background image
background image

Joyce Carol Oates

WALET PIK

Opowieść z suspensem

przełożyła Agnieszka Walulik

background image

Tytuł oryginału: Jack of Spades

Copyright © 2015 by The Ontario Review, Inc.

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Walulik, MMXV

Wydanie I

Warszawa, MMXV

background image

Spis treści

Dedykacja
Motto
I

1. Siekiera

2. Walet Pik

3. Wezwanie. Czerwiec 2014

4. Oskarżenie

5. Porządny obywatel

6. „Załatwimy ją”

7. Pocałunek przed zabójstwem

8. „Żądam sprawiedliwości”

9. Zwycięzca

10. „Jak baranek bez skazy”

II

11. Zbrodnia idealna

12. Pokusa

13. Immunitet

14. „Siostrzeniec”

15. „Nie podoba mi się to”

16. Tumbrel Place I

17. Tajemna biblioteka

18. Skruszony

background image

19. Tumbrel Place II

III

20. Dziesięcioletni chłopiec z Harbourton tonie w kopalni, Catamount Park.

Lipiec 1973.

21. Ryś. Listopad 2014

22. Strona winna

23. Predator

24. Niepokorny syn

25. Dobre wieści!

26. „Zbyt mroczny jak na mój gust”

27. Zazdrosny mąż

28. „Bądź przeklęty i do diabła z tobą”

29. Wypadek

30. Ucieczka z miejsca wypadku

31. Zmiana miejsca

32. Autodestrukcja

Przypisy

background image

Dla Ottona Penzlera

background image

Stajemy na skraju przepaści. Zaglądamy w otchłań – czujemy mdłości

i zawrót głowy. W poczuciu zagrożenia chcemy się cofnąć.

Niewytłumaczalna siła trzyma nas na miejscu.

Edgar Allan Poe, Duch przekory

1

background image

I

background image

1

Siekiera

Zupełnie  nagle  –  siekiera.  Pojawiła  się  znikąd  i  szerokim  łukiem

pomknęła  w  kierunku  mojej  głowy.  Usiłowałem  poderwać  się

z  przykucu,  ale  zawiodły  mnie  nogi  i  straciłem  równowagę,

rozpaczliwie  próbując  się  uchylić,  a  potem  rozległ  się  chrapliwy,

błagalny głos: – Nie! Proszę, nie! Nie! – czy to mój własny głos, tak

zduszony,  że  nierozpoznawalny?  –  i  ostrze  wbiło  się  z  głośnym

łupnięciem  w  popękany  blat  biurka  o  włos  ode  mnie.  Zwaliłem  się

ciężko na podłogę; twardą, nieustępliwą podłogę pod wystrzępionym

tureckim  dywanem.  Zacząłem  gramolić  się  w  górę,  sięgając  po

siekierę,  desperacko  próbując  chwycić  stylisko,  lecz  moje  ręce

trzepotały  tylko  bezradnie,  jakby  rozpacz  odebrała  mi  wzrok;  i  ten

głos (mój? napastnika?) krzyczący wysoko i niemal nieludzko: – Nie!

Nieee!  –  mignęły  mi  krótkie  palce  i  trupio  blade  żylaste  ramiona

okryte cienką tkaniną piżamy, i zduszony wrzask jakby zmieszanego

triumfu  i  furii;  i  znowu  straszliwy  wzlot  siekiery,  matowy  połysk

topornego  ostrza  i  śmiertelny  zamach  raz  rozpoczęty  –

niepowstrzymany,  i  nieodwracalne  wbicie  się  w  ludzką  czaszkę,

ustępliwą jak łupina melona, odsłaniające papkowatą materię mózgu

w obfitym rozbryzgu krwi z arterii.

I  wciąż  ten  głos,  wznoszący  się  w  niedowierzającym  „nie  nie  nie

nie nie”.

background image

2

Walet Pik

Wszystko zaczęło się całkiem niewinnie pięć miesięcy, dwa tygodnie

i dwa dni temu. Nie było żadnego powodu, by przypuszczać, że Walet

Pik będzie miał z tym cokolwiek wspólnego.

Nikt  tutaj,  w  Harbourton,  w  ogóle  nie  wiedział  o  Walecie  Pik;

nawet teraz nikt o nim nie wie. Nikt związany z Andrew J. Rushem –

ani  moi  rodzice,  ani  żona  i  dzieci,  ani  sąsiedzi,  ani  znajomi  jeszcze

z liceum.

Tutaj,  w  tym  niewielkim  miasteczku  w  stanie  New  Jersey,  pół

wiejskiej, pół miejskiej okolicy, gdzie urodziłem się pięćdziesiąt trzy

lata  temu  i  gdzie  od  ponad  siedemnastu  lat  mieszkam  z  ukochaną

żoną  Iriną,  znany  jestem  jako  Andrew  J.  Rush  –  prawdopodobnie

najsłynniejsza  osoba  w  okolicy,  autor  bestsellerowych  kryminałów

z  elementami  grozy  (ale  bez  przesady,  nic  odstręczającego  czy

szokującego. Żadnej obsceny ani nawet seksizmu. W moich książkach

kobiety  traktowane  są  łaskawie,  poza  kilkoma  obowiązkowymi

epizodami  w  stylu  noir  nie  spotyka  ich  nic  złego.  Zwłoki  należą

przeważnie  do  dorosłych  mężczyzn  rasy  białej).  Po  moim  trzecim

bestsellerze, wydanym w latach dziewięćdziesiątych, zaczęto nazywać

mnie w mediach Stephenem Kingiem dla dżentelmenów.

Oczywiście  pochlebiało  mi  to.  Moje  powieści,  choć  po

ćwierćwieczu  trudów  osiągnęły  milionowy  pułap  sprzedaży,

w  przeciwieństwie  do  książek  Stephena  Kinga  nadal  rozchodzą  się

tylko  w  dziesiątkach,  nie  setkach  milionów.  I  mimo  że

przetłumaczono  je  na  trzydzieści  języków  (co  samo  w  sobie  jest

zdumiewające dla kogoś, kto – jak ja – zna tylko jeden), to nie mam

wątpliwości,  że  Kinga  tłumaczy  się  na  jeszcze  więcej  i  z  większym

zyskiem. Do tego tylko trzy moje powieści zostały zaadaptowane na

filmy  (o  których  szybko  zapomniano)  i  dwie  na  seriale  telewizyjne

(przez  stacje  dalekie  od  szczytów  oglądalności)  –  podczas  gdy

background image

adaptacje Kinga trudno zliczyć.

Jeśli  więc  idzie  o  sprawy  finansowe,  Andrew  J.  Rush  nie  sięga

Kingowi  do  pięt.  Ale  kiedy  człowiek  zarobił  na  czysto  coś  ponad

trzydzieści  milionów  dolarów,  przestaje  myśleć  o  samych

pieniądzach,  tak  samo  jak  seryjny  morderca  przestaje  pewnie

rozmyślać o liczbie swych ofiar, gdy przekroczy kilka tuzinów.

(Proszę o wybaczenie! To była bezduszna uwaga – moja kochana

Irina niechybnie kopnęłaby mnie w kostkę, jak to czasem robi, kiedy

mówię  publicznie  coś  niewłaściwego.  Wcale  nie  chciałem  być

bezduszny, tylko dowcipny – na swój niezgrabny sposób).

Jakkolwiek  porównanie  z  Kingiem  mile  mnie  połechtało,  nie

pozwoliłem  wydawcy  użyć  go  na  obwolucie  kolejnej  książki  bez

zgody samego Kinga – mój podziw dla niego (a także, nie ukrywajmy,

moja zazdrość) nie zaślepił mnie na fakt, że byłoby to wykorzystanie

jego  sławy,  a  poza  tym  mógłby  poczuć  się  urażony.  Ale  jemu

najwyraźniej wcale to nie przeszkadzało. Podobno tylko się roześmiał.

„Kto w ogóle chciałby być Stephenem Kingiem dla dżentelmenów?”.

(Czy  była  to  protekcjonalna  uwaga  legendy  literatury,  niczym

odpędzenie irytującej muchy, czy tylko dobroduszny żarcik kolegi po

piórze?  Ponieważ  Andrew  J.  Rush  sam  jest  osobnikiem

dobrodusznym, postanowiłem przyjąć tę drugą wersję).

W  podziękowaniu  wysłałem  podpisane  egzemplarze  kilku  swoich

najlepszych  powieści  na  domowy  adres  Kinga  w  Bangor  w  stanie

Maine. Na stronie tytułowej najnowszej książki skreśliłem żartobliwie:

Nie jestem prześladowcą, Steve –

– tylko kolegą po piórze!

Z wyrazami podziwu

ANDREW J. RUSH

„Andy”

Mill Brook House

Harbourton, New Jersey

Oczywiście nie spodziewałem się odpowiedzi ze strony tak zajętej

osobistości – i w istocie nigdy jej nie otrzymałem.

background image

Ileż podobieństw łączy Stephena Kinga i Andrew J. Rusha! Choć na

pewno są one tylko dziełem przypadku.

Tak jak King, który podobno zastanawiał się, czy jego sukces to nie

wynik jakiegoś dziwnego zbiegu okoliczności, czasem powątpiewam

w swój pisarski dar; miewałem nawet poczucie winy z powodu tego,

że pisarzom obdarzonym większym talentem powodzi się gorzej niż

mnie, i nie dziwiłbym się, gdyby mieli o to do mnie pretensje. Mniej

wątpliwości mam, jeśli chodzi o oddanie rzemiosłu, zapał i ochotę do

pracy, bo prawda jest taka, że uwielbiam pisać i roznosi mnie, kiedy

nie mogę spędzić przy biurku co najmniej dziesięciu godzin dziennie.

Mimo  to  czasem,  kiedy  budzę  się  nagle  w  nocy,  chwilowo  nie

pamiętając,  gdzie  się  znajduję  ani  kto  śpi  u  mojego  boku,  ogarnia

mnie ogromne zdumienie, że jestem publikowanym autorem – mało

tego,  że  jestem  ogólnie  podziwianym  i  zamożnym  autorem  aż

dwudziestu ośmiu kryminałów.

Powieści te sygnowane są moim oficjalnym, powszechnie znanym

imieniem Andrew J. Rush.

Między  mną  a  Stephenem  Kingiem  istnieje  także  inne  dziwne

podobieństwo: tak jak King, który jakiś czas temu eksperymentował

z  fikcyjnym  alter  ego,  Richardem  Bachmanem,  i  ja  zacząłem

eksperymentować  z  fikcyjnym  alter  ego  w  późnych  latach

dziewięćdziesiątych,  kiedy  moja  kariera  jako  Andrew  J.  Rusha

wydawała  się  ustabilizowana  i  nie  wymagała  już  tyle  gorączkowej

pracy, ile na początku. Tak właśnie z mojego niepokoju po sukcesie

Andrew J. Rusha narodził się Walet Pik.

Z  początku  sądziłem,  że  jako  brutalny,  bardziej  krwawy,  bardziej

wstrząsający  Walet  Pik  napiszę  jedną,  góra  dwie  książki,  ale

niespodziewanie  zaczęły  pojawiać  się  pomysły  na  trzecią,  czwartą,

a w końcu i piątą powieść pod tym pseudonimem. Natchnienie często

przychodzi  do  mnie  w  późnych  godzinach  nocnych.  Budzę  się,

przyłapując na zgrzytaniu zębami – a raczej odkrywając, że moje zęby

zaciskają  się  z  własnej,  nieprzymuszonej  woli  –  i  wkrótce  potem

nadchodzi pomysł na nową powieść Waleta Pik. Przypomina to trochę

pojawianie  się  nowej  wiadomości  albo  jej  ikonki  na  ekranie

komputera.

background image

Andrew  J.  Rush  ma  agenta  literackiego,  wydawcę  i  redaktora  na

Manhattanie,  a  także  agenta  w  Hollywood,  z  którymi  współpracuje

już  od  dawna.  Tak  samo  Walet  Pik,  który  też  ma  (mniej  znanego)

agenta,  (mniej  znanego)  wydawcę  i  redaktora  na  Manhattanie,

a  także  (zupełnie  nieznanego)  agenta  w  Hollywood,  tyle  że

współpracuje z nimi nieco krócej; ale podczas gdy Andy Rush znany

jest  współpracownikom  z  branży  oraz  sąsiadom  i  znajomym

w Harbourton, New Jersey, to nikt nigdy nie spotkał Waleta Pik. Jego

krwawe  dreszczowce  przekazywane  są  do  wydawnictwa  drogą

elektroniczną,  a  kontrakty  negocjowane  w  równie  bezosobowy

sposób.  Okładki  powieści  Andrew  J.  Rusha  ukazują  sympatycznego,

uśmiechniętego  mężczyznę  na  tle  regału  pełnego  książek,  ze

zmarszczkami  wokół  oczu  i  rzednącymi  włosami,  wyglądającego

bardziej na nauczyciela w liceum niż autora bestsellerów. Nie istnieją

natomiast  żadne  fotografie  Waleta  Pik,  w  miejscu  zaś,  gdzie  na

tylnych  stronach  okładek  spodziewać  by  się  można  jego  zdjęcia,

widnieje zaskakujące (czarne) puste miejsce.

Żadnych  zdjęć  nie  ma  też  w  internecie,  są  tylko  reprodukcje

brutalnych, przykuwających uwagę okładek, urywki recenzji i zwięzłe

domysły  na  temat  tożsamości  autora,  tak  dalece  mijające  się

z  prawdą,  a  zarazem  tak  przekonujące,  że  wywołują  mój  uśmiech:

„Pod  pseudonimem  Walet  Pik  ukrywa  się  podobno  były  więzień,

który  rozpoczął  karierę  pisarską  podczas  odsiadywania  wyroku  za

zabójstwo  w  zakładzie  karnym  dla  najgroźniejszych  przestępców

w  New  Jersey.  W  tej  chwili  przebywa  na  zwolnieniu  warunkowym

i pracuje nad nową powieścią”.

Inne,  równie  przekonujące  teorie  głoszą,  że  Walet  Pik  to

kryminolog, 

psychiatra, 

wykładowca 

medycyny 

sądowej,

emerytowany  śledczy,  emerytowany  patolog,  mieszkający

w zależności od wersji albo w New Jersey, albo w Montanie, Maine,

w okolicach Nowego Jorku lub w Kalifornii.

Według  jeszcze  innych,  ale  już  mniej  prawdopodobnych  opinii,

Walet Pik to „przestępca, być może nawet seryjny morderca, który od

wczesnej  młodości  popełnił  niezliczone  zbrodnie,  lecz  nigdy  go  nie

złapano ani nawet nie zidentyfikowano. Jego prawdziwa tożsamość,

background image

podobnie jak miejsce pobytu, pozostają nieznane”.

Nikt  nie  chce  przyjąć  do  wiadomości,  że  Walet  Pik  to  zwyczajny

pseudonim, i to pseudonim znanego pisarza – nie żadnego przestępcy,

a  odpowiedzialnego  ojca  rodziny  i  aktywnego  obywatela.  W  takiej

wersji nie ma przecież za grosz romantyzmu!

Utrzymanie  tajemnicy  w  hiperczujnej  epoce  elektronicznego

szpiegostwa  staje  się  coraz  trudniejsze,  ale  jak  dotąd  zdołałem

przebrnąć  przez  cztery  powieści  i  negocjacje  w  sprawie  piątej,

zachowując dystans między Andrew J. Rushem a Waletem Pik.

Innymi  słowy,  moi  mainstreamowi  współpracownicy  nie  mają

pojęcia  o  moim  drugim,  krwawym  ja.  Jakże  byliby  nieszczęśliwi,

dowiedziawszy  się,  że  ten  sam  Andrew  –  „Andy”  –  Rush  stworzył

sobie  za  ich  plecami  drugą  literacką  tożsamość!  Zupełnie  jakby

szczęśliwa małżonka odkryła, że mąż od lat ją zdradza, choć nigdy nie

dał  po  sobie  poznać,  że  cokolwiek  w  małżeństwie  nie  spełnia  jego

oczekiwań.

„Och,  Andrew…  Jak  mogłeś!  Co  za  straszny,  straszny  wstrząs…”.

Czasem wczesnym rankiem zrywam się nagle ze snu, patrzę na leżącą

obok  Irinę,  która  darzy  mnie  całkowitym  zaufaniem,  wyobrażam

sobie  takie  słowa  w  jej  ustach  i  naraz  wypełniają  mnie  dojmujące

wyrzuty sumienia.

„…i te powieści… tak szokujące, tak zdeprawowane…”.

Owszem,  muszę  się  z  tym  zgodzić:  gdybym  sam  nie  był  autorem

powieści Waleta Pik, budziłyby moją odrazę.

Oczywiście  jednak  moja/nasza  tożsamość  nie  została  (jeszcze)

odkryta. I jestem zdecydowany do tego nie dopuścić.

Fantazjowałem  nawet,  że  Walet  Pik  mógłby  posunąć  się  do

morderstwa, byle utrzymać swój sekret – choć oczywiście Andrew J.

Rush  nie  skrzywdziłby  nawet  muchy  (no,  może  nie  jest  to  ścisła

prawda: na pewno zdarzało mi się rozmyślać o „skrzywdzeniu” kogoś,

kto  zasługuje  na  karę.  Ale  w  prawdziwym  życiu  nigdy  nie

rozważałbym żadnej kary w oderwaniu od systemu sprawiedliwości.

Podczas  wywiadów  mawiam  nawet,  że  ze  względu  na  różne

przypadki systemu sądowniczego w Stanach, gdzie rasizm żyje i ma

się  dobrze,  nie  jestem  zwolennikiem  kary  śmierci).  Z  nas  dwóch  to

background image

Walet Pik ma lepszą opinię o sobie jako pisarzu, uważa się wręcz za

wizjonera;  Andrew  J.  Rush  żywi  jedynie  o  wiele  skromniejszą

nadzieję na zdobycie poklasku jako autor wyśmienitych kryminałów.

Jednak to właśnie Andrew J. Rush zdobył przed kilku laty Nagrodę

Edgara  za  najlepszy  debiut  kryminalny  i  był  nominowany  do  kilku

innych  nagród,  podczas  gdy  Walet  Pik  nie  otrzymał  –  jak  dotąd  –

żadnego wyróżnienia.

No, nie jest to do końca prawda. Internetowe rankingi „najlepszych

horrorów”, 

„najbardziej 

ekstremalnych 

powieści 

grozy”,

„dreszczowców  dla  dorosłych”  itp.  często  wymieniają  jego  powieści

i  spokojnie  można  powiedzieć,  że  zdobył  on  sobie  podziemną,

skromnie  licząc  kilkutysięczną  grupę  wielbicieli,  dla  których  jest

twórcą kultowym.

Naprawdę  nie  wiem,  dlaczego  tak  się  obawiam  odkrycia  tego

sekretu;  przecież  nie  jestem  przestępcą!  Drobiazgowo  rozliczam  się

z  podatku  od  dochodów  zarówno  Rusha,  jak  i  Pika,  choć  jest  to

skomplikowana procedura, wymagająca usług nie jednego, ale dwóch

księgowych;  nie  kradnę  amerykańskiemu  rządowi  ani  centa  (co

prawda  w  jednej  z  wczesnych  powieści  Walet  Pik  opisał  ze

szczegółami  wypatroszenie  urzędnika  podatkowego,  który

zainteresował się prywatnym życiem psychopatycznego milionera, ale

w  Andrew  J.  Rushu  takie  tanie  literackie  sztuczki  wzbudzają  tylko

odrazę). Tak naprawdę kocham swoje ciche, nudne i przewidywalne

małomiasteczkowe  życie  mniej  lub  bardziej  konwencjonalnego  ojca

rodziny. Kupuję ubrania marki Brooks Brothers i często noszę krawat,

bo  lubię,  jak  ciasno  otacza  mi  szyję,  niczym  pętla;  a  kiedy  już

wkładam przyjazne dla stóp sandały i przez kilka dni się nie golę, tak

że  w  niewyraźnym  odbiciu  mógłbym  przypominać  gwiazdę  filmu

akcji  z  mocnymi  szczękami  pokrytymi  połyskliwą  szczeciną,  niczym

jakiś  atawistyczny  drapieżnik,  rodzina  żartuje,  że  bawię  się

w  bohemę.  Jestem  dobrym,  obowiązkowym,  choć  nieco

zapominalskim  synem  dla  moich  starzejących  się,  ale  wciąż

sprawnych  rodziców.  Mieszkają  w  centrum  Harbourton,  w  domu

z czerwonej cegły na Myrtle Street, gdzie dorastałem, i są wzruszająco

dumni  ze  „słynnych  bestsellerów”  swojej  latorośli,  które  czytają

background image

z  wielkim  przejęciem  i  przyjemnością.  Jestem  dobrym,

obowiązkowym,  choć  nieco  zapominalskim  mężem  dla  Iriny,  którą

poznałem na studiach w Rutgersie na początku lat osiemdziesiątych;

trójka  moich  dorosłych  już  dzieci  z  pewnością  poświadczyłaby,  że

byłem  bardzo  dobrym,  wręcz  fantastycznym  (to  ich  słowo)  ojcem,

nawet  jeśli  nigdy  (najprawdopodobniej)  nie  czuły  się  przy  mnie  do

końca swobodnie – ale który pisarz zawsze jest przy swoich dzieciach,

nawet kiedy go potrzebują? I który mąż stale, przez całe lata, jest przy

swojej żonie, choćby ją uwielbiał?

Są  to,  można  powiedzieć,  publiczne  tajemnice.  Z  rodzaju  tych,

których nie mamy odwagi ująć w słowa w obawie, że zranią naszych

najbliższych.

Walet  Pik  nie  ma  nikogo,  kto  byłby  mu  bliski,  a  tym  bardziej

nikogo,  kogo  by  uwielbiał,  więc  niebezpieczeństwo  ujawnienia

jakichkolwiek tajemnic w ogóle by go nie poruszyło!

Teraz,  po  pięćdziesiątce,  mam  bardzo  spokojny  charakter,  ale

jestem przekonany, że jako chłopiec cierpiałem na ostrą postać ADD,

zespołu  zaburzeń  uwagi.  W  podstawówce  fizycznie  nie  byłem

w  stanie  usiedzieć  w  ławce  i  powstrzymać  się  od  rozmów,  czasem

bójek,  z  kolegami.  Nauczyciele  zasadniczo  zdawali  się  mnie  lubić

i  chwalili  moje  wyniki,  ale  na  pewno  nie  byłem  łatwym  uczniem.

Czasem  miałem  wręcz  wrażenie,  jakby  moje  ubranie  pełne  było

czerwonych  mrówek,  które  nieustannie  mnie  kąsały.  Ledwo  się

powstrzymywałem, by nie wyskoczyć z ławki, nie zacząć się drapać

i  wywrzaskiwać  słowa,  których  prawie  nie  rozumiałem  –

przekleństwa  i  wulgaryzmy  –  oczywiście  nigdy  tego  nie  zrobiłem.

Zanim  skończyłem  dziesięć  lat,  nauczyłem  się  gryźć  w  język  –  i  to

dosłownie.  Zresztą  nie  tylko  język,  ale  w  ogóle  wewnętrzną  stronę

ust;  nauczyłem  się  zaciskać  zęby,  by  nad  sobą  zapanować!  Rodzice

karcili  mnie,  kiedy  nachodził  mnie  wiercioł  (jak  to  nazywali),  ale

chyba  nigdy  nie  doświadczyłem  żadnej  kary  fizycznej  ani  nawet

surowej reprymendy.

Miałem  też  skłonność  do  wypadków.  Potknięcia  i  upadki,

podrapane kolana, skręcone kostki i nadgarstki; za szybkie zbieganie

po  schodach,  wywrotki  i  uderzanie  głową  w  barierkę;  prawie

background image

utopienie się w kąpielisku w Catamount State Park, kiedy skakałem

(albo zostałem zepchnięty przez starszego chłopca) z najwyższej deski

w wieku lat dwunastu.

Nawet  teraz  często  słyszę  okrzyki  z  oddali:  „Patrzcie  na  tego

chłopca! On tonie! Ratujcie go!”.

„Tuż pod skocznią. Chyba uderzył się w głowę…”.

Z czasem wyrosłem z tego chronicznego wiercenia się, na którą to

przypadłość  z  pewnością  cierpi  wiele  dzieci,  zwłaszcza  małych

chłopców.  Na  szczęście  kiedy  dorastałem,  nie  diagnozowano  jeszcze

u  nich  ADHD  i  nie  faszerowano  ich  lekami,  inaczej  mógłbym  od

wczesnych  lat  znajdować  się  pod  wpływem  narkotyków  i  uszkodzić

sobie mózg (nikt mi nie wmówi, że podawanie małym dzieciom tak

mocnych  leków  nie  pociąga  za  sobą  długotrwałych  konsekwencji).

Potem, w liceum, od czasu do czasu nachodziła mnie pokusa odcięcia

się  od  wizerunku  dobrego  ucznia  i  przyłączenia  do  żartownisiów

i  bystrzaków,  lecz  zawsze  były  to  tylko  chwilowe  –  i  przelotne  –

porywy.  Nie  chciałem  ryzykować  swoich  dobrych  stopni

i  nieskazitelnej  reputacji  Najbardziej  Spolegliwego  Chłopca

w roczniku ’79.

Irytuje  mnie  –  ale  tylko  trochę  –  że  moje  powieści  sygnowane

nazwiskiem  Andrew  J.  Rush  nie  są  regularnie  recenzowane

w „Przeglądzie Książkowym New York Times”, a jeśli już, to zawsze

razem z innymi kryminałami. Powieści Waleta Pik nie zrecenzowano

tam ani razu, na pewno dlatego, że wydawane są zawsze w miękkich

okładkach, a brutalna tematyka i niedbałe pióro czynią je niegodnymi

takiego zaszczytu. Mimo to jego książki sprzedają się zdumiewająco

dobrze  jak  na  nieznanego  i  niepromowanego  autora:  pierwsza

powieść  osiągnęła  pułap  trzydziestu  pięciu  tysięcy  egzemplarzy

i  nadal  się  sprzedaje;  czwarta  –  coś  między  pięćdziesięcioma

a sześćdziesięcioma tysiącami i w tej chwili omawiana jest możliwość

jej  sfilmowania  (choć  nie  będzie  mi  przykro,  jeśli  nie  dojdzie  do

sprzedaży  praw  autorskich  –  zwiększona  sława  Waleta  Pik  mogłaby

w końcu zwrócić uwagę na Andrew J. Rusha, co byłoby niekorzystne,

a pieniądze za film wcale nie są mi potrzebne). Lecz kilka dni temu

w  „New  York  Timesie”  w  dziale  poświęconym  sztuce  ukazała  się

background image

dziwna  informacja.  Odkryłem  ją  czystym  przypadkiem,  bo  nikt

z moich znajomych nigdy nie zwróciłby na nią mojej uwagi:

„Wydawnictwo  Gryphon  Books  zapowiada  na  jesień  publikację

nowej,  piątej  już  powieści  Waleta  Pik  pod  tytułem  Dopust.  Walet

Pik  nie  tylko  pisze  o  wyjątkowo  krwawych  zagadkach,  ale  sam

stanowi  zagadkę;  nikt  nie  wie,  kim  on,  lub  ona,  właściwie  jest  –

włączając  w  to  wydawcę,  redaktora  i  specjalistę  od  promocji

Gryphona. Nie wiadomo nawet, gdzie mieszka i czy w ogóle żyje –

krążą  bowiem  pogłoski,  że  powieści  te  pochodzą  z  rękopisów

pozostawionych  przez  słynnego  pisarza  mizantropa,  który  zmarł

w roku 2006 w tajemniczych okolicznościach”.

Byłem  w  szoku  –  co  za  nonsens!  Co  za  nieodpowiedzialność!  Te

spekulacje  były  nie  mniej  bezpodstawne  niż  plotki  o  Walecie  Pik

krążące po internecie. A jednak przez krótką chwilę paniki poczułem

się  niemal  tak,  jakby  rzeczywiście  istniał  jakiś  osobnik  o  imieniu

Walet  Pik  –  niezależny,  autonomiczny  i  zupełnie  nieznany  osobnik,

niemający nic wspólnego ze mną.

Zespół redakcyjny w Gryphon Books wiedział jedynie, że Walet Pik

to pseudonim niepracującego już człowieka z okolic Nowego Jorku,

który  pragnął  utrzymać  swoją  pisarską  karierę  w  tajemnicy  nawet

przed  rodziną;  wszyscy  w  wydawnictwie  obiecali  zachować  te

szczątkowe  informacje  dla  siebie.  Kiedy  więc  za  pośrednictwem

specjalnej  anonimowej  skrzynki  mailowej  podszyłem  się  pod  agenta

Waleta Pik i spytałem kierowniczkę działu promocji Gryphon Books,

kto rozpowiadał o moim kliencie pogłoski, które trafiły aż do „New

York  Timesa”,  zaczęła  się  zarzekać,  że  nie  ma  pojęcia.  Uparcie

twierdziła, że wie tylko tyle, ile jej powiedziano – to jest, ile ujawnił

agent  pisarza.  „Jest  to  emerytowany  mieszkaniec  okolic  Nowego

Jorku,  który  pragnie  zachować  swoją  tożsamość  w  tajemnicy,

i życzeniu temu stanie się zadość”.

Przyszło  mi  do  głowy,  że  być  może  po  publikacji  piątej  powieści

będę  musiał  położyć  kres  istnieniu  Waleta  Pik.  Nie  chciałbym

bowiem, żeby jego związek ze mną – a raczej mój związek z nim –

background image

stał  się  jawny.  Nie  byłoby  w  tym  nic  trudnego,  wystarczyłoby

zwyczajnie  zaprzestać  pisania  pod  pseudonimem,  nie  tłumacząc  nic

agentowi  ani  wydawcy.  Wkrótce  potem  Walet  Pik  poszedłby

w niepamięć, a nakład jego książek by się wyczerpał.

– Tato, co to takiego?

Julia,  moja  najmłodsza,  zauważyła  przypadkiem  stertę  powieści

Waleta Pik  z ich  brutalnymi  okładkami na  stole w  moim  gabinecie,

kiedy przyjechała na weekend w odwiedziny; odebrałem je ze skrytki

pocztowej w pobliskim Hadrian w stanie New Jersey, dokąd przesłało

je  wydawnictwo  (wynająłem  ją  specjalnie  na  ten  cel)  i  przez

nieuwagę zostawiłem na widoku. Zwykle kiedy przywożę je do domu,

natychmiast  chowam  je  w  piwnicy,  obok  sięgających  sufitu  półek

z  tłumaczeniami  powieści  Andrew  J.  Rusha,  na  które  nikt  nigdy

nawet  nie  patrzy  (po  dwudziestu  ośmiu  książkach,  z  których  każda

dorobiła  się  licznych  tłumaczeń,  można  sobie  wyobrazić  rozmiar

archiwum  nagromadzonego  w  tym  ciemnym  zakątku!).  Tylko

pierwsze  amerykańskie  i  brytyjskie  wydania,  w  pięknych  twardych

oprawach,  są  dumnie  eksponowane  na  mahoniowych  półkach

w salonie, i to na ich tle fotografuje się zwykle Andrew J. Rush.

– Walet Pik; co za dziwne imię! Ale to na pewno pseudonim.

Ku  memu  przerażeniu  moja  słodka  Julia  zaczęła  kartkować

Pocałunek  przed  zabójstwem,  okryty  tak  krwawą  okładką,  że  sam

ledwo potrafiłem się zmusić, żeby na nią spojrzeć. Serce zaczęło mi

walić jak młotem, a twarz zalała fala straszliwego gorąca (ze wstydu,

z  poczucia  winy).  Ale  gafa  –  zostawić  książki  w  miejscu,  gdzie

wszyscy mogli je znaleźć! Jedynym pocieszeniem było dla mnie to, że

w  moim  gabinecie  zawsze  zalegały  sterty  powieści  i  szpalt  i  moja

rodzina  dobrze  o  tym  wiedziała;  te  egzemplarze  Waleta  Pik  łatwo

można  więc  było  wytłumaczyć  prośbą  wydawcy,  bym  napisał  parę

słów na okładkę.

Niepokoiło mnie jednak, że Julia nadal przeglądała książkę, mimo

iż jej twarz krzywiła się z niesmakiem. Spośród trójki naszych dzieci

tylko  ona  ma  skłonności  intelektualne.  Na  Brownie  studiowała

lingwistykę  i  teorię  literatury;  fascynująca,  choć  bezużyteczna

background image

dziedzina,  która  najwyraźniej  nie  pomogła  jej  znaleźć  dochodowej

pracy. Julia wróciła więc na studia, żeby zdobyć stopień z socjologii

i pracy społecznej na uniwersytecie Rutgers-Newark (oczywiście Irina

i  ja  finansowaliśmy  to  przedsięwzięcie  bez  mrugnięcia  okiem.

W  końcu  mieliśmy  pieniądze!).  Nauczywszy  się  w  Brownie

„dekonstruować”  literaturę,  zamiast  zwyczajnie  się  nią  cieszyć  lub

wzruszać,  Julia  wyostrzyła  swoje  analityczno-argumentacyjne

zdolności  i  potrafiła  inteligentnie  i  nieustępliwie  przepytywać  ojca,

którego  kryminały,  jak  na  standardy  teorii  literatury,  były

beznadziejnie  przestarzałe  pod  względem  fabuły,  struktury,  języka

i  „wizji”  –  stanowiły  książkowy  odpowiednik  chociażby  tacinych

ubrań od Brooks Brothers, jego konserwatywnych krawatów i butów

marki Birkenstock.

– Wygląda krwawo, ale ciekawie. Wyraźnie seksistowska, w starym

stylu. Czy ten Walet Pik to ktoś, kogo znasz, tato?

Nie. Z całą pewnością nie.

– Może jakiś kolega po piórze?

Nie. Z całą pewnością nie.

– Dobrze pisze?

Nie mam pojęcia. Nie czytałem.

– Jeśli nie masz nic przeciwko temu, pożyczę to sobie. Feministka

powinna  wiedzieć,  co  kombinują  wrogowie.  –  Niedbałym  gestem

odłożyła książkę na bok biurka.

Ja tymczasem spływałem już potem.

Nie nie nie nie nie. Nie pożyczysz.

Na  szczęście  Julia  to  bardzo  roztrzepana  młoda  kobieta.

Wiedziałem, że zanim opuści nas w niedzielne popołudnie, zupełnie

zapomni o Walecie Pik; a sprytny tata oczywiście nie miał zamiaru jej

o tym przypominać.

Zresztą,  do  tego  czasu  ukryję  te  nieszczęsne  książczyny

w  bezpiecznej  kryjówce  przeznaczonej  dla  mojego  alter  ego:

w  zamykanym  na  zamek  schowku  w  najdalszym  końcu  piwnicy

naszej  odremontowanej  „historycznej”  rezydencji,  który  pełnił

niegdyś funkcję składziku na owoce. Gdyby ktoś przypadkiem zbłądził

wzrokiem w tym kierunku – a nie było po temu żadnych powodów –

background image

jego  uwagę  odwróciłyby  sięgające  sufitu  metalowe  półki

z  tłumaczeniami  kryminałów  Andrew  J.  Rusha,  tym  bardziej

imponujące, że niezrozumiałe i niezbadane.

background image

3

Wezwanie. Czerwiec 2014

– Jasna cholera.

Kiedy ma się na nazwisko Rush, otrzymywanie poczty adresowanej

na nazwisko Rash nie jest przyjemnością. W innej sytuacji z irytacją

odrzuciłbym kopertę na bok.

Ale  adres  się  zgadzał  –  Mill  Brook  House,  111  Mill  Brook  Road,

Harbourton, stan New Jersey, nadawcą zaś był Sąd Miejski Hrabstwa

Hecate,  również  w  Harbourton,  New  Jersey.  Otworzyłem  przesyłkę

z ukłuciem niepokoju (może to wezwanie do zapłaty mandatu? Może

przeoczyliśmy  jakiś  kwit  –  ja  lub  Irina,  kiedy  pożyczyła  mój

samochód). Natychmiast jednak zorientowałem się, że to nie mandat,

a coś, co wyglądało na jakieś wezwanie – przesunąłem wzrokiem po

cienkiej zielonkawej kartce, na której moje nazwisko uparcie pisano

jako „Andwer J. Rash”.

Po dokładnej inspekcji stwierdziłem, że była to w istocie fotokopia

oryginalnego  dokumentu  sądowego  z  oficjalną  pieczęcią  Stanu  New

Jersey – niewyraźna jednak i ziarnista niczym częściowo zapamiętany

sen. Przeczytałem ją dwukrotnie z rosnącym zniecierpliwieniem i za

drugim razem zauważyłem zdumiewający fragment na dole:

„Jeśli  Andwer  J.  Rash  nie  stawi  się  w  siedzibie  Sądu  Miejskiego

Hrabstwa  Hecate  w  dniu  i  o  godzinie  określonej  w  niniejszym

dokumencie, zostanie wydany nakaz jego aresztowania”.

Że co? Aresztowania?!

Przeczytałem te słowa kilka razy, nadal nie do końca je pojmując.

Stałem  bez  ruchu,  ledwo  oddychając,  ściskając  w  palcach  źle

skopiowany dokument.

Było to istotnie wezwanie z Sądu Miejskiego, wydane 11 czerwca

2014,  zaledwie  przed  trzema  dniami,  i  skierowane  do  Andwera  J.

background image

Rasha w związku ze skargą złożoną przez niejakiego C.W. Haidera, że

wezwany dopuścił się kradzieży.

Że dopuściłem się kradzieży?

Było  to  tak  niedorzeczne,  że  wybuchłem  niedowierzającym

śmiechem.

O  ile  mogłem  zrozumieć  z  uważnej  lektury  niewyraźnego

dokumentu,  ktoś  o  nazwisku  C.W.  Haider  (o  kim  w  życiu  nie

słyszałem)  oskarżał  Andwera  J.  Rasha  o  jakąś  kradzież,  której

szczegółów nie podano. Całe wezwanie zawierało się na jednej kartce,

podpisanej  przez  Owena  S.  Carsona,  sędziego  Sądu  Miejskiego

Harbourton.  W  kolejnej  linijce  podpisał  się  niewyraźnie  Albert  L.

Steadman,  prokurator,  a  w  następnej  Iris  Flaherty,  główna

protokolantka.  Pozostała  część  dokumentu  zawierała  jedynie

informację  o  sądzie  ze  szczególnym  uwzględnieniem  spraw

dotyczących naruszenia przepisów drogowych – nie pojawiła się ani

jedna  dalsza  wzmianka  o  Andwerze  J.  Rashu  ani  o  tym,  w  jaki

dokładnie sposób pogwałcił prawo.

Ku  swemu  przerażeniu  zorientowałem  się,  że  na  przesłuchanie

wyznaczono  bardzo  bliski  termin:  poniedziałek,  dziewiąta  rano

w budynku sądu przy Chapel Street, Harbourton – uroczy budyneczek

z  piaskowca,  pochodzący  z  1741  roku  i  wpisany  na  listę  zabytków

stanu New Jersey. Kilka lat temu Irina i ja przyczyniliśmy się do jego

odrestaurowania, biorąc udział w kampanii mającej na celu zebranie

funduszy.

Wyglądało na to, że wezwanie było równoznaczne z pozwem albo

z  nakazem  aresztowania  –  jeśli  Andwer  J.  Rash  nie  pojawi  się

w ślicznym budyneczku sądu, zostanie aresztowany.

Czułem podmuchy wiatru, ale jednocześnie panował upał i świeciło

oślepiające słońce – kombinacja wytrącająca z równowagi.

Byłem  tak  wstrząśnięty,  że  ledwo  wiedziałem,  gdzie  się  znajduję.

Cichy,  dziecinny  głosik  zaprotestował:  Ale  ja  przecież  nic  nie

ukradłem! Jestem niewinny.

Stałem na dworze przy drodze biegnącej przed naszym kamiennym

domem (choć ledwo było go z niej widać). Zrobiłem sobie przerwę,

jak często mi się zdarza wczesnym popołudniem, by przespacerować

background image

się  piaszczystym  podjazdem  do  naszej  skrzynki  pocztowej;  czasem

przebiegałem  ten  dystans,  czasem  przejeżdżałem  go  starym

angielskim  rowerem  z  niemodnymi  wąskimi  oponami.  Podjazd,

długości  prawie  jednej  czwartej  mili,  prowadził  przez  dawne

pastwisko porośnięte trawami, kwiatami polnymi i drzewkami. Była

to jedna z najpiękniejszych ścieżek, którymi miałem okazję chadzać

w swoim życiu, i łzy stawały mi w oczach na myśl, że jakimś cudem

należała teraz do mnie.

Wróciłem  do  domu  z  zamętem  w  głowie.  Reszta  zawartości

skrzynki  –  rachunki,  magazyny,  ulotki,  paczka  listów  od  wielbicieli

przekazana  przez  wydawcę,  nawet  koperta  z  agencji  literackiej

zawierająca  prawdopodobnie  pokaźny  czek  –  nie  miała  dla  mnie

znaczenia. Rzuciłem wszystko na stół dla Iriny.

We  wnętrzu,  gdzie  słońce  nie  świeciło  tak  jasno,  a  powietrze  nie

było tak wzburzone zapowiedzią letniej ulewy, trochę się uspokoiłem.

Wszedłem  szybko  po  schodach  do  gabinetu,  zamknąłem  drzwi

i  zadzwoniłem  do  sądu,  gdzie  telefon  po  kilku  sygnałach  odebrała

niechętnie  główna  protokolantka,  pani  Flaherty.  Głos  miała  równie

słaby  i  skąpy  jak  tusz  na  tym  źle  skserowanym  dokumencie.

Przedstawiłem  się,  starając  się  mówić  opanowanym  tonem,

i poprosiłem o wyjaśnienie sprawy; chwilę trwało, zanim skojarzyła,

o  które  wezwanie  chodzi.  Wreszcie  odszukała  je  w  dokumentach,

wzdychając przy tym raz po raz. Jednak, jak na rasową biurokratkę

przystało,  jedynym,  co  mogła  mi  powiedzieć  –  głosem  lodowatym

i  jednocześnie  defensywnym  –  było  to,  że  do  wezwania  z  sądu

koniecznie  trzeba  się  zastosować;  że  muszę  się  tam  stawić

w  poniedziałek  rano,  z  prawnikiem  lub  bez.  Zarzuty  zostaną

przedstawione podczas przesłuchania wraz z dowodami – jeśli takowe

istniały.

– Dowody? Ale czego?

Już samo to określenie – dowody – wprawiło mnie w szok. Chyba

podświadomie  miałem  nadzieję  usłyszeć,  że  to  wezwanie  to  tylko

pomyłka, że wcale nie było przeznaczone dla mnie.

Nawet  teraz  czekałem,  aż  urzędniczka  roześmieje  się  i  przeprosi.

Zdawała  się  potrzebować  niezwykle  długiego  czasu,  by  odczytać

background image

dokument, który sama podpisała.

Ona  jednak  z  uporem  powtórzyła  to  samo  co  przedtem,  a  co

niczego nie tłumaczyło. Zniecierpliwiony, podniosłem głos:

– Dowód kradzieży; ale o kradzież czego jestem oskarżony?

Pani  Flaherty  stwierdziła  sztywno,  że  ta  informacja  udzielona

zostanie  podczas  przesłuchania  i  że  ona  sama  nie  ma  pojęcia,  o  co

chodzi.

– Kradzież to poważny zarzut – dodałem. – Wydaje mi się, że może

tu chodzić o zniesławienie.

Kiedy pani Flaherty uparcie milczała, powiedziałem, że to dziwne –

skoro oskarża się mnie o kradzież, dlaczego nie wydano nakazu i nie

zostałem aresztowany? Pani Flaherty odparła:

–  Panie  Rash,  ta  sprawa  nie  podlega  sądowi  karnemu,  tylko

cywilnemu. Nie zabiorą pana do więzienia.

Wydział cywilny! Oczywiście. Tak się przejąłem, że nawet tego nie

zauważyłem.

– Ale tu na wezwaniu jest ostrzeżenie, że mogę zostać aresztowany.

–  Proszę  pana,  podstawą  aresztowania  byłoby  lekceważenie  sądu,

a nie popełnione przestępstwo.

– Ale… ale jeśli nie jestem winien żadnego przestępstwa…

– O tym, proszę pana, to już rozstrzygnie sąd. Po to właśnie ma być

przesłuchanie.

Pani Flaherty wyrecytowała całą tę kwestię płynnie, niczym dobrze

wyuczona papuga. Jakby chciała zrobić tym na mnie wrażenie.

–  Pani  Flaherty!  Być  może  pani  nie  pojmuje  absurdu  całej  tej

sytuacji, ale ja owszem. Proszę mi przynajmniej powiedzieć, kim jest

C.W. Haider?

– Nie udzielamy takich informacji, proszę pana.

–  Ale…  ale  ta  osoba,  ten  zupełnie  obcy  człowiek,  oskarża  mnie

o kradzież. Na czymże miała ona niby polegać?

