background image

 

1

Copyright Juljusz Osuchowski 
Wedawnictwa: Fundacja Odysseum 
Ul. Werbeny 1, 04-997 Warszawa 
Tel/fax. (48-22) 872-04-30 
e-mail: psbrmbolbox.pl 
All rights reserved 
ISBN 83-86 010-096 
 
Published by 
TRZECIA DROGA 
PO BOX 750464 
Forest Hills, NY 11375-0464 
Tel. (718) 803-2848 
USA. 
Skład komputerowy: Jerzy Kijewski. 
Dostosował do Worda PL: Stefan Buchholz 
 
 
 

SPRAWIEDLIWY  

Ż

YD 

 

Ja si

ę

 nie boj

ę

 nikogo 

Joseph Nitchthauser 

 
 
Juljusz  Osuchowski:  Jaka  była  pana  droga  do 
Brazylii? 
 
Joseph  Nitchthauser:  
Wojna  si

ę

  sko

ń

czyła,  a  ja 

zostałem  wyzwolony,  czyli  lepiej  powiedziawszy 
oswobodzony 

obozu 

koncentracyjnego 

Buchenwaldzie. 
 
Juljusz Osuchowski: Jak si

ę

 pan znalazł w obozie 

koncentracyjnym? 
 
Joseph  Nitchthauser:  
Niemcy  mnie  zabrali,  po 
likwidacji  na 

Ś

l

ą

sku  w  Andrychowie,  w  ko

ń

cu  1940 

roku,  dzielnicy 

ż

ydow-skiej  w  tym  mie

ś

cie.  Rozł

ą

czyli 

wtedy wszystkich rodziców od dzieci i mnie te

ż

 wtedy 

zabrali.  Miałem  11  lat,  ale  byłem  jak  na  mój  wiek 
wysoki.  Posłali  mnie  wraz  z  grup

ą

  młodzie

ż

ż

ydowskiej  do  Granc  Arbeit  Lager    przymusowego 

obozu  pracy)  wtedy  jeszcze  nie  było  O

ś

wi

ę

cimia. 

Obóz  w  O

ś

wi

ę

cimiu  był  wtedy  jeszcze  w  projekcie.  I 

przepracowałem  w  tym  obozie  do  czasu,  gdy 
O

ś

wi

ę

cim  stał  si

ę

  O

ś

wi

ę

cimiem. Wtedy  zlikwidowano 

wszystkie małe obozy, w tym i ten w którym ja byłem, 
a  nas  wszystkich  przenie

ś

li  do  O

ś

wi

ę

cimia.  Byłem  w 

tym  obozie  a

ż

  do  jego  ewakuacji,  czyli  do  momentu 

gdy Armia Czerwona przybli

ż

yła si

ę

 do niego o jakie

ś

 

dwie

ś

cie  kilometrów  —  był  to  listopad  1944  roku.  

Ewakuowano  nas  pieszo  do  innego  obozu,  który 

nazywał  si

ę

  Gros  Rozen,  zdaje  si

ę

ż

e  to  miejsce 

teraz  nazywa  si

ę

  Jelenia  Góra.    Stamt

ą

d  po  paru 

dniach  przeewakuowano  nas  do  Buchenwal-du.      W 
Buchenwaldzie  pracowałem  jako  spawacz,  w  fabryce 
obok 

obozu, 

która 

była 

systematycznie 

bombardowana 

przez 

Amerykanów. 

Tam 

przepracowałem  a

ż

  do  ko

ń

ca  fabryki,  to  znaczy  do 

chwili gdy  nie  było co, gdzie i  czym  spawa

ć

.  Fabryka 

po  prostu  została  zrównana  z  ziemi

ą

  przez  lotnictwo 

Ameryka

ń

skie.  W trakcie jednego z ostatnich nalotów 

eksplozja bomby usz-kodziła moje uszy. Ostatnie dwa 
miesi

ą

ce w Buchenwaldzie były okropne.  Nie dawano 

nam je

ść

.  Nie wychodzili

ś

my do pracy.  Siedzieli

ś

my 

w  barakach  a

ż

  do  11  kwietnia  1945  roku,  kiedy  to 

wyzwolili nas Amerykanie. Wszyscy chłopcy do lat 16, 
którzy  prze

ż

yli  t

ę

  makabr

ę

  w  Buchenwaldzie  zostali 

zaproszeni  przez  rz

ą

d  francuski  do  Francji.  Była  to 

mała grupa, gdzie

ś

 około 36 chłopców w wieku od 14 

do  16  lat.  Ja  te

ż

  si

ę

  znalazłem  w  tej  grupie. 

Zawieziono  nas  do  Francji  i  umieszczono  niedaleko 
Pary

ż

a  w  zamku  o  ładnej  nawie  Chato  Busico.  Tam 

musieli

ś

my  zadeklarowa

ć

,  czy  chcemy  si

ę

  uczy

ć

  czy 

pracowa

ć

!    Zrobiono  tam  selekcj

ę

  mi

ę

dzy  nami.    Kto 

był  zdolny  i  chciał  —  poszedł  si

ę

  uczy

ć

.    Mnie 

przydzielono  do  grupy  przeznaczonej  do  nauki.  
Poszedłem do szkoły i rozpocz

ą

łem nauk

ę

 od 5 klasy 

podsta-wowej  w  francuskiej  szkole,  z  j

ę

zykiem 

wykładowym francuskim, którego w ogóle nie znałem. 
W  dwana

ś

cie  lat  potem  odebrałem  dyplom  chemika, 

ju

ż

  jako  obywatel  francuski.  Gdy  wybuchła  wojna  w 

Algierze,  dostałem  kart

ę

  powołania  do  wojska. 

Posiadałem  obywatelstwo  francuskie  wi

ę

c  powinie-

nem  jak  ka

ż

dy  Francuz  odby

ć

  słu

ż

b

ę

  wojskow

ą

Wielu  młodych  ludzi  we  Francji,  wtedy nie chciało  i

ść

 

do wojska. Było wiadomo, 

ż

e ta wojna w Algierze jest 

straszna.    Poza  strasznym  klimatem  i  cał

ą

 

okropno

ś

ci

ą

  wojny  dochodziło  do  niej  straszne 

okrucie

ń

stwo  arabskie.  Nie  brano  do  niewoli. 

Zabijanie  je

ń

ców,  mordy,  gwałty.  Mło-dzi  Francuzi 

mieli  krótki  wybór,  albo  zosta

ć

  we  Francji  i  i

ść

  do 

wojska  —  to  znaczy  na  wojn

ę

,  albo  wyjecha

ć

.  Ja 

prze

ż

yłem  jedn

ą

  makabr

ę

  wojenn

ą

  i  na 

ż

adn

ą

  wi

ę

cej 

wojn

ę

  si

ę

  nie  wybierałem.  Nie  zastanawiałem  si

ę

 

długo.  Miałem  znajo-mego  w  Sao  Paulo  i  tam 
pojechałem.  Znalazłem  si

ę

  w  nowym  kraju  i  jak  na 

pocz

ą

tku  we  Francji  nie  znałem  j

ę

zyka.  Miałem 

jednak szcz

ęś

cie. W pierwszej fabryce chemicznej, do 

której    poszedłem,  dostałem  prac

ę

.  Była  to  fabryka 

ż

ywic  syntetycznych,  produktu  od  którego  by-  łem 

specjalist

ą

.  W  tej  fabryce  przepracowałem  całe  moje 

zawo-dowe 

ż

ycie, czyli a

ż

 do momentu, gdy podj

ą

łem 

decyzj

ę

 o przej

ś

- ciu na emerytur

ę

 — było to osiem lat 

temu.  Po  przej

ś

ciu  na  emerytur

ę

  przeniosłem  si

ę

  do 

Belo  Horizonte  i  zacz

ą

łem,  aby  si

ę

  nie  nudzi

ć

pracowa

ć

  jako  nauczyciel  j

ę

zyka  francuskiego,  a  w 

specjalnych  przypadkach  j

ę

zyka  polskiego.  Obecnie 

mam specjalnego ucznia tego j

ę

zyka. Jest nim prezy-

dent bardzo du

ż

ej i znanej na całym 

ś

wiecie kompani 

o  nazwie  Belgo-Minerra  —  pan  in

ż

ynier  Antonio 

background image

 

2

Pola

ń

czyk.  In

ż

ynier  Pola

ń

czyk  jest  ju

ż

  drugim 

pokoleniem  polskim  uro-dzonym  w  Brazylii.  Jest  on 
bardzo  przywi

ą

zany  do  polskiej  tra-  dycji,  ma  po 

prostu  serce  polskie.  Zacz

ą

ł  studiowa

ć

  u  mnie  j

ę

zyk 

polski  przeszło  rok  temu,  jeszcze  wtedy  nie  był 
prezydentem  Belgo  Mineira.  Obecnie  zacz

ą

ł  mówi

ć

 

całkiem  ładnie  po  polsku,  tak 

ż

e  mo

ż

na  prowadzi

ć

  z 

nim  rozmow

ę

  po  polsku.  Tak  samo  pisanie,  powoli 

zaczyna nie sprawia

ć

 mu trudno

ś

ci. 

