwsze konwalie, ku niezadowoleniu
ciotki Mary Marii, która uwa

a,  e to ona powinna je otrzyma . Zuzanna zabra a si  do porz dków na strychu. Ania przez ca  zim  nie mia a dla

siebie ani chwilki czasu. Teraz, pe na wiosennej rado ci  ycia, ca e dnie sp dza a w ogrodzie, gdzie Odrobinek dawa  upust swojemu temperamentowi,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

szalej c po  cie kach.
- Dbasz o ogród bardziej ni  o w asnego m

a, Andziu - zauwa

a ciotka Mary Maria.

- Mój ogród jest dla mnie taki mi y… - odpar a Ania z rozmarzeniem… a po chwili, u wiadamiaj c sobie, jakie wnioski mo na by o wyci gn

 z jej

ów, zacz a si

mia .

- Wyg aszasz nies ychanie oryginalne pogl dy, Andziu. Oczywi cie wiem,  e nie chcia

 przez to powiedzie , i  Gilbert jest dla ciebie niemi y. Ale co

by by o, gdyby us ysza  to kto  obcy?

- Droga ciociu - odpar a Ania weso o - doprawdy nie mo na mnie wini  za to, co mówi  o tej porze roku. Wszyscy, którzy mnie znaj , dobrze o tym

wiedz . Zawsze na wiosn  jestem odrobin  szalona. Ale jakie  to boskie szale stwo. Czy zauwa

a ciocia te mg y nad wydmami? Podobne s  do

ta cz cych wró ek. A jak si  cioci podobaj

onkile? Nigdy dot d nie mieli my w naszym ogrodzie takiej ilo ci  onkili.

- Nie lubi  ich. To takie nienaturalne kwiaty - odpowiedzia a ciotka Mary Maria. Otuli a si  szalem i wesz a do domu, by uchroni  swe plecy przed

dzia aniem  wie ego, wiosennego powietrza.

- Czy pani wie, droga pani doktorowo - rzek a Zuzanna pos pnie - co si  sta o z tymi narcyzami, które chcia a pani zasadzi  w cienistym zak tku?

Dzi  po po udniu, gdy pani wysz a, ona je zasadzi a, i to w najbardziej s onecznym miejscu.

- Och! Zuzanno! Niestety nie mo emy ich przesadzi , bo poczu aby si  ura ona.
- Gdyby pozwoli a mi pani powiedzie  s owo, droga pani doktorowo…
- Nie, nie, Zuzanno, zostawmy je tam na razie. Pami tasz, jak p aka a, gdy powiedzia am jej,  e nie powinna by a szczepi  spirei przed kwitni ciem.
- W dodatku nasze  onkile jej si  nie podobaj … S  przecie  s ynne w ca ej wiosce.
- I zas uguj  na to. A opini  ciotki Mary Marii wcale si  nie przejmuj. Spójrz, Zuzanno, nasze nasturcje jednak wschodz , a przecie  ju  niemal

straci am wszelk  nadziej . Zamierzam za

 ma y ogródek ró any w po udniowo-zachodnim zak tku. Sama nazwa „ogród ró any” wzbudza we mnie

rozkoszny dreszcz. Czy widzia

 kiedy , Zuzanno, taki szafirowy b kit nieba? Je li b dziesz bardzo uwa nie nas uchiwa a odg osów nocy, us yszysz,

jak wszystkie strumienie ziemi gaw dz  ze sob . Chyba sp dz  dzisiejsz  noc w Dolinie, z poduszk  z fio ków pod g ow .

- By oby tam pani wilgotno i ch odno - stwierdzi a ze stoick  cierpliwo ci  Zuzanna. Przywyk a ju ,  e pani doktorowa zawsze opowiada takie

banialuki na wiosn . Ale to jej przejdzie.

- Zuzanno - zacz a przymilnie Ania - chc  urz dzi  przyj cie urodzinowe w przysz ym tygodniu.
- Czemu nie? - spyta a Zuzanna. Nikt z rodziny nie mia  co prawda w przysz ym tygodniu urodzin, ale je li pani doktorowa ma ochot  wyda

przyj cie, nic nie stoi temu na przeszkodzie.

- Dla ciotki Mary Marii - kontynuowa a Ania, jak kto , zdecydowany wyzna  najgorsze. - Jej urodziny przypadaj  w przysz ym tygodniu. Gilbert

powiedzia  mi,  e ciotka ko czy pi

dziesi t pi

 lat, pomy la am wi c…

- Droga pani doktorowo, czy naprawd  zamierza pani robi  przyj cie dla tej…
- Policz do stu, Zuzanno, policz do stu… By oby jej tak mi o. Co ona w ko cu ma z  ycia?
- To jej wina.
- By  mo e. Ale uwierz mi, Zuzanno, naprawd  chc  to dla niej zrobi .
- Droga pani doktorowo - rzek a Zuzanna spokojnie. - Zawsze by a pani taka mi a,  e dawa a mi tydzie  wolnego, kiedy tylko potrzebowa am. My

,

e b dzie dobrze, je li skorzystam z tego w przysz ym tygodniu. Poprosz  moj  siostrzenic , Gladys, aby przysz a pani pomóc. I wtedy Mary Maria

Blythe mo e mie  ca y tuzin przyj

 urodzinowych, je li o mnie chodzi.

- Skoro tak to widzisz, Zuzanno, oczywi cie zrezygnuj  z mojego pomys u - powiedzia a powoli Ania.
- Droga pani doktorowo, ta kobieta bezczelnie si  tu wprosi a i zamierza chyba pozosta  po kres swoich dni. Denerwuje pani , musztruje doktora,

obrzydza  ycie dzieciom. Nie mówi  o sobie, bo kim e ja jestem? Wiecznie zrz dzi, gdera, j czy, ma wszystko wszystkim za z e, a pani chce urz dza
dla niej przyj cie urodzinowe? No ale có , nie mam innego wyj cia - je li pani tak chce, musimy je urz dzi .

- Zuzanno kochana!
W ci gu kolejnych dni Ania z przej ciem planowa a przebieg uroczysto ci. Zuzanna, gdy ju  pogodzi a si  z t  my

, by a zdecydowana wyprawi

przyj cie, które nie przyniesie wstydu Z otemu Brzegowi i nie da ciotce Mary Marii najmniejszych powodów do narzeka .

- My

,  e wydamy obiad, Zuzanno. Wówczas go cie wyjd  wystarczaj co wcze nie, by my zd

yli jeszcze z doktorem do Lowbridge na koncert.

Zachowamy tajemnic ,  eby sprawi  jej ca kowit  niespodziank . Nie b dzie wiedzia a o niczym do ostatniej chwili. Zaprosz  z Glen wszystkie osoby,
które ona lubi…

- Czy w ogóle s  takie?
- W ka dym razie te, których obecno

 toleruje. I jej kuzynk , Adel  Carey z Lowbridge, a tak e kilka osób z miasta. Upieczemy wielki, okaza y tort

urodzinowy z pi

dziesi cioma pi cioma  wieczkami.

- I ten tort oczywi cie ja mam zrobi .
- Zuzanno, wiesz doskonale,  e twoje ciasta owocowe nie maj  równych sobie na ca ej Wyspie Ksi cia Edwarda.
- Wiem tylko,  e jestem jak wosk w pani r kach, droga pani doktorowo.
Zbli

 si  oznaczony dzie . W Z otym Brzegu zapanowa a atmosfera tajemniczo ci. Wszyscy przysi gli,  e nie zdradz  sekretu ciotce Mary Marii.

Ale Ania i Zuzanna nie wzi y pod uwag  miejscowych plotkarek. Gdy w przeddzie  przyj cia ciotka Mary Maria wróci a wieczorem do domu z wizyty,
któr  z

a komu  w Glen, obie siedzia y zm czone w nie o wietlonym pokoju.

- Co tu tak ciemno, Andziu? Nie mog  poj

, dlaczego niektórzy lubi  przesiadywa  w ciemno ciach. Mnie osobi cie przyprawi oby to o napad

melancholii.
- Ale  to nie jest ciemno

. To zmierzch… Mrok i  wiat o splot y si  w mi osnym u cisku i zmierzch jest przepi knym tego owocem… - wyszepta a

Ania bardziej do siebie ni  do ciotki.

- Mam nadziej ,  e chocia  ty sama rozumiesz sens tego, co mówisz, Andziu. A wi c jutro wyprawiacie przyj cie?
Ania wyprostowa a si  gwa townie.
- Ale … ciociu…
- Zawsze o wszystkim dowiaduj  si  od obcych - rzek a ciotka Mary Maria raczej ze smutkiem ni  z gniewem.
- My… my chcia

my zrobi  ci niespodziank , ciociu…

- Nie rozumiem, po co komu przyj cia o tej porze roku, kiedy pogoda jest taka paskudna.
Ania odetchn a z ulg . Najwyra niej ciotka Mary Maria wiedzia a tylko o tym,  e przyj cie ma si  odby , a nie domy la a si ,  e ma ono zwi zek z

jej osob .

- Chcia am urz dzi  je, zanim przekwitn  wiosenne kwiaty, ciociu.
- W

 moj  granatow  sukni  z tafty. S dz , Andziu,  e gdybym nie dowiedzia a si  o przyj ciu we wsi, go cie zastaliby mnie w mojej codziennej

bawe nianej sukience.

- Och nie, ciociu. Oczywi cie zamierzali my powiedzie  ci o tym na tyle wcze nie,  eby  zd

a si  przebra .

- Có , je li moja opinia cho  troch  ci  obchodzi, Andziu… a coraz cz

ciej zaczynam w to w tpi … uwa am,  e na przysz

 by oby lepiej, gdyby

nie utrzymywa a wszystkiego w tajemnicy. Nawiasem mówi c, czy wiesz, i  we wsi mówi ,  e to Jim rzuci  kamieniem w okno ko cio a metodystów?

- Nie zrobi  tego - odpar a Ania spokojnie. - Tak mi powiedzia .
- Czy jeste  pewna, Andziu,  e nie sk ama ?
- Ca kowicie, ciociu. Jim nigdy jeszcze nie sk ama .
- No tak. S dzi am tylko,  e powinna  wiedzie , co ludzie mówi . Ciotka Mary Maria wysz a z pokoju jak zwykle wynios a i pe na godno ci,

ostentacyjnie omijaj c Odrobinka, który przewróci  si  na grzbiet w nadziei,  e zach ci kogo  do zabawy.

- Chyba pójd  ju  spa , Zuzanno. Mam nadziej ,  e jutro b dzie  adny dzie . Nie podoba mi si  tylko ta ciemna chmura nad przystani  - rzek a Ania.
- B dzie  adnie, pani doktorowo - zapewni a j  Zuzanna. - Tak mówi almanach.
Zuzanna posiada a almanach, który przepowiada  pogod  na ca y rok. Przepowiednie te sprawdza y si  na tyle cz sto,  e mo na by o im ufa .
- Zostaw boczne drzwi otwarte dla doktora, Zuzanno. By  mo e pó no wróci z miasta. Pojecha  po ró e… Pi

dziesi t pi

 z ocistych ró .

ysza am, jak ciotka Mary Maria mówi a,  e 

te ró e to jedyne kwiaty, jakie lubi.

W pó  godziny pó niej Zuzanna czytaj c jak co wieczór jeden rozdzia  z Biblii, natrafi a na werset: „Opu

 dom s siada twego, zanim zm czy si  tob

i znienawidzi ci ”. Za

a t  stron  ga zk  bo ego drzewka. „Jak wida , jest to problem aktualny od zarania dziejów” - pomy la a.

Nazajutrz Ania i Zuzanna obudzi y si  wcze nie. Chcia y zako czy  ostatnie przygotowania, zanim ciotka Mary Maria zacznie si  kr ci  po domu.

Ania zawsze lubi a wstawa  przed  witem, by uchwyci  t  czarown  chwil , kiedy  wiat nale y jeszcze do wró ek i dawnych bogów. Budz cy si  do

ycia dzie  ton  w bladoró owym blasku. Pierwsze, s abe jeszcze, delikatne promienie s

ca s

y si  na wydmach, a nad dachami wioski unosi y si

nie mia o fioletowe smu ki dymu.

- Pogoda jak na zamówienie, droga pani doktorowo - powiedzia a Zuzanna z zadowoleniem, ubieraj c wiórkami kokosowymi wspania y tort w

pomara czowej polewie z lukru. - Po  niadaniu wypróbuj  swoje r ce na tych modnych ma lanych kuleczkach. B

 te  co pó  godziny dzwoni a do

Cartera Flagga, przypominaj c mu,  e ma na czas dostarczy  lody. I jeszcze zd

 wyszorowa  schody wej ciowe.

- Czy to konieczne, Zuzanno?
- Droga pani doktorowo, przecie  przyjdzie te  pani marsza kowa Elliot, prawda? Ona mo e wej

 do naszego domu tylko po nieskazitelnie czystych

schodach. Czy przyozdobi pani pokój, droga pani doktorowo? Nie urodzi am si  z darem uk adania kwiatów.

- Cztery ciasta! O rety! - zawo

 Jim.

- Je li wydajemy przyj cie - rzek a wynio le Zuzanna - to wydajemy przyj cie.
Go cie nadeszli we w

ciwym czasie. Powita a ich ciotka Mary Maria, ubrana w granatow  sukni , oraz Ania, która w

a powiewn  sukienk  z

cienkiego kremowego jedwabiu. Zamierza a ubra  si  w bia  mu linow  sukienk , gdy  dzie  by  wyj tkowo ciep y, ale w ko cu si  rozmy li a.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Bardzo rozs dnie, Andziu - pochwali a j  ciotka Mary Maria. - Zawsze twierdzi am,  e jedynie bardzo m odym osobom jest dobrze w bieli.
Wszystko sz 
o zgodnie z planem. Stó  wygl da  prze licznie. Ania u

a swojego najelegantszego serwisu i ustawi a w wazonach bukiety fioletowych

i bia ych irysów. Kuleczki ma lane Zuzanny odnios y ca kowity sukces. Nigdy jeszcze w Glen nie kosztowano równych przysmaków. Zupa  mietanowa
okaza a si  absolutn 
 doskona

ci , a sa atka z kurcz cia zosta a przyrz dzona z kurcz t w asnego chowu, którymi Z oty Brzeg s yn  w ca ym Glen.

Carter Flagg nie zapomnia  na czas przys

 lodów. Wreszcie do pokoju wkroczy a Zuzanna z tortem urodzinowym w którym tkwi o pi

dziesi t pi

wieczek. Wnios a go triumfalnie, na wielkim pó misku, i postawi a przed ciotk  Mary Mari .

Ania, na zewn trz u miechni ta i pogodna pani domu, czu a dziwny niepokój. Pomimo i  z pozoru wszystko sz o jak z p atka, mia a g bokie

wewn trzne przekonanie,  e co  jest nie w porz dku. By a zbyt zaj ta witaniem go ci, by spostrzec, jak zmieni a si  na twarzy ciotka Mary Maria, gdy
pani marsza kowa Elliot z

a jej serdeczne  yczenia urodzinowe. Jednak z chwil , gdy wszyscy zasiedli do sto u, Ania zauwa

a,  e ciotka Mary

Maria wygl da na osob , o której mo na powiedzie  wszystko poza tym,  e jest zadowolona. By a po prostu sina… chyba nie ze z

ci?! W czasie

posi ku nie odzywa a si  ani s owem, poza krótkimi odpowiedziami na skierowane do niej pytania. Zjad a zaledwie dwie 

ki zupy i trzy k sy sa atki.

Lodów za  w ogóle nie tkn a.

Gdy Zuzanna postawi a przed solenizantk  wspania y tort z mnóstwem p on cych  wieczek, ciotka wyda a przera liwy j k, w którym by o

powstrzymywane  kanie, przechodz ce w st umiony krzyk.

- Ciociu, czy dobrze si  czujesz? - zawo

a Ania. Ciotka Mary Maria spojrza a na ni  lodowatym wzrokiem.

- Ca kiem dobrze, Andziu. Doprawdy, zadziwiaj co dobrze jak na tak wiekow  osob , jak  jestem.
W tym w

nie fatalnym momencie wesz y uroczy cie bli niaczki, nios c kosz z pi

dziesi cioma pi cioma z ocistymi ró ami. W ród zapad ej nagle

grobowej ciszy wr czy y go ciotce Mary Marii, szepcz c  yczenia i gratulacje. Przy stole rozleg y si  okrzyki zachwytu, tylko ciotka Mary Maria nie
zareagowa a ani s owem.

- D… dziewczynki zdmuchn  za ciebie  wieczki, ciociu - j ka a si  nerwowo Ania. - A czy zechcesz pokroi  tort?
- Nie jestem zupe nie zgrzybia  staruszk … jeszcze, Andziu. Mog  zdmuchn

wieczki sama.

Zacz a zdmuchiwa

wieczki, starannie i dok adnie. Równie starannie i dok adnie pokroi a tort. Nast pnie od

a nó .

- A teraz wybacz mi, Andziu,  e was opuszcz . Taka stara kobieta jak ja musi odpocz

 po podobnie silnych prze yciach.

Ciotka Mary Maria wsta a z impetem, a

wisn a suknia z tafty, gwa townie odsun a kosz z ró ami, który sta  jej na drodze, i ju  po chwili jej obcasy

zastuka y na schodach, po czym rozleg  si  z góry huk zatrzaskiwanych drzwi.

Skonsternowani go cie zjedli z przymusem po kawa ku tortu urodzinowego. Pe ne napi cia milczenie próbowa a desperacko przerwa  pani

Amazowa Martin, opowiadaj c histori  o doktorze z Nowej Szkocji, który zakazi  kilku pacjentów, wstrzykuj c im zarazki dyfterytu. Inni, czuj c,  e nie
by oby to w dobrym tonie, nie poparli jej bohaterskich wysi ków podj tych w celu „ratowania sytuacji” i odeszli tak wcze nie, jak tylko pozwala y zasady

przyzwoito ci.
Oszo omiona Ania pospieszy a do pokoju ciotki Mary Marii.
- Ciociu, co si  sta o?
- Czy musia

 publicznie og osi , ile mam lat, Andziu? I zaprosi  Adel  Carey, która od dawna umiera a z pragnienia, aby si  tego dowiedzie !

- Ale  ciociu… Chcieli my… chcieli my…
- Nie wiem, jaki cel ci przy wieca , Andziu. Domy lam si  jednak,  e co  si  za tym kryje… O, umiem czyta  w twoich my lach, Andziu. Ale nie b

wywleka  tego na  wiat o dzienne. Pozostawiam to twojemu sumieniu.

- Ciociu, chcia am tylko uczci  dzie  twoich urodzin. Tak bardzo mi przykro. Ciotka Mary Maria przy

a chusteczk  do oczu i u miechn a si

dzielnie.
- Oczywi cie wybaczam ci, Andziu. Ale sama chyba rozumiesz,  e po tym, co dzi  zasz o, nie mog  tu zosta  ani chwili d

ej.

- Och, ciociu, uwierz mi…
Ciotka Mary Maria podnios a do góry szczup ,  ylast  d

.

- Nie dyskutujmy na ten temat, Andziu. Pragn  teraz spokoju… tylko spokoju. Kto zniesie, by raniono mu dusz ?
Wieczorem Ania pojecha a z Gilbertem na koncert, ale nie by  to udany wieczór. Gilbert oceni  ca e zdarzenie „po m sku”, jak by powiedzia a panna
Kornelia.
- Pami tam,  e zawsze by a dra liwa na punkcie swojego wieku. Mój ojciec cz sto dokucza  jej z tego powodu. Powinienem by  ci  ostrzec, ale

umkn o to mojej uwagi. Je li chce odjecha , nie usi uj jej zatrzymywa … - I tylko poczucie wi zów rodzinnych powstrzyma o go od dodania:

- Baba z wozu, koniom l ej.
- Nie wyjedzie. Niech pani nie liczy na takie szcz

cie - rzek a z niedowierzaniem Zuzanna.

Lecz tym razem Zuzanna si  pomyli a. Ciotka Mary Maria wyjecha a nazajutrz.  egnaj c si  z Gilbertem rzek a wspania omy lnie:
- Nie wi  za to Andzi. Jestem przekonana,  e nie chcia a mnie obrazi . Nie mam do niej pretensji o to,  e tak post pi a… zupe nie nie licz c si  z

tym, jak jestem wra liwa. Pomimo wszystko musz  przyzna ,  e zawsze lubi am biedn  Andzi  - te s owa wypowiedzia a tak, jakby przyznawa a si  do

asnej s abo ci. - Ale Zuzanna Baker to oddzielna sprawa. Stanowczo powiniene  j  ukróci . Zapami taj sobie moje s owa, Gilbercie!

Z pocz tku nikt nie móg  uwierzy  w tak cudown  odmian  losu. Wreszcie jednak wszyscy u wiadomili sobie,  e ciotka Mary Maria naprawd

wyjecha a. Znów mo na by o si

mia , nie rani c niczyich uczu , otwiera  okna, nie wys uchuj c utyskiwa  na przeci gi, zasiada  do posi ków nie

nara aj c si  na uwagi,  e spo ywanie ulubionych potraw prowadzi zazwyczaj do  miertelnych przypad

ci 

dkowych.

Nigdy nie  egna am odje

aj cego go cia z tak  rado ci  - my la a Ania z pewnym poczuciem winy. - Ale jak to mi o znów by  sob .

Odrobinek starannie wylizywa  futerko. Najwidoczniej uzna

e mimo wszystko nie jest  le by  kotem. W ogrodzie zakwit a pierwsza peonia.

-  wiat jest pe en poezji, prawda, mamusiu? - powiedzia  Walter.
Rozdzia  XV
- Czu am,  e musz  przyj

, kochanie - rzek a panna Kornelia - i wyja ni  spraw  tego telefonu. To by a pomy ka. Tak mi przykro. Okazuje si ,  e

kuzynka Sara  yje.

Ania, ukrywaj c u miech, wskaza a pannie Kornelii krzes o na werandzie. Zuzanna spojrzawszy sponad koronkowego ko nierzyka, który

szyde kowa a dla swej siostrzenicy Gladys, powiedzia a grzecznie:

- Dzie  dobry, pani marsza kowo Elliot.
- Rano ze szpitala przysz a wiadomo

,  e Sara zmar a w nocy. Uwa

am,  e powinnam ci  o tym poinformowa , bo by a przecie  pacjentk

doktora. Ale okaza o si ,  e to zmar a inna Sara Chase.  yciu kuzynki Sary nie zagra a  adne niebezpiecze stwo, co mamy do zawdzi czenia
wy cznie doktorowi. Jaki tu panuje przyjemny ch ód, Aniu. Zawsze mówi ,  e je li gdziekolwiek da si  oddycha , to tylko w Z otym Brzegu.

- Prosz  spojrze  na t  fal  maków przy ogrodzeniu, panno Kornelio. Obie z Zuzann  jeste my z nich bardzo dumne. Niech pani sobie wyobrazi,  e

wcale nie zamierza

my zasia  w tym roku maków. Na wiosn  Walter niechc cy rozsypa  paczuszk  nasion w

nie w tym miejscu i oto efekt. Co roku

ogród sprawia nam jak

 cudown  niespodziank .

- Lubi  maki - powiedzia a panna Kornelia. - chocia  s  tak krótkotrwa e.
- Rzeczywi cie,  yj  tylko jeden dzie  - przyzna a Ania - ale có  to za wspania e, królewskie  ycie! Czy  to nie lepsze, ni  by  okropn , zimn  cyni ,

która ci gnie swój nudny  ywot w

ciwie przez ca y rok? W naszym ogrodzie nie hodujemy cynii. To jedyne kwiaty, których nie uznajemy. Zuzanna nie

odezwa aby si  do nich ani jednym s owem.

- Czy kogo  morduj  w Dolinie? - spyta a nagle panna Kornelia. Rzeczywi cie, dzikie, pe ne grozy okrzyki dochodz ce z Doliny mog y budzi

podobne podejrzenia. Lecz Ania i Zuzanna tak do nich przywyk y,  e traktowa y je jako co  normalnego.

- Krzy  i Po cia Ford przyjechali dzi  do nas z wizyt . Dzieci w

nie wyprawiaj  w Dolinie bankiet na ich cze

. Co do pani Chase, Gilbert rano

pojecha  do miasta, a wi c wszystkiego si  dowie. Tak bardzo si  ciesz ,  e ona powraca do zdrowia. Inni lekarze nie zgadzali si  z diagnoz  Gilberta i
byli my troch  niespokojni.

- Sara, id c do szpitala, ostrzeg a nas, by my nie pochowali jej, nie upewniwszy si  uprzednio,  e rzeczywi cie umar a - powiedzia a panna Kornelia,

wachluj c si  majestatycznie. Zdumiewaj ce,  e Ania zdaje si  w ogóle nie odczuwa  tego niezno nego upa u. - Wiesz, zawsze troch  si  obawiali my,
czy my nie pochowali  ywcem jej m

a… wygl da  tak, jakby wcale nie umar . Ale przysz o nam to na my l troch  za pó no. By  on bratem tego

Ryszarda Chase’a, który kupi  star  posiad

 Moore’ów. Przeniós  si  tam na wiosn . To jest dopiero dziwak! Powiada,  e zamieszka  na wsi, by mie

troch  spokoju. W Lowbridge podobno ci gle musia  op dza  si  od wdów, które chcia y go usidli … „Oraz od ró nych starych panien” - zamierza a
doda  panna Kornelia, ale pohamowa a si , maj c na wzgl dzie uczucia Zuzanny.

- Widzia am jego córk , Stell . Przychodzi na próby chóru. Polubi

my si .

- Stella to mi a dziewczyna… Jedna z tych nielicznych, które jeszcze potrafi  si  rumieni . Zawsze bardzo j  lubi am. Przyja ni am si  z jej matk .

Biedna Liza!

- Umar a m odo?
- Tak. Stella mia a wtedy zaledwie osiem lat. Ryszard sam wychowywa  córk . Taki niedowiarek i cynik! Powiada,  e kobiety s  potrzebne wy cznie

ze wzgl dów biologicznych… Doprawdy nie wiem, co ma przez to na my li. A podkre la to przy ka dej okazji.

- Wydaje si  jednak,  e córk  wychowa  ca kiem rozumnie - rzek a Ania, która uwa

a Stell  Chase za jedn  z najbardziej uroczych dziewcz t, jakie

spotka a w  yciu.

- Och, nikomu nie uda oby si  zepsu  Stelli. Przyznaj ,  e Ryszard ma do

 dobrze pouk adane w g owie. Ale jest absolutnym wariatem, je li chodzi

o m odych m

czyzn. Nigdy nie pozwoli  Stelli spotyka  si  z ch opcami. Wszystkim m odzie com, którzy si  przy niej kr cili, wybi  z g owy ich uczucia

swoimi sarkastycznymi uwagami. To najbardziej zgry liwy cz owiek, jakiego znam. Stella nie umie sobie z nim poradzi , podobnie jak jej matka. Po
prostu nie wie, jak z nim post powa . A on lubi robi  wszystko na przekór, lecz nie s dz , by jego zmar a  ona lub Stella zdawa y sobie z tego spraw .

- Mam wra enie,  e Stella jest bardzo przywi zana do ojca.
- O tak, uwielbia go. To nies ychanie zgodny cz owiek, je li wszystko idzie po jego my li. Ale powinien wykaza  wi cej rozs dku co do zam

pój cia

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Stelli. Musi przecie  zrozumie ,  e nie b dzie 

 wiecznie. Chocia  s uchaj c go, odnosi si  wra enie,  e ani mu w g owie zej

 kiedykolwiek z tego

wiata. Nie jest jeszcze stary. O eni  si  bardzo m odo. Ale w tej rodzinie cz sto zdarzaj  si  wylewy krwi do mózgu. A co pocznie Stella po jego
mierci? Zmarnuje si 
, biedactwo.

Zuzanna na chwil  oderwa a wzrok od robótki i powiedzia a:
- Nie pochwalam  udzi, którzy w taki sposób niszcz

ycie swoim dzieciom.

- By  mo e gdyby Stella naprawd  kim  si  zainteresowa a, sprzeciw ojca nie mia by dla niej znaczenia.
- Tu si  mylisz, kochana Aniu. Stella nigdy nie po lubi m

czyzny, który nie przypadnie do gustu jej ojcu. Powiem ci jeszcze o kim , czyje  ycie te

nie zapowiada si  s odko. Chodzi o siostrze ca marsza ka, Aldena Churchilla. Mary, jego matka, z pewno ci  niepr dko pozwoli mu si  o eni . Jest
jeszcze bardziej przekorna ni  Ryszard. Gdyby by a kompasem, wskazywa aby pó noc zamiast po udnia. Zarz dza farm  tylko do czasu o enku syna,
potem b dzie musia a mu przekaza  ca e gospodarstwo. Gdy tylko Alden zaczyna si  kr ci  wokó  jakiej  dziewczyny, jego matka natychmiast k adzie
temu kres.

- Czy wie pani, co mi przysz o do g owy, panno Kornelio? - odezwa a si  Ania z figlarnym u miechem. - A gdyby tak Stella i Alden zakochali si  w
sobie?
- S  na to ma e szans . Ale nawet gdyby tak si  sta o, nic z tego nie b dzie. Mary zacz aby rozdziera  szaty nad lekkomy lno ci  syna, a Ryszard

wyrzuci by za drzwi zwyk ego farmera, chocia  obecnie sam te  nie jest nikim innym. Zreszt  Stella nie spodoba aby si  Aldenowi.

Lubi on ho e, roze miane dziewcz ta. Stelli tak e nie odpowiada by m

czyzna w typie Aldena. S ysza am,  e nowy pastor z Lowbridge robi do niej

odkie oczy.

- Ale  on jest taki anemiczny i nudny! - wykrzykn a Ania.
- I ma wy upiaste oczy - doda a Zuzanna. - To musi by  okropny widok, gdy próbuje wygl da  sentymentalnie.
- W ka dym razie jest prezbiterianinem - rzek a panna Kornelia, jakby ten fakt ca kowicie przes dza  spraw  na jego korzy

. - Có , musz  ju  i

.

Zauwa

am,  e je li przebywam na dworze, gdy opada rosa, bardziej dokuczaj  mi korzonki.

- Odprowadz  pani  do bramy.
- W tej sukni wygl dasz jak prawdziwa królowa, kochana Aniu - powiedzia a panna Kornelia z podziwem i ca kiem nie na temat.
Przy bramie Ania spotka a Ew  i Owena Fordów i wraz z nimi wróci a do domu. Zuzanna uda a si  do kuchni, by przyrz dzi  zimny napój dla

doktora, który te  w

nie nadszed . Dzieci t umnie nadbieg y z Doliny, zm czone, ale radosne.

- Czy musieli cie tak okropnie krzycze ? - spyta  Gilbert. - Z pewno ci  by o was s ycha  w ca ej wsi!
Polcia Ford potrz sn a g stymi k dziorami w kolorze miodu i roze mia a si . By a ulubienic  wuja Gilberta.
- Udawali my,  e jeste my derwiszami, a wiesz, jak derwisze g

no zawodz  - wyja ni  Krzy .

- Spójrz lepiej, jak wygl da twoja koszula - rzek a Ewa surowo.
- Upad em prosto w placek, który Di zrobi a z b ota - odpar  Krzy  z wyra nym zadowoleniem. Nie znosi  tych wykrochmalonych i nieskazitelnie

czystych koszul, które mama kaza a mu wk ada , gdy wybierali si  do Glen.

- Mamu ku kochana - spyta  Jim - czy móg bym wzi

 ze strychu te strusie pióra? Zrobi bym sobie z nich ogon. Jutro urz dzamy cyrk i ja mam by

strusiem. B dziemy te  mieli s onia.

- Czy wiecie,  e koszt wy ywienia s onia wynosi sze

set dolarów rocznie? - zapyta  z wielk  powag  Gilbert.

- Ale wymy lone s onie nic nie kosztuj  - odpar  Jim. Ania za mia a si .
- Dzi ki Bogu w naszych marzeniach nie musimy by  praktyczni.
Walter nic nie mówi . By  nieco zm czony i z zadowoleniem usiad  na stopniu werandy przy mamie, opieraj c na jej ramieniu ciemn  g ówk . Po cia

Ford, spojrzawszy na niego, pomy la a,  e ma on twarz geniusza… i nieobecny, odleg y wzrok istoty z innej planety. Jakby nie nale

 do tego  wiata.

Wszyscy czuli si  szcz

liwi w tej przedwieczornej godzinie pi knego letniego dnia. Dzwon ko cielny rozbrzmiewa  cicho i s odko. Wschodz cy

ksi

yc s

 ju  swoje d ugie promienie na wody zatoki. Wydmy ja nia y srebrzy cie. W powietrzu snu a si  mg a, a z ogrodu p yn  upajaj cy zapach

ró . Ania, spogl daj c w dal oczyma, które zachowa y m odo

, pomimo i  by a matk  sze ciorga dzieci, pomy la a,  e m odziutka czarna topola

wygl da wyj tkowo pi knie i ba niowo w  wietle ksi

yca.

Potem zacz a tak intensywnie zastanawia  si  nad losem Stelli Chase i Aldena Churchilla,  e Gilbert zaproponowa  jej pensa za wyjawienie, o czym

my li.

- Powa nie zastanawiam si  nad mo liwo ci  zostania swatk  - odpar a Ania.
Gilbert spojrza  na obecnych z komiczn  rozpacz .
- Obawia em si ,  e kiedy  znów to z niej wyjdzie. Robi em, co mog em,  eby temu zapobiec, ale nic nie zmieni urodzonej swatki. Musicie wiedzie ,

e ona ma prawdziwy talent do tych spraw. Ilo

 ma

stw, do których doprowadzi a, jest wprost niewiarygodna. Ja osobi cie nie móg bym spa  po

nocach z tak  odpowiedzialno ci  na sumieniu.

Ania u miechn a si  tajemniczo. Swatanie ma

stw jest spraw  tak delikatn  i wymagaj

 dyskrecji,  e o pewnych rzeczach nie mo na

powiedzie  nawet m

owi.

Rozdzia  XVI
Te noc, a tak e kilka nast pnych Ania sp dzi a bezsennie, rozmy laj c o Aldenie i Stelli. Mia a wra enie,  e Stella pragnie wyj

 za m

, marzy o

asnym domu i o dzieciach. Pewnego wieczoru przecie  b aga a, by pozwolono jej wyk pa  Rill .

- Cudownie jest k pa  takie pulchne, ciep e cia ko! - powiedzia a, po czym doda a nie mia o: - Czy  to nie rozkoszne uczucie, pani Blythe, gdy te

aksamitne ramionka wyci gaj  si  do pani? Dzieci s  takie potrzebne, prawda?

Ha

 by oby pozwoli , aby zrz dliwy ojciec stan  na przeszkodzie szcz

ciu dziewczyny.

Alden i Stella mogliby stworzy  idealn  par . Lecz jak do tego doprowadzi ? Wszyscy zainteresowani byli uparci i przeciwni sprawie. Ania

podejrzewa a przy tym,  e zarówno Alden, jak Stella odziedziczyli upór i przekor  po rodzicach. Nale

o zastosowa  taktyk  zupe nie odmienn  ni  w

jakiejkolwiek z dawnych spraw. Ani przypomnia  si  ojciec Dorotki.

Stanowczo zacisn a usta i podj a decyzj . Stella i Alden zostan  ma

stwem!

Nie nale

o traci  czasu. Alden, który mieszka  w Harbour Head i chodzi  do anglika skiego ko cio a za przystani , prawdopodobnie jeszcze nie

zetkn  si  ze Stella. Od kilku miesi cy nie interesowa  si

adn  dziewczyn , ale w ka dej chwili mog o to ulec zmianie. Do pani Janet Swift,

mieszkaj cej w Górnym Glen, przyjecha a w

nie w odwiedziny bardzo  adna siostrzenica, a Aldena zawsze poci ga y nowe twarze. Po pierwsze,

trzeba wi c zapozna  ze sob  m odych. Jak to zrobi , aby wszystko z pozoru wygl da o ca kiem niewinnie? Ania my la a intensywnie, ale jedyne, co
przysz o jej do g owy, to wyda  przyj cie. Co prawda,  e nie bardzo odpowiada  jej ten pomys . By o za gor co na to, by urz dza  zabawy, a poza tym

odzie  z Przystani Czterech Wiatrów lubi a poswawoli . Ania wiedzia a,  e Zuzanna nie zgodzi si , by w Z otym Brzegu odby a si  zabawa bez

uprzednich generalnych porz dków, a tego lata Zuzanna wyj tkowo  le znosi a upa y. Ale trudno, trzeba si  po wi ci  dla dobra sprawy. Janka Pringle,
która otrzyma a w

nie tytu  magistra, napisa a,  e zamierza z

 zapowiadan  od dawna wizyt . Jej przybycie stanowi o dobry pretekst do

urz dzenia zabawy. Los zdawa  si  sprzyja  zamierzeniom Ani. Janka przyjecha a, rozes ano zaproszenia, Zuzanna wysprz ta a Z oty Brzeg od piwnic
po strych, a spi arni  wype ni y smako yki przyrz dzone na t  okazj .

W przeddzie  zabawy Ania czu a si  bezgranicznie zm czona. By o potwornie gor co. Jim le

 w 

ku chory. Ania obawia a si , czy nie jest to atak

wyrostka robaczkowego, ale Gilbert stwierdzi  spokojnie,  e ch opiec po prostu najad  si  niedojrza ych jab ek. Odrobinek omal nie poparzy  si  na

mier , gdy Janka, pomagaj c Zuzannie w kuchni, str ci a na niego garnek z gor

 wod . Ani  bola y wszystkie ko ci, g owa, oczy i nogi. Janka

wybra a si  z grup  m odzie y na przechadzk , by obejrze  latarni  morsk , i wychodz c z domu poradzi a Ani, by jak najpr dzej po

a si  do 

ka.

Tymczasem Ania usiad a na werandzie i rozkoszuj c si  wilgotnym powietrzem, przyniesionym przez popo udniow  burz , wda a si  w pogaw dk  z
Aldenem, który w

nie przyszed  po lekarstwa na bronchit dla swojej matki, ale nie chcia  wej

 do  rodka. Ania pomy la a,  e to Opatrzno

 zsy a jej

okazj , by z nim porozmawia . Zna a go ju  do

 dobrze, bo cz sto przychodzi  po leki dla matki.

Alden siedzia  na schodach werandy, opieraj c g ow  o balustrad . By  bardzo przystojnym ch opcem. Wysoki, postawny, o marmurowo bia ej

twarzy, która nigdy si  nie opala a,  ywych niebieskich oczach i g stych, sztywnych jak szczotka w osach. Mówi  weso ym g osem, lecz tonem pe nym
szacunku, który tak lubi  wszystkie kobiety bez wzgl du na wiek. Przez trzy lata ucz szcza  na Uniwersytet Królewski i zamierza  wyjecha  do
Redmondu, ale matka, odwo uj c si  do autorytetu Biblii, stanowczo si  temu sprzeciwi a. Alden osiad  wi c na wsi, i to nie bez pewnego zadowolenia.
Powiedzia  Ani,  e lubi uprawia  ziemi . Praca na  wie ym powietrzu zawsze daje posmak wolno ci i niezale no ci. Po matce odziedziczy  umiej tno
robienia pieni dzy, a po ojcu ujmuj

 powierzchowno

. Bez w tpienia by  jednym z najlepszych kawalerów do wzi cia.

- Alden, chc  ci  o co  prosi  - rzek a Ania  agodnym tonem. - Czy zrobisz to dla mnie?
- Oczywi cie, pani Blythe - odpar  serdecznie. - Prosz  tylko powiedzie , o co chodzi. Wie pani,  e zrobi bym dla pani wszystko.
Alden rzeczywi cie bardzo lubi  pani  Blythe i zawsze gotów by  spe nia  jej pro by.
- Obawiam si ,  e ci  to znudzi - ci gn a Ania z niepokojem. - A wi c, chcia abym… aby  zaj  si  Stell  Chase na zabawie, któr  jutro urz dzam.

Boj  si ,  e mog aby si

le bawi . Nikogo nie zna, prawie wszyscy s  od niej m odsi… a w ka dym razie ch opcy. Zapro  j  do ta ca i dopilnuj,  eby

si  nie nudzi a. Jest bardzo nie mia a w stosunku do obcych. Zale y mi na tym,  eby przyjemnie sp dzi a czas.

- Och, uczyni , co w mojej mocy - zapewni  Alden z gotowo ci .
- Tylko nie zakochaj si  w niej - ostrzeg a Ania, u miechaj c si  niepewnie.
- Lito ci, pani Blythe. A to dlaczego?
- Poniewa  - rzek a Ania poufnie - wydaje mi si ,  e pan Paxton z Lowbridge jest ni  zainteresowany.
- Co, ten zarozumia y bufon? - wybuchn  z nieoczekiwan  gwa towno ci  Alden.
Ania wygl da a niemal na obra on .
- Ale  Aldenie, s ysza am,  e to bardzo mi y m odzieniec. Tylko tacy jak on maj  szans  pozyska  przychylno

 ojca Stelli.

- Czy by? - spyta  Alden, powracaj c do roli oboj tnego s uchacza.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Tak. Chocia  wcale nie jestem pewna, czy ktokolwiek, nawet pastor, zyska by jego uznanie. Pan Chase uwa a,  e na ca ym  wiecie nie ma nikogo

godnego Stelli. Obawiam si ,  e nawet nie spojrza by na zwyk ego farmera. Nie chc ,  eby  wpad  w tarapaty, zakochuj c si  w dziewczynie, której
ojciec przegoni 
by ci  na cztery wiatry. Po prostu po przyjacielsku ci  ostrzegam. Jestem pewna,  e twoja matka by aby takiego samego zdania.

- O, dzi kuj … dzi kuj . A co to za dziewczyna?
- Bardzo lubi  Stell , ale nie nale y ona do pi kno ci i jest raczej zamkni ta w sobie. S ysza am,  e pan Paxton ma troch  grosza. Wed ug mnie

dzie on doskona ym m

em dla Stelli i nie  ycz  sobie, by kto  stan  na przeszkodzie temu ma

stwu.

- Dlaczego wi c nie zaprosi a pani Paxtona, by zabawia  Stell ? - zagadn  przekornie Alden.
- Wiesz przecie ,  e pastor nie przyszed by na ta ce! No, nie b

 niezno ny… i dopilnuj, aby Stella dobrze si  tu czu a.

- O, postaram si ,  eby bawi a si  tak, jak nigdy w  yciu. Dobranoc, pani Blythe.
Alden pospiesznie wybieg , a Ania wybuchn a  miechem.
- Je li znam si  cokolwiek na ludzkiej psychice, to ch opiec do

y wszelkich stara , aby pokaza

wiatu,  e zdob dzie Stell , cho by wszyscy byli

temu przeciwni. Z apa  przyn

, gdy wspomnia am o pastorze. S dz  jednak,  e przez ten okropny ból g owy b

 mia a fataln  noc.

Rzeczywi cie noc sp dzi a bezsennie. Do bólu g owy do czy  si  bolesny skurcz szyi i rano Ania czu a si  potwornie zm czona. Wieczorem jednak

by a ju  weso  i go cinn  pani  domu. Przyj cie wypad o nad podziw dobrze. Wszyscy bawili si  doskonale, a chyba najlepiej Stella. Alden
rzeczywi cie zaj  si  ni , i to z takim zapa em,  e mo na by o mie  zastrze enia co do jego dobrych manier. Po kolacji zaprowadzi  dziewczyn  do
mrocznego zak tka na werandzie i siedzia  tam z ni  przez godzin , co by o stanowcz  przesad  jak na pierwsze spotkanie.

Ania, przemy lawszy wszystko nast pnego ranka, poczu a jednak zadowolenie. Co prawda dywan w jadalni zosta  praktycznie zniszczony, gdy

zrzucono na  dwie porcje lodów oraz wdeptano niemal ca y talerzyk ciastek. Kryszta owy  wiecznik, b

cy niegdy  w asno ci  babki Gilberta, zosta

rozbity w drobny mak. Na poddaszu kto  rozla  dzban wody, która przeciek a przez sufit w bibliotece, robi c na nim wielkie plamy. Z kanapy wyrwano
ozdobne guzy, a najpi kniejsza papro  Zuzanny uleg a zniszczeniu, poniewa  kto  si  na ni  przewróci . Ale za to Alden najwyra niej zadurzy  si  po
uszy w Stelli. Ania uzna a,  e warto by o ponie

 kilka strat, by to osi gn

.

Min o zaledwie par  dni, a miejscowe plotkarki ju  potwierdzi y przypuszczenia Ani. Stawa o si  coraz bardziej widoczne,  e Alden po kn  haczyk.

Ale co ze Stell ? Ania nie uwa

a Stelli za dziewczyn , która niczym dojrza y owoc ch tnie wpada w wyci gni te do niej m skie ramiona.

Odziedziczy a po ojcu cz

 jego przekory, która przybra a u niej posta  czaruj cej niezale no ci.

Los znów uspokoi  swatk . Pewnego wieczoru Stella przysz a do Z otego Brzegu, by obejrze  rosn ce w ogrodzie ostró ki, a potem usiad y obie z

Ani  na werandzie. Stella Chase by a wysmuk , blad  dziewczyn , raczej nie mia , lecz niezwykle urocz . Mia a burz  jasnoz ocistych w osów i
br zowe oczy. Ania pomy la a,  e ca y urok Stelli tkwi w jej rz sach, gdy  w

ciwie nie by a  adna. Porusza a si  ze spokojn  dystynkcj , co sprawia o,

e wydawa a si  starsza, ni  by a w istocie. Lecz rz sy mia a niewiarygodnie d ugie, a gdy je podnosi a i opuszcza a, ka de m skie serce musia o zabi

mocniej. Nale

o si  jednak obawia ,  e jej nos na staro

 nabierze haczykowatego kszta tu.

- Dosz y mnie o tobie pewne s uchy, Stello - zacz a Ania, gro

c jej palcem. - I… przyznam,  e niezbyt mi si  to podoba. Wybacz, ale musz  ci

powiedzie ,  e w tpi , czy Alden Churchill jest odpowiednim dla ciebie ch opcem.

Stella zwróci a ku niej zaniepokojon  twarz.
- Dlaczego?… S dzi am,  e pani lubi Aldena, pani Blythe.
- Oczywi cie,  e go lubi . Ale ma opini  wietrznika. Mówiono mi,  e do

 cz sto zmienia swoje sympatie i  adnej dziewczynie, a by o ich sporo, nie

uda o si  zatrzyma  go na d

ej. Nie chcia abym, aby i ciebie porzuci , gdy si  znudzi.

- My

,  e myli si  pani co do Aldena, pani Blythe - rzek a Stella powoli.

- Mam nadziej , Stello. Gdyby  by a dziewczyn  innego typu, weso  i rozbawion , jak na przyk ad Helena Swift…
- Och… Przepraszam, musz  ju  i

 do domu - rzek a s abym g osem Stella. - Tata beze mnie czuje si  taki samotny.

Gdy Stella wysz a, Ania zacz a si

mia .

- Przypuszczam,  e Stella odesz a st d, przysi gaj c sobie,  e poka e w cibskim przyjació kom, i  zdo a zatrzyma  Aldena i  e  adna Helena Swift

go nie dostanie. Pozna am to po lekkim ruchu g owy i gwa townym rumie cu na jej twarzy. To starczy, je li chodzi o m odych. Obawiam si ,  e ze
starszymi pójdzie gorzej.

Rozdzia  XVII
Szcz

cie nadal Ani sprzyja o. Ko o Pomocy Pa  zwróci o si  do niej, by uda a si  do pani Churchill i poprosi a j  o zap acenie rocznej sk adki. Pani

Churchill rzadko chodzi a do ko cio a i nie nale

a do Ko a, ale „wierzy a w pos annictwo” i zawsze ofiarowa a spor  sum . Trzeba by o jednak pój

 do

niej osobi cie, co nie nale

o do przyjemno ci. Dlatego te  co roku cz onkinie Ko a wyznacza y spo ród swego grona inn  kwestork . Tym razem kolej

przypad a na Ani .

Wybra a si  tam którego  wieczoru. Posz a poro ni

 stokrotkami  cie

, prowadz

 przez prze liczne wzgórze ku drodze, przy której

znajdowa a si  farma Churchillów, odleg a o mil  od Glen. Droga ta by a do

 nudna, obrze ona splotami ogrodze  ci gn cych si  na wzniesieniach.

Lecz w powietrzu unosi  si  zapach siana, w oknach domów b yszcza y  wiate ka, szemra y pobliskie strumienie, a w ogrodach osza amiaj co pachnia y
kwiaty. Ania co i rusz zatrzymywa a si , by zajrze  do ka dego mijanego w

nie ogródka. Pasjonowa a si  wszystkim, co by o zwi zane z

ogrodnictwem. Gilbert mawia ,  e Ania musi kupi  ksi

, je li w tytule jest s owo „ogród”.

ódka leniwie ko ysa a si  na wodach zatoki, a w oddali sta  zakotwiczony statek. Ania zawsze patrzy a na otwarte morze z przyspieszonym biciem

serca. Rozumia a kapitana Franklina Drew, który powiedzia  kiedy , wchodz c na pok ad swojego statku: „Bo e, jak mi  al ludzi, którzy zostaj  na

brzegu”.
Wielki dom Churchillów, ozdobiony fantazyjn  balustradk  wokó  dachu mansardy, spogl da  oknami na przysta  i wydmy. Pani Churchill powita a j

uprzejmie i wprowadzi a do ponurego, lecz okaza ego salonu. Oklejone ciemnobr zow  tapet

ciany tego pokoju zdobi a niezliczona ilo

 wykonanych

glem portretów, które przedstawia y cz onków rodu Churchillów i Elliotów. Pani Churchill zasiad a na zielonej pluszowej kanapie, z

a na kolanach

kszta tne, wysmuk e d onie i spokojnie spojrza a na swego go cia.

By a to wysoka, chuda kobieta o surowym wygl dzie. Mia a wydatn  brod , g boko osadzone oczy podobne do oczu Aldena i du e zaci ni te usta.

Nigdy nie mówi a niepotrzebnie i nigdy nie plotkowa a. Ani by o wi c trudno tak nawi za  rozmow , by w naturalny sposób przej

 do interesuj cego j

tematu. Wreszcie wspomnia a o nowym pastorze, który nie podoba  si  pani Churchill.

- To nie jest uduchowiony cz owiek - powiedzia a zimno matka Aldena.
- Podobno jego kazania s  ca kiem ciekawe - zauwa

a Ania.

- Wys ucha am jednego i zamierzam na tym poprzesta . Moja dusza pragn a otuchy, a nakarmiono j  naukami moralnymi. On uwa a,  e Królestwo

Bo e mo na poj

 rozumem. Otó  nie mo na.

- Skoro mowa o duchownych… W Lowbridge rozpocz  dzia alno

 m ody i zdolny pastor. O ile wiem, jest on zainteresowany moj  przyjació

,

Stell  Chase. Plotkarze twierdz ,  e z tego co  b dzie.

- Czy ma pani na my li ma

stwo? - zagadn a pani Churchill.

Ania poczu a si  przywo ana do porz dku. Musia a jednak przymkn

 oczy na pewne rzeczy, skoro wtr ca a si  w sprawy absolutnie jej nie

dotycz ce.
- S dz ,  e b dzie to doskonale dobrane ma

stwo, pani Churchill. Stella niezmiernie pasuje na  on  pastora. Mówi am nawet Aldenowi,  eby si

w to nie miesza .

- Dlaczegó  by nie? - spyta a pani Churchill nie mrugn wszy powiek .
- No có … Prawd  powiedziawszy, obawiam si ,  e Alden nie mia by po prostu  adnych szans. Pan Chase uwa a,  e nikt nie jest godzien jego

córki. Aldenowi by oby przykro, gdyby dosta  kosza. Lubi  go i uwa am,  e zas uguje na co  lepszego.

- Nigdy nie zdarzy o si , by jaka  panna odrzuci a mego syna - odpar a pani Churchill, zaciskaj c usta. - By o dok adnie na odwrót. To on mia  ich

do

 po pewnym czasie, pomimo ich chichotów, mizdrzenia si  i krygowania. Mój syn mo e po lubi  ka

 kobiet , któr  wybierze, pani Blythe. Ka

.

- Och! - wyrzek a Ania. Jej ton mówi : „Grzeczno

 nie pozwala mi zaprzecza  pani s owom, ale mam w asn  opini  na ten temat”. Pani Churchill

zrozumia a to. Jej blada, pomarszczona twarz nabra a nieco kolorów, gdy wychodzi a z pokoju, by przynie

 pieni dze.

- Ma pani st d przepi kny widok - powiedzia a Ania,  egnaj c si  z gospodyni .
Pani Churchill rzuci a ku zatoce spojrzenie pe ne dezaprobaty.
- Gdyby pani czu a zim  te straszne podmuchy wschodnich wiatrów, nie my la aby pani tyle o widokach, pani Blythe. Zimno dzi . Obawiam si ,  e

chodz c w tej cienkiej sukience mo e si  pani zazi bi . Nie powiem,  eby by a ona brzydka. Jest pani jeszcze do

 m oda, by przyk ada  wag  do

strojów i b yskotek. Ja dawno ju  przesta am interesowa  si  tymi przyziemnymi sprawami.

O zmierzchu, gdy rosa ju  opad a, Ania, zadowolona ze spotkania, wraca a do domu.
- Oczywi cie trudno powiedzie  co  pewnego o pani Churchill - oznajmi a szpakom, które rajcowa y na ma ym poletku pod lasem. - Ale my

,  e

uda o mi si  zasia  w jej sercu troch  niepokoju. Zrobi am wszystko, co mog am. Pozosta  jeszcze pan Chase. Nie wiem, jak zdo am na niego wp yn

.

Nawet go nie znam. Ciekawe, czy si  domy la,  e Stella i Alden maj  si  ku sobie. Pewnie Stella nie odwa

a si  zaprosi  Aldena do domu. A wi c co

mam pocz

 z panem Chasem?

By o to naprawd  niezwyk e, jak los sprzyja  zamierzeniom Ani. Pewnego wieczoru odwiedzi a j  panna Kornelia, prosz c, by zechcia a jej

towarzyszy  do domu Chase’ów.

- Musz  pój

 do Ryszarda Chase’a, by poprosi  go o sk adk  na nowy piec do kuchni na plebanii. Czy nie posz aby  ze mn  w charakterze

duchowej podpory, kochanie? Z obaw  my

,  e mia abym samotnie stawi  mu czo o.

Pan Chase sta  w

nie na schodach u drzwi frontowych. Ze swoimi d ugimi nogami i d ugim nosem wygl da  jak medytuj cy  uraw. Par  l ni cych

pojedynczych pasemek w osów zaczesywa  starannie na  ysej czaszce, a jego ma e szare oczy wpatrywa y si  w nadchodz ce panie. Pomy la ,  e

ona doktora, bo to ona zapewne idzie ze star  Korneli , ma doskona  figur . Co do kuzynki Kornelii, jest zbyt solidnie zbudowana, a jej intelektowi te

niejedno da oby si  zarzuci . Mimo to mo na by o z ni  wytrzyma , je li post powa o si  w odpowiedni sposób.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Grzecznie zaprosi  panie do swej ma ej biblioteki. Panna Kornelia zasiad a na krze le i stwierdzi a:
- Co za potworny upa ! Obawiam si ,  e sko czy si  to burz . Na lito

 bosk , Ryszardzie, ten kot jest coraz wi kszy!

Ryszard Chase mia

tego kota nienaturalnych rozmiarów, który w

nie wspi  mu si  na kolana, domagaj c si  pieszczoty.

- Tomasz Wierszopis nie ma równego sobie w ród kotów - powiedzia  Ryszard, czule g aszcz c ulubie ca. - Czy nie tak, Tomaszu? Spójrz na cioci

Korneli . Zauwa , jakie mordercze spojrzenia ciskaj  na ciebie te oczy, stworzone przecie  jakby wy cznie do okazywania ciep ych uczu !

- Nie nazywaj mnie ciotk  tej bestii! - zaprotestowa a panna Kornelia ostro: -  arty  artami, ale tego ju  za wiele.
- Czy nie lepiej by  ciotk  Tomasza ni  Neddy’ego Churchilla? - zagadn  przekornie pan Chase. - Neddy jest  ar okiem i biboszem, prawda?

ysza em, jak wyg asza

 list  jego grzechów. Czy nie lepiej by  ciotk  Tomasza, dumnego, pi knego kota, którego kartoteka jest czysta jak  za, je li

chodzi o whisky i kocie amory?

- Biedny Ned jest istot  ludzk  - odpar a panna Kornelia. - Nie lubi  kotów. Alden Churchill podobnie jak ty uwielbia koty. To jedyna wada, jak  w nim

dostrzegam. Bóg wie, sk d si  to w nim wzi o. Zarówno jego matka, jak ojciec nienawidzili kotów.

- Jaki  to musi by  rozs dny m odzieniec!
- Owszem, jest do

 rozs dny. Nie mog  tylko poj

, dlaczego lubi koty i interesuje si  teori  ewolucji. Tego te  nie odziedziczy  po matce.

- Czy wiesz, marsza kowo Elliot - rzek  Ryszard Chase uroczy cie -  e ja tak e po cichu popieram teori  ewolucji?
- Ju  mi to kiedy  mówi

. Mo esz sobie wierzy , w co chcesz, Ryszardzie… to i cie po m sku. Dzi ki Bogu nikt mnie nie zdo a przekona ,  e

pochodz  od ma py.

- Przyznaj ,  e nie wygl dasz na to, nadobna pani. Nie dostrzegam podobie stwa do ma py w twojej zaró owionej i wdzi cznej fizjonomii. Niemniej

twoja praprababka przed milionami lat skaka a z drzewa na drzewo, zaczepiaj c si  ogonem o ga zie. Nauka to potwierdza, Kornelio, czy ci si  to
podoba, czy nie.

- A wi c nie podoba mi si . Nie zamierzam dyskutowa  z tob  na ten temat ani zreszt  na  aden inny. A propos, Stella nie wygl da tego lata zbyt

dobrze, Ryszardzie.

- Zawsze  le znosi a upa y. Dojdzie do siebie, gdy si  och odzi.
- Mam nadziej . Liza dochodzi a do siebie ka dego roku, poza ostatnim… Pami taj o tym, Ryszardzie. Stella wiele odziedziczy a po matce.

ciwie to dobrze,  e pewnie zostanie star  pann .

- A to niby dlaczego? Pytam z czystej ciekawo ci, Kornelio, ordynarnej ciekawo ci. Kobieca psychika jest dla mnie niezwykle interesuj cym

zjawiskiem. Z jakich przes anek wnioskujesz, we w

ciwy ci cudownie bezceremonialny sposób,  e Stella zostanie star  pann ?

- Mówi c otwarcie, Ryszardzie, nie nale y ona do dziewcz t, które maj  powodzenie. Jest dobr , s odk  dziewczyn , ale nie umie post powa  z

czyznami.

- Mia a ch tnych. Wyda em sporo pieni dzy na zakupienie strzelb i psów go czych, aby si  przed nimi zabezpieczy .
- S dz ,  e podziwiali oni twoje walizy z pieni dzmi, a nie Stell .

atwo uda o ci si  ich przep dzi , prawda? Wystarczy o troch  twoich zgry liwych uwag i ju  si  zmywali. Gdyby naprawd  chcieli dosta  Stell , nie

dbaliby o twoje zdanie bardziej ni  o te wyimaginowane psy go cze. No, Ryszardzie, musisz przyzna ,  e Stella nie jest dziewczyn , któr  otacza rój
wielbicieli. Podobnie by o z Liz . Nie mia a  adnego staraj cego si , dopóki ty si  nie pojawi

.

- Lecz czy nie warto by o na mnie czeka ? Liza z pewno ci  nale

a do nielicznych m drych kobiet. Nie chcia aby  chyba,  ebym odda  Stell

pierwszemu lepszemu Tomowi, Henry’emu czy Dickowi! Mo esz mie  odmienne zdanie na ten temat, lecz wed ug mnie godna jest ona nawet króla.

- W Kanadzie nie ma królów - odparowa a panna Kornelia. - Nie twierdz ,  e Stella nie jest urocz  dziewczyn . Powiadam tylko,  e m

czy ni

wydaj  si  tego nie dostrzega , a maj c na uwadze jej w

e zdrowie, chyba nale y si  z tego cieszy . To tak e lepiej dla ciebie. Jest ci przecie  bardzo

pomocna. Bez niej by by  bezradny jak niemowl . No dobrze, z

 sk adk  na ko ció  i pójdziemy sobie. Wiem,  e umierasz z pragnienia, aby powróci

do czytania ksi

ki.

- Godna podziwu, wszystkowiedz ca kobieta! Jakim jeste  skarbem dla swego kuzyna. I owszem, umieram z pragnienia, by wróci  do przerwanej

lektury. Twoja spostrzegawczo

 jest zaiste niezwyk a. A wi c ile ode mnie chcesz?

- Móg by  pozwoli  sobie na pi

 dolarów.

- Nigdy nie sprzeczam si  z dam . Oto pi

 dolarów. Co, ju  idziecie? Ta wyj tkowa kobieta nie zwyk a traci  czasu. Gdy osi gnie cel, natychmiast

zostawia cz owieka w spokoju. Nie ma ju  teraz takich ludzi. Do widzenia, per o w ród kuzynek.

W czasie ca ej wizyty Ania nie odezwa a si  jednym s owem. Po co i mia a to robi , skoro pani Elliot tak doskonale, cho  nie wiadomie wykona a za

ni  ca e zadanie? Sk adaj c po egnalny uk on, Ryszard Chase pochyli  si  poufale ku Ani.

- Ma pani najpi kniejsze nogi, jakie widzia em, pani Blythe. A widzia em ju  co nieco w swoim  yciu.
- Czy to nie straszne? - wyrzuci a z siebie panna Kornelia, gdy wysz a na drog . - Zawsze mówi kobietom takie impertynencje. Nie miej mu tego za

e, kochana Aniu.

Ania wcale nie czu a si  ura ona. Ryszard Chase w

ciwie ca kiem jej si  spodoba .

„Nie wydaje mi si  - pomy la a - by cieszy  si ,  e Stella nie ma powodzenia u m

czyzn, niezale nie od tego,  e ich przodkami by y ma py. My

te ,  e ch tnie »pokaza by wszystkim«. Zrobi am, co mog am. Sprawi am,  e Stella i Alden zwrócili na siebie uwag . Wydaje mi si  tak e,  e obie z
pann  Korneli  przychylnie usposobi

my pani  Churchill i pana Chase’a do my li o tym zwi zku. Teraz musz  siedzie  cicho i czeka , co z tego

wyniknie”.
W miesi c pó niej Stella przysz a do Z otego Brzegu i usiad a na werandzie u stóp Ani. Pomy la a,  e chcia aby za kilkana cie lat wygl da  tak, jak

pani Blythe; kobieta, z której promieniowa o szcz

cie i rado

ycia.

Po niezbyt ciep ym, szaro

tym wrze niowym dniu nasta  ch odny i mglisty wieczór. Morze szumia o 

nie.

- Morze jest dzi  nieszcz

liwe - mówi  Walter, gdy s ysza  taki szum fal.

Stella sprawia a wra enie nieobecnej my lami. Nagle, patrz c na gwiazdy, które w

nie zacz y rozb yskiwa  na fio kowym niebie, powiedzia a:

- Pani Blythe, chc  pani co  powiedzie .
- S ucham, kochanie.
- Zar czy am si  z Aldenem Churchillem - rzek a desperacko Stella. - Jeste my zar czeni od ostatniej Gwiazdki. Natychmiast powiedzieli my o tym

pani Churchill i memu ojcu, ale przed wszystkimi innymi zachowali my to w sekrecie. S odko jest mie  tak  wspóln  tajemnic . Nie chcieli my si  ni
dzieli  z ca ym  wiatem. Zamierzamy si  pobra  w przysz ym miesi cu.

