background image
background image

SZKICE I OBRAZKI

 

Tom pierwszy

  

Bolesław Prus

  
 

background image

NOWY ROK.

 
Onegdaj  był  wielki  ruch  w  Warszawie,  że  nie  powiem  w  całej  Europie.  Gdyby  wizyty,  listy  i

bilety  wizytowe  notowano  na  giełdzie,  mielibyśmy  przykład  wartości,  która  w  dniu  1-go  stycznia
każdego roku podskakuje przynajmniej o tysiąc procentów. Później spada do zera.

W  dniu  tym  stosunkowo  najwięcej  niszczy  się  kaloszy,  zawiasów  u  drzwi,  farby  na  podłogach,

rączek  od  dzwonków  i  śliny.  Każdy  ma  kogoś  do  odwiedzenia.  Przytem  nikt  na  cudze  słowa  nie
zwraca uwagi i ani innym, ani sobie nie wierzy.

Krótko  mówiąc,  tworzy  się  zamęt,  podczas  którego  rej  wodzą:  nogi,  języki,  puste  karety,

litografowane kartki i posłańcy. Za to w sercach jest zupełnie cicho, a w głowach ciemno.

Chaos  ten  nazywa  się:  składaniem  życzeń  noworocznych.  Tylko  dzieci,  którym  ofiarowano

nieoczekiwane podarunki, patrzą na podobne widowisko z dobrą wiarą. Dorośli są w usposobieniu
dość  pesymistycznem.  Przyjmujący  odwiedziny  tłumią  ziewania,  goście  pracują  nad  tem,  aby  nie
wzruszać  ramionami,  wypłacający  kolendę  nie  mają  humoru  i  ledwie  obdarowani  doświadczają
nieco żywszych uczuć, klnąc albo wyśmiewając ofiarodawców.

Niektórzy,  aby  uwolnić  się  od  szczerych  i  błogosławieństwo  ściągających  życzeń,  uciekają  z

domów,  albo  okładają  się  dobrowolnym  podatkiem  dla  ubogich.  Na  widok  rubryki  "W  miejsce
składania powinszowań noworocznych" mimo woli chce się zapytać: czy 10 rs. pana X. albo 25 rs.
pana Y. są dowodem jego współczucia dla biednych, czy też nienawiści dla przyjaciół i znajomych?

Cóż  to  za  siła  przemienia  w  owym  dniu  ludzi,  na  wędrowną  szarańczę?  Stary  obyczaj  —

mówiono, i przez jakiś czas zadawalniano się tem objaśnieniem.

Dziś  wyraz  "obyczaj"  stał  się  tak  bezbarwny  i  pozbawiony  treści,  jak  sama  rzecz,  którą  ma

pretensyę objaśnić. Z tego powodu uczony mój przyjaciel, dr. Ochorowicz, wynalazł inny termin, a
mianowicie "szczątkowe zjawisko w rozwoju życia społecznego".

Termin ten wzięty został z dziedziny zoologii i anatomii. W naukach tych "organem szczątkowym"

nazywa się taki organ, który niegdyś pewnemu gatunkowi zwierząt oddawał usługi rzeczywiste, lecz
obecnie nie oddaje żadnych.

Organami  szczątkowemi  są  naprzykład  dwa  tylne  palce,  niedostające  do  ziemi  —  pewnego

gatunku zwierząt gruboskórnych, albo skrzydła u bezlotka i strusia, które to ptaki latać już nie umieją.
Włosy  na  ciele  ludzkiem  są  organem  szczątkowym,  z  owej  epoki  kiedy  przodkowie  nasi  uważali
odzież za przesąd, kontentując się własną szerścią. Włosy na głowie u człowieka dorosłego nie mają
również  wartości  praktycznej,  tylko  wywołują  zbyteczne  koszta,  podczas  gdy  w  wieku  pacholęcym
były one tym organem użytecznym, za pomocą którego światli nauczyciele wlewali w serca i umysły
nasze idee — prawdy, piękna i dobra.

Z tego powodu ludzie mądrzy łysieją, ponieważ im włosy już bezwzględnie na nic się nie zdały.
Wreszcie  nasz  uroczysty  frak,  bez  którego  niepodobna  być  dobrze  widzianym  w  towarzystwie,

jest organem szczątkowym z tej epoki, kiedy ród ludzki począł wstydzie się ogonów i zasłaniał je za
pomocą trzech ćwierci łokcia tkanin.

Zrozumiawszy  co  jest  "organ  szczątkowy,  "  łatwo  już  pojmiemy,  co  znaczy  ochorowiczowskie

"szczątkowe zjawisko w rozwoju społecznym".

I tak.
Dlaczego służący chodzi za swoim panem?
Oto  dlatego,  że  w  epoce  wojen  wszystkich  przeciw  wszystkim,  rycerz  zaatakowany  od  frontu

mógł  się  sam  obronić,  ale  oficyny  musiał  ubezpieczać  za  pomocą  służby.  Wówczas  taki  tryb

background image

chodzenia miał racyę bytu, dziś jest — "zjawiskiem szczątkowem".

Dlaczego mężczyzna podaje kobiecie prawą rękę?
W  czasach  barbarzyńskich  mężowie  niekiedy  bijali  żony.  Gdy  więc  który  z  nich  chciał  okazać

swej połowie usposobienie przychylne, wsuwał jej prawą rękę pod ramię, jakby mówiąc: "Widzisz
przecież, że ci teraz nic nie zrobię".

Dlaczego kochanek klęka przed ubóstwioną?
Dawniej  penitent  skazany  na  ucięcie  głowy  klękał,  aby  swemu  oprawcy  zrobić  wygodę.  W

czasach liberalnych kochankowie zużytkowali to na własną korzyść, dając do zrozumienia pannom, że
już dla nich całkiem stracili głowy.

A dlaczego gospodarz wychodzi za gośćmi?
Jest to znowu zjawisko szczątkowe, jasno dowodzące, że ongi gospodarze wobec przyjaciół byli

mniej pewni swoich naczyń i garderoby w przedpokoju.

Widzimy wiec, że były epoki, w których dzisiejsze "zjawiska szczątkowe" posiadały treść pełną

życia.  Zdaje  się,  że  i  wiele  dzisiejszych  treściwych  faktów  staną  się  kiedyś  tylko  szczątkowemi.
Umysły  wyższe  przewidują  tę  ewentualność  i  z  tego  powodu  mamy  ludzi,  którzy  już  w  naszych
czasach płacenie — naprzykład weksli w terminie — uważają za zjawisko szczątkowe.

Najmniej  domyślny  czytelnik  odgadnie  teraz,  że  powinszowania  noworoczne  należą  do  zjawisk

szczątkowych i są tylko odblaskiem wypadków, przy których Judzie wypowiadali słowa: "Bóg ci daj
szczęście"! z pulsem przyspieszonym, temperaturą podniesioną, okiem iskrzącem się, pod wpływem
wezbranego uczucia.

Ale jakie to były wypadki, jacy ludzie, jakie uczucia?... Kto dziś wie! Gdyby można zebrać ich

rozsypane popioły, ocucić zastygłe życie i zapytać... Usłyszelibyśmy może niejednę ciekawą historyę,
niejedną pożyteczną naukę.

Jeżeli  kiedy,  czytelniczko,  napotkasz  młodego  człowieka,  którego  twoje  oczki,  twoje  dołki  na

twarzy,  twój  zresztą  biust  —  przyprawią  o  lekki  zawrot  głowy  i  inne  chorobliwe  przypadłości...
Jeżeli znajdziecie się kiedy sami w altance... Jeżeli on zacznie mówić zwięźle, krótko i bez sensu...

Wówczas  pozwól,  aby  cię  wziął  za  rączkę  i  zapytaj  go,  niech  ci  wyjaśni:  w  jakim  to  dniu

wszelakie życzenia miały cechę szczerości?

Później zapisz sobie ten dzień, abyś wiedziała i w zgrzybiałej starości wnukom twoim objaśnić

potrafiła: kiedy się to zaczął nowy rok dla świata. Nie ten nowy rok, który zasuszeni astronomowie
oznaczają za pomocą lunet południkowych i zegarów wybijających sekundy, ale ten, w którym można
było wierzyć słówkom, choćby przesadnie życzliwym.

Trwa  to  bardzo  krótko.  Optyczna  oś  południkowej  lunety  i  noworoczna  gwiazda  ledwie  przez

mgnienie oka formują jednę linię prostą, ale pamięta sio takie rzeczy, ach! jak długo. Dzięki właśnie
temu — ludzie posiadają kalendarz.

Nim  jednak  dla  ciebie,  nadejdzie  nowy  rok,  zechciej  tymczasem  posłuchać  niżej  przytoczonego

wyjaśnienia życzeń.

Twój zakochany zrobiłby to niezawodnie dokładniej, no — ale co on, to nie ja...
Najdawniejszym  bogaczem  świata  był  Ofir.  Ziemie  jego  na  tydzień  drogi  ciągnęły  się  wzdłuż

Tygru. Miał 2. 000 niewolników, nad niemi 100 ekonomów i włódarzy i wielką moc bydła.

Działo  się  to  wkrótce  po  wygnaniu  człowieka  z  raju.  Słońce,  które  z  orszakiem  planet  uchodzi

około  sześćdziesięciu  milionów  mil  rocznie,  biegnąc  wciąż  naprzód,  nie  zdążyło  jeszcze  wyjść  za
obręb przestrzeni pierwotnej. Nie widzieli już ludzie ówcześni tego miejsca, skąd przylatują i dokąd
odlatują dusze i wielu z nich przestało wierzyć w życie wiekuiste, a także w nagrody i kary. Miejsce
to  skryło  się  już  za  gwiazdami.  Ale  przy  dniu  pogodnym  jeszcze  można  było  widzieć  w  niebie

background image

Jehowę,  siedzącego  na  tronie  złotym  z  jaspisowemi  kolumnami.  Dokoła  —  wyżej  i  niżej  (tak  się
zdawało patrzącym z ziemi) wisiały wagi zasług ludzkich. Gdy kto umierał, wagi jego znikały. Gdy
się  kto  rodził,  wagi  iego  zawieszono,  a  wtedy  talerz,  na  którym  leżały skarby  doczesne  i  ten,  na
którym  były skarby  wieczne    —  stał  w  równej  mierze.  Dopiero  z  biegiem  życia  jeden  albo  drugi
talerz przeważał.

Ponieważ  jednak  życie  wiekuiste  stracono  z  oczu,  a  życie  doczesne  w  owych  czasach  było

piękne, więc każdy modlił się o skarby znikome i tem więcej był rad, im bardziej szala jego na stronę
doczesną przeważała. Tylko ubodzy, którzy ani jednej palmy nie posiadali na własność i niewolnicy,
których bito, widzieli na niebie wielką obfitość skarbów wiecznych — i — płakali nad sobą.

Waga Ofira co rok mocniej pochylała sio w stronę majątku doczesnego i wszyscy mu zazdrościli,

a Ofir sam był kontent.

Jednego dnia (miał Ofir już lat 120 i chodząc opierać się musiał na prawnukach), ekonomowie i

włodarze jego złożyli mu rachunki ostatnich zbiorów.

Było  20,  000  owiec,  10,  000  bydła,  4,  000  wielbłądów,  3,  000  niewolników,  500  osłów,  100,

000 miar ryżu, 10, 000 miar oliwy i nieprzebrane mnóstwo innych rzeczy. Każdy sykl wypożyczony
przynosił bogaczowi sto syklów, a kto procentu nie płacił, stawał się jego niewolnikiem.

Kupcy  z  zachodu,  którzy  u  Ofira  kupowali  ryż,  deski  cedrowe  i  szerść  zwierząt,  zeznali  pod

przysięgą, że takiego jak on bogacza nie było jeszcze na ziemi.

I Ofir cieszył się. A gdy słońce zaszło, wsparty na dwu prawnukach poszedł spać do izby, która

zamiast dachu miała szkarłatny namiot nad sobą.

Był to dla Ofira dzień wielki, lecz dla niewolników taki jak inne.
Gdy powiał gorący wiatr od południa i rozsunął makaty, bogacz widział zdaleka ognie zapalone

przy młynach, które stu mocno okutych niewolników obracało. A jeżeli który ustał, albo chciał wody
zaczerpnąć  z  kałuży  dla  zmoczenia  warg  spiekłych,  włodarze  siekli go  tęgiemi  batami  od  stóp  do
głów. I całą noc słychać było w tamtej stronie turkot młynów, szczęk łańcuchów, chlustanie batami i
wycie niewolników. Czasem tylko młyn nagle stawał, co było znakiem, że jakiś niewolnik wyzionął
ducha, a wtedy jego wagi zdjęto z nieba.

Gdy  powiał  chłodniejszy  wiatr  od  północy  i  rozsunął  makaty,  bogacz  widział  w  tamtej  stronie

długi szereg jaskiń, gdzie spali niewolnicy. Stamtąd dolatywały go chrapania znużonych pracą, płacz
matek i kwilenie niemowląt. Czasem który człowiek przywalony innym bo było ciasno w jaskiniach,
zrywał  się  ze  snu  i  wydobywał  na  wierzch,  a  wtedy  klęli  go  i  potrącali  inni,  że  im  spać  nie  daje.
Czasem  spadał  który  w  obrzydłą  wilgoć  i  —  topiąc  się  —  ryczał.  Innym  złe  robactwo  zasnąć  nie
pozwalało i ci, siedząc, rozmawiali między sobą o lepszych czasach.

Niekiedy na niebie ukazywały się nowe wagi, na których skarby wieczne i skarby doczesne stały

w  równej  mierze.  Wtedy  Ofir  wiedział,  że  mu  przybywa  jeden  niewolnik.  Rozpamiętując  zaś  co
widział i słyszał, rzekł do siebie, że wszystko jest dobrze.

Chciał  się  modlić  za  tyle  dobrodziejstw  i  podniósł  oczy  ku  niebu.  Tam  na  złotym  tronie  z

jaspisowemi kolumnami siedział wielki Jehowa, z obliczem spokojnem i patrzał daleko, daleko, aż
gdzie błyskawice spojrzeń jego stwarzały nowe piętra nieskończoności i światy przeogromne.

Wtedy pomyślał Ofir.
—  Co  będzie,  jeżeli  pan  na  mnie  spojrzy?  Czy  pod  jego  wzrokiem  nie  rozpadłaby  się  w  proch

ziemia cała?

Wtedy  zobaczył  nad  głową  Wszechmocnego  wagi  z  napisem: Wagi  Ofira.   Jeden  ich  talerz  ze

"skarbami wiecznemi" był tak lekki, że unosił się w górę aż tam, gdzie już nic nie było. Drugi talerz
ze  "skarbami  doczesnemi"  zdawał  się  wciąż  pochylać  nad  zamyślonem  czołem  Stwórcy.  Ile  razy

background image

który  niewolnik  jęknął,  albo  bat  chlustnął,  albo  kobieta  zapłakała,  —  tyle  razy  talerz  "skarbów
doczesnych" pochylał się mocniej, aż gięła się belka wagi.

Jeszcze chwila a wagi ofirowe potrącą Przedwiecznego...
Bogacz  struchlał  i  uczul  straszny  ból.  Zdawało  mu  się,  że  najmocniej  poraniony  niewolnik,

przysypany w swojej kałuży mrowiskiem robactwa — jest szczęśliwszy od niego.

A tymczasem młyn turkotał, dzwoniły łańcuchy, wyli ludzie i wagi ofirowe spadały wciąż niżej.
Na  wschodzie  ukazał  się  biały  rąbek.  Słońce  nie  mogło  wejść  nad  ziemię,  z  obawy,  aby  nie

zobaczyć jak Pana potrącą wagi bogacza. Drzewa stuliły liście, ptactwo upadło na ziemię, a dzikie
zwierzęta kryły oblicza swoje w piasku pustyni.

Cały świat czekał na jakieś wielkie nieszczęście.
Wtedy Ofir szepnął zsiniałemi ustami:
— Całoroczny dochód mój oddaję niewolnikom!...
Na niebie waga drgnęła i talerz skarbów doczesnych poszedł nieco w górę, choć daleko ma było

do skarbów wiecznych.Świat odetchnął i pokazał się skrawek słońca.

Ofir  zwołał  ekonomów  i  kazał  wszystkie  roboty  na  dzień  dzisiejszy  wstrzymać,  a  potem

sprowadzić niewolników przed siebie.

Waga podniosła się znowu w górę.
Gdy przyszli zdziwieni i zatrwożeni niewolnicy, Ofir rzekł do nich:
— Będziecie wykąpani dziś w wodzie czystej, a rany wasze zostaną wytarte oliwą...
Wagi szły w górę.
Zamiast  świńskiej  żołędzi  jeść  będziecie  mąkę.  Łańcuchy  zdejmą  z  was  i  bić  przestaną.

Dostaniecie płótna dla siebie i żon waszych i po dwa sykle pieniędzy.

Wagi szły w górę.
Niewolnicy z początku milczeli z bojaźni: czy ich pan nie zwarjował? Ale gdy poczęto rozdawać

im:  mąkę,  oliwę,  płótno  i  po  dwa  sykle  pieniędzy,  rozległ  się  okrzyk  trzech  tysięcy  poranionych
ludzi:

— Niech cię Bóg błogosławi!... Niech ci da szczęście!...
—  Wagi  wciąż  szły  do  równej  miary  i  już  widać  było  talerz  "skarbów  wiecznych"  —  choć

jeszcze bardzo wysoko.

Niewolnicy  rozbiegli  się  do  blizkiego  miasteczka  i  poczęli  kupować  zabawki  dla  dzieci.  Ten

chwytał batożek, inny świstawkę glinianą, inny papierowego kozaka albo grzechotkę.

Gdy  zaś  wrócili  do  swoich  jaskiń,  usłyszano  rzecz  niezwykłą.  Oto  zamiast  płaczu  niewiast  i

kwilenia niemowląt rozległy się śmiechy, krzyki, świstania, strzelania z batożków i grzechotanie.

Waga  Ofira  spadła  nagle  do  równej  miary  i  bogacz  stał  się  jak  dziecię,  które  przychodząc  na

świat tyle posiada skarbów doczesnych ile wiecznych.

Aż  Jehowa,  którego  uszu  dolatywały  tylko  płacz  i  skargi,  usłyszawszy  w  ziemi  Ofira  śmiechy,

błogosławieństwa, świstanie i grzechotanie dzieci, — zadziwił się.

I  oderwawszy  wszechmocny  wzrok  swój  od  nieskończoności,  w  którą,  był  zapatrzony,  —

spojrzał na Ofira.

Starzec padł jakby w niego sto gromów uderzyło i już nie podniósł się. Dusze jego, niewinną jak

dziecię,  porwał  wicher  nadziemski  i  odniósł  w  odległą  krainę.  Gdzie  Adam  z  Ewą  zażywają
wiekuistej młodości i gdzie litościwy Abel tuli na własnej piersi łzami zalanego bratobójcę Kaina.

Przygoda Ofira stała się sławną na cały świat i przez długi czas panowała po nim na ziemi bojaźń

boska.

Na  pamiątkę  zaś,  synowie,  wnuki  i  prawnuki  Ofira,  każdego  roku  po  zbiorach  i  rachunkach,

background image

dawali  niewolnikom  swoim  dzień  wypoczynku  i  obsypywali  ich  darami,  przyjmując  w  zamian
modlitwy, błogosławieństwa i życzenia wszelkiej pomyślności.

Ale słońce z orszakiem planet biegnie wciąż naprzód z prędkością sześćdziesięciu milionów mil

rocznie, skutkiem tego ludzie stracili z oczu miejsce, skąd przychodzą i dokąd wracają dusze, ale co
gorzej — nie widzą już Jehowy i onych wag ze skarbami doczesnemi i wiecznemi.

Wieść o przygodzie Ofira, biegnąc przez tysiące pokoleń, ucichła. Jego zaś dary dla niewolników

z miłości ku Jehowie rozdane, stały się później "zjawiskiem szczątkowem w życia społeczeństw. "

Bogaci  gratyfikuja.  i  dziś  na  nowy  rok,  odtrąciwszy  poprzednio  właściwą  sumę  z  zarobków.

Niewolnicy i dziś błogosławią ich, w duszy przeklinając.

A jak się tam dzieje z wagami na niebie, który talerz mocniej przeważa? Kto to wie!...
Wszechmocny też, do którego uszu dolatuje mało okrzyków radosnych, lecz dużo klątw i płaczu,

nie  spogląda  już  na  ziemię.  Dał  przecie  światu  prawa  niezawodny  ludziom  przebiegły  rozum  i
współczucie, — czegóż więc chcieć od Niego?

Siejcie na ziemi co wam lepiej do smaku przypadnie, pamiętając o przyszłych zbiorach. Miejcie

jednak tyle rozsądku i wstydu, ażeby nie dziwić się kiedyś owocom własnej pracy i pożądań.

ŻYWY TELEGRAF.
 
Pani  hrabina,  podczas  wizyty  w  zakładzie  sierot,  spostrzegła  na  korytarzu  niezwykłą  scenę:

czterech chłopców wydzierało sobie podartą książkę, dość żwawo okładając się kułakami.

—  Zdaje  mi  się,  dzieci,  że  się  bijecie?...  —  zawołała  przestraszona  dama.  —  Za  to  żaden  nie

dostanie pierniczka i jeszcze pójdzie klęczyć.

— Bo, proszę pani, on mi zabrał Robinsona! — tłumaczył sio jeden chłopiec.
— Nieprawda, bo to on!... — zaprzeczył drugi.
— Widzisz, jak kłamiesz! — zawołał trzeci. To ty odebrałeś mi Robinsona.
Zakonnica objaśniła damę, że mimo pilnego dozoru, podobne wypadki trafiają się dosyć często:

dzieci bowiem łakną czytania a książek zakład nie posiada.

W sercu pani hrabiny zatliła się jakaś iskra. Ponieważ jednak nużyło ją myślenie, więc starała się

zapomnieć  o  tem.  Dopiero  w  salonie  radcy,  gdzie  wypadło  mówić  o  rzeczach  pobożnych  i
dobroczynnych, opisała wypadek w zakładzie, wraz z objaśnieniem zakonnicy.

Radca  słuchając,  doznał  też  niezwykłego  uczucia  i,  jako  bieglejszy  w  sztuce  myślenia,

zawnioskował, że należałoby wysłać książki dla sierot. Przypomniał sobie nawet, że w szafie czy w
kufrze, posiada cały stos butwiejących druków, które niegdyś kupował dla swych dzieci; lecz — za
ciężki już był do grzebania w rupieciach.

Wieczorem  radca  znalazł  się  u  pana  Z.,  któremu  całe  życie  upływało  na  oddawaniu  drobnych

usług  ludzkości  zawartej  między  VII-mą  a  III-cią  klasą  urzędowej  hierarchii.  Chcąc  mu  zrobić
przyjemność, radca opowiedział panu Z. to, co hrabina widziała w zakładzie i słyszała od zakonnicy,
dodając ze swej strony, że — wypada postarać się o książki dla sierot.

—  Nic  prostszego!  —  wykrzyknął  pan  Z.  Wstąpię  jutro  do  redakcyi Kuryera  i  wpłynę  na  nich,

ażeby zrobili ogłoszenie.

Na  drugi  dzień  pan  Z.  wbiegł  zadyszany  do Kuryera, na wszystkie świętości błagając redakcyę

ażeby wezwała ogół do składania książek dla sierot.

Trafił  szczęśliwie,  ponieważ  brakowało  do  numeru  kilkuwierszowej  wiadomości  sensacyjnej.

Jakoż referent wydziału uczuciowego siadł i napisał:

"Gromadka dzieci zostających pod opieką publiczną cierpi na brak książek.
Maleństwo tęskni.

background image

Pamiętajcie o duszach głodnych!"
Potem gwiżdżąc wyszedł na obiad.
W  parę  dni  później  —  w  niedzielę  —  przed  zamkniętemi  drzwiami  redakcyi  spotkałem  ubogo

odzianego  człowieka  z  rękoma  czarnemi  jak  u  kominiarza,  a  wraz  z  nim  szczupłą  dziewczynkę,
niosącą pakę starych książek.

— Czego pan sobie życzy?
Ufarbowany człowiek uchylił czapki i odparł nieśmiało.
Przynieśliśmy, proszę pana, kilka książek dla tych "głodnych" co panowie pisali...
A szczupła dziewczynka dygnęła, rumieniąc się o ile jej na to pozwalały początki blednicy.
Wziąłem od niej książki i oddałem redakcyjnemu chłopcu.
— Jakże się pan nazywa? — spytałem.
— Proszę pana — a na co to? odparł zmięszany.
— Musimy przecież wydrukować, kto dał książki.
—  O!  to  nie  potrzeba,  proszę  pana;  ja  przecie  jestem  ubogi  człowiek,  z  fabryki  kapeluszy...  To

niepotrzeba...

I odszedł wraz z mizerną córeczką.
Obok mnie stał uczony profesor fizyki i zapewne skutkiem tego przyszedł mi na myśl — telegraf

nowej konstrukcyi.

Główną  stacyą  był  zakład  sierot,  boczną  —  robotnik  z  fabryki  kapeluszy;  gdy  jeden

zasygnalizował "baczność" drugi natychmiast odpowiedział. Gdy jeden zażądał, drugi przyniósł.

My inni spełniliśmy funkcye słupów telegraficznych.

background image

NA WAKACYACH.

 
Wieczorem,  jak  zwykle,  przyszedł  do  mnie  mój  szkolny  kolega.  Mieszkaliśmy  obaj  na  wsi,  o

kilka  wiorst  od  siebie  i  widywaliśmy  się  prawie  co  dzień.  Był  to  przystojny  blondyn,  którego
łagodne  oczy  mogły  rozmarzyć  niejedne  kobietę.  Mnie  pociągał  jego  niewzruszony  spokój  i
trzeźwość umysłu.

Tego dnia spostrzegłem, że mu coś dolega; patrzył w ziemię i gorączkowo uderzał się po nogach

szpicrutą. Nie uważałem za stosowne pytać go o powód widocznego zakłopotania, ale on sam zaczai.

— Wiesz — odezwał się — miałem dziś głupi wypadek.
Zdziwiłem  się;  było  rzeczką  prawie  niepodobną,  ażeby  "głupi  wypadek"  mógł  się  zdarzyć  tak

panującemu nad sobą człowiekowi.

— Mieliśmy — mówił dalej — zrana we wsi pożar. Spaliła się chałupa...
— A tyś może skoczył w ogień?... — przerwałem mu trochę drwiącym tonera.
Wzruszył  ramionami  i  zdawało  mi  się,  że  się  lekko  zarumienił;  zresztą  może  mu  padł  na  twarz

blask zachodzącego słońca.

— Zapaliły się — ciągnął po przerwie — konopie na strychu u chłopa, a w kilka minut później

strzecha. Czytałem w tej chwili jakiś zajmujący rozdział Say'a, ale na widok kłębów czarnego dymu i
płomyków  wydobywających  się  ze  szczelin  przy  kominie,  opanowała  mnie  fllisterska  ciekawość  i
powlokłem się na miejsce. Ludzie byli przy robocie, wiec zastałem zaledwie kilka osób: dwie baby
lamentujące  nad  nieszczęściem,  organiścinę,  która  obrazem  Ś-go  Floryana  zażegnywała  pożar  i
chłopa,  który  medytował,  trzymając  w  obu  rękach  pustą  konewkę.  Od  nich  usłyszałem,  że  chałupa
zamknięta, bo gospodarz z kobietą wyszli w pole.

— Oto nasz system budowania!... — pomyślałem. Dom płonie, jakby go prochem nabito...
Istotnie  w  ciągu  paru  minut  cały  dach  stał  w  płomieniu:  dym  gryzł  w  oczy,  a  ogień  tak  mocno

przypiekał, że z obawy o żakietę musiałem cofnąć się o parę kroków.

Tymczasem nadbiegło więcej ludzi 7. osękami, siekierami i wodą; jedni poczęli wywracać płot,

któremu nic nie groziło, inni leli wodę z konewek w taki sposób, że nie tknąwszy ognia, przemoczyli
do nitki zgromadzonych, a jednę babę wywrócili na ziemię. Nie robiłem im żadnych uwag, wiedząc,
że nic nie grozi dalszym budynkom; chata zaś była nie do uratowania.

Nagle ktoś krzyknął: "tam jest dziecko, ten mały Stasiek!... " "Gdzie?... " spytano. "W chałupie,

śpi w nieckach pod oknem... Ino który wybij szybę, a jeszcze wyciągniesz żywego... "

Nikt  się  jednak  nie  ruszył.  Słoma  na  dachu  już  spłonęła,  a  krokwie  żarzyły  się,  jak  rozpalone

druty.

Wyznaję, że, gdym to usłyszał, serce drgnęło mi w niezwykły sposób.
"Jeżeli  nikt  nie  idzie  —  pomyślałem  —  więc  ja  pójdę...  Na  uratowanie  chłopca  wystarczy  pół

minuty. Czasu aż nadto, ale — jakież piekielne gorąco!.. ?

"No,  rusz-że  się  który!  wołały  baby.  O  wy.  psie  dusze,  nie  warciśta  nazywać  się  chłopami!...  "

"To leź sama w ogień, kiedyś taka mądra, ofuknął ktoś z tłumu. Tam pewna śmierć, a dziecko, słabe,
jak kurczę i tak już nie żyje... "

"Ładnie!  —  pomyślałem  —  nikt  nie  idzie  a  ja  jeszcze  się  waham!  Chociaż  —  szepnęła  mi

rozwaga — jakie licho ciągnie mnie do bezcelowej awantury?... Czy ja wiem, gdzie leży dzieciak?...
"

"Może wypadł z niecek?... "

background image

Belki już były zwęglone i z głuchym trzaskiem zaczęły się wyginać.
"Ale trzeba w końcu wedrzeć się tam — myślałem — każda sekunda jest droga. Dzieciak przecie

nie może spalić się, jak robak. " "Lecz jeżeli jaż nie żyje?... odpowiedziało zastanowienie, w takim
razie szkoda nawet surduta... "

Zdaleka  odezwał  się  straszny  krzyk  kobiecy:  "Ratujcie  dziecko!...  "  "Trzymajcie  ją!...  —

zawołano w odpowiedzi. — Skoczy w ogień i zginie... "

Usłyszałem  za  sobą  jakieś  szamotanie  i  ten  sam  krzyk:  "Puszczajcie!...  to  moje  dziecko!...  "

"Ciągnij ją wpół!... " odpowiedziano.

Nie mogłem wytrzymać i rzuciłem się naprzód. Owionął mnie żar, dym, dach zatrzeszczał, jakby

go  rozdarto,  z  komina  posypały  się  cegły.  Poczułem,  że  mi  się  tlą  włosy  i  —  cofnąłem  się
rozgniewany: "Co za głupi sentymentalizm — pomyślałem — dla garstki ludzkich popiołów robić ze
siebie straszydło?... Jeszcze powiedzą, że tanim kosztem chciałem pozostać bohaterem!... "

Wtem  potrąciła  mnie  jakaś  młoda  dziewczyna,  biegnąca  do  chaty.  Usłyszałem  brzęk  wybitych

szyb, a gdy nagły wiatr odgarnął tuman dymu, zobaczyłem ją w oknie tak silnie pochyloną do wnętrza
izby, że widać było jej nieumyte nogi.

"Co  ty  robisz,  waryatko?  krzyknąłem  —  tam  już  jest  trup,  nie  dziecko...  "  "Jagna!  chodzi  tu...  "

zawołano z tłumu.

Pułap zapadł się, aż iskry sypnęły do nieba. Dziewczyna znikła w dymie, a mnie pociemniało w

oczach.

"Ja — gna!... " powtórzył lamentujący głos.
"Zara!... zara!... " odpowiedziała dziewczyna, przebiegając koło mnie z powrotem. Z wysiłkiem

dźwigała w rękach chłopca, który, obudziwszy się, wrzeszczał w niebogłosy.

— "Więc dziecko żyje? spytałem.
— Jak najzdrowsze.
— A dziewczyna — czy to jego siostra?
—  Gdzież  tam  —  odparł  —  zupełnie  obca;  nawet  służy  u  innego  gospodarza  i  ma  najwyżej

piętnaście lat.

— I nic się jej nie stało?
— Opaliła sobie chustkę i trochę włosów. Idąc tu, widziałem ją; skrobała przed sienią kartofle i

coś sobie nuciła fałszywym głosem. Chciałem jej wyrazić moje uznanie, nagle jednak przyszły mi na
myśl jej dziki zapał i mój rozsądny takt wobec cudzego nieszczęścia i — taki mnie wstyd ogarnął, że
nie śmiałem do niej przemówić ani wyrazu.

— My już tacy!... dodał i począł szpicrózgą ścinać rosnące przy drodze badyle.
Na  niebie  zaczęły  się  pokazywać  gwiazdy  i  chłodny  wiatr  przyniósł  od  stawu  rechotanie  żab  i

kwilenie zabierających się do snu ptaków wodnych. Zwykle o tej porze obaj układaliśmy projekty na
przyszłość, lecz dziś, żaden ust nie otworzył. Za to zdawało mi się, że dokoła nas szepcą krzaki: —
Wy już tacy!...

background image

KOCHA - NIE KOCHA ?!...

Pewnej  nocy  spotkałem  na  ewangelickim  placu  mego  przyjaciela,  Karola.  Wałęsał  się  tam  i

napowrót z zadartą głową, w dziwnie bezładny sposób. Biegał w zygzak, stawał, cofał się, zbaczał,
depcząc przytem trawniki i potrącając się o młode drzewka.

Zdawało mi się, że ma spieczone usta, a na twarzy niezdrowy rumieniec.
Nieodrazu mnie poznał i zaczął mówić z gorączkowym pośpiechem:
—  Siniejesz  się?  wiem,  uważasz  mnie  za  warjata.  Swoją  drogą  nie  oddałbym  mego  obłędu  za

twój doktrynerski spokój. Co mnie tam wasze wielkie kwestye!... Miłość — to kwestya...

— Wyglądasz kogoś? - spytałem.
— A naturalnie! - odparł tonem bez potrzeby zuchwałym - Myślisz, że się będę zapierał? Wcale

nie. Powiem ci więcej: trawię tu na czekaniu cale wieczory i jestem szczęśliwy, gdy po tygodniowej
włóczędze spotkam i popatrzę na nią  — choćby przez kilka minut.

— W każdym razie jest to dosyć jednostajne zajęcie.
— Urozmaicam je, niekiedy myśląc - że mnie już kocha, a niekiedy odgadując - czy mnie kocha?

Czasami wynajduję sobie zabawę losową i przechodząc z jednego końca placu na drugi, liczę kroki:
"kocha" - "nie kocha" - "kocha" -"nie kocha"... Ale dziś wymyśliłem grę, która mi lepiej przypadła do
usposobienia.  Oto  wybieram  na  niebie  jakąś  gwiazdę,  a  potem  na  placu  wyszukuję  taki  punkt,  z
którego mógłbym spostrzedz ją na szczycie kościelnej kopuły. Gdy znajdę podobne miejsce odrazu, a
moja gwiazda błyśnie tuż nad krzyżem, to znaczy "kocha"...

— A często trafiasz?
— Dosyć... i to mi sprawia nieopisaną rozkosz.
— No - dobranoc - rzekłem.
—  Och!  —  szepnął,  targając  mnie  za  rękę  —  dziwi  cię  to,  iż  znalazł  się  człowiek,  który  ma

odwagę mówić głośno, że kocha i jak kocha?...

Odszedłszy  kilkanaście  kroków  stanąłem  przy  chodniku,  a  mój  przyjaciel  na  nowo  zaczął

praktykę, taczając się jak pijany.

Na skręcie jednej ze ścieżek placu, tuż około zakochanego, mignęły dwa cienie. Para i samotnik

nie spostrzegli się nawzajem; on bowiem był wciąż zatopiony w gwiazdach, a oni w rozmowie. Szli
pod rękę, zwolna i tak blizko siebie, że zdawali się tworzyć jednę całość. Dama pochyliła głowę na
ramię mężczyzny, a on, zdaje się, że ściskał jej rączkę.

Gdy zbliżyli się do chodnika, padło na nich światło latarni. Damą była ona, mężczyzną — drugi

mój przyjaciel, pan Józef.

Przywitali  się  ze  mną  krótko,  aby  zbyć.  Tylko ona  nerwowo  ścisnęła  mnie  za  rękę  i,  topiąc

zamglone oczy w moich okularach, rzekła półgłosem:

— Spodziewam się, że Karol nie będzie wiedział o tem, ani słówka...
I  odeszli,  lecz ona, jeszcze raz odwróciwszy się, pogroziła mi, i, głosem, podobnym do szmeru

gołębich skrzydeł, dodała:

— Bo będę się bardzo gniewać!...
Jestem pewny, że w tej chwili mój przyjaciel Karol widział gwiazdę nad szczytem kopuły.

background image

KATARYNKA

 
Na ulicy Miodowéj, codzień, około południa można było spotkać jegomościa w pewnym wieku,

który  chodzi!  z  placu  Krasińskich  ku  ulicy  Senatorskiéj.  Latem,  nosił  on  wykwintne,  cieimno-
granatowe palto, popielate spodnie od pierwszorzędnego krawca, buty połyskujące jak zwierciadła
— i — nieco wyszarzany cylinder.

Jegomość  miał  twarz  rumianą,  szpakowate  faworyty  i  siwe,  łagodne  oczy.  Chodził  pochylony,

trzymając  ręce  w  kieszeniach.  W  dzień  pogodny  nosił  pod  pachą  laskę;  w  pochmurny  -  dźwigał
jedwabny parasol angielski.

Był zawsze głęboko zamyślony i posuwał się zwolna. Około Kapucynów dotykał pobożnie ręką

kapelusza i przechodził na drugą stronę ulicy, ażeby zobaczyć u Pika: jak stoi barometr i termometr?
potem znowu zawracał na prawy chodnik, zatrzymywał się przed wystawą Mieczkowskiego, oglądał
fotografie Modrzejewskiej — i szedł dalej.

W drodze ustępował każdemu, a potrącony, uśmiechał się życzliwie.
Jeżeli kiedy spostrzegał ładną kobietę, zakładał binokle, aby przypatrzeć się jej. Ale że robił to

flegmatycznie, więc zwykle spotykał go zawód.

Ten jegomość był to — pan Tomasz.
Pan  Tomasz  trzydzieści  lat  chodził  ulicą  Miodową  i  nieraz  myslał,  że  się  na  niej  wiele  rzeczy

zmieniło. Toż samo ulica Miodowa pomyślećby mogła o nim.

Gdy  był  jeszcze  obrońcą,  biegał  tak  prędko,  że  nie  uciekłaby  przed  nim  żadna  szwaczka,

wracająca  z  magazynu  do  domu.  Był  wesoły,  rozmowny,  trzymał  się  prosto,  miał  czuprynę  i  nosił
wąsy zakręcone ostro do góry. Już wówczas sztuki piękne robiły na nim wrażenie, ale czasu im nie
poświęcał, bo szalał — za kobietami. Co prawda, miał do nich szczęście i nieustannie byt swatany.
Ale cóż z tego, kiedy pan Tomasz nie mógł nigdy znaleść ani jednej chwili na oświadczyny, będąc
zajęty, jeżeli nie praktyką, to — schadzkami. Od Frani szedł do sądu, z sądu biegł do Zosi, którą nad
wieczorem opuszczał, ażeby z Józia i Filką zjeść kolacyę.

Gdy został mecenasem, czoło, skutkiem natężonej pracy umysłowej, urosło mu aż do ciemienia, a

na wąsach pokazało się kilka srebrnych włosów.

Pan  Tomasz  pozbył  się  już  wówczas  młodzieńczej  gorączki,  miał  majątek  i  ustaloną  opinię

znawcy sztuk pięknych. A że kobiety wciąż kochał, więc począł myśleć o małżeństwie. Najął nawet
mieszkanie  z  sześciu  pokojów  złożone,  urządził  w  niem  na  własny  koszt  posadzki,  sprawił  obicia,
piękne meble — i — szukał żony.

Ale człowiekowi dojrzałemu trudno zrobić wybór. Ta była za młoda, a tamtą uwielbiał już zbyt

długo. Trzecia miała wdzięki i wiek właściwy, ale nieodpowiedni temperament, a czwarta posiadała
wdzięki,  wiek  i  temperament  należyty,  ale...  nie  czekając  na  oświadczyny  mecenasa,  wyszła  za
doktora...

Pan  Tomasz  jednak  nie  martwił  się,  ponieważ  panien  nie  brakło.  Ekwipował  się  powoli,  coraz

usilniej  dbając  o  to,  ażeby  każdy  szczegół  jego  mieszkania  posiadał  wartość  artystyczną.  Zmieniał
meble, przestawiał zwierciadła, kupował obrazy.

Nareszcie porządki jego stały się sławne. Sam nie wiedząc kiedy, stworzył u siebie galeryę sztuk

pięknych,  którą  coraz  liczniej  odwiedzali  ciekawi.  Że  zaś  był  gościnny,  przyjęcia  robił  świetne  i
utrzymywał stosunki z muzykami, więc nieznacznie zorganizowały się u niego wieczory koncertowe,
które nawet damy zaszczycały swoją obecnością.

Pan  Tomasz  był  wszystkim  rad,  a  widząc  w  zwierciadłach,  że  czoło  przerosło  mu  już  ciemię  i

background image

sięga  w  tył  do  białego  jak  śnieg  kołnierzyka,  coraz  częściej  przypominał  sobie,  że  bądź  co  bądź
trzeba się ożenić. Tembardziej, że dla kobiet wciąż czul życzliwość.

Raz,  kiedy  przyjmował  liczniejsze  niż  zwykle  towarzystwo,  jedna  z  młodych  pań,  rozejrzawszy

się po salonach, zawołała:

— Co za obrazy... A jakie gładkie posadzki!... Żona pana mecenasa będzie bardzo szczęśliwa.
— Jeżeli do szczęścia wystarczą jej gładkie posadzki, — odezwał się na to półgłosem serdeczny

przyjaciel mecenasa.

W salonie zrobiło się bardzo wesoło. Pan Tomasz także uśmiechnął się, ale od tej pory, gdy mu

kto wspomniał o małżeństwie, machał niedbale ręką, mówiąc:

— I i i!...
W tych czasach ogolił wąsy i zapuścił faworyty.
O kobietach wyrażał się zawsze z szacunkiem, a dla ich wad okazywał dużą. wyrozumiałość".
Nie  spodziewając  się  niczego  od  świata,  bo  już  i  praktykę  porzucił,  mecenas  cale,  spokojne

uczucie swoje skierował do sztuki. Piękny obraz, dobry koncert, nowe przedstawienie teatralne, były
jakby wiorstowemi słupami na drodze jego życia. Nie zapalał się on, nie unosił, ale — smakował.