– Już panu mówiłam. Ta informacja jest zastrzeżona. W tej chwili

w  biurze  nie  ma  nikogo  poza  mną  i  nawet  gdybym  chciała  spełnić

pana prośbę, nie mogłabym tego zrobić.

Głos pani Flaherty drżał z oburzenia. Wyglądało na to, że rozmowa

zaraz  dobiegnie  końca.  Pospiesznie  spytałem,  czy  istnieje  jakaś

background image

możliwość  poznania  zarzutów,  bym  mógł  przygotować  się  na

poniedziałek, lecz ona odparła:

– Nie wiem, proszę pana. Może powinien pan poszukać prawnika.

Tak się zazwyczaj robi w przypadku pozwów.

– Pozwów? Zostałem pozwany?

–  Nie  wiem,  proszę  pana.  Dowie  się  pan  tego  podczas

przesłuchania.

–  Ale  pani  radzi  mi  poszukać  prawnika,  mimo  iż  jestem  zupełnie

niewinny i nie mam pojęcia, co tu się dzieje, do diabła.

Pani  Flaherty  głośno  wciągnęła  powietrze.  Czy  zwrot  „do  diabła”

mógł być poczytany za jakiegoś rodzaju werbalne nękanie? Czy teraz

oskarżą mnie o molestowanie seksualne?

– Panie Rash, proszę…

– Rush. Nazywam się Rush.

– Panie Rush, istnieje…

–  Na  tym  dokumencie  z  uporem  pisali  państwo  moje  nazwisko

z błędem. Nazywam się Andrew J. Rush…

A ja wyobrażałem sobie, że to nazwisko cieszyło się w Harbourton

sławą;  żałosne!  Główna  protokolantka  sądu  miejskiego  najwyraźniej

nigdy o mnie nie słyszała.

– …a druk na kopii, którą mi państwo przysłali, jest tak słaby, że

prawie nie da się go odczytać! To musi być jakaś pomyłka, a ja nie

chcę pędzić w poniedziałek do sądu przez cudze niedopatrzenie.

–  Proszę  pana,  posiedzenie  sądu  rozpocznie  się  w  poniedziałek

o  godzinie  dziewiątej  rano.  Do  tej  pory  nie  mogę  udzielić  panu

dalszych informacji.

– Ależ proszę, to wszystko jest bardzo niepokojące…

–  Panie  Rash,  odkładam  słuchawkę.  Jeśli  pan  się  niepokoi,

doradzam zwrócenie się do prawnika.

– Jeśli się niepokoję… Pani żartuje? Oczywiście, że się niepokoję;

oskarża  się  mnie  o  kradzież,  grozi  aresztowaniem,  zmusza  do

szukania prawnika…

– To już zależy od pana. Nikt pana nie zmusza.

– Przecież pani wie, że prawnicy są cholernie drodzy! Po co mam

płacić niebotyczne honorarium, jeśli jestem całkowicie niewinny, jeśli

background image

nawet nie wiem, o co się mnie oskarża.

Miałem  wrażenie,  że  wylewa  się  ze  mnie  wściekłość.  Jakby

Andrew J. Rusha, z jego fortuną, nie stać było na prawnika!

– Żegnam pana.

– Chwileczkę! Pani Flaherty, ja muszę wiedzieć…

Ale  linia  zamilkła.  Mój  głos  do  tego  czasu  stał  się  ochrypły

i podrażniony.

Myślałem sobie: Już ja ich pozwę. To oburzające.

Myślałem: Przecież w życiu nic nie ukradłem.

Od  poprzedniego  dnia,  od  momentu,  kiedy  moja  kochana  Julia

niewinnie  podniosła  egzemplarz  Pocałunku  przed  zabójstwem  Waleta

Pik  i  zaczęła  go  kartkować,  miałem  przeczucie,  że  coś  się  wydarzy,

coś poza moją kontrolą. A jeśli cokolwiek na tym świecie wzbudza we

mnie przerażenie – i wściekłość – to właśnie utrata kontroli.

Zupełnie  jakby  Walet  Pik  przyczaił  się  w  kącie  mojego  życia,

nieproszony, ściągając całe światło do siebie i w siebie, niczym czarna

dziura.

Już sobie wyobrażałem Irinę podsłuchującą całą rozmowę z innego

aparatu, zaskoczoną i zmartwioną. Z nas dwojga to ona jest bardziej

emocjonalna i łatwiej się denerwuje, lecz czasem, kiedy przebywam

sam w gabinecie na drugim piętrze, nad garażem, zdarza się, że słyszy

mnie  przemawiającego  w  napięciu  –  „To  brzmiało,  jakbyś  o  coś

błagał”  –  gdy  ja  tymczasem  jestem  pewien,  że  w  ogóle  się  nie

odzywałem,  nawet  nie  odbierałem  telefonu.  Kilka  razy  na  tydzień

wyrywa  mnie  w  środku  nocy  z  głębokiego  snu,  twierdząc,  że

mówiłem przez sen, zgrzytałem zębami i wołałem o pomoc.

W takich chwilach, wzięty z zaskoczenia, potrzebuję kilku sekund,

żeby rozpoznać moją ukochaną żonę. Czasami zamartwiałem się, że

kiedy  potrząsaniem  wybudza  mnie  ze  snu,  w  pierwszym  odruchu

mam ochotę ją odepchnąć.

Już w trakcie rozmowy z protokolantką zacząłem się zastanawiać,

jak  utrzymać  tę  nieprzyjemną  sprawę  w  tajemnicy  przed  nią  i  całą

rodziną. Nie chciałem nawet myśleć, że każde przesłuchanie sądu na

pewno  jest  otwarte  dla  publiki  i  mogłoby  zostać  opisane

w „Tygodniku Harbourton”.

background image

Zadzwonił  telefon.  Odebrałem  natychmiast,  myśląc,  że  może  to

pani  Flaherty  zlitowała  się  nade  mną  i  oddzwania  z  jakąś  pomocną

informacją,  ale  była  to  tylko  Irina,  dzwoniła  z  telefonu  na  dole

z pytaniem, czy coś się stało.

–  A  co  miałoby  się  stać,  kochanie?  Mam  tylko  kłopoty  z  nową

powieścią, to wszystko.

Była  to  prawda.  Miałem  problem  ze  strukturą  mojego  nowego

kryminału,  który  uparcie  przekształcał  się  w  coś  o  wiele  bardziej

skomplikowanego,  niż  planowałem.  Wiedziałem,  że  to  ryzykowne

igranie  z  zasadami  gatunku.  Tytuł  brzmiał  Na  przemian,  a  budowa

miała  być  prosta:  bohater  i  złoczyńca,  skontrastowani  ze  sobą

w  naprzemiennych  rozdziałach,  w  ostatnim  bohater  zwycięża

złoczyńcę.  Czytelnicy  kryminałów  mają  prawo  wymagać,  by  autor

przestrzegał niepisanej umowy: zło ma zostać ukarane, a zwyczajny

chaos  świata  radykalnie  uproszczony,  co  prowadzić  będzie  do

zakończenia jednocześnie wiarygodnego i zaskakującego.

Te  intelektualno-literackie  snoby  (włączając  w  to  moją  kochaną

Julię),  które  drwią  z  ograniczeń  literatury  gatunku,  w  życiu  nie

potrafiłyby stworzyć udanego kryminału: takiego, w którym pościg za

złem  doprowadza  do  jego  złapania  i  ukarania,  i  w  którym  istnieje

czysty, jednoznaczny finał.

Finały  książek  Waleta  Pik  były  okrutniejsze,  ponieważ  bardziej

prymitywne. Za dużo w nich było nikczemności; przelewała się przez

brzegi tak, że nie dało się schludnie posprzątać. Przeważnie wszyscy

umierali,  a  raczej  ginęli.  Często  sam  nie  miałem  pojęcia,  jak  dana

historia się zakończy, póki ostatni rozdział nie zwalał się na mnie jak

rozpędzony  samochód.  Tymczasem  powieści  Andrew  J.  Rusha

stanowiły wzór jasności, rozplanowane były na całe miesiące wstecz

i rzadko zaskakiwały swojego autora.

Co  było  dobre.  I  dla  mnie,  i  dla  moich  czytelników.  W  gruncie

rzeczy nikt nie lubi niespodzianek.

Irina pytała, czy ma przyjść do gabinetu, czy coś mnie niepokoi –

podziękowałem, ale powiedziałem, że nie, nie ma potrzeby. Istniało

tylko jedno lekarstwo na niepokój: praca.

Do obiadu, powiedziałem, wygrzebię się dzięki pisaniu. Zawsze tak

background image

było.

–  Skoro  naprawdę  tak  myślisz,  Andrew…  Wiesz,  wczoraj  znowu

miałeś złą noc.

Nie wydaje mi się.

– Ale… zdaje mi się, że pamiętam…

Ależ skąd, Irino. Ale dziękuję ci! Kocham cię.

I odwiesiłem słuchawkę, zanim dotarło do mnie wyszemrane echo:

– Kocham cię.

Zupełnie w stylu mojej drogiej żony, cała ta przesada. Wydawało

jej się, że usłyszała mój podniesiony głos, i źle odczytała mój nastrój.

A ostatniej nocy najwyraźniej coś jej się przywidziało – była przecież

spokojna jak gładkie ciemne morze, na którym nie widać ruchu fal.

Taka troska u żony jest bardzo rozczulająca, o ile nie irytuje!

W  palcach  trzymałem  lampkę  wina  (kwaskowe  białe,  moje

ulubione), którego nalewania nie pamiętałem.

background image

4

Oskarżenie

– Do diabła.

Oczywiście  nie  mogłem  pracować!  Moje  serce  biło

w  przyspieszonym  tempie,  oddech  był  płytki,  jakby  ktoś  zaciskał

wokół mojej piersi opaskę.

Pod wpływem impulsu – choć powinienem był wiedzieć, że to błąd

–  postanowiłem  zadzwonić  do  C.W.  Haidera.  Każdy  prawnik

powiedziałby,  że  nie  powinienem  komunikować  się  z  osobnikiem,

który  (oszukańczo,  absurdalnie)  oskarżył  mnie  o  kradzież,  ale

oczywiście  nie  mogłem  się  powstrzymać,  musiałem  spróbować

odwołać  się  do  jego  poczucia  sprawiedliwości  i  uczciwości.  Nie

mogłem powstrzymać się przed dziecinną, próżną myślą: Polubi mnie,

kiedy usłyszy mój głos! Wszyscy lubią Andy’ego Rusha!

W  książce  telefonicznej  Harbourton  nie  było  żadnego

„C.W.  Haidera”,  lecz  znalazłem  kilka  osób  o  tym  nazwisku

mieszkających przy starszych, historycznych ulicach w pobliżu rynku.

Pierwsze dwa telefony milczały, ale trzeci został odebrany po drugim

dzwonku  przez  kogoś  o  wesołym,  pełnym  oczekiwania  głosiku,

przywodzącym  na  myśl  nad  wiek  rozwinięte  dziecko  albo  lekko

opóźnionego w rozwoju dorosłego:

– Taaa-k? Ha-lo?

Spytałem,  czy  mogę  mówić  z  C.W.  Haiderem,  i  głos  odparł

pogodnie:

– Właśnie pan mówi! C.W. Haider przy telefonie.

Dziecko! Albo kobieta udająca dziecko.

Przedstawiłem  się  niezręcznie.  Gdy  tylko  wymówiłem  słowa

„Andrew  J.  Rush”,  wydało  mi  się,  że  usłyszałem  po  drugiej  stronie

linii głośny wdech.

– Dzwonię w sprawie wezwania, które otrzymałem dzisiaj z sądu

w  Harbourton.  Niejaki  C.W.  Haider  (czyli  pani,  według  pani  słów)

background image

oskarżył  mnie  przed  sądem  o  kradzież.  Ale  zupełnie  nie  wiem,

o jakiego rodzaju kradzież może tu chodzić, pani Haider (czy dobrze

mówię? pani?). Czy pani naprawdę twierdzi, że coś pani odebrałem?

Przecież musi pani wiedzieć, że nigdy się nie spotkaliśmy!

Cisza. I znowu szmer oddechu blisko przy słuchawce.

– Halo? Czy to… Pani Haider? Słyszy mnie pani?

–  Taa-ak.  –  Tym  razem  głos  był  niski,  dziecinnie  przebiegły

i przeciągły.

–  Zarzuciła  mi  pani  kradzież,  złożyła  pani  skargę  w  sądzie;  czy

może pani wyjaśnić dlaczego? Co takiego niby ukradłem?

– Sam pan wie.

– Co niby wiem?

– Pan wie, co pan mi zabrał, panie Rush.

Jej głos zrobił się głośniejszy, ostrzejszy i nie tak dziecinny.

– Nie. Nie wiem. Nie wiem, co takiego pani zabrałem; ja nawet nie

wiem, kim do licha jest C.W. Haider, pierwsze o pani słyszę. Myślę, że

winna mi jest pani co najmniej wyjaśnienie.

–  To  się  po  prostu  musi  skończyć.  Ciągnie  się  to  już  za  długo

i  w  końcu  postanowiłam  położyć  temu  kres.  Sędzia  pomoże  mi  to

zakończyć.

Głos  podniósł  się  do  pisku.  Wyobrażałem  sobie  jej  oczy  lśniące

urazą i oburzeniem.

– Co zakończyć?

– Pan wie, panie Rush. Pan wie, co pan mi robi.

– Ale co niby takiego?

– Pan ode mnie kradnie. Te wszystkie kartki, które pan zabrał do

swoich powieści. To wszystko, co jest moje, i co mi pan zabrał. Pan

jest pla-gia-to-rem! Plagiatorem. Ujawnię to światu.

– Pani oskarża mnie o plagiat? To oburzające.

–  Owszem!  To  prawda!  I  dlatego  to  ujawnię,  a  pan  zostanie

ukarany.  Chcę,  żeby  zwrócił  mi  pan  to,  co  pan  zabrał.  I  żeby  pan

przeprosił. I jest mi pan winien pieniądze, tantiemy.

– To jakiś żart? Czy pani jest moją znajomą?

– Tak! Zna mnie pan, jestem osobą, którą pan okrada.

– Ale… jak to możliwe? Co pani kradnę? Jak?

background image

– Kradnie mi to pan z domu. Wykrada pan to z mojego domu i to

się musi skończyć. I się skończy.

–  Ale  to  nieprawda!  Ja  pani  nie  znam,  nie  wiem,  gdzie  pani

mieszka…  Nie  mam  pojęcia,  o  czym  pani  mówi.  Jakieś  kartki,

powieści…

–  Sędzia  pana  ukarze,  w  poniedziałek!  Wtedy  się  pan  przekona.

Cały świat ujrzy wtedy prawdę. Złodziej! Pla-gia-tor! I to pan będzie

wtedy szkalowany.

Kobieta wydała z siebie krótki, dziki okrzyk i wybuchła dziecinnym

śmiechem. Połączenie zostało przerwane.

Ona jest szalona. To szaleństwo.

To nie ma nic wspólnego z tobą.

Załatw sobie prawnika. Nie mieszaj się w to.

Przez  długi  czas  stałem  w  oszołomieniu  i  niedowierzaniu  przed

ośmiokątnym  oknem  gabinetu,  patrząc  w  dal  (porośnięta  trawami

łąka,  przebłysk  strumienia  Mill  Brook  po  drugiej  stronie  drogi),  ale

niczego  nie  widząc.  Myśli  tłukły  się  we  mnie  jak  wielkie  opętane

stworzenia.  Szkalować,  powiedziała.  To  słowo  bolało.  To  pana  będą

szkalować.

Plagiator. Jeszcze gorsze słowo.

Zabij ją i już. Ucisz głos, a groźba zniknie.

Od tysiącleci nie wymyślono skuteczniejszego sposobu.

Walet Pik by się nie zawahał. Walet Pik miał gotowe rozwiązanie

każdego problemu.

background image

5

Porządny obywatel

–  To  musi  być  jakieś  nieporozumienie.  Niby  czemu  miałaby  się

czepiać właśnie mnie??

Jakaś  część  mojego  umysłu  rozumiała,  że  C.W.  Haider  była

umysłowo  chora  i  że  całe  to  przedziwne  oskarżenie  nie  miało  nic

wspólnego z Andrew J. Rushem jako takim; jednak inna część czuła

się zagrożona, jakbym znajdował się w stanie fizycznego oblężenia.

Nigdy wcześniej nie oskarżono mnie o żadne przestępstwo, nawet

o  wykroczenie.  Przez  całe  pięć  dekad  swojego  życia  uzbierałem

w sumie góra sześć mandatów za złe parkowanie albo przekroczenie

prędkości.

Nigdy mnie nie pozwano. Nigdy mnie nie aresztowano.

Nigdy  nie  wzywano  mnie  do  sądu.  Nigdy  nie  dostałem  żadnego

nakazu.

Chciałem  zaprotestować  przed  C.W.  Haider:  jestem  dobrym

człowiekiem! Jestem kochającym ojcem rodziny i obywatelem, który

angażuje się w swoją społeczność.

Jestem człowiekiem, którego inni szanują, podziwiają, kochają.

Nie jestem drobnym przestępcą.

Nie jestem plagiatorem!

Nie będziesz mnie szkalować!

Irina i ja postanowiliśmy kupić dom znany jako Mill Brook House

w  1998.  Była  to  nieco  zaniedbana,  ale  piękna  posiadłość

o powierzchni jedenastu akrów na północ od miasteczka Harbourton,

z widokiem na meandrujący potok Mill Brook.

Kupiliśmy ją – a raczej wpłaciliśmy pierwszą ratę i resztę wzięliśmy

pod  hipotekę  –  dzięki  dochodom  z  kilku  moich  pierwszych  książek.

Nie byliśmy bogaci – co to, to nie! – ale nagle poczuliśmy, że mamy

pieniądze, że możemy sobie pozwolić na życie na poziomie, o którym

nawet  nam  się  nie  śniło,  kiedy  zacząłem  pisać  i  rozsyłać  swoje

background image

powieści do wydawców ze ślepym optymizmem człowieka łowiącego

ryby kilkoma wędkami naraz.

Do tamtej pory mieszkaliśmy w małym jednopiętrowym domku na

przedmieściach  Nowego  Brunszwiku,  gdzie  uczyłem  angielskiego

w  liceum  Highland  Park,  a  Irina  była  instruktorką  w  szkole

Montessori. Na myśl przychodzi mi słowo „banał” – usiłuję odpędzić

je, jak odpędza się natrętną muchę, lecz ono uparcie powraca.

Banalne życie banalnych ludzi.

Zanim znikąd pojawił się Walet Pik.

Często  przyjeżdżaliśmy  w  odwiedziny  do  moich  rodziców

w Harbourton, czterdzieści mil od nas na południowy zachód, gdzie

urodziłem  się,  wychowałem  i  nadal  miałem  –  i  mam  –  wielu

znajomych  z  dzieciństwa.  Tamto  życie  najprawdopodobniej  również

było banalne, ale ogólnie rzecz biorąc, mam szczęśliwe wspomnienia.

Mój  ojciec  był  sklepikarzem  (obuwie  i  damskie  torebki),  który

w porównaniu z innymi lokalnymi handlarzami radził sobie całkiem

nieźle i nigdy nie narzekał na swoje życie, choć kiedyś, kiedy miałem

jakieś trzynaście lat, popatrzyłem na jego sklep na Main Street; jedna

spośród  wielu  szklanych  witryn,  wszystkie  prezentujące  towary

przechodniom – i nagle z zawrotną siłą uderzyła mnie myśl: co, jeśli

nikt tego nie kupi? Zupełnie nagle, zaczynając od tej chwili – nikt?

Taka myśl jest przerażająca, kiedy ma się trzynaście lat.

Nie  chodzi  o  przerażenie,  które  ogarnia  nas  na  widok

roztrzaskanych  czaszek,  przelewu  krwi  i  śmierci.  To  strach  przed

banałem codziennego życia.

Czy  mówiłem,  że  miałem  szczęśliwe  dzieciństwo?  Sądząc  po

wywiadach, na pewno tak.

Często  się  zdarza,  że  jedynacy  mają  szczęśliwe  dzieciństwo  –  nie

muszą z nikim rywalizować o rodzicielskie względy.

Na  północ  od  Harbourton  rozciągają  się  falujące  pola  uprawne,

przepiękny  wiejski  pejzaż  rozpostarty  nad  potokiem  Mill  Brook

i ozdobiony rzędem posiadłości zamożnych ziemian, multimilionerów

na  emeryturze  i  polityków.  Wszystkie  dzieciaki  z  Harbourton  snuły

romantyczne  marzenia  o  tym,  że  kiedyś  kupią  jeden  z  tych  starych

domów nad potokiem.

background image

Remont  osiemnastowiecznej  farmy  z  jej  ciasnymi  pokojami,

krzywymi  podłogami  z  bali  i  irytująco  stromymi  wąskimi  schodami

zajął  nam  ponad  rok.  Pierwotnie  w  piwnicy  zamiast  podłogi

znajdowało  się  klepisko,  a  sufit  był  niski  i  przytłaczający;  przez

nieszczelne  okna  uciekało  tyle  ciepła,  że  ogrzewanie  domu

kosztowało  krocie.  Dobudowaliśmy  kilka  pokoi  i  aneks  dla  gości.

W  pomieszczeniu  obok  salonu  zastawiliśmy  ściany  regałami,  na

których  stanęły  najwcześniejsze  wydania  ulubionych  książek,  jakie

tylko  zdołałem  znaleźć:  amerykańskie  kryminały  i  powieści

detektywistyczne z lat trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych,

tanie  magazyny  z  „opowieściami  niesamowitymi”  H.P.  Lovecrafta,

pierwsze lub wczesne wydania książek Edgara Allana Poego, Ambrose

Bierce’a,  Algernona  Blackwooda,  M.R.  Jamesa,  Roberta  W.

Chambersa,  Richarda  Mathesona,  opowieści  o  duchach  Henry’ego

Jamesa i Edith Wharton, filozoficzne science fiction Isaaca Asimova,

Philipa  K.  Dicka,  J.G.  Ballarda,  do  tego  cała  ściana  pisarzy

współczesnych,  od  połowy  dwudziestego  wieku,  od  A  do  Z,  od

Barkera, przez Kinga, LeGuin, Morrowa, Strauba…

Gabinet, w którym piszę, a który trafił do „New York Times Style

Magazine” i „New Jersey Life”, znajduje się na drugim piętrze domu,

w dobudówce nad garażem (poprzednio stajnią). Jest to wypełniony

światłem pokój ze świetlikami i oknami wychodzącymi na trawiaste

zbocze  opadające  ku  dużemu  stawowi,  po  którym  pływa  leniwie

wodne  ptactwo  (krzyżówki,  bernikle  kanadyjskie,  łabędzie).  Dalej

znajduje się liściasty las przynależący do naszej posiadłości, a jeszcze

dalej,  ledwo  widoczne  z  okna,  szaroniebieskie  zakole  Mill  Brook.

W  tym  właśnie  pokoju  komponuję  swoje  powieści  na  stojącym  na

kreślarskim  stole  komputerze,  wspomagając  się  naprędce

gryzmolonymi  notatkami.  Na  ścianie  przyczepiam  mapy,  zarysy

wątków,  szkicowane  podobizny  moich  postaci,  listy  chronologiczne.

Swoje  książki  planuję  bardzo  drobiazgowo  –  nawet  ci  czytelnicy,

którzy nie przepadają za nimi z powodu nieodmiennie pozytywnych

zakończeń, przyznają, że nikt nie rozplanowuje kryminałów rzetelniej

niż Andrew Rush.

Na parapecie przed stołem kreślarskim znajdują się moje magiczne

background image

talizmany:  rodzinne  zdjęcia,  Nagroda  Edgara  za  debiut  pisarski,

pamiątki i drobiazgi na szczęście.

W  małej  lodówce  trzymam  zaopatrzenie  na  chwile,  kiedy

potrzebuję  szybkiej  dawki  energii:  sok  pomarańczowy,  batoniki

migdałowo-jogurtowe, dietetyczną colę, białe wino.

Jestem tu taki szczęśliwy.

Tutaj jest moja dusza.

Nie odważysz się oddzielić mnie od mojej duszy.

Po  przeciwnej  stronie  pokoju,  przed  mniejszym  okienkiem,

znajduje  się  mniejszy  stolik,  który  kupiłem  w  sklepie  ze  starymi

meblami  w  Mill  Brook  Valley,  rzekomo  antyk,  dziwnie  podrapany,

jakby  scyzorykiem.  Przy  nim  piszę  powieści  Waleta  Pik  –  najpierw

ręcznie,  na  żółtym  papierze  notesowym,  a  potem,  kiedy  uzbiera  się

kilka  rozdziałów,  przenoszę  je  na  stół  kreślarski  i  wklepuję  do

komputera.

Folder: W.P.

Pisząc jako Walet Pik, tworzę bardzo szybko i rzadko oglądam się

za siebie. W przeciwieństwie do Andrew J. Rusha w ogóle nie planuję

– prawie nie myślę o tym w kategorii fabuły.

Zdarza się jedna rzecz, potem kolejna.

I kolejna.

A potem dochodzi do (przykrej) niespodzianki.

Pisząc  jako  Walet  Pik,  rzadko  siadam  do  pracy  przed  północą.

Kiedy  w  całym  domu  panuje  ciemność.  Kiedy  jestem  zupełnie  sam

i  nikt  mi  nie  przeszkadza.  Kiedy  nawet  najostrzejsze  białe  wino  nie

wystarczy  i  kilka  kropli  szkockiej  whisky  smakuje  bardzo  dobrze  –

doprawdy wyśmienicie.

Walet Pik to moja nagroda za napisanie minimum dziesięciu stron

mojej  własnej  powieści  –  to  jest  powieści,  która  ukaże  się  pod

nazwiskiem Andrew J. Rush.

Nawet  jeśli  odłożę  pisanie  jako  Walet  Pik  do  wczesnych  godzin

porannych, mogę być pewien, że nie zabraknie mi energii, jak dzieje

się zawsze, kiedy piszę jako Andrew J. Rush.

Ostra jazda. Kolejka górska.

I nagle – tory znikają w połowie.

background image

Czasami  przyłapuję  się  na  tym,  że  znowu  jestem  w  Catamount

Park. W miejscu, gdzie w dzieciństwie trzeba było maskować strach

przed kolejką górską i wysoką skocznią nad kąpieliskiem w dawnym

kamieniołomie. I innymi rzeczami.

Catamount Park to stanowy rezerwat przyrody w Far Ridge, o jakąś

godzinę  drogi  od  Myrtle  Street  w  Harbourton,  gdzie  wtedy

mieszkaliśmy.

Kiedy byliśmy chłopcami. Braćmi.

Kamieniołom,  gdzie  wspinaliśmy  się  po  bezkształtnych  ceglastych

skałach na występ nad wodą. Do wysokiej skoczni.

Skocznie  były  w  kamieniołomie  dwie:  wysoka  i  niska.  Ta  dla

bardziej  odważnych  i  ta  dla  mniej.  Jedna  dla  starszych  chłopaków,

druga  dla  młodszych.  Dzieci,  dziewczyny  i  większość  dorosłych

pływała  w  bezpiecznej  części  kąpieliska.  Nastoletni  chłopcy,

dwudziestolatkowie i starsi faceci – doświadczeni pływacy, popisujący

się  nurkowaniem  –  wspinali  się  na  wysoki  występ,  stanowiący

najwyższy punkt.

Młodsi  chłopcy  nie  zawsze  byli  tam  mile  widziani.  Wszystko

zależało od tego, kto akurat tam przebywał i jaka była pora dnia.

A  z  pobliża  dobiegała  brzękliwa  muzyczka  karuzeli.  Krzyki

i śmiechy z kolejki górskiej.

Niektórzy  z  nas  (chłopców)  mieli  obsesję  na  punkcie  skoczni  (tej

wyższej).

– Andrew? Czy coś się stało?

To była Irina, stała za moimi plecami.

Nie  odwróciłem  się  –  nie  od  razu.  Nie  słyszałem,  jak  do  mnie

podchodziła, ale włoski na karku podniosły mi się z niepokoju.

– Wydawało mi się, że słyszałam jakąś rozmowę. Chyba że to tylko

telewizor.

Żadnego telewizora. Nie tutaj.

Moja droga żona obudziła się o drugiej trzydzieści pięć i widząc, że

jeszcze nie ma mnie w łóżku, poszła na poszukiwania. Znalazła mnie

po  przeciwnej  stronie  domu,  w  gabinecie,  pochylonego  nad

obdrapanym  starym  biurkiem  z  jedną  zapaloną  lampą,  całkowicie

pochłoniętego pisaniem – szybko, ręcznie, na papierze notesowym.

background image

Odpowiedziałem,  uśmiechając  się  z  wymuszonym  spokojem,  tak,

uśmiechając się nie tylko ustami, ale i oczami:

– Irina! Dlaczego nie śpisz, kochanie?

– Spałam, Andrew. Poszłam spać o jedenastej. Ale… zatęskniłam za

tobą.

Zbliżyła się z wahaniem. Miała na sobie jedwabistą beżową koszulę

nocną  i  była  boso.  Jej  ciało  zdawało  się  wychudłe,  spłaszczone.

Miękkie małe piersi, leciutko wystający brzuch. Jej krótkie, siwiejące

blond  włosy  były  zgniecione  po  jednej  stronie  głowy.  W  słabym

świetle  jej  twarz  wydawała  się  blada  jak  papierowa  maska  pokryta

drobnymi  zmarszczkami.  Pod  pełnymi  niepokoju  oczami  cienie  jak

rozmyte plamy.

Żona, matka, pomocniczka. Miło z twojej strony, że ją kochasz.

Ale  dlaczego  ją  kochasz?  Czy  nie  należy  do  tych,  na  których  zużyłeś

swoją miłość?

Żona to emocjonalny pasożyt. A ty jesteś nosicielem tego pasożyta.

Jej czaszka łatwo mogłaby pęknąć podczas upadku.

Nocą, na stromych stopniach – jak łatwo.

Pospiesznie  odłożyłem  długopis  i  odepchnąłem  notatnik,  tak  że

gdyby Irina podeszła bliżej, nie mogłaby zerknąć (niby mimowolnie)

na to, co piszę.

Irina szanuje moją potrzebę prywatności, kiedy pracuję; rzadko się

zdarza, żeby wchodziła do mojego gabinetu nieproszona.

Tak samo nasze dzieci, dorastając, szanowały potrzebę samotności

taty. Rzadko trzeba było je karać – jeśli już, to dyscyplinować.

Ta twoja zabawa w tatusia jest żałosna!

Zbyt wiele lat już w to grasz!

Nie większy z ciebie tatuś niż z Waleta Pik.

–  Nieważne.  Nie  chciałam  ci  przeszkadzać,  Andrew.  Przyjdź  do

łóżka, jak będziesz mógł.

Irina  mówiła  z  wahaniem.  Na  pewno  chciała  do  mnie  podejść,

dotknąć mojego ramienia, pogłaskać po karku – zwykły żoniny gest.

Czy coś w mojej twarzy sprawiło, że zrezygnowała?

Kobieta  jest  szczególnie  pociągająca,  kiedy  doświadcza  –  albo

wyobraża  sobie,  że  doświadcza  –  lekkiego  zawodu.  W  takim

background image

momencie,  kiedy  odwraca  się,  kiedy  miga  ci  jej  profil,  kiedy  wciąż

jeszcze można ją przywołać…

– Irina, kochanie… poczekaj!

Odepchnąłem krzesło od biurka i pobiegłem za tą, która od prawie

ćwierć  wieku  była  moją  żoną.  Moje  serce  biło  szybko  z  pożądania,

nadziei  i  pragnienia,  by  wziąć  ją  w  ramiona  i  by  ona  wzięła

w ramiona mnie.

Do diabła z Waletem Pik – na tę noc.

Wchodząc rano do gabinetu, zauważyłem, że coś jest inaczej, jakby

wkradł się tam jakiś intruz.

Z początku nie mogłem dojść do tego, co się nie zgadza, lecz nagle

zobaczyłem, że lampa na małym stoliku leży na boku, przewrócona;

żarówka  była  stłuczona.  Kiedy  spojrzałem  na  przełącznik,

zobaczyłem, że lampa wciąż była włączona.

Na  starym  drewnie  stołu  pachnąca  szkocką,  lecz  pusta  szklanka

zostawiła słabo widoczne kółko.

Jakiś  tuzin  kartek  żółtego  notesowego  papieru  pokrywały

nieczytelne  bazgroły,  w  których  ledwo  rozpoznałem  własne  pismo,

a  długopis,  którym  pisałem,  leżał  trochę  dalej,  jakby  ciśnięty

w napadzie furii.

„Jak to jest być lokalną sławą? Najsłynniejszym pisarzem w hrabstwie

Hecate? Jednym z najbardziej bestsellerowych autorów w stanie New

Jersey?” – słyszałem często z ust dziennikarzy o dobrych intencjach,

którzy  zdają  się  nie  rozumieć,  że  takie  pytania  są  krępujące  dla

każdego pisarza z choćby minimalnym poczuciem przyzwoitości.

Szybko i cicho zapewniam, że jestem ogromnie wdzięczny za swój

skromny sukces, po czym zmieniam temat.

To  jednak  prawda,  że  ten  sukces  znacząco  odmienił  życie  moje

i mojej rodziny. Pragnąłem więc wyrazić swoją wdzięczność poprzez

hojność dla tych, którym mniej się poszczęściło.

Uposażyłem  na  przykład  jeden  z  ratunkowych  funduszy  dla

literatów,  zarządzanych  przez  Związek  Pisarzy.  Ufundowałem

stypendia w Liceum Harbourton, które ukończyłem w 1979. Irina i ja

regularnie  dawaliśmy  datki  na  lokalne  schroniska  dla  zwierząt

background image

i  pomogliśmy  wybudować  nowe  skrzydło  Biblioteki  Miejskiej,  gdzie

jako  stały  element  ekspozycji  znajduje  się  wystawa  pod  tytułem

BESTSELLEROWE  KRYMINAŁY  AUTORSTWA  ANDREW  J.  RUSHA

Z HRABSTWA HECATE – żenada! Ale nie mieszam się do poczynań

biblioteki... Co roku dajemy na inicjatywy zwalczające analfabetyzm

w takich miastach stanu New Jersey jak Newark, Trenton i Camden,

a  także  uczestniczymy  w  organizowanych  przez  NJN-TV  imprezach

charytatywnych  na  rzecz  rozwoju  czytelnictwa.  Pomogliśmy

odremontować urocze stare kino Cinema Arts Theatre na South Main,

gdzie czasem w piątki Andy Rush bawi się w konferansjera podczas

wieczorów  z  klasycznymi  filmami  kryminalnymi  i  dreszczowcami.

Ofiarowaliśmy pieniądze na nowe boisko do softballu i na Małą Ligę

Harbourton,  w  której  grałem  (i  to  nieźle)  jako  chłopiec

(z zawstydzeniem muszę przyznać, że nowe boisko zostało nazwane

po mnie – Boisko im. Andrew J. Rusha). Teraz, kiedy dzieci dorosły

i  się  wyprowadziły,  Irina  wróciła  do  pracy  (na  pół  etatu)

w postępowej szkole Friends School w pobliskim Hadrian, gdzie uczy

plastyki i aktywnie działa w kółku rodzicielskim. Od kilku lat naucza

też  jako  korepetytorka  w  Programie  Szerzenia  Czytelnictwa  New

Jersey.

W  2010  otrzymałem  Nagrodę  Obywatelską  od  Stowarzyszenia

Aktywnych  Obywateli  Stanu  New  Jersey.  W  zeszłym  roku  dostałem

Medal Gubernatora stanu New Jersey za działalność filantropijną. Na

przyszły zaś obiecano mi (to znaczy, krąży taka pogłoska), że zostanę

umieszczony  w  Holu  Sławy  New  Jersey  jako  jeden  z  najbardziej

cenionych artystów tego stanu.

A  moje  najlepsze  książki  są  jeszcze  przede  mną.  Tego  jestem

pewien.

Do  diabła,  nie  jestem  złodziejem,  nie  jestem  plagiatorem,  i  nikt  nie

będzie mnie szkalował.

background image

6

„Załatwimy ją”

–  To  tylko  złośliwy  pozew,  Andrew.  Sędzia  wywali  go  przez  okno.

Zażądamy  zwrotu  kosztów  sądowych  i  nakazu,  żeby  w  przyszłości

nikt nie mógł już nękać artysty.

Mówił  z  taką  prawniczą  swadą  i  troską,  że  poczułem  napływ

otuchy,  ale  też  lekkie  niedowierzanie,  jak  ktoś,  kto  spodziewał  się

usłyszeć wyrok śmierci, a zamiast tego został oczyszczony z zarzutów.

Rankiem zrobiłem to, co powinienem był zrobić poprzedniego dnia

natychmiast  po  otrzymaniu  zawiadomienia  z  sądu;  zadzwoniłem  do

wydawcy w Nowym Jorku, który skierował mnie do działu prawnego,

i  już  po  kilku  minutach  usłyszałem  kojące  słowa  prawnika,  Elliota

Grossmana, że nie ma się czym przejmować, zupełnie nie ma.

– Nawet nie myśl o tej niedorzecznej skardze. Jestem pewien, że na

tym sprawa się skończy. Andrew? Słuchasz mnie?

Czy  słucham?  Ściskałem  słuchawkę  telefonu  tak  mocno,  że  bolały

mnie palce.

– Tak… tak, słyszę cię, Elliot. Dziękuję…

Mój głos ucichł stopniowo, jakby w zadziwieniu. Czy to wezwanie

było  więc  aż  tak  trywialne,  czy  moje  obawy  były  całkowicie

bezpodstawne?  Czyżby  C.W.  Haider  nie  stanowiła  zagrożenia  dla

mojej reputacji? Mojej kariery? Mojego życia?

Przez  telefon  Elliot  Grossman  wydawał  się  bardzo  rozsądnym

człowiekiem. Nigdy nie spotkaliśmy się w wydawnictwie; do tej pory

nie mieliśmy żadnego powodu, żeby ze sobą rozmawiać. Powiedział,

żebym przefaksował mu wezwanie, a po przeczytaniu go zadzwonił,

żeby mnie uspokoić. Wydawał się rozumieć, że należę do osób, które

choć  wiedzą,  że  nie  są  winne  żadnej  zbrodni,  na  samą  myśl

o rozprawie sądowej wpadają w panikę.

–  Bardzo  chętnie  zajmę  się  tą  sprawą,  Andrew.  Jakżeby  inaczej!

Jestem wielkim fanem twoich powieści.

background image

Zbyłem te słowa cichym „dziękuję”. Nawet jeśli nie mówił szczerze,

był  to  miły  gest.  Zwłaszcza  w  stosunku  do  pisarza  tak  niepewnego

swojej wartości jak Andrew Rush.

–  W  poniedziałek  rano  przyjadę  do  Harbourton  na  przesłuchanie,

punktualnie  o  dziewiątej.  Ale  pójdę  tam  sam,  ty  w  ogóle  nie

przychodź. Jeśli ktoś reprezentuje cię w sądzie, nie musisz stawiać się

osobiście, i moim zdaniem tak będzie lepiej.

– Naprawdę? Sądziłem, że zgodnie z wezwaniem…

–  Nie.  To  tylko  przesłuchanie,  nie  rozprawa.  Sędzia  będzie  pod

wrażeniem, że w ogóle ktokolwiek się pojawił przy takiej drobnostce.

Naprawdę  wątpię,  że  wystawiliby  jakikolwiek  nakaz,  żeby  cię

aresztować; co za absurd. Sędzia będzie się czuł wyróżniony, że tak

szanowane  wydawnictwo  wysyła  kogoś  do  obrony;  zamknie  sprawę

w pięć minut. Takie skargi się zdarzają, podobnie jak zmyślone pozwy

słynnych  lub  bogatych  ludzi.  To  forma  szantażu  doskonale  znana

w  prawie  i  sędzia  na  pewno  się  ze  mną  zgodzi.  Biorąc  pod  uwagę

osobowość powódki, jak ją opisałeś, domyślam się, że może już być

znana sądowi. Typowa furiatka.

Grossman  mówił  z  zapałem  i  pewnością  człowieka,  dla  którego

takie przemowy to chleb powszedni; dobitne fajerwerki słów i wręcz

namacalna przyjemność z nich czerpana.

–  Przez  lata  reprezentowałem  już  wielu  pisarzy  pozwanych  za

„kradzież”  i  „plagiat”,  co  przeważnie  okazywało  się  tylko

oszczerstwem  i  naruszeniem  prywatności.  Przy  naszej  Pierwszej

Poprawce  trudno  skonstruować  dobry  pozew  nawet  wtedy,  kiedy

istnieje po temu faktyczny powód, którego tutaj, jestem przekonany,

nie ma.

„Jestem  przekonany”.  To  nie  brzmiało  dla  mnie  dostatecznie

pewnie.

–  Andrew,  mówiłeś,  że  nie  znasz  tej  całej  C.W.  Haider,  prawda?

Nigdy u niej nie byłeś, nigdy nie czytałeś niczego, co napisała?

– Absolutnie nie!

–  Czasami  ludzie  przesyłają  pisarzom  rękopisy.  Najlepiej  w  ogóle

ich nie otwierać, tylko w miarę możliwości natychmiast zwrócić do

nadawcy  z  podpisanym  i  datowanym  zawiadomieniem,  że  nie

background image

przeczytałeś książki. Jeśli zatrzymasz rękopis, może to wskazywać, że

go  przeczytałeś,  a  autor  może  szukać  w  twoich  następnych

powieściach  śladów,  że  coś  mu  ukradłeś.  Takie  rzeczy  się  zdarzają,

Andrew. Masz szczęście, że nic takiego nie trafiło ci się wcześniej.

Rozpaczliwie  usiłowałem  sobie  przypomnieć,  czy  kiedykolwiek

otrzymałem  coś  od  C.W.  Haider.  Wstydziłem  się  przyznać  przed

Grossmanem,  że  przez  lata  zdarzyło  mi  się  przeczytać  kilka

nadesłanych przez obce osoby rękopisów, a parę razy nawet naiwnie

odpisałem  z  sugestiami  poprawek;  w  większości  wypadków  autorzy

dziękowali, a potem prosili o pomoc w nawiązaniu kontaktu z jakimś

agentem lub redaktorem, przez co korespondencja wchodziła na nowy

poziom, nie zawsze przyjemny.

Powiedziałem Grossmanowi, że jestem niemal pewien, że nigdy nie

otrzymałem  żadnego  rękopisu  od  C.W.  Haider  i  nigdy  do  niej  nie

pisałem; odparł z chichotem:

–  Jeśli  pisałeś,  to  wkrótce  się  tego  dowiemy.  Przyniesie  listy  ze

sobą.

Potem  poinformował  mnie,  że  spośród  pisarzy,  których

reprezentował  w  trakcie  dwudziestodwuletniej  kariery,  najczęściej

ofiarą takich pozwów padał Stephen King – i nic dziwnego – ale jak

dotąd  wychodził  z  nich  bez  szwanku,  przeważnie  natychmiast

okazywały się wyssane z palca.

–  Reprezentowałeś  Stephena  Kinga?  –  Była  to  dla  mnie

pokrzepiająca myśl.

– Oczywiście. Niejeden raz.

– A czy on… czy bardzo się denerwował tymi pozwami?

– Z początku. Ale przyzwyczaił się, w końcu jest osobą publiczną;

to  tak,  jakby  mieć  na  plecach  wymalowaną  wielką  tarczę.  Druga

strona  sławy:  przyciąga  się  uwagę  wariatów.  I  pieniaczy,  a  to

oddzielna kategoria, choć jedno nie wyklucza drugiego.

– I zawsze udawało ci się skutecznie go obronić?

Musiałem  o  to  spytać,  choć  taka  wścibskość  nie  leżała  w  mojej

naturze. Grossman roześmiał się wymijająco.

–  No  cóż,  Andrew…  Wydaje  mi  się,  że  przez  lojalność  wobec

Stephena nie powinienem opowiadać ci o jego problemach prawnych.

background image

Niektóre  z  tych  spraw  były  upublicznione  i  możesz  sobie  o  nich

poczytać,  inne  zostały  załatwione  polubownie,  poza  salą  sądową.

Oczywiście przestałem go reprezentować, kiedy kilka lat temu zmienił

wydawcę.  Nie  mam  pojęcia,  co,  jeśli  w  ogóle  cokolwiek,  działo  się

z nim od tego czasu. Mówię o tym tylko po to, żeby cię uspokoić, bo

wydajesz się bardzo przejęty; chciałem, żebyś wiedział, że nie jesteś

sam. Bestsellerowi autorzy zawsze padali ofiarami pozwów.

– „Załatwiono polubownie, poza salą sądową”? Czy to znaczy, że

King musiał komuś zapłacić? Niby czemu miałby to robić?

– Andrew, proszę cię. Często się zdarza, że zamożny klient idzie na

ugodę  z  agresywnym  powodem,  po  prostu  żeby  zamknąć  sprawę

i uniknąć rozgłosu. Wbrew temu, co można wywnioskować z mediów,

stawką nie zawsze są miliony dolarów. Ja sam nadzorowałem ugody

na  nie  więcej  niż  dziesięć  tysięcy.  W  jednym  pamiętnym  wypadku

było to tylko dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć dolarów…

– Ale jeśli autor jest niewinny…

– Oczywiście! Oczywiście, że autor jest niewinny! Pisarze formatu

Stephena Kinga i Andrew J. Rusha nie ściągaliby przecież materiału

od amatorów i oszołomów.