Ania wygl da a tak, jakby nagle zosta a obrócona w kamie . Stella nadal patrzy a na gwiazdy, wi c nie dostrzeg a wyrazu twarzy pani Blythe.

Ci gn a dalej, ju  nieco spokojniej:

- Spotka am Aldena na zabawie w Lowbridge w listopadzie ubieg ego roku. Pokochali my si  od pierwszego wejrzenia. Powiedzia ,  e zawsze o

mnie marzy  i na mnie czeka . Gdy ujrza , jak wchodzi am do sali, pomy la : „Oto moja  ona”. A ja… ja czu am dok adnie to samo. Och, jeste my tacy

szcz

liwi!

Ania ci gle nie by a zdolna wydoby  z siebie s owa.
- Moje szcz

cie zak óca jedynie pani niech tny stosunek do tej sprawy. Prosz , niech pani postara si  zaaprobowa  Aldena i nasz zwi zek. By a

pani dla mnie taka dobra, gdy przyjecha am do Glen. Czu am si  niemal tak, jakby by a pani moj  starsz  siostr . Z przykro ci  zawar abym zwi zek
ma

ski, którego by pani nie pochwala a.

W g osie Stelli zabrzmia y  zy. Ania odzyska a mow .
- Kochanie, pragn  jedynie twego szcz

cia. Lubi  Aldena, to wspania y ch opak. Mia  tylko opini  flirciarza.

- Ale nim nie jest. Po prostu szuka  odpowiedniej dziewczyny, rozumie to pani teraz, prawda? I nie móg  jej znale

.

- Jak ustosunkowa  si  do tego twój ojciec?
- O, bardzo si  ucieszy . Od razu polubi  Aldena. Cz sto rozmawiaj  o teorii ewolucji. Tata powiedzia ,  e nigdy nie zamierza  przeszkadza  mi w

zam

pój ciu, chcia  tylko, bym trafi a na odpowiedniego cz owieka. Z przykro ci  my

 o tym,  e musz  opu ci  ojca. Mówi on jednak,  e m ode ptaki

powinny mie  w asne gniazdo. Kuzynka Delia Chase przyjedzie, aby mu poprowadzi  dom. Tata bardzo j  lubi.

- A matka Aldena?
- Tak e nie mia a nic przeciwko temu. Gdy Alden jej powiedzia ,  e jeste my zar czeni, otworzy a Bibli  i pierwszy werset, na jaki natrafi a, brzmia :

„M

czyzna opu ci ojca swego i matk  swoj , a nie odst pi od swej  ony”. Powiedzia a,  e jest absolutnie jasne, czego oczekuje od niej Opatrzno

, i

zgodzi a si  od razu. Zamierza osi

 w swoim ma ym domu w Lowbridge.

- Ale chyba nie zamieszkasz z t  wielk  pluszow  kanap ? - spyta a Ania.
- Z kanap ? No tak, meble s  tam bardzo staro wieckie. Ale matka Aldena Zabierze je ze sob . Alden chce na nowo umeblowa  dom. Tak wi c

wszyscy s  zadowoleni, pani Blythe. Pani chyba te  dobrze nam  yczy.

Ania pochyli a si  i uca owa a aksamitny policzek Stelli.
- Bardzo si  ciesz . Niech Bóg b ogos awi dni, które dla was nastan , kochanie.
Gdy Stella odesz a, Ania schroni a si  do swego pokoju. Chcia a unikn

 rozmowy z kimkolwiek. Cynicznie u miechni ty ksi

yc wychodzi  zza

kosmatych chmur, a pola zdawa y si  szyderczo spogl da  w jej stron . Podsumowa a minione tygodnie. Zniszczy a dywan w jadalni, cenny  wiecznik i
sufit w bibliotece, nie licz c drobniejszych strat. Usi owa a sprytnie podej

 pani  Churchill, która musia a przez ca y czas ich rozmowy natrz sa  si  z

niej w duchu.

- Kto wyszed  na najwi kszego g upca w tej sprawie? - zada a ksi

ycowi pytanie. - Wiem, co powie na to Gilbert. Zada am sobie tyle trudu, aby

sk oni  do pobrania si  dwoje m odych, którzy ju  byli ze sob  zar czeni! Jestem wyleczona z ci gotek do swatania, wyleczona na zawsze. Nie kiwn
ju  nawet palcem, by doprowadzi  do jakiegokolwiek ma

stwa, cho by z tego powodu na ca ym  wiecie nie odby  si  wi cej ani jeden  lub. Jedyne

pocieszenie to list Janki Pringle, w którym donosi,  e zamierza wyj

 za m

 za poznanego na tej nieszcz snej zabawie Lewisa Stadmana. Tak wi c

rodowy  wiecznik nie zosta  po wi cony zupe nie na pró no. Ch opcy… Ch opcy! Czy musicie tak nieludzko ha asowa ?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Jeste my sowami i musimy huka ! - W dobiegaj cym z dworu g osie Jima brzmia a uraza. Wiedzia ,  e doskonale „huka”. Umia  na ladowa  g osy

wszystkich zwierz t, mieszkaj cych w lasach. Walter mu w tym nie dorównywa . Przesta  by  sow  i sta  si  ma ym zm czonym ch opczykiem, który
szuka ukojenia u mamy.

- Mamo, s ysza em, jak  wierszcze graj . A pan Carter Flagg powiedzia ,  e one wcale nie graj , tylko wydaj  ten odg os, skrobi c o odw ok tylnymi

nó kami. Czy to prawda, mamusiu?

- Co  w tym rodzaju. Nie wiem dok adnie, jak to jest. Ale w

nie w ten sposób graj , rozumiesz?

- Nie podoba mi si  to. Ju  nigdy nie b

 lubi  ich s ucha .

- Ale  nie. Po pewnym czasie zapomnisz, w jaki sposób graj , i b dziesz my la  tylko o czarodziejskim brzmieniu ich jesiennej muzyki w ród pól,

wzgórz i lasów. Czy nie czas spa , syneczku?

- Mamusiu, czy opowiesz mi na dobranoc bajk , tak  bajk ,  ebym poczu  dreszcz biegn cy po plecach? I posiedzisz przy mnie, dopóki nie zasn ?
- A od czegó  s  matki, kochanie?
Rozdzia  XVIII
- Najwy sza pora, by pomy le  o psie - rzek  Gilbert.
Od czasu gdy stary Reks si  otru , w Z otym Brzegu nie by o  adnego psa. Doktor uwa

,  e ch opcy powinni mie  psa, ale by  tak zaj ty,  e ci gle

odk ada  za atwienie tej sprawy. A  tu pewnego listopadowego dnia Jim wróci  do domu z wizyty u szkolnego kolegi, przynosz c psa; ma ego 

tego

pieska z dwoma czarnymi, zawadiacko stercz cymi uszkami.

- Joe Reese mi go da , mamusiu. Nazywa si  Gip. Jaki ma  liczny ogonek! Czy mog  go zatrzyma ?
- A co to za rasa? - zagadn a Ania sceptycznie.
- My

,  e on ma w sobie wiele ras - odpar  Jim. - Czy nie uwa asz,  e dzi ki temu jest bardziej interesuj cy? Du o bardziej, ni  gdyby by  po prostu

jednej rasy. Prosz  ci , mamo…

- Je li tata si  zgodzi…
Gilbert si  zgodzi  i Jim zosta  w

cicielem pieska. Wszyscy w Z otym Brzegu serdecznie przyj li nowego cz onka rodziny, poza Odrobinkiem, który

bez owijania w bawe

 da  wyraz swojej opinii na ten temat. Nawet Zuzanna polubi a pieska. W deszczowe dni, kiedy pan Gipa by  w szkole, a

Zuzanna prz

a na poddaszu, pies dotrzymywa  jej towarzystwa. Polowa  na wyimaginowane szczury i skomla  z przera enia, gdy zbytnio zbli

 si  do

ko owrotka. Morganowie wyprowadzaj c si  st d przed laty, zostawili ten ko owrotek i przez ca e lata nie by  u ywany. Sta  w k cie, niczym stara,
przygarbiona kobieta. Nikt nie móg  poj

, dlaczego Gip raz si  go boi, a innym razem siada ca kiem blisko, gdy Zuzanna wprawia w ruch du e ko o.

Skaka  te  przy niej, gdy przemierza a strych, zwijaj c d ug  ni  we ny. Zuzanna przyznawa a,  e pies mo e by  dobrym kompanem. Stwierdzi a
ponadto,  e  aden inny pies nie umie tak  licznie k

 si  na grzbiecie i wymachiwa

apami w powietrzu. By a niemal równie z a jak Jim, gdy Bertie

Szekspir zauwa

 pogardliwie:

- I wy to nazywacie psem?
- Tak, nazywamy to psem - odpar a ze z owró bnym spokojem. - A mo e nazwa by  go hipopotamem?
Tego dnia w Z otym Brzegu nie pocz stowano Bertiego cudownym przysmakiem wyrobu Zuzanny, tak zwanym „kruchym plackiem z jab kami”.

Przygotowywa a go zawsze dla swoich ch opców i ich kolegów. Na szcz

cie, gdy pani Reese zagadn a: „Czy przyp yw toto przyniós ?”, nie by o jej w

pobli u i Jim sam stan  w obronie swego psa. Na stwierdzenie Nata Flagga,  e Gip ma za d ugie nogi w stosunku do tu owia, odpar  krótko,  e nogi psa
powinny by  na tyle d ugie, by dosi ga y do ziemi. Nat nie grzeszy  zbytni  inteligencj  i zabrak o mu na to odpowiedzi.

Tego roku listopad sk pi  s onecznych promieni. Srogi wiatr wy  w nagich, srebrzystych ga ziach klonowego zagajnika, a Dolin  niemal bez przerwy

spowija a mg a. Nie by a to wdzi czna, przejrzysta mgie ka, lecz co , co tata okre la  jako „ciemn , przygn biaj

, wilgotn , deszczow  mg ”. Dzieci

ze Z otego Brzegu musia y sp dza  wolny czas na strychu. Zaprzyja ni y si  z dwoma przepiórkami, które co wieczór przylatywa y na wielk  jab

.

Równie  siedem wspania ych sójek dochowa o im wierno ci i zawadiacko szczebiota o, dziobi c okruszynki chleba. By y to niestety bardzo  ar oczne i
samolubne ptaki i nie tolerowa y innych skrzydlatych przybyszy.

W grudniu nasta a zima.  nieg pada  przez trzy tygodnie. Pola za Z otym Brzegiem przystroi y si  w srebrzyst  szat . P oty przyodzia y wysokie

czapy ze  niegu. Mróz wyrysowa  na szybach czarodziejskie malowid a. W  nie ne, ciemne wieczory Z oty Brzeg go cinnie ja nia

wiat ami, jakby

zapraszaj c zdro onych w drowców. Zuzannie wydawa o si ,  e jeszcze nigdy nie narodzi o si  w Glen tyle dzieci, co tej zimy. Co wieczór zostawia a w
spi arni przek sk  dla doktora i wyg asza a ponur  opini ,  e b dzie cud, je li on to wszystko wytrzyma.

- Dziewi te dziecko u Drewów! Jakby na tym  wiecie nie by o ich ju  wystarczaj co du o!
- S dz ,  e dla pani Drew b dzie ono takim samym cudem jak dla nas Rilla, Zuzanno!
- My

,  e to lekka przesada, droga pani doktorowo.

Siedz c w bibliotece lub w wielkiej kuchni dzieci planowa y,  e latem urz dz  sobie w Dolinie dom do zabawy. Na dworze szala y burze i j cza  wiatr,

kosmate, bia e chmury przemyka y po mro nym, gwia dzistym niebie, ale Z oty Brzeg dawa  zawsze przytulne schronienie. Ogie  na kominku p on
weso o, wywo uj c nastrój pogody i rado ci, a ciep e 

eczka czeka y ju  na dzieci, zm czone ca odzienn  zabaw .

Nadesz o Bo e Narodzenie, nie zm cone tego roku obecno ci  ciotki Mary Marii. Dzieci z zapa em tropi y zaj ce po  ladach na  niegu,  lizga y si

na nowych 

wach po zamarzni tej sadzawce, a w mro ne zmierzchy p on ce ró owym blaskiem zachodz cego s

ca goni y w asne cienie w ród

pokrytych  niegowym puchem pól. Zje

y te  na saneczkach ze srebrzystych zboczy okolicznych wzgórz. Ma y 

ty piesek z czarnymi uszkami

biega  z Jimem lub st skniony wita  go radosnym szczekaniem, gdy ch opiec wraca  do domu. Kiedy Jim odrabia  lekcje, siadywa  u jego stóp, a w nocy
le

 w nogach jego 

ka. Równie  podczas posi ków uk ada  si  pod sto em w pobli u swego pana, lekko tr caj c go  ap , aby przypomnie  mu o

swoim istnieniu.

- Mamusiu, nie wiem, jak mog em 

, zanim dosta em Gipa. On potrafi mówi , naprawd … Mówi oczyma.

Nieoczekiwanie zdarzy o si  nieszcz

cie. Pewnego dnia Gip wydawa  si  jakby nieswój. Nie chcia  je

, chocia  Zuzanna kusi a go smakowit

ko ci . Pos ano po weterynarza do Lowbridge, który zbadawszy psa potrz sn  tylko g ow . Nie umia  powiedzie  niczego konkretnego. Pies musia
zje

 co  truj cego w lesie. Wyli e si  albo nie. Gip le

 bardzo spokojnie i nie zwraca  uwagi na nikogo oprócz Jima. Niemal do ostatniej chwili

próbowa  macha  ogonkiem, gdy ch opiec go g aska .

- Mamusiu, czy to by oby niew

ciwe, gdybym pomodli  si  za Gipa?

- Ale  sk d! Mo emy modli  si  za wszystko, co kochamy. Tak si  boj  o Gipa… Jest bardzo chory…
- Mamusiu, nie my lisz chyba,  e Gip umrze!
Gip zdech  nazajutrz rano. Po raz pierwszy  mier  wkroczy a w dzieci cy  wiat Jima.  mier  kogo  bliskiego jest wstrz saj cym prze yciem, nawet

je li to chodzi tylko o ma ego pieska. Dla mieszka ców Z otego Brzegu Gip znaczy  o wiele wi cej ni  zwyk y pies, a Zuzanna, wycieraj c
zaczerwieniony nos, mrucza a:

- Nigdy przedtem nie zdarzy o mi si  tak przywi za  do psa. 1 nigdy ju  mi si  nie zdarzy. To za bardzo boli.
Zuzanna nie zna a poematu Kiplinga o tym, jak niem drze jest ofiarowa  serce psu. Gdyby ten wiersz kiedy  wpad  jej w r ce, pomy la aby z

pewno ci ,  e chocia  raz poeta napisa  co  sensownego.

Ta noc by a dla Jima trudna do prze ycia. Mama i tata musieli wyj

. Walter p aka  tak d ugo, a  usn , i Jim pozosta  sam… nie mia  ju  psa, z

którym móg by porozmawia . Kochane, br zowe  lepia, zawsze patrz ce na niego z takim zaufaniem, pogr

y si  w mroku  mierci.

- Dobry Bo e - modli  si  Jim. - We  w opiek  mojego ma ego pieska, który dzi  umar . Poznasz go po czarnych uszkach. Nie pozwól, by czu  si

beze mnie samotny.

Jim wtuli  twarz w poduszk , by nikt nie us ysza  jego p aczu. Gdy zgasi  wiat o, ciemna noc zajrzy przez okno, a Gip nie zamerda ogonkiem przy

jego 

ku. Nastanie mro ny, zimowy ranek bez Gipa. Nadal b

 przemija y dni i lata, ale nie b dzie ju  Gipa. Nie móg  znie

 tej my li.

Poczu  nagle,  e czu e rami  obejmuje go i przytula w ciep ym u cisku. A wi c mi

 nie znik a z tego  wiata, chocia  Gip nie  yje.

- Mamusiu, czy to zawsze b dzie takie straszne?
- Nie zawsze - Ania nie powiedzia a mu,  e wkrótce zapomni o swym bólu, a Gip stanie si  tylko mi ym wspomnieniem. - Nie zawsze, ma y Jimie.

Czas uleczy twoje cierpienie, jak uleczy  poparzone r ce, chocia  te  bardzo ci  bola y.

- Tata powiedzia ,  e kupi mi innego psa. Ale ja nie chc  innego. Nigdy.
- Rozumiem ci , kochanie.
Mama rozumia a wszystko. Nikt nie mia  takiej mamy jak on. Chcia by co  dla niej zrobi . Nagle wpad  na pewien pomys . Kupi mamie naszyjnik z

pere , taki, jaki widzia  w sklepie Cartera Flagga. S ysza  kiedy , jak mama mówi a,  e bardzo by chcia a mie  naszyjnik z pere , a tata odpowiedzia ,
nawi zuj c do dziecinnej piosenki:

- Kupi  ci naszyjnik, kiedy przyp ynie mój statek, Aniu.
Nale

o zastanowi  si , w jaki sposób tego dokona . Mia  troch  pieni dzy, ale by y one przeznaczone na zakup niezb dnych mu rzeczy. Trudno

zaliczy  do nich naszyjnik z pere . Poza tym chcia  sam zarobi  pieni dze. Wtedy b dzie to prezent naprawd  od niego. Mamy urodziny przypadaj  w
marcu, za sze

 tygodni. A naszyjnik kosztuje a  pi

dziesi t centów!

Rozdzia  XIX
Nie by o  atwo w Glen zarobi  pieni dze, ale Jim zacz  energicznie dzia

. Ze starych szpulek zrobi  b ki do zabawy dla kolegów, po dwa centy za

sztuk . Za trzy centy sprzeda  swój wielki skarb, trzy mleczne z by. W ka

 sobot  po po udniu sprzedawa  Bertiemu Szekspirowi swoj  porcj

kruchego placka z jab kami. Zarobione pieni dze wk ada  do mosi

nej  winki, któr  Nan ofiarowa a mu na Gwiazdk . By a to  liczna, l ni ca  winka z

dziurk  na grzbiecie. Przez t  dziurk  wrzuca o si  monet . Gdy chcia o si  wyj

 zaoszcz dzone pieni dze, wystarczy o pokr ci  ogonkiem, a  winka

sama si  otwiera a i wysypywa a monety. Aby zarobi  ostatnie osiem centów, Jim sprzeda  Macowi Reese’owi swoj  kolekcj  ptasich jaj. By  to
najpi kniejszy zbiór w Glen i Jim z  alem si  z nim rozstawa . Lecz dzie  urodzin mamy zbli

 si  coraz bardziej i nale

o czym pr dzej uzbiera

potrzebn  sum . Jim wrzuci  do  winki osiem centów, które otrzyma  od Maca, i przeszed  do porz dku dziennego nad strat  swego zbioru.

- Pokr

 ogonkiem,  eby sprawdzi , czy rzeczywi cie si  otworzy - rzek  Mac, który nie wierzy  w dzia anie tego mechanizmu. Ale Jim odmówi . Nie

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

zamierza  otwiera

winki a  do chwili, kiedy b dzie kupowa  naszyjnik.

Nazajutrz po po udniu w Z otym Brzegu odbywa o si  spotkanie Towarzystwa Dobroczynno ci. By o to niezapomniane spotkanie. W

nie gdy pani

Normanowa Taylor wyg asza a modlitw , a by a to osoba niezwykle dumna ze swych modlitw, zrozpaczony ma y ch opiec wbieg  do salonu.

- Moja mosi

na  winka zgin a, mamusiu! Zgin a!

Ania pospiesznie wyprowadzi a go z pokoju, ale pani Normanowa Taylor zawsze ju  uwa

a,  e celowo przeszkodzono jej w modlitwie.

Ze szczególnym naciskiem oznajmi a  onie pastora, która go cinnie bawi a na zebraniu Towarzystwa,  e du o wody up ynie, zanim wybaczy Jimowi

ten wybryk czy zwróci si  do jego ojca o porad  lekarsk . Gdy panie odesz y. Z oty Brzeg zosta  przewrócony do góry nogami w poszukiwaniu
mosi

nej  winki. Bez rezultatu. Jim, zrozpaczony strat  i skarcony za swoje zachowanie, by  tak przej ty,  e nie móg  sobie przypomnie , gdzie i kiedy

widzia  j  po raz ostatni. Mac Reese, do którego zatelefonowa , o wiadczy ,  e widzia

wink  na biurku Jima.

- Jak s dzisz, Zuzanno, mo e Mac Reese…
- Nie, droga pani doktorowo, z ca  pewno ci . Reese’owie maj  swoje przywary, na przyk ad zanadto lubi  pieni dze, ale tylko pod warunkiem,  e

 one uczciwie zarobione. Gdzie  mo e by  ta  winka?

- Mo e szczury j  zjad y? - powiedzia a Di. Jim wzruszy  ramionami - przecie  szczury nie mog y zje

 mosi

nej  winki z pi

dziesi cioma centami

w  rodku! Poczu  jednak niepokój - a je li tak si  sta o?

- Ale  sk d, kochanie - uspokoi a go mama. - Twoja  winka si  znajdzie.
Nazajutrz rano, gdy Jim poszed  do szko y,  winki ci gle nie by o. Dzieci z klasy wiedzia y ju  o jego stracie i snu y ró ne przypuszczenia, nie zawsze

pocieszaj ce. W czasie przerwy Dzidzia Flagg przysun a si  do niego przymilnie. Dzidzia lubi a Jima, ale on jej nie cierpia , pomimo, a mo e w

nie

dlatego,  e mia a g ste, z ociste loki i du e br zowe oczy. Nawet w wieku o miu lat ma si  k opoty w obcowaniu z istotami p ci odmiennej.

- Mog  ci powiedzie , kto ma twoj

wink .

- Kto?
- Je li pobawisz si  ze mn  w „Raz rybki w morzu bra y  lub”, to ci powiem.
By a to gorzka pigu ka do prze kni cia, ale Jim si  zgodzi . Zrobi by wszystko, aby odnale

wink . Nieszcz

liwy i zarumieniony siedzia  przy

Dzidzi, klaszcz c w r ce w takt wierszyka „Raz rybki w morzu bra y  lub”. Gdy rozleg  si  dzwonek na lekcj , za

da  dotrzymania obietnicy.

- Alicja Palmer mówi,  e Willy Drew powiedzia  jej,  e Bob Russell powiedzia  mu,  e Fred Elliot wyzna ,  e wie, gdzie jest  winka. Id  i zapytaj Freda.
- Oszustka! - krzykn  Jim, patrz c na ni  p on cymi oczami. - Oszustka!
Dzidzia roze mia a si  bezczelnie, nie przejmuj c si  jego oburzeniem. Najwa niejsze,  e Jim Blythe chocia  raz po wi ci  jej troch  czasu.
Jim poszed  do Freda Elliota, który najpierw stwierdzi ,  e nic nie wie i nie chce wiedzie  o  wince. Jim wpad  w rozpacz. Fred by  od niego o trzy lata

starszy i bardzo pot

nie zbudowany. Nagle co  przysz o mu do g owy. Z powag  podniós  wskazuj cy palec ku du ej, czerwonej twarzy Freda.

- Jeste  transsubstancjonalist  - powiedzia  wyra nie.
- Hej, hej, ty, ma y Blythe, nie przezywaj mnie.
- To wi cej ni  przezwisko - rzek  Jim. - To zakl cie. Je li powtórz  je i wska

 na ciebie palcem, b dziesz mia  pecha przez ca y tydzie . Mo e zejd

ci paznokcie. Policz  do dziesi ciu. Je li mi nie powiesz, zanim sko cz , powtórz  to s owo.

Fred nie bardzo w to wierzy . Ale tego wieczoru odbywa y si  zawody 

wiarskie i wola  nie ryzykowa . Poza tym paznokcie s  paznokciami. Gdy

Jim mówi  „sze

”, podda  si .

- No dobrze… dobrze. Nie nadwer

aj sobie szcz k, wypowiadaj c jeszcze raz to s owo. Mac wie, gdzie jest twoja  winka. Tak mi powiedzia .

Maca nie by o w szkole. Ania po wys uchaniu relacji Jima zadzwoni a do jego matki. Pani Reese po chwili nadesz a, zarumieniona i zawstydzona.
- Mac nie zabra

winki, pani Blythe. Chcia  tylko zobaczy , czy ona si  otworzy, wi c gdy Jim wyszed  z pokoju, pokr ci  ogonkiem.  winka rozpad a

si  na dwie cz

ci i nie móg  jej z

. Wi c schowa  cz

ci  winki i pieni dze do butów, stoj cych w przedpokoju. Nie powinien by  rusza

winki…

Ojciec zdrowo przetrzepa  mu ty ek. Ale nie ukrad  jej, pani Blythe.

- Có  to za s owo powiedzia

 Fredowi, kochanie? - spyta a Zuzanna, gdy odnaleziono rozcz onkowan

wink  i policzono pieni dze.

- Transsubstancjonalist  - odpar  z dum  Jim. - W zesz ym tygodniu Walter wyszuka  je w s owniku. Wiesz,  e on lubi d ugie i trudne s owa. Obaj

nauczyli my si  je wymawia . Powtarzali my po kolei, ka dy po dwadzie cia razy, zanim po

yli my si  spa ,  eby je dobrze zapami ta .

Naszyjnik zosta  kupiony i z

ony w trzecim od góry pude ku w  rodkowej szufladzie szafki Zuzanny. Zuzanna by a od pocz tku dopuszczona do

sekretu. Jim my la  ju ,  e dzie  urodzin mamy nigdy nie nadejdzie. Po era  wprost oczami niczego nie wiadom  mam . Nie wiedzia a, co kryje szafka
Zuzanny i jaka rado

 czeka j  w dniu urodzin. Nie mia a poj cia, co przywiezie jej statek, gdy  piewa a, usypiaj c bli niaczki:

- Widzia am statek, p yn cy po morzu, ca y wy adowany pi knymi rzeczami dla mnie.
W marcu Gilbert zachorowa  na gryp , która omal nie przerodzi a si  w zapalenie p uc. W Z otym Brzegu nast pi o kilka niespokojnych dni. Ania jak

zwykle  agodzi a spory, pociesza a zbola e serduszka, pochyla a si  nad sk panymi w  wietle ksi

yca 

eczkami, by sprawdzi , czy dzieciom jest

do

 ciep o. Ale wszystkim brakowa o jej  miechu.

- Co si  stanie z tym  wiatem, je li tata umrze? - wyszepta  Walter zbiela ymi ustami.
- Nie umrze, kochanie. Niebezpiecze stwo min o.
Ania sama zastanawia a si , co sta oby si  z mieszka cami Glen. St. Mary i Przystani Czterech Wiatrów, gdyby dosz o do takiego nieszcz

cia. Tak

bardzo ufali Gilbertowi. Szczególnie ludzie z Górnego i Glen zdawali si  wierzy ,  e potrafi on wskrzesi  umar ego, i je li tego nie robi, to tylko dlatego,

e nie chce krzy owa  planów Wszechmog cego. Jednak zar czali,  e raz mu si  to zdarzy o. Stary wuj Archibald MacGregor uroczy cie zapewnia

Zuzann ,  e Samuel Hewett by  zupe nie martwy i  e doktor Blythe przywróci  go do  ycia. W ka dym razie gdy ludzie widzieli szczup , opalon  twarz
Gilberta i jego  yczliwe spojrzenie, gdy uspokaja  pacjentów: „Nic takiego si  nie dzieje”, wierzyli mu, a  rzeczywi cie stawa o si  to prawd . Jego imi
nadawano ogromnej ilo ci dzieci, tak  e w Przystani Czterech Wiatrów roi o si  od ma ych Gilbertów, a by a te  nawet jedna malutka Gilbertyna.

Wkrótce tata wyzdrowia  i mama znów zacz a si

mia . I nareszcie nadszed  wieczór poprzedzaj cy dzie  urodzin mamy.

- Je li wcze niej za niesz, Jimie, to szybciej nadejdzie jutro - zapewnia a Zuzanna.
Jim spróbowa  szybko zasn

, ale nic z tego nie wysz o. Walter od dawna ju  spa , a on ci gle wierci  si  i kr ci  na 

ku. Ba  si ,  e za pi, nie

wstanie na czas i wszyscy inni dadz  ju  mamie swoje prezenty. A on chcia  by  pierwszy. Szkoda,  e nie prosi  Zuzanny, by go obudzi a! Zdaje si ,  e

nie posz a gdzie  z wizyt , ale poprosi j  o to, gdy wróci. Zejdzie na dó  i poczeka na ni  na kanapie w salonie. Jim cichutko zszed  do holu i zwin

si  na kanapie. Widzia  st d Glen.  wiat o ksi

yca wype nia o zakl tym blaskiem kotlinki mi dzy za nie onymi, bia ymi wydmami. W mroku nocy

drzewa, pe ne tajemniczo ci, zdawa y si  wyci ga  ramiona ku Z otemu Brzegowi. S ysza  wszystkie nocne odg osy domu… Pod oga skrzypia a, kto
przewróci  si  na drugi bok w 

ku, w gielki w kominku trzaska y z sykiem, myszka piszcza a za kredensem. Czu  si  taki samotny. Dlaczego Zuzanna

nie wraca? Gdyby by  tu Gip, kochany Gip… Czy zapomnia  o Gipie? Nie, ani troch . Lecz wspomnienie o nim nie bola o ju  tak bardzo, a poza tym

ow  zaprz ta o mu tyle innych my li. Niech  pi w spokoju jego najdro szy piesek. Mo e mimo wszystko Jim kiedy  zdecyduje si  mie  innego psa.

Szkoda,  e nie ma teraz przy sobie  adnego  ywego stworzenia, cho by Odrobinka, który oczywi cie akurat gdzie  si  zawieruszy . Stary, egoistyczny
kot! Nic go nie obchodzi poza jego w asnymi sprawami.

Na d ugiej drodze, wij cej si  bez ko ca poprzez t  dziwn , o wietlon  blaskiem ksi

yca przestrze , która za dnia stawa a si  dobrze znanym Glen,

nie by o wida  Zuzanny. Jim postanowi ,  e zacznie sobie wyobra

 ró ne rzeczy, aby pr dzej mu mija  czas. Kiedy  w przysz

ci pojedzie na pó noc

i zamieszka z Eskimosami. Pop ynie te  na dalekie morza i ugotuje na Gwiazdk  rekina, tak jak kapitan Jim. Pojedzie z wypraw  na goryle do Konga.
Mo e zostanie nurkiem i b dzie w drowa  przez l ni ce kryszta em podwodne krainy. Gdy pojedzie do Avonlea, poprosi wujka Tadzia, by go nauczy ,
jak si  wlewa mleko do kociego pyszczka. Wujek doskonale umie to robi . A mo e b dzie piratem? Zuzanna chcia a,  eby zosta  pastorem. Pastor
mo e zrobi  wiele dobrego, ale czy  ycie pirata nie jest ciekawsze?

Oby tylko ten ma y, drewniany 

nierzyk nie zeskoczy  z okapu nad kominkiem i nie wystrzeli  ze swej strzelby. A co b dzie, je li krzes a zaczn

spacerowa  po pokoju lub le

ca na pod odze skóra tygrysia o yje i zamieni si  w prawdziwego tygrysa.’ Mo e nied wiedzie, które wyobra ali sobie z

Walterem, gdy byli mali, rzeczywi cie pojawi  si  w domu? Jima ogarn o przera enie. Za dnia niecz sto zdarza o mu si  zatraca  granic  mi dzy
rzeczywisto ci  a krain  fantazji. W nocy by o jednak inaczej. Zegar cyka … tik-tak, tik-tak, tik-tak. Z ka dym „tik” nowy nied wied  siada  na stopniach
schodów. Po prostu a  roi o si  na nich od nied wiedzi! Na pewno zostan  tu do brzasku.

Co b dzie, je li Bóg zapomni kaza  s

cu wzej

? Ta my l by a tak” okropna,  e Jim ze strachu skuli  si , ukry  twarz pod kocem i niebawem

smacznie zasn . Zuzanna wróci a do domu dopiero nazajutrz o wschodzie s

ca i ujrzawszy  pi cego na kanapie ch opca, os upia a.

- Ma y Jimie!
Jim zerwa  si  natychmiast. Czarodziej Mróz sp dzi  pracowicie noc, zamieniaj c lasy w  nie

 Krain  Ba ni. Purpurowe  wiat o k ad o si  na

odleg ych wzgórzach i polach. By  to dzie  urodzin mamy.

- Czeka em na ciebie, Zuzanno, bo chcia em ci  prosi ,  eby  mnie obudzi a… Ale tak d ugo nie wraca

- Posz am do Warrensów, poniewa  umar a ich ciotka. Poprosili mnie,  ebym zosta a i czuwa a przy zmar ej - wyja ni a pogodnie Zuzanna. - Nie

dzi am,  e b dziesz próbowa  z apa  zapalenie p uc, skoro tylko spuszcz  ci  z oka. Marsz do 

ka. Zawo am ci , kiedy tylko mama si  obudzi.

- Zuzanno, w jaki sposób polujesz na rekiny? - chcia  jeszcze dowiedzie  si  Jim.
- Nie poluj  na nie - odpar a Zuzanna.
W par  godzin pó niej Jim wszed  do pokoju mamy. Wsta a ju  i czesa a przed lustrem swoje pi kne, l ni ce w osy. Szeroko otworzy a oczy, gdy

ujrza a naszyjnik.

- Jim, kochanie! To dla mnie?
- Teraz nie musisz ju  czeka , a  przyp ynie statek taty - powiel dzia  Jim z nutk  nonszalancji w g osie. Có  to takiego po yskiwa o zielono na mamy

oni? Pier cionek… Prezent od taty. Bardzo dobrze, ale pier cionki s  czym  zwyczajnym. Nawet Dzidzia Flagg nosi pier cionek. Co innego naszyjnik

z pere !

- Naszyjnik jest najcudowniejszym podarkiem urodzinowym - rzek a mama.
Rozdzia  XX

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Pewnego wieczoru pod koniec marca Gilbert i Ania wybierali si  na obiad do przyjació  w Charlottetown. Ania w

a now , zielon  sukni ,

przybran  przy dekolcie srebrn  nitk , wsun a na palec pier cionek od Gilberta, a na szyi zawiesi a pere ki od Jima.

- Prawda, Jimie,  e moja  ona jest pi kna? - zagadn  z dum  tata.
Jim my la  w

nie,  e mama jest bardzo pi kna i  e ma  liczn  sukni . Jak  adnie wygl da y per y na jej bia ej szyi! Lubi  patrze  na mam , kiedy

by a tak wspaniale wystrojona, cho  wola  j  w codziennej sukience. Wyj ciowy strój zmienia  j  w kogo  innego. Nie by a wtedy jego prawdziw  mam .

Po kolacji Jim poszed  na wie , by za atwi  co  dla Zuzanny. Czeka  w

nie w sklepie Cartera Flagga, przera ony,  e mo e zjawi  si  Dzidzia, która

przychodzi a tu czasami, i zachowywa  si … hm, doprawdy zbyt przyja nie. Wtedy nast pi o co  nieoczekiwanego, jedno z tych zderze  z
rzeczywisto ci , tak strasznych dla dziecka, które si  ich nie spodziewa i nie mo e si  przed nimi broni .

Przed wystaw , na której pan Flagg trzyma  naszyjniki, 

cuszki, bransoletki i klamry do w osów, stan y dwie dziewczynki.

- Ca kiem  adny jest ten sznurek pere  - dobieg  go g os Abbie Russell.
- Wygl daj  zupe nie jak prawdziwe - doda a Leonka Reese. Odesz y, nie wiadome krzywdy, któr  wyrz dzi y ma emu ch opcu, siedz cemu na

skrzyni z gwo dziami. Jim nagle jakby skamienia , nie by  w stanie uczyni  najmniejszego ruchu.

- Co ci jest, synu? - zagadn  pan Flagg. - Kiepsko wygl dasz.
Jim spojrza  na niego oczami pe nymi rozpaczy. Czu  dziwn  sucho

 w ustach.

- Prosz  pana… czy te… czy te naszyjniki… To s  prawdziwe per y, prawda?
Pan Flagg roze mia  si .
- Nie, ch opcze. Obawiam si ,  e nie da si  kupi  prawdziwych pere  za pi

dziesi t centów. Prawdziwe kosztuj  setki dolarów. To s  sztuczne per y,

bardzo  adne jak na t  cen . Kupi em te naszyjniki okazyjnie, dlatego sprzedaj  je tak tanio. Zwykle kosztuj  oko o dolara. Zosta  ju  tylko jeden. Mówi
ci, rozesz y si  jak ciep e bu eczki.

Jim ze lizgn  si  ze skrzyni i wyszed . Zupe nie zapomnia , po co pos

a go Zuzanna. Szed  do domu jak po omacku. Nad g ow  mia  ciemne,

jeszcze zimowe niebo, a w powietrzu „czu o si

nieg”, jak mówi a Zuzanna. Ka

e pokry y si  cieniutk  warstw  lodu. Zatoka pogr

ona by a w ciszy i

czarnym mroku. Zanim Jim dotar  do domu, zacz a si  nad ni  bieli

nie na nawa nica. Ch opiec pragn , aby  nieg pada , pada  i pada , a  ca kiem

zasypie jego samego i wszystko doko a. Nie ma sprawiedliwo ci na tym  wiecie.

Jim by  za amany. Nie pozwoli, by ktokolwiek szydzi  z niego lub  mia  si  z ca ej tej historii. Có  za upokorzenie! I on, i mama my leli,  e per y s

prawdziwe… Tymczasem okaza o si ,  e to tylko n dzna imitacja! Co mama powie, co poczuje, gdy dowie si  o tym? Oczywi cie, trzeba jej wyzna
prawd  i czym pr dzej wyprowadzi  j  z b du. Musi wiedzie ,  e per y nie s  prawdziwe. Biedna mama! Tak bardzo by a z nich dumna. Widzia
przecie  dum  w jej oczach, gdy go ca owa a i dzi kowa a za prezent.

Jim w lizgn  si  do domu kuchennym wej ciem i poszed  prosto na gór  po

 si  do 

ka. Walter spa  ju  g boko. Ale Jim nie móg  zasn

.

Czuwa  jeszcze, gdy mama cichutko wesz a do pokoju, aby sprawdzi , czy dzieci s  dobrze okryte.

- Jim, kochanie, dlaczego jeszcze nie  pisz o tej porze?  le si  czujesz?
- Nie, mamusiu, ale jestem bardzo nieszcz

liwy tutaj - odrzek  Jim, k ad c r

 na 

dku. Uwa

,  e w

nie tam znajduje si  serce.

- Co si  sta o, skarbie?
- Ja… ja… musz  co  ci powiedzie , mamusiu. B dziesz okropnie rozczarowana, ale ja naprawd  nie chcia em ci  oszuka , mamusiu.
- Jestem pewna,  e nie chcia

, kochanie. Co si  sta o? Powiedz, nie obawiaj si .

- Och, mamusiu, te per y nie s  prawdziwe. My la em,  e s … By em pewien…
Oczy Jima wype ni y si

zami. Nie móg  dalej mówi .

Ania powstrzyma a u miech. Shirley dzi  uderzy  si  w g ow , Nan zwichn a nog  w kostce, Di przezi bi a si  i ca kiem zachryp a. Ania pociesza a,

utula a i banda owa a. Ale w tej sprawie potrzebna by a ca a g boka m dro

 kochaj cej matki.

- Jim, kochanie, nawet mi do g owy nie przysz o,  e uwa

 te per y za prawdziwe. Od razu wiedzia am,  e s  imitacj , przynajmniej w  cis ym

znaczeniu tego s owa. Dla mnie s  jednak najcenniejszymi klejnotami, jakie kiedykolwiek dosta am. To,  e zdoby

 je dzi ki swemu po wi ceniu i

swojej pracy i da

 je z mi

ci, sprawia,  e s  dla mnie daleko dro sze ni  wszystkie per y wydobyte z g bin mórz. Kochanie, nie zamieni abym moich

pere ek na naszyjnik, o którym czyta am dzi  w gazecie. Jaki  milioner kupi  go za pó  miliona dolarów i ofiarowa  swojej narzeczonej. Widzisz wi c, jak
cenny jest dla mnie twój prezent, najdro szy z najdro szych synków. Czy ju  si  uspokoi

?

Jim by  tak szcz

liwy,  e a  si  wstydzi . Wydawa o mu si ,  e tylko malutkie dzieci mog  doznawa  takiego uczucia.

-  ycie jest znów do zniesienia - rzek  pow ci gliwie.

zy znik y z jego b yszcz cych oczu. Wszystko by o dobrze. Marni trzyma a go w ramionach… Wa ne by o tylko to,  e per y jej si  podoba y. A

kiedy  ofiaruje jej naszyjnik, który b dzie kosztowa  nie pó , ale ca y milion dolarów. Tymczasem czu  si  zm czony. 

ko by o ciep e wygodne, r ce

mamy pachnia y ró ami… i nie  ywi  ju  nienawi ci dc Leonki Reese.

- Mamusiu,  licznie wygl dasz w tej sukni - rzek  sennym g osem - Czysto i s odko… s odko jak czekoladka.
Rozdzia  XXI
Tego roku kwiecie  nadszed  cichute ko, przynosz c ciep e promienie s

ca i  agodny powiew wiatru. Wkrótce jednak niespodziewana  nie na

burza przyby a z pó nocy i pokry a ca y  wiat  niegow  pierzynk .

-  nieg w kwietniu jest wstr tny - powiedzia a Ania. - To tak, jakby kto  uderzy  ci  w twarz zamiast poca owa .
Koronkowe sople przyozdobi y Z oty Brzeg. Przez d ugie dwa tygodnie trwa y smutne dni i przygn biaj ce noce. Wreszcie  nieg niech tnie znikn , a

do Doliny zawita  pierwszy drozd. Gdy wie

 o tym dotar a do Z otego Brzegu, wszyscy odetchn li z ulg  i zacz li wierzy ,  e wreszcie nast pi

wiosenne, pe ne cudów odradzanie si

wiata.

- Och, mamusiu, dzisiaj pachnie wiosn  - zawo

a Nan, z rozkosz  wdychaj c  wie e, wilgotne powietrze. - Mamusiu, prawda,  e wiosna jest

cudown  por  roku?

Tymczasem wiosna ju  zaczyna a stawia  pierwsze kroki, zupe nie niczym podziwiane dziecko, które dopiero uczy si  chodzi .  nieg na drzewach i

polach znika , ust puj c miejsca soczystej zieleni. Jim jak co roku przyniós  mamie bukiecik konwalii.

Mimo to pani Mitchell, kobieta o niesamowitej tuszy, padaj c ci

ko na fotel w Z otym Brzegu, westchn a 

nie,  e wiosna nie bywa ju  tak

przyjemna jak za dawnych lat.

- Czy nie przypuszcza pani przypadkiem, pani Mitchell,  e to nie wiosna si  zmienia, ale my sami? - u miechn a si  Ania.
- Mo e. A  za dobrze wiem,  e si  zmieni am. Nie s dz , aby domy li a si  pani patrz c na mnie,  e kiedy  by am naj adniejsz  pann  w tych
stronach.
Ania stwierdzi a w duchu,  e istotnie nic podobnego nie przysz oby jej do g owy. Smugi kurzu pokrywa y rzadkie, zlepione, mysie w osy pod beretem

z krepy, a tak e d ugi wdowi welon pani Mitchell. Jej niebieskie, pozbawione wyrazu oczy by y m tne i zapadni te, a chrze cija skie mi osierdzie
nakazywa o powstrzyma  si  od uwag odno nie jej podwójnego podbródka. Lecz wdowa po Antonim Mitchellu czu a si  ca kiem z siebie zadowolona,
poniewa  nikt w Przystani Czterech Wiatrów nie mia  tak wspania ego stroju 

obnego jak ona. Nie mo na by o oprze  si  wra eniu,  e noszenie

oby pochlebia jej pró no ci.
Pani Mitchell nie dopuszcza a Ani do g osu, zaoszcz dzaj c jej trudu prowadzenia rozmowy.
- Wodoci g mi nawali , przecieka rura. Przysz am do wsi poprosi  Raymonda Russella, aby mi go naprawi . I pomy la am sobie: „Skoro ju  tu jestem,

wpadn  do pani Blythe i poprosz , aby napisa a epitaf  dla Antoniego”.

- Epitafium? - spyta a zaskoczona Ania.
- Aha… to, co drukuj  w gazetach o zmar ych ludziach, wie pani - wyja ni a pani Mitchell. - Chc ,  eby Antoni mia  naprawd

adn . Co  takiego

niezwyk ego. Pani przecie  pisuje ró ne rzeczy, prawda?

- Od czasu do czasu zdarza mi si  napisa  jakie  drobne opowiadanie - przyzna a Ania. - Ale przy szóstce dzieci rzadko znajduj  na to czas. Kiedy

marzy am o s awie, ale obecnie obawiam si ,  e moje nazwisko nigdy si  nie znajdzie w „Who is who”*. Poza tym nigdy w  yciu nie pisa am epitafium.

- O, to chyba nic trudnego. Stary wuj Charlie Bates pisze wi kszo

 epitaf dla Dolnego Glen. Ale nie maj  one w sobie  adnej poetyczno ci, a ja

chc ,  eby mój Antoni dosta  kawa ek prawdziwego wiersza. Bardzo lubi  poezj . W zesz ym tygodniu s ysza am pani wyk ad w szkole w Glen na temat
banda owania ran i pomy la am sobie „Kto , kto umie tyle mówi , i to tak g adko, z pewno ci  napisze prawdziwie poetyck  epitaf ”. Zrobi to pani dla
mnie, prawda, pani Blythe? Antoni by si  z tego cieszy . Zawsze pani  podziwia . Kiedy  powiedzia ,  e gdy pani wchodzi do pokoju, wszystkie inne
kobiety wydaj  si  ca kiem zwyczajne i niedystyngowane. Widzi pani, czasem wyra

 si  poetycko, ale nie mia  nic z ego na my li. Czyta am wiele

epitaf… Mam du y notes z wypisanymi z gazet epitafami, ale nie s dz , by Antoniemu która  si  spodoba a. Zawsze si  z nich wy miewa . A ju
najwy szy czas co  zrobi , bo przecie  umar  dwa miesi ce temu. D ugo nie móg  rozsta  si  ze  wiatem, ale za to nie cierpia . To k opotliwe, gdy kto
umiera na wiosn , pani Blythe, lecz jako  sobie poradzi am. Wuj Charlie b dzie ura ony,  e poprosi am o epitaf  kogo  innego, ale nie dbam o to. Wuj
Charlie jest wygadany, lecz nie 

 z Antonim w zbytniej zgodzie, wi c nie zamierzam prosi  go o epitaf . By am  on  Antoniego, pani Blythe, kochaj

i wiern

on , przez trzydzie ci pi

 lat. Tak, pani Blythe, trzydzie ci pi

 lat - powtórzy a, jakby w obawie,  e Ania pomy li, i  tylko przez trzydzie ci

cztery lata - i chc , aby mia  epitaf , która spodoba aby mu si , gdyby 

. Tak w

nie powiedzia a moja córka, Serafina; wysz a za m

 i przenios a si

do Lowbridge.  adne imi , Serafina, nieprawda? Znalaz am je na czyim  nagrobku. Antoniemu si  nie podoba o. Chcia  j  nazwa  Judyta, po swojej
matce. Ale powiedzia am,  e Judyta brzmi zbyt uroczy cie, i  atwo da  si  przekona . Nie umia  si  k óci , chocia  zawsze wo

 na ni  „Seraf” O czym

to ja mówi am?

-  e pani córka powiedzia a…
- O, w

nie. Serafina powiedzia a mi: „Mamo, prosz  ci , za atw dla taty  adn  epitaf ”. By a bardzo z yta z ojcem, chocia  cz sto si  z niej

wy miewa , tak jak i ze mnie… czasami. No wi c jak, pani Blythe?

- Ale  ja doprawdy tak ma o wiem o pani m

u, pani Mitchell.

- O, mog  pani wszystko o nim opowiedzie . Nie pami tam tylko, jakiego koloru mia  oczy. Czy pani uwierzy,  e gdy rozmawia am z Serafina po

pogrzebie, nie umia am powiedzie , jakie mia  oczy! Chocia

am z nim trzydzie ci pi

 lat! W ka dym razie by y to oczy  agodne i rozmarzone. Tak

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

agalnie nimi spogl da , gdy si  o mnie stara . Nie by o mu  atwo mnie zdoby , pani Blythe. Ca e lata za mn  szala . A ja mia am zielono w g owie i

chcia am wybiera , przebiera . Historia mojego  ycia by aby niezwykle interesuj cym tematem. Mog aby pani wykorzysta  j  w jednym ze swoich
opowiada . No tak, min 
y te czasy. Mia am tylu staraj cych si ,  e nie da oby si  wcisn

 mi dzy nich szpilki. Ale wszyscy oni przychodzili i odchodzili,

a Antoni zosta .

Wygl da  ca kiem przyzwoicie, taki mi y, szczup y m

czyzna. Nie znosz  oty ych m

czyzn. „Je li wyjdziesz za Mitchella, b dzie to dla Plummerów

krok w gór ” - powiedzia a moja matka, bo jego rodzina by a bardziej szacowna ni  moja. Ja jestem Plummer z domu, pani Blythe, córka Jana
Plummera. Antoni mówi  mi takie romantyczne komplementy. Kiedy  powiedzia ,  e mam w sobie eteryczny uroki ksi

ycowego  wiat a. Wiem,  e to

mia o by  co  mi ego, chocia  niej mam poj cia, co znaczy „eteryczny”. Zamierza am sprawdzi  to’ w s owniku, ale jako  zapomnia am. No có , w
ko cu da am mu s owo,  e b

 jego. To jest… to znaczy…  e za niego wyjd . Mój Bo e, szkoda,  e mnie pani nie widzia a w  lubnej sukni. Wszyscy

mówili,  e wygl da am jak obrazek. By am szczup a, z w osami ja niejszymi od z ota i  liczn  cer . Och, jak okrutnie obchodzi si  z nami czas! Z pani
nie jest jeszcze tak  le, pani Blythe. Jest pani ci gle naprawd

adna i na dodatek wysoko edukowana. No có , nie wszystkie mo emy by  wykszta cone

Niektóre z nas musz  zajmowa  si  gospodarstwem. Pani sukienka jest doprawdy  liczna, pani Blythe. Zauwa

am,  e nigdy nie ubiera si  pani na

czarno. Bardzo s usznie. I tak zbyt wcze nie przyjdzie pani nosi

ob . Wszystko ma swój koniec, powiadam zawsze. O czym to mówi am?

- Pani… Pani próbowa a mi opowiedzie  co  o panu Mitchellu.’
- Ach, prawda. No wi c pobrali my si . Tej nocy na niebie by a wielka kometa. Widzia am j , jak jechali my do domu. Szkoda,  e n mog a pani

zobaczy  tej komety, pani Blythe. By a naprawd

adna. Czy mog aby pani o niej wspomnie  w epitafie?

- To… To by oby chyba trudne…
- Ach tak - pani Mitchell z westchnieniem zrezygnowa a z komety - Musi pani napisa  to najlepiej, jak pani potrafi. Jego  ycie nie byk specjalnie

ciekawe. Raz si  upi . Powiedzia ,  e po prostu chc  wiedzie , jak cz owiek si  wtedy czuje. Zawsze mia  taki dociekliwi umys . O tym zdarzeniu
oczywi cie nie mo e pani wspomnie  w epitafie. Nic innego, godnego uwagi nie zdarzy o si  w jego  yciu. Nie chcia abym si

ali , ale musz

stwierdzi ,  e by  niefrasobliwy i troch  niezaradny. Godzinami wysiadywa , wpatruj c si  w malwy. Bardzo lubi  kwiaty. Niech tnie kosi  traw , je li ros y
w niej bratki. Kiedy nadchodzi a pora  niw, bardziej interesowa  si  polnymi kwiatami w zbo u ni  obfito ci  zbiorów. A drzewa… Ten jego sad…
Zawsze  artowa am,  e wi cej dba o drzewa ni  o mnie. Co do farmy, naprawd  kocha  ten swój kawa ek ziemi. Wydawa o si ,  e uwa

 go za ludzk

istot . Wiele razy s ysza am, jak mówi : „Pójd  na dwór i pogadam ze swoj  ziemi ”. Kiedy zestarzeli my si , namawia am go, aby sprzeda  farm  i
przenie

 si  do Lowbridge. Nie mieli my przecie  synów, którzy przej liby po nas gospodarstwo. Ale on mówi : „Nie mog  sprzeda  swojej farmy tak,

jakbym nie móg  sprzeda  mojego serca”. Czy  m

czy ni nie s  zabawni? Nied ugo przed  mierci  zachcia o mu si  na obiad gotowanej kury. „Ugotuj

 tak, jak to zawsze robisz” - powiedzia .  miem twierdzi ,  e zawsze chwali  moje zdolno ci kulinarne. Jedyna rzecz, której nie znosi , to sa ata z

orzechami. Mówi ,  e orzechy s  w zielonej sa acie przykr  niespodziank . Ale akurat nie mia am  adnej kury na zabicie. Wszystkie tak dobrze si
nios y. Z kogutów zosta  tylko jeden i oczywi cie nie mog am go zar

. Lubi  patrze , jak koguty chodz  po podwórzu. Nie ma chyba nic  adniejszego

ni  dorodny kogut, czy nie podziela pani mojego zdania, pani Blythe? O czym to mówi am?

- O tym,  e m

 prosi , aby mu pani ugotowa a kur .

- W

nie. 

uj ,  e tego nie zrobi am. Budz  si  nieraz w nocy i my

 o tym. Ale sk d mog am wiedzie ,  e on umrze, pani Blythe? Nigdy si  nie

ali  i ci gle powtarza ,  e czuje si  coraz lepiej. Do ostatka wszystkim si  interesowa . Gdybym by a wiedzia a,  e umrze, zar

abym kur , nawet t ,

co si  najlepiej nios a.

Pani Mitchell zdj a z r k koronkowe czarne r kawiczki i otar a oczy chusteczk , obr bion  d ug  na dwa cale czarn  koronk .
- Zjad by j  z takim apetytem! - poci gn a nosem. - Do ko ca mia  swoje w asne z by, biedaczek. W ka dym razie - doda a, chowaj c chusteczk  i

nak adaj c r kawiczki - mia  sze

dziesi t pi

 lat, wi c zbli

 si  ju  do granicy wieku wyznaczonej w Biblii. No i mam now  tabliczk  trumienn . Mary

Marta Plummer i ja zacz

my zbiera  tabliczki trumienne w tym samym czasie, ale ona szybko mnie wyprzedzi a. Wielu jej krewnych zmar o, nie

mówi c ju  o trójce dzieci. Ma wi cej tabliczek trumiennych ni  ktokolwiek w tych stronach. Mnie szcz

cie tak nie sprzyja o. Ale w ka dym razie ca y

okap nad kominkiem jest nimi zastawiony. Mój kuzyn, Tomasz Bates, zosta  pochowany w zesz ym tygodniu. Prosi am jego  on  o tabliczk  trumienn ,
ale pogrzeba a j  razem z nim. Powiedzia a mi,  e tylko prymitywni ludzie zbieraj  takie rzeczy. Ona jest Hampson z domu, a Hampsonowie zawsze byli
dziwni. O czym to ja mówi am?

Ania tym razem doprawdy nie umia a naprowadzi  pani Mitchell na przerwany w tek. Opowie

 o tabliczkach trumiennych zadziwi a j .

- W ka dym razie biedny Antoni umar . „Odchodz  z zadowoleniem i spokojem” - tylko tyle powiedzia  i do ko ca si  u miecha . Co prawda, do sufitu,

a nie do mnie czy Serafiny. Ciesz  si ,  e by  szcz

liwy przed  mierci , bo za  ycia nie zawsze wydawa  si  taki, pani Blythe. By  okropnie wra liwy i

nerwowy. Ale w trumnie wygl da  nobliwie i dostojnie. Urz dzili my mu wspania y pogrzeb. Dzie  by  prze liczny. Antoni le

 w powodzi kwiatów. Co

prawda zemdla am, ale poza tym wszystko posz o dobrze. Pochowali my go na cmentarzu w Dolnym Glen, chocia  ca a jego rodzina le y w Lowbridge.
Ale ju  dawno temu powiedzia ,  eby go pochowa  w

nie w Dolnym Glen, gdy  chce le

 niedaleko swojej farmy i s ucha  szumu morza i  piewu

wiatru w ga ziach. Wie pani, na tym cmentarzu ro nie du o drzew. Jestem rada,  e tam go pochowa am. Uwa am,  e jest to przytulny, mi y
cmentarzyk. Zamierzam zasadzi  pelargonie na grobie Antoniego. By  dobrym cz owiekiem. Na pewno poszed  do nieba, wi c niech si  pani nie

opocze. Zawsze my la am,  e trudno jest pisa  epitaf  dla kogo , czyje losy na tamtym  wiecie nie s  pewne. Mog  na pani polega , prawda, pani

Blythe?
Ania podda a si ; czuj c,  e pani Mitchell pozostanie i b dzie gada  tak d ugo, dopóki nie wymusi na niej zgody. Wdowa po Antonim Mitchellu ci

ko

podnios a si  z krzes a, wydaj c westchnienie ulgi.

- Musz  ju  i

. Spodziewam si  dzi  wyl gu indycz t. Przyjemnie mi si  z pani  rozmawia o i 

uj ,  e nie mog  zosta  d

ej. Smutnej jest  ycie

wdowy. M

czyzna nie znaczy zbyt wiele, ale troch  go brak, gdy odejdzie na wieki.

Ania grzecznie odprowadzi a j  do furtki. Dzieci bawi y si  na trawie z ptakami, a woko o wychyla y si  z ziemi pierwsze narcyzy.
- Ma pani  adny dom, naprawd

adny, pani Blythe. Zawsze wydawa o mi si ,  e chcia abym mie  du y dom. Ale dla nas i Serafiny… No i sk d by o

wzi

 pieni dze? Zreszt  Antoni nie chcia  o tym s ysze . Zupe nie g upio kocha  ten swój stary dom. Jak tylko dostan  korzystn  ofert , sprzedam

cha up  i przenios  si  do Lowbridge lub Mowbray. Zastanowi  si , w której z tych dwóch wsi wygodniej mi b dzie 

 jako wdowie. Dlaczego nie

posadzi a pani tej jarz biny przy drzwiach wej ciowych? Broni aby wst pu wró kom.

- Kto chcia by broni  wst pu wró kom, pani Mitchell?
- Mówi pani jak Antoni.  artowa am tylko. Oczywi cie nie wierz  we wró ki. Ale s ysza am,  e, je li oczywi cie w ogóle istniej , s  w cibskie i

przynosz  nieszcz

cie. Do widzenia, pani Blythe. Przyjd  po epitaf  w przysz ym tygodniu.

Rozdzia  XXII
- Niepotrzebnie pani uleg a, droga pani doktorowo - powiedzia a Zuzanna, która s ysza a znaczn  cz

 rozmowy, czyszcz c w spi arni srebra.

- Naprawd  tak my lisz? Ch tnie napisz  to epitafium. Lubi am Antoniego Mitchella, chocia  rzadko go widywa am. Czuj ,  e przewróci by si  w

grobie, gdyby po wi cono mu epitafium podobne do tych, jakie zazwyczaj ukazuj  si  w „Daily Enterprise”. Antoni mia  niecodzienne poczucie humoru.

- Antoni Mitchell by  za m odu ca kiem mi ym ch opcem, droga pani doktorowo, chocia  mówiono,  e ma zbyt marzycielskie usposobienie. Nie zawsze

udawa o mu si  dogodzi  Bessie Plummer, ale 

 uczciwie i p aci  swoje d ugi. To pewne,  e o eni  si  z najmniej odpowiedni  pann , jak  móg  sobie

wybra . Bessie jest teraz potworniej gruba, lecz w tamtych latach by a  liczna jak obrazek. Niektóre z nas - zako czy a Zuzanna, wzdychaj c - nie maj
nawet tyle do wspominania.

Ania widzia a Antoniego Mitchella jeden lub dwa razy. Malutki, szary domek, w którym mieszka , le

 w Dolnym Glen pomi dzy  wierkowym lasem a

morzem. Du a wierzba rozpo ciera a nad nimi swe ga zie, niczym parasol. Mieszka cy Dolnego Glen podlegali pieczy doktora z Mowbray Narrows,
ale Gilbert od czasu do czasu kupowa  od Mitchella zbo e. Pewnego razu, gdy Antoni przywióz  zamówione ziarno, Ania zabra a go na przechadzk  po
ogrodzie i stwierdzi a,  e maj  sobie wiele do powiedzenia. Lubi a go, jego szczup , po-kryt  bruzdami twarz, szczere, inteligentne 

toorzechowe

oczy, które nigdy nikogo nie zawiod y i nigdy te  nie da y si  oszuka … poza tym jednym razem, kiedy uroda Bessie Plummer sk oni a go do zawarcia
nierozwa nego ma

stwa. Niemniej nie wydawa  si  nieszcz

liwy czy rozczarowany. Dopóki tylko móg  ora , sia  i sadzi , by  ca kowicie

zadowolony z  ycia. Jego czarne w osy lekko tylko przyprószy a siwizna. U miecha  si  rzadko, pi knym u miechem, w którym przejawia a si  jego
szlachetna i niepospolita dusza. Stare pola dawa y mu chleb, a tak e rado

, szcz

cie i pocieszenie w smutku. Ania by a rada,  e pochowano go

niedaleko. Mo liwe,  e umiera  z zadowoleniem, ale tak e z zadowoleniem 

. Doktor z Mowbray Narrows mówi ,  e gdy oznajmi  Antoniemu, i  nie

mo e da  mu nadziei na wyzdrowienie, ten u miechn  si  i odpar : ,,Na staro

ycie staje si  troch  monotonne.  mier  b dzie czym  nowym.

Jestem jej bardzo ciekaw, panie doktorze”. Pani Mitchell pomi dzy stekami absurdów poda a kilka informacji, z których wy ania a si  prawdziwa
sylwetka Antoniego. W par  dni potem, pó nym popo udniem, Ania siedz c przy oknie napisa a wiersz zatytu owany „Grób starego cz owieka” i
przeczyta a go, rada z efektu swojej pracy.

Niech spocznie w ród szelestu li ci,
gdzie poszum morza mu si  przy ni,
a spadaj ce krople d

u

czule utul  go do snu.
Niech spocznie tam, gdzie sad zielony
jego r kami zasadzony,
gdzie ukochane przeze  pola
szeroko  ciel  si  doko a.
Niech spocznie pod g st  zielon  muraw ,
gdzie blaski gwiazd srebrem si  k ad ,
gdzie s

ce oz oci miejsce jego snu

ród pachn cych krzewów bzu.

Niechaj morze treny 

obne mu  piewa,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

a wiatr s odko, wdzi cznie powiewa
i wierzby, przez ca e  ycie mu drogie,
pochyl  si  w zadumie nad jego grobem.
- My

,  e Antoniemu by si  to podoba o - powiedzia a do siebie Ania, uchylaj c okno, by wyjrze  na pachn cy wiosn

wiat. Rz dy m odziutkiej

sa aty wschodzi y na grz dkach dzieci. Za klonowym zagajnikiem niebo ró owi o si  w mi kkich promieniach zachodz cego i s

ca, a z Doliny

dobiega  weso y, dzieci cy  miech.

