background image

Nora Roberts

piszcząca jako

J. D. Robb

PIEŚŃ ŚMIERCI

(Creation in death)

background image

Zegar zawsze zbyt wolno czas mierzy!

Jest później, niż myślisz.

Robert W. Service

I muzyka śmiertelnym wzgardę okazuje,

Gdy czas zalewa wspaniałym bogactwem dźwięków.

Ralph Waldo Emerson

background image

Prolog

Zadawanie śmierci było jego powołaniem. Nie traktował zabijania jako 

zwykłej  czynności,  sposobu   na  osiągnięcie  celu.  Z  pewnością  nie  był to 
jedynie impuls chwili ani metoda zdobycia chwały.

Śmierć była tym wszystkim.
Późno dojrzał i często opłakiwał lata, które zmarnował, zanim odnalazł 

sens swojego istnienia. Stracił tyle czasu, zmarnował tyle okazji. Ale na 
szczęście w końcu osiągnął dojrzałość, dotarł w głąb siebie, zrozumiał, kim 
był i do czego został stworzony.

Był   wirtuozem   sztuki   uśmiercania.   Strażnikiem   czasu.   Szafarzem 

przeznaczenia.

Rzecz jasna, wymagało to czasu i doświadczeń. Czas jego nauczyciela 

skończył się na długo przed tym, zanim on sam osiągnął mistrzostwo. Ale 
nawet   w   okresie   świetności   jego   mentor   nie   przewidział   wszystkich 
możliwości i pełni potęgi swojego podopiecznego. Był dumny z tego, że tyle 
się nauczył. Nie tylko opanował umiejętności do perfekcji, ale je poszerzył i 
udoskonalił technikę.

Bardzo   szybko   uświadomił   sobie,   że   wolał   duety   z   kobietami.   W 

wielkiej   operze,   którą   stworzył,   a   potem   powtarzał,   było   ich   więcej   niż 
mężczyzn. Miał tylko kilka, ale ściśle określonych, wymagań.

Nie gwałcił. Oczywiście przeprowadził kilka eksperymentów, ale uznał, 

że gwałt napawa go niesmakiem i jest poniżający dla obu stron.

W gwałcie nie było finezji.
Jak w przypadku każdego powołania, każdej formy sztuki, która wymaga 

ogromnych   umiejętności   i   skupienia,   z   czasem   zrozumiał,   że   potrzebuje 
wakacji – czegoś w rodzaju okresu spoczynku.

Oddawał się wówczas rozrywkom, jak każdy na urlopie. Podróżował, 

odkrywał,   jadł   wykwintne   posiłki.   Jeździł   na   nartach,   nurkował   albo   po 
prostu siedział pod parasolem na urokliwej plaży i wypełniał sobie czas, 
czytając i popijając mai tai. 

Planował, przygotowywał się, czynił ustalenia. 
Odzyskiwał siłę i chęci przed powrotem do pracy. 
Tak było i tym razem, myślał, przygotowując narzędzia. A nawet lepiej, 

background image

bo   to   właśnie   podczas   ostatniego   okresu   spoczynku   zrozumiał   swoje 
przeznaczenie. Wrócił do korzeni. Tu, gdzie stawiał pierwsze poważne kroki 
w swoim fachu, odnowi stare znajomości, zanim opadnie kurtyna.

Ileż to dodało nowych interesujących odcieni, dumał, sprawdzając ostrze 

noża   sprężynowego   z   rogową   rączką,   który   kupił   podczas   podróży   po 
Włoszech. Podniósł stalowe ostrze do światła i przyjrzał mu się z podziwem. 
Chyba tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty trzeci, pomyślał.

Klasyczny, nie bez powodu.
Lubił   używać   narzędzi   sprzed   lat,   choć   nie   stronił   też   od   tych 

nowoczesnych.   Laser,   na   przykład   –   doskonały   do   stosowania   elementu 
ognia.

Różnorodność   jest   niezbędna   –   ostro,   tępo,   zimno,   ciepło   –   ciąg 

elementów w różnych formach i cyklach. Przeciąganie owych cykli aż do 
osiągnięcia   absolutnego   zenitu   możliwości   jego   partnerki   wymagało 
ogromnych umiejętności, cierpliwości i skupienia.

Dopiero wtedy i tylko wtedy kończył dzieło ze świadomością, że dał z 

siebie wszystko.

Tym   razem   dokonał   doskonałego   wyboru.   Mógł   sobie   pogratulować. 

Przetrzymała trzy dni i cztery noce – i wciąż tliło się w niej życie. Jakież to 
satysfakcjonujące.

Rzecz jasna, zaczął powoli. Sprawą zasadniczą, absolutnie zasadniczą, 

było budowanie nastroju aż do ostatecznego crescendo.

Jak każdy mistrz w swoim fachu wiedział, że zbliżają się do apogeum.
–   Muzyka   –   wydal   komendę,   a   potem   stał   z   zamkniętymi   oczyma   i 

chłonął pierwsze takty „Madame Butterfly" Pucciniego.

Rozumiał, dlaczego tragiczna bohaterka wybrała śmierć z miłości. Czyż 

nie  ten  sam  wybór,  podjęty   wiele  lat  temu,   sprawił,  że  obrał  właśnie   tę 
ścieżkę?

Włożył ochraniacz na swój drogi, szyty na miarę biały garnitur.
Obejrzał się. Popatrzył na nią.
Urocze   stworzenie,   pomyślał.   Przypomniał   sobie,   jak   zawsze,   jej 

prekursorkę. Matkę.

Ewę, poprzedniczkę wszystkich jego kobiet.
Piękną   białą   skórę   pokrywały   siniaki,   oparzenia,   wąskie   nacięcia   i 

staranne, drobne nakłucia. Dowodziły jego powściągliwości, dokładności i 
cierpliwości.

background image

Jej twarz pozostawała nietknięta – na razie. Zawsze zostawiał twarz na 

sam   koniec.   Wpatrywała   się   w   niego   dużymi,   ale   nieco   zmętniałymi 
oczyma.   Doświadczyła   już   wszystkiego,   co   była   w   stanie   znieść.   Cóż, 
dobrze to rozplanował. Nawet bardzo dobrze.

I już zapewnił sobie następną.
Spojrzał  obojętnie  na   drugą  kobietę,   w  drugim końcu  pomieszczenia. 

Spała błogo pod wpływem narkotyku, który jej podawał. Może jutro będą 
mogli zacząć, pomyślał.

A teraz...
Podszedł do swojej partnerki.
Nigdy ich nie kneblował, bo uważał, że powinny mieć prawo krzyczeć, 

błagać, łkać, a nawet go przeklinać. Wyrażać wszystkie emocje.

– Proszę – powiedziała. Tylko tyle. – Proszę!
–   Dzień   dobry.   Mam   nadzieję,   że   wypoczęłaś.   Mamy   dziś   sporo   do 

zrobienia. – Uśmiechnął się, przykładając ostrze noża między pierwsze a 
drugie żebro. – A zatem zacznijmy, dobrze?

Jej krzyk był jak muzyka.

background image

Rozdział 1

Od   czasu   do   czasu   Eve   zdarzało   się   myśleć,   że   życie   naprawdę   jest 

piękne.   Jak   choćby   teraz,   kiedy   wyciągnięta   w   dwuosobowym   fotelu 
wypoczynkowym   oglądała   wideo.   Film   aż   kipiał   akcją   –   lubiła,   kiedy 
wszystko wybuchało – a fabuła nie wymagała myślenia.

Wystarczyło po prostu patrzeć.
Przed nią stała miska z popcornem zatopionym w maśle i soli, gruby 

kocur drzemał na stopach, zapewniając przyjemne ciepło. Nazajutrz miała 
wolne, a to oznaczało, że będzie mogła pospać, aż sama się obudzi, a potem 
wegetować, dopóki nie zacznie pleśnieć.

A co najważniejsze, na fotelu obok niej spoczywał Roarke. Ponieważ 

mąż, spróbowawszy popcornu, uznał, że jest ohydny, miała całą miskę tylko 
dla siebie.

Trudno wyobrazić sobie coś lepszego.
Choć   w   sumie...   chyba   jednak   nie   tak   trudno   –   w   końcu   planowała 

przelecieć męża jak taksówka powietrzna, zaraz gdy skończy się film. Jej 
prywatna wersja drugiego seansu kinowego.

– Niezłe – powiedziała, gdy po kolizji powietrznej tramwaju na ekranie 

mignęła reklama.

– Pomyślałem, że fabuła ci się spodoba.
– Tu nie ma żadnej fabuły. – Sięgnęła po popcorn. – I to mi się podoba. 

Trochę dialogów, żeby jakoś wypełnić przerwy między wybuchami.

– Przez moment pokazali nagość z przodu.
– Tak, tylko że to było dla ciebie i takich jak ty. – Spojrzała na Roarke'a, 

gdy na ekranie przechodnie uciekali w popłochu przed spadającymi z nieba 
wrakami.

Był taki cudowny. Twarz wyrzeźbiona przez wyjątkowo utalentowanych 

bogów w naprawdę dobry dzień. Wydatne kości policzkowe, jasna irlandzka 
skóra,  usta, które sprawiały, że myślała  o poetach, aż  do momentu,  gdy 
zaczynał   ją   całować   –   tak   by   nie   była   już   w   stanie   myśleć.   I   te   dzikie 
celtyckie oczy, które widziały ją taką, jaka była naprawdę.

Niesamowitej   całości   dopełniały   jedwabiste   czarne   włosy,   smukłe 

sprężyste   ciało   i   seksowny   irlandzki   akcent   –   a   wszystko   uzupełnione 
nieprzeciętnym intelektem, błyskotliwością, temperamentem i intuicją. 

background image

I cały należał do niej.
Przez najbliższe trzydzieści sześć godzin lub coś koło tego zamierzała w 

pełni wykorzystać to, co było jej.

Na ekranie uczestnicy powietrznej katastrofy wdali się w walkę uliczną 

wśród wraków pojazdów. Bohater – charakteryzujący się tym, że jak do tej 
pory   skopał   najwięcej   tyłków   –   wyskoczył   zza   gruzów   na   odrzutowym 
rowerze.

Roarke, który najwyraźniej dał się wciągnąć widowisku, zanurzył dłoń w 

popcornie i natychmiast ją wyciągnął jak poparzony.

– Dlaczego po prostu nie nasypiesz soli do stopionego masła i nie zjesz?
– Kukurydza to całkiem fajny nośnik. Och, co się stało? Pobrudziłeś 

sobie swoje śliczne rączki?

Otarł palce o jej policzek i uśmiechnął się z zadowoleniem.
– Już są czyste.
–   Hej!   –   Roześmiała   się,   odstawiając   miskę   na   bok.   Wiedziała,   że 

przysmak   będzie   bezpieczny,   bo   kocur   Galahad   na   pewno   nie   tknie 
popcornu. Wbiła palec pod żebra Roarke'a i błyskawiczne znalazła się na 
mężu.

Może   zrobi   mu   krótką   zajawkę   drugiego   seansu,   jaki   planowała   na 

wieczór.

– Zapłacisz mi za to, kolego.
– Ile?
– Rozłożę ci na raty. Może zaczniemy od... Pochyliła usta do jego ust i 

chwyciła   zębami   jego   piękną   dolną   wargę.   Poczuła   na   sobie   jego   dłoń. 
Podniosła głowę i spojrzała na niego, mrużąc oczy.

– Głaszczesz mnie po tyłku, czy wycierasz masło i sól z palców?
– Dwie pieczenie przy jednym ogniu. A co do tej pierwszej spłaty...
– Oprocentowanie będzie... ha, ha... twarde. – Znów go pocałowała i 

powoli zaczęła się w nim zapadać.

I wtedy odezwał się sygnał komunikatora.
– Cholera. Co jest? Przecież nie mam dziś służby.
– Dlaczego nosisz to w kieszeni?
–   Nawyk.   Głupi.   Niech   to   diabli   –   mamrotała,   wyjmując   aparat. 

Sprawdziła numer. – To Whitney. – Westchnęła ciężko i przygładziła dłonią 
włosy. – Muszę odebrać.

– Stop wideo – wydal polecenie Roarke, po czym starł masło z policzka 

background image

Eve. – Światło, siedemdziesiąt procent.

– Dzięki. – Przyjęła połączenie. – Dallas.
– Pani porucznik, proszę jak najszybciej stawić się w East River Park, 

przy ulicy Drugiej i alei D. Wyznaczyłem panią na oficera prowadzącego 
sprawę.

– Panie komendancie...
– Wiem, że nie miałaś dziś służby ani dyżuru – przerwał jej w pół słowa. 

– Teraz masz.

Przez   głowę   przebiegło   jej   słowo   „dlaczego",   ale   była   zbyt   dobrze 

wyszkolona, aby zapytać głośno.

–   Tak   jest,   panie   komendancie.   Powiadomię   detektyw   Peabody   po 

drodze.

– Do zobaczenia w centrali.
Rozłączył się.
–   Dziwne   –   skomentował   Roarke.   Zdążył   już   wyłączyć   wideo.   – 

Komendant  osobiście  się z tobą kontaktuje i wyciąga cię z domu  w ten 
sposób.

–   To   coś   ważnego   –   odparła   i   wsunęła   komunikator   z   powrotem  do 

kieszeni. – Nie prowadzę teraz żadnej ważnej sprawy, ale nie wzywałby 
mnie, kiedy mam wolne. Wybacz.

– Spojrzała na niego. – Schrzaniony wieczór filmowy.
– Nie ucieknie. Ale skoro ja też mam akurat wolne, to wybiorę się z tobą. 

Tak, wiem, mam ci nie wchodzić w drogę – przypomniał, zanim zdążyła 
zaprotestować.

Miał rację, przyznała w duchu. A ponieważ wiedziała, że dla niej zmienił 

plany   na   ten   wieczór,   prawdopodobnie   przełożył   kupowanie   jakiegoś 
niewielkiego   kraju   lub   planetoidy   na   inny   termin,   takie   rozwiązanie 
wydawało się sprawiedliwe.

– W takim razie zbierajmy się.
Potrafił nie wchodzić jej w drogę, kiedy akurat sytuacja tego wymagała. 

Potrafił   też  obserwować.   Po  przybyciu  do   parku  Roarke   zauważył  sporą 
grupę gapiów, kilku umundurowanych policjantów oraz ekipę techników.

Reporterzy z mediów zawsze mieli nosa do takich rzeczy, dlatego też już 

tam byli. Paru mundurowych blokowało im drogę. Wzniesiono już ekrany, 
dlatego musiał przyglądać się procedurze z daleka, tak jak media i zwykli 
cywilni gapie.

background image

– Jak zaczniesz się nudzić, po prostu się urwij – powiedziała Eve. – 

Wrócę sama.

– Nie nudzę się tak łatwo.
Patrzył   na   nią,   obserwował   ją.   Jego   osobista   policjantka.   Wiatr 

rozwiewał   poły   jej   długiego   czarnego   płaszcza,   który   był   niezbędny,   bo 
pierwszy dzień marca okazał się równie wstrętny jak cały początek roku 
2060. Przypięła odznakę do pasa, choć przecież każdy widział, że była gliną 
i miała władzę.

Wysoka i smukła, pewnym krokiem podeszła do barierek. Jej krótkie 

brązowe włosy rozwiał wiatr, który niósł ze sobą zapach rzeki.

Obserwował jej twarz. Jej oczy koloru bursztynu szukały tropu, usta – te, 

których  ciepło   i   miękkość   jeszcze   czuł   –   miała   zaciśnięte.   Ostre   światła 
uderzały w jej twarz.

Odwróciła się i rzuciła mu krótkie spojrzenie. A potem ruszyła, przeszła 

na drugą stronę taśmy, by robić to, do czego jego zdaniem się urodziła.

Minęła   umundurowanych   policjantów   i   techników.   Niektórzy   ją 

rozpoznali, inni rozpoznali to, co należało do Roarke'a. Władzę. Jeden z 
mundurowych podszedł do niej, więc się zatrzymała, odchyliła połę płaszcza 
i klepnęła dłonią odznakę.

– Pani porucznik, dostałem rozkaz, żeby panią odszukać i eskortować. 

Mój partner i ja byliśmy tu pierwsi.

– OK. – Zmierzyła go szybko wzrokiem. Dość młody, grzeczny i miły 

jak wojskowa orkiestra. Policzki miał zaróżowione z zimna. Głos zdradzał, 
że był rodowitym nowojorczykiem, prawdopodobnie z okolic Brooklynu. – 
Co my tu mamy?

– Dostałem rozkaz, aby nic nie mówić. Ma pani sama zobaczyć.
– Aż tak? – Zerknęła na identyfikator na jego mundurze. – W porządku, 

Newkirk, chodźmy, niech sama zobaczę.

Zbadała osłonięty fragment ziemi, uważnie przyjrzała się linii krzewów i 

drzew. Miejsce zbrodni było fachowo zabezpieczone i dokładnie zamknięte. 
I to  nie tylko  od strony  lądu, zauważyła,  przyglądając  się  rzece.  Policja 
rzeczna już tam była, odgrodzili brzeg.

Poczuła zimny dreszcz niecierpliwości. Cokolwiek tu zaszło, było to coś 

poważnego.

Rozstawione   przez   techników   światła   penetrowały   mrok.   Zauważyła 

idącego w jej kierunku Morrisa. Poważna sprawa, pomyślała jeszcze raz, 

background image

skoro wezwali głównego patologa. Na jego twarzy dostrzegła napięcie.

– Dallas. Powiedziano mi, że jesteś na miejscu.
– A mnie nie powiedziano, że ty też tu będziesz.
– Byłem w pobliżu, ze znajomymi. W tym małym klubie bluesowym 

przy Bleecker.

To wyjaśniało te jego wysokie buty. Zazwyczaj nikt nie pokazuje się na 

miejscu   zbrodni   w   obuwiu   z   czarno-srebrnej   skóry,   prawdopodobnie 
należącej niegdyś do jakiegoś gada. Nawet ktoś tak stylowy jak Morris.

Wiatr unoszący poły jego długiego czarnego płaszcza odsłonił wiśniową 

podszewkę. Pod spodem miał czarne spodnie, czarny golf – ekstremalnie 
sportowy strój jak na Morrisa. Długie ciemne włosy zaczesał gładko do tyłu 
i starannie związał srebrną frotką.

– Komendant cię wezwał – zauważyła.
– Tak. Na razie nie dotykałem zwłok, tylko badanie wzrokowe.
Czekałem na ciebie.
Nie   zapytała   dlaczego.   Domyślała   się,   że   miała   wyciągnąć   własne 

wnioski bez jakichkolwiek podpowiedzi z zewnątrz.

– Newkirk, z nami – rozkazała, po czym ruszyła w stronę świateł.
To   mógł   być   lód   albo   śnieg.   Z   daleka   mogło   się   tak   wydawać.   Z 

odległości ułożenie ciała robiło wrażenie plastycznej aranżacji – wyglądała 
jak modelka przed wydumanym ujęciem.

A   jednak   Eve   wiedziała,   co   to   było,   nawet   z   daleka.   Zimny   dreszcz 

przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, aż po zęby.

Jej oczy spotkały się z oczami Morrisa. I nic nie powiedziały.
To nie był lód ani śnieg. Nie była żadną modelką ani dziełem sztuki.
Eve sięgnęła po zestaw i wyjęła preparat ochronny.
–  Masz   na   dłoniach  rękawiczki   –   zauważył   Morris.   –   To   cholerstwo 

strasznie się przyczepia do rękawiczek.

– Racja. – Nie odrywając wzroku od ciała, zdjęła rękawiczki i schowała 

je   do   kieszeni.   Wpięła   w   płaszcz   rekorder.   –   Nagrywaj.   –   Technicy 
przygotowywali swoją wersję, podobnie jak Morris. Ona też będzie miała 
własną.

– Ofiarą jest kobieta rasy kaukaskiej. Zidentyfikowaliście ją? – zapytała 

Morrisa.

– Nie.
– Jak dotąd niezidentyfikowana. Lat około dwudziestu kilku. Na lewym 

background image

biodrze wytatuowany niebiesko-żółty motyl. Ciało jest nagie, ułożone na 
białym prześcieradle, ramiona otwarte, dłonie do góry. Na palcu środkowym 
lewej ręki srebrna obrączka. Liczne widoczne oznaki torturowania. Rany 
szarpane,   stłuczenia,   ukłucia,   poparzenia.   Cięcia   na   obu   nadgarstkach, 
prawdopodobna przyczyna zgonu. – Spojrzała na Morrisa.

– Tak, to możliwe.
–  Na  klatce  piersiowej   ma   wyryty  napis:   „osiemdziesiąt  pięć  godzin, 

dwanaście   minut   i   trzydzieści   osiem   sekund".   Eve   ciężko   westchnęła.   – 
Wrócił.

– Tak – zgodził się Morris. – Wrócił.
– Trzeba ją zidentyfikować, określić czas zgonu. – Rozejrzała się wokół. 

– Mógł ją tu przynieść przez park albo przywieźć drogą wodną. Ziemia jest 
zamarznięta  na kość, to park publiczny. Może uda nam się zebrać ślady 
butów, ale raczej w niczym nam nie pomogą.

Sięgnęła po zestaw, ale cofnęła rękę, bo wreszcie zjawiła się Peabody.
– Przepraszam, że to tak długo trwało. Musiałam przejechać przez całe 

miasto,   a   w   metrze   był   korek.   Cześć,   Morris!   –   Peabody,   w   czerwonej 
czapeczce   nasuniętej   na   ciemne   włosy   i   w   ciężkich   zimowych   butach, 
podrapała się po nosie i spojrzała na ciało. – O rany. Ale ją załatwili.

Podeszła bliżej, żeby lepiej widzieć.
–   Ta   wiadomość...   wydaje   mi   się   znajoma.   –   Przesunęła   palcami   po 

skroni. – Coś mi to przypomina.

– Zidentyfikujcie ją – rozkazała Eve, po czym zwróciła się do Newkirka. 

– Mów, co wiesz.

Cały czas stał na baczność, a teraz usztywnił się jeszcze bardziej.
– Mój partner i ja byliśmy na patrolu, zauważyliśmy, że coś się dzieje. 

Okazało się, że był to napad. Ruszyliśmy w pogoń za mężczyzną w stronę 
parku. Podejrzany kierował się na wschód. Nie mogliśmy go dogonić, miał 
nad nami sporą przewagę. Rozdzieliliśmy się, żeby odciąć mu drogę. W tym 
czasie odkryłem zwłoki ofiary. Wezwałem mojego partnera i powiadomiłem 
komendanta Whitneya.

– Powiadamianie komendanta nie należy do procedury, funkcjonariuszu 

Newkirk.

–  Nie,  pani  porucznik.  Uznałem  jednak,   że  w  takich  okolicznościach 

powiadomienie jest nie tylko uzasadnione, ale konieczne.

– Dlaczego?

background image

–   Przeczytałem   podpis.   Pani   porucznik,   mój   ojciec   pracuje   w   firmie. 

Dziewięć lat temu  należał do ekipy specjalnej powołanej do wyjaśnienia 
sprawy serii zabójstw z użyciem tortur. – Wzrok Newkirka powędrował ku 
zwłokom, ale po chwili policjant znów spojrzał na Eve. – To ten sam podpis.

– Twoim ojcem jest Gil Newkirk?
– Tak jest, pani porucznik. – Jej pytanie sprawiło, że nieco rozluźnił 

ramiona. – O ile mogłem, śledziłem wtedy przebieg śledztwa. Przez te lata, 
zwłaszcza odkąd sam jestem w firmie, często rozmawialiśmy o tym z ojcem. 
Dlatego od razu rozpoznałem ten podpis. Pani porucznik, uznałem, że w tym 
przypadku   pominięcie   standardowej   procedury   i   powiadomienie 
bezpośrednio komendanta było słuszne.

– Możesz mieć rację. Dobra robota, funkcjonariuszu. Czekać.
Odwróciła się do Peabody.
–   Ofiarę   zidentyfikowano   jako   Sarifinę   York,   lat   dwadzieścia   osiem. 

Zamieszkała przy Zachodniej Dwudziestej Pierwszej. Samotna. Pracowała w 
Starlight. To taki klub retro w Chelsea – wyrecytowała Delia.

Eve przykucnęła.
– Nie tu ją zamordował. Nie była owinięta w to prześcieradło, kiedy ją 

niósł. Lubi mieć czystą scenę. Czas zgonu, Morris.

– Dziś o jedenastej.
–   Osiemdziesiąt   pięć   godzin.   Uprowadził   ją   około   poniedziałku   lub 

wcześniej,   ale   stoper   włączył   później.   Jeśli   nic   się   nie   zmieniło,   to   do 
pierwszej ofiary dobiera się dość szybko po porwaniu.

– Zaczyna odliczać w momencie, gdy przystępuje do pracy – potwierdził 

Morris.

– O cholera, przypomniałam sobie. – Policzki Peabody zaczerwieniły się 

na   zimnym   wietrze.   Otworzyła   szeroko   oczy   na   wspomnienie.   –   Media 
nazywały go Panem Młodym.

– Z powodu obrączki – wyjaśniła Eve. – Powiedzieliśmy im o obrączce.
– To było z dziesięć lat temu.
– Dziewięć – poprawiła ją Eve. – Dziewięć lat, dwa tygodnie i... trzy dni, 

odkąd znaleźliśmy pierwsze ciało.

– Naśladowca – zasugerowała Peabody.
– Nie, to ten sam sprawca. Wiadomość, czas... o tym nie wspominaliśmy 

mediom. Zamknęliśmy dostęp do informacji, ale nie zamknęliśmy sprawy. 
Jego   też   nie   zamknęliśmy.   Cztery   kobiety   w   ciągu   piętnastu   dni.   Same 

background image

brunetki,   najmłodsza   miała   dwadzieścia   osiem   lat,   najstarsza   trzydzieści 
trzy. Wszystkie torturował, od dwudziestu trzech do pięćdziesięciu dwóch 
godzin – Ponownie przyjrzała się napisowi wyrytemu na klatce piersiowej. – 
Dopracował technikę.

Morris w zamyśleniu kiwnął głową.
– Wygląda na to, że zaczął od ran powierzchownych, tak jak poprzednio. 

Potwierdzę, kiedy już ją obejrzę u siebie.

– Ślady po związaniu, kostki, nadgarstki... tuż nad nacięciami. – Eve 

podniosła bezwładną rękę ofiary. – Z tego, co tu widać, nie wygląda, żeby 
leżała, ot tak, i czekała. Poprzednim ofiarom podawał narkotyki.

– Sprawdzę to.
Eve   pamiętała   wszystko,   każdy   szczegół   sprzed   lat,   frustrację   i 

wściekłość, jakie wówczas budziła ta sprawa.

–   Wyczyścił   ją,   dokładnie   obmył   całe   ciało   i   włosy,   używając 

ekskluzywnych kosmetyków. Przed transportem owinął ją, prawdopodobnie 
w   folię.   Przy   poprzednich   nigdy   nie   znaleźliśmy   nawet   śladu   jakiegoś 
kłaczka.   Zabierz   obrączkę,   Peabody.   A   ty,   Morris,   weź   zwłoki.   – 
Wyprostowała się.

– Funkcjonariuszu Newkirk, potrzebny mi  pełny, szczegółowy raport, 

najszybciej jak to możliwe.

– Tak jest.
– Kto jest twoim przełożonym?
– Grohman, pani porucznik. Jestem z siedemnastego.
– Ojciec nadal tam służy?
– Tak, pani porucznik.
– W porządku, Newkirk, podrzuć mi raport. Peabody, sprawdź w Biurze 

Osób Zaginionych, może ktoś zgłosił jej zniknięcie. Muszę skontaktować się 
z komendantem.

Zanim wyszła z parku, wiatr zdążyć się uspokoić. Niewielka pociecha. 

Tłum   gapiów   nieco   się   przerzedził,   ale   sępy   z   mediów   były   bardziej 
wytrwałe   i   wciąż   krążyły.   Eve   wiedziała,   że   jedynym   sposobem,   by 
zachować kontrolę nad sytuacją, było wyjście naprzeciw reporterom.

– Nie będę odpowiadać na państwa pytania. – Musiała krzyczeć, żeby 

usłyszeli ją w zgiełku, jaki powstał, gdy zaczęli zasypywać ją pytaniami. – 
Tym razem tylko krótkie oświadczenie. Jeśli nie przestaniecie krzyczeć, to i 
tego   nie   usłyszycie.   –   Dziś,   we   wczesnych   godzinach   wieczornych   – 

background image

kontynuowała,   ignorując   cichnący   gwar   –   dwaj   funkcjonariusze 
nowojorskiej policji natrafili na zwłoki kobiety w parku East River.

– Czy udało się ją zidentyfikować?
– Jak zginęła?
Eve   omal   nie   zmiażdżyła   wzrokiem   reporterów,   którzy   usiłowali   jej 

przerwać.

– Ludzie, czy spadliście wczoraj z kosmosu? A może poruszacie ustami 

tylko po to, żeby napawać się brzmieniem własnego głosu? Chyba każdy, 
kto   posiada   mózg   wielkości   orzeszka,   wie,   że   nie   ujawnimy   nazwiska, 
dopóki   nie   powiadomimy   rodziny   ofiary.   Przyczynę   zgonu   bada   lekarz 
sądowy. Ostrzegam, że każdy, kto jest na tyle głupi, by pytać, czy mam już 
jakieś podejrzenia, nie otrzyma więcej żadnych informacji dotyczących tej 
sprawy. Jasne? A teraz proszę nie zajmować mi więcej czasu.

Odwróciła się i zdecydowanym krokiem ruszyła do swojego pojazdu, 

kiedy   w   pół   drogi   ujrzała   Roarke'a   opartego   o   maskę.   Zupełnie   o   nim 
zapomniała.

– A ty dlaczego nie jesteś w domu?
– W domu? Miałbym przepuścić takie widowisko? Cześć, Peabody.
– Witam. – Partnerka Eve zdobyła się na uśmiech, choć policzki miała 

sztywne z zimna jak płaty lodu. – Byłeś tu cały czas?

– Prawie. Oddaliłem się tylko na chwilę. – Otworzył drzwi samochodu i 

wyjął dwa hermetycznie zamknięte kubeczki. – Po prezenty dla was.

– To kawa – stwierdziła uroczystym tonem Delia. – Gorąca kawa!
– Troszkę was rozmrozi. Źle? – zwrócił się do Eve.
– Bardzo. Peabody, sprawdź informacje o krewnych ofiary.
– York, Sarifina. Już się robi.
– To ja wracam do domu... – zaczął Roarke, ale urwał. – Jakie nazwisko?
– York – powtórzyła Eve. – Sarifina. – Poczuła skurcz żołądka. – Chcesz 

powiedzieć, że ją znałeś?

– Około trzydziestki, ładna brunetka? – Oparł się o samochód, kiedy 

kiwnęła   głową.   –   Kilka   miesięcy   temu   zatrudniłem   ją   na   stanowisko 
menedżerki jednego z moich klubów w Chelsea. Nie mogę powiedzieć, że ją 
znałem. Jedyne, co o niej wiem, to że była bystra, energiczna i obrotna. Jak 
zmarła?

Zanim zdążyła odpowiedzieć, przerwała im Peabody.
– Matka w Reno, w Nevadzie, ojciec na Hawajach. Założę się, że jest im 

background image

tam cieplej. W mieście mieszka siostra, w Murray Hill. Są też dane z Biura 
Osób Zaginionych. Siostra zgłosiła wczoraj zaginięcie.

–   Sprawdźmy   najpierw   mieszkanie   ofiary,   potem   klub,   a   na   końcu 

odwiedzimy krewnych.

Roarke położył dłoń na ramieniu Eve.
– Nie powiedziałaś mi, jak zmarła.
– Kiepsko. To nie jest miejsce do takich rozmów. Zaraz zorganizuję ci 

transport albo...

– Jadę  z tobą. Była moją  pracownicą  – dodał, nie czekając,  aż żona 

zaprotestuje.

Nie sprzeciwiła się, bo dobrze wiedziała, że byłaby to tylko strata czasu i 

energii. A skoro już go przy sobie miała, mogła go wykorzystać.

–   Czy   nie   powinni   cię   zawiadomić,   gdy   pracownik,   zwłaszcza   na 

kierowniczym stanowisku, przez kilka dni nie pokazuje się w pracy?

– Niekoniecznie. – Roarke starał się zbytnio nie stresować tym, że nagle 

zainteresowała się nim policja. – A poza tym nie znałem jej godzin pracy. 
Jeśli nie pojawiła się w klubie, pewnie ktoś pracował za nią. Możliwe, że jej 
nieobecność zgłoszono menedżerowi tej konkretnej sekcji działu rozrywki.

– Potrzebne mi nazwisko.
– Oczywiście, dostaniesz.
–   Zaginięcie   zgłoszono   wczoraj.   Osoba,   która   przyjęła   zgłoszenie, 

musiała – i lepiej, żeby to zrobiła – rozmawiać z jej współpracownikami z 
klubu, sąsiadami, przyjaciółmi. Trzeba to sprawdzić, Peabody.

– Zaraz się tym zajmę.
– Powiedz mi, jak zmarła – nalegał Roarke.
– Morris musi stwierdzić przyczynę zgonu. – Eve.
Zerknęła we wsteczne lusterko, ich oczy się spotkały.
– Dobra, powiem ci, jak to się stało albo co mogło się wydarzyć. Śledził 

ją. Miał dużo czasu, nie spieszył się. Obserwował ją, poznał jej zwyczaje, 
słabości, sposób poruszania się i tak dalej. Wiedział, kiedy będzie sama. 
Zaatakował, gdy był całkowicie pewny swego. Najprawdopodobniej zgarnął 
ją z ulicy. W tym celu miał własny pojazd. Odurzył ją i zabrał do swojego...

Przypomniała sobie, że kiedyś nazywali to warsztatem.
–   ...   do   miejsca,   które   specjalnie   w   tym   celu   przygotował. 

Najprawdopodobniej   to   dom   prywatny.   Tam   trzymał   ją   odurzoną 
narkotykiem. Czekała na swoją kolej... a jeśli była pierwsza, to czekała, aż 

background image

zacznie.

– Pierwsza?
– Tak. Gdy uznał, że jest gotowy, włączył stoper. Zdjął z niej ubranie, 

związał ją. Jego ulubione narzędzie to sznur. Porządny, konopny... kiedy 
ofiara   się   szarpie,   powstają   otarcia.   Stosował   cztery   metody   tortur 
fizycznych   –   o   psychicznych   nie   mogę   nic   powiedzieć   –   przypalanie   i 
mrożenie   oraz   uderzenia   ostrymi   i   tępymi   narzędziami.     Stosował   je   z 
rosnącą   intensywnością.   Można   przypuszczać,   że   kontynuuje,   dopóki 
cierpienie ofiary działa na niego stymulująco, dostarcza mu przyjemności, 
budzi   jego   zainteresowanie.   Na   koniec   podcina   jej   żyły   i   pozwala   się 
wykrwawić.   Po   śmierci   wycina   napis   na   klatce   piersiowej   –   godziny, 
minuty, sekundy – jak długo dana kobieta wytrzymała.

Zapadła chwila absolutnej ciszy.
– Jak długo? – zapytał w końcu Roarke.
– Była silna. Po wszystkim obmywa zwłoki. Robi to dokładnie, używa 

ekskluzywnych kosmetyków i szamponu. Przypuszczamy, że owija ciało w 
plastikowy worek i przewozi na miejsce, które wybrał wcześniej. Układa je 
tam na czystym białym prześcieradle. Na palec serdeczny lewej ręki wkłada 
srebrną obrączkę.

– Hm – mruknął Roarke, wpatrując się w okno. – Coś mi to przypomina. 

Gdzieś już o czymś takim słyszałem.

–   Między   jedenastym   a   dwudziestym   szóstym   lutego   dwa   tysiące 

pięćdziesiątego pierwszego roku uprowadził, torturował i zabił w ten sposób 
cztery kobiety. A potem przestał. Zniknął, zapadł się pod ziemię, rozpłynął 
w cholernym powietrzu. Miałam nadzieję, że trafił do piekła.

Roarke zrozumiał, dlaczego komendant ją wezwał, mimo że nie miała 

służby.

– Prowadziłaś śledztwo w tamtych sprawach.
– Z Feeneyem. On kierował. Ja byłam detektywem, tylko co zdobyłam 

drugi stopień. Pracowaliśmy nad tym razem. Po drugim zabójstwie mieliśmy 
już ekipę. Nie udało nam się go złapać.

Cztery kobiety, pomyślała Eve. Nigdy nie oddano im sprawiedliwości.
–   Od   czasu   do   czasu   przypomina   o   sobie   –   mówiła   dalej.   –   Dwa 

tygodnie, dwa i pół. Cztery, pięć kobiet. I znów znika. Na rok, półtora. Tym 
razem wrócił do Nowego Jorku. Myślimy, że tu zaczynał. Wrócił tu, gdzie 
zaczął, ale tym razem to będzie jego koniec.

background image

W wygodnie urządzonym salonie, z lampką szampana, którego zgodnie z 

tradycją   otworzył,   by   uczcić   pomyślne   zakończenie   przedsięwzięcia, 
mężczyzna, od dawna nazywany przez media Panem Młodym, usiadł przed 
ekranem.

Wiedział, że jeszcze raczej za wcześnie na reportaże. Jego ostatnie dzieło 

odkryją nie wcześniej niż rano. Ale nie mógł się oprzeć ciekawości.

Tylko parę chwil, tak żeby sprawdzić, obiecał sobie, a potem dokończy 

szampana, słuchając muzyki. Może Puccini, na cześć... musiał urwać, żeby 
przypomnieć   sobie   jej   imię.   Ach   tak,   Sarifina.   Urocze   imię.   Puccini   dla 
Sarifiny. Zauważył, że na Pucciniego reagowała najlepiej.

Przerzucił   kilka   kanałów   i   prawie   natychmiast   został   nagrodzony.   Z 

rozkoszą usiadł wygodniej, skrzyżował nogi w kostkach i przygotował się 
na recenzje swojego najnowszego dzieła.

Nazwisko ofiary ujawnią dopiero po tym, jak powiadomią jej krewnych. 

Na   razie   policja   nie   potwierdziła   informacji,   że   kobieta   została 
zamordowana, jednak obecność porucznik Eve Dallas na miejscu zdarzenia 
wskazuje, że mogło tam dojść do popełnienia przestępstwa.

Klasnął lekko w dłonie, gdy na ekranie pojawiła się twarz Eve.
– A więc jesteś – powiedział. – Witam ponownie. Jak to miło  znów 

zobaczyć starych znajomych. Tym razem poznamy się bliżej. Dużo bliżej. – 
Uniósł kieliszek w toaście. – Wiem, że będziesz dziełem mojego życia.

background image

Rozdział 2

Mieszkanie   Sarifiny   odzwierciedlało   wielkomiejskie   trendy.   Ściany   i 

tkaniny w intensywnych barwach równoważyła lśniąca czerń stołów i półek. 
Eleganckie,   tętniące   kolorami   wnętrze.   I   proste   w   utrzymaniu.   Eve 
wyobraziła sobie właścicielkę jako kobietę, która nie miała czasu lub po 
prostu nie przepadała za sprzątaniem.

Łóżko było zaścielone, przykryte jaskrawoczerwoną narzutą, zarzucone 

poduszkami w duże, wyraziste wzory. W szafie wisiała kolekcja ubrań w 
stylu   vintage.   Eleganckie,   proste   i   w   równie   żywych   kolorach.   Buty 
umieszczone w przezroczystych pudełkach wyglądały na wiekowe.

Dbała o swoje rzeczy.
– Myślisz, że ubierała się w te ciuchy do klubu? – zapytała Roarke'a Eve.
–  Tak,  na   pewno.   To   kolekcja   retro,  stylizowana   na  lata   czterdzieste 

ubiegłego   wieku.   Jej   praca   polegała   na   rozmawianiu   z   gośćmi. 
Rozpoznawała   stałych   klientów,   witała   ich,   wskazywała   stolik.   Miała 
wyglądać jak gospodyni przyjęcia.

– Domyślam się, że właśnie tak wyglądała. Trochę nowszych ciuchów, 

styl nieformalny, dwie garsonki w typie businesswoman. Sprawdzimy jej 
sprzęt elektroniczny – dodała, zerkając na łącze zainstalowane przy łóżku. – 
Zobaczymy, czy  się z nią kontaktował. To nie pasuje do jego stylu, ale 
ludzie się zmieniają. Przejrzymy jej łącza i komputer. Miała w klubie własny 
gabinet?

– Tak.
– To sprzęt biurowy też sprawdzimy. – Odsunęła szufladę małego stolika 

pod   oknem.   –   Nie   ma   notatnika   ani   organizera.   Nie   ma   kieszonkowego 
łącza. Prawdopodobnie miała je przy sobie. W garderobie ogromna torba i 
jedna z tych... jak to nazywają... torebek miejskich. Taka, która pasuje do 
kostiumu i ubrań w stylu sportowym. Kilka torebek wieczorowych. Może 
siostra rozpozna, czy czegoś brakuje.

–   W   lodówce   karton   mleka   sojowego   –   poinformowała   z   kuchni 

Peabody. – Termin ważności minął w środę. Resztki chińszczyzny, jak na 
mój nos to leżą tu co najmniej od tygodnia. Znalazłam bloczek na notatki. – 
Podniosła   go   do   góry.   –   Lista   zakupów:   rzeczy   z   bazaru   i   jakieś   inne 
drobiazgi. Jest tu też zdjęcie do przyklejenia na lodówkę, ona i jakiś facet, 

background image

ale nie było na lodówce. Znalazłam je w szufladzie, obrazkiem do dołu, co 
mi mówi, że niedawno się rozstali.

–   W   porządku,   zabezpiecz   i   sprawdź.   –   Eve   zerknęła   na   zegarek   na 

nadgarstku. Dochodziła pierwsza w nocy. Jeśli o tej porze zaczną pukać do 
drzwi   i   budzić   sąsiadów,   tylko   wkurzą   ludzi.   A   wkurzeni   obywatele 
niechętnie odpowiadają na pytania glin.

– Sprawdzimy klub.
Roarke   przepadał   za   starymi   filmami,   szczególnie   za   nastrojowymi 

czarno-białymi  produkcjami  z połowy ubiegłego wieku, dzięki temu  Eve 
orientowała się w modzie i muzyce z lat czterdziestych. Przynajmniej takich, 
jakie przedstawiano w tamtym czasie w Hollywood.

Wchodząc   o   drugiej   nad   ranem   do   Starlight,   poczuła   się   tak,   jakby 

wsiadła do machiny czasu.

Był   to   duży,   połyskujący   światłami   trzypoziomowy   klub.   Na   każdy 

poziom prowadziły osobne szerokie, białe schody. I wszędzie, nawet o tej 
porze,   było   pełno   ludzi.   Siedzieli   na   srebrnych   kanapach   przy   stolikach 
nakrytych białymi obrusami.

Obsługa   –   kelnerzy   w   eleganckich   białych   garniturach,   kelnerki   w 

krótkich   rozkloszowanych   czarnych   sukienkach   –   krążyła   od   stolika   do 
stolika, częstując drinkami. Goście byli wystrojeni w gustowne garnitury, 
czarne krawaty, kobiety miały na sobie stylowe sukienki podobne do tych, 
które wisiały w szafie Sarifiny, a nawet bardziej ozdobne i zwiewne.

W klubie obowiązywały elegancja i wyrafinowanie, dlatego Eve lekko 

się zdziwiła, widząc przy stolikach dwudziestolatków w towarzystwie ludzi, 
którzy bez wątpienia mieli już za sobą setne urodziny.

Z lśniącej czarnej sceny płynęła głośna muzyka w wykonaniu zespołu na 

żywo. A może raczej należało określić ich słowem „orkiestra", pomyślała, 
przyglądając się co najmniej dwudziestu muzykom z trąbkami, smyczkami, 
fortepianem i perkusją. Swingujący rytm porywał pary tańczące w samym 
środku klubu, na parkiecie.

Wolno   obracająca   się   ogromna   lustrzana   kula   odbijała   światło,   które 

padało na czarno-srebrne kwadraty na podłodze.

– Prawdziwa klasa – westchnęła Peabody. – Niesamowita miejscówka.
–   Wszystko,   co   było   stare,   jest   znów   nowe   –   stwierdził   Roarke, 

rozglądając się po wnętrzu. – Będziecie rozmawiać z zastępcą menedżera, 
Zelą Wood.

background image

– Wszystkich pracowników znasz z imienia i nazwiska? – zapytała Eve.
– Niezupełnie. Sprawdziłem w dokumentach. Nazwisko, godziny pracy, 

zdjęcie z identyfikatora i... – urwał. – Tak, to musi być Zela.

Eve spojrzała we wskazanym przez niego kierunku. Uderzająco piękna 

kobieta w jasnym złocie, które wręcz promieniało na tle jej skóry w kolorze 
mocnej   kawy.   Długie   włosy   opadały   kaskadą   na   ramiona   i   plecy.   Eve 
zauważyła,   że   poruszała   się   szybko,   a   jednak   jej   ruchy   były   płynne   i 
swobodne, jakby miała dla siebie całą wieczność.

To jasne, że zauważyła i natychmiast  rozpoznała wielkiego szefa,  bo 

utkwiła w nim oczy w kolorze niemal identycznym jak suknia. Jej palce 
ślizgały   się   po   srebrnej   poręczy,   gdy   ruszyła   po   schodach   w   kierunku 
Roarke'a.

– Pani Wood.
– Bardzo mi miło. – Podała mu dłoń, uśmiechając się czarująco. – Zaraz 

przygotuję dla państwa stolik.

–   Nie   chcemy   stolika.   –   Eve   odciągnęła   jej   uwagę   od   Roarke'a.   – 

Przejdźmy do pani biura.

– Oczywiście – odparła Zela, nie przestając się uśmiechać. – Proszę za 

mną.

– Moja żona – powiedział Roarke, ściągając na siebie niezadowolone 

spojrzenie   Eve.   –   Porucznik   Dallas,   detektyw   Peabody.   Zela,   musimy 
porozmawiać.

– Tak, oczywiście. – Głos miała gładki; pasował do niej jak śmietanka 

do mocnej, czarnej kawy. W jej oczach jednak dało się zauważyć niepokój.

Minęli   szatnię   i   srebrne   drzwi   do   toalet.   Zela   wprowadziła   kod   do 

prywatnej windy.

Kiedy chwilę później wyszli z windy, znów znaleźli się w dwudziestym 

pierwszym wieku.

Biuro   było   urządzone   bardzo   funkcjonalnie   i   służyło   wyłącznie   do 

załatwiania   interesów.   Czysty   biznes.   Na   ukrytych   w   ścianach   ekranach 
widać było, co się dzieje w całym klubie, w tym w kuchni, piwnicy z winem 
i magazynie innych alkoholi. Na biurku stały multiłącze, komputer i zestaw 
dyskietek.

– Czy mogę zaproponować coś do picia? – zaczęła Zela.
– Nie, dzięki. Zna pani Sarifinę York?
– Tak, oczywiście. – Jej niepokój wyraźnie się pogłębił. – Czy coś się 

background image

stało?

– Kiedy widziała ją pani ostatni raz?
– W  poniedziałek.  Zawsze  w  poniedziałki  organizujemy   herbatkę  dla 

naszych starszych gości. Sarifina się tym zajmuje, ma do tego niesamowitą 
smykałkę.   W   poniedziałki   jest   w   klubie   od   pierwszej   do   siódmej,   a   ja 
przychodzę na wieczorną zmianę.  Wyszła około ósmej,  myślę,  że trochę 
przed ósmą. Zapytałam, bo nie przyszła do pracy w środę. – Zela zerknęła 
na Roarke'a i usiadła w swoim fotelu. – We wtorki ma wolne, ale w środę 
też jej nie było. Pracowałam za nią. Myślałam, że... Jej dłoń powędrowała 
ku   wisiorkowi,   który   nosiła   na   szyi.   Jej   palce   zaczęły   się   bawić 
błyszczącymi kamieniami.

–   Zerwała   z   facetem,   z   którym   się   spotykała,   i   była   z   tego   powodu 

przygnębiona. Myślałam, że może znów się zeszli.

– Czy kiedykolwiek wcześniej zdarzyło jej się nie pojawić w pracy bez 

usprawiedliwienia? – zapytała Eve.

– Nie.
– Mówi to pani, żeby ją osłaniać?
– Nie, skąd. Sari nigdy nie opuszczała pracy. – Zela przeniosła wzrok na 

twarz szefa. – Nigdy. Tylko dlatego z początku ją kryłam. Ona uwielbia tę 
pracę i jest świetna w tym, co robi.

– Zela, rozumiem i doceniam, że poświęciła pani swój czas, żeby chronić 

współpracowniczkę i przyjaciółkę – powiedział Roarke.

– Dziękuję. Kiedy nie pojawiła się w czwartek i w żaden sposób nie 

mogłam   się   z   nią   skontaktować,   sama   nie   wiem,   czy   byłam   bardziej 
wściekła czy zaniepokojona. Chyba jedno i drugie, dlatego zadzwoniłam do 
jej siostry. Sari wpisała ją na listę osób do kontaktu. Nie powiadomiłam 
pana, bo nie chciałam, żeby miała kłopoty.

Zela ciężko westchnęła, jej oddech drżał.
– Ma kłopoty, prawda? Przyszli tu państwo dlatego, że ma kłopoty.
Eve wiedziała, że to będzie cios. Takie wiadomości zawsze są ciosem.
– Przykro mi, że muszę to pani powiedzieć, ale Sarifina York nie żyje.
– Co takiego? Powiedziała pani... Że co?
– Zela, niech pani usiądzie. – Roarke wziął ją pod ramię i delikatnie 

posadził w fotelu.

– Powiedziała pani, że... ona nie żyje? Miała wypadek? Jak... – Jej jasne 

złote oczy zrobiły się wilgotne. Eve dostrzegła w nich szok.

background image

– Została zamordowana. Przykro mi. Przyjaźniłyście się?
– Och, Boże. Och, Boże. Kiedy? Jak? Nie rozumiem.
– Na razie szukamy odpowiedzi na te pytania, panno Wood. – Eve przez 

chwilę   podążała   wzrokiem   za   Roarkiem,   który   podszedł   do   panelu 
ściennego, otworzył go i spośród kolekcji alkoholi wybrał butelkę brandy. – 
Nie   zauważyła   pani,   czy   ktoś   ją   obserwował,   zaczepiał   albo   wykazywał 
niezwykłe zainteresowanie?

– Nie. Nie. To znaczy, wiele osób się nią interesuje. Ona po prostu budzi 

zainteresowanie gości. Nie rozumiem.

– Czy nie wspominała, że ktoś ją zaczepiał lub niepokoił?
– Nie.
–   Proszę,   niech   się   pani   napije.   –   Roarke   wcisnął   Zeli   szklaneczkę 

brandy w dłoń.

– Czy ktoś o nią wypytywał?
– Dopiero dziś, kilka godzin temu, detektyw z policji. Powiedział, że 

siostra Sari zgłosiła jej zaginięcie. A ja pomyślałam... – Łzy popłynęły jej po 
policzku.   –   Pomyślałam   wtedy,   że   siostra   trochę   przesadza.   Oczywiście 
zaniepokoiłam się, ale nie za bardzo, bo uznałam, że pewnie wróciła do 
swojego   eks,   a   on   ją   namówił,   żeby   rzuciła   tę   pracę.   To   był   dla   niego 
problem. – Zela wytarła łzy z policzków i mówiła dalej. – Nie podobało mu 
się, że tu pracowała, bo spędzała w klubie prawie wszystkie noce. 

Jej oczy nagle zrobiły się większe.
– Czy to on ją skrzywdził? Och, mój Boże.
– Czy obawiała się pani, że byłby do tego zdolny?
– Nie. Na pewno nie. To typ marudy. Biernie agresywny. Palant, ale 

nigdy nie pomyślałam, że mógłby ją skrzywdzić. Nie w ten sposób.

– Nie mamy powodów sądzić, że to zrobił. Może nam pani podać jego 

nazwisko i adres?

– Tak, oczywiście.
– Czy w klubie są jeszcze dyskietki z zapisem z kamer bezpieczeństwa z 

poniedziałku?

– Tak. Przechowujemy filmy przez tydzień.
– Będą mi potrzebne. Poproszę też o dyskietki z soboty i niedzieli. A czy 

w poniedziałek wyszła sama?

– Nie widziałam, jak wychodziła. Jak wspomniałam, przyszłam około 

kwadransa   przed   ósmą,   Sari   właśnie   wkładała   płaszcz.   Zagadnęłam   ją, 

background image

powiedziałam coś w stylu: „Co jest, nie możesz się rozstać z pracą?", a ona 
się   roześmiała.   Chciała   tylko   dokończyć   papierkową   robotę. 
Porozmawiałyśmy przez chwilę, chyba o zakupach. Potem powiedziała, że 
zobaczymy  się w środę, a ja odpowiedziałam...  odpowiedziałam „miłego 
wolnego". Wyszła z biura, a ja zabrałam się do sprawdzania rezerwacji na 
wieczór. Uznałam,  że poszła  prosto  do domu.  Nie wspominała,  że się  z 
kimś...

– W porządku. Będę wdzięczna, jeśli znajdzie mi pani te dyskietki i poda 

dane mężczyzny, z którym się spotykała.

– Oczywiście. – Zela podniosła się z fotela. – Czy mogę jakoś pomóc? 

Nie wiem, co powinnam zrobić. Jej siostra. Może powinnam skontaktować 
się z jej siostrą?

– Nie trzeba. My się tym zajmiemy.
Jeśli w środku nocy słychać pukanie do drzwi, większość ludzi zwykle 

przeczuwa, że to nic dobrego.

Kiedy Jaycee York im otworzyła, Eve od razu zauważyła jej przerażenie, 

jeszcze zanim padło jakiekolwiek słowo.

Wpatrywała się w oczy Eve, a na jej twarzy oprócz przerażenia pojawiła 

się rozpacz.

– Sari. Och, nie. Och, nie!
– Pani York, czy możemy wejść?
– Znaleźliście ją. Ale...
– Wejdźmy do środka, pani York. – Peabody wzięła Jaycee pod ramię. – 

Wejdźmy i usiądźmy.

– To będzie coś złego. Wiem, że to coś bardzo, bardzo złego. Niech pani 

to powie szybko, dobrze? Proszę powiedzieć mi jak najszybciej.

–   Pani   siostra   nie   żyje,   pani   York.   –   Peabody,   która   nadal   trzymała 

Jaycee pod ramię, poczuła jej drżenie. – Bardzo nam przykro z powodu pani 
straty.

–   Wiedziałam.   Chyba   wiedziałam.   Domyśliłam   się,   zaraz   jak   tylko 

zadzwonili z klubu. Wiedziałam, że przytrafiło jej się coś okropnego.

Peabody zaprowadziła Jaycee do fotela w salonie. Strasznie dużo rupieci, 

zauważyła   w   myślach   Eve;   takich,   które   informowały,   że   mieszkała   tu 
rodzina.   Na   kominku   zdjęcia   chłopców   w   różnym   wieku,   roześmianego 
mężczyzny, kilka fotografii ofiary.

W   pokoju   było   kilka   kolorowych   akcentów,   dużo   poduszek 

background image

podłogowych, które wyglądały na często używane.

– Pani York, czy pani mąż jest w domu? – zapytała Eve. – Czy chce 

pani, żebyśmy sprowadziły go do domu?

– Nie ma go... Clint zabrał chłopców do Arizony. Do... do Sedony. Na 

tydzień. Na szkolny obóz. – Jaycee rozejrzała się, jakby spodziewała się ich 
zobaczyć. – Pojechali na obóz, a ja zostałam. Nie chciałam z nimi jechać, bo 
mam pracę. Pomyślałam, że byłoby tak miło mieć cały tydzień dla siebie. 
Nie dzwoniłam do nich, nic im nie mówiłam, żeby się nie martwili. Po co 
miałam   ich   martwić,   skoro   wszystko   miało   być   dobrze?   Cały   czas 
powtarzałam  sobie,  że  wszystko będzie  dobrze.  Ale nie  jest.  Nie  jest! – 
Ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać.

Eve oceniała, że Jaycee jest dziesięć lat starsza od siostry. Miała krótkie 

włosy blond, a jej zrozpaczone oczy przypominały letnie niebo.

– Zawiadomiłam policję. – Z trudem wypowiadała słowa, zanosząc się 

od   płaczu.   –   Kiedy   zawiadomili   mnie,   że   nie   przyszła   do   pracy, 
zadzwoniłam na policję. Poszłam do jej mieszkania, ale jej nie zastałam, 
więc   zatelefonowałam.   Kazali   mi   wypełnić   zgłoszenie   o   zaginięciu.   – 
Zamknęła oczy. – Co stało się Sari? Co stało się mojej siostrze?

Przed   fotelem   stał   podnóżek.   Eve   usiadła   na   nim,   żeby   ich   twarze 

znalazły się na tym samym poziomie.

– Bardzo mi przykro. Została zamordowana.
Jej zapłakane policzki nagle zrobiły się szokująco blade.
–   W   mediach   mówili...   słyszałam...   Mówili,   że   w   East   River   Park 

znaleziono   kobietę.   Nie   podali   nazwiska.   Wyjaśnili,   że   policja   najpierw 
musi powiadomić krewnych. Ja jestem krewną! Przycisnęła dłoń do ust. – 
Pomyślałam, że nie, to nie może być Sari. Sari przecież nie mieszka w East 
Side. Ale cały czas czułam, że ktoś zapuka do drzwi. I zrobiliście to.

– Byłyście blisko, pani i siostra?
– Ja... Nie mogę. Nie potrafię.
– Przyniosę pani wody. – Peabody dotknęła jej ramienia. – Mogę wejść 

do kuchni i przynieść pani wody?

Jaycee tylko pokiwała głową, nie odrywając oczu od Eve.
–   Była   moją   ukochaną   małą   siostrzyczką.   Moja   mama   zmarła,   kiedy 

byłam dzieckiem, parę lat później tato powtórnie się ożenił. Urodziła im się 
Sari. Sarifina. Była taka śliczna, jak laleczka. Kochałam ją.

– Czy wspomniałaby pani, gdyby ktoś ją niepokoił? Gdyby czymś się 

background image

denerwowała albo martwiła?

– Tak. Dużo rozmawiałyśmy. Kochała swoją pracę. Była w tym dobra. 

Ta praca sprawiała, że czuła się szczęśliwa.

Ale dla Cala to był problem. Spotykali się przez kilka ostatnich miesięcy. 

Pracowała w nocy, dlatego nie mogła spędzać z nim zbyt dużo czasu. Uraził 
ją i zranił, kiedy postawił jej ultimatum. Zażądał, żeby rzuciła klub albo z 
nią zerwie. No i zerwali. Wyszło jej to na dobre.

– Dlaczego?
– On nie był dla niej wystarczająco dobry. I nie mówi ę tego tylko jako 

siostra.   –   Urwała,   by   napić   się   wody,   którą   przyniosła   jej   Peabody.   – 
Dziękuję.   Dzięki.   On   po   prostu   nie   był   dla   niej   dobry...   Samolub.   A   w 
dodatku nie podobało mu się, że zarabiała więcej od niego. Wiedziała o tym, 
rozumiała to, dlatego zdecydowała się na zerwanie. A jednak było jej trochę 
przykro z tego powodu. Sari nie lubi przegrywać... Chyba nie myśli pani... 
Sądzi pani, że Cal ją skrzywdził?

– A pani?
– Nie. – Jaycee upiła łyk wody, wzięła głębszy oddech i jeszcze raz 

powoli się napiła. – Nie powiedziałabym. Nawet nie przeszło mi to przez 
myśl. Dlaczego miałby to zrobić? On jej nie kochał – zauważyła smutno. – 
Był zbyt skupiony na sobie, żeby zadać sobie trud i... Muszę ją zobaczyć. 
Muszę zobaczyć Sari!

– Zorganizujemy to. Kiedy widziała ją pani ostatni raz?
– W niedzielę po południu. Zanim Clint wyjechał z chłopcami na obóz. 

Przyszła się pożegnać. Była taka energiczna i pełna życia. Chciałyśmy iść w 
sobotę...   jutro...   na   zakupy.   Moi   chłopcy   wracają   dopiero   w   niedzielę. 
Miałyśmy   iść   na   zakupy   i   na   lunch.   Och,   Boże.   Boże.   Jak   zmarła?   Jak 
zmarła moja siostrzyczka?

– Prowadzimy w tej sprawie śledztwo, pani York. O wszystkim panią 

poinformuję, gdy tylko czegoś się dowiem. – Nic nie powiem tej biednej 
kobiecie, pomyślała Eve. Nie powiem, co się stało z jej siostrą, dopóki przy 
Jaycee nie będzie kogoś, kto się nią zaopiekuje. – Możemy skontaktować się 
z pani mężem. Chce pani, żeby wrócili teraz do domu?

– Tak. Tak. Chcę, żeby jak najszybciej wrócili. Chcę, żeby byli tutaj.
– Czy jest ktoś, sąsiadka albo przyjaciółka, kto mógłby dotrzymać pani 

towarzystwa, dopóki mąż i synowie nie wrócą?

– Sama nie wiem... Ja nie...

background image

– Pani York – odezwała się łagodnie Peabody. – Nie powinna pani być 

teraz sama. Zadzwonimy po którąś z pani przyjaciółek i poprosimy, żeby 
przyszła i z panią była.

– Lib. Może pani zadzwonić do Lib? Na pewno przyjdzie.
Gdy znaleźli się już na ulicy, Roarke wziął głęboki oddech.
– Często się zastanawiam, jak ty to robisz, w jaki sposób patrzysz na 

śmierć   i   wgryzasz   się   w   umysły   tych,   którzy   ją   przynoszą.   Ale   chyba 
najtrudniejsze   jest   przekazywanie   wiadomości   tym,   którzy   zostali. 
Dźwiganie z nimi ich bólu, bo na pewno go czujesz, musi być dla ciebie 
najbardziej wyczerpujące.

Musnął palcami dłoń Eve.
– Nie powiedziałaś Jaycee, co się stało z jej siostrą. Dajesz jej czas, żeby 

się uporała z pierwszą falą bólu.

– Nie wiem, czy zrobiłam jej przysługę. Kobieta całkiem się rozsypie, 

gdy usłyszy prawdę. Może powinnam była powiedzieć jej o tym od razu, 
kiedy jest taka załamana.

– Dobrze zrobiłaś – włączyła się Peabody. – Ma przyjaciółkę, ale teraz 

bardziej potrzebuje rodziny. Ich wsparcie będzie jej naprawdę potrzebne.

– No cóż. Sprawdźmy, co ma do powiedzenia Morris. Jedź do domu – 

zwróciła się do Roarke'a. – Odezwę się, jak tylko będę mogła.

– Chciałbym iść z tobą.
– Ale już... która to... czwarta rano. A poza tym chyba nie chcesz iść do 

kostnicy.

– Moment – szepnął do Peabody i biorąc za rękę Eve, odciągnął ją na 

bok. – Chciałbym przy tym być. Chciałbym, żebyś mi pozwoliła.

–   Powiadomię   cię   o   wszystkim,   czego   się   dowiem   od   Morrisa,   a   ty 

prześpij się choć chwilę. Ale – mówiła dalej, nie dopuszczając go do słowa. 
– To jeszcze nie wszystko. Chcę usłyszeć od ciebie, że nie czujesz się za to 
odpowiedzialny.

Spojrzał   w   stronę   mieszkania   Jaycee   i   pomyślał   o   rozpaczy,   jaka 

wypełniała teraz to miejsce.

–   Zginęła   nie   dlatego,   że   ją   zatrudniłem.   Nie   jestem   aż   takim 

egocentrykiem. A jednak chcę przy tym być.

– OK. Ty prowadzisz. Zrobimy po drodze przystanek. Muszę pogadać z 

Feeneyem.

Był jej mentorem, nauczycielem, partnerem. Choć żadne z nich nigdy o 

background image

tym nie wspomniało, był dla niej kimś w rodzaju ojca.

Wyłowił ją z tłumu, gdy jeszcze nosiła mundur. Stworzył ją. Nigdy nie 

zapytała Feeneya, co takiego zobaczył, że podjął decyzję. Wiedziała tylko, 
że nie mógł inaczej.

I   bez   niego   byłaby   bardzo   dobra.   Dzięki   własnemu   uporowi, 

poświęceniu i zdolnościom zdobyłaby stopień detektywa. Pewnie nawet w 
końcu awansowałaby do rangi, którą miała dziś.

Ale bez niego nie byłaby takim samym gliną.
Kiedy otrzymał zasłużony awans, poprosił o przeniesienie do wydziału 

przestępczości elektronicznej. Elektronika zawsze była jego specjalnością i 
pasją, więc ta prośba była czymś zupełnie naturalnym.

Eve przypomniała sobie, że złościła się trochę na niego, kiedy odszedł z 

wydziału zabójstw. Przez pierwsze miesiące tęskniła za nim, za spotkaniami, 
wspólną pracą, za codziennymi rozmowami. Brakowało jej go jak własnej 
ręki.

Mogła   przełożyć   tę   sprawę   na   rano   albo   chociaż   na   jakąś   bardziej 

przyzwoitą porę, ale wiedziała, że gdyby sytuacja była odwrotna, ona sama 
chciałaby usłyszeć pukanie do drzwi już teraz.

I byłaby cholernie wkurzona, gdyby nie zapukał.
Otworzył z półprzytomną twarzą. Włosy – rudosiwa szczotka ryżowa – 

sterczały mu na wszystkie strony, jakby ktoś nagle zjonizował wokół niego 
powietrze.

Może   i   miał   na   sobie   pognieciony   szlafrok   w   zdumiewających 

odcieniach fioletu, ale jego oczy bez wątpienia należały do gliny.

– Kto umarł?
– Właśnie   o tym chcę  z  tobą  pogadać  – wyjaśniła  Eve.  – Z  tym że 

bardziej z akcentem na jak" niż „kto".

–   Cóż.   –   Podrapał   się   po   brodzie,   a   Eve   usłyszała   szelest   nocnego 

zarostu. – Wejdź. Żona śpi, chodźmy do kuchni. Muszę się napić kawy.

Mieszkanie było bardzo przytulne. Rodzinna atmosfera. Eve pomyślała, 

że tak mogłoby wyglądać mieszkanie Jaycee za dziesięć, dwadzieścia lat. 
Dzieci Feeneya już dorosły, pojawiły się wnuki. Nigdy nie była pewna, ile 
ich miał. Część kuchni przeznaczona na aneks jadalny była dość spora, a stół 
długi,   więc   pewnie   podczas   rodzinnych   kolacji   zasiadało   ich   tam   całe 
pokaźne grono.

Niosąc kawę, Feeney szurał kapciami, które – Eve nie miała co do tego 

background image

żadnych wątpliwości i gotowa była postawić na to całą pensję – dostał w 
prezencie na Boże Narodzenie.

Na   środku   stołu   stała   czerwono-pomarańczowa   waza   o   dziwacznym 

kształcie. Dzieło pani Feeney, domyśliła się Eve. Żona Feeneya uwielbiała 
rękodzieło i zawsze miała skłonność do tego typu działalności. Ciągle robiła 
różne przedmioty. Wielu nigdy nie udało się zidentyfikować.

– Dostałam sprawę – zaczęła Eve. – Ofiarą jest kobieta, brunetka, przed 

trzydziestką. Znaleziono ją nagą w East River Park.

– Tak, wiem. Widziałem w wiadomościach.
– Naga. Była torturowana. Poparzenia, stłuczenia, nakłucia, rany cięte. 

Podcięte żyły na nadgarstkach.

– Cholera.
Już załapał, o co chodzi, zauważyła Eve.
– Miała srebrną obrączkę na środkowym palcu lewej ręki.
– Jak długo? – zapytał Feeney. – Jak długo wytrzymała? Jaki czas wyrył 

na jej ciele?

–   Osiemdziesiąt   pięć   godzin,   dwanaście   minut   i   trzydzieści   osiem 

sekund.

– Cholera – zaklął jeszcze raz. – Cholerny skurwiel. – Zacisnął dłoń i 

lekko, ale zdecydowanie uderzył pięścią w stół. – Dallas, tym razem nam nie 
zniknie. Drugi raz mu się nie uda. Na pewno ma już następną.

– Tak. – Eve pokiwała głową. – Myślę, że ma już drugą. Feeney oparł 

łokcie na stole i przeczesał palcami włosy.

– Musimy dokładnie przejrzeć wszystko, co na niego mieliśmy dziewięć 

lat temu. Sprawdzimy dane, które wtedy zgromadziliśmy. Wszystkie jego 
robótki. Od razu zbierz ekipę, niech będą w gotowości. Nie czekamy, aż 
pojawi się kolejne ciało. Znalazłaś coś na miejscu?

– Na razie mamy tylko zwłoki, obrączkę i prześcieradło. Przyślę ci kopie 

nagrań. Właśnie jadę do kostnicy zobaczyć, co ma do powiedzenia Morris. 
A   ty   zacznij   się   ubierać,   no   chyba   że   zamierzasz   iść   do   roboty   w   tym 
fioletowym szlafroku.

Feeney spojrzał po sobie i tylko potrząsnął głową.
–   Gdybyś   zobaczyła,   co   dostałem   od   żony   na   Boże   Narodzenie, 

zrozumiałabyś, dlaczego wciąż w nim chodzę. – Podniósł się z krzesła. – 
Posłuchaj, ty już jedź, spotkamy się w kostnicy. I tak będzie mi potrzebny 
własny samochód.

background image

– W porządku.
– Dallas.
W tym momencie Roarke uświadomił sobie, że ani on, ani Peabody dla 

nich nie istnieli. Po prostu nie byli częścią więzi łączącej tych dwoje.

– Musimy znaleźć to, co wtedy przegapiliśmy – powiedział Feeney do 

Eve.   –   Wszyscy   przegapiliśmy.   Zawsze   jest   coś   takiego.   Jakiś   drobiazg, 
jeden krok, jedna myśl. Tym razem nie możemy tego przegapić.

– Nie przegapimy.
Roarke był już kiedyś w kostnicy. Zastanawiał się, czy białe kafelki, 

jakimi wyłożono długie korytarze, miały zastępować naturalne światło. A 
może po prostu miały czynić wystrój wnętrza jeszcze surowszym.

W tunelu dudniło echo, każdy krok odbijał się od ścian i powtarzał w 

nieskończoność. Choć ta nocna zmiana okazała się wyjątkowo pracowita, w 
budynku panowała martwa – można tak powiedzieć – cisza.

Do świtu było już niedaleko. Długa, męcząca noc odcisnęła się już na 

Peabody, pod której ciemnymi oczyma pojawiły się cienie. Ale nie na Eve. 
Jeszcze nie. Zmęczenie w końcu dopadnie i ją i pokona, jak zawsze. Teraz 
jednak w stu procentach była na służbie, miała określony cel, a gniew, jaki 
w niej wzbierał, stał się najlepszym źródłem energii.

Eve   zatrzymała   się   przed   podwójnymi   drzwiami   do   laboratorium,   w 

którym wykonywano sekcje zwłok.

– Czy koniecznie chcesz ją oglądać?
–   Tak.   Chciałbym   pomóc,   a   jeśli   mam   pomóc,   muszę   zrozumieć. 

Widziałem już śmierć.

– Nie taką. – Pchnęła drzwi.
Morris był w środku. Zauważyła, że przebrał się w szary dres i sportowe 

buty,   które,   jak   się   domyślała,   trzymał   w   swojej   pracowni,   na   wypadek 
gdyby miał ochotę poćwiczyć. Siedział na stalowym krześle i pił jakąś gęstą 
brązową ciecz z wysokiej szklanki.

– Ach, mamy towarzystwo. Napój proteinowy?
– Ależ oczywiście, że nie – odparła Eve.
– Smakuje o ułamek procentu lepiej, niż wygląda. Ale działa. Roarke, 

miło cię widzieć, mimo wszystko.

– Ciebie również.
– Ofiara pracowała u niego – wyjaśniła Eve.
– Przykro mi.

background image

– Prawie jej nie znałem, ale...
– Tak, ale... – Morris odstawił napój i wstał z krzesła. – Przykro mi, że 

dopiero teraz wszyscy dobrze ją poznamy.

– Była menedżerką jednego z klubów należących do Roarke'a. Starlight 

w Chelsea.

– To twój klub? – Morris lekko się uśmiechnął. – Kilka tygodni temu 

zaprosiłem tam przyjaciółkę. Wspaniała podróż w przeszłość, w wyjątkowo 
intrygujące czasy.

– Feeney jest już w drodze.
Morris spojrzał na Eve.
– Rozumiem. Wtedy, przy pierwszej z nich, też pracowaliśmy we trójkę. 

Pamiętasz?

– Tak, pamiętam.
– Nazywała się Corrine, Corrine Dagby.
– Lat dwadzieścia dziewięć – potwierdziła Eve. – Sprzedawała buty w 

eleganckim butiku w śródmieściu. Lubiła imprezować. Przeżyła dwadzieścia 
sześć godzin, dziesięć minut i pięćdziesiąt osiem sekund.

Morris pokiwał głową.
– A pamiętasz, co wtedy powiedziałaś, kiedy tak tu staliśmy?
– Nie, nie bardzo.
– A ja pamiętam.  Powiedziałaś: „Będzie chciał więcej". Miałaś rację. 

Okazało   się,   że   faktycznie   ta   jedna   mu   nie   wystarczyła.   Czekamy   na 
Feeneya?

– Dogoni nas.
– W porządku. – Morris przeszedł na drugi koniec laboratorium.
Roarke spojrzał w tamtą stronę i zrobił krok w tył. Był już świadkiem 

śmierci – krwawej, bolesnej, gwałtownej, bezsensownej, straszliwej śmierci.

Ale jeszcze raz przekonał się, że Eve miała rację. Czegoś takiego nigdy 

dotąd nie widział.

background image

Rozdział 3

Tyle   ran,   myślał,   wszystkie   tak   pięknie   umyte.   Dziwne,   ale   był 

przekonany, że gdyby zostało choć trochę krwi, widok wydawałby się mniej 
przerażający. Krew oznaczała, że kiedyś w tym martwym ciele było życie.

Ale to... Kobieta, którą pamiętał jako pełną wigoru, emanującą energią, 

wyglądała teraz jak lalka zmasakrowana przez niegrzeczne dziecko.

–   Staranna   robota   –   zauważyła   Eve,   ściągając   na   siebie   spojrzenie 

Roarke'a.

Chciał coś powiedzieć, otworzył usta, żeby wyrzucić z siebie choć część 

przygnębienia, jakie go ogarnęło, ale wtedy zobaczył jej twarz. Choć mówiła 
spokojnym   głosem,   gniew   czaił   się   tuż   pod   powierzchnią.   Zobaczył   też 
współczucie. Miała w sobie tak wiele współczucia, że czasami zastanawiał 
się, jak znosiła ten potworny ciężar.

Dlatego nic nie powiedział.
– Jest szalenie metodyczny. – Morris uruchomił komputer i podał Eve 

mikrogogle. – Spójrz na rany na kończynach. Długie, cienkie i płytkie.

– Może skalpel albo czubek ostrego noża. – Choć miała je powiększone 

na ekranie monitora, Eve pochyliła się, by dokładniej im się przyjrzeć przez 
gogle.   –   I   bardzo   precyzyjny.   Była   pod   wpływem   narkotyków   albo   ją 
związał, żeby nie mogła się ruszyć.

– Co obstawiasz? – zapytał Morris.
– Związał ją. W końcu co to za przyjemność, kiedy ofiara nie reaguje i 

niczego nie odczuwa? Poparzenia tu są mniejsze. – Eve odwróciła lewą rękę 
ofiary. – A tu, w zgięciu łokcia, znów pozwolił sobie na precyzję, ale przy 
brzegu skóra jest trochę zwęglona. Płomień? Nie laser, tylko żywy ogień?

–   Tak,   zgadzam   się.   Ale   są   też   poparzenia,   które   wyglądają   jak   po 

laserze. A tam, po wewnętrznej stronie uda, widzisz te plamy? Ekstremalne 
zimno.

– Tak. Sińce... bez zranień, bez zadrapań. Gładkie narzędzie.
– Pałka. – Roarke uważnie przyglądał się siniakom. – Staromodna pałka 

daje   takie   sińce.   Najlepiej   pokryta   skórą,   jeśli   cię   stać,   ale   zwykła, 
wypełniona piaskiem, też może być.

– Znów się zgadzam. Mamy jeszcze nakłucia – kontynuował Morris. – 

Ułożone w okrągłe wzory, tu, tu i tu. – Ekran wypełniły zbliżenia prawej 

background image

ręki od tyłu, pięty lewej nogi i lewego pośladka. – Dwadzieścia maleńkich 
nakłuć, za każdym razem układają się w dokładnie ten sam wzór.

– Jakby igły – myślała na głos Eve. – Albo jakieś narzędzie... Mógł... – 

Porównała ślady na prawej ręce i pięcie ofiary. – To coś nowego. Nie mamy 
tego wzoru w archiwum.

– Pieprzony wynalazca – wtrąciła Peabody. – Morris, mogłabym dostać 

butelkę wody?

– Częstuj się.
– Powinnaś wyjść na chwilę – stwierdziła Eve, nawet na nią nie patrząc. 

– Idź, odetchnij świeżym powietrzem.

– Wystarczy mi woda.
– Może to i nowy wzór – wróciła do rozważań Eve – ale reszta jest 

znana.   Był   może   nieco   bardziej   kreatywny,   wykazał   trochę   więcej 
cierpliwości, ale w końcu im dłużej robisz to, co robisz, tym jesteś lepszy. 
Dłuższe,   głębsze   rany   wzdłuż   klatki   piersiowej.   Większe   ślady   na 
pośladkach. Głębsze wylewy na łydkach.

– Stopniowo intensyfikuje ból. Chce, żeby trwał jak najdłużej. Cięcia i 

przypalenia na twarzy, brak sińców. Gdyby ją spałował, mogłaby zemdleć, a 
tego przecież nie chce.

Drzwi otworzyły się i do laboratorium wszedł Feeney. Podszedł prosto 

do stołu.

– O cholera. – Tylko tyle powiedział.
– Mamy rany nowego typu. Nakłucia w kształcie koła. Zobacz, co o tym 

myślisz?

Eve pochyliła się nad zmasakrowaną twarzą. Jej oczy ukryte za goglami 

pozostały nieruchome.

– Brak  sińców,  które wskazywałyby,  że  ją zakneblował.  Ewentualnie 

kneblował   niezbyt   mocno.   Nic,   co   mogłoby   oszpecić   skórę.   Musi   mieć 
jakieś   miejsce,   bardzo   bezpieczne   i  dyskretne.   Żeby   mogła   krzyczeć.   Są 
wyniki od toksykologa?

–   Tak,   dostałem   je   tuż   przed   waszym   przyjściem.   Śladowe   ilości 

standardowych środków uspokajających we krwi. Ledwo wykrywalne. W 
chwili zgonu musiała być przytomna i świadoma.

– Ta sama metoda. Usypia ją, kiedy musi zająć się innymi sprawami.
–   W   organizmie   wykryto   też   ślady   wody   i   białka.   Labo   jeszcze 

potwierdzi, ale...

background image

– Podaje im odżywki, żeby dłużej wytrzymały – wyjaśnił Feeney.
Eve kiwnęła głową.
– Tak, pamiętam. A potem kończy w ten sposób. – Podniosła rękę ofiary, 

nadgarstkiem   do   góry.   –   Podcina,   niezbyt   głęboko.   Dziewczyna   się 
wykrwawia, ale nie tak od razu. A jego czas płynie dalej.

– Biorąc pod uwagę wcześniejszą utratę krwi i traumę, sądzę, że były to 

dwie godziny. Najwyżej trzy. Tuż przed końcem straciła przytomność.

– Jakieś ślady preparatu, którym ją umył?
–   Tak.   W   ranach   na   głowie   i   w   nakłuciach   pod   paznokciami.   Już 

wysłałem do labo.

–   Wyślij   też   próbki   skóry   i   włosów.   Chcę   wiedzieć,   jaka   to   woda. 

Miejska? Podmiejska?

– Zajmę się tym.
– Zaczął pracować nad drugą. – Feeney spojrzał na Eve, która zdjęła 

gogle. – Prawdopodobnie ma już upatrzoną trzecią.

– Tak. Idę do komendanta. A ty w tym czasie wezwij swoich najlepszych 

ludzi.   Niech   systematyzują   dane,   które   będziemy   podsyłać.   Niech   je 
analizują i sprawdzają wszystkie możliwości. Pierwszy na miejscu zbrodni 
zjawił się syn Gila Newkirka.

– Cholera.
– Tak. Złapiesz Newkirka seniora? Jest z siedemnastego, tak jak jego 

dzieciak. Chcę wprowadzić syna do ekipy jako mundurowego, jeśli jego szef 
nie będzie miał nic przeciwko.

– Kto jest jego przełożonym?
– Grohman.
– Znam go – powiedział Feeney. – Zajmę się tym.
– Dobra. – Eve zerknęła na zegarek i w myślach  przeliczyła czas. – 

Peabody,   zarezerwuj  salę   konferencyjną.   I  żeby   przez   cały   czas   była  do 
mojej dyspozycji. Jeśli ktoś będzie ci utrudniał, odeślij go do Whitneya. 
Pierwsza   odprawa   o   dziewiątej.   Widzimy   się   na   miejscu.   –   Wychodząc, 
spojrzała   na   Roarke'a.   –   Rozumiem,   że   będziesz   chciał   uczestniczyć   w 
odprawie.

– Dobrze kombinujesz.
– Muszę poprosić Whitneya o pozwolenie.
– W porządku.
– Ty prowadzisz. Zobaczę, co da się zrobić. Wybrała numer i połączyła 

background image

się z Whitneyem. Nie zdziwiła się, widząc go przy biurku.

– Panie komendancie, wychodzimy z kostnicy i za chwilę będziemy w 

centrali. Rezerwujemy salę konferencyjną.

– Mam salę A – poinformowała Peabody z tylnego siedzenia.
– Sala konferencyjna A – powtórzyła Eve do łącza. – Pierwszą odprawę 

wyznaczyłam na dziewiątą.

– Będę. Komisarz Tibbie też.
– Tak jest, panie komendancie. Włączyłam kapitana Feeneya, bo razem 

prowadziliśmy   poprzednie   dochodzenie.   Poprosiłam   go   o   jeszcze   dwóch 
elektroników,   którzy   zajmą   się   analizą   danych.   W   oddziale   specjalnym 
policji   umundurowanej   chciałabym   mieć   funkcjonariusza   Newkirka.   Był 
pierwszy   na   miejscu   zbrodni,   a   poza   tym   jest   synem   policjanta,   który 
uczestniczył w poprzednim dochodzeniu.

– Załatwię to.
– Panie komendancie, Feeney już nad tym pracuje. Chciałabym wziąć 

jeszcze   czterech   ludzi:   Baxtera,   Truehearta,   Jenkinsona   i   Powella.   Jeśli 
prowadzą teraz jakieś sprawy, postaram się, żeby znalazło się dla nich jakieś 
zastępstwo. Są mi potrzebni.

–   To   pani   śledztwo,   pani   porucznik,   ale   proszę   nie   zapominać,   że 

Trueheart jest tylko praktykantem, nie detektywem, i nie ma zbyt dużego 
doświadczenia.

– Ma niespożyte siły, panie komendancie, i doskonałe oko. Baxter już go 

trochę podrasował.

– Ufam twojej ocenie, Dallas.
– Dziękuję. Przydałoby się, żeby doktor Mira przejrzała i ewentualnie 

uzupełniła profil. Będę też potrzebowała cywilnego konsultanta.

Whitney milczał przez pięć długich sekund.
– Dallas, chcesz wprowadzić Roarke'a?
–   Ofiara   była   jego   pracownicą.   Włączenie   go   może   pomóc   w 

wyjaśnieniu wielu niejasności podczas śledztwa i przesłuchań. Poza tym, 
panie   komendancie,   dysponuje   dużo   lepszym   sprzętem   niż   nowojorska 
policja. A coś czuję, że będzie nam potrzebny.

– No cóż, jak mówiłem, twoje dochodzenie i twoja ocena sytuacji.
– Tak jest.
Świtało, gdy Roarke wjechał na parking centrali.
–  Jesteśmy  na   miejscu,  panie  komendancie.   Wszystko  będzie   gotowe 

background image

przed dziewiątą.

– Skontaktuję się z Mirą i komisarzem.
Eve siedziała w milczeniu, gdy Roarke parkował na wyznaczonym dla 

niej miejscu. Na tylnym siedzeniu Peabody delikatnie, niemal wytwornie, 
pochrapywała.

– Wiesz trochę o torturach – odezwała się po dłuższej chwili.
– Tak, to prawda.
– I znasz ludzi, którzy znają ludzi.
– Fakt.
– Chciałabym,  żebyś to przemyślał.  Jeśli  masz  jakieś  kontakty, które 

mogą dostarczyć nam informacji, to ich użyj. On ma narzędzia i warsztat. 
Doskonale wyposażony i zorganizowany. Przypuszczam, że posiada też parę 
elektronicznych zabawek. Monitoruje puls ofiary, możliwe, że częstotliwość 
fal mózgowych. Ma kamery, sprzęt audio. Podejrzewam, że lubi oglądać, a 
nie   można   jednocześnie   pracować   i   oglądać.   Nie,   kiedy   musisz   być   tak 
skupiony.

– Oczywiście, czego tylko ode mnie potrzebujesz. Pokiwała głową, po 

czym odwróciła się i dotknęła kolana Peabody.

– Hm? Co? – Delia poderwała się i nerwowo zamrugała. – Zamyśliłam 

się.

– Jasne, ja też zawsze ślinię się i chrapię, kiedy się zamyślę.
–   Ślinisz   się?   –   Przerażona   Peabody   wytarła   usta.   –   Wcale   się   nie 

śliniłam.

– Daję ci godzinę.
– Nie trzeba, czuję się świetnie. – Peabody dziarsko wysiadła, kilka razy 

zamrugała i szeroko otworzyła oczy, żeby udowodnić, że już oprzytomniała. 
– Przysnęłam na minutkę.

– Masz  godzinę. – Eve ruszyła w stronę windy. – Wykorzystaj ją, a 

potem   zgłoś   się   do   sali   konferencyjnej.   Pomożesz   mi   wszystko 
przygotować.

– Nie musisz od razu tak się wkurzać tylko dlatego, że padłam na kilka 

minut.

– Gdybym była wkurzona, skopałabym ci tyłek, zamiast dawać wolną 

godzinę. I nie kłóć się ze mną, kiedy jestem na głodzie kofeinowym. Bierz tę 
godzinę. Przyda ci się.

Kiedy   drzwi   się   otworzyły,   Eve   wysiadła   z   kabiny   z   Roarkiem, 

background image

odwróciła się i skierowała palec w naburmuszoną Peabody.

– Ta godzina już się zaczęła.
Roarke zaczekał, aż drzwi się zamkną.
– Tobie też przydałaby się taka godzina.
– Bardziej przydałaby mi się kawa.
– I coś do jedzenia.
Rzuciła mu ostrzegawcze spojrzenie.
– Jak tylko zaczniesz  piłować na temat  jedzenia i spania, wylecisz  z 

ekipy.

–   Gdybym   nie   piłował   na   temat   jedzenia   i   spania,   nie   robiłabyś   ani 

jednego, ani drugiego. Co masz w biurowym autokucharzu?

– Kawę – odparła i jeszcze bardziej za nią zatęskniła.
– Zaraz do ciebie przyjdę. – Wykrzywiła się z niezadowoleniem, kiedy 

odwrócił się i ruszył w przeciwnym kierunku.

Z drugiej strony, kiedy on zajmie się tymi swoimi sprawami, będzie jej 

łatwiej napisać wstępny raport i powiadomić członków ekipy.

Przeszła   przez   pokój   detektywów.   Zbliżał   się   początek   zmiany. 

Pierwsze, co zrobiła po wejściu do swojej klitki, to sięgnęła po kawę i od 
razu wypiła połowę kubka.

Przypomniała   sobie,   że   dziewięć   lat  temu   nie   piła   prawdziwej   kawy, 

która pobudziłaby jej umysł do działania. Zamiast ciasnego gabinetu miała 
zagracone   biurko   we   wspólnym   pokoju   detektywów.   Wtedy   to   nie   ona 
dowodziła,   tylko   Feeney.   Wiedziała,   że   mu   to   ciążyło.   Wiedziała,   że 
pamiętał każdy krok, wszystkie powikłane tropy i ślepe zaułki. Wszystkie 
ofiary.

Trzeba   było   pamiętać.   To   wszystko   trzeba   było   pamiętać,   żeby   coś 

takiego nie wydarzyło się drugi raz.

Usiadła   przy   biurku  i   posłała   wiadomości   do   Baxtera  i   Jenkinsona   z 

rozkazami,   by   poinformowali   swoich   współpracowników   i   natychmiast 
stawili się na służbę.

Bezlitośnie przerzuciła ich obowiązki na innych.
Wiedziała, że już za moment w pokoju detektywów rozlegną się jęki i 

rzucanie mięsem.

Poprosiła o całą dokumentację archiwalną sprzed dziewięciu lat – w tym 

wstępny   profil   sporządzony   przez   Mirę   –   oraz   akta   i   raporty   z   innych 
nierozwiązanych spraw, które łączył ten sam modus operandi.

background image

Skontaktowała się z laboratorium w sprawie rezultatów badań. Zostawiła 

e-mail z wiadomością głosową dla głównego technika, Dicka Berensky'ego.

W końcu, z drugim kubkiem kawy na biurku, zaczęła pisać raport.
Wprowadzała ostatnie poprawki, kiedy zjawił się Roarke. Postawił na 

biurku termoizolującą miseczkę i wręczył Eve jednorazową łyżkę.

– Jedz.
Eve ostrożnie podniosła wieczko i obejrzała zawartość miseczki.
–   Niech   to   diabli.   Skoro   zadałeś   sobie   trud   i   poszedłeś   po   coś   do 

jedzenia, dlaczego przyniosłeś owsiankę?

– Bo dobrze ci zrobi. – Usiadł na jedynym krześle dla gości i pochylił się 

nad swoją miseczką. – Zdajesz sobie sprawę, że tutejsza kantyna nie serwuje 
niczego, co nawet przy najlepszych chęciach można by uznać za zjadliwe?

– Jajka wcale nie są takie najgorsze. Jeśli dobrze je posolić.
Roarke tylko przechylił głowę.
– Wszystko dobrze solisz, ale jedzenie nie robi się od tego zdrowsze.
Skoro   miseczka   już   stała   na   biurku,   Eve   wzięła   na   łyżkę   odrobinę 

owsianki. Przynajmniej zapełni pusty żołądek.

–   Udręka   gliny   to   główne   danie,   jakie   tu   serwują.   –   Skosztowała   i 

skrzywiła się. Ale po kilku łyżkach okazało się, że owsianka wcale nie jest 
taka najgorsza. – To chyba nie jest policyjne żarcie.

– Nie. Byłem w delikatesach na rogu.
Przez moment jej mina mogła konkurować z naburmuszeniem Peabody.
– Przecież tam mają bajgle i bułeczki.
– Podobno. – Uśmiechnął się Roarke. – Owsianka lepiej ci posłuży.
Możliwe, pomyślała, ale nie sprawi takiej przyjemności.
– Chcę ci coś powiedzieć, zanim to wszystko zacznie się na dobre. Jeśli 

w którymś momencie poczujesz, że chcesz się wycofać, po prostu to zrób.

– Nie poczuję, ale rozumiem.
Zjadła jeszcze łyżkę owsianki i odwróciła się, tak by spojrzeć mu prosto 

w twarz.

– To zrozum też, że jeśli ja poczuję, że twoje zaangażowanie przynosi 

więcej   szkód   –   na   poziomie   osobistym   –   niż   korzyści   śledztwu,   będę 
musiała się ciebie pozbyć.

– Prywatnie czy zawodowo?
– Roarke!
Odstawił   swoją   miseczkę,   wstał   i   zaprogramował   dla   siebie   kawę. 

background image

Oczywiście mogłaby spróbować się go pozbyć, pomyślał, ale oboje dobrze 
wiedzieli, że to niemożliwe.

– W naszym życiu osobistym były, są i będą guzy i sińce, to normalne, 

kiedy pracujemy razem. A dokładniej, jeśli ja pomagam ci w pracy.

– Tym razem jest inaczej.
– Tak, to też rozumiem.  – Odwrócił się do niej z kubkiem w ręku i 

spojrzał jej w oczy. – Już raz nie udało ci się go powstrzymać.

– Nie powstrzymałam go – poprawiła go Eve.
– Można tak powiedzieć. Dlatego uważasz to za sprawę osobistą. Choć 

bardzo   się   starasz,   by   było   inaczej,   to   sprawa   osobista.   Wiem,   że   teraz 
będzie ci trudniej i że nam może być trudniej. Ale przez tych dziewięć lat 
dużo się zmieniło. Bardzo wiele rzeczy.

– Dziewięć lat temu nikt mnie nie zmuszał do jedzenia owsianki.
– Właśnie. – Wykrzywił usta.
– Mało prawdopodobne, żebyśmy uratowali tę drugą, Roarke. Jeśli nie 

wydarzy się jakiś cud, nie uratujemy jej.

– No tak, ty już się martwisz, że nie uratujesz następnej ofiary. Wiem, 

jak bardzo ci to ciąży, jak cię to zjada i dręczy. Masz kogoś, kto cię rozumie, 
kto cię kocha i kto dysponuje stosownymi środkami.

Podszedł do niej tylko po to, by dotknąć dłonią jej twarzy.
– Może jego styl przez te lata niewiele się zmienił, Eve, ale twój zmienił 

się, i to bardzo. I jestem absolutnie przekonany, że na tej jednej się skończy. 
Ty położysz temu kres.

– Ja też chcę w to wierzyć. No, dobra. – Nabrała ostatnią łyżkę owsianki. 

– Koniec tej drzemki Peabody. Muszę dokończyć swój raport, przygotować 
informacje  dla ekipy. Zamówiłam też kopie starych raportów i złożyłam 
prośbę o udostępnienie dokumentów dotyczących morderstw, które były mu 
przypisywane. Znajdź Peabody, powiedz jej, żeby przyniosła te stare akta, a 
potem   oboje   możecie   zacząć   wszystko   przygotowywać.   Mnie   zajmie   to 
jeszcze z dziesięć minut.

– Dobra. Ale jeśli w sali konferencyjnej macie tę lurę co zwykle, to 

zabieram ze sobą normalną kawę.

Zgodnie   z   obietnicą   dziesięć,   minut   później   Eve   weszła   do   sali 

konferencyjnej   z   pudłem   pełnym   dokumentów.   Tuż   za   nią   dwóch 
mundurowych taszczyło dodatkową tablicę.

–   Najpierw   bieżąca   sprawa   –   powiedziała   do   Peabody.   –   A   potem 

background image

zrobimy sobie lekcję historii. – Wyjęła z pudła dokumenty i rozłożyła je na 
stole konferencyjnym. – Wygenerowałam zdjęcia miejsca i zwłok. Rzuć na 
drugą tablicę.

– Tak jest.
Podeszła do wiszącej na ścianie białej tablicy i zaczęła pisać.
Jej   drukowane   pismo   zawsze   zdumiewało   Roarke'a.   Litery   były 

precyzyjne, wprost  idealne,  w przeciwieństwie  do jej normalnego  pisma, 
które przypominało hieroglify. Napisała na tablicy nazwisko ofiary i czas, 
od momentu gdy wyszła z klubu, poprzez przypuszczalną godzinę zgonu, aż 
po znalezienie zwłok.

Podkreśliła   dane   kreską   na   całą   szerokość   tablicy   i   przystąpiła   do 

wypisywania pozostałych ofiar, zaczynając od Corrine Dagby.

To   nie   tylko   dane,   zrozumiał   Roarke.   Coś   w   rodzaju   upamiętnienia 

zmarłych. Żeby o nich nie zapomniano. Wynotowała je dla siebie, pomyślał, 
bo od tej chwili była za nie odpowiedzialna.

Wszedł Feeney.
–   Chłopak   jest   czysty.   Znaczy,   dzieciak   Newkirka.   –   Jego   wzrok 

powędrował ku tablicy i tam się zatrzymał. – Gil przyrzekł odgrzebać swoje 
stare notatki z tamtej sprawy.

– Dobra.
– Włączyłem McNaba i Callendar. McNab zna twój rytm pracy i nie 

będzie ujadał na żmudną robotę. A Callendar jest świetna. Nie przeoczy 
żadnego szczegółu.

– Ściągnęłam Baxtera, Truehearta, Jenkinsona i Powella.
– Powella?
–   Jakieś   trzy   miesiące   temu   przeniósł   się   z   sześćdziesiątego   piątego. 

Dwadzieścia   lat   w   firmie.   Nie   odpuści,   dopóki   nie   rozbierze   sprawy   na 
atomy.   W   ekipie   mundurowych   mam   Harrisa   i   Darnella.   Obaj   bardzo 
solidni. Ale dowodził będzie Newkirk. Był pierwszy na miejscu zbrodni i 
dokładnie zna poprzednią sprawę.

– Jeśli jest taki jak ojciec, to porządny z niego glina.
– Tak, właśnie tak myślę. Tibble, Whitney i Mira powinni już być w 

drodze.

Odsunęła się od tablicy.
–   Najpierw   omówię   bieżącą   sprawę.   Chcesz   przypomnieć   szczegóły 

swojego dochodzenia?

background image

Feeney pokręcił głową.
– Ty to zrób. Może zobaczę coś nowego, kiedy spojrzę na to z innej 

strony.   –   Wyjął   z   kieszeni   książeczkę.   –   Moje   oryginalne   notatki   – 
powiedział, wręczając jej notes. – Sobie zostawiłem kopię.

Wiedziała, że nie tylko przekazał jej swoje zapiski. W tym momencie 

oddał jej także dowodzenie. Jego gest wywołał jakiś dziwny skurcz tuż pod 
jej sercem.

– Jesteś pewien?
–   Tak.   Właśnie   tak   powinno   być.   –   Odwrócił   się,   gdy   sala   zaczęła 

wypełniać się policjantami.

Przywołała jednego z mundurowych i poleciła mu rozdać przygotowane 

wcześniej   materiały,   a   sama   w   tym  czasie   przyglądała   się   tablicy,   którą 
Peabody rozstawiła z pomocą Roarke'a.

Te wszystkie twarze, pomyślała. Ten ogrom bólu. Jak wygląda ta, którą 

miał teraz? Jak się nazywa? Czy ktoś jej szuka?

Jak długo wytrzyma?
Kiedy weszli Whitney i Mira, Eve rozpoczęła odprawę. Od razu rzucił 

jej   się   w   oczy   ciekawy   kontrast,   jaki   stanowiła   ta   para.   On   –   postawny 
mężczyzna o ciemnej karnacji i piętnie długoletniej służby odciśniętym na 
twarzy,   i   ona   –   tak   uroczo   spokojna   i   delikatna   w   swoim   eleganckim 
bladoróżowym kostiumie.