Na koncertach wybierał miejsca odległe od estrady, ażeby słuchać muzyki, nie słysząc hałasów i

nie  widząc  artystów.  Gdy  szedł  do  teatru,  obeznawał  się  wprzódy  z  utworem  dramatycznym,  ażeby
bez  gorączkowej  ciekawości  śledzić  grę  aktorów.  Obrazy  oglądał  wówczas,  gdy  było  najmniej
widzów i spędzał w galeryi całe godziny.

Jeżeli podobało mu się coś, mówił:
— Wiecie państwo, że to jest wcale ładne. Należał do tych niewielu, którzy najpierwej
poznają się na talencie. Ale utworów miernych nigdy nie potępiał.
— Czekajcie, może się jeszcze wyrobi!— mówił, gdy inni ganili artystę.
I tak zawsze był pobłażliwy dla niedoskonałości ludzkiej, a o występkach nie rozmawiał.
Na nieszczęście — żaden śmiertelnik nie jest wolny od jakiegoś dziwactwa, a pan Tomasz miał

także swoje. Oto — nienawidził kataryniarzy i katarynek.

Gdy  mecenas  usłyszał  na  ulicy  katarynkę,  przyśpieszał  kroku  i  na  parę  godzin  tracił  humor.  On,

człowiek spokojny — zapalał się, jak był cichy — krzyczał, a jak był łagodny — wpadał w gniew,
na pierwszy odgłos katarynkowych dźwięków.

Z tej swojej słabości nie robił przed nikim tajemnicy, nawet tłumaczył się:
— Muzyka — mówił wzburzony — stanowi najsubtelniejsze ciało ducha, w katarynce zaś duch

ten przeradza się w funkcyę machiny i narzędzie rozboju. Bo kataryniarze są po prostu rabusie!

Zresztą  —  dodawał  —  katarynka  rozdrażnia  mnie,  a  ja  mam  tylko  jedno  życie,  którego  mi  nie

wypada trwonić na słuchanie obrzydliwej muzyki.

Ktoś złośliwy, wiedząc o wstręcie mecenasa do grających machin, wymyślił niesmaczny żart — i

—  wysłał ma pod okna dwu kataryniarzy. Pan Tomasz zachorował z gniewu, a następnie odkrywszy
sprawcę, wyzwał go na pojedynek.

Aż sąd honorowy trzeba było zwoływać dla zapobieżenia rozlewowi krwi, o rzecz tak małą na

pozór.

Dom,  w  którym  mecenas  mieszkał,  przechodził  kilka  razy  z  rąk  do  rąk.  Rozumie  się,  że  każdy

nowy  właściel  uważał  za  obowiązek  podwyższać  wszystkim  komorne,  a  najpierwej  panu
Tomaszowi. Mecenas z rezygnacyą płacił podwyżkę, ale pod tym warunkiem, wyraźnie zapisanym w
umowie, że: katarynki grywać w domu nie będą.

Niezależnie  od  kontraktowanych  zestrzeżeń,  pan  Tomasz  wzywał  do  siebie  każdego  nowego

stróża i przeprowadzał z nim taką mniej więcej rozmowę:

background image

— Słuchajno, kochanku... A jak ci na imię?...
— Kazimierz., proszę pana.
—  Słuchajże,  Kazimierzu!  Ile  razy  wrócę  do  domu  późno,  a  ty  otworzysz  mi  bramę,  dostaniesz

dwadzieścia groszy. Rozumiesz?...

— Rozumiem, wielmożny panie.
— A oprócz tego będziesz brał odemnie dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co ?...
— Nie moge wiedzieć, jaśnie panie — odpowiedział wzruszony stróż.
— Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek. Rozumiesz?...
— Rozumiem, jaśnie wielmożny panie.
Lokal  mecenasa  składał  się  z  dwu  części.  Cztery  większe  pokoje  miały  okna  na  ulicy,  dwa

mniejsze  —  od  podwórza.  Paradna  polowa  mieszkania  przeznaczana  była  dla  gości.  W  niej
odbywały  się  rauty,  przyjmowani  byli  interesanci  i  stawali  krewni  albo  znajomi  mecenasa,  ze  wsi.
Sam pan Tomasz ukazywał się tu rzadko i tylko dla sprawdzenia: czy wywoskowano posadzki, czy
starto kurz i nie uszkodzono mebli?

Całe zaś dni, o ile nie przepędzał ich za domem, przesiadywał w gabinecie od podwórza. Tam

czytywał  książki,  pisywał  listy,  albo  przeglądał  dokumenty  znajomych,  którzy  prosili  go  o  radę. A
gdy nie chciał forsować wzroku, siadał na fotelu naprzeciw okna i zapaliwszy cygaro, zatapiał się w
rozmyślaniach.  Wiedział  on,  że  myślenie  jest  ważną  funkcyą  życiową,  której  nie  powinien
lekceważyć człowiek, dbający o zdrowie.

Z  drugiej  strony  podwórza,  wprost  okien  pana  Tomasza,  znajdował  się  lokal  wynajmowany

osobom  mniej  zamożnym.  Długi  czas  mieszkał  tu  stary  urzędnik  sądowy,  który  spadłszy  z  etatu,
przeniósł  się  na  Pragę.  Po  nim  najął  pokoiki  krawiec;  lecz,  że  ten  lubił  niekiedy  upijać  się  i
hałasować,  więc  wymówiono  mu  mieszkanie.  Później  sprowadziła  się  tu  jakaś  emerytka,  wiecznie
kłócąca się ze swoją sługą.

Ale  od  św.  Jana,  staruszkę,  już  bardzo  zgrzybiałą  i  wcale  zasobną,  pomimo  jej  kłótliwego

usposobienia,  wzięli  na  wieś  krewni,  a  do  lokalu  sprowadziły  się  dwie  panie  z  małą,  może
ośmioletnią dziewczynką.

Kobiety  utrzymywały  się  z  pracy.  Jedna  szyła,  druga  wyrabiała  pończochy  i  kaftaniki  na

maszynie. Młodszą z nich i przystojniejszą dziewczynka nazywała mamą, a starszej mówiła: pani.

I u. mecenasa i u nowych lokatorów okna przez cały dzień były otwarte. Kiedy więc pan Tomasz

usiadł na swoim fotelu, doskonale mogł widzieć: co się dzieje u jego sąsiadek.

Były  tam  sprzęty  ubogie.  Na  stołach  i  krzesłach,  na  kanapie  i  na  komodzie  leżały  tkaniny

przeznaczone do szycia i kłębki bawełny na pończochy.

Zrana  kobiety  same  zamiatały  mieszkanie,  a  około  południa  najemnica  przynosiła  im  niezbyt

obfity obiad. Zresztą każda z nich prawie nie odstępowała ud swojej turkoczącej maszyny.

Dziewczynka  zwykle  siedziała  przy  oknie.  Było  to  dziecko  z  ciemnemi  włosami  i  ładną

twarzyczką,  ale  blade  i  jakieś  nieruchawe.  Czasami  dziewczynka,  zapomocą  dwu  drutów,  wiązała
pasek  z  bawełnianych  nici.  Niekiedy  bawiła  się  lalką,  którą  ubierała  i  rozbierała  powoli,  jakby  z
trudnością. Czasami nie robiła nic, tylko siedząc w oknie, przysłuchiwała się czemuś.

Pan  Tomasz  nie  widział  nigdy,  ażeby  dziecię  to  śpiewało  lub  biegało  po  pokoju,  nie  widział

nawet uśmiechu na bledziutkich ustach i nieruchomej twarzy.

— Dziwne dziecko! — mówił do siebie mecenas i począł przypatrywać się jej uważniej.
Spostrzegł raz (było to w niedzielę), że matka dała jej mały bukiecik. Dziewczynka ożywiła się

nieco. Rozkładała i układała kwiaty, całowała je. W końcu związała napowrót bukiecik, włożyła go
w szklankę wody i usiadłszy w swojem oknie, rzekła:

background image

— Prawda mamo, że tu jest smutno...
Mecenas zgorszył się. Jak mogło być smutno w domu, w którym on od tylu lat miał dobry humor!
Jednego  dnia,  mecenas  znalazł  się  w  swoim  gabinecie  około  czwartej.  W  tej  godzinie  słońce

stało  naprzeciw  mieszkania  jego  sąsiadek,  a  świeciło  i  dogrzewało  bardzo  mocno.  Pan  Tomasz
spojrzał na drugą stronę podwórza i widać zobaczył coś niezwykłego, gdyż z pośpiechem założył na
nos binokle.

Oto — co spostrzegł.
Mizerna  dziewczynka,  oparłszy  głowę  na  ręku,  położyła  się.  prawie  na  wznak  w  swojem  oknie

—  i—  szeroko  otwartemi  oczyma  patrzała  prosto  w  słońce.  Na  jej  twarzyczce,  zwykle  tak
nieruchomej, grały teraz jakieś uczucia: niby radość, a niby żal...

— Ona nie widzi! — szepnął mecenas, opuszczając binokle. W tej chwili doświadczył kłócia w

o-czach na same myśl, że ktoś może wpatrywać się w słońce, które ziało żywym ogniem.

Istotnie,  dziewczynka  była  niewidomą  od  dwu  lat.  W  szóstym  roku  życia  zachorowała  na  jakąś

gorączkę; przez kilka tygodni była nieprzytomna, a następnie tak opadła z sił, że leżała jak martwa,
nie poruszając się i nic nie mówiąc.

Pojono  ją  winem  i  bulionami,  więc  stopniowo  przychodziła  do  siebie.  Ale  pierwszego dnia

kiedy ją posadzono na poduszce, zapytała matki:

— Mamo, czy to jest noc?...
— Nie, moje dziecko... A dlaczego ty tak mówisz?
Ale  dziewczynka  nie  odpowiedziała;  spać  się  jej  chciało.  Tylko  nazajutrz,  gdy  w  południe

przyszedł lekarz, spytała znowu:

— Czy to jeszcze jest noc?...
Wtedy  zrozumiano,  że  dziewczynka  nie  widzi.  Lekarz  zbadał  jej  oczy  i  zaopiniował,  że  trzeba

czekać.

Ale chora im bardziej odzyskiwała siły, tem mocniej niepokoiła się swojem kalectwem...
— Mamo, dlaczego ja mamy nie widzę?...
— Bo tobie oczki zasłoniło. Ale to przejdzie. —'Kiedy przejdzie?...
— Niedługo.
— Może iutro, proszę mamy?
— Za kilka dni, moja dziecino.
— A jak przejdzie, to niech mi mama zaraz powie. Bo mi jest bardzo smutno!..
Mijały  dni  i  tygodnie  w  ciągłem  oczekiwaniu.  Dziewczynka  poczęła  już  wstawać  z  łóżeczka.

Nauczyła się chodzić po pokoju omackiem; sama ubierała się i rozbierała, powoli i ostrożnie.

Ale wzrok nie wracał.
Jednego razu mówiła:
— Prawda, mamo, że ja mam niebieską sukienkę?...
— Nie, dziecko, masz popielatą. — Mania ją widzi?
— Widzę, moje kochanie.
— Tak jak i w dzień?
— Tak.
— Ja także będę widziała wszystko, za kilka dni?... Nie, może za miesiąc...
Ale ponieważ matka nie odpowiedziała jej nic, więc mówiła dalej:
— Prawda mamo, że na dworze ciągle jest dzień?... A w ogrodzie są drzewa, tak jak dawniej?-..

Czy do nas przychodzi ten biały kotek z czarnemi łapami?... Prawda, mamo, że ja widziałam siebie w
lustrze?... Niema tu lustra?...

background image

Matka podaje jej lusterko.
—  Trzeba  patrzeć  tutaj,  o  tu,  gdzie  jest  gładkie,  mówiła  dziewczynka,  przykładając  lustro  do

twarzy. Nic nie widzę! — rzekła. — Czy i mama nie widzi mnie w lusterku?

— Widzę cię, moja ptaszyno.
— Jakim sposobem?... — zawołała dziewczynka żałośnie. — Przecie jeżeli ja nie widzę siebie,

to już w lustrze nie powinno być nic...

A tamta, co jest w lustrze, czy ona mnie widzi, czy nie widzi?...
Ale matka rozpłakała się i wybiegła z pokoju.
Najmilszem zajęciem kaleki było dotykać rękoma drobnych przedmiotów i poznawać je.
Jednego dnia przyniosła jej matka lalkę porcelanową, ładnie ubraną, za rubla. Dziewczynka nie

wypuszczała jej z rąk, dotykała jej noska, ust, oczu, pieściła się nią.

Poszła spać bardzo późno, wciąż myśląc o swej lalce, którą ułożyła w pudełku wysłanem watą.
W  nocy  zbudził  matkę  szmer  i  szept.  Zerwała  się  z  pościeli,  zapaliła  świecę  i  zobaczyła  w

kąciku, swoję córkę już ubraną i bawiącą się lalką.

— Co ty robisz, dziecino ? — zawołała. — Dlaczego nie śpisz ?...
— Bo już przecie jest dzień, proszę mamy — odparła kaleka.
Dla niej dzień i noc zlały się w jedno i trwały zawsze...
Stopniowo pamięć wzrokowych wrażeń poczęła zacierać się w dziewczynce. Czerwona wiśnia

stała  się  dla  niej  wiśnią  gładką,  okrągła  i  mięką,  błyszczący  pieniądz  był  twardym  i  dźwięcznym
krążkiem, na którym znajdowały się jakieś znaki w płaskorzeźbie. Wiedziała, że pokój jest większy
od  niej,  dom  większy  od  pokoju,  ulica  od  domu.  Ale  wszystko  to  jakoś  —  skróciło  się  w  jej
wyobraźni.

Uwaga jej skierowała się na zmysł dotyku, powonienia i słuchu. Jej twarz i ręce nabrały takiej

wrażliwości,  że  zbliżywszy  się  do  ściany,  czuła  o  kilka  cali  lekki  chłód.  Zjawiska  odległe
oddziaływały na nią tylko przez słuch. Przysłuchiwała się więc po całych dniach.

Poznawała  posuwisty  chód  stróża,  który  mówił  piskliwym  głosem  i  zamiatał  podwórko.

Wiedziała  kiedy  jedzie  z  drzewem  chłopski  wózek  drabiniasty,  kiedy  —  dorożka,  a  kiedy  —  kary
wywożące śmiecie.

Najmniejszy  szelest,  zapach,  oziębienie  się  albo  rozgrzanie  pewietrza  nie  uszło  jej  uwagi.  Z

niepojętą  bystrością  pochwytywała  drobne  te  zjawiska  i  wysnuwała  z  nich  wnioski.  Raz  matka
zawołała służącej.

— Niema Janowej — rzekła kaleka, siedząc jak zwykle w kąciku. — Poszła po wodę.
— A skąd wiesz o tem? — zapytała zdziwiona matka.
—  Skąd?...  Przecież  wiem,  że  brała  konewkę  z  kuchni,  potem  poszła  na  drugie  podwórze  i

napompowała wody. A teraz rozmawia ze stróżem.

Istotnie  z  za  parkanu  dolatywał  szmer  rozmowy  dwu  osób,  ale  tak  niewyraźny,  że  tylko z

wysiłkiem można go było usłyszeć.

Lecz nawet rozszerzona sfera zmysłów niższych nie mogła kalece zastąpić wzroku. Dziewczynka

uczuła brak wrażeń i zaczęła tęsknić.

Pozwolono  jej  chodzie  po  całym  domu  i  to  ją  nieco  uspakajało.  Wydeptała  każdy  kamień  na

podwórzu, dotknęła każdej rynny i beczki. Ale największą przyjemność robiły jej — podróże do dwu
całkiem odmiennych światów: do piwnicy i na strych.

W  piwnicy  powietrze  było  chłodne,  ściany  wilgotne.  Przygłuszony  turkot  uliczny  dolatywał  z

góry; inne odgłosy niknęły. To była noc dla ociemniałej.

Na strychu zaś, szczególniej w okienku, działo sio całkiem inaczej. Tam hałasu było więcej niż w

background image

pokoju. Kaleka słyszała turkot wozów z kilku ulic: tu skupiały się krzyki z całego domu. Twarz jej
owiewał  ciepły  wiatr.  Słyszała  świergot  ptaków,  szczekanie  psów  i  szelest  drzew  w  sąsiednim
ogrodzie. Tu był dla niej dzień...

Nie  dość  na  tem.  Na  strychu  częściej  niż  w  pokoju  świeciło  słońce,  a  gdy  dziewczynka

skierowała  na  nie  przygasłe  oczy,  zdawało  jej  się,  że  coś  widzi.  W  wyobraźni  budziły  sio  cienie
kształtów i barw, ale takie niewyraźne i pierzchliwe, że nic przypomnieć sobie nie mogła...

W  tej  właśnie  epoce  matka  połączyła  się  ze  swoją  przyjaciółką  i  przeniosła  się  do  domu,  w

którym mieszkał pan Tomasz, Obie kobiety cieszyły się z nowego lokalu, ale dla niewidomej zmiana
miejsca była prawdziwem nieszczęściem.

Dziewczynka  musiała  siedzieć  w  pokoju.  Na  strych  i  do  piwnicy  nie  wolno  było  chodzić.  Nie

słyszała  ptaków  ani  drzew,  a  na  podwórzu  panowała  straszna  cisza.  Nigdy  tu  nie  wstępowali
handlarze starzyzny, ani druciarze, ani śmieciarki. Nie puszczano bab śpiewających pieśni pobożne,
ani dziada, który grał na klarnecie, ani kataryniarzy.

Jedyną  jej  przyjemnością  było  wpatrywanie  się  w  słońce,  które  przecież  niezawsze  jednakowo

świeciło i bardzo prędko kryło się za domami.

Dziewczynka  znowu  poczęła  tęsknić.  Zmizerniała  w  ciągu  kilku  dni,  a  na  jej  twarzy  ukazał  się

wyraz zniechęcenia i martwości, który tak dziwił pana Tomasza.

Nie mogąc widzieć, kaleka chciała przynajmniej słuchać wciąż najrozmaitszych odgłosów. A w

domu było cicho...

— Biedne dziecko! — szeptał nieraz pan Tomasz, przypatrując się smutnemu maleństwu.
—  Gdybym  mógł  dla  niej  co  zrobić'?  —  myślał,  widząc,  że  dziecko  jest  coraz  mizerniejsze  i

codzień niknie.

Zdarzyło się. w tych czasach, że jeden z przyjaciół mecenasa miał proces, i jak zwykle oddał mu

do  przejrzenia  papiery  z  prośbą  o  radę.  Wprawdzie  pan  Tomasz  nie  stawał  już  w  sądach,  ale  jako
doświadczony  praktyk,  umiał  wskazać  najwłaściwszy  kierunek  akcyi  i  wybranemu  przez  siebie
adwokatowi udzielał pożytecznych objaśnień.

Sprawa  obecna  była  zawikłana.  Pan  Tomasz  im  więcej  wczytywał  się  w  papiery,  tembardziej

zapalał  się.  W  emerycie  ocknął  się  adwokat.  Nie  wychodził  już  z  mieszkania,  nie  sprawdzał  czy
starto kurz w salonach, tylko, zamknięty w swoim gabinecie, czytał dokumenty i notował.

Wieczorem stary lokaj mecenasa przyszedł z codziennym raportem. Doniósł, że pani doktorowa

wyjechała  z  dziećmi  na  letnie  mieszkanie,  że  zepsuł  się  wodociąg,  że  odźwierny  Kazimierz  zrobił
awanturę  ze  stójkowym  i  poszedł  na  tydzień  —  do  kozy.  Zapytal  w  końcu:  czy  pan  mecenas  nie
zechce widzieć się z nowo przyjętym stróżem?...

Ale  mecenas  pochylony  nad  papierami,  palii  cygaro,  puszczał  kółka  dymu,  a  na  wiernego  sługę

nawet nie spojrzał.

Na  drugi  dzień  pan  Tomasz  jeszcze  siedział  nad  aktami;  około  drugiej  zjadł  obiad  i  znowu

siedział.  Jego  rumiana  twarz  i  szpakowate  faworyty,  na  szafirowym  tle  pokojowego  obicia
przypominały  "studya  z  natury.  "  Matka  ociemniałej  dziewczynki  i  jej  wspólniczka,  robiąca
pończochy  na  maszynie,  podziwiały  mecenasa  i  mówiły,  że  wygląda  na  czerstwego  wdowca,  który
ma zwyczaj od rana do wieczora drzemać nad biurkiem.

Tymczasem mecenas, choć przymykał oczy, nie drzemał wcale, tylko rozmyślał nad sprawą.
Obywatel  X.  w  roku  1872  zapisał  swemu  siostrzeńcowi  folwark,  a  roku  1875  —  synowcowi

kamienicę. Synowiec twierdził, że obywatel X. był waryatem w roku 1872, a siostrzeniec dowodził,
że  X.  oszalał  dopiero  w  roku  1875.  Zaś  mąż  rodzonej  siostry  nieboszczyka  składał  nieulegające
wątpliwości świadectwa, że X. i w roku 1872 i w 1875 działał jak obłąkany, a cały swój majątek

background image

jeszcze w roku 1869, czyli w epoce zupełnej świadomości, zapisał siostrze.

Pana Tomasza proszono o zbadanie: kiedy naprawdę X. był waryatem? a następnie: o pogodzenie

trzech powaśnionych stron, z których żadna nie chciała słuchać o ustępstwach.

Gdy tak mecenas nurzał się w powikłanych kombinacyach, zdarzył sio dziwny, trudny do pojęcia

wypadek.

Na podwórzu, pod samem oknem pana Tomasza odezwała się — katarynka!...
Gdyby  zmarły  X.  wstał  z  grobu,  odzyskał  przytomność  i  wszedł  do  gabinetu,  aby  pomódz

mecenasowi  w  rozwiązywaniu  trudnych  zagadnień,  z  pewnością  pan  Tomasz  nie  doznałby  takiego
uczucia, jak teraz, gdy usłyszał katarynkę !...

I  żeby  to  przynajmniej  była  katarynka  włoska,  z  przyjemnemi  tonami  fletowemi,  dobrze

zbudowana,  grająca  ładne  kawałki.  Gdzie  tam!  jakby  na  większą  szykanę,  katarynka  była  popsuta,
grała fałszywie ordynaryjne walce i polki, a tak głośno, że szyby drżały. Na domiar złego, trąba od
czasu do czasu odzywająca się w niej, ryczała jak wściekłe zwierzę.

Wrażenie było potężnej mecenas osłupiał. Nie wiedział, co myślić i co począć? Chwilami gotów

był przypuścić, że, przy odczytywaniu pośmiertnych rozporządzeń chorego na umyśle obywatela X.,
jemu samemu pomięszało się w głowie i że uległ halucynacyom.

Ale  nie,  to  nie  były  halucynacye.  To  była  rzeczywista  katarynka,  z  popsutemi  piszczałkami  i

bardzo głośną trąbą!

W sercu mecenasa, tego wyrozumiałego, tego łagodnego człowieka zbudziły się dzikie instynkty.

Uczuł  żal  do  natury,  że  go  nie  stworzyła  królem  dahomejskim,  który  ma  prawo  zabijać  swoich
poddanych i pomyślał: z jaką, rozkoszą położyłby w tej chwili kataryniarza trupem!

A  ponieważ  u  ludzi  tego  temperamentu  co  pan  Tomasz,  bardzo  łatwo  w  gniewnem  uniesieniu

przechodzi  sio  od  zuchwałych  projektów  do  najstraszniejszych  czynów,  więc  mecenas  skoczył  jak
tygrys do okna i postanowił — zwymyślać kataryniarza najgorszemi wyrazami.

Już  wychylił  się  i  otworzył  usta.  aby  krzyknąć:  "ty...  próżniaku  jakiś!...  "  gdy  wtem  usłyszał

dziecięcy głos.

Spojrzał naprzeciwko.
Mała niewidoma dziewczynka, tańczyła po pokoju, klaszcząc w ręce. Blada jej twarz zarumieniła

się, usta śmiały się, a pomimo to z zastygłych oczu płynęły łzy jak grad.

Ona, biedactwo, w tym domu spokojnym, dawno już nie doświadczyła tylu wrażeń! Jak pięknem

zjawiskiem wydawały się jej fałszywe tony katarynki! Jak wspaniałym był ryk trąby, która mecenasa
mało nie przyprawiła o apopleksyę!

Na dobitkę, kataryniarz, widząc uciechę dziecka, zaczął przytupywać wielkim obcasem w bruk i

od czasu do czasu pogwizdywać, niby lokomotywa przed spotkaniem się pociągów.

Boże! jak on ślicznie gwizdał...
Do gabinetu mecenasa wpadł wierny lokaj, ciągnąc za sobą stróża i wołając:
— Ja mówiłem temu gałganowi, jaśnie panie, żeby natychmiast wygna] kataryniarza! Mówiłem,

że od jaśnie pana dostanie pensye, że my mamy kontrakt... Ale to cham! Tydzień temu przyjechał ze
wsi  i  nie  zna  naszych  obyczajów.  No,  teraz  posłuchaj  —  krzyczał  lokaj,  targając  za  ramię
oszołomionego stróża — posłuchaj, co ci sam jaśnie pan mecenas powie!

Kataryniarz grał już trzecią sztuczkę, tak fałszywie i wrzaskliwie jak dwie pierwsze.
Niewidoma dziewczynka była upojona.
Mecenas odwrócił się do stróża i rzekł ze zwykłą sobie flegmą, choć był trochę blady:
— Słuchaj-no, kochanku... A jak ci na imię?..
— Paweł, jaśnie panie.

background image

— Otóż, mój Pawle, będę ci płacił dziesięć złotych na miesiąc, ale wiesz za co?...
— Za to, ażebyś na podwórze nigdy nie puszczał katarynek! — wtrącił śpiesznie lokaj.
—  Nie,  —  rzekł  pan  Tomasz.  —  Za  to,  ażebyś  przez  jakiś  czas  codzień  puszczał  katarynki.

Rozumiesz?

— Co pan mówi?... — zawołał służący, którego nagle rozzuchwalił ten niepojęty rozkaz.
— Ażeby,  dopóki  sio  z  nim  znowu  nie  rozmówię,  puszczał  codzień  katarynki  na  podwórze  —

powtórzył mecenas, wsadzając ręce w kieszenie.

— Nie rozumiem pana!... — odezwał się służący z oznakami obrażającego zdziwienia.
— Głupiś, mój kochany! — rzekł mu dobrotliwie pan Tomasz.
No, idźcie do roboty — dodał.
Lokaj  i  stróż  wyszli,  a  mecenas  spostrzegł,  że  jego  wierny  sługa  coś  towarzyszowi  swemu

szepcze do ucha i pokazuje, palcem na czoło...

Pan  Tomasz  uśmiechnął  się  i  jakby  dla  stwierdzenia  ponurych  domysłów  famulusa,  wyrzucił

katarynce dziesiątkę.

Następnie  wziął  kalendarz,  wyszukał  w  nim  listę  lekarzy  i  zapisał  na  kartce  adresy  kilku

okulistów. A że kataryniarz odwrócił się teraz do jego okna i za jego dziesiątkę począł przytupywać i
wygwizdywać  jeszcze  głośniej,  co  już  oktrutnie  draźniło  mecenasa,  więc  zabrawszy  kartkę  z
adresami doktorów, wyszedł, mrucząc:

— Biedne dziecko!... Powinienem był zająć się niem oddawna...

background image

W GÓRACH.

 
Panie drogi — mówił do umie jeden z przyjaciół,
wielki dziwak — panie drogi, homeopaci mają znakomitą zasadę: "podobne leczy się podobnem.

" Przecież ospę nawet alopaci leczą ospą, a Pasteur wściekliznę chce leczyć wścieklizną. Ale na co
te przykłady: opowiem panu fakt, na który patrzyłem, gdzie człowiek z urojonych strachów, uleczył
się za pomocą istotnego niebezpieczeństwa.

Po tym wstępie mój przyjaciel zapalił cygaro i ciągnął dalej:
— Pierwszy raz widziałem Alpy przed dwudziestoma laty, przyjechawszy do Thusis. W kilka dni

po  przybyciu  do  tego  miasteczka,  wybrałem  się  z  pewnem  towarzystwem  na  mały  spacer.  Przy  tej
jednak okazyi najadłem się tyle strachu, że, zniechęcony, natychmiast opuściłem Thusis, a następnie
przez kilka lat nie mogłem patrzeć na góry.

Na owę wycieczkę poszliśmy w sześć osób: było nas dwu polaków, niemiec, anglik i dwie damy

francuski,  wszystko  lokatorowie  tego  samego  hotelu.  Nie  wzięliśmy  przewodnika,  ponieważ  anglik
znał miejscowość, a szczyt, na który mieliśmy się drapać, zdawał się tak widocznym i łatwym, jak to
krzesło  na  środku  pokoju.  Widziałem  wprawdzie  przez  lunetę  na  stoku  góry  jakieś  zmarszczki
poprzeczne i podłużne; ale ponieważ nie były większemi od zagonów, nie myślałem o nich. Dziwiłem
się nawet, że na taki spacerek wychodzimy z hotelu o dziewiątej rano; nie chcąc jednak przyznawać,
iż nie mam pojęcia o górach, nie robiłem żadnych uwag a w podróży zachowywałem się jak turysta,
który przedeptał Himalaje. To zjednało mi ogólny szacunek, a wyjątkową sympatyę u niemca.

Naturalnie, odpłacałem mu wzajemnością; był to bowiem niesłychanie miły człowiek, który miał

niestety! jednę wadę: chorował na zawroty głowy.

Drogę mieliśmy wesołą; wszyscy, nie wyłączając anglika, zbytkowali jak dzieci; tylko ja byłem

poważny,  a  niemiec  na  każdej  spadzistości  oglądał  się  za  siebie  i  cytował  wyjątki  z  Wirgiliusza.
Mówił, że jest to najlepszy sposób odwrócenia uwagi od tego, na co nie chcemy patrzeć.

— Więc i tutaj kręci się panu w głowie? — spytałem.
— Tak — odparł szybko — ale... nie mówmy o tem, bo nie zrobię ani kroku naprzód.
Umilkłem a mój niemiec coraz głośniej deklamował Wirgiliusza i coraz częściej oglądał się za

siebie. Baz nawet schwycił mnie za rękę i szepnął do ucha:

—  Pański  spokój  jest  dla  mnie  źródłem  odwagi.  Gdyby  pana  tu  nie  było,  ustałbym  w  drodze,

albo... karkbym skręcił...

Zimny  pot  wystąpił  mi  na  czoło,  ponieważ  stan  mojej  duszy  był  zupełnym  kontrastem  tego,  co

biedny towarzysz wyobrażał sobie o mnie.

Przedewszystkiem mocno mnie niepokoiło to, że, pomimo dwugodzinnej podróży, góra, na którą

mieliśmy wejść, wcale się do nas nie zbliżyła: zdawało mi się, że ciągle stoi od nas mniej więcej o
wiorstę drogi. Ale moje zakłopotanie dosięgło zenitu, gdy nagle, góra, dokąd zbliżaliśmy się, znikła,
a zamiast niej, zobaczyłem ogromne masy ziemi i skał, które zaczynały się gdzieś głęboko w dole, a
kończyły  —  chyba  pod  gwiazdami.Ściana,  na  którą  wdrapywaliśmy  się,  miała  formę  olbrzymich
schodów, ze stopniami po kilkaset kroków wysokiemi. Stanąwszy pod takim stopniem, myślałem, że
to już szczyt; lecz po kwadransie wchodzenia przekonywałem się, że zamiast na szczycie, znajdujemy
się na nowym stopniu, albo na małem poletku, za którem stoi jeszcze jeden stopień. I tak bez końca.

Droga tymczasem stawała się coraz dzikszą. Znikły lasy, trawa, kosodrzewina, nawet ziemia —

gruntowa. Stąpaliśmy po warstwie kamieni, coraz większych i coraz łatwiej usuwających się z pod

background image

nóg. Coraz gęstszą gromadą otaczały nas olbrzymie czuby gór, przystrojonych kitami obłoków, albo
wąwozy dyszące mgłą niebieskawą.

Niekiedy fałdy góry wygładzały się; niknęły jej wielkie stopnie i tarasy, a zamiast nich widziałem

pochyłą  ścianę,  która  wymykała  mi  się  z  pod  nóg  i  biegła  stromo  aż  do  szafirowych  lasów,
drzemiących o wiorstę głęboko. Raz, gdym na chwilę zapomniał, że jestem na górze, przewidziało mi
się, że stoję na równinie, która nagle uchyla mi się pod nogami; część jej podnosi się aż do nieba, a
druga  część  spada  gdzieś  aż  do  wnętrza  ziemi.  Uczułem  zawrót  głowy  i,  aby  nie  stoczyć  się,
chwyciłem  za  ramiona,  idącego  przedemną  niemca.  On  przyśpieszył  kroku  i  znaleźliśmy  się  w
miejscu mniej stromem.

—  Dziękuję  panu...  —  szepnął,  mocno  ściskając  mi  rękę.  —  Już  mi  lepiej...  Uratowałeś  mi

życie...

Osłupiałem  ze  zdumienia.  A  tymczasem,  idące  przed  nami  damy  poprawiały  na  sobie  szale  i

sukienki, które, według ich opinii, układały się nie dosyć estetycznie.

— Ogromny upał! — rzekła jedna.
— Co za niewygodna droga! — biadała jej towarzyszka.
Po kwadransie spokojniejszej drogi, ściana na którą wstępowaliśmy, skończyła się. Zobaczyłem,

że  ze  wszystkich  stron  otaczają  nas  nagie  albo  śniegiem  pokryte  wierzchołki  gór,  że  między  nami  i
niemi  niema  nic,  a  raczej  jest  tylko  powietrze.  Nie  wiem  dlaczego,  uczułem  w  tej  chwili  jakąś
spokojną dumo i bezprzedmiotowy zachwyt.

— Jesteśmy na szczycie — rzekł anglik i skłoniwszy się daniom, zapalił cygaro.
— Prześliczny widoki — zawołały obie panie. Wydobyły z kieszeni lusterka i zaczęły poprawiać

sobie nieco potargane włosy.

—  Druga  godzina!  —  odezwał  się  mój  rodak  po  polsku.  —  Dyabli  wzięli  obiad  a  może  i

kolacyę...

Niemiec tymczasem usiadł i pochyliwszy twarz do ziemi, począł deklamować Wirgiliusza.
— Czy widzisz pan Thusis? — spytałem go — Wygląda jak kilka ziarnek grochu.
— Nie nie widzę i na nic nie patrzę — odparł. Nadewszystko nie wiem czy stąd zejdę!...
Anglik  spostrzegł  bladość  na  jego  twarzy,  pokręcił  głową  i  podał  mu  flaszkę  koniaku.  Chory

biedak wypił, trochę odpoczął i uspokoił się.

Siedzieliśmy z kwadrans, gdy zerwał się wiatr dosyć chłodny. Właśnie spoglądałem w kierunku

Thusis i zobaczyłem szczególne zjawisko. W głębokim wąwozie, który leżał u nóg naszych, błękitna
mgła nabrała jaśniejszej barwy, potem zrobiła sio niebieskawą, blado-niebieską, nareszcie zupełnie
białą. A potem szybko zaczęła wypełniać wszystkie doliny, tak, że zdawało sio, iż otacza nas morze
mleczne, po którem szczyty gór pływają. I nietylko pływają, ale stopniowo zaczynają zanurzać się i
tonąć. Widziałem wyraźnie jakiś ruch między mgłą i górami, ale przeraziłem się, gdym spostrzegł, że
szczyt, na którym stoimy, poczyna spadać na dół... Byłbym przysiągł, że spadamy na rozpostarty pod
nami obłok, ku któremu zbliżaliśmy sio ogromnie prędko!

— Co to znaczy? — zapytała jedna z dam anglika.
— Mgła podnosi się w górę — odparł nieco zasępiony. — Musimy schodzić — dodał.
—  A  więc  to  nie  my  spadamy,  tylko  mgła  podnosi  się  ku  nam!...  —  pomyślałem  znacznie

spokojniejszy.

Ale  obłoki  mają  prędkie  skrzydła.  Jeszcze  nie  zdążyliśmy  powstać  z  siedzenia,  a  już  mgła

otoczyła nas ze wszech stron i pomimo dnia, zrobiło się tak ciemno, że nie widzieliśmy nawet o parę
kroków.  Na  rękach  i  twarzach  poczuliśmy  wilgoć,  potem  zaczął  padać  deszcz,  potem  deszcz  ze
śniegiem, a potem śnieg tak gęsty, jak u nas podczas zawiei.

background image

Pomimo  to  szliśmy,  trzymając  się  za  ręce;  droga  bowiem  była  bezpieczna,  a  anglik  znał  ją

wybornie. Niekiedy pod nogami usuwały nam się śliskie kamienie, a wówczas — zjeżdżaliśmy kilka
łokci  na  dół  wśród  ogromnego  śmiechu.  Najgłośniej  śmiał  się  niemiec,  który  nabrał  doskonałego
humoru od chwili, kiedy mgła zasłoniła mu spadek góry i przepaści pod nią leżące.

Po jednem takiem poślizgnięciu się zjechaliśmy nie dwa albo trzy, ale ze trzydzieści łokci na dół.

Już damy zaczęły krzyczeć ach! ach! kiedy pęd nasz zwolniał i uczuliśmy pod nogami twardą skałę.

Niemiec,  bardzo  zadowolony,  powstał  pierwszy  i  wyciągnąwszy  kij,  chciał  iść  naprzód.  Ale

zatrzymał go anglik.

— Za pozwoleniem — rzekł — muszę zoryentować się gdzie jesteśmy.
Posunął się kilka kroków po omacku i wnet rozpłynął się we mgle.
— Ho! bo!...
Znowu wrócił, ale na jego twarzy dostrzegliśmy niepokój.
— Może przyda się panu busola? — spytał go mój rodak.
— Ależ  naturalnie,  pokaż  pan!  —  odpowiedział,  anglik,  niecierpliwie  chwytając  w  rękę  małą

busolę, którą mój rodak ozdabiał dewizkę zegarka.

Anglik patrzył, kręcił busolą i głową, wreszcie klasnął językiem.
— Musimy zatrzymać się, dopóki mgła nie przejdzie — rzekł z uśmiechem do dam.
A do nas szepnął:
— Zbłądziliśmy, jesteśmy zupełnie w innej stronie góry...
— A jak wysoko stoimy?... — zapytał niemiec.
— Może w połowie góry, zresztą... czy ja wiem?
— A może tu jest gdzie przepaść?... — spytał znowu niemiec.
— I za to nie ręczę — odparł anglik. — W każdym razie brzegi tej skały są bardzo spadziste.
Damy siedziały zachmurzone.
 — Szkoda żeśmy nie wzięły maszynki do czekolady — odezwała się jedna z nich.
Było już po czwartej, kiedy dmuchnął silny wiatr z boku i na chwilę odsłonił horyzont.
Dreszcz  przebiegł  mi  po  skórze.  Zobaczyłem,  że  siedzimy  jakby  na  gzymsie,  kilkanaście  łokci

szerokim. Za nami stała spadzista ściana góry, pokryta śliskiemi kamieniami, po których w tej chwili
niepodobna było się wdrapywać a przed nami — o wiorstę niżej — dolina...

O zejściu z gzymsu w stronę doliny nie mogło być mowy: w tem bowiem miejscu skalista ściana

góry spadała prawie prostopadle.

— Kiedyż ruszymy, panowie? — odezwała się jedna z dam.
— Jak mgła przejdzie — odpowiedział anglik.
— A jeżeli do nocy nie przejdzie?
— To będziemy tu nocowali.
— Pan żartuje?...
— Wcale nie — odparł z powagą. — Wpadliśmy w pułapkę i musimy być cierpliwymi.
—  Więc  dawajcie  panowie  jakieś  hasła  —  wtrąciła  druga.  —  Okolica  nie  jest  przecież  pusta,

może kto usłyszy...

— Właśnie tak chcemy zrobić...
Mój ziomek miał rewolwer, z którego począł strzelać w stronę doliny. Ale huk był tak słaby, żem

wątpił, aby go kto usłyszał.

Tymczasem  mgła  gęstniała  coraz  bardziej.  Damy  owinęły  się  w  szale  i  siedziały  smutne,  a

niemiec chodził tam i napowrót, z oznakami wielkiego rozdrażnienia.

Nagle wziął mnie za rękę i odprowadził na bok. Twarz jego miała dziki wyraz.

background image

— Panie — rzekł zmienionym głosem — wiem, że siedzimy nad przepaścią, a choć jej nie widzę,

na samą myśl o niej czuję tak straszny zawrót głowy, że... nie wytrzymam dłużej...

— Więc cóż pan zrobisz?... — zapytałem zdumiony.
—  Rzucę  się!  Wolę  zginąć,  niż  tak  cierpieć...  Pana  tylko  ostrzegam  o  tem;  inni  niech  nic  nie

wiedzą...

— Oszalałeś?...
— Tak... czuje, że oszalałem...
W tej chwili zbliżył się anglik, i, nim się opamiętałem, pochwycił szalonego. Chciał związać mu

ręce, a do mnie rzekł półgłosem: Zarzuć mu chustkę na głowę...

Ale nieszczęśliwy wyrwał się, odepchnął nas obu i pobiegł wzdłuż gzymsu, na lewo.
Po chwili usłyszeliśmy ciężki upadek i stłumiony grzechot toczących się kamieni...
— Co się tam dzieje? — zawołała jedna z dam, usłyszawszy hałas.
— Nie — odparł głucho anglik. — Nasz towarzysz próbuję wejść na górę...
A do mnie szepnął:
—  Ani  słowa  o  tem,  bo  inaczej  reszta  pójdzie  za  nim.  W  takiej  chwili  szał  jest  zaraźliwą

choroba. Przykre położenie...

Wypił  potężny  łyk  koniaku,  poczęstował  mnie,  a  potem...  ładnym  tenorem  zaintonował  aryę  z

jakiejś  operetki!  Zachmurzone  francuski  rozjaśniły  twarze  i  zaczęły  śpiewać  razem  z  anglikiem.
Nawet mój rodak zapomniał o obiedzie i zawtórował im fałszywym basem, nieustannie myląc się w
melodyi.

Tylko ja milczałem zdumiony i przerażony. Ten śpiew nad przepaścią, po tak strasznym wypadku,

dał mi poznać nadludzką odwagę anglika, ale i grozę położenia.