 
Juljusz  Osuchowski:  Prosz

ę

  pana  na  jakim 

poziomie  pana  zdaniem  była  produkcja 

ż

ywicy 

syntetycznej,  bardzo  wa

ż

ne-go  nowoczesnego 

produktu  w  Brazylii  w  momencie  gdy  pan  tam 
przyjechał? 
 
Joseph  Nitchthauser:  
Wie  pan  mo

ż

e, 

ż

e  jednym  z 

podstawo-wych  elementów  okładzin  hamulcowych  w 
samochodach jest 

ż

y- wica syntetyczna o specjalnych 

wła

ś

ciwo

ś

ciach.  Gdy  ja  przyje-chałem  do  Brazylii,  to 

te 

ż

ywice sprowadzano tu wtedy z USA. W fabryce, w 

której  pracowałem,  a  w  zasadzie  w  jej  labora-torium, 
zacz

ą

łem 

badania 

poszukiwania 

takiego 

rozwi

ą

zania, aby móc bez kupowania patentu w USA, 

zreszt

ą

  oni  nie  byli  zainteresowani  w  najmniejszym 

stopniu  jego  sprzeda

żą

,  móc  produkowa

ć

  samemu 

wła

ś

nie tak

ą

 

ż

ywic

ę

. Moje poszukiwania doprowadziły 

do  tego, 

ż

e  znalazłem  metod

ę

  na  przemysłow

ą

 

produkcj

ę

 

ż

ywicy  syntetycznej  wła

ś

nie  o  takich 

parametrach  jak  sprowadzana  z  USA.  Okazało  si

ę

  w 

trak- cie moich poszukiwa

ń

ż

e olej z orzecha Kakadu, 

który 

jest 

ole- 

jem 

niejadalnym, 

jest 

tym 

komponentem  którego  szukałem.  Ja  dostałem  dobr

ą

 

nagrod

ę

Fabryka 

opatentowała 

metod

ę

 

wyeliminowała  USA  z  rynku  brazylijskiego.  Ale  pan 
si

ę

  zapytał  co  ja  zastałem  w  brazylijskim  przemy

ś

le 

chemicznym.  Wie  pan,  wtedy  ten  przemysł  rozwijał 
si

ę

  jak  dzisiaj  przemysł  komputerowy.  Co  si

ę

 

wynalazło dzisiaj przed południem, po południu mogło 
by

ć

 ju

ż

  nie przydatn

ą

 staroci

ą

, st

ą

d wielka waga jak

ą

 

zawsze  w  Brazylii  w  tej  bran

ż

y  przywi

ą

zywano  do 

prac 

laboratoryjno- 

poszukiwawczych 

— 

niejednokrotnie z wielkimi sukcesami. 
 
Juljusz  Osuchowski:  A  czy  pana  zdaniem  dzisiaj 
przemysł 

chemiczny 

Brazylii 

dorównuje 

przemysłowi 

ś

wiatowemu? 

 
Joseph 

Nitchthauser: 

Gdy 

osiem 

lat 

temu 

ko

ń

czyłem  moj

ą

  prac

ę

  zawodow

ą

,  Brazylia  była 

absolutnie  samowystarczalna  w  bran

ż

y  chemicznej. 

Sprowadza  si

ę

  tutaj  naturalnie  maszyny,  ci

ą

gi 

produkcyjne,  ale  to  si

ę

  robi  na  całym 

ś

wiecie. 

Natomiast  jak  chodzi  o  produkty  —  to  Brazylia  jest  w 
tej dziedzinie w pełni samo- wystarczalna i  produkuje 
si

ę

  tutaj  to  wszystko,  co  wysoko  uprze-mysłowionych 

krajach nazywa si

ę

 nowoczesn

ą

 chemi

ą

 

Juljusz  Osuchowski:  Ju

ż

  od  kilku  lat  jest  pan 

nauczycie-lem  j

ę

zyków  obcych,  w  tym  j

ę

zyka 

polskiego. Dlaczego pana zdaniem ludzie chc

ą

 si

ę

 

uczy

ć

 j

ę

zyka polskiego? 

 
Joseph  Nitchthauser:  
Tu  w  Belo  Horizonte  jak  ju

ż

 

mówiłem,  j

ę

zyka  polskiego  ucz

ę

  tylko  w  wyj

ą

tkowych 

przypadkach.      Nie  znaczy  to, 

ż

e  ja  wybieram  sobie 

uczniów  —  nie.  Nie  mamy  tu  zbyt  wielkiej  Polonii, 
która  by  była  zainteresowana  j

ę

zykiem  swoich 

dziadków.  Do  mnie  zgłaszaj

ą

  si

ę

  najcz

ęś

-ciej  ludzie, 

którzy  otrzymali  stypendium  w  Polsce  od  rz

ą

du  bra- 

zylijskiego,  lub  polskiego,  aby  pogł

ę

bia

ć

  tam  swoj

ą

 

wiedz

ę

.  Podobno  w  Polsce  jest  prawo  takie, 

ż

cudzoziemiec,  który  przyje

ż

d

ż

a  tam  studiowa

ć

  a  nie 

zna  j

ę

zyka  polskiego, musi si

ę

  go uczy

ć

  w  specjalnej 

szkole  przez  sze

ść

  miesi

ę

cy,  niezale

ż

nie  od  tego  co 

zamierza  studiowa

ć

,  lub  czego  chce  si

ę

  uczy

ć

.  Na 

przykład  moja 

ż

ona,  która  jest  spiewaczk

ą

  dostała 

stypen-dium  celem  pogł

ę

bienia  swoich  studiów 

ś

piewaczych  w  Insty-tucie 

Ś

piewu  w  Łodzi.  W 

mi

ę

dzyczasie  weszło  w 

ż

ycie  prawo  mówi

ą

ce, 

ż

e  nie 

ma  ju

ż

  wi

ę

cej  bezpłatnej  nauki  j

ę

zyka  polskiego  dla 

cudzoziemców chc

ą

cych si

ę

 uczy

ć

 w Polsce. Okazało 

si

ę

ż

e miesi

ą

c nauki razem z utrzymaniem kosztował 

wtedy  około  1400  dolarów  miesi

ę

cznie.    Je

ż

eli 

ż

ona 

pojechałaby do Polski, to ja oczywi

ś

cie razem z ni

ą

. A 

wtedy  musieliby

ś

my  wyda

ć

  na  nas  oboje  i  ten  kurs 

mini-  mum  2500  dolarów  miesi

ę

cznie.  Doszli

ś

my 

oboje  do  wniosku, 

ż

e  jak  na  razie  jest  to  dla  nas  za 

du

ż

y wydatek i nie pojechali

ś

my do Polski.  Ci ludzie, 

którzy wybieraj

ą

 si

ę

 na studia do Polski wiedz

ą

 o tym, 

gdy

ż

    konsulat  Polski  w  Sao  Paulo  zawiadamia  ich  o 

tym, 

ż

e  jak  pojedzie  do  Polski,  to  najpierw  b

ę

dzie  za 

własne  pieni

ą

dze  przez  pół  roku  uczy

ć

  si

ę

  j

ę

zyka 

polskiego,  a  potem  dopiero  zaczn

ą

  si

ę

  wła

ś

ciwe 

studia  czy  nauka  w  ramach  przyznanego  stypen-
dium.    Tutejszy  Konsul  Honorowy  pan  Markiewicz, 
je

ż

eli  zgłosi  si

ę

  kto

ś

  do  niego,  co  wybiera  si

ę

  na 

studia  do  Polski,  to  kieruje  go  do  mnie,  aby  tu  na 
miejscu  nauczył  si

ę

  j

ę

zyka,  co  na  pewno  jest  ta

ń

sze 

dla takiej osoby. 
 