– Pani porucznik. Komisarz jest w drodze.
–   Dziękuję,   panie   komendancie.   Ekipa   obecna   w   całości.   Mira,   w 

każdym folderze jest kopia profilu sporządzonego przez ciebie dziewięć lat 
temu, ale jeśli uznasz za stosowne, to w każdej chwili możesz go uzupełnić 
ustnie.

– Chciałabym jeszcze raz przejrzeć notatki dotyczące zabójstw.
– Oczywiście, udostępnię materiały. Panie komendancie, chce pan coś 

dodać?

– Nie. Do rzeczy, Dallas. – Odsunął się, kiedy do sali wszedł Tibble.
Szef   policji   był   wysokim   mężczyzną.   Eve   uważała   go   za   człowieka 

powściągliwego. Był skryty i opanowany, ale nie wątpiła, że gdyby było 
inaczej, nie doszedłby tak wysoko. Zajmował się polityką – zło konieczne – 
wiedziała jednak, że wydział zawsze na tym korzystał.

Ciemna skóra, ciemne oczy, ciemny garnitur – to wszystko należało do 

jego wizerunku, uznała. Podobnie jak silny głos i silna wola.

background image

– Komisarzu Tibble.
– Pani porucznik. Przepraszam, jeśli opóźniłem odprawę.
– Nie, wszystko idzie zgodnie z planem. A teraz, jeśli jest pan gotowy...
Pokiwał tylko głową, po czym przeszedł na tył sali. Nie usiadł, ale stał. 

Obserwator.

Eve dała Peabody znak i podeszła do przodu. Wiszący na ścianie za jej 

plecami ekran mrugnął.

– Sarifina York – zaczęła Eve. – W chwili zgonu lat dwadzieścia osiem.
Zaczęła   od   ofiary,   uświadomił   sobie   Roarke.   Każdy   glina   z   ekipy 

powinien mieć wbite do głowy nazwisko i wizerunek zamordowanej. Każdy 
z   nich   ma   o   niej   myśleć   i   cały   czas   pamiętać,   mimo   rutyny,   zalewu 
informacji, mimo długich godzin pracy i napięcia.

Kiedy   już   miała   pewność,   że   ani   na   chwilę   nie   zapomną   o   tym,   co 

spotkało tę kobietę, przeszła do omawiania następnych przypadków.

Mówiła kolejno o nich wszystkich. O każdej ofierze. Nazwiska, twarze, 

wiek, sposób, w jaki były torturowane i jak umarły. Choć bardzo długo to 
trwało, nikt jej nie przerywał. Nikt nie wykazywał oznak zmęczenia.

–   Uważamy,   że   te   dwadzieścia   trzy   kobiety   zostały   porwane, 

torturowane   i   zamordowane   przez   tego   samego   sprawcę.   Istnieje   duże 
prawdopodobieństwo, że jest więcej ofiar, które nie zostały zgłoszone, lub 
których nie połączono ze sprawcą, nie wszystkie ciała udało się znaleźć. 
Poza   tym   nie   wszystkie   mógł   zabić   w   ten   sam   sposób.   Mogą   być 
wcześniejsze ofiary, sprzed zabójstwa Corrine Dagby, zanim zdecydował się 
na tę określoną metodę.

Urwała   na   chwilę,   by   się   upewnić,   że   cała   uwaga   i   wszystkie   oczy 

skierowały się na zdjęcie pierwszej ofiary, zrozumiał Roarke.

–   Jego   postępowanie   różni   się   bardzo   nieznacznie,   jeśli   porównać 

kolejne   zbrodnie,   co   sami   zobaczycie   w   kopii   teczki   z   aktami   sprzed 
dziewięciu   lat.   Pełne   wersje   teczek   ze   spraw   przypisywanych   naszemu 
sprawcy dostaniecie wkrótce.

Jej oczy lustrowały salę, a Roarke'owi wydawało się, że wszystko widzą.
–  Jego   metodologia   od  początku   jest   typowa   dla   serii.  Uważamy,   że 

śledzi i selekcjonuje swoje ofiary – wszystkie w obrębie określonej grupy 
wiekowej, rasy i płci – poznaje ich zwyczaje i rozkład dnia. Wie, gdzie 
mieszkają,   wie,   gdzie   pracują,   gdzie   robią   zakupy   i   z   kim   sypiają. 
Dwadzieścia trzy kobiety, o których nam wiadomo. Każda była konkretnym, 

background image

wcześniej obranym i dokładnie zaplanowanym celem. Nie łączyło ich nic 
poza   wiekiem   i   podstawowymi   cechami   fizycznymi.   Żadna   z   ofiar   nie 
zauważyła, by ktoś ją śledził. Nie skarżyły się przyjaciółkom,  krewnym, 
współpracownikom,   że   ktoś   je   zaczepiał   czy   nękał.   W   każdym   z 
przypadków kobieta opuściła miejsce przebywania i od tej pory nikt jej nie 
widział aż do momentu znalezienia zwłok.

Musi więc dysponować jakimś prywatnym środkiem transportu. Zawozi 

nim  ofiary   do   wcześniej   przygotowanego   pomieszczenia.   Cała   procedura 
zabiera mu – jak w przypadku Sarifiny York – kilka dni. We wszystkich 
poprzednich   przypadkach,   opierając   się   na   wyliczeniach   czasowych   i 
raportach lekarzy sądowych, zdołaliśmy wykazać, że drugą ofiarę wybiera i 
uprowadza, zanim skończy z pierwszą. A potem trzecią, zanim skończy z 
drugą.

Streściła   raporty   detektywów   z   miejsc   zbrodni   i   analizy   lekarzy 

sądowych, koncentrując się na procesie torturowania i sposobie zadawania 
śmierci.

Roarke   usłyszał,   jak   Callendar   z   wydziału   elektronicznego   po   cichu 

jęknęła „O Jezu", gdy Eve zagłębiła się w szczegóły.

– Czasami  może   lekko odbiegać  od  wypracowanej   metody  –  podjęła 

przerwany wątek Eve. – Dopasowuje ją indywidualnie do ofiary. Jak wynika 
z profilu przygotowanego przez doktor Mirę, metoda uzależniona jest od 
wytrwałości   ofiary,   jej   tolerancji   na   ból,   woli   przetrwania.   Jest   bardzo 
ostrożny,   metodyczny,   cierpliwy.   Najprawdopodobniej   to   dojrzały 
mężczyzna o wysokim ilorazie inteligencji. Mieszka sam, ma stały dochód. 
Raczej wyższy przedział. Choć wybiera określone kobiety, nie ma dowodu, 
by wykorzystywał je seksualnie.

– Marna pociecha – mruknęła Callendar, a Eve, nawet jeśli to usłyszała, 

nie dała po sobie poznać.

– Nie interesują go seks, kontrola ani władza. Ofiary nie są dlań istotami 

seksualnymi. Wycinając, oczywiście pośmiertnie, na ich torsie czas, który 
im poświęcił, w pewnym sensie przyczepia im etykietkę. Podobne znaczenie 
ma obrączka, którą wkłada im na palec. Dowód własności. – Zerknęła na 
Mirę, szukając u niej potwierdzenia.

– Tak – zgodziła się Mira. Urocza kobieta z miękko falującymi czarnymi 

włosami zaczęła mówić spokojnym głosem: – To rytualne zabójstwa, choć 
nie   do   końca   standardowe.   To   jego   prywatny   rytuał,   od   wyboru   ofiary 

background image

zaczynając,   poprzez   śledzenie,   uprowadzenie,   aż   po   torturowanie, 
przywiązanie do szczegółów, w tym dokładne mierzenie czasu i staranne 
przygotowanie   zwłok.   Obrączka   świadczy   o   intymnym   związku   i 
znamionuje   poczucie   własności.   One   do   niego   należą.   Bardzo 
prawdopodobne, że symbolizują kobietę, która kiedyś była dla niego ważna.

–   Obmywa   je,   ciało   i   włosy   –   kontynuowała   Eve.   –   Choć   usuwa 

większość śladów, jednak poprzednim razem udało nam się zidentyfikować 
markę   mydła   i   szamponu,   których   używał.   Ekskluzywne   kosmetyki,   co 
oznacza, że wygląd ofiar ma dla niego znaczenie.

– Tak – potwierdziła Mira, gdy Eve znów na nią spojrzała. – I to duże.
– To ma znaczenie, podobnie jak metoda pozbywania się zwłok. Układa 

je   na   czystym   białym   prześcieradle,   zazwyczaj   w   parku   lub   na   terenie 
zielonym.   Nogi   złączone   –   a   więc   znów   poza   pozbawiona   podtekstu 
seksualnego – za to ramiona rozrzucone na boki.

– Coś w rodzaju otwarcia – skomentowała Mira. – Lub uścisku. A wręcz 

akceptacji tego, co się wydarzyło.

–   Do   tego   momentu   jego   postępowanie   jest   typowe   dla   seryjnego 

mordercy. Potem nieco się różni. Peabody, dokładny przebieg zdarzeń – 
poleciła   Eve,   po   czym   odwróciła   się,   gdy   na   ekranie   wyświetliły   się 
informacje. – Nie eskaluje przemocy, czas między kolejnymi zabójstwami 
zawęża się tylko minimalnie. Zajmuje się tym przez dwa, trzy tygodnie, po 
czym robi przerwę. A potem po roku, dwóch cykl się powtarza, ale w innym 
miejscu. Jego podpis zidentyfikowano w Nowym Jorku, Walii, na Florydzie, 
w Rumunii, Boliwii i tym razem znów w Nowym Jorku.

– Dwadzieścia trzy kobiety, dziewięć lat, cztery kraje. Ten arogancki 

sukinsyn wrócił do nas i właśnie tu skończy.

W tym momencie  Roarke dostrzegł jej gniew, nad którym doskonale 

panowała, przedstawiając dane, nazwiska, metody i dowody. Teraz pokazała 
oblicze mścicielki.

– Tym razem jest to kobieta w wieku dwudziestu ośmiu – trzydziestu 

trzech lat. Brązowe włosy, jasna skóra, normalna lub szczupła budowa ciała. 
Już ją ma. Znajdziemy go. Odbijemy dziewczynę. Zaraz przydzielę wam 
indywidualne   zadania.   Jeśli   macie   jakieś   pytania   czy   wątpliwości, 
zaczekajcie, aż skończę. Teraz powiem tylko jedno. Dorwiemy go. Złapiemy 
go tu, w Nowym Jorku. Przygotujemy tak precyzyjne oskarżenie, że będzie 
się dusił, będzie czuł, jak ściska mu gardło o każdej godzinie, każdego dnia, 

background image

każdego roku, jaki spędzi w celi.

To nie był tylko gniew, zauważył Roarke, ale i duma. Wlewała w nich 

wszystkich ten gniew i tę dumę, tak by wzięli się do roboty i pracowali, aż 
padną.

Była wspaniała.
– Nie wyjdzie, nie wyjedzie, nie wyleci ani nie wyczołga się z tego 

miasta – oświadczyła dobitnie Eve. – Nie wymknie się sądowi tylko dlatego, 
że ktoś z nas nawalił i podsunął jego adwokatowi lukę wielkości pchlej 
dupy. Zapłaci, już ja się o to postaram. Zapłaci cholernie wysoką cenę za 
każdą z tych dwudziestu trzech kobiet.

background image

Rozdział 4

Kiedy   Eve   na   moment   zamilkła,   Tibble   przeszedł   do   przodu. 

Automatycznie odsunęła się na bok, ustępując mu miejsca na środku.

– Wasza ekipa ma moje pełne wsparcie. Możecie dysponować całym 

wyposażeniem   nowojorskiej   policji,   macie   dostęp   do   wszelkich   źródeł. 
Pracujecie w pełnym wymiarze godzin. Jeśli oficer prowadzący uzna, że 
potrzebujecie pomocy, a komendant się zgodzi, dostaniecie więcej ludzi. W 
tej ekipie żadne zwolnienia, z wyjątkiem snu i chorobowego, nie wchodzą w 
grę, dopóki sprawa nie zostanie zamknięta.

Urwał, czekając na komentarze.
– Jestem przekonany – podjął, wyraźnie zadowolony z ich reakcji – że 

każdy członek tego zespołu bez mrugnięcia okiem będzie wypruwał sobie 
flaki,   dopóki   ten   sukinsyn   nie   zostanie   zidentyfikowany,   zatrzymany   i 
zapuszkowany   na   resztę   swojego   wynaturzonego   życia.   Jesteście 
odpowiedzialni nie tylko za jego złapanie, ale przede wszystkim za to, żeby 
dzięki waszemu śledztwu dostał się za kraty. Niech nikt nie waży się tego 
spieprzyć.  Nie   życzę   sobie   żadnych  wpadek,   dlatego   liczę,   że  porucznik 
Dallas obedrze was ze skóry, jeśli choćby przez myśl wam przejdzie, żeby 
coś spieprzyć.

Ponieważ mówiąc to, popatrzył na nią, Eve po prostu kiwnęła głową.
– Tak jest.
– Media będą krążyć nad wami jak sępy. Rozważaliśmy wprowadzenie 

kodu   niebieskiego,   ale   pomysł   został   odrzucony.   Mamy   chronić 
społeczeństwo. Ludzie muszą mieć świadomość, że celem jest konkretny typ 
kobiet. Wszelkich informacji będzie udzielał mediom tylko jeden głos. Nikt 
inny.  Jeden  jedyny  głos,  który  reprezentuje  tę ekipę  i  ten wydział.  Tym 
głosem będzie porucznik Dallas. Wszystko jasne? – zapytał, patrząc jej w 
oczy.

–   Tak   jest,   panie   komisarzu   –   odparła   Eve   z   wyraźnie   mniejszym 

entuzjazmem.

– Pozostali nie komentują, nie dyskutują z reporterami, nie odpowiadają 

nawet   na   pytanie   o   godzinę   i   temperaturę.   W   razie   czego   odsyłacie 
wszystkich   do   porucznik   Dallas.   Nie   będzie   żadnych   przecieków,   z 
wyjątkiem   takich,   które   zatwierdzi   wydział.   Jeśli   dojdzie   do 

background image

niekontrolowanego wycieku i dowiem się, kto był źródłem – a możecie być 
pewni, że się tego dowiem – ta osoba zostanie przeniesiona do archiwum 
przy Bowery. Dorwijcie drania. Szybko i czysto. Pani porucznik, do roboty.

– Tak jest, panie komisarzu. Dobra, wszyscy znają rozkazy. Do roboty.
Kiedy zaszurały buty i krzesła, Tibble dał znak Eve.
– Konferencja prasowa w południe. – Podniósł palec, jakby spodziewał 

się   jakiejś   reakcji   z   jej   strony.   –   Wygłosi   pani   oświadczenie.   Krótko   i 
rozsądnie.   Przez   pięć   minut   będzie   pani   odpowiadać   na   pytania.   I   ani 
sekundy dłużej. To niezbędne, pani porucznik.

–   Zrozumiałam.   Panie   komendancie,   poprzednim   razem   nie 

ujawnialiśmy treści napisów, jakie wycinał na piersiach ofiar.

– Tym razem też nie ujawniajcie. Proszę przesyłać mi kopie wszystkich 

raportów,   pytań,   wniosków.   –   Tibble   jeszcze   raz   spojrzał   na   tablice,   na 
twarze ofiar. – Co on widzi, kiedy na nie patrzy? – zapytał.

– Potencjał – odparła bez namysłu Eve.
– Potencjał? – powtórzył Tibble, przenosząc na nią wzrok.
– Tak, myślę, że właśnie to widzi. Z całym szacunkiem, sir, ale muszę 

brać się do pracy.

– Oczywiście. Odejść.
Podeszła do Feeneya.
– Czy to pomieszczenie może być bazą dla elektroników?
– Obleci. Sprowadzimy tu nasz sprzęt i zaraz się rozstawimy. On wrócił. 

Wrócił na to samo miejsce, dlatego zastanawiam się, czy korzysta z tego 
samego   adresu   co   poprzednio.   Pewnie   ma   jakiś   lokal.   Może   nawet   tam 
mieszka, kiedy nie pracuje.

– Odosobniony dom, może jakiś pusty magazyn? Jest tego mnóstwo w 

mieście i okolicy – zastanawiała się na głos Eve. – Bydlak może pracować 
po drugiej stronie rzeki, w Jersey, a Nowy Jork traktować jak śmietnik. Ale 
jeśli korzysta z tego samego lokum – a facet robi wrażenie kogoś, kto ma 
swoje   nawyki,   nie?   –   to   nieco   zawęża   poszukiwania.   Sprawdzimy 
właścicieli   budynków,   w   których   rachunki   przez   ostatnie   dziewięć   lat 
przychodziły na to samo nazwisko. Dziesięć, poprawiła się. – Dajmy mu 
trochę czasu na przygotowania.

– Tak, to zawęża sprawę – mruknął Feeney. – Teraz to mniej więcej tak, 

jak szukanie mrowiska na pustyni.

–   Możesz   się   zająć   Biurem   Osób   Zaginionych?   Westchnął   głośno   i 

background image

wsunął ręce do wypchanych kieszeni spodni.

–   Za   każdym   razem   będziesz   mnie   pytać,   czy   łaskawie   zechcę   coś 

zrobić?

Eve poruszyła ramionami i odruchowo ukryła dłonie w kieszeniach.
– Trochę dziwnie się czuję.
–   Przecież   już   nie   raz   zajmowałem   się   elektroniczną   stroną   twoich 

spraw.

– Nie o to chodzi, Feeney. – Zaczekała, aż ich oczy się spotkają, aż 

będzie miała  pewność, że dobrze się rozumieją. – Oboje wiemy, że tym 
razem jest inaczej. Dlatego, jeśli coś cię gryzie, chcę o tym wiedzieć.

Spojrzał   na   mundurowych   i   członków   ekipy,   którzy   wnosili   do   sali 

sprzęt i ustawiali stoły. W końcu przechylił głowę i gestem poprosił, by Eve 
podeszła z nim w róg pomieszczenia.

–   Gryzie   mnie,   ale   nie   tak,   jak   myślisz.   Zżera   mnie,   że   wtedy   nie 

dorwaliśmy sukinsyna. Że mi się wymknął.

– Pracowałam z tobą, mieliśmy ekipę. To obciąża nas wszystkich.
Jego podpuchnięte oczy spotkały się z jej oczami.
– Sama wiesz, jak to jest.
Wiedziała, oczywiście, że wiedziała. To on nauczył ją odpowiedzialności 

i ciężaru dowodzenia.

– Tak. – Przeczesała dłonią włosy. – Tak, wiem.
– Tym razem wszystko skupi się na tobie. To ciebie będą atakować, bo 

oboje wiemy, że zanim go dorwiemy, pojawi się następne nazwisko, a na tej 
tablicy zawiśnie następne zdjęcie. Będziesz musiała z tym żyć. Nic na to nie 
poradzisz, po prostu trzeba z tym żyć. Potwornie mnie to gryzie – powtórzył. 
– Ale byłoby mi cholernie ciężko, gdyby wyznaczono innego prowadzącego. 
Jasne?

– Tak, jasne.
–   Zacznę   sprawdzać   listę   osób   zaginionych.   –   Przechylił   głowę   w 

kierunku   Roarke'a.   –   Nasz   cywil   świetnie   się   nada   do   sprawdzania 
nieruchomości.

–   Racja.   Zleć   mu   to.   A   ja   wpadnę   tymczasem   do   labo   i   spróbuję 

przekupić   albo   postraszyć   naszego   Dicka,   żeby   pospieszył   się   z   tymi 
raportami. – Zerknęła za siebie i zobaczyła, że Roarke wraz z McNabem 
zajęli   się   już   organizowaniem   bazy   danych   i   tworzeniem   centrum 
komunikacyjnego. – Jeszcze tylko zamienię słówko z cywilem.

background image

Podeszła do Roarke'a i klepnęła go w ramię. Związał włosy w kucyk, jak 

to często robił, gdy zabierał się do poważnej elektroniki. Wciąż miał  na 
sobie sweter i dżinsy, które włożył... czyżby to było tego ranka? – kiedy 
wyruszali z domu na miejsce zbrodni.

Pomyślała,  że  wygląda raczej jak członek  ekipy  niż król światowego 

biznesu.

– Potrzebuję cię na minutę – powiedziała, po czym odsunęła się o kilka 

kroków.

– W czym mogę pomóc, pani porucznik?
– Feeney ma dla ciebie robótkę. Powie ci, o co chodzi. Ja znikam z 

Peabody. Chciałam tylko... posłuchaj, tylko niczego nie kupuj.

Uniósł brwi, a na jego twarzy pojawiło się rozbawienie.
– Na przykład czego?
–   Zabawek   elektronicznych,   nowych   mebli,   lunchu   na   zamówienie, 

tancerek.   Wszystko   jedno   –   rzuciła   obojętnie,   machając   dłonią.   –   Nie 
ściągnęłam cię tu po to, żebyś sponsorował nowojorską policję.

– A jeśli poczuję głód albo zachce mi się potańczyć?
– Jakoś to opanuj.
Delikatnie   szturchnęła   go   w   pierś,   co   zinterpretował   –   zupełnie 

prawidłowo – jako uczucie i ostrzeżenie.

– I nie licz, że będę cię całować na dzień doby i do widzenia, ani nic w 

tym stylu, kiedy jesteśmy w pracy. Bo wyglądamy jak...

– Małżeństwo?  – Uśmiechnął się, widząc jej miażdżące spojrzenie. – 

Dobrze, pani porucznik, postaram się panować nad wszystkimi popędami.

Akurat, pomyślała, ale musiała się tym zadowolić.
– Peabody! – zawołała. – Ze mną.
Wychodząc,   Delia   zatrzymała   się   jeszcze   przed   automatem   i   kupiła 

dietetyczną pepsi dla siebie i zwykłą dla Eve.

– Trzeba sobie podnieść poziom kofeiny. Jeszcze nigdy nie pracowałam 

nad czymś  takim.  Łapiesz  sprawę, a kilka godzin później masz  już całą 
ekipę, salę konferencyjną, a szef wygłasza mowę.

– Pracujemy nad sprawą.
–  Tak,  tylko   że   tym  razem  to   nie  tylko   ta  sprawa,   ale   też   ta  sprzed 

dziewięciu lat. I oczywiście wszystkie, które wydarzyły się pomiędzy, a nie 
zostały wyjaśnione. Dużo piłek w powietrzu.

–   Jedno   i   to   samo   śledztwo   –   powiedziała   Eve,   gdy   wsiadały   do 

background image

samochodu. – Jedna sprawa w wielu częściach.

–   Ramiona   –   odezwała   się   po   minucie   Peabody.   –   To   jak   ramiona. 

Zupełnie jak ośmiornica.

– Ta sprawa to ośmiornica.
– Ma te wszystkie macki, te różne ramiona, ale głowa jest tylko jedna. 

Dorwiesz głowę, będziesz mieć całość.

– Racja – odparła Eve. – Nie najgorzej. Ta sprawa to ośmiornica.
– I powiedzmy, że dobra, może z początku nie złapiesz głowy, nie tak od 

razu, ale chwytasz jedną z tych macek, a potem...

– Zrozumiałam, Peabody. – W jej głowie zaczęła już pływać gigantyczna 

ośmiornica, dlatego Eve odetchnęła z ulgą, gdy odezwał się sygnał łącza.

– Dallas.
– Cześć, co słychać?
– Nadine. – Wzrok Eve na moment powędrował ku ekranowi, z którego 

uśmiechała   się   do   niej   promiennie   Nadine   Furst,   najcenniejszy   towar   w 
świecie mediów.

–   Konferencja   prasowa,   ty   jako   rzeczniczka   wydziału.   Wiem,   jak   to 

kochasz.

– Jestem oficerem prowadzącym.
– Wiem o tym. – Na ekranie kocie oczy Nadine zabłysły w oczekiwaniu. 

– Ale czy ta sprawa ma w ogóle jakiś smaczek? Martwa kobieta w parku, 
nadal niezidentyfikowana.

– Podamy nazwisko na konferencji.
– Może jakaś podpowiedz? Gwiazda?
– Nie będzie podpowiedzi.
– Hej, bądź kumpelą.
Problem w tym, że były kumpelami. Co więcej, Nadine można było ufać. 

I mogła się przydać, uznała Eve.

– Myślę, że będziesz chciała przyjść na tę konferencję, Nadine.
– Mam konflikt. Po prostu...
– Przyjdziesz, a jak już będzie po wszystkim, wstąpisz do mojego biura.
– Wywiad po wygłoszeniu oświadczenia na konferencji to musztarda po 

obiedzie, Dallas.

– Nie będzie wywiadu. Tylko ty i ja. Bez kamery. Nadine, mówię serio, 

chcesz przyjść.

– Będę.

background image

– Sprytnie – stwierdziła Peabody, kiedy Eve się rozłączyła. – Bardzo 

sprytnie.   Sprowadź   ją,   potarguj   się,   a   potem   wyciągnij   od   niej   źródła   i 
kontakty.

– Będzie milczeć, jeśli ją poproszę – zgodziła się Eve. – No i będzie 

idealnym   nośnikiem   dla   wydziałowo   usankcjonowanych   przecieków.   – 
Zaparkowała i poruszyła ramionami. – Chodźmy poznęcać się nad Śliskim 
Dickiem.

Dick   Berensky   zasłużył   sobie   na   to   przezwisko.   Nie   dość,   że   miał 

jajowatą głowę i przylizane czarne włosy, to jeszcze jego osobowość była 
bardziej oleista niż puszka sardynek. Oślizgły i moralnie podejrzany typ. To 
mało powiedzieć, że był otwarty na łapówki – on się ich spodziewał.

Jednak   oprócz   tego,   że   był   kretynem,   kierował   najwyższej   klasy 

laboratorium i znał się na swojej robocie tak samo jak na rozmieszczeniu 
pryszczy na tyłku kociaka z ostatniej rozkładówki.

Eve pewnym krokiem szła wzdłuż rzędu długich białych stołów, mijając 

stanowiska techników w boksach o przezroczystych ścianach. W końcu przy 
jednym ze stołów zauważyła Berensky'ego, jeżdżącego w tę i z powrotem na 
swoim stołku na kółkach i stukającego pajęczymi palcami to w klawiaturę, 
to znów w ekrany.

Jak na kretyna był cholernie wielozadaniowy, pomyślała.
– Gdzie mój raport? – zaczęła ostro.
Nawet nie podniósł głowy.
– Weź na wstrzymanie,  Dallas.  Chcesz  to mieć  zrobione szybko czy 

porządnie?

– Chcę to mieć zrobione szybko i porządnie. I nie spieprz mi tego... 

Dick.

– Powiedziałem, weź na wstrzymanie.
Zmrużyła oczy, bo kiedy obrócił się na stołku, na jego twarzy malowała 

się wściekłość. To nie była jego zwyczajna reakcja.

– Uważasz, że się opieprzam? – warknął. – Myślisz, że tu walę konia?
– Nie byłby to pierwszy raz.
– To też nie jest pierwszy raz, prawda? Szybko przeszukała pamięć.
– Dziewięć lat temu nie byłeś szefem.
–  Byłem  starszym  technikiem.   Robiłem  skórę   i  włosy   czterech   ofiar. 

Harte zebrał pochwały, ale to ja wykonałem robotę. Niech to szlag.

Harte, przypomniała sobie Eve, też miał ksywkę: Samochwał.

background image

– A więc wykonałeś robotę. Brawo, brawo. Potrzebna mi teraz analiza 

skóry i włosów ofiary.

– Zrobiłem robotę – powtórzył, tym razem z goryczą. – Wykonałem 

analizę, przeprowadziłem badanie i zidentyfikowałem coś, po czym prawie 
nie było śladu. Dałem wam te cholerne marki mydła i szamponu. To wy nie 
złapaliście łajdaka.

– Czyli ty zrobiłeś, co do ciebie należało, a ja nie? – Przysunęła się 

bliżej, tak że znaleźli się nos w nos. – To lepiej ty weź na wstrzymanie, 
Dick.

–   Ach,   przepraszam,   tylko   nie   bijcie   sędziego.   –   Peabody   w   swoim 

mniemaniu   odważnie   stanęła   między   głównym   technikiem   a   prowadzącą 
śledztwo. – Każdy, kto pracował nad tym dziewięć lat temu, teraz przeżywa 
mocniej tę sprawę.

–   A   ty   niby   skąd   możesz   wiedzieć?   –   Dick   natarł   na   Peabody.   – 

Dziewięć   lat   temu   byłaś   w   tej   swojej   komunie,   siedziałaś   w   kręgu   z 
wolnowiekowcami i śpiewałaś do księżyca.

– Hej.
– Dość tego. – Głos Eve był cichy, ale ton wystarczająco ostry. – Jeśli 

sobie z tym nie radzisz, Berensky, zażądam innego technika.

– Ja tu rządzę. To nie twój kram. Ja mówię, kto nad czym pracuje. – 

Wyciągnął rękę. – Po prostu weź na chwilę na wstrzymanie. Na minutę, do 
ciężkiej cholery.

Ponieważ takie zachowanie nie było do niego podobne, Eve zamilkła i 

bez słowa czekała, podczas gdy on przyglądał się swoim długim, ruchliwym 
palcom.

– Takie rzeczy się przyczepiają, wiesz? Zostają z tobą gdzieś w środku. 

Pojawia się inne gówno, zaczynasz pracować i wydaje ci się, że sobie z tym 
poradziłeś, a wtedy to wraca i kopie cię po jajach.

Wziął   głęboki   oddech   i   spojrzał   na   Eve.   To   nie   był   tylko   gniew, 

zauważyła   to   dopiero   teraz,   ale   gorycz   i   frustracja,   które   w   pracy 
niebezpiecznie ocierały się o rozżalenie.

–   Wiesz,   kiedy   to   się   skończyło,   tak   po   prostu   bez   zapowiedzi   się 

urwało, wszyscy myśleli, że facet nie żyje albo trafił za kratki za coś innego. 
Nie dorwaliśmy go, i to było wkurwiające, ale się skończyło. – Berensky 
ciężko wypuścił powietrze. – Wcale się nie skończyło. Nie zmarł ani nie 
trafił za kratki. On po prostu bujał się po planecie Ziemia i świetnie się 

background image

bawił. A teraz wrócił, mam go na stole, i strasznie mnie to wkurwia.

– Jestem prezesem Klubu Wkurwionych. Mogę przyjąć twój wniosek o 

członkostwo.

Parsknął śmiechem i kryzys minął.
– Mam te wyniki, tylko sprawdzałem jeszcze dane. Trzeci raz. To nie te 

same marki co poprzednio.

– A stare marki są jeszcze w sprzedaży?
– Tak, tak. Sprawa wygląda następująco: przy poprzednich czterech użył 

mydła z masłem shea, wzbogaconego oliwą i olejkami, palmowym, różanym 
i rumiankowym. Mydło ręcznej roboty, import z Francji. Marki L'Essence, 
czy jak tam żabojady to wymawiają. Dziewięć lat temu kostka kosztowała 
około   piętnastu   dolarów.   Szampon   od   tego   samego   producenta,   ta   sama 
nazwa, z ekstraktami z kawioru i fenkułu.

–   Dają   kawior   do   szamponu?   –   zdziwiła   się   Peabody.   –   Co   za 

marnotrawstwo.

– To tylko rybie jaja, ohydne, jeśli chcesz znać moje zdanie. Technik z 

Walii też wytropił ślad i uzyskał ten sam wynik co ja. To samo na Florydzie. 
W Rumunii i Boliwii niczego nie znaleźli. Ale teraz zmienił markę.

– Na?
– Nadal jest to mydło robione ręcznie, dalej zawiera masło shea, ale tym 

razem z dodatkiem masła kakaowego, oliwy i olejków z grejpfruta i moreli. 
A dokładniej z różowego grejpfruta. Produkowane wyłącznie we Włoszech, 
i tylko sobie wyobraź, kostka chodzi za pięć dych.

– Czyli podniósł standard.
– Właśnie tak. Poszperałem w internecie, spójrzcie na to. – Na ekranie 

pojawiły się zdjęcia mydeł w intensywnych kolorach. Wyglądały niemal jak 
biżuteria, ozdobione przeróżnymi kwiatami i ziołami.

– W mieście  można  to kupić tylko u jednego dystrybutora. Szampon 

pochodzi z tego samego miejsca. Olejek z białych trufli, osiem uncji za sto 
pięćdziesiąt.

Pociągnął nosem.
– Nie zapłaciłbym tyle nawet za najlepszy trunek – prychnął.
– Ty nie musisz za to płacić – rzuciła obojętnym tonem Eve. – Dostajesz 

łapówki.

– Tak, ale mimo wszystko.
Drogie,   ekskluzywne   produkty.   Prestiż,   pomyślała   Eve.   Najlepsze   z 

background image

najlepszych.

– Co to za sklep?
– Nazywa się Zapachownia. Jeden sklep w samym centrum miasta, przy 

Madison i Pięćdziesiątej Trzeciej, drugi w West Village przy Christopher.

– Dobra. A co z prześcieradłem?
– Płótno irlandzkie, siedemset  nici w splocie. To kolejna zmiana.  Za 

pierwszym   razem   używał   egipskiej   bawełny,   pięćset   nici   w   splocie. 
Produkują   to   w   Irlandii   i   Szkocji.   U   nas   płótno   dostępne   jest   w   paru 
sklepach,   na   przykład   w   ekskluzywnych   domach   handlowych   z 
wyposażeniem wnętrz. Marka nazywa się Failte.

Masakrował irlandzki, Eve wiedziała, bo słyszała już to słowo. 
–   Dobra,   prześlij   kopie   do   mnie,   Whitneya,   Tibble'a   i   Feeneya. 

Przeanalizowałeś skład wody?

– Jeszcze nad tym pracuję. Intuicja mi podpowiada – ale podkreślam, to 

tylko intuicja – że to woda miejska, tyle że filtrowana. Może z kranu, na 
którym   zainstalowano   system   oczyszczający.   W   Nowym   Jorku   mamy 
całkiem dobrą wodę. Ale moim zdaniem facet jest fanatykiem czystości.

–   Jakkolwiek   by   na   to   patrzeć.   Dobra,   dzięki.   Peabody,   idziemy   na 

zakupy.

– Na hot dogi!
– Dallas. – Berensky jeszcze raz obrócił się na taborecie. – Tym razem 

zdobądź coś więcej. Przynieś mi coś.

– Pracuję nad tym.
Najpierw zajrzały do butiku w centrum. Gdy weszły do środka, otoczył 

je intensywny zapach. Zupełnie jakby zanurzyć nos w jakimś przerośniętym 
bukiecie, pomyślała Eve.

Ekspedientki   były   ubrane   w   jaskrawe   kolory.   Miały   pasować   do 

produktów, domyśliła się Eve. A towary ułożono tak, jakby były dziełami 
sztuki wystawianymi w niewielkim prywatnym muzeum.

Klienci kręcili się po sklepie i robili zakupy, co wziąwszy pod uwagę 

cenę kostki mydła, zmusiło Eve do zastanowienia się, co, u diabła, jest z 
nimi nie tak.

Po chwili podeszła do nich blond ekspedientka, która w kozakach na 

niebotycznych szpilach musiała mieć ze sto osiemdziesiąt pięć centymetrów 
wzrostu.   Botki,   podobnie   jak   niewiarygodnie   obcisła   spódniczka   i 
miażdżący żebra żakiet, były koloru niedojrzałego banana.

background image

– Witam w Zapachowni. Czym mogę dziś paniom służyć?
– Informacją. – Eve wyjęła odznakę.
– Jakiego rodzaju?
–   Mydło   z   olejkiem   kokosowym   i   masłem   shea,   oliwą,   różowym 

grejpfrutem...

– Z linii cytrusowej. Tak, oczywiście, proszę ze mną.
– Nie chcę mydła. Chcę listę klientów, którzy kupili to mydło. I szampon 

z olejkiem truflowym. Chodzi mi o klientów, którzy kupili oba te produkty.

– To może być trudne, bo...
– Ja to pani ułatwię. Dane klientów albo nakaz, ale wtedy zamkniemy 

sklep na kilka godzin. Może nawet dni.

Blondynka chrząknęła.
– Powinna pani porozmawiać z menedżerką.
– Jasne.
Gdy   sprzedawczyni   znikła,   Eve   rozejrzała   się   i   zauważyła   Peabody 

obwąchującą miniaturowe ścinki mydła, wystawione jako próbki towaru.

– Uspokój się.
– Nigdy nie będzie mnie stać na coś więcej niż tylko skrawki takich 

luksusów. Ja tylko sobie wącham. To mi się podoba... gardenia. Starodawne, 
ale   bardzo   sexy.   Kobiece,   jakby   powiedział   mój   facet.   A   widziałaś   te 
butelki? Olejki do kąpieli...

Jej zamglony wzrok błądził po półce, na której wystawiono gustowne, 

przypominające biżuterię buteleczki w delikatnych pastelowych barwach.

– Prawdziwe czary… 
– Tak, płacisz parę stów za coś, co spływa ze ściekami. Butelka, która 

kosztuje tyle forsy, powinna zawierać coś, co nadaje się do picia.

Odwróciła się, bo podeszła do niej inna kobieta. Drobna, w szafirowym 

kostiumie, miała rude włosy.

– Jestem Chessie, menedżerka. Jakiś problem?
– Nie u mnie. Potrzebna mi lista klientów, którzy kupili dwa konkretne 

produkty.   Te   produkty   mają   związek   z   prowadzonym   przeze   mnie 
policyjnym śledztwem.

– Rozumiem. Czy mogłabym zobaczyć jakiś identyfikator?
Eve jeszcze raz wyjęła odznakę. Chessie długo jej się przyglądała, po 

czym podniosła wzrok i spojrzała na Eve.

– Porucznik Dallas?

background image

– Zgadza się.
– Z przyjemnością zrobię wszystko, by pani pomóc. O jakie produkty 

chodzi?

Eve wyjaśniła, kiwnęła głową, gdy kobieta przeprosiła ją na chwilę i 

popatrzyła za nią, jak wyszła.

–   Peabody.   –   Kiedy   się   obejrzała,   jej   partnerka   rozcierała   na   dłoni 

kropelkę balsamu z maleńkiej buteleczki.

–  Jak  jedwab   –  westchnęła   nabożnie  Peabody.  –  Jak  płynny  jedwab. 

Moja kuzynka robi mydła i takie różne balsamy do ciała, są bardzo fajne, ale 
to...

–   Przestań   się   tym   wszystkim   nacierać.   Jeżdżę   z   tobą   w   jednym 

samochodzie, będzie zalatywało jakąś koszmarną łąką.

– Łąki są sielskie.
– Dokładnie. Koszmarne. Mógł robić tu zakupy – powiedziała, myśląc 

głośno. – Albo w tym drugim sklepie. Albo w sieci. Cholera, mógł też kupić 
to draństwo we Włoszech, czy gdzie tam je jeszcze sprzedają, i przywieźć ze 
sobą do kraju. Ale to już coś.

Tymczasem Chessie wróciła z wydrukami.
– Nasz system nie zanotował sprzedaży obu produktów jednocześnie. 

Ani   gotówką,   ani   kartą.   Sklep   przy   Madison   Avenue   niestety   też. 
Skontaktowałam się z nimi. Na wszelki wypadek przygotowałam wydruki 
wszystkich sprzedaży tych produktów z naszych sklepów. Oczywiście nie 
dysponujemy nazwiskami klientów, którzy płacili gotówką. Wzięłam pod 
uwagę   ostatnie   trzydzieści   dni,   ale   mogę   poszukać   wcześniej,   jeśli   to   w 
czymś pomoże.

– To powinno na razie wystarczyć. Dziękuję. – Eve wzięła wydruki. – 

Dostała pani memo o mojej wizycie?

– Tak, oczywiście. Czy mogę jeszcze coś dla pani zrobić?
– Nie teraz.
– Skoro otrzymała polecenie „Współpracować z porucznik Dallas", to 

znaczy, że Roarke jest właścicielem tego sklepu – stwierdziła Peabody, gdy 
wyszły na ulicę. – Czyli możesz sobie pływać w tych olejkach, kiedy tylko 
masz ochotę. Jak to się stało, że...

– Zaczekaj. – Wyjęła łącze i skontaktowała się z Roarkiem.
– Pani porucznik.
– Czy produkujesz pościel, prześcieradła i poszewki pod nazwą Failte?

background image

– Tak, a czemu pytasz?
–   Później   ci   wyjaśnię.   –   Zakończyła   połączenie.   –   Nie   kupuję   tych 

zbiegów okoliczności, Peabody.

–   Och.   Dopiero   teraz   załapałam.   Pierwsza   ofiara   pracowała   u   niego, 

została umyta produktami z jego sklepu i ułożona na prześcieradle, które on 
produkuje. Hm, ja też tego dziś nie kupuję, dzięki. Ale nie wiem, co to, u 
diabła, znaczy.

– Jedziemy. Ty prowadzisz. – Eve jeszcze raz sięgnęła po komunikator i 

skontaktowała się z Feeneyem. – Osoby zaginione, dodaj nowe dane. Szukaj 
kobiety pracującej u Roarke'a. Tylko na razie nic mu nie mów. Po prostu 
sprawdź, czy w ciągu kilku ostatnich dni nie zgłoszono zaginięcia osoby, 
która pasuje do profilu i pracuje u Roarke'a.

– Jasne. Na razie mam trzy potencjalne ofiary, ale nadal sprawdzam. Daj 

mi jeszcze moment. A ty nie powinnaś uczestniczyć teraz w tej medialnej 
szopce?

– Właśnie tam jadę.
– W porządku – mruknął. – Długo to trwa. Te wszystkie działy w jego... 

Sukinsyn! Gia Rossi, lat trzydzieści jeden, pracuje jako trener personalny i 
instruktorka   w   BodyWorks,   filii   Health   Conscience,   która   należy   do 
koncernu Roarke Enterprises. Wczoraj zgłoszono jej zaginięcie.

–   Weź   jednego   mundurowego,   jedźcie   do   jej   miejsca   pracy,   do 

mieszkania, pogadajcie z osobą, która zgłosiła zaginięcie, żeby...

– Znam procedurę, Dallas.
– Racja. To do roboty, Feeney. – Rozłączyła się. – Cholerne media.
–   Dallas,   musisz   mu   o   tym   powiedzieć.   Musisz   powiedzieć   o   tym 

Roarke'owi.

–   Wiem,   wiem.   Ale   najpierw   muszę   odbębnić   to   przeklęte 

przedstawienie. I pomyśleć. Muszę to wszystko przemyśleć. Roarke jakoś 
sobie z tym poradzi. Nie ma innego wyjścia.

Nad tym będzie się zastanawiać  później. W tej chwili mogła  jedynie 

myśleć o tym, że prawdopodobnie jest już za późno dla Gii Rossi. Mogła 
jedynie wyobrażać sobie, co już jej zrobił.

Obmywał   ją   przy   dźwiękach   „Falstaffa".   Zawsze   wprawiało   go   to   w 

dobry nastrój – ta muzyka i ten drobny obowiązek. Jego partnerka musiała 
być   absolutnie   czysta,   zanim   mógł   przystąpić   do   pracy.   Szczególną 

background image

przyjemność   sprawiało   mu   mycie   jej   włosów   –   ślicznych   brązowych 
włosów.

Oczywiście   uwielbiał   zapachy   –   te   cytrusowe   nuty,   kobiecy   zapach 

połączony z zapachem strachu.

Łkała, kiedy ją mył, trochę pochlipywała, co lekko go niepokoiło. Wolał 

krzyki, przekleństwa, błagania, modlitwy niż to bezładne zawodzenie.

Ale przecież to dopiero początek, pomyślał.
Woda, którą ją oblał, była lodowato zimna. Jej zawodzenie zmieniło się 

w stłumione okrzyki i ciche popiskiwanie. Już lepiej.

–   Odświeżające,   nieprawdaż?   Orzeźwienie.   Muszę   przyznać,   że 

wybornie napinasz mięśnie. Silne, zdrowe ciało jest jednak najlepsze.

Drżała, jej ciało miotało się w gwałtownych skurczach, zęby dzwoniły 

bezwolnie,   a   usta   zsiniały   z   zimna.   Może   być   interesująco,   jeśli   teraz 
potraktuje ją wysoką temperaturą, uznał.

– Błagam – wyrzuciła z siebie, gdy odwrócony przyglądał się swoim 

narzędziom. – Czego ode mnie chcesz? Czego chcesz?

–   Wszystkiego,   co   możesz   mi   dać   –   odparł.   Wybrał   najmniejszą 

pochodnię, zapalił ją i zmniejszył płomień do grubości szpilki.

Kiedy   się   odwrócił,   kiedy   jej   oczy   zatrzymały   się   na   płomieniu, 

nagrodziła go upragnionym dzikim wrzaskiem.

– Zacznijmy, dobrze?
Podszedł   do   końca   stołu   i   uśmiechnął   się   z   zadowoleniem   na   widok 

wysokiego, eleganckiego łuku jej stopy.

background image

Rozdział 5

Nienawidziła konferencji prasowych, ale rzecznika mediów nienawidziła 

jeszcze   bardziej.   Pojawiły   się   sugestie,   że   Eve   mogłaby   przez   kwadrans 
przygotować się pod opieką trenera medialnego i skorzystać z dostępnych 
środków upiększających, żeby przyjemniej prezentować się na ekranie.

–   Zabójstwa   nie   są   przyjemne   –   warknęła,   zmierzając   ku   drzwiom 

wejściowym do gmachu.

– Nie, oczywiście, że nie. – Rzecznik truchtał obok, próbując dotrzymać 

jej   kroku.   –   Będziemy   jednak   unikać   słów   takich   jak   „zabójstwo". 
Oświadczenie...

– ... Nie będzie zbyt smaczne, gdy wepchnę ci je do gardła. Nie jestem 

twoją tubą, a to nie jest występ polityczny.

– Nie, ale istnieją sposoby przekazywania informacji w sposób taktowny.
– Takt to wielkie gówno w srebrnym papierku.
Eve pchnęła drzwi. Tibble wybrał schody centrali nie tylko ze względu 

na   czytelną   symbolikę   budynku   policji,   ale,   jak   się   domyślała,   przede 
wszystkim po to, by spotkanie było krótkie.

Marcowy wiatr wcale nie był delikatny.
Podeszła do podium i zaczekała, aż hałas nieco ucichnie. Natychmiast 

dostrzegła w tłumie Nadine. Jej jasnoczerwony płaszcz rzucał się w oczy.

– Wygłoszę oświadczenie, a potem krótko odpowiem na kilka pytań. 

Dziś   rano   w   East   River   Park   znaleziono   zwłoki   zamordowanej 
dwudziestoośmioletniej   kobiety,   zidentyfikowanej   jako   Sarifina   York.   W 
toku śledztwa ustalono, że pani York została uprowadzona w poniedziałek 
wieczorem i przez kilka dni była przetrzymywana w zamknięciu wbrew jej 
woli. Sposób, w jaki dokonano zabójstwa, i dowody zebrane przez ekipę 
dochodzeniową wskazują, że mamy  do czynienia z tym samym sprawcą, 
który w tym mieście dziewięć lat temu w ciągu piętnastu dni odebrał życie 
czterem kobietom.

Podniósł   się   tumult,   ale   Eve   stała   nieporuszona   i   przysłuchiwała   się 

pytaniom, jakimi ją zasypali dziennikarze. Milczała, dopóki się nie poddali.

– Nowojorska policja powołała specjalną ekipę dochodzeniową, której 

celem jest przeprowadzenie śledztwa oraz wskazanie i ujęcie sprawcy. Nasi 
najlepsi ludzie użyją wszystkich znanych nam metod, by doprowadzić do 

background image

ujęcia zabójcy. Pytania?

Posypały się jak pociski. Dobrze, że było ich tak wiele, bo Eve mogła 

wybierać te, które najbardziej jej odpowiadały.

– Jak została zabita? – powtórzyła jedno z nich.
– Pani York była torturowana przed kilka dni, a zmarła na skutek utraty 

krwi. Nie,  na  razie  nie  mamy  żadnych podejrzanych,  i tak,  sprawdzamy 
każdy trop.

Odpowiedziała   jeszcze   na   kilka   pytań,   ciesząc   się   w   duchu,   że 

konferencja dobiega końca. Zauważyła, że Nadine o nic nie zapytała, co 
więcej, wycofała się z tłumu, by porozmawiać przez łącze.

–   Wspomniała   pani,   że   ofiara   była   torturowana   –   zawołał   jeden   z 

reporterów. – Czy może pani podać jakieś szczegóły?

– Nie mogę i nie podam. To informacje poufne, związane ze śledztwem, 

które jest w toku. Ale nawet gdyby nie były poufne, i tak nie podałabym 
państwu żadnych szczegółów na ten temat. Rodzina i przyjaciele pani York i 
bez tego za dużo już przeszli. Odebrano jej życie. To wystarczający powód 
do oburzenia.

Odwróciła się i weszła do budynku centrali.
Nadine potrzebowała kilku minut, żeby dotrzeć do wydziału zabójstw i 

dzięki   swojemu   urokowi   osobistemu   pokonać   wszelkie   przeszkody 
blokujące dostęp do Eve.

Dallas uznała, że przyjaciółka może trochę poczekać. Po prostu zaczeka.
Najpierw Eve musiała porozmawiać z Roarkiem.
Gdy tylko weszła do pomieszczenia konferencyjnego, od razu wyczuła 

ten   zapach.   Spodobał   jej   się   zdecydowanie   bardziej   od   tej   aromatycznej 
bomby w Zapachowni.

Ktoś przyniósł gyrosy, pomyślała.
Podeszła do stanowiska Roarke'a i wtedy zauważyła przed nim kanapkę 

z   zimnym   mięsem.   Przerwał   na   moment   pracę,   by   sięgnąć   po   połowę 
kanapki, i dał Eve.

– Zjedz coś.
Zerknęła między połówki bułki.
– Co to?
–   To   nie   jest   substancja   identyczna   z   naturalną,   mogę   cię   zapewnić. 

Dlatego powiedziałem, żebyś coś zjadła.

Bardziej by zrobić mu przyjemność niż z głodu, ugryzła kęs.

background image

– Musimy pogadać.
–   Jeśli   przyszłaś   po   rozwiązania   zadań,   które   mi   dałaś,   to   na   razie 

niczego nie dostaniesz. W Nowym Jorku i na przedmieściach jest mnóstwo 
domów, prywatnych rezydencji, magazynów i innych budynków, które od 
dziesięciu lat należą do tej samej osoby lub organizacji.

– I jak sobie z tym radzisz?
–   Podzieliłem   wszystko   na   sekcje,   można   powiedzieć:   kwadraty.   W 

obrębie sekcji dzielę obiekty ze względu na typ budynku i typ własności. 
Cholernie nudna robota.

– Sam o to prosiłeś.
– Rzeczywiście. – Nie odrywając od niej wzroku, sięgnął po butelkę 

wody i upił łyk.

– Jest jeszcze coś. Labo zidentyfikowało mydło i szampon, którymi umył 

ofiarę.

– Szybko się uwinęli.
–   Tak,   Śliski   Dick   już   się   w   to   wgryzł.   Pracował   nad   tą   sprawą 

poprzednim razem.

– Ach.
– Sukinsyn używa drogich produktów. Bardzo ekskluzywnych.
Tylko dwa sklepy w Nowym Jorku prowadzą sprzedaż. Twoje sklepy.
– Moje? – Oparł się na krześle i wbił w nią chłodne oczy. – Podobnie jak 

to prześcieradło.

– Dokładnie. – Skoro już miała kanapkę w ręce, Eve ugryzła jeszcze 

jeden   kęs   bułki   z   tajemniczym   mięsem.   –   Ktoś   mniej   cyniczny   mógłby 
uznać   to   za   zbieg   okoliczności,   zwłaszcza   że   przecież   produkujesz   lub 
posiadasz udziały praktycznie we wszystkim.

– Ale my jesteśmy bardziej cyniczni.
– Zgadza się. Dlatego kazałam Feeneyowi, żeby uwzględnił cię podczas 

przeszukiwania listy osób zaginionych. Nie spodoba ci się to.

– Kim jest ta dziewczyna?
– Gia Rossi. – Sięgnęła po jego wodę i upiła duży łyk. – Jest trenerem i 

instruktorką w Body Works. Znasz ją?

– Nie. – Przez chwilę masował oczy palcami. – Nie, nie sądzę. Czy w 

poprzednich śledztwach też wychodziły jakieś powiązania ze mną?

– Nie, o niczym takim mi nie wiadomo, a zaczęłam już sprawdzać. Tym 

razem zmienił produkty. Jeśli to z twojego powodu, musimy dowiedzieć się 

background image

dlaczego.   Może   konkurencja,   a   może   jest   twoim   byłym   pracownikiem. 
Trzeba to zbadać.

– Kiedy uprowadził tę drugą?
–   Jej   zaginięcie   zgłoszono   wczoraj.   Na   razie   nie   znam   szczegółów. 

Feeney nad tym pracuje. Teraz muszę jeszcze pociągnąć za jeden sznurek, a 
potem do tego wrócimy. Wiem, że to dla ciebie szok, ale to także był błąd. 
Jego błąd. Poprzednim razem ofiar nie łączyło absolutnie nic. Teraz jest 
inaczej.

– Tak. Teraz jest inaczej.
– Przepraszam cię, ale muszę lecieć.
– Jasne. To ja na razie wracam do swojego zajęcia.
Nie pocałowała go, choć miała na to ochotę, ot tak, żeby poprawić mu 

samopoczucie.   Zamiast   tego   położyła   dłoń   na   jego   dłoni   i   delikatnie 
ścisnęła. A potem go zostawiła.

Ruszyła do swojego gabinetu, ale po drodze natknęła się na Baxtera.
– Nic nie znalazłem – oświadczył. – Jeszcze raz przesłuchałem siostrę, 

wróciłem do klubu, rozmawiałem z sąsiadami ofiary. Wielkie zero.

– A jej były?
–   Wyjechał   z   miasta   na   weekend.   Sąsiad   mówi,   że   pojechał   na 

snowboard do Kolorado.

– Jak można tak dobrowolnie podskakiwać i robić fikołki w śniegu, i to 

w górach? – zastanowiła się na głos Eve.

– Sam się dziwię. Wolę sporty letnie, gdzie kobiety są bardzo, ale to 

bardzo skąpo ubrane. Śnieg i lód? Bez sensu.

– Ale z ciebie świnia, Baxter.
– I jestem z tego dumny. Chcesz, żebym zajął się byłym? Sąsiad chyba 

wie, gdzie facet się zatrzymał. Wraca jutro.

– Dorwiemy go, jak wróci. Sprawdź, co u Jenkinsona i Powella. Zobacz, 

jak im idzie z listą przesłuchiwanych we wcześniejszych sprawach. Ty i 
Trueheart moglibyście im pomóc. Media już się o wszystkim zwiedziały, 
więc   jutro   zasypią   nas   fałszywymi   tropami.   Będziemy   musieli   wszystko 
sprawdzać,   dlatego   dziś   zrewidujmy   jak   najwięcej   informacji,   które   już 
mamy.

Nadine czekała. Z nogą założoną na nogę siedziała na krześle dla gości i 

przyglądając się swoim paznokciom, rozmawiała przez zestaw.

– Musisz zmienić godzinę albo to odwołać – powiedziała.

background image

– Nie. Nie. Kiedy to brałam, ustaliliśmy, i mam to na piśmie, że jeśli 

trafię na coś ekstra i uznam, że powinnam zająć się tą sprawą osobiście, to 
wtedy taki materiał ma pierwszeństwo przed wszystkimi innymi tematami. 
Taka była umowa.

–   Zerknęła   na   Eve   i   przewróciła   swoimi   inteligentnymi   zielonymi 

oczyma. – Od tego są asystenci. I asystenci asystentów. A jeśli chodzi o 
takie   kawałki,   to   reporter   może   zmieniać   harmonogram.   Wiem.   Jestem 
cholerną reporterką.

Zerwała z głowy zestaw słuchawkowy.
– Ciężar sławy – zauważyła Eve.
– Ale ja dźwigam go dzielnie. Możesz mnie poczęstować kawą?
Eve posłusznie podeszła do autokucharza. Jej organizm domagał się snu. 

Tylko   kofeina   mogła   przywrócić   go   jeszcze   do   stanu   czujności.   Nadine 
siedziała i nic nie mówiła.

Rzeczywiście,   dzielnie   znosiła   ciężar   sławy,   uznała   Eve.   Stylowe 

pasemka   we   włosach,   wyraziste   rysy   twarzy,   nobliwy   kostium   do 
występowania przed kamerą. Ale Eve wiedziała, że choć Nadine miała swój 
własny program i choć „Teraz" cieszyło się znakomitą oglądalnością, jej 
przyjaciółka   była   dokładnie   tym,   za   kogo   się   podawała   –   cholerną 
reporterką.

– Z kim rozmawiałaś podczas konferencji?
– A jak myślisz? – odparowała Nadine. 
Eve odwróciła się i podała jej kawę.
–   Z   asystentami,   którzy   mieli   dla   ciebie   wyszukać   wszystkie   istotne 

informacje o sprawie sprzed dziewięciu lat.

Nadine uśmiechnęła się i upiła łyk kawy.
– Ktoś tutaj ma głowę nie od parady.
– Tamtym razem do mediów wyciekło trochę informacji.
–   Trochę   –   zgodziła   się   Nadine   i   przestała   się   uśmiechać.   –   Nieco 

szczegółów o tym, jak torturowano te kobiety.

Podejrzewam, że było ich więcej, i to dużo drastyczniejsze od tych, które 

wyciekły.

– Było więcej. Dużo gorszych.
– Pracowałaś przy tym.
– Feeney był oficerem prowadzącym, a ja jego partnerką.
– Dziewięć lat temu nie było mnie w Nowym Jorku. Próbowałam się 

background image

wyrwać   z   pewnego   wyjątkowo   słabego   oddziału   sieci   w   południowej 
Filadelfii.   Ale   pamiętam   tę   sprawę.   Pamiętam   te   zabójstwa.   Zmusiłam 
szefów, żeby mi zlecili serię reportaży na ten temat. Dzięki temu wyrwałam 
się Filadelfii.

– Jaki świat mały.
Nadine pokiwała głową i znów napiła się kawy.
– Czego chcesz?
– Teraz, kiedy  jesteś   tam grubą rybą,  masz   do dyspozycji  cały  dział 

informacji. – Eve oparła się biodrem o biurko. – Chcę mieć wszystko, co 
dasz   radę   zdobyć   o   morderstwach,   które   zostały   popełnione   u   nas,   na 
Florydzie i w Ameryce Południowej.

Nadine zamrugała.
– Co? Gdzie?
– Wszystko ci wyjaśnię, oczywiście prywatnie, a ty zaprzęgniesz swoich 

asystentów   i   wykorzystasz   własny   talent,   żeby   zdobyć   dla   mnie   te 
informacje. On już ma drugą, Nadine.

– Och, Boże.
–   Nie   mogę   jej   pomóc.   Jest   bardzo   małe   prawdopodobieństwo,   że 

wytropimy   go   na   tyle   szybko,   żeby   jej   pomóc.   Muszę   dowiedzieć   się 
wszystkiego, czego tylko się da. Może uda nam się uratować następną, tę, na 
którą teraz poluje.

– Niech pomyślę. – Nadine zamknęła oczy i oparła się na krześle. Upiła 

łyk kawy. – Mam dwóch bystrych pracowników. Mogę ich postraszyć albo 
przekupić, żeby nikomu nie ujawnili tego, czego się dowiedzą. Ja też jestem 
całkiem bystra, więc jest nas troje. – Pokiwała głową i wyprostowała się. – 
Wiesz, że zrobię to, bo uważam, że życie ludzkie jest cenniejsze od dobrego 
tematu. A poza tym – dodała z uśmiechem – zrobię to, bo w końcu jesteśmy 
przyjaciółkami, które się szanują i grają fair. Na rewanż nie liczę.

– Wiem. Tak samo jak ty wiesz, że zamierzam spłacić ten dług.
Nadine uniosła brwi.
– Hm, jako cholernie bystra profesjonalistka nie powiem nie. Wywiad na 

wyłączność, tylko ty i ja.

– Dopiero po tym, jak go zapuszkujemy. Nie wcześniej.
– Umowa. Występ na żywo w „Teraz".
– Nie przeciągaj struny.
Nadine się roześmiała.

background image

– Niech to będzie ktoś z twojej ekipy, ty zdecyduj kto, a dodatkowo w 

programie   jedyny   –   czy   wspomniałam,   że   obszerny?   –   wywiad   z   tobą. 
Nagrany wcześniej.

Eve przez chwilę się zastanawiała.
– Jakoś to przeżyję.
– Dobra. W takim razie szczegóły. Potrzebne mi szczegóły. – Nadine 

wyjęła rekorder i przechyliła głowę. – W porządku?

– W porządku.
Przebywanie   w   jednym   pomieszczeniu   z   gliniarzami   działało   mu   na 

nerwy. Ciekawe doświadczenie, uznał Roarke, ale dziwne, bardzo dziwne, 
zwłaszcza dla kogoś z tak... bogatym doświadczeniem.

Miał już do czynienia z glinami – oprócz swojej prywatnej policjantki – i 

to nie raz. Bywali w jego domu, zawodowo i towarzysko. Ale cały dzień 
pracy   w   pomieszczeniu   operacyjnym   głównej   ekipy   dochodzeniowej,   w 
samym sercu policyjnej centrali – to już całkiem inna sprawa.

Zauważył, że tamci ciągle przychodzili i wychodzili. Wpadali na chwilę i 

zaraz   gdzieś   biegli,   przez   cały   czas   komunikując   się,   najczęściej   w   tym 
policyjnym slangu, tak nienaturalnie formalnym i sztywnym, a jednocześnie 
niezwykle barwnym.

Obok niego pracowali McNab, którego bardzo lubił, i śniada, zgrabna 

Callendar o migdałowych oczach. Jedno i drugie co chwilę siadało, a potem 
wstawało   i   biegło   gdzieś   niemal   w   tanecznym   rytmie.   Przekopywali   się 
przez   całe   stosy   danych   w   poszukiwaniu   choćby   jednej   przydatnej 
informacji. Pracowici jak pszczółki w ulu.

Z   wyjątkiem   kapitana   elektronicy   zdawali   się   preferować   kolorowy, 

niezobowiązujący   styl.   McNab   miał   na   sobie   jaskrawożółte   dżinsy   i 
turkusową koszulę, z motywem – jak się okazało po bliższych oględzinach – 
latających żółwi. Długie blond włosy związał w kucyk żółtą frotką, by nie 
zasłaniały   szczupłej,   ładnej   twarzy.   Jego   uszy   obciążone   były 
skomplikowanymi ozdobami z kółek i ćwieków.

Roarke ciągle nie mógł pojąć, po co właściwie ludzie robią sobie tyle 

dziur we własnym ciele.

Ale chłopak miał coś w sobie. I był cholernie dobry w tym, co robił.
Dziewczynę – tak na oko dwudziestolatkę – widział po raz pierwszy. 

Miała opaloną miodową skórę, masę, prawdziwą masę czarnych kręconych 
włosów spiętych w niezliczone kitki tęczowo kolorowymi spinkami. Z uszu 

background image

zwisały jej srebrne koła takiej wielkości, że spokojnie zmieściłaby się w 
nich jego pięść. Ubrana była w lawendowo-różowe bojówki i miękki zielony 
sweter z krzyczącym napisem „E-GODS!" na imponujących piersiach.

Miała długie, szmaragdowe paznokcie, które, gdy przechodziła na tryb 

manualny, stukały w klawiaturę jak szalone kastaniety.

Podobnie jak McNab sprawiała wrażenie, że nigdy się nie męczy. Byli 

jak kolorowo opakowane nośniki energii, która ledwo się w nich mieściła, 
dlatego nieustająco coś się w nich kołysało i podskakiwało. Noga, głowa, 
ramiona, tyłek.

Fascynujące.
– Cześć, blondasku! – zawołała. 
McNab zerknął przez ramię.
– Mówisz do mnie, cycatko?
– Bystrzak. Jakiś płyn?
– Spoko. Chcesz? – zwrócił się do Roarke'a. – Coś do picia.
– Tak, proszę.
– Bzyk?
Roarke musiał przez chwilę się zastanawiać, jak to przetłumaczyć, i w 

tym momencie poczuł się bardzo stary.

– Może być.
– Się robi. – Kiedy McNab z wigorem wyszedł z sali, Callendar posłała 

Roarke'owi szybki i uroczy uśmiech.

–   Widzę,   że   jesteś   tu   absolutnie   uziemiony,   co?   Pływasz   stylem 

grzbietowym w megaforsie. Jakie to uczucie?

– Satysfakcjonujące – odparł po namyśle.
– No, ba. – Odepchnęła się stopami i odjechała krzesłem od stanowiska, 

tak   by   mogła   widzieć   jego   ekran.   –   Och,   symultanka   w   gigantycznym 
zestawie danych. Robisz jednocześnie dwa poziomy?

To zrozumiał bez większego problemu.
– Tak. Sprawdzam podobne nazwiska, anagramy, daty na wspak.
Rozkładam   na   czynniki   pierwsze,   sprawdzam   przodków   i   tego   typu 

potencjalne powiązania.

–   Sprytnie.   McNab   mówił,   że   jesteś   niezły   w   te   klocki.   Ostre 

główkowanie. – Spojrzała na swój własny sprzęt. – Wszędzie.

Odjechała z powrotem do swojej pracy i podrygując ramionami w rytm 

jakiejś wewnętrznej melodii, zajęła się powierzonym jej zadaniem.

background image

Rozbawiony wrócił do pracy, tylko po to, by chwilę potem przerwać, 

gdy weszła Eve w towarzystwie Feeneya.

Gia   Rossi,   pomyślał;   jej   obraz,   który   zdołał   na   chwilę   zepchnąć   na 

krańce świadomości, znów zajął jego myśli.

Jego oczy spotkały się z oczami Eve, więc wstał od komputera i do niej 

podszedł.

– Musimy  przekazać ekipie informacje o Rossi – powiedziała Eve. – 

Tych, którzy są w terenie, powiadomię przez komunikator. Powinni wziąć 
pod uwagę twój związek ze sprawą.

– Rozumiem.
– W porządku.
Peabody,   która   do   nich   dołączyła,   posłała   mu   dyskretny,   pełen 

współczucia uśmiech i odpaliła nową dyskietkę z danymi.

– Uwaga, aktualizacje – zaanonsowała Eve. Stukot, szmery, szuranie i 

szepty ustały. – Mamy powody podejrzewać, że kobieta, której zniknięcie 
zgłoszono   we   czwartek,   została   uprowadzona   przez   naszego   nieznanego 
sprawcę. Rossi, Gia.

Peabody zażądała, by na ekranie pojawiły się dane i zdjęcie.
– Lat trzydzieści jeden, brązowe oczy i brązowe włosy, sto sześćdziesiąt 

trzy centymetry wzrostu, waga sześćdziesiąt jeden kilogramów. Ostatni raz 
widziano ją, gdy opuszczała miejsce pracy, klub fitness BodyWorks przy 
Zachodniej Czterdziestej Szóstej. Kapitanie Feeney, proszę kontynuować.

– Były mąż Rossi – włączył się – Jaymes Riley zawiadomił policję w 

piątek o ósmej rano. Zgodnie z procedurą nie została formalnie wpisana na 
listę osób zaginionych, bo od jej zniknięcia nie upłynęły jeszcze dwadzieścia 
cztery godziny. Poszukiwana nie wróciła w czwartek wieczorem do domu, 
gdzie miała się spotkać z byłym mężem. Jak zeznał, przyszedł odprowadzić 
jej psa, którym wspólnie się opiekują.

Tak jak się spodziewał, informacja wywołała kilka uśmieszków, dlatego 

tylko przewrócił oczyma i mówił dalej:

– Sąsiedzi potwierdzili ten układ. Riley nie zdołał skontaktować się z 

Gią przez jej kieszonkowe łącze. Potwierdziliśmy, że próbował dowiedzieć 
się,   gdzie   przebywała,   i   w   tym   celu   kontaktował   się   z   jej 
współpracownikami   i   przyjaciółmi.   Zeznania,   jakie   złożył 
funkcjonariuszowi przyjmującemu zgłoszenie i mnie, potwierdziły się. Nie 
jest podejrzany o udział w jej zniknięciu. Zwykle poszukiwana wychodziła z 

background image

budynku przy Czterdziestej Szóstej i Broadway, szła w kierunku zachodnim, 
a następnie na Czterdziestej Dziewiątej wsiadała w metro. W tym regionie 
trzeba poszukać świadków. Na dyskietkach ochrony, udostępnionych przez 
wydział komunikacji, nie widać, by w czwartek wieczorem wchodziła na 
stację   metra.   Ostatni   raz   korzystała   z   wejściówki   w   czwartek   rano. 
Świadkowie   potwierdzili,   że   w   dniu   zniknięcia   wyszła   z   budynku   około 
siedemnastej trzydzieści. Miała na sobie czarny płaszcz, czarne spodnie od 
dresu, szarą bluzę z logo BodyWorks i szarą czapkę. Zrobił krok w tył i 
spojrzał na Eve.

– Pani porucznik.
– Poszukiwana odpowiada ustalonemu wzorcowi. Prawdopodobieństwo, 

że   została   uprowadzona   i   jest   przetrzymywana   przez   naszego   sprawcę, 
wynosi ponad dziewięćdziesiąt sześć procent. Jej zniknięcie i informacje, 
jakie udało nam się dziś zebrać, nie tylko potwierdzają wzorzec, ale dodają 
do   niego   nowy   element.   Zarówno   York,   jak   i   Rossi   były   pracownicami 
Roarke Enterprises. Biorąc pod uwagę wielkość koncernu, ten czynnik sam 
w sobie zwiększa prawdopodobieństwo tylko w niewielkim stopniu. Jednak 
laboratorium zidentyfikowało markę mydła oraz szamponu i okazało się, że 
kosmetyki są produkowane, a także sprzedawane przez firmy należące do 
koncernu. Podobnie prześcieradło, na którym znaleziono zwłoki York.

Roarke czuł na sobie spojrzenia i spekulacje wszystkich. Rozumiał je.
– Istnieje bardzo wielkie prawdopodobieństwo – mówiła dalej Eve – że 

podejrzany ma jakiś związek z Roarke. 

Enterprises,   którego   dotychczas   nie   udało   nam   się   określić.   Na   razie 

wiemy jedno, i to wykorzystamy. Kosmetyki do włosów i ciała są bardzo 
ekskluzywne,   sprzedaje   je   tylko   kilka   sklepów.   Musiał   je   gdzieś   kupić. 
McNab, dowiedz się gdzie. – Tak jest.

– Callendar, zajmiesz się prześcieradłem, porównasz z zakupami z listy 

McNaba. Roarke.

– Pani porucznik?
– Listy pracownic. Znajdź i wytypuj kobiety odpowiadające wzorcowi, 

które mieszkają lub pracują w mieście. On zabiera je z miasta. Wszystko 
wskazuje na to, że w ciągu kilku najbliższych dni znajdzie sobie numer trzy. 
Potrzebne nam nazwiska.

– Będziesz je mieć.
–   Jenkinson,   chcę   otrzymać   pełny   raport   od   ciebie   i   Powella   przed 

background image

dziewiętnastą.   Baxter   i   Trueheart   to   samo.   Jestem   dostępna   dwadzieścia 
cztery godziny na dobę. Macie mnie powiadamiać natychmiast, gdy tylko 
pojawią się jakieś nowe dane. Następna odprawa o ósmej rano. To wszystko. 
– Zdjęła zestaw słuchawkowy. – Peabody.

– Tak jest.
– Zapisz to i skopiuj, a potem idź do domu i trochę się prześpij.
Feeney, możesz przejrzeć dane od elektroników i przesłać mi wszystko, 

czego się dowiedzieli?

– Mogę i to zrobię – potwierdził Feeney.
– Roarke, zapisz i skopiuj to, co dziś zdobyłeś. Prześlij kopie na moją 

aparaturę tu i w domu. Jak skończysz, będę cię potrzebowała w biurze.

Eve wyszła. Po drodze skontaktowała się jeszcze z biurem Miry.
–   Połącz   mnie   z   nią   –   rozkazała   nadmiernie   opiekuńczej   asystentce 

konsultantki. – Nie chcę słyszeć żadnych bzdur.

– Już się robi.
– Eve. – W oczach Miry od razu pojawiła się troska. – Wyglądasz na 

wyczerpaną.

– Drugi wiatr przestał wiać, czekam na trzeci. Muszę się z tobą spotkać.
–   Tak,   wiem.   Jestem   do   twojej   dyspozycji   w   każdej   chwili,   tylko 

powiedz kiedy.

– Chciałabym teraz, ale muszę najpierw ustalić, co to za wiatr, zanim 

zacznę   drążyć   aspekt   psychologiczny.   Mamy   nowe   informacje,   które 
powinnaś zanalizować. Peabody właśnie przesyła ci kopię.

– W takim razie jutro.
– Po odprawie o ósmej.
– Wpadnę do ciebie. Prześpij się trochę, Eve.
– Postaram się uwzględnić twoją sugestię.
Weszła   do   swojego   pokoju   i   zaprogramowała   kolejną   kawę. 

Zastanawiała się, czy nie wrzucić jednej z tych pigułek energetyzujących, 
aprobowanych przez wydział. Tylko że po pigułkach zawsze ją trzęsło.

Piła kawę, stojąc przed wąskim oknem i patrząc na wycinek miasta u jej 

stóp. Po niebie ścigały się tramwaje powietrzne, ich światła przecinały mrok 
nocy.

Pora wracać do domu, zjeść kolację, rozluźnić się i pooglądać wideo.
Poniżej na ulicy było aż gęsto od pojazdów i ludzi myślących dokładnie 

o tym samym, co tamci nad ich głowami.

background image

Gdzieś w mieście był mężczyzna, który bardzo lubił swoją pracę. On nie 

myślał o relaksie.

Zastanawiała   się,   czy   zrobił   przerwę   na   kolację.   Czy   zjadł   smaczny, 

pożywny posiłek przed powrotem do swojej kryjówki? O której zabrał się do 
Gii Rossi? Czy rozpoczął już odliczanie?

Zaginęła czterdzieści siedem godzin temu, myślała Eve. Nie uruchomi 

zegara, dopóki z nią nie zacznie. Zawsze zabierał się do numeru dwa, gdy 
już skończył z numerem jeden.

Nie słyszała, kiedy wszedł Roarke, miał do tego talent. Ale go wyczuła.
– Może nam się poszczęści – powiedziała. – Może zacznie dopiero jutro? 

Tym razem uzyskaliśmy więcej danych, może będziemy mieli szczęście.

– Ona już jest stracona, dobrze o tym wiesz.
Eve odwróciła się. Wydawał się wkurzony, pomyślała, co chyba było 

dobre. I nieco umęczony, co w jego przypadku należało raczej do rzadkości.

– Nie będę tego wiedzieć, dopóki nie stanę nad jej ciałem. Tak do tego 

podchodzę. Wracamy do domu. Możemy tam popracować.

Zamknął za sobą drzwi.
–  Sprawdziłem   ją.  Pracowała   u  mnie   prawie   cztery   lata.  Rodzice   się 

rozwiedli. Ma młodszego brata, drugiego przyrodniego i przyrodnią siostrę. 
Chodziła do college'u w Baltimore, tam mieszkają jej matka i brat. Jej ocena 
pracownicza   od   początku   była   celująca.   Trzy   tygodnie   temu   dostała 
podwyżkę.

– Wiesz, że to nie twoja wina.
– Wina? – Owszem, można go było obwiniać o wiele rzeczy, miał tego 

świadomość.   Ale   na   pewno   nie   o   to.   –   Nie.   Ale   wiem,   że   mogę   być 
powodem, dla którego właśnie ta kobieta umiera właśnie w tym czasie.

–   Powód   nie   ma   tu   nic   do   rzeczy.   Przestaniesz   być   przydatny,   gdy 

zaczniesz się niepotrzebnie obwiniać. Tylko spróbuj, a wylecisz.

– Nie możesz się mnie pozbyć – odparował z zaciętością w głosie. – 

Jestem w tym cholernie dobry, z całą tą waszą pieprzoną ekipą lub bez niej, 
z tymi waszymi durnymi procedurami i bez nich.

– Dobra. Trać dalej czas na wkurzanie mnie. – Chwyciła płaszcz. – To 

bardzo pomocne.

Chciała go wyminąć, ale złapał ją za ramię i obrócił. Przez moment na 

jego twarzy płonął gniew. A potem przyciągnął Eve do siebie i wziął ją w 
ramiona.

background image

– Muszę kogoś wkurzać, a ty jesteś pod ręką.
– Możliwe. – Zrelaksowała się w jego objęciach. – W porządku. Ale 

pamiętaj,   że   tym   razem   musisz   zachować   jasność   myślenia.   Potrzebuję 
twojego   mózgu   i   twoich   możliwości.   To   jeszcze   jeden   atut,   jakiego   nie 
mieliśmy dziewięć lat temu.

– Świadomość, że masz rację, niczego mi nie ułatwia. Mam dość tego 

miejsca – powiedział, uspokajając się. – Taka jest prawda. Jeszcze chwila w 
towarzystwie glin, a zacznę się dusić.

– Hej.
Dotknął palcem jej policzka.
– Z wyjątkiem jednej.
Eve zgarnęła teczkę z aktami, które chciała zabrać do domu.
– Idziemy.
Usiadła za kierownicą, głównie dlatego, że liczyła, iż walka na drodze 

nie   pozwoli   jej   zasnąć.   Gorący   prysznic,   coś   szybkiego   i   treściwego   w 
żołądku i znów będzie mogła kilka godzin popracować.

– Summerset nam się przyda – zauważył Roarke.
– Jako kij do hokeja?
– Dokumentacja dotycząca pracowników, Eve. Może się tym zająć, zrobi 

listę kobiet, które pasują do opisu i które u mnie pracują. Dzięki temu będę 
miał czas, żeby zająć się czymś innym.

– No dobrze, ale pod warunkiem, że przyjmie do wiadomości, że podlega 

moim rozkazom. I że mam prawo go poniżać i się nad nim znęcać, co często 
jest   konieczne   z   moimi   podwładnymi.   I   zapewnia   mi   w   pracy   odrobinę 
rozrywki.

– Bo jesteś w tym dobra.
– Tak, mam smykałkę.
Eve badała wzrokiem sznury pojazdów kierujących się na północ i całą 

chmarę przechodniów, którzy przetaczali się w pośpiechu, rozpychając się 
łokciami na ruchomych chodnikach.

–   Niczego   i   nikogo   nie   widzą.   Oczywiście   jeśli   ktoś   wyskoczy   z 

budynku i wyląduje im na głowie, na moment się zatrzymają, ale nikt nie 
zareaguje na widok kobiety wpychanej siłą do samochodu, ciężarówki czy 
Bóg   jeden   wie   czego.   No   chyba   że   ofiara   narobi   piekielnego   rabanu. 
Zazwyczaj po prostu pędzą przed siebie z opuszczonymi głowami.

–   Cynizm   to   jeszcze   jedna   cecha,   w   której   osiągnęłaś   mistrzostwo. 

background image

Przecież nie zawsze tak jest, nie wszyscy są tacy.

Wzruszyła ramionami.
– Nie, nie zawsze. Jest bardzo ostrożny albo ma jakąś przykrywkę. Coś, 

dzięki czemu ludzie nie zwracają na niego uwagi. Gdyby zaczęła kopać i 
wierzgać, ktoś by to zauważył. Może nic by w tej sprawie nie zrobił, ale by 
zauważył.   Czyli   raczej   nie   dopuszcza   do   otwartej   szarpaniny   na   ulicy. 
Przypuszczamy, że stosuje narkotyki, a nie siłę. Szybki zastrzyk – mówiła 
dalej.   –   Bierze   ją   pod   ramię.   „Hej,   Sari,   jak   leci?".   Zwyczajny   kumpel 
odprowadzający kobietę do samochodu. Pojazd musi stać gdzieś w pobliżu. 
Czeka nas jutro sprawdzanie garaży i parkingów.

Przejeżdżając przez bramę posiadłości, nie mogła sobie przypomnieć, by 

kiedykolwiek czuła się tak szczęśliwa na widok ich ogromnego, cudownego 
domu na wzniesieniu i świateł w oknach.

– Wezmę  szybki prysznic, a potem wrzucę coś na żołądek w swoim 

gabinecie.

– Położysz się spać – poprawił. – Jesteś zmordowana, Eve.
Nie zaprzeczyła, ale zdenerwowało ją, że musiał jej to wypomnieć.
– Jakoś sobie radzę.
–   Gówno   prawda.   Nie   spałaś   od   ponad   trzydziestu   sześciu   godzin. 

Prawdę mówiąc, ja też. Oboje potrzebujemy snu.

– Zdrzemnę się, tylko opracuję na jutro tablicę i przejrzę notatki.
Zamiast się kłócić – był na to zbyt zmęczony – przemilczał. Po prostu 

rzuci ją na łóżko. Wystarczy, że na trzydzieści sekund znajdzie się w pozycji 
horyzontalnej, a padnie.

Eve zaparkowała przed domem i chwyciła torbę z dokumentami.
Wiedziała, że Summerset będzie w holu. Nie zawiódł jej.
– Wprowadź ten swój odwłok w sprawę – zarządziła, zanim kamerdyner 

zdążył cokolwiek powiedzieć. – Ja wskakuję pod prysznic, a potem biorę się 
do pracy.

Poszła prosto na  górę. Nawet  nie zdjęła płaszcza  i nie rzuciła go na 

rzeźbiony  słupek,  jak to  miała  w  zwyczaju.  A  co, jak  dobrze wiedziała, 
irytowało tę kościstą dupę, Summerseta. Kiedy już nie mogli jej widzieć, 
przetarła piekące oczy i pozwoliła sobie na ziewnięcie.

Prysznic będzie zbawieniem.
Upuściła teczkę w sypialni i zsunęła z ramion płaszcz. Odpinając paski 

kabury, zerknęła w stronę łóżka. Może pięć minut w poziomie, pomyślała. 

background image

Przez pięć minut potrzyma nogi w górze, a wtedy nie będzie jej groziło 
utonięcie pod prysznicem.

Odrzuciła na bok kaburę i wspięła się na podwyższenie, gdzie czekało na 

nią łóżko, zachęcające jak puchowe chmury na niebie. Padła w poprzek i 
wtuliła twarz w pościel.

Roarke nie miał racji, odpłynęła po dziesięciu sekundach.
Kiedy   przyszedł   pięć   minut   później,   ujrzał   ją   śpiącą,   z   kotem 

drzemiącym na pośladkach.

– No cóż – zwrócił się do Galahada. – Przynajmniej nie będziemy się 

musieli o to kłócić. Ale na miłość boską, czy ona nie mogłaby chociaż zdjąć 
butów? Jak może spać w takim stanie?

Delikatnie zsunął jej buty, a Eve nawet nie drgnęła. Zdjął też swoje. A 

potem po prostu wyciągnął się obok żony i objął ją w talii.

I zasnął prawie równie szybko jak ona.

background image

Rozdział 6

We śnie na ciemnej ziemi rozciągnięte było białe prześcieradło, a na nim 

leżały   zmasakrowane   zwłoki.   Pierwsze   światło   przeszywająco   zimnego 
świtu wyostrzało sylwetki iglic na wciąż ciemnym niebie.

Stała   z   rękoma   w   kieszeniach   czarnej   kurtki,   czarną   czapkę   miała 

nasuniętą na czoło.

Ciało   leżało   między   nią   a   wielkim   czarnym   zegarem   z   białą   tarczą. 

Sekundy   mijały,   a   każde   przesunięcie   wskazówki,   niczym   huk   pioruna, 
wprawiało powietrze w drżenie.

We   śnie   stal   obok   niej   Feeney.   Ostre   światło   rozjaśniające   miejsce 

zbrodni przesuwało się po nich i po tym, na co patrzyli. W jego włosach nie 
było śladów siwizny, jego twarzy nie zorały jeszcze zmarszczki.

„Wyszkoliłem cię, żebyś dostrzegła to, co trzeba dostrzec, i odnalazła 

wszystko, co jest ukryte". 

Kucnęła i otworzyła zestaw.
Ofiara wcale nie wygląda na spokojną, jak to ludzie często mówią o 

zmarłych, zauważyła Eve. Tak naprawdę to zmarli nigdy tak nie wyglądają.

Śmierć to nie sen. To zupełnie coś innego.
Kobieta otworzyła oczy.
„Jestem Corrine Dagby. Miałam dwadzieścia dziewięć lat. Urodziłam się 

w Danville, Illinois, przyjechałam do Nowego Jorku, żeby zostać aktorką, 
dlatego   sprzątałam   stoliki   w   knajpie,   bo   właśnie   to   robimy.   Miałam 
chłopaka, będzie rozpaczał, gdy mu powiesz, że nie żyję. Inni też, moja 
rodzina, przyjaciele. Dzień przed tym, zanim mnie porwał, kupiłam sobie 
nowe   buty.   Już   nigdy   ich   nie   włożę.   Krzywdził   mnie,   sprawiał   mi   ból, 
dopóki nie umarłam. Nie słyszałaś, jak krzyczę?".

Stała w kostnicy, w zakrwawionej ręce Morrisa błysnął skalpel. Patolog 

miał krótsze włosy upięte w schludny kucyk na karku. Podniósł wzrok znad 
ciała i spojrzał na Eve.

„Była zdrowa i miała śliczną twarz, zanim ją zmasakrował. Śpiewała pod 

prysznicem,  tańczyła na ulicy. Wszyscy to robimy, zanim tu trafimy.  W 
końcu, zawsze tu trafiamy".

Wielki zegar głośno odliczał każdą sekundę.
Nie będą tutaj leżeć, gdy to się skończy, pomyślała. Gdy ja to zakończę. 

background image

Znów będą śpiewać pod prysznicem i tańczyć na ulicy. Gdy to zakończę, 
będą jeść herbatniki i jeździć metrem.

„Ale nie skończyłaś". Corrine jeszcze raz otworzyła oczy.
„Widzisz?".
Twarze   i   ciała   się   zmieniały,   jedne   przechodziły   w   drugie,   a   zegar 

bezlitośnie wybijał kolejne sekundy. Bił tak mocno, że serce Eve zaczęło 
uderzać w jego rytm. Musiała zasłonić uszy rękami, żeby go nie słyszeć.

Szybciej, szybciej, twarze migały, zmieniały się w szalonym wyścigu z 

czasem. Te głosy wszystkie krzyczały, łącząc się w jeden, najgłośniejszy.

„Słyszysz, jak krzyczymy?".
Przebudziła się gwałtownie. W jej głowie wciąż dźwięczało echo krzyku. 

W   sypialni   panował   półmrok,   rozjaśniany   ciepłym   światłem   ognia   z 
kominka. Kot trącił ją w ramię,  jakby chciał powiedzieć: „obudź się, na 
miłość boską".

– Dobrze, już dobrze, przecież się obudziłam. Jezu. – Przewróciła się na 

plecy   i   przez   chwilę   patrzyła   w   sufit,   próbując   oprzytomnieć.   Podrapała 
Galahada za uszami i sprawdziła, która godzina.

– Niech to szlag!
Przespała   prawie   trzy   godziny.   Otrząsnąwszy   się   z   resztek   snu,   Eve 

przetarła oczy i zaczęła zbierać się z łóżka. I wtedy to usłyszała, szum i 
plusk wody z prysznica.

Wyciągnęła rękę i dotknęła pościeli.  Była wciąż ciepła. Uświadomiła 

sobie, że spali razem. I bardzo dobrze.

Poszła pod prysznic, rozbierając się po drodze.
Chciała   zmyć   zmęczenie,   napięcie,   całe   zło   ostatnich   dwudziestu 

czterech godzin. Chciała, żeby strumień wody odpędził ból głowy, z którym 
się obudziła, i spłukał resztki snu.

A   kiedy   stanęła   przed   szerokim   szklanym   wejściem   do   kabiny, 

uświadomiła sobie, że chce dużo więcej.

Chciała jego.
Stał odwrócony plecami, z dłońmi opartymi o szklaną ścianę i pozwalał 

się masować  biczom wodnym. Włosy miał  mokre, wilgotna skóra lśniła. 
Smukłe plecy, rozmarzyła się, naprężone pośladki, które aż prosiły, żeby je 
ugryźć, i te jego twarde, wyrzeźbione mięśnie.

Pomyślała,   że   musiał   się   niedawno   obudzić   i   zapewne   był   tak   samo 

zmęczony jak ona.

background image

Woda będzie zimna, wiedziała. Ale jakoś sobie z tym poradzi. 
Oboje sobie poradzą.
Wśliznęła   się   do   kabiny,   oplotła   ręce   wokół   jego   torsu   i   przylgnęła 

całym ciałem do jego pleców. Delikatnie ugryzła go w ramię.

–   No   proszę,   co   znalazłam.   To   lepsze   niż   zabawka   niespodzianka   w 

pudełku płatków. Zwiększ temperaturę wody do czterdziestu trzech stopni.

– Musisz nas gotować?
– Muszę. Za moment przestaniesz zwracać na to uwagę. – Aby mu to 

udowodnić, jej dłonie zsunęły się niżej i szybko go odnalazły. – Widzisz?

– Czy tak traktujesz wszystkich członków ekipy dochodzeniowej?
– Mogą sobie tylko pomarzyć.
Odwrócił się i objął jej twarz.
– Popatrz, jak spełniają się moje  marzenia.  – Pocałował ją czule, jej 

brwi, policzki, usta. – Myślałem, że jeszcze trochę pośpisz.

– I tak spałam dłużej, niż planowałam. – Znów się do niego przytuliła i 

położyła głowę na jego ramieniu. Woda obmywała ich oboje. – To lepsze 
niż sen.

Gdy para zaczęła gęstnieć, Eve odchyliła głowę w tył i odnalazła usta 

Roarke'a. Cudownie miękkie, tak miękkie, że mogli oboje zatonąć.

Jej palce podążyły ku górze i wplotły się w jego wilgotne włosy, a on 

szeptał   coś   słodko   prosto   do   jej   warg.   Mimo   tej   słodyczy   rozpoznała 
pożądanie.

Tak, poradzą sobie.
Oderwała od niego usta i przytuliła się do jego szyi, by poczuć jego puls, 

gdy   jej   dłonie   błądziły   po   jego   plecach.   Chwycił   ją   i   obrócił   tak,   by 
spływająca po nich woda zmyła z nich ten dzień.

Jego   dłonie   wędrowały   po   jej   ciele,   namydlone   kremowym   mydłem 

prześlizgiwały   się   po   jej   gładkiej   skórze,   wprawiając   Eve   w   rozkoszne 
drżenie. Jeszcze raz ją odwrócił i przyciągnął do siebie. Teraz jego dłonie 
masowały jej piersi, ślizgały się po nich, podczas gdy jego usta wędrowały 
po jej szyi i ramionach.

Jęknęła,   podniosła   ramię,   by   objąć   Roarke'a,   i   zadrżała   pod   jego 

umiejętnym dotykiem.

Wyczuwał   jej   gotowość,   jej   otwartość,   oczekiwanie.   Były   w   ruchach 

ciała, w jej urywanym oddechu. Z ust Eve wyrwał się szybki krzyk, gdy jego 
dłonie wsunęły się między jej uda.

background image

Drżała, a jej ramię zaciskało się mocniej, gdy jego palce ją drażniły, 

dostarczając przyjemności. Wygięła się cała, gdy wsunął palce w jej gorący, 
wilgotny aksamit.

– Weź więcej. – Musiał dać więcej.
Jej delikatne drżenie zamieniło się w dreszcze, a oddech w łkanie.
To,   jak   się   poddawała,   jemu   i   sobie   samej,   niewyobrażalnie   go 

podniecało.   Jej   zmęczenie   i  rozpacz,   których   nie  zmył   prysznic   ani  sen, 
utonęły w jego miłości.

Obrócił Eve i oparł plecami o ścianę. Patrzyła mu prosto w oczy. Jej 

oddech był krótki, urywany.

– Teraz ty weź więcej – powiedziała.
Chwycił jej biodra i przez moment walczył o kontrolę. A potem powoli 

w nią wszedł.

Otoczyła   ich   gorąca   para,   woda   oblewała   ich   strumieniami,   kiedy 

patrzyli na siebie i poruszali się w jednym rytmie.

To   więcej   niż   przyjemność,   pomyślał   Roarke.   To   nawet   więcej   niż 

miłość. W chwili, gdy każde z nich tak bardzo tego potrzebowało, dawali 
sobie najpiękniejszy dar – nadzieję.

Eve   oddychała   ciężko,   ale   zauważył   jej   uśmiech.   Przylgnął   do   jej 

drżących ust i zatonął w niej. Wziął od niej miłość i nadzieję.

– Bardzo dobrze mi to zrobiło. – Eve wciągnęła przez głowę ulubioną 

starą, rozciągniętą bluzę policyjną. – Sen i seks pod prysznicem. Powinnam 
zamówić taki zestaw dla całej ekipy.

– Obawiam się, że mogę nie mieć tyle czasu, żeby spać i zabawiać się 

pod prysznicem z Peabody i Callendar. Nawet dla dobra śledztwa.

– Cha, cha. Bardzo śmieszne. – Przysiadła na poręczy sofy i zaczęła 

wkładać   skarpetki.   –   Trzymam   cię   na   użytek   prywatny,   będziesz   moim 
osobistym dostarczycielem energii. Dobra, biorę się do roboty.

– Jedzenie – przypomniał Roarke.
– Tak, już o tym pomyślałam.
–   Wiem,   o   czym   pomyślałaś.   –   Wziął   ją   za   rękę   i   razem   wyszli   z 

sypialni. – Przykro mi, że cię rozczaruję, ale to nie będzie pizza.

– Wydaje mi się, że masz jakieś uprzedzenia wobec pizzy.
–   Nie   mam   uprzedzeń   wobec   pizzy,   jednak   nalegam,   by   do   twojego 

energetycznego   programu   dodać   jeszcze   jeden   element.   Sen,   seks   pod 
prysznicem i stek.

background image

– Czerwone mięso, hm, trudno protestować, ale chcę do tego frytki.
– Mm-hm.
Znała to jego mm-hm. Oznaczało warzywa. Wiedziała też, że całe to 

gderanie na temat wmuszania w nią pożywnego posiłku odwracało myśli 
Roarke'a od tego, co działo się z Gią Rossi.

Pozwoliła, by zamówił to, co uznał za odżywcze, a sama nakarmiła kota. 

Warzywa okazały się mieszanką,  którą Roarke określił jako  nicoise.  Ale 
przynajmniej były chrupiące.

Jedząc, przeglądała raporty detektywów.
– Ludzie pamiętają sporo szczegółów – zauważyła. – Dokładnie tak, jak 

było. Bliscy tamtych ofiar pamiętają każdy drobiazg.

– Wyobrażam sobie. Dla nich wszystkich, dla każdego z nich to strata i 

szok, jakiego już nigdy w życiu nie przeżyją – skomentował Roarke.

– Jeśli będą mieć szczęście. Ale nie powiedzieli nic nowego. Żadnych 

nowych   nazwisk.   Wciąż   utrzymują,   że   te   kobiety   nie   skarżyły   się   i   nie 
narzekały, że ktoś je niepokoi. Prowadziły podobny tryb życia, oczywiście z 
drobnymi różnicami. Wszystkie chodziły pieszo do pracy i tak samo wracały 
lub  też korzystały  z  publicznego  środka transportu  mniej  więcej  o stałej 
porze.   Nie   ma   wiarygodnych   świadków,   którzy   widzieliby   je   w   czyimś 
towarzystwie w dniu zniknięcia.

– Wiarygodnych?
Wzruszyła ramionami, zjadła frytkę.
– Zgłaszają się same czubki, które próbują zwrócić na siebie uwagę. Nic 

konkretnego. Ale i tak trzeba wszystko sprawdzać. Każde zgłoszenie. Bez 
sensu marnujemy strasznie dużo czasu na sprawdzanie fałszywych tropów. 
Ludzie potrafią zatruwać życie.

–   Mówiłaś,   że   będziecie   sprawdzać   garaże   i   parkingi.   Rozumiem,   że 

poprzednim razem też to robiliście.

–   Tak.   Przejrzeliśmy   setki   godzin   zapisu   wideo   ochrony, 

przesłuchaliśmy   całe   tabuny   ludzi   i   androidów,   sprawdziliśmy   karty 
parkingowe.   I   nic.   A   to   oznacza,   że   mógł   stanąć   gdzieś   na   ulicy,   na 
niemonitorowanym terenie, lub po prostu miał szczęście.

Roarke uniósł brwi.
– Cztery razy miał szczęście? – zapytał, jedząc.
– Właśnie. Nie sądzę, żeby liczył na szczęście. Nie jest ryzykantem, jest 

precyzyjny i świetnie przygotowany.

background image

–   A   nie   myślałaś,   że   może   używać   pojazdu   służbowego?   Może   to 

samochód jakichś służb? Albo jakiś pojazd urzędowy? Taksówka?

–  Tak,  to  także   przerobiliśmy  i  nic.  Ale   tym razem też   sprawdzimy. 

Newkirk   się   przez   to   przekopuje,   szuka   prywatnych   zakupów   tego   typu 
pojazdów.   Parę   razy   w   roku   wymieniane   trafiają   na   aukcje   publiczne. 
Sprawdzamy   też   rejestr   skradzionych   pojazdów.   McNab   przeszukuje 
archiwa   miejskie   i   dane   pracowników   wydziału   transportu.   Zobaczymy, 
może coś tam znajdzie. Połączymy te dane z danymi z poprzednich spraw. 
Jeśli   nawet   zmienił   wygląd   i   nazwisko,   przy   tego   typu   zakupach   trzeba 
pokazać identyfikator z odciskami. Na razie na nic nie trafiliśmy.

–   A   co   ze   sprzętem   medycznym   i   zaopatrzeniem?   Podaje   narkotyki, 

obezwładnia   ofiary,   na   pewno   musi   mieć   jakiś   sprzęt,   na   przykład   żeby 
poradzić sobie z krwią.

– Też to sprawdzaliśmy i znów sprawdzamy. Niezliczona ilość klinik, 

szpitali,   centrów   zdrowia,   tabuny   lekarzy,   pracowników   pogotowia, 
asystentów, którym odebrano licencję. Byliśmy w zakładach pogrzebowych, 
domach żałobnych, nawet w klinikach chirurgii kosmetycznej. Setki godzin 
pracy.

– Tak, tak, nie wątpię. Zbadaliście każdą możliwość.
– Chyba tak. Pracowaliśmy nad tym przez ładnych parę tygodni, nawet 

gdy już przestał zabijać. Potem oboje z Feeneyem wracaliśmy do tego za 
każdym razem, gdy tylko mieliśmy możliwość. Nie było snu ani seksu pod 
prysznicem, nie było steków.