— Śpiewaj pan! — zawołała do mnie jedna z dam. Jest to najlepszy sposób na nudy i zimno.
— Może także zwróci na nas uwagę górali — dodała druga.
I zaczęli we troje nową aryę, jeszcze weselszą. Tym razem mój ziomek darł się bez ceremonii, po

polsku w te słowa:

"Żeby cię dyabli porwali, angliku, razem z twoją górą! Gdybym nie bał się szwajcarów, zjadłbym

cię zamiast cielęciny na obiad!

Anglik bardzo uprzejmie zwracał do niego twarz pobladłą i wywijał takt ręką.
W tera... usłyszeliśmy jakiś głos z  dołu. Anglik  zerwał  się  na  równe  nogi  i  pobiegł  w  tę  stronę

gzemsu, z której rzucił się niemiec.

— Hop! hop! — wołano z dołu.
— Hop! hop! — odpowiedzieliśmy chórem. Obie damy pocałowały się z radości.
— Nie zabiłem się! — wołał głos. — Schodźcie państwo tędy na dół!... Pyszna droga!...
Ze zdumieniem poznaliśmy głos naszego niemca.
—  Z  tego  gzymsu  panowie  możecie  zeskoczyć,  jest  zaledwo  kilka  łokci  wysoko...  Ale  damy

trzeba znieść na ramionach — krzyczał niemiec.

— Chwała Bogu — zawołał mój ziomek — przynajmniej zjem dziś kolacyę!...
I skoczył prosto w mgłę.
Usłyszeliśmy znowu grzechot kamieni i biadający głos ziomka:
— A niech go piorun trzaśnie z taką drogą!... Pewniem nogę wywichnął...
Poczem usłyszeliśmy w dole rozmowę. Widocznie już spotkał się z niemcem.
Z  kolei  zeszliśmy  wszyscy,  pomimo  protestu  pań,  które  w  żaden  sposób  nie  chciały  stawać  na

ramionach  anglika.  W  końcu  jednak  rozmyśliły  się;  skała  bowiem  wtem  miejscu  tworzyła  rodzaj
progu, wysokiego na trzy do czterech łokci, skąd trzeba było albo skakać, albo schodzić przy pomocy

background image

osoby stojącej na dole.

Opuściwszy  fatalny  gzyms,  znaleźliśmy  się  na  spadzistym  stoku,  od  góry  do  dołu  zasypanym

kamieniami. To też nie szliśmy, ale staczaliśmy się z ogromną szybkością i hałasem, wziąwszy się we
czworo  za  ręce:  panie  w  środku  a  my  z  anglikiem  na  skrzydłach.  Poniżej  nas,  trochę  z  boku,
ujrzeliśmy  we  mgle  jadące  dwa  cienie:  Był  to  mój  ziomek  i  niedoszły  samobójca  —  niemiec.
Pomimo  wielkiej  szybkości,  nieomal  przez  kilka  minut  toczyliśmy  się  po  stromym  spadku  góry.  Im
jednak  spadaliśmy  niżej,  tembardziej  mgła  rzedniała;  nareszcie,  w  połowie  spadku,  ujrzeliśmy
dolinę, a na niej kilka pasterskich szaletow.

Gdy w kwadrans później zeszliśmy się wszyscy na łące, anglik, wziąwszy niemca pod rękę, rzekł

do pan:

— Czy panie wiedzą, że przed godziną ten człowiek chciał się żabie?
Samobójca,  zawstydzony,  odszedł  na  bok,  a  francuski  widząc  powagę,  z  jaką  anglik  mówił,

zaczęły  się  śmiać.  Nawet  mój  ziomek  uważał  to  za  doskonały  koncept.  Ale  gdyśmy  opowiedzieli
wypadek, jedna z dam rozpłakała się, a druga dostała spazmów.

Istotnie  chwilowemu  szaleństwu  naszego  towarzysza  zawdzięczaliśmy  życie.  Gzyms  bowiem

wisiał nad przepaścią, a tylko w tem miejscu skąd skoczył niemiec, można było zejść w dolinę bez
narażenia się na śmierć.

Reszta jego przygody była dosyć prosta.
Rzuciwszy  się  ze  skały,  trafił  na  warstwę  kamyków,  a  chcąc  prędzej  skończyć  ze  swoim

zawrotem głowy, biegi' przed siebie na oślep. Po kilku minutach wyminął strefę mgły i zobaczył —
drogę  bezpieczną.  Wtedy,  ochłonąwszy  ze  wzruszenia,  z  niemałym  trudem  wdrapał  się  znowu  na
górę, aby nas z niej sprowadzić.

— No, i co pan powiesz — zakończył moj przyjaciel — że od tego wypadku niemiec najzupełniej

pozbył  się  zawrotu  głowy...  Został  nawet  członkiem  klubu  alpejskiego,  a  dziś.  jego  nazwisko
spotykam na liście turystów, którzy wchodzą na najwyższe szczyty...

Podobne, leczyć podobnem!

background image

KAMIZELKA.

 
Niektórzy  ludzie  mają  pociąg  do  zbierania  osobliwości,  kosztowniejszych  lub  mniej

kosztownych, na jakie kogo stać. Ja także posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w początkach.

Jest  tam  mój  dramat,  który  pisałem  jeszcze  w  gimnazyum  na  lekcyach  języka  łacińskiego...  Jest

kilka zasuszonych kwiatów, które trzeba będzie zastąpić nowemi, jest...

Zdaje się. że niema nic więcej, oprócz pewnej bardzo starej i zniszczonej kamizelki.
Oto ona. Przód spłowiały, a tył przetarty, Dużo plam, brak guzików, na brzegu dziurka, wypalona

zapewne papierosem. Ale najciekawsze w niej są ściągacze. Ten, na którym znajduje się sprzączka,
jest skrócony i przyszyty do kamizelki wcale nie po krawiecku, a ten drugi, prawie na całej długości
jest pokłuty zębami sprzączki.

Patrząc na to, odrazu domyślasz się, że właściciel odzienia zapewne codzień chudnął i wreszcie

dosięgnął  tego  stopnia,  na  którym  kamizelka  przestaje  być  niezbędną,  ale  natomiast  okazuje  się
bardzo potrzebnym zapięty pod szyję frak z magazynu pogrzebowego.

Wyznaję, że dziś chętnie odstąpiłbym komu ten szmat sukna, który mi robi trochę kłopotu. Szaf na

zbiory  jeszcze  nie  mara,  a  nie  chciałbym  znowu  trzymać  chorej  kamizelczyny  między  własnemi
rzeczami.  Był  jednak  czas,  żem  ją  kupił  za  cenę  znakomicie  wyższą  od  wartości,  a  dałbym  nawet  i
drożej,  gdyby  umiano  się  targować.  Człowiek  miewa  w  życiu  takie  chwile,  że  lubi  otaczać  się
przedmiotami, które przypominają smutek.

Smutek ten nie gnieździł się u mnie, ale w mieszkaniu blizkich sąsiadów. Z okna mogłem codzień

spoglądać do wnętrza ich pokoiku.

Jeszcze w kwietniu było ich troje: pan, pani i mała służąca, która sypiała, o ile wiem, na kuferku

za  szafą  Szafa  była  ciemno  wiśniowa.  W  lipcu,  jeżeli  mnie  pamięć  nie  zwodzi,  zostało  ich  tylko
dwoje: pani i pan. bo i służąca przeniosła się do takich państwa, którzy płacili jej trzy ruble na rok i
co dzień gotowali obiady.

W  październiku,  została  już  tylko  —  pani,  sama  jedna.  To  jest  nie  zupełnie  sama,  ponieważ  w

pokoju  znajdowało  się  jeszcze  dużo  sprzętów:  dwa  łóżka,  stół,  szafa... Ale  na  początku  listopada,
sprzedano z licytacyi niepotrzebne rzeczy, a przy pani, ze wszystkich pamiątek po mężu, została tylko
kamizelka, którą obecnie posiadam.

Lecz w końcu listopada, pewnego dnia, pani zawołała do pustego mieszkania handlarza starzyzny

i  sprzedała  mu  swój  parasol  za  dwa  złote  i  kamizelkę  po  mężu  za  czterdzieści  groszy.  Potem
zamknęła mieszkanie na klucz, powoli przeszła dziedziniec, w bramie oddała klucz stróżowi, chwilę
popatrzała w swoje niegdyś okno, na które padały drobne płatki śniegu i — znikła za bramą.

Na  dziedzińcu  został  handlarz  starzyzny.  Podniósł  do  góry  wielki  kołnierz  kapoty,  pod  pachę

wetknął dopiero co kupiony parasoli, owinąwszy w kamizelkę ręce czerwone z zimna, mruczał:

— Handel, panowie — handel!... Zawołałem go.
— Pan dobrodziej ma co do sprzedania? — zapytał wchodząc.
— Nie, chcę od ciebie coś kupić.
— Pewnie wielmożny pan chce parasol?... — odparł żydek.
Rzucił  na  ziemię  kamizelkę,  otrząsnął  śnieg  z  kołnierza  i  z  wielką  usilnością  począł  otwierać

parasol.

— A fajn mebel!... mówił. — Na taki śnieg, to tylko taki parasol... Ja wiem, że wielmożny pan

może mieć całkiem jedwabny parasol, nawet ze dwa. Ale to dobre tylko na lato!...

— Co chcesz za kamizelkę? — spytałem.

background image

—  Jake  kamyzelkie?...  —  odparł  zdziwiony,  myśląc  zapewne  o  .swojej  własnej.  Ale  wnet

opamiętał się i szybko podniósł leżącą na ziemi.

— Za te kamyzelkie?... Pan dobrodziej pyta się o te kamyzelkie?...
A potem, jakby zbudziło się w nim podejrzenie, spytał:
— Co wielmożnego pana po take kamyzelkie?...
—  Ile  chcesz  za  nią.  Żydowi  błysnęły  żółte  białka,  a  koniec  wyciągniętego  nosa  poczerwieniał

jeszcze bardziej.

— Da wielmożny pan... rubelka! — odparł, roztaczając mi przed oczyma towar w taki sposób, a

żeby okazać wszystkie jego zalety.

— Dam ci pół rubla.
— Pół rubla?... taky ub - jur?... To nie może być! mówił handlarz.
— Ani grosza więcej.
— Niech wielmożny pan żartuje zdrów!...— rzekł, klepiąc mnie po ramieniu. Pan sam wi, co taka

ale właściwie nie była to gorączka, tylko — taki stan nerwowy.

Wogóle  czuł  się  coraz  zdrowszym.  Miał  nieprzepartą  chęć  do  jakichś  dalekich  wycieczek,  lecz

— trochę sił urn brakło. Przyszedł nawet czas, że w dzień nie chciał jeżyć w łóżku, tylko siedział na
krześle ubrany, gotowy do wyjścia, byle go opuściło to chwilowe osłabienie.

Niepokoił go tylko jeden szczegół.
Pewnego dnia kładąc kamizelkę, uczuł, że jest jakoś bardzo luźna.
— Czybym aż tak schudł?.. — szepnął.
—  No,  naturalnie,  że  musiałeś  trochę  zmizernieć;  odparła  żona.  Ale  przecież  nie  można

przesadzać...

Mąż bacznie spojrzał na nią. Nie oderwała nawet oczu od roboty. Nie, ten spokój nie mogł być

udany!... Żona wie od doktora, że on nie jest tak znowu bardzo chory, więc niema powodu martwić
się.

W początkach września nerwowe stany, podobne do gorączki, występowały coraz silniej prawie

po całych, dniach.

—  To  głupstwo!  —  mówił  chory.  Na  przejściu  od  lata  do  jesieni  najzdrowszemu  człowiekowi

trafia się jakieś rozdrażnienie, każdy jest nieswój... To mnie tylko dziwi: dla czego moja kamizelka
leży  na  mnie  coraz  luźniej'?...  Strasznie  musiałem  schudnąć,  i  naturalnie  dopóty  nie  mogę  być
zdrowym,  dopóki  mi  ciała  nie  przybędzie,  to  darmo!...  Żona  bacznie  przysłuchiwała  się  temu  i
musiała przyznać, że mąż ma słuszność.

Chory codzień wstawał z Józka i ubierał się, pomimo, że bez pomocy żony nie mógł wciągnąć na

siebie  żadnej  sztuki  ubrania.  Tyle  przynajmniej  wymogła  na  nim,  że  na  wierzch  nie  kładł  surduta,
tylko paltot.

— Dziwić się tu — mówił nieraz, patrząc w lustro, — dziwić się tu, że ja nie mam sił. Ależ jak

wyglądam!...

— No — twarz zawsze łatwo się zmienia — wtrąciła żona.
— Prawda, tylko że ja i w sobie chudnę,..
— Czy ci się nie zdaje? — spytała pani z akcentem wielkiej wątpliwości. Zamyślił się.
— Ha! może i masz racyę... Bo nawet — od kilku dni uważam, że... coś... moja kamizelka...
— Dajże pokój!—przerwała pani, - przecież nie utyłeś...
— Kto wie? Bo o ile uważam po kamizelce, to...
— W takim razie powinny by ci wracać siły.
—  Oho!  chciałabyś  tak  zaraz...  Pierwej  muszę  przecież  choć  cokolwiek  nabrać  ciała.  Nawet

background image

powiem ci, że choć i odzyskam ciało, to i wtedy jeszcze nie zaraz nabiorę sił...

A co ty tam robisz za szafą?...— spytał nagle.
— Nic. Szukam w kufrze ręcznika, a nie wiem... czy jest czysty.
— Nie wysilaj że się tak, bo aż ci się głos zmienia... To przecież ciężki kufer...
Istotnie, kufer musiał być ciężki, bo pani aż porobiły się wypieki na twarzy. Ale była spokojna.
Odtąd chory coraz pilniejszą zwracał uwagę na swoję kamizelkę. Co parę zaś dni wołał do siebie

żonę i mówił:

— No — patrzaj - że. Sama się przekonaj. Wczoraj, mogłem tu jeszcze włożyć palec, o — tu. A

dziś, jaż nie mogę. Ja istotnie zaczynam nabierać ciała!...

Ale  pewnego  dnia  radość  chorego  nie  miała  granic.  Kiedy  żona  wróciła  z  lekcyi,  powitał  ja  z

błyszczącemi oczyma i rzekł, bardzo wzruszony:

— Posłuchaj mnie, powiem ci jeden sekret... Ja, z tą kamizelką, widzisz — trochę szachrowałm.

Ażeby ciebie uspokoić, codzień sam ściągałem pasek i dla tego—kamizelka była ciasna...

Tym  sposobem  dociągnąłem  wczoraj  pasek  do  końca.  Już  martwiłem  się,  myśląc,  że  się  wyda

sekret, gdy w tem dziś... Wiesz, co ci powiem?... Ja, dziś, daję ci najświętsze słowo, zamiast ściągać,
pasek,  musiałem  go  trochę  rozluźnić!...  Było  mi  forfalnie  ciasno,  choć  jeszcze  wczoraj  było
cokolwiek luźniej...

— No — teraz i ja wierzę, ia będę zdrów... Ja sam!... Niech doktór myśli co chce...
Długa  mowa  tak  go  wysiliła,  że  musiał  przejść  na  łóżko.  Tam  jednak,  jako  człowiek,  który  bez

ściągania  pasków  zaczyna  nabierać  ciała,  nie  położył  się.  ale,  jak  w  fotelu,  oparł  się  w  objęciach
żony.

— No, no!... szeptał, — ktoby się spodziewał?... Przez dwa tygodnie oszukiwałem moją żonę, że

kamizelka jest ciasna, a ona dziś naprawdę sama ciasna!..

No... no!...
I przesiedzieli, tuląc się jedno do drugiego cały wieczór.
Chory był wzruszony jak nigdy.
—  Mój  Boże!  —  szeptał,  całując  żonę  po  rękach,  a  ja  myślałem,  że  już  tak  będę  chudnął  do...

końca. Od dwu miesięcy, dziś dopiero, pierwszy raz, uwierzyłem w to, że mogę być zdrów.

 Bo to przy chorym wszyscy kłamią, a żona najwięcej. Ale kamizelka — ta już nie skłamie!...
 
 * * *
 
Dziś, patrząc na starą kamizelkę, widzę, że nad jej ściągaczami praco wały dwie osoby. Pan —

codzień  posuwał  sprzączkę,  ażeby  uspokoić  żonę,  a  pani  codzień  —  skracała  pasek,  aby  mężowi
dodać otuchy.

Rzecz jest warta. To przecie nie jest ub - jur na małe dziecko, to jest na dorosłe osoby...
— No, jeżeli nie możesz oddać za pół rubla, to już idź. Ja więcej nie dam.
— Ino niech się pan nie gniewa! — przerwał, mięknąc. — Na moje sumienie, za pół rubelka nie

moge, ale—ja zdaje się na pański rozum... Niech pan sam powie: co tu jest wart, a ja się zgodzę!... Ja
woię dołożyć, byle to się stało, co pan chce.

— Kamizelka jest warta pięćdziesiąt groszy, a ja ci daję pół rubla.
—  Pół  rubla?...  Niech  będzie  już  pół  rubla!...  —  westchnął,  wpychając  mi  kamizelkę  w  ręce.

Niech będzie moja strata, byle ja z gęby nie robił... ten wjatr...

I wskazał ręką na okno, za którem kłębił się tuman śniegu.
Gdym sięgnął po pieniądze, handlarz, widocznie coś przypomniawszy sobie, wyrwał mi jeszcze

background image

raz kamizelkę i począł szybko rewidować jej kieszonki.

— Czegóż ty tam szukasz?
— Możem co zostawił w kieszeni, nie pamiętam! odparł najnaturalniejszym tonem, a zwracając

mi nabytek, dodał:

— Niech jaśnie pan dołoży choć z dziesiątkę!...
— No — bywaj zdrów! — rzekłem, otwierając drzwi.
— Upadam do nóg!... Mam jeszcze w domu bardzo porządne futro...
I jeszcze z progu wytknąwszy głowę, zapytał:
— A może wielmożny pan każe przynieść serki owczych?...
W parę minut znowu wołał na podwórzu: handel! handel!... a gdym stanął w oknie, ukłonił mi się

z  przyjacielskim  uśmiechem.  Śnieg  zaczął  tak  mocno  padać,  że  prawie  zmierzchło  się.  Położyłem
kamizelkę na stole i począłem marzyć to o pani, która wyszła za bramę niewiadomo dokąd, — to o
mieszkaniu stojącem pustką obok mego, to znowu o właścicielu kamizelki, nad którym coraz gęstsza
warstwa śniegu narasta...

Jeszcze trzy miesiące temu, słyszałem, jak w pogodny dzień wrześniowy rozmawiali ze sobą. W

maju  papi  raz  nawet  —  nuciła  jakąś  piosenkę,  on  śmiał  się,  czytając  "Kuryera  Świątecznego."  A
dziś...

Do  naszej  kamienicy  sprowadzili  się  na  początku  kwietnia.  Wstawali  dość  rano,  pili  herbatę  z

blaszanego samowaru i razem wychodzili do miasta. Ona na lekcye, on do biura.

Był  to  drobny  urzędniczek,  który  na  naczelników  wydziałowych  patrzał  z  takim  podziwem,  jak

podróżnik  na  Tatry.  Za  to  musiał  dużo  pracować,  po  całych  dniach.  Widywałem  nawet  go  i  o
północy, przy lampie zgiętego nad stolikiem.

Żona  zwykle  siedziała  przy  nim  i  szyła.  Niekiedy  spojrzawszy  na  niego,  przerywała  swoję,

robotę i mówiła tonem upominającym:

— No już dość będzie, połóż się spać.
— A ty kiedy pójdziesz spać?...
— Ja — jeszcze tylko dokończę parę ściegów...
— No — to i ja napiszę parę wierszy... Znowu oboje pochylali głowy i robili swoje.
I znowu po niejakim czasie pani mówiła:
— Kładź się!... kładź się!...
Niekiedy na jej słowa odpowiadał mój zegar, wybijając pierwszą.
Byli  to  ludzie  młodzi,  ani  ładni,  ani  brzydcy,  wogóle  spokojni.  O  ile  pamiętam,  pani  była

znacznie szczuplejsza od męża, który miał budowę wcale tęgą. Powiedziałbym, że nawet za tęgą na
tak małego urzędnika.

Co  niedzielę  około  południa  wychodzili  na  spacer,  trzymając  się  pod  ręce  i  wracali  do  domu

późno wieczór. Obiad zapewne jedli w mieście. Raz, spotkałem ich przy bramie, oddzielającej ogród
botaniczny od Łazienek. Kupili sobie dwa kufle doskonałej wody i dwa duże pierniki, mając przytem
spokojne fizyognomie mieszczan, którzy zwykli jadać przy herbacie gorącą szynkę z chrzanem.

Wogóle  biednym  ludziom  nie  wiele  potrzeba  do  utrzymania  duchowej  równowagi.  Trochę

żywności, dużo roboty i dużo zdrowia. Reszta sama się jakoś znajduje.

Moim  sąsiadom,  o  ile  się  zdaje,  nie  brakło  żywności,  a  przynajmniej  roboty. Ale  zdrowie  nie

zawsze dopisywało.

Jakoś w lipcu pan zaziębił się, zresztą nie bardzo. Dziwnym jednak zbiegiem okoliczności, dostał

jednocześnie tak silnego krwotoku, że aż stracił przytomność.

Było  to  już  w  nocy.  Żona  utuliwszy  go  na  łóżku  sprowadziła  do  pokoju  stróżowę,  a  sarna

background image

pobiegła  po  doktora.  Dowiadywała  się  o  pięciu,  ale  znalazła  ledwie  jednego  i  to  wypadkiem,  na
ulicy.

Doktór  spojrzawszy  na  nią,  przy  blasku  migotliwej  latarni,  uznał  za  stosowne  ją

przedewszystkiem uspokoić. A ponieważ chwilami zataczała się, zapewne ze zmęczenia, a dorożki na
ulicy nie było, więc, podał jej ręka i idąc, tłumaczył, że krwotok jeszcze niczego nie dowodzi.

—  Krwotok  może  być  z  krtani,  z  żołądka,  z  nosa,  z  płuc  rzadko  kiedy.  Zresztą,  jeżeli  człowiek

zawsze był zdrów, nigdy nie kaszlał...

— O. tylko czasami! — szepnęła pani, zatrzymując się dla nabrania tchu.
— Czasami? to jeszcze nic. Może mieć lekki katar oskrzeli.
— Tak — to katar — powtórzyła pani, już głośno.
— Zapalenia płuc nie miał nigdy?...
—  Czy  znowu  zejdą  się  kiedy  oboie,  ażeby  powiedzieć  sobie  cały  sekret  o  kamizelce?..

myślałem, patrząc na niebo.

Nieba prawie już nie było nad ziemia. Padał tylko śnieg, taki gęsty i zimny, że nawet, w grobach

marzły ludzkie popioły.

Któż jednak powie, że za temi chmurami, niema słońca?...

background image

CIENIE.

 
Kiedy na niebie dogasają blaski słońca, z ziemi wynurza się zmierzch. Zmierzch, — wielka armia

nocy,  o  tysiącach  niewidzialnych  kolumn  i  miliardach  żołnierzy.  Potężna  armia,  która  od
niepamiętnych  czasów  pasuje  się  ze  światłem,  pierzcha  każdego  poranku,  zwycięża  każdego
wieczora,  panuje  od  zachodu  do  wschodu  słońca,  a  w  dzień,  rozbita,  chowa  się  po  kryjówkach  i
czeka.

Czeka w górskich przepaściach i miejskich piwnicach, w gąszczu lasu i w głębi ciemnych jezior.

Czeka, kryjąc się w przedwiecznych jaskiniach ziemi, w kopalniach, po rowach, w kątach domów, w
załamkach  murów.  Rozproszona  i  na  pozór  nieobecna,  wypełnia  jednak  wszystkie  skrytki.  Jest  w
każdej szczelinie kory drzew, w fałdach ludzkiego odzienia, leży pod najmniejszem ziarnem piasku,
czepia się najcieńszej nici pajęczej i czeka. Wypłoszona z jednego miejsca, w okamgnieniu przenosi
się  na  inne,  korzystając  z  lada  sposobności,  aby  powrócić  tam,  skąd  ją  wygnano,  wedrzeć  się  na
niezajęte stanowiska i zalać ziemię.

Kiedy gaśnie słońce, armia zmroków gęstemi szeregami wysuwa się ze swych ucieczek, cicha i

ostrożna. Zapełnia korytarze domów, sienie i źle oświecone schody; z pod szaf i stołów wypełzuje na
środek pokojów i obsiada firanki; przez lufty piwnic i szyby okien wysuwa się na ulice, w głuchem
milczeniu  szturmuje  ściany  i  dachy  i  zaczajona  na  szczytach,  cierpliwie  czeka,  aż  na  zachodzie
zbledną różowe obłoki.

Jeszcze  chwilka  i  nagle  zerwie  się  olbrzymi  wybuch  ciemności,  sięgającej  od  ziemi  do  nieba.

Zwierzęta  skryją  się  po  legowiskach,  człowiek  ucieknie  do  domu;  życie,  jak  roślina  bez  wody,
skurczy  się  i  pocznie  usychać.  Barwy  i  kształty  rozpłyną  się  w  nicestwie;  trwoga,  błąd  i  występek
obejmą panowanie nad światem.

W  takiej  chwili,  na  pustoszejących  ulicach  Warszawy  ukazuje  się  dziwna  postać  ludzka,  z

drobnym  płomykiem  nad  głową.  Szybko  biegnie  przez  chodnik,  jakby  ją  ścigały  ciemności,  przy
każdej latarni zatrzymuje się na mgnienie, i roznieciwszy wesołe światło, znika, jak cień.

I tak każdego dnia w roku. Czy na polach wiosna dyszy zapachem kwiatów; czy sroży się lipcowa

burza; czy rozhukane na ulicach jesienne wichry miotają tumanami kurzu; czy w powietrzu kłębią się
zimowe  śniegi;  on  zawsze,  skoro  tylko  nadejdzie  wieczór,  ze  swym  płomykiem  przebiega  miejskie
chodniki, roznieca światło, a potem znika, jak cień.

Skąd  się  ty  bierzesz,  człowieku,  i  gdzie  kryjesz  się,  że  nie  znamy  twoich  rysów,  ani  słyszymy

głosu? Czy masz ty żonę albo matkę, która czeka twego powrotu? Albo dzieci, które, pozostawiwszy
w kącie, twoję latarkę, wdzierają ci się na kolana i obejmują cię za szyję? Czy ty masz przyjaciół,
którym  opowiadasz  swoje  pociechy  i  zgryzoty,  albo  choć  znajomych,  z  którymi  mógłbyś
porozmawiać bodaj o codziennych zdarzeniach?

Czy ty wogóle posiadasz jaki dom, w którymby cię znaleść można; imię, którem można-by ciebie

zawołać;  potrzeby  i  uczucia,  które-by  cię  robiły  takim,  jak  my,  człowiekiem?  Czyli  też  jesteś
naprawdę istotą bezkształtną, milczącą i nieujęta, co ukazuje się tylko o zmroku, roznieca światło, a
potem znika, jak cień.

Odpowiedziano  mi,  że  jest  to  naprawdę  człowiek,  a  nawet  dano  jego  adres.  Poszedłem  do

wskazanego domu i zapytałem stróża:

— Czy u was mieszka ten, co zapala latarnie po ulicach?
— U nas.

background image

— A gdzie?
— W tamtej komórce.
Komórka  była  zamknięta.  Spojrzałem  przez  okno,  alem  tylko  zobaczył  tapczan  przy  ścianie,  a

obok niego na wysokim kiju latarkę. Latarnika nie było.

— Powiedz mi przynajmniej jak on wygląda?
— Kto go tam wie — odparł stróż, wzruszając ramionami. — Sam go nawet dobrze nie znam —

dodał — bo po dniu nigdy w izbie nie siedzi.

W pół roku przyszedłem drugi raz.
— A dziś niema w domu latarnika?
— Oho! — rzekł stróż — niema i nie będzie. Wczoraj go pochowali. Umarł.
Stróż zamyślił się.
Zapytawszy o kilka szczegółów, pojechałem na cmentarz.
— Pokażcie mi, grabarzu, gdzie tu wczoraj pochowano latarnika?
— Latarnika?... — powtórzył. — Kto go tam wić. Trzydziestu pasażerów było wczoraj.
— Ależ on pochowany w oddziale najuboższych.
— Takich zwaliło się dwudziestu pięciu.
— Ale on leżał w niemalowanej trumnie?
— Takich zwieźli szesnaście.
Tym  sposobem  nie  poznałem  ani  twarzy,  ani  nazwiska,  ani  nawet  nie  widziałem  jego  grobu.  I

został tem po śmierci, czem był za życia: istotą widzialną tylko o zmroku, niemą i niepochwytną, jak
cień.

W pomroce życia, gdzie po omacku błądzi nieszczęsny rodzaj ludzki, gdzie jedni rozbijają się o

zawady,  inni  spadają  w  otchłań,  a  pewnej  drogi  nikt  nie  zna;  gdzie  na  skrępowanego  przesądami
człowieka poluje zły przypadek, nędza i nienawiść, po ciemnych manowcach życia również uwijają
się latarnicy. Każdy niesie drobny płomyk nad głową, każdy na swojej ścieżce roznieca światło, żyje
niepoznany, trudzi się nieoceniony, a potem znika jak

background image

POMINIĘTY.

 
Kto  nie  był  na  wystawie,  niech  śpieszy  ją  zobaczyć.  Niech  śpieszy,  bo  życie  jest  krótkie,  a

podobne widowiska urządzają się tylko raz na lat kilkanaście. Niech śpieszy, bo niedługo z czubatych
dachów, które widać przez parkan, spadnie las chorągwi, a sama wystawa zamieni się na kupę desek
i pusty plac ujazdowski...

Kto więc nie był, niech nie ociąga się, nie zwłóczy, nie odkłada na jutro, bo nie wiemy, na jak

długo straci sposobność ujrzenia dziwnego miasta, bardzo dziwnego, najdziwniejszego wynalazku z
tych, jakie porobił fantastyczny wiek XIX-ty.

Miasto — rzecz znana. Niejeden widział wielkie miasta europejskie, słyszał o azyatyckich i wie,

że  nawet  całkiem  dzicy  ludzie,  zupełnie  nadzy  ludożercy,  także  budują  miasta.  Nietylko  ludożercy:
nawet bobry, pszczoły, mrówki i termity, wznoszą, tłumne budowle, które również możnaby nazwać
miastami.

Miasto  więc  we  Francyi  i  w  Tasmanii,  nad  syberyjskiemi  rzekami,  których  brzegu  nie  tknęła

ludzka  noga,  pod  strzechą  ula  i  pod  pniem  sosny  w  naszych  lasach  zawsze  znaczy  jedno  i  to  samo.
Jest  ono  zbiorową  siedzibą  żywych  istot,  nazywających  się  ludźmi  czy  bobrami,  mrówkami  albo
pszczołami,  wszystko  jedno,  lecz  —  istot  żywych.  Tak  było  od  czasów  Memfisu  i  Ekbatany  aż  po
wiek  XIX-ty,  w  którym  dopiero  przyszła  ludziom  chimeryczna  myśl  budowania  miast...  dla  rzeczy
martwych...

Osobliwe  to  miasta!  W  północnej  strefie  widzisz  budynki  tak  przewiewne,  jakie  wznoszą  się

tylko  pod  równikiem,  a  tak  lekkie  jak  gdyby  ten  spokojny  kraj  był  siedliskiem  ciągłego  trzęsienia
ziemi. Widzisz ściany z płótna, z rzeźbionych desek, z brył węgla, albo z żelaznej koronki. Widzisz
pałacyki,  gdzie  nikt  nie  mieszka,  domy  bez  drzwi  i  okien,  schody,  po  których  nikt  nie  stąpa.  W
kaplicach,  zamiast  ołtarzy,  rozpierają  się  szafy  napełnione  perkalem  albo  płótnem;  w  pawilonie,
podobnym  do  obory,  ściany  kosztowniej  są.  wytapetowane  niż  dom  bogacza;  w  rajtszuli  słychać
dźwięki  organów.  Spotykasz  kolumnadę  o  jakiej  nie  marzono  w  Grecyi:  z  beczek  i  rur
kanalizacyjnych, a pod przejrzystym dachem szereg pieców. W namiocie rzymskich legionistów kryją
się  dziecinne  wózki  i  kolebki;  w  półciemnym  damskim  buduarze  widzisz  zbiór  nasion  i  czujesz
zaduch klajstru; w jarmarcznym straganie sprzedają na kubki i łokcie najmistyczniejszą siłę natury —
elektryczność...

Wszystkie  te  budowle  ustawiono  pod  sznur,  przedzielono  ulicami,  obwieszono  girlandami,

festonami i trójbarwnemi chorągwiami. Zdaje ci się, iż wpadłeś do miasta, którego ludność obchodzi
jakieś wesołe święto, przyczem nie brakuje odgłosu dzwonów, ani muzyki, ani nawet stukania kufli.

Lecz  właściwi  mieszkańcy  tych  pałaców,  kaplic,  stodół,  obór,  namiotów  i  straganów,  we

wspaniałych  teremach  siedzą  bez  ruchu,  nawet  bez  śladu  życia.  Nie  zapraszają  cię,  abyś  ich
odwiedził, nie kryją się, gdy przychodzisz. Są obojętni dla pochwał i niewyczerpanie pobłażliwi dla
natręctwa.  Na  swoich  uroczystych  miejscach  siedzą  bez  dumy,  ale  i  bez  zakłopotania,  spokojni  i
jednostajni jak wieczność. Każdemu patrzą prosto w oczy, bez pokory wobec członków komitetu, bez
dreszczu  wobec  sędziów,  bez  ziewania  wobec  pospolitych  śmiertelników.  Cechą  wspólną  im
wszystkim  jest  nadludzkie  poczucie  godności,  które  posiada  każdy,  bez  względu  jak  się  nazywa:
lokomobilą  czy  imbrykiem,  srebrnym  puharem,  ktory  będzie  nagrodą  wyścigowego  zwycięscy,  czy
kolczastym drutem, któremu całe życie zejdzie na niepuszczaniu bydła w szkodę.

Dziwne,  bardzo  dziwne  miasto!  więc  śpieszcie  się  je  zobaczyć.  Śpieszcie  zobaczyć,  z  jaką

background image

powagą  świętują  i  przyjmują  hołdy  rzeczy  martwe,  których  nikt  nie  uczył  dobrego  wychowania.
Śpieszcie  zobaczyć  mały  stołeczek,  który w  zwykłych  czasach  jest  małym  stołeczkiem  pod  nogi,  a
dziś fenomenem, odwiedzanym przez dygnitarzy świeckich i duchownych. Uczcie się łagodności od
machiny parowej, której siła jest tak wielka, że jednym zamachem zdruzgotałaby słonia i wieloryba,
a  mimo  to  między  sprychami  jej  potężnego  koła  siadają  dzieci.  Przekonajcie  się,  że  pendzle  ze
szczeciny  mają  własną  estetykę  i  że  skromna  igła  przechodzi  cały  system  edykacyjny  o  bajecznej
ilości  trzydziestu  klas!...  Zobaczcie  jak  wygląda  jasnieoświeconość  mosiądzu,  wyczyszczonego
pomadą  do  metali  i  znajdźcie  tak  starożytnego  szlachcica,  którego  ród  przy  węglu  kamiennym  nie
byłby parweniuszem. Porównajcie waszę litość z tkliwością, opatrunkowej wały, albo plasterka do
nagniotków  i  dobroczynność  waszych  serc  z  twardością  młyńskiego  kamienia,  któremu  cały  świat
zawdzięcza chleb powszedni.

Bardzo szczególne miasto...
Nawet słońce, dowiedziawszy się o jego cudach, stanęło nieruchome nad ujazdowskim placem i

tak  szeroko  otwiera  zdziwioną  źrenicę,  że  wywołuje  nieznośny  upał.  Pod  jego  wpływem  z  fontann
ledwo sączy się strudzona woda. piwo wysycha w kuflach, a herbata w szklankach zmniejsza się o
czwartą, część objętości. Pod jego wpływem treść wspaniałego pawilonu nasion zredukowała się do
kilku kwart zboża, a warszawskie krawiectwo i szewctwo zupełnie wyschły i wcale ich nie widać.
Skutkiem  gorąca  tkaniny  nabierają  własności  papieru,  na  papierach  wykwitają  napisy  w  językach
ciepłego  klimatu,  a  miejsce  przeznaczone  na  radomski  pawilon  skurczyło  się  tak,  iż  niepodobna
wybudować pawilonu, a tem samem wystawić okazów z Radomia.

Inne przedmioty nasycone upałem rozszerzają się nad wszelką miarę. Medal pamiątkowy, wybity

w  szopie  za  20  groszy,  na  spiekocie,  w  rękach  roznoszącego  katalogi  chłopca,  podwaja  wartość  i
kosztuje 40. W sercach niektórych wystawców tak nabrzmiewa ambicya, że zaczyna kipieć gniewem,
tarować  plotkami,  a  nawet  grozić  wybuchem,  który  chciałby  rozsadzić  wyrok  sędziów,  komitet,
wystawę, cały świat... Wzburzenie to ukoić może tylko jakiś niesłychanie wielki i niesłychanie złoty
medal, połączony ze zniesławieniem wszystkich współzawodników.

Około  dziesiątej  rano  plac  był  pusty  i  jeszcze  doskonale  odróżniałeś  każdego  sędziego  od

każdego  członka  komitetu,  którzy  nawet  mogli,  gdyby  im  się  tak  podobało,  na  wszystkich  aleach
wystawy urządzać piesze wyścigi, pojedyńczo, sekcyami lub całemi oddziałami, wedle programu.

Ponieważ  jednak  płochość  nie  licuje  z  powagą  urzędu,  czcigodne  wiec  te  osoby  oddawały  się

przyjemnościom mchu tylko w sposób umiarkowany i uroczysty, który dowodził, że już znajdują się w
krytycznej  chwili  sądzenia  okazów  i  lada  dzień  uszczęśliwią  wystawców  licznem  potomstwem
złotych,  srebrnych  i  bronzowych  medali.  Było  tak  pusto, ie  każdy  wystawca  nietylko  poznawał
swoich  sędziów,  ale  jeszcze  mógł  porównywać  ich  wielkość  z  wysokością  kotłów  gorzelniczych,
które, wyznajmy to, w powyższem zestawieniu wydawały się karłami

Ale  około  południa,  na  placu,  obok  sędziów,  ukazał  się  tłum  pospolitych  ludzi,  który,  znowu

skutkiem wzmagającego się gorąca, dosięgnął niebywałych rozmiarów.

Wówczas zaś, ku zgorszeniu pełnych szacunku wystawców, zdarzyła się rzecz niesłychana.
W napływającej fali widzów, sędziowie poczęli rozpuszczać się i tonąć.
Naprzód  znikły  ich  niestrudzone  nogi,  potem  piersi  pełne  obywatelskich  uczuć,  potem  głowy,

rzucające  tyle  światła  na  obecny  stan  naszego  przemysłu,  a  nareszcie  i  kapelusze,  które  łagodziły
oślepiające blaski swoich podstaw. W końcu zaś, gdy tłum zalał wszystkie aleje, napełnił wszystkie
pawilony i opanował wszystkie kufelki, sędziowie rozpłynęli się w nim jak cukier w wodzie. Tylko
słabe  migotanie  ukazujących  się  gdzieniegdzie  kokard  i  tabliczek,  podtrzymywało  w  wystawcach
otuchę,  że  jeszcze  nie  wszystko  zginęło  i  że,  gdy  ludzki  przybór  opadnie,  znajdą  się  na  jakiej

background image

mieliźnie,  jeżeli  nie  cali  sędziowie,  to  przynajmniej  pamiątki  po  nich  w  formie  medali  i  listów
pochwalnych.

Tłum wciąż przybierał i płynął niewiadomo dokąd.
Alejami  szerokiemi  płynął  jak  rzeka,  w  wązkich  przejściach  zamieniał  się  na  wartki  potok,

rozbijał  się  i  rozpryskiwał  o  wielkie  kotły  cukrownicze,  na  środku  drogi  tworzył  wiry,  a  przy
budynkach  pienił  się  sukniami  i  piórami  kobiet.  Wlewał  się  do  pawilonów,  otaczał  szafy  ocierał  o
ściany i znowu wypływał na zewnątrz, aby ustąpić miejsca nowej fali kołyszących się głów i turniur.

I gdy tak wszyscy tworzyli jednę masę ruchomą a bezwładną, którą popychała fatalność, każdej z

tych  kropli  białych,  czarnych,  niebieskich,  różowych  i  popielatych  zdawało  się,  że  ona  coś  wie,
czegoś chce i czegoś szuka. Szuka czegoś nowego i niesłychanego, coby wypełniło pustkę jej duszy;
szuka czegoś, co nazywa się zadowoleniem.

I każdej z tych kropli, póki była w domu, zdawało się, że to coś znajdzie na ulicy; wyszedłszy na

ulicę  pomyślała,  że  owe  coś  znajdzie  dopiero  na  placu  wystawy.  Zobaczywszy  gromadę  ludzi  i
budynków  szepnęła:  "otóż  jest!...  "  i  weszła  w  tłum  najgęstszy,  poczęła  zaglądać  do  każdego
pawilonu, każdej szafy, w każdy słoik i w każde oczy. Co chwilę zdawało się jej, że już ma owe coś
i znowu mówiła: "otóż jest!... "

Przyjrzawszy się jednak bliżej, zobaczyła tylko parę znanych wąsików, albo sztukę perkalu, albo

farbę jaskrawego koloru, albo błyszczący medal cynowy.

Niekiedy  świsnęła  lokomobila,  zagrała  muzyka,  albo  znudzony  próżniak  pociągnął  za  serce

wielkiego dzwonu.

Na  każdy  z  tych  odgłosów  w  dwudziestu  tysiącach  serc  budziła  się  nowa  otucha,  dwadzieścia

tysięcy  ust  szeptało:  "otóż  jest!...  "  dwadzieścia  tysięcy  istot  obdarzonych  wolną  wolą  biegło  do
świstawki  lub  dzwonu  i  —  znowu  przekonywano  się,  że  to  —  tylko  dzwon  albo  świstawka,  a
bynajmniej nie owe coś, czego szukają.

Mimo  to  każdy  wciąż  szukał,  spodziewał  się,  doznawał  zawodu  i  —  znowu  szukał  lub  czekał

dalej. Zarówno zwiedzający, którzy nic nie zobaczyli jak i odbierający bilety, którym nic osobliwego
nie udało się pochwycić; zarówno czujna policya i straż ogniowa, jak i zmęczeni wystawcy, którym
ta  jedna  myśl  spędzała  sen  z  oczu,  że  coś  przyjdzie  do  ich  szafki,  że  z  ich  drutów,  pieców,  albo
trzewików stanie się coś nadzwyczajnego, że szeleszczące na dachach chorągwie, piasek co skrzypi
pod  nogami  przechodniów  i  wiatr  co  porusza  festony  pawilonów,  nie  szeleszczą  dla  własnej
przyjemności, ale im, wystawcom, zapowiadają — coś...