Juljusz  Osuchowski:  Powiedział  mi  pan  o 
in

ż

ynierze  Antonio  Pola

ń

czyku,  którego  pan  uczy 

j

ę

zyka  polskiego, ale czy pan wie dlaczego on si

ę

 

zacz

ą

ł uczy

ć

 j

ę

zyka polskiego – czy

ż

by te

ż

 dostał 

stypendium do Polski? 
 
Joseph Nitchthauser: 
To wspaniała dusza polska, to 
polskie  sumienie.  Nie  mówił  po  polsku,  ale  pami

ę

tał 

swoich  dziadków,  którzy  przyjechali  tutaj  do  Brazylii 
pod  koniec  ubiegłego  wieku  w  1896  roku.  Osiedlili  w 
jednej  wiosce  na  południu  kraju,  która  do  dnia 
dzisiejszego  istnieje  i  nazywa  si

ę

  Guaranita  Mision, 

jest  ona  pra-  wie, 

ż

e  na  granicy  z  Argentyn

ą

.  Do 

dzisiejszego  dnia  mieszkaj

ą

  tam  prawie  sami  Polacy. 

Ksi

ą

dz  jest  tam  polski,  burmistrz  te

ż

  jest  Polakiem  i 

prawie  wszyscy  mówi

ą

  tam  po  polsku.  In

ż

ynier 

background image

 

3

Antonio  Pola

ń

czyk  urodził  si

ę

  tam.  Studiował  w  Sao 

Paulo,  Rio  de  Janeiro    i  w  ko

ń

cu  jako  młody  in

ż

ynier 

przyjechał  do  Belo  Horizonte  i  zacz

ą

ł  sw

ą

  prac

ę

  jako 

pocz

ą

tkuj

ą

cy  in

ż

ynier  w  olbrzymiej  kompani  Belgo-

Mineira. Po  wielu  latach  pracy, na  coraz to  wy

ż

szych 

stanowiskach,  niedawno  został  wybrany,  jak  ju

ż

 

mówiłem  prezydentem  tego  wielkiego  konsorcjum. 
Belgo-Mineira  to  wielkie  przedsi

ę

biorstwo  górniczo-

hutnicze z doskonał

ą

 opini

ą

 w Brazylii, długa historia i 

tradycja,  oraz  co  chyba  jest  najwa

ż

niejsze  z 

olbrzymimi  pieni

ę

dzmi.  S

ą

  tam  zaan-ga

ż

owane 

pieni

ą

dze  belgijskie,  luksemburskie  no  i  oczywi

ś

cie 

brazylijskie. 

Został 

on 

wybrany 

prezydentem 

Konsorcjum za swoje zasłu-gi, zdolno

ść

, pracowito

ść

wiedz

ę

  i  rzetelno

ść

.  Jest  to  wspaniały  in

ż

ynier  o 

wielkiej wiedzy, nie tylko w swojej dziedzinie.  Nauczył 
si

ę

  ju

ż

  tyle  mówi

ć

  po  polsku, 

ż

e  zacz

ą

łem  z  nim 

rozmawia

ć

  po  polsku  na  rozmaite  tematy,  w  tym  i  na 

temat  jego  pracy  in

ż

ynierskiej  równie

ż

.  On  stara  si

ę

 

odpowiada

ć

 na moje pytania i opowiada mi jak wa

ż

na 

i  ciekawa  jest  jego  praca.  Naprawd

ę

  praca  w  Belgo-

Mineira  na  stanowisku  jej  prezy-denta  jest  bardzo 
trudna i bardzo odpowiedzialna i wa

ż

na. Kon-cern ten 

zatrudnia  bardzo  du

ż

o  ludzi  i  słynie  z  tego, 

ż

e  nie 

zwal-  nia  swoich  pracowników.  Je

ż

eli  kto

ś

  tam 

pracuje, i pracuje  porz

ą

dnie, ma pewno

ść

  godziwego 

w  niej  zarobku  i  stabilno

ś

ci  zatrudnienia,  oraz  wielu 

innych  przywilejów  wynikaj

ą

cych  wła

ś

-nie  z  pracy  w 

Belgo-Mineira.   
In

ż

ynier  Antonio  Pola

ń

czyk  doszedł  do  wniosku, 

ż

bez  zna-jomo

ś

ci  j

ę

zyka  swoich  dziadków  trudno  mu 

jest  do  ko

ń

ca  zrozu-mie

ć

  kultur

ę

  i  ducha  swoich 

przodków,  czyli  Polsko

ść

,  o  co  si

ę

  go  do

ść

  cz

ę

sto 

pytano.  Dlatego  si

ę

  zacz

ą

ł  uczy

ć

  polskiego  j

ę

zyka, 

jako  klucza  do poznania ojczyzny swych dziadów  i to 
go wci

ą

-gn

ę

ło. 

 
Juljusz Osuchowski: Sk

ą

d  prosz

ę

  pana  bierze si

ę

 

opinia, 

ż

e  Polacy  s

ą

  antysemitami.  Kto  t

ę

  opinie 

rozgłasza.  Czy  ina-  czej  propaguje  j

ą

  na  cały 

ś

wiat? 

 
Joseph 

Nitchthauser: 

Prosz

ę

 

pana! 

Polski 

antysemityzm  to  jest  straszne  głupstwo.  Ja  tu  walcz

ę

 

z  moimi 

Ż

ydami  o  to.  Ja  tu  byłem  przez  osiem  lat 

prezydentem  Federacji 

Ż

ydowskiej  i  zawsze  z  nimi 

walczyłem.  Pokolenie, które si

ę

 tutaj urodziło, zostało 

nauczone przez swoich rodziców, którzy urodzili si

ę

 w 

Polsce, 

ż

e  Polak  to  anty-  semita.  Ja  prze

ż

yłem 

O

ś

wi

ę

cim  i  inne  obozy  koncentracyjne,  tylko  dlatego, 

ż

e nauczyłem si

ę

 spawa

ć

. Nauczyłem si

ę

 od razu jak 

tyl-  ko  mnie  wzi

ę

li  do  obozu.  Był  to  mały  obóz  na 

Górnym 

Ś

l

ą

sku    niedaleko  Katowic,  jakie

ś

  50 

kilometrów  od  nich  i  tam  ja  si

ę

  nauczyłem  spawa

ć

  i 

acetylenem  i  elektrodami  elektrycznymi.  Ja  lubiłem 
spawa

ć

, byłem dzieckiem, miałem przecie

ż

 11 lat, nie 

zdawałem  sobie  sprawy  z  tego, 

ż

e  pracuj

ę

  dla 

nazistów  i  to  mnie  chyba  uratowało.  Pracowałem  do 
ko

ń

ca  wojny  jako  spawacz.  W  O

ś

wi

ę

cimiu  było  to 

komando 21, nazywało si

ę

 kraftwerke, byli w nim tylko 

spawacze.  Około  300  ludzi,  sami  spawacze.  Tego 
komanda  nikt  nie  ruszał.  Nigdy  mnie  nikt  nie  bił  ani 
tortu-  rował  w  obozie.  Gdyby  nie  ameryka