Wstała, żeby trochę pochodzić. Może spoglądając wstecz, dojrzy coś, 

czego wówczas nie zauważyła.

– Czasami pracowaliśmy przez całą dobę i wracaliśmy do tego w czasie 

wolnym. O trzeciej nad ranem siadaliśmy przy piwie w jakimś gliniarskim 
barze i w kółko o tym gadaliśmy. I cholernie dobrze wiem, że Feeney wracał 
do domu i znów się do tego zabierał. Ja tak robiłam.

Spojrzała na Roarke'a siedzącego przy jej biurku nad pozostałościami 

posiłku, który razem zjedli. Przed nim stał jej monitor z danymi na temat 
zabójstw, z ekranów ściennych patrzyły na oboje zdjęcia ofiar.

– Najbardziej dotyka to panią Feeney. Ta kobieta rozumie glinę, jego 

pracę, życie. Pewnie dlatego ma te wszystkie dziwaczne hobby.

–   Dzięki   nim   nie   siedzi   bezczynnie   i   nie   martwi   się   o   męża,   nie 

zastanawia, gdzie może być o trzeciej nad ranem i dlaczego jeszcze nie ma 

background image

go w domu.

– No tak. Nie macie za wesołego życia. Roarke uśmiechnął się łagodnie.
– Jakoś sobie radzimy.
– Feeney bardzo ją kocha. Sam wiesz, jak zawsze o niej mówi. Bez niej 

by zginął. Wiem,  jak to jest. Wiem,  że pewnie teraz, kiedy  on nad tym 
pracuje, ona dzierga na drutach jakiś malutki kompaktowy samochód. A on 
widzi te wszystkie twarze, tamte sprzed lat i te nowe.

„Nie słyszysz jak krzyczymy?". 
– I wie, że za to odpowiada.
– Jak możesz tak mówić? – zaprotestował Roarke. – Zrobił wszystko, co 

można było zrobić.

– Nie, bo zawsze jest jeszcze coś. Przeoczyłeś jakiś fakt, nie spojrzałeś 

na   coś   pod   prawidłowym   kątem,   nie   zadałeś   właściwego   pytania   w 
odpowiednim momencie. A może ktoś inny by to zrobił? To nie oznacza, że 
ten ktoś jest lepszy albo ciężej pracuje, tylko... – Machnęła ręką. – To tylko 
znaczy, że ktoś odkrył, odtworzył coś, czego ty nie zauważyłeś. Prowadził 
śledztwo, więc za nie odpowiada.

– A teraz ty odpowiadasz?
– Teraz ja odpowiadam. Jego to boli, bo... cóż... wychował mnie. To on 

mnie wychował na glinę. Nie chciałam go w to wciągać – powiedziała i 
usiadła. – Ale nie mogłam go wyłączyć ze sprawy.

– Jest twardzielem i realistą – przypomniał jej Roarke. – Tak jak glina, 

którą wychował. Da sobie radę, Eve.

– Tak. – Westchnęła i spojrzała na ekran ścienny. – Jak je wybiera? 

Wiemy, że tym razem jednym z warunków jest to, że ofiara ma pracować u 
ciebie. Jest bystry, więc na pewno wykombinował, że do tego dojdziemy. 
Czyli   chce,   żebyśmy   to   wiedzieli.   Daje   nam   informacje,   które   uzna   za 
stosowne. Jaki preferuje typ, ile czasu się każdą zajmuje. Nie przeszkadza 
mu, że wiemy, jakich produktów używa do mycia ofiar. Ale tym razem dał 
nam coś jeszcze. To nowy fragment układanki. Co ty na to?

Znów spojrzała na Roarke'a.
– Zna cię? Prywatnie czy zawodowo? Robił z tobą interesy? Wykupiłeś 

go,   a   może   nie   chciał,   żeby   go   wykupywać?   Przebiłeś   jego   ofertę 
kontraktową? Może go zwolniłeś albo pominąłeś przy awansie? U niego nic 
nie jest kwestią przypadku, wszystkie jego wybory są przemyślane.

Roarke zadał już sobie te same pytania i przeanalizował je pod każdym 

background image

możliwym kątem.

– Jeśli u mnie pracuje, dowiem się tego – powiedział twardo. – A także 

czy   była   to   znajomość   służbowa   czy   prywatna.   Mogę   przejrzeć   dane 
pracowników, którzy wyjeżdżali służbowo w tamte miejsca w czasie, gdy 
popełniono zbrodnie, albo którzy byli wtedy na urlopie.

– Jak myślisz, ilu ludzi zatrudniasz?
– Nie mam zielonego pojęcia. – Wzruszył ramionami.
– Właśnie. Ale korzystając z profilu Miry, a rano będziemy mieli wersję 

uaktualnioną, możemy znacznie zawęzić obszar poszukiwań.

Ponieważ to on zajął się przygotowaniem posiłku, Eve zgodnie z umową 

wstała, żeby posprzątać.

– Sprawdzę prawdopodobieństwo, ale mam przeczucie, że raczej są małe 

szanse,   żeby   u   ciebie   pracował.   Nie   wygląda   mi   na   niezadowolonego 
pracownika.

–   Racja.   Mogę   przeszukać   archiwa   moich   głównych   konkurentów   i 

podwykonawców. Oczywiście skorzystam z prywatnego sprzętu.

Z   początku   nic   nie   powiedziała.   Odniosła   naczynia   do   kuchni   i 

załadowała   je   do   zmywarki.   W   zaciszu   gabinetu   wypełnionego 
niezarejestrowanym   sprzętem   Roarke   będzie   mógł   ominąć   zapory 
CompuGuard i przepisy dotyczące ochrony prywatności.

Ale nawet jeśli coś znajdzie, i tak nie będą mogli wykorzystać tego w 

sądzie. Nie będzie można też wyjawić źródła tych informacji. Dane zdobyte 
niezgodnie   z   prawem,   myślała   Eve,   to   oznacza   przekraczanie   pewnej 
granicy. Takie posunięcie dawało obrońcom lukę większą niż pchla dupa.

„Nie słyszysz jak krzyczymy?". 
Wróciła do swojego gabinetu.
– Zrób to.
– W porządku. To trochę potrwa.
– Więc do roboty.
Kiedy   została   sama,   zabrała   się   do   rozstawiania   tablicy   poglądowej, 

jednocześnie słuchając raportów ekipy odczytywanych przez komputer.

Ta tablica jest za mała, uznała. Nie pomieści tych wszystkich twarzy, 

danych. Tylu śmierci.

– Pani porucznik.
– Komputer, pauza – rozkazała, po czym odwróciła się do Summerseta. – 

Czego? Jestem zajęta.

background image

– Widzę. Roarke prosił, żebym to przyniósł. – Podał jej dyskietkę. – 

Dane pracowników, które miałem przejrzeć.

– Dobra. – Wzięła dyskietkę i podeszła z nią do biurka. Odkładając ją, 

kątem oka zerknęła na kamerdynera. – Jeszcze tu jesteś? Idź sobie.

Ale Summerset nadal stał w swoim pogrzebowym uniformie, sztywny 

jak kij od miotły.

– Pamiętam to. Pamiętam wiadomości w mediach o tych kobietach. Ale 

nie mówiono nic o liczbach, jakie miały na piersiach.

– Cywile nie muszą wszystkiego wiedzieć.
– Jest  bardzo precyzyjny, każda cyfra, każda litera została  wycięta z 

wyjątkową starannością. Widziałem już coś takiego.

Jej wzrok się wyostrzył.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– To nie było dokładnie to samo, ale coś podobnego. Podczas wojen 

miejskich.

– Tortury?
–   Nie,   nie.   Choć   oczywiście   tego   też   nie   brakowało.   Tortury   są 

klasycznym środkiem uzyskiwania informacji lub wymierzania kary. Jednak 
rzadko kiedy są tak... porządne jak to.

– Powiedz mi coś, o czym nie wiem.
Summerset spojrzał na nią chłodno.
–  Jest   pani  zbyt  młoda,  żeby  pamiętać   wojny   i  wojenne  szumowiny, 

które po wszystkim osiedliły się w różnych częściach Europy. W każdym 
razie, wtedy też były sprawy... jak by to powiedzieć... o których cywile nie 
musieli wiedzieć.

Miał jej pełną uwagę.
– Na przykład?
– Byłem sanitariuszem w szpitalu wojskowym. Przywozili nam rannych 

i zabitych. Czasami ciała porozrywane na kawałki i ułożone w stos. Zwłoki 
zostawały   u   nas,   żeby   członkowie   rodziny,   o   ile   ktoś   przeżył,   mogli   je 
zabrać, oczywiście jeśli dało się kogoś zidentyfikować. Ci, których nie udało 
się zidentyfikować, bo nie mieli krewnych albo zwłoki nie nadawały się do 
identyfikacji,   dostawali   swój   numer   i   czekali   na   wywiezienie. 
Prowadziliśmy rejestry, wciągaliśmy ich na listę i staraliśmy się opisać jak 
najwięcej szczegółów: znaki charakterystyczne, miejsce, gdzie znaleziono 
ciało, i tak dalej. Numer zapisywaliśmy na ciele, a także datę zgonu, taką, 

background image

jaką dało się ustalić.

– Czy to była standardowa procedura?
–   To   była   procedura,   której   przestrzegaliśmy,   gdy   pracowałem   w 

Londynie. W innych miejscach mieli inne metody. W najgorszym wypadku 
po   prostu   wrzucali   trupy   do   zbiorowej   mogiły   lub   kremowali   bez 
zapisywania jakichkolwiek danych.

Eve podeszła do tablicy i uważnie przyjrzała się napisowi. To nie to 

samo, pomyślała. Ale jest jakiś punkt zaczepienia.

– On zna ich nazwiska – powiedziała. – Nazwisko nie ma znaczenia. 

Ważna jest data. Data musi być zapisana. To data je identyfikuje, nie imię. 
Potrzebna mi druga tablica.

– Słucham?
– Potrzebna mi jeszcze jedna tablica. Na tej się nie mieszczę. Mamy coś 

takiego pod ręką?

– Sądzę, że potrafię znaleźć to, czego pani potrzebuje.
– Dobra. To poszukaj.
Gdy   wyszedł,   podeszła   do   biurka,   dopisała   do   swoich   notatek   hasło 

„wojny miejskie" i zaczęła snuć przypuszczenia.

Żołnierz?   Sanitariusz?   Lekarz?   Może   stracił   kogoś   z   rodziny   lub 

kochankę... Nie, ten pomysł jej nie przekonał. Po co miałby torturować i 
bezcześcić symbol osoby, która... jak by to powiedzieć... miała dla niego 
znaczenie? Z drugiej strony gdyby ktoś torturował, zabił i oznakował w ten 
sposób   jego   ukochaną,   to   mogłoby   być   coś   w   rodzaju   zemsty,   jakaś 
pokręcona rekonstrukcja wydarzenia.

A   może   to   jego   torturowano   i   przeżył?   Może   był   torturowany   przez 

kobietę o brązowych włosach, mniej więcej w tym wieku?

A może to on był tym, który torturował?
Eve wstała i zaczęła krążyć po gabinecie. Tylko dlaczego czekał aż tyle 

lat, żeby się zemścić? Czy przyczyniło się do tego jakieś wydarzenie? A 
może przez cały czas eksperymentował, szukając idealnej metody, która by 
mu odpowiadała?

A może był po prostu pieprzonym świrem?
Wojny miejskie to był trop, tak, zdecydowanie. W swoim profilu Mira 

już   dziewięć   lat   temu   określiła   go   jako   dojrzałego   mężczyznę.   Eve 
pamiętała,   że   wtedy   była   mowa   o   mężczyźnie,   prawdopodobnie   rasy 
kaukaskiej, w wieku trzydzieści pięć – sześćdziesiąt lat.

background image

Dlatego, owszem, mógł przeżyć wojnę jako młody chłopak.
Usiadła,   wprowadziła   nowe   dane   i   uruchomiła   obliczanie 

prawdopodobieństwa.

Czekając   na   wynik,   włożyła   do   stacji   dyskietkę,   którą   przyniósł   jej 

Summerset.

– Komputer, wyświetl wyniki, ekran ścienny numer dwa.

Przyjęte. Zadanie w toku...

Gdy na ekranie zaczęły się ukazywać nazwiska, Eve otworzyła usta ze 

zdziwienia.

– O Jezu. Słodki Jezu. – Było ich setki, tysiące.
Z pewnością nie mogła zarzucić Summersetowi, że nie przyłożył się do 

pracy.   Nazwiska   zostały   pogrupowane   według   miejsca   pracy   i   adresu 
zamieszkania.   Wyszło   na   to,   że   brązowowłosych   kobiet   w   przedziale 
wiekowym   dwadzieścia   dziewięć   –   trzydzieści   trzy   lata,   pracujących   w 
Roarke Enterprises, było cholernie dużo. 

Ktoś tu wspominał o wielkiej ośmiornicy.
Eve już wiedziała, że będzie potrzebowała ogromnych ilości kawy.
Prywatny   gabinet   Roarke'a   był   obszerny   i   nowocześnie   urządzony. 

Widok,   jaki   poprzez   ekrany   rozpościerał   się   na   miasto,   zapierał   dech   w 
piersiach. Szeroka konsola w kształcie  podkowy wyposażona  była w tak 
wyrafinowany i wielozadaniowy sprzęt, że nie powstydziłby się jej żaden 
rząd.

Już   Roarke   coś   o   tym   wiedział,   pracował   przy   kilku   rządowych 

kontraktach.

Wiedział też, że  nawet przy  sprzęcie  najwyższej  klasy  sukces  hakera 

zależał przede wszystkim od umiejętności operatora. I cierpliwości.

Najpierw sam przejrzał dane swoich pracowników. Mimo że zatrudniał 

ich   tak   wielu,   zadanie   było   dość   proste.   Podobnie   jak   zlokalizowanie 
pracujących   u   niego   mężczyzn,   którzy   w   czasie   popełnienia   zabójstw 
wyjechali w okolice miejsc, gdzie popełniono zbrodnie, lub byli na urlopie.

Gdy komputer przetwarzał dane, Roarke sporządził listę swoich rywali w 

biznesie. Następnym krokiem będzie zbadanie przedsiębiorstw, których nie 
uważał za prawdziwą konkurencję. Na wszelki wypadek zacznie od góry.

Wiedział,   że   wszystkie   firmy,   organizacje,   a   także   indywidualni 

background image

przedsiębiorcy, którzy naprawdę stanowili dlań konkurencję, będą mieli – 
tak   jak   on   –   zainstalowane   po   kilka   skomplikowanych   systemów 
zabezpieczających dostęp do wewnętrznych danych. I każdy trzeba będzie 
łamać z nieziemską ostrożnością.

Usiadł przy konsoli, której kontrolki lśniły i błyskały niczym kosztowna 

biżuteria. Podwinął rękawy i związał włosy w kucyk.

Rozpoczął   od   firm   mających   biura   lub   filie   w   miejscach,   gdzie 

popełniono morderstwa.

I przystąpił do łamania kodów.
Pracował i mówił do siebie, do maszyn, do systemów, które nie chciały 

mu tak od razu ulegać. Z czasem coraz częściej przeklinał po irlandzku, a 
jego akcent robił się twardszy. Systemy od razu miękły.

Podczas przerwy na kawę przejrzał wyniki wstępnego poszukiwania.
Nie   było   pracownika,   który   spełniałby   wszystkie   kryteria.   Ale,   jak 

zauważył Roarke, było kilku, którzy w czasie, gdy popełniono morderstwa, 
co   najmniej   dwukrotnie   przebywali   w   określonych   miejscach   lub   mieli 
urlop.

Im warto przyjrzeć się bliżej.
Roarke   przechodził   od   jednego   zadania   do   drugiego,   by   nie   zasnąć. 

Przebijał się przez ściany zabezpieczeń, przemykał po labiryntach danych. 
Zlecał   wyszukiwanie,   porównywanie   i   analizy,   od   których   jego   sprzęt 
mruczał na kilka głosów.

W   pewnym   momencie   wstał,   by   nalać   sobie   kolejny   kubek   kawy,   i 

zerknął na zegarek.

Czwarta szesnaście nad ranem.
Zaklął   pod   nosem,   usiadł   i   przetarł   dłońmi   twarz.   Nic   dziwnego,   że 

przestawał kontaktować. Eve też pewnie zasnęła z głową na biurku. Gdyby 
uznała, że mogą na dziś zakończyć pracę, na pewno najpierw przyszłaby 
zobaczyć, jak mu poszło.

Zamiast tego harowała do upadłego, a ponieważ sam robił to samo, nie 

miał podstaw, by się z nią wykłócać.

Prawie pół do piątej, pomyślał. Gia Rossi może już nie żyć. Albo modli 

się do wszystkich bogów o szybki koniec.

Na moment zamknął oczy i choć wiedział, że poczucie winy w niczym 

mu   nie   pomoże,   pozwolił,   by   na   chwilę   go   opanowało.   Był   zbyt 
wyczerpany, żeby się złościć.

background image

– Skopiuj dokument C na dysk, zapisz wszystkie dane. Ale kontynuuj 

bieżące wyszukiwanie, skopiuj i zapisz po skończeniu.

Przyjęte.

Zanim wyszedł, połączył się z Dublinem.
– Dzień dobry, Brian.
Szeroka twarz starego kumpla rozjaśniła się w uśmiechu zaskoczenia.
– A niech mnie, czy to nie sam szefuńcio? Po której stronie sadzawki 

aktualnie przebywasz?

– Po jankeskiej. Po twojej stronie jest za wcześnie, żeby wydzwaniać do 

właściciela pubu. Mam nadzieję, że cię nie obudziłem.

– Nie, nie obudziłeś. Właśnie piję herbatę. Jak się miewa nasza urocza 

pani porucznik?

– Bardzo dobrze, dziękuję. Jesteś tam sam?
–   Tak,   niestety.   Aktualnie   nie   ma   żadnej   czarującej   damy,   która 

ogrzewałaby mi pościel.

– Przykro mi, Brian. Szukam oprawcy.
– Doprawdy? – W oczach Briana pojawił się jedynie ślad zdziwienia. – 

Czyżbyś na stare lata, po tylu doświadczeniach, zrobił się zbyt delikatny, 
żeby zająć się tym osobiście?

–   Zawsze   byłem   zbyt   delikatny,   tak   samo   jak   ty.   Załatwił   ponad 

dwadzieścia   kobiet   w   ciągu   ostatniej   dekady.   Wszystkie   miały   około 
trzydziestki,   brązowe   włosy   i   jasną   karnację.   Ostatnią   znaleźli   wczoraj. 
Pracowała u mnie.

– Ach – powiedział Brian. – Cóż.
– Kolejna zaginęła. To jego metoda. Ta druga też była moja.
Brian głośno wciągnął powietrze.
– Zabawiałeś się z nimi na boku?
– Nie. Jest od nas starszy, tak określili go w profilu. Co najmniej dziesięć 

lat, jeśli nie więcej. Ma kwalifikacje. Podróżuje. Stać go na utrzymywanie 
stałego lokum, może to prywatne mieszkanie, gdzie wykonuje swoją robotę. 
Jeśli to profesjonalista, to co dwa, trzy lata bierze sobie taki urlop. Seks nie 
wchodzi   w   grę.   Nie   gwałci.   Porywa,   związuje,   torturuje,   zabija,   myje   i 
czyści. I mierzy czas, zapisuje, jak długo ofiary są w stanie to wytrzymać.

– Nigdy o kimś takim nie słyszałem. Paskudna sprawa. – Brian podrapał 

background image

się po uchu. – Rozpytam się tu i tam.

– Będę ci bardzo wdzięczny.
– Odezwę się, jak coś znajdę – obiecał Brian. – A tymczasem ucałuj ode 

mnie uroczą panią porucznik i powiedz jej, że tylko czekam, aż rzuci tę 
twoją bezwartościową dupę i padnie mi w ramiona.

– Bądź pewny, że jej powtórzę.
Po   zakończeniu   połączenia   Roarke   pozbierał   dyskietki,   które 

wygenerował, i wyszedł z gabinetu, zostawiając za sobą szumiący komputer.

Znalazł Eve tam, gdzie się spodziewał. Spała z głową na biurku, z ręką w 

charakterze   poduszki.   Zauważył   tablice   –   dwie,   kilka   dyskietek,   notatki 
pisane ręcznie i te wygenerowane przez komputer.

Pół kubka kawy, jeszcze nie zdążyła wystygnąć, i kot, skulony w kłębek, 

drzemiący obok niej w fotelu.

Podszedł do Eve i wziął ją na ręce. Mruknęła coś z niechęcią i poruszyła 

się.

– Co się dzieje?
– Łóżko – powiedział cicho, niosąc ją do windy.
– Która... ? O rany... – Przetarła oczy. – Musiałam przysnąć.
– Nie na długo. Kawa była jeszcze ciepła. Powinniśmy chwilę odpocząć. 

Oboje.

– Odprawa o ósmej – wymamrotała zmęczonym głosem.
–   Muszę   wstać   przed   szóstą.   Najpierw   chcę   się   przygotować.   Nie 

zdążyłam...

– Dobrze, dobrze. – Wyszedł z windy wprost do sypialni.
– Ale teraz idź już spać, do szóstej nie zostało dużo czasu.
– Trafiłeś na coś?
– Wciąż szukam. – Posadził ją na łóżku, nie widząc powodu, by nie 

mogła spać w bluzie. Najwyraźniej Eve też nie miała nic przeciwko temu, 
bo wsunęła się pod kołdrę.

–   Masz   jakieś   informacje,   które   mogę   wykorzystać?   Coś,   nad   czym 

mogłabym popracować?

– Zobaczymy rano. – Zdjął koszulę, spodnie i wsunął się do łóżka obok 

niej.

– Jeśli jest coś...
– Cisza. – Przyciągnął ją do siebie i musnął wargami jej usta. – Śpij.
Usłyszał tylko jedno jej westchnienie – to mogło być zirytowanie. Ale 

background image

zanim westchnienie ucichło, już spała.

background image

Rozdział 7

Tak rzadko się zdarzało, by Roarke nie wstał wcześniej od niej, że Eve 

po   prostu   gapiła   się   w   jego   błękitne   celtyckie   oczy,   kiedy   zbudził   ją, 
łagodnie głaszcząc jej włosy.

– Myślisz o czymś?
– Tak się składa, że zawsze, kiedy jestem w łóżku z moją żoną, nie mogę 

przestać o tym myśleć.

– Będąc mężczyzną... i tobą... pewnie ciągle myślisz tylko o seksie.
– Szczęściara z ciebie, bo to prawda. – Pocałował ją w czubek nosa. – 

Dziś jednak ograniczymy się tylko do myślenia. Chciałaś wstać o szóstej.

– Och, racja. Cholera. Trudno. – Przewróciła się na plecy i próbowała 

zachęcić swój zegar wewnętrzny, by zaakceptował fakt, że był już ranek. – 
Czy mógłbyś wymyślić coś, co wlewałoby kawę do organizmu siłą woli?

– Zaraz się tym zajmę.
Eve wstała z łóżka i poczłapała w stronę autokucharza.
– Idę na dół, przepłynę kilka długości. Mam nadzieję, że mnie to obudzi 

i pomoże wyleczyć się z perwersji.

– Dobry pomysł. Zrobię to samo. Daj trochę. Pomyślała, że mógłby sam 

sobie zrobić tę cholerną kawę, ale podała mu kubek.

– Nie będzie piłki wodnej.
– Jeśli w ten eufemistyczny sposób określasz seks w basenie, to jesteś 

dziś bezpieczna. Chcę tylko popływać – powiedział, oddając jej kawę.

Zjechali   razem,   ona   z   oczami   zapuchniętymi   z   niewyspania,   on 

zamyślony.

Basen   porastała   gęsta   roślinność.   Błękitna   woda   połyskiwała 

zachęcająco.   Tropikalne   kwiaty   wypełniły   ciepłe,   wilgotne   powietrze 
słodkim zapachem. Eve najchętniej przez dwadzieścia minut skatowałaby 
się ostrym pływaniem, potem mocną kawą, a na zakończenie zanurzyłaby 
się w gorącej kąpieli.

I co tam, skoro już tu był, może szybki meczyk piłki wodnej.
Niestety,   nie   miała   czasu   na   oddawanie   się   przyjemnościom. 

Zanurkowała,  wybiła   się   na   powierzchnię   i   ruszyła   przed   siebie   w   stylu 
wolnym.   Otępienie   mózgu   i   ciała   zaczynało   powoli   ustępować   dzięki 
wysiłkowi, zimnej wodzie i prostemu powtarzaniu miarowych ruchów.

background image

Po   dziesięciu   minutach   czuła   się   w   miarę   przytomna.   Przez   moment 

rozważała, czy jednak nie wskoczyć do wanny, ale doszła do wniosku, że 
taki luksus mógłby ją z powrotem uśpić.

Włożyła płaszcz kąpielowy.
– Chcesz jechać ze mną do śródmieścia, czy wolisz popracować dziś w 

domu?

Roarke zastanawiał się, wyciskając wodę z mokrych włosów.
– Chyba zostanę tu, z moim niezarejestrowanym sprzętem, przynajmniej 

przez jakiś czas. Jak skończę albo jeśli znajdę coś ciekawego, skontaktuję 
się z tobą lub od razu do was przyjadę.

– Pasuje. – Poszli razem w stronę windy. – Jakieś postępy?
– Owszem, ale tak jak o czwartej rano, nic naprawdę ważnego.
– Czyli skończyliśmy o tej godzinie?
– Prawdę mówiąc, trochę później. Eve, kochanie, ty nie wypoczęłaś. – 

Dotknął jej policzka. – Jesteś taka blada.

– Nic mi nie jest.
– A ty trafiłaś na coś ciekawego?
– Na razie nie jestem pewna.
Kiedy   przygotowywali   się   do   rozpoczęcia   dnia,   opowiedziała   mu   o 

spostrzeżeniu Summerseta.

– Uważasz, że to możliwe,  by podczas wojen pracował w którymś  z 

centrów medycznych?

–   Jest   to   jakaś   myśl.   Poszperałam   w   tym   trochę   –   dodała,   zapinając 

szelki   od   kabury.   –   Ale   nie   mogę   powiedzieć,   żebym   znalazła   za   wiele 
szczegółów.   Tyle   tylko,   że   dowiedziałam   się   o   innych   ośrodkach,   gdzie 
stosowano   podobne   metody.   Całkiem   sporo   mieściło   się   tu,   w   Nowym 
Jorku.

– Tu, gdzie zaczynał.
– Też się nad tym zastanawiam. – Pokiwała głową. – To miejsce musi 

mieć dla niego jakieś szczególne znaczenie. Zaczął tutaj i teraz tu wrócił. 
Ma do dyspozycji cały wielki świat, już nieraz działał poza Ameryką, a 
jednak powtarza lokalizację.

–   Nie   tylko   lokalizację.   Ciebie,   Feeneya,   Morrisa,   Whitneya,   Mirę.   I 

wielu innych.

– Tak, rozważam to. Zazwyczaj gdy seryjny zabójca ma coś do glin, lubi 

grać nam na nosie. Wysyła wiadomości, zostawia zaszyfrowane wskazówki, 

background image

żeby czuć się od nas lepszym. Tym razem niczego takiego nie dostajemy. 
Ale to rozważam. 

Upiła ostatni przywracający życie łyk kawy.
– Muszę się zbierać, bo spóźnię się na własną odprawę.
– Ach,  obiecałem,   że  przekażę   ci pozdrowienia  od Briana.  Czeka  na 

ciebie z otwartymi ramionami, jak już ze mną skończysz.

– Kto? Brian? Irlandzki Brian?
– Ten sam. Skontaktowałem się z nim i poprosiłem, żeby rozejrzał się 

trochę  i  rozpytał.  Ma  różne  znajomości  –  wyjaśnił   Roarke.  –  I  wie,  jak 
wyciągać z ludzi informacje.

– Hm. – Uderzyło ją, że wyszła za mąż za mężczyznę, który miał wielu 

niezwykłych   znajomych.   Od   czasu   do   czasu   okazywało   się   to   całkiem 
przydatne. – No to do zobaczenia później.

Podszedł do niej i pogłaskał ją po włosach.
– Uważaj na siebie, Dallas.
– Mam taki zamiar. – Dotknęła wargami jego ust i zrobiła krok w tył. – 

Będę w kontakcie.

Na  odprawie  Eve   poleciła,  by   każdy  ustnie   zdał  relację  z  postępu   w 

poszukiwaniach   lub   jego   braku.   Wysłuchała   teorii,   argumentów   za   i 
przeciw,   pomysłów   na   wprowadzenie   do   sprawy   nowych   aspektów   i   na 
interpretowanie starych z innej perspektywy.

– Jeśli przyjmiemy, że wchodzą w grę wojny miejskie – odezwał się 

Baxter – i założymy, że ten pojeb był wtedy sanitariuszem albo nauczył się 
torturować,   to   będzie   oznaczać,   że   mamy   do   czynienia   z 
osiemdziesięcioletnim   facetem   albo   i   lepiej.   Miał   pół   wieku   dla   swoich 
ofiar. Niby w jaki sposób taki trzęsący się dziadek tym wszystkim kręci?

– Napalony Pies zapomina, że wielu facetów dobrze się trzyma, choć 

dawno skończyli wiek średni. – Jenkinson wskazał palcem na Baxtera. – 
Osiemdziesiątka to dziś nowa sześćdziesiątka.

– Paskudny Łajdak ma rację – przyznał Baxter. – W końcu sam dobiega 

do tej granicy, więc ma informacje z pierwszej ręki. Ja tylko mówię, że 
trzeba   mieć   trochę   siły   i   zręczności,   żeby   uprowadzić   trzydziestoletnią 
kobietę, zwłaszcza gdy wybiera się te bardziej sprawne fizycznie i zgarnia je 
z ulicy.

–   W   czasie   wojen   mógł   być   jeszcze   dzieckiem.   –   Jak   gdyby 

przepraszając, że ośmielił się zabrać głos, Trueheart odchrząknął. – Nie żeby 

background image

osiemdziesiątka to była starość, ale...

– A golisz się już, Dziecino? – zapytał Jenkinson.
– Wprawdzie funkcjonariusz Dziecina nie ma na twarzy takiego zarostu 

jak   oficer   Paskudny   Łajdak   w   uszach,   ale   to   fakt,   że   w   czasie   wojen 
miejskich pełno dzieciaków, różnych sierot, dostało niezły wpierdol. Tak 
słyszałem – dodał Baxter, uśmiechając się szeroko do Jenkinsona. – Bo nie 
było mnie wtedy na świecie.

Akceptowała obelgi, jakimi  się obrzucali. Pozwoliła im na to jeszcze 

przez kilka minut, a kiedy uznała, że przedstawili już wszystkie nowe dane, 
przeanalizowali każdy pomysł i pozbyli się napięcia, wręczyła im rozkazy i 
zakończyła odprawę.

–   Peabody,   zlokalizuj   byłego   York.   Musimy   z   nim   pogadać.   Mira, 

zapraszam na chwilę do mojego biura, dobrze?

– Tyle dróg – westchnęła Mira, gdy szły.
– Jedna z nich doprowadzi nas do niego. – W końcu, dodała w myślach 

Eve.

– Jego konsekwencja działa zarówno na jego korzyść, jak i niekorzyść. 

To   będzie   krok   na   drodze,   która   cię   do   niego   doprowadzi.   W   pewnym 
momencie ten jego brak elastyczności obróci się przeciwko niemu.

– Brak elastyczności?
– Nie zgadza się zboczyć z obranej drogi – wyjaśniła Mira. – Albo nie 

potrafi. Powtarza ten sam wzorzec zachowania, a to daje ci sporą wiedzę o 
nim. Możesz dużo przewidzieć.

– Przewidziałam, że uprowadził numer dwa. To w niczym nie pomogło 

Gii Rossi.

Mira pokręciła głową.
– To nie ma związku. Nie mogłaś pomóc Rossi, bo uprowadził ją, zanim 

się dowiedziałaś, że wrócił do interesu.

–   Tak   się   to   nazywa?   –   Eve   wprowadziła   Mirę   do   swojego   biura   i 

wskazała jej krzesło dla gości, sama zaś usiadła na brzegu biurka. – Interes.

– To podejście  biznesowe,  udoskonalona  rutyna.  Albo rytuał, jak już 

wcześniej mówiłam.  Jest dumny ze swojej pracy, dlatego się nią chwali. 
Wystawia   ją   na   widok   publiczny,   ale   dopiero   wtedy,   kiedy   uzna,   że 
zakończył dzieło.

– Kiedy już z nimi skończy, chce się nimi pochwalić, pokazać, że należą 

do niego. To dlatego tak starannie układa ciało na białym prześcieradle. I ta 

background image

obrączka, którą wkłada im na palec. Już wiem, o co chodzi. Podczas wojen 
miejskich   –  skoro  już  idziemy  tym  tropem –  zwłoki   leżały   na  ziemi,  w 
rzędach,   w   stosach,   zależnie   od   możliwości.   Były   przykryte.   Płótnem, 
płachtą, folią, tym, co było dostępne. Zwykle bez ubrania, butów, rzeczy 
osobistych.   To   wszystko   zazwyczaj   trafiało   do   innych   ludzi,   zgodnie   z 
obowiązującą   w   czasie   wojny   zasadą   „niczego   nie   marnuj,   niczego   nie 
pragnij". On pozbawia je ubrania, przedmiotów osobistych, ale zostawia je 
odkryte.

– Duma. Sądzę, że w jego oczach one są piękne. Śmierć sprawia, że są 

dla niego piękne. – Mira poruszyła się i założyła nogę na nogę. Miała włosy 
upięte luźno w kok na karku i bladożółty kostium, który zdawał się szeptać 
obietnicę rychłej wiosny. – Jego ofiary to kobiety określonego typu, co, jak 
wspomniałam   podczas   odprawy,   może   wskazywać   na   wcześniejsze 
powiązania z kobietą w tym wieku i o takim kolorze. One coś dla niego 
symbolizują. Matkę, kochankę, siostrę, niespełnioną miłość.

– Niespełnioną?
– Nie był w stanie kontrolować tej osoby, nie mógł sprawić, by widziała 

go takim, jakim chciał być widziany, ani za jej życia, ani po śmierci. Dlatego 
z uporem robi to teraz.

– Nie gwałci ani nie molestuje. Jeśli to była kochanka, to dlaczego nie 

widzi w nich obiektów seksualnych?

– Miłość, nie kochanka. Kobiety są dla niego Madonnami i dziwkami. 

Boi się ich i je szanuje.

–   Karze   i   zabija   dziwkę   –   myślała   na   głos   Eve   –   i   stwarza   z   niej 

Madonnę, którą obmywa i wystawia na widok.

–   Ta.   Ma   obsesję   na   punkcie   ich   kobiecości,   a   nie   seksualności. 

Możliwe, że jest impotentem. Prawdę mówiąc, jestem przekonana, że to się 
potwierdzi, gdy go już złapiecie.

Ale   seks   nie   jest   dla   niego   ważny.   Nie   kieruje   nim.   Gdyby   był 

impotentem, okaleczałby ich narządy płciowe lub używał przedmiotów w 
celach seksualnych. A jednak w żadnym przypadku tego nie stwierdzono. 
Może być tak, że ich cierpienie sprawia mu seksualną przyjemność – dodała 
Mira. – Ale to sprawa drugorzędna. Można powiedzieć, skutek uboczny. Do 
działania   motywuje   go   ból,   to,   jak   długo   wytrzyma   jego   ofiara,   i   efekt 
końcowy. Śmierć.

Eve wstała, podeszła do autokucharza i w zamyśleniu zamówiła dla nich 

background image

kawę.

– Powiedziałaś „podejście biznesowe" i ja nie zaprzeczam. Ale wydaje 

mi się, że mamy  tu do czynienia raczej z nauką. Regularne, specyficzne 
eksperymenty.

–   Jedno   nie   przeczy   drugiemu.   –   Mira   wzięła   kawę.   –   Jest 

skoncentrowany   i   oddany   temu,   co   robi.   Dla   niego   najważniejsze   jest 
kontrolowanie: siebie i innych. Sądzę, że fakt, iż potrafi na dłuższy czas 
zaprzestać działalności, zrobić sobie przerwę, świadczy o jego silnej woli i 
ogromnej kontroli nad sobą. Podejrzewam, że nie jest w stanie przez dłuższy 
czas utrzymać bliższego osobistego lub intymnego związku. A już na pewno 
nie   z   kobietami.   Relacje   zawodowe?   Do   pewnego   stopnia   może   mu   się 
układać. Musi mieć jakieś źródło dochodów. Inwestuje w swoje ofiary.

–   Kosztowne   kosmetyki,   srebrne   obrączki.   Podróże   w   różne   miejsca, 

żeby   je   wyselekcjonować.   Zdobycie   i   utrzymanie   lokum,   w   którym   je 
przetrzymuje.

– Tak. Biorąc pod uwagę standard produktów, widać, że przywykł do 

pewnego poziomu życia. Obmywanie zwłok to część rytuału, owszem, ale 
przecież mógłby to robić zwykłymi kosmetykami. Powszechnie dostępnymi.

– Wszystko, co najlepsze – przyznała Eve. – Ale to otwiera też inną 

drogę: to może być jakiś rywal Roarke'a lub pracownik wysokiego szczebla.

– Obie możliwości są logiczne. – Mira upiła łyk kawy, z przyjemnością 

zauważając, że Eve pamiętała, jaką kawę lubiła. – Wybrał właśnie tę opcję, 
tak samo jak wybrał powrót do Nowego Jorku. Oba elementy coś łączy, Eve. 
Odstawiła kubek i spojrzała na nią z troską.

– To ty. W jakimś sensie były to kobiety Roarke'a. Ty jesteś jego kobietą 

w każdym sensie.

Eve skrzywiła się, rozważając tezę.
– Więc zdecydował się na ten typ ze względu na mnie?  Poprzednim 

razem to nie ja byłam oficerem prowadzącym.

– Ale jesteś kobietą, szatynką. Wtedy byłaś zbyt młoda, żeby spełnić 

jego warunki. Teraz już nie.

– Uważasz, że jestem jego celem?
– Tak. Tak właśnie myślę.
– Hm. – Eve zastanowiła się nad tym głębiej, pijąc kawę. Teorii Miry nie 

należało lekceważyć. – Zwykle wybiera długie włosy.

– Były wyjątki.

background image

– Tak, tak. Nawet kilka. Ale jest bystry, a porwanie mnie nie byłoby zbyt 

mądre. – Eve analizowała w myślach ten aspekt. – Dużo trudniej zdjąć glinę 
niż zwykłego cywila.

– Będziesz dla niego największą nagrodą, z jego punktu widzenia. To 

dopiero   wyzwanie,   nie   lada   sztuka.   Jeśli   cokolwiek   o   tobie   wie,   a 
zapewniam cię, że wie niemało, to to, że długo wytrzymasz.

– Trudno mnie uprowadzić. Po pierwsze, wiem, że mógłby to zrobić, a 

po drugie, nie mam regularnej trasy, jak inne ofiary. Zaczynały i kończyły 
pracę mnie więcej o tej samej porze, bywały w tych samych miejscach. W 
przeciwieństwie do mnie.

– To tylko sprawia, że stanowisz większe wyzwanie – upierała się Mira. 

–   I  największą   nagrodę.   Bierzesz   pod   uwagę   możliwość,   że   do  swojego 
wzorca dodał nowy element: Roarke'a, bo z nim rywalizuje. Możliwe. Tylko 
że   w   tym,   co   robi,   nie   chodzi   o   zemstę.   Przynajmniej   nie   na   poziomie 
świadomości.   Nie   robi   niczego   bez   powodu.   Sądzę,   że   ty   jesteś   tym 
powodem.

– To byłoby nawet dobre.
–   No   właśnie.   –   Mira   westchnęła.   –   Wiedziałam,   że   tak   do   tego 

podejdziesz.

Eve   zmrużyła   oczy   i   jeszcze   raz   zastanowiła   się   nad   tą   sugestią,   ze 

szczególnym uwzględnieniem tego nowego aspektu.

–   Gdybyśmy   na   to   poszli,   a   mnie   udałoby   się   znaleźć   sposób,   żeby 

zwrócić  jego uwagę...  żeby  go  skłonić  do wykonania  tego  kroku,  zanim 
uprowadzi kogoś innego, moglibyśmy  go zdjąć. Zdjąć i zapuszkować na 
dobre.

– Nie zwabisz go. – Obserwując Eve, Mira sięgnęła po kubek z kawą. – 

Mogę ci zagwarantować, że ma już ustalony harmonogram. Jedyne, co w 
nim jest zmienne i nieokreślone, to czas tortur, różny dla każdej z ofiar. 
Wybrał już trzecią. Jeśli zaplanował tylko trzy, a to mniej niż kiedykolwiek 
wcześniej, ty będziesz następna.

– W takim razie najpierw musimy ustalić, kim ona jest. Na razie niech 

twoja teoria pozostanie między nami, muszę to jeszcze przemyśleć.

– Chcę, żebyś dobrze to przemyślała – powiedziała Mira, wstając.
– Jako członek tej ekipy, psycholog kryminolog, ale przede wszystkim 

jako ktoś, komu bardzo na tobie zależy, chciałabym, żebyś dobrze się nad 
tym zastanowiła.

background image

– Tak zrobię.
– Wiem, że jest ci ciężko, tobie i Feeneyowi, mnie, komendantowi. Już 

raz próbowaliśmy i, niestety, przegraliśmy.

Kolejna przegrana...
– Nie wchodzi w grę – dokończyła Eve. – Zrób coś dla mnie. Wiem, że 

to   pracochłonny   proces,   ale   zerknij,   proszę,   na   listę   pracownic,   którą 
wygenerował Summerset. Może któraś wyda ci się w typie podejrzanego. 
Nie możemy chronić ich wszystkich, ale gdyby udało się trochę zawęzić 
krąg...

– Natychmiast się do tego zabiorę.
– Muszę już lecieć.
– Tak. – Mira oddała Eve pusty kubek i łagodnie pogładziła ją po dłoni. 

– Uważaj na siebie.

Gdy wychodziła z pokoju, zabrzęczało łącze na biurku Eve. Zerknęła na 

wyświetlacz i odebrała.

– Nadine.
– Dallas, są jakieś wieści o Rossi?
– Nadal szukamy. Jeśli przerywasz mi pracę tylko po to, żeby zapytać o 

najnowsze wiadomości, to...

–   Prawdę   mówiąc,   to   ja   przerywam   sobie   pracę,   żeby   ci   o   czymś 

powiedzieć.   Jedna   z   moich   małych   pracowitych   pszczółek   wyszperała 
bardzo ciekawą wiadomość. Z Rumunii.

Eve   automatycznie   wyświetliła   na   ekranie   wszystkie   dostępne 

informacje o rumuńskim śledztwie.

– Dokładne dane o tej sprawie będę miała dopiero po południu. Czego 

się dowiedziałaś?

– Tessa Bolvak, rumuńska Cyganka. Miała własny program w telewizji. 

Godzina z jasnowidzem, a dokładniej było to dwadzieścia minut.

– Przerywasz nam obu, żeby mi opowiadać o wróżce?
– W tamtym czasie była w Rumunii znana. Policja regularnie się z nią 

konsultowała w najtrudniejszych sprawach.

– Ach, ci szurnięci Rumuni.
–   Policja   na   całym   świecie   korzysta   z   usług   jasnowidzów   – 

przypomniała jej Nadine. – Ty korzystałaś wcale nie tak dawno temu.

– Tak, i sama zobacz, jak dobrze na tym wyszliśmy.
– Cóż, nie o tym chciałam rozmawiać. Niesamowita Tessa – bo zarówno 

background image

ona, jak i jej producent potrafili dostrzec soczysty kąsek – zrobiła specjalny 
program   o   serii   morderstw   w   ich   kraju   i   jej   udziale   w   dochodzeniu. 
Stwierdziła, że twój sprawca był mistrzem śmierci i jej sługą.

– O rany.
– Oraz że śmierć sama go szukała i zaspokajała jego pragnienia.
Blady mężczyzna – powiedziała Nadine, odwracając się, by przeczytać 

informację z ekranu swojego komputera. – Czarna dusza. Mieszka w niej 
śmierć, a on mieszka w śmierci. Krew leje się przy dźwiękach muzyki. Gra 
tylko dla niej, jego diwy, która dla niego śpiewała. Szuka ich, dobiera je 
niczym kwiaty do bukietu. To bukiet na jej ołtarz. – Nadine, daj mi...

– Czekaj, czekaj. Blady mężczyzna – powtórzyła – nosi drzewo życia i 

żyje ze śmiercią. Tessa miała spore osiągnięcia.

– Czy wspomniałam już, że Rumuni są szurnięci?
– A teraz najbardziej szurnięta część. Dwa dni po emisji programu z 

Dunaju wyłowiono jej zwłoki. Miała poderżnięte gardło.

– Szkoda, że tego nie przewidziała.
– Uznano, że to zabójstwo na tle rabunkowym. Jej biżuterii i portfela 

nigdy   nie   odnaleziono.   Tak   się   zastanawiam,   czy   tamtejszej   policji   brak 
mojej ironii, czy raczej twojego wrodzonego cynizmu.

– Niby dlaczego to tobie przypadła ironia? – upomniała się Eve. – Mam 

ogromne  pokłady  ironii. Może  była tak zajęta patrzeniem w kryształową 
kulę, iż nie zauważyła, że ktoś czyha na jej świecidełka.

A   jednak   jak   na   zwykłe   brednie   trochę   za   dużo   tych   zbiegów 

okoliczności, uznała.

– A może nasz podejrzany ją zdjął, bo w tym swoim bełkocie posunęła 

się za daleko.

–   Też   o   tym   pomyślałam   –   zgodziła   się   Nadine.   –   Nie   pasuje   do 

schematu, ale...

– Nie nadał jej... nazwijmy to... statusu, jaki rezerwuje dla wybranych 

ofiar.   Ona   go   po   prostu   wkurzyła,   więc   ją   zdjął.   Masz   kopię   tego   jej 
programu?

– Mam.
– Przyślij mi. Skontaktuję się ze śledczymi prowadzącymi tę sprawę w 

Rumunii,   zobaczę,   może   mają   jakieś   ciekawe   szczegóły   dotyczące   tego 
zabójstwa. Masz coś jeszcze?

–   Mnóstwo   krzyczących   nagłówków   z   brukowców.   Moje   pracowite 

background image

pszczółki wszystko przejrzą, sprawdzą, czy jest coś wartego uwagi.

– Jakby coś, daj znać.
Kiedy   się   rozłączyły,   Eve   zanotowała:   blady   mężczyzna.   Muzyka. 

Drzewo życia. Dom śmierci.

A potem poszła podręczyć swoją partnerkę.
–   Robi   się   cieplej.   –   Peabody   wcisnęła   głowę   w   ramiona,   próbując 

osłonić się przed przeszywającym marcowym wiatrem.

– Czy jesteś po tej samej stronie równika co ja?
– Nie, mówię serio. Chyba jest cieplej niż wczoraj. Niedługo skończy się 

marzec, to już prawie kwiecień. Czyli, jak dobrze pomyśleć, to praktycznie 
zaraz mamy lato.

–   Ten   lodowaty   wiatr   zamroził   ci   mózg.   –   Eve   wyjęła   odznakę   i 

machnęła przed czytnikiem przy budynku Cala Marshalla. – Wobec tego 
muszę się jeszcze zastanowić, czy ci zlecić przesłuchanie tego faceta.

– Nie! Dam radę. Jest cholernie zimno. Lodowato. Ten przeklęty wiatr 

przemrozi mi szpik. Ale do mózgu jeszcze nie dotarł. – Peabody zrobiła 
krok do przodu i zdjęła czapkę z nausznikami.

–   Mam   włosy   jak   spod   czapki?   Nie   można   skutecznie   prowadzić 

przesłuchania, kiedy włosy wyglądają jak spod czapki.

– Masz włosy. Niech ci to wystarczy.
–   Włosy   spod   czapki   –   mamrotała   Peabody,   poprawiając   palcami 

fryzurę. Kiedy wsiadły do windy, potrząsnęła głową i jeszcze raz podniosła 
sobie włosy.

– Uspokój się! Przestań zachowywać się jak podlotek. Jezu, wkurzasz 

mnie. Gdybym miała partnera bez cycków, nie byłoby tej wiecznej histerii 
na temat włosów.

– Baxter poprawia włosy przed przesłuchaniem.
Ponieważ był to niepodważalny fakt, Eve tylko się skrzywiła.
– On się nie liczy.
– I Miniki. On...
– Tak trzymaj, a zaraz cię zwiążę i ogolę na łyso. Nie będziesz się więcej 

przejmować, że masz włosy spod czapki.

Eve wyszła z windy i rozejrzała się, szukając drzwi do mieszkania Cala 

Marshalla.

– Ale prowadzę przesłuchanie? – zapytała pokornie Peabody.
Eve spojrzała na nią miażdżącym wzrokiem i zapukała. Kiedy drzwi się 

background image

otworzyły, zrobiła lekki krok w bok, ustępując miejsca Peabody.

– Pan Marshall? Jestem detektyw Peabody. Rozmawialiśmy wcześniej. 

To moja partnerka, porucznik Dallas. Możemy wejść?

– Tak, jasne. Proszę.
Był dobrze zbudowanym opalonym blondynem o oczach błękitnych jak 

arktyczne jeziora. Teraz były nieco przygaszone, smętne. Jego głos też miał 
smętny ton.

– Sari. Chodzi o Sari.
– Może usiądziemy?
– Co? Tak, dobrze, usiądźmy.
Przez otwarte drzwi Eve zauważyła łóżko – pościelone – a na nim wielki 

worek podróżny. O ścianę oparta była deska do snowboardu. W salonie na 
krześle wisiała gruba kurtka narciarska z przypiętą wejściówką na wyciąg.

Na czarnym stole przed granatową żelową sofą stało kilka butelek po 

piwie.

Wrócił,   dumała   Eve,   rzucił   swoje   rzeczy   i   sprawdził   wiadomości. 

Odebrał naszą, a potem usiadł i pił do rana.

– Już słyszałem. Wróciłem do domu i o wszystkim usłyszałem. – Przetarł 

oczy. – Yyy... Bale, on się dowiedział od Zeli. Pracuje z Sari w klubie. Ona 
powiedziała jemu, a on mnie.

– To musiał być dla pana szok – odezwała się Peabody. – W ten sposób 

dowiedział się pan o jej śmierci? Nie miał pan kieszonkowego łącza podczas 
wyjazdu? Nie oglądał pan wiadomości?

– Wyłączyłem aparat. Chciałem pojeździć na desce. Wyjechałem po to, 

żeby   pojeździć   na   desce.   Pojechaliśmy   z   Balem   do   Kolorado, 
Niekomunikado Kolorado. Kiepski żart – mruknął. – Wróciliśmy wczoraj. 
Bale   mieszka   bliżej   dworca,   był   w   domu   pierwszy.   Zela   zostawiła   mu 
wiadomość, więc zadzwonił do mnie. Dotarłem do domu, a on...

– Byliście z Sarifiną blisko?
– Tak. Byliśmy... ze sobą jeszcze kilka tygodni temu. Rozstaliśmy się. – 

Przetarł twarz dłońmi. – Kilka tygodni temu... Zerwaliśmy.

– Dlaczego?
–   Ona   była   wiecznie   zajęta.   Ciągle...   –   urwał   i   podniósł   wzrok   na 

Peabody. – Chciałem czegoś więcej, OK? Chciałem, żeby miała dla mnie 
więcej czasu, żeby bardziej interesowała się tym, co chcę robić i kiedy. Ten 
układ się nie sprawdzał. Nie było tak, jak bym chciał. Powiedziałem jej, że 

background image

mam tego dość. Że mam jej dość.

– Pokłóciliście się.
–   Tak.   Oboje   nieźle   się   zdenerwowaliśmy.   Mówiła,   że   jestem 

niedojrzałym, samolubnym egocentrykiem. A ja na to, że ona jest taka sama. 
Kurwa.   Ona   nie   żyje.   Bale   powiedział.   ..   Byłem   na   desce   i   cały   czas 
napieprzałem na nią do Bale'a. A ona już nie żyła. Myślicie, że to ja ją 
skrzywdziłem? Chciałem ją zranić. Tu – powiedział, uderzając się w serce. – 
Chciałem, żeby ją bolało, że ją rzuciłem. Rozumiecie? Chciałem, żeby była 
samotna i miała depresję, kiedy ja znajdę sobie kogoś, kto będzie umiał się 
bawić. Chryste. – Ukrył twarz w dłoniach. – Chryste.

– Nie podejrzewamy pana, że ją pan skrzywdził, panie Marshall. Zanim 

zerwaliście, czy mieszkała tu z panem?

– Coraz rzadziej. Nasz związek od dawna się rozpadał. Prawie się nie 

widywaliśmy. Raz, może dwa razy w tygodniu.

– Czy kiedykolwiek wspominała, że ktoś ją niepokoi albo zaczepia?
– Ostatnio nie rozmawialiśmy zbyt często. – Mówił cicho, patrząc na 

swoje dłonie. – Nie przypominam sobie, żeby o czymś takim wspominała. 
Lubiła facetów, którzy przychodzili do klubu.

Zwłaszcza   tych   starszych.   Łagodni,   mówiła,   że   z   wiekiem   robią   się 

łagodni jak whiskey czy coś takiego. Od czasu do czasu któryś ją podrywał, 
a ją to rajcowało. Przynajmniej o to się nie rzucałem.

Bawiło mnie to.
– Był ktoś konkretny?
–  Nie  wiem.  Nie  zwracałem  uwagi.  Nie  kumam   tego  całego  klimatu 

retro.   Nudzi   mnie   to,   wiecie?   Ale   w   tych   kieckach   wyglądała   świetnie. 
Rany, była w nich cudowna.

–   Nie   ma   tu   w   czym   drążyć   –   skomentowała   Peabody   w   drodze 

powrotnej.

– Nie wiem. Lubiła starszych facetów, starsi faceci lubili ją. Istnieje duże 

prawdopodobieństwo, że zabójca jest starszym mężczyzną.

– No i?
–   Założę   się,   że   w   którymś   momencie   ze   sobą   rozmawiali.   Tydzień, 

może dwa tygodnie przed uprowadzeniem nawiązał z nią kontakt w klubie. 
To   byłoby   dla   niego   szalenie   podniecające.   Rozmowa,   może   taniec   z 
przyszłą ofiarą. Dobry sposób, żeby ją wyczuć, jej rytm, jej gabaryty.

– Tak. – Peabody głośno wciągnęła powietrze, gdy wysiadły. – Jeśli to 

background image

zrobił, to później, jak do niej podszedł na ulicy, żeby ją porwać, ona była 
otwarta i przyjazna. Och, to Pan Łagodny ze Starlight.

– A jeśli nawiązał z nią kontakt... możliwe, że nawiązał też kontakt z Gią 

Rossi.

– W klubie fitness.
– Dobre miejsce na zawieranie znajomości.
Potrafił wniknąć w tłum. Wiedział, jak stać się niewidzialnym, tak by 

przesuwali   po   nim   wzrokiem,   ale   nie   zwracali   na   niego   uwagi.   Z 
powodzeniem korzystał z tej umiejętności w fazie poszukiwawczej każdego 
projektu.

Korzystał z niej i teraz, gdy obserwował ją – Eve Dallas – jak wyszła z 

budynku i ruszyła przez ulicę. Mocne, pewne kroki. Silne.

Był wielbicielem silnych kobiet – silnych fizycznie i psychicznie.
Ta jest silna. Ewa ich wszystkich. Matka. Była bardzo silna, dokładnie 

pamiętał, ale wierzył, że ta Ewa – ta ostatnia Ewa – będzie silniejsza od 
wszystkich swoich poprzedniczek.

Jeszcze   nie   czas   na   ciebie,   pomyślał,   obserwując   ją   i   jej   sposób 

poruszania. Jeszcze nie czas na tę Ewę. Ale gdy już nadejdzie... Ach...

Wierzył, że będzie jego najdoskonalszym dziełem. Dzięki niej wzniesie 

się   na   nowy   poziom   doskonałości.   To   będzie   zwieńczenie   jego 
dotychczasowych osiągnięć.

Ale teraz kto inny wymagał jego uwagi.
Naprawdę powinien wracać do domu, do niej.
Menedżer Body Works był wysokim, postawnym Azjatą o ciele jak ze 

stali.   Miał   na   imię   Pi.   Nosił   dopasowany   czarny   garnitur   i   miał   małą, 
precyzyjnie przyciętą bródkę.

– Jak już mówiłem innym glinom, to był zwyczajny dzień. Gia miała 

swoje stałe zajęcia, klientów. Już im dałem listę. Czy mam ją jeszcze raz... ?

– Nie, nie trzeba. Mamy listę. Dziękujemy za współpracę.
Usiadł   ciężko   na   fotelu   w   swoim   biurze   –   szklanym   boksie, 

pozwalającym obserwować, co działo się na wszystkich poziomach klubu. 
Za   szybą   ludzie   wyciskali   ciężary,   biegali,   pocili   się,   rozciągali   i   robili 
skręty.

– Przyjaźnimy się, wiecie? Nie mogę pogodzić się z myślą, że coś mogło 

jej się stać. Ale mówię wam, ona da sobie radę. Tak myślę. Jest twarda.

– Czy w ostatnich tygodniach ktoś o nią pytał? – dopytywała się Eve.

background image

– Tak, już mówiłem tym pierwszym. Miała świetne referencje, klienci ją 

uwielbiali.   Jedni   polecali   ją   drugim.   Gia   jest   dobra   w   tym,   co   robi,   ma 
wyniki.

– Miała starszych klientów? Powiedzmy, po sześćdziesiątce?
– Pewnie. Oczywiście. Fitness nie jest dla dzieci. Ma klientów w tym 

wieku. Przychodzą na zajęcia. Dwa razy w tygodniu prowadzi tai-chi, a co 
rano   jogę   dla   grupy   osób   po   sześćdziesiątce.   Dwa   razy   w   tygodniu   ma 
zajęcia dla stulatków.

–   Czy   w   ostatnich   tygodniach   do   którejś   z   tych   grup   przyszedł   ktoś 

nowy?

– To też już mówiłem.  Jeśli masz kartę członkowską, nie musisz się 

zapisywać na zajęcia. Po prostu przychodzisz i dołączasz do tej grupy, do 
której chcesz.

– A czy ktoś nowy wpisał się do klubu, powiedzmy w ciągu ostatnich 

trzydziestu dni? Mężczyzna, po pięćdziesiątce.

–   Mogę   to   sprawdzić.   Tylko   że   nie   trzeba   zapisywać   się   do   tego 

konkretnego oddziału. Członkostwo uprawnia do korzystania ze wszystkich 
oddziałów na świecie. Wystarczy mieć kartę.

–   Robicie   listę   takich   osób?   Notujecie,   w   jaki   sposób   członkowie 

korzystają   z   waszych   obiektów?   Jak   często   przychodzą?   Kto   płaci   za 
którego trenera?

– Tak, oczywiście. Takie dane trafiają prosto do głównego biura. Ale 

mogę...

– Poradzę sobie – ucięła Eve. – Nie ma sprawy. Czy miała klientów z 

zewnątrz?

– To niezgodne z przepisami... – zaczął.
– Nam nie chodzi o przepisy, Pi. Nie pójdzie do więzienia za to, że sobie 

dorabiała na boku. My chcemy ją znaleźć.

– Cóż, chyba tak. Mogła to robić. – Wydął policzki i głośno wydmuchał 

powietrze. – Jak ktoś chce zapłacić ciężką forsę za to, żeby kilka razy w 
tygodniu   wpaść   do   niego   do   domu,   to   trudno   odmówić.   Jesteśmy 
przyjaciółmi, ale to ja jestem tu szefem. Ona wie, że ja wiem, ale o tym nie 
rozmawiamy. Nie na poważnie.

– To może jakieś przeczucie, skoro się przyjaźniliście. Miała jakiegoś 

prywatnego klienta?

Znów wydął policzki.

background image

– Szarpnęła się na bilety na mecz Knicksów. Zamierzaliśmy iść na mecz 

w   przyszłym  tygodniu.   Mam   wtedy   urodziny.   Kurde.  –   Pogładził   dłonią 
ogoloną głowę. – Wydatek raczej ponad jej możliwości. Żartowała, że trafiła 
w totolotka. Domyśliłem się, że ma jakiegoś klienta na boku, może nawet 
kilku.

– Kiedy kupiła bilety?
– Kilka tygodni temu. Odnajdziecie ją, prawda? Musicie ją odnaleźć.

background image

Rozdział 8

Gdy wyszły, Eve ruszyła do stacji metra trasą, którą zwykle pokonywała 

po pracy Gia. Ta kobieta mieszkała w Nowym Jorku, zastanawiała się Eve, a 
to   oznaczało,   że   poruszała   się   szybkim,   sprężystym   krokiem   i   choć 
zachowywała czujność, była zatopiona w myślach.

Mogła lubić oglądać wystawy, przypuszczała. Mogła się zatrzymywać, 

oglądać towary, może nawet zachodzić do sklepów. Ale...

– Baxter i Trueheart sprawdzili wszystkie sklepy i stragany po drodze – 

powiedziała   do   Peabody.   –   Tego   dnia   nikt   jej   nie   widział.   Niektóre 
ekspedientki rozpoznały ją na zdjęciu. Bywała w sklepach, ale nie w dniu 
zniknięcia.

– Nie dotarła do stacji metra.
– Nie. Może w ogóle nie poszła do stacji. – Eve odwróciła się i podeszła 

do budynków. – Miała większą kasę ekstra, było ją stać na bilety na mecz. 
Bierze klienta z zewnątrz. Być może klient mieszka w okolicy, można do 
niego dojść pieszo. Albo zapewnia taksówkę lub inny środek transportu.

Przypomniała   sobie   uwagę   Baxtera   o  potencjalnej   różnicy   wieku.  Co 

więcej,   Gia   Rossi   była   trenerem,   jej   ciało   było   w   szczytowej   formie 
fizycznej.

– Może sama tam poszła. Weszła prosto w sidła.
– Nie ściąga jej z ulicy, tylko po prostu otwiera drzwi.
–   Przebiegły   –   zauważyła   cicho   Eve.   –   Jest   bardzo   przebiegły. 

Skontaktuj   się   z   Newkirkiem.   Niech   weźmie   mundurowych   i   niech   się 
przejdą   po   okolicy.   Wszystkie   kierunki,   na   odległość   pięciu   ulic.   –   Eve 
kierowała się do samochodu.

– Niech pokażą jej zdjęcie każdej ekspedientce, wszystkim kelnerom, 

bezdomnym śpiącym na ulicy, odźwiernym, androidom. Wezwij McNaba – 
dodała, siadając za kierownicą.

– Niech roześle zdjęcia do wszystkich przedsiębiorstw taksówkowych i 

prywatnych   firm   transportowych.   Do   przedsiębiorstw   autobusowych   i 
tramwajowych.   Ma   dotrzeć   do   wszystkich.   A   potem   do   zarządu   metra. 
Niech sprawdzą trasy z tamtej nocy z innych stacji. Nie użyła wejściówki, 
ale może jednak jechała metrem.

Peabody już przekazywała rozkazy Newkirkowi.

background image

– Poszła do niego – stwierdziła Eve, po czym włączyła się do ruchu.
– Też tak myślę. Poszła prosto do niego.
Idąc za głosem intuicji, połączyła się z mieszkaniem Zeli.
– Tak? – Wyraźnie obudzona ze snu Zela ziewnęła. – Pani porucznik? 

Co...

– Czy Sarifina udzielała prywatnych lekcji?
– Prywatnych lekcji? Przepraszam, trochę dziś nie kontaktuję.
– Lekcji tańca. Czy kiedykolwiek udzielała prywatnych lekcji tańca?
– Tak, oczywiście. Ludzie chcą znać odpowiednie kroki, to się przydaje 

przy różnych okazjach. Wesela, bar i bat micwy, spotkania klasowe. Tego 
typu imprezy.

– W klubie czy w domu klienta?
– Na ogół w klubie. Rano, kiedy klub jest zamknięty.
– Na ogół – naciskała Eve – ale były wyjątki.
– Sekundę. – Zela poruszała się po mieszkaniu. Eve usłyszała odgłos 

włączanego autokucharza. – Pracowałam do trzeciej nad ranem, a potem 
wzięłam pigułkę. Nie sypiam zbyt dobrze od... Muszę pozbierać myśli.

–   Zela.   –   W   tonie   Eve   pojawiła   się   nuta   zniecierpliwienia.   –   Chcę 

wiedzieć, czy Sarifina chodziła do domów klientów.

– Zdarzało się, najczęściej do starszych osób. Albo do dzieci. Czasami 

rodzice chcą, żeby dzieci umiały tańczyć. Albo starsza para chce się trochę 
rozruszać,   na   przykład   przed   jakąś   większą   imprezą   albo   rejsem.   Ale 
zazwyczaj robimy to u nas, w klubie.

–   Czy   w   ciągu   ostatnich   tygodni   wzięła   prywatnie   jakiegoś   nowego 

klienta?

– Muszę pomyśleć. Niech pani da mi pomyśleć. – Zela upiła łyk czegoś, 

najprawdopodobniej kawy, domyśliła się Eve. – To możliwe. Była bardzo 
uczynna.   Lubiła   oddawać   ludziom   przysługi.   Nie   mówiłyśmy   sobie   tak 
dokładnie o wszystkich fuchach. Jeśli to szło przez klub, to znaczy jeśli 
lekcje odbywały się na miejscu, mamy to zapisane. Klub pobiera opłatę za 
salę, a Sari była bardzo skrupulatna w rozliczeniach.

– Nie notowała, gdy szła do nich do domu?
–   Cóż,   to   jest   szara   strefa.   Jak   już   mówiłam,   lubiła   wyświadczać 

przysługi.   Mogła   wyskoczyć   do   kogoś   na   godzinę   lub   dwie,   żeby   sobie 
nieoficjalnie   dorobić.   W   czasie   prywatnym,   przed   lub   po   pracy,   w   dni 
wolne. Komu to szkodzi?

background image

Komu szkodzi?, pomyślała Eve, rozłączając się.
–   Sądziliśmy,   że   zgarnia   je   z   ulicy,   a   to   one   same   do   niego   szły. 

Przynajmniej dwie ostatnie. Wskazuje na to stan ich finansów. Jak do niego 
dotarły?

– Zdjęcie York jest od wczoraj na ulicy. Tylko że mamy  weekend – 

dodała Peabody. – Jeśli wzięła taksówkę, kierowca mógł nie zwrócić uwagi 
albo jeszcze nie widział raportów w mediach.

– Nie. Nie. Musimy to sprawdzić, choć byłoby to niedbalstwo. A on nie 

jest niedbały. Po co tak ryzykować? Zostawiać ślad, potencjalnego świadka? 
Taksówkarz miałby przywieźć ofiarę pod jego drzwi? Nie trzyma się kupy.

– Cóż, tak samo transport prywatny.
–   Nie,   jeśli   to   on   osobiście   prowadzi   pojazd.   Ale   i   tak   sprawdzimy. 

Wszystkie możliwe środki transportu. Wszystkie kursy z okolicy, gdzie po 
raz ostatni widziano ofiary. – Zmarnowane roboczogodziny, pomyślała Eve. 
A jednak to musiało być zrobione. – Nie ma mowy, żeby tak ryzykował. 
Zwabia  je do  siebie,  to wszystko.  Miły,  nieszkodliwy   starszy  pan,  który 
pragnie nauczyć się tańczyć tango albo popracować nad kondycją. Oferuje 
tłustą sumkę, zapewnia transport.

– Nikt nie widzi ich na ulicy, bo ich tam po prostu nie ma. – Peabody 

pokiwała głową, gdyż teoria wydała jej się logiczna. – Wychodzą z pracy i 
wsiadają do czekającego pojazdu. Nikt niczego nie zauważa, ale...

– Ale?
– Skąd ma pewność, że komuś nie powiedzą? Chodzi mi o to, że żadna z 

tych   kobiet   nie   wyglądała   na   idiotkę.   Skąd   mógł   mieć   pewność,   że   nie 
opowiedzą przyjaciółce czy koleżance z pracy, że złapały prywatną fuchę. 
Jadę tu, mam zajęcia z tym gościem.

Eve zatrzymała się przed budynkiem, w którym mieszkała Gia Rossi. 

Przez chwilę siedziała w samochodzie i w zamyśleniu stukała palcami w 
kierownicę.

– Słuszna uwaga. Wiemy, że nikomu nic nie powiedziały. Co daje mu tę 

pewność? Musimy przeliczyć prawdopodobieństwo. – Wysiadła i sięgnęła 
po   uniwersalny   klucz,   by   otworzyć   drzwi.   –   Po   pierwsze,   podaje   im 
fałszywe  nazwisko  i adres.  Jeśli  są  mądre  lub ostrożne,  sprawdzają  jego 
wiarygodność,   żeby   się   upewnić,   że   to   poważny   człowiek.   Nietrudno   to 
spreparować, gdy ma się odpowiednio dużo forsy i wiedzę. Mamy kolejne 
zadanie dla elektroników.

background image

Weszły do trzypiętrowej kamienicy. Mieszkanie Rossi znajdowało się na 

parterze.

– Po drugie, pomyśl o jego profilu. Inteligentny, dojrzały, opanowany.
Używając   uniwersalnego   klucza,   złamała   zabezpieczenie   aktywowane 

przez Baxtera i rozkodowała zamek.

–   Wiemy,   że   podróżuje,   czyli   mamy   do   czynienia   z   kimś,   kto 

prawdopodobnie jest obyty w świecie i mogę się założyć, że czarujący. Zna 
swoje ofiary.

Weszły do środka. Eve od razu zatrzymała się i rozejrzała po ciasnym 

salonie.   Duży   ekran   ścienny,   zauważyła.   Mała   sofa,   parę   krzeseł,   stoliki 
obstawione dekoracyjnymi drobiazgami. Porozrzucane skarpety i buty – w 
większości sportowe. Sprzęt elektroniczny został już zabrany.

– Zna ich upodobania – mówiła dalej. – Wie, czym się interesują i na 

tym pogrywa. Wchodzi w osobistą znajomość, wpada w odwiedziny do tych 
ich ekskluzywnych klubów, zagaduje. Ale nie za bardzo, żeby nie zwracać 
na   siebie   uwagi   osób   postronnych.   Wtapia   się   w   ich   otoczenie.   Pan 
Łagodny, Pan Uprzejmy, Pan Nieszkodliwy.

Podeszła do okna i spojrzała na ulicę, chodnik, sąsiadujące budynki.
– Zdobywa ich zaufanie. Może opowiada o żonie albo córce, o czymś, co 

tworzy   w   ich   głowach   pewien   obraz.   Normalność.   Oczywiście   to   musi 
trwać,   ale   jemu   się   nie   spieszy.   A   potem   zaczyna   mówić   o   prywatnych 
zajęciach...   albo   jeszcze   sprytniej,   tak   nimi   manipuluje,   że   same   mu   to 
proponują.

Odwróciła się i ruszyła do małej, równie zagraconej sypialni.
– I wtedy już są jego. Kobieta ma ekrany ochronne, ale stare i tanie. 

Odpowiedni   sprzęt   i   można   ją   tu   obserwować.   Wiesz,   kiedy   wstaje,   jak 
długo szykuje się do pracy. O której wychodzi, jaką trasą idzie. Założę się, 
że   prowadzisz   dokładną   dokumentację.   Masz   naukowe   podejście. 
Zastanawiam się, ile ich wybrał, obserwował, udokumentował i odrzucił. Ile 
kobiet żyje, bo nie spełniały jego precyzyjnych wymagań.

– Straszne.
–   Tak.   –   Eve   włożyła   ręce   do   kieszeni   i   kołysała   się   na   piętach.   – 

Możliwe,   że   zawsze   pracował   w   ten   sposób.   Najpierw   kontakt   osobisty, 
zmanipulowanie   ofiary,   by   do   niego   przyszła.   Trzeba   wrócić   do   starych 
spraw   i   przyjrzeć   im   się   pod   tym   kątem.   Musimy   mieć   to   wszystko   na 
uwadze, typując jego potencjalne cele.

background image

– Dallas? Czego my tu szukamy? To znaczy, tu, w jej mieszkaniu.
– Jej. Gii Rossi. On zna jej życie, a przynajmniej tak mu się wydaje. 

Zobaczymy, co tu znajdziemy.

Teorię Eve potwierdziło coś, czego nie znalazły. Choć salon był ciasny i 

niewiarygodnie   zagracony,   Gia   Rossi   utrzymywała   kolekcję   dyskietek   z 
ćwiczeniami i muzyką w idealnym porządku.

– Na stojaku do dyskietek z ćwiczeniami są dwa puste miejsca, a na 

muzycznym   trzy.   Ułożyła   je   alfabetycznie,   więc   przypuszczam,   że   z 
ćwiczeń brakuje kardio i jogi. Zobaczmy, co Baxter znalazł w jej osobistej 
szafce w klubie.

– Ma sporo sprzętu. Ciężarki, obciążniki na kostki i nadgarstki, piłki 

medyczne,   bieżnia.   –   Peabody   wskazała   dłonią   garderobę,   którą   Rossi 
przerobiła na składzik sprzętu. – Założę się, że czegoś brakuje. Najlżejsze i 
najcięższe obciążniki i gumy.

– Lekkie dla niego, cięższe dla niej. Zabiera ze sobą podstawowy sprzęt, 

trochę muzyki, film na wideo. Pracowałaś kiedy z osobistym trenerem?

– Nie. – Peabody napięła mięśnie pośladków, zastanawiając się, czy w 

ten sposób można zredukować gabaryty tyłka. – A ty?

– Nie, ale przypuszczam,  że dobry trener przygotowuje indywidualny 

program treningu dla klienta, coś przeznaczonego specjalnie dla jego typu 
budowy,   wieku,   wagi,   celu,   jaki   klient   chce   osiągnąć,   i   tak   dalej.   Jeśli 
przygotowała coś takiego i dla niego, to komputerowcy to znajdą. Idziemy.

Roarke   wszedł   do   pokoju   operacyjnego,   w   którym   odgłosy   rozmów 

zlewały   się  z  szumem  sprzętu  elektronicznego.   Gliny   przy  łączach,  przy 
komputerach, w słuchawkach na głowach.

Tylko jego policjantki nie było w okolicy.
Podszedł   do   McNaba,   ubranego   w   srebrne   dżinsy   i   soczyście 

pomarańczową sportową bluzę.

– Jest tu gdzieś pani porucznik?
– W terenie. Ale już wraca. Mamy nowe tropy. Chcesz?
– Chcę.
Przytupując palcami srebrnych butów powietrznych, McNab obrócił się 

w fotelu.

– Zasypaliśmy transport publiczny i prywatny zdjęciami York i Rossi. 

Dallas uważa, że facet sam zapewnił im transport.

– A te kobiety tak po prostu wsiadły?

background image

– Tak. Muszę się napić. Chodź, pogadamy.
W drodze do automatu z napojami McNab streścił Roarke'owi najnowsze 

informacje,   głośno   przemyślał   wybór   napoju   i   zdecydował   się   na 
pomarańczowy z bąbelkami – pewnie dlatego, że pasował mu do bluzy.

– Lekcje prywatne w mieszkaniu albo konsultacje – zamyślił się Roarke. 

–   Interesujące,   w   ten   sposób   wyeliminował   ryzyko,   jakie   wiązało   się   z 
uprowadzeniem z miejsca publicznego. A jednak ta metoda też ma wady i 
jest ryzykowna.

– Tak, zawsze mogą zmienić zdanie, nie pojawić się, wziąć koleżankę. 

Mnóstwo możliwości. – Upił łyk napoju. – Ale Dallas chce, żebyśmy nad 
tym pracowali, to pracujemy. Powiedziała, że jak wpadniesz, to mógłbyś 
pod   tym   kątem   przejrzeć   listę   pracownic.   Kobiety   odpowiadające   jego 
parametrom, które mogą prywatnie świadczyć usługi w domu.

– Dobra, zajmę się tym.
– Mnóstwo  możliwości  – powtórzył McNab.  – Zajmujesz  się  tyloma 

biznesami. Coś drgnęło w temacie lokalu?

– Nic, co wyróżniałoby się z tłumu. Nie.
– Czasami trzeba podrzucić klocki w górę i pozwolić, aby ułożyły się w 

inny   wzór.   Jeżeli   dłużej   się   tym   zajmujesz,   coraz   bardziej   się 
przyzwyczajasz   i widzisz  już  tylko  suche   dane.  Mógłbym  się  tym przez 
chwilę zająć, a ty w tym czasie popracuj nad czymś innym.

– Świeże spojrzenie. Tak, świetny pomysł.
– Spoko. W takim razie... O, idą nasze panie. Na sam ich widok od razu 

chce się „mmm", nie? – Pomrukowi towarzyszył wyraźnie seksualny ruch 
ciała. McNab uśmiechnął się szeroko, patrząc na idące korytarzem Peabody 
i Eve.

A potem szybko spojrzał na Roarke'a.
– To znaczy, ja „mmm"  moją, a ty twoją. Nie żebym od razu chciał 

„mmm"   panią   porucznik,   bo   by   mi   skopała   tyłek,   a   moje   zakrwawione 
szczątki  rzuciła tobie do zabawy, a na koniec Peabody wdeptałaby je w 
ziemię i podpaliła. Chodziło mi o to, że...

– Wiem, o co ci chodziło. – McNab zawsze potrafił go rozbawić. – I 

zgadzam   się   w   całej   rozciągłości,   łącznie   z   zabawą   zakrwawionymi 
szczątkami. Fascynujące kobiety. Pani porucznik – powiedział Roarke, gdy 
Eve zbliżyła się do niego długimi krokami.

– Cieszę się, że obaj spędzacie miło czas, popijając i gawędząc.

background image

–   Melduję   że   informowałem   Roarke'a   o   ostatnich   aktualizacjach   i 

przekazywałem pani rozkazy.

– Mnie to wyglądało na ślinienie się i wlepianie pożądliwego wzroku.
– Ach... to mogły być reakcje uboczne, które absolutnie nie przesłoniły 

aktualizacji   ani   rozkazów.   Zdjęcia   ofiary   zostały   rozprowadzone,   pani 
porucznik.   Otworzyłem   specjalną   linię   dla   odpowiedzi   z   tych   źródeł. 
Rozesłaliśmy różne zapytania w wiele miejsc, pomyślałem, że jeśli będzie 
jakiś odzew, to zaginie w morzu innych informacji.

– W porządku. Dobre myślenie. A teraz zostaw to, czym byłeś zajęty, i 

obejrzyj sprzęt Rossi. Jej komputer. Szukam spersonalizowanego programu 
treningowego. Znajdź mi taki, który pasuje do naszego sprawcy.

– Już się robi.
– Feeney?
– Grasuje po budynku – powiedział McNab. – Dogląda ludzi i wtrąca się 

we wszystko, co robimy. Co chwilę dorzuca coś nowego. Kombinował coś z 
wątkiem   sprzętu   medycznego,   kiedy   wychodziłem   po...   poinformować 
Roarke'a o najnowszych ustaleniach.

–   Przekaż   mu,   żeby   wysłał   kogoś   do   BodyWorks.   Rossi   regularnie 

korzystała tam z paru komputerów. Menedżer już został powiadomiony i 
współpracuje. Niech je tu przyniosą i sprawdzą. Szukamy tego samego.

– Tak jest, pani porucznik.
– Roarke, ze mną.
Roarke ruszył w ślad za nią.
– Robisz wrażenie.
– Co?
–   Ty.   Użyłem   określenia   „fascynująca",   ale   „robiąca   wrażenie"   też 

pasuje. Szalenie sexy.

– Nie mów „sexy" w robocie.
– Ty właśnie to powiedziałaś.
Dobra, musiała przyznać, że potrafił ją rozśmieszyć. Bo przecież o to mu 

chodziło. I rozładował odrobinę napięcia, które czuła w tyle głowy.

– Bystrzak.
Weszła do pokoju detektywów i zatrzymała się, gdy jeden z mężczyzn 

zawołał ją po imieniu.

– Mamy zwłoki w zaułku przy alei D – zaczął. – Ta licencjonowana 

osoba do towarzystwa... – wskazał głową chudą kobietę w zakrwawionej 

background image

bluzce,   siedzącą   przy   jego   biurku   –   mówi,   że   facet   chciał   się   zabawić, 
rozkręcili imprezę. Odmówił zapłacenia rachunku, a kiedy zaprotestowała, 
przydzwonił jej dwa razy. No to wyjęła kosę, a on na nią wpadł. Sześć razy.

– Niezdara z niego.
–   Tak.   Chodzi   o   to,   pani   porucznik,   że   ona   przyszła   to   zgłosić.   Nie 

spękała, co więcej, podtrzymuje zeznanie. Twierdzi, że śmiał się jak ostatni 
czubek,   za   każdym   ciosem   noża.   Ma   świadków,   którzy   widzieli,   jak 
zawierają transakcję, i jednego, który słyszał ich krzyki w zaułku. Nabiła 
sobie przy tym parę zdrowych siniaków.

– Tak. Ma coś w kartotece?
– Parę drobiazgów, nic wielkiego. Licencja od trzech lat.
– A ofiara?
– Och, ten to ma długą i barwną historię. Napaści, pobicia ze skutkiem 

śmiertelnym, nielegalne substancje: posiadanie i zamiar sprzedaży. Właśnie 
wyszedł   z   pudła   za   usiłowanie   kradzieży;   ostro   pobił   sprzedawcę   w 
całodobowym. Na zeusie.

Eve   przyglądała   się   osobie   do   towarzystwa.   Kobieta   wydawała   się 

bardziej wkurzona niż zaniepokojona. Na jej twarzy pojawiła się już cała 
paleta tęczowych siniaków.

– Koleś na zeusie mógł kilkukrotnie nadziać się na nóż. Zaczekaj na 

wyniki   od   toksykologa,   jeszcze   raz   ją   przesłuchaj,   upewnij   się,   że 
podtrzymuje zeznania, i puść.

–   Facet   był   nawalony,   każdy   adwokat   udowodni   działanie   w 

samoobronie. Mógłbym się czepić o kosę.

– Tylko po co?
– Tak, też tak pomyślałem, ale wolałem się upewnić.
– Prosiła o adwokata albo przedstawiciela?
– Jeszcze nie. Na razie jest nieźle wkurzona. – Wskazał głową biurko. – 

Wie,   że   taki   incydent   oznacza   automatyczne   zawieszenie   licencji   na 
trzydzieści dni. Przez miesiąc będzie bez forsy i bez roboty, dostała pięścią 
w twarz, ma zniszczoną bluzkę, podobno nową.

– Takie jest życie. Sprowadź toksykologa, niech zrobi testy. Powiadom 

tych od nielegalnych o znalezieniu zwłok, niech sprawdzą – dodała Eve. – 
Na pewno coś na niego mają.

Weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi.
– Da sobie radę – skomentował Roarke.

background image

–   Raczej.   Mądrze   postąpiła,   że   nie   uciekła,   tylko   sama   się   do   nas 

zgłosiła. Mniej mądrze zrobiła, imprezując z facetem na zeusie, o ile tak 
naprawdę   było.   Jeśli   pracuje   w   tym   sektorze   od   paru   lat,   od   trzech,   to 
powinna zauważyć, że był nawalony.

– Dziewczyna musi jakoś zarabiać na życie.
– Zawsze tak mówią. I jak, masz coś nierejestrowanego?
– Nic ciekawego,  na razie jeszcze  nic. Summerset  dalej szuka  i robi 

zestawienia. Wie, czego szuka i jak to znaleźć.

Spojrzała na niego, ściągając brwi.
– Czy będę musiała okazać mu wdzięczność?
– Ja się tym zajmę.
– Dzięki. – Zdjęła płaszcz i od razu poszła po kawę. – McNab na serio o 

wszystkim ci powiedział?

– Tak. Sprawdzę listę pracownic, wybiorę te, które mogłyby umawiać się 

na   domowe   wizyty   albo   konsultacje.   Myślisz,   że   od   początku   miał   taki 
system?

–   Nie   wiem,   nie   umiem   powiedzieć.   –   Eve   przetarła   oczy   i   mocno 

podrapała   się   po   głowie,   jakby   chciała   obudzić   mózg   drzemiący   pod 
czaszką.   –   Mówimy   tu   o   ponad   dwudziestu   kobietach.   Jakie   jest 
prawdopodobieństwo, że żadna nigdy nikomu nie powiedziała, dokąd idzie? 
Fałszywe   nazwisko,   oczywiście,   ale   skoro   adres   znały   wcześniej,   bo 
umówiły się na spotkanie, to jakie jest prawdopodobieństwo, że nikomu o 
tym   nie   wspomniały,   nie   zostawiały   żadnego   śladu,   żadnego   zapisu   o 
wizycie.

– Małe. Tak, rozumiem. Ale... Może ich być więcej niż dwadzieścia. 

Widzę, że to też brałaś pod uwagę – dodał, wpatrując się w jej twarz. – 
Wybierał je, umawiał się z nimi i jeśli wyczuł lub zorientował się, że komuś 
powiedziały, po prostu nic więcej nie robił, tylko brał te pieprzone lekcje 
tańca.

– Tak, myślę, że może tak być. Czyli wracamy do poprzednich spraw, 

sprawdzamy, czy ofiary umawiały się na wizyty domowe na tydzień, dwa 
przed   śmiercią.   Jest   skoncentrowany   –   mówiła   dalej   Eve.   –   I   na   tyle 
ostrożny, że upewnia się, czy może wykonać ruch. Nie zdziwiłabym się, 
gdyby rezygnował z upatrzonej ofiary albo zamieniał ją na inną. Jeśli tak, to 
jest coś, czego nie zauważyliśmy poprzednio. Przeoczenie, nasz błąd.

Roarke upił łyk kawy. Nagle jej gabinet wydał mu się śmiesznie ciasny. 

background image

Przez   mikroskopijnej   wielkości   okienko   z   trudem   sączyła   się   imitacja 
światła. Pudełko ograniczone ścianami.

– Nie myślałaś nigdy, żeby poprosić o większe biuro?
– Po co?
– Przydałoby się trochę powietrza do oddychania.
– Nie mam problemów z oddychaniem. Roarke, nie możesz tego brać do 

siebie.

– A jak według ciebie mam tego uniknąć? – zapytał chłodno. – Jestem 

dla   niego   trampoliną,   nieprawdaż?   Jedna   kobieta   nie   żyje,   bo   u   mnie 
pracowała, drugą pewnie w tej chwili torturuje. Dla Gii Rossi jest już za 
późno.

– Nie jest za późno, dopóki nie okaże się za późno. Mimo tych słów 

wiedziała, że należy mu się prawda. I że będzie musiał sobie z nią jakoś 
poradzić. – Prawdopodobieństwo, że znajdziemy ją, zanim będzie za późno, 
jest niewielkie. To nie jest niemożliwe, ale w tym momencie raczej mało 
prawdopodobne.

– A następna? Pewnie już ma ją na oku.
– Już ją wyśledził, wybrał i pewnie nad nią pracuje. Ale tym razem mam 

więcej czasu. Facet nie jest nieomylny, no i działa sam.

Wybrałam   do   tej   sprawy   najlepszych   z   najlepszych.   To   będzie   jego 

koniec.

W jej oczach nie było emocji, patrzyła wzrokiem gliny.
– Tym razem to będzie jego koniec. A ty w niczym mi nie pomożesz, 

jeśli nie potrafisz odłożyć na bok emocji.

– Cóż, nie potrafię. Ale potrafię ich używać. Zrobię, co będzie trzeba.
– OK.
– I mam prawo od czasu do czasu się wkurzyć.
–   W   porządku.   Ale   wbij   sobie   do   głowy,   że   to   on   za   wszystko 

odpowiada. Totalnie, całkowicie, absolutnie. Na tobie nie spoczywa nawet 
najmniejszy   ułamek   odpowiedzialności.   To   wszystko   jego   wina.   Może 
matka nim pomiatała, gdy był dzieckiem, ale i tak to on odpowiada. On 
dokonał wyboru. Może ojciec czy wujek, kuzyn z Toledo regularnie kopali 
go po dupie i nadal to na nim ciąży. Oboje to wiemy. Wiemy też, że to jego 
wybór.   Wiemy,   że   za   każdym   razem,   gdy   odbieramy   komuś   życie,   bez 
względu na okoliczności i powód, to zawsze jest nasz wybór. Dobry lub zły, 
ale tylko nasz.

background image

Roarke   zastanowił   się,   czy   nie   wziąć   kawy,   ale   ostatecznie   odstawił 

kubek na bok.

– Jest tyle powodów, dla których cię kocham – powiedział, patrząc jej w 

oczy.

– Może podasz mi kilka trochę później.
– Podam ci jeden teraz. To twoje niezachwiane poczucie moralności. 

Trwałe i prawdziwe. – Położył dłoń na ramieniu  Eve, przyciągnął ją do 
siebie i delikatnie pocałował. – No i seks.

– Czułam, że jakoś to wkręcisz.
– Tak często, jak to tylko możliwe. Dobra – Pogłaskał ją po plecach i 

odsunął się. – Teraz mogę zrobić tylko jedno: zamówić dla ekipy lunch. 
Tylko – zaznaczył, podnosząc  ostrzegawczo palce – bez kazań. Zamknij 
usta.

– Myślałam, że lubisz moje usta. Posłuchaj, nie chcę, żebyś...
– Może pizza.
Zmrużyła oczy i głośno westchnęła.
– To cios poniżej pasa, kolego.
– Znam wszystkie twoje słabości, pani porucznik. A ta jest z pepperoni.
–   Tylko   ich   do   tego   nie   przyzwyczajaj.   Najpierw   jedzenie...   oni   są 

strasznie zachłanni.

–  Myślę,   że  twoja  ekipa   jest  na  tyle  rozsądna,   że  jakoś   sobie  z  tym 

poradzi. Zajmę się tym, a potem sprawdzę listę pracownic.

Kiedy   wyszedł,   zamknęła   za   nim   drzwi.   Chciała   choć   chwilę 

popracować w spokoju. Miała do przemyślenia kilka teorii, zanim wróci do 
hałasu i napięcia w pomieszczeniu operacyjnym.

Otworzyła dokumentację z pierwszego śledztwa.
Znała   te   kobiety,   ich   nazwiska,   twarze.   Wiedziała,   skąd   pochodziły, 

gdzie mieszkały i pracowały czy studiowały.

Grupa różnorodna pod każdym względem z wyjątkiem wyglądu. A teraz 

miała jeszcze jeden aspekt do sprawdzenia.

Corrine, niedoszła aktorka, pracująca jako kelnerka. Gdy tylko ją było 

stać, brała lekcje aktorstwa, tańca i śpiewu. Mógł ją zwabić, tak, nawet na 
kilka sposobów. „Przyjdź pod ten adres na przesłuchanie do roli" – która 
głodna młoda aktorka by się na to nie złapała?

Albo: „przyjdź tego dnia pod ten adres, potrzebna pomoc przy obsłudze 

przyjęcia. Zarobisz trochę grosza". Sporo możliwości.

background image

Przebiegła  wzrokiem  po liście  nazwisk.  Sekretarka,  studentka  pisząca 

pracę   magisterską,   ekspedientka   ze   sklepu   z   prezentami   po   amatorsku 
bawiąca się w garncarstwo.

Idąc   tym   tropem,   zaczęła   dzwonić   do   ludzi,   których   przesłuchiwała 

dziewięć lat temu.

Przerwało jej szybkie pukanie, po czym w drzwiach ukazała się Peabody. 

W ręku miała napoczęty kawałek pizzy.

– Jest pizza. Rzucili się jak hieny, lepiej się pospiesz, jeśli chcesz się 

załapać.

– Moment.
Peabody ugryzła kęs.
– Masz coś?
– Być może. Być może. – Zapach pizzy był cholernie rozpraszający. – 

Złap   wszystkich,   którzy   są   w   terenie.   Niech   czekają   w   zestawach 
słuchawkowych. Będzie odprawa, teraz.

– Już się robi.
– Rzuć mi wszystkie ofiary z pierwszego śledztwa na ekran, razem z 

danymi.

Eve pozbierała notatki i dyskietki i skontaktowała się z Mirą.
– Przyjdź do operacyjnego, potrzebuję twojej pomocy.
– Za dziesięć minut.
– Wcześniej – powiedziała Eve i rozłączyła się.
Kiedy   weszła   do   pomieszczenia   operacyjnego   ekipy,   zauważyła,   że 

znikły już dwie pizze i większość trzeciej. Odłożyła notatki, zbliżyła się do 
stołu i sięgnęła po kawałek.

–   Jenkinson,   Powell,   Newkirk   i   Harris   na   linii   –   poinformowała   ją 

Peabody. – Pozostali są na miejscu.

– Mira jest w drodze. Chciałabym, żeby przy tym była. – Wgryzła się z 

pizzę, ale Feeney już był przy niej.

– Masz coś. Widzę po tobie.
– Jeszcze nie wiem. To może być trop, to może być metoda. Zacznę, jak 

tylko zjawi się Mira. – Rozejrzała się i zręcznie chwyciła puszkę pepsi, którą 
rzucił jej Roarke. – Jakieś postępy? – zapytała.

– Na razie mam pięćdziesiąt sześć osób spełniających warunki. Ale to 

jeszcze nie koniec.

– OK. Peabody, włącz ekran i załaduj dyskietki, które przyniosłam. – 

background image

Kiwnęła głową, gdy do pokoju weszła Mira. Eve upiła duży łyk pepsi i 
włożyła na głowę słuchawki.

– Uwaga, ludzie. Wszyscy uważnie słuchacie. Jeśli nie potraficie jeść 

pizzy i jednocześnie myśleć...

– Macie pizzę? – jęknął jej do ucha Jenkinson.
– Mamy nową teorię – powiedziała Eve i zaczęła ją wyjaśniać.

background image

Rozdział 9

Jedna z koleżanek z pracy Corrine Dagby pamięta, a dokładniej tak jej 

się   wydaje,   że   tuż   przed   zniknięciem   ofiara   starała   się   o   rolę   w 
przedstawieniu. Off-off Broadway. Nikt z jej rodziny, przyjaciół, kolegów i 
koleżanek ze studiów nie przypomina sobie takiego faktu.

Melissa Congress, druga ofiara, sekretarka. Ostatni raz widziano ją, gdy 

wychodziła   z   klubu   w   Lower   West   nieźle   naoliwiona.   To   wygląda   na 
zwykłe porwanie. Wykorzystał okazję. Wiadomo  jednak, że od pewnego 
czasu   narzekała   na   pracę,   niskie   zarobki,   fatalne   godziny.   Istnieje 
możliwość, że została wcześniej zaproszona na rozmowę kwalifikacyjną w 
sprawie innej pracy i dzięki temu znała lub rozpoznała swojego porywacza.

Anise   Waters   –   mówiła   dalej   Eve.   –   Studentka   ostatniego   roku   na 

Columbii. Biegle znała mandaryński i rosyjski, pisała pracę magisterską z 
politologii.   Czasami   dorabiała   do   stypendium,   udzielając   korepetycji, 
zwykle w kampusie. Ostatni raz widziano ją, jak wychodziła z biblioteki 
uniwersyteckiej.   Świadkowie   zeznali,   że   tego   dnia   zrezygnowała   ze 
spotkania   z   grupą   przyjaciół,   którzy   wybierali   się   razem   na   drinka, 
tłumaczyła   się,   że   ma   dużo   roboty.   Ponieważ   uchodziła   za   sumienną 
studentkę,   wszyscy   uznali,   że   poszła   do   domu,   by   pracować.   Nikt   nie 
przypomina  sobie, że wspominała  coś o dodatkowych korepetycjach. Do 
biblioteki   nie   wróciły   dyskietki   do   nauki   języka,   które   wypożyczyła. 
Według planu następnego dnia miała umówione korepetycje, więc uznano, 
że dyskietki wypożyczyła w tym celu.

Ostatnia ofiara, Joley Weitz. Ostatni raz widziano ją około siedemnastej, 

gdy wychodziła z Arts A Fact, sklepu, w którym pracowała. Zajmowała się 
garncarstwem, sklep sprzedał kilka jej wyrobów. Jej przełożona zeznała, że 
ofiara   wspomniała   o   nowym   chłopaku   i   że   koniecznie   musi   gdzieś   się 
zatrzymać   w   drodze   na   randkę.   Chłopaka   zidentyfikowano,   jest   czysty. 
Dziewczyna   miała   odłożoną   sukienkę   w   jednym   ze   swoich   ulubionych 
butików,   dlatego   uznano,   że   ten   przystanek   to   było   właśnie   odebranie 
sukienki  na randkę. Nie dotarła do butiku, o ile  rzeczywiście  miała  taki 
zamiar.

Czekała przez chwilę, dając im czas na przetrawienie wiadomości.
– Nowa teoria. Przed dokonaniem przestępstwa sprawca nawiązywał z 

background image

ofiarami znajomość. York udzielała lekcji tańca, Rossi dorabia na boku jako 
prywatny   trener.   Mam   podstawy   zakładać,   że   większość   z   tych   kobiet 
otrzymała od zabójcy propozycję dodatkowej pracy i same do niego poszły. 
Zaczęłam badać pozostałe sprawy, te spoza Nowego Jorku, sądzę, że moje 
założenie   się   potwierdzi.   Mamy   asystentkę   szefa   kuchni,   fotografika, 
pielęgniarkę,   dekoratorkę   wnętrz,   analityka   danych,   niezależną 
dziennikarkę, dwie opiekunki, dwie artystki, przedszkolankę, właścicielkę 
małej kwiaciarni, bibliotekarkę, konsultantkę dermatologiczną, pokojówkę, 
nauczycielkę muzyki, zielarkę, asystentkę z firmy cateringowej. Do tej pory 
jedyne, co według nas je łączyło, to wygląd fizyczny, ale teraz możemy 
dodać   też   tę   możliwość.   Propozycja   kierowania   kuchnią   na   prywatnym 
przyjęciu,   sesja   fotograficzna,   prywatna   opieka,   napisanie   artykułu   i   tak 
dalej.

– Dlaczego nikt nie widział, że wybierają się na rozmowę o pracę czy 

casting? – zapytał Baxter.

–   Dobre   pytanie.   Podejrzewam,   że   niektóre   z   nich   ściągnął   z   ulicy, 

wykorzystując   okazję,   tak   jak   ustaliliśmy   wcześniej.   Możliwe,   że   w 
pozostałych przypadkach, gdy już znalazły się w wyznaczonym przez niego 
miejscu,   wypytał   je,   czy   komuś   o   tym   wspomniały.   W   niektórych 
przypadkach dodatkowa praca byłaby niezgodna z przepisami w ich firmie. 
Kiedy glina dorabia sobie jako ochroniarz w nocnym klubie, stróż nocny, 
bodyguard, nikomu się tym nie chwali. Doktor Mira? Jakieś sugestie?