Tymczasem obok świętujących przedmiotów, którym składano hołdy i obok ludzi, którzy szukali

tego na wystawie, czego nie mogli znaleść nawet we własnych sercach, wystąpiła trzecia potęga —
kurzu. Kurz, zbiorowisko niewidzialnych i niepochwytnych jednostek, równie ciekawy i natrętny jak
ludzie, lecz od nich nieskończenie potężniejszy. Kurz, który nietylko chodził po ulicach i ścieżkach,
ale wzbijał się nad pawilony, odpoczywał na chorągwiach i drzewach. Nie płacąc za bilet wejścia,
widział on więcej niż ci, którzy kupowali loże, więcej niż ci, co sądzili, a nawet urządzali wystawę.
Zaglądał  do  niewykończonych  pawilonów,  przeskakiwał  sznury,  których  nie  wolno  przekraczać,
wciskał się do szaf ze srebrem, do kranów machin, do papierów obradującego komitetu i obejmował
w posiadanie nawet to, na czem leżały napisy: "nie tykać!" On wszystkiego dotykał, nie wyłączając
kwiatów,  włosów,  u  nawet  trzewików  damskich.  Strudzony  odpoczywał  na  cukrach  i  piernikach,
zgrzany  kąpał  się  w  piwie,  albo  chłodził  w  lodach  a  potem  wciskał  się  między  ręce  i  rękawiczkę,
rozgrzewał na szyjach i dla odmiany ssał 'najpiękniejsze usta. Gdzie on nie był, czego on nie widział,
ten najpotężniejszy z maluczkich i pogardzanych!

W  takich  warunkach  pamięć  o  zdrowiu  nakazywała  iść  na  piwo.  Poszedłem  i  na  szczęście,  w

background image

najciemniejszym  kącie,  przy  stoliku  tak  małym,  że  go  nic,  spostrzegli  inni,  znalazłem  jedno  wolne
krzesło.  Na  drugiem  już  siedział  jakiś  człowiek,  którego  pąsowa  twarz  i  załzawione  oczy
wskazywały, że bawi tu oddawna, nie przynosząc zakładowi uszczerbku.

Był  to  mężczyzna  w  średnim  wieku.  Miał  wyszarzany  surdut  z  bardzo  osobliwym  garniturem

guzików, włosy desperata i fizognomię marzyciela, który się niekiedy upija. Rozpięty, nie pierwszej
czystości kołnierzyk, przewiązany był krawatem któremu nici wypowiadały służbę; na klapie surduta
widać  było  blade  plamy  zeszłotygodniowego  sosu,  i  świeże  strugi  piwa,  które  pił  z  telegraficzną
szybkością, upominając się o coraz nowy kufel.

Dziwny ten towarzysz długą chwilę przypatrywał mi się szklannym wzrokiem. Nagle rzekł:
— Pan wystawca?
— Nie.
— Bo i ja nie. Raz w życiu byłem głupi, żem należał do wystawy, ale tylko raz. Wystarczyła mi

jedna  wystawa,  jak  jedna  kąpiel  memu  bratu,  gorzelnikowi,  co  wpadł  do  zacierowej  kadzi  i  nawet
nie miał czasu obetrzyć się. Dobrze skąpaliśmy się obaj, niech dyabli!... Dziś muszę pić i za siebie i
za niego... Proszę jeszcze kufelek..

Oparł łokcie na stole, brodę na dłoniach i patrząc na mnie czerwonemi oczyma, mówił dalej:
—  Widzę,  że  pan  ciekawy,  co  mi  się  stało?  (Wcale  nie  byłem  ciekawy).  Więc  opowiem  całą

rzecz dla nauki, ażeby pan kiedy i sam nie puszczał się na wystawę i jeszcze innym zakazał.

Odrzucił się na poręcz krzesła i nagle zapytał:
—  Czy  pan  wie,  kto  ja  jestem?...  Nie  z  nazwiska.  Boże  broń,  bo  nazwisko  głupstwo.  Można

nazywać  się  Bonapartem,  a  być  tylko  lampartem  albo  osłem.  Fach,  to  grunt!  Co  człowiek  robi,  to
fundament. Otóż ja jestem z profesyi — guzikarz.,. Tak, panie, guzikarz. Może pan się śmieje?...

— Ani myślę.
—  Prawda,  widzę,  że  pan  się  nie  śmieje;  ale  są  tacy  co  śmieją  się  i  nawet  mówią:  "wielka  mi

rzecz guzikarz! guzik prawie to samo co pętelka"... Nie dalej, panie, jak przed tygodniem powiedział
mi  to  jeden  szewc.  Zaraz  dałem  mu  w  ucho,  ale  gałgan  usunął  się,  a  ja  zrzuciłem  na  ziemię  trzy
butelki  z  bufetu.  Myślałem,  że  trupem  padnę  z  gniewu  i  ze  zmartwienia.  Wypłoszył  mi  trzy  ruble  z
kieszeni za nic, jakby z ołtarza zdjął!

Tymczasem,  panie,  guzik  to  wielka  rzecz.  Ja.  panie,  dwadzieścia  lat  zastanawiałem  się  nad

guzikami i jeszczem nie objął ich wszelakich właściwości I...

Po jednym guziku, panie, poznasz kto wojskowy, kto urzędnik i z jakiej dekasteryi, kto cywilny a

kto kapłan. Chłop guzików nie nosi, a żydzi ledwo przyszyli do hałatów guziki, już — biorą nas za
łeb. Uczeń co ma oberwane guziki, pewnie stoi na złej stancyi, ale chłopak sierota, co dba o swoje
guziki,  kiedyś  zrobi  majątek.  W  małżeństwie,  panie,  ja  nigdy  nie  pytam  się:  jak  ze  sobą  żyją?  ale
patrzę: jakie mąż ma guziki?.,.

A  ile  razy,  panie,  guzik  stał  się  przyczyną,  nieszczęścia?..  Jest  tu  elegant,  prawda,  że  goły  jak

ogórek, ale rok temu miał żenić się z panną bardzo bogatą. Byli już po słowie, no i co pan powie?
Jednego  dnia,  na  balu,  urwał  mu  się  guzik  w  środku  tańca;  a  panna  tak  go  znienawidziła,  że  od  tej
pory patrzeć na niego nie może. Poszedł majątek! i jeszcze chłopa do dziś dnia wyśmiewają...

A  w  polityce,  myśli  pan,  że  guziki  nic  nie  znaczą?  Kiedy  prusacy  w  r.  1870-tym  we  stu

konwojowali  cały  pułk  francuski  do  fortecy,  to  co  im  dla  bezpieczeństwa  zrobili?  Nie  wiązali
chłopów,  tylko  oberznęli  im  wszystkie,  wszyściuteńkie  guziki.  Rozumieli  gałgany,  że  taki,  co  musi
nieść w rękach całe odzienie, nie będzie robił polityki.

Proszę jeszcze jeden kufelek!...
Taki jest, panie, mój fach.

background image

Dwadzieścia pięć lat pracuję nad guzikami i nietylko ręką, ale głową...
Na nieszczęście — westchną! — u nas nie szanuje się pracy, ani pomysłu, a na wystawach daje

się nagrody i ogląda tylko tych, co już mają pieniądze i reputacyę.

Wzruszony wypił duszkiem kufel piwa. kazał podać jeszcze jeden i znowu mówił:
—  Zawsze  byłem  bardzo  zdatny  do  wszystkiego.  Terminowałem  nawet  krócej,  a  w  parę  lat  po

wyzwolinach zostałem majstrem. Wtedy przyszło mi na myśl zreformować guziki, no — i dokazałem
tego.

Guzik,  panie,  zwykle  się  przyszywa,  często  urywa,  a  zawsze  psuje  odzież.  Otóż  ja  wymyśliłem

takie zmiany.

W miejscach odzienia, gdzie wypadają guziki, robiłem dziurki i wbijałem kółka mosiężne, takie,

jak w gorsetach.

W każdą dziurkę kładłem uszko guzika i — z tyłu przesadzałem zatyczkę. O, tak...
I pokazał mi swój surdut, do którego guziki były przymocowane w ten właśnie sposób.
— Akurat — ciągnął dalej — przypadła wystawa. Wynająłem miejsce, wystąpiłem z całą szafką

guzików i z gotowym garniturem ubrania, według mojego pomysłu.

Proszę jeszcze jeden kufelek!... Com ja, panie, wycierpiał przez ten czas, to mi Pan Bóg chyba za

moje  grzechy  policzy.  Ludzie  włóczyli  się  po  wystawie  jak  i  dziś,  całemi  bandami;  robili  tyle
kurzawy, żeś świata nie dojrzał. Ale, myśli pan, że który obejrzał uważnie moje guziki, wypytał się,
zastanowił  nad  wynalazkiem?  Niejednemu  sam  zacząłem  pokazywać  i  opowiadać,  ale  frant
niedoczekawszy  końca,  machnął  rękę  i  szedł  dalej.  Cieszyli  się,  że  widzą  tyle  gratów
różnokolorowych i błyszczących, ale żaden nie pomyślał: co dzieje się w sercu biednego wystawcy,
którego praca i pomysły marnieją w biały dzień i jeszcze w takiem miejscu, gdzie właśnie powinny
być odznaczone i zyskać nagrodę.

Przyszli w końcu sędziowie. Jeden był wielki pan, który nigdy nie widywał oddzielnie guzików i

myślał,  że  one  szyją  się  razem  z  surdutem.  Drugi,  prawda,  że  się  znał  i  nawet  dobrze,  ale  tylko  na
budownictwie, a trzeci na bydle. Zawołali więc do pomocy krawca.

Krawiec z góry wpadł na mnie.
"Czyś pan zwaryował — mówi — a toż od tych dziurek popsuje się odzienie?"
"A od przyszywania guzików nie psuje się?" — pytam.
"Ale u mnie — on mówi — guziki przyszywa cały dzień dwóch chłopaków. Jak pan wprowadzisz

swoje  dziurki  i  zatyczki,  to  robotę  skończą  w  godzinę  i  co  po  tem?...  Może  mają  książki  czytać?...
Phy!.. "

No, i nie dali mi nic, panie, żadnej nagrody, żadnej pochwały! Nikt mi nawet nie powiedział:
Bóg ci zapłać, ty głupi, żeś myslał nad dobrem ludzkości... Eh!... nikt nawet nie spojrzał na moję

robotę...

Kiedym,  panie,  po  wystawie  wynosił  z  szopy  moje  manatki,  zdawało  mi  się,  że  w  tem  miejscu

odgryźli  mi  kawał  życia.  Bo  nie  trzeba  mówić,  że  zadłużyłem  się,  pracując  przeszło  rok  nad  moim
wynalazkiem,  a  wierzyciele,  panie,  widząc,  że  mnie  nikt  nie  uznał,  rzucili  się  jak  smoki.  Straciłem
sklep, warsztat...

Przed wystawą, nogę mi zawracała jedna grzebieniarka, wdowa, ale jeszcze nie bardzo sparciała

i trochę pieniężna. Po wystawie ja ją pytam: kiedyż będzie wesele? (bo mnie już o pieniądze zaczęli
dusić) a ona:

"Kiedy  wesele,  widzisz  go!...  Cóż  to  acan  myślisz,  że  ja  chciałabym  opaskudzić  się  w  takiego

guzikarza co groszem nie zalatuje i nawet medalu nie dostał. "

"A pani — mówię — masz medal? Zepsułaś mi szczęście całego życia!... "

background image

A ona zaraz zaczęła wrzeszczeć, żebym jej oddał dziesięć rubli, co pożyczyłem na szafkę...
Uderzył pięścią w stół i mruknął:
—  Podły  świat!  W  tych  czasach  najlepiej  być  wielką  świnią,  jak  ten  "Samson,  "  bo  on  prędzej

doczeka  się  medalu  i  sławnej  reputacyi,  niż  człowiek  co  dba  o  innych  i  robiwynalazki...  Na  jednej
tylko  wystawie  zmarnowałem  sobie  życie,  a  dziś,  kiedy  widzę  głupich,  którzy  całemi  dniami  stoją
przy swoich szafkach, czekając na dobre słowo publiki, ogarnia mnie taki żal, taki straszny żal...

Powiesiłbym się, gdyby nie to, że — trzymam ćwiartkę na loteryi...
Płacić!
Zapłacił za niezliczoną ilość kufli i chwiejąc się na nogach, wyszedł bez pożegnania.
W tej chwili wbiegł mój przyjaciel i namówił do wejścia na szczyt pawilonu-kiosku, w którym

mieszczą  się  dwa  pisma,  katalog  wystawy,  salon  prasy,  telefon,  teleskop,  oświetlenie  elektryczne  i
mnóstwo, mnóstwo innych rzeczy, jak w arce Noego.

Weszliśmy  na  balkon  mało  co  niższy  od  piramidy  Cheopsa,  ale  —  ja  nic  nie  widziałem  ze

szczytu; może być, że nie miałem humoru. Za to mój przyjaciel był zachwycony wszystkiem. I tem co
Bóg stworzył na niebie i na ziemi i tem co komitet zbudował na ujazdowskim placu i tem co p. Jung
poświęcił  na  rogu  alei  rolniczo  -  przemysłowej  i  tem  co  p.  Sulistrowski  do  wierzenia  podał  w
swoim katalogu.

— Muszę cię też kiedy — rzekłem do przyjaciela — zapoznać z pewnym guzikarzem.
—  Guzikarzem?...  Dajże  mi  spokój  z  guzikarzami!  Ja  prezentuję  się  tylko  tym,  co  wyrabiają

maszyny parowe, nie guziki...

background image

PRZEKLĘTE SZCZĘŚCIE.

 

I.

TROCHĘ ŚWIATŁA.
 
Pan Józef i pani Helena Wilscy zaślubieni byli dopiero od pół roku. Działo im się dobrze na tym

świecie,  choć  —  nie  najlepiej.  Mieli  trzy  pokoje,  w  nich  mebelki,  takie  tam,  —  nieosobliwe;  parę
obrazów oleodruków, które im ofiarował drużba i starą sługę Mateuszową, która przyszła Bóg wie
skąd, ale jeść gotowała niezgorzej.

Do  inwentarza  tego  pani  Helena  wniosła  nie  wiele.  Najprzód  kanarka,  którego  wraz  z  klatką

podarowała jej ciotka. Ciotczysko ubogie, to i prezent nie był kosztowny, — ale że jadł i śpiewał,
cieszono się więc nim i powieszono w oknie jak należy.

Razem  z  kanarkiem  wkwaterował  się  kuferek  z  bielizną,  jeszcze  jeden  kuferek  z  sukienkami,

pudło z kapeluszem i toaleta nie wiadomo z czem. Dorożkarz, który przywiózł to biedactwo, dostał
pół rubla i był kontent, a Helunia ustawiwszy kuferki, pudełko i toaletkę na właściwych miejscach,
także była kontenta, nawet bardziej niż dorożkarz.

W  kilka  dni  po  wprowadzeniu  się  do  nowego  gniazda,  pomiarkowawszy,  że  jej  czegoś  brak,

sprawiła sobie fartuszek z kieszeniami i napierśnikiem. Czysty to był fartuszek jak złoto i miał u dołu
falbanki;  młoda  gosposia  ubrała  się  w  niego  czemprędzej  i  chodziła  całą  dobę,  trzymając  ręce w
kieszeniach, a nazajutrz schowała go do szafy, gdzie leży po dziś dzień. Prawdę powiedziawszy, nie
było do czego stroić się w fartuszek.

W tydzień potem przybył nowy frasunek w domu, w następstwie którego pani Helena zawiesiła w

oknach  bardzo  gęste  muślinowe  firanki.  Mąż  przyznał,  że  dobrze  zrobiła,  choć  nie  wiedział  dla
czego; ale ja wiem. Miał ten pan brzydki, choć nie zupełnie grzeszny zwyczaj często całować żonę.
Całował ją w pierwszym pokoju, w drugim i trzecim, na krześle, pod lustrem i przy oknie, a zawsze
w sposób wyczerpujący. Naprzód w lewą rączkę, potem wprawą rączkę (albo na odwrót), potem w
szyjkę z czterech stron, potem w buzię ze wszystkich stron...

Są fakty dowodzące, że panią Helenę całusy nie nudziły, ani martwiły, lecz niewątpliwem jest, że

w czasie tych uroczystości odwracała głowę od okna.

Mąż przyznawał, że jest to zabawne, choć nie wiedział dlaczego odwracała głowę od okna, ale

żona wiedziała, że robi to z obawy. Naprzeciw nich bowiem było inne okno, a w niem pewien żółty
starzec  z  rzadkiemi  faworytami  siwemi.  Ile  razy  młodzi  poczynali  się  całować,  tyle  razy  staruch
ukazywał  się  w  swojem  oknie,  w  białej  szlafmycy,  z  pąsowym  fontaziem  na  wierzchu  i  śmiał  się,
mrużąc oko i pokazując jeden ząb taki żółty jak on sam.

Helunia  ze  złości  kupiła  dziesięć  łokci  muślinu  i  pozasłaniała  wszystkie  okna.  Od  tej  pory

zamiast skrzywionej twarzy sąsiada, widziała tylko pąsowy fontaź jego szlafmycy, który trząsł się jak
galareta, prawdopodobnie z wielkiej irytacyi. Dobrze tak dziadziskowi, niech się nie śmieje!...

Na  śmierć  zapomnieliśmy  dodać,  że  oprócz  niewielkich  kufrów,  pudełka,  toaletki  i  kanarka,

przyniosła Helenka na nowe gospodarstwo jeszcze coś. Ale co?... Nie suszcie sobie ludzie głowy na
próżno,  bo  nigdy  nie  zgadniecie!...  Oto  przyniosła  parę  rączek  drobnych,  białych  i  pulchnych  a  z
niemi  pracowitość  mrówki.  Do  tego  zwój  włosów  gęstych  i  miękich  jak  jedwab  i  dwoje  oczu  jak

background image

pogodne niebo. Wreszcie nosek zadarty i usta koralowe i zęby drobne a białe i serce takie szczere a
czyste, takie kochające i wierne, jakiego, ach! ludzie dobrzy, trudno miedzy nami odszukać.

Pewnego  dnia  (miała  już  wtedy  lat  siedmnaście),  dzisiejszy  mąż  jej  a  ówczesny  student  szkoły

politechnicznej, rzekł do niej:

— Chciałbym pani coś powiedzieć...
— Niech pan powie — odparła.
— Kiedy się boję!...
— To musi być coś nie dobrego?
— Kocham panią.
Helenka otworzyła usta ze zdziwienia, a potem odpowiedziała:
— A wie pan, że... to dobrze.
— A pani mnie kocha?
— Czy ja wiem?...
— A będzie pani czekać na mnie?
— O, niezawodnie!
— Mam pani słowo. Jak skończę szkołę, pobierzemy się.
— Proszę być przyzwoitym! — zgromiła go Helunia.
Tyle tylko mówili o miłości, a we trzy lata pobrali się.
Władysław  był  mechanikiem,  co  jego  żonę  obchodziło  nie  wiele  i  miał  opinię  zdolnego  i

szlachetnego człowieka, a to ją obchodziło więcej. Miał przytem ładną figurę, czarną brodę i włosy,
piwne oczy i piękną twarz, — co Helunię obchodziło jeszcze więcej. Wreszcie kochał ją, a ona za
nim szalała,

Rezultatem  takiej  kombinacyi  zdrowia,  urody  i  przywiązania,  była  wielka  radość  w  trzech

pokoikach na drugiem piętrze, przez całe pięć miesięcy bez czegoś. Od kilkudziesięciu dni jednak na
horyzoncie małżeńskim ukazał się punkt czarny: Władysław nie miał roboty!

Bankier Welt, przy którym Wilski w ciągu roku zarobił półtora tysiąca rubli, jakoś od dnia ślubu

zaniedbał  mechanika,  a  wreszcie  zupełnie  się  od  niego  odsunął.  Pozostały  oszczędności,  nadzieje  i
robota  dorywcza,  wszystko  to  jednak  nie  wystarczało  na  utrzymanie  domu.  Ograniczono  więc
wydatki, zmieniono ostatnią dwudziesto pięciorublówkę i... wydano przedostatniego rubla!...

Dzień ten był bardzo przykry dla małżonków. Władysław, unikając wzroku żony, zamknął się w

swoim  pokoju  poto,  aby  robić  sobie  wyrzuty,  że  unieszczęśliwił  kochającą  go  kobietę.  Helunia
znowu, widząc męża zmienionym ze smutku, sobie przypisywała kłopoty i mówiła:

—  Mój  Boże!  gdyby  on  się  ożenił  z  bogatą?...  Jabym  chyba  umarła,  ale  na  cóżem  ja  się  zdała

komu na świecie?!

Zeszłego kwartału sprawiłam sobie aż za dziesięć rubli sukienkę!... Ach! gdyby ją kto odkupił?...
Tak myślała, stąpając na palcach i oglądając swoje kwiatki. Niekiedy podchodziła pod zamknięte

drzwi  mężowskiego  pokoju  i  słuchała.  Ale  tam  było  cicho.  Natomiast  z  kuchni  dolatywał  łoskot
przesuwanych rondli, a z okna świergotanie kanarka.

—  Czego  ten  kanarek  tak  wrzeszczy?...  —  odezwał  się  nagle  Władysław  z  odcieniem

niecierpliwości w głosie.

— On już będzie cicho! — odpowiedziała Helenka, a następnie, zbliżywszy się do klatki, dodała

półgłosem:

— Cicho, mój ptaszeczku, cicho!... Pan się gniewa na nas, cicho!...
Kanarek  spojrzał  na  nią  najprzód  jednem  okiem,  potem  drugiem,  ruszył  ogonem  na  prawo  i  na

lewo, a potem zaświergotał jeszcze głośniej.

background image

Przestraszona Helenka nakryła mu klatkę czarnym szalem i ptak uspokoił się.
— Teraz pewnie będzie spał — rzekła i przystąpiła do drzwi, mężowskich. Położywszy jednak

rękę  na  klamce,  jakby  spłoszona  swoją  śmiałością,  cofnęła  się  na  środek  pokoju  i  stała  tak  parę
chwil, tłumiąc oddech w piersiach.

— Nie można mu przeszkadzać! — rzekła i, wprowadzając w czyn tę uwagę, otworzyła drzwi.
— Czyś mnie wołał, Władziu? — spytała.
— Nie.
Zbliżyła się ostrożnie do siedzącego męża i pocałowała go.
— Myślałam, żeś mnie wołał.
— Ten kanarek mnie drażni — odparł Władysław.
— Przykryłam go, już śpi. Znowu go pocałowała.
— A jeżeli będziesz czego potrzebował — mówiła dalej — to zawołaj... Jestem ciągle w drugim

pokoju...

I znowu go pocałowała.
Potem popatrzyła chwilę na smutną twarz męża i wyszła pocichu, zamykając drzwi za sobą...
"Rzekł onego czasu Pan Bóg: Nie być człowiekowi samemu...
A gdy stworzył Pan z ziemi wszelki zwierz polny...
Tedy przypuścił twardy sen na Adama i zasnął; i wyjął jedno żebro jego i zbudował Pan z żebra

onego, (które wyjął z Adama), niewiastę i przywiódł ją do Adama...

O, Panie! o, Panie!
 

background image

II.

TROCHĘ CIENI.
 
Pokój Władysława był obszerny i widny, jak przystało na pracownię technika. Prócz niezbędnego

biurka, szesląga i krzeseł, był tam stół do rysunków, mały warsztat ślusarski i stolarski do robienia
modelów,  książki,  plany,  modele  i  mnóstwo  narzędzi,  które  mają  przywilej  budzenia  ciekawości
profanów.  Na  wszystkiem  tem  jednak  znać  było  bezrobocie. Ani  jeden  wiórek,  ani  'jedna  szczypta
opiłków  nie  zanieczyściły  warsztatu.  Tusz  i  karmin  w  miseczkach  wyschły,  plany  pożółkły,  a  na
rejzbretach i rozpoczętych rysunkach leżała warstwa kurzu.

Władysław  czytał  z  hydrauliki  rozdział  o  turbinach.  Gdy  weszła  żona,  z  niewymowną  goryczą

przypomniał  sobie,  że  przed  tygodniem  żądano  od  niego  planu  turbinowego  młyna,  wczoraj  zaś
odpowiedziano mu, że młyn kto inny zbuduje.

— Miałem też po co pracować lata całe, wśród niedostatku! — szeptał, pomyślawszy, że owym

lepszym od niego ktosiem, był cieśla od wiatraków, który plany z patykiem układał.

Po  tej  uwadze  rzucił  hydraulikę  i  wziął  się  do  rachunku  całkowego.  Tu  wzrok  jego  padł  na

formułę: I' (1) = I' (2) = 1 i otóż przypomniał sobie, że ma tylko jednego rubla w domu!

— Ja mógłbym jeść przez parę dni suchy chleb, do któregom się przyzwyczaił, — ale orla?... !..
— O mnie nie myśl, mój Władziu... Ja mogę jeść suchy chleb, nieraz mi się to przecież zdarzało...
Obejrzał się, ale w pokoju nie było nikogo. Teraz dopiero przypomniał sobie, że słowa te, przed

kilkoma dniami powiedziała mu Helunia.

—  Ja  tam  z  państwem  za  jedno  —  jak  państwu  tak  i  mnie!...  odpowiedziało  echo  wspomnień

głosem Mateuszowej.

— Wielki Boże! jakiż ze mnie egoista?... — pomyślał i krew uderzyła mu do twarzy.
— Z tem wszystkiem, na trzy osoby jest w domu rubel!..
Odwrócił kilkanaście kart książki i trafił na formułę prawdopodobieństwa zdarzenia przyszłego

ze zdarzeń przeszłych.

—  Jeżeli  przez  czterdzieści  dni  nie  miałem  roboty,  jakie  jest  prawdopodobieństwo,  że  ją  jutro

dostanę?

— Jedna czterdziesta pierwsza! — odpowiedziała formuła.
—  Ciekawym  bardzo,  jakie  też  jest  prawdopodobieństwo,  że  zostanę  złodziejem  lub

samobójcą?..

Formuła milczała.
Przez  okno  widać  było  śnieg  topniejący  na  dachach,  parę  napuszonych  wróbli  i  skraj  nieba.

Władysław podniósł oczy na niebo i pomyślał, że dziś jest połowa marca i że nie prędzej jak w maju
dostanie  miejsce  rysownika  w  fabryce,  z  pensyą  trzydziestu  rubli  na  miesiąc,  za  dziesięć  godzin
pracy!...

Odrzucił  rachunki  i  wziął  maksymy  Epikteta.  Filozof  niewolnik  bywał  często  lekarzem  zbolałej

duszy. Władysław otworzył książkę i począł kartki przewracać.

"Wygnaj twoje pragnienia i obawy — mówił mędrzec — a pozbędziesz się tyrana. "
"O, ślepy i niesprawiedliwy! Mógłbyś tylko zależeć od siebie, a chcesz zależeć od tysiąca rzeczy,

które ci są obce i które oddalają cię od prawdziwego dobra!... "

Władysław nagle przestał czytać i słuchał. W drugim pokoju szeptano.
— Pani! — mówiła Mateuszowa — kobieta masło przyniosła.
— Nie weźmę dziś — odparła Helunia.

background image

— Śliczności masło, pan takie lubi...
— Niech przyjdzie na drugi raz.
—  Co  tu  czekać  na  drugi  raz,  ona  już  nie  przyjdzie  tak  prędko!  Zresztą...  ja  kupię  za  swoje,  to

pani mi odda. Mam przecie trzynaście rubli...

Chwila milczenia. Władysławowi ręce opadły.
— Powiedziałam Mateuszowej, że nie chcę! — odparła Helunia.
Służąca oddaliła się, mrucząc.
—  Mam  rubla!  szepnął  Władysław.  Potem  przypomniał  sobie,  że  dziś  jest  środa  i  że  jutro

przyjdzie do nich na obiad pewien ubogi student, brat zmarłego kolegi.

"Nie  pragnij,  aby  w  świecie  działo  się  tak  jak  ty  chcesz,  ale  chciej,  aby  się  działo  tak  jak  się

dzieje, a będziesz zawsze zadowolony. "

Władysław ruszył ramionami, złożył książkę i upadł na szesląg. Podobna filozofia dobrą była dla

ludzi,  którzy  wypiwszy  czarną  kawę  idą  spać  po  smacznym  obiedzie,  albo  dla  tych,  w  którym
cierpienie wypleniło już wszelkie uczucia.

Leżąc  na  szeslągu  przymknął  oczy,  jak  człowiek,  który  chce  przypatrzyć  się  wnętrzu  swojego

ducha i i ze zdumieniem rozmyślał, z jak małych przyczyn niekiedy wielkie powstają boleści!

— Jutro — mówił — nie będzie już w domu ani grosza. Gdybym był sam, śmiałbym sio z tego,

ale mam żonę... Ach! jej rezygnacya zabija mnie!... Od czterdziestu dni prosiłem, żebrałem o pracę i
nie dano mi jej, dziś techników więcej niż szewców.

Wyjechać  niema  gdzie  i  niema  po  co.  Umrzeć?...  O,  Boże!  a  któż  przy  nić)  zostanie?...  Jeżeli

rzeczy zaczną sprzedawać...

A jeżeli pojutrze już obiadu nie będzie?...
— Władziu!... Władziu!. patrz!... — krzyknęła nagle Helenka, wbiegając do pokoju.
— Co to jest?...
—  W  twojej  kamizelce  znalazłam  pięć  rubli...  Wzięłam  ją  do  naprawy  i  w  górnej  kieszeni...

Patrz!...

Władysław usiadł na szeslągu, a żona upadła mu na szyję.
— Widzisz, jaki Pan Bóg łaskaw?... Mieliśmy tylko rubla w domu, tyś się martwił, widziałam to,

i otóż mamy pieniądze. To na parę dni nam wystarczy, a potem będziesz miał robotę!

— Skąd?... — spytał mąż.
—  Czy  ja  wiem  skąd?!  —  odparła,  pieszcząc  go. Ale  przecież  mieć  musisz,  bo  to  już  ostatnie

pieniądze !

— Dziecko!
— Ciekawam bardzo skąd one się tam wzięły?
—  Przypominam  sobie.  Zdał  mi  ktoś  resztę,  ja  schowałem  pięć  rubli  do  kamizelki,  a  potem

pomyślałem, żem zgubił. Rok już tam leżą!

—  No,  widzisz,  jak  to  nie  trzeba  się  martwic.  No,  uśmiechnij  się!  Tak,  dobrze...  Więc  nie

podziękujesz żonie, że ci stare kamizelki naprawia?... Ach! ty nic dobrego... Już trzeci dzień płakać
mi  się  chce!  Nie  mówisz  nic  do  twojej  żony  kochanej,  na  kanarka  się  gniewasz,  desperujesz  po
kątach. No, przeproś żonę!... Tylko prędzej!... Jeszcze raz!...

Władysław  czuł,  że  pod  wpływem  tego  szczebiotania  a  może  i  znalezionych  pięciu  rubli,

spokojność  mu  powraca.  Uśmiechnął  się  ze  swojej  rozpaczy  i  nie  mógł  wierzyć  prawie,  że  tuk
drobna  rzecz,  jak  znalezienie  trochy  pieniędzy  może  przywrócić  zachwianą  równowagę  i  zniszczyć
wielką burzę duchową.

— Każę już dawać obiad — mówiła Helenka. — Mamy zupę piwną ze śmietaną, z grzankami i z

background image

serem i jeszcze kartofle osmażane.

— Uważam, że zupę rachujesz co najmniej za cztery potrawy?
— Ale, bo widzisz, dla ciebie kazałam jaj ugotować.
— A dla siebie?
— Ja jaj nie lubię. A zresztą... w tej chwili przyszedł mi apetyt. Każę dołożyć z parę, dla mnie i

dla Mateuszowej.

Niebawem  zrzędna  Mateuszowa  podała  obiad,  a  Władysław  zdjął  szal  z  klatki.  Kanarek

zobaczywszy  światło,  zatrzepotał  się  i  począł  świergotać.  Towarzyszyły  mu  wróble  na  dworze,
krople rosy obficie spływające z dachu i wesoły śmiech Helenki.

Teraz  Władysławowi  nie  wiadomo  skąd  przyszła  na  myśl  wiosna.  Przypomniał  sobie,  że

dzieckiem  jeszcze  będąc,  wybiegł  pewnego  dnia  do  ogrodu,  po  wielkim  deszczu.  Trawa  wczoraj
blada,  dziś  była  zielona  jak  szmaragd,  drzewa  okryte  wczoraj  pączkami,  dziś  pełne  były  młodych
listków. Na ziemi stały kałuże wody, na niebie jaśniała tęcza, a w jego duszy dziecięcej obudziło się
coś, czego jeszcze nazwać nie umiał.

Wszystko  to  przypomniało  mu  się  bardzo  dokładnie,  skutkiem  czego  uściskał  i  ucałował  żonę,

która  mimochodem  spojrzawszy  przez  firankę,  dostrzegła  w  oknie  po  drugiej  stronie,  spiczastą
szlafmycę z fontaziem i żółtą twarz chytrego staruszka.

Chudy starzec śmiał się jak dawniej i jeszcze mocniej przymrużał oko, lecz tym razem Helenka

nie gniewała się na niego. Miłosierny Bóg tak już ten świat urządził, że młodzi mężowie cieszą się na
nim pięcio rublówkami, młode żony mężami, a staruszkowie radością młodych!...

 

background image

III.

WIDZIADŁA;
 
W parę dni, małżonkowie mieli jeszcze całkowite trzy ruble, lecz widoków na robotę nie było.

Mimo to cieszyli się iak dzieci i nie bez powodu. Dziś był u nich na herbacie dawny a wypróbowany
przyjaciel  Władysława,  zarazem  dróżba  obojga  —  Józef  Grodzki,  który  w  przejeździe  z  pod  gór
Uralskich do Londynu, wstąpił na kilkanaście godzin do Warszawy.

Grodzki, z powołania inżynier, od pół roku mieszkał na granicy Azyi i robił tam fortunę. Był to

blondyn nizki i tłusty, mówiący głośno, śmiejący się jeszcze głośniej, przytem energiczny, trzeźwego
umysłu i z najlepszem sercem chłopak. Kochał Wilskich jak własną rodzinę i przywiózł im z odległej
swojej siedziby gościńca: parę chińskich filiżanek, okruch rodzimego złota i kawał malachitu.

W  tej  chwili  troje  naszych  przyjaciół  siedzieli  przy  herbacie,  a  Grodzki  opowiadał  im  swoje

dzieje, które zakończył w następujący sposób:

—  No,  a  wam  jakże  się  powodzi?...  Spodziewam  się,  że  dobrze!  Ja  mam  wprawdzie  sześć

tysięcy rubli pensyi, lecz w kraju gdzie nie wierzą w skarpetki i chustki do nosa, człowiek chcący żyć
po  europejsku,  musi  dużo  wydawać.  To  też  zaledwie  uciułałem  sobie  tysiąc  rubli  i  te  złożyłem
dzisiaj w naszym banku. Nędza!... co?...

Usłyszawszy  to,  Helenka  podniosła  na  męża  swoje  słodkie  szafirowe  oczy  z  dziwnie  żałosnym

wyrazem,  a  Władysław  lekko  brwi  zmarszczył.  Grodzki  uchwycił w  przelocie  tę  niemą  rozmowę
biedaków, czegoś się domyślił i rzekł:

— Z tem wszystkiem mara duży kłopot. Obstalowano u mnie projekt tartaka parowego i takiegoż

młyna.  Wierny  zasadzie:  drzyj  łyko  dopóki  się  da,  przyjąłem  obstalunki,  zaceniłem  po  trzysta  rubli
sztukę, a pieniądze, wziąłem z góry. Dziś, za karę, będę musiał szukać technika, któryby je wykonał,
— a czasu nie mam.

— Możeby Władzio?... — wtrąciła śpiesznie Helenka, oblewając się purpurowym rumieńcem.
Władysław siedział jak na szpilkach.
— "Władzio?... — odparł Grodzki. — Najchętniej oddam mu robotę, byle ją tylko raczył przyjąć.

No, i cóż ty, Władysławie?...

— Przyjmę!
—  Brawo!...  Tak  to  rozumiem,  skończymy  interes  w  dwu  wyrazach.  Notatki  i  pieniądze  dam  ci

zaraz.  Z  temi  słowy  inżynier  wydobył  z  kieszeni  bajecznej  wielkości  pugilares,  pełen  pieniędzy,
weksli i notat, wyjął stamtąd kawałek papieru zapełnionego cyframi, sześć sto-rublowych bankocetli
i wszystko to położył na stole.

—  Wydobyłeś  nas  z  ciężkiego  kłopotu!  —  zawołał  Władysław,  ściskając  go  za  rękę.  Poczem

opowiedział mu o swojem położeniu.

—  Niepoczeiwi!  —  wykrzyknął  inżynier.  Gdybyżeście  byli  do  mnie  choć  słówko  napisali,

pożyczyłbym wam kilkaset rubli na parę lat bez procentu!...

Po podziękowaniach i obustronnych zapewnieniach o przyjaźni, rozmowa skierowała się na inny

przedmiot.

— Cóż Władysławie, jakże będzie z naszą spółką i fabryką?... — zapytał, śmiejąc się Grodzki.
— Dojrzewa w biurku! — odparł tym samym tonem Władysław.
—  Trzeba  pani  wiedzieć  —  mówił  inżynier  zwracając  się  do  Helenki  —  że  mąż  jej  co  dzień

tworzył nowy projekt, a każdy filantropijny, choć zresztą bardzo rozsądny. Między innemi namawiał
nas,  w  szkole  jeszcze,  abyśmy,  powróciwszy  do  kraju  i  dorobiwszy  się  pieniędzy,  założyli  fabrykę

background image

płótna...

— Na którą pan ma obecnie tysiąc rubli, a Władysław żonę — przerwała Helenka.
— I to jest kapitał — odparł Grodzki. — Otóż nasza fabryka miała, mówię pani, miała stanowczo

wyrugować płótna zagraniczne i wywołać przewrót w tego rodzaju zakładach krajowych. Władysław
zaprojektował nowy system wentylacyjny dla zdrowia robotników, dalej tantyemy i emeryturę znowu
dla  nich.  Dalej  czytelnię  dla  dorosłych,  bardzo  znakomitą  szkołę  dla  dzieci  i  pewien  rodzaj
Seminaryum dla praktykantów.

— Marzenia!... — wtrącił ze smutkiem Władysław.
—  Pozwól  sobie  powiedzieć  —  odparł  Grodzki  —  że  wolę  te  marzenia  naszej  młodzieży,  od

knajpiarstwa i burszynady studentów niemieckich. Powiem ci nawet więcej, że twoje marzycielskie
projekty  uczyły  nas  na  obczyźnie  myśleć  o  kraju  i  jego  potrzebach  i  że  one  to  właśnie  zjednały  ci
serca  wszystkich.  Nie  opuszczaj  zatem  rąk.  Wie  uda  nam  się  fabryka  płótna,  to  założymy  kuźnię
wzorową,  nie  uda  się  szkoła  techniczna,  to  sprobujemy  otworzyć  porządne  warsztaty.  Ja  wcale  za
wygraną nie daję. Dziś jestem na drodze do majątku i honorem ci ręczę, że skoro zbiorę kilkanaście
tysięcy rubli, przypomnę ci twoje projekty.

Gadatliwemu  inżynierowi  świeciły  się  oczy  gdy  to  mówił.  Cała  jego  fizyognomia  wyrażała

energię, zapał a nadewszystko ufność we własne siły, której znękany nieco Władysław nie posiadał
już w takim stopniu.

— Ile to potrzeba pieniędy na fabrykę! — odezwała się Helenka, kręcąc głową.
—  Zapewne,  że  wiele!  Z  tem  wszystkiem  jednak  mąż  pani,  gdyby  umiał  kuć  żelazo  na  gorąco,

mógł był już dawno utworzyć podobną fabrykę.

— Ja?.. jakim sposobem?.. — zapytał zdziwiony Władysław.
—  Cha!  cha!  nie  pamiętasz,  serce?..  —  wykrzyknął  Grodzki.  Trzeba  było  myśleć  o  fabryce  pół

roku temu, wówczas gdy się w tobie kochała pani bankierowa Welt...

— We mnie?... bankierowa Welt?... — powtórzył jeszcze bardziej zdumiony Wilski.
— U, prostaku! o, baranku niewinny! — wołał Grodzki. — Cały świat wiedział, że szaleje za nim

ta poczciwa kobiecina, a on nie wie o tem do dziś dnia. Cha! cha! cha !..

Helenka, słuchając, zapomniała o samowarze, skutkiem czego gorąca woda przelała się już przez

wierzch szklanki. Drobny ten wypadek skierował rozmowę na inny temat i pozwolił Władysławowi
ukryć niespodziane, lecz wielkie zakłopotanie, jakiego w tej chwili doświadczył.

Około  jedenastej  wieczór  Grodzki,  który  musiał  nazajutrz  rano  wyjechać,  pożegnał  swoich

przyjaciół i na zakończenie rzekł:

—  Pani  Heleno!  znienawidzę  was,  jeżeli  w  kłopotach  nie  odwołacie  się  do  mnie.  Jestem

człowiekiem  z  jednej  sztuki,  nie  lubię  ceremonii  między  swojemi,  a  kogo  kocham,  to  już  całem
sercem.

Rozrzewniona Helenka serdecznie ścisnęła go za
— No, a ty Władysławie — dodał — bierz się na ostro i rób pieniądze. Na honor! jesteś jedynym

facetem w którego rękach radbym widzieć miliony, bo wiem, żebyś je puścił, ale z pożytkiem i dla
ogółu i dla blizkich tobie!...

Gdy Grodzki wyszedł, Helena zajęła się sprzątaniem, Władysław zaś począł chodzić po pokoju i

myśleć.  W  duszy  jego  ścierały  się  dwie  idee:  jedną  z  nich  były  obstalowane  przez  Józefa  modele,
drugą... Drugą Władysław chciał gwałtem za obręb świadomości wyrzucić.

— Kotły obstaluję u mosiężnika... — myślał.
— Bankierowa Welt kochała się w tobie — szeptał jakiś głos.
— Ciekawym ile umie będą kosztować?... mówił znowu Władysław.

background image

— Kochała cię, czy słyszysz?... — powtórzył ten sam głos.
Władysław poszedł do swego pokoju i począł przeglądać notatki zostawione przez Grodzkiego.