Zacinającym się głosem wyznałem, że w tym wypadku oskarżano

mnie wręcz o włamanie do czyjegoś domu i zabranie z niego jakichś

przedmiotów…

Nagle ogarnęły mnie jakby mdłości. Nie potrafiłbym stwierdzić, co

faktycznie  myślałem,  ani  zmusić  się  do  powtórnego  przeczytania

wezwania,  co  zdążyłem  już  zrobić  tyle  razy,  że  robiło  mi  się

niedobrze.

Grossman roześmiał się.

– A to dopiero, Andrew! O ile tylko sprawa nie trafi do mediów,

sam  musisz  przyznać,  że  to  naprawdę  śmieszne.  Włamanie!  Że  niby

wkradłeś się przez okno, żeby ukraść tej całej C.W. Haider pomysły na

książki.

Mnie wcale nie wydawało się to zabawne. Nie roześmiałem się.

O ile tylko sprawa nie trafi do mediów.

Lepiej natychmiast pozbyć się oskarżycielki.

Jego  entuzjazm  nie  wydawał  mi  się  już  tak  przekonujący  jak

background image

wcześniej,  lecz  mimo  to  Grossman  przez  kolejne  pół  godziny

rozwodził  się  nad  zarysem  strategii  obrończej,  która  obejmowała

pilne skorzystanie z usług detektywa i ponowną radę, żebym trzymał

się z daleka.

– Jeśli powódka cię zobaczy, na pewno cię rozpozna i zacznie się

pienić. Jeśli faktycznie, jak sądzimy, ma zaburzenia psychiczne, może

się to skończyć nieprzyjemną sceną. Tego właśnie pragną fanatyczni

prześladowcy:  chcą  wymusić  konfrontację  ze  swoją  sławną  i  bogatą

ofiarą.

Prześladowcy?  Sławny  i  bogaty?  Słowa  Grossmana  brzęczały  mi

nad głową jak komary. Usiłowałem czuć dumę z powodu zaliczenia,

jakkolwiek  na  wyrost,  do  grona  „sławnych  i  bogatych”;  usiłowałem

nie wpadać w panikę na dźwięk słowa „prześladowca”.

O  ile  mogłem  się  zorientować  –  o  ile  dało  się  wywnioskować

z  wezwania  i  z  naszej  krótkiej  rozmowy  telefonicznej,  C.W.  Haider

(jeszcze) mnie nie prześladowała.

Ale  mieszkała  przy  Tumbrel  Place,  niedaleko  sądu  i  budynków

urzędu miejskiego. Pewnie mniej niż pięć mil od Mill Brook House.

To była zupełnie nowa myśl, którą Grossman nieświadomie wbił mi

do głowy – prześladowanie.

Lepiej uprzedzić cios, przyjacielu.

Lepiej zabić ją od razu.

Nagle Grossman spytał, jakby dopiero przyszło mu to do głowy, czy

kiedykolwiek  rozmawiałem  z  tą  C.W.  Haider,  na  przykład  przez

telefon.

Zawroty głowy przybrały na sile.

Oczywiście nie powinienem był dzwonić do osoby, której nazwisko

widniało  na  wezwaniu  jako  nazwisko  powódki  –  doskonale  o  tym

wiedziałem,  a  jednak  to  zrobiłem.  Ze  wstydem  przyznałem  się

Grossmanowi, że owszem, niestety zadzwoniłem do niej poprzedniego

dnia, wkrótce po otrzymaniu wezwania.

–  Chciałem  się  dowiedzieć,  jakie  właściwie  zarzuty  mi  stawia;  co

takiego rzekomo ukradłem. Rozmowa nie potoczyła się dobrze.

Grossman  zamilkł  na  chwilę  w  osłupieniu.  To,  że  komuś  tak

gadatliwemu zabrakło słów, nie zwiastowało nic dobrego.

background image

–  Ta  kobieta  wydawała  się  niezrównoważona…  Trudno  było  ją

zrozumieć. Miała taki dziwny, wysoki, dziki śmiech…

Głos  mi  się  urwał.  Czułem  się  jak  dziecko,  które  zrobiło  coś  nie

tylko niegrzecznego, ale na dodatek bardzo głupiego.

– Hmm. To bardzo niedobrze, Andrew. Oczywiście nie powinieneś

był  kontaktować  się  z  powódką.  Sądziłem,  że  ktoś  o  twojej

inteligencji…  –  Grossman  przerwał  i  zapadła  znacząca  cisza.  Nawet

nie próbowałem wyobrazić sobie jego miny.

– Chciałem tylko zadać kilka pytań – wytłumaczyłem się. – To była

krótka rozmowa i byłem bardzo uprzejmy. Powiedziała, że zabrałem

jakieś rzeczy z jej domu i że to się musi skończyć…

– Mam nadzieję, że jej nie groziłeś?

– Oczywiście, że nie. W życiu nie posunąłbym się do gróźb.

–  Udawajmy,  że  to  nie  miało  miejsca.  Może  tak  będzie  najlepiej.

Gdyby doszło do rozprawy – ale nie wpadaj w panikę, jestem pewien,

że  nie  dojdzie  –  wykaz  rozmów  telefonicznych  stanowiłby  materiał

dowodowy  i  nie  mógłbyś  się  tego  wyprzeć.  Ale  to  jest  tylko

przesłuchanie i nikt nie będzie zeznawał pod przysięgą. Zresztą ciebie

nawet tam nie będzie. Bądźmy dobrej myśli. Może w ogóle o tym nie

wspomni.

Ja jednak dalej tłumaczyłem się ze wstydem. Zależało mi na jego

dobrej opinii.

– Najgorsze, że sam od początku wiedziałem, że nie powinienem do

niej dzwonić. Ale chyba miałem nadzieję, że usłucha głosu rozsądku.

Że przekona się, że jestem miłym człowiekiem…

Nie  mogłem  się  zmusić,  by  powiedzieć  mu  prawdę:  że  chciałem

uniknąć wzywania pomocy prawnika. Boję się prawników.

– Andrew, powinieneś wiedzieć, że ktoś, kto cię pozywa, wcale nie

zamierza uważać cię za miłego człowieka i nie zdołasz go przekonać,

że  nie  jesteś  jego  wrogiem.  To  nie  było  mądre  posunięcie,  no,  ale

przynajmniej mi o tym powiedziałeś. Dziękuję ci za to. O ile tylko nie

groziłeś  jej  ani  nie  próbowałeś  przekonać,  żeby  wycofała  skargę,

a ona nie nagrała rozmowy, chyba nie stała się żadna szkoda.

Grossman zmienił ton. Teraz mówił rzeczowo, szorstko.

–  Skontaktuję  się  z  tobą  natychmiast  po  przesłuchaniu,  Andrew.

background image

Nie  musisz  do  mnie  dzwonić  w  międzyczasie.  W  ogóle  o  tym  nie

myśl. Zapewniam cię, że cała ta sprawa z C.W. Haider rozejdzie się po

kościach. Załatwimy ją.

background image

7

Pocałunek przed zabójstwem

– Andy, Julia czymś się trapi.

Irina mówiła z wahaniem. Z jej tonu wnosiłem, że strapienie naszej

najmłodszej córki miało coś wspólnego ze mną i że Irina niechętnie

rozpoczynała  rozmowę,  jakby  –  niedorzecznie  i  niesprawiedliwie  –

obawiała się mojej reakcji.

To  bardzo  irytujące,  kiedy  własna  rodzina  zachowuje  się

w stosunku do człowieka nieufnie. Zupełnie tego nie rozumiem.

– A czym? Co ją gryzie?

– Jakaś powieść, którą przeczytała, autorstwa kogoś o pseudonimie

Walet Wino czy jakoś tak. Jej zdaniem to ktoś, kogo znasz, jakiś twój

kolega  po  piórze.  Kimkolwiek  jest,  Julia  uważa,  że  wykorzystał

w swojej powieści coś, co przydarzyło się jej.

– Poczekaj, Irino. Nie nadążam. O czym ty mówisz?

Był  przeddzień  przesłuchania.  Niedziela  wieczór,  mniej  niż

dwanaście  godzin  do  posiedzenia  Sądu  Miejskiego  Hrabstwa  Hecate

o dziewiątej rano w poniedziałek.

Oczywiście  nie  powiedziałem  o  tym  Irinie.  Mojej  drogiej  żonie

należało oszczędzać silnych wstrząsów emocjonalnych.

Serce biło mi mocno. Poczucie winy, poczucie winy.

Bardzo trudno jest być porządnym rodzicem.

– Julia sama ci opowie, Andy. Ale dzwoniła do mnie, płakała. Ten

straszny Walet Wino…

– Kto?

– No ten autor kryminałów, który podpisuje się jako Walet Wino…

a może to było Walet Kier? Jakiś tam autor krwawych kryminałów,

koszmarny mizogin, do tego brutal, jak Mickey Spillane…

Jakby Irina kiedykolwiek przeczytała jakąkolwiek powieść Mickeya

Spillane’a!

W  mojej  kolekcji  pierwszych  wydań  amerykańskich  kryminałów

background image

było  kilka  książek  Spillane’a  z  lat  pięćdziesiątych,  wygrzebanych

w  antykwariatach;  byłem  jednak  pewien,  że  od  czasu,  kiedy

wprowadziliśmy  się  do  Mill  House  i  wymieniliśmy  regały,  nikt

z rodziny nawet do nich nie zajrzał.

– Julia mówi, że w tej powieści znalazła niemal dokładny opis tego,

jak  spadła  przez  tamtą  przegniłą  kładkę  dla  pieszych  w  Battlefield

Park i prawie się zabiła, tylko że tutaj dziecko naprawdę zginęło.

Nieprzyjemne  wspomnienie!  Wolałbym,  żeby  mi  o  tym  nie

przypominano.

Julia miała wtedy cztery lata. Była żywą, ciekawską dziewczynką.

Mieszkaliśmy  w  Highland  Park,  w  pobliżu  Nowego  Brunszwiku;

któregoś dnia zabrałem ją do Battlefield Park, kilka mil od domu, i ku

swemu  wstydowi  pogrążyłem  się  w  notatkach  do  sceny  w  nowej

powieści. Ona tymczasem powędrowała wzdłuż strumienia za jakimiś

gęsiami  i  wdrapała  się  na  nieużywaną  kładkę  dla  pieszych;  taki

maluch,  a  bez  kłopotu  prześlizgnęła  się  przez  ogrodzenie,  dumna

i szczęśliwa, że wymknęła się tacie, choć tata zakazał jej odchodzić –

z całą pewnością ostrzegał ją, żeby się nie oddalała. I nagle jej nóżka

przeleciała przez zbutwiałą deskę, kładka się zapadła, Julia wrzasnęła

i  spadła,  prawie  trzy  metry,  do  łożyska  strumienia.  Upadek

zamortyzowały rosnące w korycie krzaki, tak że wyszła z tego cało,

nie licząc zadrapań, siniaków i traumy.

–  Julia  mówi,  że  w  tej  książce  jest  scena,  która  wygląda  niemal

dokładnie jak jej wypadek, nawet rozgrywa się w miejscu o nazwie

Battle Park, co prawda nie w New Jersey, ale w stanie Nowy Jork.

– Zbieg okoliczności…

Mój głos był słaby i drżący.

Battle  Park!  Co  za  głupota,  wymyślić  taką  nazwę,  kiedy

w rzeczywistości nazywał się Battlefield Park.

–  Też  jej  tak  powiedziałam.  Ale  to  jednak  dziwne  i  niepokojące,

prawda?

– Chyba tak, skoro Julia bierze to tak do siebie. Czy ta dziewczynka

w powieści ją przypomina?

Co  za  dziwne  pytanie!  Na  szczęście  Irina  zdawała  się  tego  nie

zauważyć.

background image

– Mówiła, że w książce ta dziewczynka umiera; rozbija sobie głowę.

A ojciec, który zabrał ją do parku, to łajdak, który tak naprawdę jest

tylko jej ojczymem. Nienawidzi dzieci swojej żony i chce je pozabijać,

aranżując różne „wypadki”.

Niejasno  przypomniałem  sobie  akcję  Pocałunku  przed  zabójstwem.

Z  książkami  pisanymi  pod  pseudonimem  miałem  pewien  problem  –

tworząc je późną nocą, szybko i jakby w gorączce natchnienia, szybko

też  je  zapominałem  –  już  podczas  publikacji  nie  potrafiłem  sobie

przypomnieć ich fabuły, a co dopiero po upływie kilku lat.

– Julia mówiła, że powieść jest przemyślana, ale odpychająca. Nikt

w  ogóle  nie  podejrzewa  nikczemnego  ojczyma;  zawsze  zalewa  go

pozornie  szczere  poczucie  winy  i  wyrzuty  sumienia,  a  potem

kolejnemu dziecku przydarza się jakiś wypadek. Julia mówiła, że nie

była w stanie doczytać do finału, żeby zobaczyć, jak to wszystko się

skończy.

– No i dobrze! Niech wyrzuci tego Waleta Pik.

– Walet Pik? Tak się nazywa ten… ten pisarz?

Irina  zamrugała,  jakby  ktoś  zaświecił  jej  w  twarz  oślepiającym

światłem. Kocham żonę ze wszystkich sił, ale są chwile, kiedy nawet

jej słodycz – idiotyzm jej słodyczy – staje się bardzo irytująca.

– Tak, kochanie. Mówisz o nim od dziesięciu minut. I o tym, jak

Julia przejęła się jakąś jego powieścią.

– No tak. Bardzo się zdenerwowała. Ja też się denerwuję na myśl,

że  prywatny  i  bardzo  specyficzny  incydent  z  naszego  życia  został

wykorzystany przez kogoś obcego… Jeśli faktycznie tak właśnie było.

–  No  cóż,  kochanie…  to  bardzo  duże  jeśli!  Wątpię,  czy  możemy

pozwać tego Waleta Pik za naruszenie prywatności przy tak wątłych

dowodach.

– Nikt nie mówi o tym, żeby od razu go pozywać. Ale…

Ogarnęło  mnie  rozdrażnienie,  zniecierpliwienie.  Miałem  ochotę

powiedzieć, że w żaden sposób nie odpowiadam za najnowszy kryzys

Julii.

W  życiu  naszych  dzieci,  od  kiedy  weszły  w  okres  dojrzewania,

a potem w dorosłość, zbyt często dochodzi do jakichś kryzysów.

Telefon do domu, rozmowa z Iriną, najnowsza porażka, najnowsze

background image

rozczarowanie,  odwrócenie  się  fortuny  lub  jakaś  zdrada,  potrzeba

emocjonalnego wsparcia, potrzeba pieniędzy – znałem to wszystko na

wylot.

Mimo to jestem uosobieniem amerykańskiego ojca – kochany tatuś,

otwarte  ramiona,  serdeczny  uśmiech,  książeczka  czekowa

w gotowości.

Uśmiechnięty tatuś. Dupek.

Czy  nie  ostrzegałem  Julii,  żeby  nie  czytała  Waleta  Pik?  Czy  nie

ukryłem  tych  przeklętych  książek?  Oczywiście  nie  posłuchała

głupiego taty, tak jak nieraz nie słuchała go w przeszłości. Ona i jej

starsi bracia, kiedy jeszcze tu mieszkali.

Miałem ochotę powiedzieć Irinie, że Walet Pik wcale nie jest moim

znajomym,  a  nawet  gdyby  był,  nigdy  nie  opowiedziałbym  mu

o  wypadku  naszej  córki  w  Catamount  Park.  Zresztą  Julia  wcale

przecież nie umarła, prawda?

Czułem  się  bardzo  dziwnie.  Pot  na  twarzy,  pod  pachami,  pod

ubraniem. W moich palcach lampka wina – kwaskowego białego wina

z  lokalnej  winiarni,  której  właściciel  jest  wielkim  wielbicielem

Andrew J. Rusha – ale nie pamiętałem jej nalewania.

A może to Irina mi ją przyniosła. Żeby mnie rozluźnić, żebym się

tak nie przejmował.

Nagle przypomniałem sobie: nie Catamount Park, tylko Battlefield

Park.

A Julia nie umarła. Nie.

Irina  mówiła,  że  Julia  przyjedzie  wieczorem  na  kolację,  ale  tak

naprawdę  po  to,  żeby  porozmawiać  ze  mną  o  Pocałunku  przed

zabójstwem. Ona sama nie zamierzała brać udziału w rozmowie.

– To sprawa między wami. Wiesz, jak emocjonalna bywa Julia i jak

polega  na  twoich  radach.  Mam  nadzieję,  że  okażesz  jej  cierpliwość,

Andrew.

To  było  zbyt  wiele.  Sugestia,  że  mam  do  naszych  dzieci  mniej

cierpliwości niż ona, była lekko obraźliwa.

– Tato, to nie może być zbieg okoliczności! Nie uwierzę w to.

Julia  patrzyła  na  mnie  z  wyrazem  dziecięcej  urazy

background image

i  zniecierpliwienia.  Jakby  w  jakiś  sposób  –  tylko  skąd  ona  mogła

wiedzieć w jaki – wszystko to była wina taty.

Wyglądało na to, że choć w zeszłym tygodniu zapomniała zabrać

z  domu  Pocałunek  przed  zabójstwem,  zapamiętała  nietypowy

pseudonim i sama znalazła gdzieś egzemplarz.

Teraz mówiła jękliwie:

–  W  tej  powieści  ta  dziewczynka  ginie  od  upadku  w  łożysko

strumienia, rozbija sobie czaszkę. Ojczym ma wyrzuty sumienia, tak

jakby,  choć  przedtem  wyobrażał  sobie,  że  dziewczynka  może  spaść.

A potem następuje kolejny „wypadek” z udziałem jej brata – on też

ginie. W tym momencie przestałam czytać.

Z  uśmiechem  zacząłem  ją  pocieszać.  Julia  od  dziecka  była

nadmiernie poważna.

– Julio, to tylko fikcja. Fikcja stworzona przez fikcyjnego autora.

– Jak to fikcyjnego?

–  Mam  na  myśli,  że  ten  Walet  Pik  to  tylko  pseudonim,  jak  sama

wiesz.

– Mówiłeś, że go nie znasz. Tego autora.

– Bo go nie znam. To może być nawet kobieta.

Julia roześmiała się.

– O nie, tato. Walet Pik to facet; jakiś chory macho. Co do tego nie

mam wątpliwości.

Chory  macho.  Poczułem  ukłucie  winy,  ale  także  dumy,  że  tak

dobrze potrafiłem się zamaskować. Własna rodzina nie umiała mnie

rozpoznać!

Zapewniłem Julię, że przywiązuje do tego zbiegu okoliczności zbyt

dużą  wagę.  Najlepiej  niech  wyrzuci  tę  durną  książkę  i  zapomni

o sprawie.

–  Ale  czy  to  naprawdę  może  być  tylko  zbieg  okoliczności,  tato?

I nic więcej?

– Nic więcej.

– Ale to takie dziwne! Okropność.

– Fakt. Rzeczywiście okropne.

– I jesteś pewien, że ten Walet Pik to nikt, kogo znasz?

– Tak.

background image

– A orientujesz się, kto to może być?

–  Mówią,  że  to  ktoś,  kto  spędza  emeryturę  w  okolicy  Nowego

Jorku. Stosunkowo nowy i mało znany pisarz krwawych kryminałów

z grupą zażartych wielbicieli. Nie warto się nim przejmować, Julio.

– Od razu widać, że to łajdak.

–  Naprawdę?  Ja  jakoś  nigdy  nie  mogłem  przebrnąć  przez  jego

książki,  choć  wydawca  ciągle  przysyła  mi  je  do  recenzji.  Są  takie

wulgarne, brutalne… I zło nie zostaje dostatecznie ukarane. Jak filmy

akcji dla nastoletnich chłopców.

– O nie, tato, nie zgadzam się. Nie dla nastoletnich chłopców. To są

książki,  które  zmuszają  człowieka  do  myślenia,  tyle  że  nie  są  to

przyjemne myśli.

Była to bardzo wnikliwa i zdumiewająca w ustach Julii uwaga, lecz

nie chciałem jej dać wiary.

Julia nie poddawała się.

–  Moim  zdaniem,  tato,  ten  pisarz  to  ktoś,  kto  zna  ciebie  i  naszą

rodzinę. A ta scena w Pocałunku przed zabójstwem zainspirowana była

moim wypadkiem. Po prostu czuję się strasznie dziwnie.

–  Julio,  wielu  ludziom  wydaje  się,  że  zostali  opisani  w  jakiejś

książce. To jak odbicie w lustrze. Wydaje ci się, że to ty, choć wcale

tak nie jest.

Miałem  wrażenie,  że  mój  uśmiech  jest  krzywy  jak  korkociąg,

wkręca mi się w twarz.

– Tato, daj spokój! Gdybyś stanął przed lustrem i zobaczył w nim

odbicie, to naprawdę byłbyś ty.

Roześmiała się. Ale co w tym było śmiesznego?

Miałem  tylko  nikłe  wspomnienie  Pocałunku  przed  zabójstwem.

Nawet  nie  wiem,  jak  się  kończył.  Miałem  ochotę  protestować:

W prawdziwym życiu jestem twoim kochającym ojcem. A ty przecież

nie zginęłaś.

background image

8

„Żądam sprawiedliwości”

Następnego  dnia,  w  poniedziałek,  mimo  wszystko  nie  potrafiłem

trzymać się z dala od przesłuchania.

Wiem,  obiecałem  Grossmanowi.  Wyraźnie  radził  mi,  i  to  nie  raz,

żebym trzymał się z daleka. Ale nie mogłem.

Za bardzo się przejmowałem, żeby siedzieć w domu. Ogarnęła mnie

paniczna  myśl,  że  Grossman  źle  odczytał  wezwanie  i  że  obecność

„Andwera J. Rasha” była jednak wymagana na sali sądowej pod karą

aresztowania za lekceważenie sądu.

Częściowo kierowała mną też obsesyjna ciekawość w stosunku do

C.W.  Haider.  Nikt  jeszcze  nigdy  mnie  nie  pozwał,  co  dopiero  pod

zarzutem  kradzieży  i  plagiatu.  Większość  poprzedniej  nocy

przeleżałem, oczekując w przygnębieniu na przesłuchanie. Musiałem

zobaczyć swojego wroga.

Sąd Hrabstwa Hecate mieści się w pięknym budynku z piaskowca,

z  prawie  całkowicie  zachowaną  osiemnastowieczną  fasadą,  ale

wnętrza  są  odnowione.  Przypomina  stary  kościół  osadzony  na

prostokątnym  trawniku,  który  mógłby  być  cmentarzem.  Wnętrze

przywodzi  na  myśl  gustownie  urządzony  prywatny  klub  albo

historyczny  pensjonat  z  mahoniową  boazerią,  białymi  sufitami,

ciemnymi  płytkami  podłogowymi  i  wnękowym  oświetleniem.

W przeciwieństwie do szorstkiej na ogół, hałaśliwej atmosfery dużego

miejskiego sądu tutaj panuje klimat wyciszenia i elegancji.

Przesłuchania i sprawy sądowe są publiczne, więc nie musiałem się

legitymować  przy  kontroli  bezpieczeństwa.  Kolejka  poruszała  się

płynnie  i  bez  pośpiechu.  Ku  mojej  wielkiej  uldze  nikt  mnie  nie

rozpoznał.

Sala,  w  której  odbywało  się  przesłuchanie,  miała  układ

niewielkiego  amfiteatru,  jak  w  salach  do  symulowania  rozpraw  na

uczelniach  prawniczych.  Było  tam  zaledwie  sześć  rzędów  siedzeń,

background image

w  których  (jak  wyliczyłem)  zmieściłyby  się  łącznie  najwyżej

siedemdziesiąt dwie osoby. Kiedy wszedł sędzia Carson i rozpoczęło

się przesłuchanie, pomieszczenie wypełnione było zaledwie w jednej

czwartej.  Pierwszy  rząd  zajmowały  osoby  wezwane  do  sądu  i  ich

obrońcy;  w  miarę  jak  rozprawiano  się  z  kolejnymi  sprawami,

poszczególne osoby wychodziły, a na ich miejsce pojawiały się nowe.

W  sali  panowała  oficjalna  atmosfera,  ale  nieustannie  kręcili  się  po

niej  ludzie.  Ci,  którzy  –  jak  ja  –  zajęli  miejsca  dla  obserwatorów

w ostatnim rzędzie, mieli doskonały widok na całe pomieszczenie.

Starając  się  nie  ściągać  na  siebie  uwagi  ani  podejrzeń,  celowo

unikałem  rozglądania  się  po  innych  osobach  zajmujących  mój  rząd

i  w  miarę  możliwości  zasłaniałem  twarz.  Nie  tylko  to,  ale  na

podobieństwo niektórych postaci stworzonych przez Waleta Pik, które

nigdy  nie  pokazywały  się  publicznie  bez  choćby  minimalnego

przebrania,  włożyłem  okulary  korekcyjne  w  ciężkich  czarnych

oprawkach, nieznacznie zniekształcające rysy, oraz wyciągnięty z kąta

szafy  sportowy  płaszcz  z  beżowej  serży,  nienoszony  od  jakichś

dwudziestu  lat.  Drżałem  na  myśl,  że  na  tym  nieszczęsnym

przesłuchaniu pojawią się lokalne media, a Andrew J. Rush zostanie

uznany za złodzieja i plagiatora albo i gorzej. Sprawa Haider kontra

Rush była trzecia na wokandzie. Podczas pierwszej i drugiej zdołałem

się  zorientować,  kto  z  obecnych  był  Elliotem  Grossmanem  –

nowojorskim  (to  jest  żydowskim)  prawnikiem,  który  mógłby

rozpoznać mnie ze zdjęć, gdyby rozejrzał się dokoła, czego jednak nie

uczynił.  Miałem  też  czas  przyjrzeć  się  charakterystycznie

wyglądającej  kobiecie  siedzącej  samotnie  w  pierwszym  rzędzie,  tuż

pod stanowiskiem sędziego.

Bez wątpienia była to C.W. Haider, powódka. Na pierwszy rzut oka

łudząco  przypominała  białowłosą  Ayn  Rand  z  jej  męskimi  rysami,

mocną  szczęką,  arystokratycznym  wyglądem  i  obrażoną  miną.

Wyglądała na sześćdziesiąt pięć do siedemdziesięciu lat i miała białe

faliste  włosy,  ledwo  spłaszczone  kasztanowym  beretem,  oraz

wyglądające  na  drogie,  choć  niedopasowane  ubrania,  które  dawno

wyszły  z  mody:  szary  dwurzędowy  żakiet  w  prążki  z  dużymi

kościanymi guzikami i watowanymi ramionami, które przydawały jej

background image

posturze masywności, skórzane buty o ściętych noskach. Zajęła jedną

trzecią pierwszego rzędu, jakby celowo, żeby zniechęcić innych.

Z profilu przypominała drapieżnego ptaka. Gdyby rozejrzała się po

sali, skurczyłbym się jak winowajca.

Podczas  pierwszej  sprawy  nawet  nie  starała  się  ukryć

zniecierpliwienia.  Głośno  wciągała  powietrze  i  mruczała  do  siebie,

wiercąc  się  na  miejscu  i  grzebiąc  w  swoich  rzeczach:

nieproporcjonalnie  dużej  torebce  ze  skóry  jakiegoś  gada,  jeszcze

większej torbie na ramię uszytej z kawałków metalicznego materiału,

stercie  teczek  i  ponadmetrowej  długości  tekturowym  pudle  na

dokumenty. Jej zachowanie graniczyło ze złymi manierami i ściągało

poirytowane  spojrzenia  sędziego  Carsona;  było  też  jasne,  że  woźny

i  inni  pracownicy  sądu  znali  panią  Haider,  choć  ona  wyniośle  nie

chciała zniżyć się do uznania znajomości z nimi.

Grossman  powiedział  mi  przez  telefon,  że  o  ile  się  zorientował,

pani  Haider  nie  miała  prawnika  –  „Pewnie  nikt  nie  chciał  się

angażować  w  tak  nonsensowny  pozew”  –  i  sama  będzie  się

reprezentować,  czym  na  pewno  jeszcze  bardziej  zirytuje  sędziego,

którym  był  Owen  Carson,  pracujący  w  sądzie  Hrabstwa  Hecate  od

wielu lat.

(Z  początku  nie  uzmysłowiłem  sobie  nawet,  że  mamy  ze  sobą

cokolwiek  wspólnego,  ale  okazało  się,  że  łączy  nas  swego  rodzaju

znajomość:  nasze  żony  zaprzyjaźniły  się  podczas  pracy  w  komitecie

gali  charytatywnej  na  rzecz  lokalnej  biblioteki;  niejeden  raz

potrząsnęliśmy  sobie  dłonie;  niejasno  pamiętałem  miłą  uwagę  Iriny,

a  może  była  to  pani  Carson  –  „Owen  to  pana  wielbiciel.  Uwielbia

kryminały, choć zapomina wszystko natychmiast po przeczytaniu!”).

Zanim  o  dziesiątej  pięćdziesiąt  osiem  ogłoszono  wreszcie  sprawę

Haider kontra Rush, pani Haider aż chodziła z powściąganej frustracji

i  gniewu.  Zerwała  się  z  podnieceniem  (była  zdumiewająco  niska,

przysadzista  i  kompaktowa,  a  watowane  ramiona  i  nudne  szare

spodnie od kompletu nie poprawiały efektu) i przedstawiła sędziemu

jako  powódka  –  powódka  –  jako  ta,  którą  „od  lat  okradano”,  której

dzieła  „plagiatowano”.  Powiedziała  to  wszystko  naburmuszonym,

nosowym,  dziecinnym  głosem,  który  natychmiast  rozpoznałem

background image

z naszej rozmowy telefonicznej.

Było jasne, że sędzia Carson dobrze ją znał. Kiedy spytał – ostrożnie

i  uprzejmie  –  czy  nie  reprezentuje  jej  żaden  prawnik,  pani  Haider

odparła porywczym wybuchem:

– Proszę pana, nie mam prawnika, bo nie chcę ani nie potrzebuję

prawnika  i  nikt  nie  będzie  przemawiać  w  moim  imieniu.  Tak  jak

poprzednio, i tym razem mam po swojej stronie sprawiedliwość. Sam

pan zobaczy.

Po  sali  przeszedł  szmer  zaskoczenia,  rozbawienia.  Atmosfera

ożywiła  się,  jakby  ktoś  pogłośnił  telewizor.  Sędzia  Carson  spokojnie

i uprzejmie upomniał białowłosą kobietę, że powinna zwracać się do

niego nie „proszę pana”, tylko „wysoki sądzie”. Ona jednak odparła

zrzędliwie:

– Na „wysoki” to trzeba sobie zasłużyć, proszę pana. Zobaczymy,

czy pana sąd zasługuje.

Od  razu  było  widać  –  przynajmniej  ja  widziałem  –  że  toczyła

przegraną walkę i sama też była przegrana; zrzędliwa starucha, której

pro forma pozwalano korzystać z prawa do składania skarg na innych

obywateli, lecz zniecierpliwiony sędzia jak najszybciej je zbywał.

Nie umknęło mej uwagi ostatnie zdanie: „Tak jak poprzednio, i tym

razem”. Haider procesowała się już w tej sali.

Natychmiast  poczułem  ulgę.  C.W.  Haider  to  wariatka,  tak  jak

myślałem. Nie wygra ze mną.

Jednak 

nawet 

Grossmanowi, 

wielkiemu 

prawnikowi

reprezentującemu  światowej  rangi  wydawnictwo,  nie  poszło  z  nią

gładko – Haider ciągle wchodziła mu w słowo, nie dając dokończyć

ani  jednego  zdania;  sędzia  Carson  musiał  kilka  razy  posłużyć  się

młotkiem, z miną telewizyjnego sędziego próbującego zapanować nad

komicznie  rozszalałą  salą.  Widzowie,  którzy  podczas  poprzednich

przesłuchań  na  wpół  drzemali,  teraz  obudzili  się  i  obserwowali

wszystko z wielkim rozbawieniem.

Wzburzona pani Haider wydawała się nie mieć pojęcia o dobrym

wychowaniu  w  normalnym  czy  też  konwencjonalnym  sensie.  Nie

wiedziała – albo nie obchodziło jej – jak nieprzyjemny był jej głos, jak

irytujący  i  nieznośny  jej  pozór  wyższości,  jak  sabotowała  własną

background image

sprawę,  odmawiając  podporządkowania  się  sądowej  procedurze.

Nawet kiedy zniecierpliwiony sędzia Carson starał się przywołać ją do

porządku,  nadal  mówiła  głośno,  jakby  liczyło  się  tylko  to,  by  ją

usłyszano,  jakby  odwoływała  się  do  sprawiedliwości  większej  niż  ta

rządząca w Sądzie Hrabstwa Hecate.

–  Proszę  pana…  to  jest,  wysoki  sądzie…  przychodzę  tu  jako

obywatelka  szukająca  odszkodowania  i  ochrony  przed  dalszą

kradzieżą,  plagiatem  oraz  pogwałceniem  prywatności  przez  tego

łajdaka Andrew J. Rusha, który nie ma nawet odwagi, by stanąć tu ze

mną twarzą w twarz, tylko chowa się za plecami prawnika. Dowiodę

swojej racji przeciwko niemu i żądam sprawiedliwości.

Trzeba przyznać sędziemu Carsonowi, że pozwolił jej przedstawić

wstępne  zarzuty,  zamiast  od  ręki  odrzucić  sprawę,  jak  mógłby

postąpić ktoś mniej uprzejmy. Z pobłażliwością nieco młodszej osoby

wobec  starszej  (Carson  miał  pod  sześćdziesiątkę,  lśniącą  łysą  głowę

i łagodne krótkowzroczne oczy) pozwolił rozognionej powódce dojść

do  głosu  i  zaprezentować  zestaw  „dowodów”,  które  ze  sobą

przyniosła: pożółkłe maszynopisy, tuzin ogromnych dzienników, kilka

egzemplarzy  moich  książek  z  zaznaczonymi  na  czerwono

fragmentami  (widząc  z  oddali  obwoluty  i  rozpoznając  własne

powieści, zanim jeszcze Haider zdążyła je zidentyfikować, przeżyłem

szok; jakby ktoś zdecydowany mnie zniszczyć zaprezentował w sądzie

część mojego prywatnego życia). Swoje maszynopisy określiła Haider

mianem  „jeszcze  niewydanych”  opowiadań  i  rozdziałów  z  powieści,

nad którymi „właśnie pracuje”; dzienniki również były jej autorstwa,

sięgały  aż  do  roku  1965,  kiedy  miała  osiemnaście  lat.  Powieści

w twardych okładkach natomiast istotnie były pióra Andrew J. Rusha,

z licznymi podkreśleniami w miejscach, które zdaniem Haider zostały

jej ukradzione.

Haider  teatralnym,  piskliwym  głosem  odczytywała  fragmenty

swoich pism, a potem książek Rusha.

– Widzi pan? To kradzież, to plagiat. Ten łajdak kradnie nie tylko

moje słowa, on kradnie moje życie.

Te  oskarżenia  ciągnęły  się  przez  jakiś  czas.  Okropnie  byłoby

wysłuchiwać  ich,  siedząc  po  stronie  obrony  razem  z  Elliotem

background image

Grossmanem!  Do  oczu  napłynęły  mi  łzy  upokorzenia.  Słyszałem

audiobooki, w których moje książki czytali profesjonaliści, ale nigdy

jeszcze nie zdarzyło mi się słuchać ich czytanych w tak oskarżycielski

i  pogardliwy  sposób;  drobiazgowo  konstruowane  frazy,  inteligentne

porównania,  oryginalne  słownictwo  („anachoretyczny”,  „okwitły”)

wybierane  ze  zużytego  Tezaurusa  pisarskiego,  teraz  wydawały  się

żałosne,  świadomie  napuszone.  Nie  dość,  że  Haider  oskarżała  mnie

o  plagiat  jej  prozy,  to  sama  proza,  odtwarzana  przed  rozbawioną

widownią w sali sądowej, była boleśnie zła.

Piskliwy głos Haider wzniósł się jeszcze wyżej:

–  Tak  więc,  ponieważ  te  splądrowane  utwory  C.W.  Haider  nie

zostały jeszcze opublikowane, jest oczywiste, że ten łajdak włamał się

do  mojego  domu,  to  znaczy  do  domu  mego  świętej  pamięci  ojca,

Waltera  Haidera,  przy  Tumbrel  Place  88,  i  ukradł  je  za  pomocą

jakiegoś urządzenia fotografującego…

Po sali przebiegł szmer śmiechu. Co za koszmar!

Grossman  miał  rację,  przyjście  tu  było  okropnym  błędem.

Pomyślałem sobie: „To Walet Pik mnie tu sprowadził”. W przyszłości

nie mogę ulegać jego impulsywnym, anarchistycznym podszeptom.

W  końcu  sędzia  Carson  wszedł  jej  w  słowo  z  uwagą,  że  już

kilkakrotnie powtórzyła te same zarzuty. Zwrócił się do Grossmana,

aby na nie odpowiedział – „byle zwięźle, proszę”.

Grossman  stwierdził,  że  sprawa  jest  prima  facie  absurdalna  –

oskarżony  Andrew  J.  Rush  to  „poważany  i  od  dawna  cieszący  się

uznaniem  mistrz  powieści  kryminalnej”,  który  publikować  zaczął

jeszcze  w  późnych  latach  osiemdziesiątych;  autor  dwudziestu  ośmiu

„bestsellerowych  kryminałów”  tłumaczonych  na  tyle  samo,  jeśli  nie

więcej  języków;  Rush  jest  ponadto  obywatelem  słynącym

z zaangażowania w działalność społeczną i dobroczynną. Jeśli nawet

w  jego  książkach  pojawiły  się  pozorne  „paralele”  i  „echa”

przytoczonych  przed  sądem  pism  powódki,  to  nie  ma  żadnego

dowodu,  że  pisma  te  poprzedzały  pisma  pozwanego,  ponieważ

powódka nie wydała swoich utworów i nie mogła udowodnić daty ich

powstania.  „Kradzieży  prywatnego  życia”  zaś  w  ogóle  nie  da  się

dowieść,  ponieważ  nic  w  dziełach  Rusha  nie  da  się  w  sposób

background image

ewidentny,  oczywisty  i  dosłowny  odnieść  do  życia  osobistego

powódki;  nawet  jeśli  pojawiły  się  w  nich  jakieś  przypadkowe

podobieństwa,  to  były  one  właśnie  tym  i  niczym  więcej  –

„przypadkiem”. Podsumowując, Grossman wnosił o oddalenie sprawy.

Haider  z  wściekłością  zaprotestowała,  że  przecież  dzienniki  były

datowane – przez nią samą, a w razie jakichkolwiek wątpliwości ich

wiek  można  potwierdzić  laboratoryjnie.  Grossman  zareplikował,  że

daty w dziennikach napisane zostały jej własną ręką, a dopóki wiek

manuskryptów  nie  zostanie  precyzyjnie  określony  przez  uznane

laboratorium,  powódka  nie  ma  nawet  cienia  podstawy  do  pozwu.

I  ponownie  wniósł  o  oddalenie  skargi  jako  zawracania  głowy,

niewartego czasu sądu.

Haider zaczynała się coraz bardziej gorączkować. Beret zsunął jej

się  z  włosów,  a  głos  powoli  tracił  ton  wyższości.  Sędzia  Carson,

którego  dobrą  wolę  przyjmowała  za  pewnik  jako  coś,  co  jej  się

należało,  nie  był  już  tak  pobłażliwy,  przerywał  jej  młotkiem

i  ustawicznie  wchodził  w  słowo,  żądając,  by  pozwoliła  mówić

Grossmanowi.  Ona  jednak  zdawała  się  niezdolna  zapanować  nad

sobą, jakby opętał ją jakiś demon.

–  Nie!  Nie,  nie!  To  są  moje  pisma,  proszę  pana!  Ja  też  jestem

pisarką, piszę prozę i poezję! On włamywał się do mojego domu przez

lata! To są moje bezcenne wspomnienia, wysoki sądzie, to wszystko

przydarzyło  się  mnie!  Ten  plagiator  odebrał  mi  moje  cenne

wspomnienia,  wszystko,  co  mi  się  przydarzyło,  i  mojej  rodzinie,

i przekręca je w swojej fikcji, tak że to wcale nie wydarzyło się w ten

sposób, ale jest nikczemnym KŁAMSTWEM.

Grossman  jeszcze  raz  zażądał  oddalenia  „tej  zupełnie

bezpodstawnej, konfabulacyjnej i oszczerczej” sprawy i sędzia Carson

jednym uderzeniem młotka zasądził na jego korzyść. Do tej pory ze

wzburzenia  zrobił  się  już  czerwony  na  twarzy,  Haider  zaś  ogarnęło

takie  podniecenie  i  szał,  że  woźny  sądowy  i  zastępca  szeryfa

pospieszyli, by wyprowadzić ją z sali.

– Pani Haider, proszę spokojnie opuścić salę. Natychmiast.

–  Proszę  pana,  jestem  tu  po  to,  by  mnie  wysłuchano.  Żądam

sprawiedliwości. Nie odejdę stąd, póki nie stanie jej się zadość.

background image

Jakimś  sposobem  woźny  (przysadzisty  mężczyzna  w  średnim

wieku)  znalazł  się  na  podłodze,  a  Haider  (czy  to  możliwe,  czy  też

wyobraziłem  to  sobie  w  zamieszaniu?)  kopała  go  butami  o  tępych

noskach,  jak  kopie  się  uparcie  przyblokowane  drzwi,  żeby  je

otworzyć.

Odpychała próbujące ją powstrzymać dłonie, których były już trzy

pary.  Krzyczała  i  szarpała  się.  Pożółkłe  maszynopisy  spadły  na

podłogę,  kartonowe  pudło  przewróciło  się  i  wszystko  –  papiery,

dokumenty  i  dzienniki  –  wysypało  się  z  nich  kaskadą.  Książki

Andrew  J.  Rusha  w  twardych  okładkach  walały  się  pod  nogami.

Wyglądało to tak, jakby Haider dostała jakiegoś ataku epilepsji; kilku

umundurowanych  policjantów  usiłowało  nad  nią  zapanować.  Czy

tylko  mi  się  wydawało,  czy  jej  oczy  naprawdę  umknęły  w  głąb

czaszki,  a  otwarte  usta  były  mokre  od  śliny,  jakby  pokryte  pianą

szaleństwa…? Sędzia Carson głośno oświadczył zamknięcie porannej

sesji  sądu  i  pospiesznie  opuścił  salę  bocznym  wyjściem.  Biedak!

Widziałem najprawdziwsze przerażenie w jego twarzy. Sędzia małego

prowincjonalnego  sądu  na  pewno  nie  jest  przyzwyczajony  do

brutalnej fizycznej rzeczywistości – ma do czynienia tylko ze słowami.

Tu  jednak  słowa  niespodziewanie  wybuchły  brutalną  fizyczną

rzeczywistością.

Polecono nam opuścić salę. Wraz z innymi wyszedłem na korytarz,

podczas gdy białowłosa kobieta krzyczała i łkała z przodu sali, wciąż

szarpiąc się z policjantami:

– Sprawiedliwość! Żądam sprawiedliwości!

Rzadko  ma  się  okazję  usłyszeć  głos  szaleństwa.  Prawdziwy,

rozdzierający serce głos czyjegoś szaleństwa.

Widzisz? Wróg pokonany.

Jeśli potrzebna będzie dalsza kara, zostanie ona wymierzona.

background image

9

Zwycięzca

Grossman grzmiał triumfalnie przez telefon:

– Całkowite zwycięstwo, Andrew! Może i powinieneś był tam być,

wspaniałe przedstawienie.

– Doprawdy? – Udało mi się przybrać ton zaskoczenia i pewnego

niepokoju.

– Mam na myśli, że powódka nieźle się popisała! Biedna kobieta,

zupełnie  szurnięta,  tak  jak  myśleliśmy.  –  Grossman  roześmiał  się

radośnie.

Jechałem  właśnie  do  domu,  kiedy  zadzwonił  do  mnie  z  dobrymi

wieściami. Widząc jego imię na wyświetlaczu komórki, obawiałem się

odebrać  w  dziecinnej  obawie,  że  (choć  byłem  przecież  na  miejscu)

sprawa potoczyła się niekorzystnie.

Cały  ten  epizod  w  sali  sądowej  wydawał  się  nierealny  jak  sen.

W  białowłosej  C.W.  Haider,  która  została  nie  tylko  pokonana,  ale

i  publicznie  upokorzona,  było  coś  koszmarnego.  Słyszałem  krzyki

i łkanie biedaczki, jej żądania sprawiedliwości.

Ale pomyślałem: Przecież za nic nie ponoszę tu winy. Sama ściągnęła

na siebie tę klęskę.