ń

ska 

bomba,  któr

ą

  Amery-kanie  potraktowali  fabryk

ę

,  w 

której pracowało 98% wi

ęź

niów, a podmuch wybuchu, 

który wyrzucił mnie na zewn

ą

trz budynku i rozwalił mi 

uszy  to  i  z  wojny  wyszedłbym    cało.  Chodzi  o  to, 

ż

my

ś

my 

Ż

ydzi  im  (nazistom)  pomogli.  Ja  to 

powiedziałem dla telewizji brazylijskiej. Ja si

ę

 nie boj

ę

 

nikogo.    Szczególnie  nie  boj

ę

  si

ę

 

Ż

ydów.  Jestem 

Ż

ydem, umr

ę

 

Ż

ydem, mój ojciec był 

Ż

ydem. Religii nie 

praktykuj

ę

 

ż

adnej,  ale  te

ż

  nie  jestem  ateist

ą

.    Na 

drzwiach  mam  symbol 

ż

ydowski,  który  maj

ą

  na 

drzwiach  wszyscy  praktykuj

ą

cy 

Ż

ydzi,  to na  pami

ą

tk

ę

 

mojego 

ojca 

matki, 

oni 

byli 

religijnymi, 

praktykuj

ą

cymi 

Ż

ydami. Polska była jedynym krajem z 

siedemnastu  krajów,  który  nie  dostarczył  ani  jednego 
SS-mana,  ani  dobrowolnie  jednego 

ż

ołnierza  do 

Wehrmachtu.  Wszystkie  inne  kraje  dostarczyły. 
Ukraincy  —  byli  gorsi  jak  SS-mani  niemieccy.  SS 
holenderskie  —  było  jeszcze  gorsze.    Dania  —  ten 
pi

ę

kny  kraj,  który  uratował  prawie  wszystkich  swoich 

Ż

ydów,  dostarczył  jeden  kontyngent  SS.  Francja  — 

była jedynym krajem z krajów okupowanych, w którym 

Ż

ydów  francuskich,  a  było  ich  400,000,  nie  wyaresz-

towali  Niemcy.  Zrobiła  to  policja  francuska  bez 

ż

adnego  ponaglania  i  rozkazu  niemieckiego.  Policja 

francuska  znała  wszystkie  adresy  i  sami  ich 
wyaresztowali.  Najpierw  trzymano  ich  w  Pary

ż

u  na 

Welodromie De Wer, sk

ą

d przewozili ich do Dransi, a 

z  stamt

ą

d  francuskie  poci

ą

gi  z  francusk

ą

  obsad

ą

zawoziły  ich  wszystkich  prosto  do  O

ś

wi

ę

cimia.  O 

czym si

ę

 nie  mówi  to chyba  jest wa

ż

niejsze, ni

ż

 to, o 

czym  si

ę

  mówi.  A  nie  mówi  si

ę

  o  tym  jak  my

ś

my  — 

Ż

ydzi — pomogli nazistom nas zniszczy

ć

. Jakie

ś

 dwa 

tygodnie  temu  zostałem  zaproszony  przez  telewi-zj

ę

 

brazylijsk

ą

,  aby  wła

ś

nie  mówi

ć

  o  tym.  Zawiadomiłem 

kilka  osób  aby  ogl

ą

dali  te  moj

ą

  pogadank

ę

.  W 

zasadzie  bez 

ż

adnego  specjalnego  przygotowania 

opowiedziałem  Brazylijczykom  jak  to  było,  co  si

ę

 

naprawd

ę

  działo  i  co  si

ę

  stało.  Powiedziałem  mniej 

wi

ę

cej  tak:  …W  O

ś

wi

ę

cimiu  nie  było  do

ść

  Niemców 

aby nas pilnowa

ć

. Prawie wszyscy znajduj

ą

cy si

ę

 tam 

SS-mani  byli  ranni  i  przysłani  z  ró

ż

nych  frontów.  Aby 

zagazowa

ć

,  a  potem  spali

ć

,  czasem  10  tysi

ę

cy, 

czasem  20  tysi

ę

cy  ludzi  dziennie,  potrzeba  było 

par

ę

set  osób,  aby  przy  tym  strasznym  procederze 

pracowali. SS-mani  prawie  co dwa  tygodnie  wybierali 
sposród  wi

ęź

niów 

ż

ydowskich  mocnych,  zdrowych, 

m

ęż

czyzn, grup

ę

 trzystu do pi

ę

ciuset ludzi, którzy byli 

przydzielani  do  pracy  w  krematoriach  i  komorach 
gazowych.  Po  trzech  tygodniach,  taka  grupa  szła  do 
komory  gazowej,  a  SS-mani  wybierali  now

ą

.  Nigdy 

według  mojej  wiedzy i bada

ń

,  ja  do  dnia dzisiejszego 

jeszcze  badam  problem  holokaustu,  nie  znalazłem 

ż

adnego  przy-padku,  aby  ktokolwiek,  chocia

ż

  jeden 

Ż

yd  powiedział  —  nie  —  ja  nie  b

ę

d

ę

  pracował  przy 

tym!  Co  ryzykował?  —  Tylko  tyle, 

ż

e  by  go  od  razu 

background image

 

4

zastrzelili.  Umrze

ć

 i tak musiał, albo zastrzelony albo 

zagazowany.  Ra-czej  zagazowany,  bo  Niemcy 
oszcz

ę

dzali  kule.    Gdyby  tak  si

ę

  stało,  Niemcy  nie 

mogli  by  tego  zrobi

ć

  co  zro-  bili.  Oni  sami  po    prostu 

nie  mieli  by  dosy

ć

  ludzi  by  ta  machina 

ś

mierci 

funkcjonowała,  gdyby  nie  komanda 

ż

ydowskie 

zaprz

ę

g-ni

ę

to  do  machiny 

ś

mierci.  Ci  wszyscy  co 

pracowali  w  tych  ko-  mandach  wiedzieli, 

ż

e  umr

ą

ż

nie  b

ę

d

ą

  do  ko

ń

ca  wojny  praco-wa

ć

  w  krematorium, 

ładowa

ć

  trupy do  pieców, czy  wyrywa

ć

 zło- te  z

ę

by z 

zagazowanych  ludzkich  zwłok  i  ładowa

ć

  je  na  wózki, 

aby  dowie

ść

  do  krematorium.  Niemcy  nie  mieli  ludzi, 

nie  mieli  m

ęż

czyzn.  Na  polach  pra-cowali  Polacy,  w 

fabrykach wi

ę

cej pracowało Ukrainców, bo Polacy nie 

chcieli  pracowa

ć

 solidnie i  Niemcy nigdy nie  wiedzieli 

co  oni  wymy

ś

l

ą

  i  co  zrobi

ą

  im  na  zło

ść

.  Je

ń

cy  —  ci 

wszyscy:  ameryka

ń

scy,  angielscy,  nowo  zelandcy, 

Australijczycy,  pracowali  przy  torach  kolejowych,  
Niemców zdolnych do pracy nie było, byli na froncie, a 
do  pil-  nowania  te

ż

  było  ich  mało. 

Ż

ydów  oczywi

ś

cie 

zmuszono, aby pracowali w krematoriach  i komorach 
gazowych!  Ale  mo

ż

na  było  nie  chcie

ć

!  Chcieli 

uratowa

ć

 

ż

ycie,  tylko  na  jakie

ś

  dwa  tygodnie,  wi

ę

podawali  si

ę

  woli  Niemców?      Tak  samo  w  gettach! 

Przecie

ż

  gettami  administrowali 

Ż

ydzi.  Były  tam 

ż

ydowskie  władze, 

ż

ydowska  policja  wykonuj

ą

ca 

pole-cenia  niemieckie.    To  nie  Polacy  pomagali 
Niemcom  wyznacza

ć

 

Ż

ydów  do  transportów  —  to 

robili 

Ż

ydzi.    To  nie  Polacy  pilnowali  niemieckiego 

porz

ą

dku  w  gettach,  ale 

Ż

ydzi.  Nie  znam  przypadku, 

aby 

Ż

ydzi administrujacy gettem, odmówili wykonania 

niemieckiego  polecenia.  Przecie

ż

  za  to  groziło  tylko 

zabicie i to tylko  jednej osoby, a nie całej rodziny, jak 
groziło  Polakowi  za  pomoc 

Ż

ydowi,  a  oni  to  robili. 