Nagle  odwrócił  głowę:  zdawało  mu  się,  że  za  jego  krzesłem  stoi  jakieś  widziadło,  które  mu
nieustannie szepcze do ucha:

— Kochała cię!...
Wilski rzucił się na szesląg, oparł głowę na rękach i utkwił wzrok w suficie. W tej chwili moce

nadziemskie opanowały jego duszę i oto co widział:

Pewnego dnia, młody, dziwnej piękności człowiek, ubrany we frak, jak przystało na suplikanta,

wszedł do gabinetu bankiera Welt.

Zaakomity  finansista  siedział  przed  biurkiem  na  którem  leżało  mnóstwo  otwartych  książek,

tudzież  stosy  zapisanego  papieru  —  i  —  czytał.  Uwaga  jego  była  tak  mocno  zajęta,  że  dopiero  po
upływie  dwu  minut  zdołał  spostrzedz  młodzieńca,  który  w  prostocie  ducha  wywnioskował  stąd,  że
bankier musi być wielkim człowiekiem.

Gdy Welt zbudził się ze swych głębokich rozmyślań, rzekł, uchylając haftowanej czapeczki:
—  Ach!  to  pan  Wilski?...  stokrotnie  przepraszam!  Pozwól  pan,  że  zatrzymam  czapeczkę  na

głowie. Człowiek tak wiele pracuje umysłowo, że aż doświadcza strzykań. Co pan rozkaże?...

Wilski zamiast odpowiedzi podał mu list. Bankier spojrzał na pieczątkę i zdjął czapeczkę.
— Wiem, to pisze mój przyjaciel, książę... Często ze sobą korespondujemy. Dobry chłopak! tylko

strasznie demokratyczny...

Potem otworzył list i w miarę odczytywania, mówił:
— "Najuprzejmiej polecam łaskawym względom... " dobrze! "Najzdolniejszy uczeń na wydziale

mechanicznym... " bardzo pięknie! "Wielki medal złoty... "

— Panie Wolski...
— Nazywam się Wilski.
— Panie Wilski, to musi być duży ten wielki złoty medal, który pan dostał?...
— Dosyć.
— Tak, ja to wiem!... Niech pan bez ceremonii siada, bardzo proszę.
Zaproszenie było zbyteczne, ponieważ Wilski sam już bez ceremonii usiadł. Skończywszy czytać,

Welt mówił dalej:

—  Po  tym  liście  dom  mój  jest  dla  pana  otwarty.  Przyjaciele  naszych  przyjaciół  są  naszemi

przyjaciółmi.  Pan  będziesz  łaskaw  pofatygować  się  do  nas  co  czwartek  na  herbatę,  począwszy  od
dziś dnia, o wpół do dziesiątej wieczór.

— Czy moge spodziewać się?... — wtrącił Wilski.
— Może się pan spodziewać najdystyngowańszego towarzystwa w salonach mojej żony.
— Miałem w tej chwili na myśli posadę techniczną.
— Ach! pan miał na myśli posadę?... — O tem jeszcze pogadamy.
Wilski pożegnał go i zabierał się do wyjścia. Nagle bankier zawołał:
—  Ale,  ale!...  panie  Wilski...  Jak  pan  będzie  pisał  list  do  księcia,  to  proszę  mu  się  pięknie

kłaniać odemnie.

Tego samego dnia na herbacie poznał Władysław panie Welt. Była to kobieta w sile wieku, nie

tyle  piękna  ile  majestatyczna,  a  zarazem  pociągająca.  Śniada  jej  twarz  miała  wyraz  powagi  i
słodyczy, a czarne oczy dziwnie rozmarzały ludzi.

W ciągu wieczora pani domu kilka razy przez czas dłuższy rozmawiała z Wilskim, który, mając

głowę nabitą rozmaitemi planami, mówił tylko o nich. Bankierowa słuchała go uważnie i patrzyła na
niego tak jakoś szczególnie, że Władysław powróciwszy do domu, spać nie mógł.

background image

Na  drugi  dzień  Welt  dał  Wilskiemu  korzystne  zajęcie  i  uroczyście  wezwał  go  do  jak

najczęstszych wizyt.

—  Ona  cię  kochała!...  —  szeptał  mu  uporczywie  głos,  pod  wpływem  którego  pewne  fakty

ukazywały się Władysławowi w nowem zupełnie świetle.

Na  jednem  z  czwartkowych  zebrań,  gdy  Wilski  rozmawiał  z  bankierową  o  swem  studenckiem

życiu, zbliżył się do nich pewien nowiniarz i opowiedział, że jakaś dama uciekła z kochankiem.

— Kobiety dla miłości wiele robią! — zakończył dowcipniś z uśmiechem.
Pani Welt surowo spojrzała na niego, a gdy odszedł, rzekła do Władysława swym spokojnym i

przejmującym głosem:

— Tak, kobiety dla miłości wiele robią, lecz mężczyźni nie umieją tego ocenić!
To powiedzawszy, wstała i nie patrząc na Wilskiego przeszła do innej grupy.
Innym  razam,  gdy  rozwijał  przed  nią  plan  towarzystwa  budowlanego,  przerwała  mu  nagle  —

mówiąc:

— Czy pan z kobietami zawsze rozmawiasz tylko o inżynieryi?
— To zależy — odparł — z niektóremi mówię o sztukach pięknych, co zresztą jest bardzo nudne.
— Ach, tak! — odpowiedziała. — Mów pan zresztą cokolwiek.
Przymknęła oczy, oparła głowę na fotelu i z wyrazem spokojnego zachwytu na twarzy słuchała o

potrzebie  asfaltowania  fundamentów,  o  kranach  wodociągowych  i  gazie  w  mieszkaniach,  a
nadewszystko o żelaznem belkowaniu.

Wilski był w dziwnej pozycyi. Miał narzeczone, którą kochał i znał kobietę, do której ciągnęły go

instynkty.  Gdy  rozmawiał  z  panią  Welt,  czuł,  że  mu  w  żyłach  płynie  coś  nakszałt  roztopionego
ołowiu; lecz wrażenie to nigdy nie trwało przez czas dłuższy.

Niekiedy,  ośmielony  jej  spojrzeniami,  postanawiał  wspomnieć  coś  o  miłości.  Przy  najlżejszej

jednak  wzmiance  tego  rodzaju,  wzrok  bankierowej  stawał  się  chłodny,  a  na  ustach  zarysował  się
wyraz pogardliwy i niechętny. Przechodził wówczas do kwestyi obojętnych i znowu wszystko było
dobrze.

Z doczątku Wilski głowo tracił wobec tej zagadki, z czasem jednak oswoił się z nią i myślał:
—  Jaka  szkoda  —  że  ta  kobieta  jest  tak  chłodna  i  myśli  tylko  o  kwestyach  finansowych  i

technicznych. Gdyby nie to, ludzie waryowaliby z jej przyczyny, a najpierwej sam mąż!...

I o niej to powiedział Grodzki, że szalała za Władysławem!
— To być nie może! — mruknął Wilski, otrząsając się z marzeń i powstając z szesląga. Pani Welt

jest kobietą z marmuru i... banknotów...

— A jednak kochała cię — szeptał głos. Głupstwo! — odparł z uśmiechem Władysław.
Kochała mnie a przecież jej mąż nie daje mi teraz żadnego zajęcia.
— Od jak dawna? — spytał głos.
— Od... dnia ślubu mego — odpowiedział Władysław.
—  A  zarazem  od  dnia,  w  którym  pani  Welt  dowiedziawszy  się  o  twym  ślubie,  ciężko

zachorowała... dorzucił głos.

Zimny  pot  wystąpił  na  czoło  Wilskieniu.  Podszedł  do  okna  i  przysłuchiwał  się  padającemu

deszczowi.

Wtedy ktoś zbliżył się do niego na palcach, otoczył mu rękoma szyję, przycisnął wilgotne usta do

jego ust spieczonych i rzekł nieśmiało i cicho:

— Ale ty jej nie kochasz?... Wilski oprzytomniał.
— Ciebie tylko kocham, Heluniu, ciebie i... pracę!...
— Ale mnie troszeczkę więcej, — taką małą troszeczkę?...

background image

— Taką dużą!... — odpowiedział mąż ze śmiechem.
Mary pierzchły.
 

background image

IV.

UŚMIECH SZCZĘŚCIA.
 
Był już początek kwietnia; śniegi znikły, a po ulicach przewiewał wiatr wiosenny. "Wróciwszy

pewnego  dnia  z  miasta,  Władysław  przyniósł  żonie  kilka  listków  trawy,  zawiadomił  ją  o  tem,  że
widziano skowronki w polu i że dziś siada do obstalunków Grodzkiego.

Do  tej  pory  nie  zajmował  sie  niemi,  miał  bowiem  od  jednego  z  inżynierów  miejscowych  pilną

robotę, nad którą kilkanaście dni i kilka nocy przepędził.

Jakoż rozpiął papier na rajsbrecie i zatemperował ołówki.
—  Wiesz,  Władziu  —  odezwała  się  Helenka,  —  że  nie  długo  wyjmiemy  okna  podwójne? Ale

prawda! przeszkadzam ci..., Już nic nie będę mówiła. Może ci tusz rozetrzeć?

W tej chwili wszedł do przedpokoju jakiś człowiek.
— A co to? — zapytała Helenka.
— Telegram z Krakowa do pana Władysława Wiłskiego. Proszę o pokwitowanie.
— Z Krakowa?... — rzekł nieco zdziwiony Władysław, odbierając kopertę. Daj mu tam dziesięć

groszy, Heluniu.

Gdy otworzył depeszę, zdziwił się jeszcze bardziej, przeczytawszy co następuje:
"Wierny sługa ś. p. Edwarda winszuje. Pogrzeb wczoraj. Czekam na rozkazy — Kłopotowicz. "
— Co to jest? — zapytała Helenka.
— Nie rozumiem! — odparł Wilski. Przypuszczam tylko, że mój stryj umarł i że jego plenipotent

zwaryował.

— Twój stryj umarł, ten bogacz?... Może ci co. zapisał?...
Władysław machnął ręką z uśmiechem.
— To się po nim nie pokaże! W ciągu całego życia dał mi trzydzieści rubli i wątpię, aby był po

śmierci hojniejszy.

— W każdym razie coś w tem jest — rzekła Helenka.
— Co ma być! — odpowiedział Władysław i usiadł do roboty.
W kwadrans potem Helenka odezwała się znowu:
— Żeby ci tak choć z dziesięć tysięcy zapisał?..
— Nie bój się, nie zapisze.
— No, pocałuj żonę.
Władysław polecenie najsumienniej wykonał, lecz roboty nie porzucił.
W godzinę przyszedł drugi telegram tej treści: "Hrabia P. daje za willę nad Renern pięćdziesiąt

tysięcy reńskich. Nieboszczyk zapłacił trzydzieści tysięcy. Czekam tydzień. — Adwokat X.

— Poszaleli widocznie! — mruknął Władysław, rzucaiąc depeszę na ziemię.
— Ależ, kochany Władziu, w tem coś jest — mówiła wzruszona Helenka. Widocznie stryj musiał

ci tę willę zapisać...

— Dzieciństwo! całe życie usuwał się odemnie...
— W każdym jednak razie trzeba coś robić.
— Ja też robię rysunki dla Grodzkiego. W tej chwili przyszedł trzeci telegram:
"Kraków,  dnia...  Władysław  Wilski,  inżynier-mechanik  w  Warszawie.  Zmarły  Edward  Wilski

zapisał panu sto tysięcy reńskich gotówką, pięćkroć w nieruchomościach. Testament u mnie. Pogrzeb
wczoraj. Czekam na polecenia. — Adwokat Y. "

— Czy to być może, Władziu?... — krzyknęła Helenka, klaszcząc w ręce.

background image

W pokoju stał woźny z telegrafu.
— Winszuję jaśnie wielmożnemu panu dobrej nowiny! — rzekł.
Władysław dał mu złotówkę. Woźny wyszedł, skrobiąc się w głowę i mrucząc.
— Władziu! — zawołała znowu Helenka — ty musisz iść...
— Dokąd?
— Czy ja wiem dokąd?... chyba do telegrafu.
— Po co?
— Czy ja wiem po co?... O, Boże! jakież to szczęście!...
Wyszła do swego pokoiku i klękła przed obrazem. W tej chwili jednak zerwała się, wybiegła do

kuchni i uściskała zdziwioną i uradowaną Mateuszowę. Potem znowu uklękła i zmówiła pacierz.

Wróciwszy do pracowni zastała męża rysującego.
—  Ależ  daj  pokój  Władziu!  —  zawołała.  —  Czy  może  być,  aby  to  ciebie  nie  obeszło?...

Doprawdy, że ja się ciebie boję!,.. Ile to na nasze pieniądze wyniesie?

— Prawie pół miliona rubli — odpowiedział spokojnie Wilski.
— I ty się nie cieszysz nic?.. Nic, ale to zupełnie nic?...
— Władysław położył ołówek, wziął żonę za ręce i topiąc w niej wzrok poważny, rzekł:
—  Powiedz  mi,  Heluniu,  czy  od  tych  kilkunastu  minut  przybyło  mi  sił,  zdrowia,  rozumu,

uczciwości?... Prawda, że nie!.. A przecież to są największe skarby.

— Zawsze jednak pół miliona...
— Jesteśmy tylko kasyerami, w rzeczywistości bowiem pieniądze te nie do nas należą. Powiedz

sama, czy potrafimy je przejeść, przepić lub wydać na zabawy, a zresztą czyby to było uczciwie?...

Helenka uwiesiła mu się na szyi i okryła pocałunkami.
—  O,  mój  mężu!  —  zawołała.  —  Nie  rozumiem  cię,  ale  widzę,  żeś  zupełnie  inny  niż  wszyscy

ludzie.

Nie  długo  potem,  jakby  nic  nigdy  nie  zaszło,  zmieniła  kanarkowi  wodę,  dosypała  siemienia  i

wzięła się do szycia koszul mężowskich.

— To płótno — myślała — jest tak grube jak było pierwej. Dobrze mówi Władzio. że majątek

nic nie zmienia

Była już zupełnie spokojną.
Wilski  tymczasem  wciąż  rysował.  Gdy  zapadł  zmrok  począł  chodzić  w  milczeniu  po  swej

pracowni, potem zapalił światło i zbliżył się znowu do rajzbretu.

Teraz dostrzegł, że zrobił w planie ważną omyłkę. Rozdarł go więc i na skrawku papieru zaczął

pisać jakieś proporcye i cyfry pojedyńcze, z których ostatnią była: 25. 000.

—  Dwadzieścia  pięć  tysięcy!  —  szepnął  —  to  znaczy  przeszło  sześćdziesiąt  rubli  dziennie  bez

pracy i kłopotów!...

W czem by to umieścić? — mówił dalej. — Papiery ciągle zmieniają wartość, a przy tem pożar...

złodzieje!...  Banki?...  Któryż  bank  daje  bezwzględną  pewnośt  ru!...  Domy?...  A  wojna  i
bombardowanie?...

"Prawdziwe  szczęście  —  przypomniał  mu  Epiktet,  trwa  wiecznie  i  nie  może  być  zniszczone.

Wszystko co nie posiada tych dwu własności nie jest prawdziwem szczęściem. "

Wilski  słyszał  echo  tych  wyrazów  w  swej  duszy,  lecz  nie  rozumiał  ich.  Czul,  że  w  tej  chwili

pewne  zdania  są  dla  niego  tylko  pustym  dźwiękiem  i  że  ich  treść  pierzchła  wraz  z  ubóstwem.
Natomiast z głębin umysłu jego wynurzyły się inne zdania, dziwnym jakimś, nieznanym mu dotychczas
opromienione blaskiem:

"Najwyższa  zręczność  —  mówił  La  Rochefoucault.  polega  na  tem,  aby  dokładnie  znać

background image

prawdziwą wartość rzeczy. "

—  To  pewna  —  szepnął  Wilski  —  że  nie  znam  dotychczas  wartości  dwudziestu  pięciu  tysięcy

rocznego dochodu.

Było już późno. Znużona Helenka ostrożnie uchyliła drzwi.
— Ty jeszcze pracujesz, Władziu?
— Tak! — odpowiedział, nie podnosząc głowy.
— Dobranoc ci! takie masz gorące czoło.
— Jak zwykle.
— Mógłbyś dziś wcześniej się położyć, masz już przecie majątek... Dobranoc!
Omyliła się. Miliony odbierają sen.
Teraz przyszedł Władysławowi na myśl Grodzki. Wspomnienie inżyniera spotęgowało rumieńce

na jego twarzy.

—  Dobry  chłopak  —  rzekł  —  ale  strasznie  szorstki.  Z  kolei  myślał  o  fabryce  płótna,  o  swojej

starej  ciotce,  biednym  rękawiczniku,  który  mu  jakiś  czas  darmo  obiady  dawał,  o  ludziach
niemających roboty, o projektach obrachowanych na ogólny pożytek i niewymowna gorycz napełniła
mu  serce.  Przypomniał  też  sobie  pewnego  staruszka  w  piaskowym  surducie,  znakomitego  filozofa  i
pesymistę,  z  którym  się  poznał  w  Paryżu.  I  przed  nim  Władysław  często  rozwijał  swoje  ogromne
plany. Starzec słuchał go zawsze z pobłażliwym uśmiechem i w konkluzyi rzekł:

—  Wielkie  idee,  oprócz  wielu  złych  mają  jednę  dobrą  stroną.  Oto:  stanowią  pewien  rodzaj

umysłowej wizykatoryi dla ludzi młodych i zdolnych, lecz ubogich!...

— Tak! — szepnął Władysław. — Majątek mój jest za duży na to, aby go oknem wyrzucić, a za

mały  na  uszczęśliwienie  świata.  Gdybym  go  rozdzielił  tylko  między  swoich  współobywateli,  na
każdego z nich wypadłoby nie całe trzynaście groszy!...

Ostatnia  ta  uwaga  zapieczętowała  szereg  medytacyj.  Wilski  wstał  z  krzesła  i  przeszedł  się  po

pokoju, jak człowiek, który już wie, co mu robić wypada.

"Cnoty toną w interesie, jak rzeki w morzu, " — powiedział La Rochefoucault. Miał racyę.
Władysławowi  głowa  pałała,  pulsa  biły  jak  młoty.  Otworzył  lufcik  i  odetchnął  głęboko.  Na

dworze była noc i cisza, w jego pokoju dogorywała lampa.

Gdy odwrócił głowę, zdawało mu się, że wśród pomroki niknie przeciwległa ściana pracowni,

odsłaniając  przed  jego  oczyma  wykwintny  buduar,  pełen  bogatych  sprzętów  i  upajającej  woni.  Na
fotelu pokrytym ciemno-zielonym aksamitem, siedziała a raczej leżała kobieta z głową odrzuconą w
tył, z przymkniętemi oczyma i wyrazem zachwytu na śniadej twarzy.

— Mów cokolwiek! — szeptało widmo. — Niech usłyszę głos twój...
— Ach! ach! — rozległ się jęk w pokoju Helenki.
Wilski wybiegł tam.
— Co ci jest, Heluniu?... — zawołał.
— To ty, Władziu?... Nic... śniło mi się coś, zresztą nie wiem...
— Może nasze miliony? — spytał z uśmiechem. Nie odpowiedziała nic i zasnęła znowu.
 

background image

V

PIERWSZE KROKI.
 
Szatan i obłęd panują zawsze w nocy; dzień jest ojcem zdrowego sądu. Wilski z rana wstydzi! się

wczorajszych  przywidzeń  i  myślał  spokojnie  o  obowiązkach,  których  nikt  wprawdzie  nie  mogł  mu
narzucić, lecz które tkwiły w jego duszy.

Głos  rozsądku  i  sumienia  przypominał  mu  ludzi,  od  których  doświadczył  dobrodziejstw  i

projekty,  które  obecnie  mógł  wykonać.  Wstał  trzeźwy,  ubrał  się  szybko,  i  wyszedł  do  biura
telegraficznego, aby donieść o swój fortunie Grodzkiemu i wezwać go na wspólnika.

Do czego na wspólnika jeszcze nie wiedział.
W  połowie  drogi  na  ulicy  usłyszał,  że  go  ktoś  woła.  Obejrzał  się  i  zobaczył  karetę,  z  której

wysiadał Welt.

— Szedłeś pan do mnie! — rzekł bankier tonem niezachwianej pewności. — Winszuję! Podobne

wypadki trafiają się nader rzadko.

— O czem pan mówisz?
— Rozumie się, że o pańskich milionach. Ja wiem wszystko! Traf cudowny! Kasa moja jest na

pańskie usługi i dziś nawet moge panu ofiarować sto tysięcy na ośm procent. Nigdzie pan taniej nie
dostaniesz.

Oszołomiony Władysław milczał.
— Naturalnie, zgadzasz się pan — mówił dalej Welt. Siądźmy do mojej karety... Musisz się pan

uekwipować  przyzwoicie.  Zaraz  panu  odliczę  pieniądze,  a  w  wolnym  czasie  pogadamy  o  pańskim
projekcie  towarzystwa  budowlanego,  które  mnie  zachwyca!  Stangret  zawróć!  Jechałem  właśnie  do
pana.  Trzeba  służyć  społeczeństwu  w  miarę  środków,  panie  Wilski,  to  moja  zasada.  Musimy  mieć
towarzystwo budowlane!

Gdy stanęli na miejscu bankier rzekł:
— Każę przygotować rewers, a tymczasem racz pan wstąpić do mojej Amelci.
Wilski machinalnie poszedł na górę i za chwilę już był w salonie.
Czekał minutę... dwie... W połowie trzeciej ukazała się bankierowa.
Była bardzo blada i podając Władysławowi rękę, zmienionym głosem rzekła:
— Dawnośmy się nie widzieli!... Na twarz jej wybiegł rumieniec.
Nastąpiło chwilowe milczenie, które znowu przerwała pani Welt.
— Dziś dowiedziałam się o pańskiem... nie wiem jak nazwać?... Ludzie nazywają to szczęściem.

Jeżeli istotnie szczęście, w takim razie szczerze... serdecznie panu winszuję!

Wilski pocałował ją w rękę. Była gorąca jak ogień, lecz sztywna.
Potem  mówili  o  rzeczach  obojętnych,  początkowo  z  pewnego  rodzaju  przymusem,  następnie

śmielej. Nagle usłyszeli na schodach głos Welta.

Pani Amelia zmieniła przedmiot rozmowy i zapytała prędko:
— Wszak wyjeżdżasz pan do Krakowa?
— Zapewne...
— Kiedyż?...
— Jeszcze dokładnie nie wiem.
— Ja chciałabym także wyjechać.
— Kiedy? — spytał znowu Wilski, czując, że mu serce bić przestaje.
Pani Amelia zawahała się.

background image

— To jeszcze nie jest pewne — rzekła. Bankier wstępował na schody.
— W piątek wieczór... — dodała szybko stłumionym głosem.
Welt  wszedł  do  salonu;  porozmawiali  chwilę  razem,  poczem  zabrał  Wilskiego  do  swej

kancelaryi. Tam przez dobrą godzinę liczyli pieniądze, a wreszcie pożegnali się bardzo serdecznie.

— Ja, panie — rzekł bankier w końcu — jestem człowiekiem, którego do rany przyłożyć można.

Ja dla projektów pańskich miałem zawsze wielką sympatye, i gdyby nie... No, pan wiesz, jak kobiety
bywają ostrożne!... Sądzę także, że nie pogniewasz się pan na Amelcie, jeżeli powiem, że ona nam
najwięcej  przeszkadzała  w  porozumieniu  się. Ale  wczoraj  zwyciężyłem  ją  stanowczo  !  Pan  jesteś
człowiek pomysłowy i szczęśliwy, a to w interesach dużo znaczy...

Gdy Władysław był już we drzwiach, Welt zawołał:
—  Ale!...  ale!...  Wiesz  pan  co?...  Mówmy  sobie  ty!  Między  przyjaciółmi  i  wspólnikami  nie

powinno być ceremonii. To moja zasada, Władziu!

Wróciwszy  do  domu,  Wilski  zastał  już  kilka  biletów  wizytowych  od  przyjaciół,  którzy  go

wczoraj jeszcze nie znali i kilka próśb od osób ubogich, które cudem chyba dowiedziały się o jego
fortunie.

— Oto jest natura ludzka! — rzekł ze śmiechem.
— W każdym jednak razie wesprzesz Władziu, tych biedaków. Któż wie czy i oni już oddawna

ostatniego rubla nie wydali? — odpowiedziała Helenka.

Władysław obiecał ich wesprzeć, śmiejąc się, opowiedział żonie o serdeczności "Welta, pokazał

jej pieniądze i zawiadomił, że w piątek wieczór wyjechać musi do Krakowa.

— To pojutrze! — szepnęła Helenka, blednąc. Tak mi będzie smutno...
Uścisnął ją i już niż więcej nie mówili o podróży.
Następnego dnia powiedział jej o wynajęciu nowego mieszkania.
— Wziąłem na Krakowskiem pięć pokoi, przedpokój i kuchnię za ośmset rubli...
— Tak nam tu dobrze było! — odpowiedziała Helenka. O!... już na nowem mieszkaniu nie spotka

nas szczęście...

—  Prócz  tego  —  mówił  mąż  —  będziemy  mieli  eleganckie  meble,  lokaja,  pokojówkę  i  dobrą

kucharkę.

— A cóż się stanie z Mateuszową?...
— Ach! prawda... Zresztą, pomyślemy o niej jeszcze.
Nadszedł dzień wyjazdu, wietrzny, pochmurny i słotny. Wilski był zadumany. Helenka wzdychała.
Oboje nie tknęli obiadu i z niepokojem oczekiwali wieczora.
Około ósmej Helenka rzekła:
— Odprowadzę cię na kolej, dobrze?...
—  Daj  pokój,  aniołku,  możesz  się  zaziębić.  O  dziewiątej  na  podwórze  zajechał  powóz.

Władysław powoli włożył paleto i torbę podróżną. W pokoju śmiertelne panowało milczenie...

— Za parę tygodni wrócę... — rzekł stłumionym głosem.
— Wrócisz?... — szepnęła Helenka, opierając głowę na jego piersiach.
W tej chwili jakiś szorstki przedmiot dotknął ręki Wilskiego. To stara Mateuszowa całowała go.
Wybiegł śpiesznie za drzwi, lecz w połowie schodów zatrzymał się. Zdawało mu się, że go ktoś

obejmuje za nogi.

Chwilę pomyślał i wrócił na górę głęboko wzruszony. Stojąca w przedpokoju Helenka upadła mu

na szyję i rzewnie płakała.

— O, nie zapomnij o mnie! — mówiła, łkając. Powtórnie wyszedł, a tym razem wybiegła za nim

Helenka,

background image

— Władziu!
— Co każesz?
Znowu uwiesiła mu się na szyi, ściskała go namiętnie i szeptała:
— Nie znpomnisz?... wrócisz?...
Siedząc w powozie podniósł jeszcze oczy do góry i w oknie drugiego piotra zobaczył uchylona

roletę i jakiś cień.

Powóz wyjechał z podwórza.
— O. nie zapomnij o mnie....
Mgła  zawisła  nad  ulicami,  latarnie  rzucały  czerwony  blask,  dokoła  rozlegały  sio  kroki

przechodniów i turkot wozów.

— Nie zapomnisz... wrócisz!... - szeptało echo,
 
* * *
 
Wilski dojechał do dworca wzruszony i rozdrażniony. Oddał pakunki tragarzowi i pobiegł wprost

do salonu pierwszej klasy.

Zastał tam kilkanaście osób, same twarze obce. To uspokoiło go. Odetchnął jak człowiek, którego

minęło niebezpieczeństwo i jeszcze raz pożegnał w myśli Helenkę.

W tej chwili usłyszał głos wchodzącego Welta.
— Cudownie!... wiec i ty wyjeżdżasz?
— Jak widzisz.
—  Wyobraź  sobie,  że  i  Amelcia  jedzie.  Wysyłam  ją  do  Krakowa  w  pewnym  interesie,  który

wymaga... no wiesz czego?... Tego tylko co ona ma.

Pani Welt była milcząca i nie w humorze.
Wilski wyszedł po bilet Gdy wrócił, rzekł bankier ze śmiechem:
—  Patrz  co  to  są  kobiety!  Onegdaj  zdecydowała  się  jechać,  dziś  grymasiła,  a  w  tej  chwili

powiada, że się boi zaziębienia, i że chętnie zostałaby do jutra.

—  Może  to  i  słusznie  —  odparł  Wilski  chłodno.  Szkoda,  żeś  mnie  nie  zapoznał  z  interesem,

byłbym ci go załatwił.

—  Gdzież  znowu!  Ty  masz  głowę  zaprzątniętą  milionami,  a  tu  sprawa  pilna  i  wymaga  zimnej

krwi. Nie, to tylko ona dobrze załatwi!

Zadzwoniono i podróżni poczęli zajmować miejsca. Nagle Władysławowi uderzyła fala krwi do

głowy: ujrzał on między fałdami powłóczystej sukni — kształtną i drobną nóżkę bankierowej...

Ma ten widok zapomniał o żonie, o wzruszeniu i o niesmaku, jakiego doznał przed chwilą.
— Siadajże, Władysławie! — krzyknął bankier. Rozległy się okrzyki pożegnania, pociąg ruszył,

lecz Władysław nie uważał tego. Nie mógł tchu złapać.

—  Oryginalna  pozycya!  —  odezwała  się  nagle  pani  Welt.  W  tej  chwili  widziałam

Swiegotnickiego i jestem pewna, że jutro w całej Warszawie mówić będą, żem uciekła z panem, w
asystencyi  i  za  upoważnieniem  męża  —  i  cóż  nam  to  szkodzi?  —  spytał  Wilski,  topiąc  w  niej
pałające spojrzenie.

— Panu nie wiele, mnie więcej! — odparła poważnie.
W każdym razie fakt już się stał i cokolwiek...
Nie dokończył, ujrzawszy wzrok Amelii. Zarazem jednak teraz dopiero zauważył, że byli sami.
Nastało  długie  milczenie,  w  ciągu  którego  bankierowa  obojętnie  wyglądała  przez  okno,  a

Wilski... resztę przytomności utracił.

background image

Nagle, tuż przy nogach pani Welt. upadła mu rękawiczka. Gdy się schylił, aby ją podnieść, uczuł,

że rękaw jego paletota obtarł się zlekka o jej bucik.

Teraz  zdało  mu  się,  że  w  ciele  zamiast  muskułów  ma  rozgrzane  stalowe  sprężyny,  że  mu  piersi

pękną, lub że go własny oddech spali. Podniósł oczy na Amelię i pomyślał, że gdyby między nią i nim
ustawiono mur bagnetów, rozbiłby go jak kępę trzciny.

— Spodziewam się, że mnie pan zapoznasz ze swoją żoną?... Będę panu bardzo wdzięczna!.. —

rzekła bankierowa głosem, który jak ostrze noża przeszył mu serce.

W milczeniu i gorączce czekał do rana. Gdy pociąg stanął na granicy. Wilski posłał telegram do

żony.

background image

VI.

PIEKIELNA DRABINA.
 
W  Krakowie  Władysław  rozszedł  się  z  bankierową  prawie  na  chłodno,  a  następnie  zajęty

interesami kilka dni jej nie widział, W ciągu tego czasu zapoznał się bliżej ze stanem swego majątku,
odebrał  od  Helenki  parę  listów  pełnych  tęsknoty  i  wezwań  do  przyjazdu  i  przypomniał  też  sobie
dawnych znajomych, ludzi po większej części ubogich, dla których postanowił coś zrobić.

W końcu pierwszego tygodnia odebrał list z Warszawy i bilet z Krakowa. Poznał pismo na obu i

wziął się do pierwszego.

List z  Warszawy  pisał  ubogi  student,  który  u  Wilskich  bywał  na  obiadach  co  czwartek.  Młody

człowiek w prostych lecz serdecznych wyrazach powinszował Władysławowi spadku i wyraził żal z
tego powodu, że nie mógł go przed wyjazdem osobiście pożegnać.

—  Biedaczysko!  —  rzekł  Władysław.  —  Spróbuję  też  posłać  mu  pieniądze.  Wiem,  że  się  nie

obrazi, gdy z nim szczerze choć listownie pogadam.

Następnie otworzył bilet, który zawierał te słowa:
"Nigdy nie spodziewałam się, abyś pan mógł skazać swoją współ-rodaczkę na śmierć z nudów.

Czekam dziś z herbatą. A bientót. — A. Welt. "

Wilski ruszył ramionami. Ponieważ zaś było dosyć wcześnie, wyszedł więc do miasta.
Błądząc machinalnie po ulicach, dostrzegł na jednej z nich sklep szewcki z wystawą, a na niej,

między obfitą kolekcją różno-kolorowego obuwia — mały, czarny, węgierski butik.

Postał  tu  chwilę  i  znowu  począł  błądzić.  Na  twarz  wystąpiły  mu  ciemne  rumieńce,  a  umysł

opanowały pomieszane marzenia.

I widział się w Warszawie w ciasnej izdebce na poddaszu. Pokój był zimny a on zrozpaczony i

głodny.

Naglą uchyliły się drzwi i stanął w nich jakiś człowiek nizki, pękaty i uśmiechnięty z czapką w

ręku. Był to sąsiad jego z poddasza, ubogi rękawicznik.

— Co pan każe? — spytał go Władysław.
— Ja nie każę, ja prosić przyszedłem — odparł gość.
—  Panie!  —  mówił  dalej  —  co  tu  między  nami  w  bawełnę  owijać.  Niech  mi  pan  zrobi  jednę

łaskę...

— Jaką, panie?
— Niech pan pozwoli u siebie w piecu zapalić i obiad sobie przysyłać!
— Ależ....
—  Już  wiem  co  pan  powie  —  przerwał  rękawicznik  —  ale  to  się  na  nic  nie  zda.  Pan  jesteś

młody,  uczony,  możesz  jeszcze  mieć  stanowisko  na  świecie  i  jeżeli  nie  mnie  to  dzieciom  moim
oddasz te obiady z procentem... No, panie!... bo nie odejdę stąd.

I  z  temi  słowy  zacny  człowiek  wyciągnął  do  Wilskiego  rękę.  Biedacy  uściskali  się  i  nastąpiła

zgoda.

W  tej  chwili  między  tym  obrazem  z  przeszłości,  a  bogaczem  teraźniejszości,  stanęło  widmo

czarnego, węgierskiego bucika. Władysław ocknął się i poszedł do bankierowej.

Zastał  ją  w  salonie  z  bukietem  róż.  Uśmiechnęła  się  i  podając  mu  rękę,  rzekła  tonem  łagodnej

wymówki:

— Nie powinnam się witać z panem!
— Tłumaczą mnie zajęcia — odparł Wilski.

background image

—  Ale  wytłumaczą  pana  wtedy  dopiero,  jeżeli  dzisiejszy  wieczór  mnie  poświęcisz.  Bywam

niekiedy  dziwnie  zmęczena,  a  gdybym  wówczas  me  zobaczyła  twarzy  sympatycznej  i  nie  usłyszała
głosu...

... Czy ja wiem cobym zrobiła?!...
Wilski słuchał jej zdumiony i rozmarzony...
Cały  wieczór  mówili  o  kwiatach,  o  wiośnie  i  okolicach  górskich,  jak  student  z  pensyonarka,

półgłosem, jak w pokoju chorego.

Około jedenastej, Władysław, zabierając się już do odejścia, rzekł:
— Czy dasz mi patii jeden z tych kwiatów?
— Na co?...
— Na pamiątkę dnia dzisiejszego.
—  To  prawda  —  odparła  —  że  wżyciu  mało  jest  dni  podobnych.  A  potem,  urywając  różo,

dodała:

— Weź ją pan jako symbol naszej przyjaźni. Oczy jej były wilgotne.
Władysław  wrócił  do  domu  jak  pijany,  nie  wiedząc  co  myśleć  i  w  co  wierzyć.  Gdy  upadł'  na

łóżko, drżał, jak w febrze i usnął w gorączce, mrucząc przez zaciśnięte zęby:

—  Bądź  co  bądź  ona  mnie  kocha!...  Byłbym  bydlęciem,  gdybym  odpychał  to  szczęście,  lub

rujnował je niecierpliwością...

Na drugi dzień został przez panią Welt zaproszony na obiad. Przed wyjściem przypomniał sobie

ubogiego  studenta  i  posłał  mu  pieniądze  wraz  z  krótkim  listem,  który  podług  niego  był  bardzo
przyjacielski, w istocie zaś wskazywał oziębłość i roztargnienie.

Od tej pory los jego był już zdecydowany. Do żony pisywał listy coraz rzadziej, donosząc jej o

powikłaniu  interesów,  u  bankierowej  zaś  bywał  coraz  częściej  i  dłużej.  Wierny  jednak  zasadzie
cierpliwości,  zadawalniał  się  rozmową,  uściskiem  ręki  i  spojrzeniami,  które  codzień  stawały  się
bardziej rozmarzone i namiętne.

Niekiedy zdawało mu się, że nowicjat jego trwa zbyt długo. Wówczas próbował być śmielszym,

lecz  pani  Welt  jednocześnie  stawała  się  ozięblejszą.  Władysław  szalał.  Bywały  chwile,  że  chciał
wracać do Warszawy, lecz postanowienia jego prędko słabły i mówił:

— Jeszcze jeden dzień... ostatni!...
Była  już  połowa  maja.  Bankier  naglił  żonę  do  powrotu  i  pani Amelia  coraz  częściej  poczęła  o

tem wspominać.

— Jeszcze jeden dzień tylko!... — prosił Wilski.
— Masz pan racyę — odpowiedziała i znowu zostawali.
Interesy były już ukończone, dobra po nieboszczyku sprzedane,  gotówka  w  rękach  Władysława,

ale  on  o  to  nie  dbał,  dla  niego  cały  świat  skupiał  się  w  gabinecie  bankierowej,  a  całe  życie
streszczało się w tej jednej myśli:

— Jeszcze jeden dzień!..
Milionowy  spadek  był  złotą  nicią,  po  której  do  duszy  jego  wkradła  się  straszna  choroba.

Wiedziało niej, rozumiał, że się z niej uleczyć potrzeba i czul, że się uleczy, ale kiedy?...

Przeklęte szczęście!
Pewnego  dnia  odebrał  dwa  listy  z  Warszawy.  Jeden  był  z  pieniędzmi  pochodził  od  ubogiego

studenta. Młodzieniec zwracał przysłane banknoty i w słowach pełnych szacunku, ale też i wielkiego
żalu, dal mu poznać, że nie prosił o jałmużnę i że jej nie przejmuje.

— Źle się stało — szepnął zmartwiony Władysław — lecz sprobujemy to odrobić.
Przeklęte szczęście!

background image

Drugi list był od żony.
Helenka donosiła, że złożyli jej wizytę bogaci krewni, których znaią w dzieciństwie. Państwo ci

gwałtem zapraszali ja na wieś, dodając, że ponieważ sami wyjeżdżają za granicę, ofiarują jej więc
cały  dom.  Tak  byli  pewni,  że  ofiary  ich  nie  odrzuci,  iż  zostawili  w  Warszawie  swój  powóz  i
służącego.

W dopisku ostrożnie nadmieniła, że i lekarze kazali jej na wieś wyjechać.
O powrocie jednak Władysława nie było żadnej wzmianki. On przecież uwagi na to nie zwrócił i

nic dziwnego! Nie był Duchem Świętym, aby wiedzieć co w Warszawie mówki o jego stosunkach z
bankierową.

Mimo to list ten przeraził Wilskiego.
— Helenka widocznie jest chora — myślał. — Może to co groźnego?... Muszę wracać.
Wieczorem, jak zwykle, poszedł do pani Welt. a gdy od niej wrócił, napisał list do żony. Prosił

ją, aby koniecznie na wieś wyjechała i doniósł, że wkrótce sam do niej przyjedzie.

Nim  zasnął,  zdawało  mu  się,  że  widzi  żonę  swoję  bladą  i  smutną,  która  z  ogromnej  odległości

wyciąga do niego rączki szczupłe i jak alabaster przejrzyste.

— Ty wrócisz?... — mówiło echo.
— Jeżeli zobaczę Helenkę, wyrzeknę się Amelii, szepnął, a potem dodał:
—  Zrobiłbym  wielkie  głupstwo!  Obudziwszy  się  wysłał  list,  a  w  parę  dni  potem  odebrał

telegram, że Helenka już wyjechała na wieś.

Pobiegł do pani Welt i wesoło zawołał:
— Wracajmy!
— Czas już wielki — odpowiedziała.
I wrócili znowu razem i znowu na dawnej stopie.
— Jeszcze jeden dzień!... — myślał Władysław. Przeklęte szczęście!...
 

background image

VII.

OSTATNIE SZCZEBLE.
 
W końcu czerwca, Welt wyjechał za granicę, zostawiając majątek pod opieką żony, a żonę pod

opieką przyjaciela. Miasto trzęsło sio od plotek, o których osoby interesowane, jak zwykle, najmniej
wiedziały.

Helenka pisywała do męża nie wiele i rzadko. Gdyby uważniej czytywał jej listy, uleczyłby się

może  prędzej.  Na  nieszczęście  nie  był  teraz  zdolnym  do  tego.  Płynęły  miesiące,  a  on  szalał  i
mizerniał, zaniedbując wszystko i wszystkich.

Pani Welt dostrzegła to i gdy raz byli sami, rzekła:
— Wyglądasz pan dziś bardzo interesująco.
— Czy nie domyślasz się pani powodu? — zapytał stłumionym głosem.
— Mój Boże! znam się wprawdzie troche na finansowości, ale o medycynie nie mam pojęcia —

odpowiedziała, patrząc na brylant swego pierścionka.

— W tym razie wystarcza znajomość najpospolitszych uczuć ludzkich!... — rzekł, przysuwając do

niej krzesełko.

—  Najpospolitsze  uczucia  ludzkie,  nie  zasługują  na  to.  aby  się  niemi  zajmować  —  odparła,

wyniośle.