–  Sędzia  oddalił  sprawę,  tak  jak  się  spodziewałem.  Pozwolił  jej

przedstawić  te  jej  śmieszne  argumenty;  dał  jej  mnóstwo  sznura,  na

którym sama się powiesiła. Tak jak myślałem, ta cała C.W. Haider to

jakaś miejscowa wariatka. Chyba zależy jej nie tyle na pieniądzach,

ile na publicznych przeprosinach z twojej strony, i czymś, co nazywa

odszkodowaniem. Widać, że pochodzi z jakiejś dobrze znanej lokalnej

rodziny i ma pieniądze, to znaczy dostała je w spadku. Uśmiałbyś się,

Andrew,  twierdziła,  że  ty,  bestsellerowy  pisarz,  włamałeś  się  do  jej

domu  i  ukradłeś  jej  pisma  –  dosłownie!  Że  ukradłeś  pomysły

i fragmenty z jej rękopisów i dzienników; przyniosła ze sobą tysiące

zapisanych stron. Chryste! Oczywiście nie miała żadnych dowodów,

background image

jakby sądziła, że ludzie uwierzą jej na słowo. A jak się zwracała do

sędziego, jakby była co najmniej z rodziny królewskiej! Jej głównym

argumentem  było  to,  że  część  jej  rękopisów  powstała  przed  twoimi

powieściami – które rzekomo zostały napisane na ich podstawie – tyle

że nie było sposobu, by określić czas ich powstania, nawet gdyby ktoś

potraktował ją poważnie. Oczywiście jest pisarką, tylko nigdy nic nie

opublikowała,  z  wyjątkiem  kilku  tekstów  wydanych  własnym

sumptem. Od dziesiątków lat pracuje nad jakąś powieścią. Twierdziła

też, że ukradłeś wydarzenia z jej życia i albo opisywałeś je dosłownie,

albo przekręcałeś tak, że stały się nikczemnym kłamstwem.

Grossman  roześmiał  się  serdecznie.  Przez  szum  w  uszach

dochodziła do mnie tylko część tego, co mówił, ale zarejestrowałem

powtarzane słowa: „szurnięta”, „żałosne”, „szalona”, „oddalono”.

– No więc sprawa zasadniczo skończona, Andrew. Nie masz już nic

do  zrobienia,  możesz  zapomnieć  o  C.W.  Haider.  A  ja  złożę  podanie

o nakaz, żeby więcej cię nie dręczyła, i zażądam, żeby pokryła koszty

rozprawy  i  reprezentacji  prawnej.  Co  prawda  nie  ty  płacisz  moje

honorarium, wydawnictwo płaci mi stałe wynagrodzenie, ale zawsze

dobrze  pozywać  takich  ludzi  o  wszystko,  co  się  da,  żeby  zniechęcić

ich  do  procesowania  się.  Pomyśl  tylko,  co  by  było,  gdyby  sprawa

trafiła przed ławę przysięgłych i jakiś paranoik by się z nią zgodził;

mogłoby  się  źle  skończyć.  –  Grossman  zaczynał  się  nakręcać.

Musiałem zjechać na pobocze, żeby wsłuchać się w jego słowa.

Budynek sądu opuściłem w oszołomieniu, unikając ludzi i licząc na

to,  że  nikt  mnie  nie  rozpoznał.  Słuchanie,  jak  ktoś  odczytuje  moje

książki  tym  głośnym,  szyderczym  głosem,  było  strasznym

doświadczeniem.  Szczególnie  starałem  się  unikać  Grossmana,  który

stał  jeszcze  na  schodach  wejściowych  i  żywo  dyskutował  z  innymi

prawnikami  –  przedsiębiorczy  osobnik  o  bardzo  nowojorskim

sposobie  bycia,  podniecony  zwycięstwem  i  zawiedziony

rozczarowującym  finałem.  Przyjechał  do  Harbourton  z  centrum

Manhattanu  limuzyną,  a  pracę  skończył  przed  drugą  po  południu,

wciąż nabuzowany adrenaliną.

Zanim  wyjechałem  z  sądowego  parkingu,  usłyszałem  syreny;

widziałem też podjeżdżającą do wejścia karetkę. Na chodniku zebrał

background image

się niewielki tłum, który rozstąpił się akurat na tyle, by pracownicy

medyczni mogli się przecisnąć.

Szybko  odwróciłem  wzrok.  Nie  chciałem  widzieć  białowłosej

kobiety nawet kątem oka.

Ale jeśli ci się poszczęści, ona umrze.

Umrze, a ty nigdy nie zostaniesz publicznie upokorzony.

Grossman znowu przechwalał się okrutnym, radosnym głosem, jak

dobrze  wszystko  się  ułożyło,  dokładnie  tak,  jak  się  spodziewał.  Czy

oczekiwał pochwał? Kolejnych podziękowań?

– Będziesz miał temat do kolejnego kryminału, co, Andrew?

To było obraźliwe. Jakbym nie miał o czym pisać!

Podziękowałem  mu  przez  mgiełkę  migreny.  Pochwaliłem  go

i  zapewniłem,  że  przekażę  wydawcy,  jak  wspaniale  sobie  poradził,

ale…

– Wydaje mi się, że powinniśmy dać jej spokój. Skończmy już z tą

pożałowania godną sprawą.

– Dać jej spokój? Co chcesz przez to powiedzieć? Nie rozumiem.

– Nie chcę pozywać jej o… cokolwiek mówiłeś: honorarium, koszty

sądowe. Po prostu dajmy sobie spokój.

–  Andrew,  ona  przegrała  sprawę  i  powinna  ponieść  koszty.

Powinna  zapłacić  za  ten  bezczelny  pozew.  Dlaczego  twój  wydawca

ma wykładać na to pieniądze?

–  Ja  zapłacę.  Zapłacę  twoje  honorarium  i  wszystkie  koszty,

ilekolwiek by wynosiły. Prześlij mi rachunek i już.

– Nie bądź śmieszny. Ty jesteś poszkodowanym. Moje honorarium

pokrywa  wydawnictwo.  I  dobrze  mi  płacą.  Ale  Haider  przegrała

i  powinna  zapłacić.  Opłaty  służą  jako  czynnik  zniechęcający  do

dalszych  bezpodstawnych  pozwów.  Inaczej  byle  idiota  pozywałby

każdego innego idiotę i sądy pękałyby w szwach. Przecież ta kobieta

pochodzi z zamożnej rodziny.

Uparłem  się  jednak,  że  nie  chcę  jeszcze  bardziej  upokarzać

C.W.  Haider.  W  końcu  trafiła  do  szpitala,  prawda?  Dostała  jakiegoś

ataku w sali sądowej i musieli wezwać do niej karetkę…

– Andrew, skąd o tym wiesz?

– Sam mi mówiłeś.

background image

– Naprawdę? Nie przypominam sobie.

Pot  zaczął  mi  spływać  po  czole  i  ciele.  W  głowie  poczułem

pulsujący  ból.  Nie  mogłem  sobie  przypomnieć,  czy  Grossman

cokolwiek o tym wszystkim wspominał.

–  Tak,  mówiłeś  przecież…  powiedziałeś,  że  Haider  dostała  ataku

i wezwano ambulans. Powiedziałeś mi to ledwie kilka minut temu.

– Doprawdy? – Grossman wydawał się szczerze zdumiony.

Szybko wydusiłem, że muszę się rozłączyć, bo nie mogę rozmawiać

przez telefon podczas jazdy. Pogadamy innym razem.

Upłynęło kilka minut, zanim zdołałem zebrać siły i myśli na tyle,

by dojechać do Mill Brook House.

Wszedłem do domu, w którym panowała cisza. Nie zwróciłem uwagi,

czy na podjeździe stoi samochód Iriny. Wyglądało na to, że nikogo nie

ma.

Nawet sprzątaczki. Nikogo.

Cisza oblewała mnie falami.

Wszyscy nie żyją, a ty jesteś wolny.

I za nic nie ponosisz winy.

background image

10

„Jak baranek bez skazy”

A potem zaczęło się czekanie.

„Tygodnik Harbourton” wychodził w środy.

Szykowałem  się  na  miażdżący  nagłówek:  „Lokalny  pisarz  Rush

pozwany za kradzież i plagiat”.

W  lokalnej  telewizji  i  radiu  nie  ukazały  się  żadne  informacje

o poniedziałkowych wydarzeniach. Żaden reporter nie usiłował się ze

mną skontaktować. Nawet Irina wydawała się nieświadoma faktu, że

w moim życiu miał miejsce jakiś incydent, a ja oczywiście o niczym

jej nie powiedziałem.

Kiedy  w  końcu  „Tygodnik”  pojawił  się  w  naszej  skrzynce

pocztowej,  pospiesznie  go  otworzyłem,  ale  na  pierwszej  stronie  nie

było  ani  mojego  nazwiska,  ani  żadnego  zdjęcia.  Nic  o  Rushu,  nic

o Haider.

Ruszyłem z powrotem do domu. Drżały mi ręce, w oczach miałem

wilgoć.

Nagle przystanąłem i bez tchu przekartkowałem gazetę do strony

szóstej, do kolumny z informacjami o rozprawach sądowych, a potem

nawet do kolumny policyjnej – nic.

W całej gazecie nie było ani słowa.

Poczułem,  jak  z  serca  spada  mi  ciężar.  Roześmiałem  się

z  wdzięcznością.  Ogarnęła  mnie  euforia,  jakbym  uniknął  kary,  choć

nie potrafiłbym powiedzieć dlaczego.

background image

II

background image

11

Zbrodnia idealna

A teraz nadszedł czas.

By Andrew J. Rush popełnił idealną zbrodnię.

Obudziłem się w środku nocy z bijącym sercem. Bolała mnie szczęka,

jakbym zgrzytał zębami.

Która  to  godzina?  Nie  byłem  w  stanie  odczytać  cyfr  na  zegarku

obok łóżka.

Czas przed świtem, który nie jest jeszcze przedświtem. Nazywają to

„godziną  wilka”,  kiedy  ciężko  chorzy  są  najbardziej  podatni  na

śmierć.

Nie widzisz? Tuż przed tobą?

Twój nieprzyjaciel – bezradny.

Twój nieprzyjaciel – czeka.

Po  drugiej  stronie  łóżka  spała  Irina.  Kiedy  przeprowadziliśmy  się

do Mill Brook House, kupiliśmy królewskie łoże, wielkie jak boisko,

na którym dwie żyjące, emanujące ciepłem istoty mogą przeleżeć całą

noc, nawet się wzajemnie nie zauważając.

Choć czasem Irina odzywa się do mnie:

– Andrew? Wszystko w porządku?

Albo:

– Andrew? Śniło ci się coś złego?

Albo:

– Andrew! Znowu zgrzytasz zębami.

Tym razem najwyraźniej spała. Coś obudziło mnie w samym środku

snu  tak  pełnego  chaosu  i  zamieszania,  że  natychmiast  go

zapomniałem,  a  raczej,  cokolwiek  to  było  (i  co  miało  potencjalny

ulotny  związek  z  oszalałą  białowłosą  kobietą),  nie  potrafiłem  tego

przywołać.

Właśnie w ten sposób i o tej porze Walet Pik przemawiał do mnie

background image

najbardziej  bezpośrednio.  Ale  nie  zawsze  do  końca  wiedziałem,  co

chciał powiedzieć przez swoje szydercze słowa.

…czas.

…zbrodnia idealna.

background image

12

Pokusa

– Andrew? Masz chwilę?

Grossman.  Nie  chciałem  odbierać,  ale  zrobiłem  to  z  poczucia

obowiązku.

Minął tydzień od przesłuchania w sądzie. Moja obawa, że sprawa

trafi  do  mediów,  zaczynała  ustępować  i  powoli  wracałem  do

normalnej  pracy.  Mimo  to  z  obawą  sprawdzałem  pocztę  i  rzadko

odbierałem telefon, chyba że dzwoniący był osobą dobrze mi znaną

i zaufaną.

Miałem nadzieję, że nie będę już musiał rozmawiać z prawnikiem

wydawcy.  Cały  ten  incydent  wstrząsnął  mną  w  sposób,  którego  nie

potrafiłbym wyjaśnić. Jeśli o mnie chodziło, sprawa była zamknięta.

Byłem  zdecydowany  nigdy  więcej  nie  myśleć  o  C.W.  Haider,

chociaż  w  chwilach  słabości  przyłapywałem  się  na  wpatrywaniu  się

w  pustkę  i  rozpamiętywaniu  zaciekłych  słów:  „Żądam

sprawiedliwości!”.

Zastanawiałem  się,  czy  zmarła  w  szpitalu.  Mogła  też  umrzeć

w karetce na udar albo zawał serca. Przez głowę przemknęła mi myśl,

że  może  Grossman  dzwoni  właśnie  po  to,  by  mi  o  tym  powiedzieć,

i nie wiedziałem, czy odczuwam ulgę, czy pełen wyrzutów żal.

Głos Grossmana był jednak radosny, dźwięczał mi w uszach.

– Dowiedziałem się czegoś bardzo ciekawego, Andrew! Gotów na

niespodziankę?

Nie. Żadnych więcej niespodzianek.

– Chyba tak.

–  Pamiętasz,  jak  mówiłem,  że  ta  C.W.  Haider  musi  być  jakąś

lokalną  wariatką?  Okazuje  się,  że  to  prawda.  Składała  już  pozwy

przeciw innym pisarzom, znanym pisarzom, takie same jak przeciwko

tobie.  Mój  asystent  poszperał  trochę  i  odkrył,  że  kilka  lat  temu

usiłowała pozwać Stephena Kinga. Nie byłem wtedy jego prawnikiem,

background image

ale  znam  obrońcę,  który  z  nim  pracował,  zadzwoniłem  do  niego

i słuchaj, Andrew…

Przez chwilę nie do końca rozumiałem.

Stephen King? Chciała pozwać też…?

A więc Andrew J. Rush nie jest dla niej wyjątkowy?

Grossman  mówił,  że  zarzuty  Haider  wobec  Stephena  Kinga  były

identyczne  z  tymi,  które  wysunęła  wobec  Andrew  J.  Rusha,  różniły

się tylko wybrane fragmenty pism i książki.

Powtarzał się nawet nonsensowny zarzut włamania.

– Wyobraź sobie tylko: jakie jest prawdopodobieństwo, że Stephen

King przyjechałby do Harbourton w New Jersey, żeby włamać się do

jej domu.

Grossman  roześmiał  się  głośno.  Rzeczywiście  była  to  absurdalna

fantazja.

–  W  październiku  dwa  tysiące  czwartego  odbyło  się  posiedzenie

w tej samej sali sądowej, z Haider reprezentującą samą siebie przed

tym samym sędzią. – Grossman uważał to za wyjątkowo zabawne.

Nieskładnie próbowałem się roześmiać.

– Naprawdę? Ten sam sędzia…

Haider  pisała  też  do  Kinga  listy  z  pogróżkami,  które  wysyłała  na

adres  jego  wydawcy.  Tak  się  zaniepokoił,  że  wynajął  prywatnego

detektywa,  by  zbadał  sprawę.  Obawiał  się,  że  Haider  przyjedzie  do

Maine i będzie nękać jego i jego rodzinę; może była na tyle szurnięta,

że spróbuje kogoś zabić. Ale detektyw nie znalazł nic, co brzmiałoby

groźnie, więc King dał spokój.

–  Jesteś  pewien,  że  nie  dostałeś  od  niej  żadnych  listów

z  pogróżkami,  Andrew?  Może  trafiły  do  wydawcy  i  nikt  ci  ich  nie

przekazał?

Nie  miałem  pojęcia,  co  na  to  odpowiedzieć.  Czułem  się  lekko

ogłuszony  i  nie  potrafiłem  zebrać  myśli.  Głośny  śmiech  Grossmana

zdawał się mnie dusić.

–  Twoja  przeciwniczka  przez  lata  usiłowała  pozwać  także  Johna

Updike’a  i  Johna  Grishama,  Normana  Mailera  i  Deana  Koontza,

Petera  Strauba  i  Jamesa  Pattersona  –  i  jeszcze  Dana  Browna!  –

wszystkich bezskutecznie.

background image

Roześmialiśmy się obaj. Bo to było przecież zabawne, prawda?

Powoli zaczynałem się rozluźniać. Jak balon przekłuty szpilką.

– Ta pani Haider to prawdziwa mistrzyni pióra! Imponujący zakres

stylów i tematyki.

–  Tak…  no  cóż…  Chyba  nie  powinna  być  to  dla  mnie

niespodzianka.

Ale jest, i to ogromna. I niezbyt pochlebna.

– A zatem, Andrew, chciałbym złożyć skargę na nią. Jak mówiłem,

to my powinniśmy wykonać kolejny krok.

Rozumiałem  to,  i  prawdopodobnie  miał  rację.  Prawnik  wie  takie

rzeczy  najlepiej,  a  Grossman  na  pewno  działał  w  moim  najlepszym

interesie.  Przemawiał  głosem  rozsądku,  lecz  mimo  to  odczuwałem

instynktowny opór.

– Ale… czy wiesz, jak ona się miewa? Możliwe, że już nie żyje…

– Mój asystent to sprawdził. Zabrali ją do Nowego Brunszwiku na

obserwację;  możliwe,  że  ma  jakąś  postać  epilepsji,  która  w  stanie

frustracji  lub  gniewu  powoduje  ataki.  Mój  asystent  rozmawiał

z  jakimś  opiekunem  domu,  który  okazał  się  bardzo  pomocny.

Powiedział, że „walka z nieprzyjaciółmi” to jedyne, co trzymało panią

Haider przy życiu po śmierci ojca, kiedy została sama. Mam na myśli

nie  tylko  nieprzyjaciół  w  zakresie  literatury,  ale  też  sąsiadów  na

Tumbrel  Place  i  urzędników  miejskich.  Tak  przy  okazji,  ona  ma

sześćdziesiąt siedem lat.

Sześćdziesiąt siedem! Liczyłem, że okaże się starsza. Sześćdziesiąt

siedem  był  to  zniechęcająco  młody  wiek.  Uzbrojona  w  żelazną

determinację  szaleńca  pani  Haider  mogła  mnie  prześladować  przez

kolejnych dwadzieścia lat.

–  Jeśli  wyrażasz  zgodę,  Andrew,  to  wezmę  się  do  pracy.

Wydobędziemy  nakaz,  żeby  zaprzestała  nękania,  i  złożymy  pozew.

Nie  musisz  się  w  to  angażować,  będziesz  tylko  musiał  podpisać

dokument czy dwa.

Mimo  to  nadal  czułem  potrzebę  oporu,  odmowy.  W  tej

nieprzyjemnej  sytuacji  Andrew  J.  Rush  powinien  zachować  się

szlachetnie.

–  Elliot,  mówiłem  już  przecież…  nie  chcę  być  mściwy.  Cały  ten

background image

incydent jest dla mnie po prostu niesmaczny.

– Ale to ty byłeś tu ofiarą! Wyobraź sobie, co by było, gdybyś nie

miał  wydawcy  gotowego  stanąć  w  twojej  obronie  i  musiałbyś  sam

zatrudnić  prawnika,  i  to  z  Manhattanu,  a  nie  z  Harbourton.  Bardzo

wysoko  cenię  swoje  usługi,  Andrew,  i  choćby  dlatego  powinieneś

skorzystać z mojej rady. Wyobraź sobie, co by było, gdyby sędzia nie

okazał się tak rozsądny i gdyby doszło do rozprawy. Wyobraź sobie,

że  opinia  przysięgłych  zwróciłaby  się  przeciwko  tobie;  kto  wie,  ile

musiałbyś  zapłacić?  Może  miliony?  Musiałbyś  odwołać  się  do  sądu

wyższej  instancji,  a  wierz  mi,  że  to  kosztuje.  Dziwniejsze  i  bardziej

niesprawiedliwe  rzeczy  miały  miejsce  w  historii  amerykańskiego

sądownictwa.

– Ale co dokładnie zamierzasz zrobić? Ile ona musiałaby zapłacić?

Grossman  po  raz  kolejny  cierpliwie  wyjaśnił  swoje  plany.  Podał

szacunkową kwotę – o wiele więcej, niż przypuszczałem.

– Mówiłem ci, Andrew: załatwimy ją.

Na  chwilę  dałem  się  skusić  tej  wizji.  Czułem  się  tak,  jakbym

zakradł  się  na  skocznię  –  wysoką  skocznię  –  by  delikatnie,  niemal

niewyczuwalnie dotknąć czyichś nagich pleców i zepchnąć tę osobę

w pustkę.

Pokusa, by ulec radzie agresywnego prawnika, by pozwać i ukarać.

Jeszcze bardziej upokorzyć przegranego przeciwnika. By ją załatwić.

Lecz zamiast tego usłyszałem swój głos:

– Rozumiem, Elliot. Ale… mimo wszystko nie chcę jej pozywać.

– Chryste! Czy ty jesteś jakimś… chrześcijaninem? Kwakrem? Czy

to  uczciwe  w  stosunku  do  twojego  wydawcy  oczekiwać,  że  pokryje

koszty?

– Powiedziałem już, że sam pokryję honorarium i opłaty sądowe.

Po prostu chcę zapomnieć o całym tym przykrym epizodzie i wrócić

do swojego życia.

–  No…  to  bardzo  szlachetnie  z  twojej  strony.  Bardzo  po

dżentelmeńsku.

Czyżby  ze  mnie  drwił?  Już  sobie  wyobrażałem  pogardliwy

uśmieszek na jego ustach.

–  Zwyczajnie  żal  mi  tej  kobiety  i  już.  Choroba  psychiczna  to  nie

background image

kwestia osobistego wyboru i nie powinno się jej mylić z zachowaniem

przestępczym. Haider w swoim przekonaniu miała rację.

– Dokładnie to samo można by powiedzieć o Hitlerze albo Czyngis-

chanie.  Albo  o  zbrodniach  wojennych  popełnionych  przez  naszych

własnych polityków. Masz zupełną rację.

–  Haider  to  nie  Hitler  ani  Czyngis-chan.  To  samotna  starsza

kobieta,  której  się  roi,  że  jest  pisarką.  Może  ten  atak  przyprawi  ją

o  permanentne  upośledzenie?  Po  prostu  nie  chcę  wpędzać  jej

w jeszcze większą desperację, wystarczy mi, że przesłuchanie poszło

po naszej myśli.

– W porządku, Andrew. Damy spokój. Przynajmniej na razie.

–  Proszę,  nie  chcę  tego  przeciągać.  Byłoby  mi  strasznie  wstyd,

gdyby ktoś wiedział, że prześladujemy tę kobietę. Nie zamierzam już

poświęcać jej ani jednej myśli.

–  Świetnie!  Rzadko  się  zdarza,  żeby  pozwany  przejawił  taką

hojność,  ale  najwyraźniej  Andrew  J.  Rush  nie  jest  przeciętnym

człowiekiem.  Czy  możesz  przynajmniej  obiecać,  że  nie  będziesz  się

z nią kontaktować? Ani w szpitalu, ani w domu?

– Oczywiście! Nie mam powodów się z nią kontaktować.

– Ale mówiłeś, że raz już to zrobiłeś, przez telefon.

–  To  było  po  to,  żeby  się  z  nią  porozumieć,  żeby  zrezygnowała

z pozwu. Nie mam żadnego powodu, żeby znowu to robić.

–  No…  może  myślisz,  że  mógłbyś  ją  przekonać  o  swojej

niewinności. Ale wydajesz się nie rozumieć, że w prawie nie chodzi

o „niewinność”, to raczej orzeczenie prawa przesądza o „niewinności”

lub  „winie”.  Nieważne,  czy  ściągnąłeś  od  Haider  wszystkie

dwadzieścia  osiem  powieści,  czy  ani  linijki;  liczy  się  to,  co  zasądzi

sędzia.  To,  co  myślą  inni  ludzie,  jak  nasza  lubiąca  się  procesować

C.W. Haider, nie ma najmniejszego znaczenia.

Te  słowa  były  obraźliwe,  ale  zmusiłem  się  do  niewyraźnego

pomruku zgody.

– Może jeszcze porozmawiamy. Nie chcę tego tak zostawiać. Jako

profesjonalista  uważam,  że  moja  rada  powinna  mieć  dla  mojego

klienta  znaczenie,  to  nie  jest  tylko  kwestia  sentymentu.  W  każdym

razie obiecaj mi przynajmniej, że będziesz trzymał się z daleka od tej

background image

kobiety.

–  Oczywiście,  będę.  To  jest:  nie  będę  próbował  się  z  nią

kontaktować.

–  A  jeśli  ona  znowu  zacznie  cię  nękać,  natychmiast  do  mnie

zadzwoń.

– W porządku.

– Obiecujesz? Masz natychmiast zadzwonić na moją komórkę, jeśli

tylko znowu będzie cię kłopotać.

– Tak. Natychmiast do ciebie zadzwonię.

– A wtedy ja, Andrew, ostrzelam ją ze wszystkich dział. Ściągamy

białe rękawiczki, tak? Załatwimy ją.

Tej  nocy  położyłem  się  na  długo  przed  północą.  Byłem  zbyt

wyczerpany,  by  wziąć  długopis  i  notatnik  i  zasiąść  z  whisky  przy

starym stoliku, pogrążając się w uwodzicielskiej prozie Waleta Pik.

Spałem  jednak  niespokojnie.  Ciągle  wzdychałem  i  wierciłem  się,

jak wielka ryba zaplątana w sieć.

Ale kto trzyma tę sieć?

background image

13

Immunitet

Teraz masz immunitet.

Nikt nie uwierzy tej wiedźmie, jeśli cię oskarży.

Walet Pik nierzadko drażnił się ze mną.

Walet Pik nierzadko szydził.

W  szczelinach  mojego  własnego  życia  –  pisarskiego  życia

Andrew  J.  Rusha  –  te  syczące  zgłoski  brzmiały  niczym  wyciekający

gaz.

Zwłaszcza w moim miłym gabinecie nad dawną stajnią. W miejscu,

które  było  niegdyś  azylem,  a  gdzie  teraz  czułem  się  odsłonięty,

niespokojny.

Cokolwiek chcesz uczynić, C.W. Haider jest twoim celem.

Zobacz, co masz przed oczami! Wspaniałe wyzwanie.

–  C.W.  Haider  w  najmniejszym  stopniu  mnie  nie  interesuje.  Nie

zamierzam nawet wypytywać o jej zdrowie.

To była prawda. Takie było moje postanowienie.

W  tygodniach,  które  nastąpiły  po  wezwaniu  do  sądu

i przesłuchaniu. Po ataku w sali sądowej. Po krzykach.

Sprawiedliwości!

Mimo to praca szła mi jak po grudzie. Drobiazgowo rozplanowany

dwudziestostronicowy  szkic  Na  przemian  niespodziewanie  przestał

mieć sens. Dużą część dnia spędzałem na znudzonym czytaniu tekstu

i nanoszeniu poprawek. Przed wezwaniem do sądu dotarłem do mniej

więcej sto dwudziestej strony, ale teraz, w rosnącym marazmie, mniej

niż połowa z tego wydawała mi się znośna.

Wszystko,  nad  czym  tak  się  męczyłem  przez  cały  ten  kryzys,

brzmiało  w  moich  uszach  pusto.  Moja  proza,  wyszydzona  na  sali

sądowej  przez  białowłosą  kobietę,  wydawała  się  płaska

i nieprzekonująca. Postaci, które stworzyłem – jak mi się zdawało –

background image

z  taką  miłością  i  których  ołówkowe  podobizny  wisiały  na  korkowej

tablicy  przy  stole,  zdawały  się  namawiać  za  moimi  plecami,  by

wypowiadać puste banały rodem z komiksów.

Widzisz? Wiedźma nałożyła na ciebie klątwę.

Co zrobisz, żeby ją zdjąć?

background image

14

„Siostrzeniec”

Przeniesiono  ją  do  kliniki  psychiatrycznej  w  Nowym  Brunszwiku.

Wiedziałem, bo wykonałem kilka dyskretnych telefonów.

– Czy chciałby pan porozmawiać z panią Haider? Przebywa teraz

w pokoju dziennym, nawet ją stąd widzę.

Szybko podziękowałem pielęgniarce. Nie, dziękuję. Nie chciałbym

wytrącić ciotki z równowagi.

–  Wydaje  mi  się,  że  pani  Haider  wcale  nie  byłaby  wytrącona

z równowagi. Jest tu bardzo samotna. Robi duże postępy, ale goście

zawsze  pomagają  pacjentom.  Zwłaszcza  starsi  pacjenci  muszą

utrzymywać kontakt z bliskimi, żeby zapanować nad halucynacjami.

Czy mówił pan, że jest siostrzeńcem pani Haider?

Wyjaśniłem,  że  tak,  jestem  jej  siostrzeńcem,  ale  tylko  przez

przyrodniego  brata,  a  poza  tym  mieszkam  w  Duluth  w  stanie  Iowa

(czy  Duluth  znajduje  się  w  Iowa?),  za  daleko,  żeby  ją  w  tej  chwili

odwiedzić.

–  No  cóż,  liczymy  na  to,  że  pani  Haider  wkrótce  opuści  ośrodek.

W  tej  chwili  jest  naszą  najpogodniejszą  i  najbardziej  rozmowną

pacjentką. Oczywiście wygląda na to, że nie brakowało jej powodów

do narzekań. Narzekać to ona potrafi. – Pielęgniarka roześmiała się,

jakby  ostatnie  stwierdzenie  było  niedopowiedzeniem,  które  jako

krewny chorej zrozumiem.

– A więc… ciocia robi postępy? Wkrótce zostanie wypisana?

– Tak, proszę pana. Jak pan się nazywa? Przekażę, że pan dzwonił.

– Stephen. Nazywam się Stephen.

– Stephen Haider?

– Nie. Stephen King.

Zapadła pełna zdumienia cisza. A potem:

– Chce pan powiedzieć… jak ten pisarz? Nazywa się pan tak samo,

jak ten słynny autor?

background image

– Zgadza się, tak samo. Ale to nie ja.

– Aha… Doskonale! Powiem pani Haider, że pan o niej myśli, panie

King!

– Proszę mi mówić Stephen.

– Stephen. Rety!

background image

15

„Nie podoba mi się to”

– Andrew, jeśli nie masz nic przeciwko, wydaje mi się, że powinnam

pójść…

Irina  mówiła  z  wahaniem.  Rozmawialiśmy  o  kwestii  jej  zajęć  we

Friends School – wydawało mi się, że prowadziła ich za dużo jak na

pensję, którą otrzymywała.

– Będzie tam większość kadry… Wyjdę przed poczęstunkiem.

– Nie bądź śmieszna, kochanie! Jeśli chcesz zostać, to powinnaś!

– Nie chodzi o to, czy chcę. Chcieć to ja chcę zjeść kolację z mężem

oczywiście…

Moją  drogą  żoną  targały  chyba  wyrzuty  sumienia,  co  było

jednocześnie  rozczulające  i  irytujące.  Zapewniłem  ją  więc,  że  jak

najbardziej  powinna  zostać  na  kolacji  u  dyrektora.  Gdyby  wyszła

przed  czasem,  żeby  wrócić  do  męża  (którego  widywała  przecież

siedem  dni  w  tygodniu),  wyglądałoby  to  niegrzecznie,  może  nawet

nieprofesjonalnie, jakby angażowała się w pracę mniej niż pozostali.

Ja  tymczasem  skorzystam  z  okazji,  by  spotkać  się  z  niedawno

rozwiedzionym znajomym z Harbourton.

A  dodatkowo  zajrzę  do  biblioteki  miejskiej,  żeby  złożyć  w  darze

pudło książek, które uzbierały mi się przez lato. Kilka razy do roku

zawoziłem  tam  powieści  przysyłane  mi  przez  wydawcę;  nie  zawsze,

ale  czasami  korzystałem  z  okazji,  by  dorzucić  jakąś  pozycję  Waleta

Pik – zwróciłem uwagę, że biblioteka nie zamawiała jego książek.

Raz  zapytałem  o  to  główną  bibliotekarkę,  starą  znajomą,  a  ona

zmarszczyła  nos  i  odparła:  „Och,  wiesz  –  takich  książek  nie

kupujemy”. Zauważyłem jednak, że nikt się nie skarżył, jeśli składano

je  w  darze.  Eksponowano  je  potem  na  regale  z  kryminałami  obok

takich  znanych  rywali  jak  Michael  Connelly,  James  Ellroy,  Mary

Higgins Clark – i oczywiście Andrew J. Rush.

Irina  bardzo  się  cieszyła,  kiedy  znalazła  pracę  jako  nauczycielka

background image

plastyki we Friends School w Hadrian, a ja cieszyłem się przez wzgląd

na  nią.  Od  kiedy  dzieci  opuściły  dom,  ze  zmiennym  powodzeniem

próbowała  rozwijać  zainteresowania  artystyczne  –  akwarelowe

pejzaże, glazurowana ceramika, makrama – ale nic nie dawało jej tyle

energii,  ile  nauczanie.  Zajmowała  się  też  domem  i  posiadłością,  co

sprawiało  jej  przyjemność  i  na  co  poświęcała  znaczne  kwoty

(oczywiście za moją zgodą), a poza tym udzielała się w miejscowych

organizacjach  charytatywnych  i  komitetach  zbierających  datki  na

różne cele. Nic nie dołuje mężowskiego serca tak jak słowa „impreza

charytatywna”,  ale  i  w  tych  działaniach  starałem  się  ją  wspierać.

Zawsze pragnąłem, by moja droga żona, tak podatna na emocjonalne

porywy  i  ataki  melancholii,  prowadziła  produktywne  i  szczęśliwe

życie.

Z drugiej strony nie chciałbym jednak, żeby nadużywano jej dobrej

woli.

– Jeśli ktokolwiek ma cię wykorzystywać, kochanie, powinienem to

być ja.

Irina  roześmiała  się  z  lekkim  przymusem.  Nachyliłem  się,

pocałowałem ją w ciepły policzek i poczułem, jak lekko sztywnieje –

Irina nie zawsze docenia moją, jak to nazywa, żartobliwą stronę.

Kiedy  poznaliśmy  się  na  uczelni,  jeszcze  jako  studenci,

sprawialiśmy  wrażenie  równych  sobie  –  właściwie  Irinie  szło  nawet

lepiej  niż  mnie.  Na  warsztatach  pisarskich,  na  które  oboje

chodziliśmy,  nauczyciel  i  pozostali  uczestnicy  bardziej  cenili  Irinę

Kacinzk  i  jej  poetycką  prozę  w  stylu  Virginii  Woolf  niż  Andy’ego

Rusha,  którego  hemingwayowskie  opowiadania  były  płaskie,

nadgorliwie  poważne  i  kładły  nacisk  na  akcję  zamiast  na  postaci,

z  melodramatycznymi  „sensacyjnymi”  scenami  i  hollywoodzkimi

dialogami.  Pierwsze  opowiadanie  Iriny,  które  przeczytałem,

o  głuchoniemej  i  niewidomej  dziewczynce,  zrobiło  na  mnie  duże

wrażenie – było doskonale napisane i wiarygodne. Pomyślałem sobie

wtedy z naiwnością dziewiętnastolatka: Oto dziewczyna, z którą się

ożenię.

Nie miało dla mnie znaczenia, że podczas warsztatów Irina często

wstydziła się otwierać usta i że na tle innych dziewcząt nie wydawała

background image

się ani uderzająco piękna, ani prowokująco seksowna, raczej subtelnie

pociągająca,  z  włosami  popielaty  blond,  okularami  w  drucianych

oprawkach  i  intensywnym  spojrzeniem.  Była  jednak  wyraźnie

inteligentna.  Należała  do  osób,  którym  należy  okazywać  uwagę,

pokazywać,  że  się  je  ceni,  i  które  –  jeśli  są  kobietami  –  czują

wdzięczność, kiedy zainteresuje się nimi ktoś o silniejszej osobowości

niż ich własna.

Spośród  licznych  znanych  mi  dziewcząt  żadna  nie  wydawała  się

darzyć  mnie  takim  podziwem  jak  ona.  Czasem  miałem  wręcz

wrażenie,  że  Andy  Rush,  który  odbijał  się  w  jej  oczach,  to  ktoś

zupełnie inny niż ja.

– Irino? Mów mi Andy, proszę.

– Myślę, że wolałabym cię nazywać Andrew.

W  jakiś  sposób  mi  to  schlebiało.  Wszyscy  nazywali  mnie  Andy  –

imię  wygodne  jak  stary  trampek.  W  Andrew  była  natomiast  jakaś

godność, rodzaj głębi, złożoności. Być może zacząłem się zakochiwać

w Irinie, ponieważ dostrzegła we mnie więcej, niż sam w sobie wtedy

widziałem.

Oczywiście  od  czasu  do  czasu  zwraca  się  do  mnie  Andy.

A  w  momentach  największej  czułości,  kiedy  czuje  się  swobodnie,

nazywa mnie nawet skarbem albo kochaniem.

Ale  najbardziej  naturalnie  przychodzi  jej  Andrew,  co  zdaje  się

sugerować  pewien  dystans  między  nami:  Andrew  –  mąż,  ojciec,

obrońca i żywiciel.

Wkrótce  po  ślubie  Irina  zrezygnowała  z  pisania.  Byłem  jej

najbardziej  entuzjastycznym  czytelnikiem,  stale  ją  zachęcałem

i czytałem szkice jej opowiadań i powieści, ale w jej pisarską pewność

siebie zakradło się jakieś wahanie i niepewność.

–  Kochanie,  za  bardzo  się  przejmujesz  precyzją  i  perfekcją  –

radziłem łagodnie. – Nie musisz cyzelować każdego zdania, po prostu

powiedz, co chcesz powiedzieć.

Irina jednak coraz bardziej wstydziła się pisać. Mam nadzieję, że to

nie  przez  moje  szczere,  przyjazne  opinie  i  determinację,  by  czytać

wszystkie jej utwory.

Choć zaczynaliśmy mniej więcej jak równi, oboje jako nauczyciele

background image

w rejonie Highland Park, Irina od początku zarabiała mniej ode mnie;

jej  świetne  stopnie  i  entuzjastyczne  opinie  profesorów  nie  miały

znaczenia  poza  uczelnią.  Wielokrotnie  w  trakcie  tych  pierwszych,

trudnych  lat  musiałem  ją  zapewniać,  że  choć  jej  zarobki  rzadko

przekraczały  siedemdziesiąt  procent  moich  i  szły  niemal  całkowicie

na  przedszkole  dla  dzieci,  nie  ma  to  najmniejszego  znaczenia  (bo

naprawdę nie miało!).

Z  upływem  lat  zamieniliśmy  się  miejscami,  jak  w  jakiejś  baśni.

Irina  pomagała  mi  poprawiać  pierwsze  poważne  teksty,  nawet

przepisywała je dla mnie na maszynie; to ona podsuwała mi pomysły

na  historie,  który  były  bardziej  wiarygodne  niż  moje,  a  przy  tym

pełne życia i zaskakujące; to ona podsuwała dialogi, kiedy te napisane

przeze mnie wydawały się płaskie i oklepane. Jej praca dyplomowa

dotyczyła  głównych  tematów  w  baśniach  i  właśnie  te  tematy

podsuwała  mi  jako  inspiracje,  by  nadać  moim  kryminałom  coś,  co

określała mianem gravitas. Nigdy nie zapomnę, jak w ósmym miesiącu

swojej  pierwszej  ciąży  przepisała  na  maszynie  moje

czterdziestostronicowe  opowiadanie,  wprowadzając  na  bieżąco

poprawki,  i  jak  wysłała  je  do  szanowanego  czasopisma  literatury

kryminalnej, „Ellery Queen”, które natychmiast przyjęło je do druku.

Zaraz  potem  do  Andrew  J.  Rusha  zaczęli  pisać  agenci  literaccy.

Wybrałem jednego z Manhattanu, który reprezentował kilku spośród

najpopularniejszych  autorów  kryminałów  w  kraju  i  z  którym

współpracuję do dziś. Choć moje opowiadania często były odrzucane,

moja pierwsza próba powieściowa (napisana z pomocą drogiej Iriny)

spotkała się z zachętą i entuzjazmem; w ciągu dwóch lat podpisałem

kontrakt  na  kolejną  książkę  i  otrzymałem  (umiarkowanie)  hojną

zaliczkę  od  wydawcy  zajmującego  silną  pozycję  na  rynku

kryminałów. Nie miałem wtedy nawet trzydziestu lat.

Od  tamtej  pory  stale  piszę  i  zawsze  mam  na  podorędziu  jakiś

pisarski projekt czy plan działania. Rzadko oglądam się za siebie.

Irina natomiast, porzuciwszy pisarstwo, zwróciła się ku sztuce. Nie

jestem w tej dziedzinie żadnym ekspertem, więc zawsze wspieram jej

wysiłki, nawet gdy widzę (albo tak mi się wydaje), że jej akwarele są

tylko  zwyczajnie  ładniutkie  i  nic  ponadto,  albo  że  jej  twory

background image

ceramiczne i makramy zupełnie nie wyróżniają się na tle wyrobów jej

okolicznych  znajomych,  które  chodzą  na  kursy  w  Kooperatywie

Artystycznej Mill Brook Valley i których domy stopniowo zapełniają

się ich własnym rękodziełem, niczym statki tonące pod narastającym

ciężarem ładunku.

Oczywiście  nic  z  tego  nie  powiedziałem  mojej  drogiej  żonie  –

przecież ona tak bardzo się stara.

Czasami  znajdowałem  jej  notesy.  Irina  porzuciła  prozę,  ale

próbowała  swoich  sił  w  poezji  –  przeważnie  były  to  odosobnione,

wyśmienite (moim zdaniem) frazy, pozbawione jednak znaczenia.

Czasem zaś znajdywałem samą Irinę zapłakaną.

Z początku nawet nie chciała się przyznać do łez.

„Tak tylko sobie siedzę i myślę”.

Albo:  „To  nic,  tylko  taki  nastrój.  Chyba  po  prostu  nie  mam  do

zrobienia nic, co chciałabym zrobić”.

Albo,  po  moich  natarczywych  pytaniach:  „Może  to  tylko  jakieś

głupstwo, poczucie samotności. Proszę, nie mówmy już o tym”.

Albo  któregoś  dnia,  niespodziewanie,  ocierając  ze  złością  oczy:

„Odbierasz mi moje pomysły, Andrew. Nie zostało mi nic, co należy

do mnie”.

To  wprawiło  mnie  w  osłupienie.  Nie  mogłem  uwierzyć  własnym

uszom.

–  Irino,  to  niedorzeczność!  Nigdy  nie  odebrałem  ci  żadnych

pomysłów poza tymi, które sama mi podsunęłaś. Sądziłem, że chciałaś

mi je dać.

To była prawda! Irina roześmiała się słabo i nie zaprzeczyła.

– W gruncie rzeczy, kochanie, to ty kradłaś pomysły mnie.

Miałem na myśli moje sugestie na temat jej akwarelek. A lata temu,

zanim  jeszcze  porzuciła  pisarstwo,  zaczynałem  dostrzegać  w  jej

twórczości  (tak  mi  się  wydawało)  wyraźne  wariacje  na  tematy,

miejsca, a nawet postaci i dialogi zaczerpnięte z moich powieści, choć

nigdy nie wspomniałbym o tym mojej drogiej, delikatnej żonie.

Prawda była taka, że dzieci zaczynały dorastać, wchodzić w okres

dojrzewania, a potem w dorosłość. Nie potrzebowały już matki, choć

wyglądało na to, że matka potrzebowała ich, czasem wręcz boleśnie.

background image

Nalegałem, by Irina zaczęła chodzić do terapeuty – a potem do kilku.

Znowu zaczęła pisać, choć nie pokazywała mi swoich utworów (a ja

nie naciskałem). Jeździliśmy na dwu- i trzytygodniowe wakacje do St.

Barts,  Paryża  i  Nicei,  do  Rzymu,  Florencji  i  Wenecji.  Podczas  tych

interludiów udawało mi się popychać powieści do przodu (wszędzie

zabierałem  ze  sobą  laptop  i  notatki  –  nikt  nie  zarzuci  mi  braku

pracowitości!),  podczas  gdy  Irina  spędzała  czas,  zwiedzając,  robiąc

zdjęcia i zaprzyjaźniając się z innymi turystami.

Po  powrocie  przez  jakiś  czas  wydawała  się  pełna  świeżej  energii.

Lecz szybko zaczynała na powrót popadać w swoje nastroje – swoją

melancholię.

Nauczanie we Friends School stanowiło przynajmniej jakieś zajęcie.

Nawet jeśli szkoła płaciła nędzne grosze i zdawała się chlubić swoją

„wyjątkowością”  –  swoją  półamatorską  kadrą  wdzięczną  za

możliwość  pracy  w  szczytnym  celu.  Ci  z  kolegów  Iriny,  których

poznałem, wydawali się wyjątkowo oddani swojemu powołaniu. Były

to  przeważnie  kobiety.  Dyrektorem  był  jednak  mężczyzna

z imponującym dyplomem Princeton. Mężczyzną był także najbliższy

przyjaciel  Iriny  w  szkole  –  matematyk  azjatyckiego  pochodzenia,

noszący niewymawialne nazwisko brzmiące jak Huang Lee.