Ż

ydzi ameryka

ń

scy wiedzieli doskonale co si

ę

 dzieje z 

Ż

yda-mi  europejskimi,  zarówno  przed  39  rokiem  jak  i 

w czasie wojny. Ja jak co

ś

 robi

ę

, to robi

ę

 a

ż

 do ko

ń

ca 

i  nic  nie  mówi

ę

,  na  co  nie  mam  100%  dowodów.  Ja 

mam  tutaj  dokument,  który  został  opublikowany  w 
prasie 

ż

ydowskiej  tutaj  w  Brazylii.  W  „Redzenia 

Judaika” to czasopis-mo jest drukowane w Sao Paulo. 
W  tym  to  wła

ś

nie  pi

ś

mie  został  do

ść

  dyskretnie 

zreszt

ą

, opublikowany artykuł głównego jej redaktora, 

w którym napisał on, 

ż

Ż

ydzi ameryka

ń

scy nie zrobili 

prawie  nic  aby  ratowa

ć

 

Ż

ydów  europejskich  przed 

zagład

ą

.  Po-wód?  Obawiali  si

ę

  konkurencji  przy 

pracy. Ten co to napisał to nie był idiota — to był 

Ż

yd, 

który  dosko-  nale  wiedział  co  i  dlaczego  pisze. 
Nazywał  si

ę

  Oskar  Minc.    On  jeszcze 

ż

yje  —  jest  na 

emeryturze. A  co  zrobiły  inne rz

ą

dy  jeszcze przed  39 

rokiem?    Anglicy  zamkn

ę

li  bramy.    Delegacji 

ż

ydowskiej,  która  udała  si

ę

  do  Australii  z  pro

ś

b

ą

  o 

wpuszczenie  tam 

Ż

ydów  europejskich  powiedziano, 

ż

e  nie  maj

ą

  tam 

ż

adnych  problemów  rasowych  i  nie 

chc

ą

 ich te

ż

 importowa

ć

 z Europy. Zamkn

ę

li drzwi dla 

Ż

ydów.  A  wie  pan,  który  kraj  otworzył  swoje  granice 

wtedy dla 

Ż

ydów?   Nie wie pan? Polska prosz

ę

 pana. 

Ja jestem 

ś

wiadkiem jak w tym male

ń

kim miasteczku 

Andry-chowie. Wie pan gdzie jest Andrychów? 

 
Juljusz Osuchowski: Naturalnie, 

ż

e wiem. 

 
Joseph  Nitchthauser:  Tak?  Dzisiaj  jest  to  du

ż

miasto.  Przed  wojn

ą

  było  to  małe  miasteczko  5000 

mieszka

ń

ców.  Tam  prosz

ę

  Pana  nic  nie  było.  Była 

tylko taka fabryczka Bracia Czeczowiczka. Andrychów 
wówczas  był  niedaleko  granicy.  Pewnego  dnia 
zobaczyli

ś

my,  jakie

ś

  trzy  cztery  miesi

ą

ce  przed 

wybuchem  wojny,  furmanki,  które  ze  strony  Bielska 
jechały  w  stron

ę

 Wadowic.  Niektóre  zatrzymały  si

ę

  w 

Andrychowie. Byli  to 

Ż

ydzi  niemieccy, którym  jeszcze 

Hitler  zezwolił  opu

ś

ci

ć

  teren  niemiecki,  i  uda

ć

  si

ę

 

gdzie  tylko  chc

ą

.  Wtedy  Francja  wpu

ś

ciła  nieliczn

ą

 

grup

ę

  uchod

ź

ców.  Polska  otworzyła  zupełnie  granice 

dla  nich.  Ja  nie  wiem  dlaczego  dyplomacja  Polska  o 
tym  zupełnie  nie  mówi.  Jak  nie  wiedz

ą

  —  to  mog

ą

 

mnie  zawoła

ć

  jako 

ś

wiadka.  Ja  z  tymi 

Ż

ydami 

niemieckimi  rozmawiałem.  Ja  ju

ż

  wtedy  mówi-łem 

całkiem  nie

ź

le  po  niemiecku.  Mój  ojciec  urodził  si

ę

  w 

Niemczech  pod  Gliwicami,  ale  i  w  domu  z  nami, 
dzie

ć

mi,  mówił  po  polsku  i  troch

ę

  po  niemiecku.  Tak 

jak  prawie  wsz

ę

dzie  na 

Ś

l

ą

sku,  ludzie  mi

ę

dzy  sob

ą

 

mówili troch

ę

 po polsku, troch

ę

 po niemiecku. 

 
Juljusz 

Osuchowski: 

Par

ę

 

lat 

temu 

Waszyngtonie 

zostało 

otwarte 

Muzeum 

Holokaustu 

Ż

ydów  w  czasie  drugiej  wojny 

ś

wiatowej  w  Europie.  Jeden  z  moich  znajomych 

naz-wał 

to 

muzeum 

wstydu 

Ż

ydów 

ameryka

ń

skich. 

 
Joseph Nitchthauser: 

Ś

wi

ę

te słowa prosz

ę

 pana. To 

jest  naprawd

ę

  muzeum  wielkiego  wstydu 

Ż

ydów  z 

USA.  Ludzie, którzy nic nie zrobili, aby pomóc innym 
ludziom,  zwłaszcza,  gdy  trzeba  było  ratowa

ć

 

ż

ycie 

ludzkie,  najch

ę

tniej  obwiniaj

ą

  innych  o  grzech 

zaniechania.  Tak  —  innych!  Bardzo  łatwo  jest 
pokaza

ć

  na  innych  i  ich  obwini

ć

,  nie  mówi

ą

c  nic  o 

sobie,  lub  o  swej  rodzinie.  Dzi

ś

  w  USA 

Ż

ydzi  chc

ą

 

zapomnie

ć

, chce si

ę

 wybieli

ć

 

ś

rodo-wisko tamtejszych 

Ż

ydów  od  grzechu  zaniechania,  w  stosunku  do  ich 

braci  w  ogarni

ę

tej  straszn

ą

  wojn

ą

  Europie.  Bardzo 

jest  wygodna  pozycja  do  obrony  podnoszenie  krzyku 
o antysemityzm.  Był pan mo

ż

e w Izraelu? 

 
Juljusz Osuchowski: Nie. 
 
Joseph  Nitchthauser:  
A  to  szkoda.    W  Jerozolimie 
jest  słynne  muzeum  zwane  Jad  Ba  Sen.  Obok  tego 
muzeum  jest  taka  aleja  gdzie  s

ą

  drzewa.  Na  ka

ż

dym 

drzewie  jest  tabliczka.  Na  tabliczkach  s

ą

  nazwiska 

rodzin  i  ludzi  nie-

Ż

ydów,  którzy  w  czasie  okupacji 

uratowali 

ż

ycie 

Ż

ydom. I wie Pan co?  Tam s

ą

 prawie 

tylko  polskie  nazwiska!  Tam  stoj

ą

  te  tabliczki.  Do 

dzisiejszego  dnia.  Nikt  ich  nie  zabrał,  one  tam  s

ą

.  A 

Ż

ydów 

Polsce 

było 

du

ż

o. 

niektórych 

miasteczkach  mieszkało  ich  prawie  90%,  a  całym 
kraju  w  stosunku  do  całej  ludno

ś

ci  było  jakie

ś

  15%. 

background image

 