Wilski zerwał się z krzesła i w najwyższem wzburzeniu zawołał:
— Czuję, że powinienem uciec od pani!...
— A ja czuję, że powinieneś pan zostać! — szepnęła, patrząc mu figlarnie w oczy.
Władysław usiadł znowu i wziął ją za rękę.
W tej samej chwili jednak ktoś zadzwonił i wszedł do salonu.
W  końcu  sierpnia,  kiedy  miłosne  uniesienia  Władysława  dosięgły  zenitu.  odebrał  on  od

Grodzkiego z Londynu telegram tej treści:

"Z modelami zrobiłeś mi przykry zawód. Odeślij przynajmniej notatkę, którą ci zostawiłem. "
Depesza ta rozgniewała Wilskiego, bez namysłu więc odpisał:
"Zwracam pieniądze, notatka gdzieś zginęła. "
Na to nie odebrał już odpowiedzi.
Większą  część  dnia  przesiadywał  u  bankierowej.  Gdy  była  z  nim  pożera}  ją  wzrokiem,  gdy

wyszła myślał o niej, lub z rozkosznym niepokojem przysłuchiwał się szelestowi jej sukni.

Pewnego daią, w czasie jej nieobecności, ukląkł i ucałował miejsce na dywanie, które zazwyczaj

dotykały jej stopy.

Począł miewać widzenia na jawie coraz częstsze, a niekiedy symboliczne. Raz, zdawało mu się,

że na skrzydłach z listów zastawnych wzleciał na szczyt wysokiej skały, z której zaraz potem spadł w
przepaść.

Innego  dnia,  jakoś  we  wrześniu,  wracając  do  swego  mieszkania,  spotkał  na  schodach  dawna

znajomość.  Był  to  ów  litościwy  sąsiad  z  poddasza,  rękawicznik.  strasznie  wynędzniały  i  ubogo
ubrany.

— Ach! to pan?... — rzekł Władysław, otwierając drzwi.
— A  ja!  Przyszedłem...  Przyszedłem  dowiedzieć  się  o  zdrowiu  jaśnie  pana  —  odparł  biedak,

zdejmując czapkę.

— Dziękuję! Tak, mam się nie źle! — rzekł Wilski i zamknął drzwi za sobą.
W  kilka  godzin  później  pomyślał,  że  niegdyś  karmiciel  jego  musi  być w  ciężkiej  potrzebie.

background image

Zapragnął dowiedzieć się o jego mieszkaniu i w tym celu zadzwonił na służącego. Wyciągnął nawet
rękę, ale że dzwonek stał na drugim końcu biurka, dał więc pokój.

Nie było to znużenie ciała, ale coś nakształt psucia się duszy. Piorun orzeźwiłby go niewątpliwie.
Miewał też chwile opamiętania. W jednej z takich chwil rzekł do siebie:
— Trzeba raz skończyć!...
Postanowienie to musiało być bardzo poważne, Wilski bowiem orzeźwił się po niem i z wyrazem

stanowczości w fizyognomii, poszedł do bankierowej.

Zastał  ją  w  karecie;  wyjeżdżała  właśnie  do  botanicznego  ogrodu.  Otrzymawszy  zezwolenie,

usiadł obok niej i pojechali razem.

Gdy byli w ogrodzie, Amelia rzekła:
— Patrz pan jak już liście więdną!
— Liście więdną, serca więdną... Tylko kiedy dla pierwszych wiosna powtarza się co rok, dla

drugich jedna jest tylko wiosna i jedna jesień.

Słowa to były prorocze, on jednak nie wiedział do kogo się odnosiły.
Zajęli ławkę na małem wzgórzu, skąd cudny roztaczał się widok.
—  Tu  —  mówiła  Amelia  —  gnieżdżą  się  w  maju  roje  słowików.  Często  siadałam  tu  i

przysłuchiwałam się ich śpiewom. Ale teraz już odleciały...

Wilski oparł rękę na kolanie, głowę na ręku i milcząc, patrzył w ziemię.
— Uważam, że jesteś pan jakiś nie swój?
— Masz pani rację! — odparł, podnosząc głowę. nie jestem swój, ale...
— Ale?
— Ale... twój!...
Wziął ją za rękę; uścisnęła go lekko i patrzyła mu w oczy dobrotliwie.
Uczuł gwałtowne bicie serca, szum w uszach i... przyciągnął ją do siebie. Nie broniła się.
Wtedy otoczył ją ramieniem i przysunął swoję pałającą twarz do jej twarzy.
— Nareszcie!... — szepnął.
— Panie! — zawołała błagalnym głosem. — Zaklinam cię, wyjdźmy stąd...
Powstał już inny. Czuł siły i pewność siebie, o których od dawna zapomniał. Podał Amelii rękę,

przyjęła i szła niepewnym krokiem.

Gdy siedli do karety, osunęła się w głąb i przymknęła oczy.
Konie pędziły jak wiatr, a w kilka minut potem byli już w domu.
Wbiegła prędko na schody i weszła do buduaru, a Wilski obok niej. Gdy padła na fotel, ukląkł i

przypił się do jej ręki.

—  Ty  mnie  kochasz  —  mówił  —  powiedz,  że  mnie  kochasz.  Niech  choć  raz  dowiem  się

prawdy!...

W pokojach był mrok.
 
* * *
 
Wróciwszy do domu zasnął twardo i sen cofnął go o kilka miesięcy wstecz. Marzył, że się żegna

z Helunią.Żona jego była dziwnie mizerna; z jej niegdyś szafirowych, a teraz pobladłych oczu płynęły
łzy.  Uwiesiła  mu  się  na  szyi,  lekka  i  nieujęta  jak  mgła  i  bezdźwięcznym  głosem  szeptała:  —
Powrócisz?... ty powrócisz!

Zerwał się na równe nogi i uczuł na twarzy dwie łzy gorące. Pot zimny oblał go, ręce mu drżały.
Była dopiero czwarta rano.

background image

Nie położył się już i sam na kominku ogień rozpalił.
Siedząc  przed  ogniskiem,  patrzył  na  dogorywające  głownie  i  myślał...  Co  myślał?  Ty,  Stwórco

znasz niepokoje sumienia, które szarpią kły zgryzot.

Około siódmej rzekł:
Jestem już inny!...
Pewnem jest, że miliony swoje oddałby teraz za żebracze łachmany, byleby w fałdach ich znalazł

spokojność.

Przeklęte szczęście!
 

background image

VIII.

DE PROFUNDIS.
 
— Tak, jestem inny! — mówił Władysław. — Gdy los zdjął ze mnie uzdę niedostatku, zawróciło

mi się trochę w głowie; ale dziś wytrzeźwiałem.

Zresztą, może się i lepiej stało. Nabrałem doświadczenia, a choć straciłem trochę czasu, majątek

przecież jest nietknięty!...

W  tej  chwili  przyszła  mu  na  myśl  żona.  Wyjął  jej  fotografię  z  biurka  i  wpatrywał  się  długo  i

rzewnie.

— Czy przebaczysz mi?...
Uśmiechnięte usta Heluni z całą łatwością wyszeptały wyraz przebaczenia, lecz niestety! uśmiech

ten z innych pochodził czasów.

Wilski  był  wesoły  jak  dziecko;  otworzył  okno.  z  rozkoszą  upajał  sio  chłodnem  powietrzem

poranku i cieszył się widokiem złotych chmur, które wędrowały, Bóg wie skąd, może z tamtych stron
gdzie Helenka mieszka obecnie?

— O, gdybym ci mógł teraz upaść do nóg, aniele mój, najczystsza duszo!.. — szepnął.
Zadzwonił, wszedł służący.
— Zamów mi ekstrapocztę na dziś wieczór, na dziewiątą — rzekł Wilski.
— Rozumiem...
— Ale. ale!... Co się stało z naszym kanarkiem?
— Zdechł, proszę jaśnie pana.
— Kup-że teraz dwa: samca i samiczkę i klatkę z gniazdem.
Służący wyszedł.
— Jerzy! — zawołał znowu Wilski, a gdy służący wrócił, dodał:
— Czy nie wiesz, co się dzieje z Mateuszową, która u nas dawniej służyła?
— Służy teraz na Piwnej ulicy; była tu nawet parę razy.
— Sprowadzisz ją do mnie i powiesz, żeby podziękowała za miejsce, bo wróci do nas.
Po chwili dodał:
— Jeszcze słowo! Gdzie mój warsztat i narzędzia ?
— Na strychu, jaśnie panie.
— Trzeba je oczyścić i ustawić w moim pokoju. Służący wyszedł, trzymając się za głowę.
— Chryste elejson! — mówił prostaczek — a to coś do niego przystąpiło?... Jeszcze i nas gotów

porozpędzać.

I za chwilę podzielił się wiadomościami z kucharką i pokojówką.
Wilski tymczasem szybko ubierał się, mówiąc.
— Ucieszy się, gdy jej wszystko opowiem. O, Heluniu!... O, błogosławione miliony!...
Począł  coś  wesołego  gwizdać,  lecz  nie  tyle  z  radości,  ile  raczej  dla  przytłumienia  niepokoju,

który gdzieś na dnie duszy nurtował.

Gdy wyjechał do miasta, wstąpił do biura telegrafu i napisał do Grodzkiego depeszę.
"Serdecznie  cię  przepraszam  za  mimowolny  zawód.  Byłem  chory.  Przyjeżdżaj  natychmiast,

najlepiej odrazu z dymisyą. "

Telegram ten wysłał do Londynu i Petersburga.
—  Dzielny  to  umysł!  —  mówił  Władysław.  Przy  jego  pomocy  odgrzebię  najpraktyczniejszy  z

moich planów i zacznę żyć...

background image

... Dla ciebie, Heluniu! a przez ciebie dla innych...
Potem  pojechał  do  uniwersytetu  zasięgnąć  wiadomości  o  ubogim  studencie.  Po  wielu

poszukiwaniach spotkał jego kolegę.

— Co się dzieje z W... ? — spytał.
— Dokładnie panu nie potrafię powiedzieć — odparł student. — Wiem tylko, że się wypisał z

uniwersytetu i wyjechał na guwernerkę, gdzieś aż na Podole.

— Dlaczego się wypisał? — zawołał przerażony Władysław.
— Co pan chce! Trudno się uczyć, mając w gotowiźnie dziesięć palców.
—  To  pierwszy.  !  —  mruknął  Wilski  i  pojechał  do  biura  adresowego  dowiedzieć  się  o

rękawiczniku.

Dano mu trzy adresy.
Jeden z nich zaprowadził go na ulicę Ogrodową, gdzie znalazł jakiegoś nieznanego człowieka.
— Mam jeszcze dwa!
— Zamknął oczy i ciągnął na los szczęścia.
Tym razem pojechał na Pragę i dowiedział się, że adresant jest brukarzem.
Z trzecią kartką dostał się aż pod wolskie rogatki. Wszedł do parterowego drewnianego domku i

znalazł w nim izbę ciasną, ciemną i wilgotną, lecz próżną.

— Gdzie jest rękawicznik, który tu mieszkał? — spytał stróża, dając mu rubla do ręki.
— Kto go tam wie, jaśnie panie! Tydzień temu jak go zlicytowali i podział się gdzieś z synkiem.
— Miał przecie żonę i troje dzieci?
—  Żonę?  Mieszkał  tu  od  Ś-go  Jana,  alem  żony  nie  widział,  a  dwoje  najstarszych  dzieci  zmarły

jeszcze w sierpniu.

— Drugi... trzeci i czwarty... — szepnął Wilski. Chciałem do Helenki pojechać z faktami, ale mi

ich widać zabraknie!... O, Boże!

Nad  wieczorem  znalazł  w  biurze  telegraficznem  odpowiedź.  Z  Petersburga  odpisano:  "Grodzki

jeszcze nie wrócił. " Z Londynu zaś: "Grodzki wyjechał. "

—  Pewnie  wraca  morzem  —  pomyślał  Władysław  i  wysłał  znowu  telegram  do  Petersburga,

błagając przyjaciela, aby natychmiast przyjechał.

Tymczasem Grodzki wracał lądem i już opuścił Berlin. Depesze nie znalazły go.
Wilski  od  rana  nie  był  u  siebie  i  nic  nie  jadł;  trucizna  niepokoju  starczyła  mu  za  najlepsze

potrawy. Do domu też wrócić nie miał odwagi; — wszedł więc do Saskiego ogrodu, upadł i pogrążył
się w bolesnych dumaniach.

— Cztery ofiary!... — mówił. — Ja jestem winien, to prawda!... ale za co oni cierpieli i cierpią?
Zapomniał,  że  ludźmi,  prócz  praw  moralnych,  rządzą  jeszcze  prawa  fizyczne.  Zapomniał  też,  że

społeczeństwo jest całością w której, gdy jedna cząstka nie pełni swoich obowiązków, giną inne.

Gdy wrócił do mieszkania, służący, który mu drzwi otworzył, patrzył na niego ze zdziwieniem.
— Czy nie było kogo? — spytał Wilski.
Był list.
Władysław chciał zapalić świece, ale rozsypał zapałki. Palce zesztywniały mu i służący musiał

go wyręczyć.

List pisany przez nieznajomą osobę był tej treści:
Wielmożny Panie i Dobrodzieju!
"Aczkolwiek  obcy,  ośmielam  się  wziąć  pióro  do  ręki  i  parę  tych  wyrazów,  w  interesie  jego

zacnej i świątobliwej małżonki nakreślić. Do tej pory wyraźne życzenie tej szlachetnej i wzorowej
pod każdym względem białogłowy, postanowienia moję hamowało. "

background image

"Nie  mówiąc  wiele,  bo  to  w  podobnych  wypadkach  jest  najgorsze  i  często  prowadzi  do

wyrzeczenia  tego,  czego  człowiek  by  nie  chciał,  uwiadamiam  Wielmożnego  Pana  Dobrodzieja  z
wszelką  ostrożnością,  że  taż  Jego  najszanowniejsza  małżonka,  ma  się  wcale  nie  dobrze.
Powiedziałbym: bardzo nie dobrze, ale nie chcę przedwcześnie trapić go wiadomościami, które i tak
zbyt prędko, niestety!... "

Wilski już nie kończył. Spojrzał tylko na drugą stronę zapisanego arkusza i przekonał się, że list

pochodzi od miejscowego proboszcza.

Z gorączkowym pośpiechem narzucił na siebie futro, wziął pieniądze i w tej chwili wyjechał na

pocztę, gdzie zażądał czterech koni. W godzinę potem był już daleko za miastem.

 
Na  drugi  dzień  około  piątej  wieczorem,  pocztylion  z  ostatniej  stacyi,  który  wiózł  Władysława,

odwrócił się do niego i wskazując biczyskiem na wzgórek okryty żółkniejącemi już drzewami, rzekł:

— Oto tu, jaśnie panie, folwark Boża Wola...
— Boża Wola? — powtórzył Wilski.
— Piękny majątek, jaśnie panie!... Ziemia pszenna, las niewycięty, nowy dwór, na stawie młyn...

Zwyczajnie jak u rzetelnej szlachty.

— Boża Wola!... — wyszeptał Władysław.
Przejeżdżali  około  ogrodu,  z  po  za  obumierających  drzew  którego  widać  było  białe  ściany

dworu. Wilski rzucił pocztylionowi pięć rubli, wysiadł z bryczki i przeskoczył nizkie sztachety.

— O to mu pilno!... — dziwił się pocztylion, trzymając czapkę w rękach.
Władysław  zadyszany,  nieprzytomny,  przebiegł  ogród  i  stanąwszy  na  szczycie  wzgórka,  przez

szklanne  drzwi  oplecionego  winogradem  ganeczku,  ujrzał  kilka  wysokich  świec,  ustawionych  w
jednym rzędzie.

Zamknięte na klucz drzwi, prysły pod naciskiem jego ręki.
Na nizkiej, okrytej dywanem sofie, w czarnej wełnianej sukience (którą znal tak dobrze w dniach

ubóstwa!)  z  krzyżem  w  głowach  i  świętym  obrazkiem  w  rączkach,  otoczone  zapalonemi  świecami,
leżały zwłoki Heluni.

Wilski  usiadł  na  krześle,  oparł  załamane  dłonie  na  kolanach  i  patrzał  bezmyślnie  na  jednę  ze

świec, z której duże krople roztopionego wosku spływały.

W uchylonych drzwiach widać było głowy ciekawej służby, która szeptała miedzy sobą:
— To pewno mąż?... Jużci, że mąż!...
Po upływie paru minut weszła jakaś stara kobieta, widocznie szafarka. Przeżegnała się, parę razy

westchnęła i stanąwszy obok Władysława, poczęła mówić szpitalnym głosem:

— Ach! biedactwo, a takie młode i dobruteńkie!... że też to Bóg miłosierny nie wolał śmierci na

mnie staną dopuścić?

Robiłam  ja,  panie,  com  mogła.  Dawałam  jej  mleka  co  dzień  świeżego,  wody  żywicznej  kwasu

ogórkowego, okadzałam, zażegnywałam, ale wszystko na nie! Choruteńka już, niebożę, przyjechała z
Warszawy!...

Mówiłam nieraz: trzeba jaśnie panu dać znać, ale ona: nie!... i nie!... A w ostatnim już tygodniu

powiedziała: Moja Borkosiu! wynieście mnie na górkę, stamtąd lepiej widać!...

I po całych dniach, mówię panu, nic — tylko słuchała, czy gdzie bryczka nie zatrajkocze, czy kto

drzwiami nie skrzypnie. Ale, że nikt nie jechał, ani wchodzi!, to mówiła po cichu: Oj! już ja go widać
nigdy nie zobaczę... nigdy!...

W ostatnim dniu kazała sobie dać papier i ołówek. Myślałam, że będzie list pisać, gołąbka moja,

ale gdzie zaś!... Pisała tylko: Władzie... Władzio... mój Władzio!... Jaż nigdy nie wróci!

background image

Ale, prawda! jaśnie pan po podróży. Może pan jajecznicy pozwoli, bo tak na razie nie ma nie z

mięsa.

Wyszła z pokoju i już za drzwiami kończyła:
— A światłość wiekuista niechaj - jej świeci!...
Władysław  wstał  z  krzesła,  popatrzył  na  żółta  jak  wosk  twarz  zmarłej,  na  ciemne  jak  glina

powieki i ściskając ja za chłodne i zesztywniał rączki, szepnął:

— Helunia, to ja!..
Zdawało mu się, że widzi żonę swoję w oknie górnego pokoju, nasłuchującą turkotu bryczki.
— Heluniu! to ja... — powtórzył. — Już jestem!... spojrzyj na mnie...
— O, już go nigdy nie zobaczę!... nigdy!... — mówiło widmo.
— Ja przecież jestem, spojrzyj na mnie, Heluniu!... — jęknął Wilski.
— Tak długo czekam i nie doczekam nigdy!... szlochało widmo, rozpływając się we mgle.
Na drugi dzień proboszcz i gromadka ludzi odprowadzała czarną trumienkę na wiejski cmentarz.

W  połowie  drogi  orszak  ten  spotkał  bryczkę  pocztową,  z  której  wyskoczył  Grodzki  i  stanął  obok
postępującego za trumną Władysława.

Przez cały czas Wilski był prawie nieprzytomny. Nie patrzał na nikogo i milczał.
Na cmentarzu, jakiś głos odezwał się;
— Otwórzcie trumnę, może ją jeszcze zechce zobaczyć.
Władysław zdawał się nie słyszeć tego. Nie słyszał też ciężkiego łoskotu brył ziemi walącej się

na  trumnę,  ani  żałosnych  dźwięków  w  pieśni:  "Witaj  Królowo  nieba  i  Matko  litości!"  Gdy  już
wszyscy towarzyszący pogrzebowi rozeszli się, Grodzki dotknął ramienia Władysława i rzekł:

— Chodź ze mną...
— Jestem przeklęty! — odpowiedział Wilski,
— Jesteś tylko chory. Chodź ze mną.
— Czekała mnie, czy ty słyszysz?... Czekała i czekać będzie w tym strasznym grobie, ale już nie

zobaczy mnie nigdy... nigdy!...

Upadł z jękiem na ziemię, rozkrzyżował ramiona i w konwulsyjnym uścisku objął świeżą mogiłę.

background image

PRZY KSIĘŻYCU.

 
Słonce  zachodzi;  a  jak  dogasający  ogień  chwilami  jaśniej  błyska,  tak,  przed  nocą.  puls  życia

uderza śpieszniejszem tentnem.

Krzaki, zwykle ciche, zagotowały się pożegnalnym gwarem ptaków; każdy śpiewa królowi dnia

—  dobranoc,  i  każdy  chce  okazać  się  gorliwszym  od  innych.  Z  gościńca  podniósł  się  złoty  tuman
kurzawy, słychać turkot wozów, niecierpliwy ryk bydła i przeciągłe nawoływania pastuchów.  Z  pól
płynie  dumka  wracających  od  roboty  dziewuch;  w  jaskrawych  strojach  wyglądają  one  jak  białe  i
pąsowe makówki, co nagle ożyły i biegną za znikającem światłem.

Przed chatami tłoczą się zwierzęta i ludzie, skrzypią żurawie studzien, i pluszcze woda nalewana

do koryt. W aleach spacerowego ogrodu słychać toczenie się dziecinnych wózków, wesoły szczebiot
dzieci,  śmiech  nianiek  i  rozmowy  letnich  mieszkańców  wsi,  którzy,  śpieszą  do  domów,  ukryć  się
przed wieczornym chłodem.

Słońce  dotknęło  horyzontu  i  ziemskie  odgłosy  zamilkły;  jeszcze  słychać  szmer  drzew,

pochylających przed światłodawcą zielone konary. Łąki, lasy i pola oblały się żywszemi barwami i u
stóp  odchodzącego  ojca  rozlewają  napiękniejsze  wonie.  On,  pieszcząc  się  z  niemi,  zasypał  niebo  i
ziemię złotem, później otulił je w purpurę i wreszcie — zasłonił błękitem.

Cienie  drzew  rozciągnęły  się  na  trawie,  świat  zmęczony  ułożył  się  do  snu,  a  nad  nim  czuwały:

mrok i milczenie, ledwie zamącone cichym lotem nietoperza, który mknie bez szelestu, jakby lękał się
obudzić śpiących. Nawet gadatliwe muchy i komary wiatr zapędził do ciemnych kątów i zanim sam
zdrzemnął się w polu, jeszcze spragnione liście pokropił świeżą rosą.

Kiedy pogasły światła w chatach, na wschodzie, białe jak puch obłoki zaczęły posrebrzać się i

rzednąć.  To  księżyc  nieśmiało  wyjrzał  ku  ziemi,  a  spostrzegłszy  na  skraju  nieba  rąbek  czerwonych
blasków, pomyślał, że słońce jeszcze nie odeszło i — skrył się za popielatą chmurę.

— Pójdź!... pójdź!... — zawołał do niego puszczyk z parku.
Księżyc po raz drugi spojrzał, lecz znowu cofnął się. Zdawało mu się, że na ziemi jest jeszcze za

jasno.

— Pódź! pójdź! — powtórzył głos z gęstwiny.
Wówczas  księżyc  odgarnął  obłoki  i  ukazał  się  na  błękitnem  tle  nieba  pełny  i  jasny,  jak  tarcza

polerowanego srebra.

Teraz budziło się tajemnicze życie nocy. Z pod drzew i chałup wypełzneły czarne cienie i poczęły

kłamać przed ziemią, że księżyc świeci lepiej niż słońce. Walący się mur poczerwieniał fałszywym
rumieńcem;  sław  nabrał  metalowego  połysku,  a  pożółkłe  ścierniska  oblekły  się  zielonawe  barwą  i
udawały trawę.

Słychać też głosy, ale nie takie jak w dzień — inne. Tu jękliwie zwołują się żaby, które z przed

oczu  słońca  rozgania  bocian.  Tam,  cienki  strumień  wody  nuci  na  stawidłach  monotonną  i  żałosną
melodye, przy której blada mgła tańcuje na oparzeliskach. Owdzie, zarozumiałe koniki polne chwalą
się, że są ładniejsze od skowronków.

Czasem wytarzany w błocie żuk, grubym głosem wyśmiewa się z motyli; niekiedy szczeknie pies,

którego zbudził przechodzień, albo rozpaczliwie zakwili pochwycony przez łasicę ptaszek...

Zapatrzony i zasłuchany, poszedłem do starego parku, który zdawał się być stolicą tych widziadeł

i  odgłosów.  Alem  niedługo  przypatrywał  się  cudownym  sprawom  nocy.  W  alejach  -rozległy  się
okrzyki,  śmiech  i  gonitwy  towarzystwa  dam,  panienek  i  paniczów,  którzy  z  dobrodziejstw

background image

księżycowego  światła  korzystali  tak  wesoło,  że  wobec  nich  —  cała  natura  ucichła.  Wszędzie  było
ich.  pełno:  w  klombach,  na  trawnikach,  w  alejach  głównych  i  bocznych.  Dla  ukrycia  się  przed  tą
burzą, radości, trzeba było wybrać najrzadziej odwiedzaną ścieżkę.

Księżyc  powoli  toczył  się  ku  zenitowi,  a  razem  z  nim  posuwały  się  cienie  drzew,  zakrywając

jedne,  odsłaniając  inne  miejsca.  W  czasie  takiej  zmiany  dekoracyi  spostrzegłem,  że  i  tu  nie  jestem
sam.  Na  pruchniejącej  ławie  siedział  stary,  nizki  i  gruby  człowiek  z  zadartą  głową,  rękami
rozkrzyżowanemi na poręczy i -- patrzył w księżyc. A tak był zatopiony w swem widzeniu, iż nawet
nie słyszał, że koło mego przeszedłem.

Wnet  jednak  obudzono  go  z  marzeń.  Wesołe  towarzystwo  odkryło  tę  ścieżkę  i  pędem  poczęło

biedz ku ławce. Jednocześnie któryś z paniczów krzyknął ostrym dyszkantem:

— Bon jour, monsieur François!... Stary człowiek wyprostował się.
— Ah!... bon jour... Cóż państwa aż tu sprowadziło?... —mówił, skupiając rozproszone myśli.
W towarzystwie zaczęto śmiać się.
— Chcieliśmy zobaczyć, z kim pan ma schadzkę...
— Ładnie, monsieur François, robić tak tajemnicze wycieczki!...
— Pan François marzy...
— Nie, monsieur François poetyzuje na cześć panny Fifi...
— Kto jest panna Fifi!
— To ta złośnica Szwajcarka, która nie opuszcza żadnej mszy, ani rautu...
Tak mówili, wciąż śmiejąc się i wymijając monsieur François, który stał zawstydzony. Cofnąłem

się za drzewo.

— A któż jest monsieur François? — zapytała jedna z panienek, najgłośniejszego panicza.
— To mój guwerner! — odpowiedział z akcentem ironii panicz, a potem dodał:
Dziwak, nudny jak lukrecya i skąpy jak licho. Bardzo jestem kontent, że rozstaniemy się z nim od

wakacyj.

Z temi słowy skręcili w inną aleję.
Monsieur  François  znałem  z  widzenia,  a  ponieważ  stał  wciąż  na  miejscu,  jakby  niepewny  co

robić, zbliżyłem się do niego i powitałem.

— Piękna noc — rzekłem.
— A tak...
— Szkoda tylko, że w parku trochę za wesoło.
— Im zawsze wesoło — szepnął guwerner.
Niechętnie machnął ręką i usiadłszy na ławce, znowu patrzył w księżyc.
—  Nie  rozumiem  —  odezwał  się  —  jak  mogą  lubić  księżyc  ludzie  szczęśliwi?  To  patron

tułaczów, symbol nieukojonej tęsknoty i śmierci. Cieszyć się przy jego blasku, na jedno wychodzi, co
tańcować przy katafalku.

Dziwną wydała mi się ta melancholia w człowieku, którego własny uczeń nazywał przed chwilą

skąpcem.  Wszak  księżyc  jest  podobny  do  ogromnego  talara  —  pomyślałem  —  i  już  za  to  samo
powinienby cieszyć się sympatyą monsieur François?...

Guwerwer znowu rozkrzyżował ręce na poręczy i po długiej pauzie, zaczął mówić, jakby marząc

głośno.

— Księżyc, to smutna gwiazda dla, tych, którzy go znają, a straszna dla tych, którym wplątał się

w życie.

Na te słowa wzburzyły się we mnie wszystkie wiadomości astronomiczne.
— Zdaje się — rzekłem — że dla księżyca nie jesteś pan sprawiedliwy. Co zaś do jego wpływu

background image

na ludzkie życie, to wiesz pan zapewne lepiej odemnie, że czasy astrologii minęły...

— Tak pan powiadasz? — odparł, spoglądając na mnie przez ramię.
Jego drwiący ton zaciekawił mnie.
—  Powtarzam  to,  com  czytał  —  śpiesznie  odpowiedziałem.  Ale  będę  panu  wdzięczny,  jeżeli

nauczysz  mnie  czegoś  nieznanego  pod  tym  względem.  Stary  guwerner  udobruchał  się  i  zaczął  na
nowo.

— Nie dziwię, się pańskiej opozycyi. Dla ludzi, od niepamiętnych czasów, niebo wydawało się

przybytkiem spokoju i szczęścia. Tam widzimy niewzruszony porządek, stamtąd nigdy nie doleciało
nas echo skargi, tam na pozór kwitnie wiekuiste życie. Istotnie, czem są planety? Mieszkaniami, jak
nasza ziemia, gdzie widać atmosferę, obłoki, wody, lądy, a nawet pory roku — jak u nas. Czem są
gwiazdy? Słońcami, z których każde rozlewa ciepło, blask, może nawet radość?...

Niebo to ogród pełen nieśmiertelnych kwiatów. Przykre więc ogarnia człowieka rozczarowanie,

gdy dowie się, że wśród gwiazd kipiących światłem i życiem, w dodatku najbliżej ziemi, wałęsa się
olbrzymie  cielsko  trupa,  który  miliony  lat  oczekuje  pogrzebu  i  nie  może  się  go  doczekać.  To  nasz
księżyc, o ten sam...

I wskazał ręką na jasną tarczę, która zdawała się uśmiechać smutno.
— Trup?... — szepnąłem. — Chyba za silny to wyraz.
— Za słaby! — przerwał guwerner. — Spojrzyj pan na światło księżyca — silne i zielonawe, jak

zgnilizna, Przypatrz się ogólnym zarysom jego kształtu, co zobaczysz?... Puste oczodoły, zaklęśnięty
nos, usta bez warg i zębów...

A  jednak  i  taka  powierzchowność  mogłaby  wydać  się  piękną  w  porównaniu  z  tem.  co  teleskop

odkrył  na  księżycu.  W  najdzikszych  okolicach  podbiegunowych,  w  najbardziej  osławionych
jaskiniach ziemskich, nie spotkasz tak odrażających widoków, jakie przedstawia księżyc.

Spojrzyj na którąkolwiek z jego okolic. Co znajdziesz? Pustynię, bez śladu trawy, nawet pleśni,

zasypaną rumowiskami, podziurawioną czeluściami wygasłych wulkanów. Zechcesz z niej uciec? —
nie  puszczą  cię  łańcuchy  gór,  sięgających  ośmiu  wiorst  wysokości.  Jedne  z  nich  są  jak  olbrzymie
sople  lodu,  inne  jak  pierścienie,  inne  jak  prostopadlne  ściany.  A  wszystko  to  spękane,  połamane,
podruzgotane i nad wszelki wyraz posępne.

Gwałtem odrywasz się od tych widoków i wznosisz oczy ku niebu, myśląc, że jego szafir ukoi ci

znękaną  duszę.  Daremne  wysiłki,  tam  niema  ukojenia!  Z  powodu  braku  powietrza  niebo  jest
czarniejsze od kiru, na tle którego pali się słońce, jak pożar i gwiazdy, jak grobowe pochodnie.

Nie  szukaj  tam  gry  kolorów.  Słońce  wschodzi  bez  zorzy,  płonie  czternaście  dni  bez  przerwy,  a

potem  znowu  na  czternaście  dni  pogrąża  się  w  czarną  otchłań.  Sam  jego  blask  służy  tylko  do
uwydatnienia  okropności  widoków.  Niema  tam  perspektywy  powietrznej,  dzikie  kształty  występują
ostro, pełno jest złudzeń i zdumiewających kontrastów. Ludzkie oko traci wszelką miarę, odległości
skracają  się  i  wydłużają  w  sposób  niemożliwy.  Przedmioty  jaskrawe  wyskakują  naprzód,  blade
cofają się w tył, a stąd każdy twój krok, każda zmiana w położeniu słońca wśród tej martwej natury
wywołuje pozorny ruch, istny taniec upiorów.

Niema fam półcieni. Z jednej strony skały jest upał nie do wytrzymania i powódź oślepiających

blasków, z drugiej, zamiast cieniu — noc czarna jak smoła i zimno przechodzące wszelkie pojęcie.

Inna  cudowna  własność  życia  —  dźwięk,  również  tam  nie  istnieje.  Gdyby  zawaliła  się.  góra,

uczułbyś  tylko  wstrząśnienie,  ale  nie  usłyszałbyś  nawet  takiego  szmeru,  jaki  u  nas  wydaje
przelatujący komar. Ale góry tam nie walą się; co kiedy miało rozsypać się i upaść, już upadło i dziś
panuje taka cisza, że przy niej bicie pulsu w skroniach wydawałoby się człowiekowi podobnem do
bicia piorunów, nie gdzieś na zewnątrz, tylko w nim samym.

background image

Słowem,  księżyc  —  to  państwo  śmierci,  ale  w  formie  tak  złowrogiej,  jaką  ledwie  możemy

odgadnąć.  U  nas,  po  śmierci  zaczyna  się  rozkład,  czyli  nowe  życie:  tara  wcale  niema  rozkładu.
Gdyby od nas na księżyc przeniesiono zwierzęta- i rośliny, zmarłyby w ten sposób, że — natychmiast
wyschłyby. Ale  ich  kształty  i  niektóre  barwy,  nie  ulegając  zmianie,  po  tysiącach  lat  zostałyby  tem,
czem w pierwszej chwili: widmami zwierząt i roślin.

W bocznej alei przesunęło się dwoje ludzi, rozmawiających półgłosem:
— Śliczny księżyc!... Czy pan nie lubi księżyca?
— Wolę oczy pani przy jego blasku.
— A w dzień?... Odpowiedzi nie dosłyszałem.
Guwerner popatrzył na nich, pokiwał głową i mówił dalej:
—  A  jednak  księżyc  dawniej  żył.  Posiadał  wodę,  atmosferę,  niewątpliwie  jakieś  istoty

rozwijające się i czujące. Lecz — umarł. A wiesz pan z jakiego powodu? — z tęsknoty...

Był on niegdyś częścią ziemi, jej synem i — oderwał się od niej, jak ja... od Francyi. Przez długi

czas mogło mu się wydawać, że wróci. Ale nie wrócił i — z żalu umarł...

Wszystkie jego ruchy, to ciągłe szamotanie się z siłą postyczną czy odśrodkową. On rwie się do

ziemi,  a  niezasypiająca  moc  złego  losu  wciąż  spycha  go  z  drogi.  Czasami  niezmiernym  wysiłkiem
zbliży się do macierzystej planety, ale wróg nieubłagany wnet go zwycięża i odsuwa jeszcze dalej.

Tak bywa i z ludźmi!
Odetchnął i mówił:
—  Dla  ogółu,  ruchy  księżyca  nie  odznaczają  się  niczem  osobliwem.  Ujęto  je  w  formuły

matematyczne  i  to  wystarcza.  Gdybyś  pan  jednak  wiedział,  jaki  dramat  tkwi  —  choćby  w  prostych
odmianach księżycowego światła?... Ale chcąc go odczuć, trzeba być takim jak księżyc tułaczem.

Podobne zmiany lunacyi, jakie my widzimy na księżycu, księżyc mógłby spostrzegać na ziemi. I

pomyśl pan, co za dziwny związek istnieje między temi zjawiskami...

Kiedy księżyc widzi ziemię w formie pełnej i wciąż rosnącej tarczy, myśli, że zbliża się do niej.

Wtedy ukojony nadzieją zasypia i nie świeci, a my mówimy, że jest nów.

W tydzień później, ziemia ukazaje mu się jako pół tarczy. Wtedy zaniepokojony księżyc zaczyna

otwierać oko i patrzy: co będzie dalej?

Jeszcze  później,  ziemia  już  nie  odbija  słonecznych  promieni  w  strono  księżyca  i  staje  się  dla

niego niewidzialną. Wówczas przerażony księżyc myśląc, że całkiem oderwał się od ziemi, otwiera
całe  oko  i  śledzi  międzyplanetarne  otchłanie.  W  kilka  dni  dostrzega  mały  skrawek  światła  i  znowu
nieco spokojniejszy, stopniowo przymyka zmęczoną źrenico, aż do zupełnego zaśnięcia.

Tak, panie — dodał guwerner. — Na niebie i ziemi istnienie waha się między rozpaczą, nadzieją

i krótkim odpoczynkiem. Ale szczęścia nigdy nie dosięga...

Wyznaję,  że  zastanowił  mnie  ten  szczególny  wykład  astronomii,  w  którym  fantastyczne

przywidzenia pomieszały się z dokładnemi wiadomościami. Uderzyła mnie też pewna sprzeczność.

—  Drogi  panie  —  odezwałem  się.  —  Powiedziałeś,  że  księżyc  umarł,  a  jednak  obecne  zmiany

Iunacyi tłumaczysz tęsknotą księżyca do ziemi. Jak to pogodzić"?

Pokiwał głową i odparł:
— Bo widzisz pan i zapamiętaj to sobie, że na świecie "wszystko umiera wyjąwszy — tęsknoty. "

Czuję,  że  i  ja,  gdybym  umarł  tu,  między  wami,  tęskniłbym  nawet  w  grobie.  Zdaje  mi  się,  że  kości
moje wyszłyby z ziemi i patrzyły tam...

Wskazał  ręką  na  zachód.  Pojąłem,  że  stary  guwerner  dotknął  jakiejś  rany  swego  serca  i

zamilkłem.

On  poruszył  się  na  ławce,  jakby  chcąc  mnie  pożegnać.  Widocznie  jednak  rozmyślił  się  i  nagle

background image

rzekł tonem pytającym:

—  Pan  wie,  jak  dawno  nie  byłem  we  Francyi?..  Trzydzieści  lat.  Trzydzieści  lat  nie  widziałem

swego kraju... — dodał zmienionym głosem.

Teraz domyślasz się pan, dlaczego zajmuje mnie wieczne tułactwo księżyca i skąd go tak dobrze

rozumiem. Nie wiem zresztą, czy od tęskni; ale to pewna, że ja... za moją ziemią...

Wymówił to prawie szeptem i odwrócił się odemnie. Długa chwila upłynęła, zanim uspokoił się

o tyle, że mógł opowiadać dalej.

—  Opowiem  panu  —  rzekł  —  dzieje,  chwilami  nieprawdopobne,  a  jednak  dosyć  zwyczajne.

Dowiesz.  się,  w  jaki  sposób  martwy  świadek  naszych  nocy,  księżyc,  kojarzył  się  z  memi
nieszczęściami i jak wygląda siła odśrodkowa w życiu ludzkiem.

Zapalił cygaro i mówił.
—  Z  upodobania  i  ukształcenia  jestem  pedagogiem.  Jeszcze  będąc  w  szkołach,  kiedy  moi

koledzy,  w  czasie  rekreacyi,  bawili  się  w  wojsko  lub  w  teatr,  ja  uczyłem  czytać  dzieci  naszych
służących. Skończywszy zaś uniwersytet, po prostu utonąłem w pracy nauczycielskiej.

Na nieszczęście miałem dwie wady. Jedną był brak protekcyi, skutkiem czego nie awansowałem,

drugą,  żyłka  reformatorska.  Chciałem  poprawić  wady  ówczesnej  pedagogiki  i  —  zyskałem  silnych
nieprzyjaciół. Nie wiedziałem jeszcze, że kto chce zrobić karyerę, nie powinien szukać, ale dogadzać
panującemu smakowi.

Bądź  jak  bądź,  po  kilku  latach  walk  i  pracy  moje  urzędowe  i  prywatne  stosunki  stały  się

nieznośnemi.  Rozdrażniony  i  rozżalony,  wziąłem  dymisyę  jako  nauczyciel  i  wyjechałem  do Anglii.
Jest temu lat trzydzieści.

Dodam tu nawiasowo, że, kiedym opuszczał Paryż, jadąc nocnym pociągiem, świeciła na niebie

pełnia. Ponieważ były kobiety, więc naturalnie dużo rozmawiano n księżycu. Damy twierdziły, że jest
to gwiazda zakochanych, jakiś wiejski dzierżawca nazywał go słońcem cyganów i złodziei, a pewien
starzec, który dotychczas nie wielki udział przyjmował w rozmowie, odezwał się nagle:

— A ja państwu powiadam, że księżyc to planeta tułaczów. Kto urodzi się pod jego znakiem, nie

znajdzie spokojnego kąta na ziemi, a nie wiadomo, czy i po śmierci nie zostanie upiorem...

Wszyscy  śmieli  się  z  tych  sentencyj,  wypowiedzianych  kaznodziejskim  tonem;  ale  mnie  dreszcz

przeszedł.

Nic dziwnego. Dobrowolna emigracya z kraiu zrobiła mnie drażliwym w tej kwestyi.
Dla  nas,  francuzów,  Anglia  jest  szkołą  publicznego  życia.  Jadąc  tara,  planowałem  sobie,  że

dokończę  mego  ukształcenia,  znajdę  sympatyę,  jakiej  nie  miałem  w  kraju,  że  wreszcie  zdobędę
mająteczek i powróciwszy do Francyi, założę pensyonat, w którym sam będę panem.

Istotnie Anglia  nie  zawiodła  moich  nadziej.  Przemieszkałem  w  niej  lat  dziesięć,  a  czas  ten  był

najszczęśliwszy w mojem życiu. Dojrzałem umysłowo, zdobyłem szacunek ludzi rozumnych, a nawet
zebrałem pewien fundusz. Nie krępując się w wydatkach, odłożyłem tysiąc funtów szterlingów.

Przyjaciele  moi  zachęcali  mnie,  ażebym  tam  założył  szkołę;  ofiarowali  mi  nawet  pomoc.  Ale

odmówiłem. Chciałem podzielić się z ziomkami doświadczeniem nabytem w Anglii, a co ważniejsze
poczułem tęsknotę do kraju. Dopóki pracowałem, lata upływały mi jak dni; lecz gdym już pomyślał o
powrocie do Francyi, minuty wydawały mi się za długie. W ciągu tygodnia zebrałem moje pieniądze
i siadłem na statek odjeżdżający do Brestu.

Był to piękny wieczór październikowy, a na niebie świecił księżyc w pełni. Patrzyłem na niego z

zachwytem, przypominając sobie wyjazd z Paryża i lata tułactwa, które — jutro miały skończyć się
dla mnie!...