Spotkałem  go  tylko  raz,  podczas  imprezy  charytatywnej

w  bibliotece  miejskiej.  Ku  mojemu  zdumieniu  okazał  się  zupełnie

inny, niż się spodziewałem – zamiast nieco sztywnego i trzymającego

dystans  Azjato-Amerykanina  ujrzałem  bystrego  osobnika,  który

żartami pobudzał swoich (białych) słuchaczy do wybuchów śmiechu.

Irina wspomniała też kiedyś, że Huang Lee był jednym z najbardziej

popularnych  nauczycieli  w  szkole  i  że  uczennice  „ciągle  się  w  nim

podkochiwały”.

Słysząc to, nie mogłem powstrzymać śmiechu. Dawniej, w liceum

w  Highland  Park,  uczennice  ciągle  podkochiwały  się  w  nauczycielu

angielskiego, panu Rushu.

Teraz zastanawiałem się: czy ten cały Huang Lee (który, jak mi się

zdawało, miał żonę i małe dzieci) będzie na szkolnym spotkaniu? Czy

zostanie na bankiecie?

Z  ośmiokątnego  okna  gabinetu  patrzyłem,  jak  Irina  odjeżdża

background image

naszym  subaru  kombi  (mniej  ekskluzywnym  z  naszych  pojazdów;

drugim,  którym  częściej  sam  jeżdżę,  był  nowy  model  jaguara).

Patrzyłem,  jak  skręca  w  lewo  przy  Mill  Brook  Road,  w  kierunku

odległego o sześć mil miasteczka Hadrian. Przez chwilę odczuwałem

dziwny impuls, by za nią pojechać.

To mi się nie podoba.

Takie  wtręty  Waleta  Pik  zakłócały  bieg  moich  myśli  –

przypadkowe,  niewytłumaczalne  i  nienadające  się  do  brania  na

poważne.

To mi się nie podoba. I tobie też nie powinno.

background image

16

Tumbrel Place I

Wkrótce  po  wyjeździe  Iriny  pojechałem  naszymi  krętymi,  wąskimi

drogami  do  Harbourton.  Z  dumą  wniosłem  pudło  z  książkami  do

biblioteki. Jody Harkness, głównej bibliotekarki, akurat nie było, ale

moje  pojawienie  się  wzbudziło  falę  zainteresowania  wśród

pozostałych pracownic, które nazywały mnie panem Rushem.

–  Kiedy  ukaże  się  pańska  nowa  powieść,  panie  Rush?  Mam

nadzieję, że już niedługo!

– O tak. Już wkrótce.

O szóstej wieczorem nadal było jasno jak w południe, chociaż niebo

od  rana  zasnuwały  chmury.  Zdałem  sobie  sprawę,  że  zapomniałem

umówić się ze znajomym na kolację.

W  Harbourton,  gdzie  się  wychowałem,  miałem  wielu  przyjaciół

i jeszcze więcej znajomych. Wydawało mi się jednak, że prawie nigdy

ich nie widuję, i zaczynało mnie to irytować (nie chciałem myśleć, że

od kiedy zostałem swego rodzaju lokalnym celebrytą, dawni koledzy

z liceum czują się w mojej obecności niezręcznie... A przecież musieli

się tak czuć, zapraszając mnie z Iriną do swoich skromnych domów

po wizycie u nas, w Mill Brook House).

Jechałem wolno przez Harbourton. Przyłapałem się na tym, że jadę

Chapel  Street  w  kierunku  starej  części  miasta,  gdzie  znajdowały  się

sąd,  poczta,  kościół  episkopalny  z  czerwonej  cegły  i  plebania,

Tumbrel Square oraz brukowana ślepa uliczka Tumbrel Place. W tej

dostojnej  okolicy  kręciło  się  niewielu  pieszych.  Za  dnia  można  było

zobaczyć  ekipy  ogrodnicze,  furgonetki  dostawcze,  listonoszy;  o  tej

wczesnowieczornej godzinie wszystko wydawało się opuszczone. Była

to  okolica  zabudowana  dużymi,  szacownymi,  niegdyś  pięknymi

starymi  domami  odsuniętymi  od  ulicy  –  „statecznymi  domostwami”

z dziewiętnastego wieku. Najstarszy pochodził jeszcze sprzed czasów

wojny o niepodległość i podobno (nie było to niemożliwe) pod jego

background image

stromym,  krytym  łupkiem  dachem  spędził  noc  generał  Jerzy

Waszyngton w drodze pod Trenton.

Rezydencja przy Tumbrel Place nr 88 okazała się dużym, wąskim

i raczej brzydkim budynkiem w stylu edwardiańskim. Cegły były tak

stare,  że  zdawały  się  wyprane  z  koloru.  Dom  emanował  swego

rodzaju zadufaną godnością. Dach był jasnozielony, porośnięty cienką

warstwą  mchu.  Rosnące  dokoła  wysokie  dęby  zostały  okaleczone

przez burze i brakowało im niektórych konarów. Choć wiedziałem, że

pani Haider z jej dzikimi białymi włosami nie mogła jeszcze wrócić ze

szpitala,  poczułem  dreszcz  ekscytacji  na  myśl,  że  obserwuje  mnie

z okna na piętrze, gdy przejeżdżałem jakby nigdy nic obok jej domu

i parkowałem w pobliżu, przy plebanii.

Teraz masz immunitet. Nikt jej nie uwierzy.

Musisz zdjąć klątwę.

Doszedłem  do  wniosku,  że  to  prawda  –  od  momentu  kiedy

przeżyłem  wstrząs  na  widok  wezwania  do  sądu,  musiała  na  mnie

ciążyć jakaś klątwa. Od chwili kiedy zobaczyłem wiedźmę o dzikich

białych włosach, która chciała mnie zniszczyć.

A  jednocześnie  w  jakiś  dziwny  sposób  miałem  wrażenie,  że  ta

klątwa  –  ten  rodzaj  ulotnej,  letargicznej  choroby,  jak  wilgotna  woń

muchomora podsuniętego za blisko pod nos – przez którą niemal nie

mogłem się skupić na pracy, spadła na mnie jeszcze przed nadejściem

wezwania.

Wróg  w  moim  spokojnym  życiu.  Wróg,  o  którym  nie  miałem

najmniejszego pojęcia.

Zbyt  długo  byłem  nadmiernie  ufny.  Chciałem  widzieć  we

wszystkich tylko to, co najlepsze.

Zaparkowałem  jaguara  i  wsunąłem  na  nos  stare  okulary

w  szylkretowych  oprawkach,  z  soczewkami,  przez  które  moje  oczy

wyglądały  jak  rybie.  Na  czoło  nasunąłem  brudną  ciemnozieloną

bejsbolówkę, którą znalazłem na parkingu przed biblioteką.

Na  tylnym  siedzeniu  samochodu  leżała  moja  ciemnozielona  torba

na  ramię  i  małe  kartonowe  pudełko,  w  którym  umieściłem  dość

ciężką książkę w twardej okładce. Pudełko owinąłem w posrebrzany

papier  i  ozdobiłem  białą  satynową  kokardką  z  szafki  z  rzeczami  do

background image

pakowania prezentów mojej drogiej żony. Serce biło mi szybko. Walet

Pik roześmiał się.

Bardzo sprytnie, Andrew! Ale zobaczymy, jak ci pójdzie.

Niespiesznie,  swobodnym  krokiem  kogoś  przynależącego  do  tej

eleganckiej,  acz  zaniedbanej  dzielnicy,  powróciłem  pod  Tumbrel

Place  88  z  opakowanym  pudełkiem  w  torbie,  która  poza  tym  była

pusta.  Ku  mojej  uldze  w  żadnym  z  okien  nie  zauważyłem  upiornej

białowłosej postaci. Z odległości kilku przecznic, z South Main Street,

dobiegały  odgłosy  ruchu  ulicznego,  ale  tutaj,  w  okolicy  Tumbrel

Place, panowała grobowa cisza.

Otwarcie  kutej  żelaznej  bramy  wymagało  pewnego  wysiłku.

Podszedłem  po  wydeptanych  płytach  ścieżki  do  dębowych  drzwi

i zadzwoniłem.

Żadnej odpowiedzi. Czyżby nikogo nie było?

Zastukałem zatem kołatką w kształcie amerykańskiego orła.

Znowu żadnej odpowiedzi.

Zacząłem  się  zastanawiać,  czy  nie  przejść  się  ostrożnie  wiodącą

wzdłuż  domu  kamienną  ścieżką,  prowadzącą  na  tyły  przez  tunel

z rozrośniętych krzewów, kiedy drzwi otworzyły się i stanął w nich

przysadzisty Murzyn ze sterczącymi białymi włosami, w przyciasnym

czarnym płaszczu z gabardyny i niedopasowanych spodniach.

– Ta? Czego chce?– odezwał się z ponurą miną.

Natychmiast  domyśliłem  się,  że  ów  nieprzyjazny  osobnik  musi

zajmować  się  domem  w  zastępstwie  Haider.  Był  tak  niski  –  góra

półtora  metra  –  że  musiał  zadzierać  głowę,  by  zgromić  mnie

wzrokiem.

Spytałem, czy to rezydencja państwa Haiderów, na co usłyszałem

zwięzłe:

– Ta. Dom Haiderów. Co pan chce?

Wyjaśniłem,  że  jestem  handlarzem  rzadkich  książek  z  Bangor

w  stanie  Maine  i  wydawcą  ekskluzywnych  wydawnictw  –  a  także

znajomym  po  piórze  pani  Haider.  Przywiozłem  jej  egzemplarz

pewnego  specjalnego  wydania,  które  zamówiła  kilka  miesięcy  temu

i  które  dopiero  teraz  udało  mi  się  nabyć.  Spytałem,  czy  mógłbym

osobiście  przekazać  książkę  pani  Haider,  ponieważ  była  to  bardzo,

background image

bardzo rzadka kopia.

– Nie. Pani Haider nie przyjmuje gości.

Ale  teraz  mężczyzna  spoglądał  na  mnie  mniej  wrogo.  Z  moją

brudną  czapką,  okularami  jak  denka  od  butelek  i  grzeczną  mową

musiałem  wypaść  dość  przekonująco  jako  ekscentryczny  mól

książkowy –  i bardzo  wiarygodnie w  roli  znajomego po  piórze  pani

Haider.

–  Bardzo  przepraszam,  że  państwa  nachodzę  –  dodałem

z rozbrajającym uśmiechem – ale spodziewano się mnie. Nazywam sie

King. Steven.

– King. – Mężczyzna łypnął podejrzliwie. – Znaczy się, pan jest ten

słynny pisarz?

– Skąd! Nazywam się Steven: Steven. Tamten ma na imię Stephen.

– Ale… z pana też pisarz?

– Owszem. Oraz wydawca, zainteresowany publikacją książek pani

Haider.

Strzał w dziesiątkę! Murzyn uśmiechnął się szeroko.

–  To  jej  się  spodoba,  pszepana.  To  jest,  panie  King.  To  się  pani

Haider ucieszy.

Szczera  troska  czarnego  pracownika  o  pracodawczynię  była

prawdziwie  rozbrajająca!  Mężczyzna  przedstawił  się  jako  Esdra

Staples.

– Esdra. Miło cię poznać.

Wyciągnąłem  do  niego  rękę.  Przez  chwilę  wahał  się,  zdumiony

(widać było, że Esdra Staples zna swoje miejsce), a potem uścisnął mi

dłoń. Jego ręka była o połowę większa od mojej – choć moje dłonie

wcale nie są małe – a przy tym wyjątkowo silna i ciepła.

– Pani Haider nie ma w domu, ale książkę mogę odebrać za nią.

Będę uważał. Pani Haider ufa mi ze wszystkim.

– Wydaje mi się, że moja droga przyjaciółka prosiła, by oddać jej

książkę  do  rąk  własnych.  Ten  egzemplarz  to  nie  tylko  rzadkie

znalezisko, ma dla niej wartość sentymentalną.

– No nic. Trudno, panie King. Widzi pan, nie ma jej w domu.

– Kiedy wróci?

– Nie mówiła – powiedział Esdra ostrożnie. Czoło zmarszczyło mu

background image

się, jakby udzielenie tej informacji wymagało wysiłku.

– W takim razie… gdzie teraz jest?

Moja troska wydawała się tak szczera, że Esdra ustąpił.

–  Pani  Haider  zachorowała  i  jest  na  leczeniu.  Jeździ  do  takiego

miejsca gdzieś w Nowym Brunszwiku. Gadają, że niedługo wróci.

– O! Pani Haider jest chora?

– Już tak miała, jak umarł stary pan Haider i była w żałobie. Sama

chciała tam jechać. Po kilku tygodniach wróciła jak nowa.

– Coś takiego! To brzmi… optymistycznie…

Poczułem  napływ  sympatii  i  wyrzutów  sumienia.  Nie  było  moją

winą,  że  pani  Haider  doprowadziła  się  do  napadu  konwulsji,  ale

doskonale rozumiałem, że lata frustracji, wściekłości i porażek mogły

doprowadzić  aspirującą  pisarkę  do  szaleństwa  i  załamania

nerwowego.

Wyjaśniłem  Esdrze,  że  panią  Haider  i  mnie  łączyła  znajomość

wyłącznie  korespondencyjna  –  to  jest  pisaliśmy  do  siebie  listy  –  ale

nie  poznaliśmy  się  jeszcze  osobiście;  powiedziałem,  że  zgodziła  się

pożyczyć  mi  kilka  książek  ze  swojej  biblioteki,  by  pomóc  mi

w  badaniach  nad  amerykańską  powieścią  gotycką.  Liczyłem  też,  że

będę mógł wykorzystać w pracy jej własne utwory.

–  Ta,  ona  pisze  cały  czas.  Bardzo  się  ucieszy.  Ale  nie  mówiła,  że

ktoś ma przyjechać po książki…

– Gdybym mógł rzucić okiem na bibliotekę, na pewno sam bym je

rozpoznał, Esdro. Bez cienia wątpliwości.

Ze  wzruszająco  naiwnym  zaufaniem  Esdra  wprowadził  mnie  do

domu Haiderów. Wnętrze było ciemne i wilgotne, pozamykane pokoje

wydawały  się  nieużywane.  Prześcieradła  okrywały  meble,  a  nawet

żyrandole.  Na  tyłach  znajdował  się  wygodny,  ale  zagracony  pokój

z pięknym mahoniowym biurkiem zawalonym książkami i papierami,

ze  starą  skórzaną  sofą  i  wyściełanymi  krzesłami  oraz  szerokim

kamiennym  kominkiem.  Ściany  były  prawie  w  całości  zasłonięte

półkami,  które  uginały  się  pod  ciężarem  książek.  Podłogę  pokrywał

wschodni  dywan,  gdzieniegdzie  mocno  przetarty,  gdzieniegdzie

z  zachowaną  mozaiką  kolorów.  Pomyślałem:  To  jej  dom.  Nie  mam

prawa wdzierać się do jej domu.

background image

Na sofie, na kocu, leżał kot o gładkiej czarnej sierści; spoglądał na

mnie  oczami  jak  złote  monety.  Jego  długi  ogon  poruszał  się

nieustannie.

Esdra  mówił  właśnie,  że  pani  Haider  „nieustannie  pisała”  –  od

kiedy zaczął tam pracować, jeszcze za czasów jej ojca, pana Haidera.

–  Widzi  pan,  pani  Haider  ma  misję,  ma  –  jak  ona  to  mówi  –

przesłanie  dla  świata.  Tak  strasznie  się  starała,  żeby  coś  wydać

w prawdziwym wydawnictwie, a nie tam, gdzie trzeba samemu płacić

za druk. Bardzo się ucieszy na pana widok, panie King.

Zastanawiałem  się,  czy  Esdra  kiedykolwiek  czytał  coś  autorstwa

swojej pani. I czy wiedział o jej „misji” sądowniczej. Czy wiedział –

czy  podejrzewał  –  że  nie  jest  całkiem  zdrowa  na  umyśle;  czy  jego

lojalność  była  stuprocentowa,  nawet  jeśli  przezornie  nie  zamierzał

wgłębiać się zbytnio w jej poczynania.

Zastanawiałem  się,  czy  pani  Haider  miała  krewnych,  z  którymi

utrzymywałaby  przyjazne  stosunki.  Szacowny  edwardiański  dom

podupadał od dziesięcioleci, a jego życie – by tak rzec – ograniczało

się teraz do tego jednego pomieszczenia. Co by się stało z nim, z jego

panią, gdyby nie ten opiekun?

Esdra Staples wyglądał niemal jak karzeł, niczym służący z jakiejś

baśni.  Był  kompaktowy  i  niski,  choć  pozbawiony  typowych  dla

karłów  deformacji.  Miał  na  sobie  brudne  spodnie  robocze  i  coś,  co

wyglądało  jak  bardzo  stary  i  niedopasowany  frak  kamerdynera

z  podwiniętymi  mankietami.  Z  uwagi  rzuconej  przez  niego,  kiedy

prowadził  mnie  przez  dom,  wywnioskowałem,  że  nie  mieszka  na

Tumbrel Place, tylko kawałek dalej, ale przychodzi tu co najmniej raz

na  dzień,  żeby  przynieść  pocztę,  nakarmić  kota  i  sprawdzić,  czy

wszystko w porządku.

– Zostawię to tutaj, Esdro. Dziękuję!

Położyłem  opakowaną  w  srebrny  papier  książkę  na  biurku,

w  widocznym  miejscu.  Haider  zobaczy  ją,  gdy  tylko  wejdzie  do

pokoju.

Ten upominek, ta książka, przyszedł mi do głowy zupełnie znikąd –

pojawił  się  nagle  poprzedniej  nocy.  Zdjąłem  z  własnej  półki  Misery

Stephena Kinga i wpisałem do niej dedykację:

background image

C.W. Haider z wyrazami dozgonnej wdzięczności

Twój przyjaciel i szczery wielbiciel

Steve King

Bangor, Maine

Zmieniłem oczywiście charakter pisma. Dodałem też mały rysunek

uśmiechniętej buźki.

Haider nieźle się nakręci, kiedy to zobaczy!

Być  może  żart  był  okrutny,  ale  –  jak  zauważył  Walet  Pik  –  nikt

przecież  nie  zmuszał  C.W.  Haider  do  pozywania  Kinga,  Rusha

i innych.

Ona przeciwko tobie. Obłożyła cię klątwą.

Esdra powiedział, że mogę sobie poszperać po półkach, jeśli chcę,

ale on nie będzie umiał mi pomóc. Miał pracę na zewnątrz – sprzątał

właśnie połamane gałęzie po niedawnej burzy. Nieważne, jak ciężko

pracował, wyglądało na to, że nie był w stanie nadążyć ze wszystkimi

robotami  w  domu  –  pani  Haider  przykro  będzie  to  widzieć,  kiedy

wróci…

Podziękowałem mu, zapewniając, że sam doskonale sobie poradzę

z przeglądaniem książek i że niepotrzebna mi jego pomoc.

Podczas  gdy  wierny  opiekun  zbierał  gałęzie,  mogłem  przyglądać

mu się przez okno, poprzez splątaną winorośl. Wydawało mi się, że

sam byłem dla niego niewidoczny.

Ona przeciwko tobie. Zero litości.

– Mój Boże!

Wyciągnąłem  z  półki  dwa  stare,  a  nawet  bardzo  stare  tomy  –

Frankenstein,  czyli  współczesny  Prometeusz  Mary  Shelley.  Papier  się

kruszył,  a  wiązania  były  mocno  przetarte  –  wydanie  pochodziło

z roku 1823, prawdziwa kolekcjonerska perełka. Nie miałem pojęcia,

ile  kosztowałby  taki  zestaw  na  rynku  antykwarycznym,  ale

domyślałem  się,  że  jego  cena  przewyższyłaby  wartość  wszystkich

pierwszych wydań w mojej bibliotece w Mill Brook House.

Poza  Frankensteinem  był  tam  również  egzemplarz  Ostatniego

człowieka z 1826 roku, z autografem Mary Shelley, a ponadto książki

background image

Brama  Stokera:  Dracula  (1897),  Dama  w  całunie  (1909),  Kryjówka

białego  węża  (1911).  Wszystkie  z  podpisem  autora;  atrament  był

wyblakły, ale wciąż widoczny.

Poza Stokerem jeszcze kilka pierwszych wydań Sheridana Le Fanu,

w tym W ciemnym zwierciadle (1872). Słyszałem o Le Fanu, irlandzkim

autorze  literatury  gotyckiej,  i  o  jego  wpływie  na  Draculę  Brama

Stokera, ale nigdy nie czytałem nic jego autorstwa.

Ku  swemu  rozgoryczeniu  zaczynałem  odkrywać,  że  biblioteka

Haider  zawierała  wcześniejsze,  o  wiele  cenniejsze  egzemplarze

książek,  które  z  taką  dumą  eksponowałem  w  swojej  kolekcji  –

podpisane  pierwsze  wydanie  W  kleszczach  lęku  (1899)  Henry’ego

Jamesa, podczas gdy ja miałem, owszem, pierwsze, ale niepodpisane;

podpisane  pierwsze  wydanie  Pustego  domu  (1906)  Algernona

Blackwooda,  podczas  gdy  ja  miałem  tylko  drugie  i  niepodpisane;

podpisane  pierwsze  wydania  Kamienia  księżycowego,  Kobiety  w  bieli,

Bez  imienia  Wilkiego  Collinsa  –  podczas  gdy  ja  miałem  tylko

niepodpisane  późniejsze  wydania.  Był  też  Duch  przekory  Edgara

Allana Poego – cienki, bardzo zużyty tomik noszący datę 1846, jeden

z  późniejszych  i  mało  znanych  utworów  w  formie  pamiętników

autorstwa  tego  udręczonego  geniusza;  a  może  był  to  właśnie

pamiętnik  w  przebraniu  fikcji?  Jak  mizerne  wydawały  się  nabytki

Andrew J. Rusha w porównaniu z kolekcją Haider (jeszcze większym

wstydem  napawał  mnie  fakt,  że  przeczytałem  mniej  niż  jedną

dziesiątą  całej  mojej  kolekcji.  Najwięcej  czytałem  jako  nastolatek

i młody pisarz przed trzydziestką. W późniejszych latach zaczęło się

dla  mnie  liczyć  samo  posiadanie/eksponowanie  książek,  nie  zaś  ich

czytanie, nawet tych najlepszych).

Na innych półkach znajdowały się pozycje mniej dla mnie ciekawe:

oprawne  w  skórę  zestawy  angielskich  klasyków  –  Dzieła  zebrane

Szekspira,  Miltona,  Thackeraya,  Dickensa,  Waltera  Scotta.  Zbiory

poezji  Byrona,  Wordswortha,  Tennysona,  Hardy’ego,  Matthew

Arnolda.  Były  też  elementy  zaskakujące:  tuzin  powieści  autorki,

o  której  nigdy  nie  słyszałem  –  Ivy  Compton-Burnett  –  oraz  co

najmniej  tuzin  książek  Iris  Murdoch,  o  której  zdecydowanie

słyszałem, ale nigdy nie czytałem.

background image

Oczywiście mówiłem sobie, że Haiderowie to bardzo stara rodzina,

mieszkająca w New Jersey jeszcze przed wojną o niepodległość; jeden

z  przodków  Haider  był  adiutantem  generała  Jerzego  Waszyngtona,

inny  –  gubernatorem  stanu  na  początku  XX  wieku.  C.W.  Haider

musiała  odziedziczyć  swój  cenny  księgozbiór  wraz  z  posiadłością

w  tej  nadal  szacownej  okolicy  Harbourton.  Może  jej  ojciec  lub

dziadek  byli  poważnymi  kolekcjonerami.  Na  pewno  ona  sama  nie

miała w tym żadnej zasługi.

Widząc  przez  okno,  że  Esdra  pochłonięty  jest  oczyszczaniem

zarośniętego  ogrodu,  wsunąłem  kilka  z  tych  rzadkich  skarbów  do

swojej  płóciennej  torby  –  tom  I  i  II  Frankensteina,  Kryjówkę  białego

węża,  W  kleszczach  lęku;  sprytnie  poprzesuwałem  pozostałe  książki

tak, by na półkach nie pozostały widoczne puste miejsca.

Ona nie zasługuje na te książki! Od lat do nich nie zajrzała.

Łupy należą się zwycięzcy.

Jedwabiście czarny kot zeskoczył tymczasem z sofy i podszedł do

mnie  z  chrapliwym,  jakby  szyderczym  miauknięciem  –  wciąż

zamiatając ogonem i wpatrując się we mnie nieprzyjaźnie oczami jak

złote monety.

– Dobry kotek! Czy nazywasz się… Szatan?

Roześmiałem się, bo imię przyszło mi do głowy zupełnie znikąd.

– Szatan? Tak się nazywasz? Kici, kici… – Nachyliłem się, żeby go

pogłaskać,  był  bowiem  bardzo  piękny  i  zdawał  się  mnie  do  tego

zapraszać.  Lecz  on  miauknął  rozeźlony,  najeżył  jedwabistą  sierść

niczym kocur  czarownicy i  obnażył zęby  w  sposób, który  wcale  nie

wydawał się zachęcający.

– W takim razie idź do diabła, Szatanie. Gdzie twoje miejsce.

To  odrzucenie  uraziło  mnie,  bo  zwierzęta  zawsze  mnie  lubią,

szczególnie psy. Koty, choć ładniejsze, słyną oczywiście z tego, że są

bardziej nieprzewidywalne.

Po  dokładniejszym  zbadaniu  pokoju  odkryłem,  że  łączył  się  on

z  jednej  strony  z  kuchnią  o  wysokim  suficie  i  tradycyjnym

wyposażeniu,  a  z  drugiej  z  salonem  (meble  zasłonięte

prześcieradłami,  zapach  wilgoci).  Stopień  zagracenia  w  tym  drugim

pomieszczeniu sugerował skłonności do chomikowania czy też wręcz

background image

początki  manii  zbierackiej:  sterty  starych  gazet,  magazynów,  ulotek

i  broszur.  Z  podłogi  wyrastał  też  niezwykły  stos,  jakby  stalagmit,

starych książek, w tym takich, które zdawały się wypożyczone przed

laty z miejscowej biblioteki. Któregoś dnia, już niedługo, wnętrze tego

starego  edwardiańskiego  domu  mogło  stać  się  nie  do  przejścia.

Koszmarne  wąskie  korytarzyki,  którymi  przeciskać  się  będzie

wariatka…

Obok kominka znajdowało się ewidentnie ulubione miejsce Haider:

niegdyś  elegancki  wiktoriański  fotel  pokryty  starym  aksamitem,

z zapadniętym siedziskiem jak obwisłe pośladki; obok stolik zawalony

(niespodzianka) świeżo wydanymi książkami w twardych okładkach,

z  których  dwie  były  autorstwa  Stephena  Kinga;  ku  swemu

niepokojowi  zobaczyłem  wśród  nich  moją  powieść  z  2004  roku,  Na

zewnątrz,  wewnątrz  –  czy  Haider  przesiewała  zdania  tego  misternie

rozplanowanego  kryminału  w  poszukiwaniu  „źródeł”  i  „wpływów”?

Nie odważyłem się podnieść książki, by przekartkować ją i poszukać

notatek. Lepiej nie wiedzieć.

Co ta wiedźma może udowodnić! Zdyskredytowana wariatka.

To przeciw niej wydano nakaz sądowy, żeby chronić ciebie.

Kominek był duży jak nasz w Mill Brook House, z którego byłem

tak  dumny,  i  jak  on  zbudowany  z  polnych  kamieni.  W  tym  jednak

pełno  było  popiołu  –  nasz  utrzymywały  w  porządku  młode

Gwatemalki,  które  przychodziły  w  poniedziałki  do  sprzątania.  Tutaj

miedziane  stojaki  na  polana  rozpaczliwie  wymagały  polerowania.

Drewno  na  opał  piętrzyło  się  nieporządnie,  jakby  zwyczajnie

zrzucono je w palenisko; obok siekiera, również sprawiająca wrażenie

niedbale porzuconej. Pochodziła z innej epoki, miała toporne ostrze

i stare drewniane stylisko; nie mogła być bardzo ostra, a jednak ktoś

(Esdra?  Sama  Haider?)  usiłował  porąbać  nią  szczapy,  przez  co

wszędzie  zalegały  drzazgi.  Był  też  zarośnięty  pajęczynami  stosik

rozpałki  i  trochę  starych,  mocno  wyblakłych  gazet  na  podłodze.  Po

wymyślnej czcionce poznałem „Tygodnik Harbourton”.

Szorstka warstewka popiołu na podłodze zadeptana była tysiącami

odcisków kocich łap. Można by pomyśleć, że odbył się tu jakiś sabat

czarownic – tyle śladów! Ale na pewno wszystkie należały do Szatana.

background image

Podłogę  w  kuchni  pokrywały  płytki  z  linoleum,  nieprzyjemnie

lepiące  się  do  podeszew.  Gazowa  kuchenka  była  bardzo  stara,

z  zardzewiałymi  palnikami.  Lodówka  produkcji  General  Electric

musiała pochodzić z lat siedemdziesiątych. Wydawała z siebie tępy,

gardłowy  odgłos,  jakby  niestrawności.  Na  rozłożonych  na  podłodze

plecionych  matach  pod  talerze  –  matach,  które  musiały  sporo

kosztować – stało co najmniej pięć kocich misek z jedzeniem i wodą;

Esdra  dobrze  troszczył  się  o  czarnego  ulubieńca  swojej  pani.

W  kuchennych  drzwiach  znajdowała  się  mała,  ruchoma  klapka,  na

pewno też dla kota. Wyglądało na to, że rozpuszczony zwierzak mógł

wchodzić i wychodzić z domu wedle woli.

Dlaczego  nagle  przyszedł  mi  do  głowy  Czarny  kot  Poego?  –

opowieść o stworzeniu ukochanym przez swojego pana, a jednak bez

żadnego powodu uduszonym przez niego i zamurowanym w ścianie;

z  tej  ściany  dobiegają  potem  mrożące  krew  w  żyłach  jęki,  które

doprowadzają pana do szaleństwa.

– Ze mną tak nie będzie.

(Dlaczego  powiedziałem  to  na  głos?  I  czy  w  ogóle  to  zrobiłem?

Czasem  nie  jestem  pewien,  czy  mówiłem  coś  do  siebie,  czy  tylko

w myślach. A może to ktoś inny przemówił do mnie?).

Kuchnia Haider nie była remontowana od dziesięcioleci. Unosił się

w  niej  smród  rozkładającego  się  jedzenia,  skwaśniałego  mleka

i  zgniłych  owoców;  brud,  kurz,  żal.  Jednak  nie  była  to  całkiem

nieprzyjemna  woń  –  przypominała  zapach  starego,  rzadko  pranego

koca, który od lat zakrywa łóżko.

Widać  było,  że  dzikowłosa  Haider  i  tutaj  miała  swoje  ulubione

miejsce przy stole z szorstkiego drewna. Spośród kilku krzeseł tylko

na jednym leżała brudna poduszka, a poza tym ustawiono je przodem

do  stojącego  na  kuchennym  blacie  telewizorka,  tak  małego,  że  na

pierwszy  rzut  oka  wydawał  się  zabawką.  Z  sufitu  zwisała

dziewięćdziesięciowatowa  żarówka  na  kablu,  bez  klosza.  Poczułem

ukłucie współczucia dla starej samotnicy – Haider musiała spożywać

tu swoje samotne posiłki, czytając książki lub oglądając telewizję.

Podejrzewałem,  że  to  ona  sama  odcięła  się  od  krewnych,  nie

odwrotnie.  Młodsi  kuzyni  na  pewno  liczyli  przecież  na  jakiś  zapis

background image

w testamencie. Mimo to zrobiło mi się jej żal.

To nie twoja wina, że ta kobieta jest wrogiem.

To nie twoja wina, ona chciała publicznie zniszczyć Andrew J. Rusha.

To prawda! Nie mogłem o tym zapominać.

Wróciłem  do  pokoju,  wziąłem  z  półki  jedną  ze  starych

zawilgotniałych książek  Le Fanu  i wsunąłem  ją  do swojej  torby.  Do

tego  Wyspę  doktora  Moreau  H.G.  Wellsa,  której  wcześniej  nie

zauważyłem, a która na pewno była egzemplarzem kolekcjonerskim,

jak pozostałe. I jeszcze – nie mogłem się oprzeć – cienką książeczkę

Duch  przekory.  Za  oknem,  nieświadomy  tej  bezczelnej  kradzieży,

wierny opiekun układał gałęzie w sterty.

Nawet nie zauważy ich braku. Jest bogata, niedbała – nie zasługuje na

takie skarby.

Położywszy paczkę w srebrnym papierze na biurku, odsunąłem się

szybko i potem już unikałem tej części pomieszczenia. Obawiałem się

emanującej  stamtąd  aury  dzikowłosej  kobiety  –  aury  frustracji,

porażki,  wściekłości,  szaleństwa  –  i  że  od  samego  wdychania

mógłbym się nią zarazić.

Na biurku stała staromodna maszyna do pisania firmy Remington,

ciężki  biurowy  model.  Obok  leżały  schludnie  zapełnione  kartki.  Nie

chciałem  jednak  spoglądać  nawet  na  tytuł  żadnego  maszynopisu

C.W.  Haider  z  obawy  przed  zarażeniem.  Na  wysokiej  półce  nad

oknem,  biegnącej  wzdłuż  całej  ściany,  leżały  w  porządku

chronologicznym  dzienniki  Haider  –  straszne,  ile  ich  było,  od  lat

sześćdziesiątych  poprzez  kolejne  dekady,  rzetelnie,  zażarcie,  aż  do

chwili obecnej – do roku 2014. Nawet gdybym mógł ich dosięgnąć,

nie miałbym najmniejszej ochoty do nich zaglądać. Na małym regale

obok biurka stały dzieła literackie C.W. Haider. Te najstarsze, jeszcze

z lat sześćdziesiątych, były to szkolne gazetki, w których pojawiała się

poezja i proza pióra „Corin Wren Haider” (a więc tak miała na imię

moja  nemezis!  Corin  Wren  –  to  imię  musiało  wzbudzać  litościwe

uśmiechy  kolegów  z  klasy).  Były  też  książki  wydane  przez  nią

własnym  kosztem,  niektóre  bardzo  pieczołowicie  zaprojektowane,

z  wypisanym  na  grzbietach  nazwiskiem  autorki.  Pierwsza,  zapewne

najstarsza, zatytułowana była Haider & Haider: Wierszowe potpourri –

background image

napisana wspólnie przez W.J. Haider & C.W. Haider. Ojciec i córka?

Wydrukowane w 1973 roku.

Nachyliłem się i obrzuciłem spojrzeniem pozostałe tytuły na półce –

wśród nich, wypisane złotymi literami, znajdowało się Na przemian!

Było to wstrząsające odkrycie, jak cios prosto w serce.

Jak to możliwe! C.W. Haider napisała siedemdziesięciostronicową

nowelę  Na  przemian  i  wydała  ją  własnym  sumptem  jeszcze  w  1999

roku – lecz był to przecież tytuł powieści, nad którą od kilku miesięcy

z takim trudem pracowałem!

Czy  Haider  podarowała  egzemplarze  swoich  książek  miejskiej

bibliotece?  Czy  to  możliwe,  że  przypadkiem  zauważyłem  na  półce

ciekawie brzmiący tytuł i zapadł mi on w podświadomość?

Naprawdę nie wydawało mi się to prawdopodobne.

Sądziłem, że Na przemian idealnie nadawało się na tytuł powieści,

która  miała  być  jednym  z  moich  najlepszych,  najinteligentniejszych

utworów. Doskonały tytuł, wybrany po głębokim namyśle. Teraz już

nie mogłem go zmienić, struktura fabuły odzwierciedlała nazwę i vice

versa.

Andrew J. Rush, znany jako Stephen King dla dżentelmenów, w swojej

dwudziestej  dziewiątej  powieści  stworzył  wyjątkowo  inteligentną

i oryginalną fabułę…

Andrew  J.  Rush,  „Stephen  King  dla  dżentelmenów”,  zaskoczył  nas

intrygującym odejściem od stylistyki swoich poprzednich książek…

Tak wyobrażałem sobie pierwsze recenzje.

Może  wreszcie  napisaliby  o  mnie  coś  porządnego  w  „New  York

Timesie”.

Bezwstydnie  fantazjowałem  nawet,  że  sam  Stephen  King  mógłby

napisać  recenzję  zamieszczoną  na  upragnionej  przez  wszystkich

pierwszej  stronie  przeglądu  literackiego  „New  York  Timesa”.  Ale

właśnie zaczynało do mnie docierać, że raczej tak się nie stanie.

W tej chwili tytuł Na przemian zdawał się ze mnie szydzić. Jednak

po miesiącach pracy nie potrafiłem sobie wyobrazić jego zmiany.

C.W. Haider będzie wściekła, kiedy zobaczy, że go jej „ukradłem”.

Mimo  nakazu  sądowego  mogła  znowu  spróbować  mnie  pozwać.

Miałem nadzieję, że nie sprowokuje jej to do jakiegoś desperackiego

background image

czynu.

O ile wiedziałem, nigdy nie postawiła nogi w Mill Brook House. Nie

„prześladowała” mnie, co przewidywał Elliot Grossman.

Jeśli przekroczy próg twojego domu i ci zagrozi, masz prawo ją zabić.

Jeśli rzuciła na ciebie klątwę, masz prawo się bronić.

Kolana się pode mną ugięły, więc opadłem na krzesło przy biurku.

Było to krzesło o prostym oparciu, z siedziskiem z brudnego perkalu.

Nawet  nie  próbowałem  podglądać,  nad  jakim  najnowszym  dziełem

pracowała  Haider  (obawiałem  się,  że  się  nim  „zainspiruję”,  jakby

chodziło o zarażenie ebolą). Nie potrafiłem jednak oprzeć się pokusie

przejrzenia regaliku z wydanymi przez nią książkami; musiało ich być

co  najmniej  tyle,  ile  moich  własnych  powieści,  choć  moje  zostały

opublikowane przez prawdziwe wydawnictwo.

Była  wśród  nich  pozycja  długości  nowelki  o  intrygującym  tytule

Wejrzenie (1974).

Z  ciekawości  przejrzałem  pierwszy  rozdział.  Potem  drugi,  potem

trzeci… Włoski podniosły mi się na karku: była to opowieść o młodej

idealistycznej  autorce  kryminałów  o  imieniu  Corrin  Wingate,  która

(naiwnie)  jedzie  do  odległego  luksusowego  hotelu  w  górach

Adirondack  nad  Styxl  Lake,  by  zająć  się  nim  poza  sezonem,  kiedy

kurort  odcięty  jest  od  świata  przez  śnieg.  Corrin  nie  tylko  jest

utalentowaną pisarką, ale posiada też dar wejrzenia, to jest „drugiego

wzroku”  (może  zaglądać  w  przyszłość,  choć  nie  widzi  jej  wyraźnie

i  nie  posiada  mocy  jej  zmieniania).  Zaprasza  do  towarzystwa

kuzynkę, obie zabierają też swoje koty; jednak wkrótce po przyjeździe

do  majestatycznego  Hotelu  Styxl  zaczynają  je  nawiedzać  widziadła

czy też demony. Po krótkim czasie Corrin nie jest już w stanie pisać

i  wraz  z  kuzynką  zaczyna  ulegać  paranoicznym  fantazjom…  Choć

napisana  irytująco  kwiecistym  stylem  i  dziwacznie  poetycka

w  najgorszym  tego  słowa  znaczeniu,  nowelka  stanowiła  wciągające

studium rozkładu świadomości na odludziu. Rozdziały były za długie

i  absurdalnie  melodramatyczne,  lecz  każdy  z  nich  tworzył  osobną

całość,  napisaną  z  prawdziwą  pasją.  Szczególnie  fascynująca  –

i  przerażająca  –  była  scena,  w  której  kot  bohaterki  zostaje  opętany

przez  demona  i  rzuca  się  najpierw  na  drugiego  kota,  a  potem  na

background image

swoją panią.

Wejrzenie  zostało  wydane  na  kilka  lat  przed  Lśnieniem  Stephena

Kinga  (wiedziałem,  że  książkę  tę  opublikowano  w  roku  1977,  bo

zrobiła  na  mnie  duże  wrażenie,  kiedy  byłem  jeszcze  aspirującym

pisarzem). Przedziwne!

Czy  to  możliwe,  że  młody  Stephen  King  w  jakiś  sposób  wszedł

w  posiadanie  nieznanej  nowelki  Wejrzenie  C.W.  Haider?  To  było

całkowicie niewiarygodne, ale…

Inna  stojąca  na  półce  nowelka  C.W.  Haider  nosiła  tytuł  Cienista

jaźń. Tego dziewięćdziesięciostronicowego utworu najwyraźniej nigdy

nie  wydano;  był  to  tylko  maszynopis  oprawiony  w  karton

z  marmurkowym  wzorem,  datowany  (piórem)  na  luty  1983.

Z  pobieżnej  lektury  rozgadanego  „poetyckiego”  tekstu

wywnioskowałem,  że  jest  to  gotycka  opowieść  o  młodej

i idealistycznej autorce kryminałów (Carroll Wheeler), która zaczyna

ulegać  swojemu  drugiemu  (męskiemu)  wcieleniu  czy  też  alter  ego:

pisarz mężczyzna wydaje „odrażające, lubieżne horrory”, podczas gdy

pisarka  kobieta  tworzy  „szanowaną  literaturę  piękną”;  pisarz

mężczyzna  osiąga  komercyjny  sukces,  podczas  gdy  pisarka  kobieta

pochwalić  się  może  tylko  uznaniem  krytyki  i  kilkoma  nagrodami.

Chcąc wyegzorcyzmować pisarza mężczyznę, pisarka kobieta pali jego

książki  i  zmiata  popioły  do  wilgotnego  dołu.  Jednak  po  zaledwie

kilku dniach „odświeżającej, radosnej wolności od oków zła” zostaje

owładnięta przez pisarza mężczyznę, który jakimś sposobem (nie do

końca  wiadomo  jakim)  zdołał  wymordować  połowę  populacji

„historycznej”  wioski  w  New  Jersey,  gdzie  osadzona  jest  akcja.

Melodramatyczny,  śmieszny  w  swym  absurdzie  horror  i  muszę

przyznać,  że  nie  byłem  w  stanie  go  dokończyć,  lecz  fabuła  była  mi

znana  –  w  zarysie  bardzo  przypominała  Mroczną  połowę  Stephena

Kinga, która powstała całe lata później.

I  znowu  sama  myśl,  że  Stephen  King  jakimś  sposobem  uzyskał

dostęp do nieopublikowanej noweli Haider, była niedorzeczna. Nawet

jeśli  ta  zdesperowana  niedoszła  autorka  przesłała  mu  manuskrypt,

King  nawet  by  do  niego  nie  zajrzał,  a  gdyby  tak,  nie  przeczytałby

więcej  niż  jeden  czy  dwa  akapity,  bo  styl  był  tak  samo  kwiecisty

background image

i „wzniosły” jak poprzednio.

Ostrożnie  odłożyłem  Cienistą  jaźń  na  półkę.  Nie  chciałem  (i  nie

zamierzałem)  zastanawiać  się  nad  własną,  coraz  bardziej

skomplikowaną relacją z Waletem Pik.

Na innej półce znajdował się tak samo obłożony manuskrypt pod

tytułem  Siostry  wiedźmy  z  Hrabstwa  Hecate  (1979),  który  chyba

poprzedzał  Czarownice  z  Eastwick  Johna  Updike’a  (przypomniałem

sobie, jak Grossman opowiadał mi ze śmiechem, że Haider próbowała

pozwać  i  tego  autora).  Były  też  Straszne  opowieści  Klubu  Chilliwick

(1974),  długa  powieść  o  skomplikowanej  chronologii  i  licznych

postaciach, która musiała poprzedzać o kilka lat słynącą z zawiłości

Upiorną opowieść Petera Strauba.

Przypadek? Musiało tak być.

Nie mogło.

To dopiero szok! Na najniższej półce leżał zniszczony egzemplarz

mojej powieści z 1991 roku, Morderstwo o północy. Był to jeden z tych

moich  utworów,  które  wydawca  uważał  za  przełomowe  –  miał

nadzieję,  że  wyniosą  Andrew  J.  Rusha  na  sam  szczyt  listy

bestsellerów;  niestety,  tak  się  nie  stało,  choć  książka  przez  kilka

tygodni  utrzymywała  się  na  dole  listy,  a  jej  tańsze  wydanie  wcale

nieźle się sprzedawało. Odkrycie, że Haider przejrzała ją z czerwonym

flamastrem w ręce, robiąc notatki praktycznie przy każdym akapicie,

zdjęło  mnie  niepokojem…  Przysięgam,  że  ta  historia  o  dawniej

zrośniętych bliźniakach, z których każdy myśli, że ten drugi zmarł po

operacji  rozdzielającej,  była  całkowicie  moja;  Haider  jednak

nakreśliła  trzydziestostronicowy  szkic  powieści  zatytułowanej

Morderstwo  o  zmroku,  o  niemal  identycznej  fabule,  który  razem

z  pierwszym  rozdziałem  przesłała  do  wydawcy  w  Nowym  Jorku

w kwietniu 1987 – w odpowiedzi dostała list odmowny.