5

Mo

ż

na  wyobrazi

ć

  sobie  Francj

ę

  która  ma  jakie

ś

  60 

milionów ludzi. Dzisiaj 

Ż

ydów we Francji jest niewielu, 

a jak wielki jest tam antysemityzm obecnie. Wystarczy 
tylko  mały  ogie

ń

, z  zapałki aby  wybuchła rasistowska 

awantura.  A  co  by  było  jak  by  tam  teraz  było  15% 

Ż

ydów tak jak w Polsce przed wojn

ą

. To znaczy ile? 9 

milionów 

Ż

ydów  we  Francji.    Nikt  ze 

ś

rodowiska 

Ż

ydów w USA słowem nie wspomina o tym, 

ż

e Polska 

była  jedynym  krajem  na 

ś

wiecie  gdzie 

Ż

yd 

mieszkaj

ą

cy,    urodzony  w  niej  nie  był  zmuszany  do 

mówienia  po  pols-  ku.  Nie  było  nawet  takiego  prawa, 
które  zobowi

ą

zywało  by 

Ż

yda  do  znania  oficjalnego 

j

ę

zyka  jakim  w  Polsce  był  j

ę

zyk  polski.    Wi

ę

c  gdzie 

ten  antysemityzm  polski?  Prosz

ę

  pomy

ś

le

ć

  o  wolnej 

republika

ń

skiej  Francji,  w  której  około  15%  ludzi  nie 

mówiło  by  po  Francusku.  Albo  o  kolebce  wolno

ś

ci 

USA  gdzie  15%  obywateli  nie  mówiło  by  po  Angiels-
ku, czy Brazylii. Ludzie mówi

ą

, ale nie wiedz

ą

 o czym 

mówi

ą

,  nie  rozumiej

ą

  słowa  anty-semityzm,  swoje 

słabo

ś

ci  przypisuj

ą

  innym.    To  nie  my,  to  oni.  W 

Brazylii  jest  dyskryminacja  w  stosunku  do  czarnych, 
bo  widzi  si

ę

  ich  inn

ą

  skór

ę

.  Nie  wolno  tu  jednak 

nikomu  powiedzie

ć

  np.  ty  „jeste

ś

 

Ż

ydem  czy 

Czarnuchem  parszywym”.    Jest  prawo,  ja  ksi

ąż

k

ę

  z 

nim mam tutaj na biurku, kto je łamie idzie od razu do 
wi

ę

zienia.  Nie  ma  w  takim  wypadku  „habemus 

corpus”  czyli  wypuszczenia  za  kaucj

ą

.  Ryzykuje  si

ę

 

od  dwóch  do  pi

ę

ciu  lat  wi

ę

zienia.  Naturalnie  prawnie 

dyskryminacja  i  rasizm  jest  tu  zabroniony  ale 
faktycznie  on  jest,  na  szcz

ęś

cie  nie  wsz

ę

dzie.  

Dyskryminacja  w  stosunku  do 

Ż

ydów  jest  słaba,  bo 

oni  tu  ju

ż

  nie  s

ą

  handlarzami.  Jednak  s

ą

  przypadki  i 

nietolerancji w stosunku do 

Ż

ydów. Ten antysemityzm 

w  Brazylii  zawsze  był  słaby.    Ja  rzadko  mówi

ę

  po 

polsku,  bo  obecnie  tu  w  Belo  Horizonte  jest  bardzo 
mało  Polaków.  Mówi

ę

  tak  jak  mówi

ę

  do  dzisiejszego 

dnia,  to  mi

ę

dzy  innymi  dlatego, 

ż

e  przez  długi  czas 

tłumaczyłem dla wojska. Jak 

Ś

wi

ę

ty Ojciec Jan Paweł 

II  obj

ą

ł  jako  papie

ż

  tron  w  Watykanie  to  wtedy  II 

sekcja  wojska,  ta  anty  szpiegowska  zacz

ę

ła  mu 

posyła

ć

 wiadomo

ś

ci o sytuacji ko

ś

cioła w Brazylii. Ale 

Ś

wi

ę

ty  Ojciec  nie  odpowiadał.  Pewnego  dnia  zwrócili 

si

ę

  do  mnie.  Ja  publikowałem  tutaj  w  gazecie, 

ż

dostałem  błogosławie

ń

-stwo  od 

Ś

wi

ę

tego  Ojca.      To 

jest  inna  historia,  bo  moja  siostra  nieboszczka  była 
jego  kole

ż

ank

ą

.  Tylko  ja  si

ę

  urodziłem  w  Bielsku,  a 

cała moja rodzina jest z Wadowic. Moja siostra, która 
zmarła  cztery  lata  temu  była  kole

ż

ank

ą

 

Ś

wi

ę

tego 

Ojca.  Ona  urodzona  była  w  1920  roku  w  grudniu,  a 

Ś

wi

ę

ty  Ojciec  w  1920  roku  w  maju.  W  Wadowicach 

wtedy  była  tylko  jedna  szkoła  podstawowa,  wi

ę

c  oni 

chodzili do niej razem, do jednej klasy. Pewnego dnia 
ja napisałem do 

Ś

wi

ę

tego Ojca, bo siostra nie chciała, 

wstydziła  si

ę

.  Napisałem, 

ż

e  moja  siostra  Fela  była 

kole- 

ż

ank

ą

 Waszej 

Ś

wi

ą

tobliwo

ś

ci. W miesi

ą

c potem 

otrzymałem odpowied

ź

. W jakiej postaci? Fotografii w 

kolorach,  mam  j

ą

  tam  na 

ś

cianie  nad  biurkiem  w 

pokoju, gdzie daj

ę

 lekcje. Jest to podobizna 

Ś

wi

ę

tego 

Ojca, 

tyłu 

własn

ą

 

r

ę

k

ą

 

napisa-ne 

błogosławie

ń

stwo  „Niech  was  Bóg  wszechmog

ą

cy 

błogosławi  w  Imi

ę

  Ojca  i  Syna  i  Ducha 

Ś

wi

ę

tego 

Amen”  —  Jan  Paweł  II.  Ja  mam  przyjaciela  do  dnia 
dzisiejszego tu w naszej gazecie, spotkałem si

ę

 z nim 

i  pokazałem  te  fotografie.  Powiedziałem,  dostałem 
błogosławie

ń

stwo  od 

Ś

wi

ę

tego  Ojca.    No  to  ja  to 

opublikuj

ę

  powiedział  i  opublikował.    Wojsko  to 

przeczytało  i  pewnego  dnia  dostałem  zaproszenie, 

ż

eby  do  nich  przyj

ść

  do  czwartego  pułku  piechoty. 

Tam  poprosili  mnie  o  tłumaczenie  jednej  stronnicy.  
Oni  mieli  takie  krótkie  wiadomo

ś

ci  o  ko

ś

ciele  w  całej 

Bra-zylii. 

To 

było 

dla 

mnie 

całkiem 

łatwe. 

Przetłumaczyłem  a  oni  posłali  to  tłumaczenie  do 
Watykanu  i  otrzymali  odpowied

ź

  po  raz  pierwszy,  ale 

po  polsku,  podpisan

ą

  przez  ksi

ę

dza  Dziewisza.  Czy 

go pan zna?  
 
Juljusz Osuchowski: Tak, wiem kto to jest ale  nie 
znam prałata Dziewisza osobi

ś

cie

 
Joseph  Nitchthauser:  
A  ja  go  znam  osobi

ś

cie.  On 

mnie  zaprowadził  pó

ź

niej  jak  si

ę

  o

ż

eniłem,  gdy

ż

  po 

ś

mierci  mojej  pierwszej 

ż

ony,  o

ż

eniłem  si

ę

  z  Mart

ą

.  I 

zrobiłem  jej  niespodziank

ę

.  Pojedziemy  do  Europy 

powiedziałem  i  zostaniemy  przyj

ę

ci  przez 

Ś

wi

ę

tego 

Ojca. Mam tu fotografi

ę

 z tej audiencji. Była to dla nas 

tylko  audiencja,  ale  tak  si

ę

  tam  co

ś

  podziało.  Ksi

ą

dz 

Dziewisz powiedział no dzisiaj jeszcze musz

ę

 przyj

ąć

 

wi

ę

cej  ludzi,  przyjd

ą

  jeszcze  trzy  pary  i  one  b

ę

d

ą

 

razem  z  wami  na  tej  audiencji.  I  przyszli,  ale 

Ś

wi

ę

ty 

Ojciec  mówił  tylko  ze  mn

ą

.  Po  polsku!    A  pó

ź

niej 

ksi

ą

dz Dziewisz nas odprowadził z biblioteki 

Ś

wi

ę

tego 

Ojca,  a

ż

  na  sam  dół.  Tam  pocałowałem  go    w  r

ę

k

ę

Było  naprawd

ę

  bardzo  ładnie.  Ostatnio  publikowali 

tutaj dokument, 

ż

e Watykan prosi o przebaczenie i tak 

dalej, 

ż

e  katolicyzm  nie  zrobił  dosy

ć

  dla 

Ż

ydów.  Ja 

uwa

ż

am, 

ż

e  nawet  nie  potrzebowali  i

ść

  tak  daleko.  