- Wiosna jest tak cudowna,  e szkoda marnowa  noce na spanie. Nale

oby wykorzysta  ka

 chwil , by nasyci  si  jej urokiem - stwierdzi a Ania.

Pewnego popo udnia w nast pnym tygodniu pani Mitchell przysz a po „epitaf ”. Ania przeczyta a jej swój wiersz z ukryt  dum , lecz na twarzy

uchaczki nie by o wida

ladu zadowolenia.

- No tak, to ca kiem przyzwoity wiersz. Umie pani uj

 rzecz w s owa. Ale… ale nie pisze pani nic o tym,  e on jest w niebie. Czy by pani w to

tpi a?

- Jestem tego tak pewna,  e uzna am, i  nie musz  o tym wspomina .
- Ale niektórzy ludzie mog  mie  w tpliwo ci. Niezbyt cz sto chodzi  na niedzielne nabo

stwa, chocia  by  dobrym cz onkiem Ko cio a. Z epitafy

nie wynika te  wcale, ile mia  lat i  e tyle kwiatów le

o na trumnie. Nie sposób by oby zliczy  wszystkich wie ców. Wydaje si ,  e kwiaty s

wystarczaj co poetyckie!

- Przykro mi…
- Ale  nie mam do pani  adnej pretensji. Zrobi a pani, co mog a, i wiersz dobrze brzmi. Ile jestem pani winna?
- Ale … ale  nic, pani Mitchell, nie ma o czym mówi .
- Có , przypuszcza am,  e tak w

nie si  pani zachowa, wi c na wszelki wypadek przynios am butelk  mojego wina z mleczy. Pomaga na wzd cia.

Przynios am te  moj  herbat  zio ow , ale nie jestem pewna, czy doktor j  zaaprobuje. Ch tnie j  pani zostawi , je li pani chce, tylko prosz  nie
przyznawa  si  m

owi.

- Nie, nie, dzi kuj  - powiedzia a s abo Ania. Nie dosz a jeszcze do siebie po wydanej przez pani  Mitchell opinii „ca kiem przyzwoity” o jej wierszu.
- Jak pani chce, ale by oby mi przyjemnie. Tego roku nie b

 potrzebowa a  adnych leków. Kiedy ubieg ej zimy zmar  mój kuzyn Malachi Plummer,

poprosi am wdow , by mi da a trzy butelki mikstury! Zosta o po nim oko o tuzina ró nych leków. Chcia a je wyrzuci , aleja nie mog am zgodzi  si  na
takie marnotrawstwo. Sama zdo

am za

 tylko jedn , a dwie pozosta e wmusi am w mojego parobka. „Je li ci nie pomog , to na pewno nie

zaszkodz ” - powiedzia am mu. Nie przecz ,  e jestem raczej zadowolona z tego,  e nie chce pani  adnej zap aty za epitaf . Mam teraz ma o
pieni dzy. Pogrzeb wi

e si  z du ymi wydatkami, chocia  D.B. Martin jest najta szym przedsi biorc  pogrzebowym w tych stronach. Nie zap aci am

jeszcze nawet za swój strój 

obny. Dopóki tego nie zrobi , nie b

 si  czu a prawdziw  wdow . Szcz

liwie nie musia am kupowa  nowego

kapelusza. Mia am czarny kapelusz od lat, jeszcze z pogrzebu mojej matki. Prawda,  e dobrze mi w czerni? Gdyby pani zobaczy a wdow  po Malachim
Plummerze, z t  jej twarz  przekupki! Có , musz  ju  i

. Jestem pani bardzo zobowi zana, pani Blythe, nawet je li… Ale wiem, zrobi a to pani tak

dobrze, jak umia a, i jest to w sumie ca kiem niebrzydki wiersz.

- Mo e zostanie pani u nas na kolacji? - zapyta a Ania. - Jeste my same z Zuzann . Doktor wyszed , a dzieci urz dzaj  pierwszy piknik w Dolinie.
- Nie mam nic przeciwko temu - odpar a pani Mitchell, opadaj c na krzes o. - Ch tnie jeszcze troch  posiedz . Na staro

 potrzeba jako  wi cej

czasu,  eby odpocz

. I - doda a z u miechem b ogiego rozmarzenia na twarzy - czy to przypadkiem nie zapach sma onej cebuli dolatuje z kuchni?

Ania niemal po

owa a swojej go cinno ci, gdy w nast pnym tygodniu ukaza  si  kolejny numer „Daily Enterprise”. W kolumnie z epitafiami

wydrukowano „Grób starego cz owieka” … pi

 zwrotek zamiast oryginalnych czterech! Pi ta brzmia a:

Wspania y, kochany towarzysz i m
wszyscy my p aczemy po tobie wci

.

Bóg ci  uczyni  anio kiem na niebie,
a mnie wci

 okrutnie brakuje ciebie.

- Ooo! - rozleg o si  w Z otym Brzegu.
- S dz ,  e nie ma pani za z e do czenia pi tej zwrotki - powiedzia a pani Mitchell do Ani na kolejnym zebraniu Ko a w Glen. - Chcia am troch

bardziej pochwali  Antoniego, wi c mój kuzyn, Ja  Plummer, dopisa  t  zwrotk . Po prostu usiad  i wiersz w okamgnieniu gotowy. Mo e on nie wygl da
tak inteligentnie, jak pani, ale umie rymowa . Ma to po matce. Ona by a z Wichfordów. Plummerowie nie potrafi  uk ada  wierszy. Absolutnie.

- Szkoda,  e od razu nie poprosi a go pani o napisanie „epitafy” rzek a Ania zimno.
- Prawda? Ale nie wiedzia am,  e on umie pisa  wiersze, a zale

o mi na tym,  eby  adnie po egna  Antoniego. A potem matka Jasia pokaza a mi

jego wiersz o wiewiórce, która wpad a do wiaderka z syropem klonowym i utopi a si . Naprawd  wstrz saj cy! Ale pani epitafa te  by a niez a, pani
Blythe. Uwa am,  e jej po czenie z jego zwrotk  da o co  zupe nie niezwyk ego, prawda?

- I owszem - odpar a Ania.
Rozdzia  XXIII
Dzieci ze Z otego Brzegu nie mia y szcz

cia do zwierz tek.  liczny, k dzierzawy czarny pude ek, przywieziony przez tat  z Charlottetown, na drugi

dzie  wybieg  z domu i przepad  jak kamie  w wod . Nigdy wi cej o nim nie s yszano. Chodzi y wie ci,  e jaki  marynarz z portu zabra  na pok ad
ma ego czarnego pieska, niemniej los szczeniaczka pozosta  dla dzieci ze Z otego Brzegu jedn  z najwi kszych i najciemniejszych tajemnic. Walter
prze ywa  ca  t  histori  bole niej ni  Jim, który mia  jeszcze w pami ci swoj  rozpacz po  mierci Gipa i nie zamierza  pozwoli  sobie na równie
niem dre uczucie dla innego psa.

Potem nieoczekiwanie zdech  Tygrysek, kotek, który mieszka  w stodole i nie bywa  wpuszczany do domu z powodu swych z odziejskich zami owa ,

ale za to dzieci w dwójnasób go rozpieszcza y. Zosta  znaleziony na klepisku ju  martwy. Pochowano go uroczy cie w Dolinie. Wreszcie królik Jima,
Bun, kupiony od Joego Russella za dwadzie cia pi

 centów, zachorowa  i zdech . Mo liwe,  e jego  mier  przyspieszy  patentowy lek, który poda  mu

Jim. Zastosowanie tego leku doradzi  Joe, który przecie  musia  najlepiej wiedzie , co podawa  chorym królikom. Ale Jim czu  si  tak, jakby zamordowa
Buna.

- Czy nad Z otym Brzegiem ci

y kl twa? - zapyta  ponuro, gdy Buna z

ono na wieczny spoczynek obok Tygryska. Walter napisa  epitafium ku czci

królika. Obaj z Jimem przez tydzie  nosili czarne opaski na r kawach, ku przera eniu Zuzanny, która uwa

a to za  wi tokradztwo. Zuzanna nie

rozpacza a bynajmniej z powodu straty Buna, poniewa  królik dosta  si  kiedy  do jej ogrodu i straszliwie go spustoszy . Równie  dwie  aby, które
Walter przyniós  do domu i zostawi  w piwnicy, nie wzbudzi y jej zachwytów. Jedn  z nich wyrzuci a, ale nie zdo

a znale

 drugiej i Walter wieczorem

nie móg  zasn

 ze zmartwienia.

„A je li to byli m

 i  ona? - my la . - Mo e s  okropnie nieszcz

liwi i samotni teraz, gdy ich rozdzielono. Zuzanna wyrzuci a t  mniejsz . Mo e to

by a pani  aba, która teraz boi si

miertelnie, taka; samotna na tym wielkim podwórzu. Pewnie czuje si  zupe nie jak wdowa. I kto j  w razie czego

obroni?!”
Walter nie móg  znie

 my li o cierpieniu  abiej wdowy. W lizgn  si  do piwnicy, by odszuka  pana  ab , ale zdo

 jedynie zwali  stert  blaszanek,

czyni c ha as, który obudzi by umar ego. Szcz

liwie zbudzi a si  tylko Zuzanna i ze  wiec  w r ku zesz a do piwnicy. Pl saj cy p omyk rzuca  na jej

twarz niesamowite cienie.

- Walterze, na Boga Ojca, czego ty tu szukasz?
- Zuzanno, musz  odnale

 t

ab  - rzek  Walter z rozpacz . - Pomy l tylko, jak by  ty si  czu a pozbawiona raptem m

a, gdyby  gaj kiedy

mia a?!
- O czym ty mówisz, na lito

 bosk ? - spyta a szczerze zdumiona Zuzanna.

W tym momencie pan  aba najwyra niej zrezygnowa  z dalszego ukrywania si . Kiedy na scenie pojawi a si  Zuzanna, wyskoczy  spoza s oików z

marynatami. Walter chwyci  go i wyrzuci  przez okno, maj  nadziej ,  e biedak po czy si  znów ze sw  ukochan  i b

yli d ugo i szcz

liwie.

- Nie powiniene  by  przynosi  tych stworze  do piwnicy - rzek  surowo Zuzanna. - Zdech yby tu z g odu.
- Zamierza em  apa  dla nich ró ne owady - wyja ni  Walter z przygn bieniem. - Chcia em na nich przeprowadza  badania naukowe.
- Po prostu nie mo na ich poj

 - j kn a Zuzanna, prowadz c zmartwionego Waltera do jego pokoju. I nie mia a bynajmniej na my li  ab.

Którego  poranka, po nocnej czerwcowej burzy, dzieci znalaz y na schodach wej ciowych ledwie opierzone piskl  drozda. Ptaszek mia  szary

grzbiet, nakrapian  pier  i b yszcz ce oczy. Od pierwszej chwili poczu  g bokie zaufanie i sympati  do wszystkich mieszka ców Z otego Brzegu, którzy
w pe ni odwzajemniali te uczucia. Nawet Odrobinek mu nie dokucza , pomimo  e kiedy  ptak przyskoczy  do jego miseczki i wyjad  ca  jej zawarto

.

Dzieci nazwa y drozda Cock. Z pocz tku karmi y go robakami. Mia  taki apetyt,  e Shirley sp dza  wi kszo

 dnia, wykopuj c z ziemi robaki dla Cocka.

Gromadzi  je w blaszankach i rozstawia  po domu, ku niezadowoleniu Zuzanny. Znios aby ona jednak znacznie wi cej dla Cocka, który bez cienia
obawy siada  na jej spracowanej d oni i  wierka . Zuzanna bardzo polubi a drozda. W li cie do Rebeki Dew uwa

a za stosowne wspomnie , i  jego

pier  nabiera pi knego czerwonego koloru.

„B agam pani , panno Dew, prosz  nie my le ,  e g upiej  na staro

 - pisa a. - S dz ,  e to bardzo nierozs dnie tak przywi zywa  si  do ptaka,

lecz ludzkie serce ma swoje s abo ci. Nie wi zimy go w klatce jak kanarka, tego nie mog abym znie

. Lata po ca ym domu i ogrodzie, a  pi na jab oni

rosn cej pod oknem pokoju Rilli. Upodoba  sobie ga

, któr  Walter nazywa swoim gabinetem. Gdy którego  dnia dzieci zabra y go do Doliny, odlecia

na jaki  czas, ale wróci  ku ich wielkiej rado ci, a tak e, musz  przyzna , i mojej”.

Dolina nie by a ju  zwyk  „Dolin ”. Walter uwa

,  e tak przepi kne miejsce powinno otrzyma  nazw , która oddawa aby jego romantyczny urok.

Pewnego deszczowego popo udnia dzieci musia y bawi  si  na strychu. Nagle, tu  przed zmierzchem, s

ce wyjrza o zza chmury i opromieni o swym

wiat em Glen.

- O, jaka  licna t ca! - wykrzykn a Rilla.
By a to najwspanialsza t cza, jak  kiedykolwiek widzieli. Zaczyna a si  tu  za wie

 ko cio a prezbiteria skiego, a jej koniec ton  w zakolu stawu,

który le

 na skraju Doliny. Od tego dnia dzieci nazywa y j  Dolin  T czy.

Czasem bawi y si  w piratów,  eby zrobi  przyjemno

 Jimowi. Mia  ju  dziesi

 lat i zaczyna  lubi  krwawe, pe ne grozy historie. Walter jednak

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

zawsze odmawia  wchodzenia na desk , z której mia  „skoczy  w odm ty”, i psu  najlepsz  cz

 przedstawienia.

Jim czasem zastanawia  si , czy Walter jest wystarczaj co dzielny jak na korsarza, lecz lojalnie szybko odp dza  podobne my li. Odby  niejedn

zwyci sk  walk  z ch opcami ze szko y, którzy nazywali Waltera „Dzidzi ”, zanim poj li,  e czeka ich za to bolesne zetkni cie z nader sprawnymi
pi

ciami jego starszego brata.

Jimowi czasami pozwalano pój

 wieczorem do portu po ryby. Uwielbia  te wyprawy, poniewa  zawsze móg  wtedy sp dzi  jaki  czas w domu

kapitana Malachiego Russella. Dom ten wybudowano u stóp wzgórza zst puj cego ku morzu. Jim s ucha  tam opowie ci kapitana i jego kompanów,
którzy byli kiedy  diabelnie odwa nymi marynarzami. Snuli oni nie ko cz ce si  wspomnienia. Znali mnóstwo historii i mieli tyle do powiedzenia! Stary
Oliwer Reese, podejrzewany za m odu o paranie si  korsarstwem, przebywa  w niewoli u króla ludo erco Sam Elliot prze

 trz sienie ziemi w San

Francisco. „Dzielny William MacDougall odby  krwaw  walk  z rekinem. Andy Parker dosta  si  wraz ze swym statkiem w wir tr by wodnej. A plu  umia
dalej ni  ktokolwiek inny w Przystani Czterech Wiatrów. Jednak Jim najbardziej lubi  kapitana Malachiego z jego mocnymi szcz kami, zagi tym nosem i
zje onymi siwymi w sami. Malachi Russell zosta  kapitanem brygantyny w wieku siedemnastu lat. P ywa  do Buenos Aires z  adunkiem drzewa. Na obu
jego policzkach widnia y wytatuowane kotwice. Mia  te  przepi kny zegarek, nakr cany kluczykiem. Gdy by  w dobrym humorze, pozwala  Jimowi go
nakr ca . W chwilach jeszcze lepszego humoru zabiera  ch opca na po ów dorszy lub wybieranie mi czaków z piachu podczas odp ywu, gdy za  mia
wr cz wy mienity humor, pokazywa  Jimowi wyrze bione przez siebie modele ró nych okr tów. Jim uwa

,  e s  ba niowo pi kne. By  w ród nich

statek wikingów z du ym kwadratowym  aglem i smokiem na dziobie. By a tak e karawela Kolumba „Konwalia”, zgrabny stateczek nazywany
„Lataj cym Holendrem” i mnóstwo  licznych brygantyn, szkunerów, kliperów i innych  aglowców.

- Czy nauczy mnie pan robi  takie statki, kapitanie? - b aga  Jim. Kapitan potrz sn  g ow  i z zamy leniem splun  w wody zatoki.
- Tego si  nie nauczysz, synku. Musia by  p ywa  po morzach jakie  trzydzie ci albo czterdzie ci lat i wtedy mo e nauczy by  si  dobrze rozumie

statki… rozumie  i kocha …  eby je rze bi . Statki s  jak kobiety, synku. Musz  by  rozumiane i kochane, bo w przeciwnym wypadku nie zdradz
sekretów swojej duszy. Zdarza si ,  e my lisz, i  znasz statek od dzioba do rufy, z zewn trz i od  rodka, a tymczasem jego dusza b dzie ci gle przed
tob  zamkni ta. Uleci od ciebie niby ptak, gdy zechcesz j  uchwyci  w gar

. P ywa em kiedy  na statku, którego modelu nigdy nie zdo

em zrobi ,

chocia  próbowa em wiele razy. To by  zwyk y uparciuch! By a te  pewna kobieta… ale czas,  ebym przesta  gada . Sko czy em w

nie kolejny model

statku i zaraz umieszcz  go w butelce. Chod , poka

 ci, jak si  to robi, synku.

Tak wi c Jim nie us ysza  nic o „pewnej kobiecie”, czym zreszt  wcale si  nie przej . Kobiety nie obchodzi y go ani troch , poza mam  i Zuzann .

Ale przecie  to nie by y kobiety, tylko po prostu mama i Zuzanna.

Po  mierci Gipa Jim s dzi ,  e nigdy ju  nie zechce mie  psa. Czas jednak leczy rany i ch opiec coraz cz

ciej zaczyna  t skni  za jakim  psim

przyjacielem. Zaginionego czarnego szczeniaczka trudno by o nawet nazwa  psem, a poza tym za krótko przebywa  w ich domu, by si  do niego
przywi za . Jim wylepi

ciany strychu, na którym przechowywa  osobliwo ci kapitana Jima, zdj ciami psów wyci tymi z gazet. By y tam: wielkopa ski

dog, mi y, pyzaty buldog, jamnik, który wygl da  tak, jakby kto  z apa  go za g ow  i tylne nogi i rozci gn , niczym gum ; wygolony pudel ze  miesznym

dzelkiem na ko cu ogona, foksterier, spaniel o b agalnym spojrzeniu, nakrapiany dalmaty czyk, wilk syberyjski. Jim cz sto zastanawia  si , czy wilki

syberyjskie maj  co je

. Wszystko to by y psy wspania ych ras, ale zdaniem ch opca czego  im brakowa o, cho  sam nie wiedzia  czego.

Którego  dnia w „Daily Enterprise” ukaza o si  og oszenie: „Sprzedam psa. Apply Roddy Crawford, przysta ”. Nic wi cej. Jim nie umia by

powiedzie , dlaczego to og oszenie tak go poruszy o i dlaczego w tych kilku wydrukowanych s owach czu  jaki  smutek. Od Craiga Russella dowiedzia
si , kim jest Roddy Crawford.

- Ojciec Roddy’ego zmar  w ubieg ym tygodniu. Roddy musi teraz pojecha  do ciotki, do miasta. Jego matka nie  yje od wielu lat. Farm  Crawforda

kupi  Jake Millison, ale dom zostanie rozebrany. Ciotka Roddy’ego pewnie nie pozwala mu zatrzyma  psa. To  aden nadzwyczajny pies, ale Roddy jest
do niego bardzo przywi zany.

- Ciekaw jestem, ile za niego chce. Mam tylko dolara - powiedzia  Jim.
- Przypuszczam,  e Roddy’emu zale y jedynie na tym,  eby jego Pies dosta  si  w dobre r ce - odpar  Craig. - Ale twój tata da by ci Pieni dze,
prawda?
- Tak. Aleja chc  go kupi  za w asne oszcz dno ci - rzek  Jim. B dzie wtedy bardziej mój.
Craig wzruszy  ramionami. Te dzieciaki ze Z otego Brzegu s

mieszne. Czy to nie wszystko jedno, kto zap aci za jakie  tam psisko?

Wieczorem Jim pojecha  z tat  na star , ubog  i podupad  farm  Crawfordów, gdzie zastali Roddy’ego, bladego ch opca o prostych

miedzianobr zowych w osach i piegowatej twarzy. Móg  by  mnie wi cej w tym samym wieku co Jim. Jego pies mia  jedwabiste br zów uszy, br zowy
nos i ogon oraz najpi kniejsze psie oczy. Bia e pasemko sier ci bieg o przez jego czo o, rozdziela o si  mi dzy oczami i okala o mu nos. Gdy tylko Jim
rzuci  okiem, zrozumia ,  e musi go mie .

- Chcesz sprzeda  swego psa? - zapyta  z zapa em Roddy’ego.
- Nie chc  go sprzeda  - odpar  smutnie Roddy. - Ale Jake mówi,  e je li tego nie zrobi , to go utopi. A ciocia Winnie nie zgadza si

ebym zabra  ze

sob  Bruna.

- Ile za niego chcesz? - zagadn  Jim, pe en obawy,  e cena mo e by  zbyt wygórowana jak na jego kiesze .
Roddy prze kn

lin  i poda  mu psa.

- We  go - powiedzia  zachrypni tym g osem. - Nie chc  go sprzedawa , nie móg bym. Bruno jest wi cej wart ni  wszystkie pieni dze  wiata. Je li

zapewnisz mu opiek , b dziesz dla niego dobry…

- Och, b

 dobry - odpar  z zachwytem Jim. - Ale musisz przyj

 mojego dolara. Nie móg bym uwa

 Bruna za swego, gdyby  tego nie zrobi . Nie

wezm  go, je li nie przyjmiesz pieni dzy.

Si  wcisn  Roddy’emu do r ki dolara. Wzi  Bruna w ramiona, przytuli  go do siebie. Piesek spojrza  na swego pana. Jim nie widzia  oczu psa, lecz

dostrzeg  rozpacz w oczach Roddy’ego.

- Je li tak bardzo chcesz go zatrzyma … - rzek .
- Chc , ale nie mog  - rzek  Roddy z trudem. - Przychodzili mnie ró ni ludzie, nikomu z nich jednak nie mog em go powierzy . Jake si  w cieka , ale

nie dba em o to. Oni nie byli odpowiedni. A Chc ,  eby  w

nie ty go mia , skoro ja nie mog . I zabierz go st d szybko!

Jim nie kaza  sobie dwa razy tego powtarza . Piesek dr

 w jego ramionach, ale nie protestowa . Jim tuli  go w obj ciach przez ca  drog  do

otego Brzegu.

- Tatusiu, sk d Adam wiedzia ,  e pies jest psem?
- Poniewa  pies nie móg  by  niczym innym - za mia  si  tata. Jim czu  si  tak przej ty,  e d ugo nie móg  zasn

. Nigdy  aden pies nie podoba  mu

si  tak bardzo. Nic dziwnego,  e Roddy cierpia , zmuszony si  z nim rozsta . Bruno jednak szybko zapomni o Roddym i pokocha jego, Jima. B
prawdziwymi przyjació mi. Musi koniecznie poprosi  mam , aby zamówi a u rze nika ko ci dla Bruna.

- Kocham wszystko i wszystkich na ca ym  wiecie - wyszepta  Jim. - Dobry Bo e, pob ogos aw wszystkim kotom i psom, a szczególnie Brunowi.
Jim zasn  wreszcie. Natomiast trudno wiedzie , czy spa  tak e ma y piesek, wyci gni ty na pod odze przy jego 

ku.

Rozdzia  XXIV
Drozd Cock jad  ju  nie tylko robaczki, lecz tak e ry , kukurydz  sa at  i nasionka nasturcji. Wyrós  na du ego ptaka, a jego pier  nabra a pi knego,

purpurowego koloru. „Wielki drozd” ze Z otego Brzeg cieszy  si  s aw  w ca ej okolicy. Siada  Zuzannie na ramieniu i patrzyli jak robi na drutach. Gdy
Ania wraca a do domu, wylatywa  jej na spotkanie i skaka  przed ni  na  cie ce. Ka dego ranka zjada  okruszynki parapetu w pokoju Waltera i
codziennie za ywa  k pieli. Koryto z wod , przeznaczone na ten cel, sta o przy  ywop ocie g ogowym i Cock awanturowa  si  okropnie, gdy by o puste.
Doktor narzeka ,  e jego pióra i zapa ki s  porozrzucane po ca ej bibliotece, nikt mu jednak nil wspó czu . Ale nawet on si  podda , gdy Cock usiad  mu
na d oni zjad  ziarenka prosto z r ki. Wszyscy byli pod urokiem drozda, mo e poza jedynym Jimem, który ca e swe serce odda  Brunowi, ale
jednocze nie zaczyna  poznawa  gorzk  prawd ,  e mo na kupi  cia o psa lecz nie jego mi

.

Z pocz tku Jim niczego nie podejrzewa . Uwa

 za naturalne, a pies przez jaki  czas t skni za swoim dawnym panem. To z pewno ci minie.

Tymczasem wcale nie mija o. Bruno by  bardzo grzeczny i wype nia  wszystkie polecenia. Zuzanna przyznawa a,  e trudno o lepi  wychowanego psa.
Nie by o w nim jednak ani odrobiny  ycia. Gdy Jim zabiera  go na spacer, Bruno zrazu skaka  z rado ci, a jego oczy nabiera y blasku. Ale po chwili
zwiesza

nie ogon i ze zgaszonym spojrzeniem pokornie szed  za Jimem. Wszyscy traktowali go serdecznie. Zdobywano dla niego najwspanialsze

ko ci. Nikt si  nie sprzeciwi , gdy Jim zdecydowa ,  e pies b dzie spa  przy jego 

ku. Mimo to Bruno nadal by  smutny, apatyczny i obcy. Czasem w

nocy Jim wyci ga  r

, by go pog aska , lecz nigdy nie poczu  przyjacielskiego psiego li ni cia. Bruno zezwala  na pieszczoty, lecz ich nie

odwzajemnia .
Jim zaci  si . By  upartym ch opcem i postanowi  za wszelk  cen  zdoby  serce tego psa… W asnego psa, kupionego uczciwie za w asne,

zaoszcz dzone z trudem pieni dze. Bruno musi wyleczy  si  z t sknoty za Roddym, przesta  wreszcie spogl da  tym osowia ym, zrozpaczonym
wzrokiem. I na pewno w ko cu pokocha swojego nowego pana.

Jim cz sto by  zmuszony stawa  w obronie Bruna. Koledzy ze szko y widz c, jak bardzo jest przywi zany do psa, nieustannie mu dokuczali.
- Twój pies ma pch y. Olbrzymiaste pch y - szydzi  Perry Reese. Dopiero kiedy odczu  na w asnej skórze si  pi

ci Jima, przyzna ,  e Bruno nie ma

pche . Ani jednej.

- Mój szczeniak dostaje konwulsji raz na tydzie  - chwali  si  Rob Russell. - Za

 si ,  e ten twój psiak nigdy w  yciu nie mia  konwulsji. Gdybym to

ja mia  takiego psa, przepu ci bym go przez maszynk  do mi sa.

- My mieli my kiedy  podobnego psa - rzek  Mike Drew. - Ale utopili my go.
- A  eby cie zobaczyli mojego psa! - odezwa  si  Sam Warren. - Zabija kurcz ta i chwyta w pysk czyst  bielizn , gdy jest pranie. Ale twój pies jest

zbyt  lamazarny,  eby zdoby  si  na taki wyczyn.

Jim w g bi duszy ze smutkiem przyznawa  mu racj . Och, gdyby nie by a to prawda! Kiedy za  Willie Flagg krzykn :
- Ale twój pies jest pobo ny: nigdy nie szczeka w niedziel ! - Jim poczu  si  bole nie dotkni ty.
Bruno w ogóle nigdy nie szczeka . Ale mimo to by  kochanym, ma ym pieskiem.
- Bruno, dlaczego mnie nie kochasz? - Jim niemal p aka . - Zrobi bym dla ciebie wszystko. Mogliby my tak wspaniale si  bawi !

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Nikomu jednak nie przyznawa  si  do pora ki.
Którego  popo udnia poszed  do portu, by wraz z innymi ch opcami piec ma e. Zbli

 si  sztorm. Gdy wieczorem Jim wpad  do Z otego Brzegu,

morze gro nie hucza o. B yskawica rozdar a niebo i rozleg  si  grzmot.

- Gdzie jest Bruno? - krzykn .
Po raz pierwszy poszed  do portu bez Bruna. Obawia  si ,  e piesek zm czy by si  d ug  drog . Nie przyznawa  nawet sam przed sob ,  e przesta y

mu sprawia  przyjemno

 spacery z psem, który nie darzy go mi

ci .

Nikt nie wiedzia , gdzie jest Bruno. Nie widziano go od momentu, gdy Jim wsta  od sto u po obiedzie. Ch opiec zacz  gor czkowo szuka  ulubie ca,

ale bez skutku. Deszcz sp ywa  potokami, a b yskawice raz po raz rozdziera y niebo. Czy by Bruno w t  straszn  noc by  gdzie  na dworze? Mo e
zgin ? A przecie  tak bardzo ba  si  burzy,  e na odg os grzmotu z w asnej woli szuka  towarzystwa Jima.

Ch opiec by  tak zmartwiony,  e po burzy Gilbert powiedzia :
- Powinienem pojecha  do portu i zobaczy , jak si  czuje Roy Westcott. Mo esz pojecha  ze mn . Wracaj c do domu, zajrzymy na farm

Crawfordów. Przypuszczam,  e Bruno tam powróci .

- Sze

 mil? Niemo liwe! - powiedzia  Jim.

A jednak tak by o. Gdy dotarli do starego, opuszczonego domu Crawfordów, zobaczyli ma e, dr

ce stworzenie, które skulone le

o na schodach.

Pies spojrza  na nich zm czonymi oczami, z których wyziera  smutek. Nie sprzeciwia  si , gdy Jim chwyci  go w obj cia i poprzez g st , wysok  po
kolana traw  zaniós  do powozu.

Ch opiec by  szcz

liwy. Jak szybko chmury przep ywa y przez srebrn  tarcz  ksi

yca! Jak cudownie pachnia  spryskany deszczem las!  wiat

wydawa  si  wspania y.

- My

,  e teraz Bruno b dzie si  czu  szcz

liwy w Z otym Brzegu, tatusiu.

- By  mo e - odpar  tata. Nie chcia  oblewa  syna zimn  wod , ale podejrzewa ,  e serduszko psa, utraciwszy ostatni  nadziej , zosta o ostatecznie

amane.

Bruno nigdy nie jad  du o, ale po tej fatalnej nocy zacz  je

 jeszcze mniej. Wreszcie którego  dnia w ogóle nie tkn  jedzenia. Pos ano po

weterynarza, który jednak nie stwierdzi

adnej choroby.

- Spotka em w swoim  yciu jednego psa, który zdech  z t sknoty, i my

,  e to b dzie drugi - powiedzia  cicho do doktora.

Zostawi  jakie  lekarstwo. Bruno grzecznie za

 je i po

 si  z  ebkiem na wyci gni tych  apach, patrz c pustym wzrokiem w przestrzeni Jim

przygl da  mu si  przez d

sz  chwil , potem poszed  do biblioteki, by porozmawia  z tat .

Nazajutrz Gilbert pojecha  do miasta, za atwi  par  spraw i przywióz  do Z otego Brzegu Roddy’ego Crawforda. Gdy Roddy wchodzi  na werand ,

Bruno z salonu us ysza  jego kroki. Podniós  g ow  i nastawi  uszy. W nast pnym momencie jego wychudzone cia ko rzuci o si  ku ch opcu.

- Droga pani doktorowo - rzek a wieczorem Zuzanna z nabo

stwem. - Ten pies p aka . Naprawd .  zy p yn y mu z oczu. Nie zdziwi  si , je li pani

mi nie uwierzy. Sama bym nie uwierzy a, gdybym nie widzia a tego na w asne oczy.

Roddy przytuli  Bruna do serca i spojrza  na Jima na po y wyzywaj co, na po y b agalnie.
- Wiem,  e go kupi

, ale on jest mój. Jake mnie ok ama . Ciocia Winnie nie ma nic przeciwko psu, ale uwa

em,  e nie mog  wymaga ,  eby  mi

go odda . Oto twój dolar. Jest nienaruszony. Nie mia bym sumienia go wyda .

Przez chwil  Jim si  zawaha . Potem dostrzeg  wyraz oczu Bruna. „Có  ze mnie za niegodziwiec!” - pomy la  z y na siebie. Wzi  dolara.
Chmurna twarz Roddy’ego rozja ni a si  u miechem. Ale w jego g osie brzmia a jeszcze gorycz, gdy powiedzia :
- Dzi kuj .
Tej nocy Roddy spa  z Jimem. Mi dzy nimi wyci gn  si  uszcz

liwiony Bruno. Przed po

eniem si  do 

ka Roddy przykl kn , by zmówi

pacierz. Bruno przysiad  przy nim na tylnych  apach, opieraj c przednie o 

ko. Je li psy w ogóle potrafi  si  modli , to z pewno ci  tego wieczoru

Bruno dzi kowa  Stwórcy za przywrócon  mu rado

ycia.

Kiedy rano Roddy przyniós  mu jedzenie, zjad  z zapa em, nie spuszczaj c oczu ze swego pana. W podskokach bieg  za ch opcami drog  do Glen.
- Nigdy nie widzia am tak radosnego psa - oznajmi a Zuzanna. Nast pnego wieczoru, po odje dzie Roddy’ego i Bruna, Jim d ugo siedzia  na

schodach u drzwi kuchennych. Nie mia  ochoty i

 z Walterem do Doliny T czy,  eby szuka  skarbów zakopanych tam przez piratów. Wcale nie czu

si  jak dzielny korsarz. Ani jednym spojrzeniem nie obdarzy  Odrobinka, który przyczai  si  w zagonku mi ty, wywijaj c zawzi cie ogonem, niczym lew
gotuj cy si  do skoku. Co komu przyjdzie z zadowolonych z siebie kotów w Z otym Brzegu, skoro psy nie mog  tu by  szcz

liwe!

Niegrzecznie potraktowa  Rill , która przynios a mu swojego s onika z aksamitu. Te  co , aksamitne s onie, gdy nie ma ju  Bruna. Krótko zby  Nan,

kiedy przysz a powiedzie  mu, by mówi , szeptem to, co my li o Bogu.

- Nie s dzisz chyba,  e winie o to Boga - rzek  surowo. - Nie masz krztyny rozumu, Nan Blythe.
Nan odesz a zmartwiona, nie maj c poj cia, o co chodzi o Jimowi. Ch opiec d ugo siedzia , zas piony, nie ruszaj c si  z miejsca. S

ce w

nie

chowa o si  za widnokr giem i ca e Glen rozbrzmiewa o psim szczekaniem. Jenkinsowie g

no nawo ywali swoje psy. Widocznie wszyscy, nawet

Jenkinsowie, mogli mie  psa. Wszyscy, tylko nie Jim. Jego w asne  ycie wydawa o mu si  pustyni , na której nie ma ani jednego psa.

Ania usiad a przy nim na ni szym schodku. Jim wyczu  jej wspó czucie, chocia  nawet nie spojrza a na niego.
- Mamu ku - zapyta  zd awionym g osem. - Dlaczego Bruno mnie nie pokocha , chocia  ja tak tego pragn em i tak si  stara em? Czy… czy uwa asz,

e mnie  aden pies nie mo e pokocha ?

- Ale  sk d, synku. Przypomnij sobie, jak kocha  ci  Gip. Po prostu Bruno ca  swoj  mi

 odda  Roddy’emu. S  takie psy. Psy, które przywi zuj

si  tylko do jednego pana.

- W ka dym razie Bruno i Roddy s  szcz

liwi - powiedzia  ponuro Jim. Pochyli  si  i uca owa  mam  we w osy. - Ale ja ju  nigdy nie b

 chcia  mie

psa.

Ania pomy la a,  e podobnie mówi  po  mierci Gipa. Na pewno przeboleje tak e odej cie Bruna. Lecz tym razem pomyli a si . Serce Jima zosta o

boko i bole nie zranione. W kolejnych latach przez Z oty Brzeg przewin o si  niema o psów. Nale

y do ca ej rodziny i Jim bawi  si  z nimi jak

wszyscy inni. Swojego psa nie mia  jednak przez wiele lat. Dopiero Wtorek zdoby  jego serce i pokocha  go z oddaniem, które przewy sza o nawet
mi

 Bruna do Roddy’ego, a w swoim czasie przesz o do historii Glen. Lecz mia o si  to wydarzy  dopiero za wiele lat, a tego wieczoru Jim po

 si

do 

ka z uczuciem,  e jest najnieszcz

liwszym ch opcem na  wiecie.

„Chcia bym by  dziewczynk  - pomy la  ze z

ci . - Móg bym wtedy porz dnie si  wyp aka !”

Rozdzia  XXV
Pod koniec sierpnia Nan i Di posz y po raz pierwszy do szko y.
- Czy dzi  wieczorem b dziemy ju  wszystko wiedzia y, mamusiu? - zapyta a powa nie Di tego ranka.
Ania i Zuzanna z przyjemno ci  patrzy y na dwa ma e brzd c schludne i beztroskie, które wychodzi y do szko y niczym na spotka nie przygody.

Dziewczynki codziennie zak ada y ró owo-niebieskie przymarszczone fartuszki i zabiera y w koszyczku jab ko dla nauczycielki. Zazwyczaj nie ubiera y
si  tak samo, poniewa  wcale nie by y siebie podobne. Diana, która po matce odziedziczy a rude w osy, ni mog a chodzi  w ró owych sukienkach. Kolor
ten za to by  twarzowy dla Nan,  adniejszej z bli niaczek ze Z otego Brzegu. Mia a br zowe w osy i oczy oraz prze liczn  cer . Ju  w wieku siedmiu lat
by a  wiadoma swej urody, co dodawa o jej pewno ci siebie. Trzyma a dumnie g ow , nieco zbyt wysoko unosz c bródk  i uwa ano j  za zarozumia .

- Na laduje wszystkie pozy swej matki - twierdzi a pani Aleksandrowa Davies. - Tak samo si  wdzi czy i stroi identyczne miny, oto moje zdanie.
Bli niaczki ró ni y si  nie tylko wygl dem. Di, pomimo zewn trznego podobie stwa do matki, by a, je li chodzi o usposobienie, dzieckiem swego

ojca. Mia a jego zdrowy rozs dek, praktyczne spojrzenie  wiat i swoiste poczucie humoru. Nan odziedziczy a po matce bujn  wyobra ni  i na swój
sposób próbowa a urozmaici  sobie  ycie. Tego lata z ogromnym zapa em prowadzi a „przetargi” z Bogiem, na zasadzie „Je li Ty uczynisz to i to, ja w
zamian zrobi  to i to”.

Wszystkie dzieci ze Z otego Brzegu od male ko ci odmawia y modlitw  do Anio a Stró a i „Ojcze nasz”. Zach cano je tak e,  eby modli y si  do

Boga na swój w asny sposób. Trudno powiedzie , dlaczego Nan nabra a pewno ci,  e Bóg uczyni zado

 jej pragnieniom, je li tylko b dzie si  dobrze

zachowywa . By  mo e, winna temu by a m oda i  adna nauczycielka ze szko y niedzielnej, która cz sto mawia a, i  je li nie b

 grzecznymi

dziewczynkami, Pan Bóg nie wys ucha ich pró b. Z  atwo ci  przysz o odwróci  t  tez  i doj

 do wniosku,  e je eli jest Si  grzeczn  lub spe ni si  jaki

dobry uczynek, Bóg uwzgl dni wszelkie  yczenia. Pierwszy „zak ad” z Bogiem uda  si  tak wspaniale,  e Nan przesta a my le  o niew

ciwo ci swego

post powania i kontynuowa a zabaw  przez ca e lato. Nikt o tym nie wiedzia , nawet Di. Nan zazdro nie strzeg a swej tajemnicy, lecz modli a si  cz sto
i w ró nych miejscach, nie tylko przed za ni ciem. Di nie pochwala a tego.

- Nie mieszaj Boga do wszystkiego - powiedzia a do Nan surowo. - To oznacza brak szacunku.
Ania, która przypadkiem to us ysza a, zgani a j .
- Bóg jest wsz dzie, kochanie. Jest naszym przyjacielem i przebywa w ród nas, by dodawa  nam si y i otuchy. Nan post puje bardzo s usznie,

modl c si  do Niego, kiedy tylko odczuwa tak  potrzeb .

Gdyby zna a przyczyn  tych cz stych modlitw Nan, z pewno ci  mniej by je pochwala a.
Pewnego wieczoru w maju Nan w swej modlitwie zwróci a si  do Boga:
- Dobry Bo e, je li sprawisz,  e z by urosn  mi przed zabaw  u Amy Taylor, wypij  bez mrugni cia okiem ka

 ilo

 oleju rycynowego.

Nazajutrz rano Nan zauwa

a,  e pojawi y jej si  zawi zki z bów. Gdy nadszed  dzie  zabawy, Nan mog a ju  pokazywa  w u miechu swoje bia e

bki. Czy trzeba  by o bardziej namacalnego dowodu? Nan uczciwie dotrzyma a swojego zobowi zania i Zuzanna za ka dym razem, gdy aplikowa a

jej olej rycynowy, zdumiewa a si ,  e dziewczynka wypija go bez cienia protestu. Niekiedy jednak Nan 

owa a,  e nie ustali a pewnych granic

czasowych - powiedzmy, przez trzy miesi ce.

Bóg zawsze reagowa . Po pewnym czasie obieca a Mu, i  je li sprawi,  e do jej kolekcji przyb dzie wyj tkowo  adny guzik - moda na zbieranie

guzików wybuch a w ród ma ych dziewczynek w Glen niczym epidemia  winki - nie b dzie si  nigdy z

ci a, gdy Zuzanna poda jej jedzenie na

wyszczerbionym talerzu. Nazajutrz Zuzanna znalaz a w skrzyni na poddaszu sukienk , przy której by  w

nie taki wymarzony guzik;  liczny, czerwony,

wysadzany malutkimi brylancikami; w ka dym razie Nan wierzy a,  e s  to brylanty. Wzbudzi  on zazdro

 wszystkich dziewczynek. Wieczorem przy

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

kolacji, gdy Di odmówi a jedzenia z wyszczerbionego talerza, Nan powiedzia a grzecznie:
- Daj go mnie, Zuzanno. Teraz mog  ju  zawsze z niego je

. Zuzanna pomy la a,  e Nan jest dobrym dzieckiem, i ku wielkiemu zadowoleniu

dziewczynki g

no j  pochwali a.

Nan „za atwi a” te  pi kn  pogod  na niedzielny piknik, cho  wszyscy przepowiadali deszcz. Po prostu obieca a Bogu,  e nigdy nie zapomni o

wymyciu z bów. Zgubiony pier cionek odnalaz  si , gdy przyrzek a,  e zawsze b dzie starannie czy ci a paznokcie. Zjad a te  bez protestów t uste
mi so na obiad, kiedy Walter podarowa 
 jej obrazek, przedstawiaj cy lec cego anio a. Marzy a o tym obrazku od dawna.

Ten rok zapisa  si  w dziejach Z otego Brzegu chorobami. Tata chorowa  na gryp , a mama dosta a ci

kiego zapalenia p uc. Pewnego wieczoru

Ania, ju  bardzo zazi biona, pojecha a z Gilbertem do Charlottetown na przyj cie. W

a now  eleganck  sukni  i naszyjnik od Jima. Wygl da a

prze licznie i dzieci pomy la y,  e cudownie jest mie  mam , z której mo na by  dumnym.

- Jak twoja halka cudownie szele ci, mamusiu - westchn a Nad - Kiedy dorosn , b

 zawsze nosi a taftowe halki, tak jak ty, mamusiu.

- Nie wiem, czy wtedy dziewcz ta w ogóle b

 nosi y halki - rzek  tata. - Przyznaj , Aniu,  e suknia jest  adniejsza, ni  my la em chocia  nie

podobaj  mi si  te cekiny. Ale nie próbuj mnie kokietowa , moja pani. Dzi  wieczorem nie us yszysz ode mnie ani jednego komplementu. Przypomnij
sobie, co przeczyta em ci dzi  w „Dzienniku Medycznym”. „ ycie to po prostu z

one procesy chemiczne”. Niech t nauczy ci  pokory i skromno ci.

Cekiny, te  co ! I na dodatek halka z tafty. Pami taj,  e jeste my tylko „przypadkow  kombinacj  atomów”. Tak powiedzia  wielki doktor von Bemburg.

- Nie cytuj mi tego okropnego von Bemburga. Pewnie cierpia  na niestrawno

, skoro móg  co  takiego wymy li . Mo e on jest kombinacj  atomów,

ale ja na pewno nie.

Par  dni pó niej Ania powa nie zachorowa a, a Gilbert nie bacz c na teori  doktora von Bemburga, wielce denerwowa  si  stanem zdrowia tej

„kombinacji atomów”. Zuzanna krz ta a si  po domu, strapiona i utrudzona. Piel gniarka regularnie odwiedza a chor  i odchodzi a z wyrazem niepokoju
na twarzy. Trwoga, niczym czarna chmura, sp yn a na Z oty Brzeg. Dzieciom nie mówiono,  e mama jest ci

ko chora. Nawet Jim nie zdawa  sobie z

tego sprawy. Wszystkie wyczuwa y jednak pe en przygn bienia nastrój i b ka y si  niespokojnie po domu nie mog c znale

 sobie miejsca. W

klonowym zagajniku zamilk  radosny  miech i sko czy y si  zabawy w Dolinie T czy. Najgorsze ze wszystkiego by o to,  e nie pozwalano im zobaczy
mamy. Brakowa o im jej u miechu, którym wita a ich, gdy wracali do domu, i czu ych poca unków na dobranoc. Nie mia  kto ich pociesza , wybawia  z

opotów,  artowa .

Nikt nie umia

mia  si  tak jak mama. By oby du o lepiej, gdyby po prostu wyjecha a. Wówczas wiedzieliby,  e w ko cu wróci. Nie mogli zrozumie ,

dlaczego mama nie opuszcza swojego pokoju, a kiedy pytali o to, zbywano ich byle czym.

Pewnego razu Nan przysz a ze szko y bardzo blada, przera ona tym, co us ysza a od Amy Taylor.
- Zuzanno czy mama… mama… Ona chyba nie umrze, Zuzanno?
- Oczywi cie,  e nie - odpar a Zuzanna troch  zbyt ostro i za szybko. R ce jej dr

y, gdy nalewa a Nan mleko. - Kto ci to powiedzia ?

- Amy. Powiedzia a… Och, Zuzanno, ona powiedzia a,  e z mamy b dzie taki  liczny trup!
- Nie przejmuj si  jej paplanin , kochanie. Taylorowie zawsze gadali, co im  lina na j zyk przyniesie. Twoja kochana mama jest powa nie chora, ale

z pewno ci  wyzdrowieje, mo esz by  spokojna. Przecie  wiesz,  e opiekuje si  ni  twój ojciec!

- Bóg nie pozwoli mamie umrze , prawda, Zuzanno? - spyta  poblad ymi ustami Walter. Patrzy  na Zuzann  z tak  powag  i b aganiem w oczach,  e

z trudem zdoby a si  na wyg oszenie s ów pocieszenia. By a przekonana,  e nie mówi ca ej prawdy. Tego popo udnia piel gniarka smutnie potrz sn a

ow  i Zuzanna z ledwo ci  powstrzyma a si  od p aczu. Doktor odmówi  zej cia na dó  na kolacj .

- S dz ,  e Wszechmog cy wie, co robi - mrucza a Zuzanna, zmywaj c po kolacji. St uk a trzy talerze. Po raz pierwszy w  yciu zw tpi a w s uszno

posuni

 Wszechmog cego.

Nan niespokojnie chodzi a z k ta w k t. Tata siedzia  w bibliotece z twarz  ukryt  w d oniach. Piel gniarka wysz a, mówi c,  e kryzys nast pi tej
nocy.
- Co to jest kryzys? - spyta a Nan.
- My

,  e w

nie z tego wyfruwa motyl - odpar a ostro nie Di. - Ale najlepiej zapytaj Jima.

Jim wiedzia  i wyja ni  im, co to jest kryzys. Potem poszed  na gór  i zamkn  si  w swoim pokoju. Walter pobieg  do Doliny T czy i wtuli  g ow  w

mi kk  traw  pod Bia  Dam . Zuzanna po

a Shirleya i Rill  do 

ek. Nan wysz a na werand  i usiad a na schodach. W domu panowa a

przera aj ca cisza. Glen p on o purpur  zachodz cego s

ca. Nad d ug  czerwon  drog  unosi  si  kurz, a trawa zupe nie wysch a, poniewa  od

tygodni ju  nie pada  deszcz. Wszystkie kwiaty w ogrodzie powi

y… kwiaty, które mama tak kocha a.

Nan my la a intensywnie. Teraz nadszed  czas, by ubi  prawdziwy interes z Bogiem. Co Mu obieca ,  eby przywróci  mamie zdrowie? Musi to by

co  niezwyk ego, co , co by oby godne Jego uwagi. Nan przypomnia o si  nagle, jak kiedy  w szkole Dick Drew powiedzia  do Stanleya Reese’a:
„Wyzywam ci ,  eby  poszed  w nocy na cmentarz”. Jak mo na pój

 w nocy na cmentarz? Na sam  my l o tym Nan wzdrygn a si  wówczas z

przera enia. Panicznie ba a si  cmentarzy, czego nikt w Z otym Brzegu si  nie domy la . Amy Taylor powiedzia a jej,  e na cmentarzu jest pe no
zmar ych… „i oni nie zawsze pozostaj  umarli” - doda a ponuro i tajemniczo. Nan ledwie starcza o odwagi, by przej

 przez cmentarz za dnia.

Drzewa, rosn ce w oddali, na zamglonym wzgórzu, zdawa y si  dotyka  ga ziami nieba. Nan cz sto my la a,  e gdyby uda o jej si  dotrze  na to

wzgórze, tak e mog aby dosi gn

 nieba. Zapewne gdzie  tam mieszka Bóg. Mo e stamt d lepiej by j  us ysza . Ale nie zdob dzie si  na to,  eby tam

pój

. Trudno, musi uczyni , co w jej mocy tutaj, w Z otym Brzegu. Z

a swe ma e opalone d onie i unios a ku niebu zap akan  buzi .

- Dobry Bo e - wyszepta a -- je li sprawisz,  e mama wyzdrowieje, pójd  w nocy na cmentarz. Prosz  Ci , kochany Bo e. I je li to uczynisz, nie

 Ci przez d

szy czas zawraca a g owy.

Rozdzia  XXVI
Tej nocy w Z otym Brzegu  ycie pokona o  mier . Przera aj cy cie  opu ci  wreszcie progi Z otego Brzegu. W deszczowy, ciemny poranek dzieci

obudzi y si  z rozja nionymi oczami. Zuzanna, odm odnia a o dziesi

 lat, nie musia a im nawet mówi ,  e kryzys min  i mama b dzie 

a.

By a to sobota, a wi c dzie  wolny od zaj

 szkolnych. Dzieci nie wysz y na dwór. Bardzo lubi y bawi  si  w deszcz, ale tym razem by  zbyt ulewny.

W domu musia y zachowywa  si  idealnie cicho, lecz nigdy nie czu y si  szcz

liwsze. Tata, który niemal od tygodnia nie zmru

 oka, rzuci  si  na

ko w go cinnym pokoju i natychmiast zasn . Przedtem jeszcze przekaza  szcz

liw  wiadomo

 na Zielone Wzgórze, gdzie dwie starsze panie z

dr eniem czeka y na dzwonek telefonu. Zuzanna, która ostatnio straci a wszelki zapa  do zaj

 kuchennych, przyrz dzi a na deser krem pomara czowy,

obieca a rolad  z d emem na kolacj  i upiek a dwie blachy ma lanych bu eczek. Drozd Cock  wiergota  po ca ym domu. Krzes a wygl da y tak, jakby
mia y ochot  ta czy . Kwiaty w ogrodzie dzielnie unios y g ówki, gdy tylko deszcz zrosi  sp kan  od suszy ziemi . Nan, chocia  bardzo szcz

liwa,  e

mama wróci do zdrowia, z niepokojem my la a o z

onej Bogu obietnicy.

Nie zamierza a si  wycofywa , lecz spe nienie przyrzeczenia odk ada a na pó niej w nadziei,  e mo e wreszcie zdob dzie si  na odwag . Krew jej

„krzep a w 

ach”, jak z lubo ci  mawia a Amy Taylor, na sam  my l o pój ciu na cmentarz. Zuzanna wyczu a,  e co  niedobrego dzieje si  z Nan, i

zaaplikowa a jej podwójn  dawk  oleju rycynowego. Nan wypi a go spokojnie, nie potrafi a jednak powstrzyma  si  od my li,  e od czasu owego
„przetargu” z Bogiem Zuzanna podaje jej olej rycynowy du o cz

ciej ni  przedtem. Lecz có  znaczy olej rycynowy w porównaniu z pój ciem w nocy na

cmentarz? Nan po prostu nie wyobra

a sobie, jak zdo a tego dokona . Ale wiedzia a,  e musi.

Mama by a ci gle tak s aba,  e nikomu nie pozwalano wchodzi  do jej pokoju. Wygl da a mizernie, taka blada i wychudzona. Czy to dlatego,  e ona,

Nan, nie dotrzyma a Bogu obietnicy?

- Musimy mamie da  czas - powiedzia a Zuzanna.
Nan zdziwi a si . Co to znaczy „da  mamie czas”? Wiedzia a a  nadto dobrze, dlaczego mama nie wraca do si . Mocno zacisn a usta. Jutro jest

znów sobota, a wi c min  ju  tydzie , i jutro zrobi to, co obieca a.

Nazajutrz przed po udniem pada  deszcz. Nan odczu a g bok  ulg . Je li w nocy te  b dzie la o, nikt, nawet Bóg, nie mo e od niej wymaga , by

ta a si  po cmentarzach. Ko o po udnia przesta o pada . G sta mg a rozpostar a si  nad zatok  i nad Glen, spowijaj c Z oty Brzeg cudownym

woalem. Nan ci gle nie traci a nadziei. W tak  pogod  te  nie mo e przecie  i

 na cmentarz. Lecz niestety, w czasie kolacji zerwa  si  wiatr i rozp dzi

mg .
- Dzi  b dzie bezksi

ycowa noc - rzek a Zuzanna.

- Och, Zuzanno, czy nie mo esz zrobi  ksi

yca? - zawo

a Nan z rozpacz . Je li ma i

 w nocy na cmentarz, ksi

yc musi  wieci .

- Ale  dziecko, nikt nie mo e zrobi  ksi

yca! Ksi

yc b dzie, tylko  e zakryj  go chmury - wyja ni a Zuzanna. - Ale có  to dla ciebie za ró nica, czy

ksi

yc  wieci, czy nie?

Tego w

nie Nan nie mog a wyjawi  i Zuzanna zaniepokoi a si  nie na  arty. Co dr czy to dziecko? Od tygodnia zachowuje si  jako  dziwnie.

Wyra nie straci a apetyt i jest osowia a. Czy by martwi a si  o mam ? Zupe nie niepotrzebnie. Pani doktorowa z dnia na dzie  czuje si  lepiej.

Tak, ale Nan wiedzia a,  e mamie mo e si  pogorszy , je li ona nie dotrzyma z

onej Bogu obietnicy. O zachodzie s

ca chmury znik y i na niebie

pojawi  si  ksi

yc… wielki i czerwony jak krew. Nan nigdy jeszcze nie widzia a takiego ksi

yca. Przera

 j . Chyba wola aby ju ,  eby by o zupe nie

ciemno.
Bli niaczki posz y do 

ek o ósmej. Nan musia a czeka , a  Di za nie. Trwa o to do

 d ugo, poniewa  Di prze ywa a w

nie bolesne

rozczarowanie i nie mog a usn

. Jej najlepsza przyjació ka, Ela Palmer, wraca a ze szko y po lekcjach z inn  dziewczynk  i Di uzna a,  e  ycie nie ma

ju  dla niej  adnego sensu. Dopiero oko o dziewi tej Nan mog a spokojnie wy lizgn

 si  z 

ka. Kiedy si  ubra a, r ce dr

y jej tak bardzo,  e z

ledwo ci  zdo

a zapi

 guziki. Zesz a po schodach i wymkn a si  bocznymi drzwiami w chwili, gdy Zuzanna, w

ywszy chleb do pieca, my la a z

zadowoleniem,  e wszyscy jej podopieczni spoczywaj  bezpiecznie w 

kach. Tylko doktor wyszed , wezwany do dziecka, które po kn o gwó

.

Nan uda a si  w kierunku Doliny T czy. Id c skrótami, szybko wspi a si  na wzgórze. Zdawa a sobie spraw  z tego,  e je li o tej porze pójdzie

przez wie , mo e kogo  spotka . Wzbudzi oby to niepotrzebne zainteresowanie i z pewno ci  sko czy oby si  odprowadzeniem jej domu.

Jaka zimna by a ta wrze niowa noc! Nie przewidzia a tego i nie wzi a swetra. Dolina T czy w nocy nie wygl da a tak przyja nie jak za dnia. Ksi

yc

skurczy  si  do normalnych rozmiarów. Nie by  ju  taki czerwony, lecz drzewa sk pane w jego blasku rzuca y na ziemi  z owieszcze cienie. Nan zawsze
obawia a si  cieni. Czy ta ciemna plama przy strumieniu to na pewno tylko uschni ta papro ?

Nan dzielnie unios a g ow  i wysun a do przodu bródk .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Nie boj  si  - rzek a g

no i zdecydowanie. - Mam tylko takie dziwne uczucie w 

dku. Jestem prawdziw  bohaterk !

Ta buduj ca my l pomog a jej dotrze  do po owy wzgórza. Nagle dziwny cie  pad  na ziemi … to chmura na chwil  przys oni a ksi

yc, Nan

przypomnia a sobie o Ptaku. Amy Taylor opowiedzia a jej kiedy  przera aj

 histori  o Wielkim Czarnym Ptaku, który w nocy rzuca si  na ludzi i unosi

ich ze sob . Mo e to on w

nie przelatuje tera po niebie? Co prawda mama mówi a,  e nie ma  adnych Czarnych Ptaków.

- Nigdy nie uwierz ,  e mama mog aby mnie ok ama  - rzek a Nan. Podesz a do ogrodzenia, za którym oddzielony jedynie drog  znajdowa  si

cmentarz. Nan zatrzyma a si ,  eby z apa  oddech.

Kolejna chmura przys oni a ksi

yc. Wokó  dziewczynki rozci ga a si  dziwna, nieznana, nieprzyjazna kraina.

- Och,  wiat jest zbyt wielki! - wzdrygn a si  Nan, podchodz c do ogrodzenia.  eby tak nagle znale

 si  z powrotem w Z otym Brzegu!

- Bóg patrzy na mnie! - powiedzia a siedmioletnia bohaterka i wdrapa a si  na p ot. Zeskoczy a na drug  stron , kalecz c kolano i rozdzieraj c

sukienk . D ugi cier  przebi  jej pantofelek i bole nie zrani  stop . Mimo to poku tyka a ku cmentarnej bramie.

wierki rosn ce we wschodnim rogu cmentarza rzuca y d ugie cienie na groby. Po jednej stronie wznosi  si  ko ció  metodystów, a po drugiej kaplica

prezbiteria ska, ciemna i zamkni ta na g ucho. Ksi

yc gwa townie wychyn  zza chmur i ca y cmentarz wype ni  si  niezliczonymi cieniami… Cieniami,

które wzlatywa y i ta czy y, gotowe, zdawa o si , dopa

 ka dego, kto o mieli by si  zak óci  ich spokój. Porzucona na drodze gazeta, porwana

wiatrem, unios a si  niczym ta cz ca wied ma. Nan wiedzia a,  e to tylko gazeta, lecz wcale nie poczu a si  przez to pewniej w ród otaczaj cej j
niesamowitej, ciemnej nocy. Wiatr przera liwie szele ci  w ród  wierków. Ga zka wierzby rosn cej przy bramie dotkn a nagle policzka dziewczynki,
niczym d

 umar ego dziecka. Na moment serce przesta o jej bi … ale po

a d

 na klamce.

A je li z grobu wysunie si  d ugie rami  i wci gnie j  do  rodka!
Nan odwróci a si . Wiedzia a teraz,  e cho by z

a Bogu tysi c obietnic, nigdy nie zdo a przej

 noc  przez cmentarz. Przera aj ce st kni cie

rozleg o si  w pobli u. By a to tylko stara krowa pana Bakera, która pas a si  przy drodze i w

nie wysz a zza k py jode . Ale Nan nie spojrza a nawet w

jej kierunku. Ogarni ta panicznym l kiem rzuci a si  w dó  wzgórza i pogna a co tchu przez wie  ku Z otemu Brzegowi. Dobiegaj c furtki bole nie
uderzy a si  w g ow . Ale nie dba a o to. Najwa niejsze,  e znów by a w domu. Na dr

cych nogach wesz a do jasno” o wietlonej kuchni, zab ocona,

mokra, z krwawi

 stop .

- Jezus Maria! - wykrzykn a ze zgroz  Zuzanna.
- Nie mog am przej

 w nocy przez cmentarz, Zuzanno. Nie mog am! - wyj ka a Nan.

Zuzanna o nic nie pyta a. Wzi a zzi bni

 i dr

 Nan na gór . Zdj a jej buciki i sukienk , przebra a w koszul  nocn  i po

a do 

ka. Potem

zesz a do spi arni, by przynie

 jej cos do jedzenia. Bez wzgl du na to, z jakiego powodu dziecko wysz o w nocy z domu, nie powinno k

 si  spa  z

pustym 

dkiem.

Nan zjad a wszystko co do okruszynki i napi a si  mleka. Jak cudownie by o znale

 si  w ciep ym, jasnym pokoju, w swoim w asnym 

ku! Ale nie

chcia a Zuzannie niczego wyja nia .

- To sprawa mi dzy mn  a Bogiem, Zuzanno.
Zuzanna posz a spa  przekonana,  e dopiero wtedy poczuje si  spokojna, gdy pani doktorowa stanie na nogi i sama b dzie nad wszystkim czuwa .
- To przekracza moje mo liwo ci pojmowania - westchn a bezradnie.
Nan obudzi a si  smutna i zrozpaczona. Nie dotrzyma a obietnicy, wi c nie mo e oczekiwa ,  e Bóg jej wys ucha. Teraz mama ju  na pewno umrze.

Przez ca y nast pny dzie

ycie wydawa o si  Nan nie do zniesienia. Nic nie sprawia o jej przyjemno ci, nawet przygl danie si  jak Zuzanna prz dzie

na strychu. A kiedy  uwa

a,  e to takie interesuj ce. Nigdy ju  nie b dzie w stanie si

mia .  ycie nie ma  adnego sensu. Odda a swojego

wypchanego trocinami pieska Shirleyowi, który zawsze chcia  go mie . By  to stary piesek i Krzy  Ford urwa  mu uszyli ale Nan kocha a go bardziej
nawet ni  pluszowego misia. Wola a starej zabawki od nowych. Ofiarowa a Rilli domek z muszelek, przywieziony przez kapitana Malachiego z dalekich
Indii. Mia a cich  nadziej ,  e mo e te jej wyrzeczenia zadowol  Boga, ale gdy koci tko, które odda a Amy Taylor, uparcie wraca o do Z otego Brzegu,
Nan poj a,  e Bóg wcale nie jest zadowolony. 

da najwyra niej,  eby dotrzyma a swej obietnicy i posz a noc  na cmentarz, a tego ona nie zdo a

dokona . Trudno, jest n dzn  kreatur . Jim powiedzia  kiedy ,  e tylko n dznej kreatury nie dotrzymuj  obietnic.