–   To   może   być   jeszcze   jedna   forma   kontroli,   coś,   co   sprawia   mu 

przyjemność.   Zaprasza   ofiary  do  siebie,   a  one  same,   z  własnej   woli,  do 
niego   przychodzą.   To   kolejny   dowód   jego   wyższości   nad   nimi.   Ponadto 
może   to   być   część   rytuału,   jaki   sobie   stworzył.   Ciała   nie   noszą   śladów 
przemocy – mam tu na myśli brak dowodów, że używał wobec nich pięści, 
bił   je,   dusił   czy   molestował   seksualnie   –   to   oznacza,   że   nie   ma   takich 
potrzeb fizycznych. Stosuje przemoc wyłącznie przy użyciu przedmiotów i 
specjalistycznych   narzędzi.   Metoda,   jaką   przedstawiłaś,   jest   zgodna   ze 
strukturą jego profilu.

– Podoba mi się – skomentował Baxter. – Trzyma się kupy. Jeśli jest po 

sześćdziesiątce, to zamiast używać wobec nich siły, będzie się uciekał do 
podstępu.

– Zgoda – potwierdziła Eve. – Jeśli założenie jest prawdziwe, dowodzi, 

że   sprawca   ma   świadomość,   iż   jego   ofiary   są   od   niego   silniejsze   i 

background image

sprawniejsze fizycznie. Wszystkie kobiety były w bardzo dobrej formie, a 
kilka wręcz w wyjątkowej. Wybiera młode, silne kobiety. Wierzymy, że on 
sam już nie jest młody ani szczególnie silny.

–   Co   może   być   jednym   z   powodów,   dla   których   odczuwa   potrzebę 

podporządkowania   ich   sobie,   upokorzenia,   przejęcia   nad   nimi   władzy   – 
dodała   Mira.   –   Zwabiając   je   do   lokum,   które   zawczasu   przygotował, 
zdobywa   nad   nimi   przewagę   intelektualną.   Następnym   krokiem   jest 
dominacja fizyczna, aż do zadania im śmierci. Nie tylko staje się ich panem, 
ale sprawia, że one przeistaczają się w kogoś innego, niż były. W ten sposób 
ma poczucie, że są jego własnością.

– O czym to świadczy? – Dallas obrzuciła wzrokiem salę. – To świadczy 

o jednej rzeczy, której nie wiedzieliśmy wcześniej.

– Jest tchórzem – powiedziała Peabody i spojrzała z dumą na Eve.
–   Właśnie.   Jak   przypuszczamy,   nie   konfrontuje   się   z   ofiarami,   nie 

ryzykuje szarpaniny w miejscu publicznym, nawet przy użyciu narkotyku. 
Stosuje kłamstwo i podstęp, kusi pieniędzmi lub korzyściami zawodowymi i 
osobistymi. Musi znać swoje ofiary na tyle dobrze, by wybrać wabik, który 
na nie zadziała. Albo ma ogromny potencjał wiedzy. Być może poświęcił 
więcej   czasu   na   obserwowanie   i   śledzenie   ofiar,   niż   do   tej   pory 
zakładaliśmy.   A   im   dłużej   to   robił,   tym   większe   szanse,   że   ktoś   gdzieś 
zauważył go w towarzystwie którejś z ofiar.

– Już to obstawialiśmy – przypomniał jej Baxter.
– Wrócimy do tego, jeszcze raz przesłuchamy świadków, zapytamy o 

mężczyzn, z którymi ofiary spędzały czas w pracy i którzy mogli uczęszczać 
na   ich   kursy   lub   o   tym   mówili.   Miesiąc,   dwa   miesiące   wcześniej.   Po 
uprowadzeniu na pewno nie wraca do tych samych zajęć. Kończy ten temat i 
przechodzi   do   następnego.   Kto   bywał   w   tych   miejscach   i   przestał   się 
pojawiać w ostatnim tygodniu u York, a od trzech dni u Rossi. McNab, 
przeszukaj komputery Rossi, znajdź nowych klientów z zewnątrz. Roarke, 
nazwiska, adresy, miejsce zatrudnienia każdej osoby z twojej listy, która 
odpowiada   temu   modelowi.   Feeney,   dalej   drążysz   wojny   miejskie. 
Identyfikacja   zwłok,   komentarze,   nazwiska   oficjalnych   sanitariuszy   i 
ochotników, jeśli uda ci się takich znaleźć. Chcę mieć zdjęcia, drastyczne 
wypadki, wojenne historie, artykuły, wszystko, co wpadnie ci w ręce. Baxter 
i Trueheart, ruszacie na ulicę. Jenkinson i Powell, zostajecie na miejscu, 
znajdźcie kogoś, kto będzie coś pamiętał. Peabody, zanotuj to wszystko.

background image

– Tak jest, pani porucznik.
Ruszyła do wyjścia, ale dogonił ją Feeney.
– Musimy porozmawiać – powiedział.
– Jasne. Masz coś?
– W twoim pokoju.
Wzruszyła lekko ramionami.
–   Właśnie   tam   szłam.   Chcę   dokładniej   przejrzeć   akta   tych 

wcześniejszych   spraw,   od   pierwszej   aż   po   te   ostatnie.   Porozmawiam   ze 
świadkami, którzy byli wtedy przesłuchiwani. Potrzebny nam jeden punkt 
zaczepienia, jeden cholerny haczyk, a wtedy go dorwiemy. Wiem to.

Feeney w milczeniu szedł za nią przez pokój detektywów.
– Napijesz się kawy? – zapytała i skrzywiła się, gdy zamknął drzwi. – 

Jakiś problem?

– Dlaczego nie przyszłaś z tym najpierw do mnie?
– Z czym?
– Z tą nową teorią.
– No cóż, ja... – Autentycznie zbita z tropu Eve tylko pokręciła głową. – 

Ale właśnie przyszłam.

– Gówno prawda. To było wystąpienie oficera prowadzącego, dowódcy 

zespołu.  Zrobiłaś  odprawę,  wydałaś rozkazy. Nie porozmawiałaś  ze  mną 
wcześniej. To moja sprawa, pamiętasz? Wykorzystałaś moją sprawę.

– Samo wyszło. Chłopak York powiedział coś, co otworzyło mi klapkę. 

Zaczęłam drążyć i...

– Ty zaczęłaś  drążyć  – przerwał jej  – grzebiąc  w  mojej  sprawie.  W 

sprawie, w której to ja byłem prowadzącym. Ja za nią odpowiadałem, ja 
kontaktowałem się ze świadkami.

Czując, że mięśnie jej brzucha zaczynają się skręcać, Eve wzięła głęboki 

oddech.

– Tak, a teraz zamierzam grzebać we wszystkich pozostałych. Są częścią 

większej całości. Jeśli to jest punkt zaczepienia...

– Którego ja nie zauważyłem, tak? – Jego zmęczone, podkrążone oczy 

były teraz twarde i błyszczące. – Coś, czego nie sprawdziłem, podczas gdy 
ofiar przybywało?

–   Nie.   Jezu,   Feeney.   Nikt   tak   nie   twierdzi   ani   nie   myśli.   Po   prostu 

przypadkiem coś wpadło mi do głowy. To ty mnie nauczyłeś, że gdy coś 
wpada do głowy, trzeba za tym iść. Więc idę.

background image

– Hm. – Pokiwał powoli głową. – Przynajmniej pamiętasz, kto cię tego 

nauczył. Kto zrobił z ciebie glinę.

Teraz zaschło jej w gardle.
–   Pamiętam.   Byłam   przy   tym,   Feeney,   od   samego   początku,   kiedy 

wyciągnąłeś mnie z munduru. I byłam przy tej sprawie. Byłam z tobą, ale 
wtedy nam nie wyszło.

–   Jesteś   mi   to   winna.   Powinnaś   mnie   powiadomić,   zanim   zaczniesz 

rozbierać moją pracę na atomy. Zamiast tego wychodzisz z tym do ludzi, a 
mnie spychasz do jakichś gównianych wojen miejskich. Żyłem tą sprawą, 
oddychałem nią dzień i noc.

– Wiem. Ja...
– Nie wiesz, ile razy ją wyciągałem i przeżywałem na nowo – przerwał 

jej z furią. – A teraz wydaje ci się, że możesz rozwalić moją robotę, nawet 
mnie o tym nie informując.

– Nie miałam takiego zamiaru. To śledztwo jest moim priorytetem...
– Tak samo jak moim.
– Czyżby? – Złość i rozpacz zaczynały niebezpiecznie narastać w jej 

sercu. – W takim razie to dobrze, bo zrobiłam to najlepiej, jak potrafiłam: 
szybko. Im szybciej będziemy pracować, tym Rossi będzie miała większe 
szanse. Bo teraz są mniej więcej takie jak bałwana w piekle. Tu nie chodzi o 
twoje śledztwo, tylko o czyjeś życie.

– Nie mów mi o jej życiu. – Wysunął palec w kierunku Eve. – Ani o 

życiu York, Dagby, Congress, Waters czy Weitz. Myślisz, że tylko ty znasz 
ich nazwiska? – W jego głosie słychać było rozgoryczenie. – Myślisz, że 
nikomu   innemu   nie   ciążą,   tylko   tobie?   Dlatego   nie   pouczaj   mnie   o 
priorytetach. Pani porucznik.

– Jasno wyraziłeś swoje uczucia i opinię o tej sprawie. A teraz, kapitanie, 

jako oficer prowadzący radzę się uspokoić. Powinieneś zrobić sobie chwilę 
przerwy.

– W dupie mam przerwę!
– Zdrzemnij się godzinę w pokoju wypoczynkowym albo idź do domu, 

dopóki się nie otrząśniesz.

– Bo co? Odwołasz mnie?
– Nie prowokuj mnie – powiedziała cicho. – Nie stawiaj nas w takiej 

sytuacji, bo oboje będziemy żałować.

– To ty nas stawiasz w tej sytuacji. Przemyśl to sobie. – Wypadł z jej 

background image

biura jak burza i trzasnął drzwiami, aż zadrżały szyby.

Eve głośno wypuściła powietrze, oparła się dłońmi o biurko i powoli 

usiadła w fotelu. Nogi miała jak z waty, a wnętrzności szalały jak morze 
podczas sztormu.

Zdarzały im się już spięcia. Nie można znać kogoś, pracować razem z 

nim, zwłaszcza w tak napiętych i nerwowych okolicznościach, i nigdy się 
nie pokłócić. Ale tym razem powiedzieli sobie raniące i złośliwe słowa. Eve 
miała wrażenie, że piecze ją od nich skóra.

Chciała napić się wody, żeby ugasić palący ją ogień, ale nie była pewna, 

czy zdoła wstać, by sięgnąć po butelkę.

Siedziała jeszcze przez chwilę, zbierając siły i czekając, aż jej dłonie 

przestaną   drżeć.   Z   bólem   głowy   czającym   się   z   tyłu   czaszki   wywołała 
kolejny folder z dokumentami i zaczęła się przygotowywać do rozmowy z 
następnym świadkiem.

Pracowała   w   skupieniu   przez   dwie   godziny,   od   czasu   do   czasu 

korzystając   z   pomocy   tłumaczy.   Kiedy   poczuła,   że   musi   odetchnąć, 
otworzyła zacinające się okno i stanęła w nim, wciągając w płuca zimne 
powietrze. Jeszcze parę godzin, pomyślała. W ciągu kilku godzin skończy tę 
część, sprawdzi prawdopodobieństwa i napisze raport.

Porządkowanie   danych,   teorii   i   zeznań,   opisywanie   ich   przejrzystym 

językiem faktów zawsze pozwalało wyraźniej wszystko zobaczyć i lepiej 
poczuć sprawę.

Tego także nauczył ją Feeney.
Niech to szlag.
Kiedy zabrzęczał jej komunikator, miała ochotę go zignorować. Niech 

piszczy, a ona jeszcze postoi i pooddycha zimnym powietrzem.

Ale odebrała.
– Dallas.
– Chyba coś mam. – Podniecony głos McNaba przebił się przez mgłę w 

jej mózgu.

– Już idę.
Gdy weszła do sali, niemal poczuła zastrzyk energii. Feeneya nie było.
– Jej domowy sprzęt – zaczął McNab.
– Wpadło ci prosto w łapy, Blondasku – skomentowała Callendar.
–   Odzyskałem   dane   dzięki   moim   nadzwyczajnym   umiejętnościom, 

Cycatko.

background image

Ze sposobu, w jaki się do siebie uśmiechali, wnioskowała, że byli dumni 

ze swojej pracy zespołowej.

– Dajcie spokój – rozkazała Eve. – Co masz?
– Rzucę to na ekran ścienny. Znalazłem pod „deser". Przekopywałem się 

przez dokumenty o nazwach „instrukcje", „projekty" i inne. Sprawdzałem te 
bardziej   oczywiste,   bo   myślałem,   że   ten   „deser"   to   jakieś   przepisy,   nie 
wiem, coś z kuchnią. A jej chodziło o dodatkową kasę.

– Klienci prywatni.
– Dokładnie, jakby nie mogła  ich zapisać  pod taką  nazwą. W sumie 

sporo   tego   miała.   Pracuje   z   klientami,   dopóki   nie   zrezygnują.   Zanim 
zacznie, przeprowadza podstawową analizę, tworzy coś jakby indywidualny 
program, tak mi się wydaje. Setki folderów. Ale ten... – McNab popukał 
palcem w ekran swojego monitora – stworzyła szesnaście dni temu i co jakiś 
czas go jeszcze poprawiała i coś dopisywała. Aż do dnia, w którym znikła. 
Zrobiła kopię, ale w komputerze jej nie ma.

– Wzięła ze sobą – domyśliła się Eve, patrząc w ekran.
– Wzięła plan programu do klienta. TED.
– To jego nazwisko, oczywiście to, które jej podał. Wszystkich klientów 

prywatnych   wpisywała   tylko   z   imienia   lub   nazwy   indywidualnego 
programu, jaki dla nich tworzyła.

– Wzrost, waga, typ budowy, wymiary, wiek. – Ją też ogarnęła duma. – 

Stan   zdrowia,   przynajmniej   według   tego,   co   jej   opowiedział.   Cele, 
sugerowany   sprzęt   i   program   treningowy,   odżywki   i   preparaty.   Bardzo 
szczegółowo. Panie, panowie – ogłosiła. – Mamy nasz pierwszy rysopis. 
Sprawca   ma   sto   sześćdziesiąt   osiem   centymetrów   wzrostu,   waga 
osiemdziesiąt   dwa   kilogramy.   Jesteś   brzuchaczem,   co,   sukinsynu?   Wiek 
siedemdziesiąt jeden lat. Z wymiarów wynika, że ma tłuszcz w okolicy pasa.

Nie odrywała wzroku od ekranu.
– Peabody, skontaktuj się ze wszystkimi ludźmi w terenie, przekaż im 

opis. McNab, przejrzyj wszystkie komputery z BodyWorks i znajdź nam 
Teda. Callendar, przeszukaj komputery York, sprawdź, czy jest ktoś o tym 
imieniu, może zapisała sobie jakieś programy instruktażowe dla kogoś o tej 
budowie i w tym wieku. Szukaj wszystkiego, co zgadza się z danymi.

Odwróciła się.
–   Roarke,   daj   mi   wszystko,   co   już   masz.   Zacznę   się   kontaktować   z 

kobietami z twojej listy. Musimy się dowiedzieć, czy ktoś je zagadywał albo 

background image

zamawiał wizytę domową. Mundurowi, ruszacie w teren i wypytujecie o 
mężczyznę z opisu. Baxter i Trueheart, wracacie do klubów. Odświeżycie 
pamięć komu tylko się da. Mamy pierwszą dziurę. Wyciągniemy przez nią 
sukinsyna!

Westchnął, odchodząc od stołu służącego mu za warsztat pracy.
– Rozczarowujesz mnie, Gia. Wiązałem z tobą takie nadzieje.
Liczył,   że   podniosły   chór   z   „Aidy"   doda   jej   energii,   przynajmniej 

odrobinę, ale ona tylko leżała z nieruchomymi otwartymi oczyma.

Nie była martwa – jej serce wciąż biło, płuca nadal pracowały. Wpadła w 

katatonię.

Co,   musiał   przyznać,   było   interesujące.   Przystąpił   do   sterylizowania 

narzędzi. Mógł ją przypalać i ciąć bez najmniejszej reakcji z jej strony.

I właśnie w tym cały problem. To miało być partnerstwo, a tymczasem 

jego obecna partnerka w zasadzie była nieobecna podczas występu.

– Spróbujemy za chwilę – zapewnił ją. – Byłoby mi niezmiernie przykro, 

gdybyś przegrała w ten sposób. Pod względem fizycznym jesteś jedną z 
moich   najlepszych   dziewcząt.   Wygląda   jednak,   że   brakuje   ci   zasobów 
mentalnych i emocjonalnych.

Spojrzał na zegarek.
– Tylko dwadzieścia sześć godzin. Tak, to krok wstecz. Nie sądzę, by 

udało ci się pobić rekord Sarifiny.

Wymienił narzędzia, wrócił do stołu, na którym leżała jego partnerka, 

cała we krwi ze świeżych ran. Jej tułów usiany był sińcami i krwiakami, 
porysowany cienkimi, krzyżującymi się nacięciami.

– Zostawię ci muzykę. Zobaczymy, czy dotrze do tej twojej głowy. – 

Popukał   ją   w   skronie.   –   Zobaczymy,   co   się   będzie   działo,   moja   droga. 
Spodziewam się wkrótce gościa. Nie chcę, żebyś myślała, że ma zająć twoje 
miejsce czy zostać twoją następczynią.

Pochylił się i ucałował ją w nieskazitelny policzek, jak ojciec mógłby 

ucałować córkę.

– Odpocznij chwilę, a potem znów spróbujemy.
Pora   iść   na   górę,   umyć   się   i   przebrać.   Później   zaparzy   herbatę   i 

przygotuje smaczne ciasteczka. Dla gościa. Uwielbiał gości!

Odblokował   drzwi   do   laboratorium   i   zamknął   je   za   sobą.   W   swoim 

gabinecie zerknął na ścienny ekran i pokręcił głową nad zdjęciem Gii, która 

background image

leżała w śpiączce. Obawiał się, że będzie musiał wkrótce to zakończyć.

W nieskazitelnie białym garniturze usiadł przy biurku, by wprowadzić 

ostatnie dane. Ona po prostu nie reagowała na żadne bodźce, rozmyślał, 
dokładnie notując  sygnały, metody  i muzykę, jakie  wykorzystał w ciągu 
ostatnich trzydziestu minut ich sesji. Liczył, że oprzytomnieje po suchym 
lodzie albo laserze, igłach lub narkotyku, który jeszcze działał.

Zdaje się jednak, że musiał się z tym pogodzić. Czas Gii dobiegał końca.
No cóż.
Uzupełniwszy notatki, wyszedł labiryntem wąskich korytarzy, minął od 

dawna   nieużywane   piwniczne   pomieszczenia   i   stary   warsztat,   w   którym 
kiedyś jego dziadek doskonalił swe umiejętności.

Rodzinne   tradycje   to   podstawa   cywilizowanego   społeczeństwa, 

pomyślał. Nie wsiadł do windy, tylko skierował się ku schodom. Gia miała 
rację, uznał. Przydałoby mu się więcej gimnastyki.

Pogłaskał się po brzuchu. Sam musiał przyznać, że podczas ostatniego 

urlopu   trochę   sobie   odpuścił.   Wino,   dobre   jedzenie,   kontemplacja,   no   i 
oczywiście   leki.   Jak   skończy   okres   roboczy,   wybierze   się   do   spa   i 
skoncentruje na zdrowiu fizycznym i psychicznym.

A może tym razem poleci poza planetę? Było tam tyle do zwiedzenia. 

Może to być całkiem zabawne i pouczające, gdyby spędził trochę czasu na 
międzyplanetarnym placu zabaw Roarke'a w Olympusie.

Taki   wyjazd   będzie   jak   wisienka   na   torcie,   gdy   już   zakończy   swoje 

obecne przedsięwzięcie.

Eve   Dallas,   porucznik   nowojorskiej   policji.   Ona   na   pewno   go   nie 

zawiedzie jak Gia. Tylko że jeszcze musiał dopracować metodę ściągnięcia 
ofiary. Tak, to prawda, miał tego świadomość. Ale znajdzie sposób.

Używając kodu i klucza, otworzył stalowe drzwi do piwnicy i wszedł do 

przestronnej, idealnie czystej kuchni. Zamknął za sobą drzwi.

Planował następnego dnia spędzić trochę czasu, studiując wiadomości, 

jakie zebrał na temat swojej finałowej Ewy. Ta była zdecydowanie mniej 
przewidywalna od kobiet, które zwykle wybierał, ale właśnie to czyniło ją 
wyjątkową.

Nie mógł się już doczekać, by po tylu latach odświeżyć tę znajomość.
Przeszedł się po swoim pięknym domu, by się upewnić, że wszystko 

było w porządku. Minął oficjalną jadalnię, gdzie zawsze spożywał posiłki, 
potem   bibliotekę,   gdzie   zwykł   siadywać   i   czytać   lub   po   prostu   słuchać 

background image

muzyki.

Salon, jego ulubiony. Miał tu śliczny mały kominek z różowego granitu. 

W szerokiej kryształowej wazie stały imponujące różowe lilie.

W   rogu   był   fortepian.   Wciąż   widział   ją,   jak   siedziała   przy   nim   na 

taborecie,   tworząc   lub   odtwarzając   tę   cudowną   muzykę.   Widział,   jak 
próbowała nauczyć jego niefortunnie tłuste palce akordów.

Nigdy   nie   nauczył   się   grać,   a   jego   głos   nie   był   głosem   śpiewaka 

operowego, ale jego miłość do muzyki była głęboka i prawdziwa.

Podwójne drzwi na drugim końcu salonu były zamknięte na klucz.
Od lat ich nie otwierał. To, co tam kiedyś zaszło, odbywało się teraz w 

innych miejscach.

To był jego dom. I jej, pomyślał. Ten dom zawsze będzie jej.
Ruszył schodami na piętro. Nadal mieszkał w tej samej sypialni co w 

dzieciństwie. Nie potrafił przenieść się do tej, którą zajmowali rodzice. W 
której sypiała ona.

Niczego tam nie zmienił, zachował ją w idealnym stanie. Tak jak ona 

była idealna.

Zatrzymał się, by popatrzeć na jej portret namalowany w czasach, gdy 

wprost   promieniała,   emanowała   młodością   i   pięknem.   Ubrana   w   biel. 
Uważał, że zawsze powinna była ubierać się na biało. Na znak czystości. 
Tylko że ona nie pozostała czysta.

Suknia podkreślała jej szczupłe i silne kształty. Na jej szyi lśnił wisior, 

symbol życia. Włosy upięte wokół głowy przypominały koronę. Pamiętał, że 
kiedy ujrzał ją pierwszy raz, pomyślał, że jest księżniczką.

Uśmiechała się do niego tak słodko, tak czule, z taką miłością.
Śmierć   była   jego   prezentem   dla   niej.   Śmierć   była   jego   hołdem,   jaki 

poprzez córki składał u jej stóp.

Ucałował srebrną obrączkę, którą nosił na palcu, taką samą jak ta na 

portrecie. Symbol łączącej ich wiecznej więzi.

Zdjął   garnitur.   Odłożył   marynarkę,   kamizelkę,   spodnie   i   koszulę   do 

kosza   z   ubraniami   do   czyszczenia.   Wziął   prysznic,   jak   zawsze.   Kąpiele 
może   i   były   relaksujące,   ale   jakie   to   niehigieniczne   tak   nurzać   się   we 
własnym brudzie.

Używając różnych szczotek, energicznie wyszorował skórę, paznokcie, 

stopy i włosy.

Skorzystał   z   kabiny   suszącej.   W   jego   opinii   ręczniki   były   równie 

background image

niehigieniczne jak kąpiele w wannie.

Wyczyścił zęby, użył dezodorantu i wtarł w ciało kremy.
Okryty   płaszczem   kąpielowym   udał   się   do   sypialni,   by   przejrzeć 

zawartość   garderoby.   Z   jednej   strony   wisiał   tuzin   białych   garniturów   i 
koszul, ale przecież nigdy nie witał gości w ubraniu roboczym.

Wybrał szary garnitur, dopasował jasnoszarą koszulę i o ton ciemniejszy 

krawat. Ubrał się, starannie zaczesał śnieżnobiałe włosy i przygładził małą 
bródkę i wąsy.

Na końcu włożył wisior, który zdjął przed prysznicem.
Symbol drzewa z bujnymi gałęziami zabłysnął złotem. Drzewo życia.
Zadowolony z wyglądu przeszedł przez kuchnię i dotarł do garażu, w 

którym   trzymał   czarnego   sedana.   Czekała   go   przyjemna,   relaksująca 
przejażdżka przez miasto przy cichym akompaniamencie Verdiego.

Zgodnie   z   ustaleniami   zaparkował   na   małym,   prawie   niestrzeżonym 

placu, trzy ulice od Your Affair, gdzie pracowała jego przyszła partnerka. 
Jeśli jest punktualna, to właśnie szła w jego kierunku i rozmyślała o szansie, 
jaką od niego dostała.

Jej   kroki   powinny   być   energiczne.   Zapewne   ma   na   sobie   granatowy 

płaszcz i kolorowy szalik.

Wysiadł z samochodu i ruszył w kierunku sklepu. To tu ją znalazł, w 

dziale z wypiekami.  Od razu wpadła mu w oko – ta uroda, ten wdzięk, 
zręczność.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Już wkrótce cała troska i czas, 

jakie włożył w ten wybór, przyniosą owoce.

Zauważył ją z daleka i zwolnił kroku. Miał przy sobie dwie niewielki 

torby   z   pobliskiego   sklepu.   Dla   osób   postronnych   był   zwyczajnym 
mężczyzną na niedzielnych zakupach.

Nikt nie zauważył, nikt nawet nie spojrzał w jego stronę. Uśmiechnął się, 

gdy go zauważyła, podniósł rękę i pomachał.

–   Panno   Greenfeld,   chciałem   wyjść   po   panią   i   towarzyszyć   pani   w 

drodze. Przepraszam, że musiała pani iść sama na tym chłodzie.

– Nic nie szkodzi. – Odrzuciła do tylu piękne brązowe włosy sięgające 

prawie do ramion. – To miło, że zechciał pan po mnie przyjechać. Mogłam 
wziąć taksówkę albo iść do metra.

– Nonsens. – Nie dotykał jej, a nawet odsunął się od niej, gdy między 

nimi   przeszedł   jakiś   człowiek   rozmawiający   przez   kieszonkowe   łącze.   – 

background image

Poświęca mi pani czas w niedzielę. – Machnął ręką w kierunku parkingu. – 
A dzięki temu miałem okazję zrobić zakupy.

Otworzył przed nią drzwi samochodu. Według jego oceny spędzili na 

ulicy nie więcej niż trzy minuty.

Usiadł za kierownicą, włączył silnik i uśmiechnął się.
– Pachnie pani wanilią i cynamonem.
– Uboczny efekt mojego zawodu.
– Urocze.
– Cieszę się na spotkanie z pana wnuczką.
– Jest bardzo podekscytowana. Plany weselne. – Roześmiał się i pokręcił 

głową jak pobłażliwy dziadek. – Ostatnio nic nie robi, tylko planuje wesele. 
Jesteśmy wdzięczni, że zechciała się pani z nami spotkać, i to w tak szybkim 
terminie. Moja kochana wnuczka jest bardzo wybredna. Nie chce pomocy 
żadnych   organizatorów   przyjęć   ani   koordynatorów.   Wszystko   sama.   Bez 
firm i organizacji.

– Kobieta, która wie, czego chce.
– W rzeczy samej. Kiedy zobaczyłem pani dzieła, od razu pomyślałem, 

że będzie chciała się z panią spotkać. Mimo że pracuje pani w Your Affair, a 
ona nie przestąpi tego progu. – Uśmiechnął się i pokręcił głową. – Rok temu 
miała zatarg z menedżerką. Ale to moja krew. Jej matka, niech spoczywa w 
pokoju, była taka sama. Uparta i krnąbrna.

–   Wiem,   Frieda   potrafi   być   wybuchowa.   Gdyby   się   dowiedziała,   że 

przyjmuję propozycje takie jak ta, dostałaby szału. Dlatego będzie lepiej, 
jeśli to zostanie między nami.

– Tak, z pewnością.
Kiedy zjechali z głównej drogi, aż westchnęła na widok domu.
– Jaki piękny! To pański? To znaczy, czy jest pan właścicielem całego 

budynku?

– Tak, w rzeczy samej. Od pokoleń należy do mojej rodziny. Chciałem, 

żebyśmy   się   spotkali   właśnie   tu,   żeby   mogła   pani   zobaczyć   miejsce,   w 
którym odbędzie się ślub i przyjęcie weselne.

Wyłączył silnik i wprowadził ją do domu.
– Proszę do salonu. Niech się pani czuje jak u siebie.
– Cudownie tu, panie Gaines.
–   Dziękuję.   Proszę,   mów   do   mnie   Edward.   Mam   nadzieję,   że   mogę 

nazywać cię Ariel.

background image

– Tak, bardzo proszę.
– Pozwól, że wezmę twój płaszcz.
Powiesił go w holu. Oczywiście później pozbędzie się płaszcza, szalika i 

jej rzeczy, ale ta gra sprawiała mu przyjemność. 

Zajrzał do salonu i westchnął.
–   Widzę,   że   mojej   wnuczki   jeszcze   nie   ma.   Rzadko   kiedy   jest 

punktualna. Zaparzę nam herbaty. Rozgość się.

– Dziękuję.
W   kuchni   przełączył   ekrany   ochronne   na   salon,   żeby   mógł   ją 

obserwować, kiedy się przygotowywał.

Oczywiście   miał   domowe   androidy,   którym   regularnie   wymieniał 

pamięć, ale w tym wypadku wolał wszystko zrobić sam.

Wybrał earl greya i miśnieńską porcelanę po babce. Parzył herbatę tak, 

jak   go   nauczono   –   podgrzał   czajniczek,   zagotował   wodę,   precyzyjnie 
odmierzył listki.

Szczypcami dołożył do cukiernicy kilka kostek drogocennego cukru. Był 

pewien, że Ariel doda cukier. Kiedyś zauważył, że dodawała do herbaty 
chemiczny słodzik. Uzna, że cukier to smakołyk, i nie zauważy, że nasączył 
go środkami usypiającymi.

Ułożył na talerzu elegancką papierową serwetkę, a na niej ciasteczka, 

które kupił specjalnie na to małe tete-a-tete. A na tacy postawił bladozielony 
wazonik z różową różą.

Idealnie.
Zaniósł   tacę   –   z   dodatkową   filiżanką,   aby   jeszcze   przez   chwilę 

przedłużyć fantazję o wnuczce – do salonu, gdzie Ariel oglądała niektóre z 
jego skarbów.

– Zachwycający pokój. Czy to tu odbędzie się ślub?
– Tak. To mój ulubiony pokój w całym domu. Jest taki przyjazny. – 

Postawił   tacę   na   stoliku   między   dwoma   fotelami   ustawionymi   przed 
kominkiem. – Napijmy się herbaty, zanim zjawi się panna młoda. Och, te 
ciasteczka to jedne z jej ulubionych. Pomyślałem, że byłoby miło, gdybyś 
przygotowała takie na przyjęcie.

– Oczywiście. – Ariel usiadła i pochyliła się do przodu, by być bliżej 

niego.   –   Przyniosłam   dyskietkę   ze   zdjęciami   tortów   i   ciast,   które   sama 
upiekłam lub przy których pomagałam.

– Doskonale. – Uśmiechnął się i podał jej cukiernicę. – Jedna kostka czy 

background image

dwie?

– Zaryzykuję i poproszę o dwie.
–   Wspaniale.   –   Oparł   się   i   biorąc   ciasteczko,   słuchał,   jak   paplała   o 

planach i pomysłach. Po chwili powieki jej opadły, zaczęła bełkotać.

Strząsnął okruszki z palców. Ariel spróbowała wstać z fotela.
– Coś jest ze mną nie tak – wymamrotała. – Coś jest nie tak.
– Przeciwnie. – Westchnął i upił łyk herbaty, kiedy dziewczyna osunęła 

się nieprzytomna. – Wszystko jest tak, jak być powinno.

background image

Rozdział 10

Aby   nie   zwariować   podczas   pracy,   Roarke   stworzył   mentalną   ścianę 

ciszy. Po prostu ukrył się za tą ścianą i filtrował dzwonienie, stukanie, głosy 
rozmów, szum i pikanie sprzętu elektronicznego.

Na początku wziął nazwiska od A do M, a Eve zajęła się drugą połową 

listy.   Jak   mógł   zatrudniać   aż   tyle   brunetek   na   A?   Aaronson,   Abbott, 
Abercrombie, Abrams, aż do Azula.

Bardzo  szybko  stało  się  jasne,  że  dwie  osoby   absolutnie  nie poradzą 

sobie z tak monumentalnym zadaniem.

Eve wezwała na pomoc więcej glin, a wówczas poziom hałasu dotkliwie 

się podniósł.

Roarke starał się nie myśleć o uciekającym czasie, gdy tak siedział i 

kontaktował się z pracownicami, których nawet nigdy nie wdział na oczy i 
mało   prawdopodobne,   by   miał   je   kiedyś   poznać.   Kobiety,   których   życie 
zależało od niego i które wykonywały zadania, jakie zlecał im ktoś inny, kto 
u niego pracował.

Każda   rozmowa   zabierała   czas.   Sprzątaczki   hotelowe   nie   były 

przyzwyczajone, by właściciel hotelu kontaktował się z nimi w domu, w 
pracy   albo   przez   łącze   kieszonkowe.   Facet   w   garniturze   z   biura   w 
najwyższym budynku. To było męczące, trudne i – był zmuszony przyznać – 
denerwująco oficjalne.

Rutyna, jak określiłaby to Eve. Zastanawiał się, jak ona znosiła tę całą 

monotonię.

–   Hej,   Irlandczyku!   –   Callendar   przebiła   się   przez   ścianę   Roarke'a   i 

puknęła   go   w   ramię.   –   Powinieneś   wstać   i   trochę   rozprostować   kości. 
Poruszaj się, wrzuć jakieś paliwo.

– Słucham? – Przez chwilę jej głos był tylko brzęczeniem na tle innego 

brzęczenia. – Co takiego?

–  Ta  praca   wysysa  z  człowieka   energię,   musisz   się  naładować.   Zrób 

przerwę,   weź   sobie   coś   energetyzującego   z   automatu.   Włóż   na   chwilę 
zestaw słuchawkowy.

– Nawet nie dotarłem do połowy tej cholernej litery „B".
– Długa droga. – Pokiwała głową i poczęstowała go chipsem sojowym z 

torebki stojącej przy jej stanowisku. – Posłuchaj mojej rady, poruszaj się 

background image

trochę. Od tego siedzenia cała krew spływa ci do tyłka. Nie, żeby twojemu 
czegoś brakowało, ale zawsze to lepiej, gdy krew wraca do głowy. Inaczej 
mózg przestaje pracować.

Miała rację, sam dobrze o tym wiedział. A jednak jakaś  część  niego 

miała ochotę na nią warknąć za wtykanie nosa w nie swoje sprawy. Zamiast 
tego wstał.

– To jak, chcesz coś z automatu?
– Zaskocz mnie. Byle tylko było mokre i z bąbelkami.
Wspaniale   było   stanąć   na   nogi,   poruszać   się,   na   chwilę   oddalić   od 

stanowiska pracy i hałasu.

Gdy wyszedł, zauważył kręcących się po korytarzu gliniarzy, inni stali 

przed   automatami   spożywczymi   i   gawędzili.   Jakiś   facet,   śmiejąc   się 
histerycznie,   szedł   dziarskim   krokiem,   prowadzony   przez   dwóch 
mundurowych. Nikt nawet na niego nie spojrzał.

W powietrzu unosił się zapach zepsutej kawy i starego potu, dodatkowo 

urozmaicony bardzo tanimi perfumami, którymi ktoś skropił się bez umiaru.

Jezu,   powietrza,   jęknął   w   duchu   Roarke.   Wybrał   gazowany   napój   w 

puszce wielkości XL dla Callendar, a potem stał bez ruchu i wpatrywał się w 
menu, zastanawiając nad wyborem. Nie było tu absolutnie niczego, na co 
miałby   ochotę.   Wziął   tylko   wodę,   a   potem   wyjął   z   kieszeni   łącze   i 
zadzwonił.

Wracając,   wpadł   na   Mirę.   Uznał,   że   to   najbardziej   odświeżające 

spotkanie, na jakie można liczyć w labiryncie korytarzy policyjnej centrali.

– Nie wiedziałem, że nadal tu jesteś – powiedział.
–   Poszłam   do   domu,   ale   nie   mogłam   tam   wysiedzieć.   Dennis   zabrał 

naszą córkę na kolację, a ja wróciłam jeszcze trochę popracować. – Zerknęła 
na olbrzymią butelkę z gazowanym napojem, którą niósł, i uśmiechnęła się 
lekko. – Nie sądziłam, że pijesz coś takiego.

– To dla jednej z elektronicznych.
– Ach. Musi ci być ciężko.
– To cholernie męczące. Wolałbym przez rok harować jako kierowca 

autobusu powietrznego niż przez tydzień być gliną.

– Tak, to chyba nie jest dla ciebie naturalny porządek rzeczy, prawda? 

Ale ja miałam na myśli raczej to, że jesteś w ten sposób wykorzystywany, 
nie wiadomo przez kogo, nie wiadomo dlaczego.

–   To   zupełne   szaleństwo   –   przyznał.   –   Właśnie   przed   chwilą   o   tym 

background image

myślałem. Ja nawet nie znam kobiet, z którymi próbujemy się skontaktować. 
Są tylko trybikami w maszynie, nieprawdaż?

– Gdyby rzeczywiście były dla ciebie tylko trybikami, nie byłoby cię 

tutaj. Mogłabym ci tłumaczyć, że nie jesteś odpowiedzialny za to, co się 
stało i co jeszcze się stanie. Ale przecież ty o tym wiesz. Ale odczuwanie 
tego to już inna sprawa.

– To prawda – zgodził się Roarke. – Dokładnie tak jest. Potrzebny mi 

cel, a wciąż go nie mamy. Na razie.

– Jesteś przyzwyczajony do kontrolowania i działania czy też kierowania 

działaniem.  – Współczująco dotknęła jego ramienia.  – I właśnie to teraz 
robisz, choć może wydawać się inaczej. Ja też po to tu jestem. Liczę, że Eve 
da mi coś do roboty.

– Masz ochotę na napój gazowany?
Mira roześmiała się.
– Nie, dzięki.
Przez   chwilę   szli   razem,   a   potem   się   rozdzielili   i   Roarke   wrócił   do 

swojego komputera, a Mira udała się do Eve.

– Daj mi jakieś zajęcie – powiedziała. – Cokolwiek.
–   Kontaktujemy   się   z   tymi   kobietami.   –   Eve   podała   Mirze   listę   z 

nazwiskami i objaśniła, na czym polega zadanie.

W   czarnym   krawacie   usiadł   w   swojej   loży   w   Metropolitan   Opera. 

Bardzo czekał na to przedstawienie „Rigoletta". Jego najnowsza partnerka 
bezpiecznie   spała.   A   Gia...   no   cóż,   nie   chciał   sobie   psuć   wieczoru, 
rozmyślając nad tym niepowodzeniem.

Jutro zakończy ten projekt i przejdzie do kolejnego.
Ale   dzisiejszy   wieczór   był   pełen   muzyki,   głosów,   świateł,   dramatu. 

Wiedział,   że   zabierze   to   wszystko   ze   sobą   do   domu   i   będzie   przeżywał 
ponownie, siedząc przy kominku i sącząc brandy.

Jutro zatrzyma stoper.
Dziś   będzie   siedział   i   drżał   z   rozkoszy,   słuchając,   jak   orkiestra   stroi 

instrumenty.

Wykupił całe cholerne delikatesy, pomyślała Eve, gdy zaczęto wnosić 

jedzenie. Całe tace mięs i pieczywa, różne sery i sałatki, wreszcie słodycze. 
Jakby tego było mało, zauważyła dwie ogromne torby w charakterystycznej 
złotej kolorystyce. Kawa, oczywiście prawdziwa, z jego fabryki.

Ich   spojrzenia   się   spotkały,   jej   groziło   burzą   z   piorunami.   Roarke 

background image

pokręcił tylko głową.

– Tylko bez gadania – ostrzegł.
Przeciskając się przez tłum jak na szkolnym boisku, podeszła do jego 

stanowiska.

– Jedno słowo.
Wyszła na korytarz, a kiedy Roarke do niej dołączył, stało się jasne, że 

nikomu innemu nie przeszkadzał ryż z wołowiną.

– Posłuchaj, przymknęłam oko na pizzę, ale...
– Muszę coś robić – przerwał jej. – To tylko drobiazg, ale zawsze coś. 

To pozytywne, namacalne.

–   Gliniarze   mogą   sami   zorganizować   sobie   żarcie,   bo   mamy   na   to 

budżet. Tu obowiązują procedury.

Odwrócił się na chwilę, po czym znów na nią spojrzał. W jego oczach 

była frustracja.

– Chryste, i tak już toniemy w tych pieprzonych procedurach. Co ci to 

przeszkadza, że kupiłem kilka cholernych kanapek?

Eve powstrzymała się od dalszych wymówek, bo poczuła, jak jej własna 

wściekłość dusi ją w gardle.

– Bo są namacalne. – Przycisnęła palce do oczu i energicznie potarła 

powieki.

– Nie możesz zrobić godziny przerwy? Spójrz na mnie. Spójrz na mnie – 

powtórzył, kładąc ręce na jej ramionach. – Jesteś wyczerpana. Powinnaś z 
godzinę odpocząć. Wyłączyć się, rozprostować kości.

– To się nie uda. A tak nawiasem mówiąc, sam nie wyglądasz lepiej.
–   Czuję   się   tak,   jakby   ktoś   użył   mojego   mózgu   jako   worka 

treningowego.   I   nie   chodzi   o   czas   ani   nawet   brak   snu.   To   ta   przeklęta 
monotonia.

Eve się skrzywiła.
– Przecież już kiedyś to robiłeś.
– Tylko jakieś okruszki, teraz to widzę. A jeszcze były w tym jakieś 

wyzwania, jakieś cele, jasność.

– Wyzwania? Jak ryzykowanie życia i krew na butach?
Roarke,   nieco   spokojniejszy,   kręcił   głową   we   wszystkie   strony,   by 

rozruszać mięśnie,  i zastanawiał się, ile lat zajmie  mu  otrząśnięcie  się z 
przemęczenia.

– Cóż, przykro mi mówić, ale to było zdecydowanie bardziej interesujące 

background image

niż wysiadywanie przed ekranem albo wiszenie godzinami na łączu.

– Tak, rozumiem cię. Ale to też jest część tej roboty. I to duża część. Nie 

tylko pościgi w powietrzu i wyważanie drzwi. Posłuchaj, możesz zdrzemnąć 
się z godzinę w pokoju wypoczynkowym. Żeby było jasne: powinieneś.

Musnął placem dołeczek w jej brodzie.
– To brzmi jeszcze mniej interesująco, ale jeśli ty idziesz, to i ja pójdę. 

To taka nowa reguła, dopóki nie zamkniemy sprawy.

Kłótnia pozbawiłaby ją energii, której nie miała w nadmiarze.
– W porządku.
–   Ale,   ale,   coś   innego   mi   tu   nie   pasuje.   –   Dotknął   jej   twarzy   i   nie 

zważając na grymas Eve, uniósł jej podbródek. – Widać, co się dzieje, kiedy 
mózg człowieka robi za worek treningowy. Ale to coś innego. Co się stało?

– Jeden chory, żądny krwi sukinsyn, który nam się kiedyś wymknął, 

wrócił do miasta, torturuje i zabija niewinne kobiety pod naszym nosem. 
Chyba wystarczy.

Roarke zaskoczył dopiero przy „który nam się kiedyś wymknął".
– Gdzie Feeney?
W odpowiedzi Eve odsunęła się od niego i z całej siły wściekle kopnęła 

automat spożywczy, uruchamiając alarm.

Uwaga!   Uwaga!   Uszkodzenie   lub   zniszczenie   tej   jednostki   jest 

przestępstwem, za które grozi kara do 30 dni więzienia oraz grzywna w 
wysokości do 1000 dolarów. Uwaga! Uwaga!

 No dobra – powiedział łagodnie Roarke, wziął ją pod ramię i odciągnął 

od automatu. – Chodźmy do twojego pokoju, zanim aresztują nas oboje za 
próbę kradzieży napojów gazowanych.

– Nie mam czasu na...
– Uważam, że znalezienie czasu leży w interesie nas wszystkich.
Szli prosto i pewnym krokiem, więc tych kilku gliniarzy, którzy mieli 

służbę w weekendowy wieczór, nie zwróciło na nich uwagi.

Kiedy byli już w jej klitce, zamknął drzwi, oparł się o nie i obserwował, 

jak Eve kopała swoje biurko.

– Jak skończysz znęcać się nad przedmiotami martwymi, powiedz, co się 

stało.

– Spieprzyłam, oto co się stało. Kurde, kurde. Całkiem to schrzaniłam.
– Co?
– Ile by mi to zajęło? Dziesięć minut? Pięć? Wystarczyło pięć minut, 

background image

żeby mu  w skrócie o tym powiedzieć, zanim zwołałam odprawę. Ale ja 
nawet   o   tym  nie   pomyślałam.   W  ogóle   nie  przyszło   mi   to   do  głowy.   – 
Najwyraźniej   nie   mogąc   sobie   z   tym   poradzić,   zwinęła   dłonie   w   pięści, 
przyłożyła je do skroni i przycisnęła. – Co jest ze mną nie tak, że nawet nie 
przyszło mi to do głowy?

– Jeszcze raz – zaproponował Roarke. – Tylko jaśniej.
–   Feeney,   nie   powiedziałam   mu   o   tych   nowych   aspektach.   Nie 

powiedziałam, że mamy nowy element. Że sprawca kontaktuje się ze swoją 
ofiarą i zwabia ją do siebie, zamiast porywać z ulicy. Za pierwszym razem 
tak to widzieliśmy i tak analizowaliśmy. Niech to szlag! – Biurko zaliczyło 
jeszcze jeden mocny kopniak. – Potraktowałam go jak każdego innego. Nie 
wzięłam   pod   uwagę,   że   prowadził   poprzednie   śledztwo.   A   wystarczyło 
wziąć   go   na   bok   i   powiedzieć:   „Słuchaj,   mamy   coś   nowego".   Dać   mu 
chwilę, żeby to przetrawił.

– Rozumiem, że nie przyjął tego zbyt dobrze?
– I nie ma się co dziwić – warknęła. Jej oczy pociemniały z żalu. – 

Skoczył na mnie z pazurami. A ja co zrobiłam? Zaatakowałam. Dlaczego nie 
mogłam powiedzieć: „Masz rację, stary, przykro mi. Tak mnie wkręciło, że 
tego nie przemyślałam". Ale oczywiście ja nie mogłam tego powiedzieć. No 
cóż,  dupa  zbita! –  Zasłoniła  na  moment  twarz,  próbując  zapanować  nad 
cisnącymi się jej do oczu łzami. – To beznadziejne.

– Kochanie, jesteś przemęczona.
–   No   i   co   z   tego?   Jestem   przemęczona,   taka   praca.   Tak   to   już   jest. 

Gówno   z   tego,   że   jestem   przemęczona.   To   było   dla   niego   jak   policzek. 
Kazałam mu zrobić przerwę i odesłałam go do domu.

Dobrze, że go jeszcze nie uderzyłam.
– A potrzebował tej przerwy, Eve?
– To nie ma znaczenia.
– Oczywiście, że ma.
Westchnęła.
– To, że potrzebował, nie oznacza, że miałam rację. Powiedział, że go 

nie szanuję, a to nieprawda. To cholernie dalekie od prawdy, a jednak nie 
okazałam mu szacunku. Już ci to tłumaczyłam, tamta sprawa ciąży mu do 
dziś, tak to już jest z dowodzeniem. A ja, rozgrywając to po swojemu, tylko 
dodałam mu większy ciężar.

– Usiądź. Och, na miłość boską, usiądź wreszcie choć na pięć minut! – 

background image

Podszedł do Eve i siłą posadził ją na fotelu. – Wiem coś o dowodzeniu. 
Wiem, że nie zawsze jest przyjemnie i ładnie, a bardzo często postępuje się 
nie   fair.   Ale   ktoś   musi   podejmować   decyzje   i   wydawać   rozkazy.   Może 
rzeczywiście nie wzięłaś pod uwagę jego uczuć, możesz teraz żałować, jeśli 
ci   to   pomoże.   Ale   fakty   są   takie,   że   masz   na   głowie   dużo   więcej   niż 
głaskanie Feeneya.

– To nie jest głaskanie.
– On też miał sporo na głowie i najwyraźniej musiał jakoś rozładować 

napięcie.   –   Roarke   kontynuował,  jakby   w  ogóle   mu   nie   przerywała.  –   I 
muszę przyznać, że wyszło mu to całkiem zręcznie. Teraz oboje macie do 
siebie żal.

Zaskoczona Eve na dwie sekundy otworzyła szeroko usta.
– Pocałuj mnie gdzieś – warknęła.
– Mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości odzyskam energię, żeby to 

zrobić. Kazałaś mu iść do domu, bo uznałaś, że powinien spojrzeć na to z 
boku. A on poszedł, bo nawet czując się obrażony i dotknięty, zrozumiał, że 
tego potrzebuje. Tak więc misja zakończona. Myślę, że jutro oboje to sobie 
wyjaśnicie i zapomnicie o całej sprawie. Mam rację?

Pociągnęła nosem.
– No cóż, skoro jesteś taki przenikliwy – powiedziała z grymasem.
– On cię kocha.
– Och, rany.
Roarke musiał się roześmiać.
–   A   ty   kochasz   jego.   Gdybyście   byli   dla   siebie   tylko   partnerami,   to 

mogłoby być trudne. A gdy w grę wchodzi jeszcze miłość, to droga staje się 
ciernista, kiedy dopadają człowieka problemy.

Z miejsca, w którym siedziała, mogła swobodnie kopnąć biurko. Zrobiła 

to, ale lżej.

– Gadasz jak Mira.
– Potraktuję to jako komplement. Lepiej ci?
– Nie wiem. Może. – Przycisnęła dłonie do skroni. – Ten ból głowy mnie 

dobija.

Roarke   sięgnął   do   kieszeni   i   wyjął   małe   pudełeczko.   Otworzył   je   i 

wyciągnął do niej rękę. Eve skrzywiła się, widząc małe niebieskie pigułki. 
Standardowy   bloker,  wiedziała,  tak samo  jak  wiedziała,  że  jeśli  odmówi 
przyjęcia, będzie ją namawiał. A to tylko pogorszy ból głowy. Albo na siłę 

background image

poda   jej   tabletkę,   a   to   byłoby   upokarzające.   Nie   chciała   ryzykować, 
zwłaszcza że łzy same cisnęły jej się do oczu.

Wzięła jedną i połknęła.
– Dobra dziewczynka.
– Powtarzam: pocałuj mnie gdzieś.
Roarke przyciągnął ją do siebie i przygryzł jej dolną wargę.
– To tylko zapowiedź tego, co już wkrótce. Skoro już był tak blisko, 

dotknęła jego twarzy.

– Ty też wyglądasz na zmęczonego.
– I tak się czuję. Zmordowany. – Przez chwilę opierał czoło o jej czoło. – 

Chodź, zjemy kanapkę i napijemy się przyzwoitej kawy. 

Gdy tylko wrócili do sali, McNab dał im sygnał.
– Chyba coś trafiłem.
– Wytrzyj z twarzy musztardę, detektywie.
– Och, przepraszam. – Otarł musztardę wierzchem dłoni. – Zacząłem 

szukać Teda tam, gdzie pracowała Rossi – powiedział. – Znalazłem facetów, 
którzy   pasowali   wzrostem   i   wagą,   a   nie   odpowiadali   wiekiem.   Albo 
pasowali wiekiem, a resztą już nie. Przerzuciłem się na inne działy. Ale dalej 
nie było nic ciekawego. No to przeniosłem się do dzielnicy.

– Do rzeczy, McNab.
–  OK.  Znalazłem  paru,  żaden  nie  ma  na  imię  Ted,  ale  kilku  pasuje, 

pewnie   zechcesz   ich   sprawdzić.   Tylko   że   nie   pasują   do   profilu.   Mamy 
żonatych facetów, z dziećmi, wnukami. Ani oni, ani ich krewni nie posiadają 
mieszkań czy też innych lokali, które mamy określone w wytycznych.

– To są moje trafienia.
–   No   więc   zacząłem   kombinować,   że   może   by   tak   sprawdzić   w 

miejscach, gdzie popełnił inne morderstwa. Najpierw spojrzałem na Florydę. 
I trafiłem.

Wywołał na ekran dane.
–   Karta   członkowska   do   klubu   fitness   na   nazwisko   Edward   Nave. 

Urodzony   8   czerwca   1989.   Do   wydania   karty   potrzebne   były   wymiary, 
dlatego mamy wzrost, trochę niższy, wagę – kilka kilo lżejszy, ale podobna 
budowa ciała. Och, a Peabody twierdzi, że Ted to zdrobnienie od Edward, 
więc...

– Adres.
– Właśnie, i tu jest problem. To fałszywka, bo na Florydzie pod tym 

background image

adresem mieści się Opera Wielka w Miami. Sprawdziłem.

– Daj jego identyfikator.
–   OK.   –   McNab   podrapał   się   po   ozdobionym   kolczykami   uchu.   – 

Problem numer dwa. Mogę ci dać całą armię Edwardów Nave'ów, ale dane z 
ich identyfikatorów nie pasują do danych z karty członkowskiej.

– I tak mi to skopiuj. Sprawdzimy wszystkich. Od jak dawna ma kartę? 

Kiedy ją wyrobił na Florydzie?

– Pięć lat temu. Około trzech miesięcy wcześniej, zanim doszło tam do 

pierwszego morderstwa. Dallas, to on. – W glosie McNaba słychać było 
absolutną pewność, która dodawała powagi jego twarzy. – Trzeba za tym 
iść, choć dobrze zatarł ślady.

– My je odkryjemy. – Spojrzała na Roarke'a. – Mają filie w Europie?
– Tak.
– Zacznij szukać członków z innych miast. Może, nie wiem, ale może to 

była jedna z jego wędek.

Ruszyła   do   swojego   biura.   Postanowiła,   że   jeszcze   raz   przyjrzy   się 

Florydzie, zobaczy, czy jest jakiś związek między klubem fitness a którąś z 
tamtejszych ofiar. Członkini, instruktorka, sprzątaczka.

– Eve. – Mira, która stała przed nią, patrzyła takim wzrokiem, że aż Eve 

poczuła, jak kurczy jej się żołądek. – Próbowałam skontaktować się z Ariel 
Greenfeld. Pracuje w cukierni w Your Affair w śródmieściu. Nie odbiera 
łącza. Właśnie rozmawiałam z osobą wskazaną do kontaktu, z jej sąsiadem. 
Greenfeld nie wróciła dziś po pracy do domu.

–   Daj   mi   adres.   –   Już   otworzyła   usta,   żeby   popędzić   Peabody,   ale 

zamilkła. Popełniła jeden błąd z Feeneyem, drugi raz go nie powtórzy. – 
Sprawdzę   to   z   Roarkiem.   O   ile   nie   będzie   innych   rozkazów,   pozostali 
członkowie zespołu przed dwudziestą trzecią idą w cholerę do domu lub 
pokoju wypoczynkowego. Odprawa o ósmej rano. Jeśli tymczasem coś się 
pokaże, to ja dowiaduję się o tym pierwsza.

W drodze do mieszkania Ariel Eve spojrzała na Roarke'a. Z twarzy męża 

nie   dało   się   nic   wyczytać,   ale   ona   to   rozumiała.   Poczucie   winy,   troska, 
pytania.

– Co to jest Your Affair?
– Sklep okolicznościowy. Ach... ekskluzywny, wszystko, czego możesz 

potrzebować, jest pod jednym dachem. Mnóstwo specjalistycznych butików: 
odzież,   wystrój   wnętrz,   kwiaciarnie,   cukiernie,   catering,   nawet   usługi 

background image

organizacyjne. Wpadłem na ten pomysł, gdy urządzaliśmy nasz ślub. Po co 
chodzić do tylu miejsc, kiedy można przyjść do jednego i znaleźć wszystko, 
czego potrzebujesz. A jeśli chcesz czegoś innego, to są konsultanci, którzy 
pomogą to znaleźć.

Eve   pomyślała,   że   mogłaby   robić   zakupy   w   takim   miejscu.   Pod 

warunkiem, że wcześniej wypadłaby z okna na trzecim piętrze, rozbiła sobie 
głowę na chodniku i poważnie uszkodziła mózg. Ale głośno powiedziała:

– To wygodne.
– Tak właśnie pomyślałem. Całkiem nieźle się rozkręcił. Dziewczyna 

pracuje tam od ośmiu miesięcy. Ariel Greenfeld.

–   A   w   tym   momencie   może   się   bzykać   z   jakimś   facetem,   którego 

poderwała w barze.

Roarke odwrócił głowę, by na nią spojrzeć.
– Nie uważasz, że powinniśmy się skontaktować z jej szefową i zapytać, 

o której Ariel wyszła z pracy?

–   Jeszcze   z   tym   zaczekajmy.   Sprawdzimy   miejsce,   pogadamy   z 

sąsiadem. Wiesz, dlaczego zatrzymałam ludzi na jeszcze dwie godziny? Bo 
to może nie być ona. Rzucimy wszystko, skierujemy całą uwagę na nią, a 
tymczasem   ktoś   inny   może   zniknąć.   Najpierw   musimy   mieć   jaśniejszy 
pogląd.

– Tak. Jaśniejszy pogląd. Jak ból głowy?
–   Tli   się   pod   blokerem.   Wiem,   że   tam   jest,   ale   można   go   łatwo 

zignorować.

Kiedy zaparkowali, Roarke położył rękę na jej dłoniach.
– Gdzie twoje rękawiczki?
– Gdzieś indziej.
Trzymając jej dłoń w swojej, otworzył pudełko z rękawiczkami i wyjął 

te, które kupił podczas ostatniej wyprawy na zakupy.

– Masz, włóż je. Jest zimno.
Posłuchała i przez całą drogę do budynku była mu wdzięczna.
– W końcu nie zjadłeś kanapki – zauważyła. – Ani ty.
– Ale ja przynajmniej nie wywaliłam w błoto setek dolarów, aby nawet 

nie skosztować plasterka pikla czy jakiegoś innego warzywnego śmiecia.

– Sam nie rozumiem, dlaczego tak przepadam za tymi wszystkimi, jak je 

nazywasz, śmieciami – powiedział, obejmując ją ramieniem.

Zamiast czekać, aż im otworzą, odblokowała drzwi wejściowe kluczem 

background image

uniwersalnym.

Przyzwoity budynek, pomyślała. Uczciwa klasa pracująca. Lokatorzy ze 

stałą pracą i średnim przychodem. Schludne wejście, standardowe kamery 
ochrony, jedna winda.

–   Trzecie   piętro   –   zażądała.   –   Mogła   chodzić   pieszo,   o   ile   lubiła 

porządne   spacery,   a   przy   brzydkiej   pogodzie   albo   gdy   była   spóźniona, 
podjechać pięć ulic metrem. Cukiernicy chyba wcześnie zaczynają, nie? O 
której otwierają ten sklep?

–   Cukiernia   i   kawiarnia   pracują   od   siódmej   trzydzieści,   pozostałe   od 

dziesiątej   do   szóstej,   w   soboty   do   ósmej.   Ale   tak,   myślę,   że   cukiernie 
zaczynają pracę na długo przed otwarciem sklepu.

– Pewnie kilka godzin. Czyli, jeśli miała być w pracy przed szóstą... – 

Urwała, bo dotarli na trzecie piętro. – Sąsiad spod trzy zero pięć.

Podeszła   do   mieszkania   i   podniosła   pięść,   by   zapukać,   ale   drzwi 

otworzyły   się   wcześniej.   Stał   w   nich   mężczyzna   przed   trzydziestką,   o 
sterczących czarnobrązowych włosach. Miał na sobie workowaty sweter i 
stare   dżinsy.   Na   jego   twarzy   widać   było   niepokój,   nad   którym   ledwo 
panował.

– Hej, słyszałem windę. Jesteście z policji?
– Porucznik Dallas. – Eve wyjęła odznakę. – Erik Pastor?
– Tak, proszę do środka. Ari nie wróciła. Dzwoniłem do znajomych i 

pytałem, czy ktoś jej nie widział.

– Kiedy widział ją pan ostatni raz?
–   Dziś   rano.   Bardzo   wcześnie.   Wpadła   i   przyniosła   kilka   ciastek. 

Wyszliśmy wczoraj wieczorem całą paczką. Ari wróciła przed północą, bo o 
szóstej musiała być w pracy. I uznała, całkiem słusznie, że będę miał kaca.

Usiadł   na   poręczy   sofy.   Mieszkanie   zdradzało,   że   mężczyzna   spędził 

dzień,   odsypiając   zarwaną   noc.   Chipsy   sojowe,   puszki   po   napojach, 
buteleczki blokerów, koc, poduszki leżały porozrzucane po podłodze.

– Ledwo dowlokłem się do sofy – mówił dalej. – Słyszałem, jak weszła, 

coś   tam   do   niej   mruknąłem.   Chwilę   ze   mnie   pokpiła   i   powiedziała,   że 
zobaczymy się później. Jak nie umrę, to po drodze wstąpi po zakupy i zrobi 
mi kolację. Czy coś się stało? Nie chcieli mi nic powiedzieć przez łącze.

– Jesteście z Ariel blisko?
– Tak, to znaczy nie tak, jak pani myśli. Przyjaźnimy się.
– Czy może być teraz z kimś, kto jest dla niej więcej niż przyjacielem?

background image

– Jest paru chłopaków, zwyczajne znajomości, nic wielkiego. Już do nich 

dzwoniłem, do wszystkich. Poza tym na pewno by mi powiedziała. – Jego 
głos drżał. Eve widziała, że jednak ma problem z kontrolą. – Jeśli mówi, że 
wróci   i   zrobi   kolację,   to   tak   robi.   Zacząłem   się   martwić,   jeszcze   zanim 
zadzwonili od was.

– O której skończyła dziś pracę?
–   Ach...   sekunda...   O   czwartej?   Tak,   chyba   o   czwartej.   To   jej   długa 

niedziela, więc o czwartej. Zazwyczaj wraca prosto do domu. W krótkie 
niedziele czasami chodzi na zakupy albo spotykamy się gdzieś na lunch czy 
coś w tym stylu.

– Chcielibyśmy obejrzeć jej mieszkanie.
– Nie ma sprawy. Wezmę klucz. Mamy do siebie klucze.
– Nie wspominała, że jest z kimś umówiona? Że ma się z kimś spotkać?
– Nie. Albo... Boże, nie wiem. Miałem głowę pod poduszką i modliłem 

się   o   szybką  bezbolesną   śmierć,   gdy   tu  rano   wpadła.   Nie  słuchałem,   co 
mówiła. – Wyjął z szuflady komplet kluczy. – Nie rozumiem, dlaczego nie 
odbiera łącza. Nie rozumiem, dlaczego zadajecie mi te wszystkie pytania.

– Obejrzyjmy jej mieszkanie – zasugerowała Eve.
Pachniało ciastkami, uświadomiła sobie Eve. Choć kuchnia była mała, 

widać, że urządził ją i wyposażył ktoś, kto znał się na rzeczy.

–   Niektóre   kobiety   kupują   kolczyki   i   buty   –   powiedział   Erik.   –   Ari 

kupuje   składniki   i   sprzęty   do   pieczenia.   Tu   niedaleko   jest   taki   sklep 
specjalistyczny   dla   cukierników.   Ari   ma   orgazm,   jak   tylko   wejdzie   do 
środka.

– Zauważył pan, czy czegoś nie brakuje? Czegoś, co zwykle tu było, 

kiedy szła do pracy?

– Hm, nie wiem. Chyba nie. Mam się rozejrzeć?
– Jak najbardziej.
Erik   Pastor   zaczął   sprawdzać   mieszkanie,   a   Eve   przyglądała   się 

niewielkiemu komputerowi na stoliku tuż przed wejściem do kuchni. Nie 
można go dotykać, dopóki nie będzie oficjalnego raportu, pomyślała.

– Może tam być – mruknął Roarke. – Tam w środku może być coś, co 

ma z nim związek.

– A ona może za trzydzieści sekund stanąć w drzwiach i będę miała 

sprawę o naruszenie własności prywatnej.

– Chrzanić to. – Wyszedł zza niej i zaczął włączać komputer.

background image

– Zaczekaj, do cholery. Po prostu zaczekaj.
–   Jej   buty.   –   Z   sypialni   wyszedł   Erik.   Na   jego   twarzy   zakłopotanie 

mieszało się z niepokojem.

– Co z nimi?
–   Nie   ma   jej   odświętnych   czarnych   butów.   Do   pracy   nosi   ślizgacze. 

Chodzi   pieszo,   to   osiem   ulic,   a   potem   cały   dzień   jest   na   nogach.   Jej 
roboczych ślizgaczy też nie ma. Jeśli gdzieś szła po pracy, to brała buty na 
zmianę. Brała tę drugą parę. – Nagle to do niego dotarło. – Wzięła ze sobą 
odświętne buty. Pewnie umówiła się na randkę i zapomniała mi powiedzieć 
czy coś. Albo jestem zbyt... To wszystko. Spotkała się z kimś po pracy.

Eve odwróciła się do Roarke'a.
– Włącz.

background image

Rozdział 11

Dallas przekazała ekipie w centrali nowe dane i kazała przewieźć tam 

cały   sprzęt   elektroniczny   Ariel.   Ożywiona   świeżą   dawką   adrenaliny 
zwróciła się do Roarke'a.

– Mamy coś na niego.
Roarke nie odrywał wzroku od niedużego ekranu, na którym pojawiały 

się zdjęcia tortów weselnych i kosztorysy.

– Jak dla mnie, to szklanka jest do połowy pusta, bo to on ma coś na nas.
– To błędne myślenie. Idziemy tropem, którego nie mieliśmy tamtym 

razem.   Idziemy   w   dobrym   kierunku.   W   przeciwnym   razie   jeszcze   przez 
wiele godzin, a nawet dni nie wiedzielibyśmy o zniknięciu Greenfeld. Nie 
wiedzielibyśmy, jak ją wciągnął.

– Ale czy to jej w czymś pomoże, Eve?
– Im więcej wiemy, tym większe są szanse Ariel na przeżycie. Wiemy, 

że ma ją od około pięciu godzin. Zakładamy, że bywał w sklepie, w którym 
pracowała, i w jakiś sposób nawiązał z nią kontakt. Pięć godzin, Roarke – 
powtórzyła. – Jeszcze nic jej nie zrobił. Pewnie ją uśpił. Nie zabierze się do 
niej, dopóki nie...

Tym razem podniósł wzrok. Jego oczy były zimne.
– Dopóki nie skończy z Gią Rossi. Dopóki nie skończy jej ciąć i nie 

wyryje napisu.

– To prawda. – Tego nie da się złagodzić, pomyślała Eve. Nie ma sensu 

nawet próbować. – Ale dopóki nie znajdziemy ciała, Rossi żyje. Dopóki jej 
nie znajdziemy, Ariel ma szansę. A teraz, dzięki temu odkryciu, jej szanse są 
większe.   Rozpytujemy,   szukamy   świadków,   sprawdzamy   parkingi   i 
transport publiczny. Rozmawiamy  z kolegami  z pracy  i jej przyjaciółmi. 
Znamy jego wiek, typ budowy ciała. Jeszcze dwadzieścia cztery godziny 
temu nie mieliśmy o tym pojęcia. 

Podeszła do Roarke'a i dotknęła jego ramienia.
– Skopiuj ten program, dobrze? Popracujemy nad tym w domu. Może 

coś   się   ruszyło   u   Summerseta   albo   z   nieruchomościami.   Czuję,   że   już 
niedługo coś zaskoczy.

– Dobrze. Ale najpierw oboje musimy kilka godzin odpocząć. Mówię 

poważnie,   Eve   –   powiedział,   zanim   zdążyła   zaprotestować.   –   Kazałaś 

background image

ludziom zrobić przerwę nie bez powodu.

–   W   sumie   prysznic   dobrze   by   mi   zrobił   –   zgodziła   się   po   chwili 

namysłu. – Godzina. Taki kompromis. – Wyciągnęła w górę rękę, by go 
powstrzymać. – Musisz przyznać, że stracimy czas, jeśli zaczniemy się o to 
wykłócać.

– Zgoda. – Skopiował dane i wręczył jej dyskietkę.
Ponieważ drogi do domu nie wliczała w przerwę, pozwoliła, by Roarke 

usiadł za kółkiem, a sama zajęła się przeglądaniem notatek. Przejrzała ramy 
czasowe, nazwiska, zeznania.

Zdjął trzecią ofiarę szybciej, niż się spodziewali, rozmyślała. Mogły być 

tylko dwa powody: wcześniejsze uprowadzenie było konieczne ze względu 
na   osobiste   plany   jego   lub   ofiary   albo   Gia   Rossi   nie   radziła   sobie   zbyt 
dobrze.

Prawdopodobnie   już   nie   żyła.   Eve   nie   widziała   jednak   powodu,   by 

dzielić się tym przypuszczeniem z Roarkiem.

Godziny, myślała. Gdyby zdołali skontaktować się z Ariel kilka godzin 

wcześniej, mogliby ją ostrzec, zanim wpadła w jego ręce. Właściwe pytanie 
o   właściwej   porze.   Nie   tylko   kobieta   byłaby   bezpieczna,   ale   zdobyliby 
stuprocentowo pewne informacje o sprawcy.

Wyszła o czwartej, zanotowała Eve w pamięci. Planowała przygotować 

dla sąsiada kolację, czyli prawdopodobnie zakładała, że spotkanie potrwa 
dwie, trzy godziny.

– Ile czasu byś zarezerwował na takie spotkanie? – zapytała Eve. – Żeby 

przedyskutować ofertę ciast i deserów weselnych czy coś w tym stylu?

– Gdybym był nią? – zastanawiał się Roarke. – Przygotowała bardzo 

dużo zdjęć, mnóstwo propozycji w różnych stylach i o różnych smakach. 
Włożyła   w   to   sporo   pracy.   Przypuszczam,   że   przygotowywała   to   kilka 
godzin.   Jeśli   założyła   –   zresztą   słusznie   –   że   większość   ludzi   poważnie 
traktuje   przyjęcie   weselne,   to   była   gotowa   poświęcić   potencjalnemu 
klientowi tyle czasu, ile będzie potrzebował.

– Dobra, załóżmy dwie godziny, to daje osiemnastą, nie licząc dojazdu. 

Sąsiadowi z przeciwka powiedziała, że po drodze coś kupi i przygotuje – a 
dokładniej   mówiąc,   ugotuje   –   kolację.   To   chyba   zabiera   trochę   czasu. 
Zakupy, potem gotowanie. Ile? Godzinę?

– Możliwe. – Roarke wzruszył ramionami. – Summerset będzie wiedział.
– Tak. Ale zanim skonsultujemy to z Jego Kościstością, zakładam, że 

background image

godzinę. To nam daje dziewiętnastą, znów bez dojazdu. Wyjście w sobotę 
wieczorem,  praca w niedzielę, a w poniedziałek wcześnie rano znów do 
pracy. Nie sądzę, żeby planowała późną kolację.

– O czym to świadczy?
– Moim zdaniem najprawdopodobniej wiedziała, że spotkanie odbędzie 

się gdzieś w pobliżu. Nie wybierała się na drugi brzeg rzeki, do Jersey ani 
do Brooklynu czy Queensu. Za duży ruch na moście i w tunelu. Jest duże 
prawdopodobieństwo,   że   facet   działa   na   Manhattanie.   To   zawęża 
poszukiwania. – Eve poruszyła się. – Chciała ugotować coś do jedzenia dla 
przyjaciela,   nie   żadną   wyszukaną   kolację   dla   kochanka.   Dla   kumpla,   z 
którym będzie mogła się podzielić radosną wiadomością, że dostała fajne 
zlecenie.   Zamierza   zrobić   po   drodze   zakupy.   To   oznacza,   że   planowała 
samodzielny  powrót do domu.  Transportem publicznym lub pieszo.  Tak, 
żeby   mogła   wstąpić   do   sklepu.   Niewykluczone,   że   to   w   śródmieściu.   – 
Oparła   się   w   fotelu.   –   Trzeba   się   skupić   na   tej   okolicy.   Oczywiście 
sprawdzamy też inne dzielnice, ale zaczynamy tutaj. Koncentrujemy się na 
śródmieściu.

Przez całą drogę do domu  rozważała różne możliwości, dodawała do 

układanki   elementy,   analizowała   dane   z   różnych   stron.   Wojny   miejskie, 
budowa ciała, kliniki w Lower West i East Side.

Niemal na pewno dysponował jakimś środkiem transportu, ale mógł też 

śledzić swoje ofiary pieszo.

Ludzie zwykle robią zakupy i chodzą do restauracji w okolicy miejsca 

zamieszkania.   Mydło   i   szampon:   bardzo   możliwe,   że   ze   sklepu   w 
śródmieściu,   ewentualnie   kupił   przez   internet   lub   przywiózł   do   Nowego 
Jorku   z   którejś   podróży.   Starlight   mieści   się   w   Chelsea,   cukiernia   w 
centrum,   pierwsze   ciało  porzucił   w  Lower   East.   Gia  Rossi   pracowała   w 
centrum.

Wyglądało, że tym razem chyba nie oddalał się zbytnio od domu. Chyba.
To, co wiedziała i czego nie wiedziała, zamierzała przetransferować do 

swojej domowej aparatury i obliczyć prawdopodobieństwa.

– Niech Summerset wrzuci na dyskietkę wszystko, co znalazł, chcę to 

mieć u siebie – poleciła, gdy wjechali przez bramę. – Zapytamy go, ile czasu 
mogła   potrzebować   na   zakupy   i   ugotowanie   kolacji,   ale   muszę   też 
sprawdzić, gdzie Greenfeld najczęściej kupowała. Specjalistyczne sklepy z 
żywnością powyżej Pięćdziesiątej.  Sąsiad wspominał,  że się nakręcała w 

background image

takich miejscach. Przesłuchamy znajomych, z którymi spotkała się w sobotę 
wieczorem. Może komuś wspomniała o planach na niedzielę.

Wysiedli po przeciwnych stronach samochodu, ale Roarke wziął ją pod 

rękę, gdy wchodzili na schody domu.

– Nie wierzyłaś, że Rossi ma szansę.
– Nigdy tego nie powiedziałam. Zawsze jest jakaś szansa.
– Bliska zeru. To nie powstrzymało cię przed drążeniem, solidnym i tak 

skrupulatnym, jak to tylko możliwe. Ale wiedziałaś, że nie miała szans. I w 
pewnym sensie to akceptowałaś.

– Posłuchaj...
– Nie, nie zrozum mnie źle. Ja cię nie krytykuję. To tylko takie małe 

prywatne objawienie, jakiego doznałem w drodze do domu, obserwując cię 
przy pracy i słuchając, nawet gdy nic nie mówiłaś. Twój umysł to kopalnia 
informacji. Zupełnie inaczej traktujesz Ariel Greenfeld.

Jego dłoń zsunęła się niżej; znalazł jej dłoń i splótł z nią palce.
–   Teraz   wierzysz,   że   jest   realna   szansa.   Nie   tylko,   że   uda   ci   się   go 

znaleźć i powstrzymać. W to musisz wierzyć w każdej minucie, bo inaczej 
nie byłabyś w stanie robić tego, co robisz. Ty wierzysz, że go znajdziesz i 
powstrzymasz,   zanim będzie  za  późno  dla tej  kobiety. I  właśnie  dlatego 
szanse Gii Rossi spadły z niewielkich do zerowych. To musi cię nakręcać, a 
jednocześnie bardzo ci ciążyć. One mają szansę. Ty jesteś ich szansą.

–   My   –   poprawiła   go   Eve.   –   My   wszyscy,   którzy   pracujemy   nad   tą 

sprawą, jesteśmy ich szansą. I lepiej ich nie zawiedźmy.

Spodziewała się, że Summerset zmaterializuje się w holu i zamierzała 

powiedzieć Roarke'owi, by z nim pogadał. Tymczasem gdy weszli, od progu 
usłyszeli z salonu śmiech. Eve rozpoznała go bezbłędnie.

– Mavis tu jest.
– No i po przerwie. – Roarke pomógł jej zdjąć płaszcz. – Nie wyobrażam 

sobie   bardziej   rozrywkowego,   a   raczej   rozpraszającego   sposobu   na 
odprężenie komórek mózgu niż spotkanie z Mavis Freestone.

Trudno   było   się   z   tym   nie   zgodzić.   Ale   kiedy   Eve   stanęła   w   progu 

salonu, zauważyła, że Mavis przyprowadziła ze sobą Trinę. I jakby tego 
było mało, zabrały ze sobą dziecko.

Jednak   najbardziej   przerażające   ze   wszystkiego   było   to,   że   maleńka 

Belle znajdowała się w ramionach Summerseta, który głaskał ją po brodzie 
kościstymi paluchami.

background image

–   Jestem   w   szoku   –   oświadczyła   Eve.   –   On   nie   powinien   się   tak 

uśmiechać. To wbrew prawom natury i ludzi.

– Nie bądź wredna. – Roarke szturchnął ją lekko pod żebra. – Witam 

drogie panie – powiedział normalnym tonem. Wszystkie oczy zwróciły się w 
jego kierunku.

– Hej! – Roześmiana twarz Mavis jeszcze bardziej się rozpromieniła. – 

Wróciliście! Właśnie miałyśmy wychodzić, tylko Bella jeszcze domagała się 
pieszczot Summerseta.

Co w oczach Eve tylko potwierdzało dziwne upodobania małych dzieci.
Mavis   poderwała   się   na   nogi,   aż   jej   krótka,   zalotna   spódniczka 

zawirowała   wokół   pończoch   w   grochy.   Spódniczka   była   landrynkowo 
różowa,   pończochy   zaś   niebieskie   w   różowe   grochy.   Eve   zauważyła,   że 
kilka   pasm   blond   włosów   Mavis   miało   ten   sam   odcień   agresywnego 
niebieskiego.

Chwyciła Roarke'a za jedną rękę, Eve za drugą i wciągnęła oboje do 

salonu.

– Leonardo musiał lecieć na spotkanie z klientem do Nowego L. A. , 

więc miałyśmy dziś z Triną i Belle dzień dziewczyn. Zakończyłyśmy go 
zabawą   z   Summersetem.   Zobacz,   kto   przyszedł.   Belle!   Zobacz,   kto   cię 
odwiedził. Nie mając wyboru, Eve spojrzała na małą, wtuloną w ramiona 
Summerseta.   Większość,   jak   przypuszczała,   uznałaby,   że   dziewczynka 
wygląda jak lalka. Ale w jej opinii lalki były po prostu odrażające.

Tymczasem   dziecko   było   fantastyczne   –   rzecz   jasna   z   wyjątkiem 

ślinienia się – różowiutkie, śliczne, pulchne. Na główce miała zawiązaną 
koronkową   kokardkę,   która   sprawiała,   że   dziewczynka   wyglądała   jak 
zapakowany prezent. Ciemnoniebieskie oczka były żywe, chyba nawet zbyt 
żywe. Eve zaczęła się zastanawiać, co działo się w mózgu dziecka wielkości 
miniaturowego pudla.

Ubrana była w kombinezon ze stopkami i sweterek obszyty czymś, co 

wyglądało   na   prawdziwe   futerko.   Pod   brodą   miała   śliniaczek   –   chyba 
dlatego, że tak się śliniła – z napisem: MAM ŚWIETNEGO TATĘ!

– Słodka – powiedziała Eve i chciała zrobić krok w tył, ale zablokował ją 

Roarke, który przyglądał się dziecku znad jej ramienia.

– Uważam, że cudowna to bardziej odpowiednie słowo. Świetna robota, 

Mavis.

– Dzięki. – Była uliczna oszustka, a obecnie sensacja rynku muzyczno-

background image

wideo spojrzała na córeczkę błyszczącymi, nieziemsko błękitnymi oczyma. 
– Czasami, kiedy tak na nią patrzę, nie mogę uwierzyć, że wyszła ze mnie.

– Musiałaś o tym wspominać? – zapytała Eve, wywołując śmiech Mavis.
–   Mogłybyśmy   jeszcze   trochę   zostać,   no   chyba   że   jesteście   zbyt 

zmęczeni. W sumie wyglądacie na wykończonych.

– Przydałby ci się zabieg relaksujący – skomentowała Trina.
– Trzymaj się ode mnie z daleka. – Eve groźnie wyciągnęła palec w jej 

kierunku.

–   Przydałby   nam   się   posiłek.   –   Roarke   uśmiechnął   się   do   gości.   – 

Dołączycie do nas?

–   Summerset   tak   nas   nakarmił,   że   zaraz   pękniemy,   ale   chętnie 

dotrzymamy   wam   towarzystwa.   To   okropne,   kiedy   wiadomo,   że   po 
powrocie do domu nie będzie tam tatusia, prawda, Bellarama?

– Natychmiast coś przygotuję.
Eve   zauważyła,   że   Summerset   się   poruszył.   Skorzystała   z   okazji, 

wykazując się nie tylko czujnością, ale i tchórzostwem. Odskoczyła na bok i 
potrąciwszy biodrem Roarke'a, zostawiła go samego na linii ognia.

Kochała   swojego   mężczyznę   i   bez   wahania   ryzykowałaby   dla   niego 

życie. Ale gdy w grę wchodziły dzieci, mógł sobie tonąć. Ona płynęła dalej.

Roarke instynktownie wyciągnął ramiona, jak przystało na mężczyznę, 

któremu   właśnie   ktoś   zamierzał   podać   coś   niezwykle   delikatnego   albo 
mogącego wybuchnąć.

– Ja nie... nie powinienem... Och, cóż... – wymamrotał, gdy Summerset 

zręcznie podał mu niemowlę.

–  Macie   ochotę  na  coś   konkretnego?   –  Usta  kamerdynera  drgnęły   w 

prawie   niewidocznym   uśmiechu,   gdy   Roarke   próbował   zmiażdżyć   go 
wzrokiem. – Na kolację?

– Coś szybkiego – wydusił z siebie Roarke. Kiedyś rozbrajał bombę na 

kilka   chwil   przed   eksplozją   i   był   wówczas   zdecydowanie   mniej 
spanikowany.

– Miałam nadzieję, że cię spotkam. – Mavis uśmiechnęła się do niego 

promiennie,   po   czym   opadła   na   fotel,   zostawiając   Roarke'a   na   –   jego 
zdaniem – bardzo grząskim gruncie. – Zrzuciłam brzuszek, dzięki lekarzom 
odzyskałam pełną parę. Mam nowy materiał, więc pomyślałam,  że może 
weszłabym do studia, coś nagrała, zrobiła parę nowych klipów.

– Tak, brzmi... w porządku.

background image

–   Bosko.   Pomyślałam,   że   wezmę   ze   sobą   małą.   Szaleje   na   punkcie 

muzyki. Jeśli nie będzie jej się podobało, to wymyślimy  z Leonardo coś 
innego.

– Nie chce niani – skomentowała Trina.
– Jeszcze   za wcześnie.  Na  razie chcę,  żeby  była  tylko moja.   Moja  i 

tatusia. Ale mam też straszną ochotę, żeby trochę popracować. Zobaczymy, 
czy coś z tego wyjdzie.

–   Na   pewno   sobie   poradzisz.   –   Roarke   zerknął   na   dziewczynkę   i 

zauważył,   że   zamknęła   oczka.   Jak   gdyby   gęste,   ciemne   rzęsy   były   zbyt 
ciężkie  dla  delikatnych  powiek. –  Zasypia.  – Wykrzywił usta,  licząc,  że 
zamiast paniki na jego twarzy pojawi się choćby cień słodyczy. – Zmęczyłaś 
się już tym balowaniem, co? Co mam teraz zrobić?

–   To,   co   robisz   –   poradziła   Mavis.   –   Położymy   ją.   W   foteliku   jest 

monitor. – Mavis wstała. – A tu mam odbiornik. – Wskazała różową spinkę 
w   kształcie   flaminga   tuż   nad   prawym   uchem.   –   Połóż   ją   tu.   Jak   się 
przebudzi, wystarczy ją chwilę głaskać po brzuszku. Zaraz zaśnie.

Było to coś w rodzaju małego przenośnego fotelika, zauważył Roarke, 

we wszystkich kolorach tęczy. Choć włożenie do niego dziecka wydawało 
się dość proste, czuł, że zlał go pot.

Kiedy już mała znalazła się w foteliku, wyprostował się i odetchnął z 

niemal ekstatycznym zadowoleniem. Mavis przykucnęła i poprawiła kocyk.

– Będzie jej tu wygodnie, prawda skarbie?
– Kot. Nie ma czasem jakiegoś powiedzonka o kotach i dzieciach?
Mavis uśmiechnęła się do Roarke'a.
– To zabobon, ale Galahad jej się wystraszył. Spojrzał tylko i poszedł 

sobie. Jeśli będzie się tu kręcił, to usłyszę. W tym odbiorniku słychać, jak 
oddycha. – Ostatni raz przygładziła kocyk i wstała. – Powinniście zjeść w 
jadalni, jak my. W kominku płonie ogień, odprężycie się. Naprawdę, oboje 
nie wyglądacie najlepiej. Nie zajmiemy wam dużo czasu.

–   Mamy   godzinę   przerwy.   –   Teraz,   kiedy   niebezpieczeństwo   było 

zażegnane,   bo   dziecko   leżało   w   foteliku,   Eve   wróciła   do   Roarke'a.   – 
Zjedzmy coś.

Przeszli do jadalni, gdzie przyjemnie płonął nie tylko ogień w kominku, 

ale   jeszcze   tuzin   świec.   Musiała   oddać   Summersetowi   sprawiedliwość, 
gotował szybko i smacznie. Podał cienkie plastry pieczonego kurczaka w 
pachnącym   sosie,   ziemniaki   i   coś,   co   wyglądało   jak   kabaczek,   ale   było 

background image

ładnie przysmażone, więc nie miała podstaw, by protestować.

Zaproponował   Trinie   lampkę   wina,   a   przed   Mavis   postawił   jakiś 

puszysty   różowy   napój   i   talerzyk   cienkich   ciasteczek   i   eleganckich 
czekoladek.

– Jak będę tu tak często przychodzić, to zaraz wrócę do wagi ciążowej. – 

Mavis sięgnęła po czekoladkę. – Przy karmieniu jestem prawie tak samo 
głodna jak w czasie ciąży.

– Tylko bez mlecznych piersi przy stole – ostrzegła Eve.
– Och, zawsze mam je przy sobie – powiedziała Mavis, ale zaraz się 

uśmiechnęła. – Możecie rozmawiać o sprawie. I tak wiem, że będziecie o 
tym   myśleć.   Słyszałyśmy   w   wiadomościach.   Pamiętam   jego   poprzednią 
rundę   po   mieście.   Pracowałam   wtedy   na   ulicy.   Wszystkie   strasznie   się 
bałyśmy.

– Wtedy byłaś dla niego za młoda.
– Możliwe, ale i tak się bałam. Obie z Triną przefarbowałyśmy wczoraj 

włosy, byle dalej od brunetek. No wiesz, tak na wszelki wypadek.

Eve   przyjrzała   się   srebrno-niebieskim   pasemkom   Mavis   i   ogniście 

czerwonym lokom Triny.

– Tak. Nie jesteście w jego typie.
– To dobrze. A jak wam idzie? Ciągle mówią o tym w telewizji.
– Mamy kilka guzików, które naciśniemy.
– Robiłam wczoraj włosy w Kanale 75. – Trina przez chwilę przyglądała 

się ciastkom, w końcu wybrała jedno. – Jedna reporterka przeprowadzała 
wywiad na żywo z moim słynnym klientem. Rzucił jej kilka drastycznych 
szczegółów, żeby zrobić wrażenie. Powiedział, że policja nie ma żadnego 
śladu.

– Reporterzy to dupki.
– Oni mówią to samo o glinach. – Trina uśmiechnęła się. – Myślę, że jest 

pół na pół. A wiesz, wczoraj miałyśmy w salonie straszny ruch. Wszystkie 
kobiety rozjaśniały brązowe włosy.

Eve nabrała na widelec odrobinę kurczaka. – Wciąż pracujesz w salonie? 

–   zastanawiała   się.   –   Myślałam,   że   już   tylko   dla   Nadine   i   prywatnych 
klientów.

–   Prywatnych   klientów   łapiesz   w   salonie,   jeśli   wiesz,   jak   to   zrobić. 

Roarke całkiem nieźle mnie ustawił.

– Jak to?

background image

– Trina jest szefową salonu w Bliss, w tym salonie spa w śródmieściu – 

wyjaśnił. – To był znakomity wybór.

– Żebyś wiedział – przytaknęła Trina. – Interes poszedł o siedemdziesiąt 

procent w górę, odkąd przejęłam salon.

– A twoje pracownice biorą prywatnych klientów? – zapytała Eve.
– To wbrew regulaminowi. – Trina zmarszczyła groźnie brwi i upiła łyk 

wina. – Prywatni klienci oznaczają, że nie przychodzą do salonu, spa nie 
zarabia.   Nie   zostawiają   napiwków.   Ale   bądźmy   realistami.   Kiedy   klient 
prosi   konsultantkę   o   wizytę   domową,   wiadomo,   że   dziewczyny   nie 
odmówią, no chyba że nie chcą tej roboty.

– Szukam mężczyzny około siedemdziesiątki, niskiego, tłustawego.
–   Oczywiście,   przychodzą   i   tacy.   Staramy   się   taktownie   odsyłać 

tłustawych do spa albo do działu chirurgii ciała. Ewentualnie kierujemy do 
klubu fitness i...

– Mówię o konkretnym człowieku – przerwała jej Eve. – Mężczyzna w 

tym   typie   przychodzi   do   salonu,   zagaduje   konsultantkę,   namawia   na 
prywatne usługi. Powiedzmy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy.

– Sporo czasu, Dallas – powiedziała Trina. – Mamy duży ruch, a poza 

tym   jestem   menedżerką,   więc   większość   konsultantek   przecież   mi   nie 
powie, że łapie fuchy. No chyba że to zlecenie usankcjonowane.

– Jak usankcjonowane?
– Tak, że wysyłamy zespół albo jedną osobę na wyjątkowe usługi, ale 

wtedy salon bierze od tego ciężką dolę.

– Mała szansa – mruknęła Eve.
–   Ale   jak   się   nad   tym   zastanawiam,   to   chyba   sama   miałam   kogoś 

takiego.

Eve odłożyła widelec.
– Chyba czy miałaś?
– Słuchaj, tak jak mówię, mamy straszny ruch. Codziennie ktoś prosi o 

prywatne zabiegi. O co to całe... Och, hej, hej! – Kieliszek aż się zachwiał, 
gdy pospiesznie odstawiła go na stół. – To ten facet? Ten sukinsyn? Jasna 
cholera.

– Powiedz, co pamiętasz.
– Zaraz. Jezu, poczekaj, niech zbiorę myśli. – Trina zamknęła oczy i 

kilka   razy   odetchnęła.   –   Ten   facet...   wszedł.   Zdaje   mi   się,   że   chciał 
manikiur. Nie pamiętam, kto się nim zajmował. To chyba było w sobotę po 

background image

południu, a wtedy mamy największy ruch. Długo czekał na swoją kolejkę, 
chyba kręcił się po salonie. Byłam zajęta, ale pamiętam, że kilka razy go 
zauważyłam kątem oka. Potem miałam przerwę, poszłam do baru po koktajl. 
A może to był napój gazowany. Nie, koktajl.

– Trina, nie obchodzi mnie, co piłaś.
– Próbuję sobie przypomnieć. – Otworzyła szeroko oczy. – Chciałaś, 

żebym   sobie   przypomniała,   więc   się   staram.   To   był   koktajl.   Bananowo-
migdałowy. Robimy zabójcze koktajle. I wtedy on podchodzi, jest bardzo 
uprzejmy.   Mówi:   „Przepraszam   panią",   coś   w   tym   stylu.   Zauważył,   że 
jestem szefową, a ponieważ długo czekał, zauważył też, że jestem dobra. – 
Uśmiechnęła się do siebie. – Dlatego nie kazałam mu spadać, choć miałam 
przerwę. Chciał zapytać, jak zorganizować wizytę domową. Nie dla siebie, 
tak, nie chodziło mu o siebie, tylko... czekaj.

Zmarszczyła czoło, sięgnęła po wino i upiła łyk. Eve walczyła ze sobą, 

żeby własnoręcznie nie wydusić z Triny wszystkich szczegółów.

– Dla żony? Tak, tak, tak. Zabieg dla żony, w domu. Źle się czuła, a on 

pomyślał, że jej to poprawi samopoczucie, no wiesz, fryzura, może jakaś 
maseczka, manikiur, pedikiur, te sprawy. Kompleksowo.

– Trina...
– Zaczekaj  tę cholerną minutę.  Muszę  się  skupić.  Mówię mu,  jak to 

zorganizować, cennik, i tak dalej, a on pyta, czy mogłabym to zrobić w 
wolny dzień. Tak, żebym nie musiała spieszyć się z powrotem do pracy, 
tylko mogła poświęcić jego żonie tyle czasu, ile będzie potrzebowała. Kiedy 
tylko będzie mi odpowiadało. Nawet pokazał mi jej zdjęcie. I powiedział, że 
chętnie zapłaci, ile uznam za stosowne.

– Podał ci adres?
–   Cały   czas   mi   przerywasz.   –   Wyraźnie   zdenerwowana   Trina   znów 

otworzyła   szerzej   oczy.   –   Nie.   Powiedziałam,   że   muszę   sprawdzić   w 
organizerze.   Zrobiłam   to,   oczywiście   bez   pośpiechu.   Zastanawiałam   się. 
Miałam sporo umówionych klientów, ale podałam mu kilka terminów. Za 
parę tygodni. Powiedział, że skonsultuje się z opiekunką żony i ustali, który 
dzień   będzie   najlepszy.   Zapytał,   czy   mam   wizytówkę,   to   się   ze   mną 
skontaktuje. Dałam mu. To wszystko.

– Więcej się nie pokazał?
– Nie. Zdawało mi się, że widziałam go kilka tygodni później. Gdzieś. 

Ale gdzie? Och, już wiem, w takim barze, jak byłam na drinku z jednym 

background image

facetem, którego chciałam poderwać. Ale pomyślałam, że to nie on. To nie 
był lokal, w którym bywają faceci w garniturach, którzy mają chore żony.

– Podał nazwisko?
– Może.  Nie pamiętam.  Gdybym przypomniała  sobie manikiur,  który 

wtedy robił, to mamy nazwisko w organizerze. A na pewno imię. To ten 
facet?

Nie spiesz się, upomniała się w myślach Eve. Ostrożnie.
– Jaki miałaś wtedy kolor włosów?
– Chyba żartujesz. To było z miesiąc temu. Tak, miesiąc, chyba pierwsza 

sobota lutego, bo pamiętam,  jak pomyślałam,  że jeśli przez cały miesiąc 
będzie   taki   ruch   w   interesie,   to   poproszę   o   podwyżkę.   Był   ruch,   więc 
poprosiłam o podwyżkę. Hej, jeszcze raz dzięki – powiedziała do Roarke'a.

– Karmelowa mokka – mruknęła Mavis. – Z księżycowymi pasemkami.
– Tak? – zwróciła się do niej Trina. – Jesteś pewna?
– Robiłaś mi ten kolor do cukierkowych tipsów. – Mavis drżącą dłonią 

sięgnęła   po   szklankę.   –   Mam   głowę   do   tych   spraw.   Och   jej!   Chyba   mi 
niedobrze.

– Tobie? To mnie  zamierzał  torturować i zabić. Chyba się... – Trina 

chwyciła się za brzuch. – Wkurzyłam. Właśnie tak. A to skurczysyn. Chora 
żona!   Chciał   mnie   zabić.   –   Sięgnęła   po   kieliszek   i   dokończyła   wino.   – 
Dlaczego tego nie zrobił?

– Zmieniłaś kolor. – Mavis wzięła głęboki oddech. – Nie wytrzymałaś z 

tym odcieniem nawet tygodnia. Zmieniłaś  na kruczoczarny ze śnieżnymi 
pasemkami.

– Chwila – zażądała Eve. – Ta cała mokka? Czy to mniej więcej oznacza 

brunetkę?

–   W   zasadzie   tak   –   potwierdziła   Trina.   –   Choć   dla   mnie   to   zbyt 

ogólnikowe określenie.

– Możesz go opisać?
– Tak, tak, chyba. Tylko że miał sztuczne włosy.
– Znaczy perukę?
– Bardzo dobrą, jak na moje oko. A rozmawiasz z ekspertem. Hej, to 

dlatego nie poznałam go w barze. Wtedy nie nosił peruki. Albo może miał 
inną. Nie przyjrzałam mu się dokładnie, nie mogę powiedzieć, czy to były 
prawdziwe włosy czy sztuczne.

– Chcę, żebyś go opisała. Podaj każdy szczegół, jaki pamiętasz. Wygląd, 

background image

głos,   typ   budowy,   gestykulacja,   znaki   szczególne.   Wszystko.   Jutro   rano 
spotkasz się z rysownikiem policyjnym.

– Serio? Bez kitu? Jestem świadkiem? Czad.
–   Popracuję   u   siebie   w   gabinecie.   Przemyślę   to.   –   Wyjęła   łącze.   – 

Peabody, skontaktuj się z Yancym. Niech się przygotuje na rano do pracy ze 
świadkiem. Punkt siódma.

– Siódma rano? – zaprotestowała Trina.
– Przeżyjesz. – Eve tylko kiwnęła palcem. – Masz to, Peabody?
– Tak. Czy to... Trina?
– Tak. Jest naszym świadkiem. Mały ten świat. Chcę, żeby Yancy był na 

miejscu, Peabody. Zrobiłam opis, zaraz prześlę ekipie. Powiedz McNabowi, 
że gdy Yancy skończy, mają zacząć szukać na podstawie rysunku.

Wydając kolejne rozkazy, wyszła szybkimi krokami z salonu, dotarła do 

schodów, a potem wbiegła na górę. Trina zerknęła na Roarke'a.

– Straszna jest, kiedy złapie trop.
– Potrafi być jeszcze straszniejsza. Zostańcie, a ja będę się zbierał. – 

Odwrócił   się   i   pogłaskał   Mavis   po   ramieniu.   –   Może   ty,   Bella   i   Trina 
zostaniecie u nas na noc?

– Poważnie? Możemy?
–   Naturalnie.   Summerset   zajmie   się   wszystkim,   czego   tylko   możecie 

potrzebować.