Co jeszcze bardziej niepokojące, był to mój wydawca.

Podobieństwa  pomiędzy  Morderstwem  o  północy  a  Morderstwem

o  zmroku  były  niezaprzeczalne.  W  obydwu  wypadkach  teksty

kończyły się zwycięstwem „dobrego” bliźniaka nad „złym” – ale czy

aby na pewno…?

Nie  miałem  wątpliwości,  że  Haider  wymyśliła  tę  historię  w  roku

background image

1987, całe lata zanim w ogóle zacząłem pisać swoją powieść. A mimo

to wcale jej nie ukradłem!

Fragmenty, które odczytała na sali sądowej tym swoim szyderczym

głosem, pochodziły właśnie z tych dwóch książek. Byłem wtedy tak

zażenowany,  że  starałem  się  nie  słuchać.  Teraz  zalała  mnie  fala

wstydu:  a  więc  Andrew  J.  Rush  faktycznie  został  publicznie

upokorzony.

W  szufladzie  biurka  Haider  znajdował  się  wypchany  segregator

z  listami  od  mojego  i  innych  nowojorskich  wydawców,  a  także

z  różnych  magazynów  –  „Saturday  Evening  Post”,  „New  Yorker”,

„The Atlantic” – sięgającymi aż do wczesnych lat siedemdziesiątych.

Większość sprowadzała się do kilku zwięzłych zdań ze standardową

formułką:  „Z  przykrością  informujemy…”.  Kilka  było  bardziej

osobistych, a jeden, z 2003 roku, od redaktorki z St. Martin’s Press,

zawierał  ręcznie  pisane  postscriptum:  „Prawie  dałam  się  przekonać!

Proszę przysłać coś więcej”.

Jaką  nadzieję  musiała  poczuć  Haider  po  takim  liściku!  Ale

wyglądało  na  to,  że  było  to  jedyne  słowo  zachęty  w  powodzi

standardowych odmów.

Była też inna, głębsza szuflada z segregatorami pełnymi zapisanych

na maszynie kartek, zarysów i szkiców tekstów, rysunków, fotografii

rodzinnych,  wycinków  z  gazet.  Z  tej  szuflady  emanował  wilgotny,

grzybowy  odór  całkowitej  porażki,  od  którego  zrobiło  mi  się  słabo.

Zatrzasnąłem ją desperackim ruchem.

Czułem się oszołomiony, wyczerpany. Od wczesnego lunchu nic nie

jadłem,  bo  moja  droga  Irina  porzuciła  mnie  w  porze  kolacji,  woląc

zjeść  ją  w  towarzystwie  swoich  kolegów  –  w  tym  szczupłego,

czarnowłosego Huanga Lee.

O  moje  nogi  otarł  się  z  udawaną  sympatią  włochaty  kształt  –

jedwabiście  czarny  Szatan,  trącający  mnie  twardym  łebkiem.  Jego

głośne  mruczenie  sprawiało  na  mnie  wrażenie  nieprzyjemnego

kociego śmiechu.

–  Ale…  ja  jestem  niewinny.  Ja  naprawdę  nie  ukradłem…  nie

popełniłem plagiatu…

Właśnie tego czarnego kota musiałem przekonać. Czarnego kocura,

background image

który wpatrywał się we mnie rozbawionymi oczami.

Nie  do  końca  pojmowałem  swoje  odkrycie  –  czy  te  porażające

podobieństwa między utworami Haider a książkami bestsellerowych

pisarzy to zwykły przypadek, czy też było to wykluczone?

– Biedna kobieta! Za każdym razem tak mało brakowało…

Haider  od  młodego  wieku  usiłowała  zostać  pisarką;  miała

natchnione,  wspaniałe  pomysły  na  kryminały  i  horrory,  ale

najwyraźniej nie potrafiła wcielić ich w życie tak dobrze, jak inni. Czy

Morderstwo  o  zmroku  naprawdę  było  o  tyle  gorsze  od  Morderstwa

o północy? Nie chciałem czytać pierwszego rozdziału, żeby się o tym

przekonać.

Po całym pokoju rozstawione były rodzinne fotografie. C.W. Haider

nawet w młodości nie była zbyt atrakcyjna. Jako dziecko dosłownie

krzywiła  się  do  obiektywu.  Twarz  miała  ostrą,  poirytowaną;  nawet

pozując  do  oficjalnych  fotografii,  nie  zniżała  się  do  uśmiechu.

W oślepiająco białej szacie i czapce na zakończenie szkoły (liceum?

koledż?) ta agresywnie brzydka dziewczyna stała sztywna i nieugięta

z dumną miną; widać było, że bardzo w siebie wierzyła, choć (jak się

okazało)  wiara  ta  nie  miała  żadnych  podstaw.  Około  trzydziestki

łudząco  przypominała  wyglądem  Ayn  Rand.  Oczywiście  w  karierze

nie  pomogło  jej  to,  że  była  kobietą,  ale  pozbawioną  kobiecości.

Pragnęła  przebić  się  w  zdominowanej  przez  mężczyzn  dziedzinie

popularnych amerykańskich kryminałów i horrorów – była to sztuka,

która  udała  się  niewielu  przedstawicielkom  płci  pięknej,  a  już  na

pewno nie tym, które epatowały męskim ego.

Może gdyby była bardziej atrakcyjna albo w jakiś sposób bardziej

kobieca, zdołałaby przekonać jakiegoś redaktora, żeby potraktował jej

utwory  poważnie  i  pomógł  je  poprawić,  by  nadawały  się  do  druku.

Ale tak się nie stało. Nic dziwnego, że biedaczka oszalała.

Nie bądź mięczakiem. Ona ciebie nienawidzi.

Pamiętaj: w tym domu objęty jesteś immunitetem.

To  prawda.  Jak  zauważył  Walet  Pik,  w  domu  na  Tumbrel  Place

byłem  w  pewien  sposób  nietykalny.  Sędzia  Carson  (znajomy,

z którym łączyły mnie dobre stosunki i który mógł przekazać sprawę

komuś  innemu,  ale  tego  nie  zrobił)  zarządził  przecież,  że  oddala

background image

pozew C.W. Haider przeciw Andrew J. Rushowi – co więcej, zrobił to

z  wyraźną  pogardą.  Jeśli  Haider  kiedykolwiek  znowu  oskarży  mnie

o kradzież, wyśmieją ją.

Czy policja w Harbourton by jej wysłuchała? Bardzo wątpliwe.

Przekonałem  Elliota  Grossmana,  żeby  darował  sobie  pozew,  ale

ustąpiłem  w  kwestii  podania  o  nakaz  restrykcyjny,  by  powstrzymać

Haider przed dalszym nękaniem.

–  Z  tym  nakazem  wiedźma  nie  może  cię  dotknąć.  Ale  ty,  gdybyś

należał do tych mściwych, mógłbyś nękać  – żartował Grossman.

Nie  roześmiałem  się.  Stwierdziłem  tylko,  że  to  wcale  nie  jest

zabawne.

– Sorry, Andrew. Tylko żartowałem.

–  To  nie  jest  śmieszne.  Mówiłem  ci,  ta  biedna  kobieta  jest  chora

psychicznie. Czemu miałbym nękać kogoś chorego psychicznie?

Byłem  na  niego  tak  zły,  że  ledwo  powstrzymałem  się  przed

zgrzytaniem  zębami.  Na  szczęście  rozmawialiśmy  przez  telefon

i Grossman nie widział wyrazu mojej twarzy.

Teraz ta rozmowa wróciła do mnie.

Ty, gdybyś należał do tych mściwych, mógłbyś nękać ją.

No  cóż,  nie  miałem  zamiaru  nękać  C.W.  Haider.  Dla  tej  kobiety

dostateczną  karę  musiało  stanowić  to,  że  jako  pisarka  poniosła

całkowitą  klęskę,  że  znajdowała  się  na  obserwacji  w  szpitalu

psychiatrycznym i że przegrała ze mną w sądzie.

Nie  uważałem,  by  zabranie  kilku  cennych  książek  z  jej  biblioteki

stanowiło  nękanie.  Przekonywałem  sam  siebie,  że  Haider

prawdopodobnie  nawet  nie  zauważy  ich  braku.  Z  tego  samego

powodu nie uważałem tego za kradzież.

Ona jest ci dłużna. Nie pozwałeś jej o pokrycie opłat sądowych.

Postanowiłem zabrać też egzemplarz wydanego przez samą Haider

Wejrzenia. Na  pewno tego  nie  zauważy, miała  na półce  co najmniej

sześć  kopii  –  dla  mnie  zaś  na  swój  przedziwny  sposób  był  to

przedmiot kolekcjonerski.

Nie  żebym  zamierzał  trzymać  tę  dziwną  nowelkę  na  regale

w  salonie,  na  widoku.  Schowam  ją  w  swoim  specjalnym  schowku,

razem z powieściami Waleta Pik.

background image

Zanim  opuściłem  dom,  rozejrzałem  się  za  alarmem.  Wiem,  że

zazwyczaj instaluje się takie rzeczy w jakiejś szafie; zamierzałem go

rozbroić, ale zobaczyłem, że już to zrobiono. Edwardiański dom przy

Tumbrel Place 88 chroniły wyłącznie zamki w drzwiach i oknach.

Otworzyłem  zamek  narożnego  okna  w  jednym  z  nieużywanych

pokoi, gdzie Esdra nigdy tego nie zauważy. Dla pewności otworzyłem

też drugie okno, w salonie.

Wszystko  to  na  wypadek,  gdybym  przypadkiem  chciał  kiedyś

ponownie  odwiedzić  rezydencję  Haiderów,  choć  oczywiście  nie

miałem najmniejszego zamiaru powracać na „miejsce zbrodni”.

Przed  wyjściem  stuknąłem  w  okno,  aby  dać  Esdrze  znać,  że

wychodzę.  Esdra,  nadal  zajęty  grabieniem,  uśmiechnął  się  i  dotknął

palcami  czoła  w  pozdrowieniu.  Był  to  gest  kamraderii  –  czarny

służący  i  biały  gość,  złączeni  pragnieniem  pomocy  nieszczęsnej

C.W. Haider.

* * *

Powinienem  być  szczęśliwy  z  powodu  nowo  nabytych

kolekcjonerskich książek, ale w drodze do domu czułem się dziwnie

wypompowany, pozbawiony energii.

Zdjąłem  stare  okulary.  Odrzuciłem  brudną  czapkę  bejsbolówkę.

Skręcając na podjazd i zbliżając się do Mill Brook House, zobaczyłem,

że samochodu Iriny nadal nie ma, choć wydawało mi się, że nie było

mnie w domu przez bardzo długi czas.

background image

17

Tajemna biblioteka

Dni, tygodnie. Czekanie.

Z początku gorliwie przeglądałem lokalne gazetki w poszukiwaniu

wiadomości  o  włamaniu  do  domu  Haiderów.  Albo  jakichkolwiek

wieści o C.W. Haider.

Czy wypisano ją ze szpitala? Czy wróciła do domu? Jaka była jej

reakcja na pozostawiony na biurku „upominek”, podpisany bezczelnie

„Steve King”?

Może ten żart tak ją uraził, że dostała kolejnego ataku. Kolejnego

załamania.

Myślałem, że gdyby umarła, w „Tygodniku Harbourton” ukazałoby

się długie epitafium. Ale żadnego epitafium nie było.

Raz  odważyłem  się  przejechać  samochodem  obok  Tumbrel  Place

88. Ten wąski, brzydki edwardiański dom z jego postarzałymi cegłami

i  połamanymi  przez  burze  drzewami  dziwnie  mnie  przyciągał.

Liczyłem  przynajmniej  na  mignięcie  wiernego  opiekuna,  ale  nikogo

nie  zobaczyłem.  Nikogo  nie  było  też  widać  w  wysokich  oknach

wychodzących na ulicę.

Nie wchodź tam teraz. To za duże ryzyko.

Jakbym potrzebował ostrzeżeń Waleta Pik.

* * *

– Esdra? Dzień dobry!

W centrum handlowym na parkingu za Macy’s zobaczyłem szybko

idącego czarnego mężczyznę, niskiego, masywnego, o płaskiej głowie,

w roboczym kombinezonie. Tak się podekscytowałem na jego widok,

że  wyhamowałem  samochód  i  wychyliłem  się  przez  okno,  żeby  do

niego  zawołać,  choć  widziałem  (bo  oczywiście  widziałem),  że  był

o  wiele  młodszy  od  Esdry  Staplesa;  ale  był  to  tylko  jakiś  obcy

background image

człowiek, patrzył na mnie z zaskoczeniem, nieufnie.

– Przepraszam! Wziąłem pana za starego znajomego.

Cholera.

Na wszelki wypadek musiałem ukryć cenne nabytki – Frankensteina,

Kryjówkę  białego  węża,  W  kleszczach  lęku,  W  ciemnym  zwierciadle,

Wyspę doktora Moreau oraz wyjątkowego Ducha przekory – w dawnym

składziku  na  owoce,  przekształconym  w  specjalny  schowek,  gdzie

rezydował  Walet  Pik.  Choć  na  żadnej  z  tych  niezwykłych  książek

z autografami nie było informacji, że należała do Haider – nic równie

plebejskiego  jak  ex  libris  w  rzadkim  egzemplarzu!  –  to  nie  mogłem

(jeszcze)  ryzykować,  umieszczając  je  w  kolekcji  na  górze,  gdzie

mogliby  je  przeglądać  pełni  podziwu  goście,  nawet  jeśli  niczego

bardziej bym nie pragnął.

Zostawiłeś Draculę. Idiota.

To mnie dręczyło. Dlaczego nie wsunąłem Draculi z autografem do

swojej torby, kiedy miałem okazję? Jeśli Haider nie zauważyła braku

pozostałych książek, to na brak tej także nie zwróciłaby uwagi.

W  składziku  nie  było  oczywiście  okien.  Sam  go  odmalowałem:

beżowe  ściany,  biały  sufit.  Pomieszczenie  było  niskie  –  jakieś  dwa

metry, zaledwie pięć centymetrów powyżej czubka mojej głowy – lecz

dziwnie  przytulne,  zaciszne  i  odosobnione.  Wszystkie  ściany

zajmowały częściowo zastawione regały; Walet Pik wciąż jeszcze nie

osiągnął  szczytu  kariery.  Zostawiłem  wolne  miejsce,  żeby  móc

zapełniać je z upływem czasu.

Moje zdobycze umieściłem na osobnej półce w widocznym miejscu,

na poziomie oczu.

Teraz,  kiedy  w  tajemnej  biblioteczce  (bo  tak  zacząłem  o  niej

myśleć)  miały  być  trzymane  cenne  książki  (odkryłem,  że  sam

dwutomowy Frankenstein był wart ponad siedemdziesiąt pięć tysięcy

dolarów!),  zainstalowałem  tam  urządzenie  kontrolujące  wilgoć,

podobnie  jak  na  górze.  Myślałem,  że  jeśli  coś  się  przytrafi

C.W.  Haider,  a  nie  będzie  żadnych  dowodów  na  to,  że  książki

pochodzą z jej domu, przeniosę je na górę i tam wyeksponuję.

Wchodząc do tajemnej biblioteki, mogłem zamknąć za sobą drzwi

background image

i czuć się całkowicie bezpiecznie. Choć nawet kiedy mieszkały z nami

dzieci, rzadko interesowały się księgozbiorem ojca, podobnie jak – co

stwierdzam z przykrością – jego karierą pisarską.

Raz, w piątej klasie, nasz najstarszy syn Chris wrócił ze szkoły (było

to  jeszcze  w  Highland  Park)  i  zapytał  Irinę:  „Czy  tata  pisuje

«kryminały  dla  niewymagających»?”.  Śmialiśmy  się  razem  z  tego

pytania  i  ze  stojących  za  nim  uprzedzeń,  ale  tak  naprawdę  wcale

mnie  to  nie  bawiło;  mniejsza  o  to,  jaką  okrężną,  podstępną  zemstę

wywarłem na tamtym niczego się niespodziewającym snobistycznym

nauczycielu,  dość,  że  już  wkrótce  musiał  zacząć  rozsyłać  swoje  CV

w poszukiwaniu innej pracy. Nadęty drań!

Julia  przeczytała  w  liceum  kilka  książek  taty.  Twierdziła,  że  nie

mogła  się  od  nich  oderwać  i  że  były  pełne  niespodzianek,  ale

(przypadkiem  to  wiedziałem)  porzuciła  je  podczas  studiów

w Brownie. Kiedy ktoś ją pytał, czy jej ojciec to ten Andrew J. Rush,

wydawała  się  lekko  zażenowana  (Irina  mówiła  jej,  że  powinna  być

dumna z ojca. „I jestem, mamo – odpowiadała Julia – tylko to trochę

krępujące, kiedy ludzie o to wypytują, bo tak naprawdę nie wiem, co

o nim myślą”).

Co  do  chłopców  –  Chris  sam  przyznawał,  że  nie  przepada  za

powieściami,  a  Dale  –  że  w  ogóle  nie  lubi  czytać.  Obaj  „siedzieli

w  komputerach”  –  mieli  średnie  prace  w  średnich  firmach  w  New

Jersey.  Jeszcze  w  wieku  dwudziestu  pięciu  lat  grywali  w  gry

komputerowe, „tak dla relaksu”.

Irina natomiast przeczytała wszystko autorstwa Andrew J. Rusha.

Jej  opinie  zawsze  były  bardzo  pozytywne.  Gdzie  się  podział  bystry,

przenikliwy  krytyk  z  naszych  dawnych  warsztatów  pisarskich?

Czyżby  moja  droga  żona  obniżyła  swoje  oczekiwania  do  poziomu,

któremu Andrew J. Rush był w stanie sprostać? Czy traktowała mnie

protekcjonalnie?

Żadne z nich nie miało pojęcia o Walecie Pik. Uśmiechnąłem się na

myśl, w jakim byliby szoku, gdyby się dowiedzieli.

Tak, ale się nie dowiedzą. To nasza tajemnica.

Walet Pik  ciągle wydawał  się w  moim  życiu czymś  nowym,  więc

fakt, że za kilka tygodni, w październiku, miała ukazać się jego piąta

background image

powieść,  napawał  mnie  zdumieniem.  Wydanie  miała  otaczać

całkowita  tajemnica,  choć  wydawca  planował  jakieś  działania

promocyjne i wspominał niejasno o reklamach. Nowa powieść nosiła

tytuł  Dopust.  Napisałem  ją  poprzedniej  zimy  w  tak  ogromnym

skupieniu,  że  teraz  ledwo  przypominałem  sobie  fabułę;  jeśli  każde

zdanie  Andrew  J.  Rusha  rodziło  się  w  bólach  i  czasem  miałem

wrażenie,  jakbym  przenosił  na  papier  wyszarpane  z  ciała  żyły

i arterie, to w wypadku Waleta Pik całe akapity i strony, ba! rozdziały

pojawiały się w mgnieniu oka, pozostawiając mnie wyczerpanego, ale

zadowolonego.  Z  Dopustu  pamiętałem  tylko,  że  miał  gwałtowne

i  brutalne  zakończenie,  niespodziewane  morderstwo-samobójstwo

w  jakichś  ciemnych  wodach  na  dnie  stromej  przepaści;  jak  zwykle

protagonista  musiał  stawić  czoła  szyderczemu  sobowtórowi,  który

zagrażał  życiu  jego  żony,  rodziny  oraz  jego  samego  i  trzeba  było

rozprawić się z nim przemocą.

Na  półce  obok  tanich  wydań  Waleta  Pik  leżały  złożone  szpalty

Dopustu,  przesłane  na  moją  skrzynkę  pocztową  w  Hadrian.

Z ciekawości rzuciłem okiem na okładkę, której już nie pamiętałem –

ze  zdumieniem  odkryłem,  że  stanowiła  dość  nieporadną  kopię

znanego  erotycznego  portretu  Gustawa  Klimta,  przedstawiającego

seksualnie  niezaspokojoną  kobietę  (czy  wyraziłem  na  to  zgodę?

Najwyraźniej!). W pierwowzorze naga kobieta miała na głowie burzę

rudych włosów – na okładce były one śnieżnobiałe, ale postać nadal

emanowała drapieżną seksualnością. Na obydwu malowidłach leżała

w  sugestywnej  pozie,  z  dłońmi  splecionymi  za  głową  i  rozłożonymi

ramionami, które odsłaniały włosy pod pachami.

Chore. Macho.

Powieści, które skłaniają do myślenia – ale nie są to przyjemne myśli.

Zastanawiałem  się,  czy  Julia  przeczytała  więcej  powieści  Waleta

Pik.  Irytowało  mnie,  że  moja  córka  była  tak  zawzięta  i  tak  uparcie

feministyczna.  Nie  chciałem  myśleć  o  niej  jako  o  dojrzałej  młodej

kobiecie żyjącej własnym, nieprzeniknionym życiem – nienawidziłem

myśli, że utrzymuje z kimś stosunki seksualne…

– Halo? Andrew?

Głos za plecami, niespodziewany.

background image

Irina.  Zostawiłem  drzwi  otwarte  na  oścież  i  stała  teraz  tuż  za

progiem.

– A co to takiego? Jakaś… podziemna biblioteka?

Nigdy  jeszcze  nie  widziała  składziku,  choć  wiedziała,  że

wykorzystuję  go  do  składowania  niepotrzebnych  egzemplarzy

książek.  Jej  szeroko  otwarte  oczy  mówiły  o  zaskoczeniu  na  widok

zabudowanych  regałami  ścian,  porządnego  oświetlenia,  czarnego

skórzanego fotela i nawet chodniczka na podłodze.

Odepchnąłem ją szybko, wyszedłem i zamknąłem drzwi.

– Szpiegujesz mnie, kochanie? Mam nadzieję, że nie.

– Szpieguję? Nie, ja… zdawało mi się, że słyszałam…

– Chodźmy na górę. I tak właśnie wychodziłem.

Zmusiłem  się  do  uśmiechu.  Do  tego,  żeby  nie  mówić  szorstko,

z irytacją.

Ona  za  dużo  wie.  Sam  fakt,  że  wie,  że  w  tym  domu  jest  miejsce,  do

którego nie ma dostępu, to już zbyt wiele.

Irytowało  mnie  również,  że  miała  na  sobie  makijaż  –  delikatna

koralowa  szminka,  muśnięcie  pudru  –  oraz  srebrny  naszyjnik

i bransoletkę. Przypominało mi to, że tego dnia była w szkole, wśród

swoich  kolegów.  Była  ładnie  ubrana  i  zrobiła  coś  z  włosami.  Na

nogach  miała  sandały  z  odsłoniętymi  piętami,  na  niskim  obcasie;

byłem  pewien,  że  nigdy  ich  nie  widziałem.  W  domu,  tylko

w  towarzystwie  męża,  rzadko  zadawała  sobie  trud  malowania  się,

nosiła  dżinsy,  workowate  koszule  i  swetry  oraz  stare  buty  do

biegania.

Był już późny wrzesień. Upłynęło kilka miesięcy od dnia wezwania

do sądu.

Od dnia, kiedy w moje życie wtargnął wróg.

–  Andrew,  dlaczego  sprawiasz  wrażenie,  jakbyś  był…  wściekły?

Przepraszam,  jeśli  ci  przeszkodziłam…  Wcale  cię  nie  szpiegowałam,

naprawdę…  Po  prostu  dopiero  wróciłam  do  domu  i  chciałam  się

przywitać…  Nie  było  cię  w  gabinecie…  Wydawało  mi  się,  że

słyszałam w piwnicy głosy…

– Głosy? Nie bądź śmieszna.

– No… widać się pomyliłam. Przepraszam.

background image

– Jak mogłaś słyszeć jakieś głosy? Przecież nie ma tu nikogo poza

mną.

Byliśmy  już  na  górze.  Irina  odsuwała  się  ode  mnie.

Przepraszającym tonem wydusiła, że wydawało jej się, że ktoś ze mną

jest, może ktoś od naprawy albo jakiś dostawca…

–  Strasznie  przepraszam,  pomyliłam  się.  Co  to  ma  za  znaczenie?

Dlaczego tak się złościsz?

Widziałem w jej oczach strach. Czemu, u licha, moja żona się boi –

i to mnie?

– Wcale się nie złoszczę, Irino! Nie obrażaj mnie.

Mimo to Irina wzdragała się przede mną i uciekłaby, gdyby moja

dłoń nie poderwała się, by chwycić ją za ramię; Irina krzyknęła cicho

z zaskoczenia i bólu; natychmiast ją puściłem.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie, oboje w szoku, dysząc ciężko.

Nie  mogłem  uwierzyć,  że  sprowokowała  mnie  do  zachowania  tak

całkowicie  sprzecznego  z  moją  naturą,  do  tego  jeszcze  pogarszała

sytuację, mówiąc na pół z płaczem:

–  Nienawidzę,  kiedy  pijesz,  Andrew.  Nie  jesteś  wtedy  sobą…

przerażasz mnie.

– Teraz naprawdę mnie obrażasz. Niczego nie piłem.

Irina uciekła przede mną na piętro. Nie miałem zamiaru za nią iść.

Jest o ciebie zazdrosna. O twój talent, twój sukces.

O  to,  że  jesteś  mężczyzną,  że  ją  przewyższasz.  Już  tego  samego  nie

może znieść.

Nocą wróciłem do tajnej biblioteczki.

Chciałem  sprawdzić  zamek  w  drzwiach.  I  urządzenie  do  kontroli

wilgotności.  Pragnąłem  podziwiać  swoje  nowe  nabytki,  z  których

byłem przedziwnie dumny – jakbym wyratował je z samego piekła.

W  domu  panowały  ciemności.  Irina  poszła  spać.  Wyobrażałem

sobie  jej  oczy  napuchnięte  od  płaczu.  Nie  ma  mowy,  żebym  znowu

biegł ją uspokajać.

Zbyt często zdarzały nam się ostatnio takie dziwne sceny. Zupełnie

jakby  starała  się  mnie  sprowokować,  jakby  chciała  sprawdzić,  jak

background image

mocno może przycisnąć swego wyrozumiałego męża.

Jej  zachowanie  miało  coś  wspólnego  z  jesiennym  semestrem

w szkole. Jakby jej emocjonalny ośrodek ciężkości przesunął się i nie

znajdował się już w tym domu, ale tam.

I nie przy tobie, jej mężu. Tylko przy nim.

Tylko raz widziałem przelotnie tego Huanga Lee. Jechaliśmy drogą

tuż za miastem i Irina pomachała przez szybę jakiemuś rowerzyście –

mężczyzna,  kruczoczarne  włosy,  obcisłe  spodenki  ze  spandeksu

i koszulka. Sądziłem, że to jakiś uczeń szkoły, póki nie powiedziała,

że to jej kolega, nauczyciel matematyki.

Rozpoznał Irinę, odmachał w odpowiedzi.

Przemknąłem samochodem obok, wymijając go szerokim łukiem.

Po  tamtym  incydencie  zdałem  sobie  sprawę,  że  w  ostatnich

miesiącach  często  słyszałem,  jak  Irina  rozmawia  przez  komórkę

w  niespodziewanych  miejscach.  Albo  na  dworze,  z  dala  od  domu.

Jakby się przede mną kryła – przede mną, swoim mężem.

Miałem  też  wrażenie,  że  zadawała  sobie  wiele  trudu,  by  mnie

sprowokować. Jakby chciała wzbudzić we mnie gniew. Skusić mnie,

żebym ją skrzywdził.

Nie należę do mężczyzn, którzy podsłuchiwaliby własną żonę czy

w  ogóle  kogokolwiek.  Nie  należę  do  mężczyzn,  którzy  uderzyliby

żonę albo w ogóle kogokolwiek.

W  tajemnej  bibliotece,  pamiętając  o  zatrzaśnięciu  drzwi

i  przekręceniu  zamka,  nalewam  do  szklanki  kilka  centymetrów

szkockiej z butelki, którą trzymam tu specjalnie w tym celu.

Ona nic o tobie nie wie.

Nikt z nich nie wie.

Przypominam  sobie  Czarnego  kota,  historię  Edgara  Allana  Poego,

nowelę,  w  której  narrator  dusi  swojego  zwierzaka  i  morduje  żonę;

oboje  zamurowuje  w  ścianie,  z  której  zaczynają  dobiegać  straszliwe

jęki.

background image

18

Skruszony

Uważaj! Jesteś w ogromnym niebezpieczeństwie.

Irina unikała mnie przez całą noc i część następnego dnia. Zaszyty

w  swoim  pokoju  nad  dawną  stajnią  nie  mogłem  pisać.  Bolał  mnie

brzuch,  bolało  serce.  Sama  myśl  o  Walecie  Pik  napełniała  mnie

przerażeniem.

– Muszę to skończyć. Koniec z Waletem Pik.

Czekałem,  niespokojny.  Niczym  ktoś,  kto  poczuł  kłucie  w  sercu

i czeka na kolejne, mocniejsze, a potem na zawał.

Czekałem na ten szyderczy, pełen groźby głos.

I  nic.  Przez  otwarte  okno  dobiegał  szum  wiatru  w  otaczających

dom drzewach, piękny dźwięk, od którego do oczu napłynęły mi łzy.

–  Oddam  książki,  które  zabrałem  tej  biednej  kobiecie.  Przeproszę

Irinę. Już nigdy nie będę pił.

Irina  pojechała  do  szkoły  wczesnym  rankiem,  zanim  jeszcze  do

końca się wybudziłem. Po raz pierwszy w naszym małżeństwie jedno

z nas wyszło z domu, nie żegnając się z drugim.

To był drobiazg, wiedziałem o tym. To była przepaść.

Poprzedniej  nocy  w  piwnicy  zapadłem  w  pijacki  sen.  Z  pustą

butelką po szkockiej pod nogami.

Kiedy  przed  dziewiątą,  otępiały  i  niepewny,  wszedłem  na  piętro,

Irina już wyszła, dom był pusty, a wszystkie pokoje rozświetlało ostre,

jasne,  jesienne  słońce,  które  nie  miało  znaczenia  –  doznałem

dojmującego  przeczucia  Mill  Brook  House  pozbawionego

mieszkańców.

– Irina? Gdzie jesteś…

Głowa  mnie  bolała.  Puls  za  oczami  bębnił  mocno  i  złowieszczo.

Zupełnie jakby coś tam próbowało do mnie mówić.

Tego dnia, który zdawał się nie mieć końca, nie zdołałem napisać

ani jednego spójnego zdania. W gabinecie, który z podziwem opisano

background image

w  niejednej  lokalnej  gazecie  („przewiewny”,  „przestronny”,

„wspaniały  wiejski  widok”,  „prywatny  i  zaciszny”,  „marzenie

pisarza”), zupełnie nie byłem w stanie się skupić. Fabuła Na przemian

wydawała się tak mechaniczna! I ten pusty tytuł, z którego byłem tak

dumny.  Zdania  tłukły  mi  się  pod  czaszką  jak  oszalałe  chrabąszcze.

Słowa odrywały się od swoich znaczeń. Kiedy starałem się odczytać

na  głos  fragmenty,  które  wymagały  szczególnej  uwagi  –  zawsze  tak

robiłem  –  w  moich  uszach  dźwięczał  szyderczy  głos  białowłosej

kobiety.

Złodziej! Plagiator! Morderca!

– Ja nie jestem… mordercą…

W głębi serca jesteś. Pragniesz śmierci swojego wroga.

– Nie pragnę niczyjej śmierci. Ja… przeraża mnie myśl o zranieniu

innej osoby…

Przeraża cię jedynie myśl o tym, że twoje zbrodnie zostaną ujawnione

i ukarane. To wszystko.

– To nieprawda! Wcale taki nie jestem.

Zgiełk  wymieszanych  głosów.  Haider,  Pik.  Miałem  w  głowie  taki

zamęt, że nie potrafiłem ich odróżnić.

W  granicach  naszej  posiadłości  znajdowało  się  pewne  bagniste

miejsce  w  pobliżu  strumienia,  gdzie  mocno  cuchnęło  zgnilizną

i gnojem. Bardzo możliwe, że wyrzucano tam dawniej zwierzęce łajno

z obory czy chlewu. Kiedy odkryliśmy z Iriną to „mokradło” (jak je

eufemistycznie  nazywaliśmy),  zastanawialiśmy  się,  czy  nie  lepiej

byłoby zawalić je ziemią. Ale jakoś nigdy nie zebraliśmy się, żeby ją

zamówić. Po „mokradle” lepiej było nie chodzić nawet w kaloszach –

człowieka zdejmował strach, że wessie go miękka mokra ziemia. I ta

organiczna  woń  zgnilizny,  rozkładu.  I  chmary  komarów,  much

i motyli, które unosiły się nad tym miejscem – przerażająca obfitość

życia.

Niemniej  na  mokradle  można  było  znaleźć  i  piękne  stworzenia.

Motyle  o  różnych  rozmiarach  i  barwach.  Czerwonoskrzydłe  kosy,

czasem śnieżnobiałe czaple.

Węże mokasyny miedziogłowe o wyglądzie miniaturowych biczy.

Walet Pik był właśnie takim miękkim, śmierdzącym, zdradzieckim

background image

mokradłem. Można było zasypać go całą górą ziemi, a i tak zassałoby

ją na dno. Można było przerzucić nad nim kładkę z desek – i też by ją

zassało.

Najlepiej w ogóle unikać mokradła. Trujące opary były upajające,

uzależniające.

* * *

–  Irino?  Bardzo  cię  przepraszam.  Nie  wiem,  co  mnie  naszło…  Nie

zdawałem sobie sprawy, że aż tyle wypiłem. W ogóle nie zdawałem

sobie sprawy, że piję.

Wziąłem  drobne  dłonie  Iriny  w  swoje.  Głaskałem  jej  palce,  które

tkwiły sztywno w moich, nie całkiem oporne, lecz niezupełnie uległe.

To  była  prawda:  nie  do  końca  wiedziałem,  co  mnie  opętało

poprzedniej  nocy.  Dlaczego  niespodziewanie  ogarnęła  mnie  taka

wściekłość na moją najdroższą żonę, którą przecież bardzo kocham,

którą uwielbiam.

– Wybaczysz mi, Irino? Przysięgam, że to się już nie powtórzy.

Oczy Iriny były spuszczone. Wydawała się przygnębiona, nieufna.

– Byłem pod ogromną presją, nie chciałem ci mówić…

Irina spojrzała na mnie, tak jak na to liczyłem.

–  …Chciałem  ci  tego  oszczędzić,  bo  ta  sprawa  jednocześnie  nie

miała znaczenia i bardzo mnie zestresowała.

– Co się stało?

– Coś w związku z moim pisarstwem. Problemy Andrew J. Rusha.

– Ale Andrew J. Rush to ty. Proszę, powiedz, co się stało…

Poczułem  przypływ  miłości  do  żony.  Kochana  Irina,  która

zakochała się w Andym Rushu, choć o tyle go przewyższała – czyżby

o tym nie wiedziała?

Przez tyle lat ją zwodziłem.

Moja  kariera,  nie  jej.  Dlaczego  Irina  Kacinzk  nie  była  bardziej

asertywna, dlaczego uległa mojej dominacji?

Nie  było  jej  w  domu  przez  cały  tamten  dzień  –  mniej  więcej  od

ósmej rano do szóstej wieczorem – i nie odbierała telefonu, mimo że

dzwoniłem  raz  po  raz.  Oczywiście,  zraniłem  jej  uczucia.  Kobieta

background image

również  ma  swoją  dumę  i  nie  może  sobie  pozwalać  na  to,  by

wydawać się w małżeństwie zbyt uległa. Lecz moja droga Irina była

mi tak oddana, a jej środki do życia tak zależne od Andrew J. Rusha,

że bez wahania ofiarowała mi swoje współczucie.

– Kochanie, czy słyszałaś kiedyś nazwisko Haider?

– Hejter? Dziwnie brzmi!

– Nie Hejter, tylko Haider. To miejscowa rodzina.

Irina zmarszczyła brwi i zastanowiła się przez chwilę.

– Hmm, tak… Haider, faktycznie brzmi znajomo. Wspierali różne

przedsięwzięcia  w  Harbourton.  Ich  nazwiskiem  nazwano  park,

ufundowali  też  stypendium  w  mojej  szkole.  Chyba  w  najwyższej

klasie jest jakiś student z tej rodziny, ale go nie znam.

W nagłym potoku słów wyznałem jej wszystko.

Starsza  kobieta  nazwiskiem  Haider,  mieszkanka  Harbourton

i  niedoszła  pisarka,  usiłowała  latem  pozwać  Andrew  J.  Rusha.  Ale

sprawę oddalono.

Irina czekała na ciąg dalszy.

– No i…?

–  No  i…  to  wszystko.  Pozwała  mnie  pod  jakimś  niedorzecznym

zarzutem naruszenia prywatności, ale sędzia oddalił sprawę.

„Naruszenie  prywatności”  brzmiało  bardziej  wiarygodnie  niż

„kradzież i plagiat” i mniej bolało.

–  Naruszenie  prywatności?  Co  za  absurd.  Jak  mogła  coś  takiego

twierdzić?

–  Prawnik  wydawcy  powiedział,  że  to  typowe  zawracanie  głowy.

Często się to zdarza, zwykle znanym pisarzom, jak Stephen King.

–  Ale  ty  też  jesteś  znany,  Andrew!  Tak  mi  przykro,  że  cię  to

spotkało, i w dodatku nic mi nie powiedziałeś. Nic dziwnego, że byłeś

taki nieobecny.

– Co więcej, usiłowała też pozwać mnie za kradzież, za plagiat – jej

utworów.

– Boże! To jakiś żart.

Ciepłe brązowe oczy Iriny wypełniły się łzami złości i współczucia.

Miała jeszcze wiele pytań, jak to żona, ale zapewniłem ją, że nie ma

co więcej o tym mówić, naprawdę.

background image

–  Sędzia  Carson  uznał,  że  skarga  była  bezpodstawna,  i  oddalił

sprawę.

Teraz to Irina ujęła moje dłonie, żeby przestały drżeć.

– Ale w takim razie, Andrew, czemu tak się tym przejmujesz?

background image

19

Tumbrel Place II

Nikt się nie dowie! Będziesz nieskazitelny jak jagnię!

Znów pojechałem do Harbourton i na Tumbrel Place. Tylko że tym

razem było po północy.

W  historycznej  okolicy  w  pobliżu  sądu  panowały  egipskie

ciemności.

Był  środek  jesieni,  pierwszy  tydzień  listopada,  noce  zrobiły  się

zwyczajnie  zimne.  Każdy  rozsądny  człowiek,  wypuszczając  się  na

dwór po zmroku, wkładał rękawiczki, skórzaną kurtkę i kapelusz.

Wszystkie  moje  ubrania  były  ciemne.  A  moje  buty  do  biegania  –

czarne.

Irina  nie  miała  pojęcia,  gdzie  się  podziewałem.  Nie  wiedziała,  że

nie  było  mnie  w  domu.  Odczekałem,  aż  poszła  do  łóżka.  Przed

północą mocno już spała. A wtedy wyślizgnąłem się na zewnątrz.

Na  niebie  wisiał  czerwony  księżyc.  Jakiś  chochlikowaty  impuls

sprawił, że uśmiechnąłem się i puściłem do niego oko.

Tylko ty, mój świadek.

A ty nigdy o tym nie wspomnisz.

Serce biło mi szybko, rozkosznie!

Każdego  dnia  spędzałem  całe  godziny  uwięziony  w  swoim

gabinecie, zmuszony ślęczeć nad kryminałem noszącym dawniej tytuł

Na przemian, i nic z tego nie wychodziło.

Noce,  kiedy  pisałem  jako  Walet  Pik,  były  o  wiele  bardziej

produktywne.

Ale Andrew J. Rush był przecież mną. Do cholery, nie zrezygnuję

z siebie.

I  dlatego  właśnie  czułem  teraz  takie…  uniesienie!  Nocą,  na

zewnątrz, niewidzialny. W swoim ciemnym kamuflażu.

Niemal  od  początku  wiedziałem,  co  należy  zrobić.  Jakie

background image

wynagrodzenie należy się stronie poszkodowanej.

Nie jestem pospolitym złodziejem. Przyznaję, nieco mnie poniosło,

kiedy  zobaczyłem  na  półkach  C.W.  Haider  tamte  rzadkie  książki,

sprawiające  wrażenie,  jakby  od  lat  nikt  ich  nie  otwierał;  uległem

pokusie i to był błąd.

Teraz byłem więc skruszonym grzesznikiem. Ale też tchórzem, bo

już  od  wielu  tygodni  zbierałem  się,  żeby  zwrócić  skradzione  dzieła

C.W. Haider.

Od  czasu  pierwszej  wizyty  na  Tumbrel  Place  88  we  wrześniu

obsesyjnie przeszukiwałem lokalne media w poszukiwaniu informacji

o  właścicielce  domu.  Śledziłem  też  informacje  o  Stephenie  Kingu

w  internecie,  chcąc  sprawdzić,  czy  C.W.  Haider  nie  odgrywa  się  na

nim za moją drobną psotę, popełnioną pod jego nazwiskiem. Na wpół

spodziewałem  się  znaleźć  nagłówki:  „Prześladowczyni  z  New  Jersey

grozi  Stephenowi  Kingowi”.  Albo  jeszcze  lepiej:  „Prześladowczyni

Stephena Kinga aresztowana”.

Albo:  „Ukochany  autor  bestsellerów  Stephen  King  zamordowany

przez szaloną fankę”.

Albo: „Szalona fanka ginie podczas próby zamordowania Stephena

Kinga, ukochanego autora bestsellerów”.

Ale nic takiego nie miało miejsca. I z każdym mijającym tygodniem

stawało się to coraz mniej prawdopodobne.

Zakładałem,  że  Haider  już  dawno  zwolniono  ze  szpitala

psychiatrycznego  w  Nowym  Brunszwiku  i  że  wróciła  na  Tumbrel

Place. Oczywiście nie miałem pojęcia, czy wyleczono ją z szaleństwa

–  może  nadal  była  poważnie  chora.  Może  miała  depresję  i  nie

interesowała jej zemsta ani na Stephenie Kingu, ani na nikim innym.

Może  miała  za  sobą  terapię  elektrowstrząsami.  Może  była  na

środkach  uspokajających.  Może  w  ogóle  nie  pamiętała  już

o Andrew J. Rushu.

W  „Tygodniku  Harbourton”  nie  ukazała  się  żadna  informacja

o włamaniu na Tumbrel Place 88. Gorliwie i z obawą czytałem każde

wydanie,  przekonany,  że  w  końcu  ujrzę  oskarżycielski  nagłówek:

„Rzadkie książki skradzione z rezydencji na Tumbrel Place”, „Policja

wszczyna  dochodzenie  w  sprawie  kradzieży  rzadkich  książek

background image

z rezydencji Haiderów” – ale znowu nic.

Czyżby  Haider  nie  zauważyła  braków  na  półkach?  Czyżbym  tak

sprytnie je zamaskował, że nie było czego zauważać? Wydawało się

nieprawdopodobne, by posiadaczka tak cennej kolekcji mogła okazać

się tak niedbała, ale w końcu C.W. Haider była dla mnie enigmą. Nie

miałem  prawa  oczekiwać,  że  okaże  się  (rozsądnym  i  racjonalnym)

dopełnieniem mnie samego.

Tak więc zamierzałem powrócić tam nocą i niepostrzeżenie oddać

skradzione książki. FrankensteinaKryjówkę białego wężaW kleszczach

lęku,  W  ciemnym  zwierciadle  Le  Fanu  oraz  Wyspę  doktora  Moreau

Wellsa.

A  także,  mimo  iż  bardzo  ją  polubiłem,  cienką  książeczkę  Duch

przekory.

Nowelę  samej  Haider,  Wejrzenie,  która  tak  zdumiewająco

przypominała  Lśnienie  Kinga,  postanowiłem  zatrzymać,  ponieważ

Haider  miała  więcej  egzemplarzy  i  na  pewno  nie  zauważy  braku

jednego z nich.

Zresztą  autorce  od  dawna  starającej  się  o  publikację  powinno

schlebiać, że znany pisarz zadał sobie trud, by przeczytać jej pracę.

Na szczęście we wrześniu musiałem podświadomie przewidzieć, że

jeszcze tu wrócę, bo zostawiłem dwa odblokowane okna.

Nie ty, Andy. Nie oszukuj się.

Można by spytać, dlaczego zwyczajnie nie odesłałem skradzionych

książek  pocztą.  Oczywiście  przyszło  mi  to  do  głowy.  Ale  gdybym

przesłał je za pośrednictwem poczty czy UPS albo FedExu, albo nawet

zostawił  opakowane  na  stopniach  domu,  zwróciłbym  tylko  uwagę

emocjonalnie rozchwianej Haider na fakt, że ktoś je zabrał, a przecież

było  całkiem  możliwe,  że  nawet  tego  nie  zauważyła.  Na  pewno

wściekłaby  się  i  zaczęła  wypytywać  nieszczęsnego  Esdrę,  zarzucając

mu,  że  wpuścił  do  domu  złodzieja.  Może  Esdra  opisałby  ze

szczegółami  wygląd  uprzejmego  mężczyzny  w  średnim  wieku,

a Haider przekazałaby opis miejscowej policji.