Nikt  nie  mógł  nic  zrobi

ć

  dla 

Ż

ydów.  Nikt!  To  była  ta 

tragedia.  Nikt,  ani 

Ś

wi

ę

ty  Ojciec,  ani  ksi

ęż

a  ani  nikt. 

Co  to  znaczy  do

ść

.  Przecie

ż

  ludzie  i  to  katolicy 

pomimo  rygo-  rystycznego  prawa  faszystowskiego  w 
całej  Europie  jednak  robili  co  mogli.  Nawet  Francuzi, 
którzy  sami  wydali  Niemcom  wszyst-kich  swoich 

Ż

ydów pomagali. Nie na tyle co Polacy, ale pomagali. 

Dzisiejszy  arcybiskup  Pary

ż

a,  od  którego  tutaj  mam 

list  zaraz  go  poka

żę

.  Jan  Maria  Lustyngier  urodzony 

jest we Francji, ale jego rodzice byli 

Ż

ydami z Bielska, 

z  mojego  miasteczka.  Mias-teczka  w  którym  ja  si

ę

 

urodziłem.  Oni  pojechali  do  Francji  ju

ż

  w  1925  roku. 

Dzisiejszy Kardynał Lustinger urodził si

ę

 w 1926 roku 

i  cała  jego  rodzina  i  on  te

ż

  byli  normalnymi 

Ż

ydami. 

Nie  wszyscy  we  Francji  byli  i s

ą

 radzi  z  tej papieskiej 

decyzji. Po wkroczeniu Niemców do  Francji, Francuzi 
złapali  jego  rodziców.  Jan  Mari  Lustigera  i  jego 
starszego  brata  nie  złapali,  gdy

ż

  schowali  si

ę

  oni 

gdzie

ś

  w  piwnicy.  Obu  tych  chłopców  —  to  byli 

prawie, 

ż

e  jeszcze dzieci,  wzi

ę

li dobrzy  ludzie  w góry 

nad  granic

ę

  ze  Szwajcari

ą

  i  tam  ukrywano  ich    u 

górali  Francuskich.  W  mi

ę

dzyczasie  Jan  Maria 

background image

 

6

Lustiger  po-  prosił  o  chrzest.  Przechrzcił  si

ę

  na 

katolicyzm,  jego  brat  nie.  Jak  sko

ń

czył  15-16  lat 

powiedział  ja  chc

ę

  by

ć

  ksi

ę

dzem  i  dzisiaj  jest 

kardynałem.  Brat  jego  jest  w  Izraelu  mieszka  w 
jednym kibucu.  Nie  wszyscy  we  Francji byli i s

ą

 radzi 

z  tej  papieskiej  decyzji.  Ale  nie  mo

ż

na  było  ratowa

ć

 

wszystkich.  Za  ratowanie 

Ż

yda,  za  danie  mu  talerza 

zupy,  na  terenie  tylko  Polski,  je

ż

eli  Niemiec  złapał, 

mógł  zastrzeli

ć

,  od  razu  na  miejscu  i 

Ż

yda  i  Polaka. 

Oni  mieli  władz

ę

  nad 

ś

mierci

ą

  i  nad 

ż

yciem,  we 

wszystkich  pa

ń

-stwach,  które  oni  zaj

ę

li.  Oni  byli 

wszechwładni.  Trzeba było mie

ć

 bardzo du

ż

o odwagi 

ż

eby pomóc 

Ż

ydowi. Polsk

ę

 i Polaków zawsze broni

ę

 

bo  tak  mnie  rodzice  nauczyli.  I  tak  jak  analizowałem 
dzisiaj,  a  mam  na  karku  ju

ż

  siedemdziesi

ą

t  lat.  Nie 

zmieniłem opinii bo wiem, 

ż

e jest wielk

ą

 niesprawiedli-

wo

ś

ci

ą

  je

ż

eli  mówi  si

ę

  tak 

ź

le  o  Polakach.  Ja  nie 

rozumiem  dlaczego Watykan  musiał  prosi

ć

  o  przeba-

czenie?  Przede  wszystkim  Papie

ż

  Pius  XI  zrobił  co 

mógł. Je

ś

li by zrobił wi

ę

cej, to by posłano tam dwóch 

SS-manów  i  by  go  tam  zastrzelili  w  Watykanie  i  nikt 
by nawet nie gwizdn

ą

ł. Nikt by nic nie mógł zrobi

ć

. Tu 

w  Belo  Horizonte  jest  jedna  rodzina  zreszt

ą

  bardzo 

starych  ludzi, 

Ż

ydów  niemieckich,  którzy  uciekli  z 

Niemiec  przeszli  do  Włoch  i  w  42  roku  w  pełnej 
wojnie, otrzymali paszporty Watykanu i przyjechali do 
Brazylii.  W  pełnej  wojnie  prosz

ę

  pana!  Tutaj 

mieszkaj

ą

,  a  w  Sao  Paulo  jest  wiele  takich  rodzin. 

Słyszał  Pan  na  pewno  o 

ś

wi

ę

tym  Maksymilianie 

Kolbe?  Ja  zostałem  przywieziony  do  O

ś

wi

ę

cimia  w 

cztery  miesi

ą

ce  po  jego 

ś

mierci.  Jeszcze  si

ę

  du

ż

mówiło  tam  o  nim.    Byłem  trzy  razy  zapraszany  do 
tutejszej  telewizji  i  trzy  razy  opowiadałem  o 

ś

wi

ę

tym 

Maksymilianie  Kolbe.    Zawsze  byłem  przej

ę

ty  tym 

jego  post

ę

pkiem.  Nie  mogłem  zrozumie

ć

  jak  mo

ż

na 

si

ę

  po

ś

wi

ę

ci

ć

  tak  dalece  za  drugiego  człowieka, 

którego  nawet  nie  znał.  On  tylko  słyszał, 

ż

e  ten 

porucznik  powiedział  „o  moja 

ż

ona,  moje  dzieci”,  bo 

został  wyznaczony, 

ż

eby  poszedł  do  tej  celi  gło- 

dowej. A ksi

ą

dz Kolbe wyszedł z szeregu i powiedział 

—  Ja  chc

ę

  i

ść

  —  i  poszedł.  Ja  otrzymałem 

dokumenty,  z  Polski  z  Niepokalanowa,  o  ojcu  Kolbe, 
gdzie 

si

ę

 

przypuszcza, 

dlaczego 

on 

został 

zaaresztowany.    On  został  zaaresztowany  całkiem 
zwyczajnie  przez  Gestapo.  Przyjechali  do  klasztoru  i 
zabrali  go.  Najpierw  przebywał  na    Pawiaka  w 
Warszawie a potem normalnym transportem odesłano 
go  do  O

ś

wi

ę

cimia.  Wi

ę

c  mi

ę

dzy  innymi  przypuszcza 

si

ę

ż

e  Niemcy  wcze

ś

niej    ofiarowywali  mu 

obywatelstwo  niemieckie,  przypuszczaj

ą

ż

e  Kolbe 

jest  pochodzenia  niemieckiego.  On  nie  przyj

ą

ł.  W 

swoich  kazaniach  on  zawsze  dawał  do  zrozumienia, 
bo był człowiekiem bardzo inteligentnym, 