– Dzięki.  Serdeczne  dzięki. Wiem,  że  to głupie.  Nikt nie  będzie  nas 

przecież nękał, ale...

– Cóż, w tych okolicznościach wszyscy będziemy spokojniejsi, jeśli tu 

zostaniecie. Może skontaktujesz się z Leonardo i go zawiadomisz?

– Dobra, dzięki. Roarke? – Hm?
– Gdyby Trina nie zmieniła koloru włosów...
– Wiem. – Pocałował czubek jej głowy. – Bardzo się wszyscy cieszymy, 

że w mokce nie było jej do twarzy.

background image

Rozdział 12

Eve podeszła do swojego biurka i wskazała Trinie fotel.
– Usiądź. Zapiszemy to wszystko. Zacznij od wzrostu, wagi, budowy.
– Myślałam, że już to masz. – Trina rozejrzała się po gabinecie. Była tu 

już   nieraz,   ale   nigdy   w   roli   świadka.   –   Dlaczego   do   tej   pory   nie 
wyremontowałaś tego pokoju tak jak resztę domu?

– To nie jest reszta domu. Trina, skup się.
– Ja tylko zastanawiałam się, jak można lubić pracować w czynszówce, 

mając obok pałac.

– Bo jestem sentymentalną idiotką. Wzrost.
–   OK.   Hm.   Raczej   z   tych   niższych.   Poniżej   stu   siedemdziesięciu 

centymetrów, ale więcej niż sto sześćdziesiąt. Moment, ja siedziałam przy 
barze, a on stał i... – Wydęła usta i machając w powietrzu dłonią, wskazała 
wysokość. – Tak, coś koło sto sześćdziesięciu pięciu, no, może ośmiu. Tak 
mi się wydaje.

– Waga.
– Nie wiem. Kiedy robię zabiegi na ciało, klienci są nadzy. Nie oceniam 

ich,   gdy   są   w   ubraniu.   Cóż,   chyba   powiem   tyle,   że   był   dość   solidnie 
zbudowany, ale nie jakiś pulpet. Miał... – Machnęła rękami wokół brzucha i 
podniosła je ku piersiom. – Taki brzuch, wiesz, jak mają niektórzy faceci. 
Nie żeby od razu beczkowóz, ale też nie Mister Fitness Clubu. Pulchny jak 
twój wujek Carmine.

– Gdybym go miała! Dobrze. Teraz włosy.
– Miał grafitowego jeża, gęsty na środku, krótszy po bokach. Ale to były 

sztuczne włosy.

– Ciemnoszare, krótkie, gęste.
– Ciemnoszary to mdły kolor, jeśli chcesz znać moje zdanie. A grafitowy 

ma ten łagodny blask. Ale cóż, z grubsza może być. Za drugim razem, kiedy 
spotkałam go w barze, miał zupełnie białe włosy, o ile to był on, ale jestem 
prawie pewna, że tak. Puszyste, białe. Fajne. Nie wiem, po co nosi grafit, 
skoro ma taką śnieżną czapę.

– Białe włosy. I mówisz, że to nie była peruka?
– Wiesz, tylko rzuciłam okiem, takie szybkie „och, chyba znam tego 

gościa". Ale tak, na pierwszy rzut oka wyglądało, że to jego własne pióra. 

background image

Jednak stuprocentowej pewności nie mam.

– Oczy?
– Rany, Dallas, nie jestem pewna. Zdaje się, że jasne. Raczej jasne, ale 

nie   powiem   ci,   czy   bardziej   niebieskie   czy   zielone,   a   może   szare   albo 
orzechowe. Prawie na stówę nie były ciemne. Wiesz, na te jego sztuczne 
włosy od razu zwróciłam uwagę, bo były ciemne, a on raczej wydawał się 
jasny. Ach, miał ładną, zdrową cerę.

– W sensie?
– Białą i gładką. Owszem, miał kilka zmarszczek, ale nie głębokich. Dba 

o   twarz.  Nie   obwisały   mu   policzki,   więc   możliwe,   że   zrobił  sobie   małe 
poprawki. Ładna skóra, taka gładziutka.

– Blady – wymamrotała Eve. Jasne włosy, jasne oczy, biała skóra. Blady 

mężczyzna. Może ta rumuńska jasnowidzka nie była aż taką wariatką.

–   Tak,   tak.   Pomalował   brwi   pod   kolor   włosów.   Trochę   dziwnie   to 

wyglądało.   Większość   ludzi   nie   zwróciłaby   uwagi,   ale   w   końcu   to   mój 
zawód. Widzę takie rzeczy. Był taki biały w barze, kiedy zastanawiałam się, 
czy facet, z którym piłam, zasługuje, żeby mu sprawić jazdę jego życia.

–   Mówiłaś,   że   to   garniturowiec.   Dosłownie,   czy   tylko   wyglądał   na 

kogoś, kto nosi garnitury?

– Jedno i drugie. Był w garniturze, chyba szarym,  jak włosy  i brwi. 

Raczej na pewno. No i wyglądał na faceta, który ma całą szafę garniturów. 
Trzyczęściowych – dodała Trina. – Tak, tak, kamizelka, spodnie, marynarka. 
Drobny   akcent   w   butonierce   i   krawat.   Odpicowany,   wiesz?   W   barze   to 
samo. Ciemny garnitur, fajny kontrast do białych włosów.

Urwała i zaczęła masować kark.
– Jezu, właśnie to do mnie dociera. Wzięłabym tę fuchę. Gdyby jeszcze 

raz się odezwał, wzięłabym zlecenie. Dzień wolny, całkiem tłusta suma, nikt 
by nie ucierpiał.

Głos jej drżał, a z policzków zupełnie odpłynęła krew.
–   Wydawał   się   miły   i...   chciałam   powiedzieć   „bezpieczny".   Uroczy 

starszy pan, który zamierzał zrobić przyjemność chorej żonie. Wzięłabym to 
zlecenie.

–   Ale   nie   wzięłaś   –   przypomniała   jej   Eve.   –   A   on   popełnił   błąd, 

zadzierając z tobą. Zwracasz uwagę na szczegóły i masz świetną pamięć. 
Posłuchaj...

Pochyliła się nad nią, bo rzeczywiście było widać, że Trina zaczyna się 

background image

sypać. Nie dość, że pobladła, to jeszcze cała się trzęsła.

– Spójrz na mnie  i posłuchaj,  co ci powiem.  Dziś  zdjął dziewczynę. 

Kolejną. Zostało jej trochę czasu, zanim się do niej dobierze, bo on się nie 
spieszy. Słuchasz mnie?

– Tak. – Trina zwilżyła usta. – Tak.
– Popełnił błąd, wybierając ciebie – powtórzyła Eve. – To, co mi teraz 

mówisz   i   co   jutro   powtórzysz   rysownikowi,   pomoże   nam   go   dorwać. 
Pomożesz   nam   uratować   jej   życie,   Trina.   A   może   więcej   niż   jej   życie. 
Rozumiesz?

Trina pokiwała głową.
– Możesz dać mi wody? Zaschło mi w ustach.
– Jasne, zaczekaj.
Gdy Eve udała się do kuchni, do gabinetu wszedł Roarke.
– Świetnie ci idzie – powiedział do Triny.
– Ale mnie trzęsie – wyznał. – Kompletnie mnie rozwaliło. Siedzę sobie 

w Fortecy Roarke'a, w Warowni Dallas. Przecież nie ma bezpieczniejszego 
miejsca na świecie. A jednak mnie trzęsie. Co z Mavis?

– Próbuje skontaktować się z Leonardo. Zostaniecie u nas na noc, jeśli 

nie masz nic przeciwko temu.

– Dzięki. Miejsce z klasą, takie jak Bliss... kto by się spodziewał, że jakiś 

szurnięty morderca przyjdzie na manikiur.

–   Akurat   ten   lubi   ostre   pazurki   –   skomentowała   Eve,   która   właśnie 

wróciła z butelką schłodzonej wody. – Potrzebny mi terminarz, w którym 
wpisują klientów – powiedziała do Roarke'a.

– Zajmę się tym. A przy okazji – zwrócił się do Triny – zorganizuję ci na 

jutro jakieś zastępstwo. O nic się nie martw.

– Dzięki. – Głośno przełknęła wodę. – Dobrze. Eve czekała, aż Trina 

skończy pić.

– Powiedz mi, jaki miał głos.
– Hm... Miękki, tak sądzę. Cichy. Hm... taki... wyrafinowany, tak, to 

chyba dobre słowo. No wiesz, jak ktoś wykształcony, mający sporo forsy. 
Kulturalny,   ale   nie   pedziowaty.   To   dlatego   wydawał   się   taki   miły   i 
bezpieczny, teraz to widzę.

– Miał akcent?
– Nie, raczej nie. To znaczy, słychać było, że jest wykształcony. Ale to 

nie akcent.

background image

– Znaki szczególne, blizny, znamiona?
– Nie. – Jej głos się uspokajał, a twarz nabierała koloru.
– Nie zauważyłam.
– Wystarczy, pomyślała Eve. Jeśli będzie teraz za mocno naciskać, to 

jutro Yancy nic z Triny nie wyciągnie.

–   Jak   sobie   coś   przypomnisz,   to   od   razu   daj   mi   znać.   Potrzebne   mi 

nazwiska wszystkich osób, które tego dnia pracowały w salonie. Kto był w 
recepcji, kiedy z nim rozmawiałaś? Może ktoś próbował mu coś sprzedać? 
Ale tego wszystkiego dowie się dla mnie Roarke. Ty spróbuj się przespać.

– Tak, przyda mi się. Chyba zejdę na dół i jeszcze chwilę posiedzę z 

Mavis i Belle, dopóki się nie uspokoję.

– Jak będziesz chciała, Summerset zaprowadzi cię do sypialni – dodał 

Roarke. – Tylko powiedz.

– Jasne. To wszystko jest takie... kompletne. – Trina pokręciła głową i 

wstała z fotela. – Po prostu pójdę... – Zaczęła, ale urwała. – Ładnie pachniał.

– Jak?
– Dobrymi kosmetykami, ale z umiarem. Niektórzy zupełnie nie mają w 

tych sprawach wyczucia. To było coś, jakby... – Zamknęła oczy. – Nuta 
rozmarynu z odrobiną wanilii. Przyjemny zapach. – Wzruszyła ramionami i 
wyszła z gabinetu.

– To przełom.
– Dla ciebie. – Roarke podszedł do niej i usiadł na brzegu biurka. – I dla 

Triny.

– Tak. Wreszcie jej się przydały te ciągłe zmiany koloru włosów. Muszę 

jak   najszybciej   rozesłać   ten   opis.   Trzeba   go   wrzucić   do   IRCCA.   Choć 
wątpię, żebyśmy tam coś znaleźli. Raczej nie sądzę, żeby był w systemie, 
ale   i   tak   spróbujemy.   Chciałabym,   żebyś   popracował   nad   tym   na 
nierejestrowanym. Zobacz, czy masz jakiegoś rywala, który pasuje do opisu.

– W porządku.
– Zrezygnował z Triny i poszukał sobie York.
– Chryste, tylko jej tego nie mów. Eve rzuciła mu zimne spojrzenie.
– Trochę zaufania!
– Przepraszam,  oczywiście.  Jeszcze  raz sprawdzę nieruchomości,  tym 

razem skupię się na ulicach poniżej Pięćdziesiątej. Odezwę się, jak skończę.

– Dobra. Wiatr nareszcie się zmienia.
Wyciągnął dłoń i pogładził kciukiem cienie pod oczami Eve. 

background image

– Spróbuj nie pić za dużo kawy.
Uznała, że próba nie oznacza jeszcze, że musi jej się powieść. A poza 

tym, „za dużo kawy" to właściwie ile? Wysłała rysopis, a następnie wrzuciła 
go do bazy danych IRCCA.

Przy tak ogólnym opisie zapewne uzyska niezliczoną ilość odpowiedzi. 

Będzie   musiała   spędzić   sporo   czasu,   przeglądając   je   wszystkie,   ale   tego 
kroku nie mogła pominąć.

Zaczęła sprawdzać różne możliwości. Sprawca mieszkał, pracował i miał 

upodobanie   do   centrum   Manhattanu.   Szukając   ofiar,   bywał   w   sklepach, 
restauracjach,   klubach   i   różnych   ośrodkach   w   tym   sektorze.   Przed 
spotkaniami z potencjalnymi ofiarami zmieniał wygląd, stosując na przykład 
peruki.

Wyszukała publiczne i prywatne parkingi i garaże i zaczęła obdzwaniać 

właścicieli, menedżerów i pracowników na służbie.

Przebrnęła przez wyszukiwanie budynków, w których przechowywano 

zwłoki lub w których mieściły się szpitale w czasie wojen miejskich.

A robiąc to, przeczytała raport Newkirka z pierwszego dnia przesłuchań 

lokatorów bloku Greenfeld.

Potwierdziło   się   jej   pierwsze   wrażenie   na   temat   młodego 

funkcjonariusza.   Newkirk   okazał   się   bardzo   dokładny.   Miała   nazwiska, 
adresy i szczegóły każdej rozmowy.

Przejrzała swoje notatki i znalazła numer kontaktowy Gila Newkirka.
Odebrał   natychmiast,   w   pełnej   gotowości,   ale   z   zablokowanym 

przekazem wideo, co nagle przypomniało jej, która jest godzina.

–   Funkcjonariuszu   Newkirk,   tu   porucznik   Dallas.   Przepraszam,   że 

przeszkadzam o tak późnej porze.

– Nie ma problemu, pani porucznik. Moment.
Zaczekała, a już po trzydziestu sekundach zamiast niebieskiego ekranu 

pojawił się przekaz wideo i zobaczyła kwadratową szczękę starszej wersji 
młodego gliniarza, którego poznała na miejscu zbrodni.

– W czym mogę pomóc?
– Najpierw chcę powiedzieć, że pana syn to prawdziwy skarb dla ekipy. 

Musi pan być z niego dumny.

– Codziennie – zgodził się Newkirk senior. – Dziękuję, pani porucznik.
– Zastanawiam się, czy nie spróbowałby pan odświeżyć trochę pamięć i 

przypomnieć   sobie   świadków,   których   przesłuchiwał   pan   w   trakcie 

background image

dochodzenia dziewięć lat temu. Chodzi mi o konkretną osobę.

Podała mu rysopis.
– Dziewięć lat temu.
–   Wiem,   że   to   sporo   czasu.   Mógł   trochę   utyć,   możliwe,   że   miał 

ciemniejsze włosy, choć równie dobrze już wtedy mogły być białe. Mógł 
mieszkać albo pracować w miejscu, w którym popełniono jedno lub kilka z 
tych zabójstw.

– Rozmawiałem wtedy z mnóstwem ludzi, pani porucznik. A w ogóle to 

wszedłem do zespołu dopiero po drugim zabójstwie. Ale jeśli da mi pani 
trochę czasu, to przejrzę notatki.

– Czy pańskie są tak samo szczegółowe i rzeczowe jak raporty syna?
Gil się uśmiechnął.
– Moja szkoła.
– W takim razie będę wdzięczna za pomoc. Będę w biurze w centrali o 

siódmej punkt. Może pan się kontaktować ze mną tam lub przez łącze o 
każdej porze. Podam panu wszystkie namiary.

Pokiwał głową.
– Proszę mówić.
Gdy  już wszystko spisał,  pokiwał jeszcze  raz. – Właściwie  to akurat 

przeglądałem   swoje   zapiski.   Rozmawialiśmy   o   sprawie   z   kapitanem 
Feeneyem.

– Tak, wiem. W razie czego może pan kontaktować się z nim zamiast ze 

mną. Jeszcze raz przepraszam, że pana obudziłam.

–   Jestem   gliną   od   trzydziestu   trzech   lat.   Przywykłem.   Jeszcze   jeden 

strzał   w   ciemno,   pomyślała   Eve,   kończąc   połączenie.   A   jednak   próby 
zaczynały owocować.

Kiedy zjawił się Roarke, musiała walczyć ze sobą, by się skoncentrować. 

Po prostu oczy jej się same zamykały.

– Masz coś?
–   Przeszukałem   konkurencję,   nie   znalazłem   nikogo,   kto   dokładnie 

odpowiadałby rysopisowi.

– A z grubsza?
– Paru facetów, którzy pod jakimś względem pasują i zajmują wyższe 

stanowiska u konkurencji. Nic konkretnego. Część przebywa za granicą lub 
poza planetą. Żaden jednak nie pasował do innych miejsc i ram czasowych. 
Sprawdziłem pracowników niższych rangą, bo uznałem, że ktoś może mieć 

background image

jakieś żale do mnie lub mojej firmy. Tam też nic nie znalazłem. Ale kiedy 
tak przekopywałem te bazy, pomyślałem, że to szukanie wiatru w polu.

– Musisz szukać, żeby złapać.
– Eve, to nie moja sprawa. Tu nawet nie chodzi o mnie. Tu chodzi o 

ciebie.

Zamrugała gwałtownie. 
– Ja...
– Daj spokój, masz to wypisane na twarzy. – Miotał słowa ze złością. – 

Jesteś zbyt zmęczona, żeby cokolwiek ukryć. Wcale cię to nie zaskoczyło. 
Niech to jasny szlag! Już dawno na to wpadłaś, a mnie spławiłaś papierkową 
robotą.

– Ej, chwila.
Podszedł do niej i podniósł ją z fotela.
– Nie masz prawa. Żadnego. Wiedziałaś, że wykorzystał mnie, bo jestem 

powiązany z tobą. To ty jesteś tym, co nas z nim łączy. Od pierwszego 
śledztwa.

– Uspokój się.
– Nie ma takiej możliwości!
Jego gniew, gorący czy zimny, bywał niebezpieczny, a gdy dochodziły 

do tego poplątane emocje i zmęczenie, mógł się okazać bardzo groźny.

– To ty będziesz jego następnym celem. Najcenniejszym klejnotem w tej 

jego cholernej koronie. Od dawna o tym wiesz, ale nic nie powiedziałaś. Nie 
raczyłaś mnie poinformować.

– Przestań. Mam dość wysłuchiwania, że czegoś nie raczyłam zrobić. To 

śledztwo w sprawie o zabójstwo. Dyskietkę z uprzejmością zostawiłam w 
pracy. Odczep się!

Szarpnął ją w górę, aż musiała wspiąć się na palce.
– Gdybym nie czuł się taki winny i zmartwiony, że może to wszystko 

przeze mnie, że może zrobiłem coś, co sprowokowało go do zabijania moich 
pracownic, już dawno bym na to wpadł. A ty przez cały czas pozwalałaś mi 
tak myśleć.

– Nie wiem, czy bardziej chodzi o ciebie czy o mnie, ale wiem, i od 

początku   wiedziałam   jedno,   na   Boga,   właśnie   udowodniłeś,   że   się   nie 
myliłam: gdybym powiedziała ci o tej możliwości, wpadłbyś w szał.

– Czyli mnie okłamałaś.
Jej wściekłość dojrzewała i nabierała już takiej mocy, że Eve musiała 

background image

panować nad sobą, by nie rzucić się na niego z pięściami.

– Nie okłamałam cię.
– Tylko ukryłaś prawdę. – Postawił ją z powrotem na ziemi. – Myślałem, 

że bardziej sobie ufamy.

– Cholerny świat. – Usiadła i złapała się za głowę. – Może po prostu 

wszystko rozwalam na prawo i lewo. Najpierw Feeney, teraz ty. Oczywiście, 
że ci ufam. Jeśli do tej pory tego nie zauważyłeś, to już sama nie wiem, co 
jeszcze mam zrobić.

– Wystarczyło wspomnieć o tym drobiazgu.
– Potrzebowałam czasu, żeby wszystko sobie przemyśleć.
Tak naprawdę nawet nie przeszło mi to przez myśl, dopóki Mira nie 

zwróciła   na  to   uwagi.   Dziś,   kilka  godzin   temu.   Do   cholery,  nie   miałam 
czasu,   żeby   się   zastanowić,   nawet   jeszcze   nie   sprawdziłam 
prawdopodobieństwa.

– To sprawdź.
Opuściła ręce i spojrzała na niego. Jej wściekłość zaczęła opadać, aż w 

końcu wygasła.

– Nie dam rady. Musisz to wiedzieć; nie dam rady, jeśli ty też będziesz 

przeciwko mnie. Nie udźwignę tego od was obu w ciągu jednego dnia. Nie 
chciałam was urazić. Ja tylko starałam się wykonywać swoją pacę najlepiej, 
jak potrafię. Niczego przed tobą nie ukrywałam,  ja po prostu sama  tego 
jeszcze nie... przetrawiłam.

–   Albo   nie   wpadłaś   na   pomysł,   jak   to   wykorzystać,   gdyby   po 

przetrawieniu się okazało, że to ma sens.

– Wykorzystam, jeśli okaże się, że to ma sens. Sam to wiesz, jeśli mnie 

znasz.

– Tak, wiem. – Odwrócił się i podszedł do okna.
–   Kiedyś   z   nikim   się   nie   konsultowałam   przed   podjęciem   decyzji   – 

mówiła dalej Eve. – Nie uważałam tego za konieczne. Po prostu nie brałam 
pod uwagę niczyich uczuć ani opinii. Ale to się zmieniło. Ja się zmieniłam. 
Przeanalizowałabym   to   dokładnie   i   z   każdym   wnioskiem   i   pomysłem 
przyszłabym do ciebie. Nie zrobiłabym następnego kroku bez rozmowy z 
tobą.

To   prawda,   powiedział   sobie   w   duchu   Roarke,   próbując   okiełznać 

własną   wściekłość   i   strach.   Takie   wyjaśnienie   wystarczyło   im   obojgu. 
Przyniosło ulgę.

background image

– A jednak zrobisz następny krok bez względu na moje uczucia i opinię.
– Tak.
Roarke odwrócił się do niej.
– Prawdopodobnie nie kochałbym cię tak bardzo, gdyby było inaczej.
Eve odetchnęła głośno.
– Prawdopodobnie nie kochałabym cię, et cetera, et cetera, gdybyś nie 

rozumiał, że nie może być inaczej.

– Cóż.
– Przepraszam. Wiem, że ci ciężko.
– Tak. Wiem, że wiesz, ale tego nie rozumiesz. Jak mogłabyś rozumieć? 

Dlaczego miałabyś to rozumieć? – Dotknął jej policzka. – Nie wkurzałbym 
się tak, gdybym wcześniej sobie uświadomił, że wcale nie chodziło o mnie, 
tylko o ciebie.

– Nie wszystko kręci się wokół ciebie, asie. Uśmiechnął się, a o to jej 

chodziło – ale jego oczy wciąż były poważne.

– Obgadamy dokładnie i w szczegółach każdy plan, jaki wymyślisz, z 

uwzględnieniem tego nowego elementu. Z tobą jako przynętą.

– Masz moje słowo.
– Dobrze. A teraz idziemy spać, moja pani porucznik. Dochodzi druga, a 

ty pewnie będziesz chciała wstać przed piątą.

– Tak, racja. Trzeba się trochę zdrzemnąć.
Poszła z nim, ale wciąż nie mogła wyłączyć tego światełka, które zapalił 

jej w mózgu.

– Chodziło mi to po głowie – zaczęła. – Ja jako cel. Miałam ogromny 

natłok informacji i założeń.

–   Od   dwóch   dni   i   trzech   nocy   jestem   obok   ciebie,   więc   dokładnie 

rozumiem, ile tego musi się kłębić w twojej głowie.

– Tak, ale... Boże, wychodzi ze mnie kobieta, jeszcze zanim ubiorę to w 

słowa.

– Błagam, trzeba cię powstrzymać!
– Mówię poważnie. – Zawstydzona Eve schowała ręce do kieszeni. – 

Wiesz, jak kobiety potrafią w kółko przeżuwać swój problem. Tylko patrzeć, 
jak zacznę rozmyślać,  jaki kolor szminki  najlepiej pasuje do mojej cery. 
Albo butów.

Roarke roześmiał się i pokręcił głową.
– To raczej nam nie grozi.

background image

– Jeśli kiedyś do tego dojdzie, zastrzel mnie, dobrze?
– Z przyjemnością.
– Zmierzałam jednak do czegoś innego. To irytujące, ale ja nawet nie 

wiem,  czy  ten pomysł w ogóle jest wykonalny. Przecież  nie wpadnę do 
faceta, żeby mu zaplanować przyjęcie albo uczyć go samby.

–   Często   chodzisz   do   domów   obcych   ludzi,   by   ich   przesłuchać   albo 

spisać zeznania.

– OK, tak – powiedziała, gdy weszli do sypialni. – Tylko że rzadko 

kiedy jestem solo, a poza tym, zawsze wiadomo, dokąd idę. Jezu, Roarke, 
jestem gliną. Starszemu facetowi raczej trudno będzie mnie porwać.

– I właśnie  dlatego stanowisz  prawdziwe wyzwanie. To tylko dodaje 

smaczku całej sprawie. – Tak, ale...

– Dziś to mogłaś być ty zamiast Ariel Greenfeld. Gdybyś przez ostatnie 

dni, a w zasadzie tygodnie pozostawała na widoku, mógłby zdjąć ciebie.

– Nie, nie mógłby. – I właśnie dlatego tak się tym gryzła. Uświadomiła 

to sobie dopiero teraz, gdy się rozbierała. Musiał to zauważyć, zaakceptować 
i   się   uspokoić.   –   Tylko   pomyśl,   od   piątku   wieczór   może   przez   godzinę 
byłam sama w biurze. Poza domem i centralą cały czas towarzyszysz mi ty 
lub   Peabody.   Uważasz,   że   może   zdobyć   nade   mną   przewagę,   ale   czy 
sądzisz,   że   zdobędzie   przewagę   nad   nami   obojgiem?   Albo   nad   dwiema 
policjantkami?

Roarke zatrzymał się i przez chwilę się jej przyglądał. Jego ściśnięty 

żołądek stopniowo się uspokajał.

– Masz rację. Ale widzę, że już kombinujesz, jak to zmienić.
– Kombinuję. Jeśli pójdziemy tym tropem, a to wciąż stoi pod wielkim 

znakiem   zapytania,   to   będę   miała   podsłuch,   będę   miała   ochronę.   Będę 
uzbrojona.

– Trzeba zamontować nadajnik w twoim samochodzie.
– Zrobi się.
– Nie, chcę go mieć już dziś, zanim jutro wyjedziemy z domu. Dopilnuję 

tego.

Trzeba   iść   na   ustępstwa,   przypomniała   sobie   w   duchu.   Nawet   jeśli 

strasznie tego nienawidziła.

–   Cóż,   i   tak   padł   mój   plan,   żeby   wymknąć   się   i   spotkać   z   Pablem, 

chłopakiem od basenu, na godzinę gorącego seksu.

– Cóż, musimy się poświęcać. Ja sam trzy razy w ciągu ostatnich paru 

background image

dni przekładałem spotkanie z Vivien, francuską pokojówką.

– Zboczeniec – powiedziała ze śmiechem Eve, gdy wśliznęli się do łóżka 

i szturchnęła Roarke'a lekko łokciem, gdy przyciągnął ją do siebie.

–   I   kto   tu   mnie   podkręca,   kiedy   powinniśmy   iść   spać.   –   Jego   palce 

łagodnie   musnęły   jej   piersi,   zsunęły   się   niżej,   pogładziły   brzuch   i  znów 
wróciły do góry.

Wzdychając, położyła dłoń na jego ręce, zachęcając do pieszczot. To 

znacznie lepsze, pomyślała, to najlepszy sposób, by zakończyć ten długi, 
męczący dzień. Dwa ciała kołyszące się w ciemności.

Kiedy jego usta dotknęły jej karku, wyprężyła się jak kotka.
– Sen to dobry sposób na naładowanie baterii.
–   Na   to   wygląda.   Niestety,   wygląda   też,   że   nie   potrafię   oderwać   od 

ciebie rąk.

Pozwoliła, by zrobił się przy niej twardy i gorący.
– Masz rękę w dziwnym miejscu. Powinieneś iść z tym do lekarza. To 

może... Och. – Westchnęła i zadrżała, gdy w nią wszedł.

– To lepsze miejsce. – Jego dłoń powędrowała niżej i przylgnęła do niej, 

gdy powolnymi ruchami dawał im obojgu rozkosz.

Poczuła, jak jej ciało robi się miękkie, oddech przyspiesza, krew zaczyna 

krążyć szybciej. Dotykał jej, pieścił ją, brał. Jego ręce były wszędzie. Piersi, 
tors, brzuch, to cudownie gorące miejsce, gdzie się połączyli.

Czuł,   jak   drżała,   czuł   każdy   dreszcz   wstrząsający   jej   ciałem,   gdy 

całkowicie mu się poddała.

Szepcząc jego imię, przetoczyła się na niego i poruszając się miarowo, 

zmierzała do szczytu. W ciemności znał ją całą: jej ciało, serce i umysł. W 
chwili   uniesienia   szeptał   jej   do   ucha   słowa   w   języku   swojego   trudnego 
dzieciństwa. Ona była jego dopełnieniem.

Ich zjednoczenie, absolutne połączenie było tak proste, tak naturalne, tak 

wyborne. Gdy był z nią, nie czuła pustki, nie pamiętała krwi i śmierci. Tylko 
spokój i rozkosz. Te dłonie, tak cierpliwe i umiejętne, ten szept przepełniony 
miłością.

Tylko tu mogła poddać się bezwarunkowo, całkowicie ulec. Uniosła się 

więc i z drżeniem przywarła do niego na ten jeden moment, jeden jedyny 
moment zapierającej dech w piersiach rozkoszy. Czując, że wspinał się na 
szczyt razem z nią, objęła go z całej siły i przytrzymała.

A potem opadał i wtuliła się w jego gorące ciało.

background image

Uśmiechnęła się w ciemności, wzięła go za rękę i położyła sobie jego 

dłoń między piersiami.

– Buenas noches, Pablo.
– Bonne nuit, Vivien.
I zapadła w sen.

Szkoda. Wielka szkoda, ale z Gią nie można było już nic więcej zrobić. 

A przecież przeprowadził dokładne badania i nic nie wskazywało, że tak 
łatwo ją złamie. Szczerze mówiąc, miał wrażenie, że tylko co zaczęli, a tu 
okazuje się, że już muszą skończyć.

Wstał wcześnie  rano. Wbrew wszystkiemu  miał  nadzieję, że może  w 

nocy   odzyskała   trochę   woli   życia.   Podał   jej   dopaminę,   spróbował   z 
lorazepamem.   Nie   było   łatwo   je   zdobyć,   ale   uznał,   że   ten   wysiłek   jest 
konieczny.

Próbował   elektrowstrząsów   i   tu,   musiał   przyznać,   efekty   okazały   się 

bardzo interesujące. Ale niestety, ani muzyka, ani leki, ani nakłuwanie nie 
wpłynęły   na   nią   w   żadnym   stopniu.   Mimo   wielu   wysiłków   nie   zdołał 
otworzyć zablokowanych drzwi do jej umysłu, za którymi się ukryła.

Po   naprawdę   imponującym   sukcesie   z   Sarifiną   była,   to   miażdżąca 

porażka. A jednak pamiętał, że do partnerstwa potrzeba dwojga.

– Nie chcę, żebyś się obwiniała, Gia. – Ułożył jej ramiona w rynnach 

wzdłuż stołu, tak by krew mogła swobodnie odpływać. – Może za bardzo się 
pospieszyłem   i   źle   wszystko   rozplanowałem.   W   końcu   każdy   z   nas   ma 
indywidualną granicę tolerancji bólu, stresu, strachu. Nasze ciała i umysły są 
w stanie znieść tylko tyle i koniec. Owszem, to prawda – mówił dalej, robiąc 
pierwsze nacięcie na jej nadgarstku – że trening, ćwiczenia, stosowna dieta 
czy   edukacja   mogą   podnieść   ten   poziom.   Wiedz   jednak,   że   rozumiem   i 
doceniam, że zrobiłaś wszystko, co w twojej mocy.

Otworzywszy żyły na prawym nadgarstku kobiety, przeszedł na drugą 

stronę stołu i ujął lewą rękę Gii.

– Bardzo miło spędziłem z tobą czas, choć nie było go dużo. Cóż, po 

prostu tylko tyle mogłaś mi poświęcić. Jak powiadał mój dziadek, każde 
żywe stworzenie to zegar, który zaczyna odliczanie z pierwszym oddechem. 
Liczy się to, jak wykorzystamy swój czas, prawda?

Skończył, oddalił się i zajął sterylizowaniem skalpela. Dokładnie zmyl 

krew z rąk i wysuszył je ciepłym powietrzem z suszarki.

background image

–   A   teraz   –   powiedział   radośnie   –   chwila   muzyki.   Często   włączam 

dziewczętom „Celeste Aida", gdy przychodzi ich czas. Wyborna aria. Na 
pewno ci się spodoba.

Zamówił   utwór,   a   gdy   muzyka   wypełniła   pomieszczenie,   usiadł   i   z 

zamglonym wzrokiem wrócił wspomnieniami o kilka dekad wstecz. Do niej.

I patrzył, jak z Gii Rossi wycieka życie.

background image

Rozdział 13

Gdy   Eve   weszła   pod   prysznic,   Roarke   już   się   suszył.   Schrypniętym 

głosem uruchomiła bicze wodne. Miała wrażenie, że kiedy spała, ktoś skleił 
jej oczy taśmą.

Gorący prysznic pomógł, ale wiedziała, że do rozruszania wszystkich 

silników potrzeba jej znacznie więcej. Przez moment zastanawiała się, czy 
nie wziąć dozwolonej przez wydział pigułki energetyzującej, ale uznała, że 
jednak zatrzyma ją na później jako wyjście awaryjne. Owszem, ten środek 
postawiłby ją na nogi, ale potem przez cały dzień byłaby podenerwowana.

Zostanie przy kofeinie. Morzu kofeiny.
Gdy wyszła, Roarke miał na sobie spodnie. Tylko spodnie, zauważyła 

Eve. Nagi tors, bose stopy i te jego cudowne ciemne włosy wciąż wilgotne 
od prysznica.

Istniały różne środki, które pobudzały ją do działania, ale on z pewnością 

znajdował się na samym początku jej osobistej listy.

A kiedy podszedł i podał Eve kubek kawy, jej miłość nie miała granic.
Pomruk, który z siebie wydała, był dowodem zadowolenia zarówno z 

niego, jak i z pierwszego łyku życiodajnego płynu.

– Dzięki.
–   Zaraz   będzie   jedzenie.   Nie   dokończyliśmy   wczoraj   kolacji,   nie 

pozwolę, żebyś przez cały dzień żyła o kawie i dobrych chęciach.

– Jak to jest – zapytała, podchodząc do garderoby i wyjmując coś, co 

wyglądało na ciepłe i wygodne. – Jak ty to robisz, że po kilku godzinach snu 
wyglądasz sexy i jesteś wypoczęty, a ja czuję się tak, jakby mój mózg robił 
za piłkę podczas meczu?

–   Nieprawdopodobna   siła   woli   i   doskonały   metabolizm.   –   Wybrał 

koszulę,   zarzucił   ją   na   plecy,   ale   nie   zawracał   sobie   głowy   zapinaniem 
guzików. Przyglądał się Eve, gdy wciągała szare spodnie. – Mogę zamówić 
napój energetyzujący.

– Nie. Zostawia ten koszmarny posmak w ustach, a poza tym zawsze 

wydaje mi się, że oczy wyskoczą mi z orbit. Dziwnie się po nim czuję. – 
Włożyła   białą   bluzę   z   długimi   rękawami,   a   na   nią   czarny   sweter.   –   Po 
prostu...

Urwała i skrzywiła się, słysząc pukanie do drzwi sypialni.

background image

– Kto inny przy zdrowych zmysłach może być na nogach o tej porze?
– Przekonajmy się. – Roarke podszedł do drzwi i otworzył je dla Mavis i 

Belle.

– Przez szparę w drzwiach zauważyłam, że się u was świeci.
– Coś z dzieckiem? – zapytał Roarke. – Jest chora?
– Bella? Nie, to dziecko „trzy razy t", totalnie tip-top. Wstałam, żeby jej 

zmienić pampersa i ją przytulić. Wyjrzałam z sypialni i zobaczyłam u was 
światło. Mogę na chwilę wejść?

– Oczywiście. Właśnie przymierzaliśmy się do śniadania. Masz na coś 

ochotę?

–   Nie,   dla   mnie   jeszcze   za   wcześnie,   żeby   napychać   żołądek.   Mogę 

dostać odrobinę soku? Z papai, jeśli można?

– Siadaj.
– Wszystko w porządku? – zapytała Eve.
– Tak, cóż, no wiesz... Po tym, jak Belle rozpłakała się nad ranem, już 

nie miałam ochoty wracać do łóżka.

Mavis miała na sobie pasiastą biało-czerwona piżamę, którą Summerset 

musiał   chyba   wykopać   spod   ziemi,   stanowczo   za   dużą   i   zbyt 
konserwatywną.   Sprawiała,   że   mała   Mavis   wydawała   się   Eve   jeszcze 
drobniejsza i delikatniejsza.

– Wszystko będzie dobrze, nie musisz się o nic martwić.
– Hm,  chciałam tylko sprawdzić, czy u was  wszystko w porządku, i 

zapytać, czy mogę jakoś pomóc.

– Wszystko pod kontrolą. – Mavis stała w progu i lekko kołysała się na 

boki,   co   sprawiało,   że   Eve   od   samego   patrzenia   na   nią   miała   mdłości. 
Dlatego zaprosiła ją do środka i wskazała fotel. – Usiądź.

– Pomyślałam, że przejrzymy z Triną książkę wizyt, może uda nam się 

też znaleźć perukę. – Mavis wzruszyła ramionami. – Trinie wydawało się, że 
facet używał produktów z jednej linii: kremów i lotionów do twarzy i ciała. 
Może mogłabym spróbować się dowiedzieć, gdzie są dostępne i... nie wiem. 
Może mogłabym wam jakoś pomóc?

– Może.
Roarke postawił przed nią wysoką szklankę z sokiem, kilka owoców i 

koszyczek   z   muffinami.   Mavis   spojrzała   na   nie,   potem   na   Roarke'a.   – 
Gdybym nie szalała na punkcie mojego misia, biłabym się z Dallas o ciebie.

– Rozdeptałabym cię jak robaka – ostrzegła Eve.

background image

– Tak, a potem byś kulała. Czy możemy dziś u was zostać?... Ja i Belle... 

dopóki... Leonardo wraca po południu. Zastanawiałam się...

–   Zostańcie,   jak   długo   chcecie   –   powiedział   Roarke,   wyjmując   dwa 

talerze z autokucharza.

– Dzięki. On bardzo się martwi.  Zaczął się zastanawiać,  co by było, 

gdybyśmy   obie  były   z  Triną,  a  ten  okropny   facet   spróbował  ją  podejść. 
Wiem,   że   to   mało   prawdopodobne,   ale   kiedy   ma   się   dziecko,   człowiek 
zaczyna wymyślać najdziwniejsze scenariusze.

– Rozluźnij się, możecie z Belle tu zostać – zapewniła Eve.
Jak na wezwanie Belle zaczęła się wiercić i płakać. Mavis poruszyła się i 

sprawnie rozpięła górę od piżamy.

– Pomyślałam, że jeśli Trina skończy wcześniej... – Tak, tak, jasne... – 

Eve odruchowo odwróciła wzrok i złapała kubek z kawą. – Ktoś odwiezie ją 
po wszystkim do domu. Nie ma sprawy.

– Cudownie. Co za ulga. To takie...
– No cóż, w takim razie... – Roarke poderwał się na równe nogi, gdy 

Mavis wydobyła pierś, do której natychmiast przyssała się Belle. – To ja 
już... Pójdę gdzieś indziej.

Jego reakcja rozbawiła Mavis. Jej twarz się rozjaśniła.
– Ona też chce śniadanie – powiedziała ze śmiechem. – Prawie wszyscy 

widzieli już moje piersi.

– Chyba ci wspominałem, że są absolutnie urocze. Zastanawiam się, czy 

nie powinienem...

– Nie, usiądź. – Chichocząc, Mavis sięgnęła po sok i wstała, bez trudu 

radząc sobie ze szklanką i dzieckiem przy piersi. – Zaraz się przyzwyczaisz, 
a za chwileczkę wrócimy do siebie. Zwykle po śniadaniu ucinamy sobie 
drzemkę. Jak się czegoś dowiem o peruce lub produktach, to dam znać.

– Zrób to.
Kiedy znów zostali sami, Roarke wbił wzrok w swój talerz.
– Ciekawe dlaczego dziś rano zamówiłem sobie jajka sadzone żółtkiem 

do góry.

–   Bo   wyglądają   jak   para   ślicznych   lśniących   żółtych   piersi.   – 

Uśmiechając się, Eve sięgnęła po kawałek bekonu. – A Mavis, jak oboje 
pamiętamy, nieraz malowała swoje na żółto.

–   Za   każdym   razem,   gdy   karmi   swoje   dziecko,   czuję   się   taki... 

zakłopotany.

background image

– Zdawało mi się, że zaraz wpadniesz w panikę.
– Z lekka spanikowałem. To takie intymne.
– Chyba oboje będziemy musieli jakoś sobie z tym radzić. A na razie 

zacznijmy się zbierać. Jedz te swoje cycuszki.

Rozdzielili się w centrali. Eve zaprowadziła Trinę do pomieszczenia, w 

którym Yancy miał rysować portret pamięciowy.

– Wiesz, gdyby gliniarze mieli większą wyobraźnię i przykładali wagę 

do ubioru i fryzur, poprawiłoby to wasz wizerunek.

Eve wskoczyła na ruchomy chodnik i przyglądała się trzem oficerom z 

wydziału nielegalnych substancji, zjeżdżającym na dół. Zarośnięte twarze, 
zdeptane buty, wybrzuszenie z boku marynarki, w miejscu, gdzie nosi się 
broń.

Jej zdaniem wyglądali OK.
– Tak, przygotowujemy specjalne seminarium poświęcone tej tematyce. 

Moda obronna.

– To wcale nie jest takie absurdalne, jak myślisz – upierała się Trina. – 

Ciuchy mogą być zarówno metodą obrony, jak i ataku.

– Mów do mnie jeszcze.
– Ubranie może być oświadczeniem albo refleksją. Twoje akurat mówi, 

że nie tylko lubisz rządzić, ale chętnie kopiesz tyłki.

– Moje spodnie mówią, że tu rządzę? – Eve nie potrzebowała pomocy 

Miry, żeby rozpoznać nerwowy bełkot.

– Oczywiście. Ciemne kolory, ale nie ponure. Tkanina dobrej jakości, 

prosty  krój.  Mocne   czerwienie,  nasycone  zielenie,  ostry  niebieski   dodają 
władzy.

– Będę o tym pamiętać.
– Powinnaś nosić okulary przeciwsłoneczne. – Ciągle je gubię.
–   Cóż,   to   przestań.   Co   ty,   masz   dwanaście   lat?   Okulary 

przeciwsłoneczne to dopełnienie wizerunku. Długo to potrwa? Jak myślisz, 
dużo   czasu   mi   to   zajmie?   A   jak   sobie   nie   poradzę?   Co   będzie,   jak   się 
pomylę? Jak...

– Przestań. Co ty, masz dwanaście lat? – Trina roześmiała się nerwowo, 

a Eve zeszła z chodnika. – Potrwa tyle, ile potrwa. Uspokój się, musisz się 
uspokoić. Yancy to mój najlepszy człowiek. Najlepszy, z jakim pracowałam. 
Jeśli   się   pomylisz,   to   wrzucimy   cię   na   parę   godzin   za   kratki,   aż   sobie 
przypomnisz.

background image

– Jaja sobie robisz.
– Trochę. – Eve pchnęła drzwi.
Yancy już czekał, siedział przy swojej konsoli. Wstał i uśmiechnął się na 

powitanie wchodzących kobiet.

– Pani porucznik.
– Detektywie. Dziękuję, że tak wcześnie przyszedłeś do pracy.
– Spoko. Trina? – Wyciągnął do niej rękę. – Jak się czujesz?
– Trochę skołowana, tak mi się wydaje. Jeszcze nigdy tego nie robiłam.
– Zrelaksuj się. Wszystko ci wyjaśnię. Napijesz się czegoś? Może coś 

zimnego?

– Hm, może. Może napój cytrynowy? Dietetyczny.
– Zaraz przyniosę. Siadaj.
Trina obserwowała, jak wychodził.
– No, kochana, ale ciacho.
– Nie przyszłaś tu podrywać mojego człowieka.
– Ale chyba czasami miewa wolne? – Trina odwróciła się i wyciągnęła 

szyję, by lepiej przyjrzeć się tyłkowi Yancy'ego, zanim detektyw zniknął za 
rogiem. – Puknęłaś go kiedy?

– Nie. Jezu, Trina.
– Oj, to twoja strata. Przy tej budowie na pewno może się bzykać całą 

noc.

– Dzięki. Serdeczne dzięki za zwrócenie mi na to uwagi. To z pewnością 

poprawi moje stosunki zawodowe z detektywem Yancym.

– Sama chętnie poprawiłabym z nim stosunki zawodowe. – Trina głośno 

wypuściła powietrze. – Hej, kiedy myślę o seksie, to mniej się denerwuję. 
Dobrze   wiedzieć.   A   więc   praca   z   detektywem   Gorącym  Tyłeczkiem   nie 
będzie taka przykra.

– Tylko się tu nie opieprzajcie. – Eve przyczesała palcami włosy, gdy 

Yancy wrócił z napojem dla Triny i siebie. – Wiesz,  jak mnie  złapać – 
powiedziała do niego.

– Taa. Trina i ja... – Puścił do Triny oczko. – Przygotujemy dla ciebie 

twarz tego faceta. Hej, Trina, od dawna zajmujesz się urodą?

Eve   wiedziała,   że   miał   właśnie   taki   styl   pracy,   zagadywał   i   robił 

wszystko, by świadek się rozluźnił i nie denerwował. Już chciała mknąć na 
niego, żeby dał spokój i wziął się do pracy, ale się opanowała. Po prostu 
odwróciła się i wyszła.

background image

Miała wystarczająco dużo czasu, żeby wrócić do biura, uporządkować 

nowe   wiadomości   i   własne   myśli   przed   odprawą.   Muszę   zaraz   wezwać 
Peabody, pomyślała Eve, kierując się do wydziału zabójstw.

Zrobi odprawę, a potem przygotuje się do tego idiotycznego spotkania z 

reporterami. Musi też sprawdzić, jakie jest prawdopodobieństwo, że to ona 
może się stać potencjalnym celem następnego ataku. W ciągu dnia postara 
się   znaleźć   chwilę,   żeby   porozmawiać   o   tym   z   Mirą.   Ale   najbardziej 
pragnęła wyjść w teren, na ulicę.

Jeśli ten bydlak ją obserwował, może uda jej się coś zauważyć.
Otworzyła drzwi swojego pokoiku i stanęła w progu zaskoczona, widząc, 

że w fotelu dla gości siedzi Feeney z kubkiem kawy w ręce.

Wstał.   Wyglądał   fatalnie,   pomyślała.   Nawet   gorzej   niż   fatalnie. 

Wyprostowała się, choć jej żołądek zaczął się kurczyć.

Jego podkrążone, zapuchnięte oczy wbiły się w nią natychmiast.
– Masz minutę?
– Tak. –  Weszła   do środka  i zamknęła  drzwi. Pierwszy  raz  w życiu 

pożałowała,   że   jej   gabinet   jest   taki   mały.   Stanowczo   za   ciasno   tu,   żeby 
swobodnie się poruszać, pomyślała. Nagle wydało jej się, że jest za mało 
miejsca na to, co ma się wydarzyć.

Powiedziała to ot tak, po prostu, bez planu i namysłu.
– Chciałam cię przeprosić za...
– Przestań – odparł tak szybko, że aż odrzuciła głowę jak po uderzeniu. – 

W   tej   chwili   przestań.   Dość   już   nagadałaś,   i   bez   tego   mi   wystarczy. 
Odwołałaś mnie. Wyrzuciłaś z zespołu. Prowadzisz to dochodzenie, jesteś 
szefem   ekipy,   a   ja   podważyłem   twoje   uprawnienia   i   twoją   władzę.   Nie 
miałem prawa tego mówić. Więc... – Urwał i upił duży łyk kawy. – To 
wszystko.

– To wszystko – powtórzyła Eve. – Więc tak to ma wyglądać?
– Teraz ty decydujesz, jak to ma wyglądać. Chcesz, żebym odszedł z 

zespołu, proszę bardzo. Masz moje notatki, zorganizuję jakieś zastępstwo.

Przez moment żałowała, że jej nie uderzył, zamiast stawiać te bolesne 

zarzuty.

– Dlaczego tak mówisz? Dlaczego uważasz, że chciałam cię odwołać z 

ekipy?

– Na twoim miejscu sam bym tak zrobił. Poważnie.
– Gówno prawda. – Nie kopnęła biurka. Tym razem kopnęła swój fotel, 

background image

który potoczył się do fotela dla gościa, odbił się i uderzył w ścianę. – I nie 
jesteś na moim miejscu. Głupi sukinsyn.

Otworzył szeroko swoje zapuchnięte oczy.
– Coś ty powiedziała?
– Słyszałeś. Jesteś sztywny, zbyt uparty i zbyt głupi, żeby odłożyć na 

bok   urażoną   dumę   i   ze   mną   pracować,   ale   będziesz   musiał   jakoś   to 
przełknąć.   Nie   mogę   sobie   pozwolić,   żeby   stracić   najważniejszego 
człowieka dla tego śledztwa. Dobrze o tym wiesz. Dlatego nie przychodź mi 
tu i nie chrzań, że mam powód, żeby cię wykopać.

– To ty zaraz zaliczysz kopa prosto w dupę.
– Nie dałeś mi rady dziesięć lat temu – odcięła się – więc tym bardziej 

nie dasz rady teraz.

– Chcesz się przekonać, dzieciaku?
– Chcesz się sprawdzić, to proszę bardzo. Zaraz, jak tylko zamkniemy tę 

sprawę. Jeśli nadal będziesz chodził z tym kijem w dupie, to osobiście ci go 
wyrwę i trzepnę cię nim. Co się z tobą dzieje, do ciężkiej cholery?

Jej głos tylko troszkę się załamał, ale wystarczyło, by oboje poczuli się 

żałośnie.

–   Przychodzisz   tu   obrażony   i   wyniosły   i   nawet   nie   pozwolisz   się 

przeprosić za to, że spieprzyłam sprawę.

– Niczego nie spieprzyłaś. To ja spieprzyłem.
– Super. Świetnie. Jesteśmy parą nieudaczników. Opadł ciężko w fotelu, 

jakby uszło z niego powietrze.

– Może i jesteśmy, ale ja mam więcej lat służby.
– Czyli teraz będziesz wyciągał lata pracy, tak? No super. Świetnie – 

powtórzyła. – Wyrazy uznania. Lepiej się czujesz?

–   Nie,   do   diabła.   Wcale   nie   czuję   się   lepiej.   –   Westchnął   ciężko, 

rozładowując nieco jej napięcie.

– To czego ty chcesz, Feeney? Co mam powiedzieć?
– Chcę, żebyś mnie posłuchała. Kiedyś pozwoliłem, żeby ta sprawa mnie 

zżarła.   Wymknęła   mi   się   spod   kontroli   i   mnie   zżarła.   Nauczyłem   cię 
wszystkiego, prawda?  Uczyłem cię, że nie da się  złapać ich wszystkich, 
dlatego nie wolno się zadręczać, kiedy sobie z czymś nie radzisz. Zwłaszcza 
gdy dajesz z siebie wszystko.

– Tak, nauczyłeś mnie tego.
– Tym razem sam siebie nie posłuchałem. Żółć podchodziła mi coraz 

background image

wyżej,   do   żołądka,   do   gardła.   –   Zacisnął   wargi   i   pokręcił   głową.   – 
Odkrywasz nowe wątki w sprawie i zamiast się na nie rzucić, zamiast je 
chwytać i rozpracowywać, ja rzucam się na ciebie. Jakaś część mnie myśli: 
Czyżbym to przeoczył? Nie zauważyłem tego, więc to przeze mnie zginęły 
te wszystkie kobiety?

– Przecież sam dobrze wiesz, jak to jest, Feeney. Ale taka wiedza nie 

zawsze wystarczy. Jak dobra byłam dziewięć lat temu?

– Brakowało ci odrobiny szlifu.
– Nie o to pytam. Jak byłam dobra?
Znów napił się kawy, potem spojrzał na nią.
– Byłaś najlepsza ze wszystkich, z którymi kiedykolwiek pracowałem.
– I pracowałam z tobą nad tą sprawą. Minuta po minucie, krok po kroku. 

Feeney,   myśmy   tego   nie   przegapili.   Tego   po   prostu   nie   było.   Dowody, 
zeznania, sposób postępowania. Nawet jeśli w ten sposób je uprowadzał, a 
przynajmniej niektóre z nich, to nie mieliśmy wtedy żadnych śladów, które 
by na to wskazywały.

– Wczoraj długo przeglądałem tamte  akta. Wiem,  co masz  na  myśli. 

Chcę powiedzieć, że właśnie to jest powód, dla którego na ciebie wczoraj 
naskoczyłem.

Pomyślał o tym, co dzień wcześniej usłyszał od żony. Że zaatakował 

Dallas, bo jest jego rodziną. A ona pozwoliła się zaatakować, bo on jest jej 
rodziną.   Zdaniem   jego   Sheili   nikt   nie   kłóci   się   równie   regularnie   i 
bezmyślnie jak rodzina.

– Nie podobało mi się, że kazałaś mi zrobić sobie przerwę – mruknął. – 

Odesłałaś mnie na jakąś cholerną drzemkę, jakbym był jakimś dziadkiem.

– Jesteś dziadkiem.
Spiorunował ją wzrokiem, ale w jego oczach była odrobina rozbawienia.
– Uważaj sobie, dzieciaku.
–   Powinnam   była   z   tobą   obgadać   ten   nowy   trop   przed   odprawą. 

Powinnam to zrobić – powtórzyła Eve, gdy pokręcił przecząco głową. – Tak 
samo   jak   ty   powinieneś   był   wiedzieć,   że   przyszłabym   z   tym   do   ciebie, 
gdyby   wszystko   nie   toczyło   się   tak   szybko.   Nikogo   w   firmie,   nikogo   z 
odznaką nie szanuję tak jak ciebie.

Dopiero po chwili Feeney odchrząknął.
–   Wzajemnie.   Jeszcze   jedna   rzecz   i   możemy   zamknąć   tę   kwestię.   – 

Znów wstał. – To nie ja cię tu postawiłem. Nigdy nie byłaś żółtodziobem – 

background image

powiedział   głosem   chropowatym   od   emocji.   –   Wystarczyło   na   ciebie 
spojrzeć,   byłaś   porządną,   solidną   policjantką.   Cisnąłem   cię,   dawałem   ci 
szkołę,   bo   wiedziałem,   że   wytrzymasz   i   sobie   poradzisz.   Ale   to   nie   ja 
postawiłem cię tu, gdzie stoisz. To głupie gadanie. Ty sama się tu dostałaś. I 
jestem z tego dumny. To wszystko.

Pokiwała tylko głową. Żadne z nich nie zniosłoby, gdyby teraz zaczęła 

się jąkać.

Wychodząc,   poklepał   ją   niezręcznie   po   ramieniu   i   zamknął   za   sobą 

drzwi.

Jeszcze przez chwilę stała, nie mając pewności, czy już nad sobą panuje. 

Zrobiła kilka głębokich wdechów, żeby się uspokoić, i już miała siadać za 
biurkiem, gdy rozległo się pukanie do drzwi.

– Czego? – Miała ochotę warknąć, i zrobiła to, gdy w drzwiach ukazała 

się głowa Nadine. – Konferencja medialna o dziewiątej.

– Wiem. Dobrze się czujesz?
– Wybornie, odczep się.
Nadine weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi.
– Przyszłam już jakiś czas temu i... no cóż, powiedzmy, że przypadkiem 

usłyszałam o kilka słów za dużo. Reporterka we mnie walczyła z osobą w 
miarę dobrze wychowaną. To była ostra walka i trwała parę minut. W końcu 
jednak   uznałam,   że   się   oddalę,   dopóki   tu   się   nie   uspokoi.   Więc   pytam 
jeszcze raz: dobrze się czujesz?

– To była prywatna rozmowa.
– Nie powinnaś prowadzić prywatnych rozmów w budynku użyteczności 

publicznej, na dodatek na cały głos.

Słuszna uwaga, Eve musiała to przyznać.
– Nic mi nie jest. Nam obojgu. Po prostu musieliśmy sobie coś wyjaśnić.
– Hm, mogłabym zrobić program o napięciach w miejscu pracy i jak z 

tym radzą sobie gliny.

– Raczej zostawisz ten temat w spokoju.
– Ten konkretnie tak. Cóż, cena przyjaźni. – Jeśli to wszystko...
–   Nie,   nie   wszystko.   Wiem,   że   nie   zainteresowała   cię   ta   rumuńska 

wróżka, ale...

– Prawdę mówiąc, coś w tym może być. Masz coś jeszcze?
– Serio? Niebawem dostanę w tej sprawie więcej informacji. Owszem, 

mogę   coś   mieć.   –   Nadine,   w   wąskiej   kostiumowej   spódnicy   koloru 

background image

malinowego, jakimś sposobem zdołała przysiąść na brzegu biurka Eve.

–   Boliwia   –   zaczęła.   –   Przekopaliśmy   się   przez   różne   brukowce. 

Zdziwiłabyś się, jakie informacje można tam znaleźć. A wy, policjanci, je 
wyśmiewacie.

–   Wiem,   wiem,   te   okropne   dzieci   kosmitów   są   utrapieniem   naszego 

społeczeństwa.

–   Klasyka,   nie   bez   powodu.   Ale   znaleźliśmy   interesującą   historię   o 

Maurze Weneckim.

– Ostatnio, gdy to sprawdzałam, Wenecja była we Włoszech.
– Nie, nie. Chodzi o Otella, Szekspira. I Verdiego. Otello był nerwowym 

czarnym   kolesiem,   ważniakiem.   Ożenił   się   z   piękną   białą   kobietą,   choć 
mieszane małżeństwa nie były zbyt popularne w... w tamtych czasach, diabli 
wiedzą kiedy.

– Dziewięć lat temu?
– Nie – roześmiała się Nadine. – Jakieś parę wieków wstecz. W każdym 

razie,   Otello   daje   się   zmanipulować   takiemu   jednemu   gościowi,   który 
wmawia   mu,   że  piękna  żona  go  zdradza.   Więc  Otello  ją  dusi.   A  potem 
kończy w operze i dramacie.

– Nic z tego nie rozumiem, Nadine.
– To było tylko wprowadzenie. Któregoś wieczoru odbywał się wielki 

bal kostiumowy w gmachu opery w...

– Opery?
– Tak. – Nadine zmrużyła oczy. – To ważne. W La Paz.
– To mów dalej.
– Jakaś kobieta opowiadała, że zaatakował ją facet w kostiumie Otella. 

Czarna maska, peleryna, rękawiczki. Twierdziła, że próbował ją zgwałcić. 
Nie miała na ciele żadnych śladów. Świadkowie zeznali, że wcześniej tego 
wieczoru widzieli, jak przyjaźnie rozmawiała z facetem w kostiumie, a gdy 
zaczęła krzyczeć, była pijana w sztok, więc policja zlekceważyła jej skargę. 
Ale brukowce to łyknęły. Trzydzieści jeden lat, brunetka. Incydent wydarzył 
się między odkryciem drugich i trzecich zwłok. Czy Pan Młody próbował w 
ten sposób zdobyć trzecią pannę młodą? Czy Maur Wenecki szukał swojej 
Desdemony? A może to sobie wymyśliła?

Nadine poprawiła się na biurku.
– A może mówiła prawdę. Kobieta stwierdziła, że mówił doskonałym 

hiszpańskim, ale z amerykańskim akcentem, był wykształcony, znał się na 

background image

muzyce   i   literaturze   i   musiał   dużo   podróżować.   Poszukaliśmy   głębiej   i 
okazało   się,   że   dorabiała   sobie   na   przyjęciach   jako   osoba   towarzysząca. 
Kilka podobnych kręciło się wśród gości i... zabawiało.

– Licencjonowana osoba do towarzystwa? – Eve w zamyśleniu wydęła 

usta. – Nigdy nie zgarniał profesjonalistek. Nie pasuje do jego profilu.

– Takie dziewczyny się nie reklamują.
– No tak, więc można założyć, że nie uważał jej za profesjonalistkę.
– Właśnie, a między wierszami można przeczytać, że wyczuła pieniądze, 

więc   zakręciła   się   koło   faceta.   Zaproponował,   żeby   wyszli   zaczerpnąć 
powietrza, ona się zgodziła. Potem chciał, żeby się wybrali na przejażdżkę – 
ale tego nie mogła zrobić, bo przepadłoby jej honorarium za przyjęcie. W 
każdym razie opowiadała, że zaczęła się dziwnie czuć – kręciło jej się w 
głowie, uginały się pod nią nogi. Przysięgała, że nie piła, co oczywiście nie 
jest prawdą. Ale założę się, że taka dziewczyna, kiedy pracuje, zna swoje 
granice. Była znarkotyzowana, a oni uznali, że upiła się w sztok.

– Możliwe. – Eve pokiwała głową. – Tak, to całkiem możliwe.
– Kiedy zauważyła, że tamten próbuje ją wyprowadzić z budynku opery, 

zaczęła protestować. I tu podejrzewam, że trochę podkoloryzowała, bo w 
przeciwnym razie miałaby jakieś ślady walki, podarte ubranie, cokolwiek. 
Pewnie ją puścił, kiedy zaczęła się szarpać i krzyczeć. Wróciła na przyjęcie, 
a on zniknął.

– Na pewno masz coś jeszcze.
–   Tak.   Mam.   Trzecia   ofiara   była   kelnerką,   pracownicą   firmy 

obsługującej to przyjęcie. A tydzień później już nie żyła. Więc...

– Wybiera potencjalne ofiary podczas imprezy – skonkludowała Eve. – 

Ostatecznie typuje dwie. Z pierwszą mu nie wychodzi, więc próbuje z drugą. 
Kiedy widziano ją po raz ostatni? – Eve przywołała folder z danymi.

–  Gdy   wychodziła  z  domu,  cztery  dni  przed  znalezieniem  jej  zwłok. 

Tamtego wieczoru miała być w pracy, ale zadzwoniła, że jest chora. Przez 
dwa dni nikt nie zgłosił jej zaginięcia, bo...

–   To   ta,   która   wyszła   z   torbą   i   rzeczami   na   noc.   Wzięła   eleganckie 

ubranie.

– Masz dobrą pamięć. Tak, uznano, że wyrwała się z jakimś facetem. I 

chyba   tak   było.   Pierwsza   kobieta   powiedziała,   że   Otello   miał   głos   jak 
jedwab, miękki i gładki. Nosił buty na koturnach i wysokie nakrycie głowy, 
kompensował sobie...

background image

– Niski facet, tak, wiemy.
Nadine uniosła brwi.
– Och, wiecie?
– Dostaniesz wszystkie informacje w swoim czasie. Jeszcze coś?
– Powiedziała, że mówił o muzyce, zwłaszcza o operze, jakby to było 

dzieło  Boga.  Właściwie  to  wygadywała   dużo  różnych  bzdetów.  Że  oczy 
miał czerwone i płonące, a jego dłonie były jak ze stali, kiedy zacisnął palce 
na  jej szyi.  Bla,  bla,  bla.  Ale powiedziała  jedną  rzecz,  która  wydaje  się 
prawdziwa. Kiedy go zapytała, czym się zajmuje, odpowiedział, że studiuje 
życie i śmierć. W jakiś pokręcony sposób to może być dokładnie to, co robi.

– Dzięki.
– Czy to warte jakichś informacji w rewanżu?
–   Jeśli   w   tej   chwili   coś   tu   przecieknie,   to   najwyżej   moja   dupa. 

Konferencją nie zawracaj sobie głowy. Wyślij androida. Jak będę gotowa, to 
wszystkiego się dowiesz.

– Poza anteną. Jesteś bliżej?
– Poza anteną. Jestem bliżej.
Ponieważ obie rozmowy zajęły cały czas, jaki Eve chciała poświęcić na 

przygotowanie   się   do   odprawy   i   konferencji,   zdążyła   tylko   pozbierać 
notatki. Zorganizuje się po drodze. Rozmyślając nad oświadczeniem, wyszła 
z pokoju i przypomniała sobie, że na szczęście dzięki uprzejmości Roarke'a 
w sali odpraw mieli teraz przyzwoitą kawę.

Spojrzała   w   kierunku,   skąd   dobiegały   podniesione   głosy   i   zobaczyła 

jednego   ze   swoich   detektywów   i   kilku   mundurowych   w   towarzystwie 
mężczyzny o gabarytach automatu spożywczego, przed którym stali.

– Chcę się widzieć z bratem! – krzyczał olbrzym. – W tej chwili!
Detektyw Carmichael, która zdaniem Eve miała żelazne nerwy, mówiła 

do mężczyzny cichym, spokojnym głosem.

– Billy, już ci tłumaczyliśmy, że twój brat składa zeznania. Zaraz jak 

skończy...

– Zamknęliście go w klatce! Nie bijcie go!
–   Nie,   Billy.   Jerry   nam   pomaga.   Szukamy   złego   człowieka,   który 

skrzywdził jego szefa. Pamiętasz, że ktoś skrzywdził pana Kolbeckiego?

– Zabili go na śmierć. A teraz wy zabijecie Jerry'ego. Gdzie jest Jerry?
– Chodź, usiądziemy.
Billy   jeszcze   kilka   razy   wykrzyczał   imię   brata   na   tyle   głośno,   że 

background image

gliniarze zatrzymali się, odwrócili i dali mu przejść. Eve zmieniła kierunek i 
ruszyła ku nim.

– Co tu się dzieje?
–   Pani   porucznik.   –   Carmichael,   której   nic   nie   było   w   stanie 

wyprowadzić z równowagi, rzuciła Eve pełne frustracji spojrzenie. – Billy 
się wkurza. Ktoś zabił miłego pana, u którego pracował jego brat. Właśnie 
go przesłuchujemy. Billy zaraz dostanie coś pysznego do picia, a potem z 
nim porozmawiamy.  Pan Kolbecki był też twoim szefem,  prawda  Billy? 
Lubiłeś go.

– Zamiatam podłogi i myję okna. Mogę brać sobie napój, kiedy chce mi 

się pić.

–   Tak,   pan   Kolbecki   pozwalał   ci   częstować   się   napojami.   To   jest 

porucznik Dallas. Jest moim szefem. A teraz ja muszę zabrać się do pracy. 
Usiądziemy tu razem i...

–   Lepiej,   żebyście   nie   skrzywdzili   mojego   brata!   –   Uwzględniwszy 

hierarchię władzy, Billy poderwał Eve z ziemi i szarpnął nią jak szmacianą 
lalką. – Pożałujecie, jak mu coś zrobicie.

Policjanci błyskawicznie sięgnęli po paralizatory. Billy potrząsał Eve, aż 

dzwoniło jej w uszach od krzyków. Szybko oszacowała odległość dzielącą 
jego twarz i jej pięść. Zdecydowała oszczędzać kostki i z całej siły kopnęła 
go w krocze.

I w tym momencie znalazła się w powietrzu. Zdążyła jedynie pomyśleć: 

O kurde.

Wylądowała   pośladkami   na   twardej   podłodze   i   poślizgiem   uderzyła 

głową w automat spożywczy. Przed oczami zawirowały jej gwiazdy.

 Uwaga! Uwaga! – upomniał się automat.
Gdy Eve sięgała po paralizator, ktoś wziął ją pod ramię. Roarke zdążył 

zablokować pięść pędzącą ku jego twarzy.

– Spokojnie – odezwał się łagodnie. – Już go spacyfikowali. A ty jak się 

czujesz?

–   Niech   to   szlag.   –   Wyciągnęła   rękę   i   zaczęła   masować   tył   głowy, 

spoglądając   na   ogromnego   mężczyznę,   który   siedział   na   podłodze   i 
szlochając, trzymał się za krocze. – Carmichael!

–   Pani   porucznik.   –   Funkcjonariuszka   podeszła   do   niej,   zostawiając 

Billy'ego pod opieką umundurowanych. – Jezu, Dallas, przepraszam. Nic ci 
nie jest?

background image

– O co tu chodzi, do ciężkiej cholery?
– Ten facet i jego brat znaleźli ciało szefa, kiedy dziś rano stawili się do 

pracy. Denat był właścicielem niewielkiego sklepu na ulicy Washington. 
Wygląda na to, że został zaatakowany wczoraj, tuż przed zamknięciem, i 
obrabowany, a następnie pobity ze skutkiem śmiertelnym. Przesłuchujemy 
braci, szukamy ochroniarza z nocnej zmiany. Nie sądzimy, żeby ci dwaj 
mieli coś wspólnego z napadem, ale liczymy, że mogą coś wiedzieć o tym, 
gdzie przebywa ochroniarz.

Carmichael głośno wypuściła powietrze.
– A ten nasz Billy? Nic mu nie było, kiedy go przywieźliśmy. Trochę 

płakał z powodu tego, co się stało. Jest... no wiesz, trochę powolny. Jego 
brat,   Jerry,   wytłumaczył   mu,   że   wszystko   w   porządku,   że   może   z   nami 
pojechać, napić się czegoś i pogadać. Ale kiedy ich rozdzieliliśmy, zaczął 
się denerwować. Rany, Dallas, nie myślałam, że się na ciebie rzuci. Wezwać 
lekarza?

– Nie, niepotrzebny mi  żaden cholerny lekarz. – Eve podniosła się z 

podłogi. – Zabierzcie go do obserwacyjnego, niech zobaczy, że nie bijemy 
jego brata gumowymi pejczami ani pałkami.

–   Tak   jest.   Czy   chcesz,   żebyśmy   ukarali   Billy'ego   za   napaść   na 

policjanta?

– Nie, daj mu spokój. – Eve podeszła do szlochającego mężczyzny i 

kucnęła. – Hej, Billy. Spójrz na mnie. Zaraz zobaczysz Jerry'ego.

Pociągnął nosem i wytarł twarz wierzchem dłoni.
– Teraz?
– Tak.
– Wszędzie była krew, a pan Kolbecki nie chciał się obudzić. Jerry się 

rozpłakał, powiedział, że mam nie patrzeć i niczego nie dotykać. A potem 
zabrali   Jerry'ego.   On   się   mną   opiekuje,   a   ja   nim.   Nie   możecie   zabierać 
Jerry'ego. Jeśli ktoś go skrzywdzi tak jak pana Kolbeckiego...

– Nikt go nie skrzywdzi. Jaki jest ulubiony napój Jerry'ego?
–   Oranżada   waniliowa.   Pan   Kolbecki   pozwala   nam   pić   oranżadę 

waniliową.

– To weź taką dla Jerry'ego z automatu. Ten policjant mu zaniesie, a ty 

możesz popatrzeć przez szybę, jak Jerry rozmawia z detektywem. A potem 
ty porozmawiasz z detektywem.

– Teraz zobaczę Jerry'ego?

background image

– Tak.
– OK. – Uśmiechnął się jak dziecko. – Jajka mnie bolą.
– Domyślam się.
Wyprostowała   się   i   zrobiła   krok   w   tył.   Roarke   zebrał   już   torbę   i 

dyskietki, które wyleciały w powietrze razem z Eve.

– Spóźnisz się na odprawę, pani porucznik – powiedział, podając jej 

rzeczy.

Wyrwała mu torbę i uśmiechnęła się leciutko.
– Pocałuj mnie gdzieś.

background image

Rozdział 14

Roarke zawsze z zafascynowaniem obserwował ją w pracy.
Wyszedł   z   sali,   gdy   usłyszał   hałas   na   korytarzu,   w   samą   porę,   aby 

zobaczyć, jak człowiek góra podnosi Eve z ziemi. Instynktownie rzucił się 
do przodu, by chronić żonę. Był szybki.

Ale ona była jeszcze szybsza.
Widział, jak przez te sekundy, gdy jej głowa odskakiwała w przód i w 

tył, Eve zastanawiała się: pięść czy kopniak. A potem dostrzegł bardziej 
irytację niż szok na jej twarzy, gdy wyleciała w górę.

Nieźle oberwała, pomyślał, ale jej złość była większa od bólu. To też 

zauważył.   Podobnie   jak   współczucie   dla   wystraszonego,   zagubionego 
chłopca uwięzionego w ciele ogromnego mężczyzny.

Moment później była w sali, zdążyła odsunąć wcześniejsze zajście na 

bok i opanować zamieszanie. Nic dziwnego, że to właśnie ją wybrał. Już w 
pierwszej   chwili,   gdy   ją   ujrzał,   wiedział,   że   to   ona.   Do   jego   ostatniego 
oddechu, a nawet dłużej.

Nie   miała   na   sobie   płaszcza,   zauważył.   Wyglądała   szczupło   i   trochę 

niebezpiecznie   z   bronią   zapiętą   na   swetrze.   Rano   widział,   że   zanim   go 
wciągnęła, włożyła wisiorek, który jej kiedyś podarował.

Bezcenny brylant i kolejna sprawa. Ta kombinacja wiele mówiła o ich 

wspólnym życiu, pomyślał.

Słuchając,   jak   Eve   udzielała   zwięzłych   wyjaśnień,   bawił   się   szarym 

guzikiem – jej guzikiem – który zawsze nosił w kieszeni.

– W  ciągu  najbliższych  godzin  będziemy   mieć  portret  pamięciowy   – 

mówiła. – Do tego czasu pracujemy zgodnie z wytycznymi. Wojny miejskie. 
Kapitanie Feeney?

– Bardzo wolno to idzie – powiedział – przede wszystkim dlatego, że nie 

zachowały się archiwa. Armia miała dokumentację kwaterunkową i adresy 
klinik,   więc   nad   tym   pracuję.   Niestety,   korzystano   z   bardzo   wielu 
nieoficjalnych   miejsc,   na   dodatek   przez   krótki   czas.   Większość   z   nich 
została   zniszczona.   Nadal   przesłuchuję   osoby   zaangażowane   militarnie   i 
paramilitarnie lub jako cywile. Koncentruję się na utylizacji zwłok.

– Potrzeba ci więcej ludzi?
– Mam paru, których mogę włączyć.

background image

–  Zrób   to.  Pukajcie   do  drzwi.   Newkirk,  ty  i   twoja  ekipa   jeszcze   raz 

przejdziecie się po tym sektorze. – Odwróciła się i laserowym wskaźnikiem 
zakreśliła na mapie okolicę pięciu ulic wokół cukierni, w której pracowała 
Ariel Greenfeld. – Odwiedzicie każde mieszkanie, każdą firmę, zapytacie 
każdą uliczną osobę do towarzystwa, bezdomnego i żebraka. Ktoś musiał 
widzieć tę kobietę w niedzielę po południu. Niech sobie przypomną. Baxter i 
Trueheart, weźmiecie  sektor wokół mieszkania  ofiary. Obserwował  ją. Z 
ulicy, z innego budynku, z pojazdu. Musiał poznać jej zwyczaje, dlatego 
śledził ją na pewno więcej niż raz. Jenkinson i Powell, weźmiecie sektory 
wokół mieszkań York i Rossi. Peabody i ja zajmiemy się klubami.

Zrobiła   pauzę,   a   Roarke   domyślał   się,   że   sprawdzała   w   głowie   listę 

spraw.

– Teraz nieruchomości. Roarke?
–   Jest   sporo   domów   –   zaczął   –   które   w   wyznaczonych   ramach 

czasowych   należały   do   osób   prywatnych   lub   firm.   Nawet   mimo 
ograniczenia poszukiwań do obszaru poniżej.

Pięćdziesiątej na Manhattanie wciąż jest tego bardzo dużo. Sądzę, że gdy 

zrobimy   zestawienie   z   tym,   co   znalazł   Feeney,   i   wyciągniemy   prywatne 
budynki, które stały tam w czasach wojen miejskich, czy to jako prywatne 
rezydencje, czy coś innego, ta liczba będzie mniejsza.

– OK. – Pomyślała nad tym chwilę. – Tak, dobry pomysł. Zróbcie to. 

Połączcie wyniki. McNab?

– To jak szukanie tej jednej właściwej pchły na gorylu.
–  Moja  kwestia  –  mruknęła   siedząca  obok  niego  Callendar,   a  on  się 

uśmiechnął.

– Jej kwestia, ale myślę, że jednak możemy coś mieć. Pierwsza ofiara na 

Florydzie   pracowała   w   modnym   kurorcie.   Ostatni   raz   widziano   ją,   gdy 
opuszczała kasyno Sunshine około pierwszej w nocy. W dni wolne od pracy 
zwykle wpadała tam na parę godzin pograć w pokera. Opierając się na teorii, 
że   zabójca   nawiązał   wcześniej   kontakt   i   być   może   był   ofierze   znany, 
sprawdziłem   księgę   meldunkową   ośrodka   na   trzydzieści   dni   przed   jej 
śmiercią. Oficerowie, którzy prowadzili wtedy dochodzenie, przeglądali ją 
po tym, jak znaleziono drugie ciało, ale gdy okazało się, że kobieta została 
uprowadzona poza kasynem, skupili się na poszukiwaniach gdzie indziej. 
Ale kopia księgi meldunkowej została w aktach sprawy. Przejrzeliśmy ją z 
Cycatką.

background image

– I miałeś szczęście – wymamrotała Callendar.
– I ponieważ jestem w tym dobry – wybrnął gładko McNab – znalazłem 

gościa,  który zameldował  się trzy tygodnie przed uprowadzeniem ofiary. 
Mieszkał tam przez cztery dni pod nazwiskiem Cicero Edwards. Ośrodek 
wymaga, żeby podać stały adres zamieszkania, Edwards podał londyński. 
Sprawdziłem   dane   i   oczywiście   w   tym   miejscu   w   tamtym   czasie   nie 
mieszkał żaden Edwards Cicero. Co więcej, ten adres to była zmyła, bo tam 
się mieści...

– Budynek opery – powiedziała Eve, na co McNab wydął usta.
–   A   dokładniej   Opera   Królewska   –   dodał.   –   Na   tej   podstawie   twoja 

elitarna ekipa elektroniczna wydedukowała, że to nasz facet. I że nasz facet 
ma słabość do grubych babek śpiewających cienkimi głosami.

– Mam informacje uzupełniające. – Eve streściła to, czego dowiedziała 

się   od   Nadine.   –   Dobra   robota   –   pochwaliła   McNaba   i   Callendar.   – 
Znajdźcie mi więcej. Roarke, sprawdź, czy uda ci się znaleźć jakieś budynki, 
w których w czasach wojen miejskich mieściły się opery i teatry. A potem...

–   Wykupuje   karnet   –   wtrącił   Roarke.   –   Jeśli   jest   prawdziwym 

melomanem i stać go na taki luksus, to na pewno na tym nie oszczędza. 
Obstawiam   miejsce   w   loży.   W   Met,   bardzo   prawdopodobne,   że   w 
Królewskiej, a także w innych znanych teatrach operowych.

–   Sprawdzimy   to   –   odparła.   –   Lubi   zmieniać   nazwisko.   Szukajcie 

czegoś,   co   brzmi   podobnie   do   Edward.   –   Zerknęła   na   aparat   na   ręce   i 
zaklęła. – Spóźnię się na tę cholerną konferencję dla mediów.

Odwróciła się i przez chwilę patrzyła na nazwisko, które dopisała do 

listy. Ariel Greenfeld.

– Znajdźmy ją – powiedziała i wyszła.
Przeżyła konferencję, nawet nie zgrzytając tak bardzo zębami. Uznała to 

za postęp. Whitney czekał na nią przed salą odpraw.

–   Miałem   nadzieję,   że   zdążę   na   poranną   odprawę   –   powiedział.   – 

Niestety, coś mnie zatrzymało.

– Pojawiły się nowe tropy od ostatniego raportu, panie komendancie. 

Chciałabym   sprawdzić,   jak   detektywowi   Yancy'emu   idzie   praca   ze 
świadkiem. Jeśli można, to opowiem panu wszystko po drodze.

Pokiwał głową i ruszył za Eve.
–  Miłośnik   opery  –  powiedział,   gdy   się  z  nią  zrównał.  –  Moja   żona 

przepada za operą.

background image

– Tak jest, panie komendancie. Uśmiechnął się lekko.
–   Właściwie   to   ja   sam   nawet   lubię   operę.   Chyba   przesadził   z   tymi 

fałszywymi adresami.

– To może  być jeden z kluczy. Panie komendancie,  nie znam się za 

bardzo na operze, ale z tego, co wiem, to często pojawia się tam motyw 
śmierci.   Ta   jasnowidzka   z   Rumunii   wspominała   coś   o   domu   śmierci. 
Jasnowidze często mówią enigmatycznie, a ich wizje są pełne symboli.

– Powinniśmy wziąć też pod uwagę możliwość, że ma lub miał bardziej 

bezpośredni   związek   z   operą.   Może   był   śpiewakiem,   mecenasem,   może 
członkiem zespołu, muzykiem.

– Tak, to możliwe.
–   „Upiór   w   operze".   Historia   zdeformowanego   fizycznie   mężczyzny, 

który prześladuje operę i zabija – wyjaśnił Whitney. – Może zabójca pracuje 
w jakimś budynku, gdzie mieściła się opera lub teatr.

– Sprawdzamy to. Są też inne aspekty, które można by wziąć pod uwagę. 

Chciałabym je omówić z panem i doktor Mirą i zastanowić się wspólnie, czy 
mają związek.

– Oczywiście, coś zorganizujemy.
Poszedł z nią do wydziału Yancy'ego. Eve zastanawiała się, czy zdawał 

sobie sprawę z tego, że gliniarze, obok których przechodził, zawsze stawali 
na baczność... A może nie zwracał już na to uwagi?

Eve   zauważyła,   że   po   pierwsze,   Yancy   był   sam,   a   po   drugie,   miał 

zamknięte   oczy   i   zestaw   słuchawkowy   na   uszach.   Choć   wolałaby,   żeby 
komendant znajdował się gdzieś indziej w chwili, gdy była zmuszona zrugać 
detektywa, nie powstrzymało jej to przed solidnym kopnięciem fotela, na 
którym siedział Yancy.

Poderwał się gwałtownie.
– Hej, nie pozwalaj sobie... Pani porucznik. – Jego oburzenie zmalało, 

gdy zobaczył Eve, a kiedy jeszcze ujrzał Whitneya, zamieniło się w coś 
zbliżonego do niepokoju. – Panie komendancie.

Wstał z fotela.
– Gdzie, u diabła, jest  mój  świadek?  – zapytała ostro Eve. – Często 

ucinasz sobie w pracy drzemkę?

– Wcale nie spałem,  pani porucznik. To dziesięciominutowy program 

medytacyjny – wyjaśnił, zdejmując słuchawki.

– Trina potrzebowała przerwy, więc zasugerowałem, żeby przeszła się 

background image

do stołówki albo pospacerowała wokół budynku. Dotarliśmy do momentu, 
kiedy można  nie zauważyć, że zamiast  naprowadzać, wskazuję kierunek. 
Kilka minut medytacji oczyszcza mi umysł.

– Twoje metody zazwyczaj przynoszą efekt – skomentował Whitney. – 

Ale w tym przypadku dziesięciominutowa przerwa to luksus, na jaki nas nie 
stać.

–   Zrozumiałem,   proszę   pana,   ale   z   całym   szacunkiem,   wiem,   kiedy 

świadek   musi   odetchnąć.   Jest   świetna.   –   Yancy   zerknął   na   Dallas.   – 
Naprawdę świetna. Zna się na twarzach, bo ocenianie ich to jej zawód. Już 
podała mi więcej szczegółów niż większość świadków, a podejrzewam, że 
po przerwie wszystko jej się wyklaruje. Zobacz.

Używał   zarówno   szkicownika,   jak   i   komputera.   Eve   podeszła   bliżej, 

żeby im się przyjrzeć.

– Rzeczywiście, dobry portret.
– A będzie jeszcze lepszy. Świadek wciąż zmienia oczy i usta. Nie może 

ustalić koloru oczu, ale kształt? Kształt oczu, twarz, nawet sposób, w jaki 
przylegają uszy, tu się nie wahała.

Twarz była okrągła, uszy – dość małe – przylegały do głowy. Lekko 

opadające powieki, oczy o przyjemnym wyrazie. Usta wąskie, wykrzywione 
w ledwo dostrzegalnym uśmiechu.  Krótka szyja, zauważyła Eve, dlatego 
głowa wydawała się osadzona bezpośrednio w tułowiu.

W sumie to twarz wydała jej się nie do opisania. Człowiek, na którego 

nikt nie zwraca uwagi.

– Niczym się nie wyróżnia – skomentowała. – Z wyjątkiem absolutnej 

zwyczajności.

– Dokładnie. Dlatego to takie trudne dla świadka. Ciężko przypomnieć 

sobie szczegóły, kiedy w twarzy nie ma niczego, co przykuwałoby uwagę. 
Mówiła dużo o tym, jak był ubrany, jak się wysławiał, jak pachniał, tego 
typu rzeczy. One kreują wrażenie. Chwilę trwało, zanim zaczęła budować 
twarz, ale jest naprawdę świetna.

– Ty też – komplementowała go Eve. – Wydrukuj mi to, co masz, a jak 

skończycie, przyślij wersję ostateczną.

– Niektóre szczegóły jeszcze się zmienią. – A jednak Yancy przygotował 

wydruk. – Myślę, że nos będzie krótszy i... – Podniósł rękę, jakby sam dając 
sobie znak, żeby zamilkł. – I właśnie dlatego potrzebna nam przerwa. Od 
siebie. Narzucam moją wizję.

background image

– Mamy jakąś podstawę. Jak skończycie z Triną, zorganizuj jej transport 

do naszego domu, czekają tam na nią.

– Zrobi się.
– Dobra robota, detektywie.
– Dziękuję, panie komendancie.
Gdy wyszli, Whitney spojrzał na Eve.
– Sprawdź go za godzinę. Jeśli niczego nie zmieni, opublikuj ten rysopis, 

który masz. Musimy to jak najszybciej podać do wiadomości publicznej.

– Tak jest.
– Skontaktuj się, jak będziesz  gotowa na spotkanie ze mną  i Mirą – 

dodał, po czym ruszył w swoją stronę.

Eve nie przeszkadzało przeraźliwe zimno. Dobrze było znaleźć się znów 

na   ulicy.  Miała   po  dziurki  w   nosie   siedzenia   za   biurkiem  i   papierkowej 
roboty,   komputerów   i   odpraw.   Owszem,   potrzebowała   czasu,   żeby 
przemyśleć różne sprawy w pojedynkę przy tablicy, ale teraz najważniejsze 
było zrobienie następnego kroku.

–   Aż   trudno   uwierzyć,   że   zaczęliśmy   w   piątek   wieczór.   –   Peabody 

skuliła się, gdy szły do BodyWorks. – Czuję się tak, jakbyśmy zajmowali się 
tą sprawą z miesiąc.

–   Czas   to   rzecz   względna.   –   Ariel   Greenfeld,   pomyślała   Eve,   znikła 

mniej więcej osiemnaście godzin temu.

– McNab siedział przy komputerze do trzeciej nad ranem. Ja padłam po 

północy, ale on zasuwał. Chyba po prostu lubi tę elektroniczną dłubaninę. 
Oczywiście, kiedy tak zajmuje się komputerem, to nie ma czasu, żeby, no 
wiesz... zająć się twoją szczerze oddaną. Odkąd razem mieszkamy, jeszcze 
nigdy nie mieliśmy takiej długiej przerwy w używaniu łóżka... lub jakiejś 
innej powierzchni... w celach rekreacyjnych.

– Któregoś dnia – zaczęła Eve, unosząc oczy ku niebu – może któregoś 

dnia dasz radę chociaż przez tydzień nie zawracać mi głowy opowieściami o 
tym, jak uprawiasz seks z McNabem.

– No właśnie, i to mnie martwi. – Weszły do klubu, w drodze do windy 

machnęły odznakami. – Myślisz, że to już nie zakwitnie? Ze tracimy ogień? 
Bo my tak naprawdę od środy nie...

– Nie kończ. – Eve zażądała, żeby winda zawiozła je do głównej sali 

treningowej. – Nie wytrzymasz... ilu... czterech dni bez zastanawiania się 
nad ogniem i kwitnieniem?

background image

– Nie wiem. Chyba nie – uznała po namyśle Peabody. – Cztery dni to w 

zasadzie   tydzień   pracy,   oczywiście   jeśli   nie   jesteś   gliną.   Gdybyście   z 
Roarkiem przeżyli bez tego tydzień, nie zaczęłabyś się zastanawiać?

Eve nie była pewna, czy kiedykolwiek miała  taki problem.  Pokręciła 

tylko głową i wyszła z windy.

– Czyli ty i Roarke nie bzykaliście się, odkąd nad tym pracujemy?
Eve zatrzymała się, odwróciła i spojrzała na nią piorunującym wzrokiem.
– Peabody, czy ty naprawdę stoisz tu przede mną i pytasz, kiedy ostatnio 

uprawiałam seks?

– No cóż. Tak.
– Weź się w garść, Peabody.
–   A   więc   tak!   –   Delia   truchtała   za   Eve.   –   Wiedziałam.   Od   razu 

wiedziałam!  Pracujesz  praktycznie dwadzieścia  cztery godziny na dobę i 
jeszcze zdążysz się bzyknąć. A przecież my jesteśmy młodsi. To znaczy... 
nie żebyście wy byli starzy – poprawiła się szybko, gdy Eve rzuciła jej 
mrożące   krew   w   żyłach   spojrzenie.   –   Jesteście   młodzi,   sprawni,   ideał 
młodzieńczej witalności. Już przestaję gadać.

– Tak będzie najlepiej. – Eve skierowała się prosto do biura menedżera.
Pi wstał zza biurka.
– Macie coś nowego.
–   Sprawdzamy   kilka   tropów.   Chcemy   jeszcze   raz   porozmawiać   z 

pracownikami i rozejrzeć się wśród waszych członków.

– Oczywiście, nie ma sprawy.
Choć Yancy'emu zostało jeszcze trochę czasu, Eve wyjęła szkic.
– Pi, niech się pan przyjrzy temu portretowi. Zna pan tego mężczyznę? 

Bywał w klubie?

Pi wziął szkic i długo wpatrywał się w twarz na rysunku.
–   Nie   przypominam   go   sobie.   Mamy   dużo   członków,   wielu   z   nich 

przychodzi   tylko   od   czasu   do   czasu,   inni   wpadają,   gdy   są   w   mieście 
przejazdem,   w   interesach   czy   dla   przyjemności.   Znam   wielu   klientów   z 
widzenia, ale jego nie rozpoznaję.

Opuścił rysunek.
– Czy to człowiek, który przetrzymuje Gię?
–   Powiedzmy,   że   to   człowiek,   którym   się   interesujemy.   Spędziły   w 

klubie   godzinę,   ale   niczego   się   nie   dowiedziały.   Kiedy   wychodziły, 
zabrzęczało łącze Eve.

background image

– Dallas.
– Yancy. Portret gotowy. Najlepszy, jaki mogliśmy uzyskać.
– Pokaż.
Zbliżył   rysunek   do   ekranu.   Eve   zauważyła,   że   był   odrobinę   bardziej 

dopracowany od tego, który miała przy sobie. Brwi trochę wyżej, usta nie 
tak ostro zarysowane. I nos rzeczywiście nieco krótszy.

–   Dobra.   Publikujemy.   Zawiadom   Whitneya,   powiedz   mu,   że 

chciałabym,   żeby   przekazał   to   Nadine   Furst   pięć   minut   przed   innymi 
mediami.

– Zrozumiałem.
– Dobra robota, Yancy.
– Wygląda jak miły, sympatyczny dziadunio – stwierdziła Peabody. – 

Taki, który częstuje dzieciaki miętówkami. Nie wiem dlaczego, ale to tylko 
pogarsza sprawę.

„Bezpieczny",   jak   określiła   go   Trina.   Powiedziała,   że   wyglądał 

bezpiecznie.

– Zobaczy się na ekranie. Może już za kilka godzin, może jutro. Domyśli 

się, że jesteśmy bliżej niż poprzednim razem.

– Martwi cię to – zauważyła Peabody. – Myślisz, że wpadnie w panikę, 

zabije Rossi i Greenfeld i znów zejdzie do podziemia.

–   Może   tak   być.   Ale   musimy   ujawnić   jego   rysopis.   Jeśli   wybrał   już 

kolejną ofiarę, jeśli się z nią skontaktował, a ona to zobaczy, to nie tylko 
uratuje życie, ale może nawet zaprowadzi nas wprost do jego drzwi. Nie 
mamy wyboru.

Pomyślała   o   Rossi.   Osiemdziesiąt   sześć   godzin   od   zniknięcia   i   czas 

ciągle biegnie.

Uznała, że szkic, który miała, był lepszy niż nic, dlatego wykorzystała go 

w rozmowach z pracownikami i sąsiadami, a nawet kilkorgiem żebraków i 
sprzedawców ulicznych.

– Normalnie facet jest niewidzialny – powiedziała Peabody, rozcierając 

zmarznięte dłonie, gdy szły do nocnego klubu. – Wiemy, że bywał tu i tam, 
przychodził do siłowni, na treningi, ale nikt go nie widział.

– Nikt  nie zwraca  na  niego uwagi  i może  właśnie  to  go nakręca  do 

działania. Wszyscy go ignorują, nikt go nie dostrzega. Nadchodzi jedyny 
moment, kiedy staje się kimś ważnym. Kobiety, które porywa, torturuje i 
zabija, nigdy go nie zapomną.

background image

– Tak, tylko że będą martwe.
– To nie ma znaczenia. One go widzą. Kiedy sprawiasz komuś ból, kiedy 

go   skrępujesz   i   trzymasz   w   odosobnieniu,   kiedy   ranisz,   jesteś   dla   tego 
człowieka całym światem. – W jej sytuacji tak było, dobrze to pamiętała. 
Ojciec   był   całym   światem,   przerażającym   i   brutalnym   światem   przez 
pierwsze osiem lat jej życia.

Jego głos, każdy szczegół na jego temat już na zawsze wrył się w jej 

głowę. W jej senne koszmary.

– To ostatnie, co widzą – dodała. – Musi go strasznie nakręcać.
W Starlight błyskały kolorowe światła i sączyła się nastrojowa muzyka. 

Na   parkiecie   w   kręgu   stały   pary,   a   między   nimi   przesuwała   się   Zela   w 
obcisłym czerwonym kostiumie, który Eve uznała za retro.

–   Łagodnie,   pani   Harrow.   Pani   Yo,   ramiona   luźniej.   O   tak,   bardzo 

dobrze.

– Lekcja tańca – powiedziała Peabody, słuchając, jak Zela wykrzykuje 

polecenia i słowa zachęty. – Dobrze im idzie, ups – dodała, gdy jeden z 
mężczyzn, w szykownej muszce, nadepnął partnerce na palce. – Ależ to 
słodkie.

– Urocze, zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę, że któryś z nich może 

po takiej lekcji tańczyć w domu i torturować swoją najnowszą brunetkę.

–   Mówisz,   że...   jeden   z   nich.   –   Peabody   podejrzliwie   przyjrzała   się 

Szykownej Muszce.

– Nie. On już w tym miejscu nie bywa. Nigdy nie łowi ryb dwa razy w 

tym   samym   stawie.   Ale   jestem   pewna,   że   jeszcze   niedawno   tu   na   tym 
parkiecie tańczył jakiegoś cholernego fokstrota czy coś.

Ruszyły   obie   w   stronę   srebrnych   schodów,   a   wówczas   zauważyła   je 

Zela. Kiwnęła głową i zaczęła klaskać, bo właśnie skończyła się muzyka.

– Doskonale! Świetnie wam poszło. A teraz, kiedy się już rozgrzaliście, 

Loni pokaże wam rumbę.

Zela zaprowadziła Eve i Peabody do baru, podczas gdy młoda rudowłosa 

kobieta zaprosiła Szykowną Muszkę na środek parkietu.

– Uwaga! Zaczynamy! – krzyknęła, uśmiechając się entuzjastycznie.
Za kontuarem kręcił się  tylko jeden barman.  Miał na sobie smoking. 

Postawił  przed  Zelą szklankę  wody z plasterkiem cytryny, nie pytając  o 
zdanie.

– A co dla pań?

background image

– Mogę prosić o mus czereśniowy? – wypaliła Peabody, nie czekając, aż 

Dallas zgasi ją wzrokiem.

– Ja dziękuję – ucięła Eve, po czym wyjęła rysunek i położyła na stole. – 

Zela, poznaje pani tego mężczyznę?

Menedżerka przez chwilę wpatrywała się w portret.
– Czy to... – Pokręciła głową. Sięgnęła po szklankę, upiła duży łyk wody 

i   odstawiła   ją   z   powrotem.   Podniosła   rysunek   i   przechyliła   go   w   stronę 
światła. – Przykro mi, nigdy go nie widziałam. Mamy wielu klientów w tym 
wieku, ale myślę, że gdybym z nim pracowała... na kursie... na pewno bym 
pamiętała.

– A pan?
Barman przestał mieszać drinka Peabody i spojrzał na rysunek, który 

podsunęła mu Eve.

– Czy to ten skurwiel... przepraszam, Zela. – Ale szefowa pokręciła tylko 

głową i machnęła ręką. – To on zabił Sari?

– To facet, z którym chcemy porozmawiać.
–   Mam   dobrą   pamięć   do   twarzy,   taka   praca.   Ale   jego   sobie   nie 

przypominam. Nigdy nie siedział przy barze.

– Pracuje pan w ciągu dnia?
– Tak. Moja pani pół roku temu urodziła dzidziusia. Sari zamieniła się ze 

mną   zmianami,   żebym   mógł   być   wieczorem   w   domu,   z   rodziną.   Była 
dobrym człowiekiem. Jutro będzie uroczystość pożegnalna. – Spojrzał na 
Zelę. – To niesprawiedliwe.

– Tak. – Na chwilę położyła dłoń na jego dłoni. – To niesprawiedliwe.
Gdy   odwracał   się,   by   dokończyć   mieszanie   drinka,   w   jego   oczach 

dostrzegły żal.

–   Wszystkim   nam   jest   bardzo   ciężko   –   powiedziała   cicho   Zela.   – 

Próbujemy   jakoś   pracować,   bo   co   innego   możemy   zrobić?   Ale   nie   jest 
łatwo. Tak, jakby próbować przełknąć coś, co utkwiło ci w gardle.

– To wiele o niej mówi – odezwała się Peabody. – Widać, że ludzie ją 

lubili.

– Tak, to prawda. Wczoraj rozmawiałam z siostrą Sari – mówiła dalej 

Zela. – Poprosiła, żebym wybrała muzykę. Coś, co Sari lubiła. To strasznie 
trudne. Trudniejsze, niż sobie wyobrażałam.