Gdy  w  rozmowie  zwierzyłem  się  przed  kapitanem  statku  z  moich  sympatyi  do  księżyca,  który

background image

nazwałem najpiękniejszą planetą, — wzruszył ramionami i odparł:

— W gruncie rzeczy jest to planeta najsmutniejsza, bo już martwa.
I zaczął opisywać księżycowe krajobrazy, mniej więcej tak, jak ja panu o nich opowiadałem.
Zrobiło to na mnie przykre wrażenie, lecz nie straciłem otuchy. Czyliż ten martwy księżyc, patron

tułaczów, nie odprowadzał mnie do Anglii? A przecie tam byłem szczęśliwy.

W  sześć  godzin  po  podniesieniu  kotwic  zerwała  się  burza,  trwająca  kilka  dni.  Statek  nasz,

wymknąwszy się z kanału, wyjechał na pełny ocean i z szybkością ptaka leciał na południe, wzdłuż
brzegów  Francyi.  W  okolicach  Roschelli  zbliżyliśmy  się  do  brzegów,  ale  o  wylądowaniu  nie  było
mowy.  Znowu  wypłynęliśmy  na  ocean,  piorunem  okrążyliśmy  Finister  i  —  niedaleko  Lizbony  —
rozbiliśmy się...

W tym samym czasie podobny los spotkał kilkadziesiąt innych statków.
Zdarzenia  tego  nie  zapomnę  do  końca  życia.  Kiedym  usłyszał  trzask  ścian  okrętowych  i  szum

wody  wdzierającej  się  do  wnętrza,  ukląkłem  pod  masztem  i  minio  sceptycyzmu  poleciłem  duszę
Bogu.  Nagle  pokład  przechylił  się  i  —  potężna  fala  zmyła  runie  w  morze.  Machinalnie  płynąc,  w
odzieniu  ciężkiem  jak  ołów,  uczułem,  że  jakaś  martwiejąca  ręka  chwyta  mnie  za  nogi...  Później
trafiłem na belkę, przy której ktoś ujął mnie za kark i zepchnął w wodę... Potem zobaczyłem wysoko,
jakby na górze, łódź ratunkową i — straciłem przytomność.

Kiedym  ocknął  się,  pierwszym  przedmiotem  jaki  spostrzegłem,  był  —  biały  kapelusz  siostry

miłosierdzia,  która  poiła  mnie  mocnem  winem.  Z  ruchu  jej  ust  domyśliłem  się,  że  mówi  do  mnie;
alem  nie  słyszał  wyrazów,  tylko  jakiś  szum.  Chciałem  odezwać  się,  lecz  nie  mogłem  poruszyć
szczękami; chciałem podnieść rękę, ale zabrakło mi siły.

Takie były pierwsze wrażenia. Powoli, wzmocniwszy się, dowiedziałem się, że od trzech tygodni

leżę w lizbońskim szpitalu. Gdy mi podano lustro, zobaczyłem, że jestem podobny do szkieletu i że
mam łysą głowę.

— A gdzie moje pieniądze? — zapytałem, z trudnością wymawiając wyrazy.
Zakonnica potrząsnęła głową, patrząc na mnie z politowaniem.
— Nie ma żadnych pieniędzy — odparła.
— Więc mnie okradziono?...
— Nie okradziono pana, ale przez kilka godzin byłeś w morzu... Morze zjada nawet okręty!...
Nigdy  nie  byłem  chciwym,  ale  dowiedziawszy  się  o  tej  stracie,  zapłakałem  jak  dziecko.  W  tej

chwili uczułem, że mi utonęło dziesięć lat życia...

— Z czem wrócę do Francyi? — myślałem. Czy mam jak żebrak wyciągać rękę do tych samych

ludzi, których opuściłem przed laty?...

Nie obchodził mnie już ani własny pensyonat, ani reformy w wychowaniu. Teraz chciałem mieć

pieniądze na to tylko, ażeby spokojnie i zdala od łudzi żyć we Francyi. Były to pragnienia człowieka,
który stracił energię i zestarzał się w chorobie.

Leżąc na szpitalnem łóżku, marzyłem tylko o tem, aby co rychlej dostać jakąś pracę, zakopać się

w  niej  na  kilka  lat,  zbierać  grosz  do  grosza,  a  potem  wrócić  do  ojczyzny.  Zdawało  mi  się,  że
oddaliłem się od niej na całe wieki.

Z naszego statku niewielu ocalało; tem gorliwiej zajęto się pozostałymi. Kilka osób odesłano do

Francyi, kilku dano posady na miejscu, a mnie, gdym wyzdrowiał, pewien bogaty włoch, spekulant z
Tunisu,  zaproponował  w  swym  domu  posadę  nauczyciela.  Przyjąłem  bez  wahania;  z  równą
obojętnością jechałbym do Australii, nawet do Laponii.

W  Tunisie  przebyłem  lat  sześć,  wśród  ciężkiej  pracy.  Wychowałem  memu  gospodarzowi  dwu

synów  i  córkę,  a  prócz  tego  udzielałem  lekcyj  w  kilku  innych  domach  europejskich.  Dzieci  były

background image

pojętne,  ale  zaniedbane  i  leniwe.  Całe  dni  pasując  się  z  ich  kaprysami  i  nieuwagą,  czułem,  że
przestaję być pedagogiem entuzyastą, a robię się rzemieślnikiem.

Swoją drogą w ciągu pięciu lat odłożyłem przeszło dziesięć tysięcy franków i oddałem je memu

gospodarzowi,  który  posiadał  niesłychane  szczęście  w  obrotach  pieniężnych.  Sumka  moja  w  jego
rękach szybko rosła; obliczałem, że na wyjazd będę miał z piętnaście tysięcy.

Znowu gorąco zatęskniłem do Francyi i już za kilka miesięcy postanowiłem wracać, gdy w tem...

Mój gospodarz zbankrutował!...

W parę dni wyrzucono nas z pałacu, zabrano sprzęty, powozy i konie, a mój gospodarz musiał na

rybackim statku uciekać do Genui.

Kiedym  go  w  nocy  odprowadzał  do  brzegu,  padł  mi  w  objęcia,  szlochał'  i  zaklinał  się  na

świętych i sakramenty, że mi wszystko zwróci co do centima.

— Przyjedź pan tylko do Genui. Mam tam familię i wierzycieli, i zaspokoję cię. Ciebie jednego

mam na sumieniu, muszę cię spłacić!

W godzinę później statek odbił od brzegu. Jego żagle błyszczały jak srebro. Odwróciłem głowę. i

zobaczyłem — księżyc w pełni...

Tknęło  mnie  niedobre  przeczucie.  No  i  co  pan  powiesz?...  —  zawołał  stary  guwerner.  W  parę

tygodni byłem w Genui, alem już nigdy nie zobaczył ani mego chlebodawcy, ani pieniędzy!

— Księżyc temu nie winien — wtrąciłem — choć była pełnia.
—  I  ja  tak  myślę  —  odparł.  Musisz  pan  jednak  uznać,  że  księżyc  tym  razem  przyświecał

wielkiemu złodziejowi. Szkaradna gwiazda!...

Cygaro oddawna mu zgasło, więc zapalił je powtórnie i znowu opowiadał.
— W Genui zetknąłem się z pewną polską rodziną i z nią przyjechałem do waszego kraju, gdzie

mieszkam lat trzynaście. Ludzie tutejsi są dobrzy. nawet zdolni, choć niestety nie lubią pracować, a
naturalnie i nie szanują cudzej pracy. Ich bożkiem jest zabawa, dla której wszystko poświęcają. Za to
naukę traktują jak macochę, a nauczycieli jak kamerdynerów.

Ale mniejsza o nich. Wracam do mego losu.
Przed sześcioma laty, jedna z waszych zamożnych rodzin, u której byłem nauczycielom, otrzymała

wielki spadek i, rozumie się, na jego cześć wybrała się do Paryża.

Jechałem i ja z nimi. A trudno opisać, com czuł, zbliżając się do ojczyzny od dwudziestu czterech

lat niewidzianej.

Podróż  ciągnęła  się  parę  miesięcy,  zwiedzaliśmy  bowiem  wszystko,  co  leżało  i  nie  leżało  na

drodze;  Berlin,  Wiedeń,  Monachium,  Drezno...  Moi  państwo  wszędzie  zatrzymywali  się  i  bawili
cudownie; ja, pochłonięty jedną myślą, zaledwie pamiętani, co widziałem.

Nareszcie  —  dowlekliśmy  się  prawie  do  Strasburga.  Lecz,  kiedy  już  dosięgaliśmy  granicy,

zatrzymała  nas  depesza  z  Warszawy.  Adwokat  donosił  niemu  panu,  że  jego  spadek  został
zakwestyonowany i wzywał go natychmiast do powrotu!...

Tego samego dnia już nocowaliśmy w Kolonii; pani bowiem zasłabła i musiała odpocząć.
Tak  boleśnie  pozbawiony  nadziei  zobaczenia  Francyi,  wpadłem  w  rozpacz.  Chciałem  sam

wracać  i  poprosiłem  mego  chlebodawcę,  ażeby  mi  wypłacił  należność.  Gdym  mu  wytłumaczył
pobudki tego kroku, szczerze mnie żałował; oświadczył jednak, że dopiero w Warszawie bedzie mnie
mógł zaspokoić, gdyż w tej chwili czuje brak pieniędzy.

Zdesperowany  wyszedłem  na  ulicę  i  znowu  zobaczyłem  —  księżyc  w  pełni,  szyderczo

spoglądający na runie z po za olbrzymiej katedry...

Wtedy  pierwszy  raz  przyszło  mi  do  głowy  okrutne  przypuszczenie:  czy  ja  nie  jestem,  jak  ten

księżyc, skazany na wiekuiste tułactwo?... Jak on okrąża ziemię, czyliż ja nie okrążam Francyi? Czy

background image

nie zbliżałem się do niej z północy, zachodu, pułudnia,. a teraz ze wschodu i — zawsze napróżno?...
A  ile  razy  myślałem,  że  choć  dotknę  nogą  ojczystej  ziemi,  tyle  razy,  zdaje  się,  prawie  niemożliwy
zbieg wypadków odrzucał mnie od niej, nie pozwalając nawet spojrzeć zblizka...

Wiem, że moje przesądy co do księżyca wyglądają na obłęd albo dzieciństwo. Ale panie, przesąd

jest zielskiem, które wyrasta z nieszczęścia. Czy nawet może nie być przesądnym człowiek, który trzy
razy w tak straszny sposób doświadczył na sobie potęgi losowych wypadków?.. A czem zresztą jest
każde prawo, jeżeli nie ciągłem powtarzaniem się faktów, w gruncie rzeczy niezrozumiałych?...

Za  miesiąc  —  mówił  guwerner  —  kończą  się  moje  teraźniejsze  obowiązki.  Ciężką  pracą  i

drobiazgową oszczędnością, nieledwie zaparciem się, zebrałem kilka tysięcy rubli. Jest to niewiele.
Szczęściem, dzisiejszy mój pan obiecał mi dać dwa tysiące rubli gratyfikacji, jeżeli... Jeżeli syn jego
do  ostatka  będzie  ze  mnie  kontent!...  Pojmujesz  pan,  ile  kaprysów,  ile  upokorzeń  znosić  musze,  dla
uzyskania tych pieniędzy, które dla mnie stanowią przyszłość, bo już czuję brak sił, jestem zgnębiony
i wyczerpany...

A  jednak  byłoby  to  niczem,  gdybym,  pośród  wszystkich  goryczy,  miał  pewność,  że...  nareszcie

wrócę do kraju...

— Jestem przekonany, że tak będzie — odezwałem się.
Guwerner smutnie potrząsnął głową i odparł:
—  Jesteś  przekonany,  bo  nie  wiesz,  co  to  jest  być  zwyciężonym.  Ludzie  młodzi  mają  tak

niewielkie doświadczenie, a tak obfite zapasy nadziei, miłości, pragnień, zresztą — wiary w siebie,
że nawet nie pojmują niezwalczonej siły losu. Mnie możesz pan uważać za mazgaja, który nigdy nie
umiał  oprzeć  się.  zewnętrznym  okolicznościom;  pomyśl  jednak,  ilu  ludzi  znanych  z  energii  łamały
kapryśne  wypadki?  Lecz  i  tego  dowodu  nie  trzeba.  Spojrzyj  na  księżyc,  pomyśl,  ile  on  waży  setek
milionów  centnarów,  pomyśl,  że  nieustannie  dąży  do  ziemi  i  pomimo  to  nie  spada,  bo  w  każdej
chwili zbija go z drogi tajemnicza potęga. Dla księżyca zwie się ona — siłą rzutu, dla człowieka —
nieszczęściem; ale skutki są jednakowe — tułactwo!..

Kto  rai  zaręczy,  że  ja  nie  jestem  igraszką  jakiejś  niezbadanej  siły  odśrodkowej?  Wszakże  jej

potęgi doświadczam od lat trzydziestu. Kto mi da nadzieję, że wrócę do ojczyzny?... Alboż nie moge
w ciągu kilku tygodni umrzeć, czy niezdołężnieć? Ale i tego nawet nie trzeba. Mogę po prostu znowu
stracić pieniądze, a choćby tylko nie dostać gratyfikacyi, a wtedy co?... Miałżebym wstyd wracać na
łaskawy chleb do kraju, który opuściłem w sile wieku, który mi wszystko dał, niczego w zamian nie
żądając?...

Pracować  dłużej  w  takich  warunkach  nie  potrafię.  We  Francyi  odzyskałbym  energię,  ukoiwszy

tęsknotę. Ale tu!...

Czuję,  że  jestem  jak  pociąg,  który  dojeżdża  do  stacyi.  Potrzebuję  nowych  zapasów  siły,  a  tej  n

was nie znajdę.

Przez  łączkę  oblaną  światłem  księżyca  przesunęło  się  znowu  —  dwoje  i  doleciał  nas  urywek

rozmowy:

— A na dobranoc?...
— Dostanie pan tę różę.
— I tyle?..
— Czy nie dosyć?...
— Przynajmniej niech ją pani dotknie ustami.
— Nie wolno.
— Nie wolno, to znaczy — nie chcę?
— Nie wolno, znaczy — tylko — nie wolno... I znikli jak duchy.

background image

Guwerner podniósł się z ławki i ciężkim krokiem szedł ku domowi.
W końcu alei rozległ się odgłos prędkiego biegu kilku osób i wołanie:
—  Monsieur  François!  monsieur  François!..  Nagle  dopędził  nas  wychowanek  guwernera  w

towarzystwie dwu innych paniczów.

— Monsieur François, niech mi pan zrobi jednę łaskę... — rzekł chłopiec tonem pieszczotliwym.

I uwiesiwszy się staremu na szyi, wywijał nogami w powietrzu.

—  Dziesięć  łask  zrobię  ci  za  taką  prośbę!  —  odparł  z  uśmiechem  guwerner.  Czegóż  sobie

życzysz tak gorąco?

Chłopak zaczął szeptać, głosem przerywanym ze zmęczenia:
—  Widzi  pan,  tam,  na  balkonie,  pannę  Fifi?...  Już  pół  godziny  siedzi  w  białym  szlafroku  z

podpartą brodą i — wzdycha!... Sam słyszałem, że wzdycha... Z pewnością jest zakochana...

— Dajże jej spokój z zakochaniem! Prędzej ją zęby bolą — odparł guwerner.
—  To  wszystko  jedno  —  przerwał  chłopiec  —  bo...  wie  pan,  co  mi  na  myśl  przyszło?...  Oto,

żeby pan przebrał się za trubadura i - zaśpiewał jej serenadę...

Guwerner odsunął go lekko.
— Pan nie chce?... - zdziwił się chłopak.
— Nie.
— Pan mi odmawia? - zawołał malec z gniewem.
Stary spojrzał na mnie i pokiwał głową. Odsunąłem się od nich.
—  Jeżeli  tak,  więc  -  dziękuję  panu!  -  mówił  zirytowany  chłopak.  Obiecałem,  że  pan  bedzie

śpiewał  serenadę...  Całe  towarzystwo  czeka,  a  pan  mi  odmawia...  Jestem  skompromitowany!...  -
dodał prawie szlochając.

Na drodze ukazała się wysoka dama w płomienistej sukni i purpurowym szalu.
— Maman!... il ne veut pas śpiewać serenady... — zawołał chłopak, biegnąc naprzeciw niej.
— A  mówiłam  ci  -  rzekła  dama  -  ażebyś  nie  dawał  słowa  w  imieniu  osób,  których  nie  jesteś

pewny? Szkoda, że monsieur prawie na pożegnanie robi tak wielką przykrość Luciowi!

Czułem, że w téj chwili dwa tysiące rubli gratyfikacyi wiszą na włosku...
—  Co  go  mój  honor  obchodzi!  —  wzdychał  malec.  Gdybym  powiedział,  że  zabiję  się  w  jego

oczach, jeszczeby nie śpiewał.

— Więc nie da się pan ubłagać? - spytała dama.
—  Lucio  przesadza!  -  odezwał  się  guwerner.  Zresztą  -  jakże  tu  śpiewać  serenadę,  jeżeli  niema

gitary?... - dodał tonem żartu.

Chłopak wysunął się naprzód.
— Są skrzypce - rzekł. Może pan grać na nich, jak na gitarze.
— A płaszcz?... a kapelusz?... - pytał zmięszany guwerner.
—  Jest  wszystko  i  zaraz  pana  ubierzemy!  -  mówił  chłopiec,  znowu  chwytając  go  za  szyję. Ach

jaki pan dobry!... ach jak to będzie zabawnie!... Pomrzemy ze śmiechu...

Objął go wpół rękoma i szybko biegnąc, ciągnął w stronę gęstego kląbu.
W  kilka  minut  z  po  za  krzaków  wysunął  się  trubadur.  Niski,  gruby,  w  szerokim  kapeluszu  i

połyskującej pelerynie, wyglądał w nocy jak strach na sowy.

Ostrożnie  zakradł  się  pod  balkon  i  stanął,  oświetlony  promieniami  księżyca,  naprzeciw

dumającej panny Fifl. Usłyszałem cichy brzęk strun skrzypcowych, a potem jakąś wenecką serenadę
śpiewaną głosem fałszywym i zmęczonym.

Biało  ubrana  kobieta  wychyliła  się  z  balkonu,  widocznie  nie  rozumiejąc,  co  to  znaczy?  Lecz

poznawszy guwernera, krzyknęła:

background image

— Stary błazen!...
Trubadur umilkł i szybko skrył się w cieniu balkonu. W sąsiednich kląbach rozległ się ogromny

śmiech.

—  Cha!  cha!  cha!...  śmiało  się  kilkanaście  różnych  głosów,  nad  któremi  górował  zanoszący  się

dyszkant panicza. Cha! cha! cha!...

Już  panna  Fifi  cofnęła  się  z  balkonu,  a  guwerner  znikł,  jakby  wpadł  pod  ziemie,  a  oni  jeszcze

śmieli  się  sopranami,  tenorami  i  dyszkantem. Aż  śpiący  na  gałęzi,  obudził  się  ptak  i  przestraszony,
najeżywszy pióra, zaświergotał.

Potem  śmiech  zamienił  się  w  wesołą  rozmowę,  potem  wielokrotnie  powtórzono  słówko:

dobranoc!—  i  nareszcie  wszystko  umilkło.  Zbudzony  ptak  mocniej  objął  palcami  gałązkę  i  znowu
zasnął. I śniło mu się w główce schowanej pod skrzydło, że jest, jak niegdyś, małym ptaszkiem i że
śpi w gnieździe, otulony gorącą piersią matki.

Było  już  po  północy.  Księżyc  dosięgnął  zenitu,  a  nad  balkonem,  pod  którym  guwerner  śpiewał

serenadę,  stał  obłok  szczególnej  formy.  Zdawało  mi  się,  że  zamiast  kłębów  pary  widzę  olbrzymią
mapę Francyi, jaśniejącą blaskami.

Od tej nocy guwerner tak mnie unikał, że opuściłem wieś, nie mogąc spotkać go ani razu.
Później zapomniałem o nim. Lecz w kilka miesięcy, na nowy rok, otrzymałem z Paryża upominek

w formie biletu z zabawnym rysunkiem.

Był tam mały, nagi chłopiec grający na gitarze, pod balkonem równie małej i nie lepiéj ubranéj

dziewczynki.

Na odwrotnej stronie, u dołu, przeczytałem nazwisko: François X...
Domyśliłem  się,  że  stary  guwerner  nareszcie  wrócił  do  Francyi.  Serenada  była  ostatniem

nieszczęściem, jakie sprowadził na niego księżyc w pełni.

background image

MILKNĄCE GŁOSY.

 
Wróciwszy cało z piątej kampanii w życiu, pułkownik w końcu roku 1871 wziął dymisyę i osiadł

w Lyonie. Liczył sobie dopiero 65 lat i wyglądał tak czerstwo, że przyjaciele namawiali go, aby się
ożenił. Ale pułkownik nie chciał się żenić. Mówił, że wprawdzie ma jeszcze mocne nogi, lecz że go
już znudziła adwokacka Francja, więc myśli wrócić do swoich. Z babą, zaś miałby w drodze dużo
kłopotu.

Chciał jechać natychmiast; zaczął nawet szukać kupca na swój domek z ogródkiem. Tymczasem

przybyło do Lyonu trzech rodaków i kolegów pułkownika z najpierwszej kampanii. Starzy odnaleźli
się łatwo, jeszcze łatwiej odnowili znajomość i odtąd chodzili sobie we czterech. Chcąc pijać razem
czarną  kawę  w  polskiej  kawiarence,  musieli  razem  jadać  obiad  w  jednej  restauracyi.  Potem  każdy
mógł iść, gdzie go oczy poniosą, byle wieczorem stanął na czas do wista. Ponieważ jednak trafiały
się spóźnienia, więc dla porządku, pilnowali się wzajemnie i — cały dzień chodzili razem, czasami
po dwóch, czasem gęsiego, a zwykle rzędem.

Głównem zajęciem ich była rozmowa o dawnych kampaniach i o polityce bieżącej. W ciągu roku

starzy odkryli wszystkie błędy Kossuta, Mac-Mahona, Bazaina i dawniejszych wodzów. W roku zaś
następnym poukładali tak szczęśliwie plany wojen, że gdyby je wykonano, świat wyglądałby całkiem
inaczej niż obecnie.

W  trzecim  roku  jeden  z  nich  umarł.  Opłakali  go  jak  brata,  lecz  w  miesiąc  po  pogrzebie

zadecydowali, że w polityce nieboszczyka tkwił wielki błąd: bo Bismarck, choć niemiec, jest jednak
gienialnym człowiekiem i nie wiadomo, na co się jeszcze może przydać.

W  czwartym  roku  umarł  im  drugi  kamrat,  całkiem  niespodzianie.  Pułkownik  aż  położył  się  do

łóżka  ze  zmartwienia  i  od  tej  pory, %  pozostałym  kolegą  nie  grywał  w  wista,  tylko  w  maryasza.
Starzy  mniej  teraz  rozmawiali  ze  sobą.  ale  za  to  czytywali  więcej  gazet.  Rozejrzawszy  się  zaś  i
skombinowawszy to, co pisały dzienniki angielskie, z tem, co niekiedy bywało w niemieckich., doszli
do wniosku, że Bismarck wcale nie jest taki zły, jak się wydaje, lecz musi być ostrożny...

— W polityce, kochany kapitanie, mówił pułkownik - najpierwszą cnotą jest ostrożność. To rzecz

daremna!...

—  Zawsze  byłem  tego  zdania,  kochany  pułkowniku,  -  odparł  kapitan.  -  I  nawet,  jeżeli  sobie

przypominasz, często broniłem Bismareka...

— No - częściej mówiłeś, że to gałgan.
— Ja pułkowniku?... To nieboszczyk Kudelski. a głównie Domejko, Panie świeć ich duszy...
Potem dodał:
— Prawda, że dobrzy z nich oficerowie, ale - do polityki żaden nie miał głowy, choć obaj są już

na boskim sądzie.

Nareszcie pewnej zimy umarł i kapitan.
Pułkownik na razie nie okazał żalu; zajął się pogrzebem i sprawił taki, jaki należał się oficerowi

dwóch  armii.  Nie  uronił  ani  jednej  łzy;  ale  gdy  nad  grobem  rozległy  się  salwy  piechoty  żegnającej
kolegę, starzec nagle zachwiał się i padł, jak gdyby wszystkie strzały skierowano w jego piersi.

Ledwie  go  otrzeźwili.  Przez  kilka  minut  odpoczywał,  potem,  bez  niczyjej  pomocy,  wsiadł  do

fiakra i kazał się odwieść do domu.

Na drugi dzień w miejscowych dziennikach ukazało się ogłoszenie o sprzedaży domu pułkownika.

Kupiec znalazł się prędko, a w tydzień później starzec gotował się do pożegnania gościnnej Francyi

background image

na zawsze.

— Nie żal ci też pułkowniku opuszczać nas? — spytał go rejent, u którego robiono akt sprzedaży.
—  Żal  i  nie  żal,  —  odparł  starzec.  —  Żal  —  boście  szlachetny  naród  i  warto  za  was  krew

przelewać. A  nie  żal  -  bo  się  u  was  dużo  zmieniło..  Gadacie  tylko  o  handlu,  pieniądzach,  kuchni,
zabawach...

Wrócę ja lepiej do moich śniegów... Tam są inni ludzie, moi ludzie... Oni zrozumieją mnie, ja ich.

A tu, u was, jest mi już strasznie pusto...

Rejent pokiwał głową, ale widząc gorączkę starca, nie wdawał się w perswazye. Zrozumiał on,

że człowieka czasami porywa burza tęsknoty i niesie go jak liść, który, gdyby umiał myśleć, możeby i
myslał, e wraca na swoje dawne drzewo i że znowu do niego przy rośnie.

Pułkownik udał się do Paryża, ułożył się o wypłacanie mu emerytury, przedstawił w ambasadzie

swoje dokumenty i uzyskał paszport. Spotkał wielu przyjaciół, którzy namawiali go, ażeby odpoczął
choć do lata. Ale napróżno. Starca, od chwili gdy powiedział sobie, iż wraca do kraju, ogarnął taki
niepokój, że poprostu — nie mógł sobie znaleść miejsca.

W rozmowie był nieuważny, w towarzystwie cierpki. Gdy dla rozerwania się wziął jaki dziennik,

zdawało mu się, że jest drukowany po polsku. Wszędzie na coś czekał, jakby lada chwila miał ukazać
się  ktoś  jeszcze  nieznany,  ale  -  od  dawna  wyglądany.  Na  bulwarach,  po  nad  tysiącem  świateł  i
gwarnem  mrowiskiem  ludzi,  widywał  ciche  równiny  śniegiem  pokryte,  na  horyzoncie  czarne  lasy,
gdzieniegdzie małe domy ze słomianemi dachami, albo stare krzyże przy drogach.

Miał jakby dwie dusze. Jednę wywiózł z kraju, druga wyrosła w nim na obczyźnie i samowładnie

rządziła  przez  lat  czterdzieści  kilka.  Lecz  nagle  obudził  się  ów  młody  duch  z  całym  zasobem
wspomnień i pragnień. Było mu źle w Lyonie, źle w Paryżu, źle w teatrze, źle w pociągu. W dzień
przeszkadzał myśleć, a w nocy — zdawało się pułkownikowi, że ktoś rzuca nim po łóżku, wygania go
z pokoju, że w nim szlocha i krzyczy rozdzierającym głosem:

— Odwieź ranie tam, do moich!..
Starzec opuścił Paryż, z wieloma osobami nie pożegnawszy się nawet i dniem i nocą jechał do

kraju. Wyprostowana figura i charakterystyczne ruchy zwróciły uwagę niemców, którzy przypatrując
się śniadej, suchej twarzy, jego podciętym białym wąsom i białej muszce na brodzie, odgadywali, że
to musi być jakiś jenerał a bodaj czy nie marszałek francuski.

— Pewnie, jedzie z misya do Petersburga!... szeptali niemcy.
A że starzec wciąż wyglądał oknem, domyślali się, że bada niemieckie koleje i — wróżyli wojnę

na obu frontach.

Do  granicy  pociąg  przyjechał  nad  ranem.  Formalności  paszportowe  zabrały  kilka  godzin  czasu.

Jedni pasażerowie jedli, inni drzemali. Pułkownik nie mógł ani jeść, ani spać; wyszedł na spacer za
stacye.

Szedł  wzdłuż  toru  drogi  żelaznej,  może  wiorstę  a  może  i  dalej.  Zaczęło  świtać.  Na  wschodzie

ukazał  się  jasny  pasek,  który  stopniowo  wzrastał,  aż  całe  niebo  przybrało  barwę  zielonego  szkła,
poplamionego szaremi, białemi i bladoróżowemi obłokami.

Po  dusznej  atmosferze  bufetu,  chłodny  wiatr  orzeźwił  starca,  ale  —  nie  uspokoił  go.

Pułkownikowi zdawało się, że gdy raz stanie na otwartem polu, na swojem polu, w jego piersi nie
wytrzyma  tęsknota;  wyrwie  się  i  gdzieś  odleci,  jak  gołąb  wypuszczony  z  klatki.  Lecz  stało  się
inaczej:  zamiast  ukojenia,  uczuł  zdziwienie.  Horyzont,  niegdyś  taki  szeroki,  wydał  mu  się  ciasnym.
Lasów nie widać, tylko tu i owdzie sterczą dymiące kominy fabryki. Nie widać ani chat, ani ogrodów
przy nich, tylko posępne, ceglane domy na śnieżnych wydmach. Nawet wiatr, zamiast szumieć między
gałązkami  wierzbiny,  tłukł  się  o  nieskończenie  długi  szereg  słupów,  albo,  w  telegraficznych

background image

dzwonkach płakał jak zabłąkana sierota.

To już nie ta ziemia, którą przed pół wiekiem opuścił!..
Na dworcu zadzwoniono. Pułkownik ledwie zdążył zająć miejsce w wagonie — i pociąg ruszył.
Przez  całą  drogę  starzec  rozglądał  się,  chcąc  choć  jakąś  niejakąś  nitkę  nawiązać  między

rzeczywistością i wspomnieniami. Daremna praca. Inny kraj leży na dnie duszy, inny przed oczyma.
Chłopi  bez  sukman,  żydzi  bez  lisich  czapek,  domy  bez  drzew,  ziemia  bez  lasów.  Nie  był  nawet
pewny, czy ptaki nie straciły głosu.

Do Warszawy przyjechał już późno wieczór i umieścił się w drugorzędnym hotelu, który z pozoru

przypominał  dawne  "zajazdy".  Lecz  i  tu  spotkało  go  rozczarowanie.  Zamiast  prostych  sprzętów,
obitych  włosieniem  albo  skórą,  jakie  bywały  za  jego  czasów,  zastał  modne  meble,  obrazy  kobiet  z
półświatka,  popsute  elektryczne  dzwonki  i  służbę  w  poplamionych  frakach.  Nie  był  to  już  stary
"zajazd", ale zagraniczny hotelik w złym gatunku.

Przespawszy  noc  jako  tako,  pułkownik  od  rana  wyszedł  na  miasto.  Wziął  dorożkę  i  kazał

obwozić  się  po  wszystkich  znanych  niegdyś  ulicach.  Niepojęte  zmiany...  Znikły  wysokie,  w  białe  i
czerwone  pasy  malowane,  słupy  latarniowe,  znikły  dworki  i  rozległe  ogrody  a  miejsce  ich  zajęły
szeregi ogromnych kamienic, zbudowanych po większej części bez ładu i smaku. Nawet tam. gdzie za
jego czasów polowano na dzikie kaczki, stało dziś miasto duże, ruchliwe, ale — jakieś inne...

Ludzi zupełnie nie poznawał, ani z ubiorów, ani z fizyognomii. Co dziwniejsza: chwilami raziło

go to, że nie słyszy gwaru francuskich rozmów, do których przez pół wieku nawykło ucho!

Po  tej  przejażdżce  uczuł  pustkę  jeszcze  większą  niż  we  Francyi  i  postanowił  wejść  w

towarzystwo ludzi.

Miał tu znajomych, między różnemi osobami, które spotykał w Paryżu albo u wód.
Zanotował  kilka  nazwisk  i  poprosił  hotelowego  szwajcara  o  wyszukanie  adresów.  Na  drugi

dzień,  przyniesiono  mu  tylko  jeden  adres,  człowieka  dość  majętnego,  z  którym  przed  dziesięcioma
laty poznał się w Vichy.

Pułkownik natychmiast udał się do niego i szczęściem zastał w domu.
Gospodarz  na  razie  nie  poznał  go,  a  poznawszy,  zmieszał  się.  Gorączkowo  ściskając  gościa,

troskliwie począł go wypytywać: czy nie miał kłopotów z paszportem? a gdy uspokoił się co do tej
kwestyi, zapytał: jak też długo myśli bawić w Waszawie?

— Chciałbym tu osiedlić się, o ile, naturalnie, uda mi się zawiązać stosunki — odparł pułkownik.
— O!... stosunki u nas zawiązują się łatwo. Znajdzie tu pan może nawet i swego kolegę...
— Któż to?... — przerwał mu prędko starzec.
— Jest to także były oficer francuski. Biedaczysko!... przyjechał bez grosza i ledwo znalazł jakąś

lichą posadę... Dziś nie może odżałować, że. opuścił Francyę. Och!... u nas bardzo trudno o zajęcie,
tysiące młodzieży szuka go napróżno...

— No — ja tego nie potrzebuję — odparł gość, śmiejąc się pierwszy raz od paru miesięcy. Mam

troche gotówki i emeryturę pułkownika.

Uśmiech  tak  widać  ozdobił  marsowatą  twarz  starca,  że  gospodarz,  poprzednio  dość  chłodny,

nagle  wpadł  w  entuzyazm.  Porwał  gościa  w  objęcia,  kilkanaście  razy  nazwał go  pułkownikiem,
przypomniał mu mnóstwo przyjemnych chwil spędzonych razem w Vichy, przedstawił mu cała swoję
rodzinę  i  zaklinał  na  wszystkie  świętości,  ażeby  raczył  uważać  ten  dom  jak  własny  i  ażeby  jutro
wieczorem zaszczycił go swoją wizytą.

— Będzie u nas parę osób — mówił zachwycony gospodarz — które z przyjemnością złożą hołd

bohaterowi...

—  Emerytowi!...  —  poprawił  go  pułkownik.  Pomimo  tak  szczególnego  przyjęcia,  pułkownik

background image

przyszedł  na  wieczór.  W  przedpokoju  przyjął  go  sam  gospodarz,  ledwie  nie  zdjął  mu  kaloszy  i  z
wielkim szumem wprowadził do salonu.

Był  to  wieczór  tańcujący,  więc  starzec  znalazł  od  razu  kilkadziesiąt  osób.  Porobił  prędko

znajomości z damami, z których jedna zapewniała go, że pamięta kampanię włoską, choć mogła znać
na  palcach  węgierską,  —  druga  dziwiła  się,  że  opuścił  "ten  piękny  Paryż"  a  najmłodsza  zapytała
nieśmiało: czy pan pułkownik nie tańczy już nawet kadryla?...

Ponieważ przeszło siedmdziesiecioletni weteran, już nie tańczył, więc, gdy odezwała się muzyka,

pomimo całego szacunku — zapomniała o nim. Żołnierz z pod Solferino i Gravelotte, musiał ustąpić
bohaterom walca i kontredansa, tak samo jak we Francyi.

Wyszedł do dalszych salonów; tam grano w karty. Gościnny gospodarz ofiarował się w tej chwili

zebrać  mu  towarzystwo  do  wista  z  dwu  radców  i  jednego  prezesa;  ale  starzec  podziękował,  może
przez pamięć dla swoich ostatnich kolegów od wista.

Więc  i  tu  przestano  się  nim  zajmować,  z  czego  pułkownik  był  kontent,  mogąc  przypatrzeć  się

ludziom.

Przysłuchiwał  się  rozmowom.  W  jednym  kącie  mówiono  o  karnawale,  w  drugim  o  giełdowych

kursach,  w  trzecim  o  płci  pięknej,  w  czwartym  o  polityce,  a  mianowicie  o  tem,  że  nas  niemcy
nieodwołalnie zjedzą.

Do  tej  grupy  przyłączył  się  pułkownik,  ale  rozmawiał  nie  długo.  Przechodząc  od  kwestyi  do

kwestyi, usłyszał w końcu, że realna polityka powinna traktować wojnę jak interes przemysłowy i że
tylko taki szarlatan, jak Napoleon III mógł wojować za cudze sprawy, dla idei.

Toż samo niejednokrotnie słyszał we Francyi — pocóż więc ją opuścił'?...
Starzec  cichaczem  wymknął  się  z  balu  i  wrócił  do  swego  zajazdu.  Położywszy  się  do  łóżka

począł marzyć, trochę we śnie, trochę na jawie. Gdy znużony tracił chwilami świadomość, zdawało
mu  się,  że  przestał  być  człowiekiem,  lecz,  że  jest  krzyżem  na  zapadającym  się  grobie, w  którym
spoczęli jego dawni kamraci. Gdy zaś ocknął się, szeptał:

— Po com ja tu wrócił?...
I uczuł tęsknotę za Francyą.
Na  drugi  dzień  przypadała  niedziela.  Starzec  wstał  późno  i  ubierał  się  powoli,  namyślając  się,

kiedy wracać do Francyi: dziś czy jutro?... Tu był już obcym dla wszystkich i wszyscy dla niego.

Miał  numer  na  dole.  Gdy  około  dziesiątej  podniósł  roletę,  spostrzegł,  że  przed  jego  oknem,

chodzi, tam i napowrót, jakiś ubogo odziany człowiek z małym chłopcem.

Był silny mróz, więc ubogi człowiek, dla rozgrzania się, tupał nogami w chodnik, uderzał się w

ramiona, albo rozcierał zsiniałe z zimna ręce dziecka, które miało nieco przydługi surdut, słomiany
kapelusz, nieobtarty nos i uszy podwiązane brudną chustką.

Ponieważ, chodzący po podwórzu często spoglądał w okno pułkownika, starzec zwrócił na niego

uwagę i spytał kelnera: co za jeden jest ten człowiek?

Kelner uśmiechnął się i odparł:
—  To  szewc!...  Mieszka  tu  u  nas  pod  strychem  i  chce  swojemu  chłopcu  pokazać  pana

pułkownika...

— Mnie pokazać?... A skądże on wie, kto ja jestem ?...
— Dowiedział się od służby...
Starzec  zamyślił  się,  a  tymczasem  ubogi  człowiek  wciąż  dreptał  za  jego  oknem,  albo  rozcierał

zmarznięte ręczyny dziecku.

Pułkownik miał iść na śniadanie do miasta. Ubrał się więc spieszniej i, zaciekawiony, wyszedł

na podwórze.

background image

Na  jego  widok  człowiek  z  dzieckiem  stanął  jak  wryty.  Wykręcił  czapkę  na  bakier,  zmarszczył

brwi, wyprężył się i zacisnął pięści, co wyglądało tak, jak gdyby chciał rzucić się na pułkownika, ale
według jego pojęć znaczyło oddanie honorów.

Ponieważ  jego  syn  chuchał  sobie  przez  ten  czas  w  ręce,  więc,  dla  rozbudzenia  uwagi,  uderzył

chłopca  pięścią  w  kark,  a  sam  wciąż  patrzył  na  starca  jak  na  wilka,  myśląc,  że  postępuje  według
najściślejszych reguł wojskowej etykiety.

Starzec  —  zatrzymał  się.  Chciał  coś  przemówić  do  ubogo  ubranego  człowieka,  ale  brakło  mu

wyrazów,  a  przytem  —  było  na  podwórzu  trochę  ludzi.  Więc  tylko  spojrzeli  sobie  w  oczy,  i
pułkownik zwolna poszedł w stronę ulicy.

Wtedy szewc odezwał się do dziecka:
— Wojtuś!...
— Abo co?
— Będziesz hyclu taki?...
— Co nie mara być, oj! jej!... — odparło dziecko z zawalanym nosem.
— Pamiętaj, żebyś był, bobym ci zęby powybijał, choć urośniesz!...
Tymczasem pułkownik poszedł na śniadanie, ale — jadł niewiele, bo śpieszył się. Potem wybiegł

do miasta i wkrótce — wynajął sobie prywatne mieszkanie.

Brzydkie kamienice i nowi ludzie już go nie razili. A gdy wypadkiem mijał ulicę Karową i z niej

spojrzał  na  Wisłę,  zobaczył  znowu  taki  rozległy  horyzont  jak  niegdyś,  takie  same  lasy  i  uczuł  ten
orzeźwiający powiew, którego mu brakowało przez pół wieku.

— Zostanę tu! — pomyślał.

background image

STARA BAJKA.

 
Kiedy  ś.  p.  sędzia  Furdasiński  przeniósł  się  tam,  gdzie,  wedle  słów  proboszcza,  miał  pobierać

wiekuiste czynsze z kapitału swoich cnót i zasług, na Furdasówce nie było ani grosza długu.

Nie  podobało  się  to  jednak  synowi  i  dziedzicowi  zmarłego,  który  zawsze  mawiał,  że  w  tych

czasach tylko żydzi i mechesy nie mają długów — i — hipoteka zaczęła się obciążać.

Zresztą młody pan Furdasiński był poczciwy chłopak. Wstawał o szóstej i, jako rolnik z krwi i

kości, hasał konno po polach do ósmej. Nieraz w tych wycieczkach upatrzył sobie ładną dziewczynę,
której  w  najbliższe  święto  kupował  gorset  i  chustkę,  a  nawet  czasem,  po  upływie  roku,  dawał  jej
krowę i paręset złotych gotówką.

O ósmej pil śniadanie, potem uczył swego szpaka gadać lub gwizdać, koło południa jadł drugie

śniadanie, po śniadaniu trochę drzemał, o czwartej spożywał obiad, a po obiedzie, albo znowu uczył
szpaka i rozmawiał z ekonomem, albo jechał do sąsiadów na partyjkę. Regularny tryb życia łamał się
parę  razy  na  rok,  mianowicie  w  czasie  karnawału  i  w  czasie  wyścigów;  wtedy  bowiem  pan
Furdasiński  zabierał  karetę,  cztery  konie,  furmana,  lokaja  i  chłopca  i  jechał  na  cały  miesiąc  do
Warszawy.

Niekiedy po upływie miesiąca dwór sam wracał na wieś. Był to znak, że pan Furdasiński udaje

się za granicę.

Marszałek Mazajło-Skrobejko, najbliższy sąsiad, który miał trzy dorosłe córki, przez przyjaźń dla

ś. p. sędziego często upominał dziedzica, radząc mu, aby się jaknajrychlej żenił.