Nie  żeby  ktokolwiek  przywiązywał  najmniejszą  wagę  do  jej

paranoicznych  rojeń.  Zresztą  Andrew  J.  Rush  miał  immunitet

przeciwko  jej  wyssanym  z  palca  zarzutom.  Haider  była  miejscową

background image

wariatką, znaną sędziom i policji; Grossman wydobył od sądu nakaz

restrykcyjny, żeby to ona nie miała możliwości nękania mnie.

To był akt miłosierdzia, litości. Starałem się zapomnieć o tym, że

był też bardzo pochopny i że mogłem go potem pożałować.

Walet  Pik  już  od  pewnego  czasu  milczał.  Często  w  momentach,

kiedy spodziewałem się jego szyderstw, odpowiadała mi cisza.

Czy mnie opuścił? Czy to dobrze?

Moje picie ograniczało się teraz do jednej, najwyżej dwóch lampek

białego wina do kolacji. W domu nie było już whisky. Irina wydawała

się  ostatnio  podchodzić  do  mnie  z  mniejszą  ostrożnością.  Znowu

byliśmy  kochankami  –  albo  prawie.  Na  trzydziestą  rocznicę  ślubu

planowaliśmy  pojechać  wreszcie  na  długo  odkładaną  wycieczkę  do

Hiszpanii. Zamierzałem kupić jej piękny naszyjnik z czarnych pereł.

Nasi  synowie,  z  którymi  byłem  nieco  na  dystans,  bez  żadnego

zrozumiałego powodu stali się teraz bardziej przyjaźni, przynajmniej

w swoich mailach i esemesach.

Uważaj! Jeden nieostrożny krok może wszystko zepsuć.

Oczywiście  zaparkowałem  samochód  z  dala  od  starego

edwardiańskiego  domu,  który  nocą  sprawiał  wrażenie  mauzoleum.

W  ogóle  cała  okolica  wyglądała  jak  cmentarzysko  zabudowane

wielkimi grobowcami.

W  ciemnościach  świeciło  kilka  rozproszonych  światełek.  Były

jednak  ciemne,  niczego  właściwie  nie  rozjaśniały.  Miałem  ze  sobą

latarkę o mocnym, ale skupionym promieniu, z której starałem się jak

najmniej korzystać.

Szybko  i  cicho  wszedłem  przez  bramę  z  kutego  żelaza

i przemierzyłem ciemny trawnik. Obszedłem dom dookoła, uchylając

się przed gałęziami wiecznozielonych krzewów. Mój oddech parował

lekko  w  ostrym  powietrzu.  Wąski  promień  światła  prowadził  mnie

bezbłędnie, jak laser.

I  oto  stałem  już  przy  otwartym  oknie!  Z  pewnym  wysiłkiem

uchyliłem je na tyle, by się przecisnąć. Na szczęście pod ścianą stało

kilka  dużych  glinianych  donic,  na  których  mogłem  się  wygodnie

wesprzeć.

I  już  byłem  w  środku!  Laserowe  światło  prowadziło  mnie  jak  po

background image

sznurku  między  okrytymi  prześcieradłami  meblami.  Pomimo  lekkiej

zadyszki ruszyłem prosto na tył domu, do gabinetu Haider. Zapachy

były  tu  znajome,  niemal  przyjemne.  Wydawało  mi  się,  jakbym

dopiero co był tu po raz pierwszy, olśniony znaleziskami na półkach.

Sądziłem, że C.W. Haider śpi w jakimś odległym pokoju na górze.

Byłem  pewien,  że  był  to  ciężki  sen  po  tabletkach.  I  oczywiście  nie

miałem wątpliwości, że jest w domu sama.

Zamierzałem  odłożyć  książki  na  miejsce  i  odejść.  Jeśli  wszystko

pójdzie dobrze, wystarczy mi dziesięć minut.

Ale kiedy już się znalazłem w tym zakazanym miejscu, nie mogłem

oprzeć  się  pokusie  i  w  świetle  latarki  poszukałem  innego  tytułu,

którego pożądałem – pierwszego wydania Draculi z autografem Brama

Stokera.

Jak bardzo pragnąłem tej książki! Ale przecież…

Bierz ją. Szybko!

Nie bądź głupi, zasługujesz na to.

Dracula znalazł się w mojej dłoni, a potem w torbie.

Zaraz  potem  zafascynował  mnie  skromny  tomik,  który  mniej

spostrzegawcze  oko  mogłoby  przegapić  –  Taniec  śmierci

Ambrose’a  Bierce’a.  Podekscytowany,  otworzyłem  zawilgotniałą

książeczkę i przekonałem się, że było to pierwsze wydanie – z 1877

roku – z dedykacją i autografem autora.

Miałem  kilka  egzemplarzy  Bierce’a,  ale  były  to  drugie  i  trzecie

wydania, wcale nie tak rzadkie, no i bez autografu.

– Muszę to mieć.

(Ambrose Bierce był jednym z tych autorów, których na początku

swojej  pisarskiej  kariery  czytałem  ze  szczególnym  podnieceniem

i podziwem).

I tak  kolejna książka  trafiła  do płóciennej  torby z  dziełami,  które

zamierzałem zwrócić Haider.

Jakimś sposobem, bez mojego świadomego udziału, powieści wcale

nie wracały na półki. A ja czułem się z tego powodu wspaniale!

Oczywiście.  Przecież  po  to  tu  jesteś.  Bierz,  co  chcesz,  nikt  cię  nie

powstrzyma.

Kiedy  powiodłem  promieniem  światła  po  wysokim  pokoju  –

background image

najpierw  poziomo,  wzdłuż  półek,  potem  w  pionie,  przez  biurko

z  imponującym  starym  remingtonem  –  zobaczyłem  (albo  wydawało

mi się, że zobaczyłem) kątem oka jakiś ruch przy podłodze; ale kiedy

się odwróciłem, cienisty kształt zniknął.

Przekonałem  sam  siebie,  że  to  nic,  tylko  mój  wymysł.  Cienie

zbudzone przez latarkę.

Potem  przyjrzałem  się  biurku  Haider.  Był  to  prawdziwy  antyk  –

piękny niegdyś mebel, biurko dżentelmena; teraz postarzałe i pokryte

zadrapaniami.  Zobaczyłem,  że  wiele  klawiszy  remingtona  było

wytartych  na  gładko,  tak  że  nie  dało  się  rozróżnić  liter;  widziałem

zadrapania  po  ostrych  paznokciach  piszącej  i  wzdrygnąłem  się  na

myśl  o  nich;  zobaczyłem,  że  na  mahoniowym  blacie  widoczne  były

pierścienie i plamy, jakby odstawiała niedbale kubki i szklanki. Zanim

zdołałem się powstrzymać, zerknąłem na tytuł maszynopisu na biurku

–  na  szczęście  nie  był  to  żaden  z  moich  ani  taki,  który  chciałbym

podkraść: Piekielny dopust.

Mimo  to  było  w  nim  coś  nieuchwytnie  znajomego,  choć  w  tej

chwili nie potrafiłem sobie uświadomić co.

Przypomniało  mi  się,  że  jedna  z  szuflad  w  biurku  zawierała

intrygujące przedmioty osobiste należące do Haider. W świetle latarki

przejrzałem  jej  notatki,  szkice,  osobne  kartki  rękopisów,  wycinki

z  gazet,  rodzinne  zdjęcia…  I  znowu  poczułem  w  pokoju  obecność

czegoś,  czy  raczej  kogoś,  a  kiedy  odwróciłem  się  szybko  z  latarką,

w ciemnościach rozbłysły złociste gniewne oczy.

Rozległ się chrapliwy jęk: Miaaaauuu.

– Szatan! A niech cię.

Na  szczęście  miauknięcie  nie  było  głośne,  raczej  insynuujące,

intymne. Pies zacząłby głośno szczekać, by obudzić panią i odstraszyć

intruza, lecz jedwabiście czarny kot nie wydawał się przejęty, raczej

zaintrygowany tym, co ja, jego nowy przyjaciel, tu robię.

– Chciałbyś wrócić ze mną do domu? Co, Szatanie? Piękny jesteś.

Poe by się w tobie zakochał.

Zazwyczaj nie rozmawiam ze zwierzętami. W ogóle wydaje mi się,

że  ludzie,  którzy  to  robią,  są  śmieszni.  Ale  teraz,  pod  wpływem

chwili,  w  napięciu  i  podnieceniu,  jakoś  przyłapałem  się  na  tym,  że

background image

przemawiam szeptem do zwierzaka Haider jak do wspólnika.

Kiedy jednak nachyliłem się, żeby go pogłaskać, Szatan odskoczył

jak  zwyczajny  kot,  jeżąc  grzbiet,  i  jeszcze  raz  wypuścił  z  siebie

przeszywający i tym razem nieco głośniejszy jęk: Miauuuu.

– Ćśśś! Przecież wiesz, że nie zrobię ci krzywdy.

Wyjmowałem  z  szuflady  teczki  i  przeglądałem  je  po  kolei.

Zauważyłem, że wiele z fotografii, które czasem pochodziły aż z lat

dwudziestych 

ubiegłego 

wieku, 

przedstawiało 

bardzo

charakterystycznych osobników – musiał kiedyś istnieć jakiś prototyp

Haiderów,  o  orlim  profilu,  z  wydatnym  czołem,  ostrymi,

oskarżycielskimi  oczami  i  sardonicznymi  ustami.  Na  kilku  zdjęciach

widać było osoby nieokreślonej płci, z włosami białymi jak u Haider

i sterczącymi z głowy jak po porażeniu prądem.

Wybrałem parę spośród tych rodzinnych fotografii i wrzuciłem je

do torby. Nie potrafiłbym powiedzieć dlaczego, ale wydawało mi się,

że  te  osobiste  przedmioty  mogą  mieć  dla  mnie  wartość;  w  Na

przemian  znajdowały  się  fragmenty,  które  należało  rozwinąć

i  wypełnić  ciekawszymi  i  bardziej  oryginalnymi  postaciami,  a  te

zdjęcia  mogły  mi  podsunąć  pomysły.  Zabrałem  też  kilka  kartek  ze

szkicami utworów. Haider na pewno nawet nie zauważy ich braku.

A teraz powinieneś już iść. Nie zwlekaj ani chwili.

Byłem gotów do wyjścia. Płócienna torba niemal pękała w szwach.

Nagle  jednak  zauważyłem  na  pokrytej  popiołem  podłodze  przy

kominku,  obok  siekiery  i  miedzianych  stojaków  na  drewno,  stertę

kartonowych pudeł otwieranych jak szuflady. Były to te same, które

Haider  przyniosła  do  sądu  i  które  jej  zdaniem  zawierały  miażdżące

dowody  winy  Andrew  J.  Rusha.  Poczułem  szarpnięcie  strachu,  ale

zarazem podniecenia.

Nie. Nie ma czasu. Zostaw to.

Jednak nie mogłem odejść! Musiałem przynajmniej zajrzeć do tych

dokumentów!  A  było  ich  zbyt  wiele,  żeby  zabrać  je  wraz  z  łupami,

które  już  zagarnąłem.  Latarkę  mogłem  wepchnąć  do  kieszeni,  ale

pozostałe przedmioty były za duże.

Niezgrabnie  przykucnąłem  obok  pudeł.  Szarpnięciem  otworzyłem

jedną z szuflad.

background image

W  jaskrawym  świetle  latarki  białe  kartki  z  notatkami,  zapisane

nadmiernie  schludnym  pismem  Haider,  były  niemal  nie  do

odczytania.  Czy  były  to  fragmenty  moich  książek,  zestawione  z  jej

pismami? Czy to były „dowody”, które sędzia Carson wyrzucił z sądu?

Może  mógłbym  zabrać  kilka  z  tych  kartek,  przynajmniej  garść.

A może… mógłbym zaplanować kolejny powrót.

Nie. Szybko. Musisz stąd wyjść – natychmiast!

Mimo to, mimo że rozumiałem niebezpieczeństwo i wiedziałem, że

powinienem uciekać, nie ruszyłem się z miejsca. Siedziałem w kucki,

zgarbiony,  marszcząc  brwi  i  wpatrując  się  w  te  fascynujące  zapiski,

kiedy  znienacka  coś  otarło  mi  się  o  kostki  –  twarda  jak  kość  głowa

Szatana.  Naiwnie  wyciągnąłem  rękę,  by  pogłaskać  piękne  zwierzę,

mając je za swojego wspólnika i sądząc, że dobrze mi życzy; jednak

niespodziewanie poczułem pazury rozdzierające rękawiczkę i grzbiet

dłoni i wtedy, w jednej chwili, obok mnie rozpętał się chaos, niczym

eksplodująca kometa.

– Złodziej! Łajdak! – rozległ się tuż za mną chrapliwy głos, którego

nie dało się z niczym pomylić.

Zupełnie  nagle  –  siekiera.  Pojawiła  się  znikąd  i  szerokim  łukiem

pomknęła  w  kierunku  mojej  głowy.  Usiłowałem  poderwać  się

z  przykucu,  ale  zawiodły  mnie  nogi  i  straciłem  równowagę,

rozpaczliwie  próbując  się  uchylić,  a  potem  rozległ  się  chrapliwy,

błagalny głos: – Nie! Proszę, nie! Nie! – czy to mój własny głos, tak

zduszony,  że  nierozpoznawalny?  –  i  ostrze  wbiło  się  z  głośnym

łupnięciem  w  popękany  blat  biurka  o  włos  ode  mnie.  Zwaliłem  się

ciężko na podłogę; twardą, nieustępliwą podłogę pod wystrzępionym

tureckim  dywanem.  Zacząłem  gramolić  się  w  górę,  sięgając  po

siekierę,  desperacko  próbując  chwycić  stylisko,  lecz  moje  ręce

trzepotały  tylko  bezradnie,  jakby  rozpacz  odebrała  mi  wzrok;  i  ten

głos (mój? napastnika?) krzyczący wysoko i niemal nieludzko: – Nie!

Nieee!  –  mignęły  mi  krótkie  palce  i  trupio  blade  żylaste  ramiona

okryte cienką tkaniną piżamy, i zduszony wrzask jakby zmieszanego

triumfu  i  furii;  i  znowu  straszliwy  wzlot  siekiery,  matowy  połysk

topornego  ostrza  i  śmiertelny  zamach  raz  rozpoczęty  –

niepowstrzymany,  i  nieodwracalne  wbicie  się  w  ludzką  czaszkę,

background image

ustępliwą jak łupina melona, odsłaniające papkowatą materię mózgu

w obfitym rozbryzgu krwi.

I  wciąż  ten  głos,  wznoszący  się  w  niedowierzającym  „nie  nie  nie

nie nie”.

background image

III

background image

20

Dziesięcioletni chłopiec z Harbourton tonie

w kopalni, Catamount Park. Lipiec 1973.

Nikt mnie nie obwiniał.

Nikt nie obwiniał mnie wprost.

background image

21

Ryś. Listopad 2014

– Andrew! Kolejny artykuł o tej strasznej sprawie.

Irina  położyła  przede  mną  gazetę  z  krzykliwym  nagłówkiem  –

pierwszym  tego  typu,  jaki  kiedykolwiek  widziałem  w  „Tygodniku

Harbourton”.

DZIEDZICZKA HAIDERÓW ZAMORDOWANA

W DOMU NA TUMBREL PLACE

Włamanie, motyw: rabunek

Podejrzani zatrzymani

Siedzieliśmy przy stole śniadaniowym na oszklonej werandzie obok

kuchni.  Przez  mgiełkę  bólu  głowy  moje  oczy  ledwo  rozpoznawały

drukowane  słowa  i  fotografię  Corin  Wren  Haider,  wykonaną  lata

temu.  Sześćdziesięcioośmioletnia  kobieta,  od  śmierci  ojca  w  2003

roku mieszkająca samotnie w jednym z wielkich starych domów przy

Tumbrel  Place  w  Harbourton,  zamordowana  siekierą  przez

napastnika, który przypuszczalnie włamał się do jej domu po północy

w celach rabunkowych.

– Siekierą!

Stojąca za mną Irina wzdrygnęła się.

Zanim ukazał się artykuł w „Tygodniku”, od kilku dni oglądaliśmy

reportaże z brutalnego morderstwa w miejscowej telewizji.

W  radiu  nadawano  kolejne  doniesienia,  „wiadomości  z  ostatniej

chwili”.

–  Biedna  kobieta!  Mówiłeś,  że  miała  zaburzenia  psychiczne.  Nie

powinna była mieszkać sama. I jakie to straszne, że ktoś, kto tyle lat

pracował dla jej rodziny, może okazać się jej zabójcą.

Doniesienia  wspominały,  że  policja  przesłuchiwała  pracowników

rodziny  Haiderów.  Cytowano  krewnych  zmarłej,  którzy  mówili,  że

background image

pani Haider często trzymała w domu duże kwoty pieniędzy, ponieważ

nie  ufała  bankom.  Choć  mediom  nie  ujawniono  wielu  szczegółów,

wiedziałem  od  znajomego  z  komisariatu,  że  głównym  podejrzanym

był opiekun domu, który pracował dla Haiderów od 1985 roku.

To  była  zdumiewająca  informacja.  Ten  artykuł  w  „Tygodniku”

prawdziwie mną wstrząsnął.

Słuchaj,  to  nie  była  twoja  wina.  Andrew  J.  Rush  nie  ponosi  za  to

odpowiedzialności.

Nie miałeś wyboru, twoje życie albo jej.

Irina mówiła cicho, jaki to zbieg okoliczności, że zamordowana to

ta  sama  osoba,  która  próbowała  mnie  pozwać!  I  jaka  musiała  być

nieszczęśliwa, całkiem sama w tym wielkim domu.

–  Najwyraźniej  pisywała  dla  „Tygodnika  Harbourton”  i  innych

lokalnych  gazet,  wiele  lat  temu.  Pisała  doniesienia  z  wydarzeń

kulturalnych  i  recenzje  książek…  Och,  patrz,  tu  jest  jej  zdjęcie…

z  sześćdziesiątego  trzeciego.  Ależ  miała  niezwykły  wygląd,  nawet

zanim posiwiały jej włosy.

Irina  otworzyła  gazetę.  Kolumny  pisma  rozmywały  mi  się  przed

oczami. Zamknąłem powieki, nie chciałem na to patrzeć.

To nie twoja wina – pamiętaj o tym.

Nie trać sił! Nie bądź tchórzem.

Odebrałeś  jej  siekierę  w  samoobronie.  A  poza  tym  nie  masz  czego

żałować.

Irina  dalej  mówiła  o  tym  „strasznym,  strasznym”  morderstwie.

Ostatnie tak brutalne zdarzenie miało miejsce w Harbourton w 1971 –

kłótnia po pijaku, która skończyła się tym, że żona przeleciała przez

szklane drzwi. Ale to było daleko od Tumbrel Place.

–  Najwyraźniej  pani  Haider  nie  żyła  w  przyjaźni  z  sąsiadami.

I przez lata często się procesowała.

Pulsujący ból w głowie sprawiał, że trudno mi było skupić się na

słowach żony.

Zrobiłeś to, co trzeba. Żaden sąd by cię nie skazał.

Żaden sąd nie obwiniłby Andrew J. Rusha.

Od tamtej nocy Walet Pik nieustannie wdzierał się w moje myśli.

Nie miałem nikogo innego, kto mógłby mi doradzić.

background image

Bez winy. Bez winy. Bez winy.

Wstyd!

Walet Pik był nieprzewidywalny w swoich słowach. Czasami jego

głos był ekscytujący, wspierał mnie. Kiedy indziej ze mnie szydził.

Wstyd wstyd wstyd wstyd.

Ale to nie wina Andy’ego.

– Andrew, kochanie. – Głos Iriny był napięty. – Co mówiłeś?

– Co mówiłem? Zupełnie nic.

Nastąpiła  przerwa.  Irina  chciała  coś  powiedzieć,  ale  zmieniła

zdanie.  Szybko  dokończyliśmy  czytanie  gazety.  Na  razie  koniec

z morderstwami siekierą!

– Cóż. Może kawy?

– Tak, kochanie, poproszę.

Irina odeszła. Co za ulga!

Zastanawiałem  się,  jakim  cudem  tamtej  nocy,  zaledwie  kilka  dni

temu, zdołałem uciec z miejsca zbrodni.

Teraz,  w  zaciszu  naszej  pięknej  werandy  w  Mill  Brook  House,

wydawało mi się niepojęte, że byłem zdolny do czegoś takiego, w tak

dramatycznych  okolicznościach,  tak  niedawno.  Że  ja,  teraz  tak

ociężały,  byłem  w  stanie  wyrwać  siekierę  Haider  i  sam  się  nią

posłużyć.

To nie ty ją chwyciłeś, nie ty, ale ktoś inny, ktoś, czyja siła napłynęła

do twojego ciała i ocaliła je.

Uparcie starałem się zrozumieć: Haider przebudziła się na piętrze

i  po  cichu  zeszła  na  dół,  żeby  skonfrontować  się  z  napastnikiem.

Żadna  normalna  kobieta  –  żaden  normalny  obywatel  Harbourton  –

nie  postąpiłby  tak  nierozsądnie.  Ani  przez  chwilę  się  nie  bała.  Nie

zadzwoniła na policję.

Chciała cię zaatakować.

Wiele  razy  od  tego  zajścia  zastanawiałem  się,  czy  rozpoznała

w  mroku  Andrew  J.  Rusha  ze  zdjęć  na  okładkach.  Czy  była

zaskoczona, czy nie.

Wchodząc  do  jej  domu,  byłem  bardzo  cicho.  Cały  czas

zachowywałem  się  prawie  bezszelestnie.  To  ten  złośliwy  Szatan

musiał zawiadomić swoją panią.

background image

Ja szperałem na półkach, a tymczasem kocur zakradł się na górę,

obudził Haider i sprowadził ją na dół, gdzie znalazła śmierć.

To  ona  w  mściwym  szale  chciała  rozłupać  mi  czaszkę  siekierą.

Krzyknęła  na  mnie,  kiedy  już  było  za  późno,  kiedy  już  się  na  mnie

rzuciła: „Złodziej! Łajdak!”.

To wina tej wariatki, nie twoja.

Nieskazitelny jak baranek, choć splamiony krwią.

Nie do końca wiedziałem, co się wydarzyło, kiedy już wyrwałem jej

narzędzie.  Niewyraźnie  pamiętałem,  jak  ją  uderzam  –  wznoszę

siekierę, opuszczam ją na dzikie białe włosy – nie po to, by zabić, ale

by ratować własne życie.

Zduszony krzyk z mojego gardła: – Nie nie nie nie nie.

I natychmiast wszędzie zrobiło się mokro. Gorąca krew, bryzgająca

mi na twarz, ubranie, dłonie skryte w rękawiczkach.

Ciało  upadło,  zanim  zdążyłem  wypuścić  siekierę  z  rąk.  Pokryta

dzikimi białymi włosami głowa, rozorana i tryskająca krwią czaszka

zdawała się zapadać w ramiona.

W panice starałem się chyba ją przytrzymać – jej ciało – przywrócić

do pionu.  Próbowałem ją  ożywić, ożywić  to  coś. Ale  trzymałem  już

tylko pozbawione życia zwłoki, ciężkie jak worek cementu.

– Nie! Ja nie chciałem… proszę, nie…

(Czy  mówiłem  na  głos?  Na  szczęście  Irina  była  w  kuchni,  gdzie

obsługiwała nasz skomplikowany ekspres do kawy).

Lecz ona – ciało, którym się stała – upadła, złożyła się na podłodze,

w  piżamie  przesiąkniętej  krwią.  Ta  pomstująca,  pogardliwa  kobieta

teraz milczała – uciszona.

Rozszalały czarny kot, stojący kilka metrów dalej, syczał na mnie

z wściekłością. Nagle ogarnęło mnie szaleńcze pragnienie, by przeciąć

szydercze  stworzenie  na  pół  –  gdybym  nadal  trzymał  w  rękach

siekierę, zamachnąłbym się na niego.

– Ty… ty diable!

A potem jakimś sposobem udało mi się umknąć – ślizgając się we

krwi, dysząc ciężko, łkając, drżąc; zostawiłem narzędzie zbrodni, ale

zachowałem  dość  przytomności,  żeby  zabrać  ciężką  od  łupów  torbę

i latarkę o wąskim, mocnym promieniu. Uciekłem nie przez otwarte

background image

okno  w  salonie,  ale  przez  boczne  kuchenne  drzwi,  wychodzące

w  plamę  mroku  pod  rozrośniętymi  krzewami  i  na  ścieżkę  okalającą

dom, która z kolei prowadziła na podjazd.

Mój  samochód  stał  pół  przecznicy  dalej,  na  Tumbrel  Square.  Na

skraju terenu należącego do plebanii kościoła episkopalnego.

Mechanicznie  zdołałem  przeprowadzić  go  wąskimi  uliczkami  na

pustą  autostradę  i  dalej,  w  pola  ciemne  jak  ocean.  Instynktownie

skierowałem  się  w  stronę  Mill  Brook  Road  i  do  domu,  gdzie  o  tej

porze  (była  pierwsza  czterdzieści  nad  ranem)  Irina  spała  w  naszej

zaciemnionej  sypialni  na  górze,  całkowicie  nieświadoma  tego

koszmaru. Gdyby się obudziła i zobaczyła, że nie ma mnie przy niej,

uznałaby,  że  nie  mogłem  zasnąć  i  wymknąłem  się  popracować

w innej części domu.

Biedny Andrew! Taki oddany pracy, a przecież pisanie nigdy nie idzie

mu łatwo, choć ludziom wydaje się, że tworzy szybko, nie oglądając się za

siebie.

Na  dole,  w  pokoju  gościnnym,  umyłem  twarz,  która  zaczęła  już

sztywnieć  od  zaschniętej  krwi.  Zdjąłem  przesiąknięte  posoką  buty,

rozebrałem  się,  zwinąłem  wszystko  razem  i  włożyłem  do  dużej

plastikowej torby na śmieci, którą zamierzałem wyrzucić następnego

dnia na wysypisko dwanaście mil dalej.

Ku swemu przerażeniu odkryłem, że płócienna torba również była

przemoknięta – ją także włożyłem do worka.

Fotografie Haider, notatki, szkice powieści – wszystko to wcisnąłem

do  środka.  Ale  nie  mogłem  się  zmusić,  żeby  pozbyć  się  bezcennych

książek, których zdobycie tyle mnie kosztowało.

Na  koniec  wziąłem  prysznic.  Umyłem  włosy,  które  w  ostatnich

latach  nieco  się  przerzedziły,  a  w  których  teraz  tkwiły  drobiny

zaschniętej  krwi.  Wyszorowałem  grzbiet  lewej  ręki,  który  Szatan

rozorał  pazurami.  W  szafie  znalazłem  świeże  ubrania.  Nie

spodziewałem się, że zasnę, bo wszystkie zmysły miałem rozbudzone.

Położyłem  się  więc  na  łóżku  w  gościnnym  pokoju,  pachnącym

przyjemnie  potpourri  i  drogim  mydłem;  wyczerpany,  usnąłem

w końcu około czwartej nad ranem i przebudziłem się nagle o szóstej,

z sercem tłukącym się w klatce.

background image

Przez  chwilę  nie  miałem  pojęcia,  gdzie  jestem.  Niczego  nie

pamiętałem, w mojej głowie panowała pustka.

Potem  wszystko  wróciło  do  mnie  wraz  z  zapachem  mokrej  gleby

przebijającym  się  przez  woń  zbyt  słodkiego  potpourri  i  barwionego

mydła.

Wstałem szybko, ubrałem się, wyszedłem na zewnątrz w powietrze

pachnące mrozem i pojechałem jaguarem do okręgowego wysypiska

na  północ  od  Hadrian,  gdzie  w  jaśniejącym  świetle  dnia  szybko

wspiąłem się z workiem na wewnętrzne hałdy odpadów. Oddychałem

szybko,  dyszałem.  Czułem  dziwne  uniesienie.  Kiedy  znalazłem

odpowiednie  miejsce,  rozwiązałem  torbę  i  wepchnąłem  do  środka

kilka  dodatkowych  przedmiotów  z  wysypiska,  w  tym  zepsute

dziecięce  zabawki  –  to  ich  zmyli!  Na  powrót  zawiązałem  mocno

worek i głęboko go ukryłem; nigdy go nie znajdą.

Po powrocie do Mill Brook House ku swemu przerażeniu odkryłem,

że zostawiłem włączone światła w pokoju gościnnym i przylegającej

łazience.  Na  podłodze  łazienki  ślad  czegoś  czerwonego,  wytartego

wilgotną chusteczką.

Nie byłem pewien, czy Irina już wstała. Było już po siódmej, więc

pewnie tak. Ale nie słyszałem żadnego ruchu.

Co do drogocennych książek, to po wszystkim, co uczyniłem, by je

zdobyć,  postanowiłem  nie  chować  ich  wstydliwie,  ale  śmiało

wyeksponować  na  górze,  między  własnymi,  mniej  cennymi

egzemplarzami.  W  kleszczach  lęku  Henry’ego  Jamesa  (pierwsze

wydanie  z  autografem,  1898)  naturalnie  musiało  się  znaleźć  obok

Opowieści  o  duchach  tego  samego  autora  (1961).  Dracula  Brama

Stokera  (pierwsze  wydanie  z  autografem,  1897)  stanął  obok  dużej

pozycji Dracula w Hollywood,  wydanej  na  lśniącym  papierze  (1993).

Żaden z artykułów o włamaniu i morderstwie siekierą nie wspominał

o kradzieży rzadkich książek, co przekonało mnie, że nikt z krewnych

Haider nie znał jej kolekcji na tyle, by zauważyć, że czegoś brakuje,

lub by w ogóle się nią przejąć.

Rodzina  Haider  skupiła  się  na  bardziej  wulgarnym  rodzaju

kradzieży  –  pieniędzy.  Mnie  jednak  zupełnie  nie  obchodziły

pieniądze,  które  mogła  przechowywać  w  domu,  i  gardziłem

background image

małostkowością  tych,  którzy  sądzili,  że  można  kogoś  zabić  dla

zwykłej forsy.

Sam  w  domu,  spędziłem  przyjemny  poranek  na  porządkowaniu

nowych  książek,  podczas  gdy  Irina  była  w  szkole.  Na  wytartych

okładkach  W  ciemnym  zwierciadle  i  Wyspy  doktora  Moreau  odkryłem

niewyraźne  ślady  ciemnego  płynu,  które  zwyczajnie  wytarłem

wilgotną ścierką – nikt przecież nie oczekuje, by tak stare książki były

w idealnym stanie.

– Nikt się nie dowie. Przecież z łatwością sam mógłbym je kupić.

Łupy dla zwycięzcy.

– Popatrz, Andrew! To kot czy ryś?

Irina  wróciła  na  werandę  z  tacą,  na  której  stały  kubki  z  kawą.

Podekscytowanym  ruchem  wskazała  na  gładkie  czarne  stworzenie,

jakieś sto stóp od domu, przechodzące sobie spokojnie jakieś sto stóp

od domu. Był to duży czarny kocur – może dziki kot, ryś – zagrożony

gatunek w tej części New Jersey.

– Ależ on piękny! – krzyknęła Irina. – Mam tylko nadzieję, że nie

rzuci się na ptaki w naszych karmnikach.

Na moich oczach stworzenie zniknęło w zaroślach za rogiem domu,

nie zaszczyciwszy nas nawet spojrzeniem.

background image

22

Strona winna

To dziwne, że choć jako Andrew J. Rush nie mogłem ani pracować,

ani  spać,  jako  Walet  Pik  potrafiłem  godzinami  pisać  w  jakimś

delirium.

Strony śmigały. Oddychałem w przyspieszonym tempie.

Wgryzłeś się w tętnicę!

Nie ma odwrotu.

Dziwne  też,  z  jakim  poczuciem  winy  myślałem  o  Esdrze  Staplesie,

a nie o C.W. Haider, której czaszkę rozłupałem siekierą.

Czy  raczej:  czaszka  Haider  została  rozłupana  przez  opadającą

siekierę,  której  stylisko  ściskały  moje  dłonie.  Nie  przypominałem

sobie  żadnego  aktu  woli,  żadnej  decyzji,  by  w  nią  uderzyć,  nawet

w samoobronie.

Stało się, i to ja byłem wykonawcą tego czynu. Ale nie ja do niego

doprowadziłem.

Tak samo jak dawno temu, kiedy zakradłem się na wysoką skocznię

w kopalni Catamount, by musnąć – dwoma palcami, leciutko! – plecy

mojego brata Evana.

Jego  krzyki  w  trakcie  (krótkiej)  drogi  na  dół.  Jego  krzyki,  które

rozdarły mi czaszkę, ale wylała się z niej tylko pustka.

Zanim listopad dobiegł końca, Esdra Staples został aresztowany jako

oskarżony  w  sprawie  zabójstwa  na  Tumbrel  Place.  Większość

(białych) mieszkańców Harbourton zgadzała się, że mordercą musiał

być właśnie ten (czarny) mężczyzna.

Co  za  szkoda!  Jakiś  nadmiernie  czujny  sąsiad  z  Tumbrel  Place

(może  rasista?)  doniósł  policji,  że  w  noc  zabójstwa  widział  jakąś

„cienistą,  ciemnoskórą  postać”,  która  skradała  się  podjazdem  domu

Haiderów, by zapukać do drzwi… Moje ciemne przebranie wzbudziło

background image

w  starym  głupcu  przekonanie,  że  to  ja  byłem  ciemnoskóry,

„ciemnoskóry”  zaś  w  Harbourton,  gdzie  przeważali  biali,  mogło

oznaczać tylko podejrzanego Esdrę Staplesa.

– Esdra! Tak mi przykro!

Grossman zadzwonił do mnie wkrótce po rozejściu się wieści.

Wiedziałem,  że  w  końcu  się  odezwie.  Szczękałem  zębami  ze

zniecierpliwienia i wściekłości, ale nie było sposobu, by zapobiec tej

niechcianej rozmowie z rzutkim manhattańskim prawnikiem.

– Andrew, co za niespodzianka! Widziałem artykuł, przypadkiem,

w  internecie.  Zauważyłem  nazwisko  Haider,  gdyby  nie  ty,  nie

zwróciłbym nawet uwagi.

Mruknąłem coś niewyraźnie. Tak. To znaczy – nie.

Zaschło mi w ustach. Trudno mi było mówić.

Włamałem  się  do  jej  domu,  żeby  oddać  jej  książki,  nie  żeby  je

kraść.  Rozwaliłem  jej  czaszkę,  nie  żeby  ją  zabić,  lecz  żeby

powstrzymać ją przed zabiciem mnie.

Uwierz mi, proszę!

(Chyba  nie  fantazjowałem  o  wyznaniu  prawdy  Grossmanowi  –

prawda? Walet Pik nie pozwoliłby na takie tchórzostwo!).

Grossman  rozwodził  się,  jakie  to  niezwykłe  zabójstwo  i  jaka

niezwykła ofiara.

– Więc policja uważa, że zabił ją jej własny pracownik? Pewnie nie

mógł już tego znieść, stara jędza musiała mu nieźle zaleźć za skórę.

Grossman zdawał się zapraszać mnie do wspólnego śmiechu, ale ja

milczałem.  Widząc  jego  nazwisko  na  wyświetlaczu,  niechętnie

odebrałem  połączenie.  Siedziałem  na  krześle  w  swoim  gabinecie,

pochylając  się  naprzód,  z  łokciami  na  kolanach.  Twarz  miałem

wykrzywioną,  moja  szczęka  się  poruszała.  Mogłem  tylko  mieć

nadzieję,  że  nie  wygadam  Grossmanowi  nic,  czego  nie  powinienem

mu wyjawić.

Grossman opowiadał dalej:

–  Tylko  w  jednym  z  tych  dłuższych  artykułów  wspomniano,  że

Haider  pozwała  tylu  pisarzy.  Oczywiście  wymienili  tylko  Kinga,

biedny  Steve!  Zaraz  rozniesie  się  plotka,  że  to  on  przyjechał

w  tajemnicy  do  Harbourton,  włamał  się  do  domu  swej

background image

prześladowczyni i ją uśmiercił. – Grossman roześmiał się okrutnie. Ale

co w tym było zabawnego?

–  Elliot,  to  okropna  sytuacja.  Bardzo  mi  przykro,  że  ta  biedna

kobieta  musiała  zginąć  w  taki  sposób.  Oczywiście  w  pewien  sposób

mi  ulżyło…  I  cieszę  się,  że  moje  nazwisko  nie  figuruje  w  żadnym

z tych artykułów. Bycie mniej sławnym od Stephena Kinga ma swoje

zalety… Ale jedna rzecz mnie martwi: ten opiekun domu to starszy

mężczyzna,  który  pracował  dla  tej  rodziny  od  trzydziestu  lat.

Z  pewnością  jest  niewinny.  Gdyby  jakikolwiek  pracownik  Haider

chciał ją okraść, mógłby to zrobić w każdej chwili, a nie kiedy była

w domu. I nie w środku nocy czy kiedykolwiek się to wydarzyło. I nie

siekierą.  Po  co  w  ogóle  ją  mordować,  jeśli  zależało  mu  tylko  na  jej

pieniądzach?

Grossman musiał być poruszony tym wybuchem – poruszony albo

zaskoczony.  Po  raz  pierwszy,  odkąd  go  poznałem,  nie  miał  gotowej

odpowiedzi. Szybko ciągnąłem dalej:

– Więc tak sobie pomyślałem… On potrzebuje prawnika, który go

wybroni. Jest czarny, skażą go z marszu. Oczywiście nie znam go –

nie znałem nawet jej – ale ktokolwiek zabił Haider, musiał być osobą

z zewnątrz, nie jej pracownikiem. Morderca wszedł przez okno, które

otworzył  siłą,  czego  jej  opiekun  nie  musiałby  robić.  –  Przerwałem,

oddychając  ciężko.  Sprytnie  sobie  poradziłem!  Wiedziałem  przecież

doskonale, że okna wcale nie otworzono siłą, po prostu zostawiono je

otwarte. A kiedy uciekłem w panice, nie miałem zamiaru wracać, by

je zamknąć, pozostało uchylone akurat na tyle, by mógł się przez nie

przecisnąć dorosły mężczyzna.

Powiedziałem  Grossmanowi,  że  wyczytałem  to  wszystko

w „Tygodniku Harbourton”. Nikt w okolicy nie rozmawiał na żaden

inny temat – do ostatniej gwałtownej śmierci doszło tu w 1971 roku

i spowodowana została nieumyślnie.

– Pomógłbyś mi, Elliot? Znajdź mu dobrego prawnika, a ja pokryję

jego honorarium.

Jakże hojny się czułem! Przynajmniej raz było to przyjemne, lekkie

uczucie.

Grossman miał wątpliwości. Prawnik dla zupełnie obcej osoby? Po

background image

co w ogóle chciałem się w to mieszać?

– Bo tak mi każe przyzwoitość. Wiem, że tu, w hrabstwie Hecate,

skażą go za sam kolor skóry, i chcę temu zapobiec, jeśli to możliwe.

– Ale mówisz, że nawet go nie znasz…?

– Skąd miałbym znać opiekuna domu Haider? Sam wiesz, że nawet

jej samej nigdy nie poznałem.

To  była  prawda.  Rozmawiałem  z  Haider  przez  telefon,  kiedy

usiłowałem się z nią dogadać, poza tym wyrwałem jej z rąk siekierę

i roztrzaskałem jej głowę, ale zasadniczo jej nie znałem.

Powiedziałem  Grossmanowi,  że  morderstwo  musiało  być

nieplanowane  –  ktoś  włamał  się  do  domu,  szukając  pieniędzy,

a Haider nierozsądnie postanowiła się z nim skonfrontować.

– Policja nie ma żadnych tropów, więc aresztowali biednego Esdrę

Staplesa. Poza mordercą był rzekomo ostatnią osobą, która widziała

Haider żywą.

Grossman  milczał.  Zacząłem  się  pocić  w  obawie,  że  ta  gorliwa

obrona Esdry narazi na kłopoty mnie samego. Grossman mógł nabrać

w stosunku do mnie podejrzeń.

On jednak powiedział po chwili namysłu:

–  Albo  mógł  to  być  któryś  z  jej  krewnych.  Ktoś,  kto  figurował

w testamencie i nie mógł się doczekać jej śmierci.

Rozmawialiśmy  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Grossman  zgodził  się

skontaktować z jakimś prawnikiem z New Jersey, specjalizującym się

w sprawach karnych, i poprosić go o pomoc, jeśli oskarżony się na to

zgodzi.

Kiedy  się  rozłączyliśmy,  czułem,  jakby  zdjęto  mi  z  piersi  wielki

ciężar.

Wstałem, zataczając się, niezdolny ustać, ale pełen nadziei.

background image

23

Predator

– Szatan! Wracaj, gdzie twoje miejsce.

Pobiegłem  za  dom  ze  świeżo  zakupioną  strzelbą  kaliber

dwadzieścia dwa, wycelowaną w gładkie czarne stworzenie oddalone

ode mnie o trzydzieści stóp, które miało czelność zatrzymać się przy

węgle stodoły i obejrzeć na mnie z gniewnym spojrzeniem. Potknąłem

się  w  sztywnej  od  mrozu  trawie,  stopa  przekręciła  mi  się  w  kostce,

upadłem  boleśnie  i  rozległ  się  ogłuszający  wystrzał,  tak  że  przez

chwilę zastanawiałem się, ogłupiały: Czy jestem ranny? Czy żyję – czy

nadal jestem martwy?

background image

24

Niepokorny syn

– Andrew, mam niedobrą wiadomość. Twój ojciec źle się czuje.

Irina  dobrała  te  słowa  z  rozwagą.  Dobrze  wiedziała,  jak  drażliwy

stałem się w ostatnich miesiącach.

– Właśnie dzwoniła twoja matka. Powiedziała, że chciałaby, byśmy

odwiedzili ojca w hospicjum, zanim… zanim będzie za późno.

Hospicjum? Z hospicjum wychodzi się tylko w jeden sposób.

Irina  zobaczyła  malujący  się  na  mojej  twarzy  wstrząs.  A  także

nieufność, podejrzliwość.

– Ale dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? Ty albo mama?

Wymówienie  słowa  „mama”  było  dziwnie  krzepiące.  Dla

mężczyzny, który dopiero co skończył pięćdziesiąt cztery lata.

– Ależ mówiłam ci, Andrew. Próbowałam ci powiedzieć…

– Kiedy?

–  Kiedy  twój  ojciec  miał  robione  te  badania  w  kwietniu…

pamiętasz, w Centrum Medycznym imienia Roberta Wooda Johnsona.

A potem operacja i chemioterapia…

– Nie. Nikt mi nie mówił.

– Ależ, Andrew… Jestem pewna, że ci mówiłam, przeniesiono go

do hospicjum w Falls Ridge w zeszłym tygodniu…

Irina  patrzyła  na  mnie  błagalnie,  jakby  chciała  uprosić  swojego

rozumnego męża Andrew, by wstawił się za nią u jej nierozumnego

męża Andrew, czyli mnie!

– Powiedziałem, że nikt mi nic nie mówił. A w każdym razie nikt

mnie  nie  informował  o  postępach  w  jego  leczeniu.  Ani  o  braku

postępów.  Ani  jak  poważna  była  –  jest  –  jego  sytuacja.  A  już  na

pewno nie ty, kochanie.

Tylko  czy  to  prawda?  Niejasno  przypominałem  sobie,  że  od

jakiegoś czasu miałem świadomość, że „tata źle się czuje”.

Jeżdżąc  polnymi  drogami,  widuje  się  leżące  na  poboczu  truchła

background image

zwierząt  –  szopów,  jeleni  –  zabitych  przez  samochody.  Ale

instynktownie odwraca się od nich wzrok.

Zwrot „źle się czuje” może mieć tyle różnych znaczeń. Lepiej było

się w to nie wgłębiać.

Pamiętałem  jednak,  i  to  tak  wyraźnie,  że  serce  zabiło  mi

w przyspieszonym tempie z urazy, naszą ostatnią wizytę u rodziców

(w  Boże  Narodzenie?  na  urodziny?),  którzy  mieszkali  zaledwie

o siedem mil od nas. Był wtedy jakiś kłopot z tatą, którego nie było

w domu.

Albo, jeśli był, nie chciał się z nami zobaczyć.

Nie chciał zobaczyć się ze mną.

Na  myśl  o  tamtym  dniu  twarz  zalała  mi  fala  gorąca.  Dlaczego  to

wspomnienie  nie  chciało  mi  dać  spokoju,  dlaczego  czułem  się  tak,

jakby ktoś wpychał mi do ust coś obrzydliwego?

Ona chce wytrącić cię z równowagi. Ta kobieta.

Chce cię pozbawić męskości. Jak tamta druga – twój wróg.