– Wierzę. Kto to? – Eve wskazała głową rudowłosą. – Pracowała z Sari 

podczas kursów?

background image

–   Nie.   Prawdę   mówiąc,   to   pierwsze   zajęcia   Loni.   Mieliśmy   małe... 

przetasowania   wewnętrzne.   Loni   pracowała   w   szatni,   była   też   hostessą. 
Awansowałam ją na stanowisko hostessy/instruktorki.

– Chciałabym z nią porozmawiać.
– Jasne. Zaraz ją przyślę. – Zela wstała i uśmiechnęła się słabo. – Moje 

biedne stopy. Pan Buttons jest uroczy, ale to kompletna łamaga.

Ruszyła na parkiet, a po chwili Loni żartobliwie uszczypała  swojego 

niezdarnego   partnera   w   policzek   i   podeszła   do   baru,   stukając 
siedmiocentymetrowymi obcasami.

– Witam, jestem Loni.
– Porucznik Dallas, detektyw Peabody.
Peabody szybko przełknęła łyk wiśniowego musu, próbując wyglądać 

bardziej oficjalnie.

– Rozmawiałam z tymi drugimi detektywami. Takimi przystojniakami. 

Nie wrócą tu już?

– Trudno mi powiedzieć. Rozpoznaje pani tego mężczyznę?
Loni popatrzyła na rysunek, a barman postawił przed nią jakiś różowy 

napój z bąbelkami i wiśniowym przybraniem.

– Nie wiem. Hm. Raczej nie. Chyba. Nie wiem.
– W końcu jak, Loni? Raczej nie czy chyba tak?
–   Trochę   przypomina   takiego   jednego,   ale   tamten   miał   ciemniejsze 

włosy, zaczesane do tyłu. I taki mały cienki wąsik.

– Niski, wysoki, średni?
– Hm,   niech  pomyślę.   Raczej  z  tych niskich.  Bo  Sari była  od niego 

wyższa ze dwa centymetry, a może i cztery. Oczywiście nosiła szpilki, ale...

– Moment. Widziała go pani z Sari?
– Tego faceta, tak. Mężczyźni bardzo lubili z nią tańczyć, kiedy była na 

parkiecie. Ale to chyba nie ten facet, bo...

– Chwila... – Eve wyjęła łącze i skontaktowała się z Yancym. – Musisz 

zmienić rysunek. Zrób mu ciemniejsze włosy, zaczesane do tyłu. I cienki 
wąski. Odeślij mi na łącze.

– Za minutę.
– Kiedy widziała go pani z Sari? – zapytała Eve.
– Nie jestem pewna. Chyba parę tygodni temu. Nie umiem tak dokładnie 

sobie przypomnieć. Pamiętam go tylko dlatego, że akurat wtedy pracowałam 
na   parkiecie   i   poprosiłam   tego   mężczyznę   do   tańca.   Mamy   tańczyć   z 

background image

samotnymi panami. Był trochę nieśmiały, ale bardzo miły. Powiedział, że 
przyszedł tu tylko dla muzyki, i podziękował. A chwilę potem widziałam, 
jak tańczył z Sari. Trochę się wkurzyłam. Wiem, to głupie. – Wzruszyła 
ramionami. – Ale zaraz pomyślałam, że cóż, pewnie woli brunetki zamiast... 
Och. – Nagle pobladła. – Och, Boże. To on?

– Hm, niech pani nam to powie. – Eve skierowała łącze w stronę Loni, 

tak by mogła przyjrzeć się poprawionemu rysunkowi.

– Och Boże, och Boże. Tak, teraz to na pewno on. Brett!
– Już dobrze... – Barman wziął ją za rękę. – Spokojnie. – Pochylił się, 

żeby zerknąć na ekran i pokręcił głową. – Nie przychodził do baru. Nie 
przypominam sobie, żeby siedział przy barze.

– Gdzie siedział, Loni?
– Och... Och... – Oddychała głęboko, rozglądając się po klubie. – W 

drugim rzędzie... Tak, jestem pewna... Tak bardziej z tyłu.

– Muszę porozmawiać z osobą, która sprząta stoliki w tej sekcji. Loni, 

pamięta pani, kiedy to było?

– Nie wiem.  Parę tygodni temu.  Może trzy? Ach, raz odbierałam od 

niego płaszcz. Pamiętałam, że odbierałam od niego płaszcz, dlatego tamtej 
nocy go zagadnęłam.  Odbierałam jego płaszcz i był wtedy sam. Dlatego 
kiedy miałam zmianę na parkiecie, zauważyłam go i od razu pomyślałam: 
och, tak, ten gość jest solo. Ale nie chciał ze mną tańczyć.

Po policzku spłynęła jej łza.
– On szukał Sari.

background image

Rozdział 15

–   Nie   rzuca   się   w   oczy   –   stwierdziła   Eve,   przeciskając   się   przez 

zakorkowane ulice, na które sypał coraz gęstszy śnieg. – Ogranicza kontakty 
wyłącznie do swojej ofiary.

– Nie pamięta go nikt z kelnerów ani obsługi parkingu. Może mieszkać 

niedaleko klubu i chodzić pieszo – zaryzykowała Peabody.

– Tak albo parkuje gdzieś indziej. Albo podczas tej części rozgrywki 

używa   transportu   publicznego.   Żaden   taksówkarz   nie   przypomni   sobie 
klienta, którego podwoził tyle dni temu, a w tym wypadku wręcz tygodni. 
Loni zapamiętała go tylko dlatego, że uraził jej próżność. W przeciwnym 
razie   byłby   tylko   jedną   z   wielu   twarzy.   Zrobiłby   mądrzej,   gdyby   z   nią 
zatańczył. Wtedy pamiętałaby go tylko pięć minut.

Eve spojrzała w lusterko wsteczne i zmieniła pas.
– Przychodzi, znika w tłumie, trzyma się z tyłu, z daleka od świateł, 

dokładnie oblicza,  jaki napiwek dać kelnerom,  żeby  później nie myśleli: 
„Tak,   to   ten   dusigrosz,   rzucił   jakieś   drobne"   albo   „To   ten   facet,   który 
zostawił taki hojny napiwek". Wszystko zwyczajnie, przeciętnie.

– Dobrze mieć potwierdzenie. Loni widziała, że był w klubie i nawiązał 

kontakt z Sari York. Ale dla nas niewiele z tego wynika.

– Jedynie to, że lubi zmieniać wygląd. Drobne zmiany, nic rzucającego 

się w oczy. Ciemne włosy, mały wąsik, siwa peruka. Dla nas informacja, że 
gdy już uprowadzi ofiarę, to zazwyczaj przestaje bywać w miejscu, gdzie 
nawiązał kontakt. Wiemy, że nie traci panowania nad sobą, umie to robić i 
bez względu na okoliczności nie wychodzi z roli, jaką przyjął podczas fazy 
śledzenia.

Skręciła, przejechała jedną ulicę na zachód, a potem skierowała się na 

południe.

–   Tańczył   z   York,   trzymał   ją   za   rękę.   Stali   oko   w   oko,   rozmawiali. 

Konwersacja   z   partnerem   to   część   jej   pracy.   Z   tego,   co   o   niej   wiemy, 
wynika, że była mądra, ostrożna i umiała postępować z ludźmi. Ale tym 
razem   nie   odebrała   żadnych   sygnałów,   nic   jej   nie   zaniepokoiło,   nic   nie 
podpowiedziało,   że   ten   facet   to   kłopoty.   Popatrz   w   lusterko   wsteczne   – 
poleciła   nagle.   –   Widzisz   tego   czarnego   sedana,   sześć   samochodów   za 
nami?

background image

Peabody przechyliła się i zaczęła wpatrywać się w lusterko.
– Tak, ale ledwo, bo pada gęsty śnieg. A co?
–   Śledzi   nas.   Trzyma   się   pięć,   sześć,   siedem   samochodów   za   nami, 

odkąd wyjechałyśmy z klubu. Wystarczająco daleko, żebym nie widziała 
tablicy rejestracyjnej. Skoro, jak to już wcześniej  zauważyłaś, jesteś  ode 
mnie młodsza, to może masz lepszy wzrok.

Peabody skuliła ramiona.
– Nie, ja też nie widzę. Jest za blisko tego samochodu przed nim. Może 

gdyby został trochę w tyle albo go wyprzedził...

– Zobaczymy, co się da zrobić. – Eve oszacowała odległość i zaczęła 

zmieniać pas.

W manewrze przeszkodził jej ryk klaksonów i pisk hamulców na mokrej 

jezdni. Limuzyna na pasie obok zarzuciła dziko tyłem,  próbując uniknąć 
potrącenia jakiegoś idioty, który wtargnął na ulicę.

Usłyszała głuche uderzenie i zobaczyła upadającego chłopaka. Limuzyna 

stuknęła w terenówkę jadącą przed nimi.

– Sukinsyn.
Eve wystawiła na dach koguta i zerknęła w lusterko wsteczne. Sedana 

nie było.

Wysiadła   z   samochodu   w   samą   porę,   by   zauważyć,   jak   chłopak   się 

podnosi   i   kuśtykając,   zaczyna   uciekać.   I   usłyszeć   wrzask   zagłuszający 
miejską symfonię klaksonów i przekleństw:

– Łapać go! Ma moją torebkę!
–   Sukinsyn   –   powtórzyła.   –   Weź   kierownicę,   Peabody.   –I   ruszyła   w 

pościg za ulicznym złodziejem.

Szybko odzyskał  rytm i tempo,  udowadniając, że  jeszcze  ktoś był tu 

młodszy  od niej. Rwał do przodu, przeskakiwał nad przeszkodami,  robił 
uniki, prawie frunął nad chodnikiem.

Może i był młodszy, ale ona miała dłuższe nogi. Dzieląca ich odległość 

stawała się coraz mniejsza. Złodziejaszek spojrzał przez ramię w tył, w jego 
oczach   dostrzegła   trwogę,   ale   i   zdenerwowanie.   W   biegu   sięgnął   pod 
wypchaną kurtkę, wyjął dużą brązową torbę i zaczął nią wywijać niczym 
wahadłem.

Potrącał   przechodniów   jak   kręgle.   Teraz   to   Eve   musiała   nad   nimi 

przeskakiwać, omijać ich, robić uniki.

W końcu przystanął, rozbujał torbę i wycelował w jej głowę, ale Eve 

background image

pochyliła się, chwyciła za pasek i po prostu szarpnęła. Chłopak zatoczył się i 
upadł na chodnik.

Wkurzona, kucnęła nad nim.
– Idiota – warknęła, odwracając go na plecy.
– Hej! Hej! – Jakiś litościwy samarytanin przystanął nad nimi. – Co pani 

chce od tego chłopca? Co się dzieje z tymi ludźmi!

Eve postawiła nogę na klatce piersiowej chłopaka, by uniemożliwić mu 

ucieczkę i wyjęła odznakę.

– Chce pan jeszcze coś dodać?
– Suka – mruknął chłopak, gdy samarytanin skrzywił się i ruszył swoją 

drogą. A potem ugryzł ją jak wściekły terier.

– Ugryzienie przez człowieka jest niebezpieczniejsze od zwierzęcego.
Tym razem Peabody usiadła za kierownicą, a Eve na miejscu pasażera. 

Podciągnęła nogawkę spodni, by obejrzeć ranę.

– O rany, naprawdę cię ukąsił.
–   Cholerny   gnojek.   Zobaczymy,   jak   mu   się   to   spodoba,   kiedy   do 

kradzieży dołożę mu napaść na funkcjonariusza. Gryzoń miał w kieszeni 
kurtki z tuzin portfeli.

– Musisz to zdezynfekować.
– Przez niego zgubiłam tamtego sedana. Chętnie bym mu skopała tyłek. 

– Zaciskając zęby, Eve próbowała oczyścić ranę czystą chusteczką, którą 
gdzieś   wynalazła   Peabody.   –   Skręcił   w   boczną   ulicę,   gdy   zobaczył 
zamieszanie. Tak zrobił teraz i tak robi zawsze. Unika tłumu i konfrontacji. 
Pieprzony sukinsyn.

– Na pewno strasznie boli. Jesteś pewna, że to był nasz facet?
– Wiem, kiedy ktoś mnie śledzi.
– W to nie wątpię, tylko zastanawiam się, dlaczego miałby nas śledzić. 

Pewnie chce sprawdzić, co wiemy, tylko po co? Dowie się najwyżej, dokąd 
jedziemy. A przecież jeździmy w miejsca typowe dla takiego dochodzenia.

– Próbuje złapać mój rytm, moje tempo, moje ruchy. Chce ustalić moje 

zwyczaje.

– Ale po co... – Dopiero teraz dotarło to do Peabody i aż podskoczyła na 

siedzeniu. – Jasna cholera. On cię śledzi.

– Myśli, że nie zauważę, że mam ogon? – Opuściła nogawkę, bo od 

samego patrzenia na ślady po ukąszeniu jeszcze bardziej ją bolało. – Zdaje 
mu się, że mnie rozgryzie. Akurat. Tym razem nie ma pojęcia o swoim celu. 

background image

Chce ugryźć więcej, niż jest w stanie przełknąć.

– Od jak dawna wiedziałaś, że cię obserwuje?
– Wiedziałam? Od jakiejś pół godziny. Przez chwilę myślałam o takiej 

możliwości, ale teraz, kiedy zaczął mnie śledzić, mam już pewność.

– Mogłaś wspomnieć o tym swojej partnerce.
– Nie zaczynaj. To była tylko jedna z Bóg wie ilu możliwości. Ale teraz 

określam ją na wysoce prawdopodobną, a ty jesteś pierwszą osobą, która się 
o tym dowiaduje. Czarny sedan, nic zwracającego uwagę, dokładnie pasuje 
do   obrazka.   Okrągłe   światła,   bagażnik   bez   ozdób,   zdaje   się,   że 
pięciodziałowa   kratownica   wlotu   powietrza.   Powinno   wystarczyć,   żeby 
zidentyfikować ten model.

Odetchnęła z ulgą, gdy Peabody wjechała na parking centrali. Chciała 

jak najszybciej założyć na ranę zimny opatrunek.

–   Nowojorskie   blachy,   tylko   tyle   zauważyłam.   Był   za   daleko,   żeby 

zobaczyć numery, na dodatek śnieg oblepił tablicę.

– Powinnaś wypełnić standardowe procedury w związku z tą raną.
– Tak, tak.
– Jedną z nich jest godzina w pomieszczeniu wypoczynkowym. Jesteś 

wyczerpana.

–   Nienawidzę   pomieszczenia   wypoczynkowego.   –   Eve   z   trudem 

wysiadła   z   samochodu.   –   Jak   będę   potrzebowała   snu,   to   skorzystam   z 
podłogi w moim pokoju. Wystarczy mi. Zrób coś dla mnie – dodała, gdy 
szły   w   kierunku   windy.   –   Ustaw   mi   spotkanie   z   Whitneyem   i   Mirą, 
najszybciej   jak   to   możliwe.   Idę   do   gabinetu   lekarskiego.   Ukradnę   jakiś 
plaster i coś do dezynfekcji.

– Nie musisz kraść. Oni cię opatrzą.
– Nie chcę, żeby mnie opatrywali – mruknęła Eve. – Nienawidzę ich. 

Zwinę, co mi potrzebne, i sama się tym zajmę.

Eve zajrzała do gabinetu lekarskiego i – z technicznego punktu widzenia 

–   popełniła   kradzież.   Wsunęła   do   kieszeni   potrzebne   opatrunki   bez 
uprzedniego zgłoszenia.

Bo gdyby zgłosiła incydent, lekarze zechcieliby obejrzeć ranę. A gdyby 

pokazała im ranę, zaczęliby namawiać, żeby została na opatrunek. A ona 
chciała tylko szybko oczyścić to miejsce i zakleić plastrem. Ach, no i może 
wziąć jakiś bloker.

Kiedy weszła do biura, Roarke już tam był.

background image

– Obejrzyjmy to.
– Co obejrzyjmy?
W odpowiedzi tylko lekko uniósł brwi.
– Cholerna Peabody, tylko chlapie tym swoim jęzorem. – Eve wyjęła z 

kieszeni   skradzione   opatrunki   i   rzuciła   je   na   biurko.   Powiesiła   płaszcz, 
usiadła i położyła pogryzioną nogę na biurku.

Podwinęła spodnie, by Roarke mógł przyjrzeć się ranie.
– Nie wygląda to najlepiej.
–   Przeżyłam   gorsze   rzeczy   niż   pogryzienie   przez   ulicznego 

złodziejaszka.

–  To  prawda.   –  Na   wszelki   wypadek   jednak   starannie   oczyścił   ranę, 

zasypał preparatem odkażającym i przykleił plaster. A potem pochylił się i 
szybko pocałował biały kwadrat.

– No, gotowe.
– Śledził mnie.
Roarke wyprostował się. Lekkie rozbawienie natychmiast znikło z jego 

oczu.

– Nie mówimy o tym szurniętym złodziejaszku.
– Czarny sedan, numerów nie widziałam, ale myślę, że możemy szukać 

po   modelu.   Poznam   rocznik.   Dowiedziałabym   się   czegoś   więcej,   może 
nawet   bym   go   zobaczyła,   gdyby   dupek   nie   zwiał   w   boczną   uliczkę. 
Musiałam patrzeć przed siebie, żeby nie stuknąć limuzyny, która potrąciła 
tego małego gnojka. Parę sekund i już go nie było.

– Nie wie, że go zauważyłaś.
–   Nie   sądzę.   Nie.   Jest   po   prostu   ostrożny.   Na   drodze   zrobiło   się 

zamieszanie, więc się wycofał. Unika takich sytuacji. Hm, skoro był na ulicy 
i mnie śledził, to może nie widział raportów w mediach i nie wie, że mamy 
rysopis. Ale się dowie.

Poprawiła się, próbując ułożyć wygodniej rwącą łydkę.
–   Bądź   dobrym   kumplem,   co?   Przynieś   mi   kawę.   Podszedł   do 

autokucharza.

– Co teraz zamierzasz?
–   Mam   spotkanie   z   Whitneyem   i   Mirą,   chcę   z   nimi   pogadać   o 

ewentualnej pułapce. Potem sprawdzę, czego dowiedzieli się moi ludzie i 
uzupełnię dane. Jakoś w ciągu dnia będę potrzebowała godziny lub dwóch, 
żeby to wszystko przemyśleć. Muszę to sobie poukładać w głowie.

background image

Podał jej kubek z kawą.
–   Jako   strona   zainteresowana   pułapką   chciałbym   uczestniczyć   w 

spotkaniu.

– Że też nie masz jeszcze dość tych spotkań. Będziesz musiał zostawić 

wszystkie guziki przed gabinetem.

– Słucham?
–   Nie   będziesz   miał   swoich   guzików,   więc   nie   będziesz   mógł   ich 

naciskać. – Na moment położyła głowę na oparciu fotela i pozwoliła kawie 
czynić cuda z jej organizmem. – I zapamiętaj sobie, nie jestem przynętą. 
Jestem doświadczoną gliniarą, która potrafi skopać tyłek.

– Z pogryzioną łydką.
– No... tak.
– Dallas. – Peabody otworzyła drzwi. – Jak noga?
– W porządku. I od tej pory nie pojawia się więcej w dyskusjach.
– Komendant i doktor Mira spotkają się z nami w gabinecie szefa za 

dwadzieścia minut.

– Dobra.
– A tymczasem przyszedł funkcjonariusz Gil Newkirk. Czeka w sali.
– Już idę.
Gil Newkirk potrafił nosić mundur. Wyglądał na solidnego, pewnego 

siebie glinę. Eve czuła, że ten człowiek umiał sobie radzić na ulicy. Na jego 
twarzy malowała się twardość, którą Feeney mógłby nazwać „szlifem".

Spotkała go parę razy przez te lata i zawsze uważała go za rozsądnego i 

rzeczowego.

– Witam, funkcjonariuszu Newkirk.
– Pani porucznik. – Mocno uścisnął dłoń, którą mu podała. – Ma tu pani 

świetną ekipę.

– Tak, to moi najlepsi ludzie. Zawężamy obszar poszukiwań.
– Miło mi to słyszeć. Mam nadzieję, że to, z czym przychodzę, okaże się 

pomocne. Jeśli ma pani chwilę...

–  Niech  pan  siada.  –  Wskazała  dłonią  stół   konferencyjny  i  sama   też 

usiadła.

– Macie jego twarz. – Newkirk spojrzał na rysunek przypięty do jednej z 

czterech tablic. – Długo jej się przyglądałem, próbowałem postawić ją przed 
sobą   dziewięć   lat   temu.   Tyle   ich   wtedy   było,   pani   porucznik.   Ta   twarz 
nikogo mi nie przypomina.

background image

– To było dawno temu.
– Jeszcze raz przejrzałem swoje zapiski, poszedłem nawet do domu Kena 

Colby'ego. Pracowaliśmy nad tym razem. Zginął pięć lat temu.

– Przykro mi.
–   Był   dobrym   człowiekiem.   Wdowa   pozwoliła   mi   poszperać   w   jego 

papierach i zabrać dokumenty i notatki związane ze starym dochodzeniem. 
Przyniosłem   to   wszystko.   –   Popukał   w   pudełko,   które   miał   ze   sobą.   – 
Pomyślałem, że może coś panią zainteresuje.

– Doceniam i dziękuję.
–   Dwóch   facetów   mnie   zaintrygowało,   gdy   dziś   rano   to   wszystko 

przeglądałem po naszej ostatniej rozmowie. Tylko że ta twarz. Jakoś mi nie 
pasuje.

– A co pana zaintrygowało?
– Budowa ciała, kolorystyka. Rozmawialiśmy o tym z synem. – Spojrzał 

na nią, unosząc brew.

– W porządku.
–   Wiem,   że   bierzecie   pod   uwagę   aspekt   wojen   miejskich. 

Przypomniałem sobie, że jeden z tych facetów opowiadał, że w czasie wojen 
jeździł z ojcem karawanem. Zbierali zwłoki. Pracował jako sanitariusz, a 
potem  pojechał  do Vegas   na jakąś  konwencję,  zgarnął  pulę  w kasynie i 
rzucił robotę. Pamiętam go, bo to była niesamowita historia. Ten drugi facet 
pochodził   z   bogatej   rodziny.   Majątek   po   trzech   pokoleniach.   Miał   takie 
dziwne   hobby,   wypychał   zwierzęta.   W   jego   domu   było   ich   pełno. 
Skopiowałem wszystko tutaj. – Podał jej dyskietkę. – Na wypadek gdyby 
chciała pani się temu przyjrzeć.

– Sprawdzimy wszystko. Ma pan dziś służbę, funkcjonariuszu Newkirk?
– Mam dziś wolne – powiedział.
– Jeśli nie ma pan innych zajęć i jest zainteresowany, to może mógłby 

pan usiąść nad tym z Feeneyem i sprawdzić aktualne dane. Będę wdzięczna.

– Nie ma sprawy. Chętnie pomogę.
Eve wstała i wyciągnęła na pożegnanie rękę.
– Dzięki. Mam spotkanie. Zajrzę do was, jak tylko będę mogła. Peabody, 

Roarke, ze mną.

Idąc   w   kierunku   małej   i   zwykle   cuchnącej   windy,   musiała   się 

skoncentrować na tym, żeby nie utykać i nie zwracać uwagi na bolącą nogę.

–   Pamiętaj   –   powiedziała   do   Roarke'a.   –   Jesteś   cywilem,   a   to   jest 

background image

operacja nowojorskiej policji.

–   Cywilnym   ekspertem,   jeśli   chodzi   o   ścisłość   –   poprawił.   Nie 

uśmiechnęła się – za bardzo – gdy wciskali się do windy.

–   I   nie   zwracaj   się   do   komendanta   per   „Jack".   To   podważa   powagę 

urzędu i jest... nie na miejscu.

– Cześć, Dallas!
Odwróciła   się   i   ujrzała   uśmiechniętego   detektywa   z   wydziały 

zapobiegania przestępczości.

– Renicki.
– Słyszałem, że ukąsił cię jakiś gnojek. Podobno teraz ma wściekliznę.
–   Tak?   A   ja   słyszałam,   że   ciebie   próbowała   jedna   panienka   do 

towarzystwa i teraz ma trypra.

– Hm – mruknął Roarke, gdy na korytarzu rozległy się gwizdy. – To 

dopiero powaga urzędu.

W gabinecie zastali Whitneya stojącego za biurkiem i Mirę obok krzesła 

dla gości.

– Witam, pani porucznik – odezwał się komendant. – Detektyw Peabody, 

Roarke.

– Panie komendancie, nasz ekspert cywilny jest zainteresowany tematem 

tego spotkania, dlatego poprosiłam, aby mógł w nim uczestniczyć.

– Jak chcesz. Proszę, siadajcie.
Roarke, Peabody i Mira zajęli miejsca, a Eve wciąż stała.
–   Za   pozwoleniem,   najpierw   chciałabym   przekazać   najnowsze 

informacje panu i doktor Mirze.

Była zwięzła i rzeczowa.
–   Ktoś   cię   śledził?   –   Whitney   nie   podważył   jej   słów.   –   Jakieś 

przypuszczenia?

– Tak, panie komendancie. Doktor Mira zasugerowała, że to ja mogę być 

następnym celem. Okazuje się, że to nie Roarke jest łącznikiem między tymi 
wszystkimi kobietami, tylko ja.

– Nie wspomniała mi pani o tej teorii, pani doktor.
– Poprosiłam, żeby dała mi czas na przemyślenie – powiedziała Eve, nim 

Mira   zdążyła   się   odezwać.   –   Chciałam   to   rozważyć   i   sprawdzić 
prawdopodobieństwo,   zanim   podejmiemy   ten   wątek   w   dochodzeniu. 
Obecnie   uważam,   że   ta   teoria   jest   bardzo   realna.   Byłam   detektywem 
podczas   pierwszego   dochodzenia,   partnerem   oficera   prowadzącego. 

background image

Odpowiadam parametrom, jakimi kieruje się sprawca przy wyborze ofiar. 
Możliwe,   że   nasze   drogi   się   spotkały   dziewięć   lat   temu,   a   przynajmniej 
biegły obok siebie.

Sądzę, że wrócił do Nowego Jorku z konkretnych powodów i uważam, 

że jednym z nich może być zamiar uprowadzenia mnie.

– No to się rozczaruje – skomentował Whitney.
– Tak jest, panie komendancie.
– Mira, co pani myśli o tej teorii?
– Zrobiłam własne testy prawdopodobieństwa i sądzę, że jeśli wziąć pod 

uwagę   jego   skłonności,   sprawca   może   uznać   porwanie   pani  porucznik   – 
kobiety silnej i mającej władzę, żony bardzo wpływowego człowieka – za 
swoje   największe   osiągnięcie.   Jednak   od   razu   rodzi   się   kolejne   pytanie: 
czym będzie mógł to przebić?

–   Niczym   –   oświadczył   Roarke.   –   Dobrze   wie,   że   niczym   tego   nie 

przebije. Ona będzie ostatnia. To jego największe wyzwanie, zwieńczenie 
dzieła.

– Tak. – Mira pokiwała głową. – Zgadzam się. W tym celu jest nawet 

gotów nieco zmodyfikować profil swojej ofiary. To nie jest kobieta, która 
ma ustalony harmonogram dnia czy stałe nawyki. Nie może też nawiązać z 
nią kontaktu osobistego, jak to czynił z wieloma, jeśli nie ze wszystkimi 
ofiarami w przeszłości. Nie może jej nigdzie zwabić. Widocznie Eve musi 
mieć dla niego wartość, skoro chce podjąć aż takie ryzyko i obmyśla sposób, 
by ją uprowadzić. Wrócił – mówiła dalej Mira. – Można powiedzieć, że 
wrócił do korzeni. I teraz zamierza zakończyć swoją pracę.

–   Przecież   już   robił   przerwy   –   wtrąciła   Peabody.   –   Rok,   dwa.   Skąd 

można   wiedzieć,  że  tym razem to  już  koniec.   Tego  rodzaju  zabójcy  nie 
przestają, dopóki nie zostaną ujęci lub zabici.

– Nie, nie przestają.
– Myślisz, że umiera – powiedziała Eve do Miry. – Albo postanowił ze 

sobą skończyć, po tym jak skończy ze mną.

– Tak. Właśnie tak uważam. Co więcej, jestem przekonana, że on się 

tego nie boi. Śmierć będzie jego ostatnim osiągnięciem, zamknięciem cyklu, 
który według naszej wiedzy prowadzi od co najmniej dekady. Nie boi się 
własnej śmierci, co sprawia, że jest jeszcze bardziej niebezpieczny.

– Musimy go sprowokować. – Eve zmrużyła oczy. – I to szybko.
– Jeśli zaaranżujecie coś prostego, to tego nie łyknie. – Roarke spojrzał 

background image

w oczy Eve, gdy ta odwróciła się do niego. – Wiem coś o wyzwaniach. Jeśli 
coś przychodzi zbyt łatwo, to nie jest warte ryzyka. On będzie chciał sobie 
na   to   zapracować.   A   przede   wszystkim,   będzie   chciał   wierzyć,   że   cię 
przechytrzył.   Poza   tym   miał   więcej   czasu   na   opracowanie   planu, 
przygotowanie całej operacji i zbadanie problemu niż wy.

–  Zgadzam   się.   –  Mira   pochyliła   się   do  przodu.  –   Jeśli   jest   tak,   jak 

myślimy, to ty masz być zakończeniem jego pracy. Zwieńczysz dzieło. Fakt, 
że ścigasz go, gdy on ściga ciebie, nie tylko podnosi stawkę w grze, ale 
dodaje   pewnego   rodzaju   blasku.   Będziesz   jego,   całkiem   dosłownie, 
arcydziełem. Z jego potrzebą kontroli musi czuć, że to, co osiągnął, jest 
wynikiem   jego   własnej   zręczności.   Chce   wierzyć,   że   cię   zwiódł,   mimo 
twojego doświadczenia i umiejętności, tak jak zwiódł inne kobiety.

– A więc pozwolimy mu w to wierzyć – odpowiedziała Eve. – Aż do 

chwili,   gdy   go   zdejmiemy.   Pewnie   już   wie,   że   mamy   jego   rysopis. 
Obstawiam,   na   podstawie   profilu   i   tego,   co   o   nim   wiemy,   że   to   tylko 
bardziej   go   podkręca.   Jeszcze   nikt   nie   był   tak   blisko.   Choć   nigdy   nie 
zależało mu na zainteresowaniu opinii publicznej, jego metody wskazują, że 
jest dumny z tego, co robi. A wtedy chyba będzie chciał, żeby na końcu 
wszyscy go poznali? 

– I zapamiętali – potwierdziła Mira.
– Nie wiemy gdzie ani kiedy, ale wiemy, kto jest celem i dlaczego. To 

dużo.   Mamy   jego   rysopis,   portret   pamięciowy,   znamy   wiek.   Wiemy 
zdecydowanie więcej niż dziewięć lat temu.

Gdy   mówiła,   miała   ochotę   poruszać   się,   chodzić,   ale   uznała,   że   w 

gabinecie komendanta nie wypada.

– Prawdopodobnie ma jakieś związki z wojnami miejskimi, lubi operę, 

zamiast   przemocy   stosuje   manipulację   i   oszustwo.   Często   nawiązuje 
osobisty kontakt z ofiarami przed ich uprowadzeniem. Tym razem wszystkie 
jego ofiary mieszkały lub pracowały w śródmieściu. To celowe.

– Chce, żebyśmy tym razem podeszli bliżej – zauważył Whitney. – A 

sięgając po pracownice Roarke'a, zrobił z tego sprawę osobistą.

–   Nie   wie,   ile   my   wiemy   –   powiedziała   Peabody.   –   Nie   wie,   że 

zorientowaliśmy się, że chodzi mu o Dallas. To kolejny punkt dla nas. Jak 
długo będzie sądził, że jest skoncentrowana na pogoni za sprawcą, tak długo 
będzie się czuł bezpiecznie za jej plecami i odważy się po nią sięgnąć.

–   Wracając   do   prowokacji.   To   musi   wyglądać   tak,   jakby   on   sam 

background image

wszystko zaaranżował. – Eve zwróciła się do Roarke'a: – Będziesz musiał 
wrócić do pracy.

– Wrócić gdzie?
–   Do   tego   swojego   kupowania,   zarządzania,   kręcenia   interesów   na 

planecie   i   poza   nią.   Nie   zrobi   kroku,   jeśli   przez   cały   czas   będę   miała 
obstawę: ciebie i ciebie też – powiedziała do Peabody. – Czy kogokolwiek 
innego. Trzeba dać mu szansę. Jeśli zna moje rutynowe procedury, to wie, 
że zwykle jadę sama do centrali i z powrotem. I wie, że czasami po służbie 
mogę zrobić rundkę po mieście. Musimy uchylić dla niego okno.

–   Łatwo   spreparować   pogłoskę,   że   wróciłem   do   interesów   –   odparł 

Roarke. Mówił spokojnym, niemal obojętnym głosem, ale Eve wyczuła w 
nim   napięcie.   –   Dopóki   to   okno   będzie   uchylone,   dopóty   ja   pozostanę 
aktywnym członkiem ekipy. I nie chodzi mi o to – kontynuował, zwracając 
się do komendanta  – że upieram się, by pozwolono mi  w jakiejś  części 
uczestniczyć w ochronie pani porucznik. Ten człowiek porwał trzy moje 
pracownice, a jedna z nich już nie żyje. Nie ma mowy, żebym wrócił do 
interesów, dopóki sprawca nie zostanie ujęty lub zabity jak Sarifina York.

– Rozumiem. Dallas, to ty wprowadziłaś cywilnego eksperta do ekipy. 

Uważam,  że  powinien  pozostać  aktywnym  członkiem  grupy  śledczej,  no 
chyba że twoim zdaniem jego talent i fachowość już więcej nam się nie 
przydadzą.

– Nie możesz kręcić się zbyt blisko – zaczęła Eve. – Jeśli wyczuje, że za 

bardzo dbasz o moje bezpieczeństwo, może się wycofać. Dlatego spreparuj 
te pogłoski tak, by były wiarygodne.

– Nie ma problemu.
– W takim razie zaczynamy nad tym pracować. Żadnych dramatycznych 

zmian w zwyczajach, ale częściej się rozdzielamy.

– Od tej chwili przez cały czas nosisz podsłuch – rozkazał Whitney.
– Tak jest, panie komendancie. Zaraz wszystko zorganizuję z Feeneyem. 

Potrzebny mi będzie nadajnik w samochodzie i...

– Już masz – przerwał jej Roarke i uśmiechnął się pogodnie, gdy na 

niego spojrzała. – Zgodziłaś się na to już wcześniej.

To   prawda,   pomyślała,   ale   nie   przypuszczała,   że   zajmie   się   tym 

natychmiast, nie czekając na jej oficjalne polecenie. Co było głupie, sama 
przyznała. Przecież to oczywiste, mogła się spodziewać.

– Tak, rzeczywiście.

background image

– Będziesz miała kamizelkę – zaleciła jej Mira.
– Mądra kobieta – poparł ją Roarke i uśmiechnął się do niej, ku irytacji 

Eve.

– Kamizelka to przesada. Jego wzorzec postępowania...
– W twoim przypadku przełamuje wzorzec – przypomniała jej Mira. – 

Kamizelka   zapewni   ci   bezpieczeństwo   i   ochronę,   na   wypadek   gdyby 
podczas   próby   uprowadzenia   chciał   cię   obezwładnić   czy   zranić.   Jest 
inteligentny, więc wie, że musi zdobyć nad tobą fizyczną przewagę.

– Kamizelka  to rozkaz. – Głos  Whitneya nie pozostawiał  miejsca  na 

wątpliwości. – Elektroniką zajmie się kapitan Feeney. Przez cały czas chcę 
wiedzieć,   gdzie   jesteś.   Czy   jesteś   w   terenie,   czy   w   samochodzie,   czy   z 
jakiegoś powodu na ulicy, ekipa cieni ma być tam z tobą. Tu nie chodzi 
tylko o bezpieczeństwo jednego z moich ludzi, pani porucznik – zwrócił się 
do niej. – Chodzi o to, żeby zamknąć to okno w momencie, gdy przez nie 
przejdzie. Dokładnie to opracujcie, chcę znać szczegóły.

– Tak jest, panie komendancie.
– Możecie odejść.
Gdy wyszli, Roarke pogłaskał ją po ramieniu.
– Kamizelka to nie jest kara, kochanie.
–   Ponoś   ją   przez   kilka   godzin,   to   pogadamy.   I   nie   mów   do   mnie 

„kochanie" na służbie.

– Do mnie możesz mówić „kochanie", kiedy tylko chcesz – powiedziała 

do Roarke'a Peabody, wywołując jego uśmiech.

–   Mam   jeszcze   parę   spraw   do   załatwienia.   Zobaczymy   się   w 

operacyjnym.  – Odwrócił się od nich i zaczął iść w drugą stronę. – Do 
zobaczenia   później,   kochanie.   Mówiłem   do   Peabody   –   dodał,   gdy   Eve 
zacisnęła zęby.

background image

Rozdział 16

Poczynienie stosownych ustaleń nie zajęło Roarke'owi dużo czasu. W 

sumie nie zamierzał jedynie pozorować, że wrócił do interesów. Po prostu 
wpadnie do domu i zastąpi morderstwa finansami.

Tymczasem jednak skierował się ku pomieszczeniu operacyjnemu ekipy, 

by   znów   puścić   w   ruch   różne   piłki   w   elektronicznej   grze.   Kątem   oka 
zauważył Eve wychodzącą ze swojej klitki. Przez chwilę przyglądał się jej 
długim, szybkim krokom. Tyle miejsc, w które musi pójść, pomyślał, tylu 
morderców, których musi złapać.

Przystanął, wziął dla nich obojga wodę i wszedł do sali.
Podeszła   do   Feeneya.   Gliniarz,   z   którym   pracował   kapitan   –   ojciec 

młodego   Newkirka,   przypomniał   sobie   Roarke'a   –   kiwnął   głową,   zabrał 
kilka dyskietek i przeniósł się na inne stanowisko.

Pewnie   chciała   porozmawiać   z   tamtym   w   cztery   oczy,   doszedł   do 

wniosku Roarke i sam udał się do swojego stanowiska, by popracować nad 
pewnym problemem.

Widział, jak Feeney chłonie informacje Eve. Zmrużył oczy, a na jego 

twarzy pojawił się ledwo widoczny grymas zatroskania. Nastąpiła szybka 
wymiana zdań, po czym Feeney podrapał się za uchem, sięgnął do kieszeni i 
wyjął z niej torebkę.

To   pewnie   orzeszki,   domyślał   się   Roarke,   kiedy   kapitan   otworzył 

torebkę, a potem poczęstował Eve.

Uznając to za sygnał, że przeszli do fazy planowania strategii, Roarke 

wstał i podszedł do nich.

– Podniósł sobie poprzeczkę – powiedział do niego Feeney.
– Na to wygląda.
Kapitan kołysał się na krześle.
–   Oczywiście   założymy   jej   podsłuch,   z   tym   nie   ma   problemu   – 

powiedział. – Można by też dać jej kamerę. W razie czego będziemy mieć 
oczy.

– Nie chcę, żeby zauważył kamerę – zaczęła Eve.
–   Mam   coś.   –   Roarke   spojrzał   na   Feeneya.   –   XT-Micro,   pluskwa 

najnowszej generacji. Najczęściej wpina się go w klapę, ale ponieważ ona 
nie nosi za dużo biżuterii, można go łatwo przerobić na guzik od bluzki czy 

background image

kurtki. Z opcją aktywacji głosowej. Będzie mogła go aktywować i wyłączyć 
przy użyciu dowolnie wybranego hasła głosowego.

– Ona stoi tu z wami – zauważyła Eve.
–   Mieliśmy   parę   takich   starszej   generacji   –   przypomniał   Feeney, 

ignorując Dallas.

– Już dawno wycofane – zapewnił go Roarke. – XT pozwala na przekaz 

wideo i audio. Jeśli nie natknie się na naprawdę wysokiej klasy systemy 
zabezpieczające, to ten model jest nie do wykrycia.

Feeney pokiwał głową.
– Dobrze się zapowiada. Chętnie bym rzucił na to okiem.
– Nie ma sprawy, jest już w drodze. W samochodzie Eve zamontowałem 

nadajnik wielościeżkowy klasy wojskowej.

Feeney aż zagwizdał z podziwu.
– No, to teraz na pewno jej nie zgubimy – powiedział i uśmiechnął się 

krótko. – Nawet gdyby zdecydowała się jechać do Argentyny. Odbiorniki 
założymy tutaj i w samochodzie. Cienie będą się trzymać pięć, sześć ulic 
dalej.

– A co z powietrznymi?
– Jak będzie trzeba, to też możemy ich wezwać.
– To nie zamach stanu, do cholery – mruknęła Eve. – Tylko jeden starszy 

gość.

– Który porwał, torturował i zabił dwadzieścia cztery kobiety.
Eve spojrzała gniewnie na Roarke'a.
– Myślę, że jeśli wejdzie przez to cholerne okno, to dam sobie radę. Wy 

dwaj oczywiście załóżcie te wasze elektroniczne zabawki, ale pamiętajcie, 
że   nam   nie   chodzi   tylko   o   wykurzenie   go   z   kryjówki.   Mamy   wejść   do 
środka.   Jeśli   chcemy   dać   szansę   Rossi   i   Greenfeld,   to   muszę   wejść   do 
środka. Niech myśli, że mnie przechytrzył. Jeśli zdejmiemy faceta z ulicy, 
nie będzie gwarancji, że wyciągniemy z niego, gdzie je przetrzymuje.

Miała ich pełną uwagę, więc przeszła do sedna.
– Nie pozwolę, żeby te dwie kobiety się wykrwawiły lub zagłodziły na 

śmierć   tylko   dlatego,   że   tak   bardzo   trzęsiemy   się   o   moją   skórę.   Nie 
zdejmiemy go, dopóki nie dowiemy się, gdzie są ofiary. Ich bezpieczeństwo 
jest priorytetem. To wytyczna oficera prowadzącego.

Feeney potrząsnął torebką z orzeszkami i poczęstował Roarke'a.
– Namierzyliśmy z Gilem parę miejsc i kilku osobników, których warto 

background image

sprawdzić.

– Zajmiemy się tym z Peabody. To standardowa procedura, na wypadek 

gdyby mnie  obserwował. Daj, co masz.  Kiedy  tu będzie to twoje nowe, 
błyszczące cacko? – zapytała Roarke'a.

– Powinno dotrzeć za jakieś dziesięć, piętnaście minut. – Dobra.
To   ja   w   rym   czasie   pójdę   wybrać   tę   durną   kamizelkę.   –   Dała   znak 

Peabody. – Roarke, będziesz musiał zorganizować sobie jakiś transport do 
domu.

– Rozumiem. Pani porucznik, jeszcze moment. – Roarke podszedł z nią 

do drzwi. – Zależy mi na bezpieczeństwie tych kobiet tak samo jak tobie. 
Ale jednocześnie lubię twoją skórę w takim stanie jak teraz. Znajdziemy 
sposób,   żeby   to   wszystko   wypaliło.   To   wytyczna   mężczyzny,   który   cię 
kocha. Więc uważaj na swój tyłek, bo w razie czego pierwszy go skopię.

Wiedział,  że   jej  się  to  nie  spodoba,   ale  bardzo  tego  pragnął,  dlatego 

uniósł jej twarz, ucałował ją namiętnie w usta i odszedł.

– Ach – westchnęła Peabody, która wyszła z sali tuż za Eve. – Jakie to 

słodkie.

– Tak, w naszym domu zamiast cukru kopiemy się po tyłkach. Marsz po 

kamizelki!

– Kamizelki? Będzie więcej niż jedna?
– Ja noszę jedną, ty nosisz drugą.
– Ach – powtórzyła Peabody, tym razem zupełnie innym tonem.
W   niecałe   czterdzieści   minut   były   na   parkingu   w   kamizelkach   i   z 

podsłuchem. Peabody kolejny raz poprawiła kurtkę.

– Grubo wyglądam, nie? Wiem, że grubo w tym wyglądam. Na dodatek 

ciągle nie zrzuciłam tych paru kilogramów z zimy.

– Nie będziemy odwracać uwagi tego sukinsyna twoją figurą bałwanka, 

Peabody.

– Łatwo ci mówić. – Przesunęła się, próbując obejrzeć swoje odbicie w 

bocznym   lusterku.   –   To   cholerstwo   pogrubia   mi   talię,   a   naprawdę   nie 
potrzebuję w tym miejscu żadnych poprawek. Wyglądam jak pniak.

– Pniaki nie mają rąk i nóg.
– Ale mają gałęzie. Tylko że jak mają gałęzie, to nie są pniakami. Czyli 

wyglądam raczej jak pień drzewa. – Opadła ciężko na siedzeniu pasażera. – 
Teraz mam dodatkową motywację, żeby jak najszybciej zdjąć tego bydlaka. 
Przez niego wyglądam jak pień.

background image

– Tak, usmażymy  mu  za to dupsko. – Eve włączyła się do ruchu. – 

Obserwuj,   czy   mamy   ogon.   Aktywuj,   Dallas   –   powiedziała,   żeby 
przetestować nagrywanie. – Jak odbiór?

– Oczy i uszy, pięć na pięć – odparł Feeney. – Cień trzyma się minimum 

trzy ulice od ciebie.

– Przyjęłam. W terenie system cały czas aktywny. Najpierw wybrały się 

do   kierowcy   karawanu.   Nieźle   się   urządził,   uznała   Eve.   Szacowna 
kamienica z brązowego piaskowca w cichej okolicy West Village tylko dla 
niego.

Drzwi otworzył android – zdumiewająco zaprojektowana kobieta, która 

zdaniem Eve bardziej nadawała się do zaspokajania potrzeb erotycznych niż 
pomocy w domu. Ciemne oczy, głęboki ciepły głos, ciemne włosy i obcisła 
czarna sukienka.

– Proszę zaczekać w holu, zawiadomię pana Dobbinsa o wizycie.
–   Odeszła,   a   raczej   wymknęła   się,   pomyślała   Eve,   niczym   gibka 

drapieżniczka.

– Jeśli ona zajmuje się tu tylko odkurzaniem, to ja noszę rozmiar drugi – 

skomentowała Peabody.

– Może i odkurza, ale najpierw poleruje mosiądze starszemu panu.
– Kobiety są takie wulgarne – odezwał się w jej uchu Roarke.
– Wycisz rozmowy. – Eve rozejrzała się po holu.
Bardziej   przypominało   to   przestronny   przedpokój,   zauważyła.   Przez 

bogato zdobione szklane panele w drzwiach wpadało delikatne światło. Po 
obu stronach znajdowały się drzwi, kuchnia była pewnie na tyłach, sypialnie 
na piętrze.

Dużo miejsca jak dla jednego mężczyzny.
Pojawił   się,   szurając   przydeptanymi   kapciami.   Miał   na   sobie 

rozciągnięty sweter; długie niemal do ramion włosy zaczesane były do tyłu i 
ufarbowane na niewiarygodną czerń.

Twarz miał  zbyt szczupłą,  usta zbyt pełne, a ciało zbyt wątłe jak na 

mężczyznę, z którym rozmawiały Trina i Loni.

– Pan Dobbins?
– Zgadza się. Chcę zobaczyć jakieś identyfikatory albo obie natychmiast 

się wynoście.

Długo   przyglądał   się   odznakom,   najpierw   Eve,   a   potem   Peabody, 

mamrocząc pod nosem.

background image

– No dobrze, to o co się rozchodzi?
– Prowadzimy dochodzenie w sprawie zabójstwa kobiety w Chelsea – 

zaczęła Eve.

– Ten cały Pan Młody, co nie? – Dobbins pogroził jej palcem. – Czytam 

prasę,   oglądam   wiadomości.   Gdybyście   wykonywali   swoje   obowiązki   i 
chronili obywateli, nie przychodzilibyście tu co chwilę zadawać mi pytania. 
Gliny już tu były, parę lat temu, jak zamordowali tę dziewczynę po drugiej 
stronie ulicy.

– Znał ją pan, panie Dobbins? Dziewczynę, która została zamordowana 

dziewięć lat temu?

–   Widziałem   ją,   przychodziła,   wychodziła.   Nigdy   z   nią   nie 

rozmawiałem. Tę też widziałem, na zdjęciu na ekranie. Ale nigdy z nią nie 
rozmawiałem.

– Czy kiedykolwiek widział pan tę nową dziewczynę? – zapytała Eve.
–   Na   ekranie,   już   mówiłem,   nie?   Nie   wypuszczam   się   do   Chelsea. 

Wszystko, czego mi potrzeba, mam tu, na miejscu. Nie widać?

–   Tak,   zapewne,   panie   Dobbins.   Czy   pański   ojciec   był   kierowcą 

ciężarówki z kostnicy w czasie wojen miejskich?

–   Karawanu.   Prawie   zawsze   z   nim   jeździłem.   Zbieraliśmy   zwłoki   z 

prawej, lewej i ze środka. Czasami trafiali się żywi, których ktoś wcześniej 
uznał za trupy. Chcę usiąść.

Odwrócił się i powłócząc nogami,  bez słowa ruszył na prawo. Eve i 

Peabody spojrzały po sobie i ruszyły za nim.

Salon był zagracony starymi meblami. Ściany, które kiedyś musiały być 

białe, dziś przypominały kolorem zepsute żółte zęby.

Dobbins usiadł, wyjął papierosa ze zniszczonej srebrnej papierośnicy i 

zapalił.

– Na szczęcie we własnym domu człowiek może sobie zapalić. Tego 

jeszcze nam nie odebraliście. Mój dom jest moją pieprzoną twierdzą.

– Ma pan uroczy dom, panie Dobbins – skomentowała Peabody. – W tej 

okolicy są cudowne kamienice. Na szczęście wiele z nich przetrwało wojny 
miejskie. To musiały być straszne czasy.

– Nie było tak źle. Jakoś przeżyłem. Zrobiłem się twardy. – Popukał w 

powietrzu papierosem, jakby próbując to udowodnić. – Zanim skończyłem 
dwadzieścia   lat,   widziałem   więcej   niż   niejeden   facet,   który   dożył   stu 
dwudziestu lat.

background image

– Nawet sobie tego nie wyobrażam. Czy to prawda, że w niektórych 

dzielnicach   było   tyle   zwłok,   że   trzeba   było   zapisywać   na   nich   numery 
identyfikacyjne, żeby się nie pomieszały?

– Tak właśnie było. – Wypuścił dym z papierosa i pokiwał palcem. – 

Najpierw dopadali ich szabrownicy i rozbierali do gołego. Na każdym ciele 
zapisywałem, w jakim sektorze je znaleźliśmy, tak żeby później było łatwiej 
prowadzić   dokumentację.   Zabieraliśmy   zwłoki   do   samochodu,   a   potem 
lekarz z prosektorium spisywał numery do archiwum. Strata czasu. Wtedy to 
już było tylko mięso.

– Utrzymuje pan kontakty z kimś z tamtych czasów? Ludźmi, którzy 

pracowali w tym zawodzie co pan, albo z lekarzami lub sanitariuszami?

– A po co? Jak się dowiedzą, że masz trochę forsy, to zaraz będą chcieli 

pożyczać.   –   Wzruszył   ramionami.   –   Parę   lat   temu   spotkałem   Earla 
Wallace'a. Jeździł karawanem ze spluwą. Byłem też na pogrzebie doktora 
Yumeckiego, z pięć, sześć lat temu. Oddać mu ostatnie honory. Był wart, by 
go pożegnać, a takich nie zostało już wielu. Urządzili mu ładną ceremonię. 
Jego wnuk o to zadbał. Czuwanie było w holu zamiast w sali głównej, ale i 
tak było bardzo ładnie.

– Nie wie pan, jak można się skontaktować z panem Wallace'em lub 

wnukiem doktora Yumeckiego?

– A skąd, u diabła, mam wiedzieć? Czytam nekrologi.
Jak widzę kogoś znajomego, komu warto poświęcić trochę czasu, to idę 

na pożegnanie. Kiedyś obiecaliśmy sobie, że będziemy chodzić, to chodzę.

– A co sobie obiecaliście? – ciągnęła go za język Eve.
– Wszędzie panowała śmierć. – Jego oczy zaszły mgłą. Eve wyobraziła 

sobie, że wciąż widział tamtych zmarłych. – Nie było pożegnań. Wrzucało 
się ich do pieca i paliło albo zakopywało. I to najczęściej w towarzystwie, 
można   powiedzieć.   Dlatego   my,   którzy   ich   zbieraliśmy   z   ulic,   a   potem 
znakowaliśmy   i   zwoziliśmy   do   prosektorium,   obiecaliśmy   sobie,   że   jak 
przyjdzie nasz czas, to będziemy mieć pożegnanie, a ci, którzy będą żywi i 
będą mogli przyjść, to przyjdą. I teraz to robię.

–   Kto   jeszcze   przychodzi?   Z   czasów   wojen?   Dobbins   zaciągnął   się 

papierosem.

– Nie pamiętam nazwisk. Od czasu do czasu widuję paru.
– A tego? – Eve wyjęła rysunek. – Poznaje pan tego mężczyznę?
– Nie. Może trochę podobny do Odbieracza. Odrobinę.

background image

– Do Odbieracza?
– My zbieraliśmy ciała i odwoziliśmy. A on je od nas odbierał, to był 

Odbieraczem.   Miał   pożegnanie   ze   dwadzieścia   lat   temu   albo   i   więcej. 
Wspaniałe. – Zaciągnął się papierosem. – Dobre jedzenie. Dawno już nie 
żyje.

Gdy wróciły do samochodu, Eve przez chwilę siedziała i myślała.
– Mógł udawać. Zgorzkniały, nieco zwariowany starszy pan. Ale to było 

pouczające.

– Mógł być w przebraniu, gdy Trina go widziała.
– Mógł – zgodziła się Eve. – Ale Trina raczej zauważyłaby, że to nie 

prawdziwa twarz. To jej praca. Sprawdźmy te dwa nazwiska, które sobie 
przypomniał.

Następny na liście był Hugh Klok z Washington Square Park. Zwłoki 

dziewczyny,   którą   widział   Dobbins   –   która   przychodziła   i  wychodziła   – 
zostały  znalezione   w tej  okolicy. Z  notatek  Gila Newkirka  wynikało,  że 
Klok był przesłuchiwany, podobnie jak inni sąsiedzi. Został opisany jako 
handlarz antykami, który kupił i wyremontował kamienicę kilka lat przed 
morderstwami.

Poza tym zaznaczono, że chętnie współpracował, choć nie wniósł nic 

nowego do śledztwa.

Antyki dają niezłe dochody, o ile ktoś wie, co z nimi robić. Eve uznała, 

że Klok wiedział, bo jego posiadłość robiła wrażenie. Kiedyś były to dwie 
kamienice,   które   połączono   w   jeden   ogromny   dom,   oddzielony   od   ulicy 
wielkim ogrodem.

– Piękne świerki – zauważyła Peabody, gdy zbliżały się do zdobionej 

żelaznej bramy wjazdowej.

Eve nacisnęła guzik i w tej samej chwili komputerowy głos zażądał, by 

podała powód wizyty.

–   Policja.   Chcemy   porozmawiać   z   panem   Hugh   Klokiem.   –   Wyjęła 

odznakę i przyłożyła do czytnika.

–   Pana   Kloka   nie   ma   w   tej   chwili   w   rezydencji.   Proszę   zostawić 

wiadomość   w   punkcie   kontrolnym   lub   wjechać   na   teren   posiadłości   i 
zostawić wiadomość u pracownika.

–   Opcja   druga.   Rzucimy   okiem   na   to   wszystko   –   powiedziała   do 

Peabody.

Brama powoli się otworzyła. Wjechały na wyłożony kostką podjazd i 

background image

weszły schodami pod drzwi. Te otworzyły się natychmiast. W progu stał 
android wystylizowany na dostojnego mężczyznę w średnim wieku.

– Jestem upoważniony do odbierania wiadomości dla pana Kloka.
– Gdzie jest pan Klok?
– Pan Klok wyjechał w interesach.
– Dokąd?
– Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji. Jeśli to coś 

pilnego lub chodzi o interesy, mogę w tej chwili skontaktować się z panem 
Klokiem,   a   on   skontaktuje   się   z   państwem   tak   szybko,   jak   to   możliwe. 
Spodziewamy się jego powrotu za dzień lub dwa.

Za plecami dostojnego androida znajdował się równie dostojny hol. Eve 

przeczuwała, że dookoła jest sporo niezagospodarowanej przestrzeni.

–   Powiedz   panu   Klokowi,   żeby   po   powrocie   skontaktował   się   z 

porucznik Eve Dallas z centrali nowojorskiej policji.

– Oczywiście.
– Od jak dawna nie ma go w domu?
– Pan Klok przebywa poza rezydencją od dwóch tygodni.
– Czy pan Klok mieszka sam?
– Tak.
– Czy podczas jego nieobecności byli tu jacyś goście?
– W rezydencji nie ma żadnych gości.
– OK. – Wolałaby wejść do środka i trochę powęszyć, ale bez nakazu lub 

powodu nie miała prawa przekraczać progu.

Opuściła dom Kloka i udała się do ruchliwej części dzielnicy Little Italy.
Jedna z ofiar pracowała jako kelnerka w restauracji, której właścicielem 

był Tomas Pella. W czasie wojen Pella służył w armii, to wtedy stracił brata, 
siostrę i młodą, poślubioną dwa miesiące wcześniej żonę, pełniącą funkcję 
sanitariuszki.

Nigdy nie ożenił się powtórnie. Otworzył trzy restauracje, które odniosły 

sukces, i wszystkie trzy sprzedał osiem lat temu.

–   Samotnik,   jak   określił   go   Newkirk   –   powiedziała   Eve.   –   Do   tego 

wybuchowy i wściekły.

Mieszkał w zgrabnym białym domu w bliskiej odległości od cukierni, 

sklepów i kawiarni.

Kiedy   po   raz   trzeci   przywitał   je   android   –   znów   kobieta,   ale   w 

przytulnym typie domowym – Eve doszła do wniosku, że mężczyźni z tego 

background image

pokolenia preferowali urządzenia elektroniczne zamiast ludzi.

– Porucznik Dallas, detektyw Peabody. Chcemy porozmawiać z panem 

Tomasem Pellą.

– Przykro mi, pan Pella jest bardzo chory.
– Tak? A co mu dolega?
–   Obawiam   się,   że   nie   mogę   informować   o   stanie   jego   zdrowia   bez 

upoważnienia. Czy mogę coś jeszcze zrobić?

– Czy jest przytomny? Świadomy? Może mówić?
– Tak, ale wymaga spokoju i ciszy.
W pewnym sensie androidy były twardsze od ludzi, ale i tak można było 

je zastraszyć i speszyć.

– Chcę się z nim widzieć. – Eve postukała się po odznace i stanowczo 

popatrzyła na androida. – Myślę, że jego spokój zakłócimy dopiero wtedy, 
gdy zdobędę nakaz i wejdę tu z ekipą policyjnych lekarzy, którzy ocenią 
stan jego zdrowia. Czy jest przy nim pielęgniarka?

– Tak, przez cały czas.
–   W   takim   razie   powiadom   pielęgniarkę,   że   jeśli   pan   Pella   jest 

przytomny i świadomy, to musimy z nim porozmawiać. Jasne?

– Tak, oczywiście. – Zrobiła krok w tył i zamknęła za nimi drzwi, po 

czym podeszła do domowego łącza. – Jeśli pan Pella może, to są tu dwie 
osoby z policji, które nalegają, by z nim porozmawiać. Tak, zaczekam.

Pomoc   domowa   zerknęła   na   Eve.   Była   tak   speszona,   jak   tylko   to 

możliwe w wypadku androida.

Pomieszczenie  zwieńczał wysoki sufit. Dom urządzono elegancko i z 

wyczuciem.   Klatka   schodowa   znajdowała   się   po   lewej   stronie   i   była 
wyłożona wąskim, nieco wydeptanym czerwonym chodnikiem. Hol zdobił 
trójpoziomowy kryształowy żyrandol w odcieniach bladego błękitu.

Eve   zrobiła   kilka   kroków   i   zerknęła   na   prawo,   do   salonu.   Na 

kremowobiałym kominku stał rząd fotografii. Sądząc po strojach, musiały 
przedstawiać  rodziców, rodzeństwo i piękną, już na zawsze  młodą,  żonę 
Pelli.

Trzeci   mężczyzna   z   listy,   pomyślała.   Można   by   powiedzieć,   że 

zamieszkiwał dom śmierci.

– Proszę za mną. – Android skromnie złożył przed sobą ręce. – Pan Pella 

przyjmie panie, ale jego pielęgniarka życzy sobie, by była to jak najkrótsza 
wizyta.

background image

Kiedy Eve nie odpowiedziała, android po prostu odwrócił się i ruszył po 

schodach na górę. Zauważyła, że lekko skrzypiały. Jęki i pomruki starości. 
Na szczycie schody rozdzielały się na dwie strony. Android skręcił w lewo i 
zatrzymał się przy pierwszych drzwiach.

Zapewne okna wychodzą na ulicę, pomyślała Eve. Widać trochę życia.
W pokoju zdecydowanie nie było czuć życia. Jeśli to był dom śmierci, to 

znajdowały się w jego głównym salonie.

Olbrzymie   łóżko   z   baldachimem   w   nogach   i   głowie   było   bogato 

zdobione   rzeźbami   cherubinów.   Światło   ledwo   przedzierało   się   przez 
szczelnie zasłonięte wysokie okna.

Leżący w łóżku mężczyzna był blady jak duch. Na twarzy miał maskę 

tlenową, nad którą widać było tylko oczy, niemal pozbawione koloru, za to 
przepełnione goryczą i wściekłością.

– Czego chcecie?
Jak na chorego miał silny glos, mimo że maska tlenowa utrudniała mu 

mówienie. Pewnie napędzało go to, co Eve zobaczyła w jego oczach.

–   Proszę   zachować   spokój.   –   Pielęgniarka   wyglądała   na   stanowczą   i 

kompetentną. – Nie wolno się panu denerwować.

– Idź do diabła. – Uciął. – Wynoś się stąd. – Proszę pana...
– Wyjdź! To wciąż ja tu rządzę. Wynocha. A wy? – Wskazał drżącym 

palcem Eve. – Czego chcecie?

– Prowadzimy dochodzenie w sprawie zabójstwa kobiety, której ciało 

znaleziono w East River Park.

– Pan Młody. Wrócił. Ja też byłem kiedyś panem młodym.
– Słyszałam. – Podeszła bliżej do łóżka. Nie mogła żądać, żeby zdjął 

maskę,   na   dodatek   słabe   światło   całkowicie   uniemożliwiało   porównanie 
jego twarzy z portretem pamięciowym. Ale widziała, że miał białe włosy i 
okrągłą twarz. Przyszło jej do głowy określenie „nalana" i pomyślała, że to 
od sterydów.

– Zdaje pan sobie sprawę, że została zamordowana w ten sam sposób co 

Anise Waters, która pracowała u pana dziewięć lat temu.

– Dziewięć lat. Mrugnięcie okiem albo dożywocie. To zależy, prawda?
– Czas jest rzeczą względną? – zapytała, patrząc mu w oczy.
– Czas to kawał skurwysyna. Sama się przekonasz.
– Kiedyś na pewno.
– Wy, gliny, dziewięć lat temu już mnie oglądaliście. Przyszłyście po to 

background image

samo? No to sobie popatrzcie.

– Kiedy ostatni raz wstawał pan z łóżka?
– Wstaję, kiedy mi się podoba. – W jego głosie dało się słyszeć irytację i 

urażoną dumę. Staruszek poruszył się i usiadł na łóżku. – Za daleko nie 
chodzę,   ale   wstać   jeszcze   potrafię,   do   cholery.   Myślicie,   że   wstałem   i 
zabiłem tę dziewczynę, a potem sobie porwałem jeszcze parę innych?

– Jest pan dobrze poinformowany, panie Pella.
– A co, u diabła, zostało mi do roboty poza oglądaniem tego przeklętego 

ekranu! – Wskazał brodą jeden z monitorów na ścianie naprzeciwko łóżka. – 
Wiem, kim jesteś. Glina Roarke'a.

–   Ma   pan   z   tym   jakiś   problem?   Uśmiechnął   się,   ukazując   zęby   pod 

maską.

– A ten człowiek? – Eve wyjęła rysunek. – Zna go pan? Spojrzał na szkic 

z lekceważeniem, ale przez sekundę.

Eve dostrzegła w jego oczach coś jeszcze, co pojawiło się, gdy naprawdę 

przyjrzał się twarzy z portretu, i w tej samej chwili znikło.

– Kto to?
– Pewnie ten facet lubiący zabijać kobiety. – Twardy opór znów wrócił 

na jego twarz, która przybrała wyraz z rodzaju „pieprz się". – Ale to chyba 
wasz problem, nie mój.

– Mogę zrobić tak, żeby to był też pański problem. Lubi pan brunetki, 

panie Pella?

– Nie mam czasu na kobiety. One nie słuchają człowieka. Umierają nam.
– Służył pan w armii podczas wojen.
– Zabijałem mężczyzn i kobiety. Wtedy to się nazywało bohaterstwem. 

A ona akurat była zajęta ratowaniem życia, kiedy ją zabili. Ktoś oczywiście 
też powiedział, że to bohaterstwo. Nieprawda. Zabijanie to zabijanie. Potem 
już nigdy nie można przestać o tym myśleć.

– Zidentyfikował pan jej zwłoki?
– Nie będę więcej o tym rozmawiał. Proszę nie wspominać więcej o 

Therese.

– Czy pan umiera, panie Pella?
– Wszyscy umieramy. – Znów się uśmiechnął. – Tyle że niektórzy z nas 

są bliżej mety.

– Co jest pana metą?
– Guz. Już raz go pokonałem i znów od dziesięciu lat z nim walczę. Tym 

background image

razem mówią, że mnie pokona. Cóż, zobaczymy.

– Czy możemy się trochę rozejrzeć, skoro już tu jesteśmy?
– Chcesz przeszukać mój dom? – Podniósł się odrobinę. – To nie są 

czasy wojen, glino Roarke'a, kiedy ci twojego pokroju mogli robić, co im się 
żywnie podobało. Wciąż mieszkamy w Stanach Zjednoczonych pieprzonej 
Ameryki.   Chcesz   przeszukać   mój   dom?   To   zdobądź   nakaz.   A   teraz 
wynocha!

Dallas stała na ulicy i z rękami na biodrach przyglądała się domowi Pelli. 

Po chwili zasłony w sypialni delikatnie się poruszyły.

– Twardy sukinsyn – skomentowała Eve.
– Tak, ale czy wystarczająco twardy?
– Założę się, że tak. Gdyby chciał zabijać, toby zabijał. Poza tym jest 

wątek utraconej miłości i pana młodego. Dlaczego te kobiety miałyby żyć i 
być   szczęśliwe,   kiedy   on   stracił   swoją   żonę?   Żołnierz   z   czasów   wojen. 
Potrafi zabijać, robi wrażenie człowieka przepełnionego gniewem. I potrafi 
kontrolować.

– Sala szpitalna, maska tlenowa – zastanawiała się Peabody. – Może 

udawać.

– Może, ale na pewno wie, że możemy to sprawdzić. Oczywiście jeśli 

rzeczywiście umiera, to wystarczy sprawdzić puls. Żaden sędzia nie da nam 
nakazu przeszukania domu należącego do starca na łożu śmierci.

– Dallas, włącz rozmowę. Feeney, jak mnie słyszysz?
– Idealnie.
– Przyślij tu paru mundurowych z goglami obserwacyjnymi. Pella nic nie 

powiedział, ale coś z nim jest nie tak. Wie o czymś lub o kimś. Zareagował 
na widok portretu.

– Już się robi.
– Cienie, widzicie jakiś ogon? – Nada.
– Ja też nie. Dobra, podrzucę Peabody do domu i sama też wracam do 

siebie. Popracuję na miejscu. Dallas, wyłączam się.

– Dom, słodki dom?
–  Dom,   gdzie   można   zacząć   szukać   danych  o   nieżyjącej   żonie  Pelli. 

Informacje, szczegóły, wszystko, co tylko da się znaleźć. Mogę postarać się 
o wgląd w jego kartę zdrowia. Sprawdź Dobbinsa.

– Wygląda na to, że dziś też nie będzie bzykania. Eve zignorowała jej 

uwagę.

background image

– Ja przyjrzę się chwilowo niedostępnemu Hugh Klokowi. Facet działa 

w antykach, a to jak dla mnie oznacza podróże. Sprawdzimy, czy któryś z 
nich bywa w operze. Roarke przyjrzy się nieruchomościom. Może te domy 
coś oznaczają. Na wszelki wypadek przydadzą nam się wszystkie plany.

Zjechała z chodnika w nadziei, że wyczuje jakiegoś obserwatora, kogoś, 

kto przemykał się w korkach tuż za nią. Ale jedyne, co wyczuwała, to ścisk 
na ulicy i mrowie pojazdów, które zamieniły śnieg w brudną breję.

Rozdział 17

 Zablokuj – powiedziała Eve, gdy brama wjazdowa jej domu zamknęła 

się za samochodem. – Oczy i uszy, zatrzymaj. Dallas, koniec łączności.

Zauważyła,   że   w   ich   ogrodzie   nie   było   widać   tej   paskudnej   mokrej 

chlapy. Cały ogród pokrywał czysty, biały płaszcz śniegu, drzewa zdobiły 
ciężkie,   mokre   futra   śnieżne,   a   ich   cudowna   rezydencja   wyglądała   jak 
idealny temat pejzażu z zimowym krajobrazem. I jak na obrazie panowała tu 
absolutna marcowa cisza.

Eve wysiadła z samochodu i mimo że wciąż panował chłód, pomyślała, 

że Peabody chyba miała rację. Może i wiosna jest blisko.

Ledwo weszła do domu, w holu zmaterializował się Summerset, a tuż za 

nim gruby kocur sir Galahad.

– Mam przekazać, że Roarke wróci trochę później. Wygląda na to, że 

jego interesy wymagają, by nadrobił nieco czas, który poświęcił waszym 
interesom.

– Jego wybór, strachu na wróble. – Rzuciła płaszcz na kolumnę.
– Widzę krew na spodniach.
Zerknęła   na  nogawkę.   Prawie   zapomniała   o  ukąszeniu   przez   tamtego 

małego złodziejaszka.

– Już zaschła.
–   W   takim   razie   nie   pobrudzi   podłogi   –   odparł   spokojnie.   –   Mavis 

prosiła, by przekazać, że nie zdołała zidentyfikować peruki, ale obie z Triną 
są   blisko   zidentyfikowania   kremów   do   ciała.   Obstawiają   trzy   marki. 
Informacje są na biurku w gabinecie.

Eve wspięła się dwa stopnie wyżej, nie tylko po to, by szybciej dotrzeć 

na piętro, ale głównie, by móc patrzeć na niego z góry.

background image

– Wyjechały?
– W południe. Leonardo wrócił. Zorganizowałem im transport do domu. 

Trina zamieszka u nich do czasu, aż sprawa się wyjaśni.

– Dobrze. W porządku. – Weszła kolejne dwa stopnie wyżej i zatrzymała 

się. Summerset był strasznie upierdliwy i sztywny, ale musiała przyznać, że 
w jego głosie brzmiała troska. Mimo licznych wad, o których nie warto było 
nawet   wspominać,   miał   jakąś   ogromną   i   niewytłumaczalną   słabość   do 
Mavis.

– Nie mają powodu do niepokoju – powiedziała, patrząc mu prosto w 

oczy. – Ta sprawa ich nie dotyczy.

Pokiwał tylko głową, więc Eve poszła na górę. Galahad pobiegł za nią.
Zajrzała do sypialni i tylko rzuciła okiem na ogromne, miękkie łóżko. 

Wiedziała,   że   gdyby   położyła   się   choć   na   chwilę,   już   by   się   dziś   nie 
podniosła.   A   taka   możliwość   nie   wchodziła   w   grę.   Rozebrała   się   więc, 
umieściła broń i podsłuch, który miała przyklejony nad kostką, odznakę i 
elektronikę na toaletce, po czym włożyła szorty i koszulkę na ramiączka.

Zaczęła skubać plaster na łydce, ale szybko zmieniła zdanie. Jeśli go 

odklei i zobaczy ranę, noga znów zacznie ją rwać.

Teraz potrzebowała solidnej porcji wysiłku, który oczyściłby jej umysł i 

ożywił ciało.

Galahad   najwyraźniej   miał   inny   pomysł   na   wykorzystanie   czasu,   bo 

zdążył zwinąć się w kłębek i zapaść w głęboki sen.

– To dlatego jesteś taki gruby – powiedziała do niego. – Jesz, śpisz, 

trochę się pokręcisz po domu, potem znów coś zjesz i znowu chwilę pośpisz. 
Chyba każę Roarke'owi zamontować dla ciebie ścieżkę zdrowia gdzieś na 
dole. Zrzucisz trochę tłuszczu.

W odpowiedzi kocur ziewnął szeroko i z powrotem zamknął oczy.
– Jasne, śmiało, zignoruj mnie. – Weszła do windy i zjechała na dół do 

siłowni.

Przebiegła trzy kilometry, włączywszy swój ulubiony program „plaża". 

Pod   stopami   czuła   piasek,   powietrze   pachniało   morzem,   przed   oczyma 
przesuwały się morskie fale, których szum przyjemnie ją uspokajał.

Zakończyła   bieg   w   stanie   przypominającym   trans   i   podeszła   do 

ciężarów.   Spocona   i   zadowolona   zakończyła   sesję   ćwiczeniami 
rozciągającymi, po czym ruszyła pod prysznic.

Może noga zaczęła ją bardziej rwać, ale i tak to było lepsze od drzemki, 

background image

wmawiała  sobie Eve. Choć musiała przyznać, że kot chrapiący na łóżku 
wyglądał na cholernie zadowolonego. Włożyła luźne spodnie, czarną bluzę, 
która   ku   jej   zaskoczeniu   okazała   się   z   czystego   kaszmiru,   oraz   grube 
skarpety. Wzięła teczkę z dokumentami i udała się do swojego gabinetu.

Zaprogramowała cały dzbanek kawy. Pijąc pierwszy kubek, uzupełniła 

dane na schematach, chwilę krążyła po pokoju, po czym podeszła do tablic. 
Długo patrzyła w oczy mordercy ze szkicu Yancy'ego.

– Wróciłeś do domu, żeby umrzeć? Ted, Ed, Edward, Edwin? Chodzi ci 

o czas, o zamknięcie kręgu, o śmierć? To twój własny, prywatny spektakl, 
tak?

Znów zaczęła krążyć między tablicami i wpatrywać się w twarze ofiar.
– Wybrałeś je, użyłeś,  a potem wyrzuciłeś. Ale one wszystkie kogoś 

reprezentują. Kogo? Kim dla ciebie była? Matką, kochanką, siostrą, córką? 
Zdradziła cię? Rzuciła? Odtrąciła?

Przypomniała sobie coś, co powiedział Pella, i wykrzywiła się.
– A może umarła? Albo gorzej, odebrano ci ją? Zabito? Czy to reakcja 

na jej śmierć?

Przyglądała   się   własnej   twarzy   na   identyfikatorze,   który   wpięła  obok 

zdjęć tamtych kobiet. Zastanawiała  się,  co widział, kiedy na nią patrzył. 
Tym razem to nie była kolejna ofiara, ale przeciwnik. To coś nowego, nie? 
Polowanie na myśliwego.

Wielki finał. Tak, Mira może mieć rację. Niespodziewany zwrot akcji 

pod sam koniec przedstawienia. Oklaski, kurtyna.

Nalała sobie drugi kubek kawy, usiadła i położyła nogi na stole. A może 

to   nie   tylko   wielbiciel   opery.   Wykonawca?   Sfrustrowany   śpiewak   albo 
kompozytor...

Wykonawca   nie   pasował   jednak   do   profilu,   uznała   po   namyśle.   To 

wymagało wielu prób, pracy w zespole, słuchania poleceń. Nie, to nie jego 
styl.

Kompozytor? Już prędzej. Większość twórców pracuje przez długi czas 

w samotności. Zajmują się słowami lub muzyką.

– Komputer, otwórz wszystkie bieżące dane i oblicz następujące serie 

prawdopodobieństw. Jakie jest prawdopodobieństwo, że sprawca powrócił 
do Nowego Jorku, wybrał za cel porucznik Eve Dallas i pragnie dokończyć 
coś, co uważa za swoje dzieło?

–   Jakie   jest   prawdopodobieństwo,   że   pragnienie   wypływa   ze 

background image

świadomości,   iż   zbliża   się   moment   jego   śmierci,   lub   z   tego,   że   planuje 
samobójstwo?

–   Uwzględniając   fakt,   że   podaje   adresy   oper   jako   własne,   jakie   jest 

prawdopodobieństwo, że może być zawodowo związany z operą?

– Uwzględniając fakt, że sprawcy zdarzają się okresy wyciszenia, jakie 

jest   prawdopodobieństwo,   że   zażywa  środki   chemiczne,   które   tłumią   lub 
pobudzają pragnienie zabijania?

Przyjąłem.

  Wstrzymaj,  wciąż  myślę.  Jakie  jest  prawdopodobieństwo,  że  ofiary 

reprezentują   osobę   związaną   ze   sprawcą,   która   w   przeszłości   była 
torturowana lub zabita przy użyciu wykorzystywanych przez niego metod? 
Rozpocznij obliczenia.

Przyjąłem. Przetwarzam dane.

Eve oparła się wygodniej, zamknęła oczy i upiła łyk kawy.
Zaczekała, aż komputer przefiltruje dane, a potem wgryzła się w nie, by 

w końcu na podstawie rezultatów sformułować nowe pytania. Następnie zaś 
po prostu zaczęła nad tym wszystkim myśleć.

Kiedy Roarke wszedł do gabinetu, pierwsze, co zauważył, to jej nogi na 

stole. Eve w dłoni trzymała kubek z kawą, miała zamknięte oczy i obojętny 
wyraz twarzy. Kot wszedł tuż za nim i od razu rzucił się na miękki fotel, nie 
czekając, aż ktoś mu go zajmie. I natychmiast zapadł w zdrowy sen, jakby 
wyczerpało go przechodzenie z jednego pomieszczenia do drugiego.

Roarke ruszył w kierunku Eve, ale gdy spojrzał na tablice, zamarł w 

bezruchu. Gdyby ktoś uderzył go w klatkę piersiową metalowym prętem, nie 
zabolałoby   tak   bardzo,   jak   widok   jej   twarzy   wśród   zdjęć   zabitych   i 
zaginionych kobiet.

Z wrażenia aż zaparło mu dech w piersi. Po prostu na moment uszło z 

niego życie, gdy wyobraził sobie siebie bez niej. I nagle energia wróciła. 
Wstrząsnęła nim wściekłość. Jego dłonie zacisnęły się bezwiednie. Widział, 
jak rozwalają twarz człowieka, który patrzył na Eve jak na swoją zdobycz, 
jak na najcenniejsze trofeum w kolekcji. Poczuł, że jego pięści zatapiają się 
w ciele mordercy, widział pękające kości i krew.

background image

Wrażenie było tak realne, że pozostawiło fantom bólu w kostkach.
To nie było jej miejsce. Nigdy nie będzie. Nie należała do tej ohydnej 

galerii śmierci.

A jednak sama  się tam umieściła, uświadomił  sobie. Powiesiła swoje 

zdjęcie między innymi ofiarami. Z zimną krwią, pomyślał. Jego policjantka, 
jego żona, jego cały świat. Ze spokojem i opanowaniem zestawiała dane i 
fakty, nawet jeśli to jej życie było częścią układanki.

Nakazał sobie spokój, chcąc zrozumieć, dlaczego wyznaczyła tam sobie 

miejsce. Musiała zobaczyć całościowy obraz, dopiero wtedy mogła w pełni 
go pojąć.

Odwrócił wzrok od tablicy i spojrzał na Eve. Była dokładnie w tej samej 

pozycji,   w   jakiej   ją   tu   zastał.   Wygodnie   rozparta   w   fotelu   i   spokojna. 
Bezpieczna.

Podszedł do niej. Czuł wciąż wściekłość i strach, gdy zapragnął porwać 

ją w ramiona, objąć mocno i trzymać. Zamiast tego sięgnął po kubek, który 
ściskała w dłoni.

– Zrób sobie swoją – mruknęła i otworzyła oczy. Nie spała, uświadomił 

sobie.

– Mój błąd. Zdawało mi się, że śpisz w pracy.
– Myślę, kolego. Nie słyszałam, jak wszedłeś. Jak leci?
– Nie najgorzej. Trochę popływałem i wziąłem prysznic, żebym mógł 

nadal udawać, że jestem człowiekiem.

–   Tak,   ja   też   pobiegałam   po   plaży,   a   potem   poprzerzucałam   trochę 

żelaza.   To   zawsze   działa.   A   potem   zajęłam   się   obliczaniem 
prawdopodobieństw i przeglądaniem danych. Muszę napisać raport, a potem 
zrobić jeszcze parę obliczeń, a kiedy...

– Potrzebuję dziesięciu minut – przerwał jej.
– Hm?
– Dziesięć minut. – Wziął od niej kubek, odstawił na bok, a potem wziął 

Eve za rękę i podniósł z fotela. – Tylko ty i ja. 

Uniosła brwi, gdy odciągnął ją od biurka.
– Dziesięć minut? Nie ma się czym chwalić, asie.
– Nie miałem na myśli seksu. – Wziął ją w ramiona i zaczął się powoli 

kołysać. Rozpoznała w tym spokojny, łagodny taniec. – Albo niezupełnie to. 
Potrzebuję dziesięciu minut z tobą – powtórzył, przysuwając się do niej. – 
Tylko tyle. Bez niczego i nikogo.

background image

Odetchnęła głęboko i poczuła delikatny zapach mydła na jego skórze.
– Dobrze się zapowiada. – Dotknęła ustami jego ust i przechyliła głowę. 

– I dobrze smakuje.

Przesunął palcem po jej policzku aż do dołeczka w brodzie i musnął 

ustami jej wargi.

–   Rzeczywiście.   Jest   takie   jedno   miejsce,   które   znam.   –   Delikatnie 

odwrócił   jej   głowę   i   pocałował   Eve   tuż   poniżej   ucha.   –   Dokładnie   tu. 
Perfekcyjne.

– Tylko to jedno?
– No cóż, są też inne, ale to lubię najbardziej.
Uśmiechnęła się, a potem oparła głowę na jego ramieniu – jej ulubionym 

miejscu na jego ciele – i pozwoliła się poprowadzić w tym spokojnym tańcu.

– Roarke.
– Hm?
– Nic. Po prostu lubię to mówić.
Jego dłoń gładziła jej plecy w górę i w dół.
– Eve – powiedział. – Masz rację, to bardzo przyjemne. Kocham cię. Nie 

ma nic bardziej doskonałego.

– Słuchanie tego też jest  niczego sobie.  Ale wiedza jest  najlepsza.  – 

Podniosła głowę i jeszcze raz pocałowała go w usta. – Kocham cię.

Zakończyli taniec tak, jak go zaczęli. Z jego brwiami przy jej brwiach.
– Tak – wymruczał. – O to mi chodziło. – Odsunął się i uniósł jej dłoń 

do ust.

Tylko on to potrafił – sprawiał, że wszystko w niej wirowało. Jego ciepłe 

wargi na jej skórze, jego cudowne, dzikie, niebieskie oczy wpatrujące się w 
ich   złączone   dłonie   budziły   w   niej   pragnienie,   by   ta   chwila   trwała   sto 
dziesięć minut. Byle on był przy niej.

– To cholernie dobre – powiedziała.
– Przygotuję nam coś do jedzenia – zaproponował. – A ty opowiesz mi o 

tych prawdopodobieństwach.

– Ja zajmę się kolacją, teraz moja kolej. A ty, jak chcesz, to sam zobacz.
Odsunęła się i odwróciła. I ujrzała to, co on musiał zobaczyć, gdy tu 

wszedł: swoje zdjęcie na tablicy.

– Och, Jezu Chryste. – Przerażona chwyciła się za włosy i szarpnęła. – 

Posłuchaj, to było głupie. Jestem idiotką, powiesiłam je tu tylko po to...

– Nie mów, że jesteś idiotką. To nieprawda, przynajmniej w większości 

background image

przypadków   –   odparł   spokojnym,   chłodnym   tonem.   –   Sam   z   rozkoszą 
poinformuję   cię,   jeśli   zaczniesz   się   zachowywać   jak   idiotka.   Nie   ma 
problemu.

– Tak, wiem, już mi to kiedyś wyjaśniłeś. A to miało tylko...
Znów urwała, bo podniósł w górę rękę.
–   Umieściłaś   się   tam,   bo   chcesz   być   obiektywna.   Co   więcej,   musisz 

zobaczyć siebie jego oczyma. Nie taką, jaką jesteś, ale taką, jaką on cię 
widzi. Jeśli tego nie zrobisz, to znaczy, że jesteś nieostrożna.

– Słusznie, tak. – Włożyła ręce do kieszeni. – Trafnie to ująłeś.  Nie 

przeszkadza ci to?

– A czy tobie pomoże świadomość, że mi to przeszkadza? Raczej nie. 

Więc muszę sobie jakoś z tym radzić. I zabiję go, jeśli cię skrzywdzi.

– Hej, hej.
– Nie mam na myśli wyjścia do ogrodu i nabicia mu kilku siniaków i 

guzów czy pogryzienia – dodał, spoglądając na jej nogę. – Z alarmującą 
regularnością sama ściągasz na siebie takie przypadki.

– Jakoś sobie z tym radzę – odburknęła dziwnie urażona. – Ty też trochę 

zebrałeś, kolego. – Zmrużyła złowrogo oczy, gdy podniósł w górę palec. – 
Och, nienawidzę, kiedy to robisz.

–   Szkoda.   Jeśli   zdoła   zmylić   twoją   czujność   i   wykiwać   mnie   oraz 

wszystkich innych i zrobi ci jakąś krzywdę, to zabiję go gołymi rękami. 
Musisz   się   z   tym   pogodzić,   bo   właśnie   to,   jaki   jestem   i   jaka   jesteś   ty, 
sprawiło, że twoje zdjęcie znalazło się na tej tablicy.

– Nie zmyli mojej czujności.
– Więc nie będziemy mieli problemu, prawda? Co jest na kolację?
Chciała   się   kłócić,   ale   nie   mogła   znaleźć   argumentów.   Wzruszyła 

ramionami i poszła do kuchni.

– Mam ochotę na kraby.
Roarke był irytujący. W jednej chwili całował ją po rękach i rozczulał do 

miękkości tym romantycznym gestem, a za moment zapowiadał, że zabije z 
zimną   krwią,   i   mówił   to   chłodnym   głosem,   który   wydawał   się   bardziej 
przerażający niż miotacz przystawiony do skroni.

A   najlepsze   było   to,   myślała,   że   obie   te   rzeczy   robił   z   absolutnym 

przekonaniem.

Ignorując kota, który sugestywnie trącał ją nosem, zamówiła spaghetti z 

klopsikami, oparła się o kuchenny blat i westchnęła. Może i był irytujący, 

background image

skomplikowany,   niebezpieczny   i   trudny,   ale   kochała   każdy   element   tej 
układanki.

Ponieważ Galahad objawiał coraz większą natarczywość, odstąpiła mu 

po kawałku mięsa z obu talerzy – jak sprawiedliwość, to sprawiedliwość – i 
przeszła z kolacją do gabinetu. Zauważyła, że Roarke dobrze zinterpretował 
kraby   jako   spaghetti   i   otworzył   czerwone   wino.   Siedział   przed   jej 
komputerem i ze szklaneczką w dłoni przeglądał dane.

–   Ciebie   też   może   skrzywdzić.   –   Eve   postawiła   talerze   na   biurku.   – 

Wtedy to ja go zabiję.

– Pasuje. Padło tu kilka ciekawych stwierdzeń, pani porucznik. – Roarke 

fachowo nakręcił makaron na widelec. – Interesujące wyniki procentowe.

– Istnieje duże prawdopodobieństwo, że Mira trafiła z powodami, dla 

których wrócił do Nowego Jorku. I że ja jestem celem. Poza tym, że jest 
zawodowo związany z operą. Ale do tego ostatniego nie jestem przekonana.

– Dlaczego?
–   Bo   to   musi   być   pracochłonne.   Wymaga   skupienia,   energii, 

poświęcenia. I w większości przypadków współpracy w ludźmi. Owszem, to 
zostało   uwzględnione   w   obliczeniach   –   powiedziała,   przyglądając   się 
wynikom na ekranie – ale gdy się nad tym dokładniej zastanowiłam, to jakoś 
mi to nie gra. On nie jest zawodnikiem grającym w drużynie. Obstawiam, że 
woli   spokój.   W   jakimś   sensie   te   zabójstwa   można   uznać   za   jego 
przedstawienia, ale ja patrzę na nie inaczej. To coś bardziej intymnego, tylko 
między nim i ofiarą. Do czasu, aż skończy.

– Duet.
–   Duet.   Hm.   –   Rozważała   to   przez   chwilę.   –   Tak,   słusznie,   duet, 

zgadzam   się.   Mężczyzna   i   kobieta.   Dynamika   na   niezwykle   osobistym 
poziomie.  Występ, tyle że bez publiczności,  zbyt intymny, by się z nim 
ujawniać.   Cały   czas   myślę,   że   w   przeszłości   musiało   go   łączyć   coś 
intymnego z kobietą, którą one wszystkie reprezentują. Tak, tworzyli duet.

– I jego partnerka została zabita.
– Jego pociąg się wykoleił. Dlatego podejrzewam, że stosuje leki, które 

wyciszają go przez dłuższe okresy, lub przeciwnie, zażywa coś, co pozwala 
mu się uwolnić na krótki czas. Tu komputer się ze mną zgadza. Szukam 
leków, które hamują mordercze popędy. Jeśli jest chory, tak jak zakładamy, 
to może brać leki. Znasz Tomasa Pellę?

– Nazwisko nic mi nie mówi, nie.

background image

– A on chyba cię zna.
– Znam bardzo wiele osób.
– Jeszcze więcej zna ciebie, wiem. Kiedyś był właścicielem restauracji w 

Little Italy. Sprzedał ją dziewięć lat temu, krótko po tym, jak zaczęły się 
zabójstwa.

– Możliwe, że ją wykupiłem. Sprawdzę.
– A Hugh Klok, handlarz antykami? Kupujesz dużo staroci.
– Też pierwsze słyszę.
–   Sprawdzę   go.   Jeden   ze   świadków,   których   Newkirk   pamiętał   z 

poprzedniego   śledztwa,   to   facet   zajmujący   się   wypychaniem   martwych 
zwierząt.

– Co jak zwykle budzi pytanie: po jaką cholerę?
–   Tak,   dokładnie.   –   Eve   przeniosła   wzrok   na   Galahada,   który   po 

skończonej kolacji zaszedł do jej gabinetu i właśnie zabrał się do mycia. – 
Pomyśl,   chciałbyś,   żeby...   No   wiesz,   jak   już   wykorzysta   wszystkie 
dziewięć?

– Na miłość boską, nigdy! Dla nas byłoby to... odrażające, nieprawdaż? 

A dla niego cholernie poniżające.

– Tak, też tak uważam.  Ten wypychacz zwierząt spodobał mi  się ze 

względu na symbolikę. Dom śmierci i te inne bzdety. Ale jest czysty. Od 
czterech lat mieszka na Vegas II. Wyprowadził się. To jak, chcesz posłuchać 
o tych dwóch i tym trzecim, Dobbinsie, którego dziś przesłuchałam?

– Jestem pewien, że to równie fascynujący temat do rozmowy podczas 

kolacji co filozofia wypychania zwierząt i martwe koty. Mów.

W swoim mieszkaniu w śródmieściu Peabody i McNab pojedynkowali 

się przy komputerach. Ponieważ on najlepiej koncentrował się w hałasie, a 
jej   to   nie   przeszkadzało,   cały   salon   aż   dudnił   od   rytmu   trash   rocka   i 
rewizjonistycznego   rapu.   Delia,   pochylona   nad   swoim   sprzętem, 
przeprowadzała skomplikowane wyszukiwanie, próbując nie zwracać uwagi 
na głośną muzykę. McNab wiercił się jak pobudzone szczenię, na zmianę to 
rzucając komendy, to wykrzykując fragmenty tekstów.

Nie wiedziała, jak można wydajnie pracować w takich warunkach, ale 

wiedziała, że radził sobie znakomicie.

Oba  miejsca   tonęły  w  opakowaniach  i resztkach   chińskiego  jedzenia, 

które wcześniej zamówili. Peabody od razu pożałowała, że nie oparła się 
ostatniemu krokiecikowi.

background image

Kiedy   wreszcie   znalazła   informację,   której   szukała,   w   jej   oczach 

pojawiły się łzy, a to oznaczało, że była przemęczona i drastycznie spadło 
jej opanowanie.

– Hej, hej, Peabody! – McNab zauważył emocje na jej twarzy. – Muzyka 

stop. Komputer, zapisz i pauza. Co się stało, kochanie?

– Jakie to smutne. Strasznie mnie przygnębiło.
– Ale co?  – Był już przy niej, najpierw ją poklepał,  a potem zaczął 

masować jej ramiona.

Całkiem   niezły   układ,   fajnie   mieć   kogoś,   kto   cię   pocieszy,   gdy 

człowiekowi siadają nerwy, pomyślała.

–  Znalazłam  Therese.   Therese   Di  Vecchio  Pella.  Żonę  Tomasa  Pelli, 

jednego faceta, z którym rozmawiałyśmy dziś z Dallas.

– Tak, wiem, koleś z notatek starego Newkirka, z poprzedniej rundy.
– Pobrali się w kwietniu. Oboje służyli w armii. On był kapralem, a ona 

sanitariuszką. Tylko zobacz... – Popukała palcem w ekran monitora. – W 
lipcu została przeniesiona w tę okolicę, na granicy SoHo i Tribeki. Wybuch, 
ofiarami   byli  głównie   cywile.   Choć   nadal   trwał   ostrzał,  ona   tam  poszła. 
Miała opaskę z czerwonym krzyżem, symbol służb sanitarnych, ale i tak 
trafił   ją   snajper,   kiedy   próbowała   dotrzeć   do   rannego.   Miała   tylko 
dwadzieścia lat. Ratowała rannych, a tamci ją zabili.

Oparła się na fotelu i przetarła oczy pięściami.
– Sama nie wiem, tak mnie to jakoś rozwaliło. Zobacz, mimo wszystko 

masz nadzieję, wierzysz i w środku takiego piekła wychodzisz za mąż. A za 
chwilę już cię nie ma. Próbujesz pomagać ludziom, a tu nagle pstryk! i cię 
nie ma. Miała tylko dwadzieścia lat.

McNab pochylił się i pocałował ją w czubek głowy.
– Chcesz, żebym się tym zajął?
– Nie. Rozmawiałyśmy dziś z tym staruszkiem. W sumie to nie jest aż 

taki stary, a wydawał się starszy od samego Mojżesza. Wiesz, leżał w łóżku, 
z maską tlenową. A potem czytam o tym wszystkim i rozmyślam, jaki był 
wtedy młody i jak kochał tę dziewczyn ę. Tylko... była zbyt młoda.

– Kochanie, wiem, że ci ciężko, ale...
– Nie, nie. To znaczy tak, jest ciężko, ale ona była za młoda, żeby to było 

źródło   naszego   wzorca   zachowania.   –   Choć   łzy   tkwiły   jeszcze   pod   jej 
rzęsami, Peabody zdążyła już o nich zapomnieć. – Miała tylko dwadzieścia 
lat,   a   najmłodsza   ofiara   naszego   sprawcy   skończyła   dwadzieścia   osiem. 

background image

Wybiera dziewczyny w wieku dwudziestu ośmiu – trzydziestu trzech lat. A 
więc Therese Pella zmarła zbyt młodo, co najprawdopodobniej wyklucza 
Pellę jako podejrzanego.

– Na serio brałyście go pod uwagę?
–   Jest   w   odpowiednim   wieku,   ta   sama   budowa,   związki   z   wojnami 

miejskimi, prywatny dom i – o ile wiesz, co to znaczy – jest rozgoryczony. 
Ma guza, a przynajmniej tak utrzymuje. Dallas to sprawdza. Stracił młodą 
żonę, śliczną brunetkę. Panna młoda i pan młody. Ale poza tym już nic się 
nie zgadza.

Peabody opadła na oparcie i pokręciła głową, patrząc na dane na ekranie.
– Nie pasuje do modelu zachowania. Zginęła od strzału snajpera, nie od 

tortur.   W   chwili   śmierci   była   osiem   lat   młodsza   od   najmłodszej   ofiary 
naszego sprawcy. Nie pasuje do profilu. Ale, jak powiedziała Dallas, coś tu 
jest nie tak. Kiedy z nim rozmawiałyśmy, zareagował na widok portretu.

– Może coś wie. Może ma jakieś powiązania.
– Możliwe. Muszę przesłać to Dallas, a potem poszukać czegoś więcej o 

Pelli.

– Pomogę  ci. – McNab jeszcze raz pomasował  jej ramiona,  a potem 

zaczął się bawić końcówkami jej włosów. – Już lepiej?

– Tak. Zdaje się, że za mało śpię i mam za dużo na głowie.
– Powinnaś zrobić sobie przerwę.
– Może sobie zrobię. – Znów przetarła pięściami oczy, ale tym razem po 

to, by pokonać zmęczenie, a nie łzy. – Gdyby nie było tak zimno, poszłabym 
na spacer, żeby się trochę dotlenić i rozruszać.

– Nie wiem jak z tlenem, ale mogę ci pomóc się rozruszać – powiedział, 

gdy wstała, i z uśmiechem położył jej rękę na udzie.

– Tak? – Jej oczy zabłysły, a libido zaczęło tańczyć. – Masz ochotę?
–   Pozwól,   że   zamiast   odpowiedzi   zerwę   z   ciebie   ubranie.   Pisnęła   ze 

śmiechem, gdy przewrócili się na podłogę.

– Wiesz, myślałam, że między nami już nic nie kwitnie, że przestało 

iskrzyć.

– Wszystko mi kwitnie jak trzeba – zapewnił ją, ściągając z niej sweter.
Zsunęła mu z bioder spodnie, żeby przekonać się na własne oczy.
– Rzeczywiście.
–   A   co   do   iskier.   –   Przywarł   ustami   do   jej   warg   w   tak   gorącym 

pocałunku,   że   wyobraziła   sobie   dym   wychodzący   jej   uszami.   –   Jeszcze 

background image

trochę, a podpalimy mieszkanie.

Gdy położył rękę na jej piersi, w jego oczach zobaczyła rozmarzenie i 

poczuła, jak napinają jej się mięśnie brzucha.

–   Mm,   Peabody,   najbardziej   kobieca   z   kobiet.   Zobaczmy,   co   by   tu 

można zapalić.