Ani nareszcie pozwolono usi

 w 

ku. Ju  niemal wróci a dc zdrowia po przebytej chorobie. Wkrótce ponownie zajmie si  domem, zacznie czyta

ksi

ki, je

 wszystko, na co jej przyjdzie ochota, siedzie  przy kominku, dogl da  ogrodu, spotyka  si  z przyjació kami i s ucha  ploteczek, wita  dni,

ni ce niczym drogie kamienie nanizanej na naszyjnik czasu. B dzie znów mog a w pe ni rozkoszowa  si  urokami  ycia.

Zjad a doskona y obiad. Zuzanna upiek a dla niej nó

 jagni cia. Ania spa aszowa a wszystko co do k sa. Cudownie by o znów odczuwa  g ód.

Rozejrza a si  wokó , obejmuj c pe nym mi

ci spojrzeniem wszystkie ukochane przedmioty.

Nagle do pokoju w lizgn a si  Nan z oczami i nosem zaczerwienionymi od p aczu.
- Mamusiu, musz  ci co  powiedzie … Nie mog  czeka  ani chwili d

ej. Mamusiu, ja oszuka am Boga.

Ania poczu a g bok  rado

, gdy ma a r czka dziecka spragnionego pocieszenia w swym gorzkim smutku w lizgn a si  w jej d

. Z powa nym

wyrazem twarzy s ucha a opowie ci Nan. Zawsze udawa o jej si  zachowa  powag , gdy by o to potrzebne, cho by pó niej mieli z Gilbertem
za miewa  si  do  ez. Rozumia a dobrze,  e Nan nie u wiadamia sobie absurdalno ci swoich obaw. Poj a tak e, i  religijno

 dziecka posz a w z ym

kierunku.
- Kochanie moje, zupe nie  le rozumiesz intencje Boga. On nie robi z nami  adnych interesów. On daje. Daje, nie 

daj c w zamian niczego prócz

mi

ci. Gdy prosisz o co  tat  czy mnie, nie robimy z tob  interesów, a Bóg jest od nas o wiele lepszy. I znacznie lepiej wie, co nale y ludziom dawa .

- I On… Nie ka e ci umrze , mamusiu, dlatego,  e ja nie dotrzyma am swojej obietnicy?
- Na pewno nie, kochanie.
- Mamusiu, chocia  myli am si  co do Boga, czy nie uwa asz,  e mimo wszystko powinnam dotrzyma  obietnicy? Przecie  przyrzek am, a tatu

mówi,  e musimy zawsze dotrzymywa  przyrzecze . Czy nie b

 pot piona na wieki, je li tego nie zrobi ?

- Kiedy b

 zupe nie zdrowa, kochanie, pójd  razem z tob . Zostan  przy bramie. Przypuszczam,  e wtedy bez  adnych obaw przejdziesz przez

cmentarz. To uspokoi twoje sumienie. Ale nie b dziesz ju  ubija a  adnych niem drych interesów z Bogiem?

- Nie - obieca a Nan z pewnym  alem. Jak by nie by o, rezygnowa a z bardzo interesuj cej, cho  niekiedy ryzykownej zabawy. Blask znów pojawi  si

w jej oczach, a w g osie zabrzmia a dawna weso

.

- Pójd  umy  twarz i wróc , aby da  ci buzi, mamusiu. I zerw  dla ciebie wszystkie lewkonie, jakie znajd .
- Och, Zuzanno! - westchn a rado nie Ania, gdy Zuzanna przynios a jej kolacj . - Jaki  cudowny jest  wiat! Cudowny, pi kny i ciekawy! Czy

nieprawda, Zuzanno?

- O miel  si  co najwy ej stwierdzi  - odpar a Zuzanna, przypominaj c sobie le

ce rz dem w spi arni  wie o upieczone rolady -  e bywa on

ca kiem do zniesienia.

Rozdzia  XXVII
Tego roku pa dziernik by  w Z otym Brzegu bardzo szcz

liwym miesi cem. Po prostu chcia o si  biega ,  piewa  i gwizda . Mama znów krz ta a

si  po domu, nie zgadzaj c si , by nadal traktowano j  jak rekonwalescentk . Planowa a, co zasadzi na wiosn  w ogrodzie, i cz sto si

mia a. Jim

uwa

,  e mama wyj tkowo pi knie i rado nie si

mieje. Cierpliwie odpowiada a na niezliczone pytania. „Mamusiu, jak daleko jest st d do zachodu

ca?” „Mamusiu, dlaczego nie mo na zbiera  ksi

ycowych promieni?” „Czy dusze zmar ych naprawd  wracaj  w przeddzie  Wszystkich

wi tych?” „Mamo, czy nie wola aby  zosta  zabita przez grzechotnika ni  przez tygrysa, który by ci  rozszarpa  i zjad ?” „Czy to prawda,  e wdowa jest

to kobieta, której marzenia si  spe ni y? Wally Taylor tak mówi”. „Co to jest ustronny k cik?” „Mamusiu, czy my rzeczywi cie jeste my dziwn  rodzin ?”

To ostatnie pytanie zada  Jim. Us ysza , jak opini  t  wyg osi a pani Aleksandrowa Davies. Bardzo nie lubi  tej pani, gdy  ilekro  spotyka a go z mam

i tat , grozi a mu d ugim, chudym palcem i pyta a:

- Czy Jimmy dobrze sprawuje si  w szkole?
Jimmyi Mo e i s  dziwn  rodzin . Z pewno ci  tak w

nie pomy la a Zuzanna, gdy pewnego dnia spostrzeg a,  e  cie

 wiod

 do stodo y

obficie pochlapano czerwon  farb .

- Bawili my si  w bitw  - wyja ni  Jim. - To s  ka

e zakrzep ej krwi.

Czasem wieczorem sznur dzikich g si przelatywa  po niebie, na którym widnia a czerwona tarcza ksi

yca. Jim, przygl daj c im si , skrycie 

owa ,

e nie mo e si  do nich przy czy  i polecie  do dalekich krajów, by przywie

 egzotyczne zwierz ta: ma py, gepardy, papugi.

oty Brzeg rozbrzmiewa

miechem od  witu do zmierzchu. Nawet gdy starsze dzieci sz y do szko y, Shirley i Rilla dbali o to,  eby w domu by o

weso o. Gilbert te

mia  si  cz

ciej ni  zazwyczaj. „Ciesz  si ,  e mój tata umie si

mia  - my la  Jim. - Doktor Bronson z Mowbray nigdy si  nie

mieje”. Mówiono,  e wszystkich swych pacjentów uzyska  dzi ki wygl dowi pe nemu m dro ci i powagi. Za to mieszka cy Glen uwielbiali doktora

Blythe i je li kto  nie rozumia  jego  artów, by  niepocieszony,  e nie dorównuje mu poczuciem humoru.

Ania ka dy ciep y dzie  sp dza a w ogrodzie. Zachwyconymi oczami ch on a przepych barw, gdy promienie s

ca pada y na mieni ce

si -wszystkimi odcieniami czerwieni li cie klonów, i rozkoszowa a si

agodnym smutkiem ostatnich dni jesieni. Pewnego szaroz otego, zamglonego

wieczoru zasadzi a z Jimem cebulki tulipanów. Cieszy a j; my l,  e na wiosn  wychyl  z ziemi swoje purpurowe, fioletowe i z ociste g ówki.

- Jim, prawda,  e przyjemnie jest czyni  przygotowania do wiosny chocia  si  wie,  e przedtem trzeba b dzie stawi  czo o zimie?
- Tak, upi kszanie  wiata to co  wspania ego - odpar  Jim. - Zuzanna powiada,  e to Bóg czyni wszystko pi knym, ale my mo emy Mu pomaga ,

prawda, mamusiu?

- Tak, Jim. Bóg pozwala, by my dzielili z Nim t  rado

. Niestety, nic nie mo e by  zupe nie doskona e. Mieszka cy Z otego Brzegu bardzo martwili

si  o drozda Cocka. Obawiali si ,  e gdy drozdy zaczn  odlatywa  do ciep ych krajów, Cock zechce im towarzyszy .

- Zamknijcie go, a  wszystkie ptaki odlec  i spadnie  nieg - radzi  kapitan Malachi. - Wtedy zapomni i przezimuje tutaj.
Tak wi c drozd sta  si  kim  w rodzaju wi

nia. Zachowywa  si  bardzo niespokojnie. Lata  bez celu po domu lub siada  na parapecie, patrz c przez

okno na swoich pierzastych pobratymców, którzy szykowali si  do lotu na po udnie. Straci  apetyt. Nie kusi y go najt ustsze robaki ani najpi kniejsze
orzechy, podtykane przez Zuzann . Dzieci wyja nia y mu, jakie niebezpiecze stwa mog  na  czyha  podczas d ugiej podró y: koty, g ód, mróz, burze,
czarne noce. Lecz drozd s ysza  w;  cznie odwieczny zew natury i ca  swoj  istot  rwa  si , by pój

 za tym wo aniem.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Zuzanna najd

ej nie chcia a si  podda . Przez kilka dni chodzi a bardzo ponura. Lecz w ko cu powiedzia a:

- Niech leci. Zatrzymywanie go by oby przeciwne naturze. Dzieci wypu ci y go w ostatnim dniu pa dziernika. Ze  zami w oczach ca owa y go na

po egnanie. Wyfrun  z rado ci , by nast pnego ranka wróci  na parapet w pokoju Zuzanny po okruszynki. Nast pnie rozpostar  skrzyd a,
przygotowuj c si  do d ugiego lotu.

- By  mo e wróci do nas na wiosn , kochanie - powiedzia a Ania do zap akanej Rilli. Ale jej s owa nie pocieszy y dziewczynki.
- To jesce strasnie du o casu - szlocha a.
Ania u miechn a si  i westchn a. Pory roku, które ma ej Rilli wydawa y si  tak d ugie, dla niej mija y zbyt szybko. Sko czy o si  kolejne lato,

ust puj c miejsca z ocistopurpurowej jesieni. Wkrótce ju , za kilka lat dzieci ze Z otego Brzegu przestan  by  dzie mi. Ale na razie jeszcze nale

y do

niej, gdy wita a je, kiedy wraca y do domu, gdy je pociesza a lub czasem karci a. Stanowi y rado

 i rozkosz  ycia. Niekiedy bywa y te  niegrzeczne,

cho  na pewno nie zas ugiwa y na miano „bandy diabl t ze Z otego Brzegu”, jak okre li a je pani Aleksandrowa Davies, us yszawszy,  e podczas
zabawy w Indian w Dolinie T czy Bertie Szekspir Drew troch  si  poparzy . Odwi zanie go od pala zabra o Jimowi i Walterowi wi cej czasu, ni
przypuszczali. Oni, co prawda, poparzyli sobie r ce, ale ich nikt nie 

owa .

Listopad by  tego roku wyj tkowo pos pny. G sta mg a wisia a nad morzem i przystani . Dr

ce topole gubi y swoje ostatnie li cie, a ogród zszarza  i

zamar , jego pi kno przemin o. Jedynie asparagus z oci  si  jeszcze g sto na grz dkach. Walter musia  porzuci  swój „gabinet” na ga zi jab oni i
zacz

 odrabia  lekcje w domu. Deszcz pada  bezustannie.

- Czy  wiat w ogóle b dzie jeszcze kiedy  suchy? - pyta a zrozpaczona Nan.
Wreszcie s

ce wyjrza o zza chmur i nast pi o kilka pogodnych dni. W zimne wieczory Ania pozwala a dzieciom rozpala  ogie  na kominku, a

Zuzanna piek a ziemniaki na kolacj .

Czasem panna Kornelia wpada a na ploteczki, podczas gdy jej m

 w sklepie pana Flagga wymienia  pogl dy polityczne z innymi panami. Maluchy

nastawia y wtedy uszu, gdy  panna Kornelia wiedzia a Wszystko o wszystkich i w

nie od niej dowiadywa y si  niezwykle interesuj cych rzeczy o

ró nych ludziach. Jaka  to potem by a zabawa patrze  podczas niedzielnego nabo

stwa na tych dostojnych panów i pe ne godno ci panie i

przypomina  sobie zas yszane o nich rzeczy.

- Ale  u was przytulnie, Aniu. Wieczór dzi  okropny i chyba zanosi si  na  nie yc . Doktor pewnie wyszed ?
- Tak. Bardzo by o mi go  al, ale z portu telefonowano,  e pani Shaw koniecznie chce,  eby do niej przyszed  - odpar a Ania.
Zuzanna dyskretnie uprz tn a le

cy przy kominku szkielet ryby, przywleczony przez Odrobinka. Mia a nadziej ,  e panna Kornelia go nie

zauwa

a.

- Nie jest bardziej chora ni  ja - rzek a Zuzanna z sarkazmem. S ysza am,  e dosta a now  koronkow  koszul  nocn  i bez w tpienia chce si  w niej

pokaza  doktorowi. Te  mi co , koronkowa koszul  nocna!

- Córka pani Shaw, Leona, przywioz a j  matce z Bostonu. Przyjecha a w pi tek wieczorem z czterema walizami! - powiedzia a panna Kornelia. -

Pami tam, jak osiem lat temu wyje

a do Stanów z jedn  dziuraw  torb . Jak e wtedy bola a nad zdrad  Filipa Turnera. Udawa a,  e j  to niewiele

obchodzi, ale wszyscy i tak wiedzieli, jak cierpi. Wróci a, aby, jak powiada, piel gnowa  matk . Ostrzegam ci  Aniu,  e z pewno ci  b dzie próbowa a
flirtowa  z doktorem. Ale nie s dz , by zwróci  na ni  jak kolwiek uwag , chocia  jest m

czyzn . Dobrze,  e nie nale ysz do zazdrosnych kobiet, Aniu.

Podobno doktorowa Bronson z Mowbray Narrows robi m

owi sceny o ka

 pacjentk .

- Oraz o wykwalifikowane piel gniarki - doda a Zuzanna.
- Có , niektóre z tych panienek s  stanowczo zbyt  adne jak swój zawód - przyzna a panna Kornelia. - Na przyk ad Janka Arthur. Ca  swoj  energi

po wi ca na to, by ukry  przed jednym adoratorem fakt istnienia drugiego.

- Cho by by a nie wiem jak,  adna, nie jest ju  pierwszej m odo

 - stwierdzi a powa nie Zuzanna. - Dobrze by zrobi a, gdyby wreszcie podj a jak

decyzj  i si  ustatkowa a. Pami tam jej ciotk , Eudor . Dopóki mog a wybiera , ca emu  wiatu opowiada a,  e nigdy nie wyjdzie za m

, a  flirty si

sko czy y i zosta a sama jak ten pies. Jeszcze i teraz usi uje kokietowa  ka dego napotkanego m

czyzn , chocia  ma ju  czterdzie ci pi

 lat. Takie

 rezultaty nadmiernej pró no ci. Czy s ysza a pani, droga pani doktorowo, co Eudora powiedzia a do swej kuzynki, Fanny, po jej zam

pój ciu?

„Zjadasz po mnie resztki”. Mówiono mi,  e pok óci y si  wtedy i od tego czasu nie rozmawiaj  ze sob .

-  ycie i  mier  s  niczym wobec mowy ludzkiej - wyszepta a Ania.
- To prawda, kochanie. Je li ju  o tym wspomnia

,  yczy abym sobie, aby pastor Stanley wykazywa  wi cej rozs dku w swoich kazaniach. Obrazi

Walka Younga, który zamierza przesta  chodzi  do ko cio a. Wszyscy powiadaj ,  e kazanie wyg oszone w ostatni  niedziel  dotyczy o w

nie jego.

- Je li pastor wyg asza kazanie, wytykaj ce wady charakterystyczne dla którego  z wiernych, wszyscy uwa aj ,  e mówi w

nie o nim - stwierdzi a

Ania. - To tak, jakby my uwa ali,  e gotowy kapelusz, który dobrze le y na g owie, by  specjalnie dla nas robiony.

- To trafne porównanie - przyzna a Zuzanna. - Zreszt  nie mam wiele szacunku dla Walka Younga. Trzy lata temu wymalowa  znaki reklamowe na

swoich krowach. To ju  przesada, moim zdaniem.

- Jego brat, Dawid, zamierza si  wreszcie o eni  - powiedzia a panna Kornelia. - Przez d ugi czas rozwa

, co si  bardziej op aca: o eni  si  czy

wynaj

 gospodyni . „Mo na prowadzi  dom bez kobiety, ale to trudna sprawa, Kornelio” - oznajmi  mi, gdy jego matka umar a. Przypuszczam,  e nie

powiedzia  tego bez ukrytego celu, ale uda am,  e nie rozumiem, co ma na my li. I wreszcie  eni si  z Janka King.

- Z Janka King! By am pewna,  e stara si  o Mart  North.
- Powiada,  e jest mu wszystko jedno, kim b dzie jego wybranka, byleby lubi a kapust . Ale mówi ,  e o wiadczy  si  Marcie i dosta  kosza. A Janka

podobno stwierdzi a,  e wola aby m

czyzn , który lepiej by si  prezentowa , ale w ostateczno ci i ten ujdzie. No có , dla niektórych ma

stwo

wydaje si  zawini ciem do portu po burzy.

- Nie s dz , by ludzie w tych stronach mówili chocia  po ow  tych wszystkich rzeczy, które si  im przypisuje, pani marsza kowo Elliot - oburzy a si

Zuzanna. - Wed ug mnie Dawid nie zas uguje na tak

on  jak Janka. Przyznam uczciwie,  e moim zdaniem wygl da on jak co , co morze wyrzuci o na

brzeg podczas przyp ywu.

- Czy wie pani,  e Alden i Stella maj  córeczk ? - spyta a Ania.
- Owszem. Ufam,  e Stella b dzie wychowywa a swoj  córk  rozs dniej, ni  jej matka wychowywa a j . Czy uwierzysz, Aniu,  e Liza wpad a w

rozpacz, poniewa  dziecko jej kuzynki Dory zacz o chodzi  wcze niej ni  Stella?

- My, matki, jeste my dziwne - u miechn a si  Ania. - Pami tam,  e obudzi y si  we mnie mordercze instynkty, gdy ma emu Bobowi Taylorowi,

urodzonemu w tym samym czasie, co Jim, wyr

y si  trzy z by, podczas gdy Jim mia  tylko jeden.

- Bob Taylor b dzie mia  usuwane migda ki - poinformowa a panna Kornelia.
- Dlaczego my nigdy nie miewamy operacji? - zagadn li jednocze nie Walter i Di tonem pe nym  alu. Cz sto zdarza o im si  mówi  jednocze nie to

samo. Zawsze potem brali si  za r ce i wypowiadali jakies  yczenie.

- My limy i czujemy zawsze to samo - zaklina a si  Di uroczy cie.
- Czy kiedykolwiek zapomn  wesele Elzy Taylor? - odezwa a si  z zamy leniem panna Kornelia. - Jej najlepsza przyjació ka, Emilka Millison, mia a

zagra  marsza weselnego. Zagra a jednak marsza 

obnego. Potem wyja nia a,  e pomyli a si  stremowana obecno ci  tylu osób, ale wszyscy

wiedzieli, co o tym my le . Sama chcia a po lubi  Maca Moorside’a. By  to doskonale prezentuj cy si

ajdak o mowie s odkiej jak miód. Zawsze potrafi

ka dej kobiecie powiedzie  to, co chcia a us ysze . Zmarnowa  Elzie  ycie. No có , Aniu, oboje ju  dawno odeszli do Krainy Milczenia. Emilka Millison
jest od lat  on  Harleya Russella i wszyscy zapomnieli o tym,  e o wiadczy  si  jej tylko dlatego, i  mia  nadziej ,  e mu odmówi. Ona za  zawiod a jego
oczekiwania, bez cienia namys u wyra aj c zgod . Harley te  ju  o tym zapomnia . Czy  to nie po m sku? Uwa a,  e ma najlepsz

on  pod s

cem,

i jest dumny,  e by  na tyle m dry, aby j  zdoby .

- Dlaczego o wiadczy  si  jej, je li wola ,  eby mu odmówi a? Wed ug mnie to bardzo dziwne - zauwa

a Zuzanna, dodaj c natychmiast skromnie: -

Oczywi cie nikt nie mo e ode mnie oczekiwa , by wiedzia a co  o tych sprawach.

- Ojciec mu kaza . Harley nie mia  na to najmniejszej ochoty, ale by  pewien,  e Emilka go odrzuci. A oto i doktor!
Gdy Gilbert wszed  do domu, wiatr wtargn  za nim, wnosz c tumany  niegu. Doktor zadowolony zrzuci  palto i usiad  przy kominku.
- Wróci em pó niej, ni  si  spodziewa em…
- Bez w tpienia nowa koszula nocna by a warta obejrzenia - odezwa a si  Ania, mrugaj c  obuzersko do panny Kornelii.
- O czym mówisz? Pewnie to jaki  kobiecy  art, przekraczaj cy moje m skie zdolno ci pojmowania. Poszed em jeszcze do Górnego Glen, by zajrze

do Waltera Coopera.

- To naprawd  zdumiewaj ce, jak ten cz owiek to robi,  e jeszcze  yje - zauwa

a panna Kornelia.

- Nie mam ju  do niego cierpliwo ci - u miechn  si  Gilbert. - Powinien by  umrze  dawno temu. Przed rokiem przepowiada em mu co najwy ej dwa

miesi ce  ycia. Psuje mi opini , odmawiaj c zej cia z tego  wiata.

- Gdyby pan zna  Cooperów tak dobrze, jak ja, nie ryzykowa by pan  adnych przepowiedni. Czy nie s ysza  pan o tym,  e jego dziadek o

, gdy ju

zakupiono trumn  i wykopano grób? Przedsi biorca pogrzebowy nie chcia  przyj

 trumny z powrotem. Nie w tpi ,  e Walter Cooper doskonale si

bawi, igraj c sobie  e  mierci . Czy to nie po m sku? No có , s ysz  dzwoneczki u sa  Marsza ka. Aniu, kochanie, przynios am ci s oik gruszek w
occie. Wiem,  e je lubisz.

Wszyscy odprowadzili pann  Korneli  do drzwi. Walter spojrza  swymi du ymi szarymi oczami w mro

 noc.

- Ciekaw jestem, gdzie teraz przebywa drozd Cock i czy t skni za nami - szepn  w zamy leniu. - Mo e drozd odszed  ju  do tego tajemniczego

miejsca, które pani Elliot nazywa Krain  Milczenia?

- Cock jest w po udniowych, ciep ych krajach - powiedzia a Ania. - Wróci na wiosn . Jestem tego ca kowicie pewna. Jeszcze tylko pi

 miesi cy

oczekiwania. Dzieci, powinny cie by  od dawna w 

kach!

- Zuzanno - mówi a w spi arni Di - czy chcia aby  mie  ma e dziecko? Wiem, gdzie mo na takie dosta . Zupe nie nowe.
- Co  takiego! Gdzie?
- Maj  nowe dziecko u Amy. Amy powiada,  e przynie li je anio owie i  e mogli byli okaza  wi cej rozs dku. Amy i tak ma ju  siedmioro rodze stwa,

nie licz c tego nowego. S ysza am, jak mówi

,  e czujesz si  bardzo osamotniona, gdy  Rilla ro nie i nie masz ju  ma ego bobasa. Jestem pewna,  e

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

pani Taylor odda aby ci swojego.
- O czym my

 te dzieciaki! Rodziny Taylorów zawsze by y liczne. Andrew Taylor nie by  w stanie bez zastanowienia powiedzie , ile ma dzieci.

Musia  wpierw policzy  je w my li. Nie, nie mam ochoty bra  jakiego  obcego dziecka.

- Zuzanno, Amy mówi,  e ty jeste  star  pann . Czy to prawda?
- Taki los przewidzia a dla mnie Wszechmocna Opatrzno

 - odpar a Zuzanna bez mrugni cia okiem.

- Czy lubisz by  star  pann , Zuzanno?
- Nie mog  powiedzie ,  e lubi , kochanie. Ale - doda a Zuzanna, my

c o nieudanym po yciu ma

skim wielu kobiet - mo e wcale nie wysz am

na tym najgorzej. We  ten kawa ek szarlotki dla taty, a ja zanios  mu herbat . Biedny cz owiek, pewnie umiera z g odu.

- Mamusiu, mamy najwspanialszy dom na ca ym  wiecie, prawda? - rzek  zaspanym g osem Walter, wchodz c po schodach. - Nie uwa asz jednak,

e by by jeszcze wspanialszy, gdyby straszy o w nim par  duchów?

- Duchów?
- Aha. Dom Jerry’ego Palmera jest pe en duchów. Jerry jednego nawet widzia ; wysok  kobiet  w bieli, z r

 ko ciotrupa. Powiedzia em o tym

Zuzannie, ale ona odpar a,  e albo Jerry mnie nabra , albo co  mu si  przywidzia o.

- Zuzanna mia a racj . W ka dym razie w Z otym Brzegu  yli zawsze szcz

liwi ludzie, wi c nie mog  si  p ta  tutaj  adne duchy. Teraz zmów

pacierz i spa !

- Mamusiu, wydaje mi si ,  e wczoraj niew

ciwie post pi em. Powiedzia em: „Chleba naszego powszedniego daj nam jutro” zamiast „daj nam

dzisiaj”. Ale wydawa o mi si  to bardziej logiczne. Jak my lisz, mamusiu, czy Pan Bóg poczu  si  tym dotkni ty?

Rozdzia  XXVIII
Wraz z wiosn  do Z otego Brzegu powróci  wierny drozd Cock. Razem z nim przyby a jego narzeczona. Urz dzili sobie gniazdko na jab oni Waltera.

Cock nadal utrzymywa  przyjacielskie stosunki z mieszka cami Z otego Brzegu, ale jego towarzyszka wydawa a si  nie mia a, a mo e by a mniej
odwa na, i nie pozwala a nikomu zanadto zbli

 si  do siebie. Zuzanna uwa

a powrót Cocka za prawdziwy cud i tego  wieczoru napisa a do Rebeki

Dew d ugi list o ulubionym ptaku.

ycie w Z otym Brzegu p yn o szcz

liwie, urozmaicane od czasu do czasu zabawnymi zdarzeniami, jakie przytrafia y si  dzieciom. Zima min a

spokojnie i dopiero w czerwcu Di prze

a swoj  przygod .

Do szko y przysz a nowa uczennica. Zapytana o nazwisko odpar a:
- Jestem Janka Penny - takim tonem, jakby mówi a: „Jestem, królowa El bieta” albo „Jestem Helena Troja ska”. Z chwil  kiedy wyrzek a tych kilka

ów, sta o si  jasne,  e kto , kogo Janka Penny nie zna, jest nic niewart, a kto , na kogo Janka Penny nie zwróci uwagi, w ogóle nie istnieje. W ka dym

razie takiego zdania by a Diana Blythe, cho  nie potrafi aby wyrazi  tego s owami.

Janka Penny mia a dziewi

 lat, by a wi c o rok starsza od Di. Od razu nawi za a kontakty ze starszymi dziewczynkami, dziesi cio- i

jedenastoletnimi. Poj y one szybko,  e nie mog  jej ignorowa  czy wy miewa . Nie by a  adna, ale jej powierzchowno

 wywiera a na ludziach du e

wra enie i zwraca a powszechn  uwag . Mia a okr

 bia  twarz, g ste czarne w osy pozbawione po ysku i ogromne niebieskie oczy z d ugimi

czarnymi rz sami. Kiedy pogardliwie spogl da a spod tych rz s, ka dy od razu czu  si  n dznym robakiem, któremu okazano wielk

ask , nie

rozdeptuj c go. Jej k

liwe docinki zyskiwa y wi ksze uznanie ni  wypowiedziany przez inn  osob  komplement. Wszystkie dziewczynki w Glen

marzy y o tym, by si  z ni  zaprzyja ni . Ka dy przejaw zainteresowania z jej strony uwa

y za niezwyk y zaszczyt. Zreszt  ca a rodzina Pennych, jak

wynika o z opowie ci Janki, by a nadzwyczajna. Jej ciotka Lina posiada a cudowny naszyjnik ze z ota i granatów. Dosta a go od wujka-milionera. Jedna
z kuzynek mia a i pier cionek z brylantem warto ci tysi ca dolarów, a druga zwyci

a w konkursie krasomówczym, w którym bra o udzia  tysi c

siedmiuset uczestników. Janka mia a te  ciotk , która pracowa a jako misjonarka w ród tr dowatych w Indiach. W ka dym razie w ci gu kilku dni Janka
Penny zosta a zaakceptowana przez dziewczynki ze szko y w Glen. Patrzy y na ni  z mieszanin  podziwu i zazdro ci i tak du o opowiada y o niej w
domach,  e doro li zainteresowali si  wreszcie now  ucze nic .

- Kim jest ta dziewczynka, któr  tak zachwyca si  Di, Zuzanno? - zagadn a pewnego wieczoru Ania, wys uchawszy opowie ci Di o „posesji”, w

której mieszka Janka. Dom ten ma podobno pi

 wielkich okien ozdobionych wykuszami oraz przepi kn  balustrad  rze bion  w bia ym drzewie. Za

nim rozci ga si  brzozowy zagajnik, a kominek w salonie jest zrobiony z czerwonego marmuru. - Nigdy niej s ysza am nazwiska Penny w Przystani
Czterech Wiatrów. Czy wiesz co  o nich?

- To nowa rodzina, która zamieszka a na farmie Conwayów, droga pani doktorowo. Pan Penny jest podobno cie

, który nie mo e zarobi  na  ycie,

gdy , jak powiadaj , zbytnio zajmuje go udowadnianie,  e Bóg nie istnieje. Postanowi  wi c gospodarowa  na ziemi. To, zdaje si , dziwni ludzie.
Dzieciaki robi , co chc . Pan Penny opowiada,  e omal nie zam czono go na  mier  ci

ym musztrowaniem, gdy by  ma y, nie zamierza wi c w ten

sposób wychowywa  swoich dzieci. Dlatego ta Janka chodzi do szko y w Glen. Od ich domu jest bli ej do Mowbray Narrows i reszta dzieci zosta a tam
zapisana, ale Janka upar a si ,  e chce chodzi  do Glen. Co prawda farma Conwayów le y w naszym okr gu, wi c pan Penny, je li tylko p aci sk adki,
mo e posy

 dzieci do obu tych szkó . Janka jest chyba jego siostrzenic , a nie córk . Zdaje si ,  e jej rodzice nie  yj . Nie powiem,  e to ludzie

niegodni szacunku, ale jacy  tacy niezorganizowani. A, ich dom! Wszystko jest w nim wywrócone do góry nogami. Je li mog abym co  pani doradzi , to
uwa am,  e by oby lepiej,  eby Di nie zadawa a si  z t  dziwn  dziewczynk .

- Nie mog  jej zakaza  bawi  si  z ni  w szkole, Zuzanno. Po prostu nie widz  powodów, chocia  jestem pewna,  e Janka bardzo przesadza,

opowiadaj c o swych niezwyk ych krewnych i cudownych przygodach. My

,  e Di szybko wyzwoli si  spod jej uroku i Janka Penny przestanie j  tak

fascynowa .
Di nadal jednak przychodzi a do domu z nowymi informacjami o Jance Penny. Janka powiedzia a,  e lubi j  najbardziej ze wszystkich dziewczynek w

Glen. Di, zachwycona tym,  e królowa raczy a na ni  zwróci  uwag , obdarza a j  pe nym podziwu uwielbieniem. Dziewczynki sta y si  nieroz czne na
przerwach, w czasie weekendów pisywa y do siebie li ciki, dzieli y si  gum  do  ucia, wymienia y guziki i razem pe ni y dy ury w szkole. Wreszcie
Janka zaprosi a Di do swego domu proponuj c, by przyjació ka przenocowa a u niej. Mama jednak sprzeciwi a si  temu stanowczo i Di wpad a w istn

rozpacz.
- Pozwoli

 mi zosta  na noc u Po ci Ford! - szlocha a.

- To by o co innego - odpar a delikatnie Ania. Nie chcia a sprawia  Di przykro ci, ale po zasi gni ciu dok adniejszych informacji uzna a,  e dzieci

Pennych absolutnie nie s  odpowiednim towarzystwem dla dzieci ze Z otego Brzegu. Czu a si  bardzo zaniepokojona now  przyja ni  Diany.

- Nie widz

adnej ró nicy - nalega a Di. - Janka jest tak  sam  dam  jak Po cia. Jej kuzynka zna wszystkie zasady dobrego wychowania, a Janka

post puje zawsze zgodnie z etykiet . Mówi,  e to my nie mamy poj cia o etykiecie. I prze

a tyle emocjonuj cych przygód!

- Kto tak twierdzi? - spyta a Zuzanna.
- Ona sama mi o tym powiedzia a. Jej najbli si nie s  bogaci, ale maj  ogromnie bogatych i powa anych krewnych. Jeden z wujków Janki pracuje

jako s dzia, a drugi jako kapitan na najwi kszym statku  wiata. Janka jest matk  chrzestn  tego statku. A my nie mamy wujków-s dziów albo na
przyk ad ciotek, które by yby misjonarkami w ród tr datych.

- Tr dowatych, kochanie, nie tr datych.
- Janka powiedzia a „tr datych”, a musi wiedzie  najlepiej, skoro chodzi o jej ciotk . W ich domu jest tak wiele ró nych rzeczy, której chcia abym

zobaczy !  ciany w jej pokoju s  pokryte tapet  w papu ki. W salonie jest mnóstwo wypchanych sów, a w holu le y olbrzymi dywan z wizerunkiem
domu. Po okiennicach pn  si  ró e. A w ogrodzie jest ma y domek do zabawy, który pan Penny zrobi  specjalnie dla dzieci. Mieszka z nimi prababcia,
podobno najstarsza osoba na  wiecie.! Janka mówi,  e ona 

a jeszcze przed potopem. Mo e ju  nigdy nie b

 mia a okazji zobaczy  kogo , kto 

przed potopem.

- Podobno babcia dobiega stu lat - odezwa a si  Zuzanna. - Ale je li twoja Janka twierdzi,  e ona 

a przed potopem, to opowiada bzdury. Jeszcze

apiesz jak

 okropn  chorob  w takim miejscu.

- Ale  oni ju  dawno na wszystko chorowali - zaprotestowa a Di - Janka mówi,  e mieli  wink , koklusz, dyfteryt i szkarlatyn , i te wszystko w jednym
roku.
- Mo e jeszcze czarn  osp  - wymrucza a Zuzanna. - Ta dziewczyna rzuci a chyba na ciebie jaki  urok!
- Janka b dzie mia a usuwane migda ki - szlocha a w dalszym ci gu Di. - Ale to przecie  nie jest zara liwe, prawda? Jej kuzynka zmar a po operacji

migda ków. Wykrwawi a si  na  mier  nie odzyskawszy przytomno ci. A je li i Janka umrze, skoro to si  zdarza rodzinie? Jest taka delikatna. W
zesz ym tygodniu trzy razy zemdla a. Ale ona nie boi si

mierci, pragnie tylko,  eby potem, kiedy odejdzie ju  spo ród  ywych, ludzie nie zapomnieli o

niej i pewnie dlatego ta gor co zaprasza mnie do siebie. Och, mamusiu, b agam ci ! Ch tnie zrezygnuj  z tego nowego kapelusza ze wst

kami, który

mi obieca

 bylebym tylko mog a tam pój

.

Lecz mama pozosta a nieugi ta i Di roz alona pobieg a na gór ,  e by wyp aka  si  w poduszk . Nan wcale jej nie wspó czu a. Nie  ywi a cienia

sympatii do Janki Penny.

- Poj cia nie mam, co napad o to dziecko! - powiedzia a Ania niepokojem. - Nigdy przedtem tak si  nie zachowywa a. Chyba oczywi cie, Zuzanno, ta

dziewczynka Pennych rzuci a na ni  urok.

- Ma pani ca kowit  racj , droga pani doktorowo, zabraniaj c je odwiedzin w domu ludzi, stoj cych o tyle ni ej.
- Och, Zuzanno, nie chcia abym, aby Di uwa

a,  e kto  jest niej gorszy. Ale musi mie  wyczucie pewnych granic. Nie chodzi mi o sam  Jank .

My

,  e mimo jej sk onno ci do przesady, ta przyja

 nie powinna zaszkodzi  Di. Mówiono mi jednak,  e ch opcy Pennych s  okropni. Nauczycielka z

Mowbray Narrows zupe nie nie mo e da  sobie z nimi rady.

- Czy oni zawsze tak ci  tyranuj ? - spyta a Janka pogardliwie, gdy Di z  alem oznajmi a jej, i  nie mo e jej odwiedzi . - Ja nikomu bym nie pozwoli a

tak si  traktowa . Mam zbyt wiele godno ci. Wolno mi nawet, je li tylko zechc , nocowa  na dworze. S dz ,  e ty nigdy nie spa

 na dworze?

Di z zachwytem spojrza a na dziewczynk , która mog a sypia  na dworze. Jakie to musi by  cudowne!
- Nie masz do mnie  alu, Janko,  e nie mog  do ciebie przyj

? Wierzysz,  e bardzo bym chcia a?

- Oczywi cie,  e nie mam  alu, chocia  nie ka dy by by tak wyrozumia y jak ja. My

 jednak,  e istotnie nic nie mo esz na to poradzi . Mówi  ci, jak

by my si

wietnie bawi y! Mia am w planie  owienie ryb w potoku przy  wietle ksi

yca. Cz sto to robimy. Z apa am kiedy  taakiego pstr ga. Mamy

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

prze liczne, ma e prosiaczki, s odkiego  rebaczka i mnóstwo szczeniaczków. No có , zaprosz  chyba Sadie Taylor. Jej rodzice nie s  tacy surowi

dla swoich dzieci.

- Moi rodzice s  dla mnie bardzo dobrzy - zaprotestowa a Di z oburzeniem. - A mój tata jest najlepszym lekarzem na ca ej Wyspie Ksi cia Edwarda.

Wszyscy tak mówi .

- Aha, zadzierasz nosa, bo masz matk  i ojca, a ja nie - odpar a Janka z bezgraniczn  pogard . - A mój tata ma teraz skrzyd a i nosi z ot  koron .

Ale ja nie wywy szam si  z tego powodu. Nie, Di, nie chc  si  z tob  k óci , ale nie znosz , jak kto  che pi si  swoimi krewnymi. To nie jest zgodne z
etykiet . A ja postanowi am,  e zawsze b

 dam . Kiedy ta Po cia Ford, o której ci gle mówisz, przyjedzie latem do Przystani Czterech Wiatrów, nie

 si  z ni  bawi . Ciotka Lina opowiada a mi co  dziwnego o jej matce. Wysz a podobno za m

 za zmar ego, który potem o

.

- Ale  to wcale nie by o tak! Wiem wszystko, mama mi mówi a. Ciotka Ewa…
- Mo esz sobie oszcz dzi  tej opowie ci. Jest mi zupe nie oboj tne, co si  tam zdarzy o. Och, dzwonek na lekcj .
- Czy naprawd  zaprosisz Sadie? - zapyta a zd awionym g osem Di. W oczach mia a  zy.
- No, mo e nie tak od razu. Poczekam i zobacz . Mo e dam ci jeszcze szans . Ale pami taj, to b dzie ostatni raz.
W par  dni pó niej na przerwie Janka Penny podesz a do Di.
- S ysza am, jak Jim mówi ,  e twoi rodzice wczoraj wyjechali i wróc  dopiero jutro wieczorem. Czy to prawda?
- Tak. Pojechali do Avonlea, do cioci Maryli.
- A wi c masz szans .
- Szans ?
-  eby u mnie zanocowa .
- Ale  Janko… Nie mog …
- Oczywi cie,  e mo esz. Nie b

 g upia. Nie dowiedz  si .

- Ale Zuzanna mi nie pozwoli.
- Wcale nie b dziesz jej pyta . Po prostu od razu po lekcjach pójdziesz do mnie. Nan jej wyja ni, gdzie jeste ,  eby si  nie martwi a. Z pewno ci

Zuzanna nie odwa y si  powiedzie  o tym twoim rodzicom, obawiaj c si  z ich strony wymówek.

Di prze ywa a istne m czarnie. Doskonale wiedzia a,  e nie powinna pój

 z Janka, lecz pokusa okaza a si  nie do przezwyci

enia. Janka

wpatrywa a si  w ni  swymi niezwyk ymi, przeszywaj cymi na wskro  oczami.

- To jest twoja ostatnia szansa - powiedzia a z patetycznym gestem. - Nie mog  si  przyja ni  z kim , kto uwa a,  e jest zbyt wa ny, by mnie

odwiedzi . Je li nie pójdziesz, zerw  z tob  na zawsze.

To przes dzi o spraw . Di, ci gle zafascynowana Janka, nie mog a znie

 my li o zerwaniu. Tego popo udnia Nan wróci a do domu sama i oznajmi a

Zuzannie,  e Di zamierza nocowa  u Janki Penny.

Gdyby Zuzanna dobrze si  czu a, posz aby natychmiast do Pennych i przyprowadzi a Di do domu. Ale rano zwichn a nog  w kostce i co prawda

mog a kr ci  si  po domu i zajmowa  si  kuchni , ale w  aden sposób nie zdo

aby przej

 ca ej mili na farm  Pennych. Co gorsza niej mieli oni

telefonu, a Jim i Walter nie chcieli pój

 po Di. Zaproszono ich w

nie na pieczenie ma y w latarni morskiej i nie mieli ochoty traci  takiej okazji.

Pocieszyli tylko Zuzann ,  e Di nic si  u Pennych nie stanie. Zuzanna podda a si  losowi.

Di i Janka posz y na skróty przez pola. Dom Pennych by  oddalony od szko y o  wier  mili. Di, pomimo wyrzutów sumienia, czu a si  szcz

liwa.

Zachwyca a si  otaczaj cym j  pi knem. Podziwia a k py paproci na skraju ciemnozielonego lasu, dolink , w której brodzi o si  po kolana w bratkach,

cie

 wij

 si  mi dzy m odymi klonami, strumie  p yn cy niby wst ga po ród t czowo barwnych kwiatów, sk pane w s

cu pastwisko pe ne

poziomek. Di, w której w

nie zacz a si  budzi  wra liwo

 na pi kno  wiata, rozkoszowa a si  tymi widokami. Niemal  yczy aby sobie, aby Janka tyle

nie gada a. W szkole przyjmowa a to inaczej. Teraz jednak wcale nie by a pewna, czy chce akurat wys uchiwa  opowie ci o tym, jak Janka si  otru a,
przypadkowo oczywi cie, przyjmuj c niew

ciwe lekarstwo. Dziewczynka malowniczo opisa a chwile konania, lecz nie umia a wyja ni , dlaczego

ciwie nie umar a. Straci a „u wiadomienie”, ale doktorowi uda o si  wyci gn

 j  „prosto z grobu”.

- Ale ju  nigdy nie dosz am do siebie. Diano Blythe, na co si  gapisz? Podejrzewam,  e wcale mnie nie s uchasz.
- Ale  s ucham - odpar a Di z poczuciem winy. - Uwa am,  e mia

 cudowne  ycie, Janko. Ale spójrz na ten pejza .

- Pejza ? Co to jest pejza ?
- No… no… co , na co patrzysz. Na przyk ad to - wskaza a r

, ci gn

 si  ku lasowi, wy aniaj ce si  spoza mg y wzgórze i szafirowy

skrawek morza mi dzy pagórkami.

Janka prychn a pogardliwie.
- Po prostu masa starych drzew i zwyk e krowy. Widzia am to setki razy. Jeste

mieszna, Diano Blythe. Nie chcia abym ci  urazi , lecz czasem

odnosz  wra enie,  e masz nie po kolei w g owie. Naprawd . Ale s dz ,  e ty nie jeste  temu winna. Podobno twoja mama te  jest troch  dziwaczna. A
oto nasz dom.

Di spojrza a na dom Pennych i prze

a pierwsze, bolesne rozczarowanie. Wi c to by a ta wspania a posesja, o której opowiada a Janka? Dom

wydawa  si  rzeczywi cie du y i mia  pi

 okien z wykuszami. Rzuca o si  jednak w oczy,  e wymaga  odnowienia, a s ynna rze biona balustrada

znajdowa a si  w op akanym stanie. Weranda by a zapadni ta, a w  ukowatym oknie nad drzwiami brakowa o szyby. W kilku innych oknach szyby
zast piono arkuszami br zowego papieru, a wypaczone okiennice przedstawia y sm tny widok. Cudowny brzozowy zagajnik za domem okaza  si  po
prostu kilkoma zmarnia ymi, starymi drzewami. Zabudowania gospodarcze by y jedn  wielk  ruin  Na podwórzu pi trzy y si  stosy popsutych,
zardzewia ych maszyn, a zapuszczony ogród tworzy  bez adn  d ungl  chwastów. Di nigdy w  yciu nie widzia a czego  podobnego i po raz pierwszy
za wita a jej my l,  e mo e nie wszystko to, co mówi a Janka, by o prawd . Czy ktokolwiek móg  cudem unikn

mierci tak wiele razy, i to ci gu

zaledwie dziewi ciu lat swego  ycia? A przecie  Janka przysi ga a,  e tak by o.

Wn trze domu nie prezentowa o si  lepiej. Salon, do którego zaprowadzi a j  Janka, by  brudny i zakurzony. Na bezbarwnym, brudne szarym suficie

rysowa y si  p kni cia. S ynny na ca  szko  „marmurowy” kominek by  po prostu pomalowany czerwon  farb , jak zauwa

a Di. Na tandetnej

japo skiej makatce przykrywaj cej okap kominka sta y poobijane fili anki. W oknach wisia y sp owia e koronkowe firanki z prze wituj cymi dziurami. Na
podartych roletach z niebieskiego papieru widnia  wymalowany kosz z ró ami. Ogromna ilo

 wypchanych sów, o których opowiada a Janka, okaza a

si  trzema mocno poturbowanymi ptakami umieszczonymi w ma ej oszklone szafce w rogu pokoju. Di, przyzwyczajonej do elegancji i dobrego gustu,
jakie panowa y w Z otym Brzegu, miejsce to wyda o si  jakimi koszmarem ze z ego snu. Najdziwniejsze by o jednak to,  e Janka najwyra niej nie

wiadamia a sobie ró nicy mi dzy swoimi opowie ciami, a rzeczywisto ci . Di zacz a si  zastanawia , czy przypadkiem si  ni przes ysza a, czy

Janka rzeczywi cie mówi a to wszystko.

Na dworze by o przyjemniej. Ma y domek do zabawy, który Penny zbudowa  dla dzieci, wygl da  jak miniatura prawdziwego dój mu. Prosiaczki i

rebaczek by y po prostu s odkie. Urocze szczeniaczki rozkoszne i puszyste, wygl da y jak potomkowie najszlachetniejszej psiej rasy, a nie zwyk ych

kundli. Jeden by  szczególnie cudowny. Mia  d ugie br zowe uszy, bia  plamk  na czole, ró owiutki j zyczek i bia e  apki. Di dowiedzia a si  z
ogromnym rozczarowaniem,  e wszystkie szczeniaczki zosta y ju  komu  obiecane.

- Co prawda, nie wiem, czy mog abym ci da  pieska, nawet gdyby nie by y obiecane - powiedzia a Janka. - Wujek bardzo starannie wybiera domy, do

których oddaje swoje psy. S yszeli my,  e psy jako  nie trzymaj  si  Z otego Brzegu. Musi by  z wami co  nie tak. Wujek mówi,  e psy wiedz  o
pewnych rzeczach, o których ludzie nie maj  nawet poj cia.

- Jestem pewna,  e o nas nie mog  wiedzie  niczego z ego! - krzykn a Di.
- Mam nadziej . Czy twój tata jest okrutny dla twojej mamy?
- Ale  sk d!
- No có , s ysza am,  e j  bije, i to tak mocno,  e ona a  krzyczy. Oczywi cie nie wierz  w to. Ludzie k ami  jak naj ci! W ka dym razie zawsze ci

lubi am, Diano Blythe, i zawsze b

 stawa a w twojej obronie.

Di wiedzia a,  e powinna by  wdzi czna za t  deklaracj , ale nie mog a. Zaczyna a si  czu  nieswojo. Oczarowanie osob  Janki znik o nagle i ju

nieodwo alnie. Zupe nie oboj tnie wys ucha a relacji kole anki o tym, jak to niemal utopi a si  w potoku przy kole m

skim. Przesta a jej wierzy . Janka

po prostu wyobra

a sobie te wszystkie rzeczy. Prawdopodobnie wujek-milioner, pier cionek z brylantem za tysi c dolarów i ciotka pracuj ca w ród

tr dowatych te  byli zmy leni, Di czu a si  niczym przek uty balon.

Ale co z babci ? Chyba istnia a?! Gdy Di i Janka wróci y do domu, ciotka Lina, t ga kobieta o rumianych policzkach, ubrana w brudn  bawe nian

sukienk , oznajmi a im,  e babcia chce zobaczy  go cia.

- Babcia nie opuszcza 

ka - wyja ni a Janka. - Zawsze przyprowadzamy do niej wszystkich, którzy nas odwiedzaj . Jest w ciek a, gdy tego nie

zrobimy.
- Zapytaj koniecznie, jak tam jej bóle w krzy u - uprzedzi a ciotka Lina. - Nie lubi, gdy ludzie o tym zapominaj .
- Musisz j  te  zapyta , jak si  czuje wuj Jan - doda a Janka.
- Kto to jest? - zapyta a Di.
- Jej syn, który zmar  pi

dziesi t lat temu - wyja ni a ciotka Lina. - Wiele lat przed  mierci  chorowa  i babcia przyzwyczai a si  do pyta  o jego

zdrowie.
Przed pokojem babci Di zatrzyma a si  raptem. Po prostu ba a si  tej niewiarygodnie starej kobiety.
- Co jest? - zdziwi a si  Janka. - Nikt ci  nie ugryzie!
- Czy ona… Czy ona naprawd

a przed potopem, Janko?

- Oczywi cie  e nie! Sk d ci to przysz o do g owy? Ale je li do yje swoich urodzin, b dzie mia a sto lat. Chod !
Di z dr eniem wesz a do pokoju. Babcia le

a na obszernym 

u w ma ej, nieporz dnej sypialni. Jej twarz, niesamowicie pomarszczona i chuda,

wygl da a odra aj co. Babcia spojrza a na Di wpadni tymi, zaczerwienionymi oczami i rzek a napastliwym tonem:

- Nie gap si  tak. Kim jeste ?
- To jest Diana Blythe, babciu - odpowied  Janki zabrzmia a… pokornie!

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Hm! Brzmi po wielkopa sku! Masz podobno bardzo dumn  siostr .
- Nan nie jest dumna - wykrzykn a z oburzeniem Di. Czy by to Janka tak oczernia a Nan?
- Aha, jeste  krewka. Mnie nie pozwalano odzywa  si  w ten sposób do starszych. Janka powiada,  e twoja siostra zawsze wysoko nosi g ow , a to

najlepszy dowód,  e jest dumna. Nie puszy  mi si  tak! Nie sprzeciwia  si !

Babcia sprawia a wra enie tak rozdra nionej,  e Di pospiesznie zapyta a o jej bóle w krzy u.
- A co ci  to obchodzi? Co za bezczelno

! Mój krzy  jest moj  w asno ci . Podejd  tu bli ej!

Di podesz a, marz c o tym, by znale

 si  o tysi ce mil st d. Co ta straszna stara kobieta zamierza a jej zrobi ?

Babcia  wawo przesun a si  na skraj 

ka i po

a d

 o zagi tych, haczykowatych d oniach na g owie Di.

- Rude jak marchewka, ale rzeczywi cie g ste. Masz  adn  sukienk . Podnie  j  i poka  mi swoj  halk .
Di pos ucha a, dzi kuj c Bogu,  e tego dnia w

a bia  halk  obszyt  koronk , któr  pracowicie wydzierga a Zuzanna. Lecz co to za dom, w

którym ka

 cz owiekowi pokazywa  halk !

- Zawsze os dzam dziewczynki wed ug ich halek - rzek a babcia. - Twoja ujdzie. A teraz majtki!
Di nie odwa

a si  odmówi . Unios a halk .

- Hm! Te  z koronk ! To ju  jest ekstrawagancja. I wcale nie zapyta

 mnie o Jana!

- Jak on si  czuje? - wykrztusi a Di.
- No prosz , ona najspokojniej w  wiecie pyta, jak on si  czuje. A mo e ju  umar , kto wie. Powiedz no mi, czy to prawda,  e twoja matka ma z oty

naparstek? Z prawdziwego z ota?

- Tak. Dosta a go od taty na ostatnie urodziny.
- Có , nie mog am w to uwierzy . Ma a Janka mówi a mi o tym, ale wiadomo,  e ona k amie jak naj ta. Naparstek z prawdziwego z ot ! Nigdy nie

ysza am czego  podobnego. No, lepiej ju  id cie na kolacj . Jedzenie nigdy nie wychodzi z mody. Janko, podci gnij majtki, bo ci wystaj  spod

sukienki. Wygl dajmy chocia  przyzwoicie.

- Wcale mi nic nie wystaje! - odpar a z oburzeniem Janka.
- Barchany dla Pennych, koronki dla Blythe’ów. Oto w

nie ró nica mi dzy tob  a ni . Tak by o, jest i zawsze b dzie. No, zabierajcie si  ju  st d!

Ca a rodzina Pennych zebra a si  w du ej kuchni przy stole. Di pozna a dotychczas jedynie ciotk  Lin . Ale gdy tylko rzuci a okiem wokó ,

natychmiast poj a, dlaczego mama i Zuzanna sprzeciwia y si  tej wizycie. Obrus by  podarty i ca y w t ustych plamach. Wygl du i stanu naczy  nie
da oby si  opisa . Co za  do samych Pennych… Di nigdy jeszcze nie spotka a takich ludzi i nagle z ca ego serca zapragn a znale

 si  z powrotem w

otym Brzegu. Musia a jednak stawi  czo o rzeczywisto ci.

Wuj Ben, jak nazywa a go Janka, zasiada  na honorowym miejscu. Mia  l ni

, czerwon  brod  i niemal  ys  czaszk , obrze on  wianuszkiem

siwych w osów. Jego brat, Parker, baka arz, chudy i nie ogolony, siedzia  w k cie i spluwa  do drewnianego pude ka. Ch opcy, dwunastoletni Kurt i
trzynastoletni Jurek, mieli bladoniebieskie rybie oczy o bezczelnym spojrzeniu. Przez dziury w koszulach prze witywa o im go e cia o. Kurt, który zrani
sobie r

 od amkiem szk a, przewi za  skaleczone miejsce brudn  chustk . Jedenastoletnia Annabel i dziesi cioletnia Gerta by y zupe nie  adnymi

dziewczynkami o okr

ych, br zowych oczach. Tuptu  mia  dwa i pó  roczku,  liczne k dziorki i ró owe policzki, aniebieskookie niemowl , które ciotka

Lina trzyma a na kolanach, wygl da oby rozkosznie, gdyby by o czyste.

- Kurt, czemu nie wyczy ci

 paznokci, chocia  wiedzia

,  e spodziewamy si  go cia? - zapyta a ostro Janka. - Annabel, nie mów z pe nymi

ustami. Sama widzisz, nikt oprócz mnie nie próbuje uczy  tej rodziny dobrych manier - zwróci a si  do Di.

- Zamknij si  - rzek  wuj Ben niskim, grzmi cym g osem.
- Nie zamkn  si ! Nie zmusisz mnie do milczenia! - krzykn a Janka.
- Nie dokuczaj wujowi - odezwa a si

agodnie ciotka Lina. - Dziewczynki, prosz , zachowujcie si  jak damy. Kurt, podaj ziemniaki pannie Blythe.

- Och! Och! Pannie Blythe! - zachichota  Kurt.
Ale Di poczu a dreszcz emocji. Po raz pierwszy w  yciu nazwano j  pann  Blythe.
Na szcz

cie, posi ek by  smaczny i obfity. Di porz dnie ju  zg odnia a i mog aby spo ywa  go z prawdziw  przyjemno ci , chocia  nie cierpia a pi  z

obitych kubków, gdyby mia a pewno

,  e przyrz dzono go czystymi r kami i gdyby przy stole panowa a inna atmosfera. Wszyscy Penny’owie przez

ca y czas za arcie si  k ócili: Jurek z Kurtem, Kurt z Annabel, Gerta z Janka, a wuj Ben posprzecza  si  okropnie z ciotk  Lin . Ciotka Lina wspomnia a
o tych wszystkich wspania ych m

czyznach, którzy si  o ni  starali, na co wuj Ben odpar ,  e ogromnie 

uje, i  w takim razie zamiast niego nie

po lubi a którego  z nich.

„Jakie to by oby okropne, gdyby moi rodzice tak si  k ócili - my la a Di. - Och, oby pr dzej do domu!” - Nie ssij palca, Tuptusiu.

owa te wyrwa y jej si  ca kiem bezwiednie. Pami ta a, jak wszyscy w domu starali si  odzwyczai  od tego nawyku ma  Rill .

Kurt spurpurowia  z w ciek

ci.

- Daj mu spokój! - wrzasn . - Mo e sobie ssa  palce, ile mu si ;  ywnie podoba. To tylko was tam w Z otym Brzegu tak ci gle tresuj . Co ty sobie
wyobra asz?!
- Kurt! Kurt! Co panna Blythe pomy li o tobie - zmitygowa a go; ciotka Lina. By a znów spokojna i u miechni ta. Wsypa a dwie 

eczki cukru do

fili anki wuja Bena. - Nie zwracaj na niego uwagi, kochanie. Zjedz jeszcze kawa ek placka.

Di nie mia a ochoty na  adne ciasto. Marzy a jedynie o tym,  eby ju  wróci  do domu. Ale jak to zrobi ?
- Do diab a! - zagrzmia  wuj Ben, wysiorbuj c ze spodka resztki herbaty. - Co to za  ycie! Rano wstajesz, harujesz ca y dzie , potem kolacja i spa . I

tak w kó ko.

- Tata lubi  artowa  - u miechn a si  ciotka Lina.
- O w

nie, je li ju  mowa o  artach… Spotka em dzi  w sklepie Cartera Flagga, pastora metodystów. Chcia  ze mn  dyskutowa , gdy stwierdzi em,

e nie ma Boga. „Pan gada w niedziel  - powiedzia em mu. - Dzi  na mnie kolej. Udowodnij mi pan,  e Bóg istnieje” - powiedzia em mu. „Pan to robi za

nas obu” - odrzek . Wszyscy  miali si  jak zwariowani. Pewnie my la ,  e powiedzia  co  zabawnego.

Nie ma Boga! Di poczu a,  e  wiat si  wali. Mia a ochot  p aka .
Rozdzia  XXIX
Po kolacji by o jeszcze gorzej. Przedtem towarzyszy a jej tylko Janka, a teraz znalaz a si  w ród ca ej gromadki dzieci. Jurek chwyci  j  za r

 i

przeci gn  przez b otnist  ka

, zanim zd

a mu si  wyrwa . Nigdy dot d nie by a traktowana w ten sposób. Jim i Walter, a nawet czasami Krzy

Ford niekiedy si  z ni  droczyli, ale nigdy nie dokucza  jej w ten sposób jak m odzi Penny’owie.

Kurt zaoferowa  jej gum  do  ucia, któr  w

nie wyj  z ust, i rozz

ci  si ,  e nie chcia a jej przyj

.

- W

 ci za koszul

yw  mysz! - wrzasn . - Wielka dama! A twój brat to ciamajda!

- Walter wcale nie jest ciamajda! - powiedzia a Di. Niemal umiera a z przera enia, ale nie mog a pozwoli , by obra ano Waltera.
- W

nie  e jest. Pisze wiersze. Czy wiesz, co bym zrobi , gdyby mia  takiego brata? Utopi bym go jak kociaka.

- Skoro mowa o kociakach, jest ich ca e mnóstwo w stodole, chod cie, pójdziemy je  apa . To  wietna zabawa.
Di postanowi a,  e nie b dzie  apa  koci t z tymi ch opakami, i otwarcie to powiedzia a.
- .My mamy du o koci t w domu. A  jedena cie - doda a dumnie.
- Nie wierz ! - krzykn a Janka. - Niemo liwe. Nikt nigdy nie mia  jedenastu koci t. To by oby jakie  nienormalne.
- Po prostu jedna kotka ma pi

, a druga sze

 ma ych. A do stodo y nie pójd  z wami, i ju . Zesz ej zimy spad am z siana w stodole Amy Taylor.

Zabi abym si , gdybym nie upad a w stert  plew.

- No i co, ja te  raz by spad am, gdyby Kurt mnie nie z apa  - odezwa a si  ponuro Janka. Nikt poza ni  nie mia  prawa spada  z siana! Pomy le

tylko,  e takiej Dianie Blythe te  mog y zdarza  si  jakie  przygody! To wprost bezczelno

!

- Powinna  by a powiedzie  „ja te  raz bym spad a” - poprawi a Di Jank  i z t  chwil  jej przyja

 z Janka sko czy a si  raz na zawsze.

Trzeba by o jeszcze jako  prze

 noc. Di czu a si  bardzo zm czona, ale u Pennych nie by o zwyczaju chodzi  wcze nie spa . Wreszcie Janka

zaprowadzi a j  do du ej sypialni, w której sta y dwa 

ka. Annabel i Gerta szykowa y si , by zaj

 jedno z nich. Di spojrza a na drugie. Poduszk  czu

by o st chlizn . Narzuta gwa townie domaga a si  prania. Tapeta, s ynna tapeta z papu kami, by a pe na dziur, a „papugi” przypomina y raczej
bezkszta tne plamy. Na stoliku przy 

ku sta  metalowy dzban i ma a miednica z brudn  wod . Di po prostu nie mog a umy  w tym twarzy. Có , musi

po

 si  spa  bez mycia. Dobrze chocia ,  e koszula nocna, przygotowana przez ciotk  Lin , by a czysta. Gdy Di wsta a z kl czek po odmówieniu

pacierza, Janka zacz a si

mia .

- O rany, ale jeste  staro wiecka! Wygl dasz niesamowicie  miesznie i  wi tobliwie, jak si  modlisz. Nie wiedzia am,  e teraz ludzie jeszcze si

modl . Modlitwy s  bez sensu. Po co je odmawiasz?

- Aby zbawi  swoj  dusz  - odrzek a Di, powtarzaj c s owa zas yszane od Zuzanny.
- A ja nie mam duszy - drwi a Janka.
- Mo e ty nie masz, ale ja mam - odpar a Di, prostuj c si . Janka spojrza a na ni . Ale czar jej oczu straci  sw  moc. Di wyzwoli a si  ju  spod ich
uroku.
- Nie jeste  taka, za jak  ci  uwa

am, Diano Blythe - rzek a Janka ze smutkiem, jak kto , kogo oszukano.

Zanim Di zdo

a odpowiedzie , do pokoju wpadli Kurt i Jurek. Jurek mia  na twarzy mask … przera aj

 mask  z ogromnym nosem. Di krzykn a.

- Nie drzyj si  jak zarzynane ciel ! - warkn  Jurek. - Musisz nas poca owa  na dobranoc.
- Je li tego nie zrobisz, zamkniemy ci  w komórce pe nej szczurów - doda  Kurt.
Jurek zbli

 si  do Di, która znów krzykn a i cofn a si . Widok okropnej maski parali owa  j . Wiedzia a,  e to tylko Jurek, czu a jednak,  e umrze,

je li ta koszmarna maska zbli y si  do niej. By a pewna. W chwili gdy straszliwy nos niemal dotkn  jej twarzy, potkn  si  o sto ek i upad a do ty u,
uderzaj c g ow  o metalow  por cz 

ka Annabel. Przez jaki  czas le

a og uszona, nie b

c w stanie si  szy .