— Myślę o tem — odparł pan Furdasiński. — Właśnie kupiłem meble.
Marszałek spojrzał z pod oka na fotele obite amarantowym aksamitem i na fortepian Beehsteina,

okryty warstwą kurzu i rzekł:

— No tak, meble!... Ale niepotrzebnie karmisz tyle służby w domu.
— A  cóż,  mam  ich  wygnać?  Przecież  na  nas,  na  obywatelstwie  ciąży  obowiązek  dostarczania

ludziem pracy, ażeby nie kradli.

— Te wędrówki do Paryża także na nic — mówił marszałek.
— Co też marszałek baje! Cóżbym ja był 7. a polak, żebym choć raz na kilka lat nie zajrzał do

Paryża?... Paryż to jak Warszawa i Kraków.

— Wiedeńska wystawa także zjadła sporo grosza...
—  Obywatel  u  nas  nie  może  być  tylko  rolnikiem  —  odpowiadał  pan  Furdasiński.  —  Musimy

badać przemysł.

— No, ale Monaco...
— Wszystko na świecie trzeba poznać! — przerwał mu młody dziedzic i zbliżywszy się do okna,

w którem wisiała klatka ze szpakiem, zagwizdał walca Straussa.

Pojętny  ptak  pochwycił  natychmiast  melodye,  lecz  urwawszy  ją  w  połowie,  odśpiewał  kilka

taktów "Rachelo kiedy Pan"... a zakończył "Gdyby rannym słonkiem".

Ponieważ  młody  dziedzic  nie  zmieniał  trybu  życia,  więc  majątek  topniał  z  godną  podziwu

szybkością.  Nawet  marszałek  stracił  serce  do  syna  swego  przyjaciela  i  oświadczył  publicznie,  że
nigdy nie miał zamiaru przyjąć go za swego zięcia, a jeżeli wstępował do Furdasówki, to tylko przez
pamięć  dla  ś.  p.  sędziego.  Przytem  robił  coraz  surowsze  wymówki  młodemu  panu  i  co  kilka  zdań
powtarzał:

— Dyabli wzięli Furdasówkę!...
Przyszła  nareszcie  chwila,  że  pan  Furdasiński  nie  obsiał  pól,  nie  zapłacił  procentów

background image

wierzycielom,  ani  rat  w  Towarzystwie  kredytowem.  Cugowe  konie  schudły,  służba  rozbiegła  się,
sąsiedzi zerwali stosunki, a młody dziedzic — nie miał mięsa na obiad.

Otyły  marszałek  usłyszawszy  o  tem,  dostał  małego  ataku  apopleksyi.  Tydzień  leżał  w  łóżku,

wreszcie pojechał do pana Furdasińskiego z ostatnią wizytą.

Właśnie dziedzic uczył swego szpaka ani "La donna e mobile", kiedy zasapany marszałek wbiegł

do salonu i rzuciwszy się na kanapę zaczął:

— Cóż to, subhastują cię?...
— Podobno.
Marszałek wzruszył ramionami i podniósł oczy do nieba.
— A ileż ci zostanie w majątku, jeżeli wolno spytać?... — rzekł.
— Ze dwadzieścia tysięcy rubli...
— Te te te!... Towarzystwa masz dziesięć tysięcy. Długów hipotecznych...
— Parę tysięcy rubli.
— Parę?... — spytał oburzony marszałek. —Jest przeszło pietnaście tysięcy rubli zapisanych... A

rewersy?

— No, tych śmieci będzie może na kilkaset rubli.
—  Kilkaset?  —  krzyknął  marszałek.  —  Wszyscy  żydzi  lamentują,  żeś  bankrut  i  że  im  nie

zapłacisz!...  Posłuchaj  —  dodał,  usiłując  zapanować  nad  sobą.  —  Przez  pamięć  dla  ś.  p.  ojca
obrachowałem  twoje  długi  i  wartość  majątku,  nie  wyłączając  powozów  i  mebli.  Otóż  mówię  ci—
nie masz nie!... Grosza stąd nie wyniesiesz, jeszcze ci masa długów zostanie, bo za te grunta dadzą
najwyżej po dwa tysiące rubli za włókę... Czeka cię nędza...

— Wszystko na świecie trzeba poznać! — odrzekł spokojnie pan Furdasinski.
Marszałek podniósł się z łoskotem.
— Władku — rzekł — czy przez pamięć dla twego ś. p. ojca mogę co zrobić dla ciebie?
—  Owszem  —  odpowiedział.  —  Może  pan  zechce  przyjąć  odemnie  na  pamiątkę  ten  fortepian.

Pyszny!... koncertowy Bechsztajn, ani razu na nim nie grałem...

Twarz marszałka zrobiła się fioletową. Zacisnął pięści i wrzasnął:
— Smar... Smaku nie masz acan
Wybiegł z pokoju, a za chwilę przyszedł furman po czapkę, której wzburzony pan zapomniał.
Od  tej  chwili  aż  do  dnia  licytacyi  pan  Furdasinski  był  już  sam,  jak  palec.  Nie  tracąc  jednak

humoru,  chodził  po  pokoju  i  palił  fajkę,  a  jego  szpak  gwizdał  kawałki  rozmaitych  melodyj,  albo
wołał:

— Dyabli wzięli Furdasówkę!...
Pan Furdasiński oburzył się.
— Wołaj — rzekł do szpaka — ośle jakiś, to, czegom ja cię uczył: złodzieje! żydy!...
— Dyabli wzięli Furdasówkę.... — odpowiedział szpak, pilnie przypatrując sio swemu panu. Był

pewien, że mówi dobrze.

Licytacya majątku przyniosła cały szereg niespodzianek. Naprzód majątek  poszedł  nie  po  2000,

ale  po  2500  rubli  włóka,  skutkiem  czego,  dołączywszy  sprzedaż  mebli  i  zbytecznej  garderoby,  pan
Furdasiński  nietylko  co  do  grosza  spłacił  najmniejsze  nawet  długi,  ale  jeszcze  sam  wziął  do  ręki
około tysiąca rubli gotówką. Powtóre majątek kupił chłop z tej samej wsi, Kuba Grzyb, i odrazu na
stół położył 38. 000 rs.

Widząc,  że  chłop  z  siwemi  włosami,  nastroszonemi  jak  szopa,  wydobywa  z  kobieli  sturublowe

bankocetle, pan Furdasiński odezwał się:

— I wy, Kubo, naprawdę kupujecie folwark? Stary zdjął czapkę i pochylił mu się do nóg.

background image

— Patrzyłby mi się — rzekł — folwarek choćby za pięćdziesiąt tysięcy, bo mam kupę hołoty, ale,

za pozwoleniem jaśnie pana, wezmę i len, bo zawdyk lepi coby się swoje zostało przy swoich. Nowe
pomiary to ta będą jeszcze nieprędko, więc trza kupić, kiej się nadarza okazya.

— I sami będziecie gospodarowali?... — spytał pan Furdasiński.
— Stary znowu schylił mu się do kolan, aż siwemi lokami dotknął ziemi.
— A bo ja głupi, jaśnie panie — odparł — rwać się do tego, czemu jaśnie pan nie wydołał?... Ja

tam, już do wezwania boskiego zostano chłopem, a na ten folwarek sprowadzam se wokumona aż z
pod  Kalisza,  tego  Bydgoskiego,  co  go  jeszcze  jaśnie  wociec  za  czasu  pańszczyzny  miał  pisarzem
prowentowym.

— A cóż to bliżej nie mieliście kogo?
— Dopraszam się łaski jaśnie pana, to było tak — mówił chłop. — Jak ino żydy wzięły gadać, co

Furdasówkę zlicytują, to zaraz mój najstarszy zakładał se, żeby jaśnie pana uprosiś na rządcego...

— No, ja nie... — przerwał Furdasiński rumieniąc się.
— Właśnie też tak rzekła moja baba, że jaśnie panu nijako być u chłopa w obowiązku, a jeszcze

ja  se  pomyślałem,  że  kiedy  on  nieboże  na  swojem  nie  mógł  wydołać,  to  mu  na  cudzem  będzie
gorzej...

Pan Furdasiński zaczął przestępował z nogi na
— Więc wtedy — mówił chłop — rzekłem: bast! i zaraz se pomyślałem o Bydłoskim.
—  Żeście  o  nim  nie  zapomnieli?  —  wtrącił  były  dziedzic  —  boć  on  u  nas  nie  mieszka  już  ze

dwadzieścia lat.

— U, ja jego dobrze pamiętam — rzekł chłop — bo on przecie nas bijał. I tak było, że raz jaśnie

wociec kazał nam kilku wyasygnować po dziesięć witek za to, żeśmy trochę zaniedbali sianokos.

1 kiedy na mnie przyszła kolej, Bydłoski prawi: naści chłopie dziesięć letkich witek za pańskie

siano, co zgniło. A tera, ino se wciąż ligaj, dołożę ci pietnaście mocnych, za twoje zgnite siano. Ha!
mówię,  panie  pisarzu,  co  prawda,  to  prawda,  zepsułem  se  siano  przez  jarmark.  A  on  jak  mi  nie
sypnie... Aż, z przeproszeniem jaśnie pana, w nosie mnie zakręciło...

Zara se wtedy zmiarkowałem, że to człek sprawiedliwy — kończył chłop. — I rzekłem teraz do

baby: Bydłowski będzie u nas gospodarował, bo już wtedy on dbał o nasze, kiedyśmy jeszcze sami
nie dbali...

Wysłuchawszy z oznakami niecierpliwości rozwlekłej mowy chłopa, pan Furdasiński cofnął się

do dworu. Chodził po pokoju, dumając i paląc fajkę, a szpak od czasu do czasu wrzeszczał:

— Dyabli wzięli Furdasówkę!...
Pan Furdasiński z początku tylko chrząkał a w końcu gniewnie zawołał:
— Dobrze zrobili, że wzięli!
Istotnie  czuł  tu  jakąś  duszność,  może  dlatego,  że  właśnie  zbliżała  się  pora  letnich  wycieczek,  a

może z innych powodów.

Nad wieczorem zobaczył przez okno nastroszona, siwiznę Grzyba.
Stary  chłop  cierpliwie  stał  przed  gankiem,  trzymając  czapkę  w  ręku.  Pan  Furdasiński  prędko

wyszedł do niego.

— A  czego  to  chcecie,  Kubo?  —  spytał.  Chłopu  trzęsła  się  głowa.  Nagle  podbiegł  do  byłego

dziedzica i objął go za nogi.

—  Ostańcie  z  nami,  jaśnie  panie  —  mówił  stary.  —  Chleba  nam  tu  nie  zabraknie,  a  pud  woru

oddam wam do śmierci.

Pana Furdasińskiego tak zamdliło w sercu, jakby przed śniadaniem. Zaczął mrugać, ale cofnął się

do ganku i odparł:

background image

— Nie mogę... Nie wypada...
— Zaznacie wiele biedy na świecie — mówił stary.
— Wszystko trzeba poznać...
Stary podbiegł ku wrotom i machając czapką, wołał:
— Dzieci, żono a chodźta żwawo, bo ranie nie słucha!...
Wtedy  przed  ganek  wypadła  gromada  starszych  i  młodszych  chłopów  i  kobiet,  wielkim  głosem

zaklinając jaśnie pana, ażeby został.

Rzewnie zapłakał pan Furdasiński, ale zarazem oświadczył, że jeszcze dziś chce jechać do kolei.
— Chowajcie mi tu szpaka — prosił — dopóki miejsca nie znajdę.. Potem go odeszlecie...
Grzyb poznał, że pan zaciął sie.
— Ha! — rzekł — kiedy tak, to jedźcie, jaśnie panie. Ale, jeżeli wam bieda dokuczy, jak Bóg w

niebie, dajcie mi znać. Zawdyk my, choć chłopi, wam najbliżsi...

Gdy zeszły na niebie gwiazdy, najstarszy syn Grzyba zajechał przededwór porządnym wasągiem.
Pan Furdasiński wyniósł nieduży tłomoczek i z zapalonem cygarem siadł na wóz. Szpak zbudzony

światłem ocknął sie i krzyknął:

— Dyabli wzięli Furdasówke!...
Małe lecz silne koniki w parcianej uprzęży ruszyły z miejsca. Pana nie miał już kto żegnać, tylko

głodne  od  paru  dni  psy  podwórzowe,  skamląc,  podskakiwały  do  wozu;  lecz  od  gościńca  wróciły
znowu do dworu, pilnować reszty dobytku. Myślały, że i dzisiaj ich pan wyjechał tylko na partyjkę w
sąsiedztwo...

Szlachcic  siedział  ostro  na  wozie,  w  sławuckiej  burce,  w  granatowej  czapce z  daszkiem  na

bakier,  czerstwy,  wyprostowany.  Czasami,  gdy  wyjrzał  na  drogę,  która  ginęła  we  mgle  nocnej,
chwytał go za gardło jakby strach i żal. Ale wtedy mocno odchrząknął, głębiej zaciągnął się dymem
cygara i mruczał:

— Wszystko na świecie trzeba poznać.
W  Warszawie  stanął  w  Europejskim  hotelu,  sprawił  nowy  garnitur  i  starał  się  odświeżyć

zeszłoroczne  znajomości.  Spostrzegłszy  jednak  po  tygodniu,  że  wydał  kilkaset  rubli  i  stracił  serca
swoich wyniósł się do hotelu Saskiego. Po paru tygodniach wyprowadził się na Dziekankę, a stamtąd
aż na Nowolipki, widząc z przerażeniem, że pieniądze uciekają, mu jak woda ze spaczonej konewki.

Dużo też myślał o przyszłości. Z początku miał zamiar ożenić sie z córką jakiego milionera, kupić

parę domów i — mieszkać za granica. Potem zdecydował się przyjąć jakąś posadę, choćby dyrektora
kolei albo cukrowni. Lecz w tydzień później już zdziwiłby się, gdyby kto chciał utrzymywać, że jemu,
Furdasińskieruu,  żadną  miarą  nie  wypada  zostać  plenipotentem  lub  rządcą  jakiego  majątku.  Zaś  w
kilka dni zgodziłby się i na posadę kasyera lub sekretarza przy jakiejś miejskiej instytucyi.

W końcu, z resztek pieniędzy zostało mu niecałe trzysta rubli. Mieszkał już w brudnym zajeździe

na  Nowolipkach,  jadał  pięćdziesięciogroszowe  obiady  i  odłożył  dwa  ostatnie  sturublowe  banknoty
do oddzielnego przedziału w pugilaresie, przysięgając, że tych nie wyda.

Jednocześnie dał do Kuryera ogłoszenie "o obywatelu ziemskim w sile wieku i kawalerze, który

posiada  kaucyę  i  poszukuje  odpowiedniego  zajęcia"  i  —  pilnie  zaczął  śledzić  część  dzienników
zatytułowaną: "posady i prace".

Gdy, oprócz dwu owych sturublówek na kaucyę, miał niecałe dziesięć rubli majątku, wpadło mu

w oczy ogłoszenie:

"Do  biura  informacyi  potrzebny  inkasent  z  kaucyą.  Pierwszeństwo  mają  kawalerowie,  znający

prowincye".

Pan Furdasiński zarumienił się z radości. Była to posada widocznie dla niego, gdyż jakkolwiek

background image

nie wiedział dobrze, co znaczy inkasent? lecz był kawalerem i znał prowincye... Ba! znał Paryż...

Ponieważ  ogłoszenie  to  przeczytał  będąc  w  cukierni;  więc  kazał  zaraz  podać,  zamiast  czystej

herbaty, filiżankę kawy i kieliszek abricotiny; wypił to duszkiem i pobiegł pod wskazany adres. Idąc,
kupił jeszcze cygar po 20 kopiejek, ale tylko pięć sztuk, dla oszczędności.

W  kantorze  znalazł  parę  czarno  lakierowanych  stołów,  na  których  leżały  stosy  aktów,  kasę

ogniotrwała i obok niej, na ścianie, kilka pęków kartek zapisanych liczbami. Wszystkiego pilnował
człowiek, który siedząc na fotelu skórą obitym, czyścił sobie paznogcie.

Na  widok  pana  Furdasińskiego,  człowiek  z  kantoru  zerwał  się  na  równe  nogi.  Był  to  jegomość

dziwnie  ruchliwy,  z  nadzwyczaj  bystremi  oczyma,  źle  uczesany,  niedbale  ubrany,  ale  bardzo
grzeczny.

—  Czem  szanownemu  panu  moge  służyć?  —  zapytał,  nizko  kłaniając  się  i  podsuwając  panu

Furdasińskiemu fotel, jedyny sprzęt, na którym można było usiąść.

Szlachcic zmięszał się i rzekł prawie pokornie, choć chciał nadrobić miną:
— Czytałem ogłoszenie o... tym inkasencie...
— Ach! tak — przerwał gospodarz i prędko usiadłszy na fotelu, zaczął znowu skrobać paznogcie.

Po chwili zaś, z pod oka patrząc na suplikanta, zaczął pytać:

— Jakie pan ma kwalifikacyi?
— Miałem wieś Furdasówkę...
— Fiu! — gwiznął gospodarz. — Ale ja się pytam o kwalifikacje naukowe?
— Byłem w gimnazyum... Także za granicą... Umiem nieźle mówie po francusku — dodał nieco

głośniej pan Furdasiński.

— Fiu!... a jaką kaucyę pan ma?
— Dwieście rubli...
— Mało. U mnie panie robią się interesy na setki tysięcy rubli. Można mieć duże dochody, ale —

potrzeba  złożyć  kaucyę.  Nieraz  będziesz  pan  musiał  podnieść  z  banku  jakieś  kilkanaście  tysięcy...
Muszę mieć pewność.

Pan Furdasiński, znękany przez widmo nadciągającej biedy, stał jak uczeń na egzaminie.
— Widzi pan -rzekł zawstydzony — chwilowo nie moge...
— Aha!... no!... — przerwał właściciel kantoru. — Pańskie szczęście, że mi się podobasz. Siadaj

więc i napisz swoje curiculum vitac, wymieniając osoby, które pana znają. Ale poważne osoby!...

Wstał  z  fotelu  i  przysunął  niedbale  panu  Furdasińskiemu  papier  i  kałamarz,  w  którym  atrament

zgęstniał jak smoła, zapewne z ciągłego użycia.

—  Ale,  ale  —  dodał  —  ja  teraz  muszę  odnieść  pewną  sumę  do  banku  handlowego  i  na

półgodziny zostawię kantor pod pańską opieką. Woźny ma dziś pogrzeb...

Otworzył z ogromnym trzaskiem kasę ogniotrwałą i począł z niej wydobywać koperty, napełnione

różnokolorowemi wartościami, mrucząc:

—  Bank  polski  3,  000...  jutro  o  dziesiątej...  Bank  dyskontowy  2,  800  jutro...  O!  jest  bank

handlowy...

Nagie zwrócił się do pana Furdasińskiego.
— Nie możesz mi pan zmienić 25O guldenów na ruble?
— A ileż to trzeba? — odparł zapytany gryząc pióro.
— Dwieście rubli z czemś... Zresztą daj pan tym czasem dwieście.
Pan Furdasiński wydobył dwie ostatnie tęczówki, a właściciel kantoru, odwróciwszy się do kasy,

liczył guldeny.

— Pięćdziesiąt... sto... sto pięćdziesiąt... Zmienisz pan to u wekslarza obok. Ale... A po ile pan

background image

weźmiesz  za  guldena?  —  rzekł  nagle.  —  I  lekko  wysunąwszy  z  ręki  panu  Furdasińskiemu
sturublówki, z szybkością magika schował je do swej koperty.

— Czy ja wiem, ile mi dadzą — odparł pan Furdasiński.
—  Wyborny  inkasent!  —  zaśmiał  się  właściciel  kantom.  —  Tym  sposobem  straciłbyś  pan  pół

kopiejki na rublu, czyli rubla, na dwusta — i — po kilku podobnych operacyach stopniałaby kaueya.
Bo ja za pańskie omyłki płacić nie mysie.

No  —  dodał  —  ale  na  pierwszy  raz  mniejsza  o  to.  Sam,  jak  będę  wracał,  wymienię  panu  u

wekslarza  guldeny.  Teraz  niech  pan  szybko  pisze  swoje  curiculum  vitae,  a  gdyby  przyszedł  jaki
interesant, proszę powiedzieć, że wrócę z banku dopiero za pół godziny.

Zamknął kasę, ogromną kopertę wziął pod pachę i wybiegł.
Pan Furdasiński zaczął pisać:
"Urodziłem się w Furdasówce... "
Przekreślił i zaczął na nowo:
"Przyszedłem na świat w majątku dziedzicznym Furdasówka... "
I  Więcej  nie  umiał  dodać  ani  wyrazu.  Wziął  wiec  pióro  w  zęby  i  zamyślony  oparł  głowę  na

rękach.

W tej chwili gwałtownie otworzyły się drzwi.
— Ha! mam cię oszuście'....
Pan Furdasinski zerwał sie na równe nogi i stanął oko w oko z jakimś zaperzonym człowiekiem,

który trzymał potężny kij w garści, widocznie gotując się do zadania nim ciosu.

Obaj panowie patrzyli na siebie przez kilka sekund zdziwieni.
— Przepraszam! — bąknął gwałtowny przybysz — ale... Gdzie jest ten oszust?...
— Jaki oszust?!..
—  Ten...  ten  dyrektor  kantoru,..  Dyrektor!...  Hultaj,  który  kradnie  uczciwym  ludziom  kaucye  i

fałszuje weksle...

— On kradnie kaucye? — spytał przerażony pan Furdasinski.
— Czy może i pana naciągnął? — spytał naodwrót, popędliwy nieznajomy.
— W tej chwili wziął odemnie dwieście rubli...
— Cha! cha!... zaśmiał się przybysz. — To on tu już nie wróci. Ale ja znajdę go w knajpie...
I wybiegł wywijając kijem w sposób znaczący.
Pan  Furdasinski  stał  odurzony.  Był  już  nędzarzem,  miał  niecałe  dziesięć  rubli...  Nim  jednak

zdążył  zebrać  myśli,  wbrew  przewidywaniom  człowieka z  dużym  kijem,  ukazał  się  —  właściciel
kantoru. Uśmiechnięty, nucił coś pod nosem.

—  Cóż cvriculum vitae skończone? — zapytał pana Furdasińskiego. — Musisz pan zaraz objąć

swoje obowiązki i posiedzieć tu do trzeciej, gdyż wypadł mi nagły interes do hipoteki.

— A moje dwieście rubli? — rzekł ostro pan Furdasiński.
— Pójdą na kaucyę — odparł najspokojniej dyrektor kantoru. •
— Bóg zapłać! — odparł pan Furdasiński. — Był tu dopiero ktoś u pana także po kaucyę... Szuka

pana po całem mieście i nazywa oszustem... Oddaj mi pan moje dwieście rubli, to ostatni grosz...

Dyrektor oburzył się.
— Słowo honoru daję, że to jakiś intrygant chce mi oficyalistę zbałamucić. Ale nie wierz pan tym

plotkom!... Słowo honoru...

— Żądani moich dwustu rubli — mówił do głębi wstrząśnięty pan Furdasiński. — Jeżeli mi nie

oddasz zawołam policyi...

Dyrektor odrazu zmienił ton.

background image

—  Fiu!  kochanku  —  zawołał  —  toś  i  ty  taki  dobry  jak  inni.  Masz  niby  to  poczciwą  minę,  a

grozisz  policya?...  A  gdzie  dowód,  żeś  mi  dał  pieniądze?...  Jeżeli  ja  jestem  łotrem,  który  nie
zasługuje na ufność, to trzeba mieć kwit...

—  Ja  nie  mówię,  że  panu  nie  ufam...  —  przerwał  pan  Furdasiński,  łamiąc  sobie  palce  w

bezsilnym gniewie.

— A, jeżeli mi pan ufasz, więc oddam ci pieniądze za parę dni...
— Chcę, zaraz!...
— Nie ma głupich.
— Zrobię panu awanturę... pójdę do prokuratora!... — wołał pan Furdasiński, nie wiedząc już co

mówi.

— Kochany panie — odparł dyrektor chłodno. — Mnie już robili awantury, nazywali oszustem,

skarżyli...  To  dla  mnie  chleb  codzienny.  Alf.  jeżeli  ty  chcesz  awantury  ze  mną,  więc  dobrze.  Nie
oddam ci pieniędzy, dopóki nie pokażesz kwitu, żem je wziął, a jak będziesz robił wrzaski, każę cię
zaprowadzić do cyrkułu.

Panu  Furdasińskieruu  zaczęło  mącić  się  w  głowie.  Dyrektor  tymczasem  usiadł  na  fotelu  i,

wydobywszy z kieszeni pilniczek, zaczął znowu skrobać paznogcie.

Wszelako  osobliwy  ten  kantor  był  domem  niespodzianek.  W  tej  bowiem  chwili  weszła  tu

sędziwa kobieta, z włosami białemi jak mleko i niezwykle piękną twarzą. Gdyby nie zaczerwione od
płaczu  powieki  i  usta  drgające  jakimś  wielkim  żalem,  możnaby  myśleć,  że  to  nie  osoba  żyjąca,  ale
ubrany czarno posąg Nioby.

Staruszka  ruchem  pełnym  godności  skinęła  głową  panu  Furdasińskiemu  i  szybko  zbliżyła  się  do

dyrektora, który zerwawszy się z fotelu stał zmięszany.

Dama, z trudnością hamując wybuch płaczu, mówiła do dyrektora:
— Coś ty znowu. robił, nieszczęsne dziecko?... Przed godziną wpadł do mnie jakiś awanturnik i

lżył cię... tak strasznemi wyrazami, że... zemdlałam z bólu...

I chwytając go za rękę. dodała błagalnym tonem:
—  Gzy  to  może  być  prawda,  dziecko,  co  on  mówił?...  Tu  coś  dzieje  się,  o  czem  ja  muszę  się

dowiedzieć, chociaż... bodajbym pierwej była w grobie...

Płakała cicho, zasłaniając chustką usta; Dyrektor ze czcią posadził ją na fotelu i otarł pot, który

mu  wystąpił  na  czoło.  Był  prawie  tak  blady,  jak  staruszka  Zwrócił  się  na  chwilę  do  pana
Furdasińskiego i szepnął:

— Wyjdź pan stąd...
Pan Furdasiński nie ruszył się. Widmo nędzy zrobiło go brutalem.
Staruszka mówiła półgłosem:
—  Tamten...  awanturnik...  twierdzi,  żeś  wziął  od  niego  jakąś  kaucyę...  Krzyczał,  żeś  ty...  o  mój

Boże!...

—  Kochana  mamo  —  odparł  dyrektor  —  czy  mama  nie  rozumie,  że  to  są  figle  moich

współzawodników?... Podkopują mi kredyt i burzą domowy spokój...

— Pokazywał mi twój kwit — szepnęła matka.
— No, wielka rzecz! Więc oddam mu pieniądze za pół roku, bo taki jest termin na zwrot kaucyi.

Był to niesumienny oficyalista, którego musiałem oddalić.

— Oddajże mu dziś choć trochę. Dyrektor zawahał się.
— Zresztą — rzekł niecierpliwie — dam mu jakieś a conto w tych dniach.
— To może i mnie odda pan dwieście rubli? odezwał się pan Furdasiński.
Staruszka zatrzęsła się i, ze wstrętem odwracając głowę od nieznanego sobie człowieka, zapytała

background image

gwałtownie syna;

— Dziecko, co to jest?... Go on mówi?...
Ale cyniczny właściciel kantoru tym razem milczał. Głowa zwisła mu na piersi i opadły ręce. Pan

Furdasiński pochwycił:

— Ostatnie dwieście rubli wziął odemnie syn pani i mówi, że ich nie odda, bo... nie mam jego

kwitu!...

Staruszcze łzy obeschły.
— Dziecko — zapytała — czy to prawda? Dyrektor ukradkiem rzucił groźne spojrzenie na pana

Furdasińskiego, ale milczał. Był bardzo zmieniony.

Staruszka wstała z fotelu i głosem spokojnym a stanowczym, rzekła:
— Trzeba zaspokoić tego pana.
— Nie mam pieniędzy — szepnął syn.
— Więc daj mu rewers i płać ratami, ale spłać go... Spłać ich wszystkich, bo...
Nie dokończyła, i nie spojrzawszy na syna, wyszła z kantoru.
Była  chwila  ciszy.  Przerwał  ją  dyrektor,  chwytając  gniewnie  za  papier  i  pióro.  Napisał  kwit  i

podał go panu Furdasińskiemu.

— Masz pan — rzekł — kwitną twoje dwieście rubli. Nikt ci nie da dziś za to ani grosza, ale ja

go spłacę, po pięć rubli tygodniowo, począwszy od listopada. Teraz... sam niemam nic...

Ale — dodał, topiąc w nim spojrzenie drapieżnego ptaka — domu pan nie nachodź... matki mi nie

dręcz... Bo przysięgam ci, będziesz tego żałował!...

Wskazał mu drzwi i mruknął:
— Pierwsza rata w listopadzie...
Pan Furdasiński wyszedł odurzony. Nie wiedząc dlaczego był pewny swoich dwustu rubli, ale —

w ratach tygodniowych i dopiero w listopadzie. Teraz, przy końcu września był nędzarzem.

Na myśl o tem ciarki go przeszły: nie tracąc jednak humoru, rzekł do siebie na cały głos:
— Wszystko na świecie trzeba poznać!...
Aż obejrzały się dwie idące przed nim ładne panienki.
Jeszcze kilka dni mieszkał na Nalewkach. Rano i wieczór pijał herbatę w swoim zajeździe, a na

obiad  kupował  w  mieście  kilka  bułek  i  serdelków.  W  tej  epoce  można  go  było  spotkać  w  saskim
ogrodzie,  gdzie,  chodząc  po  głównych  alejach,  z  kwiatkiem  w  dziurce  od  guzika,  napozór
przypatrywał  się  swoim  kolorowanym  kamaszom  i  nucił  kilka  wyrazów  z  aryi  "Łaski!"  ale  duszę
miał pełną rozpaczy.

Jednego dnia gospodarz zajazdu podał mu rachunek. Należało się siedm rubli. Pan Furdasiński z

miną  Rotszylda  zapłacił  pięć  rubli,  a  na  dwa  kazał  zaczekać,  gdyż  obecnie  nie  ma  drobnych.  Żyd
zgodził się bez trudności, wiedząc, że ma w swej mocy tłomoczek i paszport lokatora.

Pan  Furdasiński  wyszedł  na  miasto.  Maszerował  krokiem  austryackiego  porucznika;  ustępując

damom, wyginał się w sposób pełen wdzięku; obracał w ręku laseczkę jak Kupido. Ale w głowie nie
mógł powiązać dwu myśli. Chwilami zdawało mu się, że tara już nic niema, tylko rozlegają się echa
huczącego miasta. Czasami rzucał się nagle w bok, jakby chcąc gdzieś uciec, bo przywidziało mu się,
że za nim chodzi wielki wstyd, przebrany za zwykłego człowieka.

On, który przed trzema miesiącami spłacił wierzycielom 38, 000 rubli, dziś niema czem spłacić

dwu  rubli  za  hotel!...  Z  całej  ojcowskiej  fortuny  został  mu  tłómoczek  w  zastawie  u  żyda  i  —  dwie
dziesiątki gotówką.

Chcąc mieć jeszcze drobniejszą monetę, wszedł do sklepiku i rzekł:
— Chciałbym kupić bulkę... dla pieska... może mi pani wyda dwugroszniakami.

background image

Sklepikarka, wydawszy mu pożądane dwugroszniaki, pomyślała, że elegant ten musi mieć dobro

serce, bo gdy mówił o bułce, to się jakby zachłysnął, pewnie z wielkiej litości nad pieskiem.

Jednę  noc  przepędził  spacerując  po  głównych  ulicach  miasta.  W  dzień  drzemał  parę  godzin

rozparty jak książę na ławce w saskim ogrodzie, zjadł swoję bułkę i, z miną bardzo wspaniałą, kazał
sobie podać kufel wody ze studni, ale — nic nie zapłacił. Drugą, noc przepędził również na spacerze
a  o  wschodzie  słońca  zasnął  tak  twardo  na  ławę.  w  alejach  jerozolimskich,  że  go  ledwie  obudził
milicjant, śmiejąc się z tego: "co pan tak wiele wypił... "

Potem  już  stracił  rachubę  czasu,  trapiła  go  bowiem  senność  i  gorączka,  przy  której  nawet

zapomniał, że mu się jeść chce.

Chwilami,  kiedy  z  zadartą  głową,  w  pomiętym  kapelusiku  na  bakier  i  z  miną  wielkiego

zarozumialca,  przechodził  między  tłumem  ładnych  kobiet  i  ludzi  sytych,  zajmujących  legalne
mieszkania, budziła się w nim świadomość losu. Wówczas zręcznie obracał między palcami czarną.
laseczkę, ozdobioną biustem gołej panny i mruczał:

—  Wszystko  na  świecie  trzeba  poznać!...  Nareszcie,  pewnego  wieczora,  idąc  Nowym  Światem

do placu Aleksandra, ażeby stamtąd wrócić Nowym Światem na Krakowskie Przedmieście, uczuł, że
—  trzeba  umrzeć.  Nie  było  to  uczucie  przykre,  ale  takie,  jakiego  człowiek  doświadcza  naówczas,
kiedy nagle zechce mu się iść do teatru albo na spacer. W paroksyzmach gorączki zdawało mu się. że
jest małym chłopcem i że, jako taki, tęskni już za swoją matką i ojcem.

Wymijając  boczną  ulicę  usłyszał  jakiś  łoskot,  dzwonienie  i  poświstywanie  i  —  całkiem

nieprzytomny, wyobrażał sobie, że to śmierć daje mu znać o sobie. Byłby nawet przysiągł, że jakieś
głosy potężne i niecierpliwe wołają prędko:

— Tu jestem... Tu jestem... Tu jestem!.. Skręcił w lewo i biegł ulicą na dół, a nogi mu się plątały.

Z granatowego nieba wychylały się do niego figlarne gwiazdy.

Nagle pociemniało ran w oczach, uderzył o coś głową i — już nic nie widział.
Był  dzień  kiedy  się  ocknął.  Leżał  na  tapczanie  w  obszernej  izbie,  po  której  chodzili  ludzie  o

surowych twarzach, z zawiniętemi rękawami, usmoleni jak kominiarze. Tapczan i ściany izby drżały,
w powietrzu rozlegał się huk, dzwonienie, poświstywanie i hałaśliwe głosy, wołające:

— Tu jestem... Tu jestem...
Do  pana  Furdasińskiego  zbliżył  się  mężczyzna  nieusmolony  i  w  surducie.  Wziął  go  za  puls,

popatrzył  bystro  w  oczy  i  kazał  mu  połknąć  kieliszek  lekarstwa,  które  wyglądało  na  bardzo  mocną
wódkę. .

Chory oprzytomniał, a wówczas surdutowy jegomość rzekł:
— Zdaje tui się, że pan Furdasiński?
— Tak.
— Pan byłeś w szkołach w Piotrkowie?
— Tak.
—  No,  to  jesteśmy  szkolni  koledzy.  Ale  musiałeś  pan  przynajmniej  tydzień  nie  jeść.  Co  to

znaczy?...

Chory  przypomniał  sobie  wszystko.  Usiadł  na  tapczanie  i  schwyciwszy  jegomościa  za  rękę,

szepnął:

— Jestem w bardzo złem położeniu... Szukani zajęcia...
— Znajdziemy. Jakiego pan chcesz?...
— Stróżem zostanę...
— No, nie. Zostaniesz pan. na początek, magazynierem w tej fabryce. Tymczasem pójdziesz pan

do szpitala.

background image

W parę tygodni później pan Furdasiński zajmował już nową posadę. Obeznał się z obowiązkami

bardzo  prędko  i  —  otrzymał  trzydzieści  rubli  pensyi  miesięcznej.  Zaraz  napisał  na  wieś  po  swego
szpaka, którego mu odesłano, a przy okazyi i fajkę na krótkim cybuszku, której zapomniał we dworze.

Pierwszego listopada stawił się w jego izdebce dyrektor kantoru informacyjnego. Doniósł mu. że

już zupełnie zbankrutował i — wypłacił pierwszą ratę w kwocie pięciu rubli.

Odtąd  odnosił  mu  należność  co  tydzień  i  wkrótce  tak  polubił  pana  Furdasińskiego,  że  mu  raz

powiedział:

— Wiesz pan co. Ciśnij do licha fabryko i — uformujmy spółkę. Ja mam zdolności do interesów,

a pan taką poczciwą minę, że się na nią każdy złapie...

A  gdy  pan  Furdasiński  milczał,  ex-dyrektor,  gwałtownie  ściskając  go  za  rękę,  zawołał  tonem

głębokiej wiary:

— Pomyśl pan o tem... Przysięgam ci, że okpimy całą Europę!...
Ale  pan  Furdasiński  nie  zgodził  się  na  zawiązanie  spółki  z  niezwykłym  przedsiębiorcą.  Biega

więc  po  fabryce  od  szóstej  rano  do  dziesiątej  wieczór,  a  gdy  znajdzie  kwadrans  wolnego  czasu,
wymyka  się  do  izdebki.  Tam,  z  wielkiem  zadowoleniem  pali  swoję  fajkę  na  krótkim  cybuszku  i
przypatruje się szpakowi, który zagwizdawszy kilka wyjątków z oper, wrzeszczy:

Dyabli wzięli Furdasówkę !...
— Cha! cha! — śmieje się jego pan — ale nas zostawili!...

background image

PLEŚŃ ŚWIATA.

 
Zdarzyło  mi  się  być  w  Puławach  z  pewnym  botanikiem.  Siadaliśmy  przy  Sybilli  na  ławce,  pod

olbrzymim kamieniem, porosłym mchami czy pleśnią, które od kilku lat badał mój uczony towarzysz.

Zapytałem:  co  ciekawego  znajduje  w  przyglądaniu  się  nieregularnym  plamom  szarym,

popielatym, zielonym, żółtym lub rudym?

Popatrzył  na  mnie  z  nieufnością,  lecz  przekonawszy  się,  że  ma  przed  sobą  profana,  począł

objaśniać:

— Te plamy, które pan widzisz, nie są wcale martwym brudem, lecz — zbiorem istot żyjących.

Niewidzialne  dla  gołego  oka  rodzą  się  one,  wykonywają  ruchy,  których  nie  możemy  dostrzedz,
zawierają związki małżeńskie, wydają potomstwo i wreszcie giną.

Co  godniejsza  uwagi:  tworzą  one  jakby  społeczeństwa,  które  tu  widzisz  w  postaci

różnobarwnych  plam.  —  uprawiają  pod  sobą  grunta  dla  następnych  pokoleń,  —  rozrastają  się,
kolonizują niezajęte miejscowości, nawet toczą między sobą walki.

Ta popielata plama, duża jak dłoń, była przed dwoma laty nie większa od czterogroszniaka. To

malutkie, siwe piętno przed rokiem nie istniało i pochodzi od tej wielkiej plamy, która zajmuje szczyt
kamienia.

Te znowu dwie: żółta i ruda walczą ze sobą.
Niegdyś  żółta  była  bardzo  rozległą,  lecz  powoli  sąsiadka  wyparła  ją  i  zajęła  jej  miejsce.  A

spojrzyj na zieloną — jak siwa sąsiadka zapuszcza w nią zagony, ile na zielonem tle widać szarych
pasków, punktów i kęp?... ___.

— To coś jak między ludźmi — wtrąciłem.
—  No,  nie  —  odparł  botanik.  Społeczeństwom  tym  brakuje  języka,  sztuk,  nauk,  świadomości,

uczuć; słowem — brakuje im dusz i serc, które my ludzie posiadamy. Wszystko się tu dzieje na oślep,
mechanicznie, bez sympatyi i bez antypatyi.

W  kilka  lat  później  znalazłem  się  obok  tego  samego  kamienia  w  nocy  i,  przy  świetle  księżyca,

przypatrywałem się zmianom jakie zaszły w formach i rozmiarach różnych pleśni.

W tem ktoś mnie trącił. Był to mój botanik. Prosiłem go. ażeby usiadł; ale on stanął przedemną w

ten sposób, że zasłonił księżyc i coś szepnął bezdźwięcznym głosem.

Sybilla, ławka i kamień znikły. Uczułem dokoła siebie mdłą jasność i niezmierną pustkę. Gdym

zaś  odwrócił  głowę  na  bok,  ujrzałem  niby  szkolny  globus,  błyszczący  słabem  światłem,  tak  wielki,
jak ów kamień, obok którego byliśmy przed chwilą.

Globus  zwolna  obracał  się,  ukazując  coraz  to  nowe  okolice.  Oto  ląd  azjatycki  z  małym

półwyspem Europą; oto Afryka, obie Ameryki...

Wpatrzy  wszy  się  lepiej,  dostrzegłem  na  zamieszkałych  ladach  takie  same  plamy  szare,  siwe,

zielone,  żółte  i  rude  jak  na  kamieniu.  Składały  się  one  z  mnóstwa  nikłych  punkcików,  napozór
nieruchomych, w istocie ruszających się bardzo leniwie: pojedyńczy punkt posuwał się co najwyżej o
dwuminutowy łuk w ciągu godziny i to nie w linii prostej, lecz jakby wahając się około właściwego
sobie środka ruchu.

Punkty  łączyły  się,  rozdzielały,  ginęły,  występowały  na  powierzchnię  globu;  lecz  wszystkie  te

zjawiska nie zasługiwały na szczególną uwagę. Poważny charakter miały dopiero ruchy całych plam,
które  zmniejszały  się  lub  rosły,  ukazywały  się  na  nowych  miejscach,  przesiąkały  się  nawzajem  lub
wypierały z zajmowanych stanowisk.

background image

Glob tymczasem wciąż krążył i zdawało mi się, że wykonał setki tysięcy obrotów.
— Czy to ma byś historya ludzkości? — spytałem stojącego przy mnie botanika.
Skinął głową na znak potwierdzenia.
— Dobrze — ale gdzie są sztuki, wiedza?... Uśmiechnął się smutnie.
— Gdzie świadomość, miłość, nienawiść, pragnienia?...
— Cha! cha! cha!... — śmiał się cicho.
— Słowem — gdzie tu są ludzkie dusze i serca?..
— Cha! cha! cha!... Zachowanie się jego oburzyło mnie.
— Kto ty jesteś?... — zapytałem.
W  tej  chwili  znalazłem  się  napowrót  w  ogrodzie,  obok  kamienia,  którego  niekształtne  plamy

kąpały się w blaskach księżyca.

Towarzysz mój znikł, alem go już poznał po szyderstwie i melancholii.
 
KONIEC TOMU PIERWSZEGO.

Przygotowano na podstawie bookini.pl


Document Outline