Później, dużo później, Eve studiowała dane, które Peabody wysłała do 

jej domowego komputera.

– Ma rację – mruknęła pod nosem. – Za młoda, nie ta metoda. Dobbins 

wydaje mi się zbyt niechlujny i niezainteresowany. Za to Klok zdaje się 
prowadzić bardzo uporządkowane życie. Ale coś w tym musi być, tylko ja 
jeszcze tego nie widzę.

– Może byłoby ci łatwiej to zobaczyć, gdybyś się porządnie wyspała.
Ale ona tylko podeszła do swoich tablic.
– Opera. Co z karnetami do opery?
– Mam listę osób, które wykupiły karnety na cały sezon do Met. Na razie 

nic ciekawego, ale spróbuję z innymi teatrami.

– On zmienia nazwiska i dane osobowe. Potrafi się świetnie ukrywać. 

Ciekawe,   gdzie   się   tego   nauczył.   Metody   tortur.   Podobno   tajne   służby 
stosują tortury podczas swoich operacji.

– Z tego, co w kwestii tortur donosi moje źródło, to z tamtego okresu nie 

pozostał przy życiu nikt, kto działał w tym biznesie. Nikt z zawodowców nie 
dorabia sobie na boku, polując na młode brunetki.

–  Cóż,   warto   było  spróbować   –   mruknęła   Eve.   –  To  może   być   ktoś 

powiązany   z   tajnymi   służbami.   Ktoś,   kto   w   przeszłości   uczestniczył   w 
operacjach militarnych lub paramilitarnych. Przecież gdzieś musiał się tego 
nauczyć, a potem tylko rozwinął umiejętności. Może potrafi manipulować 
danymi.

–   Ewentualnie   ma   związki   lub   opłaca   kogoś,   kto   nimi   manipuluje   – 

przypomniał jej Roarke.

– Hm, to też możliwe. Więc tak, po co torturujemy ludzi?
– Dla uzyskania informacji.
–   Tak,   przynajmniej   z   pozoru.   Co   jeszcze?   Podnieta,   zboczenie 

seksualne, ofiara rytualna.

–   Eksperymenty.   Sprawdzone   i   realistyczne   uzasadnienie   zadawania 

bólu.

Eve spojrzała na niego.

background image

–   Zdobywanie   informacji   i   dewiacje   seksualne   odpadają.   Nie   mam 

najmniejszych wątpliwości, że czerpie przyjemność z zadawania bólu, ale w 
tym musi być coś jeszcze. To jakiś rytuał, ale niemający nic wspólnego z 
żadną chorą religią ani kultem. Zostają więc eksperymenty – powtórzyła. – 
Pasuje.   Weź   pod   uwagę,   że   jest   w   tym   świetny.   To   wyspecjalizowany 
oprawca. Nie robi bałaganu i jest niezwykle precyzyjny. Pytam jeszcze raz: 
gdzie się tego nauczył? – I wracasz do wojen miejskich.

– Wiele dróg tam prowadzi. Ktoś go tego nauczył lub gdzieś studiował. 

Robił   doświadczenia,   zanim   zaczął   ten   eksperyment.   Ale   nie   tu,   nie   w 
Nowym Jorku.

Eve krążyła przy tablicy, rozważając wszystkie aspekty.
– Sprawdziliśmy to poprzednim razem. Teraz też szukaliśmy kobiet w 

tym typie przez Biuro Osób Zaginionych. A jeśli eksperymentował gdzie 
indziej? Jeśli celowo okaleczał zwłoki, żeby wyeliminować podobieństwo, 
lub pozbywał się ich w inny sposób?

– Będziesz musiała przeprowadzić globalne wyszukiwanie okaleczonych 

zwłok i zaginionych kobiet w typie jego ofiar.

– Może nie zawsze był taki ostrożny. Jeśli coś znajdziemy... w końcu 

przecież mógł gdzieś zostawić jakiś ślad. – Zatrzymała się i wbiła wzrok w 
portret mężczyzny, na którego polowała. – Udoskonalał swój fach, szukał 
metody.   Prowadziliśmy   globalne   poszukiwania,   ale   może   nie   sięgaliśmy 
wystarczająco głęboko w przeszłość.

– Zaraz się do tego zabiorę. Zrobię to szybciej – powiedział, zanim Eve 

zdążyła   zaprotestować.   –   Wyszukiwanie   będzie   trwało,   a   my,   w 
oczekiwaniu na rezultaty, z którymi będziesz mogła popracować, chwilę się 
prześpimy.

– W porządku, zgoda.
Sny pojawiały się w niewyraźnych strzępach, jakby pływała we mgle, 

która rwała je i łączyła od nowa. Zegar tykał bezlitośnie.

Przez   niekończące   się   tykanie   słyszała   odgłosy   bitwy.   Ostrzał, 

pomyślała.   Miotacze,   pociski,   przerażone   krzyki   walczących   mężczyzn   i 
kobiet.

Czuła zapach krwi, dymu, palonych ciał. Masakrze towarzyszył mdląco 

słodki aromat.

Gdy   obraz   zaczął   robić   się   coraz   wyraźniejszy,   zrozumiała,   że   bitwa 

rozgrywała   się   na   scenie.   Dziwne,   wystylizowane   dekoracje   miały 

background image

symbolizować miasto. Budynki, wszystkie czarno-srebrne, pochylały się nad 
białymi  ulicami,  które  krzyżowały   się  pod  niewyobrażalnymi  kątami   lub 
nagle okazywały się ślepe.

Postaci   na   scenie   ubrane   były   w   połyskujące,   kosztowne   kostiumy. 

Unurzane we krwi, wirowały w kłębach dymu, mordując się wzajemnie.

Przyglądała się temu z zainteresowaniem, siedząc w bogato zdobionej 

loży. Poniżej, w kanale dla orkiestry, pośród kłębiących się zwłok, muzycy 
grali   na   swoich   instrumentach   jak   szaleni.   Ich   palce   ociekały   krwią   od 
ostrych jak brzytwa strun.

Dopiero po jakimś czasie uświadomiła sobie, że krzyki ze sceny to był 

śpiew. Zacięty, agresywny, morderczy. Wojna nigdy nie była inna.

– Trzeci akt prawie się kończy.
Odwróciła się i spojrzała w twarz zabójcy, który z kieszeni czarnego 

smokingu wyjął ogromny stoper.

– Nie rozumiem. Tu jest tylko śmierć. Kto pisze takie rzeczy?
– Śmierć, tak. Namiętność, siła, życie. Wszystko prowadzi do śmierci, 

nieprawdaż? Kto miałby lepiej o tym wiedzieć od ciebie?

– Zabójstwo to co innego.
– Och, tak. To sztuka. Zabójstwo jest zamierzone. Zabójstwo odbiera 

śmierć z rąk losu, daje władzę temu, kto kreuje śmierć. Temu, kto czyni z 
niej dar.

– Jaki dar? Jak zabójstwo może być darem?
–   To...   –   Wskazał   na   scenę,   na   której   sanitariusze   kładli   na   noszach 

zmasakrowane ciało kobiety o zakrwawionych ciemnych włosach. – To jest 
nieśmiertelność.

– Nieśmiertelność jest dla zmarłych. Kim była za życia? 
Uśmiechnął się.
–   Czas   dobiegł   końca.   –   Zatrzymał   stoper   i   nagle   na   scenie   zapadła 

ciemność.

Eve zerwała się na łóżku, z trudem łapiąc oddech. Wciąż pozostając na 

granicy snu i jawy, zasłoniła uszy, by zagłuszyć tykanie.

– Dlaczego to nie chce się uciszyć?
– Eve. Eve. To twój komunikator. – Roarke chwycił ją za nadgarstki i 

delikatnie oderwał jej ręce od uszu. – To twój aparat.

–   O   Jezu.   Zaczekaj.   –   Potrząsnęła   głową,   próbując   wrócić   do 

teraźniejszości.   –   Zablokuj   obraz   –  poleciła   i   dopiero   wtedy   odebrała.   – 

background image

Dallas.

– Uwaga, meldunek. Porucznik Eve Dallas zgłosi się w Union Square 

Park, przy Park Avenue. Znaleziono zwłoki niezidentyfikowanej kobiety. 
Widoczne ślady tortur.

Eve odwróciła głowę i spojrzała na Roarke'a. Ich oczy się spotkały.
–   Przyjęłam.   Powiadomić   detektyw   Delię   Peabody,   wezwać   doktora 

Morrisa. Procedura specjalna: powiadomić komendanta Whitneya i doktor 
Mirę. Jestem w drodze. Dallas, koniec.

– Jadę z tobą – powiedział Roarke, wstając. – Wiem, że się ze mną nie 

założysz, ale to będzie Gia Rossi. A ja jadę z tobą.

– Przykro mi.
– Ach, Eve. – Jego ton się zmienił, złagodniał. – Mnie też.

background image

Rozdział 18

Tak jak Eve wydało się wcześniej, że ich zasypany śniegiem ogród to 

dobry temat dla malarstwa krajobrazowego, tak Roarke'owi miejsce zbrodni 
przypominało   sztukę   teatralną.   Mroczny   dramat   z   nieustannie 
przemieszczającymi   się   postaciami   i   głośną   ścieżką   dźwiękową 
skoncentrowany wokół jednej, głównej bohaterki.

Białe   prześcieradło   na   białym   śniegu   i   leżące   na   nim   białe   ciało   z 

ciemnobrązowymi włosami lśniącymi w ostrym świetle. Wydało mu się, że 
rany widoczne na bladej skórze to jej krzyk.

Stała   tam   też   jego   żona,   w   długim   czarnym   płaszczu,   bez   czapki   i 

oczywiście bez rękawiczek; tym razem oboje o nich zapomnieli. Dyrektor 
teatru,   pomyślał,   a   jednocześnie   główna   aktorka.   Reżyser   i   autorka 
ostatniego aktu.

Był pewien, że przepełniał ją żal i gniew, oplecione – jak wstążką – 

poczuciem   winy.   Ten   skomplikowany   bagaż   emocji   był   ukryty   bardzo 
głęboko,   znajdował   daleko   od   jej   chłodnego,   kalkulującego   umysłu   i 
surowego spojrzenia.

Obserwował, jak rozmawiała z ekipą zabezpieczającą miejsce zbrodni, z 

funkcjonariuszami, z detektywami, którzy pojawiali się i znikali z zimowej 
sceny. Chwilę później pojawiła się niezawodna asystentka Peabody, okutana 
w grubą kurtkę i kolorowy szalik. Wraz z Eve pochyliły się nad pozbawioną 
życia bohaterką, na której skupiło się bezduszne światło reflektorów.

– Za daleko – odezwał się za jego plecami McNab.
Roarke na chwilę oderwał wzrok od sceny i spojrzał na niego. 
– Co?
– Byliśmy za daleko. – Okręcony długim kolorowym szalikiem McNab 

włożył   ręce  do   głębokich   kieszeni   jasnozielonej   kurtki.  –   Poruszamy   się 
wieloma  drogami  w wielu różnych kierunkach. Zdawało nam się,  że się 
przybliżamy,   ale   dla   Gii   Rossi   byliśmy   za   daleko.   Za   daleko,   żeby   jej 
pomóc. To takie ciężkie. I boli.

– To fakt.
Roarke   nie  mógł   uwierzyć,  że   kiedyś   –   całe  życie  temu   –  naprawdę 

uważał, że gliniarz jest niezdolny do uczuć, że taką ma naturę. Jak to było 
możliwe? Kiedy poznał Eve, przekonał się, że był w błędzie. Bardzo się 

background image

mylił. A teraz stał w milczeniu i słuchał aktorów wypowiadających swoje 
kwestie.

–   Czas   zgonu   pierwsza   trzydzieści   nad   ranem.   Poniedziałek   – 

powiedziała Peabody. – Nie żyje od ponad dwudziestu sześciu godzin.

– Przetrzymał ją przez dobę.
Eve   wpatrywała   się   w   napis   wyryty   na   piersi   ofiary.   Trzydzieści 

dziewięć   godzin,   osiem   minut,   czterdzieści   pięć   sekund.   Przetrzymał   jej 
zwłoki po tym, jak ją zabił. Nie wytrwała do końca. Obrażenia są mniej 
poważne, mniej ran niż w przypadku York. Tym razem coś mu nie wyszło. 
Musiał przerwać pracę.

Mniej poważne, może i tak, Peabody widziała, że to prawda. A jednak 

nacięcia, oparzenia i sińce dowodziły niewyobrażalnego cierpienia.

– Może się zniecierpliwił. Może już chciał ją zabić.
– Nie sądzę. – Eve zabezpieczonymi sprayem palcami ostrożnie uniosła 

dłoń   ofiary,   by   obejrzeć   ślady   po   więzach.   Odwróciła   rękę   i   dokładniej 
przyjrzała   się   cięciom   na   nadgarstkach.   –   Nie   walczyła   jak   York,   na 
nadgarstkach i kostkach nie ma tylu śladów po sznurach. A te śmiertelne 
nacięcia? Czyste i precyzyjne jak u pozostałych. Wciąż ma kontrolę. Nadal 
chce, aby te kobiety długo żyły.

Ułożyła ramię z powrotem na śnieżnobiałym prześcieradle.
– To kwestia dumy ze swojego warsztatu. Torturuje, sprawia cierpienie, 

ale trzyma swoje ofiary przy życiu. Zwiększa poziom bólu, strachu, zadaje 
coraz więcej ran, a jednocześnie dba, by oddychały. Ale Rossi  przestała 
odczuwać   ból   dużo   wcześniej,   niż   sobie   zaplanował.   Nie   osiągnął 
zamierzonego celu.

– Jeszcze zanim zobaczył w mediach swój portret – zauważyła Peabody. 

– Czyli nie zrobił tego w panice. Nie chodziło o odreagowanie złości.

Eve podniosła wzrok.
– Nie. Ale nawet gdyby tak było, to ona i tak by nie przeżyła. A my 

zrobiliśmy to, co było konieczne. Ujmijmy to w ten sposób: zaczął z nią w 
sobotę rano, skończył w poniedziałek nad ranem. Z York skończył w piątek 
w nocy. Czyli mógł sobie urządzić małą uroczystość albo po prostu dobrze 
się wyspał przed nakręceniem zegara dla Rossi.

Wykorzystuje   czas,   żeby   mnie   śledzić,   pomyślała   Eve.   Kolejna 

sprawdzona  i skuteczna  metoda  stosowana  przez  oprawców.  Odpocznij i 
zacznij od nowa. Chwila przerwy, żeby wyjść na ulicę, zarzucić sidła na 

background image

Ariel Greenfeld. Chciałeś, aby następna ofiara czekała gotowa.

– Obmywa zwłoki bez pośpiechu. Spokojnie, ma czas. Już wcześniej 

wybrał   miejsce   podrzucenia   ciała.   Dokładnie   zbadał   teren   i   wszystko 
zaplanował.

Eve kucnęła, aby przyjrzeć się otoczeniu.
– Przy takiej pogodzie wiadomo, że w parku nie będzie ludzi. Czeka na 

właściwy moment – mówiła dalej. – Ładuje ciało do samochodu, przyjeżdża 
na miejsce, układa.

– Ekipa zabezpieczająca ma sporo śladów obuwia. Śnieg był świeży i 

miękki. Zrobią odlewy, podadzą rozmiar i markę.

– Tak, tylko że  on się tym nie przejmuje.  Jest  bystry, wystarczająco 

bystry, by włożyć za duże buty w nadziei, że nas zmyli. Albo będzie to 
popularny   model,   którego   nie   sposób   namierzyć.   Gdy   już   go   dorwiemy, 
znajdziemy jego buty, żeby go w nich powiesić, ale teraz do niczego nas nie 
doprowadzą.

Beznamiętna jak oświetlające miejsce zbrodni światła Eve przyglądała 

się ciału.

– Była silna, w najlepszej formie. Dobry okaz? – zastanawiała się. Czy 

cieszył  się,  że  znalazł  idealną  kandydatkę do  swoich  ohydnych  praktyk? 
Opierała się, ale nie tak bardzo jak York. Nawet w połowie nie tak jak York, 
nie   tak   długo.   Poddała   się,   ot   co.   Pod   względem   fizycznym   była 
niesamowicie   silna,   ale   coś   w   niej   pękło.   Musiał   być   strasznie 
rozczarowany.

– Dobrze, że tak długo nie cierpiała – powiedziała Peabody, gdy Eve 

podniosła głowę. – Skoro nie mogliśmy jej uratować, to dobrze, że chociaż 
tyle nie cierpiała.

– Gdyby wytrzymała dłużej, być może udałoby się ją uratować. A poza 

tym, Peabody, jakkolwiek byś na to spojrzała, to i tak bez znaczenia.

Wyprostowała   się,   zauważywszy   idącego   ku   nim   Morrisa.   W   jego 

wzroku było to samo co w oczach jej i Peabody. Eve wiedziała, że w oczach 
każdego gliny, który zajmował się tą sprawą, ujrzy tę samą skomplikowaną 
mieszaninę gniewu, rozpaczy, poczucia winy i żalu.

– Gia Rossi. – To wszystko, co powiedział Morris.
–   Tak.   Oceniamy,   że   nie   żyje   od   ponad   dwudziestu   sześciu   godzin. 

Znalazły ją dzieciaki przechodzące przez park. Trochę zadeptały miejsce, a 
potem większość uciekła. Jeden z nich zgłosił.

background image

Tym razem coś mu nie wyszło. – Eve jeszcze raz spojrzała na ciało. – 

Nie wycisnął z niej za dużo. Może po prostu się wyłączyła. A może podał jej 
coś – zrobił jakiś eksperyment – jakiś środek, po którym się wyłączyła.

– Zaraz dam zlecenie toksykologom. To priorytet. Nie jest tak bardzo 

poharatana jak poprzednie.

– Nie.
– Można ją zabrać?
– Właśnie miałam ją przekręcić.
Kiwnął głową, schylił się i wszyscy razem obrócili ciało.
– Nie ma ran na plecach – stwierdził Morris.
– Większość z nich nie miała. Woli patrzeć w twarz. Tak jest bardziej 

osobiście. Bardziej intymnie.

– Trochę sińców, nacięć, oparzeń. Nakłucia z tyłu na ramionach i na 

łydkach.   Mniej   niż   u   poprzednich.   –   Delikatnie   odgarnął   włosy   ofiary   i 
obejrzał   jej   kark,   głowę,   uszy.   –   W   porównaniu   z   innymi   rzekłbym,   że 
ledwo dotrwała do fazy  drugiej. Tak, zdecydowanie coś  mu  nie wyszło. 
Zabieram ją.

Wyprostował się i spojrzał w oczy Eve.
– Jest jakaś rodzina?
Nigdy o to nie pytał lub tak rzadko, że tego nie pamiętała.
– Matka mieszka w Queens, ojciec i macocha w Illinois. Skontaktujemy 

się z nimi.

– Daj znać, kiedy będą chcieli ją zobaczyć. Zajmę się nimi.
– W porządku.
Morris odwrócił się i spojrzał w dal, w zimny mrok.
– Chciałbym, żeby już była wiosna – powiedział.
– Tak, ludzie i tak by umierali, ale reszcie byłoby przyjemniej. No i 

wiesz, kwiatki. Dodają uroku.

Uśmiechnął się, a Eve wydało się, że cienie wokół niego nieco ustąpiły.
–   Lubię   żonkile.   Zawsze   myślę,   że   te   trąbki   to   takie   długie   usta,   i 

wyobrażam sobie, jak ze sobą rozmawiają w języku, którego nie słyszymy.

– Trochę straszne – uznała po namyśle.
– W takim razie nawet nie będę zaczynał o stokrotkach.
–   Lepiej   nie   zaczynaj.   Złapię   cię   później.   Peabody,   zacznij 

przeprowadzać wywiad.

Zostawiając Morrisa, usłyszała jeszcze, jak mamrotał: „Już dobrze, Gia". 

background image

Podeszła do Roarke'a.

– Już kończę – zaczęła. – Powinieneś...
–   Nie   wrócę   do   domu   –   oświadczył   Roarke.   –   Pojadę   do   centrali   i 

zabiorę się do roboty. Sam sobie zorganizuję transport.

– Pojadę z tobą. – McNab spojrzał na Eve. – O ile pani porucznik nie ma 

nic przeciwko temu.

–   Dobra,   powiadomcie   resztę   ekipy.   Nie   widzę   powodu,   by   mieli 

wylegiwać się w łóżkach, kiedy my się uwijamy. Od tej chwili to operacja 
dwadzieścia   cztery   na   siedem.   Zorganizuję   podzespoły.   Pracujemy   na 
dwunastogodzinnych   zmianach.   Zegar   Ariel   Greenfeld   zaraz   ruszy.   Nie 
chcę, żebyśmy znaleźli ją martwą. – Obejrzała się za siebie. – I niech mnie 
piekło pochłonie, jeśli znajdziemy ją w takim stanie.

Do centrali dotarła jeszcze przed świtem. W drodze do swojego pokoju 

wstąpiła do pomieszczenia  zajmowanego  przez jej ekipę. Światło powoli 
zaczynało   wdzierać   się   do   środka.   Rozejrzała   się.   Było   cicho   i   pusto. 
Następnym   razem   tak   cicho   i   pusto   będzie   tu,   dopiero   gdy   zamkną   tę 
sprawę, pomyślała.

Zamierzała włączyć więcej ludzi. Więcej oczu, uszu, nóg i rąk. Więcej 

patroli   pokazujących   na   ulicach   portret   zabójcy,   rozmawiających   z 
sąsiadami, włóczęgami, taksówkarzami, narkomanami. Więcej policjantów, 
którzy będą pukać w drzwi licznych budynków, które należały do Roarke'a i 
dlatego znalazły się na jego liście.

Więcej ludzi do badania każdego, nawet najmniej wiarygodnego tropu.
Dopóki nie zamkną tego śledztwa, będzie tylko jedno dochodzenie, jeden 

zabójca, jeden cel dla niej i każdego gliny pod jej rozkazami.

Podeszła do białej tablicy i przy nazwisku Gii Rossi napisała czas, przez 

jaki konała.

A potem popatrzyła na drugie nazwisko, które kiedyś tam zapisała. Ariel 

Greenfeld.

– Trzymaj się, do cholery. To jeszcze nie koniec. Nie skończyło się, 

dlatego się trzymaj.

Odwróciła się i zauważyła Roarke'a, który przyglądał jej się, stojąc w 

progu.

–   W   samą   porę   –   powiedział.   –   Właśnie   wracamy   z   McNabem   z 

wydziału elektronicznego. Poprosiliśmy o dodatkowy sprzęt. Feeney jest w 
drodze.

background image

– Dobrze.
Podszedł do Eve i zatrzymał się przed białą tablicą.
– W pewnym sensie teraz wiele zależy od niej. Od ciebie, od nas, rzecz 

jasna, od niego, ale w pewnym sensie też od niej.

– Z każdą godziną, którą wytrzyma,  my jesteśmy  bliżej. – I z każdą 

godziną,  którą ona wytrzymuje,  on jest  coraz  bliżej ciebie. Chcesz  tego. 
Gdybyś mogła, zrobiłabyś wszystko, żeby tak było.

Tym razem nie będzie ściemniania, uznała. Żadnych uników.
– Masz rację.
–   Kiedy   zabili   Marlenę,   wiele   lat   temu,   kiedy   ją   tak   straszliwie 

zmasakrowali tylko po to, by mi coś udowodnić, chciałem, żeby przyszli po 
mnie.

Eve przypomniała sobie córkę Summerseta, którą porwali, torturowali i 

zamordowali   rywale   młodego,   przedsiębiorczego   kryminalisty,   jakim   był 
Roarke.

– Gdyby przyszli, skończyłbyś w piachu razem z nią.
– To możliwe. To bardzo możliwe. – Oderwał wzrok od tablicy i spojrzał 

na Eve. – Ale tego właśnie chciałem.

I   gdybym   mógł,   doprowadziłbym   do   tego.   Ale   skoro   to   nie   było 

możliwe, znalazłem inny sposób, aby ich wszystkich po kolei wykończyć.

– To tylko jeden człowiek. I może nie być innego sposobu.
Roarke jeszcze raz spojrzał na tablicę, rozmyślając o kobietach, które 

zginęły. Jeden człowiek i być może tylko jeden sposób.

– To prawda, ale coś ci powiem. Zrozumiałem to, gdy stałem tam, na 

zimnie, a ty zajmowałaś się tym, co zostało z Gii Rossi. On uważa, że cię 
zna.

Odwrócił się i wbił w nią niesamowite, niebieskie oczy.
– Jemu się wydaje, że cię rozumie i zna. Że wie, kim jesteś. Ale się myli. 

Nie   ma   o   tobie   pojęcia,   nie   rozumie   ciebie   ani   takich   jak   ty.   Jeśli 
kiedykolwiek się spotkacie, choćby na moment, wtedy być może zdoła się 
przekonać, kim naprawdę jesteś. A wtedy zrozumie, co to jest strach.

– Cóż. – Lekko wstrząśnięta i nieco zdziwiona Eve głośno wypuściła 

powietrze. – Nie tego się po tobie spodziewałam.

– Kiedy na nią patrzyłem, na to, co jej zrobił, pomyślałem, że spróbuję 

sobie wyobrazić ciebie na jej miejscu. Twoją twarz w miejsce jej twarzy, tak 
jak na tej tablicy.

background image

– Roarke...
–   Ale   tego   nie   zrobiłem   –   dokończył,   po   czym   podniósł   dłoń   Eve   i 

musnął palcami jej policzek. – Nie byłem w stanie. Nie dlatego, że tego bym 
nie zniósł, ale dlatego, że on nigdy nie będzie miał nad tobą takiej władzy. 
Ty mu na to nie pozwolisz. I to, kochana Eve, jest dla mnie wielką pociechą.

– I dla mnie. – Ukradkiem zerknęła w stronę drzwi, by się upewnić, że 

nadal są sami.  A potem pochyliła się i go pocałowała. – Dzięki. Muszę 
lecieć.

– A jeśli cię zabije – rzucił Roarke, gdy była już przy wyjściu – to 

strasznie się wkurzę.

– Nie ma się czemu dziwić.
Ruszyła do swojego pokoiku, ale zatrzymała się, widząc Peabody.
– Baxter i Trueheart pojechali zawiadomić matkę, zgodnie z rozkazem. 

Ja przed chwilą rozmawiałam z jej ojcem.

– W porządku. Kiedy Baxter się zgłosi, damy znać mediom, że mogą 

podać jej nazwisko do wiadomości publicznej.

– A propos mediów, wpadłam do twojego pokoju, bo myślałam, że cię 

tam zastanę. Masz chyba z pół miliona wiadomości od różnych reporterów.

– Zajmę się tym. Daj mi znać, jak już wszyscy będą na miejscu. Zrobimy 

odprawę.

– Jasne. Dallas, chcesz, żebym uaktualniła dane na tablicach?
– Już to zrobiłam. – Eve odwróciła się i poszła do swojego gabinetu.
Przewinęła   nagłówki   wiadomości,   automatycznie   przekazując   je   do 

rzecznika. Dopiero gdy natrafiła na wiadomość od Nadine, wybrała pauzę i 
odtworzyła nagranie od nowa.

– Dallas, wieść gminna niesie, że masz następną. Robi się gorąco, więc 

na razie tylko cię ostrzegam.  Towarzystwo już się szykuje do szarży na 
ciebie i całą nowojorską policję. Jeśli masz coś dla mnie, oddzwoń.

Eve zastanowiła się przez chwilę, po czym zażądała połączenia. Nadine 

odebrała już po pierwszym sygnale.

– Myślałam, że ulubienice mediów śpią do południa.
–   Pewnie,   tak   samo   jak   gliny.   Jestem   w   swoim   gabinecie   – 

odpowiedziała Nadine. – Pracuję nad materiałem, bo o ósmej wchodzę na 
antenę. Raport specjalny. Jeśli coś masz, to teraz jest najlepszy czas, żeby 
się podzielić.

–   Źródło   zbliżone   do   nowojorskiej   policji   poinformowało   dziś   nad 

background image

ranem,   że   policja   otrzymała   nową,   istotną   i   wiarygodną   informację 
dotyczącą osobnika, którego media nazwały Panem Młodym.

– Jaką nową, istotną informację?
– Ze względu na dobro śledztwa nasze źródło nie ujawniło szczegółów, 

które, jak wszystko, co dotyczy tej sprawy, pozostają ściśle tajne. Źródło 
podało jednak, że specjalna ekipa dochodzeniowa powołana do rozwiązania 
tej   sprawy   pracuje   dwadzieścia   cztery   godziny   na   dobę   i   jest   bliska 
zidentyfikowania osobnika odpowiedzialnego za śmierć Sarifiny York i Gii 
Rossi. Sprawcę podejrzewa się o zamordowanie jeszcze dwudziestu trzech 
kobiet.

– Niezłe, ale za dużo niejasności. Media rzucą się na ciebie z pazurami. 

Oberwiesz za to.

–   Myślisz,   że   w   tej   sytuacji   obchodzą   mnie   jakieś   pyskate   gnojki, 

Nadine?   Puść   to   oświadczenie.   Chcę,   żeby   usłyszał,   że   jesteśmy   blisko. 
Niech   się   zacznie   zastanawiać,   co   na   niego   mamy.   A   nazwisko   Rossi 
ujawnij dopiero w wiadomościach o ósmej.

– Co powiesz na to? Czy policyjne źródło potwierdza lub zaprzecza, że 

śledztwo skoncentrowane jest wokół jednego podejrzanego?

–   Źródło   nie   potwierdza   ani   nie   zaprzecza,   ale   oświadczyło,   że 

członkowie ekipy dochodzeniowej poszukują lub już ustalili miejsce pobytu 
i wstępnie przesłuchali podejrzane osoby.

– Dobra. – Nadine pokiwała głową i skończyła notować. – Nadal nic to 

nie mówi, ale brzmi, jakby coś w tym było.

– Czy twoi asystenci nadal przeszukują archiwa?
– Pewnie.
– Możliwe, że później będę coś dla nich miała. To wszystko, Nadine. 

Jeśli chcesz dostać oficjalne oświadczenie wydziału, zgłoś się do rzecznika.

Eve rozłączyła się i przyniosła sobie kawę. Bez entuzjazmu popiła nią 

pigułkę   energetyzującą.   Uznała,   że   lepiej   się   trochę   pozłościć,   niż 
przysypiać na stojąco. Po wszystkim ściągnęła na swój komputer wyniki 
globalnych poszukiwań, które prowadziła na domowym sprzęcie.

Gdy   na  ekranie  zaczęły   się  pojawiać   nazwiska,   oparła   się  w  fotelu   i 

zamknęła oczy. Tysiące, pomyślała. Cóż, Roarke przyłożył do tego rękę, 
więc mogła się spodziewać.

Musiała zawęzić wyniki i dokładniej je dopracować.
Zapiszczał jej komunikator.

background image

– Co jest?
– Ekipa w komplecie – poinformowała Peabody.
– Zaraz będę.
Zmęczeni   gliniarze,   pomyślała,   wchodząc   do   pomieszczenia 

operacyjnego.   Jej   ekipa   składała   się   ze   zmęczonych,   sfrustrowanych   i 
wkurzonych ludzi. Wiedziała, że czasami w tym stanie pracowali najlepiej. 
Jadą   na   adrenalinie   i   irytacji,   a   w   wielu   przypadkach   na   pigułkach 
energetyzujących.

Bez ściemniania, upomniała się jeszcze raz. Żadnych uników.
– Straciliśmy   ją. –  W sali  natychmiast   zapadła  cisza.  –  Mamy   pełne 

wsparcie   wszystkich   wydziałów   policji   i   służb   bezpieczeństwa   w   kraju. 
Mamy   doświadczenie,   mózg   i   zacięcie   każdego   policjanta   w   tej   sali,   a 
jednak ją straciliśmy. Daję wam trzydzieści sekund na refleksję, rozpacz i 
otrząśnięcie się z poczucia winy. Potem nie będzie na to czasu.

Położyła swoją teczkę z dokumentami i poszła po następny kubek kawy. 

Gdy wróciła, wyjęła kopię zdjęcia Ariel Greenfeld i przyczepiła na samym 
środku pustej białej tablicy.

–   Jej   nie   stracimy.   Od   tej   chwili   pracujemy   przez   całą   dobę   aż   do 

zakończenia sprawy. Od tej chwili to jest jedyna ofiara w tym mieście. Od 
tej   chwili   to   najważniejsza   osoba   w   naszym   życiu.   Funkcjonariuszu 
Newkirk?

– Tak jest.
–   Ty   i   twoi   ludzie   obejmujecie   pierwszą   dwunastogodzinną   zmianę. 

Wyznaczeni   ludzie   zmienią   was   o...   –   spojrzała   na   zegarek   –   o 
dziewiętnastej.   Kapitanie   Feeney,   proszę   wyznaczyć   drugą   zmianę. 
Detektywi z terenu, waszych zmienników wyznaczę za chwilę.

– Pani porucznik. – Trueheart odchrząknął, a Eve widziała, że z trudem 

powstrzymał   się   przed   podniesieniem   ręki.   –   Detektyw   Baxter   i   ja 
opracowaliśmy   plan   rotacyjny   korzystania   z   pomieszczenia 
wypoczynkowego. To znaczy, rozmawialiśmy o tym w drodze powrotnej po 
powiadomieniu   rodziny.   Za   pozwoleniem,   wolelibyśmy   mieć   zmiany 
dwudziestoczterogodzinne.   Bez   schodzenia   ze   służby.   A   ty,   Paskudny 
Łajdaku? – Zwrócił się do Jenkinsona.

– Wyśpimy się, jak go dorwiemy.
– W porządku – zgodziła się Eve. – Spróbujmy pracować w ten sposób. 

Przeprowadziłam   globalne   wyszukiwanie   okaleczonych   ofiar   i   osób 

background image

zaginionych,   spełniających   kryteria   podane   w   profilu   ofiary.   Podczas 
pierwszego dochodzenia ustaliliśmy, że jest duże prawdopodobieństwo, że 
sprawca   już   wcześniej   dokonywał   zabójstw,   wprawiał   się.   Poszerzyłam 
poszukiwanie   –   wyjaśniła   Feeneyowi.   –   W   skali   globalnej   do   pięciu   lat 
wstecz. Otrzymałam tysiące rezultatów.

Sięgnęła po dyskietkę z wynikami i rzuciła ją kapitanowi.
– Musimy zawęzić wyniki, ale przede wszystkim musimy znaleźć jakiś 

jeden lub więcej... przypadków, które mogą być jego błędami.

– Druga sprawa – kontynuowała, zerkając na listę.
W   czasie   gdy   Eve   prowadziła   odprawę,   wydawała   rozkazy,   słuchała 

raportów   i   przydzielała   obowiązki,   Ariel   Greenfeld   powoli   odzyskała 
przytomność.   Dwa   razy   się   budziła,   ledwo   rejestrując   otaczającą   ją 
rzeczywistość. Potem pojawił się on. Małe pomieszczenie, szklane ściany, 
sprzęt medyczny? Czyżby była w szpitalu?

Próbowała  mu  się  przyjrzeć,  ale wszystko rozmazywało jej się  przed 

oczyma.   Jakby   jej   oczy   i   mózg   zatopiono   w   oleju.   Zdawało   jej   się,   że 
słyszała muzykę. Wysokie głosy. Anioły? Czyżby nie żyła?

Potem znów zapadła się w nicość, coraz głębiej i głębiej.
Tym   razem,   gdy   się   przebudziła,   pokój   był   większy.   Tak   jej   się 

wydawało.   Jasne   światło   prawie  sprawiało   jej   ból.  Czuła   się   osłabiona   i 
miała mdłości, jakby przez dłuższy czas była chora. Znów pomyślała, że to 
pewnie szpital.

Miała wypadek? Niczego takiego nie pamiętała, nie czuła też żadnego 

bólu. Zmusiła  się do powrotu pamięcią wstecz. Jaka była ostatnia rzecz, 
którą pamiętała?

– Ciasta na wesele – szepnęła.
Pan Gaines. Wesele wnuczki pana Gainesa. Trafiła jej się dodatkowa 

praca, bardzo dobra praca. Zaprojektowanie i przygotowanie ciast i tortów 
weselnych, a potem w czasie przyjęcia rola szefowej deserów.

Dom   pana   Gainesa   –   duży,   piękny   stary   dom,   cudowny   salon   z 

kominkiem. Ciepły i przytulny. Tak! Już sobie przypominała. Miała się tu 
spotkać z jego wnuczką. A potem...

Pamięć   znów   zaczęła   zachodzić   mgłą,   ale   Ariel   siłą   woli   utrzymała 

przytomność   umysłu.   Kiedy   mgła   znikła,   jej   serce   zaczęło   niespokojnie 
uderzać. Herbata i ciasteczka. Coś było w herbacie. Zobaczyła coś w jego 
oczach, gdy próbowała wstać.

background image

To nie jest szpital. Boże, och Boże, nie była w szpitalu. Uśpił ją, a potem 

gdzieś zabrał. Trzeba uciekać, natychmiast.

Spróbowała   usiąść,   ale   okazało   się,   że   ma   związane   ręce   i   nogi. 

Spanikowana, powstrzymała krzyk i zaczęła się szarpać ze wszystkich sił, 
aby zerwać sznury. Przerażenie zalało ją całą niczym rwąca rzeka.

Leżała naga, z rękami i nogami przywiązanymi do jakiegoś metalowego 

stołu.   Wystające   ze   szczelin   pętle   sznura   wrzynały   jej   się   w   ciało,   gdy 
próbowała się wyrwać. Przesunęła wzrokiem po pomieszczeniu i zobaczyła 
monitory, ekrany, kamery i stoliki z metalowymi tackami.

Na tacach leżały ostre narzędzia. Przerażające, ostre przedmioty.
Zaczęła   drżeć,   a   jej   umysł   próbował   to   wszystko   wyprzeć   ze 

świadomości. Ze łzami w oczach podjęła jeszcze jedną desperacką próbę 
uwolnienia się z pęt.

Martwa   kobieta   w   parku,   jakaś   inna   zaginiona.   Widziała   raporty   w 

mediach. To straszne, tak wtedy pomyślała. Czy to nie okropne? A potem 
jak zwykle poszła do pracy. Nie miała z tym nic wspólnego. Te straszne 
rzeczy przydarzyły się komuś innemu.

Zawsze przydarzały się innym.
Aż do tej pory.
Nabrała powietrza i zaczęła krzyczeć z całej siły. Wołała o pomoc, aż 

rozbolały   ją   płuca,   a   gardło   zamieniło   się   w   papier   ścierny.   Mimo   to 
krzyczała jeszcze głośniej.

Ktoś musi ją w końcu usłyszeć. Ktoś musi przyjść.
Kiedy w końcu ktoś usłyszał i przyszedł, przerażenie stłumiło krzyk w 

jej gardle jak dusząca ręka.

– Ach, obudziłaś się – powiedział i uśmiechnął się do niej.
Eve   włożyła   dyskietkę   z   listą   posiadaczy   karnetów   do   opery,   którą 

przygotował dla niej Roarke. Zaczęła od wyodrębnienia mężczyzn między 
sześćdziesiątym a osiemdziesiątym rokiem życia.

Pomyślała, że jeśli będzie trzeba, poszerzy zakres. Przecież poszukiwany 

mógł stworzyć fałszywą firmę lub podać wymyślone nazwisko. Na dodatek 
nie było gwarancji, że korzystał z karnetu. Mógł wybierać przedstawienia, 
które go interesowały, zamiast rezerwować całość.

Kiedy na ekranie pokazała się dość długa lista, rozpoczęła standardowe 

sprawdzanie kolejnych nazwisk.

Mniej   więcej   po   przejrzeniu   trzech   czwartych   trafiła   na   to,   czego 

background image

szukała.

– Mam cię – mruknęła. – Tu się ukryłeś, bydlaku. Stewart E. Pierpont? 

„E" jak Edward. Kim jest dla ciebie ten Edward?

Na zdjęciu w identyfikatorze miał długą, dramatyczną grzywę w kolorze 

soli i pieprzu. Podawał się za obywatela Wielkiej Brytanii zamieszkałego w 
Londynie,   Nowym   Jorku   i   Monte   Carlo.   Tym   razem   był   wdowcem, 
zauważyła Eve. To coś nowego.

Zmarła   żona   nazywała   się   Carmen   DeWinter,   także   była   Brytyjką, 

zmarła w wieku trzydziestu dwóch lat.

Eve zmrużyła oczy i przyjrzała się dacie śmierci.
– Wojny miejskie. Eddie, tym razem chyba przegiąłeś. Natychmiast w 

bazie danych sprawdziła DeWinter.

Carmen.   Oczywiście   nie   znalazła   nikogo,   kto   odpowiadał   danym 

zamieszczonym przez Pierponta.

– OK. Była jakaś kobieta, prawda? Zmarła, została zabita albo... hej, ty 

sam ją zgładziłeś. Ale na pewno istniała.

Wróciła   do   Pierponta   i   sprawdziła   adres.   Opera   w   Monte   Carlo, 

filharmonia w Londynie, Carnegie Hall w Nowym Jorku.

Trzyma   się   wzorca,   uznała.   Ale   przecież   musieli   gdzieś   wysyłać   te 

karnety, no chyba że odebrał osobiście.

Chwyciła   to,   co   znalazła,   i   pobiegła   do   stanowiska,   przy   którym 

pracował Roarke.

– Masz znajomości w Metropolitan Opera? Możesz tak załatwić, żeby 

zechcieli mi pomóc?

– Znam parę osób. A czego potrzebujesz?
–   Wszystkiego   na   jego   temat.   –   Rzuciła   na   stół   wydruk   z   danymi 

Pierponta. – To on. Posiadacz karnetu. Nawiasem mówiąc, miałeś nosa.

– Robimy co w naszej mocy.
– Zrób więcej. Nie mamy czasu na biurokrację i nakazy. Potrzebny mi 

kontakt z kimś, kto powie mi wszystko o tym facecie.

– Pięć minut – powiedział i sięgnął po swoje prywatne łącze.
Odsunęła   się,   żeby   mu   nie   przeszkadzać   podczas   rozmowy,   i  w   tym 

momencie odezwało się jej łącze.

– Dallas.
– Chyba coś mamy – obwieścił Baxter. – W sprawie obrączek. Chyba 

wiemy, gdzie je kupił. U Tiffany'ego, klasyka.

background image

– Przecież już kiedyś ich sprawdzaliśmy.
– Tak, ale nikt niczego nie pamiętał,  nie prowadzili takich obrączek. 

Postanowiliśmy   spróbować   jeszcze   raz.   Styl   klasyczny,   to   musi   być 
klasyczny   sklep.   To   nie   jakieś   świecidełka,   tylko   srebro.   Maglujemy 
sprzedawców   i   nic.   Ale   nagle   wtrąca   się   jakaś   babeczka,   klientka. 
Przypomina   sobie,   że   była   tu   przed   Bożym   Narodzeniem   i   zauważyła 
mężczyznę kupującego cztery obrączki. Zagadała do niego, skomentowała 
taki wybór, a facet jej na to, że ma cztery wnuczki i chce zrobić im prezent. 
Wydało   jej   się   to   szalenie   urocze,   dlatego   go   zapamiętała.   Kazaliśmy 
menedżerowi sprawdzić i okazało się, że pod koniec roku rzeczywiście mieli 
kilka egzemplarzy tego modelu.

– Dane zakupu.
–   Gotówka,   cztery   srebrne   obrączki   sprzedane   osiemnastego   grudnia. 

Dallas, a świadek to malina. Powiedziała, że „wciągnęła go w rozmowę". 
Mam wrażenie, że na niego leciała. Podobał jej się zapach jego wody, więc 
zapytała co to. Alimar Botanicals.

– Trina ma zarębiście dobry węch. To jeden z jej typów.
– Słuchaj dalej, wspomniał, że odkrył ten zapach w Paryżu i bardzo się 

ucieszył, że można go kupić w Nowym Jorku, w butiku spa przy Madison, z 
filią w centrum. Miejsce nazywa się Bliss. Tam wypatrzył Trinę.

– Tak, dokładnie to miejsce. Sprawdź, czy świadek zgodzi się pracować 

z Yancym.

– Już pytałem, zgodziła się. Powiedziała, cytuję, że będzie „w siódmym 

niebie".   Mówię   ci,   Dallas,   malina,   a   przy   tym   wzrok   jak   jastrząb. 
Zauważyła, że miał w portfelu zdjęcie. Stare zdjęcie. Widok tej fotografii od 
razu wzbudził jej wspomnienia. Śliczna brunetka. Twierdzi, że z pomocą 
Yancy'ego też może coś o niej powiedzieć.

–   Dobra   robota,   Baxter.   Cholernie   dobra   robota.   Przywieź   tę   swoją 

malinę. Dallas, koniec. Coś drgnęło. – Jej oczy były jasne i skupione, gdy 
zwróciła się do Roarke'a. – Coś się ruszyło.

–   Jessica   Forman   Rice   Abercrombie   Charters.   –   Roarke   rzucił   Eve 

kostkę   pamięci.   –   Przewodnicząca   rady   nadzorczej.   Chętnie   z   tobą 
porozmawia. Jest teraz w domu. Jeśli nie będzie mogła ci pomóc, znajdzie 
kogoś, kto będzie mógł.

– Przydatny jesteś.
– Na wiele różnych sposobów.

background image

Przyjemnie było się uśmiechnąć, dodawało jej to siły.
– Peabody, ze mną.

background image

Rozdział 19

Jessica   o   wielu  nazwiskach   mieszkała   w   trzypiętrowym  apartamencie 

wielkości   Hoboken.   W   oszałamiającym   salonie   była   ogromna   szklana 
ściana, za którą rozpościerała się panorama East River.

Przy ładnej pogodzie, pomyślała Eve, z tego miejsca musi być widać 

Rikers.

Kobieta urządziła mieszkanie według swoich upodobań, łącząc antyk z 

ultranowoczesnością,   co   w   efekcie   dało   zaskakująco   przyjemny   styl 
eklektyczny.   Eve   i   Peabody   usiadły   na   grubych   poduchach 
krwistoczerwonej sofy, gdy gospodyni nalewała herbatę z białego dzbanka 
w słodkie różowe różyczki.

Herbatę   i   talerzyk   cienkich   jak   papier   ciastek   przyniosła   elegancko 

ubrana kobieta o sylwetce wykałaczki.

– Spotkałyśmy się raz czy dwa... – zaczęła Jessica.
– Tak, pamiętam. – Teraz, zobaczywszy jej twarz, Eve rzeczywiście ją 

sobie   przypomniała.   Była   zadbaną   osiemdziesięciokilkuletnią   damą   o 
starannie zaczesanych włosach w kolorze złota, otaczających jej twarz. Ostre 
rysy, usta pomalowane delikatną różową pomadką, oczy w kolorze morskiej 
zieleni, gęste rzęsy.

–   Nosisz   ubrania   Leonardo.   Jedna   z   moich   wnuczek   uwielbia   jego 

projekty. Nie chce nosić niczego innego. Bardzo do niej pasują, do ciebie 
również. Uważam, że ludzie powinni ubierać się w to, co do nich pasuje.

Kiedy Jessica podała jej filiżankę herbaty, Eve z trudem powstrzymała 

się przed oświadczeniem, że do niej najbardziej pasuje kawa w solidnym, 
grubym kubku.

– Dziękuję, że zechciała nam pani poświęcić trochę czasu, pani Charters.
– Proszę, mówcie mi Jessica. – Podała Peabody filiżankę i uśmiechnęła 

się do niej promiennie. – Zróbcie mi przyjemność i pozwólcie, że was o coś 
zapytam.   Czy   kiedy   przesłuchujecie...   albo   jak   to   się   dziś   mówi, 
„rozmawiacie"... z podejrzanym, zdarza się wam go poturbować?

– Nie musimy – odparła Peabody. – Pani porucznik jest taka groźna, że 

zaraz sami się przyznają.

Jessica zachichotała.
–   Ileż   bym   dała,   żeby   to   zobaczyć!   Uwielbiam   programy   policyjne. 

background image

Zawsze wyobrażam sobie siebie w roli winowajcy i zastanawiam się, jak 
zachowałabym   się   podczas   przesłuchania.   Wiecie,   desperacko   pragnę 
zamordować mojego trzeciego męża...

– Takiemu impulsowi trudno się oprzeć – skomentowała Eve.
– Och, tak. – Jessica posłała jej różowy uśmiech. – Wiem, że to byłoby 

satysfakcjonujące,  ale  ten cały  rwetes.  Z  drugiej strony,  przy  rozwodach 
rwetes wcale nie jest mniejszy. Ale, zdaje się, że marnuję wasz czas. W 
czym mogę wam pomóc?

– Stewart E. Pierpont.
Jessica poruszyła brwiami.
– Tak, tak. Znam to nazwisko. Czy kogoś zamordował?
– Chcemy z nim porozmawiać, ale mamy problem ze zlokalizowaniem 

go.

Choć na twarzy Jessiki pojawiło się lekkie zakłopotanie, jej ton pozostał 

niezwykle uprzejmy.

– Powinniśmy mieć jego adres w bazie. Lyle zaraz to sprawdzi.
– Adres, który podał, to fikcja. No chyba że Opera Królewska i Carnegie 

Hall wynajmują pokoje.

– Serio? – Jessica przeciągnęła słowo, a w jej oczach nagle pojawił się 

błysk. – No proszę. Powinnam była się domyślić.

– Czego domyślić?
–   Ten   stary   sknerus   Pierpont!   Przez   te   wszystkie   lata   bardzo   rzadko 

bywał na galach i uroczystościach. Nie udziela się towarzysko, absolutnie 
nie ma w sobie nic z filantropa. Nigdy nie udało mi się wyciągnąć z niego 
żadnego datku, a jestem mistrzynią świata w kwestowaniu.

– Gale i bankiety są tylko dla zaproszonych gości, prawda?
– Oczywiście. Musimy jakoś... Ach! Już rozumiem. Jak miał otrzymać 

zaproszenie, skoro jego adres to nie jego adres? Dajcie mi chwilę.

Wstała,   przemaszerowała   po   wypolerowanej   podłodze,   po   grubym 

tureckim dywanie i wyszła z salonu.

– Podoba mi się. – Peabody sięgnęła po ciasteczko. – Trochę przypomina 

moją   babcię.   Oczywiście   nie   z   wyglądu   ani   nie   mieszkaniem   – 
kontynuowała, rozglądając się po salonie. – Ale ma w sobie tę żywotność. 
Nie, że zna wszystkie ploteczki, tylko wie to, co potrzeba. Hej, te ciasteczka 
są   boskie.   I   takie   cieniutkie,   że   niemal   wszystko   przez   nie   widać.   – 
Poczęstowała się następnym. – Przezroczyste słodycze na pewno nie mają 

background image

dużo kalorii. Zjedz jedno, bo będę się czuła jak prosiak.

Eve bezwiednie sięgnęła po ciasteczko.
– Nie sponsoruje Met. Przychodzi na przedstawienia, ale nie wykłada 

kasy.   Bilety   kosztują,   ale   coś   z   tego   ma.   Może   kontrolować.   A   gdy 
ofiarowujesz   pieniądze,   nie   masz   bezpośredniego   wpływu   na   to,   co   się 
stanie z twoją darowizną.

Odwróciła się, gdy Jessica wróciła do salonu.
– Zagadka rozwiązana, ale rzecz nadal pozostaje zagadkowa. Lyle mówi, 

że nasz pan Pierpont zażyczył sobie, by wszystkie bilety, korespondencję, 
listy z prośbami o wsparcie i tak dalej zostawiać mu w kasie.

– Czy to normalna praktyka? – zapytała Eve.
– Nie. – Jessica usiadła i sięgnęła po swoją filiżankę. – Prawdę mówiąc, 

to   bardzo   niezwykłe.   Ale   zawsze   staramy   się   spełniać   prośby   naszych 
mecenasów, nawet tych, którzy mają węża w kieszeni.

– Kiedy z nim rozmawiałaś lub widziałaś go ostatni raz?
–   Hm.   Och,   tak,   brał   udział   w   zimowej   gali.   Druga   sobota   grudnia. 

Pamiętam,   że   próbowałam   go   namówić,   by   wstąpił   do   stowarzyszenia. 
Opłata członkowska jest dość wysoka, ale gwarantuje wiele korzyści. Ale to 
typ, który lubi operę, zna się na muzyce, potrafi ją docenić, ale nie jest 
zainteresowany   finansowaniem.   Skąpiec.   Nieraz   widziałam   go,   jak 
przychodził   na   przedstawienia.   Zawsze   pieszo.   Nawet   na   samochód   mu 
szkoda. I zawsze jest sam.

– Czy kiedykolwiek rozmawialiście o jego życiu osobistym?
– Niech pomyślę. – Założyła nogę na nogę i zaczęła kołysać stopą. – 

Rozmowy o życiu prywatnym to podstawowe tematy podczas kwestowania. 
Od   dawna   jest   wdowcem,   dużo   podróżuje.   Twierdzi,   że   oglądał 
przedstawienia we wszystkich największych teatrach operowych na świecie. 
Najbardziej lubi operę włoską. Och!

Podniosła palec i na chwilę zamknęła oczy, próbując pozbierać myśli.
– Pamiętam, że kilka lat temu trochę nad nim pracowałam. Wypił kilka 

lampek   wina,   więc   pomyślałam,   że   może   wyduszę   z   niego   tę   opłatę 
członkowską. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, czy prawdziwą miłość do sztuki 
się dziedziczy, czy można się jej nauczyć. Powiedział, że on nauczył się 
miłości do muzyki od matki, kiedy był dzieckiem. Stwierdziłam, że wobec 
tego miłość jest dziedziczna, ale on zaprzeczył. Choć to jedyna matka, jaką 
znał, była drugą żoną jego ojca. Sopran.

background image

– Śpiewaczka?
– Zapytałam o to samo. I co powiedział? Coś trochę dziwnego. Otóż była 

śpiewaczką,   choć   przeszkodziły   jej   okoliczności,   zabrakło   czasu.   Jestem 
pewna, że dokładnie tak powiedział. Zapytałam, co się stało, ale tylko mnie 
przeprosił i szybko się oddalił.

– Czy Lyle będzie wiedział, kiedy Pierpont ostatni raz odbierał coś z 

kasy?

– Będzie. Spodziewałam się, że będziecie chciały to wiedzieć i już go 

zapytałam. W ubiegłym tygodniu.

– Jak płaci?
–   Lyle   mówi,   że   gotówką.   Zawsze,   i   owszem,   to   jest   niezwykłe. 

Naturalnie, nie komentujemy ekscentryczności naszych mecenasów.

Na   przedstawienia   zawsze   wkłada   czarną   muszkę,   co   też   jest   nieco 

ekscentryczne. Jego goście również.

– Mówiłaś, że zawsze przychodzi sam.
– Tak. Chodziło mi o gości, którym oddaje swój bilet. – Jako uprzejma 

gospodyni   Jessica   podniosła   się   i   dolała   Peabody   herbaty.   –   Kilka   razy 
zdarzyło   mi   się   zauważyć   w   jego   loży   innych   mężczyzn.   Prawdę 
powiedziawszy,  w  ubiegłym  tygodniu na  premierze  „Rigoletta" był  jakiś 
jego gość.

– Jak wyglądał?
– Ach, czarno-biały. Właśnie tak o nim pomyślałam. Czarna muszka, 

bardzo oficjalna, białe włosy, biała cera. Nawet zastanawiałam się, czy to 
nie   jest   jakiś   krewny   pana   Pierponta.   Było   jakieś   podobieństwo, 
przynajmniej tak mi się wydawało. Nie widziałam go ani przed spektaklem, 
ani potem. Ani w antrakcie. No chyba że nie zauważyłam.

– Czy można jakoś zdobyć nazwiska osób, które zajmowały miejsca w 

loży obok Pierponta?

– Kiedy pan Pierpont lub jego gość przychodzi na spektakl, loża jest 

pusta. – Jessica uśmiechnęła się i wyciągnęła do nich talerz z ciasteczkami. 
– To dość dziwne, nieprawdaż?

– Wykupuje wszystkie miejsca w loży – powiedziała Eve, gdy wsiadły 

do samochodu. – Nie chce, żeby ktoś siedział obok i mu przeszkadzał ani 
zbytnio się zbliżał.

– Obstawimy operę. – Peabody wyjęta notebook i zaczęta wstukiwać 

polecenia. – Może zechce wpaść.

background image

–   Tak,   trzeba   to   zorganizować.   Jego   macocha.   To   ją   reprezentują   te 

wszystkie   kobiety.   To   jej   zdjęcie   nosi   w   portfelu.   Idealizuje   ją,   a 
jednocześnie demonizuje.

– Gadasz jak Mira.
–   Wszystko   się   zgadza.   Zabija   ją   wciąż   na   nowo,   prawdopodobnie 

odtwarza jej prawdziwą śmierć. Potem ją obmywa, układa na białej pościeli. 
Zabrakło jej czasu, więc on dba o to, by i innym, które ją uosabiają, też 
zabrakło   czasu.   Mamy   sedno.   Pozostaje   ustalić   powiązanie   z   wojnami 
miejskimi. Założę się, że data śmierci żony Pierponta coś nam wyjaśni.

–   Żona,   ślubna   obrączka.   Ta   macocha   jest   kobietą   z   jego   fantazji   – 

teoretyzowała   Peabody.   –   Jego   panną   młodą.   Nie   gwałci   jej,   byłoby   to 
szarganie   fantazji.   Nie   seksualnej,   ale   romantycznej.   Patologicznie 
romantyczna fantazja.

–   I   kto   tu   gada   jak   Mira?   Szukamy   kobiet   z   opisu,   które   zmarły   w 

okolicach daty podanej przez Pierponta.

– W czasie wojen nie wszystkie zgony zapisywano.
–  Jej   zapisano.   –  Eve  gwałtownie   skręciła   kierownicą   i  zmieniła   pas 

ruchu, wbijając się w maleńką przerwę w gigantycznym korku. – Już on 
tego dopilnował. To będzie tu, w Nowym Jorku. Nowy Jork jest dla niego 
początkiem i końcem. Znajdziemy ją, a ona zaprowadzi nas do niego.

Eve słyszała tykanie swojego wewnętrznego stopera, który bezlitośnie 

odmierzał czas. Pomyślała o Ariel Greenfeld.

Nie wiedziała, że można doświadczyć aż takiego bólu i przeżyć. Nawet 

gdy już przestał – a zdawało jej się, że nigdy nie przestanie – czuła potworne 
pieczenie, a jej ciało krwawiło.

Płakała i krzyczała. W głębi duszy Ariel rozumiała, że sprawiało mu to 

przyjemność.   Jej   bezradne   łkanie,   piski,   dzikie   zawodzenie   i   desperacka 
szarpanina były dla niego rozrywką. Leżała, trzęsąc się w szoku, i słuchała 
przeszywających   powietrze   głosów   śpiewających   w   języku,   którego   nie 
rozumiała. Włoski?, zastanawiała się, walcząc z ogarniającą ją sennością i 
zmęczeniem. Tak, chyba włoski. Włączał tę muzykę, gdy sprawiał jej ból. 
Jej   krzyki   mieszały   się   z   głosami,   kiedy   jego   upiorne   cienkie   noże 
przecinały jej ciało.

Ariel   wyobrażała   sobie,   że   kroi   go   tymi   ostrzami.   Nigdy   nie   była 

agresywna.   Szczerze   mówiąc,   podczas   zajęć   z   samoobrony,   na   które 
zapisała się z paroma przyjaciółkami, okazała się tragicznie beznadziejna. 

background image

Nazywały   ją   Słabizną.   Wszystkie   się   śmiały,   bo   nie   wierzyły,   by 
kiedykolwiek w życiu zdobyły się na to, by wymierzyć komuś kopniaki i 
ciosy, których próbowały się nauczyć.

Była   cukierniczką   to   wszystko.   Lubiła   piec,   przygotowywać   ciasta   i 

ciasteczka, które wywoływały uśmiech na twarzach klientów. Była dobrym 
człowiekiem. Chyba. Nie przypominała sobie, by kogokolwiek skrzywdziła.

Może w młodości  parę razy wzięła zoner. Owszem,  to było złe. Ale 

przecież nikomu nie zrobiła nic złego.

A jednak myśl o sprawieniu mu bólu przynosiła jej ulgę. Wyobrażała 

sobie, że jakimś sposobem się uwalnia, chwyta jeden z jego noży i wbija w 
jego miękki brzuch. I od razu przeraźliwy chłód stawał się nieco bardziej 
znośny.

Nie chciała umierać  w ten  straszliwy  sposób.  Ktoś  przyjdzie,  ktoś ją 

uratuje, powtarzała sobie w duchu. Musi się trzymać, musi przeżyć, aż ktoś 
przyjdzie i ją z tego wyciągnie.

Ale kiedy on wrócił, wszystko w niej pękło. Do gardła i oczu podeszły 

łzy.

– Przyjemna przerwa, prawda? – zapytał ohydnie miłym głosem. – Ale 

musimy już wracać do pracy. Hm, zastanówmy się. Co teraz?

– Panie Gaines? – Tylko nie krzycz, nakazała sobie. Nie błagaj. Jemu 

tylko o to chodzi.

– Tak, moja droga?
– Dlaczego wybrał pan właśnie mnie?
– Masz przyjemną twarz i piękne włosy. Ładnie umięśnione ręce i nogi. 

– Sięgnął po mały palnik. Z trudem powstrzymała krzyk, gdy go włączył i 
zmniejszył syczący płomień do minimum.

– To wszystko? To znaczy, czy coś zrobiłam?
– Zrobiłaś? – zapytał z roztargnieniem.
– Czy zrobiłam coś, co pana zdenerwowało albo zasmuciło?
– Nie, absolutnie nie. – Odwrócił się do niej i uśmiechnął nad syczącym 

płomieniem.

– Panie Gaines, wiem, że zamierza mnie pan dręczyć. I nie mogę pana 

powstrzymać. Ale czy mógłby mi pan powiedzieć dlaczego? Chciałabym 
zrozumieć, dlaczego pan mi to robi.

– Czyż to nie interesujące? – Przechylił głowę i przez chwilę jej się 

przyglądał. – Każda zawsze pyta. Zawsze wypytuje dlaczego. Ale zawsze 

background image

krzyczy. Nigdy nie jest taka grzeczna.

– Chcę tylko zrozumieć.
– Cóż. Cóż. – Wyłączył palnik, a Ariel odetchnęła z ulgą. – Tym razem 

jest inaczej. Lubię różnorodność. Była naprawdę urocza, wiesz?

– Była? – Ariel zwilżyła usta, gdy przysunął sobie taboret i usiadł, by 

znaleźć się z nią twarzą w twarz. Jak można wyglądać tak zwyczajnie, a 
jednocześnie być takim potworem, zastanawiała się.

– Ty jesteś bardzo ładna, ale ona była niemal idealnie piękna. A kiedy 

śpiewała, była boska.

– Śpiewała? A co śpiewała?
– Sopran. Wieloskalowy.
– Ja... Nie wiem, co to znaczy.
–   Była   olśniewająca.   Jej   allegra...   Te   czyste,   jasne,   wysokie   tony   po 

prostu same się z niej wylewały. A ta barwa, ta intensywność jej sopranu 
lirycznego i głębia dramatycznego. Miała skalę... – Jego oczy zwilgotniały. 
Położył palce na ustach i ucałował opuszki. – Mogłem jej słuchać całymi 
godzinami. W domu akompaniowała sobie na fortepianie. Próbowała mnie 
nauczyć, ale... – Uśmiechnął się z rozmarzeniem i podniósł w górę ręce. – 
Nie miałem talentu do muzyki. Tylko uwielbienie.

Gdy mówił, nie zadawał jej bólu, pomyślała Ariel. Musiała jak najdłużej 

podtrzymywać tę rozmowę.

– To opera? Nie znam się na operze.
– Myślisz, że to sztywna, nudna, staromodna muzyka.
– Myślę, że jest piękna – powiedziała ostrożnie. – Nigdy wcześniej nie 

słyszałam   czegoś   takiego.   Śpiewała   w   operze?   –   Pytania,   myślała 
desperacko. Zadawaj pytania, a on będzie odpowiadał. – I... to był sopran? 
Sopran wieloskalowy, tak? Znaczy, miał kilka skal?

– W rzeczy samej. Tak, to właśnie tak. Mam dużo jej nagrań. Oczywiście 

nie puszczam ich tutaj. – Rozejrzał się po pomieszczeniu. – To byłoby nie 
na miejscu.

– Chciałabym usłyszeć, jak śpiewa. Chciałabym usłyszeć jej głos.
– Naprawdę? – Zmrużył oczy. – Czyż nie jesteś sprytna? Tak, ona też 

była sprytna. – Wstał i sięgnął po palnik.

–   Proszę   zaczekać!   Niech   pan   zaczeka!   Czy   mogłabym   usłyszeć   jej 

śpiew? Może zrozumiem,  kiedy usłyszę jej głos? Kim była? Kim... Och, 
Boże, Boże, błagam! – Próbowała odsunąć się od języka płomienia, którym 

background image

przesuwał, niemal pieszczotliwie, po jej ramieniu.

– Porozmawiamy później. A teraz naprawdę musimy trochę popracować.

Po powrocie do centrali Eve udała się prosto do Feeneya.
– Brunetki, dwadzieścia osiem – trzydzieści trzy lata, które zmarły tego 

dnia w Nowym Jorku. Potrzebne mi nazwiska, adresy i przyczyna śmierci – 
podała datę śmierci Carmen.

– Z tamtych czasów nie zostało za wiele wpisów – powiedział. – Wielu 

zgonów   w   ogóle   nigdzie   nie   zgłoszono,   wielu   zmarłych   nie   udało   się 
zidentyfikować albo zostali mylnie rozpoznani.

– Kop. Ona otworzy nam drzwi. Zajrzę do Yancy'ego, może ma już jakiś 

szkic portretu z portfela.

Żeby   dać   Yancy'emu   więcej   czasu,   najpierw   poszła   do   Whitneya   i 

poprosiła o wsparcie w ludziach. Chciała posłać ekipę do obserwowania 
budynku Metropolitan.

–   Zrobione.   Będziesz   potrzebna   podczas   konferencji   prasowej   w 

południe.

– Panie komendancie...
– Jeśli myślisz, że nie wiem, w jakim jesteś stresie i jak jesteś naciskana, 

to   się   grubo   mylisz.   –   Wyglądał   na   równie   zirytowanego   co   ona.   – 
Trzydzieści minut. Po trzydziestu zakończę. O ile nie będziesz w drodze, 
żeby   aresztować   sprawcę,   to   masz   być   na   tej   konferencji.   Musimy 
powstrzymać tę lawinę.

– Tak jest, panie komendancie.
– Potwierdzisz tę nową istotną informację, o której powiedziałaś dziś 

rano   Nadine,   i   dwudziestoczterogodzinną   służbę.   Masz   ich   zapewnić,   że 
znajdziemy Ariel Greenfeld żywą.

– Tak jest, panie komendancie. Wierzę, że znajdziemy ją żywą.
– Pokaż im to. Odejść. Aha, pani porucznik, jeszcze jedno. Jeśli dowiem 

się, że wyszłaś poza budynek bez kamizelki i podsłuchu, to obedrę cię ze 
skóry. Osobiście.

– Zrozumiałam.
To było trochę denerwujące, że wyczuł, iż właśnie zamierzała zapomnieć 

o kamizelce. Nienawidziła tego draństwa. Ale musiała szanować człowieka, 
który tak dobrze znał swoich podwładnych.

Pomaszerowała  prosto do Yancy'ego. Zastała go przy pracy  z maliną 

background image

Baxtera.   Zauważył  Eve,  zanim  jeszcze   zdążyła  do  niego  podejść.  Wstał, 
uśmiechnął się i powiedział coś do świadka, po czym do niej podszedł.

– Chyba widać postęp. Jego zapamiętała bardzo dobrze, ale tamto zdjęcie 

widziała tylko przez moment. Pracujemy nad tym, Dallas. Musisz mi dać 
więcej czasu, więcej swobody.

– A możesz dać mi jego?
– Wysłałem ci do biura. W porównaniu z portretem Triny są subtelne 

różnice w strukturze twarzy, inne włosy, inne brwi. Ale jak na moje oko to 
ten sam facet.

– Wierzę w twoje oko. Jak już będziesz miał portret kobiety, prześlij go 

mnie i Feeneyowi. Postaraj się, Yancy. To może być strzał w dziesiątkę.

Kiedy   dotarła   do   swojego   wydziału,   Peabody   właśnie   wychodziła   z 

pomieszczenia operacyjnego.

–   Złapałam   Morrisa,   zgodnie   z   rozkazem.   Jest   w   drodze,   ma   wyniki 

badań od toksykologów. Zgłosili się Jenkinson i Powell. Są w butiku spa. 
Jedna ekspedientka chyba przypomina sobie naszego facia.

– W moim komputerze jest najnowszy portret. Roześlij do wszystkich, 

niech pokażą w sklepie i salonie.

– Tak jest.
– Porucznik Dallas?
Odwróciły się obie z Peabody. Skacowany sąsiad Ariel, Eve od razu go 

rozpoznała.

– Erik, zgadza się?
– Tak. Muszę z panią porozmawiać. Muszę się dowiedzieć, co się dzieje. 

Ta kobieta, Gia Rossi, ona nie żyje, a Ariel...

– Zajmę się nim – powiedziała Peabody do Eve.
–   Nie,   ja   z   nim   porozmawiam.   Wyślij   portret   do   Jenkinsona.   Eriku, 

usiądźmy. – Nie miała czasu, żeby zabrać go do kantyny, ale nie miała serca, 
żeby go wykopać. Usiedli na krzesłach przed jej biurem.

– Niepokoisz się i denerwujesz – zaczęła Eve.
– Niepokoję? Denerwuję? Ja odchodzę od zmysłów ze strachu. On ją 

dorwał. Ten maniak ma Ariel. Mówili, że je torturuje. Sprawia jej ból, a my 
tak tu sobie siedzimy.

– Nie, nie siedzimy sobie. Cały zespół pracuje nad tą sprawą.
– Ona nie jest sprawą! – Mówił podniesionym głosem, który w każdej 

chwili mógł się złamać. – Cholera, to człowiek. To Ariel.

background image

–   Mam   ci   to   podkolorować?   –   spytała   ostrym   tonem.   Celowo   była 

surowa, żeby wyeliminować ryzyko histerii. – Chcesz, żebym cię poklepała 
po   plecach?   Przyszedłeś   w   nieodpowiednie   miejsce   i   rozmawiasz   z 
nieodpowiednią osobą. Tłumaczę ci, że wszyscy ludzie, jakich mam, pracują 
przy tym śledztwie. Jeśli myślisz, że nie wiemy, kim jest Ariel, to się mylisz. 
Jeśli myślisz, że któryś z moich ludzi nie zna jej twarzy, to się mylisz.

– Nie wiem, co robić. – Ścisnął dłonie w pięści i uderzył się w uda. – Nie 

mogę   znieść,   że   nie   wiem,   co   mam   robić.   Jak   jej   pomóc?   Na   pewno 
strasznie się boi.

–   Tak,   na   pewno   się   boi.   Nie   będę   ci   ściemniać,   Erik.   Boi   się   i 

prawdopodobnie   bardzo   cierpi.   Ale   my   ją   znajdziemy.   A   kiedy   ją 
znajdziemy, to na pewno cię zawiadomimy. Dam ci znać, że jest bezpieczna.

– Kocham ją. Nigdy jej tego nie powiedziałem. Ona też mi tego nie 

powiedziała. – Westchnął ciężko. – Jestem w niej zakochany, a ona o tym 
nie wie.

– Powiesz jej to, kiedy wróci. Idź do domu albo, jeszcze lepiej, spotkaj 

się z przyjaciółmi.

Wskazała   mu   drogę   do   wyjścia,   a   sama   wróciła   do   pomieszczenia 

operacyjnego i podeszła do stanowiska Roarke'a. Sięgnęła po jego butelkę z 
wodą i zaczęła łapczywie pić.

– Częstuj się – skomentował.
– Parę godzin temu połknęłam pigułkę, zawsze mam po nich straszne 

pragnienie. I... Poruszyła ramionami.

– Uwaga, podsłuch. Miejsca, miejsca, miejsca – dodała. Uśmiechnął się 

do niej.

– Mam dla ciebie następne. Robię wstępną selekcję. Masz coś nowego w 

sprawie opery?

– Strzępki i fragmenty. Zdaje się, że mamy kobietę, która go inspiruje. 

Zobaczymy.   Jeśli   ją   zidentyfikujemy,   będziemy   wiedzieli   więcej   o   nim. 
Muszę lecieć pogadać do mediów.

Odwróciła się i omal nie wpadła na Morrisa.
– Przepraszam, przepraszam. – Przez tę cholerną pigułkę czuła się tak, 

jakby miała zaraz wyskoczyć ze skóry. – Masz coś? Chodź ze mną, powiesz 
mi w drodze. Id ę do sali konferencyjnej.

– Pigułki energetyzujące? – Widać?
– Tylko po tobie. Tym razem użył dopaminy i lorazepamu. U żadnej z 

background image

jego wcześniejszych ofiar nie wykryliśmy tych środków.

– Co to za substancje? – Żałowała, że nie zarekwirowała wody Roarke'a. 

– Czy to one ją wyłączyły?

– Raczej bym powiedział, że liczył na odwrotny skutek. Czasami podaje 

się je katatonikom.

– OK, czyli sama się wyłączyła, a on próbował ją ożywić, bo zegar tykał.
– Zgadzam się. Tylko że gdyby zapadła w prawdziwą, ostrą katatonię, 

potencjalnie ten jego zegar mógłby chodzić jeszcze przez wiele godzin, a 
nawet dni.

– Tak, ale co to za przyjemność? – odparła Eve. – Brak reakcji. Ona nie 

uczestniczy.

–  Tak,  znów   się   zgadzam.   To  tłumaczy   fakt,   że   nie   miała   tak   wielu 

obrażeń jak inne. Nie był w stanie jej obudzić, więc się poddał.

– Nie wydaje mi się, żeby można tak łatwo dostać tę całą dopaminę i to 

drugie.

– Lorazepam.
– Tak, właśnie. Pewnie nie kupił tego w osiedlowej aptece.
– Nie. I żaden lekarz nie przepisze tego do użytku domowego. To leki 

ścisłego   zarachowania,   wydawane   wyłącznie   przez   licencjonowanych 
specjalistów, pod określonymi warunkami.

– Może jest lekarzem albo kimś z branży. Albo skutecznie odegrał tę 

rolę. – Jest niezłym aktorem, pomyślała. Wczuwa się w swoje role. – Może 
zwinął je w jakimś szpitalu czy lecznicy. Nigdy dotąd tego nie używał, więc 
skąd miał  te lekarstwa pod ręką? Nie miał  – powiedziała, zanim Morris 
zdążył się odezwać. – Jeśli zwinął, zrobił to w ten weekend, tu, w Nowym 
Jorku.

– Psychiatrzy – to najbardziej logiczne źródło.
– Przekaż to Peabody, dobrze? Niech sprawdzą ośrodki w Nowym Jorku, 

które prowadzą te leki. Powiedz jej, żeby pogadała z Mirą. Tego typu leki na 
pewno   według   prawa   są   przechowywane   pod   zamknięciem   i   dokładnie 
rozliczane.

– Według prawa – zgodził się Morris – ale niekoniecznie w praktyce.
–   Sprawdzimy   to.   Zacznijcie   od   sprawdzenia   w   ośrodkach.   Jeśli   coś 

będzie nie tak, przyjrzymy się dokładniej.

– Mogę się tym zająć. Lekarz od umrzyków to wciąż lekarz – dodał, 

widząc, jak Eve marszczy brwi. – Myślę, że mogę wam pomóc.

background image

– Idź z tym do Peabody – powtórzyła. – Popracujcie razem. Przyjdę do 

was, jak tylko tu skończę.

Roarke   zapisał,   skopiował   i   wydrukował   listę   nieruchomości.   Z 

ciekawości wyjął swój prywatny sprzęt, by w drodze po kolejną butelkę 
wody obejrzeć kilka ostatnich minut konferencji medialnej.

Eve wydawała się twarda, ale wyglądała na zmęczoną. A jeśli ktoś znał 

ją tak jak on, to wiedział, że była podenerwowana.

Doszedł do wniosku, że ona zachoruje, jeśli to szybko się nie skończy. 

Przykręca sobie śrubę, aż w końcu padnie.

Oczywiście nie było sensu teraz z nią o tym dyskutować, zresztą sam był 

zbyt mocno zaangażowany w sprawę. Wyłączył podgląd, gdy skończyła, i 
uruchomił tryb komunikatora.

Pomyślał, że jeśli zamówi z tuzin pizzy, to może w końcu Eve coś zje. A 

i on sam też chętnie by coś przegryzł.

Wrócił do swojego komputera i na świeżo spojrzał na listę. Lowell – 

Dom   Pogrzebowy.   Siedziba   w   Lower   East.   Przypomniał   sobie,   że   dziś 
odbywała   się   tam   uroczystość   pożegnalna   Sarifiny   York.   Powinien   iść, 
złożyć wyrazy współczucia.

Sprawdził w komputerze, o której zaczynała się uroczystość. Jeśli nie 

będzie mógł wyjść z pracy – cóż, żywi mieli pierwszeństwo przed zmarłymi 
– to przynajmniej pośle kwiaty.

Zapisał   sobie   godzinę,   adres   i   numer   sali,   w   której   miała   się   odbyć 

ceremonia.   Bardzo   sprytnie,   pomyślał,   strona   odsyłała   do   sąsiedniej 
kwiaciarni.   Szybko   i   pod   ręką,   on   jednak   w   kwestii   kwiatów   zawsze 
korzystał z usług Caro.

W   zamyśleniu   zerknął   na   zakładkę   „historia"   i   wszedł   na   podstronę. 

Może dowie się czegoś więcej, niż wykopał z archiwum.

Chwilę później jego oczy zrobiły się ostre jak stal, a krew zaczęła krążyć 

szybciej.   Roarke   spojrzał   na   Feeneya,   który   prowadził   własne 
wyszukiwanie.

– Feeney, chyba coś mam.

background image

Rozdział 20

Eve stała z rękami na biodrach i wpatrywała się w dane, które Roarke 

wyświetlił na ekranie ściennym.

– Ta nieruchomość nie wyskoczyła we wstępnym wyszukiwaniu, bo w 

czasie,   który   określiłaś,   wielokrotnie   zmieniała   się   jej   nazwa   i   oficjalni 
właściciele.   Dopiero   po   dokładniejszym   sprawdzeniu   okazało   się,   że 
właścicielem  –  ukrytym  pod  bardzo   sprytną  przykrywką  –  jest   Fundacja 
Lowell.

– Zakład pogrzebowy. Dom śmierci.
–   W   rzeczy   samej.   Z   tego,   co   można   przeczytać   na   ich   stronie 

internetowej, w latach dwudziestych ubiegłego wieku budynek należał do 
rodziny Lowellów. Była to zarówno ich rezydencja, jak i dom pogrzebowy. 
James Lowell założył tam firmę i mieszkał z żoną, dwoma synami i córką. 
Starszy   syn   zginął   w   czasie   drugiej   wojny   światowej,   młodszy,   Robert, 
przejął   interes   po   śmierci   ojca.   Poszerzył   działalność,   otworzył   filie   w 
Nowym Jorku i New Jersey.

– Śmierć to dochodowy biznes – skomentowała Eve.
– Owszem. Szczególnie w czasie wojny. Starszy syn Roberta Lowella, 

także James, zajął się prowadzeniem zakładu pogrzebowego, tego w Lower 
West Side – wtedy mieli dwa. Podczas wojen miejskich w tym budynku 
urządzono   szpital   i   bazę   dla   żołnierzy.   Znoszono   tam   zwłoki,   którymi 
zajmowali   się   Lowellowie.   W   owym   czasie   byli   bardzo   zaangażowani 
politycznie, popierali armię.

–   Drugi   James   Lowell   jest   za   stary.   –   Eve   z   rękoma   na   biodrach 

przyglądała się danym. – Znam paru bardzo żywotnych stulatków, jednak 
nie aż tak żywotnych.

–   Zgoda.   Ale   i   on   miał   syna.   Tylko   jedno   dziecko   z   pierwszego 

małżeństwa.   Owdowiał.   Żona   zmarła   z   powodu   komplikacji   podczas 
porodu. Sześć lat później ożenił się ponownie.

– To on – powiedziała cicho Eve. – Mamy coś o drugiej żonie? O synu?
–   Na   razie   niczego   nie   znaleźliśmy.   Sporo   dokumentów   uległo 

zniszczeniu   podczas   wojen.   A   zresztą   bazy   danych   i  tak   nigdy   nie   były 
dokładne.

– To jeden z powodów, dla których ci Lowellowie mogli zmanipulować 

background image

dane – dodał Feeney.

–   Pewnie   pierwotnie   robili   to   z   przyczyn   podatkowych   –   wyjaśnił 

Roarke. – W czasie wojen zmienili nazwę z Lowell – Dom Pogrzebowy na 
Manhattan – Zakład Pogrzebowy, fałszując przy tym dane o sprzedaży. A 
potem na Centrum Żałobne Zachód Słońca, przy kolejnej sprzedaży, niecałe 
dwadzieścia lat temu. W końcu pięć lat temu wrócili do oryginalnej nazwy, 
oczywiście podczas jeszcze jednej sfingowanej sprzedaży.

– Zmieniali nazwy.
–   Stosując   kreatywną   księgowość,   jak   sądzę   –   potwierdził   Roarke.   – 

Zainteresowałem   się   nimi,   kiedy   przeczytałem,   że   rodzina   Lowellów 
prowadzi ten biznes od czterech pokoleń. I zacząłem kopać.

–   Ten   facet   ma   złotą   łopatę   elektroniczną   –   skomentował   Feeney   i 

klepnął Roarke'a po plecach.

– Cóż, po przekopaniu okazało się, że Fundacja Lowell jest właścicielką 

firm, które są właścicielami firm i tak dalej. Wśród nich były i te, które 
rzekomo kupiły budynek.

– Co oznacza, że oni są tam od samego początku.
– Dokładnie. A na temat ostatniego potomka, Roberta, nazwanego tak na 

cześć dziadka, mamy to.

Wyświetlił zdjęcie z identyfikatora i dane. Eve podeszła bliżej ekranu i 

skrzywiła się.

– Niepodobny do szkicu Yancy'ego. Oczy, tak, może oczy. I usta. Ale 

nie wygląda jak facet z portretu. Wiek się zgadza, dane zawodowe też. OK. 
Adres w Londynie.

– To Opera Narodowa – wtrącił Feeney. – Już sprawdziliśmy. – Wrzucił 

na ekran rysunek. – Czy Yancy może się aż tak mylić?

–   Nigdy   mu   się   nie   zdarzyło.   Mamy   dwóch   świadków,   którzy   to 

potwierdzili. To nie on. – Eve przeczesała palcami włosy. Pora ruszać. – 
Wydrukujcie mi to. Biorę pięcioosobową ekipę: Feeney, Roarke, Peabody, 
McNab, Newkirk. Złożymy wizytę w domu pogrzebowym. Ekipa wchodzi 
dziesięć minut po mnie.

– Dziesięć? – powtórzył Roarke.
– Tak. Pora otworzyć okno nieco szerzej. Czas Ariel Greenfeld ucieka. 

To może być ten moment, kiedy spróbuje mnie zdjąć. Albo w drodze, albo 
gdy już wejdę do środka.

Podniosła rękę, akurat gdy zjawił się Yancy.

background image

–   Feeney,   zdobądź   nakaz.   Nie   chcę   żadnych   problemów   przy 

wchodzeniu do budynku. Yancy, pokaż tę twarz.

– Oto ona.
Stanowcze rysy, pomyślała Eve. Stanowcze, ale twarz bardzo kobieca. 

Migdałowe oczy, wąski nos, pełne usta i kaskada kasztanowych włosów. 
Uśmiechała się, patrzyła prosto przed siebie. Nagie ramiona zdobiły jedynie 
dwa   cienkie   błyszczące   ramiączka   sukni.   Na   szyi   miała   łańcuszek   z 
wisiorkiem w kształcie drzewa.

Drzewo życia, przypomniała sobie Eve.
– No dobra, sukinsynu. – Kolejny punkt dla rumuńskiej wróżki.
– Callendar, przygotuj kopie portretu. Znajdź mi jej zdjęcie. Przeszukaj 

bazy danych, gazety i czasopisma, raporty z mediów z lat tysiąc dziewięćset 
osiemdziesiąt   –   dwa   tysiące   piętnaście.   A   potem   połącz   z   wynikami 
wyszukiwania dla opery.

– Tak jest.
–   Yancy.   –   Eve   wskazała   brodą   zdjęcie   na   ekranie.   –   Tak   wygląda 

według oficjalnego identyfikatora.

– Nie. – Yancy tylko pokręcił głową. – To niemożliwe. Trina go miała. 

Wiem, to może być względne. Brat, kuzyn, ale to nie jest facet, którego 
opisała nam Trina ani którego pani Pruitt spotkała u Tiffany'ego.

– OK. Morris, dasz sobie sam radę z tymi lekami?
– Jasne.
–   Daj   cynk   natychmiast,   gdy   na   coś   trafisz.   No,   ludzie,   ruszamy. 

Dziesięć minut za mną. I nikt nie wchodzi bez mojego sygnału.

–   Dziś   odbywa   się   tam   ceremonia   pogrzebowa   Sarifiny   York   – 

przypomniał jej Roarke. – Powinienem pożegnać zmarłą.

Eve myślała nad tym przez moment.
–   Dziesięć   minut   za   mną   –   powtórzyła.   –   No   chyba   że   dam   sygnał 

wcześniej. Wtedy wchodzicie pożegnać zmarłą. Feeney, gdzie ten nakaz?

– Kamizelka i podsłuch – powiedział ostro Roarke.
–   Tak,   tak.   Na   parkingu,   za   pięć   minut   –   rzuciła   i   wyszła   się 

przygotować.

Gdy wyjeżdżała z parkingu, jej instynkt czekał na ogon. A umysł zajęty 

był Ariel.

Modliła się, by zemdleć, ale nie mogła uciec od bólu. Nawet gdy Gaines 

już przestał ją dręczyć. Próbowała myśleć o przyjaciołach, rodzinie, o życiu, 

background image

które dotychczas  wiodła, ale wszystko  wydawało jej się  tak odległe, tak 
nierealne. Nie mogła sobie przypomnieć niczego, co już było.

Istniało tylko teraz i tylko ból, tylko on.
I   zegar   na   ścianie,   odmierzający   głośno   czas.   Siedem   godzin, 

dwadzieścia trzy minuty i uciekające sekundy.

Dlatego Ariel rozmyślała o tym, co mu zrobi. Jak zapłaci za odebranie jej 

wszystkiego,   co   miała.   Życia,   poczucia   bezpieczeństwa,   porządku, 
przyjemności, nadziei. Jeśli tylko uda jej się wyjść z tego cało, zapłaci za to, 
że rozebrał ją do naga.

Rozmawiaj, przypomniała sobie. Znajdź sposób, by znów wciągnąć go w 

rozmowę.

Spraw, żeby mówił, a będziesz żyła.
Eve nie widziała ogona i strasznie ją to wkurzyło. A jeśli zmienił zdanie 

i już jej nie chce? Może go w jakiś sposób odstraszyła i teraz przymierzał się 
do jakiejś innej niewinnej kobiety?

– Na miejscu – powiedziała. – Wchodzę. Feeney, popraw mi humor.
– Nakaz w drodze.
– W porządku. Koniec rozmów. Dziesięć minut, na znak.
Obserwowała  budynek,  idąc do  wejścia.  Trzy  piętra, w  tym piwnica. 

Kraty, solidne zabezpieczenia. Solidne, choć trochę wypłowiałe, czerwone 
cegły. Dwa wejścia od frontu, dwa z tyłu, plus wyjścia awaryjne z przodu, z 
tyłu i na piętrze.

Jeśli Ariel była w środku, to raczej w piwnicach. Na parterze mieściły się 

pomieszczenia dla żałobników, na piętrze biura.

Weszła po schodach, nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzyły się natychmiast, w progu stała ciemnoskóra kobieta w 

czerni.

– Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
Eve wyjęła odznakę.
– Sarifina York.
– Tak. Właśnie zbieramy się w Sali Spokoju. Zapraszam.
Eve weszła do środka i czujnie rozejrzała się dookoła. Szeroki hol dzielił 

parter na dwie równe części. Pachniało tu kwiatami i pastą do podłóg. Przez 
otwarte   podwójne   drzwi   po   lewej   stronie   widziała,   że   kilka   osób   już 
przyszło pożegnać Sarifinę.

– Chciałabym mówić z kimś, kto tu zarządza.

background image

– Ceremonią?
– Interesem.
– Och. Oczywiście. Pan Travers jest w tej chwili z klientem, ale...
– A pan Lowell?
–   Pana   Lowella   nie   ma   w   rezydencji.   Mieszka   w   Europie.   Ale   pan 

Travers go reprezentuje.

– Kiedy ostatnio odwiedził was pan Lowell?
– Trudno mi powiedzieć. Pracuję u Lowellów od dwóch lat i nigdy go 

nie spotkałam. Przypuszczam, że można uznać, iż przeszedł na emeryturę. 
Czy chce pani porozmawiać z panem Traversem?

– Tak. Będzie musiała mu pani przerwać. To oficjalne dochodzenie.
–   Oczywiście.   –   Kobieta   uśmiechnęła   się   łagodnie,   jakby   słowa 

„oficjalne dochodzenie" słyszała na co dzień, i wskazała dłonią. – Zechce 
pani pójść ze mną. Zaprowadzę panią do poczekalni na górze.

Przechodząc,   Eve   zerknęła   do   Sali   Spokoju.   Zauważyła   fotografie 

Sarifiny i mnóstwo kwiatów. Z głośników sączyły się dźwięki big-bandu w 
stylu retro, za którymi przepadała zmarła.

– Co jest w piwnicach? – zapytała Eve, gdy wspinały się po schodach.
– Nasza pracownia. Tam przygotowuje się zwłoki. Rodziny zazwyczaj 

życzą sobie, by podczas ceremonii wystawić trumnę ze zmarłym na widok 
publiczny.

– Balsamowanie? Kosmetyki?
– Tak.
– Ile osób tam zwykle pracuje?
– Zatrudniamy tanatologa, technika i stylistkę. Stylistka, pomyślała Eve. 

Nie ma sensu być niemodnym zmarłym.

Kobieta wprowadziła ją do niewielkiej cichej poczekalni, pełnej kwiatów 

i miękkich mebli.

– Powiem panu Traversowi, że pani czeka. Proszę się rozgościć.
Zostawszy   sama,   Eve   zaczęła   spacerować   po   poczekalni.   To   nie   tu, 

myślała.   Bez   sensu.   To  niemożliwe,   żeby   przetrzymywał   tu  Ariel  i  inne 
ofiary, gdy w całym budynku wre praca. Za dużo ludzi. Za dużo spraw.

On nie grał w zespole. Był solistą.
Ale to jego teren, była tego pewna, tak samo jak tego, że Robert Lowell, 

czy jak tam obecnie się nazywał, nie przebywał w Londynie.

Przyszedł Travers, wysoki, chudy mężczyzna o posępnej twarzy. Gdyby 

background image

Eve chciała kiedyś zatrudnić przedsiębiorcę pogrzebowego, byłby idealny.

– Pani oficer?
– Porucznik Dallas.
– Kenneth Travers. – Idąc ku niej, wyciągnął na powitanie rękę, więc 

Eve ją uścisnęła. – Jestem tu dyrektorem. W czym mogę pomóc?

– Szukam Roberta Lowella.
– Tak, Marlee wspomniała. Pan Lowell od kilku lat mieszka w Europie. 

Wprawdzie wciąż pozostaje oficjalnym właścicielem firmy, jednak prawie 
zupełnie nie angażuje się w codzienne sprawy.

– Jak się pan z nim kontaktuje?
– Przez jego londyńskich prawników.
– Potrzebne mi namiary firmy, numer kontaktowy.
– Tak, oczywiście. – Travers założył ręce na piersi. – Przepraszam, czy 

mogę wiedzieć, o co chodzi?

–   Uważamy,   że   ma   powiązania   z   prowadzonym   przez   nas 

dochodzeniem.

– Prowadzi pani śledztwo w sprawie zabójstwa tych dwóch kobiet, które 

niedawno znaleźli, prawda?

– Tak, zgadza się.
–   Ale   pan   Lowell   jest   w   Londynie   –   powtórzył   powoli   i   cierpliwie 

dyrektor. – Lub w podróży. Z tego, co wiem, dużo podróżuje.

– Kiedy widział go pan po raz ostatni?
– Pięć, może sześć lat temu. Tak, to chyba było sześć lat temu.
Eve wyjęła wydruk zdjęcia z identyfikatora.
– Czy to jest Robert Lowell?
– No cóż, tak. To on. Tylko że, pani porucznik, to jest Robert Lowell 

pierwszy. Nie żyje od... dobry Boże... już ze czterdzieści lat. Jego portret 
wisi w moim gabinecie.

– Doprawdy? – Bardzo sprytnie, uznała Eve. Sprytny sukinsyn. – A ten 

mężczyzna? – Wyjęła szkic Yancy'ego.

– Tak, to obecny pan Lowell, a raczej bardzo wierna podobizna. – Nagle 

pobladł.  Oderwał  wzrok  od  portretu  i  spojrzał  na   Eve.  –  Oglądałem  ten 
rysunek w telewizji, w wiadomościach, w mediach. Ja... tak jak mówiłem... 
Nie   widziałem   pana   Lowella   od   kilku   lat.   Ja   po   prostu...   nawet   go   nie 
skojarzyłem. Nie rozpoznałem go na tym portrecie, dopiero teraz, gdy pani o 
niego   zapytała.   Ale   to   musi   być   jakaś   pomyłka.   Pan   Lowell   to   bardzo 

background image

spokojny samotny człowiek. Nie mógłby...

– Oni wszyscy tak mówią. Za chwilę zjawi się tu moja ekipa z nakazem. 

Musimy przeszukać ten budynek.

– Ale pani porucznik, zapewniam, że tu nic tu nie ma.
– Tak się składa, że panu wierzę, ale i tak przeszukamy budynek. Gdzie 

zatrzymuje się pan Lowell, gdy przyjeżdża do Nowego Jorku?

– Nie mam pojęcia. Bywa tu tak rzadko... a ja oczywiście nie pytam. – 

Palce Traversa bezwiednie poprawiły węzeł żałobnego krawata.

– Podczas wojen firma miała drugi zakład w Lower West Side.
–   Tak,   tak,   podobno.   Ale   odkąd   tutaj   pracuję,   jesteśmy   jedynym 

zakładem w śródmieściu.

– Czyli od jak dawna?
– Pani porucznik, jestem tu dyrektorem od prawie piętnastu lat. Przez te 

wszystkie lata rozmawiałem osobiście z panem Lowellem ledwie kilka razy. 
Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że nie życzy sobie, żeby mu przeszkadzać.

–   Wyobrażam   sobie.   Potrzebne   mi   nazwiska   tych   prawników,   panie 

Travers. I wszelkie informacje o Robercie Lowellu, jakie pan posiada. Co 
pan wie o jego macosze?

–   Jego...   Chyba   zginęła   podczas   wojen.   Ponieważ   z   tego,   co   mi 

wiadomo,   nie   była   związana   z   interesem,   nie   mam   o   niej   zbyt   wielu 
informacji.

– Nazwisko?
– Przykro mi, ale nie przypominam sobie. Możliwe, że mamy je gdzieś 

w archiwach. Hm, to wszystko jest... to bardzo niepokojące.

– Tak – powiedziała  ozięble Eve. – Morderstwo może  zepsuć  udany 

pogrzeb.

– Chciałem tylko powiedzieć... – Na jego policzki wrócił kolor, a potem 

znów   zniknął.   –   Rozumiem,   że   wykonuje   pani   swoją   pracę,   ale   w   tym 
momencie w naszym domu odbywa się ceremonia pożegnalna kobiety, która 
została zamordowana. To bardzo trudny moment dla rodziny i przyjaciół 
pani York.

– Zrobię wszystko, by rodzina Ariel Greenfeld nie musiała zbierać się w 

Sali Spokoju w najbliższej przyszłości.

Byli   tak   dyskretni,   jak   może   być   dwunastoosobowa   ekipa   policyjna. 

Feeney i McNab sprawdzali sprzęt elektroniczny w poszukiwaniu danych, a 
Eve zeszła z Roarkiem do piwnic.

background image

–   Nie   różni   się   od   prosektorium.   Trochę   mniejsze   –   stwierdziła, 

oglądając stalowe stoły z podnośnikami po bokach, węże do mycia, słoje, 
narzędzia.   –   Pewnie   pracując   tutaj,   zdobywał   wiedzę   o   anatomii.   Mógł 
praktykować na zwłokach.

– Rozkoszna myśl.
– No cóż, i tak były już martwe – miejmy nadzieję – więc pewnie nie 

robiło   im   to   większej   różnicy.   Ach,   i   zapamiętaj   sobie   jedno.   Kiedy 
przyjdzie mój czas, nie życzę sobie żadnych preparatów ani żadnej stylistki. 
Możesz   ułożyć   stos   i   mnie   na   nim   spalić.   A   potem   sam   rzucić   się   w 
płomienie, żeby okazać rozpacz i dozgonne oddanie.

– Zaraz sobie zapiszę.
–   Nie   ma   tu   nic   ciekawego.   Chcę   zobaczyć   zakład,   który   działał   w 

czasach wojen. Inne budynki należące do Lowella w każdym z jego licznych 
wcieleń.

– Zaraz się do tego zabiorę – powiedział Roarke.
Eve wyjęła swój komunikator i skrzywiła się, słysząc szum.
–   Kiepski   zasięg.   Wyjdźmy   na   górę.   Chcę   sprawdzić,   czy   Callendar 

dowiedziała się czegoś o macosze. Mogła mieć jakąś nieruchomość zapisaną 
na swoje nazwisko – dumała na głos Eve, gdy szli na parter. – On może 
używać tamtego budynku. Prawnicy strasznie przeciągają procedury, wiesz, 
ten gatunek ta ma.

– Jeśli wciąż będzie taki sprytny – skomentował Roarke – to prawnicy 

doprowadzą cię tylko do numerów kont i poczty głosowej. Doskonale się 
ukrywa.

– To zablokujemy konta i serwisy. Ten świr jest w Nowym Jorku. Ma tu 

jakąś  kryjówkę, pracownię, samochód.  Któryś z tych drobiazgów nas do 
niego doprowadzi.

Ledwo dotarli na parter, od razu odezwał się komunikator Eve.
– Dallas.
–   Znalazłam   ją!   –   Callendar   omal   nie   śpiewała.   –   Edwina   Spring. 