- Ona nie  yje! Nie  yje! - poci gn a nosem Gerta i zacz a p aka .
- Ale dostaniesz lanie, Jurek, je li j  zabi

! - odezwa a si  Annabel.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Mo e ona tylko udaje - rzek  Kurt. - Po

 jej na szyi glist . Mam ich pe no w tej blaszance. Je li udaje, to zaraz o yje.

Di us ysza a jego s owa, ale by a zbyt przera ona, by otworzy  oczy. „Mo e odejd  i zostawi  mnie sam , je li uwierz ,  e umar am. Ale je li po

mi na szyi robaka…”

- Uk uj j  szpilk . Je li pójdzie krew, to znaczy,  e  yje - porad  Jurek.
„Wytrzymam szpilk , ale nie znios  robaka” - my la a Di.
- Ona nie umar a… Nie mog a umrze ! - wyszepta a Janka. - Po prostu upad a i straci a przytomno

. Ale gdy dojdzie do siebie, zacznie wrzeszcze ,

a wtedy wuj Ben przyjdzie i st ucze nas na kwa ne jab ko. 

uj ,  e j  do nas zaprosi am. Paskudna dziewucha!

- Mo e lepiej odnie

 j  do domu, zanim oprzytomnieje? - zaproponowa  Jurek.

Och, gdyby tak zrobili!
- Niemo liwe. To za daleko - odpar a Janka.
- Na skróty tylko  wier  mili. Ka de z nas we mie j  za r

 alt za nog  - ty, Kurt, Annabel i ja.

Tylko Pennym, przyzwyczajonym do tego,  e zawsze robi , co im si  podoba, móg  przyj

 do g owy taki pomys . Chcieli za wszelk  cen  unikn

zbicia „na kwa ne jab ko” przez surow  g ow  rodziny. Ojciec nie czepia  si  ich o byle co, ale gdy przekraczali pewne granice… Nie, lepiej si  nie

nara

!

- Je li si  ocknie, gdy b dziemy j  nie li, zostawimy j  i uciekniemy! - rzek  Jurek.
Di nie zamierza a si  ockn

. Dr

a z rado ci czuj c, jak bior  j  mi dzy siebie. Zeszli cicho po schodach i wymkn li si  na dwór. Min li podwórze,

 poros  koniczyn  i pobiegli skrajem lasu po zboczu wzgórza. Dwa razy musieli j  po

 na ziemi,  eby odpocz

. Byli ca kiem pewni,  e nie

yje, i pragn li przenie

 j  tak, by nikt tego nie zauwa

. Janka Penny, która nigdy w  yciu nie odmawia a pacierza, teraz modli a si  gor co o to, aby

wszyscy we wsi ju  spali. Je li uda im si  niepostrze enie donie

 Dian  na miejsce, b

 mogli potem przysi c,  e zat skni a za Z otym Brzegiem i

sama posz a do domu. Trudno,  eby odpowiadali za to, co si  sta o pó niej.

Di odwa

a si  otworzy  oczy, gdy omawiali t  spraw . Pogr

ony we  nie  wiat wygl da  dziwnie.  wierki by y czarne i obce. Gwiazdy zupe nie

jakby  mia y si  z niej. „Nie podoba mi si  takie du e niebo. Ale mo e jeszcze troch  wytrzymam. Je li oni zauwa

,  e nie umar am, zostawi  mnie

tutaj, a w tych ciemno ciach nie dojd  sama do domu”.

Penny’owie po

yli Di na werandzie Z otego Brzegu i uciekli jak szaleni. Dziewczynka przez kilka chwil nie odwa

a si  nawet poruszy , wreszcie

ostro nie otworzy a oczy. Tak, by a w domu. Och, jak cudownie! Post pi a bardzo, bardzo niegrzecznie, ale to ju  nigdy si  nie powtórzy. Usiad a.
Odrobinek wspi  si  ku niej po schodach i mrucz c otar  si  o jej d onie. Przytuli a go do siebie. Jaki by  ciep y, mi y i kochany! Nie liczy a na to,  e uda
jej si  dosta  do domu. Zuzan na z pewno ci  zamkn a wszystkie drzwi, jak zawsze gdy nie ma rodziców. Nie mo na budzi  jej o tej porze. Noc
czerwcowa by a do

 ch odna, wi c Di postanowi a,  e po

y si  w hamaku z Odrobinkiem. Wystarcza a jej  wiadomo

,  e tam, za zamkni tymi

drzwiami, spali ch opcy, Zuzanna, Nan…  e tu jest jej dom.

Jaki dziwny wydawa  si  jej  wiat w ciemno ciach nocy! Czy by wszyscy oprócz niej spali? Du e, bia e ró e na krzewie, rosn cym przy schodach,

wygl da y niczym twarzyczki malutkich ludzików. W powietrzu unosi  si  mi y zapach mi ty. W sadzie  wieci y robaczki  wi toja skie. Teraz w ka dym
razie te  b dzie mog a powiedzie ,  e spa a na dworze!

Sta o si  jednak inaczej. Nagle dwie ciemne postacie wesz y przez bram  i skierowa y si  ku domowi. Gilbert poszed  otworzy  okno kuchenne, a

Ania stan a jak wryta, patrz c ze zdumieniem na ma  figurk , siedz

 na werandzie.

- Och, mamusiu! Mamusiu! - Jak dobrze by o znale

 si  w ramionach mamy.

- Di, kochanie! Co si  sta o?
- Och, mamusiu, by am niegrzeczna… Nie gniewaj si ….Mia

 racj … i ta ich babcia jest taka okropna… ale my la am,  e wrócicie dopiero jutro.

- Dzwoniono do taty z Lowbridge. Jutro maj  operowa  pani  Parker i doktor Parker prosi ,  eby tata by  przy tym obecny, wi c wrócili my

wieczornym poci giem. Teraz wyja nij mi…

Di szlochaj c opowiedzia a ca  histori , zanim Gilbert zd

 otworzy  drzwi wej ciowe. Stara  si  to zrobi  jak najciszej, lecz Zuzanna spa a jak

zaj c, czuwaj c nad bezpiecze stwem Z otego Brzegu. Owini ta szalem, kulej c, zesz a na dó .

Zacz y si  okrzyki i wyja nienia, lecz Ania szybko po

a temu kres.

- Zuzanno, nikt nie ma do ciebie pretensji. Di post pi a bardzo brzydko, ale sama to zrozumia a i my

,  e zosta a ju  dostatecznie ukarana. Przykro

mi,  e przeszkodzili my ci w odpoczynku. Wracaj zaraz do 

ka, a doktor obejrzy twoj  nog .

- Nie spa am, droga pani doktorowo. Czy my li pani,  e mog abym spa  wiedz c, w jakim domu przebywa to biedne dziecko? I bez wzgl du na moj

nog  zamierzam przygotowa  herbat .

- Mamusiu - spyta a Di, le

c w swej czy ciutkiej, bia ej po cieli - czy tata jest dla ciebie okrutny?

- Okrutny! Dla mnie?! Di!
- Penny’owie mówi ,  e on ci  bije.
- Kochanie, wiesz teraz, jacy s  Penny’owie, wi c nie powinna  wierzy  we wszystko, co opowiadaj . Wsz dzie istniej  tacy ludzie, którzy lubi

zmy la  z

liwe plotki. Ale nigdy nie trzeba bra  ich s ów na serio.

- Czy ukarzesz mnie rano, mamusiu?
- Nie. Uwa am,  e spotka a ci  ju  dostateczna kara. Teraz  pij, skarbie. „Mama jest taka cudowna” - zd

a jeszcze pomy le  Di, zanim zasn a.

W tym samym czasie Zuzanna, wyci gni ta wygodnie w 

ku, z pieczo owicie zabanda owan  nog , mówi a do siebie:

- Jutro poszukam g stego grzebienia. A nu  z apa a wszy. Niech no tylko przyuwa

 t  Jank  Penny, zbesztam j  tak,  e popami ta!

Jance uda o si  unikn

 spotkania z Zuzann , gdy  nie pojawi a si  wi cej w szkole .w Glen. Zacz a chodzi  z innymi dzie mi Pennych do szko y w

Mowbray Narrows. Wkrótce i tam zas yn a ze swych wspania ych prze

. Rozpowiada a te  now  histori  o Di Blythe, która mieszka w wielkim domu

w Glen, ale zawsze przychodzi a do niej nocowa . Pewnego wieczoru zemdla a i Janka sama, na w asnych r kach odnios a j  do domu. Mieszka cy

otego Brzegu ukl kli i ca owali jej r ce z wdzi czno ci. Sam doktor wyprowadzi  swój najlepszy powóz oraz s ynnego jab kowitego konia i odwióz  j

do domu. „Je li istnieje cokolwiek, co móg bym dla pani uczyni , panno Penny, za uratowanie mego ukochanego dziecka, prosz  mi powiedzie . Nawet
gdybym da  sobie uci

 r

, by oby to niczym w porównaniu z tym, co pani dla mnie zrobi a” - dzi kowa  jej ze  zami w oczach doktor.

Rozdzia  XXX
- Wiem co  o tobie, o czym ty sama nie wiesz… nie wiesz… nie wiesz! -  piewa a Dorota Johnson, chodz c tam i z powrotem po samym skraju

nadbrze a portowego.

Tym razem to Nan prze ywa a swoj  przygod , która na d ugo mia a zapisa  si  w pami ci mieszka ców Z otego Brzegu. Jeszcze po wielu latach

Nan rumieni a si  ze wstydu na samo jej wspomnienie. Jaka  by a g upia!

Teraz jak urzeczona obserwowa a w drówk  Doroty, dr

c,  e za którym  razem dziewczynka straci równowag , spadnie z nadbrze a i co wtedy?

Ale Dorota ani my la a spada . Los jej wyra nie sprzyja .

Wszystko, co Dorota opowiada a lub robi a, wprawia o Nan w najwy szy zachwyt. Wychowana w Z otym Brzegu, gdzie nigdy, nawet w  artach, nie

uciekano si  do k amstwa, nie przypuszcza a w ogóle,  e mo na mówi  nieprawd . Dorota mia a jedena cie lat. Mieszka a w Charlottetown i by a o
wiele bardziej do wiadczona od zaledwie o mioletniej Nan. Charlottetown, jak twierdzi a Dorota, to jedyne miejsce, gdzie ludzie orientuj  si  we
wszystkim najlepiej. Bo có  mo na wiedzie  o  wiecie, b

c zamkni tym w takiej dziurze jak Glen St. Mary?

Dorota przyjecha a do Glen, by sp dzi  cz

 wakacji ze swoj  ciotk  El . Od razu serdecznie zaprzyja ni y si  z Nan, pomimo dziel cej je ró nicy

wieku. Mo e sta o si  tak dlatego,  e Nan patrzy a na Dorot , która wydawa a si  jej niemal doros  osob , z najwi kszym podziwem i uwielbieniem.
Dorota polubi a ten swój pokorny i oddany cie .

- Nan Blythe jest niez  dziewczyn . Mo e tylko troch  zbyt naiwn  - oznajmi a ciotce Eli.
Mieszka cy Z otego Brzegu nie dopatrzyli si  niczego niew

ciwego w zachowaniu Doroty, jakkolwiek Ania wiedzia a,  e matka dziewczynki jest

krewn  Pye’ów z Avonlea. Nikt nie sprzeciwia  si  jednali przyja ni Nan i Doroty. Tylko Zuzanna od samego pocz tku poczu a nieufno

 wobec

cicielki agrestowozielonych oczu z jasnoz otymi rz sami. Lecz co mog a zrobi ? Dorota zachowywa a si  bardzo poprawnie, niczym prawdziwa

dama, ubiera a si  starannie i nie mówi a zbyt wiele. Zuzanna nie mog a znale

adnej namacalnej przyczyn} swej nieufno ci i da a Dorocie spokój.

Pociesza a si  my

,  e dziewczynka wróci do miasta, gdy zacznie si  szko a. Dobrze,  e przynajmniej nie b dzie potrzeby si ga  po g sty grzebie ,

jak to by o w przypadku Di.

Nan i Dorota sp dza y wi kszo

 wolnego czasu na wybrze u, gdzie zawsze sta  co najmniej jeden przycumowany statek ze zwini tymi  aglami. W

sierpniu Nan w ogóle nie chodzi a do Doliny T czy. Inne dzieci ze Z otego Brzegu nie przepada y za Dorot . Zrobi a pewnego razu kawa  Walterowi i
wtedy Di powiedzia a jej kilka ostrych s ów. Dorota najwyra niej bardzo lubi a robi  ludziom kawa y. By  mo e w

nie dlatego  adna inna dziewczynka

z Glen nie zabiega a o jej przy ja

.

- Och, powiedz mi, prosz  ci  - b aga a Nan.
Dorota tylko zmru

a oczy i odpar a, ze Nan jest za ma a, aby s ucha  takich rzeczy. Tymi s owami rozbudzi a w s uchaczce jeszcze wi ksz

ciekawo

.

- Prosz  ci , powiedz mi, Dorotko!
- Nie mog . Ciotka Kasia powiedzia a mi to w sekrecie, a ona nie  yje. Jestem teraz jedyn  osob  na  wiecie, która o tym wie. Obieca  am,  e nigdy

nikomu nie powiem. A ty zaraz rozgadasz. Nie wytrzymasz.

- Nie rozgadam. Wytrzymam! - krzykn a Nan.
- Ludzie mówi ,  e wy w Z otym Brzegu wszystko sobie opowiadacie. Zuzanna natychmiast z ciebie wyci gnie, co zechce.
- Nieprawda. Wiem mnóstwo rzeczy, o których Zuzanna nie mia a poj cia. To s  tajemnice. Mog  ci je wyzna , je li mi to powiesz.
- Nie interesuj  mnie tajemnice takiej ma ej dziewczynki.
Co za obraza! Nan uwa

a,  e jej sekrety s  wspania e. Na przyk ad sen o male kiej, bia ej wró ce, wymy lona historia o  odzi, któr  dzieci

przyci gn y do portu na srebrnych 

cuchach, albo odkryte w jod owym lasku za stodo  pana Taylora kwitn ce drzewko dzikiej wi ni. I rozpocz ta

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

nie powie

 o przepi knej damie, mieszkaj cej w starym domostwie MacAllisterów. Nan kocha a te swoje tajemnice i pó niej cieszy a si ,  e nie

wyzna a ich Dorocie. Ale co takiego Dorota mog a o niej wiedzie ? Ta zagadka nie dawa a Nan spokoju. Nazajutrz Dorota powróci a do tematu.

- D ugo si  nad tym zastanawia am, Nan. Mo e powinna  jednak wszystko wiedzie , skoro to ciebie dotyczy. Co prawda, ciotka Kasia prosi a,  ebym

nie mówi a o tym nikomu, ale nie mia a chyba na my li osoby zainteresowanej. Chod  no tu. Je li mi dasz swego porcelanowego jelonka, to ci powiem.

- Och, nie mog  ci go da , Dorotko. Dosta am go od Zuzanny na urodziny. Poczu aby si  bardzo dotkni ta!
- A wi c dobrze. Je li jaki  tam jele  z porcelany wi cej dla ciebie znaczy ni  informacja o twoim w asnym  yciu, to zatrzymaj go sobie. Mnie tam

wszystko jedno. Wcale nie musz  ci nic mówi . Lubi  nawet mie  swoje tajemnice. Czuj ,  e to dodaje mi powagi. W niedziel  popatrz  tylko na ciebie
w ko ciele i pomy

: „Ach, gdyby  wiedzia a to, co ja wiem o tobie, Nan Blythe!” To b dzie zabawne.

- Czy to, co o mnie wiesz, jest przyjemne? - zapyta a Nan.
- Ach, to bardzo romantyczne. Zupe nie jak z prawdziwej bajki. Ale zmie my temat. Ciebie to przecie , jak widz , nie interesuje.
Nan umiera a z ciekawo ci. Je li nie uzyska od Doroty tej sekretnej informacji,  ycie utraci dla niej wszelki sens. Wspania a my l przysz a jej do

owy.

- Doroto, jelonka nie mog  odda , ale je li mi powiesz, dam ci moj  czerwon  parasolk .
Agrestowe oczy Doroty rozb ys y. Czerwona parasolka Nan budzi a w niej ogromn  zazdro

.

- T  now , któr  w zesz ym tygodniu twoja mama przywioz a ci z miasta? - zapyta a.
Nan skin a g ow . Serce bi o jej gwa townie. Czy… och, czy naprawd  Dorota jej powie?
- A mama ci pozwoli? - indagowa a Dorota.
Nan znów skin a g ow , lecz z mniejszym przekonaniem. Wcale nie by a pewna, czy mama si  zgodzi. Dorota natychmiast to wyczu a.
- Przyniesiesz parasolk , to wtedy powiem - rzek a twardo. - Nie b dzie parasolki, nie b dzie sekretu.
- Przynios  j  jutro - obieca a pospiesznie Nan. Za wszelk  cen  musia a pozna  t  tajemnic , która dotyczy a przecie  jej  ycia.
- No zobaczymy - powiedzia a z wahaniem Dorota. - Jeszcze si  ostatecznie nie zdecydowa am. Jeste  za ma a, mówi am ci to ju  nieraz.
- Przecie  dzi  jestem starsza, ni  by am wczoraj - b aga a Nan.
- Doroto, prosz  ci , nie b

 taka nieust pliwa.

- Uwa am,  e mam prawo sama dysponowa  swoimi wiadomo ciami - rzek a Dorota druzgoc co. - A ty zaraz wygadasz wszystko Ani… to znaczy

swojej mamie.

- Wiem, jak moja mama ma na imi , nie musisz mi tego przypomina  i
- odpar a Nan z przeb yskiem swej dawnej godno ci. Cho by Dorota zna a nie wiem jakie tajemnice, nie powinna przekracza  pewnych granic. -

Powiedzia am ci ju ,  e nie pisn  ani s ówka nikomu ze Z otego Brzegu.

- Czy przysi gniesz?
- Przysi ga ?!
- Nie b

 g upia. Mam na my li uroczyst  obietnic .

- Obiecuj  uroczy cie.
- Jeszcze uroczy ciej!
Nan nie mia a poj cia, jak to zrobi  jeszcze uroczy ciej.
- Z

 r ce, spójrz w niebo i przysi gnij na  ycie i na  mierci - rozkaza a Dorota.

Nan zastosowa a si  do polecenia.
- Przyniesiesz jutro parasolk  i wtedy zobaczymy - rzek a Dorota.
- Co robi a twoja matka, zanim wysz a za m

?

- Uczy a w szkole. By a bardzo dobr  nauczycielk  - odpar a Nan.
- Pytam z ciekawo ci. Moja mama uwa a,  e twój ojciec pope ni  b d,  eni c si  z twoj  mam . Nikt nie zna  jej rodziny. A twój ojciec, mówi mama,

móg  o eni  si  z tyloma innymi, wspania ymi dziewczynami. Musz  ju  i

. Au revoir.

Nan wiedzia a,  e to znaczy „do widzenia”. By a ogromnie dumna,  e jej przyjació ka zna francuski. Dorota odesz a, ale Nan d ugo jeszcze siedzia a

nad wod . Lubi a patrze  na kutry rybackie, które wyp ywa y w morze lub zawija y do portu. Czasem do nadbrze a przybija  statek powracaj cy z
dalekiej morskiej podró y. Podobnie jak Jim Nan marzy a o tym, by pop yn

 statkiem przez l ni ce, niebieskie wody zatoki pomi dzy wydmami, min

latarni  morsk , której blask roz wietla  tajemniczy mrok nocy, i wyruszy  na otwarte morze wygl daj ce z brzegu jak b kitna mg a, i dalej, a  do
zaczarowanych krain.

Zwykle, siedz c tutaj, Nan tworzy a w swojej wyobra ni cudowne wizje. Jednak e tego popo udnia tajemnica Doroty poch ania a j  bez reszty. Czy

naprawd  poznaj  wreszcie? Co to b dzie? Co to mo e by ? A te dziewcz ta, z którymi tata móg  si  o eni ? Nan zacz a o nich my le . Jedna z nich
by aby wtedy jej mam . Nie, to okropne. Nikt poza mam  nie mo e by  jej mam . To wprost nie do pomy lenia.

- Zdaje si ,  e Dorota Johnson chce powierzy  mi tajemnic  - wyzna a Nan wieczorem, gdy mama ca owa a j  na dobranoc. - Obieca am,  e nikomu

nie powiem, nawet tobie. Czy nie b dzie ci przykro, mamusiu?

- Ani troch  - odpar a rozbawiona Ania.
Nast pnego dnia Nan zabra a ze sob  parasolk . Mówi a sobie,  e ostatecznie to jest jej parasolka. Dosta a j  w prezencie, wi c mo e z ni  robi ,

co chce. Uciszywszy w ten sposób sumienie, wy lizgn a si  z domu tak, by nikt jej nie zauwa

. Z przykro ci  my la a o rozstaniu si  ze swoj

liczn

kolorow  parasolk , ale pragnienie wej cia w posiadanie sekretu Doroty zag uszy o wszystkie inne uczucia.

- Oto parasolka, Doroto - rzek a niemal bez tchu. - Teraz powiedz mi swój sekret.
Dorota zmiesza a si . Nie przypuszcza a,  e sprawy zajd  tak daleko… Nie wierzy a,  e matka pozwoli Nan odda  t

liczn  parasolk .  ci gn a

usta.
- Nie jestem pewna, czy w tym odcieniu czerwieni b dzie mi do twarzy. Wydaje si  troch  krzykliwy. Chyba ci jednak nie powiem.
Ale Nan nie podda a si  urokowi Doroty tak dalece, by potulnie ulega  jej kaprysom. Jawna nieuczciwo

 przyjació ki wzbudzi a jej gniew.

- Interes interesem, Doroto Johnson. Powiedzia

: „parasolka za tajemnic ”. Oto parasolka. Teraz ty dotrzymaj obietnicy.

- No dobrze - powiedzia a Dorota znudzonym tonem.
Nan odnios a wra enie,  e nagle zapanowa a ca kowita cisza. Powiew wiatru zamar  w oddali. Woda przesta a rozbija  si  z pluskiem o pale

nadbrze a. Nan dr

a w rozkosznym podnieceniu. Nareszcie pozna tajemnic  Doroty.

- Czy znasz Jima Thomasa z portu? - spyta a Dorota. - Tego, co ma sze

 palców?

Nan skin a g ow  potakuj co. Oczywi cie,  e zna Jima, a przynajmniej spotyka a go. Jim o sze ciu palcach sprzedawa  ryby i przychodzi  czasem

do Z otego Brzegu. Zuzanna mawia a,  e kupuj c od niego ryby nigdy nie mo na by  pewnym, czy s

wie e. Nan nie podoba  si  ten cz owiek. By

ysy, tylko z jednej strony g owy ros y mu g ste, skr cone, bia e w osy. Mia  haczykowaty, czerwony nos. Ale co ma tu rzeczy Jim Thomas?

- I znasz Kasi  Thomas? - indagowa a dalej Dorota.
Nan tylko raz widzia a Kasi . Jim przywióz  j  kiedy  ze sob . Kasia by a mniej wi cej w tym samym wieku, co Nan i Di. Mia a g ste rude w osy i

szarozielone oczy. Wtedy pokaza a Nan j zyk.

- A wi c - Dorota odetchn a g boko. - Oto prawda o tobie. Ty jeste  Kasi  Thomas, a ona jest Nan Blythe.
Nan ze zdumieniem wpatrywa a si  w Dorot . Nie mia a poj cia, o co tu chodzi. Dorota opowiada jakie  brednie!
- Ja… ja… Co masz na my li?
- Wydaje mi si ,  e to ca kiem jasne - rzek a Dorota z u miechem pe nym wspó czucia. Skoro ju  to powiedzia a, nale

o ca  rzecz odpowiednio

ubarwi . - Ty i ona urodzi

cie si  tej samej nocy. Wtedy Thomasowie mieszkali w Glen. Piel gniarka zabra a ze Z otego Brzeg jedn  z

nowonarodzonych bli niaczek do Thomasów i po

a j  tam w ko ysce, a ciebie zanios a do Z otego Brzegu. Nie o mieli a si  wzi

 tak e Di, chocia

mia a na to ochot . Nienawidzi a twojej mamy chcia a si  zem ci . A wi c ty jeste  Kasi  Thomas, a ona jest tob . Ty powinna  mieszka  w porcie, a
miejsce biednej Kasi, która musi znosi  z e humory swojej macochy, jest w Z otym Brzegu. Okropnie mi jej  al.

Nan uwierzy a w ka de s owo tej niedorzecznej historii. Nigdy w  yciu jej nie ok amano i by a absolutnie pewna,  e Dorota mówi prawd ! Nie przysz o

jej do g owy,  e ktokolwiek, a tym bardziej uwielbiana przez ni  przyjació ka, móg by na poczekaniu wymy li  tak  bajk . Patrzy a na Dorot
przera onymi, pe nymi bólu oczami.

- W jaki sposób twoja ciotka dowiedzia a si  o tym? - wyszepta a suchymi wargami.
- Piel gniarka wyzna a jej to na 

u  mierci - rzek a uroczy cie Dorota. - S dz ,  e mia a wyrzuty sumienia. Ciotka Kasia nie powiedzia a o tym

nikomu oprócz mnie. Gdy przyjecha am do Glen i ujrza am Kasi  Thomas… to znaczy Nan Blythe, dobrze si  jej przypatrzy am. Ma czerwone w osy i
oczy twojej mamy. Ty masz br zowe w osy i oczy. Dlatego wcale nie jeste  podobna do Di, a bli ni ta powinny wygl da  dok adnie tak samo Kasia ma
uszy po twoim ojcu, takie  adne i p asko przylegaj ce do g owy. Obawiam si ,  e teraz ju  nic nie mo na zmieni . Ale cz sto my

,  e to

niesprawiedliwe, aby  ty 

a w dostatku i ubiera a si  niczym lalka, a biedna Kasia, to znaczy Nan, zawsze chodzi a g odna i obdarta. A w dodatku Jim

Thomas bije j , kiedy wraca do domu pijany. Hej, czemu tak na mnie patrzysz?

Nan cierpia a ponad granice wytrzyma

ci. Wszystko sta o si  dla niej jasne. W domu uwa ano za bardzo zabawne,  e ona i Di nie s  ani troch  do

siebie podobne. Teraz pozna a tego przyczyn !

- Nienawidz  ci  za to,  e powiedzia

 mi o tym, Doroto Johnson! Dorota wzruszy a okr

ymi ramionami.

- Nie twierdzi am wcale,  e si  ucieszysz, prawda? Sama tego chcia

. Dok d idziesz?

Nan, blada jak  mier ; wsta a.
- Do domu. Powiem wszystko mamie - rzek a 

nie.

- Nie mo esz! Nie wolno ci! Przypomnij sobie,  e przysi

! - krzykn a Dorota. Nan spojrza a na ni . Rzeczywi cie, obieca a,  e nie powie.. A

mama zawsze twierdzi a,  e nale y dotrzymywa  obietnic.

.- Ja chyba te  pójd  do domu - odezwa a si  Dorota niepewnie. Spojrzawszy na twarz Nan poczu a nagle co  w rodzaju wyrzutów sumienia.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Chwyci a parasolk  i pobieg a, uderzaj c bosymi pulchnymi stopami o kamienie nadbrze a. Nie obchodzi o jej to,  e bezmy lnie zniszczy a

szcz

liwy, ma y  wiat kole anki. My la a z pogard ,  e Nan jest g upia i naiwna. Zupe nie nie zna si  na  artach. Oczywi cie, gdy tylko wróci do

otego Brzegu, opowie o wszystkim matce i dowie si ,  e Dorota j  nabra a.

„Doskonale si  sk ada,  e w niedziel  wracam do domu” - pomy la a Dorota.
Nan, za amana i zrozpaczona, d ugo jeszcze siedzia a na nadbrze u. Wydawa o si  jej,  e min y ca e wieki. Nie by a dzieckiem swojej mamy! By a

córk  Jima o sze ciu palcach, tego samego Jima, którego w

ciwie z powodu jego sze ciu palców zawsze w skryto ci ducha si  obawia a. Nie mia a

prawa mieszka  w Z otym Brzegu z kochaj cymi j  rodzicami. „Och!” - wyda a cichy j k. Mama i tata wcale by jej nie kochali, gdyby znali prawd .
Kochaliby Kasi  Thomas.

Nan przy

a r ce do rozpalonego czo a.

- Kr ci mi si  w g owie - szepn a.
Rozdzia  XXXI
- Dlaczego nic nie jesz, kote ku? - zagadn a Zuzanna przy kolacji.
- Mo e za d ugo by

 na s

cu, kochanie? - zapyta a mama z niepokojem. - Boli ci  g owa?

- Taak - odpar a Nan. Lecz to nie g owa j  bola a. A wi c sk ama a mamie? Ile jeszcze razy b dzie zmuszona sk ama ? Wiedzia a bowiem,  e nic nie

prze knie, dopóki nie powierzy komu  tej strasznej tajemnicy. A przecie  mamie nie mo e nic powiedzie . Nie tylko dlatego,  e obieca a… Zuzanna

umaczy a jej kiedy , co prawda,  e lepiej jest z ama  niedobre przyrzeczenie, ni  go dotrzyma , ale nie mo e sprawi  mamie bólu. Nan czu a,  e ta

okropna prawda zrani mam  do g bi. A mam … mam  trzeba oszcz dza . I tat .

Spokoju nie dawa a jej te  sprawa Kasi Thomas. Nan nie mog a o niej my le  jako o Nan Blythe… Bezgraniczna rozpacz j  ogarnia a na sam  my l

o tym,  e to Kasia jest bli niaczk  Di. Czu a si  tak, jakby ona sama przesta a istnie . Je li nie by a Nan Blythe, nie by a nikim, a w ka dym razie z
pewno ci  nie by a Kasi  Thomas!

My l ó, Kasi n ka a j  przez ca y okropny, d ugi tydzie . Ania i Zuzanna szczerze niepokoi y si  stanem dziewczynki. Nan nie chcia a ani je

, ani si

bawi . P ta a si  bez sensu, jak mówi a Zuzanna. Czy dlatego,  e Dorota Johnson pojecha a do domu? Nan twierdzi a,  e nie. Wymawia a si  tym,  e
jest po prostu zm czona. Tata j  zbada  i zapisa  lekarstwo, które grzecznie przyjmowa a. Nie by o tak niesmaczne jak olej rycynowy, ale nawet olej
rycynowy nic by nie znaczy  wobec nieszcz

cia, jakie j  spotka o. Nic si  nie liczy o oprócz Kasi Thomas i okropnego pytania, które powsta o w

zn kanej g owie Nan i nie pozwala o my le  o niczym innym. Czy Kasia Thomas nie powinna wej

 w swoje prawa?!

Czy jest w porz dku,  e ona, Nan Blythe… Nan kurczowo czepia a si  swojej to samo ci… ma to wszystko, co wed ug prawa nale y Kasi? Nie, nie

jest. Nan by a tego rozpaczliwie pewna. Dosz a do przekonania,  e bezwzgl dnie nale y o wszystkim poinformowa  Kasi .

Mo e wcale nikt si  tym tak bardzo nie przejmie. Tata i mama z pocz tku troch  si  zmartwi , ale potem pokochaj  Kasi  i zapomn  o Nan. Mama

dzie ca owa a Kasi  i  piewa a jej ukochan  piosenk  Nan: „Widzia am statek p yn cy po morzu, ca y wy adowany  licznymi rzeczami dla mnie”. Nan

i Di cz sto rozmawia y o dniu, w którym ich statek zawinie do portu. Ale teraz te  liczne rzeczy, a przynajmniej ich cz

 przeznaczona dla Nan,

przypadnie Kasi Thomas. Kasia zagra królow  wró ek na niedzielnym koncercie szkolnym i w

y na g ow  l ni

 przepask  ze sztucznych brylantów.

Jak niecierpliwie Nan oczekiwa a tego koncertu! Zuzanna b dzie teraz piek a placek z owocami dla Kasi, z Kasi  b dzie si  bawi  ma y Mruczu . Do
Kasi b

 nale

y lalki Nan i jej domek do zabawy w zagajniku klonowym, a tak e mi kkie, cieplutkie 

eczko w sypialni dziewcz t. Co na to powie

Di? Czy zechce mie  Kasi  Thomas za siostr ?

Nadszed  dzie , kiedy Nan poj a,  e nie zniesie tego d

ej. Musi zrobi , co do niej nale y. Pójdzie do portu i wyzna prawd  Thomasom. Oni

powiedz  o wszystkim jej rodzicom, gdy  Nan czu a,  e sama si  na to nie zdob dzie.

Z chwil  podj cia decyzji samopoczucie Nan nieco si  poprawi o. By a tylko bezgranicznie smutna. Przy kolacji usi owa a co  zje

, wiedz c,  e to jej

ostatni posi ek w Z otym Brzegu.

„Zawsze b

 nazywa a mam  mam  - my la a Nan z rozpacz . - I nie b

 mówi a do Jima Thomasa »tato«, ale bardzo grzecznie: panie Thomas.

Na pewno si  tym nie przejmie”.

Pomimo najlepszych ch ci, nie mog a nic prze kn

. Gdy spojrza a na Zuzann , poj a,  e nie uniknie kolejnej porcji oleju rycynowego Przecie

Zuzanna nie wiedzia a,  e Nan sp dza w

nie swój ostatni wieczór w Z otym Brzegu. Od dzi  Kasia Thomas b dzie pi a olej rycynowy. Jedynie tego

Nan jej nie zazdro ci a.

Wysz a z domu zaraz po kolacji. Musia a doj

 na miejsce przed padni ciem ciemno ci, gdy  inaczej zabrak oby jej odwagi. Mia a na sobie

codzienn  flanelow  sukienk  w krat . Nie o mieli a si  przebra  z obawy,  e wzbudzi tym zainteresowanie mamy lub Zuzanny. Zreszt  teraz wszystkie
jej  adne sukienki nale

y przecie  do Kasi Thomas. Na

a tylko nowy  liczny fartuszek z ciemnoczerwonymi fryzkami, który uszy a jej Zuzanna. Nan

bardzo go lubi a. Z pewno ci  Kasia nie b dzie mia a pretensji o zwyk y fartuszek.

Zgrabna figurka zdecydowanie skierowa a si  przez wie , po nadbrze u, ku ulicy portowej. Nan nie zdawa a sobie wcale sprawy z tego,  e jest

prawdziw  bohaterk . Przeciwnie, wstydzi a si  g boko,  e tyle wysi ku kosztuje j  spe nienie swojej powinno ci,  e tak jej trudno powstrzyma
nienawi

 do Kasi Thomas, przezwyci

 strach przed Jimem i st umi  w sobie pragnienie, by czym pr dzej zawróci  do domu, do Z otego Brzegu.

Zapada  wieczór. Nad morzem wisia a ogromna, czarna chmura. Kapry ne cienie igra y na wodach zatoki i w ród poros ych lasami wzgórz. W porcie

domy rybaków sta y sk pane w wyzieraj cym spoza chmury purpurowym  wietle s onecznym. Ka

e na drodze b yszcza y niczym wielkie rubiny.

Statek z bia ymi  aglami cicho sun  wzd

 zamglonych wydm, pos uszny tajemniczemu wezwaniu morza. Mewy wydawa y dziwne krzyki.

Nan nie spodoba  si  zapach domów rybackich ani widok grupy brudnych dzieci, które wrzeszcza y i kot owa y si  w piasku. Spojrza y ciekawie, gdy

Nan zapyta a, gdzie jest dom Jima o sze ciu palcach.

- To tamten - wskaza  jeden z ch opców. - Co za interes masz do Jima?
- Dzi kuj  - odpar a Nan, odwracaj c si .
- Ty, nie potrafisz zachowa  si  grzeczniej?! - krzykn a jaka  dziewczynka. - Wielka mi dama, nie raczy odpowiedzie  na zwyk e pytanie!
Ch opiec zatrzyma  Nan.
- Widzisz ten dom za cha up  Thomasów? - zapyta . - Mieszka w nim w

 morski. Je li mi nie powiesz, czego chcesz od Jima, zamkn  ci  tam.

- No, panno Zarozumialska! - dokucza a du a dziewczynka. - Jeste  z Glen, a ci z Glen my

,  e s  lepsi. Odpowiedz na pytanie Billa!

- Jak nie odpowiesz - doda  inny ch opiec - to wrzuc  ci  do wody razem z kociakami, które mam utopi .
- Je li masz par  centów, sprzedam ci z b - chichota a dziewczynka z czarnymi brwiami. - Wczoraj go sobie wyrwa am.
- Nie mam pieni dzy, a twój z b nie jest mi do niczego potrzebny - rzek a Nan stanowczo. - Pu

cie mnie.

- Ani nam si

ni! - krzykn a dziewczynka.

Nan zerwa a si  do ucieczki, ale ch opiec, który straszy  j  w

em morskim, podstawi  jej nog . Nan potkn a si  i upad a jak d uga na obmyty

odp ywem piasek. Dzieci wybuchn y  miechem.

- My

,  e teraz nie b dziesz tak wysoko zadziera a nosa - rzek a dziewczynka. -  azi tutaj ze swoimi czerwonymi fryzkami!

Nagle kto  zawo

:

-  ód  Niebieskiego Jacka wp ywa do portu! - i wszyscy odbiegli. Czarna chmura przys oni a zachodz ce s

ce i rubinowe ka

e nagle zszarza y.

Nan usi owa a si  opanowa . Sukienk  mia a oblepion  piaskiem, a po czochy poplamione. Ale za to uwolni a si  od tych okropnych dzieciaków.

Czy w przysz

ci b

 jej towarzyszami zabaw?

Nie mo e p aka . Nie wolno jej! Wesz a po rozklekotanych schodkach prowadz cych do drzwi domu Thomasów. Podobnie jak inne cha upy w porcie

dom ten wznosi  si  na wysokich, drewnianych balach, które w czasie przyp ywu chroni y go przed zalaniem. Przestrze  pod balami wype nia y
pot uczone talerze, zardzewia e blaszanki, stare sieci na homary i wszystkie mo liwe  miecie. Drzwi by y otwarte. Na zajrza a do kuchni. Podobnego
widoku nigdy jeszcze nie zdarzy o si  ogl da . Pod oga by a brudna, sufit zadymiony i poplamiony, a w misce le

a sterta brudnych naczy . Na

rozklekotanym drewnianym stole poniewiera y si  resztki jedzenia, nad którymi lata y obrzydliwe, wielkie czarne muchy. Kobieta z niedbale zwi zanymi
mysimi w osami siedzia a na bujanym fotelu, karmi c pulchne niemowl … szare z brudu.

„To jest moja siostra” - pomy la a Nan.
Nie by o wida  ani Kasi, ani Jima. Nan poczu a g bok  ulg ,  e nie musi spotka  si  z tym ostatnim.
- Kim jeste  i czego chcesz? - zagadn a niezbyt grzecznie kobieta. Nie zaprosi a Nan do  rodka, ale dziewczynka sama wesz a. Zbiera o si  na

burz , a dom dr

 przy odg osach grzmotów. Nan wiedzia a,  e musi szybko powiedzie , z czym przysz a, bo lada chwila opu ci j  odwaga, a wtedy

odwróci si  i ucieknie z tego okropnego domu, od tego okropnego niemowl cia i okropnych much.

- Chcia abym zobaczy  si  z Kasi  - powiedzia a. - Mam jej bardzo wa nego do powiedzenia.
- Aha! - powiedzia a kobieta. - To musi by  rzeczywi cie wa ne, s dz c po twoim wygl dzie. Kasi nie ma w domu. Ojciec zabra  j  na przeja

 do

Górnego Glen. Trudno powiedzie , kiedy wróc , zanosi si  na burz . Siadaj.

Nan pos usznie usiad a na po amanym krze le. Wiedzia a,  e rybacy z portu s  biedni, ale nie s dzi a,  e  yj  w takim brudzie i n dzy. Pani

Tomaszowa Fitch z Glen te  by a uboga, ale w jej domu wszystko l ni o czysto ci  i sta o na swoim miejscu. Oczywi cie wiadomo,  e Jim o sze ciu
palcach przepija wszystko, co zarobi. I to ma by  odt d jej dom!

„W ka dym razie spróbuj  tu posprz ta ” - usi owa a si  pocieszy , ale serce jej si

ciska o z bólu. P omie  po wi cenia, który j  tu przygna , zgas

nagle.
- O czym chcesz mówi  z Kasi ? - zapyta a z ciekawo ci

ona Jima, wycieraj c brudn  buzi  niemowl cia jeszcze brudniejszym fartuchem. - Je li

chodzi o niedzielny koncert w szkole, to nie pójdzie i tak. Nie ma  adnej porz dnej sukienki. A jak mam jej sprawi  co  przyzwoitego? Pytam ci !

- Nie, nie chodzi o koncert - odpar a Nan pos pnie. Mo e równie dobrze wyzna  wszystko  onie Jima. I tak si  przecie  o tym dowie. Przysz am

powiedzie … powiedzie  jej…  e ona jest mn , a ja ni .

Pewnie nale y wybaczy  pani Sze ciopalczastej,  e zupe nie nie poj a, o co w

ciwie chodzi tej ma ej.

- Chyba jeste  niespe na rozumu - orzek a. - Co masz na my li?
Nan podnios a g ow . Najgorsze by o ju  za ni .

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Mam na my li to,  e Kasia i ja urodzi

my si  tej samej nocy i… i piel gniarka zamieni a nas, poniewa  mia a o co

al do mojej mamy. I… i Kasia

powinna mieszka  w Z otym Brzegu… i mie  przywileje.

Ten ostatni zwrot us ysza a kiedy  od nauczycielki szko y niedzielne i uwa

a,  e b dzie on stanowi  pe ne godno ci zako czenie jej nie sk adnej

wypowiedzi.
Pani Sze 
ciopalczasta wlepi a w ni  zdumiony wzrok.
- Czy to ja zwariowa am, czy ty? To, co mówisz, nie ma  adnego sensu. Kto ci naopowiada  takich bzdur?
- Dorota Johnson.
Pani Sze ciopalczasta odrzuci a do ty u rozczochran  g ow  i zacz a si

mia . Aczkolwiek wygl da a niechlujnie i brudno,  mia a si

licznie.

- Mog am si  by a tego domy li . Przez ca e lato pra am dla jej ciotki. Có  to za dzieciak! Uwielbia stroi  sobie  arty z ludzi, uznaj c to za najlepsz

zabaw . Radz  ci, moja panno Jak-si -tam-nazywasz, nie wierz ani jednemu jej s owu, bo  le na tym wyjdziesz!

- Wi c pani uwa a,  e to nie jest prawda? - wydusi a z siebie Nan.
- Z ca  pewno ci . Wielkie nieba, ale  z ciebie g uptas,  eby da  si  tak nabra ! Kasia jest o dobry rok od ciebie starsza. Kim, u licha, jeste ?
- Jestem Nan Blythe. - Co za cudowna ulga! By a Nan Blythe!
- Nan Blythe! Jedna z bli niaczek ze Z otego Brzegu! Pami tam t  noc, kiedy si  urodzi

. Przypadkiem wpad am do Z otego Brzegu w pewnej

sprawie. Nie by am wtedy jeszcze  on  Sze ciopalczastego… Szkoda,  e w ogóle ni  zosta am. Matka Kasi jeszcze 

a i cieszy a si  dobrym

zdrowiem, a Kasia w

nie zaczyna a chodzi . Jeste  podobna do matki twego ojca. By a w Z otym Brzegu w t  noc, dumna jak paw ze swych

wnuczek-bli niaczek. I pomy le ,  e nie masz do

 rozumu, aby pozna  si  na takim idiotycznym k amstwie!

- Mam zwyczaj wierzy  ludziom - rzek a Nan, wstaj c z godno ci . Czu a si  zbyt szcz

liwa, by ostrzej zareagowa  na niewybredne uwagi pani

Sze ciopalczastej.
- Có , je li to twój zwyczaj, wyzb

 si  go lepiej. Nie przyda ci si  na nic na tym najwspanialszym ze  wiatów - odpar a ironicznie pani

Sze ciopalczasta. - I nie zadawaj si  z dzie mi, które lubi  oszukiwa  ludzi. Siadaj, ma a. Nie mo esz i

 do domu w tak  burz . Leje jak z cebra i jest

ciemno jak w piekle. Patrzcie, pa stwo! Ju  jej nie ma!

Nan bieg a jak szalona w strumieniach deszczu. Tylko ogromne szcz

cie, które wzbudzi o w niej zapewnienie  ony Jima Thomasa, mog o sprawi ,

e odwa

a si  wyj

 na dwór podczas burzy. Wicher uderza  j  w twarz, smaga a ulewa, a przera aj ce grzmoty zdawa y si  wskazywa  na to,  e

ca y  wiat si  wali. Jedynie zimne, niebieskie  wiat o b yskawic pomaga o jej odnale

 w

ciw  drog . Par  razy po lizgn a si  i przewróci a. Ale

wreszcie wpad a do holu w Z otym Brzegu, prosto w obj cia mamy.

- Kochanie, tak okropnie niepokoi

my si  o ciebie! Gdzie by

?

- Mam nadziej ,  e Jim i Walter nie zazi bi  si  na  mier , szukaj  ci  w tak  pogod  - odezwa a si  ostrym tonem Zuzanna.
Nan z trudem  apa a oddech. Wtulona w ciep e ramiona mamy zdo

a tylko wychlipa :

- Och, mamusiu, jestem sob , naprawd  jestem sob ! Nie jestem Kasi  Thomas i nikim innym, tylko sob .
- Biedactwo majaczy - powiedzia a Zuzanna. - Pewnie co  jej zaszkodzi o.
Ania wyk pa a Nan i po

a j  do 

ka, a potem uwa nie wys ucha a ca ej historii.

- Och, mamusiu, czy naprawd  jestem twoim dzieckiem?
- Ale  oczywi cie! Jak w ogóle mog

 w to w tpi ?

- Nie przysz o mi do g owy,  e Dorota mnie oszukuje… w

nie ona! Mamusiu, czy w ogóle mo na komukolwiek wierzy ? Janka Penny te

opowiada a Di niestworzone historie.

- Niestety, spotyka si  takich ludzi jak Dorota czy Janka, zarówno w ród dzieci, jak doros ych. Gdy b dziesz troch  starsza, nauczysz si  odró nia

ziarno od plewy. A masz przecie  wiele innych kole anek, które ci  nie ok amuj , i mo esz im ufa .

- Mamusiu, nie chcia abym,  eby Jim, Walter i Di dowiedzieli si , jaka by am g upia.
- Nie dowiedz  si . Di pojecha a z tatusiem do Lowbridge, a ch opcom powiemy,  e zanadto oddali

 si  od domu i z apa a ci  burza, i By

uptaskiem,  e uwierzy

 Dorocie, ale zachowa

 si  bardzo dzielnie, udaj c si  do portu, aby zaoferowa  biednej Kasi Thomas to, i co uwa

,  e

jej si  prawnie nale y. Jestem z ciebie dumna, kochanie.

Burza min a. Ksi

yc spogl da  w zamy leniu na spokojny, szcz

liwy  wiat.

„Och, jak si  ciesz ,  e jestem sob !” - zd

a jeszcze pomy le  i Nan, zanim zasn a.

Rozdzia  XXXII
- A wi c Ko o Pomocy Pa  zbierze si  na pikowanie ko der w Z otym Brzegu - powiedzia  doktor. - Musisz wyst pi  ze swoimi najbardziej

wykwintnymi daniami, Zuzanno. Obawiam si  jednak,  e podczas tych paru godzin plotkowania dobra opinia, jak  ciesz  si  jeszcze poniektóre osoby
w Glen, zostanie mocno nadwer

ona. Przygotuj wi c tak e miote

, by starannie zebra  te marne szcz tki, które po niej pozostan .

Zuzanna u miechn a si  grzecznie, jak kobieta pe na tolerancji wobec m skiego braku zrozumienia dla pewnych  yciowych problemów. Co prawda,

nie by a usposobiona do  miechu, dopóki wszystko zwi zane z zebraniem Ko a nie zostanie ustalone.

- Rolada z kurcz cia - mrucza a, krz taj c si  po kuchni, puree z ziemniaków i krem z zielonego groszku jako g ówne danie. B dzie to doskona a

okazja, aby po

 na stó  nowy, koronkowy obrus, droga pani doktorowo. Nikt z Glen nie widzia  jeszcze czego  tak pi knego. Jestem pewna,  e

wzbudzi ogólny podziw. Nie mog  si  doczeka  chwili, w której zobacz  wyraz twarzy Annabel Clow, kiedy ujrzy to cudo. Czy ustawi pani kwiaty w

kitnych wazonach?

- Tak. U

 bukiety z bratków i paproci, które rosn  w klonowym zagajniku. Chcia abym te ,  eby  postawi a w widocznym miejscu swoje ró owe

pelargonie. Mo e w salonie, gdzie mamy pracowa , albo na werandzie, je li b dzie na tyle ciep o, by my mog y si  tam przenie

. Ciesz  si ,  e mamy

tyle kwiatów. W tym roku nasz ogród jest wyj tkowo pi kny. Ale zdaje si ,  e powtarzam to co roku, prawda?

Nale

o ustali  wiele spraw. Kto gdzie usi dzie… Na przyk ad nie mo na posadzi  pani Szymonowej Millison obok pani Williamowej MacCreery,

gdy  nie rozmawiaj  one ze sob  od czasów jakiej  g upiej k ótni ze szkolnych lat. Trzeba te  zastanowi  si , kogo zaprosi . Ania jako gospodyni, mia a
prawo poprosi  równie  kilka pa  nie nale

cych do Ko a.

- Zaprosz  pani  Best i pani  Campbell - zdecydowa a. Zuzanna spojrza a na ni  z pow tpiewaniem.
- One s  tu ca kiem nowe. Dopiero co sprowadzi y si  do Glen. - Zabrzmia o to tak, jakby powiedzia a: one s  krokodylami.
- Doktor i ja te  byli my kiedy  „nowi”, Zuzanno.
- To prawda, lecz wuj doktora mieszka  tu od lat. A po tych Bestach czy Campbellach nikt nic nie wie. Ale oczywi cie to jest pani dom, droga pani

doktorowo. Kim e jestem, by sprzeciwia  si  pani  yczeniom? Pami tam wieczór pikowania ko der u pani Carterowej Flagg. By o te przed wielu laty.
Pani Flagg zaprosi a jak

 dziwn  osob . Ta kobieta przysz a w pomi tej perkalowej sukience, droga pani doktorowo. Po wiedzia a,  e nie s dzi a, i  na

zebranie Ko a Pomocy Pa  warto si  porz dnie ubra . Tego przynajmniej nie musimy si  obawia  ze strony pani Campbell. Ubiera si  doskonale,
chocia  nie wyobra am sobie,  ebym odwa

a si  przyj

 do ko cio a w tak jaskrawoniebieskiej sukni.

Ania te  nie mog a sobie tego wyobrazi , ale nie o mieli a si  nawet u miechn

.

- Uwa am,  e ta suknia doskonale pasowa a do srebrnych w osów pani Campbell, Zuzanno. Nawiasem mówi c, marzy ona o tym, aby otrzyma  od

ciebie przepis na galaretk  agrestow . Powiada,  e próbowa a jej podczas kolacji z okazji zako czenia  niw i ogromnie jej smakowa a.

- No có , droga pani doktorowo, nie ka dy umie zrobi  galaretk  agrestow … - i Ania nie us ysza a ju  wi cej uwag o niebieskiej sukni; Pani

Campbell mog aby pojawi  si  na zebraniu Ko a w stroju mieszkanki buszu afryka skiego, a Zuzanna znalaz aby dla niej jakie  usprawiedliwienie.

Dni by y ju  coraz krótsze, ale jesie  wci

a jakby wspomnieniem s onecznego lata. Mog oby si  zdawa ,  e to jeszcze czerwiec, a nie

pa dziernik. Wszystkie cz onkinie Ko a Pomocy Pa , które mia y przyj

 do Z otego Brzegu, z góry cieszy y si  na doskona  kolacj , mi  pogaw dk  i

ciekawe ploteczki. Liczy y tak e na to,  e ujrz  jaki  najnowszy; krzyk mody, jako  e  ona doktora niedawno bawi a w mie cie.

Zuzanna sp dzi a ca y dzie  w kuchni przygotowuj c kolacj . Gdy panie zacz y nadchodzi , wita a je z godno ci , wprowadzaj c do salonu.

Rozpiera a j  duma z powodu nowego fartucha obszytego szerok  na pi

 cali koronk , któr  sama wyszyde kowa a z nici numer 100. Tydzie  temu

nie za t  koronk  Zuzanna otrzyma a nagrod  na wystawie w Charlottetown. Spotka a tam Rebek  Dew i wróci a do domu jako najszcz

liwsza

kobieta na ca ej Wyspie Ksi cia Edwarda.

Twarz Zuzanny wyra

a jedynie poszanowanie, ale my li jej by y do

 krytyczne.

„Oto Celia Reese. Ju  wypatruje, z czego by tu zakpi . No, u nas nie b dzie mia a si  do czego przyczepi , to pewne. Myra Murray w sukni z

czerwonego aksamitu… Troch  za elegancko jak na zwyk y wieczór pakowania, ale musz  przyzna ,  e jej w tym do twarzy. W ka dym razie nie jest to
sukienka z perkalu. Agata Drew ma okulary zwi zane sznurkiem, jak zwykle. Sara Taylor… mo e przysz a na zebranie Ko a po raz ostatni. Z jej sercem
jest bardzo  le, jak mówi doktor, ale silnej woli ka dy móg by jej pozazdro ci ! Pani Donaldowa Reese przysz a, chwa a Bogu, bez Marii Anny, ale na
pewno du o o niej us yszymy. Janina Burr z Górnego Glen nie nale y do Ko a. No có , b

 musia a policzy

ki po kolacji, ot co. Ca a ta rodzina ma

lepkie r ce. Condance Crawford rzadko zaszczyca swoj  obecno ci  zebrania Ko a, ale pikowanie to dobra okazja, by pochwali  si

adnymi r kami i

brylantowym pier cionkiem. Emmie Pollock, jak zwykle, spod sukienki wystaje halka. Niebrzydka z niej kobieta, ale z rozumem kiepsko, podobnie jak w
ca ej tej rodzinie. No, Tylio MacAllister,  eby  tylko nie poplami a galaretk  obrusu, jak to zrobi

 u pani Palmer. Marta Crothers przynajmniej raz zje

co  przyzwoitego. Szkoda,  e nie przysz a tu z m

em… podobno  ywi tego biedaka wy cznie orzechami czy czym  w tym rodzaju. Pani Elderowa

Baxter… S ysza am,  e ostatecznie ju  odstraszy a Harolda Reese od Miny. Harold zawsze by  ciamajd , a jak powiada Biblia, s abe serce nie
zdob dzie godnej niewiasty. No, jest ich do

, by zrobi  dwie ko dry i jeszcze b dzie komu nawleka  nitki”.

Ko dry rozpostarto na werandzie i wkrótce wszystkie panie mia y zaj te d onie… i j zyki. Ania z Zuzann  szykowa y w kuchni kolacj . Walter zosta

tego dnia w domu z powodu lekkiego bólu gard a i teraz przykucn  na schodach werandy, ukryty za g stymi splotami winoro li. Zawsze lubi
przys uchiwa  si  rozmowom starszych. Opowiadali zdumiewaj cych i tajemniczych zdarzeniach, radosnych i smutnych komicznych i tragicznych, w
jakie obfitowa o  ycie mieszka ców Przystani Czterech Wiatrów. Mo na by o pó niej o nich rozmy la  i snu ’ wyobra ni ca e historie.

Ze wszystkich obecnych kobiet Walter najbardziej lubi  pani  Myr Murray. Mia a sympatyczne zmarszczki wokó  oczu i  mia a si  tak zara liwie,  e

ka dy musia  i

 w jej  lady. Najzwyklejsze sprawy nabiera y w jej ustach tajemniczo ci i dramatyzmu. Wida  by o,  e zawsze i wsz dzie cieszy si

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

yciem. I tak  adnie wygl da a w sukni z ciemnowi niowego aksamitu, z czarnymi w osami u

onymi w fale i ma ymi czerwonymi kolczykami w

uszach. Najmniej za  Walter lubi  chud  niczym tyczka pani  Tomaszowa Chubb, mo e dlatego,  e kiedy  s ysza , jak powiedzia a o nim „s abowite
dziecko”. Pomy 
la ,  e pani Allanowa Milgrave wygl da niczym zmok a, szara kura, a pani Grantowa Clow jak beczka na krótkich nó kach. Pani
Dawidowa Ransome ze swoimi wspania 
ymi, z ocistymi w osami by a bardzo pi kna, „zbyt pi kna jak na gospodyni  na farmie” - stwierdzi a Zuzanna,
gdy Dawid j 
 po lubi .  wie o upieczona m

atka, pani Mortonowa MacDougall przypomina a bia ego,  pi cego szczeniaczka. Edyta Bailey, krawcowa

z Glen, z pe nymi humoru czarnymi oczami i srebrzystymi lokami nie wygl da a wcale tak, jak powinna wygl da  „stara panna”. Walter lubi  tak e
najstarsz  z obecnych, pani  Meade, której  agodne oczy wyra

y dobro  i tolerancj . Zazwyczaj przys uchiwa a si  tylko rozmowie, rzadko wtr caj c

jak

 uwag . Nie lubi  za  Celii Reese za jej szydercze spojrzenie. Zdawa a si  ze wszystkiego wy miewa .

Panie nie rozpocz y jeszcze na dobre pogaw dki. Rozmawia y o pogodzie i rozwa

y, jaki wzór wybra  na ko dry. Walter móg  wi c spokojnie

zachwyca  si  pi knem dnia, bujn  muraw , poros  drzewami, i my la ,  e ca y  wiat, wygl da tak, jakby jaka  wspania a, nieznana Istota obj a go

ocistymi ramionami. Pojedyncze li cie powoli opada y ju  na ziemi , lecz malwy ci gle jeszcze weso o unosi y g ówki, a topole i osiki zieleni y si  przy

cie ce, prowadz cej do stodo y. Waltera tak poch on y cuda otaczaj cego go  wiata,  e nie spostrzeg  nawet, i  rozmowa na werandzie toczy si  ju

w najlepsze. Pani Millison mówi  w

nie:

- Ta rodzina s ynie z niezwyk ych pogrzebów. Czy którakolwiek z was zdo a zapomnie , co wydarzy o si  podczas pogrzebu Piotra Kirka?
Walter nastawi  uszu. To brzmia o interesuj co. Lecz ku jego rozczarowaniu pani Szymonowa nie opowiedzia a, co zasz o w czasie tego pogrzebu.

Widocznie wszystkie panie by y na nim obecne lub zna y histori  ze s yszenia. Ale dlaczego s  takie zmieszane?

- Bez w tpienia wszystko, co Klara Wilson powiedzia a o Piotrze, by o prawd , lecz ten biedny cz owiek le y w grobie i pozwólmy mi spoczywa  tam

w spokoju - odezwa a si  pani Tomaszowa Chubb …jakby kto  zaproponowa  ekshumacj  zw ok.

- Maria Anna mówi a takie zdumiewaj ce rzeczy - stwierdzi a pani Donaldowa Reese. - Czy wiecie, co powiedzia a którego  dnia gdy wybierali my

si  na pogrzeb Ma gorzaty Hollister? „Mamusiu - spyta a - czy na pogrzebie b

 lody?”

Panie wymieni y ukradkiem rozbawione spojrzenia. Niemal wszystkie ignorowa y pani  Donaldowa. By o to jedyne wyj cie, poniewa  zwyk a co

chwila wtr ca  do ogólnej rozmowy swoje opowie ci o Marii Annie i najmniejsza zach ta prowokowa a j  do nie ko cz cego si  monologu na temat
córki. „Czy wiesz, co powiedzia a Maria Anna?” sta o si  ju  w Glen porzekad em.

- Skoro mowa o pogrzebach - rzek a Celia Reese - przypominam sobie pewien dziwny pogrzeb z moich lat dziewcz cych. Stanton Lane wyjecha  na

zachód i po jakim  czasie nadesz a wiadomo

 o jego  mierci. Rodzina sprowadzi a cia o, ale przedsi biorca pogrzebowy, Wallace MacAllister,

odradza  otworzenie trumny. Wyobra cie sobie,  e pogrzeb trwa  w

nie, kiedy nadszed  Stanton Lane we w asnej osobie, ca y i zdrowy. Nigdy nie

dowiedziano si , kim by  zmar y.

- Co z nim zrobiono? - zapyta a Agata Drew.
- Pochowano go. Wallace powiedzia ,  e nie mo na go odes

, wi c pogrzeb si  odby . Ale czy mo na nazwa  pogrzebem ceremoni , w czasie

której ludzie raduj  si  zamiast p aka ? Pastor Dawson zaintonowa  „Alleluja” zamiast „Wieczny odpoczynek racz mu da , Panie”. Wiele osób mia o mu
to za z e.

- Czy wiecie, co powiedzia a Maria Anna? „Mamusiu, czy ksi

a wiedz  wszystko?”

- Pastor Dawson cz sto traci  g ow  z byle powodu - wtr ci a Janka Burr. - Odprawia  wtedy msze tak e w Górnym Glen. Pami tam,  e której

niedzieli poleci  ju  wiernym uda  si  do domów, a dopiero potem przypomnia  sobie,  e jeszcze nie zebra  ofiar! I co zrobi ? Zacz  biega  po podwórzu
z tac  na pieni dze. Prawdopodobnie - doda a Janka - nawet ci, którzy nigdy nie sk adali ofiar, z

yli je tego dnia. G upio by o im odmówi  pastorowi.

Lecz nie powiem, by zachowa  si  z godno ci .

- Ja osobi cie mia am pretensj  do pastora Dawsona o to - zacz a panna Kornelia -  e wyg asza  niemo liwie d ugie modlitwy na pogrzebach.

Dochodzi o do tego,  e ludzie mówili, i  zazdroszcz  umar emu! Przeszed  sam siebie na pogrzebie Lotty Grant. Zobaczy am,  e jej matka jest bliska
omdlenia, wi c szturchn am go parasolk  w plecy i powiedzia am,  e do

 si  ju  namodli .

- On pochowa  mojego biednego Jarvisa - powiedzia a pani Carr, roni c  zy. Zawsze p aka a, wspominaj c m

a, cho  nie 

 ju  od dwudziestu lat.

- Jego brat tak e by  pastorem - rzek a Krystyna Marsh. - Mieszka  w Glen za moich dziewcz cych lat. Pewnego wieczoru w sali odbywa  si  koncert.

On, jako jeden z mówców, siedzia  na podwy szeniu. By , podobnie jak jego brat, bardzo nerwowy i przez ca y czas tak si  kr ci  na krze le,  e
przesuwa  je do ty u. Nagle krzes o przechyli o si  przez kraw

 estrady i pastor spad  z hukiem, przewracaj c ustawione za nim kwiaty. Wida  by o

tylko nogi majtaj ce w powietrzu. Ju  nigdy nie zdo

am polubi  jego modlitw. Mia  takie wielkie stopy!

- Pogrzeb Lane’a mo na by nazwa  nieudanym - odezwa a si  Emma Pollock. - Ale to lepsze, ni  wcale nie mie  pogrzebu. Czy pami tacie, jak to

by o z Cromwellem?

Rozleg  si

miech.

- Opowiedzcie t  histori  - poprosi a pani Campbell. - Jestem tu od niedawna i sagi rodzinne tutejszych mieszka ców nie s  mi znane. Emma nie

wiedzia a, co to jest saga, ale za to bardzo lubi a mówi .