ż

e to nie jest 

w  porz

ą

dku  to  co  robi

ą

  z  Polakami, 

Ż

ydami,  i  innymi 

narodami  nazi

ś

ci.  On  dał  osobi

ś

cie  rozkaz-polecenie, 

o czym du

ż

o Polaków nie wie do dzisiejszego dnia, ja 

to  mówi

ę

  nie  od  siebie,  ja  mam  dokumenty,  aby 

otworzy

ć

 

drzwi 

wszystkich 

klasztorów 

reguły 

franciszka

ń

-skiej, 

on 

był 

Franciszkaninem, 

przyjmował  Polaków  i 

Ż

ydów,  którzy  zostali  przez 

nazistów wyrzuceni z Pomorza. Jak on dał ten rozkaz 
to  w  miesi

ą

c  potem    przyjechało  po  niego  auto  i  tak 

si

ę

  sko

ń

czyło.  Ilu  było  takich  Polaków,  którzy  oddali 

ż

ycie  swoje  i  swych  ro-  dzin  za  to, 

ż

e  ratowali 

ż

ycie 

Ż

yda? O nich teraz si

ę

 nie mówi, cz

ę

sto si

ę

 te

ż

 o nich 

nie 

wie. 

Jak 

łatwo 

jest 

mówi

ć

 

Polskim 

antysemityzmie. 
 
Juljusz Osuchowski: Czym byli pana rodzice? 
 
Joseph  Nitchthauser:  
Mój  ojciec  miał  furmank

ę

  i 

sanie  i  dwa  konie.  Je

ź

dził  do  Jaworzna  do  kopalni. 

Brał tam w

ę

gle, zapako-wane w worki, nie sprzedawał 

ich  tylko  rozwoził,  był  po  prostu  dostarczycielem.  Nie 
tylko  dla 

Ż

ydów  ale  te

ż

  dla  Polaków.  I  z  tego 

utrzymywał cał

ą

 rodzin

ę

 — bardzo marnie. 

 
Juljusz 

Osuchowski: 

Ten 

prosty 

człowiek, 

wo

ź

nica,  pana  ojciec,  polski 

Ż

yd  nauczył  pana 

patriotyzmu polskiego. 
 
Joseph  Nitchthauser:  
Tak.  Miał  brod

ę

  nie  tak

ą

 

dług

ą

,  ale  tak

ą

  jak  ja.  Ja  mam  brod

ę

  nie  dlatego, 

ż

jestem 

Ż

ydem.  Dwa  lata  temu  pracowałem  na  rzecz 

jednego  kandydata  na  burmistrza  miasta  w  czasie 
wyborów.  Wtedy  wszyscy  w  naszym  komitecie 
zapu

ś

cili  brody,  bo  nasz  kandydat  nosił  brod

ę

.  Mog

ę

 

powiedzie

ć

ż

e  mój  ojciec  był  dosy

ć

  pobo

ż

nym 

Ż

ydem.  Chodził  do  bó

ż

nicy  —  w  ka

ż

d

ą

  sobot

ę

  rano. 

Brał  mnie  za  r

ę

k

ę

,  brał  mojego  brata,  było  nas 

pi

ę

cioro,  trzech  synów  i  dwie  córki  i  prowadził  do 

ż

nicy.  Ojciec  nigdy  nam  nie  mówił, 

ż

e  mamy 

ź

le 

mówi

ć

  o  Polsce.  On  nam  zawsze  mówił, 

ż

e  tu  w 

Polsce  jest  nasze  miejsce  i  my  mamy  szanowa

ć

  ten 

kraj.  Mój brat słu

ż

ył  w Wojsku  Polskim  w 1939  roku. 

Gdy  wojna  wybuchła  znalazł  si

ę

  na  pierwszej  linii 

frontu.  Słu

ż

ył  on  na  samej  granicy  z  Niemcami. 

Przeszedł z wojskiem cał

ą

 kampani

ę

 wrze

ś

-niow

ą

. On 

był  dobrym  polskim  podoficerem.  Zgin

ą

ł  w  getcie  w 

Tarnowie  wraz  ze  sw

ą

 

ż

on

ą

.  Do  naszego  domu 

przychodzili  s

ą

siedzi  i  razem  z  ojcem  pili  wódk

ę

Polacy  wi

ę

cej  rozmawiali  z  nim  po  niemiecku  ni

ż

  po 

polsku.  Rozmawiali  o  wszystkim.  O  tym  co  si

ę

  działo 

wokół  nas  i  o  spra-  wach  wa

ż

nych.  Ja  ubóstwiałem 

przysłuchiwa

ć

  si

ę

  tym  rozmo-wom.  Zawsze  wracam 

pami

ę

ci

ą

 do domu mojego ojca i zawsze chciałem to, 

co  zostało  z  mojego  dzieci

ń

stwa  tam,  pokaza

ć

  mojej 

córce. Jak uskładałem troch

ę

 pieni

ę

dzy, a moja córka 

wtedy  studio-wała  w  Anglii.  Ona  miała  18  lat.  
Pojechałem  do  Anglii,  zabrałem  j

ą

  i  powiedziałem 

zobaczysz  gdzie  twoi  dziadkowie  mieszkali.  Ona 
miała tydzie

ń

 wakacji na Uniwersytecie w Cambridge. 

Zawiozłem  j

ą

  wsz

ę

dzie,  gdzie  ja  sp

ę

dziłem  moje 

dzieci

ń

stwo i gdzie 

ż

yła cała moja rodzina. 

Ż

ydowska 

rodzina,  która  bardzo  kochała  i  szanowała  Polsk

ę

  i 

Polaków.  To  było  bardzo  wzruszaj

ą

ce  by

ć

  tam  sk

ą

wyszedłem  i  spot-ka

ć

  si

ę

  po  latach  ze  znajomymi, 

którzy  jeszcze  w  tych  miejscach  si

ę

  znale

ź

li.  To  było 

background image

 

7

wielkie  prze

ż

ycie,  a  oni  wszyscy  byli  tacy  serdeczni  i 

tak  bliscy  tak  bardzo  go

ś

cinni  —  prawdziwi  starzy 

znajomi — Polacy. 
 

Rozmowa została przeprowadzona w domu pana 

Józefa Nitchthausera, w Belo Horizonte (Brazylia), 

w kwietniu 1998 roku. 

 
 
Juljusz 

Osuchowski 

(ur. 

1942) 

Studiował 

socjologi

ę

 

na 

Uniwersytecie 

Warszawskim. 

Usuni

ę

ty  z  uczelni  po  marcu  1968  roku,  wyjechał 

do  Anglii.  W  latach  1971-1972  praco-wał  w 
redakcji “Wiadomo

ś

ci” i “My

ś

li Polskiej” w Londy-

nie.  Od  1973  roku  do  1989  prowadził  własne 
gospodarstwo  rolne  pod  Krakowem.  Został 
zawodowym  strzygaczem  owiec.  W  1980  roku  był 
jednym  z  zalo

ż

ycieli  Niezale

ż

nego  Samorz

ą

dnego 

Zwi

ą

zku  Zawodowego  “Solidarno

ść

  Wiejs-ka”  i 

twórca  jego  programu.  Od  roku  1989  przebywa 
poza Polsk

ą

. Dziennikarz, członek Stowarzyszenia 

Dziennikarzy Polskich i International Federation of 
Journalists  z  siedzib

ą

  w  Pary

ż

u,  sekretarz 

Fundacji 

Odysseum 

O

ś

rodka 

Doku-mentacji 

Dokona

ń

  Polaków  Na  Obczy

ź

nie.  Podró

ż

nik,  od-

wiedził  przeszło  40  krajów  a  pod 

ż

aglami  opłyn

ą

ł 

Bałtyk,  Morze  Sródziemne,  Morze  Czarne,  Morze 
Północne.  Autor  wielu  reporta

ż

y,  wywiadów  z 

politykami, ksi

ąż

ki pt. “Anotar”.