Zawsze  wytrącało  mnie  z  równowagi,  kiedy  Irina  wchodziła  do

mojego  gabinetu,  nawet  jeśli  wcześniej  zapukała.  Robiła  to  tylko

wtedy,  kiedy  miała  mi  do  powiedzenia  coś  tak  ważnego,  że  jej

zdaniem  nie  nadawało  się  to  do  przekazania  mailem  albo  za

pośrednictwem wewnętrznego telefonu.

Zacząłem  zresztą  nienawidzić  dźwięku  dzwonka  telefonu.  Rzadko

zgadzałem się go odbierać, nawet kiedy dzwonił mój wydawca.

Czyż nie mówiłem jej, nie tłumaczyłem, że wolę, by porozumiewała

się  ze  mną  za  pomocą  maila,  zamiast  narzucać  mi  się  w  moim

gabinecie i zakłócać pracę? Ale to w końcu była wyjątkowa sytuacja.

Mój  ojciec,  który  od  lat  nie  chciał  się  ze  mną  zobaczyć,  umiera,

a mnie ma to niby obchodzić?

Ale  prawda  była  taka,  że  obchodziło.  Obchodziło  tak  bardzo,  że

poczułem się słaby i chory.

–  Irino,  przypomnij  sobie,  że  ostatnim  razem,  kiedy  chciałem  się

z nim zobaczyć, „poszedł na spacer” i nie wrócił.

– Tak, ale… Twoja matka uważa, że teraz chciałby cię zobaczyć…

– On nie chce mnie widzieć. Udaje uwiąd starczy.

–  Andrew,  za  szybko  się  poddałeś,  kiedy  zaczął  się  tak

background image

zachowywać. Rzeczywiście ma demencję, ale twoja matka mówi, że

ma też okresy jasności. Sama z nim rozmawiałam, przez telefon.

– Ty z nim rozmawiałaś? Niby kiedy?

–  Przecież  o  tym  wiesz,  Andrew.  Jestem  w  stałym  kontakcie

z twoimi rodzicami, mówiłam ci. Twoja matka i ja jesteśmy ze sobą

bardzo zżyte.

– Od kiedy?

– No, od kilku lat…

–  Czy  to  matka  mówi,  że  „za  szybko  się  poddałem”?  Mam  się

czołgać w pokorze i całować go po nogach? Błagać, żeby wybaczył mi

coś, co rzekomo wydarzyło się czterdzieści jeden lat i pięć miesięcy

temu, a co tak naprawdę w ogóle nie miało miejsca?

W  moim  głosie  brzmiała  uraza  i  ból.  Był  to  głos  dwunastolatka,

o którym szeptano za plecami: „To on. To ten”.

–  Twoja  matka  uważa,  że  teraz,  kiedy  jest  w  hospicjum,  będzie

chciał się z tobą zobaczyć. Moglibyśmy pojechać do niego dzisiaj.

– Dzisiaj! Nie ma mowy.

– To jutro…

–  Słuchaj,  Irino.  Przez  trzydzieści  lat  wszystko  było  między  nami

w porządku. Tata zachowywał się, jakby nie było problemu. Pogodził

się z tym, że śmierć mojego brata była wypadkiem, wiedział, jak ją

przeżyłem, więc czemu nagle zmienił zdanie? To właśnie doprowadza

mnie do szału.

– Andrew, to jest stary człowiek. Kiedy… – Irina urwała, szukając

najbardziej dyplomatycznego sposobu na opisanie nagłej odrazy ojca

do widoku mojej twarzy i dźwięku mojego głosu – kiedy zaczął czuć

się  przy  tobie  niezręcznie,  to  była  oznaka  zmiany,  która  zaczynała

w nim zachodzić. Twoja matka uważa, że jakieś sześć lat temu musiał

doznać udaru, tylko go nie zdiagnozowano…

Irina ostrożnie dobierała słowa. Broniła mojego ojca.

Ale jednocześnie, ponieważ mnie kochała, broniła też mnie.

Oczywiście wiedziała o Evanie. Wiedziała wszystko, co można było

o nim wiedzieć.

Nadszedł  taki  dzień,  kiedy  musiałem  jej  powiedzieć.  Wyznać.

Zwierzyć się.

background image

Kiedy postanowiliśmy się pobrać. Kiedy stało się jasne, że jeśli ja jej

nie powiem, zrobi to ktoś inny.

W połowie opowieści zawiodły mnie słowa.

Nie było sposobu, by o tym opowiedzieć. Nigdy nie było sposobu,

by o tym opowiedzieć.

Stracił równowagę na wysokiej skoczni i spadł.

To był wypadek, nikt nie ponosił winy.

Pływaliśmy w kopalni w Catamount Park i wdrapałem się po skałach

nad  miejsce,  gdzie  woda  była  głębsza,  i  tam,  jakieś  piętnaście  stóp  nad

powierzchnią, była deska do skakania.

Miejsce  dla  starszych  chłopaków.  Nie  dla  dziewczyn  i  nie  dla

dzieciaków w wieku Evana.

Po co za mną poszedł! Mówiłem mu, żeby zawrócił.

Większość chłopaków nie nurkowała, tylko zwyczajnie skakała z deski.

To  wszystko,  co  zrobiłem  –  zatkałem  sobie  nos  i  skoczyłem.  Evan  też

zamierzał  skoczyć,  ale  na  samej  krawędzi  zamarł.  Krzyczeli  na  niego,

żeby skakał, i zrobiło mi się za niego wstyd. Wszedłem na skocznię, ale

oczywiście  nie  miałem  zamiaru  go  popchnąć.  Oczywiście  tak  tylko

żartowałem. Nie popchnąłem go – oczywiście.

Jeśli go dotknąłem, to co najwyżej było to muśnięcie dwoma palcami

w plecy, żeby dać mu znać, że za długo to trwa.

Musiał spanikować, stracił równowagę i spadł bokiem, uderzając głową

o kant deski, wpadł w wodę pod takim kątem, że jeszcze powiększyło to

uraz – chudy dzieciak, który pływał jak ryba, a teraz leciał przez ręce, bez

życia  –  zatonął  w  głębokiej  wodzie  jak  kamień  –  i  na  zawsze  przestał

oddychać.

Świadkowie mówili różne rzeczy, ale sąd orzekł, że to był wypadek.

Bracia Rush. Dwanaście i dziesięć lat.

Andrew, Evan. Obaj byli kochani, a teraz został tylko jeden.

Ostatecznie Irina pojechała do hospicjum sama.

Nie mogłem po raz kolejny narazić się na odrzucenie przez ojca.

Samotnie, tak, bardzo samotnie. Bardzo samotnie przez długie lata.

Myślę, jak Evan kochałby wiele rzeczy na tym świecie, których nie miał

okazji doświadczyć. I nie była to moja wina, ale jednak – była to moja

background image

wina.

Lecz faktem jest, że orzeczono wypadek.

Nikt mnie nie winił.

Nikt nie obwiniał mnie prosto w twarz.

background image

25

Dobre wieści!

Waleta Pik czekały z kolei dobre wieści.

Nowa  powieść  Dopust  otrzymała  doskonałe  recenzje  w  kilku

magazynach i w internecie – teraz to jego recenzenci porównywali ze

Stephenem Kingiem!

Bardziej przejmujący, bezwzględny Stephen King.

Z drogi, Stephenie Kingu! Nadchodzi Walet Pik.

Również księgarze nie kryli entuzjazmu – książka sprzedawała się

lepiej niż wszystkie poprzednie dzieła jego autorstwa.

W  istocie  osiągnęła  niemal  pułap  sprzedaży  ostatniej  powieści

Andrew Rusha, co było dość krępujące.

Czy to śmieszne? Czy to ironiczne?

Czy powinienem czuć dumę, czy rozgoryczenie?

Od czasu ataku siekierą (nauczyłem się myśleć o krwawym zajściu

w  domu  Haider  jako  o  ataku  na  moją  osobę  –  ataku,  przed  którym

musiałem  się  bronić)  moja  zdolność  koncentracji  wyraźnie  się

pogorszyła.  Podobnie  jak  zdolność  dostrzegania  we  wszystkim

„humoru”, nawet w najprzyjemniejszych rzeczach.

Przyznaj, Andy: jesteś zazdrosny o Waleta Pik.

I podniecony, i trochę przerażony.

Prawda?

– Ten cały Walet Pik jest obrzydliwy!

Przypadkiem  podsłuchałem,  jak  Julia  narzeka  przy  Irinie  na  –

najwyraźniej  –  kolejną  powieść  tajemniczego  autora,  którą  właśnie

przeczytała, oczywiście bez żadnej zachęty z mojej strony. Było to dla

mnie źródło niezadowolenia i pewnego żalu, że moja wybredna córka

feministka  uparcie  czytała  coś,  co  określała  mianem  macho-

sadystycznych  bredni.  Prawdopodobnie  robiła  to  tylko  po  to,  by  je

skrytykować, ale jednak nigdy nie zadała sobie trudu, by sięgnąć po

background image

moje własne, znacznie poważniejsze i podnoszące na duchu powieści,

w których zło zawsze ponosiło należytą karę, a dobro triumfowało.

Jakże  żałowałem,  że  nie  schowałem  wtedy  tamtych  cholernych

egzemplarzy,  które  Julia  znalazła  w  moim  gabinecie!  Pozostawienie

ich na widoku było z mojej strony zwykłą niedbałością.

Daj  spokój,  Andy.  Chciałeś,  żeby  twoja  kochana  córunia  zobaczyła

moje  książki.  Chciałbyś,  żeby  Irina  też  je  zauważyła,  ale  twoja  żonka

ostatnimi dniami jest pochłonięta czymś innym, dniami i nocami.

Szyderczy, pewny siebie głos. Wiedziałem, że tak naprawdę nikt do

mnie nie mówił, a mimo to stanąłem nieruchomo, z lekko spuszczoną

głową, wsłuchując się.

Wiesz o tym, Andy, prawda?

Nie. Nie wiedziałem.

Jasne, że wiesz. Irina i jej azjatycki kochanek.

W  drugim  pokoju  Julia  streszczała  właśnie  „niedorzeczną  fabułę”

Prepostmortem,  a  Irina  zdawała  się  jej  słuchać.  Ale  może  wcale  nie

słuchała porywczych tyrad naszej córki, tylko błądziła myślami gdzie

indziej i potakiwała uprzejmie.

Prepostmortem była to druga książka Waleta Pik, a może trzecia. Nie

byłbym  w  stanie  podać  daty  publikacji  ot  tak,  z  głowy.  Fabuła,

podobnie jak tytuł, przyszła do mnie znikąd.

–  Próbowałam  rozmawiać  o  tym  z  tatą,  ale  nie  chciał  słuchać.

Kimkolwiek  jest  ten  Walet  Pik,  musi  znać  jego  i  naszą  rodzinę.  Już

tamta pierwsza powieść była dostatecznie okropna, ale ta jest jeszcze

gorsza! Opowiada o nastoletnim chłopcu, który „przypadkiem” zabija

swojego  młodszego  brata,  spychając  go  ze  skoczni  nad  kąpieliskiem

w starej kopalni, a potem „szaleje z bólu”, ale też czuje ulgę, bo był

o niego zazdrosny. Rodzina dzieli się na tych, którzy wierzą, że to był

wypadek, i tych, którzy sądzą, że z rozmysłem zepchnął brata. Akcja

przeskakuje do współczesności, kiedy facet jest już w średnim wieku

i  ma  żonę,  którą  rzekomo  bardzo  kocha,  ale  jest  o  nią  strasznie

zazdrosny  i  szuka  sposobu,  by  zabić  ją  „przez  przypadek”…

Oczywiście  ta  część  musi  być  fikcją,  ale  początek  powieści  –  to

o  chłopcu  tonącym  w  kopalni  w  parku  w  New  Jersey  –  musi  być

inspirowany tym, co przydarzyło się w dzieciństwie tacie, kiedy jego

background image

brat przypadkowo utonął w Catamount Park. Nie znam szczegółów,

ale to nie może być tylko przypadek, nie sądzisz, mamo?

–  No  cóż.  Nie  czytałam  tej  książki  i  sądząc  po  tym,  co  mówisz,

raczej  jej  nie  przeczytam.  Ten  wypadek  w  kopalni  w  Catamount,

kiedy  tata  miał  dwanaście  lat…  Pisano  o  tym  w  miejscowych

gazetach i wszyscy w tej części New Jersey musieli o tym słyszeć. Co

masz na myśli, mówiąc, że „to nie może być tylko przypadek”?

–  Myślę,  że  tata  koleguje  się  z  kimś,  z  jakimś  pisarzem,  który

wykorzystuje  jego  życie  w  swoich  książkach,  tyle  że  wykoślawia  je

i przedstawia w krzywym zwierciadle, z większymi szczegółami i tłem

szerszym, niż można znaleźć w mediach. I tata najwyraźniej o tym nie

wie  albo  go  to  nie  obchodzi.  Próbowałam  go  przekonać,  żeby

przeczytał tę drugą książkę Waleta Pik, ale odmówił. Powtarza, że to

tylko przypadek, że to nie ma znaczenia. Ale ja myślę…

– Może powinnaś po prostu wyrzucić te książki do śmieci? Nawet

jeśli  są  inspirowane  jakimiś  epizodami  z  życia  ojca,  jakie  to  ma

znaczenie dla ciebie czy kogokolwiek z nas? Może ojciec zna autora

i może też jest o to zły, ale wiesz, że nigdy nie próbowałby nikogo

ocenzurować.

–  Oczywiście,  że  tata  nie  chciałby  nikogo  cenzurować.  Ale

powinien  uważać,  co  mówi  temu  człowiekowi.  On  jest  jak  wampir,

który karmi się taty życiem.

– Och, Julio, chyba nie wierzysz w wampiry? – Irina roześmiała się

z przyganą.

– Kiedyś nie wierzyłam. Ale teraz nie jestem taka pewna.

–  Ale  co  Andrew  mógłby  zrobić,  żeby  powstrzymać  tę  osobę?

Zakładając, że w jego życiu naprawdę jest jakiś wampir?

– Co tata mógłby zrobić? To już zależy od niego.

background image

26

„Zbyt mroczny jak na mój gust”

Na  poczcie  w  Hadrian,  New  Jersey,  nadałem  niewielkie  schludnie

opakowane pudełko z pięcioma książkami, zaadresowane do Stephena

Kinga w jego domu w Maine.

Dedykacje były napisane pismem, które wyglądało (moim zdaniem)

zupełnie inaczej niż moje.

Z wyrazami podziwu dla Stephena Kinga

Pański – któregoś dnia – rywal,

Walet Pik

Jako  adres  nadawcy  podałem  numer  wynajętej  skrytki  pocztowej

w  Hadrian.  Nie  żebym  spodziewał  się,  że  bardzo  zajęty  autor

bestsellerów  odpowie  na  przesyłkę  książek  jakiegoś  mało  znanego

pisarza,  o  które  nie  prosił  –  tak  jak  nie  odpowiedział  na  podobną

paczkę powieści Andrew J. Rusha.

Wyobraźcie  sobie  moje  zdumienie  i  gorycz,  kiedy  po  kilku

tygodniach  w  skrytce  pojawiła  się  nagryzmolona  w  pośpiechu

pocztówka zaadresowana „Walet Pik”.

Kimkolwiek jesteś, Walecie Pik, jesteś ZBYT MROCZNY jak na mój

gust i NIE JESTEŚMY rywalami

S.K.

background image

27

Zazdrosny mąż

Przyznaj, Andy. Jesteś zazdrosny jak cholera.

Zazdrosny i o Waleta Pik, i o tę kobietę.

I tego Azjatę, jak mu tam – HUANGA LEE.

Przed moją żoną wcale nie byłem zazdrosny. Wcale a wcale!

Posiniaczone serce nie rzuca się w oczy tak jak posiniaczona twarz.

– Kocham cię, Irino. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił…

–  Ależ  Andrew,  nie  bądź  śmieszny!  Dlaczego  miałbyś  być  beze

mnie?

Irina pocałowała mnie i zachwialiśmy się w nagłym uścisku.

Mogła  wyczuć  w  moim  oddechu  whisky.  Ja  mogłem  wyczuć

w miękkich falach jej włosów perfumy.

W  tym  okresie  Irina  często  wychodziła  wieczorami  z  domu.  Nie

zawsze wiedziałem, dokąd szła, choć (w sumie) starała się mnie o tym

informować.  Zostawiała  mi  przygotowane  jedzenie  w  lodówce,

musiałem tylko (jak mówiła) odgrzać je w mikrofalówce.

Może cię podtruwa.

Arszenik może zatruwać stopniowo. Może dawać wiele objawów.

Na  złość  jej  –  i  z  ostrożności  –  wyrzucałem  jedzenie  do  śmieci.

Szybki telefon i mogłem sobie zamówić porządną kolację z dostawą,

a  jeszcze  lepiej  w  ogóle  dać  sobie  spokój  z  jedzeniem.  Szkocka

wystarczy, żeby zaspokoić męski apetyt.

Kiedy konfrontowałem się z Iriną i wyrzucałem jej częste wieczorne

spotkania  w  pracy,  zwykle  przypominała  mi  z  łagodnym  wyrzutem,

że nie była w szkole, tylko u mojej matki, która po śmierci ojca czuła

się samotna i porzucona.

Ale jeśli przypominałem sobie, że miała być u matki, i dzwoniłem

na jej komórkę, nie odbierała, bo była na spotkaniu w szkole i kazano

background image

im wyłączyć telefony.

Albo nocowała u własnej rodziny w Montclair.

Albo była na kolacji w Newark z Chrisem lub Dale’em.

(Nie było dla mnie jasne, dlaczego taty nie zapraszano na te kolacje

z  naszymi  synami.  Ale  tata  był  zbyt  dumny,  żeby  się  dopytywać,

wielkie dzięki).

– Andrew, mówiłam ci, dokąd idę. Mam ci to wszystko zapisywać

i zostawiać numery kontaktowe?

Tak. Nie.

Co cię obchodzi, co ona robi?

Czy w tym właśnie leży twoja największa słabość? Że cię to obchodzi?

background image

28

„Bądź przeklęty i do diabła z tobą”

Któregoś wczesnego wieczoru jechałem do domu w lekkim deszczu,

kiedy nagle jakieś trzydzieści stóp przed samochodem drogę wolnym

truchtem przecięło mi jakieś ciemne zwierzę wielkości lisa albo rysia.

Jego złocistozielone oczy rozbłysły buńczucznie zwierzęcym sprytem,

odbijając reflektory pojazdu.

– Bądź przeklęty i do diabła z tobą!

Głos był wściekły i rozżalony i – zupełnie nie brzmiał jak mój.

W  pierwszym  odruchu  chciałem  przyhamować  i  skręcić,  żeby

ominąć  stworzenie  (ryzykując  utratę  życia  w  wypadku),  ale  inny,

bardziej  przewrotny  instynkt  kazał  mi  jechać  prosto,  nie  ruszając

kierownicy  ani  o  centymetr  i  może  nawet  nieco  dociskając  pedał

gazu.

Przednie koła uderzyły w coś… Poczułem krótkie szarpnięcie, które

przeszyło mi kręgosłup jak prąd.

Jakimś  sposobem,  choć  byłem  pewien,  że  nie  przyspieszyłem

o  więcej  niż  dziesięć  mil,  jaguar  wpadł  na  mokrej  nawierzchni

w poślizg i po kilku chaotycznych sekundach legł na boku w rowie.

Na  szczęście  nie  wjechałem  w  żaden  słupek.  Siła  uderzenia

mogłaby cisnąć mną o szybę i pozbawić przytomności.

Kiedy się pozbierałem, zdołałem jakoś otworzyć drzwi samochodu.

Ruszyłem na drżących nogach poboczem, chwiejąc się i mrużąc oczy.

Przy 

drodze 

rzeczywiście 

leżało 

coś 

zmiażdżonego

i rozpłaszczonego, małe truchło o ciemnym futrze.

Jednak nie drżało w ostatnich podrygach, nie krwawiło. Jego oczy

były otwarte, ale nie lśniły złociście życiem.

Czymkolwiek było to stworzenie, leżało tu od wielu dni, rozjechane

na płasko i w trakcie rozkładu, nie do poznania.

Głupiec! Szukasz w niewłaściwym miejscu.

background image

29

Wypadek

A  teraz  nadszedł  czas…  by  Andy  Rush  popełnił  kolejną  zbrodnię

perfekcyjną.

Od miesięcy ta myśl rosła w mojej głowie jak mały, twardy guz. Za

każdym razem, kiedy odważałem się go dotknąć, guz robił się trochę

większy i trochę twardszy.

To  byłby  wypadek  –  oczywiście.  Jedziesz  wiejską  drogą,  widzisz

rowerzystę – „tracisz kontrolę” nad kierownicą – wpadasz na niego.

Bez  świadków  kto  udowodni,  że  rowerzysta  nie  zachował  się

nieodpowiedzialnie? Jedzie szosą, nagły skręt – i koniec z nim.

Nie  wypytywałem  już  o  Huanga  Lee,  kiedy  rozmawiałem  z  żoną

o szkole. Wiedziałem, że był jej kochankiem i że nie mogę sprawiać

wrażenia, jakbym był o niego zazdrosny albo jakbym w ogóle zdawał

sobie sprawę z jego istnienia.

Ale  wczesnym  rankiem,  kiedy  nachylałem  się  nad  stołem  Waleta

Pik, pióro w mojej dłoni napisało drukowanymi literami:

HUANG LEE

R.I.P.

jakby kreśląc jego żartobliwe epitafium.

Wszyscy wiedzieli, że ten kruczowłosy Azjata, lubiany matematyk,

niemal  codziennie  jeździ  do  szkoły  rowerem,  czasem  nawet  kiedy

padał lekki deszcz; wkładał wtedy lśniące żółte poncho. Tylko zimą,

i to dopiero kiedy drogi robiły się prawie nieprzejezdne, przesiadał się

do samochodu – oczywiście była to ekonomiczna honda civic.

Obliczyłem  sobie,  w  jakich  godzinach  powinien  jeździć  z  i  do

szkoły, i sprawdziłem możliwe trasy.

background image

Kilka  razy  przejechałem  wszystkie  możliwe  drogi  w  pobliżu  jego

domu przy East Elm Ridge Road 299, na zamieszkanym przez „klasę

średnią”  przedmieściu  Harbourton,  gdzie  ten  cudzołożnik  mieszkał

(rzekomo)  z  żoną  i  dwójką  dzieci;  za  każdym  razem  musiałem

zadowolić  się  przejazdem  tamtędy  do  centrum  miasta,  po  czym

zawracałem  i  jechałem  z  powrotem  tą  samą  drogą,  starając  się

zachować spokój.

Bądź cierpliwy. Uważaj. Czas jest po twojej stronie, Andy Rushu!

W tych przejażdżkach towarzyszył mi Walet Pik.

Jakże byłbym samotny, gdyby nie on!

Między moimi kolanami, niewidoczna dla nikogo, kto przypadkiem

spojrzałby  w  moim  kierunku,  tkwiła  bezpiecznie  mała  srebrna

piersiówka,  zawierająca  złocisty  płyn  zalecany  przez  Waleta  Pik  na

uspokojenie zszarganych nerwów.

To  był  chłodny,  pochmurny  dzień.  W  takie  wczesnowiosenne  dni

na drogach nie ma wielu rowerzystów, więc – mówiłem sobie – bez

trudu rozpoznam Huanga Lee, kiedy go zobaczę.

Zaciskałem zęby. Nie był to wesoły czas dla Andy’ego Rusha.

Nawet moją niewierną żonę krępowało to, jak bardzo nasi synowie

Chris i Dale odsunęli się ode mnie. Nie umiałbym sobie wytłumaczyć,

jak do tego doszło. Ani nawet kiedy.

Cholerne zepsute szczeniaki, zero szacunku dla ojca, który tyle dla

nich zrobił…

Wiedziałem, że coś się szykuje, kiedy obaj pojawili się w niedzielę

na kolacji, niby przypadkiem. Irina za dużo się uśmiechała.

To Walet Pik mnie ostrzegł. Bystrooki Walet Pik, który zauważył,

że  chłopcy  wymieniali  porozumiewawcze  spojrzenia  ze  sobą

i z matką.

Chryste! Ta rozmowa jest nieco, jak by to powiedzieć, NIEZRĘCZNA.

Uważaj, przyjacielu. Bądź ostrożny.

Może ten brak szacunku zaczyna się, kiedy syn przerasta ojca. Czy

można  wskazać  jakiś  konkretny  dzień,  konkretną  godzinę,  kiedy

proporcje zaczynają się odwracać?

Na zdjęciach widać, jak dzieci dorastają. Ale w życiu nie da się tego

zauważyć.

background image

Teraz, kiedy obaj byli już dobrze po dwudziestce, przerośli mnie.

I niezbyt mnie przypominali.

Nie myśl o takich rzeczach, Andy. Nie teraz.

Chris oblizywał nerwowo usta, a Dale dłubał w nosie (kiedy sądził,

że  nikt  na  niego  nie  patrzy).  Ich  matka  zaś  chowała  się  w  kuchni

z miną winowajczyni.

Aż wreszcie pod koniec tego NIEZRĘCZNEGO posiłku, kiedy znowu

wyszła (jakżeby inaczej!) pod pozorem posprzątania, Chris zwrócił się

do mnie z wymuszonym uśmiechem i wydusił z siebie:

– Tato, chyba musimy pogadać…

Dale natychmiast przyłączył się nerwowo:

– No właśnie, tato, ch-chyba powinniśmy…

Tata zaś ze spokojem uśmiechnął się i odparł:

– Tak? Więc mówcie.

Nie  mogłem  powstrzymać  śmiechu  na  widok  ich  zawstydzonych

twarzy, niespokojnych oczu.

Jak serio się traktowali. Obydwaj tonęliby w długach, gdyby hojni

rodzice nie zapłacili bez mrugnięcia okiem za ich przecenione studia,

włączając w to kursy podyplomowe!

A teraz ich cudzołożna matka wezwała ich za moimi plecami.

Jeśli  jest  coś,  czego  mężczyzna  nienawidzi,  to  są  to  potajemne

gierki w jego własnej rodzinie.

–  Chris,  jeśli  potrzebujesz  kolejnej  pożyczki,  możesz  mi  o  tym

powiedzieć. Przecież nigdy ci nie odmówiłem, prawda?

Chris  był  o  dwa  lata  starszy  od  Dale’a  i  trochę  bardziej  od  niego

zadłużony.  Rozpuszczony  gówniarz  z  twarzą  jak  młody  Brad  Pitt.

Spojrzał  na  mnie,  jakbym  go  uderzył,  i  przez  chwilę  bezskutecznie

usiłował wydobyć z siebie głos.

– Ja… nie przyszedłem po pożyczkę, tato… Chciałem… to znaczy

my  chcieliśmy  z  tobą  porozmawiać  o  czymś,  o  czym  wspominała

mama.

Popatrzył  na  Dale’a,  który  otępiałym  wzrokiem  spoglądał  na  coś

przed sobą, trąc nos.

Mój głos był lekko karcący, zdziwiony:

– Coś takiego! No więc o czym wspominała wam mama?

background image

– Że… że… że ostatnio więcej pijesz, tato. Że…

– …Że ciągle się na nią złościsz i że jej groziłeś…

Tata jednak nie pozwolił sprowokować się do wybuchu.

– Groziłem? Niby jak?

– Mama mówi, że szarpałeś ją, popychałeś…

–  Mówi,  że  kiedy  pijesz,  tracisz  panowanie  nad  sobą,  a  ostatnio

problem się eskaluje…

–  „Eskaluje”?  Czy  to  nie  za  poważne  słowo,  chłopcy?  I  gdzie  są

dowody na potwierdzenie tych zarzutów?

– Mama powiedziała…

– Mama mówiła…

Tata podniósł głos, by wezwać mamę:

–  Hej,  „mamo”!  Chodź  no  tu,  „mamo”!  Tatę  oskarża  się  tu

o poważne rzeczy.

– Tato, nawet teraz jesteś pijany. Chryste!

–  Tato,  nie  krzycz  tak  na  mamę.  Nie…  nie  możesz  tak  na  nią

krzyczeć…

– Nie mogę? A czyj to jest dom, do cholery? Czyja to posesja? Kto

tu rządzi? „Mamo”! MAMO!

Irina  rozsądnie  trzymała  się  z  daleka.  Może  uciekła  do  innego

pokoju.

–  Tato,  ty  jesteś  zalany,  do  diabła.  Dlatego  właśnie  przyszliśmy

z tobą porozmawiać…

– Co to ma być, jakaś cholerna interwencja? Rodzinka zmawia się

przeciw ojcu? Kto to wymyślił?

–  Tato,  my  nie  jesteśmy  przeciwko  tobie.  Chcemy  tylko…

chcemy…

– …Chcemy się dowiedzieć, czy wszystko w porządku…

– …To znaczy z tobą, może…

– …Może coś jest…

–  Słuchajcie,  chłopcy.  –  Słowo  „chłopcy”  wymówiłem  bardzo

spokojnie,  nawet  z  czułością.  Nikt  nie  dopatrzyłby  się  pod  tą

serdecznością  szyderstwa  ani  wściekłości.  –  To  wasza  matka  jest

ostatnio  emocjonalnie  rozchwiana.  Wiecie,  kobiety  w  jej  wieku…

Menopauza.  Do  tego  wykańcza  się  w  tej  cholernej  szkole,  która

background image

zamiast  porządnych  pieniędzy  wypłaca  pensję  w  postaci  moralnej

wyższości,  ona  i  ci  jej  lewicowi  kumple-liberałowie,  najwięksi

bigoci…  to  dopiero  jest  eskalacja.  Ją  spytajcie!  To  ją  wypytujcie

i prześladujcie! I wcale nie jestem zalany.

To była prawda, przy stole piłem wyłącznie białe wino. Tylko białe

wino, chłopcy nie widzieli nic więcej.

Szkoda, że nie masz w domu strzelby.

Nigdy nie odważyliby się tak traktować ojca, gdyby był uzbrojony.

Odepchnąłem  krzesło.  Udało  mi  się  wstać  i  opuścić  pokój

z godnością.

Oczywiście wołali za mną.

– Tato? Tato, czekaj…

Oczywiście poszli za mną.

– Tato? Proszę, chcemy tylko porozmawiać…

I Irina – też za mną poszła, tyle że w bezpiecznej odległości.

– Andrew? Kochanie, proszę…

Na zewnątrz, w samochodzie. Muszę zaczerpnąć powietrza.

Wcale ich nie kochasz, to jakaś bzdura.

Nigdy nie kochałeś i wiesz o tym.

Za dużo dla nich poświęciłeś, panie Miły.

A teraz… kolej na ciebie.

I  wtedy  –  zobaczyłem!  –  rowerzysta  jadący  East  Elm  Road  w  tym

samym kierunku co ja. A dokoła żadnych świadków.

To  był  Huang  Lee.  Natychmiast  go  poznałem.  Szczupły,  długie

kończyny,  w  kasztanowej  bluzie  Friends  School  (Irina  miała  taką

samą),  w  lśniącym  żółtym  kasku  na  głowie.  Kiedy  podjechałem

szybko bliżej, dociskając pedał gazu, widziałem już, albo zaczynałem

widzieć, jego płaską azjatycką twarz – kiedy odwrócił głowę i obejrzał

się przez ramię, nagle świadom zagrożenia – za późno.

Bądź przeklęty i do diabła z tobą. Z wami wszystkimi.

background image

30

Ucieczka z miejsca wypadku

– Boże drogi. Nie.

Gdy  tylko  rowerzysta  odwrócił  głowę,  zobaczyłem  –  mój  mózg

zarejestrował  –  że  nie  jest  to  dorosły  mężczyzna,  tylko  nastolatek  –

azjatyckie  rysy,  kruczoczarne  włosy  wystające  spod  żółtego  kasku,

ciemne  oczy  rozszerzone  ze  strachu  –  nie  Huang  Lee.  Ale  było  za

późno:  jaguar  wpadł  na  niego,  miażdżąc  rower  śmiercionośnym

ciężarem  w  chaosie  ludzkich  kończyn,  krzyków,  brzęku  metalu

o metal…

Bezwładny jak szmaciana lalka chłopiec poleciał na pobocze. Jego

krzyki ucichły tak nagle, jak się zaczęły.

Cienka linia czerwieni pod lśniącym żółtym kaskiem ściekająca na

drogę. Cienka linia, która w ciągu kilku sekund zmieni się w wartki

strumień – co widziałby ktoś, kto by tam pozostał, ktoś, kto by na to

patrzył.

background image

31

Zmiana miejsca

Następnego ranka zadzwoniłem do swojego agenta w Nowym Jorku.

To jest do wieloletniego agenta Andrew J. Rusha.

Szybko wyrecytowałem słowa, których wyuczyłem się na pamięć,

jakby chcąc uprzedzić napływ emocji:

–  Barney,  postanowiłem  zakończyć  karierę.  Nie  skończę  tej

ostatniej powieści. Przerosło mnie to wszystko. Minął prawie rok, a ja

nie mam nawet tytułu.

Barney był zdumiony. Znał Andy’ego Rusha od ponad trzydziestu

lat – wieczny optymista z wiecznie pozytywnym nastawieniem; co to

miało znaczyć?

– O której powieści mówisz, Andy? Na przemian? Przecież tak miała

się nazywać?

– Nie. Nie ma tytułu. Nigdy go nie wymyśliłem.

–  Ale,  Andrew,  powinniśmy  o  tym  porozmawiać.  Mówiłeś  już

komuś?

– Nie.

Ale pomyślałem: tak.

– Wydajesz się jakiś nieswój, Andy. Może jesteś chory? Coś tam się

stało?

„Tam” było to określenie mego nowojorskiego przyjaciela na quasi-

wiejskie okolice New Jersey. Ton łagodnej wzgardy, który zazwyczaj

kontrowałem  dowcipną  uwagą  na  temat  frenetycznego  tempa  życia

w mieście, zaporowych cen nieruchomości, modnych i ogłuszających

restauracji. Ale dzisiaj Andy Rush milczał.

– Andy? Rozmawiałeś o tym z Iriną?

– Iriny w tej chwili nie ma, Barney. A teraz muszę się rozłączyć.

– Poczekaj! Gdzie jest Irina?

–  Mówiłem  już:  nie  ma  jej  tu  w  tej  chwili.  Jeśli  chcesz  z  nią

pogadać, sami to załatwcie.

background image

– Andy, co to ma znaczyć? Czy wy się… rozstaliście?

– Muszę kończyć, Barney. Nie oddzwaniaj, proszę.

–  Andy,  na  litość  boską,  pozwól,  żebym  do  ciebie  przyjechał…

Złapię dziś pociąg. Po południu? Pasuje ci? Około czwartej? Andy?

Rozłącz się i już. I nie odbieraj, kiedy oddzwoni.

Kasuj jego maile. W końcu zrozumie.

Większą część dnia spędziłem w gabinecie, zarysowując fabułę kilku

następnych powieści Waleta Pik. Miały być osadzone w egzotycznych

miejscach, z typowo kinowym tłem: Tanger, Lizbona, Haiti, Amalfi na

włoskim wybrzeżu albo Sycylia. Może Szanghaj?

Walet  Pik  stracił  zainteresowanie  New  Jersey  i  wskazana  była

zmiana miejsca.

Ależ to ekscytujące! Palce śmigają po klawiaturze, serce wali.

W  tych  powieściach  łączyć  się  będą  zawiłości  akcji  A.  Rusha

z  brutalną,  krwawą  siłą  i  szybkim  tempem  Waleta  Pik.  Połącz  DNA

Stephena  Kinga,  Mickeya  Spillane’a,  Clive’a  Barkera,  Jacka  Ketchuma,

Chucka Palahniuka z prawdziwą, pełną flaków rzezią… Euforia ogarnęła

mnie jak płomień.

background image

32

Autodestrukcja

Tego ranka podjąłem decyzję.

Wstrząśnięty,  wpatrywałem  się  w  zdjęcie  siedemnastoletniego

Benjamina Changa w gazecie: „Uczeń ostatniej klasy Friends School,

potrącony podczas drogi powrotnej do domu na East Elm Ridge Street

przez kierowcę, który uciekł z miejsca wypadku, znajduje się w stanie

krytycznym w szpitalu w Nowym Brunszwiku. Nie pojawili się żadni

świadkowie zdarzenia”.

Jedynym sposobem, by ocalić świat przed Waletem Pik, jest pozbyć

się Andrew J. Rusha.

– Trzeba go powstrzymać. Trzeba powstrzymać mnie.

To  musiał  być  Catamount  Park.  Kamieniołom,  głazy  nad  głęboką

wodą, wysoka skocznia.

Idealny krąg.

Najdroższa Irino,

Zapamiętaj mnie takim, jakim byłem, kiedy mnie kochałaś.

Wiedz, proszę, że nigdy nie przestałem cię kochać.

Zostawiam Ciebie i dzieci, bo stanowię dla Was zagrożenie.

* * *

Jeśli to czytasz, to znaczy, że mnie już nie ma.

Znasz szczegóły mojego testamentu, jesteś jego wykonawczynią.

Szczegółowe instrukcje pozostawię w tej kopercie.

Pragnę tylko powiedzieć – to nie moja wina.

A jednak – to moja wina.

background image

Proszę, wybacz mi!

Twój kochający mąż,

Andrew

To niezwykłe, ile czasu mieści się w pustym domu.

Czas rozciąga się, by wypełnić wielką pustą przestrzeń.

Dość, by napisać listy do policji Harbourton z przyznaniem się do

morderstwa  C.W.  Haider  i  kradzieży  cennych  książek,  a  także  do

potrącenia Benjamina Changa i ucieczki z miejsca wypadku. Dość, by

zdjąć  z  półek  skradzione  książki  i  położyć  je  razem  ze  skradzionym

egzemplarzem Wejrzenia w widocznym miejscu na stole obok.

W  kopercie  dla  Iriny  zostawię  czeki  –  po  pięćset  tysięcy  dolarów

każdy  –  dla  Esdry  Staplesa  i  Benjamina  Changa.  Wyjaśnię  Irinie

stojące  za  tym  motywy  i  poproszę,  by  uhonorowała  moje  życzenie,

bez cienia wątpliwości, że to zrobi.

Bóg wie, że to niedostateczne zadośćuczynienie.

Stój! Oszalałeś? Blefujesz.

Głupi  bezużyteczny  podstęp  Andrew  J.  Rusha.  Rozpaczliwa  próba

odebrania Waletowi Pik jego finału…

Jaguar  z  wgniecioną  karoserią  pozostanie  w  garażu,  nie

potrzebowałem  go  już.  Stał  się  dla  mnie  symbolem  hańby  i  Irina

(jakimś sposobem to wiem) szybko go sprzeda.

Srebrna piersiówka jest wypełniona po raz ostatni.

Dokładnie tak – napij się! Napij się jeszcze.

Odrobina whisky rozjaśni zamęt w głowie.

Ale im większą osiągam jasność, tym bardziej jestem zdecydowany

dokonać aktu autodestrukcji.

W  Catamount  State  Park  zaparkowałem  w  pobliżu  wejścia  na

kąpielisko w kopalni. W ten chłodny wczesnowiosenny dzień park jest

pusty.

Niebo jest tak intensywnie niebieskie, że do oczu napływają mi łzy.

Do kamieniołomu idzie się dłużej niż w moich wspomnieniach. Już

background image

teraz, kiedy ledwo zacząłem wspinaczkę nad kąpielisko, gramoląc się

jak  krab  po  nieforemnych  głazach  w  kolorze  gliny  (pokrytych

graffiti),  brakuje  mi  oddechu  –  w  wieku  pięćdziesięciu  czterech  lat

jest to trudniejsze niż w wieku lat dwunastu.

Nie  bądź  sentymentalny!  Masz  gdzieś  swojego  zmarłego  brata,  nawet

nie pamiętasz, jak wyglądał.

O, tam, improwizowana skocznia. Wygląda, jakby nic się przez te

lata nie zmieniła.

Ale  nie  wisi  tak  wysoko  nad  wodą,  jak  zapamiętałem.  Piętnaście

stóp? Dwanaście?

Lodowa powłoka na ciemnej wodzie jak powieka chroniąca oko.

Co ty wyprawiasz? Oszalałeś?

Udajesz? O to chodzi?

Obciążyłem  liczne  kieszenie  kurtki  i  spodni  kamieniami.  Mocno

zasznurowałem  ciężkie  buty  do  chodzenia  po  górach,  które  ciągną

mnie  za  kostki  jak  ciężary.  Bardzo  ostrożnie  wspinam  się  po

szczeblach metalowej drabinki na górę i równie ostrożnie przesuwam

się do krawędzi skoczni. Jak zimne zrobiło się nagle powietrze! I nie

jest tak nieruchome, jak wydawało się na ziemi.

Ukłucie  paniki,  że  podmuch  wiatru  wytrąci  mnie  z  równowagi

i wpadnę do lodowatej wody, zanim zdążę się przygotować…

Minęło tyle lat… Przez cały ten czas Evan był martwy, a ja byłem

żywy.

– Przepraszam, Evan. Cokolwiek zrobiłem albo myślałem, że robię,

legło cieniem na całym moim życiu.

Gówno prawda. Miałeś żal do brata i zepchnąłeś go ze skoczni.

Może nie chciałeś, żeby umarł, ale umarł.

Zrobię  krok  i  runę  w  dół  z  ramionami  sztywno  przy  bokach.

Wpadnę prosto do wody, stopami do dołu.

Szybko i ostro niczym nóż, przerwę warstewkę lodu. Ale nikt nie

krzyknie, kiedy to zobaczy:

„Chłopiec! Nie wypływa, topi się…”.

„Niech ktoś mu pomoże… ten chłopiec…”.

Stoję nieruchomo na końcu skoczni. Oczy zasnuwa mi jakiś mrok,

nie widzę wyraźnie. Drżę z zimna i z niemal nieznośnego podniecenia

background image

przed tym, co zaraz nastąpi.

– Nie ma innej drogi. To właściwa decyzja.

By zniszczyć zło, musimy zniszczyć istotę, którą to zło zamieszkuje,

nawet jeśli jesteśmy nią my sami.

Myślę,  że  umrę  od  nagłego  szoku,  bo  nie  mam  już  dwunastu  lat.

Mam  pięćdziesiąt  cztery  lata  i  czasem  boli  mnie  serce,  jakby

przeszywał je skurcz. Nikomu o tym nie wspominałem, bo wstydziłem

się  własnej  śmiertelności  i  bałem  się  tego,  co  oznacza  samo  słowo

„śmiertelność”. Zginę pod naciskiem lodowato zimnej wody na moją

pierś,  twarz,  oczy.  Jeśli  mi  się  poszczęści,  szok  pozbawi  mnie

przytomności  w  ciągu  kilku  sekund.  Jak  każde  tonące  stworzenie

będę  rozpaczliwie  dyszeć,  pragnąc  powietrza,  ale  do  moich  płuc

napłynie tylko woda.

Nie zrobisz tego. Nie zrobisz. Żeby zabić mnie, musisz najpierw zabić

siebie. A ty jesteś słaby, jesteś tchórzem. Nie zrobisz tego.

Na  samej  krawędzi.  Wyczuwam  jakiś  ruch,  ledwo  wyczuwalne

drgnienie deski, słabiutkie trzeszczenie pod wpływem mojego ciężaru.

Niebo w górze jest tak niebieskie, razi oczy. Stoję nieruchomo, bardzo

wysoko,  z  wyprostowanymi  ramionami  i  podniesioną  głową.

W  kieszeniach  mam  ciężkie  kamienie.  Nylonowa  kurtka,  spodnie

khaki.  Walet  Pik  jeszcze  przed  chwilą  przyglądał  się  temu

wszystkiemu  z  pogardą  i  szyderstwem,  ale  teraz  już  rozumie,  że

naprawdę  zamierzam  to  zrobić,  i  jego  śmiech  staje  się  szorstki,

niedowierzający.

Nie możesz. Nie zrobisz tego. Do diabła z tobą, NIE ZROBISZ TEGO.

Ale  ja  oddycham  głęboko,  z  pełnym  przekonaniem.  Wyczuwam

ruch, lekki niczym oddech, kogoś lub czegoś tuż za mną.

Włoski  podnoszą  mi  się  na  karku  w  ekstazie.  Nie  odwracam  się

i nie próbuję cofnąć, kiedy palce delikatnie dotykają mnie i zachęcają

do wstąpienia w powietrze

background image

1

 Tłum. Sławomir Studniarz.

background image

Przekład: Agnieszka Walulik

Redakcja: Jan Koźbiel

Korekta: Anna Sidorek, Beata Wójcik

Projekt okładki: Tomasz Majewski

Zdjęcie wykorzystane na I stronie okładki: © Mads Perch/Stone/Getty Images

Skład i łamanie: www.pagegraph.pl

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

00-372 Warszawa, ul. Foksal 17

tel./faks (22) 646 05 10, 828 98 08

biuro@gwfoksal.pl

www.gwfoksal.pl

ISBN 978-83-280-2651-3

Skład wersji elektronicznej: Michał Olewnik / 

Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.

i Michał Latusek / 

Virtualo Sp. z o.o.


Document Outline