- Abner Cromwell mieszka  w pobli u Glen na jednej z najwi kszych farm w tym okr gu. W tamtych czasach nale

 do parlamentu. By  grub  ryb

ród torysów i zna  wszystkich wa niejszych ludzi na Wyspie. Po lubi  Juli  Flagg. Jej matka by a z domu Reese, a babka Clow, tak wi c spowinowaci

si  z najznaczniejszymi rodami w Przystani Czterech Wiatrów. Pewnego dnia w „Daily Enterprise” ukaza a si  wiadomo

,  e Abner Cromwell zmar

nagle w Lowbridge i pogrzeb odb dzie si  nazajutrz o godzinie drugiej. Najbli sza rodzina Abnera przeoczy a t  notatk , a wówczas nie by o jeszcze na
wsi telefonów. Nast pnego dnia rano Abner wyjecha  do Halifaxu na konferencj  libera ów. Ju  przed drug  ludzie zacz li nap ywa , aby zaj

 dobre

miejsca, gdy  na pogrzebie tak wybitnej osobisto ci spodziewano si  du ego zgromadzenia. Rzeczywi cie przyby o mnóstwo ludzi, mo ecie mi wierzy .
Sznur powozów ci gn  si  na cztery mile i t umy ci gle jeszcze wali y, a  do godziny trzeciej. Pani Abnerowa odchodzi a od zmys ów, usi uj c im
wyt umaczy ,  e jej m

yje. Pocz tkowo nikt jej nie wierzy . Zalana  zami wyzna a mi,  e wszyscy my

, i  ukry a cia o. Kiedy wreszcie zdo

a ich

przekona , zachowali si  tak, jakby uwa ali,  e Abner powinien by  umrze . Podeptali kwiaty, które pani Abnerowa z takim zami owaniem piel gnowa a.
Przyjecha o tak e troch  dalekich krewnych, którzy liczyli na kolacj  i nocleg, a ona nie mia a w domu nic do jedzenia. Nale y przyzna ,  e Julia nie
nale

a do gospodarnych kobiet. Gdy po dwóch dniach Abner powróci , zasta  j  chor , w stanie g bokiej depresji. Min y miesi ce, zanim dosz a do

siebie. Przez sze

 tygodni nic nie jad a i prawie nic nie pi a. Mia a jakoby stwierdzi ,  e faktyczna  mier  Abnera nie wytr ci aby jej bardziej z

równowagi. Ale ja nigdy nie wierzy am,  e mog a powiedzie  co  takiego.

- Trudno by  tego pewnym - rzek a pani MacCreery. - Ludzie mówi  i robi  ró ne straszne rzeczy, szczególnie gdy s  zdenerwowaniu. Siostra Julii,

Klarysa, w pierwsz  niedziel  po  mierci swego m

a  piewa a w chórze jak gdyby nigdy nic!

- Nawet  mier  m

a nie wp yn a na zmian  jej usposobienia - potwierdzi a Agata Drew. - Jaka to by a niepowa na osoba! Ci gle tylko  piewa a i

ta czy a!
- Ja tak e kiedy

piewa am i ta czy am na brzegu morza, kiedy nikt mnie nie widzia  - rzek a Myra Murray.

- Ale od tego czasu zm drza

 - odpar a Agata.

- Nie… Raczej zg upia am - powiedzia a w zamy leniu Myra. -Jestem teraz za g upia,  eby ta czy  na brzegu morza.
- Na pocz tku - wtr ci a Emma, która za wszelk  cen  chcia a doko czy  swoj  opowie

 - my lano,  e kto  dla kawa u zamie ci  w gazecie

wiadomo

 o  mierci Abnera, gdy  w

nie par  dni wcze niej przegra  on wybory. Potem okaza o si ,  e to umar  Amazy Campbell, mieszkaj cy w

lasach za Lowbridge. Nie by  on  adnym krewnym Abnera. Du o czasu min o, zanim ludzie zapomnieli Abnerowi rozczarowanie, jakie im sprawi , je li
w ogóle zapomnieli.

- No có , ka dy móg by si  zdenerwowa , dowiedziawszy si  nagle,  e ca  d ug  podró  odby  zupe nie na darmo - wyst pi a w obronie

rozczarowanych pani Chubb.

- Ludzie z regu y lubi  pogrzeby - stwierdzi a weso o pani Donaldowa Reese. - To dlatego,  e wszyscy jeste my jak dzieci. Kiedy zabra am Mari

Ann  na pogrzeb wuja Gordona, by a oczarowana. „Mamusiu, czy nie mo na by go odkopa ,  eby powtórzy  t  zabaw  z zakopywaniem?” -

powiedzia a.
Wszystkie panie roze mia y si , wyj wszy pani  Elderow  Baxter, która ze  ci gni tymi ustami zawzi cie pikowa a ko dr . W obecnych czasach nie

ma nic  wi tego. Ludzie  miej  si  ze wszystkiego. Ale ona,  ona cz owieka w podesz ym wieku, nie pozwoli sobie na  artowanie z pogrzebów.

- Mówi c o Abnerze, czy pami tacie, jakie epitafium napisa  jego brat, Jan, dla swojej  ony? - zapyta a pani Allanowa Milgrave. - Zaczyna o si

owami: „Bóg, z przyczyn sobie tylko znanych, zabra  z tego  wiata moj  pi kn  oblubienic , pozostawiaj c przy  yciu brzydk

on  mego kuzyna,

Williama”. Nigdy nie zapomn , jakie to wywo

o oburzenie!

- Jak co  takiego mog o w ogóle ukaza  si  w prasie?
- Jan by  wtedy jednym z wydawców „Enterprise”. Uwielbia  swoj

on , Bert  z Morrisów, a nienawidzi  pani Williamowej Cromwell, gdy

sprzeciwia a si  jego ma

stwu z Bert . Uwa

a,  e Berta jest zbyt niesta a w uczuciach.

- Ale by a bardzo  adna - odezwa a si  El bieta Kirk.
- By a to najpi kniejsza kobieta, jak  widzia am w moim  yciu - i przyzna a pani Milgrave. - Morrisowie s  urodziwi. Pi kna, ale za to:
zmienna jak wiatr. Nikt nie móg  poj

, jak to si  sta o,  e wytrwa a: przy decyzji po lubienia Jana na tyle d ugo, by to zrobi . Powiadaj ,  e matka

trzyma a j  pod kluczem. Berta kocha a si  we Fredzie Reesej który s yn  z rozlicznych flirtów. „Lepszy wróbel w gar ci ni  kanarek na dachu” -
powiedzia a matka Bercie.

- Ca e  ycie s ucham tego przys owia - rzek a Myra Murray - i zastanawiam si , ile w nim prawdy. Mo e kanarek na dachu potrafi  piewa , a wróbel

w gar ci nie.

Nikt nie wiedzia , co na to powiedzie . Pani Chubb stwierdzi a:
- Jeste  dziwna, Myro.
- Czy wiecie, co powiedzia a Maria Anna? - zabrzmia  g os pat Donaldowej Reese. - „Mamusiu, co mam zrobi , je li kiedy  kto  poprosi mnie o

?”

- My, stare panny, wiedzia yby my, co na to odpowiedzie , prawda? - odpar a Celia Reese, tr caj c  okciem Edyt  Beley. Nie lubi  jej, gdy  Edyta

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

ci gle jeszcze by a  adna i mia a szans  wyj

 za m

.

- Gertruda Cromwell nie nale

a do pi kno ci - przyzna a pani Grantowa Clow. - Mia a figur  p ask  jak deska. Ale za to jaka by a z niej gospodyni!

Pra a zas ony co miesi c! Tymczasem Berta robi a to najwy ej raz do roku, a  aluzje w oknach mia a wiecznie wypaczone. Gertruda mówi a,  e robi jej
si  s abo, gdy przeje

a obok domu Jana Mimo to Jan uwielbia  Bert , a William zaledwie tolerowa  Gertrudy M

czy ni s  dziwni. Podobno William

zaspa  w dniu  lubu i ubiera  si  z takim po piechem,  e pojawi  si  w ko ciele w znoszonych butach i dziurawych skarpetkach.

- To i tak lepiej ni  Oliwer Random - zachichota a pani Carr. Zapomnia  sprawi  sobie garnitur do  lubu, a jego stare niedzielne ubranie wygl da o

niemo liwie. By o ca e po atane! Po yczy  wi c od brata garnitur, który le

 na nim fatalnie.

- W ka dym razie Gertruda i William pobrali si  - rzek a pani Szymonowa. - Siostra Gertrudy, Karolina, nie wysz a za m

. Pok óci a si  z Ronnym

Drewem o to, który pastor ma im udzieli

lubu, ii wreszcie nic z tego nie wysz o. Ronny w ciek  si  i zanim och on  z gniewu, o wiadczy  si  Ednie

Stone. Karolina posz a na ich  lub. Siedzia a z g ow  dumnie podniesion , ale by a blada jak  mier .

- Przynajmniej trzyma a j zyk za z bami - stwierdzi a pani Sara Taylor. - Nie mo na tego powiedzie  o Filippie Abby. Gdy Jim Mowbray j  porzuci ,

posz a na jego  lub i przez ca y czas trwania ceremonii wypowiada a na g os swoje opinie. By a oczywi cie wyznania anglika skiego - doda a, jakby ten
fakt t umaczy  wszystkie dziwactwa Filippy.

- Czy naprawd  posz a na weselne przyj cie, wystrojona w ca  bi uteri , jak  Jim jej ofiarowa  podczas ich narzecze stwa? - zapyta a Celia Reese.
- Nie, nieprawda. Có  to za rzeczy opowiadaj ! Niektórzy ludzie nie maj  nic innego do roboty ni  rozsiewanie plotek. Ale s dz ,  e Jim nieraz
owa , i  nie zosta  wierny Filippie.  ona trzyma a go  elazn  r

. Jedynie podczas jej nieobecno ci móg  przypomnie  sobie dobre, kawalerskie lata.

- Widzia am Jima Mowbraya jeden jedyny raz na uroczystym nabo

stwie w Lowbridge, kiedy to chrz szcze niemal rozp dzi y zgromadzonych w

ko ciele ludzi - rzek a Krystyna Crawford. - Czego nie zrobi y chrz szcze, doko czy  Jim. Wieczór by  gor cy i otwarto wszystkie okna. Chrz szcze
setkami wlatywa y do  rodka. Nazajutrz na podwy szeniu dla chóru znaleziono osiemdziesi t siedem martwych owadów. Niektóre panie wpada y w
histeri , gdy chrz szcze przelatywa y im tu  przed oczami. Naprzeciwko mnie, w s siednim rz dzie, siedzia a  ona nowego pastora, pani Piotrowa
Loring. Mia a na g owie wielki koronkowy kapelusz, ozdobiony baziami…

- Zawsze uwa ano,  e jak na  on  pastora jest zbyt ekstrawagancka i zanadto lubi si  stroi  - wtr ci a pani Elderowa Baxter.
- „Zobaczcie, jak strzepn  tego chrz szcza z kapelusza pani kaznodziejowej” - us ysza am szept Jima. - Siedzia  tu  za ni . Wychyli  si  i machn

. Nie trafi  w chrz szcza, ale str ci  pani Piotrowej kapelusz z g owy. Przelecia  on przez  rodek nawy a  do kl cznika dla osób przyjmuj cych

komuni . Jim oniemia . Kiedy pastor ujrza  nadlatuj cy kapelusz swojej  ony, zmiesza  si , straci  w tek i czym pr dzej sko czy  kazanie. Chór
od piewa  ostatni  pie

, zaciekle t uk c chrz szcze. Jim podniós  kapelusz i poda  go pastorowej. Spodziewa  si  us ysze  kilka ostrych s ów, znaj c

jej s ynny temperament. Ale ona po prostu w

a kapelusz na swoje  adne, z ociste w osy i rzek a: „Gdyby pan tego nie zrobi , Piotr ci gn by swoje

kazanie przez nast pnych dwadzie cia minut. By oby to nie do zniesienia”. Oczywi cie to  adnie z jej strony,  e si  nie rozgniewa a, ale ludzie uwa ali,

 nie powinna tak mówi  o w asnym m

u.

- Musicie pami ta  o okoliczno ciach, w jakich si  urodzi a - wiedzia a Marta Crothers.
- A có  to by y za okoliczno ci?
- Nazywa a si  Betsy Talbot. Pochodzi a z Zachodu. Pewnego wieczoru w domu jej ojca wybuch  po ar. Podczas ca ego tego zamieszani i na skutek

wstrz su psychicznego, jaki prze

a jej matka, urodzi a si  Bess. W ogrodzie. Pod go ym niebem.

- Jak romantycznie - zawo

a Myra Murray.

- Romantycznie! Powiedzia abym,  e w sposób ledwo zas uguj cej na szacunek.
- Ale  pomy l, urodzi  si  pod gwiazdami! - upiera a si  z rozmarzeniem Myra. - Powinna by  dzieckiem gwiazd: pi kna, dzielni szczera,

yskotliwa… z iskierkami szcz

cia w oczach.

- Taka w

nie by a, mniejsza z tym, czy dzi ki gwiazdom, czy nie - stwierdzi a Marta. - Nie mia a  atwego  ycia w Lowbridge, ludzie uwa ali,  e  ona

pastora powinna by  dostojna i stateczna. Kto  ze starszych zasta  j  kiedy  ta cz

 wokó  ko yski dziecka i powie dzia , i  nie powinna tak si  cieszy

swoim synkiem, dopóki nie wie, i b dzie on nale

 do wybranych przez Pana.

- Skoro mowa o dzieciach, czy wiecie, co powiedzia a Maria Anna? „Mamo, czy królowie miewaj  dzieci?”
- To tylko Aleksander Wilson móg  tak poucza  pastorow  - domy li a si  pani Allan. - By  urodzonym zrz

. S ysza am,  e nie zwala  swojej

rodzinie odezwa  si  jednym s owem przy posi kach. A jego domu nikt nigdy si  nie  mia .

- Pomy lcie tylko, dom bez  miechu! - rzek a Myra. - To prostu… po prostu  wi tokradztwo!
- Aleksander miewa  napady z ego humoru i wtedy nie odzywa  si  do swojej  ony przez trzy dni - kontynuowa a pani Allan. - Có  te by a dla niej za
ulga!
- By  przynajmniej uczciwym cz owiekiem interesu - odezwa a si  sztywno pani Grantowa Clow. Rzeczony Aleksander by  jej kuzynem w czwartej

linii, a Wilsonowie zawsze wyst powali w obronie cz onków swego rodu. - Gdy umar , zostawi  czterdzie ci tysi cy dolarów.

- Pewnie bardzo 

owa ,  e musi je zostawi  - zauwa

a Celia Reese.

- Jego brat, Jeffry, nie pozostawi  ani centa - stwierdzi a pani Clow. - Musicie przyzna ,  e to by a zaka a tej rodziny!  mia  si  z byle czego.

Wszystko, co zarobi , natychmiast wydawa . By  ze wszystkimi za pan brat, a umar  bez grosza przy duszy. I co mia  z tak sp dzonego  ycia?

- Pewnie niezbyt wiele - przyzna a Myra. - Ale pomy l o tym, ile ofiarowa  ludziom. Wszystko: przyja

, rado

, pomoc, nawet pieni dze. Mia

przynajmniej wielu przyjació , Aleksander za

adnego. Przez ca e  ycie nie zdo

 z nikim si  zaprzyja ni .

- Przyjaciele Jeffa nie sprawili mu pogrzebu - odparowa a pani Allah. - Musia  to zrobi  Aleksander. Zakupi  te  za ca e sto dolarów  adny kamienny
nagrobek.
- Ale gdy Jeff prosi  go o po yczenie stu dolarów na operacj , która mog a mu uratowa

ycie, Aleksander odmówi , nieprawda? - zapyta a Celia

Drew.
- Dosy , dosy , zaczynamy by  z

liwe - zaprotestowa a pani Carr. - Nie  yjemy przecie  w  wiecie stokrotek i niezapominajek. Ka dy ma swoje

wady.
- Dzisiaj odbywa si

lub Lema Andersona i Doroty Clark - odezwa a si  pani Millison, uznaj c,  e najwy szy czas sprowadzi  rozmow  na

pogodniejsze tory. - A nawet rok jeszcze nie min  od chwili, gdy Lem powiedzia ,  e palnie sobie w  eb, je li Janka Elliot go odtr ci.

- M odzi ludzie opowiadaj  ró ne bzdury - przyzna a pani Chubb.
- Lem i Dorota trzymali wszystko w tajemnicy. Dopiero trzy tygodnie temu wyda o si ,  e s  zar czeni. A gdy rozmawia am z jego matk  par  dni

temu, nie napomkn a ani s owem o zbli aj cym si

lubie. Sama nie wiem, co my le  o kobiecie, która potrafi si  zachowywa  niczym tajemniczy

sfinks.
- Dziwi  si ,  e Dorota przyj a Lema - rzek a Agata Drew. - Rok temu by am przekonana,  e wyjdzie za Franka Clowa.
- Podobno Dorota oznajmi a,  e Frank by by na pewno najlepszym m

em, ale nie mo e znie

 my li o tym,  e ka dego ranka, gdy si  obudzi, ujrzy

ten jego olbrzymi nos stercz cy nad ko dr .

Pani Elderowa Baxter wzruszy a gniewnie ramionami i nie przy czy a si  do ogólnego  miechu.
- Nie powinna  opowiada  podobnych rzeczy przy tak m odej dziewczynie jak Edyta - zauwa

a Celia.

- Czy Ada Clark ju  si  zar czy a? - spyta a Emma Pollock.
- Niezupe nie - rzek a pani Millison. - Na razie  ywi tak  nadziej . W tej rodzinie dziewczyny maj  smyka

 do  apania m

ów, a siostra, Paulina,

po lubi a najlepsz  farm  w okolicy.

- Paulina jest  adna, ale ci gle przychodz  jej do g owy g upie pomys y - stwierdzi a pani Milgrave. - Czasem my

,  e nigdy nie uczy si  rozumu.

- O, nauczy si  - odpar a Myra Murray. - Kiedy  b dzie mia a dzieci i od nich nauczy si  m dro ci… jak my wszystkie.
- Gdzie Lem i Dorota b

 mieszka ? - zapyta a pani Meade.

- Lem zakupi  gospodarstwo w Górnym Glen. Star  farm  Careyów, w której biedna pani Rogerowa zabi a swego m

a.

- Zabi a swego m

a?

- Nie powiem,  e na to nie zas ugiwa , ale wszyscy uwa ali,  e posun a si  za daleko. Tak… truj ce zio a w herbacie… a mo e w zupie? Wszyscy o

tym wiedzieli, ale nie wszcz to dochodzenia. Poprósz szpulk , Celio.

- Czy chce pani powiedzie , pani Millison,  e wcale nie by o s du i nie ponios a  adnej kary? - zdziwi a si  pani Campbell.
- No có , nikt nie chcia ,  eby ta sprawa nabra a rozg osu. Careyowie mieli w Górnym Glen dobre stosunki. Poza tym pani Carey zosta a

doprowadzona do granic wytrzyma

ci. Nikt naturalnie nie pochwala morderstwa jako sposobu pozbywania si  m

ów, ale je li kiedykolwiek istnia

, zas uguj cy na to, by go zamordowa , by  nim Roger Carey. Wdowa po nim wyjecha a do Stanów i tam za

a now  rodzin . Zmar a ju  dawno

temu. Drugi m

 j  prze

. To wszystko zdarzy o si , gdy by am dzieckiem. Powiadaj ,  e na tej farmie straszy duch Rogera Careya.

- W dzisiejszych o wieconych czasach nikt nie wierzy w duchy.
- Dlaczego nie mieliby my wierzy  w duchy? - zagadn a Tylia MacAllister. - Duchy s  takie interesuj ce. Ja osobi cie znam cz owieka, którego

straszy  duch. Swoim szyderczym  miechem doprowadza  biedaka do szale stwa. Poprosz  o no yce, pani MacDougall.

oda ma onka, mocno zarumieniona, poda a no yce dopiero wtedy, gdy zwrócono si  do niej powtórnie. Nie by a jeszcze przyzwyczajona, by

mówiono do niej „pani MacDougall”.

- W starym domu Truaxów straszy o przez wiele lat. Co  puka o i stuka o. Wysoce tajemnicza sprawa - odezwa a si  Krystyna Crawford.
- Wszyscy Truaxowie mieli dolegliwo ci 

dkowe - oznajmi a pani Baxter, jakby to wyja nia o spraw .

- Uwa am,  e je li nie wierzy si  w duchy, to wcale si  one nie zjawiaj  - powiedzia a ponuro pani MacAllister. - Ale moja siostra pracowa a w domu,

w którym straszy  chichoc cy duch.

- Wida , by  bardzo weso y! - za mia a si  Myra Murray. - Mnie by to wcale nie przeszkadza o.
- Pewnie to by y po prostu sowy - stwierdzi a sceptycznie pani Baxter.
- Moja matka na 

u  mierci widzia a anio y - rzek a triumfuj co Agata Drew.

- Ba, anio owie nie s  duchami - odpar a pani Baxter.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Skoro mowa o krewnych, jak si  czuje twój wuj, Parker, Tylio? - zapyta a pani Chubb.
- Niestety bardzo kiepsko. Nale y spodziewa  si  najgorszego.  yjemy w ci

ym napi ciu… Zastanawiamy si , co w

ymy na jego pogrzeb.

Którego  dnia, gdy rozmawia

my o tym z siostr , powiedzia am jej: „Lepiej sprawmy sobie ju  teraz czarne suknie i wtedy spokojnie b dziemy mog y

czeka  na rozwój wypadków”.

- Czy wiecie, co powiedzia a Maria Anna? „Mamo, zamierzam przesta  prosi  Boga, aby obdarzy  mnie kr conymi w osami. Modli am si  o to przez

ca y tydzie , a On nic nie zrobi ”.

- Ja prosi am Go o co  przez dwadzie cia lat - odezwa a si  z gorycz  pani Bruce’owa Duncan, która dotychczas milcza a, nie podnosz c nawet

swoich ciemnych oczu znad ko dry. S yn a z pi knego pikowania, mo e dlatego,  e plotkowanie nie odwraca o jej uwagi od równego k adzenia

ciegów.

Na werandzie zapanowa o nagle milczenie. Wszystkie panie wiedzia y, o co prosi a, lecz nie by a to sprawa do omawiania przy pikowaniu Pani

Duncan nie odezwa a si  wi cej.

- Czy to prawda,  e Maja Flagg i Bill Carter zerwali ze sob  i Bill zacz  chodzi  z jedn  z MacDougallówien zza portu? - spyta a krótkiej chwili pani
Crothers.
- Tak. Nikt nie wie, o co im posz o.
- To smutne, jakie g upstwa czasem s  powodem zerwania narzecze stwa - przyzna a Candance Crawford. - We cie Dicka Pratta i Lilk  MacAllister.

nie zacz  si  jej o wiadcza  na pikniku, gdy dosta  krwotoku z nosa. Pobieg  nad strumie  i spotka  tam nieznajom  dziewczyn , która po yczy a

mu chusteczk  do nosa. Zakocha  si  w niej i po dwóch tygodniach odby  si  ich  lub.

- Czy s ysza

cie, co przydarzy o si  Du emu Jimowi MacAllisterowi w zesz  sobot  w sklepie Milta Coopera? - zagadn a pani Szymonowa, chc c

przerwa  wreszcie rozmowy o pogrzebach i zdradach. - Mia  on zwyczaj przez ca e lato siadywa  w sklepie na piecu. Ale poniewa  sobotni wieczór by
zimny, Milton postanowi  napali  w piecu. Wi c gdy biedny Du y Jim tam usiad … no có , poparzy  sobie…

Pani Szymonowa nie powiedzia a, co sobie poparzy , lecz wymownie wskaza a na odpowiedni  cz

 cia a.

- Pup  - rzek  z powag  Walter, wysuwaj c g ow  przez splot winoro li. By

wi cie przekonany,  e pani Szymonowa zapomnia a w

ciwego s owa.

Zapad a pe na przera enia cisza. Czy Walter Blythe siedzia  tu przez ca y czas? Wszystkie panie usi owa y pospiesznie sobie przypomnie , czym

mówi y. Mo e która  z historii by a nieodpowiednia dla uszu ch opca? Podobno doktorowa Blythe bardzo dba o to, by dzieci nie s ucha y niew

ciwych

rozmów. Zanim panie odzyska y mow , nadesz a Ania i poprosi a je na kolacj .

- Jeszcze dziesi

 minut, pani Blythe. Wtedy obie ko dry b

 gotowe - powiedzia a El bieta Kirk.

Ko dry uko czono, strz

ni to i rozpostarto, po czym panie zacz y im si  przygl da  z podziwem.

- Ciekawe, kto b dzie pod nimi spa  - rzek a w zamy leniu Myra Murray.
- Mo e m oda matka b dzie przykrywa a jedn  z nich siebie i swoje nowo urodzone dzieci tko - odpar a Ania.
- Albo ma e dzieci skul  si  pod nimi w mro

 zimow  noc - odezwa a si  nieoczekiwanie panna Kornelia.

- A mo e b

 grza y czyje  biedne, stare, zreumatyzowane cia o - wyrazi a przypuszczenie pani Meade.

- Mam nadziej ,  e nikt pod nimi nie umrze - doda a ze smutkiem pani Baxter.
- Czy wiecie, co powiedzia a Maria Anna, przed moim wyj ciem z domu? - rzek a pani Donaldowa, gdy wesz y do jadalni. - „Mamo, nie zapomnij,  e

nale y zjada  wszystko, co si  ma na talerzu”.

Panie zasiad y do sto u z poczuciem dobrze spe nionego obowi zku. Pomimo sk onno ci do plotkowania by y to poczciwe kobiety i prawdziwie

cieszy y si  z solidnie wykonanej, po ytecznej pracy.

Po kolacji uda y si  do domów. Janka Burr posz a z pani  Szymonowa Millison a  do wsi.
- Musz  wszystko zapami ta , aby opowiedzie  mamie - rzek a rozmarzona Janka, nie wiadoma faktu,  e w Z otym Brzegu Zuzanna w

nie liczy

ki. - Nigdzie nie bywa, od kiedy choroba przyku a j  do 

ka, ale jest zawsze ciekawa nowinek. Jak e by si  jej podoba  ten stó !

- Wygl da  jak na zdj ciu w czasopi mie - zgodzi a si  pani Szymonowa z westchnieniem. - Umiem ugotowa  dania równie smaczne, ale nie potrafi

tak pi knie nakry  sto u. Co do Waltera, zbi abym go na kwa ne jab ko! Tak pods uchiwa !

- I có , czy Z oty Brzeg trz sie si  od historii o czarnych charakterach? - zapyta  doktor po powrocie.
- Nie by am przy pikowaniu - odpar a Ania. - Nie s ysza am wi c, o czym mówiono.
- Ty nigdy nie us yszysz, kochanie - rzek a panna Kornelia, która zosta a, by pomóc Zuzannie zawin

 ko dry. - Przy tobie trzymaj  j zyki na wodzy.

dz ,  e nie pochwalasz plotkowania.
- Wszystko zale y od tego, jakie to s  plotki - u miechn a si  Ania.
- No, musz  i

 do domu - ko czy a panna Kornelia. - W przysz ym tygodniu b dzie u nas  winiobicie. Przy

 wam par  kotletów schabowych.

Walter ponownie usiad  na schodach. W jego oczach widnia o rozmarzenie. Zapad  zmrok. Sk d, my la  ch opiec, bierze si  zmrok? Czy; jaki  wielki

duch o skrzyd ach nietoperza rozlewa go na  wiat z purpurowego dzbana? Na niebie pojawi  si  ksi

yc. Trzy pochylone jod y; wygl da y jak garbate

wied my, wdrapuj ce si  ku niemu po zboczach; wzgórza. Czy to ma y faun ze spiczastymi uszami przykucn  tam cieniu? A gdyby tak otworzy  teraz
drzwiczki w dobrze znanym murku, mo e okaza oby si ,  e za nimi znajduje si  nie ogród, lecz czarodziejska kraina, w której zakl te królewny budz
si  ze snu? Tam te  z pewno ci  mieszka Echo. Walter marzy  zawsze,  eby odnale

 Echo i pobiec za nim. Lepiej nic nie mówi , by nie sp oszy

cudownego stroju.

- Kochanie - odezwa a si  mama, wychodz c z domu. - Nie mo esz tu d

ej siedzie . Robi si  zimno. Pami taj o swoim gardle.

Wypowiedziane g

no s owa zniszczy y niepowtarzalny urok wieczoru. Ogródek przed domem nadal by

liczny, lecz przesta  by  Krain  Ba ni.

- Mamusiu, czy powiesz mi, co si  zdarzy o na pogrzebie Piotra Kirka?
Ania zamy li a si  na chwil , a potem wstrz sn a si .
- Nie teraz, kochanie… Mo e kiedy … pó niej.
Rozdzia  XXXIII
Ania usiad a przy oknie w swoim pokoju. By a sama, gdy  Gilberta wezwano do chorego. Rozkoszowa a si  pi knem nocy i tajemniczym nastrojem

pokoju, o wietlonego blaskiem ksi

yca. „Zawsze mam wra enie - my la a -  e w po wiacie ksi

yca pokój zupe nie si  zmienia. Przestaje by  taki

przyjacielski… i ludzki. Zdaje si  obcy, daleki i nie yczliwy. Tak, jakby uwa

 cz owieka za intruza”.

Ania czu a si  troch  zm czona po pracowitym dniu. Dzieci spa y, wokó  panowa  cudowny spokój i cisza. Jedynie z kuchni s ycha  by o rytmiczne

uderzenia; Zuzanna wyrabia a ciasto na chleb.

Przez otwarte okno nap ywa y dobrze Ani znane i kochane odg osy nocy. Znad zatoki dobiega  czyj  cichy  miech. Kto  daleko w Glen  piewa , a

brzmia o to jak dawne wspomnienie sprzed lat. Na powierzchni wody promienie ksi

yca rysowa y czarodziejskie  cie ki, lecz Z oty Brzeg le

 w

cieniu. Drzewa szepta y stare opowie ci, a w Dolinie T czy huka a sowa.

„Jakie  to by o urocze lato” - my la a Ania. Nagle z nieprzyjemnym uk uciem w sercu przypomnia a sobie s owa ciotki Kitty z Górnego Glen,  e „takie

samo lato nigdy si  nie powtarza”.

Nigdy takie samo… Nadejdzie kolejne lato, ale dzieci b

 ju  starsze. Ze smutkiem pomy la a,  e Rilla, to male stwo, te  pójdzie ju  do szko y. Jim

mia  dwana cie lat i coraz cz

ciej mówiono o egzaminach. A zdaje si , jakby to dopiero wczoraj by  male kim dzieci tkiem w starym Wymarzonym

Domku! Walter te  bardzo wydoro la . A tego ranka s ysza a, jak Nan dokucza a Di z powodu jakiego  ch opca ze szko y. Di zaczerwieni a si  i
potrz sn a przecz co rud  g ówk . Takie jest  ycie. Szcz

cie i ból, nadzieja i strach, ci

e zmiany. Bezustanne zmiany! Nie mo na nic na to

poradzi . Trzeba pogodzi  si  z tym,  e przesz

 odchodzi, przyjmowa  tera niejszo

, kocha  j  i u wiadamia  sobie,  e i ona te  musi przemin

.

Wiosna, nawet najpi kniejsza, ust puje miejsca latu, a lato - jesieni. Narodziny, ma

stwo,  mier …

Ania przypomnia a sobie nagle pytanie Waltera. Dobrze pami ta a ten pogrzeb, cho  od lat o nim nie my la a. By o to jedno z tych zdarze , które

pozostaj  w pami ci na zawsze. Siedz c w  wietle ksi

yc odda a si  wspomnieniom.

Wydarzy o si  to chyba w listopadzie… W pierwszym roku ich pobytu w Z otym Brzegu. Dni by y jeszcze s oneczne. Kirkowie mieszkali w Mowbray

Narrows, ale chodzili do ko cio a w Glen i leczyli si  u Gilberta, wi c i Ania, i Gilbert poszli na pogrzeb.

By agodny, spokojny, per owoszary dzie . Wokó  rozci ga  si  sm tny listopadowy krajobraz. Gdzieniegdzie poprzez chmury przebija y si

promienie s oneczne, rzucaj c w skie pasma  wiat a na zbocz wzgórz. Posesja Kirków le

a tak blisko morza,  e wiatr, który wia  poprzez rosn ce za

ni

wierki, przynosi  s ony zapach morskiej wody. Dom Kirków by  du y i okaza y, lecz Ani nie spodoba  si , bo uzna a,  e jego poddasze zbudowane w

kszta cie litery L wygl da jak d uga w ska i zawzi ta twarz.

Ania przy czy a si  do grupki kobiet stoj cych na pozbawionym kwiatów trawniku. By y to poczciwe, zapracowane dusze, dla których pogrzeb

stanowi  prawdziw  atrakcj .

- Zapomnia am chusteczki do nosa -  ali a si  pani Bryanowa Blake. - Co b dzie, jak zaczn  p aka ?
- Dlaczego mia aby  p aka ? - zapyta a ostro jej szwagierka, Kamila Blake. Nie lubi a p aczliwych kobiet. - Piotr Kirk nie by  twoimi krewnym i nigdy

go nie lubi

.

- Uwa am,  e na pogrzebie nale y p aka  - odpar a sztywno pani; Blake. - Okazuje si  w ten sposób ludzkie uczucia dla s siada, powo anego do
wieczno ci.
- Gdyby na pogrzebie Piotra p akali tylko ci, którzy go lubili, nie wiele zobaczy yby my dzi

ez - stwierdzi a sucho pani Rodd. - Taka jest prawda, nie

ma co ukrywa . By  wstr tnym, starym, ob udnym  wi toszkiem i wszyscy o tym wiedz . Spójrzcie, kto to idzie! No nie, to przecie  nie mo e by  Klara

Wilson.
- Ale to jest Klara Wilson - wyszepta a z niedowierzaniem pani Bryanowa.
- Wiecie przecie ,  e po  mierci pierwszej  ony Piotra oznajmi a mu,  e nie przekroczy progu tego domu a  do dnia jego pogrzebu, i dotrzyma a

owa - rzek a Kamila Blake. - To siostra pierwszej  ony Piotra - wyja ni a Ani, która z ciekawo ci  spojrza a na Klar  Wilson. Przesz a ona w

nie

obok, nie widz c ich, wpatrzona wprost przed siebie topazowymi oczami, w których tli o si  zarzewie zemsty. By a to szczup a kobieta o pos pnej
twarzy z mocno zarysowanymi, ciemnymi brwiami. Jej czarne w osy wymyka y si  spod  miesznego beretu, ozdobionego piórami i sk

, ledwie

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

si gaj

 ramion woalk , jednego z tych, jakie zazwyczaj nosz  starsze panie. Nie spojrza a na nikogo i nie odezwa a si  s owem, gdy szeleszcz c

taftow  spódnic  przesz a przez trawnik i wst pi a na schody werandy.

- O, prosz , oto Jed Clinton stan  w drzwiach, przybieraj c swój pogrzebowy wyraz twarzy - powiedzia a sarkastycznie Kamila. - Najwyra niej daje

do zrozumienia,  e czas wej

 ju  do  rodka. Zawsze che pi si ,  e na urz dzanych przeze  pogrzebach wszystko idzie wed ug planu. Nigdy nie

wybaczy  Winnie Clow,  e zemdla a przed kazaniem. By oby du o w

ciwiej, gdyby zrobi a to potem. No, na tym pogrzebie nikt nie zemdleje. Oliwia nie

nale y do kobiet, które  atwo mdlej .

- Jed Clinton to przedsi biorca pogrzebowy z Lowbridge - rzek a pani Reese. - Czemu nie wzi li miejscowego?
- Kogo? Cartera Flagga? Ale , moja kochana, Piotr i Carter nienawidzili si  przez ca e  ycie! Carter chcia  si  o eni  z Amy Wilson!
- Wielu chcia o j  po lubi  - rzek a Kamila. - By a prze liczna ze swoimi czarnymi jak atrament oczami i miedzianymi w osami. Chocia  wówczas

ludzie uwa ali Klar  za  adniejsz . Dziwne,  e nie wysz a za m

. Ale oto i pastor, a z nim pan Owen z Lowbridge, kuzyn Oliwii. Kazania pastora s

ca kiem do rzeczy, gdyby tylko nie powtarza  tak cz sto „Och!”. Wejd my ju  lepiej do  rodka, bo Jed si  w cieknie.

Ania zanim usiad a, zatrzyma a si , by spojrze  jeszcze na Piotra Kirka. Nigdy go nie lubi a. Gdy zobaczy a go po raz pierwszy, pomy la a,  e ma on

co  okrutnego w twarzy. By  przystojny, owszem… ale mia  zimne, stalowe spojrzenie, worki pod oczami i w skie, zaci ni te, bezlitosne usta sk pca.

yn  z egoizmu i arogancji w obcowaniu lud mi, chocia  za arcie si  modli  i afiszowa  ze swoj  pobo no ci  S ysza a, jak kiedy  powiedziano o nim,

e „ma wszystkich ludzi nic”. Ale mimo to cieszy  si  powa aniem i szacunkiem.

Po  mierci wygl da  równie antypatycznie jak za  ycia. Widok jego d ugich palców z

onych na nieruchomej piersi sprawi ,  e Ania n wiadomo

czemu zadr

a. Pomy la a o kobiecie, której te r ce dotyka y, i spojrza a na Oliwi  Kirk, siedz

 naprzeciwko niej w 

obnym stroju. Oliwia, wysoka,

przystojna kobieta o wielkich niebieskie oczach - „brzydkie kobiety to nie dla mnie”, o wiadczy  kiedy  Piotr Kirk - sprawia a wra enie ca kowicie
opanowanej. Jej twarz by a zbawiona jakiegokolwiek wyrazu. Nie p aka a, lecz Randomowie, Oliwia by a z domu Random, nie ulegali  atwo emocjom. W
ka dym razie dobrze si  prezentowa a i  adna wdowa nie mog aby lepiej wyrazi

obnym strojem swego smutku.

W powietrzu unosi  si  zapach kwiatów, z

onych przy trumnie Piotra, który za  ycia w ogóle nie zauwa

 ich istnienia. Przys ani wie ce z Klubu, z

ko cio a, od w adz szkolnych, od Towarzystwa Konserwatystów i z Wytwórni Serów. Syn Piotra, który od lat przebywa ; dala od domu, nie przys

adnych kwiatów, ale za to klan Kirków za mówi  wielk  wi zank  z bia ych ró , w kszta cie kotwicy, z napisem „Nareszcie w przystani” u

onym z

czerwonych p czków ró anych Przy trumnie le

 te  wieniec z bia ych kalii, od Oliwii. Kamila Blake skrzywi a si , gdy na niego spojrza a. Ania

przypomnia a sobie, i  mówiono,  e wkrótce po tym, gdy Piotr o eni  si  powtórnie, Kamila go odwiedzi a i przypadkowo by a  wiadkiem, jak wyrzuci
przez okno wi zank  z bia ych kalii, przyniesion  przez Oliwi . Podobno powiedzia ,  e nie pozwoli za mieca  domu jakim  zielskiem.

Oliwi  przyj a to bardzo spokojnie i kalie nie pojawi y si  wi cej domu Kirków. Czy to mo liwe,  eby teraz… ale Ania spojrza a na skupion  twarz

pani Kirk i odrzuci a wszelkie podejrzenia. Z ca  pewno ci  takiego wyboru kwiatów na wieniec dokona  po prostu w

ciciel kwiaciarni.

Chór od piewa  „ mier  niczym w ska  cie ka oddziela niebia sk  krain  od ziemi”. Ania w

nie zastanawia a si , jak Piotr Kirk b dzie pasowa  do

tej niebia skiej krainy, gdy pochwyci a spojrzenie Kamili i poj a,  e nie tylko ona zadaje sobie to pytanie! Niemal us ysza a, jak Camila mówi:

- Wyobra cie sobie Piotra z harf  w r ku i aureol  nad g ow . Doprawdy, trzeba by na to nie lada odwagi.
Pan Owen przeczyta  rozdzia  z Biblii i wyg osi  modlitw , „ochaj c” raz po raz i zapewniaj c,  e z  aski Wszechmog cego pogr

ona w smutku

rodzina zostanie pocieszona. Mowa pastora z Glen zawiera a tyle pochlebstw,  e by a wr cz niesmaczna. Wszyscy wiedzieli,  e o umar ym nale y
powiedzie  co  dobrego, ale mimo to okre lenie Piotra Kirka jako czu ego ojca, kochaj cego m

a, mi ego s siada i uczciwego chrze cijanina uznali za

du

 przesad . Kamila ukry a twarz w chusteczce do nosa, nie po to bynajmniej, by obetrze

zy, a Stefan Macdonald g

no odchrz kn  par  razy.

Pani Bryanowa, co prawda rzewnie p aka a, tak  e musia a nawet po yczy  chusteczk  od s siadki, lecz w spuszczonych oczach Oliwii nie pojawi a si
ani jedna  za.

Jed Clinton odetchn  z ulg . Wszystko posz o wspaniale. Jeszcze jeden hymn, jeszcze tylko zebrani przejd  obok trumny, by odda  ho d

„szcz tkom”, i kolejny udany pogrzeb uzupe ni d ug  list  jego sukcesów.

Nagle w k cie obszernego pokoju zrobi o si  jakie  zamieszanie i Klara Wilson toruj c sobie drog  pomi dzy krzes ami podesz a do trumny.

Odwróci a si  i spojrza a na zebranych. Komiczny beret przesun  si  nieco na bok, a pasmo siwych w osów wy lizgn o si  z koka i lu no zwisa o na
ramieniu. Lecz jej wygl d bynajmniej nie pobudza  do  miechu. Pod

na twarz p on a, a oczy ciska y b yskawice. Wydawa o si ,  e jest w transie.

Gorycz, niczym ci

ka, nieuleczalna choroba opanowa a j  ca .

- Wys uchali cie steku k amstw… Wy, którzy przyszli cie tu, by zaspokoi  ciekawo

 lub z

 „wyrazy szacunku”. Teraz ja powiem wam prawd  o

Piotrze Kirku. Nie jestem hipokrytk . Nie obawia am si  go za jego  ycia i nie boj  si  teraz, gdy umar . Nikt nigdy nie o mieli  si  powiedzie  mu prawdy
w twarz, ale teraz ta prawda zostanie powiedziana tutaj, na jego pogrzebie. Dobry m

! Po lubi  moj  siostr , Amy… moj  pi kn  siostr . Wszyscy

pami tacie, jaka by a dobra i  liczna. Uczyni  jej  ycie piek em. Dr czy  j  i upokarza  na ka dym kroku. Lubi  to robi . O tak, chodzi  regularnie do
ko cio a, modli  si

arliwie i p aci  swoje d ugi. Ale by  tyranem i z

liwym despot . Jego w asny pies ucieka  na odg os jego kroków. Uprzedza am Amy

przed  lubem,  e b dzie 

owa a swojej decyzji. Pomaga am jej szy

lubn  sukni … Och, czemu  nie by  to ca un! Szala a za nim, biedactwo. Nil

min  jednak tydzie  od dnia  lubu, a wiedzia a ju , za kogo wysz a. Matka Piotra by a niewolnic  i tak  sam  niewolnic  mia a by  jego  ona. „W moim
domu nie b dzie  adnych dyskusji” - powiedzia  jej. Nie mia a si y si  k óci , jej serce zosta o z amane. Wiem, co prze ywa a, moje biedactwo. Dokucza
jej na ka dym kroku. Nie pozwoli  by za

a sobie ogród kwiatowy. Nie wolno jej by o mie  nawet kotka… Kiedy raz da am jej koci tko, Piotr

natychmiast je utopi . Musia a wylicza  si  z ka dego zakupu, co do centa. Czy ktokolwiek z was widzia  j  w porz dnej sukience? Mia  do niej
pretensje, je li w

a „najlepszy” kapelusz, gdy zanosi o si  na deszcz.  adnemu z jej kapeluszy deszcz nie móg  ju  zaszkodzi . A tak lubi a si

adnie ubiera ! Szydzi  z jej rodziny i przyjació . Nigdy w  yciu si  nie  mia . Czy kto  z was s ysza  jego  miech? Ale zawsze u miecha  si , o tak,

miecha  si

agodnie i s odko, mówi c i robi c najgorsze rzeczy. U miecha  si , gdy Amy urodzi a martwe dzieci tko, u miecha  si  te , gdy jej radzi ,

eby równie  umar a, skoro nie potrafi da

ycia zdrowemu dziecku. Umar a dopiero po dziesi ciu latach tej m ki… i cieszy am si ,  e nareszcie

wydosta a si  z jego  ap. Powiedzia am mu wtedy,  e nast pny raz przyjd  do tego domu w dniu jego pogrzebu. Niektórzy z was to s yszeli.
Dotrzyma am s owa i przysz am tu, aby powiedzie  wam prawd  o Piotrze. Bo to jest prawda. Pan wie o tym - gwa townie wskaza a palcem Stefana
Macdonalda - pani wie o tym - zwróci a si  do Kamili Blake. - I pani wie o tym - Oliwia Kirk nawet nie drgn a. - Pan te  o tym wie - biedny pastor poczu
si  tak, jakby d ugi palec Klary przebi  go na wylot. - P aka am na weselu Piotra, ale obieca am,  e b

 si

mia  na jego pogrzebie. I zaraz to zrobi .

Odwróci a si  z pasj  i nachyli a nad trumn . Z o uczynione przed laty zosta o pomszczone. Wreszcie da a upust swej nienawi ci. Ca e je cia o dr

o

z triumfu i rado ci, gdy spojrza a na zimn , spokojn  twarz zmar ego. Wszyscy z przera eniem czekali na wybuch  miechu. Lecz sta o si  inaczej.
Pe na z

ci twarz Klary zmieni a si  i drgn a jak u skrzywdzonego dziecka. Klara Wilson… zacz a p aka .

Zawróci a, by wyj

 z pokoju. Strumienie  ez p yn y po jej wychud ych policzkach. Lecz nagle Oliwia Kirk podnios a si  z krzes a i po

a jej r

 na

ramieniu. Przez chwil  obie kobiety patrzy y na siebie. W pokoju zapanowa a cisza, przyt aczaj ca jak obecno

 kogo  niewidzialnego.

- Dzi kuj  pani, Klaro - powiedzia a Oliwia Kirk. Jej twarz pozosta a nieprzenikniona, lecz co  w brzmieniu jej g osu sprawi o,  e Ania zadr

a.

Poczu a si  tak, jakby tu  przed ni  rozwar a si  przepa

. By  mo e,  e Klara Wilson nienawidzi a Piotra Kirka,  ywego czy umar ego. Lecz jej uczucie

by o niczym wobec nienawi ci przepe niaj cej Oliwi .

Klara wysz a, p acz c. Min a w ciek ego Jeda Clintona, przekonanego,  e pogrzeb si  nie uda . Pastor, który zamierza  zaintonowa  ostatni hymn

„Spoczywaj w Panu”, rozmy li  si  i po prostu wyg osi  zwyk e b ogos awie stwo. Jed nie odwa

 si  zapowiedzie , jak zazwyczaj,  e teraz przyjaciele i

krewni zmar ego mog  po raz ostatni rzuci  okiem na „doczesne szcz tki”. Czu ,  e jedyna rzecz, jak  mo na zrobi , to na

 wieko na trumn  i czym

pr dzej usun

 Piotra Kirka z pola widzenia zebranych.

Ania odetchn a z ulg , schodz c po schodach werandy. Jak cudowne wydawa o si

wie e powietrze po zaduchu, panuj cym w tym ukwieconym i

wyperfumowanym domu, w którym tak wiele wycierpia y dwie niewinne kobiety.

Na dworze by o ch odno. Ludzie, zebrani na trawniku w ma ych grupkach, omawiali  ciszonym g osem ca e zaj cie. Jeszcze by o wida  Klar  Wilson,

która sz a przez pastwisko do swego domu.

- No, czy kto  widzia  co  podobnego? - powiedzia a ze zdumieniem Nelson Craig.
- Szokuj ce! Zadziwiaj ce! - doda  Elder Baxter.
- Czemu nikt jej nie powstrzyma ? - zagadn  Henryk Reese.
- Poniewa  wszyscy chcieli my us ysze , co ma do powiedzenia - odpar a Kamila.
- To nie by o… reprezentacyjne - odezwa  si  wuj Sandy MacDougall. Mia  zwyczaj starannie i z przesad  wymawia  s owo, które mu si  podoba o. -

Nie by o reprezentacyjne. A pogrzeb powinien by  zawsze reprezentacyjny. Absolutnie reprezentacyjny.

- Do diab a, czy  ycie nie jest zabawne? - stwierdzi  August Pal mer.
- Pami tam, jak Piotr i Amy zaczynali si  ze sob  spotyka  - rzek  stary James Porter. - Tej samej zimy stara em si  o moj

on . Klara wygl da a

wtedy du o lepiej. A jaki robi a doskona y placek z wi niami!

- Zawsze mia a ostry j zyk! - stwierdzi  Boyce Warren. - Jak tylko zobaczy em,  e tu idzie, podejrzewa em jak

 awantur , ale nie s dzi em,  e to

dzie tak wygl da o! A Oliwi ! Kto by to pomy la ! Kobiety s  dziwnymi stworzeniami.

- B dziemy mieli co wspomina  do ko ca  ycia - rzek a Kamila - Mimo wszystko, gdyby takie rzeczy si  nie zdarza y, dzieje rodu ludzkiego by yby
nudne.
Zdetonowany Jed zebra  swoich ludzi, aby wynie

 trumn  z domu. Gdy karawan ruszy , a za nim zacz  powoli sun

 sznur powozów, ze stodo y

dobieg o 

osne wycie psa. By  mo e mimo wszystko cho  jedna  ywa istota bola a z powodu  mierci Piotra Kirka.

Stefan Macdonald przystan  ko o Ani, która czeka a na Gilberta. By  to wysoki m

czyzna o szlachetnej g owie rzymskich cezarów. Ania , bardzo go

lubi a.
- Zanosi si  na  nieg - zauwa

. - Zawsze mam wra enie,  e listopad to czas t sknoty. Czy nie podziela pani mego zdania, pani Blythe?

- Tak. Rok zdaje si  cofa  pami ci  ku minionej wio nie.
- Wiosna… wiosna! Pani Blythe, stwierdzam,  e si  starzej . Ju  raczej domy lam si , ni  czuj ,  e nast puj  kolejne pory roku. Zima nie jest ju

taka jak niegdy … Nie poznaj  lata… A wiosna… Dla mnie nie ma ju  wiosny. W ka dym razie tak si  wydaje, gdy ludzie, z którymi j  witali my, odeszli

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

za zawsze. Biedna Klara Wilson… Co pani o tym wszystkim my li?
- To straszne… Taka nienawi

- Taaak. Widzi pani, przed laty ona sama by a do szale stwa zakochana w Piotrze. Klara by a wtedy naj adniejsz  dziewczyn  w Mowbray Narrows.

Mia a  liczne, ciemne k dziory i mlecznobia  buzi … Ale Amy by a weselsza i bardziej przyst pna. Piotr rzuci  Klar  i o eni  si  z Amy. Tak, pani
Blythe, my, ludzie, jeste 
my ulepieni z dziwnej gliny.

Za domem Kirków wiatr zaszumia  w  wierkach.  nieg zawirowa  nad widocznym w oddali wzgórzem, na którego zboczach topole pi y si  ku

szaremu niebu. Wszyscy zacz li si

pieszy , by dotrze  do domów, zanim  nie na chmura nadp ynie bli ej.

„Czy mam prawo by  tak szcz

liwa, gdy inne kobiety cierpi  przez ca e  ycie?” - zapytywa a sam  siebie Ania w drodze do domu, wspominaj c

wyraz oczu Oliwii Kirk w chwili, gdy dzi kowa a ona Klarze.

Wolno odesz a od okna. Od owego zdarzenia min o ju  niemal dwana cie lat. Klara Wilson umar a, a Oliwi  wyjecha a na Zachód i ponownie

wysz a za m

. By a o wiele m odsza od Piotra.

„Czas jest wi kszym dobrodziejstwem, ni  nam si  wydaje - my la a Ania. - Co za sens  ywi  przez tyle lat uraz  w sercu, piel gnuj c j  niczym

najpi kniejszy kwiat. My

 jednak,  e opowie

 o pogrzebie Piotra Kirka nale y do tych, których Walter nie powinien us ysze . Z pewno ci  nie jest to

historia dla dzieci”.

Rozdzia  XXXIV
Rilla siedzia a na schodach werandy z jedn  nó

 za

on  na drug , pokazuj c swoje  liczne opalone kolanka. Rozmy la a w

nie tym, jak

bardzo jest nieszcz

liwa. Je liby ktokolwiek zapyta , dlaczego takie ma e stworzonko mo e czu  si  nieszcz

liwe, znaczy oby to,  e zapomnia  ju  o

swych latach dzieci cych. Doro li cz sto nie s  w nie poj

, dlaczego dzieci tak si  przejmuj  sprawami, które wydaj  si  b ahe. Rill  ogarn a

najg bsza rozpacz, poniewa  Zuzanna oznajmi a, i  upiecze „z ocistosrebrzyste” ciasto dla Towarzystwa Opieki nad Sierotami i tego wieczoru ona,
Rilla, ma je odnie

 do ko cio a.

Trudno orzec, dlaczego Rilla uwa

a,  e lepiej jest umrze  ni  przez ca  wiosk  nie

 ciasto do ko cio a prezbiterianów. Dzieci widz  ró ne rzeczy

po swojemu, a Rilla by a zdania, i  zanoszenie ciasta gdziekolwiek jest czynno ci  g upi  i upokarzaj

. Mo e dlatego,  e pewnego razu, gdy mia a

pi

 lat, widzia a, jak stara Tylia Pake sz a przez wie ; ciastem. Wszyscy ch opcy na miewali si  z niej i kpili z jej znoszonych butów. Stara Tylia

mieszka a w porcie i zawsze chodzi a w brudnych  achmanach. „Stara Tylia Pake ukrad a ciasto, buch, i teraz boli j  brzuch” -  piewali ch opcy,  miej c
si  z

liwie.

Mo liwo

 porównania jej z Tyli  Pake wydawa a si  Rilli nie dc zniesienia. By a przekonana,  e nie mo na by  dam  i jednocze nie roznosi  ciasta.

Dlatego w

nie siedzia a pogr

ona w smutku, a jej  liczne usteczka, zawsze tak skore do  miechu, teraz by y 

nie wygi te’ podkówk . W jej

du ych oczach zamiast zwyk ej figlarno ci i pogody ducha malowa y si  ból i rozpacz. „Chyba wró ka dotkn a twoich wiek, gdy si  rodzi

” -

powiedzia a jej ciotka Kitty MacAllister. Tata przysi ga ,  e Rilla to urodzona czarodziejka i  e u miecha a si  dc doktora Parkera ju  w pó  godziny po
przyj ciu na  wiat. W ka dym razie jej oczy przemawia y lepiej ni  usta, tym bardziej  e Rilla wyra nie sepleni a. Ale wszyscy byli pewni,  e to minie z
wiekiem, a ros a bardzo szybko. W zesz ym roku tata j  mierzy , porównuj c z krzakiem ró y, tego lata - z floksami, a wkrótce b dzie taka wysoka jak
malwy i pójdzie do szko y. Rilla czu a si  bardzo szcz

liwa i zadowolona z  ycia do chwili tej okropnej zapowiedzi Zuzanny. Doprawdy, oznajmi a z

oburzeniem niebiosom, Zuzanna nie wie, czym jest poczucie godno ci. Zabrzmia o w wykonaniu Rilli: „Cym jest pocucie godno ci”, ale bladoniebieskie
niebo wygl da o tak, jakby poj o, o co chodzi.

Mama i tata rano pojechali do Charlottefown, a reszta dzieci by a w szkole. Tak wi c Zuzanna i Rilla pozosta y tylko we dwie w Z otym Brzegu. Kiedy

indziej dziewczynka by aby tym zachwycona. Nigdy nie odczuwa a samotno ci. Ch tnie siedzia aby na schodach werandy albo w Dolinie T czy na
swoim w asnym, pi knie poro ni tym mchem kamieniu i bawi a si  z jednym lub dwoma wymy lonymi kotkami. Rozmy la aby o wszystkim, co j
otacza o: o zak tku ogrodu, który wygl da  jak radosna kraina motylków, o m kach pusz cych si  na grz dce, o k biastej chmurze samotnie p yn cej
po niebie, o pszczo ach, które brz cza y w ród nasturcji, o pn cym si  kapryfolium, które dotyka o jej br zowoczerwonych loków, o wiej cym wietrze…

nie, dok d wieje wiatr? Drozd Cock, który znów powróci  z ciep ych krajów i st pa  uroczy cie po balustradzie werandy, zastanawia  si  pewnie,

dlaczego Rilla nie chce si  z nim bawi . Lecz dziewczynka mog a my le  tylko o tym,  e musi zanie

 ciasto… ciasto do ko cio a, przez ca  wie . Na

zebranie jakich  staruszków, zajmuj cych si  sieroci cami. Rilla przypomnia a sobie,  e taki sierociniec znajduje si  w Lowbridge i mieszkaj  w nim
biedne dzieci, które nie maj  ani taty, ani mamy. Bardzo im wspó czu a. Ale nawet najnieszcz

liwsza sierota nie mog a od niej wymaga , by pokaza a

si  w publicznym miejscu nios c koszyk z ciastem.

Mo e zacznie pada  i nie b dzie musia a i

. Nie zanosi o si  na deszcz, lecz Rilla z

a pulchne r czki i zacz a si  gor co modli .

- Kochany Bo e, spraw, aby spad  desc. Okropny desc. Albo - inna mo liwo

 ratunku przysz a jej do g owy - spraw, aby ciasto Zuzanny spali o si …

Spali o si  co do odrobiny!

Niestety. Ju  w czasie obiadu ciasto, ca kowicie gotowe, naponczowane i polukrowane, sta o triumfalnie na stole w kuchni. By o to ulubione ciasto

Rilli. Ju  sama nazwa - „z ocistosrebrzyste” - brzmia a tak wspaniale. Teraz jednak dziewczynka czu a,  e ju  nigdy nie b dzie w stanie wzi

 go do ust.

Ale… Czy to grzmot przetoczy  si  nad niskimi wzgórzami za portem? Mo e Bóg us ysza  jej modlitw  i ze le trz sienie ziemi, zanim b dzie musia a
 z ciastem? A gdyby tak przysz o w ostateczno ci uda ,  e boli j  brzuszek? Nie! Rilla wzdrygn a si . Olej rycynowy z pewno ci  jest gorszym

rozwi zaniem ni  trz sienie ziemi.

Po powrocie ze szko y rodze stwo nie zauwa

o,  e Rilla zachowuje i si  nienaturalnie spokojnie, siedz c nieruchomo na krze le z gumow

kaczuszk  na kolanach. Samolubne wstr ciuchy! O, gdyby mama by a w domu, na pewno od razu by spostrzeg a,  e Rill  co  gn bi. Przecie  tego
okropnego dnia, kiedy to zdj cie taty ukaza o si  w „Daily Enterprise”, mama natychmiast zauwa

a,  e Rilla ma jakie  zmartwienie, i przysz a do niej

wieczorem, by dowiedzie  si , jaka jest tego przyczyna. Rilla wyzna a, i  s dzi a,  e w gazetach publikuj  tylko zdj cia morderców. Mama bez trudu j
uspokoi a. Z pewno ci  teraz niej chcia aby,  eby jej córeczka nios a ciasto przez wie , niczym stara Tylia Pake!

Przy obiedzie Rilla nie mog a nic prze kn

, chocia  Zuzanna poda a go na talerzu, u ywanym zazwyczaj tylko w niedziel . By  to  liczny niebieski

talerz ozdobiony wianuszkiem ró . Pani Ma gorzata Linde przys

a go Rilli w prezencie na jej ostatnie urodziny. Niebieski talerz i ró e! Gdy trzeba

zrobi  co  tak ha bi cego! Niemniej ciasteczka z owocami, które Zuzanna upiek a na deser, by y smaczne.

- Zuzanno, czy Nan i Di nie mog yby zanie

 ciasta po skole? -i b aga a.

- Di wraca ze szko y z Jessie Reese, a Nan boli noga - odpar a Zuzanna, w duchu szczerze rozbawiona. - Poza tym by oby to za pó no. Komitet

chce, aby wszystkie ciasta dostarczono przed godzin  trzeci . Sto y powinny by  nakryte, zanim nadejdzie czas kolacji. Dlaczegó  te nie chcesz pój

,

Bu eczko? Zawsze z przyjemno ci  zanosi

 ró ne przesy ki.

Rilla rzeczywi cie wygl da a jak bu eczka, ale bardzo nie lubi a, kiedy j  tak nazywano.
- Nie chc , aby moje ucucia zosta y zranione - wyja ni a sztywno.
Zuzanna roze mia a si . Rilla cz sto swoimi wypowiedziami pobudza a domowników do  miechu. Nie mog a poj

, dlaczego, gdy  zawsze mówi a z

ca  powag . Tylko mama nigdy si  nie  mia a. Nawet wówczas, gdy dowiedzia a si ,  e Rilla uzna a, i  tata musi by  morderc , skoro jego zdj cie
pojawia si  w gazecie.

- Zebranie ma na celu zdobycie pieni dzy dla biednych sierot, dziewczynek i ch opców, którzy nie maj  matek ani ojców - wyja ni a Zuzanna, jakby

Rilla by a niemowl ciem, które niczego nie rozumie.

- Niewiele ró ni  si  od sierot - stwierdzi a Rilla. - Mam tylko jedn  mam  i jednego tat .
Zuzanna znów si  roze mia a. Rilla z oburzeniem pomy la a,  e nikt nie chce jej zrozumie .
- Wiesz przecie , kochanie,  e twoja mama obieca a to ciasto Komitetowi. Sama nie mam czasu, by je odnie

, a trzeba to koniecznie zrobi . Za

wi c niebiesk  sukienk  i ruszaj w drog .

- Moja lalka zachorowa a - rzek a z desperacj  Rilla. - Mus  j  po

 do 

ka i zosta  przy niej. Mo e to zapalenie p uc.

- Lalce nic si  nie stanie do twego powrotu - orzek a bezlito nie Zuzanna. - Za atwisz to w pó  godziny.
Niebo by o idealnie czyste. Na pewno nie spadnie deszcz. Rilla straci a ostatni  nadziej . Nawet Bóg j  zawiód . Zbyt bliska p aczu, by dalej

protestowa , posz a na gór  i w

a now  sukienk  z organdyny oraz niedzielny kapelusz przybrany stokrotkami. Mo e ludzie nie uznaj ,  e wygl da

jak stara Tylia Pake, je li b dzie elegancko ubrana.

- My

,  e twaz mam cyst , ale b

 tak mi a i zajzyj mi do usu - poprosi a Zuzann  z godno ci . Obawia a si  zbesztania za w

enie najlepszej

sukienki, ale Zuzanna spokojnie obejrza a jej uszy, poda a kosz z ciastem i upomnia a, by zachowywa a si  grzecznie i nie zaczepia a ka dego
napotkanego na drodze kota.

Rilla z wyrazem buntu na twarzy spojrza a na Goga i Magoga i wysz a. Zuzanna popatrzy a na ni  z czu

ci .

„Jakie to nasze male stwo ju  du e! Sama mo e zanie

 ciasto do ko cio a!” - pomy la a na po y z dum , na po y ze smutkiem. Powróci a do swych

zaj

, nie wiadoma, na jakie tortury skaza a dziecko, za które gotowa by odda

ycie.