Znalazłam ją w dziale z muzyką i rozrywką w starych numerach „Timesa". 
Operowa   sensacja,   jeśli   wierzyć   prasie.   Cudowne   dziecko.   Miała   ledwie 
osiemnaście lat, kiedy wystąpiła w Nowym Jorku, w Metropolitan. Teraz, 
kiedy mam nazwisko, mogę wyszukać więcej informacji.

–   Przeprowadź   wyszukiwanie   porównawcze.   Sprawdź,   czy   znajdziesz 

jakąś nieruchomość zapisaną na to nazwisko.

background image

– Już się robi.
–   Zbierz   to   wszystko   razem,   Callendar.   Muszę   zrobić   jeszcze   jeden 

przystanek, a potem jadę do was.

– Jaki przystanek? – zapytał Roarke.
– Pella. On coś wie. Z karty zdrowia wynika, że naprawdę jego czas się 

kończy, facet ledwo może przejść parę kroków po pokoju. Ale on coś wie i 
ja nie zamierzam się z nim cackać.

– Nie miałaś teraz ogona.
– To prawda.
– Więc to raczej mało prawdopodobne, żeby cię śledził stąd. Peabody 

jest zajęta, dlatego ja pojadę z tobą do Pelli.

– Sama sobie poradzę.
–   Wierzę.   I   chcesz   ściągać   tu   kogoś   z   ekipy,   żeby   obsługiwał   twój 

podsłuch? Szybciej i prościej będzie, jeśli pojadę z tobą, a potem spotkamy 
się z ekipą w centrali.

– Możliwe. – Zgodziła się dla świętego spokoju i wzruszyła ramionami. 

– Dobra.

Oba androidy Pelli, domowy i medyczny, mocno protestowały i machały 

rękami, ale Eve po prostu robiła swoje.

– Jeśli chcecie złożyć skargę, to proszę adresować do szefa policji. Albo 

burmistrza. Tak, burmistrz uwielbia zażalenia od androidów.

– Mamy obowiązek opiekować się panem Pellą, dbać o jego zdrowie i 

spokój.

Najwyraźniej   jakiś   żartowniś   zaprogramował   domowego   androida   na 

marudzenie.

– Nikt w tym domu nie będzie czuł się zdrowy i spokojny, gdy zabiorę 

was   wszystkich   do   centrali.   Proszę   się   odsunąć,   bo   oskarżę   was   o 
utrudnianie śledztwa.

Eve odepchnęła łokciem pielęgniarkę i otworzyła drzwi do sypialni.
– Zostań z tyłu, poza zasięgiem wzroku – powiedziała cicho do Roarke'a. 

– Może nie chcieć mówić, gdy zobaczy, że mam towarzystwo.

W pokoju było ciemno, jak poprzednim razem. Eve słyszała, że chory 

głośno i równomiernie oddycha przez maskę tlenową.

– Mówiłem, żebyś mi nie przeszkadzała, dopóki cię nie wezwę. – Jego 

głos był cierpki, wydawał się o wiele lat starszy niż poprzednim razem. – 
Połamię ci te twoje cholerne kulasy i wyrwę obwody, jak nie zostawisz mnie 

background image

na chwilę w spokoju.

– To będzie raczej trudne w pańskiej sytuacji – skomentowała Eve.
Poruszył się, otworzył oczy i spojrzał jej w twarz.
– Czego tu? Nie muszę z wami rozmawiać. Pytałem prawnika.
–   Dobra.   To   niech   pan   pogada   z   nim   jeszcze   raz   i   powie   mu,   żeby 

przyjechał   do   pana   do   centrali.   Niech   panu   wyjaśni,   że   mogę   tam   pana 
zatrzymać   na   dwadzieścia   cztery   godziny   jako   świadka   w   śledztwie 
dotyczącym zabójstwa.

– Co to za pieprzenie? Od sześciu miesięcy jestem świadkiem jedynie 

tego, jak te cholerne androidy krążą nade mną niczym sępy.

– Pella, powie nam pan wszystko, co pan wie, albo spory kawałek tego 

czasu, który panu został, spędzi pan ze mną. Robert Lowell. Edwina Spring. 
Niech pan mówi.

Poruszył się niespokojnie w łóżku.
– Skoro wiesz tak dużo, to czego jeszcze chcesz ode mnie?
– Posłuchaj, skurczysynu. – Pochyliła się nad nim. – Dwadzieścia pięć 

kobiet nie żyje, a kolejna umiera.

– Ja też umieram! Walczyłem za to miasto. Przelewałem krew. Straciłem 

jedyną rzecz, która miała dla mnie znaczenie. Od tej pory nic się nie liczyło. 
Co mnie obchodzą jakieś kobiety?

– Na imię jej Ariel. Pracuje w cukierni. Ma sąsiada na piętrze, który 

wydaje się bardzo miłym facetem. Ona nie wie, że on ją kocha, nie wie, że 
przyszedł wczoraj do mnie zdesperowany i przerażony i błagał, żebym ją 
odnalazła. Ta dziewczyna ma na imię Ariel, a ty powiesz mi wszystko, co 
wiesz.

Pella odwrócił głowę i wbił wzrok w zasłonięte okna.
– Nic nie wiem.
– Ty kłamliwy draniu. – Chwyciła jego maskę tlenową i zauważyła, jak 

wybałuszył oczy. Oczywiście nie zerwałaby mu jej...

raczej nie... ale on tego nie wiedział. – Chciałbyś zrobić jeszcze jeden 

oddech?

– Androidy wiedzą, że tu jesteś. Jeśli coś mi się stanie...
–   Co?   Na   przykład   to,   że   wykitujesz   podczas   rozmowy   ze   mną?   Z 

oficerem policji, który przysiągł chronić i służyć? Na dodatek w obecności 
świadka, który mnie poprze i wszystko potwierdzi.

– Jakiego świadka?

background image

Eve odwróciła się i dała głową znak. Roarke podszedł bliżej, tak by Pella 

mógł mu się przyjrzeć.

– Jeśli ten skurczysyn kopnie w kalendarz, gdy ja zgodnie z prawem 

będę   mu   zadawać   pytania   na   temat   jego   znajomości   z   podejrzanym,   to 
będzie to wypadek, nie?

–   Jak   najbardziej.   –   Roarke   uśmiechnął   się   chłodno   i   spokojnie.   – 

Zupełnie nieprzewidziany.

– Wiesz, kto to – powiedziała Eve, kiedy oczy Pelli skierowały się na 

nią. – I wiesz, kim ja jestem. Gliną Roarke'a, tak mnie nazwałeś. Wierz mi, 
że   jeśli   przestaniesz   oddychać,   to   ja   skłamię,   jak   to   się   stało,   a   on 
przysięgnie, że tak było.

– Na całą stertę Biblii – potwierdził Roarke.
–   Ale   ty   nie   jesteś   jeszcze   gotowy,   żeby   umierać,   co   Pella?   –   Nie 

zdejmowała ręki z maski tlenowej. – To widać w oczach, że człowiek nie 
jest gotowy na śmierć. Więc jeśli myślisz o następnym oddechu, i o tym, 
który będzie później, to lepiej mów prawdę. Znasz Roberta Lowella. Znałeś 
Edwinę Spring.

– Puść mnie – wyrzęził w powietrze. – Złożę skargę.
– Będziesz martwy. A ja nie boję się trupów. Znałeś ich.
Następny oddech, Pella, powiedz prawdę.
– Tak, tak. – Przesunął rękę po dłoni Eve. Jego ciężki oddech zaczął się 

uspokajać, kiedy zdjęła rękę z maski. – Tak, znałem. Ale nie tak, żeby z 
nimi   rozmawiać.   Byli   elitą,   a   ja   tylko   żołnierzem.   Idźcie   do   diabła! 
Zostawcie mnie w spokoju.

– Nie ma szansy. Mów, co wiesz.
Oczy Pelli patrzyły to na Roarke'a, to znów na Eve. A potem na chwilę 

je zamknął.

–   Był   mniej   więcej   w   moim   wieku...   może   trochę   młodszy.   Ale   nie 

służył. Za miękki. – Pella z trudem podniósł drżącą rękę i dotknął maski, by 
się  upewnić, że  jest na właściwym miejscu.  – Wyglądał na miękkiego  i 
oczywiście miał rodzinną fortunę. Ten typ nigdy nie brudzi sobie rąk. Nigdy 
nie ryzykuje własnej skóry. A ona... daj mi wody.

Eve   rozejrzała   się.   Na   stoliku   przy   łóżku   stała   szklanka   ze   słomką, 

sięgnęła po nią i mu podała.

– Nie utrzymam tej cholernej szklanki... Jest gorzej. Dużo gorzej, odkąd 

tu przyszliście.

background image

Nic nie mówiąc, pochyliła szklankę bliżej, tak by mógł wsunąć słomkę 

do ust przez otwór w masce.

– Co z nią?
– Piękna, młoda, elegancka. Miała głos jak anioł. Czasami zachodziła do 

naszej bazy i nam śpiewała. Opera, prawie zawsze włoska opera. I z każdą 
nutą łamała nam serce.

– Wpadła ci w oko, co Pella?
– Suka – mruknął. – Co ty wiesz o prawdziwej miłości? Therese była dla 

mnie wszystkim. Ale kochałem to, co przedstawiała sobą Edwina, to, co 
nam dawała. Nadzieję i piękno.

– Przychodziła do waszej bazy przy Broome?
– Tak, przy Broome.
– Mieszkali tam?
– Nie. Wcześniej chyba tak, ale nie w czasie wojen. Nie, kiedy wojsko 

tam stacjonowało. A potem, kto to wie? Kogo to obchodzi? Kiedy ja miałem 
tam przydział, to oni nie mieszkali w bazie przy Broome. Mieli jakiś inny 
dom, jakąś rezydencję na West Side.

– Gdzie?
– To było dawno temu i nigdy tam nie byłem. Nie taki szeregowiec jak 

ja.   Niektórzy   do   nich   chodzili,   oficerowie.   Słyszało   się   co   nieco.   Tak, 
niektórzy oficerowie. I Tajni.

Zaskoczył kolejny element układanki.
– Tajne służby?
– Tak, a potem było gadanie. Słyszało się to i owo. – Zamknął oczy. – Te 

wspomnienia bolą. – Po raz pierwszy w jego głosie wyczuła drżenie. – Nie 
mogę przestać do nich wracać.

– Przykro mi z powodu pańskiej straty, panie Pella. – W tym momencie 

rzeczywiście tak myślała.  – Ale Ariel Greenfeld  wciąż żyje i potrzebuje 
naszej pomocy. Co pan wtedy słyszał, co może pomóc uratować Ariel?

– A skąd ja mam, do cholery, wiedzieć?
– To musi mieć coś wspólnego z nią, z Edwiną Spring. Umarła, prawda?
– Każdy umiera. – Jego niespokojna dłoń znów powędrowała do maski, 

a   oczy   z   trwogą   popatrzyły   na   Eve.   –   Przypadkiem   usłyszałem,   jak... 
Edwina... rozmawiała  z jednym żołnierzem,  którego znałem.  To był taki 
młody porucznik, przysłali go do nas z frontu. Nie pamiętam jego nazwiska. 
Wymykali się, gdy przychodziła do nas śpiewać. Było widać, jak na siebie 

background image

patrzyli. Tak samo jak Therese i ja.

– Byli kochankami?
– Prawdopodobnie. Albo chcieli być. Ona była młoda, dużo młodsza od 

Odbieracza.

– Od kogo? Odbieracza?
– Tak nazywali Lowella, Jamesa Lowella.
– Bo odbierał zwłoki, które przywozili karawanem. – Eve przypomniała 

sobie słowa Dobbinsa.

– Zgadza się. Była od niego o połowę młodsza, pełna życia, piękna. A on 

był dla niej za stary i... I miał coś takiego w oczach. W oczach starego też, 
jego ojca. Mieli w oczach coś takiego, że człowiekowi podnosiły się włosy 
na karku.

– Dowiedzieli się o niej i o żołnierzu.
– Tak. Ci dwoje chyba chcieli uciec. Nie byłby pierwszym dezerterem 

ani   ostatnim.   Było   lato,   nasz   teren   był   zabezpieczony,   przynajmniej 
czasowo.   Wyszedłem   na   chwilę,   tak   tylko,   na   spacer,   żeby   sobie 
przypomnieć, o co walczymy. I usłyszałem, jak rozmawiają za jednym z 
namiotów. Jej głosu nie można było z żadnym pomylić. Mówili, że pojadą 
na północ, w góry. Wielu ludzi uciekło z miasta w góry, na wieś, a on miał 
tam rodzinę.

– Chciała opuścić męża i uciec z żołnierzem. – Eve szybko obliczyła, że 

Robert Lowell mógł mieć wtedy około dwudziestki.

– Nie wyjawiłem im,  że słyszałem ich rozmowę.  Nie doniósłbym na 

nich, wiedziałem, co to znaczy kochać i bać się o ukochaną. Cofnąłem się i 
przeszedłem na drugą stronę ulicy, żeby nie wiedzieli, że byłem blisko. No 
wiecie, żeby mieli prywatność. Wtedy nigdzie nie było prywatności. I wtedy 
zauważyłem jego, po drugiej stronie namiotu. Podsłuchiwał ich.

– Lowell – domyśliła się Eve. – Młodszy.
– Wyglądał tak, jakby był w transie. Podobno miał coś z głową, tak 

mówili. Ale wtedy myślałem, że to tylko takie plotki, żeby nie musiał iść na 
wojnę. Ale kiedy go tam zobaczyłem, to od razu zrozumiałem, że z nim jest 
coś nie tak. To było widać. Wody.

Eve znów sięgnęła po szklankę i podsunęła mu słomkę do ust.
– On na nich doniósł?
– Pewnie tak. Nie mogłem nic zrobić, nie, kiedy on tam był. Chciałem 

ich później ostrzec, chciałem powiedzieć porucznikowi o gnojku. Ale nie 

background image

zdążyłem. Poszedłem jeszcze kawałek ulicą i zastanawiałem się, co mam 
zrobić. Myślałem, że najpierw naradzę się z Therese. Kiedy wróciłem, ich 
już nie było. Żołnierz dostał rozkaz i wyjechał, a Edwina wróciła do domu. 
Nigdy więcej nie widziałem ich żywych.

– Co się z nimi stało?
–   Jakoś   tydzień   później.   –   W   jego   głosie   wyczuwała   coraz   większe 

zmęczenie. Autentyczne. Wiedziała, że nie dowie się już od niego wiele 
więcej. – Żołnierza oskarżono o dezercję, a ona już nigdy się u nas nie 
pokazała. Myślałem, że uciekli. Którejś nocy wyszedłem na ulicę, miałem 
obchód. Zobaczyłem ją na chodniku. Nikt nigdy nie dowiedział się, skąd się 
tam  wzięła,   kto  ją   tam  podrzucił.  Jak   przedostał   się   przez   nasze   punkty 
kontrolne. Nie żyła.

Z jego oka spłynęła łza i powoli przesunęła się wzdłuż brzegu maski.
– Widziałem już takie zwłoki, widziałem, co to było.
– Tortury?
–   Robili   z   nią   straszliwe   rzeczy,   a   potem   wyrzucili   ją   nagą   i 

zmasakrowaną   na   ulicę.   Jak   śmiecia.   Wyrwali   jej   włosy,   zmasakrowali 
twarz,   ale   i   tak   wiedziałem,   że   to   ona.   Miała   na   szyi   drzewo   życia, 
naszyjnik, który zawsze nosiła. Zostawili go chyba specjalnie, żeby można 
ją było zidentyfikować.

– Myśli pan, że to Lowellowie? Jej mąż, teść i pasierb?
– Mówili, że torturował ją wróg, ale to nieprawda. Widziałem już coś 

takiego,   na   wrogu.   Stary   był   zawodowym   oprawcą.   Wszyscy   o   tym 
wiedzieli,   ale   bali   się   głośno   mówić.   Jeśli   uważali,   że   jeniec   ma   jakieś 
informacje, przyprowadzali go do Roberta Lowella... starego.

Kiedy przyjechali ją zabrać, płakał jak dziecko... ten, którego szukacie. – 

Pella   otworzył   oczy.   Mimo   drżącego   głosu   był   w   nich   gniew.   – 
Przykryliśmy ją prześcieradłem.

Gdy   pod   nie   zajrzał,   płakał   jak   kobieta.   Dwa   dni   później   straciłem 

Therese. Potem już nic się nie liczyło.

–   Dlaczego   nie   powiedział   pan   tego   policji   dziewięć   lat   temu,   kiedy 

zaczęły się te morderstwa?

– Nie myślałem o jakiejś kobiecie zabitej wieki temu. Nigdy o tym nie 

myślałem,   aż   do   teraz.   Bo   niby   po   co?   Potem   zobaczyłem   ten   portret. 
Dawno temu, ale wydał mi się dziwnie znajomy. A kiedy przyszłaś wczoraj, 
to już wiedziałem kto to.

background image

– Gdyby powiedział mi pan o ty wszystkim wczoraj, zaoszczędziłby pan 

Ariel dwadzieścia cztery godziny cierpienia.

Odwrócił tylko głowę i zamknął oczy.
– Wszyscy cierpimy.
Eve wypadła z domu Pelli przepełniona obrzydzeniem.
– Co za żałosny łajdak. Znajdź mi wszystkie nieruchomości, które w 

czasie wojen należały do Lowellów lub Edwiny Spring. Łap za tę swoją 
cholerną złotą łopatę i kop.

– Jedziesz i masz. – Roarke już wcześniej wyjął swój osobisty komputer.
Eve usiadła za kierownicą i natychmiast skontaktowała się z Callendar w 

centrali.

– Jakieś nowe dane?
–   Dane   tak,   nieruchomości   nie.   Mogę   powiedzieć,   że   Spring   rzuciła 

operę – przy głośnych lamentach ze strony wielbicieli tego gatunku – w 
wieku   lat   dwudziestu,   kiedy   wyszła   za   bogatego   i   wpływowego   Jamesa 
Lowella.   Są   wzmianki   z   rubryk   towarzyskich.   Tu   gala,   tam   przyjęcie,   a 
potem zainteresowanie powoli się skończyło. Ale znalazłam jej akt zgonu. 
Na nazwisko Edwina Roberti, śpiewaczka operowa. Znalazł ją mąż, Robert 
Lowell. Przyczyna śmierci – samobójstwo. Nie ma zdjęcia, pani porucznik, 
ale to na pewno ona.

– To ona.
– A, pani porucznik, Morris coś ma.
– Daj go.
– Dallas, to Rodzinne Centrum Zdrowia na Manhattanie, przy Pierwszej. 

Lowellowie   ufundowali   całe   skrzydło   dla   dziecięcego   oddziału 
psychiatrycznego   pod   koniec   ubiegłego   wieku.   Rozmawiałem   z 
ordynatorem.   Podobno   w   sobotę   niespodziewanie   odwiedził   ich 
przedstawiciel Fundacji Lowell, niejaki pan Edward Singer. Zażądał, żeby 
oprowadzić go po oddziale. Mają braki w zapasach leków.

Oceniła w myślach odległość.
– Zaraz wyślę kogoś, żeby spisał zeznania.
– Dallas, ochrona trzyma pełny zapis na dyskietkach przez siedem dni. 

Sfilmowali go.

– Weźmiemy te dyskietki. Zdejmiemy odciski palców z szafki na leki. 

Może będziemy mieli szczęście. Dobra robota, Morris.

– Dzięki, lepiej się poczułem.

background image

–   Wiem,   co   masz   na   myśli.   Koniec.   –   Rozłączyła   się,   spojrzała   na 

Roarke'a   i   wezwała   przez   komunikator   Peabody.   –   Zaczynamy   stawiać 
klatkę. Teraz pozostaje wrzucić do niej tego bydlaka.

background image

Rozdział 21

Starannie   gromadziła   dowody,   zbierała   motywy,   dokumentowała 

przestępstwa.   Nie   miała   wątpliwości,   że   gdy   znajdą   i   aresztują   Roberta 
Lowella, prokuratura dostanie do ręki narzędzie, dzięki któremu wsadzi go 
na długie lata. Tylko że to w niczym nie pomagało Ariel Greenfeld.

– Znajdź mi coś więcej – powiedziała do Roarke'a, gdy wchodzili do 

windy na parkingu centrali.

– Wiesz, jak wyglądają archiwa z tamtych czasów? – warknął. – Wiesz, 

co   z   nich   zostało?   Mam   złożyć   układankę,   w   której   brakuje   połowy 
elementów,  a te, które  nie  zginęły, są poukrywane. Potrzebny  mi  lepszy 
sprzęt niż ta cholerna podręczna zabawka.

– OK, w porządku. – Położyła dłoń na czole. Pigułka energetyzująca 

powoli   przestawała   działać.   Eve   czuła,   że   lada   chwila   jej   system   się 
wyłączy. – Daj pomyśleć.

– Nie wiem, jak ty możesz myśleć w tym stanie. Eve, przecież ty zaraz 

padniesz na twarz. Musisz trochę przyhamować.

–   Ariel   Greenfeld   nie   hamuje.   –   Wyszła   z   windy.   –   Potrzebne   nam 

namiary   na   wszystkie   nieruchomości   należące   do   Lowellów   na   całym 
świecie.   Jak   tylko   coś   znajdziesz,   zaraz   to   sprawdzamy.   Przyciśnij   tych 
cholernych   brytyjskich   prawników,   instytucje   finansowe,   w   których   ma 
konta.

– Już teraz mogę ci powiedzieć, że wyciągnięcie czegoś od finansowych 

w najlepszym wypadku zajmie tygodnie. Prawnicy mają prawników, którzy 
będą cię gonić w kółko. Jeśli był ostrożny, a na pewno był, to założył konta 
tak,   że   jedne   podlegają   drugim,   a   te   jeszcze   następnym.   Mogę   to 
przeskoczyć, ale w domu. I to trochę potrwa.

Ale czy to pomoże Ariel, zapytała się w myślach Eve.
– Nie. Nie mogę cię tracić dla czegoś takiego. Zaczniemy od prawników 

i nieruchomości. Musi mieć skrytkę bankową. Albo kilka. Płaci gotówką, 
więc pewnie trzyma ją w bankowych skrytkach w różnych miastach, tam 
gdzie   ma   domy   albo   gdzie   zamierza   działać.   Obstawiam   banki   w 
śródmieściu.

Weszła do pomieszczenia operacyjnego i ruszyła prosto do Callendar.
– Poszukaj mi banków w śródmieściu. Do wszystkich wyślesz portret 

background image

pamięciowy   i   rysopis   Roberta   Lowella   oraz   jego   fałszywe   nazwiska. 
Wyszukaj mi wszystkich krewnych Lowella, żywych i martwych. Nazwiska, 
adresy, wszystkie należące do nich nieruchomości.

–   Roarke,   jeśli   będziesz   potrzebował   pomocy,   weź   któregoś   z 

komputerowców.   Uwaga   –   powiedziała,   przekrzykując   hałas   rozmów   i 
stukot sprzętu. – Kiedy kapitana Feeneya nie ma w budynku, a ja jestem 
poza   pomieszczeniem   operacyjnym,   dowodzenie   nad   elektronikami 
przejmuje ekspert cywilny. Jakieś pytania? Zwrócić się do niego.

– Pieszczoszek pani porucznik – powiedziała Callendar na tyle głośno, 

by Roarke ją usłyszał, a jej udawany dąs wywołał jego uśmiech.

– Założę się o dychę, że wcześniej znajdę coś w nieruchomościach niż ty 

w bankach.

– Wchodzę w to.
Eve   wyszła   do   swojego   biura,   by   uzupełnić   notatki   i   jeszcze   raz   je 

przejrzeć. Po drodze złapała Feeneya.

– Masz coś dla mnie?
– Nic. Po śmierci ojca interes przeszedł na naszego podejrzanego. W 

bazie jest ten sam fałszywy londyński adres. Dyrektor mówił, że mieli jakąś 
papierową   dokumentację,   jakieś   archiwum   na   dyskietkach,   ale   Lowell 
wszystko zabrał dawno temu. Przykro mi, Eve.

– Skrupulatny drań. Może pracuje tam jeszcze ktoś, kto był zatrudniony 

w czasach, gdy Lowell mieszkał w rezydencji?

– Nie. Już to sprawdziłem. Podrzucę ci wszystko, co mam. Przejrzymy to 

razem. Już idę.

– Spotkamy się w operacyjnym.
Podniosła się. Uznała, że lepiej będzie, jeżeli trochę pochodzi. Czuła, że 

jej   organizm   słabnie   z   każdą   chwilą.   Jeśli   przestanie   się   ruszać,   to 
natychmiast padnie.

Był w Nowym Jorku, pomyślała. Mieszkał, pracował i przetrzymywał 

Ariel gdzieś tu, w Nowym Jorku, w budynku, który przetrwał wojny, choćby 
częściowo. To miejsce miało związek z nim, z nią, z tamtymi czasami.

Nic innego by go nie zadowoliło, tego była pewna.
Śmierć to jego biznes. Przygotowywanie zwłok lub ich utylizacja, echa 

wojen miejskich, zysk i nauka. Żył ze śmierci.

Zabijając, na nowo odtwarzał śmierć tamtej kobiety. Zaspokajał swoją 

potrzebę kontrolowania, zadawania bólu. Studiował ból i śmierć.

background image

Jej   zdaniem   do   tortur   stosował   narzędzia   lekarskie   i   laboratoryjne   z 

czasów wojen miejskich. Może dołożył też kilka nowszych. Tak samo było 
z   narkotykami,   które   wykryli   w   ciałach   ofiar.   Starał   się,   żeby   wszystko 
miało związek.

Opera. Dramat, akcja, tragedia – i znów związek z Edwiną Spring. Jego 

przebrania to po prostu kostiumy sceniczne, fałszywe nazwiska to role, które 
odgrywa.

Czyż jego ofiary nie były tym samym? Częścią przedstawienia?
Jak długo to jeszcze potrwa, zanim ona wejdzie na scenę? Na co, do 

cholery, czekała?

Zrobiła sobie kawy i wyjęła kolejną pigułkę energetyzującą. Wiedziała, 

że nie powinna zażywać drugiej w ciągu dwudziestu czterech godzin. Ale 
jeśli chciała pojawić się w końcu na scenie, nie mogła występować w takim 
stanie. Nie pamiętałaby swoich kwestii.

Połknęła, popiła kawą i z kubkiem w dłoni wróciła do operacyjnego.
Nastawiła   komunikator   tak,   by   wszyscy   w   terenie   mogli   słuchać   i 

uczestniczyć.

– Aktualizacje. Najpierw elektronicy. Feeney?
–   Pracujemy   nad   dyskietkami   z   zakładu   pogrzebowego   Lowella. 

Dokumentację   na   papierze   też   przejrzymy.   Szukamy   wszystkiego,   co 
dotyczy   Roberta   Lowella   i/lub   Edwiny   Spring.   Drugi   zespół   ma   listy 
niedokończonych   śledztw   dotyczących   zabójstw   i   z   Biura   Osób 
Zaginionych, zbrodni, które mogą być jego robotą. Ustawiamy sprawy od 
największego prawdopodobieństwa w dół.

– Coś ciekawego?
– Dwa przypadki. Oba we Włoszech. Piętnaście i dwanaście lat temu. 

Dwie  zaginione  kobiety, które  idealnie  pasują   do profilu  ofiary. Jedna   z 
Florencji, druga z Mediolanu.

– Roarke, czy Lowell prowadzi interesy we Włoszech? W którymś z tych 

miast?

– W Mediolanie. Założył firmę na krótko przed tym, jak odziedziczył 

interes.

–   Najpierw   znajdźcie   mi   wszystko   o   sprawie   z   Mediolanu.   Baxter, 

skontaktuj   się   z   oficerem   prowadzącym   lub   jego   przełożonym.   Weź 
tłumacza, jeśli trzeba. Roarke, zlokalizuj mi na ekranie budynki Lowella.

– Wchodzimy – powiedziała, gdy spełnił jej polecenie. – Feeney, zajmij 

background image

się   nakazem.   W   każde   miejsce   jedzie   trzyosobowa   ekipa.   Komunikatory 
włączone.   Najpierw   sprawdzacie   pomieszczenia   prywatne   i   pracownicze. 
Spiszcie zeznania, zbierzcie dane. Chcę mieć wszystko w komplecie.

– Mam dwa lokale, w których kiedyś działał – wtrącił Roarke. – Budynki 

zostały sprzedane. Jeden był poważnie zniszczony podczas wojen, a potem 
rozebrany i odbudowany pomieszczenie po pomieszczeniu. Drugi nietknięty, 
ale   dwadzieścia   trzy   lata   temu   ojciec   Lowella   go   sprzedał.   Kupił   go   z 
powrotem tuż po wojnach.

– Ja wezmę te dwa. Feeney, odpal moje uszy i oczy. Peabody i dwóch 

mundurowych będą cieniem. Co najmniej dziesięć przecznic z tyłu. Startuję 
za pięć.

Roarke wstał i ruszył za nią. Feeney podrapał się po głowie i poszedł w 

ich ślady.

– Trzyosobowe zespoły z wyjątkiem ciebie – skomentował Roarke.
– Wiesz dlaczego.
– Wiem, ale wcale nie musi mi się to podobać. Oszczędź jeden mundur. 

Ja pojadę z Peabody.

Pokręciła głową.
– Jesteś mi tu potrzebny. Tam będziesz tylko przeszkadzał, a tu zrobisz 

coś pożytecznego.

– To cholernie trudne.
–   Nic   nie   poradzę.   –   Zajrzała   do   swojego   biura   po   płaszcz.   Gdy   go 

wkładała, zauważyła Feeneya.

– Trzeba cię sprawdzić, Eve.
–   Och,   racja.   –   Odblokowała   guzik   płaszcza   i   włączyła   podsłuch.   – 

System aktywny.

Spojrzał na podręczny monitor.
– Potwierdzam. – A potem podniósł głowę i popatrzył jej w oczy. – 

Jesteśmy coraz bliżej, też to czujesz, prawda?

– Tak. Dwadzieścia cztery, może trzydzieści sześć godzin i będzie nasz. 

Nie chcę tak długo czekać, Feeney. Prawdopodobnie zaczął dziś rano, o 
świcie. Pewnie już jej naliczył z dziesięć, może dwanaście godzin. Może 
wytrzyma jeszcze te dwadzieścia cztery, może trzydzieści sześć. A może 
nie. Nie zmuszę go, żeby mnie wziął, ale przez kilka godzin będę w terenie. 
Dam mu szansę.

Wzrok Feeneya powędrował do Roarke'a, a potem z powrotem do Eve.

background image

– Dla niego to za mało, żeby spróbować.
– Nie. Wejdę do środka. Niech mnie zaprowadzi tam, gdzie ją trzyma. 

Dam sobie radę. Dam sobie radę – powtórzyła, patrząc prosto na Roarke'a. – 
Jeśli   da   mi   szansę.   Jeśli   nie,   wy   dwaj   będziecie   musieli   jak   najszybciej 
wygrzebać   jakiś   następny   element,   który   mnie   do   niego   przybliży. 
Gdybyśmy dziewięć lat temu mieli to, co teraz, i gdybyśmy wtedy wiedzieli, 
że będzie chciał mnie zdjąć, to co byś zrobił?

Wydął policzki.
– Wysłałbym cię w teren.
– W takim razie idę.
Roarke odprowadził ją wzrokiem. Wrócił do swojego stanowiska, włożył 

do ucha  małą  słuchawkę,  a na ekranie wyświetlił podgląd  z jej kamery. 
Widział i słyszał to co Eve.

I to musiało mu wystarczyć.
Zaczęła   od   drugiego   adresu,   który   jej   podał.   Dom  prywatny,   wyższe 

prawdopodobieństwo. Kiedy komputer analizował dane, Roarke skupił całą 
uwagę na budynku, do którego się zbliżała. Typowy miejski dom, bardzo 
atrakcyjny.

Drzwi otworzyła kobieta z niemowlęciem na ręku i psem ujadającym u 

stóp. Odetchnął z ulgą. Prawdopodobieństwo zdecydowanie spadło.

A   jednak   wciąż   trzymał   podgląd   na   ekranie.   Eve   weszła   do   środka, 

omijając psa, którego kobieta zdążyła już uciszyć.

Nie musiał wsłuchiwać się w ich rozmowę, więc skoncentrował się na 

pracy. Kobieta potwierdziła oficjalne dane dotyczące nieruchomości. Dom 
rodzinny   należał   do   młodego   przedsiębiorcy   i   jego   żony,   profesjonalnej 
matki. Mieszkali tam z dwójką dzieci i wyjątkowo irytującym terierem.

–   Nic   –   rzuciła   Eve,   idąc   do   swojego   samochodu.   –   Jadę   w   drugie 

miejsce. Nie zauważyłam ogona.

Było   jej   zimno,   przeraźliwie   zimno.   To   pewnie   reakcja   szokowa, 

tłumaczyła   sobie   Ariel.   Na   filmach,   kiedy   ktoś   jest   w   szoku,   zawsze 
przykrywają go kocem.

Straciła   czucie   w   niektórych   miejscach,   nie   była   pewna,   czy   to 

błogosławieństwo   czy   raczej   znak,   że   te   fragmenty   jej   ciała   obumarły. 
Wiedziała, że straciła przytomność za drugim razem... a może to był trzeci 
raz... gdy zadawał jej ból.

Ale wtedy zrobił coś, co przywróciło jej świadomość i wepchnęło ją z 

background image

powrotem w sam środek koszmaru. Coś nią wstrząsnęło, jakby przepłynął 
przez nią prąd.

Prędzej czy później nie będzie już w stanie jej pobudzić. Jakaś część niej 

była   gotowa   się   o   to   modlić,   więc   zakopała   głęboko   tę   część,   słabą, 
płaczliwą, błagającą o litość.

Ktoś przyjdzie. Ona musi wytrzymać, a potem ktoś przyjdzie.
Kiedy wrócił, chciała krzyczeć. Chciała krzyczeć tak głośno, by siła jej 

głosu rozbiła szklane ściany. I jego. Wyobrażała sobie, że ta jego uprzejma i 
miła twarz pęka, rozsypuje się na kawałki, tak samo jak ściany ze szkła.

– Czy mogłabym... czy mogę dostać trochę wody?
– Przykro mi, ale to niemożliwe. Otrzymujesz płyny przez kroplówkę.
– Zaschło mi w gardle, a miałam nadzieję, że porozmawiamy.
–   Doprawdy?   –   Podszedł   do   tacy   z   narzędziami.   Tym   razem   nie 

pozwoliła sobie patrzeć, co wybrał.

– Tak. O muzyce. Co to za opera, którą teraz słychać?
– Ach, to Verdi. „La Traviata".
Zamknął   oczy   i   przez   moment   jego   ręce   poruszały   się   tak,   jakby 

dyrygował orkiestrą.

– Genialne, prawda? Poruszające, pełne pasji.
– Czy... czy pana matka to śpiewała?
– Tak, oczywiście. To była jej ulubiona aria.
–   Musiało   być   panu   ciężko,   kiedy   zmarła.   Matka   mojej   przyjaciółki 

popełniła   samobójstwo.   To  był   dla  niej   straszny   cios.   To  takie...   trudne. 
Trudno zrozumieć, jak można być tak przygnębionym lub zagubionym, że 
jedynym rozwiązaniem wydaje się śmierć.

– Ależ tak właśnie jest. To jedyne rozwiązanie dla nas wszystkich. – 

Podszedł   bliżej.  –  A  kiedy  przychodzi  nasz   czas,   wszyscy  prosimy  o  to 
rozwiązanie. Ona też prosiła. I ty poprosisz.

– Nie chcę umierać.
– Będziesz chciała. Tak samo jak ona. Ale nie martw się, zajmę się tym. 

To będzie mój prezent dla ciebie. Taki sam jak dla niej.

Zespoły   wracały   do   centrali   z   raportami.   Roarke   pił   kawę   i   do   bólu 

rozdrapywał   kolejne   warstwy   danych,   wyrywał   strzępy   informacji   i 
próbował połączyć je na nowo tak, by dały odpowiedź.

W   drugim   budynku   były   piwnice.   Choć   Eve   wiedziała,   że   szanse   są 

niewielkie, zdecydowała się jednak wejść.

background image

Nie w jego stylu, uznała. Zbyt nowocześnie, zbyt paskudnie, zbyt dużo 

ludzi. I zdecydowanie za dużo zabezpieczeń. Facet nie mógłby spokojnie 
wciągnąć do domu  wystraszonej lub nieprzytomnej  ofiary, nie zwracając 
uwagi sąsiadów.

Na   wszelki   wypadek   jednak   przepytała   kilka   osób   i   pokazała   portret 

Lowella.

A jeśli się pomyliła?, myślała.  Może  wcale nie pracował w centrum. 

Może kupił sobie dom na przedmieściach, a Manhattan był dla niego tylko 
miejscem polowań i śmietnikiem. Ile czasu straciła, szukając go w mieście, 
gdy tymczasem on zabijał swoje ofiary na jakiejś farmie w White Plains 
albo Newark?

Wróciła do samochodu. Pojedzie do cukierni, w której pracowała Ariel 

Greenfeld, a potem do jej mieszkania. Może coś przegapiła. Może wszyscy 
coś   przegapili.   Jeszcze   raz   sprawdzi   każdą   ofiarę.   Mieszkanie   i   miejsce 
pracy.

Włączyła się do ruchu i zgłosiła w bazie swój zamiar.
– Dzięki temu jeszcze przez parę godzin będę na ulicy. Goniąc swój 

ogon.

– Mam jeszcze jedną możliwość – poinformował ją Roarke. – Fabryka 

maszyn   do   szycia   przerobiona   na   apartamenty   w   NoHo   pod   koniec   lat 
dwudziestych.   W   czasie   wojen   były   tam   baraki   dla   wojska,   mocno 
zniszczony  budynek. Poszedł  do remontu  i na początku lat trzydziestych 
sprzedano go na mieszkania.

–   Dobrze,   sprawdzę.   Daj   adres.   –   Wydęła   usta,   gdy   zobaczyła 

lokalizację. Przejechała z zachodu na wschód, a teraz znów miała wrócić na 
zachód, a potem bardziej na północ. – Peabody, masz to?

– Potwierdzam.
– Kierunek zachodni.
Zawróciła   i   dopiero   wtedy   zobaczyła,   że   komunikator   sygnalizuje 

połączenie.

– Dallas.
– Porucznik Dallas? Dzwonię w imieniu pana Kloka. Prosiła pani, żeby 

skontaktował się po powrocie do domu. Przyjechał dziś i bardzo chętnie z 
panią porozmawia, jeśli pani chce.

– Tak, chcę.
– Pan Klok spotka się z panią, gdzie pani sobie zażyczy, choć byłoby 

background image

najlepiej,  gdyby  zechciała  pani  przyjechać   do  jego  rezydencji.  Pan  Klok 
miał   wypadek,   lekarze   zalecają,   by   przez   najbliższe   czterdzieści   osiem 
godzin nie wychodził z domu.

– Tak? A co się stało?
–   Pan   Klok   poślizgnął   się   na   łodzie.   Doznał   lekkiego   wstrząśnienia 

mózgu i skręcił nogę w kolanie. Jeśli nie odpowiadają pani takie warunki, 
pan Klok stawi się w pani biurze, jak tylko lekarze pozwolą mu opuszczać 
dom.

– Mogę go odwiedzić. Akurat jestem w pobliżu. Będę za kilka minut.
– Bardzo dobrze. Zaraz powiadomię pana Kloka. Zakończyła transmisję 

i westchnęła.

– Coś mi tu śmierdzi – skomentował jej w uchu Feeney.
– Tak. Nieprawdopodobne wyczucie czasu. Trochę głupio z jego strony, 

że tak zaprasza mnie do siebie i tam chce wykonać swój ruch. Nie śledził 
mnie. Z tego, co wie, to jest ze mną moja partnerka.

W zamyśleniu stukała palcami w kierownicę.
– Klok był czysty, ale nie wykluczam, że to kolejna mistyfikacja. Tak 

czy siak, chcę z nim pogadać. A jeśli rzeczywiście okaże się, że właśnie 
wykonał swój ruch, będzie to znaczyło, że mam wolne wejście.

– Do pułapki – zauważył Roarke.
– To będzie pułapka, jeśli pozwolę mu ją zamknąć. Mam troje ludzi. 

Mam oczy i uszy. Wchodzę do środka, a wy dalej szukajcie. Jeśli zobaczę 
lub   wyczuję,   że   coś   jest   nie   tak,   będziecie   o   tym   wiedzieć.   Peabody, 
ruszajcie. Zatrzymajcie się trzy przecznice od celu.

–   Przyjęłam   –   potwierdziła   Peabody.   –   W   tej   chwili   jesteśmy   jakieś 

dziesięć ulic za tobą. Stoimy w korku. Zaraz się wycofamy i podjedziemy 
bliżej.

– No dalej, obejrzyjmy sobie tego Kloka. Sprawdźcie go jeszcze raz. 

Dowiedzcie   się,   czy   rzeczywiście   przyleciał   dziś   do   Nowego   Jorku. 
Szukajcie   u   publicznych   i   prywatnych   przewoźników.   Przekażcie   mi 
rezultaty, nawet gdy będę już w środku. Cisza w eterze. Jestem kilka ulic od 
celu.

Nerwy,   pomyślała   Eve,   poruszając   ramionami.   Przeklęte   pigułki 

energetyzujące, te wszystkie chemikalia szalały po jej organizmie jak małe 
odrzutowe kuleczki.

– Pojawiły się szumy – zauważył Feeney i spojrzał na Roarke'a. – U 

background image

ciebie też?

–   Tak.   Jakieś   drobne   zakłócenia.   Może   to   nadajnik   na   tej   samej 

częstotliwości. Wchodzi nam w pasmo. Możesz to wyczyścić?

– Próbuję. Peabody, masz ją?
– Tak. McNab mówi, że ma słaby sygnał.
– To zakłócenia – powtórzył Roarke, gdy sygnał pojawił się i zniknął. – 

Jakaś transmisja wchodzi w nasze pasmo. Jasna cholera. – Odsunął się od 
swojej aparatury. – To drugi nadajnik. Drugi nadajnik na jej samochodzie. 
Zakłóca nasz,  bo podjechała blisko bazy. A więc jednak ją śledził. Stąd 
wiedział, kiedy zadzwonić. Wiedział, że jest blisko.

– Dallas, Dallas, odbierasz? – krzyczał do mikrofonu Feeney. – Dallas, 

kurde, Peabody, ruszajcie się, do cholery! – Poderwał się na równe nogi i 
pobiegł   za   Roarkiem,   który   był   już   w   korytarzu.   –   Ona   wie,   co   robi   – 
powiedział Feeney, gdy wpadli do windy.

– On też.
Eve   zaparkowała   samochód   i   przeszła   na   drugą   stronę   ulicy.   Brama 

otworzyła   się   bez   naciskania   dzwonka.   Cholernie   poręczne,   pomyślała   i 
poruszyła ramionami, by poczuć ciężar broni.

– Wchodzę – szepnęła do mikrofonu i nacisnęła dzwonek.
Drzwi otworzył android.
– Pani porucznik, dziękuję za przybycie. Pan Klok czeka w salonie. Czy 

mogę wziąć pani płaszcz?

– Nie. Proszę mnie zaprowadzić.
Szła tak, by cały czas widzieć androida, na wszelki wypadek. Zasłony 

były zasunięte, w salonie panował półmrok. Zauważyła postać mężczyzny 
siedzącego   w   fotelu   przed   kominkiem.   Nogi,   owinięte   w   miękki   koc, 
trzymał na podnóżku.

Miał krótką brązową brodę, krótkie brązowe włosy i siniaka pod lewym 

okiem.   „Korpulentny",   to   byłoby   uprzejme   określenie,   uznała   Eve.   Ona 
nazwałaby go grubasem.

–   Porucznik   Dallas?   –   Miał   ledwo   wyczuwalny   niemiecki   akcent.   – 

Proszę wybaczyć, że nie wstaję. Byłem niezdarny i przewróciłem się dziś 
rano. Proszę, nich pani siada. Napije się pani czegoś? Kawy? Herbaty?

– Nie.
Wyciągnął   do  niej   rękę,  więc   podeszła   bliżej,   by   ją  uścisnąć.   Dzięki 

temu mogła się przekonać, czy to Robert Lowell.

background image

Gdy się pochyliła i spojrzała mu w oczy, nabrała całkowitej pewności. 

Odsunęła się i cofnęła prawą rękę, by sięgnąć po broń.

– Witaj, Bob.
Uśmiechnął się.
– Nikt nigdy nie nazywał mnie Bob. Przejrzałaś mnie.
– Wstawaj. Ty. – Wskazała ręką stojącego nad nią androida. – Jeśli nie 

chcesz, żeby przepaliły ci się przewody, zostań tam, gdzie jesteś.

– Trochę mi trudno – odpowiedział uprzejmie Lowell. – Ten koc i gips.
Eve kopnęła podnóżek, a nogi mężczyzny głośno uderzyły o podłogę.
– Na ziemię. Twarzą do dołu. Ręce do tyłu. Już!
– Postaram się. – Zsunął się z fotela i sapiąc, przekręcił się na brzuch.
Kiedy pochyliła się, żeby chwycić go za nadgarstek i przełożyć mu rękę 

na plecy, odwrócił dłoń i zacisnął na jej przegubie.

Poczuła ukłucie i zaklęła pod nosem.
–   Skurczysyn,   wstrzyknął   mi   środek   obezwładniający.   –   Wycelowała 

pistolet w jego korpus i nacisnęła spust. W tym momencie ugięły się pod nią 
nogi i osunęła się na kolana.

– Stary sposób – powiedział Lowell, z wysiłkiem obracając się na plecy. 

–   Kiedyś   często   stosowany   podczas   zamachów.   Na   razie   tylko   środek 
uspokajający,   jak   dobrze   rozpoznałaś.   –   Uśmiechnął   się,   gdy   upadła   na 
podłogę. – Rzecz jasna, o bardzo szybkim działaniu.

Usiadł   i   rozpiął   sztywną   marynarkę.   Pod   nią   miał   standardową 

kamizelkę ochronną.

– Pomyślałem, że skoro jesteś taka szkolona, to możesz strzelać. Zawsze 

lepiej się zabezpieczyć. Przenieś ją do pracowni – polecił androidowi.

Drugi android już przestawiał jej samochód na inną ulicę, daleko stąd.
– Tak, proszę pana.
Jest   dużo   czasu,   pomyślał   Lowell.   Kiedy   będzie   miał   pewność,   że 

wszystko   w   porządku,   wezwie   androida  do   domu   i   wymieni   mu   twardy 
dysk. Pamięć domowego też wymieni. Tak jak zawsze.

Tymczasem   pozbierał marynarkę, gips  i  broń,  którą  wypuściła  z  ręki 

Eve. Możliwe, że zgłosiła zamiar wstąpienia do jego domu. Ktoś przyjdzie, 
ale choćby nawet, to nie będzie żadnego śladu, że tu była.

Jej samochód znajdą wiele ulic stąd.
Będzie miał wszystkie jej aparaty, oczywiście zaraz je zablokuje.
Będzie   ją   miał,   rozmyślał,   schodząc   na   dół,   do   swojej   pracowni. 

background image

Zakończy dzieło swojego życia.

Stojącą przed domem Peabody aż mdliło z frustracji i strachu. Wezwała 

ekipę   z   taranem,   bo   nie   mogli   odblokować   drzwi,   oraz   z   laserowymi 
palnikami, żeby przeciąć kraty w oknach.

Eve była w środku, a oni nie mogli tam wejść.
– Musisz złamać blokadę.
– Pracuję nad tym – syknął przez zęby McNab, który wypróbował już 

wszystkie znane mu  sztuczki. – Te jego zabezpieczenia mają  dodatkowe 
blokady. W życiu czegoś takiego nie widziałem.

Oboje   odwrócili   się,   bo   na   ulicy   z   piskiem   opon   zatrzymał   się   wóz 

policyjny.   Strach   Delii   nieco   zmalał,   gdy   z   auta   wyskoczyli   Roarke   i 
Feeney.

– Nie możemy ominąć systemu. Ten dom jest jak forteca.
– Odsuń się. – Roarke odepchnął McNaba i wyjął własne narzędzia.
–   Próbowałem   kluczem   uniwersalnym,   próbowałem   ominąć   blokadę. 

Próbowałem   nawet   złamać   kody,   ale   za   każdym   impulsem   zmienia   się 
sekwencja.

– W czasie wojen była tu baza tajnych służb – powiedział Feeney do 

Peabody. Po plecach spłynęła mu strużka potu. – W chwili gdy tam weszła, 
wszystkie komunikatory przestały działać. Na szczęście wyskoczyły dane na 
temat budynku. Robert Lowell zapisał dom na panieńskie nazwisko żony i 
zrobił   tu   filię   swojego   zakładu.   Złam   wreszcie   ten   pieprzony   system   – 
warknął do Roarke'a.

– Cicho, daj mi pracować.
– Jeśli tego nie złamiesz i nie wpuścisz nas do środka, nim on ją tknie, to 

do końca życia będę ci kopał dupsko.

Ariel wbiła w niego wzrok, gdy zszedł na dół za androidem.
– Kto to? Co to za dziewczyna?
– Można powiedzieć, że ostatnia z tej rasy. – Pochylił się nad stołem, na 

którym   android   ułożył   Eve,   przeszukał   jej   kieszenie   i   wyjął   łącze, 
komunikator i nadajnik osobisty. Zdjął podręczny komputer z jej nadgarstka. 
– Weź to i zanieś do neutralizatora. Id ź na górę, wyłącz się – rozkazał 
androidowi.

– Tak. – Lowell łagodnie głaskał Eve po włosach. – Trzeba cię umyć i 

przygotować. Najlepiej, póki jeszcze śpisz. Spędzimy tu razem sporo czasu. 
Ty i ja. Czekałem na ten moment.

background image

– Czy teraz mnie pan zabije? – zapytała Ariel.
– Nie, nie. Twój czas wciąż płynie. Ale tym razem zamierzam zrobić coś 

bardzo wyjątkowego. – Zwrócił się do Ariel, jakby zadowolony, że może o 
tym podyskutować. – Jeszcze nigdy nie miałem okazji pracować z dwiema 
partnerkami   jednocześnie.   A  ty   okazałaś   się   jeszcze   wspanialsza,  niż  się 
spodziewałem.   Jestem   przekonany,   że   prześcigniesz   większość,   o   ile   nie 
wszystkie, które były tu przed tobą. Ale ona?

–   Zerknął   na   Eve.   –   Dla   niej   ustawiłem   poprzeczkę   bardzo   wysoko. 

Ostatnia Ewa.

– Wygląda... jakoś znajomo.
– Hm? – W zamyśleniu spojrzał na Ariel. – Tak, możliwe, że widziałaś 

ją w wiadomościach. A teraz...

– Panie Gaines!
Chciał odwrócić się do Eve, ale się zatrzymał.
– Tak? – Spojrzał niechętnie w stronę Ariel. – O co ci znowu chodzi? 

Mam tu coś do zrobienia.

–   A   ten   czas...   jaki   był   najlepszy?   To   znaczy,   ile   najdłużej...   ile 

wytrzymała najsilniejsza z kobiet, który pan tu sprowadził?

Oczy mu się zaświeciły.
–   Ach,   doprawdy,   ciągle   mnie   zaskakujesz!   Czyżbyś   chciała   podjąć 

wyzwanie? Obudziłem w tobie ducha współzawodnictwa?

– Nie dam rady... Jeśli nie będę wiedziała, ile to jest najdłużej, nie będę 

mogła pokonać rekordu. Powie mi pan, jak długo?

–  Ja  ci   powiem.   –  Eve  usiadła   na  stalowym  stole,  ściskając   w  dłoni 

pistolet. – Osiemdziesiąt pięć godzin, dwanaście minut i trzydzieści osiem 
sekund.

– Nie. – Z początku był zdezorientowany, potem wściekły. Jego twarz 

zrobiła się czerwona. – Nie, nie. Tak nie wolno.

– Nie podoba ci się? Z tego też nie będziesz zadowolony. Eve wystrzeliła 

z paralizatora, mierząc nieco wyżej, niż nakazywała procedura. Lowell padł 
jak ścięty.

– Pojebaniec – mruknęła i zaczęła się modlić, żeby nie zemdleć ani nie 

wymiotować.

– Wiedziałam, że przyjdziesz. – Oczy Ariel zaszły łzami.
– Wiedziałam, że ktoś przyjdzie, a kiedy zobaczyłam, jak cię tu niosą, 

wiedziałam, że wszystko będzie dobrze.

background image

–   Tak,   trzymaj   się.   –   Eve   opuściła   stopy   i   przez   chwilę   łapała 

równowagę.   –   Świetnie   się   spisałaś.   Naprawdę   świetnie.   Dobrze,   że 
odwracałaś jego uwagę, dzięki temu mogłam sięgnąć po paralizator.

– Chciałam go zabić. Wyobrażałam sobie, jak go zabijam. To pomagało.
– Wierzę. Posłuchaj, jestem strasznie skołowana. Lepiej, żebym na razie 

nie   przecinała   tych   twoich   sznurów.   Musisz   chwilę   zaczekać.   Wiem,   że 
bardzo cierpisz, ale musisz zaczekać.

– Zimno mi.
– Już. – Eve zdjęła płaszcz i okryła nim zakrwawione i zmasakrowane 

ciało Ariel. – Zwiążę go, OK? Najpierw go zabezpieczę, a potem wezwę 
posiłki.

– Przyniesiesz mi trochę wody?
Eve położyła dłoń na jej policzku.
– Jasne.
– I wiadro środków przeciwbólowych. – Ariel spróbowała uśmiechnąć 

się przez łzy. – Fajny płaszcz.

– Tak, bardzo go lubię.

background image

Rozdział 22

Dwie   pigułki   i   środek   uspokajający,   obliczyła   Eve.   Ogłupiająca 

mikstura, od której ją trzęsło i mdliło. A teraz, nie dość, że musiała utrzymać 
się na nogach, to jeszcze wykonywać swoją robotę.

Sięgnęła ręką w tył, próbując wyjąć swoje kajdanki. Albo ich nie miała, 

albo straciła czucie w lewej ręce.

– Cholera, muszę skuć tego skurczysyna, a nie mam kajdanek... Musiały 

mi wypaść na górze, gdy mnie uśpił. To może... OK. – Rozejrzała się i 
zauważyła pętle ze sznurów wystające  z otworów w stole. – Dobra. Już 
wiem.

– Nie wyglądasz najlepiej – stwierdziła Ariel. – Ja pewnie wyglądam 

gorzej, ale ty też nie za dobrze.

– Szukaliśmy cię przez wiele godzin, Ariel. – Eve szarpała się z węzłami 

na sznurze, klnąc pod nosem, bo jej palce były sztywne jak parówki sojowe.

– Dzięki.
– Nie ma sprawy. Niech to szlag jasny trafi. Ten łobuz był pieprzonym 

skautem czy co?

– Zawsze wydawali mi się małymi psychopatami.
Choć prawie nie miała czucia w palcach, Eve szarpała i ciągnęła sznur.
– Już prawie mam. Czekaj.
– Nigdzie się nie wybieram.
W końcu udało jej się rozplatać jeden węzeł. Pochyliła się, bo nagle 

poczuła, że jej żołądek wykonuje dziwną ewolucję.

– Trochę mi niedobrze. Nie wystrasz się, jak się porzygam.
Ariel z trudem uśmiechnęła się przez zaciśnięte zęby.
– Jeśli chcesz rzygać, to na niego. Bydlak.
Eve kucnęła i zaczęła związywać ręce Lowellowi.
–   Jesteś   niesamowita,   Ariel.   Prawdziwa   Amazonka.   Już   rozumiem, 

dlaczego Erik tak się w tobie zakochał.

– Co? Erik? Erik mnie kocha?
Eve otarła pot z czoła i spojrzała na bladą twarz Ariel.
– Zdaje się, że powinnam była zatrzymać to dla siebie. Przegięłam. To 

przez   ten   środek   uspokajający.   Ale   posłuchaj   –   mówiła,   zaciskając   linę 
wokół nadgarstków Lowella odrobinę mocniej niż to konieczne. – Jeśli za 

background image

nim nie przepadasz, rozumiesz, jeśli go nie chcesz, to nie bądź dla niego 
zbyt ostra, dobrze? Bo on na serio stracił dla ciebie głowę.

Walcząc z upiornymi zawrotami głowy, wstała, by rozplatać drugi sznur, 

na nogi Lowella. I zauważyła łzy spływające po policzkach Ariel.

– Och, wiem, że cierpisz. Wiem, że okropnie się czujesz, ale postaraj się 

wytrzymać jeszcze parę minut.

– Kocham się w tym dupku od dnia, kiedy się wprowadziłam na jego 

piętro. Osioł, nigdy nie zrobił nawet kroku.

–   Och,   Boże,   ludzie   naprawdę   są   czasami   dziwni,   pomyślała   Eve. 

Kobieta przetrzymała niewyobrażalny ból, a pękła, bo dowiedziała się, że 
jakiś koleś się w niej kocha. – No, to teraz raczej zrobi. Jezu, muzyka, stop – 
rozkazała,   związując   nogi   Lowella.   Ale   głosy   wciąż   się   nasilały.   –   Nie 
wiesz, jak wyłączyć to gówno?

– Nie bardzo. Leżę związana, odkąd tu trafiłam.
Eve klapnęła na podłogę i zaczęła się śmiać jak wariatka.
– Ariel, jeśli kiedyś zdecydujesz się rzucić pracę w cukierni, to pomyśl 

nad wstąpieniem do policji. Bez kitu, czuję, że masz do tego smykałkę.

– Lubię piec ciasta. Zrobię ci tort, jakiego w życiu nie widziałaś. To 

będzie   prawdziwe   dzieło   sztuki.   Och,   Boże,   myślisz,   że   niedługo   ktoś 
przyniesie te środki przeciwbólowe?

– Tak, zaraz powinni tu być. Spróbuję, czy dam radę otworzyć drzwi 

albo rozbić szybę w którymś oknie.

– Ale... nie zostawiaj mnie samej.
– Posłuchaj. – Eve wstała i podeszła do Ariel. – Nigdzie bez ciebie nie 

pójdę – powiedziała, patrząc jej w oczy. – Słowo.

– Jak się nazywasz? Wybacz, nie pamiętam, czy mi już mówiłaś.
– Dallas. Eve Dallas.
– Jeśli dam Erikowi szansę i się pobierzemy, to nazwiemy tak nasze 

pierwsze dziecko.

– Jest ich trochę ostatnio.
– Dallas, wyciągnij nas stąd.
Eve   podeszła   do   drzwi   i   szarpnęła   za   gałkę.   Pchała,   kopała,   waliła 

pięściami. Przeklinała. W końcu wróciła do Ariel i naciągnęła płaszcz na jej 
twarz.

– Tylko na chwilę,  na wypadek gdyby poleciało szkło.  Wyjęła broń, 

wymierzyła i puściła strumień w drzwi. Szkło nie pękło, ale Eve widziała, że 

background image

zadrżało.   Wystrzeliła   jeszcze   raz,   w   to   samo   miejsce.   I   trzeci   raz.   Przy 
czwartej   próbie   szyba   pokryła   się   siatką   cienkich   kreseczek 
przypominających pajęczynę.

– Prawie się udało, Ariel. – Eve odłożyła broń, wzięła taboret i zaczęła 

wściekle walić w uszkodzone drzwi. W końcu szyba pękła i na podłogę 
posypało się milion odłamków.

Eve   odstawiła   taboret   i   podeszła   do   Ariel,   żeby   odsłonić   jej   twarz. 

Zauważyła, że dziewczyna teraz zbladła i bardziej się trzęsła. Trzeba się 
pospieszyć, musi ją stąd zabrać.

– Możemy wyjść. Zaraz przetnę te sznury.
– Postaraj się, żeby nóż nie wyśliznął ci się z ręki. Znudziło mi się to 

ciągłe nacinanie mojej skóry.

Eve sięgnęła po jedno z narzędzi Lowella i odchyliła płaszcz, odsłaniając 

ramię dziewczyny. Było całe pocięte, pokłute i poparzone. Eve przyłożyła 
ostrze do sznura i popatrzyła Ariel w oczy.

– Zapłaci za to. Zapłaci za każdą minutę, jaką tu spędziłaś. Przysięgam.
Ostrożnie cięła sznur,  który zostawił  na nadgarstkach  Ariel ślady  jak 

bransoletki. Musiała wyłączyć umysł, oderwać myśli od obrażeń, na które 
patrzyła.

Gdy rozcinała sznury na nogach Ariel, usłyszała cichy jęk Lowella.
– Budzi się, budzi się. – Głos Ariel zadrżał ze strachu i bólu. Szarpnęła 

się i z wysiłkiem usiadła. – Nie uwolni się, prawda?

– Nie, nie podniesie się. Zobacz, gdyby nawet próbował, mamy to. – Eve 

wydobyła broń.

– Może sparaliżuj go jeszcze raz? A ja popatrzę.
–   Rozumiem   twoje   uczucia,   ale   chyba   raczej   powinnyśmy   cię   stąd 

wyprowadzić.   Zaczekaj,   włóż   ten   płaszcz.   –   Gdy   wsuwała   jej   ręce   w 
rękawy, Ariel syknęła. – Przepraszam.

– To nic. – Nie odrywała wzroku od Lowella. – Nic mi nie jest. Możesz 

mnie podtrzymać, a ja go kopnę? W twarz. Właśnie to sobie wyobrażałam. 
Chcę go kopnąć w twarz.

– Niezła myśl, ale zrobimy tak. Obejmij mnie za szyję. Wszędzie pełno 

szkła, a ja nie mam zapasowych butów. Po prostu mocno mnie obejmij, a ja 
cię wyniosę. Trzymaj się mnie, Ariel. Już cię stąd zabieram.

– Jak... na barana – wykrztusiła Ariel, gdy Eve odwróciła się do niej 

plecami.

background image

–   Tak,   dokładnie.   Przejedziesz   się   na   barana.   Mam   nadzieję,   że   nie 

próbujesz wszystkich swoich wypieków.

Ariel roześmiała się przez łzy i przylgnęła do jej ramion i szyi.
–   Gotowa?   To   w   drogę.   –   Słaniając   się   od   mieszanki   leków,   Eve 

pochyliła   się,   żeby   złapać   równowagę.   Skoncentrowała   się   na   drodze. 
Najpierw   ten   kawałek   do   drzwi,   kalkulowała,   ostrożnie   stawiając   kroki. 
Jeszcze dwa, może trzy, żeby ominąć potłuczone szkło.

Dźwigając na spoconych plecach pojękującą cicho Ariel, przypomniała 

sobie, że gdzieś tam powinien być jej sprzęt komunikacyjny. Będzie mogła 
wezwać posiłki i karetkę.

Usłyszała hałas, a potem odgłos szybkich kroków. Odruchowo zacisnęła 

mocniej dłoń na paralizatorze, ale zaraz odetchnęła z ulgą, gdy usłyszała 
wołającego ją Roarke'a.

– Tutaj! Wezwijcie karetkę!
Nasz ratunek, Ariel.
–   Nie.   –   Głowa   Ariel   oparła   na   ramię   Eve.   –   To   ty.   Roarke   biegł 

labiryntem   korytarzy   w   kierunku   głosu   Eve,   zagłuszanego   przez   coraz 
potężniejszą   muzykę.   Wreszcie   ujrzał   ją   bladą,   zlaną   potem,   z   łkającą 
kobietą na plecach.

Opuścił broń i odetchnął z ulgą, rozluźniając boleśnie napięte mięśnie.
– Przyszliśmy po was.
Dla niego Eve zdobyła się na uśmiech.
– Najwyższy czas.
Był przy niej szybciej, niż zabiło jej serce. Nie zważał na wpadających 

do środka policjantów, tylko objął dłońmi jej zmęczoną twarz i pocałował.

–   Tutaj.   –   Obszedł   ją   i   stanął   tak,   by   zabrać   Ariel   z   pleców   Eve.   – 

Pomogę ci.

– On jest twój? – zapytała Ariel.
– Tak, mój.
Ariel przez chwilę wpatrywała się w twarz Roarke'a, po czym głęboko 

westchnęła i po prostu zamknęła oczy.

– Karetka, szybko. – Eve pochyliła się i objęła za kolana. – Peabody, 

jesteś tu?

– Obecna.
– Zabezpieczcie to miejsce. Chcę, żeby ekipa zdjęła każdy odcisk. Mają 

zbadać każdy centymetr. Wszystko dokumentować.

background image

– Dallas, jesteś lekko zielona.
– Wstrzyknął mi środek uspokajający. Skurczysyn dorwał mnie na pół 

sekundy. Pigułki na pobudzenie i środek uspokajający! Czuję się jak bomba 
chemiczna.  – Stojąc bez ruchu, uśmiechnęła  się z wysiłkiem. – Cholera. 
Całą elektronikę trafił szlag. Android wszystko dezaktywował. Jezu, niech 
ktoś wreszcie wyłączy tę muzykę, zanim łeb mi pęknie.

Wyprostowała się, zachwiała i byłaby upadła, gdy Feeney nie złapał jej 

pod ramię.

– Zakręciło mi się w głowie. Nic mi nie będzie, tylko trochę mi słabo. 

Lowell tam jest, zabezpieczony. Zwijaj drania. Musisz go zamknąć.

– Zamknę go w twoim imieniu. – Feeney ścisnął ją za ramię. – McNab, 

wyprowadź   panią   porucznik   na   górę,   a   potem   wracaj   tu   w   podskokach. 
Zabierzemy się do elektroniki.

– Nie potrzebuję pomocy – zaprotestowała.
– Upadniesz na twarz – mruknął jej do ucha Feeney – i zepsujesz sobie 

wyjście.

– Tak, racja.
– Niech się pani na mnie oprze, pani porucznik. – McNab objął ją w talii.
– Tylko niczego nie próbuj, bo ci skopię dupę.
– Bez względu na pani stan zawsze się pani boję.
– Ach. – Eve wzięła go pod ramię. – To urocze.
Pozwolił, żeby się na nim oparła i zaczął ją prowadzić na górę.
– Nie mogliśmy wejść do środka. Byliśmy może dziesięć minut z tyłu, 

przez korki. A potem nie mogliśmy się dostać do tej pieprzonej fortecy. Nie 
było pani samochodu, ale wiedzieliśmy, że pani tu jest. Nie mogłem złamać 
zabezpieczeń,   dopiero   Roarke'owi   się   udało.   Wezwaliśmy   taran,   palniki 
laserowe, ale złamał zabezpieczenia.

– Jego nic nie powstrzyma.
– Nawet jemu zajęło to trochę czasu. Ten dom jest zabezpieczony lepiej 

niż Pentagon czy coś. A potem musieliśmy  przejść na drugi poziom, do 
piwnic.

– Jak długo byłam w środku?
– Dwadzieścia minut, może pół godziny.
– Nie tak źle.
– Wezmę ją – przerwał im Roarke.
– Tylko mnie nie... nie podnoś. – Ale już była w jego ramionach.

background image

– Muszę. Choć na chwilę. – Wtulił twarz w jej szyję, ignorując gliniarzy 

kręcących się wokół. – Nie mogłem się do ciebie dostać.

– Tak, wiem. Mówiłam ci, że dam sobie radę.
– I dałaś. Jak zawsze. Jesteś ranna?
–   Nie.   Czuję   się,   jakbym   wypiła   butelkę   kiepskiego   wina.   Już   mi 

przechodzi. Rany, jak ty ładnie pachniesz. – Powąchała jego włosy i szybko 
się   otrząsnęła.   –   Pieprzona   chemia.   Postaw   mnie   już.   To   podważa   mój 
autorytet i reputację.

Postawił ją na ziemi, ale cały czas podtrzymywał ramieniem.
– Powinnaś się położyć.
– Nie, lepiej nie. Kiedy się kładę, wszystko zaczyna wirować. Lepiej to 

rozchodzić.

– Pani porucznik? – Newkirk podszedł z jej płaszczem w ręku. – Pani 

Greenfeld prosiła, żeby to pani oddać.

– Dzięki. Gdzie jest?
– Sanitariusze się nią zajmują w holu... a może to foyer.
– W porządku. Funkcjonariuszu Newkirk, dobra robota.
– Dziękuję, pani porucznik. Teraz to rzeczywiście dobra robota.
–   Chcę   ją   zobaczyć,   zanim   ją   wywiozą   –   powiedziała   do   Roarke'a   i 

pozwoliła się zaprowadzić.

Przykryta   kocem   Ariel   leżała   na   noszach,   a   dwóch   sanitariuszy 

przygotowało ją do transportu.

– Dajcie mi minutę. Hej – powiedziała do Ariel – Jak się czujesz?
– Podali mi jakieś magiczne proszki. Czuję się suuuuuper. Uratowałaś 

mi życie. – Ariel wyciągnęła rękę i uścisnęła dłoń Eve.

– Miałam swój udział. Tak jak ci wszyscy gliniarze, którzy się tu kręcą. I 

ten cywilny bohater. Ale przede wszystkim, Ariel, ty sama się uratowałaś. 
Będziemy chcieli z tobą porozmawiać, jak już poczujesz się trochę lepiej.

– Żeby za to zapłacił.
– Zgadza się.
– W każdej chwili.
–   OK.   Panowie,   jeszcze   moment   –   zwróciła   się   do   sanitariuszy   i 

wyciągnęła rękę do Roarke'a. – Daj mi łącze. – Wybrała numer. – Hej, Erik. 
Hej – powtórzyła, gdy zasypał ją pytaniami. – Uspokój się na chwilę. Jest tu 
ktoś, kto chce z tobą rozmawiać. – Włożyła aparat w dłoń Ariel. – Przywitaj 
się, Ariel.

background image

–   Erik?   Erik?   –   Zaczęła   płakać,   a   potem   się   śmiać   i   zerkać   na   Eve 

zamglonymi od leków oczyma. – On płacze. Nie płacz, Erik. Nic mi nie jest. 
Już wszystko dobrze...

– Dobra,  jedźcie  – poleciła  sanitariuszom  Eve. –  A facetowi   z  łącza 

powiedzcie, dokąd ją zabieracie. Będzie chciał tam przyjechać.

– Bardzo ładnie, pani porucznik – mruknął Roarke, gdy wywozili Ariel.
– Tak. A ty załatwisz sobie inne. Muszę wracać i to dokończyć.
– Oboje musimy wracać i to dokończyć – poprawił ją Roarke.
W drodze do centrali Eve powoli dochodziła do siebie. Wmusiła w siebie 

sztuczne   jajka   ze   stołówki,   licząc,   że   jedzenie   uspokoi   zbuntowany 
organizm. Skubała je widelcem w pomieszczeniu operacyjnym, a każdy kęs 
popijała ogromną ilością wody.

Marzyła o prysznicu i łóżku, ale jeszcze bardziej pragnęła stanąć przed 

Lowellem w pokoju przesłuchań.

Odsunęła jedzenie, wstała i podeszła do tablic z nazwiskami.
– To dla nich – powiedziała cicho. – Zrobiliśmy i robimy to dla nich. Nie 

wolno   o   tym   zapominać   ani   podczas   przesłuchań,   ani   w   sądzie,   ani   w 
mediach. To ważne.

– Nikt z nas na pewno o nich nie zapomni – zapewnił ją Roarke.
Pokiwała głową.
– To trochę potrwa. Wiem, że nie wyjdziesz stąd, dopóki nie skończę, 

więc  nawet nie będę sobie  zawracać  głowy  gadaniem.  Możesz  zostać  w 
obserwacyjnym, ale wygodniej będzie oglądać to na monitorach.

– Wolę obserwacyjny.
– W takim razie każę go przyprowadzić, a ty znajdź sobie jakieś miejsce. 

Muszę pogadać z Peabody.

Ruszyła do pomieszczenia operacyjnego. W sali panował szum i ruch, 

ale gdy weszła, przywitał ją aplauz. Eve podniosła rękę.

–   Zostawcie   trochę   na   później,   bo   to   jeszcze   nie   koniec.   Peabody 

odsunęła się od biurka, zrobiła w tył zwrot i kiwnąwszy głową kolegom, 
wyszła za Eve.

– Jesteśmy dumni.
– Wiem. Peabody, chcę cię o coś prosić.
– Jasne.
– Zapracowałaś sobie na turę z tym śmierdzielem podczas przesłuchania, 

jesteś   partnerką   oficera   prowadzącego.   To   twoje   prawo.   Ale   muszę   cię 

background image

prosić, żebyś tym razem odstąpiła je Feeneyowi.

– A mogę stać w obserwacyjnym i pokazywać Lowellowi palec?
– Jak najbardziej. Jestem twoją dłużniczką.
– Nie. Nie tym razem. W tym śledztwie nikt nie jest niczyim dłużnikiem.
– OK. Przyprowadź go, dobra? Sala A.
– Och, z największą przyjemnością. Dallas? Ja po prostu muszę teraz 

zatańczyć. – Zrobiła to, idąc korytarzem.

Eve wróciła do swojego gabinetu i wywołała Feeneya.
– Sala A, już idzie.
– Skop mu dupsko.
– To może podnieś swoje i przyjdź mi pomóc, asie.
– Ale Peabody...
– Jest w obserwacyjnym, jak połowa glin z tego wydziału. Ruszaj się 

Feeney, to twoja sprawa. Zaczynajmy.

– Lecę.
Kiedy   weszła   z   Feeneyem   do   sali   A,   Lowell   już   czekał.   Cichy, 

zwyczajnie wyglądający starszawy mężczyzna, z dość przyjemnym,  choć 
lekko zagadkowym uśmiechem na twarzy.

– Porucznik Dallas, co za niespodziewane spotkanie.
–   Nagrywanie.   Porucznik   Eve   Dallas   i   kapitan   Ryan   Feeney. 

Przesłuchanie   podejrzanego   Roberta   Lowella.   –   Podała   numery   spraw,   a 
potem   przeczytała   aresztowanemu   jego   prawa.   –   Robercie   Lowell,   czy 
rozumiesz swoje prawa i obowiązki w tym zakresie?

– Oczywiście, mówiła pani bardzo wyraźnie.
–   Rozumiesz,   że   jesteś   oskarżony   o   uprowadzenie,   znęcanie   się, 

uwięzienie i zabójstwo sześciu kobiet oraz uprowadzenie i więżenie Ariel 
Greenfeld, oraz że zostaniesz postawiony w stan oskarżenia przez władze 
globalne pod zarzutem uprowadzenia, znęcania się, więżenia i zabójstwa 
innych kobiet.

– Tak. – Nie przestając się uśmiechać, złożył tłuste ręce. – Oszczędźmy 

czas, potwierdzam wszystkie zarzuty. Mogę się teraz przyznać? A może to 
zepsuje nastrój?

–   Strasznie   ci   wesoło   –   wtrącił   Feeney   –   jak   na   faceta,   który   resztę 

swojego żałosnego życia spędzi w betonowej klatce.

– Cóż, niezupełnie. W ciągu dwudziestu czterech godzin mój czas cicho i 

spokojnie  dobiegnie  końca.  Złożyłem  wniosek  i przyznano  mi  prawo  do 

background image

autoterminacji.   Mam   to   zagwarantowane   kontraktem.   Lekarze   –   dodał 
uprzejmie – poświadczyli, że jestem śmiertelnie chory i podpisali wniosek. 
Moi prawnicy zapewnili, że kontrakt stoi ponad wszelkimi oskarżeniami w 
sprawach kryminalnych. Nikt nie ma prawa odebrać mi przywileju śmierci. I 
oczywiście oszczędzi to wydatków, więc... – Wzruszył ramionami.

– Myślisz, że uciekniesz, połykając kilka tabletek? – zdziwił się Feeney.
–   W   rzeczy   samej.   Proszę   mi   wierzyć,   nie   o   tym   marzyłem.   Nie 

zdążyłem dokończyć mojego dzieła. Ty miałaś być ostatnia – powiedział do 
Eve.   –   Kulminacja   wszystkiego.   Po   skończeniu   z   tobą   stawiłbym   czoło 
własnej   śmierci   ze   świadomością,   że   się   zrealizowałem   w   życiu.   Mimo 
wszystko jednak uważam, że osiągnąłem bardzo wiele.

– No cóż. – Eve oparła się na krześle i pokiwała głową. – Najważniejsze 

zrobiłeś. Muszę przyznać, Bob, że pomyślałeś o wszystkim. Podziwiam. To 
o niebo bardziej satysfakcjonujące niż wsadzanie nieporządnego mordercy.

– Porządek to moja dewiza.
– Tak, zauważyłam. Doceniam, że oszczędzasz nam czasu, przyznając 

się do wszystkiego, ale po całej tej pracy, którą włożyliśmy, chcielibyśmy 
poznać szczegóły. Powiedzmy, że to taka nasza kulminacja. Hm, to chyba 
trochę potrwa. – Uśmiechnęła się. – Napijesz się czegoś? Ciągle mnie mdli 
od tego środka uspokajającego, który mi wstrzyknąłeś, więc przyniosę sobie 
zimną kawę. Chcesz coś?

– To bardzo uprzejme. Jeśli można, poproszę jakiś napój.
–   Nie   ma   sprawy.   Feeney,   wyjdź   ze   mną   na   chwilę   po   napoje. 

Nagrywanie, pauza.

– Co jest, do cholery... – zaczął Feeney, gdy wyszli z sali.
Nagle wszystko w niej się wyostrzyło: twarz, oczy, głos.
– Wiem,  co robię. O nic nie pytaj. Nigdy. Wracamy  i gramy  razem. 

Wyciągniemy z niego szczegóły i go zapuszkujemy. Daj mi na chwilę swoje 
łącze, dobrze? Jeszcze nie zdążyłam zorganizować sobie nowego. I zaczekaj 
tu na mnie.

Wzięła   łącze   Feeneya   i   podeszła   do   maszyny   z   napojami.   Wezwała 

Peabody w trybie prywatnym.

–   Powiedz   Roarke'owi,   tylko   cicho,   żeby   wyszedł   na   moment.   Nie 

odpowiadaj. Tej rozmowy nie było. – Wyłączyła się i zaczęła przyglądać się 
automatowi.

Chwilę później podszedł do niej Roarke.

background image

– Pani porucznik?
– Weź mi pepsi, piwo imbirowe i oranżadę waniliową. To musi zniknąć 

– szepnęła pod nosem. – Zrób coś, żeby ten jego kontrakt zniknął. Możesz 
zrobić tak, żeby nie został po nim ślad?

– Tak – odpowiedział po prostu, zamawiając napoje.
– Przekraczam granicę, prosząc cię o to. Dałam słowo, że za to zapłaci. 

Obiecałam to im wszystkim. Dlatego muszę przekroczyć granicę.

Wyjął puszki i podał Eve. Gdy patrzył jej w twarz, jego oczy mówiły 

wszystko.

– Muszę lecieć – powiedział wyraźnie. – Przykro mi, chciałbym zostać 

dłużej, ale czekam na ważną wiadomość, a ty oddałaś Ariel moje łącze. 
Postaram   się   wrócić,   gdy   już   pozałatwiam   swoje   sprawy.   Jeśli   nie,   to 
spotkamy się w domu.

– OK. Dzięki.
Rozdzielili się, a Eve wróciła do Feeneya.
– Masz tę swoją oranżadę.
– Na miłość boską!
–   Hej,   jeśli   chciałeś   coś   innego,   to   trzeba   było   mówić.   Zniknie   – 

wyszeptała. – O nic nie pytaj, po prostu mi uwierz. Nie wyjdzie z tego tak, 
jak   to   sobie   zaplanował.   Na   razie,   dopóki   wszystkiego   nie   wyśpiewa, 
pozwalamy, aby wierzył, że mu się uda.

Feeney przez dłuższą chwilę patrzył jej w oczy, w końcu kiwnął głową.
– OK, bierzmy się do roboty.
Przesłuchanie   trwało   wiele   godzin,   ale   Lowell   ani   razu   nie   zażądał 

przerwy. Eve uświadomiła sobie, że chełpił się swoimi czynami. Po tylu 
latach, tylu wysiłkach, wreszcie mógł podzielić się z kimś swoją historią, 
opowiedzieć głośno i wyraźnie o swojej obsesji.

Po kolei ujawniał wszystkie drastyczne szczegóły każdego morderstwa.
Eve i Feeney pracowali w tandemie, w starym, znajomym rytmie.
– Masz dobrą pamięć – zauważył Feeney.
–   Owszem.   Wszystko   dokładnie   udokumentowałem.   W   czasie   wojen 

zajmowałem   się   głównie   prowadzeniem   dokumentacji   i...   nazwijmy   to... 
nanoszeniem   poprawek.   Jestem   pewien,   że   macie   dokumenty   z   mojego 
laboratorium i gabinetu. Zanim dowiedziałem się, że jestem nieuleczalnie 
chory,   miałem   nadzieję   uporządkować   moją   pracę   i   przygotować   ją   do 
publikacji. Cóż, ukaże się pośmiertnie.

background image

– Twoja praca – wtrąciła się Eve. – Jak to się zaczęło? Rozumiemy, że te 

kobiety...

– Partnerki. Zawsze uważałem je za partnerki.
– Założę się, że one inaczej na to patrzyły, ale dobrze. Twoje partnerki 

uosabiały twoją macochę.

– Stawały się nią, a to zasadnicza różnica. Ona była pierwsza. Pierwsza 

Ewa. – Uśmiechnął się promiennie. – Sama rozumiesz, dlaczego ty miałaś 
być ostatnia.

– Cóż, tym razem miałeś pecha.
–   Zawsze   wiedziałem,   że   coś   może   mi   się   nie   udać,   ale   gdybym 

doprowadził dzieło do końca, byłaby to perfekcja. Bo ona była doskonała. 
Była   wspaniała.   W   moim   domu   znajdziecie   dyskietki   z   jej   nagraniami. 
Porzuciła dla mnie wielką karierę.

– Dla ciebie?
–   Tak.   Byliśmy,   jak   to   mówią,   bratnimi   duszami.   Choć   nigdy   nie 

nauczyłem się grać i nie miałem głosu, a ona była wybitną pianistką, to 
dzięki niej pokochałem muzykę. Ona mnie uratowała.

– W jaki sposób?
– Ojciec zawsze uważał mnie za nieudanego. Pewne problemy podczas 

porodu spowodowały... nazwijmy to, defekt. Nie panowałem nad impulsami, 
miałem wahania nastroju. Gdy byłem chłopcem, ojciec na krótko oddał mnie 
do zakładu, choć dziadek się sprzeciwiał. I wtedy w moim życiu pojawiła się 
Edwina.   Była   cierpliwa,   pełna   miłości,   a   jej   muzyka   działała   na   mnie 
uspokajająco. Była moją matką, partnerką, wielką miłością.

– Zginęła podczas wojen miejskich – podpowiedziała Eve.
– Tak, jej czas dobiegł końca podczas wojen. Ludzki cykl opiera się 

właśnie na czasie. Oraz woli i akceptacji.

– Ale to ty na nią doniosłeś – przerwała mu Eve. – Podsłuchałeś, jak 

rozmawiała   z   żołnierzem,   który   ją   kochał.   Podsłuchałeś,   jak   planują 
ucieczkę. Nie mogłeś pozwolić jej odejść, prawda?

Na jego twarzy pojawiła się irytacja.
– Skąd o tym wiecie?
–   Jesteś   sprytnym   facetem,   Bob.   Ale   my   też   jesteśmy   sprytni.   Co 

zrobiłeś, kiedy się dowiedziałeś, że chce uciec?

–   Nie   mogła   mnie   opuścić.   Nie   miała   prawa.   Byliśmy   sobie 

przeznaczeni. To była okropna zdrada. Niewybaczalna. Nie miałem wyboru, 

background image

żadnego. Zrobiłem to, co należało zrobić.

– A co należało zrobić? – zapytał Feeney.
–   Musiałem   iść   do   ojca   i   dziadka   i   powiedzieć   im   o   zdradzie.   Że 

słyszałem, jak z pewnym mężczyzną planowała niewybaczalną zdradę. Była 
zdrajczynią.

– Doniosłeś im, że jest szpiegiem. Że zdradziła sprawę. Rozłożył ręce.
– To przecież to samo, ogromna tragedia. Oboje, ona i ten żołnierz, trafili 

na dół, do laboratorium dziadka.

– W domu, w którym ty przetrzymywałeś kobiety, tu, w Nowym Jorku. 

Pracowałeś  w tym samym pomieszczeniu,  gdzie  twój dziadek torturował 
więźniów podczas wojen.

– Dużo się od niego nauczyłem. Nalegał, żebym go obserwował, jak 

pracował z Edwiną. To mnie wzmocniło i oświeciło. Ciągnęło się to przez 
wiele dni. Dłużej niż z żołnierzami.

Zwilżył usta i upił maleńki łyk.
– Mężczyźni są słabsi. Dziadek mnie tego nauczył. Często są słabsi od 

kobiet. Pod koniec poprosiła o śmierć. Spojrzałem jej w oczy i zobaczyłem 
wszystkie   odpowiedzi,   całą   miłość,   całe   piękno,   które   przychodzi,   gdy 
obnaży się do końca ciało i duszę. Osobiście zakończyłem jej czas. To był 
mój dar dla niej. Była pierwsza, a wszystkie inne, które przyszły po niej, 
stanowiły tylko jej odbicie.

– Dlaczego tak długo zwlekałeś, zanim zacząłeś szukać jej odbić?
– Leki. Ojciec upierał się, żebym zażywał leki, i bardzo mnie przy tym 

pilnował. A leki otępiają, pozbawiają umysł jasności potrzebnej do tej pracy.

– Ale Corrine Dagby, tu, w Nowym Jorku, dziewięć lat temu, nie była 

pierwsza. – Eve pokręciła głową. – Na pewno nie. Musiałeś gdzieś ćwiczyć, 
doskonalić warsztat. Ile ich było przed Corrine?

–   Uczyłem   się   od   dziadka,   kontynuowałem   edukację,   pracowałem   w 

rodzinnej   firmie.   Pod   okiem   dziadka   ćwiczyłem   na   zmarłych.   I   dużo 
podróżowałem. Na poważnie zacząłem praktykować dwadzieścia lat temu, 
po śmierci ojca.

Musiałem   się   dużo   nauczyć,   zdobyć   doświadczenie.   Dopiero   po 

dziesięciu latach poczułem, że jestem gotowy, aby rozpocząć mój projekt. 
Wszystko   dokumentowałem,   porażki   i   sukcesy.   Znajdziecie   to   w   moim 
archiwum.

– Poręcznie. – Eve odwróciła się, bo rozległo się pukanie i w drzwiach 

background image

pojawiła się głowa Peabody.

– Przepraszam, pani porucznik. Mogę prosić na moment?
– Tak. Nie przerywajcie – powiedziała do Feeneya i wyszła.
– Roarke właśnie się skontaktował. Prosił, żebym przekazała, że udało 

mu   się   sfinalizować   to,   co   miał   do   zrobienia,   i   właśnie   tu   jedzie.   Ma 
nadzieję, że zobaczy, jak kończysz przesłuchanie.

– OK. Sprawdzicie z McNabem ten jego kontrakt o autoterminacji. Jakoś 

w   to   nie   wierzę.   Dokładnie   sprawdźcie   wszystkie   dokumenty,   które 
znaleźliśmy w domu tego bydlaka. Obudźcie jego prawników w Londynie. 
Jego lekarzy, jeśli znajdziecie jakieś namiary. Chcę mieć potwierdzenie, że 
nas nie okłamuje.

– Ale po co miałby...
– Po prostu mi to potwierdź, Peabody.
– Tak jest.
Eve wróciła do sali, usiadła na swoim krześle i przysłuchiwała się, jak 

Feeney wyciąga z Lowella szczegóły.

–   Chciałam   o   coś   zapytać   –   wtrąciła   się   w   końcu.   –   Jak   długo 

wytrzymała Edwina Spring?

– Mój dziadek stosował nieco inne metody i dłuższe okresy odpoczynku 

niż to moim zdaniem konieczne. Cóż, była bardzo silna i miała ogromną 
wolę przetrwania. Wytrzymała dziewięćdziesiąt siedem godzin, czterdzieści 
jeden   minut   i   osiem   sekund.   Żadnej   z   moich   partnerek   nie   udało   się 
powtórzyć tego wyczynu. Pomyślałem, że ty mogłabyś, dlatego wybrałem 
cię na ostatnią. Chciałem zakończyć tobą, tak jak zacząłem nią.

–   Ciekawe,   jak   długo   ty   wytrzymasz   –   rzuciła   Eve   i   wstała,   gdy   w 

drzwiach znów pokazała się Peabody.

Eve wyszła i zamknęła za sobą drzwi.
– No i?
–   Nie   rozumiem.   Nie   ma   żadnej   dokumentacji,   o   której   on   mówił. 

Niczego takiego nie znaleźliśmy ani w jego archiwum, ani w oficjalnej bazie 
danych.   McNab   przeszukał   wszystko   dwa   razy.   Skontaktowałam   się   z 
jednym prawnikiem z Londynu, z szefem firmy. Nie był zachwycony, że mu 
przeszkadzam w domu.

– Ach.
– Tak. Oczywiście zaraz mi wysunął gadkę o prawie do prywatności. 

Wyjaśniłam, że jego klient został aresztowany pod zarzutem wielokrotnego 

background image

morderstwa   i   że   powołuje   się   na   ten   kontrakt,   żeby   uniknąć   procesu   i 
więzienia. Angol potwierdził, że Lowell miał gdzieś taki certyfikat, ale nie 
mógł   go   znaleźć.   Trochę   się   wkurzył.   Coś   tam   pluł,   że   prowadzimy 
przesłuchanie i tak dalej, ale w sumie brytyjski prawnik tu w USA może 
nam naskoczyć.

– Właśnie tego potrzebowałam.
– Ale...
– No, będziemy kończyć te pogaduszki. Dobra robota, Peabody.
Eve wróciła do sali i zamknęła drzwi przed nosem Delii.
–   Podsumujmy   –   zaczęła   mówić.   –   Przyznałeś,   że   rozumiesz   swoje 

prawa i obowiązki i zrezygnowałeś z prawa do doradcy lub reprezentanta 
podczas przesłuchania w sprawie o przestępstwa opisane powyżej.

– „Przestępstwo" to wasze określenie, ale tak. Zgadza się.
– Przy twoim stanie zdrowia ile czasu dali ci lekarze?
– Nie dłużej niż dwa lata, przy czym ostatnie miesiące mogą być bardzo 

bolesne, nieprzyjemne i poniżające, nawet przy zastosowaniu leków. Wolę 
spokojnie i pod kontrolą zakończyć mój czas.

– Wierzę. Ale wiesz, że ci się to nie uda. Nie ma żadnego kontraktu o 

autoterminacji, Bob.

– Z całą pewnością jest.
– Niestety. Twoi angole też nie potrafią tego udokumentować. – Oparła 

dłonie na stole, pochyliła się do przodu i spojrzała mu w twarz.

– Nie ma żadnych dokumentów, a to znaczy, że nie musimy ci wierzyć 

na słowo. Nie ułatwimy ci niczego. Parę lat to nie tyle, ile bym chciała, ale 
przynajmniej spędzisz je w betonowej klatce. No i część w bólu i rozpaczy.

– Nie. – Powoli kręcił głową. – Mam kontrakt.
– Nic nie masz. I nie masz prawa ubiegać się o autoterminację. Tak więc 

zostałeś przesłuchany i przyznałeś się do wielokrotnego zabójstwa. Drzwi 
już się za tobą zamknęły.

– Kłamiesz. – Usta mu drżały. – Próbujesz mnie zdenerwować.
– Proszę bardzo, możesz sobie tak myśleć. Masz na to co najmniej dwa 

lata. Będziesz żył i w każdej sekundzie tego życia będziesz cierpiał.

– Chcę... moich adwokatów.
– Oczywiście. Możesz mieć całą armię pieprzonych adwokatów. I tak ci 

nie pomogą. – W jej oczach płonął teraz gniew. Zniknął spokój i dystans 
gliny,   w  jej   oczach   pojawił  się   ogień   sprawiedliwości.   –   Poznasz,   co   to 

background image

cierpienie. Będziesz się wił z bólu do ostatniego oddechu.

– Nie. Nie. Mój czas zaraz się skończy, wszystko mam zaplanowane. 

Włączcie muzykę, gdzie moje pigułki?

– Bob, będziesz umierał długo i w cierpieniu. Będziesz konał z bólu. – 

Wyprostowała   się.   –   Feeney,   zabierz   go.   Niech   się   wypłacze   swoim 
adwokatom, zanim się dowie, jak się żyje w klatce.

– Dziewięć lat na to czekałem. – Feeney szarpnął Lowella na równe 

nogi. – Z całego serca wierzę w postęp w medycynie – powiedział, ciągnąc 
go do wyjścia. – Kilka lat? Na pewno znajdą na to jakieś lekarstwo. Byłoby 
dobrze. – Zerknął przez ramię i uśmiechnął się do Eve. – Byłoby cudownie.

background image

Epilog

Kiedy   wyszła   z   sali   przesłuchań,   gliniarze   zaczęli   wysypywać   się   z 

pomieszczenia   obserwacyjnego   i   sali   konferencyjnej,   gdzie   oglądali 
przesłuchanie   na   monitorach.   Zauważyła   wśród   nich   Roarke'a   i   Baxtera, 
który łokciami przepychał się przez tłum. Dopadł ją pierwszy, z zaskoczenia 
poderwał do góry i głośno pocałował w usta.

– Jezu Chryste, całkiem już ci odebrało ten twój mały rozumek?
– Ktoś musiał to zrobić, a zawsze przypada to jemu. – Wskazał kciukiem 

Roarke'a. – I tak jestem padnięty, więc mnie nie bij. Ani ty – powiedział do 
Eve, stawiając ją z powrotem na podłodze. – Nazwijcie mnie durniem, ale 
szczęśliwe zakończenia zawsze mnie wzruszają.

– Nazwę cię ofiarą nieszczęśliwego wypadku i odwiedzę w szpitalu, jeśli 

jeszcze raz zrobisz coś takiego. Wszyscy, którzy nie mają służby, do domu. 
Rozejść się, do cholery... Panie komendancie.

– Świetna robota całej ekipy. Sugeruję, byście posłuchali rozkazu pani 

porucznik.   Idźcie   do   domu,   wyśpijcie   się.   Wydział   jest   z   was   cholernie 
dumny. Ze wszystkich. Pani porucznik...

– Panie komendancie, raport będzie gotowy w ciągu godziny.
– Nie, wynoś się stąd w tej chwili. Idź do domu. Sam się tym zajmę.
– Ale...
– To rozkaz. – Wziął jej rękę i potrząsnął w uścisku. – Aha, uznaj to za 

wyjątkowo długi urlop, bo zajmę się też mediami.

– Tak jest, panie komendancie.
Nie protestowała, kiedy Roarke ją objął.
– Pozwól, że odwiozę cię do domu, moja pani porucznik.
– Dzięki, dobry pomysł. Peabody, żebym cię tu nie widziała jutro przed 

dziesiątą.

– Dallas, mam już tego potąd!
– Nawet nie myśl o obściskiwaniu mnie. Czy to się nigdy nie skończy?
– Ach – westchnęła Peabody, ale uśmiechnęła się, odprowadzając Eve 

wzrokiem.

Ledwo   wsiadła   do   samochodu,   od   razu   zasnęła   kamiennym   snem. 

Roarke prowadził z jedną ręką na kierownicy, drugą trzymał na jej dłoniach. 
W   połowie   drogi   do   domu   przełączył   na   autopilota   i   pozwolił   sobie   na 

background image

odpoczynek.

Światła   ich   domu   świeciły   niczym   gwiazdy   na   niebie.   Roarke   puścił 

dłonie Eve i przetarł oczy, po czym wysiadł z samochodu i przeszedł na 
drugą   stronę,   by   otworzyć   jej   drzwi.   Gdy   próbował   wziąć   ją   na   ręce, 
przebudziła się i zaprotestowała.

– Nie, sama pójdę.
–   Dzięki   Bogu.   Obawiam   się,   że   gdybym   w   tym   stanie   zaczął   cię 

dźwigać,   oboje   zostalibyśmy   na   tym   cholernym   podjeździe.   Chodź.   – 
Chwycił   ją   za   rękę   i   pomógł   wysiąść.   Przez   moment   stali   na   zimnym 
powietrzu, nieprzytomni ze zmęczenia.

– Musimy jeszcze wejść do środka, po schodach na górę, a potem paść 

na łóżko – wyliczyła. – Damy radę.

– Dobra. Idziemy.
Objęli się i podtrzymując wzajemnie, weszli do domu.
– Tylko na siebie spójrzcie. – Summerset niczym czarna chmura czekał 

na nich  w holu. – Zataczacie  się  jak para  pijaków.  Przydałaby  wam się 
kąpiel i coś do jedzenia.

– Goń się, bucu.
– Jak zwykle doskonałe wyczucie języka.
– Tym razem popieram stanowisko żony – oświadczył Roarke. – Choć 

ten buc to może za mocno powiedziane. Jedźmy windą, kochanie. Jestem 
zbyt zmęczony, żeby iść po schodach.

Summerset kiwnął palcem na Galahada, który zamierzał iść za nimi.
– Innym razem – powiedział cicho do kota. – Dajmy im dziś spokój, 

dobrze? A teraz, skoro dzieci wróciły bezpiecznie do domu, możemy zjeść 
małą przekąskę przed snem.

– Łóżko – westchnęła Eve, gdy wytoczyli się w windy. – Już czuję jego 

zapach, oczywiście w sensie pozytywnym. – Idąc w kierunku łóżka, zaczęła 
rozrzucać rzeczy: płaszcz, żakiet, broń. Roarke robił dokładnie to samo.

– Chcę ci coś powiedzieć.
– Tylko szybko – ostrzegła – bo już zasypiam.
– Już nieraz z tobą pracowałem, obserwowałem cię i rozumiałem – do 

pewnego stopnia – to, co robisz. Ale nigdy nie przeżyłem czegoś takiego. 
Cała gama, od początku do końca, i prawie wszystkie etapy pomiędzy. – 
Padł na łóżko obok niej. – Jesteś niesamowitą kobietą, pani porucznik. Moja 
najdroższa Eve.

background image

– Ty też jesteś niczego sobie. – Odwróciła się do niego i spojrzała mu w 

oczy. – Nie będę pytać, jak zrobiłeś to, o co cię poprosiłam.

– To i tak zbyt skomplikowane, żeby teraz tłumaczyć.
–   Złapaliśmy   go.   Powstrzymaliśmy   łajdaka,   a   Ariel   Greenfeld   jest 

bezpieczna.   Ale   gdyby   nie   ty,   nie   byłoby   prawdziwej   sprawiedliwości. 
Nawet jej cienia. – Położyła dłoń na jego policzku. – Dobra robota.

– Zgadza się. – Ich usta na chwilę się spotkały. – A teraz zróbmy sobie 

ośmiogodzinne wakacje.

– Pozwól, że zacytuję Peabody – powiedziała sennym głosem. – Mam 

już tego potąd.

– Światło, stop – rozkazał.
W ciemności, z jej ręką na jego policzku, zapadli w sen.