Rilla czu a si  równie zawstydzona, jak w dniu, kiedy zasn a w ko ciele i zsun a si  z  awki. Zazwyczaj lubi a chodzi  do wsi. Po drodze by o tyle

interesuj cych rzeczy! Ale dzi  ani jednym spojrzeniem nie obdarzy a ogrodu pani Flagg, gdzie na sznurze wisia y prze liczne narzuty. Nie zwróci a
tak e uwagi na metalowego jelonka, stoj cego na podwórzu pana Augusta Palmera. Zawsze ilekro  t dy przechodzi a, marzy a o tym, by mie  takiego
jelonka w Z otym Brzegu. Ale teraz po co jej metalowe jelonki? S

ce grza o mocno i na drodze by o pe no ludzi. Dwie dziewczynki min y Rill ,

szepcz c co  do siebie. Czy mówi y o niej? Próbowa a sobie wyobrazi , co takiego mog y mówi . Cz owiek jad cy wozem spojrza  na ni - Zastanawia
si  w

nie, czy ta prze liczna dziewczyneczka to jest najm odsze dziecko Blythe’ów. Ale Rilla my la a,  e dostrzeg  ukryte w koszu ciasto. A gdy Ania

Drew przejecha a obok ze swoim ojcem, Rilla by a pewna,  e ich radosny  miech zwi zany jest z jej osob . Ania Drew mia a ju  dziesi

 lat i Rilla

uwa

a j  za niemal doros .

Przed domem Russellów k bi  si  t um dzieci. Musi przej

 ko o nich! To okropne, czu  ich spojrzenia i widzie , jak potem spogl daj  na siebie

porozumiewawczo. Wysoko unios a g ow  i z godno ci  sz a dalej. Patrz c na ni , dzieci stwierdzi y,  e jest piekielnie zarozumia a i trzeba nauczy  j
rozumu. Ju  oni jej poka

! Puszy si , jak te wszystkie dziewczyny ze Z otego Brzegu! Tylko dlatego,  e mieszka w du ym domu!

Millie Flagg zacz a za ni  i

, na laduj c jej krok i wznosz c tumany kurzu.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Gdzie  ten wielki kosz idzie z takim ma ym dzieckiem? - zawo

 Slicky Drew.

- Masz brudny nos, grubasko! - kpi  Bill Palmer.
- Czy ci mow  odebra o? -pyta a Sara Warren.
- Smarkata! - doda  Ben Bentley.
- Zejd  mi z drogi, bo ka

 ci zje

 d

ownic  - mówi c to, du y Sam Flagg wyplu  kawa ek surowej marchwi, któr  w

nie chrupa .

- Spójrzcie tylko, jak si  czerwieni! - zachichota a Mamie Taylorx
- Za

 si ,  e niesiesz, ciasto do ko cio a prezbiteria skiego rzek  Charlie Warren. - Z zakalcem, jak wszystkie ciasta Zuzanny.

Duma nie pozwoli a Rilli p aka , lecz miara jej cierpliwo ci si  przebra a. Jak oni  mieli krytykowa  ciasta ze Z otego Brzegu…
- Nast pnym razem, kiedy które  z was b dzie chore, powiem tacie, zeby was nie lecy  - rzek a z pasj . Nagle w jej oczach pojawi a si  rozpacz. To

chyba nie Krzy  Ford nadchodzi od strony portu! Nie, to nie mo e by  on!

A jednak to by  Krzy .
Tego ju  nie zniesie. Krzy  by  przyjacielem Waltera. Rilla w swoim ma ym serduszku uwa

a go za najmilszego i naj adniejszego ch opca na

wiecie. Na ogó  nie zwraca  na ni  uwagi… Chocia  raz da  jej czekoladow  kaczuszk . A kiedy , pewnego niezapomnianego dnia, usiad  przy niej na

kamieniu w Dolinie T czy i opowiedzia  jej histori  o Trzech Nied wiadkach i Ma ym Domku w Lesie. Lecz Rilla zadowala a si  nawet uwielbianiem go z
daleka. A teraz ta cudowna istota ma zobaczy , jak ona niesie ciasto! - Hej, Bu eczko! Widz ,  e jeste  w ciek a! Mam nadziej ,  e dostan  wieczorem
kawa ek tego ciasta.

A wi c wiedzia ,  e to jest ciasto! Wszyscy wiedzieli!
Rilla przesz a przez wie  i my la a, e najgorsze ma ju  za sob , gdy w

nie to najgorsze si  zdarzy o. Zauwa

a pann  Emm  Parker, nauczycielk

ze szko y niedzielnej, która nadchodzi a w

nie boczn  drog . By a jeszcze do

 daleko, lecz Rilla pozna a j  po falbaniastej, bladozielonej,

organdynowej sukience w drobne bukieciki bia ych kwiatków. Dziewczynka w my lach nazywa a t  sukienk  strojem kwitn cej wi ni. Panna Emma
mia a j  na sobie w ostatni  niedziel  i Rilla stwierdzi a,  e jeszcze nigdy nie widzia a czego  równie pi knego.

Zreszt  panna Emma zawsze ubiera a si  w  liczne suknie z falbanami i koronkami.
Rilla uwielbia a pann  Emm . By a taka  adna i krucha, mia a najbielsz  w  wiecie cer , najbardziej br zowe oczy i s odki, smutny u miech… Rilla

dowiedzia a si  od kole anki,  e panna Emma u miecha si  tak smutno, poniewa  cz owiek, którego mia a po lubi , nagle umar . Cieszy a si ,  e jest w
klasie panny Emmy. Nie chcia aby za nic dosta  si  do klasy panny Flory Flagg, która by a brzydka. Rilla nie uznawa a brzydkich nauczycielek.

Gdy czasem Spotyka a pann  Emm  poza szko  niedzieln , nauczycielka u miecha a si  do niej i mówi a par  mi ych s ów. Dla Rilli by y to

najcudowniejsze chwile w  yciu. Serce bi o jej szybciej, nawet je eli tylko przelotnie zobaczy a pann  Emm  na ulicy. Kiedy za  panna Emma zaprosi a
ca  klas  na zabaw  w puszczanie baniek mydlanych i ba ki by y czerwone od soku truskawkowego, bo wszyscy pili sok, Rilla niemal umar a ze

szcz

cia.

Nie pozwoli na to, by ukochana nauczycielka zobaczy a, jak ona niesie ciasto do ko cio a. Przecie  panna Emma zamierza a przygotowa  z dzie mi

ma  scenk  dramatyczn  na kolejny koncert szko y niedzielnej i Rilla  ywi a skryt  nadziej ,  e dostanie rol  wró ki. Wró ki w szkar atnej szacie i
ma ym, zielonym kapelusiku. Je li nauczycielka ujrzy j  z ciastem, wszystko przepadnie!

Nie mo na do tego dopu ci ! Rilla sta a w

nie na ma ym mostku, przerzuconym przez do

 g boki strumie . Szybko wyj a ciasto z kosza i

wrzuci a je do wody, w cie , rzucany przez stare olchy. Ciasto z ama o par  ga zek i zaton o z cichym pluskiem. Rilla odetchn a z ulg . By a
uratowana. Odwróci a si  ku nadchodz cej pannie Parker, która nios a du

 paczk , zawini

 w br zowy papier.

Panna Emma u miechn a si  do niej spod ma ego kapelusika, przybranego pomara czowym piórkiem.
- Och, pani jest pzepi kna… Pzepi kna… - wyj ka a Rilla z podziwem. Panna Emma znów si  u miechn a. Nawet je li ma si  z amane serce na

zawsze, a by a przekonana,  e na zawsze, przyjemnie jest s ucha  komplementów.

- Wydaje ci si  tylko. To zas uga tego kapelusza. Piórko jest  adne, prawda? Jak s dz  - doda a, spogl daj c na pusty koszyk Rilli - zanios

nie ciasto do ko cio a. Szkoda,  e ju  wracasz, bo posz y by my razem. Ja w

nie nios  swoje ciasto czekoladowe, du e i pulchne.

Rilla spojrza a na ni

nie, niezdolna wykrztusi  s owa. Panna Emma nios a ciasto, a wi c nie by o to nic ha bi cego. A ona… Och, co ona

zrobi a? Wrzuci a cudowne „z ocistosrebrzyste” ciasto Zuzanny do strumienia i zaprzepa ci a szans  spaceru z pann  Parker a  do samego ko cio a!

Panna Emma posz a dalej, a Rilla wróci a do domu ze swoj  okropn  tajemnic . Ukry a si  w Dolinie T czy i przesiedzia a tam do wieczora. Podczas

kolacji znów nikt nie zwróci  na ni  uwagi. Ba a si ,  e Zuzanna zapyta, komu wr czy a ciasto. Lecz nie pad o  adne pytanie. Po kolacji dzieci pobieg y
pobawi  si  jeszcze w Dolinie T czy. Rilla siedzia a na schodach werandy a  do zachodu s

ca. Niebo l ni o poz oci cie za Z otym Brzegiem, a w

domach we wsi zapala y si

wiat a. Zazwyczaj Rilla lubi a patrze , jak przed zmierzchem okna rozb yskuj

wiate kami, ale dzi  nic jej nie obchodzi o.

Nigdy jeszcze nie by a tak nieszcz

liwa. Nie wyobra

a sobie dalszego  ycia. Wieczór obj

wiat purpurowym ramieniem, a ona czu a si  coraz

bardziej za amana. Wspania y zapach bu eczek z syropem klonowym dolecia  z kuchni. Zuzanna czeka a, a  wieczór przyniesie och odzenie, by zabra
si  do pieczenia. Lecz có  znaczy y dla Rilli bu eczki z syropem klonowym? Przej ta smutkiem posz a na gór  i po

a si  do 

ka, przykrywaj c si

liczn  ko derk  w ró owe kwiatki, z której by a kiedy  taka dumna. Nie mog a zasn

. Duch zatopionego ciasta nie dawa  jej spokoju. Mama obieca a

Komitetowi to ciasto… Co Komitet pomy li o mamie? Z pewno ci  by oby to najlepsze i naj adniejsze ze wszystkich ciast!

Wiatr wy  przygn biaj co. Wydawa o si ,  e czyni jej wyrzuty. Powtarza  ca y czas: „G upia… g upia… g upia…”.
- Czemu nie  pisz, skarbie? - zapyta a Zuzanna wchodz c ze  wie o upieczon  bu eczk .
- Och, Zuzanno… Jestem… Jestem po prostu zm cona byciem sob .
Zuzanna zaniepokoi a si . Rzeczywi cie, ma a ju  przy kolacji wygl da a nieswojo.
„A doktor jest oczywi cie poza domem. Szewc chodzi bez butów, a dzieci lekarzy nie ma kto leczy ” - pomy la a. G

no za  rzek a:

- Zmierz  ci gor czk , kochanie.
- Nie, nie, Zuzanno. Ja… ja zrobi am co  strasnego. Zuzanno. Satan mnie namówi … Nie, nie satan, zrobi am to sama. Ja… ja… wzuci am ciasto do
potoku.
- Wielkie nieba! - rzek a Zuzanna ze zdumieniem. - Dlaczego to zrobi

?

- Co zrobi

? - zapyta a mama, która w

nie wróci a do domu. Zuzanna z ulg  wycofa a si , dzi kuj c niebiosom,  e pani doktorowa we mie

spraw  w swoje r ce. Rilla, pochlipuj c, opowiedzia a o wszystkim.

- Kochanie, nie rozumiem ci . Dlaczego my la

,  e zaniesienie ciasta do ko cio a to co  haniebnego?

- Uwa

am, ze b

 wygl da a jak stara Tylia Parker. Psynios am ci wstyd, mamo. Och, mamusiu, je li mi psebacys, nigdy juz nie zachowam si

niegzecnie. I powiem Komitetowi, ze ty psekaza

 ciasto… - sepleni c, szlocha a Rilla.

- Nie martw si  o Komitet, kochanie. Na pewno dostali dosy  ciast, zawsze tak jest. Nie s dz ,  eby kto  zauwa

 brak ciasta ze Z otego Brzegu.

Ale zapami taj raz na zawsze, Berto Marillo Blythe,  e ani ja, ani Zuzanna nigdy nie ka emy ci zrobi  czego  haniebnego.

ycie przesta o Rilli niezno nie ci

. Tata stan  w drzwiach jej pokoju, by powiedzie : „Dobranoc, koteczku”, a Zuzanna w lizgn a si  z

wiadomo ci ,  e jutro na obiad b dzie rolada z kurcz cia.

- I du o sosu, Zuzanno?
- Mnóstwo.
- I cy mog  dosta  sma one jajko na  niadanie? Wiem, ze nie zas uguj  na to…
- Mo esz dosta  dwa sma one jajka, je li chcesz. A teraz zjedz bu eczk  i za nij.
Rilla zjad a bu eczk , lecz zanim zasn a, ukl

a przy 

eczku i bardzo powa nie powiedzia a:

- Dobry Bo e, spraw,  ebym zawse by a pos usn  dziewcynk , cho by nie wiem co kazano mi zrobi . I b ogos aw pannie Emmie i wsystkim biednym
sierotkom.
Rozdzia  XXXV
Dzieci ze Z otego Brzegu wspólnie si  bawi y, razem chodzi y na spacery i prze ywa y najrozmaitsze przygody, ale ka de z nich mia o swoje w asne

wewn trzne  ycie, bogate w marzenia. Szczególnie Nan lubi a tworzy  pe ne grozy historie - na podstawie tego, co s ysza a, czyta a czy te  widzia a.
Nawet w najbli szym otoczeniu dopatrywa a si  cudownych i niezwyk ych zdarze . Wyobra

a sobie, jak wró ki i elfy ta cz  w dolinach, a driady ze

miechem chowaj  si  w ród ga zi brzóz. Powierza a swoje sekrety du ej wierzbie rosn cej przy bramie. Stary, opuszczony dom Baileyów w odleg ym

zak tku Doliny T czy by  dla niej ruinami nawiedzonej przez duchy wie y. Przez ca e tygodnie wyobra

a sobie,  e jest córk  króla, uwi zion  w

zamku nad morzem, potem by a piel gniark  w kolonii tr dowatych w Indiach czy innym kraju daleko, daleko st d. S owa „daleko, daleko st d” brzmia y
dla Nan niczym czarodziejska muzyka, dobiegaj ca poprzez po wisty wiatru spoza wzgórz. B

c nieco starsz  Nan wymy la a fantastyczne historie o

wszystkich osobach, z którymi si  zetkn a, a szczególnie lubi a to robi  podczas niedzielnego nabo

stwa, patrz c na ludzi zgromadzonych w

ko ciele. Byli tak  adnie ubrani i wygl dali zupe nie inaczej ni  zwykle.

Powa ne osobisto ci, zajmuj c  awki w ko ciele, by yby zdumione i przera one, gdyby wiedzia y, jakie to dziwne historie wyobra a sobie o nich

oda panienka, siedz ca w  awce Blythe’ów. Obdarzona kruczoczarnymi brwiami i go bim sercem pani Aneta Millison nie przypuszcza a wcale,  e w

wyobra ni dziewczynki jest kidnaperk , która gotuje  ywcem dzieci, by sporz dza  z nich eliksir wiecznej m odo ci. Nan pozwoli a swojej fantazji
rozbuja  si  tak dalece,  e przerazi a si

miertelnie, gdy kiedy  spotka a pani  Millison o zmroku. Ba a si  tak strasznie,  e nie by a w stanie

odpowiedzie  na grzeczne pozdrowienie pani Millison, która uzna a,  e Nan Blythe jest bardzo nieuprzejma. Przyda oby si  nauczy  j  dobrych manier!

Blada pani Rodowa Palmer nie domy la a si  nawet,  e kogo  otru a i teraz umiera z powodu wyrzutów sumienia. Stary Gordon MacAllister, zawsze

powa ny i dostojny, nie mia  poj cia o tym, i  to z a wied ma rzuci a na niego kl tw , gdy si  urodzi , i dlatego nie mo e si  u miecha . Patrz c na
Frasera Palmera, który w  yciu nie splami  si  z ym uczynkiem, Nan my la a: „Jestem pewna,  e ten cz owiek pope ni  co  strasznego. Wygl da tak,
jakby mia  na sumieniu przera aj

 zbrodni ”. Archibald Fyfe nie podejrzewa  nawet,  e Nan, widz c go, usi uje na gwa t u

 jaki  wierszyk, którym

mog aby mu odpowiedzie , gdyby do niej zagada . Uwa

a bowiem,  e chce on, by zwracano si  do  wy cznie wierszem. Nigdy jeszcze nie odezwa

si  do Nan, gdy  ba  si  dzieci, ale dziewczynka bawi a si  doskonale, wymy laj c na poczekaniu krótkie rymowanki, w rodzaju:

Panie Fyfe, pi kna pogoda,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

na prac  w polu czasu nie szkoda;
albo:
Latem dni weso 
e,
cho  pracuje si  z mozo em.
Któ  wie, jak by zareagowa a pani Mortonowa Kirk, gdyby wiedzia a,  e Nan nigdy nie wesz aby do jej domu - je liby j  zaproszono - gdy  na jego

progu widnieje krwawy  lad stopy. Natomiast szwagierka pani Mortonowej,  agodna i spokojna El bieta, nie mia a poj cia o tym, i  zosta a star  pann
dlatego,  e jej oblubieniec pad  martwy u stóp o tarza tu  przed rozpocz ciem ceremonii  lubnej.

W ten sposób Nan bawi a si  doskonale. Nie zatraca a przy tym nigdy poczucia rzeczywisto ci, a  do chwili gdy wymy li a cudown  histori  Damy o

Tajemniczych Oczach.

Trudno wyja ni , jakimi  cie kami w druje wyobra nia ludzka. Zacz o si  od PONUREGO DOMU. Nan czu a,  e t  nazw  trzeba pisa  du ymi

literami. Lubi a uk ada  opowie ci nie tylko o ludziach, ale i o miejscach. PONURY DOM doskonale nadawa  si  do tego celu. Nigdy go nie widzia a.

ysza a tylko o jego istnieniu. Znajdowa  si  za  cian  ciemnych jode  przy bocznej drodze do Lowbridge. Zuzanna mówi a,  e od niepami tnych

czasów nikt w nim nie mieszka . Nan nie mia a poj cia, co w

ciwie znaczy s owo „niepami tny”, lecz brzmia o ono fascynuj co i doskonale pasowa o

do PONUREGO DOMU.

Gdy sz a boczn  drog ; by odwiedzi  sw  kole ank , Dor  Clow, gnana strachem przebiega a szybko obok alei, prowadz cej do PONUREGO

DOMU. By a to d uga, ciemna aleja, poro ni ta g st  traw . Ga zie drzew tworzy y nad ni  mroczne sklepienie, a pod jod ami ros y wysokie po pas
paprocie. Klon d ug , szar  ga zi  dotyka  furtki, niby starym i wykr conym ramieniem, które zdawa o si  czyha , by i pochwyci  dziewczynk . Nigdy
nie by a pewna, czy tym razem nie wyci gnie si  nagle i nie z apie jej, wi c ucieka a czuj c przenikaj cy j  dreszcz emocji.

Pewnego dnia Nan z zadowoleniem dowiedzia a si ,  e w PONURYM DOMU, a raczej jak to ma o romantycznie okre li a Zuzanna, na starej farmie

MacAllisterów, zamieszka a Tomasina Fair.

- Wyobra am sobie, jak samotnie b dzie si  tam czu a - rzek a mama. - To tak daleko od ludzi.
- Nie s dz ,  eby jej to przeszkadza o - odpar a Zuzanna. - Nigdzie nie chodzi, nawet do ko cio a, i to od lat, chocia  powiadaj ,  e ca ymi nocami

spaceruje po swoim ogrodzie. Pomy le  tylko, na co jej przysz o… By a taka  adna. Kokietowa a wszystkich m

czyzn, a ile serc z ama a w swoim

czasie! A jak si  dzi  na ni  popatrzy… Có , to jest po prostu przestroga, ot co.

Zuzanna nie okre li a, dla kogo mia a to by  przestroga. Nie rozmawiano te  wi cej na ten temat, gdy  w Z otym Brzegu nikt nie interesowa  si

zbytnio Tomasina Fair. Nan, która by a ju  nieco znudzona swoimi wymy lonymi historiami, t skni a za czym  nowym, nic wi c dziwnego,  e osiedlenie
si  Tomasiny Fair w PONURYM DOMU pobudzi o jej wyobra ni . Powoli, dzie  po dniu, noc po nocy - w nocy mo na przecie  uwierzy  we wszystko -
uk ada a o niej najpi kniejsz  ze wszystkich swoich historii. Dotychczas nic nie wydawa o jej si  tak zachwycaj ce i realne jak wizja Damy o
Tajemniczych Oczach. Wielkie, aksamitne czarne oczy, przepastne i tragiczne, pe ne  alu z powodu tylu z amanych m skich serc. Z e oczy… Kto , kto

ama  serca i nie chodzi do ko cio a, musi by  z y. A  li ludzie s  tacy zajmuj cy. Dama o Tajemniczych Oczach ukry a si  przed  wiatem, aby

pokutowa  za swoje grzechy.

Mo e jest ksi

niczk ? Nie, ksi

niczki rzadko spotyka o si  na Wyspie Ksi cia Edwarda. Lecz wygl da jak prawdziwa ksi

niczka - wysoka,

smuk a, o wynios ym obliczu. Jej kruczoczarne warkocze si gaj  ziemi. Ma twarz barwy ko ci s oniowej, o klasycznie rze bionych rysach, grecki nos jak
Artemida ze Srebrnym  ukiem i pi kne, bia e r ce, które za amuje, chodz c w nocy po ogrodzie. Czeka na ukochanego, którym niegdy  wzgardzi a i
zbyt pó no poj a,  e go kocha… - oto, jak powstaje ba

… Pow óczysta czarna, aksamitna suknia wlecze si  za ni  po trawie. Nie nosi  adnej bi uterii

- nie w

y z otego pier cienia ani d ugich kolczyków z pere , dopóki nie przyb dzie ukochany. Wtedy wyci gnie do niego swe pi kne r ce, a jej dumna

owa z pokor  pochyli si  na jego rami . Usi

 przy fontannie - bo b dzie tam oczywi cie fontanna - odnowi  swoje  lubowanie i Dama pójdzie z nim

„poza wzgórza, daleko, a  po gorej cy purpur  horyzont”, tak jak  pi ca Królewna w wierszu, który mama przeczyta a Nan pewnego wieczoru. Wiersz
ten pochodzi  z tomiku poezji Tennysona, który tata kiedy  podarowa  mamie. Ukochany Damy o Tajemniczych Oczach ofiaruje swej wybrance
najwspanialsze klejnoty. PONURY DOM zostanie pi knie umeblowany. Pokoje b

 po czone ukrytymi przej ciami. Dama o Tajemniczych Oczach

za nie w per owym 

u pod ko dr  z purpurowego aksamitu. B dzie jej towarzyszy  szary pies, kilka psów… ca e mnóstwo psów. Zas ucha si  w

dobiegaj ce z oddali d wi ki harfy. Na razie nie mo e ich us ysze , poniewa  jest z a i ukochany nie przyby  jeszcze, by jej przebaczy . Ot i wszystko.

Oczywi cie to brzmia o g upio. Marzenia zawsze brzmi  g upio, gdy si  ujmuje je w zwyk e s owa. Dziesi cioletnia Nan 

a swymi marzeniami, z

nikim si  nimi nie dziel c. Historia z ej Damy o Tajemniczych Oczach sta a si  dla niej tak prawdziwa, jak otaczaj cy j

wiat. By a ni  ca kowicie

poch oni ta i nie wiadomo, jak i kiedy zacz a w ni  naprawd  wierzy . Nie wyzna aby tego nikomu, nawet mamie. By  to jej w asny przedziwny i
tajemniczy skarb, bez którego nie wyobra

a ju  sobie  ycia. Wola a marzy  w samotno ci o Damie ni  bawi  si  z dzie mi w Dolinie T czy.

Ania obserwowa a j  z niepokojem. Czu a,  e Nan zbytnio folguje swej wyobra ni. Gilbert chcia  wys

 dziewczynk  z wizyt  do Avonlea, ale Nan,

po raz pierwszy w  yciu, b aga a, by pozostawiono j  domu. 

nie powiedzia a,  e b dzie bardzo t skni  do Z otego Brzegu. Lecz w istocie ba a si

po prostu,  e umrze, przebywaj c z dala cudownej Damy o Tajemniczych Oczach. Dama nigdzie nie bywa a. Mo e jednak wyj

 z domu w

nie wtedy,

gdy Nan b dzie akurat w Avonlea. Dziewczynka za nic nie chcia a straci  okazji spotkania jej. Jak cudownie by oby chocia  raz rzuci  na ni  okiem.
Nan do ko ca  ycia b dzie wielbi  drog , na której spotka Dam  o Tajemniczych Oczach. Dzie , w którym to nast pi, Nan zakre li czerwon  kredk
kalendarzu. Dziewczynka z ca ego serca i wszystkimi si ami pragn a chocia  jeden raz zobaczy  Dam . Wiedzia a,  e to, co sobie o niej wyobra a, nie
jest prawd , lecz nie mia a cienia w tpliwo ci,  e Tomasina Fair jest m oda,  adna i poci gaj ca, chocia  z a. By a pewna,  e tak w

nie okre li a j

Zuzanna, i snu a nie ko cz ce si  marzenia.

Nan nie mog a wprost uwierzy  w asnym uszom, gdy którego  ranka Zuzanna powiedzia a jej:
- Wczoraj wieczorem twój tata przywióz  t  paczk  z miasta. Trzeba j  odnie

 Tomasinie Fair ze starej farmy MacAllisterów. Mo e pobiegniesz tam

po po udniu?

Co  takiego! Nan wstrzyma a oddech. Czy si  nie przes ysza a? Czy wreszcie spe ni si  jej marzenie? Zobaczy PONURY DOM, zobaczy przepi kn ,
 Dam  o Tajemniczych Oczach. Mo e us yszy jej g os, mo e… och! dotknie jej bia ej wysmuk ej d oni. Nan zdawa a sobie: spraw  z tego,  e psy i

fontann  tylko wymy li a, ale z pewno ci  rzeczywisto

 oka e si  i tak równie wspania a.

Ca e przedpo udnie dziewczynka wpatrywa a si  w zegar. Ach, jak wolno mija  czas! Gdy nadp yn a gro na, burzowa chmura i zacz o pada , Nan z

trudem powstrzyma a  zy.

- Nie rozumiem, jak Bóg mo e pozwoli , by dzi  pada  deszcz! - wyszepta a z uczuciem buntu w sercu.
Szcz

liwie ulewa szybko min a i znów za wieci o s

ce. Nan z przej cia nie mog a nic prze kn

 przy obiedzie.

- Mamusiu, czy mog  w

 sukienk ?

- Dlaczego chcesz j  w

? Przecie  idziesz tylko do s siadki!

siadki! Mama po prostu nie rozumia a. Nie mog a rozumie .

- Prosz , mamusiu.
- Dobrze - zgodzi a si  Ania. Sukienka wkrótce b dzie za ma a, wi c niech si  Nan chocia  ni  nacieszy.
Nogi ugina y si  pod Nan, gdy z cenn  paczuszk  w r ku wyruszy a z domu. Posz a na skróty, przez Dolin  T czy. Krople deszczu, niczym per y,

zdobi y li cie nasturcji. W powietrzu czu o si  cudown

wie

, w koniczynie rosn cej nad strumieniem brz cza y pszczo y, a wysmuk e b kitne

wa ki, które Zuzanna nazywa a „diabelskimi ig ami”, po yskiwa y nad wod . Na pastwisku stokrotki ko ysa y si , pochylaj c ku niej swe g ówki i  miej c
si  srebrzystym  miechem.  wiat by  cudowny, a ona sz a, by ujrze  Dam  o Tajemniczych Oczach. Co jej powie Dama? I czy to ca kiem bezpieczne

 tam? Kto wie, mo e po paru minutach przebywania w jej ogrodzie oka e si ,  e up yn o ju  ca e sto lat, jak w ba ni, któr  Nan czyta a z Walterem

w zesz ym tygodniu?

Rozdzia  XXXVI
Dreszcz emocji przebieg  po plecach Nan, gdy skr ci a w alejk . Czy uschni ta ga

 klonu si  poruszy? Nie, uda o si … Aha, widzisz, ty stara

wied mo, nie z apa

 mnie! Brn a przez b oto i g bokie koleiny na drodze my

c jedynie o czekaj cym j  spotkaniu. Jeszcze tylko kilka kroków…

PONURY DOM by  tu , tu , za tymi ciemnymi drzewami, po których ga ziach  cieka y krople deszczu. Nareszcie go zobaczy! Nagle poczu a w duchu
obaw , i  rzeczywisto

 mo e zniszczy  jej najpi kniejsze marzenie. Utrata z udze  jest zarówno dla dzieci, jak i dla doros ych bolesnym prze yciem.

Przedar a si  przez m ode jod y rosn ce dziko na ko cu alejki. Zamkn a oczy, nie maj c odwagi ich otworzy . Przez chwil  poczu a paniczny strach.

Niewiele brakowa o, by odwróci a si  i uciek a. Przecie  Dama by a z   a. Nie wiadomo, co mo e z ni  zrobi ! Niewykluczone,  e jest czarownic .
Dziwne,  e nigdy dot d Nan nie przysz o to na my l.

Nagle otworzy a oczy i spojrza a przed siebie… z 

ci . To mia  by  PONURY DOM? Ciemne, dostojne i strze one przez cztery wie e domostwo

z jej marze ? T o?!

By  to du y dom, kiedy  zapewne bia y, dzi  brudnoszary. W niektórych oknach zwis y 

nie zielone niegdy  okiennice. Schody wej ciowe by y

po amane, szyby na werandzie wybite, a por cz na ganku znajdowa a si  w op akanym stanie. By  to po prostu zwyk y, stary, zm czony  yciem dom.

Nan rozejrza a si  z rozpacz . Ani  ladu fontanny… i ogrodu, a przynajmniej czego , co mo na by nazwa  ogrodem. Wysokie po kolana chwasty

zaros y ogrodzony zniszczonym p otkiem placyk przed domem. Zabiedzona  winia ry a w ziemi. Wzd

cie ki ros y olbrzymie li cie  opianu. Pokrzywy

rozpleni y si  bujnie. Co prawda, spo ród chwastów wyziera a niewielka k pka lilii, a przy schodach weso o u miecha y si  nagietki.

Nan wolno zbli

a si  ku nim. PONURY DOM znik  na wieki. Lecz pozosta a jeszcze Dama o Tajemniczych Oczach. Musia a naprawd  istnie .

Musia a! Zaraz, co w

ciwie mówi a o niej Zuzanna?

- Rany boskie, ale  mnie wystraszy a! - odezwa  si  kto  mamrocz cym, ale przyjaznym g osem.
Dziewczynka spojrza a na posta , która nagle unios a si  znad grz dki nagietków. Kto to jest? Chyba nie… Nan nie chcia a uwierzy ,  e tak mog a

wygl da  Tomasina Fair. By oby to zbyt straszne!

„Och! To niemo liwe! Ona jest stara!” - Rozczarowanie Nan nie mia o granic.
Tomasina Fair, a wszystko  wiadczy o,  e to naprawd  ona, by a rzeczywi cie stara. I gruba! Wygl da a niczym pierzyna przewi zana w  rodku

sznurkiem; tak w

nie okre la a Zuzanna t gie kobiety. By a boso, w wyp owia ej zielonej sukience i starym, m skim kapeluszu na posiwia ych

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

osach. Mia a twarz okr

 jak jab ko, rumian  i pomarszczon , zadarty nos, a wokó  wyblak ych niebieskich oczu widnia y „kurze  apki”.

„O, moja Damo, moja czaruj ca Damo! Gdzie si  podzia

? Co si  z tob  sta o? Przecie  istnia

!”

- Kim jeste , mi a panienko? - zapyta a Tomasina Fair. Nan przypomnia a sobie o dobrym wychowaniu.
- Jestem… jestem Nan Blythe. Przysz am, aby pani to odda .
Tomasina rado nie chwyci a paczuszk .
- Ale  si  ciesz  z tej przesy ki! - wykrzykn a. - Bardzo mi si  przyda przy czytaniu almanachu niedzielnego. Jeste  jedn  z córek Blythe’ów? Masz

liczne w osy! Zawsze chcia am któr

 z was zobaczy . S ysza am,  e matka wychowuje was wed ug metod zalecanych w poradnikach

pedagogicznych. Czy ci si  to podoba?

- Podoba? Co? - Z a, lecz czaruj ca Dama o Tajemniczych Oczach nie czytywa a almanachu niedzielnego. Ani nie rozmawia a o mamach.
- To,  e jeste  wychowywana naukowo.
- Odpowiada mi sposób, w jaki mnie wychowuj  - odpar a Nan, bez powodzenia usi uj c zdoby  si  na u miech.
- Lubi  twoj  mam . Wie, czego chce. S owo daj , gdy po raz pierwszy j  zobaczy am na pogrzebie Lili Taylor, wygl da a tak m odzie czo i uroczo,

e by am pewna, i  jest m od  m

atk . Gdy twoja mama wchodzi do pokoju, odnosi si  wra enie,  e zaraz wydarzy si  co  mi ego. I ubiera si

modnie. Wi kszo ci kobiet ta nowa moda ca kiem nie pasuje. Wejd  i usi

 na chwilk . Ciesz  si ,  e wreszcie mam z kim pogada . Nie bardzo sta

mnie na telefon. Ale kwiaty te  mog  by  towarzystwem… Czy widzia

 kiedy

adniejsze nagietki? Mam równie  kota.

Nan marzy a,  eby znale

 si  ju  jak najdalej st d, ale nie chcia a zrani  uczu  starszej pani, odmawiaj c wej cia do domu. Tomasina, z halk

wystaj

 spod spódnicy, wprowadzi a j  po rozchwianych schodkach do pokoju, który najwyra niej pe ni  funkcj  zarówno kuchni, jak i salonu.

Panowa a w nim idealna czysto

, a domowe ro liny weso o zieleni y si  doko a.

- Usi

 tutaj - powiedzia a Tomasina, popchn wszy w jej stron  bujany fotel z kolorow  wzorzyst  poduszk . - Ju  zabieram ten kwiat,  eby ci nie

przeszkadza . Poczekaj, w

 jeszcze doln  protez .  miesznie bez niej wygl dam, prawda? Ale uwiera mnie w szcz

. No, teraz b

 wyra niej

mówi a.
Nakrapiany kociak, miaucz c na wszystkie tony, otar  si  o nogi Nan. Och, gdzie te wspania e psy z utraconych marze ?
- Ten kot doskonale  apie szczury - wyja ni a Tomasina. - Pe no ich wsz dzie, ale za to jaka tu cisza i spokój. Mia am ju  powy ej uszu swoich

krewnych. Wtr cali si  do wszystkiego. Traktowali mnie gorzej ni  s

. Wyobra  sobie,  ona Jima przyczepi a si  raz do mnie,  e s ysza a, jak

wieczorem mówi am do ksi

yca. Je li nawet tak by o, to co z tego? Czy skrzywdzi am ksi

yc? Wi c powiedzia am: „Nie b

 d

ej koz em ofiarnym”.

Przenios am si  do Glen i zamierzam tu pozosta , dopóki nogi nie odmówi  mi pos usze stwa. Mo e co  zjesz? Ch tnie zrobi  ci kanapk  z cebul .

- Nie… Nie, dzi kuj .
- Cebula jest zdrowa, szczególnie na przezi bienie. W

nie niedawno si  zazi bi am. S yszysz, jak  mam chryp ? Na noc smaruj  sobie gard o

sim smalcem i terpentyn  i obwi zuj  czerwon  flanel . Nie ma nic lepszego na chryp .

Czerwona flanela i g si smalec! Nie mówi c ju  o terpentynie!
- Je li nie chcesz kanapki… czy na pewno?… to zobacz , co mam w pude ku z ciastkami.
Ciasteczka w kszta cie kogucików i kaczuszek by y zdumiewaj co smaczne. Po prostu rozp ywa y si  w ustach. Pani Fair u miechn a si  do Nan

wyblak ymi oczami.

- Teraz chyba mnie polubisz, prawda? Ciesz  si , kiedy ma e dziewczynki czuj  do mnie sympati .
- Spróbuj  - wyj ka a Nan, która w tym momencie nienawidzi a Tomasiny Fair tak, jak nienawidzi si  kogo , kto pozbawi  nas z udze .
- Mam wnuków na Zachodzie, wiesz?
Wnuków!
- Poka

 ci ich fotografie.  adne dzieciaki, nie? A tam wisi portret biednego Tatusia. Zawsze tak nazywa am mojego m

a. Nie  yje od dwudziestu

lat.
Portret biednego Tatusia, wykonany o ówkiem, przedstawia  brodatego m

czyzn  z k dzierzawymi, siwymi w osami, które w skim pasemkiem

okala y  ys  czaszk .

Och, wzgardzony kochanku!
- By  dobrym m

em, chocia  wy ysia  maj c trzydzie ci lat - rzek a z czu

ci  w g osie Tomasina. - O, za m odu mia am wielkie powodzenie. Te

czasy min y, ale jest co powspomina . Ch opcy zabiegali o moje wzgl dy, rywalizowali o mnie. A ja nosi am g ow  wysoko, jak królowa! Tatu  by
mi dzy nimi od pocz tku, ale jako  nie zwraca am na niego uwagi. Wola am ch opców z wi kszym temperamentem. Andrew Metcalf… Niewiele
brakowa o, a bym z nim uciek a. Ale wiedzia am,  e to przynios oby mi nieszcz

cie. Pami taj, nigdy nie próbuj ucieka . To mo e przynie

 tylko

nieszcz

cie i nikt mi nie wmówi,  e jest inaczej.

- Ja… ja nie uciekn . Naprawd .
- W ko cu po lubi am Tatusia. Straci  wreszcie cierpliwo

, za

da ,  ebym si  zdecydowa a, i da  mi dwadzie cia cztery godziny do namys u. Mój

ojciec pragn ,  ebym si  w ko cu ustatkowa a. By  w ciek y, gdy Jim Wewiff utopi  si  dlatego,  e go nie chcia am. Tatu  i ja byli my ca kiem
szcz

liwi, kiedy ju  przywykli my do siebie. Mówi ,  e mu odpowiadam, poniewa  nie my

 za du o. Utrzymywa ,  e kobiety nie powinny za wiele

my le , bo staj  si  wtedy suche i gderliwe. Nie cierpia  gotowanej fasoli i cz sto dokucza o mu lumbago, ale smarowa am go zio owym balsamem i to
pomaga o. Pewien lekarz z miasta chcia  go leczy , ale Tatu  powiedzia ,  e je li raz wpadnie si  lekarzom w  apy, to nie wypuszcz  cz owieka a  do

mierci. Szczególnie mi go brak, gdy zarzynam  wini . Uwielbia  wieprzowin . Ilekro  jem bekon, zawsze go wspominam. Naprzeciwko Tatusia wisi

portret królowej Wiktorii. Czasem mówi  do niej: „Gdyby zedrze  z ciebie te koronki i bi uteri , moja kochana, nie wygl da aby  lepiej ode mnie”.

Tomasina zmusi a Nan do przyj cia torebki z mi tówkami, ró owego szklanego wazonika w kszta cie pantofelka oraz s oika galaretki agrestowej.

Dopiero potem pu ci a j  do domu.

- Galaretka jest dla twojej mamy. Galaretki to moja specjalno

. Przyjd  kiedy  do Z otego Brzegu. Chc  zobaczy  te wasze chi skie psy. Powiedz

Zuzannie Baker,  e serdecznie jej dzi kuj  za sadzonki rzepy, które przekaza a mi na wiosn .

Sadzonki rzepy!
- Chcia am jej podzi kowa  na pogrzebie Jakuba Warrena, ale zaraz znikn a mi z oczu. Bardzo lubi , pogrzeby, a tymczasem nie by o  adnego ju

od miesi ca. Zawsze uwa

am,  e  ycie bez pogrzebów jest nudne. W tej wsi za drog  do Lowbridge pogrzeby zdarzaj  si  du o cz

ciej. To

niesprawiedliwe. Przyjdziesz jeszcze mnie odwiedzi , prawda? Jest w tobie co  takiego… Biblia powiada,  e „ aska mi

ci jest cenniejsza ni  z oto i

srebro”, i zgadzam si  z tym ca kowicie.

miechn a si  do Nan. Mia a  liczny u miech! By o w nim wida

adn  Tomasin  sprzed lat. Nan z trudem odpowiedzia a jej u miechem. Oczy j

piek y. Musi st d odej

, zanim wybuchnie p aczem.

- Mi e, dobrze wychowane stworzenie - mrucza a do siebie Tomasina Fair, patrz c z okna za Nan. - Nie odziedziczy a gadatliwo ci po matce, ale

mo e to i lepiej. W dzisiejszych czasach dzieciaki zazwyczaj uwa aj  si  za niezwykle m dre, gdy tymczasem s  tylko niezno nie przem drza e.
Wizyta tej ma ej sprawi a,  e poczu am si  m odziej.

Tomasina westchn a i wróci a do  cinania nagietków i okopywania  opianów.
„Chwa a Bogu,  e ci gle jestem do

 sprawna” - pomy la a. Nan sz a do Z otego Brzegu pozbawiona swoich marze . Min a oboj tnie polank  pe

stokrotek i cudownie szemrz cy strumyk. Pragn a jak najpr dzej znale

 si  w domu i zamkn

 w swoim pokoju. Dwie dziewczynki przesz y obok,

chichocz c. Czy  mia y si  z niej? Wszyscy p kliby ze  miechu, gdyby znali prawd ! Biedna, g upia Nan Blythe, która uroi a sobie,  e w PONURYM
DOMU mieszka tajemnicza królowa, a zamiast niej znalaz a tam wdow  po Tatusiu i mi tówki!

Mi tówki!
Nie, nie b dzie p aka . Du e dziesi cioletnie dziewczynki nie p acz . Ale czu a si  okropnie. Utraci a co  pi knego i cennego, tajemne  ród o rado ci,

której, jak s dzi a, nigdy ju  nie odzyska. Z oty Brzeg cudownie pachnia

wie ymi ciasteczkami, ale nie poprawi o to nastroju Nan. Nie mia a te  apetytu

przy kolacji i nawet zapowied  zaaplikowania oleju rycynowego, któr  wyczyta a w oczach Zuzanny, nie mog a sk oni  jej do jedzenia. Ania zauwa

a,

e Nan, która zwykle  piewa a od rana do wieczora, zachowuje si  dziwnie cicho od powrotu z farmy MacAllisterów. Czy by zm czy  j  d ugi spacer w

upalny dzie ?

- Co ci  dr czy, kochanie? - zapyta a ostro nie, gdy wesz a z czystymi r cznikami do pokoju bli niaczek. Nan, zamiast z innymi dzie mi polowa  na

tygrysy w równikowych d unglach Doliny T czy, siedzia a skulona na parapecie.

Nan nie zamierza a komukolwiek mówi  o swojej g upocie. Ale mamie mo na by o wyzna  wszystko.
- Och, mamusiu, czy w  yciu spotykaj  nas zawsze same rozczarowania?
- Nie zawsze, kochanie. Czy chcia aby  mi powiedzie , co ci  tak rozczarowa o?
- Och, mamo, Tomasina Fair jest… jest dobra! I ma zadarty nos!
- Ale  czy to nie wszystko jedno, jaki jest jej nos? - zapyta a Ania ze szczerym zdziwieniem.
Pop yn a opowie

. Ania, cho  w g bi duszy szczerze rozbawiona, s ucha a z powa

 min . Pami ta a swoje dzieci ce lata, sp dzone na

Zielonym Wzgórzu. Pomy la a o Lesie Duchów i dwóch ma ych dziewczynkach, dr

cych ze strachu przed tworami ich w asnej wyobra ni. Zna a te

gorycz, spowodowan  utrat  z udze .

- Nie mo esz tak bardzo przejmowa  si  tym,  e twoje marzenia si  rozwia y, kochanie.
- Gdybym urodzi a si  jeszcze raz - odpar a z rozpacz  Nan - nigdy niczego bym sobie nie wyobra

a. Teraz zreszt  postanowi am ju  raz na

zawsze z tym sko czy .

- Nie mów tak, mój g upiutki skarbie. Wyobra nia to co  wspania ego, trzeba tylko nad ni  panowa . Cudownie jest marzy , ale ty zbyt powa nie

traktujesz swoje marzenia. Nie mo esz zatraca  poczucia granicy mi dzy ba ni  a rzeczywisto ci . Wtedy marzenia nieraz pomog  ci w zwalczaniu
trudno ci prawdziwego  ycia. Ja te  zawsze  atwiej rozwi zuj

yciowe problemy po odbyciu jednej lub dwóch podró y do Krainy Czarów.

Nan, s uchaj c tych m drych, pocieszaj cych s ów, czu a,  e powraca jej szacunek do samej siebie. Mama nie uwa

a tego wszystkiego za g upie.

Z pewno ci  gdzie  na  wiecie istnieje z a Dama o Tajemniczych Oczach, nawet je li nie mieszka w PONURYM DOMU, który, jak nagle u wiadomi a

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

sobie Nan, nie jest wcale taki okropny z zagonkiem nagietków, nakrapianym kotem, pelargoniami i portretem biednego Tatusia. To w

ciwie ca kiem

przyjemne miejsce. Mo e którego  dnia Nan znów pójdzie odwiedzi  Tomasin  Fair i dostanie od niej pysznych ciasteczek. Nie czu a ju  nienawi ci do

Tomasiny.
- Jeste  cudowna, mamusiu - westchn 
a wtulaj c si  w czu e ramiona mamy.
Fioletowy zmierzch sp ywa  znad wzgórza. Zapada a letnia noc, aksamitna i pe na tajemniczych szeptów. Gwiazda rozb ys a nad wielk  jab oni . Gdy

przysz a pani marsza kowa Elliot i mama musia a zej

 na dó , Nan by a znów ca kiem szcz

liwa. Mama powiedzia a,  e ich pokój b dzie wyklejony

now  tapet  w 

te bratki i  e obie z Di dostan  cedrow  skrzyneczk , aby mia y gdzie trzyma  swoje rzeczy. Nie b dzie to zwyk a skrzynka, lecz

zaczarowany kuferek, który otworzy si  tylko na s owa zakl cia. Niektóre z tych s ów us ysz  z ust ch odnej, bia ej i pi knej czarodziejki  niegu, inne
powie im wiatr w swym 

osnym zawodzeniu. A gdy poznaj  ju  wszystkie s owa, otworz  kuferek i zobacz  przepych pere , rubinów i brylantów. Czy

„przepych” nie jest pi knym s owem?

Nie, ba

 nie zgin a.  wiat jest pe en ba ni.

Rozdzia  XXXVII
- Czy mog  by  w tym roku twoj  najlepsz  przyjació

? - zapyta a Delila Green podczas popo udniowej przerwy.

Delila mia a okr

e ciemnoniebieskie oczy, l ni ce br zowe k dziorki, ma e ró owe usteczka i wibruj cy g os. Diana Blythe natychmiast uleg a

czarowi tego g osu.

W szkole w Glen wiedziano,  e Diana nie ma przyjació ki. Przez dwa lata przyja ni a si  z Paulina Reese, której rodzice w

nie niedawno

wyprowadzili si  z Glen. Di czu a si  bardzo osamotniona. Paulina by a dobr  kole ank . Z pewno ci  nie posiada a owego tajemniczego uroku, jaki
roztacza a Janka Penny, lecz mia a du e poczucie humoru, zmys  praktyczny i rozs dek. Ten ostatni przymiot szczególnie podkre la a Zuzanna, z
której ust trudno by o us ysze  wi kszy komplement. Zuzanna ca kowicie aprobowa a Paulin  jako przyjació

 Diany.

Di z pow tpiewaniem spojrza a na Delil . Rzuci a okiem przez podwórze na Laur  Carr, która tak e by a now  uczennic . Sp dzi y razem

przedpo udniow  pauz  i zadzierzgn a si  mi dzy nimi ni  sympatii. Ale Laura by a chuda, mia a piegi i zmierzwione, 

te w osy. Gdzie  jej do

pi kno ci i powabu Delili.

Delila zrozumia a spojrzenie Diany i jej niebieskie oczy wype ni y si

zami, a na twarzy ukaza  si  wyraz bólu.

- Je li kochasz j , nie mo esz kocha  mnie. Wybieraj - powiedzia a, wyci gaj c dramatycznie r ce. G os jej wibrowa  silniej ni  zazwyczaj. Diana

poczu a,  e dreszcz przebiega jej po plecach. Poda a Delili r

. Spojrza y na siebie uroczy cie, czuj c,  e ich przyja

 zosta a u wi cona i

przypiecz towana. Przynajmniej tak w

nie odczu a to Diana.

- B dziesz mnie kocha a po wszystkie czasy prawda? - spyta a  arliwie Delila.
- Po wszystkie czasy - odrzek a równie  arliwie Diana.
Delila obj a j  wpó  i posz y wolnym krokiem ku strumieniowi. Pozosta e dzieci z czwartej klasy poj y,  e w

nie zadzierzgn a si  nowa przyja

.

Laura Carr cicho westchn a. Bardzo lubi a Dian  Blythe, lecz wiedzia a,  e nie mo e wspó zawodniczy  z Delila.

- Tak si  ciesz ,  e mog  ci  kocha  - mówi a Delila. - Jestem bardzo uczuciowa. Po prostu musz  kocha  ludzi. B

 dla mnie dobra, Diano.

Jestem dzieckiem smutku. W chwili narodzin rzucono na mnie kl tw . Nikt… nikt mnie nie kocha.

Delila wymówi a s owo „nikt” tak,  e by o w nim s ycha  bezdenn  rozpacz i poczucie osamotnienia. Diana wzmocni a u cisk r ki.
- Teraz to si  zmieni, Delilo. Ja b

 ci  zawsze kocha .

- Do sko czenia  wiata?
- Do sko czenia  wiata - odpowiedzia a Diana. Uca owa y si , dope niaj c rytua u. Dwaj ch opcy siedz cy na p ocie za miali si  kpi co, ale co je to

mog o obchodzi ?

- B dziesz mnie lubi a bardziej ni  Laur  Carr - mówi a dalej Delila. - Teraz, kiedy jeste my przyjació kami, wyznam ci co  o niej. Ona jest strasznie

ob udna. Udaje przyjació

, a za plecami na miewa si  i obmawia. Zna am dziewczynk , która chodzi a z ni  do szko y w Mowbray Narrows, i ona

nie mi to powiedzia a. Ledwo unikn

 straszliwego rozczarowania. Ja jestem zupe nie inna. Jestem szczera jak prawdziwe z oto, Diano.

- Na pewno. Lecz co mia

 na my li, Delilo, wspominaj c,  e jeste  dzieckiem smutku?

Oczy Delili otworzy y si  tak szeroko,  e sta y si  niewiarygodnie wielkie.
- Mam macoch  - wyszepta a.
- Macoch ?
- Kiedy matka umiera i ojciec  eni si  z inn  kobiet , jest ona dla jego dzieci macoch  - wyja ni a Delila swoim wibruj cym g osem. - Teraz znasz

ca  prawd , Diano. Gdyby  wiedzia a, jak ona mnie traktuje! Lecz nigdy si  nie skar

. Cierpi  w milczeniu.

Je li Delila cierpia a rzeczywi cie w milczeniu, to nie wiadomo doprawdy, sk d Diana uzyska a te wszystkie informacje, które w ci gu nast pnych

tygodni przekazywa a mieszka com Z otego Brzegu. Przepe nia y j  podziw i wspó czucie dla biednej prze ladowanej Delili i opowiada a o tym
ka demu, kto tylko chcia  s ucha .

- Przypuszczam,  e to zafascynowanie Di osob  Delili wkrótce minie - mówi a Ania. - Czy wiesz co  bli szego o niej, Zuzanno? Nie chcia abym, aby

nasze dzieci zadziera y nosa, ale po do wiadczeniu z Janka Penny…

- Greenowie s  szanowanymi lud mi, droga pani doktorowo. To rodzina dobrze znana w Lowbridge. Pani Green jest drug

on  ojca Delili i ma

dwoje w asnych dzieci. Nie znam jej zbyt dobrze, ale robi wra enie spokojnej i mi ej. Trudno mi uwierzy  w to, co Delila opowiada naszej Di.

- Nie ufaj tak Delili - ostrzeg a córeczk  Ania. - Mo liwe,  e troch  przesadza. Przypomnij sobie Jank  Penny…
- Ale  mamusiu, to zupe nie co innego! - odpar a z oburzeniem Diana. - Delila jest niezwykle prawdomówna. Gdyby  j  zobaczy a, wiedzia aby ,  e

nie mo e k ama . Ma tak  wra liw  natur , a w domu wszyscy nieustannie j  prze laduj . Macocha jej nienawidzi. Serce mnie boli, gdy s ucham, jak
biedna Delila cierpi. Mamusiu, ona nawet nie wie, co to znaczy nie by  g odn . Naprawd . Cz sto musi i

 spa  bez kolacji i p acze tak d ugo, a

za nie. Czy ty kiedykolwiek p aka

 z g odu, mamusiu?

- Cz sto - odpar a mama.
Di wlepi a spojrzenie w matk . Patetyczno

 jej retorycznego pytania prys a jak ba ka mydlana.

- Cz sto bywa am g odna, zanim przyby am na Zielone Wzgórze, i w sieroci cu, i przedtem. Nie lubi  mówi  o tamtych dniach.
- A wi c powinna  poj

 Delil  - kontynuowa a Diana ze zdwojonym zapa em. - Kiedy jest g odna, usi uje sobie wyobrazi  ró ne smako yki. Pomy l

tylko: siedzi i wyobra a sobie co  do jedzenia!

- Ty i Nan te  cz sto wyobra acie sobie ró ne rzeczy - rzek a Ania, ale Di pu ci a to mimo uszu.
- Jej cierpienia s  natury nie tylko fizycznej, ale tak e duchowej. Chce zosta  misjonark , mamusiu, po wi ci  innym swoje  ycie… A ca a rodzina

si  z niej  mieje.

- To zupe nie bezlitosne z ich strony - przyzna a Ania. Lecz co  w brzmieniu jej g osu sprawi o,  e Di spojrza a na ni  podejrzliwie.
- Mamusiu, dlaczego jeste  taka nieufna? - spyta a z wyrzutem.
- Musz  ci po raz drugi przypomnie  Jank  Penny - u miechn a si  mama. - Jej tak e wierzy

.

- By am wtedy dzieckiem i ka dy móg  mnie nabra  - powiedzia a z powag  Diana. Czu a,  e mama, zawsze taka skora do okazywania sympatii i

wspó czucia, w stosunku do Delili pozosta a nieufna. Po tej rozmowie Di opowiada a o Delili wy cznie Zuzannie, poniewa  Nan wzrusza a tylko
ramionami, gdy pada o imi  Delili. „Z zazdro ci” - my la a ze smutkiem Di.

Zuzanna równie  nie wspó czu a Delili, ale Diana musia a komu  o niej opowiada , a kpiny Zuzanny nie bola y tak mocno jak pob

liwy u miech

mamy. Mo na si  by o spodziewa ,  e Zuzanna nie zrozumie pewnych rzeczy, ale mama kiedy  by a tak  sam  dziewczynk , kocha a ciotk  Dian  i
mia a takie czu e serce! Jak to mo liwe,  e ci

kie  ycie Delili wcale jej nie wzrusza?

„Mo e jest zazdrosna,  e kocham Delil  - my la a powa nie. - Podobno zdarza si ,  e matki maj  za du e poczucie w asno ci w stosunku do swoich

dzieci”.

- Krew si  we mnie gotuje, kiedy s ucham, jak macocha traktuje Delil  - wyzna a Di Zuzannie. - Delila jest m czennic . Na  niadania i kolacje dostaje

tylko odrobin  owsianki. Dos ownie tyle co nic. Zuzanno, przesta am s odzi  herbat , bo czu am si  winna,  e ja mam tak wiele dobrych rzeczy do
jedzenia, a ona chodzi g odna.

- No có , cukier podro

 w

nie o jeden cent, wi c to nawet lepiej. Diana przysi

a sobie,  e nie powie ju  Zuzannie ani s owa o Delili, lecz

nazajutrz by a tak wzburzona, i  nie mog a sobie znale

 miejsca.

- Zuzanno, wczoraj macocha gania a Delil  po ca ym domu z rozgrzanym do czerwono ci pogrzebaczem w r ku. Pomy l tylko, Zuzanno. Delila

mówi,  e nie zdarza si  to zbyt cz sto, tylko wtedy, gdy macocha jest bardzo rozz oszczona. Na ogó  po prostu zamyka Delil  na strychu, gdzie jest
ciemno i straszy. Ile duchów to biedactwo widzia o! To na pewno odbije si  na jej zdrowiu. Ostatnim razem, gdy zamkni to j  na strychu, widzia a
wstr tne, ma e czarne stworzenie, które siedzia o na ko owrotku i bucza o.

- Co to by o? - spyta a Zuzanna powa nie. M czarnie Delili zaczyna y j  bawi , szczególnie kiedy Di, opowiadaj c o nich, k ad a nacisk na niektóre

wyrazy. Mia y si  potem z czego  mia  z pani  doktorow .

- Nie wiem. Po prostu stworzenie. Niewiele brakowa o,  eby Delila pope ni a samobójstwo. Bardzo si  boj ,  e wreszcie j  do tego doprowadz . Czy

wiesz, Zuzanno,  e ona mia a wujka, który dwukrotnie pope ni  samobójstwo?

- Czy raz nie wystarczy o? - spyta a Zuzanna bez cienia wspó czucia.
Di, oburzona, wysz a z kuchni, ale powróci a nazajutrz z dalszym ci giem rewelacji.
- Delila nigdy nie mia a lalki, Zuzanno. My la a,  e znajdzie lalk  w po czosze na ostatnie Bo e Narodzenie. A co tam by o, jak my lisz, Zuzanno?

Rózga! Wyobra  sobie,  e prawie codziennie j  bij . Biedna, maltretowana Delila.

- Mnie te  par  razy zbito, gdy by am ma a, i nie uwa am, by mi to szczególnie zaszkodzi o - rzek a Zuzanna, która z pewno ci  zdolna by aby

zamordowa  ka dego, kto odwa

by si  podnie

 r

 na którekolwiek dziecko ze Z otego Brzegu.

- Gdy opowiedzia am Delili, jak wygl da nasza choinka na Bo e Narodzenie, rozp aka a si . Nigdy nie mia a choinki. Ale w tym roku b dzie mia a.

Znalaz a star  parasolk , z której zosta y same druty. Chce j  w

 do stojaka i ubra  jak choink . Czy to nie okropne, Zuzanno?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

- Wydaje mi si ,  e wokó  ro nie wystarczaj co du o m odych jode ek. Za star  farm  Hunterów jest ich zatrz sienie. Có  za przedziwne imi  ma ta

dziewczynka. Któ  to widzia , aby tak nazwa  chrze cija skie dziecko!

- Przecie  to imi  biblijne, Zuzanno. Delila jest z niego bardzo dumna. Dzi  na lekcji wspomnia am,  e b dziemy mieli kurczaka na obiad, a ona…

Jak my lisz, co ona powiedzia a, Zuzanno?

- Z pewno ci  nigdy nie zgadn  - stwierdzi a spokojnie zapytana. - I dlaczego rozmawiasz na lekcjach?
- Ale  my prawie wcale nie rozmawiamy. Delila powiada,  e nie nale y  ama  zasad. Stawia sobie wysokie wymagania. Piszemy do siebie listy na

tabliczkach i wymieniamy je. A wi c Delila napisa a: „Czy mog aby  mi przynie

 ko

, Diano?” Zachcia o mi si  p aka . Przynios  jej ko

… z du

ilo ci  mi sa. Delila powinna lepiej si  od ywia . Pracuje jak niewolnica… niewolnica, Zuzanno. Musi wykonywa  wszystkie prace zwi zane z
prowadzeniem domu… no, w ka dym razie prawie wszystkie. Je li czego  nie zrobi jak nale y, macocha j  bije albo ka e jej je

 w kuchni ze s

.

- Greenowie nie maj  s

by, poza ma ym Francuzem, który si  u nich naj  do pracy.

- Czyli musi je

 z nim. A on k adzie nogi na stó  i je palcami. Delila mówi,  e teraz, gdy wie, jak bardzo j  kocham, przesta a si  tym tak przejmowa .

Oprócz mnie nikt jej nie kocha, Zuzanno.

- To straszne! - przyzna a Zuzanna ze  mierteln  powag .
- Delila mówi,  e gdyby mia a milion dolarów, toby mi go da a. Oczywi cie nie przyj abym tych pieni dzy, ale widzisz, jakie ona ma dobre serce.
-  atwo oddawa  milion dolarów, którego si  nie ma - stwierdzi a spokojnie Zuzanna.
Rozdzia  XXXVIII
Diana szala a z rado ci. Mimo wszystko mama nie by a zazdrosna ani zaborcza. Mama j  rozumia a.
Rodzice wybierali si  na weekend do Avonlea i mama powiedzia a jej,  e mo e na sobot  i niedziel  zaprosi  Delil  do Z otego Brzegu.
- Widzia am Delil  na pikniku szko y niedzielnej - powiedzia a Ania Zuzannie. - To  adna dziewczynka, wygl da na ma  dam , chocia  niew tpliwie

przesadza w swych opowie ciach. Mo e macocha traktuje j  troch  zbyt surowo, a s ysza am,  e i pan Green jest wymagaj cy. Dziewczynka pewnie to
odczuwa i dramatycznie wszystko ubarwia,  eby wywo

 sensacj .

Zuzanna nie wyzby a si  swoich w tpliwo ci.
„W ka dym razie kto , kto mieszka w domu Laury Green, z pewno ci  b dzie czysty - pociesza a si . - Nie trzeba b dzie si ga  po g sty grzebie

do wyczesywania wszy”.

Di snu a plany, jak zabawi  Delil .
- Zuzanno, czy mo esz upiec kurcz  na obiad? I zrobi  du o sosu? By abym ci te  wdzi czna, gdyby  upiek a placek. Nie masz poj cia, jak ta

biedaczka pragnie pozna  smak ciasta. U nich nie piecze si  ciast. Jej macocha jest zbyt sk pa.

Zuzanna nie mia a nic przeciwko temu. Jim i Nan pojechali do Avonlea, a Walter przebywa  w Wymarzonym Domku u Fordów. Nic nie rzuca o cienia

na zaplanowan  wizyt  Delili. Na pewno wszystko doskonale si  uda.

Delila przysz a w sobot  rano, ubrana w  liczn  sukienk  z ró owego mu linu. Macocha dba a przynajmniej o to, by dziewczynka wygl da a

przyzwoicie. Zuzanna, rzuciwszy okiem na ma ego go cia, stwierdzi a,  e uszy i paznokcie Delili nie pozostawiaj  nic do  yczenia.

- To najpi kniejszy dzie  w moim  yciu - rzek a uroczy cie Delila do Diany. - Och, jaki to wielki dom! I te chi skie psy! S  cudowne!
Wszystko by o cudowne. Delila bezustannie powtarza a to s owo. Pomog a Dianie nakry  do sto u i postawi a na  rodku ma y szklany wazonik pe en

ró owego groszku pachn cego.

- Och, gdyby  wiedzia a, jak bardzo lubi  co  robi  tylko dlatego,  e to lubi ! - powiedzia a do Diany. - W czym jeszcze mog  pomóc?
- Mo esz wy uska  orzechy do ciasta, które b

 piek a po po udniu - powiedzia a Zuzanna, która zacz a ulega  urokowi g osu i urodzie

dziewczynki. Mo e Laura Green rzeczywi cie jest okrutna. Pozory myl . Poka na porcja pieczonego kurcz cia z sosem spocz a na talerzu Delili.
Dosta a te  drugi kawa ek ciasta, zanim o niego poprosi a.

- Zawsze by am ciekawa, jak to jest, gdy cz owiek si  naje do syta, to cudowne uczucie - wyzna a Dianie, gdy odesz y od sto u.
Popo udnie min o weso o. Zuzanna da a Dianie pude ko cukierków którym oczywi cie obdarowana podzieli a si  z Delila. Delila zachwyci a si  jedn

z lalek Diany i dosta a j . Wypieli y grz dki z bratkami i wykopa y kilka zab kanych na trawniku mleczy. Pomog y Zuzannie polerowa  srebro i
asystowa y jej w, kuchni przy szykowaniu kolacji. Delila okaza a si  tak staranna i solidna,  e Zuzanna ca kowicie skapitulowa a. Tylko dwa przykre
wydarzenia zm ci y urok popo udnia. Delila zaplami a sukienk  atramentem i zgubi a naszyjnik z pere ek. Lecz Zuzanna szybko wywabi a plamy sokiem
cytrynowym, a Delila wcale nie zmartwi a si  utrat  naszyjnika. Nic nie mia o znaczenia poza tym,  e przebywa a w Z otym Brzegu z ukochan  Dian .

- Czy b dziemy spa y w go cinnym pokoju, Zuzanno? - spyta a Di, gdy nadszed  wieczór. - Nasi go cie zawsze w nim nocuj .
- Jutro z twoimi rodzicami przyjdzie ciocia Diana - odrzek a Zuzanna. - Go cinny pokój jest ju  dla niej przygotowany. B dziecie spa  w twoim pokoju,

ale mo ecie wzi

 z sob  Odrobinka.

- Ale wasza po ciel  licznie pachnie! - westchn a Delila, wsuwaj c si  pod ko dr .
- Zuzanna gotuje j  w wywarze z k czy kosa ca - wyja ni a Diana.
Delila znów westchn a.
- Ciekawa jestem, czy zdajesz sobie spraw  z tego, jaka jeste  szcz

liwa, Diano… Gdybym ja mia a taki dom, jak twój… Ale nie da si  walczy  z

losem. Musz  go znosi .

Zuzanna wieczorem wst pi a do dziewczynek, da a im po bu eczce z syropem klonowym, kaza a przesta  rozmawia  i i

 spa .

- Nigdy nie zapomn  pani uprzejmo ci, panno Baker - rzek a Delila dr

cym ze wzruszenia g osem. Zuzanna po

a si  do 

ka z

prze wiadczeniem,  e równie dobrze wychowanej i mi ej dziewczynki nie spotka a nigdy w  yciu. Z pewno ci  niew

ciwie ocenia a Delil  Green.

Cho , u wiadomi a sobie nagle,  e jak na dziecko,, które nigdy nie je do syta, ta ma a wygl da zadziwiaj co dobrze!

Delila wróci a do domu nazajutrz po po udniu, a tata, mama i ciocia Diana nadjechali wieczorem. W poniedzia ek z jasnego nieba uderzy  piorun.

Kiedy Di wraca a do szko y po przerwie po udniowej, wchodz c na ganek us ysza a swoje imi . Delila sta a po rodku klasy otoczona wianuszkiem
zaciekawionych dziewczynek.

- Prze

am w Z otym Brzegu straszliwe rozczarowanie. Z che pliwych opowie ci Diany wnioskowa am,  e jej dom to prawdziwa posesja. Sam dom

mo e jest rzeczywi cie spory, ale niektóre meble s  tam mocno zu yte. Nale

oby zmieni  obicia na krzes ach.

- Czy widzia

 chi skie psy? - spyta a Bessy Palmer.

- Nic ciekawego. Nawet nie maj  w osów. Od razu powiedzia am Dianie,  e mnie rozczarowa y.
Diana sta a jak wro ni ta w ziemi . Nawet nie my la a o tym,  e pods uchuje… Po prostu nie mog a si  poruszy .
-  al mi Diany - ci gn a Delila. - Jej rodzice w oburzaj cy sposób zaniedbuj  swoje dzieci. Jej matka jest zupe nie nieodpowiedzialna. Nie

rozumiem, jak mo e ci gle zostawia  dzieci pod opiek  tej starej Zuzanny i spokojnie sobie wyje

! Zuzanna ma nie po kolei w g owie. Przez ni

wyl duj  w przytu ku dla n dzarzy. Trudno uwierzy , w jak okropny sposób marnuje wszystko w kuchni.  ona doktora jest zbyt leniwa,  eby gotowa ,
wi c Zuzanna robi, co tylko chce. Zamierza a posadzi  nas do sto u w kuchni, ale powiedzia am jej: „Jestem go ciem czy nie?” Zagrozi a,  e zamknie
mnie w komórce, je li b

 niegrzeczna. Odpar am na to: „Nie odwa y si  pani! Mo e pani rozkazywa  dzieciom ze Z otego Brzegu, ale nie mnie,

Zuzanno Baker”. Zabroni am jej poda  Rilli syrop na uspokojenie. „Czy pani nie wie,  e dla dzieci to trucizna?” - spyta am. Zem ci a si  za to na mnie w
czasie posi ków. Te malutkie porcyjki, jakie mi dawa a! By o kurcz , ale dosta am tylko skrzyde ko, i nikt nie zaproponowa  mi drugiego kawa ka ciasta.
Zuzanna pozwoli aby mi spa  w go cinnym pokoju, gdyby nie Diana, która nie chcia a o tym s ysze . Taka jest ma ostkowa. I zazdrosna. Ale i tak
szkoda mi jej. Mówi a mi,  e Nan j  strasznie szczypie. Ma ca e r ce w si cach. Spa

my w jej pokoju, a w nogach 

ka le

 stary, sparszywia y

kocur. Powiedzia am Dianie,  e to niezbyt higienicznie. I mój per owy naszyjnik znikn . Nie mówi  oczywi cie,  e Zuzanna go wzi a. Wierz ,  e jest
uczciw  kobiet … lecz troch  to dziwne. A Shirley rzuci  we mnie butelk  z atramentem. Zniszczy  mi sukienk , ale co tam, mama kupi mi now . W
ka dym razie wykopa am im wszystkie mlecze z trawnika i wypolerowa am srebra. Szkoda, 

cie nie widzia y, jakie by y brudne. Nie mam poj cia,

kiedy czyszczono je po raz ostatni. Mówi  wam,  e Zuzanna si  nie przem cza, kiedy nie ma  ony doktora. „Dlaczego pani nigdy nie myje garnka na
ziemniaki, Zuzanno?” - zapyta am j . Gdyby cie widzia y, jak  zrobi a min ! Spójrzcie na mój nowy pier cionek, dziewczynki. Da  mi go pewien ch opiec
z Lowbridge.

- Ten pier cionek widzia am na r ku Diany Blythe! - rzek a pogardliwie Peggy MacAllister.
- Nie wierz  ani jednemu s owu z tego, co mówisz o Z otym Brzegu, Delilo Green - stwierdzi a Laura Carr.
Zanim Delila zd

a odpowiedzie , Diana, która odzyska a w adz  w nogach oraz zdolno

 mówienia, wpad a do klasy.

- Judaszu! - powiedzia a. Pó niej z niezadowoleniem pomy la a,  e dama nie powinna tak si  odzywa . Lecz by a ura ona do g bi, a wtedy trudno

jest dobiera  w

ciwe s owa.

- Nie jestem Judaszem! - wymamrota a Delila, oblewaj c si , prawdopodobnie po raz pierwszy w  yciu, rumie cem.
- Jeste ! Nie ma w tobie ani odrobiny szczero ci! Nie wa  si  nigdy wi cej do mnie odezwa !
Diana wybieg a z klasy i posz a do domu. Nie mog a pozosta  tego popo udnia w szkole. Po prostu nie mog a. Wpad a do holu w Z otym Brzegu, z

hukiem zatrzaskuj c drzwi.

- Kochanie, co si  sta o? - zapyta a Ania, która w

nie rozmawia a z Zuzann , gdy zap akana dziewczynka wbieg a do kuchni i rzuci a si  jej w

ramiona.
Diana niezbyt sk adnie wyszlocha a ca  histori .
- Zraniono moje naj wi tsze uczucia, mamusiu! Nigdy ju  nikomu nie uwierz .
- Kochanie, nie wszystkie twoje przyjació ki by y takie. Przypomnij sobie Paulin .
- To zdarzy o si  drugi raz - stwierdzi a z gorycz  Diana. Bole nie cierpia a z powodu tej zdrady. - I ostatni.
- Przykro mi,  e Di straci a wiar  w ludzi - rzek a ze smutkiem Ania, gdy dziewczynka uda a si  na gór . - To dla niej prawdziwa tragedia. Nie ma

szcz

cia do przyjació ek. Janka Penny… i teraz Delila Green. K opot polega na tym,  e Diana przepada za dziewczynkami, które potrafi  opowiada

ciekawe historie. A Delila jako m czennica by a bez w tpienia nadzwyczaj interesuj ca.

- Je li pani  obchodzi moje zdanie, droga pani doktorowo, to powiem,  e ta ma a Greenów jest bezczelna - stwierdzi a bezlito nie Zuzanna, z a na

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

siebie,  e tak  atwo da a si  oszuka  dobrym manierom i s odkim oczom Delili. - Jak mog a, powiedzie ,  e nasz kot jest sparszywia y! Dziewczynki w

ogóle nie powinny u ywa  takich s ów. Wcale nie przepadam za kotami, ale Odrobinek ma siedem lat i nale y mu si  przynajmniej szacunek. Co do
mojego garnka na ziemniaki…

Zuzanna nie by a w stanie wyrazi  s owami swoich uczu  w tej kwestii.
A w pokoiku na górze Diana my la a w

nie,  e mo e jeszcze nie jest za pó no, by zaprzyja ni  si  z Laur  Carr. Laura by a szczera, cho  z

pewno ci  niezbyt interesuj ca. Di westchn a. Czu a,  e wraz z wiar  w tragiczny los Delili znik  z jej  ycia jaki  nieuchwytny urok.

Rozdzia  XXXIX
Wschodni wiatr 

nie zawodzi  wokó  Z otego Brzegu. By  jeden z tych ostatnich ch odnych i pos pnych dni sierpnia, kiedy trudno mie  dobry

nastrój i wszystko si  nie udaje. Takie dni przed laty nazywano w Avonlea „s dnymi”. Szczeniak, którego Gilbert przywióz  dla ch opców, obgryz  politur
z nogi od sto u w jadalni. Zuzanna odkry a,  e w szafie z po ciel  mole urz dzi y sobie istny festyn. Koci tko Nan zniszczy o naj adniejsz  papro . Jim i
Bertie Szekspir przez ca e popo udnie okropnie ha asowali na strychu, b bni c w blaszanki. Ania niechc cy str ci a klosz od lampy. By a tak
rozdra niona,  e z przyjemno ci  s ucha a odg osu t uk cego si  szk a! Rill  bola o ucho, a Shirley dosta  dziwnej wysypki na szyi. Ania by a
przera ona, ale Gilbert rzuci  okiem na dziecko i oboj tnie powiedzia ,  e nie s dzi, aby ta wysypka mia a jakiekolwiek znaczenie. Oczywi cie, nic nie
mia o dla niego znaczenia! Chodzi o przecie  tylko o jego rodzonego syna! Nie mia  te  znaczenia fakt,  e zaprosi  na obiad Trentów i przypomnia
sobie,  e powinien wcze niej poinformowa  o tym Ani , dopiero wtedy, kiedy przyszli. Sp dzi y w

nie z Zuzann  bardzo pracowity dzie  i zaplanowa y

skromny i szybki obiad. A pani Trent cieszy a si  opini  najlepszej gospodyni w Charlottetown. Gdzie, u licha, podzia y si  czerwono-niebieskie skarpety
Waltera? „Walter, nie uwa asz,  e móg by  chocia  raz od

 co  na swoje miejsce? Nan, nie mam poj cia, gdzie znajduje si  siedem mórz. Na lito

bosk , nie zadawaj mi ci gle pyta ! Nie dziwi  si ,  e Sokratesa otruto, kto  musia  to zrobi ”.

Walter i Nan os upieli. Nigdy jeszcze mama nie mówi a takim tonem. Spojrzenie synka jeszcze bardziej rozdra ni o Ani .
- Diano, czy wiecznie musz  ci przypomina ,  eby  nie owija a nóg wokó  taboretu, gdy siedzisz przy pianinie? Shirley, zamaza

 d emem nowy

tygodnik! I mo e kto  mi powie, gdzie si  podzia y szklane wisiorki z  yrandola.

Nikt nie móg  jej odpowiedzie  na to pytanie. Zuzanna odczepi a wisiorki,  eby je wymy . Ania pobieg a na gór , by unikn

 zasmuconych spojrze

dzieci. Niespokojnie chodzi a po swoim pokoju. Co si  z ni  dzieje? Czy by stawa a si  jedn  z tych okropnych, niezno nych i zrz dliwych kobiet?

Ostatnio wszystko j  denerwowa o. Irytowa y j  pewne cechy charakteru Gilberta, które dotychczas wcale jej nie dra ni y. By a zm czona i znudzona

wiecznymi obowi zkami, monotoni  dnia codziennego i zaspokajaniem zachcianek rodziny. Kiedy  zachwyca o j  wszystko, co robi a w domu i dla
domu. Teraz jej to ci

o. Czu a si  jak w koszmarnym  nie, gdy próbuje si  kogo  dogoni , a nogi s  jak skute kajdanami.

Najgorsze by o to,  e Gilbert niczego nie dostrzega . Pracowa  od rana do wieczora i sprawia  wra enie, jakby nie obchodzi o go nic poza w asn

prac . Jedyne s owa, jakie wypowiedzia  przy obiedzie, brzmia y:

- Poprosz  o musztard .
„Mog  sobie porozmawia  ze sto em i krzes ami - my la a Ania z gorycz . - 

czy nas ju  chyba tylko przyzwyczajenie. Wcale nie zauwa

,  e

wczoraj w

am now  sukienk . I od tak dawna nie mówi do mnie »dziewczynko Aniu«! Przypuszczam,  e podobnie dzieje si  we wszystkich

ma

stwach. Taki los spotyka wi kszo

 kobiet. Gilbert uwa a mnie za swoj  w asno

. Tylko praca co  dla niego znaczy. Gdzie jest moja

chusteczka?”
Ania wtuli a twarz w chusteczk  do nosa i usiad a na krze le, pogr

ona w rozpaczy. Gilbert ju  jej nie kocha. Je li nawet j  ca uje, robi to oboj tnie,

z przyzwyczajenia. P omie  mi

ci zgas . Zabawne ma

skie historyjki, z których kiedy  razem si  za miewali, od

y naraz w pami ci Ani, ale teraz

wcale jej nie bawi y. Jak mog a w ogóle uwa

,  e s

mieszne? Przypomnia a sobie opowie

, jak to Monty Turner ca owa  swoj

on  regularnie raz

na tydzie  i trzeba mu by o o tym przypomina . Czy jakakolwiek kobieta mog aby czu  si  szcz

liwa w takiej sytuacji? Albo Curtis Ames, który spotka

na ulicy swoj

on  w nowym kapeluszu i nie pozna  jej. Wspomnia a s owa pani Clancy Darie:

„Mój m

 ma o mnie obchodzi, ale gdyby go zabrak o, pewnie bym za nim t skni a”. „Gilbert te  pewnie by za mn  t skni , gdyby mnie zabrak o.

Czy by w naszym ma

stwie by o ju  a  tak  le?” Nat Elliot oznajmi  swojej  onie po dziesi ciu latach wspólnego po ycia:

- Je li chcesz wiedzie , czuj  si  zm czony faktem,  e jestem  onaty! A od jej  lubu z Gilbertem min o pi tna cie lat! Mo e tacy w

nie s

czy ni. By oby to niew tpliwie zdanie panny Kornelii. Po pewnym czasie trudno ich przy sobie utrzyma . „Je li mój m

 wymaga, by go przy sobie

zatrzymywa , nie zamierzam tego robi ”. Lecz na przyk ad pani Teodora Clow powiedzia a z dum  na zebraniu Ko a Pomocy Pa :

- Jeste my dwadzie cia lat po  lubie i mój m

 kocha mnie tak, jak w dniu, w którym si  pobrali my.

Mo e oszukiwa  j  i tylko zachowywa  pozory? Wygl da a na swoje lata, a nawet starzej. „Ciekawe, czy ja zaczynam wygl da  staro?” - martwi a si
Ania.
Po raz pierwszy odczu a ci

ar swojego wieku. Podesz a do lustra i spojrza a na siebie krytycznie. Owszem, w k cikach oczu pojawi y si  kurze

apki, ale by o je wida  tylko przy silnym  wietle. Linia podbródka pozosta a czysta. Twarz mia a zawsze bardzo blad , a w osy g ste i faluj ce, bez

jednego siwego pasemka. Lecz czy komukolwiek mog  si  podoba  czerwone w osy? Nos by  z pewno ci  bardzo  adny. Pog aska a go niczym
przyjaciela, wspominaj c pewne chwile w  yciu, kiedy to  wiadomo

 posiadania  adnego nosa pozwala a jej pokonywa  trudno ci. Ale dla Gilberta jej

nos sta  si  czym  zwyczajnym i normalnym. Równie dobrze móg by by  zadarty lub sp aszczony, Gilberta nic by to nie obesz o. Pewno w ogóle
zapomnia ,  e jego  ona ma nos. Mo e te  t skni aby za nim, gdyby go zabrak o.

„Musz  zajrze  do Rilli i Waltera - pomy la a Ania niech tnie. - Przynajmniej te biedactwa mnie potrzebuj . Czemu by am dla nich taka ostra?

Pewnie my

 sobie teraz: »Biedna mama, robi si  zupe nie niezno na«„.

Nadal zawodzi  wiatr i pada  deszcz. B bnienie na strychu usta o, ale odg osy gry w krykieta, dobiegaj ce z salonu, doprowadza y j  do sza u. W

po udnie nadesz y dwa listy. Jeden od Maryli, Ania westchn a, otworzywszy go. Pismo Maryli by o ju  tak niewyra ne! Drugi list pochodzi  od niezbyt
dobrze znanej Ani pani Barrett Fowler z Charlottetown. Pani Fowler zaprasza a doktora Blythe z  on  na obiad we wtorek i zaznacza a,  e b dzie u niej
tak e ich dawna przyjació ka, pani Krystyna ze Stuartów Dawson z Winnipeg.

Ania upu ci a list na kolana. Opad y j  nagle dawne, niezbyt przyjemne wspomnienia. Krystyna Stuart z Redmondu, dziewczyna, o której mówiono,

e jest zar czona z Gilbertem i o któr  ona swego czasu by a tak bardzo zazdrosna! Tak, teraz po dwudziestu latach przyznawa a to ze spokojem. By a

zazdrosna i nienawidzi a Krystyny Stuart. Od lat o niej nie s ysza a, lecz pami ta a j  doskonale. Wysoka dziewczyna o cerze koloru ko ci s oniowej, z
olbrzymimi ciemnoniebieskimi oczami i czarnymi w osami. By o w niej co  dystyngowanego, ale nos mia a stanowczo za d ugi. A jednak ka dy musia
uzna  j  za  adn . Ania przypomnia a sobie,  e wiele lat temu obi o si  jej o uszy,  e Krystyna wysz a za m

 i wyjecha a na Zachód.

Gilbert wpad  wieczorem, aby tylko zje

 kolacj , poniewa  w Górnym Glen panowa a epidemia odry. Ania w milczeniu poda a mu list pani Fowler.

- Krystyna Stuart! Oczywi cie,  e pójdziemy. Ch tnie j  zobacz  i powspominam stare dzieje - powiedzia , a w jego g osie po raz pierwszy od tygodni

zabrzmia o o ywienie. - Prze

a swoje. Wiesz,  e cztery lata temu straci a m

a?

Ania nie wiedzia a. A sk d on mia  t  informacj ? Dlaczego nigdy jej o tym nie mówi ? I czy by zapomnia ,  e w

nie w ten wtorek jest rocznica ich

lubu? Zawsze sp dzali rocznice  lubu we dwoje, nie przyjmuj c na ten dzie

adnych zaprosze . No có , ona nie b dzie mu o tym przypomina .

Niech sobie zobaczy t  Krystyn , je li chce. Co kiedy  powiedzia a pewna dziewczyna z Redmondu? „Mi dzy Krystyn  a Gilbertem zdarzy o si  wi cej,
ni  przypuszczasz, Aniu”. Wtedy  mia a si  z tych s ów… Klara Hallett s yn a ze z

liwo ci. Kto wie jednak, czy w tym, co mówi a, nie by o szczypty

prawdy? Ania nagle poczu a dreszcz przebiegaj cy jej po plecach. Przypomnia a sobie,  e wkrótce po  lubie znalaz a fotografi  Krystyny w starym
notesie Gilberta. Wzruszy  wtedy tylko ramionami i zdziwi  si ,  e w ogóle ma to zdj cie. Mo e by o to jedno z tych niewa nych zdarze , które  wiadcz
o czym  niezwykle wa nym? Czy to mo liwe,  e Gilbert kocha  niegdy  Krystyn ?… A z Ani  o eni  si  jedynie z sympatii, niepocieszony po utracie

Krystyny?
„To idiotyczne,  e jestem zazdrosna” - pomy la a Ania, usi uj c si  roze mia . Przecie  trudno si  dziwi ,  e Gilbert ma ochot  spotka  kogo  z

dawnych, redmondzkich lat. Mo na te  zrozumie ,  e zapracowany,  onaty od pi tnastu lat m

czyzna zapomina o datach rodzinnych uroczysto ci.

Ania odpisa a pani Fowler,  e przyjmuj  zaproszenie. Wys

a list na trzy dni przed terminem obiadu, i zacz a marzy  o tym, by która  z mieszkanek

Górnego Glen urodzi a dziecko we wtorek oko o godziny pi tej po po udniu.

Rozdzia  XL
Dziecko, z którego przyj ciem na  wiat Ania wi za a takie nadzieje, urodzi o si  za wcze nie. Gilberta wezwano w poniedzia ek o dziewi tej

wieczorem. Ania posz a spa  zap akana i obudzi a si  o trzeciej nad ranem. Kiedy  lubi a budzi  si  w nocy, le

 i patrze  w okno na pogr

ony w

mroku  wiat, s ysze , jak Gilbert oddycha spokojnie tu  obok niej, my le  o dzieciach  pi cych w swoich pokojach i o kolejnym cudownym dniu, który
mia  nadej

. A teraz! Ania le

a bezsennie, a

wit zabarwi  seledynowo niebo na wschodzie i Gilbert wróci  do domu.

- Bli ni ta - rzuci  tylko i od razu po

 si  do 

ka. Zasn  natychmiast. Bli ni ta, te  co ! Nasta  poranek dnia, w którym przypada a pi tnasta

rocznica ich  lubu, a jej m

 zasn  sobie w najlepsze. Na pewno zapomnia  o rocznicy.

Ania utwierdzi a si  w swoim przekonaniu, kiedy o jedenastej rano zszed  na  niadanie. Po raz pierwszy w ci gu ca ego ich ma

stwa nie z

 Ani

ycze  i nie ofiarowa

adnego drobiazgu. Bardzo dobrze, wobec tego ona te  mu nic nie da. Ju  od tygodni ma y, srebrny scyzoryk z dat  wyryt  na

jednej stronie, a inicja ami Gilberta na drugiej, czeka  na ten dzie . Oczywi cie Gilbert musia by zap aci  symbolicznego centa, by no yk nie przeci  nici
ich mi

ci. Ale je li Gilbert zapomnia , ona te  zapomni, dla samej zemsty.

Gilbert przez ca y dzie  zachowywa  si  dziwnie. Prawie si  nie odzywa  siedz c bezczynnie w bibliotece. Czy by nie móg  doczeka  si  chwili, gdy

znów zobaczy Krystyn ? Pewnie w g bi duszy wzdycha  do niej przez wszystkie te lata. Ania wiedzia a doskonale,  e jej przypuszczenia s
absurdalne, ale czy zazdro

 bywa rozs dna?

Mieli pojecha  do miasta poci giem, odchodz cym o godzinie siedemnastej.
- Cy moge psyj

 i popatse , jak si  ubieras, mamusiu? - spyta a Rilla.

- Och, je li koniecznie chcesz - odpar a niech tnie Ania i zaraz w duchu zbeszta a sam  siebie. Doprawdy stawa a si  dla dzieci zbyt ostra. - Chod ,

kochanie - doda a z poczuciem winy.

Rilla uwielbia a patrze , jak mama si  ubiera. Lecz nawet ona czu a,  e tego wieczoru mama wcale si  nie cieszy,  e idzie na przyj cie.
Ania przez chwil  namy la a si  nad wyborem sukienki. Co prawda nie mia o wi kszego znaczenia, co na siebie w

y. Gilbert i tak nie zwróci na jej

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

strój najmniejszej uwagi. Uwa nie spojrza a w lustro. Wygl da a na zm czon  i zniech con . Lecz nie mo e przecie  wypa

 za ciankowo i

niemodnie przy Krystynie. „Tylko tego brakowa o,  eby mi wspó czu a!” Mo e by w

 now  sukienk  z gazy w p czki ró , narzuconej na zielony

spód? Albo t  jedwabn  z koronkowym  akietem? Przymierzy a obie i wybra a t  pierwsz . Nast pnie wypróbowa a kilka uczesa  i stwierdzi a,  e
najlepiej jej z lokami opadaj 
cymi przy twarzy, a la madame Pompadour.

- Mamusiu, wygl das pse licnie - wyszepta a Rilla z podziwem w wielkich okr

ych oczach.

Podobno g upcy i dzieci mówi  prawd . Czy  nie us ysza a kiedy  od Rebeki Dew,  e jest „stosunkowo pi kna”? Gilbert dawniej te  prawi  jej

komplementy, ale Ania nie mog a sobie przypomnie , kiedy ostatnio powiedzia  jej co  mi ego.

Gilbert pospiesznie przeszed  do swego pokoju nie mówi c ani s owa ojej nowej sukience. Ania przez chwil  sta a w poczuciu wielkiego  alu, potem

ci gn a gwa townie sukni  i rzuci a j  na 

ko. W

y star , czarn  sukienk , która w Przystani Czterech Wiatrów uchodzi a za niezwykle szykown ,

ale nigdy nie podoba a si  Gilbertowi. A co zawiesi  na szyi? Paciorki od Jima, traktowane przez lata jak prawdziwy skarb, rozlecia y si  wreszcie. Po
prostu nie mia a  adnego naszyjnika. No có … Wyj a pude eczko, w którym le

o ma e ró owe serduszko, ofiarowane jej przez Gilberta w

Redmondzie. Rzadko je nosi a, poniewa  ró owy kolor nie harmonizowa  z jej rudymi w osami. Ale dzi  je w

y. Czy Gilbert to zauwa y? No, jest

gotowa. Gilbert z pewno ci  bardzo starannie si  goli. Niecierpliwie zapuka a do drzwi.

- Gilbercie, spó nimy si  na poci g, je li si  nie po pieszysz.
- Mówisz tonem zrz dliwej starej panny - powiedzia  Gilbert wychodz c. - Co ci si  sta o?
No tak, zaczyna mie  jej wszystko za z e. Odrzuci a nasuwaj

 si  my l,  e doskonale wygl da we fraku. Wspó czesna m ska moda by a

idiotyczna. Ca kowicie pozbawiona uroku. Jak cudownie musia o by  w czasach królowej El biety, gdy m

czy ni chodzili w bia ych satynowych

kubrakach, karmazynowych opo czach z aksamitu i koronkowych kryzach. I wcale nie byli zniewie ciali, lecz wr cz przeciwnie, odwa ni do szale stwa i
zdolni do ryzyka jak nikt nigdy na ca ym  wiecie.

- Wi c chod my, skoro ci tak pilno - rzek  Gilbert ch odno. Jego ton wyra nie wskazywa  na to,  e jest mu obca i oboj tna. By a tylko jednym z jego

mebli… niczym wi cej.

Jim odwióz  ich na stacj . Zuzanna i panna Kornelia, która w

nie przysz a, by poprosi  Zuzann  o przyrz dzenie ziemniaków w mundurkach na

ko cieln  kolacj , spojrza y za nimi z podziwem.

- Ania nic si  nie zmienia - stwierdzi a panna Kornelia.
- Owszem - zgodzi a si  Zuzanna. - Chocia  w ci gu ostatnich paru tygodni nie mog am oprze  si  wra eniu,  e co  jej dolega. Ale wygl da m odo.

Doktor te

wietnie si  trzyma.

- Idealne ma

stwo - orzek a panna Kornelia.

Przez ca  drog  do miasta idealne ma

stwo nie zamieni o ze sob  ani s owa. Oczywi cie Gilbert by  zbyt wzruszony perspektyw  ujrzenia swej

dawnej ukochanej, by rozmawia  z  on ! Ania kichn a. Czy by si  zazi bi a? Nie mog a przecie  kicha  podczas obiadu, pod krytycznym spojrzeniem
pani Krystyny ze Stuartów Dawsonowej! Odczu a uk ucie na wardze; pewnie ju  wyskakuje jej na ustach febra. Czy Julia mia a kiedykolwiek katar? Kto
móg by wyobrazi  sobie zazi bion  Porcj ? Albo kaszl

 Helen  Troja sk ! Czy Kleopatr  narzekaj

 na odciski!

Ania po przybyciu do domu Fowlerów potkn a si  o g ow  skóry nied wiedziej, rozci gni tej w holu, przesz a przez zapchany meblami i

poz acanymi ozdóbkami pokój, nazywany przez pani  domu gabinetem, i opad a na bujany fotel. Szcz

liwie zdo

a to zrobi  tak, by nie przewróci  si

wraz z fotelem. Niespokojnym wzrokiem poszuka a Krystyny i z ulg  stwierdzi a,  e jeszcze jej nie ma. By oby straszne, gdyby tu siedzia a i z
rozbawieniem obserwowa a beznadziejne zachowanie  ony Gilberta! Gilbert, nie po wi ciwszy jej chwili uwagi, od razu zacz  rozmawia  z doktorem
Fowlerem i niejakim doktorem Murrayem, który przyby  z Nowego Brunszwiku i by  autorem s ynnej pracy o chorobach tropikalnych. Praca ta wywo

a

sporo szumu w ko ach medycznych. Lecz Ania zauwa

a,  e gdy Krystyna, której wej cie zapowiedzia a fala mocnego zapachu perfum, zjawi a si  w

drzwiach, praca o chorobach tropikalnych natychmiast przesta a zajmowa  Gilberta. Wsta , a w jego oczach zapali  si  b ysk zainteresowania.

Krystyna zatrzyma a si  na chwil  w drzwiach. Och, ona na pewno nie potkn aby si  o g ow  nied wiedzi ! Ania przypomnia a sobie,  e Krystyna

mia a zwyczaj zatrzymywania si  w drzwiach, by zrobi  wi ksze wra enie swoim wej ciem. Bez w tpienia uwa

a,  e ma teraz doskona  szans , by

pokaza  Gilbertowi Blythe, co straci .

By a ubrana w sukni  z fioletowego aksamitu z d ugimi, obrze onymi z ot  nitk  obszernymi r kawami i trenem przyozdobionym z ot  koronk . Z ota

opaska przytrzymywa a jej czarne w osy, których nie tkn a jeszcze siwizna. Na szyi mia a d ugi z oty 

cuszek wysadzany brylantami. Ania

natychmiast poczu a si  zaniedban  i niemodn  prowincjuszk . 

owa a,  e za

a to beznadziejne serduszko z emalii.

Krystyna wygl da a równie pi knie jak niegdy . Mo e by a troch  zbyt wymalowana… tak, i z pewno ci  za t ga. Jej nos nie skróci  si  ani o

milimetr, a podbródek bezlito nie zdradza  lata. Gdy tak sta a w drzwiach, by o wida , i  jej nogi s … s  bardzo masywne. Czy ten dystyngowany
sposób bycia nie jest zanadto przestarza y? Ale policzki mia a nadal g adkie, a ciemnoniebieskie oczy b yszcza y spod g stych, prostych brwi,
uwa anych za tak fascynuj ce w Redmondzie. Tak, pani Krystyna Dawson by a bardzo pi kn  kobiet  i wcale nie sprawia a wra enia,  e pochowa a
swe serce wraz z m

em.

Z chwil  wej cia do pokoju Krystyna obj a go w posiadanie. Ania poczu a si  tak, jakby nagle przesta a istnie . Lecz nadal siedzia a wyprostowana.

Nie da Krystynie okazji do stwierdzenia,  e ma przygarbion  sylwetk  kobiety w  rednim wieku. B dzie walczy  do ko ca! Szare oczy Ani pozielenia y,
a na policzki jej wyp yn  s aby rumieniec. „Pami taj,  e masz nos” - pomy la a. Doktor Murray, który nie dostrzeg  jej dotychczas, stwierdzi ,  e jego
kolega, doktor Blythe, ma bardzo interesuj

on . Ta postawna pani Dawson wygl da a przy niej zupe nie przeci tnie.

- Gilbercie Blythe, jeste  równie przystojny, jak dawniej - powiedzia a zalotnie Krystyna… Wstr tna kokietka! - Jak to mi o,  e si  nie zmieni

.

„Cedzi s owa, jak zawsze. Nienawidz  tego jej aksamitnego g osu”.
- Patrz c na ciebie - odpar  Gilbert - odnosz  wra enie,  e czas zatrzyma  si  w miejscu. Gdzie posiad

 tajemnic  wiecznej m odo ci?

Krystyna roze mia a si .
„Czy jej  miech nie brzmi troch  afektowanie?”
- Zawsze umia

 prawi  komplementy, Gilbercie. Wiecie pa stwo - Krystyna rzuci a figlarne spojrzenie na obecnych - doktor Blythe by  moim

wielbicielem w czasach studenckich. Dzi  wydaje mi si , jakby te dni powróci y. O, Ania Shirley! Nie zmieni

 si  tak bardzo, jak mi mówiono, cho  nie

wiem, czy pozna abym ci  na ulicy. Twoje w osy troch

ciemnia y, prawda? Jak to mi o,  e znów mo emy si  spotka . Ba am si ,  e twoje lumbago nie

pozwoli ci przyj

.

- Moje lumbago?!
- Czy by ci nie dokucza o? S ysza am,  e…
. - Musz  to wyja ni  - odezwa a si  przepraszaj cym tonem pani Fowler. - Kto  mi mówi ,  e le y pani z bardzo ci

kim atakiem lumbago.

- To pani Parkerowa z Lowbridge choruje na lumbago - rzek a Ania s abym g osem. - Nigdy w  yciu nie mia am ataku lumbago.
- Szcz

liwe nieporozumienie - ucieszy a si  Krystyna, lecz w jej tonie brzmia y obra liwe nutki. - Lumbago to okropna rzecz. Moja ciotka cierpi przez

nie prawdziwe m ki.

Z jej s ów wynika o jasno,  e zalicza Ani  do grona owych ciotek. Ania zdo

a si  u miechn

 samymi wargami. Gdyby tak umia a odpowiedzie  co

ciwego! Niestety, nic nie przychodzi o jej na my l, z pewno ci  dopiero w domu wpadnie jej do g owy jaka  doskona a riposta, któr  mog a si

odci

 Krystynie.

- Podobno masz siedmioro dzieci - ci gn a tymczasem Krystyna, mówi c do Ani, lecz patrz c na Gilberta.
- Sze cioro  yj cych - odpar a Ania ze smutkiem. Nie mog a my le  bez bólu o ma ej Joyce.
- Co za rodzina! - rzek a Krystyna.
Natychmiast wyda o si ,  e posiadanie du ej rodziny jest uw aczaj ce i niegodne.
- Ty, jak s dz , nie masz dzieci - powiedzia a Ania.
- Nie lubi  dzieci - Krystyna wzruszy a pi knymi ramionami, a g os jej zabrzmia  twardo. - Macierzy stwo to nie dla mnie i nie uwa am go za

najwy sze powo anie kobiety.  wiat i tak jest wystarczaj co zat oczony.

Zaanonsowano obiad. Gilbert poda  rami  Krystynie, doktor Murray towarzyszy  pani Fowler, a doktor Fowler, ma y, t gi cz owieczek, który nie umia

rozmawia  z nikim, kto nie by  lekarzem, zaj  si  Ani .

W pokoju by o duszno. Czu o si  dziwny, niemi y zapach. Pewnie pani Fowler pali a tu jakie  wonne kadzid o. Jedzenie by o smaczne, ale Ania jad a

bez apetytu, siedz c z u miechem przyklejonym do ust. Czu a,  e wygl da jak mumia. Nie mog a odwróci  oczu od Krystyny, która przez ca y czas

miecha a si  do Gilberta. Mia a  adne z by. Za  adne. Wygl da y jak reklamówka pasty do mycia z bów. Krystyna mówi c gestykulowa a  ywo. Mia a

pi kne, cho  zbyt du e d onie.

Rozmawia a z Gilbertem o rytmach  ycia. O co w

ciwie jej chodzi o? Pewnie sama dobrze nie wiedzia a. Potem zmieni a temat na wystawienie

Pasji.
- Czy by

 kiedy  w Oberammergau?* - spyta a Krystyna. Musia a doskonale wiedzie ,  e nie! Dlaczego zwyk e pytanie w ustach Krystyny brzmia o

jak obelga?

- Nic dziwnego, jeste  przecie  uwi zana przy rodzinie - rzek a Krystyna. - Jak my lisz, kogo widzia am miesi c temu w Halifaxie? T  twoj

przyjació

, która po lubi a takiego brzydkiego pastora. Jak on si  nazywa?

- Jerzy Blake - odpar a Ania. - Jego  on  zosta a Iza Gordon. Nigdy nie uwa

am go za brzydkiego.

- Doprawdy? No tak, s  ró ne gusta. W ka dym razie spotka am ich. Biedna Iza!
Krystyna znacz co podkre li a s owo „biedna”.
- Dlaczego biedna? - spyta a Ania. - Uwa am,  e s  z Jerzym szcz

liwi!

- Szcz

liwi! Moja droga, gdyby  zobaczy a, w jakiej dziurze mieszkaj ! Okropna wioska rybacka, w której najwi kszym wydarzeniem jest to,  e

komu

winia wejdzie do ogrodu. Podobno Jerzy mia  dobr  parafi  w Kingsporcie i porzuci  j , by pój

 pomi dzy rybaków, gdy  uwa

,  e jest im

potrzebny. Nie rozumiem takiego fanatyzmu. „Jak mo esz wytrzyma  w tak odleg ym i osamotnionym miejscu?” - spyta am Izabel . Wiesz, co mi

odpowiedzia a?

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

Krystyna dramatycznie wyci gn a przed siebie upier cienione d onie.
- Prawdopodobnie to, co ja bym powiedzia a o Glen St. Mary - odpar a Ania. -  e jest to jedyne miejsce na  wiecie, w którym mo na mieszka .
- Trudno mi wyobrazi 
 sobie,  e naprawd  dobrze si  tam czujesz - u miechn a si  Krystyna. Ach, te usta pe ne równych, l ni cych z bów! - Czy

nie t sknisz za ciekawszym  yciem? O ile pami tam, by

 kiedy  do

 ambitna. W Redmondzie pisywa

 ca kiem dobre nowelki. Mo e by o w nich

troch  za du o fantazjowania, ale mimo to…

- Pisa am je dla ludzi obdarzonych bujn  wyobra ni . Jest ich zadziwiaj co du o i s  spragnieni w drówek w  wiat marze .
- Ale zarzuci

 to?

- Niezupe nie. Teraz tworz  dzie a, które  yj  - odpar a Ania, my

c o swoich dzieciach.

Krystyna szeroko otworzy a oczy, nie rozumiej c, o co chodzi. O czym mówi Ania Shirley? Ju  w Redmondzie s yn a ze swego dziwnego sposobu

wypowiadania my li. Zdumiewaj co dobrze wygl da, ale pewnie nale y do tych kobiet, które po wyj ciu za m

 zmieniaj  si  w kury domowe. Biedny

Gilbert! Zagi a na niego parol, zanim jeszcze przybyli do Redmondu. Nie mia

adnych szans,  eby si  od niej uwolni .

- Czy znany jest jeszcze zwyczaj dzielenia si  podwójnym orzechem? - spyta  doktor Murray, który w

nie roz upa  taki orzech.

Krystyna zwróci a si  do Gilberta:
- Czy pami tasz podwójny orzech, który razem zjedli my? - spyta a.
Co mia o znaczy  to spojrzenie, jakie wymienili?
- S dzisz,  e móg bym o tym zapomnie ? - odpar  Gilbert. Zacz li snu  wspomnienia, Ania za  utkwi a wzrok w obrazie, który wisia  nad kredensem i

przedstawia  ryby i pomara cze. Nie przypuszcza a,  e Krystyna i Gilbert maj  a  tyle do wspominania. „Czy pami tasz ten piknik? Czy pami tasz t
noc, kiedy poszli my do murzy skiego ko cio a? Albo t , w któr  wybrali my si  na bal maskowy? Przebra

 si  za hiszpa sk  dam . Mia

 na sobie

czarn  aksamitn  sukni  i koronkow  chust , a w r ku wachlarz”. Gilbert najwidoczniej pami ta  wszystko ze szczegó ami. Ale za to zapomnia  o ich
rocznicy  lubu!

Gdy szli do salonu po obiedzie, Krystyna wyjrza a przez okno. Na wschodzie niebo srebrzy o si  ponad czarnymi topolami.
- Gilbercie, chod , przejdziemy si  po ogrodzie. Chc  znów zrozumie , jakie ma znaczenie wschód ksi

yca we wrze niu.

Czy wschód ksi

yca we wrze niu ma jakie  inne znaczenie ni  w pozosta ych miesi cach? I dlaczego Krystyna mówi „znów”? Czy ju  kiedy

ogl da a wschód ksi

yca… z nim?

Krystyna i Gilbert wyszli. Ania poczu a si  tak, jakby dok adnie i starannie uprz tni to j  z drogi. Usiad a na krze le, z którego by o wida  ogród, cho

sama przed sob  nie przyzna aby si ,  e w

nie dlatego je wybra a. Widzia a, jak Krystyna i Gilbert id  po  cie ce. O czym rozmawiali? Zdaje si ,  e

ównie mówi a Krystyna. Gilbertowi zapewne odebra o mow  ze wzruszenia. Czy teraz, w blasku wschodz cego ksi

yca u miecha  si  do

wspomnie , które nie mia y  adnego zwi zku z Ani ? Przypomnia a sobie ich wspólne spacery w blasku ksi

yca w Avonlea. Czy on ju  o nich

zapomnia ?
Krystyna patrzy a na niebo. Oczywi cie wiedzia a,  e gdy tak unosi g ow , lepiej wida  jej pi kn , pe

 szyj . Czy ksi

yc zawsze potrzebuje tyle

czasu, aby wzej

?

Wreszcie Gilbert i Krystyna wrócili z ogrodu. W salonie zabrzmia a muzyka, poproszono Krystyn , by co  za piewa a. By a bardzo muzykalna i mia a

dobry g os. Patrz c na Gilberta  piewa a o „dawnych, drogich dniach, których nie da si  zapomnie ”.

Gilbert usiad  w g bokim fotelu. By  dziwnie spokojny. Czy wraca  pami ci  do tych „dawnych, drogich dni”? Mo e wyobra

 sobie, jak wygl da oby

jego  ycie, gdyby po lubi  Krystyn ? „Dawniej zawsze wiedzia am, o czym on my li. Zaczyna mnie bole  g owa. Je li st d nie wyjdziemy, wybuchn

aczem. Dobrze,  e mamy wcze nie powrotny poci g”.

Gdy Ania zesz a na dó , Krystyna sta a z Gilbertem na ganku. Delikatnie zdj a r

 listek, który spad  mu na rami . Gest ten wygl da  jak pieszczota.

- Czy dobrze si  czujesz, Gilbercie? Wygl dasz, jakby  by  bardzo zm czony. Wiem,  e si  przepracowujesz.
Ani  przeszy  dreszcz niepokoju. Gilbert naprawd

le wygl da , a ona sama dot d tego nie dostrzeg a. Poczu a si  upokorzona i zawstydzona.

„Mam pretensj ,  e Gilbert uwa a mnie za swoj  w asno

, a jaki jest mój stosunek do niego?”

Krystyna zwróci a si  do niej.
- Ciesz  si ,  e znów si  spotka

my, Aniu. Ca kiem jak dawnej.

- Ca kiem - przyzna a Ania.
- W

nie mówi am Gilbertowi,  e wydaje si  zm czony. Powinna  lepiej o niego dba . Swego czasu naprawd  lubi am tego twojego m

a. By

najmilszym z moich wielbicieli. Ale mo esz mi to wybaczy , bo przecie  nie odebra am ci go.

Ania zesztywnia a.
- By  mo e on 

uje,  e tego nie zrobi

 - odpowiedzia a tonem, jakiego wczasach redmondzkich Krystyna nigdy u niej nie s ysza a, i wsiad a do

powozu doktora Fowlera, który mia  ich odwie

 na dworzec.

- Zabawne stworzenie! - powiedzia a Krystyna, wzruszaj c ramionami. Patrzy a za powozem tak, jakby co  j  ogromnie rozbawi o.
Rozdzia  XLI
- Czy dobrze si  bawi

? - spyta  Gilbert ca kiem oboj tnie, kiedy wsiedli do poci gu.

- Cudownie - odpar a Ania, która czu a, jakby - u ywaj c wspania ego zwrotu Jane Welsh Carlyle - sp dzi a noc pod wozem.
- Dlaczego tak dziwnie si  uczesa

? - ci gn  Gilbert obcym g osem.

- Wed ug najnowszej mody.
- W ka dym razie nie do twarzy ci w tym uczesaniu. Mo e przy innych w osach wygl da oby to lepiej, ale z twoimi…
- No tak, to doprawdy nieszcz

cie,  e mam rude w osy - rzek a Ania zimno.

Gilbert pospiesznie porzuci  niebezpieczny temat. U wiadomi  sobie,  e Ania zawsze by a uczulona na punkcie swoich w osów. Zreszt  czu  si  zbyt

zm czony, by rozmawia . Odchyli  g ow  na oparcie siedzenia i zamkn  oczy. Ania spostrzeg a pasemka siwych w osów na jego skroniach. Ale serce
jej nie zmi

o.

W milczeniu szli ze stacji do Z otego Brzegu. Pachnia o jod ami, paprociami i wilgotn  ziemi . Pola ton y w blasku ksi

yca. Min li stary,

opuszczony dom z powybijanymi szybami w oknach, dom, w którym kiedy  l ni y  wiat a i rozlega  si

miech. „Jak w moim  yciu” - pomy la a Ania.

Wszystko nabiera o dla niej innego, strasznego znaczenia. Bia y motyl, który przelecia  mi dzy nimi, by  niczym duch umar ej mi

ci. St pn a w do ek

od krykieta i omal nie przewróci a si  na grz dk  floksów. Dlaczego dzieci zostawi y to tutaj? Ju  ona jutro z nimi porozmawia!

Gilbert powiedzia  tylko:
- Hop! - i poda  jej r

. Czy równie oboj tnie by si  zachowa , gdyby podczas ogl dania wschodu ksi

yca co  takiego zdarzy o si  Krystynie?

Gdy tylko weszli do domu, Gilbert pospiesznie uda  si  do swego gabinetu. Ania w milczeniu posz a do sypialni.  wiat o ksi

yca, srebrzyste i zimne,

zalewa o pod og . Podesz a do otwartego okna i wyjrza a na dwór. Pies Cartera Flagga postanowi  chyba wy  przez ca  noc i robi  to z wielkim
zapa em. Li cie topoli l ni y, a dom wydawa  si  pe en tajemniczych i z owrogich szeptów.

Ania czu a pustk . Najpi kniejsze kwiaty  ycia zwi

y i utraci y swe barwy. Wszystko wydawa o si  nierealne, odleg e i pozbawione znaczenia.

Daleko w dole przyp yw spieszy  na odwieczne spotkanie z wybrze em. Teraz, kiedy Norman Douglas  ci  jod owy zagajnik, widzia a ze swych

okien ma y Wymarzony Domek. Jak e byli tam szcz

liwi. Wystarcza o im,  e s  sami ze swoimi marzeniami, czu

ci  i przyjaznym milczeniem!

Gilbert patrzy  na ni  z tym u miechem, który mia  wy cznie dla niej, i codziennie znajdowa  inny sposób, by jej powiedzie  o swej mi

ci. Dzieli  z ni

wszystkie smutki i rado ci.

A teraz znudzi  si  ni . Tacy s  m

czy ni i zawsze tacy b

. Uwa

a,  e Gilbert stanowi wyj tek, ale wida  si  myli a. Jak zdo a 

 z tym

prze wiadczeniem?
„S  jeszcze dzieci - my la a oboj tnie. - Musz

 dla nich. I nikt nie mo e si  o niczym dowiedzie . Nikt. Nie chc ,  eby si  nade mn  u alano”.

Co to? Kto  bieg  po schodach, skacz c po trzy stopnie, jak zwyk  to robi  dawno temu w Wymarzonym Domku Gilbert. Chyba to nie by  on! A
jednak…
Gilbert wpad  do pokoju i rzuci  na stó  ma  paczuszk . Chwyci  Ani  w obj cia i zacz  z ni  ta czy  jak swawolny ch opak. Wreszcie zatrzyma  si

w pa mie ksi

ycowych promieni, by z apa  oddech.

- Mia em racj , Aniu. Dzi ki Bogu, mia em racj ! Specjalista orzek ,  e pani Garrow b dzie zdrowa.
- Pani Garrow? Gilbercie, czy  ty zwariowa ?
- Czy bym ci nic nie powiedzia ? Na pewno mówi em… A mo e nie… By  to tak przykry temat,  e nie mog em go z nikim porusza . Zamartwia em si

tym na  mier  przez ostatnie dwa tygodnie. Nie mog em my le  o niczym innym, we dnie i w nocy. Pani Garrow mieszka w Lowbridge i by a pacjentk
Parkera. Poprosi  mnie o konsultacj , lecz postawi em inn  diagnoz  ni  on, upieraj c si ,  e istnieje szansa na wyzdrowienie. Ma

my si  nie

pok ócili. By em pewien,  e mam racj . Pos ali my pani  Garrow do Montrealu, chocia  Parker twierdzi ,  e nie wróci stamt d  ywa, a jej m

 by  gotów

mnie zastrzeli , gdybym mu si  nawin  przed oczy. Kiedy wyjecha a, zacz em szczegó owo roztrz sa  ca  spraw . Mo e myli em si  i niepotrzebnie

 m czy em? Gdy teraz wszed em do gabinetu, znalaz em list. Mia em racj ! Operowano j  i wed ug wszelkiego prawdopodobie stwa b dzie 

a.

Dziewczynko Aniu, móg bym teraz lata  ze szcz

cia! Uby o mi ze dwadzie cia lat!

Ania mia a ochot  rozp aka  si  i roze mia . Zrobi a to drugie. Cudownie by o znów si

mia , ca kiem jak dawniej!

- Przypuszczam,  e dlatego zapomnia

 o naszej rocznicy? - spyta a.

Gilbert zlu ni  u cisk, by chwyci  pakiecik, który uprzednio rzuci  na stó .
- Nie zapomnia em. Dwa tygodnie temu zamówi em co  w Toronto. Przysz o dopiero dzi  wieczorem. Rano by o mi tak przykro,  e nic dla ciebie nie

mam, i  wola em nie wspomina  o rocznicy. My la em, a nawet mia em nadziej ,  e zapomnia

 o niej. Gdy wszed em do gabinetu, mój prezent dla

ciebie le

 obok listu Parkera. Zobacz, czy ci si  spodoba.

By  to ma y brylantowy wisiorek. W  wietle ksi

yca l ni  i iskrzy  si .

- Gilbercie… A ja…
- Przymierz go. Szkoda,  e nie przyszed  rano, mog aby  wtedy go w

 zamiast tego starego serduszka. Chocia  wygl da o ono bardzo  adnie,

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

background image

wtulone w ten  liczny do eczek w twojej bia ej szyjce. Czemu nie zosta

 w zielonej sukience, Aniu? Lubi  j . Przypomina mi t  sukni  w p czki ró ,

któr  nosi

 w Redmondzie.

A wi c zauwa

 sukni ! I ci gle pami ta  tak podziwian  przez siebie sukienk  z czasów uniwersyteckich.

Ania czu a si  jak ptak uwolniony z klatki. Gilbert trzyma  j  w ramionach i spogl da  w oczy.
- Kochasz mnie, Gilbercie, prawda? Nie sta am si  jednym z twoich przyzwyczaje ? Tak dawno nie mówi

,  e mnie kochasz.

- Kochanie moje! Nie s dzi em,  e potrzebujesz s ów, aby o tym wiedzie . Nie móg bym bez ciebie 

. Twoja obecno

 dodaje mi si . W Biblii jest

werset, napisany jakby z my

 o tobie: „B dzie mu ona czyni  dobro, a nie z o przez wszystkie dni  ywota jego”.

ycie, które par  chwil temu wydawa o si  szare i g upie, znów rozb ys o szcz

ciem. Brylantowy wisiorek, na moment zapomniany, spad  na

pod og . By

liczny, ale o ile  wi cej warte by y spokój, zaufanie, praca,  miech, czu

 i  wiadomo

,  e jest si  kochan .

- Och, gdyby my mogli zatrzyma  na zawsze t  chwil , Gilbercie!
- B dziemy mieli wiele takich chwil. Najwy szy czas na nasz drugi miodowy miesi c. W lutym przysz ego roku w Londynie odb dzie si  kongres

medyczny. Pojedziemy na ten kongres, a potem zwiedzimy kawa ek Europy. Po wi tujemy troch . B dziemy znów wy cznie par  zakochanych,
jakby my dopiero co si  pobrali. Od jakiego  czasu zmieni

 si .

A wi c zauwa

 to.

- Jeste  zm czona i przepracowana. Potrzebujesz odpoczynku. Jak mog a by  wobec niego taka niesprawiedliwa!
- Nie chc , by mówiono,  e  ony lekarza nie ma kto leczy . Wrócimy wypocz ci i odm odzeni, z naszym dawnym poczuciem humoru. Przymierz

wisiorek i chod my spa . Och, jak mi si  chce spa ! Od tygodni nie przespa em porz dnie ani jednej nocy, martwi c si  o pani  Garrow.

- O czym tak d ugo rozmawia

 z Krystyn  w ogrodzie? - spyta a Ania, przymierzaj c wisiorek przed lustrem.

Gilbert ziewn .
- Och, nie wiem. Krystyna papla a jak naj ta. Ale powiedzia a mi co  nowego. Wesz mo e przeskoczy  odleg

 równ  dwustu d ugo ciom jej cia a.

Czy wiedzia

 o tym, Aniu?

Rozmawiali o wszach, gdy ona skr ca a si  z zazdro ci! Jaka  by a g upia!
- Jak to si  sta o,  e rozmawiali cie o wszach?!
- Nie pami tam. Mo e zacz o si  od pinczerów doberma skich.
- Pinczery doberma skie! A co to takiego?
- Nowa rasa psów. Krystyna jest, zdaje si , znawczyni  psów. By em tak poch oni ty my

 o pani Garrow,  e nie zwraca em zbytniej uwagi na to, co

mówi a. Od czasu do czasu chwyta em jakie  pojedyncze s owo o kompleksach, nowym nurcie w psychologii, o sztuce, gustach, polityce i o  abach.

- O  abach?!
- O do wiadczeniach, które robi jaki  cz owiek w Winnipeg. Krystyna nigdy nie by a zbyt interesuj ca, a teraz jest po prostu nudna. I z

liwa! Nigdy

przedtem nie by a z

liwa!

- Có  takiego z

liwego mówi a? - spyta a Ania niewinnie.

- Nie zauwa

? Pewnie nie zwróci

 na to uwagi, takie cechy s  ci zbyt obce. Wszystko jedno. Jej  miech dzia a mi na nerwy. I zanadto przyty a.

Dzi ki Bogu, ty jeste  smuk a jak dawniej, dziewczynko Aniu.

- Wcale tak bardzo nie przyty a - rzek a Ania mi osiernie. - I na pewno jest przystojn  kobiet .
- Mo e. Ale jej twarz nabra a twardego wyrazu. Jest w twoim wieku, a wygl da du o starzej.
- A ty mówi

 o jej wiecznej m odo ci! Gilbert przymru

 oczy z poczuciem winy.

- Trzeba by o powiedzie  co  grzecznego. Grzeczno

 nie mog aby istnie  bez odrobiny hipokryzji. Niestety, Krystyna nie nale y do tych, co znaj

Józefa. Ale có  mo e poradzi  na to,  e czego  jej brak. A to co jest?!

- Mój prezent dla ciebie. Daj mi za niego centa. Nie chc  ryzykowa . Jak e cierpia am przez ca y ten wieczór! Umiera am z zazdro ci o Krystyn !
Gilbert spojrza  na ni  ze szczerym zdumieniem. Nigdy nie przysz o mu do g owy,  e Ania mo e by  o kogokolwiek zazdrosna.
- Aniu, nie s dzi em,  e jeste  do tego zdolna!
- O, jestem. Jeszcze przed laty by am w ciekle zazdrosna z powodu twojej korespondencji z Ruby Gillis.
- Czy ja w ogóle korespondowa em z Ryby? Nie pami tam. Biedna Ruby! A co z Robertem Gardnerem? Kocio  nie powinien przygania  garnkowi.
- Robert Gardner? Iza pisa a mi niedawno,  e go widzia a i  e bardzo uty . Gilbercie, doktor Murray jest mo e wybitny w swoim zawodzie, ale

wygl da jak szczapa, a doktor Fowler jak p czek. Przy nich wydajesz si  idealnie przystojny.

- O. dzi kuj . W

nie takie rzeczy  ona powinna mówi  m

owi. A ja nie pozostan  d

ny i powiem ci, Aniu,  e wygl da

 wyj tkowo  adnie

dzisiejszego wieczoru, pomimo tej sukni. Mia

 rumie ce, a twoje oczy cudownie b yszcza y. O, jak dobrze! Nie ma lepszego miejsca pod s

cem ni

asne 

ko. W Biblii jest jeszcze inny werset; zadziwiaj ce, jak te wersety wyuczone w szkole niedzielnej wracaj  do cz owieka po latach! „Po

 si

w spokoju i zasn ”. W spokoju… i zasn . Dobranoc.

Gilbert zasn  natychmiast, niemal w pó  s owa. Biedny Gilbert. By  taki zm czony! Niech dzieci si  rodz  i umieraj , tej nocy nic nie zm ci mu

odpoczynku. Cho by telefon urywa  si  a  do rana.

Ania nie by a  pi ca. Czu a si  zbyt szcz

liwa, by zasn

. Cicho chodzi a po pokoju, przek adaj c rzeczy z miejsca na miejsce, czesa a w osy.

Wreszcie narzuci a szlafroczek i posz a zajrze  do pokoju ch opców. Wszyscy trzej spali g boko. Odrobinek, który prze

 pokolenia kociaków w Z otym

Brzegu, zwin  si  w k bek w nogach Shirleya. Jim zasn , czytaj c „Ksi

ycia kapitana Jima”, le

a otwarta na prze cieradle. Rozci gni ty na

ku sprawia  wra enie znacznie wi kszego ni  by  w rzeczywisto ci. Wkrótce b dzie doros y, dzielny, ma y ch opiec! Walter we  nie u miecha  si  jak

kto , kto posiad  jak

 cudown  tajemnic .  wiat o ksi

yca pada o przez okno na jego poduszk , rzucaj c cie  w kszta cie krzy a nad jego g ow . Po

wielu latach Ania przypomnia a sobie o tym i zastanawia a si , czy mia a to by  z owró bna przepowiednia. Oznaczony krzy em grób we Francji… Lecz
tego wieczoru by  to tylko cie . Nic wi cej. Ania rzuci a okiem na Shirleya. Wysypka znik a bez  ladu. Gilbert jak zawsze mia  racj .

W pokoju obok spa y dziewczynki; Diana z k dzierzawymi w osami rozrzuconymi na poduszce i ma , opalon  d oni  pod

on  pod policzek, i Nan

ze swoimi wspania ymi, d ugimi rz sami. Oczy, ukryte pod powiekami, po których bieg y niebieskie 

ki, by y orzechowe jak u jej ojca. Rilla le

a na

brzuszku. Ania po

a j  na wznak, ale dziecko nawet nie otworzy o oczu.

Jak pr dko rosn  te dzieci. Za par  lat pe ni m odzie czych, marze  i pragnie  zaczn  wkracza  w doros e  ycie. Jej ma e okr ty, które wyp yn  z

zacisznego portu rodzinnego domu w tajemnicz  dal. Ch opcy oddadz  si  swoim  yciowym pasjom, a dziewcz ta… Mo na ju  sobie wyobrazi

liczne

oblubienice w welonach, sun ce po schodach starego Z otego Brzegu. Ale zawsze pozostan  jej dzie mi. Jej i Gilberta. B dzie je kocha a i
wspomaga a, jak to robi  wszystkie matki  wiata.

Zesz a na dó . Jej zazdro

, podejrzenia i pretensje znik y bez  ladu. Czu a si  pogodna i weso a.

- Jestem naprawd  Ani  Blythe! - rzek a,  miej c si  rado nie. - Czuj  si  tak, jak owego poranku, kiedy ch opak Blythe’ów powiedzia  mi,  e Gilbert

dzie zdrów.

Pogr

ony w cieniach nocy ogród roztacza  przed ni  swoje uroki.

W oddali mgli cie rysowa y si  ton ce w blasku ksi

yca wzgórza Przystani Czterech Wiatrów. Za kilka miesi cy ujrzy ksi

yc  wiec cy nad

ponurymi wzgórzami Szkocji, nad Melrose, ruinami Kenilworth, nad ko cio em w Avon, gdzie snem wiecznym  pi Szekspir. Mo e nawet nad Koloseum,
Akropolem i rzekami, p yn cymi przez zaginione imperia.

Noc by a zimna. Wkrótce nadejd  ch odne, nieprzyjemne jesienne noce, pó niej spadnie  nieg i zaczn  wy  zimowe wiatry. Lecz kto by si  tym
przejmowa ?
W zacisznym domu nadal weso o b dzie p on  ogie  na kominku. Razem z Gilbertem potrafi  uczyni  zwyk e, szare dni radosnymi i pi knymi. Niech

sobie pada  nieg, niech wieje wiatr, nie zm ci to ich mi

ci. A potem nadejdzie wiosna.

Odwróci a si  od okna. W bia ej koszuli nocnej, z w osami splecionymi w dwa d ugie warkocze, wygl da a jak dawna Ania z Zielonego Wzgórza,

Redmondu i Wymarzonego Domku. Promieniowa  z niej ten sam ukryty, wewn trzny blask. Przez uchylone drzwi s ycha  by o spokojny oddech dzieci.
Gilbert chrapa , co mu si  bardzo rzadko zdarza o. Ania u miechn a si

obuzersko. Przypomnia y jej si  s owa Krystyny, biednej bezdzietnej Krystyny,

usi uj cej zrazi  j  swoimi z

liwymi uwagami.

- Co za rodzina! - powtórzy a z zachwytem Ania.

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m

Click to buy NOW!

PD

F-XChange

w

w

w

.doc

u-trac

k.

co

m